background image

 
 

Rozdział 12 

BEING ON THE RIGHT SIDE (part II) 

STOJĄC PO WŁAŚCIWEJ STRONIE (część II) 

 
 

 

Kate zatrzymała się przed bramą kryjówki w Rosewood. Wysiada-

jąc ze swojego BMW, zablokowała drzwi, a następnie weszła do środka. 
 

Wewnątrz znajdowało się kilkanaście osób. Większość z nich sta-

nowili mężczyźni. Remont już się skończył, zatem teraz pozostało jedynie 
wystroić wnętrze, aby kryjówka była ponownie gotowa do użytku. 
 

Praca  nie  tylko  ekipy  budowlanej,  ale  również  dekoratorów,  była 

naprawdę imponująca. Kate miała nieodpartą chęć, by zwiedzić cały budy-
nek  i  sprawdzić,  jak  wyglądają  postępy.  Najpierw  jednak  postanowiła 
przywitać się z osobą, która wszystko nadzorowała. 
 

- Cześć, Mia - rzekła, zatrzymując się obok niej. 

 

- Cześć, już po szkole? - odpowiedziała pytaniem, gdyż odniosła 

wrażenie, że godzina dwunasta to dosyć wczesna pora jak na zakończenie 
zajęć. 
 

- Tak, dzisiaj mieliśmy tylko ćwiczenia w obserwatorium. 

 

- No tak, w sumie jest sobota. Nie powinni was trzymać zbyt dłu-

go. Jak ci się podoba? - zapytała, wskazując na wnętrze kryjówki. - Oczy-
wiście jest tu jeszcze sporo do zrobienia, ale i tak  wydaje mi się, że  jest 
całkiem nieźle. 
 

- Właśnie miałam powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Widzę, że 

zamówiłaś już nawet większość mebli. 
 

-  Zgadza  się.  Zajęłam  się  też  łazienkami  i  korytarzami.  Warsztat  

i  parkingi  pozostawiam  Thomasowi.  On  najlepiej  będzie  wiedział,  czego 
tam potrzebuje. 
 

- Słusznie - zgodziła się Kate. - Mogę się tu trochę rozejrzeć? 

 

- Pewnie. Chodź, oprowadzę cię - rzekła Mia, wskazując na przej-

ście do korytarza po ich prawej stronie. - Nie chcę przeszkadzać dekora-
torom, dlatego oglądanie zaczniemy od bocznych pomieszczeń. 

background image

 

 

- W porządku. 

 

Pierwszym z nich był korytarz prowadzący do większego z parkin-

gów. Podłogę w nim pokrywały srebrne płytki glazurowe, a ściany zdobiła 
jasnoniebieska,  lekko  połyskliwa  farba.  Pod  sufitem  wisiały  trzy  dosyć 
proste  w  swej  budowie,  ale  jednocześnie  bardzo  eleganckie  lampy,  które 
dodatkowo wzmacniały wrażenie „niebieskości” w pomieszczeniu poprzez 
zamontowane w nich żarówki. Ten wszechobecny błękit zakłócały jedynie 
stojące w kątach ogromne donice z kwiatami o dużych, intensywnie zielo-
nych liściach. 
 

Później oglądane były łazienki, w których podobnie jak na koryta-

rzach dominowała niebieska kolorystyka. Znajdowało się tam po kilka ka-
bin i umywalek z zawieszonymi ponad nimi lustrami o idealnych, kwadra-
towych kształtach. Pomieszczenia były bardzo przestronne, dlatego mimo 
tak wielu elementów wystroju na środku nadal pozostawało dużo wolnego 
miejsca. Jedyną rzeczą, o którą nadal należało zadbać, było podciągnięcie 
wody do umywalek i klozetów. 
 

Jak tłumaczyła Mia, ze względu na dość szybkie tempo pracy ekipy 

remontowo-budowlanej, nie zdążono się jeszcze tym zająć. Na szczęście 
wystarczy jeden telefon, a wtedy w ciągu kilkunastu godzin sprawa powin-
na być załatwiona. 
 

W  następnej  kolejności  odwiedzony  został  parking.  Jego  rozmiar 

wprawiał w osłupienie, choć rzeczywiście nadal było tam nieco pustawo. 
 

Na sam koniec Mia pozostawiła główne pomieszczenie, które we-

dług planu Thomasa miało stanowić jednocześnie klub i kryjówkę dla wo-
zów z Czarnej Listy. 
 

Jego  układ,  jak  i  postępujący  wystrój  idealnie  wpisywały  się  w  te 

założenia. Na środku znajdowała się bowiem ogromna, pusta przestrzeń, 
gdzie  rzeczywiście  powinno  zmieścić  się  przynajmniej  kilkanaście  samo-
chodów. Przy głównej bramie natomiast (która od tej pory ma być wyko-
rzystywana zdecydowanie rzadziej) umieszczony został bar. Półki, na któ-
rych już niedługo znajdą się przeróżne butelki o łatwej do domyślenia się 
zawartości,  blat  i  stojące  przy  nim  wysokie  krzesła

 

zrobione  zostały  

z drewna o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu. Jedynie ostatni ze wspo-
mnianych elementów wystroju odróżniał się nieco od pozostałych, a to ze 
względu na swoje czerwone obicia siedzeń. 

background image

 

 

Po lewej stronie bramy znalazły się z kolei czteroosobowe, okrągłe 

stoliki i krzesła tego samego koloru i faktury powierzchni jak w przypadku 
wyposażenia baru. 
 

Stoliki  te  ciągnęły  się  przez  całą  długość  ściany,  pozostawiając 

lukę jedynie tam, gdzie znajdowało się przejście do bocznego korytarza. 
 

Dokładnie naprzeciwko bramy ustawiono podest, który już nieba-

wem  będzie  wykorzystywany  przez  DJ’a  jako  jego  „muzyczne  centrum 
dowodzenia”. 
 

Nad  podestem  natomiast  znalazł  się  obszerny  balkon,  gdzie  do-

stać się można było tylko i wyłącznie poprzez szerokie, srebrno-metalowe 
schody,  których  najniższy  stopień  położony  był  nieopodal  przejścia  do 
korytarza. 
 

Kate  ruszyła  w  górę,  kładąc  lewą  dłoń  na  lodowatej,  przyjemnie 

gładkiej  poręczy.  Zatrzymując  się  na  szczycie,  przechyliła  się  przez  nią, 
spoglądając  w  dół.  Od  znajdującego  się  poniżej  podestu  dzieliło  ją  teraz 
jakieś pięć metrów. 
 

- To chyba będzie moje ulubione miejsce w tym klubie - rzekła do 

stojącej obok Mii, a następnie usiadła na krześle przy jednym ze stolików, 
które zostały licznie porozstawiane również tutaj. 
 

Spojrzała jeszcze raz w dół, tym razem skupiając uwagę na barze  

i  znajdującej  się  obok niego  bramie  wjazdowej.  W  jej  głowie  pojawiła  się 
nagle wizja, jak to miejsce będzie wyglądać za jakiś czas - brama powoli 
się otwiera, do środka wjeżdża sportowy wóz, ludzie tańczący w rytm gło-
śnej muzyki odsuwają się na dwie strony, by pozwolić kierowcy zaparko-
wać  pośród  innych  stojących  na  środku  klubu  samochodów,  barman 
uśmiecha się do dwóch osób siedzących przy blacie, Nikki powoli wchodzi 
po schodach na balkon, patrząc Kate prosto w oczy. 
 

W tym czasie Mia również zajęła miejsce przy stoliku, patrząc na 

swoją rozmówczynię z wyraźnym rozbawieniem. 
 

-  Widzę,  że  lubisz  obserwować  wszystko  z  góry  -  powiedziała, 

śmiejąc się. 
 

- Trochę jak Bóg, co nie? - odpowiedziała po chwili Kate, wyrywa-

jąc się wreszcie z tej dziwnej wizji. 
 

- Właśnie. 

 

- Niestety do Boga jest mi jeszcze bardzo daleko. Zmieniając te-

mat  -  rzekła,  poprawiając  się  na  krześle.  -  Rozmawiałaś  może  dzisiaj  
z Thomasem? 

background image

 

 

- Dzisiaj nie. Wczoraj wieczorem. 

 

- W takim razie i tak na pewno masz nowsze informacje niż ja. Co 

u niego słychać? 
 

-  Ogólnie  w  porządku.  Twierdzi,  że  ten  tajemniczy  zespół  jest 

coraz  bardziej  spłoszony.  Po  narzuceniu  im  nowych  zasad  są  już  zdecy-
dowanie mniej pewni siebie. Mówiąc w skrócie, powoli się wycofują. 
 

- Nadal nie ustalił, kto jest za to wszystko odpowiedzialny? 

 

- Niestety nie. Cały czas jest na poziomie szukania tego ich Wolfa. 

Cross  powiedział,  że  gość  musiał  się  naprawdę  dobrze  ukryć.  Przez  te 
kilkanaście dni miał okazję spotkać wielu wyścigowców, ale po Wolfie nie 
ma nawet śladu. 
 

- Podejrzewam, że Thomas tego nie odpuści... 

 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

 

-  Że  nie  powinniśmy  spodziewać  się  jego  szybkiego  powrotu  do 

Rockport. 
 

Mia westchnęła. 

 

- Niestety muszę przyznać ci rację. Chyba że nagle stanie się cud  

i Wolf się odnajdzie. 
 

- A jego kumple wyniosą się z Palmont i okolicy - dodała szybko 

Kate.  -  No  cóż,  przynajmniej  w  ten  sposób  masz  jeszcze  trochę  czasu, 
żeby doprowadzić renowację kryjówki do końca. Thomas będzie zachwy-
cony, nie ma wątpliwości. 
 

- Tak myślisz? 

 

-  Oczywiście  -  zapewniała  dziewczyna,  podnosząc  się  powoli  

z krzesła. - Ja będę się zbierać. Dzisiaj znowu jest spotkanie na Paseo del 
Mar. Może uda mi się ostatecznie przekonać de Silvów do udziału w Czar-
nej Liście. 
 

-  Dlaczego  właściwie  nadal  się  wahają?  -  zapytała  Mia,  również 

oddalając się od stolika. 
 

