background image

Irena Zarzycka  

 

 

 

Królewski lot 

 

 

 

 

 

background image

 Pan  Klaudius,  zamieszkujący  niewielką,  podmiejską  osadę,  oddaloną  od  Warszawy  o 

dwadzieścia pięć minut drogi koleją, znany był jako profesor, ale więcej jeszcze jako dziwak. Tego 

człowieka nikt, nigdy i nigdzie nie widział uśmiechniętego, ożywionego lub rozmawiającego. Poza 

wykładami  na  uniwersytecie,  gdzie  mówił  z  konieczności,  milczał  jak  głaz,  i  na  wszelkie 

nagabywania machał ręką w sposób wyrażający jak najgłębszą pogardę dla ludzi, którzy tracą czas 

na przelewanie z pustego w próżne. Dzień w dzień, pogoda czy słota, profesor z nie okrytą, krótko 

ostrzyżoną,  szpakowatą  głową,  chudy,  wysoki,  trochę  zgarbiony,  potężnymi  krokami  zdążał  na 

pociąg  do  Warszawy  o  godzinie  ósmej,  na  stacji  przekładał  bilet  miesięczny  z  teki  do  kieszeni, 

sprawdzał zegarek i wsiadał do wagonu. O jego szarym, długim palcie chodziły wśród studentów 

żartobliwe  pogłoski,  że  zrobione  było  z  sierści  wielbłąda,  którego  Noe  litościwie  przygarnął  do 

Arki.  

Pana Klaudiusa znali wszyscy, on nie znał nikogo. Nie miał też zwyczaju odpowiadać na 

uprzejme  ukłony  sąsiadów  lub  wieloletnich  towarzyszy  podróży,  co  jak  i  on  musieli  jeździć  do 

Warszawy  do  pracy.  Okularów  nie  nosił,  oczy  miał  wąskie,  przedziwnie  niebieskie,  a  z  chudej, 

żółtawej, starannie wygolonej twarzy sterczał spiczasty, duży nos i miało się wrażenie, że profesor 

zawsze z jednakowym zainteresowaniem go podziwia. Dzień w dzień, bez względu na pogodę, od 

godziny piątej do szóstej spacerował po łąkach i  zaroślach wzdłuż toru kolejowego, potem letnią 

porą, póki się zupełnie nie ściemniło, siedział w ogródku przy ulach, których miał trzy. W zimie 

zaś czas ten spędzał przy psiej budzie. Potem wracał do domu, zjadał obiad, zapalał fajkę i zabierał 

się do pracy. Pisał i czytał do późnej nocy.  

Żona  jego  łatała  pilnie  budżet  domowy  stołowaniem  kilku  studentów  i  urzędników, 

wynajmowała  też  stale  jeden  pokój,  mieszcząc  się  z  rodziną  w  dwóch  pozostałych,  i  robiła  co 

mogła, by zapewnić byt trojgu dorastającym dzieciom.  

Najstarszy  syn,  Leszek,  był  na  agronomii.  Rosły,  dobrze  zbudowany,  elokwentny,  gdy 

zachodziła  tego  potrzeba,  uważany  był  przez  matkę  za  “następcę  tronu”  i  od  czasu  do  czasu 

szpikowany  morałami  w  rodzaju:  “Ucz  się  dobrze,  synu,  żebyś  mógł  być  podporą  matki,  bo  nie 

mam  nikogo  na  świecie,  ojciec  był  i  jest  niedołęgą”.  Najmłodsza,  Imogenka,  prześliczny, 

złotowłosy  i  błękitnooki  aniołek,  chuchany  i  pieszczony  przez  matkę,  siostrę  i  brata,  Imogenka, 

zwana  pieszczotliwie  Ineczką  lub  Żeniusią,  nad  której  głową  krążyły  wciąż  troskliwe  uwagi: 

“Ineczka, nie wychodź, bo chłodno, dostaniesz kataru; Żeniusia, bój się Boga, kaszlesz; Żeniusia, 

znów  jesteś  bez  apetytu”  itp.,  Ineczka,  która  miała  lalki  i  zabawki,  cichutka,  anielsko  posłuszna, 

idealnie grzeczna. I, wreszcie, Adrianka, czyli Ari, którą matka odebrała z szóstej klasy, a odebrała 

dlatego,  że  Ari  była  “skończonym  osłem”  i  przynosiła  na  cenzurach  kolekcje  dwójek,  mimo 

background image

zgodnej opinii profesorów, że Adrianna Klaudius jest wyjątkowo inteligentna i nie mniej zdolna, 

ale  w  tym  samym  stopniu  leniwa  i  uparta.  Ale  nie  tylko  niechęć  Ari  do  książek  skłoniła 

profesorową  do  zrezygnowania  z  dalszego  kształcenia  córki.  Skonstatowała,  że  dziewczynka  jest 

“nienormalna”,  złośliwa  i  ma  “złe  instynkty”,  postanowiła  więc  te  okropne  wady  gruntownie 

wykorzenić.  Każde  słowo,  każdy  czyn  Ari  były  rozpatrywane  przez  pryzmat  zawiedzionych 

ambicji  i  niechęci  do  córki.  Zauważyła  więc  profesorowa,  że  Ari  nigdy  nie  podziela  jej  trosk  i 

zmartwień,  a  w  najcięższych  (według  matki)  chwilach  błyska  białymi,  zdrowymi  zębami  w 

uśmiechu, który wiecznie zdenerwowanej kobiecie wydawał się przekorny.  

Adrianka  pasjami  lubiła  błyskotki  i  gdyby  jej  na  to  pozwolono,  przypięłaby  do  sukni 

wszystkie broszki, a na szyję zawiesiła wszystkie naszyjniki, jakie były w domu. Z taką samą pasją 

wpinała we włosy kwiaty i zielska i przeglądała się w lustrze ze śmiechem radości... co w oczach 

Klaudiusowej  nie  zapowiadało  nic  dobrego  na  przyszłość.  Ari  poza  tym  była  najwyraźniej 

histeryczką.  Kiedyś  w  sąsiednim  domu  zabijano  wieprza.  Adrianka  usłyszała  przeraźliwy  kwik, 

wybiegła na ulicę, wróciła jednak momentalnie z dzikim krzykiem, zatykając sobie uszy palcami, 

rzuciła się na łóżko i krzyczała wciąż konwulsyjnie. Miała wtedy trzynaście lat. Takie same mniej 

więcej historie urządzała, ilekroć zabijało się drób na obiad. Dostała parę razy w skórę, ale to nie 

pomagało.  Wyleczył  ją  przypadek.  Profesor  był  wtedy  chory,  matka  zaś  wyjechała  z  Żenią  do 

krewnych, gdyż były to święta Bożego Narodzenia. Ari, już czternastoletnia dziewczynka, została z 

ojcem  w  domu  i  pilnowała  go  troskliwie  całe  dwa  dni.  Trzeciego  dnia  wieczorem  miała  wrócić 

matka. Rano, jak zwykle, przyszedł doktor i rzekł: 

-  No,  dziś  chciałbym,  żeby  profesor  w  południe  wypił  szklankę  rosołu  z  kury,  trzeba 

profesora wzmocnić.  

Ari to usłyszała i zbladła. Służąca wybrała się gdzieś, korzystając z nieobecności groźnej i 

wiecznie gderającej pani domu. Kto więc zarżnie kurczaka? Leszek “wypuścił się” do Warszawy, a 

i z sąsiadów nikt nie chciałby pewnie w niedzielę, w trzeci dzień świąt, zarzynać kury. Chwilę stała 

przy oknie, patrząc na zaśnieżony ogródek, potem wzięła nóż kuchenny i poszła do kurnika, blada, 

z  zaciśniętymi  ustami.  W  końcach  palców  czuła  jakiś  przejmujący  chłód,  za  to  wzdłuż  krzyża 

przebiegały  raz  po  raz  jakby  strumienie  gorącej  wody.  Mimo  to,  na  pozór  zupełnie  spokojnie, 

chwyciła kurę, ścisnęła ją kolanami i zamknęła oczy. Ostry ból wrócił jej przytomność. Kura leżała 

na  ziemi  nieżywa,  z  palca  Ari  sączyła  się  krew.  Pociemniało  jej  w  oczach,  oblizała  spieczone 

wargi, podniosła kurę z ziemi i poszła do kuchni. Owinąwszy skaleczony mocno palec, zabrała się 

do roboty. Na godzinę drugą podała ojcu rosół.  

Profesor popatrzył na jej owiązaną rękę, potem na nią.  

- Kto zabił kurę? 

background image

- Adrianka Klaudius i niech jej Bóg wybaczy to morderstwo - rzekła z uśmiechem.  

Nie odpowiedział, wypił, a potem znowu rzekł grubym, dudniącym głosem: 

- Smakowało mi lepiej niż kiedykolwiek w życiu.  

Zaś  Ari  spojrzała  na  niego  zdumiona:  ojciec  powiedział  całe  długie  zdanie  i  to  na  temat 

jedzenia. Niesłychane! Ten wypadek długo został jej w pamięci.  

Kiedy nadchodziła wiosna, Ari przeciągała co chwila swoje chude, wątłe ramiona i zamiast 

odrabiać lekcje, cienkim, bardzo miłym głosikiem śpiewała nikomu nie znane melodie; strofowana 

ostro przez matkę, spuszczała głowę i rumieniła się. Jeżeli przy tych perorach był obecny i ojciec, 

Klaudiusowa wylewała swą gorycz na niego, wyrzucając mu jego bierność w stosunku do córki, ale 

on według zwyczaju milczał jak grób.  

To znowu Ari, pod byle jakim pozorem, wybiegała do ogródka, stamtąd przez płot na pole i 

wracała  późnym  wieczorem,  czasem  przemoknięta  do  nitki,  ale  z  twarzą  jak  zorza,  oczyma  jak 

gwiazdy i ustami nabrzmiałymi krwią. W dnie pogodne nie można się było jej dowołać, znosiła do 

pokojów całe pęki zielska i kwiecia i widać było, że coś ją aż podrywa. Byle tylko z domu! A z 

daleka słyszano jej cienki głos, jak krzyczała z radości, przewracając się na pobliskiej łące, lub jak 

śpiewała wracając do domu.  

Latem Ari była jak ptak: śpiewała, śmiała się, biegała, skakała po ogrodzie i pokojach, gdy 

jej matka nie pozwoliła odejść poza obręb parkanu. Gdy zaś to pozwolenie uzyskała, znikała rano, 

a wracała wieczorem, rzucała się na szyję swojej matce, bratu, siostrze, nawet ojcu, mokra od rosy, 

pachnąca  zielenią,  słońcem  i  wiatrem.  Ojciec  wobec  takiego  wylewu  czułości  był  jednakowo 

milczący  i  nieruchomy,  ale  oczy  jego  nie  widzące  nikogo,  dłużej  zatrzymywały  się  na  chudej 

postaci córki i wtedy stawały się jeszcze bardziej niebieskie.  

Matka gderała:  

- Nie wstyd ci, Ari? Matka krwawy pot z pracy wylewa, a ty uganiasz jak pies nie wiadomo 

gdzie, wracasz nieprzytomna. Co się z tobą dzieje, dziewczyno? 

- Nic, mamusiu, jestem szczęśliwa.  

- Naturalnie, wałkoniu wstrętny, serca nie masz, pastwisz się nade mną tak, jak twój ojciec, 

całe życie.  

Żadną  miarą  bystre  oczki  Ari  nie  mogły  dostrzec  tego  pastwienia  się.  Że  milczał  i  nie 

wtrącał się do spraw domowych, to trudno, taką miał naturę. Za to mamusia gadała za wszystkich.  

Ale  kiedy  zaczynały  żółknąć  liście  brzóz  i  czerwienić  korale  jarzębiny,  Ari  przycichała 

jakby, oczy jej nabierały wyrazu tęsknoty i  rozmarzenia, uśmiech był  leniwszy i  leniwsze ruchy, 

całymi godzinami siedziała zadumana, wpatrzona w opadające liście i kolorowe astry.  

background image

To  wszystko  skłoniło  panią  Klaudius  do  złożenia  na  barki  szesnastoletniej  dziewczynki 

jarzma ciężkiej pracy domowej. Pewnego dnia powiedziała jej dobitnie: 

-  Dosyć  marnowania  czasu  i  dość  mego  wstydu.  Do  szkoły  więcej  nie  pójdziesz,  jesteś 

dorosła i darmo mej krwawicy jeść nie możesz. Zajmij się domem. Dam ci do pomocy dziewczynę 

i  truć  się  więcej  nie  myślę,  muszę  jeszcze  żyć  dla  Imogenki,  bo  ojciec  też  jest  do  niczego  i 

dzieckiem się nie zajmie.  

Ari  zbladła tak, że jej cera przypominała przez chwilę płatek kory brzozowej,  w szarych, 

wąskich, wydłużonych oczach błysnęły łzy, ale opanowała się natychmiast i rzekła z uśmiechem: 

- Dobrze, mamusiu.  

Są  chwile,  w  których  najbardziej  wyrozumiałe  i  postępowe  matki  nie  mogą  zrozumieć 

swych  dzieci.  Wystraszonym  wzrokiem  patrzą  na  ich  czyny,  przeczulonym  słuchem  łapią  tony  i 

słowa, wyrywające się z głębi duszy, którą, zdaje się, same ukształtowały, a jest im zupełnie jakby 

nieznajomym  światem.  Serca  matek  biją  wtedy  na  alarm  żalem  i  trwogą.  A  to  wszystko  jest 

przecież  takie  proste.  Dzieci  są  młode,  bystrzejszy  mają  wzrok,  bo  rozjaśniony  najwspanialszym 

darem, jaki dał ludzkości Bóg: darem młodości. Tak samo przecież kwitną dzisiaj bzy, jak sto lat 

temu i tak samo opadają liście, ale młodość rzuca na rzeczy powszednie welony czaru, które kiedyś 

dopiero czas rozwieje. Młodość każe kochać, szukać i walczyć. Matki nie mogą zrozumieć ani tej 

niepohamowanej  żądzy  walki,  ani  gorączki  poszukiwania  nowych  form,  które  zamkną  te  same 

uczucia, jakie niegdyś przeżywały serca dziś już obrócone w proch. Hasłem młodości jest bunt, a 

bunt  pachnie  czerwonymi  różami  i  bezkresem  pól,  oddychających  miłością,  pod  żarem 

południowego słońca. Szumi to słowo jak ocean, jak ocean ciągnie. Jakżeby cudownie było, gdyby 

młodość  trwała  wiecznie  i  ludzie,  jak  bogowie  Olimpu,  mogli  się  nie  starzeć.  Ale  pierwsze 

zmarszczki rzucają na duszę cień, a choćby nikły on był jak pajęcza nić, powoli, powoli oplącze ją 

swoim tumanem. I to jest tragizm życia, że wtedy zapomina się o swoich wiosennych porywach i 

we wszystkim co nowe, co inne - doszukuje zła.  

Tak  było  właśnie  z  panią  Klaudius:  nie  mogła  zrozumieć  starszej  córki  i  zaczęła  z  nią 

walczyć.  Życie  w  małej  rodzinie  profesora  ułożyło  się  teraz  w  ten  sposób,  że  Leszek  miał  same 

prawa,  Żenia  same  przywileje,  a  tylko  Ari  wszystkie  obowiązki,  które  jednak  spełniała  z 

uśmiechem. I ku zdumieniu ludzi, córka profesora kopała i uprawiała niewielki ogródek, hodowała 

drób  i  karmiła  prosiaki,  chodziła  na  targ  i  sprzątała  pokoje.  I  przy  tych  wszystkich  zajęciach 

śpiewała od rana do nocy i żartowała bez końca, i śmiała się, jakby spotykało ją co godzinę nowe 

szczęście. I nikt nie wiedział, że Ari jest po prostu zakochana w swojej młodości i słońcu.  

Leszek i Żenia przywykli do tego, że siostra im usługuje, ale kochali ją, jak to się mówi, po 

swojemu. Leszek przywoził jej z czytelni książki, które czytała bez wyboru do późnej nocy, leżąc 

background image

na swoim małym łóżeczku w kuchni (służąca była bowiem na przychodną), Żenia zaś dbała, aby 

Ari  ubierała  się  przyzwoicie.  i  projektowała  jej  sukienki,  ale  Adriankę  trudno  było  gustownie 

ubrać,  choćby  dlatego,  że  uroda  dziewczynki  miała  oryginalny,  swoisty  typ  i  nikt  nie  umiał 

powiedzieć,  czy  siedemnastoletnia  Ari  jest  brzydka  czy  ładna.  Chuda,  a  przez  to  wydawała  się 

wyższa,  niż  była  w  istocie.  Długonoga,  główkę  miała  małą  i  kształtną,  ale  zeszpeconą  włosami 

obciętymi krócej, niż potrzeba. Włosy te ciemne raczej niż jasne, o czerwonym w słońcu połysku, 

zaczesywane do  góry, odsłaniały  całe czoło,  inteligentne i ładne.  Brwi słabo zarysowane, bardzo 

wąskie, i oczy bardzo wydłużone, których dolne powieki tworzyły zupełnie proste linie, kąciki zaś 

ich zewnętrzne, podniesione do góry, nadawały całej twarzy charakter Japonki. Usta małe, o dolnej 

wardze cokolwiek wydatniejszej. Nos Ari odziedziczyła po ojcu, był bowiem cienki, suchy, prawie 

nieznacznie zadarty, ale nie za duży. Cera blada, anemiczna. Ale kiedy Ari uśmiechała się i spod 

ledwo różowych warg błysnęły zdrowe, równiutkie i niepokojąco białe zęby, zaś w oczach błysnęły 

światła, wtenczas z całej twarzy bił taki czar i wdzięk, że Ari mogła się nawet wydać ładna mimo 

zapadniętych policzków. 

Stołownicy  Klaudiusowej  od  czasu,  jak  Ari  została  w  domu,  mieli  zawsze  stół  ubrany 

kwieciem lub zieleniną, a ponadto przyjemność patrzenia na zręczną dziewuszkę, która podawała 

zgrabnie  i  prędko.  A  czyniła  to,  jakby  usługiwała  komuś  bliskiemu,  starając  się  po  prostu 

odgadywać  myśli.  Wesoły  jej  uśmiech  kazał  zmęczonym  ludziom  zapominać  o  kłopotach  i 

troskach przynajmniej na czas posiłku.  

Ojciec  milczał  jak  zwykle  i  nie  wtrącał  się  do  niczego,  także  jak  zwykle.  Któregoś  dnia 

zobaczył  Ari  przy  swych  ulach.  Kręciła  się  tu  i  tam  i  widać  było,  że  ma  wielką  ochotę  wsadzić 

ciekawy nosek do środka. Wtedy pan Klaudius ze swą zwykłą, śmiertelnie poważną miną, poszedł 

do pokoju, wziął z biurka “Żywot pszczół”, z apteczki flakonik amoniaku, wrócił do Ari, wręczył 

jej  oba  przedmioty  i  usiadł  na  swojej  ławeczce.  Odtąd  Ari  pokochała  pszczoły  jeszcze  więcej  i 

gdzie  znalazła  wolne  miejsce  w  ogródku,  sadziła  kwiaty,  by  owady  nie  traciły  czasu  na  dalekie 

drogi, a poza tym, w gorliwym zapale biegała co dzień prawie kilometr, gdzie wonnie kwitła gryka 

i koniczyna, rwała ukradkiem całe naręcza i stawiała w kubłach i starych garnkach wonne bukiety 

w pobliżu uli.  

Stołownicy  i  sąsiedzi  serdecznie  lubili  zaharowaną,  a  śpiewającą  dziewuszkę  i  w  żaden 

sposób  nie  mogli  się  w  niej  doszukać  wad,  o  których  opowiadała  matka.  I  choć  Imogenka  była 

śliczna  i  wdzięczna  jak  kwiat,  zupełnie  jawnie  adorowali  małą  gosposię,  co  sprawiało  przykrość 

profesorowej  i  drażniło  ją,  bo  dopatrywała  się  w  tym  złośliwości  ludzi  w  stosunku  do  siebie. 

Wylewała więc żółć na Adriannę.  

background image

- Jesteś bezwstydna kobieta, niezadługo zaczniesz się chłopom na szyję rzucać... Tak, tak... 

przymilaj się ludziom, oczerniaj matkę i siostrę... to cała twoja radość.  

Ari śmiała się cichutko, bo miała czyste sumienie. Z czasem to ten, to ów z gości, często w 

ciemnym  korytarzu  pocałował  lub  objął  dziewczynkę,  ona  zaś  nie  broniła  tych  pieszczot,  bo  ich 

potrzebowała. Oddawała pocałunki ufnie i serdecznie, szczęśliwa, że ktoś, choć na moment jest nią 

zajęty. Nie zazdrościła  Żeni,  kiedy ta przyjmowała swoich  gości jak mała królewna i  błyskała w 

rozmowie  inteligencją  i  dowcipem.  Nie  zazdrościła,  gdy  Żenię  odprowadzała  do  domu  eskorta 

studentów i uczniaków ku dumie matki; i nie zazdrościła, gdy Żeniusia wybierała się do kina lub 

teatru, bo nawet na zazdrość czasu nie miała. W małej głowie tyle krążyło różnych myśli, ile motyli 

uwija się nad pachnącą łąką w słoneczny dzień, a wszystkie myśli równie były jasne i kolorowe jak 

motyle.  

Raz tylko, gdy rodzina zebrała się przy kolacji, Adrianka, nalewając herbatę, rzekła: 

-  Patrzcie,  patrzcie...  Oto  spracowane  ręce  Adrianki  Klaudius,  czy  nie  są  stworzone  do 

pieszczot i pocałunków, takie są śliczne!! 

Pani Klaudius wypuściła wtedy z ręki widelec, którym nabierała właśnie szynkę z półmiska 

i spojrzała na Ari takim wzrokiem, że dziewczyna pożałowała gorzko swojej szczerości, jak zresztą 

zwykle.  Imogenka  roześmiała  się  głośno.  Leszek  powiedział:  -  O,  o!  A  profesor  na  moment 

podniósł głowę znad talerza tartej rzodkwi ze śmietaną (profesor mięsa nie jadał), ale że bieg jego 

myśli został zmącony, świadczył fakt, że zaczął szukać serwetki, którą już miał pod brodą, zaś pani 

Klaudius, gdy ochłonęła, rzekła mocno poirytowanym głosem: 

-  Widzę,  że  za  mało  masz  jeszcze  pracy,  skoro  przychodzą  ci  do  głowy  takie  idiotyczne 

myśli.  A  ty,  Marku,  siedzisz  jak  kłoda,  nie  zwrócisz  uwagi  córce,  która  pastwi  się  nade  mną. 

Trzeba  sumienia  nie  mieć,  by  na  moje  barki  składać  odpowiedzialność  za  prowadzenie  takiego 

dziwoląga. Ładny z ciebie ojciec. Nie uśmiechaj się, Ada, nie doprowadzaj mnie do wściekłości.  

Profesor  znów  podniósł  głowę  znad  talerza  i  machnął  ręką.  Ari  prysnęła  do  kuchni,  ale 

późnym  wieczorem,  gdy  Klaudius  według  swego  zwyczaju  wychodził  popatrzeć  na  niebo, 

podszedł do leżącej w łóżku córki i rzekł swoim ponurym, grubym głosem: 

- Myj ręce w gorącej wodzie i smaruj na noc gliceryną.  

Ari bez słowa owinęła szczupłymi ramionami ojcowską szyję i pocałowała go w ucho.  

 

*** 

 

W  tym  czasie,  kiedy  Ari  skończyła  dziewiętnaście  lat,  wyprowadził  się  od  Klaudiusów 

lokator,  stary  emeryt,  a  jego  miejsce  zajął  student,  leśnik.  Ten  nowy  lokator  był  młody,  bardzo 

background image

przystojny  i  bardzo  wesoły.  Całymi  wieczorami  z  jego  pokoju  dobiegał  gwar  i  śmiech,  w  dzień 

natomiast nie było  go w domu,  tak że Ari  nigdy nie miała sposobności  obejrzeć  go dokładnie, a 

wobec  tego,  że  pokój  cały  dzień  był  wolny,  spędzała  w  nim  każdą  wolną  chwilę,  zwłaszcza  w 

niedzielę, i gorączkowo czytała książki, jakich całe stosy poniewierały się po stole, pod stołem, na 

półce, na szafie, nawet pod łóżkiem.  

Którejś niedzieli już o piątej po południu była wolna, zasiadła na starej, dobrze wysłużonej 

kanapie  i  chwyciła  pierwszą  lepszóą  książkę  z  brzegu.  Była  to  “Miłość  w  przyrodzie”.  Ari 

wyciągnęła  z  kieszeni  pajdę  chleba  i  kawałek  cukru.  Oparła  książkę  o  wałek,  rozciągnęła  się  na 

brzuchu i zaczęła czytać, pogryzając to chleb, to cukier. 

Mijały  minuty,  w  pokoju  ściemniło  się  mocno,  skrzypnęły  drzwi  i  na  progu  stanął  Jacek 

Zeler, niewidzialny lokator Klaudiusów i właściciel książki, którą Ari czytała. Zdumiony patrzył na 

smukłą  sylwetkę  panny.  Nieznajoma  leżała  podpierając  głowę  pięściami,  a  w  zębach  trzymała 

długą skórkę chleba, chwiejącą się melancholijnie w miarę oddechu. Podszedł na palcach do stołu i 

jak mógł najciszej usiadł na krześle, obserwując zaczytaną. Zauważył, że panna jest chuda, ale ma 

cudowne  proporcje,  że  jej  bardzo  długie,  ciemne  i  puszyste  rzęsy  są  zawinięte  do  góry  jak  u 

dziecka,  a  usta  blade,  rozchylone  i  kuszące.  Nogi  w  płytkich  i  sfatygowanych  pantoflach  nie  są 

może klasyczne, ale prościutkie, długie i  przedziwnie miłe. Takie dziewczęce, kochane, drgające 

życiem  nóżki,  którym  ślicznie  byłoby  w  jedwabnych  pończoszkach  i  pantofelkach  z  wysokimi 

obcasami, gdzieś w ruchu, w tańcu; zaś głowa, żeby nie była tak surowo ulizana, jak u starej panny, 

mogłaby  wzbudzić  większe  zainteresowanie.  Wreszcie  nie  wytrzymał  i  chrząknął,  przekręcając 

jednocześnie kontakt stołowej lampki. Bo było coś niepokojącego w ciszy tego pokoju i tej postaci.  

Skoczyła  na  równe  nogi,  chleb  wypadł  na  otomanę,  książka  z  hałasem  frunęła  pod  stół, 

sama zaś dziewczyna, oblana purpurą, oddychała gwałtownie, nie mogąc przemówić słowa.  

- Niech się pani nie boi, przepraszam, nie myślałem, że tak wystraszę.  

- Nie, nie, to ja przepraszam, ale strasznie lubię czytać. Proszę nie mówić mamusi.  

I nim Jacek zdążył odpowiedzieć, uciekła, a on został, rozbawiony i mocno zaintrygowany. 

Tego wieczoru nie miał gości, jak zwykle, ale nie wyszedł z domu. Koło godziny ósmej zapukał do 

pokoju Klaudiusów.  

- Proszę.  

Profesorowa  siedziała  przy  stole  i  czytała  gazetę,  Imogenka  haftowała  jakieś  batysty, 

Leszek świecił nieobecnością.  

-  Przepraszam,  że  przeszkadzam.  Czy  nie  mógłbym  poprosić  dziś  o  herbatę?  Wyjątkowo 

zostałem w domu i jestem bez kolacji. 

- Ależ z przyjemnością, zaraz każę przygotować.  

background image

- Może ja pomogę w tych przygotowaniach.  

- Co znowu? Proszę, niech pan siada i zjemy razem kolację. Imogenko, pan Zeler, a to moja 

córka, pierwsza uczennica.  

Żenia  podała  gościowi  małą,  wypieszczoną  rączkę  i  zarumieniła  się  leciutko,  a  Jacek 

szarmancko ucałował podaną dłoń i zasiadł koło panienki, z przyjemnością patrząc na jej anielską 

buzię. Jednocześnie zaś myślał, że to nie ta, którą zastał w swoim pokoju.  

- Ari! - zawołała profesorowa.  

- Zaraz, mamusiu, idę - zabrzmiał głos.  

“Aha,  to  pewnie  będzie  tamta”  -  pomyślał  Jacek,  patrząc  jednocześnie  na  Żenię,  która 

zagaiła rozmowę.  

- Pan mieszka u nas już trzy tygodnie, a zachowuje się jak niewidzialny duch.  

-  Jestem  szalenie  zajęty,  proszę  pani,  i  stołuję  się  w  bratniaku.  Wracam  późno,  a  gdy 

czasem wcześniej, to zawsze przybłąka się do mnie paru kolegów, i jakoś nie miałem do tej pory 

sposobności złożyć wizyty moim miłym gospodarzom.  

W tej chwili od progu zabrzmiał miły głos: 

- Słucham, mamusiu.  

Jacek spojrzał w tym kierunku i poznał intrygującą go osóbkę. “Aha, to ta. Nazywa się więc 

“Aria” lub “Arianna”... fiu!” - gwizdnął w myśli.  

- Ari, podasz nam wszystkim herbaty, tylko prędziutko.  

Ari zaś na widok Jacka zbladła mocno i patrzyła nań wystraszonymi oczyma. Chłopcu żal 

się zrobiło biedactwa. Wstał więc i rzekł swobodnie: 

- My także nie znamy się jeszcze. Zeler jestem.  

Skinęła  głową  i  nie  podała  nawet  ręki,  spłoniona  i  zmieszana.  Zniknęła  za  drzwiami,  a 

Klaudiusowa uważała za stosowne wyjaśnić: 

- Ona jest zawsze nieobliczalna, taki dzikus.  

Kiedy  nieobliczalna  panna  przyszła  znowu,  niosąc  na  tacy  herbatę  i  jakieś  ciasto,  Jacek 

flirtował już w najlepsze z Imogenką i kokietował mamę. Ari cichutko nakryła do stołu, na biały 

obrus  rzuciła  kilka  świerkowych  gałązek,  matce  przysunęła  stołeczek,  a  przechodząc  koło  Żeni, 

położyła pieszczotliwie rękę na jej puszystych, złotych kędziorach. I wtedy wzrok Jacka spoczął na 

niezbyt białej, ale wąskiej dłoni o długich palcach, węższych ku końcowi. Mimo że dłoń owa była 

szczupła,  rysowały  się  na  niej  słodko  cztery  dołeczki  u  nasady  palców.  Jacek  poczuł  gwałtowną 

chęć, by ta przekobieca, nerwowa dłoń  spoczęła choć na krótką chwilę  na jego czuprynie. Jakaż 

musi być miękka i giętka! 

- Czy poprosić tatusia? 

background image

- Poproś, tylko prędko, bo herbata stygnie.  

Za chwilę wszedł profesor, mruknięciem odpowiedział na powitanie Jacka i wszyscy siedli 

do herbaty. Jacek czuł się doskonale, jak u siebie w domu, i mimo że pozornie zajęła go całkowicie 

Żenia,  na  co  profesorowa  patrzyła  przychylnym  okiem,  nieznacznie  obserwował  “Arię”  czy 

“Ariannę”. Od razu odczuł, że Imogenka jest rozpieszczonym  kotkiem  domowym,  Ari  zaś osobą 

drugorzędną.  Zaintrygowało  go  też  pytanie  mruka  profesora,  wypowiedziane  głębokim, 

przyciszonym basem do Ari: 

- Smarujesz? 

- Smaruję, tatusiu - odparła z figlarnym uśmiechem.  

“Co  i  komu  ona  smaruje?”  -  pomyślał,  ale  oczywiście  ten  ciekawy  temat  przemilczał, 

natomiast zwrócił się do Ari z uprzejmym pytaniem: 

- A pani zapewne chodzi do szkoły razem z siostrzyczką? 

- Nie  chodzę wcale, bo  byłam osioł i  zhańbiłam nazwisko  zacnego rodu Klaudiusów, a w 

domu też można się wiele nauczyć.  

-  O,  zapewne,  nawet  więcej  niż  w  szkole,  trzeba  tylko  dużo  czytać  -  odparł  wesoło  i 

mrugnął przy tym znacząco.  

Adriankę znowu oblała krew i aż oczy na moment przymknęła. A wtedy Jackowi przyszła 

do  głowy  myśl,  że  gdyby  ją  pocałował,  w  ten  sam  drażniący  sposób  przymknęłaby  oczy.  I  myśl 

owa dręczyła go już do końca wizyty. A siedział jeszcze z godzinkę przy stole, zajęty rozmową z 

Imogenką i mamą Klaudius. Ari zaś nieznacznie sprzątnęła puste szklanki i zniknęła w kuchni.  

Zasypiając  tego  wieczoru,  Jacek  zastanawiał  się  nad  pytaniem,  czy  owej  pannie  na  imię 

Aria czy Arianna, a może w ogóle Bronisława czy Agata, i co i komu ona smaruje.  

Do kuchni wpadła Żenia.  

- Ari, Ari, jestem zakochana! 

- Na to się rycyny nie bierze. W kim? 

- W Jacku... co za przemiły chłopiec! 

- Aha, tak. Ma nawet apetyt i artystyczną czuprynę.  

- I jaki elokwentny, nie masz pojęcia.  

- Pojęcia nie mam, za to jedną szklankę więcej do zmywania.  

- Kiedy ty wiecznie błaznujesz, a mamusi się także podobał.  

- Widziałam, mamusia zyskała jeszcze jednego adoratora.  

- No, Ari... 

-  Żeniuśka,  już  jestem  poważna  jak  śmierć  na  chorągwi  i  oświadczam,  że  kto  by  śmiał 

powiedzieć, że Imogenka Klaudius z domu Klaudiusów nie jest najpiękniejszą i najwdzięczniejszą 

background image

panną  i  dziewicą  na  obu  półkulach  ziemi,  ten  będzie  musiał  szczekać  pod  stołem  jak  pies  i  do 

końca  życia  będzie  musiał  nosić  spuchniętą  gębę  z  wyciśniętymi  na  niej  palcami  Jacka  Zelera, 

najmilszego onej panny rycerza... No, no, Żeniusia, nie obrażaj się, jesteś taka śliczna i mądra, że 

chyba by ślepiów nie miał, a ma... pod hajrem [żargonowo: pod słowem honoru.] ma; nawet jedno 

lewe, drugie prawe. 

Żenia wybuchnęła śmiechem i poszła spać. Ari jeszcze godzinkę gwizdała jak szpaczek, a 

potem wyciągnęła spod poduszki książkę i dom zaległa cisza.  

Upłynęło  parę  dni  i  co  dzień  rano  Ari,  sprzątając  mały  pokoik  lokatora,  myślała  o  jego 

właścicielu i stawiała w wazonie zielone, świerkowe gałązki, co dzień świeże. A miało się już ku 

wiośnie,  i  była  właśnie  w  swoim  dziwacznym  nastroju.  Aż  któregoś  rana,  gdy  zamiatała 

gruntownie wszystkie kąty, do pokoju niespodziewanie wszedł Jacek.  

- Dzień dobry, to pani sprząta co dzień mój pokój? 

- Ja - szepnęła zmieszana i chciała uciekać, ale przytrzymał ją za ręce.  

- O nie, teraz sobie porozmawiamy.  

- Ależ ja nie mam czasu... mamusia...  

- Mamusia przed kwadransem wsiadła do pociągu i jedzie do Warszawy, a ja już od dawna 

czekam na sposobność zobaczenia pani samej. Proszę tu usiąść koło mnie grzecznie i odpowiadać. 

Jak pani ma na imię? 

- Adrianna - i roześmiała się.  

- Co pani smaruje?  

Otworzyła szeroko oczy.  

- Co smaruję?... Aha, ręce! 

- Po co? 

- Bo mam bardzo ładne, tylko zniszczone.  

- Pani ma ręce piękne, ale nie tylko ręce. Cała jesteś śliczna, Ari, tylko stanowczo musi pani 

przytyć, maleńka.  

- Niech mi pan pozwoli odejść, już muszę koniecznie.  

- Dlaczego? 

-  Nie  wiem,  jestem  niespokojna  i  denerwuję  się,  a  mnie  nie  wolno  urządzać  takich 

eksperymentów, muszę pracować.  

- Ja też jestem  niespokojny, Ari. Pani  jest dziwnie denerwującą dziewczyną, taka szalenie 

denerwująca.  

- Tego mi nikt jeszcze nie mówił.  

- To powiedzą nie raz... I nikt pani jeszcze nie pocałował? 

background image

- Owszem! Bardzo nawet lubię, gdy mnie całują, bo wiem, że w ten sposób dziękują mi, że 

jestem zawsze wesoła i nie terkoczę jak zepsuty zegar, ale śmieję się.  

- A gdybym ja teraz panią pocałował? 

-  Tobym  się  zdziwiła  i  pomyślała,  że  nie  jest  pan  taki  mądry,  na  jakiego  wygląda.  Proszę 

puścić moje ręce, bo naprawdę nie mam czasu.  

- Kiedy znów panią zobaczę? 

- Nie wiem. Cały dzień pana nie ma w domu.  

- Ale wieczorem jestem. Niech pani przyjdzie do mnie wieczorem. Otworzę drzwi, nikt nie 

będzie słyszał, porozmawiamy swobodnie.  

- Dobrze! - uśmiechnęła się - to będzie moja pierwsza przygoda.  

- Pani szuka przygód? 

-  Tak,  bo  na  to,  myślę,  Bóg  stworzył  życie,  byśmy  je  ze  wszystkich  stron  poznawali  i 

szukali  w  nim  tego  czegoś,  co  jest  bardzo  misternie  ukryte...  To  tak,  jakby  w  ciemnym  pokoju 

zapaliło się lampę, oświecając wszystkie kąty. Wtedy człowiek się nie zestarzeje, jest mu wciąż i 

wszędzie jasno. A ja nie chcę, nie mogę się zestarzeć.  

Popatrzył na nią chwilę w milczeniu, wreszcie rzekł poważnie: 

- Ari, jesteś mądra, daj rękę i będziemy przyjaciółmi.  

-  Jacku,  jesteś  nie  mniej  mądry,  ale  więcej  przedsiębiorczy.  Masz  moją  rękę  i  będziemy 

przyjaciółmi, a wieczorem wypalimy fajkę pokoju i posolimy wnętrzności nasze solą braterstwa.  

Rozeszli się ze śmiechem. Późnym wieczorem, gdy już mieszkańcy białego domu nie mogli 

zwrócić  uwagi  na  wycieczkę  Adrianki,  gdyż  spali  od  godziny  (ojciec  z  Leszkiem  w  jadalni,  a 

matka z Żenią w pokoju sypialnym), Ari wysunęła się z kuchni, zamknęła drzwi na klucz i poszła 

do  frontu.  Tu  było  otwarte.  Jacek  stał  w  progu  swojego  pokoju,  skąd  na  korytarz  płynęła  blada 

smuga światła. Ari ujrzała dwie wyciągnięte ku niej ręce, które objęły ją wpół. Cichy klekot drzwi i 

Ari siedziała już na pamiętnej kanapie. Godzina jedenasta.  

- No i co, Ari, zaczęła się twoja przygoda? 

- Tak, o czym będziemy rozmawiali? Myślę, że nie o pogodzie i nie o drożyźnie.  

-  Choćby  o  tobie,  Ari.  Pamiętasz  ten  wieczór,  w  którym  cię  poznałem?  Tu,  na  kanapie, 

leżałaś taka zaczytana.  

-  Z  nie  dojedzonym  chlebem  i  wspomnieniem  cukru  w  ustach.  Tak,  pamiętam.  Strasznie 

lubię  czytać,  szczególnie  o  podróżach.  Lubię  i  poezje,  czasem  sobie  myślę,  że  i  ja  potrafiłabym 

napisać wiersz.  

- Nie próbowałaś nigdy? 

- Owszem, ale zresztą to głupstwo, nie mówmy o tym.  

background image

- Dlaczego? Pomówmy. Powiedz, Ari, skąd bierzesz siły na tę pracę, o jakiej ludzie mówią? 

Widzisz, zasięgnąłem o tobie ścisłych informacji. I skąd siły na uśmiech, który tak niestrudzenie i 

ślicznie rozjaśnia twoją buzię? 

-  Widzi  pan,  ja  sobie  zawsze  myślę  tak:  trzeba  szukać  szczęścia  w  tym,  co  mnie  otacza. 

Kiedy  idzie  wiosna,  tak  jak  teraz,  jestem  szczęśliwa,  że  mam  oczy  i  uszy,  że  widzę,  jak  drzewa 

zaczynają  pękać  i  szeptać  sobie  na  ucho  o  miłości;  kiedy  pracuję  w  ogrodzie,  jest  mi  dobrze, 

znajduję szczęście w samym fakcie wysiłku. Moje mięśnie żyją, czuję wszystkie. Drżą i prężą się 

tak, jak wiosną drzewa. Kiedy znów mam robotę w domu,  myślę sobie,  jak ładnie jest, kiedy na 

białym  obrusie  zazielenią  się  gałązki  świerku,  a  ponad  nimi  leci  nieuchwytna  para  z  gorących 

potraw. To jest takie śliczne, że i pracy nie szkoda, by zobaczyć taki widok. Lub gdy słońce zaleje 

posprzątane czysto pokoje i człowiek myśli sobie, że jest ptakiem w ciepłym, przytulnym gniazdku. 

Kiedy mamusia na mnie krzyczy, a czyni to z zasady, z urzędu, z przyzwyczajenia, ze względu na 

swoje nerwy i w ogóle z braku laku, nie mogę być smutna, nie mogę się krzywić, bo jedna smętna 

twarz ludzka psuje harmonię otoczenia. Ja muszę się uśmiechać, bo moje myśli lecą wciąż gdzieś 

w  słońce  i  szukają  radości  tak,  jak  pszczoły  miodu.  I  tak  po  kropelce  zbieram  słodycz  życia, 

najdrobniejsze  okruszki  i  chcę  być  jak  ul  pełen  pachnącego  miodu,  a  wtedy  niech  przyjdzie,  kto 

chce, i pije ten wonny, ciężki, słodki płyn - radość życia.  

- Ari! - szepnął Jacek, a wzruszenie dławiło go za gardło - przecież ty jesteś poetką.  

- Nie, ja jestem mała, szara pszczółka, tylko, wiesz, w tym domu mi ciasno... ciasno!... 

-  Ari,  przebacz  mi.  Kiedy  prosiłem,  żebyś  do  mnie  przyszła,  myślałem  sobie:  ot,  jest 

oryginalna,  ciekawa,  podoba  mi  się,  będę  ją  całował  i  pieścił.  Teraz  mi  wstyd.  Jesteś  małą 

królewną. Wprowadzasz do tego pokoju dziwny nastrój, jakby tu zapachniały kwiaty. Ari, powiedz 

coś jeszcze, widzisz, tak rzadko spotyka się w kobiecie przyjaciela, z którym można być szczerym, 

a z tobą muszę mówić zupełnie szczerze. Ty jesteś morowa, no, morowa!  

- Czy Żenia nie jest morowsza? 

- Żenia? - lekki rumieniec okrył jego twarz. Z Żenią spotykał się teraz co dzień w mieście. - 

Widzisz,  Ari,  panna  Żenia  jest  rozpieszczonym  małym  kociakiem,  wyjdzie  za  mąż  i  albo  będzie 

tego szczęśliwca zdradzała, albo nie, ale nie ukaże mu nowych światów, nowych horyzontów, nie 

potrafi być ciągle inna, ciągle nowa. Tak mi się zdaje, zresztą może mylnie.  

- Na pewno mylnie. Żenia jest kochane, słodkie maleństwo, pragnie mieć swój dom i w nim 

królować.  

- A ty, Ari? 

background image

- Ja chcę, by mnie kochali wszyscy, a za mąż pewnie chyba nie wyjdę wcale, bo myślę, że 

jak  mam  żyć  z  małżonkiem  zacnym  jak  pies  z  kotem  lub  jak  para  pantofli  pod  łóżkiem,  lub  że 

mamy się nie odczuwać i nie rozmawiać wzajemnie... brr... nie chcę o tym myśleć.  

- Wiesz, ja to samo. Nie mam zamiaru się żenić, bo nie chcę być związany. Kobietę poznaje 

się, gdy żyjemy z nią pod jednym dachem, gdy przeżywać trzeba z nią razem troski i radości, ale to 

następuje dopiero po ślubie i wtedy trach! Jedno rozczarowanie po drugim. Ale dość o tym, Ari. 

Powiedz mi coś jeszcze, powiedz coś ciekawego. No! 

 Objął  ją  delikatnie  i  przyciągnął  do  siebie.  Patrzyli  sobie  prosto  w  oczy.  Mały  promień 

lampki poprzez jedwabny klosz rzucał złotawy cień na zarumienioną twarzyczkę Ari. Jej usta były 

teraz  mocno  czerwone  i  pełne  i  Jacek  zadrżał  cały  przejęty  gorącym  pragnieniem  złożenia 

pocałunku  na  tych  słodkich,  uśmiechniętych  ustach.  A  wtedy  Ari  zaczęła  mówić  cichutko,  tak 

właśnie, jakby brzęczała w słońcu złota pszczoła: 

- Była noc. Noc czerwcowa, gorąca... niespokojna, rozkoszna... mdlejąca. Szmerów pełna, 

wzdychań i tęsknicy, a po niebie krążył bladolicy, bladolicy, tajemniczy, cichy księżyc.  

-  Rozełkały  się  w  krzewach  słowiki,  gaj  się  zaniósł  od  dziwnej  muzyki,  jakieś  serca 

sprężone zamarły, jakieś usta w całunku się zwarły, rosa w kwietne opada kielichy, a hen... płynie 

bladolicy, cichy księżyc.  

-  Przez  szpalery  pachnące  i  ciemne,  przez  szpalery  omglone,  tajemne,  ktoś  pospiesza, 

słychać  wiew  oddechu.  W  nieuchwytnym  roztopiony  echu  ktoś  do  skrytej  podąża  altany,  a  po 

niebie idzie cichy, szklany księżyc.  

- Zaszlochały purpurowe róże, drgnęły głosy w słowikowym chórze, ros kropelki na ziemię 

upadły, złote gwiazdy z zazdrości pobladły, a w altanie, gdzie dwa drżące cienie, widzi róże, harfy 

i płomienie - księżyc.  

-  Świt  już  wstaje  i  modli  się  łzawie  ros  milionem  dzwoniących  po  trawie,  a  świt  wstaje  i 

ognie już pali, ognie krwawozłociste na fali. Słońce płynie w purpurowej łodzi, a tam gaśnie, a tam 

już zachodzi księżyc.  

- Dawno śpiewa w obłokach skowronek, śpi dziewczyna na puchach koronek; słodkiej nocy 

znikły srebrne cienie. Znika z serca cichutko wspomnienie, pierzcha urok miłosny jak złodziej, bo 

tam gaśnie, bo tam już zachodzi księżyc! 

W miarę jak mówiła, przez twarz jej przelatywały jakieś błyski, jakieś łuny, a rzęsy szeroko 

rozwartych powiek lekko drżały. Gdy skończyła, wolno przymknęła oczy, opierając jednocześnie 

przechyloną w tył  głowę o poręcz kanapy. Jacek wpatrzył  się w jej  omgloną wzruszeniem twarz. 

Słodko, mocno przytulił usta do gorących małych ustek i w ciszy przez moment słychać było tylko 

niespokojny łopot serc.  

background image

- Ari, na miłość boską, doprowadzasz mnie do szału - wyjąkał.  

-  I  dlatego  właśnie  już  idę  -  wstała  energicznie  z  kanapy,  przeciągnęła  się  i  nim  Jacek 

zdążył  zaprotestować,  znikła  jak  myszka.  On  tymczasem  wciąż  siedział  na  kanapie  i  przeżywał 

cudowne  chwile  wzruszeń,  jakimi  go  oplotła,  omotała  owa  niepozorna  dziewczyna.  Zeler  był 

przyzwyczajony  do  flirtów  i  flircików,  bo  z  upodobania  zawracał  głowy  pensjonarkom  i 

koleżankom, co mu się z racji jego postawy i urody udawało bez wysiłków. Kochał się w każdej 

ładniejszej  pannie  na  śmierć  i  na  zabój  przez  trzy,  cztery  dni,  a  potem  wynajdywał  znowu  coś 

nowego.  Zdarzało  się,  że  raz  i  drugi,  i  trzeci  sprytniejsze  dziewczyny  potrafiły  go  trzymać  w 

niewoli  dwa  i  trzy  miesiące,  ale  niech  która  napomykała  o  małżeństwie,  Jacek  mówił  w  duchu 

“moje uszanowanie” i robił z całą gracją zwrot w tył.  

Ari nie była ładna, a wobec Żeni gasła zupełnie. A przecież zaszumiało mu w głowie od jej 

obecności i zdziwiony poczuł,  że ciągnie  go do  niej siła nieprzeparta, którą lękał  się sam  wobec 

siebie nazwać miłością w zrozumieniu, że ta miłość może być dla niego klęską, na co jako żywo 

nie miał ochoty przystać, bo lubił czuć się panem sytuacji.  

Upłynęło  parę  tygodni.  Przez  ten  czas  Żenia  zdążyła  rozkochać  się  w  ślicznym  i 

swawolnym chłopaku. On zaś nie był głazem i przyjmował dowody miłości z wdziękiem, płacąc za 

nie hojnie czułymi spojrzeniami, pachnącymi słowami i pieszczotą. No bo właściwie dlaczego nie 

brać, kiedy dają, w jakim celu grać rolę ascety wobec ślicznego, zakochanego dziecka? A pomimo 

to całe dnie, nawet podczas uroczych sam na sam w kinematografach czy cukierni z Imogenką, żył 

oczekiwaniem wieczoru i chwili, kiedy leciutko stukały drzwi, a w progu stawała uśmiechnięta Ari. 

Potem siadali przytuleni do siebie na kanapie i dziewczyna wciągała go w wir swego błyskotliwego 

humoru, rzucającego blask na ich serdeczne, przyjacielskie rozmowy, syciła go swoją nieustanną 

radością  życia,  zamazywała  nerwowymi  palcami  troski  i  zagadnienia  męczące,  których  jest 

niemało w życiu młodego i biednego studenta.  

Wizyty  owe  stawały  się  jednak  coraz  rzadsze.  Wiosna  była  w  całej  pełni  i  Ari  do  późna 

pracowała  w  ogrodzie,  a  skoro  świt  musiała  wstawać,  nie  miała  więc  czasu  dla  siebie.  Tęskniła 

jednak do tych szeptem prowadzonych poufnych pogawędek i do gorących pocałunków Jacka. W 

tym  czasie  przytyła,  nabrała  zdrowej  cery,  a  przez  to  i  wyładniała.  Zmianę  zauważył  Leszek  i 

ojciec. Leszek raz zażartował:  

- Ari, robisz się apetyczna jak młoda gąska. Czy nie jesteś zakochana? 

-  Do  nieprzytomności.  Kocham  i  jem,  jem  i  kocham,  i  tyję,  a  wobec  tego  mam  zamiar 

dawać moim indykom do tuczenia miłość zawijaną w kartoflane liście. Środek niekosztowny, a jak 

myślę, skuteczny.  

background image

Profesor, znowu korzystając z chwili, gdy nikt nie widział, przytrzymał na chwilę rękę Ari 

w swojej i rzekł ponurym basem: 

- Jesteś zdrowa, co? 

Ari  przytuliła  buzię  do  ojcowskiej,  wielkiej  dłoni  i  odpowiedziała  z  dziecięcym, 

serdecznym uśmiechem: 

- Zupełnie zdrowa, tatusiu.  

Ari zaś była po prostu szczęśliwsza niż dawniej.  

Wreszcie w końcu maja, po dwóch tygodniach nieobecności, udało się Ari znów odwiedzić 

Jacka. Czekał na nią drżący i zdenerwowany jak nigdy.  

-  Ari!  Chwała  Bogu.  Co  ty  robisz!  Dlaczego  nie  przychodzisz?  Ja  pracować  nie  mogę, 

myśleć o niczym. Cały dzień czekam na ten wieczór.  

-  Ja  też  czekam,  Jacku,  a  czy  myślisz,  że  krasnoludki  za  mnie  wszystko  zrobią?  Ty,  stary 

zrzędo, jeszcze mi wymówki robisz!  

-  Nie  robię,  tylko  mi  przykro,  że  jesteś  dla  mnie  taka  chłodna.  Może  gdzieś  jaka  nowa 

przygoda? 

Roześmiała się głośno.  

- Ba, żebym to miała, ale ta pierwsza jeszcze się nie skończyła, a nim się skończy, czuję, że 

będę miała co nieco uszy nadwerężone.  

-  Czego  ty  się  śmiejesz,  dziewczyno,  ty  nie  jesteś  kobieta,  ale  strzyga,  nie  masz  za  grosz 

sentymentu.  

- Kup mi dwa kilo w prezencie, a będę płakała  na zawołanie, ale słowo  ci  daję, że nie do 

twarzy mi ze łzami.  

- Ari, przestań żartować. Przecież ja jutro wyjeżdżam. Ari! To nasz ostatni wieczór.  

Uśmiech zgasł jak zdmuchnięty.  

- Cooo? Dlaczego?  

- Dostałem posadę, na razie na czas wakacji, na próbę. A potem nie wiem, czy jeszcze będę 

tutaj u was mieszkał. Choroba wie, gdzie człowieka zaniesie po te kilka groszy. Widzisz, zbladłaś. 

Żal ci, Ari, moja kochana.  

- Jacek! Tak mi było  dobrze z tobą. Jakże teraz sama zostanę, kto  będzie mieszkał  w tym 

pokoju? - głos jej zadrżał żałośnie. Otarła łzy wierzchem dłoni i uśmiechnęła się: - Nie trzeba być 

mazgajem,  chłopcze.  Co  tam!  Wszystko  głupstwo.  Pojedziesz,  zobaczysz  nowych  ludzi,  nowe 

twarze. A od czasu do czasu pomyśl o mnie.  

- Ależ ja ciebie kocham, Ari.  

- No, no... Zdaje się, że ty Imogenkę też kochasz, ale to nic, wcale się nie dziwię.  

background image

- Głuptas jesteś, nie pleć, opowiedz mi co.  

- Nie mam natchnienia, bo... no, bo nie. Gdzie dostałeś posadę? 

- Na wsi, w majątku na Wileńszczyźnie.  

- A co tam będziesz robił?  

- Zdaje się, że liczył bydło, ludzi i pieniądze. Sam jeszcze nie wiem dokładnie. Ari, przyślę 

ci adres, napisz do mnie, taki będę ciekawy, co się z tobą dzieje.  

- Ja nie lubię pisać listów, kiedy bowiem list dochodzi do adresata, myśli i uczucia w nim 

zawarte tracą swoisty zapach nastroju, wietrzeją! Lepiej mówić ot tak, z ust do ust.  

- A jeżeli inaczej nie można jak tylko listownie? 

- To wcale nie pisać, nie rozmazgajać się w czułościach, które czasem są już i nieaktualne.  

- To znaczy, że ja wyjadę, ty o mnie zapomnisz i wszystko w porządku, tak? 

- Nie. Adrianka ma dobrą pamięć. Jacek, nie stwarzaj pogrzebowego nastroju, bo to nie leży 

ani w moim, ani twoim charakterze.  

- Ari, ja chcę wiedzieć, czy mnie kochasz...  

- Jacek!  

- ... i chcę coś od ciebie na pamiątkę. Ari, pomyśl, nie zobaczymy się długo, długo... 

Objęła go wpół i patrzyła serdecznie.  

- Kochany, cóż ci dać? Zawsze będę o tobie myślała i wspominała, i tęskniła, ale nie mam 

nic takiego, co bym ci dać mogła.  

- Masz! 

- No, co? 

- Daj mi siebie, Ari. Ten pierwszy i ostatni może raz na pożegnanie. Daj mi siebie, Ari.  

Długą  chwilę  trwało  milczenie,  Ari  stała  z  opuszczonymi  rękami  i  otwartymi  szeroko 

oczyma  pod  wrażeniem,  że  w  śliczną  melodię  ich  sielanki  wkradł  się  zgrzyt.  Potem  powiedziała 

zupełnie spokojnym tonem: 

- Chcesz mnie unieszczęśliwić?  

-  Nie,  ale  ciebie  chcę.  Tak  pięknie  mówisz  o  radości  życia,  o  miłości.  Jesteś  teraz  taka 

cudowna, wciąż myślę o tym, nie będę miał spokoju, jedyna, kochana moja! 

I tulił do siebie, i całował gorąco, i szeptał do ucha coraz namiętniej. Ari zaś bladła, to znów 

płonęła, nie wiedziała zupełnie, co się z nią dzieje, miała wrażenie, że porywa ją i wchłania ogień, a 

w głowie szumiało jej tak jak wtedy, gdy Leszek spoił ją na Boże Narodzenie winem i zupełnie tak 

samo  obejmowała  ją  słodka  omdlałość,  ale  resztkami  świadomości  wiedziała  i  to,  że  musi  bronić 

się za wszelką cenę. Odepchnęła go z wysiłkiem.  

- Jacek, nie chcę, nie... Gdy pokocham... Jacek! 

background image

- Aha! Więc mnie nie kochasz? 

-  Nie  na  tyle,  by  wiązać  w  ten  sposób  swoje  młode  życie  z  twoim...  nie  znam  cię  jeszcze 

Jacku... nie męcz mnie. I nie patrz na mnie tak, jakbym popełniła zbrodnię, no, mówię ci, nie patrz 

na mnie... Niegodziwcze! 

I  pierwszy  raz  od  czasu  znajomości  Jacek  ujrzał  ją  płaczącą,  a  wtedy  od  razu  skrucha 

rzuciła go przed nią na kolana.  

- Ari, Adrianko, nie płacz, już będę spokojny, no, Ari. Matka usłyszy, widzisz, co robisz? 

Nie tak sobie wyobrażałem pożegnalny wieczór.  

- Jacek, nie miej do mnie żalu, pomyśl tylko, co powiedziałaby moja matka, siostra? Ja nie 

mogę  tylko  siebie  brać  pod  uwagę,  bo  jestem  zależna  od  rodziców.  Zresztą,  nie  wiem,  czy  nie 

spotkam w życiu kogoś, dla kogo będę gotowa ponieść największe ofiary. No, pocałuj mnie i nie 

męczmy się oboje, bo to nie ma sensu. I weź jeszcze pod uwagę, że ja nie chcę wszystkiego czaru 

miłości i wszystkich tajemnic życia wychylać od razu.  

Tuliła jego głowę i raz po raz całowała w oczy. Wreszcie Jacek rzekł z zawziętością: 

- Chcesz, bym sobie w twojej obecności w łeb strzelił? 

- A pozwolenie na broń masz? Nie bądźże dzieckiem, chłopcze, co za głupstwa.  

- Ari! 

- Jacek, dobranoc. Moja elokwencja też ma granice.  

- Nie puszczę cię stąd.  

- Jacek, miejże litość nade mną, pomyśl nie tylko o sobie. Robimy wrażenie pary wariatów, 

targujesz się ze mną o dowód miłości, jakie to brzydkie. Jacek, miłość to nie partia szachów. Tak 

wygląda, jakbym ja tobie, a ty mnie chciał dać mata.  

- Ja wiem tylko jedno, że cię kocham i że musi spełnić się to, o czym tyle czasu marzyłem; 

choćby... choćby kosztem małżeństwa.  

- Aha! Więc szach królowej.  

- Nie rozumiem cię, Ari, co ty za komedie ze mną grasz, nie mogę zrozumieć.  

- A ja nie mam ochoty  wychodzić za mąż z musu. Zrozumiesz, gdy pokochasz naprawdę, 

tymczasem dobranoc, nie strzelaj się, bo narobisz huku.  

Wskoczyła  na  parapet  i  wybiwszy  szybę,  zniknęła  w  mroku  nocy.  A  gdy  w  kuchni  myła 

okaleczoną  twarz  i  ręce  z  krwi,  uśmiechała  się  przez  łzy,  które  ciurkiem  płynęły  i  płynęły, 

mieszając  się  z  wodą,  i  myślała  jedno:  “Ale  wygrałam  tę  partię.  Winszuję  ci,  Ari,  pierwszej 

przygody”.  

Nazajutrz rano Zeler przyszedł pożegnać profesorową i panienki. Był blady i wzruszony.  

- Bardzo nam będzie pana brakowało, Jacku - rzekła Klaudiusowa.  

background image

- Niech mi pani wierzy, że ja daleko więcej mam czego żałować - odpowiedział.  

Imogenka była zapłakana. Długo całował obie jej rączki. Zaś Ari wyszła z kuchni różowa 

od gorąca, uśmiechnięta, w białej chusteczce na głowie i rzekła po prostu: 

- Do zobaczenia, panie Jacku, proszę do nas wrócić.  

Jackowi  na  jej  widok  krew  uderzyła  do  twarzy.  Ari  wydała  mu  się  teraz  stokroć  jeszcze 

droższa i bardziej pożądana, a cudna jak nigdy, tym więcej, że odczuwał jej wyższość. Podszedł do 

niej i pochyliwszy nieco głowę w głębokim ukłonie, pocałował ją w rękę i szepnął: 

- Przebacz mi, Ari.  

Uśmiechnęła  się  tylko,  ale  kiedy  odwrócił  jeszcze  od  progu  głowę  i  spojrzał  na  nią, 

zobaczył  w  rozszerzonych,  jakby  niewidzących  oczach,  wyraz  takiej  tęsknoty  i  smutku,  że  po 

prostu chciał krzyknąć: “Ari, chodź ze mną!” Opanował się jednak. Ciężko zatrzasnęły się drzwi. 

Ari  stała  jeszcze  wciąż  nieruchomo,  po  bladej  twarzy  płynęły  wolno  łzy,  a  słońce  rzucało  ostry 

blask na jej głowę i migotało w słonych kroplach.  

Pani  Klaudius  ze  zdumieniem  patrzyła  na  córkę.  Wreszcie  na  palcach  podeszła  do  niej  i 

pocałowała mokrą twarzyczkę, mówiąc cicho: 

- Nie trzeba płakać za chłopcem, Ari, to nie wypada.  

- Ja nie za chłopcem płaczę, mamusiu, a zresztą już mi przeszło - i uśmiechnęła się do matki 

ciepłym uśmiechem i to nieokreślone “coś”, co wisiało nad głowami trzech kobiet, a urodziło się w 

załzawionych oczach Adrianki, znikło bez śladu. I ani matce, ani Imogence nie przyszło na myśl, 

że stojąca przed nimi roześmiana dziewczyna ma w duszy cień.  

 

*** 

 

Wkrótce  potem,  bo  już  w  niespełna  dwa  miesiące,  w  opustoszałym  pokoiku  zamieszkał 

nowy lokator, pan inżynier Wiktor Karbowski. Ten znów miał posadę w tutejszej fabryce i zanim 

zamieszkał  u  Klaudiusów,  jeździł  do  pracy  z  Warszawy.  Pan  Karbowski  miał  trzydzieści  cztery 

lata,  był  zrównoważony,  pewny  siebie  i  wiedział,  czego  chciał.  A  chciał  właśnie  zakończyć 

kawalerski tryb życia, założyć ognisko domowe, mieć dzieci i dać swojej matce miłą i kochającą 

synową.  Idąc  do  pracy,  musiał  co  dzień  przechodzić  koło  małego,  milutkiego  domku  i  starannie 

utrzymanego ogródka, z którego biła odurzająca woń kwiatów i dolatywał wesoły pobrzęk pszczół 

i  miły  dziewczęcy  głos,  biorący  często  nawet  górne  “c”.  Czasem  przez  sztachety  dojrzał  smukłą 

kobiecą sylwetkę, migającą szybko między zielenią.  

Pewnego  razu,  spiesząc  po  pracy  na  kolej,  spojrzał  wedle  zwyczaju  do  ogródka  i 

zainteresował go miły obrazek: Na dużej wiśni pełnej owoców siedziała dziewczyna na gałęzi jak 

background image

ptak  i  jak  ptak  gwizdała  niefrasobliwie,  zrywając  purpurowe  jagody  do  koszyka.  Długie  nogi  w 

ciemnych pończochach chwiały się w takt melodii i te nóżki po prostu wzruszyły inżyniera, bo w 

ogóle  miał  słabość  do  ładnych  nóżek.  Przystanął,  panna  spojrzała  na  niego,  uśmiechnęła  się 

przyjaźnie i Karbowski nie mógł już odejść, więc odezwał się uprzejmie: 

- Szczęść Boże, miłej pracy. Ładne owoce w tym roku.  

