background image

 

 

 

Roger  elazny  

 

 

Amber 

 

 

 

TOM ÓSMY 

 

 

Znak Chaosu 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

Czułem si  troch  niepewnie, cho  nie umiałbym wyja ni  dlaczego. W ko cu 

to chyba nic niezwykłego: popija  piwo z Królikiem, niskim człowieczkiem 

podobnym do Rertranda Russella, u miechni tym Kotem i moim starym 

przyjacielem Lukiem Raynardem. Luke  piewał irlandzkie ballady, a za jego 

plecami dziwaczny pejza  przechodził od fresku w rzeczywisto . Owszem, wielki 

niebieski G sienica, pal cy nargile na czubku gigantycznego grzyba. robił spore 

wra enie - poniewa  wiedziałem, jak łatwo ga nie wodna fajka. Ale nie w tym 

rzecz. Lokal był przyjemny, a wiedziałem,  e Luke cz sto obraca si  w dziwnym 

towarzystwie. Wi c sk d ten niepokój?  

      Piwo było dobre i nawet podawali darmowy lunch.  

      Demony torturuj ce przywi zan  do pala rudowłos  kobiet  błyszczały tak, 

e a  oczy bolały. Znikn ły teraz, ale cała scena była przepi kna. Wszystko było 

przepi kne. Kiedy Luke  piewał o Zatoce Galway, skrzyły si  tak  licznie,  e 

miałem ochot  wskoczy  i zatraci  si  w niej. Smutne te . Miało to jaki  zwi zek z 

uczuciem... Tak. Zabawny pomysł. Kiedy Luke  piewał sm tn  pie , ogarniała 

mnie melancholia. Kiedy  piewał wesoł , byłem rozradowany. W powietrzu 

unosiła si  niezwykła dawka empatii. To chyba bez znaczenia.  wiatła pracowały 

doskonale...  

      S czyłem piwo i obserwowałem, jak Humpty kołysze si  na ko cu baru. Przez 

moment usiłowałem sobie przypomnie , sk d si  tu wzi łem, ale ten akurat 

cylinder miał niesprawny zapłon. W ko cu i tak b d  wiedział. Miła impreza...  

      Patrzyłem, słuchałem, smakowałem, dotykałem i czułem si   wietnie. 

Cokolwiek zwróciło moj  uwag , było fascynuj ce. Czy chciałem spyta  o co  

Luke'a? Chyba tak, ale był zaj ty  piewem, a ja i tak nie pami tałem, o co 

chodziło.  

      Co wła ciwie robiłem, zanim zjawiłem si  w tym miejscu? Próba 

przypomnienia sobie nie wydawała si  warta wysiłku. Zwłaszcza  e tu i teraz 

wszystko było takie ciekawe.  

      Chocia  miałem wra enie,  e to co  wa nego. Mo e dlatego jestem 

niespokojny? Mo e zostawiłem jak  spraw , do której powinienem wróci ? 

Odwróciłem si ,  eby zapyta  Kota, ale on znowu zanikał, wci  lekko 

rozbawiony. Przyszło mi wtedy do głowy,  e te  bym tak potrafił. To znaczy 

znikn  i pój  gdzie indziej. Czy w taki sposób tu przybyłem i tak mógłbym 

odej ? Mo liwe. Odstawiłem kufel, potarłem oczy i skronie. Miałem wra enie,  e 

w głowie te  wszystko mi pływa.  

      Nagle przypomniałem sobie własny wizerunek. Na wielkiej karcie. Atucie. 

Tak. Wła nie tak si  tu dostałem. Przez kart ... Czyja  dło  opadła mi na rami . 

Odwróciłem si : to był Luke. Z u miechem przeciskał si  do baru, by napełni  

kufel.  

      -  wietne przyj cie, co? - zapytał.  

      -  wietne - przyznałem. - Jak znalazłe  ten lokal?  

      Wzruszył ramionami.  

      - Nie pami tam. Czy to wa ne?  

      Odwrócił si , a zamie  kryształków zawirowała na moment mi dzy nami. 

background image

 

G sienica wydmuchał fioletow  chmur . Wschodził bł kitny ksi yc. Co nie 

pasuje do tego obrazka?, zapytałem sam siebie. Ogarn ło mnie nagłe 

przekonanie,  e moje zdolno ci krytyczne padły zestrzelone w bitwie, poniewa  

nie potrafiłem si  skupi  na anomaliach. A czułem,  e musz  tu istnie . 

Wiedziałem,  e zostałem pochwycony przez chwil  bie c ...  

      Zostałem pochwycony...  

      Pochwycony...  

      Jak?  

      Chwileczk . Wszystko si  zacz ło, kiedy u cisn łem własn  r k . Nie. Bł d. To 

brzmi jak w zen, a przecie  było całkiem inaczej. Dło  wysun ła si  z przestrzeni, 

zajmowanej poprzednio przez mój wizerunek na karcie, która znikn ła. Tak, to 

było to... W pewnym sensie. Zacisn łem z by. Znowu zagrała muzyka. Rozległo 

si  ciche skrobanie przy mojej dłoni opartej o bar. Kiedy spojrzałem, kufel 

znowu był pełny. Mo e za du o ju  wypiłem. Mo e to wła nie przeszkadza mi si  

zastanowi .  

      Odwróciłem si . Spojrzałem na lewo, poza miejsce, gdzie fresk na  cianie 

stawał si  rzeczywistym pejza em. Czy przez to ja sam stawałem si  cz ci  

fresku?, pomy lałem nagle. Niewa ne. Gdybym tylko potrafił si  skupi ... 

Ruszyłem biegiem... w lewo. Co  w tym miejscu uderzyło mi do głowy, a chyba 

niemo liwa była analiza tego procesu, póki sam byłem jego elementem. Musiałem 

si  st d wydosta ,  eby pomy le  rozs dnie... okre li , co si  wła ciwie dzieje.  

      Min łem bar i wbiegłem na obszar sprz gu, gdzie namalowane drzewa i skały 

nabierały trójwymiarowo ci. Pracowałem łokciami, p dz c przed siebie. 

Słyszałem wiatr, cho  go nie czułem.  

      Nic, co le ało przede mn , nie zbli yło si  ani troch . Poruszyłem si , ale...  

      Luke znów zacz ł  piewa .  

      Stan łem. Obejrzałem si  wolno, bo miałem wra enie,  e stoi tu  za mn . Stał. 

Ledwie o kilka kroków oddaliłem si  od baru. Luke u miechn ł si  i wci  

piewał.  

      - Co tu si  dzieje? - zapytałem G sienic .  

      - Jeste  zap tlony w p tli Luke'a - odparł.  

      - Mo esz powtórzy ?  

      Wydmuchał pier cie  niebieskiego dymu i westchn ł.  

      - Luke jest zamkni ty w p tli, a ty zagubiłe  si  w wierszach. To wszystko.  

      - Jak to si  stało?  

      - Nie mam poj cia.  

      - A... tego... jak mo na si  wyp tli ?  

      - Tego te  nie wiem.  

      Zwróciłem si  do Kota, który po raz kolejny kondensował si  wokół u miechu.  

      - Nie masz pewnie poj cia... - zacz łem.  

      - Zobaczyłem go, jak wchodził, a jaki  czas pó niej zobaczyłem ciebie - odparł 

z krzywym u mieszkiem. - I nawet jak na to miejsce, wasze pojawienie było 

troch ... niezwykłe. Doprowadziło mnie do wniosku,  e przynajmniej jeden z was 

ma zwi zki z magi .  

      Przytakn łem.  

      - Twoje pojawiania i znikania te  mog  człowieka zadziwi  - zauwa yłem.  

background image

 

      - Trzymam łapy przy sobie - rzekł. - To wi cej, ni  Luke mógłby powiedzie .  

      - Co masz na my li?  

      - Wpadł w zara liw  pułapk .  

      - A jak działa taka pułapka?  

      Ale on ju  znikn ł, i tym razem rozwiał si  tak e u miech. Zara liwa 

pułapka? To by sugerowało,  e to Luke miał problem, a ja zostałem tylko jako  

do niego wci gni ty. Chyba rzeczywi cie, ale wci  nie miałem poj cia, co to za 

problem i co powinienem zrobi .  

      Si gn łem po kufel. Skoro nie umiem znale  wyj cia z tej sytuacji, mog  si  

chocia  zabawi . Kiedy poci gn łem pierwszy łyk, dostrzegłem nagle niezwykł  

par  bladych, płomiennych oczu, wpatruj cych si  we mnie. Wcze niej ich nie 

zauwa yłem. Najdziwniejsze było to,  e tkwiły w ciemnym k cie fresku, na 

drugim ko cu sali... i  e si  poruszały: sun ły wolno w lew  stron . Wygl dały 

fascynuj co, a nawet kiedy znikn fy, mogłem  ledzi  ich ruch dzi ki kołysaniu 

traw, przemieszczaj cemu si  w obszar, do którego niedawno próbowałem 

dobiec. A daleko, daleko po prawej - za Lukiem - odkryłem szczupłego 

d entelmena w ciemnym surducie, z palet  i p dzlem w r kach, który wolno 

poszerzał fresk. Łykn łem znowu i powróciłem do obserwacji tego, co 

przechodziło z płaskiej rzeczywisto ci w trzy wymiary. Czarny, matowy pysk 

pojawił si  mi dzy skał  i krzakiem. Nad nim błysn ły blade oczy; niebieska  lina 

ciekała z paszczy i dymiła na ziemi. Stwór był albo bardzo niski, albo 

przykucn ł. Nie umiałem zdecydowa , czy wpatruje si  w cał  nasz  grup , czy 

konkretnie we mnie.  

      Wychyliłem si  i złapałem Humpty'ego za pasek czy krawat, cokolwiek to 

było. Wła nie miał przewróci  si  na bok.  

      - Przepraszam - powiedziałem. - Czy mógłby  mi wyja ni , co to za stwór?  

      Wyci gn łem r k , a on akurat si  wynurzył: wielonogi, ognisty, ciemno 

łuskowany i szybki. Pazury miał czerwone. Uniósł ogon i pop dził ku nam. 

Wodniste oczy Humptyego spojrzały ponad moim ramieniem.  

      - Nie po to tu przyszedłem, drogi panie - zacz ł - by leczy  pa sk  zoologiczn  

ignora... O Bo e! To...  

      Stwór zbli ał si  szybko. Czy teraz dotrze do punktu, w którym bieg staje si  

marszem w miejscu? A mo e ten efekt dotyczył tylko mnie, kiedy próbowałem si  

st d wydosta ? Segmenty jego cielska przesuwały si  z boku na bok; syczał jak 

nieszczelny szybkowar, a  lad dymi cej  liny znaczył jego drog  od fikcji 

malowidła. Zamiast zwolni , chyba jeszcze zwi kszył szybko .  

      Lewa r ka podskoczyła mi w gór , jakby z własnej woli, a ci g słów 

nieproszony spłyn ł z warg. Wypowiedziałem je w chwili, gdy stwór mijał obszar 

sprz gu, przez który ja nie zdołałem si  przebi . Stan ł na tylnych nogach, 

przewracaj c pusty stolik, i podkurczył łapy, szykuj c si  do skoku.  

      - Banderzwierz! - krzykn ł kto .  

      - Pogromny Banderzwierz! - poprawił Humpty.  

      Wymówiłem ostatnie słowa i wykonałem zamykaj cy gest, a obraz Logrusu 

rozbłysn ł mi przed oczami. Czarny potwór, który wysun ł wła nie przednie 

szpony, nagle cofn ł je, przycisn ł do górnej lewej cz ci piersi, przewrócił 

oczami, j kn ł cicho, zadyszał ci ko i run ł na podłog . Przewalił si  na grzbiet i 

background image

 

znieruchomiał z łapami wyci gni tymi w gór .  

      Nad stworem pojawił si  koci u miech. Poruszyły si  wargi.  

      - Martwy pogrommy Banderzwierz - oznajmiły.  

      U miech popłyn ł w moj  stron ; reszta Kota pojawiała si  wokół jakby po 

namy le.  

      - To było zakl cie zawału serca, prawda? - zapytał.  

      - Chyba tak - przyznałem. - Zareagowałem odruchowo. Tak, teraz pami tam. 

Rzeczywi cie zawiesiłem sobie takie zakl cie.  

      - Tak my lałem. Byłem pewien,  e magia jest w to zamieszana.  

      Obraz Logrusu, który pojawił si  przede mn  podczas działania czaru, 

posłu ył te  jako słabe  wiatełko na zakurzonym poddaszu mojego umysłu. 

Magia. Naturalnie. Ja - Merlim syn Corwina - jestem czarodziejem z rodzaju, 

jaki rzadko spotyka si  w okolicach, które odwiedzałem przez ostatnie lata. Lucas 

Raynard, znany tak e jako ksi

 Rinaldo z Kashfy, jest równie  czarodziejem, 

cho  ró nimy si  stylem. Kot, który chyba orientował si  w tych sprawach, mógł 

mie  racj  twierdz c,  e znale li my si  wewn trz zakl cia. Taka lokalizacja jest 

jednym z nielicznych  rodowisk, gdzie wra liwo  i trening nie pomogłyby mi 

odgadn  natury mego poło enia. A to dlatego,  e moje zdolno ci tak e wplotłyby 

si  w manifestacj  czaru i podlegały jej mocom, o ile miałaby cho by elementarn  

wewn trzn  spójno . To co  podobnego do daltonizmu. Bez pomocy z zewn trz 

w  aden sposób nie mogłem stwierdzi , co wła ciwie zachodzi.  

      Zastanawiałem si  nad tym wszystkim, gdy za wahadłowymi drzwiami przed 

wej ciem stan li konie i  ołnierze Króla.  ołnierze weszli i umocowali liny do 

cielska Banderzwierza. Konie wywlokły go na zewn trz. Tymczasem Humpty 

zsun ł si  na podłog  i wyszedł do toalety. Po powrocie odkrył,  e nie potrafi 

wle  na barowy stołek. Wołał na pomoc  ołnierzy Króla, ale ignorowali go, 

zaj ci przeci ganiem mi dzy stolikami trupa bestii. Podszedł u miechni ty Luke.  

      - Wi c to był Banderzwierz - stwierdził. - Zawsze chciałem wiedzie , jak 

wygl da. Gdyby teraz wpadł jeszcze D abbersmok...  

      - Psst! - ostrzegł Kot. - Z pewno ci  jest gdzie  tam na fresku i mo liwe,  e 

słucha. Nie zakłócaj mu spokoju. Mo e sapgulcz c wynurzy  si  spomi dzy 

Tumtum drzew i złapa  ci  za tyłek. Pami taj o szponach jak kły i tn cych 

szcz kach! Nie szukaj gu...  

      Kot zerkn ł na  cian , po czym kilka razy szybko przefazował si  w niebyt i z 

powrotem. Luke nie zwrócił na to uwagi.  

      - My lałem o ilustracji Tenniela.  

      Kot zmaterializował si  na ko cu baru i wychylił kufel Kapelusznika.  

      - Słysz  grzmudnienie, a płomienne oczy płyn  w lewo - oznajmił.  

      Równie  spojrzałem na fresk. Dostrzegłem par  ognistych oczu i usłyszałem 

dziwny odgłos.  

      - To mo e by  cokolwiek - zauwa ył Luke.  

      Kot przeskoczył na półki za barem i zdj ł ze  ciany niezwykł  bro , 

migocz c  i błyszcz c  w ród cienia. Opu cił j ; przejechała po barze i 

zatrzymała si  przed Lukiem.  

      - Najlepiej mie  pod r k  miecz migbłystalny. Tyle tylko powiem.  

      Luke roze miał si , ale ja patrzyłem z ciekawo ci  na kling . Sprawiała 

background image

 

wra enie wykonanej ze skrzydeł motyli i składanego  wiatła ksi yca. I znowu 

usłyszałem grzmudnienie.  

      - Nie stój tak w czarsmut leniu - rzucił Kot, osuszył szklank  Humpty'ego i 

znikn ł.  

      Wci  chichocz c, Luke wyci gn ł kufel, by go napełni . Ja stałem w 

czarsmut leniu. Zakl cie, którego u yłem przeciw Banderzwierzowi, w 

przedziwny sposób odmieniło mój sposób my lenia. Przez krótk  chwil  miałem 

wra enie,  e rezonans czaru rozja nia mi umysł. Uznałem,  e to efekt obrazu 

Logrusu, jaki pojawił si  na moment. Dlatego przywołałem go ponownie.  

      Znak zawisł przede mn . Zatrzymałem go. Popatrzyłem. Zdawało si ,  e 

zimny wiatr dmuchn ł mi przez głow . Dryfuj ce okruchy wspomnie  skupiły 

si , utworzyły pełny splot, doł czyło zrozumienie. Oczywi cie...  

      Grzmudnienie rozbrzmiewało gło niej. Dostrzegłem szybuj cy w ród drzew 

cie  D abbersmoka z oczami jak  wiatła samolotu, z mnóstwem ostrych kraw dzi 

do gryzienia i szarpania...  

      Nie miało to  adnego znaczenia. Poj łem bowiem, co si  wła ciwie dzieje, kto 

jest za to odpowiedzialny, jak i dlaczego. Pochyliłem si  tak nisko,  e kostki 

palców musn ły czubek prawego buta.  

      - Luke - rzuciłem. - Mamy problem.  

      Stan ł plecami do baru.  

      - O co chodzi? - zapytał.  

      Ci, co pochodz  z krwi Amberu, zdolni s  do olbrzymich wysiłków. Potrafimy 

te  wytrzyma  naprawd  straszne lanie. Dlatego te , mi dzy nami, cechy te w 

pewnej mierze równowa  si  wzajemnie. Zatem, je li ju  kto  chce si  bra  do 

takich rzeczy, powinien odpowiednio si  przygotowa ...  

      Z całej siły uderzyłem pi ci  od samej podłogi. Trafiłem Luke'a w szcz k , a 

cios poderwał go w powietrze i rzucił na stolik, który załamał si  pod ci arem. 

Luke sun c dalej wzdłu  baru, a  wyl dował bezwładnie u stóp spokojnego 

d entelmena w wiktoria skim surducie. Ten upu cił p dzel i odst pił pospiesznie. 

Lew  r k  uniosłem kufel i wylałem zawarto  na praw  pi . Miałem wra enie, 

e uderzyłem ni  o skał .  wiatła przygasły i na chwil  zapanowała absolutna 

cisza.  

      Energicznie postawiłem kufel na barze. Cały lokal ten wła nie moment 

wybrał, by zadygota , jakby zatrz sła si  ziemia. Dwie butelki spadły z półki, 

zakołysała si  lampa, a grzmudnienie przycichło. Obejrzałem si ; dziwaczny cie  

D abbersmoka cofn ł si  mi dzy Tumtum drzewa. Co wi cej, malowana cz  

krajobrazu si gała teraz spory kawałek dalej i jakby wydłu ała si , zamra aj c 

ten skrawek  wiata w płaskim bezruchu. Sapgulczenie  wiadczyło wyra nie,  e 

D abbersmok porusza si ,  e biegnie na lewo, uciekaj c przed spłaszczeniem. 

Tweedledum, Tweedledee, Dodo i  aba zacz li pakowa  instrumenty.  

      Ruszyłem do rozci gni tego na podłodze Luke'a. G sienica demontował 

nargile, a jego grzyb przechylił si  mocno. Biały Królik dopadł nory na tyłach. 

Słyszałem przekle stwa Humpty'ego, który kołysał si  na barowym stołku, gdzie 

wła nie udało mu si  wej .  

      Podchodz c skłoniłem si  d entelmenowi z palet .  

      - Przepraszam,  e zakłócam prac  - powiedziałem. - Ale prosz  mi wierzy , 

background image

 

tak b dzie lepiej.  

      Podniosłem bezwładnego Luke'a i zarzuciłem go sobie na rami . Obok 

przefrun ło stado kart do gry. Cofn łem si , gdy  migały koło mnie.  

      - Wielkie nieba! Przestraszył D abbersmoka! - zawołał m czyzna, 

spogl daj c gdzie  poza mnie.  

      - Co takiego? - spytałem nie do ko ca pewien, czy rzeczywi cie chc  wiedzie .  

      - On - odparł, wskazuj c frontowe drzwi baru.  

      Spojrzałem, zachwiałem si  i wcale si  nie dziwiłem D abbersmokowi.  

      Do baru wkroczył wła nie czterometrowy Ognisty Anioł - brunatny, ze 

skrzydłami jak witra e. Obok przypomnienia o  miertelno ci kojarzył mi si  z 

modliszk , z kolczast  obro  i szponami jak ciernie, stercz cymi z krótkiej 

sier ci na ka dym zgi ciu. Jeden z nich wyrwał z zawiasów wahadłowe drzwi. 

Anioł był besti  Chaosu - rzadko spotykan ,  miertelnie gro n  i wysoce 

inteligentn . Nie widziałem ich od lat i nie miałem ochoty ogl da  teraz. Przez 

moment  ałowałem,  e zakl cie zawału serca zmarnowałem na zwykłego 

Banderzwierza... do chwili, gdy przypomniałem sobie,  e Ogniste Anioły maj  po 

trzy serca. Rozejrzałem si  szybko; bestia dostrzegła mnie, zawyła cicho i ruszyła.  

      -  ałuj ,  e nie mog  z panem porozmawia  - przeprosiłem artyst . - Lubi  

pa skie dzieła. Niestety...  

      - Rozumiem.  

      - Do widzenia.  

      -  ycz  szcz cia.  

      Wsun łem si  do króliczej nory i ruszyłem biegiem, mocno pochylony z 

powodu niskiego stropu. Luke bardzo utrudniał marsz, zwłaszcza na zakr tach. 

Daleko z tyłu słyszałem drapanie i krótkie, zawodz ce wołania. Pocieszała mnie 

jednak  wiadomo ,  e aby si  przecisn , Ognisty Anioł b dzie musiał poszerza  

spore odcinki tunelu. Problem w tym,  e był do tego zdolny. Te stwory s  

niesamowicie silne i praktycznie niezniszczalne.  

      Biegłem, póki nie urwała si  pode mn  podłoga. Wtedy zacz łem spada . 

Próbowałem przytrzyma  si  woln  r k , ale trafiłem tylko na pustk . Ziemia 

znikn ła. Dobrze. Miałem nadziej  i wła ciwie oczekiwałem,  e to nast pi. Luke 

j kn ł cicho, ale nie poruszył si ..  

      Spadali my. Ni ej, ni ej i ni ej. Znalazłem si  w studni albo bardzo gł bokiej, 

albo lecieli my bardzo powoli. Wokół panował mrok i nie widziałem  cian szybu. 

Umysł rozja nił mi si  jeszcze bardziej i wiedziałem,  e tak b dzie, jak długo 

zachowam kontrol  nad jedn  zmienn : Lukiem. Wysoko w górze ponownie 

zabrzmiał łowiecki zew. A zaraz po nim dziwny, sapgulcz cy odgłos. Frakir 

zacz ła pulsowa , ale wła ciwie nie mówiła nic, czego bym wcze niej nie wiedział. 

Uciszyłem j .  

      Ja niejsze my li. Zacz łem sobie przypomina ... Atak na Twierdz  Czterech 

wiatów, odbicie Jasry, matki Luke'a. Napad wilkołaka. Dziwne odwiedziny u 

Vinty Bayle, która nie była tym, kim si  wydawała... Kolacja w Alei  mierci... 

Mieszkaniec, San Francisco i kryształowa grota... Coraz lepiej. I coraz gło niej 

rozbrzmiewało nade mn  wycie Ognistego Anioła. Musiał pokona  tunel i teraz 

leciał w dół.  

      Niestety, miał skrzydła, podczas gdy ja mogłem tylko spada .  

background image

 

      Spojrzałem w gór , ale jeszcze go nie dostrzegłem. Wy ej było chyba ciemniej 

ni  w dole. Miałem nadziej ,  e to znak, i  docieramy do czego  w rodzaju 

wiatełka w tunelu, gdy   aden inny sposób ucieczki nie przychodził mi do głowy. 

Było za ciemno na Atut i nie widziałem okolicy dostatecznie wyra nie, by 

rozpocz  przemian  cienia.  

      Miałem teraz wra enie,  e dryfujemy raczej, ni  spadamy - w tempie, które 

umo liwi mo e w miar  bezpieczne l dowanie. Gdyby było inaczej, miałem 

pewien pomysł na spowolnienie upadku - adaptacj  jednego z zakl , jakie wci  

miałem do dyspozycji. Jednak e rozwa ania takie na nic by si  nie przydały, 

gdyby my w drodze na dół zostali po arci... Całkiem realna mo liwo , chyba  e 

nasz prze ladowca nie jest a  tak głodny. Wtedy mo e rozszarpie nas tylko na 

strz py, pewnie trzeba b dzie przyspieszy ,  eby bestia nas nie dogoniła... Co 

spowoduje, naturalnie,  e roztrzaskamy si  o dno studni.  

      Decyzje, decyzje...  

      Luke poruszył si  lekko. Miałem nadziej ,  e nie odzyska przytomno ci: nie 

było czasu na zabawy z zakl ciem snu, a moja pozycja utrudniała porz dny cios, 

Pozostawała tylko Frakir. Gdyby jednak Luke był na granicy jawy, duszenie 

mo e go rozbudzi  zamiast u pi . W dodatku potrzebowałem go w dobrym 

stanie. Posiadał zbyt wiele informacji, których ja nie miałem: informacji, które 

były mi niezb dne.  

      Min li my nieco ja niejszy odcinek i po raz pierwszy zobaczyłem  ciany 

szybu. Pokrywały je napisy w nie znanym mi j zyku. Przypomniałem sobie takie 

niesamowite opowiadanie Jamaiki Kincaid, ale nie nasun ło mi  adnych nowych 

pomysłów. A gdy tylko przelecieli my przez t  warstw  jasno ci, dostrzegłem w 

dole niewielki kr ek  wiatła. I natychmiast rozłegło si  wycie, tym razem bardzo 

blisko.  

      Podniosłem głow . Przez blask przelatywał Ognisty Anioł. Jednak tu  za nim 

dostrzegłem inny kształt: miał na sobie kamizelk  i sapgulczał: to D abbersmok 

tak e pod ał w dół i wyra nie był z nas najszybszy. Natychmiast wynikn ł 

problem, jego zamiarów; doganiał nas, a kr ek  wiatła rósł w dole. Luke zadr ał 

znowu. Jednak kwestia D abbersmoka rozwi zała si  sama, gdy tylko do cign ł 

Ognistego Anioła i zaatakował. Sapgulczenie, wycie i grzmudnienie odbijały si  

echem od  cian szybu, wraz z sykiem, drapaniem i od czasu do czasu warkotem. 

Obie bestie zwarły si  i szarpały; z oczami jak konaj ce sło ca i szponami jak 

bagnety tworzyły piekieln  mandal  w blasku docieraj cym od dołu. Wprawdzie 

zajmowały si  tym zbyt blisko, bym patrzył na nie z całkowitym spokojem, ale 

walka przyhamowała ich lot. Nie musiałem ju  ryzykowa   le dobranego zakl cia 

i niewygodnych manewrów, by wynurzy  si  z szybu o własnych siłach.  

      - Arrg! - zauwa ył Luke, obracaj c si  w moim uchwycie.  

      - Masz racj  - przyznałem. - Ale nie ruszaj si , dobrze? Za chwil  spadniemy 

na ziemi ...  

      - ...i spłoniemy - doko czył. Przekr cił głow , by spojrze  na walcz ce 

potwory, potem w dół, kiedy zrozumiał,  e my równie  spadamy. - Co to za odlot?  

      - Ci ki - odparłem i nagle mnie ol niło: to wła nie to.  

      Otwór rozrastai si , a nasza szybko  pozwalała na w miar  bezpieczne 

l dowanie. Gdybym rzucił zakl cie, które nazwałem Klapsem Olbrzyma, pewnie 

background image

 

stan liby my w miejscu albo nawet podlecieli kawałek do góry. Lepiej zarobi  

par  siniaków, ni  sta  si  przeszkod  na drodze. Rzeczywi cie, ci ki odlot. 

My lałem o słowach Randoma, kiedy pod wariackim k tem wlecieli my w otwór, 

uderzyli my i potoczyli my si  po ziemi. Zatrzymali my si  w jaskini, niedaleko 

wyj cia. W prawo i w lewo wybiegały tunele. Wyj cie miałem za plecami. Szybki 

rzut oka w tamt  stron  ukazał mi zalan  blaskiem, zapewne bujn  i bardziej ni  

troch  zamglon  dolin . Luke le ał nieruchomo tu  obok. Poderwałem si  szybko, 

chwyciłem go pod pachy i odci gn łem od ciemnego otworu, z którego przed 

chwil  wypadli my.  

      Odgłosy walki potworów rozlegały si  bardzo blisko. Dobrze,  e Luke znów 

stracił przytomno . Je li si  nie pomyliłem, to był w marnym stanie, nawet jak 

na Amberyt . Jednak dla kogo  o zdolno ciach magicznych stanowiło to bardzo 

niebezpieczn  niewiadom , z jak  nigdy jeszcze si  nie spotkałem. Nie byłem 

pewien, jak sobie z tym poradz .  

      Ci gn łem go do tunelu po prawej, poniewa  był w szy i teoretycznie 

łatwiejszy do obrony. Ledwie zd yli my si  w nim schroni , gdy dwie bestie 

wpadły do groty, dusz c i szarpi c si  nawzajem. Zacz ły przetacza  si  po 

podłodze, drapały pazurami, syczały i  wiszczały. Zupełnie chyba o nas 

zapomniały, wi c kontynuowałem odwrót, póki nie znale li my si  gł boko w 

tunelu.  

      Mogłem tylko uzna ,  e domysły Randoma s  prawdziwe. W ko cu był 

muzykiem i grywał po całym Cieniu. Poza tym  adne lepsze wyja nienie nie 

przychodziło mi do głowy.  

      Przywołałem Znak Logrusu. Kiedy zobaczyłem go wyra nie i wplotłem w 

niego r ce, mogłem zada  cios walcz cym bestiom. Jednak nie zwracały na mnie 

uwagi, a ja wolałem o sobie nie przypomina . Nie miałem te  pewno ci, czy 

odpowiednik uderzenia sztachet  wywrze na nich jakie  wra enie. Poza tym 

przygotowałem ju  zamówienie i najwa niejsza teraz była jego realizacja.  

      Si gn łem w Cie .  

      Trwało to niesko czenie długo. Musiałem pokona  wyj tkowo rozległy 

obszar, nim wreszcie trafiłem na to, czego szukałem. A potem musiałem 

powtórzy  operacj . I znowu. Potrzebowałem kilku drobiazgów, a  aden z nich 

nie znajdował si  blisko.  

      Tymczasem walcz cy nie wykazywali  ladów zm czenia, a ich szpony krzesały 

iskry ze  cian groty. Zadali sobie niesko czenie wiele ran i teraz pokrywała ich 

ciemna posoka. Luke przebudzii si , uniósł na łokciach i z fascynacj  obserwował 

niezwykłe zmagania. Nie wiedziałem, na jak długo przyci gn  jego uwag . Ju  za 

chwil  b dzie mi potrzebny przytomny, ale dobrze,  e na razie nie my lał jeszcze 

o innych sprawach. Nawiasem mówi c, kibicowałem D abbersmokowi. Był 

zwyczajn  gro n  besti  i wcale nie musiał wła nie mnie atakowa , gdy jego 

uwag  odwróciła ta niesamowita nemezis. Ognisty Anioł rozgrywał tu zupełnie 

inn  parti . Nie było  adnego powodu, by bł kał si  tak daleko od Chaosu - chyba 

e został wysłany. To piekielne stwory: trudno je schwyta , jeszcze trudniej 

wyszkoli , niebezpiecznie trzyma  blisko siebie. Wi

 si  z niemałymi 

wydatkami i ryzykiem. Dlatego mało kto lekkomy lnie inwestuje w Ogniste 

Anioły. Głównym celem ich  ycia jest zabijanie, a o ile wiem, nikt spoza Dworców 

background image

 

10 

Chaosu nigdy ich nie wykorzystywał. Dysponuj  szerokim zakresem zmysłów, po 

cz ci paranormalnych, i mo na ich u ywa  jako psów go czych w Cieniu. Same 

przez Cie  nie w druj , a przynajmniej ja nic o tym nie słyszałem. Lecz id cego 

przez Cienie mo na  ledzi , a Ogniste Anioły potrafi  wyczu  nawet wystygły 

trop, gdy ju  naucz  si  rozpoznawa  ofiar .  