-  No  wiesz...  Czarna  Lista  oznacza  częste  ucieczki  przed  policją. 

Nie są tym zachwyceni. Trudno ich też przekonać możliwością zdobywania 
dużych pieniędzy i samochodów. Zdają sobie sprawę z tego, że to działa 
we dwie strony. Raz uda się wygrać tobie, innym razem rywalowi, a wtedy 
musisz liczyć się ze stratami. 
 

-  A  ty  co  o  tym  wszystkim  myślisz?  Podejrzewam,  że  będziesz 

trzymać się poza sferą zainteresowania policji. Mam rację? 

background image

 

 

- Uważam, że to bardzo ciekawy i emocjonujący sposób rywaliza-

cji między wyścigowcami, choć nie da się zaprzeczyć, że bardzo ryzykow-
ny. Głównie właśnie ze względu na policję. 
 

Kate zrobiła małą przerwę w swojej wypowiedzi, by ubrać w odpo-

wiednie słowa swoją kolejną myśl. 
 

-  Kusi  mnie  bardzo,  by  brać  w  tym  udział  -  kontynuowała  -  ale 

chyba  rzeczywiście  nie  mogę  tak  ryzykować.  Jeśli  policja  wpisze  mnie  
w  poczet  osób  z  wyrokiem,  nawet  najmniejszym,  moja  przyszła  kariera  
w NASA będzie skończona. 
 

-  Wiem  -  odrzekła  Mia  z  wyrozumiałością.  -  Ja  też  proponuję  ci 

pozostać w ukryciu. I tak jestem pod wrażeniem, że w ogóle masz odwagę 
zajmować się nielegalnymi wyścigami. 
 

- Nie umiem bez tego żyć - uśmiechnęła się Kate. 

 

- No cóż... każdy z nas ma jakąś słabość. 

 
 

*** 

 
 
 

Clarence  i  Kate  wjechali  na  parking  znajdujący  się  przy  drodze 

Paseo del Mar. Wysiadając ze swoich  wozów, stanęli obok  siebie, rozglą-
dając się w poszukiwaniu braci de Silva. 
 

Początkowo  plan  przewidywał,  że  właścicielka  BMW  zjawi  się  na 

spotkaniu wyścigowców sama, ale później z braku lepszego zajęcia posta-
nowił  dołączyć  się  do  niej  Clarence.  Wspólnie  mieli  teraz  przekonywać 
bliźniaków do udziału w Czarnej Liście. 
 

Ci  byli  już  wtajemniczeni  w  większość  kwestii  związanych  z  tym 

systemem rywalizacji, ale nadal nie znali wszystkich szczegółów. Właśnie 
dlatego  bardzo  liczyli  na  to,  że  członkowie  Smoków  wytłumaczą  im  do-
kładnie, jak to wszystko wygląda w praktyce. 
 

 Braci niestety nie było jeszcze na parkingu. Co prawda do godziny 

dwudziestej  pierwszej  pozostało  jakieś  trzydzieści  minut,  jednak  i  tak 
wydawało się to trochę dziwne, bo de Silvowie mieli w zwyczaju zjawiać się 
na miejscu na długo przed czasem. 
 

- Czyżby dzisiaj sobie odpuścili? - zastanawiał się głośno Claren-

ce. 

background image

 

 

-  Na  pewno  nie.  Oni  nigdy  sobie  nie  odpuszczają.  A  poza  tym 

umawiali się ze mną na spotkanie - odpowiedziała Kate. 
 

- No to w takim razie czekamy - rzekł właściciel Mustanga, opie-

rając się teraz o jego maskę. 
 

Kolejni kierowcy zbliżali się do trybuny, zatrzymując swoje głośno 

pracujące wozy na parkingu nieopodal drogi. 
 

- A może by tak... - zaczął Clarence, rozglądając się dookoła. 

 

- Co? 

 

- Namówić też innych. 

 

- Kogo na przykład? 

 

-  Nie  wiem.  W  sumie  to  ty  dobrze  orientujesz  się  w  tutejszych 

kierowcach. Myślisz, że ktoś byłby godny uwagi? 
 

-  To  zależy,  jaką  miałby  odgrywać  rolę.  Jeśli  chodzi  o  osoby,  do 

których możemy mieć zaufanie i które będą pomagać nam w utrzymywa-
niu panowania nad sytuacją, to w zasadzie pozostają tylko bracia de Silva. 
A jeżeli chodzi ci o kogoś, kto podobnie jak Ming byłby tylko uzupełnie-
niem  listy  i  jednocześnie  nie  stanowił  dla  nas  zagrożenia,  to  właściwie 
każdy tutaj jest odpowiedni. Choć może z drugiej strony... - zastanawiała 
się Kate. - warto byłoby zorientować się, kto jest wystarczająco nadziany. 
No  wiesz  -  tłumaczyła  z  przebiegłym  uśmiechem.  -  potrzebni  są  ludzie, 
którzy po oddaniu nam jednego samochodu, będą w stanie szybko kupić 
sobie następny. 
 

- Ach... no tak - przytaknął Clarence, uśmiechając się szeroko. - 

Tak jak Ming? 
 

- Coś w tym stylu. Tylko lepiej by było, gdyby to wszystko odby-

wało się poprzez uczciwą rywalizację na drodze, a nie poprzez napady na 
dziewczyny przeciwników. 
 

- Jasna sprawa. Spokojnie, Ming to taki raczej osobliwy przypadek. 

 

- O, proszę - rzekła Kate, spoglądając w stronę ulicy. - są i nasze 

asy. Chodźmy się z nimi przywitać. 
 

Czarne  Chevrolety  wjechały  na  parking,  zatrzymując  się  pośród 

innych drag-carów. Po krótkiej  chwili bracia de Silva  opuścili swoje wozy  
i dostrzegając zbliżających się Kate i Clarence’a, krzyknęli już z daleka: 
 

- Cześć! 

 

Ci  odpowiedzieli  w  podobny  sposób  i  gdy  cała  czwórka  znalazła 

się już obok siebie, podali sobie ręce. Kate postanowiła od razu przejść do 
głównego punktu ich spotkania. 

background image

 

 

- Macie czas pogadać o Czarnej Liście teraz czy dopiero po zawo-

dach? 
 

- Lepiej byłoby po zawodach, ale jeśli się spieszycie… 

 

- Nie, nie. Może być po zawodach. Tak właściwie to przyjechaliśmy 

nie tylko z wami porozmawiać, ale też się pościgać. 
 

- O, to świetnie. Będzie ciekawie. 

 

Kilkanaście minut później rozpoczęły się zapisy do dragów. Po raz 

kolejny na rywalizację w nich zdecydował się Razor. Kate natomiast posta-
nowiła  zachować  energię  na  odbywające  się  później  okrążeniówki.  Czuła 
bowiem, że to jest typ wyścigów, w których radzi sobie najlepiej i którym 
jednocześnie  powinna  poświęcić  najwięcej  uwagi.  Poza  tym  uważała,  że 
mimo  zwycięstwa  w  rockporckich  dokach,  jej  wóz  nadal  nie  ma  na  tyle 
dobrego przyspieszenia, by rywalizować w zawodach drag. A przynajmniej 
nie w wyścigach, które odbywają się na tak krótkich odcinkach drogi. 
 

Po wylosowaniu wszystkich par (a było ich dzisiaj  dziewięć), roz-

poczęły się pierwsze pojedynki. Bracia de Silva przedostali się do kolejne-
go  etapu  rekordowo  szybko  –  wygrywając  swoje  wyścigi  w  pierwszej  
i czwartej parze. 
 

Razor z kolei znalazł się w siódmej i choć początkowo bał się, że 

nie da sobie rady z przeciwnikiem jadącym w najnowszym modelu Pontia-
ca GTO, na ostatnich metrach udało mu się wyprzedzić rywala. 
 

Siedząc  pośród  innych  kibiców  na  trybunie,  Kate  obserwowała 

wszystko ze zdumieniem. Zaskoczyło ją między innymi to, że Clarence tak 
szybko  wpadł  w  tarapaty.  Już  w  pierwszym  pojedynku  musiał  mocno  się 
przyłożyć, by wyjść z niego obronną ręką. Co w takim razie będzie w póź-
niejszych etapach? 
 

Kolejnym  powodem  zdziwienia  była  formuła,  w  jakiej  miała  się 

odbyć kolejna runda. Po dziewięciu wyścigach pozostało dziewięciu zwy-
cięzców, których jak łatwo się domyślić, nie dało się ponownie podzielić na 
pary. 
 

Organizatorzy zawodów zawsze starali się, by w pierwszym etapie 

znajdowała  się  parzysta  liczba  par,  tak  by  do  drugiego  etapu  również 
przechodziła  parzysta  liczba  kierowców.  Tym razem  jednak  nie  udało  się 
tego tak zorganizować. 
 

Dlatego  właśnie  podjęto  decyzję  o  przeprowadzeniu  drugiego 

etapu  nie  poprzez  wyścigi  jeden  na  jeden,  a  przez  uzyskanie  przez  kie-
rowców najlepszych czasów w indywidualnych przejazdach. W ten właśnie 

background image

 

sposób  doszło  do  sytuacji,  którą  Kate  miała  okazję  obserwować  po  raz 
pierwszy. 
 

Kolejni kierowcy wyjeżdżali na ulicę, by w jak najkrótszym czasie 

pokonać czterystumetrowy odcinek. Forma niektórych zawodników wpra-
wiała  w  podziw.  Pierwszym  z  nich  był  oczywiście  ten,  który  sprawił  tak 
duże problemy Razorowi. Równie dobrze prezentował się około trzydzie-
stoletni mężczyzna jeżdżący Plymouthem Barracudą. 
 

Kate zastanawiała się teraz, jakim sposobem nie zauważyła talentu 

tych kierowców wcześniej. A może to ktoś nowy? W końcu zdarza się od 
czasu do czasu, że do tej półzamkniętej grupy drag-wyścigowców z Paseo 
del Mar dołączają nowe osoby. 
 

