background image

8710

GEORGE R.R. MARTIN

Pieśń dla Lyanny

(A song for Lya)

PrzełoŜyli: M. K. i E. S.

    

  George R. R. Martin
    
– naleŜy do grona najwybitniejszych pisarzy amerykańskich debiutujących na początku lat siedemdziesiątych. 
Urodził się w 1948 roku w Bayonne (New Jersey). W latach 1966–1970 studiował dziennikarstwo na North 
Western University w Illinois. Od 1972 r. pracował jako dziennikarz, zaś w latach 1972–1974 w Korpusie 
Pokoju. Od 1974 roku jest zawodowym pisarzem.
    Debiutował w lutym 1971 roku na łamach renomowanego magazynu „Galaxy” napisanym w 1969 roku 
opowiadaniem „The hero”. Wiele spośród jego utworów uzyskiwało nominację do nagród Hugo i Nebuli. 
NajbliŜszymi zdobycia tego najwyŜszego w świecie SF trofeum były: opowiada „With Morning Comes 
Mistfall”, „And Seven Times Never Kill Man” oraz napisana wspólnie z Lisą Tuttle nowela „The Storms of 
Windhaven”.
    Największym pisarskim osiągnięciem George’a Martina stała się publikowana w tym numerze „Pieśń dla 
Lyanny” („A song for Lya”), która w 1975 roku wyróŜniona została nagrodą Hugo Gernsback Award w 
dziedzinie mikro powieści. Opowiadania George’a Martina zebrane zostały w dwóch tomach „A song for Lya 
and Other Stories” (1976) oraz „Songs ot Stars and Shadows” (1977). W 1977 roku opublikował swoją pierwszą
powieść „Dying of the Light”, która cieszy się nie mniejszym niŜ krótsze formy powodzeniem.
    W 1978 roku przegrała ona bezpośrednią walkę o pierwszeństwo do nagrody Hugo jedynie z wyróŜnioną 
rok wcześniej Nebula Award powieścią Frederika Pohla „Gateway”.
    
    (A.W.)
    
    

    Miasta planety Shkeen są stare. DuŜo starsze niŜ ziemskie. A najstarszym z nich jest olbrzymia 
rdzawoczerwona metropolia połoŜona na Świętych Wzgórzach. Nigdy nie miała nazwy. Nie potrzebowała jej. 
Choć na planecie zbudowano tysiące miast, Ŝadne nie moŜe się równać z tym największym i najludniejszym – 
jedynym miastem na wzgórzach. Dla mieszkańców Shkeen znaczy ono tyle co Rzym, Mekka, Jeruzalem. Jest 

Strona 1

background image

8710

symbolem. Pytającym o cel wędrówki wystarczy tylko powiedzieć: miasto. Prowadzą doń wszystkie drogi i 
trafia tu kaŜdy Shkeen przed Ostatecznym Zjednoczeniem.
    Istniało na długo przed powstaniem Rzymu. Było potęŜne juŜ w czasach, gdy na Ziemi nikomu jeszcze nie 
śniło się o Babilonie. A przecieŜ czas nie odcisnął na nim swojego piętna. Kilometrowe rzędy takich samych 
niskich, dusznych, prymitywnie umeblowanych ceglanych domów pokrywały wzgórza niczym czerwona 
wysypka.
    Miasto nie było jednak ponure. Dzień po dniu obrastało karłowate wzgórza, kwitnąc w promieniach 
upalnego słońca, niczym bujny krzew pomarańczy. Tętniło wiecznie młodym Ŝyciem. Zewsząd dochodziły 
zapachy gotującej się strawy, dobiegał dziecięcy gwar, odgłosy krzątaniny odnawiających domostwa murarzy.
Na wszystkich niemal ulicach przejmującą nutą dźwięczały rytualne dzwonki Zjednoczonych. Nie było w tym 
niczego, co świadczyłoby o wielowiekowej tradycji i potędze mądrości mieszkańców. Odnosiło się raczej 
wraŜenie, Ŝe ich kultura szuka dopiero drogi swojego rozwoju. A przecieŜ od załoŜenia miasta minęło juŜ 
ponad czternaście tysięcy lat.
    Miasto zbudowane przez ludzi było przy nim prawdziwym noworodkiem. Powstało przed dziesięcioma 
laty na krańcach wzgórz – pomiędzy metropolią Shkeen a niziną, na której zlokalizowano kosmodrom. W 
odczuciu ludzi było piękne – przestronne, pełne architektonicznej ornamentyki, poprzecinane szerokimi, 
ocienionymi szpalerami drzew bulwarami, na których w słońcu połyskiwały wesołe fontanny. Stojące wzdłuŜ 
bulwarów kolorowe budynki wzniesiono z metalu, barwnego plastiku i miejscowego drewna. Jakby z 
szacunku dla miejscowej tradycji większość z nich była stosunkowo niska. Wyjątek stanowiła wyniosła, 
widoczna na wiele mil dookoła WieŜa Administracyjna – wypolerowana stalowa iglica – śmiałym kształtem 
wbijająca się w kryształowe niebo.
    Lyanna wypatrzyła ją przed lądowaniem, więc jeszcze z góry mieliśmy okazję podziwiać ten śmiały akcent 
ludzkiej obecności na Shkeen. Ponure drapacze Starej Ziemi i Balduru były na pewno wyŜsze, a fantazyjne 
miasta Arachne z pewnością piękniejsze, ale ta smukła wieŜa wyglądała naprawdę imponująco. Samotna i nie 
zagroŜona dominowała nad świętymi wzgórzami.
    Mimo iŜ kosmodrom połoŜony był w zasięgu jej cienia uznano widać, Ŝe naleŜy wyjść nam naprzeciw. 
Nisko zawieszony poduszkowiec oczekiwał przy rampie. Obok niego, oparty o drzwi, stał Dino Valcarenghi 
rozmawiający właśnie ze znajomymi.
    Valcarenghi był administratorem planety i równocześnie przedmiotem podziwu wszystkich na niej 
obecnych. JuŜ wcześniej wiedziałem, Ŝe jest młody, przystojny i posiada niezwykły urok osobisty. Teraz 
miałem okazję, by przyjrzeć mu się bliŜej. Miał czarne włosy, których loki spadały na czoło i uśmiechniętą 
twarz wskazującą na wesołe usposobienie.
    Obdarzył nas sympatycznym uśmiechem i wyciągnął rękę na powitanie.
    – Cześć – rzucił bez zbędnych wstępów – cieszę się, Ŝe was widzę.
    Nie ceregielił się z formalną prezentacją. Wiedział, kim jesteśmy, a my wiedzieliśmy, kim jest on. Widać nie 
był człowiekiem, który zwykł przykładać wagę do konwenansów.
    Lyanna ujęła jego wyciągniętą dłoń. Spojrzała nań swoimi ciemnymi, głębokimi oczyma. Jej usta ułoŜyły się 
w ledwo zauwaŜalny uśmiech. Podobna była teraz do małej dziewczynki o kasztanowych włosach i drobnej 
figurce. Gdy zechce, potrafi wyglądać naprawdę bezradnie. Swym spojrzeniem moŜe wtedy zmieszać 
kaŜdego. JeŜeli ktoś wie, Ŝe posiada zdolności telepatyczne, to wydaje mu się wówczas, Ŝe swymi 
niesamowitymi oczyma odczytuje najgłębsze pokłady jego duszy. Ale w rzeczywistości jest to tylko zabawa. 
Gdy Lyanna naprawdę odczytuje – wówczas jej ciało sztywnieje, później drŜy, a jej ogromne, penetrujące 
duszę oczy, zwęŜają się, tęŜeją i mętnieją.
    Zwykle jednak ludzie czują się w jej towarzystwie nieswojo. Odwracają wzrok i starają się uwolnić z uścisku
jej ręki. Valcarenghi nie naleŜał do takich. Po prostu uśmiechnął się, odwzajemnił spojrzenie i pospieszył 
przywitać się ze mną.
    Ściskając jego dłoń nie mogłem powstrzymać się od czytania. Było to moim zwyczajem – przyznaję – złym 
zwyczajem. Zdaję sobie z tego sprawę. Postępując w ten sposób kończę przyjaźń zanim się nawiąŜe. Talentem 
nie dorównuję Lyannie. Czytam jedynie uczucia i emocje. Wesołe usposobienie Valcarenghiego objawiło mi się
z całą mocą i szczerością. Nic poza tym. Przynajmniej nic z tych rzeczy, które moŜna by uchwycić od razu.
    Przywitaliśmy się równieŜ z pomocnikiem. Był to wysoki blondyn w średnim wieku. Nazywał się Nelson 
Gourlay. Valcarenghi zaproponował, byśmy szybko zajęli miejsca w poduszkowcu i natychmiast 
wystartowali.
    – WyobraŜam sobie, jak bardzo musicie być zmęczeni – powiedział, gdy wzbiliśmy się w powietrze. – 

Strona 2

background image

8710

Darujmy więc sobie przejaŜdŜkę po mieście i od razu lećmy do wieŜy. Nelson wskaŜe wam mieszkanie. Potem
musicie wskoczyć do nas na drinka i przedyskutować parę problemów. Przeczytaliście materiały, które wam 
przysłałem?
    – Tak – odpowiedziałem.
    Lyanna skinęła głową.
    – Interesujące, ale wciąŜ nie rozumiem, po co nas wezwaliście?
    – Dojdziemy i do tego, w swoim czasie – odparł Valcarenghi. – Właściwie nie powinienem wam 
przeszkadzać w podziwianiu krajobrazu. – Wskazał za okno i uśmiechnął się. Milczał.
    Lyanna i ja cieszyliśmy się widokami, przynajmniej na tyle, na ile pozwalał krótki, pięciominutowy lot z 
kosmodromu do WieŜy. Pojazd mknął wzdłuŜ głównej arterii miasta na wysokości wierzchołków drzew. Pod 
podmuchem powietrza uginały się co mniejsze gałązki. Wewnątrz pojazdu było chłodno, choć na zewnątrz 
słońce dochodziło do zenitu, a nad chodnikami powietrze falowało z gorąca. Mieszkańcy prawdopodobnie 
pochowali się w swoich klimatyzowanych pomieszczeniach, gdyŜ ulice były prawie puste.
    Wyszliśmy z poduszkowca, który zatrzymał się w pobliŜu głównego wejścia do WieŜy i 
przemaszerowaliśmy przez nieskalanie czysty hall. Valcarenghi pozwolił nam porozmawiać z niektórymi 
podrzędnymi pracownikami personelu. Następnie Gourlay zaprowadził nas do windy i w jednej chwili 
znaleźliśmy się na pięćdziesiątym piętrze. Tam przemknęliśmy przez sekretariat, weszliśmy do następnego, 
prywatnego tunelu aerodynamicznego i wyjechaliśmy jeszcze wyŜej.
    
* * *
    
    Nasze pokoje prezentowały się znakomicie. Ciemnozielone dywany, drewniana boazeria, a nawet 
doskonale zaopatrzona biblioteka. PrzewaŜała klasyka ze Starej Ziemi oprawna w syntetyczną skórę. 
Znajdowało się tam równieŜ kilka powieści z Balduru – naszej ojczystej planety. Z pewnością przeprowadzono
wywiad dotyczący naszych gustów. Jedna ze ścian sypialni wykonana była z lekko barwionego szkła. Za nią 
roztaczał się przepiękny widok na połoŜone w dole miasto. Specjalne urządzenie pozwalało zaciemnić szybę, 
umoŜliwiając spokojny sen.
    Gourlay zaznajomił nas ze wszystkim z obowiązkowością hotelowego boya. Odczytałem go krótko, lecz nie 
doszukałem się najmniejszych nieprzyjaznych uczuć. Był tylko nieznacznie zdenerwowany. Odkryłem w nim 
jeszcze szczere uczucie, którym kogoś obdarzał. – Nas? – Valcarenghiego?
    Lyanna usiadła na jednym z łóŜek.
    – Czy ktoś przyniesie nasze bagaŜe? – spytała.
    Gourlay skinął głową.
    – Nie będziecie mieli powodu uskarŜać się na opiekę. Proście o wszystko, czego potrzebujecie.
    – Nie obawiaj się, nie omieszkamy tego uczynić – odrzekłem. Opadłem na drugie łóŜko.
    – Od dawna tu jesteś?
    – Od sześciu lat – odparł rozsiadając się wygodnie w fotelu. – NaleŜę do weteranów. Pracowałem pod 
czterema administratorami. Dino, przed nim Stuart, a jeszcze przed nim Gustaffson. Pracowałem nawet parę 
miesięcy pod Rockwoodem.
    – Rockwood nie urzędował długo, prawda? – spytała Lyanna.
    – Tak – odparł Gourlay. – Nie lubił tej planety. Szybko przeniósł się gdzie indziej, na stanowisko zastępcy 
administratora. Nie przejąłem się tym zbytnio, jeŜeli mam być szczery. Był to trochę nerwowy typ. Zawsze 
wydawał rozkazy po to tylko, by pokazać, kto tu jest szefem.
    – A Valcarenghi? – zapytałem.
    Gourlay uśmiechnął się rzewnie.
    – Dino? Dino jest w porządku. Jeden z najlepszych, jacy tu byli. Jest dobry i wie o tym. Działa dopiero od 
dwóch miesięcy, a juŜ odwalił kawał dobrej roboty. Zaprzyjaźnił się z mnóstwem osób. Traktuje kaŜdego jak 
człowiek, mówi wszystkim po imieniu. Ludzie to lubią.
    Czytałem go. Wyczytałem szczerość. Wierzył w to, co mówił. A więc to uczucie dotyczyło Valcarenghiego.
    Miałem więcej pytań, ale nie zdąŜyłem ich zadać. Gourlay nagle wstał.
    – Wydaje mi się, Ŝe powinienem juŜ pójść – powiedział. – Z pewnością chcecie odpocząć. Przyjdźcie na 
szczyt za jakieś dwie godziny. Wtedy porozmawiamy. Wiecie gdzie jest winda?
    Przytaknęliśmy i Gourlay wyszedł. Zwróciłem się do Lyanny.
    – Co o tym myślisz?

Strona 3

background image

8710

    LeŜała na plecach i wpatrywała się w sufit.
    – Sama nie wiem – odparła. – Nie czytałam go. Zastanawiam się dlaczego mieli tylu administratorów. I po 
co wezwali nas?
    – Jesteśmy przecieŜ Talentami – odparłem z uśmiechem. – Talentami przez duŜe T.
    Lyanna i ja zostaliśmy sprawdzeni i zarejestrowani jako Talenty psi. Posiadaliśmy dokumenty 
potwierdzające ten fakt.
    – Uhum – mruknęła, odwracając się na bok i odwzajemniając mi uśmiech. Tym razem nie był to zdawkowy 
grymas.
    – Valcarenghi chciał, byśmy trochę odpoczęli – powiedziałem – nie jest to zły pomysł.
    Lyanna wyskoczyła Ŝwawo z łóŜka.
    – OK – powiedziała – ale łóŜka muszą być złączone.
    – Proszę bardzo.
    Uśmiechnęła się. Złączyliśmy je.
    I rzeczywiście, nieco się nawet przespaliśmy.
    Gdy obudziliśmy się, nasze bagaŜe leŜały juŜ pod drzwiami. Przebraliśmy się w zwykłe rzeczy, licząc na 
bezpretensjonalność Valcarenghiego. Wjechaliśmy na szczyt WieŜy.
    
* * *
    
    Biuro administratora planety nie przypominało w niczym tego, co zwykło się uwaŜać za biuro. Nie było w 
nim biurka ani innych zwykłych rekwizytów. Był za to bar, niezwykle puszyste dywany, w których grzęzło się
na wysokość kostek i kilka foteli. Poza tym mnóstwo przestrzeni, słońca, no i wspaniały widok na Shkeen za 
szklanymi ścianami.
    Valcarenghi i Gourlay juŜ na nas czekali. Administrator pełnił osobiście obowiązki barmana. Nie umiałem 
rozpoznać napoju, który nam podał. Był wspaniały i chłodny, korzenny i aromatyczny. Piłem go z ogromną 
przyjemnością.
    – Wino z Shkeen – rzekł Valcarenghi uśmiechając się, w odpowiedzi na nie postawione pytanie. – Ono się 
jakoś specjalnie nazywa w tutejszym języku, ale nie umiem tego jeszcze wymówić. Dajcie mi tylko trochę 
czasu. Jestem tu dopiero od dwóch miesięcy, a język jest niebywale trudny.
    – Uczysz się języka Shkeen? – w głosie Lyanny brzmiało zdumienie.
    Znałem przyczynę jej zaskoczenia. Język Shkeen jest niesłychanie trudny dla ludzi, podczas gdy mieszkańcy
planety uczą się języków ziemskich z duŜą łatwością. Większość z nich przechodzi nad tym faktem do 
porządku dziennego, uszczęśliwiona, Ŝe nie musi sprawiać sobie nowych kłopotów.
    – To pozwala mi zrozumieć ich sposób myślenia – wyjaśnił Valcarenghi. – Tak przynajmniej mówi teoria. – 
Uśmiechnął się znowu.
    Próbowałem go ponownie przeczytać, choć tym razem było to bardziej skomplikowane. Uchwyciłem tylko 
jedno uczucie – była to duma, zmieszana z zadowoleniem. ZłoŜyłem to na karb wina.
    – Jakkolwiek ten trunek się nazywa, smakuje mi – powiedziałem.
    – Na Shkeen produkuje się duŜo gatunków napojów i potraw – podjął Gourlay. – Zapewniliśmy sobie 
eksport niektórych z nich i staramy się go zwiększyć. Powinno dobrze pójść…
    – Będziecie mieli okazję popróbować nieco tutejszych specjalności dziś wieczorem – wtrącił Valcarenghi. – 
Zorganizowałem dla was wycieczkę po mieście z paroma przystankami w Shkeen City. Jak na miasto tej 
wielkości mamy tu wcale interesujące Ŝycie nocne. Będę waszym przewodnikiem.
    – Brzmi to obiecująco – powiedziałem.
    Lyanna uśmiechnęła się. Wycieczka zapowiadała się na nieco wymuszoną. Większość Normalnych czuje się 
źle w towarzystwie Talentów. Zwykle więc kaŜą nam robić to, co do nas naleŜy i pozbywają się nas tak 
szybko, jak to moŜliwe. Najwyraźniej nie potrafią się z nami zŜyć.
    – A teraz do rzeczy – powiedział nagle Valcarenghi odstawiając drinka i poprawiając się w fotelu. – Czy 
czytaliście o Kulcie Jedności?
    – Jedna z religii Shkeen – stwierdziła Lyanna.
    – Jedyna religia Shkeen – poprawił Valcarenghi. – KaŜdy mieszkaniec tej planety jest wyznawcą Kultu. To 
jest planeta heretyków.
    – I co o tym myślicie?
    Wzruszyłem ramionami.

Strona 4

background image

8710

    – Ponure, prymitywne. Ale nie bardziej niŜ inne tego typu religie. Mieszkańcy tej planety nie są zbyt 
zaawansowani w rozwoju. Na Ziemi równieŜ istniały kiedyś religie wymagające ludzkich ofiar.
    Valcarenghi potrząsnął głową i spojrzał w kierunku Gourlaya.
    – Nie, nic nie zrozumieliście – zaczął Gourlay odstawiając swój kieliszek na dywan. – Zajmuję się tą religią 
juŜ od sześciu lat. Ona nie ma odpowiednika w historii. Nie było niczego takiego ani na Ziemi, ani na innych 
zamieszkanych planetach, które dotąd napotkaliśmy. JeŜeli chodzi o Zjednoczenie, to wydaje mi się, Ŝe to nie 
to samo, co ludzka ofiara. To złe porównanie. Religie ziemskie poświęcały paru osobników, oczywiście wbrew
ich woli. Celem było przebłaganie złych bóstw. Zabić niewielu, by zyskać łaskę dla milionów. Ci wybrani 
zwykle protestowali. Tu jest inaczej. Greeshka zabiera wszystkich. I wszyscy się na to godzą. Godzą się z 
ochotą. Niczym lemingi, udają się do jaskiń, by pozwolić się poŜreć tym potworom. KaŜdy mieszkaniec staje 
się Dopuszczonym w wieku lat czterdziestu, a Ostateczne Zjednoczenie następuje, zanim dojdzie do 
pięćdziesięciu.
    Byłem nieco zmieszany.
    – W porządku – odparłem. – Widzę róŜnicę, przynajmniej tak mi się zdaje. Ale co z tego wynika? Czy 
musimy się o to martwić? Ta religia jest nieco surowa, ale to sprawa tubylców. Nie róŜni się ona zresztą wiele 
od rytualnego kanibalizmu Hranganów.
    Valcarenghi wstał i poszedł w kierunku baru. Napełniając ponownie swój kieliszek, odezwał się tonem 
nieledwie beztroskim.
    – O ile wiem, kanibalizm Hranganów nie mógł poszczycić się wyznawcami wśród ludzi.
    Lyanna spojrzała skonsternowana. Czułem się podobnie. Wstałem.
    – Co takiego?
    Valcarenghi wrócił na swoje miejsce z pełnym kieliszkiem w ręku.
    – Ludzie takŜe przyłączają się do Kultu Zjednoczenia. Wielu z nich zostało juŜ przyjętych w poczet 
Dopuszczonych. Nikt nie dostąpił jak dotąd Ostatecznego Zjednoczenia, ale to tylko kwestia czasu. – Usiadł i 
spojrzał na swego zastępcę.
    My równieŜ podąŜyliśmy za jego wzrokiem.
    Gourlay podjął temat.
    – Pierwszy nawrócony zdarzył się jakieś siedem lat temu. Czyli na rok przed moim przybyciem, a w dwa i 
pół roku po odkryciu Shkeen i zbudowaniu naszego osiedla. Facet nazywał się Magly. Psycholog. Talent typu 
psi. Pracował w ścisłym kontakcie z mieszkańcami planety. Nawrócił się po dwóch latach. Potem z roku na 
rok zdarzało się to coraz częściej. Jeden z nawróconych to nie byle kto, sam Phil Gustaffson.
    Lyanna zmruŜyła oczy.
    – Administrator?
    – Ten sam – odparł Gourlay. – Nasi administratorzy, jak wiecie, zmieniali się dość często. Gustaffson 
przyszedł po Rockwoodzie, który nie mógł juŜ tutaj wytrzymać. Był to sympatyczny człowiek, lubiany przez 
wszystkich zanim tu przybył. Podczas swej ostatniej misji stracił Ŝonę i dzieci, a mimo to był zawsze serdeczny
i pełen radości. Zainteresował się religią Shkeen, zaczął rozmawiać z tubylcami. Rozmawiał z Maglym i z 
innymi nawróconymi. Poszedł nawet zobaczyć Greeshkę w jaskiniach. To nim wstrząsnęło. Do tego stopnia, Ŝe
przez jakiś czas nie poruszał tego tematu, w końcu jednak powrócił do niego. Próbowałem go rozgryźć, ale tak
naprawdę nigdy nie wiedziałem, co go nurtuje. Nieco ponad rok temu nawrócił się. Teraz naleŜy do 
Dopuszczonych. Nikogo jeszcze nie przyjęto tak prędko. Słyszałem pogłoski, Ŝe prawdopodobnie dostąpi 
Ostatecznego Zjednoczenia przed czasem. MoŜe to nastąpić lada dzień. Phil był administratorem dłuŜej niŜ 
ktokolwiek inny. Ludzie byli do niego przywiązani, lubili go. Gdy się nawrócił, wielu z jego przyjaciół poszło 
w jego ślady. Od tego czasu częstotliwość nawróceń wzrasta.
    – Teraz wynosi nieco poniŜej 1 procent, lecz ciągle rośnie – dodał Valcarenghi. – To wydaje się niewiele, ale 
naleŜy pamiętać o proporcjach. Jeden procent ludzi, którzy mi podlegają, przyjmuje wyznanie wymagające 
popełnienia raczej nieprzyjemnego samobójstwa.
    – Dlaczego nie pisaliście o tym w waszych materiałach? – Lyanna patrzyła badawczo to na jednego, to na 
drugiego.
    – Chyba powinniśmy – usprawiedliwiał się Valcarenghi. – Ale Stuart, który został administratorem po 
Gustaffsonie, obawiał się skandalu. Prawo nie zabrania ludziom przyjmowania obcych religii, więc Stuart 
utrzymywał, Ŝe nie ma problemu. Składał raporty o ilości nawróceń nie wspominając o tym, na co się ci ludzie 
nawracają. Zresztą nikt ze zwierzchników tym się nie interesował…
    Skończyłem drinka i odstawiłem pusty kieliszek.

