background image

IRENA ZARZYCKA

KRÓLEWSKI LOT 

background image

I

Pan   Klaudius,   zamieszkujący   niewielką,   podmiejską   osadę,   oddaloną   od   Warszawy   o 

dwadzieścia pięć minut drogi koleją, znany był jako profesor, ale więcej jeszcze jako dziwak. Tego 
człowieka nikt, nigdy i nigdzie nie widział uśmiechniętego, ożywionego lub rozmawiającego. Poza 

wykładami   na   uniwersytecie,   gdzie   mówił   z   konieczności,   milczał   jak   głaz,   i   na   wszelkie 
nagabywania machał ręką w sposób wyrażający jak najgłębszą pogardę dla ludzi, którzy tracą czas 

na przelewanie z pustego w próżne. Dzień w dzień, pogoda czy słota, profesor z nie okrytą, krótko 
ostrzyżoną, szpakowatą głową, chudy, wysoki, trochę zgarbiony, potężnymi krokami zdążał na 

pociąg do Warszawy o godzinie ósmej, na stacji przekładał bilet miesięczny z teki do kieszeni, 
sprawdzał zegarek i wsiadał do wagonu. O jego szarym, długim palcie chodziły wśród studentów 

żartobliwe pogłoski, że zrobione było z sierści wielbłąda, którego Noe litościwie przygarnął do 
Arki.

Pana Klaudiusa znali wszyscy, on nie znał nikogo. Nie miał też zwyczaju odpowiadać na 

uprzejme ukłony sąsiadów lub wieloletnich towarzyszy podróży, co jak i on musieli jeździć do 

Warszawy do pracy. Okularów nie nosił, oczy miał wąskie, przedziwnie niebieskie, a z chudej, 
żółtawej, starannie wygolonej twarzy sterczał spiczasty, duży nos i miało się wrażenie, że profesor 

zawsze z jednakowym zainteresowaniem go podziwia. Dzień w dzień, bez względu na pogodę, od 
godziny piątej do szóstej spacerował po łąkach i zaroślach wzdłuż toru kolejowego, potem letnią 

porą, póki się zupełnie nie ściemniło, siedział w ogródku przy ulach, których miał trzy. W zimie 
zaś   czas   ten   spędzał   przy   psiej   budzie.   Potem   wracał   do   domu,   zjadał   obiad,   zapalał   fajkę   i 

zabierał się do pracy. Pisał i czytał do późnej nocy.

Żona   jego   łatała   pilnie   budżet   domowy   stołowaniem   kilku   studentów   i   urzędników, 

wynajmowała też stale jeden pokój, mieszcząc się z rodziną w dwóch pozostałych, i robiła co 
mogła, by zapewnić byt trojgu dorastającym dzieciom.

Najstarszy   syn,   Leszek,   był   na   agronomii.   Rosły,   dobrze   zbudowany,   elokwentny,   gdy 

zachodziła   tego  potrzeba,   uważany   był   przez   matkę   za   “następcę   tronu”   i   od   czasu   do  czasu 

szpikowany morałami w rodzaju: “Ucz się dobrze, synu, żebyś mógł być podporą matki, bo nie 
mam   nikogo   na   świecie,   ojciec   był   i   jest   niedołęgą”.   Najmłodsza,   Imogenka,   prześliczny, 

złotowłosy i błękitnooki aniołek, chuchany i pieszczony przez matkę, siostrę i brata, Imogenka, 
zwana   pieszczotliwie   Ineczką   lub   Żeniusią,   nad   której   głową   krążyły   wciąż   troskliwe   uwagi: 

“Ineczka, nie wychodź, bo chłodno, dostaniesz kataru; Żeniusia, bój się Boga, kaszlesz; Żeniusia, 
znów jesteś bez apetytu” itp., Ineczka, która miała lalki i zabawki, cichutka, anielsko posłuszna, 

idealnie grzeczna. I, wreszcie, Adrianka, czyli Ari, którą matka odebrała z szóstej klasy, a odebrała 
dlatego,   że   Ari   była   “skończonym   osłem”   i   przynosiła   na   cenzurach   kolekcje   dwójek,   mimo 

background image

zgodnej opinii profesorów, że Adrianna Klaudius jest wyjątkowo inteligentna i nie mniej zdolna, 
ale   w   tym   samym   stopniu   leniwa   i   uparta.   Ale   nie   tylko   niechęć   Ari   do   książek   skłoniła 

profesorową do zrezygnowania z dalszego kształcenia córki. Skonstatowała, że dziewczynka jest 
“nienormalna”,   złośliwa   i   ma   “złe   instynkty”,   postanowiła   więc   te   okropne   wady   gruntownie 

wykorzenić. Każde słowo, każdy czyn Ari były rozpatrywane przez pryzmat zawiedzionych ambicji 
i niechęci do córki. Zauważyła więc profesorowa, że Ari nigdy nie podziela jej trosk i zmartwień, a 

w najcięższych (według matki) chwilach błyska białymi, zdrowymi zębami w uśmiechu, który 
wiecznie zdenerwowanej kobiecie wydawał się przekorny.

Adrianka   pasjami   lubiła   błyskotki   i   gdyby   jej   na   to   pozwolono,   przypięłaby   do   sukni 

wszystkie broszki, a na szyję zawiesiła wszystkie naszyjniki, jakie były w domu. Z taką samą pasją 

wpinała we włosy kwiaty i zielska i przeglądała się w lustrze ze śmiechem radości... co w oczach 
Klaudiusowej   nie   zapowiadało   nic   dobrego   na   przyszłość.   Ari   poza   tym   była   najwyraźniej 

histeryczką. Kiedyś w sąsiednim domu zabijano wieprza. Adrianka usłyszała przeraźliwy kwik, 
wybiegła na ulicę, wróciła jednak momentalnie z dzikim krzykiem, zatykając sobie uszy palcami, 

rzuciła się na łóżko i krzyczała wciąż konwulsyjnie. Miała wtedy trzynaście lat. Takie same mniej 
więcej historie urządzała, ilekroć zabijało się drób na obiad. Dostała parę razy w skórę, ale to nie 

pomagało.  Wyleczył  ją przypadek. Profesor był wtedy chory, matka zaś wyjechała  z Żenią do 
krewnych, gdyż były to święta Bożego Narodzenia. Ari, już czternastoletnia dziewczynka, została z 

ojcem w domu i pilnowała go troskliwie całe dwa dni. Trzeciego dnia wieczorem miała wrócić 
matka. Rano, jak zwykle, przyszedł doktor i rzekł:

- No,   dziś   chciałbym,   żeby   profesor   w   południe   wypił   szklankę   rosołu   z   kury,   trzeba 

profesora wzmocnić.

Ari to usłyszała i zbladła. Służąca wybrała się gdzieś, korzystając z nieobecności groźnej i 

wiecznie gderającej pani domu. Kto więc zarżnie kurczaka? Leszek “wypuścił się” do Warszawy, a 

i z sąsiadów nikt nie chciałby pewnie w niedzielę, w trzeci dzień świąt, zarzynać kury. Chwilę stała 
przy oknie,  patrząc na  zaśnieżony ogródek, potem wzięła  nóż kuchenny i poszła  do kurnika, 

blada,  z zaciśniętymi  ustami.  W końcach  palców czuła  jakiś  przejmujący  chłód,  za  to wzdłuż 
krzyża   przebiegały   raz   po   raz   jakby   strumienie   gorącej   wody.   Mimo   to,   na   pozór   zupełnie 

spokojnie, chwyciła kurę, ścisnęła ją kolanami i zamknęła oczy. Ostry ból wrócił jej przytomność. 
Kura leżała na ziemi nieżywa, z palca Ari sączyła się krew. Pociemniało jej w oczach, oblizała 

spieczone wargi, podniosła kurę z ziemi i poszła do kuchni. Owinąwszy skaleczony mocno palec, 
zabrała się do roboty. Na godzinę drugą podała ojcu rosół.

Profesor popatrzył na jej owiązaną rękę, potem na nią.
- Kto zabił kurę?

background image

- Adrianka Klaudius i niech jej Bóg wybaczy to morderstwo - rzekła z uśmiechem.
Nie odpowiedział, wypił, a potem znowu rzekł grubym, dudniącym głosem:

- Smakowało mi lepiej niż kiedykolwiek w życiu.
Zaś Ari spojrzała na niego zdumiona: ojciec powiedział całe długie zdanie i to na temat 

jedzenia. Niesłychane! Ten wypadek długo został jej w pamięci.

Kiedy nadchodziła wiosna, Ari przeciągała co chwila swoje chude, wątłe ramiona i zamiast 

odrabiać   lekcje,   cienkim,   bardzo   miłym   głosikiem   śpiewała   nikomu   nie   znane   melodie; 
strofowana ostro przez matkę, spuszczała głowę i rumieniła się. Jeżeli przy tych perorach był 

obecny  i  ojciec,  Klaudiusowa  wylewała   swą  gorycz  na  niego, wyrzucając  mu  jego bierność  w 
stosunku do córki, ale on według zwyczaju milczał jak grób.

To znowu Ari, pod byle jakim pozorem, wybiegała do ogródka, stamtąd przez płot na pole i 

wracała późnym wieczorem, czasem przemoknięta do nitki, ale z twarzą jak zorza, oczyma jak 

gwiazdy i ustami nabrzmiałymi krwią. W dnie pogodne nie można się było jej dowołać, znosiła do 
pokojów całe pęki zielska i kwiecia i widać było, że coś ją aż podrywa. Byle tylko z domu! A z 

daleka słyszano jej cienki głos, jak krzyczała z radości, przewracając się na pobliskiej łące, lub jak 
śpiewała wracając do domu.

Latem Ari była jak ptak: śpiewała, śmiała się, biegała, skakała po ogrodzie i pokojach, gdy 

jej matka nie pozwoliła odejść poza obręb parkanu. Gdy zaś to pozwolenie uzyskała, znikała rano, 

a wracała wieczorem, rzucała się na szyję swojej matce, bratu, siostrze, nawet ojcu, mokra od 
rosy, pachnąca zielenią, słońcem i wiatrem. Ojciec wobec takiego wylewu czułości był jednakowo 

milczący   i  nieruchomy,   ale   oczy   jego  nie   widzące   nikogo,   dłużej   zatrzymywały   się  na   chudej 
postaci córki i wtedy stawały się jeszcze bardziej niebieskie.

Matka gderała:
- Nie wstyd ci, Ari? Matka krwawy pot z pracy wylewa, a ty uganiasz jak pies nie wiadomo 

gdzie, wracasz nieprzytomna. Co się z tobą dzieje, dziewczyno?

- Nic, mamusiu, jestem szczęśliwa.

- Naturalnie, wałkoniu wstrętny, serca nie masz, pastwisz się nade mną tak, jak twój ojciec, 

całe życie.

Żadną  miarą   bystre  oczki  Ari nie  mogły  dostrzec  tego  pastwienia   się. Że  milczał  i  nie 

wtrącał   się   do   spraw   domowych,   to   trudno,   taką   miał   naturę.   Za   to   mamusia   gadała   za 

wszystkich.

Ale kiedy zaczynały żółknąć liście brzóz i czerwienić korale jarzębiny, Ari przycichała jakby, 

oczy jej nabierały wyrazu tęsknoty i rozmarzenia, uśmiech był leniwszy i leniwsze ruchy, całymi 
godzinami siedziała zadumana, wpatrzona w opadające liście i kolorowe astry.

background image

To wszystko skłoniło panią Klaudius  do złożenia na barki  szesnastoletniej  dziewczynki 

jarzma ciężkiej pracy domowej. Pewnego dnia powiedziała jej dobitnie:

- Dosyć  marnowania   czasu   i  dość  mego  wstydu.   Do   szkoły   więcej   nie   pójdziesz,   jesteś 

dorosła i darmo mej krwawicy jeść nie możesz. Zajmij się domem. Dam ci do pomocy dziewczynę 

i   truć   się   więcej   nie   myślę,   muszę   jeszcze   żyć   dla   Imogenki,   bo   ojciec   też   jest   do   niczego   i 
dzieckiem się nie zajmie.

Ari zbladła tak, że jej cera przypominała przez chwilę płatek kory brzozowej, w szarych, 

wąskich, wydłużonych oczach błysnęły łzy, ale opanowała się natychmiast i rzekła z uśmiechem:

- Dobrze, mamusiu.
Są   chwile,   w   których   najbardziej   wyrozumiałe   i   postępowe   matki   nie   mogą   zrozumieć 

swych dzieci. Wystraszonym wzrokiem patrzą na ich czyny, przeczulonym słuchem łapią tony i 
słowa, wyrywające się z głębi duszy, którą, zdaje się, same ukształtowały, a jest im zupełnie jakby 

nieznajomym   światem.   Serca   matek   biją   wtedy   na   alarm   żalem   i  trwogą.   A  to   wszystko   jest 
przecież takie proste. Dzieci są młode, bystrzejszy mają wzrok, bo rozjaśniony najwspanialszym 

darem, jaki dał ludzkości Bóg: darem młodości. Tak samo przecież kwitną dzisiaj bzy, jak sto lat 
temu i tak  samo opadają liście, ale młodość rzuca  na rzeczy powszednie welony czaru,  które 

kiedyś dopiero czas rozwieje. Młodość każe kochać, szukać i walczyć. Matki nie mogą zrozumieć 
ani tej niepohamowanej żądzy walki, ani gorączki poszukiwania nowych form, które zamkną te 

same uczucia, jakie niegdyś przeżywały serca dziś już obrócone w proch. Hasłem młodości jest 
bunt, a bunt pachnie czerwonymi różami i bezkresem pól, oddychających miłością, pod żarem 

południowego słońca. Szumi to słowo jak ocean, jak ocean ciągnie. Jakżeby cudownie było, gdyby 
młodość   trwała   wiecznie   i   ludzie,   jak   bogowie   Olimpu,   mogli   się   nie   starzeć.   Ale   pierwsze 

zmarszczki rzucają na duszę cień, a choćby nikły on był jak pajęcza nić, powoli, powoli oplącze ją 
swoim tumanem. I to jest tragizm życia, że wtedy zapomina się o swoich wiosennych porywach i 

we wszystkim co nowe, co inne - doszukuje zła.

Tak   było  właśnie  z  panią   Klaudius:  nie  mogła  zrozumieć  starszej  córki   i  zaczęła  z  nią 

walczyć. Życie w małej rodzinie profesora ułożyło się teraz w ten sposób, że Leszek miał same 
prawa,   Żenia   same   przywileje,   a   tylko   Ari   wszystkie   obowiązki,   które   jednak   spełniała   z 

uśmiechem.   I   ku   zdumieniu   ludzi,   córka   profesora   kopała   i   uprawiała   niewielki   ogródek, 
hodowała drób i karmiła prosiaki, chodziła na targ i sprzątała pokoje. I przy tych wszystkich 

zajęciach śpiewała od rana do nocy i żartowała bez końca, i śmiała się, jakby spotykało ją co 
godzinę nowe szczęście. I nikt nie wiedział, że Ari jest po prostu zakochana w swojej młodości i 

słońcu.

Leszek i Żenia przywykli do tego, że siostra im usługuje, ale kochali ją, jak to się mówi, po 

background image

swojemu. Leszek przywoził jej z czytelni książki, które czytała bez wyboru do późnej nocy, leżąc 
na swoim małym łóżeczku w kuchni (służąca była bowiem na przychodną), Żenia zaś dbała, aby 

Ari ubierała  się przyzwoicie.  i projektowała  jej sukienki,  ale Adriankę  trudno było gustownie 
ubrać,   choćby   dlatego,   że   uroda   dziewczynki   miała   oryginalny,   swoisty   typ   i   nikt   nie   umiał 

powiedzieć, czy siedemnastoletnia Ari jest brzydka czy ładna. Chuda, a przez to wydawała się 
wyższa, niż była w istocie. Długonoga, główkę miała małą i kształtną, ale zeszpeconą włosami 

obciętymi krócej, niż potrzeba. Włosy te ciemne raczej niż jasne, o czerwonym w słońcu połysku, 
zaczesywane do góry, odsłaniały całe czoło, inteligentne i ładne. Brwi słabo zarysowane, bardzo 

wąskie, i oczy bardzo wydłużone, których dolne powieki tworzyły zupełnie proste linie, kąciki zaś 
ich zewnętrzne,  podniesione do góry, nadawały  całej  twarzy  charakter  Japonki. Usta  małe,  o 

dolnej wardze cokolwiek wydatniejszej. Nos Ari odziedziczyła po ojcu, był bowiem cienki, suchy, 
prawie nieznacznie zadarty, ale nie za duży. Cera blada, anemiczna. Ale kiedy Ari uśmiechała się i 

spod ledwo różowych warg błysnęły zdrowe, równiutkie i niepokojąco białe zęby, zaś w oczach 
błysnęły światła, wtenczas z całej twarzy bił taki czar i wdzięk, że Ari mogła się nawet wydać ładna 

mimo zapadniętych policzków.

Stołownicy   Klaudiusowej   od   czasu,   jak   Ari   została   w   domu,   mieli   zawsze   stół   ubrany 

kwieciem lub zieleniną, a ponadto przyjemność patrzenia na zręczną dziewuszkę, która podawała 
zgrabnie   i   prędko.   A   czyniła   to,   jakby   usługiwała   komuś   bliskiemu,   starając   się   po   prostu 

odgadywać   myśli.   Wesoły   jej   uśmiech   kazał   zmęczonym   ludziom   zapominać   o   kłopotach   i 
troskach przynajmniej na czas posiłku.

Ojciec milczał  jak zwykle i nie wtrącał  się do niczego, także jak zwykle.  Któregoś dnia 

zobaczył Ari przy swych ulach. Kręciła się tu i tam i widać było, że ma wielką ochotę wsadzić 

ciekawy nosek do środka. Wtedy pan Klaudius ze swą zwykłą, śmiertelnie poważną miną, poszedł 
do pokoju, wziął z biurka “Żywot pszczół”, z apteczki flakonik amoniaku, wrócił do Ari, wręczył jej 

oba przedmioty i usiadł na swojej ławeczce. Odtąd Ari pokochała pszczoły jeszcze więcej i gdzie 
znalazła wolne miejsce w ogródku, sadziła kwiaty, by owady nie traciły czasu na dalekie drogi, a 

poza   tym,   w  gorliwym   zapale   biegała   co  dzień   prawie  kilometr,   gdzie   wonnie   kwitła   gryka   i 
koniczyna, rwała ukradkiem całe naręcza i stawiała w kubłach i starych garnkach wonne bukiety 

w pobliżu uli.

Stołownicy  i sąsiedzi  serdecznie lubili zaharowaną,  a śpiewającą  dziewuszkę i w żaden 

sposób nie mogli się w niej doszukać wad, o których opowiadała matka. I choć Imogenka była 
śliczna i wdzięczna jak kwiat, zupełnie jawnie adorowali małą gosposię, co sprawiało przykrość 

profesorowej i drażniło ją, bo dopatrywała  się w tym złośliwości  ludzi w stosunku do siebie. 
Wylewała więc żółć na Adriannę.

background image

- Jesteś bezwstydna kobieta, niezadługo zaczniesz się chłopom na szyję rzucać... Tak, tak... 

przymilaj się ludziom, oczerniaj matkę i siostrę... to cała twoja radość.

Ari śmiała się cichutko, bo miała czyste sumienie. Z czasem to ten, to ów z gości, często w 

ciemnym korytarzu pocałował lub objął dziewczynkę, ona zaś nie broniła tych pieszczot, bo ich 

potrzebowała. Oddawała pocałunki ufnie i serdecznie, szczęśliwa, że ktoś, choć na moment jest 
nią zajęty. Nie zazdrościła Żeni, kiedy ta przyjmowała swoich gości jak mała królewna i błyskała w 

rozmowie inteligencją i dowcipem. Nie zazdrościła, gdy Żenię odprowadzała do domu eskorta 
studentów i uczniaków ku dumie matki; i nie zazdrościła, gdy Żeniusia wybierała się do kina lub 

teatru, bo nawet na zazdrość czasu nie miała. W małej głowie tyle krążyło różnych myśli, ile 
motyli uwija się nad pachnącą łąką w słoneczny dzień, a wszystkie myśli równie były jasne i 

kolorowe jak motyle.

Raz tylko, gdy rodzina zebrała się przy kolacji, Adrianka, nalewając herbatę, rzekła:

- Patrzcie,  patrzcie...   Oto  spracowane  ręce   Adrianki  Klaudius,   czy  nie  są   stworzone  do 

pieszczot i pocałunków, takie są śliczne!!

Pani Klaudius wypuściła wtedy z ręki widelec, którym nabierała właśnie szynkę z półmiska 

i spojrzała na Ari takim wzrokiem, że dziewczyna pożałowała gorzko swojej szczerości, jak zresztą 

zwykle.   Imogenka   roześmiała   się   głośno.   Leszek   powiedział:   -   O,   o!   A   profesor   na   moment 
podniósł głowę znad talerza tartej rzodkwi ze śmietaną (profesor mięsa nie jadał), ale że bieg jego 

myśli został zmącony, świadczył fakt, że zaczął szukać serwetki, którą już miał pod brodą, zaś pani 
Klaudius, gdy ochłonęła, rzekła mocno poirytowanym głosem:

- Widzę, że za mało masz jeszcze pracy, skoro przychodzą ci do głowy takie idiotyczne 

myśli. A ty, Marku,  siedzisz jak kłoda, nie zwrócisz uwagi córce, która pastwi  się nade mną. 

Trzeba sumienia nie mieć, by na moje barki składać odpowiedzialność za prowadzenie takiego 
dziwoląga. Ładny z ciebie ojciec. Nie uśmiechaj się, Ada, nie doprowadzaj mnie do wściekłości.

Profesor znów podniósł głowę znad talerza i machnął ręką. Ari prysnęła do kuchni, ale 

późnym   wieczorem,   gdy   Klaudius   według   swego   zwyczaju   wychodził   popatrzeć   na   niebo, 

podszedł do leżącej w łóżku córki i rzekł swoim ponurym, grubym głosem:

- Myj ręce w gorącej wodzie i smaruj na noc gliceryną.

Ari bez słowa owinęła szczupłymi ramionami ojcowską szyję i pocałowała go w ucho.

* * *

W   tym   czasie,   kiedy   Ari   skończyła   dziewiętnaście   lat,   wyprowadził   się   od   Klaudiusów 

lokator, stary emeryt, a jego miejsce zajął student, leśnik. Ten nowy lokator był młody, bardzo 

przystojny i bardzo wesoły. Całymi wieczorami z jego pokoju dobiegał gwar i śmiech, w dzień 
natomiast nie było go w domu, tak że Ari nigdy nie miała sposobności obejrzeć go dokładnie, a 

background image

wobec tego, że pokój cały dzień był wolny, spędzała w nim każdą  wolną chwilę, zwłaszcza w 
niedzielę, i gorączkowo czytała książki, jakich całe stosy poniewierały się po stole, pod stołem, na 

półce, na szafie, nawet pod łóżkiem.

Którejś niedzieli już o piątej po południu była wolna, zasiadła na starej, dobrze wysłużonej 

kanapie   i   chwyciła   pierwszą   lepszą   książkę   z   brzegu.   Była   to   “Miłość   w   przyrodzie”.   Ari 
wyciągnęła z kieszeni pajdę chleba i kawałek cukru. Oparła książkę o wałek, rozciągnęła się na 

brzuchu i zaczęła czytać, pogryzając to chleb, to cukier.

Mijały minuty, w pokoju ściemniło się mocno, skrzypnęły drzwi i na progu stanął Jacek 

Zeler, niewidzialny lokator Klaudiusów i właściciel książki, którą Ari czytała. Zdumiony patrzył na 
smukłą sylwetkę panny. Nieznajoma leżała podpierając głowę pięściami, a w zębach trzymała 

długą skórkę chleba, chwiejącą się melancholijnie w miarę oddechu. Podszedł na palcach do stołu 
i jak mógł najciszej usiadł na krześle, obserwując zaczytaną. Zauważył, że panna jest chuda, ale 

ma cudowne proporcje, że jej bardzo długie, ciemne i puszyste rzęsy są zawinięte do góry jak u 
dziecka, a usta blade, rozchylone i kuszące. Nogi w płytkich i sfatygowanych pantoflach nie są 

może klasyczne, ale prościutkie, długie i przedziwnie miłe. Takie dziewczęce, kochane, drgające 
życiem  nóżki,  którym  ślicznie  byłoby w jedwabnych  pończoszkach  i  pantofelkach  z wysokimi 

obcasami, gdzieś w ruchu, w tańcu; zaś głowa, żeby nie była tak surowo ulizana, jak u starej 
panny,   mogłaby   wzbudzić   większe   zainteresowanie.   Wreszcie   nie   wytrzymał   i   chrząknął, 

przekręcając   jednocześnie   kontakt   stołowej   lampki.   Bo   było   coś   niepokojącego   w   ciszy   tego 
pokoju i tej postaci.

Skoczyła na równe nogi, chleb wypadł na otomanę, książka z hałasem frunęła pod stół, 

sama zaś dziewczyna, oblana purpurą, oddychała gwałtownie, nie mogąc przemówić słowa.

- Niech się pani nie boi, przepraszam, nie myślałem, że tak wystraszę.
- Nie, nie, to ja przepraszam, ale strasznie lubię czytać. Proszę nie mówić mamusi.

I nim Jacek zdążył odpowiedzieć, uciekła, a on został, rozbawiony i mocno zaintrygowany. 

Tego wieczoru nie miał gości, jak zwykle, ale nie wyszedł z domu. Koło godziny ósmej zapukał do 

pokoju Klaudiusów.

- Proszę.

Profesorowa   siedziała   przy   stole   i   czytała   gazetę,   Imogenka   haftowała   jakieś   batysty, 

Leszek świecił nieobecnością.

- Przepraszam, że przeszkadzam. Czy nie mógłbym poprosić dziś o herbatę? Wyjątkowo 

zostałem w domu i jestem bez kolacji.

- Ależ z przyjemnością, zaraz każę przygotować.
- Może ja pomogę w tych przygotowaniach.

background image

- Co znowu? Proszę, niech pan siada i zjemy razem kolację. Imogenko, pan Zeler, a to moja 

córka, pierwsza uczennica.

Żenia   podała   gościowi   małą,   wypieszczoną   rączkę   i   zarumieniła   się   leciutko,   a   Jacek 

szarmancko ucałował podaną dłoń i zasiadł koło panienki, z przyjemnością patrząc na jej anielską 

buzię. Jednocześnie zaś myślał, że to nie ta, którą zastał w swoim pokoju.

- Ari! - zawołała profesorowa.

- Zaraz, mamusiu, idę - zabrzmiał głos.
“Aha,  to pewnie będzie  tamta”  - pomyślał  Jacek,  patrząc  jednocześnie  na Żenię, która 

zagaiła rozmowę.

- Pan mieszka u nas już trzy tygodnie, a zachowuje się jak niewidzialny duch.

- Jestem   szalenie   zajęty,   proszę   pani,   i   stołuję   się   w   bratniaku.   Wracam   późno,   a   gdy 

czasem wcześniej, to zawsze przybłąka się do mnie paru kolegów, i jakoś nie miałem do tej pory 

sposobności złożyć wizyty moim miłym gospodarzom.

W tej chwili od progu zabrzmiał miły głos:

- Słucham, mamusiu.
Jacek spojrzał w tym kierunku i poznał intrygującą go osóbkę. “Aha, to ta. Nazywa się więc 

“Aria” lub “Arianna”... fiu!” - gwizdnął w myśli.

- Ari, podasz nam wszystkim herbaty, tylko prędziutko.

Ari zaś na widok Jacka zbladła mocno i patrzyła nań wystraszonymi oczyma. Chłopcu żal 

się zrobiło biedactwa. Wstał więc i rzekł swobodnie:

- My także nie znamy się jeszcze. Zeler jestem.
Skinęła głową i nie podała nawet ręki, spłoniona i zmieszana. Zniknęła za drzwiami, a 

Klaudiusowa uważała za stosowne wyjaśnić:

- Ona jest zawsze nieobliczalna, taki dzikus.

Kiedy nieobliczalna panna przyszła znowu, niosąc na tacy herbatę i jakieś ciasto, Jacek 

flirtował już w najlepsze z Imogenką i kokietował mamę. Ari cichutko nakryła do stołu, na biały 

obrus rzuciła kilka świerkowych gałązek, matce przysunęła stołeczek, a przechodząc koło Żeni, 
położyła pieszczotliwie rękę na jej puszystych, złotych kędziorach. I wtedy wzrok Jacka spoczął na 

niezbyt białej, ale wąskiej dłoni o długich palcach, węższych ku końcowi. Mimo że dłoń owa była 
szczupła, rysowały się na niej słodko cztery dołeczki u nasady palców. Jacek poczuł gwałtowną 

chęć, by ta przekobieca, nerwowa dłoń spoczęła choć na krótką chwilę na jego czuprynie. Jakaż 
musi być miękka i giętka!

- Czy poprosić tatusia?
- Poproś, tylko prędko, bo herbata stygnie.

background image

Za chwilę wszedł profesor, mruknięciem odpowiedział na powitanie Jacka i wszyscy siedli 

do herbaty. Jacek czuł się doskonale, jak u siebie w domu, i mimo że pozornie zajęła go całkowicie 

Żenia,   na   co   profesorowa   patrzyła   przychylnym   okiem,   nieznacznie   obserwował   “Arię”   czy 
“Ariannę”. Od razu odczuł, że Imogenka jest rozpieszczonym kotkiem domowym, Ari zaś osobą 

drugorzędną.   Zaintrygowało   go   też   pytanie   mruka   profesora,   wypowiedziane   głębokim, 
przyciszonym basem do Ari:

- Smarujesz?
- Smaruję, tatusiu - odparła z figlarnym uśmiechem.

“Co   i   komu   ona   smaruje?”   -   pomyślał,   ale   oczywiście   ten   ciekawy   temat   przemilczał, 

natomiast zwrócił się do Ari z uprzejmym pytaniem:

- A pani zapewne chodzi do szkoły razem z siostrzyczką?
- Nie chodzę wcale, bo byłam osioł i zhańbiłam nazwisko zacnego rodu Klaudiusów, a w 

domu też można się wiele nauczyć.

- O, zapewne, nawet więcej niż w szkole, trzeba tylko dużo czytać - odparł wesoło i mrugnął 

przy tym znacząco.

Adriankę znowu oblała krew i aż oczy na moment przymknęła. A wtedy Jackowi przyszła 

do głowy myśl, że gdyby ją pocałował, w ten sam drażniący sposób przymknęłaby oczy. I myśl 
owa dręczyła go już do końca wizyty. A siedział jeszcze z godzinkę przy stole, zajęty rozmową z 

Imogenką i mamą Klaudius. Ari zaś nieznacznie sprzątnęła puste szklanki i zniknęła w kuchni.

Zasypiając tego wieczoru, Jacek zastanawiał się nad pytaniem, czy owej pannie na imię 

Aria czy Arianna, a może w ogóle Bronisława czy Agata, i co i komu ona smaruje.

Do kuchni wpadła Żenia.

- Ari, Ari, jestem zakochana!
- Na to się rycyny nie bierze. W kim?

- W Jacku... co za przemiły chłopiec!
- Aha, tak. Ma nawet apetyt i artystyczną czuprynę.

- I jaki elokwentny, nie masz pojęcia.
- Pojęcia nie mam, za to jedną szklankę więcej do zmywania.

- Kiedy ty wiecznie błaznujesz, a mamusi się także podobał.
- Widziałam, mamusia zyskała jeszcze jednego adoratora.

- No, Ari...
- Żeniuśka, już jestem poważna  jak śmierć na chorągwi  i oświadczam,  że kto by śmiał 

powiedzieć, że Imogenka Klaudius z domu Klaudiusów nie jest najpiękniejszą i najwdzięczniejszą 
panną i dziewicą na obu półkulach ziemi, ten będzie musiał szczekać pod stołem jak pies i do 

background image

końca życia będzie musiał nosić spuchniętą gębę z wyciśniętymi na niej palcami Jacka Zelera, 
najmilszego onej panny rycerza... No, no, Żeniusia, nie obrażaj się, jesteś taka śliczna i mądra, że 

chyba by ślepiów nie miał, a ma... pod hajrem [żargonowo: pod słowem honoru.] ma; nawet 
jedno lewe, drugie prawe.

Żenia wybuchnęła śmiechem i poszła spać. Ari jeszcze godzinkę gwizdała jak szpaczek, a 

potem wyciągnęła spod poduszki książkę i dom zaległa cisza.

Upłynęło parę dni i co dzień rano Ari, sprzątając mały pokoik lokatora, myślała o jego 

właścicielu i stawiała w wazonie zielone, świerkowe gałązki, co dzień świeże. A miało się już ku 

wiośnie,   i   była   właśnie   w   swoim   dziwacznym   nastroju.   Aż   któregoś   rana,   gdy   zamiatała 
gruntownie wszystkie kąty, do pokoju niespodziewanie wszedł Jacek.

- Dzień dobry, to pani sprząta co dzień mój pokój?
- Ja - szepnęła zmieszana i chciała uciekać, ale przytrzymał ją za ręce.

- O nie, teraz sobie porozmawiamy.
- Ależ ja nie mam czasu... mamusia...

- Mamusia przed kwadransem wsiadła do pociągu i jedzie do Warszawy, a ja już od dawna 

czekam na sposobność zobaczenia pani samej. Proszę tu usiąść koło mnie grzecznie i odpowiadać. 

Jak pani ma na imię?

- Adrianna - i roześmiała się.

- Co pani smaruje?
Otworzyła szeroko oczy.

- Co smaruję?... Aha, ręce!
- Po co?

- Bo mam bardzo ładne, tylko zniszczone.
- Pani ma ręce piękne, ale nie tylko ręce. Cała jesteś śliczna, Ari, tylko stanowczo musi pani 

przytyć, maleńka.

- Niech mi pan pozwoli odejść, już muszę koniecznie.

- Dlaczego?
- Nie   wiem,   jestem   niespokojna   i   denerwuję   się,   a   mnie   nie   wolno   urządzać   takich 

eksperymentów, muszę pracować.

- Ja też jestem niespokojny, Ari. Pani jest dziwnie denerwującą dziewczyną, taka szalenie 

denerwująca.

- Tego mi nikt jeszcze nie mówił.

- To powiedzą nie raz... I nikt pani jeszcze nie pocałował?
- Owszem! Bardzo nawet lubię, gdy mnie całują, bo wiem, że w ten sposób dziękują mi, że 

background image

jestem zawsze wesoła i nie terkoczę jak zepsuty zegar, ale śmieję się.

- A gdybym ja teraz panią pocałował?

- Tobym się zdziwiła i pomyślała, że nie jest pan taki mądry, na jakiego wygląda. Proszę 

puścić moje ręce, bo naprawdę nie mam czasu.

- Kiedy znów panią zobaczę?
- Nie wiem. Cały dzień pana nie ma w domu.

- Ale wieczorem jestem. Niech pani przyjdzie do mnie wieczorem. Otworzę drzwi, nikt nie 

będzie słyszał, porozmawiamy swobodnie.

- Dobrze! - uśmiechnęła się - to będzie moja pierwsza przygoda.
- Pani szuka przygód?

- Tak, bo na to, myślę, Bóg stworzył życie, byśmy je ze wszystkich stron poznawali i szukali 

w nim tego czegoś, co jest bardzo misternie ukryte... To tak, jakby w ciemnym pokoju zapaliło się 

lampę, oświecając wszystkie kąty. Wtedy człowiek się nie zestarzeje, jest mu wciąż i wszędzie 
jasno. A ja nie chcę, nie mogę się zestarzeć.

Popatrzył na nią chwilę w milczeniu, wreszcie rzekł poważnie:
- Ari, jesteś mądra, daj rękę i będziemy przyjaciółmi.

- Jacku, jesteś nie mniej mądry, ale więcej przedsiębiorczy. Masz moją rękę i będziemy 

przyjaciółmi, a wieczorem wypalimy fajkę pokoju i posolimy wnętrzności nasze solą braterstwa.

Rozeszli się ze śmiechem. Późnym wieczorem, gdy już mieszkańcy białego domu nie mogli 

zwrócić uwagi na wycieczkę Adrianki, gdyż spali od godziny (ojciec z Leszkiem w jadalni, a matka 

z Żenią w pokoju sypialnym), Ari wysunęła się z kuchni, zamknęła drzwi na klucz i poszła do 
frontu.  Tu  było  otwarte.  Jacek   stał  w progu swojego pokoju,  skąd  na  korytarz   płynęła  blada 

smuga światła. Ari ujrzała dwie wyciągnięte ku niej ręce, które objęły ją wpół. Cichy klekot drzwi i 
Ari siedziała już na pamiętnej kanapie. Godzina jedenasta.

- No i co, Ari, zaczęła się twoja przygoda?
- Tak, o czym będziemy rozmawiali? Myślę, że nie o pogodzie i nie o drożyźnie.

- Choćby o tobie, Ari. Pamiętasz ten wieczór, w którym cię poznałem? Tu, na kanapie, 

leżałaś taka zaczytana.

- Z nie dojedzonym chlebem i wspomnieniem cukru w ustach. Tak, pamiętam. Strasznie 

lubię czytać, szczególnie o podróżach. Lubię i poezje, czasem sobie myślę, że i ja potrafiłabym 

napisać wiersz.

- Nie próbowałaś nigdy?

- Owszem, ale zresztą to głupstwo, nie mówmy o tym.
- Dlaczego? Pomówmy. Powiedz, Ari, skąd bierzesz siły na tę pracę, o jakiej ludzie mówią? 

background image

Widzisz, zasięgnąłem o tobie ścisłych informacji. I skąd siły na uśmiech, który tak niestrudzenie i 
ślicznie rozjaśnia twoją buzię?

- Widzi pan, ja sobie zawsze myślę tak: trzeba szukać szczęścia w tym, co mnie otacza. 

Kiedy idzie wiosna, tak jak teraz, jestem szczęśliwa, że mam oczy i uszy, że widzę, jak drzewa 

zaczynają pękać i szeptać sobie na ucho o miłości; kiedy pracuję w ogrodzie, jest mi dobrze, 
znajduję szczęście w samym fakcie wysiłku. Moje mięśnie żyją, czuję wszystkie. Drżą i prężą się 

tak, jak wiosną drzewa. Kiedy znów mam robotę w domu, myślę sobie, jak ładnie jest, kiedy na 
białym obrusie zazielenią się gałązki świerku, a ponad nimi leci nieuchwytna para z gorących 

potraw. To jest takie śliczne, że i pracy nie szkoda, by zobaczyć taki widok. Lub gdy słońce zaleje 
posprzątane   czysto   pokoje   i   człowiek   myśli   sobie,   że   jest   ptakiem   w   ciepłym,   przytulnym 

gniazdku. Kiedy mamusia na mnie krzyczy, a czyni to z zasady, z urzędu, z przyzwyczajenia, ze 
względu na swoje nerwy i w ogóle z braku laku, nie mogę być smutna, nie mogę się krzywić, bo 

jedna smętna twarz ludzka psuje harmonię otoczenia. Ja muszę się uśmiechać, bo moje myśli lecą 
wciąż gdzieś w słońce i szukają radości tak, jak pszczoły miodu. I tak po kropelce zbieram słodycz 

życia, najdrobniejsze okruszki i chcę być jak ul pełen pachnącego miodu, a wtedy niech przyjdzie, 
kto chce, i pije ten wonny, ciężki, słodki płyn - radość życia.

- Ari! - szepnął Jacek, a wzruszenie dławiło go za gardło - przecież ty jesteś poetką.
- Nie, ja jestem mała, szara pszczółka, tylko, wiesz, w tym domu mi ciasno... ciasno!...

- Ari,   przebacz   mi.   Kiedy   prosiłem,   żebyś   do   mnie   przyszła,   myślałem   sobie:   ot,   jest 

oryginalna,   ciekawa,   podoba   mi   się,   będę   ją   całował   i   pieścił.   Teraz   mi   wstyd.   Jesteś   małą 

królewną. Wprowadzasz do tego pokoju dziwny nastrój, jakby tu zapachniały kwiaty. Ari, powiedz 
coś jeszcze, widzisz, tak rzadko spotyka się w kobiecie przyjaciela, z którym można być szczerym, 

a z tobą muszę mówić zupełnie szczerze. Ty jesteś morowa, no, morowa!

- Czy Żenia nie jest morowsza?

- Żenia? - lekki rumieniec okrył jego twarz. Z Żenią spotykał się teraz co dzień w mieście. - 

Widzisz, Ari, panna Żenia jest rozpieszczonym małym kociakiem, wyjdzie za mąż i albo będzie 

tego szczęśliwca zdradzała, albo nie, ale nie ukaże mu nowych światów, nowych horyzontów, nie 
potrafi być ciągle inna, ciągle nowa. Tak mi się zdaje, zresztą może mylnie.

- Na pewno mylnie. Żenia jest kochane, słodkie maleństwo, pragnie mieć swój dom i w nim 

królować.

- A ty, Ari?
- Ja chcę, by mnie kochali wszyscy, a za mąż pewnie chyba nie wyjdę wcale, bo myślę, że 

jak mam żyć z małżonkiem zacnym jak pies z kotem lub jak para pantofli pod łóżkiem, lub że 
mamy się nie odczuwać i nie rozmawiać wzajemnie... brr... nie chcę o tym myśleć.

background image

- Wiesz, ja to samo. Nie mam zamiaru się żenić, bo nie chcę być związany. Kobietę poznaje 

się, gdy żyjemy z nią pod jednym dachem, gdy przeżywać trzeba z nią razem troski i radości, ale 

to następuje dopiero po ślubie i wtedy trach! Jedno rozczarowanie po drugim. Ale dość o tym, 
Ari. Powiedz mi coś jeszcze, powiedz coś ciekawego. No!

Objął ją delikatnie i przyciągnął do siebie. Patrzyli sobie prosto w oczy. Mały promień 

lampki poprzez jedwabny klosz rzucał złotawy cień na zarumienioną twarzyczkę Ari. Jej usta były 

teraz   mocno   czerwone   i   pełne   i   Jacek   zadrżał   cały   przejęty   gorącym   pragnieniem   złożenia 
pocałunku na tych słodkich, uśmiechniętych ustach. A wtedy Ari zaczęła mówić cichutko, tak 

właśnie, jakby brzęczała w słońcu złota pszczoła:

- Była noc. Noc czerwcowa, gorąca... niespokojna, rozkoszna... mdlejąca. Szmerów pełna, 

wzdychań i tęsknicy, a po niebie krążył bladolicy, bladolicy, tajemniczy, cichy księżyc.

- Rozełkały się w krzewach słowiki, gaj się zaniósł od dziwnej muzyki, jakieś serca sprężone 

zamarły, jakieś usta w całunku się zwarły, rosa w kwietne opada kielichy, a hen... płynie bladolicy, 
cichy księżyc.

- Przez   szpalery   pachnące   i   ciemne,   przez   szpalery   omglone,   tajemne,   ktoś   pospiesza, 

słychać wiew oddechu. W nieuchwytnym roztopiony echu ktoś do skrytej podąża altany, a po 

niebie idzie cichy, szklany księżyc.

- Zaszlochały purpurowe róże, drgnęły głosy w słowikowym chórze, ros kropelki na ziemię 

upadły, złote gwiazdy z zazdrości pobladły, a w altanie, gdzie dwa drżące cienie, widzi róże, harfy i 
płomienie - księżyc.

- Świt już wstaje i modli się łzawie ros milionem dzwoniących po trawie, a świt wstaje i 

ognie już pali, ognie krwawozłociste na fali. Słońce płynie w purpurowej łodzi, a tam gaśnie, a tam 

już zachodzi księżyc.

- Dawno śpiewa w obłokach skowronek, śpi dziewczyna na puchach koronek; słodkiej nocy 

znikły srebrne cienie. Znika z serca cichutko wspomnienie, pierzcha urok miłosny jak złodziej, bo 
tam gaśnie, bo tam już zachodzi księżyc!

W miarę jak mówiła, przez twarz jej przelatywały jakieś błyski, jakieś łuny, a rzęsy szeroko 

rozwartych powiek lekko drżały. Gdy skończyła, wolno przymknęła oczy, opierając jednocześnie 

przechyloną w tył głowę o poręcz kanapy. Jacek wpatrzył się w jej omgloną wzruszeniem twarz. 
Słodko, mocno przytulił usta do gorących małych ustek i w ciszy przez moment słychać było tylko 

niespokojny łopot serc.

- Ari, na miłość boską, doprowadzasz mnie do szału - wyjąkał.

- I dlatego  właśnie  już idę - wstała  energicznie  z kanapy, przeciągnęła  się i nim Jacek 

zdążył zaprotestować, znikła jak myszka. On tymczasem wciąż siedział na kanapie i przeżywał 

background image

cudowne   chwile   wzruszeń,   jakimi   go   oplotła,   omotała   owa   niepozorna   dziewczyna.   Zeler   był 
przyzwyczajony   do   flirtów   i   flircików,   bo   z   upodobania   zawracał   głowy   pensjonarkom   i 

koleżankom, co mu się z racji jego postawy i urody udawało bez wysiłków. Kochał się w każdej 
ładniejszej pannie na śmierć i na zabój przez trzy, cztery dni, a potem wynajdywał znowu coś 

nowego.   Zdarzało   się,   że   raz   i   drugi,   i   trzeci   sprytniejsze   dziewczyny   potrafiły   go  trzymać   w 
niewoli dwa i trzy miesiące, ale niech która napomykała o małżeństwie, Jacek mówił w duchu 

“moje uszanowanie” i robił z całą gracją zwrot w tył.

Ari nie była ładna, a wobec Żeni gasła zupełnie. A przecież zaszumiało mu w głowie od jej 

obecności i zdziwiony poczuł, że ciągnie go do niej siła nieprzeparta, którą lękał się sam wobec 
siebie nazwać miłością w zrozumieniu, że ta miłość może być dla niego klęską, na co jako żywo 

nie miał ochoty przystać, bo lubił czuć się panem sytuacji.

Upłynęło parę tygodni. Przez ten czas Żenia zdążyła rozkochać się w ślicznym i swawolnym 

chłopaku. On zaś nie był głazem i przyjmował dowody miłości z wdziękiem, płacąc za nie hojnie 
czułymi spojrzeniami, pachnącymi słowami i pieszczotą. No bo właściwie dlaczego nie brać, kiedy 

dają, w jakim celu grać rolę ascety wobec ślicznego, zakochanego dziecka? A pomimo to całe dnie, 
nawet   podczas   uroczych   sam   na   sam   w   kinematografach   czy   cukierni   z   Imogenką,   żył 

oczekiwaniem wieczoru i chwili, kiedy leciutko stukały drzwi, a w progu stawała uśmiechnięta 
Ari.   Potem   siadali   przytuleni   do   siebie   na   kanapie   i   dziewczyna   wciągała   go   w   wir   swego 

błyskotliwego   humoru,   rzucającego   blask   na   ich   serdeczne,   przyjacielskie   rozmowy,   syciła   go 
swoją nieustanną radością życia, zamazywała nerwowymi palcami troski i zagadnienia męczące, 

których jest niemało w życiu młodego i biednego studenta.

Wizyty owe stawały się jednak coraz rzadsze. Wiosna była w całej pełni i Ari do późna 

pracowała w ogrodzie, a skoro świt musiała wstawać, nie miała więc czasu dla siebie. Tęskniła 
jednak do tych szeptem prowadzonych poufnych pogawędek i do gorących pocałunków Jacka. W 

tym czasie przytyła, nabrała zdrowej cery, a przez to i wyładniała. Zmianę zauważył Leszek i 
ojciec. Leszek raz zażartował:

- Ari, robisz się apetyczna jak młoda gąska. Czy nie jesteś zakochana?
- Do nieprzytomności. Kocham i jem, jem i kocham, i tyję, a wobec tego mam zamiar 

dawać moim indykom do tuczenia miłość zawijaną w kartoflane liście. Środek niekosztowny, a 
jak myślę, skuteczny.

Profesor, znowu korzystając z chwili, gdy nikt nie widział, przytrzymał na chwilę rękę Ari w 

swojej i rzekł ponurym basem:

- Jesteś zdrowa, co?
Ari przytuliła buzię do ojcowskiej, wielkiej dłoni i odpowiedziała z dziecięcym, serdecznym 

background image

uśmiechem:

- Zupełnie zdrowa, tatusiu.

Ari zaś była po prostu szczęśliwsza niż dawniej.
Wreszcie w końcu maja, po dwóch tygodniach nieobecności, udało się Ari znów odwiedzić 

Jacka. Czekał na nią drżący i zdenerwowany jak nigdy.

- Ari!   Chwała   Bogu.   Co   ty   robisz!   Dlaczego   nie   przychodzisz?   Ja   pracować   nie   mogę, 

myśleć o niczym. Cały dzień czekam na ten wieczór.

- Ja też czekam, Jacku, a czy myślisz, że krasnoludki za mnie wszystko zrobią? Ty, stary 

zrzędo, jeszcze mi wymówki robisz!

- Nie robię, tylko mi przykro, że jesteś dla mnie taka chłodna. Może gdzieś jaka  nowa 

przygoda?

Roześmiała się głośno.

- Ba, żebym to miała, ale ta pierwsza jeszcze się nie skończyła, a nim się skończy, czuję, że 

będę miała co nieco uszy nadwerężone.

- Czego ty się śmiejesz, dziewczyno, ty nie jesteś kobieta, ale strzyga, nie masz za grosz 

sentymentu.

- Kup mi dwa kilo w prezencie, a będę płakała na zawołanie, ale słowo ci daję, że nie do 

twarzy mi ze łzami.

- Ari, przestań żartować. Przecież ja jutro wyjeżdżam. Ari! To nasz ostatni wieczór.
Uśmiech zgasł jak zdmuchnięty.

- Cooo? Dlaczego?
- Dostałem posadę, na razie na czas wakacji, na próbę. A potem nie wiem, czy jeszcze będę 

tutaj u was mieszkał. Choroba wie, gdzie człowieka zaniesie po te kilka groszy. Widzisz, zbladłaś. 
Żal ci, Ari, moja kochana.

- Jacek! Tak mi było dobrze z tobą. Jakże teraz sama zostanę, kto będzie mieszkał w tym 

pokoju? - głos jej zadrżał żałośnie. Otarła łzy wierzchem dłoni i uśmiechnęła się: - Nie trzeba być 

mazgajem,   chłopcze.   Co   tam!   Wszystko   głupstwo.   Pojedziesz,   zobaczysz   nowych   ludzi,   nowe 
twarze. A od czasu do czasu pomyśl o mnie.

- Ależ ja ciebie kocham, Ari.
- No, no... Zdaje się, że ty Imogenkę też kochasz, ale to nic, wcale się nie dziwię.

- Głuptas jesteś, nie pleć, opowiedz mi co.
- Nie mam natchnienia, bo... no, bo nie. Gdzie dostałeś posadę?

- Na wsi, w majątku na Wileńszczyźnie.
- A co tam będziesz robił?

background image

- Zdaje się, że liczył bydło, ludzi i pieniądze. Sam jeszcze nie wiem dokładnie. Ari, przyślę ci 

adres, napisz do mnie, taki będę ciekawy, co się z tobą dzieje.

- Ja nie lubię pisać listów, kiedy bowiem list dochodzi do adresata, myśli i uczucia w nim 

zawarte tracą swoisty zapach nastroju, wietrzeją! Lepiej mówić ot tak, z ust do ust.

- A jeżeli inaczej nie można jak tylko listownie?
- To wcale nie pisać, nie rozmazgajać się w czułościach, które czasem są już i nieaktualne.

- To znaczy, że ja wyjadę, ty o mnie zapomnisz i wszystko w porządku, tak?
- Nie. Adrianka ma dobrą pamięć. Jacek, nie stwarzaj pogrzebowego nastroju, bo to nie 

leży ani w moim, ani twoim charakterze.

- Ari, ja chcę wiedzieć, czy mnie kochasz...

- Jacek!
- ... i chcę coś od ciebie na pamiątkę. Ari, pomyśl, nie zobaczymy się długo, długo...

Objęła go wpół i patrzyła serdecznie.
- Kochany, cóż ci dać? Zawsze będę o tobie myślała i wspominała, i tęskniła, ale nie mam 

nic takiego, co bym ci dać mogła.

- Masz!

- No, co?
- Daj mi siebie, Ari. Ten pierwszy i ostatni może raz na pożegnanie. Daj mi siebie, Ari.

Długą   chwilę   trwało   milczenie,   Ari   stała   z   opuszczonymi   rękami   i   otwartymi   szeroko 

oczyma pod wrażeniem, że w śliczną melodię ich sielanki wkradł się zgrzyt. Potem powiedziała 

zupełnie spokojnym tonem:

- Chcesz mnie unieszczęśliwić?

- Nie, ale ciebie chcę.  Tak pięknie mówisz o radości życia,  o miłości. Jesteś teraz taka 

cudowna, wciąż myślę o tym, nie będę miał spokoju, jedyna, kochana moja!

I tulił do siebie, i całował gorąco, i szeptał do ucha coraz namiętniej. Ari zaś bladła, to znów 

płonęła, nie wiedziała zupełnie, co się z nią dzieje, miała wrażenie, że porywa ją i wchłania ogień, 

a w głowie szumiało jej tak jak wtedy, gdy Leszek spoił ją na Boże Narodzenie winem i zupełnie 
tak samo obejmowała ją słodka omdlałość, ale resztkami świadomości wiedziała i to, że musi 

bronić się za wszelką cenę. Odepchnęła go z wysiłkiem.

- Jacek, nie chcę, nie... Gdy pokocham... Jacek!

- Aha! Więc mnie nie kochasz?
- Nie na tyle, by wiązać w ten sposób swoje młode życie z twoim... nie znam cię jeszcze 

Jacku... nie męcz mnie. I nie patrz na mnie tak, jakbym popełniła zbrodnię, no, mówię ci, nie 
patrz na mnie... Niegodziwcze!

background image

I pierwszy  raz  od czasu  znajomości Jacek  ujrzał  ją płaczącą,  a  wtedy od razu  skrucha 

rzuciła go przed nią na kolana.

- Ari, Adrianko, nie płacz, już będę spokojny, no, Ari. Matka usłyszy, widzisz, co robisz? 

Nie tak sobie wyobrażałem pożegnalny wieczór.

- Jacek, nie miej do mnie żalu, pomyśl tylko, co powiedziałaby moja matka, siostra? Ja nie 

mogę tylko siebie brać pod uwagę, bo jestem zależna od rodziców. Zresztą, nie wiem, czy nie 

spotkam w życiu kogoś, dla kogo będę gotowa ponieść największe ofiary. No, pocałuj mnie i nie 
męczmy się oboje, bo to nie ma sensu. I weź jeszcze pod uwagę, że ja nie chcę wszystkiego czaru 

miłości i wszystkich tajemnic życia wychylać od razu.

Tuliła jego głowę i raz po raz całowała w oczy. Wreszcie Jacek rzekł z zawziętością:

- Chcesz, bym sobie w twojej obecności w łeb strzelił?
- A pozwolenie na broń masz? Nie bądźże dzieckiem, chłopcze, co za głupstwa.

- Ari!
- Jacek, dobranoc. Moja elokwencja też ma granice.

- Nie puszczę cię stąd.
- Jacek, miejże litość nade mną, pomyśl nie tylko o sobie. Robimy wrażenie pary wariatów, 

targujesz się ze mną o dowód miłości, jakie to brzydkie. Jacek, miłość to nie partia szachów. Tak 
wygląda, jakbym ja tobie, a ty mnie chciał dać mata.

- Ja wiem tylko jedno, że cię kocham i że musi spełnić się to, o czym tyle czasu marzyłem; 

choćby... choćby kosztem małżeństwa.

- Aha! Więc szach królowej.
- Nie rozumiem cię, Ari, co ty za komedie ze mną grasz, nie mogę zrozumieć.

- A ja nie mam ochoty wychodzić za mąż z musu. Zrozumiesz, gdy pokochasz naprawdę, 

tymczasem dobranoc, nie strzelaj się, bo narobisz huku.

Wskoczyła na parapet i wybiwszy szybę, zniknęła w mroku nocy. A gdy w kuchni myła 

okaleczoną   twarz   i   ręce   z   krwi,   uśmiechała   się   przez   łzy,   które   ciurkiem   płynęły   i   płynęły, 

mieszając   się   z   wodą,   i   myślała   jedno:   “Ale   wygrałam   tę   partię.   Winszuję   ci,   Ari,   pierwszej 
przygody”.

Nazajutrz rano Zeler przyszedł pożegnać profesorową i panienki. Był blady i wzruszony.
- Bardzo nam będzie pana brakowało, Jacku - rzekła Klaudiusowa.

- Niech mi pani wierzy, że ja daleko więcej mam czego żałować - odpowiedział.
Imogenka była zapłakana. Długo całował obie jej rączki. Zaś Ari wyszła z kuchni różowa od 

gorąca, uśmiechnięta, w białej chusteczce na głowie i rzekła po prostu:

- Do zobaczenia, panie Jacku, proszę do nas wrócić.

background image

Jackowi na jej widok krew uderzyła do twarzy. Ari wydała mu się teraz stokroć jeszcze 

droższa i bardziej pożądana, a cudna jak nigdy, tym więcej, że odczuwał jej wyższość. Podszedł do 

niej i pochyliwszy nieco głowę w głębokim ukłonie, pocałował ją w rękę i szepnął:

- Przebacz mi, Ari.

Uśmiechnęła się tylko, ale kiedy odwrócił jeszcze od progu głowę i spojrzał na nią, zobaczył 

w rozszerzonych, jakby niewidzących oczach, wyraz takiej tęsknoty i smutku, że po prostu chciał 

krzyknąć:   “Ari,   chodź   ze   mną!”   Opanował  się   jednak.   Ciężko   zatrzasnęły   się   drzwi.   Ari   stała 
jeszcze wciąż nieruchomo, po bladej twarzy płynęły wolno łzy, a słońce rzucało ostry blask na jej 

głowę i migotało w słonych kroplach.

Pani Klaudius ze zdumieniem patrzyła na córkę. Wreszcie na palcach podeszła do niej i 

pocałowała mokrą twarzyczkę, mówiąc cicho:

- Nie trzeba płakać za chłopcem, Ari, to nie wypada.

- Ja nie za chłopcem płaczę, mamusiu, a zresztą już mi przeszło - i uśmiechnęła się do 

matki   ciepłym   uśmiechem   i   to   nieokreślone   “coś”,   co   wisiało   nad   głowami   trzech   kobiet,   a 

urodziło się w załzawionych oczach Adrianki, znikło bez śladu. I ani matce, ani Imogence nie 
przyszło na myśl, że stojąca przed nimi roześmiana dziewczyna ma w duszy cień.

* * *

Wkrótce potem, bo już w niespełna dwa miesiące, w opustoszałym pokoiku zamieszkał 

nowy lokator, pan inżynier Wiktor Karbowski. Ten znów miał posadę w tutejszej fabryce i zanim 
zamieszkał u Klaudiusów, jeździł do pracy z Warszawy. Pan Karbowski miał trzydzieści cztery 

lata,   był   zrównoważony,   pewny   siebie   i   wiedział,   czego   chciał.   A   chciał   właśnie   zakończyć 
kawalerski tryb życia, założyć ognisko domowe, mieć dzieci i dać swojej matce miłą i kochającą 

synową. Idąc do pracy, musiał co dzień przechodzić koło małego, milutkiego domku i starannie 
utrzymanego ogródka, z którego biła odurzająca woń kwiatów i dolatywał wesoły pobrzęk pszczół 

i miły dziewczęcy głos, biorący często nawet górne “c”. Czasem przez sztachety dojrzał smukłą 
kobiecą sylwetkę, migającą szybko między zielenią.

Pewnego   razu,   spiesząc   po   pracy   na   kolej,   spojrzał   wedle   zwyczaju   do   ogródka   i 

zainteresował go miły obrazek: Na dużej wiśni pełnej owoców siedziała dziewczyna na gałęzi jak 

ptak i jak ptak gwizdała niefrasobliwie, zrywając purpurowe jagody do koszyka. Długie nogi w 
ciemnych pończochach chwiały się w takt melodii i te nóżki po prostu wzruszyły inżyniera, bo w 

ogóle   miał   słabość  do   ładnych   nóżek.   Przystanął,   panna   spojrzała   na   niego,   uśmiechnęła   się 
przyjaźnie i Karbowski nie mógł już odejść, więc odezwał się uprzejmie:

- Szczęść Boże, miłej pracy. Ładne owoce w tym roku.
- No, z owoców mamy dopiero wiśnie, ale te rzeczywiście ładne i będzie z nich pyszna 

background image

nalewka.