Jakiekolwiek  historie  stały  za  tymi  kierowcami,  nie  można  było 

zaprzeczyć, że radzą sobie naprawdę dobrze. Awans do półfinału to wiel-
kie  osiągnięcie.  Jedynymi  rywalami,  którzy  pozostali  poza  ich  zasięgiem 
byli  bracia  de  Silva.  Nawet  Clarence  musiał  zaakceptować  zajętą  przez 
siebie szóstą pozycję i tym samym pogodzić się z porażką. Organizatorzy 
ustalili bowiem, że do przedostatniego etapu może przejść tylko czterech 
najlepszych kierowców. 
 

Tu pojawiła się kolejna niespodzianka – bliźniacy znaleźli się w tej 

samej parze. To oznaczało, że tym razem nie uda się im wspólnie zdomi-
nować całych zawodów. Do finału mógł przejść tylko jeden z nich. 
 

Clarence znalazł się na trybunie. Usiadł obok Kate, uśmiechając się 

nieznacznie.  Nie  wyglądał  na  załamanego  ani  złego.  Raczej  potraktował 
swój udział w zawodach jak dobrą zabawę. 
 

- Dzisiaj nie poszło mi już tak dobrze, jak poprzednio – stwierdził. 

 

-  Miałeś  bardzo  trudnych  przeciwników.  Poza  tym,  jeśli  chce  się 

wygrywać w dragach, trzeba nieustannie trenować. Przecież nawet ćwierć-
sekundowe  opóźnienie  wciśnięcia  gazu  na  starcie  jest  dużą  stratą.  Nie 
mówiąc już o prawidłowym zmienianiu biegów. 
 

- To prawda. Ciekawe, jak się to wszystko teraz potoczy  – rzekł, 

zmieniając temat. – Bracia de Silva w jednej parze jeszcze przed finałem… 
- dodał z uśmiechem. 
 

- Tak, to zdecydowanie precedensowa sytuacja. Ale może to do-

brze. Przynajmniej jest ciekawie. 
 

-  Bardzo  ciekawie.  Co  prawda  szczerze  kibicuję  bliźniakom,  ale 

chcę też zobaczyć, co pokażą ci dwaj pozostali kierowcy. A może powinni-
śmy z nimi pogadać o Czarnej Liście? Znasz ich dobrze? 

background image

 

 

- Znam tego w błękitnym Pontiacu. Nie rozpoznałam go od razu, 

bo najwyraźniej zmienił samochód, ale twarz jest znajoma. 
 

- Czyli kojarzysz go tylko z widzenia? 

 

- Tak, tylko z widzenia. 

 

- Szkoda. A ten drugi? 

 

- Nie mam zielonego pojęcia, kto to jest. Widzę go pierwszy raz. 

 

- O - zdziwił się Clarence. – a to interesująca sprawa. Gość może 

zrobić de Silvom małą niespodziankę. 
 

- Taką samą, jaką kiedyś ty im zrobiłeś, startując w tych zawodach 

po raz pierwszy – uśmiechnęła się Kate. 
 

- Ale wtedy namieszałem, nie? 

 

- Owszem. W ogóle wydaje mi się, że od tamtego czasu bracia nie 

są już przekonani, że ich zwycięstwo jest takie oczywiste. Co prawda wy-
grali z tobą, ale nie przyszło im to zbyt łatwo. 
 

Zbliżała  się  pora  rozpoczęcia  pojedynków  półfinału.  Jako  pierwsi 

ścigali się ze sobą właściciele czarnych Chevroletów Chevelle. Tu nie było 
żadnej niespodzianki – wygrał de Silva. Z perspektywy osób siedzących na 
trybunie  trudno  było  nawet  określić,  który  z  nich.  Wyglądają  identycznie. 
Ich wozy również. 
 

Na pytanie, kto zmierzy się z mistrzem odpowiedź nadeszła szyb-

ko.  Drugi  pojedynek  odbył  się  trzy  minuty  później  i  wyłonił  zwycięzcę, 
którym został dzisiejszy rywal Clarence’a w Pontiacu GTO. 
 

Coraz głośniej wyrażane podejrzenia, że do finału przejdzie nowy, 

nieznany jeszcze kierowca nie spełniły się. Wiele osób na trybunie wyraź-
nie odetchnęło. Zapewne dlatego, że były one kibicami młodszego z kie-
rowców. 
 

- Dzisiejszy dzień jest naprawdę zaskakujący – rzekła Kate, kręcąc 

lekko głową. – Już od rana zadziwiają mnie różne rzeczy. Najpierw w ob-
serwatorium  odkryliśmy  nową  kometę,  później  odwiedziłam  Rosewood. 
Musisz koniecznie zobaczyć, co Mia tam zrobiła – wtrąciła z ekscytacją. – 
Tego nie da się opisać. No i jeszcze teraz te zawody. Jednak nowy odpadł. 
 

- A też już myślałem, że wygra. 

 

- Niewiele mu zabrakło. Chyba jest wściekły – stwierdziła nastolat-

ka,  patrząc  na  twarz  wyścigowca,  który  zjechał  już  z  ulicy  i  zatrzymując 
swój wóz pośród innych na parkingu, wysiadł z niego nerwowo. 
 

-  Patrz,  gdzieś  dzwoni  –  kontynuowała  Kate,  nadal  obserwując 

zachowanie mężczyzny. 

background image

10 

 

 

- Pewnie musi wyżalić się mamie – zaśmiał się Clarence. 

 

Wyścigowiec patrzył w jeden punkt na horyzoncie, będąc wyraźnie 

skupionym na swojej rozmowie. Jego twarz nadal wskazywała na zdener-
wowanie,  choć  nieco inne niż  przed  chwilą.  Teraz  wyglądał  tak,  jakby  na 
coś czekał. Spojrzał nawet na zegarek na swojej ręce, a następnie rozejrzał 
się dookoła siebie. W końcu rozłączył się i wsiadł do samochodu. 
 

-  Ten  typ  jest  albo  bardzo  zdenerwowany  swoją  przegraną,  albo 

ma jakąś schizofrenię czy coś w tym stylu. W każdym razie normalnie to 
on się nie zachowuje. Szczerze mówiąc… - Kate zawiesiła na chwilę głos. – 
wydaje mi się podejrzany. 
 

- Podejrzany? To znaczy? 

 

- Gość jest tu pierwszy raz. Ma bardzo dobrą brykę, co jest raczej 

nietypowe w przypadku początkujących. Zachowuje się dziwnie i w dodat-
ku patrz – najnormalniej w świecie odjeżdża. Nawet nie czeka na finał. 
 

- Rzeczywiście jest dziwny. Albo tak  wkurzony. Mniejsza z nim  – 

rzekł Clarence, podnosząc się z krzesła. – Chodź na dół. Po finale trzeba 
jak  najszybciej  pogadać  z  chłopakami  o  naszych  sprawach,  bo  przecież 
później będziesz się spieszyć na swoje wyścigi. 
 

- Racja. Chodźmy. 

 

Jeden  z  bliźniaków  czekał już  na  parkingu.  Zaparkował  swój  wóz 

nieopodal Mustanga i BMW. 
 

-  Pozwólcie,  że  brat  wygra  jeszcze  wyścig  i  możemy  przejść  do 

omawiania naszych interesów – powiedział, patrząc na ulicę z zaintereso-
waniem i pewnością. Najwyraźniej był przekonany, że ten pojedynek może 
mieć tylko jedno zakończenie. 
 

Nagle  rozległ  się  dźwięk  szybko  zbliżających  się  radiowozów. 

Nadjeżdżały  ze  wszystkich  stron,  zamykając  pierścień  wokół  kierowców  
i ich kibiców. 
 

- Cholera! - krzyknął Clarence. 

 

- Biegnij szybko do brata - zwróciła się do de Silvy Kate. - i po-

wiedz mu, żeby  jechał za mną i Razorem. Spróbujemy was z stąd wycią-
gnąć. 
 

- Dobra! - rzucił szybko bliźniak, zbliżając się do Chevroleta sto-

jącego na ulicy. 
 

-  Nie  wiem,  jak  planujesz  wyciągnąć  z  tego  siebie,  a  co  dopiero 

nas wszystkich czworo - powiedział właściciel Mustanga, otwierając teraz 
drzwi swojego wozu. 

background image

11 

 

 

- Bez paniki. Mam kilka pomysłów. 

 

- W którą stronę uciekamy? - zapytał de Silva, podbiegając już do 

swojego samochodu. 
 

- Na północ, w stronę centrum - odpowiedziała szybko Kate, usa-

dawiając się jednocześnie za kierownicą BMW. 
 

- Ruszajmy - pospieszał Clarence. - bo inaczej za chwilę nie damy 

rady  wyjechać  nawet  z  parkingu.  Miałaś  rację  -  kontynuował  już  tylko 
przez opuszczoną szybę swojego auta. - Ten gość zachowywał się bardzo 
dziwnie. Teraz już wiemy, dlaczego. To był agent. 
 

W  końcu  samochody  ruszyły.  Przemieszczanie  się  po  ulicy  było 

bardzo utrudnione. Wszyscy wyścigowcy i kibice próbowali ewakuować się 
z tej pułapki, tworząc wokół parkingu gęstą masę ciał i samochodów. Ra-
diowozy  zaciskały  pierścień  coraz  mocniej.  Policjanci  wyłapywali  już 
pierwsze ofiary. Kate wcisnęła pedał gazu do ziemi, używając jednocześnie 
klaksonu,  by  zmusić  do  zejścia  z  ulicy  tych,  który  uciekali  pieszo.  Nie 
chciała nikogo potrącić, ale zdawała sobie sprawę z tego, że teraz każda 
zmarnowana sekunda jest jej wrogiem. 
 

Czarne  Chevrolety  i  Ford  Mustang  jechały  równym  tempem  za 

BMW. Kolumna mijała kolejne radiowozy, nie hamując nawet wtedy, gdy te 
próbowały zajechać im drogę. 
 

Z  każdą  chwilą  agresja  ze  strony  policji  zdawała  się  rosnąć.  Do 

uciekających zbliżały się dwa  oznakowane Jeepy Grand Cherokee. Szybko 
okazało się, że będą próbowały spychać wyścigowców z drogi. 
 

Widząc  to,  Clarence  postanowił  natychmiast  odgrodzić  radiowozy 

od BMW Kate. Ta jednak prawie w tej samej chwili skręciła gwałtownie na 
skrzyżowaniu w prawo, unikając tym samym starcia z jednym z SUV-ów. 
 