Strona 5

background image

8710

    – Mów dalej.
    – JednakŜe widzę w tym wszystkim jeden problem – powiedział. – Nie tyle obchodzi mnie, ilu jest 
nawróconych, co przeraŜa mnie sama myśl o tym, Ŝe ludzie będą poŜerani przez tę piekielną Greeshkę. Od 
czasu gdy objąłem rządy, skierowałem do pracy nad tym zagadnieniem kilku psychologów, ale jak dotąd nie 
potrafią się z tym uporać. Potrzebuję Talentu. Chcę, Ŝebyście odpowiedzieli mi na pytanie: dlaczego ci ludzie 
się nawracają. Dopiero potem będę mógł coś z tym zrobić.
    Problem był nietypowy, ale zadanie sformułowane jasno. Na wszelki wypadek przeczytałem 
Valcarenghiego. I tym razem nie potrafiłem jednak przeniknąć w głębsze pokłady jego świadomości. Panował 
nad swymi ukrytymi problemami, jeŜeli je oczywiście posiadał.
    Spojrzałem na Lyannę. Siedziała w dziwnej pozycji. Kurczowo ściskała swój kieliszek. TakŜe czytała. Nagle 
rozluźniła się, spojrzała w moim kierunku i kiwnęła głową.
    – W porządku – powiedziałem. – Myślę, Ŝe moŜemy się tego podjąć.
    Valcarenghi uśmiechnął się.
    – Nigdy w to nie wątpiłem – powiedział. – Nie wiedziałem tylko czy zechcecie. Ale dosyć o tym na dzisiaj. 
Obiecałem wam nocne atrakcje, a musicie wiedzieć, Ŝe zawsze dotrzymuję obietnic. Spotkajmy się na dole w 
hallu za pół godziny.
    
* * *
    
    Tym razem ubieraliśmy się prawie wizytowo. Dla siebie wybrałem niebieską tunikę, białe spodnie oraz 
pasującą do tego zestawu aŜurową apaszkę. Nie był to ostatni krzyk mody, ale liczyłem na to, Ŝe Shkeen z 
pewnością nie nadąŜa za nowinkami. Lyanna włoŜyła biały jedwabny kombinezon w wąskie niebieskie paski, 
które przyjmując kształt jej sylwetki tworzyły zmysłowy wzór. Całość wyglądała frywolnie i pociągająco. 
Uzupełnieniem tego wszystkiego była błękitna pelerynka.
    – Valcarenghi jest zabawny – zauwaŜyła, narzucając ją.
    – Tak? – walczyłem właśnie z oporną zatrzaską przy mojej tunice. – CzyŜbyś dostrzegła coś czytając go?
    – AleŜ nie.
    Skończyła ubieranie się i przeglądała się teraz z upodobaniem w lustrze. Nagle odwróciła się gwałtownie w 
moim kierunku.
    – Sęk w tym, Ŝe on mówi dokładnie to, co ma na myśli. Istnieją wprawdzie róŜnice w doborze słów, ale to 
nie ma znaczenia. Jego uwaga skoncentrowana była wyłącznie na temacie naszej rozmowy. Poza tym 
napotykałam nieprzeniknioną ścianę. – Uśmiechnęła się. – Nie dotarłam do Ŝadnego z jego głębszych 
sekretów.
    Udało mi się w końcu zapiąć zatrzaskę.
    – Nie szkodzi – powiedziałem. – Masz cały dzisiejszy wieczór na ponowne próby.
    Skrzywiła się.
    – Nie. Nie czytam ludzi w czasie spotkań towarzyskich. To nie jest fair. Poza tym wymaga to duŜego 
wysiłku i koncentracji. śałuję czasem, Ŝe nie potrafię czytać myśli tak łatwo jak ty czytasz uczucia.
    – I tak jesteś bardziej utalentowana ode mnie. – Myszkowałem w bagaŜach w poszukiwaniu apaszki. W 
końcu zdecydowałem się jej nie brać. Apaszki i tak wychodziły z mody, a Ŝadnego innego gustownego 
dodatku nie miałem. – Ja teŜ nie dowiedziałem się niczego szczególnego o Valcarenghim. Tyle samo moŜna by
stwierdzić obserwując jego twarz. Musi starannie panować nad sobą. Ale wybaczam mu, ma świetne wino.
    – Masz rację! Ono mi dobrze zrobiło. Znikł ból głowy, z którym się obudziłam.
    – To z powodu wysokości – zauwaŜyłem.
    Ruszyliśmy w kierunku drzwi. Hall był prawie pusty, ale Valcarenghi nie pozwolił długo na siebie czekać. 
Towarzyszyła mu kobieta, oszałamiająca kasztanowowłosa zjawa o nazwisku Laurie Blackburn. Była młodsza 
niŜ Valcarenghi. Na oko mogła mieć około dwudziestu pięciu lat.
    Tym razem administrator zabrał nas swym własnym nieco wysłuŜonym czarnym wozem.
    Gdy wyruszyliśmy słońce zachodziło. Cały odległy horyzont był jednym pasmem czerwieni i pomarańczy. 
Z nizin dochodziła nas chłodna oŜywcza bryza. Valcarenghi wyłączył klimatyzację i otworzył okna pojazdu. 
Obserwowaliśmy leŜące poniŜej, pogrąŜające się w mroku miasto.
    Kolację zjedliśmy w duŜej restauracji urządzonej w stylu balduriańskim. Gospodarze wybrali ją chyba po to,
byśmy czuli się jak u siebie. Potrawy były jednak bardziej kosmopolityczne: przyprawy, zioła i sposób 
przyrządzania pochodziły z Balduru, mięsa i jarzyny były miejscowe. Kombinacja w sumie okazała się 

Strona 6

background image

8710

ciekawa. Valcarenghi osobiście zamawiał wszystkie dania i prędko nasyciliśmy się próbując około tuzina 
róŜnych potraw. Najbardziej smakował mi mały miejscowy ptaszek przyrządzony w sosie soustangowym. Nie
było tego wiele, ale smakowało wspaniale. OpróŜniliśmy teŜ trzy butelki wina: butelkę Shkeen, które juŜ 
znaliśmy, butelkę mroŜonego Veltaar z Balduru i prawdziwego Burgunda ze Starej Ziemi.
    Rozmowa oŜywiła się szybko, Valcarenghi był urodzonym gawędziarzem i równocześnie dobrym 
słuchaczem. Ostatecznie zeszliśmy na Shkeen i jej mieszkańców. Najwięcej mówiła Laurie. Była na planecie od 
sześciu miesięcy, pracując nad doktoratem z antropologii pozaziemskich. Próbowała odpowiedzieć napytanie: 
dlaczego cywilizacja Shkeen przez tak długie tysiąclecia nie rozwijała się w widoczny sposób.
    – Oni są znacznie starsi niŜ my – podkreślała. – Budowali miasta zanim człowiek nauczył się korzystać z 
narzędzi. Właściwie to mieszkańcy Shkeen powinni skolonizować Ziemię, a nie odwrotnie.
    – Czy nie ma teorii wyjaśniających ten fakt? – pytałem.
    – Są, ale Ŝadna z nich nie jest powszechnie akceptowana. Cullen na przykład wspomina o braku cięŜkich 
metali. Jest to istotne, ale czy moŜna tym wszystko wyjaśnić? Wedle Von Hamrina, mieszkańcy Shkeen nie 
posiadają w ogóle instynktu walki. Planeta nie jest zamieszkiwana przez drapieŜniki, stąd nie ma warunków 
do rozwoju elementu agresywności. Teorię tę ostatecznie skrytykowano. Okazało się bowiem, Ŝe Shkeen wcale
nie jest aŜ tak idylliczna. Gdyby tak było, nigdy nie osiągnęłaby obecnego etapu rozwoju. Poza tym czymŜe 
jest Greeshka – jeŜeli nie drapieŜnikiem? Ona ich przecieŜ poŜera.
    – A co ty o tym sądzisz? – spytała Lyanna.
    – Wydaje mi się, Ŝe ta sprawa ma coś wspólnego z religią, mimo Ŝe nic pewnego jeszcze nie wiem. Dino 
pomaga mi w nawiązywaniu kontaktów. Mieszkańcy są niezwykle otwarci, a mimo to prowadzenie badań 
wcale nie jest proste. – Urwała nagle i spojrzała uwaŜnie na Lyannę – szczególnie dla mnie. Spodziewam się, 
Ŝe wam będzie łatwiej.
    Słyszeliśmy to juŜ wiele razy. Normalni myślą, Ŝe Talenty korzystają często z metod nie fair, co zresztą jest 
zrozumiałe. To prawda. Ale Laurie nie miała nic złego na myśli. Powiedziała to tonem obojętnym, 
stwierdzając fakt, bez zwykłej w takich przypadkach zjadliwej zazdrości. Valcarenghi objął ją swym 
ramieniem.
    – Chyba juŜ dość tej gadaniny. Robb i Lyanna nie powinni się tym teraz martwić. Zostaw im czas do jutra.
    Laurie spojrzała na niego i uśmiechnęła się kokieteryjnie.
    – O’key, chyba nieco przesadziłam. Wybaczcie mi.
    – Wszystko w porządku – odparłem. – To bardzo interesujący temat. Jeszcze trochę, a sami się do niego 
zapalimy.
    Lyanna potwierdziła skinięciem głowy. Dodała równieŜ, Ŝe jeŜeli znajdziemy cokolwiek, co potwierdzałoby 
teorię Laurie, to ją niezwłocznie zawiadomimy.
    Nie słuchałem jej prawie. Wiem, Ŝe nietaktem jest czytanie Normalnych w takich sytuacjach, ale i tym razem
nie mogłem się pohamować.
    Valcarenghi przyciągnął Laurie ku sobie. Z poczuciem winy przeczytałem go szybko. Był w podniosłym 
nastroju, trochę pijany. Czuł się panem sytuacji. Laurie była natomiast istną dŜunglą. Niepewność i tłumiona 
złość, trochę strachu i miłość. Nieco zagmatwana, ale dostatecznie wyraźna i mocna. Na pewno nie w 
stosunku do mnie i do Lyanny. Kochała Valcarenghiego.
    
* * *
    
    Opuściłem dłoń pod stół w poszukiwaniu ręki Lyanny. Dotknąłem jej kolana i uścisnąłem lekko. Spojrzała 
na mnie i uśmiechnęła się. Na szczęście nie czytała. Fakt, Ŝe Laurie kochała Valcarenghiego martwił mnie 
nieco, choć sam nie bardzo wiedziałem dlaczego. Byłem więc zadowolony, Ŝe Lyanna nie dostrzega mego 
zawodu.
    Wysączyliśmy ostatnią butelkę wina i Valcarenghi pospiesznie uregulował rachunek. Wstał.
    – W drogę – oznajmił krótko. – Noc jest pogodna, a my mamy jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia.
    I odwiedziliśmy, co prawda nie jarmarczny show i nie podejrzane miejsca, których w mieście nie brakowało,
lecz kasyno gry. Hazard na tej planecie był oczywiście dozwolony. A gdyby nawet tak nie było, to i tak 
Valcarenghi zalegalizowałby go zaraz po objęciu swego urzędu.
    Pobrał kilka Ŝetonów. Zarówno Laurie jak i ja przegraliśmy. Lyannie nie pozwolono grać. Jej Talent był zbyt 
niebezpieczny. Natomiast Valcarenghi wygrał sporo. Radził sobie równie doskonale w kombinacjach 
umysłowych jak i w trudnej ruletce.

Strona 7

background image

8710

    Potem wstąpiliśmy do baru. Wypiliśmy następną porcję alkoholu, po czym byliśmy świadkiem miejscowej 
zabawy, ciekawszej niŜ się spodziewałem.
    Gdy wyszliśmy na dworze panowały egipskie ciemności. Sądziłem, Ŝe na tym skończy się nasza nocna 
eskapada. Valcarenghi jednak zaskoczył nas. Gdy siedzieliśmy juŜ w pojeździe sięgnął do skrytki po pastylki 
na wytrzeźwienie. Rozdał kaŜdemu z nas po jednej.
    – Słuchaj – wtrąciłem – po co mi to? – PrzecieŜ ty prowadzisz. Ledwo się tu przywlokłem.
    – Mam zamiar pokazać wam miejscowe wydarzenie i to duŜego kalibru. Nie chcę, Ŝebyście zachowywali się 
nieodpowiednio. Weźcie te pigułki.
    Przełknąłem i szum w mojej głowie zaczął mijać. Valcarenghi włączył juŜ silnik i wóz wzbijał się w 
powietrze. Usiadłem wygodniej, przytulając Lyannę, której głowa spoczywała na moim ramieniu.
    – Dokąd jedziemy? – spytałem.
    – Do Shkeentown – odrzekł nie oglądając się za siebie, – do Wielkiej Hali… Odbywa się tam właśnie 
zebranie i pomyślałem sobie, Ŝe moŜe to was zainteresuje.
    – Będzie oczywiście prowadzone w języku Shkeen – powiedziała Laurie – ale Dino będzie tłumaczył. Ja teŜ 
znam trochę ten język, więc będę go uzupełniać.
    Lyanna wyglądała na podekscytowaną. Oczywiście czytaliśmy o Zebraniach, lecz nie przypuszczaliśmy, Ŝe 
ujrzymy je juŜ w pierwszym dniu naszego pobytu. Zebrania te naleŜą do tutejszego rytuału religijnego. Jest to 
zbiorowa spowiedź pielgrzymów, którzy mają być przyjęci w szeregi Dopuszczonych. Pielgrzymi oczywiście 
byli obecni w mieście przez cały czas, lecz zebranie odbywało się zaledwie trzy lub cztery razy w roku, gdy 
liczba kandydatów na Dopuszczonych była dostatecznie wysoka.
    Poduszkowiec sunął bezszelestnie przez jaskrawo oświetlone osiedle, przelatując nad fontannami 
mieniącymi się mnóstwem kolorów, i ponad ozdobnymi łukami, które zlewały się ze sobą niczym pulsujący 
ogień.
    Oprócz naszego, w powietrzu znajdowało się jeszcze kilka innych pojazdów. Co jakiś czas przelatywaliśmy 
nad głowami spacerujących szerokimi chodnikami przechodniów. Ale większość mieszkańców znajdowała się
w domach, skąd dobiegała muzyka, i wyślizgiwały się potoki światła.
    Nagle miasto zaczęło się zmieniać, teren stawał się falisty, pojawiły się wzgórza, które szybko 
pozostawiliśmy za sobą, światła znikły. Przestronne ulice i promenady ustąpiły miejsca nieoświetlonym 
drogom o nawierzchni z kruszonego kamienia. Domy ze szkła i metalu zastąpione zostały przez swe ceglane 
odpowiedniki. Miasto Shkeen było spokojniejsze niŜ miasto ludzi. Domy otulała cisza i ciemność.
    Z mroku wyłoniła się przed nami dość tajemnicza budowla, większa od innych, wyglądem zbliŜona do 
wzgórza. Tkwiły w niej duŜe, sklepione łukiem drzwi i spora liczba wąskich okien. Z jej wnętrza wydostawało
się światło i gwar rozmów. Na zewnątrz tłoczyli się Shkeenowie.
    Nieoczekiwanie uprzytomniłem sobie, Ŝe choć juŜ cały dzień znajdowałem się na tej planecie, dopiero teraz 
miałem okazję ujrzeć jej mieszkańców. Oczywiście nie mogłem ich dojrzeć zbyt wyraźnie. Lecieliśmy wysoko i
w dodatku w nocy. Mimo to zauwaŜyłem, Ŝe są mniejsi od ludzi – najwyŜsi osiągali około pięciu stóp – mieli 
duŜe oczy i długie ramiona. Więcej niczego na razie nie mogłem spostrzec.
    Valcarenghi wylądował w pobliŜu Wielkiej Hali. Wysiedliśmy. Shkeenowie wchodzili do środka z wielu 
stron, poprzez drzwi wieńczone łukami. Większość była juŜ wewnątrz. Wmieszaliśmy się w tłum. Nikt nie 
zwrócił na nas szczególnej uwagi prócz jednego osobnika, który powitał Valcarenghiego, cienkim, piskliwym 
głosem. Nawet tutaj administrator miał swoich przyjaciół.
    Wnętrze stanowiła olbrzymia hala z wielkim, niezbyt wyszukanym podwyŜszeniem pośrodku, wokół 
którego tłoczyli się Shkeenowie. Jedynym źródłem światła były pochodnie osadzone na ścianach, oraz na 
wysokich tyczkach – wokół podwyŜszenia.
    Akurat ktoś przemawiał i wszystkie te ogromne wypukłe oczy utkwione były właśnie w nim. Byliśmy 
jedynymi ludźmi w Hali.
    Mówcą otoczonym aureolą świateł, okazał się Shkeen w średnim wieku, który mówiąc wykonywał dziwne, 
jakby hipnotyczne ruchy ramionami. Mowa składała się z serii gwizdów, skowytów i mruknięć. Nie słuchałem
jej zbyt uwaŜnie. Znajdowałem się zbyt daleko, bym mógł go przeczytać. Pozostawało mi więc studiowanie 
jego fizjonomii i pozostałych stłoczonych wokół mnie Shkeenów. Wszyscy byli, o ile dobrze w tym nikłym 
świetle widziałem, całkowicie pozbawieni owłosienia. Mieli miękką pomarańczową skórę pofałdowaną 
tysiącami drobnych zmarszczek. Kawały prostego wielobarwnego materiału pełniły funkcję ubrań. Nic 
dziwnego, Ŝe miałem trudności z rozróŜnieniem płci.
    Valcarenghi pochylił się ku mnie i szepnął:

Strona 8

background image

8710

    – Mówca jest rolnikiem. Opowiada tłumowi skąd przybywa i przedstawia najtrudniejsze momenty swego 
Ŝycia.
    Rozejrzałem się wokół. Szept Valcarenghiego był jedynym głosem, jaki dał się wokół mnie słyszeć. Pozostali 
pogrąŜeni byli w absolutnym milczeniu. Stali z oczyma utkwionymi w mówcę. Zaledwie oddychali.
    – Mówi, Ŝe ma czterech braci – kontynuował Valcarenghi. – Dwóch dostąpiło juŜ Ostatecznego 
Zjednoczenia, a jeden jest pomiędzy Dopuszczonymi. Czwarty, młodszy od niego, teraz przejął farmę. – 
Valcarenghi zmarszczył brwi. – Mówi, Ŝe juŜ nigdy nie ujrzy swej farmy, ale Ŝe jest z tego powodu szczęśliwy 
– dokończył nieco głośniej.
    – Złe urodzaje? – zapytała Lyanna, uśmiechając się zagadkowo. RównieŜ i ona usłyszała szept 
Valcarenghiego. Spojrzałem na nią surowo.
    Shkeen kontynuował swą spowiedź. Valcarenghi starał się podąŜać za nim.
    – Teraz mówi o swych przewinieniach i o wszystkich rzeczach, których się wstydzi. O swych najgłębiej 
skrywanych tajemnicach, Czasami ranił bliźnich złym słowem, jest próŜny, a raz nawet pobił swego 
młodszego brata. – Opowiada o swojej Ŝonie i o innych kobietach, które znał. Zdradzał Ŝonę wiele razy 
kochając się z innymi. Jako mały chłopiec kopulował ze zwierzętami. Bał się kobiet. W ostatnich latach stał się 
impotentem, wskutek czego Ŝonę musiał zaspokajać jego brat.
    Ciągnął dalej, w nieskończoność, wspominając o detalach. Nie było sekretu, którego by nie zdradził. Stałem 
wsłuchany w szept Valcarenghiego, z początku zaszokowany, potem nieco znuŜony. Zaczynałem się 
niecierpliwić. Zastanawiałem się czy kiedykolwiek znałem tak dobrze jakiegoś człowieka, jak tego oto Shkeena
stojącego przede mną na podwyŜszeniu. Zastanawiałem się czy nawet Lyanna z jej Talentem znała 
kogokolwiek w połowie tak dobrze. Wyglądało to trochę tak, jakby mówca pragnął, byśmy przeŜyli z nim 
jeszcze raz całe jego Ŝycie.
    Jego wystąpienie trwało całe godziny. Wreszcie zaczynało dobiegać końca.
    – Teraz mówi o Zjednoczeniu – wyszeptał Valcarenghi. – Niedługo będzie pomiędzy Dopuszczonymi i jest z
tego powodu bardzo szczęśliwy. Pragnął tego od dawna. Jego bieda niedługo się skończy, jego samotność 
minie. JuŜ wkrótce będzie chodził ulicami świętego miasta, wyraŜając swą radość dźwiękiem dzwonków. A 
potem nastąpi Ostateczne Zjednoczenie. I znajdzie się ze swymi braćmi w świecie pozagrobowym.
    – Nie, Dino – wyszeptała Laurie. – Nie mieszaj do tego ludzkich pojęć. On nie będzie ze swymi braćmi. On 
będzie swymi braćmi. Wynika stąd, Ŝe i jego bracia będą nim.
    Valcarenghi uśmiechnął się.
    – O’key, Laurie, jeŜeli tak twierdzisz…
    Nagle gruby rolnik zniknął z platformy. Tłum zafalował i nowa postać pojawiła się na podwyŜszeniu. 
Znacznie niŜsza, niezmiernie pomarszczona, z wielkim pustym oczodołem. Zaczęła mówić, z początku 
chaotycznie, lecz później opanowała się i moŜna było wszystko zrozumieć.
    – Ten jest murarzem, zbudował juŜ wiele domów i mieszka w świętym mieście. Stracił oko wiele lat temu, 
gdy spadł z dachu i nadział się na ostry kij. Pamięta straszny ból, ale juŜ po roku powrócił do pracy, nie 
prosząc o wcześniejsze Dopuszczenie. Jest dumny ze swej odwagi. Ma Ŝonę, ale nie doczekał się potomka. To 
go bardzo martwi. Nie moŜe dogadać się z Ŝoną. Nawet gdy są razem, to są osobno. Ona płacze po nocach. 
Nigdy jej w niczym nie skrzywdził i…
    Znowu mijały godziny. Utonąłem całkowicie w szepcie Valcarenghiego i historii jednookiego murarza. 
Podobnie jak inni – śledziłem jego losy. W środku było gorąco, brakowało świeŜego powietrza. Moja tunika 
stawała się lepka od potu. Nie zwracałem na to zbytniej uwagi.
    Drugi mówca, podobnie jak i poprzedni zakończył wypowiedź długim hymnem pochwalnym na cześć 
Dopuszczenia i Ostatecznego Zjednoczenia. Pod koniec nie potrzebowałem juŜ prawie tłumaczenia 
Valcarenghiego. Z głosu przebijało szczęście. Zastanowiłem się, czy go nie czytam. Ale, jak juŜ powiedziałem, 
był zbyt daleko. A poza tym obiekt musiałby być bardzo zaangaŜowany emocjonalnie.
    Trzeci Shkeen pojawił się na podwyŜszeniu i przemówił głośniej od innych.
    – Tym razem kobieta – powiedział Valcarenghi. – Urodziła ośmioro dzieci. Ma cztery siostry i trzech braci. 
Całe swoje Ŝycie pracowała na roli…
    Nagle jej głos zaczął się załamywać i skończyła serią ostrych, wysokich pogwizdów. Zapadło milczenie. 
Tłum jak gdyby był jedną osobą zaczął odpowiadać pogwizdami. Niesamowita muzyka wypełniła halę. 
Shkeenowie wokół nas kiwali się i pogwizdywali. Kobieta na podwyŜszeniu patrzyła na to stojąc pochylona 
mocno do przodu.
    Valcarenghi zaczął tłumaczyć, lecz zawahał się na moment. Laurie przejęła rolę tłumacza zanim zdąŜył 