- Ala pani może spaść i zrobić sobie krzywdę.

- Mogę,   ale   gdyby   tu   weszła   moja   mamusia,   zacna   profesorowa   Klaudius, 

niebezpieczeństwo byłoby większe, a i widok nie tak ciekawy, prawda? - roześmiała się. - Proszę 

wejść do ogródka, poczęstuję pana wisienkami.

Inżynier   wszedł   i   potem   wszystko   poszło   jak   po   maśle.   Zamieszkał   u   Klaudiusów   i 

rozkoszował   się   ciepłą   obecnością   młodych   dziewcząt.   Ale   Ari   wywierała   na   niego   większe 
wrażenie, bo widział w niej materiał na żonę. Żenia, która szybko pocieszyła się po wyjeździe 

Jacka, zaczęła teraz podkochiwać się w Wiktorze i skonstatowała ze zdumieniem, że elegancki, 
poważny pan nie ukrywa  wcale  swojej sympatii  do siostry.  To ją rozdrażniło,  chciała  mu się 

przypodobać, ale każda ich rozmowa kończyła się sprzeczką i Wiktor traktował Imogenkę jak 
rozgrymaszonego dzieciaka. Często przychodził na herbatę i pogawędkę do stołowego pokoju; z 

panią Klaudius rozprawiał o drożyźnie, o polityce, z Leszkiem o jego studiach, z Żenią chronicznie 
się sprzeczał, a właściwie przekomarzał, i nigdy nie prawił jej komplementów, do jakich była 

przyzwyczajona. Tylko z Adrianką nie miał sposobności pogadać, bo rzadko siedziała razem ze 
wszystkimi przy stole i rzadko wtrącała swoje zdanie do rozmowy, a jeżeli to uczyniła, to nikt tego 

nie mógł brać serio, bo Ari “błaznowała”.

Raz zwrócił się do niej Wiktor, by rozstrzygnęła spór:

- Panno Adrianko, kto z nas ma rację? Panna Żenia twierdzi, że mężczyzna jest tyranem, a 

kobieta niewolnicą i dlatego mała Żeniusia postanowiła za mąż nie wychodzić, by tą nieszczęsną 

niewolnicą nie zostać; według mojego zdania to wy, piękne panie, jesteście twardymi despotkami 
i z rozkoszą pijecie nasz ból i cierpienie.

Ari roześmiała się i już matka utkwiła w nią groźne oczy w obawie, że niepohamowany 

języczek znów jakieś głupstwo palnie, gdy tym razem Ari rzekła:

- Ani Żenia, ani pan nie macie racji, bo któż tu mówi o niewolnictwie. Nie jesteśmy, dzięki 

Bogu, w Turcji, zniknęły też czasy srogich Amazonek. Mężczyzna jest zbudowany tak, że może 

orać i uprawiać swoją działkę życia, choćby w pocie czoła, kobieta zaś jest jak kwietny krzew, 
stworzony ku radości jego oczu i serca. Jedno i drugie powinno przeznaczenie swoje spełniać. 

Otwórzcie uszy wasze, bo mądre są słowa moje, koniec! Alleluja! Szlus... Kwiatami możecie mnie 
nie obrzucać.

Matka, która słuchała z natężeniem, pokręciła przy końcu głową. Ta dziewczyna będzie 

chyba   całe   życie   żartować.   Pan   Klaudius   cały   czas   patrzył   na   zegarek,   a   potem   mruknął 

przyciszonym   basem:   “Dobrze”.   Ale   czy   to   się   stosowało   do   Ari,   czy   do   zegarka,   tego   nikt 
odgadnąć nie umiał. Tylko Wiktor skłonił głowę w ukłonie i rzekł poważnie:

background image

- Panno Adrianko, pani jest mądra dziewczyna.
- Aha, wiem o tym doskonale, ale słyszę, niestety, pierwszy raz.

- Ale zapewne nie ostatni.
- Hm... być może, ale boję się, że gdy to będę za często słyszeć, to przestanę wiedzieć.

- Pani studiowała filozofię?
- Przeważnie  dzieła, w jaki sposób najlepiej prać Radionem. Nie, proszę pana, ja mam 

swoją własną filozofię: cieszę się, że żyję, że mamy w kuchni zlew i wodociąg, a także i światło 
elektryczne zamiast wonnych lamp naftowych; cieszę się, że mamusia kupiła mi pantofelki na 

wysokich obcasach i cieszę się, że to u nas mieszka taki wspaniały, godny człowiek, który pierwszy 
ogłosił światu, że Adrianka Klaudius jest mądra panna.

Roześmiali się wszyscy, tylko profesorowa rzekła sucho:
- Za dużo mówisz, Ari.

Panienka   westchnęła,   otarła   się   jak   kot   o   ramię   ojca   i   wyszła   do   kuchni.   A   Wiktor 

zauważył:

- Panna Ari jest niebywale oryginalna i sympatyczna.
I   niedługo   po   tej   rozmowie,   pewnego   poobiedzia,   ku   niebotycznemu   zdumieniu 

profesorowej, Karbowski poprosił ją o chwilę sam na sam i oświadczył się o rękę Ari. Oczywiście 
dostał   błogosławieństwo   i   kiedy   poszedł   lekko   wzruszony   do   swojego   pokoju,   pani   Klaudius 

wytarła nos i resztki łez i zawołała córkę.

- Ari! Pan inżynier Karbowski oświadczył się o twoją rękę.

- Cooo? Nie może być. A to heca, mamusiu! Ja myślałam, że on już jest całkiem poważny i 

rozumny.

- Chciałabym, żebyś w tak decydującej chwili przestała się śmiać. Ja życzę sobie, żebyś 

została jego żoną i uważam cię od dziś za narzeczoną Wiktora.

- Ależ, mamusiu, ja go nie kocham, ja go nie chcę.
- A kogóż ty kochasz i dokąd myślisz siedzieć mi na karku?

- Na razie nikogo nie kocham, a w domu chyba nie przeszkadzam.
- Przeszkadzasz i proszę cię, bez grymasów albo precz z domu. Żeniusia Bogu dziękowałaby 

za takie szczęście, za takiego człowieka.

- Ja bym też Bogu dziękowała, gdyby mi ładnego chłopca zesłał, ale tego to mi przecież 

mamusia ofiarowała.

- Zamilcz i bądź posłuszna, bo przysięgam ci, że pożałujesz.

I zaraz tego wieczora kazała Ari zanieść herbatę do pokoju Wiktora; dziewczyna wzięła tacę 

i poszła. Przed drzwiami zatrzymała się na moment, by odzyskać równowagę, ale jakoś nie mogła 

background image

tego dokazać i kiedy otworzyła drzwi, była tak blada i drżąca, że szklanka dzwoniła na tacy.

Wiktor skoczył ku niej, odebrał tacę i postawił na stole. Korzystając z tego, Ari zrobiła w tył 

zwrot. Karbowski jednak zatrzymał uciekającą i pocałował delikatnie dłoń. To ujęło Adriankę, 
uśmiech jej stał się raźniejszy.

- Panno Ari, pani straciła humor. Czemu? Proszę się mnie nie lękać. Uczynię wszystko, co 

będzie w mojej mocy, by panią uszczęśliwić. Pani nie ma pojęcia, ile czuję dla niej szacunku.

Adrianka   liczyła   w   myśli:   Kocha,   lubi,   szanuje!   Szanuje...   Zaczyna   od   szacunku...   jest 

poważny jak śmierć i powinien mieć w tej chwili na głowie cylinder... I co by to było, gdyby przy 

tym cylindrze i z tą miną trzymał w garści marchew? - twarzyczka jej pojaśniała od figlarnego 
wewnętrznego śmiechu.

Karbowski ciągnął dalej!
- I podziwiam panią za jej pracę. Czasem doprawdy przykro mi, że te piękne ręce takie są 

umęczone.

- Mnie praca nie męczy. To przyjemnie wiedzieć, że jest się komuś potrzebną.

- Pani jest stworzona do roli żony i matki.
- Na razie doskonale czuję się w roli pomocnicy mamusi.

- Myślę, że teraz, jako narzeczeni, poznamy się lepiej, Ari.
- Ja pana już poznałam doskonale, a mnie pan nie pozna nigdy.

- Dlaczegóż to?
- Bo ciągle jestem inna. Proszę spojrzeć uważnie, czy taką Ari pan kiedy widział?

Podeszła   do   niego   bliżej  i   przechyliwszy   nieco   głowę   na   ramię,   popatrzyła   mu   w   oczy 

słodko, gorąco, zalotnie, a tęsknie. Białe zęby błysnęły drapieżnie. Wiktor zmieszał się. Przebiegł 

go dreszcz.

- Nie,  takiej   nie  widziałem  jeszcze   i  nie  spodziewałem  się  ujrzeć.  Ale  pani  jest dziwna 

dziewczyna.   Proszę   już   tak   nie   patrzeć,   bo   nie   jestem   z   drzewa.   Niech   mała   Ari   usiądzie   na 
chwilkę, czasem mam wrażenie, że te smukłe nóżki są na sprężynkach.

Siadła   na   kanapie   i   uczuła   bolesny   skurcz   serca:   “Tu   niegdyś   z   Jackiem...”   Ta   nowa 

przygoda zapowiadała się “rzewnie”.

- Pani jest śpiąca?
- Nie, tylko tak zrobiło mi się smutno.

- Smutno   pani?   Pani   jest   uosobieniem   radości,   werwy,   humoru...   Czegóż   to   smutno, 

malutka, czy naprawdę nie chciałabyś zostać moją żoną?

- Nie wiem sama, czego chcę, może tylko być kochaną i kochać, ale zdaje mi się, że to nie 

wszystko jeszcze. Śni mi się świat, śni mi się morze dalekie, szumiące. Chcę zobaczyć ludzi i nowe 

background image

miasta, i nowe stosunki, i wielkie lasy, i kwiaty jak motyle, a motyle jak kwiaty. Chcę się modlić 
nad wielką, wielką wodą i śpiewać w odwiecznym, szumiącym borze.

- Pani jest zupełnie inna wśród ludzi niż tutaj, tak w cztery oczy.
- A   nie   powiedziałam,   że   jestem   coraz   to   nowa?   -   zaśmiała   się.   -   A   teraz   muszę   już 

powiedzieć dobranoc.

- Chwileczkę. Przecież to jest nasz wieczór zaręczynowy, proszę dać rękę.

Podała, trochę zdziwiona, a on wsunął jej na palec pierścionek ze wspaniałym brylantem. 

Wrażenie zatamowało jej oddech.

- Oj!... Brylant - westchnęła przeciągle.
- Podoba się pani? Bardzo mnie to cieszy...

- Czy podoba?... Jestem nieprzytomna. Nie wiem, czy by nie wypadało zemdleć...
- Nie, niech pani nie mdleje, nie wiem, jak ratować mdlejące damy...

- Oo! Ari awansowała na damę. Nie będzie mi pan chyba brał za złe, że tego wspaniałego 

pierścionka   nie   będę   co   dzień   nosiła   przy   pracy.   Nie,   naprawdę,   Ari,   nie   fiknij   koziołka,   bo 

inżynier się rozczaruje, ojej, ojej, dziękuję i muszę uciekać, no, dobranoc...

- Dobranoc pani, ale... Ari!...

- Aha!   Rozumiem.   Tak   jest  w  powieściach   i  na   filmach:   on  jej   kładzie   na   drżącą  dłoń 

pierścionek, a ona podaje mu usta, ale ja tego nie uczynię, nie mam jednak nic naprzeciwko, by 

pan prawa narzeczonego zdobywał.

Podała mu obie ręce, ale nim nawet owe ręce zdążył pocałować, już jej nie było. Karbowski 

został w odległości trzech kroków z miną bardzo niewyraźną. Ogarnęło go zdumienie i zachwyt.

- Ależ ta mała jest czarująca! - krzyknął i obejrzał się wystraszony dźwiękiem własnego 

głosu.

Nie wiedział sam, jak się to stało, że teraz dzień w dzień odnajdywał w narzeczonej nowe 

zalety, nowe ponęty, i zaczął dla niej na dobre tracić głowę. Ślub wyznaczony był na czerwiec, a on 
już w marcu liczył dni do owej chwili. Na pani Klaudius wymógł, że w dzień zabierał ją to do 

teatru czy do kinematografu, to znów na koncert, a potem, kiedy znaleźli się razem w domu, Ari 
urządzała drugie przedstawienie: śpiewała, tańczyła, parodiowała gwiazdy i wywróciła zupełnie 

do góry nogami poglądy Wiktora, bo przecież dawniej nie znosił filmu, a rewie go nudziły. Teraz 
śmiał się i śpiewał razem z Ari, zaczął flirtować z Żenią i nawet z panią Klaudius. W małym 

domku kwitło, zda się, samo szczęście. Ani razu jednak nie miał sposobności powiedzieć Ari, że ją 
kocha, nie ośmielił się też pocałować jej, choć coraz częściej i uporczywiej o tym myślał.

Wreszcie, w pewną majową noc siedzieli oboje na ławeczce w ogródku. Matka szczęśliwa, 

że wydaje za mąż choć jedną z córek na razie i to właśnie tę, która nie ma w ręku żadnego fachu 

background image

ani wykształcenia, dyskretnie się ulotniła, Imogenka poszła do koleżanki wypłakiwać swój żal i 
zawód, a profesor odmaszerował na spacer przy księżycu. Narzeczeni siedzieli cicho, bo wieczór 

był cudowny, ciepły i pachnący, gdy Ari zaczęła sennie:

“Kiedy zakwitną bzy,
niedługo już, niedługo,

kiedy zakwitną bzy,
pójdziemy - ja i ty - 

w pachnących drzew aleje,
w liliowych snów zawieje

miesięczną jasną smugą
niedługo już... Niedługo.

Będziemy wolno szli,

kędy się woda szkli
i śmieje do miesiąca

lilia wzruszeniem drżąca.
A my srebrzystą smugą

będziemy wolno szli
niedługo już... Niedługo.

Będziemy pytać róż,

jak w starej, złotej baśni,
będziemy pytać róż

co szepcą w nocną głusz.
A krople chłodnej rosy

osrebrzą nasze włosy.
My w cichej brodząc jaśni

będziemy słuchać róż
jak w starej, złotej baśni.

Aż wreszcie przyjdzie czas,

że coś się zbudzi w nas
i krew uderzy w lice

background image

i zdradzi tajemnicę,
że pocałunek miły.

I będziesz z całej siły
całować w cudny czas,

poczekaj, już nie długo.”

- Jak to ślicznie powiedziałaś, Ari! - pierwszy raz nazwał ją po imieniu. - Naprawdę jesteś 

rozkoszna i ciągniesz jak magnes.

Ari zaś pomyślała, że inżynier zepsuł nastrój niepotrzebnymi słowami i poczuła szacunek i 

wdzięczność   dla   ojca,   który   potrafił   nie   mówić.   Pomyślała   jeszcze,   że   narzeczony   jest   mało 

subtelny i że Jacek, och, gdyby tu był Jacek!... Oczywiście nie powiedziała tego wszystkiego, tylko 
głosem grzecznej, zdziwionej dziewczynki rzekła trochę przeciągle:

- Oo! - I spojrzała uśmiechniętymi, kocimi oczami na mężczyznę, który nie wiedział, jak się 

chwyta najpiękniejsze momenty księżycowych nocy.

A on patrzył na nią długą chwilę i powiedział przyciszonym głosem i tonem, jakby odkrył 

coś niesłychanego.

- I   pomyśleć   sobie,   że   taka   czarująca   dziewczyna   jest   moja.   Przecież   ja   cię   naprawdę 

kocham, Ari. Jestem zakochany we własnej narzeczonej niby sztubak.

“I żeby mi oświadczyć, że kocha, musi układać całe długie zdanie, jaka szkoda, że nie jest 

sztubakiem” - znów uśmiechnęła się ironicznie myśl Ari. - Taaak? Pan mnie kocha?? Patrzcie 

państwo, niebywałe!

Przechyliła głowę na ramię i mrużąc oczy, spytała ciszej:

- I doprawdy mocno?
Wtedy   dopiero   Wiktor   zapomniał   o   równowadze   wytwornego   narzeczonego,   objął 

dziewczynę wpół i całując raz po raz powtarzał:

- Mocno... mocno... mocno!

Nie przypuszczał nawet, że w tej chwili Żenia, która wróciła z wizyty, płacze w objęciach 

strapionej profesorowej.

- Mamusiu, ja umrę, ja nie wytrzymam, ja nie mogę. Siedzą, na pewno teraz całują się, bo 

on już trzymał ją za rękę. A ja! A ja!...

- Żeniusiu najmilsza, i ty wyjdziesz za mąż, i tobie znajdę chłopca.
- Nie chcę chłopca. Chcę tego. Wiktora, taki cudny w smokingu i taki poważny... i... i... och, 

mamusiu, jaka ja nieszczęśliwa... i... i ten pierścionek... i on jest taki mądry!

- Będziesz miała jeszcze mądrzejszego.

background image

- Ja chcę tego. Och, ta Ari, ta kokietka bez serca! Nie cierpię jej!
I dlatego, kiedy Ari, jak zwykle, na noc przyniosła siostrze kwiaty na stolik i chciała ją 

pocałować, Żenia odwróciła się do niej plecami i syknęła:

- Odejdź ode mnie! Odejdź!

* * *

We   wtorek,   przed   ślubem,   Ari   pojechała   do   Warszawy   po   pantofle   i   różne   drobiazgi. 

Wracała o dwunastej w południe i chodziła po peronie, czekając aż podstawią pociąg. Myśli jej 
krążyły uparcie koło osoby ojca, który w ostatnich czasach dziwnie się zestarzał i wyglądał, jakby 

go coś dręczyło. Często Ari łapała jego wzrok uporczywie w nią wlepiony. Pytać nie śmiała, on 
mówić nie potrafił... Częściej więc tylko niż dawniej przytulała w przelotnej pieszczocie główkę do 

jego ramienia.

“Mój drogi, kochany milczek” - pomyślała serdecznie i podeszła do zegara, chcąc zobaczyć, 

ile jeszcze minut do odejścia pociągu; nagle wszystka krew zbiegła jej do twarzy, upuściła paczki 
na   ziemię;   naprzeciwko   szedł   Jacek.   Jacek   we   własnej   osobie.   Na   razie   z   daleka   nie   poznał 

Adrianki, zobaczył tylko, że jakaś pani czy panna zbiera paczki, skoczył więc pomagać i dopiero 
gdy z bliska spojrzał w jej twarz szepnął:

- Ari.
- Właśnie ta sama, Ari. Co się z tobą działo, Jacuś?

Ale nie odpowiedział, tylko wlepił w nią urzeczone oczy i szeptał:
- Ari, moja Ari, jak ty się zmieniłaś.

- Podobno. Nie stójmy tak, bo ludzie się gapią, chodźmy tu na bok.
Wskoczyła lekko na stojącą przed budynkiem stacyjnym platformę, a Zeler stanął blisko, 

tak blisko, że dotykał jej ciała ramieniem.

- Dlaczego nie napisałeś ani słowa, nie pokazałeś się u nas?

- Nie   mogłem   przyjechać.   Na   posadzie   tkwiłem   do   października,   potem   zachorowała   i 

umarła   mi   matka,   trzeba   było   pojechać   do   domu   i   pozałatwiać   tysiące   spraw.   Potem   znów 

powróciłem na posadę, gdzie jestem obecnie. Dziś rano wpadłem do Warszawy, bo mam parę dni, 
a właściwie dwa tygodnie urlopu. Teraz właśnie wybrałem się do was... ale czego się tak dziwnie 

śmiejesz, co ci jest, Ari?

- Mnie? Nic! Pojutrze mój ślub. Może przyjdziesz? O godzinie piątej.

Odstąpił krok, mocno pobladł i milcząc patrzył na uśmiechniętą dziewczynkę, która nie 

wiedziała, że w tej właśnie chwili zburzyła cały gmach rojeń, jego najmilszych, wypieszczonych 

snów.

- No jak, chłopcze, będziesz?

background image

- Nie, serdecznie dziękuję, nie lubię przedstawień. Więc pocieszyłaś się, co?
- Tak niby! A gdzie zamieszkałeś, Jacuś?

- Chcesz mi złożyć wizytę? Zbytek łaski. Zresztą, jeżeli ci to sprawi przyjemność, proszę. 

Hotel Europejski, pokój nr 40.

- Fiu, fiu... Hotel Europejski...
- No, Ari, życzę ci nowych przygód i szczęścia, pozdrów rodzinę. Żegnam - odszedł szybko.

Tego dnia Ari po powrocie do domu była zupełnie normalna i nic nie zdradzało walki, 

którą   toczyło   małe   serduszko;   dopiero   nazajutrz   przed   wieczorem,   gdy   Wiktor   pojechał   do 

Warszawy na noc, dostała silnych wypieków i rodzina zauważyła, że Ari nie chodzi tak lekko i 
zwinnie   jak   zawsze.   Jej   kroki   stawały   się   coraz   powolniejsze,   jakby   dziewczynie   zabrakło   sił. 

Zaniepokojona matka spytała:

- Adrianko, czy ty nie masz gorączki?

- Nie wiem, mamusiu - głuchym, nieswoim głosem odparła.
- Chodź no tu do mnie.

Podeszła posłusznie i chciała przyklęknąć przy fotelu, nagle wykonała kilka nieokreślonych 

ruchów głową i ustami i upadła jak długa. Imogenka krzyknąła przeraźliwie, Leszek chwycił wodę 

ze stołu, matka trzęsła leżącą i wołała:

- Ari, co tobie, co za komedie, Ari! - głos jej dygotał.

Na progu pokoju stanął profesor, przez chwilę patrzył marszcząc brwi jakby nie rozumiał, o 

co chodzi, potem twarz mu się dziwnie skurczyła, podszedł szybko do wciąż nieruchomej córki, 

odsunął wszystkich i wziąwszy ją na ręce, zaniósł na otomanę. Teraz zaczął nacierać jej skronie 
wodą kolońską i wachlować twarz ręcznikiem, wszystko bez słowa. Wreszcie Ari otworzyła oczy, 

popatrzyła chwilę i uśmiechnęła się.

- Już dobrze? - rzekł ojciec i wszyscy usłyszeli, że jego głos nie drży wprawdzie, ale ma 

wysoki, śmiesznie wysoki ton.

Wymownym gestem usunął rodzinę z pokoju i został przy córce sam, delikatnie gładząc jej 

twarzyczkę. Ari westchnęła i znowu uśmiechnęła się srebrnymi od łez oczyma.

- Dziękuję ci, dobry tatusiu.

- Ari, słoneczko, śpij - wykrztusił.
- Nie, wolę na ciebie patrzeć. Nie myślałam, żeś taki dobry.

Machnął ręką i patrzył bez przerwy na bladą, lecz uśmiechniętą twarz, wreszcie rzekł, jakby 

z trudem:

- Nie jesteś szczęśliwa.
- W tej chwili bardzo, tatusiu.

background image

- Śpij, córeczko.
A kiedy usnęła z głową przytuloną do jego dłoni, obejrzał się ostrożnie wokoło i pocałował 

lekko zaróżowiony policzek córki.

Leszek jednak, zerkając przez uchylone drzwi, ujrzał to i w jego sercu zbudziła się dla 

“nudnego starego” tkliwość. Wszedł na palcach.

- Tatusiu - Leszek zwykle mówił “ojcze” - rozstawię tu swoje łóżko dla tatusia, a sam pójdę 

do Wiktora.

Klaudius skinął głową. A gdy ucichły w domu szmery, zdjął córce pantofelki, rozpiął jak 

najostrożniej sukienkę i okrył pledem, po czym siadł na rozstawionym łóżku i tak przesiedział do 
świtu.

Nazajutrz Ari wstała zdrowa, tylko bardzo blada, z oczyma ciemno podkrążonymi. Wzięła 

się do pracy i śpiewała głośno, pakując skromną wyprawę do walizek. Żenia chciała jej pomóc, Ari 

jednak nie pozwoliła, zamknęła się w sypialni na klucz i słychać było tylko stuk otwieranych i 
zamykanych szuflad. O godzinie trzeciej wyszła do stołowego pokoju ubrana w nową, popielatą 

sukienkę i przywitała się ze stołownikami, składającymi jej serdeczne życzenia. Obiad podawała 
dziś specjalnie zgodzona kobieta. Ari wyszła do ogródka i błądziła chwilę między krzakami bzów. 

Tu ją zastał Wiktor, który przyjechał z rodzicami. Goście siedzieli w jego pokoju, zamienionym w 
ten dzień uroczysty na salonik.

- Ari, jak ślicznie wyglądasz, chodź przywitać się z rodzicami.
Weszła uśmiechnięta, przywitała się spokojnie i usiadła obok przyszłego teścia. Wiktor był 

wyraźnie wzruszony i nie spuszczał oczu z miłej twarzy narzeczonej, rozmawiającej swobodnie i 
wesoło. Wreszcie przyszła po córkę profesorowa.

- Ari, przyszedł fryzjer, czas się ubierać.
Nucąc   cichutko,   usiadła   przy   toalecie   i   kiedy   gorące   żelazka   fruwały   koło   jej   głowy, 

spoglądała nie w lustro, tylko w okno, dopiero gdy Żenia dotknęła jej ręki i powiedziała drżącym 
głosem:

- Ari, już jesteś uczesana, ubieraj się, na co czekasz? - zerwała się z krzesła i wybuchnęła 

śmiechem:

- Żeniu, widziałaś coś podobnego?... Przecież ja jestem zupełnie inna Ari.
- Ale teraz jesteś taka jakaś, no bo ja wiem?... Nie umiem określić, chyba że ładna.

- Ładna? Adrianko, córko znanego przyrodnika, siostro słynnej z urody Imogenki o złotych 

lokach,  nie kryj wstydliwie twarzy, albowiem jesteś ładna...  Żeniu, a teraz na chwilę zamknij 

drzwi z tamtej strony, bo chcę otulić ciało w jedwab.

Gdy niezadowolona z tego obrotu sprawy Żenia wyszła, Ari, przekręciła klucz w zamku, 

background image

wyciągnęła   spod   łóżka   małą   walizeczkę   i   wrzuciła   tam   odłożone   na   bok   w   szufladzie   sztuki 
bielizny, kilka sukienek i swoje stare pantofelki sportowe.

Zdjęła   ostrożnie   z   wieszaka   ślubną   suknię,   owinęła   w   papier   i   włożyła   do   walizki   z 

welonem. Otworzywszy szufladę Imogeny, odsypała trochę pudru do swojej małej, od dnia kupna 

pustej puderniczki, odłamała kawałek pomadki do ust i ołówka do brwi. To wszystko schowała w 
swojej   torebce.   Przeliczyła   pieniądze,   miała   wszystkiego   dwadzieścia   złotych.   To   były   jej 

oszczędności. Wyjęła jeszcze z szafy płaszczyk i sportowy granatowy berecik. Naciągała go przed 
lustrem   ostrożnie,   żeby   nie  zburzyć   fryzury.   Cały   czas   śpiewała  głośno  i   słyszeli   ją   dobrze   w 

saloniku.

- Jakże ta Ari się guzdrze - narzekała Klaudiusowa - muszę jej przecież welon upiąć. - 

Mocno zdenerwowana podeszła do drzwi.

- Ari!

- Zaraz, mamusiu, jestem rozebrana.
- Pośpiesz się, co ty wyprawiasz?

- No już, w tej chwili, suknię włożę i już... za kwadrans będzie mamusia mogła mi pomóc.
Klaudiusowa wróciła do salonu. Wtedy Ari cichutko otworzyła drzwi z klucza, palto na 

ramię, walizeczkę w rękę i wyszła przez okno na puste podwórko. Wprawdzie tu mógł ją kto 
zobaczyć z kuchni, ale okna kuchni były zasłonięte żółtymi storami i przy szybkim działaniu nie 

groziły niebezpieczeństwem. Z podwórka przez nieduży parkanik wydostała się na pole i ruszyła 
w stronę Warszawy, nie drogą koło toru i nie szosą, ale przez pole i pastwiska.

Tymczasem po kwadransie pani Klaudius weszła do sypialni. Córki nie było. Ślubna suknia 

też   zniknęła.   Może   więc   Ari   ubrała   się   nareszcie   i   jest   w   jadalni   lub   ogródku?   Zaczęły   się 

niespokojne nawoływania, potem płacz profesorowej. Ari znikła jak kamień w wodę.

Zapadł mrok. Poodjeżdżały  taksówki  z warszawskimi  gośćmi, odjechali  bez pożegnania 

oburzeni rodzice Wiktora. Klaudiusowa leżała na kanapie z głową obłożoną mokrymi ręcznikami i 
bez   przerwy   jęczała:   “Taki   wstyd,   taka   hańba”.   Wiktor   siedział   przy   stole   z   głową   ukrytą   w 

dłoniach, blady jak trup, i milczał. Milczało i rodzeństwo Ari. Tylko Imogenka nie spuszczała 
wilgotnych   oczu   z   twarzy   Karbowskiego.   Profesor   Klaudius   bez   przerwy   chodził   z   rękoma   w 

kieszeniach najpierw po mieszkaniu, potem po ogródku, wreszcie, koło dziewiątej, wszedł znów 
do pokoju i usiadł przy biurku. Na kupie książek, na samym wierzchu, leżał “Żywot pszczół”, a na 

nim, jakby rzucona od niechcenia, pąsowa, pachnąca róża. Profesor wziął kwiat do ręki, powąchał 
machinalnie   i   wśród   nieruchomej   ciszy   zaczął   przewracać   kartkę   za   kartką.   Wolno, 

systematycznie. Wszystkie oczy zawisły na nim niespokojnie, wyczekująco, a on wciąż przewracał 
i przewracał stronice. Nagle pochylił się całym ciałem nad książką. Na marginesie, czerwonym 

background image

ołówkiem wypisane były słowa: “Nie martw się, tatusiu, mój przyjacielu, żyję, jestem zdrowa i 
wesoła. Ari.” I wtedy, po raz pierwszy w życiu, dzieci i Wiktor zobaczyli, jak twarz profesora 

zadrgała, a usta rozchylił ciepły, wesoły uśmiech. To był widok tak nieoczekiwany, że wszyscy 
skoczyli  do niego, on bez słowa wskazał  palcem margines, wstał  i nie zatrzymany  zniknął  za 

drzwiami. Wiktor przeczytał. Łuna zalała jego energiczne, męskie szczęki. Chwilę jeszcze stał bez 
ruchu, potem wziął kapelusz i palto, skłonił się obecnym i wyrzekł zmienionym głosem:

- Żegnam państwa.
Po czym, przygarbiony, wyszedł. Nikt nie powiedział ani słowa. Żenia jednak skoczyła do 

drzwi, dopędziła Wiktora przy furtce i chwyciła go za obie ręce.

- Wiktor, nie odchodź tak, spójrz na mnie, obiecaj, że wrócisz, ja umrę bez ciebie - mówiła 

rozpaczliwie, cała drżąca.

Karbowskiego ogarnęło szalone zdumienie.

- Ależ, panno Żeniu!
- Ja Bogu dziękuję, że ona uciekła, ja nie miałabym ani chwili spokoju, wiedząc, że jesteście 

stale we dwoje, że się kochacie, ja ją znienawidziłam przez pana.

- Imogenko, nic nie rozumiem, co to ma znaczyć?

- Co to ma znaczyć? Och, ślepy... ślepy... ślepy!... - I wybuchnęła płaczem.
Wobec tego Wiktor wziął ją pod rękę, chociaż stawiała gwałtowny opór, i zaprowadził do 

mieszkania.

- Proszę pani, panna Żenia jest tak zdenerwowana, że nie ma sensu, by została w domu. 

Pani   pozwoli,   że   zabiorę   ją   do   Warszawy,   pójdziemy   się   gdzieś   rozerwać,   zanocuje   u   moich 
rodziców, a rano przyjedzie.

Pani   Klaudius   momentalnie   ogarnęła   sytuację   i   możliwości   z   niej   wypływające,   więc 

zezwoliła   chętnie.   Za   godzinę   młodzi   jechali   sami   w   przedziale   i   Żenia,   korzystając   z   tego, 

przytuliła się do Wiktora.

- Niech   się  pan   nie  martwi.   Ja   za  parę   dni   dostanę   maturę   i   też   będę   dorosłą   panną, 

strasznie chcę być jak najprędzej mężatką.

- Czy to mają być oświadczyny, panno Żeniu? - spytał ubawiony lekko.

- A choćby. Czy ja nie jestem ładniejsza od Adrianki?
- Pani   jest   dziecinna,   Żeniu.   Kochałem   Ari,   ona   uciekła   od   ołtarza   prawie,   więc   mam 

pocieszyć się małą siostrzyczką?

- Ale pan musi i mnie pokochać, bo ja chcę... Niech pan mnie pocałuje na zgodę.

Inżynier, bardzo zmieszany, przebierał palcami w kieszeni palta. Ze zdziwieniem poczuł 

jakiś   mały   pakiecik.   Wyjął,   otworzył,   w   świetle   lampy   błysnął   wspaniały   brylant.   Imogenka 

background image

patrzyła zaniepokojona w zmienioną twarz Wiktora.

- I tak się cieszyła z tego pierścionka, tak jej było ładnie z tą piękną, ozdobioną dłonią - 

rzekł jakby do siebie.

- Wiktor, zapomnij, ja cię tak bardzo kocham i ty mnie pokochasz, ja wiem - przytulała się 

serdecznie Imogenka.

- Zobaczymy,   Żeniu,   teraz   jestem   tylko   strasznie   zmęczony,   och,   jak   zmęczony   tym 

wszystkim.

- Zaraz pan o tym “wszystkim” zapomni, już ja się postaram.

Poszli do restauracji, a potem na dancing i Żenia “starała się” tak niezmordowanie, że 

Wiktor, który miał urlop przeznaczony na podróż poślubną, zaprosił panienkę na ten czas do 

Otwocka, gdzie rodzice jego mieli swoją willę.

Żenia wróciła do domu rozradowana i opowiedziała wszystko matce i Leszkowi. Matka 

ucałowała śliczną buzię pieszczochy i rzekła wśród łkań:

- Może   Bóg   zwróci   jego   serce   ku   tobie   i   będziesz   szczęśliwa.   Taki   zamożny   chłopiec. 

Gdybyście się pobrali, zatarłaby się plama na naszej rodzinie przez tamtą bezwstydnicę zrobiona.

Leszek jednak skrzywił nos.

- Mnie nie imponuje wyprawa Żeni po męża. Nie wiem też, czy ojciec będzie zadowolony.
Klaudiusowa skoczyła jak furia.

- Ojciec? Co tu ojciec ma do gadania? Co robił dla was przez całe życie, czy zatroszczył się 

kiedy o co? Czy nie zatruł mi życia, wprzęgając w jarzmo pracy?... A jego pupilka, Ari, co zrobiła? 

I ty śmiesz mnie ojcem straszyć?

- Ja powiedziałem tylko swoje zdanie.

- Swoje zdanie będziesz miał wtedy, gdy będziesz na swoim chlebie, tymczasem jesteś u 

mnie, smarkaczu, i moją krwawicę pijesz.

Leszek trzasnął drzwiami i wyszedł wściekły, myśląc, że jednak Ari jest zuch dziewczyna.

* * *

Adrianka zaś w ów tragiczny dzień przymaszerowała do Warszawy koło dziewiątej i od razu 

poszła do hotelu, a przypuszczając, że Jacka jeszcze nie zastanie, rzekła śmiało do portiera.

- Proszę o klucz od pokoju nr 40, do pana Zelera. Trzeba tam zanieść tę walizkę, a ja mam 

na niego i na tatusia poczekać.

Portier spojrzał na szczupłą figurkę i dziecinną twarzyczkę panienki, zawołał chłopaka, by 

wziął walizkę  i dał mu klucz.  Ari pewnym krokiem ruszyła za pikolakiem. Gdy została sama, 

odsunęła walizkę w kąt i rozciągnąwszy się na tapczanie odpoczywała. Potem wyjęła z walizki 
swoją ślubną suknię i zaczęła się ubierać wolno i starannie. Suknia była bardzo dobrze uszyta, 

background image

obciskała miękko smukłą gigurkę Adrianki, a jej lekko kremowy połysk rzucał na twarz Ari ciepły, 
matowy cień. Z welonu Ari udrapowała sobie na ramionach szal, przypudrowała twarz, poczerniła 

brwi   i   pociągnęła   usta   czerwienią,   myśląc   jednocześnie,   że   brylant   bardzo   by   do   tej   toalety 
pasował.  Okręciła   się kilka  razy  przed  lustrem  uśmiechnięta,  a  potem usiadła   na tapczanie   i 

bawiła się swymi lakierowanymi pantofelkami.

Jacek tego dnia pił z kolegami z okazji ślubu Ari. Nie chciał o niej myśleć, o tej fałszywej 

dziewczynie, o której cały rok marzył po to, żeby przyjechać na jej ślub z kim innym. To przecież 
było okropne. Ta słodka, poetyczna dziewczynka. Pił więc na umór. Wreszcie koledzy postanowili 

go odprowadzić, widząc, że nie tylko jest porządnie wstawiony, ale i zdenerwowany okropnie. 
Odwieźli go do hotelu. Jacek pożegnał ich i poprosił o klucz.

- Klucz już wzięty, przyniesiono wa...
Ale Jacek nie czekał na wyjaśnienie, tylko gnał po schodach. Z łoskotem otworzył drzwi. W 

pokoju było ciemno. Drżącą ręką przekręcił kontakt i krzyknął.

Przy lustrze stała uśmiechnięta, biało ubrana dziewczyna, spowita gazą jak obłokiem.

- Ari! To ty, Ari? Ty tutaj, dziś - dyszał ciężko, a mózg jego pracował usilnie: “Nie jestem 

przecie pijany, nie jestem pijany”.

Adrianka podeszła do niego.
- Tak, Jacku, to ja, Ari - rzekła cicho.

- Gdzie mąż?
- Nie mam jeszcze męża - brzmiała odpowiedź cichsza niż poprzednia.

Długie milczenie. Wreszcie:
- Ari, z tego pokoju nie można wyskakiwać oknem, za wysoko.

Położyła mu dłonie na ramionach i roześmiała się cichutko.
- Szkoda by było sukienki, nie wyskoczę.

Przytulił ją do piersi z całej mocy i nie mógł zdobyć się nawet na szept, bo miał wrażenie, że 

cały świat trzyma w ramionach, że zdobył jakieś niewysłowione szczęście, o jakim tylko bajki 

szepczą   uśmiechnięte,   że   wystarczy   jednego   słowa,   by   urok   spłoszyć   i   wszystko   zniknie. 
Zapachniał mu ogród słońcem zalany.

- Nic nie mówisz, Jacku?
- Nie mogę, nie mogę! Nie wiem, co mówić, co myśleć.

- Najlepiej nic, chłopcze. Jeżeli możesz zabrać mnie z sobą, to zabierz. Sama nie wiem, czy 

dałabym sobie radę. Przyszłam do ciebie, boś mi najmilszy i zdaje mi się, że cię kocham.

- Zabiorę cię, jedyna, czy chciałabyś wyjechać jako moja żona?
- Nie, Jacku, nie mogę, a właściwie... nie chcę.

background image

- Nie chcesz? Więc jak?
- Nijak. Po prostu jadę z tobą, tam przecież mnie nikt nie zna. Jeżeli nie masz odwagi 

powiedzieć   “to   jest   dziewczyna,   którą   kocham”,   możesz   mówić   “to   moja   siostra”.   Widzisz, 
chłopcze, ja nie mogę się jeszcze wiązać, ja jeszcze muszę poznać świat i trochę siebie samą.

- Będzie,   jak   chcesz,   Ari,   ale   w   głowie   mi   wiruje,   nie   mogę   uświadomić   sobie,   że   jest 

wszystko tak, jak mówisz, że jest przy mnie Ari, do której tyle czasu tęskniłem.

- Oho! Tęskniłem.
- Ari,   ty   jesteś   strasznie   podobna   do   Japonki,   gdybyś   jeszcze   miała   wystające   kości 

policzkowe i włosy, o tak - chwycił pełną garścią za ufryzowane, miękkie jak puch włosy i podniósł 
do góry.

- Noo! Boli!
- To nic, powinnaś jeszcze dostać w skórę za te wszystkie awanturki, jakie wyprawiasz, ty 

moja uśmiechnięta gejszo. Masz jakiś dowód osobisty lub coś w tym rodzaju?

- Mam dowód.

- Więc jutro jedziemy. Miałem tu zostać jeszcze z dziesięć dni, ale wolę już z tobą, tam, w 

las.

- Jutro nie, pojutrze.
- Czemu?

- Mam interes do załatwienia.
- Dobrze! Siadaj, kochana, tu, bliżej mnie. Dlaczego uciekłaś narzeczonemu?

- Bo go nie kochałam. Zlękłam się tego długiego życia we dwoje i kłamstwa.
- A mnie kochasz, Ari?

- Teraz tak, ale nie wiem, czy jutro i później... dlatego nie wychodzę za ciebie. Ale na razie 

przynajmniej chcę być z tobą.

- Już mi wszystko jedno, co zrobisz, bylebyś była obok mnie i błyskała tymi perełkami.
- Ale żebyś wiedział, jaka Ari głodna! Ojej! Ojej!

Poderwał się z krzesła, zadzwonił.
- I dopiero teraz mi to mówisz, dziewczyno?

- Przecież dotychczas nie dałeś mi przyjść do słowa.
Gdy kelner zastawił stół i młodzi zasiedli naprzeciwko siebie, oboje uśmiechali się patrząc 

na siebie, tknięci jednakową myślą: “To nasza weselna uczta”.

Milczeli wzruszeni, wreszcie Zeler rzekł zdławionym głosem:

- Ari, wydaje mi się, że to wszystko jest snem i ty w swojej cudnej, jakby ślubnej sukience, 

rozwiejesz się jak mgła. Usiądź przy mnie... bliżej jeszcze. O tak.

background image

- To   jest   właśnie   moja   ślubna   sukienka,   Jacku.   Włożyłam   ją   dlatego,   że   dziś   przecież 

wchodzę w zupełnie inne życie. Rzuciłam dom. Zaczęłam swoją nową przygodę.

Jacek nalał wina w kieliszki i patrząc w głąb na moment poważnych i zadumanych oczu 

dziewczyny, szepnął:

- Za nasze szczęście, Ari.
Wypili i pocałowali się mokrymi od wina ustami. Potem Adrianka z humorem opowiadała 

mu historię swego narzeczeństwa, wreszcie rzekła:

- A   teraz,   Jacuś,   szykuj   sobie   locum   w   hotelu,   bo   jestem   już   śpiąca,   i   czuję,   że   nim 

dojedziemy do twych lasów, połknę cię w ataku ziewania.

- Ari, jak to, nie pozwolisz mi zostać z tobą?

- Byłbyś w niebezpieczeństwie, chłopczyku... Ogarnia mnie wojowniczy nastrój i nie wiem, 

czy nie nabrałabym ochoty spróbowania na przykład boksu. Bądź dżentelmenem i odejdź.

Pokręcił   serwetką,   policzył   muchy   przylepione   do   papieru,   popatrzył   na   lśniący   puch 

włosów Ari i rzekł zrezygnowany:

- Dobrze, Ari, to ja już sobie pójdę.
Przytuliła mu nosek do policzka.

- Dziękuję ci, kochany, jesteś dobrym chłopcem.
On zaś przechylił jej głowę w tył, zanurzając znów palce w ciepłym jedwabiu kędziorów.

- Ari, czesz się tak zawsze. Cudnie wyglądasz i... bądź spokojna, nie będziesz potrzebowała 

wyskakiwać oknem i kaleczyć łapek. Przyrzekam.

Nazajutrz   Ari   z   samego   rana   poszła   do   uniwersytetu,   gdzie   wykładał   jej   ojciec,   i   dała 

woźnemu list z prośbą o doręczenie profesorowi. W liście napisała krótko, by ojciec czekał na nią 

o godzinie drugiej w cukierni, gdzie zwykle pijał herbatę. Nie bała się tego spotkania i kiedy o 
umówionej godzinie przyszła, zastała ojca spokojnie czytającego gazetę.

- Jestem, tatusiu, nie gniewaj się i nie martw o mnie. Wszystko jest w porządku, tylko, 

hm... - chrząknęła i zaczerwieniona skończyła prędko - daj mi trochę pieniędzy, tatusiu.

Uśmiechnął się, co ogromnie dziewczynkę wzruszyło, i wyciągnął sto złotych.
- Więcej nie wziąłem. Pisz na uniwersytet, a przyślę.

- Dziękuję, jesteś mądry i kochany, tatku.
Pieszczotliwie pogładził jej ręce, złożone na stoliku.

- A tam... piekło, wiesz?
- Domyślam   się.   Wypijemy   razem   herbatę,   dobrze,   tatuś?   Popatrz,   co   za   komiczna 

sytuacja. Każę podać.

Uśmiech   ojca   znowu   ogromnie   poruszył   Adriankę.   Nie   zwracając   uwagi   na   obecnych, 

background image

przytuliła  usta  do jego wielkiej  czerwonej  dłoni (profesor stale  miał  jakby  zmarznięte  ręce) i 
szepnęła:

- Dałabym życie, by cię zawsze widzieć uśmiechniętym, tatuśku.
Mruknął coś niezrozumiałego. Wypili herbatę. Ari pocałowała ojca w rękę i policzek, on 

spokojnie przesunął palcami po jej ramieniu i dziewczyna wyszła. Od progu jeszcze raz odwróciła 
głowę, profesor skinął głową i jeszcze raz leciutko, leciutko się uśmiechnął.

* * *

Ponieważ   pociąg   do   Wilna   wychodził   wieczorem,   więc   tego   jeszcze   dnia   wyjechali   z 

Warszawy.  W pociągu  był  tłok  i  nikt specjalnie  nie  zwracał  uwagi   na  młodą  parę.  W  sobotę 
raniutko byli już w Wilnie.

- A   teraz,   moja   królewno,   pojedziemy   do   hotelu   troszkę   odpocząć,   a   ja   wpadnę   do 

znajomych. Widzisz, w sobotę zwykle przyjeżdża tam nasze auto majątkowe, moglibyśmy zamiast 

tłuc się autobusem i bryczkami, wygodnie zajechać Essexem.

Koło pierwszej wpadł do hotelu.

- Ari, załatwione, za godzinę jedziemy we dwójkę do siebie, tylko się nie wystrasz, bo tam 

okropne odludzie. Za to lasów, ile chcesz, wszystko do dyspozycji dla mojej pani.

Przed siódmą zajechali do Jackowego pałacu. Auto szofer zabrał do dworu, oni zostali we 

dwoje przed małym, z grubych bali zbudowanym dworkiem, okrążeni gęstym borem, co teraz 

gorzał w blaskach zachodu. Ari milczała, ale usta jej drżały podejrzanie i powieki zatrzepotały.

- Jacku! Tu jest przecież wspaniale. Zupełnie jak gdzieś na tajemniczej wyspie. I tak słodko 

pachnie, i tyle słońca i ciszy. Jacku!

- A widzisz! A teraz wejdziemy do pałacu.

Wziął ją pod rękę, ale jakby sobie coś przypomniał, puścił ramię dziewczyny, natomiast 

nim się spostrzegła, na rękach zaniósł do wnętrza chaty.

- Chłopcze, zwariowałeś. Przecież ja coś niecoś ważę.
- Widzisz,   mała,   w   Ameryce   jest   taki   zwyczaj,   że   mąż   wnosi   swoją   świeżo   upieczoną 

małżonkę do domu. To niby na szczęście.

- Bardzo miły zwyczaj, o ile kobieta nie waży więcej niż osiemdziesiąt kilo.

Wybuchnęli śmiechem i spacerowali z izby do izby.
- Widzisz, mieszkam jak król. Mam trzy pokoje i kuchnię, więc przywiozłem sobie królową.

- Królewnę - poprawiła przekornie.
- Niech będzie, ale ja wiem, że tu zostaniesz ze mną na zawsze i zgodzisz się być królową.

- Może... może...
Rozglądała się ciekawie. Właściwie te trzy pokoje to była jedna wielka izba poprzedzielana 

background image

cienkimi przepierzeniami z pojedynczych desek. Zdziwił Adriankę ogromny piec z gliny, tylko 
pobielony, oraz bardzo małe, ale śliczne okna.

- A powiedz mi, gdzie tu masz kuchnię i coś “do zjeścia”, to zrobię kolację.
- Kuchnia po drugiej stronie sieni, chodź, malutka.

Kuchnia, a właściwie sam piec, przeraziła Adriankę. Była to landara, zajmująca pół izby, 

ziejąca czarną w głębi czeluścią. Z jednej strony wyższa, z drugiej niższa. Na niższej leżały jakieś 

pstrokate szmaty i poduszki.

- Rany boskie, Jacuś, A to co?

- Tam na górze śpi parobek od koni - objaśnił Jacek ze śmiechem - zimą zwykle włazi tam 

kto może. A tu - wskazał ręką otwór - piecze się chleb oraz wstawia garnki z jedzeniem, żeby nie 

wystygły, bo zasadniczo palą tu tylko rano i wieczorem.

- O Jezu, a te drzwi?

- Spiżarnia.
- Może tam jest co dobrego, chodźmy.

Szperali zgodnie po półkach i Ari znalazła parę jajek, suchy ser, kartofle, pół bochenka 

czarnego chleba i trochę śmietany.

- No, jeść, chwała Bogu, jest co, ale pić?
- Krowa jest, ale nie wiem, jak ją doić. Moja dziewucha gdzieś znikła.

Pomaszerowali do obory i Jacek wyprowadził krowę na podwórze.
- Widzisz?   Nazywa   się   Bukietka.   Co   dzień   ta   idiotka,   Franka,   gna   ją   na   pastwisko   do 

dworskich krów i wieczorem przyprowadza, a dziś krowa w oborze, Franki nie ma, cholera wie, 
gdzie się podziała i co zrobiła z mlekiem. Skocz no, Ari, do kuchni, po wiaderko, spróbuję wydoić.

Przyniosła   żądane   naczynie.   Jacek   uklęknął   przy   krowie,   ale   mimo   gwałtownych 

manipulacji ani kropla mleka nie poleciała. Wstał więc, ocierając zroszone czoło.

- Czekaj, ja spróbuję - rzekła Ari.
- Ależ, co robisz, Ari, nie właź pod krowę, bo cię kopnie. Ari, masz stołeczek. Ari, lepiej 

zostaw, proszę cię.

Krowa stała spokojnie, tylko ogonem machała zawzięcie, opędzając się przed rojem much.

- Bądźże cierpliwy, Jacuś.
- Po co ją za ogon ciągniesz, kobieto?

- Jak to po co? Bo mnie nim po głowie trzepie. Potrzymaj ty, a ja będę doić.
Jacek, doceniając ważność chwili, posłusznie zawisł u krowiego ogona, ale krowina wzięta 

we dwa ognie zirytowała się. Męczą, szczypią, jeszcze i od much nie dadzą się obronić. Kopnęła 
wiaderko, wywróciła Adriankę, zadarła ogon i pognała do obory przy akompaniamencie czyjegoś 

background image

grubego, spazmatycznego śmiechu.

Jacek i Ari obejrzeli się. Przy ogrodzeniu stał gruby, niski jegomość i ryczał.

- Ależ miałem przedstawienie, niech was... no! Cha, cha, cha... a Bożeż ty mój miły. Panie 

Jacku z pirogami! Tom się uśmiał.

- To starszy gajowy - szepnął Zeler i podszedł do gościa.
- Przywiozłem Adriankę, to jest siostrę, i chcieliśmy sobie zrobić kolację. Ari, pan Jaśmień.

Ari podała grubasowi rękę i uśmiechnęła się do niego.
- O,   ależ   to   dziecko   szczupłe,   widać,   że   z   miasta.   Przepraszam,   ale   widok   był   taki,   że 

pęknąć.   Niech   państwo   pozwolą   do   nas,   gdzież   to   dziecko   będzie   u   pana   spało?   Żona   już 
wyrychtuje spanie. Ja tu niedaleko przecież, może kilometr, prawda, Jacusiu?

- Dziękuję serdecznie, to pójdziemy, Ari.
- Pewnie, jeść mi się chce i spać.

- O,   biedactwo,   a   trzebaż   było   od   razu   do   nas   zajechać.   Byłem   akurat   we   dworze, 

wypłacałem pensję wozakom za pana, a szofer powiada, że pan Jacek wrócił z jakąś panienką, tak 

i sobie pomyślałem, że to pewnie siostra. Miał pan wrócić później. Ale przepraszam, to ja sobie 
jutro święto robię i pokażę panience nasz las.

- Bardzo się cieszę, ale teraz to mi się jakoś nogi plączą.
- Ot, kociak biedny. Z pana też gagatek, Jacek, po nocy dzieciaka włóczyć.

- Przecież jeszcze zupełnie jasno i ja mam już dwadzieścia lat.
- Rany   boskie,   jakaś   pani   szczupła!   No,   my   tu   zaraz   panią   wypasiemy,   zaraz   będzie 

panienka ładniejsza.

Przez drogę Ari dowiedziała się, że Jaśmień jest warszawiakiem, a jego żona tutejsza, że 

bardzo chciałby zobaczyć swoje rodzinne miasto, w którym nie byli już piętnaście lat.

I   tak   całą   drogę   gawędząc,   doszli   do   ładnego,   drewnianego   dworku.   Ari   była   do   tego 

stopnia skołatana i zmęczona pierwszą w życiu podróżą, że mało widziała, co się wkoło niej dzieje 
i   nie  brała  udziału   w  rozmowie.   Tylko   gdy  Jaśmień   opowiedział   żonie  o   niefortunnej   próbie 

dojenia krowy, roześmiała się i rzekła:

- Wolałabym już słonia doić, przynajmniej ma ogon maleńki.

Półprzytomnie dała się gajowej rozebrać i położyć do sianem pachnącego łóżka i zasnęła 

zaraz jak kamień. A kiedy otworzyła oczy, gospodyni kręciła się już koło stołu i ustawiała na nim 

miski.

- No, niech panienka wstaje, trzeba podjadłszy trochę, ot i kartofelki gotowe!

Ari ubrała się, zjadła z apetytem gorące kartofle z mlekiem i odezwała się do gospodyni:
- Czy nie mogłabym pani pomóc w czymś?

background image

- A gdzież tam. Panienka powinnaś jeść i spać, i znowu jeść. Ja się tutaj trochę obrządzę z 

żywiołą i pójdziemy z tobą zrobić porządek u pana Jacka.

Więc Ari wyszła przed dom i owionęło ją gorące, żywiczne powietrze lasu, wyciągającego 

ku słońcu spragnione ramiona. Roześmiała się głośno, radośnie i pobiegła wąską dróżką przed 

siebie, a siadłszy na kępie mchu, niby na poduszce z aksamitu, oczarowanym wzrokiem wodziła 
po smukłych jak świece sosnach, zieloniutkich świerkach, po brzozach jak leśne nimfy drżących w 

ulewie   blasków   rozpuszczonymi   kędziorkami   seledynowych   włosów.   Westchnęła   przeciągle   i 
wyciągnęła się na wznak zachwycona i rozmarzona. Jej uśmiechnięta twarzyczka była w tej chwili 

jedną wielką modlitwą dziękczynienia.

Bór   ciągnął   się   na   przestrzeni   szesnastu   kilometrów   kwadratowych,   stary,   ciemny,   o 

niesłychanie   gęstym   poszyciu.   W   niektórych   miejscach   niepodobieństwem   było   przejść,   tak 
ciasno splątały się gałęzie drzew, gdzieniegdzie znów między stuletnimi sosnami i dębami były 

maleńkie,   usłane   grubym   i   złotym   od   słońca   mchem   polanki.   A   gdzie   okiem   sięgnąć,   wśród 
leżących   na   ziemi   starych   gałęzi,   zwalonych   konarów   i   ogromnych   kłód,   butwiejących   już   i 

porosłych mchem, lśniły granatowo setki, tysiące i miliony jagód, gdzieniegdzie rozjaśnionych 
płatami poziomek, które dopiero zaczęły się rumienić, lub też uśmiechały się całe kępy konwalii i 

bladolila   dzwoneczków.   Ptactwo   czyniło   niesamowity   hałas   tysiącem   różnorakich   głosów   i 
trzepotem   skrzydeł.   Ari   siedziała   długo   milcząca,   ale   z   twarzą   jak   właśnie   to   słońce,   co 

przeciskając się przez gałęzie, wiąże drzewa, mchy, jagody, i kwiaty złotymi wstążkami. Potem 
wstała i szła przed siebie w bór, w mgły duszącej, żywicznej woni, w tajemniczy szum, między 

gdzieniegdzie jaśniejące brzozy, a serce zaczęło się w dziewczynie rozprężać, trzepotać gwałtownie 
i Ari poczuła jakiś ostry, przeszywający ból, tak jak wtedy, kiedy w przeddzień ślubu zemdlała. 

Jednocześnie   ogarnął   ją   niesamowity,   paniczny   lęk,   że   umiera.   Przycisnęła   ręką   serce   i 
pobladłymi ustami szepnęła:

- Boże dobry, Boże dobry, ja nie chcę umrzeć. Ja nie mogę umrzeć, ja nie mogę teraz 

umrzeć. Boże dobry. Co by powiedział tatuś? - usiadła znowu, ale ból i strach nie ustępował.

Wyciągnęła   się   więc   i   oparła   głowę   na   posłaniu   z   mchu,   całym   wysiłkiem   woli 

powstrzymując   opadające   powieki.   A   gdy   rozszerzonymi   oczyma   wodziła   po   złocistych, 

słonecznych plamach, ujrzała na kępce trawy małą jaszczurkę, która szmyrgała to tu, to tam, i 
czerwoną   biedronkę,   i   niewielkiego,   czarnego   motyla,   który   przysiadł   na   łodyżce   liliowego 

dzwonka,   i   przez   jej   zaniepokojoną   główkę   przebiegła   cicho   kojąca   myśl:   oto   mizerne   te 
stworzonka całym swym organizmem chłoną tylko radość życia, nie boją się niczego, bo nie myślą 

o tym, co może się stać. Gdy je nastraszyć, to uciekną i znowu będą mizerne, nikłe ciałka w słońcu 
wygrzewać. Czy nie najlepszą ucieczką przed śmiercią jest po prostu zaprzestać o niej myśleć, 

background image

zupełnie tak, jakby w ogóle nie istniała, a tylko wszystkimi nerwami chłonąć czar chwil, które się 
przeżywa?   I   cóż   jest   śmierć?   Czy   może   taki   cichy,   bladozielony   sen,   prześwietlony   blaskiem 

księżyca? Jeżeli tak, to przecież nie warto się lękać, tylko Ari nie lubi śnić, nie... Ari lubi się śmiać 
i   śpiewać,   i   gonić   motyle,   i   zbierać   jagody.   Całe   masy!   Dużo...   dużo...!   A   potem   spojrzeć   w 

lusterko, zobaczyć śmieszne czarne ząbki.

Długą chwilę obserwowała  stworzonka i rozmyślała  statecznie,  i goniła oczyma ptaki  z 

takim zajęciem, że zapomniała zupełnie o bólu i przykrej chwili nieoczekiwanego lęku, a potem 
już znowu uśmiechnięta, skierowała się w stronę leśniczówki, skąd dobiegało porykiwanie krów, 

wracających z pastwiska na przerwę obiadową.

Gospodyni kiwała na nią i wołała:

- Prędzej, chodź, panienka, zaraz będzie świeże mleczko.
Ze dwie godziny jeszcze Ari kręciła się po leśniczówce, obserwując pracę gospodyni, która 

chodziła  “koło  żywioły”   i  poganiała  dziewczęta.   Zobaczyła,  jak   potem  na  wielką  miskę  nalała 
kwaśnego   mleka,   a   na   drugą   wysypała   od   rana   w   piecu   stojące   kartofle   i   jak   gospodyni   z 

dziewczętami i czwórką pyzatych i umorusanych chłopaków w wieku od lat trzech do dziesięciu 
zasiadła przy stole. Głowy skłoniły się nad miskami, łyżki blaszane dźwięczały rytmicznie. Ari 

dostała kubek ciepłego mleka i kawałek razowego chleba z miodem. Jadła z apetytem, siedząc na 
podwórzu,   i   myślała,   że   jest   jej   okropnie,   ale   to   okropnie   dobrze.   Potem   dom   zaległa   cisza. 