 Niestety w ten sposób kierowca Mustanga  i bracia de Silva nieco 

się pogubili. Powrócenie do ustalonego wcześniej szyku zajęło im kilkana-
ście sekund.  
 

Ciężkie radiowozy naciskały coraz mocniej. Teraz celem ich ataku 

stał się wóz jednego z bliźniaków. Ten uciekał przed jadącym obok niego 
Jeepem na pobocze, ale to i tak nie zniechęcało policjanta. W końcu wje-
chał  w  bok  czarnego  Chevroleta,  spychając  go  tym  samym  na  metalowe 
słupki ciągnące się wzdłuż ulicy. 
 

Drugi  z  de  Silvów  poczuł  się  bardzo  dotknięty  tym  agresywnym 

manewrem i postanowił jak najszybciej pomóc swojemu bratu w uwolnie-
niu się od dręczących go SUV-ów. Wcisnął pedał gazu jeszcze mocniej i po 

background image

12 

 

trzech  sekundach  przyłożył  z  całym  impetem  w  tył  jednego  z  Jeepów.  
W  tym  czasie  jego  brat  wyjechał  z  powrotem  na  ulicę  i  przyspieszył,  by 
dogonić  pozostałe  ścigane  wozy.  Wkrótce  znalazł  się  na  równi  z  drugim 
Chevroletem. 
 

Clarence  również  postanowił  dołączyć  się  do  walki.  Pomyślał,  że 

dobrym  sposobem  będzie  jechanie  w  zwartym  szyku,  który  uniemożliwi 
policjantom atakowanie pojedynczych wozów. Dlatego zjechał bliżej środ-
ka ulicy, by znaleźć się obok Chevroletów bliźniaków. 
 

-  Kate,  jaki  masz  pomysł  na  pozbycie  się  tych  Jeepów?  -  zapytał 

przez ich zespołowy komunikator. 
 

- Musimy się dostać bliżej centrum. Tam jest kilka uliczek, które 

pozornie kończą się ślepymi zaułkami, ale tak naprawdę da się nimi prze-
jechać. 
 

- Chevrolety się tam zmieszczą? 

 

- Tak, na pewno. Tylko de Silvowie muszą dać radę tam dotrzeć. 

Będziemy musieli skręcić na paru skrzyżowaniach. 
 

- Cholera... te ich wózki wydają się jeździć tylko do przodu. 

 

- Wiem i właśnie to mnie martwi, ale nie mamy innego wyjścia. 

 

- Dobra, rób swoje. Ja postaram się nie przepuścić do ciebie tych 

SUV-ów. 
 

Kierowcy  pędzili  kolejnymi  ulicami,  wymijając  samochody  ruchu 

drogowego.  Czerwone  światła  teraz  dla  nich  nie  istniały.  Policjanci  nadal 
starali się kąsać wozy to jednego, to drugiego wyścigowca, ale za każdym 
razem  manewr  ten  kończył  się  niepowodzeniem.  Strategia  polegająca  na 
trzymaniu się blisko siebie najwyraźniej dawała oczekiwane skutki. 
 

Kate  skręciła  na  skrzyżowaniu  w  lewo,  starając  się  jednocześnie 

zmieścić  między  dwoma  samochodami  jadącymi  z  przeciwnych  stron.  Na 
szczęście udało się jej wcisnąć idealnie pomiędzy nie, a następnie zjechać 
na prawy pas. 
 

Ulica była wąska, jednopasmowa. To na pewno nie był najbardziej 

trafny  wybór  trasy  ucieczki,  biorąc  pod  uwagę  to,  jakie  wozy  jechały  za 
nią, ale niestety nie było innego wyjścia. 
 

Zarówno  Clarence,  jak  i  bracia  de  Silva  jadący  jakieś  pięćdziesiąt 

metrów za limonkowym BMW skręcili jego śladem, jednak ich wozy będąc 
zdecydowanie  mniej  zwrotne,  wyleciały na  pobocze, ponownie  demolując 
słupki  i  skrzynki,  a  nawet  małe  drzewka  rosnące  przy  drodze.  Mimo  to 
udało się im w końcu wyjechać na prostą i dalej gnać ku centrum miasta. 

background image

13 

 

 

Dla  policyjnych  SUV-ów  ten  zakręt nie  był  jednak  tak  szczęśliwy. 

Wchodząc w niego nieco za późno, przetrwać dał radę tylko jeden z nich. 
Drugi wpadając w poślizg, najpierw obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, 
a następnie zatrzymał przy zjeździe ze skrzyżowania. 
 

Gdy pozostał już tylko jeden rywal, Kate zdecydowała się na bar-

dziej radykalne posunięcie. 
 

- Clarence - zwróciła się do niego. - Spróbuj blokować tego Jeepa, 

a w tym czasie może uda mi się gdzieś ukryć de Silvów. 
 

- Dobry pomysł. Czyli co, rozdzielamy się? 

 

-  Tak,  ale  najpierw  rozpracuj  tego  SUV-a.  Musi  koniecznie  poje-

chać za tobą. 
 

- W porządku.  

 

Właściciel  Mustanga  od  razu  przeszedł  do  realizacji  planu.  Naj-

pierw  zwolnił  nieco,  by  pozwolić  się  dogonić  policjantowi  i  jednocześnie 
wypuścić  braci  do  przodu.  W  ten  sposób  oddzielił  Chevrolety  od  Jeepa, 
starając się teraz maksymalnie go spowalniać. 
 

Kate włączyła prawy kierunkowskaz, dając braciom znak, że będą 

skręcać na najbliższym skrzyżowaniu. Tymczasem Clarence pojechał pro-
sto i ku jego radości, SUV podążył za nim. Nawet jeśli główną intencją jego 
kierowcy było ściganie właścicieli Chevroletów, teraz musiał dać za wygra-
ną. I tak nie byłby już w  stanie ich dogonić, a drugi z Jeepów zdawał się 
pozostać już daleko poza strefą całej akcji. 
 

- Jedź teraz cały czas prosto - powiedziała Kate do Razora. - Żeby 

nie przyszło gościowi do głowy gdzieś tu skręcać w naszym kierunku. 
 

- Jasne. Ukryj braci, a ja już jakoś sobie dam tutaj radę. 

 

Właścicielka  BMW  zbliżała  się  do  końca  kolejnej  ulicy.  Tuż  za  nią 

jechały głośno ryczące Chevrolety. Nieścigani już kierowcy skręcili spokoj-
nie w  kolejną  alejkę,  jadąc  teraz  w  kierunku  portowej  części  miasta.  Gdy 
znaleźli się nieopodal doków, ruszyli w lewo, biegnącą wzdłuż nich drogą. 
Po kilkuset metrach skręcili na wschód. Kate wpadła bowiem na pomysł, by 
zatrzymać  się  na  parkingu  należącym  do  klubu  jachtowego.  Tam,  wśród 
wielu innych wozów, a także licznych statków i łódek, trzy sportowe wozy 
przestaną być widoczne. 
 

Niestety jej plany zostały pokrzyżowane w momencie, gdy znaleźli 

się  na  skrzyżowaniu.  Chyba  los  przestał  sprzyjać  uciekinierom,  bo  od 
wschodu nadlatywał właśnie policyjny śmigłowiec. Zawisł natychmiast nad 
ich wozami, a gdy przejechały pod nim, obrócił się, by rozpocząć pościg. 

background image

14 

 

 

- Kate! - krzyknął przez komunikator Clarence. - Wyłapuję komu-

nikaty policji przez CB Radio. Jeśli jesteście w okolicy doków jachtowych, 
to natychmiast stamtąd uciekajcie. 
 

-  Clarence…  -  zaczęła  dziewczyna,  cały  czas  mknąc  do  przodu  

i tym samym mijając teraz zjazd na parking. - Mamy tu śmigłowiec. 
 

- O, cholera - zaklął cicho właściciel Mustanga. - Nigdzie się teraz 

nie zatrzymujcie. Musicie być cały czas w ruchu. 
 

- Jakieś propozycje, jak go zgubić? 

 

- Nie da się. Musisz czekać, aż sam odleci. 

 

- To chyba trochę potrwa, co? - zapytała Kate, skręcając teraz na 

północ. 
 

- Aż zabraknie mu paliwa. Z doświadczenia wiem jednak, że to nie 

trwa aż tak długo. 
 

- To dobrze. Jak sytuacja u ciebie? 

 

- Cały czas mam na ogonie tego SUV-a, ale odnoszę wrażenie, że 

gościowi już się nie chce mnie ścigać. Postaram się go zgubić i dołączyć 
do was. 
 

- Dobra. Ja jadę na północ, w stronę Vincent Thomas Bridge

1

. Słu-

chaj! - wpadła nagle na jakiś pomysł Kate. - A może wiejmy na Terminal 
Island

2

? Tam jest pełno hangarów, kontenerów, tuneli i innych dziur, gdzie 

można się zaszyć. Powinno się udać wyrolować ten śmigłowiec. 
 

- To jest myśl. W takim razie ja też jadę w tamtą stronę. 

 

Właścicielka BMW mknęła ulicą Harbor Boulevard biegnącą wzdłuż 

linii portowej. Od mostu będącego drogą ucieczki z miasta dzieliły ją jesz-
cze  jakieś  dwa  lub  trzy  kilometry.  Chevrolety  wciąż  trzymały  się  blisko, 
jednak można było dostrzec, że ich kierowcy są już chyba zmęczeni. Jeź-
dzili nieostrożnie, demolując prawie wszystko, co znalazło się na ich torze 
jazdy.  Ucierpiało  również  kilka  samochodów,  które  zaparkowane  były  na 
poboczach. 
 

Śmigłowiec hałasował nad ich głowami, dekoncentrując i wybijając 

wyścigowców  z  rytmu.  Kate  starała  się  jednak  zachować  trzeźwy  umysł  
i nie zwracać na to uwagi. Będąc w odległości już zaledwie kilkuset metrów 

                                                           

1

 Po polsku - most nazywający się Vincent Thomas. Stanowi jedyne drogowe połą-

czenie między San Pedro a Long Beach (Rockport). 

2

 Po polsku - wyspa o nazwie Terminal. Znajduje się w zatoce między San Pedro  

a Long Beach.