      Przeatutowałem si  do tego zwariowanego lokalu. Nie s dziłem, by Ognisty 

Anioł mógł mnie  ciga  drog  przeskoku przez Atut, jednak przyszło mi na my l 

kilka innych mo liwo ci... na przykład,  e kto  mnie odszukał, przetransportował 

stwora gdzie  niedaleko i poszczuł na mnie. Cokolwiek to oznaczało, jedno było 

pewne: ten zamach nosił znak firmowy Chaosu. St d te  moje szybkie wst pienie 

w szeregi fandomu D abbersmoka.  

      - Co si  dzieje? - zapytał nagle Luke, a  ciany groty przybladły na moment i 

usłyszałem strz p muzyki.  

      - Trudno wytłumaczy  - odparłem. - Pora na lekarstwo.  

      Wysypałem gar  tabletek B12, które wła nie sprowadziłem, i odkorkowałem 

tak e przywołan  butelk  wody.  

      - Jakie lekarstwo? - spytał, gdy wr czyłem mu to wszystko.  

      - Z polecenia lekarza. Szybciej staniesz na nogi.  

      - Dobra.  

      Wrzucił tabletki do ust i popił.  

      - Teraz te.  

      Otworzyłem fiolk  thoraziny. Tabletki były po 200 mg i nie wiedziałem, ile mu 

poda . Zdecydowałem si  na trzy. Doło yłem te  tryptophan i troch  

phenylaniny. Patrzył na pigułki.  ciany znowu przybladły, zabrzmiała muzyka. 

Bar pojawił si  nagle, przywrócony do tego, co w tej okolicy uchodziło za 

rzeczywisto . Ustawiono poprzewracane stoliki, Humpty kiwał si  przy barze, 

fresk powstawał ci gle.  

      - O, jest klub! - zawołał Luke. - Powinni my wraca . Impreza chyba si  

wła nie rozkr ca.  

      - Najpierw lekarstwa.  

      - Od czego to?  

      - Dostałe  niedawno jakie   wi stwo. Pomog  ci wyj  z tego bez komplikacji.  

      - Nic mi nie dolega. Wła ciwie to czuj  si   wietnie...  

      - Zjedz to!  

      - Dobrze, dobrze...  

      Połkn ł cał  gar .  

      D abbersmok i Ognisty Anioł rozwiewali si  powoli, a gdy wykonałem 

niech tny gest w okolicy blatu baru, r ka napotkała pewien opór, cho  lada nie 

była jeszcze w pełni materialna. Nagle zauwa yłem Kota, którego sztuczki z 

egzystencj  sprawiały w tej chwili,  e wydawał si  bardziej rzeczywisty ni  

cokolwiek innego.  

      - Wchodzisz czy wychodzisz? - zapytał.  

      Luke zacz ł si  podnosi .  wiatło ja niało mocniej, cho  było te  bardziej 

przymglone.  

      - Em... Luke, spójrz na to. - Wskazałem palcem.  

      - Na co? - Odwrócił głow .  

background image

 

11 

      Przyło yłem mu po raz drugi. Kiedy upadł, bar zacz ł zanika .  ciany jaskini 

zogniskowały si  na powrót. Usłyszałem głos Kota.  

      - Wychodzisz - mrukn ł.  

      Z pełn  gło no ci  wróciły d wi ki, lecz tym razem dominuj cym odgłosem 

był pisk jakby kobzy. Wydawał go D abbersmok, przyci ni ty do ziemi i 

szarpany przez Ognistego Anioła. Zdecydowałem si  na zakl cie Czwartego 

Lipca, które zostało mi z ataku na cytadel . Wzniosłem r ce i wypowiedziałem 

słowa. Równocze nie wyszedłem przed Luke'a, by zasłoni  mu widok. 

Odwróciłem głow  i zacisn łem mocno powieki. Nawet z zamkni tymi oczami 

widziałem jaskrawy błysk.  

      - Hej... - odezwał si  Luke, jednak wszystkie inne d wi ki ucichły nagle.  

      Spojrzałem. Obie bestie le ały oszołomione i nieruchome pod  cian  groty. 

Złapałem Luke'a za r k  i zarzuciłem go sobie na rami  w uchwycie stra ackim. 

Ruszyłem do groty. Raz po lizgn łem si  na krwi, sun c wzdłu   ciany do 

wyj cia. Potwory zacz ły si  porusza , ale raczej instynktownie ni   wiadomie. 

Stan łem w otworze jaskini; przed sob  zobaczyłem olbrzymi ogród w rozkwicie. 

Wszystkie kwiaty były co najmniej mojego wzrostu, a podmuchy wiatru niosły 

oszałamiaj ce zapachy.  

      Po chwili usłyszałem za plecami bardziej stanowcze poruszenia. Odwróciłem 

si . D abbersmok wstawał na nogi. Ognisty Anioł wci  siedział skulony i 

popiskiwał cicho. D abbersmok zatoczył si  do tyłu, rozło ył skrzydła, zamachał i 

odleciał do otworu rozpadliny w tylnej  cianie groty. Rozs dny pomysł, uznałem i 

ruszyłem do ogrodu.  

      Aromaty były tu jeszcze silniejsze, a kwiaty w wi kszo ci wła nie kwitn ce - 

tworzyły fantastycznie barwny baldachim. Zasapałem si  po chwili, ale biegłem 

dalej. Luke był ci ki, lecz wolałem zostawi  jaskini  mo liwie daleko za sob . 

Bior c pod uwag , jak szybko potrafi si  porusza  nasz prze ladowca, nie byłem 

pewien, czy mam do  czasu na zabawy z Atutami.  

      Zaczynałem odczuwa  lekkie zawroty głowy, a ko czyny jakby oddaliły si  

ode mnie. Natychmiast pomy lałem,  e kwiaty mog  mie  lekko narkotyczne 

działanie. Doskonale. Tylko tego było mi trzeba: wpa  w narkotyczny haj, kiedy 

akurat próbowałem wyci gn  z niego Luke'a. Dostrzegłem przed sob  polank  

na niewielkim wzniesieniu. Ruszyłem ku niej. Mo e zdołam tam chwil  odpocz , 

zebra  my li i postanowi , co dalej.  

      Jak dot d nie słyszałem  adnych odgłosów po cigu. Biegłem czuj c,  e 

zaczynam si  zatacza . Co  zakłócało mi zmysł równowagi. Nagłe ogarn ł mnie 

strach przed upadkiem, zbli ony troch  do akrofobii. Po raz pierwszy przyszło mi 

do głowy,  e je li si  przewróc , mo e nie zdołam ju  powsta ,  e zapadn  w 

ot pienie i we  nie zabije mnie stwór z Chaosu. Nade mn  barwy kwiatów zlewały 

si , płyn ły i mieszały niczym masa jaskrawych wst ek w jasnym strumieniu. 

Starałem si  oddycha  płytko, by wci ga  do płuc jak najmniej wyziewów. Nie 

było to łatwe wobec narastaj cego zm czenia.  

      Nie upadłem jednak, cho  usiadłem ci ko obok Luke'a, gdy wreszcie 

uło yłem go na trawie po rodku polanki. Wci  był nieprzytomny i na twarzy 

miał wyraz spokoju. Wiatr owiewał nasz wzgórek od strony, gdzie wyrastały 

nieprzyjemne, kolczaste ro liny bez kwiatów. Tym samym nie musiałem ju  

background image

 

12 

wdycha  oszałamiaj cych zapachów rozległego kwietnego pola i po chwili w 

głowie zacz ło mi si  przeja nia . Z drugiej strony, jak sobie u wiadomiłem, 

bryza unosiła nasz zapach w kierunku groty. Nie wiedziałem, czy Ognisty Anioł 

zdoła go rozpozna  w powodzi mocnych aromatów, ale nawet tak drobne 

ułatwienie mu po cigu troch  mnie niepokoiło.  

      Wiele lat temu, jeszcze przed dyplomem, spróbowałem raz LSD. Przestraszyło 

mnie to tak okropnie,  e od tego czasu ani razu nie za yłem  adnych  rodków 

halucynogennych. To nie był zwyczajny ci ki odlot. Prochy oddziaływały na 

moj  zdolno  podró y przez cienie. To rodzaj truizmu,  e Amberyci mog  

odwiedzi  ka de miejsce, jakie potrafi  sobie wyobrazi , gdy  wszystko gdzie  

tam istnieje w Cieniu. Ł cz c ruch z prac  umysłu, dostrajamy si  do cienia 

naszych pragnie . Niestety, ja nie panowałem wtedy nad własn  wyobra ni . I 

niestety, zostałem przeniesiony w te miejsca. Wpadłem w panik , a to jeszcze 

pogorszyło sytuacj . Łatwo mogłem zgin , gdy  w drowałem przez 

zmaterializowane d ungle własnej pod wiadomo ci i sp dziłem troch  czasu tam, 

gdzie  yj  potwory. Kiedy doszedłem do siebie, odnalazłem drog  do domu, 

zjawiłem si  roztrz siony u drzwi Julii i przez kilka dni byłem nerwowym 

wrakiem. Pó niej, gdy opowiedziałem o tym Randomowi, dowiedziałem si ,  e 

miał podobne do wiadczenia. Z pocz tku zatrzymał t  wiedz  dla siebie jako 

potencjaln  tajn  bro  przeciwko krewniakom. Potem, gdy wszyscy jako  si  

pogodzili, dla ogólnego bezpiecze stwa postanowił zdradzi  te informacje. 

Przekonał si  ze zdziwieniem,  e Benedykt, Gerard, Fiona i Bleys wiedzieli o tym 

- cho  eksperymentowali z innymi halucynogenami. To niezwykłe, ale jedynie 

Fiona rozwa ała wykorzystanie tego efektu jako broni. Zarzuciła jednak projekt 

z powodu nieprzewidywalno ci zjawiska. Działo si  to kilka lat temu i Random 

zapomniał o całej sprawie wobec natłoku problemów. Zwyczajnie nie pomy lał, 

e kogo  nowego w rodzinie, jak mnie, powinno si  mo e uprzedzi . Luke mówił, 

e próbował zdoby  Twierdz , wprowadzaj c tam oddział  ołnierzy na lotniach, i 

e atak si  nie udał. Kiedy tam byłem, widziałem wewn trz murów porozbijane 

lotnie, mogłem wi c sensownie zało y ,  e Luke został uwi ziony. Zatem, logicznie 

rzecz bior c, to czarnoksi nik Maska zrobił to, co zrobił, by doprowadzi  

Luke'a do takiego stanu. Wymagało to chyba tylko wprowadzenia dozy 

halucynogenu do wi ziennego posiłku, a potem wypuszczenia je ca na wolno , 

eby chodził sobie i gapił si  na kolorowe  wiatełka.  

      Na szcz cie, w przeciwie stwie do mnie, jego my lowe w drówki nie 

prowadziły w  adne miejsca bardziej gro ne ni  co przyjemniejsze sceny z Lewisa 

Carrolla. Mo e miał serce czystsze od mojego. Ale to dziwne. Maska mógł go 

przecie  zabi , trzyma  w lochach albo doda  do swojej kolekcji wieszaków. 

Tymczasem, cho  oczywi cie istniało pewne ryzyko, w ko cu halucynogen 

przestanie działa  i Luke, wprawdzie cierpi cy, znajdzie si  na wolno ci. To 

raczej klaps po r ku ni  prawdziwa zemsta. I to wobec przedstawiciela rodu, 

który niedawno władał w Twierdzy i z pewno ci  zechce tam wróci . Czy by 

Maska był a  tak pewny siebie? A mo e nie uwa ał Luke'a za gro nego?  

      Wiedziałem równie ,  e nasze zdolno ci chodzenia w ród cieni i zdolno ci 

czarodziejskie pochodz  ze zbli onych  ródeł: Wzorca albo Logrusu. Kto miesza 

si  do jednego z nich, miesza si  te  do drugiego. To wyja niałoby niezwykł  

background image

 

13 

umiej tno  Luke'a nadania tak pot nego atutowego wezwania, chocia  w istocie 

nie było  adnego Atutu: jego wzmocniona prochami siła wizualizacji była tak 

intensywna,  e fizyczny wizerunek na karcie okazał si  zb dny. A wypaczone 

zdolno ci czarnoksi skie tłumaczyły t  wst pn  gr , te dziwaczne, 

zniekształcaj ce rzeczywisto  doznania, jakie prze yłem, nim nast pił kontakt. 

Co oznaczało,  e w pewnych narkotycznych stanach obaj mo emy by  bardzo 

niebezpieczni.  

      B d  musiał to zapami ta . Miałem nadziej ,  e nie ocknie si  w ciekły na 

mnie za ten cios; zd

 chyba najpierw z nim pogada . Z drugiej strony,  rodki 

uspokajaj ce powinny go troch  przyhamowa , a cała reszta pomo e w 

detoksykacji.  

      Roztarłem obolały mi sie  lewej nogi i wstałem. Złapałem Luke'a pod pachy i 

odci gn łem go ze dwadzie cia metrów dalej. Potem odetchn łem gł boko i 

wróciłem na miejsce. Nie miałem ju  czasu, by ucieka . Tymczasem wycie 

nabierało siły, a wielkie kwiaty pochylały si  wzdłu  linii wskazuj cej prosto na 

mnie. Widziałem ju  mi dzy łodygami ciemniejsz  sylwetk . Wiedziałem wtedy, 

e D abbersmok uciekł, a Ognisty Anioł wrócił do pracy. Je eli starcie było i tak 

nieuniknione, to polanka była miejscem nie gorszym od innych, a lepszym od 

wielu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

14 

Rozdział 2 

 

Odczepiłem od pasa migotliwy przedmiot i zacz łem go rozkłada . Pstrykał 

cicho. Miałem nadziej ,  e dokonałem wyboru najlepszego z mo liwych, a nie - 

powiedzmy - tragicznej pomyłki.  

      Potwór nadchodził poprzez kwiaty wolniej, ni  si  spodziewałem. Mogło to 

oznacza ,  e ma problemy z odnalezieniem mojego tropu po ród egzotycznych 

zapachów. Liczyłem jednak,  e odniósł rany w starciu z D abbersmokiem, trac c 

przy tym nieco pr dko ci i siły. Tak czy tak, ostatnie łodygi pochyliły si  w ko cu 

i zostały zdeptane. Kanciasty stwór wtoczył si  na polan  i przystan ł, 

spogl daj c na mnie bez mrugni cia. Frakir wpadła w panik , wi c uspokoiłem 

j . Ten przeciwnik nie nale ał do jej sfery. Zostało mi jeszcze zakl cie Ognistej 

Fontanny, ale nawet go nie próbowałem. Wiedziałem,  e nie powstrzyma Anioła, 

a mógłby zacz  si  zachowywa  w sposób nieprzewidywalny.  

      - Mog  ci wskaza  drog  powrotn  do Chaosu! - zawołałem. - Pewnie t sknisz 

za domem.  

      Zawył cicho i ruszył na mnie. To tyle, je li chodzi o sentymenty.  

      Zbli ał si  wolno, ociekaj c posok  z tuzina ran. Zastanawiałem si , czy 

potrafiłby jeszcze na mnie skoczy , czy te  obecne tempo było wszystkim, na co 

go sta . Ostro no  nakazywała przewidywa  najgorsze, wi c rozlu niłem 

mi nie, gotów do reakcji na ka d  prób  ataku. Nie skoczył. Zbli ał si  tylko 

niczym mały czołg z łapami. Nie wiedziałem, gdzie w jego cielsku znajduj  si  

wra liwe punkty - anatomia Ognistych Aniołów nie zajmowała wysokiej lokaty 

na li cie moich zainteresowa . Spróbowałem zaliczy  kurs przyspieszony, 

obserwuj c uwa nie potwora. Niestety, doszedłem tylko do wniosku,  e wszystkie 

wa ne organy s  dobrze osłoni te. Szkoda.  

      Wolałem nie atakowa  na wypadek, gdyby próbował mnie do czego  

sprowokowa . Nie miałem poj cia o sztuczkach, jakie stosuje w walce, ani ch ci, 

eby si  odsłoni  tylko po to, by je pozna . Lepiej trzyma  gard , powiedziałem 

sobie, i niech on zrobi pierwszy ruch. Ale on tylko podchodził, bli ej i bli ej. 

Wiedziałem,  e zaraz b d  musiał co  zrobi , cho by tylko si  cofn ...  

      Jedna z tych długich, zwini tych przednich ko czyn wystrzeliła ku mnie, a ja 

odskoczyłem na bok i ci łem. Ciach! Łapa le ała na ziemi i poruszała si  ci gle. 

Wi c ja równie  si  ruszyłem. Raz-dwa! Raz-dwa! I ciach! I ciach!  

      Potwór przewrócił si  wolno na lewy bok, poniewa  odr bałem wszystkie 

członki po tej stronie ciała. Potem, zanadto pewny siebie, przebiegłem zbyt blisko, 

by stan  z drugiego boku i powtórzy  wyczyn, póki Anioł był oszołomiony i 

niesprawny. Mign ła inna łapa. Jednak byłem za blisko, a on padał. Zamiast 

pochwyci  w szpony, trafił mnie w pier  odpowiednikiem goleni czy 

przedramienia. Odleciałem do tyłu.  

      Kiedy odpełzałem jak najdalej i próbowałem wsta , usłyszałem senny głos 

Luke'a.  

      - Co si  tu dzieje?  

      - Pó niej! - krzykn łem nie ogl daj c si .  

      - Zaraz! Waln łe  mnie! - dodał.  

      - Bez złych zamiarów. To element kuracji.  

background image

 

15 

      Stan łem na nogach i ruszyłem znowu.  

      - Aha... - usłyszałem jeszcze.  

      Potwór le ał na boku, a ta wielka łapa wyci gała si  gwałtownie w moj  

stron . Odskakiwałem, jednocze nie badaj c jej zasi g i k t uderzenia. I ciach! 

Łapa upadła na ziemi , a ja wzi łem si  do dzieła.  

      Zadałem trzy ciosy, które przeszły przez cał  jego głow , nim zdołałem j  

odci . Cmokała stale, a kadłub przesuwał si  i pełzał na pozostałych 

ko czynach. Nie wiem, ile ci  jeszcze zadałem. Nie przerywałem, póki stwór nie 

był dosłownie w plasterkach. Przy ka dym ciosie Luke krzyczał: "ole!" Byłem 

ju  troch  spocony i zauwa yłem,  e rozgrzane powietrze - albo co  innego 

powoduje,  e dalekie kwiaty w polu widzenia faluj  do  niepokoj co. Czułem,  e 

dowiodłem zdolno ci przewidywania: miecz migbłystalny, który zabrałem z baru, 

okazał si  wspaniał  broni . Machn łem nim wysoko, co - jak si  zdaje - 

dokładnie oczy ciło kling , po czym zacz łem go składa  do wyj ciowej, zwartej 

formy. Był mi kki jak płatki kwiatów i wci  l nił słabym, matowym blaskiem...  

      - Brawo! - odezwał si  znajomy głos. Odwróciłem si ; zobaczyłem u miech, a 

po nim Kota, który lekko klaskał łapami.  

      - Kalej! Kalu! - dodał. - Niezła robota, cudobry chłopcze!  

      Tło falowało mocniej, a niebo pociemniało.  

      - Co jest?! - zawołał Luke.  

      Wstał wła nie i podchodził. Kiedy znów odwróciłem głow , dostrzegłem bar 

formuj cy si  za Kotem, pochwyciłem błysk mosi nej por czy. Zakr ciło mi si  

w głowie.  

      - Normalnie pobieramy kaucj  za migbłystalny miecz - stwierdził Kot. - Ale 

skoro oddajesz go bez uszkodze ...  

      Luke stan ł obok mnie. Usłyszał muzyk  i zacz ł nuci . Teraz to polanka i 

zar ni ty Ognisty Anioł wydawały si  nało onym obrazem, bar za  nabierał 

trwało ci... pojawiały si  niuanse kolorów i odcieni.  

      Jednak lokal sprawiał wra enie mniejszego. Stoliki stały bli ej siebie, muzyka 

grała ciszej, fresk był jakby w szy, a malarz gdzie  znikn ł. Nawet G sienica i 

jego grzyb cofn li si  do mrocznego k ta i obaj skurczyli wyra nie, a niebieski 

dym nie wydawał si  ju  tak g sty.  

      Uznałem to za dobry znak, poniewa  je li nasza obecno  tutaj była 

rezultatem stanu umysłu Luke'a, to mo e wła nie uwalniał si  od tego natr ctwa.  

      - Luke? - rzuciłem.  

      - Tak? - Stan ł obok mnie przy barze.  

      - Wiesz,  e jeste  na haju, prawda?  

      - Ja nie... Nie jestem pewien, co masz na my li.  

      - Kiedy Maska trzymał ci  w niewoli, mógł ci poda  jaki  kwas - wyja niłem. - 

Czy to mo liwe?  

      - Kto to jest Maska? - zdziwił si .  

      - Nowy boss w Twierdzy.  

      - Aha, chodzi ci o Sharu Garrula! - zawołał. - Rzeczywi cie, przypominam 

sobie,  e nosił niebiesk  mask .  

      Nie widziałem powodów, by zagł bia  si  w tłumaczenie, dlaczego Maska nie 

mo e by  Sharu. Zreszt , pewnie i tak by zapomniał. Kiwn łem tylko głow .  

background image

 

16 

      - Szef - powiedziałem.  

      - Czy ja wiem... Tak, chyba mógłby mi co  poda  przyznał. - To znaczy,  e to 

wszystko... Szerokim gestem wskazał cał  sal .  

      Przytakn łem.  

      - Oczywi cie, jest rzeczywiste - stwierdziłem. - Ale my potrafimy 

przetransportowa  siebie do halucynacji. Wszystkie s  gdzie  rzeczywiste. Kwas 

by to załatwił.  

      - Niech mnie diabli... - mrukn ł.  

      - Podałem ci troch  leków, które powinny pomóc - dodałem. - Ale to mo e 

potrwa .  

      Oblizał wargi i rozejrzał si .  

      - Nie ma po piechu. - U miechn ł si , gdy zabrzmiał odległy krzyk: to demony 

zacz ły wyczynia  brzydkie rzeczy z płon c  kobiet  we fresku. - Podoba mi si  

tutaj.  

      Uło yłem na barze poskładan  bro . Luke zastukał o blat i zamówił nast pn  

kolejk . Wycofałem si , kr c c głow .  

      - Musz  ju  i  - wyja niłem. - Kto  na mnie poluje i tym razem niewiele 

brakowało.  

      - Zwierz ta si  nie licz  - o wiadczył Luke.  

      - Stwór, którego posiekałem, liczy si  jak najbardziej - odparłem. - Został 

wysłany.  

      Spojrzałem na wyłamane drzwi my l c, co mo e si  w nich zjawi  jako 

nast pne. Ogniste Anioły cz sto poluj  parami.  

      - Ale musz  z tob  porozmawia ... - mówiłem dalej.  

      - Nie teraz. - Odwrócił si .  

      - Wiesz,  e to wa ne.  

      - Nie potrafi  skupi  my li.  

      Zapewne miał racj , a nie było sensu ci gn  go st d do Amberu czy 

gdziekolwiek indziej. Rozwiałby si  i pojawił znowu tutaj. Dopiero kiedy 

przeja ni mu si  w głowie, a obsesja przestanie go n ka , mo emy omówi  nasze 

wspólne problemy.  

      - Pami tasz,  e twoja matka jest wi niem w Amberze? - spytałem jeszcze.  

      - Tak.  

      - Wezwij mnie, kiedy wrócisz do normy. Musimy pogada .  

      - Wezw .  

      Odwróciłem si , wyszedłem za drzwi i w  cian  mgły. Z oddali usłyszałem,  e 

Luke  piewa jak  smutn  ballad . Kiedy chodzi o przej cia przez cienie, mgła 

jest niemal tak niewygodna jak absolutna ciemno . Je li w ruchu nie wida  

punktów odniesienia, nie ma sposobu, by dokona  przeskoku. Z drugiej strony 

jednak, chciałem tylko zastanowi  si  w samotno ci, zwłaszcza  e mogłem ju  

jasno my le . Je eli ja nikogo nie widziałem w tych oparach, to i mnie nikt nie 

zobaczy. I nie słyszałem  adnego d wi ku, jedynie własne kroki na brukowanej 

powierzchni.  

      Co osi gn łem? Kiedy w Amberze przebudziłem si  po krótkiej drzemce, by 

obserwowa  niezwykłe wezwanie Luke'a, byłem  miertelnie zm czony po 

niezwykłych trudach. Zostałem przeniesiony do niego, przekonałem si ,  e ma 

background image

 

17 

odlot, nakarmiłem czym , co powinno szybciej doprowadzi  go do normy, 

por bałem Ognistego Anioła i zostawiłem Luke'a tam, gdzie go zastałem na 

pocz tku. Dwie rzeczy udało mi si  załatwi , my lałem, maszeruj c przez kł by 

mgły. Udaremniłem Luke'owi wszelkie plany, jakie mógłby jeszcze snu  co do 

Amberu. Wiedział,  e jego matka jest naszym wi niem i w tych okoliczno ciach 

nie wyobra ałem sobie, by podj ł jakie  bezpo rednie działania. Pomijaj c nawet 

techniczne problemy zwi zane z przetransportowaniem go tak, by pozostał cały, 

to był główny powód,  e mogłem go zostawi  samego... co wła nie zrobiłem. 

Jestem przekonany,  e Random wolałby mie  go nieprzytomnego w celi w 

podziemiach, ale byłem te  pewien,  e wystarczy mu Luke z wyrwanymi kłami i 

na swobodzie. Zwłaszcza  e pr dzej czy pó niej pewnie nawi e z nami kontakt w 

sprawie Jasry. Mogłem pozwoli , by doszedł jako  do siebie i zjawił si  u nas, 

kiedy b dzie mu to odpowiadało.  

      W mojej poczekalni tkwiły ju  moje własne problemy, cho by Ghostwheel 

Maska, Vinta... i nowe widmo, które wła nie wzi ło numerek i zaj ło miejsce. 

Mo e to Jasra wykorzystała przyci ganie niebieskich kamieni, by posła  za mn  

zabójców. Miała mo liwo  i motyw. Chocia  prawdopodobne,  e to Maska. 

Według mnie miał tak  sposobno ... i chyba miał te  motyw, cho  go nie 

rozumiałem. Jasr  usun łem jednak z drogi. Zamierzałem w ko cu rozstrzygn  

spraw  z Mask , ale ju  teraz wierzyłem,  e wyzwoliłem si  z wpływu niebieskich 

kamieni. Wierzyłem te ,  e nasze niedawne spotkanie w Twierdzy cho  troch  go 

wystraszyło. Tak czy tak, to zupełnie nieprawdopodobne, by Maska lub Jasra, 

niezale nie od swej mocy, potrafili zdoby  wyszkolonego Ognistego Anioła. Nie; 

jest tylko jedno miejsce, z którego one pochodz , czarownicy z Cieni za  nie 

trafiaj  na list  klientów.  

      Podmuch wiatru porwał na moment mgł  i zobaczyłem mroczne budynki. 

Doskonale. Przeskoczyłem. Mgła przesun ła si  znowu niemal natychmiast i nie 

były to ju  budynki, ale formacje skalne. Kolejne rozst pienie szaro ci i pojawił 

si  skrawek porannego czy wieczornego nieba z wylan  strug  jasnych gwiazd. W 

krótkim czasie wiatr przegnał mgł  i zobaczyłem,  e id  gdzie  wysoko po skale, 

w blasku gwiazd tak jasnym,  e mógłbym przy nich czyta . D yłem ciemn  

dró k  prowadz c  do kraw dzi  wiata...  

      Cała ta sprawa z Lukiem, Jasr , Daltem i Mask  była czym  w rodzaju 

łamigłówki - całkowicie zrozumiała w pewnych punktach i zamglona w innych. 

Troch  czasu i pracy wyja ni wszystko. Luke i Jasra byli chwilowo 

unieszkodliwieni. Tajemniczy Maska miał chyba do mnie jakie  osobiste 

pretensje, ale dla Amberu raczej nie stanowił zagro enia. Za to Dalt owszem, 

zwłaszcza ze swym nowym uzbrojeniem... ale Random znał sytuacj , a Benedykt 

wrócił do domu. Byłem wi c spokojny,  e uczyniono w tej sprawie wszystko, co 

mo liwe.  

      Stałem na kraw dzi  wiata i spogl dałem w bezdenn  przepa  pełn  gwiazd. 

Moja góra chyba nie zaszczyciła sw  obecno ci  powierzchni planety. Jednak e 

po lewej stronie dostrzegłem most prowadz cy w mrok, do ciemnego, 

przesłaniaj cego gwiazdy kształtu - mo e kolejnej dryfuj cej góry. Ruszyłem w 

tamt  stron . Problemy dotycz ce atmosfery, grawitacji czy temperatury nie 

miały znaczenia w tym miejscu, gdzie mogłem w pewnym sensie na bie co 

background image

 

18 

kreowa  rzeczywisto . Wszedłem na most i przez jedn  chwil  k t był 

odpowiedni: zobaczyłem drugi most po przeciwnej stronie mrocznej bryły, 

prowadz cy w inn  ciemno .  

      Zatrzymałem si  po rodku. Wzrok si gał daleko we wszystkie strony. 

Uznałem,  e to miejsce bezpieczne i odpowiednie. Wyj łem tali  Atutów i 

przekładałem je, a  znalazłem kart , której nie u ywałem od bardzo, bardzo 

dawna.  

      Odło yłem pozostałe i spojrzałem w niebieskie oczy, na młod , powa n  twarz 

o ostrych rysach pod mas  idealnie białych włosów. Ubrany był w czer , poza 

białym kołnierzem i skrawkiem mankietu widocznym spod l ni cej, dopasowanej 

kurty. W dłoni ukrytej r kawic  trzymał ciemne, stalowe kule.  

      Czasami jest do  trudno dotrze  a  do Chaosu, wi c skupiłem si , si gaj c 

ostro nie i mocno. Kontakt nast pił niemal od razu. Siedział na balkonie pod 

wariacko pasiastym niebem, a Zmienne Góry przesuwały si  po lewej stronie. 

Nogi opierał na niewielkim, szybuj cym stoliku i czytał ksi k . Opu cił j  i 

u miechn ł si  lekko.  

      - Merlin - rzekł cichym głosem. - Wygl dasz na zm czonego.  

      Przytakn łem.  

      - A ty na wypocz tego - zauwa yłem.  

      - Zgadza si . - Zamkn ł ksi k  i odło ył j  na stolik. - Masz kłopoty? - spytał.  

      - Mam kłopoty, Mandorze.  

      Wstał.  

      - Chcesz przej ?  

      Pokr ciłem głow .  

      - Je li masz pod r k  jakie  Atuty, które ułatwi  ci powrót, wolałbym,  eby  

ty przeszedł do mnie.  

      Wyci gn ł r k .  

      - Zgoda - powiedział.  

      Wyci gn łem r k , nasze dłonie zetkn ły si ; zrobił krok i stan ł obok mnie 

na mo cie. U cisn li my si . Potem rozejrzał si  i spojrzał w otchła .  

      - Czy co  ci tu zagra a? - zapytał.  

      - Nie. Wybrałem to miejsce, poniewa  wydaje si  zupełnie bezpieczne.  

      - I bardzo malownicze - doko czył. - Co si  z tob  działo?  