Gospodyni poprawiła chusteczkę na głowie i rzekła:

- A teraz idziemy z panienką do gajówki.

- Do której gajówki?
- No, do pana Jackowej, pierw my tam byli mieszkawszy, potem mąż wybudował ten dom, 

a   tam   i   zostało   próżne,   dopiero   pan   Jacek,   jak   przyjechał,   tak   i   zamieszkał,   bo   dwór   po 
“bolszewnikach” rozwalony, zostali tylko czworaki, a w czworakach mieszka pan zarządca i pan 

nadleśny, i służba. Pani dziedziczka jest za granicę wyjechawszy. Cóż, panienko, ten majątek duży 
bo   duży,   ale   prawie   same   lasy.   Ziemi   ornej   niewiele.   Było   przedtem,   ale   chłopów   na   wojnę 

pobrali,   nie   miał   kto   orać,   nie   było   czym   siać,   taj   pozarastało   wszystko   do   cna.   Niemcy   i 
“bolszewniki”  wyniszczyli  naród,  że   strach.  No,  ale   z  lasu   idą  pieniądze,   idą.   Tu  i  ptactwo,   i 

zwierzyna wszelaka, i drzewo.

Doszły do gajówki. Adrianka ogarnęła spojrzeniem skromny domeczek i uśmiechnięte oczy 

pociemniały ze wzruszenia. To jest jej własność. Tu będzie królowała, tu jej ptaki na dzień dobry 
zaśpiewają o nieskończonej dobroci Boga, którego istnieniu zaprzecza Jacek. Ari jednak wie, że 

tam, poza błękitną kotarą nieba, haftowaną białym jedwabiem delikatnych chmurek, jest taki 
dobry, uśmiechnięty Władca, którego trzeba strasznie kochać, który błyski jutrzenki w motyle 

background image

skrzydła wczarował, a świat cały dobrotliwie otulił zieloną zawieją drzew i słońcem zawiązał, i 
który słyszy, jak bije serce Ari przeogromną wdzięcznością i przyjmuje to tak, jak najgorętszą 

modlitwę.

Gospodyni tymczasem zajrzała do obory i spiżarni.

- A ot, dziewucha leń, krowa nie ma świeżej ściółki, w stajni gnój. Patałach, psiakrew, już ja 

jej nagadam.

Do wieczora wszystko było przygotowane i urządzone. Ari brała czynny i gorliwy udział w 

pracy i gospodyni dziwiła się, że chuderlawa, mizerna panienka tak dzielnie macha widłami przy 

zmienianiu   krowie   ściółki,   że   zamiata   ślicznie   podwórze   i   w   brudnej,   zatęchłej   spiżarni   robi 
porządek i błyska drobnymi zębami, i śpiewa niezmordowanie.

- A ot i wszystko. Teraz, panienko, dziewuchę za łeb, niech krowy pilnuje, a po wszystko do 

nas  schodzi,   co  potrzeba.  Parę   kurek  kupisz  i  kurczaków  i  jeść  co  będzie,   kartofle   są  u  nas, 

marchew i cebula, a i pan Jacek ma tu za studnią parę zagonków. Z głodu nie umrzesz, tyle że bez 
ludzi będzie się przykrzyć. To i schodź, panienka, do nas, to i raźniej będzie. Pan Jacek pierwszy u 

nas był, a teraz to chyba panienka będziesz nam najmilsza. Ja jutro od rana przyjdę zaglądać, to i 
parę kurczaków zniosę. Teraz już pójdę. Musi będzie więcej jak osiem. Słońce nisko. Nie wychodź 

w las, bo się możesz stracić. Dobranoc, panienko.

Skinęła   głową   i   odeszła,   prosta,   silna,   tęga.   Ale   już   poza   chruścianym   ogrodzeniem 

dogoniła ją Ari i objąwszy za szyję, ucałowała serdecznie.

- Dziękuję, że pani taka dobra.

Jaśmieniowa wzruszyła się, przytuliła małą główkę i nieśmiało pogładziła po zburzonych 

włosach.

- A to nic! Toż głupstwo, dziecko, jest przynajmniej gębę do kogo otworzyć, no, uciekam, 

pan Jacek jedzie.

Jacek jechał konno i z daleka już machał czapką, ujrzawszy Ari. Biegła więc ku niemu 

roześmiana, a on zeskoczył z konia i chwycił ją w ramiona.

- Ari, moja najmilsza, jakże ci tu było, moja maleńka, bardzo smutno? Zatrzymali mnie 

dziś dłużej niż zwykle, ale cały czas o tobie myślałem.

- Smutno? Mnie? W lesie? Co znowu! Cudownie było. Chodź prędziutko, umyjesz łapy i 

kolacja.

Szła obok niego pewna siebie, wesoła, jakby tu mieszkała od lat. Podczas gdy mył ręce, 

nakryła do stołu i postawiła jajecznicę, obok chleb, masło, mleko i usiadła na ławce, nucąc z cicha 

i przechylając głowę do taktu.

- Ari, ja jestem zupełnie nieprzytomny. Wyobrazić sobie, że odtąd dzień w dzień będę cię 

background image

tak tutaj widział i słyszał. Gdyby dzwonki konwalii, które postawiłaś na stole, mogły śpiewać, 
miałyby właśnie taki głos, jak twój.

- One właśnie śpiewają, a ja im tylko pomagam. Ale ty jedz, nie gadaj. Co robiłeś dziś cały 

dzień?

- Więc jeść czy mówić?
- Trochę jedz, trochę mów.

- A zatem, bycza jajecznica, takiej tu nie robią, pilnowałem wozaków, co taszczą drzewo do 

tartaku,   liczyłem   pnie   i   wozy,  sprawdzałem   kwity...   chleb   lepszy   niż   zwykle,   a   jutro   od   rana 

jedziemy z leśniczym i nadleśnym na rewizję, bo znów z lasu drzewo buchnięto...  i cały czas 
myślałem o mojej dziewczynce.

- Bardzo   chwalebnie,   to   teraz   pójdziemy   na   spacer,   tylko   zawołam   tę   twoją   nadworną 

damę,   bo   się   zjawiła,   i   pokażę   jej,   jak   trzeba   zmywać.   Wszystkie   miski   i   naczynia   musiałam 

piaskiem szorować.

W   tej   chwili   Ari   usłyszała   przeraźliwe   ujadanie   psa  i   porykiwanie  krów   wracających  z 

pastwiska do domu. Grubas, zwany Franusią, darł się przeraźliwie:

- Bukietka, kudy? Kudy? Bukietka, chaliera, kudy?

Przy   akompaniamencie   takich   rozpaczliwych   krzyków   uparta   krowa,   która   dla   Franusi 

absolutnie i widocznie szacunku nie miała, została wegnana w obręb podwórka i chodziła teraz 

majestatycznie, obwąchując ganek i drzewa obok niego rosnące. Pies ujadał bez przerwy i skakał 
obok Jackowego konia, z filozoficznym spokojem skubiącego trawę.

Młodzi stanęli na ganeczku i Jacek krzyknął:
- Franka, a gdzieżeś ty łaziła, gdy mnie w domu nie było, co?

- Panok, ja nigdzie, ja tylko była do taty zaszedłszy wczoraj, taj zanocowała tam.
- Kazałem ci domu pilnować, pies też włóczył się cholera wie gdzie.

- Nie krzycz, panok, nie gniewaj, czaho krzyczeć zaraz?
- Bierz się do krowy, smarkata, konia napaść i napoić, bałagan w domu zastałem.

Franusia zerknęła spod oka na Adriankę i myślała sobie, że teraz mniej będzie przyjemne 

życie, gdy licho nadało panią, ale “pani” śmiała się głośno, aż oczy mrużyła.

- Jacek, a to z ciebie władca, cha! cha! cha! Umrę, patrzcie państwo, jaki ważny.
- Cicho, Ari - trącił ją łokciem - podrywasz mój autorytet.

- Co ci podrywam? Och, ty dzieciaku stary. Przynieś mi płaszczyk, chłodno się zrobiło.
Podeszła do Franusi, stojącej z otwartymi ustami.

- Niech Franusia wydoi krowę i przecedzi mleko, tam w kuchni wszystko przyszykowałam. 

Kolację zjeść, stoi na piecu, i pomyć garnki i talerze w gorącej wodzie gałgankiem, opłukać w 

background image

zimnej wodzie i wytrzeć do sucha ściereczką, potrafisz?

- Dlaczego nie, dobrze, pani.

Ari wsunęła rękę pod Jackowe ramię i weszli w las, który teraz zupełnie inaczej wyglądał 

niż we dnie. Cisza tu była ciemna i głęboka, wśród której nie ucho, lecz wrażliwe serce Ari łowiło 

bicie   miliona   innych   drobnych,   lecz   niewidzialnych   gołym   okiem   serduszek,   i   pulsowanie 
olbrzymiego   serca   ziemi,   i   niewypowiedziane   słowa   miłości,   i   modlitwę   wieczorną   lasu,   od 

którego biła potęga i moc krzepiąca, i tajemnica, której nie ogarnie ludzki rozum, tajemnica bytu. 
Pod nogami młodych trzaskały gałęzie. Ten cichy trzask wracał dziewczynie świadomość, bo kiedy 

tak   szła,   zdawało   się   jej,   że   jest   jednym   z   tych   drzew   ogromnych,   patrzących   Bogu   w   twarz 
potężnymi konarami, i jedną z tych istot, których miliony ruszało się teraz w mroku nocy. Dusza 

Ari   stopiła   się   teraz   w   modlitwie   z   duszą   lasu,   na   skrzydłach   mroku   biegła   w   bezkres,   w 
nieskończoność,   i   złote   gwiazdy   całowała   siostrzanymi   całunkami.   Ramię   Jacka   zaciskało   się 

coraz silniej wkoło wiotkiej kibici dziewczęcia. Usłyszała gorący szept:

- Kochana, kochana - a deszcz pocałunków spadł na jej oczy i usta.

Owinęła mu szyję ramionami i stali tak nieruchomo pod drzewami dobrotliwie otulającymi 

młodą miłość pachnącym cieniem. Leciutko, leciutko, od drzewa do drzewa wionął szmer:

- Młodzi... młodzi...
- Kochają!

- Kochają... kochają...
- Otulmy naszą siostrzyczkę ciepłym płaszczem mroku. Wypłoszmy z gęstwi tajemniczych 

lęk. Siostrzyczka, maleńka nasza siostrzyczka niech kocha tak jak my, w spokoju.

I Ari rozumiała ten szept i było jej strasznie, strasznie, strasznie dobrze.

- Wróćmy, Ari, już późno.
Z żalem zawróciła i pomyślała, że ogromnie chciałaby poczekać, aż w tej ciemnej świątyni 

Anioł Stróż lasu zawiesi srebrną lampkę, i do rozmarzonej duszy wkradł się nieznaczny cień żalu 
do Jacka, że przerwał modlitwę jej serca.

Gdy byli już niedaleko gajówki i Ari usłyszała ujadanie psa, zapytała:
- Czy to twój pies, Jacuś? On ma mnóstwo pcheł.

- To nie pies, to suczka. Dostałem go od jednego z gajowych zimą i nazwałem Kolą.
- A dlaczego nie ma budy?

- Na cóż jej buda, śpi na werandzie.
- A jeżeli deszcz pada albo zimno?

- Psu nie zimno, a jak zmoknie, to kataru nie dostanie.
- Hm! Jednak ja każę jej budę zrobić. A jak się nazywa konik?

background image

- Klaczka, dziewczynko, Lady.
- Aha, taka arystokratyczna, angielska, ślicznie. Nauczysz mnie konno jeździć, Jacek?

- Z rozkoszą, laleczko.
- Nie mów na mnie laleczka... ja jestem księżniczka Ari. Chodzę po lesie, a za mną białe 

pawie i wspaniały chart, i paziowie. Ty jesteś paź. Kola! Kola! Koleczka, chodź tutaj,  psinko. 
Czekaj, my się tu zagospodarujemy, nie damy sobie krzywdy zrobić.

Pies stał przed panienką, z głową przekrzywioną na bok, machał ogonkiem i był zdziwiony. 

Czego ta długa osoba od niego chce? Szczekał urywanie, zupełnie niezdecydowany, jak ma się 

zachować wobec tego nowego człowieka.  Adrianka  śmiało położyła  rękę na dużej głowie psa. 
Oblizał się. Dotknięcie było ciepłe, miękkie. Paluszki Ari łaskotały przyjemnie miejsce koło ucha, 

gdzie   go  zwykle   zajadle   gryzły  pchły.   Ogon  zaczął   wykonywać   ruchy   żwawsze   i   Kola   nabrała 
ochoty przekonać się, jak smakuje ta delikatna, ciepła dłoń, więc niby niechcący, niby zupełnie 

przypadkiem   musnęła   ozorem   rękę   Adrianki.   Panienka   klękła   na   ziemi,   Kola   cofnęła   się 
przestraszona, ale zaraz poczuła znowu miękkie, ciepłe dotknięcie i przyjemne łaskotanie koło 

uszu i pyska, potem na piersiach. Westchnęła i przewróciła się na wznak, pokazując wszystkie 
zęby.

- Zostaw, Ari, pchły cię oblecą.
- To   nic,   ja   ją   jutro   wykąpię   i   wyczeszę,   prawda,   pieseczku,   mały,   malutki,   kochany 

pieseczku, taka śmieszna mordeczko i te uszyska klapiaste, i ten ogonek, taka chorągiewka na 
wiwat.

Kola słuchała melodii ludzkiego głosu i pierwszy raz uświadomiła sobie, że to jest bardzo 

miłe, wobec czego, kiedy Ari wstała i weszła na ganek, Kola podskoczyła i trąciła pyskiem kolana 

dziewczynki, szczekając. “Czy to już? Jaka szkoda”.

Ari roześmiała się i trzymając rękę na kudłatym łbie psa, weszła do pokoju. Jacek zapalił 

lampę, Adrianka usiadła na ławce, a pies rozciągnął się u jej nóg.

- Widzisz, Jacek, jaka przyjaźń? Powiedz, co ona umie?

- Podawać łapę.
- Więcej nic?

- Nie, nie chciało mi się uczyć, a teraz już za późno, ma osiem miesięcy. Ari, jak tu dziś 

ślicznie, te konwalie tak pachną.

- No,   widzisz.   Kładź   się   spać,   chłopcze,   ja   jeszcze   zajrzę   do   kuchni   i   też   pójdę.   Pani 

leśniczyna, czy leśniczówka, urządziła mi sypialnię jak migdał.

- Ona się nazywa Jaśmieniowa - rzekł Jacek uśmiechnięty.
- Piękne nazwisko, no, dobranoc, kochanie.

background image

- Ari!
- A co?

- Nic, tak mnie chłodno całujesz. Nie posiedzisz ze mną, nie pogadasz?
- Ależ dobrze! Zaraz przyjdę! Tylko myślałam, że pan chce spać, zaraz przyjdę; czy z gitarą, 

czy z fortepianem na plecach władcę do snu kołysać?

- Ari, wariacie!

Poszła   do   kuchni,   gdzie   zastała   Franusię   śpiącą   z   głową   na   stole.   Grubas   chrapał 

przerażająco.   Na   jej   grubej,   pyzatej   twarzy   śniły   rozkosznie   muchy.   Wszystko   było   zmyte 

porządnie. Ari poklepała dziewczynę po ramieniu.

- Franusiu, już możesz iść spać. Gdzie nocujesz?

- W stodole.
- No, to zmykaj. Dałaś psu jeść?

- Nie, zabywszy.
- Jutro nie trzeba “zabywać”. Pies też od czasu do czasu musi jeść. Dobranoc, miła.

- Dobranoc.
Adrianka nakarmiła psa, ten zaś omal miski nie połknął. Wróciła potem do Jacka, który 

cały czas niecierpliwie chodził po izbie, nie mogąc się doczekać “swojej maleńkiej”. Nerwy miał 
napięte jak struny. Ari jest jego, tylko jego... Zaraz tu wejdzie... tup, tup... chodzi po kuchni, mówi 

do   psa.   Jaki   pieszczotliwy   głos,   jaki   giętki...   Zaraz   tu   będzie.   Dlaczego   tak   marudzi?   Jacek 
zgrzytnął zębami. Uparciuszek, uparciuch mały... Już skrzypnęły drzwi!

- Chodź prędzej, gosposiu malutka!
Za Adrianką nieśmiało, boczkiem wsunęła się Kola. Dotąd nie wolno jej było wchodzić do 

izby, toteż dreptała cicho tuż przy nogach pani. Kiedy zaś ta usiadła przy Jacku, Kola zwinęła się 
w kłębek pod ławką, dotykając nosem stóp dziewczynki.

- Jestem już. Gitarę i fortepian zaraz niewolnicy wniosą. Och, Jacku, jaka ja szczęśliwa!
- Dobrze ci ze mną?

“Ze mną” powiedział, gdyż nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie on (jak mu się zdawało) 

jest osią zainteresowania Adrianki. Był głęboko przeświadczony, że jego osoba prędzej czy później 

stanie się dla Ari całym światem, że po to przyjechała tutaj pomijając wzgardliwie możliwe sądy, 
opinie, by żyć dla niego i dawać mu pić czar swojej obecności. Było to zasadniczo błędne, ale 

Jacek, znając kobiety, nie znał miłości, dotąd nie spotkał się z nią jeszcze twarzą w twarz, nie 
umiał wyjść na jej spotkanie.

Ari zaś odpowiedziała swobodnie:
- Dobrze, Jacku. Mnie ze wszystkim dobrze. Zresztą, jak tu może być źle, tak blisko Boga?

background image

- Bóg jest daleko, dziewczynko, a może nie ma Go w ogóle?
- Och,  ty śmieszny! Nie ma? Spójrz w okno: patrzy  na  ciebie  złotymi oczami  gwiazd  i 

śmieje się, żeś taki niemądry. Tam, w lesie, cały czas był koło nas. Nie, Jacku, nikt nie zdoła we 
mnie wmówić, że Go nie ma. Cała wiedza, cała potęga myśli ludzkiej nie jest w stanie oddać czaru 

księżycowej nocy; nie uczyni tego ani muzyka, ani malarstwo. Nie wypowie najbardziej giętki 
język. To wszystko będzie lepszą czy gorszą fotografią. Zbyt bowiem trudno jest pochwycić szmer 

anielskich skrzydeł, a bicie serca mówi ci o tym.

- Masz bujną wyobraźnię, Ari, lecz cię kocham za to. A teraz powiedz mi coś ładnego, jakiś 

wierszyk. Adrianko, księżniczko, tak przyjemnie czuć pod ręką twoje giętkie jak u kota ciało i 
patrzeć w błyskające zęby, i słuchać twego głosu.

- Kiedy na poczekaniu... bo ja wiem? - milczała długą chwilę.
Księżyc wszedł teraz cały w okno i rozpylił w izbie srebrną mgłę blasku. Ari zgasiła lampę. 

Jacek westchnął i położył głowę na kolanach siedzącej nieruchomo dziewczyny. Stopa Ari lekko 
dotknęła   kudłów   psa,   zwierzę   zaś   odczuło   to   dotknięcie   jak   pieszczotę   i   przeciągnęło   się 

rozkosznie.   Delikatna   dłoń   panienki   jak   srebrny   motyl   przesuwała   się   miękko   po   twarzy   i 
czuprynie chłopca. Oczy rozwarte szeroko łowiły blask srebrnego miesiąca. Jacek wziął tę dłoń i 

przycisnął do ust. Więc położyła mu na czuprynie drugą rękę i siedziała jasna cała od księżycowej 
poświaty, uśmiechnięta. Wreszcie, pochyliwszy się nieco, zaczęła:

- Śpij, synku!
Bo oto słonko znużone i senne do skrytej w chmurach odeszło świetlicy. Wrota się za nim 

zamknęły promienne, złocone blaskiem królewskiej źrenicy. A gdy już słonko idzie do spoczynku - 
śpij, synku!

Śpij, mały!
Oto   i   łąka,   spowita   w   welony   mgły   opalowej,   słodko   sobie   drzemie.   A   z   boru   słychać 

modlitewne dzwony... miesiąc całuje srebrem senną ziemię... Wkoło tak cicho... Świat spoczywa 
cały... Śpij, mały.

Śpij, synku!
Pracę kto skończył, niech śmiało spoczywa, niech śni o szczęściu, które sobie tworzy. W 

łańcuchu życia niech splata ogniwa, przy blaskach nowej, budzącej się zorzy. Niech zbiera siły do 
trwania, do czynu. Śpij, synu!

I dawno już ucichł jej słodki, senny głos, a Jacek wciąż trzymał ciepłą dłoń przy ustach i nie 

podnosił głowy. Wreszcie sama Ari targnęła go lekko za czuprynę i dmuchnęła w oczy.

- No, władco, czas spać! Niewolnicy już chrapią.
Nim odeszła, długo tulił ją do piersi i patrzył  błagalnie w oczy, i coś szeptał  drżącymi 

background image

ustami. Ari jednak położyła mu palec na ustach, uśmiechnęła się i... znikła w sąsiednim pokoju. 
Kola poszła za nią ze spuszczonym ogonem, niezbyt pewna, czy nie zostanie sromotnie wyrzucona 

za   drzwi.   Kola   przecież   pragnie   tylko   czuć   małą   stopkę   między   kudłami.   Zaraz   pchły   mniej 
dokuczają. Podniosła łeb do góry i węszyła niespokojnie, co to pachnie w powietrzu. Adrianka 

wzięła ją za obrożę i wyprowadziła do sieni. Podesłała jakieś stare worki i głaszcząc zmierzwione 
kudły zwierzęcia mówiła:

- Śpij, pieseczku. Jutro pani wykąpie, potopimy pchełki i będziesz spał przy łóżku, dobrze? 

I na spacer pójdziemy daleko na pole, w słońce. I piesek będzie taki stary pieszczoch. No, spać.

Kola merdała ogonem i nie protestowała. Lepiej przecież tu, na czymś miękkim, niż na 

dworze, gdzie wcale nie ma spokoju. Byle sroka, byle głupi kot sen płoszy. Więc gdy Ari zniknęła 

za drzwiami, Kola oblizała się smakowicie na wspomnienie głosu pani, ziewnęła i schowała nos w 
okolice puszystego ogona.

Jacek  słyszał,  jak  Ari zamykała  drzwi na haczyk.  Klamek tu zasadniczo  brakowało.  Do 

nastawionych uszu chłopca dobiegał każdy szelest z sąsiedniej izby. Dziewczyna, nucąc cicho, 

rozbierała się. Wreszcie zaszeleściło siano. Jacek zaczął chodzić po pokoju, krew uderzyła mu do 
głowy i przesłaniała oczy mgłą. Wreszcie nie wytrzymał:

- Ari, czy mogę cię jeszcze pocałować na dobranoc?
- Powiedzieliśmy   sobie   dziś   dobranoc   sto   razy.   Poza   tym   chciałabym   panu   zwrócić 

delikatną uwageczkę, że pan musi wstać rano, że Ari jest trochę “zmachawszy” i że tego całowania 
trzeba i na jutro co nieco zostawić. Skoro nie możesz zasnąć, to licz do tysiąca i z powrotem po 

łacinie. Radykalny środek na bezsenność. Salem alejkum. Moja jest utrudzona za bardzo wiele 
mnóstwo i dobre duchy twego wigwamu sypią już na oczy twej niewolnicy mak.

Zacisnął  zęby, ale  musiał się uśmiechnąć.  Po czym z determinacją  położył się spać.  W 

dobrą już godzinę potem odezwał się:

- Ari...
- Co?

- Śpisz?
- Śpię! Bardzo śpię.

- Aha! No, dobranoc.
- Dobranoc po raz setny i pierwszy.

O godzinie szóstej budzik poderwał Adriankę. Ubrała się piorunem, zapukała do Jacka.
- Jacuś, wstawaj. Już czas.

- Już, już, najdroższa. Jak spałaś?
- Niesłychanie. Kola też. Ubieraj się prędko, bo robię śniadanie.

background image

- Chodź mnie pocałować.
- Właśnie o tym myślę! Takiego zaspanego kota całować! Ubieraj się, smyku.

I   pobiegła   do   kuchni   na   gwałt   gotować   śniadanie.   Nakarmiła   Frankę   i   psa,   który   nie 

odstępował jej nóg. A gdy usłyszała, że Jacek chodzi po izbie, przyszła do niego różowa, mokra od 

rosy i chłodna, z wielkim pękiem dzwonków.

- Ari, najśliczniejsza, nie mogłem się ciebie doczekać.

- O,   przecież   miałam   poranną   wizytę   ministrów,   musiałam   wydać   rozkazy   na   dzień 

dzisiejszy. Trudno, życie księżniczki udzielnej to nie romans. Bierz mnie pod rękę i idziemy na 

śniadanie.

- Gdzie ty mnie prowadzisz?

- Do lasu, nakryłam pod świerkami, czy nie przyjemniej?
Ranek był rześki, słoneczny, pachnący. Las wyglądał, jakby się przed chwilą umył i Jacek 

nie   miał   siły   po   prostu   odejść   od   tego   zaimprowizowanego   stołu,   zrobionego   z   niewielkiej 
beczułki, przykrytej prostym, szarym płótnem.

- Ari, jeszcze nigdy w życiu śniadanie mi tak nie smakowało.
- No chyba. Nigdy w życiu nie siedziałeś przy królewskim stole, ale teraz znikaj.

Zanim go jednak wyprawiła, wciąż i wciąż wynajdywał pozory, by mieć ją przy sobie, tulić i 

całować.   Ostatecznie   odjechać   musiał.   Dziewczynka   zaś,   przy   pomocy   Franusi,   która 

odprowadziła krowę, zabrała się do roboty. Kola, wygrzewając się na słońcu, śledziła każdy ruch 
pani i gdy ta podchodziła bliżej, od razu przewracała się na grzbiet i zamiatała ogonem ziemię.

Ari bystrym spojrzeniem ogarnęła swój pałac. Wszystko było w porządku, wobec czego 

zasiadła do pisania listu:

“Mój kochany, dobry Tatusiu.

Mieszkam w głębi starego boru, mam krowę, będę miała kury i kurczęta. Dużo słońca i 

jagód. Jestem zdrowa i bardzo szczęśliwa. Mam też psa, który nic nie umie, tylko podawać łapę i 

szczekać. Zdaje się, że do polowania byłby niezły, bo to kombinacja wyżła i kundla. Ma osiem 
miesięcy. Szkoda, że ciebie, tatusiu, tu nie ma, takie cudne motyle! Widziałam też ul w pniu 

starego dębu. Tatusiu, bór to cudowna rzecz, a życie - jeszcze cudowniejsza. Jesteś bardzo mądry, 
że mało mówisz: słowa czasem są zupełnie niepotrzebne. Kocham cię, Tatusiu. Konia mam też. 

Pisz do mnie poste restante. Wilno. Całuję z całej siły.

Twoja Ari”

background image

Zakleiła, zawołała Kolę i pobiegła na jagody, a jej głos mieszał się z głosami ptaków i leciał 

hen do Bożych stóp.

* * *

Tak upłynął Adriance pierwszy tydzień, podczas którego żyła jak we śnie, spędzając dnie od 

wschodu   do   zachodu   słońca   w   lesie.   Z   jakąś   dziką   pasją   przedzierała   się   przez   najbardziej 
niedostępne   miejsca,   obejmowała   smukłe   pnie   sosen,   tarzała   się   we   mchu   i   goniła   motyle, 

próbowała naśladować głosy ptaków i śmiała się, gdy sfałszowała. Jaśmieniowa przyniosła jej w 
prezencie dwie nieśne kokoszki i dwa kurczaki, a któregoś dnia zabrała ją ze sobą na targ i Ari 

wróciła   z   całą   menażerią.   Kupiła   bowiem   trzydzieści   sztuk   drobiu   i   dwa   małe   prosiaki,   ku 
wielkiemu niezadowoleniu Franusi. Jacek śmiał się tylko z gospodarskiego zapału Adrianki, ale 

wcale   jej   to   z   tropu   nie   zbiło.   Gdy   wracał   o   szóstej   do   gajówki,   wybiegała   naprzeciwko 
roześmiana, śpiewająca, z twarzą w rumieńcach i zarzucała mu na szyję nagie i złote już od słońca 

ramiona.   Ten   uścisk   serdeczny   był   mu   nagrodą   za   całodzienną   tęsknotę.   Jedli   kolację   i   Ari 
wyciągała go na spacer mimo oporu. Czasem irytował się.

- Ari, czy nie możesz tej włóczęgi odbyć we dnie, gdy jesteś sama, tak mi dobrze posiedzieć 

z tobą w domu.

- We dnie swoją drogą, a wieczorem swoją drogą. To zupełnie co innego chodzić solo, a co 

innego z kimś kochanym. Świat ma wtedy jeszcze większy urok.

Ale Jacek tego nie odczuwał i Adrianka zrozumiała, że pod tym względem pogodzić się ze 

sobą nie mogą. Co dzień też przed nocą powtarzała się ta sama historia, że chłopak szedł spać 

wściekły i zdenerwowany “niezrozumiałym”, według niego, oporem Adrianki.

Kola była  nieodłącznym  cieniem swojej pani, lekceważyła  Jacka,  a ogonem nie raczyła 

kiwnąć w stronę Franusi. Teraz nie spała już w sieni, ale na ziemi przy łóżku Adrianki. Kola 
została wykąpana. To było w jej życiu zdarzenie zupełnie wyjątkowe i mimo całej swej grozy, w 

skutkach przyjemne. Gdy Ari, z pomocą Franki, zanurzyła psa w szafliku pełnym dobrze ciepłej 
wody z naftą i zaczęła szorować mydłem, wył przeraźliwie i wyrywał się tak, że obie z trudem go 

utrzymały... Po chwili jednak, gdy zauważył, że nic go specjalnie nie boli, natomiast nie czuje 
przykrych ukłuć i swędzenia, uspokoił się; patrzył tylko żałośnie i piszczał cichutko: a może już 

dosyć tej dziwnej pieszczoty. Wreszcie Adrianka wylała na niego z góry całą zawartość wielkiej 
konwi, napełnionej wodą z lizolem i operacja była skończona. Pies został owinięty w stare płótno i 

derkę, i ułożony wygodnie na nowym sienniczku w kącie pokoju. Przed nim postawiono miskę 
mleka. “A, jeżeli tak, to co innego” - pomyślał. Wylizał miskę i zasnął. Na drugi dzień nie czuł do 

Ari śladu żalu, a gdy mu czesała kudły, oblizał szerokim ozorem raz i drugi uśmiechniętą buzię 
pani.

background image

Kilka dni po tej operacji Jacek siedział z Ari na ganeczku. Kola oparła pysk o jej stopy i 

drzemała.  Zbudził  ją gwałtowny  ruch, podniosła pysk i patrzyła  zaniepokojona, co się dzieje, 

dlaczego ci ludzie wykonywali takie niespokojne ruchy, kto chce zrobić krzywdę pani? Warknęła 
groźnie i weszła za Jackiem, który wniósł Adriankę, mimo jej oporu, do swojego pokoju i położył 

na łóżku.

- Nie pójdziesz stąd, Ari, nie pójdziesz stąd!

- Jacek, puść mnie w tej chwili, słyszysz?
Trzymał mocno obie ręce dziewczyny i przycisnął usta do jej ust. Kola w tej chwili zaczęła 

szczekać głośno, wściekle, oparła przednie łapy o krawędź łóżka i hałasowała bez przerwy. Jacek 
chwycił ją za kark, ale Kola umknęła w bok ciałem, natomiast zęby jej wpiły się w Jackową dłoń. 

Krzyknął.

Ari wstała i rzekła cicho i pieszczotliwie:

- Chodź, Koleczka, dobry piesek, kochany piesek!
Wyszły obie na dwór i spacerowały wśród szumiących drzew długo, długo. Ari płakała i w 

tę noc pękła pierwsza niteczka, łącząca jej serce z sercem Jacka. Nazajutrz jednak wszystko poszło 
zwykłym trybem i Zeler jechał do pracy żegnany słodkim uśmiechem i pocałunkiem.

* * *

Mijały dni. Dojrzały już zupełnie jagody i ucichł w borze gwar ptactwa, bo nadszedł lipiec. 

Ari zdążyła zaprzyjaźnić się serdecznie z Jaśmieniową i powoli, po pierwszym odurzeniu czarem 
przyrody, zaczęła wglądać w życie ludzi miejscowych.

Ze zdumieniem zauważyła, że kobiety tutejsze są traktowane jak coś w rodzaju zwierząt 

pociągowych.   Na   ich   barkach   spoczywa   całkowita   praca   i   wszystkie   troski.   Mężczyźni   są 

nieprawdopodobnie   leniwi   i   zacofani.   Ukłuły   ją   boleśnie   słowa   jednego   gajowego,   którego 
spotkała w leśniczówce, a który był znany jako awanturnik.

- Kobieta i ryba głosu nie ma. Jest w domu jak pies podwórzowy. Dobra, to dobrze, a nie, 

to baty. A jak całkiem się nie nada, to strzelać w łeb, a od kary zawsze się i wykręci.

Popatrzyła na niego wtedy z odrazą i rzekła spokojnie:
- Bardzo ciekawe zdania pan wygłasza. U nas jednak o kobiecie myślą inaczej. Niech pan 

jednak nigdy nie mówi tak przy swych dzieciach, bo gdy dorosną, to nie uszanują człowieka, który 
nie potrafi uszanować matki swoich dzieci i za to im kary też nie będzie.

Ponieważ Jacek był wolny dopiero od szóstej, Ari czas ten spędzała albo w lesie, albo u 

Jaśmieniowej, której uparła się pomagać w pracy na polu i w ogrodzie warzywnym. Tutaj właśnie 

słuchała historii, od których włosy jej stawały dęba. Więc ten to gospodarz zabił matkę swojej 
żony i jej towarzyszkę staruszkę, by zagrabić grunt. Żonę wygnał z domu i sprowadził kochankę, 

background image

którą dzieci zmuszone są nazywać mamusią. A sędziowie nie umieli dowieść mu winy. Ten znów 
gajowy traci wszystkie pieniądze na wódkę i dziewczyny, a żona, sama jedna bez służącej, z daleka 

od ludzi, wśród lasu, uprawia ziemię, orze, sieje, zbiera, wychowuje troje małych dzieci i z głodu i 
przepracowania zdycha, bo od męża grosza nie dostaje, i w ogóle nic prócz kułaków i obietnic 

śmierci od niego nie ma. Ten znów, gdy żona urodziła mu czwarte dziecko, zbił ją do utraty 
przytomności i musiała uciekać tegoż dnia z maleństwem w las, bo chciał ją zabić, przez kochankę 

podjudzony. Dziecina umarła. Ona została i żyje wciąż pod grozą jego pięści.

- Jezus, Maria! Dlaczego te kobiety nie porzucą takich drabów?

- A gdzież pójdą, panieneczko? Żeby bez dzieci były, ale tak, któż to dzieci zostawi draniowi 

niegodnemu?

- A sąd?
- Sąd się w te sprawy nie miesza, zresztą tu, widzisz, jest tak: zaniesiesz sędziemu pud 

miodu, a jajów, a masła, to i winy nie masz. Na skargę wyżej nikt nie pójdzie, bo naród ciemny, 
szkół mało. Zbierali na szkołę coś trzy razy, potem w miasteczku to przepiwszy i koniec. Pisali 

ludzie podanie o szkołę. Podanie w starostwie ginie i koniec. Panieneczko, nie żyć tu człowiekowi. 
My tej Polski czekali jak zbawienia. Jak usłyszeli o Legionach, to się chłopaki we wsi puścili jak 

charty   ze   smyczy.   Pieszo   lecieli   do   Warszawy   samej,   Niemców   i   bolszewników   się   nie   bali. 
Panienko, we wsi, skąd pochodzę, to będzie stąd z dziesięć kilometrów, jeden ojciec w stodole 

syna   za   nogę   wiązał,   a   ten   wierówkę   (litew.   -   sznur,   postronek)   przegryzł,   taj   i   uciekłszy   w 
Legiony. A jak tu Legiony przechodziły, to ludzie na środku drogi klękali i płakali, a głód był 

wtedy i nędza, strach... po tych giermańcach i bolszewnikach. To my wrzos suszyli, tłukli i placki z 
niego piekli, a dla Legionów siano w dwie godziny się znalazło. A teraz, panienko, cóż: nędza, 

podatki, żyć nie ma z czego, bo sołtys bierze dla siebie, urzędnik dla siebie, a naród ciemny nie 
sprawdzi, które słusznie, które nie. A jak tu z Wilna kto przyjedzie sprawdzić, ho, ho, panienko, w 

urzędach zakręcą, zabajtlują, jeden drugiego trzyma i cicho sza, a ty, narodzie, cierp dalej.

Legiony   -   Legiony   Polskie   w   I   wojnie   światowej,   formowane   z   oddziałów   strzeleckich 

Józefa Piłsudskiego.

Te historie nie dawały Ari spokoju. Czuła swą bezradność i niemoc. Bolało ją to i męczyło 

bez miary. Gdyby mogła, oddałaby całe swoje uśmiechnięte serduszko skrzywdzonym ludziom. 

Czasem, przytulona do Jackowej piersi, szeptała mu cichutko o tych swoich kłopotach, w błogiej 
nadziei,  że   on  przecież  coś  pomoże,  on taki   duży  i  silny,   ale  Jacek   zakazał  jej  kategorycznie 

zaprzątać sobie głowę podobnymi sprawami.

- Jaceczku, przecież ty możesz zająć się chociaż tą gajową, co sama mieszka, przecież nie 

background image

można tylko o sobie myśleć.

- Maleńka, nie rób ze mnie opiekuna uciśnionych, ja myślę o tobie i o sobie, to starczy. 

Niech każdy dba o siebie, zresztą nie lubię się z chamstwem bratać.

Wobec tego Ari już nigdy nie nalegała, a za to poszła do nadleśnego i przedstawiła mu całą 

sprawę. Nadleśny przyjął ją nadzwyczaj uprzejmie i obiecał pomóc.

Jacek jednak zrobił Adriance awanturę.

- Mówiłem ci, że masz te historie omijać, to nie są twoje sprawy. Ja nie chcę, rozumiesz, ja 

nie chcę, byś zajmowała się tym. Nie lubię tego.

- Jacku, pół tonu niżej. Uważam, że nie masz prawa rozciągać nade mną jakiejś kurateli i 

bardzo cię proszę, pomyśl nad tym, gdy będziesz sam. Teraz przeproś tu w obie rączki i więcej nie 

gadaj.

Nadrabiała miną, bo w głębi duszy czuła do Jacka żal. I mimo że stosunek młodych był 

ciągle taki sam, mimo że Jacek co dzień wracając do domu zastawał swą “królewnę” w pachnącym 
kwiatami   pokoju,   roześmianą   i   śpiewającą,   mimo   że   tulił,   pieścił,   całował,   nie   mógł   od   niej 

otrzymać nic więcej, choć miał pewność, że jest kochany. Ale Ari zaczęła powoli otwierać oczy na 
to, czego wpierw nie potrafiła dostrzec.

Przekonała się więc, że Jacek jest niedelikatny, mimo całej swojej miłości. Czasem, gdy 

zmęczona zasnęła przed jego powrotem, budził ją dla najbłahszej przyczyny, choćby dlatego, by 

go pocałowała lub poszukała mu chusteczek czy kołnierzyków. Mówił na przykład wieczorem:

- Ari, kochanie, zbudź mnie jutro o piątej, przed szóstą muszę wyjechać.

Ari   czuwała,   zrywała   się   o  czwartej,   by   wszystko   było   przygotowane,   a   gdy   zaczęła   go 

budzić   o   piątej,   ciągnęło   się   do   siódmej.   Na   pukanie   odpowiadał   “zaraz,   zaraz”   i   leżał   jak 

najspokojniej. Adrianka zaś była zła i oburzona. Takie postępowanie wydawało się jej niemęskie. 
Wieczory były śliczne i Ari zawsze miała ochotę pospacerować i popatrzeć w gwiazdy, on jednak 

zatrzymywał ją w domu. Takich drobiazgów narastały góry i Adrianka coraz częściej myślała o 
tym, że nie będzie miała odwagi zostać z Jackiem na zawsze. Coraz częściej zastanawiała się, czy 

uczucie,   które   żywi   do   Jacka,   jest   naprawdę   miłością.   Chodząc   po   lesie,   wodziła   w   krąg 
rozmiłowanymi oczyma i było jej dziwnie przykro, że człowiek, przy którego boku żyje, nie potrafi 

czuć tak jak ona, której się zdawało, że jest cząstką tego wspaniałego świata, że szum drzew i 
świergot ptaków nosi w sercu. Że cała jest przesiąknięta miłością do otoczenia, tak jak ziemia o 

poranku mgłą i rosą. Wszystko dla niej było niezmiernie ważne i cenne, jak samo istnienie. Ale te 
myśli   i   refleksje   chowała   poza   niezmiennym,   słodkim   i   wesołym   uśmiechem   i   on   to   był 

największym darem, jaki mogła ofiarować tym, którzy ją otaczali.

Któregoś dnia pojechała z nadleśnym do Wilna i przywiozła sobie list i paczkę od ojca. List 

background image

przeczytała dopiero w domu.

“Droga Ari.
Pamiętaj, że w głębi takich dużych litewskich lasów są trzęsawiska, musisz uważać. Jagody 

można suszyć, są zdrowe i pożyteczne w zimie. Jeżeli chcesz, żeby krowa dawała dużo mleka, 
musi być nie tylko odżywiona, ale i utrzymywana sucho i czysto. Kur przekarmiać nie należy, 

dawaj im jeść rano i w południe po trochu, resztę dozbierają, za to kurczaki muszą dostawać dużo 
i często. Nie dawaj zgrzanemu koniowi wody, niech najpierw przegryzie sianem, a za godzinę, 

dwie, dopiero wody. Owsa trzy kilo dziennie, jeżeli koń pracuje. Pamiętaj, Ari, że tylko głupcy 
uważają konia za bezrozumną, żyjącą maszynę i kto nie potrafi uszanować pracy i duszy końskiej, 

zdolny jest do wszelakiego zła. Ty to rozumiesz, prawda, Ari? Gdyby cię ugryzła żmija, zalej zaraz 
ranę amoniakiem. Bardzo chciałbym widzieć te motyle i te pszczoły, córeczko. Zwróć uwagę na 

mrowiska, Adrianko. Mrówki są mądrzejsze niż ludzie, bo się w granicach swojego państwa i 
rodziny nie pożerają wzajemnie.

Psa   możesz   jeszcze   wszystkiego   nauczyć,   ale   niech   czuje   twoje   przywiązanie.   Najlepiej 

lekcja wypadnie przy jedzeniu. Bądź stanowcza, mów krótko, zwięźle, ale nie bij: pies ma więcej 

czasem ambicji niż człowiek. I nie patrz na ludzi, Ari, patrz w słońce, obserwuj życie, naturę, ucz 
się słuchać i rozumieć mowę lasu i pól, będziesz mądra. Pisz do mnie. Posyłam ci sto złotych i 

skrzynkę czereśni. U ciebie ich zapewne jeszcze nie ma. Uszyj sobie sukienkę z tego materiału. 
Będzie ci ładnie w zielonym. Jedz dużo miodu i mleka. Smutno mi, Ari, bez ciebie.

Marek Klaudius”

Ari przeczytała list z bijącym sercem, a po jej wzruszonej twarzy płynęły duże, czyste łzy 

miłości. Kiedy drżącymi paluszkami rozwinęła paczkę i zalśnił w jej rękach bladozielony woal i 
różowy   batyst,   krzyknęła   z   radości.   Połowę   czereśni   zaniosła   zaraz   do   leśniczówki,   musiała 

oczywiście pochwalić się i materiałem, z którego Jaśmieniowa postanowiła uszyć jej sukienki.

Jackowi z dnia na dzień bardziej wrastała w serce ta ruchliwa, świergocąca osóbka, nie 

wyobrażał sobie chwili, w której mogłaby odejść. Było mu z nią nie tylko strasznie dobrze, ale i 
wygodnie.   Upajała   go  czarem   swojej  postaci,  potrafiła   rozmarzyć   poezją,   potrafiła   dogodzić  i 

usłużyć, ale sam nie umiał zajrzeć w głąb jej duszy i pomyśleć, czy też Ari nie potrzebuje czegoś 
więcej,   jak   tylko   pieszczoty.   Widząc   ją   zawsze   roześmianą   i   śpiewającą,   nad   niczym   się   nie 

zastanawiał.  Poza  tym  pragnął  jej coraz  goręcej,  coraz  boleśniej.  I uczucie  to  rosło jak  fala  i 
szumiało w nim, i zalewało mu oczy. Gdy był w domu, nie pozwalał Adriance oddalać się nigdzie, 

background image

chciał   wciąż   trzymać  ją  w  ramionach  mocno  zwartych   i czuć  sprężyste,   choć  szczupłe  ciało  i 
falowanie drobnych piersi. Ale najczęściej uciekała i śmiała się z daleka jak dziecko, któremu 

udała się psota. Jacek uważał Adriankę za swoją własność. Kochał ją, ona go kochała, a więc, 
rozumował, była jego. Jego i niczyja więcej. Jej uśmiechy, jej pieszczoty należą do niego, a skoro 

zdobył taki skarb, musi go pilnować, by niczyje oczy, niczyje usta nie piły z tego źródła szczęścia. I 
na   tym   tle   doszło   do   przykrego   dla   obojga   nieporozumienia.   Pewnego   dnia   Jacek   wrócił   do 

gajówki wcześniej niż zwykle i nie zastał Adrianki. Franusia krzątała się w kuchni, pogryzając dla 
osłodzenia pracy i samotności niesamowicie zielone jabłka.

- Gdzie panienka? - spytał.
- Panienka dawno wyszedłszy do boru, pewnikiem na porębę.

Poszedł   więc  na  ową   porębę.   Długo  łaził  między  pniakami   i  całą   masą  drzew  i  gałęzi, 

tarasujących drogę, wreszcie ujrzał zgubę. Siedziała na wywróconej kłodzie, a na ziemi, prawie u 

jej stóp, para wyrostków.  Znał ich, byli to chłopcy ze wsi, którzy pracowali  przy okorowaniu 
drzewa.   Zamiast  pilnować  swego  zajęcia,  wlepili  szeroko  otwarte   oczy  w panienkę,  która  coś 

opowiadała, żywo gestykulując. Jacek stanął za stosem gałęzi. Był niemile zdziwiony. A potem 
usłyszał   łagodny   śpiew,   zobaczył   uśmiechnięte   twarze   chłopaków   i   Adrianki,   która   śpiewała 

razem z nimi “O, mój rozmarynie, rozwijaj się”.

Sam nie wiedział, dlaczego ogarnęła go wściekłość. Krzyknął ostro:

- Ari!
Odwróciła bystro głowę.

- Serwus, Jacuś, tak wcześnie dziś? Do widzenia, chłopcy. Pamiętajcie, że gdy się śpiewa 

przy pracy, robota lepiej idzie.

Skacząc przez pniaki, dobiegła do Jacka i spojrzała zdumiona.
- Cóż to za mina, Jacuś, miałeś jakąś przykrość?

- Jeszcze   się   pytasz?   Co   ty   wyprawiasz,   Ari,   wdajesz   się   w   jakieś   dysputy   z   chamami, 

kompromitujesz  mnie,  demoralizujesz   tych  i  tak  głupich  chłopaków.   Ja  sobie  nie życzę   tego, 

rozumiesz? Ja tego nie zniosę, jak przyjdą po wypłatę, zbesztam jak psów. Chodź do domu.

- Oo, oo, Jacek! Istotnie, chodźmy do domu jak najprędzej. Słońce źle ci działa na głowę.

- Bardzo   cię   proszę,   bez   ironii.   Chciałbym,   żebyś   uszanowała   moje   tutaj   stanowisko   - 

mówił dygocącym z pasji głosem i wiedział jednocześnie, że cała jego gadanina sensu nie ma, ale 

coś go kusiło, by wszcząć awanturę, by wyprowadzić Adriankę z równowagi, zgasić jej filuterny 
uśmieszek.

- Ależ, Jacuś, nie udawaj obrażonego sułtana. Nie robiłam nic złego. Mieli takie znudzone, 

posępne   twarze.   Zaczęliśmy   rozmawiać,   od   słowa   do   słowa   rozmowa   poszła   śmielej, 

background image

opowiedziałam im coś niecoś o Warszawie, spytałam, czy umieją co śpiewać, no i zaśpiewaliśmy 
tę piosenkę, a tobie zazdrość, że nie śpiewają przy tobie, co? Jeżeli chcesz, mogę zorganizować 

chór i orkiestrę, by ci co dzień defilowała przed oknami na dzień dobry, mogę też kazać strzelać 
na wiwat z moździerzy.

- Głupia jesteś ze swoimi dowcipami.
Przystanęła,   otworzyła   oczy   jak   mogła   najszerzej,   silny   rumieniec   opłynął   jej   twarz, 

chrząknęła raz, drugi, wreszcie z ust dziewczynki padły poważne, pełne wyrzutu słowa:

- Jacku,   jesteś   gorzej   niż   niemądry,   jesteś   niedelikatny.   Głupotę   można   człowiekowi 

wybaczyć, chamstwa w stosunku do kobiety nigdy.

I nie odwróciwszy już ani razu głowy w jego stronę, szybko, bardzo szybko pobiegła do 

gajówki. Jacek nie gonił jej. Szedł wolno ze zwieszoną głową i przygryzał usta. Spokój panujący w 
lesie drażnił go jak jeszcze nigdy. Pragnął teraz wichury, deszczu, grzmotów: byłyby doskonałym 

obrazem stanu jego duszy. Czuł się znacznie niższy i słabszy moralnie od Adrianki i widział swą 
niemoc i bezsiłę w postępowaniu z nią. Ona zawsze zrobi to, co zechce, tylko wyłącznie to, co 

zechce...   Świadomość   owej   słabości   budziła   w   nim   uczucie   bardzo   zbliżone   swą   barwą   do 
nienawiści. Gniótł rączkę szpicruty i myślał, że gdyby mógł tak zgnieść, zabić, zabić Adriankę, 

byłoby mu lżej na duszy.

Wszedł na ganek, koło nóg zaczęła mu się plątać Kola. Sam nie wiedząc, co robi i dlaczego, 

kopnął ją z pasją. Zaskomlała rozpaczliwie, a Jacek trzasnąwszy drzwiami izby, usiadł na ławce i 
oparł czoło na ręku. Za chwilę weszła Ari, spokojna, ani śladu gniewu czy przykrości nie było już 

na jasnej twarzy. Zaczęła nakrywać do stołu i uśmiechała się do Koli, chodzącej za nią krok w 
krok.

- Koleczka też zaraz dostanie jeść, cham, cham... strasznie merdamy ogonkiem i jesteśmy 

bardzo zaintrygowani, co tam jest pod pokrywką. Jestem niebywale inteligentna i wiem, że przed 

jedzeniem trzeba się pani spytać o zdrowie i wszelką pomyślność, czy tak? - mówiła Adrianka, gdy 
pies wspinał się do jej kolan i trącał mordką ręce.

- Mogłabyś nie terkotać, Ari, głowa mnie boli - rzekł mrukliwie Jacek.
Podeszła na palcach i lekko pocałowała go w czoło.

- Widzisz, mały, od razu wiedziałam, że jesteś niezdrów, zjedz obiad, pościelę ci łóżko.
Na to już nie umiał znaleźć odpowiedzi. Dostał w skórę moralnie, jak mały, niegrzeczny 

chłopczyk, teraz chciało mu się płakać. Adrianka zaś, idąc do kuchni, uśmiechała się, a w oczach 
jej migotały wesołe, chytre błyski. I ona miała świadomość swego zwycięstwa. Teraz czuła dla 

Jacka litość, ale mimo to pogładziła kudłaty, psi łeb i szepnęła:

- Koleczka, jesteś pomszczona.

background image

Obiad zjedli w milczeniu, potem Adrianka, nie zwracając uwagi na wciąż nachmurzonego 

Jacka,   poczesała   przed   lustrem   włosy,   poprawiła   kwiaty,   wypadające   z   glinianego   dzbanka   i 

wyszła   na   podwórze.   Podszedł   do   okna   i   śledził   jej   każdy  ruch.   Zdejmowała   właśnie   z   płotu 
poduszki i kazała Franusi zanieść je do izby, potem ujrzał, jak przeskoczyła poza ogrodzenie i 

przytuliła głowę do końskiej szyi, a potem ruszyła w las i znikła mu z oczy. Jacek w tej chwili nie 
miał do niej ani żalu, ani urazy, ani złości, czuł tylko jedno, że bez Ari życie nie ma dlań uroku.

I kiedy wróciła i uśmiechnęła się do niego już od progu, podszedł do niej trochę nieśmiało i 

całując obie dłonie szepnął:

- Nie gniewaj się na mnie, Ari.
- Skąd znowu, co za pomysł? Czy chcesz czystą chusteczkę do nosa?

* * *

Niedzielę zwykle spędzali razem od rana do wieczora. Jacek w głowę zachodził, jak dobrze 

znała las i tysiące rzeczy, na które przedtem nigdy nie zwrócił uwagi, choć był leśnikiem z zawodu. 
Ale gdy on las traktował jako teren swojej pracy, dla Ari był on jej świętym umiłowaniem, był 

najwspanialszym   kościołem,   cząstką   jej   duszy.   Adrianka   niczego   się   tu   nie   bała,   a   wszystko 
pragnęła zobaczyć, trzymała dłoń na pulsie zielonego olbrzyma i piła stąd niewyczerpaną radość i 

moc.   Wszystko   ją   interesowało   i   wszystko   było   “cudowne   i   najważniejsze”.   Tu   gniazdko 
wrzeszczącej sójki, tam gołębia, który ma młode. Tu znalazła gniazdko jarząbka, w tej dziupli jest 

ul, na tym drzewie siadywały głuszce. W tej kotlince widziała starego zająca z małymi zajączkami i 
bardzo   żałowała,   że   nie   może   się   z   nimi   pobawić.   Do   tego   źródełka   jelenie   przychodzą   pić, 

tamtędy dzik prowadzi swoje małe. Stara biegnie przodem, a małe (no, nie są takie znów bardzo 
maleńkie) dyrdają gęsiego za nią, prędko, prędziutko. Tam znowu jest trzęsawisko. Jutro będzie 

pogoda lub jutro będzie deszcz.

Jacek słuchał tego szczebiotu i pytał zdumiony:

- Skąd ty to wszystko wiesz, dziewczyno?
Śmiała się w odpowiedzi, a raz rzekła:

- Las pokochał Adriankę i co dzień daje nowe lekcje. Widzisz, Jacek, jak sobie sama tu 

chodzę, to zaraz muszę sobie wyobrazić, że jestem Indianinem, szukam śladów. Uczę się chodzić 

cicho, tak cicho, że liść nie zaszeleści mi pod nogami. Umiem stać bez ruchu parę godzin, ale 
wtedy oczy mam szeroko otwarte. Tatuś mi napisał: “patrz w las, w słońce, będziesz mądra”. 

Jestem mądra, ale jeszcze za mało, bym umiała pomóc ludziom, którzy są nieszczęśliwi.

Jacek pominął tę uwagę milczeniem. Na gorące prośby Ari zaczął ją uczyć konnej jazdy, ale 

nim jako tako nauczyła się jeździć, nabiła sobie niejednego guza.

Raz wsiadła ze wspaniałą miną, poprawiła się na siodle i skierowała w stronę szerokiej 

background image

duchty. Jacek szedł za nią. Tymczasem koń z angielską flegmą (oprócz imienia miał w sobie coś 
niecoś angielskiej krwi) odwrócił się i szedł do stajni. Ari szarpnęła go za cugle, manipulowała 

kolanami, pies ujadał i skakał wkoło jak opętany, koń też kręcił się w miejscu i ani rusz nie myślał 
jechać tam, gdzie chciała pani.

- Uderz go szpicrutą! - zawołał Jacek.
I Ari z bólem serca uderzyła. Wtedy koń przysiadł na tylnych nogach i jak się nie zerwie, 

jak się nie puści cwałem przez duchtę. Dziewczyna oniemiała, szpicrutę wypuściła z ręki, nogi ze 
strzemion, beret spadł jej z głowy. Trzymała konia za szyję i krzyczała, skacząc w siodle jak piłka.

- Prr... stój! Ja...cek... mów do ko...ko...nia, mów do koonia... prr, prrr... oj, panie Jaśmień, 

mówcie do konia.

Jacek i Jaśmień bez tchu pędzili za niesforną Lady, ale “mówić” do niej nie próbowali. 

Tymczasem koń zrzucił Adriankę na zakręcie i z dumnie podniesioną głową wmaszerował w cień 

stajni. Mężczyźni dopadli Ari. Siedziała na ziemi rozcierając kolana. Nos jej krwawił, a twarz 
uwalana ziemią mogła wzbudzić przerażenie. Ale śmiała.

- Jeszcze się śmieje, smarkata. Nigdy ci nie pozwolę siąść na konia, takiego strachu nam 

napędziłaś.

- Ja się bałam nie mniej od was obydwóch, a ty nie bądź taki ważny, pan Jaśmień lepiej 

mnie nauczy.

Więc pan Jaśmień spojrzał z triumfem na Jacka i mimo nawału pracy znalazł dla pupilki 

chwilę czasu i “nauczył lepiej”. Ari jeździła bez zarzutu, ale zawsze śmiali się wszyscy, gdy leśniczy 

przypominał:

- Jak to było, panieneczko: mówcie do konia! Mówcie do konia!

Ale nie tylko tę przygodę miała Adrianka, nim wżyła się w las i jego tajemnice. Któregoś 

dnia szła zbierając jagody. Pochłonięta pracą, potknęła się i upadła prosto na ogromne mrowisko, 

a że nogi zaplątały się biedactwu w krzaki, więc dłuższą chwilę nie mogła się podnieść. Zanim 
wstała, mrówki oblazły ją dokumentnie. Zostawiła więc jagody i krzycząc biegła do leśniczówki. 

Jaśmieniowa załamała ręce, a potem zajęła się gorliwie ofiarą. Ostatecznie nic się Adriance nie 
stało, ale cały dzień krążyła za nią arcynieprzyjemna woń amoniaku, którym obficie wysmarowała 

ją Jaśmieniowa.

Któregoś znowu dnia, brodząc w gęstwi, natrafiła niedaleko wyrębu na małą płaszczyznę, 

pokrytą   cudownym,   szmaragdowym   mchem.   “Jakże   to  będzie   wspaniale   poleżeć   sobie   na   tej 
szmaragdowej pierzynce” - pomyślała i weszła nie zważając, że pod nogami jest jakoś bardzo 

miękko i że powierzchnia zdradliwie się ugina. Jeszcze krok i Ari wpadła do połowy łydek, i mimo 
rozpaczliwych wysiłków nie tylko nie mogła nóg wyciągnąć, ale pogrążała się coraz bardziej. Taka 

background image

rozpaczliwa groza przejęła dziewczynę, że zamiast szukać krzaków lub drzew, za które mogłaby 
chwycić, krzyczeć zaczęła wniebogłosy, cała oblana zimnym potem.

- Ratunku! Boże... Ratunku... Na pomoc!
W głowie jej szumiało: “Zginę i nikt nie będzie wiedział, tatuś się zmartwi... Jacek... nie 

zobaczę słońca i lasu, i tatusia... nikt mnie nie znajdzie... tatusiu... tatusiu...”

Z   daleka   dochodził   monotonny,   spokojny   stuk   siekier,   słońce   całowało   korony   drzew. 

Dzięcioł   obojętnie   kuł   dziobem,   coraz   to   inne   drzewo,   tu   i   tam   wrzasnęła   sójka,   gwizdała 
niefrasobliwie wilga. Świerszcze zgodnym chórem nuciły pieśń o letnim południu. Ari zamknęła 

oczy. Poczuła znów ból w sercu i przekonanie, że umiera, obezwładniło ją zupełnie, a przecież 
całym wysiłkiem woli i nerwów pragnęła się bronić. Jęczała głucho: “Boże, ratuj mnie!” Wtem do 

jej nastawionych śmiertelną trwogą uszu, dobiegł spokojny, męski głos:

- Puść no, panienka, Boga, a chyć się krzaka.

