background image

LEE WILKINSON 

GORĄCZKA NOCY POŚLUBNEJ 

Tłumaczyła Anna Adamiak 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

List,  który  miał  całkowicie  odmienić  Ŝycie  Raine  Marlowe,  nadszedł  zupełnie 

niespodziewanie.  Siedzieli  sobie  z  ojcem  przy  śniadaniu  w  ich  posiadłości  „Białe  damy”,  w 

pomalowanym  na  biało  pokoju  z  czarnymi  belkami  pod  sufitem.  Złote  jak  miód,  poranne 

wrześniowe  słońce,  w  którym  skąpany  był  ogród,  wlewało  się  przez  witraŜowe  szybki  w 

oknach. Cudownie nieświadoma nadchodzącego przewrotu, Raine smarowała dŜemem drugi 

juŜ tost, a Calib - kot o futerku czarnym i lśniącym jak jej włosy i zielonych oczach - siedział 

na parapecie nieruchomo niczym posąŜek. W słońcu złociła mu się sierść, a wąsy wyglądały 

jak miedziane kabelki. 

-  Dziś  tylko  to  -  oznajmiła  miłym  tonem  gosposia,  wnosząc  korespondencję.  Martha 

słuŜyła u nich od dwudziestu lat i uwaŜali ją za członka rodziny. 

- Dziękuję. 

Ralph  Marlowe,  przystojny  męŜczyzna  o  wyrazistych,  surowych  rysach  i 

szpakowatych,  gęstych  włosach  wziął  list.  Dopijając  kawę,  rozciął  kopertę  ze  znaczkiem  ze 

Stanów  i  wyjął  złoŜoną  kartkę.  Zaczął  czytać,  i  Raine  spostrzegła,  Ŝe  raptem  zmienił  się  na 

twarzy. Był wstrząśnięty. 

- Co to jest? - zapytała. 

Ojciec zdjął okulary w rogowych oprawkach. 

- List od Harry'ego? 

- Niesamowite! 

- Tak. 

Gdy podał jej list, nagle zadrŜała. Opanowały ją złe przeczucia. Wiedziała, Ŝe ojciec i 

stryj  -  bracia  bliźniacy  -  pokłócili  się  ze  sobą  i  zerwali  kontakty  na  długo  przed  jej  na-

rodzinami. W młodości byli ze sobą bardzo zŜyci, i po studiach wspólnie prowadzili interesy. 

Zajmowali  się  obrotem  nieruchomościami.  Wtedy  teŜ  zadurzyli  się  w  tej  samej  kobiecie  - 

czarnowłosej,  zielonookiej  Lorraine.  Była  dziewczyną  Harry'ego,  dopóki  nie  poznała  jego 

brata i nie zakochała się w nim. Gdy, koniec końców, zdecydowała się wyjść za Ralpha, drogi 

braci  rozeszły  się.  Ralph  zatrzymał  „Białe  damy”,  elŜbietańską  rezydencję,  stanowiącą  od 

pokoleń  siedzibę  rodziny,  a  Harry  załoŜył  nową  firmę  i  wyjechał  do  Stanów.  Stało  się  to 

ponad trzydzieści lat temu. 

List z bostońskim adresem na odwrocie był prosty i bardzo konkretny. 

background image

Pewnie  jesteś  zdziwiony,  Ŝe  odzywam  się  po  tych  wszystkich  latach.  Wstyd  przyznać, 

ale  na  wcześniejsze  nawiązanie  kontaktu  nie  pozwalała  mi  głupia  duma.  Od  przyjaciela  ro-

dziny  dowiedziałem  się,  Ŝe  Lorraine  zmarła  dawno  temu,  osierocając  jedyną  córkę.  Moja 

Ŝ

ona  nie  Ŝyje  od  lat.  Jestem  sam,  mam  tylko  przybranego  syna  Nicka.  Jakoś  się  jeszcze 

trzymam,  ale  od  pewnego  czasu  szwankuje  mi  zdrowie.  Lekarze  twierdzą,  Ŝe  pozostało  mi 

zaledwie kilka miesięcy Ŝycia. 

Tak  bardzo  chciałbym  zobaczyć  Cię  przed  śmiercią.  Czy  moglibyście  z  córką 

odwiedzić mnie? Oczywiście, jeśli zdołacie wybaczyć staremu człowiekowi, Ŝe był tak głupio 

uparty. 

PS.  Gdybyś  zdecydował  się  przyjechać,  zrób  to,  proszę,  ze  zrozumiałych  wzglądów, 

moŜliwie najszybciej. 

Pojedziesz? - Raine podniosła na ojca oczy. 

- Jasne - odpowiedział bez wahania. - A ty? 

- Chciałbyś? 

- Byłoby szkoda, gdybyś nie poznała swojego wuja i kuzyna. 

- W takim razie jadę. Tylko czy moŜemy tak zostawić firmę? 

Po  ukończeniu  szkoły  biznesu  Raine  została  asystentką  ojca.  Codziennie  razem 

jeździli  do  pracy  do  Lopsley,  małego  targowego  miasteczka,  odległego  zaledwie  o  kilka 

kilometrów od domu. 

- MoŜemy. - Ojciec energicznie wstał. - Pędzę do firmy, a ty zorganizuj podróŜ. 

- Kiedy chcesz jechać? 

- Dziś, jeśli okaŜe się to moŜliwe. Potem trzeba zadzwonić do Harry'ego i powiadomić 

go, o której przylatujemy. 

Ledwie  powściągany  pośpiech  w  głosie  ojca  zdradzał,  Ŝe  wszystkie  dawne  Ŝale  do 

brata  poszły  w  niepamięć.  Coś  z  tego  pośpiechu  udzieliło  się  i  jej.  Nie  tracąc  czasu, 

zatelefonowała na lotnisko i załatwiła rezerwację na wieczorny lot do Bostonu. 

Gdy  męŜczyzna  czekający  na  zewnątrz  międzynarodowej  hali  przylotów  wypatrzył 

wysokiego,  szczupłego  pana  o  znajomej  powierzchowności  i  towarzyszącą  mu  smukłą, 

czarnowłosą  dziewczynę  o  prześlicznie  zarysowanych  kościach  policzkowych  i  pełnych 

ustach, natychmiast ruszył w ich stronę. Raine podniosła wzrok i raptem napotkała spojrzenie 

szafirowych jak niebo o północy oczu w ciemnej oprawie długich rzęs. Patrzył na nią wysoki, 

barczysty  męŜczyzna  o  mocnych  rysach  twarzy  i  gęstych,  lekko  falujących  włosach  barwy 

dojrzałej pszenicy. 

background image

- Raine Marlowe? - Widząc jej zaskoczenie, uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę. - 

Nick. 

Krew zaszumiała jej w skroniach, gdy uwięził jej dłoń w długich, silnych palcach. 

-  Ciebie,  stryjku,  rozpoznałbym  wszędzie  -  powiedział,  zwracając  się  z  kolei  do  jej 

ojca  i  wymieniając  z  nim  uścisk  dłoni.  -  Jesteście  z  tatą  podobni  do  siebie  jak  dwie  krople 

wody. 

Kiedy  obaj  odbierali  bagaŜe,  Raine  starała  się  nie  patrzeć  na  swego  kuzyna.  Była 

trochę zbita z tropu, ale nie zamierzała gapić się na niego jak jakaś nastolatka na swego idola. 

- Wszystko? - Pytanie spadło na nią tak nagle, Ŝe zamrugała i odwróciła wzrok. 

-  Wszystko.  -  Pomyślała  ze  złością,  Ŝe  jeśli  zaraz  nie  weźmie  się  w  garść,  to  ten 

kuzynek gotów leszcze uznać ją za idiotkę. 

Lśniący,  srebrny  samochód  stał  gotowy  do  drogi.  Nick  załadował  bagaŜe  i  od  razu 

pomknął w stronę centrum Bostonu. 

-  To  tutaj  mieszczą  się  biura  mojej  firmy  -  powiedział,  wskazując  ręką  jeden  z 

eleganckich przeszklonych wysokościowców. 

- Ekstra - skomentował Ralph. - Harry mówił mi, Ŝe obecnie kierujesz nie tylko jego 

przedsiębiorstwem,  ale  masz  równieŜ  własną  firmę.  Chyba  trudno  było  stworzyć  tak 

imponującą sieć międzynarodowych powiązań biznesowych? 

-  Wcale  nie  -  odparł  chłodno  Nick.  -  Stosuję  starą,  sprawdzoną  metodę.  Kupuję 

upadającą firmę, badam, co w niej spróchniało, i po prostu odcinam martwe pędy, aŜ znowu 

zaczyna kwitnąć. 

Raine,  zgodnie  z  własnym  Ŝyczeniem,  siedziała  z  tyłu.  Chłonęła  wzrokiem  piękno 

miasta  o  gęstej  zabudowie,  a  mimo  to  sprawiającego  wraŜenie  przestronnego  i  pełnego 

powietrza. Na tle nieba rysowały się same kontrasty. Spomiędzy drapaczy chmur i okazałych 

nowoczesnych  budynków  strzelały  w  górę  smukłe  iglice,  wieŜe  z  zegarami,  widać  teŜ  było 

stare  budowle  z  czasów  kolonialnych.  Wjechali  w  wąskie  brukowane  uliczki  z  gazowymi 

latarniami,  zabudowane  kamienicami  z  czerwonej  cegły.  Znaleźli  się  w  malowniczej, 

eleganckiej dzielnicy z przełomu wieków, schodzącej w dół do Charles River. 

Dom, który zajmowali Nick i jego ojczym, znajdował się przy skwerze Mecklenburg. 

Było  to  jedno  z  najładniejszych  miejsc  w  okolicy.  W  świetle  ulicznych  lamp  mieniące  się 

kolorami liście wyglądały jak koronkowy baldachimu. Pod numerem ósmym stał dom w stylu 

regencji. Symetrycznie po obu stronach drzwi wejściowych znajdowały się prostokątne okna 

z pomalowanymi na czarno skrzynkami pełnymi jesiennych kwiatów. Kiedy tylko samochód 

podjechał pod drzwi, te otworzyły się. W padającej na schody smudze światła stanął wysoki, 

background image

szczupły męŜczyzna o wyrazistych, surowych rysach i gęstych, szpakowatych włosach. Raine 

powinna była przewidzieć, Ŝe tak właśnie będzie  wyglądał jej stryj, ale na widok sobowtóra 

ojca poczuła się dziwnie. 

Stryj  wyciągnął  rękę.  Ojciec  pochwycił  ją  bez  słowa,  uścisnął,  po  czym  bracia  padli 

sobie w objęcia.  Lata oddalenia i niezgody natychmiast poszły w niepamięć. Raine poczuła, 

Ŝ

e  Nick  bierze  ją  pod  ramię.  Ten  dotyk  oraz  porozumiewawcze  spojrzenia,  jakie  wymienili, 

stworzyły między nimi jakąś sekretną więź. 

To  nieoczekiwane  uczucie  bliskości  przetrwało  cały  następny  tydzień,  a  pierwsze 

wspaniałe  wraŜenie,  jakie  Nick  zrobił  na  Raine,  zamiast  zmaleć,  jeszcze  się  wzmogło.  Oka-

zało  się,  Ŝe  kuzyn  jest  nie  tylko  nieludzko  przystojny.  Miał  równieŜ  bystry  umysł  i  silną 

osobowość.  Rozmowa,  którą  Raine  podsłuchała  któregoś  dnia,  świadczyła  o  tym,  Ŝe  stryj 

Harry nie tylko kochał swego przybranego syna, ale takŜe bardzo go szanował. 

- Teraz w biznesie nie ma miejsca na słabość - mówił ojciec. - Za duŜo wokół szakali. 

-  Masz  rację  -  przytaknął  Harry.  -  Ale  Nick  nie  jest  miękki,  o  nie.  Nie  zazdroszczę 

nikomu, kto próbowałby wywieść go w pole. 

- Ale z tego, co opowiadałeś, wynika, Ŝe jest dobrym pracodawcą... 

-  Zgadza  się.  Nie  waha  się  zwalniać  tych,  którzy  nie  spełniają  jego  wymagań,  ale 

traktuje  ludzi  przyzwoicie.  Wiem  na  przykład,  Ŝe  wyrzucił  z  pracy  pewnego  obiboka,  a 

potem, z własnej kieszeni, łoŜył na utrzymanie jego rodziny, póki gość nie znalazł sobie innej 

roboty. 

Od  początku  Raine  wyczuwała  w  Nicku  pewną  bezwzględność,  a  poniewaŜ  coraz 

bardziej poddawała się jego urokowi i pragnęła myśleć o nim dobrze, toteŜ opowieść stryja od 

razu  poprawiła  jej  humor.  Poza  urodą  filmowego  gwiazdora  Nick  miał  w  sobie  jakąś 

naturalną  wyniosłość,  która  czyniła  go  atrakcyjnym  w  oczach  wielu  kobiet.  Nie  był  jednak 

próŜny  ani  zarozumiały  i  chociaŜ  potrafił  być  bezwzględny,  umiał  równieŜ  być  troskliwy, 

wspaniałomyślny  i  wielkoduszny.  Robiła,  co  mogła,  by  ukryć  swoje  zafascynowanie 

kuzynem,  lecz  zawładnął  bez  reszty  jej  myślami.  Często  przyłapywała  go  na  tym,  Ŝe  się  jej 

przygląda, ale trudno było coś wyczytać z jego twarzy. 

Pewnego  dnia  poszli  we  czworo  na  Freedom  Trail,  obejrzeli  port  i  zbudowany  w 

XVIII  wieku  masztowiec  „U.S.S.  Constitution”,  zachwycali  się  dziewiętnastowiecznym 

Trinity  Church,  odbijającym  się  w  przeszklonej wieŜy  Johna  Hancocka,  byli  teŜ  w  Muzeum 

Nauki. 

background image

Nikt  o  tym  nie  mówił,  lecz  wszyscy  wiedzieli,  Ŝe  czasu  jest  mało,  toteŜ  rzadko 

spędzali  dni  na  leniuchowaniu.  Wieczorami,  gdy  Raine  kładła  się  spać,  a  Nick  znikał  w 

swoim pokoju, Ŝeby trochę popracować, bracia rozmawiali do późna w nocy. 

Pewnego  wieczoru  Nick  odprowadził  Raine  eleganckimi  schodami  na  górę. 

Rozmawiając o błahostkach, przystanęli przed drzwiami jej pokoju. Zaśmiała się z czegoś, co 

powiedział, a on raptem nachylił się i pocałował ją delikatnie. Poczuła się tak, jakby spadły za 

nią fałdy grubego czarnego aksamitu. Wreszcie, z ociąganiem, Nick odsunął się. 

- Dobranoc, Raine - szepnął. - Śpij dobrze. Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie. 

Tej nocy śniła o białych koronkach i kwiatach pomarańczy, o deszczu ryŜu i płatków róŜy, o 

domu z kolorowymi, szybkami. 

Następnego dnia bardzo starała się zachowywać naturalnie. Tyle Ŝe zazwyczaj chłodna 

i rozsądna Raine była zakochana po uszy. Kiedy po wspólnym porannym spacerze wrócili we 

czworo  do  domu,  gosposia  przekazała  Nickowi  wiadomość  z  biura.  Wynikła  jakaś  nagła 

sprawa, która wymagała jego obecności. 

Wrócił  co  prawda  do  domu  na  kolację,  ale  zachowywał  się  inaczej  niŜ  zwykle.  Był 

zamyślony i niezbyt rozmowny. 

-  Muszę  jutro  lecieć  do  Maine  -  odezwał  się,  gdy  stryj  i  ojciec  przerwali  na  moment 

rozmowę. 

- Do Maine? - zdziwił się Ralph. W odpowiedzi wyręczył Nicka stryj. 

-  Dawno  temu  kupiłem  tam  przedsiębiorstwo  wyrębu  lasu  i  kilka  papierni.  Nick 

marnuje teraz swój czas, zajmując się jeszcze i tym. 

-  Nie  marnuje  -  uśmiechnął  się  Nick.  -  Sporadyczne  wypady  do  Maine  to  Ŝaden 

problem.  A  zresztą,  tak  tam  pięknie  i  dziko...  MoŜe  pojedziecie  ze  mną?  Harry  pokręcił 

głową. 

- Ja niestety odpadam. 

- Mówisz, Ŝe ładnie tam... - zastanowił się Ralph. 

-  Och,  krajobraz  jest  naprawdę  wspaniały.  Jeziora,  góry,  malownicze  skaliste 

wybrzeŜe  z  setkami  wysepek,  urokliwe  miasteczka,  białe  drewniane  kościoły,  maleńkie 

wioski rybackie, zagubione w  głuszy przystanie,  latarnie morskie.  Ludzie Ŝyją  w rozsianych 

po  wybrzeŜu  wioskach  i  utrzymują  się  z  morza.  Na  północnym  wschodzie,  przy  granicy  z 

Kanadą znajduje się Allagash - tereny pełne lasów, bagien i cieków wodnych. To głównie tam 

odbywa się wyrąb. 

- Brzmi nieźle - przytaknął Ralph - ale myślę, Ŝe powinienem zostać w Bostonie. 

- A moŜe wy, młodzi, wybralibyście się razem? - zasugerował stryj. 

background image

- Masz ochotę? - spytał Nick swą kuzynkę. 

Pomyślała,  Ŝe  wycieczka  z  Nickiem  byłaby  dla  niej  przeŜyciem  tak  samo 

fascynującym, jak skok z samolotu bez spadochronu - i tak samo karkołomnym. 

-  Ogromną!  -  odpowiedziała,  a  jeśli  nawet  usłyszał  w  jej  głosie  drŜenie,  to  miała 

nadzieję, Ŝe przypisał je emocjom związanym z wyprawą. 

Następnego  dnia  wczesnym  rankiem  polecieli  do  Bangoru.  Stamtąd,  pilotowanym 

przez  Nicka  małym  samolotem,  przystosowanym  do  lądowania  zarówno  na  ziemi,  jak  i  na 

wodzie, dotarli do miejsca przeznaczenia. 

Wylądowali  na  wyboistej  drodze,  tuŜ  za  cięŜarówki  z  platformą,  wiozącą  powiązane 

łańcuchami pnie drzew. 

-  Nie  ma  tu  pasów  startowych  -  wyjaśnił  Nick,  widząc,  Ŝe  Raine  jest  mocno 

zaskoczona.  -  Ląduje  się  albo  na  wodzie  albo  na  jednej  z  dróg  dostawczych,  będących 

własnością przedsiębiorstwa. 

Kiedy wstępowali po schodkach do baraku, w którym mieściło się biuro, przywitał ich 

grubawy, łysiejący męŜczyzna w okularach bez oprawek. 

Raine podsunięto szybko proste drewniane krzesło. Przy mocnej kawie i pokrojonym 

grubo cieście czekała, aŜ Nick rozwiąŜe problem, który go tutaj sprowadził. 

-  W  Sowiej  Zatoczce  mamy  drewnianą  chatę  -  powiedział,  gdy  załatwił  sprawy.  - 

Chciałabyś  zatrzymać  się  ta  i  pozwiedzać  okolicę?  Czy  moŜe  wolisz  bardziej  cywilizowane 

miejsce? 

Bez wahania spaliła za sobą mosty. 

- Zatrzymajmy się w Sowiej Zatoczce. 

Polecieli  nad  lasami  i  wylądowali  na  gładkiej  jak  lustro  powierzchni  Jeziorka 

Sowiego. Taflę wody otaczały wzgórza przystrojone w szkarłat, złoto, zieleń i brąz jesionów, 

klonów, modrzewi i cedrów. Raine nigdy w Ŝyciu nie widziała piękniejszego miejsca. 

Solidna,  wzniesiona  na  palach  drewniana  chata  stała  na  polanie  na  brzegu  jeziora.  Z 

trzech stron okalała ją weranda, z przodu - osłonięty ganek. Nick otworzył masywne drzwi. 

napalił w piecu, a potem zostawił Raine samą i wrócił do samolotu po bagaŜe. 

Kuchnia  urządzona  była  bardzo  skromnie.  Oprócz  zlewu  i  staromodnej  pralki  z 

wyŜymaczką  stała  w  niej  kuchenka  na  gaz  i  lodówka.  SpiŜarnia  zaopatrzona  była  obficie  w 

puszkowaną i suszoną Ŝywność. 

Obok kuchni znajdował się mały pokoik do spania, a przy nim łazienka z porcelanową 

umywalką i wanną, kabiną prysznicową i ubikacją. 

background image

Największą  część  chaty  zajmowała  jednak  ogromna  izba,  urządzona  bardzo  prosto. 

Stały tu dwa długie regały z ksiąŜkami, stolik do kawy i czarna skórzana kanapa. Na drewnia-

nej lśniącej podłodze leŜały maty zdobione azteckim wzorem, pasujące do poduszek i zasłon 

w  oknie.  W  kamiennym  palenisku  stał  olbrzymi,  opalany  drewnem  piec,  a  przed  nim 

rozpostarta była kudłata niedźwiedzia skóra. Z boku izby, na niewielkim podwyŜszeniu stała 

sosnowa szafa, toaletka, bieliźniarka i duŜa otomana. 

Było  zimno  i  w  powietrzu  unosił  się  zapach  charakterystyczny  dla  nie  wietrzonego 

przez dłuŜszy czas wnętrza, ale ogień zaczynał juŜ buzować w piecu, liŜąc wonne bierwiona. 

- Podoba ci się? - spytał Nick. 

-  Bardzo  -  odpowiedziała  swobodnym  tonem,  usiłując  ukryć  zdenerwowanie.  - 

Szczerze  mówiąc,  cieszę  się,  Ŝe  jest  tu  tak  wspaniale  wyposaŜona  łazienka.  Uśmiechnął  się 

szeroko. 

-  W  moim  wieku  ceni  się  juŜ  pewne  wygody.  -  Ale  jak  ci  się  udało  to  wszystko 

urządzić? 

-  Wodę  ciągnie  się  pompą  ze  studni,  a  oświetlenie  i  ogrzewanie  jest  gazowe.  A 

właśnie... 

Zmierzch zapadał szybko. Nick wziął z pieca podpałkę i przytknął ją do gazoŜarowych 

koszulek  przewodów.  JuŜ  po  chwili  zapaliły  się  lampki.  Gdy  zaciągnął  cięŜkie  story  w 

oknach, od razu zrobiło się przytulniej. 

- Dziś pitraszę ja - powiedział. - Jutro twoja kolej. najpierw się napijemy. 

Przyniósł  ze  spiŜarni  butelkę  wina,  napełnił  dwa  kieliszki  i  podał  jeden  Raine, 

muskając  jej  dłoń  palcami.  Wstrzymała  oddech.  Nie  miała  cienia  wątpliwości  -  jeśli  nie 

chciała  zbliŜenia,  naleŜało  to  teraz  jasno  powiedzieć.  Wystarczyło,  Ŝeby  odwróciła  oczy  i 

cofnęła się o krok. Jednak pragnęła Nicka, i to z całych sił. Zrobiła krok w przód. Nick wyjął 

kieliszek z jej zdrętwiałych palców i ostroŜnie odstawił na stolik. Nie podprowadził jej jednak 

do łóŜka, a połoŜył na niedźwiedziej skórze i podłoŜywszy jej pod głowę poduszkę z kanapy, 

wyciągnął się przy niej, całując namiętnie oczy, szyję i usta. 

Rozbierał ją powoli w blasku ognia, złocącym jej kremową skórę. 

- Najpiękniejsza ty moja - szepnął chrapliwie, zrzucając z siebie ubranie. - Zielonooka 

czarodziejko... 

Był  wprawnym,  czułym  kochankiem  i  chociaŜ  nigdy  jeszcze  nie  współŜyła  z 

męŜczyzną,  nie  odczuwała  bólu,  a  tylko  radosne,  wzmagające  się  uniesienie,  aŜ  w  końcu 

miała wraŜenie, Ŝe jej ciało zamieniło się w rozpaloną do białości czystą rozkosz. 

background image

LeŜała  w  jego  ramionach,  z  głową  na  jego  ramieniu.  Jej  serce  biło  mocno,  równo, 

coraz spokojniej. 

- To twój pierwszy raz - powiedział łagodnie Nick. Poczuła się trochę niepewnie. 

- Przeszkadza ci to? 

- Przeszkadza?! Och, Raine! Czuję się jak król. 

Po  tym  pierwszym  gwałtownym  zbliŜeniu  kochali  się  rano,  w  południe  i  wieczorem, 

jakby to był ich miodowy miesiąc. Wychodzili z łóŜka tylko po to, Ŝeby wziąć prysznic albo 

coś  zjeść,  pospacerować  lub  popływać  kajakiem  po  jeziorze.  Nick  nie  wypowiedział 

wprawdzie  słowa,  które  tak  bardzo  chciała  usłyszeć,  lecz  uznała,  Ŝe  to  tylko  kwestia  czasu. 

Zwyczajny, jak to bywa na początku związku, opór przed przyznaniem się do najgłębszego i 

najbardziej wiąŜącego ludzi uczucia. 

ś

adne z nich nie chciało, Ŝeby ten idylliczny tydzień się skończył, ale kiedy nadeszła 

sobota,  Nick  zapowiedział  powrót.  Wyruszyli  wczesną  porą.  Podczas  drogi  milczał  i  był 

zamyślony,  ale  zakochana  na  zabój  Raine  wracała  do  Bostonu  z  głową  w  chmurach, 

oszołomiona szczęściem. 

Na  miejscu  dowiedzieli  się,  Ŝe  stryj  i  ojciec  wybrali  się  na  mecz  piłkarski,  na  Nicka 

zaś czekała pilna wiadomość od sekretarki. 

-  Szlag  by  trafił  -  wymruczał  ze  ściągniętym  czołem.  -Muszę  z  tobą  porozmawiać. 

Mam  ci  coś  waŜnego  do  powiedzenia.  ..  ale  moŜe  lepiej  pojadę  najpierw  do  roboty.  Po-

winienem przejrzeć i podpisać pewne waŜne dokumenty. - Ujął ją za obie ręce. - To potrwa 

najwyŜej dwie godziny. Dasz tu sobie radę sama? 

- No pewnie. 

Pocałował ją mocno w usta i wyszedł. 

Poszła  na  górę  i  rozpakowała  walizkę.  Kiedy  przechodziła  do  duŜego  słonecznego 

salonu, w holu pojawiła się gosposia stryja, pani Espling. 

- Czy coś pani podać, panno Marlowe? MoŜe herbatę? -spytała. 

- Dziękuję. Bardzo chętnie się napiję. 

Nalewała  sobie  juŜ  drugą  filiŜankę,  kończąc  pyszną  domową  droŜdŜówkę,  gdy 

usłyszała,  Ŝe  ktoś  wchodzi  bez  pukania.  Podniosła  z  uśmiechem  wzrok  i  zaskoczona 

zobaczyła szczupłą dziewczynę, starszą od niej o jakiś rok czy dwa. 

-  Cześć!  -  rzuciła  przyjaźnie.  -  Jestem  Tina.  A  ty  jesteś  zapewne  kuzynką  Nicka. 

Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, mówił mi, Ŝe przyjedziesz. Nick jest w domu? 

- Nie, pojechał do pracy. 

background image

- W sobotę! - W rozpromienionych brązowych oczach Tiny pojawił się cień zawodu. - 

Nie wiesz przypadkiem, kiedy wróci? 

- Powiedział, Ŝe zajmie mu to mniej więcej dwie godziny. 

- No, to mam mnóstwo czasu. Wpadnę do domu rozpakować się. 

- Mieszkasz daleko? 

-  Nie,  w  sąsiednim  domu.  -  Tina  przysiadła  na  najbliŜszym  krześle,  najwyraźniej 

czując się tu jak u siebie. - Widuję Nicka prawie codziennie, a Ŝe trochę czasu mnie nie było... 

O,  matko,  jak  ja  się  za  nim  stęskniłam!  Przez  trzy  tygodnie  siedziałam  w  Nowym  Jorku  u 

przyjaciółki.  -  Zerknęła  na  zegarek.  -  Właśnie  w  tej  chwili  miałam  od  niej  wyjeŜdŜać. 

Umówiliśmy  się  z  Nickiem,  Ŝe  będzie  czekał  na  mnie  na  lotnisku,  tylko  Ŝe...  Tylko  Ŝe 

zorientowałam  się,  Ŝe  mogę  wrócić  do  domu  dzień  wcześniej,  i  postanowiłam  zrobić  mu 

niespodziankę. 

Odgarnęła  ciemny  lok  i  raptem  Raine  spostrzegła  na  lewej  ręce  Tiny  piękny 

pierścionek z szafirem. Ogarnęły ją złe przeczucia. 

- Piękny pierścionek - powiedziała, czując, Ŝe drętwieją jej usta. 

Ładną, bladą twarz Tiny rozjaśnił uśmiech. 

-  Prawda?  Chciałam  mieć  diamentowy  soliter,  ale  Nick  uznał,  Ŝe  nie  byłby  w  moim 

stylu, i wybrał ten. 

- Od dawna jesteście zaręczeni? - Raine miała wraŜenie, Ŝe wstępuje na szafot. 

-  Nick  oświadczył  mi  się  i  poszliśmy  kupić  pierścionek  na  dzień  przed  moim 

wyjazdem  do  Nowego  Jorku.  -  Zerwała  się  na  nogi.  -  Lecę  rozpakować  prezent  dla  niego. 

Kupiłam  mu  zegarek  od  Tiffany'ego.  To  niespodzianka,  więc  gdyby  wrócił  przede  mną,  nic 

mu nie mów. 

- Nie zobaczę się z nim. Coś mi wypadło i muszę wracać do domu. Za chwileczkę jadę 

na lotnisko. 

- W takim razie do zobaczenia - uśmiechnęła się Tina. -Mam nadzieję, Ŝe podobało ci 

się  tutaj.  Szczęśliwej  drogi!  Ledwie  zamknęły  się  za  nią  drzwi,  Raine  zamówiła  taksówkę. 

Wbiegła  do  swojego  pokoju,  wrzuciła  rzeczy  do  walizki,  nabazgrała  karteczkę  do  ojca, 

tłumacząc  swój  wyjazd  niedomaganiem  Marthy,  i  drugą  do  stryja  z  podziękowaniami  za 

gościnę. 

Los jej sprzyjał. Zdobyła miejsce w samolocie odlatującym do Londynu za niespełna 

godzinę. W czasie podróŜy musiała wyglądać bardzo źle, gdyŜ zwróciło to uwagę stewardesy. 

- Niedobrze się pani czuje? Czy coś podać? 

background image

-  Nie,  nie,  dziękuję  -  uśmiechnęła  się  blado,  wdzięczna  za  Ŝyczliwość.  -  Jestem  po 

prostu zmęczona. 

Była  zmęczona,  przepełniona  goryczą,  obolała.  Durna  baba!  -  wymyślała  sobie  w 

duch.  Ślepa,  bezmyślna  idiotka.  Nick  zabawił  się  na  boku,  korzystając  z  nieobecności 

narzeczonej,  a  ona  straciła  dla  niego  głowę.  A  co  będzie,  jeśli  zaszła  w  ciąŜę?  Ogarnęło  ją 

takie przeraŜenie, Ŝe aŜ się jej zrobiło gorąco. Z pobieŜnych wyliczeń wyniknęło jednak, Ŝe za 

swoją głupotę nie poniesie wiadomych konsekwencji. Uff! AleŜ by się ojciec zdenerwował! A 

tak  -  nigdy  się  nie  dowie.  Miała  naprawdę  szczęście.  Nie  zmieniało  to  jednak  faktu,  Ŝe 

zachowała  się  jak  głupia  gęś.  Uznała,  Ŝe  skoro  zakochała  się  w  Nicku,  to  on  teŜ  musiał  ją 

pokochać i Ŝe w perspektywie oznacza to małŜeństwo, dom, rodzinę. Dostała jednak bolesną 

nauczkę, która powinna być lekcją na całe Ŝycie. 

Raine  przysięgła  sobie,  Ŝe  juŜ  nigdy,  przenigdy  nie  pozwoli  na  to,  by  ktoś  ją 

wykorzystał. 

Następne  tygodnie  były  najgorszym  okresem  w  jej  Ŝyciu.  CięŜkie  były  dni,  jeszcze 

gorsze  -  noce.  Martha  obserwowała  ją  zaintrygowana,  ale  o  nic  nie  pytała.  Nigdy  nie  była 

wścibskaTelefonował ojciec. Nick równieŜ parokrotnie usiłował się do niej dodzwonić, lecz 

za  kaŜdym  razem  wykręcała  się  od  rozmowy.  Rozpoznając  na  kopertach  jego  charakter  pis-

ma, niszczyła listy, które słał, nawet ich nie otwierając. Jeździła do firmy, usiłując zatracić się 

w  pracy,  ale  nie  potrafiła  się  na  niczym  skupić.  Tęskniła  za  Nickiem  bezustannie,  nawet 

wtedy, gdy powtarzała sobie, Ŝe zranił boleśnie dwie kobiety - ją i Tinę. 

Ojciec  wrócił  do  Anglii  dopiero  po  miesiącu.  ChociaŜ  robiła  dobrą  minę do  złej  gry, 

bacznie i z niepokojem ją obserwował. 

- Pokłóciłaś się z Nickiem? - spytał wreszcie. 

- Wydaje ci się. 

- Masz mnie za durnia, dziewczyno? Wiem, Ŝe nie chcesz z nim rozmawiać, a Martha, 

chociaŜ bardzo się stara, zupełnie nie umie kłamać. Musiało to być coś naprawdę powaŜnego, 

skoro zwiałaś do domu jak psiak z podwiniętym ogonem. Jestem jednak pewien, Ŝe... 

- Proszę cię, tato - przerwała kategorycznie. - Nie chcę o tym mówić. 

Westchnął tylko. 

- MoŜe zmienisz zdanie, kiedy Nick tu przyjedzie. 

- Tutaj? - Poczuła się, jakby raził ją piorun. - Kiedy? 

- Powiedział, Ŝe jak tylko będzie mógł się wyrwać z pracy. MoŜliwe, Ŝe w sobotę. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Całą noc przewracała się z boku na bok, aŜ wreszcie podjęła decyzję. Wstała raniutko, 

spakowała niezbędne rzeczy, napisała kartkę do ojca, Ŝe wyjeŜdŜa na kilka dni do Londynu, i 

po  cichu  opuściła  dom.  Bez  wątpienia  było  to  zachowanie  tchórzliwe,  lecz  nie  zniosłaby 

spotkania  z  Nickiem.  Cokolwiek  go  ta  sprowadzało  -  nieczyste  sumienie  czy  spóźnione 

poczucie winy - nie chciała o tym wiedzieć. Nic, co mógł powiedzieć czy zrobić, nie było w 

stanie  wymazać  przeszłości  ani  umniejszyć  jej  wstydu.  Wysłuchiwanie  przeprosin 

upokorzyłoby ją jeszcze bardziej i odebrało resztki szacunku dla samej siebie. 

Był to typowy jesienny poranek - szary i mglisty. Podjechała samochodem na dworzec 

i złapała najbliŜszy pociąg do miasta. W porze śniadania mieszkała juŜ w cichym hoteliku w 

pobliŜu Green Park. 

Przez następne parę dni bardzo się starała zapomnieć o Nicku, ale na próŜno. 

