background image

 

LEE WILKINSON 

GORĄCZKA NOCY POŚLUBNEJ 

Tłumaczyła Anna Adamiak 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

List,  który  miał  całkowicie  odmienić  życie  Raine  Marlowe,  nadszedł  zupełnie 

niespodziewanie. Siedzieli sobie z ojcem przy śniadaniu w ich posiadłości „Białe damy”, w 

pomalowanym  na  biało  pokoju  z  czarnymi  belkami  pod  sufitem.  Złote  jak  miód,  poranne 

wrześniowe  słońce,  w  którym  skąpany  był  ogród,  wlewało  się  przez  witrażowe  szybki  w 

oknach. Cudownie nieświadoma nadchodzącego przewrotu, Raine smarowała dżemem drugi 

już tost, a Calib - kot o futerku czarnym i lśniącym jak jej włosy i zielonych oczach - siedział 

na parapecie nieruchomo niczym posążek. W słońcu złociła mu się sierść, a wąsy wyglądały 

jak miedziane kabelki. 

-  Dziś  tylko  to  -  oznajmiła  miłym  tonem  gosposia,  wnosząc  korespondencję.  Martha 

służyła u nich od dwudziestu lat i uważali ją za członka rodziny. 

- Dziękuję. 

Ralph  Marlowe,  przystojny  mężczyzna  o  wyrazistych,  surowych  rysach  i 

szpakowatych, gęstych włosach wziął list. Dopijając kawę, rozciął kopertę ze znaczkiem ze 

Stanów i wyjął złożoną kartkę. Zaczął czytać, i Raine spostrzegła, że raptem zmienił się na 

twarzy. Był wstrząśnięty. 

- Co to jest? - zapytała. 

Ojciec zdjął okulary w rogowych oprawkach. 

- List od Harry'ego? 

- Niesamowite! 

- Tak. 

Gdy podał jej list, nagle zadrżała. Opanowały ją złe przeczucia. Wiedziała, że ojciec i 

stryj  -  bracia  bliźniacy  -  pokłócili  się  ze  sobą  i  zerwali  kontakty  na  długo  przed  jej  na-

rodzinami. W młodości byli ze sobą bardzo zżyci, i po studiach wspólnie prowadzili interesy. 

Zajmowali  się  obrotem  nieruchomościami.  Wtedy  też  zadurzyli  się  w  tej  samej  kobiecie  - 

czarnowłosej,  zielonookiej  Lorraine.  Była  dziewczyną  Harry'ego,  dopóki  nie  poznała  jego 

brata i nie zakochała się w nim. Gdy, koniec końców, zdecydowała się wyjść za Ralpha, drogi 

braci  rozeszły  się.  Ralph  zatrzymał  „Białe  damy”,  elżbietańską  rezydencję,  stanowiącą  od 

pokoleń  siedzibę  rodziny,  a  Harry  założył  nową  firmę  i  wyjechał  do  Stanów.  Stało  się  to 

ponad trzydzieści lat temu. 

List z bostońskim adresem na odwrocie był prosty i bardzo konkretny. 

background image

 

Pewnie jesteś zdziwiony, że odzywam się po tych wszystkich latach.  Wstyd przyznać, 

ale na wcześniejsze nawiązanie kontaktu nie pozwalała mi głupia duma. Od przyjaciela ro-

dziny  dowiedziałem  się,  że  Lorraine  zmarła  dawno  temu,  osierocając  jedyną  córkę.  Moja 

żona  nie  żyje  od  lat.  Jestem  sam,  mam  tylko  przybranego  syna  Nicka.  Jakoś  się  jeszcze 

trzymam,  ale  od  pewnego  czasu  szwankuje  mi  zdrowie.  Lekarze  twierdzą,  że  pozostało  mi 

zaledwie kilka miesięcy życia. 

Tak  bardzo  chciałbym  zobaczyć  Cię  przed  śmiercią.  Czy  moglibyście  z  córką 

odwiedzić mnie? Oczywiście, jeśli zdołacie wybaczyć staremu człowiekowi, że był tak głupio 

uparty. 

PS.  Gdybyś  zdecydował  się  przyjechać,  zrób  to,  proszę,  ze  zrozumiałych  wzglądów, 

możliwie najszybciej. 

Pojedziesz? - Raine podniosła na ojca oczy. 

- Jasne - odpowiedział bez wahania. - A ty? 

- Chciałbyś? 

- Byłoby szkoda, gdybyś nie poznała swojego wuja i kuzyna. 

- W takim razie jadę. Tylko czy możemy tak zostawić firmę? 

Po  ukończeniu  szkoły  biznesu  Raine  została  asystentką  ojca.  Codziennie  razem 

jeździli  do  pracy  do  Lopsley,  małego  targowego  miasteczka,  odległego  zaledwie  o  kilka 

kilometrów od domu. 

- Możemy. - Ojciec energicznie wstał. - Pędzę do firmy, a ty zorganizuj podróż. 

- Kiedy chcesz jechać? 

- Dziś, jeśli okaże się to możliwe. Potem trzeba zadzwonić do Harry'ego i powiadomić 

go, o której przylatujemy. 

Ledwie  powściągany  pośpiech  w  głosie  ojca  zdradzał,  że  wszystkie  dawne  żale  do 

brata  poszły  w  niepamięć.  Coś  z  tego  pośpiechu  udzieliło  się  i  jej.  Nie  tracąc  czasu, 

zatelefonowała na lotnisko i załatwiła rezerwację na wieczorny lot do Bostonu. 

Gdy  mężczyzna  czekający  na  zewnątrz  międzynarodowej  hali  przylotów  wypatrzył 

wysokiego,  szczupłego  pana  o  znajomej  powierzchowności  i  towarzyszącą  mu  smukłą, 

czarnowłosą  dziewczynę  o  prześlicznie  zarysowanych  kościach  policzkowych  i  pełnych 

ustach, natychmiast ruszył w ich stronę. Raine podniosła wzrok i raptem napotkała spojrzenie 

szafirowych jak niebo o północy oczu w ciemnej oprawie długich rzęs. Patrzył na nią wysoki, 

barczysty  mężczyzna  o  mocnych  rysach  twarzy  i  gęstych,  lekko  falujących  włosach  barwy 

dojrzałej pszenicy. 

background image

 

- Raine Marlowe? - Widząc jej zaskoczenie, uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę. - 

Nick. 

Krew zaszumiała jej w skroniach, gdy uwięził jej dłoń w długich, silnych palcach. 

-  Ciebie,  stryjku,  rozpoznałbym  wszędzie  -  powiedział,  zwracając  się  z  kolei  do  jej 

ojca  i  wymieniając  z  nim  uścisk  dłoni.  - Jesteście  z  tatą  podobni  do  siebie  jak  dwie  krople 

wody. 

Kiedy  obaj  odbierali  bagaże,  Raine  starała  się  nie  patrzeć  na  swego  kuzyna.  Była 

trochę zbita z tropu, ale nie zamierzała gapić się na niego jak jakaś nastolatka na swego idola. 

- Wszystko? - Pytanie spadło na nią tak nagle, że zamrugała i odwróciła wzrok. 

-  Wszystko.  -  Pomyślała  ze  złością,  że  jeśli  zaraz  nie  weźmie  się  w  garść,  to  ten 

kuzynek gotów leszcze uznać ją za idiotkę. 

Lśniący,  srebrny  samochód  stał  gotowy  do  drogi.  Nick  załadował  bagaże  i  od  razu 

pomknął w stronę centrum Bostonu. 

-  To  tutaj  mieszczą  się  biura  mojej  firmy  -  powiedział,  wskazując  ręką  jeden  z 

eleganckich przeszklonych wysokościowców. 

- Ekstra - skomentował Ralph. - Harry mówił mi, że obecnie kierujesz nie tylko jego 

przedsiębiorstwem,  ale  masz  również  własną  firmę.  Chyba  trudno  było  stworzyć  tak 

imponującą sieć międzynarodowych powiązań biznesowych? 

-  Wcale  nie  -  odparł  chłodno  Nick.  -  Stosuję  starą,  sprawdzoną  metodę.  Kupuję 

upadającą firmę, badam, co w niej spróchniało, i po prostu odcinam martwe pędy, aż znowu 

zaczyna kwitnąć. 

Raine,  zgodnie  z  własnym  życzeniem,  siedziała  z  tyłu.  Chłonęła  wzrokiem  piękno 

miasta  o  gęstej  zabudowie,  a  mimo  to  sprawiającego  wrażenie  przestronnego  i  pełnego 

powietrza. Na tle nieba rysowały się same kontrasty. Spomiędzy drapaczy chmur i okazałych 

nowoczesnych  budynków  strzelały  w  górę  smukłe  iglice,  wieże  z  zegarami,  widać  też  było 

stare  budowle  z  czasów  kolonialnych.  Wjechali  w  wąskie  brukowane  uliczki  z  gazowymi 

latarniami,  zabudowane  kamienicami  z  czerwonej  cegły.  Znaleźli  się  w  malowniczej, 

eleganckiej dzielnicy z przełomu wieków, schodzącej w dół do Charles River. 

Dom, który zajmowali Nick i jego ojczym, znajdował się przy skwerze Mecklenburg. 

Było  to  jedno  z  najładniejszych  miejsc  w  okolicy.  W  świetle  ulicznych  lamp  mieniące  się 

kolorami liście wyglądały jak koronkowy baldachimu. Pod numerem ósmym stał dom w stylu 

regencji. Symetrycznie po obu stronach drzwi wejściowych znajdowały się prostokątne okna 

z pomalowanymi na czarno skrzynkami pełnymi jesiennych kwiatów. Kiedy tylko samochód 

podjechał pod drzwi, te otworzyły się. W padającej na schody smudze światła stanął wysoki, 

background image

 

szczupły mężczyzna o wyrazistych, surowych rysach i gęstych, szpakowatych włosach. Raine 

powinna była przewidzieć, że tak właśnie będzie wyglądał jej stryj, ale na widok sobowtóra 

ojca poczuła się dziwnie. 

Stryj  wyciągnął  rękę. Ojciec pochwycił ją bez słowa, uścisnął,  po czym  bracia padli 

sobie w objęcia. Lata oddalenia i niezgody natychmiast poszły w niepamięć. Raine poczuła, 

że Nick bierze ją pod ramię. Ten dotyk oraz porozumiewawcze spojrzenia, jakie wymienili, 

stworzyły między nimi jakąś sekretną więź. 

To  nieoczekiwane  uczucie  bliskości  przetrwało  cały  następny  tydzień,  a  pierwsze 

wspaniałe wrażenie, jakie Nick zrobił na Raine, zamiast zmaleć, jeszcze się wzmogło. Oka-

zało  się,  że  kuzyn  jest  nie  tylko  nieludzko  przystojny.  Miał  również  bystry  umysł  i  silną 

osobowość.  Rozmowa,  którą  Raine  podsłuchała  któregoś  dnia,  świadczyła  o  tym,  że  stryj 

Harry nie tylko kochał swego przybranego syna, ale także bardzo go szanował. 

- Teraz w biznesie nie ma miejsca na słabość - mówił ojciec. - Za dużo wokół szakali. 

-  Masz  rację  -  przytaknął  Harry.  -  Ale  Nick  nie  jest  miękki,  o  nie.  Nie  zazdroszczę 

nikomu, kto próbowałby wywieść go w pole. 

- Ale z tego, co opowiadałeś, wynika, że jest dobrym pracodawcą... 

-  Zgadza  się.  Nie  waha  się  zwalniać  tych,  którzy  nie  spełniają  jego  wymagań,  ale 

traktuje  ludzi  przyzwoicie.  Wiem  na  przykład,  że  wyrzucił  z  pracy  pewnego  obiboka,  a 

potem, z własnej kieszeni, łożył na utrzymanie jego rodziny, póki gość nie znalazł sobie innej 

roboty. 

Od  początku  Raine  wyczuwała  w  Nicku  pewną  bezwzględność,  a  ponieważ  coraz 

bardziej poddawała się jego urokowi i pragnęła myśleć o nim dobrze, toteż opowieść stryja od 

razu  poprawiła  jej  humor.  Poza  urodą  filmowego  gwiazdora  Nick  miał  w  sobie  jakąś 

naturalną  wyniosłość,  która  czyniła  go  atrakcyjnym  w  oczach  wielu  kobiet.  Nie  był  jednak 

próżny  ani  zarozumiały  i  chociaż  potrafił  być  bezwzględny,  umiał  również  być  troskliwy, 

wspaniałomyślny  i  wielkoduszny.  Robiła,  co  mogła,  by  ukryć  swoje  zafascynowanie 

kuzynem, lecz zawładnął bez reszty jej myślami. Często przyłapywała go na tym, że się jej 

przygląda, ale trudno było coś wyczytać z jego twarzy. 

Pewnego  dnia  poszli  we  czworo  na  Freedom  Trail,  obejrzeli  port  i  zbudowany  w 

XVIII  wieku  masztowiec  „U.S.S.  Constitution”,  zachwycali  się  dziewiętnastowiecznym 

Trinity Church, odbijającym się w przeszklonej wieży Johna Hancocka, byli też w Muzeum 

Nauki. 

background image

 

Nikt  o  tym  nie  mówił,  lecz  wszyscy  wiedzieli,  że  czasu  jest  mało,  toteż  rzadko 

spędzali  dni  na  leniuchowaniu.  Wieczorami,  gdy  Raine  kładła  się  spać,  a  Nick  znikał  w 

swoim pokoju, żeby trochę popracować, bracia rozmawiali do późna w nocy. 

Pewnego  wieczoru  Nick  odprowadził  Raine  eleganckimi  schodami  na  górę. 

Rozmawiając o błahostkach, przystanęli przed drzwiami jej pokoju. Zaśmiała się z czegoś, co 

powiedział, a on raptem nachylił się i pocałował ją delikatnie. Poczuła się tak, jakby spadły za 

nią fałdy grubego czarnego aksamitu. Wreszcie, z ociąganiem, Nick odsunął się. 

- Dobranoc, Raine - szepnął. - Śpij dobrze. Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie. 

Tej nocy śniła o białych koronkach i kwiatach pomarańczy, o deszczu ryżu i płatków róży, o 

domu z kolorowymi, szybkami. 

Następnego dnia bardzo starała się zachowywać naturalnie. Tyle że zazwyczaj chłodna 

i rozsądna Raine była zakochana po uszy. Kiedy po wspólnym porannym spacerze wrócili we 

czworo  do  domu,  gosposia  przekazała  Nickowi  wiadomość  z  biura.  Wynikła  jakaś  nagła 

sprawa, która wymagała jego obecności. 

Wrócił  co  prawda  do  domu  na  kolację,  ale  zachowywał  się  inaczej  niż  zwykle.  Był 

zamyślony i niezbyt rozmowny. 

-  Muszę jutro lecieć do  Maine  -  odezwał  się,  gdy  stryj  i  ojciec przerwali na moment 

rozmowę. 

- Do Maine? - zdziwił się Ralph. W odpowiedzi wyręczył Nicka stryj. 

-  Dawno  temu  kupiłem  tam  przedsiębiorstwo  wyrębu  lasu  i  kilka  papierni.  Nick 

marnuje teraz swój czas, zajmując się jeszcze i tym. 

-  Nie  marnuje  -  uśmiechnął  się  Nick.  -  Sporadyczne  wypady  do  Maine  to  żaden 

problem.  A  zresztą,  tak  tam  pięknie  i  dziko...  Może  pojedziecie  ze  mną?  Harry  pokręcił 

głową. 

- Ja niestety odpadam. 

- Mówisz, że ładnie tam... - zastanowił się Ralph. 

-  Och,  krajobraz  jest  naprawdę  wspaniały.  Jeziora,  góry,  malownicze  skaliste 

wybrzeże  z  setkami  wysepek,  urokliwe  miasteczka,  białe  drewniane  kościoły,  maleńkie 

wioski rybackie, zagubione w głuszy przystanie, latarnie morskie. Ludzie żyją w rozsianych 

po  wybrzeżu  wioskach  i  utrzymują  się  z  morza.  Na  północnym  wschodzie,  przy  granicy  z 

Kanadą znajduje się Allagash - tereny pełne lasów, bagien i cieków wodnych. To głównie tam 

odbywa się wyrąb. 

- Brzmi nieźle - przytaknął Ralph - ale myślę, że powinienem zostać w Bostonie. 

- A może wy, młodzi, wybralibyście się razem? - zasugerował stryj. 

background image

 

- Masz ochotę? - spytał Nick swą kuzynkę. 

Pomyślała,  że  wycieczka  z  Nickiem  byłaby  dla  niej  przeżyciem  tak  samo 

fascynującym, jak skok z samolotu bez spadochronu - i tak samo karkołomnym. 

-  Ogromną!  -  odpowiedziała,  a  jeśli  nawet  usłyszał  w  jej  głosie  drżenie,  to  miała 

nadzieję, że przypisał je emocjom związanym z wyprawą. 

Następnego  dnia  wczesnym  rankiem  polecieli  do  Bangoru.  Stamtąd,  pilotowanym 

przez  Nicka  małym  samolotem,  przystosowanym  do  lądowania  zarówno  na  ziemi,  jak  i  na 

wodzie, dotarli do miejsca przeznaczenia. 

Wylądowali na wyboistej drodze, tuż za ciężarówki z platformą, wiozącą powiązane 

łańcuchami pnie drzew. 

-  Nie  ma  tu  pasów  startowych  -  wyjaśnił  Nick,  widząc,  że  Raine  jest  mocno 

zaskoczona.  -  Ląduje  się  albo  na  wodzie  albo  na  jednej  z  dróg  dostawczych,  będących 

własnością przedsiębiorstwa. 

Kiedy wstępowali po schodkach do baraku, w którym mieściło się biuro, przywitał ich 

grubawy, łysiejący mężczyzna w okularach bez oprawek. 

Raine podsunięto szybko proste drewniane krzesło. Przy mocnej kawie i pokrojonym 

grubo cieście czekała, aż Nick rozwiąże problem, który go tutaj sprowadził. 

-  W  Sowiej  Zatoczce  mamy  drewnianą  chatę  -  powiedział,  gdy  załatwił  sprawy.  - 

Chciałabyś zatrzymać się ta i pozwiedzać okolicę? Czy może wolisz bardziej cywilizowane 

miejsce? 

Bez wahania spaliła za sobą mosty. 

- Zatrzymajmy się w Sowiej Zatoczce. 

Polecieli  nad  lasami  i  wylądowali  na  gładkiej  jak  lustro  powierzchni  Jeziorka 

Sowiego. Taflę wody otaczały wzgórza przystrojone w szkarłat, złoto, zieleń i brąz jesionów, 

klonów, modrzewi i cedrów. Raine nigdy w życiu nie widziała piękniejszego miejsca. 

Solidna, wzniesiona na palach drewniana chata stała na polanie na brzegu jeziora. Z 

trzech stron okalała ją weranda, z przodu - osłonięty ganek. Nick otworzył masywne drzwi. 

napalił w piecu, a potem zostawił Raine samą i wrócił do samolotu po bagaże. 

Kuchnia  urządzona  była  bardzo  skromnie.  Oprócz  zlewu  i  staromodnej  pralki  z 

wyżymaczką stała w niej kuchenka na gaz i lodówka. Spiżarnia zaopatrzona była obficie w 

puszkowaną i suszoną żywność. 

Obok kuchni znajdował się mały pokoik do spania, a przy nim łazienka z porcelanową 

umywalką i wanną, kabiną prysznicową i ubikacją. 

background image

 

Największą  część  chaty  zajmowała  jednak  ogromna  izba,  urządzona  bardzo  prosto. 

Stały tu dwa długie regały z książkami, stolik do kawy i czarna skórzana kanapa. Na drewnia-

nej lśniącej podłodze leżały maty zdobione azteckim wzorem, pasujące do poduszek i zasłon 

w  oknie.  W  kamiennym  palenisku  stał  olbrzymi,  opalany  drewnem  piec,  a  przed  nim 

rozpostarta była kudłata niedźwiedzia skóra. Z boku izby, na niewielkim podwyższeniu stała 

sosnowa szafa, toaletka, bieliźniarka i duża otomana. 

Było  zimno  i  w  powietrzu  unosił  się  zapach  charakterystyczny  dla  nie  wietrzonego 

przez dłuższy czas wnętrza, ale ogień zaczynał już buzować w piecu, liżąc wonne bierwiona. 

- Podoba ci się? - spytał Nick. 

-  Bardzo  -  odpowiedziała  swobodnym  tonem,  usiłując  ukryć  zdenerwowanie.  - 

Szczerze mówiąc, cieszę się, że jest tu  tak wspaniale wyposażona łazienka. Uśmiechnął  się 

szeroko. 

-  W  moim  wieku  ceni  się  już  pewne  wygody.  -  Ale  jak  ci  się  udało  to  wszystko 

urządzić? 

-  Wodę  ciągnie  się  pompą  ze  studni,  a  oświetlenie  i  ogrzewanie  jest  gazowe.  A 

właśnie... 

Zmierzch zapadał szybko. Nick wziął z pieca podpałkę i przytknął ją do gazożarowych 

koszulek  przewodów.  Już  po  chwili  zapaliły  się  lampki.  Gdy  zaciągnął  ciężkie  story  w 

oknach, od razu zrobiło się przytulniej. 

- Dziś pitraszę ja - powiedział. - Jutro twoja kolej. najpierw się napijemy. 

Przyniósł  ze  spiżarni  butelkę  wina,  napełnił  dwa  kieliszki  i  podał  jeden  Raine, 

muskając  jej  dłoń  palcami.  Wstrzymała  oddech.  Nie  miała  cienia  wątpliwości  -  jeśli  nie 

chciała  zbliżenia,  należało  to  teraz  jasno  powiedzieć.  Wystarczyło,  żeby  odwróciła  oczy  i 

cofnęła się o krok. Jednak pragnęła Nicka, i to z całych sił. Zrobiła krok w przód. Nick wyjął 

kieliszek z jej zdrętwiałych palców i ostrożnie odstawił na stolik. Nie podprowadził jej jednak 

do łóżka, a położył na niedźwiedziej skórze i podłożywszy jej pod głowę poduszkę z kanapy, 

wyciągnął się przy niej, całując namiętnie oczy, szyję i usta. 

Rozbierał ją powoli w blasku ognia, złocącym jej kremową skórę. 

- Najpiękniejsza ty moja - szepnął chrapliwie, zrzucając z siebie ubranie. - Zielonooka 

czarodziejko... 

Był  wprawnym,  czułym  kochankiem  i  chociaż  nigdy  jeszcze  nie  współżyła  z 

mężczyzną,  nie  odczuwała  bólu,  a  tylko  radosne,  wzmagające  się  uniesienie,  aż  w  końcu 

miała wrażenie, że jej ciało zamieniło się w rozpaloną do białości czystą rozkosz. 

background image

 

Leżała  w  jego  ramionach,  z  głową  na  jego  ramieniu.  Jej  serce  biło  mocno,  równo, 

coraz spokojniej. 

- To twój pierwszy raz - powiedział łagodnie Nick. Poczuła się trochę niepewnie. 

- Przeszkadza ci to? 

- Przeszkadza?! Och, Raine! Czuję się jak król. 

Po tym pierwszym gwałtownym zbliżeniu kochali się rano, w południe i wieczorem, 

jakby to był ich miodowy miesiąc. Wychodzili z łóżka tylko po to, żeby wziąć prysznic albo 

coś  zjeść,  pospacerować  lub  popływać  kajakiem  po  jeziorze.  Nick  nie  wypowiedział 

wprawdzie słowa, które  tak bardzo chciała usłyszeć, lecz uznała, że to tylko kwestia czasu. 

Zwyczajny, jak to bywa na początku związku, opór przed przyznaniem się do najgłębszego i 

najbardziej wiążącego ludzi uczucia. 

Żadne z nich nie chciało, żeby ten idylliczny tydzień się skończył, ale kiedy nadeszła 

sobota,  Nick  zapowiedział  powrót.  Wyruszyli  wczesną  porą.  Podczas  drogi  milczał  i  był 

zamyślony,  ale  zakochana  na  zabój  Raine  wracała  do  Bostonu  z  głową  w  chmurach, 

oszołomiona szczęściem. 

Na miejscu dowiedzieli się, że stryj i ojciec wybrali się na mecz piłkarski, na Nicka 

zaś czekała pilna wiadomość od sekretarki. 

-  Szlag  by  trafił  -  wymruczał  ze  ściągniętym  czołem.  -Muszę  z  tobą  porozmawiać. 

Mam  ci  coś  ważnego  do  powiedzenia.  ..  ale  może  lepiej  pojadę  najpierw  do  roboty.  Po-

winienem przejrzeć i podpisać pewne ważne dokumenty. - Ujął ją za obie ręce. - To potrwa 

najwyżej dwie godziny. Dasz tu sobie radę sama? 

- No pewnie. 

Pocałował ją mocno w usta i wyszedł. 

Poszła  na  górę  i  rozpakowała  walizkę.  Kiedy  przechodziła  do  dużego  słonecznego 

salonu, w holu pojawiła się gosposia stryja, pani Espling. 

- Czy coś pani podać, panno Marlowe? Może herbatę? -spytała. 

- Dziękuję. Bardzo chętnie się napiję. 

Nalewała  sobie  już  drugą  filiżankę,  kończąc  pyszną  domową  drożdżówkę,  gdy 

usłyszała,  że  ktoś  wchodzi  bez  pukania.  Podniosła  z  uśmiechem  wzrok  i  zaskoczona 

zobaczyła szczupłą dziewczynę, starszą od niej o jakiś rok czy dwa. 

-  Cześć!  -  rzuciła  przyjaźnie.  -  Jestem  Tina.  A  ty  jesteś  zapewne  kuzynką  Nicka. 

Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, mówił mi, że przyjedziesz. Nick jest w domu? 

- Nie, pojechał do pracy. 

background image

10 

 

- W sobotę! - W rozpromienionych brązowych oczach Tiny pojawił się cień zawodu. - 

Nie wiesz przypadkiem, kiedy wróci? 

- Powiedział, że zajmie mu to mniej więcej dwie godziny. 

- No, to mam mnóstwo czasu. Wpadnę do domu rozpakować się. 

- Mieszkasz daleko? 

-  Nie,  w  sąsiednim  domu.  -  Tina  przysiadła  na  najbliższym  krześle,  najwyraźniej 

czując się tu jak u siebie. - Widuję Nicka prawie codziennie, a że trochę czasu mnie nie było... 

O,  matko,  jak  ja  się  za  nim  stęskniłam!  Przez  trzy  tygodnie  siedziałam  w  Nowym  Jorku  u 

przyjaciółki.  -  Zerknęła  na  zegarek.  -  Właśnie  w  tej  chwili  miałam  od  niej  wyjeżdżać. 

Umówiliśmy  się  z  Nickiem,  że  będzie  czekał  na  mnie  na  lotnisku,  tylko  że...  Tylko  że 

zorientowałam  się,  że  mogę  wrócić  do  domu  dzień  wcześniej,  i  postanowiłam  zrobić  mu 

niespodziankę. 

Odgarnęła  ciemny  lok  i  raptem  Raine  spostrzegła  na  lewej  ręce  Tiny  piękny 

pierścionek z szafirem. Ogarnęły ją złe przeczucia. 

- Piękny pierścionek - powiedziała, czując, że drętwieją jej usta. 

Ładną, bladą twarz Tiny rozjaśnił uśmiech. 

-  Prawda?  Chciałam  mieć  diamentowy  soliter,  ale  Nick  uznał,  że  nie  byłby  w  moim 

stylu, i wybrał ten. 

- Od dawna jesteście zaręczeni? - Raine miała wrażenie, że wstępuje na szafot. 

-  Nick  oświadczył  mi  się  i  poszliśmy  kupić  pierścionek  na  dzień  przed  moim 

wyjazdem  do  Nowego  Jorku.  -  Zerwała  się  na  nogi.  -  Lecę  rozpakować  prezent  dla  niego. 

Kupiłam mu zegarek od Tiffany'ego. To niespodzianka, więc gdyby wrócił przede mną, nic 

mu nie mów. 

- Nie zobaczę się z nim. Coś mi wypadło i muszę wracać do domu. Za chwileczkę jadę 

na lotnisko. 

- W takim razie do zobaczenia - uśmiechnęła się Tina. -Mam nadzieję, że podobało ci 

się  tutaj.  Szczęśliwej  drogi!  Ledwie  zamknęły  się  za  nią  drzwi,  Raine  zamówiła  taksówkę. 

Wbiegła  do  swojego  pokoju,  wrzuciła  rzeczy  do  walizki,  nabazgrała  karteczkę  do  ojca, 

tłumacząc  swój  wyjazd  niedomaganiem  Marthy,  i  drugą  do  stryja  z  podziękowaniami  za 

gościnę. 

Los jej sprzyjał. Zdobyła miejsce w samolocie odlatującym do Londynu za niespełna 

godzinę. W czasie podróży musiała wyglądać bardzo źle, gdyż zwróciło to uwagę stewardesy. 

- Niedobrze się pani czuje? Czy coś podać? 

background image

11 

 

-  Nie,  nie,  dziękuję  -  uśmiechnęła  się  blado,  wdzięczna  za  życzliwość.  -  Jestem  po 

prostu zmęczona. 

Była  zmęczona,  przepełniona  goryczą,  obolała.  Durna  baba!  -  wymyślała  sobie  w 

duch.  Ślepa,  bezmyślna  idiotka.  Nick  zabawił  się  na  boku,  korzystając  z  nieobecności 

narzeczonej,  a  ona  straciła  dla  niego  głowę.  A  co  będzie,  jeśli  zaszła  w  ciążę?  Ogarnęło  ją 

takie przerażenie, że aż się jej zrobiło gorąco. Z pobieżnych wyliczeń wyniknęło jednak, że za 

swoją głupotę nie poniesie wiadomych konsekwencji. Uff! Ależ by się ojciec zdenerwował! A 

tak  -  nigdy  się  nie  dowie.  Miała  naprawdę  szczęście.  Nie  zmieniało  to  jednak  faktu,  że 

zachowała  się  jak  głupia  gęś.  Uznała,  że  skoro  zakochała  się  w  Nicku,  to  on  też  musiał  ją 

pokochać i że w perspektywie oznacza to małżeństwo, dom, rodzinę. Dostała jednak bolesną 

nauczkę, która powinna być lekcją na całe życie. 

Raine  przysięgła  sobie,  że  już  nigdy,  przenigdy  nie  pozwoli  na  to,  by  ktoś  ją 

wykorzystał. 

Następne  tygodnie  były  najgorszym  okresem  w  jej  życiu.  Ciężkie  były  dni,  jeszcze 

gorsze  -  noce.  Martha  obserwowała  ją  zaintrygowana,  ale  o  nic  nie  pytała.  Nigdy  nie  była 

wścibskaTelefonował ojciec. Nick również parokrotnie usiłował się do niej dodzwonić, lecz 

za każdym razem wykręcała się od rozmowy. Rozpoznając na kopertach jego charakter pis-

ma, niszczyła listy, które słał, nawet ich nie otwierając. Jeździła do firmy, usiłując zatracić się 

w  pracy,  ale  nie  potrafiła  się  na  niczym  skupić.  Tęskniła  za  Nickiem  bezustannie,  nawet 

wtedy, gdy powtarzała sobie, że zranił boleśnie dwie kobiety - ją i Tinę. 

Ojciec wrócił do Anglii dopiero po miesiącu. Chociaż robiła dobrą minę do złej gry, 

bacznie i z niepokojem ją obserwował. 

- Pokłóciłaś się z Nickiem? - spytał wreszcie. 

- Wydaje ci się. 

- Masz mnie za durnia, dziewczyno? Wiem, że nie chcesz z nim rozmawiać, a Martha, 

chociaż bardzo się stara, zupełnie nie umie kłamać. Musiało to być coś naprawdę poważnego, 

skoro zwiałaś do domu jak psiak z podwiniętym ogonem. Jestem jednak pewien, że... 

- Proszę cię, tato - przerwała kategorycznie. - Nie chcę o tym mówić. 

Westchnął tylko. 

- Może zmienisz zdanie, kiedy Nick tu przyjedzie. 

- Tutaj? - Poczuła się, jakby raził ją piorun. - Kiedy? 

- Powiedział, że jak tylko będzie mógł się wyrwać z pracy. Możliwe, że w sobotę. 

background image

12 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Całą noc przewracała się z boku na bok, aż wreszcie podjęła decyzję. Wstała raniutko, 

spakowała niezbędne rzeczy, napisała kartkę do ojca, że wyjeżdża na kilka dni do Londynu, i 

po  cichu  opuściła  dom.  Bez  wątpienia  było  to  zachowanie  tchórzliwe,  lecz  nie  zniosłaby 

spotkania  z  Nickiem.  Cokolwiek  go  ta  sprowadzało  -  nieczyste  sumienie  czy  spóźnione 

poczucie winy - nie chciała o tym wiedzieć. Nic, co mógł powiedzieć czy zrobić, nie było w 

stanie  wymazać  przeszłości  ani  umniejszyć  jej  wstydu.  Wysłuchiwanie  przeprosin 

upokorzyłoby ją jeszcze bardziej i odebrało resztki szacunku dla samej siebie. 

Był to typowy jesienny poranek - szary i mglisty. Podjechała samochodem na dworzec 

i złapała najbliższy pociąg do miasta. W porze śniadania mieszkała już w cichym hoteliku w 

pobliżu Green Park. 

Przez następne parę dni bardzo się starała zapomnieć o Nicku, ale na próżno. 