Strona 9

background image

8710

odzyskać wątek.
    – Opowiedziała im o swej wielkiej tragedii – wyszeptała. – Oni wyraŜają teraz swe współczucie dla niej, 
jednoczą się z nią w jej bólu.
    – Tak, chodzi, o współczucie – potwierdził Valcarenghi. – Gdy była młoda, zachorował jej brat i wydawał się
być prawie konający. Jej rodzice kazali zabrać go do świętego miasta, poniewaŜ sami nie mogli opuścić 
młodszych dzieci. Ale z powodu jej nieostroŜnej jazdy roztrzaskało się koło u wozu i brat skonał nim dotarł do
miasta. Odszedł bez Zjednoczenia. Czuje się za to winna.
    Kobieta rozpoczęła od nowa. Laurie zaczęła tłumaczyć cichym szeptem.
    – Jej brat umarł. Zawiodła go, odebrała mu moŜliwość Zjednoczenia. Teraz jest samotny. Odszedł i nie ma 
go w… w…
    – śyciu pozagrobowym – wtrącił administrator. – Nie ma go w Ŝyciu pozagrobowym.
    – Nie jestem pewna czy jest to poprawne – powiedziała Laurie. – To pojęcie…
    Valcarenghi uciszył ją gestem ręki.
    – Posłuchaj – powiedział. Tłumaczył dalej.
    Mówiła najdłuŜej ze wszystkich, a jej historia była najbardziej ponura. Gdy skończyła, na jej miejscu pojawiła
się następna osoba, ale Valcarenghi połoŜył znacząco rękę na mym ramieniu i skierowaliśmy się do wyjścia.
    Chłodne powietrze nocy uderzyło nas niczym strumień zimnej wody i dopiero teraz zdałem sobie sprawę, 
Ŝe cały jestem mokry. Valcarenghi ruszył szybko w kierunku poduszkowca. W Hali mowy ciągle trwały, a 
zgromadzeni Shkeenowie nie okazywali Ŝadnych oznak zmęczenia.
    – Te zebrania ciągną się całymi dniami, czasami trwają przez wiele tygodni – powiedziała Laurie, gdy 
znaleźliśmy się w pojeździe. – Shkeenowie starają się słuchać nieprzerwanie, chcą uchwycić kaŜde 
wypowiadane tam słowo. JednakŜe prędzej czy później zmęczenie daje osobie znać. Robią krótkie przerwy i 
powracają, by słuchać dalej. To wielkie wyróŜnienie wytrwać całe zgromadzenie bez snu.
    Valcarenghi przerwał jej w pół zdania:
    – Pewnego dnia mam zamiar tego dokonać – powiedział. – Nigdy nie wytrzymałem więcej niŜ dwie doby, 
ale wydaje mi się, Ŝe wzmocniony narkotykami dam sobie radę. Lepiej zrozumiemy Shkeenów, jeŜeli 
powaŜniej podejdziemy do ich rytuałów. – Hm – moŜe właśnie Gustaffson rozumował podobnie – uśmiechnął 
się beztrosko. – Ale ja nie mam zamiaru angaŜować się w to wszystko aŜ tak głęboko.
    W czasie podróŜy do domu panowało przytłaczające milczenie. Wszyscy byli zmęczeni. Straciłem rachubę 
czasu, ale podejrzewałem, Ŝe niedługo nadejdzie świt. Lyanna siedziała skulona, wtulona w moje ramię. 
Wyglądała na wyczerpaną i wypaloną wewnętrznie. Czułem się zresztą podobnie.
    Wysiedliśmy przy wejściu do WieŜy. Windy natychmiast zaniosły nas na górę. Byłem zbyt zmęczony, by o 
czymkolwiek myśleć. Bardzo, bardzo szybko zasnąłem.
    Miałem tej nocy dziwny sen, który z nastaniem światła dziennego uszedł z mej pamięci pozostawiając 
wewnętrzną pustkę i wraŜenie, Ŝe zostałem oszukany. LeŜałem obejmując Lyannę i patrząc w sufit. Starałem 
się przypomnieć sobie nocne wraŜenia. Bezskutecznie.
    
* * *
    
    Nagle stwierdziłem, Ŝe myślami jestem przy wczorajszym zebraniu, analizując w pamięci jego przebieg. W 
końcu otrząsnąłem się i wstałem. Przed zaśnięciem zaciemniliśmy szklaną ścianę i w ten sposób pokój 
pogrąŜony był ciągle w egipskich ciemnościach. Bez trudu jednak znalazłem odpowiednie urządzenie i do 
pokoju wpadło światło późnego poranka.
    Lyanna zaprotestowała sennym głosem i przewróciła się na drugi bok. Pozostawiłem więc ją samą i 
wyszedłem do biblioteki, mając nadzieję, Ŝe znajdę na temat planety i jej mieszkańców coś więcej niŜ to, co 
znajdowało się w materiałach, które nam przysłano. Niestety, zawartość biblioteki była całkowicie relaksowa. 
O powaŜnym materiale nie było mowy. Odszukałem wideofon, połączyłem się z biurem Valcarenghiego. 
Zgłosił się Gourlay.
    – Halo! Dino spodziewał się, Ŝe zadzwonicie. Nie ma go w tej chwili. Prowadzi pertraktacje dotyczące 
kontraktu handlowego. Potrzebujecie czegoś?
    – KsiąŜek – powiedziałem sennym jeszcze głosem. – Coś na temat Shkeenów.
    – Tego Ŝyczenia, niestety, nie mogę spełnić. Po prostu nie ma takich ksiąŜek. Jest wprawdzie mnóstwo 
artykułów, ale, niestety, Ŝadnych całościowych opracowań. Mam zamiar napisać ksiąŜkę, ale to kwestia 
przyszłości. Dino miał nadzieję, Ŝe mogę wam pomóc…

Strona 10

background image

8710

    – Tak?
    – Macie jeszcze jakieś pytania?
    Zastanawiałem się przez chwilę.
    – Chyba nie. Chciałem się tylko dowiedzieć czegoś więcej o tych zebraniach.
    – Porozmawiamy o tym później – odrzekł Gourlay. – Dino był pewien, Ŝe będziecie dzisiaj pracować. 
MoŜemy albo sprowadzić ludzi do WieŜy, albo wy wyjdziecie do nich.
    – Raczej to drugie – powiedziałem pospiesznie.
    Przyprowadzenie rozmówców na wywiad wszystko psuje. Są podekscytowani, a to uniemoŜliwia 
prawidłowe odczytanie emocji. W czasie takich wywiadów mogą teŜ myśleć o innych sprawach, a to z kolei 
utrudniłoby pracę Lyannie.
    – Świetnie – powiedział Gourlay. – Dino zostawił poduszkowiec do waszej dyspozycji. MoŜecie go odebrać 
kiedy chcecie. Dadzą wam równieŜ parę kluczy, byście mogli bezpośrednio, bez przechodzenia przez 
sekretariat przychodzić do naszego biura.
    Podziękowałem mu, wyłączyłem wideofon i powróciłem do sypialni.
    Lyanna siedziała na wpół przykryta kołdrą. Usiadłem obok i pocałowałem ją, uśmiechnęła się, lecz nie 
odwzajemniła pocałunku.
    – Hej – odezwałem się. – Co się stało?
    – Głowa – odparła. – Myślałam, Ŝe po pastylkach na wytrzeźwienie nie ma się kaca.
    – Teoretycznie tak powinno być. Moja podziałała świetnie. – Podszedłem do ściennej szafy w poszukiwaniu 
ubrania.
    – Tu gdzieś powinny być środki od bólu głowy. Nie sądzę, by Dino zapomniał o tak oczywistej rzeczy.
    – Chyba masz rację. Rzuć mi coś…
    Wyszukałem jeden z kombinezonów i rzuciłem go w jej kierunku. Wstała i ubrała się. Następnie poszła do 
łazienki.
    – Masz rację, Ŝe nie zapomniałby o tak oczywistej rzeczy.
    – To solidny typ.
    Uśmiechnęła się.
    – Poza tym wydaje mi się, Ŝe Laurie zna język Shkeen nieco lepiej od niego! Przeczytałem ją. Dino popełnił 
nieco błędów w tłumaczeniu.
    – Domyślałam się tego. Nie chcę wcale dyskredytować umiejętności Valcarenghiego. Laurie ma przecieŜ 
cztery miesiące przewagi. – Czy przeczytałeś coś ponadto?
    – Nie. Próbowałem z mówcami, ale odległość była zbyt wielka.
    Podeszła do mnie i ujęła moją rękę.
    – Dokąd dziś idziemy?
    – Do Shkeentown – odpowiedziałem. – Spróbujemy odnaleźć któregoś z tych Dopuszczonych. Nie 
zauwaŜyłem Ŝadnego z nich podczas Zebrania.
    – Bo Zebrania są dla tych, którzy dopiero mają być dopuszczeni.
    – Tak, słyszałem. Chodźmy.
    Zatrzymaliśmy się na poziomie czwartym, gdzie zjedliśmy spóźnione śniadanie. Człowiek, który czekał na 
nas w hallu, wskazał nam pojazd. Był to zielony, czteroosobowy sportowy wóz. Nie rzucał się w oczy, był 
więc doskonały do naszej roboty.
    Na rogatkach miasta zatrzymałem się. Dalej poszliśmy pieszo. Wiedzieliśmy, Ŝe tak będzie lepiej.
    
* * *
    
    W porównaniu z Shkeentown – miasto zamieszkałe przez ludzi było puste. Na drogach z tłuczonego 
kamienia widzieliśmy pełno tubylców krzątających się ruchliwie we wszystkich moŜliwych kierunkach. Nosili
cegły, kosze napełnione tkaninami i jedzeniem. Wszędzie pełno było dzieci, w większości nagich. 
Baraszkowały niczym pomarańczowe kule, wpadając co chwilę na siebie i wesoło wykrzykując. Swoją urodą 
róŜniły się nieco od dorosłych. Miały rzadkie kępki włosów, a ich gładka jeszcze skóra pozbawiona była 
zmarszczek. Były to jedyne stworzenia, które zwracały na nas uwagę. Dorośli, zajęci swoimi sprawami, rzadko
odwracali się w naszą stronę. Najwidoczniej ludzie nie byli rzadkością na ulicach świętego miasta.
    PrzewaŜali piesi, chociaŜ spotkać teŜ moŜna było drewniane wozy. Zwierzęta pociągowe, uŜywane przez 
Shkeenów przypominały nasze psy. Natura obdarzyła je zieloną maścią i wyglądały tak, jakby za chwilę miały

Strona 11

background image

8710

przeŜyć atak choroby. Zaprzęgano je do wozów parami. Ciągnąc wóz nieustannie skomlały. Chyba właśnie 
dlatego ludzie nazywali je „skomlaczami”. Poza skomleniem, nieustannie wydalały kał. Odór, zmieszany z 
zapachem Ŝywności przenoszonej w koszach, nadawał miastu specyficzną atmosferę…
    A miasto teŜ było hałaśliwe, ze wszystkich stron dobiegał niekończący się łoskot, śmiechy dzieci, głośne 
rozmowy dorosłych przypominające piski, jęki i pomruki rannych, skomlenie zwierząt pociągowych, stukot 
drewnianych kół po kamienistej, nierównej nawierzchni. Szliśmy z Lyanną trzymając się za ręce. Milczeliśmy, 
patrzyliśmy, słuchaliśmy, wąchaliśmy i… czytaliśmy.
    Gdy tylko weszliśmy do miasta, zmobilizowałem cały swój potencjał psychiczny – i zacząłem czytać 
wszystkich, którzy mnie mijali. Emocje i uczucia ogarniały mnie niczym fala potęgująca się, gdy się do mnie 
zbliŜali, malejąca gdy się oddalali. Płynąłem w morzu wraŜeń i uczuć, które zdumiewały. Zdumiewały, 
poniewaŜ były nam bliskie i znajome. Często zdarzało mi się czytać mieszkańców innych planet. Było to 
czasami trudne, a czasami łatwe, nigdy jednak przyjemne. Hranganowie na przykład mieli umysły 
zgorzkniałe, zatrute goryczą i nienawiścią. Zawsze po przeczytaniu ich czułem się jakby zbrukany. 
Damooshowie są jeszcze inni. Czyta się ich z trudem i nigdy nie moŜna znaleźć odpowiednich nazw dla ich 
uczuć.
    A Shkeenowie? – Czułem się tak, jakbym szedł ruchliwą ulicą jakiegoś miasta na Baldurze. ChociaŜ 
niezupełnie… Czułem się raczej, jakbym był w jednej ze Straconych Kolonii, gdzie ludzie cofnęli się do 
stadium barbarzyństwa zapominając o swoim pochodzeniu.
    Zewsząd płynęły ludzkie emocje, mocne, pierwotne, prawdziwe, lecz mniej wyrafinowane niŜ na Baldurze 
czy Starej Ziemi. Shkeenowie byli właśnie tacy – prymitywni, lecz dający się rozumieć. Czytałem radość i Ŝal, 
zazdrość, złość, zgorzkniałość, poŜądanie i ból. Ta sama mieszanina, która pochłania mnie zawsze, gdy się 
otwiera moje wnętrze.
    Lyanna takŜe czytała. Czułem, jak jej ręka tęŜeje. Po pewnym czasie rozluźniła się. Popatrzyłem na nią. 
Dostrzegła w moich oczach pytanie.
    – Oni są ludźmi – powiedziała – są zupełnie tacy jak my.
    Skinąłem głową.
    – MoŜe przeszli podobną ewolucję? Być moŜe Shkeen jest starszym odpowiednikiem Ziemi, róŜniącym się 
jedynie mniej istotnymi szczegółami?
    – MoŜe masz rację. Są bardziej ludzcy niŜ jakakolwiek rasa, którą napotkaliśmy w Kosmosie. Teraz sam 
zastanawiałem się nad własnymi słowami.
    – Ale czy to wyjaśnia wątpliwości Dina? MoŜe dlatego, Ŝe są tak podobni do nas, ich religia równieŜ 
oddziałuje na nas z większą siłą niŜ inne?
    – Nie, to nie jest tak, Robb – odparła Lyanna. – Nie wydaje mi się. To chyba całkiem na odwrót. Bo przecieŜ 
jeŜeli oni są do nas podobni, to dlaczego z taką wielką radością idą na śmierć? Rozumiesz?
    Rzeczywiście, miała rację. W emocjach i odczuciach, jakie u Shkeenów zaobserwowałem, nie było nic, co 
wskazywałoby na instynkt samobójczy. Nie znalazłem nic nienormalnego. A mimo to kaŜdy mieszkaniec 
planety Shkeen prędzej czy później dostępował Ostatecznego Zjednoczenia.
    – Powinniśmy nasze obserwacje zacieśnić do jednej lub najwyŜej kilku osób – powiedziałem. – Taka 
mieszanina uczuć i myśli nie doprowadzi do niczego. – Rozejrzałem się w poszukiwaniu potencjalnego 
obiektu, gdy nagle usłyszałem dźwięk dzwonków.
    Dźwięk dochodził z lewej strony i zmieszany był z odgłosami ruchu ulicznego. Złapałem Lyannę za rękę i 
pociągnąłem ją za sobą. Skręciliśmy w lewo w pierwszą napotkaną przecznicę.
    
* * *
    
    Dzwonki były przed nami. Biegliśmy ciągle przed siebie, przez coś, co wyglądało na czyjeś podwórko 
ogrodzone Ŝywopłotem, potem przez jeszcze jedno podwórko, dół z nawozem. Minęliśmy kilka domów i 
znowu znaleźliśmy się na ulicy. Tu właśnie napotkaliśmy dzwoniących.
    Było ich czterech. Ubrani byli w długie powłóczyste szaty z jaskrawo czerwonego materiału. KaŜdy z nich 
trzymał po jednym dzwonku z brązu w kaŜdej ręce. Dzwonili bez przerwy, wymachując rytmicznie 
ramionami, a ostre tony wypełniały całą ulicę. Byli w zaawansowanym jak na Shkeenów wieku – bezwłosi, z 
twarzami poprzecinanymi milionami zmarszczek. Ale uśmiechali się radośnie, a młodsi Shkeenowie, 
przechodzący obok, odwzajemniali uśmiechy.
    Na głowie kaŜdego z nich znajdowała się Greeshka.

Strona 12

background image

8710

    Spodziewałem się, Ŝe widok będzie ohydny. Myliłem się jednak. PasoŜyty wyglądały jak kule jakiejś lepkiej 
karmazynowej cieczy. Wielkość wahała się od niewielkiej pulsującej brodawki na tylnej części czaszki do 
wielkiej czerwonej płachty przykrywającej głowę i ramiona swojej ofiary na kształt mniszego kaptura. 
Greeshka, jak wiadomo, Ŝywi się krwią swoich ofiar. I wolno – o jakŜe wolno – poŜera swego Ŝywiciela.
    Stanęliśmy z Lyanną w niewielkiej od nich odległości, obserwując uwaŜnie. Twarz Lyanny była uroczysta, 
moja chyba równieŜ. Wszyscy inni uśmiechali się radośnie, a i melodie wydzwaniane przez Dopuszczonych 
były melodiami radości.
    Uścisnąłem lekko rękę Lyanny.
    – Czytajmy – wyszeptałem.
    Czytaliśmy.
    Wyczytałem dzwony. Nie dźwięk dzwonów, lecz ich nastrój, uczucie, uczucie niesłychanej radości, 
wykrzykiwanej głośno, z głębi duszy. Była to pieśń Dopuszczonego. Pieśń Zjednoczenia i jedności. 
Przeczytałem co czuje Dopuszczony wydzwaniający swymi dzwonkami. Przeczytałem ich niezmierne 
szczęście, ekstazę, jaką odczuwają oznajmiając innym swe szczęście. I wyczytałem miłość. Miłość, która biła od
nich. Była to miłość gorąca, głęboka, pełna pasji i zaborcza, miłość do wszystkich i do wszystkiego. Nie była 
słabą i kruchą miłością, jaką ludzie odczuwają w stosunku do „bliźniego swego”. Było to uczucie prawdziwe i 
namiętne, które prawie paliło mnie, gdy nadchodziło od nich gorącą falą. Kochali siebie, kochali wszystkich 
Shkeenów, kochali Greeshkę i kochali nas. Kochali nas. Kochali mnie! Kochali tak mocno i bez opamiętania jak 
Lyanna. W ich miłości znalazłem siłę jednoczącą i współodczuwającą. Ci czterej byli czterema 
indywidualnościami, ale myśleli jak jedna osoba, naleŜeli do siebie nawzajem, naleŜeli do Greeshki, stanowili 
jedno, choć kaŜdy był zarazem sobą i choć Ŝaden z nich nie mógł czytać w myślach drugiego tak jak ja to 
robiłem.
    A Lyanna? Oderwałem się od nich myślami i powróciłem do rzeczywistości. Spojrzałem na nią. Jej twarz 
była niesłychanie blada, lecz uśmiechnięta.
    – Oni są piękni – powiedziała głosem cichym i miękkim.
    Zatopiony w ich miłości uzmysłowiłem sobie, jak bardzo kocham Lyannę, jak bardzo jestem cząstką jej 
samej, a ona cząstką mnie.
    – Co przeczytałaś, powiedz – pytałem usiłując przekrzyczeć dzwonki.
    Potrząsnęła głową z całą mocą, jakby chciała pozbyć się resztki kropel wody.
    – Na pewno wiesz o tym równie dobrze jak ja. Czułam ich wielką miłość. Kochają tak głęboko. Pod tą 
miłością jest miłość, pod nią teŜ jest miłość, i tak bez końca. Ich myśli są otwarte na świat. Chyba nigdy nie 
przeczytałam człowieka do tego stopnia. W nich wszystko jest takie jasne i zrozumiałe. Ich Ŝycie, sny, uczucia, 
wspomnienia. Wystarczy tylko zagłębić się…, a z ludźmi jest to takie trudne. Przeczytanie ich wymaga 
olbrzymiego wysiłku. Ciągle muszę walczyć, a mimo to nigdy nie mogę być pewna, Ŝe przeczytałam do końca.
Sam to rozumiesz Robb. Och, Robb!
    Podeszła bliŜej, przytuliła się do mnie mocno, a ja zamknąłem ją w swych ramionach. Jej Talent był głębszy 
niŜ mój. Była wstrząśnięta. Przeczytałem ją, gdy tak się do mnie przytulała. I przeczytałem miłość. Wielką 
miłość i szczęście. Ale równieŜ i strach. Nerwowy strach przebijający przez wszystko co czuła.
    Dźwięk dzwonków nagie ustał i czterech Dopuszczonych zatrzymało się w milczeniu na krótką chwilę. 
Jeden z przechodzących Shkeenów podszedł do nich z wielkim koszem przykrytym tkaniną. NajniŜszy z 
Dopuszczonych odrzucił przykrycie i w nasze nozdrza uderzył zapach gorącego mięsa.
    KaŜdy z Dopuszczonych wziął po kawałku i wszyscy razem zjadali je ze smakiem, a właściciel kosza ciągle 
uśmiechał się Ŝyczliwie. Jakaś mała, naga dziewczynka podbiegła do nich, ofiarowując im butelkę wina. 
Przyjęli podarunek bez słowa.
    – Co tu się dzieje? – spytałem Lyannę.
    Zanim zdąŜyła odpowiedzieć, przypomniałem sobie parę informacji zawartych w materiałach nadesłanych 
przez Valcarenghiego. Dopuszczeni nie pracowali. Przez czterdzieści ziemskich lat traktowano ich tak jak 
pozostałych, ale od momentu Dopuszczenia do Ostatecznego Zjednoczenia – w ich Ŝyciu króluje radość i 
muzyka. Błąkają się po ulicach miasta, dzwonią swymi dzwonkami, śpiewając. Przypadkowi Shkeenowie 
karmią ich. Jest zresztą zaszczytem nakarmić Dopuszczonego, a ten, któremu to się uda, promienieje dumą i 
radością.
    – Lya – wyszeptałem. – Czy moŜesz przeczytać ich teraz?
    Skinęła głową, uwolniła się z mego objęcia i przyjrzała się uwaŜniej Dopuszczonym. Jej oczy przez chwilę 
stęŜały, by powrócić do normalnego stanu. Spojrzała na mnie zdziwiona.