Zmuszała się do codziennych spacerów, oglądała wystawy, zwiedzała muzea i galerie, 

byle tylko zabić czas. Piątego dnia dobrowolnego wygnania zatelefonowała do domu. Głęboki 

głos  Nicka  wstrząsnął  nią  do  tego  stopnia,  Ŝe  jak  oparzana  rzuciła  słuchawkę.  Nie  miała 

apetytu,  lecz  jadła  przez  rozsądek,  a  wieczorami  chodziła  na  koncerty  i  przedstawienia 

teatralne. 

Kiedy  w  piątkowy  wieczorem  wyszła  z  teatru,  padał  deszcz.  Wypatrując  taksówki, 

wpadła raptem na wysokiego szczupłego męŜczyznę, zmierzającego w przeciwnym kierunku. 

Upuściła przy tym torebkę, która otworzyła się i cała jej zawartość rozsypała się po mokrym 

chodniku. 

- Bardzo panią przepraszam. - Dobrze ubrany młody męŜczyzna nachylił  się i zaczął 

zbierać rzeczy. Podziękowała mu serdecznie. 

-  To  moja  wina.  Usiłowałam  złapać  taksówkę  i  nie  patrzyłam  przed  siebie.  - 

Przeniosła cięŜar ciała na prawą nogę i aŜ syknęła. 

- Czy coś się stało? - zapytał. 

- Chyba lekko skręciłam nogę w kostce. Ale to z pewnością nic powaŜnego. 

- Da pani radę iść? 

- Och, naturalnie. - Zrobiła krok, Ŝeby to udowodnić, i znowu syknęła. 

Spojrzał na nią zaniepokojony. 

- MoŜe lepiej będzie, jeśli panią podwiozę. Mam tu niedaleko samochód. - Widząc, Ŝe 

się waha, dodał: - W taki wieczór szanse na złapanie taksówki są raczej mizerne. 

background image

- No cóŜ... - powiedziała powoli, patrząc mu w oczy, przesłonięte okularami w złotych 

oprawkach.  -  Jeśli  nie  byłoby  to  panu  bardzo  nie  po  drodze...  Zatrzymałam  się  w  hotelu 

„Wirral”. 

-  Znam  ten  hotel.  I  tak  się  składa,  Ŝe  jadę  w  tamtą  stronę,  bo  mam  tam  mieszkanie, 

chociaŜ  mój  dom  rodzinny  znajduje  się  w  Mayfair.  -  Podał  jej  ramię  ze  staroświecką 

elegancją i gdy zaczęli iść, przedstawił się: - Kevin Somersby. 

Podczas  krótkiej  jazdy  Raine  dowiedziała  się,  i  bynajmniej  jej  to  nie  zaskoczyło,  Ŝe 

Kevin  pracuje  w  Ministerstwie  Spraw  Zagranicznych  i  Ŝe  jego  matką  jest  lady  Maude 

Somersby. 

Był  przystojny,  ale  nieciekawy.  Nie  budził  w  niej  Ŝadnych  Ŝywszych  uczuć,  moŜe 

dlatego nie czuła się przy nim ani spięta, ani skrępowana. Przeciwnie - jego towarzystwo po-

zwoliło  się  jej  odpręŜyć.  Odprowadził  ją  do  hotelowego  holu  i  poŜegnał  się,  Ŝycząc  dobrej 

nocy. 

- Dobranoc... i jeszcze raz dziękuję. - Raine podała mu rękę. 

Przytrzymał ją dłuŜej i z pewnym wahaniem zapytał: '- Czy wolno mi będzie wpaść tu 

jutro? Chciałbym upewnić się, Ŝe z pani kostką wszystko w porządku. 

- Naturalnie. 

Miły i przyzwoity, pomyślała, wjeŜdŜając windą na górę. Kompletne przeciwieństwo 

Nicka. 

Gdy  po  śniadaniu  Kevin  zjawił  się  z  tuzinem  długich  róŜ  i  zaprosił  ją  na  lunch, 

zgodziła się bez wahania. Spotkanie przeciągnęło się do późnego popołudnia i w końcu zjedli 

razem kolację. śegnając się, zapytał, jak długo Raine pozostanie w Londynie. 

- Dokładnie nie wiem - odparła z wahaniem. - Myślę, Ŝe dzień, moŜe dwa. 

- A czy jutro masz czas? - zapytał. - Mama chciałaby cię poznać i zaprasza na lunch... 

-  Dziękuję.  Z  przyjemnością.  -  Nie  bardzo  wiedziała,  jak  się  wykręcić,  a  poza  tym 

nawet nie miała pewności, czy rzeczywiście ma ochotę odmówić. 

-  W  takim  razie  przyjadę  po  ciebie  około  dwunastej.  Wyglądał,  jakby  kamień  spadł 

mu  z  serca,  i  Raine  raptem  nabrała  podejrzeń.  Na  tym  spotkaniu  zaleŜało  zapewne  przede 

wszystkim  lady  Somersby.  Chciała  naocznie  stwierdzić,  czy  niejaka  Raine  Marlowe  jest 

odpowiednią towarzyszką dla jej syna-jedynaka. No, ładnie... 

Następnego dnia w restauracji powitała ją z najwyŜszą kurtuazją majestatyczna lady ze 

sztywno ułoŜonymi włosami, kilkoma sznurami pereł i z oczami jak lasery. Po wyśmienitym 

lunchu,  podczas  którego  Raine  została  uprzejmie,  acz  gruntownie  przepytana  na  temat  ojca, 

background image

matki, pochodzenia i pozycji społecznej, lady Somersby zasugerowała Kevinowi, Ŝeby kiedyś 

zaprosił Raine na niedzielny obiad. 

Wieczorem,  po  telefonicznej  rozmowie  z  Marthą,  od  której  dowiedziała  się,  Ŝe  Nick 

wyjechał do Stanów, Raine zawiadomiła Kevina, Ŝe wraca do domu. Nie ukrywał zawodu. 

- Będziesz u nas zawsze mile widzianym gościem - powiedziała na osłodę. - Wpadaj, 

kiedy tylko zechcesz. 

- Jesteś tu samochodem? 

- Nie. Przyjechałam pociągiem. 

- W takim razie moŜe cię odwiozę? 

Zastanawiała  się  przez  chwilę,  co  pomyśli  o  tym  ojciec.  W  końcu  uznała,  Ŝe  jest  to 

wyborne  rozwiązanie.  Obecność  Kevina  byłaby  najlepszym  dowodem  na  to, Ŝe  zupełnie  nie 

zaleŜy jej na Nicku. Poza tym uda jej się uniknąć burzliwej rozmowy z ojcem. Choćby był na 

nią  potwornie  wściekły,  nie  będzie  jej  robił  awantury  przy  świadkach.  Dlatego  teŜ  Raine 

przezornie zaprosiła Kevina na kolację. 

Od tej pory stał się u nich bardzo częstym gościem, a wczesną wiosną uroczyście się 

jej  oświadczył.  Nie  była  zaskoczona,  gdyŜ  posunięcia  Kevina  zawsze  dały  się  z  góry 

przewidzieć. On nigdy nie zraniłby jej dotkliwie i nie porzucił. Nie rozpalał jej zmysłów, ale 

czuli  się  w  swoim  towarzystwie  swobodnie.  Chcieli  od  Ŝycia  tego  samego...  Kupił  jej 

pierścionek  z  diamentem,  zaczęli  przygotowywać  się  do  ślubu  i  snuć  plany  na  przyszłość. 

Raine  chciała  w  dalszym  ciągu  pracować,  przynajmniej  przez  pewien  czas,  lecz 

nieoczekiwanie w tej kwestii Kevin okazał się nieugięty. 

- Pora, skarbie, podjąć decyzję - powiedział kiedyś takim tonem, jakby od tych ustaleń 

zaleŜało ich Ŝycie. - Mojej matce bardzo nie podobają się te dzisiejsze małŜeństwa, w których 

Ŝ

ona pracuje zawodowo ze szkodą dla Ŝycia rodzinnego. Poza tym, jak by na to nie patrzeć, 

moje mieszkanie jest za daleko, Ŝeby twoje codzienne dojazdy w ogóle się nam opłacały. 

- Mówiłam ci juŜ, Ŝe nie chcę się stąd wyprowadzać. Tata opiekuje się mną od śmierci 

mamy, jestem dla niego wszystkim... A tutaj, u nas, jest osobne wielkie mieszkanie. Do pracy 

nie będziesz miał stąd dalej niŜ teraz. 

JednakŜe i w tej sprawie okazał się niezwykle uparty. 

- Zawsze mi się wydawało, Ŝe to Ŝona powinna się wprowadzić do domu męŜa, a nie 

odwrotnie. 

-  Ale  pomyśl  tylko...  Co  ja  będę  robić,  zamknięta  przez  cały  dzień  w  tej  londyńskiej 

dziupli? 

Z wyrazu jego bladych szarych oczu wywnioskowała, Ŝe poczuł się uraŜony. 

background image

- Po ślubie, mam nadzieję, nie będziemy przecieŜ siedzieć ciągle w domu. MoŜesz teŜ 

zająć  się  działalnością  charytatywną.  Mama  bardzo  chętnie  pomoŜe  ci  w  tym.  A  w  ogóle  to 

ustaliliśmy juŜ chyba, Ŝe chcemy załoŜyć rodzinę. 

-  Miasto  nie  jest  z  całą  pewnością  najlepszym  miejscem  do  wychowywania  dzieci  - 

powiedziała z uporem. 

- Kiedy przyjdzie na to czas, rozejrzymy się za domem na wsi - obiecał. - Zgoda? 

-  Zgoda  -  odpowiedziała  z  ociąganiem.  -  Powiem  tacie,  Ŝe  po  ślubie  nie  wrócę  do 

pracy. Pewien swego Kevin zrobił się wielkoduszny. 

-  Jeśli  zechcesz  być  blisko  ojca,  to  kupując  dom,  postaramy  się  znaleźć  coś  w 

rozsądnej  odległości  stąd...  Muszę  jechać.  Rano  odwoŜę  mamę  na  posiedzenie  fundacji 

charytatywnej,  a  potem  na  lunch,  ale  przyjadę  tu  po  południu.  Zarezerwowałem  stolik  w  tej 

knajpce, którą chciałaś zobaczyć. 

Rozbrojona  jego  troskliwością  i  tym,  Ŝe  chciał  jej  zrobić  przyjemność,  odprowadziła 

go do bramy i pomachała na poŜegnanie. 

Stary  ogród  wypełniało  słońce.  Z  zamkniętymi  oczami,  podłoŜywszy  pod  głowę 

wełniany  serdak,  Raine  wyciągnęła  się  na  trawie.  Nad  lawendą  i  róŜami  bzykały  pszczoły. 

Pachniały zioła. Leciutki powiew wiatru musnął jej policzek i rozwiał grzywkę. Calib, który 

zwinął się na jej brzuchu, zmruŜył sennie ślepka, wylizał języczkiem łapkę i zaczął toaletę od 

ucha.  Nagłe,  obdarzony  czulszym  słuchem  niŜ  jego  pani,  uniósł  łepek  i  nadstawił  uszu. 

Chwilę później w wysokim murze z róŜowej cegły zaskrzypiała furtka. Raine usłyszała kroki 

na  krętej,  obsadzonej  kwiatami  ścieŜce  i  poczuła,  Ŝe  kot  miękko  zeskakuje  z  jej  brzucha. 

Znikał  zawsze,  gdy  nadchodził  Kevin,  zdecydowanie  odrzucając  wszelkie  próby  nawiązania 

przyjaźni. Cień padł na jej twarz. Nie otwierając oczu, wymruczała leniwie: 

- Cześć. 

Kiedy  usiadł  i  nachylił  się,  muskając  jej  usta,  objęła  go  za  szyję,  a  on  wyciągnął  się 

przy  niej.  Dziwne.  Kevin  i  wylegiwanie  się  na  trawie?  To  zupełnie  nie  w  jego  stylu.  Dotyk 

warg  teŜ  był  jakiś  inny  -  mniej  zdawkowy,  budzący  emocje.  I  to  jakie  emocje!  WraŜenie 

pogłębiło się jeszcze, gdy pocałował ją mocniej. Serce zaczęło jej bić jak szalone, całe ciało 

ogarnął  płomień.  Raptem  zadrŜała,  jakby  ktoś  oblał  ją  wiadrem  zimnej  wody,  i  natychmiast 

otrzeźwiała. Do tej pory tylko jeden męŜczyzna, Nick, potrafił tak silnie ją pobudzić. A teraz 

znowu ten... Nie! Nie Ŝyczyła sobie takich odczuć. PrzeraŜały ją, pozbawiały samokontroli. 

Sztywniejąc w oporze, próbowała go odepchnąć i otworzyła oczy. Oślepiło ją słońce i 

naraz zobaczyła pociągłą twarz i śmiejące się kpiąco oczy w oprawie ciemnych rzęs. Twarz, 

background image

której  nauczyła  się  nienawidzić.  Której  nigdy  w  Ŝyciu  nie  chciała  juŜ  oglądać.  Ogarnęła  ją 

panika. 

- To ty - wyszeptała. Poderwała się, usiadła prosto i usiłując zagłuszyć łęk, wybuchła z 

wściekłością: - Skąd się tu wziąłeś? Jak śmiesz mnie w ten sposób całować? 

- A jak chcesz, Ŝeby cię całować? - zadrwił. - Z większą atencją i mniej spontanicznie, 

tak jak zapewne robi to twój narzeczony? 

- Nie Ŝyczę sobie, Ŝebyś mnie całował. Ani tak, ani siak. W ogóle! 

- Kiedyś chciałaś... 

Zawirowało jej w głowie od wspomnień. 

- A skąd ty moŜesz wiedzieć, jak całuje mnie Kevin?! - krzyknęła gniewnie. 

-  Twój  tato  opisał  mi  go  jako  niŜszego  rangą  urzędnika  w  ministerstwie  - 

opanowanego, kulturalnego człowieka. 

-  Czyli  twoim  zdaniem,  nudnego  jak  flaki  z  olejem.  Nick  zwinnie  podniósł  się  i 

wyciągnął do niej rękę. 

- Nie mam racji? 

-  Absolutne  pudło.  Zresztą...  ani  mi  się  śni  z  tobą  o  nim  rozmawiać.  -  Wstała,  nie 

przyjmując pomocy, świadoma, Ŝe zauwaŜył pierścionek, który błysnął na jej ręce. - A ty... po 

coś tu w ogóle przyjechał? 

Błysnął w uśmiechu zębami, ale wyczuła w tym nie wesołość, a groźbę. 

- Nie chciała góra do Mahometa, więc... Na ułamek sekundy zamarło w niej serce. 

- Czy tato wiedział, Ŝe przyjedziesz? 

- Tak. Rozumiem, Ŝe cię o tym nie uprzedził? Prychnęła gniewnie. 

- Zapewne go o to prosiłeś. 

- Czas najwyŜszy, Ŝebyśmy ze sobą porozmawiali -stwierdził lakonicznie. 

-  Nie  ma  o  czym.  Za  miesiąc  wychodzę  za  mąŜ.  Wymówiła  te  słowa  jak  zaklęcie, 

które miało ją uchronić przed wszelkimi niebezpieczeństwami. 

- Naprawdę? - wycedził. 

- Naprawdę. - Starała się, by zabrzmiało to pewnie, ale była kiepską aktorką. - Tata na 

pewno ci o tym napomknął. 

Doskonale wiedziała, Ŝe ojciec i Nick byli ze sobą w stałym kontakcie. 

- O tak, napomknął - przytaknął ironicznie. - Mam jednak wraŜenie, Ŝe twój luby nie 

za bardzo przypadł mu do gustu. 

Była to prawda, nie mogła temu zaprzeczyć. 

- Nie twoja rzecz, co ojciec myśli na temat Kevina - powiedziała szorstko. 

background image

- No, nie wiem. Bądź co bądź, jesteśmy przecieŜ rodziną, a kuzyni i krewni często się 

całują...  Co  prawda  od  czasu  kiedy  nam  się  to  zdarzyło  robić,  minął  prawie  rok  -  dodał  z 

przekąsem,  widząc,  Ŝe  Raine  nie  zamierza  podjąć  wyzwania  i  dalej  gładzi  Caliba,  który 

owinął mu się wokół kostek. 

- Dziś przecieŜ cię nie całowałam. - Przemogła ucisk w gardle. 

- A to ciekawe. Widać tylko mi się wydawało. 

- Myślałam, Ŝe to Kevin. 

-  No  cóŜ,  skoro  potrafi  obudzić  w  tobie  taką  namiętność,  to  twój  ojciec  chyba 

niesłusznie uwaŜa go za pruderyjnego nudziarza. 

Wiedziała, Ŝe to prowokacja, ale nie potrafiła się powstrzymać. 

-  Kevin  nie  jest  pruderyjny!  On  po  prostu...  -  urwała  i  dorzuciła  zdenerwowana:  -  A 

jeśli chodzi o mnie, wolę zwykłą sympatię od... 

-  Od  namiętności?  -  dokończył  z  drwiną.  -  A  pewnie,  pewnie.  Romansować  wolno 

kaŜdemu. To o  wiele mniej ryzykowne niŜ prawdziwa namiętność. Trzymanie się za  rączki, 

spacerek  w  świetle  księŜyca,  ukradkowy  całus...  Bardzo  to  śliczne,  tyle  Ŝe  do  niczego  nie 

zobowiązuje  i  nie  wymaga  głębszego  uczucia.  Jest  spokojnie,  przewidywalnie  i  bardzo 

bezpiecznie. 

I  kto  to  mówił?  Nick?  Doprawdy,  jakie  miał  prawo  wygłaszać  morały  na  temat 

zobowiązań i głębi uczuć? 

- A jeśli nawet? - rzuciła rozpaczliwie. - JeŜeli ja tak wolę, to nic ci do tego. 

- Tylko dlaczego chcesz właśnie tego? 

Dlaczego? Bo raz juŜ uległa prawdziwej namiętności i prawie ją to zabiło. Nie miała 

ochoty  na  powtórkę  z  rozrywki.  Nie  mogła  sobie  na  to  pozwolić.  Raptem  Nick  wziął  ją  za 

ramiona i zmusił, Ŝeby na niego spojrzała. 

- Dlaczego? - powtórzył. - Dlaczego chcesz, Ŝeby wszystko w twoim Ŝyciu było nudne 

i  poukładane?  To  naprawdę  nie  jest  dobry  przepis  na  małŜeństwo.  To  tak,  jakby  chcieć 

Ŝ

eglować trójmasztowcem po stawie, zamiast wypłynąć na otwarte morze. 

Kiedy ją puścił, odczuła prawdziwą ulgę. 

- Niektórzy ludzie cierpią na chorobę morską. 

- Kevin na przykład? 

- Nam obojgu, i jemu, i mnie, odpowiada spokojny, przyjacielski... 

- Przyjaźń? Wielkie nieba, zapowiada się coś na kształt białego małŜeństwa. 

- Wcale nie! Nie będzie tylko... 

- No, jakie? Pełne przygód? Namiętne? Poszukała odpowiedniego słowa. 

background image

- Burzliwe. Ani mnie, ani jemu nie zaleŜy na szalonych uniesieniach. - Uświadamiając 

sobie, jak Ŝałośnie to zabrzmiało, zaczerwieniła się i spuściła głowę. Długie włosy do połowy 

przesłoniły jej twarz. 

Nick roześmiał się nieprzyjemnie. 

-  W Ŝyłach  naszego  małego  lorda  płynie  chyba  woda,  a nie krew, skoro  godzi się na 

taki mdły związek. Zdaje się, Ŝe twój ojciec miał rację, gdy... 

- Tato się myli. Uprzedził się i... 

- Daruj sobie ciąg dalszy - przerwał spokojnie. - Tak się składa, Ŝe będę miał moŜność 

sam wyrobić sobie pogląd na tę sprawę. 

Przez  trawę  szedł  w  ich  stronę  Kevin.  Po  raz  pierwszy  rzuciło  się  jej  w  oczy,  Ŝe  ma 

zaokrąglone ramiona i porusza się nieco ocięŜale. ChociaŜ dzień był bardzo ciepły i mimo Ŝe 

była sobota, miał na sobie garnitur i krawat. Przy Nicku, ubranym elegancko, lecz swobodnie 

w  lekkie  spodnie  i  rozpiętą  pod  szyją  ciemnoniebieską  koszulę,  wyglądał  niezgrabnie. 

Sztywniak,  pomyślała,  ale  jakby  chcąc  sobie  coś  udowodnić,  podbiegła  do  niego  z 

promiennym  uśmiechem,  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  wspięła  się  na  palce  i  pocałowała  w 

same  usta.  Nie  powiedział  co  prawda:  „Duszko,  uspokój  się”,  ale  był  taki  zaŜenowany,  Ŝe 

Nick  zaczął  się  dusić  ze  śmiechu.  Rabie  zerknęła  na  niego  z  nienawiścią.  Opamiętał  się  i 

wyciągnął rękę do Kevina. 

- Dominie Marlowe. Jestem kuzynem Raine. 

-  Kevin  Somersby.  Miło  mi.  -  Z  wyraźnym  zdziwieniem  w  oczach  uścisnął  prawicę 

Nicka. 

Raine podniosła wełniany serdak i oczyściła go z trawy. 

- Wejdźmy moŜe do domu - zaproponowała, biorąc narzeczonego pod rękę. 

Ze  spokojną  pewnością  siebie,  która  ubodła  ją  do  Ŝywego,  Nick  zajął  miejsce  u  jej 

drugiego boku. 

-  Trudno  mi  się  dopatrzyć  między  wami  podobieństwa,  choć  mówisz,  Ŝe  jesteście 

spowinowaceni  -  zauwaŜył  Kevin,  zerkając  to  na  nią,  smukłą  i  czarnowłosą,  to  na  jej 

jasnowłosego, rosłego towarzysza. 

- Nie łączą nas więzi krwi - wyjaśnił lakonicznie Nick. 

- Nosicie wszakŜe to samo nazwisko... 

-  Moja  matka  owdowiała.  Miałem  rok,  gdy  poślubiła  Harry'go  Marlowe'a.  Usynowił 

mnie. 

- Rozumiem. - Kevin kiwnął głową. - A czym się pan zajmuje, panie Marlowe? 

- W rodzinie mówią na mnie Nick. 

background image

- A tak, oczywiście... Nick - przytaknął Kevin odrobinę za wylewnie. 

Nick uśmiechnął się. 

-  Przejmuję  małe,  upadające  firmy  i  przemieniam  je  w  duŜe  i  kwitnące 

przedsiębiorstwa. 

Wyraźnie zbity z tropu Somersby poprawił okulary. 

- To musi dawać prawdziwą satysfakcję - powiedział drętwo. 

- O, tak, proszę mi wierzyć. 

Nie wiedzieć czemu Raine zadrŜała. Calib, jak zwykle, gdy pojawiał się Kevin, znikł 

gdzieś  w  zaroślach.  Raptem,  ku  najwyŜszemu  zdumieniu  Raine,  wyłonił  się  zza  kępy  fio-

letowych kwiatków, otarł się o nogi Nicka i asystował mu niemal z psim oddaniem. 

- Kot zna cię chyba bardzo dobrze - skomentował Kevin, a gdy Nick nie zareagował, 

dodał  dosyć  wyniośle:  -  Trochę  to  dziwne,  Ŝe  się  do  tej  pory  nigdzie  nie  spotkaliśmy.  Nie 

przypominam teŜ sobie, Ŝeby Lorraine wspominała o tobie. 

-  Ona  w  ogóle  jest  dosyć  dziwną  osóbką  -  odparował  z  uśmiechem  Nick,  zerkając 

poufale na swoją kuzynkę. - AŜ do dziś słowem nie napomknęła mi o twoim istnieniu. 

Kevin nie bardzo wiedział, jak zareagować. Zapadła cięŜka cisza, aŜ w końcu - czy to 

z ciekawości, czy dlatego, Ŝe tak nakazywały dobre maniery - przerwał ją Somersby. 

- Zdaje się, Ŝe nie pochodzi pan... o, przepraszam... Ŝe nie pochodzisz z Europy? 

- Zgadza się. Mieszkam w Stanach, w Bostonie. 

- A tak... Zaciekawił mnie twój akcent. Wywodzisz się moŜe z bostońskich braminów? 

-  Niestety  nie  -  odparł  chłodno  Nick.  -  ChociaŜ  faktem  jest,  Ŝe  dalecy  przodkowie 

mojej matki przybyli do Ameryki na „Mayflower”

-  Bostońscy  bramini?  -  wtrąciła  Raine.  -  Nie  słyszałam  takiego  określenia.  Co  to  za 

licho? 

Odpowiedział jej Nick. 

-  To  wprowadzone  w  XIX  wieku  przez  Olivera  Wendella  Holmesa  pojęcie  oznacza 

trudniącą  się  handlem,  oczytaną,  duŜo  podróŜującą  i  bardzo  konserwatywną  elitę  bostońską. 

Byli oni na ogół potomkami siedemnastowiecznych purytańskich osadników. 

Wyszli z ogrodu i zaczęli iść wznoszącym się łagodnie trawiastym zboczem do domu 

z róŜowej cegły. Kevin przygładził i tak juŜ ulizane włosy. 

- Znacie się zatem od dziecka? Nick pokręcił głową. 

                                                 

  „Mayflower”  -  Ŝaglowiec  handlowy,  na  którym  w  1620  roku  dotarło  z  Anglii  do  brzegów  Nowej 

Anglii  102  tzw.  „pielgrzymów”,  purytanów,  którzy  zapoczątkowali  tam  osadnictwo  i  stworzyli  ramy 
mieszczańskiego samorządu kolonii (Przyp. tłum.). 

background image

- Nie dane nam się było poznać aŜ do... Raine, kiedy to właściwie miało miejsce? 

- Nie pamiętam dokładnie. - Zacisnęła zęby. 

- Oj, pamiętasz, pamiętasz na pewno. - Przytrzymał jej spojrzenie. 

- Chyba jakiś rok temu - rzuciła najswobodniej, jak umiała. 

-  To  trochę  romantyczna  historia  -  dopowiedział  Nick.  -  NieprawdaŜ,  moja  miła? 

Widzisz... - zwrócił się do Kevina - to było tak... 

Przestraszona  określeniem  „moja  miła”  i  perspektywą  tego,  co  być  moŜe  zamierzał 

ujawnić, Raine przerwała mu gwałtownie: 

- Oj, nie nudź. Co Kevina mogą obchodzić nasze rodzinne historie... 

- AleŜ, Lorraine - obruszył się Somersby. - Mów, Nick, bardzo proszę. 

-  A  moŜe  ty?  -  Nick  zrobił  do  niej  oko.  Zdenerwowana,  oszacowała  szybko  dystans 

dzielący ich od domu i zaczęła z wahaniem: 

-  Harry,  przybrany  ojciec  Nicka  -  wymówiła  jego  imię  niemal  z  nienawiścią  -  i  mój 

tata  są  bliźniakami.  Ponad  trzydzieści  lat  temu  pokłócili  się  i  zerwali  kontakty.  Ubiegłej 

jesieni,  zupełnie  niespodziewanie,  stryj  Harry  odezwał  się.  Napisał,  Ŝe  zostało  mu  niewiele 

Ŝ

ycia  i  pragnie  pogodzić  się  z  rodziną.  Pojechałam  z  tatą  do  Bostonu  i  w  ten  oto  sposób  - 

dorzuciła obojętnie, wchodząc do domu - poznałam Nicka. 

Przeszła  przez  hol  i  otworzyła  drzwi  do  długiego  pokoju  o  ścianach  wyłoŜonych 

boazerią, z czarnymi belkami pod sufitem. Na dębowym parkiecie stała wygodna, miękka ka-

napa i kilka pięknie utrzymanych antyków. Ciemne kąty rozjaśniały kwiaty w wazonach. 

Ojciec Raine podniósł wzrok znad kryminału. Dawniej był pracusiem i nigdy nie miał 

czasu na odpoczynek, ale w tym roku uległ, niegroźnemu na szczęście, wypadkowi. Lekarze 

przestrzegli  go,  Ŝe  powinien  zwolnić  tempo  Ŝycia  i  zacząć  o  siebie  dbać.  Chyba  po  raz 

pierwszy usłuchał ich zaleceń. 

Zdjął okulary, odłoŜył ksiąŜkę i uśmiechnął się do córki. 

- Była tu przed chwilą Martha. Pytała, na ile osób ma przygotować kolację. - Spojrzał 

na Kevina uprzejmie, acz bez serdeczności. 

- Nick zostaje? - zapytała chłodno. 

W orzechowych oczach ojca pojawiło się rozdraŜnienie. 

- Naturalnie, Ŝe zostaje. 

-  No,  to  będziecie  na  kolacji  sami.  -  Przytuliła  się  do  narzeczonego.  -  Mamy  na  ten 

wieczór inne plany, prawda, kochanie? 

Ojciec ściągnął brwi. 

- To znaczy? 

background image

- Tylko się przebiorę i jedziemy do Lopsley. Kevin zabiera mnie do „Phasianidae”. 

- A co to za licho? - zirytował się ojciec. 

-  Pewna  knajpka,  dopiero  co  otwarta.  Wybaczcie  więc,  Ŝe  nie  będziemy  wam 

towarzyszyć.  -  Posłała  Nickowi  złośliwy  uśmiech.  -  Jestem  pewna,  Ŝe  tobie  i  tacie  nie 

zabraknie tematów do rozmowy. 

-  TeŜ  jestem  tego  pewien  -  przytaknął  gładko.  -  Tyle  Ŝe  to  tobie  powinno  zaleŜeć  na 

rozmowie ze mną. 

Jej twarz zamieniła się na moment w sztywną maskę. 

- Wszystko, co chcesz mi powiedzieć, moŜe z całą pewnością poczekać do jutra. 

- Niestety nie. - Nick odwrócił się i połoŜył dłoń na ramieniu Kevina. - Mamy pewien 

rodzinny  problem,  który  wymaga  natychmiastowego  rozwiązania.  Wiem,  Ŝe  to  zrozumiesz. 

W tej sytuacji na pewno nie chciałbyś... 

-  Nie,  nie,  aleŜ  naturalnie...  -  Słysząc  chłodną  wyniosłość  w  pozornie  przyjaznym 

tonie Nicka, Kevin zaczął się wycofywać, ale Raine nie zamierzała dać łatwo za wygraną. 

- Naprawdę nie pojmuję, co jest aŜ tak pilne, Ŝe nie moŜe poczekać do rana. 

-  Nie  przejmuj  się,  duszko  -  uspokoił  ją  pospiesznie  Kevin.  -  Wybierzemy  się  tam 

kiedy indziej. Odwiedzę cię jutro. Czy tak będzie dobrze? 

Pragnąc za wszelką cenę zatrzymać narzeczonego, Raine zwróciła się do ojca: 

-  Oj,  tatku...  PrzecieŜ  Kevin  juŜ  niedługo  będzie  naszą  najbliŜszą  rodziną.  Mógłby 

zostać? 

-  Mógłby,  ale...  -  odpowiedział  za  ojca  Nick.  Wcale  byś  sobie  tego  nie  Ŝyczyła, 

ostrzegły ją szafirowe oczy. Zawahała się. W porządku, niech mu będzie. 

Jakby to był jego dom, Nick, nie kryjąc pośpiechu, prowadził Kevina do drzwi. 

Rozzłoszczona, z wypiekami na twarzy, Raine zwróciła się do ojca: 

- Co on tutaj robi? 

- Poprosiłem, Ŝeby przyjechał. 

- A dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? 

- Bo ostatnim razem, kiedy cię uprzedziłem, wymiotło cię z domu. 

- Nie chciałam się z nim widzieć. 

- Oj, dziewczyno, dziewczyno! - wybuchnął nagle. -Czy ty w ogóle masz pojęcie, jak 

się wtedy wściekł? Siedział tu ponad tydzień, choć miał pilne sprawy w Bostonie. Zrobiłaś z 

niego wariata, a musisz wiedzieć, Ŝe to nie jest męŜczyzna, który pozwoli się tak traktować. 

Zabrakło ci odwagi, Ŝeby zostać i wysłuchać, co ma ci do powiedzenia? 

- Nie miałam ochoty go słuchać. Teraz teŜ nie mam. 

background image

- No cóŜ - stwierdził Marlowe prawie ze złością. -Wiecznie nie moŜesz go unikać. Jest 

tutaj i będziesz musiała się z nim rozmówić. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Kręciła  głową,  w  milczeniu  przeŜuwając  stwierdzenie  ojca.  Nieprawda,  niczego  nie 

musiała. Gdyby to od niej zaleŜało, nigdy juŜ nie zobaczyłaby się z Nickiem. 

ChociaŜ ojciec bardzo ją o to prosił i mimo Ŝe do końca Ŝycia miała się tego wstydzić, 

stchórzyła  i  nie  pojechała  nawet  na  pogrzeb  stryja,  byle  tylko  uniknąć  spotkania  z  Nickiem. 

Nagle, nie wiedzieć czemu, ogarnęło ją śmiertelne przeraŜenie. 

- Z jakiego powodu po niego posłałeś? 

Ojciec zmieszał się nieco, ale odpowiedział spokojnie: 

-  Lekarz  radzi,  Ŝebym  nie  wracał  do  pracy  przynajmniej  przez  trzy  miesiące.  - 

Bezwiednie dotknął piersi. 

- Serce? - wyszeptała. 

- Nie, nie. Jestem zdrów jak ryba. Tyle Ŝe, cóŜ... nie będę juŜ młodszy i... 

- Och, tato! - Uklękła przy jego krześle. 

-  Nie  szalej,  dziewczyno.  -  Poklepał  ją  po  ręce.  -  No,  wstań.  Wierz  mi,  nie  jestem 

chory. Chciałbym po prostu trochę odsapnąć. Przyjazd Nicka ściśle się z tym wiąŜe. 

Poczuła na plecach chłodny dreszcz. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- A to, Ŝe tymczasowo oddaję mu stery. 

- A ja?! Mogłabym się wszystkim zająć - zaprotestowała, podnosząc się z kolan. 

Ojciec zaprzeczył ruchem głowy. 

- Wychodzisz za mąŜ, a Kevin nie Ŝyczy sobie, Ŝebyś pracowała. 

- No dobrze. A David? Nie poradzi sobie? Pracuje z tobą xl lat, moŜesz mu całkowicie 

zaufać... 

- David ma i tak dość roboty. Potrzebuję kogoś z głową z inicjatywą. 

- Ale jakim cudem Nick moŜe zająć się twoimi interesami? Zaniedba własne? 

-  Powiedział  mi  niedawno,  Ŝe  stworzył  znakomity  zespół.  Przez  pewien  czas  dadzą 

sobie radę bez niego. Poza tym Nick prowadzi rozmaite interesy na całym świecie. Pilnował 

tego  wszystkiego,  siedząc  w  Stanach,  więc  z  powodzeniem  moŜe  to  robić  i  tutaj...  Dobrze 

wiem, Ŝe stosunki między wami nie są najlepsze, ale... - zawiesił głos, widząc jej zirytowaną 

minę - ale  wyświadcza nam naprawdę duŜą przysługę. Postaraj się więc być  dla niego miła, 

bardzo proszę. 

background image

Zacisnęła usta. Kiedy ojciec zwracał się do niej tonem łagodnej reprymendy, czuła się 

jak dziecko. 

-  Wiem,  Ŝe  miałaś  zamiar  wziąć  sobie  w  przyszłym  miesiącu  wolne  ze  względu  na 

zbliŜający  się  termin  ślubu,  ale  gdybyś  zechciała  poświęcić  dzień  czy  dwa  i  pojechać  z  Ni-

ckiem do firmy. 