      - Przez długie lata byłem najpierw studentem, a potem projektantem pewnego 

rodzaju spujalistycznego sprz tu - wyja niłem. - A  do niedawna  yłem sobie 

całkiem spokojnie. I nagle rozp tało si  piekło... ale wi kszo  rozumiem, a sporo 

elementów ju  opanowałem. Ta cz  jest wła ciwie prosta i niewarta twojej 

uwagi.  

      Oparł dło  o por cz mostu.  

      - A ta druga cz ?  

      - Moi wrogowie, a  do teraz, pochodzili z okolic Amberu. A  nagle, kiedy 

sprawy były na najlepszej drodze do rozwi zania, kto  wypu cił moim tropem 

Ognistego Anioła. Nie mam poj cia, z jakich powodów, a z pewno ci  nie jest to 

sztuczka z Amberu. Przed chwil  go zabiłem.  

      Cmokn ł lekko, odwrócił si , odszedł na kilka kroków i znów spojrzał na 

mnie.  

background image

 

19 

      - Masz racj , naturalnie - stwierdził. - Nie przypuszczałem,  e dojdzie a  do 

tego. Inaczej porozmawiałbym z tob  ju  dawno. Zanim jednak podejm  pewne 

spekulacje w tej kwestii, pozwól,  e nie zgodz  si  z tob  co do hierarchii wa no ci 

faktów. Chciałbym pozna  cał  histori .  

      - Po co?  

      - Poniewa  bywasz niekiedy wzruszaj co naiwny, braciszku. Nie ufam twojej 

ocenie tego, co jest naprawd  istotne.  

      - Mog  umrze  z głodu, zanim sko cz .  

      Z krzywym u mieszkiem mój przyrodni brat Mandor uniósł ramiona. Jurt i 

Despil te  s  dla mnie przyrodnimi bra mi, zrodzonymi przez moj  matk  Dar  

w zwi zku z ksi ciem Sawallem, Lordem Kra ca. Mandor jest synem Sawalla z 

poprzedniego mał e stwa. Jest sporo starszy ode mnie i w efekcie przypomina mi 

czasem krewnych z Amberu. Mi dzy dzie mi Dary i Sawalla zawsze czułem si  

troch  obco. W tym sensie Mandor tak e nie nale ał do grupy, wi c mieli my ze 

sob  co  wspólnego. Niezale nie jednak od pocz tkowych motywów, pasowali my 

do siebie i zaprzyja nili my si  bardziej chyba ni  prawdziwi bracia. Wiele mnie 

nauczył w ci gu tamtych lat; sp dzili my razem wiele przyjemnych chwil.  

      Powietrze zamigotało, a kiedy Mandor opu cił ramiona, mi dzy nami 

bezgło nie pojawił si  stół pokryty białym haftowanym obrusem. Za nim 

przybyły dwa krzesła. Na stole czekały ju  nakryte półmiski, porcelana, kryształy 

i sztu ce. Było nawet błyszcz ce wiaderko z lodem, a w nim wygi ta butelka.  

      - Jestem pod wra eniem - o wiadczyłem.  

      - Przez ostatnie lata wiele czasu po wi całem na magi  gastronomiczn  - 

odparł. - Siadaj, prosz .  

      Zaj li my miejsca na mo cie pomi dzy dwoma ciemno ciami. Mruczałem z 

podziwem, kosztuj c potraw, i dopiero po kilku minutach mogłem zacz  

opowie  o zdarzeniach, które doprowadziły mnie do tego miejsca pełnego blasku 

gwiazd i ciszy. Mandor, nie przerywaj c, wysłuchał całej mojej historii. Kiedy 

sko czyłem, skin ł głow .  

      - Mo e jeszcze jedn  porcj  deseru? - zapytał.  

      - Ch tnie - zgodziłem si . - Jest całkiem niezły.  

      Kiedy po chwili uniosłem głow , Mandor si  u miechał.  

      - Z czego si   miejes ? - spytałem.  

      - Z ciebie. Je li pami tasz, zanim wyjechałe , mówiłem ci,  eby  uwa ał, kogo 

obdarzasz zaufaniem.  

      - Co z tego? Nikomu o sobie nie opowiadałem. Je li chcesz wygłosi  kazanie o 

tym,  e zaprzyja niłem si  z Lukiem, zanim poznałem jego przeszło , to ju  je 

słyszałem.  

      - A co z Juli ?  

      - O co ci chodzi? Nie dowiedziała si ...  

      - Wła nie. Wydaje si ,  e mogłe  jej zaufa . Zamiast tego zwróciłe  j  

przeciwko sobie.  

      - No dobre! Mo e co do niej te  si  pomyliłem.  

      - Stworzyłe  niezwykłe urz dzenie i nie przyszło ci do głowy,  e mo e si  sta  

pot n  broni . Random zrozumiał to natychmiast. Luke równie . Przed 

katastrof  uratowało ci  chyba tylko to,  e maszyna uzyskała  wiadomo  i nie 

background image

 

20 

chciała, by jej rozkazywa .  

      - Musz racj . Zaj łem si  głównie problemami technicznymi. Nie pomy lałem 

o mo liwych konsekwencjach.  

      Westchn ł.  

      - I co z tob  zrobi , Merlinie? Podejmujesz ryzyko, nie wiedz c nawet,  e ono 

istnieje.  

      - Nie zaufałem Vincie - przypomniałem.  

      - Uwa am,  e mogłe  od niej uzyska  wi cej informacji - odparł. - Gdyby tak 

ci si  nie spieszyło, by ratowa  Luke'a, któremu wła ciwie nic ju  nie zagra ało. 

Pod koniec waszej rozmowy ona wyra nie mi kła.  

      - Mo e powinienem ci  wezwa .  

      - Zrób to, je li znowu j  spotkasz. Zajm  si  ni .  

      Spojrzałem na niego. Mówił powa nie.  

      - Wiesz, kim ona jesf?  

      - Dowiem si . - Zakr cił jaskrawopomara czowym napojem w kielichu. - Ale 

mam dla ciebie propozycj , eleganck  w swej prostocie. Posiadam nowy dom na 

wsi, na odludziu i ze wszystkimi wygodami. Dlaczego nie miałby  wróci  ze mn  

do Dworców, zamiast kluczy  mi dzy jednym a drugim niebezpiecze stwem? 

Przyczaisz si  na par  lat, u yjesz  ycia, nadrobisz opó nienia w lekturze. 

Dopilnuj ,  eby  był dobrze chroniony. Niech minie zagro enie. Wrócisz do 

swoich spraw w bardziej sprzyjaj cym klimacie.  

      Wypisem niewielki łyk ognistego napoju.  

      - Nie - odparłem. - A co z tymi sprawami, o których wspomniałe ?,  e wiesz o 

nich, a ja nie?  

      - Nie b d  wa ne, je li przyjmujesz moj  ofert .  

      - Je li nawet miałbym si  zgodzi , chc  wiedzie .  

      - Szkoda czasu - mrukn ł.  

      - Wysłuchałe  mojej historii. Teraz ja wysłucham twojej.  

      Wzruszył ramionami, oparł si  wygodnie i spojrzał w gwiazdy.  

      - Swayvill umiera - oznajmił.  

      - Robi to od lat.  

      - To fakt, ale teraz poczuł si  o wiele gorzej. Niektórzy s dz ,  e ma to zwi zek 

ze  mierteln  kl tw  Eryka z Amberu. W ka dym razie nie s dz , by pozostało 

mu wiele czasu.  

      - Zaczynam rozumie ...  

      - Tak, walka o sukcesj  nabrała tempa. Ludzie padaj  na prawo i lewo: 

trucizny, pojedynki, morderstwa, podejrzane wypadki, w tpliwe samobójstwa. 

Sporo osób wyjechało nie wiadomo gdzie. A przynajmniej tak mo na by s dzi .  

      - Rozumiem, ale nie wiem, jaki ma to zwi zek ze mn .  

      - Kiedy  nie miało.  

      - Ale?  

      - Nie wiesz pewnie,  e po twoim wyje dzie Sawall formalnie ci  adoptował?  

      - Co?  

      - Tak. Nie znam jego motywów, ale jeste  prawym dziedzicem. Stoisz dalej ni  

ja, ale wyprzedzasz Jurta i Despila.  

      - Ale i tak jestem bardzo daleko na li cie.  

background image

 

21 

      - To prawda... - przyznał. - Zainteresowania koncentruj  si  na ogół u szczytu.  

      - Powiedziałe  "na ogół".  

      - Zawsze s  wyj tki - odparł. - Musisz zdawa  sobie spraw ,  e taki okres jest 

równie   wietn  okazj  do spłaty starych długów. Jedna  mier  mniej czy wi cej 

nie zwróci takiej uwagi jak w spokojniejszych czasach. Nawet w stosunkowo 

wysokich kr gach. Potrz sn łem głow , patrz c mu w oczy.  

      - W moim przypadku to nie ma sensu - stwierdziłem.  

      Przygl dał mi si  długo, a  poczułem niepokój.  

      - Prawda? - spytałem w ko cu.  

      - No... pomy l chwil .  

      Pomy lałem. I kiedy tylko przyszło mi to do głowy, Mandor przytakn ł, jakby 

znał zawarto  mego umysłu.  

      - Jurt - powiedział. - Wkroczył w ten okres z mieszanin  zachwytu i strachu. 

Bez przerwy opowiadał o ostatnich zabójstwach, o elegancji i łatwo ci, z jak  ich 

dokonano. Przyciszony ton, od czasu do czasu nerwowy chichot. Jego strach i 

dza, by zwi kszy  własne mo liwo ci czynienia szkód, osi gn ły wreszcie 

granic  i pokonały dawny l k...  

      - Logrus...  

      - Tak. W ko cu spróbował Logrusu i przeszedł.  

      - Pewnie si  bardzo ucieszył. Był dumny. Marzył o tym od lat.  

      - A tak - zgodził si  Mandor. - I jestem pewien,  e prze ywał te  całkiem inne 

emocje.  

      - Poczucie swobody - zgadywałem. - Władzy. - Patrz c na jego ironiczny 

u mieszek, musiałem doda : - I ch  wł czenia si  do gry.  

      - Mo e jest jeszcze dla ciebie nadzieja - pochwalił mnie. - Spróbujesz 

doprowadzi  to rozumowanie do logicznych wniosków?  

      - Dobrze. - My lałem o lewym uchu Jurta, po moim ci ciu odpływaj cym w 

obłoku krwawych paciorków. - Uwa asz,  e to Jurt wysłał Ognistego Anioła.  

      - Najprawdopodobniej - zgodził si . - Co dalej?  

      Pomy lałem o złamanej gał zi, która przebiła oko Jurta, kiedy walczyli my na 

polanie...  

      - W porz dku - stwierdziłem. - Chce mnie zabi . Mo e jest to element walki o 

sukcesj , poniewa  troch  go wyprzedzam, mo e zwykła niech  albo zemsta... a 

mo e jedno i drugie.  

      - To wła ciwie nie ma znaczenia - zauwa ył Mandor. - Przynajmniej je li idzie 

o rezultaty. My lałem jednak o tym wilku ze  ci tym uchem, który ci  napadł. O 

ile pami tam, miał tylko jedno oko...  

      - Tak... - mrukn łem. - Jak Jurt teraz wygl da?  

      - Odrosło mu ju  prawie pół ucha. Jest nierówne i brzydkie, ale na ogół 

zakryte włosami. Zregenerował gałk  oczn , ale jeszcze przez ni  nie widzi. 

Zwykle nosi opask .  

      - To mo e tłumaczy  ostatnie wypadki - stwierdziłem. - Bardzo 

nieodpowiednia chwila wobec wszystkiego, co si  teraz dzieje. Woda staje si  

bardziej m tna.  

      - Mi dzy innymi dlatego proponuj ,  eby  znikn ł gdzie  i odczekał, a  

wszystko ucichnie. Jest za gor co. Kiedy tyle strzał fruwa w powietrzu, która  

background image

 

22 

mo e odnale  drog  do twojego serca.  

      - Potrafi  o siebie zadba , Mandorze.  

      - Prawie ci uwierzyłem.  

      Wzruszyłem ramionami, wstałem i podszedłem do por czy. Spojrzałem w dół, 

na gwiazdy.  

      - Masz lepsze pomysły?! - zawołał.  

      Nie odpowiedziałem, poniewa  wła nie si  nad tym zastanawiałem. 

Rozwa ałem to, co Mandor powiedział o mojej nieostro no ci, o braku 

przygotowania... I uznałem,  e ma racj . We wszystkim prawie, co mi si  

przydarzyło do tej chwili - z wyj tkiem wyprawy po Jasr  - głównie reagowałem 

na rozwój sytuacji. Raczej odpowiadałem na działania innych, ni  sam działałem. 

Owszem, wszystko to nast powało bardzo szybko. Ale i tak nie tworzyłem 

adnych sensownych planów obrony, poznania przeciwników czy kontrataku. 

Było chyba kilka spraw, którymi mógłbym si  zaj ...  

      - Kiedy tak wiele jest powodów do zmartwienia - rzucił - najlepiej wyjdziesz, 

nie nara aj c si  bez potrzeby.  

      Miał prawdopodobnie racj  z punktu widzenia rozs dku, bezpiecze stwa i 

ostro no ci. Jednak zwi zany był wył cznie z Dworcami, gdy ja miałem 

dodatkowe zobowi zania lojalno ci, które jego nie dotyczyły. Mo liwe - cho by 

dzi ki moim kontaktom z Lukiem -  e b d  mógł uczyni  co , co zwi kszy 

bezpiecze stwo Amberu. Póki istniała taka szansa, musiałem próbowa  j  

wykorzysta . A poza tym, z czysto osobistych wzgl dów, byłem nazbyt ciekawy, 

by porzuci  tak liczne pytania, gdy mogłem szuka  odpowiedzi.  

      Zastanawiałem si  wła nie, jak najlepiej wytłumaczy  to Mandorowi, kiedy 

znowu kto  podj ł działanie wobec mnie. Poczułem delikatne dotkni cie, jak 

gdyby kot skrobał o  ciany mego umysłu. Nabierało mocy, zagłuszaj c inne my li, 

a  poznałem,  e to wezwanie przez Atut, nadane gdzie  z bardzo daleka. 

Pomy lałem,  e to pewnie Random chce si  dowiedzie , co zaszło od mojego 

znikni cia z pałacu. Otworzyłem si  wi c, zapraszaj c do kontaktu.  

      - Co si  dzieje, Merlinie? - zapytał Mandor.  

      Uniosłem dło  na znak,  e jestem zaj ty. Zauwa yłem,  e odkłada serwetk  i 

wstaje.  

      Wizja rozja niała si  z wolna. Zobaczyłem Fion ; stała z surow  min . Miała 

za sob  skały, a nad głow  bladozielone niebo.  

      - Merlinie - powiedziała. - Gdzie jeste ?  

      - Daleko - odparłem. - To długa historia. O co chodzi? Gdzie jeste ?  

      U miechn ła si  blado.  

      - Daleko.  

      - Oboje trafili my w bardzo malownicze miejsca - zauwa yłem. - Czy 

wybrała  to niebo,  eby podkre lało barw  twoich włosów?  

      - Do  - rzuciła. - Nie po to ci  wezwałam,  eby porównywa  notatki z 

podró y.  

      W tej wła nie chwili Mandor stan ł obok i poło ył mi dło  na ramieniu, co 

raczej nie pasowało do jego charakteru i co uznawałem za bardzo nieeleganckie w 

chwili, gdy najwyra niej trwa kontakt przez Atut. Podobnie jak umy lne 

podniesienie słuchawki drugiego aparatu i wtr cenie si  do cudzej rozmowy. 

background image

 

23 

Mimo to...  

      - No, no! - powiedział. - Czy zechcesz nas sobie przedstawi , Merlinie?  

      - Kto to? - zapytała Fiona.  

      - To mój brat Mandor - odparłem. - Z rodu Sawalla w Dworcach Chaosu. 

Mandorze, to moja ciocia Fiona, ksi niczka Amberu.  

      Mandor skłonił si .  

      - Słyszałem o tobie, ksi niczko - powiedział. - To wielka przyjemno .  

      Na moment otworzyła szeroko oczy.  

      - Słyszałam o tym rodzie - odpowiedziała. - Ale nie miałam poj cia,  e Merlin 

jest z nim spowinowacony. Ciesz  si ,  e mog  ci  pozna .  

      - Rozumiem,  e masz do mnie jak  spraw , Fi - wtr ciłem.  

      - Tak - odparła, patrz c na Mandora.  

      - Oddal  si  - o wiadczył. - Jestem zaszczycony tym spotkaniem, ksi niczko. 

ałuj ,  e nie mieszkasz nieco bli ej Kraw dzi.  

      - Zaczekaj. - U miechn ła si . - Ta sprawa nie dotyczy tajemnic pa stwowych. 

Przeszedłe  inicjacj  Logrusu?  

      - Tak - potwierdził.  

      - ...I nie s dz ,  eby cie spotkali si  tutaj, by stoczy  pojedynek?  

      - Raczej nie - uspokoiłem j .  

      - W takim razie ch tnie poznam tak e jego opini . Czy zechcesz przej  do 

mnie, Mandorze?  

      Skłonił si  znowu, co uznałem za lekk  przesad .  

      - Gdziekolwiek ka esz, pani.  

      - Chod cie wi c.  

      Wyci gn ła r k . Chwyciłem j . Mandor dotkn ł jej nadgarstka. Zrobili my 

krok. Stan li my przed ni  w ród skał. Było wietrznie i troch  chłodno. Gdzie  z 

daleka dobiegał przytłumiony warkot, jakby silnika.  

      - Kontaktowała  si  ostatnio z kim  z Amberu? - zapytałem.  

      - Nie - odparła.  

      - Znikn ła  do  niespodziewanie.  

      - Mimam powody.  

      - Na przykład rozpoznanie Luke'a?  

      - Wiesz, kim on jest?  

      - Tak.  

      - A inni?  

      - Powiedziałem Randomowi - wyja niłem. - I Florze.  

      - Zatem wiedz  wszyscy - stwierdziła. - Wyjechałam szybko i zabrałam 

Bleysa, poniewa  on byłby nast pny na li cie Luke'a. W ko cu to ja usiłowałam 

zabi  jego ojca i prawie mi si  udało. Bleys i ja byli my najbli szymi krewnymi 

Branda i zwrócili my si  przeciw niemu.  

      Spojrzała przenikliwie na Mandora. U miechn ł si .  

      - Jak rozumiem - oznajmił - w tej chwili Luke pije w barze razem z Kotem, 

Dodo, G sienic  i Białym Królikiem. Rozumiem tak e,  e skoro jego matk  

wi zicie w Amberze, jest wobec was bezradny.  

      Przyjrzała mi si  z uwag .  

      - Rzeczywi cie miałe  sporo pracy - stwierdziła.  

background image

 

24 

      - Staram si .  

      - ...Tak  e mo esz chyba wraca  bezpiecznie - doko czył Mandor.  

      U miechn ła si  do niego, po czym znów spojrzała na mnie.  

      - Twój brat jest dobrze poinformowany - zauwa yła.  

      - On tak e jest rodzin  - odrzekłem. - I przez całe  ycie pomagamy sobie 

nawzajem.  

      - Jego  ycie czy twoje? - zainteresowała si .  

      - Moje. Jest starszy.  

      - Czym jest kilka stuleci w t  czy tamt  stron ? - wtr cił Mandor.  

      - Miałam wra enie,  e wyczuwam pewn  dojrzało  ducha - o wiadczyła. - 

Mam ochot  zaufa  ci bardziej, ni  pocz tkowo zamierzałam.  

      - To pi knie z twojej strony - odparł. - I doceniam to uczucie...  

      - Ale wolałby ,  ebym nie przesadzała?  

      - Istotnie.  

      - Nie mam zamiaru wystawia  na prób  twojej lojalno ci wobec ojczyzny i 

tronu, zwłaszcza po tak krótkiej znajomo ci. Sprawa dotyczy i Amberu, i 

Dworców, ale nie dostrzegam w niej konfliktu.  

      - Nie w tpi  w twoj  ostro no , chciałem tylko jasno przedstawi  swoje 

stanowisko.  

      Zwróciła si  do mnie.  

      - Merlinie - rzekła. - My l ,  e mnie okłamałe .  

      Zmarszczyłem czoło, próbuj c sobie przypomnie , przy jakiej okazji mogłem 

wprowadzi  j  w bł d. Pokr ciłem głow .  

      - Je li nawet, to nie pami tam.  

      - Było to kilka lat temu. Kiedy prosiłam ci ,  eby  spróbował przej  Wzorzec 

swojego ojca.  

      - Aha... - Czułem,  e si  rumieni  i zastanawiałem si , czy jest to widoczne w 

tym niezwykłym o wietleniu.  

      - Wykorzystałe  to, co ci powiedziałam o oporze, jaki stawia Wzorzec. Udałe , 

e nie pozwala ci postawi  na nim stopy. Jednak nie bylo  adnych widocznych 

oznak oporu, takich jak wtedy, gdy ja próbowałam tego dokona .  

      Przygl dała mi si , jakby czekała na potwierdzenie.  

      - Co dalej? - spytałem.  

      - Ta sprawa jest teraz o wiele wa niejsza ni  wtedy. Musz  wiedzie : czy 

udawałe ?  

      - Tak.  

      - Dlaczego?  

      - Gdybym zrobił cho  jeden krok, byłbym zmuszony przej  cały Wzorzec - 

wyja niłem. - Kto wie, dok d by mnie to doprowadziło i w jakiej sytuacji bym si  

znalazł? Ko czyły mi si  wakacje i chciałem wraca  do szkoły. Nie miałem czasu 

na to, co mogło si  okaza  dług  wypraw . Powiedziałem ci,  e mam trudno ci. 

Uznałem,  e to najlepszy sposób, by si  wykr ci .  

      - S dz ,  e chodziło o co  wi cej - oznajmiła.  

      - Co masz na my li? - spytałem.  

      - S dz , i  Corwin powiedział ci o Wzorcu co , czego my nie wiemy... albo 

zostawił wiadomo . Uwa am,  e wiesz wi cej, ni  mówisz.  

background image

 

25 

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Przykro mi, Fiono. Nie odpowiadam za twoje podejrzenia.  ałuj , ale nie 

mog  ci pomóc.  

      - Mo esz - stwierdziła.  

      - Powiedz jak.  

      - Chod  ze mn  w to miejsce, gdzie le y nowy Wzorzec. Chc ,  eby  go 

przeszedł.  

      Pokr ciłem głow .  

      - Mam o wiele wa niejsze sprawy - odparłem - ni  zaspokajanie twojej 

ciekawo ci w kwestii tego, co ojciec uczynił całe lata temu.  

      - To co  wi cej ni  ciekawo . Mówiłam ci ju , co moim zdaniem kryje si  za 

zwi kszon  cz sto ci  sztormów Cienia.  

      - A ja podałem ci inne wyja nienie i całkiem inne przyczyny. Uwa am,  e to 

chwilowe zakłócenia zwi zane z cz ciowym zniszczeniem i odtworzeniem starego 

Wzorca.  

      - Podejd  tutaj - rzuciła, odwróciła si  i ruszyła w gór .  

      Spojrzałem na Mandora, wzruszyłem ramionami i poszedłem za ni . On 

równie . Wspinali my si  ku z batej  cianie skał. Fiona dotarła pierwsza i 

skr ciła na nierówn  półk  biegn c  wzdłu  urwiska. Wreszcie stan ła przed 

rozcinaj c  skały szerok , trójk tn  szczelin . Czekała tam zwrócona do nas 

plecami, a blask z zielonego nieba wyczyniał niezwykłe rzeczy z jej włosami.  

      Przystan łem obok i pod yłem wzrokiem za jej spojrzeniem. Na odległej 

równinie, pod nami i nieco z boku, wirował jak b k ogromny czarny lej. Był 

chyba  ródłem tego ryku, który słyszeli my. Ziemia pod nim wydawała si  

pop kana. Patrzyłem przez kilka minut, ale lej nie zmienił kształtu ani pozycji.  

      Odchrz kn łem.  

      - Wygl da jak wielkie tornado - stwierdziłem. - Nigdzie si  nie przesuwa.  

      - Dlatego wła nie chc ,  eby  przeszedł nowy Wzorzec - odpowiedziała. - 

Uwa am,  e nas zniszczy, je li my nie b dziemy pierwsi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

26 

Rozdział 3

 

 

Gdyby kto  miał wybór mi dzy zdolno ci  wykrywania kłamstwa a 

zdolno ci  znajdywania prawdy, co powinien wybra ? Dawno temu s dziłem,  e 

to jedno i to samo, powiedziane na dwa ró ne sposoby, teraz ju  w to nie wierz . 

Na przykład wi kszo  moich krewnych równie sprawnie potrafi rozszyfrowa  

oszustwo, jak je popełni . Nie jestem pewien, czy w ogóle dbaj  o prawd . Z 

drugiej strony zawsze wyczuwałem,  e jest w poszukiwaniu prawdy co  

szlachetnego, wyj tkowego... tego wła nie szukałem, buduj c Ghostwheela. 

Jednak Mandor skłonił mnie do zastanowienia. Czy by wszystko to sprawiło,  e 

zacz łem przyci ga  to, co jest prawdy przeciwie stwem?  

      Oczywi cie, problem nie jest tak klarowny. Wiem,  e nie chodzi o typowy 

układ albo-albo, z wył czonym  rodkiem, ale raczej okre lenie mojego podej cia. 

Mimo wszystko, skłonny byłem przyzna ,  e posun łem si  za daleko - do granic 

brawury. I  e zbyt długo pozwoliłem drzema  pewnym zdolno ciom krytycznym. 

Dlatego zastanowiłem si  nad pro b  Fiony.  

      - Dlaczego jest taki niebezpieczny? - spytałem.  

      - Chodzi o sztorm Cienia maj cy form  tornada - odparła.  

      - Zdarzały si  ju  takie zjawiska.  

      - To prawda - przyznała. - Ale zwykle si  poruszały. Ten ma swoje 

przedłu enie przez obszar Cienia, ale jest absolutnie stacjonarny. Pojawił si  

kilka dni temu i od tego czasu nie uległ  adnym zmianom.  

      - Ile to b dzie według czasu Amberu?  

      - Mo e pół dnia. Dlaczego pytasz?  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Sam nie wiem. Z ciekawo ci. Wci  nie rozumiem, dlaczego jest 

niebezpieczny.  

      - Mówiłam ci ju ,  e odk d Corwin wykre lił dodatkowy Wzorzec, takie 

sztormy zdarzaj  si  coraz cz ciej. Teraz zmienia si  ich charakter, nie tylko 

cz sto  wyst powania. Musimy jak najszybciej zrozumie  ten Wzorzec.  

      Krótka chwila namysłu pozwoliła mi poj ,  e ten, kto opanuje Wzorzec taty, 

stanie si  władc  straszliwej mocy. Albo władczyni . Zatem...  

      - Powiedzmy,  e go przejd  - rzekłem. - Co wtedy? Jak zrozumiałem z 

opowie ci taty, zwyczajnie znajd  si  w  rodku, tak jak na Wzorcu w domu. 

Czego mo na si  z tego dowiedzie ?  

      Obserwowałem jej twarz, szukaj c jakich  oznak emocji, jednak moi krewni 

dostatecznie nad sob  panuj , by nie zdradza  si  w tak prosty sposób.  

      - O ile wiem - odparła - Brand potrafił si  przeatutowa , kiedy Corwin stał na 

rodku.  

      - Zgadza si .  

      - ...Wi c kiedy dojdziesz do ko ca, mog  przej  przez Atut do ciebie.  

      - Przypuszczam,  e tak. I wtedy b dzie nas dwoje stoj cych na  rodku 

Wzorca.  

      - ...A stamt d b dziemy mogli przenie  si  do dowolnego istniej cego miejsca.  

      - Czyli gdzie? - zapytałem.  

      - Do pierwotnego Wzorca, który le y poza tamtym.  

background image

 

27 

      - Jeste  pewna,  e istnieje co  takiego?  

      - Musi. Natur  takiego tworu jest,  e musi by  wykre lony nie tylko na 

zwykłym, ale na bardziej fundamentalnym poziomie egzystencji.  

      - A w jakim celu mieliby my si  uda  w takie miejsce?  

      - Tam wła nie kryj  si  tajemnice, tam mo emy pozna  najgł bsz  magi .  

      - Rozumiem. I co potem?  

      - Tam mo emy si  dowiedzie , jak za egna  problemy, które wywołuje 

Wzorzec.  

      - I to wszystko?  

      Zmru yła oczy.  

      - Naturalnie, dowiemy si  wszystkiego, co mo liwe. Moc to moc, a póki nie 

zostanie zrozumiana, stanowi zagro enie.  

      Wolno kiwn łem gtow .  

      - Ale w tej chwili w dziale zagro e  mam kilka bardziej nagl cych spraw - 

stwierdziłem. - Ten Wzorzec musi zaczeka  na swoja kolejk .  

      - Nawet je li reprezentuje moce potrzebne do rozwi zania innych 

problemów? - spytała.  

      - Nawet. Ta sprawa mo e zaj  wiele czasu, a nie s dz ,  eby my a  tyle go 

mieli.  

      - Ale nie wiesz na pewno...  

      - To prawda. Jednak gdy, ju  raz postawi  na nim stop , nie b dzie odwrotu.  

      Nie dodałem,  e nie mam najmniejszego zamiaru zabiera  jej ze sob  do 

pierwotnego Wzorca i zostawia  tam samej. Przecie  kiedy  próbowała ju  

przej  władz . I gdyby Brandowi udało si  wtedy zasi

 na tronie Amberu, 

stałaby przy nim, niezale nie od tego, co mówi dzisiaj. Chciała mnie chyba prosi , 

ebym przeniósł j  do pierwotnego Wzorca. Zrozumiała jednak,  e przemy lałem 

to ju  i  e odmówi . Nie chc c traci  twarzy, zrezygnowała i wróciła do 

wyj ciowej argumentacji.  

      - Sugeruj ,  eby  znalazł chwil  czasu - ostrzegła. - Je li nie chcesz patrze , 

jak dookoła rozpadaj  si   wiaty.  

      - Nie uwierzyłem, kiedy pierwszy raz mi to powiedziała . Teraz te  ci nie 

wierz . Nadal uwa am,  e te cz ste sztormy Cienia s  rezultatem uszkodzenia i 

naprawy oryginalnego Wzorca. S dz  te ,  e je li zaczniemy majstrowa  przy 

nowym Wzorcu, o którym nic nie wiemy, ryzykujemy,  e pogorszymy tylko 

sytuacj , zamiast j  Poprawi ...  

      - Nie chc  przy nim majstrowa  - odparła. - Chc  zbada ...  

      Znak Logrusu rozbłysn ł nagle mi dzy nami. Musiała dostrzec go jako  albo 

wyczu , bo cofn ła si  równocze nie ze mn .  

      Obejrzałem si , absolutnie pewien tego, co zobacz . Mandor wspi ł si  na 

skaln   cian . Ze wzniesionymi ramionami stan ł na szczycie tak nieruchomy, 

jakby był jej cz ci . Pohamowałem odruch, by krzykn ,  eby si  powstrzymał. 

Wiedział, co robi. Zreszt  nie zwróciłby pewnie uwagi na moje krzyki.  

      Wszedłem w szczelin , w której zaj ł pozycj , i spojrzałem na wir ponad 

sp kan  równin  w dole. Poprzez wizerunek Logrusu wyczuwałem mroczny, 

przera aj cy pr d mocy, któr  odsłonił przede mn  Suhuy w swej ko cowej 

lekcji. Mandor przyzywał j  teraz i kierował w sztorm Cienia. Czy by nie zdawał 

background image

 

28 

sobie sprawy,  e siła Chaosu, jak  uwalniał, musi si  rozszerza , póki nie 

pochłonie wszystkiego? Czy nie rozumiał,  e je li ten sztorm był w istocie 

manifestacj  Chaosu, to własnor cznie przemieniał go w zjawisko prawdziwie 

straszne?  