Zupełnie oszołomiona zdumieniem, otworzyła oczy i spojrzała na przeciwległy brzeg. Stał 

tam szczupły, stary wieśniak i spokojnie palił machorkę.

Ten   spokój   tak   podziałał   na   półprzytomną   dziewczynę,   że   przestała   płakać   i   uważnie 

rozejrzała   się   dookoła   siebie,   a   dostrzegłszy   jakąś   zwisającą   gałąź   drzewa,   póty   pracowała 

wszystkimi mięśniami, póki jej nie chwyciła i przyciągnęła do siebie. Z pomocą gałęzi wydobyła 
się na brzeg, oczywiście bez pantofli, i zupełnie wyczerpana usiadła pod drzewem, a wieśniak, 

kręcąc sobie nowego papierosa, mówił z drugiego końca bagna:

- Tak, tak, Bogu nie trza głowy zawracać; żeby On miał tak na wszystkie rojsty [miejsce 

niskie, bagniste, pokryte mchem, mokradło; mszar.] patrzeć, to by na ziemię spoglądać czasu nie 
stało Mu.

Ari wstała i patrzyła na niego ciekawie, a on szedł ku niej brzegiem bagna.
- Dziękuję panu, gdyby nie pan, utonęłabym.

- Toż co? Głupstwo. Masz, panienka, rozum? Człowiek się sam musi ratować, bo od Boga 

rozumu dostał. Ja i na wojnie byłem. Skąd panienka?

- Z gajówki.
- No to teraz  biegnijże do chaty, a najedz się dobrze, to i febra minie, po strachu.  Do 

widzenia pannie.

- Dziękuję, do widzenia.

Nie   powiedziała   Jackowi   o   tej   przygodzie,   bo   nie   chciała   narażać   się   na   gderanie   i 

wymówki,   pochodzące   z   troskliwości,   ale   nudne   i   dość   imperatywnie   (łac.   -   rozkazująco) 

czynione.  Ari tego nie cierpiała.  To jej psuło smak każdego niebezpieczeństwa,  w którym się 
czasem znajdowała. I dzisiejsza przygoda miała w sobie coś, co Adriankę zajęło i zostawiło po 

background image

sobie cierpki, ale przyjemny obrazek. Postanowiła to ukryć na dnie duszy i nie pozwolić, by Jacek 
rozgrzebał wszystko i polał zimnym tuszem.

Nazajutrz   poszła   do   wyręby   niedaleko   bagna,   myśląc,   że   może   uda   jej   się   spotkać 

oryginalnego zbawcę i porozmawiać z nim. Siadła więc sobie pod śmigłą, pachnącą żywicznie 

sosną i wyskubując spomiędzy trawy czerwieniejące poziomki, spoglądała w dal po porębie.

A tu robota wrzała. Jedni ścinali drzewa, inni piłowali i składali dłużyce. Na drodze stały 

jednokonne wozy, a koniska były wynędzniałe i chude. Pospuszczały beznadziejnie łby ku ziemi i 
w drzemce brykały po zielonych łąkach młodości; przeciągły okrzyk: nu! nu! budził je z marzeń; 

na wozy składano ciężar i koniska ruszały, wyginając z wysiłku grzbiety w pałąk. W uszy, niby 
bolesne ukłucia, padały wciąż owe gromkie, a mdłe “nukania”.

Waliły się wspaniałe, potężne, a proste jak świece drzewa o zielonych, lśniących koronach, 

które w godzinie śmierci miłośnie całowało słońce, a lekki wiatr mówił im o tajemnicy drugiego 

istnienia w obliczu przeogromu błękitnych wód lub chaosu miast. Potnieli przy pracy ludzie o 
leniwych, zmęczonych ruchach, wytężały nadwątlone latami mięśnie zwierzęta. Ari zaś myślała ze 

smutkiem: “A oto jest życie”.

Lecz   w   miarę   jak   siedziała   zapatrzona   w   blask   słońca   na   siekierach   i   piłach,   oćma 

melancholii znikała powoli z jej duszy. Przecież na miejscach tych olbrzymów wyrosną młode, 
nowe,   zieloniutkie,   a   ginące   kolosy   dają   nie   tylko   byt   dziesiątkom   ludzi,   ale   i   schronienie. 

Pomyślała też, że lepiej pracować tu, na świeżym powietrzu, niż w cuchnących fabrykach, które 
stworzyła cywilizacja, ale które, dając chleb dziesiątkom, odbierają go tysiącom. I miarowy stuk 

siekier wydał się Adriance potężną pieśnią, sławiącą czyn i moc ludzkich dłoni. Uśmiechniętymi 
ustami zaczęła śpiewać na nutę znanej legionowej piosenki coś, co jej się teraz nasunęło na myśl:

“Sosno, sosno, wielka, zielona!

A jak zetną cię, niebożę,
w świat pojedziesz hen na morze,

sosno zielona!

Sosno, sosno dumna, pachnąca!
Srebrne dzwony tobie dzwonią,

ludzie się przed tobą kłonią,
sosno pachnąca!

Pójdziesz w świat, sosno królowo!

background image

Wiatr za tobą wieść uniesie
o tych ludziach, o tym lesie,

sosno królowo!

Lesie, lesie! Lesie zielony!
Rośnij w górę hen do słońca,

w tobie Boga moc krzepiąca,
lesie wonny, lesie zielony!”

Śpiewała   pełną   piersią,   a   jej   słodki,   wysoki   sopran   o   dziecinnym   brzmieniu,   drżał 

srebrnymi skrzydełkami ponad całą porębą. Ludzie podnosili głowy i uśmiechali się, słuchając 
ciekawie. Oczy ich śledziły szczupłą postać w jasnozielonej sukience. Ari chodziła po zalanym 

słońcem kraju wyręby, gdzie bujnie rosły poziomki, i co chwila przysiadała, by zerwać pachnące 
jagody. I znowu wstawała, i wyglądała z daleka jak motyl. Ten i ów z młodszych robotników zaczął 

nucić   melodię   pod   nosem,   ten   i   ów   jął   pogwizdywać.   Ari   to   dosłyszała   i   śpiewała   jeszcze 
donośniej, chodząc między drzewami. A siekiery i piły mimo woli jęły poruszać się w takt melodii, 

zaś   kilka   śmielszych   głosów   basowych   pomrukiwało   wraz   z   Adrianką.   Wtedy   weszła   między 
pracujących.

- Pomagaj, Boże - rzuciła wesoło.
- Daj, Panie Boże - odpowiedział zgodnie chór.

- Uważaj, panienko, ażeby cię drzewo nie uderzyło.
- E, nie, uważam. Czy mogę tu posiedzieć?

- A dlaczego nie? Ładne jagódki, prawda?
- Bardzo ładne. Może pan chce spróbować?

Nie zwracając uwagi na zafrasowaną minę robotnika, wsypała mu z dzbanka pełną garść i 

roześmiała się.

- Może kto jeszcze chce? Bardzo dobre.
Ten i ów wyciągnął nieśmiało brudną rękę i dzbanek opustoszał.

- Panienka ładnie śpiewa, lepiej się pracuje - rzekł jeden młody.
- A no, to mogę wam jeszcze coś zaśpiewać.

Spojrzeli po sobie zdumieni, potem na Adriankę popatrzyli. Strasznie dziwna osoba. Ale 

ona już śpiewała jedną po drugiej znane ludowe i wojskowe piosenki. I znów buch - buch waliły 

rytmicznie   siekiery,   trzeszczały   gałęzie,   skrzypiały   piły,   ale   ludzie   uśmiechali   się.   A   gdy 
odchodziła, wołali za nią:

background image

- Przyjdź tu do nas jeszcze, panienko.
I tak  w słońcu,  powoli,  dojrzewała  dusza  Ari.  Do małej  gajówki  często  przychodziły  w 

odwiedziny   kobiety,   które   poznała   u   Jaśmieniowej   i   o   których   niedoli   słyszała.   Przychodziły 
wypłakiwać tu swój ból i nędzę. Ari zaś nie brała już wszystkiego tak jednostronnie i impulsywnie, 

jak z początku, ale podchodziła uważnie, jak za tropem, do źródeł niedoli, przekonując się, że 
czasem winna jest nie tylko osoba krzywdząca, ale i krzywdzona. I wtedy zaczęła dawać kobietom 

rady serdeczne. Uczyła je porządku i ładu, o którym nie miały pojęcia, pokazała, jak się gotuje 
proste, a jednak różnorodne potrawy. Usiłowała je przekonać, że samą rozpaczą nic nie wskórają, 

że powinny urządzić dom tak, by ich mężom było najlepiej we własnym domu. I te lekcje zaczęły 
skutkować.   Gdzie   nie   mogła   pomóc   radą,   tam   pomagała   sercem   lub   pieniędzmi.   Wszystko 

opisywała ojcu, bo Jacek pod tym względem zupełnie zrozumieć jej nie mógł. Dziwił się i ruszał 
ramionami, czasem mówił:

- Ari, ty chcesz koniecznie bawić się w dobrą wróżkę, jak widzę, ale mnie to nie zajmuje. 

Nie lubię wtrącać się w cudze sprawy. I tobie też z całego serca odradzam...

Ari gładziła mu czuprynę i wzdychała. Nie lubiła być własnym adwokatem. I tak w głębi 

borów zastała Adriankę pora żniw.

background image

II

W domu państwa Klaudiusów po ucieczce Ari było ponuro i cicho. Teraz dopiero wszyscy 

zauważyli,   czym   była   taka   jedna   blada   dziewczynka.   Matka,   mimo   całego   swego   oburzenia, 
tęskniła do niej tak, jak i stołownicy i rodzeństwo. Ale nie mówiło się o niej zupełnie, za to myśleli 

wszyscy.

Ogródek   zarósł   chwastem,   w   pokoju   nie   miał   kto   stawiać   co   dzień   świeżych   kwiatów. 

Imogenka, gdy przytulała głowę do poduszki, wzdychała. Na jej nocnym stoliczku wazonik był 
pusty, a poduszki i kołderka nie pachniały bzem. Ari przedtem zawsze rozpylała na pościel wodę 

kwiatową,   a   bieliznę,   własnoręcznie   dla   Ineczki   prasowaną,   perfumowała   leciutko,   by   mała, 
złotowłosa siostrzyczka cała była jak kwiat pachnąca. Imogence teraz się nie chciało samej tego 

robić i o ile dawniej uważała, że wszystko, co się koło niej dzieje, jest zupełnie naturalne, teraz 
zrozumiała, że to była tylko dobra wola nieładnej, ale kochającej siostry. Brak im było wszystkim i 

wiecznego “głupiego” błaznowania Adrianki.

Profesor dłużej niż kiedykolwiek siadywał w ogródku przed ulami i bardzo tęsknił. Czasem 

ni stąd ni zowąd podnosił głowę i słuchał. Była cisza, brzęczały pszczoły, a jemu wydawało się, że 
to Ari tupocze po pokoju: tup... tup... tup... Ari sprząta, Ari śpiewa, modli się do słońca śmiechem. 

Ale kroki cichły i znów nie było córki. Brzęczały pszczoły, a pies siedzący u stóp pana uderzał 
miarowo ogonem w ziemię i łapał muchy, a co złapał, zmiętosił ją jęzorem, wypluł i patrzył panu 

w twarz mądrymi, żółtymi oczyma: “Widzisz, jakie ja sztuczki potrafię? No, pochwal mnie”. I 
profesor rozumiał wymowę psich oczu, bo kładł dużą, czerwoną dłoń na gładkiej i lśniącej sierści i 

przypominał sobie, jak to Adrianka bawiła się z psiakiem, kiedy był malutki. Pies wyrósł, jest 
duży, mądry, ale dziewczynki nie ma. Wszystkie jej listy umiał na pamięć, ale nosił przy sobie, bo 

to była cząstka jej duszy i teraz już lepiej niż kiedykolwiek wiedział, jak bardzo córka go kochała. 
Imogenka, mimo tęsknoty za siostrą, z całą perfidią uwodziła Wiktora. Stroiła się jak lalka, co 

dzień inaczej. Nie zostawiała go nigdy w towarzystwie kobiet od siebie ładniejszych. Przez cały 
niemal   miesiąc,   który  spędziła   u  jego rodziców,   zręcznie   naśladowała  Adriankę,   była   czynna, 

ruchliwa,  nie zmęczona  i kochająca  tak,  że Wiktor topniał  jak wosk w słońcu,  zwłaszcza  gdy 
siedząc   w   hamaku,   szyła   i   haftowała   jakieś   tiule,   jedwabie   i   koronki,   mówiąc   z   zalotnym 

uśmieszkiem:

- Żebyś ty wiedział, jak mi ładnie w tej koszulce.

Który  mężczyzna   nie pragnie  takich  cudów zobaczyć!  Wiktor  też  myślał,  że  ma wielką 

ochotę, zwłaszcza, że namawiali go rodzice.

- Ożeń się z nią, jest elegancka, ładna, będzie dobrze reprezentowała dom, kocha cię.
On   się   jeszcze   bronił,   jeszcze   ociągał,   bo   od   czasu   do   czasu   napadała   go   tęsknota   za 

background image

Adrianką, która choć nie była taka ładna i elegancka, za to miała “coś”.

Wreszcie   Żenia,   widząc,   że   Wiktor   jeszcze   się   waha,   postanowiła   działać   ostro,   bo   to 

zdobywanie już ją zmęczyło. Któregoś więc lipcowego wieczora, na parę dni przed końcem urlopu 
Wiktora,   państwo   Karbowscy   pojechali   do   Warszawy   do   teatru,   a   Wiktor   odwoził   ich 

samochodem i wracał szybko, bo wybierał się z Żenią na zabawę ogrodową w miejscowym parku. 
Żenia   zaś,   jak   tylko   auto   z   Karbowskimi   zniknęło   za   bramą,   zaczęła   chodzić   po   wszystkich 

pokojach, jęcząc głośno, aż zwróciła uwagę służby i pokojówka spytała:

- Co panience jest?

- Głowa mnie boli, niedobrze mi, och, och, proszę mi przynieść herbaty.
Więc podano jej herbatę i omawiano w kuchni sprawę choroby.

- Rano była zdrowiuteńka.
- Żeby nie tyfus, tyfus nagle chwyta.

- Może od słońca.
- Ojoj! To się nasz pan zmartwi. Nie ma szczęścia do żeniaczki. Jedna mu zwiała, a druga, 

co nie daj Boże, zemrze.

- Tfu! Niech Andzia odpluje i odstuka w suche drzewo, taka piękna panienka.

I podczas gdy w kuchni Andzia pluła i odstukiwała, Żenia herbatę wypiła, ubrała się w 

najładniejszy na gołe ciało szlafroczek i położyła się na kanapce naprzeciw lustra. Z ramienia i 

piersi   zsunęła   niebieski,   puchem   obszyty   negliż   i   przyjrzała   się.   Była   cudna   z   tymi   złotymi, 
rozburzonymi włosami i lśniącym ciałem. Przyciemniła jeszcze powieki, ukarminowała dyskretnie 

usta,   osypała   pudrem   twarzyczkę   i   z   biciem   serca   słuchała   trąbki   samochodowej.   Nareszcie. 
Dreszcz ją przebiegł. Zamknęła oczy i udawała, że śpi. Wiktor wszedł do salonu, Imogenki nie 

było, w ogrodzie też nie, spytał się więc pokojówki.

- Panienka zachorowała i poszła do siebie.

- Zachorowała? Co jej się stało?
- Nie wiem, proszę pana, ale bardzo jęczała i narzekała na głowę.

Mocno   zaniepokojony   pobiegł   do   pokoju   Żeni.   Zapukał.   Nie   było   odpowiedzi.   Ruszył 

klamką, drzwi były otwarte z klucza, wszedł więc. Paliła się tu tylko nocna lampka, w jej różowym 

świetle ujrzał śpiącą, cudną jak marzenie... Jedwab, przylegający do ciała, podkreślał linie jej 
zgrabnej, pełnej figury, a nagie ramię i pierś dziewczęcia, lśniąca, gładka i biała, zasłoniła mu 

Adriankę i wszystko, co nie było Żeniusią. Przyklęknął przy “śpiącej” i wtulił usta w ciepły, biały 
atłas.

“Obudziła   się”,   krzyknęła   lekko,   zaczęła   naciągać   szlafroczek,   ale   przy   tym  szamotaniu 

odsłoniło się i drugie ramię i noga aż po udo. I wtedy nie mogła się już wyrwać z silnych, męskich 

background image

objęć. Zgasło światło. Na zabawę ogrodową już nie pojechali.

Gdy rodzice wrócili z teatru, Wiktor oświadczył im, że jutro rano jedzie prosić o rękę Żeni, 

co przyjęli z zachwytem. Wiktor jednak, znalazłszy się sam, usiadł na ulubionym fotelu i palił 
jednego za drugim papierosa. Nie mógł się nie ożenić z Imogenką, bo na to nie pozwalało mu 

pojęcie o honorze. Ale przychodziły refleksje, że teraz całe życie będzie miał przy boku śliczną, i 
wiele od siebie młodszą kobietę, która posiadając wszystkie zalety pani domu, razem ze swoją 

urodą i miłością, może stać się nudna, gdyż nie ma w sobie tych niespodzianek, które posiadała 
Ari i nie jest taka subtelna, jak siostra. Było mu w tej chwili ciężko, bardzo ciężko. Adrianka, 

bardziej niedościgła niż gwiazdy, co mrugały doń z ciemnego nieba, była tu gdzieś obok niego w 
pokoju, a on nie mógł jej zamknąć w ramionach. Po prostu czuł jej oddech, czuł jej uśmiech, 

troszkę kpiący, i miał wrażenie, że to z niego właśnie się śmieje... Ari, daleka Ari, była gdzieś 
blisko, a jednak nieuchwytna jak mgła. Jakby umarła. Zacisnął wargi w bolesny grymas. Ari, Ari 

kochana, naprawdę kochana z tą swoją długą, szczupłą figurką, z chudą buzią, opromienioną 
uśmiechami. Tych uśmiechów było tyle. Każdy inny, każdy nowy. Przypomniał sobie i liczył w 

pamięci, i nie przypuszczał nawet, że nie on jeden będzie tak liczył i wyczarowywał w marzeniach 
uśmiechy  Adrianki.  Czy  ją   kiedy  zobaczy?  A gdy  nawet   zobaczy,  to  co  z   tego?  Skończyło  się 

wszystko. Jest teraz Żenia.

- Ha,   trudno,   klamka   zapadła   -   westchnął   i   położył   się   spać.   Leżąc   pomyślał,   jak   też 

zachowa się Imogenka przy śniadaniu po tych dzisiejszych łzach. Jest taka młoda, młodziutka i 
naiwna. To pierwsze przeżycie może być dla niej bardzo ciężkie. Była taka strasznie zawstydzona, 

płakało biedactwo.

Spotkało go jednak rozczarowanie. Imogenka zjawiła się wystrojona, pachnąca, zalotna jak 

zwykle, a to trochę niemile uderzyło Karbowskiego. Wytłumaczył to sobie jednak, że Ineczka jest 
tylko bardzo zakochana i stara się swoje szczęście i miłość okazać.

* * *

W pierwszych dniach sierpnia Żeniusia została panią inżynierową. Zamieszkali tuż przy 

fabryce, w ładnie umeblowanych trzech pokojach. Pani Klaudius była w siódmym niebie i jedynie 
myśl o starszej córce nie przestawała jej dręczyć. Co ona robi, gdzie się podziewa, czy Boże broń, 

nie weszła na złą drogę?

Profesor napisał do Ari krótko i węzłowato o doniosłym fakcie w rodzinie i Adrianka wraz z 

Jackiem śmiała się serdecznie z Wiktora, że tak szybko się pocieszył.

Nastała  pora żniw. Ari ze zdumieniem ujrzała,  że w polu nie pracują  mężczyźni,  tylko 

wyłącznie kobiety i w pocie czoła żną zboże sierpami. Pomagała więc Jaśmieniowej i myślała, że 
to istotnie jest barbarzyński kraj.

background image

Zauważyła też dziwne (według jej opinii) zjawisko w stosunku do niej samej. Oto wszyscy 

ci prości ludzie, którzy dziewczynę otaczali, zwykle surowi i spracowani, prześcigali się nawzajem, 

by   jej   usłużyć,   okazać   serce   i   tkliwość.   Sama   Jaśmieniowa,   zapracowana   jak   wół   w   jarzmie, 
znalazła zawsze chwilkę czasu, by wyręczyć Adriankę w pracy domowej, której mała gosposia 

miała i tak niewiele. Leśniczy, surowy i despotyczny nawet dla własnej żony, wpadał co wieczór 
do gajówki, by przynieść “dziecku” jarzyn z dworskiego ogrodu lub pierwszych borowików, które 

znalazł   w  swej  włóczędze   po  lesie,   lub   pokazać   ubitego   jastrzębia.   Czasem   zabierał   Adriankę 
konno na objazd lasów i z zapałem odpowiadał na setne pytania dziewczyny. Leniwa Franusia 

starała się, by jej pani miała jak najwięcej wolnego czasu, a gajowi, którzy często zbierali się u 
Jacka, przynosili “panience” jabłka, orzechy, miód. Ari, będąc w rodzicielskim domu na ostatnim 

miejscu, doszła do przekonania, że tu, w tym zapadłym kącie, jest pierwszą osobą i ze śmiechem 
kazała się Jackowi nazywać “księżniczką”. Przyczyna tej ogólnej sympatii była przecież zupełnie 

prosta. Ludzie zmęczeni ciężkimi warunkami życia i z natury nieprawdopodobnie leniwi, lubili 
patrzeć na rozpromienioną twarz Ari, na jej zapał, z jakim brała się do każdej roboty, na jej 

ustawiczną radość. Często mówili do Jacka:

- A to udała się panu siostra, co to będzie za żona... za gospodyni! Ten mąż będzie miał raj 

w domu... W gajówce aże pachnie, tak czysto i miło. Dziewczyna, która przy pracy śpiewa, to 
skarb.

Jacek więc rósł w dumę i szczęście, że ten skarb dla niego jest przeznaczony. Ari jednak 

dzień w dzień przyglądała mu się baczniej i więcej rzeczy niemiłych w chłopcu dostrzegała, ale 

wiedziała też, iż nie znaczyło to, by Jacek się zmienił, nie! On był zawsze taki sam jak dawniej, ale 
kiedy tam, w małym pokoiku widziała go tylko jednostronnie, teraz miała sposobność patrzeć 

drobiazgowo i dokładnie.

- Jacuś, znów jesteś nie ogolony, cóż ty myślisz, że jestem garnek nie umyty, żebyś mnie 

wiechciem szorował?

- Nie chce mi się, Ari, przecież i tak jestem ładny i podobam ci się.

- No tak, ale wolę cię ogolonego.
Wyciągała go na spacer.

- Chodź, chłopcze, pokażę ci, gdzie położyłam mrówkom zdechłą myszkę.
- Nie chce mi się, maleńka, co to ciekawego?

- Ale przecież nic nie robisz?
- Jak to nie robię, leżę i patrzę na ciebie.

Stanowczo sfery zainteresowań mieli różne. Jacek do niczego się nie zapalał, niczym się nie 

entuzjazmował, Ari przeciwnie: ją zajmowało wszystko i na każdy objaw życia natury patrzyła 

background image

miłośnie. Czasem przez myśl jej przebiegło: “Gdyby tak był ktoś, kto by mnie rozumiał, ktoś 
kochany”. Ojciec ją rozumiał, ale Ari pragnęła podświadomie kochać kogoś więcej i goręcej niż 

Jacka, bo coraz częściej zastanawiała się, czy kocha Jacka tak jak dawniej. Nie mówiła sobie “nie”. 
Ale już się zastanawiała, już pytała, a to było groźne.

Zwykle po obiedzie o godzinie szóstej siadała obok niego i kładła mu głowę na ramieniu, to 

noskiem tarła o jego policzek lub całowała delikatnie. A kiedy chwytał ją mocno w ramiona i 

gniótł w gwałtownym uścisku, szepcząc gorące, błagalne słowa, parskała śmiechem i uciekała.

- Więc czemu mnie drażnisz, Ari, zlituj się, co wyprawiasz?

- Nic, kokietuję cię.
- Dlaczego?

- Bo lubię.
I to było wszystko. Jacek zaś patrzył na nią jak wilk; ale nie poświęcił ani chwili czasu na 

rozmyślanie, co robić, aby ten niezrozumiały opór przełamać. Był zarozumiały i zdawało mu się, 
że już sam fakt jego obecności wystarczy, by Adrianka kochała go. Jego troskliwość o kochaną 

była też specjalnego gatunku. Mówił jej na przykład: “Ari, dbaj o siebie, powinnaś być zdrowa”. 
Ale nie powiedział, jak to Ari ma “dbać” o siebie. Gdy czasem stłukła sobie kolano lub podrapała 

się, był zły i krzyczał: “dlaczego nie uważasz”, ale na tym się kończyło. Ari zaś czasem pragnęła 
bardzo, by Jacek wszystko to czynił jakoś inaczej, choć też nie zdawała sobie sprawy, jak.

Czasem przy stole ziewał głośno i szeroko. Ona wiedziała, że to ze zmęczenia, ale wiedziała 

i to, że można sobie “paszczękę” zakryć.

- Ojej, Jac, myślałam, że to się walą mury Jerycha, a to mój chłopiec ziewa.
- Ari, proszę cię, bez uwag, zresztą to nie salon.

- Aha! Padam do nóżek, powieś się, ani pisnę, bo jak bez uwag, to bez uwag.
I wiedziała to także, że niekoniecznie trzeba przy kochanej kobiecie chodzić z szelkami 

dyndającymi po łydkach.

- Jacuś, porteczki gubisz.

- Ojej, wielkie rzeczy.
- Wielkie nie wielkie, nic nadzwyczajnego nie zobaczę, ale nie do twarzy ci tak. Bądźże 

elegancki.

- Przecież nikogo nie ma.

- A ja to pieprz?
- Ty jesteś moja słodka Ari.

- Więc   twoja   słodka   Ari   zaklina   cię   w   imię   wszystkich   tureckich   świętych,   byś   nie 

wstępował w ich ślady i nie uczył mnie na pamięć szczegółów męskiej garderoby.

background image

Ari szalenie lubiła las podczas deszczu, kiedy ze wszystkich gałęzi kapała jej za kołnierz 

woda, mrówki ustawały w pracy, a ptaki piszczały między gałęziami. Wśród szumu drzew grał 

smętnie i monotonnie deszcz. Raz, po długich prośbach, wyciągnęła Jacka na wędrówkę.

- Popatrz,   posłuchaj,   dzięciołowi   deszcz   nie   przeszkadza   w   pracy.   A   tu,   widzisz?   Jest 

mrówcza   droga,   same   sobie   wydeptały,   szeroka,   co?   Teraz   pusta,   bo   wszystkie   poszły   spać. 
Słyszysz, co drzewa mówią? Szu, szu, deszcz szumi, a ptaszki piszczą: oj, mokrro, mokrro! A osika 

woła: ss... ss... słońce, słońce! A wrona: krach, krach, będzie krach! Bo wrony są złośliwe. Widzisz 
srokę? Skacze, ogonkiem trzęsie i śmieje się: ha, ha, hi, hi, hi, bo ona taka wiecznie zadowolona. 

Cicho, uważaj, tam siedzi jastrząb, chodź bliżej, żebym tak miała flowerek. [broń palna małego 
kalibru,   używana   m.in.   do   polowania   na   drobne   ptactwo.]On   sobie   siedzi   i  myśli,   że   w  taką 

pogodę nie można robić interesów. Kantor zamknięty. A to piszczą jarząbki. Widzisz, jak dużo 
surawiszek.[grzyby]Usmażę ci.

- Ari, patrzę na ciebie, słucham i podziwiam, ale moknę. Chodź, powiesz mi to wszystko w 

domu.

- Nie chcę jeszcze iść do domu, tak przyjemnie.
- Tobie, ale mnie nie. No, wracamy.

Podreptała ze spuszczoną głową.

* * *

Któregoś dnia upał był taki, że zdawało się, ziemia stopnieje. Ari siedziała w lesie śród 

jagód. Dokoła niej kołysała się na gałęziach cisza. Gwar ptactwa zamilkł zupełnie i tylko od czasu 

do czasu zakwilił jastrząb. Dziewczyna czuła dziwny niepokój, z którego nie umiała sobie zdać 
sprawy. Ten upalny dzień czynił wrażenie, jakby się w nim coś czaiło. Więc kiedy zaniosła obiad 

Jackowi, szepnęła mu pieszczotliwie:

- Chłopcze, wróć dziś wcześniej do domu, boję się, pewno będzie burza.

- Tak? To moja odważna panna boi się burzy?
- Troszeczkę.

- Za godzinkę będę w domu, a może poczekasz?
- Dobrze, pójdę trochę w pole, zawołasz mnie.

Ale po drodze z kantoru zauważyła, że wielki dąb, tuż przy bramie stojący, ma szerokie, 

wygodne konary. Zamiast chodzić po polu w upał, który dziś ją specjalnie męczył, może sobie 

posiedzieć tam jak w altance. Wdrapała się więc po płocie na olbrzyma i rozsiadła się jak w 
gnieździe, mając stąd rozległy widok na ogród warzywny i pola. Ludzie kręcili się w pobliżu, ale 

podwórze było puste. Szerokie szmaty pól miały barwę piaszczystych wydm. Ari patrzyła w dal i 
pomyślała, że dobrze by było mieć skrzydła i bujać tak pod lazurową tonią.

background image

Jacek   wyszedł   wreszcie   z   czworaków   i   skierował   się   do   ogrodowej   furtki.   Stamtąd 

wychodziła właśnie dorodna, choć trochę klocowata dziewucha z koszem w obu rękach. Jacek o 

coś zapytał. Ona postawiła kosz na ziemi, a oparłszy się o furtkę, śmiała się zalotnie. Zeler wziął ją 
pod   brodę,   coś   mówił,   potem   objął,   potem   pocałował.   Ari   poczuła   gorący   dreszcz.   Wreszcie 

dziewucha pobiegła naprzód, ukazując czerwone, grube nogi i wpadła do stodoły. Za nią podążył 
Jacek.

Ari na moment zamknęła oczy i zacisnęła zęby. Jednak wrodzone poczucie humoru kazało 

jej wnet roześmiać się cichutko. Mruknęła tylko do siebie.

- Jacuś po kwaśnych winogronach pocieszy się rzepką... phi!
I otarła zwilgotniałe oczy.

Za   kwadrans   Jacek   znów   pojawił   się   na   dziedzińcu   i   wyszedł   na   drogę   energicznym 

krokiem. Za nim, oglądając się ostrożnie, wylazła dziewucha i strzepywała siano ze spódnicy i 

włosów.   Ari   nie   wytrzymała,   parsknęła   śmiechem   tak   donośnym,   że   dosłyszał   go   Zeler   i 
niespokojnie rozglądał się wkoło. Ari zlazła z drzewa, siadła na płocie i śmiała się bez przerwy.

- Ari, ty?... Ty jesteś tutaj?
- Nie, nie tutaj, jestem teraz tam, na polu. Masz okropnie nieinteligentne oblicze w tej 

chwili. Idziemy do domu?

- Idziemy! Ale co to za głupi pomysł łazić po drzewach wobec ludzi. Co o tobie pomyślą? 

Bardzo cię proszę, nie urządzaj takich przedstawień.

- Dobrze. Ostatni mój występ. Ale ty też powinieneś na stodole wywiesić kartkę z napisem: 

“Osobom obcym wejście wzbronione. Lornetki na składzie”.

Zaczerwienił się po białka.

- Ari, nie myśl, że... Ari, przecież...
- Chodź, chodź, nie gadaj tyle. Będziesz mi dziś pomagał obiad gotować.

Szła   szybko   naprzód,   a   on   za   nią   zły,   zmartwiony   i   nieszczęśliwy.   Gdy   znaleźli   się   w 

gajówce, Ari swoim zwyczajem nalała w miednicę wody, podała mu ręcznik i wyszła karmić kury. 

Umył ręce i siadł na ganku. Adrianka zdejmowała suchą już bieliznę ze sznurów między drzewami 
rozpiętych. Śledził jej ruchy i podziwiał smukłość nóg, strzelistość ramion i piersi. Wydawała mu 

się znów zupełnie nowa i nieznajoma. Dawna chuda i blada Ari znikła. Teraz widział pięknie 
zbudowaną, giętką jak stal dziewczynę, błyskającą w słońcu nagimi, brązowymi ramionami. Stała 

do niego tyłem, wznosząc się na palce, przy zdejmowaniu większych sztuk; rytmicznie opadały i 
pięły się w górę krągłe, sprężyste ramiona. Włosy, związane z tyłu wstążką, rozpryskiwały się jak 

zdmuchnięte   przez   wiatr   chmurki.   Jacek   patrzył,   patrzył...   i   czuł   jakąś   nieogarnioną   bolesną 
tęsknotę do tej dziewczyny, która przecież stała tuż obok niego ze stosem pachnącej wiatrem i 

background image

słońcem bielizny i uśmiechała się.

- Otwórz mi drzwi, Jacek, bo rozsypię wszystko.

Rzuciła pakę na łóżko, a Jacek delikatnie i bardzo nieśmiało odgarnął jej włosy z czoła i z 

oczu.

- Uff, “zmachawszy” się, ale to przyjemne. Teraz będę maglować.
- Nie będziesz maglować, pójdziemy na spacer.

- Oo! Święto! Pirsza klasa. A gdzie?
- Przed siebie. Chcę z tobą porozmawiać.

- Na temat amatorskiego przedstawienia? Dziękuję, danke, merci. Nie jestem artystycznie 

usposobiona.

- Ari, ja muszę się wytłumaczyć.
- Po co? Z czego? Komu? Mnie? A cóż to, czy ja jestem patronką błądzących lub damą z 

komitetu obrony moralności? Jacek, wiesz, powiem ci tak po sztubacku: nie nalewaj. Co było, 
stało się, koniec. Chodź na grzyby, maślaków jak maku.

I nie dała mu dojść do słowa do samego wieczora.
Koło godziny ósmej ściemniło się od razu, jakby ktoś na niebo zarzucił czarną płachtę. 

Potem zadudniło z daleka i zaczął padać deszcz.

- Burza idzie - szepnęła Ari.

W tej chwili zamigotała słabo błyskawica i znów zaturkotało z daleka ponuro. Ari poszła 

policzyć kury w kurniku, zaprowadziła Jackowego konia do stajni,  rozpaliła  ogień i obierając 

grzyby   niespokojnie   zerkała   na   niebo.   Ale   burza   krążyła   jeszcze   wciąż   gdzieś   daleko.   Jacek 
pocieszał:

- Widzisz, nawet burza nie chce ci robić przykrości i omija gajówkę.
Już i krowa wróciła z pastwiska, i kolację zjedli, a burza kołowała w oddali, wobec czego 

Ari zdecydowała, że pójdzie spać. Podeszła do Jacka i całując go w czoło, rzekła:

- Dobranoc, chłopcze.

Przytrzymał ją za ręce.
- Nie zamykaj się, Ari, na haczyk. Zawsze będziesz trochę spokojniejsza, gdyby istotnie 

burza nadeszła.

- Dobrze.

Zniknęła za drzwiami, zrzuciła już sukienkę, gdy cała izba stanęła na sekundę w białym 

płomieniu, a jednocześnie potężny huk wstrząsnął drewnianym domkiem. Adrianka krzyknęła 

przeraźliwie i wtuliła głowę w poduszki. W tej chwili poczuła mocne ramiona Jacka i jego głos 
wrócił biedactwu przytomność.

background image

- Ari, taka dorosła kobieta, żeby się bała grzmotów, wstyd!
- Wiem, że wstyd, ale nie mogę sobie tego wyperswadować.

Wziął ją na kolana i przycisnął do piersi puszystą główkę. Za oknami teraz rozpętało się 

całe   piekło.   Drzewa   jęczały   i   skrzypiały,   wicher   tagrał   świat   na   strzępy.   Raz   po   raz   jasność 

olśniewająca zalewała izby, raz po raz waliły pioruny. Ale Jacek błogosławił burzę. Dzięki niej 
miał sposobność tulić Adriankę. A tak dawno nie trzymał kochanej postaci w ramionach. Była dla 

niego   serdeczna,   lecz   ta   serdeczność   nie   miała   już   zapachu   czerwonych   róż,   jak   ongi,   gdy 
przychodziła do jego małego pokoiku. Całował teraz oczy i usta dziewczynki, jej odkryte ramionka 

i szyję.

- Moja   najdroższa,   moja   najcudniejsza   Adrianko!   Przecież   ja   szaleję   za   tobą.   Dlaczego 

męczysz mnie od tak dawna, Ari?... Kochasz mnie chyba? Niemożliwe, byś nie kochała.

- Nie wiem, czy cię kocham, chcę, żebyś ty kochał tylko.

- Jak to, Ari? Dlaczego? Co się z tobą stało? Czy to dzisiejsze głupstwo?
- Nie... Och, jak grzmi... Jacek, nie mówmy o tym. Nie mogę teraz myśli zebrać.

- Już przechodzi, Ari. Nie bój się, obejmij mnie za szyję i zamknij oczy. Dobrze tak?
- Dobrze, Jacuś.

Burza istotnie słabła, jednak chłopiec nie myślał wcale rozluźnić objęcia. Adriance było 

cicho i dobrze w ciepłym uścisku i myślała sobie, że tylko od jej jednego słowa zależy, by w tych 

ramionach zostać na zawsze. Jednak tego “na zawsze”  z Jackiem bała  się, gdyż coś jej wciąż 
mówiło, że nie tak wygląda prawdziwa miłość. Miłość, którą każdy człowiek przeżywa tylko raz, 

która jest nieodgadnionym misterium dwóch dusz, ich najwspanialszą modlitwą za dar życia. 
Jakże często ludzie mylą się i biorą przywiązanie, przyjaźń, wreszcie sympatię, za ten królewski 

dar. A kiedy poniewczasie poznają swój błąd, jest już za późno. Siwieją włosy, oczy tracą blask, a 
serce zdolność czerpania szczęścia.

Ari była za młoda, by mogła tę świadomość zaczerpnąć z życia. Ale miała intuicję, miała 

instynkt,   taki   sam   jak   ten,   który   każe   królowej   pszczół   lecieć   w   błękity,   by   tam   ją   znalazł 

kochanek. I jak ten, który kwiatom na noc korony stulić każe.

- Ari, powiedz mi, o czym myślisz?

- Sama nie wiem. Właściwie nic nie myślę, mam ochotę spać.
- To zaśnij, tak u mnie na rękach.

Milczeli chwilę oboje. Na niebie jęły mrugać gwiazdy. Ucichło już zupełnie. Ari zsunęła się 

z kolan Jacka i otworzyła szeroko okno.

- Jacku, czujesz jak pachnie?
- Tak, odświeżyło się, ładnie jest. Jakaś ty śliczna, Ari.

background image

Spojrzała na niego bacznie, uderzona nienaturalnym brzmieniem głosu i przelękła się.
- Strasznie tu duszno, Jacku, może wyjdziemy trochę na ganek. Nie masz ochoty?

- Nie, dziś zostanę z tobą, Ari. Już tak dawno czekam na ciebie, kochaną... jedyną...
- Puść mnie, Jacek,  ręce mi połamiesz! Puść mnie w tej  chwili,  jeżeli  nie chcesz,  bym 

rankiem wyjechała stąd na zawsze. Nie bądź ordynarny.

- Wszystko mi już jedno... Za tyle czasu męki... Za całą moją miłość... Ari!

Broniła się rozpaczliwie, wreszcie syknęła:
- Odejdź, odejdź precz! Nie jesteś w stodole.

Wyprostował się. Stanęła do niego twarzą w twarz z rozwianymi włosami, z rozdartą na 

ramieniu koszulą.

- Proszę cię, wyjdź. Nie jesteś wart zaufania, nie jesteś dżentelmenem. Pięściami miłości 

nie kupisz.

- Ari, nie masz prawa robić mi wymówek. Nie możesz żądać od młodego mężczyzny, by 

włożył   habit   zakonny,   gdy   jest  z   kochaną   kobietą.   To   jest  głupia   gra,   którą   płacę   nerwami   i 

zdrowiem.

- Tak,   Jacku,   ja   wiem,   zrobiłam   głupstwo,   że   tu   z   tobą   przyjechałam.   Ale   zrobiłabym 

stokroć większe, gdybym wtedy za ciebie wyszła.

- Dlaczego?

Pomyślała chwilę, spojrzała w okno, skąd uśmiechało się do niej zahaftowane gwiazdami 

niebo, wreszcie rzekła cicho:

- Sam mnie nazwałeś kiedyś królową pszczół, złotą pszczółką. Ale z gromady, w której ona 

szuka sobie kochanka, odpadłeś. Nie dopędzisz mnie nigdy, za słabe masz skrzydła, Jacku. I znów 

jestem   sama,   i   nie   wiem,   jak   długo   będę   jeszcze   krążyć   samotnie...   Ale   chciałam,   naprawdę 
chciałam, byś mnie dogonił.

- Ari, czy to wszystko, co masz mi do powiedzenia?
- Tak, Jacku.

Wyszedł bez  słowa.  Ari długo jeszcze  siedziała  przy  oknie,  zapatrzona  w to tu,  to tam 

spadające gwiazdy i modliła się w duchu.

- Daj mi, Dobry Boże, pokochać... Daj mi pokochać tak prawdziwie, mocno, z całego serca.
Wreszcie   zaczęło   świtać,   Ari   wciąż   siedziała   nieruchoma   i   machinalnie   kreśliła   coś 

czerwonym ołówkiem po parapecie okna. I tak jak czerwone listeczki rosły wyrazy:

- Daj   mi   pokochać,   Dobry   Boże   Panie,   coś   na   świat   rzucił   zieloną   zawieję   drzew,   coś 

wyhaftował jutrzenki błyskanie w motyle skrzydła, a ogień, co tleje w Twych Świętych oczach, w 
złotość zmienił ciemną gwiazd, Wielki, Święty, zmiłuj się nade mną...

background image

A gdy słońce wzeszło,  oświetliło  czerwono  główkę Adrianki,  śpiącej  na oknie, z twarzą 

wtuloną   w   łokieć.   I   obudził   ją   Jacek   zaniepokojony   zbyt   długą   ciszą   w   sąsiednim   pokoju. 

Ponieważ nie chciał wchodzić, zajrzał dyskretnie przez okno i ogarnęło go takie wzruszenie na 
widok tej małej, orzechowej łepetynki, że miał ochotę wytłuc się za nocną awanturę. Stał i patrzył, 

i nie mógł się odezwać. Ta kochana, słodka głowa, to jest głowa Adrianki, która mu dziś wyraźnie 
dała  do zrozumienia, że go nie kocha, a on nie ma siły, by ją za to znienawidzieć. I stoi jak 

sztubak, i boi się obudzić, i z tęsknotą czeka spojrzenia tajemniczych oczu.

Słońce   grzało   coraz   mocniej.   Jacek   chrząknął   i   delikatnie   dotknął   jedwabistych 

kosmyczków, których fale porozkręcała wilgoć nocy teraz leżały żałośnie rozsypane koło uśpionej 
twarzy.

- Ari, malutka... - szepnął.
Nie poruszyła nawet noskiem.

- Adrianko, głowa cię zaboli - rzekł głośniej.
I wtedy otworzyła oczy, była zdumiona, potem roześmiała się.

- Ładnie spędziłam noc. Oj, wszystkie gnatki mnie bolą. Która godzina, Jac?
- Z Bożej łaski dziesiąta, księżniczko.

- Co? I dopiero teraz mnie budzisz, człowieku! Śniadanie jadłeś?
- Nie. To jest... piłem tylko mleko.

- Dlaczego?
- Nie miałem apetytu.

- Zaraz przyjdę, czekaj na mnie.
Ubrała   się   i   umyła   piorunem.   Pocałowała   Jacka   serdecznie,   zjedli   razem   śniadanie   i 

odprowadziła go potem do dworu. Jackowi się zdawało, że noc była tylko przykrym snem, ale Ari 
myślała co innego, bo po załatwieniu wszystkich czynności napisała do ojca krótki list:

“Kochany mój Tatusiu.

Skończyły się już moje wakacje i pierwsza lekcja życia. Jestem wciąż ta sama Ari, Tatusiu, 

tylko chciałabym z Tobą porozmawiać. Chciałabym też mieć teraz jakąś posadę. Czy nie pomożesz 

mi w tym, Tatuśku? Potrafię dużo rzeczy. Jestem silna i zdrowa, i żadnej pracy się nie wstydzę. 
Do domu przecież wrócić nie mogę. Muszę być samodzielna. Pomóż mi, Tatusiu.

Twoja Ari”

* * *

Upłynął   tydzień.   Pogoda   się   zepsuła.   Deszcz  lał   całymi   dniami   i   całe   dnie   Jacek  teraz 

background image

przesiadywał w domu. Nie wspominali jednak ani słówkiem o burzliwej nocy. Tylko któregoś 
popołudnia   Jacek   zaczął   chodzić   po   izbie   nerwowymi   krokami.   Palił   przy   tym   co   niemiara 

papierosów, ale milczał.

- Jacuś, masz jakieś zmartwienie?... Powiedz mi, będzie ci lżej.

- Co ciebie obchodzą moje zmartwienia? - rzekł z goryczą.
- Sam wiesz, że bardzo. Tylko co ja zrobię, że nie potrafię z tego powodu robić z buzi maski 

tragicznie konającego cielęcia, nie potrafię też chlipać w chustkę do nosa.

- Ari, słuchaj. Za dwa najdalej tygodnie przyjedzie tu mój starszy brat z żoną. Dostałem list. 

Czy decydujesz się nareszcie przyjąć moje nazwisko do tego czasu?

- Nie, Jacku.

- Adrianko najdroższa, czy ty rozumiesz, jaką sobie stwarzasz sytuację?
- Nie stwarzam, bo wyjeżdżam.

- Gdzie? Kiedy? Co?
Wzięła go za rękę.

- Daj mi odejść spokojnie, Jacuś. Kończy się lato, idzie jesień, czas chłodu i pożegnań. 

Wolę, żeby moja pierwsza miłość usnęła sobie cicho i ładnie, niż zginęła w szamotaniu i walce. 

Nie mówię ci: zapomnij o mnie. Przeciwnie, pamiętaj o mnie, bo to ładne wspomnienie i dla 
mnie, i dla ciebie. Oboje młodzi jesteśmy i mamy czas szukać naszych drugich połówek duszy. 

Obojgu nam będzie jakiś czas ciężko. Jacuś, co tobie, no, kochany, bądź mądry...

I jeżeli uważasz, że wyrządziłam ci krzywdę, przebacz mi.

- Nie mam ci nic do przebaczenia.
Odtrącił   jej   ręce   szorstko   i   wyszedł.   Nie   było   go   w   domu   całą   noc.   Rano   przyszedł 

zbiedzony, mokry, ale spokojny. Spojrzał na bladą z niewyspania i troski Adriankę i rzekł cicho.

- Daj mi gorącej kawy, Ari.

Podała jak mogła najprędzej i usiadła z daleka. Jej uśmiech zgasł.
- Kiedy chcesz jechać? - zapytał.

- Jak tylko dostanę list od ojca.
- Jedź, Ari, ale wiedz o tym, że złamałaś mi życie.

Chciała coś odpowiedzieć, lecz nie znalazła słów. I w niej coś się załamało... Zakryła twarz 

dłońmi   i   płakała.   Jacek   patrzył   uporczywie   na   pochyloną   głowę   dziewczyny,   potem   odstawił 

gwałtownie   szklankę   i   wyszedł,   trzasnąwszy   drzwiami.   Franka   otwierała   usta   szeroko   ze 
zdumienia; nie mogła zrozumieć, co się w tym domu dzieje.

Koło południa wpadła Jaśmieniowa i na widok zmienionej Ari krzyknęła:
- A cóż to, chora jesteś, panienka?

background image

- Nie wiem sama, niedobrze mi, serce boli.
- A Bożeż ty mój mileńki, dzieci mnie się śniły, wiedziałam, że coś niedobrego! Kładź się, 

panienka, ja tu zaraz wszystko zrobię.

Ułożyła drżącą i bladą dziewczynę, otuliła ciepło.

- Zaraz plitkę rozpalę, ziółeczków naparzę. Obruszona jesteś, nic, tylko obruszona. Franka, 

leć do mnie i powiedz Hance, żeby ci ziółeczków z siniej torebeczki dała.

Za   godzinę   Adrianka   była   napojona,   zakryta   troskliwie   po   sam   nosek,   a   Jaśmieniowa 

gładziła jej rozsypane włosy.

- Pośpij sobie teraz, pośpij, ja tu posiedzę chwilę.
Tymczasem całkiem niespodziewanie wpadł Jacek, zaalarmowany przez Frankę. Ari już 

spała, Jaśmieniowa zabierała się do odejścia.

- Dobrze,   że   pan   przyszedł,   tylko   nie   trzeba   panienki   budzić,   niech   się   wyśpi.   Takie 

chucherko, lada co zaszkodzi.

I poszła.

Jacek   zaś   usiadł   na   krawędzi   łóżka   i   patrzył   na   śpiącą.   Więc   to   już   ostatnie   dni.   Ari 

odchodzi i zostawia go samego. Czy nie umiał jej kochać? Czy nie była mu najdroższa i najbliższa? 

Dlaczego nie potrafił jej do siebie przywiązać, nie wiedział. Adrianka chciała go może widzieć 
innym. Jakiż on ma być? Nie widzi w sobie żadnych wad. Tyle kobiet szalało za nim. Właściwie to 

nie były jeszcze kobiety, ale i Ari nie jest jeszcze dojrzałą kobietą. Czy był czas, gdy go kochała? 
Może! Lecz Jacek czuł, że to jeszcze nie była miłość, do jakiej Ari jest zdolna. I ogarniał go coraz 

większy żal.

Obudziła się.

- Jacuś, jesteś już?
- Jestem, malutka.

- Gniewasz się na mnie?
- Nie mam za co.

- Może i masz, ale już mi daruj.
- Lepiej ci, Ari?

- Lepiej.
Zapanowało długie milczenie. Żadne z nich nie wiedziało, co mówić. Do izby z wrzaskiem 

wpadła Kola i z rozpędu od razu skoczyła na łóżko swej pani.

- Kola! Brudasie jeden, patrz, coś zrobiła z pościelą... Szoruj mi zaraz na ziemię! Idź do 

pana, do pana, no, hulaj.

Kola, bardzo zawstydzona, niepewnym krokiem podeszła do Jacka i położyła mu pysk na 

background image

kolanach. Pogłaskał ją.

- Swoją   drogą,   Ari,   muszę   ci   pogratulować:   pies   pod   twoim   kierunkiem   ogromnie 

wyinteligentniał. Franusia też.

- Będziesz miał po mnie pamiątkę.

Rozmowa   wlokła   się,   utykała,   to   rwała   zupełnie.   Wreszcie   Jacek   powiedział   Adriance 

dobranoc i poszedł do swojego pokoju.

Tak było jeszcze dwa dni. Był dla Ari grzeczny, ale nic ponadto. W owej grzeczności czaił 

się jednak wrogi cień. Wreszcie Ari pojechała z leśniczym do Wilna i przywiozła sobie list od ojca:

“Droga Ari.

Wszystko   przygotowane.   Przyjeżdżaj   do   mnie.   Jestem   w   Krakowie   i   czekam   cię.   Nie 

dźwigaj sama bagażu, pamiętam cię wątłą. Śmiej się, Ari.

Marek Klaudius”

Na odwrocie koperty był adres. Ari na chwilę zrobiło się ciemno w oczach. Więc to już. Już 

koniec. Przyjechała do domu i wolniutko jęła zbierać i składać swoje rzeczy. Potem wyszła do 
lasu. Dzień był pogodny. Słońce zachodziło spokojnie i majestatycznie. Ari załzawionymi oczyma 

obejmowała las, który był teraz zaczarowaną krainą złota i purpury... las w jesiennych szatach. 
Przepych barw, dyskretna woń tęsknoty, na pajęczynach rozbłysłych tęczami kołysze się smutek, 

ale uśmiechnięty smutek. I Ari bierze to wszystko w serce. I płacze nie tylko dlatego, że musi stąd 
odjechać,   ale   że   jest  tak   cudownie.   Wrzosy  kwitną.   Zrywa   więc   cały   olbrzymi   pęk,   wszystkie 

odcienie   fioletu.   Serce   czuje   po   prostu   w   gardle,   ogarnia   ją   uczucie   tak   olbrzymiego, 
niewytłumaczonego żalu, że musi stanąć, bo ćmi jej się w oczach. Oparła głowę o pień brzozy. 

Wkoło   niej   cicho   i   sennie   kapią   jak   łzy   kolorowe   liście.   Adrianka   żegna   miłośnie   każdy   liść 
osobno. W tysiącu chwil, które przyjdą, już ani jednej nie będzie takiej jak ta teraz właśnie, choć 

mogą   być   podobne.   Ale   każda   chwila   ma   swoją   odrębną   duszę   i   gdy   umiera,   zostaje   tylko 
wspomnienie,   a   wspomnienie   jest   mgłą.   Ari   w   tej   chwili   kocha   Jacka   i   cierpi,   że   musi   go 

skrzywdzić, lecz jednocześnie tęskni do tego czegoś, co czeka na nią nie wiadomo gdzie. Ari jest 
stworzona do miłości i miłość owa prędzej czy później ogarnąć ją musi.

Słońce stacza się coraz niżej. Adrianka wciąż stoi o brzozę oparta i patrzy przed siebie, i 

modli się do liliowych wrzosów, do miedzianych i czerwonych, i cytrynowych płatów, które wciąż 

bez ustanku padają i padają; do ledwo widocznego płomienia, który wykwita w chmurach po 
zachodniej stronie nieba. Ogarnia ją już mrok. Idzie do domu, a pod jej stopami monotonnie 

background image

szeleszczą liście.

Jacek czekał na nią w progu gajówki. Przywitali się w milczeniu. Franusia podała kolację. 

Ari przez ten czas porozstawiała bukiety wrzosów, potem usiadła naprzeciw chłopca i patrzyła na 
niego.

- Nie smakuje ci zupa, Jacuś? - zagadnęła.
- Owszem.

- A dlaczego nie jesz?
- Apetytu nie mam. No, co słychać w Wilnie, Ari?

- Nic prawie nowego. Dostałam list od tatusia.
Płomień krwi oblał Jackową twarz, serce zadrgało mu boleśnie.

- Tak! Więc to już! - obcym głosem rzucił po dłuższym milczeniu.
Usiadła obok niego, położyła mu głowę na ramieniu, wzięła jego chłodną dłoń w swoje 

ciepłe i giętkie dłonie.

- Jacuś, wyjadę pojutrze, odwieziesz mnie do Wilna, dobrze? I proszę cię na wszystko, nie 

bądź smutny, nie bądź zachmurzony... Patrz, jakiego ślicznego wrzosu narwałam. Nie wyrzucaj 
go, on ci będzie o mnie mówił. A wiesz, co? O tak:

“Dzwoniłem elfom do tańca

w niejeden przedwieczór złoty,
posłuchaj, tobie zaśpiewam

cichą piosenkę tęsknoty
jak to na lasy, na łąki

chodziła Ari po dzwonki.
Jak wodą spłynęły dzionki,

- jej nie ma! Zostały dzwonki.”

- A teraz nie będziemy już mówić o moim wyjeździe. Zagramy sobie w szachy albo w karty.
- Dobrze - powiedział bez zapału.

A gdy już ustawiła figurki na szachownicy i zrobili parę pierwszych posunięć, Jacek zrzucił 

nieoczekiwanie wszystko na ziemię, chwycił czapkę i wybiegł na dwór. Nie poszła za nim, nie 

wołała. Posprzątała wszystko porządnie, zapakowała potem swoją walizkę i w ubraniu położyła 
się   na   łóżku.   Oczywiście   zasnąć   nie   mogła.   Koło   godziny   czwartej   usłyszała   szczekanie   Koli. 

Pobiegła do kuchni i jak mogła najprędzej rozpaliła ogień i postawiła herbatę. Huknęły drzwi od 
sieni. Jacek wszedł do swojego pokoju i słyszała, jak chodził tam i z powrotem; potem skrzypnęła 

background image

ławka,   widocznie   usiadł.   Zakaszlał   raz   i   drugi.   Ari   niecierpliwie   dokładała   smolne   drzewo. 
Wreszcie woda zaczęła szumieć, a że była już wieczorem gotowana, więc Ari nie czekała dłużej, 

nalała szklankę, wcisnęła cytryny i cichutko wsunęła się do Jackowej izby.

- Może masz apetyt na gorącą herbatę? - rzekła z uśmiechem.

- Ari, nie śpisz?
- Owszem, prawie że śpię - przysunęła mu szklankę i pogładziła zziębniętą twarz.

- Widzisz, jak zmarzłeś. Pij zaraz, ty dzieciuchu.
Wypił   posłusznie,   a   potem   rzekł   z   goryczą,   dziwnie   nie   licującą   z   jego   młodą,   świeżą 

twarzą.

- Miło ci uprzyjemniam ostatnie dni pobytu, prawda?

- Głupstwo,   Jacuś,   mamy   jutro   cały   dzień   do   przeprosin   wzajemnych,   wobec   czego 

radziłabym wyspać się.

- Ari, kochanie moje - objął ją i całował gorąco - czy wrócisz kiedy do mnie?
- Nie wiem nic, Jacku. Śpij spokojnie, chłopcze.

Nazajutrz poszła pożegnać nadleśnego i z radością stwierdziła, że obietnicy dotrzymał i 

zajął się jej protegowaną. Jaśmieniowa, uderzona niespodziewaną nowiną, rozpłakała się i długo 

tuliła   Adriankę   w   ramionach,   nie   mogąc   słowa   znaleźć   na   wypowiedzenie   swego   żalu.   Przed 
wieczorem do gajówki wpadł Jaśmień.

- A cóż to znowu pani wyprawia, dlaczego odjeżdżać, źle tu było? Polowania nadchodzą, 

panno Adrianko! Jak można?

- Kiedy muszę. Już i tak za długo odpoczywałam. Niech pan pozdrowi wszystkie lasy ode 

mnie i niech pan sam o mnie pamięta.

- Pamiętać to będziemy wszyscy. Ale naprawdę, tak ni stąd, ni zowąd. Jakby mnie kto 

chojakiem po łbie wygrzmocił.

I zasiedział się z młodymi do jedenastej, przy czym obiecał wpaść jeszcze rano.
Zostali sami. Jacek uklęknął przed Ari i położył głowę na jej kolanach. Mówić nie mógł, 

ona   też   nie.   Ale   w   milczeniu   owym   byli   bliżsi   sobie   niż   kiedykolwiek.   I   tak   jak   pierwszego 
wieczora, trzymała mu rękę na głowie, a on jej drugą dłoń tulił do ust.

- Jacku - szepnęła.
- Co?

- Pamiętaj o mnie i bądź dobry dla ludzi.
- Dobrze.

- I nie gniewaj się na mnie.
- Dobrze, Ari.

background image

- I... i... i nie zakochaj się prędko w innej.
- Och, Ari, głuptas jesteś! To nasz ostatni wieczór, Adrianko.

- Ostatni.
- Kiedy cię tu przywiozłem, tak sobie wszystko inaczej wyobrażałem!

- Bo nigdy się tak nie dzieje, jak człowiek sobie wyobraża. Najlepiej nic w rojeniach nie 

budować, wszystko, co ma przyjść, przyjdzie samo i tak.

Późno poszli spać, bo ciężko im było oderwać się od siebie, zwłaszcza że Jacek czuł, że 

Adrianka nie wróci tu już nigdy.

Zbudził   dziewczynkę  ruch   i  gwar  na  ganku.  Okazało  się,  że   wszyscy   gajowi  przyszli  ją 

żegnać. Zajechało auto ze dworu. Adrianka, bardzo blada, wyszła przed dom i uderzyło ją niemile 

wycie Koli, uwiązanej przy szopie. Ale Jacek tłumaczył, że uwiązać ją trzeba, bo w przeciwnym 
razie poleci za samochodem.

Ari podawała kolejno rękę ludziom, z którymi się już zżyła. Przybiegła i Jaśmieniowa, i 

parę znajomych kobiet. Gajowi w prostych, niewyszukanych słowach życzyli Adriance szczęśliwej 

drogi i wszystkiego dobrego w życiu. Widać było, że ją kochają i szczerze żałują. Jaśmieniowa 
płakała głośno. Franka buczała w stodole. Jacek tylko patrzył i dziwił się, co za urok rzuciła taka 

jedna niepozorna osóbka na całe otoczenie.