-  Nie!  -  wybuchła,  lecz  po  chwili  dodała  spokojniej:  -Wybacz,  tatku,  nie  będę  miała 

czasu. - Na twarzy ojca odmalował się taki zawód, Ŝe aŜ ścisnęło się jej serce, ale musiała być 

twarda.  -  Prawdę  powiedziawszy,  w  ogóle  mnie  tu  nie  będzie.  Wesele  wyprawiamy  w 

Mayfair,  więc  lady  Somersby  zasugerowała,  Ŝebym  zatrzymała  się  u  niej  do  czasu,  aŜ 

uzgodnimy wszystkie szczegóły. 

Przez całe ubiegłe dwa tygodnie opierała się grzecznie tej propozycji, ale w zaistniałej 

sytuacji takie rozwiązanie wydało się jej mniejszym złem. 

- Jutro jadę z Kevinem do Londynu. 

- Po raz kolejny uciekasz! 

- SkądŜe znowu, po prostu mam duŜo na głowie. Jakiś cichy dźwięk sprawił, Ŝe oboje 

podnieśli  wzrok.  W  drzwiach  stał  Nick.  Sądząc  z  jego  postawy  i  kpiącej  miny,  usłyszał 

wystarczająco  duŜo,  Ŝeby  mieć  obraz  sytuacji.  Kiedy  się  odezwał,  jego  głos  zabrzmiał 

chłodno i twardo. 

-  Naprawdę,  Raine,  powinniśmy  przeprowadzić  tę  rozmowę,  zanim  poczynisz 

jakiekolwiek dalsze kroki. 

-  Wiem  juŜ  wszystko  od  taty  -  powiedziała  oschle.  -Pięknie,  Ŝe  chcesz  mu  pomóc, 

jestem ci wdzięczna, ale... 

- Nie zgrywaj się. Zaczerwieniła się, lecz brnęła dalej: 

- Ale mnie to nie dotyczy, więc... 

-  Nie  bądź  tego  taka  pewna.  Co  prawda  ojciec  wprowadził  cię  juŜ  częściowo  w 

sprawę, ale zrozumiesz wszystko lepiej, kiedy usłyszysz, co mam ci do powiedzenia. 

- Wybaczcie, proszę. - Ralph podniósł się z fotela. - Pójdę powiedzieć Marcie, ile osób 

będzie na kolacji. 

- Szczerze mówiąc, miałem zamiar zabrać Raine do miasta - przyznał bezczelnie Nick. 

- Jeśli ci to oczywiście nie przeszkadza. 

- Ani trochę - uśmiechnął się ojciec i wyszedł. Na moment odebrało jej mowę. 

-  Nie  pójdę  z  tobą  na  kolację,  choćbyś  był  jedynym  facetem  na  ziemi!  -  krzyknęła 

rozwścieczona. 

- Bardzo oryginalna uwaga. 

background image

- Oryginalna czy nie, mówię, co myślę. Jak ty w ogóle masz czelność zaproponować 

coś takiego, wiedząc, Ŝe popsułeś wszystkim wieczór?! 

- Wieczór się jeszcze nie skończył - zaznaczył Nick z dziwną nutą w głosie, a widząc, 

Ŝ

e zadrŜała, dodał znudzonym tonem: - No, a teraz, maleńka, idź się przebrać. 

- W sobotę, w dodatku o tej porze nie dostaniemy się nigdzie bez rezerwacji. - Nawet 

nie próbowała ukryć triumfu. - I w końcu wylądujemy w tutejszym barze szybkiej obsługi. 

Nick uśmiechnął się zjadliwie. 

- Zarezerwowałem stolik w „Priest House”. 

- Jak śmiesz robić coś takiego bez pytania mnie o zdanie?! - Nagle uświadomiła sobie, 

Ŝ

e dała się sprowokować, dlatego dodała juŜ spokojniej: - Obawiam się, Ŝe będziesz dziś jadł 

sam. Nie przyjmuję twojego zaproszenia. 

Nickowi stęŜała twarz. 

- Moja droga, ty chyba nie rozumiesz. To nie jest zaproszenie. To rozkaz. 

- Co takiego?! Wydaje ci się, Ŝe moŜesz mi rozkazywać? A to niby dlaczego? 

- Bo trzymam wszystko w garści - odparł z przeraŜającą pewnością siebie i z zimnym 

uśmiechem. 

Chciała zaprzeczyć, ale pojęła w mig, Ŝe ani nie Ŝartował, ani nie zwariował. 

- Ojej, ale ty masz wielkie oczy - wymruczał drwiąco. Odzyskała głos. 

-  Jeśli  myślisz,  Ŝe  pozwolę  sobą  manipulować,  poniewaŜ  pomagasz  ojcu...  -  Nie 

odezwał się, ale i bez tego była absolutnie przekonana, Ŝe tu chodzi o coś innego. - Skoro nie 

dlatego, to z jakiego powodu tak się zachowujesz?! - krzyknęła zdezorientowana. 

- Proponowałbym, Ŝebyś poszła się teraz przebrać. - Zabrzmiało to znowu jak rozkaz. 

- Aha, i jeszcze jedno - rzucił za nią - radziłbym na razie nie niepokoić ojca. 

OstrzeŜenie  to  wracało  do  niej  bezustannie,  gdy  przygotowywała  się  do  wyjścia. 

CzyŜby  Nick  wiedział  o  czymś,  co  ojciec  przed  nią  taił?  Postanowiła,  Ŝe  przy  najbliŜszej 

okazji  zamieni  parę  słów  z  doktorem  Broadbentem.  WłoŜyła  jedwabną  liliową  sukienkę, 

pasujący  do  niej  Ŝakiecik  i  sandałki  na  wysokim  obcasie.  Zbyt  podenerwowana,  Ŝeby 

przejmować się makijaŜem, przeczesała grzebieniem włosy i chwyciła torebkę. Była gotowa. 

Nick czekał juŜ na nią  w holu. Był  w świetnie  skrojonym, lekkim  garniturze, wybrał 

krawat w perłowym odcieniu i starannie zaczesał włosy na bok. Stał w nonszalanckiej pozie i 

patrzył, jak Raine schodzi schodami - długonoga, zgrabna i elegancka. 

-  Gratuluję  tempa  -  skomentował  z  satysfakcją,  biorąc  ją  pod  brodę.  Studiował  przez 

chwilę jej twarz, aŜ zatrzymał wzrok na pełnych ustach. 

- Nie... 

background image

- Nie masz szminki. - Zamarła i zamknęła oczy, gdy owionął oddechem jej usta, lecz 

do  pocałunku  nie  doszło.  Z  delikatnym  okrucieństwem  Nick  skubnął  tylko  zębami  jej  dolną 

wargę.  -  Nawet  bez  makijaŜu  jesteś  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek  widziałem  - 

powiedział bez emocji, gdy uniosła powieki. 

- Za chwileczkę się dowiem, Ŝe Kevin to szczęściarz - próbowała zakpić. 

-  ZaleŜy,  jak  się  na  to  patrzy.  Osobiście  od  urody  wyŜej  sobie  cenię  to,  Ŝe  ktoś  jest 

godzien zaufania. 

Chłodny  przytyk  wypowiedziany  został  bez  złośliwości.  A  jednak  zabolał  ją,  i  to 

mocno. Wyszarpnęła głowę. 

- Czy twoja narzeczona mogła ci bezgranicznie ufać? 

-  Wyjaśniłbym  ci,  jak  się  sprawy  mają,  gdybyś  mi  dała  ku  temu  okazję.  Niestety 

uciekłaś. 

- W najlepszym razie przyznałbyś się do tego, Ŝe jesteś świnią bez zasad. Ciekawe, jak 

byś wytłumaczył to, Ŝe mnie uwiodłeś, chociaŜ byłeś zaręczony. 

- Uwiodłem cię? Dobre sobie. Pamiętam, Ŝe byłaś więcej niŜ chętna. 

- MoŜe tak było, ale nie miałam wtedy pojęcia, jaki jesteś naprawdę. 

- AŜ w końcu, twoim zdaniem, poznałaś całą prawdę. Tak uwaŜasz? Nie chciało ci się 

nawet mnie wysłuchać... 

OskarŜał  ją  z  gniewem,  zapalczywie.  Czuła,  Ŝe  jeŜeli  ma  dla  niej  w  ogóle  jakieś 

uczucie, to wyłącznie nienawiść. W porządku, pomyślała z goryczą. Przynajmniej w tym jed-

nym jesteśmy zgodni. 

-  Tak  czy  owak  -  wzruszył  ramionami  -  to  juŜ  przeszłość.  Teraz  obchodzi  mnie 

jedynie przyszłość. 

- Czego ode mnie chcesz? 

- Nic, czego byś mi juŜ nie dała. Stwierdził to tak ironicznie, Ŝe zlodowaciała. 

- Jeśli myślisz, Ŝe... 

- Myślę, Ŝe powinniśmy juŜ iść. Przepadnie nam rezerwacja. 

Objął ją w talii i przechodząc przez hol, otworzył drzwi do pokoju ojca. 

- Wychodzimy juŜ - zawołał serdecznie, a Ralph uniósł rękę w geście poŜegnania. 

- Bawcie się dobrze. 

Słońce zaszło. Powietrze pachniało, a dom otaczała aksamitna cisza. W gęstniejącym 

mroku  widać  było  nietoperze  lecące  w  stronę  starej  stajni.  Na  podjeździe  czekało  wypoŜy-

czone przez Nicka srebrne bmw. Z pełną ironii dwornością otworzył przed nią drzwi, pomógł 

jej wsiąść, a potem usiadł obok i zapiął pas. 

background image

Marzyła o tym, Ŝeby mieć odwagę powiedzieć: idź do diabła, nigdzie nie pojadę, ale 

nie  potrafiła  tego  zrobić.  Śmiertelnie  się  go  bała.  Jego  gniewu,  a  jeszcze  bardziej  nie-

samowitego uroku. NajlŜejszym dotykiem był w stanie podniecić ją do szaleństwa. 

- Zapnij pas. - Nie usłuchała od razu, więc zrobił to sam. 

Przechylając się, delikatnie musnął jej pierś. Wciągnęła głośno powietrze. 

- Był czas, gdy lubiłaś mój dotyk. 

Głos  uwiązł  jej  w  gardle.  Nick  przesunął  palcami  po  wypukłości  piersi  i  uśmiechnął 

się. 

- I chyba dalej lubisz. 

- Nienawidzę! 

- Przekonamy się o tym później. 

Wypowiedział te słowa łagodnie, lecz zabrzmiały jak groźba. Zadygotała, gdy zapalił 

silnik i z piskiem opon wyjechał na szosę. 

Restauracja  znajdowała  się  na  peryferiach  Lopsley.  Jechali  tam  zaledwie  dziesięć 

minut, ale Raine miała wraŜenie, Ŝe trwało to całą wieczność. 

W  granatowym  zmierzchu  i  świetle  latarni  czarno-biały  budynek  ze  spadzistym 

dachem wyglądał jak domek z bajki. Ich stolik stał przy oknie. 

-  Na  co  masz  ochotę?  -  zapytał  Nick,  gdy  podano  im  jako  poczęstunek  doskonałą 

sherry. 

- Naprawdę nie wiem. MoŜe ty wybierzesz coś dla nas obojga. 

Zrobił to chętnie i jak się zdaje, pamiętał świetnie, co lubiła, a czego nie. Kiedy tylko 

kelner odszedł, pochyliła się nad stolikiem, lecz nim zdąŜyła wypowiedzieć cisnące się jej na 

usta pytanie, Nick pokręcił głową. 

- Najpierw zjedzmy. 

Och, jakŜe go nienawidziła za to, Ŝe tak łatwo kontroluje sytuację. 

Zarówno jedzenie, jak wino były pierwszorzędne, ale Raine jadła mało, a piła jeszcze 

mniej, przez cały czas odwracając głowę do okna. Dopiero gdy podano kawę i zostali zupeł-

nie sami, Nick zagadnął chłodno: 

- Chciałaś, zdaje się, o coś spytać. Spojrzała mu prosto w oczy. 

- Mów, o co chodzi, co to za gierki. Zabawiłeś się juŜ, więc moŜe teraz... 

- Bawić to się dopiero będziemy. - Zerknął znacząco na jej piersi. - Wprost doczekać 

się nie mogę. Jeśli jest coś, w czym jesteś autentycznie niedościgniona, to w pasjonującej grze 

zmysłów. 

background image

Wolała nawet nie myśleć, co sobie zaplanował. Broniąc się przed strachem, usiłowała 

przywołać  obraz  Kevina.  Za  miesiąc  wezmą  ślub  i  juŜ  nigdy...  Niestety,  widziała  jedynie 

mgłę. 

Jakby doskonale o tym wszystkim wiedział, Nick uśmiechnął się lekko. 

-  A  co  do  gry,  którą  rzekomo  prowadzę...  Nie,  to  nie  jest  gra.  W  Ŝyciu  nie  byłem 

powaŜniejszy. Wydaje mi się, Ŝe czekałem na tę chwilę całe Ŝycie. 

- To znaczy na co? 

Poruszył głową i w świetle świecy jego szafirowe oczy błysnęły jak srebro. 

- Na ciebie. Ścisnęło się jej serce. 

- Za miesiąc wychodzę za mąŜ. Czy nie uwaŜasz, Ŝe to trochę spóźnione wyznanie? 

Starała się, by zabrzmiało to lekko, a nawet Ŝartobliwie. 

- Zrobiłoby ci to róŜnicę, gdybym zjawił się wcześniej? 

- Nie. 

- TeŜ tak sądzę. A wtedy, rok temu, uciekłaś jak tchórz. 

-  Nazywaj  mnie,  jak  sobie  chcesz,  ale  ja  jutro  wyjeŜdŜam  do  Mayfair  i  mam  zamiar 

zostać tam aŜ do ślubu. Jeśli więc masz mi w ogóle coś do powiedzenia, zrób to lepiej teraz. 

-  Mam  ci  wiele  do  powiedzenia  -  oświadczył  ze  złością.  -  Po  pierwsze:  nigdzie  nie 

pojedziesz. 

- Zaraz mi pewnie powiesz, Ŝe w ogóle nie wyjdę za mąŜ. 

- Zgadza się. Nie wyjdziesz. Przynajmniej nie za Kevina. 

- Co masz na myśli, mówiąc: „nie za Kevina”? 

-  A  to,  Ŝe  zerwiesz  zaręczyny  i  poślubisz  mnie.  Oznajmił  to  tak  spokojnie,  tak 

zwyczajnie, Ŝe dopiero po chwili dotarł do niej sens jego słów. 

-  Jesteś  chyba  niespełna  rozumu,  jeśli  sądzisz...  -  Urwała  i  policzyła  do  dziesięciu, 

starając  się  opanować.  Potem  tonem,  jakim  mówi  się  do  niezbyt  rozgarniętego  dziecka, 

powiedziała  dobitnie:  -  Pół  roku  temu  Kevin  poprosił  ranie  o  rękę,  a  ja  te  oświadczyny 

przyjęłam.  Wiem,  Ŝe  zaręczyny  znaczą  dla  ciebie  niewiele,  ale  dla  mnie  jest  to  powaŜne 

przyrzeczenie. 

- Które niestety będziesz musiała złamać. 

-  Tak  jak  ty  swoje?  -  Spostrzegła,  Ŝe  zacisnął  zęby,  i  uznała,  Ŝe  trzeba  korzystać  z 

chwilowej  przewagi.  -  Rozumiem,  Ŝe  ty  i  Tina  się  nie  pobraliście.  Wiem,  ze  cię  uwielbiała, 

więc niech no zgadnę... Ktoś jej powiedział, jaką jesteś świnią, czy teŜ moŜe znudziła ci się i 

rzuciłeś ją? Nickowi pociemniały oczy. 

background image

- Mylisz się. Nikt jej nic nie powiedział ani od niej nie odszedłem. Wzięliśmy ślub tuŜ 

przed BoŜym Narodzeniem. 

Raine poczuła się tak, jakby dostała cios pięścią. 

- W takim razie - wybąkała zaszokowana - skoro jesteś Ŝonaty... 

- Jestem wdowcem - powiedział martwym tonem. 

- Co takiego?! 

- Tina umarła. 

- O, BoŜe, Nick, przepraszam cię. Nie miałam pojęcia... 

- Pewnie, Ŝe nie miałaś pojęcia. Nie pozwoliłaś sobie nic wyjaśnić. Ani telefonicznie, 

ani listownie, ani osobiście. Nie znając faktów, wesolutko rzucałaś głupie uwagi i,.. 

-  Powiedziałam  juŜ,  Ŝe  cię  przepraszam  -  przerwała  zdenerwowana.  -  Gdybym 

wiedziała, nie byłabym taką jędzą. Nick, proszę cię, czy mógłbyś wyjaśnić mi to teraz? 

- Nie. Dałem ci szansę, ale ją odrzuciłaś. Od tej chwili będziesz po prostu robić to, co 

ci kaŜę. Wszystko, co ci kaŜę - podkreślił. 

- Ale o tym, Ŝebym zerwała zaręczyny, nie mówiłeś chyba powaŜnie? 

- Śmiertelnie powaŜnie. 

- Nick, proszę cię... Ty nic nie rozumiesz. Trzy miesiące temu ustaliliśmy datę ślubu. 

Sprawy zaszły za daleko. NiemoŜliwe, Ŝebym teraz się wycofała. 

- W takim razie Somersby to zrobi. Moja w tym głowa. 

- Jak chcesz do tego doprowadzić? 

- Jeśli okaŜe się to koniecznie, powiem mu o nas, o tym, co się stało ubiegłej jesieni. 

Mogła się tego spodziewać. 

- UwaŜasz, Ŝe poprosi mnie wtedy o zwrot pierścionka? Uśmiechnął się złośliwie. 

- Anie? 

O, tak. Znała aŜ za dobrze zapatrywania Kevina - a moŜe tylko jego matki - na temat 

przygodnego, czy choćby przedmałŜeńskiego seksu. Nigdy o tym otwarcie nie mówił, ale... 

- Nie? - powtórzył Nick, przerywając jej milczenie. 

- On mnie kocha... 

-  Ale  niezbyt  mocno.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  zaleŜy  mu  raczej  na  odpowiedniej  Ŝonie  - 

pięknej,  posłusznej,  niezbyt  wymagającej...  Mówiąc  brutalnie,  ten  twój  arystokrata  to  zimna 

ryba i jeśli będę zmuszony uświadomić mu, jaką namiętną jesteś kochanką, nie tylko przeŜyje 

szok,  ale  prawdopodobnie  śmiertelnie  się  wystraszy.  MoŜe  więc  byłoby  dla  niego  mniej 

bolesne, gdybyś mu zwyczajnie powiedziała, Ŝe się pomyliłaś, dlatego zrywasz zaręczyny. 

- Nie mogę tego zrobić - szepnęła, zaciskając mocno dłonie. - Nie chcę. 

background image

- No cóŜ, wszystko mi jedno jak, zaręczyny mają być zerwane. 

- Jeśli nawet tak się stanie, to za ciebie nie wyjdę. Nigdy! 

- Wyjdziesz, wyjdziesz... - ZauwaŜył, Ŝe zadrŜała i uśmiechnął się złowieszczo. 

Cudem  tylko  zwalczyła  chęć,  Ŝeby  wstać,  wybiec  z  restauracji  i  uciekać,  uciekać, 

gdzie ją oczy poniosą. 

- A mógłbyś mi wyjaśnić dlaczego? 

- Bo kochasz swojego ojca. 

- Jeśli myślisz, Ŝe wyjdę za ciebie, poniewaŜ tato tak by sobie Ŝyczył... 

- Nie. Zrobisz to, bo ja tak chcę. 

- Ale ja nie chcę! Nie znoszę cię! 

- Ze wzajemnością. 

- Nie mam zamiaru zastąpić ci Tiny. 

- O, bez obawy, nie byłabyś w stanie. Tina była kimś naprawdę niezwykłym. 

- No, to dlaczego chcesz się ze mną oŜenić? Zupełnie nie rozumiem. 

Raptem  pojęła  wszystko.  Nick  cierpiał  po  stracie  Ŝony.  Jej  pragnął  wyłącznie  jako 

kochanki. Zaraz zresztą potwierdził ten domysł. 

-  Bo  jesteś  mi  potrzebna  w  łóŜku.  Uciekłaś,  ale  nie  potrafię  cię  zapomnieć.  -  Na 

moment pozwolił sobie na ujawnienie goryczy. - Jest tak, jakbym się dał zaczarować i myślę, 

Ŝ

e  ten  czar  da  się  odczynić  tylko  w  jeden  sposób.  Weźmiemy  ślub  i  będę  się  tobą  sycił  tak 

długo, aŜ czar pryśnie. A to, Ŝe mnie nienawidzisz, doda tylko naszemu związkowi pieprzu. 

Raine  poczuła  się  nagle  chora.  Tamten  wspólny  tydzień  odarł  ją  całkowicie  z 

szacunku dla samej siebie i spustoszył emocjonalnie. Związek, o którym mówił Nick, prawie 

na pewno by ją zabił. 

- Zdaje się, Ŝe zaczynam coś pojmować - odezwał się zjadliwie, widząc, jak przygasła. 

- Mam juŜ dość tej zabawy - odburknęła, starając się ukryć strach. - NajwyŜszy czas, 

Ŝ

ebyś  mi  powiedział  jasno...  -  Przerwała  na  widok  czwórki  rozweselonych  gości,  którym 

wskazano stolik obok. 

-  Trzeba  będzie  zmienić  lokal  -  powiedział  cicho  Nick  i  dał  znać  kelnerowi,  Ŝe  chce 

uregulować rachunek. 

Noc  była  przepiękna.  Na  rozgwieŜdŜonym  niebie  świecił  księŜyc.  Leciutki  wiatr 

poruszył  pnącym  się  bluszczem  i  potargał  Raine  grzywkę,  a  potem,  jakby  dla  zabawy, 

rozgonił po szafirowym niebie parę szarych smug. Wyglądały jak dymne sygnały. 

Nick wsadził ją do samochodu i zanim wśliznął się za kierownicę, zdjął  marynarkę i 

rzucił na tylne siedzenie. Odgrodzeni ciszą, ujechali parę kilometrów, gdy nagle, nie zwaŜając 

background image

na protesty Raine, Nick zjechał z szosy w boczną leśną aleję. Wycinając przednimi światłami 

tunel między gęstymi drzewami, jechali krętą drogą. Nick zatrzymał się na skraju polanki pod 

bukami.  Z  ciemności  wyłoniły  się  rysy  jego  wyrazistej  twarzy,  spod  uniesionych  powiek 

błysnęły oczy. 

- Nie masz się czego bać. - Jego głos zabrzmiał łagodnie i drwiąco. 

- Nie boję się - skłamała. - Ale nie chcę być tu z tobą. Chcę jechać do domu. 

Sięgnął, by odpiąć jej pas. 

- Najpierw musimy rozmówić się na osobności. Uniosła głowę. 

-  W  porządku.  Mów!  Powiedz  mi,  dlaczego  uwaŜasz,  Ŝe  potrafisz  zmusić  mnie  do 

małŜeństwa. 

- Bo jestem w stanie zrujnować twego ojca. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Zabrzmiało to tak melodramatycznie, tak teatralnie, Ŝe Raine zachciało się śmiać. 

Czy groźba Nicka mogła być jedynie wymysłem, mającym na celu zdenerwowanie jej 

i wyrównanie rachunków? AleŜ oczywiście! Tylko takie wyjaśnienie miało jakikolwiek sens! 

ChociaŜ... 

- Myślisz, Ŝe Ŝartuję? - zapytał, zupełnie jakby czytał w jej myślach. 

- A nie? - Uśmiechnęła się zalotnie. W ciemności jego oczy błysnęły zimno. 

-  Pozostawiam  to  twemu  osądowi.  Powiem  tylko,  Ŝe  to  nie  przeze  mnie  twój  ojciec 

będzie  prawdopodobnie  zmuszony  zwinąć  interes...  Jeśli  mi  nie  wierzysz,  sama  go  o  to 

zapytaj. ChociaŜ wolałbym, Ŝebyś tego nie robiła. 

- ZałoŜę się, Ŝe to nieprawda. 

- Powody są inne, niŜ myślisz. Poczuła, Ŝe oblewa ją zimny pot. 

- Ile jest ci winien? 

- Wystarczy, gdy powiem, Ŝe duŜo więcej, niŜ mógłby obecnie zarobić. 

Nie, to nie mogła być prawda. 

- Recesja faktycznie nadwyręŜyła mocno finanse naszej firmy, ale gdyby działo się aŜ 

tak źle, tobym o tym wiedziała. 

Nick zaprzeczył ruchem głowy. 

- Ralph stara się chronić cię przed zmartwieniami i właśnie dlatego wolałbym, Ŝebyś z 

nim o tym nie rozmawiała. Nie jest juŜ młody, zdrowie teŜ ma nietęgie... 

Wszystkie dotychczasowe lęki uderzyły w nią nagle ze zdwojoną siłą. 

- Choruje na serce? - przerwała gwałtownie. 

- Nie, nie - zapewnił ją, ale odniosła wraŜenie, Ŝe zrobił to zbyt szybko. 

- Nick, błagam cię, powiedz mi prawdę. 

- To jest prawda. Wierz mi, jeśli chodzi o zdrowie, nie ma powodu do obaw. 

Jego słowa brzmiały wiarygodnie, ale wciąŜ wydawało jej się, Ŝe Nick coś ukrywa. 

- Próbujesz mi zatem powiedzieć... 

-  Niczego  nie  próbuję.  Mówię  ci  po  prostu,  Ŝe  włoŜyłem  w  firmę  twojego  taty  tyle 

forsy, Ŝe w gruncie rzeczy jestem obecnie jej właścicielem. 

- Nie wierzę - szepnęła. - Kłamiesz. 

Nawet  się  nie  silił,  by  odeprzeć  oskarŜenie.  Siedząc  bez  ruchu,  Raine  patrzyła  na 

swoje  zaciśnięte  ręce  i  usiłowała  sobie  przypomnieć  wypadki  z  ubiegłego  roku.  Recesja  do-

background image

tknęła  mocno  rynek  nieruchomości.  Zdarzało  się,  owszem,  Ŝe  ojciec  wyglądał  na  wyraźnie 

zaniepokojonego, ale zawsze umiał wybrnąć z tarapatów. Przypomniała sobie, jak mówił: 

„Dostaliśmy  mocno  w  kość,  nie  da  się  ukryć...  Ale  sprawy  mają  się  juŜ  lepiej. 

Niedługo  całkiem wyjdziemy na prostą”. Dopiero teraz stało się dla niej  jasne, Ŝe nie chciał 

jej martwić. JakaŜ była bezmyślna, ślepa, egocentryczna! Uwierzyła mu na słowo i pozwoliła, 

Ŝ

eby  samotnie  niósł  na  swych  barkach  cały  cięŜar  kłopotów.  A  bardzo  niedawno,  gdy 

układając  weselny  budŜet,  dopytywała  się  o  obecną  sytuację  finansową,  po  chwili  wahania 

powiedział  serdecznie:  „Niczym  się  nie  trap.  Jeśli  tylko  masz  pewność,  Ŝe  Kevin  to 

męŜczyzna twoich marzeń, wydaj, ile trzeba”. 

Och, tato, zaszlochała w myślach. Tak mi przykro. Przepraszam cię, przepraszam... 

- Dalej myślisz, Ŝe kłamię? - Nick ujął ją pod brodę. 

-  Nie  -  odpowiedziała  z  goryczą,  wyszarpując  głowę.  -Jestem  pewna,  Ŝe  postąpisz 

dokładnie tak, jak zapowiedziałeś. Ale... ten pomysł, Ŝeby zmusić mnie do małŜeństwa... Od 

dawna się z nim nosisz? 

Uśmiechnął się nieprzyjemnie. 

- Zgadnij sama. 

- Od kiedy dowiedziałeś się od taty, Ŝe ja i Kevin ustaliliśmy datę ślubu? 

-  Trafiłaś  w  dziesiątkę.  Nie  pozwolę  ci  wyjść  za  mąŜ  za  jakiegoś  ministerialnego 

wymoczka. Zostaniesz moją Ŝoną, choćbym nawet miał zachować się jak gangster. I co ty na 

to? - dorzucił niecierpliwie, gdy nie zareagowała. 

-  CóŜ,  realizuj  swój  plan  przejęcia,  ale  obawiam  się,  Ŝe  tym  razem  się  przeliczyłeś. 

ChociaŜ  będzie  mi  bardzo  smutno  patrzeć,  jak  tato  traci  dorobek  całego  Ŝycia,  a  jak  sam 

zaznaczyłeś, nie jest juŜ młody... Po prawdzie, zbliŜa się do wieku emerytalnego... 

- Emeryt musi mieć za co Ŝyć. 

- Kevin nie jest biedakiem. 

Nick roześmiał się z autentycznym rozbawieniem. 

-  Czy  ty  naprawdę  wyobraŜasz  sobie,  Ŝe  Somersby  będzie  łoŜył  na  utrzymanie 

twojego ojca i Marthy? 

Raine zacisnęła zęby. 

- Jeśli nie wyjdę za mąŜ, sama o wszystko zadbam. Znajdę jakąś pracę i... 

- Byle bardzo dobrze płatną. 

- Dlaczego? - warknęła, zraŜona bardziej jego tonem niŜ słowami. 

-  Bo  będziesz  musiała  się  przeprowadzić.  Tak  się,  widzisz,  składa,  Ŝe  w  moje  ręce 

przechodzi nie tylko firma, ale i wasza posiadłość. 

background image

Raine skurczyła się w fotelu, przybita i oszołomiona. Kiedy trochę rozjaśniło się jej w 

głowie, nie odnalazła juŜ w sobie woli walki, a jedynie jakieś tępe przyzwolenie dla tego, co 

się stało. Tak miało być. 

-I co ty na to, Raine? 

Powtarzał  się  i  drwił  z  niej,  ale  tym  razem  odpowiedź  musiała  być  inna.  W  Ŝadnym 

razie  nie  mogła  dopuścić  do  tego,  by  najdroŜszy  jej  człowiek  stracił  na  stare  lata  swój  dom. 

Postanowiła  pójść  z  Nickiem  na  kompromis,  wywalczyć  coś  mniej  wiąŜącego  niŜ 

małŜeństwo. 

- Przypuśćmy, Ŝe zgodziłabym się sypiać z tobą, kiedy byś tylko zechciał. 

Roześmiał się chrapliwie. 

- Myślisz, Ŝe mam zamiar zakradać się do ciebie co noc jak Romeo? Śmieszne. 

- W porządku. Będę z tobą Ŝyła otwarcie. 

-  A  ojciec?  Nie  martwiłoby  go  to?  Ma  prawo  oczekiwać,  Ŝe  jego  córka  będzie  Ŝyła 

obyczaj nie. Czy właśnie dlatego nie powiedziałaś mu o tym, co się stało rok temu? 

- Skąd wiesz, Ŝe nie powiedziałam?! 

-  Bo  kiedy  tu  przyjechałem,  a  ty  ulotniłaś  się  z  domu,  sam  mu  o  wszystkim 

opowiedziałem. 

- Co zrobiłeś?! 

- Wszystko mu opowiedziałem - powtórzył. 

- Jak mogłeś?! Nie miałeś prawa! 

- W zaistniałych okolicznościach uznałem to za najuczciwsze wyjście. 

- Ja nie... 

PołoŜył palec na jej ustach. 

- Przyszło mi do głowy, Ŝe moŜesz być w ciąŜy i Ŝe zrobisz coś głupiego. 

- Na przykład zdecyduję się usunąć ciąŜę? Nigdy... 

- Nie mogłem być tego pewien, a mając zobowiązania w Bostonie... 

- To znaczy narzeczoną - przerwała gorzko. Na sekundę stęŜała mu twarz. 

-  W  tym  czasie  -  kontynuował  nieporuszony  -  tak  z  przyczyn  osobistych,  jak  i 

zawodowych  nie  mogłem  bez  końca  tkwić  w  Anglii,  więc  zaleŜało  mi  na  tym,  Ŝeby  Ralph 

znał  prawdę.  Ogólnie  rzecz  biorąc,  przyjął  to  bardzo  spokojnie.  Potem  wypiliśmy  sobie  po 

kieliszeczku i opowiedział mi o Beatrice... co wyjaśnia bardzo wiele. 

Raine była zdumiona. Ojciec, tak się jej przynajmniej zdawało, nie opowiadał nigdy o 

swej siostrze. Beatrice była urodziwa, ale bardzo lekkomyślna. Zmarła w wieku dziewiętnastu 

lat w wyniku nielegalnie przeprowadzonego zabiegu przerwania ciąŜy. 

background image

Oczy  Raine  napełniły  się  łzami.  Ojciec  włoŜył  tyle  wysiłku,  Ŝeby  wpoić  jej  zasady 

moralności.  Musiał  poczuć  się  bardzo  dotknięty  tym,  co  usłyszał  od  Nicka,  a  mimo  to  nie 

zmienił  stosunku  do  niej.  Nie  obwiniał  jej  ani  nie  prawił  morałów.  Nigdy  nie  dał  po  sobie 

poznać, Ŝe wie, co się zdarzyło. 

- W tej sytuacji - mówił dalej Nick - na pewno nie chciałabyś po raz drugi sprawić mu 

zawodu. W kaŜdym razie, jeśli chodzi o związek ze mną, masz do wyboru albo małŜeństwo, 

albo w .ogóle nic. 

- A jeśli nie zgodzę się wyjść za ciebie? 

- Naprawdę musisz pytać? 

Wiedziała  aŜ  za  dobrze,  Ŝe  w  sprawach,  na  których  mu  zaleŜało,  potrafił  być 

bezwzględny. 

- Powiedzmy zatem, Ŝe weźmiemy ślub. I co ci to da? Lekko przymruŜył oczy. 

- Rozkosz. 

- Mam na myśli ojca - warknęła, oblana pąsem. 

- Jak tylko zostanie moim teściem, firma i dom wrócą do niego. 

- To się nazywa wielkoduszność! 

- Jestem pewien, Ŝe okaŜesz się jej warta. Przygryzła wargę. 

- Myślisz, Ŝe ile czasu... 

- Potrwa nasze małŜeństwo? - dokończył za nią. - PoŜyjemy, zobaczymy. 

- Czyli Ŝe jest to wyrok bezterminowy. - Z goryczą pokiwała głową. 

- MoŜna na to i tak patrzeć - odparł gniewnie. 

- A jak inaczej mam to widzieć? PrzecieŜ tak naprawdę nie zaleŜy ci na mnie. Jestem 

ci niezbędna nie jako Ŝona, tylko jako... 

- Wolałabyś, Ŝebym powiedział, Ŝe cię kocham? 

-  Nie!  I  tak  bym  nie  uwierzyła.  Wolę  juŜ  szczerość.  Przynajmniej  wiem,  na  czym 

stoję. 

Nie  była  jednak  w  stanie  ścierpieć  myśli  o  wyjeździe  do  Bostonu  i  zamieszkania  w 

domu, który dzielił z Tiną. 

- Tylko Ŝe... Ameryka jest tak daleko, i w ogóle... Chciałabym być bliŜej taty. 

- Kto powiedział, Ŝe zamieszkamy w Stanach? 

- Przez pewien czas będziesz w Anglii, wiem, ale... 