      Wir rósł. Ryk był coraz gło niejszy. Samo patrzenie budziło l k.  

      Za plecami usłyszałem j k Fiony.  

      - Mam nadziej ,  e wiesz, co robisz! - zawołałem.  

      - Przekonamy si  za chwil  - odpowiedział, opuszczaj c ramiona.  

      Znak Logrusu zgasł.  

      Obserwowali my, jak kr ci si  ten przekl ty wir, coraz wi kszy i gło niejszy.  

      - Czego to dowodzi? - spytałem wreszcie.  

      -  e nie masz cierpliwo ci - odparł.  

      Zjawisko nie było szczególnie pouczaj ce, ale przygl dalem si  mimo to. Nagle 

huk stał si  urywany. Mroczny wir zadygotał i zwarł si , rozrzucaj c kawałki 

wessanego do leja gruzu. Po chwili odzyskał swoje poprzednie rozmiary, hałas 

powrócił do dawnego nat enia i wyrównał si .  

      - Jak to zrobiłe ! - zapytałem.  

      - To nie ja - odparł. - Sam si  wyregulował.  

      - Nie powinien - stwierdziła Fiona.  

      - Rzeczywi cie - przyznał.  

      - Chyba si  zgubiłem - wtr ciłem.  

      - Powinien rycze  dalej, coraz gło niejszy i pot niejszy... kiedy twój brat tak 

go wzmocnił - wyja niła Fiona. - Ale to, co nim steruje, ma chyba inne plany. St d 

ta regulacja.  

      ...I jest to zjawisko pochodz ce z Chaosu - mówił dalej Mandor. - Dowodzi 

tego sposób, w jaki chłon ło z Chaosu energi , gdy tylko stworzyłem tak  

mo liwo . Ale sztorm przekroczył pewn  granic  i nast piła korekta. Kto  tam 

bawi si  pierwotnymi mocami. Kto albo co i dlaczego... nie mam poj cia. To 

jednak wskazówka,  e Wzorzec nie ma z tym nic wspólnego. Nie z takimi grami z 

Chaosem. Czyli: Merlin miał chyba racj . My l ,  e ta sprawa ma swój pocz tek 

gdzie indziej.  

      - No dobrze - ust piła Fiona. - Dobrze. Co nam pozostaje?  

      - Tajemnica - rzekł. - Ale raczej nie bezpo rednie zagro enie.  

      Jaka  ledwie widoczna iskierka domysłu błysn ła mi w głowie. Mógł by  

absolutnie bł dny, cho  nie z tego powodu postanowiłem zachowa  go dla siebie. 

Prowadził bowiem w obszar, którego nie mogłem zbada  natychmiast, a nie lubi  

dzieli  si  takimi okruchami rozwi za . Fiona przygl dała mi si , ale zachowałem 

oboj tny wyraz twarzy. Widz c,  e jej sprawa jest beznadziejna, nagle zmieniła 

temat.  

      - Mówiłe ,  e zostawiłe  Luke'a w do  niezwykłych okoliczno ciach. Gdzie 

jest teraz?  

      Na pewno nie chciałbym jej naprawd  rozzło ci . Ale nie mogłem napu ci  jej 

na Luke'a w jego obecnym stanie. Mogła przecie  planowa  zabicie go jako form  

ubezpieczenia na  ycie. A nie chciałem, aby Luke zgin ł. Miałem wra enie,  e 

zachodzi w nim jaka  przemiana, i postanowiłem zostawi  mu jak najwi cej 

czasu. Wci  byli my sobie co  winni, cho  trudno było prowadzi  dokładne 

background image

 

29 

rachunki. Nie mo na te  zapomina  o dawnych latach. Według mojej opinii, 

minie jeszcze sporo czasu, zanim Luke wróci do jako takiej formy. A wtedy 

miałem zamiar porozmawia  z nim o kilku sprawach.  

      - Przykro mi - powiedziałem. - W tej chwili on nale y do mnie.  

      - Ja te  jestem nim zainteresowana - odparła chłodno.  

      - Oczywi cie - przyznałem. - Ale ja bardziej, a mo emy wchodzi  sobie w 

drog .  

      - Sama potrafi  to oceni .  

      - No dobrze. Ma odlot po prochach. Informacje, jakie od niego uzyskasz, 

mog  by  niezwykle barwne, ale te  w wysokim stopniu rozczarowuj ce.  

      - Jak to si  stało?  

      - Mag imieniem Maska podał mu chyba jaki  narkotyk, kiedy trzymał go w 

niewoli.  

      - Gdzie to było? Nie znam  adnego Maski.  

      - W miejscu zwanym Twierdz  Czterech  wiatów - wyja niłem.  

      - Sporo czasu min ło, od kiedy ostatni raz słyszałam o Twierdzy - mrukn ła. - 

Panował tam czarodziej, niejaki Sharu Garrul.  

      - Teraz słu y za wieszak - stwierdziłem.  

      - Co?  

      - To długa historia. W tej chwili rz dzi tam Maska.  

      Patrzyła na mnie i widziałem,  e sobie u wiadamia, jak mało wie o ostatnich 

wypadkach. Moim zdaniem zastanawiała si , które z kilku oczywistych pyta  

powinna teraz zada . Postanowiłem zaatakowa  pierwszy, póki nie odzyskała 

jeszcze równowagi.  

      - Jak si  czuje Bleys? - zapytałem.  

      - O wiele lepiej. Sama go leczyłam i szybko wraca do zdrowia.  

      Miałem wła nie spyta , gdzie jest teraz. Wiedziałem,  e odmówi odpowiedzi. 

Była szansa,  e oboje si  u miechniemy, gdy tylko zrozumie, do czego zmierzam: 

nie ma adresu Bleysa - nie ma adresu Luke'a. Zachowujemy swoje sekrety i 

pozostajemy przyjaciółmi.  

      - Hej! - usłyszałem głos Mandora. Oboje spojrzeli my w kierunku, który 

wskazywał: dalej, poza szczelin . Ciemny kształt tornada zmalał do połowy 

swych pocz tkowych rozmiarów i na naszych oczach zmniejszał si  nadal. 

Zapadał si  do wn trza, kurczył i kurczył, a  po mniej wi cej trzydziestu 

sekundach znikn ł zupełnie. Nie zdołałem skry  u miechu, ale Fiona nawet go nie 

zauwa yła. Patrzyła na Mandora.  

      - My lisz,  e to z powodu tego, co zrobiłe ? - zapytała.  

      - Nie mam poj cia - odparł. - Ale to całkiem mo liwe.  

      - Czy co  ci to mówi?  

      - Mo e temu, kto za to odpowiadał, nie spodobało si ,  e ingeruj  w jego 

eksperyment.  

      - Naprawd  wierzysz,  e stoi za tym jaka  inteligencja?  

      - Tak.  

      - Kto  z Dworców?  

      - To chyba bardziej prawdopodobne ni  kto  z waszego ko ca  wiata.  

      - Chyba tak... - przyznała. - Czy domy lasz si  to samo ci tej osoby?  

background image

 

30 

      U miechn ł si .  

      - Rozumiem - rzuciła pospiesznie. - Wasza sprawa. Ale powszechne zagro enie 

jest spraw  nas wszystkich. To wła nie próbowałam wytłumaczy .  

      - To prawda - zgodził si . - Dlatego proponuj  zbadanie jej. Nie mam 

chwilowo nic do roboty. Rzecz mo e si  okaza  zajmuj ca.  

      - Niezr cznie mi prosi  o informacje o twoich odkryciach - zacz ła. - Nie 

wiem, czyje interesy mog  wchodzi  w gr ...  

      - Doceniam t  delikatno  - odparł. - Jednak, wedle mojej wiedzy, warunki 

układu s  przestrzegane. Nikt w Dworcach nie planuje  adnych działa  przeciw 

Amberowi. Wła ciwie... Je li zechcesz, mo emy bada  t  spraw  razem, 

przynajmniej pocz tkowo.  

      - Mam czas - o wiadczyła szybko.  

      - A ja nie - wtr ciłem. - Mam za to kilka pilnych spraw do załatwienia.  

      Mandor spojrzał na mnie.  

      - Co do mojej propozycji... - zacz ł.  

      - Nie mog .  

      - Jak chcesz. Ale nie sko czyli my jeszcze rozmowy. Skontaktuj  si  pó niej.  

      - Dobrze.  

      Fiona tak e zwróciła si  w moj  stron .  

      - B dziesz mnie informował o stanie Luke'a i jego zamiarach - oznajmiła.  

      - Oczywi cie.  

      - Do zobaczenia wi c.  

      Mandor machn ł mi jeszcze na po egnanie, a ja odpowiedziałem tym samym. 

Ruszyłem przed siebie, a gdy tylko znikn łem im z oczu, rozpocz łem przemiany. 

Znalazłem drog  do skalnego zbocza. Tam zatrzymałem si  i wyj łem Atut 

Amberu. Uniosłem go, skoncentrowałem si  i przeskoczyłem, gdy tylko wyczułem 

otwarte przej cie. Liczyłem,  e główny hol b dzie pusty, chocia  w tej chwili 

specjalnie mi na tym nie zale ało.  

      Przeszedłem obok Jasry, która na wyci gni tym ramieniu trzymała 

dodatkowy płaszcz. Wymkn łem si  na pusty korytarz przez drzwi po lewej 

stronie i dotarłem do tylnych schodów. Kilka razy słyszałem głosy i nadkładałem 

drogi, by omin  mówi cych. Udało mi si  przedosta  do moich komnat, nie 

b d c zauwa onym.  

      Ostatni odpoczynek, który teraz wydawał si  oddalony o półtora wieku, to ta 

pi tnastominutowa drzemka, zanim wzmocnione narkotykiem czarodziejskie 

zdolno ci Luke'a  ci gn ły mnie przez halucynatoryczny Atut do Baru po 

Drugiej Stronie Lustra. Kiedy? Z tego, co wiem, mogło to by  wczoraj - a był to 

bardzo m cz cy dzie .  

      Zaryglowałem drzwi i powlokłem si  do łó ka, na które padłem, nie 

zdejmuj c nawet butów. Pewnie, powinienem zaj  si  najrozmaitszymi 

sprawami, ale nie byłem w stanie. Wróciłem do domu, poniewa  wci  w 

Amberze czułem si  najbezpieczniej... chocia  Luke ju  raz mnie tu dosi gn ł.  

      Po tym wszystkim, co ostatnio przeszedłem, kto  z wysoko wydajn  

pod wiadomo ci  mógłby mie  cudowny, tłumacz cy wszystko sen. Przebudziłby 

si , dysponuj c cał  seri  ol nie  i rozwi za , w szczegółach okre laj cych jego 

dalsze działania. Ja nie miałem. Raz obudziłem si  troch  przestraszony, nie 

background image

 

31 

wiedz c, gdzie jestem. Ale otworzyłem oczy i wyja niłem sobie t  kwesti , po 

czym zasn łem znowu. Pó niej - mam wra enie,  e du o pó niej - wracałem do 

jawy stopniowo, niczym kawałek drewna popychany przez kolejne fale coraz 

dalej na piasek. Nie miałem ochoty pod a  t  drog  a  do przebudzenia, póki nie 

u wiadomiłem sobie,  e bol  mnie stopy. Wtedy usiadłem i  ci gn łem buty - była 

to jedna z sze ciu najwi kszych rozkoszy mojego  ycia. Szybko zdj łem skarpety i 

rzuciłem je w k t pokoju. Dlaczego nikt inny w tym fachu nie obciera sobie nóg? 

Nalałem wody do miski i moczyłem je jaki  czas. Postanowiłem przez najbli sze 

kilka godzin chodzi  boso.  

      W ko cu wstałem, rozebrałem si , umyłem, wło yłem par  levisów i fioletow , 

flanelow  koszul , któr  lubi .  

      Niech diabli porw  miecze, sztylety i płaszcze - przynajmniej na jaki  czas. 

Otworzyłem okiennice i wyjrzałem na zewn trz. Było ciemno. Przez chmury nie 

widziałem gwiazd i nie miałem poj cia, czy jest wczesny wieczór, pó na noc czy 

prawie ranek.  

      W holu panowała cisza. Nic słyszałem  adnych głosów, kiedy tylnymi 

schodami szedłem na dół. W kuchni nie zastałem nikogo; paleniska były 

przygaszone i ogie  ledwie si  tlił. Nie chciałem rozpala  w piecu, powiesiłem 

tylko kociołek z wod  na herbat . Znalazłem troch  chleba i konfitur. W chłodni 

trafiłem te  na dzban czego , co smakowało jak sok grapefruitowy.  

      Siedziałem, grzej c nogi i po eraj c z wolna bochenek chleba, gdy nagle 

zacz łem odczuwa  niepokój. Popijaj c herbat , u wiadomiłem sobie, o co 

chodzi. Miałem wra enie,  e powinienem teraz co  robi , ale zupełnie nie 

wiedziałem co. Dziwnie si  czułem, maj c wreszcie chwil  wytchnienia. Umałem 

wi c,  e nale y znów si  zastanowi . Kiedy sko czyłem jedzenie, miałem ju  kilka 

planów. Przede wszystkim ruszyłem do głównego holu. Zdj łem z Jasry wszystkie 

płaszcze i kapelusze, po czym wzi łem j  pod pach . Pó niej, kiedy niosłem jej 

sztywne ciało w stron  moich pokoi, otworzyły si  jakie  drzwi i wyjrzał zaspany 

Droppa.  

      - Dla mnie dwie takie! - zawołał. - Przypomina mi pierwsz   on  - dodał 

jeszcze i zamkn ł drzwi.  

      Kiedy ustawiłem j  u siebie, przysun łem krzesło i usiadłem przed ni . 

Jaskrawy strój, pewnie cz  zło liwego  artu, nie krył jej niew tpliwej urody. 

Raz ju  zagroziła mi  miertelnie i nie zamierzałem jej uwalnia  w takiej chwili - 

mogłaby spróbowa  po raz drugi. Ale rzucone na ni  zakl cie interesowało mnie z 

wielu powodów. Chciałem dokładnie je przestudiowa .  

      Bardzo ostro nie zacz łem bada  czar, który j  wi ził. Nie był przesadnie 

skomplikowany, ale widziałem,  e prze ledzenie wszystkich jego bocznych  cie ek 

mo e chwil  potrwa . Dobrze; nie miałem zamiaru teraz przerywa . Wcisn łem 

si  gł biej w zakl cie, po drodze robi c w pami ci notatki.  

      Pracowałem przez długie godziny. Kiedy rozwi załem zakl cie, postanowiłem 

doło y  kilka własnych. W ko cu, czasy były ci kie. Zamek budził si  wolno 

wokół mnie. Pracowałem, a dzie  płyn ł wolno. Wreszcie wszystko było na 

miejscu, a ja uznałem,  e sko czyłem. Byłem wygłodzony.  

      Przesun łem Jasr  do k ta, wci gn łem buty, wyszedłem na koryta  i 

skr ciłem do schodów. Miałem wra enie,  e nadeszła pora obiadu, wi c 

background image

 

32 

sprawdziłem kilka jadalni, gdzie zwykle zasiadała rodzina. Wszystkie były puste, 

nigdzie nie dostrzegłem przygotowa  do posiłku. Nie znalazłem  ladów po posiłku 

niedawno zako czonym.  

      Mo liwe,  e wci  miałem zakłócone poczucie czasu,  e było jeszcze za 

wcze nie lub za pó no. Ale dzie  trwał ju  wystarczaj co długo, by nastała mniej 

wi cej wła ciwa pora. Jednak nikt nie siedział przy jedzeniu, wi c chyba co  w 

tym zało eniu nie grało...  

      Wtedy usłyszałem: delikatny brz k sztu ca na talerzu.  

      Ruszyłem w stron , sk d dobiegał ten d wi k. Najwyra niej obiad podano w 

miejscu rzadziej wykorzystywanym. Skr ciłem w prawo, potem w lewo. Tak, 

nakryli w bawialni. Niewa ne.  

      Wszedłem do pokoju. Na czerwonej sofie siedziała Llewella, a obok niej 

Vialle,  ona Randoma. Nakrycia le ały na niskim stoliku przed nimi. Michael, 

który pracował w kuchni, stał obok z wózkiem załadowanym talerzami. 

Odchrz kn łem.  

      - Merlin! - zawołała Vialle.  

      Jej czujno  budzi czasem dreszcze - jest przecie  całkiem niewidoma.  

      - Witaj - odezwała si  Llewella. - Siadaj z nami. Ch tnie posłuchamy, co 

ostatnio porabiałe .  

      Przysun łem krzesło i usiadłem naprzeciw nich. Podszedł Michael i rozło ył 

wie e nakrycie. Zastanowiłem si  szybko. Wszystko, co usłyszy Vialle, bez 

w tpienia dotrze do Randoma. Dlatego przedstawiłem im nieco okrojon  wersj  

ostatnich wypadków, usuwaj c wszelkie wzmianki o Mandorze, Fionie i 

odniesienia do Dworców Chaosu. Dzi ki temu opowie  była wyra nie krótsza i 

szybciej mogłem przyst pi  do jedzenia.  

      - Wszyscy mieli ostatnio tyle zaj  - zauwa yła Llewella, kiedy sko czyłem. - 

Czuj  si  niemal winna.  

      Obserwowałem delikatn  ziele  jej bardziej ni  oliwkowej cery, jej pełne 

wargi i kocie oczy.  

      - Ale nie całkiem - dodała.  

      - A w ogóle to gdzie s  wszyscy? - spytałem.  

      - Gerard jest w mie cie - odparła. - Sprawdza fortyfikacje portu. Julian 

dowodzi armi , wyposa on  w cz  broni palnej i strzeg c  podej  do Kolviru.  

      - To znaczy,  e Dalt wyszedł ju  w pole? Zbli a si ?  

      Pokr ciła głow .  

      - Nie, to tylko  rodki ostro no ci. Z powodu tej informacji od Luke'a. Nikt 

jeszcze nie widział wojsk Dalta.  

      - Czy kto  wie, gdzie mo e by  w tej chwili?  

      - Te  nie. Ale wkrótce spodziewamy si  pewnych wiadomo ci. - Wzruszyła 

ramionami. - Mo e Julian ju  je otrzymał.  

      - Dlaczego Julian dowodzi? - zapytałem mi dzy jednym a drugim k sem. - 

Spodziewałem si ,  e raczej Benedykt obejmie komend .  

      Llewella odwróciła głow  i spojrzała na Vialle, która jakby wyczuwała jej 

wzrok.  

      - Benedykt z niewielkim oddziałem eskortuje Randoma do Kashfy - wyja niła 

cicho.  

background image

 

33 

      - Do Kashfy? - powtórzyłem. - Po co si  tam wybrał? Dalt zwykle kr ci si  

wokół miasta i okolica mo e by  niebezpieczna.  

      Vialle u miechn ła si  lekko.  

      - Wła nie dlatego zabrał ze sob  Benedykta i jego gwardi  - stwierdziła. - 

Mo e nawet oni wła nie maj  zbiera  dane wywiadowcze, cho  nie z tego powodu 

ruszyli akurat teraz.  

      - Nie rozumiem, dlaczego w ogóle musieli tam jecha .  

      Łykn ła wody.  

      - Niespodziewane zamieszki polityczne - wyja niła. - Jaki  generał przej ł 

władz  pod nieobecno  królowej i ksi cia krwi. Generał został ostatnio 

zamordowany i Randomowi udało si  umie ci  na tronie własnego kandydata, 

starszego wiekiem szlachcica.  

      - Jak tego dokonał?  

      - Wszystkim zainteresowanym bardziej zale ało na tym, by Kashfa została 

dopuszczona do Złotego Kr gu, co gwarantuje uprzywilejowan  pozycj  w 

handlu.  

      - Czyli Random kupił ich, aby odda  władz  swojemu człowiekowi - 

zauwa yłem. - Czy traktaty Złotego Kr gu nie daj  nam prawa, by praktycznie 

bez uprzedzenia przeprowadzi  wojska przez terytorium partnera?  

      - Tak - odparła.  

      Nagle przypomniałem sobie tego twardego z wygl du emisariusza, którego 

spotkałem u Krwawego Billa. Płacił rachunek kashfa sk  walut . Uznałem,  e 

wol  nie wiedzie , jak odległe w czasie było nasze spotkanie od zabójstwa tego 

generała, które umo liwiło zawarcie porozumienia. O wiele silniej poruszyły mnie 

wynikaj ce st d wnioski: wygl dało na to,  e Random wła nie uniemo liwił 

Jasrze i Luke'owi odzyskanie zagarni tego tronu - który, uczciwie mówi c, Jasra 

sama zagarn ła dawno temu. Wobec tylu zmian u władzy sprawa dziedzictwa 

była mocno niejasna. Cho  jednak normy etyczne Randoma nie były lepsze od 

ludzi, którzy działali przed nim, to z pewno ci  nie były gorsze. Gdyby teraz 

Luke spróbował odzyska  tron matki, sprzeciwi si  monarcha maj cy układ 

obronny z Amberem. Mogłem si  zało y ,  e traktatowe warunki pomocy 

wojskowej dopuszczały współdziałanie Amberu podczas zamieszek 

wewn trznych, nie tylko podczas zewn trznej agresji.  

      Fascynuj ce. Random wyra nie próbował odci  Luke'a od jego zaplecza i 

uniemo liwi  legalne obj cie rz dów. Nast pnym krokiem b dzie pewnie skazanie 

Luke'a jako samozwa ca i niebezpiecznego buntownika oraz wyznaczenie ceny 

za jego głow . Czy Random przesadzał? Luke nie wydawał si  w tej chwili a  tak 

gro ny, zwłaszcza  e trzymali my w niewoli jego matk . Z drugiej strony, 

wła ciwie nie miałem poj cia, jak daleko Random zechce si  posun . Czy tylko z 

góry uniemo liwiał wszelkie potencjalnie gro ne działania, czy naprawd  

rozpocz ł polowanie? Ta druga mo liwo  zaniepokoiła mnie, poniewa  Luke 

zacz ł si  zachowywa  mniej wi cej przyzwoicie i chyba na nowo rozwa ał swój 

stosunek do nas. Nie chciałbym patrze , jak niepotrzebnie rzucaj  go wilkom na 

po arcie w efekcie nazbyt gwałtownej reakcji Randoma.  

      - Zgaduj ,  e ma to jaki  zwi zek z Lukiem - zwróciłem si  do Vialle.  

      Milczała przez chwil .  

background image

 

34 

      - To raczej Dalt go martwił - powiedziała w ko cu.  

      W my lach wzruszyłem ramionami. Dla Randoma to pewnie jedno i to samo. 

Uwa ał Dalta za sił  militarn , za pomoc  której Luke zechce odzyska  tron.  

      - Aha - powiedziałem tylko i wróciłem do jedzenia.  

      Nie mogły mi poda   adnych dodatkowych faktów ani sugestii, które 

tłumaczyłyby plany Randoma. Rozmawiali my wi c na oboj tne tematy, a ja 

ponownie rozwa yłem swoj  sytuacj . Wci  miałem wra enie,  e powinienem 

podj  jakie  pilne działanie... i wci  nie miałem poj cia, jakie mianowicie. W 

sposób do  nieoczekiwany plan akcji został przygotowany podczas deseru.  

      Dworzanin imieniem Randel - wysoki, szczupły, smagły i zwykle u miechni ty 

- pojawił si  w drzwiach.  

      Wiedziałem,  e co  si  stało, gdy  nie u miechał si  i poruszył szybciej ni  

zwykle. Przemkn ł po nas wzrokiem, spojrzał na Vialle, zbli ył si  pospiesznie i 

odchrz kn ł.  

      - Wasza wysoko ... - zacz ł.  

      Vialle lekko zwróciła głow  ku niemu.  

      - Tak, Randelu? - spytała. - O co chodzi?  

      - Przybyła delegacja z Begmy - odparł. - A ja nie otrzymałem instrukcji co do 

charakteru powitania i szczegółów organizacyjnych wła ciwych na t  okazj .  

      - Ojej! - Vialle odło yła widelec. - Nie spodziewali my si  ich wcze niej ni  

pojutrze, po powrocie Randoma. To jemu chc  si  poskar y . Co z nimi zrobiłe ?  

      - Wprowadziłem do  ółtej Komnaty - odparł. - Powiedziałem.  e pójd  

zaanonsowa  ich przybycie.  

      Skin ła głow .  

      - llu ich jest?  

      - Przyjechał premier Orkuz, jego sekretarz Nayda, b d ca te  jego córk . I 

druga córka, Coral. Jest te  czworo słu cych, dwóch m czyzn i dwie kobiety.  

      - Id  zawiadomi  słu b  i upewnij si ,  e przygotowano dla nich odpowiednie 

kwatery - poleciła. - Uprzed  kuchni . Mo e nie jedli obiadu.  

      - Oczywi cie, wasza wysoko . - Zacz ł si  wycofywa .  

      - Potem zgłosisz si  do mnie w  ółtej Komnacie - dodała. - Udziel  ci 

dodatkowych instrukcji.  

      - Twoje polecenia zostan  wypełnione, pani - zapewnił i wyszedł pospiesznie.  

      - Merlinie, Llewello... - Vialle wstała. - Póki wszystkiego nie zorganizujemy, 

pomo ecie mi bawi  go ci.  

      Przełkn łem ostatni k s deseru i wstałem. Nie miałem szczegółnej ochoty na 

rozmow  z dyplomat  i jego  wit , ale byłem pod r k , a w  yciu trzeba czasem 

wypełnia  drobne obowi zki.  

      - Hm... A tak w ogóle to po co przyjechali? - spytałem.  

      - Chodzi o jaki  protest w sprawie naszych działa  w Kashfie. Ich krajów 

nigdy nie ł czyły przyjazne stosunki, ale nie jestem pewna, czy chc  protestowa  

przeciw mo liwemu wł czeniu Kashfy do Złotego Kr gu, czy te  przeciwko 

naszemu mieszaniu si  w wewn trzne sprawy tamtych. Mo e boj  si ,  e ich 

interesy ucierpi , gdy bliski s siad uzyska tak  sam  uprzywilejowan  pozycj  

jak oni. A mo e mieli inne plany co do tronu Kashfy, a my uniemo liwili my ich 

realizacj . Mo e jedno i drugie. Wszystko jedno... Nie mo emy zdradzi  im 

background image

 

35 

niczego, o czym nie wiemy.  

      - Chciałem tylko ustali , jakich tematów unika .  

      - Wszystkich powy szych.  

      - Te  o tym my lałam - wtr ciła Llewella. - A tak e, czy mo e maj  jakie  

informacje o Dalcie. Ich słu by wywiadowcze z pewno ci  pilnie uwa aj  na 

wszystko, co dzieje si  w Kashfie i okolicy.  

      - Nie poruszaj tego tematu - poprosiła Vialle, kieruj c si  do drzwi. - Je li co  

im si  wymknie lub zechc  co  wyjawi , tym lepiej. Słuchaj uwa nie. Ale nie daj 

pozna ,  e ci  to interesuje.  

      Vialle uj ła mnie pod rami . Kierowałem ni  w drodze do  ółtej Komnaty. 

Llewella wyj ła sk d  małe lusterko, przejrzała si  i schowała je, wyra nie 

zadowolona.  

      - Szcz liwy przypadek sprowadził ci  tutaj, Merlinie - zauwa yła. - 

Dodatkowa u miechni ta twarz zawsze si  przyda w takiej chwili.  

      - Dlaczego ja nie czuj  si  szcz ciarzem? - mrukn łem.  

      Dotarli my do komnaty, gdzie czekał pierwszy minister z córkami. Słu cy 

odeszli ju  do kuchni na posiłek. Oficjalna delegacja siedziała głodna, co wiele 

mówi na temat protokołu, zwłaszcza  e odpowiednie przybranie tac z jedzeniem 

zajmuje zwykle sporo czasu. Orkuz był kr py,  redniego wzrostu, o czarnych 

włosach gustownie przyprószonych siwizn . Zmarszczki na jego szerokiej twarzy 

wskazywały,  e o wiele cz ciej marszczy czoło, ni  si  u miecha, cho  w tej chwili 

zajmował si  głównie u miechami. Nayda miała ładniej wyrze bion  wersj  jego 

twarzy, a cho  wykazywała t  sam  skłonno  do korpulencji, utrzymywała j  na 

atrakcyjnym poziomie zaokr glenia. Ona tak e u miechała si  cz sto i miała 

pi kne z by. Coral za to była wy sza od ojca i siostry, szczuplejsza, z 

rudobr zowymi włosami. Jej u miech nie sprawiał tak oficjalnego wra enia. W 

dodatku wydawała mi si  znajoma. Zastanawiałem si , czy nie spotkałem jej 

kiedy , przed laty, na jakim  nudnym przyj ciu. Chocia  gdyby tak, to chybabym 

zapami tał.  

      Kiedy nas sobie przedstawiono i podano wino, Orkuz wygłosił do Vialle 

krótk  uwag  o "ostatnich niepokoj cych wie ciach" na temat Kashfy. Llewella i 

ja szybko stan li my przy niej, oferuj c wsparcie moralne. Vialle jednak 

stwierdziła tylko,  e spraw  t  musi zaj  si  Random po swoim powrocie. Orkuz 

zgodził si  bez sprzeciwu, a nawet u miechn ł. Miałem wra enie,  e chce po 

prostu jak najszybciej poinformowa  o celu wizyty.  

      Llewella zacz ła go wypytywa  o podró , a on łaskawie pozwolił zmieni  

temat. Politycy s  cudownie zaprogramowani.  

      Dowiedziałem si  pó niej,  e ambasador Begmy nic nie wie o przyje dzie 

delegacji. Czyli Orkuz podró ował tak szybko,  e wyprzedził not  dla ambasady. 

Nie zadał sobie nawet trudu, by tam zajrze , lecz przyjechał wprost do pałacu i 

wysłał wiadomo . Dowiedziałem si  o tym wszystkim, kiedy prosił o jej 

dostarczenie. Wobec zgrabnych potoków neutralnych wypowiedzi Vialle i 

Llewelli czułem si  tutaj zb dny. Cofn łem si  o krok i zacz łem planowa  

ucieczk . Jakakolwiek gra si  tu toczyła, wcale mnie nie interesowała.  

      Coral tak e cofn ła si  wzdychaj c. Potem spojrzała na mnie, u miechn ła si , 

rozejrzała i podeszła.  

background image

 

36 

      - Zawsze marzyłam,  eby odwiedzi  Amber - o wiadczyła.  

      - Czy jest taki, jakim go sobie wyobra ała ?  

      - O tak. Przynajmniej jak dot d. Oczywi cie, wiedziałam bardzo niewiele...  

      Skin łem głow  i odszedłem dalej od pozostałych.  

      - Czy nie spotkali my si  ju  kiedy ? - zapytałem.  

      - Nie s dz  - odparła. - Nie podró owałam zbyt cz sto, a nie przypuszczam, 

eby  bywał w naszej okolicy. Prawda?  

      - Tak. Chocia  ostatnio bardzo mnie ona interesuje.  

      - Wiem, jednak troch  u twoim pochodzeniu - mówiła dalej. - Słyszałam 

plotki. Wiem,  e jeste  z Dworców Chaosu i  e ucz szczale  do szkoły na tym 

wiecie w Cieniu, który wy, Amberyci, tak ch tnie odwiedzacie. Cz sto my lałam, 

jak tam jest.  

      Chwyciłem przyn t : zacz łem jej opowiada  o szkole i pracy, o kilku 

miejscach, które udwiedziłem, i rzeczach, które lubiłem robi . W tym czasie 

przemie cili my si  na sof  pod  cian  i usiedli my wygodnie. Orkuzowi, Naydzie, 

Llewelli i Vialle jako  nas nie brakowało. Je li ju  musiałem tu siedzie , to 

przyjemniej było rozmawia  z Coral ni  słucha  tamtycb. Nie chciałem 

prowadzi  monologu, poprosiłem wi c, by opowiedziała co  o sobie.  