Wreszcie   Ari  wsiadła  do  auta  z  Jackiem  i  wychyliła   zalaną  łzami  twarzyczkę  w  stronę 

zebranych.

- Zostańcie z Bogiem. Nigdy o was nie zapomnę.

- Jedź z Bogiem - zabrzmiał chór i auto ruszyło.
Przytuliła się do Jacka. Las szybko uciekał, uciekały znajome drogi tak, jak przeżyte dnie. 

Migały puste pola, zagajniki, które tak dobrze znała i lubiła... Wszystko uciekało w przeszłość. 
Adrianka jeszcze mocniej przycisnęła głowę do piersi Jacka i płakała, płakała.

Jacek wrócił do gajówki późnym wieczorem. Na dworze mżyło i wiał chłodny wiatr, ale 

Franusia   dobrze   była   wytresowana   przez   swą   panią   i   w   izbie   panowało   przyjemne   ciepło, 

buchające   od   napalonego   pieca.   Kola   leżała   zwinięta   w   kłębek   przy   ławce,   na   której   zwykle 
siedziała   Adrianka.   Wrzos   pachniał   ledwo   wyczuwalnie   i   w   glinianym   garnczku   na   stole 

czerwieniły się korale jarzębiny.  Nic się nie zmieniło, Ari tu jeszcze była,  jeszcze drżało echo 
piosenek, które śpiewała, jeszcze spomiędzy gałązek wrzosu i jarzębiny wyglądał jej uśmiech. 

Jacek usiadł na łóżku i patrzył na lampę oświetlającą stół. W blasku tej lampy jakim pięknym 
połyskiem roztopionej miedzi lśniły zawsze włosy Adrianki! Kola podeszła do pana i stanąwszy na 

tylnych łapach, dotknęła wilgotnym nosem Jackowego policzka i zaskomlała przejmująco.

“Co się dzieje z panią, dlaczego jej nie ma jeszcze”? - dziwiła się Kola. I podnosiła błagalnie 

background image

do   góry   pyszczek,   i   siadała,   i   znów   wspinała   się,   opierając   natarczywie   łapy   o   ramiona 
zamyślonego posępnie chłopca. Wreszcie wypadła na dwór i zaczęła wyć rozpaczliwie.

Gdy Jacek zmożony wrażeniami odchylił kołdrę, by się wreszcie położyć, zauważył, że na 

poduszce leży biały welon Ari i przypięta do niego karteczka:

“A jeśli rankiem wspomnisz o mnie, a jeśli rankiem - 

- jutrzenką bladą błysnę skromnie przed twoim gankiem,
a jeśli wspomnisz o mnie czasem w południa ciszę - 

- wiatrem przylecę, co tu lasem lekko kołysze.
Jeśli o zmroku wspomnisz o mnie, jeśli o zmroku - 

- łzą wielką, czystą przeogromnie stanę ci w oku.
- A zaś wieczorem przyjdę do cię, cichym wieczorem

piosenką lilij, co w tęsknocie lśnią nad jeziorem.”

Przeczytał uważnie raz, drugi. Schował kartkę do portfelu, a welon pod poduszkę i przytulił 

głowę do poduszki z przeciągłym westchnieniem.

Popłynął szereg dni, które były dla Jacka nieustanną, męczącą wędrówką po gęstym lesie 

wspomnień. Błąkał się w nim i gubił, i nie mógł znaleźć drogi wyjścia. Sposępniał, zmizerniał, 

stracił apetyt, a męczył się tym więcej, im bardziej teraz, z oddali, rozumiał, dlaczego nie mógł 
zdobyć Ari na zawsze.

Zaczął patrzeć na świat i otoczenie jej oczyma, przez pamięć o niej chciał kochać to, co ona 

kochała. Jakżeby teraz chętnie chodził z nią podziwiać grę barw jesieni, jak bardzo chciał, by 

pokazała mu “zdechłą myszkę, którą włożyła do mrowiska” lub “zaczarowaną” brzozę na pagórku. 
Ale to wszystko była już bezpowrotna przeszłość. Nieraz, gdy jeszcze byli razem, wymawiał jej:

- Jesteś   egoistką   najbardziej   zachłanną,   jak   sobie   można   wyobrazić,   bo   wszystko,   co 

czynisz, czynisz dlatego, by cię otoczenie twoje kochało. Zdobywasz tę miłość, bo chcesz chodzić w 

jej aureoli, a ty kochasz siebie.

Ari zaś rzadko tłumaczyła się z tego zarzutu, raz mu tylko powiedziała:

- Jestem egoistką. Bardzo ładnie. Czy tobie z tym jest źle, czy źle jest tym, co mnie kochają? 

Sama zdolność wykrzesania z siebie uczucia już jest szczęściem. Taką mnie Bóg stworzył, chcę, by 

ludziom ze mną i koło mnie było dobrze, bo nie znoszę smutku. Tak. Egoizm godny potępienia, 
więc potępiaj mnie, Jacuś, i przestań kochać, jeżeli możesz, no!

Teraz uważał, że ta kokieteria, mimowolna czy świadoma, była jedną z jej zalet, bez niej Ari 

nie byłaby zupełna, tak jak kwiat bez woni. Musiała być kochana, bo na to została stworzona, na 

background image

osłodę i radość ludzkich oczu, męskich serc. Tak jak Ewa.

Wreszcie smutną ciszę gajówki zakłócił przyjazd starszego brata Zelera z młodą, elegancką 

żoną. Pani Marysia była bardzo przystojna i zalotna. Od razu poczuła się u Jacka jak u siebie w 
domu. Co prawda mocno grymasiła na niewybredne życie i utyskiwała, że zmizernieje z głodu. 

Pełno   jej   było   w   każdym   kącie,   wszystko   oglądała   i   krytykowała.   Z   punktu   zraziła   do   siebie 
Franusię i Jaśmieniową, a nawet Jaśmienia, przybierając względem nich pański, wyniosły ton. 

Jacek, bardzo dla niej uprzejmy, cierpiał teraz stokroć gorzej niż wtedy, gdy był tylko sam ze swą 
tęsknotą.  Zbyt jaskrawo  rzucała  się w oczy  różnica  między  Adrianką  i  panią Marysią.  Nawet 

gajowi do niego mówili:

- Ej, panie Jacku, ładna bo ładna ta bratowa, ale Boże strzeż! Panienka urodą nie grzeszyła 

(Ari nie uchodziła za ładną na wsi, pojęcie urody na wsi i w mieście jest bardzo różne), a przecież 
jak spojrzała, a jak się roześmiała, to by człowiek za nią w ogień i wodę gonił. Teraz to i niemiło 

chodzić do gajówki.

Kiedyś Jacek z bratem wyszli na jarząbki. Przyłączył się i Jaśmień i szczęśliwym trafem 

ubili pięć sztuk, w tym sam Jaśmień aż trzy. Przytroczył je do pasa i rzekł do Jacka:

- Wie pan co? Każę je żonie wypatroszyć i prześlę panu, a pan niech je pocztą dla naszej 

kochanej panienki wyekspediuje. Ach, co to za słodkie dziecko, ta panna Ari - zwrócił się do 
starszego Zelera. - Myśmy tu wszyscy pana siostrzyczkę pokochali jak rodzoną córkę.

- Moją siostrę? Pannę Ari? - zdumiał się brat Jacka, ale w tej chwili poczuł, jak na jego 

ramieniu   zaciskają   się   Jackowe   palce.   Uśmiechnął   się   więc   dyskretnie   i   milczał,   a   Jaśmień 

popatrzył w las i dorzucił:

- Potrafiła człowiekowi wmówić, że na świecie jest dobrze. Ot, takie małe słoneczko.

Dopiero gdy bracia zostali sami, Jacek został wzięty na spytki:
- Coś ty sobie za siostrę tu wykombinował, hę?

- To delikatna sprawa, Toniu, długo by o tym mówić.
- Nie masz do mnie zaufania?

- Do ciebie tak, ale wybacz, do twojej żony nie.
- Uprzedzony jesteś, to bardzo dobra i miła kobieta.

- Ja nie przeczę, ale...
- No, jeżeli “ale”... to możesz być spokojny, że zachowam dyskrecję.

Do późnej nocy siedzieli bracia w kancelarii ku oburzeniu pani Marysi. Wreszcie Antoni 

spytał:

- Nie masz jej fotografii?
- Nie.

background image

- Szkoda. Bardzo ciekawy typ. Ja na twoim miejscu nie puściłbym jej od siebie.
- To się tylko tak mówi, Antku.

- A swoją drogą bardzo chciałbym ją poznać.
Teraz   Jacek   znalazł   temat   do   rozmów   z   bratem   i   było   im   obydwu   bardzo   miło.   Z 

opowiadań Jacka wyrastała w oczach Antoniego jakaś cudowna, słoneczna wizja i bardzo pragnął, 
by   jego   Marysieńka   choć   w   części   była   do   tamtej   podobna.   Ale   Marysieńka   właśnie   coraz 

namiętniej   grymasiła   i   narzekała   na   “wściekłe   nudy”   i   na   “zakazane   mordy”,   tak   że   po 
dwutygodniowym pobycie Antoni musiał zrezygnować z dalszych spacerów i polowań.

Żegnając się z bratem, serdecznie powiedział mu:
- A jednak, Jacku, jesteś szczęśliwy. Takich wspomnień pozazdrościłby ci niejeden. Ba! Ja 

sam na pierwszym miejscu. Widzisz, często w marzeniach urabiamy sobie ideał kobiety, a potem 
spotykamy   coś   zupełnie   odmiennego,   żenimy   się   i   jest   niby   całkiem   dobrze.   Tymczasem   ta 

wyśniona przechodzi gdzieś bliziutko, czujemy ją niemal. A zakwita komu innemu. Nam zostaje 
tylko tęsknota, która od czasu do czasu puka do serca i przypomina, że istnieje. Tyś księżniczkę 

twych marzeń miał w ramionach, a to już dużo.

I Jacek znów został sam. A gdy któregoś dnia spadł pierwszy śnieg i ubielił świat, Jacek 

usiadł do pisania listu.

“Ari najmilsza!
Nie  wiem,   gdzie  jesteś   i  co   robisz,   ale   chciałbym  Ci   powiedzieć,   że  dziś   w  nocy   spadł 

pierwszy śnieg. Pierwszy śnieg, Księżniczko. I przypomniał mi twoją bajkę o białych pawiach, 
wiesz, tę: “Raz ktoś księżniczce cud urody darował białe pawie trzy”... Ari, chciałbym Ci tyle, tyle 

napisać o mojej tęsknocie. Lecz tylko wciąż nasuwają mi się te słowa, i te jedynie: Ari najmilsza, 
spadł pierwszy śnieg!”

Oparł głowę na rękach i zapłakał.

background image

III

Po przyjeździe do Krakowa Adrianka wzięła z dworca dorożkę i kazała się wieźć na Planty 

pod wskazany adres. Otworzyła jej jakaś staruszka.

- A do kogo to panienka?

- Do tatusia, to jest, chciałam powiedzieć, do pana profesora Klaudiusa.
- Ach, to pani? Proszę, proszę bardzo. Profesor wspominał, ale ja myślałam, że to będzie 

dziecko, a to taka duża panna. Niechże się pani rozgości. Tu łazienka, a tu pokój profesora. A to 
będzie pani pokoik. Walizkę na krzesełku... tak. Proszę mi dać palto. Profesor się ucieszy.

Zalana potokiem słów, Ari czuła się nad wyraz nieszczęśliwa i była rada, gdy staruszka 

oświadczyła, że kapusta na pewno będzie przypalona.

- Ojej,   to   trzeba   czym   prędzej   przełożyć   w   inny   garnek!   -   krzyknęła   Ari,   myśląc 

jednocześnie, iż zupełnie nie przepada za przypaloną kapustą.

- To pani wybaczy, że zostawię ją samą, bez opieki?
- Ależ naturalnie - odparła z głębokim entuzjazmem. I gdy staruszka podreptała w stronę 

kuchni, Ari wyciągnęła z walizki mydło, ręcznik i czystą bieliznę i zniknęła w łazience.

Po godzinie zjawiła się w pokoju i zamiast gospodyni zastała ojca. Z krzykiem zawisła mu 

na szyi, zaś Marek Klaudius otoczył ramionami smukłą postać córki i pomyślał, że za wszystkie 
trudy i znoje życia zapłatą jest taka chwila.

- No co, malutka, zdrowa jesteś? - spytał wreszcie.
- Tak, tak, tatuśku. Ale co ty robisz tu, w Krakowie?

- Mam cykl wykładów na uniwersytecie.
- Aha. Tatusiu, ja ci podam obiad, dobrze?

Skinął głową uśmiechnięty.
Pobiegła   do   kuchni   i   zastała   staruszkę   siedzącą   na   krześle   z   miną   pełną   rozpaczy   i 

oburzenia.

- Widziała pani coś podobnego? Cesi jeszcze nie ma. Kto poda obiad? Okropność.

- Ależ, proszę pani, nie ma się czym przejmować. Ja to zrobię. Właśnie przyszłam prosić, 

by mi pani pozwoliła.

- Przecież to nie wypada, stanowczo nie wypada... gość!
- Głupstwo, ja nie jestem taki ważny gość znowu. Co można brać na stół?

- Ale nie wypada, stanowczo nie wypada... Zupę można brać... żebym wiedziała, że pani 

przyjedzie... A co pani woli, sznicle czy “koklety”? Bo ja dziś kazałam zrobić “koklety”, ale jak pani 

woli sznicle... zupę do tej wazy, proszę pani. Ale to stanowczo nie wypada...

Ari zagryzała usta, by nie śmiać się głośno. Z błyszczącymi oczyma podawała ojcu najpierw 

background image

zupę, potem “koklety” i przypaloną kapustę. I obserwowała dyskretnie staruszkę, która miała z 
siedemdziesiąt lat,  wspaniale  zrobione kolorki i brewki  czarne,  a włosy wysmarowane  też  na 

smolisto czymś lepkim i lśniącym. W tych to misternie w warkoczyk uplecionych i w obwarzanek 
zawiniętych włosach chwiała się figlarnie błękitna kokarda. Przy granatowej taftowej bluzce jak 

sztandar powiewał różowy gazowy żabot. Staruszka gadała bez przerwy, przy czym gestykulowała 
tak zawzięcie, że Ari wciąż usuwała cichaczem sprzed jej miejsca różne przedmioty w obawie, by 

to wszystko nie frunęło w powietrze. Wreszcie obiad się skończył i Ari powiedziała:

- Proszę pani, ja bym strasznie chciała się przespać. Czy mogę iść do swojego pokoju?

- O   tak,   naturalnie,   ja   też   jestem   śpiąca.   Bo   to,   widzi   pani,   człowiek   tak   spracowany, 

wszystkiego musi sam dopatrywać. Taki tłumok nie wróci na czas, moja pani. Jakie to czasy! 

Gdyby to moja mamusia widziała!

- Ale pani ma wyjątkowe szczęście, że mamusia tego nie widzi - oświadczyła Ari z bardzo 

poważną miną. Wzięła ojca pod rękę i skinęła uprzejmie gospodyni. - Dziękujemy za smaczny 
obiadek, niech się pani zaraz położy i zdrzemnie, to świetnie robi na cerę i na kiszki - po czym 

wyszła, prowadząc profesora, który szybko mrugał powiekami. Gdy znaleźli się sami, Adrianka 
usiadła obok ojca na staroświeckiej kanapie i spytała:

- Czy ona ci co dzień tak trzeszczy nad głową?
- Uhm - mruknął.

- No,   to   będę   musiała   to   antyczne   oblicze   nieco   uciszyć.   Czy   jesteś   zadowolony,   że 

przyjechałam?

- Ty wiesz, Ari. Trzeba, żebyś się przespała.
- Dobrze. No, pocałuj mnie jeszcze, tatusiu, i naprawdę przestań mówić, bo oka zmrużyć 

nie mogę.

Uśmiechnął się i wziął gazetę do ręki. Ari w niespełna kwadrans spała już smacznie, zaś 

profesor palił fajkę i był szczęśliwy, że ma znów przy sobie ukochane stworzenie.

W   parę   dni   potem   Adrianka   poszła   z   ojcem   objąć   posadę   sekretarki   przy   bibliotece 

uniwersyteckiej. Idąc ulicą omal nie skakała z radości. Gdy usiadła przy małym biurku, miała 
wrażenie, że cały Kraków do niej należy. Pracy było dużo, ale Ari nie męczyła się wcale, gdyż 

wkładała   w   zajęcie   swój   ogromny   zapas   radości.   Najmilsze   jednak   były   wieczory.   Ojciec 
przychodził po nią i oboje maszerowali nad Wisłę. Nie mówili do siebie wcale. Zresztą, jeżeli 

nawet  zawiązywała  się rozmowa,  to słychać  było tylko  głos Adrianki.  Po spacerze  wracali  do 
siebie, witani piskliwym sopranem gospodyni.

- “Jezosie”,   Maryjo,   na   taką   pogodę   bez   “galaszy”!   Zdrowie   można   stracić   całkowicie. 

Zresztą dywan... Żeby to moja mamusia widziała! Ten dywan dostałam od mojego “konkorenta”. 

background image

Fi! Żebym tak chciała przyjmować od każdego.

- To by pani miała skład dywanów - przerwała Ari. Ale nim zasiedli do kolacji, musieli 

wysłuchać tuzin emocjonujących historii. Tak było dzień w dzień.

W niedzielę rano był spokój, bo panna Józefa chodziła do kościoła i tkwiła tam cztery 

godziny. A gdy zjawiała się w progu, Ari trącała ojca łokciem w bok i szeptała:

- Zaraz będzie operetka.

Panna Józefa wycierała zamaszyście nogi i wchodząc do pokoju wołała donośnie:
- Ale żebyście państwo wiedzieli, jakie ksiądz Izydor miał głębokie kazanie! Ja mówię, on 

powinien być za życia “kandyzowany” absolutnie.

Przy tym ręce jej rozłożone szeroko wykonywały cały szereg ruchów, grożących całości 

sprzętów, a w każdym razie słuchaczy.

- Ależ, panno Józiu, on się nazywa Dezydery.

- No, to wszystko jedno. Ale kazanie było głębokie.
- A talerze panny Józi wzniosłe - śmiała się Ari.

* * *

Po obiedzie profesor z córką wychodził na spacer i wracali dopiero późnym wieczorem. 

Klaudius był nieustannie prowokowany i atakowany przez Adriankę, więc chcąc nie chcąc, musiał 
odpowiadać na jej pytania. Musiał się uśmiechać i skonstatował, że to jest zupełnie miło mówić 

do  kogoś,   kto  słucha   uważnie,   że  dobrze   jest  w  najprostszych   słowach   wyjawiać   myśli   przed 
dwojgiem zapatrzonych w ojcowskie usta oczu, przed taką małą, słodką kobietką, prócz której nie 

miał   na   całym   świecie   ani   jednego   przyjaciela.   I   z   wolna   Adrianka   poznała   historię   ojca   i 
zrozumiała, dlaczego nie lubił ani mówić, ani śmiać się.

Był studentem uniwersytetu. Wychowany przez dziadków w małym, skromnym dworku, 

kochał   ponad   wszystko   przyrodę.   Był   wesoły,   rozmowny,   marzył   o   podróżach   w   kraje 

podzwrotnikowe. Kobietom jednak się nie udzielał, bo go nużyły towarzyskie rozmówki, męczyły 
cztery   ściany   salonu.   Wszystkie   wolne   chwile   spędzał   na   wycieczkach.   Podczas   wakacji   brał 

plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami i w towarzystwie kilku kolegów włóczył się po cygańsku po 
lasach i górach. Był wtedy bardzo szczęśliwy. Dziadkowie umarli, został mu niewielki mająteczek, 

który   kochał   całym   sercem.   Wówczas   weszła   mu   w   drogę   kobieta,   która   prócz   urody   miała 
niezwykły spryt. Oczarowała go bardzo szybko, zrujnowała jeszcze szybciej. Majątek trzeba było 

sprzedać. Zamieszkali w Warszawie w jednym pokoiku. Wmówiła w niego, że jest kretynem i 
niedołęgą. Wreszcie uciekła z jego uczniem, którego kochał jak syna. Po długich staraniach dostał 

rozwód. Był już wtedy profesorem gimnazjum. W parę lat później ożenił się po raz drugi z matką 
Ari. Póki nie było dzieci, stosunki między małżeństwem były względnie przyjazne. Marek jeszcze 

background image

od czasu do czasu myślał o podróży w nieznane, dalekie kraje, ale coraz częściej oblewano go 
zimną wodą.

- Zwariował! Przyzwoitej sukni nie mam, a podróży mu się zachciewa. Do teatru wyciągnąć 

go nie można. Pewnie chcesz, żebym się z tobołkiem za tobą włóczyła?

Nauczył się więc nie zwierzać ze swoich marzeń serdecznych. I tak rok za rokiem urodził 

się Leszek, Ari i Żenia. Profesorowa winę za niedostatek zwalała na barki męża, zatruwając mu 

życie ciągłymi wymówkami. Marek Klaudius zamknął się w sobie, zamurował i... przestał marzyć.

Gdy Ari kiedyś, przytulona do kolan ojca, słuchała jego urywanych zdań, wybuchnęła:

- Ach, tatusiu! Jaka szkoda, że nie ożeniłeś się ze mną, z nas byłaby cudowna para.
Wtedy profesor po raz pierwszy głośno się roześmiał i od tej chwili czynił to nie raz ku 

przeogromnej radości Ari. A gdy przyswoił sobie tę umiejętność, w ten, a nie w inny sposób 
okazywał   swoje   zadowolenie.   Niebieskie   oczy   profesora   gorzały   młodzieńczym   blaskiem,   gdy 

puszysta głowa córki dotykała pieszczotliwie jego policzka. Czuł się młodym, wesołym chłopcem 
sprzed   lat,   tym   samym,   co   z   nosem   utkwionym   w   pomiętą   mapę   wchłaniał   zapach   lasów 

podzwrotnikowych.

Panna   Józia   nadziwić   się   nie   mogła   zmianie,   jaka   zaszła   w  lokatorze  i   długie   gozdiny 

spędzała  przyciśnięta   do  dziurki  od klucza.   O  czym  oni  mówią?   Z  czego  się  śmieją?   Czasem 
ogarniała ją wściekłość.

Panna Józia bowiem miała specjalną pasję do wietrzenia tajemnic. Znała cały Kraków, 

wiedziała,   gdzie   kto   brał   ślub,   gdzie   kto   się   rodził   i   chrzcił,   wiedziała   o   każdej   uroczystości 

familijnej bliższych i dalszych sąsiadów, liczyła namiętnie ślubne i nieślubne dzieci. Ale o swych 
lokatorach nic konkretnego dowiedzieć się nie mogła, była więc niepocieszona.

Zaś tym dwojgu było razem tak dobrze! Czasem Ari na prośbę ojca notowała swoje wiersze. 

Profesor z nabożeństwem składał karteczki do teki i uśmiechał się tajemniczo.

- Po co chowasz, tatusiu, te głupstewka?
- Na pamiątkę, Adrianko.

- Jesteś nadzwyczajny.
Ale zbliżały się święta Bożego Narodzenia i oboje radzili, co robić. Profesor orzekł, że bez 

Ari do domu nie pojedzie, Ari znów nie chciała “robić piekła”. Aż na parę dni przed Wigilią Ari 
wracając z profesorem z biura, spytała:

- Tatuś,   czy   chcesz   koniecznie   słyszeć   w   święta   głębokie   kazanie   panny   Józi   i   jeść 

przypalone “koklety”?

- E, nie bardzo.
- Czy jesteś dosyć silny, by wrócić w krainę młodości?

background image

Spojrzał zdziwiony i milczał.
- W takim razie bierzemy plecaki, kupujesz mi buty i idziemy pieszo do Zakopanego.

- Adrianko!

* * *

Kraków   spał   jeszcze   cicho,   zasypywany   miękkimi   płatkami   śniegu,   tulącymi   się 

najmiłośniej   do   strzelistych   wież   kościelnych.   Wisła   wchłaniała   z   westchnieniem   niezliczone 

tajemnicze pocałunki zimy. Profesor i Adrianka byli już daleko poza miastem. Za nimi został sen 
królewskich grobów i hejnał Wieży Mariackiej. Szli w krainę skał i smreków.

Jakże cudny wydawał się świat profesorowi. Dla Ari było to wszystko nowe i nieznane, ale 

dla niego był to naprawdę powrót w krainę młodości. Opadły zeń wszystkie troski i kłopoty dnia 

codziennego, dusza przybierała barwę błękitu czystego nieba. Jak dobrze jest żyć i patrzeć na 
dalekie, coraz węższe drogi w obramowaniu postrzępionych lasów, na rozległe, niepokalanie białe 

przestrzenie, o których się wie, że za parę miesięcy trysną fontannami zieleni. Wróble czynią 
gwałt i rejwach. Ari nie może wytrzymać, by nie wytłumaczyć ojcu ich rozmowy.

- Patrz  no,  tatuś,  ten   duży,  gruby,  ma  “głębokie”  kazanie,  całkiem  jak  ksiądz   “Izydor”. 

Powiada: “Moi kochani, kiedyśmy tu się już zebrali, to trzeba pomyśleć o jedzeniu, bo to wróbel 

nie najedzony nie ma szyku...” I teraz wszystkie się drą:

- “Wisz, gdzie pszenica?”

- “Wiem”.
- “Wisz, gdzie owies?”

- “Wiem”.
- “Powiedz, powiedz, powiedz”.

A on piszczy:
“Drap, drap, drap”. To znaczy: “Podrapcie się w głowę, bo ja wiem dla siebie”. I zwiał.

Profesor uśmiechnął się, a potem nagle zaczął piszczeć:
- Drap, drap... drap...

- Tatuś wróbla udaje? Profesor Klaudius? Zgroza!
- A wiesz, co to znaczy?

- Nie.
- Podrap się w łepek, bo ja jestem głodny i trzeba pomyśleć o gorącym obiedzie.

Rozpalili pod lasem ognisko, ugotowali herbatę, zjedli chleba z wędzonką i czekoladę i 

ruszyli dalej.

Co to były za wspaniałe święta. Ari do końca pamiętała swą pierwszą wycieczkę z ojcem. 

Prysnął zły czar, jaki lata rzuciły na jego duszę. Gonił się z córką, skakał, lepił bałwana, sypał 

background image

Adriance śnieg za kołnierz... I zgodził się z nią, że życie jest piękną krainą, tylko trzeba umieć po 
niej chodzić. Całe dnie byli w marszu, który przecież wcale ich nie męczył, i nieraz Ari mówiła:

- Ach, tatusiu, jak mi żal ludzi, którzy muszą jechać pociągiem. My przynajmniej możemy 

stanąć i usiąść gdzie chcemy, wszystkiego dotknąć, wszystko obejrzeć dokładnie, a oni co?

W jednym ze schronisk spotkali większą grupę turystów. Byli to studenci, paru artystów 

malarzy,   dziennikarz   z   Krakowa   i   jakaś   zabójcza   sportsmenka.   Niepodobna   było   uniknąć 

znajomości. Panowie głośno wyrażali zachwyt nad świetną “formą” Adrianki. W tym schronisku 
upłynęła im noc wigilijna. O spaniu nikt nie myślał. Gdzie okiem sięgnąć, ponad głowami, lśniło 

złoto gwiazd, u stóp słał się puszysty dywan śniegu. Ciemne wieżyce gór o najróżnorodniejszych 
kształtach pięły się w górę do gwiazd. Zaczęło prószyć lekko, leciutko. Właściwie padał nie śnieg, 

ale srebrny pył. Ari z ojcem stała przed chatą, oboje mocno wzruszeni. Naokoło cisza, taka cisza, 
że dziewczynce marzyło się granie organów hen w niebie, przy Jezusowej kolebeczce. Cisza, która 

niemal   zatrzymuje   bicie   serca.   Ari   nie   wiedziała   nawet,   że   po   jej   twarzy   płyną   łzy.   Zaczęła 
cichutko:

“Lulajże, Jezuniu, lulajże lulaj.

A Ty Go, Matulu, w płaczu utulaj.”

Wysoki, czysty głosik przeniknął do wnętrza chaty. Wszyscy po cichu wyszli na dwór i 

kończyli chórem refren.

“Gwiazdami nabitą masz kolebeczkę

i skrzydła anielskie za poduszeczkę.”

Wyciągnęła   Ari,   a   chór   kończył:   “Lulajże,   Jezuniu,   lulajże,   lulaj”.   A   potem   już   tylko 

mruczeli zgodnie, gdy dziewczynka coraz nowe dorzucała strofki:

“Koszulkę utkaną z nitki pajęczej

wstążeczki dziergane z pasemek tęczy.
Świat cały Cię dzisiaj lula bezkreśnie,

uśmiechnij się do nas, Jezusku, we śnie.”

Skończyła. Panowie otoczyli ją i dziękowali serdecznie. Profesorowi zwilgotniały oczy.
- Ale   gdzie   pani   nauczyła   się   tych   słów?   Początek   znamy,   ale   koniec?   -   indagowała 

background image

sportsmenka.

- To   tak   sobie,   wykombinowałam.   Przecież   Pan   Jezus   na   ziemi   w   żłobie   raz   się   tylko 

urodził. Teraz w niebie Mu lepiej, czy nie?

- No oczywiście. W każdym razie pani ma fantazję.

- Chrypkę, zdaje się, też - dodała Ari i weszła do schroniska, bo śnieg padał coraz gęściej.
A Jacek Zeler spędzał Wigilię u swojego brata. Był trochę pijany i ciągle do pani Marysi 

mówił: “Ari”.

Pani Klaudiusowa i Leszek zostali wraz z młodymi Karbowskimi zaproszeni na Wilię do 

Otwocka i tam siedzieli parę dni. Któregoś wieczoru Żenia, przeglądając gazetę, krzyknęła głośno 
i pokazała matce artykuł “Święta  w Zakopanem”. Autor w barwnym felietonie opisywał  życie 

towarzyskie w uzdrowisku, a specjalną uwagę zwrócił na turystów, którzy Wigilię spędzali pod 
gołym niebem, przy czym szczegółowo i obrazowo mówił o małym schronisku i jego chwilowych 

gościach.   Pani   Klaudius   czytała   z   wypiekami   na   twarzy:   “Był   między   nami   i   znany   uczony, 
profesor Klaudius, wraz ze swą śliczną córką, Adrianną. Może nigdy zasypane śniegiem góry nie 

słyszały  w świętą noc tak słodkiego dziewczęcego głosiku. W każdym razie nam, zawodowym 
włóczykijom, śpiew panny Adrianki wydał się harfą aniołów. O siódmej rano ruszyliśmy w dalszą 

drogę”.

- Ach, więc to tak! - krzyknęła z kolei pani Klaudius. - To on nie może do domu na święta 

przyjechać   i   w   sekrecie   przede   mną   robi   spiski   z   tą   awanturnicą!   No,   ja   mu   za   ten   pasztet 
podziękuję.

Wiktor mitygował:
- Ależ, mamo, nie ma się czemu dziwić. Profesor jest zawsze przepracowany, więc taka 

podróż najwyżej dobrze mu zrobi.

- To nie chodzi o podróż, tylko o Adę. Dlaczego robi przede mną tajemnicę, że są razem? 

Świństwo, skandal!

- Ze mną ojciec nigdy nie jeździł - mruczała Żenia.

Wiktor tylko brwiami ruszył. Myślał o Adriance.

* * *

A ojciec z córką wrócili do Krakowa w doskonałych humorach, zdrowi, silni, wypoczęci. Ari 

zasiadała znowu przy swym biurku w bibliotece i namyślała się chwilami, czy napisać do Jacka, 

czy nie. Poradziła się ojca, ten zaś krótko i węzłowato powiedział “Nie!” Usłuchała.

Do tej pory nie zawierała żadnych znajomości. Studenci bywający w bibliotece kłaniali się 

Adriance z wyszukaną uprzejmością, rozmawiali z nią, jak tylko była okazja, ale niestety, Ari nie 
chciała tracić czasu na rozmowy. Odprowadzających też znalazłoby się wielu, ale zawsze w porę 

background image

przy wiotkiej figurce panienki wyrastała wielka figura profesora.

Tymczasem po powrocie z wycieczki już w parę dni zjawił się w cichym mieszkaniu panny 

Józefy   młody   dziennikarz,   którego   Ari   w   górach   w   noc   wigilijną   poznała.   Przyszedł   bardzo 
nieśmiały i zmieszany, gdyż nie był pewny, czy go za drzwi nie wyrzucą. Oczywiście przyszedł z 

prośbą: “Czy pani nie byłaby taka dobra przepisać mi tę kolędę, którą śpiewała w schronisku, bo 
bardzo   mi   się   to   podobało   i   chciałbym   mieć   pamiątkę”.   Ari   z   nadzwyczajną   uprzejmością 

oświadczyła   mu,   że   kolędy   nie   pamięta.   Gość   został   na   herbacie   i   od   tej   pory   bywał   niemal 
codziennie, przynosił kartki do kin i teatrów, zaproszenia na bale i wieczorki, z których Ari nie 

korzystała. Zawiązała się jednak między młodymi nić sympatii, a i profesor polubił nieśmiałego 
wielbiciela córki. Panna Józefa roztrąbiła po całej kamienicy, że panna Ari ma “konkorenta”.

Wszystko   byłoby   dobrze,   gdyby   profesora   nie   gnębiła   myśl,   że   w  połowie   marca   musi 

wrócić do Warszawy i Adriankę tu zostawić.

- Nie martw się tylko,  tatusiu,  ja sobie dam radę. Przebidujemy jakoś zimę, a wakacje 

nasze. Brykniemy w świat.

Profesorowi   jednak   bardzo   trudno   było   się   “nie   martwić”   i   wyjechać   z   myślą,   że   jego 

dziewczynka zostanie zupełnie sama. Rozmawiając więc z dziennikarzem, prosił:

- Opiekujcie się tu moją dziewczynką razem z panną Józią. Nie dajcie jej krzywdy zrobić.
Pan Tolek przyrzekał uroczyście, panna Józia machała rękami.

- Co   pan   myśli,   że   ja   młodej   dziewczyny   nie   potrafię   upilnować?   Za   kogo   mnie   pan 

profesor ma? Ja, chwalić Boga, miałam siedemnastu “konkorentów” i uchowałam się panienką do 

dziś dnia. Ten jeden to mi dywan nawet przyniósł, a co to było “gruchu” w całej kamienicy, 
Jezosie Maryjo, wszystkie panny mi zazdrościły. A ja nic, jak ta skała!

Nadszedł dzień wyjazdu. Ręce panny Józefy zawadzały o wszystkie sprzęty i ściany, a język 

latał jak na sprężynach. Tolek z Adrianką ulokowali profesora w przedziale. Ari uśmiechała się 

przez łzy i wołała:

- Ale Wielkanoc nasza, tatusiu!

Powiewał   wielką   chustką;   Ari   czekała,   póki   biały   płatek   nie   wsiąknął   w   dal,   potem 

zawróciła energicznie.

- Dokąd pani idzie? - spytał Tolek.
- Do zajęcia.

- A co pani będzie robiła wieczorem?
- Pewno będę płakała.

- To ja mogę przyjść z kolegą?
- Niech się pan spyta panny Józi, nie mnie. Ona też jest jeszcze panienką.

background image

Gdy w godzinę potem siedziała przy swoim biurku, nie mogła się uśmiechać. Ze strachem 

myślała o tym, że jest sama, że nie ma nikogo bliskiego sercu, lękiem przejmowała ją perspektywa 

opieki panny Józefy. I Adrianka, taka rezolutna w otoczeniu ludzi jej bliskich, taka energiczna i 
śmiała, gdy czuła poza sobą czyjeś kochające ramię lub kogoś, komu była potrzebna, zdrętwiała 

formalnie   wobec   uczucia   ogromnej   samotności.   “Komu   ja   tu   jestem   potrzebna?”   -   myślała 
rozpaczliwie.

Tego wieczora nie przyszedł po córkę profesor, ale za to zjawił się Tolek w towarzystwie 

zapowiedzianego   kolegi.   Adrianka   zobaczyła,   jak   czatowali   przy   wyjściu.   Ubrała   się   więc   i 

wysunęła cichutko innymi drzwiami od podwórza i poszła do domu sama.

Zaś   dwu   “galopantów”,   jak   się   wyrażała   panna   Józia,   próżno   mierzyło   chodnik   przed 

biblioteką. Ari, chcąc uniknąć zajmującej dyskusji ze swoją gospodynią, zamknęła swój pokój na 
klucz. Obydwa łokcie oparła na stole i bródkę ulokowała na pięściach. Żeby choć Kola była tutaj 

ze swym zimnym, świecącym nosem i puszystym ogonem. Żeby choć Kola...  Ogarnęła ją fala 
tęsknoty za cichą gajówką i Jackiem. Las już otwiera pomału oczy i nasłuchuje, z której strony 

idzie   wiosna.   A Jacek?   “Mój  chłopcze  kochany,  czy  ty  jeszcze  pamiętasz?”   O,  jak  bardzo   Ari 
pragnęła, by nie zapomniał, jak bardzo tęskniła do mocnego oplotu Jackowych ramion. Przez cały 

czas, który spędziła z ojcem, mało myślała o Jacku, całą duszą oddana tatusiowi, ale teraz? Jak 
wolno, jak ponuro płyną godziny, przesiąknięte świadomością, że najdroższy człowiek z każdym 

obrotem kół pociągu coraz dalej i dalej odsuwa się od Adrianki, a serce mu krwawi. Człowiek, 
któremu ofiarowała młodość. “Tatusiu mój najmilszy, tylko się nie smuć” - szepnęła. Jakby to 

było dobrze opowiedzieć wszystko Jackowi.

Gwałtowny dzwonek przerwał rozmyślania. Usłyszała piskliwy głosik panny Józefy:

- Panna Adrianka? Dawno już wróciła, pewno śpi. Co to za złe wychowanie budzić samotne 

panienki po nocy. No, jak mówię, że śpi, to śpi. Po nocy “konkorentów” nie przyjmujemy! Takiego 

gruchu narobić, no!

Ari   wyszła   szybko   na   korytarz.   Przy   drzwiach   zamkniętych   na   łańcuch   wymachiwała 

rękami panna Józia, z tamtej zaś strony stał bardzo zakłopotany Tolek.

- Niechże pani łańcuch zdejmie - rzekła Ari.

- A   rzeczywiście,   ładnie   pani   zaczyna   się   prowadzić.   Dziewiąta   godzina.   Chłopców 

wpuszczać!

- Panno Józiu, niech pani odmaszeruje do pokoju, bo tu zimno i dostanie pani boleści jak 

moja prababcia. Łupieżu też.

Odsunęła łańcuch  i wpuściła  przyjaciela.  Panna  Józia  mrucząc gniewnie, podyrdała  do 

kuchni.

background image

- Taki byłem o panią niespokojny - mówił dziennikarz, siadając przy Adriance. - Pani mi to 

naumyślnie zrobiła, ale nie wiem za co, bo jestem naprawdę oddany pani całym sercem. Pani jest 

taka malutka księżniczka, nad którą czuwać trzeba. Nie żądam przecież nic w zamian.

- Pan jest kochany chłopiec i bardzo dziękuję za wszystko, co pan dla mnie robi, ale dziś 

było mi tak smutno, że chciałam zostać sama.

- A ja przyszedłem pani zaproponować, by jutro zechciała ze mną odbyć maleńką wizytę. 

Mam pewną znajomą malarkę. Mężatka. Zbiera się u niej cały młody świat literacki i artystyczny. 
To jest nie tylko piękna kobieta, ale i mądra. Opowiadałem jej o mojej “księżniczce Nefris” i 

koniecznie   chce   panią   poznać.   Ręczę,   że   zostaniecie   przyjaciółkami.   Towarzystwo,   przemiłej 
zresztą, panny Józi nie może pani wystarczyć. Trzeba poznać ludzi, panno Ari. Pokochają panią 

wszyscy, mała księżniczko. Po co takie słodkie uśmiechy chować w czterech ścianach? Pójdziemy 
jutro do pani Tereni, dobrze?

- Dobrze, Tolku!
Wtoczyła się panna Józia.

- Jeszcze rozmowy? Skandaliczne. Ja będę dziś spała w tym pokoju. Jak mi profesor kazał 

pilnować, to pilnować. Ja jestem solidna osoba, więc niech pan sobie już idzie.

- Panno Józiu, ale ja w nocy okropnie chrapię - rzekła z głęboką troską o sen gospodyni 

Adrianka.

- Ja też chrapię, to najzdrowszy sen właśnie.
- Tak, ale ja się w nocy budzę i krzyczę.

- To   bardzo   nieprzyzwoicie.   Jezosie   Maryjo,   też   przywyczki   warszawskie!   Ale   ja   panią 

odzwyczaję.

- I w dodatku mam wrażenie, że jestem trochę lunatyczką.
- Będę   pani   zamiast   herbaty   gotować   rumianek   -   rzekła   niebywale   krótko   troskliwa 

opiekunka.

Ari opuściła bezradnie ręce i spojrzała na krztuszącego się w ataku śmiechu Tolka, który 

zainterweniował natychmiast:

- Ależ, panno Józieczko! Dwie osoby w takim małym pokoiku?

- O, bardzo proszę, nie jest mały. Czasy ciężkie i nie mogę całego mieszkania opalać, bo 

trudno. Zresztą jak opieka, to opieka. Niech się pan wynosi i skończona rzecz.

Ari z miną pełną rozpaczy pożegnała Tolka i natychmiast położyła się spać. Długo jednak 

zasnąć nie mogła, gdyż panna Józia rozprawiała z braku cierpliwych słuchaczy z sobą. Wreszcie 

młody organizm zwyciężył i Ari przestała słyszeć monotonne dźwięki panieńskiego szczebiotu. 
Dobrze po północy obudził ją hałas. Otworzyła oczy: panna Józia stała tyłem do nocnej lampki 

background image

(dlaczego stała właśnie w ten sposób, tego Ari nigdy się nie dowiedziała) i z rozmachem pucowała 
swoje czarne półbuciki, co chwila upuszczając szczotkę na ziemię.

- Co pani robi? - krzyknęła Ari.
Panna Józia ruszyła tylko ramionami.

- Przecie nie mogę iść rano do kościoła w brudnych trzewikach.
- Ale dlaczego pani to robi po nocy?

- Bo mi się dopiero teraz przypomniało.
I tak przez cały czas, który Ari przemieszkała pod dachem panny Józi i w jednym z nią 

pokoju, co noc powtarzała się ta sama historia.

Nazajutrz do biblioteki przyszedł Tolek.

- Panno Ari, idziemy prosto do pani Tereni.

* * *

Ari zawsze potem wspominała  chwilę,  w której stanęła  na progu olbrzymiego, pełnego 

światła   i   luster   pokoju,   zarzuconego   miękkimi   różnej   wielkości   poduszkami.   Kilka   par   oczu 

obrzuciło ją ciekawym spojrzeniem. Z tapczanu podniosła się szczupła, wysmukła, o leniwych 
kocich ruchach kobieta i wyciągnęła do Ari obie ręce, mówiąc spokojnym głosem:

- Bardzo się cieszę, że pani przyszła. Tolek opowiadał nam o pani cuda.
Adrianka roześmiała się.

- Pan Tolek jest dziennikarzem, blaguje więc zawodowo. Jestem mu jednak wdzięczna, że 

mnie do pani przyprowadził. Tu jest prześlicznie.

W  chwilę   potem   obie  siedziały   na   tapczanie   i   Ari   mogła  podziwiać   nową   znajomą,   jej 

wspaniałe   czarne,   kręte   włosy   i   szaropiwne   oczy,   jej   wykwintną,   oryginalną   urodę   jakiegoś 

zamorskiego kwiatu.

Rozmowa   potoczyła   się   szybko;   prócz   pani   Tereni   było   jeszcze   kilku   młodych   panów. 

Wszyscy oni czuli się tu widocznie jak u siebie w domu. Takie samo wrażenie robił Tolek. Ari na 
razie była onieśmielona i przez to milcząca, ale później, w panującej tu atmosferze beztroski i 

swobody, odzyskała humor i z talentem naśladowała swą rozkoszną gospodynię. Opowiadała też o 
wycieczce w góry.

Wśród serdecznej i wesołej pogawędki upłynął Adriance wieczór. Do domu przyszła po 

dwunastej i od razu musiała przywołać na pomoc całą elokwencję, zasypana gradem wyrzutów. 

Ale wizyta u Tereni wprowadziła ją w taki doskonały humor, że ostra paplanina panny Józi nie 
zepsuła   jej   snu.   Tylko   o   godzinie   drugiej   otworzyła   oczy   i   westchnęła   boleśnie,   widząc,   jak 

gospodyni czyści namiętnie trzewiki.

Pani Terenia zaraz na drugi dzień zatelefonowała do biblioteki.

background image

- Panno Ari, czekamy dziś na panią z kolacją. Nie ma żadnego “ale”, proszę koniecznie 

przyjść.

I   Adrianka   poszła.   Tak   jej   tam   było   dobrze   i   wesoło   między   ludźmi,   z   których   każdy 

wydawał   jej   się   studnią   mądrości.   Tolek   miał   rację:   Ari   i   Terenia   zostały   nierozłącznymi 

przyjaciółkami, spędzając razem każdą wolną chwilę. Ani się obejrzała, jak wrosła w niewielkie, 
lecz   dobrane   kółko   przyjaciół   malarki.   I   o   ile   pani   Teresa   była   w   nim   panującą   łaskawie 

monarchinią,   to   Ari   stała   się   małą   ulubioną   księżniczką.   Teresa   była   chłodna,   pewna   siebie, 
wyrafinowana i opanowana. Żyła dla siebie i dla swojej sztuki, żyła, aby być piękną i uwielbianą. 

Była tak spokojna wewnętrznie, jak toń jeziora w pogodny dzień. Nigdy się niczemu nie dziwiła, 
na wszystko, co działo się koło niej, patrzyła z uśmiechem kpiącego pobłażania.

- Każdy chce żyć - mówiła leniwie.
Obojętnie przyjmowała hołdy, uwodziła na zimno, nie wkładając w tę grę ani okruszyny 

serca. Prawdziwe uczucie miała tylko dla męża, ale i jemu pozwalała się łaskawie uwielbiać. Sama 
sobie była Bogiem i religią. O wszystkim umiała pięknie i zajmująco mówić, nic więc dziwnego, że 

dla Adrianki stała się alfą i omegą mądrości. Teresa istotnie miała mózg i on jej życiem kierował, 
Adrianka zaś żyła sercem.

Może dlatego zimna pani Teresa pokochała Adriankę i umiejętnie rozszerzała horyzonty 

myślowe   małej   księżniczki.   I   tak   się   utarło   w   przyjacielskim   kółku,   że   Ari   nazywała   Teresę 

“cesarzową Teń - Steń”, a nazwa ta weszła w życie, Adrianka zaś została “księżniczką”. Chodziły 
razem do teatru i na koncerty, czytywały dzieła o sztuce, urządzały wieczory literackie, a poza tym 

wszystkim bawiły się, tańczyły, śpiewały.

* * *

Dni migały  jak  drzewa oglądane  z okien pociągu.  A przecież Adrianka  miała  chwilami 

wrażenie, że zadusi ją tęsknota, nienazwana, nieokreślona... Ari tęskniła do przestrzeni, do natury 

i do miłości. Sama sobie z tego sprawy zdać nie umiała, tylko coraz częściej pisała i wysyłała swoje 
wiersze ojcu, z którym nie udało się jej spędzić Wielkanocy, gdyż profesorowi wypadł właśnie 

ważny kongres, na którym był prezesem.

Naokoło leśniczówki zazieleniły się wesoło brzozy. Zakwitły jabłonie i wiśnie. Las rozgorzał 

młodą radością i młodym słońcem, a Jacek, patrząc na roześmiane drzewa, wspominał i liczył w 
pamięci uśmiechy Adrianki.

Kończył   się   maj.   W   duszy   Ari   szumiały   wspomnienia   ubiegłego   roku.   Pobladła, 

zeszczuplała i Tolek z niepokojem spoglądał na zmianę, jaka zaszła w dziewczynie. Wreszcie nie 

wytrzymał:

- Ari, tobie stanowczo  nie służy całodzienne  ślęczenie w bibliotece.  Kiedy masz zamiar 

background image

wziąć urlop?

- Toleczku, ja bym sobie brała sześć razy w tygodniu, tylko mi nie chcą dać.

- Postaraj się, Ari, zmienić posadę na mniej męczącą.
- A może ty mi ofiarujesz stanowisko sekretarki?

- Żebym to był ministrem, księżniczko, a ty dziennikarką, już bym cię do nas wpakował.
Ari myślała chwilę, potem wyjęła z szafy swój ostatni wiersz.

- Przeczytaj, kochany ministrze, jak ci się podoba?
Przeczytał i chwycił się za czuprynę.

- Ari! Gwałtu, to twoje?... To ty?...
- Przeważnie! Panna Józia pomagała bardzo niewiele.

Ucałował obie ręce dziewczyny.
- Co za odkrycie, Ari! Przecież ty masz talent, ty powinnaś pisać, kobieto. Poezje są mało 

popłatne i szkoda takie perełki rzucać w gazetach, ale spróbuj jakiś felietonik, księżniczko!

- Nie potrafię!

- Głupstwo. Spróbuj tylko! Ja też od razu nie potrafiłem.
- No, ale o czym?

- O czym chcesz, malutka, byle dużo humoru, trochę trafnych spostrzeżeń, pomyślisz?
- Pomyślę.

Długo   myślała.   Pisanie   prozą   przychodziło   jej   trudniej.   Słowa   zawsze   wiązały   się 

rytmicznie w takt uderzeń wzruszonego serca. Jej żywiołem była piosenka, ale tak?! Jakoś nie szło 

i nie szło. Ostatecznie “wygryzmoliła” coś na temat wakacji, a Tolek promieniejący dumą złożył 
felieton w redakcji.

Adrianka sama nie mogła zorientować się, jakim cudem dostała stałą posadę w redakcji. 

Tolek szalał z radości, gdyż pracowali w jednym pokoju. Ari znalazła się w otoczeniu kilkunastu 

osób i tak jak niegdyś w domu kokietowała wszystkich uśmiechami i słonecznym usposobieniem, 
pragnąc tylko tego, by ją polubili. Zresztą niepodobna było jej nie polubić, taki czar płynął od tej 

szczupłej   figurki   o   nieskazitelnych   liniach,   od   oczu   słodko   patrzących   i   ust   roześmianych.   I 
zdawało się, że stworzona jest cała tylko do pieszczoty, jak miękki, młody i rozkoszny kociak... 

Piorunem   zaznajomiła   się   z   całą   redakcją,   od   chłopców   roznoszących   gazety   do   redaktorów 
włącznie. Żaden woźny nie nalewał herbaty z taką wprawą, jak to czyniła Ari, gdy ci byli zajęci i 

śniadanie opóźniało się. Od czasu gdy Ari “zakwitła”, jak mówił Tolek, w biurze, na wszystkich 
biurkach stały kwiaty. Ari znów czuła się dobrze, ponieważ była potrzebna tym zapracowanym, 

zgarbionym nad papierami ludziom.

Gdy wchodziła rano do biura zaróżowiona od szybkiego marszu i szalonych skoków po 

background image

schodach,   uśmiechnięta,   jakby   ją   co   dzień   nowa,   radosna   spotkała   niespodzianka,   wszystkie 
spojrzenia  koncentrowały  się na jej skromnie ubranej  postaci.  A gdy świeżym,  jakby  w rosie 

majowej obmytym głosem wołała “dzień dobry”, wszystkie usta rozchylał serdeczny uśmiech.

- Czego się pani tak cieszy, Adrianko? - pytał to ten, to ów.

- Bo takie cudne słońce.
Albo:

- Bo pada taki miły deszcz, co pachnie polem.
Redaktor   cenił   jeszcze   u   Ari   wielkie   zdolności   dziennikarskie   i   humor,   w   jaki   umiała 

przyodziać   najpoważniejsze   zagadnienia.   Jedna   tylko   okoliczność   nie   dawała   jej   spokoju: 
czerwiec   się   kończył,   a   przeszło   dwa   tygodnie   nie   miała   wiadomości   od   ojca.   Wreszcie,   po 

naradzie z Teresą, postanowiła jechać do Warszawy.

- Ale  wiesz   co,   Ari  -   mówiła   Terenia   -   nie  chciałabym   puszczać   cię   samej.   Jesteś   taka 

wrażliwa, możesz mieć tam nieprzyjemności od rodziny. Jeżeli ojciec twój jest chory, nie dadzą ci 
spokoju.

- Sama nie pojedziesz, Adrianko, nawet nie myśl o tym. Od czego masz mnie? - dodał 

Tolek.

Ari owinęła szyję chłopca ramionami i ucałowała  serdecznie w same usta.  Dziennikarz 

zbladł i przez chwilę wyglądał jak nieżywy.

- Co ty robisz, Ari, co ty robisz? - wyszeptał.
- Moje   biedactwo,   nie   wie   dotąd,   jak   się   ta   czynność   nazywa!   W   języku   literackim   to: 

“padłam ci w ramiona i podałam usta purpurą nabrzmiałe”, a po mojemu: pocałowałam za to, że 
jesteś dobry.

- Ari, nie przesadzaj, żaden mężczyzna nie jest dobry. Jest tylko chytry, jedzie z tobą, bo 

mu to sprawia przyjemność. Za to się nie dziękuje. Przyzwyczaj się wreszcie wszystko brać, a nic z 

siebie   nie   dawać,   dzieciaku   -   uśmiechnęła   się   Teresa   i   z   macierzyńską   tkliwością   poprawiła 
przyjaciółce loczek spadający na oko.

Noc przed wyjazdem spędziła Ari u Tereni, która stanowczo nie zgodziła się, by panna 

Józia swą bezsensowną paplaniną budziła dziewczynę. Adrianka siedziała w nocnej koszulce na 

tapczanie i kręciła papiloty, Teresa patrzyła uważnie.

- Wiesz,   Ari,   jesteś   pierwszą   kobietą   w   moim   życiu,   której   ślicznie   jest   w   takiej 

upapierowanej głowie - rzekła wolno, robiąc jednocześnie “szpagat” baletowy.

- Wiem, mówił mi to już Jacek - westchnęła Ari.

- I nie tęsknisz już do niego?
- Czasem   trochę,   więcej   tęsknię   do   lasu.   Ach,   Teń   -   Steń,   strasznie   chciałabym   się 

background image

zakochać.

- No a Tolek?

- Tolek? O, ja go bardzo kocham, smutno mi, gdy on jest smutny, ale to zupełnie co innego. 

Nie umiem ci, Teń - Steń, tego określić, wiem tylko, że gdy zakocham się naprawdę, cały świat 

przestanie mnie interesować.

- Bardzo źle. Mężczyźnie można ofiarować pocałunek, uśmiech, kawałeczek serca, trochę 

sentymentu i... dość. Resztę zostawić dla siebie. On i tych drobiazgów należycie ocenić nie potrafi, 
bo nie jest ich wart. Zresztą ciebie świat nie przestanie interesować, bo o ile cię poznałam, to 

ciebie ciągle coś ponosi i rwie. Jedni to nazywają “tęsknotą do czegoś lepszego”, a ja mówię po 
prostu:   temperament.   Masz   temperament   i   dlatego   odeszłaś   od   Jacka,   że   ci   nie   wystarczał. 

Musisz mieć koło siebie ruch i ludzi, musisz być kochana i pieszczona, musisz się śmiać i wiecznie 
czymś   zajmować.   Powiedzenie:   “w   cichym   kątku,   byle   z   nim”   jest   śmieszne   i   wcale   ci   nie 

odpowiada.   Zresztą   to   nie   tylko   moje   zdanie,   ale   i   wszystkich   chłopców,   wspólnych   naszych 
znajomych. Jesteś urodzoną kokietką w każdym ruchu i uśmiechu, wcale ci tego nie mam za złe, 

ale wcale się nie dziwię, że chłopcy głowy za tobą tracą. (W tym miejscu założyła sobie nogę na 
szyję).

- Wcale nie tracą - odważyła się pisnąć Adrianka.
- Możesz to powiedzieć pannie Józi, ale nie mnie, obrzydliwa kokietko. Przecież ty i do 

mnie oczy przewracasz.

- No, bo ja lubię, gdy mnie lubią.

- Jesteś mały głuptas i kładź się spać. Dobranoc - i ucałowała Adriankę.
- Dobranoc, Teń - Steń, Kleopatro, pantero przewrotna.

- I nie siedź długo, Ari, w Warszawie, bo będziemy tu tęsknić do ciebie.
Odeszła, Ari zaś patrzyła zachwyconymi oczami na śliczne, kocie ruchy przyjaciółki.

Tolek całą drogę troskliwie czuwał nad Adrianką, by się nie zmęczyła, by nie stanęła w 

przeciągu, by w porę zjadła i wypiła. “Jacek tego nie umiał” - myślała Ari. Taką pełną serca opiekę 

dawał jej dotąd tylko ojciec. Przyjechali do Warszawy w południe i poszli prosto do sekretariatu 
uniwersyteckiego, gdzie dowiedzieli się, że profesor po ciężkiej operacji żołądka leży w klinice. 

Adrianka nie miała kropli krwi w twarzy, gdy ją towarzysz wprowadzał po szerokich schodach 
szpitalnych do separatki, w której leżał profesor.

- Tolek, ja wejdę sama, poczekaj.
- Dobrze! - rzekł cicho, a serce ściskał mu żal i trwoga o kochaną dziewczynę.

Ari ostrożnie otworzyła drzwi. Ojciec leżał na szerokim, wygodnym łóżku pod oknem i 

czytał gazetę, więc twarzy jego nie mogła zobaczyć od razu. W pokoju nie było nikogo więcej. Na 

background image

palcach podeszła do łóżka, a potem przyklękneła, szepcząc:

- Tatusiu, czy gazeta więcej cię interesuje niż Adrianka?

Papier z szelestem upadł na kołdrę, wymizerowaną, żółtą twarz chorego oblał rumieniec.
- Ari! Słoneczko moje!

Przycisnęła usta do zapadłych policzków, loki jej rozsypały mu się po oczach i ustach. Nie 

mówili do siebie nic długą, długą chwilę.

- Dlaczego nie pisałeś, tatusiu, żeś chory?
- Po co?

- Jak to po co? Byłabym od razu przyjechała,  żebyś tak samotnie tu nie tkwił, brzydki 

tatusiu. A wiesz, że teraz pracuję w redakcji i piszę felietony?

- Wiem! O! - i pokazał palcem na gazetę i na artykuł Ari.
Łzy błysnęły w oczach dziewczyny.

- Ale ty już prędko wyzdrowiejesz, prawda?
- Prędko, Ari. Nie ma nic groźnego.

- Widzisz, ty milczku! Tyle czasu byłeś bez swojej Ari, a ja tak się niepokoiłam.
- Nie byłem bez ciebie.

- Jak to?
Z trudem wydobył spod poduszki małą książeczkę bez oprawy i podał córce. Ari spojrzała 

na tytuł i zdrętwiała: “Droga do słońca - poezje Ari Klaudius”.

- Tatusiu!... Tatusiu! - szepnęła zbielałymi wargami.

- No, głupstwo, zbierałem wszystkie twoje poezje, dałem do oceny i wydałem. Dobre są, 

Ari! Tylko jeszcze nie przyszły z oprawy. Za jakieś dwa tygodnie ukażą się w księgarniach.

- Tatusiu! Ja zwariuję chyba. Czy może wejść Tolek?
- Aha, ten twój “parasol i przy pogodzie”?! Niech wejdzie - uśmiechnął się profesor.

Wybiegła na korytarz.
- Tolek, chodź prędko, prędko. Tatuś ci coś pokaże.

Usiedli przy łóżku oboje. Twarzyczka Ari zapłonęła wypiekami. Była odurzona i widokiem 

ojca,   i   niespodzianką.   Trzymała   w   obu   dłoniach   rękę   ojca   i   nie   spuszczała   z   jego   twarzy 

błyszczących   oczu.   Tolek   opowiadał   profesorowi   o   pannie   Józi,   o   pani   Tereni,   o   redakcji,   o 
wszystkim, co miało coś wspólnego z Adrianką. Profesor słuchał i uśmiechał się. Nagle spytał:

- A gdzie ty będziesz dziś nocowała, Ari?
- Chyba w hotelu, tatusiu.