-  No,  z  owoców  mamy  dopiero  wiśnie,  ale  te  rzeczywiście  ładne  i  będzie  z  nich  pyszna 

nalewka.  

- Ala pani może spaść i zrobić sobie krzywdę.  

-  Mogę,  ale  gdyby  tu  weszła  moja  mamusia,  zacna  profesorowa  Klaudius, 

niebezpieczeństwo byłoby większe, a i widok nie tak ciekawy, prawda? - roześmiała się. - Proszę 

wejść do ogródka, poczęstuję pana wisienkami.  

Inżynier  wszedł  i  potem  wszystko  poszło  jak  po  maśle.  Zamieszkał  u  Klaudiusów  i 

rozkoszował  się  ciepłą  obecnością  młodych  dziewcząt.  Ale  Ari  wywierała  na  niego  większe 

wrażenie,  bo  widział  w  niej  materiał  na  żonę.  Żenia,  która  szybko  pocieszyła  się  po  wyjeździe 

Jacka,  zaczęła  teraz  podkochiwać  się  w  Wiktorze  i  skonstatowała  ze  zdumieniem,  że  elegancki, 

poważny  pan  nie  ukrywa  wcale  swojej  sympatii  do  siostry.  To  ją  rozdrażniło,  chciała  mu  się 

przypodobać,  ale  każda  ich  rozmowa  kończyła  się  sprzeczką  i  Wiktor  traktował  Imogenkę  jak 

rozgrymaszonego  dzieciaka.  Często  przychodził  na  herbatę  i  pogawędkę  do  stołowego  pokoju;  z 

panią Klaudius rozprawiał o drożyźnie, o polityce, z Leszkiem o jego studiach, z Żenią chronicznie 

się  sprzeczał,  a  właściwie  przekomarzał,  i  nigdy  nie  prawił  jej  komplementów,  do  jakich  była 

przyzwyczajona.  Tylko  z  Adrianką  nie  miał  sposobności  pogadać,  bo  rzadko  siedziała  razem  ze 

wszystkimi przy stole i rzadko wtrącała swoje zdanie do rozmowy, a jeżeli to uczyniła, to nikt tego 

nie mógł brać serio, bo Ari “błaznowała”.  

Raz zwrócił się do niej Wiktor, by rozstrzygnęła spór: 

- Panno Adrianko, kto z nas ma rację? Panna Żenia twierdzi, że mężczyzna jest tyranem, a 

kobieta niewolnicą i dlatego mała Żeniusia postanowiła za mąż nie wychodzić, by tą nieszczęsną 

niewolnicą nie zostać; według mojego zdania to wy, piękne panie, jesteście twardymi despotkami i 

z rozkoszą pijecie nasz ból i cierpienie.  

Ari  roześmiała  się  i  już  matka  utkwiła  w  nią  groźne  oczy  w  obawie,  że  niepohamowany 

języczek znów jakieś głupstwo palnie, gdy tym razem Ari rzekła: 

- Ani Żenia, ani pan nie macie racji, bo któż tu mówi o niewolnictwie. Nie jesteśmy, dzięki 

Bogu,  w  Turcji,  zniknęły  też  czasy  srogich  Amazonek.  Mężczyzna  jest  zbudowany  tak,  że  może 

orać  i  uprawiać  swoją  działkę  życia,  choćby  w  pocie  czoła,  kobieta  zaś  jest  jak  kwietny  krzew, 

stworzony  ku  radości  jego  oczu  i  serca.  Jedno  i  drugie  powinno  przeznaczenie  swoje  spełniać. 

background image

Otwórzcie uszy wasze, bo mądre są słowa moje, koniec! Alleluja! Szlus... Kwiatami możecie mnie 

nie obrzucać.  

Matka,  która  słuchała  z  natężeniem,  pokręciła  przy  końcu  głową.  Ta  dziewczyna  będzie 

chyba  całe  życie  żartować.  Pan  Klaudius  cały  czas  patrzył  na  zegarek,  a  potem  mruknął 

przyciszonym  basem:  “Dobrze”.  Ale  czy  to  się  stosowało  do  Ari,  czy  do  zegarka,  tego  nikt 

odgadnąć nie umiał. Tylko Wiktor skłonił głowę w ukłonie i rzekł poważnie: 

- Panno Adrianko, pani jest mądra dziewczyna.  

- Aha, wiem o tym doskonale, ale słyszę, niestety, pierwszy raz.  

- Ale zapewne nie ostatni.  

- Hm... być może, ale boję się, że gdy to będę za często słyszeć, to przestanę wiedzieć.  

- Pani studiowała filozofię? 

-  Przeważnie  dzieła,  w  jaki  sposób  najlepiej  prać  Radionem.  Nie,  proszę  pana,  ja  mam 

swoją własną filozofię: cieszę się, że żyję, że mamy w kuchni zlew i wodociąg, a także i światło 

elektryczne  zamiast  wonnych  lamp  naftowych;  cieszę  się,  że  mamusia  kupiła  mi  pantofelki  na 

wysokich obcasach i cieszę się, że to u nas mieszka taki wspaniały, godny człowiek, który pierwszy 

ogłosił światu, że Adrianka Klaudius jest mądra panna.  

Roześmiali się wszyscy, tylko profesorowa rzekła sucho: 

- Za dużo mówisz, Ari.  

Panienka  westchnęła,  otarła  się  jak  kot  o  ramię  ojca  i  wyszła  do  kuchni.  A  Wiktor 

zauważył: 

- Panna Ari jest niebywale oryginalna i sympatyczna.  

I  niedługo  po  tej  rozmowie,  pewnego  poobiedzia,  ku  niebotycznemu  zdumieniu 

profesorowej, Karbowski poprosił ją o chwilę sam na sam i oświadczył się o rękę Ari. Oczywiście 

dostał  błogosławieństwo  i  kiedy  poszedł  lekko  wzruszony  do  swojego  pokoju,  pani  Klaudius 

wytarła nos i resztki łez i zawołała córkę.  

- Ari! Pan inżynier Karbowski oświadczył się o twoją rękę.  

- Cooo? Nie może być. A to heca, mamusiu! Ja myślałam, że on już jest całkiem poważny i 

rozumny.  

-  Chciałabym,  żebyś  w  tak  decydującej  chwili  przestała  się  śmiać.  Ja  życzę  sobie,  żebyś 

została jego żoną i uważam cię od dziś za narzeczoną Wiktora.  

- Ależ, mamusiu, ja go nie kocham, ja go nie chcę.  

- A kogóż ty kochasz i dokąd myślisz siedzieć mi na karku? 

- Na razie nikogo nie kocham, a w domu chyba nie przeszkadzam.  

background image

-  Przeszkadzasz  i  proszę  cię,  bez  grymasów  albo  precz  z  domu.  Żeniusia  Bogu 

dziękowałaby za takie szczęście, za takiego człowieka.  

-  Ja  bym  też  Bogu  dziękowała,  gdyby  mi  ładnego  chłopca  zesłał,  ale  tego  to  mi  przecież 

mamusia ofiarowała.  

- Zamilcz i bądź posłuszna, bo przysięgam ci, że pożałujesz.  

I  zaraz  tego  wieczora  kazała  Ari  zanieść  herbatę  do  pokoju  Wiktora;  dziewczyna  wzięła 

tacę  i  poszła.  Przed  drzwiami  zatrzymała  się  na  moment,  by  odzyskać  równowagę,  ale  jakoś  nie 

mogła tego dokazać i kiedy otworzyła drzwi, była tak blada i drżąca, że szklanka dzwoniła na tacy.  

Wiktor skoczył ku niej, odebrał tacę i postawił na stole. Korzystając z tego, Ari zrobiła w 

tył zwrot. Karbowski jednak zatrzymał uciekającą i pocałował delikatnie dłoń. To ujęło Adriankę, 

uśmiech jej stał się raźniejszy.  

- Panno Ari, pani straciła humor. Czemu? Proszę się mnie nie lękać. Uczynię wszystko, co 

będzie w mojej mocy, by panią uszczęśliwić. Pani nie ma pojęcia, ile czuję dla niej szacunku.  

Adrianka  liczyła  w  myśli:  Kocha,  lubi,  szanuje!  Szanuje...  Zaczyna  od  szacunku...  jest 

poważny jak śmierć i powinien mieć w tej chwili na głowie cylinder... I co by to było, gdyby przy 

tym  cylindrze  i  z  tą  miną  trzymał  w  garści  marchew?  -  twarzyczka  jej  pojaśniała  od  figlarnego 

wewnętrznego śmiechu.  

Karbowski ciągnął dalej! 

- I podziwiam panią za jej pracę. Czasem doprawdy przykro mi, że te piękne ręce takie są 

umęczone.  

- Mnie praca nie męczy. To przyjemnie wiedzieć, że jest się komuś potrzebną.  

- Pani jest stworzona do roli żony i matki.  

- Na razie doskonale czuję się w roli pomocnicy mamusi.  

- Myślę, że teraz, jako narzeczeni, poznamy się lepiej, Ari.  

- Ja pana już poznałam doskonale, a mnie pan nie pozna nigdy.  

- Dlaczegóż to? 

- Bo ciągle jestem inna. Proszę spojrzeć uważnie, czy taką Ari pan kiedy widział? 

Podeszła  do  niego  bliżej  i  przechyliwszy  nieco  głowę  na  ramię,  popatrzyła  mu  w  oczy 

słodko, gorąco, zalotnie, a tęsknie. Białe zęby błysnęły drapieżnie. Wiktor zmieszał się. Przebiegł 

go dreszcz.  

-  Nie,  takiej  nie  widziałem  jeszcze  i  nie  spodziewałem  się  ujrzeć.  Ale  pani  jest  dziwna 

dziewczyna.  Proszę  już  tak  nie  patrzeć,  bo  nie  jestem  z  drzewa.  Niech  mała  Ari  usiądzie  na 

chwilkę, czasem mam wrażenie, że te smukłe nóżki są na sprężynkach.  

background image

Siadła  na  kanapie  i  uczuła  bolesny  skurcz  serca:  “Tu  niegdyś  z  Jackiem...”  Ta  nowa 

przygoda zapowiadała się “rzewnie”.  

- Pani jest śpiąca?  

- Nie, tylko tak zrobiło mi się smutno.  

-  Smutno  pani?  Pani  jest  uosobieniem  radości,  werwy,  humoru...  Czegóż  to  smutno, 

malutka, czy naprawdę nie chciałabyś zostać moją żoną? 

- Nie wiem sama, czego chcę, może tylko być kochaną i kochać, ale zdaje mi się, że to nie 

wszystko jeszcze. Śni mi się świat, śni mi się morze dalekie, szumiące. Chcę zobaczyć ludzi i nowe 

miasta, i nowe stosunki, i wielkie lasy, i kwiaty jak motyle, a motyle jak kwiaty. Chcę się modlić 

nad wielką, wielką wodą i śpiewać w odwiecznym, szumiącym borze.  

- Pani jest zupełnie inna wśród ludzi niż tutaj, tak w cztery oczy.  

-  A  nie  powiedziałam,  że  jestem  coraz  to  nowa?  -  zaśmiała  się.  -  A  teraz  muszę  już 

powiedzieć dobranoc.  

- Chwileczkę. Przecież to jest nasz wieczór zaręczynowy, proszę dać rękę.  

Podała, trochę zdziwiona, a on wsunął jej na palec pierścionek ze wspaniałym brylantem. 

Wrażenie zatamowało jej oddech.  

- Oj!... Brylant - westchnęła przeciągle.  

- Podoba się pani? Bardzo mnie to cieszy...  

- Czy podoba?... Jestem nieprzytomna. Nie wiem, czy by nie wypadało zemdleć...  

- Nie, niech pani nie mdleje, nie wiem, jak ratować mdlejące damy...  

- Oo! Ari awansowała na damę. Nie będzie mi pan chyba brał za złe, że tego wspaniałego 

pierścionka nie będę co dzień nosiła przy pracy. Nie, naprawdę, Ari, nie fiknij koziołka, bo inżynier 

się rozczaruje, ojej, ojej, dziękuję i muszę uciekać, no, dobranoc... 

- Dobranoc pani, ale... Ari!... 

-  Aha!  Rozumiem.  Tak  jest  w  powieściach  i  na  filmach:  on  jej  kładzie  na  drżącą  dłoń 

pierścionek, a ona podaje mu usta, ale ja tego nie uczynię, nie mam jednak nic naprzeciwko, by pan 

prawa narzeczonego zdobywał.  

Podała mu obie ręce, ale nim nawet owe ręce zdążył pocałować, już jej nie było. Karbowski 

został w odległości trzech kroków z miną bardzo niewyraźną. Ogarnęło go zdumienie i zachwyt. 

-  Ależ  ta  mała  jest  czarująca!  -  krzyknął  i  obejrzał  się  wystraszony  dźwiękiem  własnego 

głosu.  

Nie wiedział sam, jak się to stało, że teraz dzień w dzień odnajdywał w narzeczonej nowe 

zalety, nowe ponęty, i zaczął dla niej na dobre tracić głowę. Ślub wyznaczony był na czerwiec, a on 

już  w  marcu  liczył  dni  do  owej  chwili.  Na  pani  Klaudius  wymógł,  że  w  dzień  zabierał  ją  to  do 

background image

teatru czy do kinematografu, to znów na koncert, a potem, kiedy znaleźli się razem w domu, Ari 

urządzała drugie przedstawienie: śpiewała, tańczyła, parodiowała gwiazdy i wywróciła zupełnie do 

góry  nogami  poglądy  Wiktora,  bo  przecież  dawniej  nie  znosił  filmu,  a  rewie  go  nudziły.  Teraz 

śmiał  się  i  śpiewał  razem  z  Ari,  zaczął  flirtować  z  Żenią  i  nawet  z  panią  Klaudius.  W  małym 

domku kwitło, zda się, samo szczęście. Ani razu jednak nie miał sposobności powiedzieć Ari, że ją 

kocha, nie ośmielił się też pocałować jej, choć coraz częściej i uporczywiej o tym myślał.  

Wreszcie, w pewną majową noc siedzieli oboje na ławeczce w ogródku. Matka szczęśliwa, 

że wydaje za mąż choć jedną z córek na razie i to właśnie tę, która nie ma w ręku żadnego fachu 

ani  wykształcenia,  dyskretnie  się  ulotniła,  Imogenka  poszła  do  koleżanki  wypłakiwać  swój  żal  i 

zawód, a profesor odmaszerował na spacer przy księżycu.  Narzeczeni siedzieli cicho, bo wieczór 

był cudowny, ciepły i pachnący, gdy Ari zaczęła sennie:  

 

“Kiedy zakwitną bzy, 

niedługo już, niedługo, 

kiedy zakwitną bzy, 

pójdziemy - ja i ty - 

w pachnących drzew aleje, 

w liliowych snów zawieje 

miesięczną jasną smugą 

niedługo już... Niedługo. p 

Będziemy wolno szli, 

kędy się woda szkli 

i śmieje do miesiąca 

lilia wzruszeniem drżąca. 

A my srebrzystą smugą 

będziemy wolno szli 

niedługo już... Niedługo. p 

Będziemy pytać róż, 

jak w starej, złotej baśni, 

będziemy pytać róż 

co szepcą w nocną głusz. 

A krople chłodnej rosy 

osrebrzą nasze włosy. 

My w cichej brodząc jaśni 

background image

będziemy słuchać róż 

jak w starej, złotej baśni. 

 

Aż wreszcie przyjdzie czas, 

że coś się zbudzi w nas 

i krew uderzy w lice 

i zdradzi tajemnicę, 

że pocałunek miły. 

I będziesz z całej siły 

całować w cudny czas, 

poczekaj, już nie długo.” 

 

 

- Jak to ślicznie powiedziałaś, Ari! - pierwszy raz nazwał ją po imieniu. - Naprawdę jesteś 

rozkoszna i ciągniesz jak magnes.  

Ari zaś pomyślała, że inżynier zepsuł nastrój niepotrzebnymi słowami i poczuła szacunek i 

wdzięczność  dla  ojca,  który  potrafił  nie  mówić.  Pomyślała  jeszcze,  że  narzeczony  jest  mało 

subtelny i że Jacek, och, gdyby tu był Jacek!... Oczywiście nie powiedziała tego wszystkiego, tylko 

głosem grzecznej, zdziwionej dziewczynki rzekła trochę przeciągle: 

- Oo! - I spojrzała uśmiechniętymi, kocimi oczami na mężczyznę, który nie wiedział, jak się 

chwyta najpiękniejsze momenty księżycowych nocy. 

A on patrzył na nią długą chwilę i powiedział przyciszonym głosem i tonem, jakby odkrył 

coś niesłychanego.  

-  I  pomyśleć  sobie,  że  taka  czarująca  dziewczyna  jest  moja.  Przecież  ja  cię  naprawdę 

kocham, Ari. Jestem zakochany we własnej narzeczonej niby sztubak.  

“I żeby mi oświadczyć, że kocha, musi układać całe długie zdanie, jaka szkoda, że nie jest 

sztubakiem”  -  znów  uśmiechnęła  się  ironicznie  myśl  Ari.  -  Taaak?  Pan  mnie  kocha??  Patrzcie 

państwo, niebywałe!  

Przechyliła głowę na ramię i mrużąc oczy, spytała ciszej:  

- I doprawdy mocno? 

Wtedy  dopiero  Wiktor  zapomniał  o  równowadze  wytwornego  narzeczonego,  objął 

dziewczynę wpół i całując raz po raz powtarzał:  

- Mocno... mocno... mocno! 

background image

Nie przypuszczał nawet, że w tej chwili Żenia, która wróciła z wizyty, płacze w objęciach 

strapionej profesorowej.  

- Mamusiu, ja umrę, ja nie wytrzymam, ja nie mogę. Siedzą, na pewno teraz całują się, bo 

on już trzymał ją za rękę. A ja! A ja!... 

- Żeniusiu najmilsza, i ty wyjdziesz za mąż, i tobie znajdę chłopca.  

-  Nie  chcę  chłopca.  Chcę  tego.  Wiktora,  taki  cudny  w  smokingu  i  taki  poważny...  i...  i... 

och, mamusiu, jaka ja nieszczęśliwa... i... i ten pierścionek... i on jest taki mądry!  

- Będziesz miała jeszcze mądrzejszego.  

- Ja chcę tego. Och, ta Ari, ta kokietka bez serca! Nie cierpię jej! 

I  dlatego,  kiedy  Ari,  jak  zwykle,  na  noc  przyniosła  siostrze  kwiaty  na  stolik  i  chciała  ją 

pocałować, Żenia odwróciła się do niej plecami i syknęła: 

- Odejdź ode mnie! Odejdź! 

 

*** 

 

We  wtorek,  przed  ślubem,  Ari  pojechała  do  Warszawy  po  pantofle  i  różne  drobiazgi. 

Wracała  o  dwunastej  w  południe  i  chodziła  po  peronie,  czekając  aż  podstawią  pociąg.  Myśli  jej 

krążyły uparcie koło osoby ojca, który w ostatnich czasach dziwnie się zestarzał i wyglądał, jakby 

go  coś dręczyło.  Często  Ari  łapała jego wzrok uporczywie w nią wlepiony. Pytać nie śmiała, on 

mówić nie potrafił... Częściej więc tylko niż dawniej przytulała w przelotnej pieszczocie główkę do 

jego ramienia.  

“Mój  drogi,  kochany  milczek”  -  pomyślała  serdecznie  i  podeszła  do  zegara,  chcąc 

zobaczyć,  ile  jeszcze  minut  do  odejścia  pociągu;  nagle  wszystka  krew  zbiegła  jej  do  twarzy, 

upuściła paczki na ziemię; naprzeciwko szedł Jacek. Jacek we własnej osobie. Na razie z daleka nie 

poznał  Adrianki, zobaczył tylko,  że jakaś pani  czy panna zbiera paczki,  skoczył więc pomagać i 

dopiero gdy z bliska spojrzał w jej twarz szepnął: 

- Ari.  

- Właśnie ta sama, Ari. Co się z tobą działo, Jacuś? 

Ale nie odpowiedział, tylko wlepił w nią urzeczone oczy i szeptał: 

- Ari, moja Ari, jak ty się zmieniłaś.  

- Podobno. Nie stójmy tak, bo ludzie się gapią, chodźmy tu na bok.  

Wskoczyła  lekko  na  stojącą  przed  budynkiem  stacyjnym  platformę,  a  Zeler  stanął  blisko, 

tak blisko, że dotykał jej ciała ramieniem.  

- Dlaczego nie napisałeś ani słowa, nie pokazałeś się u nas? 

background image

-  Nie  mogłem  przyjechać.  Na  posadzie  tkwiłem  do  października,  potem  zachorowała  i 

umarła  mi  matka,  trzeba  było  pojechać  do  domu  i  pozałatwiać  tysiące  spraw.  Potem  znów 

powróciłem na posadę, gdzie jestem obecnie. Dziś rano wpadłem do Warszawy, bo mam parę dni, 

a właściwie dwa tygodnie urlopu. Teraz właśnie wybrałem się do was... ale czego się tak dziwnie 

śmiejesz, co ci jest, Ari? 

- Mnie? Nic! Pojutrze mój ślub. Może przyjdziesz? O godzinie piątej.  

Odstąpił  krok,  mocno  pobladł  i  milcząc  patrzył  na  uśmiechniętą  dziewczynkę,  która  nie 

wiedziała, że w tej właśnie chwili zburzyła cały gmach rojeń, jego najmilszych, wypieszczonych 

snów.  

- No jak, chłopcze, będziesz? 

- Nie, serdecznie dziękuję, nie lubię przedstawień. Więc pocieszyłaś się, co? 

- Tak niby! A gdzie zamieszkałeś, Jacuś? 

- Chcesz mi złożyć wizytę? Zbytek łaski. Zresztą, jeżeli ci to sprawi przyjemność, proszę. 

Hotel Europejski, pokój nr 40. 

- Fiu, fiu... Hotel Europejski... 

-  No,  Ari,  życzę  ci  nowych  przygód  i  szczęścia,  pozdrów  rodzinę.  Żegnam  -  odszedł 

szybko.  

Tego dnia Ari po powrocie do domu była zupełnie normalna i nic nie zdradzało walki, którą 

toczyło małe serduszko; dopiero nazajutrz przed wieczorem, gdy Wiktor pojechał do Warszawy na 

noc,  dostała  silnych  wypieków  i  rodzina  zauważyła,  że  Ari  nie  chodzi  tak  lekko  i  zwinnie  jak 

zawsze. Jej  kroki  stawały  się coraz powolniejsze, jakby dziewczynie zabrakło  sił. Zaniepokojona 

matka spytała: 

- Adrianko, czy ty nie masz gorączki? 

- Nie wiem, mamusiu - głuchym, nieswoim głosem odparła.  

- Chodź no tu do mnie.  

Podeszła posłusznie i chciała przyklęknąć przy fotelu, nagle wykonała kilka nieokreślonych 

ruchów głową i ustami i upadła jak długa. Imogenka krzyknąła przeraźliwie, Leszek chwycił wodę 

ze stołu, matka trzęsła leżącą i wołała: 

- Ari, co tobie, co za komedie, Ari! - głos jej dygotał.  

Na progu pokoju stanął profesor, przez chwilę patrzył marszcząc brwi jakby nie rozumiał, o 

co  chodzi,  potem  twarz mu  się  dziwnie  skurczyła,  podszedł  szybko  do  wciąż  nieruchomej  córki, 

odsunął  wszystkich  i  wziąwszy  ją  na  ręce,  zaniósł  na  otomanę.  Teraz  zaczął  nacierać  jej  skronie 

wodą kolońską i wachlować twarz ręcznikiem, wszystko bez słowa. Wreszcie Ari otworzyła oczy, 

popatrzyła chwilę i uśmiechnęła się.  

background image

-  Już  dobrze?  -  rzekł  ojciec  i  wszyscy  usłyszeli,  że  jego  głos  nie  drży  wprawdzie,  ale  ma 

wysoki, śmiesznie wysoki ton.  

Wymownym gestem usunął rodzinę z pokoju i został przy córce sam, delikatnie gładząc jej 

twarzyczkę. Ari westchnęła i znowu uśmiechnęła się srebrnymi od łez oczyma.  

- Dziękuję ci, dobry tatusiu.  

- Ari, słoneczko, śpij - wykrztusił.  

- Nie, wolę na ciebie patrzeć. Nie myślałam, żeś taki dobry.  

Machnął ręką i patrzył bez przerwy na bladą, lecz uśmiechniętą twarz, wreszcie rzekł, jakby 

z trudem: 

- Nie jesteś szczęśliwa.  

- W tej chwili bardzo, tatusiu.  

- Śpij, córeczko.  

A kiedy usnęła z głową przytuloną do jego dłoni, obejrzał się ostrożnie wokoło i pocałował 

lekko zaróżowiony policzek córki.  

Leszek  jednak,  zerkając  przez  uchylone  drzwi,  ujrzał  to  i  w  jego  sercu  zbudziła  się  dla 

“nudnego starego” tkliwość. Wszedł na palcach.  

- Tatusiu - Leszek zwykle mówił “ojcze” - rozstawię tu swoje łóżko dla tatusia, a sam pójdę 

do Wiktora.  

Klaudius skinął głową. A gdy ucichły w domu szmery, zdjął córce pantofelki, rozpiął jak 

najostrożniej sukienkę i okrył pledem, po czym siadł na rozstawionym łóżku i tak przesiedział do 

świtu.  

Nazajutrz Ari wstała zdrowa, tylko bardzo blada, z oczyma ciemno podkrążonymi. Wzięła 

się do pracy i śpiewała głośno, pakując skromną wyprawę do walizek. Żenia chciała jej pomóc, Ari 

jednak  nie  pozwoliła,  zamknęła  się  w  sypialni  na  klucz  i  słychać  było  tylko  stuk  otwieranych  i 

zamykanych  szuflad.  O  godzinie  trzeciej  wyszła  do  stołowego  pokoju  ubrana  w  nową,  popielatą 

sukienkę  i  przywitała  się  ze  stołownikami,  składającymi  jej  serdeczne  życzenia.  Obiad  podawała 

dziś specjalnie zgodzona kobieta. Ari wyszła do ogródka i błądziła chwilę między krzakami bzów. 

Tu ją zastał Wiktor, który przyjechał z rodzicami. Goście siedzieli w jego pokoju, zamienionym w 

ten dzień uroczysty na salonik.  

- Ari, jak ślicznie wyglądasz, chodź przywitać się z rodzicami.  

Weszła uśmiechnięta, przywitała się spokojnie i usiadła obok przyszłego teścia. Wiktor był 

wyraźnie wzruszony i nie spuszczał oczu z miłej twarzy narzeczonej, rozmawiającej swobodnie i 

wesoło. Wreszcie przyszła po córkę profesorowa.  

- Ari, przyszedł fryzjer, czas się ubierać.  

background image

Nucąc  cichutko,  usiadła  przy  toalecie  i  kiedy  gorące  żelazka  fruwały  koło  jej  głowy, 

spoglądała nie w lustro, tylko w okno, dopiero gdy Żenia dotknęła jej ręki i powiedziała drżącym 

głosem: 

- Ari, już jesteś uczesana, ubieraj się, na co czekasz? - zerwała się z krzesła i wybuchnęła 

śmiechem: 

- Żeniu, widziałaś coś podobnego?... Przecież ja jestem zupełnie inna Ari.  

- Ale teraz jesteś taka jakaś, no bo ja wiem?... Nie umiem określić, chyba że ładna.  

- Ładna? Adrianko, córko znanego przyrodnika, siostro słynnej z urody Imogenki o złotych 

lokach, nie kryj wstydliwie twarzy, albowiem jesteś ładna... Żeniu, a teraz na chwilę zamknij drzwi 

z tamtej strony, bo chcę otulić ciało w jedwab.  

Gdy  niezadowolona  z  tego  obrotu  sprawy  Żenia  wyszła,  Ari,  przekręciła  klucz  w  zamku, 

wyciągnęła  spod  łóżka  małą  walizeczkę  i  wrzuciła  tam  odłożone  na  bok  w  szufladzie  sztuki 

bielizny, kilka sukienek i swoje stare pantofelki sportowe.  

Zdjęła  ostrożnie  z  wieszaka  ślubną  suknię,  owinęła  w  papier  i  włożyła  do  walizki  z 

welonem. Otworzywszy szufladę Imogeny, odsypała trochę pudru do swojej małej, od dnia kupna 

pustej puderniczki, odłamała kawałek pomadki do ust i ołówka do brwi. To wszystko schowała w 

swojej  torebce.  Przeliczyła  pieniądze,  miała  wszystkiego  dwadzieścia  złotych.  To  były  jej 

oszczędności. Wyjęła jeszcze z szafy płaszczyk i sportowy granatowy berecik. Naciągała go przed 

lustrem  ostrożnie,  żeby  nie  zburzyć  fryzury.  Cały  czas  śpiewała  głośno  i  słyszeli  ją  dobrze  w 

saloniku.  

-  Jakże  ta  Ari  się  guzdrze  -  narzekała  Klaudiusowa  -  muszę  jej  przecież  welon  upiąć.  - 

Mocno zdenerwowana podeszła do drzwi.  

- Ari!  

- Zaraz, mamusiu, jestem rozebrana.  

- Pośpiesz się, co ty wyprawiasz? 

- No już, w tej chwili, suknię włożę i już... za kwadrans będzie mamusia mogła mi pomóc.  

Klaudiusowa  wróciła  do  salonu.  Wtedy  Ari  cichutko  otworzyła  drzwi  z  klucza,  palto  na 

ramię,  walizeczkę  w  rękę  i  wyszła  przez  okno  na  puste  podwórko.  Wprawdzie  tu  mógł  ją  kto 

zobaczyć z kuchni, ale okna kuchni były zasłonięte żółtymi storami i przy szybkim działaniu nie 

groziły niebezpieczeństwem. Z podwórka przez nieduży parkanik wydostała się na pole i ruszyła w 

stronę Warszawy, nie drogą koło toru i nie szosą, ale przez pole i pastwiska.  

Tymczasem po kwadransie pani Klaudius weszła do sypialni. Córki nie było. Ślubna suknia 

też  zniknęła.  Może  więc  Ari  ubrała  się  nareszcie  i  jest  w  jadalni  lub  ogródku?  Zaczęły  się 

niespokojne nawoływania, potem płacz profesorowej. Ari znikła jak kamień w wodę.  

background image

Zapadł  mrok.  Poodjeżdżały  taksówki  z  warszawskimi  gośćmi,  odjechali  bez  pożegnania 

oburzeni rodzice Wiktora. Klaudiusowa leżała na kanapie z głową obłożoną mokrymi ręcznikami i 

bez  przerwy  jęczała:  “Taki  wstyd,  taka  hańba”.  Wiktor  siedział  przy  stole  z  głową  ukrytą  w 

dłoniach,  blady  jak  trup,  i  milczał.  Milczało  i  rodzeństwo  Ari.  Tylko  Imogenka  nie  spuszczała 

wilgotnych  oczu  z  twarzy  Karbowskiego.  Profesor  Klaudius  bez  przerwy  chodził  z  rękoma  w 

kieszeniach najpierw po mieszkaniu, potem po ogródku, wreszcie, koło dziewiątej, wszedł znów do 

pokoju  i  usiadł  przy  biurku.  Na  kupie  książek,  na  samym  wierzchu,  leżał  “Żywot  pszczół”,  a  na 

nim, jakby rzucona od niechcenia, pąsowa, pachnąca róża. Profesor wziął kwiat do ręki, powąchał 

machinalnie i wśród nieruchomej ciszy zaczął przewracać kartkę za kartką. Wolno, systematycznie. 

Wszystkie  oczy  zawisły  na  nim  niespokojnie,  wyczekująco,  a  on  wciąż  przewracał  i  przewracał 

stronice.  Nagle  pochylił  się  całym  ciałem  nad  książką.  Na  marginesie,  czerwonym  ołówkiem 

wypisane były słowa: “Nie martw się, tatusiu, mój przyjacielu, żyję, jestem zdrowa i wesoła. Ari.” 

I wtedy, po raz pierwszy w życiu, dzieci i Wiktor zobaczyli, jak twarz profesora zadrgała, a usta 

rozchylił ciepły, wesoły uśmiech. To był widok tak nieoczekiwany, że wszyscy skoczyli do niego, 

on  bez  słowa  wskazał  palcem  margines,  wstał  i  nie  zatrzymany  zniknął  za  drzwiami.  Wiktor 

przeczytał.  Łuna  zalała  jego  energiczne,  męskie  szczęki.  Chwilę  jeszcze  stał  bez  ruchu,  potem 

wziął kapelusz i palto, skłonił się obecnym i wyrzekł zmienionym głosem: 

- Żegnam państwa.  

Po czym, przygarbiony, wyszedł. Nikt nie powiedział ani słowa. Żenia jednak skoczyła do 

drzwi, dopędziła Wiktora przy furtce i chwyciła go za obie ręce.  

- Wiktor, nie odchodź tak, spójrz na mnie, obiecaj, że wrócisz, ja umrę bez ciebie - mówiła 

rozpaczliwie, cała drżąca.  

Karbowskiego ogarnęło szalone zdumienie.  

- Ależ, panno Żeniu!  

-  Ja  Bogu  dziękuję,  że  ona  uciekła,  ja  nie  miałabym  ani  chwili  spokoju,  wiedząc,  że 

jesteście stale we dwoje, że się kochacie, ja ją znienawidziłam przez pana.  

- Imogenko, nic nie rozumiem, co to ma znaczyć? 

- Co to ma znaczyć? Och, ślepy... ślepy... ślepy!... - I wybuchnęła płaczem. 

Wobec tego Wiktor wziął ją pod rękę, chociaż stawiała gwałtowny opór, i zaprowadził do 

mieszkania.  

-  Proszę  pani,  panna  Żenia  jest  tak  zdenerwowana,  że  nie  ma  sensu,  by  została  w  domu. 

Pani  pozwoli,  że  zabiorę  ją  do  Warszawy,  pójdziemy  się  gdzieś  rozerwać,  zanocuje  u  moich 

rodziców, a rano przyjedzie.  

background image

Pani  Klaudius  momentalnie  ogarnęła  sytuację  i  możliwości  z  niej  wypływające,  więc 

zezwoliła  chętnie.  Za  godzinę  młodzi  jechali  sami  w  przedziale  i  Żenia,  korzystając  z  tego, 

przytuliła się do Wiktora.  

- Niech się pan nie martwi. Ja za parę dni dostanę maturę i też będę dorosłą panną, strasznie 

chcę być jak najprędzej mężatką.  

- Czy to mają być oświadczyny, panno Żeniu? - spytał ubawiony lekko.  

- A choćby. Czy ja nie jestem ładniejsza od Adrianki? 

-  Pani  jest  dziecinna,  Żeniu.  Kochałem  Ari,  ona  uciekła  od  ołtarza  prawie,  więc  mam 

pocieszyć się małą siostrzyczką? 

- Ale pan musi i mnie pokochać, bo ja chcę... Niech pan mnie pocałuje na zgodę.  

Inżynier,  bardzo  zmieszany,  przebierał  palcami  w  kieszeni  palta.  Ze  zdziwieniem  poczuł 

jakiś  mały  pakiecik.  Wyjął,  otworzył,  w  świetle  lampy  błysnął  wspaniały  brylant.  Imogenka 

patrzyła zaniepokojona w zmienioną twarz Wiktora.  

-  I  tak  się  cieszyła  z  tego  pierścionka,  tak  jej  było  ładnie  z  tą  piękną,  ozdobioną  dłonią  - 

rzekł jakby do siebie.  

- Wiktor, zapomnij, ja cię tak bardzo kocham i ty mnie pokochasz, ja wiem - przytulała się 

serdecznie Imogenka.  

-  Zobaczymy,  Żeniu,  teraz  jestem  tylko  strasznie  zmęczony,  och,  jak  zmęczony  tym 

wszystkim.  

- Zaraz pan o tym “wszystkim” zapomni, już ja się postaram.  

Poszli  do  restauracji,  a  potem  na  dancing  i  Żenia  “starała  się”  tak  niezmordowanie,  że 

Wiktor,  który  miał  urlop  przeznaczony  na  podróż  poślubną,  zaprosił  panienkę  na  ten  czas  do 

Otwocka, gdzie rodzice jego mieli swoją willę.  

Żenia  wróciła  do  domu  rozradowana  i  opowiedziała  wszystko  matce  i  Leszkowi.  Matka 

ucałowała śliczną buzię pieszczochy i rzekła wśród łkań: 

-  Może  Bóg  zwróci  jego  serce  ku  tobie  i  będziesz  szczęśliwa.  Taki  zamożny  chłopiec. 

Gdybyście się pobrali, zatarłaby się plama na naszej rodzinie przez tamtą bezwstydnicę zrobiona.  

Leszek jednak skrzywił nos.  

- Mnie nie imponuje wyprawa Żeni po męża. Nie wiem też, czy ojciec będzie zadowolony.  

Klaudiusowa skoczyła jak furia.  

- Ojciec? Co tu ojciec ma do gadania? Co robił dla was przez całe życie, czy zatroszczył się 

kiedy o co? Czy nie zatruł mi życia, wprzęgając w jarzmo pracy?... A jego pupilka, Ari, co zrobiła? 

I ty śmiesz mnie ojcem straszyć? 

- Ja powiedziałem tylko swoje zdanie.  

background image

-  Swoje  zdanie  będziesz  miał  wtedy,  gdy  będziesz  na  swoim  chlebie,  tymczasem  jesteś  u 

mnie, smarkaczu, i moją krwawicę pijesz. 

Leszek trzasnął drzwiami i wyszedł wściekły, myśląc, że jednak Ari jest zuch dziewczyna.  

 

*** 

 

Adrianka  zaś  w  ów  tragiczny  dzień  przymaszerowała  do  Warszawy  koło  dziewiątej  i  od 

razu poszła do hotelu, a przypuszczając, że Jacka jeszcze nie zastanie, rzekła śmiało do portiera.  

- Proszę o klucz od pokoju nr 40, do pana Zelera. Trzeba tam zanieść tę walizkę, a ja mam 

na niego i na tatusia poczekać.  

Portier spojrzał na szczupłą figurkę i dziecinną twarzyczkę panienki, zawołał chłopaka, by 

wziął  walizkę  i  dał  mu  klucz.  Ari  pewnym  krokiem  ruszyła  za  pikolakiem.  Gdy  została  sama, 

odsunęła  walizkę  w  kąt  i  rozciągnąwszy  się  na  tapczanie  odpoczywała.  Potem  wyjęła  z  walizki 

swoją  ślubną  suknię  i  zaczęła  się  ubierać  wolno  i  starannie.  Suknia  była  bardzo  dobrze  uszyta, 

obciskała miękko smukłą gigurkę Adrianki, a jej lekko kremowy połysk rzucał na twarz Ari ciepły, 

matowy cień. Z welonu Ari udrapowała sobie na ramionach szal, przypudrowała twarz, poczerniła 

brwi  i  pociągnęła  usta  czerwienią,  myśląc  jednocześnie,  że  brylant  bardzo  by  do  tej  toalety 

pasował. Okręciła się kilka razy przed lustrem uśmiechnięta, a potem usiadła na tapczanie i bawiła 

się swymi lakierowanymi pantofelkami.  

Jacek tego dnia pił z kolegami z okazji ślubu Ari. Nie chciał o niej myśleć, o tej fałszywej 

dziewczynie, o której cały rok marzył po to, żeby przyjechać na jej ślub z kim innym. To przecież 

było okropne. Ta słodka, poetyczna dziewczynka. Pił więc na umór. Wreszcie koledzy postanowili 

go  odprowadzić,  widząc,  że  nie  tylko  jest  porządnie  wstawiony,  ale  i  zdenerwowany  okropnie. 

Odwieźli go do hotelu. Jacek pożegnał ich i poprosił o klucz.  

- Klucz już wzięty, przyniesiono wa... 

Ale Jacek nie czekał na wyjaśnienie, tylko gnał po schodach. Z łoskotem otworzył drzwi. W 

pokoju było ciemno. Drżącą ręką przekręcił kontakt i krzyknął. 

Przy lustrze stała uśmiechnięta, biało ubrana dziewczyna, spowita gazą jak obłokiem.  

- Ari! To ty, Ari? Ty tutaj, dziś - dyszał ciężko, a mózg jego pracował usilnie: “Nie jestem 

przecie pijany, nie jestem pijany”.  

Adrianka podeszła do niego.  

- Tak, Jacku, to ja, Ari - rzekła cicho.  

- Gdzie mąż?  

- Nie mam jeszcze męża - brzmiała odpowiedź cichsza niż poprzednia.  

background image

Długie milczenie. Wreszcie: 

- Ari, z tego pokoju nie można wyskakiwać oknem, za wysoko. 

Położyła mu dłonie na ramionach i roześmiała się cichutko.  

- Szkoda by było sukienki, nie wyskoczę.  

Przytulił ją do piersi z całej mocy i nie mógł zdobyć się nawet na szept, bo miał wrażenie, 

że cały świat trzyma w ramionach, że zdobył jakieś niewysłowione szczęście, o jakim tylko bajki 

szepczą  uśmiechnięte,  że  wystarczy  jednego  słowa,  by  urok  spłoszyć  i  wszystko  zniknie. 

Zapachniał mu ogród słońcem zalany.  

- Nic nie mówisz, Jacku? 

- Nie mogę, nie mogę! Nie wiem, co mówić, co myśleć.  

- Najlepiej nic, chłopcze. Jeżeli możesz zabrać mnie z sobą, to zabierz. Sama nie wiem, czy 

dałabym sobie radę. Przyszłam do ciebie, boś mi najmilszy i zdaje mi się, że cię kocham.  

- Zabiorę cię, jedyna, czy chciałabyś wyjechać jako moja żona? 

- Nie, Jacku, nie mogę, a właściwie... nie chcę.  

- Nie chcesz? Więc jak? 

-  Nijak.  Po  prostu  jadę  z  tobą,  tam  przecież  mnie  nikt  nie  zna.  Jeżeli  nie  masz  odwagi 

powiedzieć  “to  jest  dziewczyna,  którą  kocham”,  możesz  mówić  “to  moja  siostra”.  Widzisz, 

chłopcze, ja nie mogę się jeszcze wiązać, ja jeszcze muszę poznać świat i trochę siebie samą.  

-  Będzie,  jak  chcesz,  Ari,  ale  w  głowie  mi  wiruje,  nie  mogę  uświadomić  sobie,  że  jest 

wszystko tak, jak mówisz, że jest przy mnie Ari, do której tyle czasu tęskniłem.  

- Oho! Tęskniłem.  

-  Ari,  ty  jesteś  strasznie  podobna  do  Japonki,  gdybyś  jeszcze  miała  wystające  kości 

policzkowe  i  włosy,  o  tak  -  chwycił  pełną  garścią  za  ufryzowane,  miękkie  jak  puch  włosy  i 

podniósł do góry.  

- Noo! Boli!  

- To nic, powinnaś jeszcze dostać w skórę za te wszystkie awanturki, jakie wyprawiasz, ty 

moja uśmiechnięta gejszo. Masz jakiś dowód osobisty lub coś w tym rodzaju? 

- Mam dowód.  

- Więc jutro jedziemy. Miałem tu zostać jeszcze z dziesięć dni, ale wolę już z tobą, tam, w 

las.  

- Jutro nie, pojutrze.  

- Czemu? 

- Mam interes do załatwienia.  

- Dobrze! Siadaj, kochana, tu, bliżej mnie. Dlaczego uciekłaś narzeczonemu?  

background image

- Bo go nie kochałam. Zlękłam się tego długiego życia we dwoje i kłamstwa.  

- A mnie kochasz, Ari? 

- Teraz tak, ale nie wiem, czy jutro i później... dlatego nie wychodzę za ciebie. Ale na razie 

przynajmniej chcę być z tobą.  

- Już mi wszystko jedno, co zrobisz, bylebyś była obok mnie i błyskała tymi perełkami.  

- Ale żebyś wiedział, jaka Ari głodna! Ojej! Ojej! 

Poderwał się z krzesła, zadzwonił.  

- I dopiero teraz mi to mówisz, dziewczyno? 

- Przecież dotychczas nie dałeś mi przyjść do słowa.  

Gdy kelner zastawił stół i młodzi zasiedli naprzeciwko siebie, oboje uśmiechali się patrząc 

na siebie, tknięci jednakową myślą: “To nasza weselna uczta”.  

Milczeli wzruszeni, wreszcie Zeler rzekł zdławionym głosem: 

- Ari, wydaje mi się, że to wszystko jest snem i ty w swojej cudnej, jakby ślubnej sukience, 

rozwiejesz się jak mgła. Usiądź przy mnie... bliżej jeszcze. O tak.  

-  To  jest  właśnie  moja  ślubna  sukienka,  Jacku.  Włożyłam  ją  dlatego,  że  dziś  przecież 

wchodzę w zupełnie inne życie. Rzuciłam dom. Zaczęłam swoją nową przygodę.  

Jacek  nalał  wina  w  kieliszki  i  patrząc  w  głąb  na  moment  poważnych  i  zadumanych  oczu 

dziewczyny, szepnął: 

- Za nasze szczęście, Ari.  

Wypili i pocałowali się mokrymi od wina ustami. Potem Adrianka z humorem opowiadała 

mu historię swego narzeczeństwa, wreszcie rzekła: 

-  A  teraz,  Jacuś,  szykuj  sobie  locum  w  hotelu,  bo  jestem  już  śpiąca,  i  czuję,  że  nim 

dojedziemy do twych lasów, połknę cię w ataku ziewania.  

- Ari, jak to, nie pozwolisz mi zostać z tobą? 

- Byłbyś w niebezpieczeństwie, chłopczyku... Ogarnia mnie wojowniczy nastrój i nie wiem, 

czy nie nabrałabym ochoty spróbowania na przykład boksu. Bądź dżentelmenem i odejdź.  

Pokręcił  serwetką,  policzył  muchy  przylepione  do  papieru,  popatrzył  na  lśniący  puch 

włosów Ari i rzekł zrezygnowany:  

- Dobrze, Ari, to ja już sobie pójdę.  

Przytuliła mu nosek do policzka.  

- Dziękuję ci, kochany, jesteś dobrym chłopcem.  

On zaś przechylił jej głowę w tył, zanurzając znów palce w ciepłym jedwabiu kędziorów.  

- Ari, czesz się tak zawsze. Cudnie wyglądasz i... bądź spokojna, nie będziesz potrzebowała 

wyskakiwać oknem i kaleczyć łapek. Przyrzekam.  

background image

Nazajutrz  Ari  z  samego  rana  poszła  do  uniwersytetu,  gdzie  wykładał  jej  ojciec,  i  dała 

woźnemu list z prośbą o doręczenie profesorowi. W liście napisała krótko, by ojciec czekał na nią o 

godzinie  drugiej  w  cukierni,  gdzie  zwykle  pijał  herbatę.  Nie  bała  się  tego  spotkania  i  kiedy  o 

umówionej godzinie przyszła, zastała ojca spokojnie czytającego gazetę.  

- Jestem, tatusiu, nie gniewaj się i nie martw o mnie. Wszystko jest w porządku, tylko, hm... 

- chrząknęła i zaczerwieniona skończyła prędko - daj mi trochę pieniędzy, tatusiu.  

Uśmiechnął się, co ogromnie dziewczynkę wzruszyło, i wyciągnął sto złotych.  

- Więcej nie wziąłem. Pisz na uniwersytet, a przyślę.  

- Dziękuję, jesteś mądry i kochany, tatku.  

Pieszczotliwie pogładził jej ręce, złożone na stoliku.  

- A tam... piekło, wiesz? 

- Domyślam się. Wypijemy razem herbatę, dobrze, tatuś? Popatrz, co za komiczna sytuacja. 

Każę podać.  

Uśmiech  ojca  znowu  ogromnie  poruszył  Adriankę.  Nie  zwracając  uwagi  na  obecnych, 

przytuliła  usta  do  jego  wielkiej  czerwonej  dłoni  (profesor  stale  miał  jakby  zmarznięte  ręce)  i 

szepnęła: 

- Dałabym życie, by cię zawsze widzieć uśmiechniętym, tatuśku.  

Mruknął  coś  niezrozumiałego.  Wypili  herbatę.  Ari  pocałowała  ojca  w  rękę  i  policzek,  on 

spokojnie przesunął palcami po jej ramieniu i dziewczyna wyszła. Od progu jeszcze raz odwróciła 

głowę, profesor skinął głową i jeszcze raz leciutko, leciutko się uśmiechnął.  

 

*** 

 

Ponieważ  pociąg  do  Wilna  wychodził  wieczorem,  więc  tego  jeszcze  dnia  wyjechali  z 

Warszawy.  W  pociągu  był  tłok  i  nikt  specjalnie  nie  zwracał  uwagi  na  młodą  parę.  W  sobotę 

raniutko byli już w Wilnie.  

-  A  teraz,  moja  królewno,  pojedziemy  do  hotelu  troszkę  odpocząć,  a  ja  wpadnę  do 

znajomych. Widzisz, w sobotę zwykle przyjeżdża tam nasze auto majątkowe, moglibyśmy zamiast 

tłuc się autobusem i bryczkami, wygodnie zajechać Essexem.  

Koło pierwszeju wpadł do hotelu.  

- Ari, załatwione, za godzinę jedziemy we dwójkę do siebie, tylko się nie wystrasz, bo tam 

okropne odludzie. Za to lasów, ile chcesz, wszystko do dyspozycji dla mojej pani.  

background image

Przed siódmą zajechali do Jackowego pałacu. Auto szofer zabrał do dworu, oni zostali we 

dwoje  przed  małym,  z  grubych  bali  zbudowanym  dworkiem,  okrążeni  gęstym  borem,  co  teraz 

gorzał w blaskach zachodu. Ari milczała, ale usta jej drżały podejrzanie i powieki zatrzepotały.  

- Jacku! Tu jest przecież wspaniale. Zupełnie jak gdzieś na tajemniczej wyspie. I tak słodko 

pachnie, i tyle słońca i ciszy. Jacku! 

- A widzisz! A teraz wejdziemy do pałacu. 

Wziął  ją  pod  rękę,  ale  jakby  sobie  coś  przypomniał,  puścił  ramię  dziewczyny,  natomiast 

nim się spostrzegła, na rękach zaniósł do wnętrza chaty.  

- Chłopcze, zwariowałeś. Przecież ja coś niecoś ważę.  

-  Widzisz,  mała,  w  Ameryce  jest  taki  zwyczaj,  że  mąż  wnosi  swoją  świeżo  upieczoną 

małżonkę do domu. To niby na szczęście.  

- Bardzo miły zwyczaj, o ile kobieta nie waży więcej niż osiemdziesiąt kilo.  

Wybuchnęli śmiechem i spacerowali z izby do izby.  

-  Widzisz,  mieszkam  jak  król.  Mam  trzy  pokoje  i  kuchnię,  więc  przywiozłem  sobie 

królową.  

- Królewnę - poprawiła przekornie.  

- Niech będzie, ale ja wiem, że tu zostaniesz ze mną na zawsze i zgodzisz się być królową.  

- Może... może...  

Rozglądała się ciekawie. Właściwie te trzy pokoje to była jedna wielka izba poprzedzielana 

cienkimi  przepierzeniami  z  pojedynczych  desek.  Zdziwił  Adriankę  ogromny  piec  z  gliny,  tylko 

pobielony, oraz bardzo małe, ale śliczne okna.  

- A powiedz mi, gdzie tu masz kuchnię i coś “do zjeścia”, to zrobię kolację.  

- Kuchnia po drugiej stronie sieni, chodź, malutka.  

Kuchnia, a  właściwie sam  piec, przeraziła Adriankę. Była to  landara, zajmująca pół  izby, 

ziejąca czarną w głębi czeluścią. Z jednej strony wyższa, z drugiej niższa. Na niższej leżały jakieś 

pstrokate szmaty i poduszki.  

- Rany boskie, Jacuś, A to co? 

- Tam na górze śpi parobek od koni - objaśnił Jacek ze śmiechem - zimą zwykle włazi tam 

kto może. A tu - wskazał ręką otwór - piecze się chleb oraz wstawia garnki z jedzeniem, żeby nie 

wystygły, bo zasadniczo palą tu tylko rano i wieczorem.  

- O Jezu, a te drzwi? 

- Spiżarnia.  

- Może tam jest co dobrego, chodźmy.  

background image

Szperali  zgodnie  po  półkach  i  Ari  znalazła  parę  jajek,  suchy  ser,  kartofle,  pół  bochenka 

czarnego chleba i trochę śmietany.  

- No, jeść, chwała Bogu, jest co, ale pić? 

- Krowa jest, ale nie wiem, jak ją doić. Moja dziewucha gdzieś znikła.  

Pomaszerowali do obory i Jacek wyprowadził krowę na podwórze.  

-  Widzisz?  Nazywa  się  Bukietka.  Co  dzień  ta  idiotka,  Franka,  gna  ją  na  pastwisko  do 

dworskich krów i  wieczorem  przyprowadza, a dziś  krowa w oborze, Franki  nie ma, cholera wie, 

gdzie się podziała i co zrobiła z mlekiem. Skocz no, Ari, do kuchni, po wiaderko, spróbuję wydoić.  

Przyniosła  żądane  naczynie.  Jacek  uklęknął  przy  krowie,  ale  mimo  gwałtownych 

manipulacji ani kropla mleka nie poleciała. Wstał więc, ocierając zroszone czoło.  

- Czekaj, ja spróbuję - rzekła Ari.  

- Ależ, co robisz, Ari,  nie właź pod krowę, bo cię kopnie. Ari,  masz stołeczek.  Ari,  lepiej 

zostaw, proszę cię.  

Krowa stała spokojnie, tylko ogonem machała zawzięcie, opędzając się przed rojem much.  

- Bądźże cierpliwy, Jacuś.  

- Po co ją za ogon ciągniesz, kobieto? 

- Jak to po co? Bo mnie nim po głowie trzepie. Potrzymaj ty, a ja będę doić.  

Jacek, doceniając ważność chwili, posłusznie zawisł u krowiego ogona, ale krowina wzięta 

we dwa ognie zirytowała się. Męczą, szczypią, jeszcze i od much nie dadzą się obronić. Kopnęła 

wiaderko, wywróciła Adriankę, zadarła ogon i pognała do obory przy akompaniamencie czyjegoś 

grubego, spazmatycznego śmiechu.  

Jacek i Ari obejrzeli się. Przy ogrodzeniu stał gruby, niski jegomość i ryczał.  

- Ależ miałem przedstawienie, niech was... no! Cha, cha, cha... a Bożeż ty mój miły. Panie 

Jacku z pirogami! Tom się uśmiał.  

- To starszy gajowy - szepnął Zeler i podszedł do gościa.  

- Przywiozłem Adriankę, to jest siostrę, i chcieliśmy sobie zrobić kolację. Ari, pan Jaśmień.  

Ari podała grubasowi rękę i uśmiechnęła się do niego.  

-  O,  ależ  to  dziecko  szczupłe,  widać,  że  z  miasta.  Przepraszam,  ale  widok  był  taki,  że 

pęknąć.  Niech  państwo  pozwolą  do  nas,  gdzież  to  dziecko  będzie  u  pana  spało?  Żona  już 

wyrychtuje spanie. Ja tu niedaleko przecież, może kilometr, prawda, Jacusiu? 

- Dziękuję serdecznie, to pójdziemy, Ari.  

- Pewnie, jeść mi się chce i spać.  

-  O,  biedactwo,  a  trzebaż  było  od  razu  do  nas  zajechać.  Byłem  akurat  we  dworze, 

wypłacałem pensję wozakom za pana, a szofer powiada, że pan Jacek wrócił z jakąś panienką, tak i 

background image

sobie pomyślałem, że to pewnie siostra. Miał pan wrócić później. Ale przepraszam, to ja sobie jutro 

święto robię i pokażę panience nasz las.  

- Bardzo się cieszę, ale teraz to mi się jakoś nogi plączą.  

- Ot, kociak biedny. Z pana też gagatek, Jacek, po nocy dzieciaka włóczyć.  

- Przecież jeszcze zupełnie jasno i ja mam już dwadzieścia lat.  

-  Rany  boskie,  jakaś  pani  szczupła!  No,  my  tu  zaraz  panią  wypasiemy,  zaraz  będzie 

panienka ładniejsza.  

Przez  drogę  Ari  dowiedziała  się,  że Jaśmień jest  warszawiakiem,  a  jego  żona  tutejsza, że 

bardzo chciałby zobaczyć swoje rodzinne miasto, w którym nie byli już piętnaście lat.  

I  tak  całą  drogę  gawędząc,  doszli  do  ładnego,  drewnianego  dworku.  Ari  była  do  tego 

stopnia skołatana i zmęczona pierwszą w życiu podróżą, że mało widziała, co się wkoło niej dzieje 

i nie brała udziału w rozmowie. Tylko gdy Jaśmień opowiedział żonie o niefortunnej próbie dojenia 

krowy, roześmiała się i rzekła: 

- Wolałabym już słonia doić, przynajmniej ma ogon maleńki.  

Półprzytomnie dała się  gajowej  rozebrać i  położyć  do sianem pachnącego łóżka i  zasnęła 

zaraz jak kamień. A kiedy otworzyła oczy, gospodyni kręciła się już koło stołu i ustawiała na nim 

miski.  

- No, niech panienka wstaje, trzeba podjadłszy trochę, ot i kartofelki gotowe! 

Ari ubrała się, zjadła z apetytem gorące kartofle z mlekiem i odezwała się do gospodyni:  

- Czy nie mogłabym pani pomóc w czymś? 

- A gdzież tam. Panienka powinnaś jeść i spać, i znowu jeść. Ja się tutaj trochę obrządzę z 

żywiołą i pójdziemy z tobą zrobić porządek u pana Jacka. 

Więc Ari wyszła przed dom i owionęło ją gorące, żywiczne powietrze lasu, wyciągającego 

ku  słońcu  spragnione  ramiona.  Roześmiała  się  głośno,  radośnie  i  pobiegła  wąską  dróżką  przed 

siebie, a siadłszy na kępie mchu, niby na poduszce z aksamitu, oczarowanym wzrokiem wodziła po 

smukłych  jak  świece  sosnach,  zieloniutkich  świerkach,  po  brzozach  jak  leśne  nimfy  drżących  w 

ulewie  blasków  rozpuszczonymi  kędziorkami  seledynowych  włosów.  Westchnęła  przeciągle  i 

wyciągnęła się na wznak zachwycona i rozmarzona. Jej uśmiechnięta twarzyczka była w tej chwili 

jedną wielką modlitwą dziękczynienia.  

Bór  ciągnął  się  na  przestrzeni  szesnastu  kilometrów  kwadratowych,  stary,  ciemny,  o 

niesłychanie gęstym poszyciu. W niektórych miejscach niepodobieństwem było przejść, tak ciasno 

splątały się gałęzie drzew, gdzieniegdzie znów między stuletnimi sosnami i dębami były maleńkie, 

usłane grubym i złotym od słońca mchem polanki. A gdzie okiem sięgnąć, wśród leżących na ziemi 

starych gałęzi, zwalonych konarów i ogromnych kłód, butwiejących już i porosłych mchem, lśniły 

background image

granatowo  setki,  tysiące  i  miliony  jagód,  gdzieniegdzie  rozjaśnionych  płatami  poziomek,  które 

dopiero zaczęły się rumienić, lub też uśmiechały się całe kępy konwalii i bladolila dzwoneczków. 

Ptactwo  czyniło  niesamowity  hałas  tysiącem  różnorakich  głosów  i  trzepotem  skrzydeł.  Ari 

siedziała  długo  milcząca,  ale  z  twarzą  jak  właśnie  to  słońce,  co  przeciskając  się  przez  gałęzie, 

wiąże drzewa, mchy, jagody, i kwiaty złotymi wstążkami. Potem wstała i szła przed siebie w bór, 

w mgły duszącej, żywicznej woni, w tajemniczy szum, między gdzieniegdzie jaśniejące brzozy, a 

serce  zaczęło  się  w  dziewczynie  rozprężać,  trzepotać  gwałtownie  i  Ari  poczuła  jakiś  ostry, 

przeszywający  ból,  tak  jak  wtedy,  kiedy  w  przeddzień  ślubu  zemdlała.  Jednocześnie  ogarnął  ją 

niesamowity, paniczny lęk, że umiera. Przycisnęła ręką serce i pobladłymi ustami szepnęła: 

-  Boże  dobry,  Boże  dobry,  ja  nie  chcę  umrzeć.  Ja  nie  mogę  umrzeć,  ja  nie  mogę  teraz 

umrzeć. Boże dobry. Co by powiedział tatuś? - usiadła znowu, ale ból i strach nie ustępował.  

Wyciągnęła  się  więc  i  oparła  głowę  na  posłaniu  z  mchu,  całym  wysiłkiem  woli 

powstrzymując  opadające  powieki.  A  gdy  rozszerzonymi  oczyma  wodziła  po  złocistych, 

słonecznych  plamach,  ujrzała  na  kępce  trawy  małą  jaszczurkę,  która  szmyrgała  to  tu,  to  tam,  i 

czerwoną  biedronkę,  i  niewielkiego,  czarnego  motyla,  który  przysiadł  na  łodyżce  liliowego 

dzwonka,  i  przez  jej  zaniepokojoną  główkę  przebiegła  cicho  kojąca  myśl:  oto  mizerne  te 

stworzonka całym swym organizmem chłoną tylko radość życia, nie boją się niczego, bo nie myślą 

o tym, co może się stać. Gdy je nastraszyć, to uciekną i znowu będą mizerne, nikłe ciałka w słońcu 

wygrzewać.  Czy  nie  najlepszą  ucieczką  przed  śmiercią  jest  po  prostu  zaprzestać  o  niej  myśleć, 

zupełnie tak, jakby w ogóle nie istniała, a tylko wszystkimi nerwami chłonąć czar chwil, które się 

przeżywa?  I  cóż  jest  śmierć?  Czy  może  taki  cichy,  bladozielony  sen,  prześwietlony  blaskiem 

księżyca? Jeżeli tak, to przecież nie warto się lękać, tylko Ari nie lubi śnić, nie... Ari lubi się śmiać 

i  śpiewać,  i  gonić  motyle,  i  zbierać  jagody.  Całe  masy!  Dużo...  dużo...!  A  potem  spojrzeć  w 

lusterko, zobaczyć śmieszne czarne ząbki. 

Długą  chwilę  obserwowała  stworzonka  i  rozmyślała  statecznie,  i  goniła  oczyma  ptaki  z 

takim zajęciem, że zapomniała zupełnie o bólu i przykrej chwili nieoczekiwanego lęku, a potem już 

znowu  uśmiechnięta,  skierowała  się  w  stronę  leśniczówki,  skąd  dobiegało  porykiwanie  krów, 

wracających z pastwiska na przerwę obiadową.  

Gospodyni kiwała na nią i wołała: 

- Prędzej, chodź, panienka, zaraz będzie świeże mleczko.  

Ze dwie godziny jeszcze Ari kręciła się po leśniczówce, obserwując pracę gospodyni, która 

chodziła  “koło  żywioły”  i  poganiała  dziewczęta.  Zobaczyła,  jak  potem  na  wielką  miskę  nalała 

kwaśnego  mleka,  a  na  drugą  wysypała  od  rana  w  piecu  stojące  kartofle  i  jak  gospodyni  z 

dziewczętami i czwórką pyzatych i umorusanych chłopaków w wieku od lat trzech do dziesięciu 

background image

zasiadła  przy  stole.  Głowy  skłoniły  się  nad  miskami,  łyżki  blaszane  dźwięczały  rytmicznie.  Ari 

dostała kubek ciepłego mleka i kawałek razowego chleba z miodem. Jadła z apetytem, siedząc na 

podwórzu,  i  myślała,  że  jest  jej  okropnie,  ale  to  okropnie  dobrze.  Potem  dom  zaległa  cisza. 