- Myślę, Ŝe jeśli sprawy potoczą się zgodnie z planem, to przeniosę się tu na stałe. A w 

ogóle - dodał z lekkim zniecierpliwieniem - z radością zamieszkam w „Białych damach”, jeśli 

miałoby ci to pomóc podjąć decyzję. 

background image

-  Muszę  to  wszystko  przemyśleć.  -  Popatrzyła  przed  siebie.  Za  szybą  samochodu 

kołowały w świetle księŜyca srebrne bukowe liście. 

- Świetnie. Daję ci czas do rana. A póki co... - Nim zdąŜyła uzmysłowić sobie, co się 

dzieje, ujął jej lewą rękę, zsunął zaręczynowy pierścionek z palca i schował go do kieszeni. 

- Co robisz? - syknęła. 

-  Miałbym  się  z  tobą  całować,  gdy  nosisz  pierścionek  od  innego  męŜczyzny?  Nie 

odpowiada mi to... a szkoda marnować taką romantyczną noc. 

- Nie dotykaj mnie! - krzyknęła. - Nienawidzę tego. 

- JuŜ to słyszałem, ale ośmielam się wątpić. MoŜe rozum kaŜe ci tak mówić, ale twoje 

ciało pragnie czego innego. Mam to udowodnić? 

Nie  musiał  niczego  udowadniać.  Serce  juŜ  teraz  biło  jej  szybciej.  Instynkt 

samozachowawczy nakazywał otworzyć drzwi i uciekać, lecz czuła się jak zahipnotyzowana. 

Przeszłość i przyszłość przestały mieć znaczenie. Liczyło się wyłącznie to, co działo się teraz, 

i to, co odczuwała. 

- Zawieź mnie do domu - zaŜądała drŜącym głosem. Jakby odczytując jej najskrytsze 

myśli, odgarnął jedwabiste włosy, nachylił się i przylgnął wargami do szyi. 

- Nie! Nie słyszysz, co mówię?! 

- Biedactwo - zakpił delikatnie. - Śmiertelnie przeraŜona mała myszka... 

Poczuła, Ŝe zaczyna rozkładać siedzenie. 

- Nick, proszę cię- szepnęła. W jej oczach zobaczył podniecenie i łzy strachu. 

-  Nie  panikuj  -  powiedział  ironicznie.  -  Wątpię,  czy  nawet  przy  twojej  współpracy 

dałbym  radę  kochać  się  z  tobą  na  przednim  siedzeniu  samochodu.  Kierownica  trochę 

przeszkadza, a tak generalnie - nie jestem zwolennikiem szybkich numerów. Obiecuję ci, Ŝe 

znajdziesz  się  w  raju...  -  Powiódł  powoli  palcem  po  jej  wargach.  -  Teraz  chcę  cię  tylko 

pocałować. Zesztywniała. 

-  Pocałuj  mnie  -  powiedział  z  taką  tęsknotą,  Ŝe  aŜ  ją  to  zdumiało  i  odebrało  wszelką 

chęć obrony. 

Miała  nadzieję,  Ŝe  juŜ  nigdy  nie  dopuści  do  głosu  swoich  najskrytszych  pragnień. 

Kiedy Kevin oświadczył się jej, zobaczyła przed sobą szansę utrzymania ich w ryzach. 

-  Nie  szalej,  Raine  -  powiedział  delikatnie  Nick,  jakby  dokładnie  znał  jej  odczucia.  - 

Tylko dlatego, Ŝe przeraŜa cię własna zmysłowość, nie moŜesz odciąć się od ludzkich uczuć i 

Ŝ

yć jak nieszczęsna pani z Shalott. 

Potrafiłaby tak Ŝyć - i Ŝyłaby - gdyby Nick przemocą nie wdarł się znowu w jej świat. 

Ale coś ją obezwładniało, nie potrafiła go odepchnąć. 

background image

- Chciałabym umrzeć... 

- Spójrz na mnie! - Obrócił do siebie jej twarz. - Naprawdę jesteś taka nieszczęśliwa? 

- Nigdy dotąd nie miałam takich myśli - powiedziała, Ŝałując swoich słów. 

-  Odpowiadaj  na  pytanie!  -  powiedział  tak  szorstko,  Ŝe  aŜ  ją  to  poruszyło,  ale  z 

pomocą przyszły jej upór i duma. 

- Nie bój się - zapewniła go prawie ze śmiechem. - Do jutra zbiorę siły. 

Gotowa była przysiąc, Ŝe odczuł ulgę. 

- W takim razie lepiej skorzystam z dzisiejszej słabości. - Poszukał jej miękkich ust i 

rozkoszował się nimi, póki Raine sama nie zatraciła się w pocałunku. Gdy wreszcie oderwali 

się od siebie, była oszołomiona i rozgorączkowana. 

Pozbawiona  ciepła  jego  ramion,  zadygotała  i  potarła  ręką  obrzmiałe  wargi,  jakby 

chciała z nich zetrzeć wspomnienie jego ust. 

- Było aŜ tak źle? 

- Wolałabym juŜ całować się z ropuchą. 

Roześmiał się z niedowierzaniem i pogładził ją po policzku. 

- Zawsze wiedziałem, Ŝe będziesz się musiała całować z wieloma ropuchami, póki nie 

znajdziesz swojego księcia. 

Siedziała wyprostowana, z lekko odrzuconą w tył głową. Jak mógł się zgrywać, kiedy 

jej było tak źle? 

- Chciałabym wracać do domu - rzuciła z irytacją. 

- JuŜ się robi. 

Kiedy  ruszyli,  Raine  doszczętnie  wyzuta  z  sił,  z  zamkniętymi  oczami,  zapadła  się  w 

fotel, niezdolna myśleć ani odczuwać. Pragnęła tylko jednego - usnąć i zapomnieć. 

Było juŜ po północy, gdy senną i zataczającą się ze zmęczenia Raine Nick wprowadził 

do  domu.  W  holu  słychać  było  jedynie  tykanie  wiekowego  zegara,  stojącego  na  półpiętrze 

przy schodach. W drzwiach pokoju Nick pocałował ją lekko. 

- Wyśpij się, najdroŜsza. Dobranoc. Rano czekam na odpowiedź. 

Szybko umyła zęby, jak kłoda padła na łóŜko i momentalnie usnęła. 

Budziła się powoli, opornie, nie wiedząc po co, choć witało ją słońce. LeŜała i patrzyła 

w belkowany sufit, a pamięć stopniowo podsuwała jej kolejne obrazy. Pamiętała wszystko i to 

aŜ  za  dobrze.  Jak  mogła  okazać  się  taką  idiotką  bez  charakteru?  Obiecywała  sobie,  Ŝe  nic 

takiego nigdy, przenigdy się juŜ nie powtórzy, Ŝe będzie panią swoich uczuć. Och, dlaczego, 

dlaczego właśnie teraz, gdy Ŝycie zaczynało toczyć się normalnie, Nick wrócił, Ŝeby zburzyć 

jej z takim trudem wywalczone poczucie bezpieczeństwa? 

background image

MoŜe jednak lepiej będzie zerwać zaręczyny z Kevinem. Byłoby nie fair wikłać go w 

małŜeństwo,  skoro  w  gruncie  rzeczy  mało  ją  obchodził.  Tylko  czy  właśnie  w  pierwszym 

rzędzie  nie  dlatego  zgodziła  się  za  niego  wyjść?  Dlatego,  Ŝe  nie  zaleŜało  jej  na  głębokim 

związku? śe Kevin nie był w stanie zranić jej tak, jak zrobił to Nick? 

Biedny Kevin. Odczuła prawdziwy wstyd. 

Jego uczucie moŜe i nie było zbyt silne, ale zapewne kochał ją tak, jak umiał. I w tej 

sytuacji,  na  mniej  niŜ  miesiąc  przed  ślubem,  w  fazie  daleko  zaawansowanych  przygotowań, 

miała mu powiedzieć, Ŝe się pomyliła? A innego  wyboru nie miała.  Nick  był potworem bez 

serca.  Jeśli  uznałby  to  za  konieczne,  powiedziałby  Kevinowi  wszystko.  Ale  czy  naprawdę 

gotów  byłby  zrujnować  ojca?  Miała  wraŜenie,  Ŝe  wzajemnie  się  lubią  i  szanują.  Znowu 

poczuła  się  niepewnie.  Ojca  znała  zbyt  dobrze,  Ŝeby  podejrzewać  go  o  spisek  z  Nickiem. 

NiemoŜliwe, Ŝeby dla własnego dobra sprzedał ją człowiekowi, którego nienawidziła. 

Jak  zatem  naleŜało  postąpić?  WaŜyła  rozmaite  za  i  przeciw,  myślała  i  myślała,  aŜ 

rozbolała  ją  głowa,  a  mimo  to  wcale  nie  była  bliŜsza  podjęcia  decyzji.  Roztrzęsiona  i  sko-

łowana,  wstała  z  łóŜka.  Wzięła  prysznic,  załoŜyła  rozkloszowaną  spódnicę  i  top  w  kolorach 

jesieni,  skręciła  włosy  w  węzeł  na  czubku  małej  kształtnej  głowy,  zrobiła  sobie  leciutki 

makijaŜ. 

Wiedziała,  Ŝe  Nick  czeka  na  odpowiedź.  Przejmował  na  własność  firmę  i  dom  - 

wszystko, co kiedyś naleŜało do niej i do ojca. MoŜe nawet te ciuchy, które miała na sobie... 

CzyŜby? PrzecieŜ to tylko on tak twierdził. A jeśli to czysta fikcja, kłamstwo od początku do 

końca?  Przypuśćmy,  Ŝe  zakładał,  iŜ  ona  nie  zapyta  o  nic  ojca...  Zbiegła  po  schodach, 

otworzyła drzwi do słonecznej jadalni i z ulgą zobaczyła, Ŝe ojciec jest sam. Nachylony nad 

filiŜanką, czytał niedzielną gazetę. 

Nieco zdziwiony gwałtownością, z jaką weszła, zerknął znad okularów. 

- Coś się stało? 

- Nie, nie... Zastanawiałam się, czy juŜ wstałeś. 

-  AleŜ  naturalnie.  Jest  po  dziesiątej.  -  OdłoŜył  gazetę,  zdjął  okulary,  sięgnął  po 

dzbanek  i  nalał  im  obojgu  kawy.  -  Pewnie  wróciliście  wczoraj  późno...  Spędziłaś  wieczór 

przyjemnie? 

- Bardzo. - Usiadła przy stole. 

- Cieszę się, Ŝe ty i Nick wreszcie się dogadaliście. 

- W jakiej sprawie? 

W oczach ojca pojawił się cień zawodu. 

- No wiesz... - zaczął niepewnie. - Nick miał pewne plany. Chciał je z tobą omówić. 

background image

Plany to on miał, owszem! Jeśli ojciec je znał, to wiedział, jaki jest Nick. A moŜe nie? 

- Właśnie dlatego... 

-  Tato  -  przerwała,  nie  wytrzymując  rozsadzającego  ją  napięcia.  -  Chcę  cię  o  coś 

zapytać i proszę, bardzo proszę, bądź ze mną szczery. 

-  Wal  prosto  z  mostu!  -  Powiedział  to  serdecznie,  ale  czuła,  Ŝe  jest  zaniepokojony  i 

zmieszany. 

- Co się dzieje z firmą? Odwrócił wzrok i włoŜył okulary do futerału. 

-  Nie  jest,  niestety,  zbyt  róŜowo.  Ale  nie  zawracaj  tym  sobie  głowy.  Nick  zechciał 

wyłoŜyć trochę pieniędzy i... 

- Ile? 

- Dość duŜo - przyznał jeszcze bardziej zakłopotany. A zatem Nick nie kłamał. 

-  Miedzy  innymi  dlatego  poprosiłem  go,  Ŝeby  przejął  ster  na  czas  mojej 

rekonwalescencji. Ma teraz w Anglii równieŜ inne interesy, a dobrze jest, gdy pewne sprawy 

zostają w rodzinie. 

-  MoŜna  to  i  tak  nazwać.  -  Uśmiechnęła  się  nienaturalnie  wesoło.  -  Wczoraj 

wieczorem poprosił mnie o rękę. Przyjęłam oświadczyny. 

- Bardzo się cieszę! 

-  Wiem,  Ŝe  to  wszystko  stało  się  tak  nagle  i...  -  zadrŜał  jej  głos  -jakoś  będę  musiała 

powiedzieć Kevinowi, Ŝe nasze zaręczyny były pomyłką. 

Prawdopodobnie odgadł jej łęk, gdyŜ pogładził ją po ręce. 

- Lepiej przyznać się do tego teraz, dopóki nie jest za późno. 

- Nigdy nie lubiłeś Kevina... 

- Osobiście nic do niego nie mam. Rzecz w tym, Ŝe nigdy nie byłem przekonany, Ŝe to 

męŜczyzna w twoim typie. 

- A Nick? Twoim zdaniem pasujemy do siebie jak ulał? 

- Nie mam racji? 

Dziwiło  ją,  Ŝe  tak  spokojnie  zaakceptował  to,  co  zapewne  musiało  być  dla  niego 

czymś w rodzaju trzęsienia ziemi. 

- Wiedziałeś, Ŝe był Ŝonaty? 

- Naturalnie, Ŝe wiedziałem. 

-  I  nic  mi  nie...  -  Zerknęła  w  okno  i  nagle  umilkła.  Zobaczyła  dwóch  męŜczyzn 

zbliŜających  się  do  siebie  z  przeciwnych  kierunków.  Poderwała  się  z  krzesła  i  wybiegła  na 

próg. 

background image

W  lekkich,  dopasowanych  spodniach  i  białej  trykotowej  koszuli  Nick  wyglądał 

zgrabnie  i  bardzo  męsko.  Swobodny  strój  nie  osłabiał  wraŜenia  chłodnej  wyniosłości,  która 

najwyraźniej  peszyła  Kevina,  ubranego  bardzo  starannie  w  eleganckie  spodnie  z  grubego 

materiału, tweedową sportową koszulę i wełniany krawat. 

ZdąŜyła  usłyszeć,  jak  wymieniają  kulturalne,  acz  -  przynajmniej  ze  strony  Kevina  - 

mało  serdeczne  słowa  powitania.  Był  wyraźnie  spłoszony.  Czuła,  Ŝe  wszystko  przemyślał  i 

Ŝ

ałował swojej wczorajszej rejterady. Podszedł do niej i jakby chciał wszem i wobec pokazać, 

kto  tu  rządzi,  wziął  ją  w  ramiona  i  mocno  pocałował.  To  najzupełniej  nieoczekiwane  i  nie 

leŜące w jego naturze zachowanie zbiło Raine z tropu. Minęła dobra chwila, nim oswobodziła 

się  z  jego  objęć.  -  Kevin  -  powiedziała  pospiesznie,  łowiąc  groźny  błysk  w  oczach  Nicka.  - 

Wejdźmy do środka, muszę z tobą porozmawiać. .. W cztery oczy. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Wzięła  narzeczonego  za  rękę  i  pociągnęła  do  domu.  Na  szczęście  salonik  był  pusty. 

Zamknęła drzwi i wskazując Kevinowi fotel przy kominku, usiadła naprzeciwko. 

-  Co  się  dzieje?  -  zapytał  zaalarmowany  jej  nienaturalnym  zachowaniem.  -  Coś 

niedobrego? 

-  Nie...  Tak...  Bo...  Słuchaj,  sama  juŜ  nie  wiem,  jak  to  powiedzieć...  Nie  mogę  za 

ciebie wyjść. 

Spojrzał  na  nią  mniej  więcej  z  taką  miną,  jakby  oznajmiała  mu  na  przykład,  Ŝe  nie 

podoba jej się jego krawat. 

- Nie mogę za ciebie wyjść - powtórzyła ostrzej. 

-  Co  ty  pleciesz,  maleńka?  -  sprzeciwił  się  łagodnie.  -Jeśli  coś  cię  uraziło,  zaraz  to 

naprawimy. 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

- Nie, ja... 

- To ma związek z twoim kuzynem, tak? - Na przystojnej twarzy Kevina pojawiło się 

napięcie. - Od początku czułem, Ŝe z tej wizyty wynikną same kłopoty. 

-  Nick  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego.  Po  prostu  doszłam  do  wniosku,  Ŝe  nasze 

małŜeństwo byłoby jedną wielką pomyłką. 

Somersby odetchnął z wyraźną ulgą. 

- To tylko nerwy - oświadczył zdecydowanie. - Nic więcej. Mama ostrzegała mnie, Ŝe 

to się zdarza. Często kobietę przed samym ślubem opadają wątpliwości. Z moją siostrą teŜ tak 

było. Ale za dzień czy dwa wrócisz do równowagi i... 

- Niestety. To nie są Ŝadne chimery - przerwała  gwałtownie. - Przykro mi, naprawdę 

nie mogę zostać twoją Ŝoną. 

-  Czy...  -  Zdjął  okulary,  otarł  czoło  nieskazitelnie  czystą  chusteczką.  -  Chodzi  o  to, 

Ŝ

e... hm... Niepokoi cię fizyczny aspekt naszego związku? 

- Nie, oczywiście, Ŝe nie - odpowiedziała, pąsowiejąc. 

- Wiesz dobrze, Ŝabko, Ŝe nie musisz się o to martwić - zapewnił zaŜenowany. - Ja... 

- Nie o to chodzi - przerwała, nie dając mu dojść do słowa. - Po prostu pobierając się, 

popełnilibyśmy błąd. Nie pasujemy do siebie, nie byłabym dla ciebie dobrą Ŝoną. 

Powaga,  z  jaką  mówiła,  sprawiła,  Ŝe  coś  wreszcie  zaczęło  do  niego  docierać. 

Zaniepokoił się na dobre, ale jeszcze nie potrafił uwierzyć w to, co usłyszał. 

background image

- Lorraine, ty tak nie myślisz. Boisz się moŜe, ale do jutra... 

- Przemyślałam to dokładnie. Nie zostanę twoją Ŝoną. Jest mi tylko przykro, Ŝe pewne 

sprawy uświadomiłam sobie zbyt późno. 

Popatrzył  na  nią,  jakby  otrzymał  cios  w  brzuch.  Poczerwieniały  mu  uszy,  w 

wodnistych oczach pojawiło się przeraŜenie. 

- Słuchaj... Rozesłaliśmy juŜ przecieŜ zaproszenia. Jak tak moŜna. 

- Przepraszam - wyszeptała. 

Kevin zerwał się z fotela. 

- Co powie moja matka?! WyobraŜasz sobie? Lorraine, proszę... Nie moŜesz mi tego 

zrobić! Wszyscy znajomi będą się ze mnie nabijać. 

- Nie chcę, Ŝebyś cierpiał - powiedziała szczerze. 

- Skoro tak, to daj spokój fanaberiom i szykuj się do ślubu. Matka nigdy o niczym się 

nie dowie. 

- To nie są fanaberie - powtórzyła znękana. - Nie mogę za ciebie wyjść. 

- A to dlaczego? Co takiego zrobiłem, Ŝe mnie tak traktujesz?! 

- Nic nie zrobiłeś. To wszystko przeze mnie. 

- No, to weź się w garść. Jestem pewien, Ŝe potrafimy rozwiązać kaŜdy problem. 

Rozmowa  utrzymana  w  podobnym  tonie  przeciągała  się  w  nieskończoność.  Kevin  to 

wycofywał się, to przekonywał, coraz bardziej zdesperowany i zgniewany, a Raine z uporem, 

o  który  by  się  nie  posądzała,  trwała  przy  swoim.  Była  juŜ  bliska  łez,  gdy  rozległo  się 

niecierpliwe pukanie i w drzwiach stanął Nick w towarzystwie łaszącego mu się do nóg kota. 

- Pakujesz się w sam środek prywatnej rozmowy - warknął rozwścieczony Kevin. 

Calib  czmychnął  do  pokoju,  wskoczył  na  oparcie  fotela  Raine  i  znieruchomiał  jak 

posąŜek. 

- Nick, proszę cię, zostaw nas samych. - Była u kresu wytrzymałości nerwowej i bała 

się kłótni. 

Nick jednakŜe wszedł do środka, stanął w lekkim rozkroku, włoŜył ręce do kieszeni i 

twardo zmierzył się wzrokiem z Kevinem. 

-  Skoro  nie  ma  to  nic  wspólnego  z  tobą,  to  bądź  łaskaw  wyjść  stąd  i...  -  wycedził 

Somersby. 

-  Przykro  mi,  chłopie  -  odparował  Nick,  naśladując  akcent  Kevina  -  ale  tu  chodzi 

właśnie o mnie. 

- Nie wierzę. Lorraine utrzymuje, Ŝe... 

background image

-  Najwyraźniej  cię  oszczędza  -  uciął  cierpko  Nick.  -Chyba  lepiej  będzie,  jak  ci  to 

oddam.  -  Wyjął  rękę  z  kieszeni  i  rzucił  w  jego  stronę  mały,  błyszczący  przedmiot.  Kevin 

wykazał  się  refleksem,  złapał  go  w  powietrzu  i  otworzył  dłoń,  tępo  wpatrując  się  w 

pierścionek z diamentem. 

Nick przytulił Raine. 

- Powiedz mu - nakazał. 

- Wychodzę za Nicka. 

Zapadła cisza. Somersby bez słowa schował pierścionek do kieszeni. Z kocią przekorą 

Calib  dał  susa  na  podłogę  i  przebiegł  mu  miedzy  nogami,  prawie  go  przewracając.  Roz-

wścieczony  do  ostateczności  Kevin  wymierzył  zwierzakowi  kopniaka,  na  szczęście  nie 

trafiając. Wyszedł, trzaskając drzwiami. Nick zagwizdał cicho. 

- Ruszyło go! 

Raine usiadła i ukryła twarz w dłoniach. 

- Strasznie go musiałam zranić. Nick chrząknął sceptycznie. 

- Często ci mówił, Ŝe cię kocha? Cisza starczyła za całą odpowiedź. 

- No widzisz... To tylko uraŜona duma. No juŜ - pociągnął ją za nadgarstki, by wstała. 

- Przestań się nim dręczyć. To za mnie wychodzisz za mąŜ. 

- Tylko dlatego, Ŝe nie mam wyboru. 

- MoŜe gdybyś umiała zapomnieć... 

-  Zapomnieć?  -  Roześmiała  się  gorzko.  -  Pamiętam  kaŜdą  minutę,  kaŜdą  godzinę, 

kaŜdy dzień. I z kaŜdą chwilą bardziej cię nienawidzę. 

Jakieś uczucie - gniew, a moŜe przestrach? - sprawiło, Ŝe Nickowi pociemniały oczy, 

ale ton, jakim się odezwał, był niewzruszony. 

- A nienawidź sobie, ile chcesz, bylebyś tylko ze mną spała. 

W tym, co powiedział, było tyle okrucieństwa, Ŝe aŜ zacisnęła oczy i zadygotała. 

Ś

lub  zaplanowali  na  31  października  w  malowniczym  kościółku  w  Lopsley. 

Uroczystość miała być bardzo skromna, ograniczona do przyjęcia w niewielkim gronie. Nick 

odwołał Finna Andersona z podróŜy słuŜbowej i poprosił go na druŜbę. Druhną Raine miała 

zostać jej dawna koleŜanka szkolna Margo Fleming. 

Tygodnie  poprzedzające  ślub  były  dla  Raine  istnym  koszmarem.  Zgodnie  z  radą 

Nicka: „Nie tłumacz się i nie przepraszaj”, skontaktowała się ze wszystkimi gośćmi zaproszo-

nymi do Mayfair, powiadomiła oficjalnie, Ŝe ślub się nie odbędzie. Wysłała teŜ do Kevina i 

jego matki kartkę, prosząc o wybaczenie i biorąc na siebie całą winę za przykrości, które na 

background image

nich spadły. Załączyła teŜ opiewający na pokaźną sumę czek - podarunek Nicka - na pokrycie 

ewentualnych poniesionych juŜ kosztów. 

Lady  Somersby  odpowiedziała  gorzkim  listem.  Nazwała  Raine  osobą  „kompletnie 

niemoralną” i stwierdziła, Ŝe jej syn miał doprawdy ogromne szczęście, iŜ udało mu się wy-

plątać  z  tej  „Ŝałosnej  afery”.  Przypominając  sobie  swoje  zachowanie  w  samochodzie  Nicka, 

Raine nie potrafiła się uwolnić od poczucia winy  i świadomości, Ŝe spotkała ją do pewnego 

stopnia zasłuŜona krytyka. 

Z  Nickiem  widywała  się  stosunkowo  rzadko.  Dopiął  tylko  tego,  Ŝe  pojechali  razem 

wybrać  zaręczynowy  pierścionek,  staroświeckiej  roboty  cacko  z  szafirowym  oczkiem,  i 

złoŜyli  wizytę  pastorowi.  Później  jakby  celowo  jej  unikał.  Pozory  uczucia  okazywał 

wyłącznie  w  obecności  Ralpha.  Często  pracował  do  późna,  a  po  kolacji  obaj  panowie 

zasiadali do szachów. 

Raine  aŜ  wzdrygała  się  na  myśl  o  miodowym  miesiącu  i  stanowczo  opierała  się 

wszelkim planom wyjazdu. 

- Chcesz, Ŝeby ojciec domyślił się w końcu, Ŝe coś tu jest nie tak? - zganił ją pewnego 

wieczoru Nick. - Na co masz ochotę? Francja, Włochy, Szwajcaria? 

-  Jest  mi  naprawdę  wszystko  jedno,  byle  tylko  nie  był  to  ParyŜ.  -  Do  ParyŜa  mieli 

pojechać z Kevinem. - A w ogóle, to wybierz sam. Lubię niespodzianki - dodała z przylepio-

nym uśmiechem na widok wchodzącego do pokoju ojca. 

-  Jeśli  prędko  sama  się  na  coś  nie  zdecydujesz,  gotów  jestem  tak  właśnie  zrobić  - 

powiedział Nick z błyskiem w oczach. 

- Ho, ho - zachichotał ojciec. - UwaŜaj, dziewczyno. Odkąd, jak powiadał, ona i Nick 

„zeszli się ze sobą”, stał się innym człowiekiem. Odmłodniał, poweselał, spadło mu ciśnienie. 

Doktor  Broadbent  potwierdził,  Ŝe  stan  zdrowia  jego  pacjenta  znacznie  się  poprawił.  Raine 

mogła za to jedynie dziękować Bogu. 

Mimo  Ŝe  październik  się  kończył,  utrzymywała  się  ładna  pogoda.  Dzień,  w  którym 

mieli  się  pobrać,  wstał  jasny,  słoneczny  i  tylko  w  powietrzu  czuło  się  jesienny  juŜ  chłodek. 

Zaraz po śniadaniu zjawiła się Margo. 

-  Trzeba  się  szykować  -  zaświergotała,  odstawiając  masę  pudełek  i  toreb,  w  których 

przyniosła własne stroje  i kosmetyki. Poszły do pokoju, ale mimo zaraźliwej radości przyja-

ciółki Raine nie potrafiła się zdobyć nawet na uśmiech. Blada i milcząca, stała jak manekin, 

gdy Margo, cała w skowronkach, pomagała jej włoŜyć ślubną suknię z surowego jedwabiu i 

upinała woalkę do skromnego wianka. 

Usłyszały samochód. 

background image

- Pan młody i druŜba juŜ wyjeŜdŜają! - Margo podbiegła do okna. 

-  Ale  ty  nie  patrz!  Jak  się  swojego  przyszłego  zobaczy  wcześniej  niŜ  w  kościele, 

zapowiada  to  ponoć  nieszczęście...  O,  matko!  AleŜ  to  piękne  chłopaki...  Pan  Anderson 

pochodzi zdaje się z Bostonu... Przyjechał z Ŝoną? 

- Nie. O ile mi wiadomo, jest kawalerem. 

- Długo tu pobędzie? 

Finna Andersona Raine poznała dopiero ubiegłego wieczoru. Zapamiętała uścisk jego 

dłoni  -  ciepły  i  przyjazny  -  i  uśmiech,  który  nie  wiadomo  dlaczego  wydał  się  jej  dziwnie 

znajomy. 

- Odlatuje do Stanów chyba juŜ jutro po południu. 

-  Szkoda  -  westchnęła  Margo.  -  Dawno  juŜ  nie  widziałam  tak  przystojnego  faceta, 

prócz twojego Nicka oczywiście. 

NaleŜało  jeszcze  koniecznie  sprawdzić,  czy,  jak  kaŜe  tradycja,  panna  młoda  ma  na 

sobie  coś  starego,  coś  poŜyczonego  i  coś  niebieskiego,  i  mogły  jechać.  Małą  wiązankę  z 

kremowych  róŜyczek  z  przydomowej  szklarni  ułoŜyła  Margo.  W  drzwiach  odwróciła  się 

jeszcze. 

- Nie zapomnij opuścić woalki. 

Kiedy  wyszła,  Raine  przejrzała  się  w  lustrze.  Lśniące  czarne  włosy  opadające  na 

ramiona, twarz blada jak ściana... Z lustra patrzył na nią ktoś obcy i bardzo wystraszony. 

To, Ŝe Nick zachowywał się ostatnio tak chłodno i z dystansem, bardzo ją przygnębiło 

i  chociaŜ  skrupulatnie  szykowała  się  do  uroczystości,  nadchodząca  ceremonia  wydawała  się 

jej odległa i nierzeczywista jak zły sen. 

I oto nagle wszystko stało się aŜ za bardzo realne. 

Patrząc  w  lustro,  przypomniała  sobie,  jak  Nick  porównał  ją  do  Pani  z  Shalott, 

nieszczęsnej bohaterki poematu Tennysona, i zacytowała na głos: 

Opadła zasłona i spłynęła w dół Zwierciadło pękło na pół Klątwa zawisła nade mną. 

Rozległo się pukanie i do pokoju wszedł ojciec, ubrany w jasnoszary garnitur. Ujął ją 

za ręce. 

-  Błogosławię  cię...  Wyglądasz  zupełnie  jak  kiedyś  twoja  matka.  Jesteś  tak  samo 

piękna. 

-  Powiedział:  Och,  jakŜe  cudne  jej  oblicze  a  Bóg  łaskawy  uŜyczył  jej  wdzięku  - 

wyrecytowała cicho, prawie nieświadomie. 

- Co mówisz? - zdumiał się ojciec. Momentalnie wzięła się w garść. 

- Przepraszam. Nie wiadomo dlaczego chodzą mi po głowie strofy z „Pani z Shalott”. 

background image

- Z czymś ci się kojarzą? 

- Nie, nie. - Zmusiła się do uśmiechu. - To tylko nerwy. 

-  Nerwy,  nie  nerwy,  pora  jechać.  -  Nagle  przyjrzał  się  jej  z  troską.  -  Chyba  Ŝe 

zmieniłaś zdanie. 

Nie było juŜ odwrotu. Pokręciła głową. 

-  Kochasz  Nicka,  prawda?  -  Spojrzał  jej  prosto  w  oczy,  jakby  jeszcze  nie  pozbył  się 

wątpliwości. 

- Kocham - skłamała i w tym samym momencie zrozumiała, Ŝe mówi prawdę. - Nigdy 

nie przestałam go kochać. 

Wreszcie przyznała się do tego przed sobą, choć nie było to takie proste. Z tą miłością 

szły w parze gorycz, nienawiść i bezsilny gniew. Siła tych uczuć wstrząsnęła nią do głębi. 

- Dzięki ci, BoŜe - szepnął ojciec. - Jeśli go kochasz, wszystko się ułoŜy. 

Znajomy kościół, stary i piękny, z łukowym sklepieniem i witraŜami w oknach, pełen 

był słońca, kwiatów i Bacha. Zobaczyła najpierw Marthę, oŜywioną, siwowłosą, w jesionce z 

futrzanym  kołnierzem  i  w  kapelusiku  z  piórkiem.  Wokół  kościoła  zebrała  się  garstka  gości. 

Wszystkie myśli Raine skupiły się jednak na panu młodym. Na jego widok zamarło jej serce. 

Obłędnie przystojny w odświętnym ciemnoszarym garniturze, patrzył, jak zbliŜa się do niego, 

prowadzona  przez  ojca.  Kiedy  podeszli,  wyciągnął  rękę  i  przygarnął  ją  do  siebie.  Na  jego 

twarzy  malował  się  wyraz  triumfu  i  satysfakcji.  Gdy  w  trakcie  naboŜeństwa  pastor  zadał 

pytanie: „Czy chcesz wziąć tę oto kobietę za Ŝonę?”, w kościele zrobiło się cicho, jak makiem 

zasiał. Raine, jak we śnie, usłyszała mocny głos Nicka: 

- Tak, chcę. 

- Czy chcesz wziąć tego oto męŜczyznę... 

Nie  mam  wyboru,  myślała.  Muszę  przez  to  przejść  -  dla  ojca.  Uniosła  głowę  i 

odpowiedziała wyraźnie: 

- Tak, chcę. 

Wsunął jej na palec obrączkę, uniósł woalkę i pocałował w usta. Wargi miał tak samo 

chłodne jak oczy. 

Podpisali akt zawarcia małŜeństwa i oto stali juŜ w blasku słońca przed kościołem, a 

fotograf,  który  zjawił  się  nie  wiadomo  skąd,  pstrykał  zdjęcia  zmierzającym  do  samochodów 

gościom.  Mniej  niŜ  pięć  minut  później  znaleźli  się  przed  „Ye  Olde  Flying  Horse”, 

szesnastowiecznym  budyneczkiem  na  rynku  Lopsley.  W  nieduŜej  restauracji  czekały  juŜ  na 

wszystkich pyszne zakąski i schłodzony szampan. 

background image

Pan  młody  okazał  się  mało  towarzyski,  podczas  gdy  oboje  druŜbowie  i  ojciec  panny 

młodej uwijali się dosłownie jak w ukropie. Jeśli nawet pannie młodej rozmowa przychodziła 

z trudnością, a jej uśmiech był nieco wymuszony, chyba i tak nikt tego nie zauwaŜył. 

Stojąc  u  boku  męŜa  i  dopijając  drugi  juŜ  kieliszek  szampana,  Raine  uznała,  Ŝe  być 

moŜe sekret przetrwania tkwi w umiejętności radzenia sobie z chwilą bieŜącą. GdybyŜ tylko 

umiała nie wybiegać myślami naprzód... DrŜąc, wzięła z tacy kolejny kieliszek. Zaczynała się 

czuć  dziwnie  lekko.  Upiję  się,  pomyślała,  gdy  nagle  przyszło  jej  do  głowy,  Ŝe...  AleŜ  tak, 

przetrwać da się wszystko; trzeba jedynie okazać siłę woli. Nick wymusił na niej małŜeństwo, 

ale  nie  mógł  nakazać,  Ŝeby  z  nim  sypiała.  Postawi  sprawę  jasno,  powie,  Ŝe  sobie  tego  nie 

Ŝ

yczy. JakieŜ to proste... 

- Nic nie jesz. - To mówił chyba on, bo któŜby inny. 

- No to co? 

-  Przyniosę  ci  coś.  -  Ściągnął  brwi  i  chciał  jeszcze  coś  dodać,  lecz  podeszła  do  nich 

Martha. 

- Aleś ty śliczna - uśmiechnęła się wzruszona do Raine. - Tato jest z ciebie dumny... - 

Objęły się serdecznie. 

- Wszystko gotowe? - zapytał Nick. 

- W najdrobniejszych szczegółach - potwierdziła gosposia, podając mu jakiś klucz, ale 

nim zdąŜyła się rozgadać, zajął się nią Ralph. WłoŜył jej kieliszek do ręki, objął ramieniem i 

poprowadził do bufetu. 