- Pieniądze masz?
- O, myślę, że mi starczy.

background image

- To  ja   teraz   zostawię   państwa   samych   i   pójdę  zamówić   pokój  dla   Ari.   Za   jakieś  dwie 

godzinki przyjdę - rzekł Tolek. Pożegnał profesora i poszedł, czując, że tym dwojgu teraz najlepiej 

bez świadków. I mimo woli złapał się na zazdrości: co by za to dał, żeby Ari jego choć w połowie 
tak kochała, jak profesora.

- A... Imogenka tatusia nie odwiedza?
- Imogenka ma córeczkę, jest zajęta.

- A mamusia?
- A matka też przy Imognece, ale czasem zagląda.

- No, a Leszek?
- Leszek na praktyce.

- Tatusiu, więc jak mogłeś milczeć? Co ci na mózg padło? Ja się stąd nie ruszę, póki nie 

wstaniesz.

- O nie, Ari, ty wrócisz do pracy. Ja dam sobie radę sam.
W   tej   chwili   otworzyły   się   drzwi   i   na   progu   stanęła   pani   Klaudiusowa   z   Wiktorem. 

Adrianka zacisnęła tylko mocno palce na dłoni ojca i otrzymała nawzajem długi, krzepiący uścisk. 
Wstała i bez trwogi patrzyła na matkę, tylko z jej twarzy zniknął rumieniec. Profesorowa podeszła 

do chorego.

- Nie spodziewałam się zastać tu twojej córki - wycedziła.

- Jestem nie tylko córką profesora Klaudiusa, ale i córką pani profesorowej Klaudius, z 

czego mam chyba prawo być zadowolona. Daj mi się pocałować, mamusiu, i nie gniewaj się, bo 

nie warto. Tatusiowi najlepiej zrobi nasza zgoda - pochyliła się i pocałowała rękę matki.

W tej chwili podszedł Wiktor.

- Panno Adrianko, bardzo się cieszę, że widzę panią zdrową i wesołą.
Pani   Klaudius   odsapnęła   i   nie   mogła   jakoś   zdobyć   się   na   gest  odpychający   córkę.   Ari 

zwróciła się do szwagra.

- Ja też jestem zadowolona. Winszuję panu córeczki.

- Ach, co to za przepiękne dziecko! Wykapana Imogenka. A jakie mądre! - wykrzyknęła 

profesorowa szczęśliwa, że może wybrnąć z mocno kłopotliwej sytuacji.

- No, ja sobie wyobrażam ten ósmy cud świata. A jak się czuje Żeniusia?
- Żeniusia? Ach, to jest męczennica, jak zresztą każda matka. Z takim maleństwem wciąż 

utrapienie,  a  ona  taka  delikatna.  Zapracowane  biedactwo!  Na  matkę też,  prawdę  mówiąc,  za 
młoda jeszcze.

- Nie ma służącej?
- Cóż znowu? Jest! Niańka też.

background image

- Więc właściwie co Żeniusia robi, skoro przy takiej kruszynie jest niańka, jest mamusia, no 

i ona?

- Co ty możesz o tym wiedzieć? Ty od takich obowiązków uciekłaś, a Żenia się poświęciła. 

Ona jest czymś w społeczeństwie, ty pasożytem, o swojej tylko wygodzie myślącym.

Żeby nie obecność chorego ojca, Adrianka wiedziałaby, co odpowiedzieć, ale nie chciała 

denerwować profesora, uśmiechnęła się więc słodko.

- Mateczko, i pasożyty Pan Bóg stworzył, niechże sobie żyją w spokoju. Jak się pan czuje w 

roli ojca?

- Dobrze,   Ari.   Myślę,   że   powinna   pani   sama   nasze   bobo   zobaczyć.   Byłbym   bardzo 

szczęśliwy. Porozmawialibyśmy.

Ach! Ari nawet nie przeszło przez myśl, jak gorąco, jak całą duszą zapragnął Wiktor napić 

się spokoju i uśmiechu, którym promieniowała dawna narzeczona. Porozmawiać z nią, popatrzeć 

w   mądre,   wesołe   oczy.   W   domu   królowała   znudzona   i   ciągle   od   czasu   ciąży   nieszczęśliwa 
Imogenka. Dla niego nie było tam miejsca. Żenia wyobrażała sobie małżeństwo jak salę balową. 

Nie obchodziły jej sprawy męża, tak jak i jego nie obchodziły sprawy gałganków i ploteczek. Żenia 
chciała   się   bawić   i   korzystać   z   przywilejów   młodej   mężatki:   bywać,   przyjmować,   flirtować. 

Dziecko stanęło teraz na przeszkodzie, bo musiała sama je karmić. Stąd były wieczne kwasy i 
nieporozumienia.   Wiktor,   żeniąc   się,   marzył   o   cichym   cieple   domu   i   przytulnych   ramionach 

kobiecych,   w   których   znajdzie   odpoczynek   po   pracy.   Wszystko   się   rozsypało   w   proch.   Żenia 
wkrótce doszła do przekonania, że Wiktor jest śmiertelnie nudny; on zrozumiał, że jej nie kocha. 

Wszystko to chciał teraz powiedzieć Adriance i jeszcze raz w życiu szepnąć słowo “kocham cię”. 
Patrzył więc na jej już znowu zaróżowioną twarz i czekał z biciem serca (jak dawno nie biło mu 

takim przyspieszonym tętnem!) na odpowiedź. Tymczasem padła ona z ust matki.

- Co   ty,   Wiktorku,   mówisz?   Żenia   mogłaby   dostać   ataku   nerwowego.   Co   by   ludzie 

powiedzieli? Ja jestem matką, muszę przebaczyć i przebaczyłam. Ale Adrianka nie może wejść do 
domu Żeniusi. Bądź co bądź jest skompromitowana. Żenia ze względu na swoje stanowisko musi 

się z tym liczyć.

- W takim razie, panno Ari, pani mi zrobi tę łaskę i zechce pozwolić, bym jej złożył wizytę. 

Gdzie pani mieszka?

- Jeszcze nigdzie, bo niedawno przyjechałam, ale mój kolega dziennikarz poszedł zamówić 

dla mnie pokój w hotelu.

Pani profesorowa groźnie łypała oczyma w stronę zięcia i męża. Klaudius jednak oglądał 

jedyną muchę na suficie, Wiktor zaś zapatrzony był w Adriankę.

- Na jak długo pani przyjechała?

background image

- To zależy od tatusia. W każdym razie parę dni zostanę.
- Czy będzie pani dobrą i grzeczną dziewczynką, czy zadzwoni pani do mnie do biura?

- Owszem, zadzwonię. A teraz, tatuśku, zdaje się, że Tolek puka, więc idę - podeszła do 

drzwi i mówiła swobodnie, otworzywszy je do połowy: - Jakiś ty punktualny, Toleczku, poczekaj 

chwilkę, muszę się pożegnać.

Pocałowała   sztywno   podaną   dłoń   matki,   długo   tuliła   głowę   do   piersi   ojca,   wreszcie 

wyciągnęła rękę do Wiktora.

- Więc tymczasem do widzenia. Tatusiu, będę jutro u ciebie od rana.

Stuknęły drzwi.
- Jak mamusia mogła zrobić Adriance taką przykrość? Żenia na pewno byłaby rada siostrę 

zobaczyć. Nie widzę nic zdrożnego w postępowaniu Ari. Pracuje na siebie, od nikogo nic nie chce, 
kocha ojca i was wszystkich. Dzielna dziewczyna.

- Mój Wiktorze, bez uwag. Ja nie chcę, by moja czysta jak łza Żeniusia narażała się na 

ludzkie uśmiechy. Ja też Adriankę kocham, ale niech wie, że jest między nami pewna różnica. 

Panna, która uciekła z domu i nie wiadomo gdzie się włóczyła, nie może być przyjmowana pod 
naszym   dachem.   Wy,   mężczyźni,   jesteście   bez   ambicji:   dostałeś   od   niej   moralnie   w   twarz   i 

patrzysz na nią jak w obraz. Żeniusi by serce pękło. Nie wart jesteś takiej żony.

Profesor stanął i obrócił twarz do ściany. Wiktor niecierpliwie ruszył ramionami.

- No, jakże się ojciec czuje? Co mówi doktor? - spytał.
- Nieźle, ale będę musiał wyjechać do uzdrowiska.

- To ojcu tylko dobrze zrobi. Nie będziemy dłużej męczyć, mamusiu, profesora. Jedziemy.
Kazał swemu szoferowi odwieźć Klaudiusową do domu, sam zaś został w Warszawie. Nie 

miał teraz odwagi stanąć wobec Żeni. Zdradziłby się każdym słowem, że myśli o innej. Żeby choć 
córka   kochała   go   tak,   jak   Ari   kocha   profesora.   Taka   miłość   wynagrodzi   wszelakie   gorycze   i 

zawody. Siedząc w kawiarni, myślał o maleńkiej, różowej laleczce i obiecywał sobie wychować ją 
tak, by mu przyjaciółką była.

Adrianka wieczorem liczyła pieniądze i kombinowała, że nie będzie jadała obiadów, by ojcu 

za te pieniądze kupić co dzień świeże kwiaty.

background image

IV

Adrianka  powróciła  do Krakowa po tygodniowej obecności w Warszawie całkiem  już o 

zdrowie ojca spokojna. Pytała się przecież doktorów i chirurga. Byli dla niej bardzo serdeczni i 
oznajmili, że śmiało może jechać, ponieważ ojciec teraz zdrowszy jest niż był kiedykolwiek. W 

redakcji powitał ją wrzask:

- Wiwat,   wiwat!   W   górę   naszą   księżniczkę!...   Podobno   poezje   wydajemy,   Tolek   pisał. 

Brawo!

- Najmłodsza literatura... poezja w pieluszkach! Wiwat!

Ściskali ją za ręce, szarpali, ciągnęli na wszystkie strony.
- Bójcie   się   Boga,   chłopcy,   możecie   takie   eksperymenty   urządzać   z   manekinem, 

ewentualnie z tomem moich poezji, ale ja chcę żyć. Tolek, jeżeli jesteś moim rycerzem, rozpędź 
ten motłoch i utoruj mi drogę do biurka.

Nie mniej serdecznie powitała ją Terenia.
- Ale ty, szumowino jedna, nie mogłaś kartki napisać przez cały tydzień?!

- Nie mogłam. Cały czas siedziałam u tatusia. I wyobraź sobie, ciągle przychodził mój eks - 

narzeczony,   a   obecny   szwagier.   Był   czuły   i   słodki,   i   w   ogóle   rzewny   nie   do   pojęcia.   Ale   on 

naprawdę jest bardzo miły. Mówił, że zapomnieć mnie nie może...

- I dlatego ożenił się z twoją siostrą. Ty mu wierz! Wszystko to krętacze i łgarze, nie warto 

się rozczulać. Jeżeli mu jest źle, sam sobie winien.

- I Teń - Steń... wyszły w druku moje poezje.

Pani Teresa fiknęła koziołka. (Była niebywale zwinna i lubiła takie gwałtowne ruchy mimo 

swego spokoju).

- Nie może być! Co mówisz, dlaczegoś mi nigdy nie mówiła, że piszesz?
- Bo ja sama nie wiedziałam, że to coś warte, dopiero Tolek i tatuś...

- Tolek? A to gad! I nawet mi nie pisnął.
- Bo go o to prosiłam.

- Masz co twojego przy sobie?
- Mam, wzięłam sobie z introligatorni.

- Dawaj zaraz, pokaż mi. Czytaj po kolei.
A gdy Ari skończyła, Terenia ucałowała ją mocno.

- Szumowina   jesteś,   brzdąc   jesteś   i   nic   więcej.   Powiedz   mi,   jak   masz   zamiar   spędzić 

wakacje.

- Nie wiem jeszcze, może mnie redakcja wyśle jako korespondentkę do jakiej miejscowości 

kuracyjnej, może do Krynicy lub Zakopanego, a może nigdzie. Zresztą praca mnie nie męczy, 

background image

męczy mnie za to panna Józia. No i tęsknię do lasu.

- Przede wszystkim, Ari, skończ z tą arcymiłą Józią. Mąż mój, jak wiesz, wyjechał na cały 

miesiąc  do  Francji.  Jestem  sama,  zamieszkaj  u mnie.  Pomyśl,  co  to będzie  za   raj.  Będziemy 
dokazywały jak pensjonarki, to raz, a następnie “malaria” urządza dziesięciodniową wycieczkę 

dwoma autami do Czech. Chcesz jechać? (I zrobiła “świecę” na dywanie).

- Ach! Teń - Steń!

Adrianka udała się do redaktora z prośbą o wydelegowanie jej na tę wycieczkę.
- Ależ bardzo chętnie, panno Ari. Pani jest, zdaje się, z nimi zżyta, będzie się swobodniej 

czuła, niż gdyby jechał ktoś inny. Tylko biedny nasz Toluś przez ten czas osiwieje z tęsknoty. Ja 
oczywiście też.

- Nie, pan osiwieć nie może.
- Dlaczego?

- Przecież redaktor ma samo czoło... od nasady nosa aż do karku.
- Widzicie, państwo, co to za złośliwość!

- To nie złośliwość. Ja uwielbiam ludzi o wysokich czołach.
- Tak? Tolek ma także takie wysokie?

- Któż wam powiedział, że go uwielbiam?
- O, to się widzi, to się czuje.

- Macie bardzo ostry wzrok, dostrzegając nawet to, co w ogóle nie istnieje. Ale o co chodzi? 

Jeżeli wam zrobi przyjemność moje wyznanie,  to wiedzcie,  że nie tylko uwielbiam Tolka,  ale 

szaleję za nim. No, zupełnie głowę tracę! I żeby tego niebezpieczeństwa uniknąć, jadę w świat.

Ale gdy wpadła do Tereni, krzyczała już od progu:

- Wiesz, Teń - Steń, życie mi brzydnie, wszyscy mi tylko Tolkiem oczy wykłuwają. Czy ja 

wyglądam na zakochaną?

- Po  raz   setny   mówię  ci,   żeś  głuptas.   Podejrzewają,   że   jesteś  kochanką   Tolka   i  bardzo 

chcieliby  przekonać się, że tak  jest istotnie.  To ma pieprzyk,  rozumiesz?  Swoją  drogą,  każdy 

pragnąłby zająć miejsce Tolka przy twym boku.

- Aha! Że też ludzie muszą koniecznie kimś się zajmować. Więc jestem kochanką Tolka. 

Boże   miły   jak   tu   im   zrobić   zawód,   tym   poczciwcom   troskliwym!   A   może   tak   naprawdę 
zaproponować Tolusiowi? - śmiała się Ari.

- Każdy chce żyć, wiadomo, a ciężko jest żyć nie przyzwyczajonemu - odparła filozoficznie 

Teresa i stanęła na głowie, strzygąc powietrze nogami.

* * *

W   dzień   wyjazdu   przed   redakcją   zatrzymały   się   oba   auta.   Wycieczkowicze   przybrali 

background image

nadzwyczajne pozy, zaś fotograf biegał jak opętany, by uchwycić odpowiedni moment. Z redakcji 
wypadła Ari z bukietem kwiatów. Towarzyszyli jej wszyscy koledzy i koleżanki. Tolek kroczył ze 

zmartwioną miną. Adrianka żegnała się uprzejmie ze wszystkimi i mrugała na Teresę. Terenia 
wietrzyła jakiś kawał w powietrzu.

Już   Ari   ulokowała   się   w   aucie,   już   motor   zaczął   warczeć,   a   odprowadzający   wywijać 

rękami. Tłum gapiów oblegał ulicę. Nagle Adrianka jednym susem wyskoczyła z auta i rzuciła się 

na   szyję   Tolkowi,   i   wyciągnąwszy   jednocześnie   jedną   ręką   wielką   chustkę   z   jego   kieszeni, 
przyłożyła ją do oczu. Chłopiec zdrętwiał i zaniemówił, ale usłyszał szept Adrianki:

- Pocałujże mnie, gapiu jeden, parę razy, a mocno.
Z determinacją uniósł panienkę w ramionach i obsypał pocałunkami, po czym posadził w 

aucie  i pędem pognał  do swojego pokoju, za nim koledzy i redaktor.  Samochody zniknęły w 
tumanach kurzu. Adrianka trzymała Teresę za obie ręce i zanosiła się od śmiechu.

- Co chcesz, teraz przestaną się męczyć domysłami. Mają pewność. Widziałaś te miny?
Nie  mniej  rozbawieni  byli   i  pozostali  towarzysze   podróży.  Zwłaszcza  jedna  młodziutka 

malarka   postanowiła   skorzystać   z   okazji   i   bardzo   gorąco   przytulała   się   do   swego   sąsiada. 
Adrianka całą drogę była nieprzytomna z radości, śpiewała więc, aż się rozlegało i gotowa była 

całować każde napotkane drzewo. Na postojach wszyscy odczuwali lekkie znużenie, ona jedna 
była wciąż jak iskra. Jeden z obecnych maił przy sobie gitarę hawajską, inny organki. Rozpinano 

nocą   namioty,   grano   i   śpiewano   niezmordowanie.   Któregoś   wieczoru,   gdy   czar   letniej   nocy 
odurzył wszystkich i rozbudził struny sentymentu, pani Teresa, wyciągając się leniwie, rzekła do 

Adrianki:

- Mogłabyś nam coś zadeklamować, wiesz?

- Dobrze, właśnie przyszedł mi na myśl wiersz o samochodzie.
- Słuchamy, Adrianko, słuchamy.

- Zdzisiu, brzdąkaj na gitarze, będzie mi raźniej, no, zaczynamy:

“Obłąkany samochód.
Z drogi! Precz z drogi! Bo już nie mam oczu,

mam tylko serce stalowe i nerwy.
Pędzę jak wicher, bez końca... bez przerwy.

Z drogi! Na polnym szaleję roztoczu.
Rzeki są dla mnie - niby szklane mosty.

Gęstwie - jak szmaty na strzępy rozdzieram.
Przez przepaść lecę jak kozica prosty,

background image

łańcuch gór w szosę pode mną się zwiera.
Szosom się z ramion wyrywam westchnieniem,

samemu sobie jestem tylko cieniem,
samego siebie dopędzić nie mogę,

zgubiłem oczy! Zgubiłem gdzieś drogę.

Kiedyś...już dawno - władcze ludzkie dłonie
serce mi gniotły boleśnie i twardo,

dyszałem zemstą i dziką pogardą,
skry miałem w oczach i tęsknotę w łonie.

Aż raz, gdy miastu wyrwałem się z gardła,
dal mi cudowna ramiona rozwarła,

dal wonna niebem... zielenią... i miodem...
A księżyc łysy stróżował nad grodem.

Pachnącym świeżą zielenią i miodem.

Wparłem się piersią w gąszcz, źrenicą błysłem,
a serce we mnie grało jak organy:

pod niebem sennie na drzew szczyty zwisłem.
... Poczułem, żem jest w ziemi zakochany.

W ziemi, pachnącej zielenią... szerokiej,
pełnej tajemnic, pełnej niespodzianek

ziemi. A nagle! Spomiędzy firanek
ciemnej gęstwiny oczy we mnie wwierca

potwór! Wilkołak! Zagląda do serca,
drze serce blaskiem - urokiem... Tęsknicą

przepala nerwy! Gasi moje oczy
zieloną, straszną, ognistą źrenicą,

ziemię jak piłkę pod nogi mi toczy.
Naprzód! I zieleń piersią oszalałą

zmiażdżyłem. Pędzę przed siebie jak szatan,
jak oślepiony bezskrzydły lewiatan!

Z drogi mi! Z drogi precz, bo nie mam oczu!

background image

Mam tylko serce stalowe i nerwy,
i muszę gonić wiatr ciągle... bez przerwy!

Z drogi! Na polnym szaleję roztoczu,

szosom się z ramion wyrywam westchnieniem,
samemu sobie jestem tylko cieniem,

samego siebie dopędzić nie mogę:
straciłem oczy... zgubiłem gdzieś drogę.

Czasem krew ciepła na serce mi tryśnie,

prosię lub kura pod koła się ciśnie,
ślepe ze strachu, jak ja wobec dali.

Dławię się, tykam dal, a ona pali
me biedne, biedne urzeczone serce!

Aż kiedyś... prędzej daj to, Wielki Boże!

Pod moje koła dostanie się morze,
pierś moją bryzgiem słonej wody chluśnie;

urok zgasi... i tęsknota uśnie.
Opadnę na dno cicho z lekkim pluskiem,

Kędy syreny krążą srebrnołuskie,
A gdy już poznam dna morskiego mapę,

będę je wszystkie przewoził na “gapę”.”

Długą chwilę nie odezwał się nikt, tylko Ari poczuła na swojej dłoni czyjeś gorące usta.
- Cóż ciebie przyparło, Julek - roześmiała się i dopiero teraz wszyscy od razu odzyskali 

mowę, zasypując Adriankę pochwałami.

- Ależ, Ari, na Boga,  przecież  powinnaś się kształcić,  masz talent - odezwał  się zawsze 

najpoważniejszy z całej gromadki Julian.

- Phi! Talent! A mnie potrzebne pieniądze. Za talent nie można się kształcić. Zresztą, dzieci 

drogie,   kto   wie,   czy  gdybym   była   strasznie   mądra,   potrafiłabym   tak   coś   od   niechcenia  sobie 
sklecić.

- Bzdury!   -   krzyczał   Zdzisław.   -   Jesteś   i   tak   mądra,   bo   umiesz   się   śmiać.   Wolałbym 

osobiście, żebyś umiała kochać, ale pod tym względem jesteś rybą.

background image

- Poczekam na rybaka, który mnie złowi.
- Od jutra wstępuję na specjalne kursy rybołówstwa.

- Bardzo   chwalebnie.   Myślę,   że   ci   to   dobrze   wpłynie   na   ślepą   kiszkę,   i   na   oczy,   bo 

malarstwo nieszczególnie. Dobranoc, aniele.

I zniknęła w damskim namiocie. Nie uszło jednak uwagi małego kółka, że Julian bardzo 

poważnie zajęty jest Adrianką i przez cały czas trwania wycieczki dokuczano mu, że zajął miejsce 

Tolka. On jednak nic sobie z tego nie robił. Postanowił zdobyć serce Ari i ruszył odważnie do 
szturmu.

Ale   wycieczka   się   skończyła   i   jesień   z   oddali   zdmuchiwała   liście   z   drzew,   a   w   ich 

przyjacielskim   stosunku   nie  zaszła  żadna  zmiana.  Julek  był  na   równi  z  Tolkiem   codziennym 

gościem   panienki.   Razem   chodzili   do   teatrów,   razem   na   spacery   i   jeden   drugiego   pragnął 
zdystansować. Adrianka obydwóm okazywała gorącą sympatię i śmiała się w duszy, i czekała... i 

marzyła.

background image

V

“Przez olbrzymie teleskopy w miarę rozwoju techniki  będą mogły ludzkie oczy oglądać 

setki   planet,   o   których   ujrzeniu   nie   śnili   ojcowie   i   praojcowie   nasi.   Ale   czy   jest,   czy   będzie 
kiedykolwiek   maszyna   pomnażająca   tak   siłę   ludzkiego   wzroku,   iżby   ujrzeć   on   mógł   Krainę 

Śmierci? A ona przecież, tajemnicza i cicha, leży daleko bliżej niż Księżyc, Mars czy Jowisz. Wiatr 
z   tej   to   krainy   przynosi   nasiona   kiełkujące   w   duszy   ludzkiej,   rozrastające   się   we   wspaniałe, 

niewidzialne drzewa, które szumią... Tak właśnie szumi tęsknota.

Turysta, myśliwy, przyrodnik bez obawy kroczą w kraje nieznane, dzikie, czasem wrogie. 

Ale jakim  lękiem ścina  się ich serce,  gdy pomyślą o drodze tam...  w Nieznane.  A czy  to nie 
wszystko   jedno?   Podróż   i   podróż.   Życie   jest   podróżą,   cudowną,   pełną   tajemniczych, 

niespodzianych   przygód,   dłuższą   lub   krótszą,   a   hen,   na   końcu   czeka   Śmierć,   ta   nieznana, 
niezbadana kraina, której się nie boję. Nie boję się dlatego, że jestem ciekawy. Tyle w moim, 

stosunkowo   niedługim,   życiu   miałem   pożegnań,   tyle   rozstań,   że   jeszcze   jedno   pożegnanie, 
ostatnie,  nie przyniesie mi chyba  więcej bólu niż wszystkie  poprzednie.  Dlatego  ja naprawdę 

zupełnie   nie   boję   się   śmierci,   ale   i   nie   mogę   jej   znaleźć.   Brnę   przez   życie   na   oślep,   bez 
opamiętania. Jak szaleniec zdobywam je dla swych władczych stóp, depczę jak wąską miedzę. A 

jednak nie mogę trafić do owej krainy, która jest dla mnie tak samo ciekawa, jak podzwrotnikowe 
puszcze. Tylekroć serce pękało mi z bólu, a jednak wyżyłem.

Tyle widziałem cudów, tyle dziwów,  a jeszcze do Śmierci  nie dorosłem, nie dojrzałem. 

Jestem zielony... zielony jak majowa trawka. Wiem tylko jedno: że nie rozsypię się w pył nicości, 

nie zginę, będę. Muszę być. Bez możności powrotu, ale będę.

Nie mówię też: “nie chcę żyć”, ale mówię: “chciałbym umrzeć”, bo w mej duszy rozrosło się 

już potężnie drzewo tęsknoty i szumi... szumi!

A czymże jest tęsknota, jeśli nie pragnieniem odgadnięcia “Nieodgadnionego”, jeśli nie 

pragnieniem   zdobycia   progów   Krainy   Śmierci,   gdzie   musi   być   wieczny   spokój.   Spokój   jest 
jedynym prawem tego kraju - to wiem - i dlatego nieście mnie wichry życia w dal, ku mojej 

wymarzonej, białej i cichej ziemi.”

Stefan Kryski, kapitan marynarki handlowej, przestał pisać i zapatrzył się w toń oceanu. 

Statek pruł leniwie bezkresny ogrom fal i tonął w słońcu i ciszy. Od czasu do czasu ktoś z załogi 

westchnął   sennie.   Słońce   wchodziło   w   krew   szponami   nieprawdopodobnego   lenistwa.   Nawet 
muchy łaziły jak spite. Nie chciało się ludziom myśleć, nie chciało się nawet marzyć.

- Halo, Stef... czy śpisz?
- Żebym to mógł. Masz jakiś projekt, Wiktorku?

background image

- Na razie nie. Pisałeś coś?
- E, głupstwo, tak sobie coś od rzeczy. Zbliżamy się do Buenos Aires. Dostaniemy pewno 

listy i gazety...

- Spodziewasz się jakiegoś pełnego tęsknoty listu i to cię tak rozbiera?

- Ja? Któż do mnie pisze? Siostra od czasu do czasu. Ale ona, biedactwo, mało ma tego 

czasu, zajęta jest domem i matką. Ty co innego - list od żony.

- Nie   wiem,   czy   będzie   bardzo   słodki.   Żenia   darować   mi   nie   może   tej   podróży,   a   ja, 

przyznam ci się szczerze, też nie tęsknię bardzo. Ej, Stef, pokręciło nam życie plany. Byłem już 

taki zmęczony i teraz odczuwam tylko wielką wdzięczność dla ciebie, żeś mnie z sobą zabrał.

- Tak, ta słoneczna cisza i ta samotność czasem dobrze człowiekowi robi. Choć są chwile, w 

których dokucza.

- Mnie   nie,   ja   nie   przeżywałem   takich   burz   jak   ty,   nie   uciekałem   od   bolszewików,   nie 

szalałem  z  kobietami,   nie rozbijałem  nosa  po wszystkich  krańcach  świata.   Byłem  chuchany  i 
dmuchany   w   domu,   parę   awanturek   miłosnych,   jakie   miałem,   należało   do   dobrego   tonu. 

Pracowałem w ciszy i spokoju, potem ożeniłem się nie tak, jak chciałem.

- Mój drogi, 99 procent mężczyzn kocha się w jednej kobiecie, a żeni z inną. Ja szczęśliwie 

uniknąłem   złotych   kajdanek.   Kochałem   wszystkie   kobiety   we   wszystkich   częściach   ziemi,   ale 
jakoś nie natrafiłem na swoją, nie wzięła mnie żadna.

- Tak! Mnie jedna wzięła, mocno wzięła, ale cóż, ja nie umiałem jej wziąć. Zresztą to jest 

typ, który sam sobie wystarcza. Ma urodę, ma sławę, cóż jej po szarym, przeciętnym inżynierku. 

Ona idzie w świat z uśmiechem i piosenką na ustach i nawija sobie wielbicieli na paluszki.

- To jakaś wampirzyca.

- Nic podobnego. Raczej dziecko. Kobieta - dziecko. Mały, roześmiany ptaszek.
- Wiktor, ty jesteś poważnie zadraśnięty.

- Jeśli   chcesz   wiedzieć,   to   tak.   Nie   mówiłem   ci   tego   nigdy,   bośmy   ten   temat   omijali. 

Uciekłem   od   niej,   od   ustawicznej   myśli   o   niej,   od   ludzi,   którzy   mimo   woli   ciągle   mi   ją 

przypominali. Z każdej wystawy księgarskiej śmiała się do mnie. Co dzień, mówiąc żonie dzień 
dobry,   do  niej  tęskniłem.   I  to  jest  najboleśniejsze,   że  dopiero,  gdym  ją  stracił  bezpowrotnie, 

poznałem, że kocham ją jak nikogo na świecie.

- Któż to jest, na Boga?

- Siostra mojej żony. Poetka i humorystka, Ari Klaudius.
- Czy to ta, co miała odczyt w Gdyni, gdyśmy wyjeżdżali?

- Ta sama.
- Szkoda, że nie byłem. Młoda?

background image

- Teraz może mieć najwyżej dwadzieścia sześć lat.
- Mężatka?

- Nie.
Zapanowało milczenie.

- Nie masz ochoty wykąpać się, Wiktor?
- Owszem.

- No to buch do wody.
Odświeżeni, siedli znów na pokładzie. Obydwaj pragnęli wrócić do przerwanej rozmowy. 

W pustce, zapełnionej od przeszło czterdziestu dni tylko wodą i słońcem, rzadko niehumorem 
oceanu, przyjemnie było poczuć między sobą cień kobiety. Ale Stefan nie miał odwagi poruszać 

bolesnych strun kolegi szkolnego, którego nieoczekiwanie spotkał w Gdyni. Wiktor zawsze był 
poważny i małomówny, wzbudzał szacunek kolegów i profesorów. Stef, w gorącej wodzie kąpany, 

brał udział we wszystkich burdach, ale z Wiktorem łączyła go zawsze szczera sympatia. Wreszcie 
nieśmiało spytał:

- Nie masz jej fotografii?
- Nie. Mam tom jej poezji.

- Możesz mi pożyczyć?
- Owszem. Są w mojej kajucie, przyniosę ci.

- Po co? Zejdziemy razem.

* * *

Ta   serdeczna   rozmowa   przyjaciół   była   powodem,   że   Adrianka   Klaudius   mieszkająca   z 

ojcem w Krakowie w dwóch cichych, pełnych słońca i kwiatów pokoikach, przyniosła sobie kiedyś 

z redakcji list, który czytała z wypiekami na twarzy.

“Stało się tak, że pewnego razu statek nasz, noszący piękne imię “Dal”, padł, niekoniecznie 

z rozkoszą, w chłodne objęcia fal. Raz, drugi raz na bok, i jeszcze raz, i znów to samo od początku. 

I wszystkie szuflady, buty moje (a co najważniejsze, mego przyjaciela, szczura lądowego) woda z 
miednicy,   w   której   wyżej   wspomniany   przyjaciel   mył   sobie   oblicze,   usmarowane   powidłami, 

książki, listy itd., itd. - wszystko razem skotłowało się na środku kabiny i zaczęło pływać od łóżka 
do kanapy i od ściany do ściany. Czytała pani “Tajfun” Conrada? To właśnie coś w tym rodzaju. 

Silny sztorm, a my z ładunkiem rudy; to znaczy, statek prawie pusty, bo ładunek, a z nim środek 
ciężkości, gdzieś zupełnie na dole. Ja zaś, choć jestem krępy i tęgawy, niestety, nie mogę służyć 

jako równoważnik.

No   i   zmókł   zupełnie   list   mój,   pisany   do   pani   hen   na   oceanie,   pod   złotym   słońcem   i 

background image

sinolazurowym niebem. Pisany do pani w przystępie dobrego humoru list, co do którego mocno 
namyślałem się wczoraj, czy go wysłać, czy nie. (Ja też czasem myślę). Ale że nie należy nigdy 

cofać się przed wykonaniem raz powziętego planu, więc ów list przepisałem na czysto (czego 
nigdy nie czyniłem w szkolnych wypracowaniach i dlatego obrywałem dwóje).

Kochana, słodka panno Ari.

Pomysł napisania do pani listu powziąłem przed chwilą, po przeczytaniu po raz dziesiąty 

tomu   pani   poezji,   a   powstał   w   sposób   tak   żywiołowy,   że   oprzeć   się   tej   chęci   nie   mogłem. 

Najgorsze zaś jest to, że nie mogę sobie wyobrazić, jak pani wygląda. Ale pani mi to daruje, 
prawda?   Tak   samo,   jak   zawsze   cała   płeć   piękna   darowywała   mi   wszelkie   moje   nietakty   i 

shockingi.   A   ja   za   to   daruję   pani   ten   słodki   cykl   o   “markizie”,   który   pół   godziny   temu 
przeglądałem. Przecież pani jest tam przebajeczna, rozbrajająca, dla mnie, człowieka, który od 

pięciu dni nie widzi  nie tylko takiej  czy innej “markizy”,  ale nawet lądu. Nic,  prócz  szarego, 
rozdeszczonego, to znów złotosinego nieba, wichury, bałwanów (tych morskich, tych innych mam 

też na statku) i słonych bryzgów wzburzonego oceanu, który od dni pięciu już nas kołysze i rzuca 
bez przerwy, a który u normalnego śmiertelnika  w przeciągu owych dni pięciu wykołysałby  i 

żołądek, i serce, i duszę, i wreszcie życie, i jakiekolwiek chęci do życia, a co dopiero do pisania 
listów do nieznajomych. A czy pani pływała już kiedy na morzu? Może na jednym z naszych 

kochanych polskich statków? Na nich bowiem co rok jeżdżą jakieś literaty. Bo to dziś morze, że go 
w Polsce niewiele, weszło w modę. Dlatego też pewnie Berlin czule się w jego stronę uśmiecha. I 

Hel, i Jastarnia, i Orłowo, i Gdynia, i pchły kaszubskie, i same Kaszuby (zaś ale może nie?). Tylko 
Kaszubki “z powodu linia” w modę wejść nie chcą. I wędzone flondry (czy flądry), i morskie 

bałwany, i takież pasażerskie statki. A już specjalnie wilki morskie.

Panno   czy   może   już   teraz   pani   Ari!   Widziałem   już   dużo   rzeczy.   Przeszedłem   w   życiu 

czyściec i piekło. Uciekłem od bolszewików, walczyłem na wszystkich naszych i cudzoziemskich 
frontach,   a   mimo   to,   a   może   właśnie   dzięki   temu,   jestem   jej   poezjami   wzruszony.   W   pani 

poezjach czuję kobietę, ta “markiza”... Och, naprawdę, niech mi pani znajdzie taką, ale żywą, dla 
mnie.   Bo   przejechałem   pół   świata   wzdłuż   i   wszerz,   pół   świata   tam   i   z   powrotem,   a   takiej 

“markizy” nie spotkałem ani jednej.

Marynarze są dziś w modzie. Na ustach wszystkich: nie damy “korytarza”, “dar Pomorza”, 

“nasze   polskie   morze”,   “nasi   marynarze”.   Ale   to   wszystko   ogólniki.   Niechże   się   mniej   mówi, 
więcej robi w tym kierunku “sercowym”. Niech pani, słodka Ari, zaopiekuje się marynarzem, tym 

bardziej   że   on   sam   oddaje   się   jej   w   opiekę.   Za   czasów   wojny   były   “mateczki   chrzestne”   dla 
“tułaczy - żołnierzy”. A marynarz pędzi takie tułacze życie od chwili postawienia pierwszy raz nogi 

background image

na statku, aż do grobu, gdzieś hen - na dnie morza czy oceanu. Niechże więc pani będzie taką 
“morską mateczką”, bo pani swym charakterem tak bardzo się do tego nadaje. I niech mi pani 

odpisze, ale tak po kobiecemu, ciepło i serdecznie. Niechże ja mam za te wszystkie trudy i znoje 
życia, za walkę z przepotężnym żywiołem od czasu do czasu jakieś jasne i lazurowe chwile, pełne 

szczęścia i słońca. Całuję mocno rączki pani i czekam.

Stefan Kryski

P.S. Adres na kopercie.”

Adrianka przeczytała raz drugi i trzeci. Serce jej mocno biło. Więc tam gdzieś w dali - 

oddali jest człowiek, który nie znając jej, myśli o niej. Poczuła do niego wielką sympatię i wielki 

zapał   do   natychmiastowego   odpisania.   A   jeśli   to   on   jest   tym   jednym   i   jedynym,   do   którego 
tęskniła całe życie? Adriance nie było teraz źle. Nie miała zbyt dużo pieniędzy, ale za to sympatię 

ludzi. Matka, od chwili kiedy Ari wypłynęła na widownię jako poetka i ulubiona prelegentka, 
przestała się dąsać. Zbyt zresztą pochłonięta była Żenią i jej czteroletnią Lilusią. Żenia bawiła się, 

zostawiając troskę o dziecko matce, służącej oraz Adriance, dla której Lilusia była ósmym cudem 
świata. Kiedy przyjeżdżała do Żeni, całe dnie spędzała z maleństwem i z przykrością myślała o 

Wiktorze i jego podróży, i o siostrze. A przecież Imogenka, piękna lalka, kochała córeczkę. Tylko 
nie mogła się nasycić nigdy zabawą i użyciem życia. Jeszcze bowiem do tej pory troska o dziecko 

nie zapukała do jej serca ani razu. Lili chowała się ślicznie i zdrowo. Życie więc rodzinne siostry 
było jedyną chmurką na niebie Adrianki. Bywały czasem i inne, ale przelotne. Zbyt zuchwałą 

naturę miała, by się nimi mogła truć.

A teraz zajrzała do jej duszy tęsknota miłości. I Ari odpisała to, co czuła, i tak, jak czuła:

“Wieczór   -   pora   wytchnienia,   ciszy,   odpoczynku.   Puk,   puk.   Nieśmiało  pukam   do   pana 

pokoju, a pan teraz zapewne siedzi przy kominku. (Na statku jest kominek?). I po dziennym 
znoju odpoczywa. Wchodzić bez zaproszenia, rzecz podobno zdrożna. Ale już weszłam, trudno. I 

pytam, czy można? O, jaki pan zabawny. Podsuwa krzesełko! Na krzesełkach tylko damy siadają z 
wizytą,  a   ja   nie   jestem   damą.   Jestem   zwierciadełko.   Małe   zwierciadło   bajki.   W   oczach   mam 

ukrytą odwieczną radość życia. Moje ciemne loki pachną, nie perfumami wprawdzie, ale borem. 
Borem niewydeptanym, tajemnym, głębokim, co się modli i do słońca tęskni wieczorem. Umiem 

też moc piosenek i ciągle się cieszę (może dlatego wszyscy mówią, żem dziecinna). Grzebykiem 
swej fantazji przędzę marzeń czeszę i co dzień jestem nowa i codziennie inna. Niech pan nie 

background image

patrzy na mnie tak, jak na kobietę, względem której odgrywać trzeba dżentelmena, choć w duszy 
diabli biorą. Bo mam tę zaletę, że nie jestem kobietą. Ja jestem dziewczynką. No, niech się pan 

odsunie trochę od kominka i tam mi zrobi miejsce. Siedzę u stóp pana. Dzionki życia mojego 
kwitną   tak   jak   kwiaty   i   jak   kwiaty,   więdnące,   strącają   swe   puchy,   rozpływając   się   w   nicość 

pachnącym oddechem. Żegnam je, jak witałam, pogodnym uśmiechem, bo na dnie serca chowam 
pachnące okruchy dzionków życia mojego, co kwitną jak kwiaty.

Tak. Na pierwszy raz dosyć, czy nie ładna bajka? Jutro znów przyjdę tutaj, ale też przed 

nocą.   U   stóp   pana   usiądę,   żywa   bałałajka,   sama   nie   wiem   dlaczego,   sama   nie   wiem   po   co? 

Dobranoc, pan jest senny i zmęczony może. Więc już nie chcę przeszkadzać i zaraz uciekam. A 
panu do snu pewno cicho szumi morze, Krzyż Południa złociście przyświeca z daleka. Ojej! Jakże 

pan ziewa. No, już się wynoszę. Niech mi pan teraz grzecznie “dobrej nocy” powie i zniknę jak 
mgła w słońcu. Ale przedtem proszę: niech mnie pan choć leciutko pogłaszcze po głowie.

Synku   morski,   nie   wiem,   jak   wyglądasz,   ale   bądź   pewny,   że   wpadłeś   w   dobre   ręce. 

Postaram się ciebie po macierzyńsku pokochać. Bądź zdrów, noś wełniany szalik podczas wilgoci i 

nie wycieraj brudnych rąk o ubranko.

Księżniczka Ari”

Jeszcze tego samego dnia wysłała list i ponieważ ojciec miał zebranie, poszła do Tereni 

podzielić się z nią wzruszeniem.

- Aha,   więc   zyskałaś,   Ari,   nowego   wielbiciela.   Współczuję   Tolkowi   i   Julianowi.   Nie 

pozostaje im nic innego, jak zakochać się we mnie - powiedziała Teresa spokojnie, zakładając 

sobie jednocześnie nogę na szyję.

- Ach, Teń - Steń, myślę, że oni obydwaj dawno zrezygnowali.

- Ja nie myślę. Mężczyzna nigdy nie rezygnuje, czeka tylko odpowiedniego momentu. Ale, 

księżniczko, czy nie masz w przygotowaniu jakiego nowego kawału?

- Hm, na razie nic mi się nie klei.
- Szkoda wielka, najwyższy czas. Zaczynamy się nudzić.

- Jestem trochę przepracowana, ale pomyślę.

* * *

Od czasu, jak Ari została dziennikarką, Kraków bardzo często miewał sensacje, tryskające 

humorem artykuły, do których tematy pomysłowa panienka zbierała w dość oryginalny sposób. 

Kiedyś, na przykład, poznała niezamożną dziewczynę, pracującą w charakterze guwernantki w 
bardzo bogatym domu. Jej chlebodawczyni systematycznie zatruwała życie służbie dzięki swemu 

background image

niesłychanemu skąpstwu i nieludzkiemu traktowaniu podwładnych. Ari więc zaprosiła panienkę 
do siebie na herbatkę i tu ułożyła plan batalii.

- Niech pani, z łaski swojej, napisze do swojej jaśnie oświeconej to, co ja podyktuję...
- Ale ja się boję!

- Strach biorę na swoje sumienie, proszę pisać:

“Szanowna Pani!
Doktor polecił mi niezwłocznie położyć się do łóżka z powodu grypy. Ponieważ nie chcę, by 

Sz. Pani była poszkodowana, przysyłam zastępczynię, która zajmie się dzieckiem na czas mej 
nieobecności.

Z poważaniem

Aniela Bielska”

- A teraz niech pani idzie do swojej mamusi i niech się pani dobrze bawi.
- A jeśli stracę posadę?

- Dostanie pani inną. Do zobaczenia.
Ari   ubrała   się   w   skromne   sportowe   paltko   i   beret   i   poszła   pod   wskazany   adres.   Po 

załatwieniu formalności z lokajem stanęła wobec pani domu, wystrojonej blondynki o wyniosłej, 
ironicznej twarzy.

- Czego sobie panna życzy?
Ari uśmiechnęła się i pomyślała: “Żebym ci tak powiedziała, czego sobie życzę, to by mnie 

bardzo szybko lokaj wyniósł za drzwi”.

- Przyniosłam list od panny Bielskiej.

Pani przebiegła oczami pismo i zaczerwieniła się.
- Skandal! Co za wychowanie, ona do mnie pisze jak do równej sobie, “z poważaniem”. 

Niesłychane!

- Oczywiście, powinno być: “z głębokim szacunkiem” - powiedziała z bardzo poważną miną 

Adrianka.

Pani obrzuciła ją spojrzeniem przymrużonych oczu.

- Jak się pani nazywa?
- Amelia Klinn.

- Co? Klin?
- Wyjątkowo przez dwa n, proszę jaśnie pani.

background image

To “jaśnie” bardzo mile uderzyło panią dyrektorową.
- Panna zna swoje obowiązki?

- Owszem.
- Może zostać. Teraz niech się rozbiera i idzie do dziecka.

Adrianka   spędziła   z   ową   pięcioletnią   dziewczynką   całe   przedpołudnie.   Zadzwoniono   w 

fabryce na obiad. Zjawił się pan domu, elegancki młody mężczyzna. Zasiedli do stołu, przy czym 

jaśnie pani nie uważała za stosowne przedstawić guwernantce męża, wobec czego Ari podeszła do 
gospodarza i wyciągnęła rękę.

- Pan mnie jeszcze nie zna, nazywam się Amelia Klinn i zastępuję chwilowo poprzednią 

guwernantkę.

- Bardzo   mi   przyjemnie   -   rzekł   pan   Gerner   i   uścisnął   podaną   rączkę.   Jego   małżonka 

zaczerwieniła się z wściekłości.

Po obiedzie, w czasie którego Ari, zupełnie nie zwracając uwagi na panią domu, jadła z 

nadzwyczajnym apetytem, pan Gerner otworzył duże pudełko czekoladek i podał żonie.

- Poczęstuj, Ewo, naszego gościa i Laleczkę.
- Ach, to zostawimy na podwieczorek - rzekła pani, zamykając pudełko.

Gerner   spojrzał   na   “pannę   Klinn”   i   zarumienił   się.   Dojrzał   w   jej   oczach   coś   dziwnie 

niepokojącego, coś, co zakrawało na szalone ubawienie. Jednocześnie Ari oświadczyła:

- Na   podwieczorek   daleko   lepiej   smakuje   dobra   kawa   ze   śmietanką,   taka,   jaką   piłam 

zwykle u księżnej Marii. Czekolada natomiast wspaniale podnosi urok i smak obiadu.

Żeby Terenia mogła zobaczyć minę Ari i jej głos usłyszeć, zrobiłaby z zachwytu “szpagat” 

baletowy.

Pan Gerner skwapliwie podsunął “pannie Klinn” pudełko. Jego żona zzieleniała. Ari wzięła 

dwie czekoladki, jedną dała Laleczce, drugą zjadła i biorąc dziecko za rękę, skinęła uprzejmie 

głową i wyszła z pokoju.

- A to numer! - wybuchnęła pani Ewa.

- Bardzo miła panienka - oświadczył ubawiony Gerner - a przy tym śliczna.
Upłynęły   trzy   dni,   w   czasie   których   irytacja   trzęsła   biedną   Gernerową.   Guwernantka 

bowiem przy całej słodyczy w obejściu miała niesłychanie pański ton i cała służba patrzyła na nią 
z   niebywałym   szacunkiem.   Ari   ubierała   się   wyszukanie   elegancko,   a   nawet,   o   zgrozo, 

perfumowała się i co wieczór brała gorącą kąpiel.

- Czy pani wie, że zabroniłam guwernantkom używać mojej łazienki?! - krzyczała Ewa.

- Nie wiedziałam, że jest jeszcze łazienka osobna dla guwernantek - odparła spokojnie Ari.
- Nie ma wcale. Co za skandaliczne wymagania!

background image

- O!   Niechże   się   pani   nie   unosi.   Każde   wzruszenie   fatalnie   odbija   się   na   przewodzie 

pokarmowym, a przez to i na cerze. Wobec tego, że nie mam łazienki, poproszę o codzienne 

zwolnienie mnie na godzinę wieczorem, bym skorzystała z kąpieli u mej przyjaciółki.

- Pani jest arogantka, pani zapomina, że jest służącą.

- O,   skądże   znowu.   Tylko   chcę   być   godna   swej   chlebodawczyni   -   odparła   Ari   i 

wyciągnąwszy srebrną papierośnicę (pożyczoną od Tereni), podała ją Ewie.

- Pani będzie łaskawa, najlepsze francuskie papierosy.
Ewa wytrzeszczyła oczy, chciała coś powiedzieć, nie mogła. Trzasnęła drzwiami i wyszła. 

Ale zaraz na drugi dzień rano Laleczka oświadczyła przy śniadaniu:

- Mamusiu,   dlaczego   wczoraj   trzasnęłaś   drzwiami?   Pani   mi   mówiła,   że   tego   robić   nie 

trzeba, bo jak ja trzaskam, to mówi: “Laleczko, bądź damą. Dama nigdy nie trzaska drzwiami”.

Ewa zakrztusiła się, jednak przemilczała, bo na śniadaniu miała swoje siostry, ale zemściła 

się i ruszając nosem, wycedziła:

- Fu! Strasznie czuć te tanie perfumy. To nasza służba ma taki ordynarny zwyczaj. Cóż! 

Plebs zostanie plebsem.

Ari wyciągnęła z kieszeni maleńki flakonik i oglądała uważnie.

- Istotnie, nawet nie zauważyłam, że kosztują tylko osiemdziesiąt złotych. Ale tych samych 

perfum używa panna Ari Klaudius i od niej właśnie ten flakonik dostałam.

Wszyscy   przy   stole   znieruchomieli   i   wlepili   oczy   w   kryształowy   lilipuci   drobiazg, 

rozpylający wokoło czar subtelnej woni.

- Skąd, skąd pani zna pannę Klaudius?
- Najtrudniej, podobno, jest poznać siebie samego, jednak ja to uczyniłam. Jestem właśnie 

panną Ari Klaudius i bardzo mi było przyjemnie spędzić kilka dni w arystokratycznym domu 
pani, jaśnie pani Gerner. Bardzo żałuję też, że muszę go opuścić, ale z tęsknotą czekają na mnie w 

redakcji - skłoniła się z wyszukaną elegancją i wyszła majestatycznie, zaraz jednak za drzwiami 
puściła się pędem do pokoju Laleczki, chwytając przygotowaną walizkę i pojechała do redakcji.

Nazajutrz Kraków tarzał się ze śmiechu, czytając artykuł “Guwernantka jaśnie oświeconej”, 

tylko   nazwiska   delikwentki   Ari   nie   podała.   Rzecz   prosta,   do   prywatnego   mieszkania   Ari 

przyjechał Gerner, zaklinając, by nadal nie robiła z tego użytku. Adrianka postawiła warunek, że 
panna Bielska będzie traktowana po ludzku. Gerner przyrzekł i długo konferował z żoną, która 

wobec obawy kompromitacji godziła się na wszystko.

W   ciągu   ubiegłych   trzech   lat   Ari   była   już   i   ekspedientką,   i   girlaską,   i   pokojówką,   co 

wywoływało w skutkach burze śmiechu.

Teraz siedziała przytulona do Tereni i z oczyma utkwionymi w dal mówiła:

background image

- Jakoś mi się nic nie chce... Ten marynarz... Tereniu, czy nie uważasz, że czas by mi było 

już wyjść za mąż?

- Uważam, że szkoda cię. Poczekaj, aż spoważniejesz. Zresztą słuchaj: ani Tolek, ani Julian 

w złoto nie opływają. Wyjdziesz za jednego z nich i będziesz biedę klepać.

- Ja za żadnego z nich nie się nie wybieram.
- No więc   poszukaj   sobie  takiego,   który  otoczy   cię  dostatkiem,  żebyś   nie  potrzebowała 

biegać po redakcjach za parę złotych.

- Tereniu, czy pieniądze dają szczęście?

- Szczęście nie, ale foremkę na szczęście. Zresztą za golca cię nie wydam. Masz! Już twoi 

niewolnicy są.

I   obie   kobiety   cały   wieczór   spędziły   na   wesołej   rozmowie.   Tylko   mąż   Tereni,   patrząc 

uważnie na Adriankę, powiedział:

- A ja   wam,   moi  najmilsi,   oświadczam,   że  nasza   Ari  ma  zamiar   puścić  nas  wszystkich 

kantem. Coś wisi w powietrzu.

Istotnie, coś wisiało ponad orzechową główką księżniczki. I kiedyś, gdy siedzieli wszyscy 

razem u Tereni, Julian zauważył:

- Czuję, że nasza mała ma jakąś tajemnicę, którą nie chce się z nami podzielić.
Adrianka skinęła główką i rzekła krótko:

- Podzielę się z wami, owszem. Chcecie posłuchać?

“Pytacie, czemu taka zadumana chodzę i milcząca?@ Nie wiem, czy wam potrafię dać jasną 

odpowiedź:@ może nie zrozumiecie mnie lub zrozumiecie inaczej...@ - Oto czekam na swoje 

szczęście... tak dawno... tak dawno...@ Czekam. I wiem, że przyjdzie do mnie już niedługo...@

Wierzcie mi, każdy człowiek musi mieć swoje własne szczęście,@ na które czeka długo, 

długo i z tęsknotą.@ Czasem zwątpi... A wtedy szczęście na pewno nie przyjdzie,@ więc trzeba 
czekać... czekać cierpliwie i wierzyć...@

A oto ja teraz chodzę zadumana i milcząca,@ bo wiem, że idzie do mnie... idzie... jest już w 

drodze@ takie jasne, roześmiane, dziwne moje szczęście,@ którego nie znam prawie, nie znam 

wcale, jednak już je kocham.@

O  tak!  Podejdzie do mnie  oczekiwane,  lecz   znienacka@  i  delikatnie  pocałuje  prosto  w 

serce.@ Rozkwiecą mi się wtedy w duszy snów przecudnych łany,@ i uśmiech, który senny w rzęs 
zasłonie drzemie,@ płomieniem tryśnie gorącym i wszystko tak cudnie rozjaśni,@ że ludzie przy 

tej   jasności   grzać   będą   skostniałe   serca@   i   będą   śmiać   się.   I   pomyślą,   że   jednak   życie   jest 
piękne@ i że warto żyć, choćby dla samej radości czekania@ na ono rozsłonecznione, gorące i 

background image

tajemne szczęście.@

Więc   chodzę   sobie   cicha   i   pogodna,   bo   w   głębi   mam   zorzę@   przeczuć   tajemnych... 

uśmiechów... leciutkich takich uśmieszków,@ że ono pachnące i złote bliżej jest z każdą godziną - 
@ - i będę wam wszystkim mogła pokazać wielkie, złote szczęście!”@

Nikt się nie odezwał, gdy skończyła,  tylko Julian spuścił głowę i uparcie  oglądał małe, 

czarne pantofelki Adrianki. Widział już oczyma wyobraźni, jak owe miłe i kochane nóżki szły, szły 
coraz dalej w nie znane nikomu drogi. I wszyscy odczuli dziwny smutek.

Adrianka liczyła teraz dni gorączkowo, niespokojnie i czekała. Czekała tak bardzo na to 

“coś”, co - wierzyła - przyjdzie ku niej, hen, znad oceanu. Nie mogła się sama sobie nadziwić, 

dlaczego   tak   jest,   dlaczego   nie   oblewa   jej   rumieniec,   gdy   słyszy   kroki   wiernego   Tolka   lub 
spokojnego Juliana, lub Zdziśka, który jej sto razy na godzinę mówił o miłości i prosił, by go 

całowała na uspokojenie w czoło?

I wreszcie przyszedł list.

“I oto sam nie podaję u góry ani miejsca, ani daty, tak jak moja Ari, Mateczka. Ocean to 

przecież nie Kraków ani Warszawa. To jest coś, czego nie można streścić w kilku słowach ani 
uchwycić, ani określić. Ocean!!

Co wieczór przyświeca nam Krzyż Południa, a we dnie kąpiemy się, toniemy w słońcu. A co 

Pani teraz porabia, moja przesłodka Mamusiu? Karnawałuje? Tak. Bo to jutro tłusty wtorek, a u 

nas słońce, słońce... słońce.

Mamusiu, ten wierszyk... Jakaś ty strasznie miła. Więc usiądziesz u mych nóg co dzień i 

będziesz   mi   przygrywać.   Czy   do   snu?   Właściwie   to   ja   przecież   powinienem   u   drogich   nóżek 
Księżniczki siedzieć, w oczy jej patrzeć i pięknie grać. Ale, Mamusiu, jestem taki niemuzykalny. 

Próbowałem wszystkich instrumentów, nic z tego... Jeszcze na bębnie jako tako wychodzi, ale co 
to jest bęben?!

Tak mi się dziwnie zrobiło po otrzymaniu Twego listu, Mateczko, zupełnie jakbym poczuł 

na oczach dotknięcie kobiecych słodkich ustek. I tak mi się zdaje, że będę najposłuszniejszym 

synkiem na świecie. Tylko pisz do mnie, Księżniczko. Chciałbym Mateczce napisać coś ciekawego, 
co   by   ją   zajęło,   ale   cóż.   Naokoło   wody   oceanu.   Żebyś   Ty   mogła   zobaczyć   ocean.   Cudowny! 

Przwpiękny. Błękitno - lazurowo - ultramarynowy. Zawsze inny, a zawsze pełen piękna i uroku. 
Niezgłębiony  jak ludzka  dusza,  niezbadany,  jak powinna być kobieta,  wieczny  jak miłość.  Bo 

miłość przecież się nie kończy, zmieniają się tylko czasem jej obiekty.

My tu żyjemy wszyscy jak żywe wzory cnót ewangelicznych, czasem marzą nam się Ewy. 

background image

Mnie osobiście od paru tygodni odwiedza mała dziewczynka, co ma ciemne loki, pachnące borem.

A   czy   Mateczka   kocha   bór?   Ja   o   mały   włos   nie   zostałem   dyplomowanym   inżynierem 

leśnym.   Że   jednak   zawsze   mi   się   w   życiu   wszystko   przewraca   do   góry   nogami,   więc   jestem 
kapitanem statku. Ale ile to razy słyszę po prostu szum drzew, mała Księżniczko! Jest u nas na 

statku mój przyjaciel, który Mamusię zna. Dużo, dużo o niej rozmawiamy. Najlepiej czynić to 
wieczorem.   Księżniczka   Ari   siada   wtedy   między   nami   i   uśmiecha   się   do   nas.   Tylko!   Ach, 

Mateczko,  jaki  już  jestem  stary  koń,  mam  czterdzieści  lat  skończonych,   mocno  przerzedzoną 
czuprynkę i dużo w życiu zawodów. Czy to Mateczki nie zrazi? Kiedyś lubiłem się bawić, szaleć, 

kochać... Teraz jakoś nie chce mi się już nic, a Mateczka podobno jest pełna werwy i humoru. 
Niechże mnie uraczy tym eliksirem, jakim jest radość życia. A teraz całuję najmilsze łapięta i liczę 

na palcach dni do otrzymania poczty. Mateczko, nie pozwól, bym musiał buty zdejmować.

Stef”

* * *

Otoczenie Adrianki szybko zauważyło zmianę, która zaszła w panience. Zamyślała się coraz 

częściej, oczy jej wtedy przybierały barwę toni morskiej, a usta rozchylał półuśmiech oczekiwania, 

tak jakby czegoś nasłuchiwała. Profesor Klaudius przesuwał pieszczotliwie dłoń po kędziorkach 
córki.

- Ari, przydałaby się jakaś wycieczka. Zmęczona jesteś.
- Nie, tatusiu, tylko tak... Nie mogę zresztą brać teraz urlopu.

Terenia burczała:
- Idź do doktora, brzdącu. Czegoś ci brak. Ewentualnie męża.

- Pewno. Dam ogłoszenie urzędowe w “Monitorze”.
Koledzy nalegali:

- Ari, urządź znowu jaką eskapadę, konamy z niecierpliwości.
- Obiecuję wam to. Słowo księżniczki.