Gospodyni poprawiła chusteczkę na głowie i rzekła: 

- A teraz idziemy z panienką do gajówki.  

- Do której gajówki? 

- No, do pana Jackowej, pierw my tam byli mieszkawszy, potem mąż wybudował ten dom, 

a  tam  i  zostało  próżne,  dopiero  pan  Jacek,  jak  przyjechał,  tak  i  zamieszkał,  bo  dwór  po 

“bolszewnikach” rozwalony, zostali tylko czworaki, a w czworakach mieszka pan zarządca i pan 

nadleśny, i służba. Pani dziedziczka jest za granicę wyjechawszy. Cóż, panienko, ten majątek duży 

bo duży, ale prawie same lasy. Ziemi ornej niewiele. Było przedtem, ale chłopów na wojnę pobrali, 

nie  miał  kto  orać,  nie  było  czym  siać,  taj  pozarastało  wszystko  do  cna.  Niemcy  i  “bolszewniki” 

wyniszczyli naród, że strach. No, ale z lasu idą pieniądze, idą. Tu i ptactwo, i zwierzyna wszelaka, i 

drzewo.  

Doszły do gajówki. Adrianka ogarnęła spojrzeniem skromny domeczek i uśmiechnięte oczy 

pociemniały ze wzruszenia. To jest jej własność. Tu będzie królowała, tu jej ptaki na dzień dobry 

zaśpiewają  o  nieskończonej  dobroci  Boga,  którego  istnieniu  zaprzecza  Jacek.  Ari  jednak  wie,  że 

tam, poza błękitną kotarą nieba, haftowaną białym jedwabiem delikatnych chmurek, jest taki dobry, 

uśmiechnięty  Władca,  którego  trzeba  strasznie  kochać,  który  błyski  jutrzenki  w  motyle  skrzydła 

wczarował, a świat cały dobrotliwie otulił zieloną zawieją drzew i słońcem zawiązał, i który słyszy, 

jak bije serce Ari przeogromną wdzięcznością i przyjmuje to tak, jak najgorętszą modlitwę.  

Gospodyni tymczasem zajrzała do obory i spiżarni.  

- A ot, dziewucha leń, krowa nie ma świeżej ściółki, w stajni gnój. Patałach, psiakrew, już 

ja jej nagadam.  

Do wieczora wszystko było przygotowane i urządzone. Ari brała czynny i gorliwy udział w 

pracy i gospodyni dziwiła się, że chuderlawa, mizerna panienka tak dzielnie macha widłami przy 

zmienianiu  krowie  ściółki,  że  zamiata  ślicznie  podwórze  i  w  brudnej,  zatęchłej  spiżarni  robi 

porządek i błyska drobnymi zębami, i śpiewa niezmordowanie.  

- A ot i wszystko. Teraz, panienko, dziewuchę za łeb, niech krowy pilnuje, a po wszystko 

do  nas  schodzi,  co  potrzeba.  Parę  kurek  kupisz  i  kurczaków  i  jeść  co  będzie,  kartofle  są  u  nas, 

marchew i cebula, a i pan Jacek ma tu za studnią parę zagonków. Z głodu nie umrzesz, tyle że bez 

ludzi będzie się przykrzyć. To i schodź, panienka, do nas, to i raźniej będzie. Pan Jacek pierwszy u 

nas był, a teraz to chyba panienka będziesz nam najmilsza. Ja jutro od rana przyjdę zaglądać, to i 

background image

parę kurczaków zniosę. Teraz już pójdę. Musi będzie więcej jak osiem. Słońce nisko. Nie wychodź 

w las, bo się możesz stracić. Dobranoc, panienko.  

Skinęła  głową  i  odeszła,  prosta,  silna,  tęga.  Ale  już  poza  chruścianym  ogrodzeniem 

dogoniła ją Ari i objąwszy za szyję, ucałowała serdecznie.  

- Dziękuję, że pani taka dobra.  

Jaśmieniowa  wzruszyła  się,  przytuliła  małą  główkę  i  nieśmiało  pogładziła  po  zburzonych 

włosach.  

- A to nic! Toż głupstwo, dziecko, jest przynajmniej gębę do kogo otworzyć, no, uciekam, 

pan Jacek jedzie.  

Jacek  jechał  konno  i  z  daleka  już  machał  czapką,  ujrzawszy  Ari.  Biegła  więc  ku  niemu 

roześmiana, a on zeskoczył z konia i chwycił ją w ramiona.  

- Ari, moja najmilsza, jakże ci tu było, moja maleńka, bardzo smutno? Zatrzymali mnie dziś 

dłużej niż zwykle, ale cały czas o tobie myślałem.  

-  Smutno?  Mnie? W  lesie?  Co znowu!  Cudownie  było.  Chodź  prędziutko,  umyjesz  łapy  i 

kolacja.  

Szła  obok  niego  pewna  siebie,  wesoła,  jakby  tu  mieszkała  od  lat.  Podczas  gdy  mył  ręce, 

nakryła do stołu i postawiła jajecznicę, obok chleb, masło, mleko i usiadła na ławce, nucąc z cicha i 

przechylając głowę do taktu.  

- Ari, ja jestem zupełnie nieprzytomny. Wyobrazić sobie, że odtąd dzień w dzień będę cię 

tak  tutaj  widział  i  słyszał.  Gdyby  dzwonki  konwalii,  które  postawiłaś  na  stole,  mogły  śpiewać, 

miałyby właśnie taki głos, jak twój.  

- One właśnie śpiewają, a ja im tylko pomagam. Ale ty jedz, nie gadaj. Co robiłeś dziś cały 

dzień? 

- Więc jeść czy mówić? 

- Trochę jedz, trochę mów.  

- A zatem, bycza jajecznica, takiej tu nie robią, pilnowałem wozaków, co taszczą drzewo do 

tartaku,  liczyłem  pnie  i  wozy,  sprawdzałem  kwity...  chleb  lepszy  niż  zwykle,  a  jutro  od  rana 

jedziemy  z  leśniczym  i  nadleśnym  na  rewizję,  bo  znów  z  lasu  drzewo  buchnięto...  i  cały  czas 

myślałem o mojej dziewczynce. 

- Bardzo chwalebnie, to teraz pójdziemy na spacer, tylko zawołam tę twoją nadworną damę, 

bo  się  zjawiła,  i  pokażę  jej,  jak  trzeba  zmywać.  Wszystkie  miski  i  naczynia  musiałam  piaskiem 

szorować.  

W  tej  chwili  Ari  usłyszała  przeraźliwe  ujadanie  psa  i  porykiwanie  krów  wracających  z 

pastwiska do domu. Grubas, zwany Franusią, darł się przeraźliwie: 

background image

- Bukietka, kudy? Kudy? Bukietka, chaliera, kudy? 

Przy  akompaniamencie  takich  rozpaczliwych  krzyków  uparta  krowa,  która  dla  Franusi 

absolutnie  i  widocznie  szacunku  nie  miała,  została  wegnana  w  obręb  podwórka  i  chodziła  teraz 

majestatycznie, obwąchując ganek i drzewa obok niego rosnące. Pies ujadał bez przerwy i skakał 

obok Jackowego konia, z filozoficznym spokojem skubiącego trawę.  

Młodzi stanęli na ganeczku i Jacek krzyknął: 

- Franka, a gdzieżeś ty łaziła, gdy mnie w domu nie było, co? 

- Panok, ja nigdzie, ja tylko była do taty zaszedłszy wczoraj, taj zanocowała tam.  

- Kazałem ci domu pilnować, pies też włóczył się cholera wie gdzie.  

- Nie krzycz, panok, nie gniewaj, czaho krzyczeć zaraz? 

- Bierz się do krowy, smarkata, konia napaść i napoić, bałagan w domu zastałem.  

Franusia zerknęła spod oka na Adriankę i myślała sobie, że teraz mniej będzie przyjemne 

życie, gdy licho nadało panią, ale “pani” śmiała się głośno, aż oczy mrużyła.  

- Jacek, a to z ciebie władca, cha! cha! cha! Umrę, patrzcie państwo, jaki ważny.  

- Cicho, Ari - trącił ją łokciem - podrywasz mój autorytet.  

- Co ci podrywam? Och, ty dzieciaku stary. Przynieś mi płaszczyk, chłodno się zrobiło.  

Podeszła do Franusi, stojącej z otwartymi ustami.  

- Niech Franusia wydoi krowę i przecedzi mleko, tam w kuchni wszystko przyszykowałam. 

Kolację  zjeść,  stoi  na  piecu,  i  pomyć  garnki  i  talerze  w  gorącej  wodzie  gałgankiem,  opłukać  w 

zimnej wodzie i wytrzeć do sucha ściereczką, potrafisz? 

- Dlaczego nie, dobrze, pani.  

Ari wsunęła rękę pod Jackowe ramię i weszli w las, który teraz zupełnie inaczej wyglądał 

niż we dnie. Cisza tu była ciemna i głęboka, wśród której nie ucho, lecz wrażliwe serce Ari łowiło 

bicie  miliona  innych  drobnych,  lecz  niewidzialnych  gołym  okiem  serduszek,  i  pulsowanie 

olbrzymiego serca ziemi, i niewypowiedziane słowa miłości, i modlitwę wieczorną lasu, od którego 

biła  potęga  i  moc  krzepiąca,  i  tajemnica,  której  nie  ogarnie  ludzki  rozum,  tajemnica  bytu.  Pod 

nogami młodych trzaskały gałęzie. Ten cichy trzask wracał dziewczynie świadomość, bo kiedy tak 

szła, zdawało się jej, że jest jednym z tych drzew ogromnych, patrzących Bogu w twarz potężnymi 

konarami, i jedną z tych istot, których miliony ruszało się teraz w mroku nocy. Dusza Ari stopiła 

się  teraz  w  modlitwie  z  duszą  lasu,  na  skrzydłach  mroku  biegła  w  bezkres,  w  nieskończoność,  i 

złote  gwiazdy  całowała  siostrzanymi  całunkami.  Ramię  Jacka  zaciskało  się  coraz  silniej  wkoło 

wiotkiej kibici dziewczęcia. Usłyszała gorący szept: 

- Kochana, kochana - a deszcz pocałunków spadł na jej oczy i usta.  

background image

Owinęła mu szyję ramionami i stali tak nieruchomo pod drzewami dobrotliwie otulającymi 

młodą miłość pachnącym cieniem. Leciutko, leciutko, od drzewa do drzewa wionął szmer:  

- Młodzi... młodzi... 

- Kochają!  

- Kochają... kochają... 

- Otulmy naszą siostrzyczkę ciepłym płaszczem mroku. Wypłoszmy z gęstwi tajemniczych 

lęk. Siostrzyczka, maleńka nasza siostrzyczka niech kocha tak jak my, w spokoju.  

I Ari rozumiała ten szept i było jej strasznie, strasznie, strasznie dobrze.  

- Wróćmy, Ari, już późno.  

Z żalem zawróciła i pomyślała, że ogromnie chciałaby poczekać, aż w tej ciemnej świątyni 

Anioł Stróż lasu zawiesi srebrną lampkę, i do rozmarzonej duszy wkradł się nieznaczny cień żalu 

do Jacka, że przerwał modlitwę jej serca.  

Gdy byli już niedaleko gajówki i Ari usłyszała ujadanie psa, zapytała: 

- Czy to twój pies, Jacuś? On ma mnóstwo pcheł.  

- To nie pies, to suczka. Dostałem go od jednego z gajowych zimą i nazwałem Kolą.  

- A dlaczego nie ma budy? 

- Na cóż jej buda, śpi na werandzie.  

- A jeżeli deszcz pada albo zimno? 

- Psu nie zimno, a jak zmoknie, to kataru nie dostanie.  

- Hm! Jednak ja każę jej budę zrobić. A jak się nazywa konik? 

- Klaczka, dziewczynko, Lady.  

- Aha, taka arystokratyczna, angielska, ślicznie. Nauczysz mnie konno jeździć, Jacek? 

- Z rozkoszą, laleczko.  

-  Nie  mów  na  mnie  laleczka...  ja  jestem  księżniczka  Ari.  Chodzę  po  lesie,  a  za  mną  białe 

pawie  i  wspaniały  chart,  i  paziowie.  Ty  jesteś  paź.  Kola!  Kola!  Koleczka,  chodź  tutaj,  psinko. 

Czekaj, my się tu zagospodarujemy, nie damy sobie krzywdy zrobić.  

Pies stał przed panienką, z głową przekrzywioną na bok, machał ogonkiem i był zdziwiony. 

Czego  ta  długa  osoba  od  niego  chce?  Szczekał  urywanie,  zupełnie  niezdecydowany,  jak  ma  się 

zachować  wobec  tego  nowego  człowieka.  Adrianka  śmiało  położyła  rękę  na  dużej  głowie  psa. 

Oblizał się. Dotknięcie było ciepłe, miękkie. Paluszki Ari łaskotały przyjemnie miejsce koło ucha, 

gdzie  go  zwykle  zajadle  gryzły  pchły.  Ogon  zaczął  wykonywać  ruchy  żwawsze  i  Kola  nabrała 

ochoty  przekonać  się,  jak  smakuje  ta  delikata,  ciepła  dłoń,  więc  niby  niechcący,  niby  zupełnie 

przypadkiem  musnęła  ozorem  rękę  Adrianki.  Panienka  klękła  na  ziemi,  Kola  cofnęła  się 

background image

przestraszona, ale zaraz poczuła znowu miękkie, ciepłe dotknięcie i przyjemne łaskotanie koło uszu 

i pyska, potem na piersiach. Westchnęła i przewróciła się na wznak, pokazując wszystkie zęby.  

- Zostaw, Ari, pchły cię oblecą. 

-  To  nic,  ja  ją  jutro  wykąpię  i  wyczeszę,  prawda,  pieseczku,  mały,  malutki,  kochany 

pieseczku,  taka  śmieszna  mordeczko  i  te  uszyska  klapiaste,  i  ten  ogonek,  taka  chorągiewka  na 

wiwat.  

Kola słuchała melodii ludzkiego głosu i pierwszy raz uświadomiła sobie, że to jest bardzo 

miłe, wobec czego, kiedy Ari wstała i weszła na ganek, Kola podskoczyła i trąciła pyskiem kolana 

dziewczynki, szczekając. “Czy to już? Jaka szkoda”.  

Ari roześmiała się i trzymając rękę na kudłatym  łbie psa, weszła do pokoju. Jacek zapalił 

lampę, Adrianka usiadła na ławce, a pies rozciągnął się u jej nóg.  

- Widzisz, Jacek, jaka przyjaźń? Powiedz, co ona umie? 

- Podawać łapę.  

- Więcej nic? 

-  Nie,  nie  chciało  mi  się  uczyć,  a  teraz  już  za  późno,  ma  osiem  miesięcy.  Ari,  jak  tu  dziś 

ślicznie, te konwalie tak pachną.  

-  No,  widzisz.  Kładź  się  spać,  chłopcze,  ja  jeszcze  zajrzę  do  kuchni  i  też  pójdę.  Pani 

leśniczyna, czy leśniczówka, urządziła mi sypialnię jak migdał.  

- Ona się nazywa Jaśmieniowa - rzekł Jacek uśmiechnięty.  

- Piękne nazwisko, no, dobranoc, kochanie.  

- Ari! 

- A co? 

- Nic, tak mnie chłodno całujesz. Nie posiedzisz ze mną, nie pogadasz? 

-  Ależ  dobrze!  Zaraz  przyjdę!  Tylko  myślałam,  że  pan  chce  spać,  zaraz  przyjdę;  czy  z 

gitarą, czy z fortepianem na plecach władcę do snu kołysać? 

- Ari, wariacie! 

Poszła  do  kuchni,  gdzie  zastała  Franusię  śpiącą  z  głową  na  stole.  Grubas  chrapał 

przerażająco.  Na  jej  grubej,  pyzatej  twarzy  śniły  rozkosznie  muchy.  Wszystko  było  zmyte 

porządnie. Ari poklepała dziewczynę po ramieniu. 

- Franusiu, już możesz iść spać. Gdzie nocujesz? 

- W stodole.  

- No, to zmykaj. Dałaś psu jeść? 

- Nie, zabywszy.  

- Jutro nie trzeba “zabywać”. Pies też od czasu do czasu musi jeść. Dobranoc, miła.  

background image

- Dobranoc.  

Adrianka nakarmiła psa, ten zaś omal miski nie połknął. Wróciła potem do Jacka, który cały 

czas  niecierpliwie  chodził  po  izbie,  nie  mogąc  się  doczekać  “swojej  maleńkiej”.  Nerwy  miał 

napięte jak struny. Ari jest jego, tylko jego... Zaraz tu wejdzie... tup, tup... chodzi po kuchni, mówi 

do  psa.  Jaki  pieszczotliwy  głos,  jaki  giętki...  Zaraz  tu  będzie.  Dlaczego  tak  marudzi?  Jacek 

zgrzytnął zębami. Uparciuszek, uparciuch mały... Już skrzypnęły drzwi! 

- Chodź prędzej, gosposiu malutka! 

Za Adrianką nieśmiało, boczkiem wsunęła się Kola. Dotąd nie wolno jej było wchodzić do 

izby, toteż dreptała cicho tuż przy nogach pani. Kiedy zaś ta usiadła przy Jacku, Kola zwinęła się w 

kłębek pod ławką, dotykając nosem stóp dziewczynki.  

- Jestem już. Gitarę i fortepian zaraz niewolnicy wniosą. Och, Jacku, jaka ja szczęśliwa! 

- Dobrze ci ze mną? 

“Ze mną” powiedział, gdyż nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie on (jak mu się zdawało) 

jest osią zainteresowania Adrianki. Był głęboko przeświadczony, że jego osoba prędzej czy później 

stanie się dla Ari całym światem, że po to przyjechała tutaj pomijając wzgardliwie możliwe sądy, 

opinie,  by  żyć  dla  niego  i  dawać  mu  pić  czar  swojej  obecności.  Było  to  zasadniczo  błędne,  ale 

Jacek, znając kobiety, nie znał miłości, dotąd nie spotkał się z nią jeszcze twarzą w twarz, nie umiał 

wyjść na jej spotkanie.  

Ari zaś odpowiedziała swobodnie: 

- Dobrze, Jacku. Mnie ze wszystkim dobrze. Zresztą, jak tu może być źle, tak blisko Boga? 

- Bóg jest daleko, dziewczynko, a może nie ma Go w ogóle? 

-  Och,  ty  śmieszny!  Nie  ma?  Spójrz  w  okno:  patrzy  na  ciebie  złotymi  oczami  gwiazd  i 

śmieje się, żeś taki niemądry. Tam, w lesie, cały czas był koło nas. Nie, Jacku, nikt nie zdoła we 

mnie wmówić, że Go nie ma. Cała wiedza, cała potęga myśli ludzkiej nie jest w stanie oddać czaru 

księżycowej  nocy;  nie  uczyni  tego  ani  muzyka,  ani  malarstwo.  Nie  wypowie  najbardziej  giętki 

język. To wszystko będzie lepszą czy gorszą fotografią. Zbyt bowiem trudno jest pochwycić szmer 

anielskich skrzydeł, a bicie serca mówi ci o tym.  

- Masz bujną wyobraźnię, Ari, lecz cię kocham za to. A teraz powiedz mi coś ładnego, jakiś 

wierszyk.  Adrianko,  księżniczko,  tak  przyjemnie  czuć  pod  ręką  twoje  giętkie  jak  u  kota  ciało  i 

patrzeć w błyskające zęby, i słuchać twego głosu.  

- Kiedy na poczekaniu... bo ja wiem? - milczała długą chwilę.  

Księżyc wszedł teraz cały w okno i rozpylił w izbie srebrną mgłę blasku. Ari zgasiła lampę. 

Jacek westchnął i położył głowę na kolanach siedzącej nieruchomo dziewczyny. Stopa Ari lekko 

dotknęła  kudłów  psa,  zwierzę  zaś  odczuło  to  dotknięcie  jak  pieszczotę  i  przeciągnęło  się 

background image

rozkosznie.  Delikatna  dłoń  panienki  jak  srebrny  motyl  przesuwała  się  miękko  po  twarzy  i 

czuprynie chłopca. Oczy rozwarte szeroko łowiły blask srebrnego miesiąca. Jacek wziął tę dłoń i 

przycisnął do ust. Więc położyła mu na czuprynie drugą rękę i siedziała jasna cała od księżycowej 

poświaty, uśmiechnięta. Wreszcie, pochyliwszy się nieco, zaczęła: 

- Śpij, synku! 

Bo oto słonko znużone i senne do skrytej w chmurach odeszło świetlicy. Wrota się za nim 

zamknęły promienne, złocone blaskiem królewskiej źrenicy. A gdy już słonko idzie do spoczynku - 

śpij, synku! 

Śpij, mały! 

Oto  i  łąka,  spowita  w  welony  mgły  opalowej,  słodko  sobie  drzemie.  A  z  boru  słychać 

modlitewne dzwony... miesiąc całuje srebrem  senną ziemię... Wkoło tak cicho... Świat  spoczywa 

cały... Śpij, mały.  

Śpij, synku! 

Pracę kto  skończył, niech śmiało  spoczywa, niech śni  o szczęściu,  które sobie tworzy. W 

łańcuchu życia niech splata ogniwa, przy blaskach nowej, budzącej się zorzy. Niech zbiera siły do 

trwania, do czynu. Śpij, synu! 

I dawno już ucichł jej słodki, senny głos, a Jacek wciąż trzymał ciepłą dłoń przy ustach i nie 

podnosił głowy. Wreszcie sama Ari targnęła go lekko za czuprynę i dmuchnęła w oczy.  

- No, władco, czas spać! Niewolnicy już chrapią.  

Nim  odeszła,  długo  tulił  ją  do  piersi  i  patrzył  błagalnie  w  oczy,  i  coś  szeptał  drżącymi 

ustami.  Ari  jednak  położyła  mu  palec  na  ustach,  uśmiechnęła  się  i...  znikła  w  sąsiednim  pokoju. 

Kola poszła za nią ze spuszczonym ogonem, niezbyt pewna, czy nie zostanie sromotnie wyrzucona 

za  drzwi.  Kola  przecież  pragnie  tylko  czuć  małą  stopkę  między  kudłami.  Zaraz  pchły  mniej 

dokuczają.  Podniosła  łeb  do  góry  i  węszyła  niespokojnie,  co  to  pachnie  w  powietrzu.  Adrianka 

wzięła ją za obrożę i wyprowadziła do sieni. Podesłała jakieś stare worki i głaszcząc zmierzwione 

kudły zwierzęcia mówiła: 

- Śpij, pieseczku. Jutro pani wykąpie, potopimy pchełki i będziesz spał przy łóżku, dobrze? 

I na spacer pójdziemy daleko na pole, w słońce. I piesek będzie taki stary pieszczoch. No, spać.  

Kola  merdała  ogonem  i  nie  protestowała.  Lepiej  przecież  tu,  na  czymś  miękkim,  niż  na 

dworze, gdzie wcale nie ma spokoju. Byle sroka, byle głupi kot sen płoszy. Więc gdy Ari zniknęła 

za drzwiami, Kola oblizała się smakowicie na wspomnienie głosu pani, ziewnęła i schowała nos w 

okolice puszystego ogona.  

Jacek  słyszał,  jak  Ari  zamykała  drzwi  na  haczyk.  Klamek  tu  zasadniczo  brakowało.  Do 

nastawionych  uszu  chłopca  dobiegał  każdy  szelest  z  sąsiedniej  izby.  Dziewczyna,  nucąc  cicho, 

background image

rozbierała się. Wreszcie zaszeleściło siano. Jacek zaczął chodzić po pokoju, krew uderzyła mu do 

głowy i przesłaniała oczy mgłą. Wreszcie nie wytrzymał: 

- Ari, czy mogę cię jeszcze pocałować na dobranoc? 

-  Powiedzieliśmy  sobie  dziś  dobranoc  sto  razy.  Poza  tym  chciałabym  panu  zwrócić 

delikatną uwageczkę, że pan musi wstać rano, że Ari jest trochę “zmachawszy” i że tego całowania 

trzeba i na jutro co nieco zostawić. Skoro nie możesz zasnąć, to licz do tysiąca i z powrotem po 

łacinie.  Radykalny  środek  na  bezsenność.  Salem  alejkum.  Moja  jest  utrudzona  za  bardzo  wiele 

mnóstwo i dobre duchy twego wigwamu sypią już na oczy twej niewolnicy mak.  

Zacisnął  zęby,  ale  musiał  się  uśmiechnąć.  Po  czym  z  determinacją  położył  się  spać.  W 

dobrą już godzinę potem odezwał się: 

- Ari... 

- Co? 

- Śpisz? 

- Śpię! Bardzo śpię.  

- Aha! No, dobranoc.  

- Dobranoc po raz setny i pierwszy.  

O godzinie szóstej budzik poderwał Adriankę. Ubrała się piorunem, zapukała do Jacka.  

- Jacuś, wstawaj. Już czas.  

- Już, już, najdroższa. Jak spałaś? 

- Niesłychanie. Kola też. Ubieraj się prędko, bo robię śniadanie.  

- Chodź mnie pocałować.  

- Właśnie o tym myślę! Takiego zaspanego kota całować! Ubieraj się, smyku.  

I  pobiegła  do  kuchni  na  gwałt  gotować  śniadanie.  Nakarmiła  Frankę  i  psa,  który  nie 

odstępował jej nóg. A gdy usłyszała, że Jacek chodzi po izbie, przyszła do niego różowa, mokra od 

rosy i chłodna, z wielkim pękiem dzwonków.  

- Ari, najśliczniejsza, nie mogłem się ciebie doczekać.  

-  O,  przecież  miałam  poranną  wizytę  ministrów,  musiałam  wydać  rozkazy  na  dzień 

dzisiejszy.  Trudno,  życie  księżniczki  udzielnej  to  nie  romans.  Bierz  mnie  pod  rękę  i  idziemy  na 

śniadanie.  

- Gdzie ty mnie prowadzisz? 

- Do lasu, nakryłam pod świerkami, czy nie przyjemniej? 

Ranek był rześki, słoneczny, pachnący. Las wyglądał, jakby się przed chwilą umył i Jacek 

nie  miał  siły  po  prostu  odejść  od  tego  zaimprowizowanego  stołu,  zrobionego  z  niewielkiej 

beczułki, przykrytej prostym, szarym płótnem.  

background image

- Ari, jeszcze nigdy w życiu śniadanie mi tak nie smakowało.  

- No chyba. Nigdy w życiu nie siedziałeś przy królewskim stole, ale teraz znikaj.  

Zanim go jednak wyprawiła, wciąż i wciąż wynajdywał pozory, by mieć ją przy sobie, tulić 

i  całować.  Ostatecznie  odjechać  musiał.  Dziewczynka  zaś,  przy  pomocy  Franusi,  która 

odprowadziła krowę, zabrała się do roboty. Kola, wygrzewając się na słońcu, śledziła każdy ruch 

pani i gdy ta podchodziła bliżej, od razu przewracała się na grzbiet i zamiatała ogonem ziemię.  

Ari  bystrym  spojrzeniem  ogarnęła  swój  pałac.  Wszystko  było  w  porządku,  wobec  czego 

zasiadła do pisania listu: 

 

“Mój kochany, dobry Tatusiu.  

Mieszkam  w  głębi  starego  boru,  mam  krowę,  będę  miała  kury  i  kurczęta.  Dużo  słońca  i 

jagód. Jestem zdrowa i bardzo szczęśliwa. Mam też psa, który nic nie umie, tylko podawać łapę i 

szczekać.  Zdaje  się,  że  do  polowania  byłby  niezły,  bo  to  kombinacja  wyżła  i  kundla.  Ma  osiem 

miesięcy.  Szkoda,  że  ciebie,  tatusiu,  tu  nie  ma,  takie  cudne  motyle!  Widziałam  też  ul  w  pniu 

starego dębu. Tatusiu, bór to cudowna rzecz, a życie - jeszcze cudowniejsza. Jesteś bardzo mądry, 

że  mało  mówisz:  słowa  czasem  są  zupełnie  niepotrzebne.  Kocham  cię,  Tatusiu.  Konia  mam  też. 

Pisz do mnie poste restante. Wilno. Całuję z całej siły.  

 

Twoja Ari” 

 

 

Zakleiła, zawołała Kolę i pobiegła na jagody, a jej głos mieszał się z głosami ptaków i leciał 

hen do Bożych stóp.  

 

*** 

 

Tak  upłynął  Adriance  pierwszy  tydzień,  podczas  którego  żyła  jak  we  śnie,  spędzając  dnie 

od  wschodu  do  zachodu  słońca  w  lesie.  Z  jakąś  dziką  pasją  przedzierała  się  przez  najbardziej 

niedostępne  miejsca,  obejmowała  smukłe  pnie  sosen,  tarzała  się  we  mchu  i  goniła  motyle, 

próbowała naśladować  głosy ptaków i  śmiała się, gdy sfałszowała. Jaśmieniowa przyniosła jej w 

prezencie  dwie  nieśne  kokoszki  i  dwa  kurczaki,  a  któregoś  dnia  zabrała  ją  ze  sobą  na  targ  i  Ari 

wróciła  z  całą  menażerią.  Kupiła  bowiem  trzydzieści  sztuk  drobiu  i  dwa  małe  prosiaki,  ku 

wielkiemu  niezadowoleniu  Franusi.  Jacek  śmiał  się  tylko  z  gospodarskiego  zapału  Adrianki,  ale 

wcale jej to z tropu nie zbiło. Gdy wracał o szóstej do gajówki, wybiegała naprzeciwko roześmiana, 

background image

śpiewająca, z twarzą w rumieńcach i zarzucała mu na szyję nagie i złote już od słońca ramiona. Ten 

uścisk  serdeczny  był  mu  nagrodą  za  całodzienną  tęsknotę.  Jedli  kolację  i  Ari  wyciągała  go  na 

spacer mimo oporu. Czasem irytował się.  

- Ari, czy nie możesz tej włóczęgi odbyć we dnie, gdy jesteś sama, tak mi dobrze posiedzieć 

z tobą w domu.  

- We dnie swoją drogą, a wieczorem swoją drogą. To zupełnie co innego chodzić solo, a co 

innego z kimś kochanym. Świat ma wtedy jeszcze większy urok.  

Ale Jacek tego nie odczuwał i Adrianka zrozumiała, że pod tym względem pogodzić się ze 

sobą  nie  mogą.  Co  dzień  też  przed  nocą  powtarzała  się  ta  sama  historia,  że  chłopak  szedł  spać 

wściekły i zdenerwowany “niezrozumiałym”, według niego, oporem Adrianki.  

Kola  była  nieodłącznym  cieniem  swojej  pani,  lekceważyła  Jacka,  a  ogonem  nie  raczyła 

kiwnąć  w  stronę  Franusi.  Teraz  nie  spała  już  w  sieni,  ale  na  ziemi  przy  łóżku  Adrianki.  Kola 

została wykąpana. To było w jej życiu zdarzenie zupełnie wyjątkowe i mimo całej swej grozy, w 

skutkach przyjemne. Gdy  Ari, z pomocą  Franki, zanurzyła psa w szafliku pełnym dobrze ciepłej 

wody z naftą i zaczęła szorować mydłem, wył przeraźliwie i wyrywał się tak, że obie z trudem go 

utrzymały...  Po  chwili  jednak,  gdy  zauważył,  że  nic  go  specjalnie  nie  boli,  natomiast  nie  czuje 

przykrych  ukłuć  i  swędzenia,  uspokoił  się;  patrzył  tylko  żałośnie  i  piszczał  cichutko:  a  może  już 

dosyć tej dziwnej  pieszczoty. Wreszcie Adrianka wylała na niego z góry całą zawartość  wielkiej 

konwi, napełnionej wodą z lizolem i operacja była skończona. Pies został owinięty w stare płótno i 

derkę,  i  ułożony  wygodnie  na  nowym  sienniczku  w  kącie  pokoju.  Przed  nim  postawiono  miskę 

mleka. “A, jeżeli tak, to co innego” - pomyślał. Wylizał miskę i zasnął. Na drugi dzień nie czuł do 

Ari  śladu  żalu,  a  gdy  mu  czesała  kudły,  oblizał  szerokim  ozorem  raz  i  drugi  uśmiechniętą  buzię 

pani.  

Kilka dni po tej operacji Jacek siedział z Ari na ganeczku. Kola oparła pysk o jej stopy i 

drzemała.  Zbudził  ją  gwałtowny  ruch,  podniosła  pysk  i  patrzyła  zaniepokojona,  co  się  dzieje, 

dlaczego ci ludzie wykonywali takie niespokojne ruchy, kto chce zrobić krzywdę pani? Warknęła 

groźnie i weszła za Jackiem, który wniósł Adriankę, mimo jej oporu, do swojego pokoju i położył 

na łóżku.  

- Nie pójdziesz stąd, Ari, nie pójdziesz stąd! 

- Jacek, puść mnie w tej chwili, słyszysz?  

Trzymał mocno obie ręce dziewczyny i przycisnął usta do jej ust. Kola w tej chwili zaczęła 

szczekać głośno, wściekle, oparła przednie łapy o krawędź łóżka i hałasowała bez przerwy. Jacek 

chwycił ją za kark, ale Kola umknęła w bok ciałem, natomiast zęby jej wpiły się w Jackową dłoń. 

Krzyknął.  

background image

Ari wstała i rzekła cicho i pieszczotliwie: 

- Chodź, Koleczka, dobry piesek, kochany piesek! 

Wyszły obie na dwór i spacerowały wśród szumiących drzew długo, długo. Ari płakała i w 

tę noc pękła pierwsza niteczka, łącząca jej serce z sercem Jacka. Nazajutrz jednak wszystko poszło 

zwykłym trybem i Zeler jechał do pracy żegnany słodkim uśmiechem i pocałunkiem.  

 

*** 

 

Mijały dni. Dojrzały już zupełnie jagody i ucichł w borze gwar ptactwa, bo nadszedł lipiec. 

Ari zdążyła zaprzyjaźnić się serdecznie z Jaśmieniową i powoli, po pierwszym odurzeniu czarem 

przyrody, zaczęła wglądać w życie ludzi miejscowych. 

Ze  zdumieniem  zauważyła,  że  kobiety  tutejsze  są  traktowane  jak  coś  w  rodzaju  zwierząt 

pociągowych.  Na  ich  barkach  spoczywa  całkowita  praca  i  wszystkie  troski.  Mężczyźni  są 

nieprawdopodobnie leniwi i zacofani. Ukłuły ją boleśnie słowa jednego gajowego, którego spotkała 

w leśniczówce, a który był znany jako awanturnik.  

- Kobieta i ryba głosu nie ma. Jest w domu jak pies podwórzowy. Dobra, to dobrze, a nie, to 

baty. A jak całkiem się nie nada, to strzelać w łeb, a od kary zawsze się i wykręci.  

Popatrzyła na niego wtedy z odrazą i rzekła spokojnie:  

- Bardzo ciekawe zdania pan wygłasza. U nas jednak o kobiecie myślą inaczej. Niech pan 

jednak nigdy nie mówi tak przy swych dzieciach, bo gdy dorosną, to nie uszanują człowieka, który 

nie potrafi uszanować matki swoich dzieci i za to im kary też nie będzie.  

Ponieważ  Jacek  był  wolny  dopiero  od  szóstej,  Ari  czas  ten  spędzała  albo  w  lesie,  albo  u 

Jaśmieniowej, której uparła się pomagać w pracy na polu i w ogrodzie warzywnym. Tutaj właśnie 

słuchała historii, od których włosy jej stawały dęba. Więc ten to gospodarz zabił matkę swojej żony 

i jej towarzyszkę staruszkę, by zagrabić grunt. Żonę wygnał z domu i sprowadził kochankę, którą 

dzieci  zmuszone  są  nazywać  mamusią.  A  sędziowie  nie  umieli  dowieść  mu  winy.  Ten  znów 

gajowy traci wszystkie pieniądze na wódkę i dziewczyny, a żona, sama jedna bez służącej, z daleka 

od ludzi, wśród lasu, uprawia ziemię, orze, sieje, zbiera, wychowuje troje małych dzieci i z głodu i 

przepracowania  zdycha,  bo  od  męża  grosza  nie  dostaje,  i  w  ogóle  nic  prócz  kułaków  i  obietnic 

śmierci  od  niego  nie  ma.  Ten  znów,  gdy  żona  urodziła  mu  czwarte  dziecko,  zbił  ją  do  utraty 

przytomności i musiała uciekać tegoż dnia z maleństwem w las, bo chciał ją zabić, przez kochankę 

podjudzony. Dziecina umarła. Ona została i żyje wciąż pod grozą jego pięści.  

- Jezus, Maria! Dlaczego te kobiety nie porzucą takich drabów? 

background image

-  A  gdzież  pójdą,  panieneczko?  Żeby  bez  dzieci  były,  ale  tak,  któż  to  dzieci  zostawi 

draniowi niegodnemu? 

- A sąd? 

-  Sąd  się  w  te  sprawy  nie  miesza,  zresztą  tu,  widzisz,  jest  tak:  zaniesiesz  sędziemu  pud 

miodu, a jajów, a masła, to i winy nie masz. Na skargę wyżej nikt nie pójdzie, bo naród ciemny, 

szkół  mało.  Zbierali  na  szkołę  coś  trzy  razy,  potem  w  miasteczku  to  przepiwszy  i  koniec.  Pisali 

ludzie podanie o szkołę. Podanie w starostwie ginie i koniec. Panieneczko, nie żyć tu człowiekowi. 

My tej Polski czekali jak zbawienia. Jak usłyszeli o Legionach,*to się chłopaki we wsi puścili jak 

charty  ze  smyczy.  Pieszo  lecieli  do  Warszawy  samej,  Niemców  i  bolszewników  się  nie  bali. 

Panienko, we wsi, skąd pochodzę, to będzie stąd z dziesięć kilometrów, jeden ojciec w stodole syna 

za nogę wiązał, a ten wierówkę (litew. - sznur, postronek) przegryzł, taj i uciekłszy w Legiony. A 

jak tu Legiony przechodziły, to ludzie na środku drogi klękali i płakali, a głód był wtedy i nędza, 

strach... po tych giermańcach i bolszewnikach. To my wrzos suszyli, tłukli i placki z niego piekli, a 

dla Legionów siano w dwie godziny się znalazło. A teraz, panienko, cóż: nędza, podatki, żyć nie 

ma  z  czego,  bo  sołtys  bierze  dla  siebie,  urzędnik  dla  siebie,  a  naród  ciemny  nie  sprawdzi,  które 

słusznie,  które  nie.  A  jak  tu  z  Wilna  kto  przyjedzie  sprawdzić,  ho,  ho,  panienko,  w  urzędach 

zakręcą, zabajtlują, jeden drugiego trzyma i cicho sza, a ty, narodzie, cierp dalej.  

Legiony  -  Legiony  Polskie  w  I  wojnie  światowej,  formowane  z  oddziałów  strzeleckich 

Józefa Piłsudskiego.  

 

Te historie nie dawały Ari spokoju. Czuła swą bezradność i niemoc. Bolało ją to i męczyło 

bez  miary.  Gdyby  mogła,  oddałaby  całe  swoje  uśmiechnięte  serduszko  skrzywdzonym  ludziom. 

Czasem,  przytulona do Jackowej  piersi, szeptała  mu  cichutko o tych swoich kłopotach, w błogiej 

nadziei,  że  on  przecież  coś  pomoże,  on  taki  duży  i  silny,  ale  Jacek  zakazał  jej  kategorycznie 

zaprzątać sobie głowę podobnymi sprawami.  

- Jaceczku, przecież ty możesz zająć się chociaż tą gajową, co sama mieszka, przecież nie 

można tylko o sobie myśleć.  

-  Maleńka,  nie  rób  ze  mnie  opiekuna  uciśnionych,  ja  myślę  o  tobie  i  o  sobie,  to  starczy. 

Niech każdy dba o siebie, zresztą nie lubię się z chamstwem bratać.  

Wobec tego Ari już nigdy nie nalegała, a za to poszła do nadleśnego i przedstawiła mu całą 

sprawę. Nadleśny przyjął ją nadzwyczaj uprzejmie i obiecał pomóc.  

Jacek jednak zrobił Adriance awanturę.  

- Mówiłem ci, że masz te historie omijać, to nie są twoje sprawy. Ja nie chcę, rozumiesz, ja 

nie chcę, byś zajmowała się tym. Nie lubię tego.  

background image

- Jacku, pół  tonu  niżej. Uważam,  że nie masz prawa rozciągać nade mną jakiejś  kurateli  i 

bardzo cię proszę, pomyśl nad tym, gdy będziesz sam. Teraz przeproś tu w obie rączki i więcej nie 

gadaj.  

Nadrabiała  miną,  bo  w  głębi  duszy  czuła  do  Jacka  żal.I  mimo  że  stosunek  młodych  był 

ciągle taki sam, mimo że Jacek co dzień wracając do domu zastawał swą “królewnę” w pachnącym 

kwiatami  pokoju,  roześmianą  i  śpiewającą,  mimo  że  tulił,  pieścił,  całował,  nie  mógł  od  niej 

otrzymać nic więcej, choć miał pewność, że jest kochany. Ale Ari zaczęła powoli otwierać oczy na 

to, czego wpierw nie potrafiła dostrzec.  

Przekonała  się  więc,  że  Jacek  jest  niedelikatny,  mimo  całej  swojej  miłości.  Czasem,  gdy 

zmęczona zasnęła przed jego powrotem, budził ją dla najbłahszej przyczyny, choćby dlatego, by go 

pocałowała lub poszukała mu chusteczek czy kołnierzyków. Mówił na przykład wieczorem: 

- Ari, kochanie, zbudź mnie jutro o piątej, przed szóstą muszę wyjechać.  

Ari  czuwała,  zrywała  się  o  czwartej,  by  wszystko  było  przygotowane,  a  gdy  zaczęła  go 

budzić  o  piątej,  ciągnęło  się  do  siódmej.  Na  pukanie  odpowiadał  “zaraz,  zaraz”  i  leżał  jak 

najspokojniej. Adrianka zaś była zła i oburzona. Takie postępowanie wydawało się jej niemęskie. 

Wieczory były śliczne i Ari zawsze miała ochotę pospacerować i popatrzeć w gwiazdy, on jednak 

zatrzymywał  ją  w  domu.  Takich  drobiazgów  narastały  góry  i  Adrianka  coraz  częściej  myślała  o 

tym, że nie będzie miała odwagi zostać z Jackiem na zawsze. Coraz częściej zastanawiała się, czy 

uczucie,  które  żywi  do  Jacka,  jest  naprawdę  miłością.  Chodząc  po  lesie,  wodziła  w  krąg 

rozmiłowanymi oczyma i było jej dziwnie przykro, że człowiek, przy którego boku żyje, nie potrafi 

czuć  tak  jak  ona,  której  się  zdawało,  że  jest  cząstką  tego  wspaniałego  świata,  że  szum  drzew  i 

świergot  ptaków nosi w sercu.  Że cała jest przesiąknięta miłością do otoczenia, tak jak ziemia  o 

poranku mgłą i rosą. Wszystko dla niej było niezmiernie ważne i cenne, jak samo istnienie. Ale te 

myśli  i  refleksje  chowała  poza  niezmiennym,  słodkim  i  wesołym  uśmiechem  i  on  to  był 

największym darem, jaki mogła ofiarować tym, którzy ją otaczali.  

Któregoś dnia pojechała z nadleśnym do Wilna i przywiozła sobie list i paczkę od ojca. List 

przeczytała dopiero w domu.  

 

“Droga Ari.  

Pamiętaj, że w głębi takich dużych litewskich lasów są trzęsawiska, musisz uważać. Jagody 

można  suszyć,  są  zdrowe  i  pożyteczne  w  zimie.  Jeżeli  chcesz,  żeby  krowa  dawała  dużo  mleka, 

musi  być  nie  tylko  odżywiona,  ale  i  utrzymywana  sucho  i  czysto.  Kur  przekarmiać  nie  należy, 

dawaj im jeść rano i w południe po trochu, resztę dozbierają, za to kurczaki muszą dostawać dużo i 

często. Nie dawaj zgrzanemu koniowi wody, niech najpierw przegryzie sianem, a za godzinę, dwie, 

background image

dopiero wody. Owsa trzy kilo dziennie, jeżeli koń pracuje. Pamiętaj, Ari, że tylko głupcy uważają 

konia za bezrozumną, żyjącą maszynę i kto nie potrafi uszanować pracy i duszy końskiej, zdolny 

jest do wszelakiego zła. Ty to rozumiesz, prawda, Ari? Gdyby cię ugryzła żmija, zalej zaraz ranę 

amoniakiem.  Bardzo  chciałbym  widzieć  te  motyle  i  te  pszczoły,  córeczko.  Zwróć  uwagę  na 

mrowiska,  Adrianko.  Mrówki  są  mądrzejsze  niż  ludzie,  bo  się  w  granicach  swojego  państwa  i 

rodziny nie pożerają wzajemnie.  

Psa  możesz  jeszcze  wszystkiego  nauczyć,  ale  niech  czuje  twoje  przywiązanie.  Najlepiej 

lekcja wypadnie przy jedzeniu. Bądź stanowcza, mów krótko, zwięźle, ale nie bij: pies ma więcej 

czasem ambicji niż człowiek. I nie patrz na ludzi, Ari, patrz w słońce, obserwuj życie, naturę, ucz 

się  słuchać  i  rozumieć  mowę  lasu  i  pól,  będziesz  mądra.  Pisz  do  mnie.  Posyłam  ci  sto  złotych  i 

skrzynkę  czereśni.  U  ciebie  ich  zapewne  jeszcze  nie  ma.  Uszyj  sobie  sukienkę  z  tego  materiału. 

Będzie ci ładnie w zielonym. Jedz dużo miodu i mleka. Smutno mi, Ari, bez ciebie.  

 

Marek Klaudius” 

 

 

Ari przeczytała list z bijącym sercem, a po jej wzruszonej twarzy płynęły duże, czyste łzy 

miłości. Kiedy drżącymi paluszkami rozwinęła paczkę i  zalśnił  w jej rękach bladozielony woal  i 

różowy  batyst,  krzyknęła  z  radości.  Połowę  czereśni  zaniosła  zaraz  do  leśniczówki,  musiała 

oczywiście pochwalić się i materiałem, z którego Jaśmieniowa postanowiła uszyć jej sukienki.  

Jackowi  z  dnia  na  dzień  bardziej  wrastała  w  serce  ta  ruchliwa,  świergocąca  osóbka,  nie 

wyobrażał sobie chwili, w której mogłaby odejść. Było mu z nią nie tylko strasznie dobrze, ale i 

wygodnie.  Upajała  go  czarem  swojej  postaci,  potrafiła  rozmarzyć  poezją,  potrafiła  dogodzić  i 

usłużyć, ale sam nie umiał zajrzeć w głąb jej duszy i pomyśleć, czy też Ari nie potrzebuje czegoś 

więcej,  jak  tylko  pieszczoty.  Widząc  ją  zawsze  roześmianą  i  śpiewającą,  nad  niczym  się  nie 

zastanawiał.  Poza  tym  pragnął  jej  coraz  goręcej,  coraz  boleśniej.  I  uczucie  to  rosło  jak  fala  i 

szumiało w nim, i zalewało mu oczy. Gdy był w domu, nie pozwalał Adriance oddalać się nigdzie, 

chciał  wciąż  trzymać  ją  w  ramionach  mocno  zwartych  i  czuć  sprężyste,  choć  szczupłe  ciało  i 

falowanie drobnych piersi. Ale najczęściej uciekała i śmiała się z daleka jak dziecko, któremu udała 

się  psota.  Jacek  uważał  Adriankę  za  swoją  własność.  Kochał  ją,  ona  go  kochała,  a  więc, 

rozumował, była jego. Jego i niczyja więcej. Jej uśmiechy, jej pieszczoty należą do niego, a skoro 

zdobył taki skarb, musi go pilnować, by niczyje oczy, niczyje usta nie piły z tego źródła szczęścia. 

I  na  tym  tle  doszło  do  przykrego  dla  obojga  nieporozumienia.  Pewnego  dnia  Jacek  wrócił  do 

background image

gajówki wcześniej niż zwykle i nie zastał Adrianki. Franusia krzątała się w kuchni, pogryzając dla 

osłodzenia pracy i samotności niesamowicie zielone jabłka.  

- Gdzie panienka? - spytał.  

- Panienka dawno wyszedłszy do boru, pewnikiem na porębę.  

Poszedł  więc  na  ową  porębę.  Długo  łaził  między  pniakami  i  całą  masą  drzew  i  gałęzi, 

tarasujących drogę, wreszcie ujrzał zgubę. Siedziała na wywróconej kłodzie, a na ziemi, prawie u 

jej  stóp,  para  wyrostków.  Znał  ich,  byli  to  chłopcy  ze  wsi,  którzy  pracowali  przy  okorowaniu 

drzewa.  Zamiast  pilnować  swego  zajęcia,  wlepili  szeroko  otwarte  oczy  w  panienkę,  która  coś 

opowiadała,  żywo  gestykulując.  Jacek  stanął  za  stosem  gałęzi.  Był  niemile  zdziwiony.  A  potem 

usłyszał łagodny śpiew, zobaczył uśmiechnięte twarze chłopaków i Adrianki, która śpiewała razem 

z nimi “O, mój rozmarynie, rozwijaj się”. 

Sam nie wiedział, dlaczego ogarnęła go wściekłość. Krzyknął ostro: 

- Ari! 

Odwróciła bystro głowę.  

- Serwus,  Jacuś,  tak wcześnie dziś? Do widzenia, chłopcy. Pamiętajcie, że  gdy się śpiewa 

przy pracy, robota lepiej idzie.  

Skacząc przez pniaki, dobiegła do Jacka i spojrzała zdumiona. 

- Cóż to za mina, Jacuś, miałeś jakąś przykrość? 

-  Jeszcze  się  pytasz?  Co  ty  wyprawiasz,  Ari,  wdajesz  się  w  jakieś  dysputy  z  chamami, 

kompromitujesz  mnie,  demoralizujesz  tych  i  tak  głupich  chłopaków.  Ja  sobie  nie  życzę  tego, 

rozumiesz? Ja tego nie zniosę, jak przyjdą po wypłatę, zbesztam jak psów. Chodź do domu.  

- Oo, oo, Jacek! Istotnie, chodźmy do domu jak najprędzej. Słońce źle ci działa na głowę.  

-  Bardzo  cię  proszę,  bez  ironii.  Chciałbym,  żebyś  uszanowała  moje  tutaj  stanowisko  - 

mówił dygocącym z pasji głosem i wiedział jednocześnie, że cała jego gadanina sensu nie ma, ale 

coś go kusiło, by wszcząć awanturę, by wyprowadzić Adriankę z równowagi, zgasić jej filuterny 

uśmieszek.  

- Ależ, Jacuś, nie udawaj obrażonego sułtana. Nie robiłam nic złego. Mieli takie znudzone, 

posępne  twarze.  Zaczęliśmy  rozmawiać,  od  słowa  do  słowa  rozmowa  poszła  śmielej, 

opowiedziałam im coś niecoś o Warszawie, spytałam, czy umieją co śpiewać, no i zaśpiewaliśmy 

tę  piosenkę,  a  tobie  zazdrość,  że  nie  śpiewają  przy  tobie,  co?  Jeżeli  chcesz,  mogę  zorganizować 

chór i orkiestrę, by ci co dzień defilowała przed oknami na dzień dobry, mogę też kazać strzelać na 

wiwat z moździerzy.  

- Głupia jesteś ze swoimi dowcipami.  

background image

Przystanęła,  otworzyła  oczy  jak  mogła  najszerzej,  silny  rumieniec  opłynął  jej  twarz, 

chrząknęła raz, drugi, wreszcie z ust dziewczynki padły poważne, pełne wyrzutu słowa: 

-  Jacku,  jesteś  gorzej  niż  niemądry,  jesteś  niedelikatny.  Głupotę  można  człowiekowi 

wybaczyć, chamstwa w stosunku do kobiety nigdy.  

I  nie  odwróciwszy  już  ani  razu  głowy  w  jego  stronę,  szybko,  bardzo  szybko  pobiegła  do 

gajówki. Jacek nie gonił jej. Szedł wolno ze zwieszoną głową i przygryzał usta. Spokój panujący w 

lesie drażnił go jak jeszcze nigdy. Pragnął teraz wichury, deszczu, grzmotów: byłyby doskonałym 

obrazem stanu jego duszy. Czuł się znacznie niższy i słabszy moralnie od Adrianki i widział swą 

niemoc  i  bezsiłę  w  postępowaniu  z  nią.  Ona  zawsze  zrobi  to,  co  zechce,  tylko  wyłącznie  to,  co 

zechce...  Świadomość  owej  słabości  budziła  w  nim  uczucie  bardzo  zbliżone  swą  barwą  do 

nienawiści.  Gniótł  rączkę  szpicruty  i  myślał,  że  gdyby  mógł  tak  zgnieść,  zabić,  zabić  Adriankę, 

byłoby mu lżej na duszy.  

Wszedł na ganek, koło nóg zaczęła mu się plątać Kola. Sam nie wiedząc, co robi i dlaczego, 

kopnął ją z pasją. Zaskomlała rozpaczliwie, a Jacek trzasnąwszy drzwiami izby, usiadł na ławce i 

oparł czoło na ręku. Za chwilę weszła Ari, spokojna, ani śladu gniewu czy przykrości nie było już 

na  jasnej  twarzy.  Zaczęła  nakrywać  do  stołu  i  uśmiechała  się  do  Koli,  chodzącej  za  nią  krok  w 

krok.  

- Koleczka też zaraz dostanie jeść,  cham,  cham... strasznie merdamy ogonkiem i  jesteśmy 

bardzo zaintrygowani, co tam jest pod pokrywką. Jestem niebywale inteligentna i wiem, że przed 

jedzeniem trzeba się pani spytać o zdrowie i wszelką pomyślność, czy tak? - mówiła Adrianka, gdy 

pies wspinał się do jej kolan i trącał mordką ręce.  

- Mogłabyś nie terkotać, Ari, głowa mnie boli - rzekł mrukliwie Jacek.  

Podeszła na palcach i lekko pocałowała go w czoło.  

- Widzisz, mały, od razu wiedziałam, że jesteś niezdrów, zjedz obiad, pościelę ci łóżko.  

Na  to  już  nie  umiał  znaleźć  odpowiedzi.  Dostał  w  skórę  moralnie,  jak  mały,  niegrzeczny 

chłopczyk, teraz chciało mu się płakać. Adrianka zaś, idąc do kuchni, uśmiechała się, a w oczach 

jej  migotały  wesołe,  chytre  błyski.  I  ona  miała  świadomość  swego  zwycięstwa.  Teraz  czuła  dla 

Jacka litość, ale mimo to pogładziła kudłaty, psi łeb i szepnęła: 

- Koleczka, jesteś pomszczona.  

Obiad zjedli w milczeniu, potem Adrianka, nie zwracając uwagi na wciąż nachmurzonego 

Jacka, poczesała przed lustrem włosy, poprawiła kwiaty, wypadające z glinianego dzbanka i wyszła 

na  podwórze.  Podszedł  do  okna  i  śledził  jej  każdy  ruch.  Zdejmowała  właśnie  z  płotu  poduszki  i 

kazała  Franusi  zanieść  je  do  izby,  potem  ujrzał,  jak  przeskoczyła  poza  ogrodzenie  i  przytuliła 

background image

głowę do końskiej szyi, a potem ruszyła w las i znikła mu z oczy. Jacek w tej chwili nie miał do 

niej ani żalu, ani urazy, ani złości, czuł tylko jedno, że bez Ari życie nie ma dlań uroku.  

I kiedy wróciła i uśmiechnęła się do niego już od progu, podszedł do niej trochę nieśmiało i 

całując obie dłonie szepnął: 

- Nie gniewaj się na mnie, Ari.  

- Skąd znowu, co za pomysł? Czy chcesz czystą chusteczkę do nosa? 

  

 *** 

 

Niedzielę zwykle spędzali razem od rana do wieczora. Jacek w głowę zachodził, jak dobrze 

znała las i tysiące rzeczy, na które przedtem nigdy nie zwrócił uwagi, choć był leśnikiem z zawodu. 

Ale  gdy  on  las  traktował  jako  teren  swojej  pracy,  dla  Ari  był  on  jej  świętym  umiłowaniem,  był 

najwspanialszym  kościołem,  cząstką  jej  duszy.  Adrianka  niczego  się  tu  nie  bała,  a  wszystko 

pragnęła zobaczyć, trzymała dłoń na pulsie zielonego olbrzyma i piła stąd niewyczerpaną radość i 

moc.  Wszystko  ją  interesowało  i  wszystko  było  “cudowne  i  najważniejsze”.  Tu  gniazdko 

wrzeszczącej sójki, tam gołębia, który ma młode. Tu znalazła gniazdko jarząbka, w tej dziupli jest 

ul, na tym drzewie siadywały głuszce. W tej kotlince widziała starego zająca z małymi zajączkami i 

bardzo żałowała, że nie może się z nimi pobawić. Do tego źródełka jelenie przychodzą pić, tamtędy 

dzik prowadzi swoje małe. Stara biegnie przodem, a małe (no, nie są takie znów bardzo maleńkie) 

dyrdają gęsiego za nią, prędko, prędziutko. Tam znowu jest trzęsawisko. Jutro będzie pogoda lub 

jutro będzie deszcz.  

Jacek słuchał tego szczebiotu i pytał zdumiony: 

- Skąd ty to wszystko wiesz, dziewczyno? 

Śmiała się w odpowiedzi, a raz rzekła: 

-  Las  pokochał  Adriankę  i  co  dzień  daje  nowe  lekcje.  Widzisz,  Jacek,  jak  sobie  sama  tu 

chodzę, to zaraz muszę sobie wyobrazić, że jestem Indianinem, szukam śladów. Uczę się chodzić 

cicho,  tak  cicho,  że  liść  nie  zaszeleści  mi  pod  nogami.  Umiem  stać  bez  ruchu  parę  godzin,  ale 

wtedy  oczy  mam  szeroko  otwarte.  Tatuś  mi  napisał:  “patrz  w  las,  w  słońce,  będziesz  mądra”. 

Jestem mądra, ale jeszcze za mało, bym umiała pomóc ludziom, którzy są nieszczęśliwi.  

Jacek pominął tę uwagę milczeniem. Na gorące prośby Ari zaczął ją uczyć konnej jazdy, ale 

nim jako tako nauczyła się jeździć, nabiła sobie niejednego guza.  

Raz  wsiadła  ze  wspaniałą  miną,  poprawiła  się  na  siodle  i  skierowała  w  stronę  szerokiej 

duchty. Jacek szedł za nią. Tymczasem koń z angielską flegmą (oprócz imienia miał w sobie coś 

niecoś  angielskiej  krwi)  odwrócił  się  i  szedł  do  stajni.  Ari  szarpnęła  go  za  cugle,  manipulowała 

background image

kolanami, pies ujadał i skakał wkoło jak opętany, koń też kręcił się w miejscu i ani rusz nie myślał 

jechać tam, gdzie chciała pani.  

- Uderz go szpicrutą! - zawołał Jacek.  

I Ari z bólem serca uderzyła. Wtedy koń przysiadł na tylnych nogach i jak się nie zerwie, 

jak się nie puści cwałem przez duchtę. Dziewczyna oniemiała, szpicrutę wypuściła z ręki, nogi ze 

strzemion, beret spadł jej z głowy. Trzymała konia za szyję i krzyczała, skacząc w siodle jak piłka.  

- Prr... stój! Ja...cek... mów do ko...ko...nia, mów do koonia... prr, prrr... oj, panie Jaśmień, 

mówcie do konia.  

Jacek  i  Jaśmień  bez  tchu  pędzili  za  niesforną  Lady,  ale  “mówić”  do  niej  nie  próbowali. 

Tymczasem koń zrzucił Adriankę na zakręcie i z dumnie podniesioną głową wmaszerował w cień 

stajni.  Mężczyźni  dopadli  Ari.  Siedziała  na  ziemi  rozcierając  kolana.  Nos  jej  krwawił,  a  twarz 

uwalana ziemią mogła wzbudzić przerażenie. Ale śmiała.  

-  Jeszcze  się  śmieje,  smarkata.  Nigdy  ci  nie  pozwolę  siąść  na  konia,  takiego  strachu  nam 

napędziłaś.  

-  Ja  się  bałam  nie  mniej  od  was  obydwóch,  a  ty  nie  bądź  taki  ważny,  pan  Jaśmień  lepiej 

mnie nauczy.  

Więc  pan  Jaśmień  spojrzał  z  triumfem  na Jacka  i  mimo  nawału  pracy  znalazł  dla  pupilki 

chwilę  czasu  i  “nauczył  lepiej”.  Ari  jeździła  bez  zarzutu,  ale  zawsze  śmiali  się  wszyscy,  gdy 

leśniczy przypominał:  

- Jak to było, panieneczko: mówcie do konia! Mówcie do konia!  

Ale nie tylko tę przygodę miała Adrianka, nim wżyła się w las i jego tajemnice. Któregoś 

dnia szła zbierając jagody. Pochłonięta pracą, potknęła się i upadła prosto na ogromne mrowisko, a 

że  nogi  zaplątały  się  biedactwu  w  krzaki,  więc  dłuższą  chwilę  nie  mogła  się  podnieść.  Zanim 

wstała, mrówki oblazły ją dokumentnie. Zostawiła więc jagody i krzycząc biegła do leśniczówki. 

Jaśmieniowa  załamała  ręce,  a  potem  zajęła  się  gorliwie  ofiarą.  Ostatecznie  nic  się  Adriance  nie 

stało, ale cały dzień krążyła za nią arcynieprzyjemna woń amoniaku, którym obficie wysmarowała 

ją Jaśmieniowa.  

Któregoś znowu dnia, brodząc w gęstwi, natrafiła niedaleko wyrębu na małą płaszczyznę, 

pokrytą  cudownym,  szmaragdowym  mchem.  “Jakże  to  będzie  wspaniale  poleżeć  sobie  na  tej 

szmaragdowej  pierzynce”  -  pomyślała  i  weszła  nie  zważając,  że  pod  nogami  jest  jakoś  bardzo 

miękko i że powierzchnia zdradliwie się ugina. Jeszcze krok i Ari wpadła do połowy łydek, i mimo 

rozpaczliwych wysiłków nie tylko nie mogła nóg wyciągnąć, ale pogrążała się coraz bardziej. Taka 

rozpaczliwa groza przejęła dziewczynę, że zamiast  szukać krzaków lub  drzew, za które mogłaby 

chwycić, krzyczeć zaczęła wniebogłosy, cała oblana zimnym potem.  

background image

- Ratunku! Boże... Ratunku... Na pomoc! 

W  głowie  jej  szumiało: “Zginę  i  nikt  nie  będzie  wiedział,  tatuś  się  zmartwi...  Jacek...  nie 

zobaczę słońca i lasu, i tatusia... nikt mnie nie znajdzie... tatusiu... tatusiu...” 

Z  daleka  dochodził  monotonny,  spokojny  stuk  siekier,  słońce  całowało  korony  drzew. 

Dzięcioł  obojętnie  kuł  dziobem,  coraz  to  inne  drzewo,  tu  i  tam  wrzasnęła  sójka,  gwizdała 

niefrasobliwie wilga. Świerszcze zgodnym  chórem  nuciły pieśń o letnim południu. Ari  zamknęła 

oczy.  Poczuła  znów  ból  w  sercu  i  przekonanie,  że  umiera,  obezwładniło  ją  zupełnie,  a  przecież 

całym wysiłkiem woli i nerwów pragnęła się bronić. Jęczała głucho: “Boże, ratuj mnie!” Wtem do 

jej nastawionych śmiertelną trwogą uszu, dobiegł spokojny, męski głos: 

- Puść no, panienka, Boga, a chyć się krzaka.  

Zupełnie oszołomiona zdumieniem, otworzyła oczy i spojrzała na przeciwległy brzeg. Stał 

tam szczupły, stary wieśniak i spokojnie palił machorkę.  