- Szampana? - Do młodej pary zbliŜył się druŜba. 

- Chyba juŜ podziękujemy - odpowiedział Nick. - Zostało nam nieduŜo czasu. 

- śe co? - bąknęła Raine, gdy Finn częstował Margo. Czuła, Ŝe plącze się jej język. 

-  Zaraz  będziemy  się  musieli  zbierać.  WyjeŜdŜamy  w  podróŜ  poślubną...  Pamiętasz 

chyba nasze rozmowy. 

- Tak, tak, ale... Nie jestem spakowana. 

-  Zrobiła  to  za  ciebie  Martha.  Twoja  walizka  jest  juŜ  w  bagaŜniku  taksówki.  Martha 

przyniosła  ci  teŜ  ubranie  na  podróŜ.  Tam  jest  pokoik,  gdzie  moŜesz  się  przebrać.  Chodź, 

pomogę ci wyplątać się z tej sukni. 

W  jednej  chwili  wyparowała  z  niej  pijacka  pewność  siebie.  Zerknęła  w  bok  i 

zobaczyła Margo i Finna zatopionych w rozmowie. Prawie stykali się głowami. 

- Sama sobie poradzę. 

-  Wątpię.  -  Odstawił  puste  kieliszki  i  wziął  wiązankę.  -  Trzeba  sporej  precyzji,  Ŝeby 

rozpiąć  te  wszystkie  guziczki,  a  tobie,  zdaje  się,  troszeczkę  trzęsą  się  ręce.  Z  moją  pomocą 

background image

pójdzie ci szybciej. Przebierzesz się, a potem pozostanie ci juŜ tylko poŜegnać  gości z miną 

szczęśliwej panny młodej. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

I  tak  to  właśnie  wyglądało.  Ucałowała  ojca,  Nick  uścisnął  mu  dłoń,  poŜegnali  się  ze 

wszystkimi  i  w  deszczu  ryŜu  i  róŜanych  płatków  przeszli  brukowaną  uliczką  do  czekającej 

taksówki.  Raine  zatrzymała  się  jeszcze  na  chwileczkę  i  rzuciła  swoją  wiązankę  tak,  Ŝeby 

złapała ją Margo. A potem odjechali, uśmiechając się i machając do grupki osób Ŝegnających 

ich w październikowym słońcu. 

Kiedy nie trzeba juŜ było nic udawać, skończyły się pozory szczęścia. Raine milczała. 

Dobrze wiedziała, co ją  czeka. Gdyby jeszcze nie ta zmysłowa fascynacja męŜczyzną, który 

został jej męŜem, chociaŜ ani jej nie kochał, ani nawet nie szanował... 

Nick wziął ją za rękę. 

-  Raine,  posłuchaj...  Jesteśmy  teraz  męŜem  i  Ŝoną,  na  dobre  i  na  złe.  Czemu  nie 

mielibyśmy się postarać, Ŝeby było nam razem dobrze? 

-  śartujesz  chyba!  -  krzyknęła  z  ogniem  w  oczach.  -  To  tak,  jakby  mówić  niewinnie 

powieszonemu, Ŝeby spróbował znaleźć jaśniejsze strony w swojej sytuacji. 

- Tak być nie musi - odparł spokojnie. - Wiesz tak samo dobrze jak ja, Ŝe moglibyśmy 

być  szczęśliwi.  Lubimy  ze  sobą  przebywać,  w  wielu  sprawach  mamy  zbliŜony  gust,  a  seks 

jest  mocną  stroną  naszego  związku.  Co  do  reszty,  konieczny  jest  kompromis.  Po  co  mamy 

zrobić sobie z Ŝycia piekło? Lepszy byłby pakt o nieagresji. 

- Co ty powiesz! - Wyrwała mu rękę. 

- Gdybyś tylko przestała się szarpać i popatrzyła na sytuację rozsądnie... 

- Twoim zdaniem rozsądnie z mojej strony byłoby zgodzić się na rolę zabawki, póki ci 

się nie znudzę? Nie, dziękuję. Wolę juŜ wojnę. 

-  No  cóŜ  -  powiedział  z  kamiennym  wyrazem  twarzy.  -  Pozostaje  mi  więc  jedynie 

przekonać cię, Ŝe zwycięzcą będę ja. 

Linia frontu została nakreślona. Lecieli do Bostonu. 

Samolot  wystartował  o  czasie.  Raine,  którą  z  napięcia  i  od  nadmiaru  szampana 

rozbolała  głowa,  poŜegnała  hałaśliwe  Gatwick  z  prawdziwą  ulgą.  Po  burzliwej  rozmowie  w 

taksówce  Nick  zaczął  znów  odnosić  się  do  niej  z  uprzejmą  obojętnością.  Dziwne,  ale  wcale 

jej  to  nie  cieszyło.  Z  udawanym  zainteresowaniem  czytała  jakieś  romansidło,  które  kupił  jej 

na lotnisku. Miała jednak taki mętlik w głowie, Ŝe nie potrafiła ani się skupić, ani zdrzemnąć, 

ani nawet wmusić w siebie podanego posiłku. 

background image

Bostoński  międzynarodowy  port  lotniczy  znajduje  się  na  półwyspie.  Kiedy  samolot 

podchodził  do  lądowania,  widać  było  mosty  na  Charles  River  i  roziskrzony  dywan  świateł. 

Podczas swej pierwszej wizyty Raine zakochała się bez pamięci w tym wspaniałym mieście, 

zwanym niegdyś „kolebką wolności”. 

Taksówka  podjechała  pod  dom  przy  skwerze  Mecklenburg,  drzwi  otworzyły  się  i 

schody  zalało  światło.  Tak  samo  jak  wtedy...  Przez  sekundę  Raine  wydawało  się,  Ŝe  zaraz 

wyjdzie do nich stryj Harry. Zamiast niego ukazała się jego gosposia, pani Espling. Gdy Nick 

płacił taksówkarzowi i wyjmował bagaŜe, przywitała się z nią serdecznie. 

- Bardzo się wszyscy ucieszyliśmy na wiadomość o ślubie - powiedziała. - W imieniu 

całego  personelu  pragnę  złoŜyć  pani  najlepsze  Ŝyczenia.  Zdrowia,  szczęścia,  pomyślności! 

Ale - dodała z nutką niepokoju - czy lot przebiegł bez problemów? Wygląda pani mizernie... 

- Trochę mnie to wszystko zmęczyło - przyznała Raine. - Jeśli chciałaby pani pójść od 

razu na górę, to... 

- Owszem. 

- Zaraz przyniosę coś do jedzenia. 

- Nie, nie, dziękuję. Proszę sobie nie robić kłopotu. Chciałabym się tylko połoŜyć. 

-  To  pewnie  ta  róŜnica  stref  czasowych  tak  się  dała  pani  we  znaki  -  stwierdziła  pani 

Espling, wchodząc razem z nią po schodach,  ale  gdy Raine skręciła  automatycznie w stronę 

pokoju,  który  zajmowała  w  ubiegłym  roku,  dotknęła  jej  ramienia  i  pokierowała  do 

małŜeńskiej sypialni. Zaraz potem szczupły, jasnowłosy młodzian, w którym rozpoznała syna 

gospodyni, przyniósł jej walizkę i postawił na rzeźbionej komódce w nogach łóŜka. 

Spojrzała  na  królewskich  rozmiarów  łoŜe,  zapewne  to  samo,  które  jeszcze  niedawno 

Nick dzielił z Tiną, i raptem - ale niestety znacznie, znacznie za późno - poŜałowała, Ŝe to nie 

ona wybrała miejsce na miodowy miesiąc. Wolałaby wszystko, byle nie Boston. 

Roztrzęsiona otworzyła walizkę. OdłoŜyła na bok kremową atłasową koszulę nocną i 

cieniutki  peniuar,  które  Martha  świadomie  umieściła  na  samym  wierzchu  razem  z  kosme-

tyczką,  i  robiąc  bałagan  w  rzeczach,  wyciągnęła  bawełnianą  koszulę  i  stary  szlafrok. 

Wróciwszy  z  łazienki,  zgasiła  lampę,  połoŜyła  się  do  łóŜka,  zamknęła  oczy  i  starała  się  nie 

myśleć, co ją czeka. MoŜe gdyby spała, kiedy przyjdzie Nick... Mizerna to była nadzieja, ale 

uczepiła  się  jej  jak  ostatniej  deski  ratunku.  Mimo  obezwładniającego  zmęczenia,  nie  mogła 

usnąć.  Sen  nie  chciał  jej  zmorzyć  i  napięta,  u  kresu  wytrzymałości  nerwowej,  czekała, 

czekała, czekała. 

Wszedł  cicho.  Jego  obecność  zdradziło  jedynie  lekkie  naciśnięcie  klamki.  Na  dywan 

padła smuga światła. Zapalił lampkę przy łóŜku. 

background image

- Wiem, Ŝe nie śpisz - szepnął jej do ucha - więc nie udawaj. Chyba Ŝe chcesz, Ŝebym 

postąpił z tobą jak ksiąŜę ze Śpiącą Królewną. 

Roześmiał się miękko, gdy uniosła powieki. 

- Boli cię głowa? 

- Tak. - Pomyślała, Ŝe Nick zaraz zacznie kpić i powie, Ŝe zna te numery. 

- No, to usiądź. - Podał jej kubek gorącego mleka doprawionego brandy. 

- Nienawidzę gorącego mleka! 

-  Weź  to.  -  Wcisnął  jej  w  dłoń  dwie  pigułki.  -  Głowa  przestanie  cię  boleć  i  szybciej 

zaśniesz...  Chyba  Ŝe  wolisz,  Ŝebyśmy,  jak  się  to  nieładnie  mówi,  skonsumowali  nasze 

małŜeństwo jeszcze tej nocy - dodał z uśmiechem, spostrzegając jej zaskoczenie. 

Szybko połknęła tabletki i zaczęła pić mleko. Uśmiechnął się, tym razem drwiąco. 

- Ochoty wielkiej nie widzę. A poniewaŜ najwyraźniej nie jesteś w formie... 

- Zastanawiam się, czy tego nie wykorzystasz. Byłabym łatwą zdobyczą. 

Zgniewała go wyraźnie, ale kiedy się odezwał, jego głos brzmiał spokojnie: 

-  Łatwe  zdobycze  nie  budzą  we  mnie  szczególnego  entuzjazmu,  a  z  tobą...  no  cóŜ, 

nastawiam się na piękną walkę. 

Wiedziała,  Ŝe  jest  zawzięty,  ale  z  natury  był  człowiekiem  dumnym.  Postanowił,  Ŝe 

wygra walkę, więc musiało to być zwycięstwo w wielkim stylu, a jakieŜ to zwycięstwo, gdy 

przeciwnik popija mleko i pada ze zmęczenia. Irytował ją potwornie tą zdolnością panowania 

nad sobą, umiejętnością czekania. Dawał jej wolność, ale zamiast się z tego cieszyć, czuła się 

jedynie jeszcze bardziej rozstrojona. 

Wyjął kubek z jej ręki i odstawił na szafkę. 

-  A  moŜe  jednak  byłoby  lepiej,  gdybyśmy  się  kochali  dzisiaj?  Rano  mogłabyś 

powiedzieć, Ŝe byłaś zbyt zmęczona, Ŝeby mi się oprzeć? 

Doprawdy  szokował  ją  tym  odczytywaniem  jej  nawet  nie  do  końca  uświadamianych 

myśli. 

- Ja w ogóle nie Ŝyczę sobie Ŝadnych zbliŜeń z tobą. A juŜ zwłaszcza na tym łóŜku... 

- Niewygodne? 

-  Wygodne,  niewygodne,  to  bez  znaczenia.  Po  prostu  nie  mogę  znieść  myśli  o  tym, 

Ŝ

e... 

- śe spałem tu z Tiną? O to moŜesz być spokojna. Na tym łóŜku nikt nigdy ze mną nie 

spał. 

Odczuła  tak  ogromną  ulgę,  Ŝe  jej  piękne  zielone  oczy  zwilgotniały  nagle  i  dwie 

cięŜkie  łzy  stoczyły  się  powoli  po  policzkach.  Nick  nachylił  się  i  z  czułością  otarł  je 

background image

kciukiem.  Wstrzymała  oddech  nie  wiedzieć  czemu  -  moŜe  z  napięcia,  a  moŜe  dlatego,  Ŝe  ta 

ulotna chwila dała jej przedsmak tego, jak mogłoby potoczyć się ich poŜycie. 

-  No,  uspokój  się,  nie  trzeba...  -  Otoczył  ją  ramionami  i  zaczął  lekko  kołysać.  -  Jeśli 

nie uśniesz do czasu, aŜ się wykąpię - zagroził łagodnie, układając ją jak dziecko - to uwaŜaj, 

bo jeszcze podkusi mnie licho i będę się z tobą kochał do białego rana. 

Kiedy Raine obudziła się, w głowie huczała jej tylko jedna myśl: spali razem! Była w 

wielkim  łoŜu  sama,  ale  obok  niej  leŜała  zmięta  kołdra  i  wygnieciona  poduszka.  Niebieskie 

aksamitne  zasłony  były  odciągnięte.  Przez  wysokie  drzewa,  rosnące  przy  skwerze, 

przeświecało słońce. Spojrzała na swój maleńki  złoty zegarek. No, ładnie... Przespała blisko 

dobę. Ból głowy minął, czuła się znowu sobą i była przeraźliwie głodna. 

Zupełnie  jakby  myśl  potrafiła  czynić  cuda,  drzwi  otworzyły  się  i  wszedł  Nick  ze 

ś

niadaniem na tacy. 

- Lepiej się czujesz? Mam nadzieję, Ŝe jesteś wreszcie głodna. 

- Owszem. - Umknęła mu wzrokiem, gdy stawiał tacę na jej kolanach. 

- To dobrze. Proszę. 

Podniósł  pokrywkę  półmiska.  Zapachniało  jajecznicą  na  kruchutkim  bekonie.  Obok 

leŜała  góra  tostów  wielkości  dłoni,  stał  brązowy  dzbanuszek  z  klonowym  syropem  i  dwie 

identyczne filiŜanki, ale nakrycie było tylko jedno. 

- A ty? Nie jesz? - Poczuła się nieswojo na myśl, Ŝe Nick będzie tak siedział i tylko się 

przyglądał. 

- Jadłem śniadanie godzinę temu. Ale kawę wypiję z tobą chętnie. 

Nalał  kawę  do  obu  filiŜanek  i  podszedł  ze  swoją  do  okna.  Wdzięczna  za  to,  Ŝe 

zachował  się  taktownie,  rzuciła  się  na  jedzenie.  Spałaszowała  prawie  całą  jajecznicę  i  nie 

przejmując  się  tym,  Ŝe  miesza  pikantne  ze  słodkim  -  czego  Amerykanie  na  ogół  unikają  - 

zakończyła śniadanie tostem z syropem. 

- Dziękuję, to było pyszne. - Westchnęła błogo. Patrząc Raine w oczy, Nick uniósł jej 

dłoń i oblizał po kolei słodkie od syropu palce, a potem delikatnymi, drobnymi muśnięciami 

zlizał słodycz z jej warg. Zagrały w niej zmysły, kiedy jednak podała mu usta do pocałunku, 

powiedział miękko: 

-  Ostrzegam  cię  uczciwie.  Jeśli  się  raz  pocałujemy,  wrócę  pod  kołderkę  i  będę  się  z 

tobą kochał przez cały dzień. Mam cię pocałować? Chcesz? 

Pragnęła  tego  kaŜdym  nerwem,  ale  zapanowała  nad  sobą.  Dlaczego  znowu  dawał  jej 

moŜliwość wyboru? Zachowywał się tak, jakby zaleŜało mu na uniknięciu oskarŜenia o to, Ŝe 

ją  do  czegokolwiek  przymusza.  Tyle  Ŝe  gdyby  udało  mu  się  skłonić  ją  do  przyznania,  Ŝe  to 

background image

ona  go  pragnie,  miałby  zwycięstwo  w  kieszeni. A  zatem  nie  wolno  jej  było  przyznać  się  do 

własnych najgłębszych pragnień. 

- Raine... Chcesz? 

- Nie! - zaprzeczyła nieswoim głosem. 

- W takim razie - odsunął się - trzeba będzie spędzić ten dzień inaczej. Co byś chciała 

robić? 

-  Chciałabym  wyjść  z  tego  domu  i  nigdy  cię  juŜ  nie  oglądać.  A  poniewaŜ  to 

niemoŜliwe, jest mi dokładnie wszystko jedno. 

-  Będą  ci  potrzebne  ubrania.  Powiedziałem  Marcie,  Ŝeby  zapakowała  tylko 

podstawowe  rzeczy,  proponuję  więc,  Ŝebyśmy  się  wybrali  po  zakupy,  a  przy  okazji 

przypomnisz sobie Boston. 

Wezbrał w niej z nową siłą Ŝal do niego za to, Ŝe za cel podróŜy wybrał miejsce, które 

- o czym, musiał wiedzieć - budziło w niej najgorsze wspomnienia. 

- Nie mam ochoty. - Odwróciła wzrok. 

- Rozumiem, Ŝe nieszczególnie cię obchodzi, jak i gdzie spędzimy miodowy miesiąc. 

- Skąd wiesz? - wycedziła słodko. 

- Jakoś nie widać, Ŝeby rozpierała cię radość. 

- WyobraŜałeś sobie, Ŝe będzie inaczej? Nick uśmiechnął się blado. 

- Jeśli dobrze sobie przypominam, kategoryczny sprzeciw wzbudzała w tobie jedynie 

perspektywa wyjazdu do ParyŜa. Boston kiedyś bardzo ci się podobał. 

- Ale tym razem wybrałeś go wręcz za karę - powiedziała rozŜalona. 

-  Wybrałem  go,  Ŝebyśmy  mogli  dzień  czy  dwa  odpocząć,  pobyć  tylko  we  dwoje. 

Myślałem, Ŝe łatwiej ci tu będzie oswoić się z sytuacją i... 

Roześmiała się sarkastycznie. 

- UwaŜasz, Ŝe kiedykolwiek oswoję się z faktem, Ŝe dałam się zmusić do małŜeństwa 

z kimś, kogo nienawidzę? 

Wyraźnie starał się zachować cierpliwość. 

- Nie musimy siedzieć w Bostonie. Chcesz, to wyjedziemy, choćby dziś... Raine... Nie 

ma sensu tak się kłócić. Proszę cię jedynie o odrobinę dobrej woli po to, Ŝeby nasza podróŜ 

poślubna przebiegła moŜliwie najprzyjemniej. Po prostu powiedz, dokąd chciałabyś pojechać. 

Gdy po raz kolejny odęła się i zrobiła ironiczną minę, potrząsnął nią lekko. 

- Słuchaj... Nie chcę, Ŝebyś znienawidziła mnie jeszcze bardziej, więc. 

- Bardziej juŜ chyba nie potrafię. 

- W porządku. W takim razie nie mam nic do stracenia. 

background image

-  Nic  -  przytaknęła  zjadliwie.  -  Jest  mi  dokładnie  wszystko  jedno,  gdzie  spędzimy  te 

parę tygodni. Piekło wszędzie jest takie samo. 

Zacisnął boleśnie palce na jej ramionach i nagle, jakby się obawiał, Ŝe zrobi coś złego, 

puścił ją i wstał. 

-  No  to  pięknie.  -  Wyczuła,  Ŝe  ogarnia  go  furia.  -  Chcesz  piekła,  to  postaram  się  nie 

sprawić ci zawodu. 

-  Nick,  ja...  -  zaczęła  przeraŜona,  uświadamiając  sobie,  Ŝe  przebrała  miarę,  ale 

wyszedł, głośno zamykając drzwi. 

Roztrzęsiona  wyskoczyła  z  łóŜka,  wyjęła  z  walizki  świeŜą  bieliznę,  sukienkę  z 

wełenki  i  półbuty  na  wysokim  obcasie.  NaleŜało  koniecznie  załagodzić  sytuację.  Szybko 

ubrała  się  i  zamierzała  juŜ  pójść  do  niego,  gdy  raptem,  przechodząc  przez  sypialnię, 

zorientowała  się,  Ŝe  jej  walizka  znikła.  Odczuła  nagły  niewytłumaczalny  niepokój.  Nie 

wariuj, skarciła się w duchu. Na pewno słuŜąca albo sama pani Espling chciała zrobić porzą-

dek. Zeszła po schodach i od razu w holu natknęła się na Nicka. Trzymał w ręku jej torebkę i 

ciepłą, długą kurtkę. 

Albo  czytał  w  jej  myślach,  albo  sam  zdecydował,  Ŝe  jednak  pojadą  do  centrum.  Bez 

słowa podprowadził ją do duŜego auta. Było wygodne i wyposaŜone w klimatyzację. 

Przez  pewien  czas,  gdy  jechali  malowniczymi  uliczkami  Beacon  Hill,  spokojnie 

oglądała  widoki  za  szybą.  Nagle  coś  obudziło  jej  czujność.  Nick  w  ogóle  się  nie  odzywał. 

Cisza panująca w samochodzie stawała się nie do zniesienia. 

- Zwykle nie jeździsz tym autem - odezwała się, Ŝeby cokolwiek powiedzieć. 

- SłuŜy mi do podróŜowania zimą. 

- A co to za marka? 

- Cherokee Chief. 

- Pytam, bo pomyślałam, Ŝe to trochę dziwne wybierać się takim autem po zakupy. 

- Nie jedziemy po zakupy. 

Zrozumiała.  Skończyły  się  Ŝarty.  Jej  dotychczasowy  niepokój  przemienił  się  w 

prawdziwy strach. 

- A dokąd?! - rzuciła ostro. 

-  W  podróŜ  poślubną.  -  Zerknął  na  nią  spod  długich,  ciemniejszych  od  włosów,  lecz 

złotawych na końcach rzęs. 

A zatem to dlatego z pokoju znikły jej rzeczy i walizka! Oczywiście, jak mogłam tego 

nie  przewidzieć,  pomyślała  z  bijącym  sercem,  jeszcze  nie  do  końca  tracąc  nadzieję,  Ŝe  myli 

się w swych przeczuciach. 

background image

- Dokąd? - wydusiła. 

-  Zgadnij.  -  Spostrzegła,  Ŝe  skrzywił  się  w  okrutnym  uśmiechu.  Kpił  z  niej  w  Ŝywe 

oczy. 

Nie, pomyślała rozgorączkowana. Do Sowiej Zatoczki nie wrócę za nic. Rok temu tak 

wyobraŜała  sobie  raj,  ale  teraz  wspomnienia  związane  z  tym  miejscem  były  wręcz  nie  do 

zniesienia. 

- Nick, proszę cię - powiedziała z paniką w głosie. - Pojadę wszędzie, wszędzie, byle 

nie tam. 

- Dałem  ci wolność wyboru - stwierdził beznamiętnie,  gdy przejechali mostem przez 

Charles  River  i  skręcili  na  autostradę  biegnącą  wybrzeŜem  Nowej  Anglii  do  Maine.  -

Powiedziałaś, Ŝe piekło jest wszędzie takie samo. Pozwól zatem, moja droga Ŝono, Ŝe zrobię 

je tam, gdzie zechcę. 

Sama ściągnęła na siebie to nieszczęście, nie odezwała się więc ani słowem. 

- Nie zamierzasz mnie błagać? 

- Coś by to dało? 

- Nie, ale miałbym przynajmniej satysfakcję. 

-  Figa  z  makiem  -  odburknęła  bez  zastanowienia,  powtarzając  jedno  z  ulubionych 

powiedzonek Margo. 

Wybuchnął śmiechem. 

- Wreszcie trochę humoru. Jest nadzieja, Ŝe się kiedyś rozchmurzysz, a jak juŜ, to... - 

Puścił  do  niej  oko.  -  W  Sowiej  Zatoczce  będziemy  zupełnie  sami.  W  promieniu  kilku 

kilometrów nie ma Ŝywej duszy. 

- Usiłujesz mnie przestraszyć... 

-  Jak  widzę,  z  powodzeniem.  Ale  -  zerknął  w  jej  stronę  -  nie  masz  się  czego  bać. 

Zdrzemnij się lepiej. Do Bangoru jedzie się mniej więcej pięć godzin, a potem minie jeszcze 

trochę czasu, nim dotrzemy na miejsce. 

Pomyślała  o  drogach,  po  których  jeździły  jedynie  platformy  z  drzewem,  o  leśnych 

ostępach i kompletnym bezludziu. Ogarnął ją lęk. 

- Do tego czasu zrobi się zupełnie ciemno... 

- Mamy mocne światła, a w puszczy czuję się niemal jak w domu. 

Nick  nigdy  nie  przestawał  jej  zdumiewać.  Wydawał  się  kimś,  kto  realizuje  się  w 

mieście,  w  wielkim  świecie.  Stryj  Harry  opowiadał  jej  jednak,  Ŝe  jako  bardzo  młody 

męŜczyzna  Nick  spędził  duŜo  czasu  w  bazach  przy  wyrębie  lasu.  To  tam  nabrał  tęŜyzny, 

harując  fizycznie  jak  wszyscy  pozostali  robotnicy,  i  zapracował  na  szacunek  swoich 

background image

przyszłych podwładnych. Sam stryj równieŜ kochał dziką przyrodę. Opowiadał, Ŝe przed laty 

sporo z Nickiem wędrowali i pływali kajakiem, docierając czasem do samych mateczników. 

Mateczniki... Stare, prawie juŜ zapomniane słowo. Poczuła dreszcz emocji, ale szybko 

odechciało się jej romantycznych uniesień. 

Miała  przed  sobą  całe  pięć  godzin.  Jeśli  przez  ten  czas  potrafiłaby  jakimś  cudem 

namówić  Nicka  na  nocleg  w  Bangorze,  to  rano  moŜe  nie  byłby  juŜ  taki  zawzięty...  ChociaŜ 

przespała  całą  dobę,  musiała  się  chyba  w  którymś  momencie  zdrzemnąć,  gdyŜ  kiedy 

podniosła  cięŜkie  powieki,  spostrzegła,  Ŝe  słoneczna,  łagodna  aura  zmieniła  się  nie  do 

poznania. Silny wiatr kładł pokotem trawy, na niebie kłębiły się chmury i padał deszcz. 

Zjechali  z  autostrady  i  wjechali  w  ruchliwe  uliczki  jakiegoś  centrum  handlowego  z 

parkingami,  stacją  benzynową,  agencją  wynajmu  samochodów,  barem  kawowym  i  restaura-

cją, w której serwowano owoce morza. 

- Zjadłabyś coś? 

Nie  chciało  jej  się  jeść,  ale  ochoczo  skinęła  głową.  Przy  jedzeniu  zawsze  łatwiej 

nawiązać  rozmowę.  MoŜe  jednak  Nick  zgodzi  się  przenocować  w  Bangorze.  Rano 

zaproponowałaby  mu  na  przykład  wycieczkę  nad  Niagarę.  Mogliby  tam  spędzić  parę  dni,  a 

moŜe  zostać  na  dłuŜej.  Wśród  ludzi,  w  hotelu.  ..  Zapędziła  się  w  marzeniach,  ale  póki  co 

naleŜało  je  ograniczyć  do  Bangoru.  Bo  potem,  gdyby  ruszyli  dalej  na  północny  wschód, 

byłaby juŜ tylko więźniem Nicka - skazana na jego łaskę i niełaskę. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Zaparkowali w pobliŜu restauracji „Pod homarem” i w ulewnym deszczu przebiegli do 

ś

rodka. Natychmiast zajęto się ich okryciami i wskazano stolik na przeszklonej, stylizowanej 

na morski brzeg werandzie. O szyby bił deszcz. Świat ginął w jego nieprzerwanych strugach. 

Jak  wskazywała  nazwa  restauracji,  tutejszą  specjalnością  były  homary.  Kelnerka  w 

nieskazitelnie  białej  bluzce,  krótkiej  czarnej  spódnicy  i  klapkach  -  na  oko  dorabiająca  sobie 

studentka  -  zaczęła  wyliczać  sposoby,  na  jakie  je  tu  przyrządzano  i  podawano,  ale  Raine, 

czując, Ŝe z homarem w Ŝadnej postaci sobie dziś nie poradzi, przejrzała szybko kartę i wy-

brała sałatkę. Gdy tylko dziewczyna przyjęła zamówienie i odeszła, zebrała się na odwagę. 

- Ile czasu zabierze nam jazda do Bangoru? 

- Jakąś godzinę... moŜe półtorej. Upiła łyk wody. 

- Jesteś chyba zmęczony. Prowadzenie samochodu w takim deszczu to istna mordęga. 

Spojrzał  na  nią  tak  obojętnie,  Ŝe  natychmiast  pojęła  beznadziejność  próby  realizacji 

swego planu, lecz chcąc przynajmniej zyskać na czasie, brnęła dalej: 

-  Czy  nie  uwaŜasz,  Ŝe  rozsądniej  byłoby  zatrzymać  się  na  noc  w  jakimś  motelu?  Źle 

mówię? - rzuciła zdesperowana, gdy w ogóle nie zareagował. - PrzecieŜ do Sowiej Zatoczki 

zawsze moŜemy pojechać jutro. Jeśli oczywiście będziesz chciał... 

Powoli powiódł po niej spojrzeniem. 

-  Wolałbym  znaleźć  się  tam  juŜ  dziś  -  powiedział  spokojnie.  -  Mam  pewne  plany,  a 

pokoik  w  motelu  o  ścianach  cienkich  jak  papier  nie  bardzo  się  nadaje  do  realizacji  moich 

zamierzeń... 

- Nick, posłuchaj. Sam mówiłeś, Ŝe nie ma sensu robić z Ŝycia piekła. Zgadzam się z 

tobą. Byłam złośliwa i w ogóle niemoŜliwa. Przepraszam. 

- Uznałaś, Ŝe przeprosiny mogą mnie ugłaskać? - Z satysfakcją przyglądał się, jak jej 

policzki stają w ogniu, i pokręcił głową. - Lepiej coś zjedz. 

-  Nie.  Naprawdę  więcej  nie  mogę.  Napiłabym  się  kawy.  Zamówił  kawę  i  od  razu 

poprosił o rachunek. Napiwek był tak hojny, Ŝe  kelnerka spojrzała na niego najpierw zasko-

czona, a potem uradowana. 

- Bardzo dziękuję! śyczę miłego dnia. 

Trzymając Raine pod łokieć, poprowadził ją do holu, gdzie zdjął kurtkę z wieszaka. 

- Muszę jeszcze umyć ręce. 

background image

Klimatyzowane  pomieszczenie  było  przyjemne  i  dobrze  oświetlone,  wyposaŜone  w 

kilka krzesełek, długą toaletkę z lustrem i rząd umywalek. Raine rozejrzała się i dusza w niej 

zamarła. śadna z kabin nie miała okna; wchodziło się i wychodziło tymi samymi drzwiami. O 

ucieczce  nie  mogło  być  mowy.  Jakby  wiedziony  siódmym  zmysłem,  Nick  odwrócił  się, 

ledwie otworzyła drzwi. Nie pozostawało nic innego, jak pójść za nim. 

ChociaŜ było dopiero wczesne popołudnie, zrobiło się prawie ciemno, a deszcz lał jak 

z  cebra.  Skuleni  pod  parasolami  ludzie  wyskakiwali  ze  swych  samochodów.  Na  mokrych 

chodnikach  odbijały  się  czerwone,  niebieskie  i  zielone  światła  neonów.  Wracając  na 

autostradę, mijali stację benzynową. Nick sprawdził poziom paliwa. 

-  Warto  by  dopełnić  bak  -  powiedział  i  korzystając  z  tego,  Ŝe  jedno  miejsce  przy 

dystrybutorze właśnie się zwolniło, podjechał tam, wyłączył silnik i wysiadł. 

Raine  ogarnęło  niesamowite  podniecenie.  Oto  nadarzała  się  sposobność,  o  jakiej 

nawet  nie  marzyła.  Główne  wejście  do  pasaŜu  handlowego  znajdowało  się  tuŜ,  tuŜ.  Gdyby 

tylko  udało  się  tam  niepostrzeŜenie  wśliznąć,  byłoby  stosunkowo  łatwo  zniknąć  w  tłumie 

ludzi,  labiryncie  korytarzy,  sieci  stoisk  i  salonów  firmowych.  Co  prawda  zostałaby  bez 

walizki,  ale  jakoś  by  sobie  poradziła.  Nie  miała  przy  sobie  dolarów,  a  jedynie  angielskie 

drobniaki,  lecz  od  czego  są  karty  kredytowe.  ..  Siedziała  cicho  jak  myszka,  gdy  tymczasem 

Nick  napełnił  bak,  wsiadł  za  kierownicę  i  podjechał  parę  metrów  do  przodu.  Gdyby  jeszcze 

zostawił kluczyki w stacyjce, kiedy poszedł płacić za benzynę... Niestety, jakby coś go tknęło, 

zabrał je ze sobą. 

Błyskawicznie  wysiadła  i  powstrzymując  się  od  biegu,  spokojnie  wmieszała  się 

między  ludzi  zmierzających  do  wejścia.  Z  bijącym  sercem,  na  dziwnie  sztywnych  nogach 

przemierzyła główny hol, skręciła, wsiadła do winy i wjechała na piętro. 

Z witryn wielu sklepików nie zdjęto jeszcze dekoracji z okazji Halloween, ale Raine, 

oglądając  się  raz  po  raz  nerwowo  za  siebie,  prawie  nie  zauwaŜała  czarownic  w  czarnych 

szpiczastych  kapeluszach,  upiorów  w  białych  szatach  i  podświetlonych  lampionami, 

wydrąŜonych dyń, przypominających pomarańczowe, uśmiechające się złowieszczo głowy. 

Ochrona  pasaŜu  handlowego  była  liczna  i  widoczna.  Wszędzie  przechadzały  się 

umundurowane patrole, wyposaŜone w krótkofalówki. Jednemu z nich towarzyszył owczarek 

alzacki.  ZauwaŜyła,  jak  jakiegoś,  zdaje  się  podpitego,  młokosa  straŜnicy  odizolowali 

sprawnie od koleŜków i udzielili mu przestrogi. 

Czując się nadal bardzo niepewnie, Raine weszła do jednego z większych salonów, ale 

kiedy  zbyt  długo  bez  celu  kręciła  się  między  stoiskami,  spostrzegła  podejrzliwe  spojrzenie 

straŜniczki.  Przeszła  więc  gdzie  indziej.  Stopniowo  uspokajała  się  i  po  więcej  niŜ  godzinie 

background image

krąŜenia od sklepu do sklepu powiedziała sobie stanowczo, Ŝe nic jej nie grozi. Gdyby nawet 

Nick  domyślił  się,  Ŝe  weszła  do  pasaŜu,  i  tak  Ŝadną  miarą  nie  zdołałby  przeszukać  tak 

ogromnego  kompleksu.  Ale  czy  odjechał?  MoŜna  to  było  sprawdzić  tylko  w  jeden  sposób. 

Zdobyła się na odwagę i zjechała do głównego wejścia. 