Strona 13

background image

8710

    – Teraz to coś innego.
    – MoŜesz to wyjaśnić bliŜej?
    – Nie wiem. Oni ciągłe nas kochają, ale teraz ich myśli są jeszcze bardziej ludzkie. Głębsze poziomy 
świadomości skrywają pewne cechy. Starają się je nawet przed sobą ukrywać. Nie są juŜ tak otwarci jak 
przedtem. Myślą o jedzeniu i o tym, jak im smakuje. Odczucia są bardzo Ŝywe. Wydaje mi się, Ŝe sama jem te 
rolady. To juŜ nie jest to, co przedtem.
    – Ile umysłów czytasz?
    – Cztery – odpowiedziała. – Wydaje mi się jednak, Ŝe są w jakiś sposób złączone. Oni jakby czują siebie 
nawzajem. Ale w myśleniu róŜnią się. Mogę ich czytać, ale oni siebie nawzajem nie mogą. KaŜdy jest kimś 
odrębnym. Przedtem, gdy dzwonili, byli prawie zjednoczeni, chociaŜ kaŜdy zachowywał odrębność.
    Byłem nieco zawiedziony.
    – A więc są to cztery umysły, a nie jeden?
    – Tak, cztery.
    – A Greeshka? Czy ta Greeshka posiada jakąkolwiek umysłowość?
    – Nic – powiedziała Lyanna – jakbyś czytał roślinę albo kawał materiału. Najmniejszego śladu 
samoświadomości.
    To dziwne. Nawet niŜsze zwierzęta dysponowały szczątkową świadomością. Oznaki uczucia, które my, 
Talenty, nazwaliśmy „tak – ja – Ŝyję”. Zwykle było to uczucie tak nikłe, Ŝe potrafił je odnaleźć tylko wielki 
Talent, a przecieŜ Lyanna była najwyŜszej klasy Talentem.
    – Porozmawiajmy z nimi – zaproponowałem i podeszliśmy do miejsca, gdzie stali przeŜuwając mięso.
    – Cześć – powiedziałem. – Czy znacie język Ziemian?
    Trzech spojrzało na mnie bez oznak zrozumienia. Ale czwarty, którego Greeshka miała kształt mnisiego 
kaptura, skinął głową.
    – Tak – powiedział cienkim głosem.
    Nagle zapomniałem, o co miałem spytać, ale Lyanna przyszła mi z pomocą.
    – Czy wiecie coś o ludziach, którzy zostali Dopuszczeni?
    Uśmiechnął się.
    – Wszyscy Dopuszczeni są jednym.
    – Och – wymknęło mi się. – To wiemy. Ale czy wiecie coś o takich, którzy nie są podobni do was? Wysocy, 
owłosieni, o róŜowej lub brązowej skórze?
    Znowu urwałem zastanawiając się, jak dokładna była znajomość naszego języka. Nie mogłem poza tym 
oderwać wzroku od jego Greeshki. Ruszał przecząco głową.
    – Dopuszczeni są wszyscy jak jeden, choć kaŜdy jest inny. Niektórzy wyglądają jak wy. Czy chcecie 
Dostąpić?
    – Nie, nie, dziękuję – powiedziałem. – A gdzie mogę znaleźć Dopuszczonych ludzi?
    W dalszym ciągu poruszał przecząco głową.
    – Dopuszczeni dzwonią i śpiewają, i chodzą po świętym mieście.
    Lyanna czytała.
    – On nie wie – powiedziała. – Dopuszczeni po prostu wędrują i dzwonią swymi dzwonkami. Nie mają 
ustalonych szlaków. Chodzą gdzie im się spodoba. Niektórzy wędrują grupami, inni samotnie.
    – Musimy szukać.
    – Jedzcie – odezwał się do nas Shkeen. Sięgnął do koszyka, wyjmując z niego dwa kawałki mięsa i wciskając 
po jednym w nasze ręce.
    Spojrzałem na mięso z nieufnością.
    – Dziękuję – powiedziałem. Schwyciłem Lyannę za rękę i odeszliśmy na bok. Shkeen uśmiechnął się do nas 
na poŜegnanie i ponownie zaczął dzwonić. Gorące mięso parzyło moją rękę.
    – Czy mam to zjeść? – spytałem Lyannę.
    Ugryzła kawałek.
    – Dlaczego nie? PrzecieŜ to samo jedliśmy ostatniej nocy w restauracji. A poza tym Valcarenghi na pewno by
nas ostrzegł, gdyby istniała moŜliwość zatrucia się tutejszymi potrawami.
    Uwaga była sensowna, toteŜ bez dalszych wahań podniosłem roladę do ust i odgryzłem kawałek. Była 
gorąca i w niczym nie przypominała rolady, którą jedliśmy wczoraj. Tamte były delikatne w smaku, lekko 
przyprawione sosem i przyprawami pomarańczowymi z Balduru. Te były kruche, mięso ociekało tłuszczem i 
paliło w ustach, ale było dobre, a poniewaŜ zgłodniałem, rolada nie cieszyła się długim Ŝywotem.

Strona 14

background image

8710

    – Czy dowiedziałaś się czegoś ciekawego, gdy czytałaś tego niskiego osobnika, z którym rozmawialiśmy? – 
zapytałem ją, usta mając wypchane mięsem.
    Przełknęła swą porcję.
    – Owszem. Był, o ile to moŜliwe, bardziej jeszcze od innych szczęśliwy. Jest najstarszy z grupy i juŜ niedługo
dostąpi Ostatecznego Zjednoczenia. Jest bardzo tym przejęty. – Lyanna mówiła juŜ swoim normalnym głosem.
    Poprzednie wraŜenie jakby przeszło.
    – Ale dlaczego – wydusiłem. – PrzecieŜ Zjednoczenie oznacza śmierć. Więc dlaczego jest z tego powodu tak 
szczęśliwy.
    Lya wzruszyła ramionami.
    – Jego myśli nie były na tyle szczegółowe, bym mogła cokolwiek na ten temat powiedzieć.
    Oblizałem palce z resztek tłuszczu. Znajdowaliśmy się na skrzyŜowaniu, pełnym przechodzącym 
Shkeenów.
    Nagle ponownie usłyszeliśmy dźwięk dzwonków.
    – Znowu Dopuszczeni – powiedziałem. – Chcesz na nich spojrzeć?
    – Po co? By stwierdzić, Ŝe to nic nam nie da? Teraz potrzebujemy Dopuszczonego człowieka.
    – MoŜe któryś z tej grupy będzie człowiekiem.
    Zmierzyła mnie niechętnym spojrzeniem.
    – Skąd ten zapał?
    – No dobra – zgodziłem się. Było juŜ późne popołudnie. – MoŜe rzeczywiście lepiej będzie wrócić do domu. 
Jutro moŜemy zacząć wcześniej. Poza tym Dino z pewnością oczekuje na nas z obiadem.
    
* * *
    
    Tym razem obiad zjedliśmy w biurze Valcarenghiego, oczywiście po wniesieniu dodatkowych krzeseł. Jak 
się dowiedzieliśmy jego mieszkanie znajdowało się piętro niŜej, lecz, zgodnie ze zwyczajem, gości wolał 
podejmować w biurze, skąd roztaczał się wspaniały widok.
    Było nas pięcioro – sami znajomi – ja, Lyanna, Valcarenghi i Laurie plus Gourlay. Laurie pilnowała kuchni, 
w czym nadzorował ją sam Valcarenghi. Podano befsztyk z bydła wykarmionego na paszach ze Starej Ziemi i 
fantastyczny zestaw jarzyn – grzyby ze Starej Ziemi, groundpips z Balduru oraz sweethorne ze Shkeen. Dino 
lubił eksperymenty. Ten zestaw był jednym z jego ostatnich osiągnięć.
    ZłoŜyliśmy szczegółowy raport z naszych dziennych poczynań. Tylko czasami Valcarenghi przerywał nam 
swymi dociekliwymi pytaniami. Po obiedzie uprzątnięto naczynia i zasiedliśmy wokół barku do drinka. 
Rozmowa toczyła się nadal. Tym razem to ja i Lyanna zadawaliśmy pytania, na które w większości 
odpowiadał Gourlay, a Valcarenghi przysłuchiwał się siedząc na poduszce na podłodze. Jedną ręką 
obejmował Laurie, w drugiej trzymał kieliszek wina.
    Jak dowiedzieliśmy się od Gourlaya – nie byliśmy pierwszymi Talentami, którzy odwiedzili planetę, nie 
byliśmy teŜ pierwszymi, którzy twierdzili, Ŝe Shkeenowie są podobni do ludzi.
    – Przypuśćmy, Ŝe to podobieństwo posiada pewne znaczenie – mówił – ale faktem jest, Ŝe to nie są jednak 
ludzie. Przede wszystkim mają znacznie bardziej rozwinięty instynkt społeczny. Współpracują ze sobą w 
kaŜdej dziedzinie. UwaŜają, Ŝe nawet handel polega na wzajemnej współpracy, na dzieleniu się z innymi.
    Valcarenghi uśmiechnął się.
    – Tak, wiem coś na ten temat. Cały dzień spędziłem na pertraktacjach z grupą farmerów, którzy poprzednio 
z nami kooperowali. Nie jest to łatwe, musicie mi wierzyć. Oferują mnóstwo towarów, ile tylko zechcemy, 
czasami nawet bez uprzedzenia. Za to w przyszłości chcą w zamian wszystko, co im się spodoba. I sądzą, Ŝe 
jest to moŜliwe. Dla nich to naturalne, za kaŜdym więc razem, muszę wybierać między moŜliwościami: albo 
wręczyć im zobowiązanie in blanco, albo zdecydować się na piekło, które ostatecznie przekonuje ich, Ŝe jestem
patologicznym egoistą.
    Lyanna ciągle nie była zadowolona z wyjaśnień.
    – A jak wygląda u nich sprawa seksu? Z tego co tłumaczyliście podczas wczorajszego zebrania, odniosłam 
wraŜenie, Ŝe są raczej monogamistami.
    – Według potocznych wyobraŜeń nie jest to łatwy problem – mówił w dalszym ciągu Gourlay. – Dla nich 
seks oznacza dzielenie się. Dobrze jest, gdy dzieli się kaŜdy z kaŜdym. Dzielenie musi poza tym spełniać 
pewne warunki, by uznać je za wartościowe – musi być rzeczywiste i znaczące, a to stwarza dodatkowe 
perturbacje.

Strona 15

background image

8710

    Laurie wyprostowała się, pełna skupienia.
    – Zajmowałam się tym – oznajmiła. – Moralność Shkeenów wymaga miłości w stosunku do kaŜdego. Ideał 
ten w rzeczywistości jest trudno osiągalny. Są na to zbyt „ludzcy” zbyt zaborczy. WiąŜą się w związki 
monogamiczne, poniewaŜ naprawdę głębokie zjednoczenie seksualne jest daleko bardziej według nich 
wartościowe, niŜ duŜa liczba płytkich kontaktów z wieloma osobami. Idealny Shkeen byłby w stanie kochać 
się z kaŜdym i w kaŜdym zaangaŜować się tak głęboko jak my w jednej osobie. Mimo to, jakoś nie potrafią 
tego ideału osiągnąć.
    Zmarszczyłem brwi, usiłując sobie coś przypomnieć.
    – A czy na tym zebraniu przypadkiem nie Ŝałował ktoś, Ŝe zdradził Ŝonę?
    Laurie przytaknęła Ŝywo.
    – Tak, ale jego wina polegała na tym, Ŝe ten drugi związek spowodował rozluźnienie związku uczuciowego 
z jego Ŝoną. Na tym polegała jego zdrada. Gdyby udało mu się zaangaŜować z inną, bez zaniku uczuć w 
stosunku do Ŝony, nie miałoby to istotnego znaczenia. Gdyby wszystkie jego związki były powiązane z 
uczuciem miłości do kaŜdego z obiektów, wówczas byłoby to osiągnięcie, a jego Ŝona byłaby z niego dumna.
    – Jednym z najcięŜszych przewinień jest pozostawienie kogoś w samotności – wtrącił Gourlay. – Chodzi mi 
o samotność emocjonalną.
    Zastanawiałem się nad tym wszystkim, podczas gdy Gourlay kontynuował wątek:
    – Shkeenowie tylko nieliczne rzeczy uwaŜają za przestępstwa… stąd nie ma u nich problemu z 
przestępczością. W ich nieciekawej, monotonnej historii nie znajdziecie morderstw, rzezi, wojen, więzienia 
ludzi itp.
    – Są rasą nie uznającą morderstw – wtrącił Valcarenghi. – To moŜe coś oznaczać, bo i na Starej Ziemi gatunki
z największą liczbą samobójstw miały najmniejszą liczbę morderstw, a przecieŜ wskaźnik samobójstw na 
Shkeen wynosi sto procent.
    – Zabijają zwierzęta – zauwaŜyłem.
    – Ale nie te, które uczestniczą w Zjednoczeniu – odparł Gourlay, – a w Zjednoczeniu uczestniczy wszystko, 
co myśli. Takie stworzenia nie mogą być zabijane. Nie zabija się Shkeena, ludzi i Greeshki.
    Lya spojrzała na mnie, potem na Gourlaya.
    – Greeshka nie myśli – powiedziała. – Próbowałam odczytać dzisiaj Dopuszczonych i nie znalazłam nic poza
myślami Shkeenów, nawet najmniejszych znaków świadomości.
    – Wiemy o tym, i zawsze to mnie zastanawiało – powiedział Valcarenghi powstając z podłogi. Podszedł do 
baru, wyciągnął butelkę wina i napełnił nasze kieliszki. – Zupełnie bezrozumny pasoŜyt, a inteligentna rasa 
jest jego niewolnikiem. Dlaczego?
    Nowe wino smakowało mi: z lubością przełknąłem zimny strumień. Pokiwałem głową z aprobatą.
    – Narkotyki – odpowiedziałem. – Greeshka musi chyba produkować narkotyczną substancję, która 
powoduje fizyczną przyjemność. Shkeenowie poddają się jej działaniu i umierają szczęśliwi. Radość jest 
naprawdę szczera, wierzcie mi. Czuliśmy ją.
    Lyanna spoglądała powątpiewająco. Gourlay kręcił przecząco głową.
    – Nic z tego, Robb. Przeprowadziliśmy juŜ eksperymenty z Greeshką i…
    Musiał dostrzec wyraz zdziwienia na mojej twarzy, gdyŜ przerwał.
    – A co mówili o tych eksperymentach Shkeenowie? – spytałem.
    – Oczywiście o niczym nie wiedzieli. Gdyby wiedzieli, z pewnością nie byliby z tego zadowoleni. Greeshka 
to zwierzę – lecz dla nich – to Bóg. Przez długi czas powstrzymywaliśmy się, lecz gdy Gustaffson się nawrócił, 
jego zastępca Stuart musiał tę sprawę wyjaśnić. To było z jego nakazu. Eksperymenty niczego nie wyjaśniły, 
Ŝadnego śladu substancji o działaniu narkotycznym. Sprawdziliśmy teŜ, Ŝe Shkeenowie są jedynymi osobami 
na tej planecie, które poddają się działaniu Greeshki. Schwyciliśmy jedno z tutejszych zwierząt pociągowych i 
umieściliśmy na jego głowie Greeshkę, rzecz jasna związawszy je uprzednio. Po paru godzinach ze sznurków 
pozostały strzępy. Zwierzę szalało wprost, starając się zrzucić ze swej głowy pasoŜyta. Poszarpało sobie 
całkowicie skórę na głowie.
    – MoŜe rzeczywiście tylko Shkeenowie są na nią podatni – powiedziałem. – Osłabiony instynkt 
samozachowawczy.
    – Niezupełnie – odparł Valcarenghi z ledwo widocznym uśmiechem na ustach. – PrzecieŜ są jeszcze ludzie.
    
* * *
    

Strona 16

background image

8710

    W windzie Lyanna nie odezwała się. Domyślałem się, Ŝe zastanawia się teraz nad przebiegiem niedawnej 
rozmowy. Ale zaledwie drzwi naszego mieszkania zamknęły się za nami, zwróciła się w moim kierunku i 
zarzuciła mi ręce na ramiona.
    Objąłem ją, pieszcząc jej miękkie kasztanowe włosy. Byłem nieco zaskoczony tym nagłym wybuchem 
czułości.
    – Co się z tobą dzieje? – zaŜartowałem.
    Spojrzała namiętnie.
    – Kochaj mnie Robb – powiedziała z niecierpliwością. – Proszę cię, kochaj mnie teraz.
    Potem leŜeliśmy w ciemności, skąpani jedynie w świetle gwiazd, które przedostawało się przez oszkloną 
ścianę. Lyanna tuliła się do mnie. Jej głowa leŜała na mojej piersi. Pieściłem ją.
    – To było wspaniałe – powiedziałem nieco rozmarzonym głosem, uśmiechając się przez mrok pokoju.
    – O tak – odpowiedziała głosem cichym i spokojnym.
    Zaledwie ją słyszałem.
    – Kocham cię, Robb – wyszeptała.
    – Ja teŜ cię kocham.
    Uwolniła się z moich objąć, usiadła opierając głową na ramionach. Wpatrywała się we mnie uśmiechając się.
    – Wiem o tym – przeczytałam cię. Ty teŜ wiesz, jak cię kocham, prawda?
    Skinąłem głową.
    – Jesteśmy szczęśliwi. Normalnym pozostają tylko słowa. Są biedni. CóŜ im mogą dać słowa? W jaki sposób 
mogą poznać swoje prawdziwe uczucia? Pozostają zawsze osobno, na próŜno starając się przedostać w głąb 
psychiki ukochanej osoby. Nawet kochając się, nawet podczas orgazmu nie są zjednoczeni. Muszą być bardzo 
samotni.
    W tym wszystkim było coś niepokojącego. Spojrzałem na Lyannę, na jej szeroko otwarte, szczęśliwe oczy. 
Zastanowiłem się.
    – MoŜe – odezwałem się wreszcie. – Ale nie jest z nimi tak źle. PrzecieŜ nie wiedzą, Ŝe mogłoby być inaczej. 
RównieŜ się kochają, a czasami udaje im się naprawdę połączyć.
    – Spojrzenia tylko i słowa, potem milczenie i ciemność – mówiła Lyanna w zamyśleniu. – My jesteśmy 
bardziej szczęśliwi. Mamy przecieŜ o wiele więcej…
    – Jesteśmy szczęśliwi – powtórzyłem. I przeczytałem ją. Jej dusza była przepełniona szczęściem zmąconym 
niewielką domieszką tęsknoty. Ale było tam jeszcze coś, głębiej, prawie niewidoczne, ale zauwaŜalne.
    Usiadłem.
    – Ty się czymś martwisz. A gdy wchodziłem w ciebie i gdy szaleliśmy w orgazmie, czegoś się bałaś. O co 
chodzi?
    – Nie wiem. Naprawdę nie wiem. – powiedziała. Wyglądała na zaskoczoną.
    Czytałem ją: „Bałam się, ale nie wiem czego. Chyba Dopuszczonych. Ciągle myślę o tym, jak bardzo oni 
mnie kochają. A przecieŜ w ogóle mnie nie znają. A kochają mnie tak bardzo i rozumieją – to było prawie tak, 
jak między nami. To, to… sama nie wiem. Dotknęli mnie w jakiś sposób. Nigdy nie przypuszczałam, Ŝe mogą 
być w ten sposób kochana przez kogokolwiek oprócz ciebie. A oni byli tak złączeni, tak bliscy. Wobec nich 
czułam się samotna trzymając ciebie za rękę i rozmawiając z tobą. Chciałam być z tobą tak blisko jak oni. Gdy 
widziałam jak się kochają, samotność i brak miłości wydają się nieznośne, przeraŜające. Wiesz?”
    – Wiem – powiedziałem. – Rozumiem. I my rozumiemy się nawzajem. Jesteśmy razem prawie w taki sam 
sposób jak oni i w jaki nigdy nie będą Normalni.
    Lyanna kiwnęła głową i uśmiechnęła się. Zasnęliśmy w swoich ramionach.
    
* * *
    
    Znowu miałem sny. Ale i tym razem, nad ranem, pamięć o nich zniknęła. Było to w sumie bardzo 
niepokojące. Sen był przyjemny, niemal rozkoszny. Chciałem, by powrócił, ale nie mogłem go sobie 
przypomnieć. Nasz pokój, skąpany w jaskrawym świetle dnia, wydawał się ponury w porównaniu z jasnością 
sennego przeŜycia.
    Lyanna obudziła się zaraz po mnie z okropnym bólem głowy. Tym razem proszki znajdowały się dokładnie 
na wyciągnięcie ręki, na stoliku przy łóŜku. Krzywiąc się połknęła jeden.
    – To chyba z powodu tego miejscowego wina – próbowałem jej wyjaśnić. – Jest w nim coś, co szkodliwie 
wpływa na twój metabolizm.