 

background image

15 

 

od mostu, spojrzała odruchowo w prawo. Tam znajdowało się  międzyna-
rodowe  centrum  morskie,  w  porcie  którego  zwykł  był  dokować  okręt,  na 
którym pływał ojciec dziewczyny. 
 

Ku  jej  zaskoczeniu  i  jednocześnie  ogromnej  radości,  okręt  znaj-

dował  się  na  miejscu,  a  to  oznaczało,  że  po  kilkumiesięcznym  rejsie  jej 
tata wreszcie wrócił do San Pedro. Przez chwilę miała chęć zjechać na par-
king znajdujący się obok centrum, by go tam odnaleźć i przywitać. Dopie-
ro po dłuższej chwili uświadomiła sobie, że teraz nie jest najlepsza chwila 
na takie rzeczy. Poza tym o tak późnej porze już na pewno dawno opuścił 
pokład okrętu i dotarł do domu. Kate cieszyła się na samą myśl o spotka-
niu z tatą, za którym przez te kilka miesięcy bardzo się stęskniła. 
 

Teraz jednak musiała skupić się na czymś zupełnie innym. Zbliżała 

się szybko do malującego się na horyzoncie mostu, który zawsze kojarzył 
się jej ze słynnym Golden Gate w San Francisco. Vincent Thomas był jed-
nak nie pomarańczowy, a zielony. Jego długość czy wysokość również nie 
były  aż  tak  imponujące,  ale  to  nie  zmieniało  faktu,  że  oba  mosty  są  do 
siebie bardzo podobne. 
 

Znajdując  się  już  na  ostatnim  skrzyżowaniu,  które  pokonać  mieli 

kierowcy, skręcili w lewo, by dostać się na wjazd na autostradę. Tu mieli 
nadzieję  spotkać  się  z  Clarencem,  dlatego  Kate  postanowiła  ponownie 
wykorzystać ich zespołowy system komunikacji. 
 

- To znów ja. Daleko jesteś od mostu? 

 

- Nie. Mam tylko mały problem z wjazdem. Sporo tu pokręconych 

uliczek i nie mogę się zorientować, która z nich jest właściwą drogą. Ale 
nie martw się, za chwilę powinienem was dogonić. Może przynajmniej uda 
mi się tutaj zgubić tego SUV-a. 
 

- Byłoby dobrze. Wystarczy, że mamy śmigłowiec nad głową. 

 

- Nadal nie odleciał? 

 

- No niestety nie. 

 

- Uparciuch. Dajcie mi dwie, trzy minuty i będę z wami. 

 

- W porządku - odpowiedziała Kate, zwalniając nieco, by dać Cla-

rence’owi potrzebny czas. 
 

Śmigłowiec  rzeczywiście  nie  ustępował.  Nawet  nad  autostradą 

starał się ścigać kierowców, ryzykując tym samym zderzenie z kolumnami 
lub znajdującymi się między nimi linami mostu. 
 

Sportowe  wozy  jechały  teraz  nie  szybciej  niż  80km/h.  Na  szczę-

ście  wkrótce  w  ich  tylnych  lusterkach  pojawił  się  czarny  Ford  Mustang. 

background image

16 

 

Dogonił  szybko  pozostałych,  a  wtedy  cała  czwórka  ruszyła  dalej,  mając 
nadzieję, że już niedługo uda się im uciec przed policją. 
 

Gdy znaleźli się na Terminal Island, skorzystali z pierwszego zjaz-

du i choć śmigłowiec nadal nie dawał za wygraną, starali się znaleźć od-
powiednie miejsce na tymczasową kryjówkę. Krążyli więc między różnymi 
halami i kontenerami, czekając, aż helikopter się oddali lub przynajmniej 
wystarczająco  pogubi.  W  końcu  postanowili,  że  po  raz  kolejny  rozdzielą 
się, by śmigłowiec wybrał sobie jeden cel, a w tym czasie reszta mogła się 
ukryć.  Clarence  oderwał  się  od  kolumny,  licząc  na  to,  że  policja  zechce 
skupić się na nim. 
 

Choć  początkowo  pilot  był  bardziej  zainteresowany  obserwowa-

niem BMW i Chevroletów, w końcu zmienił kurs i po chwili zawisł nad wo-
zem  Razora.  Wszystko  za  sprawą  komunikatu,  którego  treść  ponownie 
udało mu się usłyszeć poprzez CB Radio. 
 

„Uwaga, wszystkie jednostki. Sprawdziliśmy dane na temat ściga-

nych wozów. Dwa Chevrolety Chevelle SS z 1973 roku - kierowcy poszu-
kiwani są za regularny udział w nielegalnych wyścigach ulicznych na tere-
nie San Pedro. Nazwiska nieznane. BMW Z4 M Coupé - wóz nie znajdował 
się  dotychczas  w  bazie  NCIC-u

3

.  Czarny  Ford  Mustang  GT  -  wóz  zareje-

strowany na nazwisko Clarence Callahan. Należy do kierowcy zatrzymane-
go  i  skazanego  za  udział  w  nielegalnych  wyścigach  samochodowych  
w 2004 roku. Kod 10-87”. 
 

- No dobra, oni chcą mnie - oświadczył kierowca Mustanga, odda-

lając się od pozostałych wyścigowców. 
 

- Co to znaczy, że oni chcą ciebie? - zapytała Kate. 

 

- Znowu ich podsłuchałem. Sprawdzili nas i wiedzą, że byłem kie-

dyś  bardzo  popularny.  Będą  mnie  ścigać.  Wam  prawdopodobnie  dadzą 
spokój. Ukryjcie się, a ja postaram się was później odnaleźć. 
 

- No dobra, w takim razie powodzenia. 

 

- Wam też. 

 

Ford  i  obserwujący  go  śmigłowiec  oddaliły  się  dostatecznie,  by 

Kate mogła poszukać miejsca na postój. Jechała kolejnymi alejkami między 
wielkimi, towarowymi kontenerami, aż w końcu znalazła całkowicie pusty, 
kryty parking i halę, które w razie pojawienia się jednostek powietrznych, 
całkowicie osłaniały wyścigowców. Dziewczyna zatrzymała się tuż za bra-

                                                           

3

 NCIC - po polsku - Narodowe Centrum Informacji Kryminalnej. 

background image

17 

 

mą  wjazdową  hali  i  wysiadając  ze  swojego  wozu,  rozejrzała  się  szybko 
dookoła, by upewnić się, że tutaj nic nie zdradzi ich obecności. Po chwili 
zamilkły  również  silniki  Chevroletów.  Bliźniacy  opuścili  swoje  wozy,  pa-
trząc na Kate w wyraźnym przerażeniem w oczach. 
 

- Nie uciekacie przed policją zbyt często.  Mam rację?  - zapytała, 

poprawiając czarną czapkę basebolówkę. 
 

- Tak właściwie to dopiero drugi raz - przyznał jeden z braci. - Co 

z Razorem? 
 

-  Spokojnie,  da  sobie  radę.  Przez  długi  czas  był  najbardziej  po-

szukiwanym kierowcą Czarnej Listy. Pościgi to dla niego rozrywka. 
 
 

Clarence zmienił szybko bieg, jadąc slalomem między innymi sa-

mochodami  poruszającymi  się  szeroką  ulicą.  Mijał  właśnie  coś,  co  przy-
pominało  plac  budowy  stadionu,  a  w  rzeczywistości  było  jedynie  trasą 
kursującego w okolicy pociągu towarowego. Zielony most rysował się jesz-
cze w lewym lusterku Mustanga, gdy jego kierowca oślepiony został nagle 
odbiciem blasku białego reflektora.   
 

Śmigłowiec nadal utrzymywał się w stałej odległości  od wozu wy-

ścigowca, starając się teraz utrudniać mu jazdę poprzez stosowanie moc-
nego światła skierowanego w lusterka. 
 

Clarence  miał  jednak  rozwiązanie.  Założył  szybko  okulary  prze-

ciwsłoneczne,  które  znalazł  w  schowku.  Przy  okazji  wyciągnął  z  niego 
telefon komórkowy. Postanowił wykonać szybkie połączenie. Wybrał numer 
z  listy  kontaktów  i  położył  urządzenie  na  siedzeniu  pasażera,  włączając 
wcześniej  tryb  głośnomówiący.  Przez  kilkanaście  sekund  odpowiadał  mu 
jedynie dźwięk towarzyszący oczekiwaniu na odbiór. 
 

W końcu jednak z telefonu wydobył się wesoły głos jego przyjacie-

la: 
 

- Sieeeema! Co jest? - zapytał Ronnie. 

 

-  Jestem  w  małych  tarapatach.  Możesz  się  uaktywnić  w  naszym 

systemie komunikacyjnym? 
 

- Jasne. Daj mi minutę. 

 

- Do usłyszenia - odpowiedział Clarence, ponownie umieszczając 

telefon w schowku. 
 

Pędził  dalej  wielopasmową  drogą,  która  zdawała  się  ciągnąć  

w nieskończoność. Rozejrzał się dookoła - po horyzont ciągnęły się kon-

background image

18 

 

tenery i  portowe  żurawie. Po  prawej  stronie  lśniła  tafla  granatowej  wody, 
która łączyła się w jedność z równie granatowym niebem. 
 

Śmigłowiec  stawał  się  coraz  bardziej  natrętny.  Raz  leciał  za  Mu-

stangiem, innym razem wisiał tuż nad jego dachem, a jeszcze innym wy-
przedzał go i świecił reflektorem wprost w przednią szybę. 
 

W końcu w CB Radiu usłyszeć się dało kolejny komunikat: „Obiekt 

odmawia zatrzymania się. Kod: 6 i 10-85”. 
 

- Nie prosiliście mnie o zatrzymanie się  - warknął sam do siebie 

Clarence, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że tak właściwie to nie ma 
żadnego znaczenia. - Kod 10-85, mówicie? Czyli zbliża się towarzystwo… 
Nie  będę  gorszy  -  rzekł  cicho,  nawiązując  połączenie  z  Ronniem,  który 
wyświetlił się właśnie jako dostępny w zespołowym systemie komunikacyj-
nym. 
 

- Co się dzieje? - zapytał szybko chłopak. 