WciąŜ  lał  deszcz,  a  wiało  chyba  jeszcze  mocniej  niŜ  przedtem.  Starając  się  jak 

najdłuŜej  nie  wychodzić  na  otwartą  przestrzeń,  przeszła  w  stronę  parkingu,  otoczonego 

sznurem z róŜnobarwnymi chorągiewkami, szarpanymi teraz przez wiatr. Czujny rzut oka na 

zatoczkę, w której zaparkował Nick, przekonał ją, Ŝe jego samochód znikł. Odetchnęła z ulgą 

i  ruszyła  szybko  w  stronę  agencji  wynajmu  samochodów,  usiłując  po  drodze  namacać  w 

torebce portfel, w którym trzymała karty kredytowe, prawo jazdy i pieniądze. Nie mogła  go 

znaleźć,  więc  zatrzymała  się,  poszukała  spokojniej  -raz,  drugi,  trzeci  i  niestety  -jej 

podejrzenia potwierdziły się. Portfela nie było. 

- Czym mogę słuŜyć? - przywitała ją nosowym głosem brunetka za ladą. 

- Miałam zamiar wypoŜyczyć samochód, ale... chyba zgubiłam dokumenty. 

-  Proszę  zapytać  w  informacji  pasaŜu  handlowego  -  doradziła  bez  zainteresowania 

urzędniczka. - MoŜe będą coś wiedzieli. 

- Tak, tak, dziękuję. - Raine odwróciła się na pięcie, wybiegła na ulicę i wpadła prosto 

w ramiona barczystego męŜczyzny. Podniosła wzrok i poczuła się tak, jakby spadała windą w 

dół. 

- Dziwi cię mój widok? - zadrwił Nick. 

- Nie było samochodu... Myślałam, Ŝe pojechałeś... 

- Tak ci się tylko wydawało. No, a skoro juŜ się dobrze zabawiłaś... 

Był  wściekły.  Czuła  to, gdy  objął  ją  w  talii  i  popędził  tą  samą  drogą,  którą  przyszła. 

Trzęsła się cała - z wraŜenia i z zimna. Och, po co wychodziła z tego przeklętego pasaŜu... 

-  Gdybyś  przez  najbliŜszy  kwadrans  nie  wyszła,  sam  bym  cię  tam  dorwał.  Przez 

calutką godzinę wiedziałem dokładnie o kaŜdym twoim kroku. 

- Ciekawe, jakim cudem? Chyba za mną nie chodziłeś? 

-  Nie  było  to  konieczne.  -  Widząc,  Ŝe  Raine  trzęsie  się  jak  w  febrze,  stwierdził 

lakonicznie: - Powinnaś się przed drogą napić gorącej kawy. 

Bar  kawowy  był  duszny  i  dość  obskurny.  Do  tej  pory  dodawało  jej  sił  nerwowe 

podniecenie,  ale  gdy  tylko  usiadła  na  jednej  z  czerwonych  plastikowych  ławeczek,  uszła  z 

niej cała energia. Dopiero pyszna, mocna kawa postawiła Raine na nogi. 

- Skoro nie szedłeś za mną, to skąd wiedziałeś, gdzie jestem? - zapytała przyciszonym 

głosem. 

background image

- Zawiadomiłem ochronę pasaŜu. Myśleli, zdaje się, Ŝe to jakiś test ich umiejętności, 

rodzaj  wewnętrznej  kontroli.  Namierzyli  cię  w  parę  minut  i  nieustannie  obserwowali...  Bo 

widzisz - dodał lekko - tak się składa, Ŝe ten obiekt podlega przedsiębiorstwu, którego jestem 

właścicielem. 

A  zatem  przez  cały  ten  czas,  gdy  wydawało  jej  się,  Ŝe  jest  względnie  bezpieczna, 

podglądały ją oczy i uszy Wielkiego Brata. Zabawne. Doprawdy, bardzo zabawne! Wybuchła 

histerycznym śmiechem. Nick przechylił się przez stolik i zamknął jej usta pocałunkiem. Dla 

postronnych wyglądali zapewne jak zakochana para. Myśl ta straszliwie zezłościła Raine. 

-  W  Ŝyciu  bym  nie  podejrzewała,  Ŝe  zarabiasz  równieŜ  na  przydroŜnych  obiektach 

usługowych - uśmiechnęła się złośliwie. 

- Czemu nie? 

- To pewnie mieszcząca się tu agencja wynajmu samochodów teŜ jest twoja? 

-  Rozczaruję  cię,  ale  nie.  -  Zatrzymał  wzrok  na  jej  podkrąŜonych  oczach.  - 

WypoŜyczyłabyś samochód, a potem? 

-  Miałam  zamiar  zanocować  w  motelu  i  ułoŜyć  jakiś  sensowny  plan.  Ale  widać 

wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Zgubiłam portfel i karty kredytowe. 

Cmoknął drwiąco. 

- Jejku, jejku. Ale z ciebie gapa. 

Raptem przypomniała sobie, jak w Bostonie podawał jej kurtkę i torebkę. 

- Nie zgubiłam ich, tak? Ty mi je zabrałeś! 

- Zgadza się. 

- Ale dlaczego? 

-  Naprawdę  nie  wiesz?  -  zapytał  znudzonym  tonem.  Pewnie,  Ŝe  wiedziała. 

Bezsensowne pytanie. Nie miała przy nim najmniejszych szans. Przewidział wszystko. Na jej 

twarzy odmalowała się czysta rozpacz. 

-  Kończ  tę  kawę  -  nakazał  szorstko.  -  Jedziemy.  Mogła  zrobić  scenę,  powiedzieć,  Ŝe 

nigdzie  się  stąd  nie  ruszy.  Tylko  co  by  to  dało?  Była  oficjalnie  i  bezdyskusyjnie  jego  Ŝoną. 

Nikomu  nie  chciałoby  się  mieszać  do  czegoś,  co  uznano  by  bez  wątpienia  za  zwykłą 

małŜeńską  sprzeczkę.  Wraz  z  bezradnością  ogarnęła  ją  nagle  jakaś  bezwołność.  W  wietrze i 

deszczu,  dała  się  szybko  przeprowadzić  do  samochodu,  ukrytego  między  poobijaną 

cięŜarówką a sportowym bolidem. 

Parę  chwil  później  skręcili  na  autostradę  międzystanową.  Zapewne  z  powodu  bardzo 

złej  pogody  jechało  nią  niewiele  pojazdów.  Ponurym  myślom  Raine  towarzyszył  jedynie 

ś

wist  opon  na  mokrej  nawierzchni  i  rytmiczny  ruch  wycieraczek.  Lśniący  czarny  pas  szosy 

background image

zdawał się nie mieć końca. W pewnym momencie światła samochodu omiotły znak drogowy. 

Bangor! Kiedy zostawili go z tyłu, Raine poczuła na piersiach przygniatający cięŜar. 

O  ile  na  autostradzie  panował  niewielki  ruch,  szosa,  w  którą  skręcili,  wiodąca  ku 

granicy z Kanadą, była juŜ zupełnie opustoszała. Bez cienia nadziei na to, Ŝe coś się odmieni, 

Raine wypatrywała tępo Sowiej Zatoczki. A tam stanie przed nią tylko jeden wybór - poddać 

się bez oporu lub walczyć. Rezultat i tak miał być ten sam. Wstyd, upokorzenie. .. Udręczona, 

zmorzona jednostajną jazdą, ciepłem i ciemnością, poczuła, Ŝe opadają jej powieki. 

Wstrząsnęło  nią  tak  mocno,  Ŝe  natychmiast  się  ocknęła  i  otworzyła  oczy.  Samochód 

podskakiwał  na  nierównej  drodze,  tylko  odrobinę  szerszej  od  leśnej  przecinki.  W  przednich 

ś

wiatłach wyłaniały się kałuŜe i wyboje, o boki samochodu szorowały gałęzie sosen. Kolebiąc 

się  i  ślizgając,  przejechali  kilka  kilometrów,  aŜ  wreszcie  drzewa  rozstąpiły  się  i  Raine 

zobaczyła  drewniany  mostek.  Nie  miał  poręczy  i  był  tak  wąski,  Ŝe  auto  ledwie  się  na  nim 

mieściło.  Zerknęła  na  wezbraną  pod  nimi  kipiel,  przelewającą  się  po  ogromnych  głazach,  i 

wstrzymała  oddech.  Nick  jednakŜe  przejechał  po  mostku  bez  wahania.  Zatrzymał  ubłocony 

samochód obok chaty, zeskoczył na ziemię i w ulewnym deszczu przebiegł na drugą stronę. 

- W tych bucikach - przeniósł wzrok z grzęzawiska na jej skórzane półbuty na obcasie 

- nie dasz rady. Lepiej będzie, jak cię przeniosę. 

- Daj spokój. Poradzę sobie. 

Zrobił  ironiczną  minę,  ale  powiedział  tylko:  „Jak  sobie  Ŝyczysz”  i  odsunął  się, 

przytrzymując drzwi. 

Wysiadła  najostroŜniej,  lecz  i  tak,  ledwie  dotknęła  ziemi,  wysokie  obcasy  od  razu 

ugrzęzły w błocie. Udało jej się zrobić dwa czy trzy kroki. Zgubiła najpierw jeden but, zaraz 

potem  drugi.  Idąc  w  samych  pończochach,  ślizgając  się,  straciła  w  końcu  równowagę, 

zamachała rękami i upadła jak długa. W szumie deszczu usłyszała Nicka. Nachylił się nad nią 

ze śmiechem. 

- Na pewno nie potrzebujesz pomocy? 

-  Na  pewno  -  odburknęła,  usiłując  klęknąć.  -  Poradzę  sobie,  choćbym  nawet  miała 

pływać w tym błocku. 

- Doskonałe. 

Zdołała  wstać,  ruszyła  z  miejsca  i  znowu  upadła  w  błoto.  śeby  tylko  w  błoto!  Tym 

razem lądowanie nie okazało się takie miękkie. Uderzyła o kamienie i korzenie. Poczuła ból 

w Ŝebrach, prawy policzek piekł. LeŜała przez chwilę nieruchomo, ale Nicka zupełnie to nie 

obeszło.  Wyjął  bagaŜe  i  otworzył  chatę.  Pomyślała  o  nim  z  dziką  wściekłością  i  jeszcze  raz 

spróbowała się dźwignąć. W oknach zabłysło światło. Nick wrócił, Ŝeby zamknąć samochód. 

background image

Raine tymczasem gramoliła się schodami na werandę, cała w błocie, przemoczona do suchej 

nitki. Pod osłoniętym gankiem czekały na nią otwarte drzwi. Wszystko wyglądało tak, jak to 

zapamiętała. Zapiekły ją łzy. Zmusiła oporne nogi, by przeniosły ją przez próg, zamknęła za 

sobą cięŜkie drzwi i powiesiła torebkę na haku. 

Nick, z pudełkiem zapałek w ręku, pochylał się nad szybrem. Gdy trzęsąc się, stanęła 

w drzwiach, zerknął na nią. 

- Pięknie wyglądasz. 

- Zawsze mi mówiono, Ŝe błoto robi dobrze na cerę. 

-  Lepiej  zdejmij  z  siebie  te  mokre  łachy  -  doradził  spokojnie.  -  Napaliłem.  W  termie 

będzie zaraz gorąca woda. 

Kiedy  czysta,  z  umytymi  włosami  wyszła  z  łazienki  w  białym  płaszczu  kąpielowym 

Nicka, w piecu buzował ogień. Było ciepło, a zasłony odcinały dom od wietrznej, deszczowej 

nocy. Nick wrócił właśnie z naręczem drew z krytego składziku na werandzie. Sądząc po jego 

mokrych  włosach  i  ilości  nagromadzonego  drzewa,  musiał  wychodzić  na  dwór  kilkakrotnie. 

Odnalazł teŜ jej buty. Suszyły się przy piecu, zabłocone i zniszczone. 

Zrzucił z siebie skórzaną kurtkę i powiesił obok jej torby. 

- Wszystko w porządku? Kiwnęła głową. 

Nagle znalazł się o wiele za blisko. Wpatrując się w jej prześliczną twarz, odsunął na 

bok  pasemko  włosów  zasłaniające  zadrapanie  na  policzku  i  czule,  jakby  była  dzieckiem, 

nachylił się nad nią. Chciał ją pocałować, ale odsunęła się błyskawicznie. 

- Rozumiem, Ŝe zwolniłaś juŜ łazienkę? 

- Tak. 

-  Wobec  tego  idę  się  myć.  A  ty  bądź  łaskawa  zacząć  swoje  Ŝonine  obowiązki  od 

przyszykowania kolacji. 

Dotknięta do Ŝywego tym pełnym drwiny nakazem, popatrzyła na niego bez słowa. 

- Puszkę to chyba umiesz otworzyć? 

- A moŜe wolałbyś, Ŝebym wyszła na dwór i upolowała coś świeŜego? 

Roześmiał się i popatrzył na jej wystające spod kąpielowego płaszcza stopy. 

-  W  takim  stroju? Jak  moŜe  zauwaŜyłaś,  jest  trochę  grząsko.  Ale  rób,  jak  uwaŜasz.  - 

Uśmiechnął się i wchodząc do łazienki, zawołał ironicznie: - Ostatecznie moŜe być fasolka po 

bretońsku. 

Fasolka!  Dobre sobie! Kipiąc ze złości, otworzyła walizkę i włoŜyła świeŜą bieliznę, 

spodnie,  sweterek  zapinany  na  perłowe  guziczki  i  futrzane  kapcie,  za  których  zapakowanie 

pobłogosławiła w duchu Marthę. 

background image

SpiŜarnia zaopatrzona była tak samo dobrze, jak rok temu. WciąŜ mrucząc pod nosem 

złośliwości, Raine zaczęła buszować po półkach.  Postanowiła pokazać temu szczwanemu li-

sowi, na co ją stać. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Jakieś dziesięć minut później Nick wyszedł z łazienki, podsuszając jeszcze ręcznikiem 

włosy,  ale  była  tak  pochłonięta  swoim  zadaniem,  Ŝe  ledwie  zerknęła  w  jego  stronę.  Gdy 

główne  danie  dopiekło  się,  a  szarlotka  nabrała  złotego  koloru,  Raine  nakryła  do  stołu.  Nick 

otworzył butelkę kalifornijskiego białego wina. 

Zapiekanka  prezentowała  się  pięknie.  Zewnętrzny  pierścień  ryŜu  był  leciutki  i 

puszysty.  Kurczak  i  warzywa  z  puszki,  z  malutkimi  zwiniętymi  plasterkami  podwędzanej 

szynki  i  serduszkami  karczochów,  wyglądały  świeŜo  i  kolorowo,  a  zioła  i  przyprawy 

nadawały całości taki aromat, ze ślinka sama leciała do ust. 

Kiedy  Nick  spojrzał  na  stół  z  wyraźną  aprobatą,  Raine  sięgnęła  po  dzbanuszek 

grzejący się na piecu. 

- Wystarczy doprawić i moŜemy jeść. 

- Wygląda to wszystko i pachnie cudnie. 

- Cieszę się... 

Zaalarmowany jej niezwyczajną układnością, zerknął na nią czujnie. Uśmiechnęła się 

niewinnie i polała ryŜ i mięso gęstym kremowym sosem z dzbanuszka. 

- Posmakuj, jest naprawdę pyszny. 

To  był  najzwyklejszy  sos  serowy  z  puszki.  Niezwykłości  dodawał  mu  dolany  w 

rozsądnych ilościach skondensowany Ŝółty płyn do mycia naczyń. Raine wzięła duŜą łyŜkę i 

nałoŜyła zapiekankę Nickowi, a potem sobie. Gdy zaczął jeść, uniosła kieliszek do ust. Nagle 

rzucił  widelec  na  talerz,  zasłonił  usta  i  wybiegł  do  łazienki.  Nawet  się  nie  poruszyła  i 

spokojnie sączyła wino. 

Upłynęła dobra chwila, nim wrócił. Wyglądał zatrwaŜająco spokojnie. 

- Ach, ty małpo! - Stanął nad nią, patrząc z niekłamanym podziwem. 

- W piecyku jest szarlotka. 

- Z dodatkiem czego? 

- Niczego. 

- MoŜe to dziwne, ale jakoś odechciało mi się jeść. A właściwie - zamruczał jak kot - 

nabrałem apetytu, ale na coś zupełnie innego. 

- Będę się bronić! Roześmiał się, błyskając zębami. 

- Melodramat! 

- MoŜe. Ale będziesz musiał uŜyć siły. 

background image

Ujął ją pod ramię i chciał wyprowadzić z kuchni. 

- A kawa? Proszę... Tak mi się chce pić. Nienawidziła siebie za to, Ŝe go prawie błaga, 

i jego za to, Ŝe ją do tego zmusza, ale kaŜdy pretekst był dobry. 

-  Zgoda. Ale to juŜ twoja ostatnia zagrywka. Basta! - Poprowadził ją  w stronę kręgu 

ciepła i światła bijącego od pieca i bezceremonialnie wepchnął w niski fotel. - A kawę zrobię 

sam. Być moŜe wiesz, gdzie trzymam trutkę na szczury. 

- Gdybym wiedziała, juŜ bym jej uŜyła. 

Zapatrzyła  się  w  płomienie,  pewna,  Ŝe  wszystko,  co  osiągnęła,  to  kolejne  odroczenie 

wyroku.  Przed  samą  klęską  wybronić  nie  mogło  jej  juŜ  nic.  Z  polana  strzeliły  iskry.  Ostry 

zapach palącej się jedliny zmieszał się z delikatną wonią kawy. Deszcz bił o szyby, poświsty 

wiatru uderzały w chatę i targały gałęziami sosen. 

Razem z kawą na stoliku pojawił się koniak i dwa kieliszki. Ogień odbił się błyskiem 

w ciemnych oczach Nicka i oświetlił mu twarz. 

- Brandy? - zaproponował. Zawahała się, upijając łyk kawy. 

- Odrobina pomogłaby ci się odpręŜyć - zasugerował lakonicznie. 

Miała  juŜ  odmówić,  ale  nagle  zmieniła  decyzję.  Alkohol  w  odpowiedniej  dawce 

dodałby  jej  straceńczej  odwagi.  Znieczuliłby  ją  na  to,  co  miało  się  stać.  Przydałoby  się 

porządnie sobie golnąć, ale Nick nalał jej zaledwie parę kropel. Gdy uniosła kieliszek do ust, 

ręka tak się jej trzęsła, Ŝe aŜ zęby zaszczekały o szkło. Połknęła złocisty trunek jak lekarstwo i 

poprosiła o więcej. 

-  Lepiej  nie  -  sprzeciwił  się  Nick.  -  Od  śniadania  prawie  nic  nie  jadłaś.  Alkohol  od 

razu uderzy ci do głowy. 

- I co z tego? 

- A to - odstawił kieliszek na bok - Ŝe nie Ŝyczę sobie, Ŝebyś mi się zataczała. Mamy 

przed sobą całą noc, a obiecałem ci... wiesz, co. 

PrzeraŜona  zerwała  się  na  równe  nogi,  lecz  Nick  był  szybszy.  Przeganiał  palcami  jej 

włosy, ujął w dłonie twarz i nagle obsypał ją drobnymi pocałunkami. Pocałunkami słodszymi 

niŜ wino. Ustami zamknął jej powieki, musnął brwi, czubek nosa i kącik ust. 

-  Czekałem  na  to  tak  długo,  tak  długo  -  wyszeptał  chrapliwie  -  i  chcę,  Ŝebyś  była 

ś

wiadoma  tego,  co  się  dzieje.  Chcę  czuć,  Ŝe  sprawiam  ci  rozkosz,  słyszeć,  jak  wzdychasz, 

prosisz, błagasz. 

Serce  biło  jej  tak  szybko,  Ŝe  traciła  oddech.  Jeszcze  trudniej  było  okiełznać  budzące 

się poŜądanie. 

background image

- Jeśli zaleŜy ci na tym, Ŝebym błagała, to proszę - wydusiła - mogę to zrobić juŜ teraz. 

Nick,  błagam  cię,  puść  mnie.  Nie  powinnam  była  zgodzić  się  na  to  małŜeństwo.  To  dla 

mnie... poniŜające. 

W szafirowych oczach Nicka zapłonął gniew. Ubodła go tym określeniem do Ŝywego. 

- Nie przejmuj się - wycedził z tygrysim uśmiechem. -Mam absolutną pewność, Ŝe to 

poniŜenie sprawi ci sporo radości. 

Podtrzymując  z  tyłu  jej  głowę,  drugą  ręką  ścisnął  ją  lekko  za  gardło  i  pieszczotliwie 

przesunął dłoń na dekolt przy sweterku. Perłowy guziczek sam wyśliznął się z dziurki. Raine 

głośno  wciągnęła  powietrze.  Nick  uśmiechnął  się.  Gdy  odsunął  się  na  moment  i  ściągnął 

przez  głowę  czarny  sweter,  jak  zahipnotyzowana  patrzyła  na  jego  przepiękny  nagi  tors, 

mocną szyję, rzeźbione szerokie ramiona i wąskie biodra. 

- Dotknij mnie - poprosił miękko. - PrzecieŜ tego chcesz. 

Kiedyś  w  takich  chwilach  odczuwała  pewne  onieśmielenie,  ale  teraz  pragnęła 

zbliŜenia bardziej niŜ czegokolwiek w świecie. Gdy z wyschniętym gardłem, płonąc, patrzyła 

na  niego  bez  ruchu,  połoŜył  na  swojej  piersi  jej  dłonie  i  przytrzymał.  Westchnęła  cicho, 

zamknęła oczy i sama, z własnej woli, zaczęła błądzić palcami po ramionach, po rękach, po 

piersi Nicka. 

Była  tak  zaabsorbowana,  Ŝe  prawie  nie  zauwaŜyła,  kiedy  ją  rozebrał.  Stanął  nad  nią. 

Miała  zamknięte  oczy.  Czarne,  rozrzucone  włosy  odcinały  się  od  kolorowego  tła  poduszki. 

Pięknie zaokrąglone piersi były strome i mocne, kremową skórę oświetlał ogień. 

-  Jesteś  jeszcze  śliczniejsza,  niŜ  zapamiętałem  -  powiedział  schrypniętym  głosem. 

Wyciągnął  się  obok,  wsparł  na  łokciu  i  podłoŜył  dłoń  pod  jej  policzek.  -  Raine,  spójrz  na 

mnie... 

Zatrzepotała długimi czarnymi rzęsami. W jej oczach wciąŜ paliła się zmysłowość. 

- Rzuciłaś na mnie jakiś czar. Nie potrafiłem przestać o tobie myśleć. Zwariowałem na 

twoim punkcie... 

A mimo to oŜeniłeś się z inną. Ta myśl, jasna i zimna jak kryształ lodu, owładnęła nią 

natychmiast. 

- Moja ty zielonooka czarownico - szepnął i unosząc jej ręce, pocałował wnętrza obu 

dłoni. - Powiedz, Ŝe pragniesz mnie tak samo, jak ja ciebie. 

Spojrzała na jego usta. Nachylił się... O, BoŜe, przecieŜ tylko na to czekała. Objęła go 

za szyję i przyciągnęła do siebie z całych sił. Cofnął się na moment. 

- Raine... Chcesz mnie? Chcesz, Ŝebyśmy się kochali? Powiedz. Muszę to usłyszeć od 

ciebie. 

background image

- Tak, chcę, chcę - wyszeptała Ŝarliwie, obejmując go jeszcze mocniej. 

Roześmiał się z radosną drwiną. 

- Spokojnie, moja miła. Nie musimy się spieszyć. Mamy przed sobą całą noc. 

Przebudziła się, zanurzona w cieple i ciemności, którą rozpraszał jedynie czerwonawy 

poblask idący od pieca z drugiej strony izby. Fizycznie czuła się wspaniale, a zarazem miała 

takie wraŜenie, jakby przeŜyła wypadek i teraz znajdowała się w letargu. 

LeŜeli  w  łóŜku,  wtuleni  w  siebie.  Czuła  na  ramieniu  cięŜar  ręki  Nicka  i  jego  równy, 

miarowy oddech na plecach. 

Och, aleŜ cudną strategię przyjął! Cofając się myślami, widziała z całą jasnością, jak 

krok  po  kroku  odwiódł  ja  od  wszelkich  postanowień.  I  poszła  jak  jagnię  na  rzeź!  Zrobił 

wszystko, czego pragnął i o czym ją uprzedzał. Osiągnął nawet to, Ŝe błagała. Okazał się od 

początku do końca mistrzem - zabawił się nią jak lalką. Z goryczą przeklinała się za słabość, 

za  nieumiejętność  zapanowania  nad  własną  zmysłowością.  Sama  skazywała  się  na  rolę 

zabawki  w  rękach  człowieka,  który  nie  miał  dla  niej  Ŝadnych  uczuć  prócz  chęci  odwetu  i 

Ŝą

dzy. 

śą

dza...  Paskudne  słowo,  określające  potęŜną  siłę  zdolną  zawładnąć  człowiekiem. 

Siłę, którą rok temu, w swojej naiwności, gotowa była nazwać miłością. 

Obudziła się i zobaczyła, Ŝe przez zasłony przedziera się światło dnia, a Nick, wsparty 

na łokciu, uśmiecha się do niej spod rzęs. Nachylił się i słodko musnął wargami jej usta. 

-  Wiesz,  nawet  nie  marzyłem,  Ŝe  będzie  tak  pięknie.  Nie  czułem  w  tobie  nienawiści, 

raczej... 

-  Owszem  -  przytaknęła,  natychmiast  atakując.  -  Odczuwałam  co  innego.  śądzę.  - 

Prawie się roześmiała, widząc jego minę. - śądza nie jest czymś zastrzeŜonym dla męŜczyzn. 

Kobiety teŜ potrafią się tak bawić. 

-  Wiem,  wiem,  ale...  -  Pokręciła  głową,  lecz  nie  dał  jej  mówić.  -  Kiedyś  mnie 

kochałaś,  w  przeciwnym  razie  nie  poddałabyś  się  tak  łatwo.  A  moŜe...  MoŜe  ty  wciąŜ  mnie 

kochasz? 

Zabolało ją to przypuszczenie tak strasznie, Ŝe mogła się bronić wyłącznie pogardą. 

-  Myślisz,  Ŝe  mogłabym  kochać  męŜczyznę,  który  zrobił  sobie  ze  mnie  dziwkę?  - 

Zaśmiała  się  gorzko,  gdy  Ŝachnął  się  i  odsunął.  -  Jestem  ordynarna?  MoŜliwe,  ale  trzeba  to 

nazwać po imieniu. 

- Raine, co ty wygadujesz... 

-  MoŜe  zresztą  taka  panienka  ma  lepiej.  Przynajmniej  sama  wybiera  tego,  komu  się 

sprzedaje. 

background image

- Jesteśmy małŜeństwem. Raine! Jesteś moją Ŝoną. 

-  Formalnie.  Powiedziałeś,  Ŝe  zaleŜy  ci  wyłącznie  na  seksie.  No,  to  proszę,  masz, 

czego  chciałeś,  ale  niczego  więcej  się  nie  spodziewaj.  Ani  pociechy,  ani  opieki,  gdybyś  na 

przykład  zachorował,  ani  Ŝadnej  pomocy  czy  współczucia.  Nienawidzę  cię  i  gardzę  tobą. 

Choćbyś  się  nawet  topił  w  bagnie,  nie  kiwnęłabym  nawet  palcem.  Stałabym,  i  z  dziką 

radością przyglądałabym się, jak znikasz... 

-  Nie  wysilaj  się  -  przerwał  z  kamienną  twarzą.  -  Wyraziłaś  swoje  uczucia  aŜ  nadto 

jasno. A skoro, jak mówisz, seks to wszystko, na co mogę z twojej strony liczyć, postaram się 

to wykorzystać najlepiej, jak umiem. 

PołoŜył  rękę  na  jej  piersi,  a  gdy  podraŜniony  sutek  wypręŜył  się,  powiódł  dłonią  w 

dół, docierając do jeszcze wraŜliwszego miejsca. W jego zachowaniu nie było czułości ani na-

wet  namiętności.  Traktuje  mnie  jak  rzecz,  pomyślała  upokorzona  i  usiłując  zapanować  nad 

oddechem,  leŜała  nieruchomo,  śmiertelnie  blada  i  zrozpaczona.  Coś  w  niej  pękło. 

Postanowiła, Ŝe nie okaŜe najmniejszego poruszenia, Ŝe będzie nieczułym manekinem, i oto, 

obserwując go spod rzęs, spostrzegła, ze zdumieniem, a potem z uczuciem triumfu, Ŝe z nich 

dwojga bardziej podniecony jest on. 

- Jeśli juŜ chcesz udawać dziewczynę na godziny, to musisz, moja droga, włoŜyć w to 

trochę  wysiłku.  Somersby  bez  wątpienia  byłby  usatysfakcjonowany  zbliŜeniem  z  kimś,  kto 

leŜy jak kłoda, ale... 

Z niewiadomego powodu tą swoją kpiną przebił się przez maskę jej obojętności. Nie 

bacząc  na  konsekwencje,  poderwała  się  i  z  całej  siły  uderzyła  go  w  twarz.  Roześmiał  się 

ironicznie.  Tego  się  nie  spodziewała.  Z  furią  w  oczach  rzuciła  się  na  niego,  drapiąc  go  i 

gryząc, czego później miała się wstydzić. Krzyknął, gdy  wbiła mu zęby  w ramię. Wykorzy-

stując ten moment, opuściła nogi na podłogę, gdy przyciągnął ją z powrotem. ZdąŜyła jeszcze 

z całych sił dołoŜyć mu pięścią w twarz i z największą satysfakcją usłyszała, Ŝe jęknął z bólu. 

Uczucie  zwycięstwa  trwało  jednak  krótko.  Chwilę  później  przygniótł  ją  sobą  i  z 

wściekłością  rozciągnął  jej  ręce  nad  głową.  Emocje  sięgnęły  szczytu.  Być  moŜe  po  raz 

pierwszy  w  Ŝyciu  Nick  stracił  panowanie  nad  sobą  i  w  tym  stanie  kompletnego  zatracenia 

przeŜył  coś,  czego  nie  doznał  jeszcze  nigdy.  LeŜał  potem  bezwładnie,  z  głową  na  jej 

piersiach.  Kiedy  się  uniósł  i  odsunął,  Raine  spała  mocno  z  rozchylonymi  ustami  i  uniesioną 

nad głowę ręką. Gdyby mogła go widzieć, przeraziłaby się. Na jego twarzy malowała się cała 

gama  uczuć:  gniew,  ból,  czułość  i  coś  więcej  niŜ  czułość.  Z  westchnieniem  wziął  ją  w 

ramiona,  pocałował  delikatnie,  przykrył  ją  i  siebie  kołdrą  i  siedząc,  zapatrzył  się  w  ogień. 

Jakiś  czas  potem  Raine  poruszyła  się  we  śnie.  Pokręciła  głową  i  przylgnęła  do  czegoś 

background image

ciepłego.  Otworzyła  oczy,  zobaczyła,  Ŝe  wtyka  nos  w  zarost  na  piersi  Nicka  i  kichnęła. 

Roześmiał  się.  Przyjemnie,  głęboko.  Miała  ochotę  mu  zawtórować.  Ale  nagle  otrzeźwiała. 

Nie było się z czego śmiać. Odsunęła się i spojrzała na Nicka. Miał podrapaną twarz, siniak 

pod lewym okiem, a na ramieniu czerwone ślady jej zębów. Spąsowiała ze wstydu. Jak mogła 

się tak zachować... 

- Przepraszam - powiedziała cicho. 

-  Mam  rozumieć,  Ŝe  zawieramy  pakt  o  nieagresji  i  próbujemy  znaleźć  radość  w  tym 

naszym miodowym miesiącu? 

- Powiedziałeś, Ŝe zrobisz z niego piekło. 

- W złości mówi się róŜne rzeczy - przyznał lakonicznie. 

- Ale odrobina pokojowej koegzystencji bardzo by mnie ucieszyła. No, to jak będzie? 

- Uniósł jej brodę. - Zawieramy pokój? Tak? 

- Tak. - Miała tylko nadzieję, Ŝe tym razem nie odczytał wszystkich jej myśli. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Uszczęśliwiony, prawie beztroski, musnął leciutko jej wargi. 

- Pocałunek pokoju... A teraz posiedź chwilę w łóŜku, a ja dorzucę do pieca. 

Odciągnął  zasłony  i  zobaczyła,  Ŝe  nocna  ulewa  skończyła  się.  Kiedy  stanął  w  oknie, 

najzupełniej nie wstydząc się własnej nagości, słońce wlało się do środka, ozłacając jego syl-

wetkę. Był piękny jak wykuty z brązu Apollo. 

- Dobrze, Ŝe nie mamy sąsiadów - powiedziała lekko schrypniętym głosem. 

Zachichotał. 

-  Przynajmniej  nie  w  pobliŜu.  Czasem  zjawia  się  tu  jakiś  turysta,  obozujący  w 

puszczy,  ale  na  stałe  mieszkają  tu  tylko  Kurt  i  Lisbeth  Doody'owie.  Mają  chatę  po  drugiej 

strome jeziora. To mili ludzie. MoŜe przejdziemy się do nich po śniadaniu? Chcesz? 

Czuła, Ŝe oboje wyglądają, jakby się pobili, i nie bardzo odpowiadała jej perspektywa 

spotkania z jego znajomymi. 

- Nie musimy - dodał łagodnie, wyczuwając jej brak entuzjazmu. - Tak tylko przyszło 

mi  do  głowy.  A  co  chciałabyś  dziś  robić?  Pospacerować?  Popływać  kajakiem?  Chyba  Ŝe 

wolałabyś poleniuchować w łóŜeczku? 

-  Odrobina  ruchu  nie  zaszkodzi  -  odpowiedziała  szybko.  Popatrzył  na  nią  takim 

wzrokiem, Ŝe spąsowiała. 

- Na powietrzu - podkreśliła cierpko. 

- Szkoda. - Uśmiechnął się, zebrał swoje ubrania i wyszedł do łazienki. Kiedy z kolei 

ona  brała  prysznic,  przygotował  śniadanie.  Usiedli  przy  piecu  i  rzucili  się  zgłodniali  na 

puszkowe  kiełbaski,  fasolę  i  razowy  chleb,  a  potem  delektowali  się  kawą  i  wczorajszą, 

rzeczywiście pyszną, szarlotką. 

- No, to co? Idziemy? 

- Nie wiem, czy zdołam się ruszyć. 

- Wstawaj, leniu. - Podciągnął ją za rękę. - Spróbuję wymyślić trasę, która nie będzie 

zbyt błotnista, ale na wszelki wypadek weź kalosze. Stoją obok gratów na ganku. Aha, i musi 

być nas widać. Zaczął się sezon polowań. 

Kiedy  za  przykładem  Nicka  włoŜyła  kalosze  i  ciepły  skafander  z  pomarańczowym 

pasem, wcisnął jej na głowę pomarańczowy kapelusz. 

Mimo  obfitych  deszczów  błoto  nie  było  aŜ  tak  straszne,  jak  się  obawiała.  Nierówny 

kamienisty brzeg jeziora pokryty był kobiercem sosnowych igieł. Razem z burzą odszedł zim-

background image

ny front. Spacer w  roziskrzonym słońcem, rześkim powietrzu okazał się fantastyczną  frajdą. 

W  pewnym  momencie  Nick  zatrzymał  się,  przygarnął  ją  do  siebie  i  wskazał  dom  na 

przeciwległym brzegu. Z komina unosił się dym. 

-  To  chata  Kurta  i  Lisbeth.  Kurt  jest  pisarzem,  a  Lisbeth  hoduje  konie.  Czasami 

korzystam z ich uprzejmości i poŜyczam wierzchowca... Jeździsz? 