Strona 17

background image

8710

    WłoŜyła świeŜy kombinezon.
    – PrzecieŜ ostatniej nocy piliśmy Veltaar – wykrzyknęła. – Pierwszą lampkę tego wina wypiłam, gdy miałam
dziewięć lat i nigdy nie cierpiałam z tego powodu na Ŝadne dolegliwości.
    – A jednak.
    – Nic w tym zabawnego. Boli mnie głowa.
    Zaprzestałem dalszych Ŝartów i przeczytałem ją. Nie kłamała. Naprawdę bolała ją głowa. Całe jej czoło 
pulsowało. Wycofałem się szybko.
    – No juŜ dobrze – przepraszam. Ale masz przecieŜ proszki – więc zaŜyj je i do pracy.
    Drugi dzień był dniem polowania na ludzi. Wyszliśmy znacznie wcześniej niŜ zwykle, zjedliśmy szybkie 
śniadanie z Gourlayem, a następnie zajęliśmy miejsca w naszym poduszkowcu. Naszym zadaniem było 
znalezienie Dopuszczonego człowieka, co równoznaczne było z koniecznością przeszukania dość duŜego 
obszaru. W tym rejonie Wszechświata było to największe miasto, jakie dotąd widziałem, i mała grupka ludzi – 
wyznawców tego dziwacznego kultu – ginęła w milionowym tłumie Shkeenów. Z kolei w tej niewielkiej 
grupce tylko połowa – to Dopuszczeni.
    Wylądowaliśmy po drugiej stronie wzgórza i podeszliśmy piechotą, pozostawiając wóz otoczony chmarą 
dzieci. Gdy podchodziliśmy, Dopuszczeni ciągle posilali się; ośmiu z nich było Shkeenami, o róŜnym wzroście 
i odcieniach skóry. Na głowach wszystkich pulsowały Greeshki. Dwóch pozostałych to byli ludzie.
    Ubrani byli tak samo jak Shkeenowie, w czerwone szaty, i trzymali takie same dzwonki. Jeden z nich był 
bardzo wysoki, o pomarańczowej skórze, która zwisała z niego jakby utracił w ostatnich dniach znaczną część 
swojej wagi. Miał białe kręcone włosy, twarz naznaczoną szerokim uśmiechem i zmarszczkami wokół oczu, 
które wskazywały na wesołe usposobienie. Drugi był chudy i niski, przypominający nieco wyglądem łasicę z 
wydatnym orlim nosem.
    Na głowach obu panoszyła się Greeshka. PasoŜyt niskiego był mały i wyglądał jak niewielka narośl. Za to 
ten na głowie wysokiego zajmował całą jej powierzchnię i opadał aŜ na plecy.
    Wyglądało to szczególnie odstręczająco.
    Lyanna i ja podeszliśmy do nich, starając się ze wszystkich sił uśmiechać. Nie czytaliśmy, przynajmniej z 
początku. Odwzajemnili uśmiechy i pomachali do nas rękoma.
    – Cześć – powiedział niski – nigdy was nie widziałem. Jesteście chyba nowi na Shkeen?
    To mnie nieco zaskoczyło. Spodziewałem się jakiegoś dziwacznego, mistycznego pozdrowienia, a moŜe 
raczej nie liczyłem na Ŝadne przywitanie. Przyjmowałem milczące załoŜenie, Ŝe Dopuszczeni ludzie tracą 
ludzką naturę, stając się niby Shkeenami. Myliłem się jednak.
    – Mniej więcej – odpowiedziałem. Przeczytałem go. Był naprawdę uradowany naszym widokiem i całe jego 
wnętrze kipiało wprost radością.
    – Zostaliśmy wynajęci, by porozmawiać z takimi ludźmi jak wy – postanowiłem być szczery.
    Mój rozmówca rozpromienił się wbrew mojemu oczekiwaniu jeszcze bardziej.
    – Jestem Dopuszczony i szczęśliwy – powiedział. – Miło mi z tobą pogawędzić. Co chciałbyś wiedzieć, 
bracie? Moje nazwisko brzmi Lester Kamenz.
    Czułem, Ŝe stojąca dotąd spokojnie obok mnie Lyanna tęŜeje, pogrąŜając się wczytaniu. Postanowiłem 
ułatwić jej zadanie, zajmując go rozmową.
    – Kiedy nawróciłeś się na tę wiarę?
    – Wiarę?
    – Chodzi o kult Zjednoczenia.
    Pokiwał głową. Uderzyło mnie podobieństwo jego ruchów z ruchami starego Shkeena, spotkanego wczoraj.
    – Ja zawsze byłem człowiekiem Unii. Wy teŜ jesteście jej członkami. Wszystko co myśli jest Jednym.
    – Ale niektórzy z nas nie zdają sobie z tego sprawy – powiedziałem. – A ty? Kiedy zdałeś sobie sprawę, Ŝe 
jesteś cząstką jedności?
    – Rok temu, według czasu Starej Ziemi, a przyjęty zostałem w szeregi Dopuszczonych zaledwie kilka 
tygodni temu. Pierwsze Dopuszczenie jest wydarzeniem bardzo radosnym. Teraz, aŜ do ostatecznego 
Dopuszczenia, będę krąŜył ulicami świętego miasta, dzwoniąc i śpiewając.
    – Co robiłeś przedtem?
    – Przedtem? Byłem programistą. Programowałem komputery w WieŜy. Ale moje Ŝycie było bezbarwne. Nie 
wiedziałem, Ŝe jestem w Unii i czułem się bardzo samotny. Miałem jedynie maszyny. Teraz jestem 
Dopuszczony. Teraz nie grozi mi samotność.
    Zajrzałem do jego wnętrza i znalazłem tam rzeczywiście szczęście i… miłość. Ale było w nim równieŜ nieco 

Strona 18

background image

8710

bólu, jakby zamglone wspomnienie minionych trosk, niepoŜądanych wspomnień. Czy to juŜ przeszło? Czy to 
moŜna zapomnieć? MoŜe darem, jaki Greeshka miała dla swych ofiar, była moŜliwość zapomnienia i ucieczki? 
MoŜe?
    Zdecydowałem się na pewien eksperyment.
    – Ta rzecz na twojej głowie – powiedziałem ostro i stanowczo – to pasoŜyt. On pije twoją krew, Ŝywi się nią. 
W miarę jak będzie rósł, będzie pobierał coraz więcej substancji, bez których niemoŜliwe jest Ŝycie. Na koniec 
wreszcie zacznie poŜerać twoje tkanki. Rozumiesz? Ten stwór ciebie poŜre. Nie wiem, czy to będzie bolesne 
czy nie, ale jakiekolwiek to będzie, stracisz Ŝycie. Chyba, Ŝe natychmiast wrócisz do WieŜy i poddasz się 
operacji usunięcia go. A moŜe mógłbyś usunąć Greeshkę? Spróbuj. Wyciągnij rękę i wyrzuć ją, no dalej…
    Czego się właściwie spodziewałem? PrzeraŜenia? Wściekłości? Wstrętu? Nic z tych rzeczy. Kamenz po 
prostu stał i przeŜuwał swój chleb, patrząc na mnie z miłością, pełen radości i odrobiny Ŝalu czy teŜ moŜe 
politowania.
    – Mylisz się, Greeshka nie zabija. Ona daje radość i szczęście Zjednoczenia. Tylko ci, co nie przyjmą 
Greeshki, umrą. To oni są samotni. Samotni… na wieczność. – Pojawił się w nim jakby cień przestrachu, ale 
natychmiast zniknął.
    Spojrzałem na Lyannę. Była sztywna, oczy miała skupione. Ciągle jeszcze czytała. Oderwałem od niej wzrok
i chciałem zadać następne pytanie, ale nagle jeden z Dopuszczonych zaczął dzwonić swym dzwonkiem. Za 
nim poszli inni i po chwili radosne dźwięki wypełniły całą ulicę, obijały się o uszy i po raz drugi na tej planecie
mój umysł zalany został falą miłości.
    PrzedłuŜałem czytanie, by nacieszyć się tym. Miłość była niezmierna, zapierająca dech w piersiach. 
Przemawiała swą intensywnością, przeraŜała nawet. Ale równocześnie było w niej tyle radości, zagadkowości,
taka gama róŜnych przyjemnych odczuć, Ŝe nie moŜna było się od niej oderwać. Coś zachodziło w 
Dopuszczonych w czasie takiego dzwonienia, coś jakby owładnęło nimi, czego nigdy nie udało się wyrazić 
Normalnym w ich chropawej i szorstkiej muzyce. Ale ja i Lyanna nie byliśmy przecieŜ Normalnymi i 
mogliśmy to słyszeć.
    Powoli, z oporami, wracała nam świadomość. Kamenz i ten drugi wydzwaniali teraz zawzięcie, z szerokim 
uśmiechem na twarzy, błyskiem w oczach i z oznakami ogarniającej ich ekstazy. Lyanna ciągle czytała. DrŜała 
na całym ciele, usta miała na wpół otwarte.
    Otoczyłem ją ramieniem i wsłuchany w muzykę Dopuszczonych – czekałem. Po paru minutach 
potrząsnąłem ją lekko. Spojrzała na mnie nieprzytomnie, jakby z oddali. Jej oczy poszerzyły się, potrząsała 
ciągle głową, marszczyła brwi.
    Zaciekawiony przyjrzałem się jej uwaŜniej. JakieŜ dziwne uczucie. Ujrzałem w niej plątaninę emocji, gęstą 
mieszaninę uczuć, których nie potrafiłem nawet nazwać. Poczułem się jakoś nieswojo. Gdzieś, spośród tej 
zagadkowej dŜungli, wyzierała bezdenna przepaść, wyciągająca ku mnie ramiona. Tak przynajmniej czułem 
się wtedy.
    – Lya, co się z tobą dzieje?
    Potrząsnęła głową i spojrzała na Dopuszczonych wzrokiem pełnym strachu i tęsknoty. Powtórzyłem 
pytanie.
    – Nie wiem, naprawdę nie wiem, co mi jest. Nie rozmawiajmy teraz, Robb. Chodźmy stąd, muszę ochłonąć.
    – W porządku – odparłem. – Ale co ci się właściwie stało? – ująłem ją za rękę i obeszliśmy wzgórze 
docierając do miejsca, gdzie pozostawiliśmy swój pojazd. Ginął w dziecięcym tłumie. Rozpędziłem go ze 
śmiechem. Lyanna stała nieruchomo, patrząc gdzieś przed siebie nie widzącymi oczyma. Chciałem ją 
przeczytać, lecz wydało mi się nagle, Ŝe nie powinienem posuwać się za daleko.
    Ruszyliśmy od razu w kierunku WieŜy, tym razem szybciej i wyŜej. Prowadziłem, a Lyanna siedziała 
wpatrzona w przestrzeń przed nami.
    – Czy dowiedziałaś się czegoś istotnego? – zapytałem, próbując ją w ten sposób wyrwać z zamyślenia.
    – MoŜe tak, moŜe nie. – Głos jej był roztargniony, miałem wraŜenie jakby tylko częściowo brała udział w 
rozmowie ze mną. – Przeczytałam ich. Obydwu, Kamenz był rzeczywiście programistą komputerów. Ale nie 
był najlepszy. Przeciętny, mały człowieczek, z przeciętną osobowością, bez poczucia sensu, bez przyjaciół, bez 
niczego. śył własnym Ŝyciem, Shkeenów unikał, nie lubił ich. Tak naprawdę to nie lubił nawet ludzi. W jakiś 
sposób dotarł do niego Gustaffson. Nie zwracał uwagi na jego zgorzkniałość, oziębłość, cynizm. Nie 
odwzajemnił mu się tym samym. Po jakimś czasie Kamenz przywykł do Gustaffsona, nauczył się go cenić i 
podziwiać. Nigdy właściwie nie byli przyjaciółmi, ale Gustaffson był mu bliŜszy niŜ ktokolwiek inny 
przedtem.

Strona 19

background image

8710

    Urwała nagle.
    – Więc podąŜył za Gustaffsonem? – Spytałem z niecierpliwością, rzucając na nią szybkie spojrzenie. Jej oczy 
ciągle były rozbiegane.
    – Nie od razu, nie. Ciągle jeszcze bał się Shkeenów i Greeshki. Ale gdy Gustaffson odszedł, zaczął sobie 
zdawać sprawę, czym jest jego Ŝycie. Pracował z ludźmi, którzy nim gardzili, z maszynami, które były na 
wszystko obojętne, a wieczorami siadywał samotnie, czytał i oglądał głupie programy. śył, ale co to było za 
Ŝycie? Ledwie zauwaŜał ludzi wokół siebie. W końcu postanowił odszukać Gustaffsona i skończył jako 
nawrócony. Teraz…
    – Co teraz?
    Zawahała się.
    – Teraz jest szczęśliwy, Robb – powiedziała. – On naprawdę jest szczęśliwy. Po raz pierwszy w Ŝyciu. Nigdy
dotąd nie zaznał miłości, która obecnie go przepełnia.
    – DuŜo się dowiedziałaś.
    – Tak. – Głos miała ciągle roztargniony, oczy nieobecne. – On był bardzo otwarty. Jego świadomość składa 
się z wielu poziomów, lecz dotarcie do nich nie sprawiło mi trudności. Tak jakby jego wewnętrzne bariery 
zanikły.
    – A co z tym drugim facetem?
    – Ten drugi? To był Gustaffson…
    To pytanie jakby przywróciło jej świadomość. Znowu była Lyanną, którą znałem i kochałem. Była sobą. 
Otrząsnęła się, spojrzała na mnie juŜ świadomie i dotychczasowy bezładny potok słów zastąpiła bardziej 
składną wypowiedzią. Mówiła z pasją.
    – Robb, słuchaj mnie. To był Gustaffson. Jest Dopuszczony od roku, a za tydzień dostąpi Ostatecznego 
Zjednoczenia. Greeshka zaakceptowała go, a on tego pragnie, wiesz? On naprawdę tego chce i… Och, Robb, 
on umiera!
    – Z tego, co mówisz, wnoszę, Ŝe umrze w ciągu tygodnia.
    – Nie. To znaczy tak, ale niezupełnie tak. Ostateczne Zjednoczenie nie jest dla niego śmiercią. On w to 
wierzy, wierzy we wszystko. Greeshka jest dla niego Bogiem, a on ma zamiar połączyć się z nim. Ale 
przedtem, tak jak i teraz – umiera. Jest nieuleczalnie chory. Choruje juŜ od piętnastu lat. Zaraził się na bagnach
Nightmare, właśnie wtedy, gdy stracił rodzinę. Nie jest to środowisko przyjazne dla ludzi. Był tam przez 
krótki czas, jakieś pilne zadanie. Rodzina mieszkała na Thor. ZłoŜyli mu wizytę. Statek, którym lecieli, rozbił 
się, Gustaffson szalał próbując dostać się do nich. ZałoŜył nieszczelny kombinezon i zarazki przedostały się do 
organizmu. Gdy przybył na miejsce, było juŜ po wszystkim. To był niesamowity ból, Robb. Ból spowodowany 
chorobą, spowodowany utratą najbliŜszych. On ich niezmiernie kochał, i potem juŜ nigdy nie wrócił do 
normy. Wysłali go na Shkeen. Miała to być nagroda czy coś w tym rodzaju. Chciano mu zapewnić spokój. Ale 
ani na chwilę nie przestał o nich myśleć. Widziałam to wszystko. Jak na obrazie. Dzieci bezpiecznie czujące się 
na statku, awaria systemu podtrzymującego Ŝycie. Straszna śmierć z braku powietrza, Ŝona wciągająca 
rozpaczliwie skafander i usiłująca sprowadzić pomoc, a na zewnątrz te stwory, te zarodki, które zamieszkują 
na Nightmare, jak im tam…?
    CięŜko przełykałem ślinę. Czułem się nieswojo.
    – Robaki Ŝarłacze – powiedziałem głucho.
    Czytałem o nich, widziałem zdjęcie. WyobraŜałem sobie teraz obraz, który ujrzała Lya w duszy Gustaffsona.
Musiał być okropny. W tym momencie nie zazdrościłem jej Talentu.
    – Gdy przybył na miejsce, ciągle jeszcze Ŝyli. Zabił ich serią z pistoletu.
    Potrząsnąłem głową.
    – Nie wiedziałem, Ŝe takie rzeczy w ogóle mogą się zdarzać.
    – Niestety – odpowiedziała Lya. – Gustaffson teŜ sobie tego nie wyobraŜał. Zanim to wszystko się 
wydarzyło, byli tacy szczęśliwi. On ją kochał, a jego kariera była nieomal legendarna. Nie musiał jechać na 
Nightmare – ale pojechał. Był to rodzaj wyzwania. Nikt nie mógł sobie tam poradzić. I ciągle o tym pamięta. 
On… oni… – Jej głos się załamał. – UwaŜali, Ŝe mieli szczęście. – Powiedziała to i umilkła.
    Nie było nic do dodania. Milczałem równieŜ, usiłując wyobrazić sobie bezmiar nieszczęść i rozpaczy 
Gustaffsona. Po pewnym czasie Lyanna zaczęła mówić na nowo.
    – To wszystko w nim było, Robb. Ale mimo to jest zupełnie spokojny, chociaŜ wszystko pamięta. Pamięta 
ból, jaki odczuwał. Teraz Ŝałuje tylko, Ŝe nie ma ich przy sobie, Ŝe odeszli bez Ostatecznego Zjednoczenia, 
prawie tak, jak ta kobieta na Zebraniu, pamiętasz? Ta, która nie mogła przeboleć, Ŝe spowodowała 

Strona 20

background image

8710

przedwczesne odejście swego brata…
    – Pamiętam – odrzekłem.
    – Odczuwa właśnie coś takiego, jego umysł był równieŜ otwarty. Bardziej niŜ umysł Kamenza. Gdy dzwoni, 
poziomy jego psychiki znikają i wszystko wypływa na wierzch – miłość i ból. Całe jego Ŝycie, Robb. W ciągu 
paru chwil przeŜyłam całe jego Ŝycie. I wszystkie myśli… on widział jaskinie, gdzie następuje Ostateczne 
Zjednoczenie. Był tam przed nawróceniem. Ja…
    Cisza. Przerywał ją jedynie zamierający warkot pojazdu. ZbliŜaliśmy się do rogatek Shkeentown. Przed 
nami WieŜa wszczepiała się w niebo, połyskując w słońcu. Niedługo zauwaŜyliśmy miasto i ludzi.
    – Robb – odezwała się Lyanna. – Wyląduj tutaj, chciałabym pomyśleć w samotności. Wracaj beze mnie. 
Powałęsam się pomiędzy Shkeenami.
    
* * *
    
    Ja równieŜ zastanawiałem się wracając samotnie do WieŜy. Myślałem o tym, co usłyszałem od Lyanny o 
Kamenzie i Gustaffsonie. Starałem się na to spojrzeć z perspektywy problemu, który mieliśmy rozwiązać. Nie 
chciałem teŜ zbytnio przejmować się stanem psychicznym Lyanny, licząc na to, Ŝe jej złe samopoczucie 
przejdzie samo.
    Po powrocie nie traciłem ani minuty. Natychmiast poszedłem do biura administratora. Był sam. 
Przekazywał coś do dyktafonu. Gdy wszedłem, przerwał zajęcie.
    – Jak się masz, Robb? Gdzie podziałeś Lyannę?
    – Wraca pieszo ze Shkeentown. Chciała ochłonąć. Myślę, Ŝe znalazłem rozwiązanie.
    Valcarenghi uniósł brwi w oczekiwaniu.
    Usiadłem.
    – Znaleźliśmy Gustaffsona. Lyanna przeczytała go. Myślę, Ŝe przyczyny jego nawrócenia są jasne. Rzecz w 
tym, Ŝe wbrew wszystkim pozorom był to człowiek wewnętrznie załamany. Greeshka oznaczała dla niego 
koniec wszystkich cierpień. Był z nim inny nawrócony – Lester Kamenz. Biedny, szary człowieczek, Ŝyjący bez
celu. Dlaczego nie miał się nawrócić? Gdy przebadamy innych, jestem pewien, Ŝe znajdziemy coś, co ich łączy: 
Będą to zapewne ludzie zagubieni, wraŜliwi, samotni.
    Valcarenghi skinął głową.
    – To prawdopodobne – powiedział. – Ale nasi psychologowie wpadli na to juŜ wcześniej, Robb. To, co 
mówisz, nie stanowi rozwiązania sprawy. Oczywiście, Ŝe nawróceni byli z reguły ludźmi nieszczęśliwymi. W 
to nie wątpię. Ale dlaczego wybierali akurat kult Zjednoczenia? Psychologowie nie umieli dać właściwej 
odpowiedzi. Taki Gustaffson. To był mocny człowiek, moŜesz mi wierzyć. Nie znałem go co prawda osobiście,
ale znam jego karierę. Brał najtrudniejsze zadania. Właśnie ze względu na towarzyszące im 
niebezpieczeństwo. Podołał wszystkiemu. Mógł mieć wygodne, lukratywne posadki, ale to go nie 
interesowało. Słyszałem o wypadku na Nightmare. Jest w pewien szczególny sposób słynny. Nie, Phil 
Gustaffson nie naleŜał do ludzi, którzy załamaliby się. Z tego, co wiem od Nelsa, szybko się z tego otrząsnął. 
Przyszedł na Shkeen i rzeczywiście, w krótkim czasie zaprowadził tu porządek, nadrabiając zaniedbania 
Rockwooda. Zawarł z mieszkańcami pierwszy z prawdziwego zdarzenia kontrakt handlowy i co więcej – 
sprawił, Ŝe Shkeenowie pojęli, na czym to polega. Nie jest to łatwe, wierz mi.
    – A więc znasz Gustaffsona, tego znającego się na swej robocie faceta, który zabłysnął z podejmowania się 
najtrudniejszych zadań. I z tego, Ŝe ze wszystkich doskonale się wywiązywał. PrzeŜył osobistą tragedię, 
zgoda, ale mimo to pozostał dalej twardym facetem. I nagle nawraca się na kult Unii, co jest równoznaczne z 
groteskowym nieomal samobójstwem. Dlaczego? By połoŜyć kres swemu bólowi i nieznośnym 
wspomnieniom? Teoria interesująca, ale są inne sposoby, by pozbyć się cierpień. Między wypadkiem na 
Nightmare a jego przybyciem tutaj upłynęły całe lata. Nigdy w ciągu tego czasu nie uciekał przed 
wspomnieniami, nie pił, nie narkotyzował się, nic z tych rzeczy. Nie pospieszył na Starą Ziemię, by poprosić 
psychologów o usunięcie tragedii z pamięci. A gdyby chciał, mógł sobie na to pozwolić. Urząd do spraw 
kolonii zrobiłby dla niego, po wypadku na Nightmare, wszystko. śył dalej po swojemu, intensywnie. AŜ tu 
nagle bomba. Nawrócił się.
    – Z pewnością ból uczynił go bardziej wraŜliwym. Ale to nie wszystko. Musi być w tym kulcie jeszcze coś, 
czego nie moŜna odnaleźć w alkoholu ani w oczyszczaniu pamięci. To samo zresztą dotyczy Kamenza i 
pozostałych. Jest mnóstwo sposobów, by powiedzieć Ŝyciu „dziękuję”. Nie skorzystali z tego. Wybrali 
Zjednoczenie. Czy rozumiesz juŜ, o co mi chodzi?