Ten  spokój  tak  podziałał  na  półprzytomną  dziewczynę,  że  przestała  płakać  i  uważnie 

rozejrzała  się  dookoła  siebie,  a  dostrzegłszy  jakąś  zwisającą  gałąź  drzewa,  póty  pracowała 

wszystkimi mięśniami, póki jej nie chwyciła i przyciągnęła do siebie. Z pomocą gałęzi wydobyła 

się  na  brzeg,  oczywiście  bez  pantofli,  i  zupełnie  wyczerpana  usiadła  pod  drzewem,  a  wieśniak, 

kręcąc sobie nowego papierosa, mówił z drugiego końca bagna: 

-  Tak,  tak,  Bogu  nie  trza  głowy  zawracać;  żeby  On  miał  tak  na  wszystkie  rojsty  [miejsce 

niskie, bagniste, pokryte mchem, mokradło; mszar.] patrzeć, to by na ziemię spoglądać czasu nie 

stało Mu.  

Ari wstała i patrzyła na niego ciekawie, a on szedł ku niej brzegiem bagna.  

- Dziękuję panu, gdyby nie pan, utonęłabym.  

- Toż co? Głupstwo. Masz, panienka, rozum? Człowiek się sam musi ratować, bo od Boga 

rozumu dostał. Ja i na wojnie byłem. Skąd panienka? 

- Z gajówki.  

-  No  to  teraz  biegnijże  do  chaty,  a  najedz  się  dobrze,  to  i  febra  minie,  po  strachu.  Do 

widzenia pannie.  

- Dziękuję, do widzenia.  

Nie  powiedziała  Jackowi  o  tej  przygodzie,  bo  nie  chciała  narażać  się  na  gderanie  i 

wymówki, pochodzące z troskliwości, ale nudne i dość imperatywnie (łac. - rozkazująco) czynione. 

Ari  tego  nie  cierpiała.  To  jej  psuło  smak  każdego  niebezpieczeństwa,  w  którym  się  czasem 

znajdowała.  I  dzisiejsza  przygoda  miała  w  sobie  coś,  co  Adriankę  zajęło  i  zostawiło  po  sobie 

cierpki,  ale  przyjemny  obrazek.  Postanowiła  to  ukryć  na  dnie  duszy  i  nie  pozwolić,  by  Jacek 

rozgrzebał wszystko i polał zimnym tuszem.  

background image

Nazajutrz  poszła  do  wyręby  niedaleko  bagna,  myśląc,  że  może  uda  jej  się  spotkać 

oryginalnego  zbawcę  i  porozmawiać  z  nim.  Siadła  więc  sobie  pod  śmigłą,  pachnącą  żywicznie 

sosną i wyskubując spomiędzy trawy czerwieniejące poziomki, spoglądała w dal po porębie.  

A tu robota wrzała. Jedni ścinali drzewa, inni piłowali i składali dłużyce. Na drodze stały 

jednokonne wozy, a koniska były wynędzniałe i chude. Pospuszczały beznadziejnie łby ku ziemi i 

w drzemce brykały po zielonych łąkach młodości; przeciągły okrzyk: nu! nu! budził je z marzeń; 

na  wozy  składano  ciężar  i  koniska  ruszały,  wyginając  z  wysiłku  grzbiety  w  pałąk.  W  uszy,  niby 

bolesne ukłucia, padały wciąż owe gromkie, a mdłe “nukania”.  

Waliły się wspaniałe, potężne, a proste jak świece drzewa o zielonych, lśniących koronach, 

które w godzinie śmierci miłośnie całowało słońce, a lekki wiatr mówił im o tajemnicy drugiego 

istnienia  w  obliczu  przeogromu  błękitnych  wód  lub  chaosu  miast.  Potnieli  przy  pracy  ludzie  o 

leniwych, zmęczonych ruchach, wytężały nadwątlone latami mięśnie zwierzęta. Ari zaś myślała ze 

smutkiem: “A oto jest życie”.  

Lecz  w  miarę  jak  siedziała  zapatrzona  w  blask  słońca  na  siekierach  i  piłach,  oćma 

melancholii  znikała  powoli  z  jej  duszy.  Przecież  na  miejscach  tych  olbrzymów  wyrosną  młode, 

nowe,  zieloniutkie,  a  ginące  kolosy  dają  nie  tylko  byt  dziesiątkom  ludzi,  ale  i  schronienie. 

Pomyślała  też,  że lepiej  pracować  tu,  na  świeżym  powietrzu,  niż  w  cuchnących  fabrykach,  które 

stworzyła cywilizacja, ale które, dając chleb dziesiątkom, odbierają  go tysiącom.  I miarowy stuk 

siekier wydał się Adriance potężną pieśnią, sławiącą czyn i moc ludzkich dłoni. Uśmiechniętymi 

ustami zaczęła śpiewać na nutę znanej legionowej piosenki coś, co jej się teraz nasunęło na myśl: 

 

“Sosno, sosno, wielka, zielona! 

A jak zetną cię, niebożę, 

w świat pojedziesz hen na morze, 

sosno zielona! p 

Sosno, sosno dumna, pachnąca! 

Srebrne dzwony tobie dzwonią, 

ludzie się przed tobą kłonią, 

sosno pachnąca! p 

Pójdziesz w świat, sosno królowo! 

Wiatr za tobą wieść uniesie 

o tych ludziach, o tym lesie, 

sosno królowo! p 

Lesie, lesie! Lesie zielony! 

background image

Rośnij w górę hen do słońca, 

w tobie Boga moc krzepiąca, 

lesie wonny, lesie zielony!” p 

 

Śpiewała pełną piersią, a jej słodki, wysoki sopran o dziecinnym brzmieniu, drżał srebrnymi 

skrzydełkami  ponad  całą  porębą.  Ludzie  podnosili  głowy  i  uśmiechali  się,  słuchając  ciekawie. 

Oczy ich śledziły szczupłą postać w jasnozielonej sukience. Ari chodziła po zalanym słońcem kraju 

wyręby, gdzie bujnie rosły poziomki, i co chwila przysiadała, by zerwać pachnące jagody. I znowu 

wstawała, i wyglądała z daleka jak motyl. Ten i ów z młodszych robotników zaczął nucić melodię 

pod  nosem,  ten  i  ów  jął  pogwizdywać.  Ari  to  dosłyszała  i  śpiewała  jeszcze  donośniej,  chodząc 

między  drzewami.  A  siekiery  i  piły  mimo  woli  jęły  poruszać  się  w  takt  melodii,  zaś  kilka 

śmielszych głosów basowych pomrukiwało wraz z Adrianką. Wtedy weszła między pracujących.  

- Pomagaj, Boże - rzuciła wesoło.  

- Daj, Panie Boże - odpowiedział zgodnie chór.  

- Uważaj, panienko, ażeby cię drzewo nie uderzyło.  

- E, nie, uważam. Czy mogę tu posiedzieć? 

- A dlaczego nie? Ładne jagódki, prawda? 

- Bardzo ładne. Może pan chce spróbować? 

Nie zwracając uwagi na zafrasowaną minę robotnika, wsypała mu z dzbanka pełną garść i 

roześmiała się.  

- Może kto jeszcze chce? Bardzo dobre.  

Ten i ów wyciągnął nieśmiało brudną rękę i dzbanek opustoszał.  

- Panienka ładnie śpiewa, lepiej się pracuje - rzekł jeden młody.  

- A no, to mogę wam jeszcze coś zaśpiewać.  

Spojrzeli  po  sobie  zdumieni,  potem  na  Adriankę  popatrzyli.  Strasznie  dziwna  osoba.  Ale 

ona  już  śpiewała  jedną  po  drugiej  znane  ludowe  i  wojskowe  piosenki.  I  znów  buch_buch  waliły 

rytmicznie  siekiery,  trzeszczały  gałęzie,  skrzypiały  piły,  ale  ludzie  uśmiechali  się.  A  gdy 

odchodziła, wołali za nią: 

- Przyjdź tu do nas jeszcze, panienko.  

I  tak  w  słońcu,  powoli,  dojrzewała  dusza  Ari.  Do  małej  gajówki  często  przychodziły  w 

odwiedziny  kobiety,  które  poznała  u  Jaśmieniowej  i  o  których  niedoli  słyszała.  Przychodziły 

wypłakiwać tu swój ból i nędzę. Ari zaś nie brała już wszystkiego tak jednostronnie i impulsywnie, 

jak  z  początku,  ale  podchodziła  uważnie,  jak  za  tropem,  do  źródeł  niedoli,  przekonując  się,  że 

czasem winna jest nie tylko osoba krzywdząca, ale i krzywdzona. I wtedy zaczęła dawać kobietom 

background image

rady  serdeczne.  Uczyła  je  porządku  i  ładu,  o  którym  nie  miały  pojęcia,  pokazała,  jak  się  gotuje 

proste, a jednak różnorodne potrawy. Usiłowała je przekonać, że samą rozpaczą nic nie wskórają, 

że powinny urządzić dom tak, by ich mężom było najlepiej we własnym domu. I te lekcje zaczęły 

skutkować.  Gdzie  nie  mogła  pomóc  radą,  tam  pomagała  sercem  lub  pieniędzmi.  Wszystko 

opisywała ojcu, bo Jacek pod tym względem zupełnie zrozumieć jej nie mógł. Dziwił się i ruszał 

ramionami, czasem mówił: 

- Ari, ty chcesz koniecznie bawić się w dobrą wróżkę, jak widzę, ale mnie to nie zajmuje. 

Nie lubię wtrącać się w cudze sprawy. I tobie też z całego serca odradzam... 

Ari gładziła mu czuprynę i wzdychała. Nie lubiła być własnym adwokatem.  I tak w głębi 

borów zastała Adriankę pora żniw.  

 

background image

II 

W domu państwa Klaudiusów po ucieczce Ari było ponuro i cicho. Teraz dopiero wszyscy 

zauważyli,  czym  była  taka  jedna  blada  dziewczynka.  Matka,  mimo  całego  swego  oburzenia, 

tęskniła do niej tak, jak i stołownicy i rodzeństwo. Ale nie mówiło się o nije zupełnie, za to myśleli 

wszyscy.  

Ogródek  zarósł  chwastem,  w  pokoju  nie  miał  kto  stawiać  co  dzień  świeżych  kwiatów. 

Imogenka,  gdy  przytulała  głowę  do  poduszki,  wzdychała.  Na  jej  nocnym  stoliczku  wazonik  był 

pusty, a poduszki i kołderka nie pachniały bzem. Ari przedtem zawsze rozpylała na pościel wodę 

kwiatową,  a  bieliznę,  własnoręcznie  dla  Ineczki  prasowaną,  perfumowała  leciutko,  by  mała, 

złotowłosa  siostrzyczka  cała  była  jak  kwiat  pachnąca.  Imogence  teraz  się  nie  chciało  samej  tego 

robić  i  o  ile  dawniej  uważała,  że  wszystko,  co  się  koło  niej  dzieje,  jest  zupełnie  naturalne,  teraz 

zrozumiała, że to była tylko dobra wola nieładnej, ale kochającej siostry. Brak im było wszystkim i 

wiecznego “głupiego” błaznowania Adrianki.  

Profesor dłużej niż kiedykolwiek siadywał w ogródku przed ulami i bardzo tęsknił. Czasem 

ni stąd ni zowąd podnosił głowę i słuchał. Była cisza, brzęczały pszczoły, a jemu wydawało się, że 

to Ari tupocze po pokoju: tup... tup... tup... Ari sprząta, Ari śpiewa, modli się do słońca śmiechem. 

Ale  kroki  cichły  i  znów  nie  było  córki.  Brzęczały  pszczoły,  a  pies  siedzący  u  stóp  pana  uderzał 

miarowo ogonem w ziemię i łapał muchy, a co złapał, zmiętosił ją jęzorem, wypluł i patrzył panu w 

twarz  mądrymi,  żółtymi  oczyma:  “Widzisz,  jakie  ja  sztuczki  potrafię?  No,  pochwal  mnie”.  I 

profesor rozumiał wymowę psich oczu, bo kładł dużą, czerwoną dłoń na gładkiej i lśniącej sierści i 

przypominał sobie, jak to Adrianka bawiła się z psiakiem, kiedy był malutki. Pies wyrósł, jest duży, 

mądry, ale dziewczynki nie ma. Wszystkie jej listy umiał na pamięć, ale nosił przy sobie, bo to była 

cząstka  jej  duszy  i  teraz  już  lepiej  niż  kiedykolwiek  wiedział,  jak  bardzo  córka  go  kochała. 

Imogenka,  mimo  tęsknoty  za  siostrą,  z  całą  perfidią  uwodziła  Wiktora.  Stroiła  się  jak  lalka,  co 

dzień  inaczej.  Nie  zostawiała  go  nigdy  w  towarzystwie  kobiet  od  siebie  ładniejszych.  Przez  cały 

niemal  miesiąc,  który  spędziła  u  jego  rodziców,  zręcznie  naśladowała  Adriankę,  była  czynna, 

ruchliwa,  nie  zmęczona  i  kochająca  tak,  że  Wiktor  topniał  jak  wosk  w  słońcu,  zwłaszcza  gdy 

siedząc  w  hamaku,  szyła  i  haftowała  jakieś  tiule,  jedwabie  i  koronki,  mówiąc  z  zalotnym 

uśmieszkiem: 

- Żebyś ty wiedział, jak mi ładnie w tej koszulce.  

Który  mężczyzna  nie  pragnie  takich  cudów  zobaczyć!  Wiktor  też  myślał,  że  ma  wielką 

ochotę, zwłaszcza, że namawiali go rodzice.  

- Ożeń się z nią, jest elegancka, ładna, będzie dobrze reprezentowała dom, kocha cię.  

background image

On  się  jeszcze  bronił,  jeszcze  ociągał,  bo  od  czasu  do  czasu  napadała  go  tęsknota  za 

Adrianką, która choć nie była taka ładna i elegancka, za to miała “coś”.  

Wreszcie  Żenia,  widząc,  że  Wiktor  jeszcze  się  waha,  postanowiła  działać  ostro,  bo  to 

zdobywanie już ją zmęczyło. Któregoś więc lipcowego wieczora, na parę dni przed końem urlopu 

Wiktora, państwo Karbowscy pojechali do Warszawy do teatru, a Wiktor odwoził ich samochodem 

i wracał szybko, bo wybierał się z Żenią na zabawę ogrodową w miejscowym parku. Żenia zaś, jak 

tylko  auto  z  Karbowskimi  zniknęło  za  bramą,  zaczęła  chodzić  po  wszystkich  pokojach,  jęcząc 

głośno, aż zwróciła uwagę służby i pokojówka spytała: 

- Co panience jest? 

- Głowa mnie boli, niedobrze mi, och, och, proszę mi przynieść herbaty.  

Więc podano jej herbatę i omawiano w kuchni sprawę choroby.  

- Rano była zdrowiuteńka.  

- Żeby nie tyfus, tyfus nagle chwyta.  

- Może od słońca.  

- Ojoj! To się nasz pan zmartwi. Nie ma szczęścia do żeniaczki. Jedna mu zwiała, a druga, 

co nie daj Boże, zemrze.  

- Tfu! Niech Andzia odpluje i odstuka w suche drzewo, taka piękna panienka.  

I  podczas  gdy  w  kuchni  Andzia  pluła  i  odstukiwała,  Żenia  herbatę  wypiła,  ubrała  się  w 

najładniejszy  na  gołe  ciało  szlafroczek  i  położyła  się  na  kanapce  naprzeciw  lustra.  Z  ramienia  i 

piersi  zsunęła  niebieski,  puchem  obszyty  negliż  i  przyjrzała  się.  Była  cudna  z  tymi  złotymi, 

rozburzonymi włosami i lśniącym ciałem. Przyciemniła jeszcze powieki, ukarminowała dyskretnie 

usta,  osypała  pudrem  twarzyczkę  i  z  biciem  serca  słuchała  trąbki  samochodowej.  Nareszcie. 

Dreszcz  ją  przebiegł.  Zamknęła  oczy  i  udawała,  że  śpi.  Wiktor  wszedł  do  salonu,  Imogenki  nie 

było, w ogrodzie też nie, spytał się więc pokojówki.  

- Panienka zachorowała i poszła do siebie.  

- Zachorowała? Co jej się stało? 

- Nie wiem, proszę pana, ale bardzo jęczała i narzekała na głowę.  

Mocno  zaniepokojony  pobiegł  do  pokoju  Żeni.  Zapukał.  Nie  było  odpowiedzi.  Ruszył 

klamką, drzwi były otwarte z klucza, wszedł więc. Paliła się tu tylko nocna lampka, w jej różowym 

świetle  ujrzał  śpiącą,  cudną  jak  marzenie...  Jedwab,  przylegający  do  ciała,  podkreślał  linie  jej 

zgrabnej,  pełnej  figury,  a  nagie  ramię  i  pierś  dziewczęcia,  lśniąca,  gładka  i  biała,  zasłoniła  mu 

Adriankę i wszystko, co nie było Żeniusią. Przyklęknął przy “śpiącej” i wtulił usta w ciepły, biały 

atłas.  

background image

“Obudziła  się”,  krzyknęła  lekko,  zaczęła  naciągać  szlafroczek,  ale  przy  tym  szamotaniu 

odsłoniło się i drugie ramię i noga aż po udo. I wtedy nie mogła się już wyrwać z silnych, męskich 

objęć. Zgasło światło. Na zabawę ogrodową już nie pojechali.  

Gdy rodzice wrócili z teatru, Wiktor oświadczył im, że jutro rano jedzie prosić o rękę Żeni, 

co  przyjęli  z  zachwytem.  Wiktor  jednak,  znalazłszy  się  sam,  usiadł  na  ulubionym  fotelu  i  palił 

jednego  za  drugim  papierosa.  Nie  mógł  się  nie  ożenić  z  Imogenką,  bo  na  to  nie  pozwalało  mu 

pojęcie o honorze. Ale przychodziły refleksje, że teraz całe życie będzie miał przy boku śliczną, i 

wiele  od  siebie  młodszą  kobietę,  która  posiadając  wszystkie  zalety  pani  domu,  razem  ze  swoją 

urodą i miłością, może stać się nudna, gdyż nie ma w sobie tych niespodzianek, które posiadała Ari 

i nie jest taka subtelna, jak siostra. Było mu w tej chwili ciężko, bardzo ciężko. Adrianka, bardziej 

niedościgła niż gwiazdy, co mrugały doń z ciemnego nieba, była tu gdzieś obok niego w pokoju, a 

on nie mógł jej zamknąć w ramionach. Po prostu czuł jej oddech, czuł jej uśmiech, troszkę kpiący, i 

miał  wrażenie,  że  to  z  niego  właśnie  się  śmieje...  Ari,  daleka  Ari,  była  gdzieś  blisko,  a  jednak 

nieuchwytna  jak  mgła.  Jakby  umarła.  Zacisnął  wargi  w  bolesny  grymas.  Ari,  Ari  kochana, 

naprawdę kochana z tą swoją długą, szczupłą figurką, z chudą buzią, opromienioną uśmiechami. 

Tych uśmiechów było tyle. Każdy inny, każdy nowy. Przypomniał sobie i liczył w pamięci, i nie 

przypuszczał  nawet,  że  nie  on  jeden  będzie  tak  liczył  i  wyczarowywał  w  marzeniach  uśmiechy 

Adrianki. Czy ją kiedy zobaczy? A gdy nawet zobaczy, to co z tego? Skończyło się wszystko. Jest 

teraz Żenia.  

-  Ha,  trudno,  klamka  zapadła  -  westchnął  i  położył  się  spać.  Leżąc  pomyślał,  jak  też 

zachowa  się  Imogenka  przy  śniadaniu  po  tych  dzisiejszych  łzach.  Jest  taka  młoda,  młodziutka  i 

naiwna. To pierwsze przeżycie może być dla niej bardzo ciężkie. Była taka strasznie zawstydzona, 

płakało biedactwo.  

Spotkało go jednak rozczarowanie. Imogenka zjawiła się wystrojona, pachnąca, zalotna jak 

zwykle, a to trochę niemile uderzyło Karbowskiego. Wytłumaczył to sobie jednak, że Ineczka jest 

tylko bardzo zakochana i stara się swoje szczęście i miłość okazać.  

 

 *** 

 

W  pierwszych  dniach  sierpnia  Żeniusia  została  panią  inżynierową.  Zamieszkali  tuż  przy 

fabryce, w ładnie umeblowanych trzech pokojach. Pani Klaudius była w siódmym niebie i jedynie 

myśl o starszej córce nie przestawała jej dręczyć. Co ona robi, gdzie się podziewa, czy Boże broń, 

nie weszła na złą drogę? 

background image

Profesor napisał do Ari krótko i węzłowato o doniosłym fakcie w rodzinie i Adrianka wraz 

z Jackiem śmiała się serdecznie z Wiktora, że tak szybko się pocieszył.  

Nastała  pora  żniw.  Ari  ze  zdumieniem  ujrzała,  że  w  polu  nie  pracują  mężczyźni,  tylko 

wyłącznie kobiety i w pocie czoła żną zboże sierpami. Pomagała więc Jaśmieniowej i myślała, że 

to istotnie jest barbarzyński kraj.  

Zauważyła też dziwne (według jej opinii) zjawisko w stosunku do niej samej. Oto wszyscy 

ci prości ludzie, którzy dziewczynę otaczali, zwykle surowi i spracowani, prześcigali się nawzajem, 

by  jej  usłużyć,  okazać  serce  i  tkliwość.  Sama  Jaśmieniowa,  zapracowana  jak  wół  w  jarzmie, 

znalazła  zawsze  chwilkę  czasu,  by  wyręczyć  Adriankę  w  pracy  domowej,  której  mała  gosposia 

miała i tak niewiele. Leśniczy, surowy i despotyczny nawet dla własnej żony, wpadał co wieczór 

do gajówki, by przynieść “dziecku” jarzyn z dworskiego ogrodu lub pierwszych borowików, które 

znalazł  w  swej  włóczędze  po  lesie,  lub  pokazać  ubitego  jastrzębia.  Czasem  zabierał  Adriankę 

konno  na  objazd  lasów  i  z  zapałem  odpowiadał  na  setne  pytania  dziewczyny.  Leniwa  Franusia 

starała  się,  by  jej  pani  miała  jak  najwięcej  wolnego  czasu,  a  gajowi,  którzy  często  zbierali  się  u 

Jacka, przynosili “panience” jabłka, orzechy, miód. Ari, będąc w rodzicielskim domu na ostatnim 

miejscu, doszła do przekonania, że tu, w tym zapadłym kącie, jest pierwszą osobą i ze śmiechem 

kazała się Jackowi nazywać “księżniczką”. Przyczyna tej ogólnej sympatii była przecież zupełnie 

prosta.  Ludzie  zmęczeni  ciężkimi  warunkami  życia  i  z  natury  nieprawdopodobnie  leniwi,  lubili 

patrzeć  na  rozpromienioną  twarz  Ari,  na  jej  zapał,  z  jakim  brała  się  do  każdej  roboty,  na  jej 

ustawiczną radość. Często mówili do Jacka: 

- A to udała się panu siostra, co to będzie za żona... za gospodyni! Ten mąż będzie miał raj 

w  domu...  W  gajówce  aże  pachnie,  tak  czysto  i  miło.  Dziewczyna,  która  przy  pracy  śpiewa,  to 

skarb.  

Jacek więc rósł w dumę i  szczęście, że ten skarb dla niego jest przeznaczony. Ari  jednak 

dzień  w  dzień  przyglądała  mu  się  baczniej  i  więcej  rzeczy  niemiłych  w  chłopcu  dostrzegała,  ale 

wiedziała też, iż nie znaczyło to, by Jacek się zmienił, nie! On był zawsze taki sam jak dawniej, ale 

kiedy  tam,  w  małym  pokoiku  widziała  go  tylko  jednostronnie,  teraz  miała  sposobność  patrzeć 

drobiazgowo i dokładnie.  

- Jacuś,  znów jesteś  nie  ogolony, cóż ty myślisz, że jestem  garnek nie umyty, żebyś mnie 

wiechciem szorował?  

- Nie chce mi się, Ari, przecież i tak jestem ładny i podobam ci się.  

- No tak, ale wolę cię ogolonego.  

Wyciągała go na spacer.  

- Chodź, chłopcze, pokażę ci, gdzie położyłam mrówkom zdechłą myszkę.  

background image

- Nie chce mi się, maleńka, co to ciekawego?  

- Ale przecież nic nie robisz? 

- Jak to nie robię, leżę i patrzę na ciebie.  

Stanowczo sfery zainteresowań mieli różne. Jacek do niczego się nie zapalał, niczym się nie 

entuzjazmował,  Ari  przeciwnie:  ją  zajmowało  wszystko  i  na  każdy  objaw  życia  natury  patrzyła 

miłośnie.  Czasem  przez  myśl  jej  przebiegło:  “Gdyby  tak  był  ktoś,  kto  by  mnie  rozumiał,  ktoś 

kochany”.  Ojciec  ją  rozumiał,  ale  Ari  pragnęła  podświadomie  kochać  kogoś  więcej  i  goręcej  niż 

Jacka, bo coraz częściej zastanawiała się, czy kocha Jacka tak jak dawniej. Nie mówiła sobie “nie”. 

Ale już się zastanawiała, już pytała, a to było groźne.  

Zwykle po obiedzie o godzinie szóstej siadała obok niego i kładła mu głowę na ramieniu, to 

noskiem tarła o jego policzek lub całowała delikatnie. A kiedy chwytał ją mocno w ramiona i gniótł 

w gwałtownym uścisku, szepcząc gorące, błagalne słowa, parskała śmiechem i uciekała.  

- Więc czemu mnie drażnisz, Ari, zlituj się, co wyprawiasz? 

- Nic, kokietuję cię.  

- Dlaczego? 

- Bo lubię.  

I to było wszystko. Jacek zaś patrzył na nią jak wilk; ale nie poświęcił ani chwili czasu na 

rozmyślanie, co robić, aby ten niezrozumiały opór przełamać. Był zarozumiały i zdawało mu się, że 

już sam fakt jego obecności wystarczy, by Adrianka kochała go. Jego troskliwość o kochaną była 

też specjalnego gatunku. Mówił jej na przykład: “Ari, dbaj o siebie, powinnaś być zdrowa”. Ale nie 

powiedział, jak to Ari ma “dbać” o siebie. Gdy czasem stłukła sobie kolano lub podrapała się, był 

zły i krzyczał: “dlaczego nie uważasz”, ale na tym się kończyło. Ari zaś czasem pragnęła bardzo, 

by Jacek wszystko to czynił jakoś inaczej, choć też nie zdawała sobie sprawy, jak. 

Czasem  przy  stole  ziewał  głośno  i  szeroko.  Ona  wiedziała,  że  to  ze  zmęczenia,  ale 

wiedziała i to, że można sobie “paszczękę” zakryć.  

- Ojej, Jac, myślałam, że to się walą mury Jerycha, a to mój chłopiec ziewa.  

- Ari, proszę cię, bez uwag, zresztą to nie salon.  

- Aha! Padam do nóżek, powieś się, ani pisnę, bo jak bez uwag, to bez uwag.  

I  wiedziała  to  także,  że  niekoniecznie  trzeba  przy  kochanej  kobiecie  chodzić  z  szelkami 

dyndającymi po łydkach.  

- Jacuś, porteczki gubisz.  

- Ojej, wielkie rzeczy.  

-  Wielkie  nie  wielkie,  nic  nadzwyczajnego  nie  zobaczę,  ale  nie  do  twarzy  ci  tak.  Bądźże 

elegancki.  

background image

- Przecież nikogo nie ma.  

- A ja to pieprz? 

- Ty jesteś moja słodka Ari.  

-  Więc  twoja  słodka  Ari  zaklina  cię  w  imię  wszystkich  tureckich  świętych,  byś  nie 

wstępował w ich ślady i nie uczył mnie na pamięć szczegółów męskiej garderoby.  

Ari  szalenie lubiła las podczas deszczu, kiedy ze wszystkich  gałęzi  kapała jej za kołnierz 

woda,  mrówki  ustawały  w  pracy,  a  ptaki  piszczały  między  gałęziami.  Wśród  szumu  drzew  grał 

smętnie i monotonnie deszcz. Raz, po długich prośbach, wyciągnęła Jacka na wędrówkę.  

-  Popatrz,  posłuchaj,  dzięciołowi  deszcz  nie  przeszkadza  w  pracy.  A  tu,  widzisz?  Jest 

mrówcza  droga,  same  sobie  wydeptały,  szeroka,  co?  Teraz  pusta,  bo  wszystkie  poszły  spać. 

Słyszysz, co drzewa mówią? Szu, szu, deszcz szumi, a ptaszki piszczą: oj, mokrro, mokrro! A osika 

woła: ss... ss... słońce, słońce! A wrona: krach, krach, będzie krach! Bo wrony są złośliwe. Widzisz 

srokę? Skacze, ogonkiem trzęsie i śmieje się: ha, ha, hi, hi, hi, bo ona taka wiecznie zadowolona. 

Cicho,  uważaj,  tam  siedzi  jastrząb,  chodź  bliżej,  żebym  tak  miała  flowerek.  [broń  palna  małego 

kalibru, używana m.in. do polowania na drobne ptactwo.]On sobie siedzi i myśli, że w taką pogodę 

nie  można  robić  interesów.  Kantor  zamknięty.  A  to  piszczą  jarząbki.  Widzisz,  jak  dużo 

surawiszek.[grzyby]Usmażę ci.  

- Ari, patrzę na ciebie, słucham i podziwiam, ale moknę. Chodź, powiesz mi to wszystko w 

domu.  

- Nie chcę jeszcze iść do domu, tak przyjemnie.  

- Tobie, ale mnie nie. No, wracamy.  

Podreptała ze spuszczoną głową.  

 

 *** 

 

Któregoś  dnia  upał  był  taki,  że  zdawało  się,  ziemia  stopnieje.  Ari  siedziała  w  lesie  śród 

jagód. Dokoła niej kołysała się na gałęziach cisza. Gwar ptactwa zamilkł zupełnie i tylko od czasu 

do  czasu  zakwilił  jastrząb.  Dziewczyna  czuła  dziwny  niepokój,  z  którego  nie  umiała  sobie  zdać 

sprawy. Ten upalny dzień czynił wrażenie, jakby się w nim coś czaiło. Więc kiedy zaniosła obiad 

Jackowi, szepnęła mu pieszczotliwie: 

- Chłopcze, wróć dziś wcześniej do domu, boję się, pewno będzie burza.  

- Tak? To moja odważna panna boi się burzy? 

- Troszeczkę.  

- Za godzinkę będę w domu, a może poczekasz? 

background image

- Dobrze, pójdę trochę w pole, zawołasz mnie.  

Ale  po  drodze  z  kantoru  zauważyła,  że  wielki  dąb,  tuż  przy  bramie  stojący,  ma  szerokie, 

wygodne  konary.  Zamiast  chodzić  po  polu  w  upał,  który  dziś  ją  specjalnie  męczył,  może  sobie 

posiedzieć  tam  jak  w  altance.  Wdrapała  się  więc  po  płocie  na  olbrzyma  i  rozsiadła  się  jak  w 

gnieździe, mając stąd rozległy widok na ogród warzywny i pola. Ludzie kręcili się w pobliżu, ale 

podwórze było puste. Szerokie szmaty pól miały barwę piaszczystych wydm. Ari patrzyła w dal i 

pomyślała, że dobrze by było mieć skrzydła i bujać tak pod lazurową tonią.  

Jacek  wyszedł  wreszcie  z  czworaków  i  skierował  się  do  ogrodowej  furtki.  Stamtąd 

wychodziła właśnie dorodna, choć trochę klocowata dziewucha z koszem  w obu rękach. Jacek o 

coś zapytał. Ona postawiła kosz na ziemi, a oparłszy się o furtkę, śmiała się zalotnie. Zeler wziął ją 

pod  brodę,  coś  mówił,  potem  objął,  potem  pocałował.  Ari  poczuła  gorący  dreszcz.  Wreszcie 

dziewucha pobiegła naprzód, ukazując czerwone, grube nogi i wpadła do stodoły. Za nią podążył 

Jacek.  

Ari na moment zamknęła oczy i zacisnęła zęby. Jednak wrodzone poczucie humoru kazało 

jej wnet roześmiać się cichutko. Mruknęła tylko do siebie.  

- Jacuś po kwaśnych winogronach pocieszy się rzepką... phi!  

I otarła zwilgotniałe oczy.  

Za  kwadrans  Jacek  znów  pojawił  się  na  dziedzińcu  i  wyszedł  na  drogę  energicznym 

krokiem.  Za  nim,  oglądając  się  ostrożnie,  wylazła  dziewucha  i  strzepywała  siano  ze  spódnicy  i 

włosów.  Ari  nie  wytrzymała,  parsknęła  śmiechem  tak  donośnym,  że  dosłyszał  go  Zeler  i 

niespokojnie rozglądał się wkoło. Ari zlazła z drzewa, siadła na płocie i śmiała się bez przerwy.  

- Ari, ty?... Ty jesteś tutaj? 

-  Nie,  nie  tutaj,  jestem  teraz  tam,  na  polu.  Masz  okropnie  nieinteligentne  oblicze  w  tej 

chwili. Idziemy do domu? 

- Idziemy! Ale co to za głupi pomysł łazić po drzewach wobec ludzi. Co o tobie pomyślą? 

Bardzo cię proszę, nie urządzaj takich przedstawień.  

- Dobrze. Ostatni mój występ. Ale ty też powinieneś na stodole wywiesić kartkę z napisem: 

“Osobom obcym wejście wzbronione. Lornetki na składzie”.  

Zaczerwienił się po białka.  

- Ari, nie myśl, że... Ari, przecież...  

- Chodź, chodź, nie gadaj tyle. Będziesz mi dziś pomagał obiad gotować.  

Szła  szybko  naprzód,  a  on  za  nią  zły,  zmartwiony  i  nieszczęśliwy.  Gdy  znaleźli  się  w 

gajówce, Ari swoim zwyczajem nalała w miednicę wody, podała mu ręcznik i wyszła karmić kury. 

Umył ręce i siadł na ganku. Adrianka zdejmowała suchą już bieliznę ze sznurów między drzewami 

background image

rozpiętych. Śledził jej ruchy i podziwiał smukłość nóg, strzelistość ramion i piersi. Wydawała mu 

się  znów  zupełnie  nowa  i  nieznajoma.  Dawna  chuda  i  blada  Ari  znikła.  Teraz  widział  pięknie 

zbudowaną, giętką jak stal dziewczynę, błyskającą w słońcu nagimi, brązowymi ramionami. Stała 

do niego tyłem, wznosząc się na palce, przy zdejmowaniu większych sztuk; rytmicznie opadały i 

pięły się w górę krągłe, sprężyste ramiona. Włosy, związane z tyłu wstążką, rozpryskiwały się jak 

zdmuchnięte  przez  wiatr  chmurki.  Jacek  patrzył,  patrzył...  i  czuł  jakąś  nieogarnioną  bolesną 

tęsknotę  do  tej  dziewczyny,  która  przecież  stała  tuż  obok  niego  ze  stosem  pachnącej  wiatrem  i 

słońcem bielizny i uśmiechała się. 

- Otwórz mi drzwi, Jacek, bo rozsypię wszystko.  

Rzuciła pakę na łóżko, a Jacek delikatnie i bardzo nieśmiało odgarnął jej włosy z czoła i z 

oczu.  

- Uff, “zmachawszy” się, ale to przyjemne. Teraz będę maglować.  

- Nie będziesz maglować, pójdziemy na spacer.  

- Oo! Święto! Pirsza klasa. A gdzie? 

- Przed siebie. Chcę z tobą porozmawiać.  

-  Na  temat  amatorskiego  przedstawienia?  Dziękuję,  danke,  merci.  Nie  jestem  artystycznie 

usposobiona.  

- Ari, ja muszę się wytłumaczyć.  

- Po co? Z czego? Komu? Mnie? A cóż  to, czy ja jestem patronką błądzących lub damą z 

komitetu obrony moralności? Jacek, wiesz, powiem ci tak po sztubacku: nie nalewaj. Co było, stało 

się, koniec. Chodź na grzyby, maślaków jak maku.  

I nie dała mu dojść do słowa do samego wieczora.  

Koło  godziny  ósmej  ściemniło  się  od  razu,  jakby  ktoś  na  niebo  zarzucił  czarną  płachtę. 

Potem zadudniło z daleka i zaczął padać deszcz.  

- Burza idzie - szepnęła Ari.  

W tej chwili zamigotała słabo błyskawica i znów zaturkotało z daleka ponuro. Ari poszła 

policzyć  kury  w  kurniku,  zaprowadziła  Jackowego  konia  do  stajni,  rozpaliła  ogień  i  obierając 

grzyby  niespokojnie  zerkała  na  niebo.  Ale  burza  krążyła  jeszcze  wciąż  gdzieś  daleko.  Jacek 

pocieszał: 

- Widzisz, nawet burza nie chce ci robić przykrości i omija gajówkę.  

Już i krowa wróciła z pastwiska, i kolację zjedli, a burza kołowała w oddali, wobec czego 

Ari zdecydowała, że pójdzie spać. Podeszła do Jacka i całując go w czoło, rzekła: 

- Dobranoc, chłopcze.  

Przytrzymał ją za ręce.  

background image

-  Nie  zamykaj  się,  Ari,  na  haczyk.  Zawsze  będziesz  trochę  spokojniejsza,  gdyby  istotnie 

burza nadeszła.  

- Dobrze.  

Zniknęła  za  drzwiami,  zrzuciła  już  sukienkę,  gdy  cała  izba  stanęła  na  sekundę  w  białym 

płomieniu,  a  jednocześnie  potężny  huk  wstrząsnął  drewnianym  domkiem.  Adrianka  krzyknęła 

przeraźliwie  i  wtuliła  głowę  w  poduszki.  W  tej  chwili  poczuła  mocne  ramiona  Jacka  i  jego  głos 

wrócił biedactwu przytomność.  

- Ari, taka dorosła kobieta, żeby się bała grzmotów, wstyd!  

- Wiem, że wstyd, ale nie mogę sobie tego wyperswadować.  

Wziął  ją  na  kolana  i  przycisnął  do  piersi  puszystą  główkę.  Za  oknami  teraz  rozpętało  się 

całe  piekło.  Drzewa  jęczały  i  skrzypiały,  wicher  tagrał  świat  na  strzępy.  Raz  po  raz  jasność 

olśniewająca  zalewała  izby,  raz  po  raz  waliły  pioruny.  Ale  Jacek  błogosławił  burzę.  Dzięki  niej 

miał sposobność tulić Adriankę. A tak dawno nie trzymał kochanej postaci w ramionach. Była dla 

niego  serdeczna,  lecz  ta  serdeczność  nie  miała  już  zapachu  czerwonych  róż,  jak  ongi,  gdy 

przychodziła do jego małego pokoiku. Całował teraz oczy i usta dziewczynki, jej odkryte ramionka 

i szyję.  

-  Moja  najdroższa,  moja  najcudniejsza  Adrianko!  Przecież  ja  szaleję  za  tobą.  Dlaczego 

męczysz mnie od tak dawna, Ari?... Kochasz mnie chyba? Niemożliwe, byś nie kochała.  

- Nie wiem, czy cię kocham, chcę, żebyś ty kochał tylko.  

- Jak to, Ari? Dlaczego? Co się z tobą stało? Czy to dzisiejsze głupstwo? 

- Nie... Och, jak grzmi... Jacek, nie mówmy o tym. Nie mogę teraz myśli zebrać.  

- Już przechodzi, Ari. Nie bój się, obejmij mnie za szyję i zamknij oczy. Dobrze tak?  

- Dobrze, Jacuś.  

Burza  istotnie  słabła,  jednak  chłopiec  nie  myślał  wcale  rozluźnić  objęcia.  Adriance  było 

cicho i dobrze w ciepłym uścisku i myślała sobie, że tylko od jej jednego słowa zależy, by w tych 

ramionach  zostać  na  zawsze.  Jednak  tego  “na  zawsze”  z  Jackiem  bała  się,  gdyż  coś  jej  wciąż 

mówiło, że nie tak wygląda prawdziwa miłość. Miłość, którą każdy człowiek przeżywa tylko raz, 

która jest nieodgadnionym misterium dwóch dusz, ich najwspanialszą modlitwą za dar życia. Jakże 

często ludzie mylą się i biorą przywiązanie, przyjaźń, wreszcie sympatię, za ten królewski dar. A 

kiedy poniewczasie poznają swój błąd, jest już za późno. Siwieją włosy, oczy tracą blask, a serce 

zdolność czerpania szczęścia.  

Ari była za młoda, by mogła tę świadomość zaczerpnąć z życia. Ale miała intuicję, miała 

instynkt, taki sam jak ten, który każe królowej pszczół lecieć w błękity, by tam ją znalazł kochanek. 

I jak ten, który kwiatom na noc korony stulić każe.  

background image

- Ari, powiedz mi, o czym myślisz? 

- Sama nie wiem. Właściwie nic nie myślę, mam ochotę spać.  

- To zaśnij, tak u mnie na rękach.  

Milczeli chwilę oboje. Na niebie jęły mrugać gwiazdy. Ucichło już zupełnie. Ari zsunęła się 

z kolan Jacka i otworzyła szeroko okno.  

- Jacku, czujesz jak pachnie? 

- Tak, odświeżyło się, ładnie jest. Jakaś ty śliczna, Ari.  

Spojrzała na niego bacznie, uderzona nienaturalnym brzmieniem głosu i przelękła się.  

- Strasznie tu duszno, Jacku, może wyjdziemy trochę na ganek. Nie masz ochoty? 

- Nie, dziś zostanę z tobą, Ari. Już tak dawno czekam na ciebie, kochaną... jedyną... 

-  Puść  mnie,  Jacek,  ręce  mi  połamiesz!  Puść  mnie  w  tej  chwili,  jeżeli  nie  chcesz,  bym 

rankiem wyjechała stąd na zawsze. Nie bądź ordynarny.  

- Wszystko mi już jedno... Za tyle czasu męki... Za całą moją miłość... Ari!  

Broniła się rozpaczliwie, wreszcie syknęła: 

- Odejdź, odejdź precz! Nie jesteś w stodole.  

Wyprostował  się.  Stanęła  do  niego  twarzą  w  twarz  z  rozwianymi  włosami,  z  rozdartą  na 

ramieniu koszulą.  

-  Proszę  cię,  wyjdź.  Nie  jesteś  wart  zaufania,  nie  jesteś  dżentelmenem.  Pięściami  miłości 

nie kupisz.  

-  Ari,  nie  masz  prawa  robić  mi  wymówek.  Nie  możesz żądać  od  młodego  mężczyzny,  by 

włożył  habit  zakonny,  gdy  jest  z  kochaną  kobietą.  To  jest  głupia  gra,  którą  płacę  nerwami  i 

zdrowiem.  

-  Tak,  Jacku,  ja  wiem,  zrobiłam  głupstwo,  że  tu  z  tobą  przyjechałam.  Ale  zrobiłabym 

stokroć większe, gdybym wtedy za ciebie wyszła.  

- Dlaczego?  

Pomyślała chwilę, spojrzała w okno, skąd uśmiechało  się do niej zahaftowane  gwiazdami 

niebo, wreszcie rzekła cicho: 

- Sam mnie nazwałeś kiedyś królową pszczół, złotą pszczółką. Ale z gromady, w której ona 

szuka sobie kochanka, odpadłeś. Nie dopędzisz mnie nigdy, za słabe masz skrzydła, Jacku. I znów 

jestem  sama,  i  nie  wiem,  jak  długo  będę  jeszcze  krążyć  samotnie...  Ale  chciałam,  naprawdę 

chciałam, byś mnie dogonił.  

- Ari, czy to wszystko, co masz mi do powiedzenia? 

- Tak, Jacku.  

background image

Wyszedł  bez  słowa.  Ari  długo  jeszcze  siedziała  przy  oknie,  zapatrzona  w  to  tu,  to  tam 

spadające gwiazdy i modliła się w duchu.  

- Daj mi, Dobry Boże, pokochać... Daj mi pokochać tak prawdziwie, mocno, z całego serca.  

Wreszcie  zaczęło  świtać,  Ari  wciąż  siedziała  nieruchoma  i  machinalnie  kreśliła  coś 

czerwonym ołówkiem po parapecie okna. I tak jak czerwone listeczki rosły wyrazy: 

-  Daj  mi  pokochać,  Dobry  Boże  Panie,  coś  na  świat  rzucił  zieloną  zawieję  drzew,  coś 

wyhaftował jutrzenki błyskanie w motyle skrzydła, a ogień, co tleje w Twych Świętych oczach, w 

złotość zmienił ciemną gwiazd, Wielki, Święty, zmiłuj się nade mną... 

A  gdy  słońce  wzeszło,  oświetliło  czerwono  główkę  Adrianki,  śpiącej  na  oknie,  z  twarzą 

wtuloną w łokieć. I obudził ją Jacek zaniepokojony zbyt długą ciszą w sąsiednim pokoju. Ponieważ 

nie  chciał  wchodzić,  zajrzał  dyskretnie  przez  okno  i  ogarnęło  go  takie  wzruszenie  na  widok  tej 

małej, orzechowej łepetynki, że miał ochotę wytłuc się za nocną awanturę. Stał i patrzył, i nie mógł 

się  odezwać.  Ta  kochana,  słodka  głowa,  to  jest  głowa  Adrianki,  która  mu  dziś  wyraźnie  dała  do 

zrozumienia, że go nie kocha, a on nie ma siły, by ją za to znienawidzieć. I stoi jak sztubak, i boi 

się obudzić, i z tęsknotą czeka spojrzenia tajemniczych oczu.  

Słońce  grzało  coraz  mocniej.  Jacek  chrząknął  i  delikatnie  dotknął  jedwabistych 

kosmyczków, których fale porozkręcała wilgoć nocy teraz leżały żałośnie rozsypane koło uśpionej 

twarzy.  

- Ari, malutka... - szepnął.  

Nie poruszyła nawet noskiem.  

- Adrianko, głowa cię zaboli - rzekł głośniej.  

I wtedy otworzyła oczy, była zdumiona, potem roześmiała się. 

- Ładnie spędziłam noc. Oj, wszystkie gnatki mnie bolą. Która godzina, Jac? 

- Z Bożej łaski dziesiąta, księżniczko.  

- Co? I dopiero teraz mnie budzisz, człowieku! Śniadanie jadłeś? 

- Nie. To jest... piłem tylko mleko.  

- Dlaczego? 

- Nie miałem apetytu.  

- Zaraz przyjdę, czekaj na mnie.  

Ubrała  się  i  umyła  piorunem.  Pocałowała  Jacka  serdecznie,  zjedli  razem  śniadanie  i 

odprowadziła go potem do dworu. Jackowi się zdawało, że noc była tylko przykrym snem, ale Ari 

myślała co innego, bo po załatwieniu wszystkich czynności napisała do ojca krótki list: 

 

“Kochany mój Tatusiu.  

background image

Skończyły się już moje wakacje i pierwsza lekcja życia. Jestem wciąż ta sama Ari, Tatusiu, 

tylko chciałabym z Tobą porozmawiać. Chciałabym też mieć teraz jakąś posadę. Czy nie pomożesz 

mi w tym, Tatuśku? Potrafię dużo rzeczy. Jestem silna i zdrowa, i żadnej pracy się nie wstydzę. Do 

domu przecież wrócić nie mogę. Muszę być samodzielna. Pomóż mi, Tatusiu.  

 

Twoja Ari” 

 

 

 *** 

 

Upłynął  tydzień.  Pogoda  się  zepsuła.  Deszcz  lał  całymi  dniami  i  całe  dnie  Jacek  teraz 

przesiadywał  w  domu.  Nie  wspominali  jednak  ani  słówkiem  o  burzliwej  nocy.  Tylko  któregoś 

popołudnia  Jacek  zaczął  chodzić  po  izbie  nerwowymi  krokami.  Palił  przy  tym  co  niemiara 

papierosów, ale milczał.  

- Jacuś, masz jakieś zmartwienie?... Powiedz mi, będzie ci lżej.  

- Co ciebie obchodzą moje zmartwienia? - rzekł z goryczą.  

-  Sam  wiesz,  że  bardzo.  Tylko  co  ja  zrobię,  że  nie  potrafię  z  tego  powodu  robić  z  buzi 

maski tragicznie konającego cielęcia, nie potrafię też chlipać w chustkę do nosa.  

- Ari, słuchaj. Za dwa najdalej tygodnie przyjedzie tu mój starszy brat z żoną. Dostałem list. 

Czy decydujesz się nareszcie przyjąć moje nazwisko do tego czasu? 

- Nie, Jacku.  

- Adrianko najdroższa, czy ty rozumiesz, jaką sobie stwarzasz sytuację?  

- Nie stwarzam, bo wyjeżdżam.  

- Gdzie? Kiedy? Co?  

Wzięła go za rękę.  

-  Daj  mi  odejść  spokojnie,  Jacuś.  Kończy  się  lato,  idzie  jesień,  czas  chłodu  i  pożegnań. 

Wolę, żeby moja pierwsza miłość usnęła sobie cicho i  ładnie, niż zginęła w szamotaniu  i  walce. 

Nie mówię ci: zapomnij o mnie. Przeciwnie, pamiętaj o mnie, bo to ładne wspomnienie i dla mnie, 

i dla ciebie. Oboje młodzi jesteśmy i mamy czas szukać naszych drugich połówek duszy. Obojgu 

nam będzie jakiś czas ciężko. Jacuś, co tobie, no, kochany, bądź mądry...  

I jeżeli uważasz, że wyrządziłam ci krzywdę, przebacz mi.  

- Nie mam ci nic do przebaczenia.  

Odtrącił  jej  ręce  szorstko  i  wyszedł.  Nie  było  go  w  domu  całą  noc.  Rano  przyszedł 

zbiedzony, mokry, ale spokojny. Spojrzał na bladą z niewyspania i troski Adriankę i rzekł cicho.  

background image

- Daj mi gorącej kawy, Ari.  

Podała jak mogła najprędzej i usiadła z daleka. Jej uśmiech zgasł.  

- Kiedy chcesz jechać? - zapytał.  

- Jak tylko dostanę list od ojca.  

- Jedź, Ari, ale wiedz o tym, że złamałaś mi życie.  

Chciała coś odpowiedzieć, lecz nie znalazła słów. I w niej coś się załamało... Zakryła twarz 

dłońmi  i  płakała.  Jacek  patrzył  uporczywie  na  pochyloną  głowę  dziewczyny,  potem  odstawił 

gwałtownie  szklankę  i  wyszedł,  trzasnąwszy  drzwiami.  Franka  otwierała  usta  szeroko  ze 

zdumienia; nie mogła zrozumieć, co się w tym domu dzieje.  

Koło południa wpadła Jaśmieniowa i na widok zmienionej Ari krzyknęła: 

- A cóż to, chora jesteś, panienka?  

- Nie wiem sama, niedobrze mi, serce boli.  

- A Bożeż ty mój mileńki, dzieci mnie się śniły, wiedziałam, że coś niedobrego! Kładź się, 

panienka, ja tu zaraz wszystko zrobię.  

Ułożyła drżącą i bladą dziewczynę, otuliła ciepło.  

- Zaraz plitkę rozpalę, ziółeczków naparzę. Obruszona jesteś, nic, tylko obruszona. Franka, 

leć do mnie i powiedz Hance, żeby ci ziółeczków z siniej torebeczki dała.  

Za  godzinę  Adrianka  była  napojona,  zakryta  troskliwie  po  sam  nosek,  a  Jaśmieniowa 

gładziła jej rozsypane włosy.  

- Pośpij sobie teraz, pośpij, ja tu posiedzę chwilę.  

Tymczasem  całkiem  niespodziewanie  wpadł  Jacek,  zaalarmowany  przez  Frankę.  Ari  już 

spała, Jaśmieniowa zabierała się do odejścia.  

-  Dobrze,  że  pan  przyszedł,  tylko  nie  trzeba  panienki  budzić,  niech  się  wyśpi.  Takie 

chucherko, lada co zaszkodzi.  

I poszła.  

Jacek  zaś  usiadł  na  krawędzi  łóżka  i  patrzył  na  śpiącą.  Więc  to  już  ostatnie  dni.  Ari 

odchodzi i zostawia go samego. Czy nie umiał jej kochać? Czy nie była mu najdroższa i najbliższa? 

Dlaczego  nie  potrafił  jej  do  siebie  przywiązać,  nie  wiedział.  Adrianka  chciała  go  może  widzieć 

innym. Jakiż on ma być? Nie widzi w sobie żadnych wad. Tyle kobiet szalało za nim. Właściwie to 

nie były jeszcze kobiety, ale i Ari nie jest jeszcze dojrzałą kobietą. Czy był czas, gdy go kochała? 

Może! Lecz Jacek czuł, że to jeszcze nie była miłość, do jakiej Ari jest zdolna. I ogarniał go coraz 

większy żal.  

Obudziła się.  

- Jacuś, jesteś już? 

background image

- Jestem, malutka.  

- Gniewasz się na mnie? 

- Nie mam za co.  

- Może i masz, ale już mi daruj.  

- Lepiej ci, Ari? 

- Lepiej.  

Zapanowało długie milczenie. Żadne z nich nie wiedziało, co mówić. Do izby z wrzaskiem 

wpadła Kola i z rozpędu od razu skoczyła na łóżko swej pani.  

-  Kola!  Brudasie  jeden,  patrz,  coś  zrobiła  z  pościelą...  Szoruj  mi  zaraz  na  ziemię!  Idź  do 

pana, do pana, no, hulaj.  

Kola, bardzo zawstydzona, niepewnym krokiem podeszła do Jacka i położyła mu pysk na 

kolanach. Pogłaskał ją.  

-  Swoją  drogą,  Ari,  muszę  ci  pogratulować:  pies  pod  twoim  kierunkiem  ogromnie 

wyinteligentniał. Franusia też.  

- Będziesz miał po mnie pamiątkę.  

Rozmowa  wlokła  się,  utykała,  to  rwała  zupełnie.  Wreszcie  Jacek  powiedział  Adriance 

dobranoc i poszedł do swojego pokoju.  

Tak było jeszcze dwa dni. Był dla Ari grzeczny, ale nic ponadto. W owej grzeczności czaił 

się jednak wrogi cień. Wreszcie Ari pojechała z leśniczym do Wilna i przywiozła sobie list od ojca: 

 

“Droga Ari.  

Wszystko  przygotowane.  Przyjeżdżaj  do  mnie.  Jestem  w  Krakowie  i  czekam  cię.  Nie 

dźwigaj sama bagażu, pamiętam cię wątłą. Śmiej się, Ari.  

 

Marek Klaudius” 

 

 

Na odwrocie koperty był adres. Ari na chwilę zrobiło się ciemno w oczach. Więc to już. Już 

koniec. Przyjechała do domu i wolniutko jęła zbierać i składać swoje rzeczy. Potem wyszła do lasu. 

Dzień  był  pogodny.  Słońce  zachodziło  spokojnie  i  majestatycznie.  Ari  załzawionymi  oczyma 

obejmowała  las,  który  był  teraz  zaczarowaną  krainą  złota  i  purpury...  las  w  jesiennych  szatach. 

Przepych  barw,  dyskretna  woń  tęsknoty,  na  pajęczynach  rozbłysłych  tęczami  kołysze  się  smutek, 

ale uśmiechnięty smutek. I Ari bierze to wszystko w serce. I płacze nie tylko dlatego, że musi stąd 

odjechać,  ale  że  jest  tak  cudownie.  Wrzosy  kwitną.  Zrywa  więc  cały  olbrzymi  pęk,  wszystkie 

background image

odcienie  fioletu.  Serce  czuje  po  prostu  w  gardle,  ogarnia  ją  uczucie  tak  olbrzymiego, 

niewytłumaczonego  żalu,  że  musi  stanąć,  bo  ćmi  jej  się  w  oczach.  Oparła  głowę  o  pień  brzozy. 

Wkoło  niej  cicho  i  sennie  kapią  jak  łzy  kolorowe  liście.  Adrianka  żegna  miłośnie  każdy  liść 

osobno. W tysiącu chwil, które przyjdą, już ani jednej nie będzie takiej jak ta teraz właśnie, choć 

mogą  być  podobne.  Ale  każda  chwila  ma  swoją  odrębną  duszę  i  gdy  umiera,  zostaje  tylko 

wspomnienie,  a  wspomnienie  jest  mgłą.  Ari  w  tej  chwili  kocha  Jacka  i  cierpi,  że  musi  go 

skrzywdzić, lecz jednocześnie tęskni do tego czegoś, co czeka na nią nie wiadomo gdzie. Ari jest 

stworzona do miłości i miłość owa prędzej czy później ogarnąć ją musi.  

Słońce stacza się coraz niżej.  Adrianka wciąż stoi  o brzozę oparta i  patrzy przed siebie, i 

modli się do liliowych wrzosów, do miedzianych i czerwonych, i cytrynowych płatów, które wciąż 

bez  ustanku  padają  i  padają;  do  ledwo  widocznego  płomienia,  który  wykwita  w  chmurach  po 

zachodniej  stronie  nieba.  Ogarnia  ją  już  mrok.  Idzie  do  domu,  a  pod  jej  stopami  monotonnie 

szeleszczą liście.  

Jacek czekał na nią w progu gajówki. Przywitali się w milczeniu. Franusia podała kolację. 

Ari przez ten czas porozstawiała bukiety wrzosów, potem usiadła naprzeciw chłopca i patrzyła na 

niego.  

- Nie smakuje ci zupa, Jacuś? - zagadnęła.  

- Owszem.  

- A dlaczego nie jesz? 

- Apetytu nie mam. No, co słychać w Wilnie, Ari? 

- Nic prawie nowego. Dostałam list od tatusia.  

Płomień krwi oblał Jackową twarz, serce zadrgało mu boleśnie.  

- Tak! Więc to już! - obcym głosem rzucił po dłuższym milczeniu.  

Usiadła  obok  niego,  położyła  mu  głowę  na  ramieniu,  wzięła  jego  chłodną  dłoń  w  swoje 

ciepłe i giętkie dłonie.  

- Jacuś, wyjadę pojutrze, odwieziesz mnie do Wilna, dobrze? I proszę cię na wszystko, nie 

bądź smutny, nie bądź zachmurzony... Patrz, jakiego ślicznego wrzosu narwałam. Nie wyrzucaj go, 

on ci będzie o mnie mówił. A wiesz, co? O tak: 

 

“Dzwoniłem elfom do tańca 

w niejeden przedwieczór złoty, 

posłuchaj, tobie zaśpiewam 

cichą piosenkę tęsknoty 

jak to na lasy, na łąki 

background image

chodziła Ari po dzwonki. 

Jak wodą spłynęły dzionki, 

- jej nie ma! Zostały dzwonki.” p 

 

-  A  teraz  nie  będziemy  już  mówić  o  moim  wyjeździe.  Zagramy  sobie  w  szachy  albo  w 

karty.  

- Dobrze - powiedział bez zapału.  

A gdy już ustawiła figurki na szachownicy i zrobili parę pierwszych posunięć, Jacek zrzucił 

nieoczekiwanie  wszystko  na  ziemię,  chwycił  czapkę  i  wybiegł  na  dwór.  Nie  poszła  za  nim,  nie 

wołała. Posprzątała wszystko porządnie, zapakowała potem swoją walizkę i w ubraniu położyła się 

na łóżku. Oczywiście zasnąć nie mogła. Koło godziny czwartej usłyszała szczekanie Koli. Pobiegła 

do kuchni i jak mogła najprędzej rozpaliła ogień i postawiła herbatę. Huknęły drzwi od sieni. Jacek 

wszedł  do  swojego  pokoju  i  słyszała,  jak  chodził  tam  i  z  powrotem;  potem  skrzypnęła  ławka, 

widocznie usiadł. Zakaszlał raz i drugi. Ari niecierpliwie dokładała smolne drzewo. Wreszcie woda 

zaczęła szumieć, a że była już wieczorem gotowana, więc Ari nie czekała dłużej, nalała szklankę, 

wcisnęła cytryny i cichutko wsunęła się do Jackowej izby.  

- Może masz apetyt na gorącą herbatę? - rzekła z uśmiechem.  

- Ari, nie śpisz? 

- Owszem, prawie że śpię - przysunęła mu szklankę i pogładziła zziębniętą twarz.  

- Widzisz, jak zmarzłeś. Pij zaraz, ty dzieciuchu.  

Wypił  posłusznie,  a  potem  rzekł  z  goryczą,  dziwnie  nie  licującą  z  jego  młodą,  świeżą 

twarzą.  

- Miło ci uprzyjemniam ostatnie dni pobytu, prawda? 

-  Głupstwo,  Jacuś,  mamy  jutro  cały  dzień  do  przeprosin  wzajemnych,  wobec  czego 

radziłabym wyspać się.  

- Ari, kochanie moje - objął ją i całował gorąco - czy wrócisz kiedy do mnie? 

- Nie wiem nic, Jacku. Śpij spokojnie, chłopcze.  

Nazajutrz  poszła  pożegnać  nadleśnego  i  z  radością  stwierdziła,  że  obietnicy  dotrzymał  i 

zajął  się  jej  protegowaną.  Jaśmieniowa,  uderzona  niespodziewaną  nowiną,  rozpłakała  się  i  długo 

tuliła  Adriankę  w  ramionach,  nie  mogąc  słowa  znaleźć  na  wypowiedzenie  swego  żalu.  Przed 

wieczorem do gajówki wpadł Jaśmień.  

-  A  cóż  to  znowu  pani wyprawia,  dlaczego  odjeżdżać,  źle  tu  było?  Polowania  nadchodzą, 

panno Adrianko! Jak można? 

background image

- Kiedy muszę. Już i tak za długo odpoczywałam. Niech pan pozdrowi wszystkie lasy ode 

mnie i niech pan sam o mnie pamięta.  

-  Pamiętać  to  będziemy  wszyscy.  Ale  naprawdę,  tak  ni  stąd,  ni  zowąd.  Jakby  mnie  kto 

chojakiem po łbie wygrzmocił.  

I zasiedział się z młodymi do jedenastej, przy czym obiecał wpaść jeszcze rano.  

Zostali sami. Jacek uklęknął  przed Ari  i  położył głowę na jej kolanach.  Mówić nie mógł, 

ona  też  nie.  Ale  w  milczeniu  owym  byli  bliżsi  sobie  niż  kiedykolwiek.  I  tak  jak  pierwszego 

wieczora, trzymała mu rękę na głowie, a on jej drugą dłoń tulił do ust.  

- Jacku - szepnęła.  

- Co? 

- Pamiętaj o mnie i bądź dobry dla ludzi.  

- Dobrze. 

- I nie gniewaj się na mnie.  

- Dobrze, Ari.  

- I... i... i nie zakochaj się prędko w innej. 

- Och, Ari, głuptas jesteś! To nasz ostatni wieczór, Adrianko.  

- Ostatni.  

- Kiedy cię tu przywiozłem, tak sobie wszystko inaczej wyobrażałem! 

-  Bo  nigdy  się  tak  nie  dzieje,  jak  człowiek  sobie  wyobraża.  Najlepiej  nic  w  rojeniach  nie 

budować, wszystko, co ma przyjść, przyjdzie samo i tak.  

Późno  poszli  spać,  bo  ciężko  im  było  oderwać  się  od  siebie,  zwłaszcza  że  Jacek  czuł,  że 

Adrianka nie wróci tu już nigdy.  

Zbudził  dziewczynkę  ruch  i  gwar  na  ganku.  Okazało  się,  że  wszyscy  gajowi  przyszli  ją 

żegnać. Zajechało auto ze dworu. Adrianka, bardzo blada, wyszła przed dom i uderzyło ją niemile 

wycie Koli, uwiązanej przy szopie. Ale Jacek tłumaczył, że uwiązać ją trzeba, bo w przeciwnym 

razie poleci za samochodem.  

Ari  podawała  kolejno  rękę  ludziom,  z  którymi  się  już  zżyła.  Przybiegła  i  Jaśmieniowa,  i 

parę znajomych kobiet. Gajowi w prostych, niewyszukanych słowach życzyli Adriance szczęśliwej 

drogi  i  wszystkiego  dobrego  w  życiu.  Widać  było,  że  ją  kochają  i  szczerze  żałują.  Jaśmieniowa 

płakała głośno. Franka buczała w stodole. Jacek tylko patrzył i dziwił się, co za urok rzuciła taka 

jedna niepozorna osóbka na całe otoczenie.  