Zmuszała się do codziennych spacerów, oglądała wystawy, zwiedzała muzea i galerie, 

byle tylko zabić czas. Piątego dnia dobrowolnego wygnania zatelefonowała do domu. Głęboki 

głos  Nicka  wstrząsnął  nią  do  tego  stopnia,  że  jak  oparzana  rzuciła  słuchawkę.  Nie  miała 

apetytu,  lecz  jadła  przez  rozsądek,  a  wieczorami  chodziła  na  koncerty  i  przedstawienia 

teatralne. 

Kiedy  w  piątkowy  wieczorem  wyszła  z  teatru,  padał  deszcz.  Wypatrując  taksówki, 

wpadła raptem na wysokiego szczupłego mężczyznę, zmierzającego w przeciwnym kierunku. 

Upuściła przy tym torebkę, która otworzyła się i cała jej zawartość rozsypała się po mokrym 

chodniku. 

- Bardzo panią przepraszam.  - Dobrze ubrany młody mężczyzna nachylił  się i zaczął 

zbierać rzeczy. Podziękowała mu serdecznie. 

-  To  moja  wina.  Usiłowałam  złapać  taksówkę  i  nie  patrzyłam  przed  siebie.  - 

Przeniosła ciężar ciała na prawą nogę i aż syknęła. 

- Czy coś się stało? - zapytał. 

- Chyba lekko skręciłam nogę w kostce. Ale to z pewnością nic poważnego. 

- Da pani radę iść? 

- Och, naturalnie. - Zrobiła krok, żeby to udowodnić, i znowu syknęła. 

Spojrzał na nią zaniepokojony. 

- Może lepiej będzie, jeśli panią podwiozę. Mam tu niedaleko samochód. - Widząc, że 

się waha, dodał: - W taki wieczór szanse na złapanie taksówki są raczej mizerne. 

background image

13 

 

- No cóż... - powiedziała powoli, patrząc mu w oczy, przesłonięte okularami w złotych 

oprawkach.  -  Jeśli  nie  byłoby  to  panu  bardzo  nie  po  drodze...  Zatrzymałam  się  w  hotelu 

„Wirral”. 

-  Znam  ten  hotel.  I  tak  się  składa,  że  jadę  w  tamtą  stronę,  bo  mam  tam  mieszkanie, 

chociaż  mój  dom  rodzinny  znajduje  się  w  Mayfair.  -  Podał  jej  ramię  ze  staroświecką 

elegancją i gdy zaczęli iść, przedstawił się: - Kevin Somersby. 

Podczas  krótkiej  jazdy  Raine  dowiedziała  się,  i  bynajmniej  jej  to  nie  zaskoczyło,  że 

Kevin  pracuje  w  Ministerstwie  Spraw  Zagranicznych  i  że  jego  matką  jest  lady  Maude 

Somersby. 

Był  przystojny,  ale  nieciekawy.  Nie  budził  w  niej  żadnych  żywszych  uczuć,  może 

dlatego nie czuła się przy nim ani spięta, ani skrępowana. Przeciwnie - jego towarzystwo po-

zwoliło  się  jej  odprężyć.  Odprowadził  ją  do  hotelowego  holu  i  pożegnał  się,  życząc  dobrej 

nocy. 

- Dobranoc... i jeszcze raz dziękuję. - Raine podała mu rękę. 

Przytrzymał ją dłużej i z pewnym wahaniem zapytał: '- Czy wolno mi będzie wpaść tu 

jutro? Chciałbym upewnić się, że z pani kostką wszystko w porządku. 

- Naturalnie. 

Miły i przyzwoity, pomyślała, wjeżdżając windą na górę. Kompletne przeciwieństwo 

Nicka. 

Gdy  po  śniadaniu  Kevin  zjawił  się  z  tuzinem  długich  róż  i  zaprosił  ją  na  lunch, 

zgodziła się bez wahania. Spotkanie przeciągnęło się do późnego popołudnia i w końcu zjedli 

razem kolację. Żegnając się, zapytał, jak długo Raine pozostanie w Londynie. 

- Dokładnie nie wiem - odparła z wahaniem. - Myślę, że dzień, może dwa. 

- A czy jutro masz czas? - zapytał. - Mama chciałaby cię poznać i zaprasza na lunch... 

-  Dziękuję.  Z  przyjemnością.  -  Nie  bardzo  wiedziała,  jak  się  wykręcić,  a  poza  tym 

nawet nie miała pewności, czy rzeczywiście ma ochotę odmówić. 

-  W  takim  razie  przyjadę  po  ciebie  około  dwunastej.  Wyglądał,  jakby  kamień  spadł 

mu  z  serca,  i  Raine  raptem  nabrała  podejrzeń.  Na  tym  spotkaniu  zależało  zapewne  przede 

wszystkim  lady  Somersby.  Chciała  naocznie  stwierdzić,  czy  niejaka  Raine  Marlowe  jest 

odpowiednią towarzyszką dla jej syna-jedynaka. No, ładnie... 

Następnego dnia w restauracji powitała ją z najwyższą kurtuazją majestatyczna lady ze 

sztywno ułożonymi włosami, kilkoma sznurami pereł i z oczami jak lasery. Po wyśmienitym 

lunchu, podczas którego Raine została uprzejmie, acz gruntownie przepytana na temat ojca, 

background image

14 

 

matki, pochodzenia i pozycji społecznej, lady Somersby zasugerowała Kevinowi, żeby kiedyś 

zaprosił Raine na niedzielny obiad. 

Wieczorem, po telefonicznej rozmowie z Marthą, od której dowiedziała się, że Nick 

wyjechał do Stanów, Raine zawiadomiła Kevina, że wraca do domu. Nie ukrywał zawodu. 

- Będziesz u nas zawsze mile widzianym gościem - powiedziała na osłodę. - Wpadaj, 

kiedy tylko zechcesz. 

- Jesteś tu samochodem? 

- Nie. Przyjechałam pociągiem. 

- W takim razie może cię odwiozę? 

Zastanawiała  się  przez  chwilę,  co  pomyśli  o  tym  ojciec.  W  końcu  uznała,  że  jest  to 

wyborne rozwiązanie. Obecność Kevina byłaby  najlepszym  dowodem  na to,  że zupełnie nie 

zależy jej na Nicku. Poza tym uda jej się uniknąć burzliwej rozmowy z ojcem. Choćby był na 

nią  potwornie  wściekły,  nie  będzie  jej  robił  awantury  przy  świadkach.  Dlatego  też  Raine 

przezornie zaprosiła Kevina na kolację. 

Od tej pory stał się u nich bardzo częstym gościem, a wczesną wiosną uroczyście się 

jej  oświadczył.  Nie  była  zaskoczona,  gdyż  posunięcia  Kevina  zawsze  dały  się  z  góry 

przewidzieć. On nigdy nie zraniłby jej dotkliwie i nie porzucił. Nie rozpalał jej zmysłów, ale 

czuli  się  w  swoim  towarzystwie  swobodnie.  Chcieli  od  życia  tego  samego...  Kupił  jej 

pierścionek  z  diamentem,  zaczęli  przygotowywać  się  do  ślubu  i  snuć  plany  na  przyszłość. 

Raine  chciała  w  dalszym  ciągu  pracować,  przynajmniej  przez  pewien  czas,  lecz 

nieoczekiwanie w tej kwestii Kevin okazał się nieugięty. 

- Pora, skarbie, podjąć decyzję - powiedział kiedyś takim tonem, jakby od tych ustaleń 

zależało ich życie. - Mojej matce bardzo nie podobają się te dzisiejsze małżeństwa, w których 

żona pracuje zawodowo ze szkodą dla życia rodzinnego. Poza tym, jak by na to nie patrzeć, 

moje mieszkanie jest za daleko, żeby twoje codzienne dojazdy w ogóle się nam opłacały. 

- Mówiłam ci już, że nie chcę się stąd wyprowadzać. Tata opiekuje się mną od śmierci 

mamy, jestem dla niego wszystkim... A tutaj, u nas, jest osobne wielkie mieszkanie. Do pracy 

nie będziesz miał stąd dalej niż teraz. 

Jednakże i w tej sprawie okazał się niezwykle uparty. 

- Zawsze mi się wydawało, że to żona powinna się wprowadzić do domu męża, a nie 

odwrotnie. 

-  Ale pomyśl  tylko...  Co ja będę robić, zamknięta przez cały dzień w tej  londyńskiej 

dziupli? 

Z wyrazu jego bladych szarych oczu wywnioskowała, że poczuł się urażony. 

background image

15 

 

- Po ślubie, mam nadzieję, nie będziemy przecież siedzieć ciągle w domu. Możesz też 

zająć się działalnością charytatywną. Mama bardzo chętnie pomoże ci w tym. A w ogóle to 

ustaliliśmy już chyba, że chcemy założyć rodzinę. 

-  Miasto  nie  jest  z  całą  pewnością  najlepszym  miejscem  do  wychowywania  dzieci  - 

powiedziała z uporem. 

- Kiedy przyjdzie na to czas, rozejrzymy się za domem na wsi - obiecał. - Zgoda? 

-  Zgoda  -  odpowiedziała  z  ociąganiem.  -  Powiem  tacie,  że  po  ślubie  nie  wrócę  do 

pracy. Pewien swego Kevin zrobił się wielkoduszny. 

-  Jeśli  zechcesz  być  blisko  ojca,  to  kupując  dom,  postaramy  się  znaleźć  coś  w 

rozsądnej  odległości  stąd...  Muszę  jechać.  Rano  odwożę  mamę  na  posiedzenie  fundacji 

charytatywnej, a potem na lunch, ale przyjadę tu po południu. Zarezerwowałem stolik w tej 

knajpce, którą chciałaś zobaczyć. 

Rozbrojona jego troskliwością i tym, że chciał jej zrobić przyjemność, odprowadziła 

go do bramy i pomachała na pożegnanie. 

Stary  ogród  wypełniało  słońce.  Z  zamkniętymi  oczami,  podłożywszy  pod  głowę 

wełniany  serdak,  Raine  wyciągnęła  się  na  trawie.  Nad  lawendą  i  różami  bzykały  pszczoły. 

Pachniały zioła. Leciutki powiew wiatru musnął jej policzek i rozwiał grzywkę. Calib, który 

zwinął się na jej brzuchu, zmrużył sennie ślepka, wylizał języczkiem łapkę i zaczął toaletę od 

ucha.  Nagłe,  obdarzony  czulszym  słuchem  niż  jego  pani,  uniósł  łepek  i  nadstawił  uszu. 

Chwilę później w wysokim murze z różowej cegły zaskrzypiała furtka. Raine usłyszała kroki 

na  krętej,  obsadzonej  kwiatami  ścieżce  i  poczuła,  że  kot  miękko  zeskakuje  z  jej  brzucha. 

Znikał zawsze, gdy nadchodził Kevin, zdecydowanie odrzucając wszelkie próby nawiązania 

przyjaźni. Cień padł na jej twarz. Nie otwierając oczu, wymruczała leniwie: 

- Cześć. 

Kiedy usiadł i nachylił się, muskając jej usta, objęła go za szyję, a on wyciągnął się 

przy  niej.  Dziwne.  Kevin  i  wylegiwanie  się  na  trawie?  To  zupełnie  nie w  jego  stylu.  Dotyk 

warg  też  był  jakiś  inny  -  mniej  zdawkowy,  budzący  emocje.  I  to  jakie  emocje!  Wrażenie 

pogłębiło się jeszcze, gdy pocałował ją mocniej. Serce zaczęło jej bić jak szalone, całe ciało 

ogarnął  płomień.  Raptem  zadrżała,  jakby  ktoś  oblał  ją  wiadrem  zimnej  wody,  i  natychmiast 

otrzeźwiała. Do tej pory tylko jeden mężczyzna, Nick, potrafił tak silnie ją pobudzić. A teraz 

znowu ten... Nie! Nie życzyła sobie takich odczuć. Przerażały ją, pozbawiały samokontroli. 

Sztywniejąc w oporze, próbowała go odepchnąć i otworzyła oczy. Oślepiło ją słońce i 

naraz zobaczyła pociągłą twarz i śmiejące się kpiąco oczy w oprawie ciemnych rzęs. Twarz, 

background image

16 

 

której  nauczyła  się  nienawidzić.  Której  nigdy  w  życiu  nie  chciała  już  oglądać.  Ogarnęła  ją 

panika. 

- To ty - wyszeptała. Poderwała się, usiadła prosto i usiłując zagłuszyć łęk, wybuchła z 

wściekłością: - Skąd się tu wziąłeś? Jak śmiesz mnie w ten sposób całować? 

- A jak chcesz, żeby cię całować? - zadrwił. - Z większą atencją i mniej spontanicznie, 

tak jak zapewne robi to twój narzeczony? 

- Nie życzę sobie, żebyś mnie całował. Ani tak, ani siak. W ogóle! 

- Kiedyś chciałaś... 

Zawirowało jej w głowie od wspomnień. 

- A skąd ty możesz wiedzieć, jak całuje mnie Kevin?! - krzyknęła gniewnie. 

-  Twój  tato  opisał  mi  go  jako  niższego  rangą  urzędnika  w  ministerstwie  - 

opanowanego, kulturalnego człowieka. 

-  Czyli  twoim  zdaniem,  nudnego  jak  flaki  z  olejem.  Nick  zwinnie  podniósł  się  i 

wyciągnął do niej rękę. 

- Nie mam racji? 

-  Absolutne  pudło.  Zresztą...  ani  mi  się  śni  z  tobą  o  nim  rozmawiać.  -  Wstała,  nie 

przyjmując pomocy, świadoma, że zauważył pierścionek, który błysnął na jej ręce. - A ty... po 

coś tu w ogóle przyjechał? 

Błysnął w uśmiechu zębami, ale wyczuła w tym nie wesołość, a groźbę. 

- Nie chciała góra do Mahometa, więc... Na ułamek sekundy zamarło w niej serce. 

- Czy tato wiedział, że przyjedziesz? 

- Tak. Rozumiem, że cię o tym nie uprzedził? Prychnęła gniewnie. 

- Zapewne go o to prosiłeś. 

- Czas najwyższy, żebyśmy ze sobą porozmawiali -stwierdził lakonicznie. 

-  Nie  ma  o  czym.  Za  miesiąc  wychodzę  za  mąż.  Wymówiła  te  słowa  jak  zaklęcie, 

które miało ją uchronić przed wszelkimi niebezpieczeństwami. 

- Naprawdę? - wycedził. 

- Naprawdę. - Starała się, by zabrzmiało to pewnie, ale była kiepską aktorką. - Tata na 

pewno ci o tym napomknął. 

Doskonale wiedziała, że ojciec i Nick byli ze sobą w stałym kontakcie. 

- O tak, napomknął - przytaknął ironicznie. - Mam jednak wrażenie, że twój luby nie 

za bardzo przypadł mu do gustu. 

Była to prawda, nie mogła temu zaprzeczyć. 

- Nie twoja rzecz, co ojciec myśli na temat Kevina - powiedziała szorstko. 

background image

17 

 

- No, nie wiem. Bądź co bądź, jesteśmy przecież rodziną, a kuzyni i krewni często się 

całują...  Co  prawda  od  czasu  kiedy  nam  się  to  zdarzyło  robić,  minął  prawie  rok  -  dodał  z 

przekąsem,  widząc,  że  Raine  nie  zamierza  podjąć  wyzwania  i  dalej  gładzi  Caliba,  który 

owinął mu się wokół kostek. 

- Dziś przecież cię nie całowałam. - Przemogła ucisk w gardle. 

- A to ciekawe. Widać tylko mi się wydawało. 

- Myślałam, że to Kevin. 

-  No  cóż,  skoro  potrafi  obudzić  w  tobie  taką  namiętność,  to  twój  ojciec  chyba 

niesłusznie uważa go za pruderyjnego nudziarza. 

Wiedziała, że to prowokacja, ale nie potrafiła się powstrzymać. 

-  Kevin  nie  jest  pruderyjny!  On  po  prostu...  -  urwała  i  dorzuciła  zdenerwowana:  -  A 

jeśli chodzi o mnie, wolę zwykłą sympatię od... 

-  Od  namiętności?  -  dokończył  z  drwiną.  -  A  pewnie,  pewnie.  Romansować  wolno 

każdemu. To o wiele mniej ryzykowne niż prawdziwa namiętność. Trzymanie się za rączki, 

spacerek  w  świetle  księżyca,  ukradkowy  całus...  Bardzo  to  śliczne,  tyle  że  do  niczego  nie 

zobowiązuje  i  nie  wymaga  głębszego  uczucia.  Jest  spokojnie,  przewidywalnie  i  bardzo 

bezpiecznie. 

I  kto  to  mówił?  Nick?  Doprawdy,  jakie  miał  prawo  wygłaszać  morały  na  temat 

zobowiązań i głębi uczuć? 

- A jeśli nawet? - rzuciła rozpaczliwie. - Jeżeli ja tak wolę, to nic ci do tego. 

- Tylko dlaczego chcesz właśnie tego? 

Dlaczego? Bo raz już uległa prawdziwej namiętności i prawie ją to zabiło. Nie miała 

ochoty  na  powtórkę  z  rozrywki.  Nie  mogła  sobie  na  to  pozwolić.  Raptem  Nick  wziął  ją  za 

ramiona i zmusił, żeby na niego spojrzała. 

- Dlaczego? - powtórzył. - Dlaczego chcesz, żeby wszystko w twoim życiu było nudne 

i  poukładane?  To  naprawdę  nie  jest  dobry  przepis  na  małżeństwo.  To  tak,  jakby  chcieć 

żeglować trójmasztowcem po stawie, zamiast wypłynąć na otwarte morze. 

Kiedy ją puścił, odczuła prawdziwą ulgę. 

- Niektórzy ludzie cierpią na chorobę morską. 

- Kevin na przykład? 

- Nam obojgu, i jemu, i mnie, odpowiada spokojny, przyjacielski... 

- Przyjaźń? Wielkie nieba, zapowiada się coś na kształt białego małżeństwa. 

- Wcale nie! Nie będzie tylko... 

- No, jakie? Pełne przygód? Namiętne? Poszukała odpowiedniego słowa. 

background image

18 

 

- Burzliwe. Ani mnie, ani jemu nie zależy na szalonych uniesieniach. - Uświadamiając 

sobie, jak żałośnie to zabrzmiało, zaczerwieniła się i spuściła głowę. Długie włosy do połowy 

przesłoniły jej twarz. 

Nick roześmiał się nieprzyjemnie. 

- W żyłach naszego małego lorda płynie chyba woda, a nie krew, skoro godzi się na 

taki mdły związek. Zdaje się, że twój ojciec miał rację, gdy... 

- Tato się myli. Uprzedził się i... 

- Daruj sobie ciąg dalszy - przerwał spokojnie. - Tak się składa, że będę miał możność 

sam wyrobić sobie pogląd na tę sprawę. 

Przez trawę szedł w ich stronę Kevin. Po raz pierwszy rzuciło się jej w oczy, że ma 

zaokrąglone ramiona i porusza się nieco ociężale. Chociaż dzień był bardzo ciepły i mimo że 

była sobota, miał na sobie garnitur i krawat. Przy Nicku, ubranym elegancko, lecz swobodnie 

w  lekkie  spodnie  i  rozpiętą  pod  szyją  ciemnoniebieską  koszulę,  wyglądał  niezgrabnie. 

Sztywniak,  pomyślała,  ale  jakby  chcąc  sobie  coś  udowodnić,  podbiegła  do  niego  z 

promiennym  uśmiechem,  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  wspięła  się  na  palce  i  pocałowała  w 

same  usta.  Nie  powiedział  co  prawda:  „Duszko,  uspokój  się”,  ale  był  taki  zażenowany,  że 

Nick  zaczął  się  dusić  ze  śmiechu.  Rabie  zerknęła  na  niego  z  nienawiścią.  Opamiętał  się  i 

wyciągnął rękę do Kevina. 

- Dominie Marlowe. Jestem kuzynem Raine. 

-  Kevin  Somersby.  Miło  mi.  -  Z  wyraźnym  zdziwieniem  w  oczach  uścisnął  prawicę 

Nicka. 

Raine podniosła wełniany serdak i oczyściła go z trawy. 

- Wejdźmy może do domu - zaproponowała, biorąc narzeczonego pod rękę. 

Ze  spokojną  pewnością  siebie,  która  ubodła  ją  do  żywego,  Nick  zajął  miejsce  u  jej 

drugiego boku. 

-  Trudno  mi  się  dopatrzyć  między  wami  podobieństwa,  choć  mówisz,  że  jesteście 

spowinowaceni  -  zauważył  Kevin,  zerkając  to  na  nią,  smukłą  i  czarnowłosą,  to  na  jej 

jasnowłosego, rosłego towarzysza. 

- Nie łączą nas więzi krwi - wyjaśnił lakonicznie Nick. 

- Nosicie wszakże to samo nazwisko... 

-  Moja  matka  owdowiała.  Miałem  rok,  gdy  poślubiła  Harry'go  Marlowe'a.  Usynowił 

mnie. 

- Rozumiem. - Kevin kiwnął głową. - A czym się pan zajmuje, panie Marlowe? 

- W rodzinie mówią na mnie Nick. 

background image

19 

 

- A tak, oczywiście... Nick - przytaknął Kevin odrobinę za wylewnie. 

Nick uśmiechnął się. 

-  Przejmuję  małe,  upadające  firmy  i  przemieniam  je  w  duże  i  kwitnące 

przedsiębiorstwa. 

Wyraźnie zbity z tropu Somersby poprawił okulary. 

- To musi dawać prawdziwą satysfakcję - powiedział drętwo. 

- O, tak, proszę mi wierzyć. 

Nie wiedzieć czemu Raine zadrżała. Calib, jak zwykle, gdy pojawiał się Kevin, znikł 

gdzieś  w  zaroślach.  Raptem,  ku  najwyższemu  zdumieniu  Raine,  wyłonił  się  zza  kępy  fio-

letowych kwiatków, otarł się o nogi Nicka i asystował mu niemal z psim oddaniem. 

- Kot zna cię chyba bardzo dobrze - skomentował Kevin, a gdy Nick nie zareagował, 

dodał  dosyć  wyniośle:  -  Trochę  to  dziwne,  że  się  do  tej  pory  nigdzie  nie  spotkaliśmy.  Nie 

przypominam też sobie, żeby Lorraine wspominała o tobie. 

-  Ona  w  ogóle  jest  dosyć  dziwną  osóbką  -  odparował  z  uśmiechem  Nick,  zerkając 

poufale na swoją kuzynkę. - Aż do dziś słowem nie napomknęła mi o twoim istnieniu. 

Kevin nie bardzo wiedział, jak zareagować. Zapadła ciężka cisza, aż w końcu - czy to 

z ciekawości, czy dlatego, że tak nakazywały dobre maniery - przerwał ją Somersby. 

- Zdaje się, że nie pochodzi pan... o, przepraszam... że nie pochodzisz z Europy? 

- Zgadza się. Mieszkam w Stanach, w Bostonie. 

- A tak... Zaciekawił mnie twój akcent. Wywodzisz się może z bostońskich braminów? 

-  Niestety  nie  -  odparł  chłodno  Nick.  -  Chociaż  faktem  jest,  że  dalecy  przodkowie 

mojej matki przybyli do Ameryki na „Mayflower”

-  Bostońscy  bramini?  -  wtrąciła  Raine.  -  Nie  słyszałam  takiego  określenia.  Co  to  za 

licho? 

Odpowiedział jej Nick. 

-  To  wprowadzone  w  XIX  wieku  przez  Olivera  Wendella  Holmesa  pojęcie  oznacza 

trudniącą się handlem, oczytaną, dużo podróżującą i bardzo konserwatywną elitę bostońską. 

Byli oni na ogół potomkami siedemnastowiecznych purytańskich osadników. 

Wyszli z ogrodu i zaczęli iść wznoszącym się łagodnie trawiastym zboczem do domu 

z różowej cegły. Kevin przygładził i tak już ulizane włosy. 

- Znacie się zatem od dziecka? Nick pokręcił głową. 

                                                 

  „Mayflower”  -  żaglowiec  handlowy,  na  którym  w  1620  roku  dotarło  z  Anglii  do  brzegów  Nowej 

Anglii  102  tzw.  „pielgrzymów”,  purytanów,  którzy  zapoczątkowali  tam  osadnictwo  i  stworzyli  ramy 
mieszczańskiego samorządu kolonii (Przyp. tłum.). 

background image

20 

 

- Nie dane nam się było poznać aż do... Raine, kiedy to właściwie miało miejsce? 

- Nie pamiętam dokładnie. - Zacisnęła zęby. 

- Oj, pamiętasz, pamiętasz na pewno. - Przytrzymał jej spojrzenie. 

- Chyba jakiś rok temu - rzuciła najswobodniej, jak umiała. 

-  To  trochę  romantyczna  historia  -  dopowiedział  Nick.  -  Nieprawdaż,  moja  miła? 

Widzisz... - zwrócił się do Kevina - to było tak... 

Przestraszona  określeniem  „moja  miła”  i  perspektywą  tego,  co  być  może  zamierzał 

ujawnić, Raine przerwała mu gwałtownie: 

- Oj, nie nudź. Co Kevina mogą obchodzić nasze rodzinne historie... 

- Ależ, Lorraine - obruszył się Somersby. - Mów, Nick, bardzo proszę. 

-  A  może  ty?  -  Nick  zrobił  do  niej  oko.  Zdenerwowana,  oszacowała  szybko  dystans 

dzielący ich od domu i zaczęła z wahaniem: 

-  Harry,  przybrany  ojciec  Nicka  -  wymówiła  jego  imię  niemal  z  nienawiścią  -  i  mój 

tata  są  bliźniakami.  Ponad  trzydzieści  lat  temu  pokłócili  się  i  zerwali  kontakty.  Ubiegłej 

jesieni,  zupełnie  niespodziewanie,  stryj  Harry  odezwał  się.  Napisał,  że  zostało  mu  niewiele 

życia  i  pragnie  pogodzić  się  z  rodziną.  Pojechałam  z  tatą  do  Bostonu  i  w  ten  oto  sposób  - 

dorzuciła obojętnie, wchodząc do domu - poznałam Nicka. 

Przeszła  przez  hol  i  otworzyła  drzwi  do  długiego  pokoju  o  ścianach  wyłożonych 

boazerią, z czarnymi belkami pod sufitem. Na dębowym parkiecie stała wygodna, miękka ka-

napa i kilka pięknie utrzymanych antyków. Ciemne kąty rozjaśniały kwiaty w wazonach. 

Ojciec Raine podniósł wzrok znad kryminału. Dawniej był pracusiem i nigdy nie miał 

czasu na odpoczynek, ale w tym roku uległ, niegroźnemu na szczęście, wypadkowi. Lekarze 

przestrzegli  go,  że  powinien  zwolnić  tempo  życia  i  zacząć  o  siebie  dbać.  Chyba  po  raz 

pierwszy usłuchał ich zaleceń. 

Zdjął okulary, odłożył książkę i uśmiechnął się do córki. 

- Była tu przed chwilą Martha. Pytała, na ile osób ma przygotować kolację. - Spojrzał 

na Kevina uprzejmie, acz bez serdeczności. 

- Nick zostaje? - zapytała chłodno. 

W orzechowych oczach ojca pojawiło się rozdrażnienie. 

- Naturalnie, że zostaje. 

-  No,  to  będziecie  na  kolacji  sami.  -  Przytuliła  się  do  narzeczonego.  -  Mamy  na  ten 

wieczór inne plany, prawda, kochanie? 

Ojciec ściągnął brwi. 

- To znaczy? 

background image

21 

 

- Tylko się przebiorę i jedziemy do Lopsley. Kevin zabiera mnie do „Phasianidae”. 

- A co to za licho? - zirytował się ojciec. 

-  Pewna  knajpka,  dopiero  co  otwarta.  Wybaczcie  więc,  że  nie  będziemy  wam 

towarzyszyć.  -  Posłała  Nickowi  złośliwy  uśmiech.  -  Jestem  pewna,  że  tobie  i  tacie  nie 

zabraknie tematów do rozmowy. 

-  Też jestem  tego pewien  -  przytaknął  gładko.  -  Tyle że to  tobie powinno zależeć na 

rozmowie ze mną. 

Jej twarz zamieniła się na moment w sztywną maskę. 

- Wszystko, co chcesz mi powiedzieć, może z całą pewnością poczekać do jutra. 

- Niestety nie. - Nick odwrócił się i położył dłoń na ramieniu Kevina. - Mamy pewien 

rodzinny  problem,  który  wymaga  natychmiastowego  rozwiązania.  Wiem,  że  to  zrozumiesz. 

W tej sytuacji na pewno nie chciałbyś... 

-  Nie,  nie,  ależ  naturalnie...  -  Słysząc  chłodną  wyniosłość  w  pozornie  przyjaznym 

tonie Nicka, Kevin zaczął się wycofywać, ale Raine nie zamierzała dać łatwo za wygraną. 

- Naprawdę nie pojmuję, co jest aż tak pilne, że nie może poczekać do rana. 

-  Nie  przejmuj  się,  duszko  -  uspokoił  ją  pospiesznie  Kevin.  -  Wybierzemy  się  tam 

kiedy indziej. Odwiedzę cię jutro. Czy tak będzie dobrze? 

Pragnąc za wszelką cenę zatrzymać narzeczonego, Raine zwróciła się do ojca: 

-  Oj,  tatku...  Przecież  Kevin  już  niedługo  będzie  naszą  najbliższą  rodziną.  Mógłby 

zostać? 

-  Mógłby,  ale...  -  odpowiedział  za  ojca  Nick.  Wcale  byś  sobie  tego  nie  życzyła, 

ostrzegły ją szafirowe oczy. Zawahała się. W porządku, niech mu będzie. 

Jakby to był jego dom, Nick, nie kryjąc pośpiechu, prowadził Kevina do drzwi. 

Rozzłoszczona, z wypiekami na twarzy, Raine zwróciła się do ojca: 

- Co on tutaj robi? 

- Poprosiłem, żeby przyjechał. 

- A dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? 

- Bo ostatnim razem, kiedy cię uprzedziłem, wymiotło cię z domu. 

- Nie chciałam się z nim widzieć. 

- Oj, dziewczyno, dziewczyno! - wybuchnął nagle. -Czy ty w ogóle masz pojęcie, jak 

się wtedy wściekł? Siedział tu ponad tydzień, choć miał pilne sprawy w Bostonie. Zrobiłaś z 

niego wariata, a musisz wiedzieć, że to nie jest mężczyzna, który pozwoli się tak traktować. 

Zabrakło ci odwagi, żeby zostać i wysłuchać, co ma ci do powiedzenia? 

- Nie miałam ochoty go słuchać. Teraz też nie mam. 

background image

22 

 

- No cóż - stwierdził Marlowe prawie ze złością. -Wiecznie nie możesz go unikać. Jest 

tutaj i będziesz musiała się z nim rozmówić. 

background image

23 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Kręciła  głową,  w  milczeniu  przeżuwając  stwierdzenie  ojca.  Nieprawda,  niczego  nie 

musiała. Gdyby to od niej zależało, nigdy już nie zobaczyłaby się z Nickiem. 

Chociaż ojciec bardzo ją o to prosił i mimo że do końca życia miała się tego wstydzić, 

stchórzyła i nie pojechała nawet na pogrzeb stryja, byle tylko uniknąć spotkania z Nickiem. 

Nagle, nie wiedzieć czemu, ogarnęło ją śmiertelne przerażenie. 

- Z jakiego powodu po niego posłałeś? 

Ojciec zmieszał się nieco, ale odpowiedział spokojnie: 

-  Lekarz  radzi,  żebym  nie  wracał  do  pracy  przynajmniej  przez  trzy  miesiące.  - 

Bezwiednie dotknął piersi. 

- Serce? - wyszeptała. 

- Nie, nie. Jestem zdrów jak ryba. Tyle że, cóż... nie będę już młodszy i... 

- Och, tato! - Uklękła przy jego krześle. 

-  Nie  szalej,  dziewczyno.  -  Poklepał  ją  po  ręce.  -  No,  wstań.  Wierz  mi,  nie  jestem 

chory. Chciałbym po prostu trochę odsapnąć. Przyjazd Nicka ściśle się z tym wiąże. 

Poczuła na plecach chłodny dreszcz. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- A to, że tymczasowo oddaję mu stery. 

- A ja?! Mogłabym się wszystkim zająć - zaprotestowała, podnosząc się z kolan. 

Ojciec zaprzeczył ruchem głowy. 

- Wychodzisz za mąż, a Kevin nie życzy sobie, żebyś pracowała. 

- No dobrze. A David? Nie poradzi sobie? Pracuje z tobą xl lat, możesz mu całkowicie 

zaufać... 

- David ma i tak dość roboty. Potrzebuję kogoś z głową z inicjatywą. 

- Ale jakim cudem Nick może zająć się twoimi interesami? Zaniedba własne? 

-  Powiedział  mi  niedawno,  że  stworzył  znakomity  zespół.  Przez  pewien  czas  dadzą 

sobie radę bez niego. Poza tym Nick prowadzi rozmaite interesy na całym świecie. Pilnował 

tego  wszystkiego,  siedząc  w  Stanach,  więc  z  powodzeniem  może  to  robić  i  tutaj...  Dobrze 

wiem, że stosunki między wami nie są najlepsze, ale... - zawiesił głos, widząc jej zirytowaną 

minę - ale wyświadcza nam naprawdę dużą przysługę. Postaraj się więc być dla niego miła, 

bardzo proszę. 

background image

24 

 

Zacisnęła usta. Kiedy ojciec zwracał się do niej tonem łagodnej reprymendy, czuła się 

jak dziecko. 