Strona 21

background image

8710

    Rozumiałem, oczywiście. To, co uwaŜałem za rozwiązanie problemu, nie było wcale rozwiązaniem. Teraz 
dopiero zdałem sobie z tego sprawę. Ale Valcarenghi teŜ nie mógł być nieomylny.
    – Tak – powiedziałem. – Myślę, Ŝe muszę jeszcze zastanowić się trochę i poczytać. –Uśmiechnąłem się blado.
– Ale tak naprawdę, to Gustaffson nie podołał wszystkiemu. Lyanna była tego zupełnie pewna. Coś w nim 
przez cały czas siedziało, coś go męczyło. Nigdy się z tym nie uporał do końca.
    – To jest dopiero zwycięstwo nad sobą, nieprawdaŜ? – powiedział Valcarenghi. – Tak doskonale ukryć ból, 
by nikt o nim nie wiedział.
    – Nie wydaje mi się. Ale… poza tym było jeszcze coś. Gustaffson choruje na Slow Plague. Umiera. Trwa to 
juŜ od lat.
    Na twarzy administratora przez moment pojawiło się zdziwienie.
    – Nie wiedziałem o tym, ale to chyba potwierdza to, co powiedziałem. Czytałem gdzieś, Ŝe około 80% ofiar 
Slow Plague ochotniczo poddaje się eutanazji, jeŜeli oczywiście znajdują się na planecie, gdzie to jest moŜliwe. 
Gustaffson był administratorem planety, mógł więc zalegalizować eutanazję. JeŜeli opierał się myśli o 
samobójstwie przez tyle lat, to dlaczego wybrał tę drogę dopiero teraz?
    Nie potrafiłem tego rozwiązać. Lyanna nie powiedziała mi nic na ten temat. Nie byłem teŜ zorientowany, 
gdzie moglibyśmy ewentualnie szukać odpowiedzi, chyba Ŝe…
    – Jaskinie – uświadomiłem sobie naglę. – Jaskinie Zjednoczenia. Musimy zobaczyć Ostateczne Zjednoczenie, 
przyjrzeć się wszystkiemu. Musimy znaleźć coś, co wyjaśni nam tajemnicę nawróceń. Daj nam tę szansę.
    Valcarenghi uśmiechnął się.
    – W porządku, mogę to załatwić, spodziewałem się zresztą, Ŝe do tego dojdzie, ale ostrzegam: nie jest to 
przyjemny widok. Pamiętam, jakie na mnie wywarł wraŜenie.
    – Nie ma o czym mówić – odparłem. – JeŜeli myślisz, Ŝe czytanie Gustaffsona było przyjemne, to szkoda, Ŝe 
nie widziałeś, jak wyglądała Lyanna… idzie pieszo, próbując o tym zapomnieć. Ten widok na pewno nie 
będzie gorszy od wspomnień z Nightmare. MoŜesz być pewien.
    – Świetnie. W takim razie pójdziemy jutro. Oczywiście, będę towarzyszył wam, nie mogę pozostawić was 
bez opieki. Tam wszystko moŜe się zdarzyć.
    Byłem tego samego zdania. Valcarenghi wstał.
    – Dobra, przejdziemy teraz do przyjemniejszych tematów. Masz jakieś plany na wieczór?
    Gdy wróciłem do domu, Lyanna czekała na mnie leŜąc w łóŜku z tomem wierszy w ręku. Gdy wszedłem, 
podniosła na mnie wzrok.
    – Cześć – powiedziałem – jak udał się spacer?
    – Był długi – jej wyblakłą, drobną twarz rozświetlił na krótko uśmiech. – Miałam dość czasu, by poukładać 
myśli. Zastanawiałam się nad tym, co widzieliśmy dzisiaj i wczoraj, myślałam o Dopuszczonych i o nas.
    – O nas?
    – Robb, czy ty mnie kochasz? – Zadała to pytanie tonem nieomal obojętnym, czuć jednak było olbrzymie 
napięcie. CzyŜby chciała się upewnić?…
    Usiadłem na brzegu łóŜka, ująłem ją za rękę.
    – Oczywiście – odpowiedziałem – przecieŜ wiesz.
    – Tak, wiem, wiem, Ŝe mnie kochasz, Robb, naprawdę mnie kochasz, tak mocno jak kochać moŜe tylko 
człowiek. Ale… – urwała. Pokiwała głową, zamknęła ksiąŜkę, westchnęła. – Ale mimo to nie jesteśmy razem. 
Nie jesteśmy jednym. Ja i ty to nie jest jedno.
    – O czym ty mówisz?
    – O tym popołudniu. Byłam poruszona i przeraŜona. Nie wiedziałam dlaczego. Musiałam się zastanowić. 
Gdy czytałam, Robb… byłam w nich, byłam nimi, dzieliłam ich miłość i byłam miłością. Naprawdę. I nie 
chciałabym, by to się skończyło. Nie chciałam ich opuszczać. Gdy oderwałam się, czułam się taka samotna jak 
gałąź odcięta od pnia.
    – To twoja wina – powiedziałem. – Próbowałem z tobą rozmawiać, ale byłaś zajęta myślami, dałaś się 
porwać.
    – Chciałeś ze mną rozmawiać? CóŜ to takiego – rozmowa? Oni twierdzą, Ŝe to tylko porozumiewanie się, ale
czy naprawdę? Tak wydawało mi się do czasu, gdy rozwinęłam swój Talent. Potem juŜ tylko czytanie innych 
wydawało mi się prawdziwym sposobem porozumiewania się z inną istotą. Wszyscy są jednym. Prawie tak 
jak my, gdy się kochamy. A oni się teŜ kochają, i kochają nas, mocno, czułam to. Gustaffson kocha mnie tak 
samo jak ty. Nie, on kocha mnie bardziej.
    Jej twarz, gdy mówiła to, robiła się blada, oczy rozszerzały się, patrzyły bez celu. A ja poczułem nagły 

Strona 22

background image

8710

przypływ chłodu, który owionął moją duszę. Nie potrafiłem wymówić ani słowa. Patrzyłem na nią, oblizując 
wyschnięte wargi. Serce biło jak młot.
    Dojrzała ból w moich oczach. Wydawało mi się… Jej ręka uścisnęła moją.
    – Och, Robb, proszę, nie miałam zamiaru zranić cię. To nie do ciebie mówiłam, lecz do nas wszystkich. Co 
my naprawdę mamy w porównaniu z nimi?
    – Nie wiem, o czym mówisz, Lyanno. – Pewna część mej duszy zapragnęła rozpłakać się, inna znów chciała 
krzyczeć. Uspokoiłem obie i wypowiedziałem te słowa normalnym głosem, który w ogóle nie był normalny.
    – Czy kochasz mnie, Robb? – spytała ponownie, pełna napięcia.
    – Tak! – odpowiedziałem zaciekle, wyzywająco.
    – A co to znaczy, Ŝe mnie kochasz?
    – Wiesz doskonale, co to znaczy, do cholery, Lya, pomyśl trochę! Przypomnij sobie wszystko, co razem 
przeŜyliśmy. To właśnie jest miłość. Tak jest. Byliśmy szczęśliwi, czy pamiętasz? Sama to powiedziałaś. 
Normalni mają tylko zmysły dotyku i głos, i więcej nic. Nie są w stanie odnaleźć się nawzajem. Są samotni, 
samotni na zawsze. Chodzą po omacku. Próbują nieustannie wydostać się ze swych samotni i nigdy się im to 
nie udaje. Ale my to co innego. My znamy właściwą drogę. Wiemy o sobie tyle, ile nikt z ludzi nie jest w stanie
wiedzieć o drugim człowieku. Nie ma takiej rzeczy, której bym ci nie powiedział, której bym z tobą nie dzielił. 
Mówiłem to juŜ wiele razy i wiesz dobrze, Ŝe tak jest. MoŜesz przecieŜ mnie przeczytać. To jest miłość, do 
diabła! Jest czy nie?
    – Nie wiem – powiedziała głosem przeraźliwie smutnym.
    Nagle, bezgłośnie, bez łkania, zaczęła płakać. Łzy płynęły jej po policzkach, a ona mówiła dalej.
    – MoŜe to jest miłość. Zawsze dotąd tak myślałam. Ale teraz juŜ nie jestem pewna. JeŜeli to, co jest między 
nami, jest miłością, to jak nazwać mam to, co czułam po południu w rozmowie z Dopuszczonymi? Och, Robb, 
ja teŜ cię kocham. Wiesz o tym. Staram się Ŝyć z tobą, być jednym. Ale nie mogę. My jesteśmy skazani na 
osamotnienie. Nie mogę sprawić, byś to zrozumiał. Ja jestem tutaj, ty jesteś obok, moŜemy dotykać swych ciał, 
moŜemy się kochać, ale to nie jest to. Ciągle ja i ty to nie jedność. Jesteśmy samotni. Rozumiesz? Czy 
rozumiesz to, kochany? Ja jestem samotna. A tego popołudnia nie byłam samotna.
    – Do diabła! Ty przecieŜ nie jesteś samotna – wtrąciłem. – Ja tu jestem. – Zacisnąłem rękę na jej ramieniu. – 
Czujesz? Słyszysz? Nie jesteś samotna!
    Potrząsnęła głową. Po jej twarzy w dalszym ciągu spływały łzy.
    – Widzisz, Robb, ty tego nie rozumiesz. I nie ma sposobu, byś to zrozumiał. Powiedziałeś, Ŝe wiemy o sobie 
tak duŜo, jak to tylko moŜliwe. I miałeś rację. Ale jak głęboko ludzie mogą się znać? Co oni mogą o sobie 
wiedzieć? Czy w rzeczywistości nie są wielkimi samotnikami, nie mogącymi się nawzajem porozumieć? 
KaŜdy samotnie trwa w tym wielkim, ciemnym i pustym wszechświecie. Gdy mówimy, Ŝe nie jesteśmy sami, 
to tylko oszukujemy się nawzajem, bo w końcu jesteśmy juŜ zupełnie sami, skazani sami na siebie. Czy jesteś 
we mnie, Robb? W moim świecie? Skąd ja mam to wiedzieć? Czy umarłbyś razem ze mną, Robb? Czy po 
śmierci bylibyśmy razem?’ Czy jesteśmy razem w tej chwili? Mówisz: „Jesteśmy bardziej szczęśliwi niŜ 
Normalni”. Ja teŜ tak twierdziłam. Mówisz, Ŝe oni posiadają tylko zmysły i głos, tak? IleŜ razy ja to 
powtarzałam. Ale w rzeczywistości co my takiego mamy? TeŜ w końcu zmysły i głosy. To mi juŜ nie 
wystarcza. Boję się. Nagle zaczęłam się bać.
    Zanosiła się szlochem. Instynktownie niemal objąłem ją ramionami, pieściłem. LeŜeliśmy razem. Płakała z 
twarzą na mojej piersi. Przeczytałem jej ból, jej strach. Ogromny strach przed samotnością. Jej głód 
Zjednoczenia się z innymi. Jej głód współ odczuwania. I chociaŜ bez przerwy pieściłem ją, szepcąc, Ŝe 
wszystko będzie dobrze, Ŝe przy niej jestem i zawsze będę, Ŝe nie jest samotna, to wiedziałem, Ŝe jest juŜ za 
późno. Przepaść między nami stawała się faktem. Powiększała się wolno, ale nieustannie i nie wiedziałem, jak 
ją powstrzymać. A Lyanna, moja Lyanna, potrzebowała mnie. Wiedziałem o tym, ale nie mogłem jej w niczym 
pomóc.
    Nagłe zdałem sobie sprawę, Ŝe równieŜ płaczę.
    Trwaliśmy tak, zalani łzami, ale w końcu łzy przestały płynąć. Lyanna przylgnęła do mnie całym ciałem tak 
mocno, Ŝe nie mogłem złapać tchu. Ja równieŜ obejmowałem ją z całych sił.
    – Robb – powiedziała szeptem. – Powiedziałeś raz… powiedziałeś, Ŝe naprawdę znamy się nawzajem. 
Mówiłeś to wiele razy. A czasami mówiłeś, Ŝe jestem dla ciebie wszystkim, Ŝe jestem ideałem.
    Skinąłem głową, starając się w to wierzyć.
    – Tak, to prawda. Jesteś dla mnie doskonałością.
    – Nieprawda – powiedziała z wysiłkiem, wyrzucając z siebie słowa. – Tak nie jest. Przeczytałam cię. Wiem, 

Strona 23

background image

8710

Ŝe szukałeś i dobierałeś słowa, zanim to powiedziałeś. Wyrzucasz to z siebie teraz. I widzę wspomnienia, 
przeŜywam je z tobą. To wszystko jest na powierzchni. Pod tym jest jeszcze coś. Pewne nieokreślone myśli, 
których nie mogę nazwać. Są i uczucia nieokreślone. Są popędy, które tłumisz i wspomnienia, o których sam 
nie wiesz, Ŝe je posiadasz. Czasami udaje mi się zejść na ten poziom. Czasami. JeŜeli walczę o to, walczę do 
wyczerpania. Ale gdy nawet dostanę się tam, to po to, by dowiedzieć się, Ŝe poniŜej… są myśli, które 
skrywasz przede mną i przed sobą. I tak bez końca. Nie mogę wiedzieć o tobie wszystkiego. To niemoŜliwe. 
Nie znam cię więc, nie mogę cię poznać. Nawet ty nie znasz siebie, czy wiesz o tym? Nie. A ty, czy znasz 
mnie? Znasz mnie mniej niŜ ja ciebie. Wiesz tyle, ile ci powiem i wiesz, Ŝe to, co mówię, to prawda. A moŜe 
tylko część prawdy? I czytasz moje uczucia, moje płytkie uczucia. Ból z powodu skaleczonego palca, błysk 
zdumienia, przyjemność, jaką czuję, gdy jesteś we mnie. Czy to znaczy, Ŝe mnie znasz? A co z głębszymi 
poziomami i jeszcze głębszymi? Co z rzeczami, o których sama nie wiem? Czy znasz je ty? Co powiesz na to, 
Robb?
    Wstrząsnęła głową w tym zabawnie uroczym geście, charakterystycznym dla niej, gdy była zmieszana.
    – I mówisz, Ŝe jestem doskonała, Ŝe mnie kochasz, Ŝe jestem dla ciebie stworzona, ale czy tak jest w 
rzeczywistości? Robb, ja czytam twoje myśli. Wiem, kiedy chcesz, Ŝebym była sexy. Jestem wtedy sexy. Wiem, 
co cię podnieca i to robię. Wiem, kiedy chcesz, Ŝebym była serio, a kiedy chcesz, Ŝebym była swobodna. Wiem,
jakiego rodzaju Ŝarty lubisz. Nie lubisz Ŝartów zbyt ostrych, takich, które ranią innych. Lubisz śmiać się 
zawsze razem z ludźmi, a nie z ludzi. A ja śmieję się razem z tobą i kocham cię za te upodobania. Wiem, kiedy 
chcesz, Ŝebym była tygrysicą, a kiedy małą dziewczynką, która bezradnie chroni się w twoich ramionach. I 
robię zawsze to, co chcesz, poniewaŜ czuję twoją radość ze spełnienia twoich Ŝyczeń. Nigdy nie robię tego z 
wyrachowania ani od niechcenia i nigdy tego nie Ŝałowałam. I nie Ŝałuję teraz. W większości wypadków 
robiłam to zupełnie nieświadomie. Ty robisz zupełnie podobnie. Przeczytałam to w tobie. Ale ty nie potrafisz 
czytać tak głęboko jak ja, więc czasami odczytujesz moje Ŝyczenia źle. Stajesz się czasami brutalny, gdy ja chcę,
byś był cichy i wyrozumiały. Grasz silnego męŜczyznę, gdy ja pragnę małego chłopca spragnionego 
macierzyńskich pieszczot. Ale czasami odgadujesz teŜ prawidłowo. Ale zawsze – tylko próbujesz. Ale czy to 
jesteś ty? Czy to naprawdę ja? A gdyby okazało się, Ŝe nie jestem wcale doskonała, Ŝe jestem tylko ułomną 
kobietą z wieloma wadami? Czy i wtedy byś mnie kochał? Nie jestem pewna, Robb. Czułam to. Ja ich znam. 
Gdybym do nich wróciła, znalazłabym tam więcej szczęścia niŜ z tobą. A oni mnie znają. Znają mnie taką, jaką 
naprawdę jestem. I kochają mnie mimo to. Czy rozumiesz to? Czy rozumiesz?
    Czy rozumiałem? Nie wiem. Byłem zmieszany. Czy kochałbym Lyannę, gdyby była tylko sobą? Co to 
znaczy sobą? Czym to się róŜni od tej Lyanny, którą kochałem? I czy zawsze bym ją kochał? I czy to 
prawdziwa Lya była moją Lyanną? Kogo ja właściwie kochałem? Abstrakcyjny ideał, czy teŜ ciało, głos i 
osobowość, które – jak myślałem – składają się na Lyannę? Nie wiem. Nie wiedziałem teŜ i wtedy. Nie 
wiedziałem, kim jestem, kim była Lya, i co to wszystko razem znaczyło. Bałem się. MoŜe nie mogłem czuć 
tego, co ona czuła tego popołudnia. Ale wiedziałem, co ona czuła. Byłem sam i potrzebowałem kogoś.
    – Lya – powiedziałem – Lya, spróbujmy jeszcze raz. Nie poddawajmy się. MoŜemy połączyć się, przeniknąć.
Jest sposób, nasz sposób. Robiliśmy to juŜ. Chodź do mnie.
    Mówiąc to, rozbierałem ją. Pieszczotami odpowiadała na pieszczoty. Gdy byliśmy nadzy, zaczęliśmy się 
całować. Czułem ją wewnątrz siebie. Nasze serca otwarły się dla siebie jak nigdy przedtem. Czułem ją w sobie.
Coraz głębiej. Otworzyłem przed nią wrota swojej duszy, z jej najdrobniejszymi sekretami, nawet tymi, 
których się wstydziłem. Godziny samotności i płaczu, momenty przykrości, które komuś wyrządziłem, i 
momenty, gdy sam czułem się zraniony. Chwile płaczu i samotności, rozpaczy i strachu przed nieznanym, 
przesądy, które uwaŜałem za niegodne, przeróŜności, które zwalczałem w sobie, głupie wyskoki wieku 
durnego i chmurnego. Wszystko. KaŜdy szczegół. Nie ukrywałem nic. Oddałem siebie Lyannie, mojej Lyannie.
Musiała mnie poznać.
    RównieŜ i ona otworzyła się cała. Jej wnętrze było niczym las, przez który podąŜałem, potykając się o kępy 
emocji, strachu, a nade wszystko potrzeby bycia kochaną i potrzeby kochania. Pomiędzy tym wszystkim 
przeplatały się kaprysy i pasje małej dziewczynki. Nie posiadam Talentu tej miary co Lya. Czytam jedynie 
uczucia, nigdy myśli. Ale wtedy po raz pierwszy i chyba ostatni biła we mnie myślami. Wraz z jej duszą 
otwarło się dla mnie jej ciało. Wszedłem w nią, wdarłem się z pasją i poruszaliśmy się złączeni. Nasze umysły 
były splecione do granic ludzkich moŜliwości. I czułem przepływającą przeze mnie gorącymi falami rozkosz. 
Rozkosz moją i jej. Przez czas, który wydawał się wiecznością, utrzymywaliśmy się w stanie ekstazy. 
Spełnienie zbliŜało się nieuchronnie niczym odległy brzeg. Gdy w końcu dobiegliśmy do brzegu, przez 
moment, niesłychanie krótki, nie mogłem rozróŜnić orgazmów.

Strona 24

background image

8710

    A potem minęło wszystko.
    
* * *
    
    Obudziłem się pierwszy. W pokoju panował półmrok. Lyanna leŜała skulona na drugim brzegu łóŜka. 
Spała. Wydawało mi się, Ŝe niedługo powinno świtać. Czułem się wyczerpany.
    Wstałem i bezszelestnie ubrałem się. Chciałem się gdzieś przejść, pomyśleć w spokoju. Ale dokąd miałem 
pójść? W kieszeni znalazłem klucz, wyczułem go wkładając tunikę. Był to klucz do biura Valcarenghiego.
    O tej porze nikogo tam nie będzie, widok z biura z pewnością mnie uspokoi.
    Wyszedłem z pokoju, odnalazłem windę i wystrzeliłem w górę, na szczyt stalowego wyzwania, jakie ludzie 
rzucili niebu nad planetą Shkeen.
    Biuro tonęło w ciemnościach, cienie mebli majaczyły w mroku. Jedyne światło dochodziło z gwiazd. Shkeen 
jest bliŜsze centrum galaktyki niźli Stara Ziemia czy Baldur. Gwiazdy są jasne i rozpościerają się jaskrawym 
baldachimem nad planetą. Niektóre z nich znajdują się w niewielkiej odległości i świecą na kształt czerwonych
kul na tle nie zgłębionej czerni. Ściany gabinetu Valcarenghiego są ze szkła; podszedłem do jednej z nich i 
spojrzałem w dół. Nie myślałem o niczym. Czułem chłód i zagubienie.
    Nagle za mną usłyszałem cichy, ledwo dosłyszalny głos. Odwróciłem się od ściany, ale światło gwiazd 
przedostające się z przeciwległej strony oślepiło mnie. W jednym z foteli siedziała Laurie Blackburn pogrąŜona
w ciemnościach.
    – Cześć – powiedziałem. – Nie chciałem ci przeszkadzać. Myślałem, Ŝe o tej porze nikogo tu nie zastanę.
    Uśmiechała się. Promienny uśmiech na promiennej twarzy, uśmiech, w którym nie znać było radości.
    Jej włosy opadały kasztanowymi falami na ramiona. Ubrana była w jakąś bardzo powiewną szatę. Przez jej 
załamania widziałem jej kształtne ciało, którego zresztą wcale nie starała się ukryć.
    – Często tu przychodzę, zwykle w nocy, gdy Dino juŜ śpi. Tu moŜna spokojnie pomyśleć.
    – Masz rację – powiedziałem, uśmiechając się.
    – Piękne gwiazdy…
    – Tak…
    – … Ja… – zawahała się. – Powstała nagle i podeszła do mnie. – Czy ty kochasz Lyannę?
    Pytanie zaskoczyło mnie. Zadano je w zupełnie niewłaściwym momencie. Myślę jednak, Ŝe nic po sobie nie 
pokazałem. WciąŜ byłem z Lyanną.
    – Tak – powiedziałem. – Kocham ją bardzo. Dlaczego pytasz?
    Stała blisko mnie, patrzyła to na moją twarz, to poza mnie gdzieś w gwiazdy.
    – Sama nie wiem. Czasami przychodzą mi takie myśli do głowy. Kocham Dino. Przybył tu dopiero dwa 
miesiące temu. Nie znamy się więc zbyt długo, ale mogę powiedzieć, Ŝe juŜ go kocham. Nigdy nie spotkałam 
kogoś takiego jak on. Jest miły, nawet czuły. Zawsze wszystko robi dobrze, nigdy nie zepsuł tego, czego raz się
podjął. A mimo to nie wydaje się być zapracowany jak tylu innych. Wszystko przychodzi mu łatwo. Wierzy w 
siebie, a to pomaga. Daje mi wszystko, czego mogłabym zapragnąć, wszystko…
    Przeczytałem ją. Ujrzałem miłość, oddanie, niepewność.
    – Oprócz samego siebie – uzupełniłem.
    Spojrzała zaskoczona. Nagle uśmiechnęła się.
    – Zapomniałam zupełnie, Ŝe jesteś Talentem. PrzecieŜ musisz wiedzieć. Tak, masz rację. Nie wiem dlaczego i
czym właściwie, ale martwię się. Dino jest doskonały. Mówię mu o sobie, o moim Ŝyciu, on słucha, rozumie. 
Jest świetnym słuchaczem. I zawsze jest przy mnie, gdy go potrzebuję. Ale…
    – Wszystko to jest jednokierunkowe – stwierdziłem sucho, bez wątpliwości.
    Skinęła głową.
    – Nie chcę powiedzieć, Ŝeby miał przede mną jakieś tajemnice. Odpowiada na kaŜde moje pytanie. Ale jego 
odpowiedzi pozbawione są sensu. Pytam na przykład, czego się obawia, co go dręczy, a on mi mówi, Ŝe 
wszystko w porządku. I mówi to tak, iŜ muszę mu uwierzyć. Jest bardzo opanowany, nigdy się nie złości. Nie 
nienawidzi, uwaŜa zresztą, Ŝe nienawiść jest rzeczą złą. Nigdy nie przeŜył prawdziwego cierpienia, 
przynajmniej tak utrzymuje. Mam na myśli cierpienie duchowe. Ale mimo to rozumie mnie, gdy opowiadam 
mu o moim Ŝyciu. Kiedyś zdradził się, Ŝe jego największą wadą jest lenistwo. Ale przecieŜ on wcale nie jest 
leniwy. Czym w takim razie on jest? Chodzącą doskonałością? Powiada, Ŝe zawsze jest pewny siebie, 
poniewaŜ wie, Ŝe jest dobry. Ale mówiąc to uśmiecha się! Nie mogę więc nawet stwierdzić z całą pewnością, 
Ŝe jest próŜny. Mówi, Ŝe wierzy w Boga, ale nigdy o nim sam nie mówi. Gdy próbuję z nim rozmawiać 