      Zacz ła od dzieci stwa sp dzonego w Begmie, o swoim zamiłowaniu do koni i 

eglowania po rzekach i jeziorach tego regionu, o czytanych ksi kach i 

stosunkowo niewinnych eksperymentach z magi . Kobieta ze słu by zjawiła si  w 

chwili, gdy Coral zacz ła mi opisywa  pewne interesuj ce rytuały, stosowane 

przez miejscowe społeczno ci rolnicze dla zapewnienia urodzaju. Słu ca 

podeszła do Vialle i co  jej przekazała. Kilkoro innych dostrzegłem tu  za 

drzwiami. Vialle zwróciła si  do Orkura i Naydy, ci przytakn li i ruszyli do 

wyj cia. Llewella oderwała si  od grupy i zbli yła do nas.  

      - Coral - powiedziala. - Twoja komnata jest przygotowana. Pokojówka ci  

odprowadzi. Mu e chciałaby  si  od wie y  albo odpocz  po podró y.  

      Powstali my oboje.  

      - Nie jestem wła ciwie zm czona - o wiadczyła Coral. Patrzyła raczej na mnie 

ni  na Llewell , a cie  u miechu igrał jej na wargach. Do diabła... Nagle 

u wiadomiłem sobie,  e przyjemnie mi w jej towarzystwie. Zatem...  

      - Je li przebierzesz si  w co  wygodniejszego - zaproponowałem - ch tnie 

poka  ci miasto. Albo pałac.  

      Warto było zobaczy  jej u miech.  

      - To mi bardziej odpowiada - stwierdziła.  

      - Spotkajmy si  wi c tutaj za jakie  pół godziny.  

      Odprowadziłem j  i pozostałych a  do głównych schodów. Wci  miałem na 

sobie levisy i fioletow  koszul , wi c zastanawiałem si , czy zmieni  ubranie na 

bardziej zgodne z tutejsz  mod . Do diabła z tym, uznałem. Mamy tylko 

pospacerowa . Wezm  pas z mieczem, płaszcz i najwygodniejsze buty. Mog  te  

przystrzyc brod , skoro mam troch  czasu. I jeszcze szybki manicure...  

      - Ehm... Merlinie.  

      To Llewella. Chwyciła mnie za łokie  i pokierowała do wn ki. Pozwoliłem 

sob  kierowa .  

      - Tak? - spytałem. - O co chodzi?  

background image

 

37 

      - Hm... - mrukn ła. - Miła dziewczyna, prawda?  

      - Chyba tak.  

      - Masz na ni  ochot ?  

      - Rany, Llewello! Nie wiem. Dopiero j  poznałem.  

      - ...I umówiłe  si  na randk .  

      - Daj spokój. Nale y mi si  odrobina rozrywki. Z Coral przyjemnie si  

rozmawia. Ch tnie poka  jej okolic . My l ,  e b dziemy si  dobrze bawi . Co w 

tym złego?  

      - Nic - odparła. - Dopóki zachowasz wła ciw  perspektyw .  

      - O jak  perspektyw  ci chodzi?  

      - Pomy lałam,  e to do  ciekawe...  e Orkuz przywiózł swoje dwie przystojne 

córki.  

      - Nayda jest jego sekretarzem - przypomniałem. - A Coral ju  od dawna 

chciała zobaczy  Amber.  

      - Aha... i byłoby bardzo wygodne dla Begmy, gdyby jedna z nich złapała 

członka rodziny.  

      - Llewello, jeste  potwornie podejrzliwa.  

      - To dlatego,  e  yj  ju  bardzo długo.  

      - Ja te  mam nadziej  na długie  ycie i wierz ,  e nie zaczn  si  doszukiwa  

niskich pobudek w ka dym ludzkim działaniu.  

      U miechn ła si .  

      - Oczywi cie. Zapomnij,  e co  mówiłam - poprosiła wiedz c,  e nie zapomn . 

- Miłej zabawy.  

      Burkn łem co  uprzejmie i ruszyłem do siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

38 

Rozdział 4

 

 

I tak po ród wszelkiego rodzaju niebezpiecze stw, intryg, zagro e  i tajemnic 

postanowiłem zrobi  sobie wakacje i wyj  na spacer z pi kn  dam . Ze 

wszystkich mo liwo ci ta wydawała si  najbardziej atrakcyjna. Kimkolwiek był 

nieprzyjaciel, z jak kolwiek pot g  miałem si  zmierzy , piłka znalazła si  teraz 

po jego stronie kortu. Nie miałem ochoty polowa  na Jurta, pojedynkowa  si  z 

Mask  ani  ledzi  Luke'a, póki nie wyl duje i powie, czy wci  pragnie 

rodzinnych skalpów. Dalt to nie mój kłopot, Vinta znikn ła, Ghostwheel zamilkł, 

a Wzorzec mojego ojca mo e zaczeka .  

       wieciło sło ce i wiał lekki wiatr, cho  o tej porze roku pogoda mogła si  

szybko zmieni . Szkoda zmarnowa  ostatni mo e ładny dzie  w roku na 

cokolwiek innego ni  przyjemno ci. Pod piewywałem, szykuj c si  na spotkanie. 

Zszedłem na dół wcze niej, ni  byli my umówieni.  

      Coral była jednak szybsza, ni  s dziłem, i ju  na mnie czekała. Z uznaniem 

spojrzałem na jej wygodne, ciemnozielone spodnie, grub  koszul  barwy miedzi i 

ciepły br zowy płaszcz. Buty wło yła odpowiednie na wycieczki, a na głow  

wcisn ła zakrywaj cy włosy ciemny kapelusz. U pasa miała sztylet i r kawice.  

      - Gotowa! - zawołała, kiedy mnie dostrzegła.  

      -  wietnie - odparłem z u miechem i wyprowadziłem j  na korytarz.  

      Chciała skr ci  w kierunku głównej bramy, ale pokierowałem j  w prawo, a 

potem w lewo.  

      - Nie zwrócimy niczyjej uwagi, je li wykorzystamy boczne wyj cia - 

wyja niłem.  

      - Widz ,  e naprawd  lubicie tajemnice - zauwa yła.  

      - Przyzwyczajenie. Im mniej obcy wiedz  o twoich sprawach, tym lepiej.  

      - Jacy obcy? Czego si  boicie?  

      - W tej chwili? Całej masy ró nych rzeczy. Ale nie chciałbym marnowa  

pi knego dnia na układanie spisów.  

      Pokr ciła głow  z wyrazem, który uznałem za poł czenie podziwu i niesmaku.  

      - Wi c to prawda, co mówi ?- zapytala. - Wasze sprawy s  tak 

skomplikowane, jak stare romanse? I musicie prowadzi  notatki?  

      - Nie miałem ostatnio czasu na  adne romanse - odparłem. - A ju  zwłaszcza 

warte zanotowania. Przepraszam - dodałem widz c,  e si  rumieni. - Moje  ycie 

naprawd  si  skomplikowało.  

      - Och - rzuciła, spogl daj c na mnie. Wyra nie czekała,  e powiem co  wi cej.  

      - Kiedy indziej. - Za miałem si  sztucznie, machn łem poł  płaszcza i 

zasalutowałem stra nikowi.  

      Kiwn ła głow  i dyplomatycznie zmieniła temat.  

      - Obawiam si ,  e pora roku nie jest odpowiednia na zwiedzanie waszych 

słynnych ogrodów.  

      - Tak, wła ciwie nie ma tam teraz czego ogl da ... Tylko japo ski ogródek 

Benedykta jest w pewnym sensie opó niony. Mo e kiedy  wybierzemy si  tam na 

fili ank  herbaty. Dzi  jednak chciałem pokaza  ci miasto.  

      - N c ca propozycja - zgodziła si .  

      Poleciłem wartownikowi przy furtce, by przekazał Hendenowi, szambelanowi 

background image

 

39 

Amberu,  e wychodzimy do miasta i nie jeste my pewni, kiedy wrócimy. Obiecał 

to zrobi , gdy tylko zejdzie z posterunku, czyli ju  niedługo.  

      Do wiadczenia z wizyty u Krwawego Billa nauczyły mnie, by zostawia  takie 

wiadomo ci - nie znaczy to,  e obawiałem si  jakiego  niebezpiecze stwa ani  e 

wiedza Llewelli by nie wystarczyła.  

      Li cie szele ciły pod stopami, kiedy szli my alejk  w stron  bocznej bramy. 

Sło ce  wieciło jasno na niebie przesłoni tym tylko kilkoma pasmami cirrusów. 

Na zachodzie stado czarnych ptaków leciało w stron  oceanu, na południe.  

      - U nas spadł ju   nieg - powiedziała. - Macie szcz cie.  

      - Dociera tu ciepły pr d - wyja niłem wspominaj c, co mówił mi kiedy  

Gerard. - Dzi ki temu klimat jest wyra nie łagodniejszy ni  w innych okolicach 

na tej samej szeroko ci.  

      - Du o podró ujesz? - zapytała.  

      - Wi cej, ni  mam na to ochot . Zwłaszcza ostatnio. Chciałbym przynajmniej 

przez rok posiedzie  w miejscu i wypocz .  

      - W interesach czy dla przyjemno ci? - chciała wiedzie .  

      Wartownik wyprowadził nas za bram  i upewnił si  szybko, czy nic nam nie 

grozi.  

      - Nie dla przyjemno ci - odparłem. Uj łem j  za łokie  i skierowałem na 

drog , któr  wybrałem.  

      Kiedy dotarli my do bardziej cywilizowanych okolic, przez pewien czas 

trzymali my si  Głównej Alei. Wskazałem jej kilka ciekawostek i znaczniejszych 

budynków, w tym ambasad  Begmy. Nie zdradzała jednak ch ci, by j  odwiedzi ; 

wspomniała tylko,  e przed wyjazdem b dzie musiała zło y  swym rodakom 

oficjaln  wizyt .  

      Zatrzymała si  za to w sklepie, jaki znale li my wkrótce potem. Kupiła par  

bluzek; rachunek kazała odesła  do ambasady, a zakupy do pałacu.  

      - Ojciec obiecał mi wycieczk  po sklepach - wyja niła. - A wiem,  e o tym 

zapomni. Kiedy si  dowie, zrozumie,  e ja pami tałam.  

      Obejrzeli my uliczki ró nych rzemie lników i usiedli my w przydro nej 

kawiarni. Patrzeli my na mijaj cych nas pieszych i konnych. Wła nie zacz łem 

opowiada  jej anegdot  na temat którego  z je d ców, gdy poczułem pierwszy 

kontakt Atutu. Czekałem kilka sekund i wra enie stało si  silniejsze, ale  adna 

posta  nie nabierała kształtu za przesłaniem. Coral poło yła mi dło  na ramieniu.  

      - Co si  stało? - spytała.  

      Si gn łem my l , próbuj c dopomóc w kontakcie, ale tamten jakby si  cofał. 

Wra enie nie przypominało tej chłodnej obserwacji, gdy Maska przygl dał mi si  

w mieszkaniu Flory w San Francisco. Mo e kto , kogo znałem, próbował do mnie 

dotrze  i miał kłopoty z koncentracj ? Mo e był ranny? Albo...  

      - Luke - powiedziałem. - Czy to ty?  

      Ale odpowied  nie nadeszła i uczucie zacz ło zanika . Wreszcie odpłyn ło.  

      - Dobrze si  czujesz? - zapytała Coral.  

      - Tak, wszystko w porz dku - odparłem. - Chyba Kto  próbował si  ze mn  

porozumie , ale zrezygnował.  

      - Porozumie ? Aha, przez te Atuty, których u ywacie?  

      - Tak.  

background image

 

40 

      - Ale powiedziałe  "Luke"... - Zastanowiła si . - Nikt z twoich krewnych nie 

ma na imi ...  

      - Znasz go pewnie jako ksi cia Rinalda z Kashfy.  

      Zachichotała.  

      - Rinny'ego? Pewnie,  e znam. Chocia  nie lubił, kiedy wołali my na niego 

"Rinny".  

      - Naprawd  znasz? To znaczy osobi cie?  

      - Tak - potwierdziła. - Cho  dawno si  nie widzieli my. Kashfa le y całkiem 

blisko Begmy. Nasze stosunki s  czasem dobre, czasem nie najlepsze. Wiesz, jak 

to jest. Polityka. Kiedy byłam mała, zdarzały si  długie okresy, gdy  yli my w 

bliskiej przyja ni. Były oficjalne wizyty w obie strony. Nas, dzieci, cz sto 

zostawiali gdzie  razem.  

      - Jaki on wtedy był?  

      - Taki wysoki, niezgrabny, rudowłosy chłopak... Lubił si  popisywa : jaki to 

jest silny albo szybki. Pami tam, jak si  na mnie rozzło cił, kiedy wyprzedziłam 

go w biegu.  

      - Wyprzedziła  Luke'a?  

      - Tak. Bardzo dobrze biegam.  

      - Z pewno ci .  

      - W ka dym razie zabierał Nayd  i mnie na wycieczki  aglówk  albo piesze 

wyprawy. Co si  z nim teraz dzieje?  

      - Pije z kotem z Cheshire.  

      - Co?  

      - To długa historia.  

      - Ch tnie jej wysłucham. Martwi  si  o niego, odk d usłyszałam o przewrocie.  

      Hm... zastanawiałem si  pospiesznie, jak zredagowa  t  opowie , by córce 

premiera Begmy nie zdradzi  pa stwowych tajemnic... cho by tej,  e Luke jest 

spokrewniony z rodem Amber. A wi c...  

      - Znam go ju  od do  dawna - zacz łem. - Ostatnio rozgniewał pewnego 

czarownika, a ten podał mu narkotyk i odesłał do dziwnego baru...  

      Mówiłem do  długo, po cz ci dlatego,  e musiałem przerwa  główny w tek i 

stre ci  Lewisa Carrolla. Musiałem te  obieca ,  e po ycz  jej z pałacowej 

biblioteki jedno z wyda  Alicji w thari. Kiedy wreszcie sko czyłem, roze miała 

si .  

      - Dlaczego nie sprowadziłe  go z powrotem? - zapytała.  

      Oj... Nie mogłem przecie  powiedzie ,  e póki nie dojdzie do siebie, jego 

zdolno ci manipulowania Cieniem na to nie pozwalaj .  

      - To element zakl cia; działa, czerpi c z jego własnych czarodziejskich mocy - 

wyja niłem. - Nie mo na go przenie , póki narkotyk nie przestanie działa .  

      - To ciekawe - stwierdziła. - Czy Luke naprawd  jest czarodziejem?  

      - Ee... tak.  

      - Jak zdobył te umiej tno ci? Nie przejawiał ich, kiedy go znałam.  

      - Czarownicy ró nymi metodami dochodz  do swego kunsztu - wyja niłem. - 

Zreszt , sama wiesz o tym.  

      I nagle u wiadomiłem sobie,  e jest o wiele sprytniejsza, ni  sugerowałaby jej 

u miechni ta, niewinna buzia. Miałem silne wra enie,  e tak kieruje rozmow , 

background image

 

41 

bym przyznał,  e Luke opanował magi  Wzorca. Oczywi cie, zdradzałoby to 

wiele ciekawych rzeczy na temat jego pochodzenia.  

      - A jego matka, Jasra, te  jest czym  w rodzaju czarodziejki.  

      - Powa nie? Nie wiedziałam o tym. Do licha! Coraz gorzej...  

      - Widocznie gdzie  si  tego nauczyła.  

      - A co z jego ojcem?  

      - Trudno mi co  powiedzie .  

      - Widziałe  go kiedy ?  

      - Tylko przelotnie - zapewniłem.  

      Kłamstwo mogło sprawi ,  e uzna t  kwesti  za naprawd  wa n  - wystarczy, 

e cho by domy la si  prawdy. Dlatego zrobiłem jedyn  rzecz, jaka mi przyszła 

do głowy. Stolik za Coral był pusty, a za nim ju  tylko  ciana. Po wi ciłem jedno 

z zakl ; niedostrzegalnie skin łem dłoni  i zamruczałem bezgło nie.  

      Stolik przewrócił si , odleciał do tyłu i rozbił o  cian . Rozległ si  

spektakularny trzask. Go cie krzykn li zaskoczeni, a ja zerwałem si  z krzesła.  

      - Nikomu nic si  nie stało? - Rozejrzałem si , jakbym wypatrywał ofiar.  

      - Co to było? - zapytała Coral.  

      - Jaki  nagły podmuch albo co  w tym rodzaju - odparłem. - Mo e lepiej 

ruszajmy st d.  

      - Dobrze - zgodziła si , spogl daj c na odłamki. - Nie szukam kłopotów.  

      Rzuciłem na stół kilka monet, wstałem i wyszli my na zewn trz. Przez chwil  

mówiłem o wszystkim, co mi wpadło do głowy, byle tylko bezpiecznie oddali  si  

od tematu. Przyniosło to po dany efekt, gdy  nie próbowała powtarza  pytania.  

      Podczas spaceru kierowałem si  generalnie w stron  Zachodniej Winnej. 

Kiedy tam dotarli my, postanowiłem zej  w dół, do portu; zapami tałem,  e 

lubiła  eglarstwo. Ale chwyciła mnie za r kaw i zatrzymała.  

      - Przez  cian  Kolviru prowadz  stopnie, prawda? - zapytała. - O ile wiem, 

twój ojciec próbował kiedy  przeprowadzi  tamt dy armi . Wpadł w pułapk  i 

musiał wywalczy  sobie drog .  

      Skin łem głow .  

      - Tak, to prawda. To stara sprawa. Stopnie pochodz  z dawnych czasów. Dzi  

mało kto ich u ywa, ale s  całkiem dobrze utrzymane.  

      - Chciałabym je zobaczy .  

      - Dobrze.  

      Skr ciłem w prawo i pomaszerowałem z powrotem pod gór , do Głównej Alei. 

Min ło nas dwóch rycerzy w barwach Llewelli. Ciekawe, pomy lałem, czy 

wypełniaj  jak  zwyczajn  misj , czy te  dostali polecenie,  eby mie  mnie na 

oku. Ta sama my l musiała przyj  do głowy Coral, gdy  uniosła brew i spojrzała 

pytaj co.  

      Wzruszyłem ramionami i poszedłem dalej. Kiedy obejrzałem si  po chwili, ju  

ich nie zauwa yłem.  

      Mijali my ludzi w strojach z dziesi tka regionów; ze straganów unosiły si  

zapachy potraw, mog cych zaspokoi  dziesi tki gustów. Po drodze 

zatrzymali my si  kilka razy, by spróbowa  pasztetu, jogurtu, słodyczy.  

      Pokusa była zbyt silna i tylko wyj tkowo najedzeni mogli si  jej oprze .  

      Zauwa yłem, jak mi kko Coral wymija przeszkody. Nie chodziło tylko o 

background image

 

42 

wdzi k, raczej o stan ducha... chyba czujno . Spostrzegłem,  e ogl da si  w 

stron , sk d przyszli my. Sam te  spojrzałem, ale nie zobaczyłem niczego 

ciekawego. Raz jaki  człowiek wyszedł nagle z bramy, do której si  zbli ali my, 

blyskawicznie si gn ł do sztyletu u pasa, po czym natychmiast opu cił r k .  

      - Jaki tu gwar, jak wiele si  dzieje... - zauwa yła Coral po cbwili.  

      - Rzeczywi cie. Rozumiem,  e Begma jest spokojniejsza?  

      - Zdecydowanie.  

      - Czy jest tam do  bezpiecznie, by chodzi  na spacery?  

      - O tak.  

      - Czy nie tylko m czy ni, ale tak e kobiety odbywaj  tam przeszkolenie 

wojskowe?  

      - Zwykle nie. Dlaczego pytasz?  

      - Zwykła ciekawo .  

      - Ale ja pobierałam lekcje walki wr cz i z u yciem broni - dodała.  

      - Dlaczego? - zdziwiłem si .  

      - Ojciec to wymy lił. Stwierdził,  e co  takiego mo e si  przyda  krewnym 

człowieka na wysokim stanowisku. Uznałam,  e co  w tym jest. Podejrzewam,  e 

zawsze chciał mie  syna.  

      - Czy twoja siostra te  si  tym zajmowała?  

      - Nie. Jej to nie interesowało.  

      - Planujesz karier  w dyplomacji?  

      - Raczej nie. Zwracasz si  do niewła ciwej siostry.  

      - Bogaty m ?  

      - Zapewne gruby i nudny.  

      - Wi c co?  

      - Mo e pó niej ci powiem.  

      - Jak chcesz. Zapytam, gdyby  miała zapomnie .  

      Szli my Alej  coraz dalej na południe. Wiatr dmuchał silniej, w miar  jak 

zbli ali my si  do Kra ca L du. W dali pojawił si  zimowy ocean: ciemnoszary, 

naznaczony białymi pasami piany. Stada ptaków kr yły ponad falami i jednym 

bardzo kr tym stokiem. Min li my Wielki Łuk i wreszcie stan li my na 

platformie. Spojrzeli my w dół. Widok budził zawroty głowy - szerokie, strome 

stopnie wzdłu  urwiska si gaj cego brunatnoczarnej pla y w dole. 

Obserwowałem pozostawione przez odpływ  lady na piasku niby zmarszczki na 

czole starca. Wiatr był tu silniejszy, a wilgotny, słony zapach, coraz wyra niejszy 

w miar  zbli ania si  do platformy, doprawiał powietrze szczególnie intensywnym 

aromatem. Coral cofn ła si  na chwil , po czym podeszła znowu.  

      - Wygl da to troch  gro niej, ni  si  spodziewałam - wyznała. - Pewnie b dzie 

lepiej, kiedy ju  na nie wejd .  

      - Nie wiem - odpowiedziałem.  

      - Nigdy t dy nie wchodziłe ?  

      - Nie. Nie miałem powodu.  

      - S dziłam,  e spróbujesz... skoro twój ojciec przegrał na nich bitw .  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Jestem sentymentalny w nieco inny sposób.  

      U miechn ła si .  

background image

 

43 

      - Zejd my t dy na pla . Prosz .  

      - Oczywi cie - zgodziłem si .  

      Ruszyli my.  

      Szerokie schody sprowadziły nas jakie  dziesi  metrów ni ej, po czym urwały 

si  nagle w miejscu, gdzie startowała ich o wiele w sza wersja, skr caj ca ostro 

w bok. Przynajmniej stopnie nie były wilgotne ani  liskie.  

      Daleko w dole poszerzały si  znowu tak,  e para ludzi mogła i  obok siebie. 

Na razie jednak schodzili my pojedynczo. Zirytowałem si  troch , bo Coral jako  

zdołała mnie wyprzedzi .  

      - Je li si  odsuniesz, wyjd  do przodu - powiedziałem.  

      - Po co?  

      -  eby i  przed tob , gdyby  si  po lizgn ła.  

      - Nie warto - odparła. - Nic mi nie grozi.  

      Uznałem,  e kłótnia nie ma sensu i pozwoliłem jej prowadzi .  

      Platformy, gdzie linia schodów zawracała, trafiały si  do  przypadkowo, 

wyci te wsz dzie tam, gdzie pozwalał na to układ skały. W rezultacie niektóre 

ci gi stopni byty dłu sze od innych i nasza droga prowadziła przez cał  szeroko  

urwiska. Wiatr dmuchał tu silniej ni  na górze i odruchowo trzymali my si  

mo liwie blisko  ciany. Zreszt  nawet bez wiatru robiliby my pewnie to samo. 

Brak jakiejkolwiek por czy sprawial,  e odsuwali my si  od przepa ci. Trafiały 

si  miejsca, gdzie skalna  ciana tworzyła przewieszki i szli my jakby w jaskini. 

Gdzie indziej przechodzili my po wybrzuszeniach i czuli my si  całkiem odkryci. 

Nagle podmuchy kilka razy zastoniły mi oczy poł  płaszcza; zakl łem 

wspominaj c,  e ludzie rzadko odwiedzaj  zabytki poło one w s siedztwie 

miejsca zamieszkania. Zaczynałem docenia  ich rozs dek. Coral maszerowała w 

dół i przyspieszyłem kroku, by j  dogoni . Widziałem ju  platform  oznaczaj c  

pierwszy zwrot trasy. Miałem nadziej ,  e zaczeka tam i powie,  e zmieniła 

zdanie co do tej wyprawy. Nic z tego. Zawróciła i szła dalej. Wiatr porwał moje 

westchnienie i poniósł je do jakiej  ba niowej jaskini, przeznaczonej na skargi 

przymuszanych.  

      Przyspieszyłem, kiedy dotarli my wreszcie do podestu, od którego schody 

znów si  rozszerzały. Mogli my ju  i  obok siebie. W po piechu potkn łem si  na 

samym zakr cie. Nic wielkiego - zd yłem wyci gn  r k  i oprze  si  o skał , 

kiedy poleciałem w przód. Zdumiało mnie jednak wyczucie Coral na zmian  

mojego kroku - tylko na podstawie głosu - i jej reakcja. Nagle rzuciła si  w tył i 

obróciła. Równocze nie jej dłonie dotkn ły mojego ramienia; pchn ła mnie na 

bok, przyciskaj c do skały.  

      - W porz dku! - zawołałem z gł bi niemal pustych płuc. - Nic mi si  nie stało.  

      Wstała i otrzepała si .  

      - Słyszałam... - zacz ła.  

      - Rozumiem. Ale tylko si  potkn łem. To wszystko.  

      - Sk d miałam wiedzie ?  

      - Wszystko w porz dku. Dzi kuj .  

      Ruszyli my dalej rami  w rami , ale co  si  zmieniło.  ywiłem teraz pewne 

podejrzenie, które wcale mi si  nie podobało, ale którego nie mogłem odp dzi . 

Jeszcze nie. To, o czym my lałem, było bardzo niebezpieczne... gdybym miał 

background image

 

44 

racj .  

      Dlatego...  

      - W Hiszpanii d d y, gdy d d yste przyjd  dni - oznajmiłem.  

      - Słucham? - zdziwiła si . - Nie zrozumiałam...  

      - Powiedziałem,  e przyjemnie jest spacerowa  z pi kn  dam .  

      Naprawd  si  zarumieniła.  

      - Ale w jakim j zyku to powiedziałe ... za pierwszym razem?  

      - Po angielsku.  

      - Nie znam go. Mówiłam ci o tym, kiedy wspominałe  o Alicji.  

      - Wiem. To był taki kaprys - wyja niłem.  

      Pla a, o wiele ju  bli sza, była ubarwiona w pasy i miejscami błyszczała. 

Piana  ciekała z niej do morza, a ptaki nurkowały z krzykiem, by zbada  resztki 

pozostawione przez fale. Na horyzoncie kołysały si   agle, a zasłona deszczu 

matowiła powierzchni  daleko na południowym wschodzie. Wiatr przycichł, cho  

podmuchy wci  atakowały nas z sił  szarpi c  płaszcze.  

      Schodzili my w milczeniu, póki nie stan li my w dole. Przeszli my kilka 

kroków po piasku.  

      - Port le y w tamtym kierunku. - Wyci gn łem r k  na zachód. - A tam stoi 

ko ciół - dodałem, wskazuj c ciemny budynek. Tam odbyła si  msza pogrzebowa 

Caine'a i tam przychodzili czasem  eglarze, by modli  si  o bezpieczn  podró .  

      Spojrzała w obie strony, a potem równie  za siebie i w gór .  

      - Jacy  ludzie zeszli za nami - zauwa yła.  

      Dostrzegłem trzy postacie niedaleko szczytu schodów. Stały nieruchomo, 

jakby zeszły tylko kawałek, by podziwia  widoki.  adna nie nosiła barw 

Llewelli...  

      - Te  tury ci - stwierdziłem.  

      Przygl dała si  im jeszcze przez chwil , wreszcie odwróciła wzrok.  

      - Czy nie ma tu w pobli u jaski ? - spytała.  

      Skin łem głow  w prawo.  

      - Tamt dy. Cały labirynt. Od czasu do czasu ludzie si  tam gubi . Niektóre s  

bardzo malownicze. Inne pogr one w ciemno ci. Kilka to zwykłe płytkie 

zagł bienia.  

      - Chciałabym je obejrze .  

      - Jasne,  aden problem. Chod my.  

      Ruszyłem. Ludzie na schodach nie drgn li. Wydawało si ,  e podziwiaj  

morze. Nie byli chyba przemytnikami. To niezbyt wygodne zaj cie w dzie  i w 

miejscu, gdzie w ka dej chwili kto  mo e nadej . Mimo to cieszyłem si ,  e moja 

podejrzliwo  narasta. Wobec ostatnich wydarze  była to po dana cecha. 

Obiekt moich najsilniejszych podejrze  szedł naturalnie obok mnie, odwracaj c 

czubkiem buta kawałki wyrzuconego przez fale drewna i ze  miechem kopi c 

barwne kamyki... Ale na razie nic nie mogłem na to poradzi . Ju  wkrótce... 

Nagle uj ła mnie pod rami .  

      - Dzi kuj ,  e mnie zabrałe  - powiedziała. - Podoba mi si  ten spacer.  

      - Och, mnie tak e. Ciesz  si ,  e wyszli my. Nie ma za co.  

      Wzbudziła we mnie lekkie poczucie winy... Ale przecie  nikomu nie stanie si  

krzywda, gdybym si  pomylił.  

background image

 

45 

      - Chyba podobałoby mi si   ycie w Amberze - oznajmiła.  

      - Mnie te  - odparłem. - Nigdy go nie próbowałem przez dłu szy czas.  

      - Tak?  

      - Nie mówiłem chyba, ile lat sp dziłem na Cieniu - Ziemi, gdzie sko czyłem 

szkol  i miałem prac , o której ci opowiadałem... - rzekłem i nagle zacz łem 

wyrzuca  z siebie cał  autobiografi ... czego zwykle unikam.  

      Z pocz tku nie byłem pewien, sk d ta wylewno , ale zaraz sobie 

u wiadomiłem,  e potrzebny był mi kto , z kim mógłbym porozmawia . Je li 

nawet moje niezwykłe podejrzenie oka e si  prawd , nic nie szkodzi. Przyjazny z 

pozoru słuchacz to co , co od dawna mi si  nie przytrafiło. I zanim zdałem sobie z 

tego spraw , opowiadałem jej o ojcu... jak ten człowiek, którego prawie nie 

znałem, przebiegł zło on  histori  swych wysiłków, dylematów, decyzji, jakby 

próbował usprawiedliwi  si  przede mn , jakby wtedy miał jedyn  mo liwo , by 

to uczyni ...  

      I jak słuchałem my l c, co pomija, o czym zapomina, co mo e wygładza  czy 

ozdabia , jakie  ywi uczucia wobec mnie...  

      - Tam s  jaskinie - powiedziałem, przerywaj c kłopotliwy teraz potok 

wspomnie . Chciała skomentowa  jako  mój monolog, ale ja ci gn łem dalej: - 

Widziałem je tylko raz.  

      Zrozumiała mój nastrój.  

      - Chciałabym do której  zajrze  - stwierdziła tylko.  

      Skin łem głow . Jaskinia była odpowiednim miejscem dla tego, co 

zaplanowałem. Wybrałem trzeci  z kolei. Wej cie miała wi ksze ni  dwie 

poprzednie i mogłem zajrze  spory kawałek w gł b.  

      - Spróbujmy tamtej. Nie jest chyba zbyt ciemna. Weszli my w chłodny cie . 

Mokry piasek towarzyszył nam jeszcze przez chwil , z wolna ust puj c miejsca 

wirowi i kamieniom. Strop opadał i wznosił si  na przemian. Zakr t w tewo 

doprowadził nas do korytarza wiod cego chyba do innego wyj cia, gdy  za sob  

widzieli my wi cej  wiatła. Korytarz zagł biał si  coraz dalej. Z miejsca, gdzie 

stan li my, ci gle było słycha  echa pulsu morza.  

      - Te jaskinie mog  si ga  bardzo gł boko - zauwa yła.  

      - Si gaj  - zgodziłem si . - Zakr caj , krzy uj  si  i zap tlaj . Bez mapy i 

wiatła wolałbym nie wchodzi  zbyt daleko. O ile wiem, nigdy nie zostały 

dokładnie opisane.  