-  Wiem,  że  miałaś  zamiar  wziąć  sobie  w  przyszłym  miesiącu  wolne  ze  względu  na 

zbliżający się termin ślubu, ale gdybyś zechciała poświęcić dzień czy dwa i  pojechać z Ni-

ckiem do firmy. 

-  Nie!  -  wybuchła,  lecz  po  chwili  dodała  spokojniej:  -Wybacz,  tatku,  nie  będę  miała 

czasu. - Na twarzy ojca odmalował się taki zawód, że aż ścisnęło się jej serce, ale musiała być 

twarda.  -  Prawdę  powiedziawszy,  w  ogóle  mnie  tu  nie  będzie.  Wesele  wyprawiamy  w 

Mayfair,  więc  lady  Somersby  zasugerowała,  żebym  zatrzymała  się  u  niej  do  czasu,  aż 

uzgodnimy wszystkie szczegóły. 

Przez całe ubiegłe dwa tygodnie opierała się grzecznie tej propozycji, ale w zaistniałej 

sytuacji takie rozwiązanie wydało się jej mniejszym złem. 

- Jutro jadę z Kevinem do Londynu. 

- Po raz kolejny uciekasz! 

- Skądże znowu, po prostu mam dużo na głowie. Jakiś cichy dźwięk sprawił, że oboje 

podnieśli  wzrok.  W  drzwiach  stał  Nick.  Sądząc  z  jego  postawy  i  kpiącej  miny,  usłyszał 

wystarczająco  dużo,  żeby  mieć  obraz  sytuacji.  Kiedy  się  odezwał,  jego  głos  zabrzmiał 

chłodno i twardo. 

-  Naprawdę,  Raine,  powinniśmy  przeprowadzić  tę  rozmowę,  zanim  poczynisz 

jakiekolwiek dalsze kroki. 

-  Wiem  już  wszystko  od  taty  -  powiedziała  oschle.  -Pięknie,  że  chcesz  mu  pomóc, 

jestem ci wdzięczna, ale... 

- Nie zgrywaj się. Zaczerwieniła się, lecz brnęła dalej: 

- Ale mnie to nie dotyczy, więc... 

-  Nie  bądź  tego  taka  pewna.  Co  prawda  ojciec  wprowadził  cię  już  częściowo  w 

sprawę, ale zrozumiesz wszystko lepiej, kiedy usłyszysz, co mam ci do powiedzenia. 

- Wybaczcie, proszę. - Ralph podniósł się z fotela. - Pójdę powiedzieć Marcie, ile osób 

będzie na kolacji. 

- Szczerze mówiąc, miałem zamiar zabrać Raine do miasta - przyznał bezczelnie Nick. 

- Jeśli ci to oczywiście nie przeszkadza. 

- Ani trochę - uśmiechnął się ojciec i wyszedł. Na moment odebrało jej mowę. 

-  Nie  pójdę  z  tobą  na  kolację,  choćbyś  był  jedynym  facetem  na  ziemi!  -  krzyknęła 

rozwścieczona. 

- Bardzo oryginalna uwaga. 

background image

25 

 

- Oryginalna czy nie, mówię, co myślę. Jak ty w ogóle masz czelność zaproponować 

coś takiego, wiedząc, że popsułeś wszystkim wieczór?! 

- Wieczór się jeszcze nie skończył - zaznaczył Nick z dziwną nutą w głosie, a widząc, 

że zadrżała, dodał znudzonym tonem: - No, a teraz, maleńka, idź się przebrać. 

- W sobotę, w dodatku o tej porze nie dostaniemy się nigdzie bez rezerwacji. - Nawet 

nie próbowała ukryć triumfu. - I w końcu wylądujemy w tutejszym barze szybkiej obsługi. 

Nick uśmiechnął się zjadliwie. 

- Zarezerwowałem stolik w „Priest House”. 

- Jak śmiesz robić coś takiego bez pytania mnie o zdanie?! - Nagle uświadomiła sobie, 

że dała się sprowokować, dlatego dodała już spokojniej: - Obawiam się, że będziesz dziś jadł 

sam. Nie przyjmuję twojego zaproszenia. 

Nickowi stężała twarz. 

- Moja droga, ty chyba nie rozumiesz. To nie jest zaproszenie. To rozkaz. 

- Co takiego?! Wydaje ci się, że możesz mi rozkazywać? A to niby dlaczego? 

- Bo trzymam wszystko w garści - odparł z przerażającą pewnością siebie i z zimnym 

uśmiechem. 

Chciała zaprzeczyć, ale pojęła w mig, że ani nie żartował, ani nie zwariował. 

- Ojej, ale ty masz wielkie oczy - wymruczał drwiąco. Odzyskała głos. 

-  Jeśli  myślisz,  że  pozwolę  sobą  manipulować,  ponieważ  pomagasz  ojcu...  -  Nie 

odezwał się, ale i bez tego była absolutnie przekonana, że tu chodzi o coś innego. - Skoro nie 

dlatego, to z jakiego powodu tak się zachowujesz?! - krzyknęła zdezorientowana. 

- Proponowałbym, żebyś poszła się teraz przebrać. - Zabrzmiało to znowu jak rozkaz. 

- Aha, i jeszcze jedno - rzucił za nią - radziłbym na razie nie niepokoić ojca. 

Ostrzeżenie  to  wracało  do  niej  bezustannie,  gdy  przygotowywała  się  do  wyjścia. 

Czyżby  Nick  wiedział  o  czymś,  co  ojciec  przed  nią  taił?  Postanowiła,  że  przy  najbliższej 

okazji  zamieni  parę  słów  z  doktorem  Broadbentem.  Włożyła  jedwabną  liliową  sukienkę, 

pasujący  do  niej  żakiecik  i  sandałki  na  wysokim  obcasie.  Zbyt  podenerwowana,  żeby 

przejmować się makijażem, przeczesała grzebieniem włosy i chwyciła torebkę. Była gotowa. 

Nick czekał już na nią w holu. Był w świetnie skrojonym, lekkim garniturze, wybrał 

krawat w perłowym odcieniu i starannie zaczesał włosy na bok. Stał w nonszalanckiej pozie i 

patrzył, jak Raine schodzi schodami - długonoga, zgrabna i elegancka. 

-  Gratuluję tempa  - skomentował  z satysfakcją,  biorąc ją pod brodę. Studiował  przez 

chwilę jej twarz, aż zatrzymał wzrok na pełnych ustach. 

- Nie... 

background image

26 

 

- Nie masz szminki. - Zamarła i zamknęła oczy, gdy owionął oddechem jej usta, lecz 

do pocałunku nie doszło. Z delikatnym okrucieństwem Nick skubnął tylko zębami jej dolną 

wargę.  -  Nawet  bez  makijażu  jesteś  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek  widziałem  - 

powiedział bez emocji, gdy uniosła powieki. 

- Za chwileczkę się dowiem, że Kevin to szczęściarz - próbowała zakpić. 

-  Zależy,  jak  się  na  to  patrzy.  Osobiście  od  urody  wyżej  sobie  cenię  to,  że  ktoś  jest 

godzien zaufania. 

Chłodny  przytyk  wypowiedziany  został  bez  złośliwości.  A  jednak  zabolał  ją,  i  to 

mocno. Wyszarpnęła głowę. 

- Czy twoja narzeczona mogła ci bezgranicznie ufać? 

-  Wyjaśniłbym  ci,  jak  się  sprawy  mają,  gdybyś  mi  dała  ku  temu  okazję.  Niestety 

uciekłaś. 

- W najlepszym razie przyznałbyś się do tego, że jesteś świnią bez zasad. Ciekawe, jak 

byś wytłumaczył to, że mnie uwiodłeś, chociaż byłeś zaręczony. 

- Uwiodłem cię? Dobre sobie. Pamiętam, że byłaś więcej niż chętna. 

- Może tak było, ale nie miałam wtedy pojęcia, jaki jesteś naprawdę. 

- Aż w końcu, twoim zdaniem, poznałaś całą prawdę. Tak uważasz? Nie chciało ci się 

nawet mnie wysłuchać... 

Oskarżał  ją  z  gniewem,  zapalczywie.  Czuła,  że  jeżeli  ma  dla  niej  w  ogóle  jakieś 

uczucie, to wyłącznie nienawiść. W porządku, pomyślała z goryczą. Przynajmniej w tym jed-

nym jesteśmy zgodni. 

-  Tak  czy  owak  -  wzruszył  ramionami  -  to  już  przeszłość.  Teraz  obchodzi  mnie 

jedynie przyszłość. 

- Czego ode mnie chcesz? 

- Nic, czego byś mi już nie dała. Stwierdził to tak ironicznie, że zlodowaciała. 

- Jeśli myślisz, że... 

- Myślę, że powinniśmy już iść. Przepadnie nam rezerwacja. 

Objął ją w talii i przechodząc przez hol, otworzył drzwi do pokoju ojca. 

- Wychodzimy już - zawołał serdecznie, a Ralph uniósł rękę w geście pożegnania. 

- Bawcie się dobrze. 

Słońce zaszło. Powietrze pachniało, a dom otaczała aksamitna cisza. W gęstniejącym 

mroku  widać  było  nietoperze  lecące  w  stronę  starej  stajni.  Na  podjeździe  czekało  wypoży-

czone przez Nicka srebrne bmw. Z pełną ironii dwornością otworzył przed nią drzwi, pomógł 

jej wsiąść, a potem usiadł obok i zapiął pas. 

background image

27 

 

Marzyła o tym, żeby mieć odwagę powiedzieć: idź do diabła, nigdzie nie pojadę, ale 

nie  potrafiła  tego  zrobić.  Śmiertelnie  się  go  bała.  Jego  gniewu,  a  jeszcze  bardziej  nie-

samowitego uroku. Najlżejszym dotykiem był w stanie podniecić ją do szaleństwa. 

- Zapnij pas. - Nie usłuchała od razu, więc zrobił to sam. 

Przechylając się, delikatnie musnął jej pierś. Wciągnęła głośno powietrze. 

- Był czas, gdy lubiłaś mój dotyk. 

Głos uwiązł jej w gardle. Nick przesunął palcami po wypukłości piersi i  uśmiechnął 

się. 

- I chyba dalej lubisz. 

- Nienawidzę! 

- Przekonamy się o tym później. 

Wypowiedział te słowa łagodnie, lecz zabrzmiały jak groźba. Zadygotała, gdy zapalił 

silnik i z piskiem opon wyjechał na szosę. 

Restauracja  znajdowała  się  na  peryferiach  Lopsley.  Jechali  tam  zaledwie  dziesięć 

minut, ale Raine miała wrażenie, że trwało to całą wieczność. 

W  granatowym  zmierzchu  i  świetle  latarni  czarno-biały  budynek  ze  spadzistym 

dachem wyglądał jak domek z bajki. Ich stolik stał przy oknie. 

-  Na  co  masz  ochotę?  -  zapytał  Nick,  gdy  podano  im  jako  poczęstunek  doskonałą 

sherry. 

- Naprawdę nie wiem. Może ty wybierzesz coś dla nas obojga. 

Zrobił to chętnie i jak się zdaje, pamiętał świetnie, co lubiła, a czego nie. Kiedy tylko 

kelner odszedł, pochyliła się nad stolikiem, lecz nim zdążyła wypowiedzieć cisnące się jej na 

usta pytanie, Nick pokręcił głową. 

- Najpierw zjedzmy. 

Och, jakże go nienawidziła za to, że tak łatwo kontroluje sytuację. 

Zarówno jedzenie, jak wino były pierwszorzędne, ale Raine jadła mało, a piła jeszcze 

mniej, przez cały czas odwracając głowę do okna. Dopiero gdy podano kawę i zostali zupeł-

nie sami, Nick zagadnął chłodno: 

- Chciałaś, zdaje się, o coś spytać. Spojrzała mu prosto w oczy. 

- Mów, o co chodzi, co to za gierki. Zabawiłeś się już, więc może teraz... 

- Bawić to się dopiero będziemy. - Zerknął znacząco na jej piersi. - Wprost doczekać 

się nie mogę. Jeśli jest coś, w czym jesteś autentycznie niedościgniona, to w pasjonującej grze 

zmysłów. 

background image

28 

 

Wolała nawet nie myśleć, co sobie zaplanował. Broniąc się przed strachem, usiłowała 

przywołać  obraz  Kevina.  Za  miesiąc  wezmą  ślub  i  już  nigdy...  Niestety,  widziała  jedynie 

mgłę. 

Jakby doskonale o tym wszystkim wiedział, Nick uśmiechnął się lekko. 

-  A  co  do  gry,  którą  rzekomo  prowadzę...  Nie,  to  nie  jest  gra.  W  życiu  nie  byłem 

poważniejszy. Wydaje mi się, że czekałem na tę chwilę całe życie. 

- To znaczy na co? 

Poruszył głową i w świetle świecy jego szafirowe oczy błysnęły jak srebro. 

- Na ciebie. Ścisnęło się jej serce. 

- Za miesiąc wychodzę za mąż. Czy nie uważasz, że to trochę spóźnione wyznanie? 

Starała się, by zabrzmiało to lekko, a nawet żartobliwie. 

- Zrobiłoby ci to różnicę, gdybym zjawił się wcześniej? 

- Nie. 

- Też tak sądzę. A wtedy, rok temu, uciekłaś jak tchórz. 

-  Nazywaj  mnie,  jak  sobie  chcesz,  ale  ja  jutro  wyjeżdżam  do  Mayfair  i  mam  zamiar 

zostać tam aż do ślubu. Jeśli więc masz mi w ogóle coś do powiedzenia, zrób to lepiej teraz. 

-  Mam  ci  wiele  do  powiedzenia  -  oświadczył  ze  złością.  -  Po  pierwsze:  nigdzie  nie 

pojedziesz. 

- Zaraz mi pewnie powiesz, że w ogóle nie wyjdę za mąż. 

- Zgadza się. Nie wyjdziesz. Przynajmniej nie za Kevina. 

- Co masz na myśli, mówiąc: „nie za Kevina”? 

-  A  to,  że  zerwiesz  zaręczyny  i  poślubisz  mnie.  Oznajmił  to  tak  spokojnie,  tak 

zwyczajnie, że dopiero po chwili dotarł do niej sens jego słów. 

-  Jesteś  chyba  niespełna  rozumu,  jeśli  sądzisz...  -  Urwała  i  policzyła  do  dziesięciu, 

starając  się  opanować.  Potem  tonem,  jakim  mówi  się  do  niezbyt  rozgarniętego  dziecka, 

powiedziała  dobitnie:  -  Pół  roku  temu  Kevin  poprosił  ranie  o  rękę,  a  ja  te  oświadczyny 

przyjęłam.  Wiem,  że  zaręczyny  znaczą  dla  ciebie  niewiele,  ale  dla  mnie  jest  to  poważne 

przyrzeczenie. 

- Które niestety będziesz musiała złamać. 

-  Tak  jak  ty  swoje?  -  Spostrzegła,  że  zacisnął  zęby,  i  uznała,  że  trzeba  korzystać  z 

chwilowej  przewagi.  -  Rozumiem,  że  ty  i  Tina  się  nie  pobraliście.  Wiem,  ze  cię  uwielbiała, 

więc niech no zgadnę... Ktoś jej powiedział, jaką jesteś świnią, czy też może znudziła ci się i 

rzuciłeś ją? Nickowi pociemniały oczy. 

background image

29 

 

- Mylisz się. Nikt jej nic nie powiedział ani od niej nie odszedłem. Wzięliśmy ślub tuż 

przed Bożym Narodzeniem. 

Raine poczuła się tak, jakby dostała cios pięścią. 

- W takim razie - wybąkała zaszokowana - skoro jesteś żonaty... 

- Jestem wdowcem - powiedział martwym tonem. 

- Co takiego?! 

- Tina umarła. 

- O, Boże, Nick, przepraszam cię. Nie miałam pojęcia... 

- Pewnie, że nie miałaś pojęcia. Nie pozwoliłaś sobie nic wyjaśnić. Ani telefonicznie, 

ani listownie, ani osobiście. Nie znając faktów, wesolutko rzucałaś głupie uwagi i,.. 

-  Powiedziałam  już,  że  cię  przepraszam  -  przerwała  zdenerwowana.  -  Gdybym 

wiedziała, nie byłabym taką jędzą. Nick, proszę cię, czy mógłbyś wyjaśnić mi to teraz? 

- Nie. Dałem ci szansę, ale ją odrzuciłaś. Od tej chwili będziesz po prostu robić to, co 

ci każę. Wszystko, co ci każę - podkreślił. 

- Ale o tym, żebym zerwała zaręczyny, nie mówiłeś chyba poważnie? 

- Śmiertelnie poważnie. 

- Nick, proszę cię... Ty nic nie rozumiesz. Trzy miesiące temu ustaliliśmy datę ślubu. 

Sprawy zaszły za daleko. Niemożliwe, żebym teraz się wycofała. 

- W takim razie Somersby to zrobi. Moja w tym głowa. 

- Jak chcesz do tego doprowadzić? 

- Jeśli okaże się to koniecznie, powiem mu o nas, o tym, co się stało ubiegłej jesieni. 

Mogła się tego spodziewać. 

- Uważasz, że poprosi mnie wtedy o zwrot pierścionka? Uśmiechnął się złośliwie. 

- Anie? 

O, tak. Znała aż za dobrze zapatrywania Kevina - a może tylko jego matki - na temat 

przygodnego, czy choćby przedmałżeńskiego seksu. Nigdy o tym otwarcie nie mówił, ale... 

- Nie? - powtórzył Nick, przerywając jej milczenie. 

- On mnie kocha... 

-  Ale  niezbyt  mocno.  Wydaje  mi  się,  że  zależy  mu  raczej  na  odpowiedniej  żonie  - 

pięknej, posłusznej, niezbyt wymagającej... Mówiąc brutalnie, ten twój arystokrata to zimna 

ryba i jeśli będę zmuszony uświadomić mu, jaką namiętną jesteś kochanką, nie tylko przeżyje 

szok,  ale  prawdopodobnie  śmiertelnie  się  wystraszy.  Może  więc  byłoby  dla  niego  mniej 

bolesne, gdybyś mu zwyczajnie powiedziała, że się pomyliłaś, dlatego zrywasz zaręczyny. 

- Nie mogę tego zrobić - szepnęła, zaciskając mocno dłonie. - Nie chcę. 

background image

30 

 

- No cóż, wszystko mi jedno jak, zaręczyny mają być zerwane. 

- Jeśli nawet tak się stanie, to za ciebie nie wyjdę. Nigdy! 

- Wyjdziesz, wyjdziesz... - Zauważył, że zadrżała i uśmiechnął się złowieszczo. 

Cudem  tylko  zwalczyła  chęć,  żeby  wstać,  wybiec  z  restauracji  i  uciekać,  uciekać, 

gdzie ją oczy poniosą. 

- A mógłbyś mi wyjaśnić dlaczego? 

- Bo kochasz swojego ojca. 

- Jeśli myślisz, że wyjdę za ciebie, ponieważ tato tak by sobie życzył... 

- Nie. Zrobisz to, bo ja tak chcę. 

- Ale ja nie chcę! Nie znoszę cię! 

- Ze wzajemnością. 

- Nie mam zamiaru zastąpić ci Tiny. 

- O, bez obawy, nie byłabyś w stanie. Tina była kimś naprawdę niezwykłym. 

- No, to dlaczego chcesz się ze mną ożenić? Zupełnie nie rozumiem. 

Raptem  pojęła  wszystko.  Nick  cierpiał  po  stracie  żony.  Jej  pragnął  wyłącznie  jako 

kochanki. Zaraz zresztą potwierdził ten domysł. 

-  Bo  jesteś  mi  potrzebna  w  łóżku.  Uciekłaś,  ale  nie  potrafię  cię  zapomnieć.  -  Na 

moment pozwolił sobie na ujawnienie goryczy. - Jest tak, jakbym się dał zaczarować i myślę, 

że ten czar da się odczynić tylko  w jeden sposób. Weźmiemy ślub i będę się tobą sycił tak 

długo, aż czar pryśnie. A to, że mnie nienawidzisz, doda tylko naszemu związkowi pieprzu. 

Raine  poczuła  się  nagle  chora.  Tamten  wspólny  tydzień  odarł  ją  całkowicie  z 

szacunku dla samej siebie i spustoszył emocjonalnie. Związek, o którym mówił Nick, prawie 

na pewno by ją zabił. 

- Zdaje się, że zaczynam coś pojmować - odezwał się zjadliwie, widząc, jak przygasła. 

- Mam już dość tej zabawy - odburknęła, starając się ukryć strach. - Najwyższy czas, 

żebyś  mi  powiedział  jasno...  -  Przerwała  na  widok  czwórki  rozweselonych  gości,  którym 

wskazano stolik obok. 

-  Trzeba  będzie  zmienić  lokal  -  powiedział  cicho  Nick  i  dał  znać  kelnerowi,  że  chce 

uregulować rachunek. 

Noc  była  przepiękna.  Na  rozgwieżdżonym  niebie  świecił  księżyc.  Leciutki  wiatr 

poruszył  pnącym  się  bluszczem  i  potargał  Raine  grzywkę,  a  potem,  jakby  dla  zabawy, 

rozgonił po szafirowym niebie parę szarych smug. Wyglądały jak dymne sygnały. 

Nick wsadził ją do samochodu i zanim wśliznął się za kierownicę, zdjął marynarkę i 

rzucił na tylne siedzenie. Odgrodzeni ciszą, ujechali parę kilometrów, gdy nagle, nie zważając 

background image

31 

 

na protesty Raine, Nick zjechał z szosy w boczną leśną aleję. Wycinając przednimi światłami 

tunel między gęstymi drzewami, jechali krętą drogą. Nick zatrzymał się na skraju polanki pod 

bukami.  Z  ciemności  wyłoniły  się  rysy  jego  wyrazistej  twarzy,  spod  uniesionych  powiek 

błysnęły oczy. 

- Nie masz się czego bać. - Jego głos zabrzmiał łagodnie i drwiąco. 

- Nie boję się - skłamała. - Ale nie chcę być tu z tobą. Chcę jechać do domu. 

Sięgnął, by odpiąć jej pas. 

- Najpierw musimy rozmówić się na osobności. Uniosła głowę. 

-  W  porządku.  Mów!  Powiedz  mi,  dlaczego  uważasz,  że  potrafisz  zmusić  mnie  do 

małżeństwa. 

- Bo jestem w stanie zrujnować twego ojca. 

background image

32 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Zabrzmiało to tak melodramatycznie, tak teatralnie, że Raine zachciało się śmiać. 

Czy groźba Nicka mogła być jedynie wymysłem, mającym na celu zdenerwowanie jej 

i wyrównanie rachunków? Ależ oczywiście! Tylko takie wyjaśnienie miało jakikolwiek sens! 

Chociaż... 

- Myślisz, że żartuję? - zapytał, zupełnie jakby czytał w jej myślach. 

- A nie? - Uśmiechnęła się zalotnie. W ciemności jego oczy błysnęły zimno. 

-  Pozostawiam  to  twemu  osądowi.  Powiem  tylko,  że  to  nie  przeze  mnie  twój  ojciec 

będzie  prawdopodobnie  zmuszony  zwinąć  interes...  Jeśli  mi  nie  wierzysz,  sama  go  o  to 

zapytaj. Chociaż wolałbym, żebyś tego nie robiła. 

- Założę się, że to nieprawda. 

- Powody są inne, niż myślisz. Poczuła, że oblewa ją zimny pot. 

- Ile jest ci winien? 

- Wystarczy, gdy powiem, że dużo więcej, niż mógłby obecnie zarobić. 

Nie, to nie mogła być prawda. 

- Recesja faktycznie nadwyrężyła mocno finanse naszej firmy, ale gdyby działo się aż 

tak źle, tobym o tym wiedziała. 

Nick zaprzeczył ruchem głowy. 

- Ralph stara się chronić cię przed zmartwieniami i właśnie dlatego wolałbym, żebyś z 

nim o tym nie rozmawiała. Nie jest już młody, zdrowie też ma nietęgie... 

Wszystkie dotychczasowe lęki uderzyły w nią nagle ze zdwojoną siłą. 

- Choruje na serce? - przerwała gwałtownie. 

- Nie, nie - zapewnił ją, ale odniosła wrażenie, że zrobił to zbyt szybko. 

- Nick, błagam cię, powiedz mi prawdę. 

- To jest prawda. Wierz mi, jeśli chodzi o zdrowie, nie ma powodu do obaw. 

Jego słowa brzmiały wiarygodnie, ale wciąż wydawało jej się, że Nick coś ukrywa. 

- Próbujesz mi zatem powiedzieć... 

-  Niczego  nie  próbuję.  Mówię  ci  po  prostu,  że  włożyłem  w  firmę  twojego  taty  tyle 

forsy, że w gruncie rzeczy jestem obecnie jej właścicielem. 

- Nie wierzę - szepnęła. - Kłamiesz. 

Nawet  się  nie  silił,  by  odeprzeć  oskarżenie.  Siedząc  bez  ruchu,  Raine  patrzyła  na 

swoje zaciśnięte ręce i usiłowała sobie przypomnieć wypadki z ubiegłego roku. Recesja do-

background image

33 

 

tknęła  mocno  rynek  nieruchomości.  Zdarzało  się,  owszem,  że  ojciec  wyglądał  na  wyraźnie 

zaniepokojonego, ale zawsze umiał wybrnąć z tarapatów. Przypomniała sobie, jak mówił: 

„Dostaliśmy  mocno  w  kość,  nie  da  się  ukryć...  Ale  sprawy  mają  się  już  lepiej. 

Niedługo całkiem wyjdziemy na prostą”. Dopiero teraz stało się dla niej jasne, że nie chciał 

jej martwić. Jakaż była bezmyślna, ślepa, egocentryczna! Uwierzyła mu na słowo i pozwoliła, 

żeby  samotnie  niósł  na  swych  barkach  cały  ciężar  kłopotów.  A  bardzo  niedawno,  gdy 

układając  weselny  budżet,  dopytywała  się  o  obecną  sytuację  finansową,  po  chwili  wahania 

powiedział  serdecznie:  „Niczym  się  nie  trap.  Jeśli  tylko  masz  pewność,  że  Kevin  to 

mężczyzna twoich marzeń, wydaj, ile trzeba”. 

Och, tato, zaszlochała w myślach. Tak mi przykro. Przepraszam cię, przepraszam... 

- Dalej myślisz, że kłamię? - Nick ujął ją pod brodę. 

-  Nie  -  odpowiedziała  z  goryczą,  wyszarpując  głowę.  -Jestem  pewna,  że  postąpisz 

dokładnie tak, jak zapowiedziałeś. Ale... ten pomysł, żeby zmusić mnie do małżeństwa... Od 

dawna się z nim nosisz? 

Uśmiechnął się nieprzyjemnie. 

- Zgadnij sama. 

- Od kiedy dowiedziałeś się od taty, że ja i Kevin ustaliliśmy datę ślubu? 

-  Trafiłaś  w  dziesiątkę.  Nie  pozwolę  ci  wyjść  za  mąż  za  jakiegoś  ministerialnego 

wymoczka. Zostaniesz moją żoną, choćbym nawet miał zachować się jak gangster. I co ty na 

to? - dorzucił niecierpliwie, gdy nie zareagowała. 

-  Cóż,  realizuj  swój  plan  przejęcia,  ale  obawiam  się,  że  tym  razem  się  przeliczyłeś. 

Chociaż  będzie  mi  bardzo  smutno  patrzeć,  jak  tato  traci  dorobek  całego  życia,  a  jak  sam 

zaznaczyłeś, nie jest już młody... Po prawdzie, zbliża się do wieku emerytalnego... 

- Emeryt musi mieć za co żyć. 

- Kevin nie jest biedakiem. 

Nick roześmiał się z autentycznym rozbawieniem. 

-  Czy  ty  naprawdę  wyobrażasz  sobie,  że  Somersby  będzie  łożył  na  utrzymanie 

twojego ojca i Marthy? 

Raine zacisnęła zęby. 

- Jeśli nie wyjdę za mąż, sama o wszystko zadbam. Znajdę jakąś pracę i... 

- Byle bardzo dobrze płatną. 

- Dlaczego? - warknęła, zrażona bardziej jego tonem niż słowami. 

-  Bo  będziesz  musiała  się  przeprowadzić.  Tak  się,  widzisz,  składa,  że  w  moje  ręce 

przechodzi nie tylko firma, ale i wasza posiadłość. 

background image

34 

 

Raine skurczyła się w fotelu, przybita i oszołomiona. Kiedy trochę rozjaśniło się jej w 

głowie, nie odnalazła już w sobie woli walki, a jedynie jakieś tępe przyzwolenie dla tego, co 

się stało. Tak miało być. 

-I co ty na to, Raine? 

Powtarzał się i drwił z niej, ale tym razem odpowiedź musiała być inna. W żadnym 

razie nie mogła dopuścić do tego, by najdroższy jej człowiek stracił na stare lata swój dom. 

Postanowiła  pójść  z  Nickiem  na  kompromis,  wywalczyć  coś  mniej  wiążącego  niż 

małżeństwo. 

- Przypuśćmy, że zgodziłabym się sypiać z tobą, kiedy byś tylko zechciał. 

Roześmiał się chrapliwie. 

- Myślisz, że mam zamiar zakradać się do ciebie co noc jak Romeo? Śmieszne. 

- W porządku. Będę z tobą żyła otwarcie. 

-  A  ojciec?  Nie  martwiłoby  go  to?  Ma  prawo  oczekiwać,  że  jego  córka  będzie  żyła 

obyczaj nie. Czy właśnie dlatego nie powiedziałaś mu o tym, co się stało rok temu? 

- Skąd wiesz, że nie powiedziałam?! 

-  Bo  kiedy  tu  przyjechałem,  a  ty  ulotniłaś  się  z  domu,  sam  mu  o  wszystkim 

opowiedziałem. 

- Co zrobiłeś?! 

- Wszystko mu opowiedziałem - powtórzył. 

- Jak mogłeś?! Nie miałeś prawa! 

- W zaistniałych okolicznościach uznałem to za najuczciwsze wyjście. 

- Ja nie... 

Położył palec na jej ustach. 

- Przyszło mi do głowy, że możesz być w ciąży i że zrobisz coś głupiego. 

- Na przykład zdecyduję się usunąć ciążę? Nigdy... 

- Nie mogłem być tego pewien, a mając zobowiązania w Bostonie... 

- To znaczy narzeczoną - przerwała gorzko. Na sekundę stężała mu twarz. 

-  W  tym  czasie  -  kontynuował  nieporuszony  -  tak  z  przyczyn  osobistych,  jak  i 

zawodowych  nie  mogłem  bez  końca  tkwić  w  Anglii,  więc  zależało  mi  na  tym,  żeby  Ralph 

znał  prawdę.  Ogólnie  rzecz  biorąc,  przyjął  to  bardzo  spokojnie.  Potem  wypiliśmy  sobie  po 

kieliszeczku i opowiedział mi o Beatrice... co wyjaśnia bardzo wiele. 

Raine była zdumiona. Ojciec, tak się jej przynajmniej zdawało, nie opowiadał nigdy o 

swej siostrze. Beatrice była urodziwa, ale bardzo lekkomyślna. Zmarła w wieku dziewiętnastu 

lat w wyniku nielegalnie przeprowadzonego zabiegu przerwania ciąży. 

background image

35 

 

Oczy  Raine  napełniły  się  łzami.  Ojciec  włożył  tyle  wysiłku,  żeby  wpoić  jej  zasady 

moralności.  Musiał  poczuć  się  bardzo  dotknięty  tym,  co  usłyszał  od  Nicka,  a  mimo  to  nie 

zmienił  stosunku  do  niej.  Nie  obwiniał  jej  ani  nie  prawił  morałów.  Nigdy  nie  dał  po  sobie 

poznać, że wie, co się zdarzyło. 

- W tej sytuacji - mówił dalej Nick - na pewno nie chciałabyś po raz drugi sprawić mu 

zawodu. W każdym razie, jeśli chodzi o związek ze mną, masz do wyboru albo małżeństwo, 

albo w .ogóle nic. 

- A jeśli nie zgodzę się wyjść za ciebie? 

- Naprawdę musisz pytać? 

Wiedziała  aż  za  dobrze,  że  w  sprawach,  na  których  mu  zależało,  potrafił  być 

bezwzględny. 

- Powiedzmy zatem, że weźmiemy ślub. I co ci to da? Lekko przymrużył oczy. 

- Rozkosz. 

- Mam na myśli ojca - warknęła, oblana pąsem. 

- Jak tylko zostanie moim teściem, firma i dom wrócą do niego. 

- To się nazywa wielkoduszność! 

- Jestem pewien, że okażesz się jej warta. Przygryzła wargę. 

- Myślisz, że ile czasu... 

- Potrwa nasze małżeństwo? - dokończył za nią. - Pożyjemy, zobaczymy. 

- Czyli że jest to wyrok bezterminowy. - Z goryczą pokiwała głową. 

- Można na to i tak patrzeć - odparł gniewnie. 

- A jak inaczej mam to widzieć? Przecież tak naprawdę nie zależy ci na mnie. Jestem 

ci niezbędna nie jako żona, tylko jako... 

- Wolałabyś, żebym powiedział, że cię kocham? 

-  Nie!  I  tak  bym  nie  uwierzyła.  Wolę  już  szczerość.  Przynajmniej  wiem,  na  czym 

stoję. 

Nie  była  jednak  w  stanie  ścierpieć  myśli  o  wyjeździe  do  Bostonu  i  zamieszkania  w 

domu, który dzielił z Tiną. 

- Tylko że... Ameryka jest tak daleko, i w ogóle... Chciałabym być bliżej taty. 