Wreszcie  Ari  wsiadła  do  auta  z  Jackiem  i  wychyliła  zalaną  łzami  twarzyczkę  w  stronę 

zebranych. 

- Zostańcie z Bogiem. Nigdy o was nie zapomnę.  

background image

- Jedź z Bogiem - zabrzmiał chór i auto ruszyło.  

Przytuliła się do Jacka. Las szybko uciekał, uciekały znajome drogi tak, jak przeżyte dnie. 

Migały  puste  pola,  zagajniki,  które  tak  dobrze  znała  i  lubiła...  Wszystko  uciekało  w  przeszłość. 

Adrianka jeszcze mocniej przycisnęła głowę do piersi Jacka i płakała, płakała. 

Jacek  wrócił  do  gajówki  późnym  wieczorem.  Na  dworze  mżyło  i  wiał  chłodny  wiatr,  ale 

Franusia  dobrze  była  wytresowana  przez  swą  panią  i  w  izbie  panowało  przyjemne  ciepło, 

buchające  od  napalonego  pieca.  Kola  leżała  zwinięta  w  kłębek  przy  ławce,  na  której  zwykle 

siedziała  Adrianka.  Wrzos  pachniał  ledwo  wyczuwalnie  i  w  glinianym  garnczku  na  stole 

czerwieniły  się  korale  jarzębiny.  Nic  się  nie  zmieniło,  Ari  tu  jeszcze  była,  jeszcze  drżało  echo 

piosenek,  które  śpiewała,  jeszcze  spomiędzy  gałązek  wrzosu  i  jarzębiny  wyglądał  jej  uśmiech. 

Jacek  usiadł  na  łóżku  i  patrzył  na  lampę  oświetlającą  stół.  W  blasku  tej  lampy  jakim  pięknym 

połyskiem roztopionej miedzi lśniły zawsze włosy Adrianki! Kola podeszła do pana i stanąwszy na 

tylnych łapach, dotknęła wilgotnym nosem Jackowego policzka i zaskomlała przejmująco.  

“Co  się  dzieje  z  panią,  dlaczego  jej  nie  ma  jeszcze”?  -  dziwiła  się  Kola.  I  podnosiła 

błagalnie do góry pyszczek, i siadała, i znów wspinała się, opierając natarczywie łapy o ramiona 

zamyślonego posępnie chłopca. Wreszcie wypadła na dwór i zaczęła wyć rozpaczliwie.  

Gdy Jacek zmożony wrażeniami odchylił kołdrę, by się wreszcie położyć, zauważył, że na 

poduszce leży biały welon Ari i przypięta do niego karteczka:  

 

“A jeśli rankiem wspomnisz o mnie, a jeśli rankiem - 

- jutrzenką bladą błysnę skromnie przed twoim gankiem, 

a jeśli wspomnisz o mnie czasem w południa ciszę - 

- wiatrem przylecę, co tu lasem lekko kołysze. 

Jeśli o zmroku wspomnisz o mnie, jeśli o zmroku - 

- łzą wielką, czystą przeogromnie stanę ci w oku. 

- A zaś wieczorem przyjdę do cię, cichym wieczorem 

piosenką lilij, co w tęsknocie lśnią nad jeziorem.” p 

 

Przeczytał uważnie raz, drugi. Schował kartkę do portfelu, a welon pod poduszkę i przytulił 

głowę do poduszki z przeciągłym westchnieniem.  

Popłynął szereg dni, które były dla Jacka nieustanną, męczącą wędrówką po gęstym lesie 

wspomnień.  Błąkał  się  w  nim  i  gubił,  i  nie  mógł  znaleźć  drogi  wyjścia.  Sposępniał,  zmizerniał, 

stracił  apetyt,  a  męczył  się  tym  więcej,  im  bardziej  teraz,  z  oddali,  rozumiał,  dlaczego  nie  mógł 

zdobyć Ari na zawsze.  

background image

Zaczął patrzeć na świat i otoczenie jej oczyma, przez pamięć o niej chciał kochać to, co ona 

kochała.  Jakżeby  teraz  chętnie  chodził  z  nią  podziwiać  grę  barw  jesieni,  jak  bardzo  chciał,  by 

pokazała mu “zdechłą myszkę, którą włożyła do mrowiska” lub “zaczarowaną” brzozę na pagórku. 

Ale to wszystko była już bezpowrotna przeszłość. Nieraz, gdy jeszcze byli razem, wymawiał jej: 

-  Jesteś  egoistką  najbardziej  zachłanną,  jak  sobie  można  wyobrazić,  bo  wszystko,  co 

czynisz, czynisz dlatego, by cię otoczenie twoje kochało. Zdobywasz tę miłość, bo chcesz chodzić 

w jej aureoli, a ty kochasz siebie.  

Ari zaś rzadko tłumaczyła się z tego zarzutu, raz mu tylko powiedziała: 

-  Jestem  egoistką.  Bardzo  ładnie.  Czy  tobie  z  tym  jest  źle,  czy  źle  jest  tym,  co  mnie 

kochają?  Sama  zdolność  wykrzesania  z  siebie  uczucia  już  jest  szczęściem.  Taką  mnie  Bóg 

stworzył, chcę, by ludziom ze mną i koło mnie było dobrze, bo nie znoszę smutku. Tak. Egoizm 

godny potępienia, więc potępiaj mnie, Jacuś, i przestań kochać, jeżeli możesz, no! 

Teraz uważał, że ta kokieteria, mimowolna czy świadoma, była jedną z jej zalet, bez niej 

Ari nie byłaby zupełna, tak jak kwiat bez woni. Musiała być kochana, bo na to została stworzona, 

na osłodę i radość ludzkich oczu, męskich serc. Tak jak Ewa.  

Wreszcie smutną ciszę gajówki zakłócił przyjazd starszego brata Zelera z młodą, elegancką 

żoną. Pani  Marysia była bardzo przystojna i  zalotna. Od razu poczuła się u Jacka jak u siebie  w 

domu.  Co  prawda  mocno  grymasiła  na  niewybredne  życie  i  utyskiwała,  że  zmizernieje  z  głodu. 

Pełno  jej  było  w  każdym  kącie,  wszystko  oglądała  i  krytykowała.  Z  punktu  zraziła  do  siebie 

Franusię  i  Jaśmieniową,  a  nawet  Jaśmienia,  przybierając  względem  nich  pański,  wyniosły  ton. 

Jacek, bardzo dla niej uprzejmy, cierpiał teraz stokroć gorzej niż wtedy, gdy był tylko sam ze swą 

tęsknotą.  Zbyt  jaskrawo  rzucała  się  w  oczy  różnica  między  Adrianką  i  panią  Marysią.  Nawet 

gajowi do niego mówili:  

- Ej, panie Jacku, ładna bo ładna ta bratowa, ale Boże strzeż! Panienka urodą nie grzeszyła 

(Ari nie uchodziła za ładną na wsi, pojęcie urody na wsi i w mieście jest bardzo różne), a przecież 

jak spojrzała, a jak się roześmiała, to by człowiek za nią w ogień i wodę gonił. Teraz to i niemiło 

chodzić do gajówki.  

Kiedyś  Jacek  z  bratem  wyszli  na  jarząbki.  Przyłączył  się  i  Jaśmień  i  szczęśliwym  trafem 

ubili pięć sztuk, w tym sam Jaśmień aż trzy. Przytroczył je do pasa i rzekł do Jacka: 

- Wie pan co? Każę je żonie wypatroszyć i  prześlę panu, a pan niech je pocztą dla naszej 

kochanej  panienki  wyekspediuje.  Ach,  co  to  za  słodkie  dziecko,  ta  panna  Ari  -  zwrócił  się  do 

starszego Zelera. - Myśmy tu wszyscy pana siostrzyczkę pokochali jak rodzoną córkę. 

background image

-  Moją  siostrę?  Pannę  Ari?  -  zdumiał  się  brat  Jacka,  ale  w  tej  chwili  poczuł,  jak  na  jego 

ramieniu  zaciskają  się  Jackowe  palce.  Uśmiechnął  się  więc  dyskretnie  i  milczał,  a  Jaśmień 

popatrzył w las i dorzucił: 

- Potrafiła człowiekowi wmówić, że na świecie jest dobrze. Ot, takie małe słoneczko.  

Dopiero gdy bracia zostali sami, Jacek został wzięty na spytki: 

- Coś ty sobie za siostrę tu wykombinował, hę? 

- To delikatna sprawa, Toniu, długo by o tym mówić.  

- Nie masz do mnie zaufania? 

- Do ciebie tak, ale wybacz, do twojej żony nie.  

- Uprzedzony jesteś, to bardzo dobra i miła kobieta.  

- Ja nie przeczę, ale... 

- No, jeżeli “ale”... to możesz być spokojny, że zachowam dyskrecję.  

Do  późnej  nocy  siedzieli  bracia  w  kancelarii  ku  oburzeniu  pani  Marysi.  Wreszcie  Antoni 

spytał: 

- Nie masz jej fotografii? 

- Nie.  

- Szkoda. Bardzo ciekawy typ. Ja na twoim miejscu nie puściłbym jej od siebie.  

- To się tylko tak mówi, Antku.  

- A swoją drogą bardzo chciałbym ją poznać.  

Teraz Jacek znalazł temat do rozmów z bratem i było im obydwu bardzo miło. Z opowiadań 

Jacka  wyrastała  w  oczach  Antoniego  jakaś  cudowna,  słoneczna  wizja  i  bardzo  pragnął,  by  jego 

Marysieńka  choć  w  części  była  do  tamtej  podobna.  Ale  Marysieńka  właśnie  coraz  namiętniej 

grymasiła  i  narzekała  na  “wściekłe  nudy”  i  na  “zakazane  mordy”,  tak  że  po  dwutygodniowym 

pobycie Antoni musiał zrezygnować z dalszych spacerów i polowań.  

Żegnając się z bratem, serdecznie powiedział mu: 

- A jednak, Jacku, jesteś szczęśliwy. Takich wspomnień pozazdrościłby ci niejeden. Ba! Ja 

sam na pierwszym miejscu. Widzisz, często w marzeniach urabiamy sobie ideał kobiety, a potem 

spotykamy  coś  zupełnie  odmiennego,  żenimy  się  i  jest  niby  całkiem  dobrze.  Tymczasem  ta 

wyśniona przechodzi  gdzieś bliziutko, czujemy ją niemal.  A zakwita komu  innemu. Nam zostaje 

tylko  tęsknota, która od  czasu do czasu puka do serca i  przypomina, że istnieje. Tyś księżniczkę 

twych marzeń miał w ramionach, a to już dużo.  

I Jacek znów został sam. A  gdy któregoś dnia spadł  pierwszy śnieg i  ubielił świat,  Jacek 

usiadł do pisania listu.  

 

background image

“Ari najmilsza! 

Nie  wiem,  gdzie  jesteś  i  co  robisz,  ale  chciałbym  Ci  powiedzieć,  że  dziś  w  nocy  spadł 

pierwszy  śnieg.  Pierwszy  śnieg,  Księżniczko.  I  przypomniał  mi  twoją  bajkę  o  białych  pawiach, 

wiesz, tę: “Raz ktoś księżniczce cud urody darował białe pawie trzy”... Ari, chciałbym Ci tyle, tyle 

napisać o mojej tęsknocie. Lecz tylko wciąż nasuwają mi się te słowa, i te jedynie: Ari najmilsza, 

spadł pierwszy śnieg!”  

 

Oparł głowę na rękach i zapłakał.  

 

background image

III 

Po przyjeździe do Krakowa Adrianka wzięła z dworca dorożkę i kazała się wieźć na Planty 

pod wskazany adres. Otworzyła jej jakaś staruszka.  

- A do kogo to panienka? 

- Do tatusia, to jest, chciałam powiedzieć, do pana profesora Klaudiusa.  

-  Ach,  to  pani?  Proszę,  proszę  bardzo.  Profesor  wspominał,  ale  ja  myślałam,  że  to  będzie 

dziecko, a to taka duża panna. Niechże się pani rozgości. Tu łazienka, a tu pokój profesora. A to 

będzie pani pokoik. Walizkę na krzesełku... tak. Proszę mi dać palto. Profesor się ucieszy.  

Zalana  potokiem  słów,  Ari  czuła  się  nad  wyraz  nieszczęśliwa  i  była  rada,  gdy  staruszka 

oświadczyła, że kapusta na pewno będzie przypalona.  

-  Ojej,  to  trzeba  czym  prędzej  przełożyć  w  inny  garnek!  -  krzyknęła  Ari,  myśląc 

jednocześnie, iż zupełnie nie przepada za przypaloną kapustą.  

- To pani wybaczy, że zostawię ją samą, bez opieki? 

-  Ależ  naturalnie  -  odparła  z  głębokim  entuzjazmem.  I  gdy  staruszka  podreptała  w  stronę 

kuchni, Ari wyciągnęła z walizki mydło, ręcznik i czystą bieliznę i zniknęła w łazience.  

Po godzinie zjawiła się w pokoju i zamiast gospodyni zastała ojca. Z krzykiem zawisła mu 

na szyi,  zaś Marek Klaudius  otoczył  ramionami  smukłą postać córki  i  pomyślał, że za wszystkie 

trudy i znoje życia zapłatą jest taka chwila.  

- No co, malutka, zdrowa jesteś? - spytał wreszcie.  

- Tak, tak, tatuśku. Ale co ty robisz tu, w Krakowie? 

- Mam cykl wykładów na uniwersytecie.  

- Aha. Tatusiu, ja ci podam obiad, dobrze? 

Skinął głową uśmiechnięty.  

Pobiegła  do  kuchni  i  zastała  staruszkę  siedzącą  na  krześle  z  miną  pełną  rozpaczy  i 

oburzenia.  

- Widziała pani coś podobnego? Cesi jeszcze nie ma. Kto poda obiad? Okropność.  

- Ależ, proszę pani, nie ma się czym przejmować. Ja to zrobię. Właśnie przyszłam prosić, 

by mi pani pozwoliła.  

- Przecież to nie wypada, stanowczo nie wypada... gość! 

- Głupstwo, ja nie jestem taki ważny gość znowu. Co można brać na stół? 

-  Ale  nie  wypada,  stanowczo  nie  wypada...  Zupę  można  brać...  żebym  wiedziała,  że  pani 

przyjedzie... A co pani woli,  sznicle czy “koklety”? Bo ja dziś  kazałam zrobić “koklety”, ale jak 

pani woli sznicle... zupę do tej wazy, proszę pani. Ale to stanowczo nie wypada... 

background image

Ari  zagryzała  usta,  by  nie  śmiać  się  głośno.  Z  błyszczącymi  oczyma  podawała  ojcu 

najpierw  zupę,  potem  “koklety”  i  przypaloną  kapustę.  I  obserwowała  dyskretnie  staruszkę,  która 

miała z siedemdziesiąt lat, wspaniale zrobione kolorki i brewki czarne, a włosy wysmarowane też 

na  smolisto  czymś  lepkim  i  lśniącym.  W  tych  to  misternie  w  warkoczyk  uplecionych  i  w 

obwarzanek zawiniętych włosach chwiała się figlarnie błękitna kokarda. Przy granatowej taftowej 

bluzce  jak  sztandar  powiewał  różowy  gazowy  żabot.  Staruszka  gadała  bez  przerwy,  przy  czym 

gestykulowała tak zawzięcie, że Ari wciąż usuwała cichaczem sprzed jej miejsca różne przedmioty 

w obawie, by to wszystko nie frunęło w powietrze. Wreszcie obiad się skończył i Ari powiedziała: 

- Proszę pani, ja bym strasznie chciała się przespać. Czy mogę iść do swojego pokoju? 

-  O  tak,  naturalnie,  ja  też  jestem  śpiąca.  Bo  to,  widzi  pani,  człowiek  tak  spracowany, 

wszystkiego  musi  sam  dopatrywać.  Taki  tłumok  nie  wróci  na  czas,  moja  pani.  Jakie  to  czasy! 

Gdyby to moja mamusia widziała! 

- Ale pani ma wyjątkowe szczęście, że mamusia tego nie widzi - oświadczyła Ari z bardzo 

poważną  miną.  Wzięła  ojca  pod  rękę  i  skinęła  uprzejmie  gospodyni.  -  Dziękujemy  za  smaczny 

obiadek,  niech  się  pani  zaraz  położy  i  zdrzemnie,  to  świetnie  robi  na  cerę  i  na  kiszki  -  po  czym 

wyszła,  prowadząc  profesora,  który  szybko  mrugał  powiekami.  Gdy  znaleźli  się  sami,  Adrianka 

usiadła obok ojca na staroświeckiej kanapie i spytała:  

- Czy ona ci co dzień tak trzeszczy nad głową? 

- Uhm - mruknął.  

-  No,  to  będę  musiała  to  antyczne  oblicze  nieco  uciszyć.  Czy  jesteś  zadowolony,  że 

przyjechałam? 

- Ty wiesz, Ari. Trzeba, żebyś się przespała.  

-  Dobrze.  No,  pocałuj  mnie  jeszcze,  tatusiu,  i  naprawdę  przestań  mówić,  bo  oka  zmrużyć 

nie mogę.  

Uśmiechnął  się  i  wziął gazetę  do  ręki.  Ari  w  niespełna  kwadrans  spała  już  smacznie, zaś 

profesor palił fajkę i był szczęśliwy, że ma znów przy sobie ukochane stworzenie.  

W  parę  dni  potem  Adrianka  poszła  z  ojcem  objąć  posadę  sekretarki  przy  bibliotece 

uniwersyteckiej.  Idąc  ulicą  omal  nie  skakała  z  radości.  Gdy  usiadła  przy  małym  biurku,  miała 

wrażenie,  że  cały  Kraków  do  niej  należy.  Pracy  było  dużo,  ale  Ari  nie  męczyła  się  wcale,  gdyż 

wkładała  w  zajęcie  swój  ogromny  zapas  radości.  Najmilsze  jednak  były  wieczory.  Ojciec 

przychodził  po  nią  i  oboje  maszerowali  nad  Wisłę.  Nie  mówili  do  siebie  wcale.  Zresztą,  jeżeli 

nawet  zawiązywała  się  rozmowa,  to  słychać  było  tylko  głos  Adrianki.  Po  spacerze  wracali  do 

siebie, witani piskliwym sopranem gospodyni.  

background image

-  “Jezosie”,  Maryjo,  na  taką  pogodę  bez  “galaszy”!  Zdrowie  można  stracić  całkowicie. 

Zresztą dywan... Żeby to moja mamusia widziała! Ten dywan dostałam od mojego “konkorenta”. 

Fi! Żebym tak chciała przyjmować od każdego.  

-  To  by  pani  miała  skład  dywanów  -  przerwała  Ari.  Ale  nim  zasiedli  do  kolacji,  musieli 

wysłuchać tuzin emocjonujących historii. Tak było dzień w dzień.  

W  niedzielę  rano  był  spokój,  bo  panna  Józefa  chodziła  do  kościoła  i  tkwiła  tam  cztery 

godziny. A gdy zjawiała się w progu, Ari trącała ojca łokciem w bok i szeptała: 

- Zaraz będzie operetka.  

Panna Józefa wycierała zamaszyście nogi i wchodząc do pokoju wołała donośnie: 

- Ale żebyście państwo wiedzieli, jakie ksiądz Izydor miał głębokie kazanie! Ja mówię, on 

powinien być za życia “kandyzowany” absolutnie.  

Przy  tym  ręce  jej  rozłożone  szeroko  wykonywały  cały  szereg  ruchów,  grożących  całości 

sprzętów, a w każdym razie słuchaczy.  

- Ależ, panno Józiu, on się nazywa Dezydery.  

- No, to wszystko jedno. Ale kazanie było głębokie.  

- A talerze panny Józi wzniosłe - śmiała się Ari.  

 

 *** 

 

Po  obiedzie  profesor  z  córką  wychodził  na  spacer  i  wracali  dopiero  późnym  wieczorem. 

Klaudius był nieustannie prowokowany i atakowany przez Adriankę, więc chcąc nie chcąc, musiał 

odpowiadać na jej pytania. Musiał się uśmiechać i skonstatował, że to jest zupełnie miło mówić do 

kogoś,  kto  słucha  uważnie,  że  dobrze  jest  w  najprostszych  słowach  wyjawiać  myśli  przed 

dwojgiem zapatrzonych w ojcowskie usta oczu, przed taką małą, słodką kobietką, prócz której nie 

miał  na  całym  świecie  ani  jednego  przyjaciela.  I  z  wolna  Adrianka  poznała  historię  ojca  i 

zrozumiała, dlaczego nie lubił ani mówić, ani śmiać się.  

Był  studentem  uniwersytetu.  Wychowany  przez  dziadków  w  małym,  skromnym  dworku, 

kochał  ponad  wszystko  przyrodę.  Był  wesoły,  rozmowny,  marzył  o  podróżach  w  kraje 

podzwrotnikowe. Kobietom jednak się nie udzielał, bo go nużyły towarzyskie rozmówki, męczyły 

cztery  ściany  salonu.  Wszystkie  wolne  chwile  spędzał  na  wycieczkach.  Podczas  wakacji  brał 

plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami i w towarzystwie kilku kolegów włóczył się po cygańsku po 

lasach i górach. Był wtedy bardzo szczęśliwy. Dziadkowie umarli, został mu niewielki mająteczek, 

który  kochał  całym  sercem.  Wówczas  weszła  mu  w  drogę  kobieta,  która  prócz  urody  miała 

niezwykły spryt. Oczarowała go bardzo szybko, zrujnowała jeszcze szybciej. Majątek trzeba było 

background image

sprzedać.  Zamieszkali  w  Warszawie  w  jednym  pokoiku.  Wmówiła  w  niego,  że  jest  kretynem  i 

niedołęgą. Wreszcie uciekła z jego uczniem, którego kochał jak syna. Po długich staraniach dostał 

rozwód. Był już wtedy profesorem gimnazjum. W parę lat później ożenił się po raz drugi z matką 

Ari. Póki nie było dzieci, stosunki między małżeństwem były względnie przyjazne. Marek jeszcze 

od  czasu  do  czasu  myślał  o  podróży  w  nieznane,  dalekie  kraje,  ale  coraz  częściej  oblewano  go 

zimną wodą.  

- Zwariował! Przyzwoitej sukni nie mam, a podróży mu się zachciewa. Do teatru wyciągnąć 

go nie można. Pewnie chcesz, żebym się z tobołkiem za tobą włóczyła? 

Nauczył się więc nie zwierzać ze swoich marzeń serdecznych. I tak rok za rokiem urodził 

się  Leszek,  Ari  i  Żenia.  Profesorowa  winę  za  niedostatek  zwalała  na  barki  męża,  zatruwając  mu 

życie ciągłymi wymówkami. Marek Klaudius zamknął się w sobie, zamurował i... przestał marzyć.  

Gdy Ari kiedyś, przytulona do kolan ojca, słuchała jego urywanych zdań, wybuchnęła: 

- Ach, tatusiu! Jaka szkoda, że nie ożeniłeś się ze mną, z nas byłaby cudowna para.  

Wtedy  profesor  po  raz  pierwszy  głośno  się  roześmiał  i  od  tej  chwili  czynił  to  nie  raz  ku 

przeogromnej  radości  Ari.  A  gdy  przyswoił  sobie  tę  umiejętność,  w  ten,  a  nie  w  inny  sposób 

okazywał  swoje  zadowolenie.  Niebieskie  oczy  profesora  gorzały  młodzieńczym  blaskiem,  gdy 

puszysta głowa córki dotykała pieszczotliwie jego policzka. Czuł się młodym, wesołym chłopcem 

sprzed  lat,  tym  samym,  co  z  nosem  utkwionym  w  pomiętą  mapę  wchłaniał  zapach  lasów 

podzwrotnikowych.  

Panna  Józia  nadziwić  się  nie  mogła  zmianie,  jaka  zaszła  w  lokatorze  i  długie  gozdiny 

spędzała  przyciśnięta  do  dziurki  od  klucza.  O  czym  oni  mówią?  Z  czego  się  śmieją?  Czasem 

ogarniała ją wściekłość.  

Panna  Józia  bowiem  miała  specjalną  pasję  do  wietrzenia  tajemnic.  Znała  cały  Kraków, 

wiedziała,  gdzie  kto  brał  ślub,  gdzie  kto  się  rodził  i  chrzcił,  wiedziała  o  każdej  uroczystości 

familijnej bliższych i dalszych sąsiadów, liczyła namiętnie ślubne i nieślubne dzieci. Ale o swych 

lokatorach nic konkretnego dowiedzieć się nie mogła, była więc niepocieszona.  

Zaś  tym  dwojgu  było  razem  tak  dobrze!  Czasem  Ari  na  prośbę  ojca  notowała  swoje 

wiersze. Profesor z nabożeństwem składał karteczki do teki i uśmiechał się tajemniczo.  

- Po co chowasz, tatusiu, te głupstewka?  

- Na pamiątkę, Adrianko.  

- Jesteś nadzwyczajny.  

Ale zbliżały się święta Bożego Narodzenia i oboje radzili, co robić. Profesor orzekł, że bez 

Ari do domu nie pojedzie, Ari znów nie chciała “robić piekła”. Aż na parę dni przed Wigilią Ari 

wracając z profesorem z biura, spytała: 

background image

-  Tatuś,  czy  chcesz  koniecznie  słyszeć  w  święta  głębokie  kazanie  panny  Józi  i  jeść 

przypalone “koklety”? 

- E, nie bardzo.  

- Czy jesteś dosyć silny, by wrócić w krainę młodości? 

Spojrzał zdziwiony i milczał.  

- W takim razie bierzemy plecaki, kupujesz mi buty i idziemy pieszo do Zakopanego.  

- Adrianko! 

 

 *** 

 

Kraków  spał  jeszcze  cicho,  zasypywany  miękkimi  płatkami  śniegu,  tulącymi  się 

najmiłośniej  do  strzelistych  wież  kościelnych.  Wisła  wchłaniała  z  westchnieniem  niezliczone 

tajemnicze pocałunki zimy. Profesor i Adrianka byli już daleko poza miastem. Za nimi został sen 

królewskich grobów i hejnał Wieży Mariackiej. Szli w krainę skał i smreków.  

Jakże cudny wydawał się świat profesorowi. Dla Ari było to wszystko nowe i nieznane, ale 

dla niego był to naprawdę powrót w krainę młodości. Opadły zeń wszystkie troski i kłopoty dnia 

codziennego,  dusza  przybierała  barwę  błękitu  czystego  nieba.  Jak  dobrze  jest  żyć  i  patrzeć  na 

dalekie, coraz węższe drogi w obramowaniu postrzępionych lasów, na rozległe, niepokalanie białe 

przestrzenie, o których się wie, że za parę miesięcy trysną fontannami zieleni. Wróble czynią gwałt 

i rejwach. Ari nie może wytrzymać, by nie wytłumaczyć ojcu ich rozmowy.  

-  Patrz  no,  tatuś,  ten  duży,  gruby,  ma  “głębokie”  kazanie,  całkiem  jak  ksiądz  “Izydor”. 

Powiada: “Moi kochani,  kiedyśmy tu  się już zebrali, to  trzeba pomyśleć o jedzeniu,  bo to  wróbel 

nie najedzony nie ma szyku...” I teraz wszystkie się drą:  

- “Wisz, gdzie pszenica?”  

- “Wiem”.  

- “Wisz, gdzie owies?” 

- “Wiem”.  

- “Powiedz, powiedz, powiedz”.  

A on piszczy: 

“Drap, drap, drap”. To znaczy: “Podrapcie się w głowę, bo ja wiem dla siebie”. I zwiał.  

Profesor uśmiechnął się, a potem nagle zaczął piszczeć: 

- Drap, drap... drap...  

- Tatuś wróbla udaje? Profesor Klaudius? Zgroza! 

- A wiesz, co to znaczy? 

background image

- Nie.  

- Podrap się w łepek, bo ja jestem głodny i trzeba pomyśleć o gorącym obiedzie.  

Rozpalili  pod  lasem  ognisko,  ugotowali  herbatę,  zjedli  chleba  z  wędzonką  i  czekoladę  i 

ruszyli dalej.  

Co to były za wspaniałe święta. Ari do końca pamiętała swą pierwszą wycieczkę z ojcem. 

Prysnął  zły  czar,  jaki  lata  rzuciły  na  jego  duszę.  Gonił  się  z  córką,  skakał,  lepił  bałwana,  sypał 

Adriance śnieg za kołnierz... I zgodził się z nią, że życie jest piękną krainą, tylko trzeba umieć po 

niej chodzić. Całe dnie byli w marszu, który przecież wcale ich nie męczył, i nieraz Ari mówiła:  

- Ach, tatusiu, jak mi żal ludzi, którzy muszą jechać pociągiem. My przynajmniej możemy 

stanąć i usiąść gdzie chcemy, wszystkiego dotknąć, wszystko obejrzeć dokładnie, a oni co? 

W  jednym  ze  schronisk  spotkali  większą  grupę  turystów.  Byli  to  studenci,  paru  artystów 

malarzy,  dziennikarz  z  Krakowa  i  jakaś  zabójcza  sportsmenka.  Niepodobna  było  uniknąć 

znajomości. Panowie głośno wyrażali zachwyt  nad świetną “formą” Adrianki. W tym  schronisku 

upłynęła im noc wigilijna. O spaniu nikt nie myślał. Gdzie okiem sięgnąć, ponad głowami, lśniło 

złoto gwiazd, u stóp słał się puszysty dywan śniegu. Ciemne wieżyce gór o najróżnorodniejszych 

kształtach pięły się w górę do gwiazd. Zaczęło prószyć lekko, leciutko. Właściwie padał nie śnieg, 

ale srebrny pył. Ari z ojcem stała przed chatą, oboje mocno wzruszeni. Naokoło cisza, taka cisza, 

że dziewczynce marzyło się granie organów hen w niebie, przy Jezusowej kolebeczce. Cisza, która 

niemal  zatrzymuje  bicie  serca.  Ari  nie  wiedziała  nawet,  że  po  jej  twarzy  płyną  łzy.  Zaczęła 

cichutko: 

 

“Lulajże, Jezuniu, lulajże lulaj. 

A Ty Go, Matulu, w płaczu utulaj.” p 

 

Wysoki,  czysty  głosik  przeniknął  do  wnętrza  chaty.  Wszyscy  po  cichu  wyszli  na  dwór  i 

kończyli chórem refren.  

 

“Gwiazdami nabitą masz kolebeczkę 

i skrzydła anielskie za poduszeczkę.” p 

 

Wyciągnęła  Ari,  a  chór  kończył:  “Lulajże,  Jezuniu,  lulajże,  lulaj”.  A  potem  już  tylko 

mruczeli zgodnie, gdy dziewczynka coraz nowe dorzucała strofki: 

 

“Koszulkę utkaną z nitki pajęczej 

background image

wstążeczki dziergane z pasemek tęczy. 

Świat cały Cię dzisiaj lula bezkreśnie, 

uśmiechnij się do nas, Jezusku, we śnie.” p 

 

Skończyła. Panowie otoczyli ją i dziękowali serdecznie. Profesorowi zwilgotniały oczy.  

-  Ale  gdzie  pani  nauczyła  się  tych  słów?  Początek  znamy,  ale  koniec?  -  indagowała 

sportsmenka.  

-  To  tak  sobie,  wykombinowałam.  Przecież  Pan  Jezus  na  ziemi  w  żłobie  raz  się  tylko 

urodził. Teraz w niebie Mu lepiej, czy nie? 

- No oczywiście. W każdym razie pani ma fantazję.  

- Chrypkę, zdaje się, też - dodała Ari i weszła do schroniska, bo śnieg padał coraz gęściej.  

A Jacek Zeler spędzał Wigilię u swojego brata. Był trochę pijany i ciągle do pani Marysi 

mówił: “Ari”.  

Pani  Klaudiusowa i  Leszek zostali wraz z młodymi  Karbowskimi  zaproszeni  na Wilię do 

Otwocka i tam siedzieli parę dni. Któregoś wieczoru Żenia, przeglądając gazetę, krzyknęła głośno i 

pokazała  matce  artykuł  “Święta  w  Zakopanem”.  Autor  w  barwnym  felietonie  opisywał  życie 

towarzyskie  w  uzdrowisku,  a  specjalną  uwagę  zwrócił  na  turystów,  którzy  Wigilię  spędzali  pod 

gołym niebem, przy czym szczegółowo i obrazowo mówił o małym schronisku i jego chwilowych 

gościach.  Pani  Klaudius  czytała  z  wypiekami  na  twarzy:  “Był  między  nami  i  znany  uczony, 

profesor Klaudius, wraz ze swą śliczną córką, Adrianną. Może nigdy zasypane śniegiem góry nie 

słyszały  w  świętą  noc  tak  słodkiego  dziewczęcego  głosiku.  W  każdym  razie  nam,  zawodowym 

włóczykijom, śpiew panny Adrianki wydał się harfą aniołów. O siódmej rano ruszyliśmy w dalszą 

drogę”.  

- Ach, więc to tak! - krzyknęła z kolei pani Klaudius. - To on nie może do domu na święta 

przyjechać  i  w  sekrecie  przede  mną  robi  spiski  z  tą  awanturnicą!  No,  ja  mu  za  ten  pasztet 

podziękuję.  

Wiktor mitygował: 

-  Ależ,  mamo,  nie  ma  się  czemu  dziwić.  Profesor  jest  zawsze  przepracowany,  więc  taka 

podróż najwyżej dobrze mu zrobi.  

- To nie chodzi o podróż, tylko o Adę. Dlaczego robi przede mną tajemnicę, że są razem? 

Świństwo, skandal! 

- Ze mną ojciec nigdy nie jeździł - mruczała Żenia.  

Wiktor tylko brwiami ruszył. Myślał o Adriance.  

 

background image

 *** 

 

A ojciec z córką wrócili do Krakowa w doskonałych humorach, zdrowi, silni, wypoczęci. 

Ari  zasiadała  znowu  przy  swym  biurku  w  bibliotece  i  namyślała  się  chwilami,  czy  napisać  do 

Jacka, czy nie. Poradziła się ojca, ten zaś krótko i węzłowato powiedział “Nie!” Usłuchała.  

Do tej pory nie zawierała żadnych znajomości. Studenci bywający w bibliotece kłaniali się 

Adriance z wyszukaną uprzejmością, rozmawiali z nią, jak tylko była okazja, ale niestety, Ari nie 

chciała tracić czasu na rozmowy. Odprowadzających też znalazłoby się wielu, ale zawsze w porę 

przy wiotkiej figurce panienki wyrastała wielka figura profesora.  

Tymczasem po powrocie z wycieczki już w parę dni zjawił się w cichym mieszkaniu panny 

Józefy  młody  dziennikarz,  którego  Ari  w  górach  w  noc  wigilijną  poznała.  Przyszedł  bardzo 

nieśmiały i zmieszany, gdyż nie był pewny, czy go za drzwi nie wyrzucą. Oczywiście przyszedł z 

prośbą: “Czy pani nie byłaby taka dobra przepisać mi tę kolędę, którą śpiewała w schronisku, bo 

bardzo  mi  się  to  podobało  i  chciałbym  mieć  pamiątkę”.  Ari  z  nadzwyczajną  uprzejmością 

oświadczyła  mu,  że  kolędy  nie  pamięta.  Gość  został  na  herbacie  i  od  tej  pory  bywał  niemal 

codziennie,  przynosił  kartki  do  kin  i  teatrów,  zaproszenia  na  bale  i  wieczorki,  z  których  Ari  nie 

korzystała.  Zawiązała  się  jednak  między  młodymi  nić  sympatii,  a  i  profesor  polubił  nieśmiałego 

wielbiciela córki. Panna Józefa roztrąbiła po całej kamienicy, że panna Ari ma “konkorenta”.  

Wszystko  byłoby  dobrze,  gdyby  profesora  nie  gnębiła  myśl,  że  w  połowie  marca  musi 

wrócić do Warszawy i Adriankę tu zostawić.  

- Nie martw się tylko, tatusiu, ja sobie dam radę. Przebidujemy jakoś zimę, a wakacje nasze. 

Brykniemy w świat.  

Profesorowi  jednak  bardzo  trudno  było  się  “nie  martwić”  i  wyjechać  z  myślą,  że  jego 

dziewczynka zostanie zupełnie sama. Rozmawiając więc z dziennikarzem, prosił: 

- Opiekujcie się tu moją dziewczynką razem z panną Józią. Nie dajcie jej krzywdy zrobić.  

Pan Tolek przyrzekał uroczyście, panna Józia machała rękami.  

-  Co  pan  myśli,  że  ja  młodej  dziewczyny  nie  potrafię  upilnować?  Za  kogo  mnie  pan 

profesor ma? Ja, chwalić Boga, miałam siedemnastu “konkorentów” i uchowałam się panienką do 

dziś dnia. Ten jeden to mi dywan nawet przyniósł, a co to było “gruchu” w całej kamienicy, Jezosie 

Maryjo, wszystkie panny mi zazdrościły. A ja nic, jak ta skała!  

Nadszedł  dzień  wyjazdu.  Ręce  panny  Józefy  zawadzały  o  wszystkie  sprzęty  i  ściany,  a 

język latał jak na sprężynach. Tolek z Adrianką ulokowali profesora w przedziale. Ari uśmiechała 

się przez łzy i wołała: 

- Ale Wielkanoc nasza, tatusiu! 

background image

Powiewał  wielką  chustką;  Ari  czekała,  póki  biały  płatek  nie  wsiąknął  w  dal,  potem 

zawróciła energicznie.  

- Dokąd pani idzie? - spytał Tolek.  

- Do zajęcia.  

- A co pani będzie robiła wieczorem? 

- Pewno będę płakała.  

- To ja mogę przyjść z kolegą? 

- Niech się pan spyta panny Józi, nie mnie. Ona też jest jeszcze panienką.  

Gdy w godzinę potem siedziała przy swoim biurku, nie mogła się uśmiechać. Ze strachem 

myślała o tym, że jest sama, że nie ma nikogo bliskiego sercu, lękiem przejmowała ją perspektywa 

opieki  panny  Józefy.  I  Adrianka,  taka  rezolutna  w  otoczeniu  ludzi  jej  bliskich,  taka  energiczna  i 

śmiała,  gdy  czuła  poza  sobą  czyjeś  kochające  ramię  lub  kogoś,  komu  była  potrzebna,  zdrętwiała 

formalnie  wobec  uczucia  ogromnej  samotności.  “Komu  ja  tu  jestem  potrzebna?”  -  myślała 

rozpaczliwie.  

Tego wieczora nie przyszedł po córkę profesor, ale za to zjawił się Tolek w towarzystwie 

zapowiedzianego  kolegi.  Adrianka  zobaczyła,  jak  czatowali  przy  wyjściu.  Ubrała  się  więc  i 

wysunęła cichutko innymi drzwiami od podwórza i poszła do domu sama.  

Zaś  dwu  “galopantów”,  jak  się  wyrażała  panna  Józia,  próżno  mierzyło  chodnik  przed 

biblioteką. Ari, chcąc uniknąć zajmującej dyskusji ze swoją gospodynią, zamknęła swój pokój na 

klucz. Obydwa łokcie oparła na stole i bródkę ulokowała na pięściach. Żeby choć Kola była tutaj ze 

swym  zimnym,  świecącym  nosem  i  puszystym  ogonem.  Żeby  choć  Kola...  Ogarnęła  ją  fala 

tęsknoty  za  cichą  gajówką  i  Jackiem.  Las  już  otwiera  pomału  oczy  i  nasłuchuje,  z  której  strony 

idzie  wiosna.  A  Jacek?  “Mój  chłopcze  kochany,  czy  ty  jeszcze  pamiętasz?”  O,  jak  bardzo  Ari 

pragnęła, by nie zapomniał, jak bardzo tęskniła do mocnego oplotu Jackowych ramion. Przez cały 

czas,  który  spędziła  z  ojcem,  mało  myślała  o  Jacku,  całą  duszą  oddana  tatusiowi,  ale  teraz?  Jak 

wolno, jak ponuro płyną godziny, przesiąknięte świadomością, że najdroższy człowiek z każdym 

obrotem  kół  pociągu  coraz  dalej  i  dalej  odsuwa  się  od  Adrianki,  a  serce  mu  krwawi.  Człowiek, 

któremu ofiarowała młodość. “Tatusiu mój najmilszy, tylko się nie smuć” - szepnęła. Jakby to było 

dobrze opowiedzieć wszystko Jackowi.  

Gwałtowny dzwonek przerwał rozmyślania. Usłyszała piskliwy głosik panny Józefy: 

- Panna Adrianka? Dawno już wróciła, pewno śpi. Co to za złe wychowanie budzić samotne 

panienki po nocy. No, jak mówię, że śpi, to śpi. Po nocy “konkorentów” nie przyjmujemy! Takiego 

gruchu narobić, no! 

background image

Ari  wyszła  szybko  na  korytarz.  Przy  drzwiach  zamkniętych  na  łańcuch  wymachiwała 

rękami panna Józia, z tamtej zaś strony stał bardzo zakłopotany Tolek.  

- Niechże pani łańcuch zdejmie - rzekła Ari.  

-  A  rzeczywiście,  ładnie  pani  zaczyna  się  prowadzić.  Dziewiąta  godzina.  Chłopców 

wpuszczać! 

-  Panno Józiu,  niech  pani  odmaszeruje  do  pokoju,  bo  tu  zimno  i  dostanie pani  boleści  jak 

moja prababcia. Łupieżu też.  

Odsunęła  łańcuch  i  wpuściła  przyjaciela.  Panna  Józia  mrucząc  gniewnie,  podyrdała  do 

kuchni.  

- Taki byłem o panią niespokojny - mówił dziennikarz, siadając przy Adriance. - Pani mi to 

naumyślnie zrobiła, ale nie wiem za co, bo jestem naprawdę oddany pani całym sercem. Pani jest 

taka malutka księżniczka, nad którą czuwać trzeba. Nie żądam przecież nic w zamian.  

-  Pan  jest  kochany  chłopiec  i  bardzo  dziękuję  za wszystko,  co  pan  dla  mnie  robi,  ale  dziś 

było mi tak smutno, że chciałam zostać sama.  

- A ja przyszedłem pani zaproponować, by jutro zechciała ze mną odbyć maleńką wizytę. 

Mam pewną znajomą malarkę. Mężatka. Zbiera się u niej cały młody świat literacki i artystyczny. 

To  jest  nie  tylko  piękna  kobieta,  ale  i  mądra.  Opowiadałem  jej  o  mojej  “księżniczce  Nefris”  i 

koniecznie  chce  panią  poznać.  Ręczę,  że  zostaniecie  przyjaciółkami.  Towarzystwo,  przemiłej 

zresztą,  panny  Józi  nie  może  pani  wystarczyć.  Trzeba  poznać  ludzi,  panno  Ari.  Pokochają  panią 

wszyscy, mała księżniczko. Po co takie słodkie uśmiechy chować w czterech ścianach? Pójdziemy 

jutro do pani Tereni, dobrze? 

- Dobrze, Tolku!  

Wtoczyła się panna Józia.  

- Jeszcze rozmowy? Skandaliczne. Ja będę dziś spała w tym pokoju. Jak mi profesor kazał 

pilnować, to pilnować. Ja jestem solidna osoba, więc niech pan sobie już idzie.  

-  Panno  Józiu,  ale  ja  w  nocy  okropnie  chrapię  -  rzekła  z  głęboką  troską  o  sen  gospodyni 

Adrianka.  

- Ja też chrapię, to najzdrowszy sen właśnie.  

- Tak, ale ja się w nocy budzę i krzyczę.  

-  To  bardzo  nieprzyzwoicie.  Jezosie  Maryjo,  też  przywyczki  warszawskie!  Ale  ja  panią 

odzwyczaję.  

- I w dodatku mam wrażenie, że jestem trochę lunatyczką.  

-  Będę  pani  zamiast  herbaty  gotować  rumianek  -  rzekła  niebywale  krótko  troskliwa 

opiekunka.  

background image

Ari  opuściła  bezradnie  ręce  i  spojrzała  na  krztuszącego  się  w  ataku  śmiechu  Tolka,  który 

zainterweniował natychmiast: 

- Ależ, panno Józieczko! Dwie osoby w takim małym pokoiku? 

-  O,  bardzo  proszę,  nie  jest  mały.  Czasy  ciężkie  i  nie  mogę  całego  mieszkania  opalać,  bo 

trudno. Zresztą jak opieka, to opieka. Niech się pan wynosi i skończona rzecz.  

Ari z miną pełną rozpaczy pożegnała Tolka i natychmiast położyła się spać. Długo jednak 

zasnąć nie mogła,  gdyż  panna Józia rozprawiała z braku cierpliwych słuchaczy z sobą.  Wreszcie 

młody  organizm  zwyciężył  i  Ari  przestała  słyszeć  monotonne  dźwięki  panieńskiego  szczebiotu. 

Dobrze  po  północy  obudził  ją  hałas.  Otworzyła  oczy:  panna  Józia  stała  tyłem  do  nocnej  lampki 

(dlaczego stała właśnie w ten sposób, tego Ari nigdy się nie dowiedziała) i z rozmachem pucowała 

swoje czarne półbuciki, co chwila upuszczając szczotkę na ziemię.  

- Co pani robi? - krzyknęła Ari.  

Panna Józia ruszyła tylko ramionami.  

- Przecie nie mogę iść rano do kościoła w brudnych trzewikach.  

- Ale dlaczego pani to robi po nocy? 

- Bo mi się dopiero teraz przypomniało.  

I  tak  przez  cały  czas,  który  Ari  przemieszkała  pod  dachem  panny  Józi  i  w  jednym  z  nią 

pokoju, co noc powtarzała się ta sama historia.  

Nazajutrz do biblioteki przyszedł Tolek.  

- Panno Ari, idziemy prosto do pani Tereni.  

 

 *** 

 

Ari  zawsze  potem  wspominała  chwilę,  w  której  stanęła  na  progu  olbrzymiego,  pełnego 

światła  i  luster  pokoju,  zarzuconego  miękkimi  różnej  wielkości  poduszkami.  Kilka  par  oczu 

obrzuciło  ją  ciekawym  spojrzeniem.  Z  tapczanu  podniosła  się  szczupła,  wysmukła,  o  leniwych 

kocich ruchach kobieta i wyciągnęła do Ari obie ręce, mówiąc spokojnym głosem: 

- Bardzo się cieszę, że pani przyszła. Tolek opowiadał nam o pani cuda.  

Adrianka roześmiała się.  

- Pan Tolek jest dziennikarzem, blaguje więc zawodowo. Jestem mu jednak wdzięczna, że 

mnie do pani przyprowadził. Tu jest prześlicznie.  

W  chwilę  potem  obie  siedziały  na  tapczanie  i  Ari  mogła  podziwiać  nową  znajomą,  jej 

wpaniałe  czarne,  kręte  włosy  i  szaropiwne  oczy,  jej  wykwintną,  oryginalną  urodę  jakiegoś 

zamorskiego kwiatu.  

background image

Rozmowa  potoczyła  się  szybko;  prócz  pani  Tereni  było  jeszcze  kilku  młodych  panów. 

Wszyscy oni czuli się tu widocznie jak u siebie w domu. Takie samo wrażenie robił Tolek. Ari na 

razie  była  onieśmielona  i  przez  to  milcząca,  ale  później,  w  panującej  tu  atmosferze  beztroski  i 

swobody, odzyskała humor i z talentem naśladowała swą rozkoszną gospodynię. Opowiadała też o 

wycieczce w góry.  

Wśród  serdecznej  i  wesołej  pogawędki  upłynął  Adriance  wieczór.  Do  domu  przyszła  po 

dwunastej  i  od  razu  musiała  przywołać  na  pomoc  całą  elokwencję,  zasypana  gradem  wyrzutów. 

Ale  wizyta  u  Tereni  wprowadziła  ją  w  taki  doskonały  humor,  że  ostra  paplanina  panny  Józi  nie 

zepsuła  jej  snu.  Tylko  o  godzinie  drugiej  otworzyła  oczy  i  westchnęła  boleśnie,  widząc,  jak 

gospodyni czyści namiętnie trzewiki.  

Pani Terenia zaraz na drugi dzień zatelefonowała do biblioteki.  

-  Panno  Ari,  czekamy  dziś  na  panią  z  kolacją.  Nie  ma  żadnego  “ale”,  proszę  koniecznie 

przyjść.  

I  Adrianka  poszła.  Tak  jej  tam  było  dobrze  i  wesoło  między  ludźmi,  z  których  każdy 

wydawał  jej  się  studnią  mądrości.  Tolek  miał  rację:  Ari  i  Terenia  zostały  nierozłącznymi 

przyjaciółkami, spędzając razem każdą wolną chwilę. Ani się obejrzała, jak wrosła w niewielkie, 

lecz  dobrane  kółko  przyjaciół  malarki.  I  o  ile  pani  Teresa  była  w  nim  panującą  łaskawie 

monarchinią,  to  Ari  stała  się  małą  ulubioną  księżniczką.  Teresa  była  chłodna,  pewna  siebie, 

wyrafinowana i opanowana. Żyła dla siebie i dla swojej sztuki, żyła, aby być piękną i uwielbianą. 

Była tak spokojna wewnętrznie, jak toń jeziora w pogodny dzień. Nigdy się niczemu nie dziwiła, 

na wszystko, co działo się koło niej, patrzyła z uśmiechem kpiącego pobłażania.  

- Każdy chce żyć - mówiła leniwie.  

Obojętnie  przyjmowała  hołdy,  uwodziła  na  zimno,  nie  wkładając  w  tę  grę  ani  okruszyny 

serca. Prawdziwe uczucie miała tylko dla męża, ale i jemu pozwalała się łaskawie uwielbiać. Sama 

sobie była Bogiem i religią. O wszystkim umiała pięknie i zajmująco mówić, nic więc dziwnego, że 

dla Adrianki stała się alfą i omegą mądrości. Teresa istotnie miała mózg i on jej życiem kierował, 

Adrianka zaś żyła sercem.  

Może  dlatego  zimna  pani  Teresa  pokochała  Adriankę  i  umiejętnie  rozszerzała  horyzonty 

myślowe  małej  księżniczki.  I  tak  się  utarło  w  przyjacielskim  kółku,  że  Ari  nazywała  Teresę 

“cesarzową Teń_$teń”, a nazwa ta weszła w życie, Adrianka zaś została “księżniczką”. Chodziły 

razem do teatru i na koncerty, czytywały dzieła o sztuce, urządzały wieczory literackie, a poza tym 

wszystkim bawiły się, tańczyły, śpiewały.  

 

 *** 

background image

 

Dni  migały  jak  drzewa  oglądane  z  okien  pociągu.  A  przecież  Adrianka  miała  chwilami 

wrażenie, że zadusi ją tęsknota, nienazwana, nieokreślona... Ari tęskniła do przestrzeni, do natury i 

do miłości. Sama sobie z tego sprawy zdać nie umiała, tylko coraz częściej pisała i wysyłała swoje 

wiersze  ojcu,  z  którym  nie  udało  się  jej  spędzić  Wielkanocy,  gdyż  profesorowi  wypadł  właśnie 

ważny kongres, na którym był prezesem.  

Naokoło  leśniczówki  zazieleniły  się  wesoło  brzozy.  Zakwitły  jabłonie  i  wiśnie.  Las 

rozgorzał młodą radością i młodym słońcem, a Jacek, patrząc na roześmiane drzewa, wspominał i 

liczył w pamięci uśmiechy Adrianki.  

Kończył  się  maj.  W  duszy  Ari  szumiały  wspomnienia  ubiegłego  roku.  Pobladła, 

zeszczuplała i Tolek z niepokojem spoglądał na zmianę, jaka zaszła w dziewczynie. Wreszcie nie 

wytrzymał: 

-  Ari,  tobie  stanowczo  nie  służy  całodzienne  ślęczenie  w  bibliotece.  Kiedy  masz  zamiar 

wziąć urlop? 

- Toleczku, ja bym sobie brała sześć razy w tygodniu, tylko mi nie chcą dać.  

- Postaraj się, Ari, zmienić posadę na mniej męczącą.  

- A może ty mi ofiarujesz stanowisko sekretarki? 

- Żebym to był ministrem, księżniczko, a ty dziennikarką, już bym cię do nas wpakował.  

Ari myślała chwilę, potem wyjęła z szafy swój ostatni wiersz.  

- Przeczytaj, kochany ministrze, jak ci się podoba? 

Przeczytał i chwycił się za czuprynę.  

- Ari! Gwałtu, to twoje?... To ty?...  

- Przeważnie! Panna Józia pomagała bardzo niewiele.  

Ucałował obie ręce dziewczyny.  

- Co za odkrycie, Ari! Przecież ty masz talent, ty powinnaś pisać, kobieto. Poezje są mało 

popłatne i szkoda takie perełki rzucać w gazetach, ale spróbuj jakiś felietonik, księżniczko! 

- Nie potrafię! 

- Głupstwo. Spróbuj tylko! Ja też od razu nie potrafiłem.  

- No, ale o czym? 

- O czym chcesz, malutka, byle dużo humoru, trochę trafnych spostrzeżeń, pomyślisz? 

- Pomyślę.  

Długo  myślała.  Pisanie  prozą  przychodziło  jej  trudniej.  Słowa  zawsze  wiązały  się 

rytmicznie w takt uderzeń wzruszonego serca. Jej żywiołem była piosenka, ale tak?! Jakoś nie szło 

background image

i nie szło. Ostatecznie “wygryzmoliła” coś na temat wakacji, a Tolek promieniejący dumą złożył 

felieton w redakcji.  

Adrianka  sama  nie  mogła  zorientować  się,  jakim  cudem  dostała  stałą  posadę  w  redakcji. 

Tolek szalał z radości, gdyż pracowali w jednym pokoju. Ari znalazła się w otoczeniu kilkunastu 

osób i tak jak niegdyś w domu kokietowała wszystkich uśmiechami i słonecznym usposobieniem, 

pragnąc tylko tego, by ją polubili. Zresztą niepodobna było jej nie polubić, taki czar płynął od tej 

szczupłej  figurki  o  nieskazitelnych  liniach,  od  oczu  słodko  patrzących  i  ust  roześmianych.  I 

zdawało  się,  że  stworzona  jest  cała  tylko  do  pieszczoty,  jak  miękki,  młody  i  rozkoszny  kociak... 

Piorunem  zaznajomiła  się  z  całą  redakcją,  od  chłopców  roznoszących  gazety  do  redaktorów 

włącznie. Żaden woźny nie nalewał herbaty z taką wprawą, jak to czyniła Ari, gdy ci byli zajęci i 

śniadanie opóźniało się. Od czasu gdy Ari “zakwitła”, jak mówił Tolek, w biurze, na wszystkich 

biurkach  stały  kwiaty.  Ari  znów  czuła  się  dobrze,  ponieważ  była  potrzebna  tym  zapracowanym, 

zgarbionym nad papierami ludziom.  

Gdy  wchodziła  rano  do  biura  zaróżowiona  od  szybkiego  marszu  i  szalonych  skoków  po 

schodach,  uśmiechnięta,  jakby  ją  co  dzień  nowa,  radosna  spotkała  niespodzianka,  wszystkie 

spojrzenia  koncentrowały  się  na  na  jej  skromnie  ubranej  postaci.  A  gdy  świeżym,  jakby  w  rosie 

majowej obmytym głosem wołała “dzień dobry”, wszystkie usta rozchylał serdeczny uśmiech.  

- Czego się pani tak cieszy, Adrianko? - pytał to ten, to ów.  

- Bo takie cudne słońce.  

Albo:  

- Bo pada taki miły deszcz, co pachnie polem.  

Redaktor  cenił  jeszcze  u  Ari  wielkie  zdolności  dziennikarskie  i  humor,  w  jaki  umiała 

przyodziać najpoważniejsze zagadnienia. Jedna tylko okoliczność nie dawała jej spokoju: czerwiec 

się  kończył,  a  przeszło  dwa  tygodnie  nie  miała  wiadomości  od  ojca.  Wreszcie,  po  naradzie  z 

Teresą, postanowiła jechać do Warszawy.  

-  Ale  wiesz  co,  Ari  -  mówiła  Terenia  -  nie  chciałabym  puszczać  cię  samej.  Jesteś  taka 

wrażliwa, możesz mieć tam nieprzyjemności od rodziny. Jeżeli ojciec twój jest chory, nie dadzą ci 

spokoju.  

-  Sama  nie  pojedziesz,  Adrianko,  nawet  nie  myśl  o  tym.  Od  czego  masz  mnie?  -  dodał 

Tolek.  

Ari  owinęła  szyję  chłopca  ramionami  i  ucałowała  serdecznie  w  same  usta.  Dziennikarz 

zbladł i przez chwilę wyglądał jak nieżywy.  

- Co ty robisz, Ari, co ty robisz? - wyszeptał.  

background image

-  Moje  biedactwo,  nie  wie  dotąd,  jak  się  ta  czynność  nazywa!  W  języku  literackim  to: 

“padłam ci w ramiona i podałam usta purpurą nabrzmiałe”, a po mojemu: pocałowałam za to, że 

jesteś dobry.  

-  Ari,  nie  przesadzaj,  żaden  mężczyzna  nie  jest  dobry.  Jest  tylko  chytry,  jedzie  z  tobą,  bo 

mu to sprawia przyjemność. Za to się nie dziękuje. Przyzwyczaj się wreszcie wszystko brać, a nic z 

siebie  nie  dawać,  dzieciaku  -  uśmiechnęła  się  Teresa  i  z  macierzyńską  tkliwością  poprawiła 

przyjaciółce loczek spadający na oko.  

Noc  przed  wyjazdem  spędziła  Ari  u  Tereni,  która  stanowczo  nie  zgodziła  się,  by  panna 

Józia  swą  bezsensowną  paplaniną  budziła  dziewczynę.  Adrianka  siedziała  w  nocnej  koszulce  na 

tapczanie i kręciła papiloty, Teresa patrzyła uważnie.  

-  Wiesz,  Ari,  jesteś  pierwszą  kobietą  w  moim  życiu,  której  ślicznie  jest  w  takiej 

upapierowanej głowie - rzekła wolno, robiąc jednocześnie “szpagat” baletowy.  

- Wiem, mówił mi to już Jacek - westchnęła Ari.  

- I nie tęsknisz już do niego? 

- Czasem trochę, więcej tęsknię do lasu. Ach, Teń_$teń, strasznie chciałabym się zakochać.  

- No a Tolek? 

- Tolek? O, ja go bardzo kocham, smutno mi, gdy on jest smutny, ale to zupełnie co innego. 

Nie  umiem  ci,  Teń_$teń,  tego  określić,  wiem  tylko,  że  gdy  zakocham  się  naprawdę,  cały  świat 

przestanie mnie interesować.  

-  Bardzo  źle.  Mężczyźnie  można  ofiarować  pocałunek,  uśmiech,  kawałeczek  serca,  trochę 

sentymentu i... dość. Resztę zostawić dla siebie. On i tych drobiazgów należycie ocenić nie potrafi, 

bo nie jest ich wart. Zresztą ciebie świat nie przestanie interesować, bo o ile cię poznałam, to ciebie 

ciągle coś ponosi i rwie. Jedni to nazywają “tęsknotą do czegoś lepszego”, a ja mówię po prostu: 

temperament.  Masz  temperament  i  dlatego  odeszłaś  od  Jacka,  że  ci  nie  wystarczał.  Musisz  mieć 

koło  siebie  ruch  i  ludzi,  musisz  być  kochana  i  pieszczona,  musisz  się  śmiać  i  wiecznie  czymś 

zajmować.  Powiedzenie:  “w  cichym  kątku,  byle  z  nim”  jest  śmieszne  i  wcale  ci  nie  odpowiada. 

Zresztą to nie tylko moje zdanie, ale i wszystkich chłopców, wspólnych naszych znajomych. Jesteś 

urodzoną kokietką  w każdym ruchu i  uśmiechu, wcale ci tego nie mam  za złe, ale wcale się nie 

dziwię, że chłopcy głowy za tobą tracą. (W tym miejscu założyła sobie nogę na szyję).  

- Wcale nie tracą - odważyła się pisnąć Adrianka.  

-  Możesz  to  powiedzieć  pannie  Józi,  ale  nie  mnie,  obrzydliwa  kokietko.  Przecież  ty  i  do 

mnie oczy przewracasz.  

- No, bo ja lubię, gdy mnie lubią.  

- Jesteś mały głuptas i kładź się spać. Dobranoc - i ucałowała Adriankę.  

background image

- Dobranoc, Teń_$teń, Kleopatro, pantero przewrotna.  

- I nie siedź długo, Ari, w Warszawie, bo będziemy tu tęsknić do ciebie.  

Odeszła, Ari zaś patrzyła zachwyconymi oczami na śliczne, kocie ruchy przyjaciółki.  

Tolek  całą  drogę  troskliwie  czuwał  nad  Adrianką,  by  się  nie  zmęczyła,  by  nie  stanęła  w 

przeciągu, by w porę zjadła i wypiła. “Jacek tego nie umiał” - myślała Ari. Taką pełną serca opiekę 

dawał jej dotąd tylko ojciec. Przyjechali do Warszawy w południe i poszli prosto do sekretariatu 

uniwersyteckiego,  gdzie  dowiedzieli  się,  że  profesor  po  ciężkiej  operacji  żołądka  leży  w  klinice. 

Adrianka  nie  miała  kropli  krwi  w  twarzy,  gdy  ją  towarzysz  wprowadzał  po  szerokich  schodach 

szpitalnych do separatki, w której leżał profesor.  

- Tolek, ja wejdę sama, poczekaj.  

- Dobrze! - rzekł cicho, a serce ściskał mu żal i trwoga o kochaną dziewczynę.  

Ari  ostrożnie  otworzyła  drzwi.  Ojciec  leżał  na  szerokim,  wygodnym  łóżku  pod  oknem  i 

czytał gazetę, więc twarzy jego nie mogła zobaczyć od razu. W pokoju nie było nikogo więcej. Na 

palcach podeszła do łóżka, a potem przyklękneła, szepcząc:  

- Tatusiu, czy gazeta więcej cię interesuje niż Adrianka? 

Papier z szelestem upadł na kołdrę, wymizerowaną, żółtą twarz chorego oblał rumieniec.  

- Ari! Słoneczko moje! 

Przycisnęła usta do zapadłych policzków, loki jej rozsypały mu się po oczach i ustach. Nie 

mówili do siebie nic długą, długą chwilę.  

- Dlaczego nie pisałeś, tatusiu, żeś chory? 

- Po co? 

-  Jak  to  po  co?  Byłabym  od  razu  przyjechała,  żebyś  tak  samotnie  tu  nie  tkwił,  brzydki 

tatusiu. A wiesz, że teraz pracuję w redakcji i piszę felietony? 

- Wiem! O! - i pokazał palcem na gazetę i na artykuł Ari.  

Łzy błysnęły w oczach dziewczyny.  

- Ale ty już prędko wyzdrowiejesz, prawda? 

- Prędko, Ari. Nie ma nic groźnego.  

- Widzisz, ty milczku! Tyle czasu byłeś bez swojej Ari, a ja tak się niepokoiłam.  

- Nie byłem bez ciebie.  

- Jak to? 

Z trudem wydobył spod poduszki małą książeczkę bez oprawy i podał córce. Ari spojrzała 

na tytuł i zdrętwiała: “Droga do słońca - poezje Ari Klaudius”.  

- Tatusiu!... Tatusiu! - szepnęła zbielałymi wargami.  

background image

-  No,  głupstwo,  zbierałem  wszystkie  twoje  poezje,  dałem  do  oceny  i  wydałem.  Dobre  są, 

Ari! Tylko jeszcze nie przyszły z oprawy. Za jakieś dwa tygodnie ukażą się w księgarniach.  

- Tatusiu! Ja zwariuję chyba. Czy może wejść Tolek? 

- Aha, ten twój “parasol i przy pogodzie”?! Niech wejdzie - uśmiechnął się profesor.  

Wybiegła na korytarz.  

- Tolek, chodź prędko, prędko. Tatuś ci coś pokaże.  