- Nie najlepiej, ale bardzo lubię. 

-  To  moŜe  jutro,  jeśli  pogoda  dopisze,  podjechalibyśmy  nad  jeziorko  Saskin?  Bobry 

mają tam swoje Ŝeremie. Przy odrobinie szczęścia moŜe udałoby się nam je podpatrzyć. 

- Bardzo bym chciała. 

-  No,  to  załatwione.  Po  śniadaniu  przejadę  się  samochodem  do  Lisbeth  i  poŜyczę 

konie. - Nachylił się i dotknął zimnym policzkiem jej policzka. - Zjemy lunch w siodle. 

- Wspaniale. 

Mokre lasy pokryte były rdzawymi i złotymi barwami jesieni, a jezioro - po deszczach 

głębsze niŜ zwykle - miało lazurowy, wręcz śródziemnomorski odcień. 

- AŜ chciałoby się wykąpać - powiedziała Raine, gdy ruszyli dalej. 

- Pozory - pokręcił głową. - Finn i ja pływaliśmy tu jako chłopcy i moŜesz mi wierzyć, 

woda jest strasznie zimna, nawet latem. 

- Finn... Rzadkie imię... 

-  A  człowiek  jeszcze  bardziej  niezwykły.  To  Szwed.  Jest  tak  wszechstronnie 

uzdolniony, Ŝe mógłby zrobić karierę właściwie w kaŜdym zawodzie. Zna kilka języków, jest 

ś

wietnym muzykiem, a zanim zdecydował się pracować ze mną, skończył medycynę. 

- Domyślam się, Ŝe znacie się od dawna. 

-  Byliśmy  i  jesteśmy  dla  siebie  jak  bracia.  Andersonowie  byli  nie  tylko  naszymi 

sąsiadami, ale i przyjaciółmi. Wakacje spędzaliśmy zawsze razem. Jego rodzice wynajmowali 

wtedy starą, dość juŜ zmarniałą chałupę nad zatoczką, ale Finn zwykle pomieszkiwał u nas. - 

Uśmiechnął  się  do  wspomnień.  -  Moja  mama  okropnie  bała  się  niedźwiedzi.  Mimo  to 

pozawalała  nam  nocować  na  werandzie.  Zawsze  to  większa  przygoda  niŜ  spanie  w  ciepłym 

łóŜku... Nie kazała nam teŜ jadać ze wszystkimi. Mogliśmy piec kiełbaski na ognisku. Po jej 

ś

mierci, pani Anderson zaopiekowała się mną serdecznie. 

- Ile miałeś wtedy lat? 

- Jedenaście. Trudny wiek. Ale matka Fina rozumiała, co czuję. Bez Ŝadnych narzekań 

obdarowała mnie spokojem i miłością, tak jak swoje dzieci. 

- Czy... 

Nick pokręcił głową. 

background image

- Nie Ŝyje. Razem z męŜem zginęła w wypadku mniej więcej półtora roku temu. Finn 

przeŜył to cięŜko, ale... - Jego słowa utonęły w warkocie samolotu. 

Oboje  zadarli  głowy.  Biały  samolocik  z  pomarańczowo-niebieskimi  znakami  unosił 

się  niewysoko.  Leciał  na  drugą  stronę  jeziora.  Nick  podniósł  rękę.  W  odpowiedzi  samolot 

zamachał skrzydłami. 

- O wilku mowa. 

- To Finn? 

- Tak. 

- Skąd wiedział, Ŝe to ty? 

- Zostawiłem mu w firmie wiadomość, Ŝe mam zamiar cię tu ściągnąć. Wiezie właśnie 

dwóch inŜynierów— konstruktorów do obozu nad jeziorem Loon. Pewnie tam przenocuje, a 

jutro, w drodze powrotnej, być moŜe wpadnie nas odwiedzić... Chyba Ŝe nie za bardzo ci to 

odpowiada - dodał z lekkim wahaniem. - Wydawało mi się, Ŝe polubiłaś Finna? 

- Owszem. Margo teŜ się spodobał. 

- I chyba ze wzajemnością. Coś mi się wydaje, Ŝe kiedy wrócimy do Anglii, będziemy 

go częściej widywać. 

-  Nie  mam  pewności,  czy  jest  w  jej  typie.  -  Raine  szczerze  wypowiedziała  swoje 

myśli. 

- A jaki jest ten jej „typ”? 

-  Powinna  znaleźć  sobie  kogoś  o  bardzo  silnej  osobowości,  męŜczyznę,  którego  by 

szanowała i który umiałby ją okiełznać. A ma szczęście do wraŜliwców, takich jak Finn. To 

dobra i pogodna dziewczyna, ale ma taki temperament, Ŝe przytłacza sobą partnera, a potem - 

gdy  okazuje  się,  Ŝe  ten  ktoś  nie  potrafi  jej  dorównać,  spotyka  ją  zawód...  Myślisz,  Ŝe 

niewłaściwie ją osądzam? 

- Myślę, Ŝe niewłaściwie oceniasz Finna. Jest człowiekiem wraŜliwym, owszem, ale to 

nie mięczak. Gdybym kiedyś znalazł się pod ścianą, nie wyobraŜam sobie nikogo, kto mógłby 

mi pomóc lepiej niŜ on. 

-  A  jakiej  kobiety  mu  trzeba?  -  Szczerze  ją  to  ciekawiło  i  szczerze  pragnęła,  by 

zainteresowanie Margo i Finna okazało się wzajemne. 

-  Myślę,  Ŝe  Margo  byłaby  w  sam  raz.  Firm  nie  ma  czasu  zawracać  sobie  głowy 

bluszczowatymi laleczkami. Powiedział mi kiedyś, Ŝe jeśli się w ogóle oŜeni, to wyłącznie z 

kobietą,  która  będzie  przy  nim  stała  twardo  nawet  w  cięŜkich  chwilach  Ŝycia.  On  sam  jest 

bardzo opiekuńczy i potrafi kochać wiernie... 

background image

Do  końca  spaceru  opowiadał  o  przyjacielu  i  jego  specyficznym  poczuciu  humoru. 

Raine śmiała się, chociaŜ ją samą trawił niepokój. 

Kiedy wrócili do domu, Nick upiekł na lunch pyszne bułeczki z klonowym syropem, a 

po podaniu kawy rzucił: 

-  Chcesz,  to  weźmiemy  kajak  i  popływamy  po  jeziorze.  Albo,  jeśli  masz  juŜ  dość 

powietrza, zostaniemy w domu. W coś sobie pogramy. 

Na regale, za duŜą apteczką, stały szachy, leŜała talia kart i pudełka z grami. JednakŜe, 

gdy  Nick  zerknął  przelotnie  na  łóŜko,  zrozumiała  aŜ  za  dobrze,  w  co  najchętniej  by  się  za-

bawił. 

- Wybieram wycieczkę - powiedziała pospiesznie. 

- MoŜe i słusznie - odparł z błyskiem w oczach. - Noce o tej porze roku są długie. 

Wiosłując tak, by uniknąć bystrzejszego prądu, Nick spojrzał na nią przez ramie. 

- Kiedyś robiliśmy tu sobie z Finnem spływ. Na stojaka. 

- Jak to? 

-  Normalnie.  Inaczej  by  się  nie  liczyło.  Za  Sowim  Stawem  jest  prosty,  wartki  kanał, 

który  zakręca  przed  wodospadem.  Przechodziło  się  nad  nim  drewnianym  mostkiem.  Pra-

wdziwą  sztuką  -  poza  samym  skakaniem  z  kaskady  -  było  tak  się  skulić,  Ŝeby  nie  stracić 

równowagi.  Teraz  nie  ośmieliłbym  się  w  to  zabawić.  Nawet  przy  niskim  poziomie  wody 

kaskada jest podstępna, a teraz, po burzach, zrobiła się tam pewnie kipiel. 

Na  samym  jeziorze  było  jednak  dość  spokojnie.  Miarowy  rytm  wioseł,  plusk  wody  i 

posuwisty ruch lekkiego kajaka sprawiły, Ŝe Raine poczuła ogarniający ją spokój. Całą duszą 

cieszyłaby się z tego popołudnia, gdyby nie uporczywa myśl o nadchodzącej nocy. 

Pragnęła  Nicka  fizycznie,  lecz  umysł  bezustannie  buntował  się  przeciw  temu.  To 

wewnętrzne rozdarcie groziło jej kompletnym załamaniem. Im dłuŜej miało to trwać, tym go-

rzej. Usiłowała nie poddawać się panice, ale wiedziała jedno: musiała stąd uciec. Pieszo było 

to niemoŜliwe, graniczyłoby z samobójstwem, a przecieŜ, mimo rozpaczy, na samobójstwo by 

się nie zdecydowała... Gdyby tylko wpadły jej w ręce kluczyki od samochodu... 

Prawie na ślepo, z głową nabitą myślami, wiosłowała i wiosłowała, aŜ wzdrygnęła się, 

słysząc tarcie dna kajaka o piasek na płyciźnie. Nick utkwił wzrok w jej twarzy. 

- Martwisz się czymś? 

- Nie, nie... 

- Wyglądasz, jakby coś cię trapiło. 

Doprawdy,  był  zbyt  domyślny.  Podciągnął  się,  wyskoczył  do  wody,  przytrzymując 

kajak stopą, i podał jej rękę. 

background image

Nad  jeziorem  zaczęła  się  juŜ  unosić  mgła.  Słońce  zaszło,  a  niebo,  na  zachodzie 

pomaranczowozłote,  zasnuły  fioletowe  obłoki.  Nad  wodę  z  szumem  skrzydeł  i  głośnym 

klangorem  wzleciał  klucz  dzikich  gęsi.  Nadciągał  niebieskawy  zmierzch.  Nad  wspaniale 

pachnącym lasem unosiła się mgła. ZbliŜał się wieczór. Wkrótce nadejdzie noc... 

Raine zadrŜała i nic nie  mówiąc, pomogła Nickowi przenieść kajak do komórki przy 

chacie. Obok leŜał kloc słuŜący do rąbania drzewa. Gdy weszła do domu i rozebrała się, Nick 

naniósł  grubych  gałęzi,  zdjął  kurtkę,  powiesił  ją  na  balustradzie  i  zaczął  rąbać  polano  na 

szczapy. 

Słysząc uderzenia siekiery, Raine błyskawicznie  przystąpiła do działania. Była sama. 

Nadarzała  się  sposobność,  by  poszukać  kluczyków  od  samochodu.  Z  duszą  na  ramieniu 

przejrzała  kieszenie  spodni  i  ciepłej  kurtki  Nicka,  ale  znalazła  jedynie  portfel,  zalakowaną 

kopertę,  chustkę  do  nosa,  scyzoryk,  grzebień,  klucze  do  domu  i  garść  monet.  Kluczyki 

samochodowe musiał zatem nosić przy sobie. 

Zawiedziona,  zapanowała  nad  nerwami,  zapaliła  gazowe  lampy  i  zagotowała  wodę. 

Ledwie Nick zdąŜył narąbać drew i wniósł duŜy zapas do domu, nadciągnęły chmury, zrobiło 

się  ciemno  i  o  szyby  zabębnił  deszcz.  Raine  podniosła  wzrok  znad  posiłku,  który  zaczęła 

szykować. Nick miał spoconą twarz i wióry we włosach. 

- Jest juŜ kawa - powiedziała. 

- Postaraj się, Ŝeby nie wystygła. Muszę najpierw wziąć prysznic. - Powiesił skórzaną 

kurtkę na haku i zniknął w łazience. 

W  Raine  znów  zaśpiewała  nadzieja.  Tę  kurtkę  Nick  miał  na  sobie  wczoraj 

wieczorem...  Wstrzymując  oddech,  szybko  przeszukała  kieszeń  i  zanim  jeszcze  namacała 

kluczyki,  usłyszała  ich  grzechot.  Szczęście  zdawało  się  jej  sprzyjać.  Oprócz  kluczyków 

nieoczekiwanie  znalazła  jeszcze  coś  -  swój  własny  portfel  z  prawem  jazdy  i  kartami 

kredytowymi.  W  pośpiechu  wrzuciła  kluczyki  i  portfel  do  kieszonki  spodni,  włoŜyła  buty  i 

skafander, porwała z haka ubłoconą torebkę i najciszej jak potrafiła, zamknęła za sobą drzwi. 

Z bijącym sercem zeszła po schodkach i stanęła na rozmiękłej ziemi. Mocny podmuch wiatru 

rozwiał jej włosy. Padał deszcz. Bała się ruszyć w ciemność, lecz nie mogła czekać do rana. 

Taka  okazja  mogła  się  juŜ  nie  powtórzyć.  Cherokee  miał  dobre  światła  i  kiedy  tylko 

przejechałaby  przez  kanał  i  odnalazła  główną  drogę,  miałaby  najgorsze  za  sobą.  Tylko  w 

którym kierunku był Bangor? 

AŜ  trzęsła  się  ze  zdenerwowania.  Upuściła  kluczyki  w  błoto,  tracąc  parę  cennych 

chwil  na  ich  szukanie,  ale  potem  poszło  jak  z  płatka.  Silnik  zapalił  natychmiast.  Uff!  Nagle 

background image

zobaczyła, Ŝe drzwi chaty otwierają się i staje w nich Nick, rozebrany do pasa, z ręcznikiem 

na szyi. 

- Wybierasz się dokądś? 

Podbiegł  do  samochodu,  wyłączył  silnik  i  wyciągnął  kluczyki  ze  stacyjki,  a  ją  samą 

bez ceregieli zapędził do domu i zaryglował drzwi. 

-  Do  diabła  cięŜkiego  -  wycedził  ze  spokojem  znamionującym  stan  zimnej  furii.  - 

Wyobraziłaś sobie, Ŝe znajdziesz drogę po nocy? 

- Ty znalazłeś. 

- Ale ja znam te ostępy. Ty nie. Masz choćby blade pojęcie, co ryzykowałaś? 

- Wszystko mi jedno. 

- Ach, ty durna. Pogoda  jest okropna i gdybyś się zaryła w jakieś błota albo zgubiła, 

jedynymi  ludźmi,  na  jakich  w  ogóle  mogłabyś  się  natknąć,  byliby  myśliwi  albo  robotnicy 

leśni.  To  na  ogół  przyzwoici  faceci,  ale...  -  Nagle  rozsierdził  się  na  całego.  -  Powinienem 

przełoŜyć cię przez kolano i tak ciwlać... 

- No, to proszę! - krzyknęła ze złością. - Na co czekasz? Jesteś silnym facetem. 

- Właśnie! Z podpitymi myśliwymi teŜ byś sobie raczej nie poradziła. 

Skrzywiła się ironicznie. 

- Powinnam zatem dziękować losowi za to, Ŝe dał mi kogoś, kto bardzo się stara nie 

uświadamiać mi, co mogłoby mnie spotkać. 

- Mam ci to moŜe pokazać? 

Chwycił  ją  za  poły  wełnianej  koszuli  w  kratę  i  szarpnął.  Poleciały  guziki,  materiał 

rozdarł się w kilku miejscach. Krzyknęła przeraŜona. 

- Jeśli nie chcesz, Ŝebym w ten sam sposób zdarł z ciebie resztę ubrania, to rozbierz się 

sama. Byle szybko! 

- Nienawidzę cię! 

Chciał  jej  zrobić  pokazówkę,  to  jasne,  nie  podjęła  jednak  Ŝadnej  próby  oporu.  Nie 

zamierzała dać mu satysfakcji. 

-  Nie  -powiedział  miękko,  wpatrując  się  w  jej  zawziętą  twarz.  -  Gwałt  to  Ŝadna 

przyjemność.  Będę  miał  znacznie  większą  frajdę,  jeśli  mimo  wszystko  mnie  zapragniesz, 

choć  tak  bardzo  się  przed  tym  bronisz.  Chcesz  się  przekonać,  ile  to  potrwa?  -  Językiem 

rozchylił  jej  wargi.  Westchnęła  gardłowo,  a  wtedy  zaczął  ją  całować  lekko,  zmysłowo.  - 

Zapewniam cię, Ŝe juŜ zaraz... 

Podsunął  rękę  pod  jej  plecy  i  dotykiem  palców,  ust  i  pieszczotliwymi  pomrukami 

rozpłomienił  ją  całą,  aŜ  wreszcie  ujawniła  swoje  podniecenie,  wtulając  twarz  w  jego  szyję. 

background image

Poruszając  rytmicznie  jej  biodrami,  pieścił  ją  tak  długo,  Ŝe  myślała  juŜ,  iŜ  oszaleje  z 

poŜądania. Potem zostawił ją tak, jak leŜała - z zamkniętymi oczami, pełną miłości i nienawi-

ś

ci  jednocześnie.  W  pewnej  chwili  usłyszała  odgłos  przestawianych  garnków  i  patelni. 

Szykował spóźniony posiłek. 

Zebrała swoje ubrania i wyszła do łazienki, a gdy wróciła, zaprosił ją do stołu z miną 

triumfatora i musnął ustami jej wargi. 

- Pocałunek pokoju? - zadrwiła, uchylając się. 

-  To  ty  zerwałaś  układ,  ale  wojna  się  skończyła  i  mam  nadzieję,  Ŝe  pokój,  który 

obecnie zawieramy, potrwa dłuŜej. 

Popatrzyła na niego gniewnie. Grubo się mylił. Wygrał - ale wyłącznie bitwę. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

ChociaŜ  przez  całą  noc  lało  jak  z  cebra,  nad  ranem  niebo  się  przetarło.  Świeciło 

słońce. 

- Pogoda jak marzenie  -  powiedział Nick, odciągając zasłony. - W sam raz na konną 

przejaŜdŜkę.  Po  śniadaniu  zapakuję  taki  lunch,  jaki  kiedyś  zabieraliśmy  z  Finnem...  Jeśli 

chcesz przejechać się ze mną do Lisbeth, to bardzo proszę. 

- Ale... - Zaczerwieniła się, spoglądając na jego sinawy, podrapany policzek. - Co oni 

sobie pomyślą? 

-  Nic.  -  W  jego  oczach  pojawił  się  wesoły  błysk.  -  Tylko  tyle,  Ŝe  mam  bardzo 

namiętną Ŝonę. - Zarumieniła się jeszcze mocniej, więc nie usiłując nawet ukryć rozbawienia, 

machnął  ręką.  -  OK.  Skoro  jesteś  taka  wstydliwa,  to  pojadę  sam.  Zostawię  tam  samochód  i 

wrócę konno. 

Niespokojna, odprowadziła go na ganek i wyszła na werandę. 

- Będę najdalej za godzinę! - zawołał, trzasnął drzwiczkami i odjechał. 

Raine  śledziła  wzrokiem  samochód,  aŜ  zniknął  w  lesie,  a  potem  włoŜyła  kurtkę, 

zmieniła  buty  na  kalosze  i  zeszła  na  brzeg.  Raptem  coś  czerwonego  mignęło  na  wodzie. 

Zobaczyła  jednoosobowy  kajak.  Ktoś  płynął  równolegle  do  brzegu,  a  kiedy  zawołała, 

powiosłował w jej kierunku i kajak zgrzytnął o kamieniste dno. 

Kajakarz był młody, wyglądało na to, Ŝe nie miał chyba jeszcze dwudziestu lat. 

- Jestem tu na spływie, juŜ drugi raz. Niesamowita frajda! - Westchnął. - Szkoda tylko, 

Ŝ

e to ostatni dzień. Wracam do domu. 

- Chyba nie kajakiem? - Zabiło jej Ŝywiej serce. 

-  Jakieś  dwa  kilometry  stąd  zostawiłem  samochód.  Popłynę  tędy  -  pokazał  ręką  w 

stronę zakola - a potem to juŜ pestka. Muszę ruszać. - Zaczął spychać kajak na głębszą wodę. 

- Mam w Bangorze dziewczynę. Jak się spóźnię, to da mi popalić. 

-  Czekaj!  Proszę  cię,  zaczekaj  moment.  Zdziwiony  tonem  jej  głosu,  wyjął  wiosło  z 

wody. 

- Coś się stało? 

-  Tak.  Muszę...  Muszę  natychmiast  wracać  do  Bangoru.  Czy  mógłbyś  mnie  zabrać? 

Bardzo proszę. 

-  No...  Da  się  zrobić.  Ale  masz  chyba  jakiś  transport?  Przed  chwilą  widziałem  na 

drodze duŜy samochód. 

background image

-  To  mój...  kuzyn.  Pojechał  z  wizytą  do  znajomych.  Popełniłam  upiorny  błąd, 

pozwalając  mu  się  tu  przywieźć.  Nie  chcę  robić  scen,  więc  wolałabym  wynieść  się  stąd, 

zanim wróci. 

Kajakarz wyraźnie się speszył. Patrzył na jej obrączkę. 

-  Widzisz...  jestem  męŜatką  i  myślałam,  Ŝe  mogę  memu  kuzynowi  zaufać.  Ale 

niestety. Okazało się, Ŝe ma na mnie ochotę. 

Chłopak najwyraźniej nie chciał się w nic wplątywać. Wahał się. 

- Proszę - powtórzyła. 

-  No,  dobra.  Ale  musisz  sama  dojść  do  pikapa.  Przez  las  to  nie  więcej  niŜ  kilometr. 

Zaraz  za  chatą...  o,  tam  -  pokazał  ręką  -  zaczyna  się  dróŜka.  Prowadzi  do  mostku  nad 

kanałkiem, tuŜ przed zakrętem. 

To na pewno ten mostek, o którym opowiadał Nick, pomyślała szybko. 

- Przejdziesz przez tę kładkę, a potem idź w kierunku skały, na której rośnie samotna 

sosna. Mój pikap stoi zaraz obok, przy drodze dostawczej. 

Odepchnął się od brzegu. 

- Nie trać czasu, to będziesz tam przede mną. Umawiamy się, Ŝe jeŜeli nie zastanę cię 

przy samochodzie, to znaczy, Ŝe się rozmyśliłaś. 

Potykając  się  z  pośpiechu,  Raine  popędziła  na  ganek,  wciągnęła  ciepłą  kurtkę  z 

pomarańczowym pasem  i załoŜyła  wełnianą czapeczkę. W obawie, Ŝe kajakarz odjedzie bez 

niej,  przeskakiwała  po  mokrych,  ostrych  kamieniach  najszybciej,  jak  się  dało.  Szum  wody 

dotarł do niej, nim jeszcze zobaczyła kanał, i ucieszyła się na myśl, Ŝe drewniany mostek jest 

tuŜ,  tuŜ.  JednakŜe  gdy  wyszła  z  lasu,  zobaczyła,  Ŝe  prąd  zmąconej  wody  zniósł  stare, 

spróchniałe  deski.  Część  poręczy  przestała  istnieć,  a  u  końca  z  drugiej  strony  powstała 

szeroka wyrwa. O wycofaniu się nie mogło być jednak mowy. Raine weszła na mostek i nagle 

w huku wody usłyszała  ostrzegawczy krzyk.  Ignorując wołanie, przylgnęła całym ciałem do 

poręczy  i  krok  za  krokiem  zaczęła  posuwać  się  naprzód.  Miała  za  sobą  mniej  więcej  jedną 

trzecią  drogi,  gdy  rozległ  się  trzask  i  mostek  stanął  dęba.  W  ułamku  sekundy,  spadając  do 

wody, jakby na zwolnionym filmie Raine zobaczyła Nicka. Zawrócił konia i pogalopował w 

przeciwną stronę. 

Zostawiał ją? Jak to? PrzecieŜ.... 

Szok  spowodowany  zimnem  i  gwałtownością  prądu  powinien  ją  psychicznie 

sparaliŜować, lecz stało się odwrotnie. Jej umysł pracował z niezwykłą jasnością. Nurt znosił 

ją  w  stronę  zakola  -  dno  kanałku  było  w  tym  miejscu  na  szczęście  wolne  od  kamieni.  W 

background image

ubraniu  i  butach  nie  dało  się  płynąć;  walczyła  jedynie  o  to,  by  trzymać  głowę  nad  powierz-

chnią wody. 

Poza kilkoma karłowatymi drzewami, usiłującymi wrosnąć w kamienisty grunt, terenu 

wokół kanałku nie zasłaniało nic. Raine jak przez mgłę ujrzała galopującego konia i jeźdźca. 

Nagle przypomniała sobie rozmowę z Nickiem. Zrozumiała, czemu przed chwilą popędził w 

przeciwną  stronę.  Prąd  był  tutaj  za  szybki.  Nickowi  Ŝadną  miarą  nie  udałoby  się  jej 

wyciągnąć. Pognał więc przez wąskie gardło zakola, próbując wyprzedzić nurt i schwycić ją, 

zanim zginęłaby, zepchnięta w dół kaskady. 

Pewność, Ŝe Nick usiłuje ją ratować, dodała jej sił. 

- Raine! 

Dostrzegła,  Ŝe  Nick  stoi  z  przodu  na  prawym  brzegu.  Rozebrany  do  pasa,  czekał  na 

najwłaściwszy  moment.  Gdy  znalazła  się  przy  samym  zakręcie,  rzucił  się  wpław.  Chwilę 

potem  chwycił  ją  jedną  ręką.  Nie  walcząc  z  nurtem,  czekał,  aŜ  prąd  zniesie  ich  na 

przeciwległy  brzeg.  Jeszcze  moment,  a  przepłynęli  przez  zakole  i  znaleźli  się  u  szczytu 

wodospadu.  Woda  pieniła  się  i  szalała  miedzy  ogromnymi  głazami,  najeŜonymi  ostrymi 

krawędziami  kruszących  się  skał.  Gdy  zniosło  ich  znowu  do  brzegu,  Nick  chwycił 

zwieszającą  się  gałąź  jodły  i  uwiesił  się  na  niej,  starając  się  znaleźć  podparcie  dla  nóg  i 

ochraniając Raine własnym ciałem. Groziło im rozbicie o skały. Przez szum wody dotarł do 

niej krzyk ptaka i warkot samolotu. 

- Rusz się, do cholery! - krzyknął Nick. - Jak się ześlizniesz, to nie wiem, czy będę w 

stanie cię wciągnąć. 

Zmuszona do działania, otrząsnęła się z ogarniającej ją niemocy, uchwyciła się skały i 

wpełzła na bezpieczne miejsce. Nick... Teraz jeszcze tylko on i... Odwróciła się i zrozumiała, 

dlaczego  nie  ma  go  przy  niej.  Prawą  ręką  trzymał  się  nadal  gałęzi,  ale  lewa  zwisała 

bezwładnie.  Uklękła  i  w  tej  samej  chwili  prąd  rzucił  nim  na  bok.  Nick  z  całej  siły  uderzył 

głową o skałę. Twarz mu poszarzała, a na skroni pokazała się krew. 

Zdjęta grozą, Raine spostrzegła, Ŝe jego zaciśnięte na gałęzi palce słabną. PołoŜyła się 

płasko  na  brzuchu  i  -  zapierając  się  stopami  -  chwyciła  go  mocno  za  nadgarstki.  Otworzył 

zamglone oczy. 

-  Puść,  durna  -  wychrypiał  niewyraźnie  -  bo  spadniemy  oboje.  Ryzykujesz  Ŝyciem. 

Puszczaj! 

Wiedziała, Ŝe nie zostawi go, Ŝeby nie wiem co, tak jak on nie zostawił jej. Wolałaby 

umrzeć niŜ Ŝyć bez niego. Nie! 

background image

Co  to  za  głupie  myśli!  Będą  Ŝyli.  Oboje!  Zaczęła  głośno  wzywać  pomocy,  choć 

zdawała sobie sprawę, Ŝe zniosło ich za daleko i kajakarz nie mógł słyszeć wołania. Opadała z 

sił, czuła, Ŝe za chwilę ramiona odmówią posłuszeństwa. 

- Trzymaj! 

Kiedy ten krzyk dotarł do niej, była juŜ w stanie szoku i takiego oszołomienia, Ŝe nie 

wiedziała, czy rzeczywiście coś słyszy, czy teŜ zaczyna mieć omamy. 

-  Trzymaj!  -  usłyszała  znowu.  Nadzieja  dodała  jej  sił.  Moment  później  jakiś 

męŜczyzna rzucił się na ziemię obok niej i chwycił Nicka za rękę powyŜej łokcia. 

- Mam go - oznajmił spokojnie. - MoŜesz juŜ puścić. Nawet się nie poruszyła. 

- Finn? - wymruczał Nick, unosząc chwiejnie głowę. 

-  We  własnej  osobie,  skubańcu...  Tam  jest  Una  -  powiedział  do  Raine.  -  ZłóŜ  ją 

podwójnie,  przełóŜ  mi  pod  ramionami,  przeciągnij  końce  przez  otworek...  Dobrze,  a  teraz 

zostaw trochę luzu i zawiąŜ ją mocno na pniu. 

- A teraz? 

- Przytrzymaj Nicka. 

Jeszcze raz zacisnęła ręce na jego szczupłych nadgarstkach. 

-  Nie  wiem,  czy  jest  na  tyle  przytomny,  Ŝeby  mógł  cokolwiek  zrobić,  więc  kiedy  go 

trochę uniosę, ciągnij, ile sił. 

Odchylając  się  na  linie,  obejmując  stopami  krawędź  skały,  Finn  opuścił  się  na 

wysokość  Nicka.  Z  niezwykłą  jak  na  tak  szczupłego  męŜczyznę  siłą  zaczął  wydobywać  z 

wody  potęŜne  ciało  przyjaciela,  gdy  tymczasem  Raine,  zapierając  się  ze  wszystkich  sił, 

podciągała go w górę. 

Gdy  tylko  bose  stopy  Nicka  znalazły  oparcie,  półprzytomny  starał  się  pomóc 

przyjacielowi. Za moment obaj byli juŜ bezpieczni. Finn, ociekając wodą, ukląkł przy Nicku. 

- Co z nim? - szepnęła Raine, przeraŜona jego bladością. 

- Mogło być gorzej. Uderzył się mocno w głowę i ma przemieszczony bark. MoŜliwe 

teŜ, Ŝe pękło mu Ŝebro... ale to twardziel. 

Nick  jęknął,  mruknął:  „Dziękuję”  i  usiadł.  Jego  twarz  miała  wciąŜ  barwę  popiołu,  a 

krew ciekła z paskudnego rozcięcia na skroni, ale był przytomny. 

- A ty? - spojrzał na Raine. 

-  Nic  mi  nie  jest.  -  Ulga,  Ŝe  udało  się  go  wyrwać  śmierci,  była  tak  wielka,  Ŝe  nie 

umiała jej wyrazić. 

- Na pewno? - spytał Finn, zauwaŜając jej zesztywnienie i wyraz zziębniętej, białej z 

wyczerpania twarzy. Odwiązał linę i fachowo ją zwinął. 

background image

- Na pewno. 

- No, to chodź, frajerze. - Podciągnął przyjaciela z ziemi i przełoŜył sobie jego zdrową 

rękę przez plecy. - Ruszajmy się, Ŝebyś nie uległ hipotermii. Na szczęście mój samolocik jest 

blisko. Zaraz będziemy w domu. 

Tak,  oczywiście.  Dopiero  teraz  Raine  przypomniała  sobie,  Ŝe  czepiając  się  Nicka  i 

gałęzi, słyszała warkot samolotu. 

Nim wylądowali na jeziorze i dobrnęli do chaty, trzęsła się jak listek. 

Finn otworzył butelkę brandy, którą zabrał z samolotu, i nalał trzy kieliszki. 

- Wypij i wskakuj pod gorący prysznic - powiedział do niej. - Nick i ja przebierzemy 

się przy piecu. 

Gdy  kwadrans  później  wyszła  z  łazienki,  Nick  siedział  bez  koszuli.  ZauwaŜyła,  Ŝe  z 

jego twarzy ustąpiła szarość i chociaŜ widać było, Ŝe coś go boli, oczy nabrały blasku. Miała 

ochotę objąć go, uściskać, wypłakać się na jego piersi, lecz patrzył na nią jak na obcą. 

- Lepiej ci? - zapytał Finn. 

-  DuŜo  lepiej.  -  Uśmiechnęła  się.  Jak  to  w  ogóle  moŜliwe,  Ŝe  jeszcze  niedawno 

skłonna go była posądzać o słabeuszostwo?! 

Wziął z apteczki środek antybakteryjny i spryskał nim ranę na skroni Nicka. 

- Jak ci tego nie zszyją, zostanie blizna. 

- W konkursach piękności startować nie zamierzam - odparł sucho Nick. 

- Ale bark trzeba nastawić. Polecimy do Bangoru? 

- Kiedyś umiałeś to robić sam. Finn zawahał się. 

- Czy mogłabym w czymś pomóc? - wtrąciła szybko Raine. 

-  Chwała  Bogu,  Ŝe  nie  jesteś  tchórzem  -  uśmiechnął  się  Finn  i  uniósł  rękę  Nicka.  - 

Trzymaj ją mocno, w tej pozycji. 

Stanął  za  plecami  przyjaciela  i  przyciskając  dłonią  jego  muskularne  ramię,  wykonał 

coś  w  rodzaju  pół-nelsona.  Nick  nawet  nie  pisnął,  tylko  na  brwiach  i  nad  górną  wargą 

wystąpił  mu  pot.  W  przypływie  niemal  macierzyńskiej  czułości  Raine  zapragnęła  otrzeć  mu 

twarz  i  scałować  z  niej  grymas  bólu,  ale  tylko  zdjęła  z  oparcia  krzesła  koszulę-panterkę  i 

zaczęła pomagać mu się ubierać. Zapinała guziki, nie odwaŜając się spojrzeć mu w oczy. Finn 

zrobił temblak z chusty znajdującej się w wyposaŜeniu apteczki. 

-  No,  a  teraz  usiądź,  odciąŜ  nogi  i  postaraj  się  wyluzować  -  Finn  mrugnął 

konspiracyjnie do Raine. - Pewnie po raz pierwszy i ostatni w Ŝyciu mam okazję trochę nim 

porządzić. 

Nick przysiadł w fotelu i stęknął. 

background image

- JuŜ lepiej mi było stać. 

-  Niewdzięczna  świnia  -  podsumował  go  łagodnie  Finn,  wciskając  do  ręki  dwie 

tabletki.  -  Dziś  i  jutro,  no,  moŜe  trochę  dłuŜej,  będziesz  musiał  brać  środki  przeciwbólowe. 

Proponowałbym, Ŝebyś się połoŜył, nim te zaczną działać... Ty zresztą teŜ - uśmiechnął się do 

Raine. - Naleję kawy. MoŜesz mi powiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło? 

- Nawet ci nie podziękowałam. - Przemogła ucisk w gardle. 

- Daj spokój. 

- Ocaliłeś Nickowi Ŝycie. 

- Nie ja, a ty. 

- O BoŜe! - mruknął Nick. - To ja powinienem podziękować wam obojgu. I zrobię to, 

tylko skończcie z tymi duserami. Towarzystwo wzajemnej adoracji się znalazło! 

Napiętą atmosferę rozładował wybuch śmiechu. Kiedy się uspokoili, Raine zobaczyła, 

Ŝ

e Nick utkwił w niej spojrzenie. Szybko pokręciła głową. 

- Zginęłabym, gdyby nie ty... 

-  Mnie  teŜ  nie  dziękuj  -  odezwał  się  Finn.  -  Wyrównaliśmy  rachunki.  Pamiętasz,  jak 

wpadłem pod lód i... 

- Miałeś wtedy tylko czternaście lat. 

-  Ale  tego  się  nie  zapomina...  No  dobra,  ale  czy  ktoś  mi  wreszcie  powie,  co  się 

właściwie stało? 