- Kto powiedział, że zamieszkamy w Stanach? 

- Przez pewien czas będziesz w Anglii, wiem, ale... 

- Myślę, że jeśli sprawy potoczą się zgodnie z planem, to przeniosę się tu na stałe. A w 

ogóle - dodał z lekkim zniecierpliwieniem - z radością zamieszkam w „Białych damach”, jeśli 

miałoby ci to pomóc podjąć decyzję. 

background image

36 

 

-  Muszę  to  wszystko  przemyśleć.  -  Popatrzyła  przed  siebie.  Za  szybą  samochodu 

kołowały w świetle księżyca srebrne bukowe liście. 

- Świetnie. Daję ci czas do rana. A póki co... - Nim zdążyła uzmysłowić sobie, co się 

dzieje, ujął jej lewą rękę, zsunął zaręczynowy pierścionek z palca i schował go do kieszeni. 

- Co robisz? - syknęła. 

-  Miałbym  się  z  tobą  całować,  gdy  nosisz  pierścionek  od  innego  mężczyzny?  Nie 

odpowiada mi to... a szkoda marnować taką romantyczną noc. 

- Nie dotykaj mnie! - krzyknęła. - Nienawidzę tego. 

- Już to słyszałem, ale ośmielam się wątpić. Może rozum każe ci tak mówić, ale twoje 

ciało pragnie czego innego. Mam to udowodnić? 

Nie  musiał  niczego  udowadniać.  Serce  już  teraz  biło  jej  szybciej.  Instynkt 

samozachowawczy nakazywał otworzyć drzwi i uciekać, lecz czuła się jak zahipnotyzowana. 

Przeszłość i przyszłość przestały mieć znaczenie. Liczyło się wyłącznie to, co działo się teraz, 

i to, co odczuwała. 

- Zawieź mnie do domu - zażądała drżącym głosem. Jakby odczytując jej najskrytsze 

myśli, odgarnął jedwabiste włosy, nachylił się i przylgnął wargami do szyi. 

- Nie! Nie słyszysz, co mówię?! 

- Biedactwo - zakpił delikatnie. - Śmiertelnie przerażona mała myszka... 

Poczuła, że zaczyna rozkładać siedzenie. 

- Nick, proszę cię- szepnęła. W jej oczach zobaczył podniecenie i łzy strachu. 

-  Nie  panikuj  -  powiedział  ironicznie.  -  Wątpię,  czy  nawet  przy  twojej  współpracy 

dałbym  radę  kochać  się  z  tobą  na  przednim  siedzeniu  samochodu.  Kierownica  trochę 

przeszkadza, a tak generalnie  - nie jestem zwolennikiem szybkich numerów. Obiecuję ci, że 

znajdziesz  się  w  raju...  -  Powiódł  powoli  palcem  po  jej  wargach.  -  Teraz  chcę  cię  tylko 

pocałować. Zesztywniała. 

-  Pocałuj mnie  -  powiedział z taką tęsknotą, że aż ją to  zdumiało  i  odebrało  wszelką 

chęć obrony. 

Miała  nadzieję,  że  już  nigdy  nie  dopuści  do  głosu  swoich  najskrytszych  pragnień. 

Kiedy Kevin oświadczył się jej, zobaczyła przed sobą szansę utrzymania ich w ryzach. 

-  Nie szalej, Raine  -  powiedział delikatnie Nick, jakby dokładnie znał  jej odczucia.  - 

Tylko dlatego, że przeraża cię własna zmysłowość, nie możesz odciąć się od ludzkich uczuć i 

żyć jak nieszczęsna pani z Shalott. 

Potrafiłaby tak żyć - i żyłaby - gdyby Nick przemocą nie wdarł się znowu w jej świat. 

Ale coś ją obezwładniało, nie potrafiła go odepchnąć. 

background image

37 

 

- Chciałabym umrzeć... 

- Spójrz na mnie! - Obrócił do siebie jej twarz. - Naprawdę jesteś taka nieszczęśliwa? 

- Nigdy dotąd nie miałam takich myśli - powiedziała, żałując swoich słów. 

-  Odpowiadaj  na  pytanie!  -  powiedział  tak  szorstko,  że  aż  ją  to  poruszyło,  ale  z 

pomocą przyszły jej upór i duma. 

- Nie bój się - zapewniła go prawie ze śmiechem. - Do jutra zbiorę siły. 

Gotowa była przysiąc, że odczuł ulgę. 

- W takim razie lepiej skorzystam z dzisiejszej słabości. - Poszukał jej miękkich ust i 

rozkoszował się nimi, póki Raine sama nie zatraciła się w pocałunku. Gdy wreszcie oderwali 

się od siebie, była oszołomiona i rozgorączkowana. 

Pozbawiona  ciepła  jego  ramion,  zadygotała  i  potarła  ręką  obrzmiałe  wargi,  jakby 

chciała z nich zetrzeć wspomnienie jego ust. 

- Było aż tak źle? 

- Wolałabym już całować się z ropuchą. 

Roześmiał się z niedowierzaniem i pogładził ją po policzku. 

- Zawsze wiedziałem, że będziesz się musiała całować z wieloma ropuchami, póki nie 

znajdziesz swojego księcia. 

Siedziała wyprostowana, z lekko odrzuconą w tył głową. Jak mógł się zgrywać, kiedy 

jej było tak źle? 

- Chciałabym wracać do domu - rzuciła z irytacją. 

- Już się robi. 

Kiedy  ruszyli,  Raine  doszczętnie  wyzuta  z  sił,  z zamkniętymi  oczami,  zapadła  się  w 

fotel, niezdolna myśleć ani odczuwać. Pragnęła tylko jednego - usnąć i zapomnieć. 

Było już po północy, gdy senną i zataczającą się ze zmęczenia Raine Nick wprowadził 

do  domu.  W  holu  słychać  było  jedynie  tykanie  wiekowego  zegara,  stojącego  na  półpiętrze 

przy schodach. W drzwiach pokoju Nick pocałował ją lekko. 

- Wyśpij się, najdroższa. Dobranoc. Rano czekam na odpowiedź. 

Szybko umyła zęby, jak kłoda padła na łóżko i momentalnie usnęła. 

Budziła się powoli, opornie, nie wiedząc po co, choć witało ją słońce. Leżała i patrzyła 

w belkowany sufit, a pamięć stopniowo podsuwała jej kolejne obrazy. Pamiętała wszystko i to 

aż  za  dobrze.  Jak  mogła  okazać  się  taką  idiotką  bez  charakteru?  Obiecywała  sobie,  że  nic 

takiego nigdy, przenigdy się już nie powtórzy, że będzie panią swoich uczuć. Och, dlaczego, 

dlaczego właśnie teraz, gdy życie zaczynało toczyć się normalnie, Nick wrócił, żeby zburzyć 

jej z takim trudem wywalczone poczucie bezpieczeństwa? 

background image

38 

 

Może jednak lepiej będzie zerwać zaręczyny z Kevinem. Byłoby nie fair wikłać go w 

małżeństwo,  skoro  w  gruncie  rzeczy  mało  ją  obchodził.  Tylko  czy  właśnie  w  pierwszym 

rzędzie  nie  dlatego  zgodziła  się  za  niego  wyjść?  Dlatego,  że  nie  zależało  jej  na  głębokim 

związku? Że Kevin nie był w stanie zranić jej tak, jak zrobił to Nick? 

Biedny Kevin. Odczuła prawdziwy wstyd. 

Jego uczucie może i nie było zbyt silne, ale zapewne kochał ją tak, jak umiał. I w tej 

sytuacji, na mniej niż miesiąc przed ślubem, w fazie daleko zaawansowanych przygotowań, 

miała mu powiedzieć, że się pomyliła? A innego wyboru nie miała. Nick był potworem bez 

serca.  Jeśli  uznałby  to  za  konieczne,  powiedziałby  Kevinowi  wszystko.  Ale  czy  naprawdę 

gotów  byłby  zrujnować  ojca?  Miała  wrażenie,  że  wzajemnie  się  lubią  i  szanują.  Znowu 

poczuła  się  niepewnie.  Ojca  znała  zbyt  dobrze,  żeby  podejrzewać  go  o  spisek  z  Nickiem. 

Niemożliwe, żeby dla własnego dobra sprzedał ją człowiekowi, którego nienawidziła. 

Jak  zatem  należało  postąpić?  Ważyła  rozmaite  za  i  przeciw,  myślała  i  myślała,  aż 

rozbolała  ją  głowa,  a  mimo  to  wcale  nie  była  bliższa  podjęcia  decyzji.  Roztrzęsiona  i  sko-

łowana, wstała z łóżka. Wzięła prysznic, założyła rozkloszowaną spódnicę i top w kolorach 

jesieni,  skręciła  włosy  w  węzeł  na  czubku  małej  kształtnej  głowy,  zrobiła  sobie  leciutki 

makijaż. 

Wiedziała,  że  Nick  czeka  na  odpowiedź.  Przejmował  na  własność  firmę  i  dom  - 

wszystko, co kiedyś należało do niej i do ojca. Może nawet te ciuchy, które miała na sobie... 

Czyżby? Przecież to tylko on tak twierdził. A jeśli to czysta fikcja, kłamstwo od początku do 

końca?  Przypuśćmy,  że  zakładał,  iż  ona  nie  zapyta  o  nic  ojca...  Zbiegła  po  schodach, 

otworzyła drzwi do słonecznej jadalni i z ulgą zobaczyła, że ojciec jest sam. Nachylony nad 

filiżanką, czytał niedzielną gazetę. 

Nieco zdziwiony gwałtownością, z jaką weszła, zerknął znad okularów. 

- Coś się stało? 

- Nie, nie... Zastanawiałam się, czy już wstałeś. 

-  Ależ  naturalnie.  Jest  po  dziesiątej.  -  Odłożył  gazetę,  zdjął  okulary,  sięgnął  po 

dzbanek  i  nalał  im  obojgu  kawy.  -  Pewnie  wróciliście  wczoraj  późno...  Spędziłaś  wieczór 

przyjemnie? 

- Bardzo. - Usiadła przy stole. 

- Cieszę się, że ty i Nick wreszcie się dogadaliście. 

- W jakiej sprawie? 

W oczach ojca pojawił się cień zawodu. 

- No wiesz... - zaczął niepewnie. - Nick miał pewne plany. Chciał je z tobą omówić. 

background image

39 

 

Plany to on miał, owszem! Jeśli ojciec je znał, to wiedział, jaki jest Nick. A może nie? 

- Właśnie dlatego... 

-  Tato  -  przerwała,  nie  wytrzymując  rozsadzającego  ją  napięcia.  -  Chcę  cię  o  coś 

zapytać i proszę, bardzo proszę, bądź ze mną szczery. 

-  Wal  prosto  z  mostu!  -  Powiedział  to  serdecznie,  ale  czuła,  że  jest  zaniepokojony  i 

zmieszany. 

- Co się dzieje z firmą? Odwrócił wzrok i włożył okulary do futerału. 

-  Nie  jest,  niestety,  zbyt  różowo.  Ale  nie  zawracaj  tym  sobie  głowy.  Nick  zechciał 

wyłożyć trochę pieniędzy i... 

- Ile? 

- Dość dużo - przyznał jeszcze bardziej zakłopotany. A zatem Nick nie kłamał. 

-  Miedzy  innymi  dlatego  poprosiłem  go,  żeby  przejął  ster  na  czas  mojej 

rekonwalescencji. Ma teraz w Anglii również inne interesy, a dobrze jest, gdy pewne sprawy 

zostają w rodzinie. 

-  Można  to  i  tak  nazwać.  -  Uśmiechnęła  się  nienaturalnie  wesoło.  -  Wczoraj 

wieczorem poprosił mnie o rękę. Przyjęłam oświadczyny. 

- Bardzo się cieszę! 

-  Wiem,  że  to  wszystko  stało  się  tak  nagle  i...  -  zadrżał  jej  głos  -jakoś  będę  musiała 

powiedzieć Kevinowi, że nasze zaręczyny były pomyłką. 

Prawdopodobnie odgadł jej łęk, gdyż pogładził ją po ręce. 

- Lepiej przyznać się do tego teraz, dopóki nie jest za późno. 

- Nigdy nie lubiłeś Kevina... 

- Osobiście nic do niego nie mam. Rzecz w tym, że nigdy nie byłem przekonany, że to 

mężczyzna w twoim typie. 

- A Nick? Twoim zdaniem pasujemy do siebie jak ulał? 

- Nie mam racji? 

Dziwiło  ją,  że  tak  spokojnie  zaakceptował  to,  co  zapewne  musiało  być  dla  niego 

czymś w rodzaju trzęsienia ziemi. 

- Wiedziałeś, że był żonaty? 

- Naturalnie, że wiedziałem. 

-  I  nic  mi  nie...  -  Zerknęła  w  okno  i  nagle  umilkła.  Zobaczyła  dwóch  mężczyzn 

zbliżających  się  do  siebie  z  przeciwnych  kierunków.  Poderwała  się  z  krzesła  i  wybiegła  na 

próg. 

background image

40 

 

W  lekkich,  dopasowanych  spodniach  i  białej  trykotowej  koszuli  Nick  wyglądał 

zgrabnie  i  bardzo  męsko.  Swobodny  strój  nie  osłabiał  wrażenia  chłodnej  wyniosłości,  która 

najwyraźniej  peszyła  Kevina,  ubranego  bardzo  starannie  w  eleganckie  spodnie  z  grubego 

materiału, tweedową sportową koszulę i wełniany krawat. 

Zdążyła  usłyszeć,  jak  wymieniają  kulturalne,  acz  -  przynajmniej  ze  strony  Kevina  - 

mało  serdeczne  słowa  powitania.  Był  wyraźnie  spłoszony.  Czuła,  że  wszystko  przemyślał  i 

żałował swojej wczorajszej rejterady. Podszedł do niej i jakby chciał wszem i wobec pokazać, 

kto  tu  rządzi,  wziął  ją  w  ramiona  i  mocno  pocałował.  To  najzupełniej  nieoczekiwane  i  nie 

leżące w jego naturze zachowanie zbiło Raine z tropu. Minęła dobra chwila, nim oswobodziła 

się z jego objęć. - Kevin - powiedziała pospiesznie, łowiąc groźny błysk w oczach Nicka.  - 

Wejdźmy do środka, muszę z tobą porozmawiać. .. W cztery oczy. 

background image

41 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Wzięła narzeczonego za rękę i  pociągnęła do domu.  Na szczęście salonik był  pusty. 

Zamknęła drzwi i wskazując Kevinowi fotel przy kominku, usiadła naprzeciwko. 

-  Co  się  dzieje?  -  zapytał  zaalarmowany  jej  nienaturalnym  zachowaniem.  -  Coś 

niedobrego? 

-  Nie...  Tak...  Bo...  Słuchaj,  sama  już  nie  wiem,  jak  to  powiedzieć...  Nie  mogę  za 

ciebie wyjść. 

Spojrzał  na  nią  mniej  więcej  z  taką  miną,  jakby  oznajmiała  mu  na  przykład,  że  nie 

podoba jej się jego krawat. 

- Nie mogę za ciebie wyjść - powtórzyła ostrzej. 

-  Co  ty  pleciesz,  maleńka?  -  sprzeciwił  się  łagodnie.  -Jeśli  coś  cię  uraziło,  zaraz  to 

naprawimy. 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

- Nie, ja... 

- To ma związek z twoim kuzynem, tak? - Na przystojnej twarzy Kevina pojawiło się 

napięcie. - Od początku czułem, że z tej wizyty wynikną same kłopoty. 

-  Nick  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego.  Po  prostu  doszłam  do  wniosku,  że  nasze 

małżeństwo byłoby jedną wielką pomyłką. 

Somersby odetchnął z wyraźną ulgą. 

- To tylko nerwy - oświadczył zdecydowanie. - Nic więcej. Mama ostrzegała mnie, że 

to się zdarza. Często kobietę przed samym ślubem opadają wątpliwości. Z moją siostrą też tak 

było. Ale za dzień czy dwa wrócisz do równowagi i... 

- Niestety. To nie są żadne chimery - przerwała gwałtownie. - Przykro mi, naprawdę 

nie mogę zostać twoją żoną. 

-  Czy...  -  Zdjął  okulary,  otarł  czoło  nieskazitelnie  czystą  chusteczką.  -  Chodzi  o  to, 

że... hm... Niepokoi cię fizyczny aspekt naszego związku? 

- Nie, oczywiście, że nie - odpowiedziała, pąsowiejąc. 

- Wiesz dobrze, żabko, że nie musisz się o to martwić - zapewnił zażenowany. - Ja... 

- Nie o to chodzi - przerwała, nie dając mu dojść do słowa. - Po prostu pobierając się, 

popełnilibyśmy błąd. Nie pasujemy do siebie, nie byłabym dla ciebie dobrą żoną. 

Powaga,  z  jaką  mówiła,  sprawiła,  że  coś  wreszcie  zaczęło  do  niego  docierać. 

Zaniepokoił się na dobre, ale jeszcze nie potrafił uwierzyć w to, co usłyszał. 

background image

42 

 

- Lorraine, ty tak nie myślisz. Boisz się może, ale do jutra... 

- Przemyślałam to dokładnie. Nie zostanę twoją żoną. Jest mi tylko przykro, że pewne 

sprawy uświadomiłam sobie zbyt późno. 

Popatrzył  na  nią,  jakby  otrzymał  cios  w  brzuch.  Poczerwieniały  mu  uszy,  w 

wodnistych oczach pojawiło się przerażenie. 

- Słuchaj... Rozesłaliśmy już przecież zaproszenia. Jak tak można. 

- Przepraszam - wyszeptała. 

Kevin zerwał się z fotela. 

- Co powie moja matka?! Wyobrażasz sobie? Lorraine, proszę... Nie możesz mi tego 

zrobić! Wszyscy znajomi będą się ze mnie nabijać. 

- Nie chcę, żebyś cierpiał - powiedziała szczerze. 

- Skoro tak, to daj spokój fanaberiom i szykuj się do ślubu. Matka nigdy o niczym się 

nie dowie. 

- To nie są fanaberie - powtórzyła znękana. - Nie mogę za ciebie wyjść. 

- A to dlaczego? Co takiego zrobiłem, że mnie tak traktujesz?! 

- Nic nie zrobiłeś. To wszystko przeze mnie. 

- No, to weź się w garść. Jestem pewien, że potrafimy rozwiązać każdy problem. 

Rozmowa utrzymana w podobnym tonie przeciągała się w nieskończoność. Kevin to 

wycofywał się, to przekonywał, coraz bardziej zdesperowany i zgniewany, a Raine z uporem, 

o  który  by  się  nie  posądzała,  trwała  przy  swoim.  Była  już  bliska  łez,  gdy  rozległo  się 

niecierpliwe pukanie i w drzwiach stanął Nick w towarzystwie łaszącego mu się do nóg kota. 

- Pakujesz się w sam środek prywatnej rozmowy - warknął rozwścieczony Kevin. 

Calib  czmychnął  do  pokoju,  wskoczył  na  oparcie  fotela  Raine  i  znieruchomiał  jak 

posążek. 

- Nick, proszę cię, zostaw nas samych. - Była u kresu wytrzymałości nerwowej i bała 

się kłótni. 

Nick jednakże wszedł do środka, stanął w lekkim rozkroku, włożył ręce do kieszeni i 

twardo zmierzył się wzrokiem z Kevinem. 

-  Skoro  nie  ma  to  nic  wspólnego  z  tobą,  to  bądź  łaskaw  wyjść  stąd  i...  -  wycedził 

Somersby. 

-  Przykro  mi,  chłopie  -  odparował  Nick,  naśladując  akcent  Kevina  -  ale  tu  chodzi 

właśnie o mnie. 

- Nie wierzę. Lorraine utrzymuje, że... 

background image

43 

 

-  Najwyraźniej  cię  oszczędza  -  uciął  cierpko  Nick.  -Chyba  lepiej  będzie,  jak  ci  to 

oddam.  -  Wyjął  rękę  z  kieszeni  i  rzucił  w  jego  stronę  mały,  błyszczący  przedmiot.  Kevin 

wykazał  się  refleksem,  złapał  go  w  powietrzu  i  otworzył  dłoń,  tępo  wpatrując  się  w 

pierścionek z diamentem. 

Nick przytulił Raine. 

- Powiedz mu - nakazał. 

- Wychodzę za Nicka. 

Zapadła cisza. Somersby bez słowa schował pierścionek do kieszeni. Z kocią przekorą 

Calib  dał  susa  na  podłogę  i  przebiegł  mu  miedzy  nogami,  prawie  go  przewracając.  Roz-

wścieczony  do  ostateczności  Kevin  wymierzył  zwierzakowi  kopniaka,  na  szczęście  nie 

trafiając. Wyszedł, trzaskając drzwiami. Nick zagwizdał cicho. 

- Ruszyło go! 

Raine usiadła i ukryła twarz w dłoniach. 

- Strasznie go musiałam zranić. Nick chrząknął sceptycznie. 

- Często ci mówił, że cię kocha? Cisza starczyła za całą odpowiedź. 

- No widzisz... To tylko urażona duma. No już - pociągnął ją za nadgarstki, by wstała. 

- Przestań się nim dręczyć. To za mnie wychodzisz za mąż. 

- Tylko dlatego, że nie mam wyboru. 

- Może gdybyś umiała zapomnieć... 

-  Zapomnieć?  -  Roześmiała  się  gorzko.  -  Pamiętam  każdą  minutę,  każdą  godzinę, 

każdy dzień. I z każdą chwilą bardziej cię nienawidzę. 

Jakieś uczucie - gniew, a może przestrach? - sprawiło, że Nickowi pociemniały oczy, 

ale ton, jakim się odezwał, był niewzruszony. 

- A nienawidź sobie, ile chcesz, bylebyś tylko ze mną spała. 

W tym, co powiedział, było tyle okrucieństwa, że aż zacisnęła oczy i zadygotała. 

Ślub  zaplanowali  na  31  października  w  malowniczym  kościółku  w  Lopsley. 

Uroczystość miała być bardzo skromna, ograniczona do przyjęcia w niewielkim gronie. Nick 

odwołał Finna Andersona z podróży służbowej i poprosił go na drużbę. Druhną Raine miała 

zostać jej dawna koleżanka szkolna Margo Fleming. 

Tygodnie  poprzedzające  ślub  były  dla  Raine  istnym  koszmarem.  Zgodnie  z  radą 

Nicka: „Nie tłumacz się i nie przepraszaj”, skontaktowała się ze wszystkimi gośćmi zaproszo-

nymi do Mayfair, powiadomiła oficjalnie, że ślub się nie odbędzie. Wysłała też do Kevina i 

jego matki kartkę, prosząc o wybaczenie i biorąc na siebie całą winę za przykrości, które na 

background image

44 

 

nich spadły. Załączyła też opiewający na pokaźną sumę czek - podarunek Nicka - na pokrycie 

ewentualnych poniesionych już kosztów. 

Lady  Somersby  odpowiedziała  gorzkim  listem.  Nazwała  Raine  osobą  „kompletnie 

niemoralną” i stwierdziła, że jej syn miał doprawdy ogromne szczęście, iż udało mu się wy-

plątać z tej „żałosnej afery”. Przypominając sobie swoje zachowanie w samochodzie Nicka, 

Raine nie potrafiła się uwolnić od poczucia winy i świadomości, że spotkała ją do pewnego 

stopnia zasłużona krytyka. 

Z  Nickiem  widywała  się  stosunkowo  rzadko.  Dopiął  tylko  tego,  że  pojechali  razem 

wybrać  zaręczynowy  pierścionek,  staroświeckiej  roboty  cacko  z  szafirowym  oczkiem,  i 

złożyli  wizytę  pastorowi.  Później  jakby  celowo  jej  unikał.  Pozory  uczucia  okazywał 

wyłącznie  w  obecności  Ralpha.  Często  pracował  do  późna,  a  po  kolacji  obaj  panowie 

zasiadali do szachów. 

Raine  aż  wzdrygała  się  na  myśl  o  miodowym  miesiącu  i  stanowczo  opierała  się 

wszelkim planom wyjazdu. 

- Chcesz, żeby ojciec domyślił się w końcu, że coś tu jest nie tak? - zganił ją pewnego 

wieczoru Nick. - Na co masz ochotę? Francja, Włochy, Szwajcaria? 

-  Jest  mi  naprawdę  wszystko  jedno,  byle  tylko  nie  był  to  Paryż.  -  Do  Paryża  mieli 

pojechać z Kevinem. - A w ogóle, to wybierz sam. Lubię niespodzianki - dodała z przylepio-

nym uśmiechem na widok wchodzącego do pokoju ojca. 

-  Jeśli  prędko  sama  się  na  coś  nie  zdecydujesz,  gotów  jestem  tak  właśnie  zrobić  - 

powiedział Nick z błyskiem w oczach. 

- Ho, ho - zachichotał ojciec. - Uważaj, dziewczyno. Odkąd, jak powiadał, ona i Nick 

„zeszli się ze sobą”, stał się innym człowiekiem. Odmłodniał, poweselał, spadło mu ciśnienie. 

Doktor  Broadbent  potwierdził,  że  stan  zdrowia  jego  pacjenta  znacznie  się  poprawił.  Raine 

mogła za to jedynie dziękować Bogu. 

Mimo  że  październik  się  kończył,  utrzymywała  się  ładna  pogoda.  Dzień,  w  którym 

mieli się pobrać, wstał jasny, słoneczny i tylko  w powietrzu czuło się jesienny już chłodek. 

Zaraz po śniadaniu zjawiła się Margo. 

-  Trzeba  się  szykować  -  zaświergotała,  odstawiając  masę  pudełek  i  toreb,  w  których 

przyniosła własne stroje i kosmetyki. Poszły do pokoju, ale mimo zaraźliwej radości przyja-

ciółki Raine nie potrafiła się zdobyć nawet na uśmiech. Blada i milcząca, stała jak manekin, 

gdy Margo, cała w skowronkach, pomagała jej włożyć ślubną suknię z surowego jedwabiu i 

upinała woalkę do skromnego wianka. 

Usłyszały samochód. 

background image

45 

 

- Pan młody i drużba już wyjeżdżają! - Margo podbiegła do okna. 

-  Ale  ty  nie  patrz!  Jak  się  swojego  przyszłego  zobaczy  wcześniej  niż  w  kościele, 

zapowiada  to  ponoć  nieszczęście...  O,  matko!  Ależ  to  piękne  chłopaki...  Pan  Anderson 

pochodzi zdaje się z Bostonu... Przyjechał z żoną? 

- Nie. O ile mi wiadomo, jest kawalerem. 

- Długo tu pobędzie? 

Finna Andersona Raine poznała dopiero ubiegłego wieczoru. Zapamiętała uścisk jego 

dłoni  -  ciepły  i  przyjazny  -  i  uśmiech,  który  nie  wiadomo  dlaczego  wydał  się  jej  dziwnie 

znajomy. 

- Odlatuje do Stanów chyba już jutro po południu. 

-  Szkoda  -  westchnęła  Margo.  -  Dawno  już  nie  widziałam  tak  przystojnego  faceta, 

prócz twojego Nicka oczywiście. 

Należało  jeszcze  koniecznie  sprawdzić,  czy,  jak  każe  tradycja,  panna  młoda  ma  na 

sobie  coś  starego,  coś  pożyczonego  i  coś  niebieskiego,  i  mogły  jechać.  Małą  wiązankę  z 

kremowych  różyczek  z  przydomowej  szklarni  ułożyła  Margo.  W  drzwiach  odwróciła  się 

jeszcze. 

- Nie zapomnij opuścić woalki. 

Kiedy  wyszła,  Raine  przejrzała  się  w  lustrze.  Lśniące  czarne  włosy  opadające  na 

ramiona, twarz blada jak ściana... Z lustra patrzył na nią ktoś obcy i bardzo wystraszony. 

To, że Nick zachowywał się ostatnio tak chłodno i z dystansem, bardzo ją przygnębiło 

i chociaż skrupulatnie szykowała się do uroczystości, nadchodząca ceremonia wydawała się 

jej odległa i nierzeczywista jak zły sen. 

I oto nagle wszystko stało się aż za bardzo realne. 

Patrząc  w  lustro,  przypomniała  sobie,  jak  Nick  porównał  ją  do  Pani  z  Shalott, 

nieszczęsnej bohaterki poematu Tennysona, i zacytowała na głos: 

Opadła zasłona i spłynęła w dół Zwierciadło pękło na pół Klątwa zawisła nade mną. 

Rozległo się pukanie i do pokoju wszedł ojciec, ubrany w jasnoszary garnitur. Ujął ją 

za ręce. 

-  Błogosławię  cię...  Wyglądasz  zupełnie  jak  kiedyś  twoja  matka.  Jesteś  tak  samo 

piękna. 

-  Powiedział:  Och,  jakże  cudne  jej  oblicze  a  Bóg  łaskawy  użyczył  jej  wdzięku  - 

wyrecytowała cicho, prawie nieświadomie. 

- Co mówisz? - zdumiał się ojciec. Momentalnie wzięła się w garść. 

- Przepraszam. Nie wiadomo dlaczego chodzą mi po głowie strofy z „Pani z Shalott”. 

background image

46 

 

- Z czymś ci się kojarzą? 

- Nie, nie. - Zmusiła się do uśmiechu. - To tylko nerwy. 

-  Nerwy,  nie  nerwy,  pora  jechać.  -  Nagle  przyjrzał  się  jej  z  troską.  -  Chyba  że 

zmieniłaś zdanie. 

Nie było już odwrotu. Pokręciła głową. 

-  Kochasz  Nicka,  prawda?  -  Spojrzał  jej  prosto  w  oczy,  jakby  jeszcze  nie  pozbył  się 

wątpliwości. 

- Kocham - skłamała i w tym samym momencie zrozumiała, że mówi prawdę. - Nigdy 

nie przestałam go kochać. 

Wreszcie przyznała się do tego przed sobą, choć nie było to takie proste. Z tą miłością 

szły w parze gorycz, nienawiść i bezsilny gniew. Siła tych uczuć wstrząsnęła nią do głębi. 

- Dzięki ci, Boże - szepnął ojciec. - Jeśli go kochasz, wszystko się ułoży. 

Znajomy kościół, stary i piękny, z łukowym sklepieniem i witrażami w oknach, pełen 

był słońca, kwiatów i Bacha. Zobaczyła najpierw Marthę, ożywioną, siwowłosą, w jesionce z 

futrzanym kołnierzem i  w kapelusiku z piórkiem. Wokół kościoła zebrała się garstka gości. 

Wszystkie myśli Raine skupiły się jednak na panu młodym. Na jego widok zamarło jej serce. 

Obłędnie przystojny w odświętnym ciemnoszarym garniturze, patrzył, jak zbliża się do niego, 

prowadzona  przez  ojca.  Kiedy  podeszli,  wyciągnął  rękę  i  przygarnął  ją  do  siebie.  Na  jego 

twarzy  malował  się  wyraz  triumfu  i  satysfakcji.  Gdy  w  trakcie  nabożeństwa  pastor  zadał 

pytanie: „Czy chcesz wziąć tę oto kobietę za żonę?”, w kościele zrobiło się cicho, jak makiem 

zasiał. Raine, jak we śnie, usłyszała mocny głos Nicka: 

- Tak, chcę. 

- Czy chcesz wziąć tego oto mężczyznę... 

Nie  mam  wyboru,  myślała.  Muszę  przez  to  przejść  -  dla  ojca.  Uniosła  głowę  i 

odpowiedziała wyraźnie: 

- Tak, chcę. 

Wsunął jej na palec obrączkę, uniósł woalkę i pocałował w usta. Wargi miał tak samo 

chłodne jak oczy. 

Podpisali akt zawarcia małżeństwa i oto stali już w blasku słońca przed kościołem, a 

fotograf, który zjawił się nie wiadomo skąd, pstrykał zdjęcia zmierzającym do samochodów 

gościom.  Mniej  niż  pięć  minut  później  znaleźli  się  przed  „Ye  Olde  Flying  Horse”, 

szesnastowiecznym  budyneczkiem  na  rynku  Lopsley.  W  niedużej  restauracji  czekały  już  na 

wszystkich pyszne zakąski i schłodzony szampan. 

background image

47 

 

Pan młody okazał się mało towarzyski, podczas gdy oboje drużbowie i ojciec panny 

młodej uwijali się dosłownie jak w ukropie. Jeśli nawet pannie młodej rozmowa przychodziła 

z trudnością, a jej uśmiech był nieco wymuszony, chyba i tak nikt tego nie zauważył. 

Stojąc  u  boku  męża  i  dopijając  drugi  już  kieliszek  szampana,  Raine  uznała,  że  być 

może sekret przetrwania tkwi w umiejętności radzenia sobie z chwilą bieżącą. Gdybyż tylko 

umiała nie wybiegać myślami naprzód... Drżąc, wzięła z tacy kolejny kieliszek. Zaczynała się 

czuć  dziwnie  lekko.  Upiję  się,  pomyślała,  gdy  nagle  przyszło  jej  do  głowy,  że...  Ależ  tak, 

przetrwać da się wszystko; trzeba jedynie okazać siłę woli. Nick wymusił na niej małżeństwo, 

ale  nie  mógł  nakazać,  żeby  z  nim  sypiała.  Postawi  sprawę  jasno,  powie,  że  sobie  tego  nie 

życzy. Jakież to proste... 

- Nic nie jesz. - To mówił chyba on, bo któżby inny. 

- No to co? 

-  Przyniosę  ci  coś.  -  Ściągnął  brwi  i  chciał  jeszcze  coś  dodać,  lecz  podeszła  do  nich 

Martha. 