      Rozejrzała si , studiuj c w ród mroku obszary czerni, gdzie boczne tunele 

ł czyly si  z naszym.  

      - Jak my lisz, jak daleko prowadz  te korytarze? - zainteresowała si .  

      - Nie mam poj cia.  

      - Pod sam pałac?  

      - Prawdopodobnie. - Wspominałem boczne tunele, które mijałem w drodze do 

Wzorca. - To mo liwe,  e ł cz  si  gdzie  z wielkimi jaskiniami w podziemiach.  

      - A jak tam jest?  

      - Pod pałacem? Rozlegle i ciemno. Pradawnie...  

      - Chciałabym to zobaczy .  

      - A po co?  

      - Tam na dole le y Wzorzec. Musi by  niezwykle barwny.  

background image

 

46 

      - O tak... jaskrawy i wiruj cy. Chocia  troch  przera a.  

      - Jak mo esz tak mówi , skoro go przeszedłe ?  

      - Przej  a lubi  to dwie zupełnie ró ne rzeczy.  

      - My lałam po prostu,  e je li to przej cie tkwiło w tobie od urodzenia, 

powiniene  czu  jakie  pokrewie stwo, jaki  gł boko rezonuj cy kontakt z 

Wzorcem.  

      Roze miałem si , a echa powtórzyły ten  miech.  

      - Wiesz, kiedy ju  szedłem, wiedziałem,  e to we mnie tkwiło. Ale wcze niej 

nic takiego nie czułem. Byłem zwyczajnie przestraszony. I nigdy tego nie lubiłem.  

      - Dziwne.  

      - Niespecjalnie. Wzorzec jest jak morze albo nocne niebo. Jest wielki, jest 

pot ny i jest. To naturalna moc i mo esz j  wykorzysta , je li potrafisz.  

      Spojrzała w gł b korytarza.  

      - Chciałabym go zobaczy  - o wiadczyła.  

      - Wolałbym nie szuka  drogi z tego miejsca - odparłem. - A wła ciwie czemu 

ci na tym zale y?  

      - Chc  sprawdzi , jak zareaguj  na co  takiego.  

      - Naprawd  jeste  niezwykła - stwierdziłem.  

      - Zaprowadzisz mnie tam, kiedy wrócimy? Poka esz mi go?  

      Sytuacja rozwijała si  zupełnie inaczej ni  przewidywałem. Je li Coral była 

tym, kim my lałem, nie rozumiałem tej pro by. Miałem niemal ochot  

zaprowadzi  j  do Wzorca i sprawdzi , o co jej chodzi. Jednak moimi 

działaniami kierował pewien system priorytetów i miałem przeczucie,  e ona 

reprezentuje jeden z nich. A w tej kwestii obiecałem co  sobie i podj łem pewne 

zło one przygotowania.  

      - Mo e - mrukn łem.  

      - Prosz . Naprawd  chc  go obejrze .  

      Wydawała si  szczera. Ale mój domysł był niemal pewny. Do  czasu 

upłyn ło, aby ten dziwny, zmieniaj cy ciała duch, który w wielu postaciach 

pod ał moim tropem, znalazł nowego gospodarza i odszukał mnie znowu, by po 

raz kolejny zdoby  zaufanie. Coral idealnie si  nadawała do tej roli - przybyła w 

odpowiedniej chwili, wyra nie okazywała trosk  o moje fizyczne bezpiecze stwo, 

miała szybki refleks. Chciałbym j  oszcz dzi  i wypyta , ale wiedziałem,  e wobec 

braku dowodów czy bezpo redniego zagro enia b dzie kłama . Dlatego o ywiłem 

zakl cie, przygotowane i zawieszone w drodze z Arbor House - zakl cie, które 

stworzyłem, by wypchn  panuj c  ja  z ciała nosiciela. Zawahałem si  jednak. 

ywiłem wobec niej uczucia ambiwalentne. Nawet je li była tym duchem, 

mógłbym j  mo e tolerowa , gdybym poznał jej motywy.  

      Zatem...  

      - Czego wła ciwie chcesz? - zapytałem.  

      - Tylko popatrze . Naprawd  - odpowiedziała.  

      - Nie o to chodzi. Je li jeste  tym, kim my l ,  e jeste , odpowiedz mi na 

zasadnicze pytanie: dlaczego?  

      Frakir zacz ła pulsowa  mi nad dłoni .  

      Coral milczała przez jeden gł boki oddech.  

      - Jak odgadłe ? - spytała w ko cu.  

background image

 

47 

      - Zdradziły ci  drobne oznaki, dostrzegalne tylko dla kogo , kto niedawno 

zacz ł wpada  w paranoj  - wyja niłem.  

      - Magia - szepn ła. - To jest magia?  

      - Za chwil  - stwierdziłem. - B dzie mi ci  troch  brakowało, ale nie mógłbym 

ci zaufa .  

      Wymówiłem steruj ce słowa zakl cia i pozwoliłem, by gładko przesun ły 

moimi dło mi przez wła ciwe gesty. Rozległy si  dwa przera aj ce wrzaski, a 

zaraz po nich trzeci. Ale to nie Coral krzyczała. Dobiegały zza zakr tu korytarza, 

który niedawno porzucili my.  

      - Co...? - zacz ła.  

      - ...do diabła! - doko czyłem, min łem j  i wbiegłem za zakr t, wyci gaj c po 

drodze miecz.  

      Zobaczyłem na ziemi trzech ludzi, o wietlonych blaskiem padaj cym z 

dalekiego wej cia. Dwaj le eli nieruchomo, trzeci siedział zgi ty wpół. Przeklinał 

gło no. Podszedłem wolno, kieruj c ostrze w stron  siedz cego. Odwrócił głow  i 

podniósł si , wci  pochylony do przodu.  ciskał praw  dłoni  lew  i cofał si , a  

dotkn ł plecami  ciany. Tam stan ł, mrucz c co , czego nie rozumiałem. Nadal 

zbli ałem si  ostro nie, wyt aj c wszystkie zmysły. Słyszałem za plecami kroki 

Coral, potem korytarz si  poszerzył i dostrzegłem j  k tem oka po lewej stronie. 

Wyci gn ło sztylet i trzymała go nisko, przy biodrze. Nie warto si  było 

zastanawia , jak podziałało na ni  moje zakl cie.  

      Zatrzymałem si  przy pierwszym z le cych. Tr ciłem go czubkiem buta, 

gotów do ciosu, gdyby rzucił si  do ataku. Nic. Le ał bezwładnie, bez  ycia. Nog  

odwróciłem go na plecy, a wtedy głowa potoczyła si  w kierunku wyj cia z 

jaskini. Kiedy padło na ni   wiatło, zobaczyłem na wpół przegnił  ludzk  twarz. 

Od kilku chwil nos informował mnie,  e to nie iluzja. Podszedłem do drugiego. 

On tak e wygl dał jak rozkładaj cy si  trup. Pierwszy  ciskał w prawej dłoni 

sztylet, ale drugi był bezbronny. Natychmiast jednak zauwa yłem drugi sztylet na 

ziemi, u stóp stoj cego pod  cian  m czyzny. Spojrzałem na niego. To wszystko 

nie miało sensu. Według mojej oceny, tych dwóch na ziemi było martwych 

przynajmniej od kilku dni i nie miałem poj cia, co planował  ywy człowiek.  

      - Ehm... mo esz mi wytłumaczy , o co chodzi? - spytałem.  

      - B d  przekl ty, Merlinie - warkn ł, a ja rozpoznałem głos.  

      Przesuwałem si  wolno, po łuku, przest puj c nad zwłokami. Coral szła przy 

moim boku, czujna i ostro na. Odwrócił głow ,  ledz c nasze poruszenia, a  

wreszcie  wiatło padlo na jego twarz. Wtedy zobaczyłem: Jurt patrzył na mnie ze 

zło ci  swym zdrowym okiem; drugie zasłaniała opaska. Zobaczyłem równie ,  e 

brakuje mu prawie połowy włosów,  e odsłoni t  skór  czaszki pokrywaj  

szramy czy blizny i nic nie zakrywa odrastaj cego ucha. Dostrzegłem te ,  e 

bandana, która pewnie zasłaniała te rany, zsun ła si  na szyj . Krew  ciekała mu 

z lewej dłoni i nagle spostrzegłem,  e nie ma małego palca.  

      - Co ci si  stało? - spytałem.  

      - Padaj c, jeden z zombich trafił mnie sztyletem w r k  - odparł. - Kiedy 

odp dziłe  duchy, które ich o ywiały.  

      Moje zakl cie, by wygna  ducha władaj cego ciałem... Znale li si  w jego 

zasi gu...  

background image

 

48 

      - Coral - rzuciłem. - Nic ci si  nie stało?  

      - Nie - zapewniła. - Ale nie rozumiem...  

      - Potem - przerwałem jej.  

      Nie zapytałem go o stan głowy, gdy  przypomniałem sobie starcie z jednookim 

wilkołakiem w lesie, na wschód od Amberu - wepchn łem wtedy łeb bestii do 

ogniska. Ju  od pewnego czasu podejrzewałem,  e był to Jurt w odmienionej 

postaci - zanim jeszcze Mandor dostarczyt mi informacji, które to potwierdziły.  

      - Jurt - zacz łem. - Byłem bezpo redni  przyczyn  wielu twoich krzywd, ale 

musisz zrozumie ,  e sam je na siebie sprowadziłe . Gdyby  mnie nie atakował, 

nie musiałbym si  broni ...  

      Rozległ si  trzeszcz cy, ostry d wi k. Dopiero po chwili zrozumiałem,  e to 

zgrzytanie z bów.  

      - Moja adopcja przez twojego ojca nic dla mnie nie znaczy - zapewniłem. - 

Tyle tylko,  e uczynił mi zaszczyt. Dopiero niedawno dowiedziałem si ,  e to 

zrobił.  

      - Kłamiesz! - sykn ł. - Oszukałe  go jako ,  eby wyprzedzi  nas w sukcesji.  

      - Chyba  artujesz. Wszyscy jeste my tak daleko na li cie,  e to bez znaczenia.  

      - Nie do Korony, durniu! Chodzi o ród. Nasz ojciec nie czuje si  a  tak 

dobrze!  

      - Przykro mi to słysze . Ale nigdy tak o tym nie my lałem. Zreszt  Mandor i 

tak wyprzedza nas wszystkich.  

      - A teraz ty jeste  drugi.  

      - Nie z wyboru. Daj spokój! Nigdy nie doczekam tytułu. Wiesz o tym! 

Wyprostował si  i wtedy dostrzegiem delikatn , pryzmatyczn  aureol , 

otaczaj c  jego sylwetk .  

      - To nie jest prawdziwa przyczyna - mówiłem dalej. - Nigdy mnie nie lubiłe , 

ale nie z powodu dziedziczenia chcesz mnie zabi . Co  ukrywasz. Bior c pod 

uwag  wszystkie twoje dziatania, to musi by  co  innego. Przy okazji, czy to ty 

wysłałe  Ognistego Anioła?  

      - Tak szybko ci  znalazł? - zdziwił si . - Nie byłem pewien, czy mog  na to 

liczy . Chyba jednak wart był swojej ceny. Ale... Co si  z nim stało?  

      - Nie  yje.  

      - Masz szcz cie. Za wiele szcz cia - stwierdził.  

      - O co ci wła ciwie chodzi, Jurt? Chciałbym załatwi  t  spraw  raz na zawsze.  

      - Ja te  - odparł. - Zdradziłe  kogo , kogo kocham, i tylko twoja  mier  

wyrówna rachunki.  

      - O czym ty mówisz? Nie rozumiem.  

      U miechn ł si  nagle.  

      - Zrozumiesz - obiecał. - W ostatniej chwili twego  ycia powiem ci, dlaczego.  

      - B d  musiał długo czeka . Nie jeste  dobry w takich sprawach. Dlaczego nie 

powiesz mi teraz, obu nam oszcz dzaj c kłopotów?  

      Za miał si , a pryzmatyczny poblask nabrał siły. W tym momencie 

domy liłem si , co to jest.  

      - Krócej, ni  my lisz - o wiadczył. - Gdy  wkrótce stan  si  pot niejszy ni  

wszystko, co do tej pory spotkałe .  

      - Ale nie mniej niezr czny - powiedziałem do niego i do osoby, która trzymała 

background image

 

49 

Atut, gotowa porwa  go w jednej chwili...  

      - To ty, Masko. Prawda? - zapytałem. - Zabierz go st d. I nie musisz go wi cej 

przysyła ,  eby patrze , jak znowu psuje robot . Przesuwam ci  na li cie moich 

priorytetów i wkrótce wpadn  z wizyt . Upewnij mnie tylko,  e to naprawd  ty.  

      Jurt otworzył usta i powiedział co . Nie usłyszałem, poniewa  rozwiał si  

szybko, a wraz z nim jego słowa. Równocze nie co  poleciało w moj  stron ; nie 

musiałem tego odbija , ale nie zdołałem powstrzyma  odruchowej reakcji.  

      Obok dwóch gnij cych trupów i małego palca Jurta, tuzin ró  le ał 

rozrzucony na kamieniach, na samym ko cu t czy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

50 

Rozdział 5

 

 

Szli my wzdłu  pla y w stron  portu, gdy Coral odezwała si  w ko cu:  

      - Czy takie rzeczy cz sto si  tu zdarzaj ?  

      - Powinna  nas odwiedzi  w jaki  naprawd  zły dzie  - odparłem.  

      - Je li mo esz mi to zdradzi , chciałabym wiedzie  o co chodziło.  

      - Chyba jestem ci winien wyja nienie - zgodziłem si . - Poniewa  

niesprawiedliwie ci  oceniłem, cho  mo e o tym nie wiesz.  

      - Mówisz powa nie?  

      - Tak.  

      - Mów dalej. Jestem naprawd  ciekawa.  

      - To długa historia... - zacz łem znowu.  

      Spojrzała przed siebie, na port, a potem na wysoki szczyt Kolviru.  

      - ...I długi spacer - stwierdziła.  

      - ...A ty jeste  córk  pierwszego ministra kraju, z którym nasze stosunki s  w 

tej chwili nieco napi te.  

      - O co ci chodzi?  

      - Niektóre z wyja nie  mog  by  informacj  do  delikatn .  

      Poło yła mi dło  na ramieniu i zatrzymała si . Popatrzyła mi w oczy.  

      - Potrafi  dochowa  tajemnicy - zapewniła. - W ko cu ty znasz moj .  

      Pogratulowałem sobie poznania w ko cu rodzinnej sztuczki panowania nad 

wyrazem twarzy, nawet kiedy człowiek jest zdziwiony jak diabli. Powiedziała co  

w jaskini, kiedy zwróciłem si  do niej, jakby była tym duchem... Co , co 

sugerowało,  e jej zdaniem odkryłem jej sekret.  

      U miechn łem si  krzywo i kiwn łem głow .  

      - No wła nie - mrukn łem.  

      - Nie planujecie chyba spl drowania naszego kraju czy czego  w tym rodzaju? 

- spytała.  

      - O ile wiem, nie. To raczej mało prawdopodobne.  

      - Sam widzisz. Mo esz mówi  tylko o tym, co wiesz, prawda?  

      - Rzeczywi cie - zgodziłem si .  

      - Wi c mog  wysłucha  tej historii.  

      - Dobrze.  

      Szli my po piasku, a ja mówiłem przy akompaniamencie gł bokiego szumu 

fal. Raz jeszcze wspomniałem dług  opowie  ojca. Czy to cecha rodzinna, 

my lałem,  e je li tylko w trudnym okresie trafi si  odpowiedni słuchacz, 

natychmiast streszczamy swoj  biografi ? U wiadomiłem sobie bowiem,  e 

rozwijam swoj  histori  ponad konieczno . Zreszt , dlaczego wła ciwie ona ma 

by  t  odpowiedni  słuchaczk ?  

      Kiedy dotarli my w okolice portu, poczułem,  e jestem głodny. Miałem te  

jeszcze sporo do opowiadania. Trwał dzie  i bez w tpienia okolica była mniej 

niebezpieczna, ni  kiedy zjawiłem si  tu noc . Dlatego skr ciłem w Drog  

Portow , w dziennym  wietle jeszcze brudniejsz  ni  wtedy. Coral tak e 

zgłodniała, wi c poszli my wokół zatoki. Zatrzymali my si  na kilka minut, by 

popatrze , jak wielomasztowe okr ty o złocistych  aglach mijaj  falochron i 

wpływaj  do portu. Fotem ruszyli my kr t  drog  na zachodni brzeg, gdzie bez 

background image

 

51 

kłopotu odszukałem Zaułek Morskiej Bryzy. Było jeszcze do  wcze nie i 

min li my kilku trze wych marynarzy. W pewnej chwili pot ny, czarnobrody 

m czyzna z interesuj c  blizn  na prawym policzku ruszył w nasz  stron , ale 

drugi, ni szy, dogonił go szybko i szepn ł co  do ucha. Obaj zawrócili.  

      - Hej! - zawołałem. - Czego on chciał?  

      - Niczego - odparł niski. - On niczego nie chce. - Przygl dał mi si  z uwag , 

wreszcie skin ł głow . - Widziałem ci  tamtej nocy.  

      - Aha - mrukn łem, a oni dotarli do rogu, skr cili i znikn li.  

      - O co im chodziło? - zapytała Coral.  

      - Nie doszedłem jeszcze do tej cz ci opowiadania. Jednak pami tałem 

wszystko wyra nie, gdy mijali my miejsce, gdzie to si  wydarzyło. Nie pozostały 

adne  lady po bójce.  

      Niewiele brakowało, a min łbym "Krwawego Billa", poniewa  nad w j ciem 

wisiał nowy szyld. "U Krwawego Andy'ego" głosiły  wie o wymalowane, zielone 

litery. Lokal wewn trz wygl dał zupełnie tak samo, z wyj tkiem człowieka za 

lad , wy szego i chudszego ni  ten zaro ni ty, szorstki osobnik, który obsługiwał 

mnie poprzednio. Obecny, jak si  dowiedziałem, miał na imi  Jak i był bratem 

Andy'ego. Sprzedał nam butelk  Szczyn Bayle'a, a nasze zamówienia przekazał 

przez dziur  w  cianie. Mój dawny stolik był wolny, wi c usiedli my przy nim. Na 

stołku z prawej strony poło yłem pas z mieczem, cz ciowo wyci gni tym z 

pochwy... zapami tałem wymogi tutejszej etykiety.  

      - Podoba mi si  to miejsce - oznajmila Coral. - Jest... inne.  

      - A tak - zgodziłem si , spogl daj c na dwóch  pi cych pijaków, jednego przy 

wej ciu, drugiego na tyłach lokalu, i trójk  osobników o nerwowych oczach, 

przyciszonymi głosami rozmawiaj cych w k cie. Na podłodze zauwa yłem kilka 

potłuczonycb butelek i jakie  podejrzane plamy, na  cianie za  wisiał niezbyt 

subtelny obraz miłosnej natury. - Jedzenie podaj  niezłe - dodałem.  

      - Nigdy jeszcze nie byłam w takiej restauracji - mówiła dalej, obserwuj c 

czarnego kota, który wytoczył si  z zaplecza, zaj ty zapasami z gigantycznym 

szczurem.  

      - Ma swoich wielbicieli, ale smakosze trzymaj  jej istnienie w tajenmicy.  

      Kontynuowałem swoj  opowie  podczas posiłku, jeszcze lepszego ni  

ostatnio. Kiedy o wiele pó niej otworzyły si  drzwi, przepuszczaj c kulej cego 

niskiego człowieczka z brudnym banda em na głowie, zauwa yłem,  e zapada 

mrok. Wła nie sko czyłem mówi  i nadeszła chyba odpowiednia chwila, by 

wyj .  

      Powiedziałem to, a ona poło yła mi r k  na dłoni.  

      - Wiesz,  e nie jestem twoim duchem - powiedziała. - Ale je li tylko zdołam ci 

pomóc, zrobi  to.  

      - Jeste  dobr  słuchaczk  - odparłem. - Dzi kuj . Lepiej ju  chod my.  

      Bez wypadków opu cili my Alej   mierci i Drog  Portow  dotarli my do 

Winnej. Sło ce szykowało si  ju  do zachodu, kiedy maszerowali my pod gór ; 

kamienie bruku zmieniały kolory od brunatnego po płomienne. Ulice pustoszały. 

W powietrzu unosiły si  zapachy jedzenia, li cie szele ciły pod stopami. Mały 

ółty smok szybował w pr dach powietrznych nad nami, a zasłony t czowego 

blasku falowały daleko na północy, za pałacem. Czekałem, spodziewaj c si  od 

background image

 

52 

Coral wi cej pyta  ni  tych kilka, które dot d zadała. Nie nadchodziły. Gdybym 

sam wła nie wysłuchał swej opowie ci, miałbym pewnie mnóstwo pyta ... chyba 

e bez reszty by mn  wstrz sn ła albo w jaki  sposób zrozumiałbym j  dogł bnie.  

      - Kiedy wrócimy do pałacu... - zacz ła po chwili.  

      - Tak?  

      - ...zaprowadzisz mnie do Wzorca, prawda?  

      Roze miałem si . Chyba  e zajmie mnie co  innego.  

      - Natychmiast? Gdy tylko przekroczymy próg? - spytałem.  

      - Tak.  

      - Jasne.  

      Przestała si  martwi .  

      - Twoja historia zmienia mój obraz  wiata - stwierdziła. - Nie mam podstaw, 

by ci doradza ...  

      - Ale...  

      - ...Mam wra enie,  e Twierdza Czterech  wiatów skrywa wszelkie potrzebne 

ci odpowiedzi. Wszystko inne powinno si  rozwi za , je li tylko odkryjesz, co si  

tam dzieje. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie mo esz narysowa  jej karty i 

przeatutowa  si .  

      - Dobre pytanie. Do pewnych cz ci Dworców Chaosu nikt nie mo e si  

przeatutowa , poniewa  zmieniaj  si  bez przerwy i nie mo na ich przedstawi  w 

sposób trwały. To samo dotyczy miejsca, gdzie umie ciłem Ghostwheela. Obszar 

wokół Twierdzy ulega znacznym przemianom, ale nie s dz , by to było przyczyn  

blokady.  

      To miejsce jest o rodkiem mocy i podejrzewam,  e kto  przelał jej cz  w 

zakl cie obronne. Dobry mag mógłby pewnie przebi  je Atutem, ale mam 

przeczucie,  e niezb dna energia uruchomiłaby jaki  psychiczny alarm. 

Straciłbym element zaskoczenia.  

      - A jak wygl da to miejsce? - spytała.  

      - No... - mrukn łem. - Popatrz. - Z kieszeni koszuli wyj łem notes i mazak. 

Zacz łem rysowa . - Widzisz, tutaj le y obszar wulkaniczny. - Naszkicowałem 

par  kraterów i smugi dymu. - Ta cz  jest w epoce lodowcowej. - Nast pne 

zygzaki. - Tutaj ocean, tu góry...  

      - Chyba najpro ciej byłoby skorzysta  z Wzorca - stwierdziła, wpatruj c si  w 

szkice i kr c c głow .  

      - Tak.  

      - Szybko tego spróbujesz?  

      - Mo liwe.  

      - Jak ich zaatakujesz?  

      - Pracuj  nad tym.  

      - Czy mogłabym ci jako  pomóc? Pytam powa nie.  

      - Nie mogłaby .  

      - Nie b d  taki pewien. Du o  wiczyłam, jestem pomysłowa, znam nawet kilka 

zakl .  

      - Dzi ki - mrukn łem. - Ale nie.  

      -  adnych dyskusji?  

      -  adnych.  

background image

 

53 

      - Gdyby  zmienił zdanie...  

      - Nie zmieni .  

      - ...Daj mi zna .  

      Dotarli my do Alei i ruszyli my wzdłu  niej. Wiatr był tu bardziej porywisty i 

co  zimnego dotkn ło mi policzka. Potem znowu...  

      -  nieg! - zawołała Coral. Kilka  rednich rozmiarów płatków szybowało w 

powietrzu. Znikały, gdy tylko dotkn ły chodnika.  

      - Gdyby wasza delegacja zjawiła si  we wła ciwym czasie - zauwa yłem - 

pewnie nie poszliby my na spacer.  

      - Czasami mam szcz cie - odparła.  

       nieg padał ju  g sto, gdy dotarli my na tereny pałacowe. Znowu 

skorzystali my z bocznej furtki. Przystan li my w alejce, by spojrze  na miasto 

nakrapiane  wiatłami latarni, przesłaniane  niegiem. Widziałem,  e przygl da si  

dłu ej ode mnie, gdy  popatrzyłem na ni .  

      Wydawała si ... chyba szcz liwa, jakby wklejała t  scen  do albumu pami ci. 

Pochyliłem si  i pocałowałem j  w policzek - uznałem,  e to dobry pomysł.  

      - Och - powiedziała, zwracaj c ku mnie twarz. - Zaskoczyłe  mnie.  

      - To dobrze. Nie lubi  uprzedza  o takich rzeczach. Uciekajmy z tego mrozu.  

      Z u miechem wzi ła mnie pod r k .  

      Zatrzymał nas stra nik.  

      - Ksi

, pani Llewella chce wiedzie , czy zjawicie si  na kolacji - 

poinformował.  

      - A kiedy b dzie kolacja? - spytałem.  

      - O ile wiem, za jakie  półtorej godziny.  

      Zerkn łem na Coral. Wzruszyła ramionami.  

      - Chyba tak - powiedziałem.  

      - Jadalnia od frontu, na górze - poinformował. - Czy mam powiadomi  

sier anta... wkrótce powinien tu by ...  eby przekazał wiadomo ? Czy raczej...  

      - Tak - zgodziłem si . - Tak b dzie najlepiej.  

      - Chcesz si  umy , przebra ... ? - zacz łem, kiedy oddalili my si  od 

posterunku.  

      - Wzorzec - odparła.  

      - To wi e si  z jeszcze dłu szymi schodami.  

      Odwróciła si  do mnie, zaciskaj c wargi, ale spostrzegła,  e si  u miecham.  

      - T dy. - Poprowadziłem j  przez główny hol.  

      Nie znałem stra nika na ko cu krótkiego korytarza, wiod cego do schodów. 

On jednak wiedział, kim jestem, spojrzał z zaciekawieniem na Coral, otworzył 

drzwi, znalazł i zapalił latarni .  

      - Podobno jeden stopie  si  rusza - oznajmił, wr czaj c mi lamp .  

      - Który?  

      Pokr cił głow .  

      - Ksi

 Gerard mówił o tym kilka razy, ale nikt prócz niego tego nie 

zauwa ył.  

      - W porz dku - mrukn łem. - Dzi kuj .  

      Tym razem Coral nie sprzeciwiała si , bym szedł pierwszy. Z dwóch dróg ta 

budziła wi kszy l k ni  stopnie na  cianie urwiska. Głównie dlatego,  e tutaj 

background image

 

54 

człowiek nie widział dna, a po kilku krokach nie widział ju  niczego - jedynie 

muszl  blasku, w której si  poruszał, schodz c dookoła coraz ni ej. A przy tym 

wyczuwa si  tu ogromn  przestrze . Nigdy nie ogl dałem tego miejsca w pełnym 

wietle, ale domy lam si ,  e nie jest to mylne wra enie. To gigantyczna jaskinia. 

Schodzi si  wkoło samym  rodkiem, my l c tylko, kiedy si  dotrze do dna. Po 

dłu szej chwili Coral odchrz kn ła.  

      - Mo emy zatrzyma  si  na minutk ? - spytała.  

      - Pewnie. - Stan łem. - Tchu ci brakło?  

      - Nie. Daleko jeszcze?  

      - Nie wiem. Za ka dym razem, kiedy tu schodz , mam wra enie,  e odległo  

jest inna. Je li wolisz wróci  i pój  na kolacj , mo emy odło y  Wzorzec na 

jutro. Miała  ci ki dzie .  

      - Nie. Ale nie miałabym nic przeciw temu,  eby  obj ł mnie na chwil .  

      Miejsce było niezbyt odpowiednie na romantyczne gesty, domy liłem si  wi c, 

e istniej , jakie  inne przyczyny. Bez słowa spełniłem jej  yczenie. Dopiero po 

chwili zorientowałem si ,  e Coral płacze. Doskonale to ukrywała.  

      - Co si  stało? - spytałem wreszcie.  

      - Nic - odparła. - Mo e nerwowa reakcja. Prymitywny odruch. Klaustrofobia. 

Albo co  takiego.  

      - Wracajmy.  

      - Nie.  

      Ruszyli my wi c dalej.  

      Mniej wi cej pół minuty pó niej zauwa yłem co  białego z boku stopnia 

poni ej. Zwolniłem. Potem dostrzegłem,  e to tylko chusteczka. Jeszcze kawałek 

dalej zobaczyłem,  e jest przybita sztyletem. Były na niej jakie  znaki. 

Zatrzymałem si , podniosłem j  i rozprostowałem.  

       

      TO TEN, DO DIABŁA. GERARD, odczytałem.  

      - Ostro nie - uprzedziłem Coral.  

      Chciałem przeskoczy  stopie , ale pod wpływem nagłego impulsu 

przycisn łem go lekko jedn  stop .  adnego trzeszczenia. Przeniosłem ci ar 

ciała. Nic. Stan łem obiema nogami. To samo.  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Wszystko jedno. Uwa aj - rzuciłem.  

      Nic si  nie stało, gdy ona stan ła na stopniu. Szli my dalej. Po chwili 

dostrzegłem daleko w dole błysk  wiatła. Poruszał si , wi c pomy lałem,  e kto  

wyruszył na obchód. Po co?, zastanawiałem si . Czy byli tam jacy  wi niowie, 

których trzeba karmi  i pilnowa  Czy pewne korytarze uwa ano za miejsca 

niepewne? A co z tym zamykaniem sali Wzorca i wieszaniem klucza na haku 

obok drzwi? Czy by stamt d mogło nadci gn  niebezpiecze stwo? Jakie? W 

jaki sposób? Postanowiłem w najbli szych dniach poszuka  odpowiedzi na te 

pytania.  

      Kiedy jednak stan li my na dole, wartownika nigdzie nie było wida . Kilka 

latani o wietlało stół, półki i par  szafek, które tworzyły wartowni , ale stra nik 

opu cił posterunek. Szkoda. Ch tnie dowiedziałbym si , jakie otrzymał rozkazy 

na wypadek zagro enia - by  mo e wyja niały one tak e charakter gro by. Po raz 

background image

 

55 

pierwszy jednak zauwa yłem sznur zwisaj cy z ciemno ci w cie  obok stojaka z 

broni . Poci gn łem bardzo delikatnie; poddał si , a po chwili usłyszałem z 

wysoka słaby, metaliczny d wi k. Ciekawe. Najwyra niej rodzaj dzwonka 

alarmowego.  

      - Któr dy? - zapytała Coral.  

      - Chod my. - Wzi łem j  za r k  i poprowadziłem na prawo.  

      Czekałem na echa naszych kroków, ale nic nie usłyszałem. Od czasu do czasu 

wznosiłem latarni . Ciemno  cofała si  wtedy odrobin , ale niczego nie 

widziałem na dodatkowo o wietlonej powierzchni. Coral zwalniała kroku, a ja 

wyczuwalem jej napi cie, gdy zostawała z tyłu. Szedłem jednak dalej, a ona za 

mn .  

      - To ju  niedaleko - stwierdziłem w ko cu, gdy rozległy si  bardzo słabe echa.  

      - To dobrze - odparła, ale nie przyspieszyła kroku.  

      Wreszcie w polu widzenia pojawiła si  szara  ciana groty, a daleko po lewej 

stronie ciemny otwór tunelu, którego szukałem. Zmieniłem kurs i ruszyłem w 

tamt  stron . Kiedy zagł bili my si  w korytarz, poczułem,  e Coral zadr ała.  