 

W  tym  czasie  w  systemie  pojawił  się  również  Toru  i  natychmiast 

dołączył do konwersacji. 
 

- Jestem na Terminal Island. Mam nad sobą śmigłowiec, a posiłki 

już nadciągają. 
 

- O, kurde - podsumował krótko Toru. - Potrzebujesz pomocy? 

 

- Przydałaby się. Jeżeli zaraz będą tu też radiowozy, to będę miał 

przechlapane.  Mógłbym  co  prawda  bawić  się  z  nimi  nawet  do  rana,  ale 
Kate i bracia de Silva też tu są. Ukryli się w jakimś hangarze, ale czekają na 
mnie, dlatego wolałbym to wszystko załatwić jak najszybciej. 
 

- Dobra, w takim razie jedziemy do ciebie - powiedział Ronnie. 

 

-  Dajcie  mi  znać,  kiedy  będziecie  na  wyspie.  Podam  wam  wtedy 

moje dokładne położenie. 
 

- W porządku. 

 

Ronnie i Toru rozłączyli się, a Clarence zbliżał się właśnie do roz-

widlenia dróg. 
 

-  W  którą  stronę  teraz?  -  zastanawiał  się  głośno.  -  Dobra,  niech 

będzie w prawo.  
 

Po chwili przejechał pod wiaduktem i jadąc dalej prosto, dostrzegł 

ogromny  plac,  który  był  wręcz  usiany  żurawiami.  Pomyślał,  że  dobrym 
pomysłem będzie zmuszenie śmigłowca do latania między nimi, co zdecy-
dowanie trudniejsze jest niż przemieszczanie się w pustej przestrzeni. 

background image

19 

 

 

Przed  metalową,  siatkową  bramą  znajdował  się  czerwono-biały 

znak „Wstęp wzbroniony”, ale kierowca Mustanga zignorował go i przebi-
jając się przez przeszkodę, wjechał na plac. 
 

- Zobaczymy, co zrobisz teraz, cwaniaczku - rzekł, myśląc o pilo-

cie śmigłowca. 
 

Jechał  między  wysokimi  żurawiami  i  znajdującymi  się  pod  nimi 

kontenerami. Skręcił gwałtownie w lewo, gdy zorientował się, że kilkadzie-
siąt metrów przed nim powierzchnia portu kończy się, a dalej jest już tylko 
ocean. Gnał znowu przed siebie, skręcając od czasu do czasu to w prawo, 
to w lewo. Śmigłowiec nadal latał za Mustangiem, ale jego pilota rzeczywi-
ście kosztowało to zdecydowanie więcej energii.  Z czasem coraz bardziej 
zostawał z tyłu, choć niestety nadal w odległości kontaktowej. 
 

- Jesteśmy na wyspie - rozległ się głos Ronniego. 

 

- Czy jadąc autostradą, widzieliście po lewej stronie takie niekoń-

czące się pasmo kolorowych kontenerów? - zapytał Clarence. 
 

- Tak. 

 

- Jestem gdzieś między nimi. Nie pytajcie, gdzie dokładnie, bo nie 

mam zielonego pojęcia. 
 

-  Nie  musisz  nic  mówić.  Widzę  już  śmigłowiec  -  oświadczył  

Ronnie. - Zamęczysz tego pilota. W takie miejsce go wyciągać… - dodał, 
śmiejąc się. - Jedziemy do ciebie. 
 

Właściciele  Astona  i  Mercedesa  śledzili  jednostkę  policji  przez 

kilka  minut,  aż  dotarli  wreszcie  do  portu.  W  nieskończoność  ciągnęły  się 
tam  metalowe  pojemniki,  które  zapewne  zawierały  towar  ładowany  na 
regularnie odpływające stąd okręty. 
 

Wkrótce oczom kierowców ukazał się również wóz ich przyjaciela. 

Mknął  między  kolejnymi  żurawiami  znajdującymi  się  jakieś  dwieście  me-
trów od wjazdu na plac. Zbliżali się do niego szybko i gdy stwierdzili, że 
on również będzie już w stanie ich zauważyć, użyli klaksonów. 
 

-  Cześć  -  przywitał  się  ponownie  Ronnie,  korzystając  z  systemu 

komunikacyjnego. 
 

-  Cześć,  chłopaki.  Dobrze,  że  jesteście.  Mam  już  dość  tego  typa  

w helikopterze. Świeci mi cały czas po oczach, skurczybyk. 
 

- Jak się go pozbędziemy? - zapytał Toru. 

 

-  Powinno  mu  wreszcie  zabraknąć  paliwa.  Bardziej  martwią  mnie 

te radiowozy, które z całą pewnością wiedzą, gdzie mnie szukać. 

background image

20 

 

 

- Ale nie jestem pewien, czy wiedzą jak tu wjechać - dodał szybko 

Ronnie. - To dość skomplikowane. Może spróbujmy jakoś stąd wyjechać, 
nie  korzystając  z  tej  głównej  bramy?  Nawet  jeżeli  oni  tamtędy  wjadą,  to 
nas już tu nie będzie. 
 

-  Dobry  pomysł  -  zgodził  się  Clarence.  -  Poszukajmy  jakiegoś 

wyjazdu, a w międzyczasie miejmy nadzieję, że śmigłowiec odleci. 
 

Trójka  wyścigowców  zwiedzała  plac,  rozglądając  się,  gdzie  będą 

mogli uciec,  gdy  wyrwą  się  wreszcie  spod  obserwacji pilota.  Po  chwili  na 
falach  CB  Radia  znów  nadany  został  komunikat:  „Uwaga,  wszystkie  jed-
nostki. Do ściganego obiektu dołączyły dwa kolejne. Jeden z nich to żółto-
zielony Aston Martin DB9 zarejestrowany na nazwisko Ronald McRea, dru-
gi to czarny Mercedes-Benz SLR McLaren zarejestrowany na nazwisko Toru 
Sato. Obaj kierowcy zostali aresztowani i skazani za udział w nielegalnych 
wyścigach  samochodowych  w  2004  roku.  Z  departamentu  policji  
w Rockport dostaliśmy informację, że obaj wspomniani kierowcy oraz Cla-
rence Callahan byli przed zatrzymaniem notowani na tzw. Czarnej  Liście. 
Kod 10-32. Powtarzam: kod 10-32”. 
 

- „10-25” - nadał komunikat ktoś inny. 

 

- „10-10” - odpowiedział pierwszy głos. 

 

- „Powtarzam: 10-25”. 

 

- „10-4”. 

 

- Wasze pieprzone kody - podsumował cicho Clarence. 

 

- Jakie kody? - zainteresował się Ronnie. 

 

- Słyszę komunikaty policyjne w CB Radiu. Cały czas nawijają tymi 

swoimi  tajnymi  kodami.  Wcześniej  pokapowałem  się, że  wysłali  jednostki 
naziemne, no ale teraz tyle tego nagadali, że nic nie rozumiem. Wiadomo 
tylko,  że  zorientowali  się,  kim  jesteśmy  i  chyba  nie  zamierzają  dać  nam 
spokoju. 
 

Ku  zaskoczeniu  wyścigowców,  śmigłowiec  skręcił  nagle  w  prawo  

i niebawem znikł za horyzontem wyznaczanym przez najwyższe kontenery 
znajdujące się w porcie. 
 

- O, proszę, a jednak - ucieszył się kierowca Mustanga. - Wresz-

cie. Teraz możemy wiać. 
 
 

Mijały kolejne minuty. Kate z trudnością odczytała godzinę z czar-

nej tarczy swojego zegarka. Postanowiła w końcu skontaktować się z Cla-

background image

21 

 

rencem i dowiedzieć się, jak wygląda jego sytuacja. Wsiadła więc do BMW  
i spoglądając na wyświetlacz swojego urządzenia, wybrała połączenie. 
 

-  Jesteśmy,  widzę,  bardzo  jednomyślni  -  zaśmiał  się  właściciel 

Mustanga. - Właśnie chciałem się z tobą skontaktować. 
 

- Co u ciebie? 

 

- Męczyłem się z tym śmigłowcem niemożliwie długo. Wezwałem 

już  nawet  na  pomoc  Ronniego  i  Toru.  Szukają  nas  jeszcze  jednostki  na-
ziemne,  ale  jak  na  razie  nie  natrafiliśmy  na  siebie.  Spotkajmy  się  gdzieś 
wszyscy. Trzeba wreszcie pogadać z de Silvami. Tak swoją drogą, bardzo 
są wystraszeni? 
 

Kate wychyliła się z wozu, by spojrzeć na braci, po czym odrzekła 

cicho: 
 

-  Są  wystraszeni  jak  cholera.  Cały  czas  sprawdzają,  czy  ktoś  już 

nas nie znalazł. 
 

-  Po  dzisiejszym  wieczorze  chyba  będzie  trudno  ich namówić  do 

Czarnej Listy. 
 

-  Niestety  też  mi  się  tak  wydaje,  ale  może  się  nie  poddawajmy. 

Gdzie jesteście? 
 

- Obok Seaside Highway

4

 

- W takim razie skorzystajcie z niej i jedźcie do Rockport. 

 

- Jak to? A wy? 

 

- My też tam pojedziemy. Może moglibyśmy spotkać się u Ronnie-

go w mieszkaniu? W sumie to niedaleko. 
 

- Bardzo dobry pomysł. Można tam łatwo ukryć wozy, nawet jeśli 

będzie ich o trzy więcej niż zwykle. W takim razie widzimy się u Ronniego. 
Uważajcie na te zagubione posiłki. Byłoby nieciekawie, gdyby na was trafi-
li. 
 

- Do zobaczenia - odpowiedziała Kate, rozłączając się. 

 
 

Dwadzieścia  minut  później  dawni  kierowcy  Czarnej  Listy  stali  na 

parkingu  obok  niedużego  bloku  mieszkalnego,  oczekując  na  właścicielkę 
limonkowego BMW oraz braci de Silva. 
 

Ci  zjawili  się  niedługo  potem  i  zatrzymując  się  przed  garażem 

należącym do Ronniego, wysiedli ze swoich wozów. 
 

- Nikt was nie śledził? - zapytał Kate Clarence. 