A   między   dalą   oceanu,   między   słonecznymi,   to   znów   mglistymi   portami   a   redakcją 

kursowały listy, coraz dłuższe, coraz serdeczniejsze. Wiązały się złote nitki sympatii i tęsknoty. Po 

nich, jak po zaczarowanym moście, szło serce ludzkie ku sercu. Wiktor wiedział, że przyjaciel 
koresponduje z Adrianką, czytał nawet pierwszy list do Stefana i mówili z sobą o niej często i 

dużo. A od chwili, kiedy Wiktor zwierzył się ze swej miłości do Ari, było mu lżej. Odetchnął, jakby 
mu spadła z piersi męcząca zmora. Z każdą taką rozmową było mu lepiej. Ari pogrążała się cicho 

w kolorową, zmienną toń, zostawiając po sobie tylko błękitne, uśmiechnięte smugi rozmarzenia. 
Odchodziła, nie zatrzymywana, w czyjeś spragnione objęcia, gdzie zapewne, Wiktor czuł, będzie 

background image

jej dobrze. Teraz już tylko tego pragnął. Niczego więcej. Gdy raz ujrzał, jak Stefan czytał list, 
zarumienił się, Wiktor zrozumiał, że naprzeciwko siebie ma rywala. Zazdrość szarpnęła nim, ale 

tylko na chwilę. “Nie mogę przecież robić z siebie wariata - pomyślał - nie będę szedł z motyką na 
słońce”.

* * *

Minął   karnawał,   przyszła   wiosna   i   maj.   Adrianka   była   zapracowana.   Jako   sekretarka 

naczelnego   redaktora   dnie   całe   siedziała   kamieniem   w   biurze.   Ojciec   wyjechał   na   wykłady 
semestru letniego do Lwowa. Było jej teraz nieznośnie pusto i smutno, zwłaszcza gdy dłuższy czas 

nie dostała listu od Stefana. Chwilami ogarniała ją apatia, to znów niepohamowane wybuchy 
dobrego humoru. Szła wtedy do Tereni, dzwoniła do chłopców, piła, tańczyła, śpiewała i była 

anielska dla Tolka. W takich dniach nawet Zdzisław otrzymywał pocałunek w czoło.

Wreszcie w końcu maja przyszedł znowu list.

“Moja Ari, Księżniczko!

Listy mamy dostać aż w Las Palmas, więc za dwa, trzy tygodnie. A tak już czekam na nie. I 

co w nich będzie? Moc smutków, a może więcej jeszcze radości. Jakoś tak mi się dotąd zawsze w 

życiu układa, że gdy czekam radości, spotyka mnie smutek. I odwrotnie.

Więc moja Mamusia upiła się “do nieprzytomności”, żeby zobaczyć, jak to się widzi świat 

po pijanemu? No i co? Jakie skutki? Ja nic jeszcze o tym nie wiem. Ale nie radzę maleństwu tych 
eksperymentów, bo to niezdrowo. Swoją drogą humorek Mamusia ma. Ten kawał z balonikami i 

drugi z ciastkami był znakomity, choć według mnie ten drugi trochę ryzykowny. A gdyby tak 
maleństwu naprawdę ktoś krzywdę zrobił? Niechże Mamusia zaraz weźmie pióro w łapkę i obieca 

grzecznemu   synkowi,   że   będzie   jeszcze   od   niego   grzeczniejsza,   bo   się   niepokoję.   Ja   wciąż   o 
Księżniczce myślę i tęsknię. I czekam listów i fotografii. Całuję drogie, podobno cudne łapięta. 

Uwielbiam u kobiety piękne ręce i czekam fotografii. Moja, moja Matuleńko błękitna.

Twój Stef”

Wiktor   nie   pytał   Stefana   teraz   nigdy,   co   Adrianka   pisze,   ale   sam   Kryski   kiedyś   po 

otrzymaniu korespondencji i gazet chwycił się za głowę.

- Gwałtu, Wiktor, ależ to szalona dziewczyna!
- Kto? Jaka, która?

- Jak to która? - tu zarumienił się. - Panna Ari.
- Bo co się stało?

background image

- Dostała gażę i była, jak pisze, w “świetnym humorze”.
- Kiedy ona była nie w humorze? - westchnął Wiktor.

- Szła   z   dwoma  kolegami   przez   park   Jordana   i   wpadł   jej   w  oko   jegomość  sprzedający 

baloniki. Podeszła i zakupiła wszystkie, a potem szach, szach scyzorykiem i cały kolorowy bukiet 

rozsypany frunął w górę. Dzieciarnia podobno o mało ze skóry nie wyskoczyła.

- Ba - westchnął po raz drugi Wiktor. - Już jak bym widział zadowoloną minę Ari.

- Ale   to   nie   wszystko.   Parę   dni   potem   była   na   jakimś   koncercie   i   rzuciła   w   śpiewaka 

ciastkiem z kremem.

- Zwariowała!
- Pisze,  że   nie  mogła   dłużej  patrzeć   na  męczarnie  publiczności.  Siedziała  w  pierwszym 

rzędzie i dotąd ma uszy spuchnięte.

Obaj mężczyźni patrzyli na siebie w milczeniu.

- Stefan, siadaj natychmiast i pisz do niej. Niech nie robi głupstw.
Adrianka czytała krótki list ze śmiechem. Nie omieszkała powiedzieć Teresie, że marynarz 

z   dalekich   wód   zaczyna   jej   prawić   morały,   ale   w   duszy   była   temu   rada.   Niepokoi   się   o   nią. 
Kochany chłopiec.

- No widzisz, Ari, jakie to gady ci mężczyźni? Jeszcze nie ujrzał swej najmilszej, ale już chce 

okazać się panem i władcą. Napisz mu, niech fląder i rekinów pilnuje, a nie ciebie.

- Kiedy to przyjemnie!
- O! o! o! Gorzej! O! Całkiem niedobrze. Adrianko, szklankę zimnej wody. Niewolnico!

- Poczekaj,   poczekaj,   jak   ten   Nieznany   przyjedzie   powozem,   zaprzężonym   w   sześć 

tresowanych krokodyli i z foką na koźle, to sama zapragniesz zostać jego niewolnicą.

Tego dnia napisała do ojca.

“Tatuśku kochany.
Jestem zdrowa, nic nowego nie zbroiłam, ale słuchaj: zdaje mi się, że jestem zakochana. 

Czy to leczyć tak jak katar, czy jak chorobę zakaźną?”

A profesor odpisał:

“Moja mała Ari.
Ja też jestem zdrowy i za tydzień wracam do Krakowa. Każ sobie puścić krew lub przystaw 

pijawki. Jeśli choroba od razu nie przejdzie, to znaczy, że przeszła w stan chroniczny.

background image

Marek Klaudius”

Ari  z  radością  powitała  powrót  ojca  i  układali  sobie  razem  plan  wakacji,  gdy  zupełnie 

niespodziewanie  otrzymała  list z Gdyni, zaadresowany  znajomym pismem. Pobladła.  Ręce jej 

drżały, gdy wolno otwierała kopertę. Od Stefana. Więc jest w kraju, więc się zobaczą, spotkają, 
poznają. A to poznanie tyle razy sobie wyobrażała.

Profesor spod oka obserwował córkę, wreszcie mruknął:
- To nieuleczalne - i zabrał się do swych książek.

Ari czytała:

“Mamusiu, Księżniczko moja najmilsza.
Najpierw dziękuję Ci za list i za różę, tym bardziej, że bez kolców. Dziwi mnie tylko jedno, 

jej zapach. Bo żeby róża polna i różowa? Żeby jeszcze złota, no to rozumiem. I w dodatku “L'or” 
szalenie lubię. Ale tyle lat już nie stykałem się z zapachem tych perfum.

A  teraz,   Ari,   jestem   w  Gdańsku,   ale   że   mi  się   wszystkie   plany   poprzewracały   do   góry 

nogami (jak zawsze), więc zamiast na urlop za parę dni wyruszę znów na morze i, Księżniczko, nie 

zdążę Ciebie zobaczyć. I znów będę tęsknił i liczył dni. Dokąd pojadę, może do Warrkoping, a 
stamtąd aż do Lulea, gdzie to słońce obecnie wcale nie zachodzi, bo noc wygląda tak jak dzień 

podczas zaćmienia słońca. Jest dzień, a słońca nie widać. Jest noc i północ, a dzieci bawią się na 
ulicach, bo kiedy jest owa “noc” to właśnie nie wiadomo, a w każdym razie nie mogą zorientować 

się dzieci.

Więc,   Ari   słuchaj  mnie.  Muszę   cię   zobaczyć   przed   wyjazdem,   a   sam  ruszyć   nie   mogę. 

Adrianko, przyjedź, przyjedź prosto do stoczni gdańskiej. Czekam i tęsknię, tęsknię i czekam. 
Depeszuj i przyjeżdżaj. Całuję łapki.

Stef”

- Tatusiu. Jadę jutro do Gdańska.

- Dobrze, dziecko.
- A teraz chodźmy do kina.

Ale gdy wrócili oboje w doskonałych humorach,  służąca  wręczyła  profesorowi depeszę: 

“Przyjeżdżajcie natychmiast. Klaudiusowa”.

Ari opuściła bezwładnie ręce. I znów twarzyczka przybrała barwę kory brzozowej. Nawet 

usta jej pobladły. Długą chwilę nie mogła zdobyć się nawet na szept.

background image

Profesorowi drżały ręce. “Biedna Ari” - pomyślał.
- Tatusiu, jedziemy zaraz, dzisiaj, tak?

- Tak, dziecko.
Kiedy   siedząc   już   w   wagonie,   Adrianka   słuchała   monotonnego   stuku   kół,   myślała 

uporczywie: “Nie zobaczę Stefa, nie zobaczę Stefa. Od Jacka odeszłam sama. Teraz między mną a 
moją miłością staje przeznaczenie”.

Nie   rozmawiała   zupełnie   z   ojcem   o   tym,   co   mogło   stać   się   w   domu,   nie   chciała   go 

niepokoić.   Gdy   zadzwonili   do   znajomych   drzwi   mieszkania   inżyniera,   otworzyła   im   sama 

Klaudiusowa, zmęczona, z zapłakanymi oczyma:

- Lili umierająca. Żenia od zmysłów odchodzi.

Profesor zawrócił z progu.
- Dokąd idziesz? - spytała żona.

- Do doktorów znajomych, wiem, co robię.
Ari tymczasem klęczała przy łóżeczku dziecka, które patrzyło na nią nieprzytomnie.

Żenia siedziała skurczona, zmięta i szlochała.
- Ari, ja przeklinam każdą chwilę, którą spędziłam bez Lilusi, na tańcach i zabawach. O, 

żeby się wróciły... Ari, ratuj! Niech ona nie umrze, moja maleńka. Już nigdy od niej nie odejdę, 
nigdy, Ari.

- Co doktor powiedział?
- Szkarlatyna.

- Przede wszystkim, Żeniu, idź się umyć, przypudruj się i przestań spazmować. Musisz być 

spokojna, a wszystko będzie dobrze. Lilusia zlęknie się, gdy spojrzy na swoją zwykle taką ładną 

mamusię. Ja dziecka nie odstąpię. Możesz być pewna, Żeniu. Wiktor przyjechał?

- Przyjechał. Jest w gabinecie.

- No więc zrób się podobna do człowieka, bo “moja pani, żebym pani nie znała, to bym 

nigdy pani nie poznała, tak się zmieniłaś”, jak mówiła panna Józia. Lili będzie zdrowa.

- Ari, na pewno?
- Na pewno.

- Bo ja bym nie przeżyła jej śmierci. Wciąż bym myślała, że to ja, ja sama jestem winna. 

Zamiast się cieszyć, że ją mam, latałam po balach. Nie czuła, że matkę ma, a teraz... Och, Ari, 

czym jej to wynagrodzę?

- Uśmiechnij się, Żeniu, i pomyśl, że masz być dla niej spokojna. Idź już.

Siedziała  długo, długo przy kruszynie  i śpiewała  jej po kolei  wszystkie  swoje piosenki, 

potem nosiła owiniętą w kołderkę po pokoju, aż Lili usnęła.

background image

Żenia zapukała do gabinetu.
- Proszę - rzekł Wiktor, nie odrywając rąk od czoła.

- Wiktorku. Przyjechała Ari i ojciec. Ari jest u Lilusi, może pójdziesz się przywitać.
Bez słowa przeszedł koło niej. Na palcach wchodząc do pokoju, ujrzał Adriankę. Klęczała 

przy łóżeczku. Lili spała.

- Adrianko - rzekł cicho Wiktor.

Wstała. Podała mu obie ręce.
- Długo cię nie było, Wiku. Ale głowa do góry i jeśli mnie trochę lubisz, zajmij się Żenią. 

Ona jest bardzo biedna. Mój chłopcze, niechże teraz będzie spokój, zrób to dla Lilusi.

Trzymał jej ręce i wpatrywał się w zbiedzoną podróżą i zmartwieniem twarz dziewczyny. 

Nie miał też nic do powiedzenia. Chciał tylko długo, jak najdłużej trzymać te znane, smukłe dłonie 
w swoich, patrzeć w szare, ciemne, tajemnicze oczy.

- Zrobię wszystko, co chcesz, Adrianko.
Nadszedł profesor. Kilku doktorów otoczyło dziecinne łóżeczko. Żenia łkała w objęciach 

Wiktora. Ari spokojnie słuchała wskazówek znakomitości.

Upłynął   długi   szereg   męczących   dni   i   nocy.   Żenia   instynktownie   szukała   oparcia   w 

ramionach   męża,   a   on   znalazł   dla   niej   słowa   pełne   czułości,   gdyż   widział   jej   żal,   rozpacz, 
zgnębienie. A zresztą, tak chciała Ari, która przez cały ten czas nie opuszczała pokoju dziecka.

I Lili wyzdrowiała. Za to, ku zgrozie wszystkich, położyła się Adrianka. Ponieważ nie miał 

kto się nią zająć w domu, bo Lili jeszcze była rekonwalescentką, więc odwieziono dziewczynkę do 

szpitala. Tu czuwał przy niej profesor i jego koledzy. Przyjechał Tolek i Terenia. Cały Kraków był 
poruszony wieścią o niebezpiecznej chorobie popularnej dziennikarki.

Tylko Kryski płynął znów ku chłodnym brzegom Szwecji, od portu do portu i przeżywał 

jeszcze jeden zawód w życiu. Nie mógł zrozumieć postępowania Ari. Po jej cudnych, słodkich 

listach - takie brutalne zerwanie. Czasem namyślał się: “A może napisać do Wiktora, spytać o nią? 
Może do niej samej jeszcze?” Porzucił jednak obydwa zamiary. Bawiła się widać tylko dla fantazji. 

Trudno, trzeba zapomnieć. Ale zapomnieć nie jest tak łatwo, jak płynąć po cichej, gładkiej toni w 
słoneczny dzień.

* * *

Gdy Ari wreszcie zwyciężyła chorobę, był już prawie koniec sierpnia. Ojciec wywiózł ją na 

wieś, w okolice Krakowa - i tam odpoczywała. Co dzień prawie odwiedzali ją koledzy, co dzień 
przyjeżdżała autem Terenia. Adriance było dobrze. Powoli odzyskiwała humor i rumieńce, oczy 

jej   znów   błyszczały   jak   dawniej.   I   nikt   nie   wiedział,   że   Ari   pogrzebała   swą   radosną,   pełną 
wzruszeń miłość do człowieka, którego nie widziała. Kiedy Adrianka pierwszy raz po chorobie 

background image

stanęła na progu redakcji, zrobiono jej owację, jakby naprawdę była udzielną księżną. Zarzucono 
jej   stół   kwiatami.   Ona  jednak   wolałaby   ujrzeć   tam   jedną   szarą   kopertę.   Wreszcie   po   długim 

namyśle zdecydowała się napisać i wytłumaczyć mu wszystko. Terenia była temu przeciwna.

- Nie bądź głuptasem. To jego obowiązkiem było dowiedzieć się o ciebie, dlaczegoś nie 

przyjechała. Pamiętaj, Ari, nie wyciągaj nigdy pierwsza ręki do zgody z mężczyzną, bo nie są tego 
warci.

Ale Ari nie wytrzymała i napisała. Tymczasem okazało się, że Kryski widocznie odjechał na 

innym statku, bowiem “Dal”, z braku dobrej koniunktury, stała w porcie.

Więc Ari zaniechała dalszych prób. Machnęła pozornie ręką na ten cały “wariacki romans” 

i rzuciła się, jak nurek, w toń pracy. Tylko tam gdzieś, w mroku serca, czatował żal. Tylko czasem 

w chwilach zamyślenia marzyło się Adriance to, co mogło być, a nie było.

* * *

Zima upłynęła jak i poprzednie. Ari miała znów parę odczytów w Krakowie i Warszawie, 

zrobiła wraz ze swoją paczką parę kapitalnych błazeństw. W połowie maja, ponieważ Teresa z 

mężem wyjeżdżała za granicę, zaproponowała przyjaciołom:

- Wiecie,   chłopcy,   co?   Bierzemy   sześciotygodniowy   urlop,   a   prócz   tego   trochę   forsy   i 

jedziemy całą kupą gdzieś w jakieś odludzie. Myślę, że i tatusia zaangażuję na tę podróż.

Projekt został przyjęty z entuzjazmem. Postanowiono jechać w połowie czerwca. Ari już 

piłowała redaktora dzień w dzień. Nie mógł się oprzeć jej słodkim prośbom. Dostała urlop, Tolek 
też. Prócz nich wybrał się jeszcze Zdzisław, Julek, koleżanka Ari, dziennikarka, pani Kazimiera z 

mężem i siostrą, no i profesor.

- Ale chciałbym wiedzieć, dokąd jedziemy? - zapytał Tolek na parę dni przed wyjazdem. - 

Przecież żadne z was nie pomyślało o tym.

- To właśnie jest cymes. Ja szoferuję i jadę po najlepszych szosach. Wpadnie nam w oko 

jakaś miejscowość, wysiadamy, rozpakujemy manatki i powstaje osada - tłumaczył Zdziś.

- Wspaniale,   a   zatem   jedziemy   na   Pomorze!   -   krzyknęła   Ari.   -   Będziemy   uprawiać 

propagandę i zbierać tematy, przynajmniej ja, do felietonów.

Wyruszyli   wczesnym   rankiem,   dużym   ciężarowym   redakcyjnym   autem.   Zdzisiek   wiózł 

nieodstępną gitarę, powierzywszy ją na czas drogi pieczy Adrianki. Jechali bez pośpiechu, często 
zatrzymując się po drodze. Budzili sensację we wszystkich miasteczkach, a im dalej wrzynali się w 

dawne terytorium niemieckie, tym zdumienie poczciwych, przyzwyczajonych do ciszy i porządku 
mieszkańców, było większe. W jednym z miast, już na Pomorzu, natrafili akurat na dzień zbiórki 

dla bezrobotnych. Gładko uczesane, płaskostope dziewoje chodziły po ulicach z puszkami, ale 
ofiarność publiczna była bardzo pożałowania godna.

background image

Właśnie   cała   paczka   wędrowców   siedziała   na   tarasie   dużej   cukierni   i   opychała   się 

ciastkami z bitą śmietaną. Ari bystro obserwowała dwie panienki z puszkami, chodzące od stolika 

do stolika bez skutku. Wtedy Ari przysunęła się do Zdziśka i coś mu zaczęła szeptać. Roześmiał 
się, uderzył w struny:

“Wędrujemy   borem,   lasem,   choć  nawali   kicha   czasem!...”   -   zagrzmiał   młodym,   silnym 

tenorem, a przyjaciele podchwycili.

Tego było potrzeba Adriance. Dla dodania animuszu sobie i śpiewającym klaskała w ręce i 

przytupywała zamaszyście. Sami nie wiedzieli, jak zaczęli się świetnie bawić i im widoczniejsze 

było niesamowite zdumienie audytorium, tym większy zapał śpiewających. Twarze pochylone nad 
kuflami   piwa   jęły   się   szeroko   uśmiechać.   Panie,   na   razie   okropnie   zgorszone,   słuchały   teraz, 

kręcąc w takt głowami. Wtedy Adrianka chwyciła z wieszaka jakiś pierwszy lepszy męski kapelusz 
i z czarująco słodką miną zaczęła obchodzić stoliki.

Jak miasto miastem - czegoś podobnego obywatele więcej i mniej brzuchaci nie widzieli. 

Zaczęły   brzęczeć   dziesięcio   -   i   dwudziestogroszówki,   ale   wyrazy   zdumionych   oblicz   były   tak 

kapitalne, że Julian czym prędzej chwycił za szkicownik, a Tolek za notatnik. A potem Adrianka 
podeszła   do  zamienionych  w  dwa  słupy soli  kwestarek,  wsypała  całą  zawartość  kapelusza   do 

puszek, ukłoniła się z wyszukaną gracją  i stuknąwszy palcami w powietrzu, zawołała: “Voila” 
(franc. - oto wszystko). Śród grobowej ciszy audytorium i gromkiego śmiechu przyjaciół powiesiła 

na miejscu kapelusz i usiadła kończyć swoje ciastko.

Jeszcze   tego   dnia   Tolek   wysłał   do   Krakowa   artykuł,   wzbogacony   szkicami   Juliana,   i 

redaktor miał okazję nie żałować ani redakcyjnego auta,  ani urlopów pracowników.  Wreszcie 
“wędrowna   trupa”,   jak   nazywał  całe   towarzystwo   profesor,  stanęła   w  Chojnicach.   Uderzająco 

czyste i uderzająco zniemczone miasteczko.

Ponieważ   samochód   trzeba   było   na   parę   godzin   odesłać   do   garażu   dla   generalnego 

zrewidowania,   żywa   i   wesoła   jego   zawartość,   łaziła   całą   paką   po   mieście,   oglądając   ładnie 
dekorowane zielenią domki i sensacyjne napisy na szyldach.

Zatrzymali   się   wreszcie   na   chodniku   i   zadarłszy   manifestacyjnie   w   górę   podbródki 

podziwiali napis, lśniący z daleka: “Największy interes specjalny”. Radość swą musieli objawić 

dość   głośno,   gdyż   wkoło   momentalnie   zebrał   się   tłum,   nie   przyzwyczajony   do   podobnych 
niespodzianek.

Życie w pomorskich miasteczkach płynie jak wąska, leniwa rzeczułka. O godzinie ósmej, 

dziewiątej ojcowie i mamy siedzą przykładnie w domu, piją czarną, żytnią kawę, przegryzając 

plackami kartoflanymi. Po obiedzie mają zwyczaj wstąpić gdzieś na kufelek piwa, bez żadnych 
wybryków i nadzwyczajnego ożywienia. Do południa gładko uczesane panie chodzą z koszyczkami 

background image

w tę i ową stronę, panowie siedzą “w interesach”. Ludzi wałęsających się dla przyjemności nie ma.

Do wycieczkowiczów zbliżył się majestatycznie policjant.

- Co tu jest “los”? Doch zaś ale proszę nie robić kupy na ulicy. Ordnung (niem. - porządek) 

musi być, zaś ale nie?

- Ordnung jest ordnung, panie szanowny, ale bo to, widzi pan, u mojej cioci było pranie - 

wyrecytował głębokim głosem Zdzisław.

- A u nas zlew się zatkał - dodała Ari żałośnie.
- I pewno będzie wojna - pokiwał głową Tolek.

Policjant wybałuszył oczy:
- Co? Was?

- Panie szanowny, czy w tym “specjalnym interesie” można dostać bogatą żonę, nie wie pan 

przypadkiem?

- A po czemu u was skarpetki?
- Czy tu można sobie przefasonować nos?

Ofiara obowiązku i bezlitosnych kpiarzy stała z opuszczonymi rękami.
- Co   jest   “los”,   co   za   żarty,   proszę   mi   zaraz   raus   z   ulicy,   nie?   Zaś   ale   wszystkich   na 

komisariat dam, nie? Rozejść się, bo protokół wyrychtuję!

Profesor Klaudius czuł się bardzo nieszczęśliwie. Co za dzika sytuacja! Czegoś podobnego 

jeszcze nie przeżywał. Pociągnął córkę za rękaw.

- Chodźmy, Ari.

- Dobrze. Już się rozchodzimy, ale niech nam pan powie, gdzie tu można się najeść.
- Aha! No ja, teraz rozumiem. Państwo szuka restauracji, nie? No to pójdziecie prosto, nie? 

Zaś potem pierwszą ulicą na prawo, nie?

- No to bardzo dziękujemy. Niech pan pozdrowi od nas swoją żonę.

- Ja jestem kawaler.
- O,   o!   Szkoda,   no,   ale   w   takim   razie   niech   się   pan   pokłoni   swojej   babci   i   wszystkim 

ciociom.   Bardzo   nam   było   miło   pana   poznać,   nie?   Pan   jest   szalenie   uprzejmy!   -   Tu   Ari 
potrząsnęła ręką policjanta, i wszyscy ruszyli w przeciwną stronę. Policjant został na chodniku, 

przechylił   głowę   na   bok   i   przejrzał   się   w   szybie   wystawowej,   potem   energicznym   krokiem 
odmaszerował na swój posterunek i cały czas myślał, czy wypada mu się śmiać, czy martwić.

W restauracji podano towarzystwu kartę i Julian głośno czytał potrawy:
- Chleb ilustrowany.

- Ooo! - zabrzmiał chór.
- Zalany drób!

background image

- Widzisz, Ari, tu, na Pomorzu, nawet drób bywa nalany, a ty mi od pijaków wymyślasz! - 

krzyknął Zdzisław.

- Rosół z wkładką!
- Ooo!!

- Gęś z modrą kapustą... no, co każemy dawać?
- Wszystko, coś przeczytał, po kolei.

Kelner   trochę   się   dziwił,   ale   podawał.   A   goście   jedli,   tylko   w   pewnej   chwili   profesor 

mruknął:

- Na deser trzeba rycyny.

* * *

Gdy wyjechali z Chojnic, było już niedaleko zachodu. Zdzisław kołował autem w tę, to w 

tamtą stronę. Jechali naprzód, zawracali, potem znów gdzieś boczną szosą. I tak zastała ich noc, 

gdzieś   przed   jakąś   karczmą.   Ponieważ   mowy   nawet   nie   było,   by   gospodarz   mógł   wszystkich 
wygodnie rozmieścić, przeto panowie zrezygnowali ze snu, na korzyść pań i całą noc grali w karty 

i rozpytywali gospodarza o okoliczne miejscowości.

Wyruszyli o ósmej rano i przed dziesiątą stanęli na upatrzonym miejscu. Wysypali się z 

auta. Przed nimi wiatr kołysał i marszczył srebrnozieloną toń wielkiego jeziora, którego końca nie 
było widać. Wsiąkał gdzieś w pagórki, pokryte młodym, iglastym lasem. Na przeciwległym brzegu 

jeziora falowało zboże, to hen w górze, na wysokości kilkudziesięciu metrów, to znów nisko, tuż 
nad jeziorem. Cały teren był powyginany łagodnie, ale wyraźnie. O kilkanaście metrów w lewo i 

prawo od miejsca, na którym stali, widać było małe, murowane domki.

- Tom was przywiózł, co? Cisza jest, spokój jest, letników, chwalić Boga, zdaje się, nie ma; 

las jest i woda jest, więc i grzyby i ryby, i mąka i łąka, i pagórki i ogórki, bo widzę ludzkie osiedla. 
Trzeba się więc teraz rozejrzeć, rozpytać i zamieszkać.

Adrianka patrzyła na wodę uśmiechnięta, i odpowiedziała:
- Tak! Zdaje się, że będzie nam tu dobrze.

W jej głosie drżała nuta wzruszenia.
Ruszyli   ławą   w   stronę   osiedla.   Po   dokładnym   rozejrzeniu   się   w   sytuacji   doszli   do 

przekonania,   że   będą   mieli   “rajskie   życie”.   Panowie   wynajęli   sobie   umeblowany   pokój   u 
właściciela zajazdu. Pokój duży, nadzwyczaj czysty, o solidnych meblach. Bowiem był to “salon” 

gospodarza.   Adrianka   z   ojcem   zamieszkała   w   sąsiednim   zaraz   domu,   należącym   do   rodziny 
jednego ze strażników granicznych.

Koleżanka Ari wraz z siostrą i mężem dostała locum u miejscowego nauczyciela, który 

podobno często i gęsto lubił sobie popijać, ale mieszkanie miał duże i ładne, co na Pomorzu jest 

background image

rzeczą zupełnie powszednią. Tam ludzie nie umieją gnieździć się byle jak, spać na byle czym, 
nawet po zapadłych wsiach, i to na Adriance, która dosyć w życiu swym oglądała kurnych chałup, 

zrobiło szalenie miłe wrażenie. Od razu poczuła się swojsko i swobodnie. Raziła ją tylko mowa 
tutejsza, upstrzona w zastraszający sposób niemczyzną.

Przez wszystkie ubiegłe lata od czasu pobytu u Jacka nie miała w wakacje takiej ciszy ani 

takiego wewnętrznego spokoju. Ponieważ urlop mogła brać tylko czterotygodniowy, więc ojciec, 

widząc, jak jest zawsze zapracowana, zmuszał ją, by jechała do Krynicy lub Nałęczowa i oddawał 
pod sumienną opiekę lekarzy. Niepokoił go stan serca Ari. Wprawdzie była to tylko nerwica, ale 

on swą pociechę chciał widzieć zdrową i spokojną. Tym razem uległ prośbie córki.

- Tatuś, ja mam dosyć ludzi, dosyć wrzasku, dosyć deptaków. Chcę mieć słońce i las, i 

wodę, i chcę raz zrzucić ten szyld, jakim jest moje nazwisko i zawód.

Pierwszych parę dni całe towarzystwo spędziło prawie ciągle razem. Jeździli łódkami po 

jeziorze, biegali jak smarkacze po lesie, nad wyraz szczęśliwi, że mogą się nie krępować.

- To jest bezludna wyspa i my obejmujemy ją w wieczyste posiadanie - tłumaczył Zdzisław.

Potem każdy znalazł pole i przedmiot swego zainteresowania.
Julian całe dnie łaził z wędką, Zdzisław znalazł gdzieś jakąś chabetę, zdatną pod wierzch, i 

jeździł na placówki straży granicznej. Przy tej sposobności od razu ze wszystkimi się zaprzyjaźnił, 
grał z nimi w piłkę nożną, organizował chóry od ręki i śpiewał wszystkie najnowsze piosenki, 

jednym   słowem   był   w   swoim   żywiole.   Koleżanka   Ari   brała   słoneczne   kąpiele,   spała,   jadła   i 
haftowała. Jej siostra “wkuwała”, gdyż miała zdawać egzaminy, była studentką prawa. Mąż zaś nic 

nie robił, tylko “odpoczywał”. Profesor całe godziny siedział nad brzegiem jeziora i patrzył, jak 
ryby,   oddychając,   kręgi   na   wodzie   czynią,   jak   mewy   i   rybitwy   kołują   w   powietrzu,   by   nagle 

rozpruć spokojną lub sfalowaną toń w pogoni za zdobyczą. Kurzył sobie fajkę, uśmiechał się z 
zadowolenia i zapominał o całorocznej orce.

Adrianka zaś, jak dorwała się do łódki, to już nic z nią nie było można zrobić. Pogoda czy 

niepogoda,   Ari   machała   wiosłami   zawzięcie   i   śpiewała   z   radości,   której   nie   mogła   pomieścić 

dziewczęca pierś. Woda! Woda! Raz groźna, szumiąca, gniewa się, obryzgując brzeg ołowianymi 
strugami, przewala się z boku na bok, skacze w górę, woda szalona, w jakiejś niepohamowanej 

złości.   To   znowu,   przekorna,   pluje   wokół   białą   pianą,   mocuje   się   z   łódką,   niecierpliwi.   Albo 
srebrna jak szkło tuli do siebie promienie słońca i cicha jest, nieruchoma, ale żywa. Gra lśniącą 

piersią jak harfa zaczarowana  pieśń o słonecznej ciszy. Albo w purpurę, złoto i fiolet strojna 
otwiera   słońcu   bramę   zachodu   i   jest   jak   królowa   królowych:   piękna   i   tajemnicza.   Ogarnia 

ramionami złotą kulę i zamyka się w mroku i chłodzie nocy.

Adrianka pokochała jezioro i stało się ono jakby cząstką jej duszy. I zdawało się chwilami 

background image

dziewczynie,   że ta   wielka  woda  także   ją  kocha,  a  czasem  marzył   się Ari ocean  i  ten  ktoś na 
oceanie. Tolek włóczył się za Adrianką jak cień, że aż w końcu zaczęła przed nim uciekać. Chciała 

być sama. Cieszyć się, rozmawiać z lasem i wodą. Lubiła podczas wichury płynąć łódką i borykać 
się z naporem fal, czuć niebezpieczeństwo tuż, tuż koło siebie i walczyć, wytężając muskuły, by 

zziajana, spocona, ale zwycięska, przybić do brzegu.

A Tolek omal nie płakał, widząc te wycieczki. Bał się o kochaną dziewczynę, wiedział, że nie 

umiała pływać.

- Panie profesorze, niechże pan jej zabroni dziś jechać. Wszyscy rybacy zostali w domu.

- Ona tak lubi.
- Ale może utonąć.

- Ona nie utonie.
I tak było zawsze. Więc Tolek z rozpaczy zaczął asystować studentce, myśląc, że może ten 

manewr zrobi na uparciuchu wrażenie.

* * *

Aż wreszcie nadszedł pewien dzień. Ari, jak zwykle, wyjechała na jezioro od rana. Pogoda 

była cudna. Nagle zupełnie niespodziewanie zmarszczyła się tafla wody, zbałwaniła. Zagrzmiało 

raz i drugi, jezioro zaczęło skakać jak opętane. Ari była o kilometr od domu. Mowy nawet nie 
było, by dojechała łódką, w której woda już chlupała porządnie. Wiatr wciąż znosił łódkę na bok, 

Ari zupełnie nie mogła utrzymać kierunku. Pomdlały jej ręce.

Tymczasem zaczęło grzmieć coraz potężniej. Ari postanowiła dobić do brzegu, zostawić 

łódkę i pieszo pognać do domu. Zbierając ostatki sił, machała zawzięcie wiosłami, przemoczona 
do koszuli. Deszcz lał bez przerwy gęsty i grubokroplisty, ale jej było gorąco. Bała się. “A jeśli 

utonę?” - myślała.

Jakże była maleńka wobec tego ogromu spiętrzonych, czarnych mas wody, które waliły w 

tył łódki i szarpały ją napastliwie jak głodne psy. A jeżeli łódka się napełni wodą przed dobiciem 
do brzegu? Jakże okropnie bała się Ari takiej samotnej, nie opromienionej niczyim kochającym 

spojrzeniem   śmierci.   “Ja   nie   chcę   zginąć,   ja   jeszcze   muszę   dużo   zobaczyć,   muszę   kochać. 
Madonno, broń mnie! Trzeba mi coś po sobie zostawić tu, na ziemi - drżały rozsypane myśli 

dziewczyny. - Żeby tu był tatuś ze mną”.

A   potem,   wciąż   uparcie,   z   zaciętymi   zębami   wiosłując,   jęła   ogarniać   gorączkowym 

wzrokiem fale i postanowiła walczyć. Ale dla otuchy śpiewała sobie “Pod Twą Obronę” i uczuła 
ulgę.   Strach   ją   opuścił   prawie   zupełnie.   “Pokonam   cię,   wodo,   pokonam.   Jesteś   cudna,   jesteś 

kochana, nie zrobisz krzywdy Adriance”. Zmniejszała się coraz bardziej przestrzeń dzieląca ją od 
białych, w cieniu drzew ukrytych domków.

background image

Nareszcie brzeg. Chciała wyskoczyć, wiatr zachybotał łódką i Ari wraz z wiosłem utknęła 

nosem w wodę. Szczęście, że to już był brzeg i płytko. Podniosła się, zaklęła sobie na rozgrzewkę i 

wpierając nogi w piasek, zaczęła ciągnąć łódkę na brzeg, by jej woda nie zniosła na środek. Wtem 
usłyszała za sobą niski, bardzo miły męski głos:

- Cóż to, mała, wpadłaś do wody? Uciekaj, dziecko, do domu, bo się zaziębisz. Już ja tę 

łódkę wyciągnę.

Obróciła się, zapominając w zdumieniu o tym, że jest burza i deszcz, a z niej też woda 

ocieka strugami, i spojrzała na mówiącego. Był to mężczyzna średniego wzrostu, dobrze i mocno 

zbudowany. Spod gęstych, czarnych, szerokich brwi patrzyły na Adriankę przerażone piwne oczy.

- Przepraszam   bardzo,   nie  wiedziałem...  wziąłem  panią  za   kogo  innego.  Tak  z  tyłu  nie 

spostrzegłem, bardzo przepraszam... - mówił okropnie zakłopotany.

Gdy bowiem “mała” obróciła się i wyprostowała, od razu uderzył go jej strój i twarzyczka 

zupełnie różna od wszystkich, które tu stale widywał i znał dobrze.

- Ależ proszę bardzo, cieszę się, że jeszcze jest ktoś, komu wydaję się “małą” - mówiła 

uśmiechnięta. - Może jakoś razem damy radę temu pudłu.

Oczywiście “dali radę”.

- Niechże pani, na miłość boską, pędzi do domu, można się śmiertelnie zaziębić.
- Nic   mi   nie   będzie.   To   była   przygoda.   Mam   przedsmak   burzy   na   morzu   i   jestem 

zadowolona. Dziękuję za pomoc, do widzenia panu.

Kłusem puściła się wzdłuż brzegu. W połowie drogi spotkała Tolka z parasolem. Na jej 

widok upuścił parasol. Przemknęła obok niego, śmiejąc się głośno, a zanim nieszczęsny wielbiciel 
złapał  parasol i wrócił,  Ari już się przebierała.  Gospodyni nalewała  herbatę  i zwróciła  się do 

wchodzącego Tolka:

- Zaś pan nie może narzeczonej pilnować? Jeny! Jeny! Będzie choroba doch z pewnością. O 

jeny! Zaś ale tak zmoknąć, nie? Od samego rana była wyjedzona, bez obiadu do tej pory. Ja już 
mam z tą panienką. Jeny! Jeny!

A Tolek za to słowo “narzeczona” pokochał poczciwą panią Gretę razem z jej mężem i 

dziećmi   do   siódmego   pokolenia   włącznie.   Nie   mógł   się   tylko   doczekać,   kiedy   Ari   nareszcie 

skończy to przebieranie. Tymczasem cała paczka zebrała się już w pokoju profesora, więc ulżył 
sobie przynajmniej tym, że barwnie opowiedział zgromadzonym, jak wyglądała Ari.

- Bo ja zawsze profesorowi mówię: nie puszczać jej samej na jezioro - odezwała się pani 

Kazimiera - jeszcze kiedy będzie nieszczęście.

- Paniusieczko, jeżeli ma być, to i nie na jeziorze będzie - odparł profesor z flegmą.
Weszła Ari, różowa, z błyszczącymi oczyma, usta miała tak czerwone, jakby je specjalnie i 

background image

długo malowała. Na głowę, na biedne rozmoczone loki założyła biały szal i zawiązała go tak jak 
turban, spinając na środku lśniącą broszką. Ciepła, flanelowa, biała z pąsowym szlakiem sukienka 

jeszcze więcej podkreślała oryginalną urodę panny.

- Ari,   jak   mi   Bóg   i   profesorek   miły,   tyś   powinna   zostać   ósmą   żoną   Sinobrodego.   Już 

morowszej Turczynki nie widziałem! - krzyknął Zdziś.

- Może i zostanę, w każdym razie, kochanie, ty haremu pilnować nie będziesz. Tolek jest do 

tego jedyny z parasolem.

- No a co ja będę w takim razie robił?

- Będziesz uczył siedem żon gry w piłkę nożną.
- Bardzo piękna rola. Dzieci, warto by dziś urządzić jaką tańcówkę albo co. Na dworze ziąb, 

wichura.

- Brawo! Brawo! Dancing. A kogo zaprosimy?

- Tylko naszych gospodarzy i gospodynie.
Zdzisław   pognał   do   nauczyciela   poprosić   o   wypożyczenie   na   wieczór   sali   rekreacyjnej. 

Julian przywlókł swój patefon. Zabawa przeciągnęła się do czwartej rano. Na drugi dzień cała 
osada o niczym innym nie mówiła, tylko o tym, że “te, co są z miasta przyjedzone, urządzili wej 

taką muzykę i tańce, jeny, jeny!”

Ari spała do dziesiątej. Poszła potem pocztą wysłać felieton, a za nią “Wielki Nieodstępny”, 

jak przezwała Tolka. W samych drzwiach natknęła się na nieznajomego, który nazwał ją “małą”. 
Przelotnie spojrzeli na siebie. Adrianka odczuła nagły skurcz serca, coś w niej zadygotało. “Po co 

ten Tolek przylazł za mną?” - pomyślała zupełnie bez przyczyny. Nieznajomy zrobił jej miejsce w 
drzwiach, usuwając się na bok, i wyrzekł półgłosem:

- Dzień dobry pani.
- Dzień dobry panu - odpowiedziała i weszła do małego pokoiku poczty.

Gdy wracali, Tolek spytał:
- Czemu jesteś taka blada, Ari? Może serduszko boli?

- Nie! - krótko odpowiedziała.
- Znasz tego pana?

- Znam.
- Od kiedy?

- Od wczoraj.
- Tak? Gdzieś go poznała?

- W wodzie. Ale, Toleczku, czy to takie ważne okropnie?
- No, nie! Ale ja tylko przez ciekawość. Ma bardzo inteligentną twarz.

background image

- Prawda?! - z zapałem podchwyciła Ari.
- Adrianko!

- Co?
- On ci się podoba! - rzekł Tolek smutno.

- Szalenie. Prawie zupełnie tak jak ty - po czym kategorycznie oświadczyła, że chce zostać 

sama, ponieważ musi “zebrać myśli”.

- Już ja się domyślam. Będziesz “zbierała” w towarzystwie tego pana.
- Więc dla równowagi idź, czyń to samo z panną Jasią.

Usiadła nad jeziorem. Słońce grzało mocno. Adriance w duszy było jakoś strasznie szeroko, 

strasznie pusto i smutno. Przypomniała sobie “ocean” i “Stefa”. Przecież, o ile kogo kochała w 

życiu, to tylko tego, nigdy nie widzianego. Więc czemu teraz takie dziwne uczucie tęsknoty do 
człowieka, z którym zamieniła parę słów, dla którego była zupełnie obojętną, jedną z tysiąca jej 

podobnych? Co to jest, co to jest? Aż straciła spokój. Czuła, że jest zdenerwowana, a siedzenie i 
rozpamiętywanie tego, co przeżywa, jest groźne ze względu na otoczenie i na ojca. Ari nie wolno 

marszczyć czoła, bo jest złotą pszczółką.

Poderwała się z miejsca i szła szybko, szybko, brzegiem jeziora, potem na duży pagórek i 

zbiegła w las. A tu mocno pachniała żywica i było zupełnie cicho. W dole błyskało szafirem drugie 
jezioro, wąskie i długie. Słońce rzucało setki srebrnych cekinów, rozpryskujących się po wodzie. 

Adriance nagle przyszła na myśl zwrotka piosenki.

“Przy cichym słonku i przy pogodzie
srebrne panienki tańczą na wodzie,

wiatr ich leciuchne plącze sukienki...
Tańczą na wodzie srebrne panienki.”

Wracała już wolniejszym krokiem, wiedząc, że i tak na obiad zdąży. Stołowali się wszyscy 

razem u właściciela zajazdu. Już zeszła z górki nad jezioro, gdy usłyszała, że ją ktoś woła:

- Ari, Ari!

Obejrzała się; był to “Wielki Nieodstępny”. Biegł ku niej, wywijając kapeluszem.
- Szukam cię wszędzie. Już wiem, kto jest ten pan...

* * *

Manewrowała tak, by widzieć, kiedy Stefan Kryski będzie wychodził z domu, położonego 

tuż nad jeziorem. Nareszcie jest! Z wędką na ramieniu. Idzie w stronę lasu brzegiem jeziora. Ari 
płynie prawie równolegle z nim, ale w pewnej odległości. Potem wyprzedza go, skręca łódką w 

background image

prawo i kieruje do brzegu. Są teraz blisko siebie. On kłania się jej i mówi spokojnym, niskim 
głosem:

- Dzień dobry pani.
Adrianka blednie, ale wnet odzyskuje równowagę.

- Dzień dobry. Pan na ryby?
- Tak. Korzystam z pogody, choć ja chronicznie nie mam szczęścia.

- Doprawdy? Proszę zatem wziąć mnie z sobą, ja przyniosę szczęście. Niech pan siada, 

pojedziemy.

- No, jeżeli pani łaskawa. Ale uprzedzam, że ja będę wiosłował. Nie przywykłem, by piękne 

panie   mnie   woziły.   Pani   daruje,   że   do   tej   pory   nie   przedstawiłem   się   pani,   ale   nie   było 

sposobności. Kryski jestem.

- A mnie na imię Ari...

- Jak? - natężone oczekiwanie zabłysło w oczach mężczyzny.
- Ari Żukowska. Czemu pan się tak zdziwił?

- Tak   sobie.   To   imię   dużo   mi   przypomina   wesołych   i   smutnych   chwil.   Pani   tu   jest   w 

towarzystwie tych panów z Krakowa, prawda? I jeszcze są tu dwie panie.

- Aha! Jest z nami i profesor Klaudius, a reszta to “malaria”. Tylko pani Kazimiera jest 

dziennikarką z zawodu.

- Klaudius? Czy to nie ojciec tej dziennikarki.
- Tak. Bardzo się cieszę, że pana poznałam. Moi koledzy nie chcą mnie z sobą brać na 

dalsze wycieczki, bo mam niby chore serce. A tak strasznie lubię z kimś tak się włóczyć, pan wie, 
po najgorszych wertepach. Wobec tego muszę pana skusić i zaangażować do mej przybocznej 

gwardii w charakterze kapitana.

- Rozkaz, księżno!

- O! Dlaczego księżno?
- Któż może mieć przyboczną gwardię? Zresztą do pani twarzyczki jakoś ten tytuł dobrze 

pasuje.

- O, jaki pan miły!

- Gdzież tam miły. Jestem stary, nudny dziad.
- Ani pan nie jest stary, ani nudny. Jest pan daleko milszy od moich kolegów.

- Pani mnie przecież nie zna.
- Ja tak na oko. Dokąd mnie pan wiezie?

- Wedle   rozkazu   i   życzenia   na   “wertepy”.   Dopłyniemy   tam   do   tej   łączki   i   zaprowadzę 

księżniczkę w terytoria jej nie znane.

background image

- Morowo, kapitanie. Czuję, że będę musiała szykować order.
- Proszę spojrzeć na prawo. Jak ślicznie podrywa się w górę stado dzikich kaczek.

Przechyliła głowę i patrzyła z zachwytem: szur, szur... szur... trzepoczą skrzydła jak garść 

liści rzuconych w powietrze, rozsypują się ptaki i znów w dali opadają na wodę.

Maszerowali potem przez gęste zagajniki. Ari jednak nie mogła w myśli nie porównać Stefa 

z Jackiem na niekorzyść Jacka. Jak bajecznie Kryski czuł las, jak umiał podchwycić wszystko, co 

może czarować duszę człowieka.  Niby takie  nic.  Niby jedna,  jedyna brzózka  u podnóża  góry, 
zarośniętej tylko krzakami. Jedna brzózka, a wokół niej podmokła łąka pokryta, zasypana bielą 

wełnianek i żółtych lilii wodnych. Ari sama nie zauważyłaby nawet uroku tego obrazka, ale z nią 
był Stef.

- Księżniczko, proszę tu stanąć... nie, z tego miejsca lepiej, o tak, teraz... i popatrzeć tak 

pod słońce.

- Cudne to jest. Ale, wie pan, trochę jakby smutne, czy nie?
- Dużo rzeczy, księżniczko, właśnie dlatego jest pięknych, że smutnych.

Spacerowali, a czas leciał i kiedy wsiedli, by jechać z powrotem, była czwarta.
- Co pani robi wieczorem?

- Przeważnie włóczę się z kolegami, ale może pan ma lepszy plan.
- Nie wiem, czy lepszy, za to trochę inny. Ot, po prostu, chciałbym księżnę porwać do 

siebie, by poznała moją matkę i siostrę. Będą bardzo szczęśliwe. Mam radio.

- Dobrze! Przyjdę o siódmej - rzekła Ari.

I Stefan, “stary chłop”, któremu wszystko w życiu szło na opak i który przysiągł sobie, że po 

ostatniej historii miłosnej z Ari Klaudius nie będzie zwracał na kobiety uwagi, Stefan Kryski z 

bijącym sercem spoglądał na drzwi i na zegar. Jego siostra i matka również, tak były spragnione 
wieści ze świata na tym odludziu, gdzie mieszkały prawie od trzech lat, nie mogąc się zżyć z 

otoczeniem.

Pochodziły z okolic Krakowa. Po śmierci męża pani Kryska przeniosła się z córką do brata, 

który był tu inspektorem budowlanym, miał własny domek z ogrodem i żył starokawalerskim, 
spokojnym, uregulowanym życiem. Po roku umarł, zostawiając siostrze skromny dobytek. Pani 

Kryska miała prócz tego niewielką emeryturę po mężu. Nie była przyzwyczajona do luksusu, ale 
tęskniła do dużego miasta, do ludzi. Zresztą, schorowana już i zmęczona pracą całego życia, nie 

mogła ruszyć się stąd i zaczynać na nowo wszystkiego. Parę minut po siódmej ktoś zapukał.

- Proszę! - zawołały trzy głosy.

Weszła   Ari,   mocno   zarumieniona.   W   ręku   trzymała  gitarę.   Powitano   ją   serdecznie   jak 

dobrą znajomą. Potem już buzia się panience nie zamykała. Trzepotała jak wiatrak o wszystkim 

background image

naraz.   O   Krakowie   i   Warszawie,   powtarzała   zabawne   wielkomiejskie   ploteczki,   opowiadała 
anegdotki, podniecona jak nigdy jeszcze. Stefan uważnie jej się przyglądał, wreszcie wziął do ręki 

gitarę.

- Pani gra?

- Trochę, Zdziś mnie nauczył.
- Niech nam pani co zaśpiewa - rzekła nieśmiało panna Zenia.

- Dobrze.
Stefan pomyślał: “Co za bajeczna prostota i naturalność”.

Poprawiła się na krześle.
- Najpierw naszą wspólnie ułożoną wycieczkową piosenkę. Muszę tylko dodać, że auta już 

nie mamy. Pojechało z powrotem do Krakowa.

“Wędrujemy borem, lasem,
choć nawali kicha czasem...”

I   tak   jedną   po   drugiej,   jedną   po   drugiej.   Trzy   pary   oczu   zawisły   na   uśmiechniętej 

twarzyczce, na policzku Ari, gdzie tworzył się mały dołeczek. Ari nie miała koncertowego głosu, 
ale bardzo świeży, bardzo miły i czysty, ot, taki sobie dzwoneczek radości.

Po dziesiątej zaczęła się żegnać. Stefan postanowił ją odprowadzić.
- Księżniczko, czekamy, czekamy pani. Co wieczór będziemy czekali.

- Dobrze, proszę pani. Mnie tu z paniami jest daleko milej niż tam w moim pałacu.
Całując serdecznie Zenię, Ari oświadczyła z uśmiechem rozpieszczonego dziecka:

- Myślę, że zostaniemy przyjaciółkami, prawda?
- Kiedy ja jestem straszny głąb, nie znam się na formach towarzyskich, nigdy nie bywałam 

nigdzie. Od lat siedzę przy mamusi i pełnię funkcję generalnej gospodyni. Mamusia chora, nawet 
chodzić nie może sama, nie miałam czasu nabrać ogłady.

- Ech,   to   wszystko   jest   blaga   i   głupstwo.   Mnie   pewno   jeszcze   więcej   brakuje   dobrych 

manier, niż się pani wydaje. Wiem tylko, że nie należy w pokoju pluć na dywan, wiem, że nie 

wypada   rzucać   kremowym   ciastkiem   w   niesympatyczne   oblicze,   tak   jak   uczyniła   jedna   moja 
znajoma. Dobranoc.

Wzięła gitarę pod pachę i wyszła ze Stefanem.
- Jaki wspaniały wieczór. Czy nie miałby pan ochoty pójść jeszcze nad jezioro?

- Owszem, myślę tylko, że będą się o panią niepokoić.
- O! Już wszyscy przywykli do moich dziwactw. Jaka miła jest pana mamusia.

background image

- To samo pewno mówi teraz o pani do Zeni.
Zeszli nad jezioro. Fale uderzały lekko o brzeg. Stefan spod oka spoglądał na panienkę: 

była  taka  cicha  teraz  i uśmiechnięta.  Chciałoby  się człowiekowi  otulić ramionami jej smukłą, 
wiotką postać i patrzeć w ciemne, zadumane oczy, marzyć o czymś, czego nie ogarnie ludzki 

rozum.  Odpoczywać  po całej  szarpaninie  życia.  To  samo  czuł   zawsze,  czytając   wiersze   i  listy 
Adrianki Klaudius. Kiedy ją sobie wyobrażał, przychodziła do niego taka właśnie panienka jak ta, 

co milcząc, idzie obok niego, a czasem taka, jaką widział dziś u siebie, rozśpiewana, dzwoniąca 
śmiechem i dowcipem, migocąca dwoma białymi klejnotami rąk. Ach, te ręce! Czy Ari Klaudius 

miała też w rzeczywistości takie ręce, proszące o pocałunki? Wizja tamtej i ta żywa zlały się w 
całość, która wołała “kochaj mnie”. Ale Stefan bał się już miłości.

- Dlaczego pan nic nie mówi?
- Nie chcę księżniczki nudzić. Cóż ja mogę takiemu rozpieszczonemu dziecku wielkiego 

miasta powiedzieć ciekawego?

- Pan źle o mnie myśli, sądząc z pozoru. Nie wiem, czy dziecko wielkiego miasta z taką 

rozkoszą pławiłoby się w wodzie, jak pan miał sposobność zauważyć.

- To tylko fantazja.

- Ee, bo się rozgniewam i pójdę sama.
- Czy nie mówiłem, że jestem nudny?

- Ciekawa jestem, jak w taką noc wygląda morze. Pan jest przecież marynarzem. Niech mi 

pan opowie o morzu.

- Byłem marynarzem. Teraz jestem bez posady. Morze, księżniczko, różnie wygląda. Nie 

mam   krasomówczego   talentu,   nie   potrafię   o   nim   mówić   pięknie   i   zajmująco,   jak   pani   o 

wszystkim. W pogodną noc, gdy się płynie i słychać tylko warkot maszyn i szum fal, można je 
określić jako  “zapomnienie”.  Wchłania  w siebie  wszystkie  myśli,  wszystkie  smutki.  Jest tylko 

nieskończony, szumiący cień u stóp i drugi, cichy i nieodgadniony nad głowami. Czy pani nie 
chłodno?

- Nie. Kapitanie, proszę mnie wziąć z sobą jutro na spacer od rana, dobrze?
- Rozkaz, księżniczko.

Potem niewiele już ze sobą mówili. Jedno i drugie czuło, że nie może oprzeć się potędze 

czaru, który wiąże z sobą serca. Ari przed owym uczuciem nie chciała uciekać, dla niej to było 

szczęście.   Stefana   brał   lęk   i   zdziwienie,   że   tak   nagle,   tak   od   razu   zaczął   przegrywać.   Każde 
spojrzenie Adrianki i każdy jej uśmiech był nową klęską. Przyszedł do domu zły na siebie i na 

Adriankę.   Otworzył   biurko   i   przeglądał   po   kolei   listy   panny   Klaudius,   ale   spomiędzy   liter 
wyglądała ciągle twarzyczka ze słodkim dołkiem na lewym policzku.

background image

- Coś   niesamowitego,   jak   ta   księżniczka   przypomina   mi   tamtą.   Co   za   dziwny   zbieg 

okoliczności.

Rano postanowił uniknąć spaceru z panienką. Wziął  wędki i poszedł nad wodę, ale tu 

niespodzianie zastał Adriankę w towarzystwie trzech panów. Grali w karty. Nim zdążył pomyśleć 

o odwrocie, zobaczyła go i rzuciła karty na ziemię.

- Panie kapitanie, proszę tu przyjść w tej chwili.

Nie wypadało uciekać. Podszedł.
- Panowie, oto mój nowy kapitan gwardii. Kapitanie, oto twoi koledzy. Równaj front!

Ustawili się rzędem i po kolei ściskali rękę Kryskiego.
- A   teraz   możecie   wracać   do   zajęć,   ja   sama   zaznajomię   kapitana   z   obowiązkami   i 

regulaminem. Tolek, przynieś mi szal, powiedz ta... powiedz profesorowi, że poszłam na spacer z 
panem Kryskim i pewno spóźnię się na obiad.

- Księżniczka jest, jak widzę, niesłychanie imperatywna.
- O, tak.

- Dlaczego pan tak starannie omijał dotąd nasze miłe towarzystwo? My jesteśmy naprawdę 

kochani chłopcy - rzekł Zdzisław.

- Nie chciałem się narzucać,  ale teraz  skorzystam. Tu życie jest bardzo ciężkie,  choćby 

dlatego, że nie ma po prostu z kim słowa zamienić.

- Mam wrażenie, że mało pan skorzysta z naszego towarzystwa. Widzę to po minie Ari.
- Moi chłopcy, tylko nie narzekajcie. Słodzę wam życie cały rok, a teraz...

- ...   Postanowiła   pani   osłodzić   skromnemu   samotnikowi.   Jakie   złote   serduszko   - 

uśmiechnął się Stefan.

- Ona pana “uwiądnie” w trzy dni.
- Zdzisiek, bez dowcipów.

- Chcesz,   żebym   płakał   po   tej   stracie,   chcesz,   żebym   się   powiesił,   utopił?   Dobrze,   ale 

pamiętaj, że cię będę po śmierci straszył jako upiór.

- Dobrze, przyjdź, a ja cię będę prowadziła  na łańcuszku: “Autentyczny żywy upiór. Za 

jedyne 25 groszy połyka własną głowę”.

Przybiegł Tolek z szalem. Ari owinęła się nim malowniczo.
- Idziemy, kapitanie. Salem alejkum, chłopcy.

- Alejkum salem. Niech Allach strzeże twego serca i żołądka.
- Allachowa twego rozumu, Zdzisiuniu.

Odeszła z kapitanem. Chłopcy patrzyli osowiale.
- Żebym tak połykaczem noży został, jeżeli ten kapitan nie sprzątnie nam Adrianki - rzekł 

background image

Zdzisław. A Julian, patrząc na wodę, odparł:

- Ktoś ją kiedyś sprzątnąć musi, ale ona i tak jest nasza Ari księżniczka. Idę na ryby.

Gdy   dobrze   spóźniona   wróciła   na   obiad,   profesor   popatrzył   na   nią   uważnie,   pogładził 

roztrzęsione loki.

- Złota pszczółko, zaczął się twój królewski lot!
- Tak, tatusiu, i nie gniewaj się, że teraz rzadko będę z tobą.

- Wiem, Ari.

* * *

Jak cudownie, jak radośnie płynęły teraz Adriance dzionki. Zupełnie niby bańki mydlane, 

coraz to innymi kolorami tęczy grające. Pogoda na ogół dopisywała, chodziła więc Adrianka ze 

Stefanem na dalekie spacery. On wynajdywał coraz to piękniejsze uroczyska, zakątki rzadko przez 
ludzi odwiedzane. Podziwiała jego kulturę artystyczną, tak jak on musiał podziwiać jej miłość 

swobody i natury.

Ari   przywołała   wszystkie   swoje   najładniejsze   uśmiechy,   wszystkie   najczarowniejsze 

spojrzenia. Była teraz jak łąka w słońcu miodem pachnąca. Całą kobiecość skoncentrowała, by 
rzucić ją do stóp kochanego człowieka. Teraz już nie analizowała. Wiedziała, że go kocha. Gdy 

czasem wziął ją mimo woli za rękę, drżała pod tym dotknięciem i bladła. Nie pytała siebie, za co i 
dlaczego właśnie jego spomiędzy wszystkich młodszych i piękniejszych wybrała.

Tylko Stefan trzymał się dzielnie. Gdy wieczorem patrzył na Adriankę, siedzącą u stóp 

matki, to znów tańczącą, rozgadaną, rozdokazywaną, tryskającą werwą i humorem, z całej mocy 

bronił się, by nawet w myśli nie nazywać jej “moje kochanie”. Ale matka jego i siostra tylko tak o 
niej mówiły.