- Aleś ty śliczna - uśmiechnęła się wzruszona do Raine. - Tato jest z ciebie dumny... - 

Objęły się serdecznie. 

- Wszystko gotowe? - zapytał Nick. 

- W najdrobniejszych szczegółach - potwierdziła gosposia, podając mu jakiś klucz, ale 

nim zdążyła się rozgadać, zajął się nią Ralph. Włożył jej kieliszek do ręki, objął ramieniem i 

poprowadził do bufetu. 

- Szampana? - Do młodej pary zbliżył się drużba. 

- Chyba już podziękujemy - odpowiedział Nick. - Zostało nam niedużo czasu. 

- Że co? - bąknęła Raine, gdy Finn częstował Margo. Czuła, że plącze się jej język. 

-  Zaraz  będziemy  się  musieli  zbierać.  Wyjeżdżamy  w  podróż  poślubną...  Pamiętasz 

chyba nasze rozmowy. 

- Tak, tak, ale... Nie jestem spakowana. 

-  Zrobiła  to  za  ciebie  Martha.  Twoja  walizka  jest  już  w  bagażniku  taksówki.  Martha 

przyniosła  ci  też  ubranie  na  podróż.  Tam  jest  pokoik,  gdzie  możesz  się  przebrać.  Chodź, 

pomogę ci wyplątać się z tej sukni. 

W  jednej  chwili  wyparowała  z  niej  pijacka  pewność  siebie.  Zerknęła  w  bok  i 

zobaczyła Margo i Finna zatopionych w rozmowie. Prawie stykali się głowami. 

- Sama sobie poradzę. 

-  Wątpię.  -  Odstawił  puste  kieliszki  i  wziął  wiązankę.  -  Trzeba  sporej  precyzji,  żeby 

rozpiąć te wszystkie  guziczki,  a tobie, zdaje się, troszeczkę trzęsą się ręce. Z moją pomocą 

background image

48 

 

pójdzie ci szybciej. Przebierzesz się, a potem pozostanie ci już tylko pożegnać gości z miną 

szczęśliwej panny młodej. 

background image

49 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

I tak to właśnie wyglądało. Ucałowała ojca, Nick uścisnął mu dłoń, pożegnali  się ze 

wszystkimi  i  w  deszczu  ryżu  i  różanych  płatków  przeszli  brukowaną  uliczką  do  czekającej 

taksówki.  Raine  zatrzymała  się  jeszcze  na  chwileczkę  i  rzuciła  swoją  wiązankę  tak,  żeby 

złapała ją Margo. A potem odjechali, uśmiechając się i machając do grupki osób żegnających 

ich w październikowym słońcu. 

Kiedy nie trzeba już było nic udawać, skończyły się pozory szczęścia. Raine milczała. 

Dobrze wiedziała, co ją czeka. Gdyby jeszcze nie ta zmysłowa fascynacja mężczyzną, który 

został jej mężem, chociaż ani jej nie kochał, ani nawet nie szanował... 

Nick wziął ją za rękę. 

-  Raine,  posłuchaj...  Jesteśmy  teraz  mężem  i  żoną,  na  dobre  i  na  złe.  Czemu  nie 

mielibyśmy się postarać, żeby było nam razem dobrze? 

-  Żartujesz chyba!  -  krzyknęła z ogniem w oczach.  -  To tak, jakby  mówić niewinnie 

powieszonemu, żeby spróbował znaleźć jaśniejsze strony w swojej sytuacji. 

- Tak być nie musi - odparł spokojnie. - Wiesz tak samo dobrze jak ja, że moglibyśmy 

być  szczęśliwi.  Lubimy  ze  sobą  przebywać,  w  wielu  sprawach  mamy  zbliżony  gust,  a  seks 

jest  mocną  stroną  naszego  związku.  Co  do  reszty,  konieczny  jest  kompromis.  Po  co  mamy 

zrobić sobie z życia piekło? Lepszy byłby pakt o nieagresji. 

- Co ty powiesz! - Wyrwała mu rękę. 

- Gdybyś tylko przestała się szarpać i popatrzyła na sytuację rozsądnie... 

- Twoim zdaniem rozsądnie z mojej strony byłoby zgodzić się na rolę zabawki, póki ci 

się nie znudzę? Nie, dziękuję. Wolę już wojnę. 

-  No  cóż  -  powiedział  z  kamiennym  wyrazem  twarzy.  -  Pozostaje  mi  więc  jedynie 

przekonać cię, że zwycięzcą będę ja. 

Linia frontu została nakreślona. Lecieli do Bostonu. 

Samolot  wystartował  o  czasie.  Raine,  którą  z  napięcia  i  od  nadmiaru  szampana 

rozbolała głowa, pożegnała hałaśliwe Gatwick z prawdziwą ulgą. Po burzliwej rozmowie w 

taksówce Nick zaczął  znów odnosić się do niej z uprzejmą obojętnością.  Dziwne, ale wcale 

jej to nie cieszyło. Z udawanym zainteresowaniem czytała jakieś romansidło, które kupił jej 

na lotnisku. Miała jednak taki mętlik w głowie, że nie potrafiła ani się skupić, ani zdrzemnąć, 

ani nawet wmusić w siebie podanego posiłku. 

background image

50 

 

Bostoński  międzynarodowy  port  lotniczy  znajduje  się  na  półwyspie.  Kiedy  samolot 

podchodził  do  lądowania,  widać  było  mosty  na  Charles  River  i  roziskrzony  dywan  świateł. 

Podczas swej pierwszej wizyty Raine zakochała się bez pamięci w tym wspaniałym mieście, 

zwanym niegdyś „kolebką wolności”. 

Taksówka  podjechała  pod  dom  przy  skwerze  Mecklenburg,  drzwi  otworzyły  się  i 

schody  zalało  światło.  Tak  samo  jak  wtedy...  Przez  sekundę  Raine  wydawało  się,  że  zaraz 

wyjdzie do nich stryj Harry. Zamiast niego ukazała się jego gosposia, pani Espling. Gdy Nick 

płacił taksówkarzowi i wyjmował bagaże, przywitała się z nią serdecznie. 

- Bardzo się wszyscy ucieszyliśmy na wiadomość o ślubie - powiedziała. - W imieniu 

całego  personelu  pragnę  złożyć  pani  najlepsze  życzenia.  Zdrowia,  szczęścia,  pomyślności! 

Ale - dodała z nutką niepokoju - czy lot przebiegł bez problemów? Wygląda pani mizernie... 

- Trochę mnie to wszystko zmęczyło - przyznała Raine. - Jeśli chciałaby pani pójść od 

razu na górę, to... 

- Owszem. 

- Zaraz przyniosę coś do jedzenia. 

- Nie, nie, dziękuję. Proszę sobie nie robić kłopotu. Chciałabym się tylko położyć. 

-  To  pewnie  ta  różnica  stref  czasowych  tak  się  dała  pani  we  znaki  -  stwierdziła  pani 

Espling, wchodząc razem z nią po schodach, ale gdy Raine skręciła automatycznie w stronę 

pokoju,  który  zajmowała  w  ubiegłym  roku,  dotknęła  jej  ramienia  i  pokierowała  do 

małżeńskiej sypialni. Zaraz potem szczupły, jasnowłosy młodzian, w którym rozpoznała syna 

gospodyni, przyniósł jej walizkę i postawił na rzeźbionej komódce w nogach łóżka. 

Spojrzała na królewskich rozmiarów łoże, zapewne to samo, które jeszcze niedawno 

Nick dzielił z Tiną, i raptem - ale niestety znacznie, znacznie za późno - pożałowała, że to nie 

ona wybrała miejsce na miodowy miesiąc. Wolałaby wszystko, byle nie Boston. 

Roztrzęsiona otworzyła walizkę. Odłożyła na bok kremową atłasową koszulę nocną i 

cieniutki  peniuar,  które  Martha  świadomie  umieściła  na  samym  wierzchu  razem  z  kosme-

tyczką,  i  robiąc  bałagan  w  rzeczach,  wyciągnęła  bawełnianą  koszulę  i  stary  szlafrok. 

Wróciwszy z łazienki, zgasiła lampę, położyła się do łóżka, zamknęła oczy i  starała się nie 

myśleć, co ją czeka. Może gdyby spała, kiedy przyjdzie Nick... Mizerna to była nadzieja, ale 

uczepiła  się  jej  jak  ostatniej  deski  ratunku.  Mimo  obezwładniającego  zmęczenia,  nie  mogła 

usnąć.  Sen  nie  chciał  jej  zmorzyć  i  napięta,  u  kresu  wytrzymałości  nerwowej,  czekała, 

czekała, czekała. 

Wszedł cicho. Jego obecność zdradziło jedynie lekkie naciśnięcie klamki. Na dywan 

padła smuga światła. Zapalił lampkę przy łóżku. 

background image

51 

 

- Wiem, że nie śpisz - szepnął jej do ucha - więc nie udawaj. Chyba że chcesz, żebym 

postąpił z tobą jak książę ze Śpiącą Królewną. 

Roześmiał się miękko, gdy uniosła powieki. 

- Boli cię głowa? 

- Tak. - Pomyślała, że Nick zaraz zacznie kpić i powie, że zna te numery. 

- No, to usiądź. - Podał jej kubek gorącego mleka doprawionego brandy. 

- Nienawidzę gorącego mleka! 

-  Weź  to.  - Wcisnął  jej w  dłoń  dwie  pigułki.  -  Głowa  przestanie  cię  boleć  i  szybciej 

zaśniesz...  Chyba  że  wolisz,  żebyśmy,  jak  się  to  nieładnie  mówi,  skonsumowali  nasze 

małżeństwo jeszcze tej nocy - dodał z uśmiechem, spostrzegając jej zaskoczenie. 

Szybko połknęła tabletki i zaczęła pić mleko. Uśmiechnął się, tym razem drwiąco. 

- Ochoty wielkiej nie widzę. A ponieważ najwyraźniej nie jesteś w formie... 

- Zastanawiam się, czy tego nie wykorzystasz. Byłabym łatwą zdobyczą. 

Zgniewała go wyraźnie, ale kiedy się odezwał, jego głos brzmiał spokojnie: 

-  Łatwe  zdobycze  nie  budzą  we  mnie  szczególnego  entuzjazmu,  a  z  tobą...  no  cóż, 

nastawiam się na piękną walkę. 

Wiedziała,  że  jest  zawzięty,  ale  z  natury  był  człowiekiem  dumnym.  Postanowił,  że 

wygra walkę, więc musiało to być zwycięstwo w wielkim stylu, a jakież to zwycięstwo, gdy 

przeciwnik popija mleko i pada ze zmęczenia. Irytował ją potwornie tą zdolnością panowania 

nad sobą, umiejętnością czekania. Dawał jej wolność, ale zamiast się z tego cieszyć, czuła się 

jedynie jeszcze bardziej rozstrojona. 

Wyjął kubek z jej ręki i odstawił na szafkę. 

-  A  może  jednak  byłoby  lepiej,  gdybyśmy  się  kochali  dzisiaj?  Rano  mogłabyś 

powiedzieć, że byłaś zbyt zmęczona, żeby mi się oprzeć? 

Doprawdy szokował ją tym odczytywaniem jej nawet nie do końca uświadamianych 

myśli. 

- Ja w ogóle nie życzę sobie żadnych zbliżeń z tobą. A już zwłaszcza na tym łóżku... 

- Niewygodne? 

-  Wygodne,  niewygodne,  to  bez  znaczenia.  Po  prostu  nie  mogę  znieść  myśli  o  tym, 

że... 

- Że spałem tu z Tiną? O to możesz być spokojna. Na tym łóżku nikt nigdy ze mną nie 

spał. 

Odczuła  tak  ogromną  ulgę,  że  jej  piękne  zielone  oczy  zwilgotniały  nagle  i  dwie 

ciężkie  łzy  stoczyły  się  powoli  po  policzkach.  Nick  nachylił  się  i  z  czułością  otarł  je 

background image

52 

 

kciukiem. Wstrzymała oddech nie wiedzieć czemu - może z napięcia, a może dlatego, że ta 

ulotna chwila dała jej przedsmak tego, jak mogłoby potoczyć się ich pożycie. 

-  No, uspokój się, nie trzeba...  - Otoczył  ją ramionami i  zaczął  lekko kołysać.  - Jeśli 

nie uśniesz do czasu, aż się wykąpię - zagroził łagodnie, układając ją jak dziecko - to uważaj, 

bo jeszcze podkusi mnie licho i będę się z tobą kochał do białego rana. 

Kiedy Raine obudziła się, w głowie huczała jej tylko jedna myśl: spali razem! Była w 

wielkim  łożu  sama,  ale  obok  niej  leżała  zmięta  kołdra  i  wygnieciona  poduszka.  Niebieskie 

aksamitne  zasłony  były  odciągnięte.  Przez  wysokie  drzewa,  rosnące  przy  skwerze, 

przeświecało słońce. Spojrzała na swój maleńki złoty zegarek. No, ładnie... Przespała blisko 

dobę. Ból głowy minął, czuła się znowu sobą i była przeraźliwie głodna. 

Zupełnie  jakby  myśl  potrafiła  czynić  cuda,  drzwi  otworzyły  się  i  wszedł  Nick  ze 

śniadaniem na tacy. 

- Lepiej się czujesz? Mam nadzieję, że jesteś wreszcie głodna. 

- Owszem. - Umknęła mu wzrokiem, gdy stawiał tacę na jej kolanach. 

- To dobrze. Proszę. 

Podniósł  pokrywkę  półmiska.  Zapachniało  jajecznicą  na  kruchutkim  bekonie.  Obok 

leżała  góra  tostów  wielkości  dłoni,  stał  brązowy  dzbanuszek  z  klonowym  syropem  i  dwie 

identyczne filiżanki, ale nakrycie było tylko jedno. 

- A ty? Nie jesz? - Poczuła się nieswojo na myśl, że Nick będzie tak siedział i tylko się 

przyglądał. 

- Jadłem śniadanie godzinę temu. Ale kawę wypiję z tobą chętnie. 

Nalał  kawę  do  obu  filiżanek  i  podszedł  ze  swoją  do  okna.  Wdzięczna  za  to,  że 

zachował  się  taktownie,  rzuciła  się  na  jedzenie.  Spałaszowała  prawie  całą  jajecznicę  i  nie 

przejmując  się  tym,  że  miesza  pikantne  ze  słodkim  -  czego  Amerykanie  na  ogół  unikają  - 

zakończyła śniadanie tostem z syropem. 

- Dziękuję, to było pyszne. - Westchnęła błogo. Patrząc Raine w oczy, Nick uniósł jej 

dłoń i oblizał po kolei słodkie od syropu palce, a potem delikatnymi, drobnymi muśnięciami 

zlizał słodycz z jej warg. Zagrały w niej zmysły, kiedy jednak podała mu usta do pocałunku, 

powiedział miękko: 

-  Ostrzegam  cię  uczciwie.  Jeśli  się  raz  pocałujemy,  wrócę  pod  kołderkę  i  będę  się  z 

tobą kochał przez cały dzień. Mam cię pocałować? Chcesz? 

Pragnęła tego każdym nerwem, ale zapanowała nad sobą. Dlaczego znowu dawał jej 

możliwość wyboru? Zachowywał się tak, jakby zależało mu na uniknięciu oskarżenia o to, że 

ją do czegokolwiek przymusza. Tyle że gdyby udało mu się skłonić ją do przyznania, że to 

background image

53 

 

ona go pragnie, miałby zwycięstwo w kieszeni. A zatem nie wolno jej było przyznać się do 

własnych najgłębszych pragnień. 

- Raine... Chcesz? 

- Nie! - zaprzeczyła nieswoim głosem. 

- W takim razie - odsunął się - trzeba będzie spędzić ten dzień inaczej. Co byś chciała 

robić? 

-  Chciałabym  wyjść  z  tego  domu  i  nigdy  cię  już  nie  oglądać.  A  ponieważ  to 

niemożliwe, jest mi dokładnie wszystko jedno. 

-  Będą  ci  potrzebne  ubrania.  Powiedziałem  Marcie,  żeby  zapakowała  tylko 

podstawowe  rzeczy,  proponuję  więc,  żebyśmy  się  wybrali  po  zakupy,  a  przy  okazji 

przypomnisz sobie Boston. 

Wezbrał w niej z nową siłą żal do niego za to, że za cel podróży wybrał miejsce, które 

- o czym, musiał wiedzieć - budziło w niej najgorsze wspomnienia. 

- Nie mam ochoty. - Odwróciła wzrok. 

- Rozumiem, że nieszczególnie cię obchodzi, jak i gdzie spędzimy miodowy miesiąc. 

- Skąd wiesz? - wycedziła słodko. 

- Jakoś nie widać, żeby rozpierała cię radość. 

- Wyobrażałeś sobie, że będzie inaczej? Nick uśmiechnął się blado. 

- Jeśli dobrze sobie przypominam, kategoryczny sprzeciw wzbudzała w tobie jedynie 

perspektywa wyjazdu do Paryża. Boston kiedyś bardzo ci się podobał. 

- Ale tym razem wybrałeś go wręcz za karę - powiedziała rozżalona. 

-  Wybrałem  go,  żebyśmy  mogli  dzień  czy  dwa  odpocząć,  pobyć  tylko  we  dwoje. 

Myślałem, że łatwiej ci tu będzie oswoić się z sytuacją i... 

Roześmiała się sarkastycznie. 

- Uważasz, że kiedykolwiek oswoję się z faktem, że dałam się zmusić do małżeństwa 

z kimś, kogo nienawidzę? 

Wyraźnie starał się zachować cierpliwość. 

- Nie musimy siedzieć w Bostonie. Chcesz, to wyjedziemy, choćby dziś... Raine... Nie 

ma sensu tak się kłócić. Proszę cię jedynie o odrobinę dobrej woli po to, żeby nasza podróż 

poślubna przebiegła możliwie najprzyjemniej. Po prostu powiedz, dokąd chciałabyś pojechać. 

Gdy po raz kolejny odęła się i zrobiła ironiczną minę, potrząsnął nią lekko. 

- Słuchaj... Nie chcę, żebyś znienawidziła mnie jeszcze bardziej, więc. 

- Bardziej już chyba nie potrafię. 

- W porządku. W takim razie nie mam nic do stracenia. 

background image

54 

 

-  Nic  -  przytaknęła zjadliwie.  - Jest  mi dokładnie wszystko  jedno,  gdzie spędzimy te 

parę tygodni. Piekło wszędzie jest takie samo. 

Zacisnął boleśnie palce na jej ramionach i nagle, jakby się obawiał, że zrobi coś złego, 

puścił ją i wstał. 

-  No to  pięknie.  - Wyczuła, że ogarnia  go furia.  - Chcesz piekła, to  postaram  się nie 

sprawić ci zawodu. 

-  Nick,  ja...  -  zaczęła  przerażona,  uświadamiając  sobie,  że  przebrała  miarę,  ale 

wyszedł, głośno zamykając drzwi. 

Roztrzęsiona  wyskoczyła  z  łóżka,  wyjęła  z  walizki  świeżą  bieliznę,  sukienkę  z 

wełenki  i  półbuty  na  wysokim  obcasie.  Należało  koniecznie  załagodzić  sytuację.  Szybko 

ubrała  się  i  zamierzała  już  pójść  do  niego,  gdy  raptem,  przechodząc  przez  sypialnię, 

zorientowała  się,  że  jej  walizka  znikła.  Odczuła  nagły  niewytłumaczalny  niepokój.  Nie 

wariuj, skarciła się w duchu. Na pewno służąca albo sama pani Espling chciała zrobić porzą-

dek. Zeszła po schodach i od razu w holu natknęła się na Nicka. Trzymał w ręku jej torebkę i 

ciepłą, długą kurtkę. 

Albo czytał w jej myślach, albo sam zdecydował, że jednak pojadą do centrum. Bez 

słowa podprowadził ją do dużego auta. Było wygodne i wyposażone w klimatyzację. 

Przez  pewien  czas,  gdy  jechali  malowniczymi  uliczkami  Beacon  Hill,  spokojnie 

oglądała  widoki  za  szybą.  Nagle  coś  obudziło  jej  czujność.  Nick  w  ogóle  się  nie  odzywał. 

Cisza panująca w samochodzie stawała się nie do zniesienia. 

- Zwykle nie jeździsz tym autem - odezwała się, żeby cokolwiek powiedzieć. 

- Służy mi do podróżowania zimą. 

- A co to za marka? 

- Cherokee Chief. 

- Pytam, bo pomyślałam, że to trochę dziwne wybierać się takim autem po zakupy. 

- Nie jedziemy po zakupy. 

Zrozumiała.  Skończyły  się  żarty.  Jej  dotychczasowy  niepokój  przemienił  się  w 

prawdziwy strach. 

- A dokąd?! - rzuciła ostro. 

-  W  podróż  poślubną.  -  Zerknął  na  nią  spod  długich,  ciemniejszych  od  włosów,  lecz 

złotawych na końcach rzęs. 

A zatem to dlatego z pokoju znikły jej rzeczy i walizka! Oczywiście, jak mogłam tego 

nie przewidzieć, pomyślała z bijącym sercem, jeszcze nie do końca tracąc nadzieję, że myli 

się w swych przeczuciach. 

background image

55 

 

- Dokąd? - wydusiła. 

-  Zgadnij.  -  Spostrzegła,  że  skrzywił  się  w  okrutnym  uśmiechu.  Kpił  z  niej  w  żywe 

oczy. 

Nie, pomyślała rozgorączkowana. Do Sowiej Zatoczki nie wrócę za nic. Rok temu tak 

wyobrażała  sobie  raj,  ale  teraz  wspomnienia  związane  z  tym  miejscem  były  wręcz  nie  do 

zniesienia. 

- Nick, proszę cię - powiedziała z paniką w głosie. - Pojadę wszędzie, wszędzie, byle 

nie tam. 

- Dałem ci wolność wyboru - stwierdził beznamiętnie, gdy przejechali mostem przez 

Charles  River  i  skręcili  na  autostradę  biegnącą  wybrzeżem  Nowej  Anglii  do  Maine.  -

Powiedziałaś, że piekło jest wszędzie takie samo. Pozwól zatem, moja droga żono, że zrobię 

je tam, gdzie zechcę. 

Sama ściągnęła na siebie to nieszczęście, nie odezwała się więc ani słowem. 

- Nie zamierzasz mnie błagać? 

- Coś by to dało? 

- Nie, ale miałbym przynajmniej satysfakcję. 

-  Figa  z  makiem  -  odburknęła  bez  zastanowienia,  powtarzając  jedno  z  ulubionych 

powiedzonek Margo. 

Wybuchnął śmiechem. 

- Wreszcie trochę humoru. Jest nadzieja, że się kiedyś rozchmurzysz, a jak już, to...  - 

Puścił  do  niej  oko.  -  W  Sowiej  Zatoczce  będziemy  zupełnie  sami.  W  promieniu  kilku 

kilometrów nie ma żywej duszy. 

- Usiłujesz mnie przestraszyć... 

-  Jak  widzę,  z  powodzeniem.  Ale  -  zerknął  w  jej  stronę  -  nie  masz  się  czego  bać. 

Zdrzemnij się lepiej. Do Bangoru jedzie się mniej więcej pięć godzin, a potem minie jeszcze 

trochę czasu, nim dotrzemy na miejsce. 

Pomyślała  o  drogach,  po  których  jeździły  jedynie  platformy  z  drzewem,  o  leśnych 

ostępach i kompletnym bezludziu. Ogarnął ją lęk. 

- Do tego czasu zrobi się zupełnie ciemno... 

- Mamy mocne światła, a w puszczy czuję się niemal jak w domu. 

Nick  nigdy  nie  przestawał  jej  zdumiewać.  Wydawał  się  kimś,  kto  realizuje  się  w 

mieście,  w  wielkim  świecie.  Stryj  Harry  opowiadał  jej  jednak,  że  jako  bardzo  młody 

mężczyzna  Nick  spędził  dużo  czasu  w  bazach  przy  wyrębie  lasu.  To  tam  nabrał  tężyzny, 

harując  fizycznie  jak  wszyscy  pozostali  robotnicy,  i  zapracował  na  szacunek  swoich 

background image

56 

 

przyszłych podwładnych. Sam stryj również kochał dziką przyrodę. Opowiadał, że przed laty 

sporo z Nickiem wędrowali i pływali kajakiem, docierając czasem do samych mateczników. 

Mateczniki... Stare, prawie już zapomniane słowo. Poczuła dreszcz emocji, ale szybko 

odechciało się jej romantycznych uniesień. 

Miała  przed  sobą  całe  pięć  godzin.  Jeśli  przez  ten  czas  potrafiłaby  jakimś  cudem 

namówić Nicka na nocleg w Bangorze, to rano może nie byłby już taki zawzięty... Chociaż 

przespała  całą  dobę,  musiała  się  chyba  w  którymś  momencie  zdrzemnąć,  gdyż  kiedy 

podniosła  ciężkie  powieki,  spostrzegła,  że  słoneczna,  łagodna  aura  zmieniła  się  nie  do 

poznania. Silny wiatr kładł pokotem trawy, na niebie kłębiły się chmury i padał deszcz. 

Zjechali  z  autostrady  i  wjechali  w  ruchliwe  uliczki  jakiegoś  centrum  handlowego  z 

parkingami, stacją benzynową, agencją wynajmu samochodów, barem kawowym i restaura-

cją, w której serwowano owoce morza. 

- Zjadłabyś coś? 

Nie  chciało  jej  się  jeść,  ale  ochoczo  skinęła  głową.  Przy  jedzeniu  zawsze  łatwiej 

nawiązać  rozmowę.  Może  jednak  Nick  zgodzi  się  przenocować  w  Bangorze.  Rano 

zaproponowałaby  mu  na  przykład  wycieczkę  nad  Niagarę.  Mogliby  tam  spędzić  parę  dni,  a 

może  zostać  na  dłużej.  Wśród  ludzi,  w  hotelu.  ..  Zapędziła  się  w  marzeniach,  ale  póki  co 

należało  je  ograniczyć  do  Bangoru.  Bo  potem,  gdyby  ruszyli  dalej  na  północny  wschód, 

byłaby już tylko więźniem Nicka - skazana na jego łaskę i niełaskę. 

background image

57 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Zaparkowali w pobliżu restauracji „Pod homarem” i w ulewnym deszczu przebiegli do 

środka. Natychmiast zajęto się ich okryciami i wskazano stolik na przeszklonej, stylizowanej 

na morski brzeg werandzie. O szyby bił deszcz. Świat ginął w jego nieprzerwanych strugach. 

Jak  wskazywała  nazwa  restauracji,  tutejszą  specjalnością  były  homary.  Kelnerka  w 

nieskazitelnie białej bluzce, krótkiej czarnej spódnicy i klapkach - na oko dorabiająca sobie 

studentka  -  zaczęła  wyliczać  sposoby,  na  jakie  je  tu  przyrządzano  i  podawano,  ale  Raine, 

czując, że z homarem w żadnej postaci sobie dziś nie poradzi, przejrzała szybko kartę i wy-

brała sałatkę. Gdy tylko dziewczyna przyjęła zamówienie i odeszła, zebrała się na odwagę. 

- Ile czasu zabierze nam jazda do Bangoru? 

- Jakąś godzinę... może półtorej. Upiła łyk wody. 

- Jesteś chyba zmęczony. Prowadzenie samochodu w takim deszczu to istna mordęga. 

Spojrzał  na  nią  tak  obojętnie,  że  natychmiast  pojęła  beznadziejność  próby  realizacji 

swego planu, lecz chcąc przynajmniej zyskać na czasie, brnęła dalej: 

-  Czy nie uważasz, że rozsądniej byłoby zatrzymać się na noc w jakimś motelu? Źle 

mówię? - rzuciła zdesperowana, gdy w ogóle nie zareagował. - Przecież do Sowiej Zatoczki 

zawsze możemy pojechać jutro. Jeśli oczywiście będziesz chciał... 

Powoli powiódł po niej spojrzeniem. 

-  Wolałbym  znaleźć  się  tam  już  dziś  -  powiedział  spokojnie.  -  Mam  pewne  plany,  a 

pokoik  w  motelu  o  ścianach  cienkich  jak  papier  nie  bardzo  się  nadaje  do  realizacji  moich 

zamierzeń... 

- Nick, posłuchaj. Sam mówiłeś, że nie ma sensu robić z życia piekła. Zgadzam się z 

tobą. Byłam złośliwa i w ogóle niemożliwa. Przepraszam. 

- Uznałaś, że przeprosiny mogą mnie ugłaskać? - Z satysfakcją przyglądał się, jak jej 

policzki stają w ogniu, i pokręcił głową. - Lepiej coś zjedz. 

-  Nie.  Naprawdę  więcej  nie  mogę.  Napiłabym  się  kawy.  Zamówił  kawę  i  od  razu 

poprosił o rachunek. Napiwek był tak hojny, że kelnerka spojrzała na niego najpierw zasko-

czona, a potem uradowana. 

- Bardzo dziękuję! Życzę miłego dnia. 

Trzymając Raine pod łokieć, poprowadził ją do holu, gdzie zdjął kurtkę z wieszaka. 

- Muszę jeszcze umyć ręce. 

background image

58 

 

Klimatyzowane  pomieszczenie  było  przyjemne  i  dobrze  oświetlone,  wyposażone  w 

kilka krzesełek, długą toaletkę z lustrem i rząd umywalek. Raine rozejrzała się i dusza w niej 

zamarła. Żadna z kabin nie miała okna; wchodziło się i wychodziło tymi samymi drzwiami. O 

ucieczce  nie  mogło  być  mowy.  Jakby  wiedziony  siódmym  zmysłem,  Nick  odwrócił  się, 

ledwie otworzyła drzwi. Nie pozostawało nic innego, jak pójść za nim. 

Chociaż było dopiero wczesne popołudnie, zrobiło się prawie ciemno, a deszcz lał jak 

z  cebra.  Skuleni  pod  parasolami  ludzie  wyskakiwali  ze  swych  samochodów.  Na  mokrych 

chodnikach  odbijały  się  czerwone,  niebieskie  i  zielone  światła  neonów.  Wracając  na 

autostradę, mijali stację benzynową. Nick sprawdził poziom paliwa. 

-  Warto  by  dopełnić  bak  -  powiedział  i  korzystając  z  tego,  że  jedno  miejsce  przy 

dystrybutorze właśnie się zwolniło, podjechał tam, wyłączył silnik i wysiadł. 

Raine  ogarnęło  niesamowite  podniecenie.  Oto  nadarzała  się  sposobność,  o  jakiej 

nawet  nie  marzyła.  Główne  wejście  do  pasażu  handlowego  znajdowało  się  tuż,  tuż.  Gdyby 

tylko  udało  się  tam  niepostrzeżenie  wśliznąć,  byłoby  stosunkowo  łatwo  zniknąć  w  tłumie 

ludzi,  labiryncie  korytarzy,  sieci  stoisk  i  salonów  firmowych.  Co  prawda  zostałaby  bez 

walizki,  ale  jakoś  by  sobie  poradziła.  Nie  miała  przy  sobie  dolarów,  a  jedynie  angielskie 

drobniaki, lecz od czego są karty kredytowe. .. Siedziała cicho jak myszka, gdy tymczasem 

Nick napełnił bak, wsiadł za kierownicę i podjechał parę metrów do przodu. Gdyby jeszcze 

zostawił kluczyki w stacyjce, kiedy poszedł płacić za benzynę... Niestety, jakby coś go tknęło, 

zabrał je ze sobą. 

Błyskawicznie  wysiadła  i  powstrzymując  się  od  biegu,  spokojnie  wmieszała  się 

między  ludzi  zmierzających  do  wejścia.  Z  bijącym  sercem,  na  dziwnie  sztywnych  nogach 

przemierzyła główny hol, skręciła, wsiadła do winy i wjechała na piętro. 

Z witryn wielu sklepików nie zdjęto jeszcze dekoracji z okazji Halloween, ale Raine, 

oglądając  się  raz  po  raz  nerwowo  za  siebie,  prawie  nie  zauważała  czarownic  w  czarnych 

szpiczastych  kapeluszach,  upiorów  w  białych  szatach  i  podświetlonych  lampionami, 

wydrążonych dyń, przypominających pomarańczowe, uśmiechające się złowieszczo głowy. 

Ochrona  pasażu  handlowego  była  liczna  i  widoczna.  Wszędzie  przechadzały  się 

umundurowane patrole, wyposażone w krótkofalówki. Jednemu z nich towarzyszył owczarek 

alzacki.  Zauważyła,  jak  jakiegoś,  zdaje  się  podpitego,  młokosa  strażnicy  odizolowali 

sprawnie od koleżków i udzielili mu przestrogi. 

Czując się nadal bardzo niepewnie, Raine weszła do jednego z większych salonów, ale 

kiedy  zbyt  długo  bez  celu  kręciła  się  między  stoiskami,  spostrzegła  podejrzliwe  spojrzenie 

strażniczki.  Przeszła  więc  gdzie  indziej.  Stopniowo  uspokajała  się  i  po  więcej  niż  godzinie 

background image

59 

 

krążenia od sklepu do sklepu powiedziała sobie stanowczo, że nic jej nie grozi. Gdyby nawet 

Nick  domyślił  się,  że  weszła  do  pasażu,  i  tak  żadną  miarą  nie  zdołałby  przeszukać  tak 

ogromnego  kompleksu.  Ale  czy  odjechał?  Można  to  było  sprawdzić  tylko  w  jeden  sposób. 

Zdobyła się na odwagę i zjechała do głównego wejścia. 