                                                           

4

 Po polsku - autostrada nazywająca się Seaside. 

background image

22 

 

 

- Nie. Przedostaliśmy się tutaj bez najmniejszych przeszkód. 

 

- W porządku. W takim razie chodźmy do środka - rzekł wskazu-

jąc na wejście do budynku. 
 

Na  miejscu  Ronnie  zachował  się,  jak  przystało  na  prawdziwego 

gospodarza  -  poczęstował  wszystkich  kawą  i  herbatą.  Proponował  nawet 
napoje alkoholowe, ale nikt się na nie nie zdecydował. 
 

-  Przechodząc  do  naszej  nawet  nierozpoczętej  rozmowy  z  San 

Pedro - zaczął Clarence. - czy jesteście skłonni dołączyć do rywalizacji na 
Czarnej Liście? 
 

-  Po  tym,  co  stało  się  dzisiaj?  -  odpowiedział  pytaniem  jeden  

z braci. 
 

Członkowie  Smoków  popatrzyli  na  siebie  nawzajem. Wiedzieli,  że 

może być tylko jedna odpowiedź. Nie zgodzą się. Widać przecież wyraź-
nie, że policyjne pościgi to zupełnie nie ich świat. 
 

- Pod jednym warunkiem - kontynuował de Silva. - Chcemy być po 

waszej stronie. 
 

Clarence ponownie spojrzał na Kate. Oboje byli zdziwieni, ale jed-

nocześnie bardzo zadowoleni z takiego obrotu spraw. 
 

- To oczywiste - odpowiedziała dziewczyna. - Inaczej sobie tego 

nie wyobrażaliśmy. 
 

-  W  takim  razie  wchodzimy  w  to.  Chyba  i  tak  dziś  niechcący  to 

zrobiliśmy. 
 

- To prawda. Tym bardziej, że widzieli was w towarzystwie daw-

nego najbardziej poszukiwanego. To dla policji taka zakodowana, ale jed-
nocześnie bardzo oczywista informacja. 
 

-  Informacja,  że  mniej  lub  bardziej  jesteśmy  związani  z  waszą 

grupą? To świetnie. Właśnie o to chodziło. 
 

-  Widzę,  że  wyjątkowo  cieszy  was  fakt,  że  będziecie  mogli  być  

z nami, a nie przeciwko nam - rzekł z uśmiechem Clarence. 
 

- Powiem szczerze - zaczął drugi z braci. - Do tej pory nie byli-

śmy do końca pewni, czy to wszystko, co nam proponujecie nie jest jakąś 
pułapką. To znaczy nie podejrzewaliśmy, że będziecie nas chcieli wystawić 
policji  czy  coś  w  tym  stylu.  Nie  byliśmy  tylko  przekonani,  czy  będziemy 
mogli na was liczyć, gdy sprawy się skomplikują. Dzisiejszy wieczór poka-
zał, że nasze obawy były bezpodstawne. Ryzykując własną wolnością, pró-
bowaliście nas wyciągnąć. Kogo obchodzi los obcych ludzi, gdy wszędzie 
pełno  jest  polującej  policji?  Jesteśmy  wam  bardzo  wdzięczni  za  ratunek  

background image

23 

 

i teraz już wiemy, że chcemy być częścią tej rywalizacji. Jeśli tylko pomo-
żecie  nam  odpowiednio  zacząć,  będziemy  dumni,  mogąc  stać  po  waszej 
stronie, bo nie ma żadnych wątpliwości, że stać po waszej stronie, to zna-
czy stać po właściwej stronie. 
 

-  Drodzy  panowie,  wy  już  zaczęliście  odpowiednio  -  oświadczył 

Clarence. 
 
 

*** 

 
 
 

O  godzinie  drugiej  Kate  wjechała  swoim  BMW  do  garażu  obok 

domu.  Zamykając  bramę,  ruszyła  w  stronę  drzwi  wejściowych.  Po  cichu 
przekręciła klucz w zamku i naciskając klamkę,  weszła do środka.  Zdjęła  
z siebie kurtkę i na wyczucie zawiesiła ją na wieszaku. Dopiero teraz po-
stanowiła zaświecić jedną z lamp wiszących pod sufitem salonu. 
 

Odwróciła się więc ponownie w stronę drzwi i naciskając włącznik, 

rozświetliła  nieco  mrok  w  pomieszczeniu.  Ku  wielkiemu  zaskoczeniu 
dziewczyny przy stoliku w kuchni siedziała jej mama. Wyraz twarzy i po-
stukujące o blat palce jednoznacznie wskazywały na to, że zaraz rozpocz-
nie się porządny wykład, a może nawet awantura. 
 

Kate spojrzała na nią z najbardziej niewinnym uśmiechem, na jaki 

tylko było ją stać. Niestety wszelkie próby udawania, że jest przynajmniej 
jedenasta  albo  chociaż  dwunasta  w  nocy  były  na  nic.  Już  dawno  minęła 
północ, a to oznaczało, że dziewczyna ma naprawdę przechlapane. 
 

- To, co dziś wyprawiałaś przechodzi już wszelkie, ludzkie pojęcie 

- zaczęła kobieta podwyższonym głosem. 
 

- Wiem, wiem. Bardzo długo to wszystko dzisiaj trwało. Podejrze-

wam, że więcej się to już nie powtórzy. 
 

- Lepiej, żeby się nie powtórzyło. Inaczej mogę zejść na zawał. 

 

- Daj spokój, mamo. Przecież ścigam się już od parunastu miesię-

cy... 
 

-  Ale  jeszcze  nigdy  nie  zdarzyło  mi  się  widzieć  w  telewizji,  jak 

uciekasz  razem  ze  swoimi  kumplami  przed  radiowozami  i  śmigłowcem, 
robiąc przy tym bałagan w połowie miasta! 
 

- O, o - wyrwało się cicho Kate, gdy zorientowała się, że jej mama 

o wszystkim wie. 

background image

24 

 

 

Zawiesiła się na chwilę, szukając w głowie odpowiedniego wyjścia 

z  tej  sytuacji.  Patrzyła  na  mamę  dużymi  oczami,  próbując  powiedzieć  jej 
coś,  co  będzie  dla  niej  chociaż  trochę  uspakajające.  Trudno  było  jednak  
w  tym  położeniu  znaleźć  odpowiedź,  która  mogłaby  ją  teraz  zadowolić. 
Zobaczyć bliską sobie osobę w telewizji i jeszcze w dodatku w takiej ak-
cji... 
 

-  Żebyś  wiedziała,  co  się  działo,  zanim  przyleciał  śmigłowiec  - 

rzekła w końcu, uśmiechając się z satysfakcją.  
 

Dopiero po chwili zrozumiała, że to był błąd. 

 

-  Lepiej  się  już  nie  pogrążaj  -  odpowiedziała  jej  mama  znacznie 

cichszym niż wcześniej, lecz nie mniej groźnym tonem. 
 

- Masz rację. Dzisiejszy wieczór był przesadą, ale nie miałam in-

nego wyjścia  - tłumaczyła nastolatka.  - Będąc wyścigowcem, czy jak inni 
to nazywają - piratem drogowym, przed policją trzeba uciekać. Nie można 
stać w miejscu i czekać, aż cię zatrzyma, bo wtedy więzienie jest już gwa-
rantowane.  Ucieczka  natomiast  daje  jakieś  szanse.  Jak  widzisz,  w  moim 
wykonaniu zakończyła się pełnym powodzeniem. Nadal jestem na wolno-
ści. 
 

- A twoi znajomi? 

 

- Oni też uciekli. 

 

- Chociaż tyle... - rzekła jakby z ulgą pani Mileski. 

 

- Widzę, że cię to cieszy. 

 

- Powiedzmy. 

 

- Dobrze, zostawmy już tę sprawę w spokoju. Lepiej połóżmy się 

spać  -  powiedziała  Kate,  podążając  powoli  w  stronę  schodów  prowadzą-
cych na piętro. 
 

-  Myślisz,  że  zasnę?  Jestem  zbyt  roztrzęsiona  -  oświadczyła  ko-

bieta  z  wyrzutem,  ruszając  w  ślad  za  córką.  -  Jak  w  ogóle  wyobrażasz 
sobie poranek? Zarwałaś pół nocy, a przecież musisz być na występach. 
 

- Ciiii, mamo, nie krzycz, bo obudzisz tatę  - powiedziała dziew-

czyna, gdy obie były już na szczycie schodów. - Dam sobie jakoś radę. Jak 
zawsze. 
 

- Skąd wiesz, że ojciec jest już w domu? 

 

- Kiedy uciekaliśmy przed policją, widziałam okręt w porcie. 

 

- Może on powinien z tobą porozmawiać. Mnie już brakuje pomy-

słów, jak cię przekonywać do porzucenia tego wszystkiego. 

background image

25 

 

 

-  Przed  tobą  trudne  zadanie  -  odpowiedziała  Kate,  uśmiechając 

się. 
 

- Dlaczego? 

 

-  Bo  najpierw  musiałabyś  przekonać  jego,  żeby  chciał  przekony-

wać do czegokolwiek mnie. 
 
 

*** 

 
 
 

Thomas  wjechał  do  kryjówki  Scorpions,  parkując  pośród  innych 

sportowych wozów. 
 

Ich  ilość  wzrastała  w  zatrważającym  tempie.  Po  ponad  trzech  ty-

godniach  zmagań  z  rywalami  na  nowych  zasadach,  zespół  wzbogacił  się  
o jedenaście naprawdę szybkich i jednocześnie bardzo drogich aut. 
 

Dwunasty  był  teraz  prowadzony  przez  Thomasa.  Wygrywając  ko-

lejną  wojnę  wyścigową,  Scorpions  zapewniło  sobie  nowiusieńkie  Ferrari 
F430 oraz dwieście tysięcy dolarów. 
 

Do  garażu  będącego  częścią  kryjówki  wjeżdżali  kolejni  kierowcy. 

Wśród nich byli Colin, Nikki, Cody, a także kilku jego najbliższych znajo-
mych. Pozostała część drużyny czekała już w sąsiednim pomieszczeniu. 
 

- I znów zwycięstwo - ekscytował się lider Skorpionów, patrząc na 

nowy nabytek jego zespołu. 
 