      - Gdybym wiedział,  e tak to na ciebie wpłynie... - zacz łem.  

      - Naprawd  nic mi nie jest - zapewniła. - I chc  go zobaczy . Po prostu nie 

zdawałam sobie sprawy,  e droga b dzie taka... skomplikowana.  

      - Najgorsze za nami, ju  niedługo.  

      Do  szybko min li my pierwsze przej cie z lewej. Nast pne było zaraz 

potem; zwolniłem i skierowałem  wiatło latarni w gł b tunelu.  

      - Kto wie - powiedziałem. - Mo e tutaj zaczyna si  jaka  niezwykła trasa z 

powrotem na pla .  

      - Wolałabym raczej nie sprawdza .  

      Szli my spory kawałek do trzeciego korytarza. Rzuciłem tam okiem. W gł bi 

biegła  yła jakiego  błyszcz cego minerału. Przyspieszyłem, a Coral 

dotrzymywała mi tempa. Nasze kroki rozbrzmiewały teraz gło no. Min li my 

czwarty korytarz. Pi ty... Zdawało mi si ,  e sk d  dobiegaj  ciche strz pki 

muzyki.  

      Spojrzała na mnie pytaj co, kiedy zbli yli my si  do szóstego przej cia, ale nie 

zwalniałem. Czekałem na siódme, a gdy si  w ko cu pojawiło, skr ciłem i po 

kilku krokach uniosłem latarni . Stali my przed wielkimi, okutymi  elazem 

drzwiami.  

      Zdj łem klucz z haka w  cianie po prawej, wsun łem w zamek, przekr ciłem i 

odwiesiłem na miejsce. Oparłem si  ramieniem o drzwi i pchn łem mocno. 

Wyczułem chwilowy opór, potem powolny ruch, któremu przez moment 

towarzyszył zgrzyt zawiasu. Frakir  cisn ła mi r k , ale pchałem dalej, a  wej cie 

stan ło otworem.  

      Wtedy odsun łem si  i przepu ciłem Coral. Min ła mnie, weszła na kilka 

kroków do tej niezwykłej komory i zatrzymała si . Odst piłem, a drzwi 

zatrzasn ły si  za nami.  

      - Wi c to jest on - szepn ła.  

      W przybli eniu eliptyczny, zło ony rysunek Wzorca l nił na podłodze 

białoniebieskim  wiatłem. Odstawiłem na bok latarni . Nie była tu potrzebna - 

blask Wzorca zapewniał dostateczne o wietlenie. Pogładziłem Frakir, by j  

background image

 

56 

uspokoi . Fontanna iskier strzeliła na drugim ko cu rysunku, zgasła, pojawiła si  

znowu bli ej nas. Miałem uczucie,  e komor  wypełnia na wpół znajome 

pulsowanie, którego nigdy wcze niej  wiadomie nie spostrzegłem.  

      Odruchowo, by zaspokoi  dr cz c  mnie od dawna ciekawo , przywołałem 

Znak Logrusu. To był bł d.  

      Gdy tylko rozbłysn ł przede mn , wzdłu  całej długo ci Wzorca wybuchły 

iskry. Zabrzmiało wysokie, upiorne wycie. Frakir oszalała; miałem wra enie,  e 

kto  wbija mi w uszy sople lodu,  e jaskrawy Znak rani oczy. Natychmiast 

odp dziłem Logrus i harmider zacz ł przycicha .  

      - Co to było? - zapytała Coral.  

      Spróbowałem si  u miechn , ale bez specjalnego efektu.  

      - Niewielki eksperyment, który zawsze chciałem przeprowadzi  - 

odpowiedziałem.  

      - Nauczył ci  czego ?  

      - Mo e tego,  eby wi cej nie próbowa .  

      - A przynajmniej nie w towarzystwie - dodała. - To bolało.  

      - Przepraszam.  

      Podeszła do kraw dzi znowu spokojnego Wzorca.  

      - Niesamowity - stwierdziła. - Niby  wiatło we  nie. Ale jest wspaniały. 

Wszyscy musicie go przej , by zrealizowa  swe dziedzictwo?  

      - Tak.  

      Wolno ruszyła na lewo wzdłu  obwodu. Szedłem za ni . Badała wzrokiem 

jasny obszar łuków i skr tów, krótkich prostych odcinków i długich rozległych 

krzywych.  

      - Przypuszczam,  e to trudne?  

      - Tak. Cała sztuka to napiera  bez przerwy i nie ust powa , nawet je li 

przestaniesz si  posuwa .  

      Szli my powoli, okr aj c dalsz  cz  Wzorca. Rysunek wydawał si  

umieszczony raczej w podłodze ni  na niej, jakby ogl dany przez warstw  szkła. 

Chocia  powierzchnia nigdzie nie była  liska.  

      Przystan li my na minut , gdy Coral przygl dała si  Wzorcowi z innego k ta.  

      - I jakie budzi wra enia? - zainteresowałem si .  

      - Estetyczne - odparła.  

      - I to wszystko?  

      - Moc - o wiadczyła. - Mam wra enie,  e co  z niego emanuje. - Pochyliła si  i 

przesun ła dło  nad najbli sz  lini . - To niemal fizyczny ucisk - dodała.  

      Przeszli my dalej, mijaj c tyln  cz  obwodu rysunku. Ponad Wzorcem 

widziałem miejsce, gdzie obok wej cia jarzyła si  latarnia. Jej blask był prawie 

niewidoczny wobec wi kszej jasno ci, na któr  patrzyli my. Po chwili Coral 

stan ła znowu. Wyci gn ła r k .  

      - Co to za pojedyncza linia, która tutaj si  ko czy?  

      - To nie koniec - wyja niłem. - To pocz tek. Z tego miejsca rozpoczyna si  

przej cie Wzorca.  

      Podeszła bli ej i jeszcze raz przesun ła r k  nad  cie k .  

      - Tak - przyznała po chwili. - Czuj ,  e tutaj si  zaczyna.  

      Nic jestem pewien, jak długo tam stali my. Wreszcie uj ła mnie za r k  i 

background image

 

57 

u cisn ła.  

      - Dzi kuj  - powiedziała. - Za wszystko.  

      Chciałem j  wła nie spyta , sk d taki ostateczny ton wyznania, kiedy 

post piła o krok i postawiła stop  na linii.  

      - Nie! - krzykn łem. - Stój!  

      Ale ju  było za pó no. Noga stan ła na miejscu, a blask obrysował podeszw  

jej buta.  

      - Nie ruszaj si ! - poleciłem. - Nawet nie drgnij, cokolwiek si  stanie.  

      Posłuchała. Oblizałem wargi, które nagle wydały si  zupełnie wysuszone.  

      - Teraz spróbuj unie  stop , któr  postawiła  na linii, i cofn  j . Mo esz to 

zrobi ?  

      - Nie - odrzekła.  

      Ukl kłem obok i obejrzałem jej nog . Teoretycznie, kiedy kto  stanie na 

Wzorcu, nie ma ju  odwrotu. Musi i  naprzód i albo zako czy  przej cie, albo 

zosta  unicestwiony po drodze. Z drugiej strony, Coral powinna ju  by  martwa. 

Znowu teoretycznie, nikt, kto nie pochodzi z krwi Ambcru, nie mo e stan  na 

Wzorcu i prze y . To tyle, je li idzie o teori .  

      - Fatalny moment na stawianie pyta  - stwierdziłem. - Ale dlaczego to 

zrobiła ?  

      - W jaskini sugerowałe ,  e moje domysły s  słuszne. Powiedziałe ,  e wiesz, 

kim jestem.  

      Pami tałem, co mówiłem, ale s dziłem wtedy,  e jest tym duchem 

zmieniaj cym ciała. Co mogła przez to zrozumie  i jaki miało zwi zek z 

Wzorcem? Ale, ju  w chwili, gdy szukałem zakl cia, które mogłoby uwolni  j  z 

pułapki, w my lach pojawiło si  oczywiste rozwi zanie.  

      - Twoje zwi zki z rodem...?  

      - Zanim przyszłam na  wiat, król Oberon miał podobno romans z moj  matk  

- odparła. - Czas si  zgadza. Chocia ... to były tylko plotki. Nikt nie chciał mi 

poda  szczegółów. Dlatego nie miałam pewno ci. Ale  niłam,  e to prawda. 

Miałam nadziej ,  e trafi  na jaki  tunel, który doprowadzi mnie tutaj. Chciałam 

si  zakra  i przej  Wzorzec, by otworzyły si  przede mn  cienie. Ale bałam si  

te , bo wiedziałam,  e zgin , je li nie mam racji. I wtedy, kiedy powiedziałe  to, co 

powiedziałe , to było jak potwierdzenie mych snów. Ale strach nie min ł. Ci gle 

si  boj . Tyle  e teraz boj  si ,  e nie b d  do  silna, by tego dokona .  

      To dziwne wra enie znajomo ci, kiedy pierwszy raz j  zobaczyłem... Nagle 

u wiadomiłem sobie,  e jego powodem było ogólne rodzinne podobie stwo. Jej 

nos i brwi przypominały troch  Fion , broda i ko ci policzkowe raczej Flor . 

Wprawdzie oczy, włosy, wzrost i budowa nale ały do niej, ale z pewno ci  nie 

była podobna do swego oficjalnego ojca ani siostry.  

      Wspomniałem zło liwie u miechni ty portret dziadka, który cz sto ogl dałem. 

Wisiał w korytarzu na pi trze, w zachodnim skrzydle. Ten drab naprawd  nie 

marnował czasu. Chocia  trzeba przyzna ,  e był przystojny...  

      Westchn łem i wstałem. Poło yłem jej dło  na ramieniu.  

      - Posłuchaj mnie, Coral - zacz łem. - Wszystkich nas pouczano, zanim 

podejmowali my prób . Opowiem ci o tym, zanim zrobisz nast pny krok. Kiedy 

b d  mówił, mo esz poczu , jak energia płynie ode mnie do ciebie. Chc ,  eby  

background image

 

58 

miała jak najwi cej sił. Kiedy zrobisz ten krok, nie zatrzymuj si , póki nie 

dotrzesz do  rodka. Mo e te  b d  podawał ci instrukcje po drodze. Rób, co ci 

powiem, natychmiast, bez zastanowienia. Najpierw opowiem ci o Zasłonach, 

punktach oporu...  

      Nie wiem, jak długo mówiłem.  

      Patrzyłem, jak zbli a si  do Pierwszej Zasłony.  

      - Nie zwracaj uwagi na chłód i wstrz sy - powiedziałem. - Nic ci nie zrobi . 

Nie pozwól,  eby iskry ci  zdekoncentrowały. Za chwil  trafisz na najwi kszy 

opór. Nie oddychaj za szybko.  

      Przygl dałem si , jak brnie do przodu.  

      - Dobrze - pochwaliłem, kiedy dotarła do łatwiejszego odcinka. Wolałem nie 

uprzedza ,  e nast pna zasłona jest jeszcze gorsza. - Przy okazji, nie my l,  e 

wpadasz w obł d. Za chwil  Wzorzec zacznie igra  z twoim umysłem.  

      - Ju  zacz ł - odpowiedziała. - Co mam robi ?  

      - To zwykle tylko wspomnienia - wyja niłem. - Niech płyn , a ty uwa aj na 

cie k .  

      Szła dalej. Ci gle mówi c, przeprowadziłem j  przez Drug  Zasłon . Nim j  

min ła, iskry si gały jej prawie do ramion. Obserwowałem, jak pokonuje kolejne 

zakr ty, ostre łuki na przemian z długimi, zwroty i załamania. W pewnych 

miejscach posuwała si  szybko, w innych niemal stawała bez ruchu. Ale walczyła 

stale. Wiedziała, w czym rzecz, i chyba miała do  siły woli. Nie s dz , bym 

jeszcze był jej potrzebny. Nic ju  nie mogłem ofiarowa ; rezultat zale y wył cznie 

od niej.  

      Dlatego zamkn łem si  i patrzyłem zirytowany, ale niezdolny do 

powstrzymania pochyle , zwrotów, przesuni  i napi , jakbym to ja tam szedł, 

przewidywał i równowa ył.  

      Gdy dotarła do Wielkiego Łuku, zmieniła si  w  ywy płomie . Posuwała si  

bardzo wolno, ale nieust pliwie. Niezale nie od rezultatu, wiedziałem,  e ulega 

przemianie,  e ju  jest odmieniona,  e Wzorzec rysuje si  w niej i  e jest blisko 

ko ca tego zapisu. Krzykn łem niemal, gdy wydało mi si ,  e staje... ale zadr ała 

tylko i ruszyła dalej. Otarłem r kawem czoło, kiedy dotarła do Ko cowej 

Zasłony. Cokolwiek si  stanie, wykazała prawd  swych podejrze . Tylko dzieci  

Amberu mogło prze y  to, co ona.  

      Nie wiem, jak długo trwało przebicie Ko cowej Zasłony. Wysiłek istniał poza 

czasem i mnie równie  obj ł ten niesko czony moment. Była teraz płon cym 

studium powolnego ruchu, a otaczaj ca j  aura roz wietlała cał  komor  niby 

ogromna niebieska  wieca. I wreszcie przedarła si , i weszła na ostatni, krótki 

łuk, ostatnie trzy kroki, które s  chyba najtrudniejsze na całym Wzorcu. Jakie  

psychiczne napi cie powierzchniowe ł czy si  z fizyczn  inercj , któr  trzeba 

pokona  tu  przed punktem wyj cia.  

      I znowu my lałem,  e si  zatrzymała, ale to był jedynie pozór. Zdawało mi si , 

e ogl dam kogo  w tai chi, w bolesnej powolno ci tria kroków. Ale wykonała je i 

ruszyła znowu. Je li ostatni krok jej nie zabije, zwyci y.  

      Wtedy mo emy porozmawia ...  

      Ten ko cowy moment trwał i trwał... a  w ko cu zobaczyłem, jak jej stopa 

przesuwa si  i opuszcza Wzorzec. Po chwili druga poszła  ladem pierwszej i 

background image

 

59 

Coral zdyszana stan ła po rodku.  

      - Gratuluj ! - krzykn łem.  

      Pomachała mi niepewnie praw  r k , lew  osłaniaj c oczy. Stała tak prawie 

minut , a kto , kto przeszedł ju  Wzorzec, rozumie to uczucie. Nie odzywałem si  

ju . Pozwoliłem jej wolno dochodzi  do siebie, dałem jej cisz , w której mogła 

cieszy  si  swym tryumfem. Wzorzec jakby rozbłysn ł nagle mocniej, co cz sto 

czyni zaraz po czyim  przej ciu. Nadał grocie ba niowy wygl d, pogr ył j  w 

bł kitnej jasno ci i cieniach, zmienił w zwierciadło mał , nieruchom  kału  w 

k cie, gdzie pływały  lepe ryby. Próbowałem przewidzie , jakie znaczenie b dzie 

miał ten fakt dla Coral, dla Amberu...  

      Wyprostowała si  nagle.  

      - B d   yła - oznajmiła.  

      - To dobrze - odparłem. - Wiesz,  e masz teraz wybór.  

      - O czym mówisz?  

      - Zaj ła  pozycj , która pozwala ci rozkazywa , by Wzorzec 

przetransportował ci , gdziekolwiek zechcesz - wyja niłem. - Mo esz wi c 

przenie  si  tutaj albo zaoszcz dzi  sobie drugi i znale  si  w swoim 

apartamencie. Chocia  twoje towarzystwo sprawia mi du o rado ci, proponuj  to 

drugie rozwi zanie. Jeste  bardzo zm czona. Mogłaby  wzi  dług , ciepł  k piel 

i spokojnie przebra  si  do kolacji. Spotkamy si  w jadalni. Zgoda?  

      Dostrzegłem jej u miech, gdy pokr ciła głow .  

      - Nie zmarnuj  takiej okazji - o wiadczyła.  

      - Posłuchaj: znam to uczucie. Ale powinna  je opanowa . Przeskok w jakie  

niesamowite miejsce mo e by  niebezpieczny, a powrót trudny, zwłaszcza  e nie 

masz  adnej praktyki w chodzeniu przez Cie .  

      - Polega na woli i oczekiwaniu, prawda? - spytała. - Id c trzeba tak jakby 

nakłada  obrazy na realne otoczenie. Zgadza si ?  

      - To nie takie proste - odpowiedziałem. - Musisz si  nauczy , jak 

wykorzystywa  pewne cechy terenu jako punkty wyj cia. Normalnie w pierwsz  

podró  wyrusza si  w towarzystwie kogo  do wiadczonego...  

      - W porz dku. Rozumiem, o co cbodzi.  

      - To za mało. Istnieje sprz enie zwrotne. W pewien sposób wyczuwasz, kiedy 

zaczyna działa . Tego nie mo na si  nauczy . To trzeba prze y ... póki nie jeste  

pewna, powinna  mie  jakiego  przewodnika.  

      - Wydaje mi si ,  e metoda prób i bł dów wystarczy.  

      - Mo e. Ale powiedzmy,  e zagrozi ci niebezpiecze stwo? To fatalny moment, 

by zacz  nauk . Rozprasza i...  

      - Zgoda. Rozumiem twoje zastrze ema. Na szcz cie nie planuj  niczego, co 

postawiłoby mnie w takiej sytuacji.  

      - A co planujesz?  

      Zatoczyła kr g ramieniem.  

      - Od kiedy dowiedziałam si  o Wzorcu, marzyłam,  e wypróbuj  co , je li 

dotr  a  tutaj.  

      - Co takiego?  

      - Zamierzam poprosi  go, by odesłał mnie tam, gdzie powinnam si  znale .  

      - Nie rozumiem.  

background image

 

60 

      - Chc  pozostawi  wybór Wzorcowi.  

      Potrz sn łem głow .  

      - To nie tak - powiedziałem. - Musisz wyda  rozkaz, by ci  przerzucił  

      - Sk d o tym wiesz?  

      - Po prostu tak jest.  

      - Czy próbowałe  kiedy  tego, o czym mówi ?  

      - Nie. Nic by si  nie stało.  

      - Czy próbował tego ktokolwiek, kogo znas ?  

      - To strata czasu. Posłuchaj, mówisz tak, jakby Wzorzec był w jaki  sposób 

wiadomy, zdolny do podj cia własnej decyzji i jej wykonania.  

      - Tak - odparła. - I musi dobrze mnie zna  po tym wszystkim, co na nim 

prze yłam. Dlatego chc  poprosi  go o rad  i...  

      - Czekaj! - przerwałem.  

      - Tak?  

      - Gdyby co  si  stało, cho  to mało prawdopodobne, to jak zamierzasz wróci ?  

      - Chyba pieszo. Wi c przyznajesz,  e co  mo e si  zdarzy ?  

      - Tak - zgodziłem si . - Mo liwe,  e pod wiadomie pragniesz odwiedzi  jakie  

miejsce, Wzorzec odczyta  yczenie i wykona tak, jakby  wydała mu rozkaz. To 

nie wyka e,  e jest  wiadomy... jedynie czuły. Gdybym to ja stał na twoim 

miejscu, nie podejmowałbym takiego ryzyka. Przypu my,  e miałbym skłonno ci 

samobójcze, o których nic bym nie wiedział? Albo...  

      - Przekonuj cy jeste  - stwierdziła. - Naprawd .  

      - Doradzam ci tylko ostro no . Przed tob  całe  ycie. Głupio byłoby...  

      - Wystarczy! - przerwała mi. - Podj łam decyzj  i ju  jej nie zmieni . Mam 

przeczucie,  e jest wła ciwa. Do zobaczenia, Merlinie.  

      - Zaczekaj! - krzykn łem znowu. - Zgoda. Je li si  upierasz, trudno. Ale 

pozwól,  e najpierw co  ci podaruj .  

      - Co!  

      - Metod , by szybko opu ci  niebezpieczne miejsce. Trzymaj.  

      Wyj łem tali  i odnalazłem swój Atut. Odpi łem od pasa sztylet razem z 

pochw , owin łem kart  wokół r koje ci i przywi załem chusteczk .  

      - Wiesz, jak u ywa  Atutu?  

      - Trzeba patrze  i my le  o danej osobie, a  nast pi kontakt.  

      - Wystarczy. To mój Atut. Wezwij mnie, gdy zechcesz wróci  do domu. 

Sprowadz  ci . Rzuciłem od dołu ponad Wzorcem. Złapała bez trudu i zawiesiła 

sztylet na pasku, obok własnego.  

      - Dzi kuj . - Wyprostowała si . - My l ,  e spróbuj  teraz.  

      - Gdyby naprawd  co  si  stało, nie zostawaj za długo. Dobrze?  

      - Dobrze - obiecała i zamkn ła oczy.  

      I w mgnieniu oka znikn ła. O rany! Podszedłem do brzegu Wzorca i 

wyci gn łem r k  ponad nim. Czułem wiruj ce tam pr dy mocy.  

      - Lepiej,  eby  wiedział, co robisz - powiedziałem. - Chc  j  mie  z powrotem.  

      Iskra strzeliła w gór  i połaskotała mnie w r k .  

      - Chcesz powiedzie ,  e naprawd  jeste   wiadomy?  

      Wszystko wokół zawirowało. Zawrót głowy min ł prawie od razu i pierwsz  

rzecz , jak  zobaczyłem, była latarnia przy mojej prawej nodze. Rozejrzałem si : 

background image

 

61 

stałem po przeciwnej stronie Wzorca, tu  obok drzwi.  

      - Znalazłem si  w zasi gu twojego pola i jestem ju  dostrojony - stwierdziłem. 

- To tylko moje pod wiadome  yczenie powrotu.  

      Zabrałem latarni , zamkn łem za sob  drzwi i powiesiłem klucz na haku. 

Ci gle nie ufałem Wzorcowi. Je li naprawd  chciał pomóc, mógł mnie odesła  

wprost do moich pokoi i zaoszcz dzi  mi tych wszystkich schodów.  

      Szybkim krokiem maszerowałem przez tunel. Z cał  pewno ci  była to 

najciekawsza pierwsza randka w moim  yciu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

62 

Rozdział 6

 

 

Kiedy min łem hol i ruszyłem w stron  korytarza na tyłach, który prowadził 

do dowolnych schodów, z bocznego przej cia wynurzył si  facet w czarnej skórze, 

ozdobionej kawałkami zardzewiałych i błyszcz cych ła cuchów. Przyjrzał mi si  

z uwag . Włosy miał  ci te na Irokeza, a w lewym uchu kilka srebrnych 

pier cieni, przypominaj cych jakie  urz dzenie elektryczne. 

      - Merlin! - zawołał. - Co u ciebie? 

      - Chwilowo w porz dku - odparłem, podchodz c bli ej. Próbowałem jako  go 

umiejscowi . 

      - Martin! - krzykn łem wreszcie. - Zmieniłe  si . Zachichotał. 

      - Wróciłem wła nie z bardzo interesuj cego cienia - wyja nił. - Sp dziłem tam 

ponad rok... to jeden z tych, gdzie czas p dzi jak diabli. 

      - Moim zdaniem... zgaduj  tylko... był wysoko stechnicyzowany, 

urbanistyczny... 

      - Zgadza si . 

      - My lałem,  e wolisz wie . 

      - Ju  mi przeszło. Teraz rozumiem, dlaczego tato lubi miasta i gwar. 

      - Te  jeste  muzykiem? 

      - Troch . Ale w innym stylu. B dziesz na kolacji? 

      - Zamierzam. Jak tylko si  umyj  i przebior . 

      - Spotkamy si  tam. Musimy pogada . 

      - Jasne, kuzynie. 

       cisn ł mi rami  i odszedł. Wci  miał silny chwyt. 

      Ruszyłem dalej. Nie uszedłem daleko, gdy poczułem wst p do atutowego 

kontaktu. Zatrzymałem si  i otworzyłem umysł. Byłem przekonany,  e to Coral 

chce wróci . Zamiast niej zobaczyłem Mandora; u miechn ł si  lekko. 

      - Doskonale - stwierdził. - Jeste  sam i chyba nic ci nie grozi. 

      Obraz wyostrzył si . Zauwa yłem stoj c  obok Fion . Stoj c  bardzo blisko. 

      - Wszystko w porz dku - powiedziałem. - Jestem w Amberze. Co u was? 

      - Cali i zdrowi - odparł, patrz c poza mnie, cho  prócz  ciany i kilimu nie było 

tam wiele do ogl dania. 

      - Przejdziecie do mnie? - spytałem. 

      - Chciałbym zobaczy  Amber - odpowiedział. - Ale ta przyjemno  musi 

zaczeka  na lepsz  okazj . W tej chwili jeste my troch  zaj ci. 

      - Odkryli cie przyczyn  zakłóce ? Spojrzał na Fion , potem znowu na mnie. 

      - Tak i nie - stwierdził. - Mamy kilka bardzo ciekawych  ladów, ale na razie 

nic pewnego. 

      - W takim razie... co mog  dla was zrobi ? 

      Fiona wyci gn ła wskazuj cy palec i nagle stała si  du o wyra niejsza. 

Domy liłem si ,  e dotkn ła mojego Atutu, wzmacniaj c kontakt. 

      - Napotkali my manifestacj  tej maszyny, któr  zbudowałe  - powiedziała. - 

Ghostwheela. 

      - I co? 

      - Masz racj , jest  wiadoma. To nie tylko techniczna, ale społeczna sztuczna 

inteligencja. 

background image

 

63 

      - Byłem pewien,  e przeszedłby test Turinga. 

      - Bez w tpienia - westchn ła Fiona. - Poniewa  z definicji test Turinga 

wymaga maszyny zdolnej do okłamywania ludzi i do oszustwa. 

      - Do czego zmierzasz, Fiono? 

      - To nie tylko społeczna SI. Jest wr cz aspołeczna - orzekła. - Uwa am,  e 

twoja maszyna oszalała. 

      - A co on zrobił? - zainteresowałem si . - Zaatakował was? 

      - Nie. Nie w sensie fizycznym. Jest zwariowany, kłamliwy i nieuprzejmy, ale 

mamy tu zbyt wiele zaj , by teraz wchodzi  w szczegóły. Chocia  nie twierdz ,  e 

nie mógłby by  gro ny. Nie wiem. Chcieli my tylko ci  ostrzec,  eby  mu nie ufał. 

      U miechn łem si . 

      - To wszystko? Koniec przekazu? 

      - Na razie - odparła, opu ciła palec i zamgliła si . 

      Popatrzyłem na Mandora. Chciałem wyja ni ,  e wbudowałem w 

Ghostwheela cały system zabezpiecze ,  eby nie ka dy miał do niego dost p. 

Głównie jednak chciałem mu powiedzie  o Jurcie. Lecz poł czenie zostało nagle 

przerwane, jak gdyby kto  inny próbował nawi za  ze mn  kontakt. 

      Wra enie zaintrygowało mnie. Zastanawiałem si  czasem, co by si  stało, 

gdyby kto  spróbował poł czenia w chwili, kiedy jedno ju  trwa. Czy nast piłoby 

co  w rodzaju telekonferencji? Czy kto  usłyszałby sygnał „zaj te"? Czy drugi 

dzwoni cy musiałby czeka ? Nie s dziłem, bym kiedy  mógł si  przekona . 

Statystycznie rzecz bior c, szansa była niewielka. Jednak e... 

      - Merlin, dziecinko. U mnie w porz dku. 

      - Luke! 

      Mandor i Fiona znikn li na dobre. 

      - Naprawd  jestem ju  zdrowy, Merle. 

      - Jeste  pewien? 

      - Tak. Jak tylko zacz łem l dowa , przeskoczyłem na szybki tor. W tym 

cieniu od naszego spotkania min ło kilka dni. 

      Miał na sobie okulary słoneczne i zielone k pielówki. Siedział przy małym 

stoliku koło basenu, pod wielkim parasolem. Przed nim widziałem resztki 

solidnego obiadu. Jaka  dama w niebieskim bikini wskoczyła do wody i znikn ła z 

pola widzenia. 

      - Miło to słysze , ale... 

      - Co wła ciwie mi si  przytrafiło? Pami tam, mówiłe ,  e kiedy byłem je cem 

w Twierdzy, kto  podał mi jakie  prochy. Czy tak? 

      - To bardzo prawdopodobne. 

      - Takie s  skutki picia wody - westchn ł. - No dobrze. Co si  działo, kiedy 

byłem wył czony? Ile mu powiedzie ? To zawsze był istotny problem. 

      - Na czym stoimy? - spytałem. 

      - Ach, to? - mrukn ł. 

      - Owszem. 

      - Wiesz, miałem do  czasu,  eby si  zastanowi  - rzekł. - I zamierzam uzna  

spraw  za załatwion . Nie b dzie plamy na honorze. Nie ma sensu ci gn  wojny 

ze wszystkimi. Ale nie mam te  zamiaru oddawa  si  w r ce Randoma i czeka  na 

fałszowany proces. Teraz twoja kolej: jaka jest moja sytuacja, je li chodzi o 

background image

 

64 

Amber? Powinienem zacz  ogl da  si  za siebie? 

      - Nikt jeszcze niczego nie mówił, tak ani tak. Ale Random wyjechał z miasta, a 

ja dopiero wróciłem. Nie zd yłem si  dowiedzie , co pozostali s dz  na twój 

temat. 

      Zdj ł okulary i przyjrzał mi si  badawczo. 

      - Fakt,  e Random wyjechał... 

      - Nie, nie poluje na ciebie - zapewniłem. - Jest w Kash... - Przerwałem o jedn  

sylab  za pó no. 

      - W Kashfie? 

      - O ile wiem. 

      - Co on tam robi, u licha? Amber nigdy dot d si  nami nie interesował. 

      - Nast pił... zgon - wyja niłem. - Trwaj  jakie  zamieszki. 

      - Ha! - zawołał Luke. - Ten b kart dostał w ko cu za swoje. Dobrze! Ale... 

Dlaczego wła ciwie Amber wł czył si  tak nagle? 

      - Nie mam poj cia. Parskn ł  miechem. 

      - Pytanie retoryczne - mrukn ł. - Sam widz , co si  dzieje. Musz  przyzna ,  e 

Random ma styl. Słuchaj, daj mi zna , kiedy si  dowiesz, kogo posadził na tronie. 

Lubi  wiedzie , co słycha  w starym kraju. 

      - Pewno. - Bezskutecznie próbowałem odgadn , czy taka informacja mo e 

przynie  szkod . Wkrótce b dzie powszechnie znana... je li ju  nie była. 

      - Co jeszcze? Ta istota, która była Vint  Bayle...? 

      - Znikn ła - odparłem. - Nie wiem gdzie. 

      - Bardzo dziwne. - Zamy lił si . - Chyba jeszcze j  zobaczymy. Jestem pewien, 

e była te  Gail. Zawiadom mnie, je li wróci. Dobrze? 

      - Dobrze. Znowu chcesz j  sobie załatwi  na randk ? Z u miechem wzruszył 

ramionami. 

      - Mog  sobie wyobrazi  gorsze sposoby sp dzania czasu. 

      - Masz szcz cie,  e ciebie nie próbowała załatwi . Dosłownie. 

      - Nie jestem pewien, czyby chciała - stwierdził. - Dobrze nam było razem. Ale 

nie dlatego ci  wezwałem. Skin łem głow . Domy liłem si  tego. 

      - Co słycha  u mojej matki? - zapytał. 

      - Nawet nie drgnie - odparłem. - Jest bezpieczna. 

      - To ju  co . Wiesz, to troch  nie wypada,  eby królowa tkwiła w takiej 

pozycji. Wieszak. Rany! 

      - Zgadzam si  - powiedziałem. - Ale jaka jest alternatywa? 

      - Chciałbym, no... jako  j  uwolni . Jakie byłyby warunki? 

      - Poruszasz dra liw  kwesti  - zauwa yłem. 

      - Sam to odgadłem. 

      - Mam silne wra enie, Luke,  e to ona stała za t  zemst . To ona napu ciła ci  

na nas. Na przykład z t  bomb . Albo pomysł,  eby  stworzył prywatn  armi  

uzbrojon  w nowoczesn  bro  i ruszył z ni  na Amber. Albo zamachy na mnie co 

wiosn . Albo... 