Wciąż  lał  deszcz,  a  wiało  chyba  jeszcze  mocniej  niż  przedtem.  Starając  się  jak 

najdłużej  nie  wychodzić  na  otwartą  przestrzeń,  przeszła  w  stronę  parkingu,  otoczonego 

sznurem z różnobarwnymi chorągiewkami, szarpanymi teraz przez wiatr. Czujny rzut oka na 

zatoczkę, w której zaparkował Nick, przekonał ją, że jego samochód znikł. Odetchnęła z ulgą 

i  ruszyła  szybko  w  stronę  agencji  wynajmu  samochodów,  usiłując  po  drodze  namacać  w 

torebce portfel, w którym trzymała karty kredytowe, prawo jazdy i pieniądze. Nie mogła go 

znaleźć,  więc  zatrzymała  się,  poszukała  spokojniej  -raz,  drugi,  trzeci  i  niestety  -jej 

podejrzenia potwierdziły się. Portfela nie było. 

- Czym mogę służyć? - przywitała ją nosowym głosem brunetka za ladą. 

- Miałam zamiar wypożyczyć samochód, ale... chyba zgubiłam dokumenty. 

-  Proszę  zapytać  w  informacji  pasażu  handlowego  -  doradziła  bez  zainteresowania 

urzędniczka. - Może będą coś wiedzieli. 

- Tak, tak, dziękuję. - Raine odwróciła się na pięcie, wybiegła na ulicę i wpadła prosto 

w ramiona barczystego mężczyzny. Podniosła wzrok i poczuła się tak, jakby spadała windą w 

dół. 

- Dziwi cię mój widok? - zadrwił Nick. 

- Nie było samochodu... Myślałam, że pojechałeś... 

- Tak ci się tylko wydawało. No, a skoro już się dobrze zabawiłaś... 

Był wściekły. Czuła to, gdy objął ją w talii i popędził tą samą drogą, którą przyszła. 

Trzęsła się cała - z wrażenia i z zimna. Och, po co wychodziła z tego przeklętego pasażu... 

-  Gdybyś  przez  najbliższy  kwadrans  nie  wyszła,  sam  bym  cię  tam  dorwał.  Przez 

calutką godzinę wiedziałem dokładnie o każdym twoim kroku. 

- Ciekawe, jakim cudem? Chyba za mną nie chodziłeś? 

-  Nie  było  to  konieczne.  -  Widząc,  że  Raine  trzęsie  się  jak  w  febrze,  stwierdził 

lakonicznie: - Powinnaś się przed drogą napić gorącej kawy. 

Bar  kawowy  był  duszny  i  dość  obskurny.  Do  tej  pory  dodawało  jej  sił  nerwowe 

podniecenie,  ale  gdy  tylko  usiadła  na  jednej  z  czerwonych  plastikowych  ławeczek,  uszła  z 

niej cała energia. Dopiero pyszna, mocna kawa postawiła Raine na nogi. 

- Skoro nie szedłeś za mną, to skąd wiedziałeś, gdzie jestem? - zapytała przyciszonym 

głosem. 

background image

60 

 

- Zawiadomiłem ochronę pasażu. Myśleli, zdaje się, że to jakiś test ich umiejętności, 

rodzaj  wewnętrznej  kontroli.  Namierzyli  cię  w  parę  minut  i  nieustannie  obserwowali...  Bo 

widzisz - dodał lekko - tak się składa, że ten obiekt podlega przedsiębiorstwu, którego jestem 

właścicielem. 

A  zatem  przez  cały  ten  czas,  gdy  wydawało  jej  się,  że  jest  względnie  bezpieczna, 

podglądały ją oczy i uszy Wielkiego Brata. Zabawne. Doprawdy, bardzo zabawne! Wybuchła 

histerycznym śmiechem. Nick przechylił się przez stolik i zamknął jej usta pocałunkiem. Dla 

postronnych wyglądali zapewne jak zakochana para. Myśl ta straszliwie zezłościła Raine. 

-  W  życiu  bym  nie  podejrzewała,  że  zarabiasz  również  na  przydrożnych  obiektach 

usługowych - uśmiechnęła się złośliwie. 

- Czemu nie? 

- To pewnie mieszcząca się tu agencja wynajmu samochodów też jest twoja? 

-  Rozczaruję  cię,  ale  nie.  -  Zatrzymał  wzrok  na  jej  podkrążonych  oczach.  - 

Wypożyczyłabyś samochód, a potem? 

-  Miałam  zamiar  zanocować  w  motelu  i  ułożyć  jakiś  sensowny  plan.  Ale  widać 

wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Zgubiłam portfel i karty kredytowe. 

Cmoknął drwiąco. 

- Jejku, jejku. Ale z ciebie gapa. 

Raptem przypomniała sobie, jak w Bostonie podawał jej kurtkę i torebkę. 

- Nie zgubiłam ich, tak? Ty mi je zabrałeś! 

- Zgadza się. 

- Ale dlaczego? 

-  Naprawdę  nie  wiesz?  -  zapytał  znudzonym  tonem.  Pewnie,  że  wiedziała. 

Bezsensowne pytanie. Nie miała przy nim najmniejszych szans. Przewidział wszystko. Na jej 

twarzy odmalowała się czysta rozpacz. 

-  Kończ tę kawę  -  nakazał  szorstko.  -  Jedziemy.  Mogła zrobić scenę, powiedzieć, że 

nigdzie się stąd nie ruszy. Tylko co by to dało? Była oficjalnie i bezdyskusyjnie jego żoną. 

Nikomu  nie  chciałoby  się  mieszać  do  czegoś,  co  uznano  by  bez  wątpienia  za  zwykłą 

małżeńską sprzeczkę. Wraz z bezradnością ogarnęła ją nagle jakaś bezwołność. W wietrze i 

deszczu,  dała  się  szybko  przeprowadzić  do  samochodu,  ukrytego  między  poobijaną 

ciężarówką a sportowym bolidem. 

Parę chwil później skręcili na autostradę międzystanową. Zapewne z powodu bardzo 

złej  pogody  jechało  nią  niewiele  pojazdów.  Ponurym  myślom  Raine  towarzyszył  jedynie 

świst opon na mokrej  nawierzchni  i  rytmiczny ruch wycieraczek.  Lśniący czarny pas szosy 

background image

61 

 

zdawał się nie mieć końca. W pewnym momencie światła samochodu omiotły znak drogowy. 

Bangor! Kiedy zostawili go z tyłu, Raine poczuła na piersiach przygniatający ciężar. 

O  ile  na  autostradzie  panował  niewielki  ruch,  szosa,  w  którą  skręcili,  wiodąca  ku 

granicy z Kanadą, była już zupełnie opustoszała. Bez cienia nadziei na to, że coś się odmieni, 

Raine wypatrywała tępo Sowiej Zatoczki. A tam stanie przed nią tylko jeden wybór - poddać 

się bez oporu lub walczyć. Rezultat i tak miał być ten sam. Wstyd, upokorzenie. .. Udręczona, 

zmorzona jednostajną jazdą, ciepłem i ciemnością, poczuła, że opadają jej powieki. 

Wstrząsnęło nią tak mocno, że natychmiast  się ocknęła i  otworzyła oczy. Samochód 

podskakiwał na nierównej drodze, tylko odrobinę szerszej od leśnej przecinki. W przednich 

światłach wyłaniały się kałuże i wyboje, o boki samochodu szorowały gałęzie sosen. Kolebiąc 

się  i  ślizgając,  przejechali  kilka  kilometrów,  aż  wreszcie  drzewa  rozstąpiły  się  i  Raine 

zobaczyła  drewniany  mostek.  Nie  miał  poręczy  i  był  tak  wąski,  że  auto  ledwie  się  na  nim 

mieściło.  Zerknęła  na  wezbraną  pod  nimi  kipiel,  przelewającą  się  po  ogromnych  głazach,  i 

wstrzymała  oddech.  Nick  jednakże  przejechał  po  mostku  bez  wahania.  Zatrzymał  ubłocony 

samochód obok chaty, zeskoczył na ziemię i w ulewnym deszczu przebiegł na drugą stronę. 

- W tych bucikach - przeniósł wzrok z grzęzawiska na jej skórzane półbuty na obcasie 

- nie dasz rady. Lepiej będzie, jak cię przeniosę. 

- Daj spokój. Poradzę sobie. 

Zrobił  ironiczną  minę,  ale  powiedział  tylko:  „Jak  sobie  życzysz”  i  odsunął  się, 

przytrzymując drzwi. 

Wysiadła  najostrożniej,  lecz  i  tak,  ledwie  dotknęła  ziemi,  wysokie  obcasy  od  razu 

ugrzęzły w błocie. Udało jej się zrobić dwa czy trzy kroki. Zgubiła najpierw jeden but, zaraz 

potem  drugi.  Idąc  w  samych  pończochach,  ślizgając  się,  straciła  w  końcu  równowagę, 

zamachała rękami i upadła jak długa. W szumie deszczu usłyszała Nicka. Nachylił się nad nią 

ze śmiechem. 

- Na pewno nie potrzebujesz pomocy? 

-  Na  pewno  -  odburknęła,  usiłując  klęknąć.  -  Poradzę  sobie,  choćbym  nawet  miała 

pływać w tym błocku. 

- Doskonałe. 

Zdołała  wstać,  ruszyła  z  miejsca  i  znowu  upadła  w  błoto.  Żeby  tylko  w  błoto!  Tym 

razem lądowanie nie okazało się takie miękkie. Uderzyła o kamienie i korzenie. Poczuła ból 

w żebrach, prawy policzek piekł. Leżała przez chwilę nieruchomo, ale Nicka zupełnie to nie 

obeszło. Wyjął bagaże i otworzył chatę. Pomyślała o nim z dziką wściekłością i jeszcze raz 

spróbowała się dźwignąć. W oknach zabłysło światło. Nick wrócił, żeby zamknąć samochód. 

background image

62 

 

Raine tymczasem gramoliła się schodami na werandę, cała w błocie, przemoczona do suchej 

nitki. Pod osłoniętym gankiem czekały na nią otwarte drzwi. Wszystko wyglądało tak, jak to 

zapamiętała. Zapiekły ją łzy. Zmusiła oporne nogi, by przeniosły ją przez próg, zamknęła za 

sobą ciężkie drzwi i powiesiła torebkę na haku. 

Nick, z pudełkiem zapałek w ręku, pochylał się nad szybrem. Gdy trzęsąc się, stanęła 

w drzwiach, zerknął na nią. 

- Pięknie wyglądasz. 

- Zawsze mi mówiono, że błoto robi dobrze na cerę. 

-  Lepiej zdejmij z siebie te mokre łachy  -  doradził spokojnie.  -  Napaliłem. W termie 

będzie zaraz gorąca woda. 

Kiedy  czysta, z umytymi  włosami wyszła z łazienki w białym  płaszczu kąpielowym 

Nicka, w piecu buzował ogień. Było ciepło, a zasłony odcinały dom od wietrznej, deszczowej 

nocy. Nick wrócił właśnie z naręczem drew z krytego składziku na werandzie. Sądząc po jego 

mokrych włosach i ilości nagromadzonego drzewa, musiał wychodzić na dwór kilkakrotnie. 

Odnalazł też jej buty. Suszyły się przy piecu, zabłocone i zniszczone. 

Zrzucił z siebie skórzaną kurtkę i powiesił obok jej torby. 

- Wszystko w porządku? Kiwnęła głową. 

Nagle znalazł się o wiele za blisko. Wpatrując się w jej prześliczną twarz, odsunął na 

bok  pasemko  włosów  zasłaniające  zadrapanie  na  policzku  i  czule,  jakby  była  dzieckiem, 

nachylił się nad nią. Chciał ją pocałować, ale odsunęła się błyskawicznie. 

- Rozumiem, że zwolniłaś już łazienkę? 

- Tak. 

-  Wobec  tego  idę  się  myć.  A  ty  bądź  łaskawa  zacząć  swoje  żonine  obowiązki  od 

przyszykowania kolacji. 

Dotknięta do żywego tym pełnym drwiny nakazem, popatrzyła na niego bez słowa. 

- Puszkę to chyba umiesz otworzyć? 

- A może wolałbyś, żebym wyszła na dwór i upolowała coś świeżego? 

Roześmiał się i popatrzył na jej wystające spod kąpielowego płaszcza stopy. 

-  W takim  stroju? Jak może zauważyłaś,  jest trochę grząsko.  Ale rób, jak uważasz.  - 

Uśmiechnął się i wchodząc do łazienki, zawołał ironicznie: - Ostatecznie może być fasolka po 

bretońsku. 

Fasolka! Dobre sobie! Kipiąc ze złości, otworzyła walizkę i włożyła świeżą bieliznę, 

spodnie,  sweterek  zapinany  na  perłowe  guziczki  i  futrzane  kapcie,  za  których  zapakowanie 

pobłogosławiła w duchu Marthę. 

background image

63 

 

Spiżarnia zaopatrzona była tak samo dobrze, jak rok temu. Wciąż mrucząc pod nosem 

złośliwości, Raine zaczęła buszować po półkach. Postanowiła pokazać temu szczwanemu li-

sowi, na co ją stać. 

background image

64 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Jakieś dziesięć minut później Nick wyszedł z łazienki, podsuszając jeszcze ręcznikiem 

włosy,  ale  była  tak  pochłonięta  swoim  zadaniem,  że  ledwie  zerknęła  w  jego  stronę.  Gdy 

główne danie dopiekło się, a szarlotka nabrała złotego koloru, Raine nakryła do stołu. Nick 

otworzył butelkę kalifornijskiego białego wina. 

Zapiekanka  prezentowała  się  pięknie.  Zewnętrzny  pierścień  ryżu  był  leciutki  i 

puszysty.  Kurczak  i  warzywa  z  puszki,  z  malutkimi  zwiniętymi  plasterkami  podwędzanej 

szynki  i  serduszkami  karczochów,  wyglądały  świeżo  i  kolorowo,  a  zioła  i  przyprawy 

nadawały całości taki aromat, ze ślinka sama leciała do ust. 

Kiedy  Nick  spojrzał  na  stół  z  wyraźną  aprobatą,  Raine  sięgnęła  po  dzbanuszek 

grzejący się na piecu. 

- Wystarczy doprawić i możemy jeść. 

- Wygląda to wszystko i pachnie cudnie. 

- Cieszę się... 

Zaalarmowany jej niezwyczajną układnością, zerknął na nią czujnie. Uśmiechnęła się 

niewinnie i polała ryż i mięso gęstym kremowym sosem z dzbanuszka. 

- Posmakuj, jest naprawdę pyszny. 

To  był  najzwyklejszy  sos  serowy  z  puszki.  Niezwykłości  dodawał  mu  dolany  w 

rozsądnych ilościach skondensowany żółty płyn do mycia naczyń. Raine wzięła dużą łyżkę i 

nałożyła zapiekankę Nickowi, a potem sobie. Gdy zaczął jeść, uniosła kieliszek do ust. Nagle 

rzucił  widelec  na  talerz,  zasłonił  usta  i  wybiegł  do  łazienki.  Nawet  się  nie  poruszyła  i 

spokojnie sączyła wino. 

Upłynęła dobra chwila, nim wrócił. Wyglądał zatrważająco spokojnie. 

- Ach, ty małpo! - Stanął nad nią, patrząc z niekłamanym podziwem. 

- W piecyku jest szarlotka. 

- Z dodatkiem czego? 

- Niczego. 

- Może to dziwne, ale jakoś odechciało mi się jeść. A właściwie - zamruczał jak kot - 

nabrałem apetytu, ale na coś zupełnie innego. 

- Będę się bronić! Roześmiał się, błyskając zębami. 

- Melodramat! 

- Może. Ale będziesz musiał użyć siły. 

background image

65 

 

Ujął ją pod ramię i chciał wyprowadzić z kuchni. 

- A kawa? Proszę... Tak mi się chce pić. Nienawidziła siebie za to, że go prawie błaga, 

i jego za to, że ją do tego zmusza, ale każdy pretekst był dobry. 

-  Zgoda. Ale to już twoja ostatnia zagrywka. Basta!  - Poprowadził ją w stronę kręgu 

ciepła i światła bijącego od pieca i bezceremonialnie wepchnął w niski fotel. - A kawę zrobię 

sam. Być może wiesz, gdzie trzymam trutkę na szczury. 

- Gdybym wiedziała, już bym jej użyła. 

Zapatrzyła się w płomienie, pewna, że wszystko, co osiągnęła, to kolejne odroczenie 

wyroku.  Przed  samą  klęską  wybronić  nie  mogło  jej  już  nic.  Z  polana  strzeliły  iskry.  Ostry 

zapach palącej się jedliny zmieszał się z delikatną wonią kawy. Deszcz bił o szyby, poświsty 

wiatru uderzały w chatę i targały gałęziami sosen. 

Razem z kawą na stoliku pojawił się koniak i dwa kieliszki. Ogień odbił się błyskiem 

w ciemnych oczach Nicka i oświetlił mu twarz. 

- Brandy? - zaproponował. Zawahała się, upijając łyk kawy. 

- Odrobina pomogłaby ci się odprężyć - zasugerował lakonicznie. 

Miała  już  odmówić,  ale  nagle  zmieniła  decyzję.  Alkohol  w  odpowiedniej  dawce 

dodałby  jej  straceńczej  odwagi.  Znieczuliłby  ją  na  to,  co  miało  się  stać.  Przydałoby  się 

porządnie sobie golnąć, ale Nick nalał jej zaledwie parę kropel. Gdy uniosła kieliszek do ust, 

ręka tak się jej trzęsła, że aż zęby zaszczekały o szkło. Połknęła złocisty trunek jak lekarstwo i 

poprosiła o więcej. 

-  Lepiej  nie  -  sprzeciwił  się  Nick.  -  Od  śniadania  prawie  nic  nie  jadłaś.  Alkohol  od 

razu uderzy ci do głowy. 

- I co z tego? 

- A to - odstawił kieliszek na bok - że nie życzę sobie, żebyś mi się zataczała. Mamy 

przed sobą całą noc, a obiecałem ci... wiesz, co. 

Przerażona zerwała się na równe nogi, lecz Nick był szybszy. Przeganiał palcami jej 

włosy, ujął w dłonie twarz i nagle obsypał ją drobnymi pocałunkami. Pocałunkami słodszymi 

niż wino. Ustami zamknął jej powieki, musnął brwi, czubek nosa i kącik ust. 

-  Czekałem  na  to  tak  długo,  tak  długo  -  wyszeptał  chrapliwie  -  i  chcę,  żebyś  była 

świadoma  tego,  co  się  dzieje.  Chcę  czuć,  że  sprawiam  ci  rozkosz,  słyszeć,  jak  wzdychasz, 

prosisz, błagasz. 

Serce biło jej tak szybko, że traciła oddech. Jeszcze trudniej było okiełznać budzące 

się pożądanie. 

background image

66 

 

- Jeśli zależy ci na tym, żebym błagała, to proszę - wydusiła - mogę to zrobić już teraz. 

Nick,  błagam  cię,  puść  mnie.  Nie  powinnam  była  zgodzić  się  na  to  małżeństwo.  To  dla 

mnie... poniżające. 

W szafirowych oczach Nicka zapłonął gniew. Ubodła go tym określeniem do żywego. 

- Nie przejmuj się - wycedził z tygrysim uśmiechem. -Mam absolutną pewność, że to 

poniżenie sprawi ci sporo radości. 

Podtrzymując z tyłu jej głowę, drugą ręką ścisnął ją lekko za gardło i pieszczotliwie 

przesunął dłoń na dekolt przy sweterku. Perłowy guziczek sam wyśliznął się z dziurki. Raine 

głośno  wciągnęła  powietrze.  Nick  uśmiechnął  się.  Gdy  odsunął  się  na  moment  i  ściągnął 

przez  głowę  czarny  sweter,  jak  zahipnotyzowana  patrzyła  na  jego  przepiękny  nagi  tors, 

mocną szyję, rzeźbione szerokie ramiona i wąskie biodra. 

- Dotknij mnie - poprosił miękko. - Przecież tego chcesz. 

Kiedyś  w  takich  chwilach  odczuwała  pewne  onieśmielenie,  ale  teraz  pragnęła 

zbliżenia bardziej niż czegokolwiek w świecie. Gdy z wyschniętym gardłem, płonąc, patrzyła 

na  niego  bez  ruchu,  położył  na  swojej  piersi  jej  dłonie  i  przytrzymał.  Westchnęła  cicho, 

zamknęła oczy i sama, z własnej woli, zaczęła błądzić palcami po ramionach, po rękach, po 

piersi Nicka. 

Była tak zaabsorbowana, że prawie nie zauważyła, kiedy ją rozebrał. Stanął nad nią. 

Miała  zamknięte  oczy.  Czarne,  rozrzucone  włosy  odcinały  się  od  kolorowego  tła  poduszki. 

Pięknie zaokrąglone piersi były strome i mocne, kremową skórę oświetlał ogień. 

-  Jesteś  jeszcze  śliczniejsza,  niż  zapamiętałem  -  powiedział  schrypniętym  głosem. 

Wyciągnął  się  obok,  wsparł  na  łokciu  i  podłożył  dłoń  pod  jej  policzek.  -  Raine,  spójrz  na 

mnie... 

Zatrzepotała długimi czarnymi rzęsami. W jej oczach wciąż paliła się zmysłowość. 

- Rzuciłaś na mnie jakiś czar. Nie potrafiłem przestać o tobie myśleć. Zwariowałem na 

twoim punkcie... 

A mimo to ożeniłeś się z inną. Ta myśl, jasna i zimna jak kryształ lodu, owładnęła nią 

natychmiast. 

- Moja ty zielonooka czarownico - szepnął i unosząc jej ręce, pocałował wnętrza obu 

dłoni. - Powiedz, że pragniesz mnie tak samo, jak ja ciebie. 

Spojrzała na jego usta. Nachylił się... O, Boże, przecież tylko na to czekała. Objęła go 

za szyję i przyciągnęła do siebie z całych sił. Cofnął się na moment. 

- Raine... Chcesz mnie? Chcesz, żebyśmy się kochali? Powiedz. Muszę to usłyszeć od 

ciebie. 

background image

67 

 

- Tak, chcę, chcę - wyszeptała żarliwie, obejmując go jeszcze mocniej. 

Roześmiał się z radosną drwiną. 

- Spokojnie, moja miła. Nie musimy się spieszyć. Mamy przed sobą całą noc. 

Przebudziła się, zanurzona w cieple i ciemności, którą rozpraszał jedynie czerwonawy 

poblask idący od pieca z drugiej strony izby. Fizycznie czuła się wspaniale, a zarazem miała 

takie wrażenie, jakby przeżyła wypadek i teraz znajdowała się w letargu. 

Leżeli w łóżku, wtuleni w siebie. Czuła na ramieniu ciężar ręki Nicka i jego równy, 

miarowy oddech na plecach. 

Och, ależ cudną strategię przyjął! Cofając się myślami, widziała z całą jasnością, jak 

krok  po  kroku  odwiódł  ja  od  wszelkich  postanowień.  I  poszła  jak  jagnię  na  rzeź!  Zrobił 

wszystko, czego pragnął i o czym ją uprzedzał. Osiągnął nawet to, że błagała. Okazał się od 

początku do końca mistrzem - zabawił się nią jak lalką. Z goryczą przeklinała się za słabość, 

za  nieumiejętność  zapanowania  nad  własną  zmysłowością.  Sama  skazywała  się  na  rolę 

zabawki  w  rękach  człowieka,  który  nie  miał  dla  niej  żadnych  uczuć  prócz  chęci  odwetu  i 

żądzy. 

Żądza...  Paskudne  słowo,  określające  potężną  siłę  zdolną  zawładnąć  człowiekiem. 

Siłę, którą rok temu, w swojej naiwności, gotowa była nazwać miłością. 

Obudziła się i zobaczyła, że przez zasłony przedziera się światło dnia, a Nick, wsparty 

na łokciu, uśmiecha się do niej spod rzęs. Nachylił się i słodko musnął wargami jej usta. 

-  Wiesz, nawet  nie marzyłem,  że będzie tak pięknie. Nie czułem w tobie nienawiści, 

raczej... 

-  Owszem  -  przytaknęła,  natychmiast  atakując.  -  Odczuwałam  co  innego.  Żądzę.  - 

Prawie się roześmiała, widząc jego minę. - Żądza nie jest czymś zastrzeżonym dla mężczyzn. 

Kobiety też potrafią się tak bawić. 

-  Wiem,  wiem,  ale...  -  Pokręciła  głową,  lecz  nie  dał  jej  mówić.  -  Kiedyś  mnie 

kochałaś, w przeciwnym razie nie poddałabyś się tak łatwo. A może... Może ty wciąż mnie 

kochasz? 

Zabolało ją to przypuszczenie tak strasznie, że mogła się bronić wyłącznie pogardą. 

-  Myślisz,  że  mogłabym  kochać  mężczyznę,  który  zrobił  sobie  ze  mnie  dziwkę?  - 

Zaśmiała się gorzko, gdy żachnął się i odsunął.  - Jestem ordynarna? Możliwe, ale trzeba to 

nazwać po imieniu. 

- Raine, co ty wygadujesz... 

-  Może  zresztą  taka  panienka  ma  lepiej.  Przynajmniej  sama  wybiera  tego,  komu  się 

sprzedaje. 

background image

68 

 

- Jesteśmy małżeństwem. Raine! Jesteś moją żoną. 

-  Formalnie.  Powiedziałeś,  że  zależy  ci  wyłącznie  na  seksie.  No,  to  proszę,  masz, 

czego  chciałeś,  ale  niczego  więcej  się  nie  spodziewaj.  Ani  pociechy,  ani  opieki,  gdybyś  na 

przykład  zachorował,  ani  żadnej  pomocy  czy  współczucia.  Nienawidzę  cię  i  gardzę  tobą. 

Choćbyś  się  nawet  topił  w  bagnie,  nie  kiwnęłabym  nawet  palcem.  Stałabym,  i  z  dziką 

radością przyglądałabym się, jak znikasz... 

-  Nie  wysilaj  się  -  przerwał  z  kamienną  twarzą.  -  Wyraziłaś  swoje  uczucia  aż  nadto 

jasno. A skoro, jak mówisz, seks to wszystko, na co mogę z twojej strony liczyć, postaram się 

to wykorzystać najlepiej, jak umiem. 

Położył  rękę  na  jej  piersi,  a  gdy  podrażniony  sutek  wyprężył  się,  powiódł  dłonią  w 

dół, docierając do jeszcze wrażliwszego miejsca. W jego zachowaniu nie było czułości ani na-

wet  namiętności.  Traktuje  mnie  jak  rzecz,  pomyślała  upokorzona  i  usiłując  zapanować  nad 

oddechem,  leżała  nieruchomo,  śmiertelnie  blada  i  zrozpaczona.  Coś  w  niej  pękło. 

Postanowiła, że nie okaże najmniejszego poruszenia, że będzie nieczułym manekinem, i oto, 

obserwując go spod rzęs, spostrzegła, ze zdumieniem, a potem z uczuciem triumfu, że z nich 

dwojga bardziej podniecony jest on. 

- Jeśli już chcesz udawać dziewczynę na godziny, to musisz, moja droga, włożyć w to 

trochę  wysiłku.  Somersby  bez  wątpienia  byłby  usatysfakcjonowany  zbliżeniem  z  kimś,  kto 

leży jak kłoda, ale... 

Z niewiadomego powodu tą swoją kpiną przebił się przez maskę jej obojętności. Nie 

bacząc  na  konsekwencje,  poderwała  się  i  z  całej  siły  uderzyła  go  w  twarz.  Roześmiał  się 

ironicznie.  Tego  się  nie  spodziewała.  Z  furią  w  oczach  rzuciła  się  na  niego,  drapiąc  go  i 

gryząc, czego później miała się wstydzić. Krzyknął, gdy wbiła mu zęby w ramię. Wykorzy-

stując ten moment, opuściła nogi na podłogę, gdy przyciągnął ją z powrotem. Zdążyła jeszcze 

z całych sił dołożyć mu pięścią w twarz i z największą satysfakcją usłyszała, że jęknął z bólu. 

Uczucie  zwycięstwa  trwało  jednak  krótko.  Chwilę  później  przygniótł  ją  sobą  i  z 

wściekłością  rozciągnął  jej  ręce  nad  głową.  Emocje  sięgnęły  szczytu.  Być  może  po  raz 

pierwszy  w  życiu  Nick  stracił  panowanie  nad  sobą  i  w  tym  stanie  kompletnego  zatracenia 

przeżył  coś,  czego  nie  doznał  jeszcze  nigdy.  Leżał  potem  bezwładnie,  z  głową  na  jej 

piersiach. Kiedy się uniósł i odsunął, Raine spała mocno z rozchylonymi ustami i uniesioną 

nad głowę ręką. Gdyby mogła go widzieć, przeraziłaby się. Na jego twarzy malowała się cała 

gama  uczuć:  gniew,  ból,  czułość  i  coś  więcej  niż  czułość.  Z  westchnieniem  wziął  ją  w 

ramiona,  pocałował  delikatnie,  przykrył  ją  i  siebie  kołdrą  i  siedząc,  zapatrzył  się  w  ogień. 

Jakiś  czas  potem  Raine  poruszyła  się  we  śnie.  Pokręciła  głową  i  przylgnęła  do  czegoś 

background image

69 

 

ciepłego.  Otworzyła  oczy,  zobaczyła,  że  wtyka  nos  w  zarost  na  piersi  Nicka  i  kichnęła. 

Roześmiał  się.  Przyjemnie,  głęboko.  Miała  ochotę  mu  zawtórować.  Ale  nagle  otrzeźwiała. 

Nie było się z czego śmiać. Odsunęła się i spojrzała na Nicka. Miał podrapaną twarz, siniak 

pod lewym okiem, a na ramieniu czerwone ślady jej zębów. Spąsowiała ze wstydu. Jak mogła 

się tak zachować... 

- Przepraszam - powiedziała cicho. 

-  Mam  rozumieć,  że  zawieramy  pakt  o  nieagresji  i  próbujemy  znaleźć  radość  w  tym 

naszym miodowym miesiącu? 

- Powiedziałeś, że zrobisz z niego piekło. 

- W złości mówi się różne rzeczy - przyznał lakonicznie. 

- Ale odrobina pokojowej koegzystencji bardzo by mnie ucieszyła. No, to jak będzie? 

- Uniósł jej brodę. - Zawieramy pokój? Tak? 

- Tak. - Miała tylko nadzieję, że tym razem nie odczytał wszystkich jej myśli. 

background image

70 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Uszczęśliwiony, prawie beztroski, musnął leciutko jej wargi. 

- Pocałunek pokoju... A teraz posiedź chwilę w łóżku, a ja dorzucę do pieca. 

Odciągnął zasłony i zobaczyła, że nocna ulewa skończyła się. Kiedy stanął w oknie, 

najzupełniej nie wstydząc się własnej nagości, słońce wlało się do środka, ozłacając jego syl-

wetkę. Był piękny jak wykuty z brązu Apollo. 

- Dobrze, że nie mamy sąsiadów - powiedziała lekko schrypniętym głosem. 

Zachichotał. 

-  Przynajmniej  nie  w  pobliżu.  Czasem  zjawia  się  tu  jakiś  turysta,  obozujący  w 

puszczy,  ale  na  stałe  mieszkają  tu  tylko  Kurt  i  Lisbeth  Doody'owie.  Mają  chatę  po  drugiej 

strome jeziora. To mili ludzie. Może przejdziemy się do nich po śniadaniu? Chcesz? 

Czuła, że oboje wyglądają, jakby się pobili, i nie bardzo odpowiadała jej perspektywa 

spotkania z jego znajomymi. 

- Nie musimy - dodał łagodnie, wyczuwając jej brak entuzjazmu. - Tak tylko przyszło 

mi  do  głowy.  A  co  chciałabyś  dziś  robić?  Pospacerować?  Popływać  kajakiem?  Chyba  że 

wolałabyś poleniuchować w łóżeczku? 

-  Odrobina  ruchu  nie  zaszkodzi  -  odpowiedziała  szybko.  Popatrzył  na  nią  takim 

wzrokiem, że spąsowiała. 

- Na powietrzu - podkreśliła cierpko. 

- Szkoda. - Uśmiechnął się, zebrał swoje ubrania i wyszedł do łazienki. Kiedy z kolei 

ona  brała  prysznic,  przygotował  śniadanie.  Usiedli  przy  piecu  i  rzucili  się  zgłodniali  na 

puszkowe  kiełbaski,  fasolę  i  razowy  chleb,  a  potem  delektowali  się  kawą  i  wczorajszą, 

rzeczywiście pyszną, szarlotką. 

- No, to co? Idziemy? 

- Nie wiem, czy zdołam się ruszyć. 

- Wstawaj, leniu. - Podciągnął ją za rękę. - Spróbuję wymyślić trasę, która nie będzie 

zbyt błotnista, ale na wszelki wypadek weź kalosze. Stoją obok gratów na ganku. Aha, i musi 

być nas widać. Zaczął się sezon polowań. 

Kiedy  za  przykładem  Nicka  włożyła  kalosze  i  ciepły  skafander  z  pomarańczowym 

pasem, wcisnął jej na głowę pomarańczowy kapelusz. 

Mimo  obfitych deszczów błoto nie było  aż tak  straszne, jak się obawiała. Nierówny 

kamienisty brzeg jeziora pokryty był kobiercem sosnowych igieł. Razem z burzą odszedł zim-

background image

71 

 

ny front. Spacer w roziskrzonym słońcem, rześkim powietrzu okazał się fantastyczną frajdą. 

W  pewnym  momencie  Nick  zatrzymał  się,  przygarnął  ją  do  siebie  i  wskazał  dom  na 

przeciwległym brzegu. Z komina unosił się dym. 