Usiedli przy łóżku oboje. Twarzyczka Ari zapłonęła wypiekami. Była odurzona i widokiem 

ojca,  i  niespodzianką.  Trzymała  w  obu  dłoniach  rękę  ojca  i  nie  spuszczała  z  jego  twarzy 

błyszczących  oczu.  Tolek  opowiadał  profesorowi  o  pannie  Józi,  o  pani  Tereni,  o  redakcji,  o 

wszystkim, co miało coś wspólnego z Adrianką. Profesor słuchał i uśmiechał się. Nagle spytał: 

- A gdzie ty będziesz dziś nocowała, Ari? 

- Chyba w hotelu, tatusiu.  

- Pieniądze masz? 

- O, myślę, że mi starczy.  

-  To  ja  teraz  zostawię  państwa  samych  i  pójdę  zamówić  pokój  dla  Ari.  Za  jakieś  dwie 

godzinki przyjdę - rzekł Tolek. Pożegnał profesora i poszedł, czując, że tym dwojgu teraz najlepiej 

bez świadków. I mimo woli złapał się na zazdrości: co by za to dał, żeby Ari jego choć w połowie 

tak kochała, jak profesora.  

- A... Imogenka tatusia nie odwiedza? 

- Imogenka ma córeczkę, jest zajęta.  

- A mamusia? 

- A matka też przy Imognece, ale czasem zagląda.  

- No, a Leszek? 

- Leszek na praktyce.  

-  Tatusiu,  więc  jak  mogłeś  milczeć?  Co  ci  na  mózg  padło?  Ja  się  stąd  nie  ruszę,  póki  nie 

wstaniesz.  

- O nie, Ari, ty wrócisz do pracy. Ja dam sobie radę sam.  

W  tej  chwili  otworzyły  się  drzwi  i  na  progu  stanęła  pani  Klaudiusowa  z  Wiktorem. 

Adrianka zacisnęła tylko mocno palce na dłoni ojca i otrzymała nawzajem długi, krzepiący uścisk. 

Wstała i bez trwogi patrzyła na matkę, tylko z jej twarzy zniknął rumieniec. Profesorowa podeszła 

do chorego.  

- Nie spodziewałam się zastać tu twojej córki - wycedziła.  

background image

-  Jestem  nie  tylko  córką  profesora  Klaudiusa,  ale  i  córką  pani  profesorowej  Klaudius,  z 

czego  mam  chyba  prawo  być  zadowolona.  Daj  mi  się  pocałować,  mamusiu,  i  nie  gniewaj  się,  bo 

nie warto. Tatusiowi najlepiej zrobi nasza zgoda - pochyliła się i pocałowała rękę matki.  

W tej chwili podszedł Wiktor.  

- Panno Adrianko, bardzo się cieszę, że widzę panią zdrową i wesołą.  

Pani  Klaudius  odsapnęła  i  nie  mogła  jakoś  zdobyć  się  na  gest  odpychający  córkę.  Ari 

zwróciła się do szwagra.  

- Ja też jestem zadowolona. Winszuję panu córeczki.  

-  Ach,  co  to  za  przepiękne  dziecko!  Wykapana  Imogenka.  A  jakie  mądre!  -  wykrzyknęła 

profesorowa szczęśliwa, że może wybrnąć z mocno kłopotliwej sytuacji.  

- No, ja sobie wyobrażam ten ósmy cud świata. A jak się czuje Żeniusia?  

-  Żeniusia? Ach, to  jest  męczennica, jak zresztą  każda matka.  Z takim  maleństwem  wciąż 

utrapienie, a ona taka delikatna. Zapracowane biedactwo! Na matkę też, prawdę mówiąc, za młoda 

jeszcze.  

- Nie ma służącej? 

- Cóż znowu? Jest! Niańka też.  

- Więc właściwie co Żeniusia robi, skoro przy takiej kruszynie jest niańka, jest mamusia, no 

i ona? 

- Co ty możesz o tym wiedzieć? Ty od takich obowiązków uciekłaś, a Żenia się poświęciła. 

Ona jest czymś w społeczeństwie, ty pasożytem, o swojej tylko wygodzie myślącym.  

Żeby  nie  obecność  chorego  ojca,  Adrianka  wiedziałaby,  co  odpowiedzieć,  ale  nie  chciała 

denerwować profesora, uśmiechnęła się więc słodko.  

- Mateczko, i pasożyty Pan Bóg stworzył, niechże sobie żyją w spokoju. Jak się pan czuje w 

roli ojca? 

-  Dobrze,  Ari.  Myślę,  że  powinna  pani  sama  nasze  bobo  zobaczyć.  Byłbym  bardzo 

szczęśliwy. Porozmawialibyśmy.  

Ach! Ari nawet nie przeszło przez myśl, jak gorąco, jak całą duszą zapragnął Wiktor napić 

się spokoju i uśmiechu, którym promieniowała dawna narzeczona. Porozmawiać z nią, popatrzeć w 

mądre, wesołe oczy. W domu królowała znudzona i ciągle od czasu ciąży nieszczęśliwa Imogenka. 

Dla  niego  nie  było  tam  miejsca.  Żenia  wyobrażała  sobie  małżeństwo  jak  salę  balową.  Nie 

obchodziły  jej  sprawy  męża,  tak  jak  i  jego  nie  obchodziły  sprawy  gałganków  i  ploteczek.  Żenia 

chciała  się  bawić  i  korzystać  z  przywilejów  młodej  mężatki:  bywać,  przyjmować,  flirtować. 

Dziecko  stanęło  teraz  na  przeszkodzie,  bo  musiała  sama  je  karmić.  Stąd  były  wieczne  kwasy  i 

nieporozumienia.  Wiktor,  żeniąc  się,  marzył  o  cichym  cieple  domu  i  przytulnych  ramionach 

background image

kobiecych,  w  których  znajdzie  odpoczynek  po  pracy.  Wszystko  się  rozsypało  w  proch.  Żenia 

wkrótce doszła do przekonania, że Wiktor jest śmiertelnie nudny; on zrozumiał, że jej nie kocha. 

Wszystko to chciał teraz powiedzieć Adriance i jeszcze raz w życiu szepnąć słowo “kocham cię”. 

Patrzył więc na jej już znowu zaróżowioną twarz i czekał z biciem serca (jak dawno nie biło mu 

takim przyspieszonym tętnem!) na odpowiedź. Tymczasem padła ona z ust matki.  

-  Co  ty,  Wiktorku,  mówisz?  Żenia  mogłaby  dostać  ataku  nerwowego.  Co  by  ludzie 

powiedzieli? Ja jestem matką, muszę przebaczyć i przebaczyłam. Ale Adrianka nie może wejść do 

domu Żeniusi. Bądź co bądź jest skompromitowana. Żenia ze względu na swoje stanowisko musi 

się z tym liczyć.  

- W takim razie, panno Ari, pani mi zrobi tę łaskę i zechce pozwolić, bym jej złożył wizytę. 

Gdzie pani mieszka? 

- Jeszcze nigdzie, bo niedawno przyjechałam, ale mój kolega dziennikarz poszedł zamówić 

dla mnie pokój w hotelu.  

Pani  profesorowa  groźnie łypała oczyma w stronę zięcia i  męża. Klaudius jednak oglądał 

jedyną muchę na suficie, Wiktor zaś zapatrzony był w Adriankę.  

- Na jak długo pani przyjechała? 

- To zależy od tatusia. W każdym razie parę dni zostanę.  

- Czy będzie pani dobrą i grzeczną dziewczynką, czy zadzwoni pani do mnie do biura? 

-  Owszem,  zadzwonię.  A  teraz,  tatuśku,  zdaje  się,  że  Tolek  puka,  więc  idę  -  podeszła  do 

drzwi i mówiła swobodnie, otworzywszy je do połowy: - Jakiś ty punktualny, Toleczku, poczekaj 

chwilkę, muszę się pożegnać.  

Pocałowała  sztywno  podaną  dłoń  matki,  długo  tuliła  głowę  do  piersi  ojca,  wreszcie 

wyciągnęła rękę do Wiktora.  

- Więc tymczasem do widzenia. Tatusiu, będę jutro u ciebie od rana.  

Stuknęły drzwi.  

- Jak mamusia mogła zrobić Adriance taką przykrość? Żenia na pewno byłaby rada siostrę 

zobaczyć. Nie widzę nic zdrożnego w postępowaniu Ari. Pracuje na siebie, od nikogo nic nie chce, 

kocha ojca i was wszystkich. Dzielna dziewczyna.  

-  Mój  Wiktorze,  bez  uwag.  Ja  nie  chcę,  by  moja  czysta  jak  łza  Żeniusia  narażała  się  na 

ludzkie  uśmiechy.  Ja  też  Adriankę  kocham,  ale  niech  wie,  że  jest  między  nami  pewna  różnica. 

Panna,  która  uciekła  z  domu  i  nie  wiadomo  gdzie  się  włóczyła,  nie  może  być  przyjmowana  pod 

naszym  dachem.  Wy,  mężczyźni,  jesteście  bez  ambicji:  dostałeś  od  niej  moralnie  w  twarz  i 

patrzysz na nią jak w obraz. Żeniusi by serce pękło. Nie wart jesteś takiej żony.  

Profesor stanął i obrócił twarz do ściany. Wiktor niecierpliwie ruszył ramionami. 

background image

- No, jakże się ojciec czuje? Co mówi doktor? - spytał.  

- Nieźle, ale będę musiał wyjechać do uzdrowiska.  

- To ojcu tylko dobrze zrobi. Nie będziemy dłużej męczyć, mamusiu, profesora. Jedziemy.  

Kazał swemu szoferowi odwieźć Klaudiusową do domu, sam zaś został w Warszawie. Nie 

miał teraz odwagi stanąć wobec Żeni. Zdradziłby się każdym słowem, że myśli o innej. Żeby choć 

córka  kochała  go  tak,  jak  Ari  kocha  profesora.  Taka  miłość  wynagrodzi  wszelakie  gorycze  i 

zawody. Siedząc w kawiarni, myślał o maleńkiej, różowej laleczce i obiecywał sobie wychować ją 

tak, by mu przyjaciółką była.  

Adrianka  wieczorem  liczyła  pieniądze  i  kombinowała,  że  nie  będzie  jadała  obiadów,  by 

ojcu za te pieniądze kupić co dzień świeże kwiaty.  

 

 

background image

IV 

Adrianka  powróciła  do  Krakowa  po  tygodniowej  obecności  w  Warszawie  całkiem  już  o 

zdrowie  ojca  spokojna.  Pytała  się  przecież  doktorów  i  chirurga.  Byli  dla  niej  bardzo  serdeczni  i 

oznajmili,  że  śmiało  może  jechać,  ponieważ  ojciec  teraz  zdrowszy  jest  niż  był  kiedykolwiek.  W 

redakcji powitał ją wrzask: 

-  Wiwat,  wiwat!  W  górę  naszą  księżniczkę!...  Podobno  poezje  wydajemy,  Tolek  pisał. 

Brawo!  

- Najmłodsza literatura... poezja w pieluszkach! Wiwat! 

Ściskali ją za ręce, szarpali, ciągnęli na wszystkie strony.  

-  Bójcie  się  Boga,  chłopcy,  możecie  takie  eksperymenty  urządzać  z  manekinem, 

ewentualnie z tomem  moich poezji, ale ja chcę żyć. Tolek, jeżeli jesteś moim  rycerzem,  rozpędź 

ten motłoch i utoruj mi drogę do biurka.  

Nie mniej serdecznie powitała ją Terenia.  

- Ale ty, szumowino jedna, nie mogłaś kartki napisać przez cały tydzień?! 

-  Nie  mogłam.  Cały  czas  siedziałam  u  tatusia.  I  wyobraź  sobie,  ciągle  przychodził  mój 

eks_narzeczony,  a  obecny  szwagier.  Był  czuły  i  słodki,  i  w  ogóle  rzewny  nie  do  pojęcia.  Ale  on 

naprawdę jest bardzo miły. Mówił, że zapomnieć mnie nie może... 

- I dlatego ożenił się z twoją siostrą. Ty mu wierz! Wszystko to krętacze i łgarze, nie warto 

się rozczulać. Jeżeli mu jest źle, sam sobie winien.  

- I Teń_$teń... wyszły w druku moje poezje.  

Pani Teresa fiknęła koziołka. (Była niebywale zwinna i lubiła takie gwałtowne ruchy mimo 

swego spokoju).  

- Nie może być! Co mówisz, dlaczegoś mi nigdy nie mówiła, że piszesz? 

- Bo ja sama nie wiedziałam, że to coś warte, dopiero Tolek i tatuś...  

- Tolek? A to gad! I nawet mi nie pisnął.  

- Bo go o to prosiłam.  

- Masz co twojego przy sobie? 

- Mam, wzięłam sobie z introligatorni.  

- Dawaj zaraz, pokaż mi. Czytaj po kolei.  

A gdy Ari skończyła, Terenia ucałowała ją mocno.  

-  Szumowina  jesteś,  brzdąc  jesteś  i  nic  więcej.  Powiedz  mi,  jak  masz  zamiar  spędzić 

wakacje.  

background image

- Nie wiem jeszcze, może mnie redakcja wyśle jako korespondentkę do jakiej miejscowości 

kuracyjnej,  może  do  Krynicy  lub  Zakopanego,  a  może  nigdzie.  Zresztą  praca  mnie  nie  męczy, 

męczy mnie za to panna Józia. No i tęsknię do lasu.  

- Przede wszystkim, Ari, skończ z tą arcymiłą Józią. Mąż mój, jak wiesz, wyjechał na cały 

miesiąc  do  Francji.  Jestem  sama,  zamieszkaj  u  mnie.  Pomyśl,  co  to  będzie  za  raj.  Będziemy 

dokazywały  jak  pensjonarki,  to  raz,  a  następnie  “malaria”  urządza  dziesięciodniową  wycieczkę 

dwoma autami do Czech. Chcesz jechać? (I zrobiła “świecę” na dywanie).  

- Ach! Teń_$teń! 

Adrianka udała się do redaktora z prośbą o wydelegowanie jej na tę wycieczkę.  

- Ależ bardzo chętnie, panno Ari.  Pani  jest, zdaje się, z nimi zżyta, będzie się swobodniej 

czuła, niż gdyby jechał ktoś inny. Tylko biedny nasz Toluś przez ten czas osiwieje z tęsknoty. Ja 

oczywiście też.  

- Nie, pan osiwieć nie może.  

- Dlaczego? 

- Przecież redaktor ma samo czoło... od nasady nosa aż do karku.  

- Widzicie, państwo, co to za złośliwość!  

- To nie złośliwość. Ja uwielbiam ludzi o wysokich czołach.  

- Tak? Tolek ma także takie wysokie? 

- Któż wam powiedział, że go uwielbiam? 

- O, to się widzi, to się czuje.  

- Macie bardzo ostry wzrok, dostrzegając nawet to, co w ogóle nie istnieje. Ale o co chodzi? 

Jeżeli  wam  zrobi  przyjemność  moje  wyznanie,  to  wiedzcie,  że  nie  tylko  uwielbiam  Tolka,  ale 

szaleję za nim. No, zupełnie głowę tracę! I żeby tego niebezpieczeństwa uniknąć, jadę w świat.  

Ale gdy wpadła do Tereni, krzyczała już od progu:  

- Wiesz, Teń_$teń, życie mi brzydnie, wszyscy mi tylko Tolkiem oczy wykłuwają. Czy ja 

wyglądam na zakochaną? 

-  Po  raz  setny  mówię  ci,  żeś  głuptas.  Podejrzewają,  że  jesteś  kochanką  Tolka  i  bardzo 

chcieliby  przekonać  się,  że  tak  jest  istotnie.  To  ma  pieprzyk,  rozumiesz?  Swoją  drogą,  każdy 

pragnąłby zająć miejsce Tolka przy twym boku.  

-  Aha!  Że  też  ludzie  muszą  koniecznie  kimś  się  zajmować.  Więc  jestem  kochanką  Tolka. 

Boże  miły  jak  tu  im  zrobić  zawód,  tym  poczciwcom  troskliwym!  A  może  tak  naprawdę 

zaproponować Tolusiowi? - śmiała się Ari.  

- Każdy chce żyć, wiadomo, a ciężko jest żyć nie przyzwyczajonemu - odparła filozoficznie 

Teresa i stanęła na głowie, strzygąc powietrze nogami.  

background image

 

 *** 

 

W  dzień  wyjazdu  przed  redakcją  zatrzymały  się  oba  auta.  Wycieczkowicze  przybrali 

nadzwyczajne pozy, zaś fotograf biegał jak opętany, by uchwycić odpowiedni moment. Z redakcji 

wypadła Ari z bukietem kwiatów. Towarzyszyli jej wszyscy koledzy i koleżanki. Tolek kroczył ze 

zmartwioną  miną.  Adrianka  żegnała  się  uprzejmie  ze  wszystkimi  i  mrugała  na  Teresę.  Terenia 

wietrzyła jakiś kawał w powietrzu.  

Już  Ari  ulokowała  się  w  aucie,  już  motor  zaczął  warczeć,  a  odprowadzający  wywijać 

rękami. Tłum gapiów oblegał ulicę. Nagle Adrianka jednym susem wyskoczyła z auta i rzuciła się 

na  szyję  Tolkowi,  i  wyciągnąwszy  jednocześnie  jedną  ręką  wielką  chustkę  z  jego  kieszeni, 

przyłożyła ją do oczu. Chłopiec zdrętwiał i zaniemówił, ale usłyszał szept Adrianki: 

- Pocałujże mnie, gapiu jeden, parę razy, a mocno.  

Z determinacją uniósł panienkę w ramionach i obsypał pocałunkami, po czym posadził w 

aucie  i  pędem  pognał  do  swojego  pokoju,  za  nim  koledzy  i  redaktor.  Samochody  zniknęły  w 

tumanach kurzu. Adrianka trzymała Teresę za obie ręce i zanosiła się od śmiechu.  

- Co chcesz, teraz przestaną się męczyć domysłami. Mają pewność. Widziałaś te miny?  

Nie  mniej  rozbawieni  byli  i  pozostali  towarzysze  podróży.  Zwłaszcza  jedna  młodziutka 

malarka postanowiła skorzystać z okazji i bardzo gorąco przytulała się do swego sąsiada. Adrianka 

całą  drogę  była  nieprzytomna  z  radości,  śpiewała  więc,  aż  się  rozlegało  i  gotowa  była  całować 

każde napotkane drzewo. Na postojach wszyscy odczuwali lekkie znużenie, ona jedna była wciąż 

jak  iskra.  Jeden  z  obecnych  maił  przy  sobie  gitarę  hawajską,  inny  organki.  Rozpinano  nocą 

namioty,  grano  i  śpiewano  niezmordowanie.  Któregoś  wieczoru,  gdy  czar  letniej  nocy  odurzył 

wszystkich i rozbudził struny sentymentu, pani Teresa, wyciągając się leniwie, rzekła do Adrianki: 

- Mogłabyś nam coś zadeklamować, wiesz? 

- Dobrze, właśnie przyszedł mi na myśl wiersz o samochodzie. 

- Słuchamy, Adrianko, słuchamy.  

- Zdzisiu, brzdąkaj na gitarze, będzie mi raźniej, no, zaczynamy:  

 

“Obłąkany samochód.  

Z drogi! Precz z drogi! Bo już nie mam oczu, 

mam tylko serce stalowe i nerwy. 

Pędzę jak wicher, bez końca... bez przerwy. 

Z drogi! Na polnym szaleję roztoczu. 

background image

Rzeki są dla mnie - niby szklane mosty. 

Gęstwie - jak szmaty na strzępy rozdzieram. 

Przez przepaść lecę jak kozica prosty, 

łańcuch gór w szosę pode mną się zwiera. 

Szosom się z ramion wyrywam westchnieniem, 

samemu sobie jestem tylko cieniem, 

samego siebie dopędzić nie mogę, 

zgubiłem oczy! Zgubiłem gdzieś drogę. p 

Kiedyś...już dawno - władcze ludzkie dłonie 

serce mi gniotły boleśnie i twardo, 

dyszałem zemstą i dziką pogardą, 

skry miałem w oczach i tęsknotę w łonie. 

Aż raz, gdy miastu wyrwałem się z gardła, 

dal mi cudowna ramiona rozwarła, 

dal wonna niebem... zielenią... i miodem... 

A księżyc łysy stróżował nad grodem. 

Pachnącym świeżą zielenią i miodem. p 

Wparłem się piersią w gąszcz, źrenicą błysłem, 

a serce we mnie grało jak organy: 

pod niebem sennie na drzew szczyty zwisłem. 

... Poczułem, żem jest w ziemi zakochany. 

W ziemi, pachnącej zielenią... szerokiej, 

pełnej tajemnic, pełnej niespodzianek 

ziemi. A nagle! Spomiędzy firanek 

ciemnej gęstwiny oczy we mnie wwierca 

potwór! Wilkołak! Zagląda do serca, 

drze serce blaskiem - urokiem... Tęsknicą 

przepala nerwy! Gasi moje oczy 

zieloną, straszną, ognistą źrenicą, 

ziemię jak piłkę pod nogi mi toczy. 

Naprzód! I zieleń piersią oszalałą 

zmiażdżyłem. Pędzę przed siebie jak szatan, 

jak oślepiony bezskrzydły lewiatan! p 

Z drogi mi! Z drogi precz, bo nie mam oczu! 

background image

Mam tylko serce stalowe i nerwy, 

i muszę gonić wiatr ciągle... bez przerwy! 

 

Z drogi! Na polnym szaleję roztoczu, 

szosom się z ramion wyrywam westchnieniem, 

samemu sobie jestem tylko cieniem, 

samego siebie dopędzić nie mogę: 

straciłem oczy... zgubiłem gdzieś drogę. p 

Czasem krew ciepła na serce mi tryśnie, 

prosię lub kura pod koła się ciśnie, 

ślepe ze strachu, jak ja wobec dali. 

Dławię się, tykam dal, a ona pali 

me biedne, biedne urzeczone serce! p 

Aż kiedyś... prędzej daj to, Wielki Boże! 

Pod moje koła dostanie się morze, 

pierś moją bryzgiem słonej wody chluśnie; 

urok zgasi... i tęsknota uśnie. 

Opadnę na dno cicho z lekkim pluskiem, 

Kędy syreny krążą srebrnołuskie, 

A gdy już poznam dna morskiego mapę, 

będę je wszystkie przewoził na “gapę”.” p 

 

Długą chwilę nie odezwał się nikt, tylko Ari poczuła na swojej dłoni czyjeś gorące usta.  

-  Cóż  ciebie  przyparło,  Julek  -  roześmiała  się  i  dopiero  teraz  wszyscy  od  razu  odzyskali 

mowę, zasypując Adriankę pochwałami.  

-  Ależ,  Ari,  na  Boga,  przecież  powinnaś  się  kształcić,  masz  talent  -  odezwał  się  zawsze 

najpoważniejszy z całej gromadki Julian.  

- Phi! Talent! A mnie potrzebne pieniądze. Za talent nie można się kształcić. Zresztą, dzieci 

drogie,kto wie, czy gdybym była strasznie mądra, potrafiłabym tak coś od niechcenia sobie sklecić.  

-  Bzdury!  -  krzyczał  Zdzisław.  -  Jesteś  i  tak  mądra,  bo  umiesz  się  śmiać.  Wolałbym 

osobiście, żebyś umiała kochać, ale pod tym względem jesteś rybą.  

- Poczekam na rybaka, który mnie złowi.  

- Od jutra wstępuję na specjalne kursy rybołówstwa.  

background image

-  Bardzo  chwalebnie.  Myślę,  że  ci  to  dobrze  wpłynie  na  ślepą  kiszkę,  i  na  oczy,  bo 

malarstwo nieszczególnie. Dobranoc, aniele.  

I  zniknęła  w  damskim  namiocie.  Nie  uszło  jednak  uwagi  małego  kółka,  że  Julian  bardzo 

poważnie zajęty jest Adrianką i przez cały czas trwania wycieczki dokuczano mu, że zajął miejsce 

Tolka.  On  jednak  nic  sobie  z  tego  nie  robił.  Postanowił  zdobyć  serce  Ari  i  ruszył  odważnie  do 

szturmu.  

Ale  wycieczka  się  skończyła  i  jesień  z  oddali  zdmuchiwała  liście  z  drzew,  a  w  ich 

przyjacielskim  stosunku  nie  zaszła  żadna  zmiana.  Julek  był  na  równi  z  Tolkiem  codziennym 

gościem  panienki.  Razem  chodzili  do  teatrów,  razem  na  spacery  i  jeden  drugiego  pragnął 

zdystansować. Adrianka obydwóm okazywała gorącą sympatię i śmiała się w duszy, i czekała... i 

marzyła. 

 

 

background image

“Przez  olbrzymie  teleskopy  w  miarę  rozwoju  techniki  będą  mogły  ludzkie  oczy  oglądać 

setki  planet,  o  których  ujrzeniu  nie  śnili  ojcowie  i  praojcowie  nasi.  Ale  czy  jest,  czy  będzie 

kiedykolwiek  maszyna  pomnażająca  tak  siłę  ludzkiego  wzroku,  iżby  ujrzeć  on  mógł  Krainę 

Śmierci? A ona przecież, tajemnicza i cicha, leży daleko bliżej niż Księżyc, Mars czy Jowisz. Wiatr 

z  tej  to  krainy  przynosi  nasiona  kiełkujące  w  duszy  ludzkiej,  rozrastające  się  we  wspaniałe, 

niewidzialne drzewa, które szumią... Tak właśnie szumi tęsknota.  

Turysta, myśliwy, przyrodnik bez obawy kroczą w kraje nieznane, dzikie, czasem wrogie. 

Ale  jakim  lękiem  ścina  się  ich  serce,  gdy  pomyślą  o  drodze  tam...  w  Nieznane.  A  czy  to  nie 

wszystko  jedno?  Podróż  i  podróż.  Życie  jest  podróżą,  cudowną,  pełną  tajemniczych, 

niespodzianych  przygód,  dłuższą  lub  krótszą,  a  hen,  na  końcu  czeka  Śmierć,  ta  nieznana, 

niezbadana  kraina,  której  się  nie  boję.  Nie  boję  się  dlatego,  że  jestem  ciekawy.  Tyle  w  moim, 

stosunkowo niedługim, życiu miałem pożegnań, tyle rozstań, że jeszcze jedno pożegnanie, ostatnie, 

nie przyniesie mi chyba więcej bólu niż wszystkie poprzednie. Dlatego ja naprawdę zupełnie nie 

boję  się  śmierci,  ale  i  nie  mogę  jej  znaleźć.  Brnę  przez  życie  na  oślep,  bez  opamiętania.  Jak 

szaleniec zdobywam je dla swych władczych stóp, depczę jak wąską miedzę. A jednak nie mogę 

trafić do owej krainy, która jest dla mnie tak samo ciekawa, jak podzwrotnikowe puszcze. Tylekroć 

serce pękało mi z bólu, a jednak wyżyłem.  

Tyle  widziałem  cudów,  tyle  dziwów,  a  jeszcze  do  Śmierci  nie  dorosłem,  nie  dojrzałem. 

Jestem zielony... zielony jak majowa trawka. Wiem tylko jedno: że nie rozsypię się w pył nicości, 

nie zginę, będę. Muszę być. Bez możności powrotu, ale będę.  

Nie mówię też: “nie chcę żyć”, ale mówię: “chciałbym umrzeć”, bo w mej duszy rozrosło 

się już potężnie drzewo tęsknoty i szumi... szumi! 

A  czymże  jest  tęsknota,  jeśli  nie  pragnieniem  odgadnięcia  “Nieodgadnionego”,  jeśli  nie 

pragnieniem  zdobycia  progów  Krainy  Śmierci,  gdzie  musi  być  wieczny  spokój.  Spokój  jest 

jedynym  prawem  tego  kraju  -  to  wiem  -  i  dlatego  nieście  mnie  wichry  życia  w  dal,  ku  mojej 

wymarzonej, białej i cichej ziemi.” 

 

Stefan  Kryski,  kapitan  marynarki  handlowej,  przestał  pisać  i  zapatrzył  się  w  toń  oceanu. 

Statek pruł leniwie bezkresny ogrom fal i tonął w słońcu i ciszy. Od czasu do czasu ktoś z załogi 

westchnął  sennie.  Słońce  wchodziło  w  krew  szponami  nieprawdopodobnego  lenistwa.  Nawet 

muchy łaziły jak spite. Nie chciało się ludziom myśleć, nie chciało się nawet marzyć.  

- Halo, Stef... czy śpisz? 

- Żebym to mógł. Masz jakiś projekt, Wiktorku? 

background image

- Na razie nie. Pisałeś coś? 

- E, głupstwo, tak sobie coś od rzeczy. Zbliżamy się do Buenos Aires. Dostaniemy pewno 

listy i gazety... 

- Spodziewasz się jakiegoś pełnego tęsknoty listu i to cię tak rozbiera? 

-  Ja?  Któż  do  mnie  pisze?  Siostra  od  czasu  do  czasu.  Ale  ona,  biedactwo,  mało  ma  tego 

czasu, zajęta jest domem i matką. Ty co innego - list od żony.  

-  Nie  wiem,  czy  będzie  bardzo  słodki.  Żenia  darować  mi  nie  może  tej  podróży,  a  ja, 

przyznam ci  się szczerze, też nie tęsknię bardzo. Ej, Stef, pokręciło nam życie plany.  Byłem  już 

taki zmęczony i teraz odczuwam tylko wielką wdzięczność dla ciebie, żeś mnie z sobą zabrał.  

- Tak, ta słoneczna cisza i ta samotność czasem dobrze człowiekowi robi. Choć są chwile, w 

których dokucza.  

-  Mnie  nie,  ja  nie  przeżywałem  takich  burz  jak  ty,  nie  uciekałem  od  bolszewików,  nie 

szalałem  z  kobietami,  nie  rozbijałem  nosa  po  wszystkich  krańcach  świata.  Byłem  chuchany  i 

dmuchany  w  domu,  parę  awanturek  miłosnych,  jakie  miałem,  należało  do  dobrego  tonu. 

Pracowałem w ciszy i spokoju, potem ożeniłem się nie tak, jak chciałem.  

- Mój drogi, 99 procent mężczyzn kocha się w jednej kobiecie, a żeni z inną. Ja szczęśliwie 

uniknąłem  złotych  kajdanek.  Kochałem  wszystkie  kobiety  we  wszystkich  częściach  ziemi,  ale 

jakoś nie natrafiłem na swoją, nie wzięła mnie żadna.  

- Tak! Mnie jedna wzięła, mocno wzięła, ale cóż, ja nie umiałem jej wziąć. Zresztą to jest 

typ, który sam  sobie wystarcza. Ma urodę, ma sławę,  cóż jej po szarym,  przeciętnym inżynierku. 

Ona idzie w świat z uśmiechem i piosenką na ustach i nawija sobie wielbicieli na paluszki.  

- To jakaś wampirzyca.  

- Nic podobnego. Raczej dziecko. Kobieta_dziecko. Mały, roześmiany ptaszek.  

- Wiktor, ty jesteś poważnie zadraśnięty.  

-  Jeśli  chcesz  wiedzieć,  to  tak.  Nie  mówiłem  ci  tego  nigdy,  bośmy  ten  temat  omijali. 

Uciekłem  od  niej,  od  ustawicznej  myśli  o  niej,  od  ludzi,  którzy  mimo  woli  ciągle  mi  ją 

przypominali.  Z  każdej  wystawy  księgarskiej  śmiała  się  do  mnie.  Co  dzień,  mówiąc  żonie  dzień 

dobry,  do  niej  tęskniłem.  I  to  jest  najboleśniejsze,  że  dopiero,  gdym  ją  stracił  bezpowrotnie, 

poznałem, że kocham ją jak nikogo na świecie.  

- Któż to jest, na Boga?  

- Siostra mojej żony. Poetka i humorystka, Ari Klaudius.  

- Czy to ta, co miała odczyt w Gdyni, gdyśmy wyjeżdżali? 

- Ta sama.  

- Szkoda, że nie byłem. Młoda? 

background image

- Teraz może mieć najwyżej dwadzieścia sześć lat.  

- Mężatka? 

- Nie.  

Zapanowało milczenie.  

- Nie masz ochoty wykąpać się, Wiktor? 

- Owszem. 

- No to buch do wody.  

Odświeżeni, siedli znów na pokładzie. Obydwaj pragnęli wrócić do przerwanej rozmowy. 

W  pustce,  zapełnionej  od  przeszło  czterdziestu  dni  tylko  wodą  i  słońcem,  rzadko  niehumorem 

oceanu, przyjemnie było poczuć między sobą cień kobiety. Ale Stefan nie miał  odwagi  poruszać 

bolesnych  strun  kolegi  szkolnego,  którego  nieoczekiwanie  spotkał  w  Gdyni.  Wiktor  zawsze  był 

poważny i małomówny, wzbudzał szacunek kolegów i profesorów. Stef, w gorącej wodzie kąpany, 

brał udział we wszystkich burdach, ale z Wiktorem łączyła go zawsze szczera sympatia. Wreszcie 

nieśmiało spytał: 

- Nie masz jej fotografii? 

- Nie. Mam tom jej poezji.  

- Możesz mi pożyczyć? 

- Owszem. Są w mojej kajucie, przyniosę ci.  

- Po co? Zejdziemy razem.  

 

 *** 

 

Ta  serdeczna  rozmowa  przyjaciół  była  powodem,  że  Adrianka  Klaudius  mieszkająca  z 

ojcem w Krakowie w dwóch cichych, pełnych słońca i kwiatów pokoikach, przyniosła sobie kiedyś 

z redakcji list, który czytała z wypiekami na twarzy.  

 

“Stało się tak, że pewnego razu statek nasz, noszący piękne imię “Dal”, padł, niekoniecznie 

z rozkoszą, w chłodne objęcia fal. Raz, drugi raz na bok, i jeszcze raz, i znów to samo od początku. 

I wszystkie szuflady, buty moje (a co najważniejsze, mego przyjaciela, szczura lądowego) woda z 

miednicy,  w  której  wyżej  wspomniany  przyjaciel  mył  sobie  oblicze,  usmarowane  powidłami, 

książki, listy itd., itd. - wszystko razem skotłowało się na środku kabiny i zaczęło pływać od łóżka 

do kanapy i od ściany do ściany. Czytała pani “Tajfun” Conrada? To właśnie coś w tym rodzaju. 

Silny sztorm, a my z ładunkiem rudy; to znaczy, statek prawie pusty, bo ładunek, a z nim środek 

background image

ciężkości, gdzieś zupełnie na dole. Ja zaś, choć jestem krępy i tęgawy, niestety, nie mogę służyć 

jako równoważnik.  

No  i  zmókł  zupełnie  list  mój,  pisany  do  pani  hen  na  oceanie,  pod  złotym  słońcem  i 

sinolazurowym  niebem.  Pisany  do  pani  w  przystępie  dobrego  humoru  list,  co  do  którego  mocno 

namyślałem  się wczoraj, czy  go wysłać, czy nie. (Ja też czasem  myślę). Ale że nie należy nigdy 

cofać  się  przed  wykonaniem  raz  powziętego  planu,  więc  ów  list  przepisałem  na  czysto  (czego 

nigdy nie czyniłem w szkolnych wypracowaniach i dlatego obrywałem dwóje). 

 

Kochana, słodka panno Ari.  

Pomysł  napisania  do  pani  listu  powziąłem  przed  chwilą,  po  przeczytaniu  po  raz  dziesiąty 

tomu  pani  poezji,  a  powstał  w  sposób  tak  żywiołowy,  że  oprzeć  się  tej  chęci  nie  mogłem. 

Najgorsze  zaś  jest  to,  że  nie  mogę  sobie  wyobrazić,  jak  pani  wygląda.  Ale  pani  mi  to  daruje, 

prawda? Tak samo, jak zawsze cała płeć piękna darowywała mi wszelkie moje nietakty i shockingi. 

A ja za to daruję pani ten słodki cykl o “markizie”, który pół godziny temu przeglądałem. Przecież 

pani  jest  tam  przebajeczna,  rozbrajająca,  dla  mnie,  człowieka,  który  od  pięciu  dni  nie  widzi  nie 

tylko  takiej  czy  innej  “markizy”,  ale  nawet  lądu.  Nic,  prócz  szarego,  rozdeszczonego,  to  znów 

złotosinego nieba, wichury, bałwanów (tych morskich, tych innych mam też na statku) i  słonych 

bryzgów wzburzonego oceanu, który od dni pięciu już nas kołysze i rzuca bez przerwy, a który u 

normalnego śmiertelnika w przeciągu owych dni pięciu wykołysałby i żołądek, i serce, i duszę, i 

wreszcie życie, i jakiekolwiek chęci do życia, a co dopiero do pisania listów do nieznajomych. A 

czy pani pływała już kiedy na morzu? Może na jednym z naszych kochanych polskich statków? Na 

nich bowiem  co  rok jeżdżą jakieś literaty.  Bo to dziś  morze, że go w Polsce niewiele, weszło  w 

modę. Dlatego też pewnie Berlin czule się w jego stronę uśmiecha. I Hel, i Jastarnia, i Orłowo, i 

Gdynia, i pchły kaszubskie, i same Kaszuby (zaś ale może nie?). Tylko Kaszubki “z powodu linia” 

w  modę  wejść  nie  chcą.  I  wędzone  flondry  (czy  flądry),  i  morskie  bałwany,  i  takież  pasażerskie 

statki. A już specjalnie wilki morskie.  

Panno  czy  może  już  teraz  pani  Ari!  Widziałem  już  dużo  rzeczy.  Przeszedłem  w  życiu 

czyściec i piekło. Uciekłem od bolszewików, walczyłem na wszystkich naszych i cudzoziemskich 

frontach, a mimo to, a może właśnie dzięki temu, jestem jej poezjami wzruszony. W pani poezjach 

czuję kobietę, ta “markiza”... Och, naprawdę, niech mi pani znajdzie taką, ale żywą, dla mnie. Bo 

przejechałem  pół  świata  wzdłuż  i  wszerz,  pół  świata  tam  i  z  powrotem,  a  takiej  “markizy”  nie 

spotkałem ani jednej.  

Marynarze są dziś w modzie. Na ustach wszystkich: nie damy “korytarza”, “dar Pomorza”, 

“nasze  polskie  morze”,  “nasi  marynarze”.  Ale  to  wszystko  ogólniki.  Niechże  się  mniej  mówi, 

background image

więcej robi w tym kierunku “sercowym”. Niech pani, słodka Ari, zaopiekuje się marynarzem, tym 

bardziej  że  on  sam  oddaje  się  jej  w  opiekę.  Za  czasów  wojny  były  “mateczki  chrzestne”  dla 

“tułaczy_żołnierzy”. A marynarz pędzi takie tułacze życie od chwili postawienia pierwszy raz nogi 

na  statku,  aż  do  grobu,  gdzieś  hen  -  na  dnie  morza  czy  oceanu.  Niechże  więc  pani  będzie  taką 

“morską  mateczką”,  bo  pani  swym  charakterem  tak  bardzo  się  do  tego  nadaje.I  niech  mi  pani 

odpisze, ale tak po kobiecemu, ciepło i serdecznie. Niechże ja mam za te wszystkie trudy i znoje 

życia, za walkę z przepotężnym żywiołem od czasu do czasu jakieś jasne i lazurowe chwile, pełne 

szczęścia i słońca. Całuję mocno rączki pani i czekam.  

  

Stefan Kryski 

 

P.S. Adres na kopercie.”  

 

Adrianka  przeczytała  raz  drugi  i  trzeci.  Serce  jej  mocno  biło.  Więc  tam  gdzieś  w  dali  - 

oddali jest człowiek, który nie znając jej, myśli o niej. Poczuła do niego wielką sympatię i wielki 

zapał do natychmiastowego odpisania. A jeśli to on jest tym jednym i jedynym, do którego tęskniła 

całe życie? Adriance nie było teraz źle. Nie miała zbyt dużo pieniędzy, ale za to sympatię ludzi. 

Matka, od  chwili kiedy  Ari  wypłynęła na  widownię jako poetka i  ulubiona prelegentka, przestała 

się  dąsać.  Zbyt  zresztą  pochłonięta  była  Żenią  i  jej  czteroletnią  Lilusią.  Żenia  bawiła  się, 

zostawiając troskę o dziecko matce, służącej oraz Adriance, dla której Lilusia była ósmym cudem 

świata.  Kiedy  przyjeżdżała  do  Żeni,  całe  dnie  spędzała  z  maleństwem  i  z  przykrością  myślała  o 

Wiktorze i jego podróży, i o siostrze. A przecież Imogenka, piękna lalka, kochała córeczkę. Tylko 

nie mogła się nasycić nigdy zabawą i użyciem życia. Jeszcze bowiem do tej pory troska o dziecko 

nie zapukała do jej serca ani razu. Lili chowała się ślicznie i zdrowo. Życie więc rodzinne siostry 

było  jedyną  chmurką  na  niebie  Adrianki.  Bywały  czasem  i  inne,  ale  przelotne.  Zbyt  zuchwałą 

naturę miała, by się nimi mogła truć.  

A teraz zajrzała do jej duszy tęsknota miłości. I Ari odpisała to, co czuła, i tak, jak czuła: 

 

“Wieczór  -  pora  wytchnienia,  ciszy,  odpoczynku.  Puk,  puk.  Nieśmiało  pukam  do  pana 

pokoju, a pan teraz zapewne siedzi przy kominku. (Na statku jest kominek?). I po dziennym znoju 

odpoczywa. Wchodzić bez zaproszenia, rzecz podobno zdrożna. Ale już weszłam, trudno. I pytam, 

czy można? O, jaki pan zabawny. Podsuwa krzesełko! Na krzesełkach tylko damy siadają z wizytą, 

a  ja  nie  jestem  damą.  Jestem  zwierciadełko.  Małe  zwierciadło  bajki.  W  oczach  mam  ukrytą 

odwieczną radość życia. Moje ciemne loki pachną, nie perfumami wprawdzie, ale borem. Borem 

background image

niewydeptanym, tajemnym, głębokim, co się modli i do słońca tęskni wieczorem. Umiem też moc 

piosenek  i  ciągle  się  cieszę  (może  dlatego  wszyscy  mówią,  żem  dziecinna).  Grzebykiem  swej 

fantazji przędzę marzeń czeszę i co dzień jestem nowa i codziennie inna. Niech pan nie patrzy na 

mnie tak, jak na kobietę, względem której odgrywać trzeba dżentelmena, choć w duszy diabli biorą. 

Bo mam tę zaletę, że nie jestem kobietą. Ja jestem dziewczynką. No, niech się pan odsunie trochę 

od  kominka  i  tam  mi  zrobi  miejsce.  Siedzę  u  stóp  pana.  Dzionki  życia  mojego  kwitną  tak  jak 

kwiaty i jak kwiaty, więdnące, strącają swe puchy, rozpływając się w nicość pachnącym oddechem. 

Żegnam  je,  jak  witałam,  pogodnym  uśmiechem,  bo  na  dnie  serca  chowam  pachnące  okruchy 

dzionków życia mojego, co kwitną jak kwiaty.  

Tak.  Na  pierwszy  raz  dosyć,  czy  nie  ładna  bajka? Jutro znów  przyjdę  tutaj,  ale  też  przed 

nocą.  U  stóp  pana  usiądę,  żywa  bałałajka,  sama  nie  wiem  dlaczego,  sama  nie  wiem  po  co? 

Dobranoc, pan jest senny  i  zmęczony może. Więc już nie chcę przeszkadzać i  zaraz uciekam.  A 

panu do snu pewno cicho szumi morze, Krzyż Południa złociście przyświeca z daleka. Ojej! Jakże 

pan ziewa. No, już się  wynoszę. Niech mi pan  teraz grzecznie “dobrej  nocy” powie i  zniknę jak 

mgła w słońcu. Ale przedtem proszę: niech mnie pan choć leciutko pogłaszcze po głowie. 

Synku  morski,  nie  wiem,  jak  wyglądasz,  ale  bądź  pewny,  że  wpadłeś  w  dobre  ręce. 

Postaram się ciebie po macierzyńsku pokochać. Bądź zdrów, noś wełniany szalik podczas wilgoci i 

nie wycieraj brudnych rąk o ubranko.  

 

Księżniczka Ari” 

  

 

Jeszcze  tego  samego  dnia  wysłała  list  i  ponieważ  ojciec  miał  zebranie,  poszła  do  Tereni 

podzielić się z nią wzruszeniem.  

-  Aha,  więc  zyskałaś,  Ari,  nowego  wielbiciela.  Współczuję  Tolkowi  i  Julianowi.  Nie 

pozostaje  im  nic  innego,  jak  zakochać  się  we  mnie  -  powiedziała  Teresa  spokojnie,  zakładając 

sobie jednocześnie nogę na szyję.  

- Ach, Teń_$teń, myślę, że oni obydwaj dawno zrezygnowali.  

- Ja nie myślę. Mężczyzna nigdy nie rezygnuje, czeka tylko odpowiedniego momentu. Ale, 

księżniczko, czy nie masz w przygotowaniu jakiego nowego kawału? 

- Hm, na razie nic mi się nie klei.  

- Szkoda wielka, najwyższy czas. Zaczynamy się nudzić.  

- Jestem trochę przepracowana, ale pomyślę.  

 

background image

 *** 

 

Od czasu, jak Ari została dziennikarką, Kraków bardzo często miewał sensacje, tryskające 

humorem  artykuły,  do  których  tematy  pomysłowa  panienka  zbierała  w  dość  oryginalny  sposób. 

Kiedyś,  na  przykład,  poznała  niezamożną  dziewczynę,  pracującą  w  charakterze  guwernantki  w 

bardzo bogatym domu. Jej chlebodawczyni systematycznie zatruwała życie służbie dzięki swemu 

niesłychanemu skąpstwu i nieludzkiemu traktowaniu podwładnych. Ari więc zaprosiła panienkę do 

siebie na herbatkę i tu ułożyła plan batalii.  

- Niech pani, z łaski swojej, napisze do swojej jaśnie oświeconej to, co ja podyktuję... 

- Ale ja się boję!  

- Strach biorę na swoje sumienie, proszę pisać: 

 

“Szanowna Pani!  

Doktor polecił mi niezwłocznie położyć się do łóżka z powodu grypy. Ponieważ nie chcę, 

by Sz. Pani była poszkodowana, przysyłam zastępczynię, która zajmie się dzieckiem na czas mej 

nieobecności.  

 

Z poważaniem 

Aniela Bielska” 

 

 

- A teraz niech pani idzie do swojej mamusi i niech się pani dobrze bawi.  

- A jeśli stracę posadę?  

- Dostanie pani inną. Do zobaczenia. 

Ari  ubrała  się  w  skromne  sportowe  paltko  i  beret  i  poszła  pod  wskazany  adres.  Po 

załatwieniu  formalności  z lokajem stanęła wobec pani domu,  wystrojonej blondynki  o wyniosłej, 

ironicznej twarzy.  

- Czego sobie panna życzy? 

Ari uśmiechnęła się i pomyślała: “Żebym ci tak powiedziała, czego sobie życzę, to by mnie 

bardzo szybko lokaj wyniósł za drzwi”.  

- Przyniosłam list od panny Bielskiej.  

Pani przebiegła oczami pismo i zaczerwieniła się.  

-  Skandal!  Co  za  wychowanie,  ona  do  mnie  pisze  jak  do  równej  sobie,  “z  poważaniem”. 

Niesłychane! 

background image

-  Oczywiście,  powinno  być:  “z  głębokim  szacunkiem”  -  powiedziała  z  bardzo  poważną 

miną Adrianka.  

Pani obrzuciła ją spojrzeniem przymrużonych oczu.  

- Jak się pani nazywa?  

- Amelia Klinn.  

- Co? Klin? 

- Wyjątkowo przez dwa n, proszę jaśnie pani.  

To “jaśnie” bardzo mile uderzyło panią dyrektorową.  

- Panna zna swoje obowiązki? 

- Owszem.  

- Może zostać. Teraz niech się rozbiera i idzie do dziecka.  

Adrianka  spędziła  z  ową  pięcioletnią  dziewczynką  całe  przedpołudnie.  Zadzwoniono  w 

fabryce na obiad. Zjawił się pan domu, elegancki młody mężczyzna. Zasiedli do stołu, przy czym 

jaśnie pani nie uważała za stosowne przedstawić guwernantce męża, wobec czego Ari podeszła do 

gospodarza i wyciągnęła rękę. 

-  Pan  mnie  jeszcze  nie  zna,  nazywam  się  Amelia  Klinn  i  zastępuję  chwilowo  poprzednią 

guwernantkę.  

-  Bardzo  mi  przyjemnie  -  rzekł  pan  Gerner  i  uścisnął  podaną  rączkę.  Jego  małżonka 

zaczerwieniła się z wściekłości.  

Po  obiedzie,  w  czasie  którego  Ari,  zupełnie  nie  zwracając  uwagi  na  panią  domu,  jadła  z 

nadzwyczajnym apetytem, pan Gerner otworzył duże pudełko czekoladek i podał żonie.  

- Poczęstuj, Ewo, naszego gościa i Laleczkę.  

- Ach, to zostawimy na podwieczorek - rzekła pani, zamykając pudełko.  

Gerner  spojrzał  na  “pannę  Klinn”  i  zarumienił  się.  Dojrzał  w  jej  oczach  coś  dziwnie 

niepokojącego, coś, co zakrawało na szalone ubawienie. Jednocześnie Ari oświadczyła: 

- Na podwieczorek daleko lepiej smakuje dobra kawa ze śmietanką, taka, jaką piłam zwykle 

u księżnej Marii. Czekolada natomiast wspaniale podnosi urok i smak obiadu.  

Żeby Terenia mogła zobaczyć minę Ari i jej głos usłyszeć, zrobiłaby z zachwytu “szpagat” 

baletowy.  

Pan Gerner skwapliwie podsunął “pannie Klinn” pudełko. Jego żona zzieleniała. Ari wzięła 

dwie  czekoladki,  jedną  dała  Laleczce,  drugą  zjadła  i  biorąc  dziecko  za  rękę,  skinęła  uprzejmie 

głową i wyszła z pokoju.  

- A to numer! - wybuchnęła pani Ewa.  

- Bardzo miła panienka - oświadczył ubawiony Gerner - a przytym śliczna.  

background image

Upłynęły  trzy  dni,  w  czasie  których  irytacja  trzęsła  biedną  Gernerową.  Guwernantka 

bowiem przy całej słodyczy w obejściu miała niesłychanie pański ton i cała służba patrzyła na nią z 

niebywałym szacunkiem. Ari ubierała się wyszukanie elegancko, a nawet, o zgrozo, perfumowała 

się i co wieczór brała gorącą kąpiel.  

- Czy pani wie, że zabroniłam guwernantkom używać mojej łazienki?! - krzyczała Ewa.  

- Nie wiedziałam, że jest jeszcze łazienka osobna dla guwernantek - odparła spokojnie Ari.  

- Nie ma wcale. Co za skandaliczne wymagania! 

-  O!  Niechże  się  pani  nie  unosi.  Każde  wzruszenie  fatalnie  odbija  się  na  przewodzie 

pokarmowym,  a  przez  to  i  na  cerze.  Wobec  tego,  że  nie  mam  łazienki,  poproszę  o  codzienne 

zwolnienie mnie na godzinę wieczorem, bym skorzystała z kąpieli u mej przyjaciółki.  

- Pani jest arogantka, pani zapomina, że jest służącą.  

-  O,  skądże  znowu.  Tylko  chcę  być  godna  swej  chlebodawczyni  -  odparła  Ari  i 

wyciągnąwszy srebrną papierośnicę (pożyczoną od Tereni), podała ją Ewie.  

- Pani będzie łaskawa, najlepsze francuskie papierosy.  

Ewa wytrzeszczyła oczy, chciała coś powiedzieć, nie mogła. Trzasnęła drzwiami i wyszła. 

Ale zaraz na drugi dzień rano Laleczka oświadczyła przy śniadaniu:  

-  Mamusiu,  dlaczego  wczoraj  trzasnęłaś  drzwiami?  Pani  mi  mówiła,  że  tego  robić  nie 

trzeba, bo jak ja trzaskam, to mówi: “Laleczko, bądź damą. Dama nigdy nie trzaska drzwiami”.  

Ewa zakrztusiła się, jednak przemilczała, bo na śniadaniu miała swoje siostry, ale zemściła 

się i ruszając nosem, wycedziła: 

-  Fu!  Strasznie  czuć  te  tanie  perfumy.  To  nasza  służba  ma  taki  ordynarny  zwyczaj.  Cóż! 

Plebs zostanie plebsem.  

Ari wyciągnęła z kieszeni maleńki flakonik i oglądała uważnie.  

- Istotnie, nawet nie zauważyłam, że kosztują tylko osiemdziesiąt złotych. Ale tych samych 

perfum używa panna Ari Klaudius i od niej właśnie ten flakonik dostałam.  

Wszyscy  przy  stole  znieruchomieli  i  wlepili  oczy  w  kryształowy  lilipuci  drobiazg, 

rozpylający wokoło czar subtelnej woni.  

- Skąd, skąd pani zna pannę Klaudius? 

- Najtrudniej, podobno, jest poznać siebie samego, jednak ja to uczyniłam. Jestem właśnie 

panną Ari Klaudius i bardzo mi było przyjemnie spędzić kilka dni w arystokratycznym domu pani, 

jaśnie  pani  Gerner.  Bardzo  żałuję  też,  że  muszę  go  opuścić,  ale  z  tęsknotą  czekają  na  mnie  w 

redakcji  -  skłoniła  się  z  wyszukaną  elegancją  i  wyszła  majestatycznie,  zaraz  jednak  za  drzwiami 

puściła się pędem do pokoju Laleczki, chwytając przygotowaną walizkę i pojechała do redakcji.  

background image

Nazajutrz Kraków tarzał się ze śmiechu, czytając artykuł “Guwernantka jaśnie oświeconej”, 

tylko nazwiska delikwentki Ari nie podała. Rzecz prosta, do prywatnego mieszkania Ari przyjechał 

Gerner,  zaklinając,  by  nadal  nie  robiła  z  tego  użytku.  Adrianka  postawiła  warunek,  że  panna 

Bielska  będzie  traktowana  po  ludzku.  Gerner  przyrzekł  i  długo  konferował  z  żoną,  która  wobec 

obawy kompromitacji godziła się na wszystko.  

W  ciągu  ubiegłych  trzech  lat  Ari  była  już  i  ekspedientką,  i  girlaską,  i  pokojówką,  co 

wywoływało w skutkach burze śmiechu.  

Teraz siedziała przytulona do Tereni i z oczyma utkwionymi w dal mówiła: 

- Jakoś mi się nic nie chce... Ten marynarz... Tereniu, czy nie uważasz, że czas by mi było 

już wyjść za mąż? 

- Uważam, że szkoda cię. Poczekaj, aż spoważniejesz. Zresztą słuchaj: ani Tolek, ani Julian 

w złoto nie opływają. Wyjdziesz za jednego z nich i będziesz biedę klepać.  

- Ja za żadnego z nich nie się nie wybieram.  

-  No  więc  poszukaj  sobie  takiego,  który  otoczy  cię  dostatkiem,  żebyś  nie  potrzebowała 

biegać po redakcjach za parę złotych.  

- Tereniu, czy pieniądze dają szczęście? 

- Szczęście nie, ale foremkę na szczęście. Zresztą za golca cię nie wydam. Masz! Już twoi 

niewolnicy są.  

I  obie  kobiety  cały  wieczór  spędziły  na  wesołej  rozmowie.  Tylko  mąż  Tereni,  patrząc 

uważnie na Adriankę, powiedział: 

-  A  ja  wam,  moi  najmilsi,  oświadczam,  że  nasza  Ari  ma  zamiar  puścić  nas  wszystkich 

kantem. Coś wisi w powietrzu.  

Istotnie, coś wisiało ponad orzechową główką księżniczki. I kiedyś, gdy siedzieli wszyscy 

razem u Tereni, Julian zauważył: 

- Czuję, że nasza mała ma jakąś tajemnicę, którą nie chce się z nami podzielić.  

Adrianka skinęła główką i rzekła krótko: 

- Podzielę się z wami, owszem. Chcecie posłuchać? 

 

“Pytacie,  czemu  taka  zadumana  chodzę  i  milcząca?@  Nie  wiem,  czy  wam  potrafię  dać 

jasną odpowiedź:@ może nie zrozumiecie mnie lub zrozumiecie inaczej...@ - Oto czekam na swoje 

szczęście... tak dawno... tak dawno...@ Czekam. I wiem, że przyjdzie do mnie już niedługo...@ 

Wierzcie  mi,  każdy  człowiek  musi  mieć  swoje  własne  szczęście,@  na  które  czeka  długo, 

długo i  z tęsknotą.@ Czasem  zwątpi... A wtedy  szczęście na pewno nie przyjdzie,@ więc trzeba 

czekać... czekać cierpliwie i wierzyć...@ 

background image

A oto ja teraz chodzę zadumana i milcząca,@ bo wiem, że idzie do mnie... idzie... jest już w 

drodze@  takie  jasne,  roześmiane,  dziwne  moje  szczęście,@  którego  nie  znam  prawie,  nie  znam 

wcale, jednak już je kocham.@ 

O  tak!  Podejdzie  do  mnie  oczekiwane,  lecz  znienacka@  i  delikatnie  pocałuje  prosto  w 

serce.@ Rozkwiecą mi się wtedy w duszy snów przecudnych łany,@ i uśmiech, który senny w rzęs 

zasłonie drzemie,@ płomieniem tryśnie gorącym i wszystko tak cudnie rozjaśni,@ że ludzie przy 

tej jasności grzać będą skostniałe serca@ i będą śmiać się. I pomyślą, że jednak życie jest piękne@ 

i  że  warto  żyć,  choćby  dla  samej  radości  czekania@  na  ono  rozsłonecznione,  gorące  i  tajemne 

szczęście.@ 

Więc  chodzę  sobie  cicha  i  pogodna,  bo  w  głębi  mam  zorzę@  przeczuć  tajemnych... 

uśmiechów... leciutkich takich uśmieszków,@ że ono pachnące i złote bliżej jest z każdą godziną -

@ - i będę wam wszystkim mogła pokazać wielkie, złote szczęście!”@ 

 

Nikt  się  nie  odezwał,  gdy  skończyła,  tylko  Julian  spuścił  głowę  i  uparcie  oglądał  małe, 

czarne pantofelki Adrianki. Widział już oczyma wyobraźni, jak owe miłe i kochane nóżki szły, szły 

coraz dalej w nie znane nikomu drogi. I wszyscy odczuli dziwny smutek.  

Adrianka  liczyła  teraz  dni  gorączkowo,  niespokojnie  i  czekała.  Czekała  tak  bardzo  na  to 

“coś”,  co  -  wierzyła  -  przyjdzie  ku  niej,  hen,  znad  oceanu.  Nie  mogła  się  sama  sobie  nadziwić, 

dlaczego  tak  jest,  dlaczego  nie  oblewa  jej  rumieniec,  gdy  słyszy  kroki  wiernego  Tolka  lub 

spokojnego  Juliana,  lub  Zdziśka,  który  jej  sto  razy  na  godzinę  mówił  o  miłości  i  prosił,  by  go 

całowała na uspokojenie w czoło?  

I wreszcie przyszedł list. 

 

“I oto sam nie podaję u góry ani miejsca, ani daty, tak jak moja Ari, Mateczka. Ocean to 

przecież  nie  Kraków  ani  Warszawa.  To  jest  coś,  czego  nie  można  streścić  w  kilku  słowach  ani 

uchwycić, ani określić. Ocean!! 

Co wieczór przyświeca nam Krzyż Południa, a we dnie kąpiemy się, toniemy w słońcu. A 

co Pani teraz porabia, moja przesłodka Mamusiu? Karnawałuje? Tak. Bo to jutro tłusty wtorek, a u 

nas słońce, słońce... słońce.  

Mamusiu,  ten  wierszyk...  Jakaś  ty  strasznie  miła.  Więc  usiądziesz  u  mych  nóg  co  dzień  i 

będziesz  mi  przygrywać.  Czy  do  snu?  Właściwie  to  ja  przecież  powinienem  u  drogich  nóżek 

Księżniczki siedzieć, w oczy jej patrzeć i pięknie grać. Ale, Mamusiu, jestem taki niemuzykalny. 

Próbowałem wszystkich instrumentów, nic z tego... Jeszcze na bębnie jako tako wychodzi, ale co to 

jest bęben?! 

background image

Tak mi się dziwnie zrobiło po otrzymaniu Twego listu, Mateczko, zupełnie jakbym poczuł 

na  oczach  dotknięcie  kobiecych  słodkich  ustek.  I  tak  mi  się  zdaje,  że  będę  najposłuszniejszym 

synkiem  na  świecie.  Tylko  pisz  do  mnie,  Księżniczko.  Chciałbym  Mateczce  napisać  coś 

ciekawego,  co  by  ją  zajęło,  ale  cóż.  Naokoło  wody  oceanu.  Żebyś  Ty  mogła  zobaczyć  ocean. 

Cudowny! Przwpiękny. Błękitno_lazurowo_ultramarynowy. Zawsze inny, a zawsze pełen piękna i 

uroku. Niezgłębiony jak ludzka dusza, niezbadany, jak powinna być kobieta, wieczny jak miłość. 

Bo miłość przecież się nie kończy, zmieniają się tylko czasem jej obiekty.  

My tu żyjemy wszyscy jak żywe wzory cnót ewangelicznych, czasem marzą nam się Ewy. 

Mnie osobiście od paru tygodni odwiedza mała dziewczynka, co ma ciemne loki, pachnące borem.  

A  czy  Mateczka  kocha  bór?  Ja  o  mały  włos  nie  zostałem  dyplomowanym  inżynierem 

leśnym.  Że  jednak  zawsze  mi  się  w  życiu  wszystko  przewraca  do  góry  nogami,  więc  jestem 

kapitanem  statku.  Ale  ile  to  razy  słyszę  po  prostu  szum  drzew,  mała  Księżniczko!  Jest  u  nas  na 

statku  mój  przyjaciel,  który  Mamusię  zna.  Dużo,  dużo  o  niej  rozmawiamy.  Najlepiej  czynić  to 

wieczorem.  Księżniczka  Ari  siada  wtedy  między  nami  i  uśmiecha  się  do  nas.  Tylko!  Ach, 

Mateczko,  jaki  już  jestem  stary  koń,  mam  czterdzieści  lat  skończonych,  mocno  przerzedzoną 

czuprynkę i dużo w życiu zawodów. Czy to Mateczki nie zrazi? Kiedyś lubiłem się bawić, szaleć, 

kochać...  Teraz  jakoś  nie  chce  mi  się  już  nic,  a  Mateczka  podobno  jest  pełna  werwy  i  humoru. 

Niechże mnie uraczy tym eliksirem, jakim jest radość życia. A teraz całuję najmilsze łapięta i liczę 

na palcach dni do otrzymania poczty. Mateczko, nie pozwól, bym musiał buty zdejmować.  

 

Stef” 

 

 

 *** 

 

Otoczenie  Adrianki  szybko  zauważyło  zmianę,  która  zaszła  w  panience.  Zamyślała  się 

coraz  częściej,  oczy  jej  wtedy  przybierały  barwę  toni  morskiej,  a  usta  rozchylał  półuśmiech 

oczekiwania, tak jakby  czegoś nasłuchiwała. Profesor Klaudius  przesuwał pieszczotliwie dłoń  po 

kędziorkach córki.  

- Ari, przydałaby się jakaś wycieczka. Zmęczona jesteś.  

- Nie, tatusiu, tylko tak... Nie mogę zresztą brać teraz urlopu.  

Terenia burczała: 

- Idź do doktora, brzdącu. Czegoś ci brak. Ewentualnie męża.  

- Pewno. Dam ogłoszenie urzędowe w “Monitorze”.  

background image

Koledzy nalegali: 

- Ari, urządź znowu jaką eskapadę, konamy z niecierpliwości.  

- Obiecuję wam to. Słowo księżniczki.  