Wiedział tylko, że przebywa w towarzystwie dziewczyny, o której nic nie wie, której pragnie 

aż do bólu. Więc choć Ari w mózgu i sercu czyniła mu szalony wir, mówił sobie: “Baczność! 

Trzymaj się, to kokietka”. A przecież każdego nowego jutra, każdego nowego spaceru czekał z 
gorączkową niecierpliwością. Dla niej szukał najcudniejszych zakątków, tylko z nią mógł całymi 

godzinami obserwować loty dzikich kaczek, bo wiedział, że wtedy zapłoną jej oczy. Tylko dla niej i 
z nią mógł godzinami pływać po jeziorze, by znaleźć białe łabędzie z młodymi. On to kochał, ale z 

radością widział, że i dla niej każdy nieudolny jeszcze ruch łapek małego kaczątka, każdy wzlot 
wielkiego białego ptaka, każdy żałosny jęk derkacza był źródłem nowego szczęścia. A przecież 

chciał tylko tyle, by tej czarującej dziewczynie było dobrze.

Powoli,   powoli   Adrianka   zaczęła   wyciągać   go   na   zwierzenia,   więc   opowiadał   o   swych 

podróżach i tysięcznych niebezpieczeństwach, na jakie był narażony, zawsze jednak w ten sposób, 
by stanąć w jak najmniej korzystnym świetle. Ale to tylko bardziej brało Adriankę. Dla niej był 

background image

bohaterem, któremu działa się krzywda.

Kiedyś spytała go pół żartem, pół serio o ostatnią miłość.

- Ostatnią moją miłością była Ari Klaudius. Może zresztą tylko marzeniem o miłości.
- A gdyby pan ją spotkał?

- Nie wiem, księżniczko, czy czułbym się szczęśliwszy niż teraz. Przecież wiem dobrze, że 

ani ja dla niej, ani ona dla mnie. Poznałem panią i jestem bardzo oddanym adiutantem. Z panią 

mówię o wszystkim, tak jak ze starym druhem i mam pewność, że choć nieraz nudzę, to jestem 
zrozumiany. Wobec pani młodych przyjaciół, którzy, jak widzę, potracili dla księżniczki głowy, 

jestem bardzo stary, bardzo szary, nie umiem prawić słodkich słów.

- Ja wcale nie chcę słodkich słów. Gdy pan opowiada, jestem z panem wszędzie. Nocuję w 

tym obrzydliwym, dusznym, noclegowym domu na gołej desce, jadę na dachu w mroźną noc 
przez zimną, okrutną Rosję i oglądam chińskie pagody, patrzę na bezkresny piasek pustyni, o 

Stef!

Spojrzał na nią bacznie, uderzony dźwiękiem głosu tak zawsze dziecięco świeżego. Oczy 

miała zamglone łzami.

- Pani jest bardzo wrażliwa.

- Zdaje się, że tak. Niech pan jeszcze coś opowie.
- Myślę, że będę musiał księżniczce pokazać zaczarowane jezioro - powiedział po długiej 

chwili milczenia.

- Zaczarowane?

- Tak. Jest tu takie. Sam je wynalazłem i siedziałem często i długo. Ma ono dziwny urok. Po 

prostu mówi do duszy. Nad nim trzeba marzyć o miłości.

- Proszę mnie tam zaprowadzić.
- Dobrze, ale księżniczka weźmie ze sobą gitarę.

- Tak - szepnęła Ari.
Szli teraz pod górkę. Ari dźwigała wielki bukiet dla pani Kryskiej. Zdyszała się trochę.

- Czy mogę wziąć księżniczkę pod rękę?
Znowu tylko szept: “tak!” i oczy spuszczone. Ale kiedy poczuła jego muskularne twarde 

ramię, kiedy oparła się o niego pierwszy raz od czasu ich znajomości, zbladła mocno, zadrżała. 
Musi, musi powiedzieć, że go kocha, że chce utonąć w tych ramionach i nie odchodzić nigdy.

- Co pani jest? Zmęczone biedactwo?
- Nie... tak... ja sama nie wiem.

Serce   mu   zaczęło   dzwonić.   Och,   ile   trzeba   mieć   odwagi,   by   prowadzić   taką   wiotką 

kruszynę, a nie zgnieść jej w uścisku. Nie wolno, nie wolno. Ari i Tolek! Przecież ich coś z sobą 

background image

łączy.

- Panno Ari, niech mnie pani nie kokietuje,  niech pani przestanie na mnie patrzeć,  to 

naprawdę nie wypada.

- A ja chcę.

- Wiem, że maleństwo jest kapryśne, ale dużo rzeczy można chcieć, a nie wolno czynić.
- Pan się mnie boi.

- Tak jest.
Poszła naprzód, zostawiając go parę kroków za sobą. Potem odwróciła się nagle.

- Pan mi mówił, że korespondował z Ari Klaudius. Cóż pan jej pisał?
- Ot tak, wszystko, co czułem. Starałem się tylko zawsze jak najstaranniej ukryć swą nudną, 

smutną naturę. Pisałem na wesoło, nie chcąc, by się nużyła jeremiadami, ale to bardzo subtelna 
kobieta.   Z   kłębka   pogmatwanych,   niby   ot   tak   beztrosko   rzucanych   zdań,   szybko   wyciągnęła 

niteczkę wątku. Pani też to potrafi.

- Dlaczego pan przestał do niej pisać?

- Prosiłem raz, by przyjechała do Gdańska. Bardzo pragnąłem ją poznać. Chciałem całować 

tylko jej ręce. Nie przyjechała, nie dała znaku życia więcej.

- Profesor mi opowiadał - rzekła drżącym głosem Ari, że panna Klaudius wybierała się 

właśnie do Gdańska i bardzo się z tego cieszyła. Ona lubi podróże. Ale dostali depeszę, że mała 

siostrzenica   jest  umierająca   i   pojechała   tam.  Potem   sama   zachorowała   na  szkarlatynę.   Panie 
Stefanie, co panu?

Przystanął i stał blady z przymkniętymi oczami. Nie mógł wykrztusić ani słowa. “Więc to 

tak? Biedna, biedna Ari Klaudius. A teraz jest na jej miejsce inna. Tamta go kochała może, a ta się 

nim bawi może. Co robić, co robić teraz?”

Ten spacer trwał krócej niż zwykle. Ari wsunęła rękę pod ramię Stefana i powiedziała:

- Chodźmy do domu, Stef, czekają na mnie z obiadem.
- Adrianka Klaudius też tak skracała moje imię - nagłe bolesne wspomnienie.

- Stef! Pan ma śliczne usta.
- Oho! Zaczyna się seria nowych żarcików.

- I   strasznie   miłe   spojrzenie.   No,   niechże   pan   teraz   nie   liczy   mew,   tylko   popatrzy   na 

księżniczkę. Czy jestem miła?

- Tak! (“Moja Ari też była taka, taka bliska, taka kochana” - myślał).
- No więc proszę przyjąć do wiadomości, że nie zobaczy mnie pan całe trzy dni.

Spojrzał z niepokojem.
- Dlaczego?

background image

- Jedziemy  na  wycieczkę  do  Gdyni.  Niech   się  pan  cieszy,   że  przestanę  go  wyciągać   na 

włóczęgi i... do widzenia. Widzę już moją gwardię, biegnę do nich.

Przystanęli.
- Wesołej zabawy, księżniczko. Proszę zabrać z sobą coś ciepłego, tam może być chłodniej 

niż tu.

- Dziękuję! Do zobaczenia, kapitanie.

Po koleżeńsku uścisnęli sobie dłonie. Rozeszli się. Ona do swoich, by im oznajmić, że ma 

ochotę jechać do Gdyni, on do domu. Było mu nieznośnie przykro. Całe trzy dni! Całe trzy dni nie 

słyszeć jej radosnego głosu, nie widzieć jej minek, jej uśmiechów. Znowu sam. Zapomniał w tej 
chwili nawet o Ari Klaudius.

Chłopcy   przyjęli   projekt   Ari   z   zachwytem   (ten   stały   zachwyt   był   jednym   z   punktów 

regulaminu gwardii), choć nieraz już morze widzieli. Ale Ari była tu pierwszy raz. I gdy stanęła na 

brzegu i wytężyła oczy w dal, zdławiło ją poczucie, że jest taka bardzo, bardzo maleńka wobec 
masy tego życia, jakie zawiera w sobie morze.

Czymże są jej kłopoty i radości wobec onej potęgi, co z hukiem wartuje u granic lądu, na 

którym kręcą się podobne jej mrówki? Czy potrafi kiedykolwiek podziękować Stwórcy za ten cud i 

za to, że ma oczy? Czy potrafi wyrazić melodię, jaką tworzy szum fal i gra jej rozkołysanego jak 
morze serca?

“A wkoło taki spokój i harmonia,

słońce się wodzie kochaniem uśmiecha,
wiecznością dźwięczy cicha monotonia,

szelestów fali. Jakieś siwe echa
błądzą w przestrzeni. Czy echa prabytu?

Błądzą, szeleszczą i czekają świtu
nowego słońca. Tu nic się nie zmieni.

Tu będzie zawsze potęga Przestrzeni.

Daj mi raz, Boże, zadrgać orlim lotem
hen! Ponad światem! Niech w głowie zaszumi

rozpęd szalony raz jeden. A potem
niech mi gra fali bicie serca stłumi,

serca, co było jak wulkan gorące,
serca, co czuło i morze, i słońce!”

background image

I  ten   szept   Adrianki   był   jej   jedyną   w  tej   chwili   modlitwą.   A  potem   przyszła   tęsknota. 

Tęsknota do człowieka, który, wiedziała, umiał czuć tak jak ona. Nie wiedziała natomiast, że i Stef 
włóczył się samotnie nad jeziorem, po lesie, deptał ścieżki, którymi chodzili razem i wciąż myślał 

tylko o tym, że z małą księżniczką było mu stokroć milej, a wszystko wokół miało zupełnie inny 
urok, oglądane przez pryzmat szarozielonych oczu wesołej panienki. I jedno już tylko teraz miał 

pragnienie: “wróć, mały, roześmiany skowronku, wróć, zalotna, kapryśna księżniczko!”

Ari wróciła niby taka sama, jak zwykle niefrasobliwie wesoła, ale teraz każde uderzenie 

serca   było   już   tylko   tęsknotą   i   wołaniem:   Stef!   Stef!   Ponieważ   przyjechali   wieczorem,   więc 
zobaczyła go dopiero rano. On sam wyszedł na jej spotkanie. Wyciągnęła impulsywnie obie ręce i 

krzyknęła zdławionym głosem:

- Och, Stef! Jakie cudne było morze i jak źle bez pana.

Dłużej niż zawsze dotąd przytrzymał opalone łapki w swoich.
- Księżniczko! I mnie było bardzo, bardzo pusto i niedobrze.

Nie kłamał wcale.
- Idziemy na spacer?

- Oczywiście!
- Prowadź, kapitanie.

Szli milcząc kawał drogi aż do małego, zacisznego lasku.
- Może usiądziemy? - zaproponowała Ari.

Nie oponował. Leciutko oparła się o niego ramieniem. Chciało jej się płakać.
- Niechże mi pan powie coś miłego.

- No to niech pani spojrzy na ten wąwóz. Czy nie cudowny? Była pani w Szwajcarii?
- Nie.

- Zupełnie podobny miejscami krajobraz. Tu raz szedłem nocą, tym wąwozem. Zabłądziłem 

i wlazłem na niemiecką stronę. Słyszę szwargot strażników. Ciemno, nosa własnego nie widać, a 

według określeń pani, jak u Murzyna w żołądku po czarnej kawie w ciemną noc. Nie znałem 
jeszcze tych stron dobrze. No, myślę sobie: niech mnie teraz capną. Tu Szwaby, a z drugiej strony 

moje   rodzone   Polaki   mogą   mnie   ustrzelić,   jak   się   będę   ku   nim   zbyt   gwałtownie   pchał. 
Przeleżałem w krzakach do świtu, a potem z pomocą Bożą i znajomego strażnika wróciłem do 

domu. Niech pani uważa, to jest perkoz dwuczuby. Musi dziennie zjeść trzy razy tyle ryb, ile sam 
waży.

Ale Ari uderzyła pięścią w mech.
- Nie chcę perkoza, i nie chcę wąwozu, i nie chcę pana... - i rozpłakała się.

background image

Stefan od razu zapomniał o całym świecie.
- Ależ księżniczko Ari. Maleństwo! Co się stało? Może nieporozumienie z narzeczonym?

Podniosła głowę.
- Z jakim znowu narzeczonym?

- Z panem Tolkiem.
- Tak,   właśnie!   Z   narzeczonym,   z   mężem,   z   teściową,   z   sześciorgiem   dzieci   i   z   królem 

hiszpańskim. Niech pan sobie idzie, nie chcę pana widzieć.

- Dobrze - wstał, ukłonił się i poszedł w stronę granicy niemieckiej.

Ari zerwała się też i pędem pobiegła do domu. Umyła się, uczesała, wzięła gitarę i poszła do 

pani Kryskiej.

- Księżniczka przyszła. Nareszcie. A gdzież Stef?
- Nie wiem, poszedł sobie, nie cierpię go.

- Aha! Sprzeczka. Oj, księżniczko, nie bałamuć mi syna. Chodzi już jak potłuczony od okna 

do okna; niech tylko Ari później wstanie.

- Ja też, proszę pani, chodzę jak potłuczona, a on nie daje się zbałamucić.
Panna Zenia wybuchnęła śmiechem.

- Miałaś   rację,   mateczko.   Tu   się   najwyraźniej   coś   święci.   W   każdym   razie   ja   mojej 

księżniczce nie dam zrobić krzywdy.

- Damo dworu, pani jest w każdym calu czarująca. Co mam zaśpiewać?
- Piosenkę o białych pawiach - zawołały obie panie.

“Raz ktoś księżniczce cud urody

darował białe pawie trzy.
I poszła z nimi na ogrody,

piękna księżniczka, pawie trzy.

Chodziła z nimi po murawie,
od rana aż po mroku ćmy

i pieszcząc swoje dziwne pawie,
śpiewała poprzez łzy.

O, pawie!

O, moje białe, białe pawie!
Tęsknotę sercu memu ścielą,

background image

zaczarowały mnie swą bielą
i sny srebrzyste śnię na jawie,

o, pawie!

Gdy na spoczynek szła księżniczka,
a za nią białych pawi sznur,

dwór patrzył smutno w pani liczka
i w dziwnych pawi biały sznur.

A gdy zasnęła cała w bieli

i przy niej pawie w krasie piór
drzemały cicho przy pościeli,

księżniczce nucił chór.”

Panna Zenia objęła Adriankę i śpiewały razem:

“O, pawie!
O, dziwne białe, białe pawie!

Tęsknotę sercu pani ścielą,
zaczarowały ją swą bielą.

I sny srebrzyste śni na jawie,
o, pawie!”

Po śniadej twarzy panny Zenony płynęły łzy. Jak dawno pożegnała już swój srebrzysty sen. 

W pokoju było cicho. Pani Kryska ukołysana śpiewem, drzemała. Panny siedziały, nie zapalając 
lampy. Wszedł Stefan. Na widok Ari chmurną twarz przebiegł płomień. Staruszka otworzyła oczy.

- Coś ty znowu przeskrobał, włóczykiju? Przeproś zaraz nasze słoneczko.
- Ja przepraszać bardzo lubię i uczynię to z przyjemnością, ale swoją drogą księżniczka jest 

rozpieszczony wielki kaprys.

Ucałował obie ręce panienki, a ona pochyliła twarz tak nisko, że musnęła policzkiem czoło 

Stefana. Gorąco mu się zrobiło i żeby coś powiedzieć, żeby ukryć wzruszenie, rzekł:

- Czy mamusia zauważyła, jakie piękne ręce ma to “słoneczko”?

- Ja dużo jeszcze rzeczy zauważyłam. Zeniusia, podaj herbatkę.
Stefan usadowił się koło Ari i szepnął:

background image

- Pójdzie księżniczka jutro nad “zaczarowane”?
- Pójdę! - krzyknęła podskoczywszy na krześle.

- Słuchaj, Stef, ty mi Adrianki po żadnych dziurach nie prowadzaj. Siedzielibyście ot, tutaj 

sobie, ja wielu rzeczy nie dosłyszę, możecie i tak wszystko co trzeba powiedzieć,

- Ależ, mateczko!
- Nie zawracaj głowy, osłodź pani herbatę.

Gdy Stefan, jak zwykle, odprowadził Adriankę, nie wrócił do domu. Poszedł prosto drogą 

zalaną księżycową poświatą i z góry widział jezioro tak ciche i srebrzyste jak sen dziecka.

Serce   Kryskiego   zalała   fala   bezbrzeżnej   tęsknoty.   Znów,   jak   ongiś,   doznał   pragnienia 

śmierci   i   poczuł   się   takim   tułaczem,   takim   samotnikiem,   że   go   to   niemal   dusiło.   Było   coś 

niesamowitego   w   srebrnej   ciszy   uśpionego   jeziora,   jakby   mu   ono   wyrwało   wszystkie   nerwy. 
Przypomniał sobie balladę Ari Klaudius, a właściwie jedną tylko jej zwrotkę:

“A tuman jasnych postaci

krąży w szalonym tanie,
śmieje się srebrnym śmiechem.

Mgły drgają srebrnym echem
i tłumy jasnych postaci

na rozelśnionej połaci.
Oczy mnie bolą... bolą... bolą...

Wszędzie srebro... srebro... srebro!
Za swoją srebrną dolą

idę... płynę!”

Jego dolą i niedolą, nie wiadomo kiedy, stała się Adrianka. Błyskotliwa, radosna laleczka, 

którą sobie wyczarował, czytając listy innej. Odejdzie. A on będzie spoglądał przez długi szereg 

nocy na tę wodę sam, na wodę, która we dnie ma kolor oczu Adrianki. Nie wie, kto ona, ale wie, że 
bez   niej   trudno   mu   będzie   żyć.   I   choćby   go   nawet   kochała,   bo   przecież   czasem   patrzy   tak 

miłośnie, tak urocznie, to czy ma prawo związać swoje tułacze życie z jej młodym, radosnym, 
gwarnym życiątkiem?

Teraz jest bez posady, nie wiadomo kiedy i gdzie wyruszy. Nigdy nie chciał robić kariery, 

choć   tysiąckrotnie   miał   sposobność.   Jego   koledzy   są   na   stanowiskach,   umieli   łapać   chwile 

odpowiednie. On nie. Trudno! Jest już za stary, by zmienić sposób myślenia. Za stary!

Postanowił zejść na dół i wrócić brzegiem jeziora. Schodził z góry między dwoma łanami 

background image

zboża, zamyślony. Wtem, tam na dole, w łódce na brzeg wyciągniętej, ujrzał dwie osoby. Ari! To 
sukienka i biały szal Ari. Serce mu zastygło na moment. Ari siedziała wtulona w ramiona męskie. 

Pot wystąpił na czoło Kryskiego. To nie Tolek, więc znów inny. Każdy krok sprawiał mu ostry, 
dojmujący fizyczny ból. Zaciskał zęby.

Siedzieli odwróceni do niego tyłem.
- Tatusiu, tak mi ciężko stąd odjeżdżać. To jest moje jezioro. Ja jestem jego księżniczką.

- Tak, Ari.
- I znów do pracy, do tego pisania. Coś przecież robić trzeba. Ale teraz... teraz wcale mi się 

nie chce.

- Wiem, córeczko.

- Imogenka pisze, że jest im z Wiktorem bardzo dobrze z Lilusią. Całe szczęście, że mu 

wywietrzałam z głowy. Oj, tatuś!... Tęskno mi!

- To dobrze, Ari. Czujesz, że żyjesz. Tęsknota jest twórcza.
Pod Stefanem ugięły się nogi. Nie mógł zrobić ani kroku dalej. Spojrzał na jezioro, na 

księżyc, na miedzianolitą główkę Adrianki i szepnął tylko:

- Boże Dobry! Boże Dobry!

Położył się w trawie mokrej od rosy i płakał, jak parę lat temu Jacek Zeler.

* * *

Rano Adrianka wrzuciła przez okno pęk chabrów do pokoju pani Kryskiej i zawołała:
- Dzień dobry!

- Witaj, księżniczko, jak to, nie wejdziesz do nas?
- Damo dworu, Zenono, czy nie będzie to wbrew ceremoniałowi pałacowemu, jeśli wejdę 

przez okno?

- Ceremoniał   dworski   każe   zasadniczo   wchodzić   kominem,   no   ale   tym   razem   jakoś 

prawidła etykiety obejdziemy.

Cała   cnotliwa   ludność   osady   ze   zgrozą   ujrzała   pannę   wchodzącą   oknem   do   obcego 

mieszkania.

- A gdzie pan Stef?

- Robi porządek w swoim pokoju. Zawołam go.
- O, dobrze.  Chcę pójść wcześniej  i wcześniej  wrócić,  by tu przyjść wieczorem  z  ta...  z 

panem profesorem Klaudiusem.

Zenia uśmiechnęła się leciutko.

- Będziemy czekać niecierpliwie, jak zawsze. Pani musi bardzo lubić profesora?
- O tak, zupełnie jak ojca.

background image

Zenia znów się dyskretnie uśmiechnęła i wyszła, bo właśnie zjawił się Stefan. Podszedł do 

Adrianki i ucałował obie jej ręce długo i mocno. Ze zdziwieniem zauważyła, że jest bardzo blady i 

bardzo wzruszony. Głos mu drżał, gdy zapytał niby wesoło:

- Jakże, księżniczko, idziemy nad “zaczarowane”?

- Tak, tak!
- A gitara jest?

- Jest.
- No to jedziemy łódką. Księżniczka będzie grała i śpiewała, a ja, pokorny niewolnik, u 

wiosła i steru.

Pojechali.   Woda   była   lekko   wzburzona   i   słońce   łamało   się   na   niej   w   miliony   złotych 

stokrotek. Ari uśmiechnięta pokazała znów wszystkie ząbki i dołeczek na lewym policzku. Skośne 
oczy lśniły spod zawiniętych w górę rzęs jak dwie pokusy:

“Przy cichym słonku i przy pogodzie

srebrne panienki tańczą po wodzie,
wiatr im rozwija, plącze sukienki,

tańczą! Wciąż tańczą srebrne panienki.”

- Księżniczko, masz oczy jak morze.
- Ooo! I jeszcze co?

- I usta jak maki!
- Jestem nieprzytomna. I jeszcze co?

- I ręce jak dwa białe, do lotu zerwane łabędzie.
- Kapitanie, czuję bliskość zaczarowanego jeziora.

- Ja też. Tam wysiądziemy i pójdziemy pieszo.
- Czy mogę kapitana wziąć pod rękę?

- Służę.
Szli przez mały lasek, potem szeroką piaszczystą drogą w dół i w dół, aż do lasu dużego, 

zarosłego paprocią i mchem.

- Teraz już niedaleko. Księżniczka zmęczona?!

- Tak - szepnęła.
Wiedziała,   że   idzie   w   mrok   jakiejś   tajemnicy,   jakiegoś   Nieznanego.   Ogarniało   ją   takie 

wzruszenie, że zupełnie słabła. Przystanęli. Spojrzała w oczy Stefana mocno, gorąco, błagalnie, 
wargi jej drgnęły.

background image

- Co mówisz, księżniczko? - szepnął Stefan i wpatrzył się w najcudowniejsze, zamglone 

oczy.

- Nic, tak tylko.
- Chodźmy - rzekł krótko, uciekając przed zawrotnym pragnieniem.

Jeszcze parę kroków i stanęli nad małą, szmaragdową, niemal okrągłą tafelką. Dookoła 

niej   wspinał   się   na   pagórki   las   sosnowy,   młody,   o   poszyciu   z   wrzosów.   Słońce   oświetlało 

wspaniale, lecz nie ostro szklane lustro. Białe nenufary nadsłuchiwały pieśni miłosnej błękitnych i 
srebrzystych ważek.

Długą chwilę stali w milczeniu, patrząc na wodę. Miało się wrażenie, że duch jeziora krąży 

wokół i kołysze się na liściach lilii i trzyma palec na ustach.

- Boże, jak tu cudnie.
- A widzisz, księżniczko.

- A teraz chodźmy z drugiej strony, tam na wrzosy.
Ari po drodze urwała parę nenufarów i wpięła we włosy. Potem usiedli obok siebie.

- Ładnie mi w tych kwiatach?
- Ślicznie.

Westchnęła.   Wyciągnęła   się   we   wrzosach,   położyła   głowę   na   kolanach   Kryskiego. 

Znieruchomiał.

- Dlaczego pan wciąż odwraca głowę, Stef. Nie chce pan patrzeć na mnie?
- Chcę, ale nie mogę. I nie chcę wierzyć oczom księżniczki.

Znów   ogarniało   ich   skrzydłami   opiekuńczymi   milczenie   i   tylko   oczy   oczu   szukały   z 

tęsknotą.

- Dlaczego pan wierzyć mi nie chce, Stef?
- Nie wolno mi.

- Czy pan wciąż jeszcze kocha Ari Klaudius?
- Tak.

Odsunęła się od niego i gryzła źdźbło trawy.
- Przecież ja już za dziesięć dni wyjeżdżam - powiedziała żałośnie i rozpłakała się.

Klęknął przy niej, objął jak małe dziecko i tuląc do piersi, mówił zapatrzony w drgające 

usteczka:

- Moje   małe,   najmilsze,   moje   słoneczko!   Nie   płacz.   Taka   mądra   osóbka,   taki   wisus   w 

spódnicy, płacze? Ari Klaudius maśli się?

Otworzyła oczy.
- No więc jak jest z tą Klaudius, czy to ja... czy nie ja?

background image

- Ty, moja najsłodsza, ty, coś takie listy kochane do mnie pisała. Ty jedyna, jedyna.
- A widzisz! - i zawiązała ręce na jego szyi.

Wracali pod rękę.

- Ari moja, co ja tu będę robił bez ciebie, najmilsza?
- Nie pozwól mi odjechać.

- Tego mi zrobić nie wolno, Adrianko. Nie wolno mi zabierać cię tylko dla siebie i zakopać 

w takiej dziurze, to byłaby zbrodnia.

- A nie będzie zbrodnia, gdy każesz umierać mi z tęsknoty?
- Nie, Ari, będziesz żyć, będziesz się śmiać i śpiewać, będziesz słoneczkiem dla otoczenia. 

Ja jestem szczęśliwy, że mam twoje serduszko, Ari. Nigdy tak nie kochałem. Będzie mi świeciło do 
końca życia wspomnienie o tobie, maleńka.

- Nie mów tak, ja chcę być z tobą.
- Będziesz ze mną, Ari, serduszkiem. Nie mówmy już o tym, księżniczko.

Wieczorem siedzieli obok siebie szczęśliwi, roześmiani. Pani Kryska uśmiechała się też z 

czułością, patrząc na głowę Ari przytuloną do ramienia Stefana.

Teraz już całe dnie od rana do wieczora spędzali razem, najczęściej nad “zaczarowanym” 

jeziorkiem. Ari chciała wynagrodzić Stefanowi swą miłością całą mękę i wszystkie zawody życia. 

Oplatała go ramionami, całowała oczy i usta, nazywała najczulszymi, pieszczotliwymi imionami.

- Ari, jeszcze żadna kobieta nie całowała mnie tak jak ty.

- Żadna cię tak nie kochała jak ja. Zresztą skończyłam wyższą akademię sztuki całowania.
- Wariat jesteś.

- O, Stef. Nie pozwól mi odejść, Stef, ja zostanę z tobą.
- Miałabyś do mnie wieczny żal, żem cię wyrwał z tego środowiska, nic w zamian nie dając, 

a tego bym nie przeżył.

- To walcz o swoje szczęście.

- Najmilsza, jestem już za stary. Teraz walczyć mogą tylko młodzi. Jeżeli nawet dostanę 

posadę, to nie taką, bym ci mógł zapewnić wszystko, czego potrzebujesz.

- Ja tylko ciebie chcę.
- To ci się zdaje, Ari, na razie, a potem? Nie, dziecko, ty musisz mieć wkoło siebie ludzi, 

którzy cię kochają, ruch, gwar, muzykę. Mnie wystarczy życie, jakie prowadzę. Zresztą rozjaśniłaś 
je, słoneczko.

- Stef. Nie chcę być bez ciebie, będę wciąż beczała.
- Bądź odważna, Ari, bądź nadal radosna i wesoła. Bóg cię na to stworzył, maleńka, byś 

background image

pozwoliła się kochać.

Ari płakała żałośnie w ramionach ukochanego.

W wigilię odjazdu do późnej nocy siedziała u państwa Kryskich. Zenia i staruszka wyszły 

dyskretnie.

- Ari,   bądź   szczęśliwa,   bądź   wesoła   i   pamiętaj   o   mnie.   Jesteś   moim   najświętszym 

kochaniem.

Przycisnęła różowy, mokry od łez policzek do jego dłoni i zaczęła mówić:

“A jednak przyjadę, powrócę do ciebie,
gdy ty po pracy utrudzoną głowę,

na piersi pochylisz. Gdy skrzydła krepowe
smutku cię dotkną, powrócę do ciebie.

Przyjdę cichutko, tak w szarą godzinę.

Jasnym nad tobą zawisnę uśmiechem.
Z falą jeziora szumiącą przypłynę

i słów serdecznych spowiję cię echem.

Ilekroć serce silniej ci zabije,
zadrży boleśnie tęsknoty udręką,

przyjdę kochaniem, co w tobie ożyje,
przyjdę wesołą, znajomą piosenką.

Bo gdyby drzewa tak mocno szumiały,

jak ja cię kocham, to ich szum potężny,
brzmiący rozgłośnie jak organ mosiężny,

zgłuszyłby chyba mowę ziemi całej.

A gdyby słońce paliło tak mocno,
jak ja cię kocham, nie znalazłbyś cienia

i próżno szukał przed żarem schronienia
i próżno czekał na ochłodę nocną.

Z błysków szkarłatnych słońca o zachodzie

background image

ułożę słowo “kocham” tajemnicze
i niech się lekko kołysze po wodzie,

patrząc na ciebie, jak szczęścia oblicze.

Gwiazdy chcę zrywać jak pachnące kwiecie,
a gwiazdy pachną, wiesz? Miłością złotą.

Boś ty jest jeden jedyny na świecie moim
kochaniem, szczęściem i tęsknotą.

Pamiętaj o mnie! Księżniczki serduszko

jak małą muszlę trzymasz przecież w dłoni,
a gdy zasypiasz, złóż je pod poduszką:

do snu ci bajkę o szczęściu zadzwoni.

Jestem wciąż z tobą.
Nic to że nas dzieli przestrzeń.

Wszak serce ma skrzydła jak ptaki.
I wiem, że nawet czas go nie spopieli:

za tobą pójdzie hen, w słoneczne szlaki.

I wiem, że znowu, że już, już niedługo
do twojej piersi przytulę się drżąca,

a serca nasze wzlecą jasną smugą cichego
szczęścia, hen w górę! do słońca!

Kocham cię! Wierzę, iż nad mą tęsknotą

czuwają wiernie drogie oczy twoje
i gdy znów usta z ustami się splotą,

świat zniknie... będziesz ty i ja! Nas dwoje!”

I splotły się gorąco ich usta w długim, bolesnym pocałunku pożegnania.

Stefanowi serce na strzępy targał żal, wyć mu się chciało z rozpaczy, a musiał milczeć, 

musiał   wykrzywiać   usta   do   śmiechu,   gdy   stał   półprzytomny   w   oknie   i   widział,   jak   całe 

background image

towarzystwo winduje się ze śpiewem na ciężarowe auto. Adrianka była kredowo blada. Siedziała 
obok ojca i przytuliwszy mu głowę do ramienia, przymknęła oczy.

Zawarczał   motor.   Odjechali.   A   Stefan   wciąż   widział   śmiertelnie   bladą   twarzyczkę   z 

zamkniętymi oczami. Parę dni chodził zupełnie jak nieprzytomny. Wychodził na drogę do lasu i 

oglądał się, czy Ari nie biegnie za nim. Podczas wichury zdawało mu się, że Ari idzie koło niego, a 
wiatr   rzuca   jej   rozburzonymi   lokami.   Ona   tak   lubiła   słuchać   szumu   rozigranych   drzew, 

rozszalałych fal! Czasem, gdy wychodził z domu w chłodniejszy dzień, nagle stawał.

- Że też nie wziąłem z sobą ciepłego pledu dla maleńkiej.

A potem, gdy już wracał, przypominał sobie, że “maleńkiej”, która była taka wysoka prawie 

jak i on, nie ma już. I gryzł palce z tęsknoty. I nie było przed wspomnieniami ucieczki.

* * *

Ari zaś w mieście,  w wirze  pracy  bladła,  cichła.  Jej radosny uśmiech z każdym  dniem 

błękitniał,   rozwiewał   się   w   cień.   Teresa,   niespokojna   o   przyjaciółkę,   wymyślała   chłopcom   od 
niedołęgów.

- Zajmijcie się nią. To jest melancholia, trzeba ją rozruszać.
- My już na głowie stajemy. Redaktor dał jej podwyżkę, ja gitarę, Julian swoje złamane 

serce, a ona nic - tłumaczył Zdzisław.

Terenia   zaczęła   u   siebie   urządzać   wieczorki.   Zapraszała   samych   młodych,   wesołych 

chłopców  i   poleciła   im   wyprowadzić   Adriankę   z  chorobliwego   stanu.   Ari  tańczyła,  żartowała, 
uśmiechała się i... gasła w oczach.

- Głuptasie, głuptasie skończony! Chorować z miłości! To jest zwyrodnienie, perwersja, to 

po prostu nieprzyzwoicie. Puknij się, Ari, palcem w czoło, niech on tam sobie choruje, ty się ciesz. 

Grunt się nie przejmować. Zbrzydniesz, postarzejesz.

- To dobrze, wtedy on nie będzie mojej urody żałował dla siebie.

Czasem w trakcie najweselszej rozmowy Ari urywała i patrząc szeroko otwartymi oczyma w 

dal, mówiła miękkim, pełnym tęsknoty głosem:

- Tam, nad jeziorem, teraz wschodzi księżyc, kołysze się na falach.
Albo:

- I tam już liście spadają cichutko złote i czerwone. Jak słodko muszą szeleścić pod nogami.
Wreszcie przed Bożym Narodzeniem Ari dostała list od Stefana. Dzięki poparciu jakiegoś 

dawnego   kolegi   otrzymał   posadę   leśniczego   w   lasach   państwowych.   Mieszka   sam   w   dużym, 
pustym domu, zupełnie prawie odcięty od świata. Do najbliższego przystanku autobusowego ma 

piętnaście kilometrów, ale jest szczęśliwy, że już nie siedzi bezczynnie. Zresztą kocha las.

“I, Ari, moja cudowna bajko. Chwilami zdaje mi się, że byłaś tylko wizją. Ale nie! Wiem, że 

background image

jesteś, bo kocham cię i tęsknię do ciebie.  Może się kiedy zobaczymy,  Ari. Bądź  wesoła,  bądź 
radosna.   Tego   potrzebują   od   ciebie   wszyscy,   a   pierwszy   twój   ojciec.   Niewart   jestem   ciebie, 

kochanie, ale czczę ciebie i twoją miłość jak Boga.”

Adrianka pokazała list ojcu i szepnęła:

- Tatuś, pojadę.
- Niech ci Bóg błogosławi, dziecko.

* * *

Mróz   był   siarczysty.   Adrianka   wysiadła   z   autobusu,   rozpytała   się   dobrze   o   drogę   do 

leśniczówki. Co tam głupie piętnaście kilometrów! Nie miała innych bagaży, jak tylko pudło z 
gitarą, do którego włożyła parę drobiazgów. Droga była zupełnie prosta i wyraźna, choć lekko 

przyprószona śniegiem. Ari wyciągała raźno nóżki, żeby nie zmarznąć. Naokoło było biało, cicho i 
pusto,   tylko   skrzypiał   śnieg   pod   jej   lekkimi   nóżkami.   Kiedy   ujrzała   leśniczówkę,   duży,   biały, 

murowany domek, zrobiło jej się tak ciemno w oczach, że musiała oprzeć się o drzewo. Spojrzała 
na   zegarek.   Godzina   czwarta.   Wolno,   wolniutko   wstępowała   po   kilku   stopniach   do   drzwi 

wejściowych.   Dzwonek   jest.   Zadzwoniła   raz,   drugi,   trzeci.   Cisza.   Gdzieś   z   podwórza   wylazł 
chłopak.

- Zaś pani do kogo?
- Do pana Kryskiego.

- Pan Kryski jest doch wyjedzony do starszej pani.
- Jak to jest stąd daleko?

- Będzie zaś z piętnaście kilometrów od szosy.
- A do szosy?

- Ze trzy.
- Nie masz tu konia, chłopcze?

- Nie, pan jest na konia wyjedzony.
- A rower masz?

- Swojego nie mam bynajmniej, ale mogę go używać, to jest brata rzeczywiście.
- Pożycz mi go.

- O, ja się boję, doch żeby to był mój, ale zaś bratów, nie?
- Pan Kryski ci go własnonożnie przywiezie. Masz tu dziesięć złotych, dawaj rower.

Podrapał się w głowę.
- Ja dam, nie? Ale bynajmniej jak co, to pan mi zapłaci?

- Bądź spokojny.
- No ja, ja! Jest dobrze!

background image

Wydostał z komórki jakiś stary, ochwacony gruchot, który skrzypiał i jęczał przy każdym 

ruchu. Ari wsiadła z rozmachem i pojechała. Co parę obrotów rower zataczał się jak pijany z boku 

na bok, coś mu tam rzęziło i chrapało w kołach i w kierownicy. Wysypała się raz i drugi, i trzeci, 
utknęła nosem w śnieg, zgubiła rękawiczkę, oberwała spinki od botów, rozdarła palto, przeklęła 

rozkoszną maszynkę siedemdziesiąt siedem razy. Ale jechała z trzaskiem, skrzypem i fantazją. 
Gitara,   obijając   się   o   rower,   wydawała   też   jęki   żałosne.   Zaczęło   się   szybko   ściemniać,   Ari 

przebierała   nogami   ile   tylko   miała   siły,   ale   okropnie   marzły   jej   ręce.   Wreszcie,   ostatkiem   sił 
goniąca, dojechała do znajomego domku. W oknach się świeciło. Zlazła z roweru i ciągnąc go za 

sobą jak psa za ogon, doszła do drzwi, zapukała:

- Zeniusia, ktoś puka, pewno Stef.

- Idę, mamusiu.
Otworzyła   drzwi   i   cofnęła   się   przerażona.   W   drzwiach   stała   okropnie   rozczochrana, 

ośnieżona, czerwona i zmarznięta Adrianka.

- Ari.. Ari... to pani?

- Nie mam pewności. Trzy razy grzmotnęłam razem z tym gruchotem w śnieg i nie wiem, 

co ze mnie zostało.

- Jezus Maria, mamo, Ari przyjechała! - krzyknęła Zenia, chwytając Adriankę w mocny, 

serdeczny uścisk.

- Dziecko   drogie,   w   takie   zimno,   Panno   Święta,   na   rowerze...   jak   ty   wyglądasz,   Ari!   - 

załamywała ręce staruszka i z trudem podniósłszy się z fotela, ściągała z dziewczyny palto.

- Zeniusia, herbaty... ściel łóżko... wody zimnej do rąk i nóg! Ach, maleństwo, maleństwo!
- Nie mogłam inaczej, tęskniłam! Ale pan Stef może będzie zły.

- Ten twój Stef to skończony idiota. Ale i tobie nic nie brakuje. Trzeba było depeszować.
- Chciałam zrobić niespodziankę.

- Będzie   niespodzianka,   jak   ci   nos   odpadnie   -   zrzędziła   staruszka,   wchodząc   już   w 

upragnioną rolę teściowej.

- Przecież ja byłam już i w leśniczówce. Wzięłam tam rower i przyjechałam tu. Myślałam, 

że wszyscy tam mieszkacie. Ale to jest nie rower, tylko piekielna maszyna.

Kobiety zamilkły i patrzyły na Adriankę w niemym przerażeniu.
- W imię Ojca i Syna! Taki szmat drogi po mrozie piechotą tam, potem tu na tym pudle... - 

wyszeptała Kryska drżącymi ustami. Nagle ostro krzyknęła:

- Kładź się w tej chwili do łóżka, smarkata jedna! Coś podobnego! Kładź się w tej chwili! - i 

wyczerpana opadła na fotel, mówiąc bez przerwy:

- Moja kruszyna, moje biedactwo złote! Dla takiego włóczykija, tyli szmat drogi. Potłukłaś 

background image

się. Za moich czasów panny na rowerach nie jeździły, ale tutaj bachor koszulę w zębach trzyma, 
majtki mu opadają, a na rowerze przebiera. Ale ty, w taki psi czas. Zeniusia, przyłóż ciepłą fajerkę 

do nóg. Do herbaty trzeba dolać spirytusu... co robisz? To denaturat. Boże Wszechmogący, coś 
podobnego! Nic cię nie boli?

- Nie,   proszę   pani   -   a   jednocześnie   pomyślała,   że   gderanie   staruszki   sprawia   jej 

przyjemność, nie tak jak panny Józefy.

- Pani, jaka tam pani jestem dla ciebie! Nie kocham cię pewno mniej niż swoje rodzone 

dzieci.

- Ja wiem, mamusiu!
Staruszka zwlokła się z fotela i stukając laską, podeszła do łóżka, pocałowała gładkie czoło 

dziewczyny.

- Ja w twoim wieku miałam już czworo dzieci, a ty jesteś taki głuptas, że nieraz mam 

ochotę wsypać ci z piętnaście rózeg.

- To może już jutro. Dziś mnie i tak wszystkie boki bolą. Jak raz grzmotnęłam o drzewo, to 

świat mi zaczął w oczach fokstrota tańczyć. A gdzie jest pan Stef?

- Poszedł do stolarza, który mu narty robi. Powinien zaraz nadejść.

- Nie mówcie mu, że przyjechałam.
- Dobrze.

- Ale..   ale,   niech   mamuśka   zacznie   z   nim   o  mnie   rozmawiać,   niech   ja  na   własne   uszy 

usłyszę, co on o mnie myśli.

- Bardzo rozmowny to on nie jest, ale spróbuję. A ty leż spokojnie, zgasimy światło tutaj. 

Nawet nie zauważy.

Ari leżała cichutko. W głowie jej szumiało. Zaraz, za chwilę usłyszy najdroższy głos, spojrzy 

w poważne, rozumne, smutne oczy. Jak to będzie? Jak to będzie? Podejdzie z tyłu na palcach i 

zasłoni mu rękami oczy. I każe zgadnąć. Albo tylko po prostu stanie w drzwiach. O Boże!

Za jakieś pół godziny usłyszała pukanie. Przez pokój przebiegła Zenia.

- Teraz to Stef - powiedziała cicho. - Teraz otwiera drzwi.
Głos Stefana:

- Jeszcze nie śpicie? Co tu robi ten gruchot, może Gustaw po mnie przyjechał?
- Przyjechał, ale nie po ciebie, do sklepu.

- Mówiłem, żeby na tym rowerze nie jeździł. Jeszcze sobie kiedy kark skręci.
- Chodź, Stef, do mamy, napijesz się herbaty.

- Z przyjemnością. Fatalna pogoda. Wicher i śnieg.
Przeszedł przez pokój. Zenia krzątała się w kuchni. Wszystka krew spłynęła Adriance do 

background image

serca. Przycisnęła je dłonią. Potem cichutko otworzyła pudełko z gitarą, wyciągnęła białą piżamę z 
jedwabnej   flaneli,   zgarnęła   włosy   w  tył,   po  omacku   upudrowała   rozpaloną   twarz,   ubrała   się. 

Lekko przegarnęła palcami struny.

- Wie   mama,   przed   chwilą   miałem   wrażenie,   że   słyszę   gitarę   Adrianki.   Co   tam   robi, 

maleństwo?

- Ładne maleństwo, kobieta jak sosna. Ma pewno ze dwadzieścia osiem lat.

- Ale nie wygląda na tyle. Zresztą mamo, to jest typ, który się nigdy nie zestarzeje. Ona 

będzie wiecznie młoda, jak ziemia, i kwitnąca.

- Hm, jeżeli się nią tak zachwycasz, to czemu nie ożeniłeś się z nią? Ja Boga o to prosiłam. 

Dziewczyna jak żywe srebro.

- Właśnie dlatego. Co ona by tu ze mną robiła w tej pustce? A teraz ciekawym, co robi?
- Pewno śpi.

- Wątpię. W mieście nie kładą się spać o tej porze. Śmieje się, tańczy! Pamiętasz, mamo, 

jak nam tańczyła? Taka wysmukła, taka zgrabna! Jak ładnie fruwały ponad ziemią jej proste, 

smukłe nóżki!

- Pamiętam. Widzę też, że wzięła cię porządnie.

- O tak!
- A na początku byłeś strasznie kamienny, aż mi było żal biedactwa.

- Wiesz, mamo, zrazu obserwowałem ją z podziwem, jak dzieło sztuki, i chciałem podziwiać 

jedynie i czcić, jak się czci piękną rzeźbę lub obraz. Sama wiesz, nie pozwalałem sobie w stosunku 

do   niej   na   żadną   poufałość.   Zachwycałem   się   każdym   jej   uśmiechem,   ruchem,   spojrzeniem, 
wiedząc,   że   nie   mam   na   nic   więcej   prawa.   Na   punkcie   rączek   Adrianki   byłem   też   zupełnie 

zwariowany. Czy miałem prawo, czy mogłem choć na moment przypuszczać, że poczuje do mnie 
większą sympatię? Przemknęła przede mną jak tęczowy motyl i zniknęła. Musiałbym chyba być 

barbarzyńcą, by dotknąć tych cudownych, lśniących skrzydełek. Związać jej wspaniały słoneczny 
poranek z moim zmierzchem. I nie żałuję tego, co uczyniłem, tylko... - potarł czoło dłońmi.

- Tylko co? No mów, mów dalej, to ci ulży.
- Tylko mi tak strasznie pusto i źle bez niej. Ona tam gdzieś kwitnie jak rajski kwiat, a ja 

mam jedynie wspomnienie i świadomość, że gdybym był młodszy, sprytniejszy w życiu, mógłbym 
jej powiedzieć: “Zostań ze mną. Rób co chcesz, baw się, śmiej, flirtuj, z kim chcesz, ale zostań ze 

mną”.

Staruszka spojrzała w uchylone drzwi i uśmiechnęła się leciutko, widząc twarz Adrianki, 

wysmarowaną   pudrem,   niby   twarz   pierrota.[clowna]   Ari   przecież   czyniła   to   bez   lusterka,   po 
ciemku.

background image

- O czym myślisz, synku?
- Jak zawsze, o niej. Przegrałem, mamo, fatalnie. Ona teraz może już i śpi. Ciekawym, czy i 

przez sen się uśmiecha?

- Nie, nie śpi teraz. Wysypała zapewne całe pudło pudru na twarz i będzie śpiewała.

Podniósł głowę i spojrzał na matkę z milczącym zdumieniem.
- Patrzysz na mnie jak na wariatkę, ale jestem przytomna, upewniam cię.

“Gwiazdami nabitą masz kołyseczkę

i skrzydła anielskie za poduszeczkę...”

Zerwał się z krzesła, palce kurczowo zacisnął na poręczy i nie mógł ruszyć kroku naprzód. 

Od progu szła Ari. Na ciemnych strunach drżały białe palce.

“Lulajże, Jezuniu, lulajże, lulaj,

świat cały miłością swoją otulaj.”

- Ari! - tęsknota, ból, radość jęknęły w głosie Stefana.
- Stef!

- Gitara! Na miłość boską, uważajcie! - krzyknęła pani Kryska.
Ale gitarę w samą chwilę chwyciła Zenia, bo Adriankę mocno trzymał Stefan.

Wtedy pani Kryska zaczęła z hałasem wycierać nos, mówiąc jednocześnie:
- Tak! Zenusia, zasuń rolety. Długo tak myślicie stać? Ari, wracaj do łóżka.

- Nie, mateczko, już odpoczęłam, ja chcę tutaj.
- To okryj się pledem, jeżeli nie zachorujesz po takiej wariackiej podróży, to widać, że Bóg 

czuwa nad szalonymi.

Wreszcie Stefan odzyskał przytomność, usadowił ukochaną na otomanie, owinął pledem, a 

sam usiadł przy niej i oparł głowę o słodkie, młode i krągłe ramię dziewczyny.

- No, niech mamusia spojrzy, jaki to pieszczoch.

- Ari... już tak dawno!
- Ty się, koniu stary, na niej nie opieraj, bo wiedz o tym, że na tym trzeszczącym rupieciu z 

twojej pustelni właśnie ona przygalopowała - rzekła Zenia.

- Adrianko, maleństwo, jak mogłaś? - szepnął Stefan z oczami pełnymi łez.

- A co miałam robić, nocować z tym rozkosznym chłopczykiem, co mi “zaś, ale, doch”, 

bynajmniej się nie podobał?

background image

- Ari! Całym życiem nie spłacę ci tego.
- Spłacisz,   Stef.   Przede   wszystkim   musisz   dać   do   reperacji   moje   boty,   bo   pogubiłam 

sprzączki.

Po herbatce pani Kryska i Zenia dyskretnie zniknęły. Stefan klęknął przed Adrianką.

- Nie boisz się pustki i głuszy?
- Nie!

- I nie będziesz żałowała?
- Ani myślę.

- I chcesz zostać ze mną?
- Koniecznie!

- Adrianko!
A   panna   Zenia   ścieląc   łóżka,   śpiewała   półgłosem.   Podniosła   głowę   znad   białej   góry 

poduszek.

- Ach, mamo! Jakie cudowne będą święta w tym roku!

- O tak, dziecko. I jeśli Bóg da doczekać, i następne, już zawsze. Stefan nie będzie smutny.
- Trzeba koniecznie jutro od rana postarać się o choinkę i słodycze.

Nazajutrz cały dzień w trzech pokojach pani Kryskiej panował ruch i bieganina. Pogoda 

była mroźna, ale słoneczna, więc Stefan poszedł z Adrianką nad zaczarowane jezioro.

Było teraz białe zupełnie. Wszędzie wkoło panowała kamienna, biała cisza. Tylko drzewa, z 

których wiatr pozrzucał puch śniegu, stały ciemne i surowe.

- Jeziorko śpi... - szepnęła Ari.
- Moje serce też spało, a obudziłaś je.

- Kochany! Chodźmy stąd, nie trzeba mu przeszkadzać. Przyjdziemy tu na wiosnę.
- Dobrze, Ari.

Szli dość szybko. Naokoło nich iskrzył się w słońcu śnieg. Martwe, wielkie jezioro, otoczone 

nagimi pagórkami, miało w sobie jakąś surową powagę. Lecz im dwojgu żaden krajobraz nie mógł 

się teraz wydać piękniejszy.

W   domu   już   od   progu   uderzył   ich   zapach   zieleni.   W   stołowym   pokoju   Zenia   ubierała 

choinkę świeczkami, które podawał jej... pan profesor we własnej osobie, a przy tym okropnie 
fałszywym basem śpiewał: “Przybieżeli do Betlejem...”

- Tatusiu! - wrzasnęła Adrianka, rzucając mu się na szyję.
- Byłem niespokojny, jak zajechałaś - mruknął. - Zresztą tu jest zdrowy klimat.

Po Wilii siedzieli wszyscy prawie do północy, snując projekty na przyszłość. Wreszcie pani 

Kryska dała hasło do rozejścia się. Ona z córką miały nocować w pokoju stołowym, profesor z 

background image

córką w sypialni, zaś Stefan w swoim dawniejszym. Zgasły światła.

Mieszkanie zaległa cisza. Adriance głośno pukało serce. Tam za ścianą jest Stefan. Nie 

mogła zasnąć. Wreszcie po cichutku wstała. W pokoju nie było zbyt ciemno, bo do okien zaglądała 
pogodna, mroźna, księżycowa noc.

Ari zamknęła oczy, przygryzła wargi i nacisnęła klamkę sąsiednich drzwi. Nie skrzypnęły. 

Przy łóżku paliła się słabiutkim płomieniem nocna lampka. Stefan leżał na wznak, jedną rękę 

trzymał na oczach, druga spoczywała na kołdrze. Adrianka zamknęła drzwi za sobą bezgłośnie, ale 
pod jej bosą stopą skrzypnęła podłoga. Zamarła w bezruchu. Stefan odwrócił głowę na bok i ujrzał 

Adriankę. Jej twarz była tak biała jak jej nocna koszulka. Widząc, że Stefan milczy, podeszła 
szybko i ukląkłszy przy łóżku, wyszeptała:

- Chciałam ci coś podarować na Gwiazdkę, Stef, więc przyszłam. Zresztą myślałam, że... 

że... że ci tu zimno w tym pokoju bez pieca.

Gdy spotkali się przy śniadaniu, krwawy rumieniec oblał twarz Adrianki. Jemu zaś na ten 

widok zalała duszę bezbrzeżna tkliwość, wzruszenie, jakiego nie doznał nigdy jeszcze w ciągu 
różnorakiego życia. Pochylił głowę nad jej drżącymi dłońmi.

- Szczęście moje - szepnął.
Uśmiechnęła się,

Po śniadaniu profesor zasiadł z panią Kryską do jakiegoś nadzwyczajnego pasjansa, Zenia 

królowała w kuchni. Stefan został z Adrianką sam. Siedzieli na kanapie naprzeciw choinki. Ari 

przycisnęła główkę do ramienia Stefana, a jego dłoń położyła sobie na policzku.

- Ari, wiesz, o czym myślałem wczoraj, gdyś przyszła? Boże! Co za rumieniec! Aż dekolt 

poróżowiał. Adrianko, ja naprawdę przy tobie skołowacieję. Przecież ty jesteś przeurocza.

- Dobrze, ale o czym myślałeś?

- Właśnie o tym, że za ścianą leży w łóżeczku smukła, różowa, aksamitna dziewczyna, sen 

wszystkich   moich   nocy   i   dni.   Myślałem,   że   każdym   uderzeniem   pulsu   wołam   ją   do   siebie.   I 

widzisz, przyszłaś! Czy teraz żałujesz, żeś mi się dała na Gwiazdkę?

- Och, Stef!

* * *

Minęły święta. Ari nie pokazywała się w redakcji ani u Tereni. Nikt nie wiedział, gdzie jest i 

co się z nią dzieje. Profesora też nie było. Wreszcie redaktor otrzymał list, przeczytał i zawołał do 
swego gabinetu Tolka i innych kolegów Adrianki.

- Macie. To jest najlepszy jej kawał. Wyszła za jakiegoś pustelnika i będzie mieszkała w 

lesie!

background image

Wśród ogólnego wrzasku Tolek kiwał głową i rzekł ze smutkiem:
- Ten kawał sporządzała przez całe lato.

Wreszcie profesor znowu pojawił się w Krakowie i odbywszy długą konferencję z Teranią, 

zaczął wraz z nią zwiedzać wszystkie sklepy. Kupował i kupował bez końca.

- Całe życie oszczędzałem dla mojej pszczółki, niech teraz nic jej nie brakuje.
Chłodny, ponury dom w lesie szybko zmienił się w przytulne, pachnące gniazdko. Pani 

Kryska   wynajęła   swój   domek   nad   jeziorem   i   wraz   z   córką   zamieszkała   przy   synowej.   Teraz 
odpoczywała  naprawdę.  A Stefan,  patrząc z bałwochwalczym  uwielbieniem na lśniącą  główkę 

Adrianki, myślał: “Oto jest dusza mego życia. Oto jest krew mojego serca”.

* * *

Profesor   Klaudius   siedział   nad   stołem   zarzuconym   gazetami,   w   których   umieszczano 

felietony Ari, i czytał list:

“I, Tatusiu, jest mi tak strasznie, bajecznie dobrze. Las jest biały, bielusieńki, a oczy Stefa 

czarne i słodkie, a Twoje jak fiołki. Stef mówi, że ja mam oczy zupełnie jak morze, dlatego też 
często je zamykam, by patrząc w nie, morskiej choroby nie dostał. Choć niby marynarz, powinien 

być odporny, ale dla pewności lepiej zamknąć. Prawda, tatusiu? Pokój masz już przygotowany i 
naucz się nowego pasjansa.

Uczę się jeździć na nartach. Nic trudnego, prawie że umiem. Tydzień temu bowiem, jak się 

wysypałam, to ze trzy kwadranse kreśliłam nogami w powietrzu futurystyczne rysunki, a wczoraj 

jedne głupie dziesięć minut i... wstałam! No! Przywieź sobie narty bezapelacyjnie. I wiesz, jak mi 
się   tu   świetnie   pisze.   Podwyższyli   mi   nawet   honorarium,   że   to   niby   takie   morowe   artykuły. 

Umiem już od razu odróżnić ślady zająca od śladów naszych sanek i ślady naszego psa od psa 
gajowego,  który ma tylko trzy  nogi (pies, nie gajowy). W ogóle z tymi nogami to tu krucho, 

niewiasty   mają   przeważnie   albo   dwie   lewe,   albo   dwie   prawe,   ale   za   to  solidne,   podstawowe. 
Dlatego mniej tu jest w sumie upadłości niż w innych częściach kraju.

Moja gwardia przysyła mi serdeczne listy i książki. Terania parę cudnych obrazów, jasne 

więc jest, że nie zapomnieli o Adriance. Ach, tatusiu mój najukochańszy, jakie cudowne jest życie! 

Posłałam mamusi dwa zające własnoręcznie upolowane. Właściwie strzelał Stef, bo ja miałam 
ręce zajęte: trzymałam palce w uszach. Ale za to niosłam ubitą zwierzynę do domu. Tatusiu, 

wyobraź sobie w tej chwili zająca, zatykającego uszy palcami. Wiesz, kiedy by tak zrobił? Kiedy by 
Ari   do   niego   strzelała.   Przeczekałby,   aż   wystrzelam   wszystkie   naboje,   a   potem   machając 

ogonkiem, rzekłby: “I po co robić tyle huku?”

Bardzo też jest mi przykro, że celując z łuku do szyszki, trafiłam we własny pantofel, ale 

background image

ponieważ   strzała   drewniana,   więc  był  tylko   siniak.   Ale  Stef  mi  zrobi  prawdziwy,  wielki   łuk  i 
prawdziwe   strzały.   Stef   wszystko   umie.   Tatuś!   Jak   dobrze   jest   żyć,   patrzeć   na   lód   i   śnieg,   i 

wiedzieć, że ponad tym jest słońce, które już niedługo rozpęta całe morze zieleni; jest księżyc, co 
wodzie do snu srebrnym grzebieniem włosy czesze i bajki przy tym opowiada dziewczynie, co się 

w nim kochała, a teraz śpi na dnie jeziora w bursztynowej grocie. Są gwiazdy, co się sercom 
uśmiechać każą i marzyć, a ponad, ponad tym wszystkim - jest Bóg!

Mój Bóg, któremu co dzień gwiazda porankowa

uśmiechów słodkich jasność nad czołem zapala,
u stóp Mu sennie leży cicha noc majowa,

a głos dźwięczy jak pieśni słowikowej fala.
Mój Bóg się w puchy wiśni otula kwitnące,

w kryształowych toniach lico przegląda słoneczne
i w lilie dzwoni ciche, nad wodami śpiące,

w oczach ma miłowania krynice przedwieczne.
Mój Bóg w każdej kropelce rosy brylantowej

i w każdym calu pieśni od pola... od lasu,
jasny i uśmiechnięty w zorze purpurowe

patrzy i przesypuje złoty piasek czasu.

Całuję Cię w oczki.

Twoja Ari

P.S. I, Tatusiu, przywieź mi książkę o małych dzieciach. Czy myślisz, że tylko Imogenka 

może być mamusią?

P.S.   I   Stef   mówi,   że   chciałby   cały   świat   uściskać   i   ucałować.   Nie   wiesz,   czy   mam   być 

zazdrosna, czy udawać wobec tego zboczenia lodowiec? Konie na przystanku autobusów będą 

czekały od rana. Urządzimy Ci orkiestrę powitalną, Agnieszka co dzień tłucze przynajmniej jedną 
szklankę, pozwolę wytłuc w dzień twojego przyjazdu cały tuzin. Bardzo miły dźwięk. Stef stoi 

nade mną i całuje w głowę, więc ja Ci kawałek tego pocałunku odstępuję. Spróbuj, jaki słodki. Ari 
Kryska. (Jak to ślicznie brzmi: Ari Kryska. Ach, Tatusiu!).”