-  To  chata  Kurta  i  Lisbeth.  Kurt  jest  pisarzem,  a  Lisbeth  hoduje  konie.  Czasami 

korzystam z ich uprzejmości i pożyczam wierzchowca... Jeździsz? 

- Nie najlepiej, ale bardzo lubię. 

-  To  może  jutro,  jeśli  pogoda  dopisze,  podjechalibyśmy  nad  jeziorko  Saskin?  Bobry 

mają tam swoje żeremie. Przy odrobinie szczęścia może udałoby się nam je podpatrzyć. 

- Bardzo bym chciała. 

-  No,  to  załatwione.  Po  śniadaniu  przejadę  się  samochodem  do  Lisbeth  i  pożyczę 

konie. - Nachylił się i dotknął zimnym policzkiem jej policzka. - Zjemy lunch w siodle. 

- Wspaniale. 

Mokre lasy pokryte były rdzawymi i złotymi barwami jesieni, a jezioro - po deszczach 

głębsze niż zwykle - miało lazurowy, wręcz śródziemnomorski odcień. 

- Aż chciałoby się wykąpać - powiedziała Raine, gdy ruszyli dalej. 

- Pozory - pokręcił głową. - Finn i ja pływaliśmy tu jako chłopcy i możesz mi wierzyć, 

woda jest strasznie zimna, nawet latem. 

- Finn... Rzadkie imię... 

-  A  człowiek  jeszcze  bardziej  niezwykły.  To  Szwed.  Jest  tak  wszechstronnie 

uzdolniony, że mógłby zrobić karierę właściwie w każdym zawodzie. Zna kilka języków, jest 

świetnym muzykiem, a zanim zdecydował się pracować ze mną, skończył medycynę. 

- Domyślam się, że znacie się od dawna. 

-  Byliśmy  i  jesteśmy  dla  siebie  jak  bracia.  Andersonowie  byli  nie  tylko  naszymi 

sąsiadami, ale i przyjaciółmi. Wakacje spędzaliśmy zawsze razem. Jego rodzice wynajmowali 

wtedy starą, dość już zmarniałą chałupę nad zatoczką, ale Finn zwykle pomieszkiwał u nas. - 

Uśmiechnął  się  do  wspomnień.  -  Moja  mama  okropnie  bała  się  niedźwiedzi.  Mimo  to 

pozawalała nam nocować na werandzie. Zawsze to większa przygoda niż spanie w ciepłym 

łóżku... Nie kazała nam też jadać ze wszystkimi. Mogliśmy piec kiełbaski na ognisku. Po jej 

śmierci, pani Anderson zaopiekowała się mną serdecznie. 

- Ile miałeś wtedy lat? 

- Jedenaście. Trudny wiek. Ale matka Fina rozumiała, co czuję. Bez żadnych narzekań 

obdarowała mnie spokojem i miłością, tak jak swoje dzieci. 

- Czy... 

Nick pokręcił głową. 

background image

72 

 

- Nie żyje. Razem z mężem zginęła w wypadku mniej więcej półtora roku temu. Finn 

przeżył to ciężko, ale... - Jego słowa utonęły w warkocie samolotu. 

Oboje  zadarli  głowy.  Biały  samolocik  z  pomarańczowo-niebieskimi  znakami  unosił 

się  niewysoko.  Leciał  na  drugą  stronę  jeziora.  Nick  podniósł  rękę.  W  odpowiedzi  samolot 

zamachał skrzydłami. 

- O wilku mowa. 

- To Finn? 

- Tak. 

- Skąd wiedział, że to ty? 

- Zostawiłem mu w firmie wiadomość, że mam zamiar cię tu ściągnąć. Wiezie właśnie 

dwóch inżynierów— konstruktorów do obozu nad jeziorem Loon. Pewnie tam przenocuje, a 

jutro, w drodze powrotnej, być może wpadnie nas odwiedzić... Chyba że nie za bardzo ci to 

odpowiada - dodał z lekkim wahaniem. - Wydawało mi się, że polubiłaś Finna? 

- Owszem. Margo też się spodobał. 

- I chyba ze wzajemnością. Coś mi się wydaje, że kiedy wrócimy do Anglii, będziemy 

go częściej widywać. 

-  Nie  mam  pewności,  czy  jest  w  jej  typie.  -  Raine  szczerze  wypowiedziała  swoje 

myśli. 

- A jaki jest ten jej „typ”? 

-  Powinna  znaleźć  sobie  kogoś  o  bardzo  silnej  osobowości,  mężczyznę,  którego  by 

szanowała i który umiałby ją okiełznać. A ma szczęście do wrażliwców, takich jak Finn. To 

dobra i pogodna dziewczyna, ale ma taki temperament, że przytłacza sobą partnera, a potem - 

gdy  okazuje  się,  że  ten  ktoś  nie  potrafi  jej  dorównać,  spotyka  ją  zawód...  Myślisz,  że 

niewłaściwie ją osądzam? 

- Myślę, że niewłaściwie oceniasz Finna. Jest człowiekiem wrażliwym, owszem, ale to 

nie mięczak. Gdybym kiedyś znalazł się pod ścianą, nie wyobrażam sobie nikogo, kto mógłby 

mi pomóc lepiej niż on. 

-  A  jakiej  kobiety  mu  trzeba?  -  Szczerze  ją  to  ciekawiło  i  szczerze  pragnęła,  by 

zainteresowanie Margo i Finna okazało się wzajemne. 

-  Myślę,  że  Margo  byłaby  w  sam  raz.  Firm  nie  ma  czasu  zawracać  sobie  głowy 

bluszczowatymi laleczkami. Powiedział mi kiedyś, że jeśli się w ogóle ożeni, to wyłącznie z 

kobietą,  która  będzie  przy  nim  stała  twardo  nawet  w  ciężkich  chwilach  życia.  On  sam  jest 

bardzo opiekuńczy i potrafi kochać wiernie... 

background image

73 

 

Do  końca  spaceru  opowiadał  o  przyjacielu  i  jego  specyficznym  poczuciu  humoru. 

Raine śmiała się, chociaż ją samą trawił niepokój. 

Kiedy wrócili do domu, Nick upiekł na lunch pyszne bułeczki z klonowym syropem, a 

po podaniu kawy rzucił: 

-  Chcesz,  to  weźmiemy  kajak  i  popływamy  po  jeziorze.  Albo,  jeśli  masz  już  dość 

powietrza, zostaniemy w domu. W coś sobie pogramy. 

Na regale, za dużą apteczką, stały szachy, leżała talia kart i pudełka z grami. Jednakże, 

gdy Nick zerknął  przelotnie na łóżko, zrozumiała aż za dobrze, w  co najchętniej  by się za-

bawił. 

- Wybieram wycieczkę - powiedziała pospiesznie. 

- Może i słusznie - odparł z błyskiem w oczach. - Noce o tej porze roku są długie. 

Wiosłując tak, by uniknąć bystrzejszego prądu, Nick spojrzał na nią przez ramie. 

- Kiedyś robiliśmy tu sobie z Finnem spływ. Na stojaka. 

- Jak to? 

-  Normalnie.  Inaczej  by  się  nie  liczyło.  Za  Sowim  Stawem  jest  prosty,  wartki  kanał, 

który  zakręca  przed  wodospadem.  Przechodziło  się  nad  nim  drewnianym  mostkiem.  Pra-

wdziwą  sztuką  -  poza  samym  skakaniem  z  kaskady  -  było  tak  się  skulić,  żeby  nie  stracić 

równowagi.  Teraz  nie  ośmieliłbym  się  w  to  zabawić.  Nawet  przy  niskim  poziomie  wody 

kaskada jest podstępna, a teraz, po burzach, zrobiła się tam pewnie kipiel. 

Na samym jeziorze było jednak dość spokojnie. Miarowy rytm wioseł, plusk wody i 

posuwisty ruch lekkiego kajaka sprawiły, że Raine poczuła ogarniający ją spokój. Całą duszą 

cieszyłaby się z tego popołudnia, gdyby nie uporczywa myśl o nadchodzącej nocy. 

Pragnęła  Nicka  fizycznie,  lecz  umysł  bezustannie  buntował  się  przeciw  temu.  To 

wewnętrzne rozdarcie groziło jej kompletnym załamaniem. Im dłużej miało to trwać, tym go-

rzej. Usiłowała nie poddawać się panice, ale wiedziała jedno: musiała stąd uciec. Pieszo było 

to niemożliwe, graniczyłoby z samobójstwem, a przecież, mimo rozpaczy, na samobójstwo by 

się nie zdecydowała... Gdyby tylko wpadły jej w ręce kluczyki od samochodu... 

Prawie na ślepo, z głową nabitą myślami, wiosłowała i wiosłowała, aż wzdrygnęła się, 

słysząc tarcie dna kajaka o piasek na płyciźnie. Nick utkwił wzrok w jej twarzy. 

- Martwisz się czymś? 

- Nie, nie... 

- Wyglądasz, jakby coś cię trapiło. 

Doprawdy,  był  zbyt  domyślny.  Podciągnął  się,  wyskoczył  do  wody,  przytrzymując 

kajak stopą, i podał jej rękę. 

background image

74 

 

Nad  jeziorem  zaczęła  się  już  unosić  mgła.  Słońce  zaszło,  a  niebo,  na  zachodzie 

pomaranczowozłote,  zasnuły  fioletowe  obłoki.  Nad  wodę  z  szumem  skrzydeł  i  głośnym 

klangorem  wzleciał  klucz  dzikich  gęsi.  Nadciągał  niebieskawy  zmierzch.  Nad  wspaniale 

pachnącym lasem unosiła się mgła. Zbliżał się wieczór. Wkrótce nadejdzie noc... 

Raine zadrżała i nic nie mówiąc, pomogła Nickowi przenieść kajak do komórki przy 

chacie. Obok leżał kloc służący do rąbania drzewa. Gdy weszła do domu i rozebrała się, Nick 

naniósł  grubych  gałęzi,  zdjął  kurtkę,  powiesił  ją  na  balustradzie  i  zaczął  rąbać  polano  na 

szczapy. 

Słysząc uderzenia siekiery, Raine błyskawicznie przystąpiła do działania. Była sama. 

Nadarzała  się  sposobność,  by  poszukać  kluczyków  od  samochodu.  Z  duszą  na  ramieniu 

przejrzała  kieszenie  spodni  i  ciepłej  kurtki  Nicka,  ale  znalazła  jedynie  portfel,  zalakowaną 

kopertę,  chustkę  do  nosa,  scyzoryk,  grzebień,  klucze  do  domu  i  garść  monet.  Kluczyki 

samochodowe musiał zatem nosić przy sobie. 

Zawiedziona,  zapanowała  nad  nerwami,  zapaliła  gazowe  lampy  i  zagotowała  wodę. 

Ledwie Nick zdążył narąbać drew i wniósł duży zapas do domu, nadciągnęły chmury, zrobiło 

się  ciemno  i  o  szyby  zabębnił  deszcz.  Raine  podniosła  wzrok  znad  posiłku,  który  zaczęła 

szykować. Nick miał spoconą twarz i wióry we włosach. 

- Jest już kawa - powiedziała. 

- Postaraj się, żeby nie wystygła. Muszę najpierw wziąć prysznic. - Powiesił skórzaną 

kurtkę na haku i zniknął w łazience. 

W  Raine  znów  zaśpiewała  nadzieja.  Tę  kurtkę  Nick  miał  na  sobie  wczoraj 

wieczorem...  Wstrzymując  oddech,  szybko  przeszukała  kieszeń  i  zanim  jeszcze  namacała 

kluczyki,  usłyszała  ich  grzechot.  Szczęście  zdawało  się  jej  sprzyjać.  Oprócz  kluczyków 

nieoczekiwanie  znalazła  jeszcze  coś  -  swój  własny  portfel  z  prawem  jazdy  i  kartami 

kredytowymi.  W  pośpiechu  wrzuciła  kluczyki  i  portfel  do  kieszonki  spodni,  włożyła  buty  i 

skafander, porwała z haka ubłoconą torebkę i najciszej jak potrafiła, zamknęła za sobą drzwi. 

Z bijącym sercem zeszła po schodkach i stanęła na rozmiękłej ziemi. Mocny podmuch wiatru 

rozwiał jej włosy. Padał deszcz. Bała się ruszyć w ciemność, lecz nie mogła czekać do rana. 

Taka  okazja  mogła  się  już  nie  powtórzyć.  Cherokee  miał  dobre  światła  i  kiedy  tylko 

przejechałaby  przez  kanał  i  odnalazła  główną  drogę,  miałaby  najgorsze  za  sobą.  Tylko  w 

którym kierunku był Bangor? 

Aż  trzęsła  się  ze  zdenerwowania.  Upuściła  kluczyki  w  błoto,  tracąc  parę  cennych 

chwil  na ich szukanie,  ale potem poszło  jak z płatka. Silnik  zapalił  natychmiast.  Uff! Nagle 

background image

75 

 

zobaczyła, że drzwi chaty otwierają się i staje w nich Nick, rozebrany do pasa, z ręcznikiem 

na szyi. 

- Wybierasz się dokądś? 

Podbiegł  do samochodu, wyłączył silnik  i  wyciągnął  kluczyki  ze stacyjki,  a ją samą 

bez ceregieli zapędził do domu i zaryglował drzwi. 

-  Do  diabła  ciężkiego  -  wycedził  ze  spokojem  znamionującym  stan  zimnej  furii.  - 

Wyobraziłaś sobie, że znajdziesz drogę po nocy? 

- Ty znalazłeś. 

- Ale ja znam te ostępy. Ty nie. Masz choćby blade pojęcie, co ryzykowałaś? 

- Wszystko mi jedno. 

- Ach, ty durna. Pogoda jest okropna i gdybyś się zaryła w jakieś błota albo zgubiła, 

jedynymi  ludźmi,  na  jakich  w  ogóle  mogłabyś  się  natknąć,  byliby  myśliwi  albo  robotnicy 

leśni.  To  na  ogół  przyzwoici  faceci,  ale...  -  Nagle  rozsierdził  się  na  całego.  -  Powinienem 

przełożyć cię przez kolano i tak ciwlać... 

- No, to proszę! - krzyknęła ze złością. - Na co czekasz? Jesteś silnym facetem. 

- Właśnie! Z podpitymi myśliwymi też byś sobie raczej nie poradziła. 

Skrzywiła się ironicznie. 

- Powinnam zatem dziękować losowi za to, że dał mi kogoś, kto bardzo się stara nie 

uświadamiać mi, co mogłoby mnie spotkać. 

- Mam ci to może pokazać? 

Chwycił  ją  za  poły  wełnianej  koszuli  w  kratę  i  szarpnął.  Poleciały  guziki,  materiał 

rozdarł się w kilku miejscach. Krzyknęła przerażona. 

- Jeśli nie chcesz, żebym w ten sam sposób zdarł z ciebie resztę ubrania, to rozbierz się 

sama. Byle szybko! 

- Nienawidzę cię! 

Chciał  jej  zrobić  pokazówkę,  to  jasne,  nie  podjęła  jednak  żadnej  próby  oporu.  Nie 

zamierzała dać mu satysfakcji. 

-  Nie  -powiedział  miękko,  wpatrując  się  w  jej  zawziętą  twarz.  -  Gwałt  to  żadna 

przyjemność.  Będę  miał  znacznie  większą  frajdę,  jeśli  mimo  wszystko  mnie  zapragniesz, 

choć  tak  bardzo  się  przed  tym  bronisz.  Chcesz  się  przekonać,  ile  to  potrwa?  -  Językiem 

rozchylił  jej  wargi.  Westchnęła  gardłowo,  a  wtedy  zaczął  ją  całować  lekko,  zmysłowo.  - 

Zapewniam cię, że już zaraz... 

Podsunął  rękę  pod  jej  plecy  i  dotykiem  palców,  ust  i  pieszczotliwymi  pomrukami 

rozpłomienił  ją  całą,  aż  wreszcie  ujawniła  swoje  podniecenie,  wtulając  twarz  w  jego  szyję. 

background image

76 

 

Poruszając  rytmicznie  jej  biodrami,  pieścił  ją  tak  długo,  że  myślała  już,  iż  oszaleje  z 

pożądania. Potem zostawił ją tak, jak leżała - z zamkniętymi oczami, pełną miłości i nienawi-

ści  jednocześnie.  W  pewnej  chwili  usłyszała  odgłos  przestawianych  garnków  i  patelni. 

Szykował spóźniony posiłek. 

Zebrała swoje ubrania i wyszła do łazienki, a gdy wróciła, zaprosił ją do stołu z miną 

triumfatora i musnął ustami jej wargi. 

- Pocałunek pokoju? - zadrwiła, uchylając się. 

-  To  ty  zerwałaś  układ,  ale  wojna  się  skończyła  i  mam  nadzieję,  że  pokój,  który 

obecnie zawieramy, potrwa dłużej. 

Popatrzyła na niego gniewnie. Grubo się mylił. Wygrał - ale wyłącznie bitwę. 

background image

77 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Chociaż  przez  całą  noc  lało  jak  z  cebra,  nad  ranem  niebo  się  przetarło.  Świeciło 

słońce. 

- Pogoda jak marzenie  -  powiedział Nick, odciągając zasłony. - W sam raz na konną 

przejażdżkę.  Po  śniadaniu  zapakuję  taki  lunch,  jaki  kiedyś  zabieraliśmy  z  Finnem...  Jeśli 

chcesz przejechać się ze mną do Lisbeth, to bardzo proszę. 

- Ale... - Zaczerwieniła się, spoglądając na jego sinawy, podrapany policzek. - Co oni 

sobie pomyślą? 

-  Nic.  -  W  jego  oczach  pojawił  się  wesoły  błysk.  -  Tylko  tyle,  że  mam  bardzo 

namiętną żonę. - Zarumieniła się jeszcze mocniej, więc nie usiłując nawet ukryć rozbawienia, 

machnął  ręką. - OK. Skoro jesteś taka wstydliwa, to  pojadę sam.  Zostawię tam samochód i 

wrócę konno. 

Niespokojna, odprowadziła go na ganek i wyszła na werandę. 

- Będę najdalej za godzinę! - zawołał, trzasnął drzwiczkami i odjechał. 

Raine  śledziła  wzrokiem  samochód,  aż  zniknął  w  lesie,  a  potem  włożyła  kurtkę, 

zmieniła  buty  na  kalosze  i  zeszła  na  brzeg.  Raptem  coś  czerwonego  mignęło  na  wodzie. 

Zobaczyła  jednoosobowy  kajak.  Ktoś  płynął  równolegle  do  brzegu,  a  kiedy  zawołała, 

powiosłował w jej kierunku i kajak zgrzytnął o kamieniste dno. 

Kajakarz był młody, wyglądało na to, że nie miał chyba jeszcze dwudziestu lat. 

- Jestem tu na spływie, już drugi raz. Niesamowita frajda! - Westchnął. - Szkoda tylko, 

że to ostatni dzień. Wracam do domu. 

- Chyba nie kajakiem? - Zabiło jej żywiej serce. 

-  Jakieś  dwa  kilometry  stąd  zostawiłem  samochód.  Popłynę  tędy  -  pokazał  ręką  w 

stronę zakola - a potem to już pestka. Muszę ruszać. - Zaczął spychać kajak na głębszą wodę. 

- Mam w Bangorze dziewczynę. Jak się spóźnię, to da mi popalić. 

-  Czekaj!  Proszę  cię,  zaczekaj  moment.  Zdziwiony  tonem  jej  głosu,  wyjął  wiosło  z 

wody. 

- Coś się stało? 

-  Tak.  Muszę...  Muszę  natychmiast  wracać  do  Bangoru.  Czy  mógłbyś  mnie  zabrać? 

Bardzo proszę. 

-  No...  Da  się  zrobić.  Ale  masz  chyba  jakiś  transport?  Przed  chwilą  widziałem  na 

drodze duży samochód. 

background image

78 

 

-  To  mój...  kuzyn.  Pojechał  z  wizytą  do  znajomych.  Popełniłam  upiorny  błąd, 

pozwalając  mu  się  tu  przywieźć.  Nie  chcę  robić  scen,  więc  wolałabym  wynieść  się  stąd, 

zanim wróci. 

Kajakarz wyraźnie się speszył. Patrzył na jej obrączkę. 

-  Widzisz...  jestem  mężatką  i  myślałam,  że  mogę  memu  kuzynowi  zaufać.  Ale 

niestety. Okazało się, że ma na mnie ochotę. 

Chłopak najwyraźniej nie chciał się w nic wplątywać. Wahał się. 

- Proszę - powtórzyła. 

-  No,  dobra.  Ale  musisz  sama  dojść  do  pikapa.  Przez  las  to  nie  więcej  niż  kilometr. 

Zaraz  za  chatą...  o,  tam  -  pokazał  ręką  -  zaczyna  się  dróżka.  Prowadzi  do  mostku  nad 

kanałkiem, tuż przed zakrętem. 

To na pewno ten mostek, o którym opowiadał Nick, pomyślała szybko. 

- Przejdziesz przez tę kładkę, a potem idź w kierunku skały, na której rośnie samotna 

sosna. Mój pikap stoi zaraz obok, przy drodze dostawczej. 

Odepchnął się od brzegu. 

- Nie trać czasu, to będziesz tam przede mną. Umawiamy się, że jeżeli nie zastanę cię 

przy samochodzie, to znaczy, że się rozmyśliłaś. 

Potykając  się  z  pośpiechu,  Raine  popędziła  na  ganek,  wciągnęła  ciepłą  kurtkę  z 

pomarańczowym pasem i założyła wełnianą czapeczkę. W obawie, że kajakarz odjedzie bez 

niej,  przeskakiwała  po  mokrych,  ostrych  kamieniach  najszybciej,  jak  się  dało.  Szum  wody 

dotarł do niej, nim jeszcze zobaczyła kanał, i ucieszyła się na myśl, że drewniany mostek jest 

tuż,  tuż.  Jednakże  gdy  wyszła  z  lasu,  zobaczyła,  że  prąd  zmąconej  wody  zniósł  stare, 

spróchniałe  deski.  Część  poręczy  przestała  istnieć,  a  u  końca  z  drugiej  strony  powstała 

szeroka wyrwa. O wycofaniu się nie mogło być jednak mowy. Raine weszła na mostek i nagle 

w huku wody usłyszała ostrzegawczy krzyk. Ignorując wołanie, przylgnęła całym ciałem do 

poręczy  i  krok  za  krokiem  zaczęła  posuwać  się  naprzód.  Miała  za  sobą  mniej  więcej  jedną 

trzecią  drogi,  gdy  rozległ  się  trzask  i  mostek  stanął  dęba.  W  ułamku  sekundy,  spadając  do 

wody, jakby na zwolnionym filmie Raine zobaczyła Nicka. Zawrócił konia i pogalopował w 

przeciwną stronę. 

Zostawiał ją? Jak to? Przecież.... 

Szok  spowodowany  zimnem  i  gwałtownością  prądu  powinien  ją  psychicznie 

sparaliżować, lecz stało się odwrotnie. Jej umysł pracował z niezwykłą jasnością. Nurt znosił 

ją  w  stronę  zakola  -  dno  kanałku  było  w  tym  miejscu  na  szczęście  wolne  od  kamieni.  W 

background image

79 

 

ubraniu i butach nie dało się płynąć; walczyła jedynie o to, by trzymać głowę nad powierz-

chnią wody. 

Poza kilkoma karłowatymi drzewami, usiłującymi wrosnąć w kamienisty grunt, terenu 

wokół kanałku nie zasłaniało nic. Raine jak przez mgłę ujrzała galopującego konia i jeźdźca. 

Nagle przypomniała sobie rozmowę z Nickiem. Zrozumiała, czemu przed chwilą popędził w 

przeciwną  stronę.  Prąd  był  tutaj  za  szybki.  Nickowi  żadną  miarą  nie  udałoby  się  jej 

wyciągnąć. Pognał więc przez wąskie gardło zakola, próbując wyprzedzić nurt i schwycić ją, 

zanim zginęłaby, zepchnięta w dół kaskady. 

Pewność, że Nick usiłuje ją ratować, dodała jej sił. 

- Raine! 

Dostrzegła, że Nick stoi z przodu na prawym brzegu. Rozebrany  do pasa, czekał  na 

najwłaściwszy  moment.  Gdy  znalazła  się  przy  samym  zakręcie,  rzucił  się  wpław.  Chwilę 

potem  chwycił  ją  jedną  ręką.  Nie  walcząc  z  nurtem,  czekał,  aż  prąd  zniesie  ich  na 

przeciwległy  brzeg.  Jeszcze  moment,  a  przepłynęli  przez  zakole  i  znaleźli  się  u  szczytu 

wodospadu.  Woda  pieniła  się  i  szalała  miedzy  ogromnymi  głazami,  najeżonymi  ostrymi 

krawędziami  kruszących  się  skał.  Gdy  zniosło  ich  znowu  do  brzegu,  Nick  chwycił 

zwieszającą  się  gałąź  jodły  i  uwiesił  się  na  niej,  starając  się  znaleźć  podparcie  dla  nóg  i 

ochraniając Raine własnym ciałem. Groziło im rozbicie o skały. Przez szum wody dotarł do 

niej krzyk ptaka i warkot samolotu. 

- Rusz się, do cholery! - krzyknął Nick. - Jak się ześlizniesz, to nie wiem, czy będę w 

stanie cię wciągnąć. 

Zmuszona do działania, otrząsnęła się z ogarniającej ją niemocy, uchwyciła się skały i 

wpełzła na bezpieczne miejsce. Nick... Teraz jeszcze tylko on i... Odwróciła się i zrozumiała, 

dlaczego  nie  ma  go  przy  niej.  Prawą  ręką  trzymał  się  nadal  gałęzi,  ale  lewa  zwisała 

bezwładnie.  Uklękła  i  w  tej  samej  chwili  prąd  rzucił  nim  na  bok.  Nick  z  całej  siły  uderzył 

głową o skałę. Twarz mu poszarzała, a na skroni pokazała się krew. 

Zdjęta grozą, Raine spostrzegła, że jego zaciśnięte na gałęzi palce słabną. Położyła się 

płasko  na  brzuchu  i  -  zapierając  się  stopami  -  chwyciła  go  mocno  za  nadgarstki.  Otworzył 

zamglone oczy. 

-  Puść,  durna  -  wychrypiał  niewyraźnie  -  bo  spadniemy  oboje.  Ryzykujesz  życiem. 

Puszczaj! 

Wiedziała, że nie zostawi go, żeby nie wiem co, tak jak on nie zostawił jej. Wolałaby 

umrzeć niż żyć bez niego. Nie! 

background image

80 

 

Co  to  za  głupie  myśli!  Będą  żyli.  Oboje!  Zaczęła  głośno  wzywać  pomocy,  choć 

zdawała sobie sprawę, że zniosło ich za daleko i kajakarz nie mógł słyszeć wołania. Opadała z 

sił, czuła, że za chwilę ramiona odmówią posłuszeństwa. 

- Trzymaj! 

Kiedy ten krzyk dotarł do niej, była już w stanie szoku i takiego oszołomienia, że nie 

wiedziała, czy rzeczywiście coś słyszy, czy też zaczyna mieć omamy. 

-  Trzymaj!  -  usłyszała  znowu.  Nadzieja  dodała  jej  sił.  Moment  później  jakiś 

mężczyzna rzucił się na ziemię obok niej i chwycił Nicka za rękę powyżej łokcia. 

- Mam go - oznajmił spokojnie. - Możesz już puścić. Nawet się nie poruszyła. 

- Finn? - wymruczał Nick, unosząc chwiejnie głowę. 

-  We  własnej  osobie,  skubańcu...  Tam  jest  Una  -  powiedział  do  Raine.  -  Złóż  ją 

podwójnie,  przełóż  mi  pod  ramionami,  przeciągnij  końce  przez  otworek...  Dobrze,  a  teraz 

zostaw trochę luzu i zawiąż ją mocno na pniu. 

- A teraz? 

- Przytrzymaj Nicka. 

Jeszcze raz zacisnęła ręce na jego szczupłych nadgarstkach. 

-  Nie wiem,  czy jest  na  tyle przytomny, żeby mógł  cokolwiek zrobić, więc kiedy  go 

trochę uniosę, ciągnij, ile sił. 

Odchylając  się  na  linie,  obejmując  stopami  krawędź  skały,  Finn  opuścił  się  na 

wysokość  Nicka.  Z  niezwykłą  jak  na  tak  szczupłego  mężczyznę  siłą  zaczął  wydobywać  z 

wody  potężne  ciało  przyjaciela,  gdy  tymczasem  Raine,  zapierając  się  ze  wszystkich  sił, 

podciągała go w górę. 

Gdy  tylko  bose  stopy  Nicka  znalazły  oparcie,  półprzytomny  starał  się  pomóc 

przyjacielowi. Za moment obaj byli już bezpieczni. Finn, ociekając wodą, ukląkł przy Nicku. 

- Co z nim? - szepnęła Raine, przerażona jego bladością. 

- Mogło być gorzej. Uderzył się mocno w głowę i ma przemieszczony bark. Możliwe 

też, że pękło mu żebro... ale to twardziel. 

Nick  jęknął,  mruknął:  „Dziękuję”  i  usiadł. Jego  twarz  miała  wciąż  barwę  popiołu,  a 

krew ciekła z paskudnego rozcięcia na skroni, ale był przytomny. 

- A ty? - spojrzał na Raine. 

-  Nic  mi  nie  jest.  -  Ulga,  że  udało  się  go  wyrwać  śmierci,  była  tak  wielka,  że  nie 

umiała jej wyrazić. 

- Na pewno? - spytał Finn, zauważając jej zesztywnienie i wyraz zziębniętej, białej z 

wyczerpania twarzy. Odwiązał linę i fachowo ją zwinął. 

background image

81 

 

- Na pewno. 

- No, to chodź, frajerze. - Podciągnął przyjaciela z ziemi i przełożył sobie jego zdrową 

rękę przez plecy. - Ruszajmy się, żebyś nie uległ hipotermii. Na szczęście mój samolocik jest 

blisko. Zaraz będziemy w domu. 

Tak,  oczywiście.  Dopiero  teraz  Raine  przypomniała  sobie,  że  czepiając  się  Nicka  i 

gałęzi, słyszała warkot samolotu. 

Nim wylądowali na jeziorze i dobrnęli do chaty, trzęsła się jak listek. 

Finn otworzył butelkę brandy, którą zabrał z samolotu, i nalał trzy kieliszki. 

- Wypij i wskakuj pod gorący prysznic - powiedział do niej. - Nick i ja przebierzemy 

się przy piecu. 

Gdy kwadrans później wyszła z łazienki, Nick siedział bez koszuli. Zauważyła, że z 

jego twarzy ustąpiła szarość i chociaż widać było, że coś go boli, oczy nabrały blasku. Miała 

ochotę objąć go, uściskać, wypłakać się na jego piersi, lecz patrzył na nią jak na obcą. 

- Lepiej ci? - zapytał Finn. 

-  Dużo  lepiej.  -  Uśmiechnęła  się.  Jak  to  w  ogóle  możliwe,  że  jeszcze  niedawno 

skłonna go była posądzać o słabeuszostwo?! 

Wziął z apteczki środek antybakteryjny i spryskał nim ranę na skroni Nicka. 

- Jak ci tego nie zszyją, zostanie blizna. 

- W konkursach piękności startować nie zamierzam - odparł sucho Nick. 

- Ale bark trzeba nastawić. Polecimy do Bangoru? 

- Kiedyś umiałeś to robić sam. Finn zawahał się. 

- Czy mogłabym w czymś pomóc? - wtrąciła szybko Raine. 

-  Chwała  Bogu,  że  nie  jesteś  tchórzem  -  uśmiechnął  się  Finn  i  uniósł  rękę  Nicka.  - 

Trzymaj ją mocno, w tej pozycji. 

Stanął  za  plecami  przyjaciela  i  przyciskając  dłonią  jego  muskularne  ramię,  wykonał 

coś  w  rodzaju  pół-nelsona.  Nick  nawet  nie  pisnął,  tylko  na  brwiach  i  nad  górną  wargą 

wystąpił mu pot. W przypływie niemal macierzyńskiej czułości Raine zapragnęła otrzeć mu 

twarz  i  scałować  z  niej  grymas  bólu,  ale  tylko  zdjęła  z  oparcia  krzesła  koszulę-panterkę  i 

zaczęła pomagać mu się ubierać. Zapinała guziki, nie odważając się spojrzeć mu w oczy. Finn 

zrobił temblak z chusty znajdującej się w wyposażeniu apteczki. 

-  No,  a  teraz  usiądź,  odciąż  nogi  i  postaraj  się  wyluzować  -  Finn  mrugnął 

konspiracyjnie do Raine. - Pewnie po raz pierwszy i ostatni w życiu mam okazję trochę nim 

porządzić. 

Nick przysiadł w fotelu i stęknął. 

background image

82 

 

- Już lepiej mi było stać. 

-  Niewdzięczna  świnia  -  podsumował  go  łagodnie  Finn,  wciskając  do  ręki  dwie 

tabletki.  -  Dziś  i  jutro,  no,  może  trochę  dłużej,  będziesz  musiał  brać  środki  przeciwbólowe. 

Proponowałbym, żebyś się położył, nim te zaczną działać... Ty zresztą też - uśmiechnął się do 

Raine. - Naleję kawy. Możesz mi powiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło? 

- Nawet ci nie podziękowałam. - Przemogła ucisk w gardle. 

- Daj spokój. 

- Ocaliłeś Nickowi życie. 

- Nie ja, a ty. 