- Mieliśmy zamiar wybrać się konno nad Saskin - zaczął opanowanym głosem Nick. - 

Pojechałem  do  Doodych  poŜyczyć  konie.  Raine  poszła  na  spacer.  Wracając  lasem,  zauwa-

Ŝ

yłem,  Ŝe  próbuje  przejść  po  starym  mostku.  Od  lat  był  na  wpół  przegniły.  Zawołałem  do 

niej... 

Czy  rzeczywiście  myślał,  Ŝe  wybrała  się  tak  zwyczajnie  na  przechadzkę?  Z  całą 

pewnością nie. Widział, Ŝe mimo ostrzeŜenia idzie dalej, więc musiał przynajmniej domyślać 

się prawdy. 

-  Niestety  było  juŜ  za  późno.  -  Krótko  i  bez  emocji  przedstawił  dalszy  rozwój 

wypadków i zakończył cierpko: 

- Czas, Ŝeby ktoś odprowadził konie do Lisbeth. 

Finn podniósł się. 

- Kapuję - powiedział dobrodusznie. - Ale jeśli chciałeś mi dać do zrozumienia, Ŝe jest 

to wasz miodowy miesiąc i zamierzacie robić to, co większość nowoŜeńców - to znaczy pójść 

do łóŜka - nie musiałeś wynajdywać pretekstu. 

Uchylił się, gdy Nick rzucił w niego jaśkiem. 

background image

- Imponujący pokaz sprawności - roześmiał się Finn. 

- Tak czy owak, w siodle to ty się, bratku, nie utrzymasz. 

Zwrócę  konie  i  przywiozę  ci  tu  samochód.  MoŜe  się  zdarzyć  -  dodał  powaŜniej  -  Ŝe 

wystąpi  jakaś  opóźniona  reakcja  szokowa.  Odpoczywajcie  więc.  Uznajcie  to  za  zalecenie 

lekarza.  Gdy  drzwi  zamknęły  się  za  nim,  Nick  zapatrzył  się  w

 

ogień.  W  końcu  Raine,  nie 

mogąc znieść napiętej ciszy, poderwała się z fotela. 

- Nick, przepraszam... 

- Za co? - Nawet na nią nie spojrzał. 

- Za swoją głupotę, która mogła cię kosztować Ŝycie. 

-  Ciebie  teŜ  -  odpowiedział  szorstko.  -  Dobry  BoŜe,  musiałaś  naprawdę  mieć 

wszystkiego dość, skoro zdecydowałaś się na coś takiego. Chciałaś popełnić samobójstwo! - 

Uniósł głowę i zobaczyła w jego oczach otchłań. 

-  Nie!  Nic  takiego  nie  przyszło  mi  nawet  do  głowy.  Próbowałam  przejść  na  drugi 

brzeg,  bo...  -  Opowiedziała  mu  o  kajakarzu  i  widząc  jego  minę,  dodała  szybko:  -  To 

młodziutki, sympatyczny chłopak. Spieszył się do dziewczyny w Bangorze. 

-  Uciekłabyś  z  kaŜdym,  choćby  i  z  najzwyklejszym  obwiesiem.  Musisz  mnie 

autentycznie nienawidzić. Inaczej nie podjęłabyś takiego ryzyka. 

- Nie, Nick. Ja... Pokręcił głową. 

-  Powtarzałaś  mi  to  tyle  razy  -  powiedział  gorzko.  -  Tylko  ja,  głupi,  nie  chciałem  ci 

wierzyć. 

- Nie czuję do ciebie nienawiści, naprawdę. 

- Nie wykręcaj się tylko dlatego, Ŝe myślisz, iŜ uratowałem ci Ŝycie. 

Przycisnęła dłonie do skroni. 

- Nick, posłuchaj... 

-  Ledwie się trzymasz na nogach  - przerwał ostro. - Słyszałaś, co mówił Finn? Masz 

odpoczywać. 

- Nie ja, tylko my oboje. 

Podniósł się odrętwiały i skrzywił się z bólu. 

- Świetnie. Właź do łóŜka. Będzie ci cieplej. Ja skorzystam z łazienki. 

Przebudziła  się  i  zobaczyła,  Ŝe  wrócił  Finn.  Siedzieli  obaj  przy  piecu  i  jedząc  to,  co 

Nick przygotował rano na piknik, rozmawiali przyciszonymi głosami. Nagle zachciało się jej 

jeść,  ubrała  się  więc  i  dołączyła  do  nich.  Gdy  podeszła,  spojrzeli  na  nią  jednocześnie.  Mieli 

takie miny, Ŝe na moment serce przestało jej bić, a potem zaczęło się tłuc jak szalone. Twarz 

background image

Nicka przypominała kamienną maskę, a Finn był wyraźnie spięty i zakłopotany. Na stoliczku 

do kawy stały napoje w puszkach. Obok leŜały zawinięte w papier kanapki. 

-  Mogę?  -  Wzięła  gruby,  okrągły  kawałek  razowego  chleba  i  sięgnęła  po  plasterek 

szynki. - Przespałam chyba wiek... Czy miałeś problemy ze zwrotem koni? - zwróciła się do 

Finna. 

-  Najmniejszych.  Opowiedziałem  Lisbeth  o  wypadku.  Kazała  powtórzyć,  Ŝe 

serdecznie wam współczuje i Ŝebyście któregoś dnia wpadli na obiad... - Gwałtownie zawiesił 

głos. 

Raine poczuła, Ŝe dzieje się coś naprawdę niedobrego. 

- To miło z jej strony - powiedziała i popatrzyła na Nicka. - MoŜe kiedy bark ci trochę 

wydobrzeje... 

- Nie będzie nas tutaj - oznajmił szorstko. - A przynajmniej ciebie. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Ogarnęło ją dziwne uczucie, jakby serce ścisnęła jej ogromna dłoń. Wiedziała, Ŝe jeśli 

wyjedzie,  to  będzie  po  wszystkim.  śe  skończy  się  wtedy  nie  tylko  ich  śmiesznie  krótkie 

małŜeństwo, ale Ŝe będzie to w ogóle koniec wszystkiego, co ich łączyło. 

Tylko dlaczego Nick godził się z jej odejściem? Nie dlatego, Ŝe jej juŜ nie pragnął, Ŝe 

się  nią  nasycił  -  była  o  tym  głęboko  przekonana.  Godził  się,  poniewaŜ  miał  pewność,  Ŝe  go 

nienawidziła. 

- Przepraszam na momencik. - Finn podniósł się. - Pójdę zobaczyć, co z pogodą. 

Gdy wyszedł, Nick spojrzał na nią pustymi oczami. 

-  Jak  tylko  coś  zjesz,  spakujesz  się.  Finn  odwiezie  cię  do  Bangoru  i  odstawi  na 

samolot do Bostonu. 

Gotowa  była  załoŜyć  się  o  wszystko,  Ŝe  Finn  nie  znał  całej  prawdy.  Miał  tylko 

wypełnić polecenia szefa. Polecenia, których nie pojmował i które wyraźnie wprawiały go w 

zakłopotanie. 

- Bardzo to miłe z jego strony - powiedziała, z trudem zapanowując nad sobą. - A co z 

tobą? 

-  Posiedzę  tu  dzień  czy  dwa  i  wrócę  samochodem,  kiedy  bark  przestanie  mi 

dokuczać... Jeśli sobie Ŝyczysz, Finn z przyjemnością odeskortuje cię do samego Bostonu. 

- To jego sugestia czy twoja? 

- Moja. 

- Wspaniale! - Zabłysły jej oczy. - W takim razie pozwól, Ŝe jako twoja Ŝona powiem 

ci,  co  myślę  o  tobie  i  twojej  propozycji.  Jesteś  despotą,  a  to,  co  proponujesz,  obraŜa  mnie. 

Wydaje  ci  się,  Ŝe  oŜeniłeś  się  z  debilką?  Gdybym  chciała  wrócić  do  Bostonu,  potrafiłabym 

zrobić  to  sama.  Nie  potrzeba  mi  niańki.  Tak  się  jednak  składa,  Ŝe  nie  chcę  i  nie  mam 

najmniejszego zamiaru wracać. Zostaję tutaj, bo tutaj jest moje miejsce. Końmi mnie stąd nie 

wyciągniesz! 

Twarz Nicka pozostała zimna i nieporuszona. Jego uczucia zdradził jedynie drobny tik 

pod okiem. 

-  To  tobie,  zaleŜało  na  podróŜy  poślubnej  -  mówiła  dalej  w  ferworze,  z  kobiecą 

intuicją wyczuwając, jaką kartą rozegrać to rozdanie. - Chrupnęło ci parę kości i od razu się 

wystraszyłeś,  Ŝe  moŜe  to  nadwyręŜyć  twój  wizerunek  wiecznego  macho.  Chowasz  głowę  w 

piasek, mój drogi, ale miejsce Ŝony jest przy męŜu... nawet jeśli ten mąŜ jest do kitu... 

background image

- Nie ma problemu - powiedział Finn, stając w otwartych drzwiach. - Da się lecieć. 

Raine poderwała się na nogi. 

-  Nigdzie  z  tobą  nie  polecę  -  oznajmiła  stanowczo  i  jakby  chcąc  przeprosić  za  swój 

ton, dodała: - Czekanie na mnie krzyŜuje ci pewnie plany. 

- Nie o to biega. - Finn uśmiechnął się szeroko. - Mówiłem temu skubańcowi, Ŝe nie 

będziesz chciała wyjechać. 

Ale upierał się, Ŝe po tym wszystkim, co się stało, uznasz to za najlepsze rozwiązanie. 

- Nigdy w Ŝyciu! - Popatrzyła Nickowi w oczy. 

- Jak sobie Ŝyczysz, kochana. - Objął ją zdrową ręką. 

- Mam tylko nadzieję, Ŝe nie zmienisz zdania, kiedy Finn odleci. 

- MoŜesz być pewien - odparła powaŜnie, choć w jego słowach odgadła bezbłędnie ton 

pogróŜki. 

- W takim razie - Finn podniósł z ziemi swój worek - będę się zbierał. 

- Nie przenocujesz? - Raine czuła, Ŝe ogarnia ją strach. 

- BoŜe uchowaj! - zaŜartował. - Dwoje to duŜo, a troje to juŜ tłum. Zwłaszcza tuŜ po 

ś

lubie. Ale jeśli pozwolicie, w Anglii złoŜę wam wizytę. 

- Wpadnij koniecznie, czekamy  - zapewniła  go serdecznie. O, Margo, ty szczęściaro, 

pomyślała i spontanicznie rzuciła mu się na szyję. 

-  MoŜe  raczyłabyś  pomóc  swojemu  męŜowi  kalece?  -Nickowi  błysnęły  oczy,  jakby 

nagle poczuł się zazdrosny. 

Uścisnął Finnowi dłoń i klepnął go w plecy. 

- Czekamy na ciebie, brachu. 

Wyszli na werandę i oboje, objęci, stali w popołudniowym słońcu, machając Finnowi. 

Awionetkę  przesłoniły  wkrótce  drzewa.  Raine  zadygotała.  Wyczuwała,  Ŝe  pod  pozorami 

opanowania  w  Nicku  narasta  straszliwy  gniew,  i  wiedziała,  Ŝe  gdy  tylko  wejdą  do  domu, 

przyjdzie jej zapłacić za bunt. 

- Zimno ci się robi? - zakpił. 

Szybko  spojrzała  mu  w  twarz.  Stalowy  błysk  spod  przymkniętych  powiek  niósł 

zapowiedź tego, co zaraz miało nastąpić. Przepuścił ją przodem, zamknął drzwi i zaryglował 

je. 

- Po co ryglujesz drzwi? Jest wcześnie. 

- Dla pewności, Ŝe nikt nie zakłóci nam szczęścia we dwoje. 

- A nie po to, Ŝeby mnie uwięzić? Uśmiechnął się zjadliwie. 

background image

- Wątpię, czy w tym celu wystarczyłby rygiel. Masz, kochanie, tyle inwencji... A tak 

w ogóle to nie wiem, czy jeszcze pamiętasz, Ŝe zostałaś tu z własnej woli. 

Ś

cisnął  ją  boleśnie  za  rękę  i  pchnął  na  kanapę.  Pozbierała  się  i  usiadła  na  brzeŜku. 

Chciało jej się płakać. 

Z zimnym wyrachowaniem, świadom kaŜdego ruchu, niespiesznie rozebrał ją do naga. 

Nie dotykał jej, uśmiechał się tylko z jakimś obłędnym okrucieństwem, jakby się zastanawiał, 

czym jeszcze bardziej moŜe ją upokorzyć. Zrozumiała to i serce podeszło jej do gardła. Nagle 

powoli, bez cienia uczucia, zaczął błądzić dłońmi po całym jej ciele. Starała się nie poruszać, 

ale  gdy  wszedł  dłonią  miedzy  jej  uda,  odepchnęła  jego  rękę.  Zareagował  brutalnie  i 

natychmiast. 

- A tak, tak, leŜ juŜ lepiej jak lalka. Chyba Ŝe chcesz, Ŝebym ci coś zrobił. 

To był juŜ sadyzm. PrzeraŜona, odwróciła twarz. 

- Nick, proszę cię, nie zachowuj się tak. 

- śałujesz, Ŝe nie wyjechałaś z Finnem? - Siłą zmusił ją, Ŝeby na niego spojrzała. 

PrzezwycięŜyła strach. 

- Nie Ŝałuję. 

Poruszył  się,  zadając  jej  ból,  ale  nie  wziął  jej,  jak  się  spodziewała,  a  zdarł  z  siebie 

temblak. 

-  Nie!  Nie  zdejmuj!  -  krzyknęła,  bojąc  się,  Ŝe  Nick  zrobi  większą  krzywdę  sobie  niŜ 

jej. - Nie będę się opierać. Zrobię, co chcesz. Wszystko, co chcesz. 

- Bo śmiertelnie się mnie boisz. 

Chciała powiedzieć: „Bo cię kocham”, ale czuła, Ŝe nie pora na to. 

- Bo jestem twoją Ŝoną i chcę się z tobą kochać. 

- I nie poniŜy cię to? Jesteś pewna? - zapytał z goryczą, podniósł się i odszedł. 

Coś  zadźwięczało.  Metal  zachrobotał  o  drewno.  Nick  odry  głowy  wał  drzwi.  Za 

moment nie było go juŜ w domu. 

Zaczęła się ubierać, ale tak się jej trzęsły ręce, Ŝe zapięcie czegokolwiek graniczyło z 

cudem! Ubrana byle jak poszła zrobić sobie kawę. Raptem obok resztek jedzenia na stoliczku 

spostrzegła kluczyki od samochodu i terenową mapę. Daje mi okazję, pomyślała ze smutkiem 

i nawet ich nie dotknęła. 

Postanowiła tu zostać i walczyć o szczęście, choćby krótkotrwałe. 

Sprzątnęła  ze  stołu,  pościeliła  łóŜko  i  zabrała  się  do  szykowania  kolacji.  Zaczęło  się 

ś

ciemniać,  a  Nick  wciąŜ  nie  wracał.  Powtarzała  sobie  uparcie,  Ŝe  znał  tę  okolicę  jak  własną 

kieszeń  i  nic  mu  się  nie  moŜe  stać,  ale  kiedy  wreszcie  usłyszała  jego  kroki  na  schodkach, 

background image

odczuła  prawdziwą  ulgę.  Siedziała  zwinięta  w  fotelu  przy  piecu  i  nawet  jej  się  nie  chciało 

zapalić lamp, toteŜ kiedy wszedł, nie zauwaŜył jej od razu. 

-  Raine!  -  zawołał  niepewnie,  a  gdy  mu  odpowiedziała,  wymruczał  pod  nosem: 

„Chwała Bogu!” i dopiero potem wydarł się na nią: - Czemu do diabła siedzisz po ciemku?! 

- Lubię patrzeć w ogień. 

Usłyszała  chrzęst  zapałek  i  chwilę  później  pierwsza  z  gazowych  lampek  przytłumiła 

róŜową poświatę z pieca. Gdy zapalił pozostałe, zauwaŜyła, Ŝe jest zdenerwowany. Odgadła, 

Ŝ

e poniewaŜ w chacie było ciemno, a cherokee stał na swoim miejscu, Nick wyobraził sobie, 

Ŝ

e coś jej się stało. 

-  Mówiłam  ci,  Ŝe  nie  mam  zadatków  na  samobójczynię...  Jeśli  chce  ci  się  jeść,  to  w 

piecyku jest zapiekanka. 

- Raine, ja... - zaczął cięŜko. 

-  Nie  wiem  jak  ty  -  przerwała,  przybierając  miły,  swobodny  ton  -  ale  ja  umieram  z 

głodu. 

Instynktownie  wyczuwała,  Ŝe  go  pokonała.  Spodziewał  się  zapewne  wszystkiego, 

tylko nie tej spokojnej, przyjaznej atmosfery normalności. Wyglądał na zmęczonego i przyga-

szonego. Uzmysłowiła sobie raptem, Ŝe cierpienie było nie tylko jej udziałem. On teŜ dostał 

juŜ  za  swoje.  Kobieta,  którą  kochał,  umarła,  a  ta,  której  poŜądał,  niemal  wyprawiła  i  jego,  i 

siebie na tamten świat. 

- Myślę, Ŝe powinniśmy połoŜyć się dziś wcześnie spać - odezwał się, gdy tylko dopili 

kawę. - Jeśli chcesz się kąpać pierwsza, to... 

Zawiedziona,  gdyŜ  miała  nadzieję,  Ŝe  posiedzą  przy  ogniu  i  będzie  okazja,  Ŝeby 

porozmawiać, zebrała swoje rzeczy i weszła do łazienki. Kiedy z niej wyszła, ciaśniej otulając 

się  szlafrokiem,  Nick  stał  i  patrzył  w  płomienie.  Nieświadomie  tulił  do  siebie  łokieć,  jakby 

chore  ramię  wciąŜ  bardzo  mu  dokuczało.  Zapragnęła  podejść  i  objąć  go  serdecznie,  ale 

zwalczyła tę chęć. 

- Kolej na ciebie. 

Zamiast  połoŜyć  się  do  łóŜka,  usiadła  na  podłodze  przy  piecu,  podwijając  pod  siebie 

nogi  w  futrzanych  papuciach.  Nick  wyszedł  z  łazienki  po  paru  minutach.  Wyłączył  światła, 

zostawiając jedynie to przy łóŜku, i zaryglował drzwi. 

- Zamknąć szyber? Pokręciła głową. 

-  Nie.  Chciałabym  tu  sobie  jeszcze  posiedzieć.  Wszedł  do  sypialni,  zamknął  za  sobą 

drzwi i prawie od razu znów je otworzył. 

background image

- Usiłujesz wybadać, jak daleko moŜesz się posunąć w lekcewaŜeniu mnie? ZaleŜy ci 

na drace? 

- ZaleŜy mi jedynie na tym, Ŝebyś dostrzegł, jak się czuję. 

- Obejdę się bez łaski. 

-  To  dobrze,  bo  Ŝadnej  łaski  nie  zamierzam  ci  robić.  Uratowałeś  mi  Ŝycie,  ale  i  ja 

tobie,  więc  moim  zdaniem  jesteśmy  kwita.  Nie  zawdzięczam  ci  niczego...  A  czy  to  źle,  Ŝe 

chcę spać z własnym męŜem? 

- Niespełna dwa dni temu powiedziałaś, Ŝe małŜeństwo ze mną cię degraduje. Chcesz 

mi wmówić, Ŝe twoja nagła zmiana nastawienia nie ma nic wspólnego z tym, co się stało? 

- Ma - odpowiedziała powoli. - To, co się wydarzyło, uświadomiło mi, Ŝe Ŝycie jest za 

krótkie, Ŝeby je marnować, Ŝe muszę chwytać szczęście, póki to moŜliwe. Pragniesz mnie, a 

ja... 

- Mylisz się. Nie pragnę cię. 

-  Nie  wierzę!  -  zaoponowała  wstrząśnięta  do  głębi.  -  Gdyby  tak  nie  było,  to  po  co 

zmuszałbyś mnie do małŜeństwa? 

-  Chyba  pora  juŜ,  Ŝebym  ci  coś  pokazał.  -  Podszedł  do  szafy  i  wrócił  z  zalakowaną 

kopertą, którą niedawno znalazła w jego kieszeni. - Proszę. 

Rozkładając list, zaskoczona rozpoznała okrągłe pismo ojca. Ojciec pisał: 

Dziewczyno  moja  kochana!  Teraz  znasz  juŜ  prawdę.  Nick  obiecał  mi,  Ŝe  powie  Ci  o 

wszystkim, kiedy nadejdzie właściwy moment. Mam nadzieję, Ŝe nie będziesz mnie zbyt mocno 

winić za to, Ŝe Tobą manipulowałem. Przepraszam, Ŝe działałem zbyt opieszale. Wierzyłem, Ŝe 

zorientujesz  się,  jaki  naprawdę  jest  Kevin,  i  sama  zerwiesz  zaręczyny.  Niestety  nic  na  to  nie 

wskazywało,  więc  zacząłem  szukać  sposobu,  Ŝeby  to  zakończyć.  Śmiertelnie  się  bałem,  Ŝe 

jeŜeli zbyt otwarcie sprzeciwię się Twoim zamiarom, to uprzesz się jeszcze bardziej. Bo uparta 

to Ty być potrafisz... 

Akcja, na jaką w końcu zdecydowaliśmy się z Nickiem, była drastyczna i mogła się nie 

powieść.  Ale,  wierz  mi,  nie  wiedziałem  juŜ,  co  robić  i  byłem  gotów  na  wszystko.  Nigdy  bym 

sobie nie wybaczył, gdybyś zmarnowała Ŝycie, wychodząc za człowieka, którego nie kochałaś. 

Upierałem się, Ŝeby Nick wziął ten list i Ŝebyś miała absolutną jasność, Ŝe to wszystko 

był  mój  pomysł.  Odniósł  się  do  niego  niechętnie,  bo  chociaŜ  zaleŜało  mu  na  takim  obrocie 

spraw, nie pochwalał środków. Myślę, Ŝe bał się, Ŝe go znienawidzisz. 

Jakiś  czas  temu  opowiedział  mi,  co  się  stało  ubiegłej  jesieni.  Wyznał  teŜ,  Ŝe...  ale  to 

pewnie  juŜ  wiesz.  Sprawę  Tiny  wyjaśniłbym  Ci  sam,  lecz  kategorycznie  mi  tego  zakazał. 

Chciał, Ŝebyś mu zaufała całym sercem, a nie zgodziłaś się go nawet wysłuchać. Straszliwie 

background image

go  to  dotknęło.  Jest  tak  jak  Ty  uparty  i  ma  swoją  godność.  Zawsze  wiedziałem,  Ŝe  jeśli  go 

kochasz, to osobą, która będzie musiała ulec, będziesz Ty. Byłem jednak przekonany, Ŝe skoro 

udało mu się zdobyć Twoją przychylność, to masz dla niego uczucie. Nie wątpiłem w to aŜ do 

momentu,  gdy  juŜ  w  ślubnej  sukni  zaczęłaś  recytować  „Panią  z  Shalott”,  ale  rozwiałaś  te 

wątpliwości, mówiąc mi, Ŝe kochasz Nicka i Ŝe tak było od początku. 

Przez całe Ŝycie pragnąłem dla Ciebie tylko jednego Ŝebyś była szczęśliwa. Wiem, Ŝe 

Nick Cię kocha i Ŝe jest to męŜczyzna, który da Ci szczęście. Niech Cię Bóg błogosławi. 

Tato 

Raine  była  tak  oszołomiona,  Ŝe  musiała  przeczytać  list  dwukrotnie,  nim  wreszcie 

dotarł do niej w pełni jego sens. Och, tatku, tatku, zaszlochała w duchu. Ani przez sekundę za 

nic  go  nie  winiła.  Zawsze  ją  chronił.  Usiłował  więc  uchronić  ją  przed  czymś,  co  uwaŜał  za 

największą Ŝyciową katastrofę - przed małŜeństwem bez miłości. 

Podniosła wzrok na Nicka. 

- Akcja, którą przeprowadziliście z ojcem... Na czym właściwie polegała? 

- Nie pisze o tym? 

- Mało i niejasno. 

- No cóŜ... Zgodziłem się udawać, Ŝe jeśli za mnie nie wyjdziesz, to doprowadzę go do 

bankructwa. 

- Nie włoŜyłeś w firmę ojca pieniędzy? 

- Owszem, trochę. Ale nie tyle, Ŝeby ją przejąć. 

- I nie odebrałeś nam domu? 

- Nie. 

- Nic juŜ z tego nie rozumiem! - zawołała poruszona. 

- To po co w ogóle zgodziłeś się na ten szalony plan? 

- Twój ojciec był w kropce, a ja nie mogłem patrzeć, jak wiąŜesz się z tym... Zresztą 

niewaŜne.  Teraz  jest  juŜ  za  późno.  Wiem  tylko  tyle,  Ŝe  powinienem  był  schować  swoje 

wątpliwości do kieszeni i w nic się nie wtrącać. 

- I wyszłabym za Kevina. Roześmiał się ponuro. 

- Z twojego punktu widzenia byłby to wybór mniejszego zła. 

- Nie sądzę. MoŜe mimo wszystko wolę Ŝyć bez poczucia bezpieczeństwa. 

Nickowi pociemniała twarz. 

-  Wykazałaś  się  nie  lada  umiejętnością.  Wielokrotnie  wyprowadzałaś  mnie  z 

równowagi  i  zmusiłaś,  Ŝebym  powiedział  czy  zrobił  coś,  czego  się  wstydzę.  -  Przegarnął 

włosy. 

background image

-  Przepraszam  cię,  Raine.  Przez  cały  czas  Ŝyłem  nadzieją,  Ŝe  jakimś  cudem  sprawy 

między  nami  się  ułoŜą...  -  Odwrócił  się  gwałtownie  i  dorzucił  dwa  grube  polana  do  pieca.  - 

Powinnaś juŜ pójść do łóŜka. 

- A ty? 

- Wyciągnę się na otomanie tutaj. 

- A później co? 

- Rano wyruszymy samochodem do Bostonu, a pojutrze będziemy w Anglii. 

- A potem? 

- Przeprowadzę rozmowę z twoim ojcem i wrócę do Stanów, a ty Ŝyj, jak chcesz. 

- Tato - starała się mówić spokojnie - powierzył ci przecieŜ kierowanie firmą. A moŜe 

to teŜ nieprawda? 

- Prawda. Twierdził, Ŝe chciałby juŜ przejść na emeryturę i mieć czas na przykład na 

golfa.  Ale,  jeśli  nawet  zmieni  teraz  zdanie,  to  znajdzie  kogoś,  kto  pomoŜe  mu  uporać  się  z 

najgorszą robotą. Będzie teŜ miał ciebie. MoŜe równieŜ Finn zechce osiąść w Anglii. 

- Nie pali mi się do pracy zawodowej - powiedziała powoli. - Wolałabym być Ŝoną i 

matką.  Chcę  mieć  dzieci,  póki  jeszcze  jestem  młoda...  MęŜczyznę,  z  którym  mogłabym  być 

szczęśliwa. 

Polano  chwycił  ogień,  w  górę  strzelił  płomień,  i  w  tym  króciutkim  momencie  Raine 

spostrzegła na twarzy Nicka wyraz udręki. 

- W takim razie - powiedział - najlepiej będzie, jeśli jak najszybciej dam ci rozwód. 

-  Nie  sądzę,  Ŝeby  tato  tak  uwaŜał.  MoŜe  przeczytasz,  co  napisał?  -  Podała  mu  list,  a 

kiedy Nick podniósł w końcu wzrok, oświadczyła stanowczo: - Nie chcę rozwodu. Zgadzam 

się z ojcem. 

-  Nie  wygłupiaj  się.  śeby  wiązać  się  z  kimś  na  całe  Ŝycie,  trzeba  czegoś  więcej  niŜ 

fizycznego zauroczenia. 

- To nie jest wyłącznie to. Ja cię kocham. Powiedziałam to tacie. 

- Zdenerwowałby się, gdybyś powiedziała prawdę. 

-  To  była  prawda.  Zakochałam  się  w  tobie  od  pierwszego  wejrzenia  i  nigdy  nie 

przestałam cię kochać, ale... Nie mogłam się przyznać do miłości do kogoś, kto chciał mnie 

jedynie wykorzystać. - Podniosła się i chwytając go za poły kąpielowego płaszcza, spojrzała 

mu w twarz. - Kiedy wciągał cię prąd, czułam, Ŝe jeśli zginiesz, chcę umrzeć razem z tobą. 

Nick  mruknął  coś  do  siebie  i  nagle  przytulił  jej  głowę  do  swojej  piersi  z  taką 

czułością, Ŝe gorące łzy popłynęły jej po twarzy. Otarł mokre policzki Raine. 

background image

-  Nie  mogłem  znieść  myśli,  Ŝe  wyjdziesz  za  Somersby'ego.  Gdyby  to  był  człowiek 

innego  pokroju  i  gdybym  miał  pewność,  Ŝe  go  kochasz,  odczepiłbym  się.  Odsunąłem  się 

zresztą  -  aŜ  zrobiło  się  prawie  za  późno.  A  potem  zadręczał  mnie  strach,  Ŝe  być  moŜe 

popełniłem  straszliwy  błąd.  Nie  dlatego,  Ŝe  doprowadziłem  do  zerwania  waszych  zaręczyn, 

tylko dlatego, Ŝe zmusiłem cię do ślubu. Tyle razy powtarzałaś: nienawidzę cię, nienawidzę. 

Próbowałem się oszukiwać, Ŝe tak naprawdę nie myślisz, ale... 

- Nie umiałam cię znienawidzić, Nick, nie umiałam, chociaŜ chciałam, Ŝeby tak było. 

Dlatego, Ŝe zabawiłeś się mną, a przecieŜ byłeś związany z inną. 

- Biedna Tina - powiedział cicho. - Była... 

- Nie mów. - PołoŜyła mu palec na ustach. - To przeszłość. WaŜne jest wyłącznie to, 

Ŝ

e teraz mnie kochasz. 

- Wtedy teŜ cię kochałem. - Usiadł i posadził ją sobie na kolanach. - Chcę, Ŝebyś znała 

całą  prawdę.  Tina  -  a  raczej  Kristina  -  była  siostrą  Finna.  Wychowywaliśmy  się  razem  i 

traktowałem ją jak siostrę, ale kiedy skończyła szesnaście lat, coś się w jej stosunku do mnie 

zmieniło. Finn stwierdził, Ŝe się zadurzyła, jak to nastolatka. Zrobiłem studia i wydawało mi 

się, Ŝe jej przeszło, ale nie. Nauczyła się po prostu maskować uczucie. 

- Wspomniałeś kiedyś, Ŝe państwo Andersonowie zginęli w wypadku... 

-  Tak.  Niedługo  potem  Tina  zachorowała.  Wyniki  badań  mogły  wskazywać  na 

wczesne  stadium  raka.  Utrata  rodziców  podkopała  siły  obronne  jej  organizmu.  Wiedząc,  Ŝe 

darzyła mnie uczuciem, Finn zapytał, czy mógłbym pomóc jej w walce z chorobą. Nie byłem 

z  nikim  powaŜnie  związany,  wiec  poprosiłem  Tinę  o  rękę.  Dzień  przed  jej  wyjazdem  do 

koleŜanki  do  Nowego  Jorku  kupiliśmy  zaręczynowy  pierścionek.  Tak  się  ten  los  dziwnie 

posplatał, Ŝe dosłownie kilka dni później poznałem ciebie i zrozumiałem, Ŝe jesteś kobietą, na 

którą  czekam  od  lat.  Postanowiłem,  Ŝe  jeśli  wynik  kolejnych  badań  okaŜe  się  negatywny, 

powiem  Tinie  o  tobie  i  poproszę,  Ŝeby  zwolniła  mnie  z  danego  jej  słowa.  Przysięgam,  Ŝe 

kiedy  zapraszałem  cię  na  wycieczkę  do  Maine,  nie  miałem  zamiaru  cię  uwieść.  To  ty 

sprawiłaś,  Ŝe  zwariowałem,  Ŝe  nie  potrafiłem  się  opanować.  Czułem,  Ŝe  powinienem  ci 

powiedzieć  prawdę,  ale  bałem  się  twojej  reakcji  i  schowałem  głowę  w  piasek.  Potem, 

poniewaŜ  Tina  wróciła  do  domu  wcześniej,  sama  dowiedziałaś  się  o  wszystkim  i  uciekłaś. 

Pojechałem za tobą na lotnisko... Niestety, nie zdąŜyłem... 

Tymczasem  okazało  się,  Ŝe  Tina  -  nie  powiadamiając  o  tym  ani  mnie,  ani  Finna  - 

zrobiła sobie badania w nowojorskiej klinice. Zaplanowała to. Nie chciała niczyjej litości ani 

zamętu  wokół  swojej  osoby.  Dwie  doby  czekaliśmy  na  ostateczną  diagnozę.  To  był  jednak 

rak.  W  ciągu  miesiąca  Tina  znalazła  się  w  szpitalu.  Walczyła  dzielnie,  lecz  juŜ  go  nie 

background image

opuściła.  Nigdy  się  nie  skarŜyła,  zawsze  widzieliśmy  ją  uśmiechniętą.  Wzięliśmy  ślub  przy 

szpitalnym łóŜku, a parę dni potem umarła. Przed śmiercią mówiła mi o swoim szczęściu, o 

tym,  Ŝe  miała  kochającą  rodzinę,  wspaniałego  brata,  mnie.  „Dziękuję  -  powiedziała  -  Ŝe 

daliście mi w tych ostatnich miesiącach tyle szczęścia. Chciałabym, Ŝebyś, kiedy juŜ odejdę, 

znalazł  sobie  dziewczynę,  która  obdarzy  cię  nim  na  całą  resztę  Ŝycia”.  Potem,  jakby  się 

domyślała, uśmiechnęła się: „Kogoś takiego jak twoja kuzynka”. 

Przygniotły  mnie  te  śmierci  -jej  i  ojca...  a  kiedy  wróciłem  do  równowagi  i  miałem 

wreszcie moŜliwość przyjazdu do Anglii na dłuŜej, byłaś juŜ zaręczona i czułem, Ŝe nie mam 

prawa wdzierać się w twoje Ŝycie. - Objął ją mocniej. - Nie płacz, moja kochana. Finn by się 

gniewał.  Jego  zdaniem  Ŝycie  powinno  być  hołdem  dla  miłości  i  odwagi.  Radosnym 

celebrowaniem kaŜdej dobrej chwili. Chciałbym, Ŝeby mi się to w naszym małŜeństwie udało. 

Szkoda,  Ŝe  jestem  chwilowo  do  kitu,  w  przeciwnym  razie  zaraz  bym  ci  pokazał,  jak  to 

będzie... 

- A gdybym ci odrobinkę pomogła? - zaproponowała niewinnie. 

- Jeśli jakoś dowlokę się do łóŜka. 

Kiedy leŜeli juŜ pod kołdrą, nachyliła się, Ŝeby go pocałować. 

- Raine... 

- Słucham? 

- Obchodź się ze mną delikatnie. 

Zachichotała, lecz jej śmiech przemienił się zaraz w pisk, gdy zdrową ręką przewrócił 

ją na plecy i udowodnił ku obopólnej radości, Ŝe nie jest tak obolały, jak twierdził.