A  między  dalą  oceanu,  między  słonecznymi,  to  znów  mglistymi  portami  a  redakcją 

kursowały listy, coraz dłuższe, coraz serdeczniejsze. Wiązały się złote nitki sympatii i tęsknoty. Po 

nich,  jak  po  zaczarowanym  moście,  szło  serce  ludzkie  ku  sercu.  Wiktor  wiedział,  że  przyjaciel 

koresponduje  z  Adrianką,  czytał  nawet  pierwszy  list  do  Stefana  i  mówili  z  sobą  o  niej  często  i 

dużo.  A  od  chwili,  kiedy  Wiktor  zwierzył  się  ze  swej  miłości  do  Ari,  było  mu  lżej.  Odetchnął, 

jakby mu spadła z piersi męcząca zmora. Z każdą taką rozmową było mu lepiej. Ari pogrążała się 

cicho  w  kolorową,  zmienną  toń,  zostawiając  po  sobie  tylko  błękitne,  uśmiechnięte  smugi 

rozmarzenia. Odchodziła, nie zatrzymywana, w czyjeś spragnione objęcia, gdzie zapewne, Wiktor 

czuł,  będzie  jej  dobrze.  Teraz  już  tylko  tego  pragnął.  Niczego  więcej.  Gdy  raz  ujrzał,  jak  Stefan 

czytał list, zarumienił się, Wiktor zrozumiał, że naprzeciwko siebie ma rywala. Zazdrość szarpnęła 

nim, ale tylko na chwilę. “Nie mogę przecież robić z siebie wariata - pomyślał - nie będę szedł z 

motyką na słońce”.  

 

 *** 

 

Minął  karnawał,  przyszła  wiosna  i  maj.  Adrianka  była  zapracowana.  Jako  sekretarka 

naczelnego  redaktora  dnie  całe  siedziała  kamieniem  w  biurze.  Ojciec  wyjechał  na  wykłady 

semestru letniego do Lwowa. Było jej teraz nieznośnie pusto i smutno, zwłaszcza gdy dłuższy czas 

nie  dostała  listu  od  Stefana.  Chwilami  ogarniała  ją  apatia,  to  znów  niepohamowane  wybuchy 

dobrego  humoru.  Szła  wtedy  do  Tereni,  dzwoniła  do  chłopców,  piła,  tańczyła,  śpiewała  i  była 

anielska dla Tolka. W takich dniach nawet Zdzisław otrzymywał pocałunek w czoło.  

Wreszcie w końcu maja przyszedł znowu list.  

 

“Moja Ari, Księżniczko! 

Listy mamy dostać aż w Las Palmas, więc za dwa, trzy tygodnie. A tak już czekam na nie. I 

co w nich będzie? Moc smutków, a może więcej jeszcze radości. Jakoś tak mi się dotąd zawsze w 

życiu układa, że gdy czekam radości, spotyka mnie smutek. I odwrotnie.  

Więc moja Mamusia upiła się “do nieprzytomności”, żeby zobaczyć, jak to się widzi świat 

po pijanemu? No i co? Jakie skutki? Ja nic jeszcze o tym nie wiem. Ale nie radzę maleństwu tych 

eksperymentów,  bo  to  niezdrowo.  Swoją  drogą  humorek  Mamusia  ma.  Ten  kawał  z  balonikami i 

drugi  z  ciastkami  był  znakomity,  choć  według  mnie  ten  drugi  trochę  ryzykowny.  A  gdyby  tak 

background image

maleństwu naprawdę ktoś krzywdę zrobił? Niechże Mamusia zaraz weźmie pióro w łapkę i obieca 

grzecznemu  synkowi,  że  będzie  jeszcze  od  niego  grzeczniejsza,  bo  się  niepokoję.  Ja  wciąż  o 

Księżniczce  myślę  i  tęsknię.  I  czekam  listów  i  fotografii.  Całuję  drogie,  podobno  cudne  łapięta. 

Uwielbiam u kobiety piękne ręce i czekam fotografii. Moja, moja Matuleńko błękitna.  

 

Twój Stef” 

 

 

Wiktor  nie  pytał  Stefana  teraz  nigdy,  co  Adrianka  pisze,  ale  sam  Kryski  kiedyś  po 

otrzymaniu korespondencji i gazet chwycił się za głowę.  

- Gwałtu, Wiktor, ależ to szalona dziewczyna! 

- Kto? Jaka, która? 

- Jak to która? - tu zarumienił się. - Panna Ari.  

- Bo co się stało?  

- Dostała gażę i była, jak pisze, w “świetnym humorze”.  

- Kiedy ona była nie w humorze? - westchnął Wiktor.  

-  Szła  z  dwoma  kolegami  przez  park  Jordana  i  wpadł  jej  w  oko  jegomość  sprzedający 

baloniki. Podeszła i zakupiła wszystkie, a potem szach, szach scyzorykiem i cały kolorowy bukiet 

rozsypany frunął w górę. Dzieciarnia podobno o mało ze skóry nie wyskoczyła. 

- Ba - westchnął po raz drugi Wiktor. - Już jak bym widział zadowoloną minę Ari.  

-  Ale  to  nie  wszystko.  Parę  dni  potem  była  na  jakimś  koncercie  i  rzuciła  w  śpiewaka 

ciastkiem z kremem.  

- Zwariowała!  

-  Pisze,  że  nie  mogła  dłużej  patrzeć  na  męczarnie  publiczności.  Siedziała  w  pierwszym 

rzędzie i dotąd ma uszy spuchnięte.  

 Obaj mężczyźni patrzyli na siebie w milczeniu.  

- Stefan, siadaj natychmiast i pisz do niej. Niech nie robi głupstw.  

Adrianka czytała krótki list ze śmiechem. Nie omieszkała powiedzieć Teresie, że marynarz 

z  dalekich  wód  zaczyna  jej  prawić  morały,  ale  w  duszy  była  temu  rada.  Niepokoi  się  o  nią. 

Kochany chłopiec.  

-  No  widzisz,  Ari,  jakie  to  gady  ci  mężczyźni?  Jeszcze  nie  ujrzał  swej  najmilszej,  ale  już 

chce okazać się panem i władcą. Napisz mu, niech fląder i rekinów pilnuje, a nie ciebie.  

- Kiedy to przyjemnie! 

- O! o! o! Gorzej! O! Całkiem niedobrze. Adrianko, szklankę zimnej wody. Niewolnico!  

background image

-  Poczekaj,  poczekaj,  jak  ten  Nieznany  przyjedzie  powozem,  zaprzężonym  w  sześć 

tresowanych krokodyli i z foką na koźle, to sama zapragniesz zostać jego niewolnicą.  

Teego dnia napisała do ojca.  

 

“Tatuśku kochany.  

Jestem  zdrowa,  nic  nowego  nie  zbroiłam,  ale  słuchaj:  zdaje  mi  się,  że  jestem  zakochana. 

Czy to leczyć tak jak katar, czy jak chorobę zakaźną?” 

 

A profesor odpisał: 

 

“Moja mała Ari.  

Ja też jestem zdrowy i za tydzień wracam do Krakowa. Każ sobie puścić krew lub przystaw 

pijawki. Jeśli choroba od razu nie przejdzie, to znaczy, że przeszła w stan chroniczny.  

 

Marek Klaudius” 

 

 

Ari  z  radością  powitała  powrót  ojca  i  układali  sobie  razem  plan  wakacji,  gdy  zupełnie 

niespodziewanie  otrzymała  list  z  Gdyni,  zaadresowany  znajomym  pismem.  Pobladła.  Ręce  jej 

drżały,  gdy  wolno  otwierała  kopertę.  Od  Stefana.  Więc  jest  w  kraju,  więc  się  zobaczą,  spotkają, 

poznają. A to poznanie tyle razy sobie wyobrażała.  

Profesor spod oka obserwował córkę, wreszcie mruknął: 

- To nieuleczalne - i zabrał się do swych książek.  

Ari czytała: 

 

“Mamusiu, Księżniczko moja najmilsza.  

Najpierw dziękuję Ci za list i za różę, tym bardziej, że bez kolców. Dziwi mnie tylko jedno, 

jej zapach. Bo żeby róża polna i różowa? Żeby jeszcze złota, no to rozumiem. I w dodatku “L'or” 

szalenie lubię. Ale tyle lat już nie stykałem się z zapachem tych perfum.  

A  teraz,  Ari,  jestem  w  Gdańsku,  ale  że  mi  się  wszystkie  plany  poprzewracały  do  góry 

nogami (jak zawsze), więc zamiast na urlop za parę dni wyruszę znów na morze i, Księżniczko, nie 

zdążę  Ciebie  zobaczyć.  I  znów  będę  tęsknił  i  liczył  dni.  Dokąd  pojadę,  może  do  Warrkoping,  a 

stamtąd  aż  do  Lulea,  gdzie  to  słońce  obecnie  wcale  nie  zachodzi,  bo  noc  wygląda  tak  jak  dzień 

podczas zaćmienia słońca. Jest dzień, a słońca nie widać. Jest noc i północ, a dzieci bawią się na 

background image

ulicach, bo kiedy jest owa “noc” to właśnie nie wiadomo, a w każdym razie nie mogą zorientować 

się dzieci.  

Więc,  Ari  słuchaj  mnie.  Muszę  cię  zobaczyć  przed  wyjazdem,  a  sam  ruszyć  nie  mogę. 

Adrianko,  przyjedź,  przyjedź  prosto  do  stoczni  gdańskiej.  Czekam  i  tęsknię,  tęsknię  i  czekam. 

Depeszuj i przyjeżdżaj. Całuję łapki.  

 

Stef” 

 

 

- Tatusiu. Jadę jutro do Gdańska.  

- Dobrze, dziecko.  

- A teraz chodźmy do kina.  

Ale  gdy  wrócili  oboje  w  doskonałych  humorach,  służąca  wręczyła  profesorowi  depeszę: 

“Przyjeżdżajcie natychmiast. Klaudiusowa”.  

Ari opuściła bezwładnie ręce. I znów twarzyczka przybrała barwę kory brzozowej. Nawet 

usta jej pobladły. Długą chwilę nie mogła zdobyć się nawet na szept.  

Profesorowi drżały ręce. “Biedna Ari” - pomyślał.  

- Tatusiu, jedziemy zaraz, dzisiaj, tak? 

- Tak, dziecko.  

Kiedy  siedząc  już  w  wagonie,  Adrianka  słuchała  monotonnego  stuku  kół,  myślała 

uporczywie: “Nie zobaczę Stefa, nie zobaczę Stefa. Od Jacka odeszłam sama. Teraz między mną a 

moją miłością staje przeznaczenie”.  

Nie  rozmawiała  zupełnie  z  ojcem  o  tym,  co  mogło  stać  się  w  domu,  nie  chciała  go 

niepokoić.  Gdy  zadzwonili  do  znajomych  drzwi  mieszkania  inżyniera,  otworzyła  im  sama 

Klaudiusowa, zmęczona, z zapłakanymi oczyma: 

- Lili umierająca. Żenia od zmysłów odchodzi.  

Profesor zawrócił z progu.  

- Dokąd idziesz? - spytała żona.  

- Do doktorów znajomych, wiem, co robię.  

Ari tymczasem klęczała przy łóżeczku dziecka, które patrzyło na nią nieprzytomnie.  

Żenia siedziała skurczona, zmięta i szlochała.  

-  Ari,  ja  przeklinam  każdą  chwilę,  którą  spędziłam  bez  Lilusi,  na  tańcach  i  zabawach.  O, 

żeby się wróciły... Ari,  ratuj! Niech ona nie umrze, moja maleńka. Już nigdy od niej nie odejdę, 

nigdy, Ari.  

background image

- Co doktor powiedział? 

- Szkarlatyna.  

- Przede wszystkim, Żeniu, idź się umyć, przypudruj się $$$i przestań spazmować. Musisz 

być  spokojna,  a  wszystko  będzie  dobrze.  Lilusia  zlęknie  się,  gdy  spojrzy  na  swoją  zwykle  taką 

ładną mamusię. Ja dziecka nie odstąpię. Możesz być pewna, Żeniu. Wiktor przyjechał? 

- Przyjechał. Jest w gabinecie.  

-  No  więc  zrób  się  podobna  do  człowieka,  bo  “moja  pani,  żebym  pani  nie  znała,  to  bym 

nigdy pani nie poznała, tak się zmieniłaś”, jak mówiła panna Józia. Lili będzie zdrowa.  

- Ari, na pewno? 

- Na pewno.  

- Bo ja bym  nie przeżyła jej śmierci.  Wciąż bym  myślała, że to  ja, ja sama jestem  winna. 

Zamiast  się  cieszyć,  że  ją  mam,  latałam  po  balach.  Nie  czuła,  że  matkę  ma,  a  teraz...  Och,  Ari, 

czym jej to wynagrodzę? 

- Uśmiechnij się, Żeniu, i pomyśl, że masz być dla niej spokojna. Idź już.  

Siedziała  długo,  długo  przy  kruszynie  i  śpiewała  jej  po  kolei  wszystkie  swoje  piosenki, 

potem nosiła owiniętą w kołderkę po pokoju, aż Lili usnęła.  

Żenia zapukała do gabinetu.  

- Proszę - rzekł Wiktor, nie odrywając rąk od czoła.  

- Wiktorku. Przyjechała Ari i ojciec. Ari jest u Lilusi, może pójdziesz się przywitać.  

Bez słowa przeszedł koło niej. Na palcach wchodząc do pokoju, ujrzał Adriankę. Klęczała 

przy łóżeczku. Lili spała.  

- Adrianko - rzekł cicho Wiktor.  

Wstała. Podała mu obie ręce.  

- Długo cię nie było, Wiku. Ale głowa do góry i jeśli mnie trochę lubisz, zajmij się Żenią. 

Ona jest bardzo biedna. Mój chłopcze, niechże teraz będzie spokój, zrób to dla Lilusi.  

Trzymał jej ręce i wpatrywał się w zbiedzoną podróżą i zmartwieniem twarz dziewczyny. 

Nie miał też nic do powiedzenia. Chciał tylko długo, jak najdłużej trzymać te znane, smukłe dłonie 

w swoich, patrzeć w szare, ciemne, tajemnicze oczy.  

- Zrobię wszystko, co chcesz, Adrianko.  

Nadszedł  profesor.  Kilku  doktorów  otoczyło  dziecinne  łóżeczko.  Żenia  łkała  w  objęciach 

Wiktora. Ari spokojnie słuchała wskazówek znakomitości.  

Upłynął  długi  szereg  męczących  dni  i  nocy.  Żenia  instynktownie  szukała  oparcia  w 

ramionach  męża,  a  on  znalazł  dla  niej  słowa  pełne  czułości,  gdyż  widział  jej  żal,  rozpacz, 

zgnębienie. A zresztą, tak chciała Ari, która przez cały ten czas nie opuszczała pokoju dziecka.  

background image

I Lili wyzdrowiała. Za to, ku zgrozie wszystkich, położyła się Adrianka. Ponieważ nie miał 

kto się nią zająć w domu, bo Lili jeszcze była rekonwalescentką, więc odwieziono dziewczynkę do 

szpitala. Tu czuwał przy niej profesor i jego koledzy. Przyjechał Tolek i Terenia. Cały Kraków był 

poruszony wieścią o niebezpiecznej chorobie popularnej dziennikarki.  

Tylko  Kryski  płynął  znów ku chłodnym  brzegom  Szwecji, od portu do  portu i  przeżywał 

jeszcze  jeden  zawód  w  życiu.  Nie  mógł  zrozumieć  postępowania  Ari.  Po  jej  cudnych,  słodkich 

listach - takie brutalne zerwanie. Czasem namyślał się: “A może napisać do Wiktora, spytać o nią? 

Może do niej samej jeszcze?” Porzucił jednak obydwa zamiary. Bawiła się widać tylko dla fantazji. 

Trudno, trzeba zapomnieć. Ale zapomnieć nie jest tak łatwo, jak płynąć po cichej, gładkiej toni w 

słoneczny dzień.  

 

 *** 

 

Gdy Ari wreszcie zwyciężyła chorobę, był już prawie koniec sierpnia. Ojciec wywiózł ją na 

wieś, w okolice Krakowa - i tam odpoczywała. Co dzień prawie odwiedzali ją koledzy, co dzień 

przyjeżdżała autem Terenia. Adriance było dobrze. Powoli odzyskiwała humor i rumieńce, oczy jej 

znów błyszczały jak dawniej. I nikt nie wiedział, że Ari pogrzebała swą radosną, pełną wzruszeń 

miłość  do  człowieka,  którego  nie  widziała.  Kiedy  Adrianka  pierwszy  raz  po  chorobie  stanęła  na 

progu  redakcji,  zrobiono  jej  owację,  jakby  naprawdę  była  udzielną  księżną.  Zarzucono  jej  stół 

kwiatami.  Ona  jednak  wolałaby  ujrzeć  tam  jedną  szarą  kopertę.  Wreszcie  po  długim  namyśle 

zdecydowała się napisać i wytłumaczyć mu wszystko. Terenia była temu przeciwna.  

-  Nie  bądź  głuptasem.  To  jego  obowiązkiem  było  dowiedzieć  się  o  ciebie,  dlaczegoś  nie 

przyjechała. Pamiętaj, Ari, nie wyciągaj nigdy pierwsza ręki do zgody z mężczyzną, bo nie są tego 

warci.  

Ale Ari nie wytrzymała i napisała. Tymczasem okazało się, że Kryski widocznie odjechał 

na innym statku, bowiem “Dal”, z braku dobrej koniunktury, stała w porcie.  

Więc Ari zaniechała dalszych prób. Machnęła pozornie ręką na ten cały “wariacki romans” 

i rzuciła się, jak nurek, w toń pracy. Tylko tam gdzieś, w mroku serca, czatował żal. Tylko czasem 

w chwilach zamyślenia marzyło się Adriance to, co mogło być, a nie było.  

 

 *** 

 

background image

Zima upłynęła jak i poprzednie. Ari miała znów parę odczytów w Krakowie i Warszawie, 

zrobiła  wraz  ze  swoją  paczką  parę  kapitalnych  błazeństw.  W  połowie  maja,  ponieważ  Teresa  z 

mężem wyjeżdżała za granicę, zaproponowała przyjaciołom: 

-  Wiecie,  chłopcy,  co?  Bierzemy  sześciotygodniowy  urlop,  a  prócz  tego  trochę  forsy  i 

jedziemy całą kupą gdzieś w jakieś odludzie. Myślę, że i tatusia zaangażuję na tę podróż.  

Projekt  został  przyjęty  z  entuzjazmem.  Postanowiono  jechać  w  połowie  czerwca.  Ari  już 

piłowała redaktora dzień w dzień. Nie mógł się oprzeć jej słodkim prośbom. Dostała urlop, Tolek 

też. Prócz nich wybrał się jeszcze Zdzisław, Julek, koleżanka Ari, dziennikarka, pani Kazimiera z 

mężem i siostrą, no i profesor.  

- Ale chciałbym wiedzieć, dokąd jedziemy? - zapytał Tolek na parę dni przed wyjazdem. - 

Przecież żadne z was nie pomyślało o tym.  

-  To  właśnie  jest  cymes.  Ja  szoferuję  i  jadę  po  najlepszych  szosach.  Wpadnie  nam  w  oko 

jakaś miejscowość, wysiadamy, rozpakujemy manatki i powstaje osada - tłumaczył Zdziś.  

-  Wspaniale,  a  zatem  jedziemy  na  Pomorze!  -  krzyknęła  Ari.  -  Będziemy  uprawiać 

propagandę i zbierać tematy, przynajmniej ja, do felietonów.  

Wyruszyli  wczesnym  rankiem,  dużym  ciężarowym  redakcyjnym  autem.  Zdzisiek  wiózł 

nieodstępną gitarę, powierzywszy ją na czas drogi pieczy Adrianki. Jechali bez pośpiechu, często 

zatrzymując się po drodze. Budzili sensację we wszystkich miasteczkach, a im dalej wrzynali się w 

dawne terytorium niemieckie, tym zdumienie poczciwych, przyzwyczajonych do ciszy i porządku 

mieszkańców, było większe. W jednym z miast, już na Pomorzu, natrafili akurat na dzień zbiórki 

dla  bezrobotnych.  Gładko  uczesane,  płaskostope  dziewoje  chodziły  po  ulicach  z  puszkami,  ale 

ofiarność publiczna była bardzo pożałowania godna.  

Właśnie cała paczka wędrowców siedziała na tarasie dużej cukierni i opychała się ciastkami 

z bitą śmietaną. Ari bystro obserwowała dwie panienki z puszkami, chodzące od stolika do stolika 

bez skutku. Wtedy Ari przysunęła się do Zdziśka i coś mu zaczęła szeptać. Roześmiał się, uderzył 

w struny:  

“Wędrujemy  borem,  lasem,  choć  nawali  kicha  czasem!...”  -  zagrzmiał  młodym,  silnym 

tenorem, a przyjaciele podchwycili.  

Tego było potrzeba Adriance. Dla dodania animuszu sobie i śpiewającym klaskała w ręce i 

przytupywała zamaszyście. Sami nie wiedzieli,  jak zaczęli się świetnie bawić i  im widoczniejsze 

było niesamowite zdumienie audytorium, tym większy zapał śpiewających. Twarze pochylone nad 

kuflami piwa jęły się szeroko uśmiechać. Panie, na razie okropnie zgorszone, słuchały teraz, kręcąc 

w  takt  głowami.  Wtedy  Adrianka  chwyciła  z  wieszaka  jakiś  pierwszy  lepszy  męski  kapelusz  i  z 

czarująco słodką miną zaczęła obchodzić stoliki.  

background image

Jak  miasto  miastem  -  czegoś  podobnego  obywatele  więcej  i  mniej  brzuchaci  nie  widzieli. 

Zaczęły  brzęczeć  dziesięcio_  i  dwudziestogroszówki,  ale  wyrazy  zdumionych  oblicz  były  tak 

kapitalne, że Julian czym prędzej chwycił za szkicownik, a Tolek za notatnik. A potem Adrianka 

podeszła  do  zamienionych  w  dwa  słupy  soli  kwestarek,  wsypała  całą  zawartość  kapelusza  do 

puszek,  ukłoniła  się  z  wyszukaną  gracją  i  stuknąwszy  palcami  w  powietrzu,  zawołała:  “Voila” 

(franc. - oto wszystko). Śród grobowej ciszy audytorium i gromkiego śmiechu przyjaciół powiesiła 

na miejscu kapelusz i usiadła kończyć swoje ciastko.  

Jeszcze  tego  dnia  Tolek  wysłał  do  Krakowa  artykuł,  wzbogacony  szkicami  Juliana,  i 

redaktor  miał  okazję  nie  żałować  ani  redakcyjnego  auta,  ani  urlopów  pracowników.  Wreszcie 

“wędrowna  trupa”,  jak  nazywał  całe  towarzystwo  profesor,  stanęła  w  Chojnicach.  Uderzająco 

czyste i uderzająco zniemczone miasteczko.  

Ponieważ  samochód  trzeba  było  na  parę  godzin  odesłać  do  garażu  dla  generalnego 

zrewidowania,  żywa  i  wesoła  jego  zawartość,  łaziła  całą  paką  po  mieście,  oglądając  ładnie 

dekorowane zielenią domki i sensacyjne napisy na szyldach.  

Zatrzymali  się  wreszcie  na  chodniku  i  zadarłszy  manifestacyjnie  w  górę  podbródki 

podziwiali  napis,  lśniący  z  daleka:  “Największy  interes  specjalny”.  Radość  swą  musieli  objawić 

dość  głośno,  gdyż  wkoło  momentalnie  zebrał  się  tłum,  nie  przyzwyczajony  do  podobnych 

niespodzianek.  

Życie w pomorskich miasteczkach płynie jak wąska, leniwa rzeczułka. O godzinie ósmej, 

dziewiątej  ojcowie  i  mamy  siedzą  przykładnie  w  domu,  piją  czarną,  żytnią  kawę,  przegryzając 

plackami  kartoflanymi.  Po  obiedzie  mają  zwyczaj  wstąpić  gdzieś  na  kufelek  piwa,  bez  żadnych 

wybryków  i  nadzwyczajnego  ożywienia.  Do  południa  gładko  uczesane  panie  chodzą  z 

koszyczkami  w  tę  i  ową  stronę,  panowie  siedzą  “w  interesach”.  Ludzi  wałęsających  się  dla 

przyjemności nie ma.  

Do wycieczkowiczów zbliżył się majestatycznie policjant.  

- Co tu jest “los”? Doch zaś ale proszę nie robić kupy na ulicy. Ordnung (niem. - porządek) 

musi być, zaś ale nie? 

- Ordnung jest ordnung, panie szanowny, ale bo to, widzi pan, u mojej cioci było pranie  - 

wyrecytował głębokim głosem Zdzisław.  

- A u nas zlew się zatkał - dodała Ari żałośnie.  

- I pewno będzie wojna - pokiwał głową Tolek.  

Policjant wybałuszył oczy: 

- Co? Was? 

background image

- Panie szanowny, czy w tym “specjalnym interesie” można dostać bogatą żonę, nie wie pan 

przypadkiem? 

- A po czemu u was skarpetki? 

- Czy tu można sobie przefasonować nos? 

Ofiara obowiązku i bezlitosnych kpiarzy stała z opuszczonymi rękami.  

-  Co  jest  “los”,  co  za  żarty,  proszę  mi  zaraz  raus  z  ulicy,  nie?  Zaś  ale  wszystkich  na 

komisariat dam, nie? Rozejść się, bo protokół wyrychtuję! 

Profesor Klaudius czuł się bardzo nieszczęśliwie. Co za dzika sytuacja! Czegoś podobnego 

jeszcze nie przeżywał. Pociągnął córkę za rękaw.  

- Chodźmy, Ari.  

- Dobrze. Już się rozchodzimy, ale niech nam pan powie, gdzie tu można się najeść.  

- Aha! No ja, teraz rozumiem. Państwo szuka restauracji, nie? No to pójdziecie prosto, nie? 

Zaś potem pierwszą ulicą na prawo, nie? 

- No to bardzo dziękujemy. Niech pan pozdrowi od nas swoją żonę.  

- Ja jestem kawaler.  

-  O,  o!  Szkoda,  no,  ale  w  takim  razie  niech  się  pan  pokłoni  swojej  babci  i  wszystkim 

ciociom. Bardzo nam było miło pana poznać, nie? Pan jest szalenie uprzejmy! - Tu Ari potrząsnęła 

ręką  policjanta,  i  wszyscy  ruszyli  w  przeciwną  stronę.  Policjant  został  na  chodniku,  przechylił 

głowę na bok i przejrzał się w szybie wystawowej, potem energicznym krokiem odmaszerował na 

swój posterunek i cały czas myślał, czy wypada mu się śmiać, czy martwić.  

W restauracji podano towarzystwu kartę i Julian głośno czytał potrawy: 

- Chleb ilustrowany.  

- Ooo! - zabrzmiał chór.  

- Zalany drób! 

- Widzisz, Ari, tu, na Pomorzu, nawet drób bywa nalany, a ty mi od pijaków wymyślasz!  - 

krzyknął Zdzisław.  

- Rosół z wkładką! 

- Ooo!! 

- Gęś z modrą kapustą... no, co każemy dawać? 

- Wszystko, coś przeczytał, po kolei.  

Kelner  trochę  się  dziwił,  ale  podawał.  A  goście  jedli,  tylko  w  pewnej  chwili  profesor 

mruknął:  

- Na deser trzeba rycyny.  

 

background image

 *** 

 

Gdy wyjechali z Chojnic, było już niedaleko zachodu. Zdzisław kołował autem w tę, to w 

tamtą stronę. Jechali naprzód, zawracali, potem znów  gdzieś boczną szosą.  I tak zastała ich noc, 

gdzieś  przed  jakąś  karczmą.  Ponieważ  mowy  nawet  nie  było,  by  gospodarz  mógł  wszystkich 

wygodnie rozmieścić, przeto panowie zrezygnowali ze snu, na korzyść pań i całą noc grali w karty 

i rozpytywali gospodarza o okoliczne miejscowości.  

Wyruszyli  o  ósmej  rano  i  przed  dziesiątą  stanęli  na  upatrzonym  miejscu.  Wysypali  się  z 

auta. Przed nimi wiatr kołysał i marszczył srebrnozieloną toń wielkiego jeziora, którego końca nie 

było widać. Wsiąkał gdzieś w pagórki, pokryte młodym, iglastym lasem. Na przeciwległym brzegu 

jeziora falowało zboże, to hen w górze, na wysokości kilkudziesięciu metrów, to znów nisko, tuż 

nad jeziorem. Cały teren był powyginany łagodnie, ale wyraźnie. O kilkanaście metrów w lewo i 

prawo od miejsca, na którym stali, widać było małe, murowane domki.  

- Tom was przywiózł, co? Cisza jest, spokój jest, letników, chwalić Boga, zdaje się, nie ma; 

las jest i woda jest, więc i grzyby i ryby, i mąka i łąka, i pagórki i ogórki, bo widzę ludzkie osiedla. 

Trzeba się więc teraz rozejrzeć, rozpytać i zamieszkać.  

Adrianka patrzyła na wodę uśmiechnięta, i odpowiedziała: 

- Tak! Zdaje się, że będzie nam tu dobrze.  

W jej głosie drżała nuta wzruszenia.  

Ruszyli  ławą  w  stronę  osiedla.  Po  dokładnym  rozejrzeniu  się  w  sytuacji  doszli  do 

przekonania,  że  będą  mieli  “rajskie  życie”.  Panowie  wynajęli  sobie  umeblowany  pokój  u 

właściciela zajazdu. Pokój duży, nadzwyczaj czysty, o solidnych meblach. Bowiem był to “salon” 

gospodarza.  Adrianka  z  ojcem  zamieszkała  w  sąsiednim  zaraz  domu,  należącym  do  rodziny 

jednego ze strażników granicznych.  

Koleżanka  Ari  wraz  z  siostrą  i  mężem  dostała  locum  u  miejscowego  nauczyciela,  który 

podobno często i gęsto lubił sobie popijać, ale mieszkanie miał duże i ładne, co na Pomorzu jest 

rzeczą  zupełnie  powszednią.  Tam  ludzie  nie  umieją  gnieździć  się  byle  jak,  spać  na  byle  czym, 

nawet po zapadłych wsiach, i to na Adriance, która dosyć w życiu swym oglądała kurnych chałup, 

zrobiło  szalenie  miłe  wrażenie.  Od  razu  poczuła  się  swojsko  i  swobodnie.  Raziła  ją  tylko  mowa 

tutejsza, upstrzona w zastraszający sposób niemczyzną.  

Przez wszystkie ubiegłe lata od czasu pobytu u Jacka nie miała w wakacje takiej ciszy ani 

takiego wewnętrznego spokoju. Ponieważ urlop  mogła brać tylko czterotygodniowy, więc ojciec, 

widząc, jak jest zawsze zapracowana, zmuszał ją, by jechała do Krynicy lub Nałęczowa i oddawał 

background image

pod sumienną opiekę lekarzy. Niepokoił go stan serca Ari. Wprawdzie była to tylko nerwica, ale on 

swą pociechę chciał widzieć zdrową i spokojną. Tym razem uległ prośbie córki.  

-  Tatuś,  ja  mam  dosyć  ludzi,  dosyć  wrzasku,  dosyć  deptaków.  Chcę  mieć  słońce  i  las,  i 

wodę, i chcę raz zrzucić ten szyld, jakim jest moje nazwisko i zawód.  

Pierwszych  parę  dni  całe  towarzystwo  spędziło  prawie  ciągle  razem.  Jeździli  łódkami  po 

jeziorze, biegali jak smarkacze po lesie, nad wyraz szczęśliwi, że mogą się nie krępować.  

- To jest bezludna wyspa i my obejmujemy ją w wieczyste posiadanie - tłumaczył Zdzisław.  

Potem każdy zanalazł pole i przedmiot swego zainteresowania.  

Julian całe dnie łaził z wędką, Zdzisław znalazł gdzieś jakąś chabetę, zdatną pod wierzch, i 

jeździł na placówki straży granicznej. Przy tej sposobności od razu ze wszystkimi się zaprzyjaźnił, 

grał  z  nimi  w  piłkę  nożną,  organizował  chóry  od  ręki  i  śpiewał  wszystkie  najnowsze  piosenki, 

jednym  słowem  był  w  swoim  żywiole.  Koleżanka  Ari  brała  słoneczne  kąpiele,  spała,  jadła  i 

haftowała. Jej siostra “wkuwała”, gdyż miała zdawać egzaminy, była studentką prawa. Mąż zaś nic 

nie  robił,  tylko  “odpoczywał”.  Profesor  całe  godziny  siedział  nad  brzegiem  jeziora  i  patrzył,  jak 

ryby,  oddychając,  kręgi  na  wodzie  czynią,  jak  mewy  i  rybitwy  kołują  w  powietrzu,  by  nagle 

rozpruć  spokojną  lub  sfalowaną  toń  w  pogoni  za  zdobyczą.  Kurzył  sobie  fajkę,  uśmiechał  się  z 

zadowolenia i zapominał o całorocznej orce.  

Adrianka zaś, jak dorwała się do łódki, to już nic z nią nie było można zrobić. Pogoda czy 

niepogoda,  Ari  machała  wiosłami  zawzięcie  i  śpiewała  z  radości,  której  nie  mogła  pomieścić 

dziewczęca pierś. Woda! Woda! Raz groźna, szumiąca, gniewa się, obryzgując brzeg ołowianymi 

strugami,  przewala  się  z  boku  na  bok,  skacze  w  górę,  woda  szalona,  w  jakiejś  niepohamowanej 

złości.  To  znowu,  przekorna,  pluje  wokół  białą  pianą,  mocuje  się  z  łódką,  niecierpliwi.  Albo 

srebrna  jak  szkło  tuli  do  siebie  promienie  słońca  i  cicha  jest,  nieruchoma,  ale  żywa.  Gra  lśniącą 

piersią  jak  harfa  zaczarowana  pieśń  o  słonecznej  ciszy.  Albo  w  purpurę,  złoto  i  fiolet  strojna 

otwiera  słońcu  bramę  zachodu  i  jest  jak  królowa  królowych:  piękna  i  tajemnicza.  Ogarnia 

ramionami złotą kulę i zamyka się w mroku i chłodzie nocy.  

Adrianka pokochała jezioro i stało się ono jakby cząstką jej duszy. I zdawało się chwilami 

dziewczynie, że ta wielka woda także ją kocha, a czasem marzył się Ari ocean i ten ktoś na oceanie. 

Tolek  włóczył  się  za  Adrianką  jak  cień,  że  aż  w  końcu  zaczęła  przed  nim  uciekać.  Chciała  być 

sama. Cieszyć się, rozmawiać z lasem i wodą. Lubiła podczas wichury płynąć łódką i borykać się z 

naporem  fal,  czuć  niebezpieczeństwo  tuż,  tuż  koło  siebie  i  walczyć,  wytężając  muskuły,  by 

zziajana, spocona, ale zwycięska, przybić do brzegu.  

A Tolek omal nie płakał, widząc te wycieczki. Bał się o kochaną dziewczynę, wiedział, że 

nie umiała pływać.  

background image

- Panie profesorze, niechże pan jej zabroni dziś jechać. Wszyscy rybacy zostali w domu.  

- Ona tak lubi.  

- Ale może utonąć.  

- Ona nie utonie.  

I tak było zawsze. Więc Tolek z rozpaczy zaczął asystować studentce, myśląc, że może ten 

manewr zrobi na uparciuchu wrażenie.  

 

 *** 

 

Aż wreszcie nadszedł pewien dzień. Ari, jak zwykle, wyjechała na jezioro od rana. Pogoda 

była  cudna.  Nagle  zupełnie  niespodziewanie  zmarszczyła  się  tafla  wody,  zbałwaniła.  Zagrzmiało 

raz i drugi, jezioro zaczęło skakać jak opętane. Ari była o kilometr od domu. Mowy nawet nie było, 

by dojechała łódką, w której  woda już chlupała  porządnie. Wiatr wciąż  znosił  łódkę na bok, Ari 

zupełnie nie mogła utrzymać kierunku. Pomdlały jej ręce.  

Tymczasem  zaczęło  grzmieć  coraz  potężniej.  Ari  postanowiła  dobić  do  brzegu,  zostawić 

łódkę i pieszo pognać do domu. Zbierając ostatki sił, machała zawzięcie wiosłami, przemoczona do 

koszuli.  Deszcz  lał  bez  przerwy  gęsty  i  grubokroplisty,  ale  jej  było  gorąco.  Bała  się.  “A  jeśli 

utonę?” - myślała.  

Jakże była maleńka wobec tego ogromu spiętrzonych, czarnych mas wody, które waliły w 

tył łódki i szarpały ją napastliwie jak głodne psy. A jeżeli łódka się napełni wodą przed dobiciem 

do  brzegu?  Jakże  okropnie  bała  się  Ari  takiej  samotnej,  nie  opromienionej  niczyim  kochającym 

spojrzeniem  śmierci.  “Ja  nie  chcę  zginąć,  ja  jeszcze  muszę  dużo  zobaczyć,  muszę  kochać. 

Madonno,  broń  mnie!  Trzeba  mi  coś  po  sobie  zostawić  tu,  na  ziemi  -  drżały  rozsypane  myśli 

dziewczyny. - Żeby tu był tatuś ze mną”.  

A  potem,  wciąż  uparcie,  z  zaciętymi  zębami  wiosłując,  jęła  ogarniać  gorączkowym 

wzrokiem fale i postanowiła walczyć. Ale dla otuchy śpiewała sobie “Pod Twą Obronę” i uczuła 

ulgę.  Strach  ją  opuścił  prawie  zupełnie.  “Pokonam  cię,  wodo,  pokonam.  Jesteś  cudna,  jesteś 

kochana, nie zrobisz krzywdy Adriance”. Zmniejszała się coraz bardziej przestrzeń dzieląca ją od 

białych, w cieniu drzew ukrytych domków.  

Nareszcie brzeg. Chciała wyskoczyć, wiatr zachybotał łódką i Ari wraz z wiosłem utknęła 

nosem w wodę. Szczęście, że to już był brzeg i płytko. Podniosła się, zaklęła sobie na rozgrzewkę i 

wpierając nogi w piasek, zaczęła ciągnąć łódkę na brzeg, by jej woda nie zniosła na środek. Wtem 

usłyszała za sobą niski, bardzo miły męski głos: 

background image

-  Cóż  to,  mała,  wpadłaś  do  wody?  Uciekaj,  dziecko,  do  domu,  bo  się  zaziębisz.  Już  ja  tę 

łódkę wyciągnę.  

Obróciła  się,  zapominając  w  zdumieniu  o  tym,  że  jest  burza  i  deszcz,  a  z  niej  też  woda 

ocieka strugami, i spojrzała na mówiącego. Był to mężczyzna średniego wzrostu, dobrze i mocno 

zbudowany. Spod gęstych, czarnych, szerokich brwi patrzyły na Adriankę przerażone piwne oczy.  

-  Przepraszam  bardzo,  nie  wiedziałem...  wziąłem  panią  za  kogo  innego.  Tak  z  tyłu  nie 

spostrzegłem, bardzo przepraszam... - mówił okropnie zakłopotany.  

Gdy bowiem “mała” obróciła się i wyprostowała, od razu uderzył go jej strój i twarzyczka 

zupełnie różna od wszystkich, które tu stale widywał i znał dobrze.  

-  Ależ  proszę  bardzo,  cieszę  się,  że  jeszcze  jest  ktoś,  komu  wydaję  się  “małą”  -  mówiła 

uśmiechnięta. - Może jakoś razem damy radę temu pudłu.  

Oczywiście “dali radę”.  

- Niechże pani, na miłość boską, pędzi do domu, można się śmiertelnie zaziębić.  

-  Nic  mi  nie  będzie.  To  była  przygoda.  Mam  przedsmak  burzy  na  morzu  i  jestem 

zadowolona. Dziękuję za pomoc, do widzenia panu.  

Kłusem  puściała się  wzdłuż brzegu. W połowie drogi  spotkała Tolka z parasolem.  Na jej 

widok upuścił parasol. Przemknęła obok niego, śmiejąc się głośno, a zanim nieszczęsny wielbiciel 

złapał  parasol  i  wrócił,  Ari  już  się  przebierała.  Gospodyni  nalewała  herbatę  i  zwróciła  się  do 

wchodzącego Tolka: 

- Zaś pan nie może narzeczonej pilnować? Jeny! Jeny! Będzie choroba doch z pewnością. O 

jeny!  Zaś ale tak zmoknąć, nie? Od samego rana była wyjedzona, bez obiadu do tej pory. Ja już 

mam z tą panienką. Jeny! Jeny! 

A  Tolek  za  to  słowo  “narzeczona”  pokochał  poczciwą  panią  Gretę  razem  z  jej  mężem  i 

dziećmi  do  siódmego  pokolenia  włącznie.  Nie  mógł  się  tylko  doczekać,  kiedy  Ari  nareszcie 

skończy  to  przebieranie.  Tymczasem  cała  paczka  zebrała  się  już  w  pokoju  profesora,  więc  ulżył 

sobie przynajmniej tym, że barwnie opowiedział zgromadzonym, jak wyglądała Ari.  

-  Bo  ja  zawsze  profesorowi  mówię:  nie  puszczać  jej  samej  na  jezioro  -  odezwała  się  pani 

Kazimiera - jeszcze kiedy będzie nieszczęście.  

- Paniusieczko, jeżeli ma być, to i nie na jeziorze będzie - odparł profesor z flegmą.  

Weszła Ari, różowa, z błyszczącymi oczyma, usta miała tak czerwone, jakby je specjalnie i 

długo malowała. Na głowę, na biedne rozmoczone loki założyła biały szal i zawiązała go tak jak 

turban, spinając na środku lśniącą broszką. Ciepła, flanelowa, biała z pąsowym szlakiem sukienka 

jeszcze więcej podkreślała oryginalną urodę panny.  

background image

-  Ari,  jak  mi  Bóg  i  profesorek  miły,  tyś  powinna  zostać  ósmą  żoną  Sinobrodego.  Już 

morowszej Turczynki nie widziałem! - krzyknął Zdziś.  

- Może i zostanę, w każdym razie, kochanie, ty haremu pilnować nie będziesz. Tolek jest do 

tego jedyny z parasolem.  

- No a co ja będę w takim razie robił?  

- Będziesz uczył siedem żon gry w piłkę nożną.  

-  Bardzo  piękna  rola.  Dzieci,  warto  by  dziś  urządzić  jaką  tańcówkę  albo  co.  Na  dworze 

ziąb, wichura.  

- Brawo! Brawo! Dancing. A kogo zaprosimy? 

- Tylko naszych gospodarzy i gospodynie.  

Zdzisław  pognał  do  nauczyciela  poprosić  o  wypożyczenie  na  wieczór  sali  rekreacyjnej. 

Julian  przywlókł  swój  patefon.  Zabawa  przeciągnęła  się  do  czwartej  rano.  Na  drugi  dzień  cała 

osada o niczym innym nie mówiła, tylko o tym, że “te, co są z miasta przyjedzone, urządzili wej 

taką muzykę i tańce, jeny, jeny!” 

Ari spała do dziesiątej. Poszła potem pocztą wysłać felieton, a za nią “Wielki Nieodstępny”, 

jak przezwała Tolka. W samych drzwiach natknęła się na nieznajomego, który nazwał ją “małą”. 

Przelotnie spojrzeli na siebie. Adrianka odczuła nagły skurcz serca, coś w niej zadygotało. “Po co 

ten Tolek przylazł za mną?” - pomyślała zupełnie bez przyczyny. Nieznajomy zrobił jej miejsce w 

drzwiach, usuwając się na bok, i wyrzekł półgłosem: 

- Dzień dobry pani.  

- Dzień dobry panu - odpowiedziała i weszła do małego pokoiku poczty.  

Gdy wracali, Tolek spytał: 

- Czemu jesteś taka blada, Ari? Może serduszko boli? 

- Nie! - krótko odpowiedziała.  

- Znasz tego pana? 

- Znam.  

- Od kiedy? 

- Od wczoraj.  

- Tak? Gdzieś go poznała? 

- W wodzie. Ale, Toleczku, czy to takie ważne okropnie? 

- No, nie! Ale ja tylko przez ciekawość. Ma bardzo inteligentną twarz.  

- Prawda?! - z zapałem podchwyciła Ari.  

- Adrianko! 

- Co? 

background image

- On ci się podoba! - rzekł Tolek smutno.  

- Szalenie. Prawie zupełnie tak jak ty - po czym kategorycznie oświadczyła, że chce zostać 

sama, ponieważ musi “zebrać myśli”.  

- Już ja się domyślam. Będziesz “zbierała” w towarzystwie tego pana.  

- Więc dla równowagi idź, czyń to samo z panną Jasią.  

Usiadła nad jeziorem. Słońce grzało mocno. Adriance w duszy było jakoś strasznie szeroko, 

strasznie  pusto  i  smutno.  Przypomniała  sobie  “ocean”  i  “Stefa”.  Przecież,  o  ile  kogo  kochała  w 

życiu,  to  tylko  tego,  nigdy  nie  widzianego.  Więc  czemu  teraz  takie  dziwne  uczucie  tęsknoty  do 

człowieka,  z  którym  zamieniła  parę  słów,  dla  którego  była  zupełnie  obojętną,  jedną  z  tysiąca  jej 

podobnych? Co to jest, co to jest? Aż straciła spokój. Czuła, że jest zdenerwowana, a siedzenie i 

rozpamiętywanie tego, co przeżywa, jest groźne ze względu na otoczenie i na ojca. Ari nie wolno 

marszczyć czoła, bo jest złotą pszczółką. 

Poderwała się z miejsca i szła szybko, szybko, brzegiem jeziora, potem na duży pagórek i 

zbiegła w las. A tu mocno pachniała żywica i było zupełnie cicho. W dole błyskało szafirem drugie 

jezioro, wąskie i długie. Słońce rzucało setki srebrnych cekinów, rozpryskujących się po wodzie. 

Adriance nagle przyszła na myśl zwrotka piosenki.  

 

“Przy cichym słonku i przy pogodzie 

srebrne panienki tańczą na wodzie, 

wiatr ich leciuchne plącze sukienki... 

Tańczą na wodzie srebrne panienki.” p 

 

Wracała już wolniejszym krokiem, wiedząc, że i tak na obiad zdąży. Stołowali się wszyscy 

razem u właściciela zajazdu. Już zeszła z górki nad jezioro, gdy usłyszała, że ją ktoś woła:  

- Ari, Ari! 

Obejrzała się; był to “Wielki Nieodstępny”. Biegł ku niej, wywijając kapeluszem.  

- Szukam cię wszędzie. Już wiem, kto jest ten pan...  

 

 *** 

 

Manewrowała tak, by widzieć, kiedy Stefan Kryski będzie wychodził z domu, położonego 

tuż nad jeziorem. Nareszcie jest! Z wędką na ramieniu. Idzie w stronę lasu brzegiem jeziora. Ari 

płynie  prawie  równolegle  z  nim,  ale  w  pewnej  odległości.  Potem  wyprzedza  go,  skręca  łódką  w 

background image

prawo  i  kieruje  do  brzegu.  Są  teraz  blisko  siebie.  On  kłania  się  jej  i  mówi  spokojnym,  niskim 

głosem: 

- Dzień dobry pani.  

Adrianka blednie, ale wnet odzyskuje równowagę.  

- Dzień dobry. Pan na ryby? 

- Tak. Korzystam z pogody, choć ja chronicznie nie mam szczęścia.  

-  Doprawdy?  Proszę  zatem  wziąć  mnie  z  sobą,  ja  przyniosę  szczęście.  Niech  pan  siada, 

pojedziemy.  

- No, jeżeli pani łaskawa. Ale uprzedzam, że ja będę wiosłował. Nie przywykłem, by piękne 

panie mnie woziły. Pani daruje, że do tej pory nie przedstawiłem się pani, ale nie było sposobności. 

Kryski jestem.  

- A mnie na imię Ari... 

- Jak? - natężone oczekiwanie zabłysło w oczach mężczyzny.  

- Ari Żukowska. Czemu pan się tak zdziwił? 

-  Tak  sobie.  To  imię  dużo  mi  przypomina  wesołych  i  smutnych  chwil.  Pani  tu  jest  w 

towarzystwie tych panów z Krakowa, prawda? I jeszcze są tu dwie panie.  

-  Aha!  Jest  z  nami  i  profesor  Klaudius,  a  reszta  to  “malaria”.  Tylko  pani  Kazimiera  jest 

dziennikarką z zawodu.  

- Klaudius? Czy to nie ojciec tej dziennikarki.  

-  Tak.  Bardzo  się  cieszę,  że  pana  poznałam.  Moi  koledzy  nie  chcą  mnie  z  sobą  brać  na 

dalsze wycieczki, bo mam niby chore serce. A tak strasznie lubię z kimś tak się włóczyć, pan wie, 

po  najgorszych  wertepach.  Wobec  tego  muszę  pana  skusić  i  zaangażować  do  mej  przybocznej 

gwardii w charakterze kapitana.  

- Rozkaz, księżno! 

- O! Dlaczego księżno? 

- Któż może mieć przyboczną gwardię? Zresztą  do pani  twarzyczki  jakoś ten tytuł dobrze 

pasuje.  

- O, jaki pan miły! 

- Gdzież tam miły. Jestem stary, nudny dziad.  

- Ani pan nie jest stary, ani nudny. Jest pan daleko milszy od moich kolegów.  

- Pani mnie przecież nie zna.  

- Ja tak na oko. Dokąd mnie pan wiezie? 

-  Wedle  rozkazu  i  życzenia  na  “wertepy”.  Dopłyniemy  tam  do  tej  łączki  i  zaprowadzę 

księżniczkę w terytoria jej nie znane.  

background image

- Morowo, kapitanie. Czuję, że będę musiała szykować order.  

- Proszę spojrzeć na prawo. Jak ślicznie podrywa się w górę stado dzikich kaczek.  

Przechyliła głowę i patrzyła z zachwytem: szur, szur... szur... trzepoczą skrzydła jak garść 

liści rzuconych w powietrze, rozsypują się ptaki i znów w dali opadają na wodę.  

Maszerowali potem przez gęste zagajniki. Ari jednak nie mogła w myśli nie porównać Stefa 

z Jackiem na niekorzyść Jacka. Jak bajecznie Kryski czuł las, jak umiał podchwycić wszystko, co 

może  czarować  duszę  człowieka.  Niby  takie  nic.  Niby  jedna,  jedyna  brzózka  u  podnóża  góry, 

zarośniętej  tylko  krzakami.  Jedna  brzózka,  a  wokół  niej  podmokła  łąka  pokryta,  zasypana  bielą 

wełnianek i żółtych lilii wodnych. Ari sama nie zauważyłaby nawet uroku tego obrazka, ale z nią 

był Stef.  

- Księżniczko, proszę tu stanąć... nie, z tego miejsca lepiej, o tak, teraz... i popatrzeć tak pod 

słońce. 

- Cudne to jest. Ale, wie pan, trochę jakby smutne, czy nie? 

- Dużo rzeczy, księżniczko, właśnie dlatego jest pięknych, że smutnych.  

Spacerowali, a czas leciał i kiedy wsiedli, by jechać z powrotem, była czwarta.  

- Co pani robi wieczorem?  

- Przeważnie włóczę się z kolegami, ale może pan ma lepszy plan.  

-  Nie  wiem,  czy  lepszy,  za  to  trochę  inny.  Ot,  po  prostu,  chciałbym  księżnę  porwać  do 

siebie, by poznała moją matkę i siostrę. Będą bardzo szczęśliwe. Mam radio.  

- Dobrze! Przyjdę o siódmej - rzekła Ari.  

I Stefan, “stary chłop”, któremu wszystko w życiu szło na opak i który przysiągł sobie, że 

po ostatniej historii miłosnej z Ari Klaudius nie będzie zwracał na kobiety uwagi, Stefan Kryski z 

bijącym sercem spoglądał na drzwi i na zegar. Jego siostra i matka również, tak były spragnione 

wieści  ze  świata  na  tym  odludziu,  gdzie  mieszkały  prawie  od  trzech  lat,  nie  mogąc  się  zżyć  z 

otoczeniem.  

Pochodziły z okolic Krakowa. Po śmierci męża pani Kryska przeniosła się z córką do brata, 

który  był  tu  inspektorem  budowlanym,  miał  własny  domek  z  ogrodem  i  żył  starokawalerskim, 

spokojnym,  uregulowanym  życiem.  Po  roku  umarł,  zostawiając  siostrze  skromny  dobytek.  Pani 

Kryska miała prócz tego niewielką emeryturę po mężu. Nie była przyzwyczajona do luksusu, ale 

tęskniła do dużego miasta, do ludzi.  Zresztą, schorowana już i  zmęczona pracą całego życia, nie 

mogła ruszyć się stąd i zaczynać na nowo wszystkiego. Parę minut po siódmej ktoś zapukał.  

- Proszę! - zawołały trzy głosy.  

Weszła Ari, mocno zarumieniona. W ręku trzymała gitarę. Powitano ją serdecznie jak dobrą 

znajomą. Potem już buzia się panience nie zamykała. Trzepotała jak wiatrak o wszystkim naraz. O 

background image

Krakowie  i  Warszawie,  powtarzała  zabawne  wielkomiejskie  ploteczki,  opowiadała  anegdotki, 

podniecona jak nigdy jeszcze. Stefan uważnie jej się przyglądał, wreszcie wziął do ręki gitarę.  

- Pani gra? 

- Trochę, Zdziś mnie nauczył.  

- Niech nam pani co zaśpiewa - rzekła nieśmiało panna Zenia.  

- Dobrze.  

Stefan pomyślał: “Co za bajeczna prostota i naturalność”.  

Poprawiła się na krześle.  

- Najpierw naszą wspólnie ułożoną wycieczkową piosenkę. Muszę tylko dodać, że auta już 

nie mamy. Pojechało z powrotem do Krakowa.  

 

“Wędrujemy borem, lasem, 

choć nawali kicha czasem...” p 

 

I  tak  jedną  po  drugiej,  jedną  po  drugiej.  Trzy  pary  oczu  zawisły  na  uśmiechniętej 

twarzyczce, na policzku Ari, gdzie tworzył się mały dołeczek. Ari nie miała koncertowego głosu, 

ale bardzo świeży, bardzo miły i czysty, ot, taki sobie dzwoneczek radości.  

Po dziesiątej zaczęła się żegnać. Stefan postanowił ją odprowadzić.  

- Księżniczko, czekamy, czekamy pani. Co wieczór będziemy czekali.  

- Dobrze, proszę pani. Mnie tu z paniami jest daleko milej niż tam w moim pałacu.  

Całując serdecznie Zenię, Ari oświadczyła z uśmiechem rozpieszczonego dziecka: 

- Myślę, że zostaniemy przyjaciółkami, prawda? 

- Kiedy ja jestem straszny głąb, nie znam się na formach towarzyskich, nigdy nie bywałam 

nigdzie. Od lat siedzę przy mamusi i pełnię funkcję generalnej gospodyni. Mamusia chora, nawet 

chodzić nie może sama, nie miałam czasu nabrać ogłady.  

-  Ech,  to  wszystko  jest  blaga  i  głupstwo.  Mnie  pewno  jeszcze  więcej  brakuje  dobrych 

manier,  niż  się  pani  wydaje.  Wiem  tylko,  że  nie  należy  w  pokoju  pluć  na  dywan,  wiem,  że  nie 

wypada  rzucać  kremowym  ciastkiem  w  niesympatyczne  oblicze,  tak  jak  uczyniła  jedna  moja 

znajoma. Dobranoc.  

Wzięła gitarę pod pachę i wyszła ze Stefanem.  

- Jaki wspaniały wieczór. Czy nie miałby pan ochoty pójść jeszcze nad jezioro? 

- Owszem, myślę tylko, że będą się o panią niepokoić.  

- O! Już wszyscy przywykli do moich dziwactw. Jaka miła jest pana mamusia.  

- To samo pewno mówi teraz o pani do Zeni.  

background image

Zeszli  nad  jezioro.  Fale  uderzały  lekko  o  brzeg.  Stefan  spod  oka  spoglądał  na  panienkę: 

była  taka  cicha  teraz  i  uśmiechnięta.  Chciałoby  się  człowiekowi  otulić  ramionami  jej  smukłą, 

wiotką  postać  i  patrzeć  w  ciemne,  zadumane  oczy,  marzyć  o  czymś,  czego  nie  ogarnie  ludzki 

rozum.  Odpoczywać  po  całej  szarpaninie  życia.  To  samo  czuł  zawsze,  czytając  wiersze  i  listy 

Adrianki Klaudius. Kiedy ją sobie wyobrażał, przychodziła do niego taka właśnie panienka jak ta, 

co  milcząc,  idzie  obok  niego,  a  czasem  taka,  jaką  widział  dziś  u  siebie,  rozśpiewana,  dzwoniąca 

śmiechem i dowcipem, migocąca dwoma białymi klejnotami rąk. Ach, te ręce! Czy Ari Klaudius 

miała  też  w  rzeczywistości  takie  ręce,  proszące  o  pocałunki?  Wizja  tamtej  i  ta  żywa  zlały  się  w 

całość, która wołała “kochaj mnie”. Ale Stefan bał się już miłości.  

- Dlaczego pan nic nie mówi? 

-  Nie  chcę  księżniczki  nudzić.  Cóż  ja  mogę  takiemu  rozpieszczonemu  dziecku  wielkiego 

miasta powiedzieć ciekawego? 

-  Pan  źle  o  mnie  myśli,  sądząc  z  pozoru.  Nie  wiem,  czy  dziecko  wielkiego  miasta  z  taką 

rozkoszą pławiłoby się w wodzie, jak pan miał sposobność zauważyć.  

- To tylko fantazja.  

- Ee, bo się rozgniewam i pójdę sama.  

- Czy nie mówiłem, że jestem nudny? 

- Ciekawa jestem, jak w taką noc wygląda morze. Pan jest przecież marynarzem. Niech mi 

pan opowie o morzu.  

-  Byłem  marynarzem.  Teraz  jestem  bez  posady.  Morze,  księżniczko,  różnie  wygląda.  Nie 

mam krasomówczego talentu, nie potrafię o nim mówić pięknie i zajmująco, jak pani o wszystkim. 

W pogodną noc, gdy się płynie i słychać tylko warkot maszyn i szum fal, można je określić jako 

“zapomnienie”.  Wchłania  w  siebie  wszystkie  myśli,  wszystkie  smutki.  Jest  tylko  nieskończony, 

szumiący cień u stóp i drugi, cichy i nieodgadniony nad głowami. Czy pani nie chłodno? 

- Nie. Kapitanie, proszę mnie wziąć z sobą jutro na spacer od rana, dobrze? 

- Rozkaz, księżniczko.  

Potem niewiele już ze sobą mówili. Jedno i drugie czuło, że nie może oprzeć się potędze 

czaru,  który  wiąże  z  sobą  serca.  Ari  przed  owym  uczuciem  nie  chciała  uciekać,  dla  niej  to  było 

szczęście.  Stefana  brał  lęk  i  zdziwienie,  że  tak  nagle,  tak  od  razu  zaczął  przegrywać.  Każde 

spojrzenie  Adrianki  i  każdy  jej  uśmiech  był  nową  klęską.  Przyszedł  do  domu  zły  na  siebie  i  na 

Adriankę.  Otworzył  biurko  i  przeglądał  po  kolei  listy  panny  Klaudius,  ale  spomiędzy  liter 

wyglądała ciągle twarzyczka ze słodkim dołkiem na lewym policzku.  

-  Coś  niesamowitego,  jak  ta  księżniczka  przypomina  mi  tamtą.  Co  za  dziwny  zbieg 

okoliczności.  

background image

Rano  postanowił  uniknąć  spaceru  z  panienką.  Wziął  wędki  i  poszedł  nad  wodę,  ale  tu 

niespodzianie zastał Adriankę w towarzystwie trzech panów. Grali w karty. Nim zdążył pomyśleć o 

odwrocie, zobaczyła go i rzuciła karty na ziemię.  

- Panie kapitanie, proszę tu przyjść w tej chwili.  

Nie wypadało uciekać. Podszedł.  

- Panowie, oto mój nowy kapitan gwardii. Kapitanie, oto twoi koledzy. Równaj front!  

Ustawili się rzędem i po kolei ściskali rękę Kryskiego.  

-  A  teraz  możecie  wracać  do  zajęć,  ja  sama  zaznajomię  kapitana  z  obowiązkami  i 

regulaminem. Tolek, przynieś mi szal, powiedz ta... powiedz profesorowi, że poszłam na spacer z 

panem Kryskim i pewno spóźnię się na obiad.  

- Księżniczka jest, jak widzę, niesłychanie imperatywna.  

- O, tak.  

- Dlaczego pan tak starannie omijał dotąd nasze miłe towarzystwo? My jesteśmy naprawdę 

kochani chłopcy - rzekł Zdzisław.  

-  Nie  chciałem  się  narzucać,  ale  teraz  skorzystam.  Tu  życie  jest  bardzo  ciężkie,  choćby 

dlatego, że nie ma po prostu z kim słowa zamienić.  

- Mam wrażenie, że mało pan skorzysta z naszego towarzystwa. Widzę to po minie Ari.  

- Moi chłopcy, tylko nie narzekajcie. Słodzę wam życie cały rok, a teraz...  

- ... Postanowiła pani osłodzić skromnemu samotnikowi. Jakie złote serduszko - uśmiechnął 

się Stefan.  

- Ona pana “uwiądnie” w trzy dni.  

- Zdzisiek, bez dowcipów.  

-  Chcesz,  żebym  płakał  po  tej  stracie,  chcesz,  żebym  się  powiesił,  utopił?  Dobrze,  ale 

pamiętaj, że cię będę po śmierci straszył jako upiór.  

-  Dobrze,  przyjdź,  a  ja  cię  będę  prowadziła  na  łańcuszku:  “Autentyczny  żywy  upiór.  Za 

jedyne 25 groszy połyka własną głowę”.  

Przybiegł Tolek z szalem. Ari owinęła się nim malowniczo.  

- Idziemy, kapitanie. Salem alejkum, chłopcy.  

- Alejkum salem. Niech Allach strzeże twego serca i żołądka.  

- Allachowa twego rozumu, Zdzisiuniu.  

Odeszła z kapitanem. Chłopcy patrzyli osowiale.  

- Żebym tak połykaczem noży został, jeżeli ten kapitan nie sprzątnie nam Adrianki  - rzekł 

Zdzisław. A Julian, patrząc na wodę, odparł: 

- Ktoś ją kiedyś sprzątnąć musi, ale ona i tak jest nasza Ari księżniczka. Idę na ryby.  

background image

Gdy  dobrze  spóźniona  wróciła  na  obiad,  profesor  popatrzył  na  nią  uważnie,  pogładził 

roztrzęsione loki.  

- Złota pszczółko, zaczął się twój królewski lot! 

- Tak, tatusiu, i nie gniewaj się, że teraz rzadko będę z tobą.  

- Wiem, Ari.  

 

 *** 

 

Jak cudownie, jak radośnie płynęły teraz Adriance dzionki. Zupełnie niby bańki mydlane, 

coraz  to  innymi  kolorami  tęczy  grające.  Pogoda  na  ogół  dopisywała,  chodziła  więc  Adrianka  ze 

Stefanem na dalekie spacery. On wynajdywał coraz to piękniejsze uroczyska, zakątki rzadko przez 

ludzi  odwiedzane.  Podziwiała  jego  kulturę  artystyczną,  tak  jak  on  musiał  podziwiać  jej  miłość 

swobody i natury.  

Ari  przywołała  wszystkie  swoje  najładniejsze  uśmiechy,  wszystkie  najczarowniejsze 

spojrzenia.  Była  teraz  jak  łąka  w  słońcu  miodem  pachnąca.  Całą  kobiecość  skoncentrowała,  by 

rzucić  ją  do  stóp  kochanego  człowieka.  Teraz  już  nie  analizowała.  Wiedziała,  że  go  kocha.  Gdy 

czasem wziął ją mimo woli za rękę, drżała pod tym dotknięciem i bladła. Nie pytała siebie, za co i 

dlaczego właśnie jego spomiędzy wszystkich młodszych i piękniejszych wybrała.  

Tylko  Stefan  trzymał  się  dzielnie.  Gdy  wieczorem  patrzył  na  Adriankę,  siedzącą  u  stóp 

matki,  to  znów  tańczącą,  rozgadaną,  rozdokazywaną,  tryskającą  werwą  i  humorem,  z  całej  mocy 

bronił się, by nawet w myśli nie nazywać jej “moje kochanie”. Ale matka jego i siostra tylko tak o 

niej mówiły.  