Strona 25

background image

8710

powaŜnie albo słucha cierpliwie, albo obraca wszystko w Ŝart, albo skierowuje rozmowę na inne tory. Mówi, 
Ŝe mnie kocha, ale…
    Skinęła głową. Wiedziałem, co chciała powiedzieć. Spojrzała na mnie. W jej oczach była niema prośba.
    – Jesteś Talentem – powiedziała. – Na pewno czytałeś go nieraz. Znasz go więc. Powiedz mi, proszę. Musisz 
mi powiedzieć.
    Czytałem ją. Widziałem jej cierpienie, jej strach. Widziałem, jak bardzo pragnęła znać prawdę. Jak bardzo 
kochała. Nie mogłem jej okłamać. Mimo to niełatwo było jej powiedzieć to, co wiedziałem.
    – Rzeczywiście, czytałem go – powiedziałem powoli, ostroŜnie, precyzyjnie dobierając słowa. – Czytałem 
równieŜ ciebie. Znam twoją miłość. Znam ją od czasu naszego pierwszego spotkania.
    – A co powiesz o Dino?
    Słowa utknęły mi w gardle.
    – „Jest w pewnym sensie zabawny” – powiedziała kiedyś Lyanna. Jego powierzchowne uczucia odczytać 
moŜna bardzo łatwo. Jest zamknięty w sobie, jakby odgrodzony murem. Wygląda na to, jakby jego uczuciami 
były te, na które sam sobie pozwala. Widziałem jego ufność, pewność. Widziałem teŜ obawy. Ale nigdy śladu 
prawdziwego strachu. W stosunku do ciebie jest bardzo czuły, opiekuńczy.
    – Czy to wszystko? – W pytaniu tym było tyle nadziei, Ŝe nie moŜna było tego znieść.
    – Obawiam się, Ŝe tak. On naprawdę jest bardzo zamknięty w sobie, Laurie. On potrzebuje tylko siebie. Jest 
nieomal samowystarczalny. JeŜeli nawet kocha, to jego miłość ukryta jest za nieprzeniknioną ścianą. Bardzo 
duŜo o tobie myśli. Ale miłość, miłość to co innego. Jest to znacznie silniejsze uczucie, pojawia się 
niespodziewanie. W nim nic takiego nie znalazłem, przynajmniej tam, dokąd mogłem sięgnąć.
    – Zamknięty w sobie – powiedziała. – Zamknięty dla mnie, a ja oddałam mu się zupełnie, bez reszty. On nie.
Zawsze się tego obawiałam. Nawet gdy był ze mną, odczuwałam czasami, Ŝe w rzeczywistości jest zupełnie 
gdzie indziej.
    Westchnęła głęboko. Czułem jej rozpacz, jej niezgłębioną samotność. Nie wiedziałem, co robić.
    – Płacz, jeŜeli moŜesz – powiedziałem nieco bezmyślnie – to czasami pomaga. Wiem o tym. Płakałem duŜo 
w moim Ŝyciu.
    Nie płakała. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się lekko.
    – Nie – powiedziała. – Nie mogę. Dino uczył mnie, Ŝe nie naleŜy nigdy płakać. Mawia, Ŝe łzy nigdy jeszcze 
nie rozwiązały Ŝadnego problemu.
    Przygnębiająca filozofia. MoŜe rzeczywiście nie rozwiązują niczego. Są jednak częścią człowieczeństwa. 
Chciałem jej to powiedzieć, ale uśmiechnąłem się tylko. Odpowiedziała z uśmiechem i zadarła głowę.
    – Ty płakałeś – powiedziała nagle. – To zabawne. To głębsze wyznanie od wszystkich, które usłyszałam od 
Dino. Dziękuję ci, Robb. Bardzo ci dziękuję.
    Stanęła na palcach i spoglądała na mnie wyczekująco. Czułem to. Objąłem ją, pocałowałem. Przylgnęła do 
mnie mocno, całym ciałem. Myślami byłem w tym momencie przy Lyannie. Byłem pewien, Ŝe nie miałaby nic 
przeciwko temu, Ŝe byłaby ze mnie nawet dumna, Ŝe rozumiałaby…
    Gdy powróciłem do pokoju, Lyanny juŜ tam nie było.
    
* * *
    
    – Jej pojazd znaleźliśmy w samym centrum miasta Shkeenów – mówił Valcarenghi. Jego głos był 
beznamiętny, precyzyjny, wzbudzający zaufanie. Starał mi się wmówić, bez słów, Ŝe nie ma się czym martwić. 
– Moi ludzie kontynuują poszukiwania. Ale miasto jest niezmiernie duŜe. MoŜe domyślasz się, dokąd mogła 
się udać?
    – Nie – odpowiedziałem tępym głosem. – Nic nie wiem. MoŜe chciała po prostu porozmawiać jeszcze z 
Dopuszczonymi. Stali się jej obsesją. Zresztą nic nie wiem.
    – Nie martw się. Mam dobrych ludzi. Znajdziemy ją. Jestem tego pewny. Ale to moŜe potrwać. Czy 
pokłóciliście się?
    – I tak, i nie. Kłótnia to moŜe nieodpowiednie słowo. To było nieco dziwne.
    – Rozumiem. – Ale nie zrozumiał. – Laurie powiedziała mi, Ŝe ostatniej nocy przyszedłeś sam do biura.
    – Tak. Potrzebowałem jakiegoś miejsca, gdzie mógłbym spokojnie pomyśleć.
    – Dobrze – powiedział Valcarenghi. – MoŜemy więc przypuścić, Ŝe Lyanna obudziła się w nocy i równieŜ 
zapragnęła chwili samotności. Ty przyszedłeś do gabinetu, a ona wybrała samotną przejaŜdŜkę. MoŜe ma 
zamiar spędzić dzień czy dwa na błąkaniu się po mieście. JuŜ wczoraj wyraziła ochotę samotnego, pieszego 

Strona 26

background image

8710

powrotu do domu, czynie tak?
    – Tak.
    – A teraz robi po prostu to samo. Nie widzę problemu. MoŜe powróci jeszcze przed obiadem.
    – Dlaczego więc wyszła nie mówiąc mi ani słowa, bez pozostawienia jakiejkolwiek wiadomości?
    – Nie wiem, ale to nie ma znaczenia.
    Czy naprawdę nie miało to znaczenia? Siedziałem w fotelu, z głową w dłoniach, z twarzą ściągniętą 
napięciem. Moje ciało zlane było potem. Nagle opanowało mnie uczucie przeraŜenia przed czymś, czego sobie 
dokładnie nie uświadomiłem. Podczas gdy ja w gabinecie na górze kochałem się z Laurie, Lyanna obudziła się 
– i wyszła.
    – A teraz – ciągnął Valcarenghi – czekają nas obowiązki. PodróŜ do jaskiń jest juŜ przygotowana.
    – Jaskinie? – Spojrzałem na niego, nie bardzo pojmując, o co chodzi. –Aaa. Nie chcę, nie. Nie mogę tam 
jechać. Nie teraz.
    Westchnął głęboko, nieco spektakularnie.
    – AleŜ Robb. Nie przesadzaj. Świat się przecieŜ nie wali. Wszystko będzie dobrze, Lyanna na pewno się 
znajdzie. Wydała mi się rozsądną dziewczyną. Da sobie radę. Czy nie mam racji?
    Skinąłem biernie głową.
    – Świetnie. Jedziemy do jaskiń. Ciągle mam zamiar rozwikłać tę zagadkę.
    – Ale to nic nie da. Nie moŜemy tam jechać bez Lyanny. Ona jest Talentem wyŜszej klasy niŜ ja. Ja czytam po
prostu uczucia, emocje. Nie potrafię czytać tak głęboko jak ona. Sam niczego nie stwierdzę.
    Wzruszył ramionami.
    – MoŜe masz rację. Ale podróŜ jest przygotowana i nie mamy nic do stracenia. Zawsze moŜemy tam 
powrócić, gdy ją odnajdziemy. Poza tym, to dobrze ci zrobi, pozwoli ci zapomnieć o zmartwieniach. W tej 
chwili dla Lyanny zrobiliśmy wszystko. W poszukiwanie jej zaangaŜowani są najlepsi moi ludzie i jeśli oni jej 
nie znajdą, to ty teŜ nie. Nie ma więc sensu tkwienie tu i roztrząsanie tej sprawy w nieskończoność. Róbmy 
swoje. Działanie to najlepsze lekarstwo.
    Odwrócił się, poszedł w kierunku windy.
    – Chodź juŜ. Pojazd czeka, Nelson pojedzie z nami.
    W czasie jazdy Valcarenghi siedział na przednim siedzeniu, obok potęŜnie zbudowanego policjanta o 
twarzy jakby wyciosanej z granitu. Wybrał wóz policyjny celowo, tak by móc odbierać ostatnie meldunki z 
akcji poszukiwania Lyanny. Gourlay i ja zajmowaliśmy tylne siedzenie. Gourlay rozłoŜył na kolanach 
ogromne mapy i opowiadał mi o jaskiniach Ostatecznego Zjednoczenia.
    – UwaŜa się, Ŝe jaskinie są oryginalnym domem Greeshki – powiedział. – Wydaje się za tym wiele 
przemawiać. Te potwory osiągają w jaskiniach o wiele większe rozmiary niŜ gdzie indziej. Sam zresztą 
zobaczysz. Jaskinie ciągną się pod wszystkimi wzgórzami, od miasta aŜ do terenów dzikich. W kaŜdej jaskini 
jest jedna Greeshka. Tak przynajmniej niesie wieść. Sam byłem w paru jaskiniach i rzeczywiście były tam 
Greeshki. Mam podstawy, by wierzyć w to, co mówią. Miasto zawdzięcza swe powstanie jaskiniom. 
Shkeenowie przybywają tu z całej planety na Ostateczne Zjednoczenie. Oto rejon jaskiń. – Wziął długopis i w 
centrum mapy zakreślił duŜe koło.
    Dla mnie nie miało to znaczenia. Mapa zdezorientowała mnie zupełnie. Nie wyobraŜałem sobie, Ŝe miasto 
Shkeenów jest tak ogromne. Jak moŜna w nim odnaleźć kogoś, kto nie chce być odnaleziony?
    Valcarenghi odezwał się ze swego miejsca.
    – Jaskinia, do której jedziemy, jest bardzo duŜa w porównaniu z innymi. Byłem tam juŜ nieraz. Z 
Ostatecznym Zjednoczeniem nie wiąŜą się Ŝadne formalności. Dopuszczony Shkeen wybiera po prostu jedną z
nich, wchodzi do środka i kładzie się na grzbiecie Greeshki. Wchodzą wejściami, które wydają im się 
najdogodniejsze. Największe z jaskiń są oświetlone pochodniami, ale nie ma to Ŝadnego związku z Unią.
    – Jedziemy do jednej z nich?
    Dino skinął głową.
    – Tak, masz rację. Chciałem, byś zobaczył, jak wygląda dorosła Greeshka. Widok nie naleŜy do miłych, ale z 
pewnością jest pouczający. Potrzebujemy więc oświetlenia.
    Po tym wtręcie Gourlay podjął swój wywód na nowo, ale nie słuchałem go juŜ. Czułem, Ŝe wiem juŜ o tym 
dostatecznie duŜo, a poza tym niepokoiłem się ciągle o Lyannę. Po jakimś czasie skończył i reszta podróŜy 
przebiegała w milczeniu. Pokonaliśmy odległość większą niŜ kiedykolwiek z Lyanną. Nawet WieŜa, nasz 
zwykły stalowy punkt orientacyjny, przepadła gdzieś za wzgórzami.
    Teren stawał się cięŜszy, bardziej skalisty, porośnięty nieznaną roślinnością. Jednym słowem coraz dzikszy. 

Strona 27

background image

8710

Ale wszędzie byli Shkeenowie i ich domy. Przyszło mi na myśl, Ŝe gdzieś tam, poniŜej, mogła być Lyanna, 
zagubiona wśród tych milionów mieszkańców. Czego szukała? O czym myślała?
    W końcu wylądowaliśmy w lesistej dolinie, ukrytej pomiędzy dwoma masywnymi, skalistymi wzgórzami. 
Nawet tutaj nie brak było Shkeenów i ich domów, wyrastających jakby spod ziemi pomiędzy strzelistymi 
drzewami. Bez trudności odszukałem wzrokiem wejście do jaskini. Wyglądało jak szerokie ziewnięcie na 
skalistej twarzy, z prowadzącym do niego językiem drogi.
    Kogoś, kto miał nadzieję, Ŝe ujrzy w jaskini malowidła ścienne albo jakieś ołtarze czy inne urządzenia, 
składające się zwykle na świątynię, czekało niemiłe rozczarowanie. Weszliśmy do najzwyklejszej groty, o 
wilgotnych ścianach, niskim sklepieniu, wypełnionej zimnym, wilgotnym powietrzem. Panował tu większy 
chłód niŜ na zewnątrz, za to mniej było kurzu. Ale to wszystko. Wejście prowadziło przez długi korytarz, 
szeroki, lecz niski, tak Ŝe Gourlay musiał iść nieco pochylony. Na ścianach w regularnych odstępach 
umieszczone były pochodnie, lecz tylko co czwarta czy co piąta paliła się. Unosił się z nich cięŜki dym, który 
wydawał się pełzać po ścianach aŜ do sufitu, gdzie porywany był z prądem powietrza w głąb jaskini.
    Po dziesięciu minutach marszu niezauwaŜalnie obniŜającym się korytarzem weszliśmy do jasno 
oświetlonego, wysokiego pomieszczenia. W pomieszczeniu tym znajdowała się Greeshka.
    Miała rdzawo czerwoną barwę starej krwi, nie przypominającą w niczym jaskrawej, przezroczystej prawie, 
karmazynowej barwy stworów, które widywaliśmy na głowach Dopuszczonych. Na tle rdzawej skóry 
widniały porozrzucane z rzadka czarne plamy, niczym ślady po oparzeniu lub kupki sadzy. Odległe ściany 
były ledwo widoczne. Greeshka miała olbrzymie rozmiary. Górowała nad nami niczym wieŜa. Jej grzbiet 
nieomal dotykał sklepienia jaskini. Z wysokości tej jej galaretowate cielsko opadało łagodnym hakiem w dół i 
kończyło się nie więcej niŜ dwadzieścia stóp przed nami. Pomiędzy wielkim cielskiem Greeshki a miejscem, 
gdzie staliśmy, rozciągała się Ŝywa plątanina macek potwora, przypominająca plątaninę czerwonych 
warkoczy.
    Wszystko to równomiernie pulsowało. Nawet warkoczyki macek rozszerzały się i zwęŜały rytmicznie w 
takt głuchych uderzeń dobiegających z masy cielska.
    Poczułem gwałtowny skurcz Ŝołądka. Moi towarzysze stali nieruchomo. Widzieli to juŜ nieraz.
    – Chodź – powiedział administrator, zapalając elektryczną latarkę, którą przyniósł dla wzbogacenia światła 
świec. W tym świetle pajęcza sieć macek potwora robiła wraŜenie niesamowitego, zaczarowanego lasu. 
Valcarenghi pewnym krokiem wkroczył w tę plątaninę, strumieniem światła smagając ciało potwora.
    Gourlay postępował tuŜ za nim. Wzdrygnąłem się. Stałem jak sparaliŜowany. Valcarenghi spojrzał na mnie i
uśmiechnął się.
    – Nie masz się czego obawiać – powiedział. – Greeshka jest niesłychanie powolnym stworzeniem. Zanim 
oplącze cię swymi mackami minie wiele godzin, a i wtedy moŜna się łatwo wyzwolić. Mógłbyś się na niej 
nawet połoŜyć.
    Przemogłem obrzydzenie, wyciągnąłem rękę i dotknąłem jednego z tych Ŝywych warkoczy. Był miękki, 
wilgotny, śliski. To wszystko. Dawał się łatwo odsunąć. Ruszyłem przed siebie, rozgarniając i łamiąc liany 
macek. Za mną w milczeniu podąŜał policjant.
    Zatrzymaliśmy się o jakąś stopę od właściwego cielska Greeshki. Valcarenghi przyglądał mu się przez 
moment, po czym skierował strumień światła w jeden punkt.
    – Spójrz – powiedział. – Masz Ostateczne Zjednoczenie.
    Spojrzałem we wskazanym kierunku. Światło oświetlało jeden z tych zauwaŜonych juŜ przeze mnie 
ciemnych punktów, wyglądających jak skaza na rdzawym cielsku. W centralnym punkcie plamy połyskiwała 
para duŜych oczu i twarz o rysach charakterystycznych dla mieszkańców planety Shkeen. Twarz pokryta 
lekko czerwoną błoną promieniała szczęściem. Stary Shkeen uśmiechał się. Tak! Uśmiechał się.
    Przysunąłem się bliŜej. Na prawo, nieco poniŜej ciemnego punktu, wystawały koniuszki palców. Reszta 
wessana była w ciało potwora, rozpuszczona juŜ albo dopiero rozpuszczająca się. Stary Shkeen był martwy. 
PasoŜyt trawił jego szczątki.
    – KaŜdy z tych ciemnych punktów to świadectwo niedawnego Ostatecznego Zjednoczenia – mówił Dino, 
przerzucając strumień światła z punktu na punkt. – Plamy z czasem znikają. A Greeshka ciągle rośnie. W ciągu
następnych stu lat wypełni tę jaskinię i zacznie posuwać się korytarzami.
    Nagle tuŜ poza nami rozległ się jakiś hałas. Spojrzałem za siebie. Jakaś postać przedzierała się przez macki.
    Szybko znalazła się w pobliŜu mnie. Powitała nas promiennym uśmiechem. Była stara, naga, piersi zwisały 
jej poniŜej talii. Kobieta Shkeen. Oczywiście Dopuszczona. Greeshka pokrywała całą jej głowę i zwisała niŜej 
niŜ piersi. PasoŜyt miał ciągle jaskrawo czerwoną barwę. Ślad przebywania na słońcu. Przez jego tkankę 

Strona 28

background image

8710

dostrzegłem zjedzone ciało na plecach.
    – Kandydatka do Ostatecznego Zjednoczenia – powiedział Gourlay.
    – Ta jaskinia jest bardzo popularna – potwierdził administrator nieco sarkastycznie.
    Kobieta nie odezwała się ani słowem. My równieŜ. Uśmiechając się, przeszła obok nas. PołoŜyła się na ciele 
Greeshki. W zetknięciu z olbrzymim cielskiem zaczęła niesłychanie szybko znikać, łącząc się w jedno z 
olbrzymim potworem. Została w ten sposób przywiązana do jego kadłuba juŜ nieodwracalnie. Zamknęła po 
prostu oczy i spokojnie leŜała, jakby nagle uśpiona.
    – Co się teraz dzieje? – zapytałem.
    – Dokonuje się Ostateczne Zjednoczenie – powiedział Valcarenghi. – Dopiero po godzinie zauwaŜysz jakieś 
zmiany, ale Greeshka juŜ zaczyna ją wsysać. Podobno jest to reakcja na temperaturę ciała ofiary. W ciągu dnia 
zniknie w czeluściach cielska. Po dwóch dniach stanie się juŜ tylko takim punktem, jakie oglądałeś 
poprzednio. – Spojrzeliśmy ponownie na rozpuszczoną juŜ prawie twarz.
    – Czy mógłbyś ją przeczytać? – zaproponował Gourlay. – MoŜe to nam coś powie.
    – Mogę – powiedziałem. Byłem równocześnie ciekawy i czułem obrzydzenie. Przygotowałem się. Uderzył 
we mnie sztorm wraŜeń.
    Sztorm wraŜeń to moŜe niezbyt dokładne określenie. Było to coś monumentalnego i cudownego, 
intensywnego, oślepiającego i zapierającego dech w piersiach. Ale w tym wszystkim był równieŜ jakiś dziwny 
spokój i łagodność, która była gwałtowniejsza niŜ potrafi być ludzka nienawiść. A nad tym wszystkim 
górowało wołanie niezwykle kuszące, jakby śpiew syren. Przepełniały mnie uczucia niepojętej rozkoszy. W 
jednej chwili poczułem się pełen i pusty zarazem. W dali słyszałem dźwięk dzwonków, które grały melodię 
miłości i oddania, zjednoczenia i połączenia, tryumfu miłości nad samotnością.
    A jednak to sztorm. To chyba najlepsze określenie. Ale do zwykłego sztormu czy burzy miało się to 
wszystko tak, jak wybuch supernowej do ziemskiego huraganu. Gwałtowność i intensywność były 
gwałtownością i intensywnością miłości. Czułem się zatopiony w wezbranej rzece miłości i poŜądania. 
Dzwony kusiły mnie swymi syrenimi głosami. Ogarnęło mnie przemoŜne pragnienie Zjednoczenia, poczucie 
miłości i tego, Ŝe juŜ nigdy nie będę sam. Nagle poczułem, Ŝe dłuŜej opierać się jej nie mogę, nie chcę. 
Chciałem, by wszystko to trwało wiecznie. Bałem się znaleźć z powrotem na mrocznej równinie ludzkiej 
samotności.
    I w tym momencie pomyślałem o Lyannie.
    Znowu zebrałem wszystkie siły, walczyłem, opierałem się. Na próŜno. Czułem, Ŝe przepełniająca mnie 
miłość wsysa mnie, Ŝe biegnę przed siebie, na oślep. Biegnąc opierałem się jeszcze. Ale coraz słabiej i słabiej. W
końcu wszystkie bariery trzasnęły.
    Wydałem z siebie potworny wrzask. Drzwi otworzyły się i huragan miłości wdarł się we mnie pełną siłą. 
Dałem się ponieść. Byłem bezbronnym, osaczonym jego przemoŜną siłą stworzeniem. Na jego falach 
podąŜałem ku gwiazdom, lecz ich światło nie było juŜ zimne. ZbliŜałem się do nich coraz bardziej, aŜ sam 
stałem się gwiazdami. A one stały się mną. Czułem się zjednoczony i sam byłem Zjednoczeniem, Unią. Przez 
jeden, niewypowiedzianie krótki moment byłem wszechświatem.
    Potem nie było juŜ nic.
    