- Jeżeli nasi ulubieni rywale nie pomyślą o zakupie kolejnych sa-

mochodów,  niedługo  będą  musieli  skapitulować  i  wynieść  się  stąd.  Mam 
nadzieję, że na zawsze - powiedział Thomas, a Nikki uśmiechnęła się tylko 
z dumą. 
 

- A może lepiej, żeby zostali - rzekł z rozbawieniem Cody. - Przy-

najmniej w ten sposób mielibyśmy nieskończone źródło nowych samocho-
dów. 
 

- I to jakich - dodał szybko Colin. 

 

- Wydaję mi się, chłopaki, że niestety to się nie uda. Oni mają już 

dość tej zabawy - stwierdził Thomas. 
 

- A szkoda. Już zaczęło mi się to podobać. 

 

Wyścigowcy przeszli do pomieszczenia obok, witając się ze znaj-

dującymi się tam członkami zespołu. Ruch i gwar były ogromne. Mimo to 
lider Smoków od razu zauważył brak jednej osoby. 

background image

26 

 

 

- Sala jeszcze nie ma? - zapytał jakby sam siebie. 

 

-  A tego gdzie znowu wcięło? - zdziwiła się również Nikki. 

 

- Oj, chyba już jesteście przewrażliwieni na jego punkcie - zaśmiał 

się Cody. - Spokojnie, pewnie zaraz się zjawi. Tymczasem zaczynajmy!  - 
dodał  głośniej,  klaszcząc  jednocześnie  w  dłonie  tak,  by  wszyscy  w  po-
mieszczeniu go usłyszeli. 
 

Nim jednak kierowcy zdążyli zająć swoje miejsca, do pomieszcze-

nia weszły dwie postaci. Jedną z nich był Sal, który znajdując się w przej-
ściu,  uśmiechał  się  nieśmiało,  starają  się  jednocześnie  opanować  drżenie 
rąk.  
 

Obok  niego  stała  osoba,  której  wizyty  w  kryjówce  wyścigowcy 

spodziewali się nie bardziej niż nagłego ataku ze strony obcej cywilizacji. 
Mężczyzna - jak to zawsze było w jego zwyczaju - patrzył na wszystkich 
dumnie, zdejmując właśnie z dłoni czarne rękawice. Ubrany był w ciemne 
palto z kapturem, które zdobione było dużymi, srebrnymi guzikami. Niżej 
znajdowały się czarne dżinsy i lśniące buty oksfordy. 
 

Choć  sposób  ubierania  się  nie  uległ  zmianie,  niektórym  zajęło 

dłuższą chwilę rozpoznanie niespodziewanego gościa. Wszystko z powodu 
jego fryzury, która znacznie różniła się od tej, z jaką widziano go po raz 
ostatni w Palmont i okolicach. 
 

Zebrani w kryjówce wyścigowcy spoglądali na mężczyznę ze zdzi-

wieniem. W końcu naprzeciwko niego i Sala stanął Thomas. 
 

- Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek zdecydujesz się tu poka-

zać - zaczął poważnym tonem. 
 

-  Thomas,  pozwól,  że  ci  wszystko  wyjaśnię  -  rzekł  Sal.  -  Byłem  

w drodze tutaj. Zatrzymałem się na stacji benzynowej i tam, gdy wracałem 
do auta, zauważyłem, że ktoś na mnie czeka. 
 

-  Poczekaj,  ja  wytłumaczę  -  wtrącił  tajemniczy  gość.  -  Myślę,  że  

w obecnym układzie to ja powinienem mówić. Tak jak już wspomniał Sal, 
spotkaliśmy się na stacji albo dokładniej mówiąc, postanowiłem zjechać na 
stację, gdy dostrzegłem jego  Mercedesa. Jest jedynym człowiekiem, który 
ma takie malowanie na wozie. Nie mogłem się mylić. Chciałem z nim po-
rozmawiać  o  tym,  co  dzieje  się  w  mieście.  O  wszystkim  mi  opowiedział. 
Wiem już też, że podejrzewacie mnie… 
 

- Owszem - potwierdził Thomas, krzyżując ręce na klatce piersio-

wej. - Czyżbyśmy nie mieli racji? 

background image

27 

 

 

-  Może  przedstawię  moją  perspektywę,  od  początku  -  kontynu-

ował Wolf. - Jakiś miesiąc temu wróciłem do Palmont. Jak  mniemam, do-
myślacie  się,  że  najbardziej  przywiązany  jestem  do  Fortuny.  Zresztą  tam 
właśnie  mieszkam.  Niedługo  po  przyjeździe  dotarły  do  mnie  wieści,  że 
Scorpions  mają  pod  panowaniem  całe  miasto  oraz  San  Juan,  ale  ktoś  - 
jakiś nowo utworzony zespół próbuje odebrać im panowanie. Początkowo 
nie  miałem  pomysłu,  jak  zdobyć  więcej  informacji,  ale  nie  minęło  nawet 
kilka dni, gdy przejeżdżając wzgórzami Fortuny, dostrzegłem na parkingu 
naprzeciwko  ambasady  ogromną,  wręcz niewyobrażalną  ilość  sportowych 
samochodów i kłębiących się między nimi ludzi. Zatrzymałem się i wysia-
dłem  z  wozu,  by  przyjrzeć  się  temu  wszystkiemu  dokładniej.  Po  paru 
chwilach  kilka  samochodów  nadjechało  szybko  od  strony  szpitala  i  za-
trzymało się na ulicy przed ambasadą. Wśród tych samochodów bez pro-
blemu  rozpoznałem  twoje  BMW,  Forda  Nikki  i  Mercedesa  Sala.  Oczywiste 
było  zatem,  że  jesteście  w  mieście  i  pomagacie  Skorpionom  w  obronie 
terytoriów. Pomyślałem nawet wtedy, że może byłoby warto z wami poga-
dać, ale jakoś… nie miałem na tyle odwagi - rzekł Wolf, patrząc w ziemię. 
-  Potem  żałowałem  i  liczyłem  na  to,  że  może  jeszcze  uda  mi  się  kogoś  
z was spotkać. Gdy trafiłem na Sala, postanowiłem skorzystać z okazji. 
 

-  Więc  mówisz,  że  to  nie  ty  dowodzisz  tym  nowym  zespołem?  - 

zapytał łagodniejszym głosem Thomas. 
 

- Absolutnie. 

 

- A po co wróciłeś do miasta? 

 

- No wiesz, to mój dom. Czy Sal wspominał ci o tym, że szukałem 

Dariusa? 
 

- Tak. 

 

- No właśnie. Po tym, jak  Nikki ujawniła prawdę  o jego machloj-

kach i o tym, że to on ukradł pieniądze, wrabiając w to ciebie, postanowi-
łem go dorwać. Niestety moje poszukiwania skończyły się na niczym, więc 
wróciłem do Palmont. 
 

- Co właściwie chciałeś mu zrobić, gdybyś go już dostał w swoje 

ręce? - zapytał z uśmiechem lider Smoków. 
 

- Najpierw bym mu nagadał, a potem… postrzelił w obie nogi. 

 

- Postrzelił w nogi? - zaśmiał się Thomas, a głosy niektórych wy-

ścigowców stojących za nim zawtórowały mu. 
 

- No tak, wtedy przez jakiś czas albo nawet już zawsze nie mógł-

by jeździć samochodem. 

background image

28 

 

 

- Tak, to w pewnością byłaby dla niego odpowiednia kara. Wraca-

jąc  jeszcze  do  poprzedniego  tematu,  cieszę  się,  że  postanowiłeś  tutaj 
przyjechać i wyjaśnić sytuację. Cieszę się też, że to jednak nie ty, choć to 
oznacza, że znów straciliśmy jedyny trop. 
 

- Chciałbym wam pomóc - oświadczył pewnie Wolf. 

 

Zebrani w kryjówce wyścigowcy przyjrzeli mu się ze zdziwieniem. 

Jeszcze paręnaście minut temu był numerem jeden na liście podejrzanych, 
teraz  chciał  stać  się  wsparciem  w  poszukiwaniu  prawdziwego  winnego. 
Niektóre  rzeczy  zmieniają  się  zbyt  szybko.  Trzeba  jednak  przyznać,  że 
tym razem zmiana ta była jednocześnie bardzo miłą niespodzianką. 
 

Thomas  odpowiedział  mu  długim  spojrzeniem.  Sam  nie  wiedział, 

co teraz powiedzieć. Wierzył, że Wolf ma czyste sumienie, ale nie potrafił 
zrozumieć, jaki może mieć interes w pomaganiu Skorpionom. 
 

- Dlaczego? - zapytał w końcu. 

 

- Jak już wcześniej powiedziałem, Palmont to mój dom - odrzekł 

uroczyście. - A domu trzeba bronić, prawda? 
 

- Prawda. 

 

- To jak, znajdzie się u was dla mnie miejsce? 

 

-  Nie  do  mnie  należy  decyzja  -  odpowiedział  Thomas  z  uśmie-

chem, odsuwając się jednocześnie na bok. 
 

Po  chwili  przed  Wolfem  znalazł  się  Cody  i  spoglądając  na  niego 

życzliwie, zapytał: 
 

-  Czy  możemy  liczyć  też  na  to,  że  będziesz  nas  reprezentował  

w wyścigach? 
 

- Oczywiście. 

 

-  I  na  to,  że  będziesz  drugim  liderem  zespołu,  kiedy  Thomas  

i Nikki wrócą do Kalifornii? 
 

Wolf nie odpowiadał dłuższą chwilę. Z czasem przez zaskoczenie 

na  jego  twarzy  coraz  wyraźniej  przebijał  się  uśmiech.  Był  zachwycony  tą 
propozycją. W końcu rzekł: 
 

- Będę zaszczycony. 

 

- W takim razie witamy w zespole - powiedział Cody, podając mu 

rękę. 
 

- Dziękuję. Obiecuję robić wszystko, co w mojej mocy, by Palmont 

i pobliskie tereny nigdy nie wpadły w łapy naszych wrogów. 

background image

29 

 

 

- Naszych wrogów, mówisz? - zaczął ponownie Thomas. - Szybko 

wczułeś się w sytuację - dodał z uśmiechem. - Ale to dobrze. Cieszę się, 
że stanąłeś po właściwej stronie.