- O Boże! - mruknął Nick. - To ja powinienem podziękować wam obojgu. I zrobię to, 

tylko skończcie z tymi duserami. Towarzystwo wzajemnej adoracji się znalazło! 

Napiętą atmosferę rozładował wybuch śmiechu. Kiedy się uspokoili, Raine zobaczyła, 

że Nick utkwił w niej spojrzenie. Szybko pokręciła głową. 

- Zginęłabym, gdyby nie ty... 

-  Mnie też nie dziękuj  -  odezwał  się Finn.  -  Wyrównaliśmy rachunki.  Pamiętasz, jak 

wpadłem pod lód i... 

- Miałeś wtedy tylko czternaście lat. 

-  Ale  tego  się  nie  zapomina...  No  dobra,  ale  czy  ktoś  mi  wreszcie  powie,  co  się 

właściwie stało? 

- Mieliśmy zamiar wybrać się konno nad Saskin - zaczął opanowanym głosem Nick. - 

Pojechałem  do  Doodych  pożyczyć  konie.  Raine  poszła  na  spacer.  Wracając  lasem,  zauwa-

żyłem,  że  próbuje  przejść  po  starym  mostku.  Od  lat  był  na  wpół  przegniły.  Zawołałem  do 

niej... 

Czy  rzeczywiście  myślał,  że  wybrała  się  tak  zwyczajnie  na  przechadzkę?  Z  całą 

pewnością nie. Widział, że mimo ostrzeżenia idzie dalej, więc musiał przynajmniej domyślać 

się prawdy. 

-  Niestety  było  już  za  późno.  -  Krótko  i  bez  emocji  przedstawił  dalszy  rozwój 

wypadków i zakończył cierpko: 

- Czas, żeby ktoś odprowadził konie do Lisbeth. 

Finn podniósł się. 

- Kapuję - powiedział dobrodusznie. - Ale jeśli chciałeś mi dać do zrozumienia, że jest 

to wasz miodowy miesiąc i zamierzacie robić to, co większość nowożeńców - to znaczy pójść 

do łóżka - nie musiałeś wynajdywać pretekstu. 

Uchylił się, gdy Nick rzucił w niego jaśkiem. 

background image

83 

 

- Imponujący pokaz sprawności - roześmiał się Finn. 

- Tak czy owak, w siodle to ty się, bratku, nie utrzymasz. 

Zwrócę konie i przywiozę ci tu samochód. Może się zdarzyć  - dodał poważniej - że 

wystąpi  jakaś  opóźniona  reakcja  szokowa.  Odpoczywajcie  więc.  Uznajcie  to  za  zalecenie 

lekarza.  Gdy  drzwi  zamknęły  się  za  nim,  Nick  zapatrzył  się  w

 

ogień.  W  końcu  Raine,  nie 

mogąc znieść napiętej ciszy, poderwała się z fotela. 

- Nick, przepraszam... 

- Za co? - Nawet na nią nie spojrzał. 

- Za swoją głupotę, która mogła cię kosztować życie. 

-  Ciebie  też  -  odpowiedział  szorstko.  -  Dobry  Boże,  musiałaś  naprawdę  mieć 

wszystkiego dość, skoro zdecydowałaś się na coś takiego. Chciałaś popełnić samobójstwo! - 

Uniósł głowę i zobaczyła w jego oczach otchłań. 

-  Nie!  Nic  takiego  nie  przyszło  mi  nawet  do  głowy.  Próbowałam  przejść  na  drugi 

brzeg,  bo...  -  Opowiedziała  mu  o  kajakarzu  i  widząc  jego  minę,  dodała  szybko:  -  To 

młodziutki, sympatyczny chłopak. Spieszył się do dziewczyny w Bangorze. 

-  Uciekłabyś  z  każdym,  choćby  i  z  najzwyklejszym  obwiesiem.  Musisz  mnie 

autentycznie nienawidzić. Inaczej nie podjęłabyś takiego ryzyka. 

- Nie, Nick. Ja... Pokręcił głową. 

-  Powtarzałaś  mi  to  tyle  razy  -  powiedział  gorzko.  -  Tylko  ja,  głupi,  nie  chciałem  ci 

wierzyć. 

- Nie czuję do ciebie nienawiści, naprawdę. 

- Nie wykręcaj się tylko dlatego, że myślisz, iż uratowałem ci życie. 

Przycisnęła dłonie do skroni. 

- Nick, posłuchaj... 

-  Ledwie się trzymasz na nogach  - przerwał ostro. - Słyszałaś, co mówił Finn? Masz 

odpoczywać. 

- Nie ja, tylko my oboje. 

Podniósł się odrętwiały i skrzywił się z bólu. 

- Świetnie. Właź do łóżka. Będzie ci cieplej. Ja skorzystam z łazienki. 

Przebudziła się i zobaczyła, że wrócił Finn.  Siedzieli  obaj  przy piecu i  jedząc to,  co 

Nick przygotował rano na piknik, rozmawiali przyciszonymi głosami. Nagle zachciało się jej 

jeść, ubrała się więc i dołączyła do nich. Gdy podeszła, spojrzeli na nią jednocześnie. Mieli 

takie miny, że na moment serce przestało jej bić, a potem zaczęło się tłuc jak szalone. Twarz 

background image

84 

 

Nicka przypominała kamienną maskę, a Finn był wyraźnie spięty i zakłopotany. Na stoliczku 

do kawy stały napoje w puszkach. Obok leżały zawinięte w papier kanapki. 

-  Mogę?  -  Wzięła  gruby,  okrągły  kawałek  razowego  chleba  i  sięgnęła  po  plasterek 

szynki. - Przespałam chyba wiek... Czy miałeś problemy ze zwrotem koni? - zwróciła się do 

Finna. 

-  Najmniejszych.  Opowiedziałem  Lisbeth  o  wypadku.  Kazała  powtórzyć,  że 

serdecznie wam współczuje i żebyście któregoś dnia wpadli na obiad... - Gwałtownie zawiesił 

głos. 

Raine poczuła, że dzieje się coś naprawdę niedobrego. 

- To miło z jej strony - powiedziała i popatrzyła na Nicka. - Może kiedy bark ci trochę 

wydobrzeje... 

- Nie będzie nas tutaj - oznajmił szorstko. - A przynajmniej ciebie. 

background image

85 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Ogarnęło ją dziwne uczucie, jakby serce ścisnęła jej ogromna dłoń. Wiedziała, że jeśli 

wyjedzie,  to  będzie  po  wszystkim.  Że  skończy  się  wtedy  nie  tylko  ich  śmiesznie  krótkie 

małżeństwo, ale że będzie to w ogóle koniec wszystkiego, co ich łączyło. 

Tylko dlaczego Nick godził się z jej odejściem? Nie dlatego, że jej już nie pragnął, że 

się nią nasycił - była o tym głęboko przekonana. Godził się, ponieważ miał pewność, że go 

nienawidziła. 

- Przepraszam na momencik. - Finn podniósł się. - Pójdę zobaczyć, co z pogodą. 

Gdy wyszedł, Nick spojrzał na nią pustymi oczami. 

-  Jak  tylko  coś  zjesz,  spakujesz  się.  Finn  odwiezie  cię  do  Bangoru  i  odstawi  na 

samolot do Bostonu. 

Gotowa  była  założyć  się  o  wszystko,  że  Finn  nie  znał  całej  prawdy.  Miał  tylko 

wypełnić polecenia szefa. Polecenia, których nie pojmował i które wyraźnie wprawiały go w 

zakłopotanie. 

- Bardzo to miłe z jego strony - powiedziała, z trudem zapanowując nad sobą. - A co z 

tobą? 

-  Posiedzę  tu  dzień  czy  dwa  i  wrócę  samochodem,  kiedy  bark  przestanie  mi 

dokuczać... Jeśli sobie życzysz, Finn z przyjemnością odeskortuje cię do samego Bostonu. 

- To jego sugestia czy twoja? 

- Moja. 

- Wspaniale! - Zabłysły jej oczy. - W takim razie pozwól, że jako twoja żona powiem 

ci,  co  myślę  o  tobie  i  twojej  propozycji.  Jesteś  despotą,  a  to,  co  proponujesz,  obraża  mnie. 

Wydaje  ci  się,  że  ożeniłeś  się  z  debilką?  Gdybym  chciała  wrócić  do  Bostonu,  potrafiłabym 

zrobić  to  sama.  Nie  potrzeba  mi  niańki.  Tak  się  jednak  składa,  że  nie  chcę  i  nie  mam 

najmniejszego zamiaru wracać. Zostaję tutaj, bo tutaj jest moje miejsce. Końmi mnie stąd nie 

wyciągniesz! 

Twarz Nicka pozostała zimna i nieporuszona. Jego uczucia zdradził jedynie drobny tik 

pod okiem. 

-  To  tobie,  zależało  na  podróży  poślubnej  -  mówiła  dalej  w  ferworze,  z  kobiecą 

intuicją wyczuwając, jaką kartą rozegrać to rozdanie. - Chrupnęło ci parę kości i od razu się 

wystraszyłeś, że może to nadwyrężyć twój wizerunek wiecznego macho. Chowasz głowę w 

piasek, mój drogi, ale miejsce żony jest przy mężu... nawet jeśli ten mąż jest do kitu... 

background image

86 

 

- Nie ma problemu - powiedział Finn, stając w otwartych drzwiach. - Da się lecieć. 

Raine poderwała się na nogi. 

-  Nigdzie  z  tobą  nie  polecę  -  oznajmiła  stanowczo  i  jakby  chcąc  przeprosić  za  swój 

ton, dodała: - Czekanie na mnie krzyżuje ci pewnie plany. 

- Nie o to biega. - Finn uśmiechnął się szeroko. - Mówiłem temu skubańcowi, że nie 

będziesz chciała wyjechać. 

Ale upierał się, że po tym wszystkim, co się stało, uznasz to za najlepsze rozwiązanie. 

- Nigdy w życiu! - Popatrzyła Nickowi w oczy. 

- Jak sobie życzysz, kochana. - Objął ją zdrową ręką. 

- Mam tylko nadzieję, że nie zmienisz zdania, kiedy Finn odleci. 

- Możesz być pewien - odparła poważnie, choć w jego słowach odgadła bezbłędnie ton 

pogróżki. 

- W takim razie - Finn podniósł z ziemi swój worek - będę się zbierał. 

- Nie przenocujesz? - Raine czuła, że ogarnia ją strach. 

- Boże uchowaj! - zażartował. - Dwoje to dużo, a troje to już tłum. Zwłaszcza tuż po 

ślubie. Ale jeśli pozwolicie, w Anglii złożę wam wizytę. 

- Wpadnij koniecznie, czekamy  - zapewniła go serdecznie. O, Margo, ty szczęściaro, 

pomyślała i spontanicznie rzuciła mu się na szyję. 

-  Może  raczyłabyś  pomóc  swojemu  mężowi  kalece?  -Nickowi  błysnęły  oczy,  jakby 

nagle poczuł się zazdrosny. 

Uścisnął Finnowi dłoń i klepnął go w plecy. 

- Czekamy na ciebie, brachu. 

Wyszli na werandę i oboje, objęci, stali w popołudniowym słońcu, machając Finnowi. 

Awionetkę  przesłoniły  wkrótce  drzewa.  Raine  zadygotała.  Wyczuwała,  że  pod  pozorami 

opanowania  w  Nicku  narasta  straszliwy  gniew,  i  wiedziała,  że  gdy  tylko  wejdą  do  domu, 

przyjdzie jej zapłacić za bunt. 

- Zimno ci się robi? - zakpił. 

Szybko  spojrzała  mu  w  twarz.  Stalowy  błysk  spod  przymkniętych  powiek  niósł 

zapowiedź tego, co zaraz miało nastąpić. Przepuścił ją przodem, zamknął drzwi i zaryglował 

je. 

- Po co ryglujesz drzwi? Jest wcześnie. 

- Dla pewności, że nikt nie zakłóci nam szczęścia we dwoje. 

- A nie po to, żeby mnie uwięzić? Uśmiechnął się zjadliwie. 

background image

87 

 

- Wątpię, czy w tym celu wystarczyłby rygiel. Masz, kochanie, tyle inwencji... A tak 

w ogóle to nie wiem, czy jeszcze pamiętasz, że zostałaś tu z własnej woli. 

Ścisnął  ją  boleśnie  za  rękę  i  pchnął  na  kanapę.  Pozbierała  się  i  usiadła  na  brzeżku. 

Chciało jej się płakać. 

Z zimnym wyrachowaniem, świadom każdego ruchu, niespiesznie rozebrał ją do naga. 

Nie dotykał jej, uśmiechał się tylko z jakimś obłędnym okrucieństwem, jakby się zastanawiał, 

czym jeszcze bardziej może ją upokorzyć. Zrozumiała to i serce podeszło jej do gardła. Nagle 

powoli, bez cienia uczucia, zaczął błądzić dłońmi po całym jej ciele. Starała się nie poruszać, 

ale  gdy  wszedł  dłonią  miedzy  jej  uda,  odepchnęła  jego  rękę.  Zareagował  brutalnie  i 

natychmiast. 

- A tak, tak, leż już lepiej jak lalka. Chyba że chcesz, żebym ci coś zrobił. 

To był już sadyzm. Przerażona, odwróciła twarz. 

- Nick, proszę cię, nie zachowuj się tak. 

- Żałujesz, że nie wyjechałaś z Finnem? - Siłą zmusił ją, żeby na niego spojrzała. 

Przezwyciężyła strach. 

- Nie żałuję. 

Poruszył  się,  zadając  jej  ból,  ale  nie  wziął  jej,  jak  się  spodziewała,  a  zdarł  z  siebie 

temblak. 

-  Nie! Nie zdejmuj!  -  krzyknęła, bojąc się, że Nick zrobi większą krzywdę sobie niż 

jej. - Nie będę się opierać. Zrobię, co chcesz. Wszystko, co chcesz. 

- Bo śmiertelnie się mnie boisz. 

Chciała powiedzieć: „Bo cię kocham”, ale czuła, że nie pora na to. 

- Bo jestem twoją żoną i chcę się z tobą kochać. 

- I nie poniży cię to? Jesteś pewna? - zapytał z goryczą, podniósł się i odszedł. 

Coś  zadźwięczało.  Metal  zachrobotał  o  drewno.  Nick  odry  głowy  wał  drzwi.  Za 

moment nie było go już w domu. 

Zaczęła się ubierać, ale tak się jej trzęsły ręce, że zapięcie czegokolwiek graniczyło z 

cudem! Ubrana byle jak poszła zrobić sobie kawę. Raptem obok resztek jedzenia na stoliczku 

spostrzegła kluczyki od samochodu i terenową mapę. Daje mi okazję, pomyślała ze smutkiem 

i nawet ich nie dotknęła. 

Postanowiła tu zostać i walczyć o szczęście, choćby krótkotrwałe. 

Sprzątnęła ze stołu, pościeliła łóżko i zabrała się do szykowania kolacji. Zaczęło się 

ściemniać, a Nick wciąż nie wracał. Powtarzała sobie uparcie, że znał tę okolicę jak własną 

kieszeń  i  nic  mu  się  nie  może  stać,  ale  kiedy  wreszcie  usłyszała  jego  kroki  na  schodkach, 

background image

88 

 

odczuła  prawdziwą  ulgę.  Siedziała  zwinięta  w  fotelu  przy  piecu  i  nawet  jej  się  nie  chciało 

zapalić lamp, toteż kiedy wszedł, nie zauważył jej od razu. 

-  Raine!  -  zawołał  niepewnie,  a  gdy  mu  odpowiedziała,  wymruczał  pod  nosem: 

„Chwała Bogu!” i dopiero potem wydarł się na nią: - Czemu do diabła siedzisz po ciemku?! 

- Lubię patrzeć w ogień. 

Usłyszała chrzęst  zapałek i  chwilę później pierwsza z gazowych lampek  przytłumiła 

różową poświatę z pieca. Gdy zapalił pozostałe, zauważyła, że jest zdenerwowany. Odgadła, 

że ponieważ w chacie było ciemno, a cherokee stał na swoim miejscu, Nick wyobraził sobie, 

że coś jej się stało. 

-  Mówiłam  ci,  że  nie  mam  zadatków  na  samobójczynię...  Jeśli  chce  ci  się  jeść,  to  w 

piecyku jest zapiekanka. 

- Raine, ja... - zaczął ciężko. 

-  Nie  wiem  jak  ty  -  przerwała,  przybierając  miły,  swobodny  ton  -  ale  ja  umieram  z 

głodu. 

Instynktownie  wyczuwała,  że  go  pokonała.  Spodziewał  się  zapewne  wszystkiego, 

tylko nie tej spokojnej, przyjaznej atmosfery normalności. Wyglądał na zmęczonego i przyga-

szonego. Uzmysłowiła sobie raptem, że cierpienie było nie tylko jej udziałem. On też dostał 

już za swoje. Kobieta, którą kochał, umarła, a ta, której pożądał, niemal wyprawiła i jego, i 

siebie na tamten świat. 

- Myślę, że powinniśmy położyć się dziś wcześnie spać - odezwał się, gdy tylko dopili 

kawę. - Jeśli chcesz się kąpać pierwsza, to... 

Zawiedziona,  gdyż  miała  nadzieję,  że  posiedzą  przy  ogniu  i  będzie  okazja,  żeby 

porozmawiać, zebrała swoje rzeczy i weszła do łazienki. Kiedy z niej wyszła, ciaśniej otulając 

się szlafrokiem,  Nick stał  i  patrzył  w płomienie.  Nieświadomie tulił do siebie łokieć, jakby 

chore  ramię  wciąż  bardzo  mu  dokuczało.  Zapragnęła  podejść  i  objąć  go  serdecznie,  ale 

zwalczyła tę chęć. 

- Kolej na ciebie. 

Zamiast położyć się do łóżka, usiadła na podłodze przy piecu, podwijając pod siebie 

nogi w futrzanych papuciach. Nick wyszedł z łazienki po paru minutach. Wyłączył światła, 

zostawiając jedynie to przy łóżku, i zaryglował drzwi. 

- Zamknąć szyber? Pokręciła głową. 

-  Nie.  Chciałabym  tu  sobie  jeszcze  posiedzieć.  Wszedł  do  sypialni,  zamknął  za  sobą 

drzwi i prawie od razu znów je otworzył. 

background image

89 

 

- Usiłujesz wybadać, jak daleko możesz się posunąć w lekceważeniu mnie? Zależy ci 

na drace? 

- Zależy mi jedynie na tym, żebyś dostrzegł, jak się czuję. 

- Obejdę się bez łaski. 

-  To  dobrze,  bo  żadnej  łaski  nie  zamierzam  ci  robić.  Uratowałeś  mi  życie,  ale  i  ja 

tobie,  więc  moim  zdaniem  jesteśmy  kwita.  Nie  zawdzięczam  ci  niczego...  A  czy  to  źle,  że 

chcę spać z własnym mężem? 

- Niespełna dwa dni temu powiedziałaś, że małżeństwo ze mną cię degraduje. Chcesz 

mi wmówić, że twoja nagła zmiana nastawienia nie ma nic wspólnego z tym, co się stało? 

- Ma - odpowiedziała powoli. - To, co się wydarzyło, uświadomiło mi, że życie jest za 

krótkie, żeby je marnować, że muszę chwytać szczęście, póki to możliwe. Pragniesz mnie, a 

ja... 

- Mylisz się. Nie pragnę cię. 

-  Nie  wierzę!  -  zaoponowała  wstrząśnięta  do  głębi.  -  Gdyby  tak  nie  było,  to  po  co 

zmuszałbyś mnie do małżeństwa? 

-  Chyba  pora  już,  żebym  ci  coś  pokazał.  -  Podszedł  do  szafy  i  wrócił  z  zalakowaną 

kopertą, którą niedawno znalazła w jego kieszeni. - Proszę. 

Rozkładając list, zaskoczona rozpoznała okrągłe pismo ojca. Ojciec pisał: 

Dziewczyno  moja  kochana!  Teraz  znasz już  prawdę.  Nick  obiecał  mi,  że  powie  Ci  o 

wszystkim, kiedy nadejdzie właściwy moment. Mam nadzieję, że nie będziesz mnie zbyt mocno 

winić za to, że Tobą manipulowałem. Przepraszam, że działałem zbyt opieszale. Wierzyłem, że 

zorientujesz się, jaki naprawdę jest Kevin, i sama zerwiesz zaręczyny. Niestety nic na to nie 

wskazywało,  więc  zacząłem  szukać  sposobu,  żeby  to  zakończyć.  Śmiertelnie  się  bałem,  że 

jeżeli zbyt otwarcie sprzeciwię się Twoim zamiarom, to uprzesz się jeszcze bardziej. Bo uparta 

to Ty być potrafisz... 

Akcja, na jaką w końcu zdecydowaliśmy się z Nickiem, była drastyczna i mogła się nie 

powieść. Ale, wierz mi, nie wiedziałem już, co robić i byłem gotów na wszystko. Nigdy bym 

sobie nie wybaczył, gdybyś zmarnowała życie, wychodząc za człowieka, którego nie kochałaś. 

Upierałem się, żeby Nick wziął ten list i żebyś miała absolutną jasność, że to wszystko 

był  mój  pomysł.  Odniósł  się  do  niego  niechętnie,  bo  chociaż  zależało  mu  na  takim  obrocie 

spraw, nie pochwalał środków. Myślę, że bał się, że go znienawidzisz. 

Jakiś  czas  temu opowiedział mi, co się stało ubiegłej jesieni.  Wyznał też,  że... ale to 

pewnie  już  wiesz.  Sprawę  Tiny  wyjaśniłbym  Ci  sam,  lecz  kategorycznie  mi  tego  zakazał. 

Chciał, żebyś mu zaufała całym sercem, a nie zgodziłaś się go nawet wysłuchać. Straszliwie 

background image

90 

 

go  to  dotknęło.  Jest  tak  jak  Ty  uparty  i  ma  swoją  godność.  Zawsze  wiedziałem,  że  jeśli  go 

kochasz, to osobą, która będzie musiała ulec, będziesz Ty. Byłem jednak przekonany, że skoro 

udało mu się zdobyć Twoją przychylność, to masz dla niego uczucie. Nie wątpiłem w to aż do 

momentu,  gdy  już  w  ślubnej  sukni  zaczęłaś  recytować  „Panią  z  Shalott”,  ale  rozwiałaś  te 

wątpliwości, mówiąc mi, że kochasz Nicka i że tak było od początku. 

Przez całe życie pragnąłem dla Ciebie tylko jednego żebyś była szczęśliwa. Wiem, że 

Nick Cię kocha i że jest to mężczyzna, który da Ci szczęście. Niech Cię Bóg błogosławi. 

Tato 

Raine  była  tak  oszołomiona,  że  musiała  przeczytać  list  dwukrotnie,  nim  wreszcie 

dotarł do niej w pełni jego sens. Och, tatku, tatku, zaszlochała w duchu. Ani przez sekundę za 

nic go nie winiła. Zawsze ją chronił. Usiłował  więc uchronić ją przed czymś, co uważał  za 

największą życiową katastrofę - przed małżeństwem bez miłości. 

Podniosła wzrok na Nicka. 

- Akcja, którą przeprowadziliście z ojcem... Na czym właściwie polegała? 

- Nie pisze o tym? 

- Mało i niejasno. 

- No cóż... Zgodziłem się udawać, że jeśli za mnie nie wyjdziesz, to doprowadzę go do 

bankructwa. 

- Nie włożyłeś w firmę ojca pieniędzy? 

- Owszem, trochę. Ale nie tyle, żeby ją przejąć. 

- I nie odebrałeś nam domu? 

- Nie. 

- Nic już z tego nie rozumiem! - zawołała poruszona. 

- To po co w ogóle zgodziłeś się na ten szalony plan? 

- Twój ojciec był w kropce, a ja nie mogłem patrzeć, jak wiążesz się z tym... Zresztą 

nieważne.  Teraz  jest  już  za  późno.  Wiem  tylko  tyle,  że  powinienem  był  schować  swoje 

wątpliwości do kieszeni i w nic się nie wtrącać. 

- I wyszłabym za Kevina. Roześmiał się ponuro. 

- Z twojego punktu widzenia byłby to wybór mniejszego zła. 

- Nie sądzę. Może mimo wszystko wolę żyć bez poczucia bezpieczeństwa. 

Nickowi pociemniała twarz. 

-  Wykazałaś  się  nie  lada  umiejętnością.  Wielokrotnie  wyprowadzałaś  mnie  z 

równowagi  i  zmusiłaś,  żebym  powiedział  czy  zrobił  coś,  czego  się  wstydzę.  -  Przegarnął 

włosy. 

background image

91 

 

-  Przepraszam  cię,  Raine.  Przez  cały  czas  żyłem  nadzieją,  że  jakimś  cudem  sprawy 

między nami się ułożą... - Odwrócił się gwałtownie i dorzucił dwa grube polana do pieca.  - 

Powinnaś już pójść do łóżka. 

- A ty? 

- Wyciągnę się na otomanie tutaj. 

- A później co? 

- Rano wyruszymy samochodem do Bostonu, a pojutrze będziemy w Anglii. 

- A potem? 

- Przeprowadzę rozmowę z twoim ojcem i wrócę do Stanów, a ty żyj, jak chcesz. 

- Tato - starała się mówić spokojnie - powierzył ci przecież kierowanie firmą. A może 

to też nieprawda? 

- Prawda. Twierdził, że chciałby już przejść na emeryturę i mieć czas na przykład na 

golfa.  Ale,  jeśli  nawet  zmieni  teraz zdanie,  to  znajdzie  kogoś,  kto  pomoże  mu  uporać  się z 

najgorszą robotą. Będzie też miał ciebie. Może również Finn zechce osiąść w Anglii. 

- Nie pali mi się do pracy zawodowej - powiedziała powoli. - Wolałabym być żoną i 

matką. Chcę mieć dzieci, póki jeszcze jestem młoda... Mężczyznę, z którym mogłabym być 

szczęśliwa. 

Polano chwycił ogień, w górę strzelił płomień, i  w tym króciutkim momencie Raine 

spostrzegła na twarzy Nicka wyraz udręki. 

- W takim razie - powiedział - najlepiej będzie, jeśli jak najszybciej dam ci rozwód. 

-  Nie  sądzę,  żeby  tato  tak  uważał.  Może  przeczytasz,  co  napisał?  -  Podała  mu  list,  a 

kiedy Nick podniósł w końcu wzrok, oświadczyła stanowczo: - Nie chcę rozwodu. Zgadzam 

się z ojcem. 

-  Nie  wygłupiaj  się.  Żeby  wiązać  się  z  kimś  na  całe  życie,  trzeba  czegoś  więcej  niż 

fizycznego zauroczenia. 

- To nie jest wyłącznie to. Ja cię kocham. Powiedziałam to tacie. 

- Zdenerwowałby się, gdybyś powiedziała prawdę. 

-  To  była  prawda.  Zakochałam  się  w  tobie  od  pierwszego  wejrzenia  i  nigdy  nie 

przestałam cię kochać, ale... Nie mogłam się przyznać do miłości do kogoś, kto chciał mnie 

jedynie wykorzystać. - Podniosła się i chwytając go za poły kąpielowego płaszcza, spojrzała 

mu w twarz. - Kiedy wciągał cię prąd, czułam, że jeśli zginiesz, chcę umrzeć razem z tobą. 

Nick  mruknął  coś  do  siebie  i  nagle  przytulił  jej  głowę  do  swojej  piersi  z  taką 

czułością, że gorące łzy popłynęły jej po twarzy. Otarł mokre policzki Raine. 

background image

92 

 

-  Nie  mogłem  znieść  myśli,  że  wyjdziesz  za  Somersby'ego.  Gdyby  to  był  człowiek 

innego  pokroju  i  gdybym  miał  pewność,  że  go  kochasz,  odczepiłbym  się.  Odsunąłem  się 

zresztą  -  aż  zrobiło  się  prawie  za  późno.  A  potem  zadręczał  mnie  strach,  że  być  może 

popełniłem  straszliwy  błąd.  Nie  dlatego,  że  doprowadziłem  do  zerwania  waszych  zaręczyn, 

tylko dlatego, że zmusiłem cię do ślubu. Tyle razy powtarzałaś: nienawidzę cię, nienawidzę. 

Próbowałem się oszukiwać, że tak naprawdę nie myślisz, ale... 

- Nie umiałam cię znienawidzić, Nick, nie umiałam, chociaż chciałam, żeby tak było. 

Dlatego, że zabawiłeś się mną, a przecież byłeś związany z inną. 

- Biedna Tina - powiedział cicho. - Była... 

- Nie mów. - Położyła mu palec na ustach. - To przeszłość. Ważne jest wyłącznie to, 

że teraz mnie kochasz. 

- Wtedy też cię kochałem. - Usiadł i posadził ją sobie na kolanach. - Chcę, żebyś znała 

całą  prawdę.  Tina  -  a  raczej  Kristina  -  była  siostrą  Finna.  Wychowywaliśmy  się  razem  i 

traktowałem ją jak siostrę, ale kiedy skończyła szesnaście lat, coś się w jej stosunku do mnie 

zmieniło. Finn stwierdził, że się zadurzyła, jak to nastolatka. Zrobiłem studia i wydawało mi 

się, że jej przeszło, ale nie. Nauczyła się po prostu maskować uczucie. 

- Wspomniałeś kiedyś, że państwo Andersonowie zginęli w wypadku... 

-  Tak.  Niedługo  potem  Tina  zachorowała.  Wyniki  badań  mogły  wskazywać  na 

wczesne stadium  raka.  Utrata  rodziców podkopała siły obronne jej organizmu.  Wiedząc, że 

darzyła mnie uczuciem, Finn zapytał, czy mógłbym pomóc jej w walce z chorobą. Nie byłem 

z  nikim  poważnie  związany,  wiec  poprosiłem  Tinę  o  rękę.  Dzień  przed  jej  wyjazdem  do 

koleżanki  do  Nowego  Jorku  kupiliśmy  zaręczynowy  pierścionek.  Tak  się  ten  los  dziwnie 

posplatał, że dosłownie kilka dni później poznałem ciebie i zrozumiałem, że jesteś kobietą, na 

którą  czekam  od  lat.  Postanowiłem,  że  jeśli  wynik  kolejnych  badań  okaże  się  negatywny, 

powiem  Tinie  o  tobie  i  poproszę,  żeby  zwolniła  mnie  z  danego  jej  słowa.  Przysięgam,  że 

kiedy  zapraszałem  cię  na  wycieczkę  do  Maine,  nie  miałem  zamiaru  cię  uwieść.  To  ty 

sprawiłaś,  że  zwariowałem,  że  nie  potrafiłem  się  opanować.  Czułem,  że  powinienem  ci 

powiedzieć  prawdę,  ale  bałem  się  twojej  reakcji  i  schowałem  głowę  w  piasek.  Potem, 

ponieważ  Tina  wróciła  do  domu  wcześniej,  sama  dowiedziałaś  się  o  wszystkim  i  uciekłaś. 

Pojechałem za tobą na lotnisko... Niestety, nie zdążyłem... 

Tymczasem  okazało  się,  że  Tina  -  nie  powiadamiając  o  tym  ani  mnie,  ani  Finna  - 

zrobiła sobie badania w nowojorskiej klinice. Zaplanowała to. Nie chciała niczyjej litości ani 

zamętu  wokół  swojej  osoby.  Dwie  doby  czekaliśmy  na  ostateczną  diagnozę.  To  był  jednak 

rak.  W  ciągu  miesiąca  Tina  znalazła  się  w  szpitalu.  Walczyła  dzielnie,  lecz  już  go  nie 

background image

93 

 

opuściła. Nigdy się nie  skarżyła, zawsze widzieliśmy ją uśmiechniętą. Wzięliśmy ślub  przy 

szpitalnym łóżku, a parę dni potem umarła. Przed śmiercią mówiła mi o swoim szczęściu, o 

tym,  że  miała  kochającą  rodzinę,  wspaniałego  brata,  mnie.  „Dziękuję  -  powiedziała  -  że 

daliście mi w tych ostatnich miesiącach tyle szczęścia. Chciałabym, żebyś, kiedy już odejdę, 

znalazł  sobie  dziewczynę,  która  obdarzy  cię  nim  na  całą  resztę  życia”.  Potem,  jakby  się 

domyślała, uśmiechnęła się: „Kogoś takiego jak twoja kuzynka”. 

Przygniotły  mnie  te  śmierci  -jej  i  ojca...  a  kiedy  wróciłem  do  równowagi  i  miałem 

wreszcie możliwość przyjazdu do Anglii na dłużej, byłaś już zaręczona i czułem, że nie mam 

prawa wdzierać się w twoje życie. - Objął ją mocniej. - Nie płacz, moja kochana. Finn by się 

gniewał.  Jego  zdaniem  życie  powinno  być  hołdem  dla  miłości  i  odwagi.  Radosnym 

celebrowaniem każdej dobrej chwili. Chciałbym, żeby mi się to w naszym małżeństwie udało. 

Szkoda,  że  jestem  chwilowo  do  kitu,  w  przeciwnym  razie  zaraz  bym  ci  pokazał,  jak  to 

będzie... 

- A gdybym ci odrobinkę pomogła? - zaproponowała niewinnie. 

- Jeśli jakoś dowlokę się do łóżka. 

Kiedy leżeli już pod kołdrą, nachyliła się, żeby go pocałować. 

- Raine... 

- Słucham? 

- Obchodź się ze mną delikatnie. 

Zachichotała, lecz jej śmiech przemienił się zaraz w pisk, gdy zdrową ręką przewrócił 

ją na plecy i udowodnił ku obopólnej radości, że nie jest tak obolały, jak twierdził.