* * *
    
    Obudziłem się w moim pokoju, z bólem głowy, który rozsadzał mi czaszkę. Na krześle siedział Gourlay, 
czytając jedną z naszych ksiąŜek. Gdy usłyszał mój jęk, podniósł wzrok. Pigułki na ból głowy, których uŜywała
Lyanna, leŜały ciągle na stoliku nocnym.
    – Jak się czujesz?
    – Głowa mi pęka – powiedziałem pocierając czoło. Pulsowało tak, jakby zaraz miało się rozerwać. To było 
gorsze niŜ ból Lyanny. – Co się stało?
    Powstał.
    – Przestraszyłeś nas nie na Ŝarty. Gdy tylko zacząłeś czytać, dostałeś jakichś dziwnych drgawek. Potem 
polazłeś prosto na tego przeklętego potwora. Krzyczałeś jak oszalały. Dino i sierŜant odciągnęli cię z 
największym trudem. Ty nie połoŜyłeś się jak inni. Ty szedłeś po tym cielsku, które sięgało ci juŜ prawie do 
kolan. Szarpałeś się jak wariat. To było straszne. Dino uderzeniem powalił cię na ziemię.
    Potrząsnął głową i ruszył ku drzwiom.
    – Dokąd idziesz?

Strona 29

background image

8710

    – Pospać. – Ty śpisz juŜ prawie osiem godzin. Dino prosił mnie, bym czuwał, dopóki się nie obudzisz. Teraz 
więc mogę juŜ odejść. Odpocznij. Ja teŜ trochę muszę. Pomówimy jutro.
    – Chciałbym teraz.
    – Zrozum – powiedział otwierając drzwi – jest juŜ naprawdę późno.
    Wyszedł. Słyszałem jego oddalające się kroki. Pewien jestem równieŜ, Ŝe słyszałem zgrzyt klucza w zamku. 
Musieli nabrać nieufności do Talentów rozmyślających samotnie nocą.
    Nie zasnąłem jednak. Przynajmniej nie od razu. Zbyt wiele dzisiaj przeŜyłem. Moja głowa była istnym 
kłębowiskiem chaotycznych myśli. Najpierw myślałem o tym przeraŜającym bólu głowy. Ból był nieco 
podobny do tego, jaki odczuwała Lyanna, ale ona nie przeszła przez to, co ja. A moŜe jednak. Była Talentem 
najwyŜszej klasy, posiadała więc daleko większą od mojej wraŜliwość.
    Czy to moŜliwe, by ten sztorm uczuć, któremu daremnie próbowałem się oprzeć w jaskini, dotarł do niej aŜ 
tutaj, do miejsca oddalonego o całe mile? MoŜe nastąpiło to właśnie ostatniej nocy? W nocy wszyscy śpią, 
myśli zanikają, a więc lawina mogła jednak dotrzeć… A moŜe teŜ moje sny, których nie mogłem sobie 
przypomnieć, były namiastką tego wszystkiego, co czułem dzisiaj i co szczególnie musiała odczuwać Lyanna? 
Ale moje sny były przyjemne. Nieprzyjemne było raczej przebudzenie. Ale czy w czasie snu odczuwałem 
podobny ból głowy? A moŜe właśnie po przebudzeniu? Co u diabła właściwie się stało? Co to była za siła, 
która dręczyła mnie z taką gwałtownością? Greeshka?… Tak, na pewno. PrzecieŜ nie miałem nawet czasu, by 
pomyśleć o kobiecie, którą miałem zamiar czytać. To musiała być Greeshka. Ale przecieŜ Lyanna mówiła mi, 
Ŝe Greeshka nie posiada samoświadomości. Nawet najbardziej elementarnych czynności umysłu…
    Zapadłem w sen.
    
* * *
    
    Z początku była zupełna ciemność, ale w końcu przyszło marzenie. Tym razem zapamiętałem je we 
wszystkich szczegółach. Znajdowałem się na niezmierzonej równinie. Równinie zupełnie ciemnej, pod niebem 
zupełnie pozbawionym gwiazd. Na horyzoncie ciemne postacie. Była to równina, o której tak często mówiła 
Lyanna, równina z jednego z jej ulubionych wierszy. Byłem sam, sam na zawsze. Taka jest natura rzeczy. 
Byłem jedyną rzeczywistością wszechświata. Rzeczywistością wylęknioną, zimną. Dziwne kształty zmierzały 
nieubłaganie w moim kierunku, nieludzkie, nieprzeniknione. Nie było nikogo, do kogo mógłbym się zwrócić, 
poprosić o pomoc, kto usłyszałby mój krzyk rozpaczy. I nigdy nie było nikogo. I nigdy nikogo nie będzie. 
Pojawiła się Lyanna.
    Spłynęła z bezgwiezdnego nieba, blada, szczupła, krucha. Stanęła przy mnie. Zaczesała włosy do tyłu i 
spojrzała na mnie oczyma rozszerzonymi ze szczęścia. Uśmiechnęła się promiennie. Wiedziałem, Ŝe nie jest to 
tylko sen. W jakiś sposób naprawdę była przy mnie. Rozmawialiśmy ze sobą.
    – Cześć, Robb.
    – Lyanna? Witaj. Gdzie jesteś? Opuściłaś mnie.
    – Wybacz mi, kochany. Musiałam to zrobić. Zrozum, Robb. Musisz zrozumieć. Pragnęłam zniknąć z tego 
strasznego miejsca, z tej zimnej równiny. Był to jedyny sposób, by uciec naprawdę, Robb. Ludzie są na to 
skazani. Ich ucieczka nie trwa dłuŜej niŜ parę chwil, a potem znowu ciemność. Skazani na dotyk i głos? 
Pamiętasz? Tak, właśnie tak, Robb. Potem powrót: ciemność i cisza. Mroczna równina.
    – Mylisz dwa róŜne wiersze, Lyanno, ale w porządku, jeśli tak chcesz. Znasz je poza tym lepiej niŜ ja. Ale 
czy nie pomijasz czegoś istotnego? Wcześniejszą zwrotkę… „Miłości, pozwól nam być naprawdę, być sobą”.
    – Och, Robb!
    – Gdzie jesteś?
    – Jestem – wszędzie, ale szczególnie w jaskini. Byłam do tego przygotowana. JuŜ od początku byłam 
bardziej otwarta niŜ inni. Mogłam ominąć Zgromadzenie i Dopuszczenie. Mój Talent nauczył mnie 
współczucia, dzielenia się sobą. Poszłam więc.
    – Ostateczne Zjednoczenie?
    – Tak.
    – Och, Lyanno!
    – Robb, błagam cię. Przyjdź do nas. Przyjdź do mnie. Ty nie wiesz, jakie to szczęście. Szczęście na zawsze. 
NaleŜenie do siebie, współczucie, bycie razem. Ja kocham, Robb. Kocham miliardy i miliardy ludzi! Wszystkie 
stworzenia. I wszystkich znam lepiej niŜ kiedykolwiek znałam ciebie. Oni kochają mnie. Wszyscy. I trwa to 
wiecznie. Ja. My. Unia. Jestem sobą, lecz równieŜ nimi. Rozumiesz? Oni są mną. Czytanie Dopuszczonych 

Strona 30

background image

8710

owładnęło mną i Unia wołała mnie od tej pory głosem nieodpartym. To wszystko jest miłość. Och, Robb, 
przyjdź do nas, do mnie. Kocham cię.
    – Mam dostąpić Zjednoczenia? Przyjść do Greeshki? Kocham cię, Lyanno. Wróć do mnie, błagam cię. 
PrzecieŜ Greeshka nie mogła cię jeszcze całej pochłonąć. Powiedz, gdzie jesteś. Przyjdę po ciebie.
    – Tak. Przyjdź do mnie. Przyjdź tutaj. Przyjdź wszędzie. Greeshka jest jedna. Jaskinie są połączone ze sobą. 
Przyjdź i przyłącz się do nas. Kochaj mnie tak, jak powiedziałeś, Ŝe mnie kochasz. Jesteś tak daleko, Ŝe z 
trudnością mogę rozmawiać z tobą. Chodź i bądźmy jednym.
    – Nie. Nie dam się zjeść Ŝywcem. Proszę cię, Lyanno. Powiedz, gdzie jesteś?
    – Biedny jesteś, Robb. Nie martw się. Kochaj. Ciało nie ma znaczenia. Greeshka potrzebuje naszego ciała, by 
Ŝyć. Myje dajemy, poniewaŜ potrzebujemy Greeshki. Ale zrozum, Robb, Zjednoczenie to nie Greeshka. 
Greeshka nie jest tu istotna, nie posiada przecieŜ umysłu. Ona jest po prostu pośrednikiem. Unia to 
Shkeenowie. Miliardy Shkeenów, które zjednoczyły się w ciągu czternastu tysięcy lat. To jest piękne, Robb. To 
jest nieporównanie więcej niŜ osiągnąć moŜe jakikolwiek człowiek. A przecieŜ nawet jako ludzie nazywaliśmy 
się czasami szczęśliwymi. Pamiętasz? To jest nieporównanie piękniejsze.
    – Lyanno. Moja NajdroŜsza. To nie jest dla ciebie. To nie jest dla ludzi. Wracaj do mnie.
    – To nie jest dla ludzi? AleŜ to jest właśnie to, czego ludzie zawsze szukali, na próŜno. To jest po prostu 
miłość, Robb. Miłość prawdziwa, przy której to, co ludzie nazywają miłością, jest tylko kiepskim Ŝartem. Czy 
nie rozumiesz?
    – Nie.
    – Przyjdź tu, Robb. Bądź z nami, a my będziemy z tobą. Nigdy juŜ nie zaznasz samotności. Samotność jest 
czymś strasznym. Ciemna równina, trwanie, a potem śmierć, po której nie ma juŜ nic. Wieczna ciemność i 
pustka. I po twojej śmierci nie będę mogła juŜ nigdy mieć cię przy sobie. Ale tak wcale nie musi być…
    – Nie.
    – Och, Robb. Ja juŜ zanikam. Proszę cię, przyjdź.
    – Nie, Lyanno. Nie przyjdę do ciebie. Kocham cię, Lyanno. Nie opuszczaj mnie.
    – Kocham cię, Robb. Kochałam cię. Naprawdę kochałam cię…
    Zniknęła. Znowu byłem sam na tej przeraŜającej równinie. Wiał skądś wiatr. Stała się ciemność i samotność 
wobec nieskończoności.
    
* * *
    
    Następnego, ponurego poranka drzwi zewnętrzne do mego pokoju zastałem otwarte. Wyjechałem na górę i 
znalazłem administratora siedzącego samotnie w swym gabinecie.
    – Czy wierzysz w Boga? – spytałem.
    Spojrzał na mnie, uśmiechnął się beztrosko i powiedział.
    – Oczywiście.
    Czytałem go. Był to temat, o którym nigdy nie myślał.
    – Bo ja nie wiem czy wierzę. Lyanna teŜ nie wiedziała. Większość Talentów to ateiści – powiedziałem. – 
Jakieś pięćdziesiąt lat temu, na Starej Ziemi, pewien Talent pierwszej klasy przeprowadził eksperyment. 
Utrzymywał on, Ŝe przy pomocy narkotyków, łącząc umysły największych Talentów wszechświata w jedno, 
otrzyma coś w rodzaju Superumysłu czyli Boga. Eksperyment, oczywiście, nie udał się, a Talent, który to 
organizował, Lineal – oszalał, a inni zapamiętali tylko wizję absolutnej nicości i obojętności pozbawioną 
wszelkiego znaczenia. Inne Talenty odczuwały to samo i tak samo odczuwali Normalni. Przed wiekami Ŝył 
pewien poeta, Arnold, który napisał wiersz o mrocznej równinie. Wiersz napisany został w jednym ze starych 
języków, ale wart jest przeczytania. Mówi on, jak mi się wydaje, o strachu, o uczuciu bycia samotnym w 
pustym wszechświecie. MoŜe jest to tylko strach przed śmiercią, moŜe coś więcej. Nie wiem. Ale jest to uczucie
podstawowe, pierwotne. Wszyscy ludzie na zawsze skazani są na samotność. Nie mogą się z tym pogodzić. 
Podejmują przeróŜne usiłowania, by nawiązać kontakty pomiędzy sobą. Większości to się nie udaje. 
Nielicznym – a ja i Lyanna naleŜeliśmy do nich – udaje się na krótką chwilę przerwać dzielącą nas pustkę, 
połączyć się. Ale nigdy stan ten nie trwa długo. Ostatecznie zawsze znajdziesz się z powrotem na mrocznej 
równinie. Rozumiesz to, Dino?
    Uśmiechnął się nieco rozbawiony. MoŜe nie ironicznie i nie w jego stylu. Był po prostu nieco zdziwiony.
    – Nie. Nie rozumiem – odparł po chwili.
    – Posłuchaj mnie więc. Ludzie zawsze szukają czegoś, czy kogoś. Rozmowa, Talent, miłość, sex – to 

Strona 31

background image

8710

wszystko elementy tej jednej jedynej pogoni, gorączkowego poszukiwania. I Boga teŜ to dotyczy. Człowiek 
wynajduje bogów, poniewaŜ boi się samotności, pustki wszechświata, tej mrocznej równiny. To jest właśnie 
przyczyna, dla której twoi ludzie nawracają się na ten kult, Dino. Znaleźli oni Boga, czy teŜ cząstkę Boga. Unia 
to rodzaj zbiorowego umysłu, umysłu nieśmiertelnego. Wszyscy stają się jednym – miłością. Shkeenowie nie 
umierają, dlatego nie znają pojęcia Ŝycia pozagrobowego. Oni nie wierzą, oni wiedzą, Ŝe Bóg istnieje. Być moŜe
jest to stwórca wszechświata, lecz nie on ich stworzył. Ich Bóg to miłość, miłość czysta. Prawdopodobnie to, co 
my nazywamy miłością, jest tylko cząstką Boga. Unia polega właśnie na tym. To kres poszukiwań Shkeenów i 
ludzi. Pod tym względem jesteśmy do nich podobni. Jesteśmy tak bardzo podobni, Ŝe sprawia to ból.
    – Robb, jesteś przemęczony, mówisz tak, jakbyś był juŜ Dopuszczonym.
    – MoŜe powinienem nim być. Lyanna jest juŜ częścią Unii.
    ZmruŜył oczy w zdumieniu.
    – Skąd o tym wiesz?
    – Przyszła do mnie ostatniej nocy we śnie.
    – Ach, tak…
    – Była prawdziwa, ten sen był prawdą.
    Administrator wstał. Uśmiechnął się.
    – Wierzę ci – powiedział. – To jest wierzę, Ŝe Greeshka uŜywa przynęty, przynęty zwanej miłością, jeŜeli juŜ 
chcesz. Jest tak potęŜna, Ŝe ludzie zaczynają wierzyć, iŜ to jest Bóg. A to juŜ jest niebezpieczne. Muszę 
zastanowić się nim podejmę dalsze działania. Moglibyśmy otoczyć jaskinie straŜami, lecz jest ich zbyt wiele. 
Zamurowanie wejść nie nastroiłoby tubylców przyjaźnie. Ale to juŜ moja sprawa. Ty swoje zrobiłeś.
    Czekałem aŜ skończy.
    – Mylisz się w jednym, Dino. To nie jest przynęta. To wszystko prawda. To nie złudzenie. Czułem tak jak 
Lyanna. Greeshka pozbawiona jest świadomości. Ona w Ŝaden sposób nie oddziałuje na istoty Ŝyjące.
    – Czy chcesz, abym uwierzył, Ŝe Bóg to zwierzę, które Ŝyje w jaskiniach tej planety?
    – Tak.
    – AleŜ, Robb, to absurdalne. Sam o tym wiesz. Chcesz przez to powiedzieć, Ŝe Shkeenowie znaleźli klucz do 
tajemnicy istnienia? Przyjrzyj im się. To najstarsza cywilizacja w znanym nam wszechświecie, a znajdują się 
ciągle na poziomie epoki brązu. To my przybyliśmy do nich, nie oni do nas. Gdzie są ich statki kosmiczne? 
Gdzie ich wspaniałe budowle, które my posiadamy?
    – A gdzie są nasze dzwonki, gdzie nasza radość? – zapytałem. – Oni są szczęśliwi, Dino. A my, czy jesteśmy 
szczęśliwi? Dokąd, u diabła, tak się spieszymy? Po diabła właściwie podbijamy galaktyki, wszechświat, i co 
tam jeszcze. MoŜe szukamy Boga…? Ale nie znajdziemy go nigdzie i w końcu odnajdujemy się na mrocznej 
równinie.
    – Porównajmy osiągnięcia – powiedział Dino. – Ja będę rzecznikiem ludzkości.
    – Czy to ma sens?
    – Wydaje mi się, Ŝe tak. – Podszedł do okna i spojrzał w dół. – Nasza WieŜa jest jedyną w ich świecie – 
powiedział, uśmiechając się i spoglądając w dół przez chmury.
    – Oni mają w całym wszechświecie jedynego Boga – odpowiedziałem.
    Uśmiechnął się tylko.
    – W porządku, Robb – odeszliśmy od okna. – Zapamiętam to. I odnajdę dla ciebie twoją Lyannę.
    Głos załamał mi się.
    – Lyanna jest dla mnie stracona i dla innych teŜ. Wiem to na pewno. Ja równieŜ podąŜę jej śladem, jeŜeli 
będę czekał. WyjeŜdŜam dziś w nocy. Zamawiam miejsce na pierwszym statku do Balduru.
    Skinął głową.
    – Jak chcesz. Twoje honorarium jest przygotowane. Jak tylko znajdziemy Lyannę, odeślemy ją do ciebie. 
Obawiam się, Ŝe będzie w nie najlepszym stanie, ale to juŜ twoje zmartwienie.
    Nie odpowiedziałem. Wzruszyłem tylko ramionami i poszedłem w kierunku windy. Zatrzymał mnie.
    – Zaczekaj – powiedział. – Co z naszym obiadem? Dobrze wywiązałeś się ze swego zadania. Będzie to 
poŜegnalne przyjęcie i dla nas. Laurie takŜe wyjeŜdŜa.
    – Przykro mi.
    – Dlaczego niby ma być ci przykro? Laurie jest piękna i tracę ją. Ale nie ma tragedii. Są inni piękni ludzie. 
Shkeen nie słuŜyła jej najwyraźniej.
    Z powodu bólu i zaszłych wraŜeń zapomniałem prawie zupełnie o moim Talencie. Przypomniałem sobie o 
nim teraz. Przeczytałem Valcarenghiego… Nie było w nim smutku ani rozpaczy, po prostu zawód. A ponad 

Strona 32

background image

8710

tym wszystkim jego ochronna powłoka, izolująca go od otoczenia. Był przyjacielem wszystkich, chociaŜ tak 
naprawdę dla nikogo nie istniał. Nosił w sobie ostrzeŜenie – zatrzymaj się, dalej wstęp wzbroniony.
    – Chodź z nami, powinno być przyjemnie.
    Zgodziłem się.
    Sam sobie zadałem pytanie, juŜ po opuszczeniu planety, dlaczego właściwie wyjeŜdŜam. Być moŜe po to, by
wrócić do domu? Na Baldurze, na jednym z mniej rozwiniętych kontynentów – jest mój dom. Za sąsiedztwo 
wystarcza mi natura. Dom stoi na skale powyŜej wodospadu, który spada w głębię doliny i niknie w zielonej 
tafli jeziora. Lyanna i ja pływaliśmy tam często, oczekując na dalsze zadania. Po kąpieli leŜeliśmy w cieniu 
pomarańczowych drzew i kochaliśmy się na srebrzystym dywanie mchu. MoŜe wracam właśnie do tego, ale 
bez Lyanny, i nigdy nie będzie tak jak przedtem.
    Bóg. JeŜeli wierzyłem w to, co mówiłem Valcarenghiemu, to dlaczego nie poszedłem za Lyanną?
    MoŜe dlatego, Ŝe nie jestem pewien samego siebie, Ŝe ciągle Ŝyję nadzieją, iŜ znajdę większą miłość, większą 
od tej, którą moŜna spotkać w Unii? MoŜe wierzę jeszcze w Boga, o którym tak dawno temu mi opowiadano? 
Ryzykuję, bo jeszcze część mnie samego czegoś szuka, a jeŜeli mylę się, pozostanie mi samotna równina… A 
moŜe chodzi o coś innego – coś, co zobaczyłem w Valcarenghim, co kazało mi wątpić w to, co mówiłem…
    Człowiek znaczy przecieŜ więcej niŜ Shkeen. Przynajmniej w pewnym sensie tak jest. Są ludzie tacy jak 
Dino, Gourlay, Lyanna i Gustaffson. Boją się, a jednocześnie poŜądają Zjednoczenia się w sobie. Shkeenowie 
nie mają tego typu rozterek. Jeśli tak, to ludzie muszą iść inną drogą. Muszą odnaleźć własną odpowiedź na 
pytanie: jak kochać się, w jaki sposób stać się jednym i jak pozostać człowiekiem.
    Nie potępiam Valcarenghiego, ale i teŜ nie zazdroszczę mu. W gruncie rzeczy krzyczy on z rozpaczy i nikt o
tym nie wie, nawet on sam, nikt nigdy nie przeniknie go do końca. Pozostanie samotny i nieszczęśliwy.
    Widzisz, Lyanno, jest we mnie cząstka i jego, i ciebie – i dlatego odszedłem, chociaŜ tak bardzo cię kochałem.
    Laurie Blackburn leciała tym samym statkiem. Zaraz po starcie zjedliśmy obiad, a potem rozmawialiśmy 
długo nad szklanką wina. Nie znaleźliśmy w tej rozmowie szczęścia, była to zwykła, ludzka rozmowa. Oboje 
potrzebowaliśmy kogoś.
    A potem poszliśmy do mojej kabiny i kochaliśmy się tak gwałtownie, jak tylko potrafiliśmy. I nastąpiła 
ciemność i leŜeliśmy całą noc w swych ramionach – rozmawiając.
    
KONIEC

George€R.€R.€Martin Pieśń€dla€Lyanny

– 2 –
 

Strona 33