Wiedział  tylko,  że  przebywa  w  towarzystwie  dziewczyny,  o  której  nic  nie  wie,  której 

pragnie  aż  do  bólu.  Więc  choć  Ari  w  mózgu  i  sercu  czyniła  mu  szalony  wir,  mówił  sobie: 

“Baczność! Trzymaj się, to kokietka”. A przecież każdego nowego jutra, każdego nowego spaceru 

czekał z gorączkową niecierpliwością. Dla niej szukał najcudniejszych zakątków, tylko z nią mógł 

całymi godzinami obserwować loty dzikich kaczek, bo wiedział, że wtedy zapłoną jej oczy. Tylko 

dla niej i  z nią mógł  godzinami  pływać po jeziorze, by znaleźę białe łabędzie z młodymi. On to 

kochał, ale z radością widział, że i dla niej każdy nieudolny jeszcze ruch łapek małego kaczątka, 

każdy wzlot wielkiego białego ptaka, każdy żałosny jęk derkacza był źródłem nowego szczęścia. A 

przecież chciał tylko tyle, by tej czarującej dziewczynie było dobrze.  

Powoli,  powoli  Adrianka  zaczęła  wyciągać  go  na  zwierzenia,  więc  opowiadał  o  swych 

podróżach i tysięcznych niebezpieczeństwach, na jakie był narażony, zawsze jednak w ten sposób, 

background image

by  stanąć  w  jak  najmniej  korzystnym  świetle.  Ale  to  tylko  bardziej  brało  Adriankę.  Dla  niej  był 

bohaterem, któremu działa się krzywda.  

Kiedyś spytała go pół żartem, pół serio o ostatnią miłość.  

- Ostatnią moją miłością była Ari Klaudius. Może zresztą tylko marzeniem o miłości.  

- A gdyby pan ją spotkał? 

- Nie wiem, księżniczko, czy czułbym się szczęśliwszy niż teraz. Przecież wiem dobrze, że 

ani  ja  dla  niej,  ani  ona  dla  mnie.  Poznałem  panią  i  jestem  bardzo  oddanym  adiutantem.  Z  panią 

mówię  o  wszystkim,  tak  jak  ze  starym  druhem  i  mam  pewność,  że  choć  nieraz  nudzę,  to  jestem 

zrozumiany.  Wobec  pani  młodych  przyjaciół,  którzy,  jak  widzę,  potracili  dla  księżniczki  głowy, 

jestem bardzo stary, bardzo szary, nie umiem prawić słodkich słów.  

- Ja wcale nie chcę słodkich słów. Gdy pan opowiada, jestem z panem wszędzie. Nocuję w 

tym obrzydliwym, dusznym, noclegowym domu na gołej desce, jadę na dachu w mroźną noc przez 

zimną, okrutną Rosję i oglądam chińskie pagody, patrzę na bezkresny piasek pustyni, o Stef!  

Spojrzał  na nią bacznie, uderzony dźwiękiem  głosu tak zawsze dziecięco świeżego. Oczy 

miała zamglone łzami.  

- Pani jest bardzo wrażliwa.  

- Zdaje się, że tak. Niech pan jeszcze coś opowie.  

-  Myślę,  że  będę  musiał  księżniczce  pokazać  zaczarowane  jezioro  -  powiedział  po  długiej 

chwili milczenia.  

- Zaczarowane?  

- Tak. Jest tu takie. Sam je wynalazłem i siedziałem często i długo. Ma ono dziwny urok. Po 

prostu mówi do duszy. Nad nim trzeba marzyć o miłości.  

- Proszę mnie tam zaprowadzić.  

- Dobrze, ale księżniczka weźmie ze sobą gitarę.  

- Tak - szepnęła Ari.  

Szli teraz pod górkę. Ari dźwigała wielki bukiet dla pani Kryskiej. Zdyszała się trochę.  

- Czy mogę wziąć księżniczkę pod rękę? 

Znowu  tylko  szept:  “tak!”  i  oczy  spuszczone.  Ale  kiedy  poczuła  jego  muskularne  twarde 

ramię,  kiedy  oparła  się  o  niego  pierwszy  raz  od  czasu  ich  znajomości,  zbladła  mocno,  zadrżała. 

Musi, musi powiedzieć, że go kocha, że chce utonąć w tych ramionach i nie odchodzić nigdy.  

- Co pani jest? Zmęczone biedactwo? 

- Nie... tak... ja sama nie wiem.  

background image

Serce  mu  zaczęło  dzwonić.  Och,  ile  trzeba  mieć  odwagi,  by  prowadzić  taką  wiotką 

kruszynę, a nie zgnieść jej w uścisku. Nie wolno, nie wolno. Ari i Tolek! Przecież ich coś z sobą 

łączy.  

-  Panno  Ari,  niech  mnie  pani  nie  kokietuje,  niech  pani  przestanie  na  mnie  patrzeć,  to 

naprawdę nie wypada.  

- A ja chcę.  

- Wiem, że maleństwo jest kapryśne, ale dużo rzeczy można chcieć, a nie wolno czynić.  

- Pan się mnie boi.  

- Tak jest.  

Poszła naprzód, zostawiając go parę kroków za sobą. Potem odwróciła się nagle.  

- Pan mi mówił, że korespondował z Ari Klaudius. Cóż pan jej pisał? 

- Ot tak, wszystko, co czułem. Starałem się tylko zawsze jak najstaranniej ukryć swą nudną, 

smutną  naturę.  Pisałem  na  wesoło,  nie  chcąc,  by  się  nużyła  jeremiadami,  ale  to  bardzo  subtelna 

kobieta.  Z  kłębka  pogmatwanych,  niby  ot  tak  beztrosko  rzucanych  zdań,  szybko  wyciągnęła 

niteczkę wątku. Pani też to potrafi.  

- Dlaczego pan przestał do niej pisać? 

- Prosiłem raz, by przyjechała do Gdańska. Bardzo pragnąłem ją poznać. Chciałem całować 

tylko jej ręce. Nie przyjechała, nie dała znaku życia więcej.  

-  Profesor  mi  opowiadał  -  rzekła  drżącym  głosem  Ari,  że  panna  Klaudius  wybierała  się 

właśnie do Gdańska i bardzo się z tego cieszyła. Ona lubi podróże. Ale dostali depeszę, że mała 

siostrzenica  jest  umierająca  i  pojechała  tam.  Potem  sama  zachorowała  na  szkarlatynę.  Panie 

Stefanie, co panu?  

Przystanął i stał blady z przymkniętymi oczami. Nie mógł wykrztusić ani słowa. “Więc to 

tak? Biedna, biedna Ari Klaudius. A teraz jest na jej miejsce inna. Tamta go kochała może, a ta się 

nim bawi może. Co robić, co robić teraz?” 

Ten spacer trwał krócej niż zwykle. Ari wsunęła rękę pod ramię Stefana i powiedziała: 

- Chodźmy do domu, Stef, czekają na mnie z obiadem.  

- Adrianka Klaudius też tak skracała moje imię - nagłe bolesne wspomnienie.  

- Stef! Pan ma śliczne usta.  

- Oho! Zaczyna się seria nowych żarcików.  

-  I  strasznie  miłe  spojrzenie.  No,  niechże  pan  teraz  nie  liczy  mew,  tylko  popatrzy  na 

księżniczkę. Czy jestem miła? 

- Tak! (“Moja Ari też była taka, taka bliska, taka kochana” - myślał).  

- No więc proszę przyjąć do wiadomości, że nie zobaczy mnie pan całe trzy dni.  

background image

Spojrzał z niepokojem.  

- Dlaczego? 

-  Jedziemy  na  wycieczkę  do  Gdyni.  Niech  się  pan  cieszy,  że  przestanę  go  wyciągać  na 

włóczęgi i... do widzenia. Widzę już moją gwardię, biegnę do nich. 

Przystanęli.  

- Wesołej zabawy, księżniczko. Proszę zabrać z sobą coś ciepłego, tam może być chłodniej 

niż tu.  

- Dziękuję! Do zobaczenia, kapitanie.  

Po koleżeńsku uścisnęli sobie dłonie. Rozeszli się. Ona do swoich, by im oznajmić, że ma 

ochotę jechać do Gdyni, on do domu. Było mu nieznośnie przykro. Całe trzy dni! Całe trzy dni nie 

słyszeć jej radosnego głosu, nie widzieć jej minek, jej uśmiechów. Znowu sam.  Zapomniał w tej 

chwili nawet o Ari Klaudius.  

Chłopcy  przyjęli  projekt  Ari  z  zachwytem  (ten  stały  zachwyt  był  jednym  z  punktów 

regulaminu gwardii), choć nieraz już morze widzieli. Ale Ari była tu pierwszy raz. I gdy stanęła na 

brzegu  i  wytężyła  oczy  w  dal,  zdławiło  ją  poczucie,  że  jest  taka  bardzo,  bardzo  maleńka  wobec 

masy tego życia, jakie zawiera w sobie morze.  

Czymże są jej kłopoty i radości wobec onej potęgi, co z hukiem wartuje u granic lądu, na 

którym kręcą się podobne jej mrówki? Czy potrafi kiedykolwiek podziękować Stwórcy za ten cud i 

za to, że ma oczy? Czy potrafi wyrazić melodię, jaką tworzy szum fal i gra jej rozkołysanego jak 

morze serca?  

 

“A wkoło taki spokój i harmonia, 

słońce się wodzie kochaniem uśmiecha, 

wiecznością dźwięczy cicha monotonia, 

szelestów fali. Jakieś siwe echa 

błądzą w przestrzeni. Czy echa prabytu? 

Błądzą, szeleszczą i czekają świtu 

nowego słońca. Tu nic się nie zmieni. 

Tu będzie zawsze potęga Przestrzeni. p 

Daj mi raz, Boże, zadrgać orlim lotem 

hen! Ponad światem! Niech w głowie zaszumi 

rozpęd szalony raz jeden. A potem 

niech mi gra fali bicie serca stłumi, 

serca, co było jak wulkan gorące, 

background image

serca, co czuło i morze, i słońce!” p 

 

I  ten  szept  Adrianki  był  jej  jedyną  w  tej  chwili  modlitwą.  A  potem  przyszła  tęsknota. 

Tęsknota do człowieka, który, wiedziała, umiał czuć tak jak ona. Nie wiedziała natomiast, że i Stef 

włóczył się samotnie nad jeziorem, po lesie, deptał ścieżki, którymi chodzili razem i wciąż myślał 

tylko o tym, że z małą księżniczką było mu stokroć milej, a wszystko wokół miało zupełnie inny 

urok, oglądane przez pryzmat  szarozielonych oczu wesołej panienki.  I jedno już tylko  teraz miał 

pragnienie: “wróć, mały, roześmiany skowronku, wróć, zalotna, kapryśna księżniczko!” 

Ari  wróciła  niby  taka  sama,  jak  zwykle  niefrasobliwie  wesoła,  ale  teraz  każde  uderzenie 

serca  było  już  tylko  tęsknotą  i  wołaniem:  Stef!  Stef!  Ponieważ  przyjechali  wieczorem,  więc 

zobaczyła go dopiero rano. On sam wyszedł na jej spotkanie. Wyciągnęła impulsywnie obie ręce i 

krzyknęła zdławionym głosem: 

- Och, Stef! Jakie cudne było morze i jak źle bez pana.  

Dłużej niż zawsze dotąd przytrzymał opalone łapki w swoich.  

- Księżniczko! I mnie było bardzo, bardzo pusto i niedobrze.  

Nie kłamał wcale.  

- Idziemy na spacer? 

- Oczywiście! 

- Prowadź, kapitanie.  

Szli milcząc kawał drogi aż do małego, zacisznego lasku.  

- Może usiądziemy? - zaproponowała Ari.  

Nie oponował. Leciutko oparła się o niego ramieniem. Chciało jej się płakać.  

- Niechże mi pan powie coś miłego.  

- No to niech pani spojrzy na ten wąwóz. Czy nie cudowny? Była pani w Szwajcarii? 

- Nie.  

- Zupełnie podobny miejscami krajobraz. Tu raz szedłem nocą, tym wąwozem. Zabłądziłem 

i wlazłem na niemiecką stronę. Słyszę szwargot strażników. Ciemno, nosa własnego nie widać, a 

według  określeń  pani,  jak  u  Murzyna  w  żołądku  po  czarnej  kawie  w  ciemną  noc.  Nie  znałem 

jeszcze tych stron dobrze. No, myślę sobie: niech mnie teraz capną. Tu Szwaby, a z drugiej strony 

moje rodzone Polaki mogą mnie ustrzelić, jak się będę ku nim zbyt gwałtownie pchał. Przeleżałem 

w  krzakach  do  świtu,  a  potem  z  pomocą  Bożą  i  znajomego  strażnika  wróciłem  do  domu.  Niech 

pani uważa, to jest perkoz dwuczuby. Musi dziennie zjeść trzy razy tyle ryb, ile sam waży.  

Ale Ari uderzyła pięścią w mech.  

- Nie chcę perkoza, i nie chcę wąwozu, i nie chcę pana... - i rozpłakała się.  

background image

Stefan od razu zapomniał o całym świecie.  

- Ależ księżniczko Ari. Maleństwo! Co się stało? Może nieporozumienie z narzeczonym? 

Podniosła głowę.  

- Z jakim znowu narzeczonym? 

- Z panem Tolkiem.  

-  Tak,  właśnie!  Z  narzeczonym,  z  mężem,  z  teściową,  z  sześciorgiem  dzieci  i  z  królem 

hiszpańskim. Niech pan sobie idzie, nie chcę pana widzieć.  

- Dobrze - wstał, ukłonił się i poszedł w stronę granicy niemieckiej.  

Ari zerwała się też i pędem pobiegła do domu. Umyła się, uczesała, wzięła gitarę i poszła 

do pani Kryskiej.  

- Księżniczka przyszła. Nareszcie. A gdzież Stef? 

- Nie wiem, poszedł sobie, nie cierpię go.  

- Aha! Sprzeczka. Oj, księżniczko, nie bałamuć mi syna. Chodzi już jak potłuczony od okna 

do okna; niech tylko Ari później wstanie.  

- Ja też, proszę pani, chodzę jak potłuczona, a on nie daje się zbałamucić.  

Panna Zenia wybuchnęła śmiechem.  

-  Miałaś  rację,  mateczko.  Tu  się  najwyraźniej  coś  święci.  W  każdym  razie  ja  mojej 

księżniczce nie dam zrobić krzywdy.  

- Damo dworu, pani jest w każdym calu czarująca. Co mam zaśpiewać? 

- Piosenkę o białych pawiach - zawołały obie panie.  

 

“Raz ktoś księżniczce cud urody 

darował białe pawie trzy. 

I poszła z nimi na ogrody, 

piękna księżniczka, pawie trzy. 

 

Chodziła z nimi po murawie, 

od rana aż po mroku ćmy 

i pieszcząc swoje dziwne pawie, 

śpiewała poprzez łzy. p 

O, pawie! 

O, moje białe, białe pawie! 

Tęsknotę sercu memu ścielą, 

zaczarowały mnie swą bielą 

background image

i sny srebrzyste śnię na jawie, 

o, pawie! p 

Gdy na spoczynek szła księżniczka, 

a za nią białych pawi sznur, 

dwór patrzył smutno w pani liczka 

i w dziwnych pawi biały sznur. p 

A gdy zasnęła cała w bieli 

i przy niej pawie w krasie piór 

drzemały cicho przy pościeli, 

księżniczce nucił chór.” p 

 

Panna Zenia objęła Adriankę i śpiewały razem: 

 

“O, pawie! 

O, dziwne białe, białe pawie! 

Tęsknotę sercu pani ścielą, 

zaczarowały ją swą bielą. 

I sny srebrzyste śni na jawie, 

o, pawie!” p 

 

Po śniadej twarzy panny Zenony płynęły łzy. Jak dawno pożegnała już swój srebrzysty sen. 

W  pokoju  było  cicho.  Pani  Kryska  ukołysana  śpiewem,  drzemała.  Panny  siedziały,  nie  zapalając 

lampy. Wszedł Stefan. Na widok Ari chmurną twarz przebiegł płomień. Staruszka otworzyła oczy.  

- Coś ty znowu przeskrobał, włóczykiju? Przeproś zaraz nasze słoneczko.  

- Ja przepraszać bardzo lubię i uczynię to z przyjemnością, ale swoją drogą księżniczka jest 

rozpieszczony wielki kaprys.  

Ucałował obie ręce panienki, a ona pochyliła twarz tak nisko, że musnęła policzkiem czoło 

Stefana. Gorąco mu się zrobiło i żeby coś powiedzieć, żeby ukryć wzruszenie, rzekł: 

- Czy mamusia zauważyła, jakie piękne ręce ma to “słoneczko”? 

- Ja dużo jeszcze rzeczy zauważyłam. Zeniusia, podaj herbatkę.  

Stefan usadowił się koło Ari i szepnął: 

- Pójdzie księżniczka jutro nad “zaczarowane”? 

- Pójdę! - krzyknęła podskoczywszy na krześle.  

background image

- Słuchaj, Stef, ty mi Adrianki po żadnych dziurach nie prowadzaj. Siedzielibyście ot, tutaj 

sobie, ja wielu rzeczy nie dosłyszę, możecie i tak wszystko co trzeba powiedzieć,  

- Ależ, mateczko!  

- Nie zawracaj głowy, osłodź pani herbatę.  

Gdy Stefan, jak zwykle, odprowadził Adriankę, nie wrócił do domu. Poszedł prosto drogą 

zalaną księżycową poświatą i z góry widział jezioro tak ciche i srebrzyste jak sen dziecka.  

Serce  Kryskiego  zalała  fala  bezbrzeżnej  tęsknoty.  Znów,  jak  ongiś,  doznał  pragnienia 

śmierci  i  poczuł  się  takim  tułaczem,  takim  samotnikiem,  że  go  to  niemal  dusiło.  Było  coś 

niesamowitego  w  srebrnej  ciszy  uśpionego  jeziora,  jakby  mu  ono  wyrwało  wszystkie  nerwy. 

Przypomniał sobie balladę Ari Klaudius, a właściwie jedną tylko jej zwrotkę: 

 

“A tuman jasnych postaci 

krąży w szalonym tanie, 

śmieje się srebrnym śmiechem. 

Mgły drgają srebrnym echem 

i tłumy jasnych postaci 

na rozelśnionej połaci. 

Oczy mnie bolą... bolą... bolą... 

Wszędzie srebro... srebro... srebro! 

Za swoją srebrną dolą 

idę... płynę!” p 

 

Jego dolą i niedolą, nie wiadomo kiedy, stała się Adrianka. Błyskotliwa, radosna laleczka, 

którą  sobie  wyczarował,  czytając  listy  innej.  Odejdzie.  A  on  będzie  spoglądał  przez  długi  szereg 

nocy na tę wodę sam, na wodę, która we dnie ma kolor oczu Adrianki. Nie wie, kto ona, ale wie, że 

bez niej trudno mu będzie żyć. I choćby go nawet kochała, bo przecież czasem patrzy tak miłośnie, 

tak  urocznie,  to  czy  ma  prawo  związać  swoje  tułacze  życie  z  jej  młodym,  radosnym,  gwarnym 

życiątkiem? 

Teraz jest bez posady, nie wiadomo kiedy i gdzie wyruszy. Nigdy nie chciał robić kariery, 

choć  tysiąckrotnie  miał  sposobność.  Jego  koledzy  są  na  stanowiskach,  umieli  łapać  chwile 

odpowiednie. On nie. Trudno! Jest już za stary, by zmienić sposób myślenia. Za stary! 

Postanowił zejść na dół i wrócić brzegiem jeziora. Schodził z góry między dwoma łanami 

zboża, zamyślony. Wtem, tam na dole, w łódce na brzeg wyciągniętej, ujrzał dwie osoby. Ari! To 

sukienka i biały szal Ari. Serce mu zastygło na moment. Ari siedziała wtulona w ramiona męskie. 

background image

Pot  wystąpił na czoło  Kryskiego.  To nie Tolek,  więc znów inny.  Każdy  krok sprawiał  mu  ostry, 

dojmujący fizyczny ból. Zaciskał zęby.  

Siedzieli odwróceni do niego tyłem.  

- Tatusiu, tak mi ciężko stąd odjeżdżać. To jest moje jezioro. Ja jestem jego księżniczką.  

- Tak, Ari.  

- I znów do pracy, do tego pisania. Coś przecież robić trzeba. Ale teraz... teraz wcale mi się 

nie chce.  

- Wiem, córeczko.  

-  Imogenka  pisze,  że  jest  im  z  Wiktorem  bardzo  dobrze  z  Lilusią.  Całe  szczęście,  że  mu 

wywietrzałam z głowy. Oj, tatuś!... Tęskno mi! 

- To dobrze, Ari. Czujesz, że żyjesz. Tęsknota jest twórcza.  

Pod  Stefanem  ugięły  się  nogi.  Nie  mógł  zrobić  ani  kroku  dalej.  Spojrzał  na  jezioro,  na 

księżyc, na miedzianolitą główkę Adrianki i szepnął tylko: 

- Boże Dobry! Boże Dobry! 

Położył się w trawie mokrej od rosy i płakał, jak parę lat temu Jacek Zeler.  

 

 *** 

 

Rano Adrianka wrzuciła przez okno pęk chabrów do pokoju pani Kryskiej i zawołała: 

- Dzień dobry! 

- Witaj, księżniczko, jak to, nie wejdziesz do nas? 

- Damo  dworu,  Zenono, czy nie będzie to  wbrew ceremoniałowi  pałacowemu,  jeśli  wejdę 

przez okno? 

-  Ceremoniał  dworski  każe  zasadniczo  wchodzić  kominem,  no  ale  tym  razem  jakoś 

prawidła etykiety obejdziemy.  

Cała  cnotliwa  ludność  osady  ze  zgrozą  ujrzała  pannę  wchodzącą  oknem  do  obcego 

mieszkania.  

- A gdzie pan Stef? 

- Robi porządek w swoim pokoju. Zawołam go.  

-  O,  dobrze.  Chcę  pójść  wcześniej  i  wcześniej  wrócić,  by  tu  przyjść  wieczorem  z  ta...  z 

panem profesorem Klaudiusem.  

Zenia uśmiechnęła się leciutko.  

- Będziemy czekać niecierpliwie, jak zawsze. Pani musi bardzo lubić profesora?  

- O tak, zupełnie jak ojca.  

background image

Zenia znów się dyskretnie uśmiechnęła i wyszła, bo właśnie zjawił się Stefan. Podszedł do 

Adrianki i ucałował obie jej ręce długo i mocno. Ze zdziwieniem zauważyła, że jest bardzo blady i 

bardzo wzruszony. Głos mu drżał, gdy zapytał niby wesoło:  

- Jakże, księżniczko, idziemy nad “zaczarowane”? 

- Tak, tak!  

- A gitara jest? 

- Jest.  

-  No  to  jedziemy  łódką.  Księżniczka  będzie  grała  i  śpiewała,  a  ja,  pokorny  niewolnik,  u 

wiosła i steru.  

Pojechali.  Woda  była  lekko  wzburzona  i  słońce  łamało  się  na  niej  w  miliony  złotych 

stokrotek. Ari uśmiechnięta pokazała znów wszystkie ząbki i dołeczek na lewym policzku. Skośne 

oczy lśniły spod zawiniętych w górę rzęs jak dwie pokusy:  

 

“Przy cichym słonku i przy pogodzie 

srebrne panienki tańczą po wodzie, 

wiatr im rozwija, plącze sukienki, 

tańczą! Wciąż tańczą srebrne panienki.” p 

 

- Księżniczko, masz oczy jak morze.  

- Ooo! I jeszcze co? 

- I usta jak maki! 

- Jestem nieprzytomna. I jeszcze co? 

- I ręce jak dwa białe, do lotu zerwane łabędzie.  

- Kapitanie, czuję bliskość zaczarowanego jeziora.  

- Ja też. Tam wysiądziemy i pójdziemy pieszo.  

- Czy mogę kapitana wziąć pod rękę? 

- Służę.  

Szli przez mały lasek, potem szeroką piaszczystą drogą w dół i w dół, aż do lasu dużego, 

zarosłego paprocią i mchem.  

- Teraz już niedaleko. Księżniczka zmęczona?! 

- Tak - szepnęła.  

Wiedziała,  że  idzie  w  mrok  jakiejś  tajemnicy,  jakiegoś  Nieznanego.  Ogarniało  ją  takie 

wzruszenie,  że  zupełnie  słabła.  Przystanęli.  Spojrzała  w  oczy  Stefana  mocno,  gorąco,  błagalnie, 

wargi jej drgnęły.  

background image

-  Co  mówisz,  księżniczko?  -  szepnął  Stefan  i  wpatrzył  się  w  najcudowniejsze,  zamglone 

oczy.  

- Nic, tak tylko.  

- Chodźmy - rzekł krótko, uciekając przed zawrotnym pragnieniem. 

Jeszcze parę kroków i stanęli nad małą, szmaragdową, niemal okrągłą tafelką. Dookoła niej 

wspinał  się na pagórki  las sosnowy, młody, o poszyciu  z wrzosów. Słońce oświetlało  wspaniale, 

lecz  nie  ostro  szklane  lustro.  Białe  nenufary  nadsłuchiwały  pieśni  miłosnej  błękitnych  i 

srebrzystych ważek.  

Długą chwilę stali w milczeniu, patrząc na wodę. Miało się wrażenie, że duch jeziora krąży 

wokół i kołysze się na liściach lilii i trzyma palec na ustach.  

- Boże, jak tu cudnie.  

- A widzisz, księżniczko.  

- A teraz chodźmy z drugiej strony, tam na wrzosy.  

Ari po drodze urwała parę nenufarów i wpięła we włosy. Potem usiedli obok siebie.  

- Ładnie mi w tych kwiatach? 

- Ślicznie.  

Westchnęła.  Wyciągnęła  się  we  wrzosach,  położyła  głowę  na  kolanach  Kryskiego. 

Znieruchomiał.  

- Dlaczego pan wciąż odwraca głowę, Stef. Nie chce pan patrzeć na mnie? 

- Chcę, ale nie mogę. I nie chcę wierzyć oczom księżniczki.  

Znów  ogarniało  ich  skrzydłami  opiekuńczymi  milczenie  i  tylko  oczy  oczu  szukały  z 

tęsknotą.  

- Dlaczego pan wierzyć mi nie chce, Stef? 

- Nie wolno mi.  

- Czy pan wciąż jeszcze kocha Ari Klaudius? 

- Tak.  

Odsunęła się od niego i gryzła źdźbło trawy.  

- Przecież ja już za dziesięć dni wyjeżdżam - powiedziała żałośnie i rozpłakała się.  

Klęknął  przy  niej,  objął  jak  małe  dziecko  i  tuląc  do  piersi,  mówił  zapatrzony  w  drgające 

usteczka: 

-  Moje  małe,  najmilsze,  moje  słoneczko!  Nie  płacz.  Taka  mądra  osóbka,  taki  wisus  w 

spódnicy, płacze? Ari Klaudius maśli się? 

Otworzyła oczy.  

- No więc jak jest z tą Klaudius, czy to ja... czy nie ja? 

background image

- Ty, moja najsłodsza, ty, coś takie listy kochane do mnie pisała. Ty jedyna, jedyna.  

- A widzisz! - i zawiązała ręce na jego szyi.  

 

Wracali pod rękę.  

- Ari moja, co ja tu będę robił bez ciebie, najmilsza? 

- Nie pozwól mi odjechać.  

- Tego mi zrobić nie wolno, Adrianko. Nie wolno mi zabierać cię tylko dla siebie i zakopać 

w takiej dziurze, to byłaby zbrodnia.  

- A nie będzie zbrodnia, gdy każesz umierać mi z tęsknoty? 

- Nie, Ari, będziesz żyć, będziesz się śmiać i śpiewać, będziesz słoneczkiem dla otoczenia. 

Ja jestem szczęśliwy, że mam twoje serduszko, Ari. Nigdy tak nie kochałem. Będzie mi świeciło do 

końca życia wspomnienie o tobie, maleńka.  

- Nie mów tak, ja chcę być z tobą. 

- Będziesz ze mną, Ari, serduszkiem. Nie mówmy już o tym, księżniczko.  

Wieczorem  siedzieli  obok  siebie  szczęśliwi,  roześmiani.  Pani  Kryska  uśmiechała  się  też  z 

czułością, patrząc na głowę Ari przytuloną do ramienia Stefana.  

Teraz już całe dnie od rana do wieczora spędzali razem, najczęściej nad “zaczarowanym” 

jeziorkiem. Ari chciała wynagrodzić Stefanowi swą miłością całą mękę i wszystkie zawody życia. 

Oplatała go ramionami, całowała oczy i usta, nazywała najczulszymi, pieszczotliwymi imionami.  

- Ari, jeszcze żadna kobieta nie całowała mnie tak jak ty.  

- Żadna cię tak nie kochała jak ja. Zresztą skończyłam wyższą akademię sztuki całowania. 

- Wariat jesteś. 

- O, Stef. Nie pozwól mi odejść, Stef, ja zostanę z tobą. 

-  Miałabyś  do  mnie  wieczny  żal,  żem  cię  wyrwał  z  tego  środowiska,  nic  w  zamian  nie 

dając, a tego bym nie przeżył.  

- To walcz o swoje szczęście.  

-  Najmilsza,  jestem  już  za  stary.  Teraz  walczyć  mogą  tylko  młodzi.  Jeżeli  nawet  dostanę 

posadę, to nie taką, bym ci mógł zapewnić wszystko, czego potrzebujesz.  

- Ja tylko ciebie chcę.  

- To ci się zdaje, Ari, na razie, a potem? Nie, dziecko, ty musisz mieć wkoło siebie ludzi, 

którzy cię kochają, ruch, gwar, muzykę. Mnie wystarczy życie, jakie prowadzę. Zresztą rozjaśniłaś 

je, słoneczko.  

- Stef. Nie chcę być bez ciebie, będę wciąż beczała.  

background image

-  Bądź  odważna,  Ari,  bądź  nadal  radosna  i  wesoła.  Bóg  cię  na  to  stworzył,  maleńka,  byś 

pozwoliła się kochać.  

Ari płakała żałośnie w ramionach ukochanego.  

W wigilię odjazdu do późnej nocy siedziała u państwa Kryskich. Zenia i staruszka wyszły 

dyskretnie.  

-  Ari,  bądź  szczęśliwa,  bądź  wesoła  i  pamiętaj  o  mnie.  Jesteś  moim  najświętszym 

kochaniem.  

Przycisnęła różowy, mokry od łez policzek do jego dłoni i zaczęła mówić: 

 

“A jednak przyjadę, powrócę do ciebie, 

gdy ty po pracy utrudzoną głowę, 

na piersi pochylisz. Gdy skrzydła krepowe 

smutku cię dotkną, powrócę do ciebie. p 

Przyjdę cichutko, tak w szarą godzinę. 

Jasnym nad tobą zawisnę uśmiechem. 

Z falą jeziora szumiącą przypłynę 

i słów serdecznych spowiję cię echem. p 

Ilekroć serce silniej ci zabije, 

zadrży boleśnie tęsknoty udręką, 

przyjdę kochaniem, co w tobie ożyje, 

przyjdę wesołą, znajomą piosenką. p 

Bo gdyby drzewa tak mocno szumiały, 

jak ja cię kocham, to ich szum potężny, 

brzmiący rozgłośnie jak organ mosiężny, 

zgłuszyłby chyba mowę ziemi całej. p 

A gdyby słońce paliło tak mocno, 

jak ja cię kocham, nie znalazłbyś cienia 

i próżno szukał przed żarem schronienia 

i próżno czekał na ochłodę nocną. p 

Z błysków szkarłatnych słońca o zachodzie 

ułożę słowo “kocham” tajemnicze 

i niech się lekko kołysze po wodzie, 

patrząc na ciebie, jak szczęścia oblicze. p 

Gwiazdy chcę zrywać jak pachnące kwiecie, 

background image

a gwiazdy pachną, wiesz? Miłością złotą. 

Boś ty jest jeden jedyny na świecie moim 

kochaniem, szczęściem i tęsknotą. p 

Pamiętaj o mnie! Księżniczki serduszko 

jak małą muszlę trzymasz przecież w dłoni, 

a gdy zasypiasz, złóż je pod poduszką: 

do snu ci bajkę o szczęściu zadzwoni. p 

Jestem wciąż z tobą. 

Nic to że nas dzieli przestrzeń. 

Wszak serce ma skrzydła jak ptaki. 

I wiem, że nawet czas go nie spopieli: 

za tobą pójdzie hen, w słoneczne szlaki. p 

I wiem, że znowu, że już, już niedługo 

do twojej piersi przytulę się drżąca, 

a serca nasze wzlecą jasną smugą cichego 

szczęścia, hen w górę! do słońca! p 

Kocham cię! Wierzę, iż nad mą tęsknotą 

czuwają wiernie drogie oczy twoje 

i gdy znów usta z ustami się splotą, 

świat zniknie... będziesz ty i ja! Nas dwoje!” p 

 

I splotły się gorąco ich usta w długim, bolesnym pocałunku pożegnania.  

 

Stefanowi  serce  na  strzępy  targał  żal,  wyć  mu  się  chciało  z  rozpaczy,  a  musiał  milczeć, 

musiał  wykrzywiać  usta  do  śmiechu,  gdy  stał  półprzytomny  w  oknie  i  widział,  jak  całe 

towarzystwo winduje się ze śpiewem na ciężarowe auto. Adrianka była kredowo blada. Siedziała 

obok ojca i przytuliwszy mu głowę do ramienia, przymknęła oczy.  

Zawarczał  motor.  Odjechali.  A  Stefan  wciąż  widział  śmiertelnie  bladą  twarzyczkę  z 

zamkniętymi  oczami.  Parę  dni  chodził  zupełnie  jak  nieprzytomny.  Wychodził  na  drogę  do  lasu  i 

oglądał się, czy Ari nie biegnie za nim. Podczas wichury zdawało mu się, że Ari idzie koło niego, a 

wiatr  rzuca  jej  rozburzonymi  lokami.  Ona  tak  lubiła  słuchać  szumu  rozigranych  drzew, 

rozszalałych fal! Czasem, gdy wychodził z domu w chłodniejszy dzień, nagle stawał. 

- Że też nie wziąłem z sobą ciepłego pledu dla maleńkiej.  

background image

A potem, gdy już wracał, przypominał sobie, że “maleńkiej”, która była taka wysoka prawie 

jak i on, nie ma już. I gryzł palce z tęsknoty. I nie było przed wspomnieniami ucieczki.  

 

 *** 

 

Ari  zaś  w  mieście,  w  wirze  pracy  bladła,  cichła.  Jej  radosny  uśmiech  z  każdym  dniem 

błękitniał,  rozwiewał  się  w  cień.  Teresa,  niespokojna  o  przyjaciółkę,  wymyślała  chłopcom  od 

niedołęgów.  

- Zajmijcie się nią. To jest melancholia, trzeba ją rozruszać.  

-  My  już  na  głowie  stajemy.  Redaktor  dał  jej  podwyżkę,  ja  gitarę,  Julian  swoje  złamane 

serce, a ona nic - tłumaczył Zdzisław.  

Terenia  zaczęła  u  siebie  urządzać  wieczorki.  Zapraszała  samych  młodych,  wesołych 

chłopców  i  poleciła  im  wyprowadzić  Adriankę  z  chorobliwego  stanu.  Ari  tańczyła,  żartowała, 

uśmiechała się i... gasła w oczach.  

- Głuptasie, głuptasie skończony! Chorować z miłości! To jest zwyrodnienie, perwersja, to 

po prostu nieprzyzwoicie. Puknij się, Ari, palcem w czoło, niech on tam sobie choruje, ty się ciesz. 

Grunt się nie przejmować. Zbrzydniesz, postarzejesz.  

- To dobrze, wtedy on nie będzie mojej urody żałował dla siebie.  

Czasem w trakcie najweselszej rozmowy Ari urywała i patrząc szeroko otwartymi oczyma 

w dal, mkówiła miękkim, pełnym tęsknoty głosem: 

- Tam, nad jeziorem, teraz wschodzi księżyc, kołysze się na falach.  

Albo: 

- I tam już liście spadają cichutko złote i czerwone. Jak słodko muszą szeleścić pod nogami. 

Wreszcie przed Bożym Narodzeniem Ari dostała list od Stefana. Dzięki poparciu jakiegoś 

dawnego  kolegi  otrzymał  posadę  leśniczego  w  lasach  państwowych.  Mieszka  sam  w  dużym, 

pustym  domu,  zupełnie  prawie  odcięty  od  świata.  Do  najbliższego  przystanku  autobusowego  ma 

piętnaście kilometrów, ale jest szczęśliwy, że już nie siedzi bezczynnie. Zresztą kocha las.  

“I, Ari, moja cudowna bajko. Chwilami zdaje mi się, że byłaś tylko wizją. Ale nie! Wiem, 

że jesteś, bo kocham cię i tęsknię do ciebie. Może się kiedy zobaczymy, Ari. Bądź wesoła, bądź 

radosna.  Tego  potrzebują  od  ciebie  wszyscy,  a  pierwszy  twój  ojciec.  Niewart  jestem  ciebie, 

kochanie, ale czczę ciebie i twoją miłość jak Boga.” 

Adrianka pokazała list ojcu i szepnęła: 

- Tatuś, pojadę.  

- Niech ci Bóg błogosławi, dziecko.  

background image

 

 *** 

 

Mróz  był  siarczysty.  Adrianka  wysiadła  z  autobusu,  rozpytała  się  dobrze  o  drogę  do 

leśniczówki.  Co  tam  głupie  piętnaście  kilometrów!  Nie  miała  innych  bagaży,  jak  tylko  pudło  z 

gitarą,  do  którego  włożyła  parę  drobiazgów.  Droga  była  zupełnie  prosta  i  wyraźna,  choć  lekko 

przyprószona śniegiem. Ari wyciągała raźno nóżki, żeby nie zmarznąć. Naokoło było biało, cicho i 

pusto,  tylko  skrzypiał  śnieg  pod  jej  lekkimi  nóżkami.  Kiedy  ujrzała  leśniczówkę,  duży,  biały, 

murowany domek, zrobiło jej się tak ciemno w oczach, że musiała oprzeć się o drzewo. Spojrzała 

na  zegarek.  Godzina  czwarta.  Wolno,  wolniutko  wstępowała  po  kilku  stopniach  do  drzwi 

wejściowych.  Dzwonek  jest.  Zadzwoniła  raz,  drugi,  trzeci.  Cisza.  Gdzieś  z  podwórza  wylazł 

chłopak.  

- Zaś pani do kogo? 

- Do pana Kryskiego.  

- Pan Kryski jest doch wyjedzony do starszej pani.  

- Jak to jest stąd daleko? 

- Będzie zaś z piętnaście kilometrów od szosy.  

- A do szosy? 

- Ze trzy.  

- Nie masz tu konia, chłopcze? 

- Nie, pan jest na konia wyjedzony. 

- A rower masz? 

- Swojego nie mam bynajmniej, ale mogę go używać, to jest brata rzeczywiście. 

- Pożycz mi go.  

- O, ja się boję, doch żeby to był mój, ale zaś bratów, nie? 

- Pan Kryski ci go własnonożnie przywiezie. Masz tu dziesięć złotych, dawaj rower.  

Podrapał się w głowę.  

- Ja dam, nie? Ale bynajmniej jak co, to pan mi zapłaci? 

- Bądź spokojny.  

- No ja, ja! Jest dobrze!  

Wydostał z komórki jakiś stary, ochwacony gruchot, który skrzypiał i jęczał przy każdym 

ruchu. Ari wsiadła z rozmachem i pojechała. Co parę obrotów rower zataczał się jak pijany z boku 

na bok, coś mu tam rzęziło i chrapało w kołach i w kierownicy. Wysypała się raz i drugi, i trzeci, 

utknęła  nosem  w  śnieg,  zgubiła  rękawiczkę,  oberwała  spinki  od  botów,  rozdarła  palto,  przeklęła 

background image

rozkoszną  maszynkę  siedemdziesiąt  siedem  razy.  Ale  jechała  z  trzaskiem,  skrzypem  i  fantazją. 

Gitara,  obijając  się  o  rower,  wydawała  też  jęki  żałosne.  Zaczęło  się  szybko  ściemniać,  Ari 

przebierała  nogami  ile  tylko  miała  siły,  ale  okropnie  marzły  jej  ręce.  Wreszcie,  ostatkiem  sił 

goniąca, dojechała do znajomego domku. W oknach się świeciło. Zlazła z roweru i ciągnąc go za 

sobą jak psa za ogon, doszła do drzwi, zapukała: 

- Zeniusia, ktoś puka, pewno Stef.  

- Idę, mamusiu.  

Otworzyła  drzwi  i  cofnęła  się  przerażona.  W  drzwiach  stała  okropnie  rozczochrana, 

ośnieżona, czerwona i zmarznięta Adrianka.  

- Ari.. Ari... to pani? 

- Nie mam pewności. Trzy razy grzmotnęłam razem z tym gruchotem w śnieg i nie wiem, 

co ze mnie zostało.  

-  Jezus  Maria,  mamo,  Ari  przyjechała!  -  krzyknęła  Zenia,  chwytając  Adriankę  w  mocny, 

serdeczny uścisk.  

-  Dziecko  drogie,  w  takie  zimno,  Panno  Święta,  na  rowerze...  jak  ty  wyglądasz,  Ari!  - 

załamywała ręce staruszka i z trudem podniósłszy się z fotela, ściągała z dziewczyny palto.  

- Zeniusia, herbaty... ściel łóżko... wody zimnej do rąk i nóg! Ach, maleństwo, maleństwo!  

- Nie mogłam inaczej, tęskniłam! Ale pan Stef może będzie zły.  

- Ten twój Stef to skończony idiota. Ale i tobie nic nie brakuje. Trzeba było depeszować.  

- Chciałam zrobić niespodziankę.  

-  Będzie  niespodzianka,  jak  ci  nos  odpadnie  -  zrzędziła  staruszka,  wchodząc  już  w 

upragnioną rolę teściowej.  

- Przecież ja byłam już i w leśniczówce. Wzięłam tam rower i przyjechałam tu. Myślałam, 

że wszyscy tam mieszkacie. Ale to jest nie rower, tylko piekielna maszyna.  

Kobiety zamilkły i patrzyły na Adriankę w niemym przerażeniu.  

- W imię Ojca i Syna! Taki szmat drogi po mrozie piechotą tam, potem tu na tym pudle... - 

wyszeptała Kryska drżącymi ustami. Nagle ostro krzyknęła: 

- Kładź się w tej chwili do łóżka, smarkata jedna! Coś podobnego! Kładź się w tej chwili! - 

i wyczerpana opadła na fotel, mówiąc bez przerwy: 

- Moja kruszyna, moje biedactwo złote! Dla takiego włóczykija, tyli szmat drogi. Potłukłaś 

się. Za moich czasów panny na rowerach nie jeździły, ale tutaj bachor koszulę w zębach trzyma, 

majtki mu opadają, a na rowerze przebiera. Ale ty, w taki psi czas. Zeniusia, przyłóż ciepłą fajerkę 

do  nóg.  Do  herbaty  trzeba  dolać  spirytusu...  co  robisz?  To  denaturat.  Boże  Wszechmogący,  coś 

podobnego! Nic cię nie boli? 

background image

-  Nie,  proszę  pani  -  a  jednocześnie  pomyślała,  że  gderanie  staruszki  sprawia  jej 

przyjemność, nie tak jak panny Józefy.  

-  Pani,  jaka  tam  pani  jestem  dla  ciebie!  Nie  kocham  cię  pewno  mniej  niż  swoje  rodzone 

dzieci.  

- Ja wiem, mamusiu!  

Staruszka zwlokła się z fotela i stukając laską, podeszła do łóżka, pocałowała gładkie czoło 

dziewczyny.  

-  Ja  w  twoim  wieku  miałam  już  czworo  dzieci,  a  ty  jesteś  taki  głuptas,  że  nieraz  mam 

ochotę wsypać ci z piętnaście rózeg.  

- To może już jutro. Dziś mnie i tak wszystkie boki bolą. Jak raz grzmotnęłam o drzewo, to 

świat mi zaczął w oczach fokstrota tańczyć. A gdzie jest pan Stef? 

- Poszedł do stolarza, który mu narty robi. Powinien zaraz nadejść.  

- Nie mówcie mu, że przyjechałam.  

- Dobrze.  

-  Ale..  ale,  niech  mamuśka  zacznie  z  nim  o  mnie  rozmawiać,  niech  ja  na  własne  uszy 

usłyszę, co on o mnie myśli.  

- Bardzo rozmowny to on nie jest, ale spróbuję. A ty leż spokojnie, zgasimy światło tutaj. 

Nawet nie zauważy.  

Ari  leżała  cichutko.  W  głowie  jej  szumiało.  Zaraz,  za  chwilę  usłyszy  najdroższy  głos, 

spojrzy  w  poważne,  rozumne,  smutne  oczy.  Jak  to  będzie?  Jak  to  będzie?  Podejdzie  z  tyłu  na 

palcach i zasłoni mu rękami oczy. I każe zgadnąć. Albo tylko po prostu stanie w drzwiach. O Boże! 

Za jakieś pół godziny usłyszała pukanie. Przez pokój przebiegła Zenia.  

- Teraz to Stef - powiedziała cicho. - Teraz otwiera drzwi.  

Głos Stefana: 

- Jeszcze nie śpicie? Co tu robi ten gruchot, może Gustaw po mnie przyjechał? 

- Przyjechał, ale nie po ciebie, do sklepu.  

- Mówiłem, żeby na tym rowerze nie jeździł. Jeszcze sobie kiedy kark skręci.  

- Chodź, Stef, do mamy, napijesz się herbaty.  

- Z przyjemnością. Fatalna pogoda. Wicher i śnieg.  

Przeszedł  przez pokój.  Zenia krzątała się w kuchni.  Wszystka krew spłynęła Adriance do 

serca. Przycisnęła je dłonią. Potem cichutko otworzyła pudełko z gitarą, wyciągnęła białą piżamę z 

jedwabnej flaneli, zgarnęła włosy w tył, po omacku upudrowała rozpaloną twarz, ubrała się. Lekko 

przegarnęła palcami struny.  

background image

-  Wie  mama,  przed  chwilą  miałem  wrażenie,  że  słyszę  gitarę  Adrianki.  Co  tam  robi, 

maleństwo? 

- Ładne maleństwo, kobieta jak sosna. Ma pewno ze dwadzieścia osiem lat.  

-  Ale  nie  wygląda  na  tyle.  Zresztą  mamo,  to  jest  typ,  który  się  nigdy  nie  zestarzeje.  Ona 

będzie wiecznie młoda, jak ziemia, i kwitnąca.  

- Hm, jeżeli się nią tak zachwycasz, to czemu nie ożeniłeś się z nią? Ja Boga o to prosiłam. 

Dziewczyna jak żywe srebro.  

- Właśnie dlatego. Co ona by tu ze mną robiła w tej pustce? A teraz ciekawym, co robi? 

- Pewno śpi.  

- Wątpię. W mieście nie kładą się spać o tej  porze. Śmieje się, tańczy! Pamiętasz, mamo, 

jak  nam  tańczyła?  Taka  wysmukła,  taka  zgrabna!  Jak  ładnie  fruwały  ponad  ziemią  jej  proste, 

smukłe nóżki! 

- Pamiętam. Widzę też, że wzięła cię porządnie.  

- O tak! 

- A na początku byłeś strasznie kamienny, aż mi było żal biedactwa.  

-  Wiesz,  mamo,  zrazu  obserwowałem  ją  z  podziwem,  jak  dzieło  sztuki,  i  chciałem 

podziwiać jedynie i czcić, jak się czci piękną rzeźbę lub obraz. Sama wiesz, nie pozwalałem sobie 

w  stosunku  do  niej  na  żadną  poufałość.  Zachwycałem  się  każdym  jej  uśmiechem,  ruchem, 

spojrzeniem,  wiedząc,  że  nie  mam  na  nic  więcej  prawa.  Na  punkcie  rączek  Adrianki  byłem  też 

zupełnie zwariowany. Czy miałem prawo, czy mogłem choć na moment przypuszczać, że poczuje 

do  mnie  większą  sympatię?  Przemknęła  przede  mną  jak  tęczowy  motyl  i  zniknęła.  Musiałbym 

chyba być barbarzyńcą, by dotknąć tych cudownych, lśniących skrzydełek. Związać jej wspaniały 

słoneczny  poranek  z  moim  zmierzchem.  I  nie  żałuję  tego,  co  uczyniłem,  tylko...  -  potarł  czoło 

dłońmi.  

- Tylko co? No mów, mów dalej, to ci ulży.  

- Tylko mi tak strasznie pusto i źle bez niej. Ona tam gdzieś kwitnie jak rajski kwiat, a ja 

mam jedynie wspomnienie i świadomość, że gdybym był młodszy, sprytniejszy w życiu, mógłbym 

jej powiedzieć: “Zostań ze mną. Rób co chcesz, baw się, śmiej, flirtuj, z kim chcesz, ale zostań ze 

mną”.  

Staruszka  spojrzała  w  uchylone  drzwi  i  uśmiechnęła  się  leciutko,  widząc  twarz  Adrianki, 

wysmarowaną  pudrem,  niby  twarz  pierrota.[clowna]  Ari  przecież  czyniła  to  bez  lusterka,  po 

ciemku.  

- O czym myślisz, synku?  

background image

- Jak zawsze, o niej. Przegrałem, mamo, fatalnie. Ona teraz może już i śpi. Ciekawym, czy i 

przez sen się uśmiecha? 

- Nie, nie śpi teraz. Wysypała zapewne całe pudło pudru na twarz i będzie śpiewała.  

Podniósł głowę i spojrzał na matkę z milczącym zdumieniem.  

- Patrzysz na mnie jak na wariatkę, ale jestem przytomna, upewniam cię.  

 

“Gwiazdami nabitą masz kołyseczkę 

i skrzydła anielskie za poduszeczkę...” p 

 

Zerwał się z krzesła, palce kurczowo zacisnął na poręczy i nie mógł ruszyć kroku naprzód. 

Od progu szła Ari. Na ciemnych strunach drżały białe palce.  

 

“Lulajże, Jezuniu, lulajże, lulaj, 

świat cały miłością swoją otulaj.” 

 

 

- Ari! - tęsknota, ból, radość jęknęły w głosie Stefana.  

- Stef! 

- Gitara! Na miłość boską, uważajcie! - krzyknęła pani Kryska.  

Ale gitarę w samą chwilę chwyciła Zenia, bo Adriankę mocno trzymał Stefan.  

Wtedy pani Kryska zaczęła z hałasem wycierać nos, mówiąc jednocześnie: 

- Tak! Zenusia, zasuń rolety. Długo tak myślicie stać? Ari, wracaj do łóżka.  

- Nie, mateczko, już odpoczęłam, ja chcę tutaj.  

- To okryj się pledem, jeżeli nie zachorujesz po takiej wariackiej podróży, to widać, że Bóg 

czuwa nad szalonymi.  

Wreszcie Stefan odzyskał przytomność, usadowił ukochaną na otomanie, owinął pledem, a 

sam usiadł przy niej i oparł głowę o słodkie, młode i krągłe ramię dziewczyny.  

- No, niech mamusia spojrzy, jaki to pieszczoch.  

- Ari... już tak dawno!  

- Ty się, koniu stary, na niej nie opieraj, bo wiedz o tym, że na tym trzeszczącym rupieciu z 

twojej pustelni właśnie ona przygalopowała - rzekła Zenia.  

- Adrianko, maleństwo, jak mogłaś? - szepnął Stefan z oczami pełnymi łez.  

-  A  co  miałam  robić,  nocować  z  tym  rozkosznym  chłopczykiem,  co  mi  “zaś,  ale,  doch”, 

bynajmniej się nie podobał? 

background image

- Ari! Całym życiem nie spłacę ci tego.  

-  Spłacisz,  Stef.  Przede  wszystkim  musisz  dać  do  reperacji  moje  boty,  bo  pogubiłam 

sprzączki.  

Po herbatce pani Kryska i Zenia dyskretnie zniknęły. Stefan klęknął przed Adrianką.  

- Nie boisz się pustki i głuszy? 

- Nie! 

- I nie będziesz żałowała? 

- Ani myślę.  

- I chcesz zostać ze mną? 

- Koniecznie!  

- Adrianko!  

A  panna  Zenia  ścieląc  łóżka,  śpiewała  półgłosem.  Podniosła  głowę  znad  białej  góry 

poduszek. 

- Ach, mamo! Jakie cudowne będą święta w tym roku! 

- O tak, dziecko. I jeśli Bóg da doczekać, i następne, już zawsze. Stefan nie będzie smutny.  

- Trzeba koniecznie jutro od rana postarać się o choinkę i słodycze.  

Nazajutrz  cały  dzień  w  trzech  pokojach  pani  Kryskiej  panował  ruch  i  bieganina.  Pogoda 

była mroźna, ale słoneczna, więc Stefan poszedł z Adrianką nad zaczarowane jezioro.  

Było teraz białe zupełnie. Wszędzie wkoło panowała kamienna, biała cisza. Tylko drzewa, z 

których wiatr pozrzucał puch śniegu, stały ciemne i surowe.  

- Jeziorko śpi... - szepnęła Ari.  

- Moje serce też spało, a obudziłaś je.  

- Kochany! Chodźmy stąd, nie trzeba mu przeszkadzać. Przyjdziemy tu na wiosnę.  

- Dobrze, Ari.  

Szli  dość  szybko.  Naokoło  nich  iskrzył  się  w  słońcu  śnieg.  Martwe,  wielkie  jezioro, 

otoczone nagimi pagórkami, miało w sobie jakąś surową powagę. Lecz im dwojgu żaden krajobraz 

nie mógł się teraz wydać piękniejszy.  

W  domu  już  od  progu  uderzył  ich  zapach  zieleni.  W  stołowym  pokoju  Zenia  ubierała 

choinkę  świeczkami,  które  podawał  jej...  pan  profesor  we  własnej  osobie,  a  przy  tym  okropnie 

fałszywym basem śpiewał: “Przybieżeli do Betlejem...” 

- Tatusiu! - wrzasnęła Adrianka, rzucając mu się na szyję.  

- Byłem niespokojny, jak zajechałaś - mruknął. - Zreszą tu jest zdrowy klimat.  

background image

Po Wilii siedzieli wszyscy prawie do północy, snując projekty na przyszłość. Wreszcie pani 

Kryska  dała  hasło  do  rozejścia  się.  Ona  z  córką  miały  nocować  w  pokoju  stołowym,  profesor  z 

córką w sypialni, zaś Stefan w swoim dawniejszym. Zgasły światła.  

Mieszkanie  zaległa  cisza.  Adriance  głośno  pukało  serce.  Tam  za  ścianą  jest  Stefan.  Nie 

mogła zasnąć. Wreszcie po cichutku wstała. W pokoju nie było zbyt ciemno, bo do okien zaglądała 

pogodna, mroźna, księżycowa noc.  

Ari zamknęła oczy, przygryzła wargi i nacisnęła klamkę sąsiednich drzwi. Nie skrzypnęły. 

Przy  łóżku  paliła  się  słabiutkim  płomieniem  nocna  lampka.  Stefan  leżał  na  wznak,  jedną  rękę 

trzymał na oczach, druga spoczywała na kołdrze. Adrianka zamknęła drzwi za sobą bezgłośnie, ale 

pod jej bosą stopą skrzypnęła podłoga. Zamarła w bezruchu. Stefan odwrócił głowę na bok i ujrzał 

Adriankę.  Jej  twarz  była  tak  biała  jak  jej  nocna  koszulka.  Widząc,  że  Stefan  milczy,  podeszła 

szybko i ukląkłszy przy łóżku, wyszeptała: 

-  Chciałam  ci  coś  podarować  na  Gwiazdkę,  Stef,  więc  przyszłam.  Zresztą  myślałam,  że... 

że... że ci tu zimno w tym pokoju bez pieca.  

 

Gdy spotkali się przy śniadaniu, krwawy rumieniec oblał twarz Adrianki. Jemu zaś na ten 

widok  zalała  duszę  bezbrzeżna  tkliwość,  wzruszenie,  jakiego  nie  doznał  nigdy  jeszcze  w  ciągu 

różnorakiego życia. Pochylił głowę nad jej drżącymi dłońmi.  

- Szczęście moje - szepnął.  

Uśmiechnęła się,  

Po śniadaniu profesor zasiadł z panią Kryską do jakiegoś nadzwyczajnego pasjansa, Zenia 

królowała  w  kuchni.  Stefan  został  z  Adrianką  sam.  Siedzieli  na  kanapie  naprzeciw  choinki.  Ari 

przycisnęła główkę do ramienia Stefana, a jego dłoń położyła sobie na policzku.  

- Ari, wiesz, o czym myślałem wczoraj, gdyś przyszła? Boże! Co za rumieniec! Aż dekolt 

poróżowiał. Adrianko, ja naprawdę przy tobie skołowacieję. Przecież ty jesteś przeurocza.  

- Dobrze, ale o czym myślałeś? 

- Właśnie o tym, że za ścianą leży w łóżeczku smukła, różowa, aksamitna dziewczyna, sen 

wszystkich  moich  nocy  i  dni.  Myślałem,  że  każdym  uderzeniem  pulsu  wołam  ją  do  siebie.  I 

widzisz, przyszłaś! Czy teraz żałujesz, żeś mi się dała na Gwiazdkę?  

- Och, Stef! 

 

 *** 

 

background image

Minęły święta. Ari nie pokazywała się w redakcji ani u Tereni. Nikt nie wiedział, gdzie jest 

i co się z nią dzieje. Profesora też nie było. Wreszcie redaktor otrzymał list, przeczytał i zawołał do 

swego gabinetu Tolka i innych kolegów Adrianki.  

-  Macie.  To  jest  najlepszy  jej  kawał.  Wyszła  za  jakiegoś  pustelnika  i  będzie  mieszkała  w 

lesie! 

Wśród ogólnego wrzasku Tolek kiwał głową i rzekł ze smutkiem: 

- Ten kawał sporządzała przez całe lato.  

Wreszcie profesor znowu pojawił się w Krakowie i odbywszy długą konferencję z Teranią, 

zaczął wraz z nią zwiedzać wszystkie sklepy. Kupował i kupował bez końca.  

- Całe życie oszczędzałem dla mojej pszczółki, niech teraz nic jej nie brakuje.  

Chłodny,  ponury  dom  w  lesie  szybko  zmienił  się  w  przytulne,  pachnące  gniazdko.  Pani 

Kryska  wynajęła  swój  domek  nad  jeziorem  i  wraz  z  córką  zamieszkała  przy  synowej.  Teraz 

odpoczywała  naprawdę.  A  Stefan,  patrząc  z  bałwochwalczym  uwielbieniem  na  lśniącą  główkę 

Adrianki, myślał: “Oto jest dusza mego życia. Oto jest krew mojego serca”.  

 

 *** 

  

Profesor  Klaudius  siedział  nad  stołem  zarzuconym  gazetami,  w  których  umieszczano 

felietony Ari, i czytał list: 

 

“I, Tatusiu, jest mi tak strasznie, bajecznie dobrze. Las jest biały, bielusieńki, a oczy Stefa 

czarne  i  słodkie,  a  Twoje  jak  fiołki.  Stef  mówi,  że  ja  mam  oczy  zupełnie  jak  morze,  dlatego  też 

często je zamykam, by patrząc w nie, morskiej choroby nie dostał. Choć niby marynarz, powinien 

być  odporny,  ale  dla  pewności  lepiej  zamknąć.  Prawda,  tatusiu?  Pokój  masz  już  przygotowany  i 

naucz się nowego pasjansa.  

Uczę się jeździć na nartach. Nic trudnego, prawie że umiem. Tydzień temu bowiem, jak się 

wysypałam, to ze trzy kwadranse kreśliłam nogami w powietrzu futurystyczne rysunki, a wczoraj 

jedne głupie dziesięć minut i... wstałam! No! Przywieź sobie narty bezapelacyjnie. I wiesz, jak mi 

się tu świetnie pisze. Podwyższyli mi nawet honorarium, że to niby takie morowe artykuły. Umiem 

już od razu odróżnić ślady zająca od śladów naszych sanek i ślady naszego psa od psa gajowego, 

który ma tylko trzy nogi (pies, nie gajowy). W ogóle z tymi nogami to tu krucho, niewiasty mają 

przeważnie albo dwie lewe, albo dwie prawe, ale za to solidne, podstawowe. Dlatego mniej tu jest 

w sumie upadłości niż w innych częściach kraju.  

background image

Moja gwardia przysyła mi serdeczne listy i  książki.  Terania parę  cudnych obrazów, jasne 

więc jest, że nie zapomnieli o Adriance. Ach, tatusiu mój najukochańszy, jakie cudowne jest życie! 

Posłałam mamusi dwa zające własnoręcznie upolowane. Właściwie strzelał Stef, bo ja miałam ręce 

zajęte: trzymałam palce w uszach. Ale za to niosłam ubitą zwierzynę do domu. Tatusiu, wyobraź 

sobie w tej chwili zająca, zatykającego uszy palcami. Wiesz, kiedy by tak zrobił? Kiedy by Ari do 

niego  strzelała.  Przeczekałby,  aż  wystrzelam  wszystkie  naboje,  a  potem  machając  ogonkiem, 

rzekłby: “I po co robić tyle huku?” 

Bardzo też jest mi przykro, że celując z łuku do szyszki, trafiłam we własny pantofel, ale 

ponieważ  strzała  drewniana,  więc  był  tylko  siniak.  Ale  Stef  mi  zrobi  prawdziwy,  wielki  łuk  i 

prawdziwe  strzały.  Stef  wszystko  umie.  Tatuś!  Jak  dobrze  jest  żyć,  patrzeć  na  lód  i  śnieg,  i 

wiedzieć, że ponad tym jest słońce, które już niedługo rozpęta całe morze zieleni; jest księżyc, co 

wodzie do snu srebrnym grzebieniem włosy czesze i bajki przy tym opowiada dziewczynie, co się 

w  nim  kochała,  a  teraz  śpi  na  dnie  jeziora  w  bursztynowej  grocie.  Są  gwiazdy,  co  się  sercom 

uśmiechać każą i marzyć, a ponad, ponad tym wszystkim - jest Bóg! 

 

Mój Bóg, któremu co dzień gwiazda porankowa 

uśmiechów słodkich jasność nad czołem zapala, 

u stóp Mu sennie leży cicha noc majowa, 

a głos dźwięczy jak pieśni słowikowej fala. 

Mój Bóg się w puchy wiśni otula kwitnące, 

w kryształowych toniach lico przegląda słoneczne 

i w lilie dzwoni ciche, nad wodami śpiące, 

w oczach ma miłowania krynice przedwieczne. 

Mój Bóg w każdej kropelce rosy brylantowej 

i w każdym calu pieśni od pola... od lasu, 

jasny i uśmiechnięty w zorze purpurowe 

patrzy i przesypuje złoty piasek czasu. p 

 

Całuję Cię w oczki.  

 

Twoja Ari 

 

P.$s. I, Tatusiu, przywieź mi książkę o małych dzieciach. Czy myślisz, że tylko Imogenka 

może być mamusią?  

background image

P.$s.  I  Stef  mówi,  że  chciałby  cały  świat  uściskać  i  ucałować.  Nie  wiesz,  czy  mam  być 

zazdrosna,  czy  udawać  wobec  tego  zboczenia  lodowiec?  Konie  na  przystanku  autobusów  będą 

czekały od rana. Urządzimy Ci orkiestrę powitalną, Agnieszka co dzień tłucze przynajmniej jedną 

szklankę,  pozwolę  wytłuc  w  dzień  twojego  przyjazdu  cały  tuzin.  Bardzo  miły  dźwięk.  Stef  stoi 

nade mną i całuje w głowę, więc ja Ci kawałek tego pocałunku odstępuję. Spróbuj, jaki słodki. Ari 

Kryska. (Jak to ślicznie brzmi: Ari Kryska. Ach, Tatusiu!).”