      - Dobrze, wystarczy. Masz racj . Ale sporo si  zmieniło... 

      - Owszem. Jej plany padły i dostali my j . 

      - Nie o to mi chodziło. Ja si  zmieniłem. Rozumiem j  teraz i rozumiem siebie 

lepiej ni  wtedy. Nie pozwol  sob  sterowa . 

background image

 

65 

      - A to dlaczego? 

      - Ten odlot... Mocno mn  wstrz sn ł, moim sposobem my lenia. O niej i o 

mnie. Miałem kilka dni,  eby si  przez to wszystko przegry  i nie wierz , by 

potrafiła tak mnie naci gn  jak dawniej. 

      Wspomniałem rudowłos  kobiet  przywi zan  do pala. Teraz, kiedy si  nad 

tym zastanowiłem, dostrzegłem pewne podobie stwo. 

      - Jednak nadal jest moj  matk  - kontynuował Luke. - I nie chciałbym 

zostawi  jej w takim poło eniu. Jaka mo e by  cena za jej wolno ? 

      - Nie wiem, Luke. Nie mówili my jeszcze o tej sprawie. 

      - Wiesz, ona jest wła ciwie twoim wi niem. 

      - Ale jej plany dotyczyły nas wszystkich. 

      - To fakt, lecz ja nie b d  ju  pomagał w ich realizacji. A ona naprawd  

potrzebuje kogo  takiego jak ja,  eby wprowadzi  je w  ycie. 

      - Rzeczywi cie. I skoro ty jej nie pomo esz, co jej przeszkodzi w znalezieniu - 

jak to uj łe  - kogo  takiego jak ty? Je li j  wypu cimy, nadal b dzie gro na. 

      - Ale teraz ju  o niej wiecie. To mocno utrudni jej działanie. 

      - Mo e sprawi,  e stanie si  bardziej przebiegła. Westchn ł. 

      - Masz troch  racji - przyznał. - Ale nie jest mniej przekupna od wi kszo ci 

ludzi. To tylko kwestia odpowiedniej ceny. 

      - Nie mog  sobie wyobrazi , by Amber kupował kogo  w ten sposób. 

      - Ja mog . 

      - Nie wtedy, kiedy ta osoba jest ju  wi niem. 

      - To rzeczywi cie troch  komplikuje sytuacj  - zgodził si . - Ale nie s dz , by 

tworzyło barier  nie do przebycia. Zwłaszcza kiedy byłaby dla was cenniejsza na 

wolno ci ni  jako element umeblowania. 

      - Nie nad am - wyznałem. - Co proponujesz? 

      - Jeszcze nic. Chciałem ci  tylko wysondowa . 

      - Rozumiem. Ale tak na szybko nie bardzo widz , jak mogłoby doj  do takiej 

sytuacji. Cenniejsza na wolno ci ni  jako wi zie ? To chyba kwestia oceny 

warto ci. Zreszt  to tylko słowa. 

      - Spróbuj tylko posia  jedno czy drugie ziarno, a ja popracuj  nad reszt . Co 

jest aktualnie twoim najwi kszym problemem? 

      - Moim? Osobi cie? Naprawd  chcesz wiedzie ? 

      - Jasne. 

      - Zgoda. Mój szalony brat Jurt najwyra niej sprzymierzył si  z czarownikiem 

Mask  z Twierdzy. Obaj na mnie poluj . Jurt próbował zamachu dzisiejszego 

popołudnia, ale widz ,  e w istocie jest to wyzwanie Maski. Mam zamiar wkrótce 

si  nimi zaj . 

      - Zaraz! Nie wiedziałem,  e masz brata! 

      - Przyrodniego. Mam te  paru innych, ale z nimi  yj  do  zgodnie. Jurt ju  

od dawna ma do mnie jakie  pretensje. 

      - To ciekawe. Nigdy o nich nie wspominałe . 

      - Nie rozmawiali my o rodzinie. Pami tasz? 

      - Tak. I teraz naprawd  przestałem rozumie . Kto jest tym Mask ? 

Przypominam sobie,  e mówiłe  ju  o nim. To w rzeczywisto ci Sharu Garrul, 

prawda? 

background image

 

66 

      Pokr ciłem głow . 

      - Kiedy wyniosłem z cytadeli twoj  matk , porzuciła towarzystwo podobnie 

unieruchomionego staruszka z imieniem RINALDO wyrytym na nodze. 

Wymieniłem wtedy z Mask  kilka zakl . 

      - Bardzo dziwne - mrukn ł Luke. - Jest wi c uzurpatorem. I to on podał mi 

prochy? 

      - Bardzo prawdopodobne. 

      - Czyli ja tak e mam z nim rachunek do wyrównania, niezale nie od tego, co 

zrobił z mam . Jak mocny jest ten Jurt? 

      - Jest do  nieprzyjemny. Ale te  niezr czny. A przynajmniej psuł robot  za 

ka dym razem, kiedy walczyli my. I zostawił na placu kawałek swojego ciała. 

      - Mo e si  uczy  na własnych bł dach. 

      - To fakt. Kiedy ju  o tym wspomniałe , to pami tam,  e powiedział dzisiaj 

co  dziwnego. Mówił,  e wkrótce stanie si  bardzo pot ny. 

      - No no... - Luke zastanowił si . - Wygl da na to,  e ten Maska u ywa go jako 

królika do wiadczalnego. 

      - Do czego? 

      - Do Fontanny Mocy, chłopie. Wewn trz cytadeli bije stałe, pulsuj ce  ródło 

energii. Mi dzycieniowe. Bierze si  z tego,  e cztery  wiaty zderzaj  si  tam ze 

sob . 

      - Wiem. Widziałem je w działaniu. 

      - Mam przeczucie,  e Maska wci  próbuje je opanowa . 

      - Całkiem nie le sobie radził podczas naszego spotkania. 

      - Tak, ale to nie takie proste, jak wetkni cie wtyczki do gniazdka w  cianie. 

Istniej  wszelkiego rodzaju subtelno ci, z których pewnie dopiero zdał sobie 

spraw  i które bada. 

      - Na przykład? 

      - K piel w Fontannie człowieka, który jest nale ycie osłoni ty, cudownie 

wzmacnia jego sił , wytrzymało  i zdolno ci magiczne. To niezbyt trudne dla 

kogo  z odpowiedni  praktyk . Mo na si  nauczy . Sam przez to przeszedłem. 

Ale w laboratorium starego Sharu Garrula były jego notatki i wynikało z nich 

jeszcze co . Mo na podobno cz  masy ciała zast pi  energi ... jakby upakowa  

j  w sobie. Bardzo ryzykowne. Łatwo zgin . Ale je li si  uda, wychodzi kto  

wyj tkowy, rodzaj super-mana,  ywy Atut. 

      - Słyszałem ju  to okre lenie, Luke... 

      - Zapewne - odparł. - Mój ojciec wypróbował ten proces na sobie... 

      - Zgadza si ! - zawołałem. - Corwin twierdził,  e Brand stał si  czym  w 

rodzaju  ywego Atutu. Praktycznie nie mo na go było przytrzyma . 

      Luke zgrzytn ł z bami. 

      - Przykro mi - zapewniłem. - Ale wła nie od niego o tym słyszałem. Wi c to 

jest wytłumaczenie mocy Branda... 

      Kiwn ł głow . 

      - Maska uznał chyba,  e wie, jak tego dokona . I chce przeprowadzi  

eksperyment na twoim bracie. 

      - Niech to szlag! - zakl łem. - Tego mi tylko potrzeba. Jurt jako istota 

magiczna czy naturalny  ywioł, czy co tam jeszcze... To powa na sprawa. Co 

background image

 

67 

wiesz o tym procesie? 

      - Prawie wszystko, przynajmniej w teorii. Ale nie ryzykowałbym. S dz ,  e 

odbiera cz  człowiecze stwa. Potem nie obchodz  ci  ju  inni ludzie ani ich 

warto ci. My l ,  e to wła nie przytrafiło si  ojcu. 

      Co mogłem powiedzie ? Mo e cz  z tego była prawd , a mo e nie. Z 

pewno ci  Luke chciał wierzy  w jak  zewn trzn  przyczyn  zdrady Branda. 

Wiedziałem,  e nigdy nie b d  si  z nim spierał, cho bym si  nawet przekonał,  e 

było inaczej. Dlatego parskn łem  miechem. 

      - W przypadku Jurta nikt nie zauwa y ró nicy. Luke u miechn ł si . 

      - Mo esz straci   ycie, walcz c przeciw komu  takiemu, kto ma w dodatku 

czarownika do pomocy. Zwłaszcza na ich terenie. 

      - A jaki mam wybór? - spytałem. - Chc  mnie dosta . Lepiej uderz  pierwszy. 

Jurt nie przeszedł jeszcze tej próby. Ile potrzebuje czasu? 

      - No có , sprawa wymaga do  długich przygotowa , ale przy cz ci z nich 

obiekt nie musi by  obecny. Wszystko zale y od tego, jak daleko Maska posun ł 

si  w pracy. 

      - Wi c lepiej wyrusz  jak najszybciej. 

      - Nie puszcz  ci  tam samego - stwierdził. - To mo e by  samobójstwo. Znam 

to miejsce. Mam równie  obozuj cy w Cieniu niewielki oddział najemników. W 

ka dej chwili s  gotowi do akcji. Je eli wprowadzimy ich do wn trza, mog  

powstrzyma  obro ców, a mo e nawet ich usun . 

      - Czy ta specjalna amunicja tam działa? 

      - Nie. Próbowali my podczas ataku na lotniach. Trzeba b dzie walczy  wr cz. 

Mo e pancerze i maczety... Musz  si  zastanowi . 

      - My mo emy u y  Wzorca, ale  ołnierze nie... A nie mo na tam polega  na 

Atutach. 

      - Wiem. To równie  b d  musiał przemy le . 

      - Czyli walka b dzie mi dzy nami dwoma a Jurtem i Mask . Je li powiem o 

tym jeszcze komu  tutaj, spróbuje mnie zatrzyma  do powrotu Randoma. A 

wtedy mo e ju  by  za pó no. 

      U miechn ł si . 

      - Wiesz, mama byłaby tam naprawd  przydatna. Wie o Fontannie wi cej ode 

mnie. 

      - Nie! - oznajmiłem. - Próbowała mnie zabi . 

      - Spokojnie, chłopie. Tylko spokojnie. Wysłuchaj mnie. 

      - Poza tym ju  raz przegrała z Mask . Dlatego słu y teraz za wieszak. 

      - Tym wi cej ma powodów do ostro no ci. Zreszt , przegrała przez jak  

sztuczk , nie przez brak umiej tno ci. Jest dobra. Maska musiał j  zaskoczy . 

B dzie cennym nabytkiem, Merle. 

      - Nie! Chce nas wszystkich pozabija . 

      - Szczegóły - odparł. - Po Cainie reszta z was to tylko symboliczni wrogowie. 

Maska jest wrogiem rzeczywistym. Co  jej odebrał i wci  to trzyma. Wobec 

takiego wyboru ruszy na Mask . 

      - A je li nam si  uda, zwróci si  przeciw Amberowi. 

      - Wcale nie - zapewnił. - Na tym polega całe pi kno mojego planu. 

      - Nie chc  o nim słysze . 

background image

 

68 

      - Poniewa  ju  teraz wiesz,  e si  zgodzisz. Prawda? Wła nie wymy liłem 

sposób rozwi zania wszystkich waszych problemów. Oddajcie jej Twierdz , 

kiedy ju  j  zdob dziemy. Co  w rodzaju daru pokoju...  eby zapomniała o 

dawnych nieporozumieniach. 

      - Da  jej t  straszliw  moc? 

      - Gdyby chciała jej u y  przeciwko wam, ju  dawno by to zrobiła. Boi si . 

Kashfa spłyn ła do  cieku, wi c wykorzysta ka d  mo liwo , by cokolwiek 

jeszcze uratowa . To dla niej najwa niejsze. 

      - Naprawd  tak uwa asz? 

      - Lepiej by  królow  w Twierdzy ni  wieszakiem w Amberze. 

      - Niech ci  diabli porw , Luke. Najgłupsze propozycje przedstawiasz tak,  e 

wydaj  si  atrakcyjne. 

      - To gał  sztuki - o wiadczył. - Co ty na to? 

      - Musz  si  zastanowi  - westchn łem. 

      - Lepiej my l szybko. W tej chwili Jurt mo e wła nie nabiera  połysku. 

      - Nie poganiaj mnie. Powiedziałem,  e si  zastanowi . To tylko jeden z moich 

problemów. Teraz id  na kolacj  i przemy l  wszystko. 

      - Opowiesz mi o pozostałych kłopotach? Mo e uda mi si  rozwi za  je w 

komplecie? 

      - Nie, do diabła. Odezw  si ... niedługo. Zgoda? 

      - Zgoda. Ale lepiej,  ebym był na miejscu, kiedy uwolnisz mam .  eby jako  

załagodzi  sytuacj . Odkryłe  ju , jak przełama  zakl cie, prawda? 

      - Tak. 

      - Dobrze wiedzie . Nie byłem pewien, jak to zrobi , a teraz mog  ju  nie łama  

sobie głowy. Sko cz  kuracj  tutaj i po wicz  troch   ołnierzy - dodał, zerkaj c 

na dam  w bikini, która wła nie wyszła z basenu. - Wezwij mnie. 

      - Dobrze - odpowiedziałem, a on znikn ł. 

      Do licha. Niesamowite. Nic dziwnego,  e Luke zdobywał te nagrody dla 

najlepszego sprzedawcy. Mimo swej opinii o Jasrze, musiałem przyzna ,  e mówił 

rozs dnie. A Random nie rozkazał mi trzyma  jej w niewoli. Oczywi cie, nie 

bardzo mógł mi cokolwiek rozkaza  ostatnim razem, kiedy si  widzieli my. Czy 

naprawd  Jasra zachowa si  tak, jak przewidywał Luke? To rozs dne, ale ludzie 

rzadko dotrzymuj  towarzystwa rozs dkowi w chwilach, kiedy byłoby to 

wskazane. 

      Przeszedłem przez korytarz i postanowiłem skorzysta  z tylnych schodów. Za 

zakr tem zobaczyłem u szczytu jak  posta . To była kobieta i patrzyła w 

przeciwn  stron . Miała dług , czerwono- ółt  sukni , bardzo ciemne włosy i 

pi kne ramiona... 

      Odwróciła si , słysz c moje kroki. Zobaczyłem,  e to Nayda. Spojrzała mi w 

twarz. 

      - Lordzie Merlinie - powiedziała. - Mo esz mi wyja ni , gdzie jest teraz moja 

siostra? Jak słyszałam, wyszli cie gdzie  razem. 

      - Podziwiała pewien obraz, a potem miała załatwi  jak  spraw  - odparłem. - 

Nie wiem, gdzie jest teraz, ale dała do zrozumienia,  e niedługo wróci. 

      - To dobrze. Zbli a si  pora kolacji i oczekiwali my,  e przył czy si  do nas. 

Czy miło sp dziła popołudnie? 

background image

 

69 

      - Wierz ,  e tak. 

      - Ostatnio była nieco smutna. Mieli my nadziej ,  e ta podró  poprawi jej 

nastrój. Oczekiwała jej niecierpliwie. 

      - Wydawała si  do  wesoła, kiedy j  opu ciłem. 

      - Och... Gdzie to było? - spytała. 

      - Niedaleko st d. 

      - A gdzie poszli cie? 

      - Na długi spacer po mie cie - wyja niłem. - Pokazałem jej tak e cz  pałacu. 

      - Jest zatem w pałacu? 

      - Była, kiedy ostatnio j  widziałem. Ale mogła wyj  na chwil . 

      - Rozumiem - stwierdziła. -  ałuj ,  e wcze niej nie mogli my porozmawia . 

Mam wra enie,  e znam ci  od dawna. 

      - Doprawdy? - zdziwiłem si . - A to dlaczego? 

      - Kilkakrotnie czytałam twoje akta. Mo na je nazwa  fascynuj cymi. 

      - Akta? 

      - To nie tajemnica,  e prowadzimy akta ludzi, których mo emy spotka  w 

czasie pracy. Mamy oczywi cie kartoteki wszystkich z rodu Amberu, nawet tych, 

którzy nie zajmuj  si  dyplomacj . 

      - Nigdy o tym nie pomy lałem - wyznałem. - Ale brzmi to rozs dnie. 

      - Twoje dzieci stwo jest opisane do  powierzchownie, to naturalne. A 

ostatnie problemy s  bardzo skomplikowane. 

      - Mnie te  si  tak wydaje - zapewniłem. - I próbujesz uaktualni  te dane? 

      - Nie, jestem po prostu ciekawa. A poniewa  mo liwe odgał zienia tych 

problemów mog  dotyczy  Begmy, interesuj  nas. 

      - Jak to mo liwe,  e w ogóle o nich wiecie? 

      - Mamy bardzo dobre  ródła wywiadowcze. Jak zwykle małe królestwa. 

Skin łem głow . 

      - Nie b d  wypytywał o te  ródła, ale nie prowadzimy wyprzeda y poufnych 

informacji. 

      - Nie zrozumiałe  mnie - powiedziała. - Tych akt równie  nie próbuj  

aktualizowa . Chciałam sprawdzi , czy mogłabym ci w czym  pomóc. 

      - Dzi kuj . Naprawd  jestem wdzi czny - zapewniłem. - Ale nie bardzo widz , 

jakiej pomocy mógłbym oczekiwa . 

      Pokazała w u miechu rz d idealnie równych z bów. 

      - Nie mog  zdradzi  szczegółów, póki nie dowiem si  czego  wi cej. Ale je li 

uznasz,  e potrzebujesz pomocy... czy po prostu chcesz porozmawia ... spotkaj si  

ze mn . 

      - Celna odpowied  - stwierdziłem. - Spotkamy si  przy kolacji. 

      - Mam nadziej ,  e pó niej tak e - odpowiedziała. 

      Wymin łem j  i odszedłem. 

      Co miały oznacza  jej ostatnie słowa? Czy by chodziło o randk ? Je li tak, to 

jej motywy były a  nazbyt przejrzyste. A mo e chciała tylko uzyska  ode mnie 

informacje? Nie byłem pewien. 

      Id c korytarzem w kierunku moich pokoi, zauwa yłem przed sob  dziwne 

zjawisko  wietlne: jaskrawobiała linia szeroko ci pi tnastu - dwudziestu 

centymetrów biegła w poprzek sufitu, podłogi i obu  cian. Zwolniłem kroku. 

background image

 

70 

Czy by pod moj  nieobecno  kto  wprowadził now  metod  o wietlania 

pomieszcze ? 

      Kiedy przekroczyłem jasny pas na podłodze, wszystko znikn ło z wyj tkiem 

samego  wiatła, które przekształciło si  w idealny kr g, zakr ciło si  i 

znieruchomiało na poziomie moich stóp. Stałem po rodku. Poza kr giem pojawił 

si  nagle  wiat; wygl dał jak zbudowany z zielonego szkła uformowanego w 

kopuł . Powierzchnia, na której stałem, miała czerwony odcie , była nierówna i 

w bladym  wietle l niła wilgoci . Dopiero kiedy w pobli u przepłyn ła wielka 

ryba, zrozumiałem,  e znalazłem si  pod wod  i stoj  na koralowym wzgórzu. 

      - To wszystko jest pi kne jak diabli - oznajmiłem. - Ale próbowałem wróci  do 

swojego pokoju. 

      - Troch  si  popisuj  - zabrzmiał znajomy głos, troch  niesamowity w moim 

magicznym kr gu. - Czy jestem bogiem? 

      - Mo esz si  nazwa , jak tylko zechcesz - odparłem. - Nikt nie zaprotestuje. 

      - Zabawnie byłoby zosta  bogiem. 

      - Kim ja byłbym wtedy? - spytałem. 

      - To trudny problem teologiczny. 

      - Akurat, teologiczny. Jestem projektantem komputerów. Wiesz,  e ci  

zbudowałem, Ghost. 

      Moj  podwodn  cel  wypełnił d wi k podobny do westchnienia. 

      - Trudno si  oderwa  od własnych korzeni. 

      - A po co próbowa ? Co złego widzisz w korzeniach? Maj  je wszystkie 

porz dne ro liny. 

      - Pi kny kwiat u góry, a w dole błoto i muł. 

      - W twoim przypadku to metalowa, bardzo ciekawa instalacja kriogeniczna i 

jeszcze sporo innych drobiazgów. Wszystko idealnie czyste. 

      - Mo e wi c wła nie mułu i błota mi trzeba... 

      - Ghost, dobrze si  czujesz? 

      - Wci  usiłuj  odnale  siebie. 

      - Ka dy miewa takie okresy. To minie. 

      - Naprawd ? 

      - Naprawd . 

      - Kiedy? Jak? Dlaczego? 

      - Oszukiwałbym ci , gdybym próbował tłumaczy . Poza tym, dla ka dego 

odpowied  jest inna. 

      Przepłyn ła cała ławica rybek - takich maluchów w czarne i czerwone paski. 

      - Nie bardzo sobie radz  z t  wszechwiedz  - o wiadczył po dłu szej chwili 

Ghost. 

      - Nie przejmuj si . Komu to potrzebne? 

      - ...I wci  pracuj  nad wszechmoc . 

      - To te  bardzo trudne - przyznałem. 

      -  wietnie mnie rozumiesz, tato. 

      - Staram si . Masz jakie  szczególne problemy? 

      - To znaczy oprócz egzystencjalnych? 

      - Tak. 

      - Nie. Sprowadziłem ci  tutaj,  eby ostrzec przed człowiekiem o imieniu 

background image

 

71 

Mandor. Jest... 

      - Jest moim bratem - przerwałem. Zapadła cisza. Wreszcie... 

      - To znaczy moim wujem, tak? 

      - Chyba tak. 

      - A ta dama, która z nim była? Ona... 

      - Fiona jest moj  ciotk . 

      - Czyli moj  te , w drugim pokoleniu. Ojej! 

      - Co si  stało? 

      - Czy to nieładnie  le mówi  o krewnych? 

      - Nie w Amberze - wyja niłem. - W Amberze robimy to bez przerwy. 

      Kr g  wiatła przekr cił si  znowu. Stali my w pałacowym korytarzu. 

      - Jeste my z powrotem w Amberze - poinformował Ghost. - I zamierzam  le o 

nich mówi . Na twoim miejscu bym im nie ufał. Uwa am,  e s  troch  szaleni. A 

tak e niegrzeczni i kłamliwi. 

      Wybuchn łem  miechem. 

      - Stajesz si  prawdziwym Amberyt . 

      - Naprawd ? 

      - Tak. Wszyscy tacy jeste my. Nie ma si  czym martwi . A tak przy okazji, co 

zaszło mi dzy wami? 

      - Wolałbym raczej sam rozwi za  ten problem... je li nie masz nic przeciw 

temu. 

      - Rób, co uwa asz za najlepsze. 

      - Czyli nie musz  ci  przed nimi ostrzega ? 

      - Nie. 

      - Dobrze. To mnie najbardziej niepokoiło. Teraz chyba wypróbuj  to błoto i 

muł... 

      - Zaczekaj! 

      - Co? 

      - Ostatnio dobrze ci idzie przenoszenie przez Cie  ró nych rzeczy. 

      Owszem, chyba nabieram wprawy. 

      - Co powiesz na mały oddział wojska z dowódc ? 

      - My l ,  e sobie poradz . 

      - I mnie? 

      - Oczywi cie. Gdzie teraz s  i dok d chcecie si  uda ? Si gn łem do kieszeni, 

znalazłem Atut Luke'a i wyci gn łem przed siebie. 

      - Ale... Sam przecie  ostrzegałe ,  eby mu nie ufa  - zdziwił si  Ghost. 

      - Teraz mo esz - uspokoiłem go. - Ale tylko w tej sprawie. W  adnej innej. 

Sytuacja uległa pewnym zmianom. 

      - Nie rozumiem. Ale skoro tak mówisz... 

      - Potrafisz go znale  i przygotowa  wszystko? 

      - Powinienem. Gdzie chcecie si  dosta ? 

      - Do Twierdzy Czterech  wiatów. 

      - Dobrze. Ale to niebezpieczne miejsce, tato. Bardzo trudno tam dotrze  i 

odej . Jest tam równie  rudowłosa dama, która próbowała zamkn  mnie 

blokad  mocy. 

      - Jasra. 

background image

 

72 

      - Nie wiem, jak miała na imi . 

      - To matka Luke'a - wyja niłem, machaj c Atutem. 

      - Niedobre pochodzenie - stwierdził Ghost. - Mo e nie powinni my si  z nimi 

zadawa . 

      - Niewykluczone,  e ona te  pójdzie z nami. 

      - Och nie! To gro na dama. Na pewno nie chciałby  jej mie  obok siebie. 

Zwłaszcza w miejscu, gdzie jest silna. Spróbuje znowu mnie schwyta . Mo e jej 

si  uda . 

      - B dzie zbyt zaj ta innymi sprawami - obiecałem. - A ja mog  jej 

potrzebowa . Wi c uznaj j  za cz  przesyłki. 

      - Jeste  pewien,  e wiesz, co robisz? 

      - Niestety, tak. 

      - Kiedy chcecie si  tam dosta ? 

      - Zale y to po cz ci od tego, kiedy b d  gotowi  ołnierze Luke'a. Mo e by  to 

sprawdził? 

      - Dobrze. Jednak nadal uwa am,  e popełniasz bł d, udaj c si  w takie 

miejsce z tymi lud mi. 

      - Potrzebny mi kto , kto potrafi pomóc, a ko ci wła ciwie zostały ju  rzucone - 

odpowiedziałem. 

      Ghost zbiegł si  do punktu, mrugn ł i zgasł. 

      Wci gn łem powietrze, zmieniłem zdanie co do westchnienia i ruszyłem do 

najbli szych drzwi mojego apartamentu, ju  niedaleko od miejsca, gdzie stałem. 

Si gałem do klamki, kiedy poczułem wibracj  atutowego kontaktu. Coral? 

      Otworzyłem umysł. Po raz drugi zjawił si  przede mn  Mandor. 

      - Wszystko w porz dku? - spytał od razu. - Rozł czono nas w tak niezwykły 

sposób... 

      - Nic mi nie jest - zapewniłem. - Rozł czono nas w sposób, jaki trafia si  raz 

na całe  ycie. Nie ma powodów do niepokoju. 

      - Jeste  chyba troch  zdenerwowany. 

      - To dlatego,  e przej cie z dołu na pi tro trwa strasznie długo, kiedy usiłuj  w 

tym przeszkodzi  wszystkie moce wszech wiata. 

      - Nie rozumiem. 

      - Miałem ci ki dzie  - mrukn łem. - Zobaczymy si  pó niej. 

      - Chciałem pogada  o tych sztormach, o nowym Wzorcu i... 

      - Pó niej. Czekam na rozmow . 

      - Przepraszam. Nie ma po piechu. Odezw  si  jeszcze. 

      Przerwał kontakt, a ja si gn łem do zamka. Zastanawiałem si , czy 

rozwi załbym problemy swoich znajomych, gdybym przerobił Ghosta na 

automatyczn  sekretark .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

73 

Rozdział 7

 

 

Powiesiłem płaszcz na Jasrze, a pas z mieczem na filarze łó ka. Wyczy ciłem 

buty, umyłem r ce i twarz, wyszukałem ozdobn  koszul  barwy ko ci słoniowej - 

marszczon , z  abotem i brokatami. Wło yłem j  do szarych spodni. Potem 

odkurzyłem ciemnofioletowy  akiet. Kiedy  rzuciłem na niego czar,  eby 

wła ciciel wydawał si  odrobin  bardziej czaruj cy, dowcipny i budz cy zaufanie 

ni  w rzeczywisto ci. Uznałem,  e to dobra okazja, by go wykorzysta . 

      Szczotkowałem włosy, kiedy usłyszałem pukanie. 

      - Chwileczk ! - krzykn łem. 

      Sko czyłem. Byłem gotów do wyj cia i pewnie ju  spó niony. Odsun łem 

rygiel i otworzyłem drzwi. 

      Na progu stał Bill Roth, cały w br zach i czerwieniach. Wygl dał jak 

podstarzały kondotier. 

      - Bill! - u cisn łem mu dło , r k  i rami , i wprowadziłem do  rodka. - Miło 

ci  widzie . Wła nie wróciłem. Miałem mnóstwo kłopotów, a niedługo wyruszam 

szuka  kolejnych. Nie wiedziałem, czy jeste  w pałacu. Chciałem ci  poszuka , jak 

tylko sprawy troch  si  uło . 

      U miechn ł si  i lekko trzepn ł mnie w rami . 

      - B d  na kolacji - oznajmił. - Martin mówił,  e te  si  wybierasz. Ale 

pomy lałem,  e lepiej zajrz  i przejd  si  z tob . Tam b d  ci ludzie z Begmy. 

      - Rozumiem. Masz jakie  wie ci? 

      - Tak. Wiesz co  o Luke'u? 

      - Przed chwil  z nim rozmawiałem. Twierdzi,  e odwołał wendet . 

      - Jest szansa,  e spróbuje si  usprawiedliwi  na tym przesłuchaniu, o które 

pytałe ? 

      - Z tego, co mówił raczej nie. 

      - Szkoda. Przeprowadziłem pewne badania. S  mocne precedensy dla obrony 

w sprawach wendety. Na przykład twój wuj Osric m cił si  na całym rodzie 

Karm z powodu  mierci krewnego ze strony matki. W tym czasie Oberona 

ł czyły z Karm bardzo przyjazne stosunki, a Osric zabił trzech z nich. Oberon 

uniewinnił go na przesłuchaniu. Swoj  decyzj  oparł na wcze niejszych 

sprawach. Posun ł si  nawet dalej: sformułował rodzaj ogólnej zasady... 

      - Oberon wysłał go tak e na front w wyj tkowo paskudnej wojnie - wtr ciłem. 

- Osric ju  z niej nie wrócił. 

      - O tym nie wiedziałem - zdziwił si  Bili. - Ale z s du wyszedł czysty. 

      - Musz  wspomnie  o tym Luke'owi. 

      - Któr  cz ? - zapytał. 

      - Obie - odpowiedziałem. 

      - Ale nie o tym przede wszystkim chciałem z tob  porozmawia  - oznajmił. - 

Co  si  dzieje w wojskowym skrzydle. 

      - O czym ty mówisz? 

      - Łatwiej b dzie ci pokaza  - odparł. - To zajmie tylko chwil . 

      - Dobrze. Chod my. - Wyszedłem za nim na korytarz. 

      Prowadził do tylnych schodów i tam zboczył w lewo. Min li my kuchni  i 

weszli my w nast pny korytarz, który skr cał na tyły pałacu. Z przodu dobiegały 

background image

 

74 

gło ne huki. Spojrzałem na Billa, a on skin ł głow . 

      - To wła nie usłyszałem wcze niej - wyja nił. - Kiedy przechodziłem 

niedaleko. Dlatego zabrałem ci  tu na przechadzk . Wszystko mnie tutaj 

interesuje. 

      Przytakn łem. Rozumiałem to uczucie. Zwłaszcza  e wiedziałem, i  hałas 

dobiega z głównej zbrojowni. 

      Benedykt stał na  rodku i przez luf  karabinu ogl dał swój paznokie . 

Natychmiast podniósł głow  i spojrzeli my sobie w oczy. Tuzin m czyzn krz tał 

si  dookoła; przenosili bro , czy cili bro , ustawiali bro . 

      - My lałem,  e jeste  w Kashfie - powiedziałem. 

      - Byłem. 

      Dałem mu czas, by kontynuuował, ale nic z tego. Benedykt nigdy nie był 

szczególnie wylewny. 

      - Wygl da na to,  e szykujesz si  na co  blisko domu - zauwa yłem. 

Wiedziałem,  e proch strzelniczy jest tu bezu yteczny, a specjalna amunicja 

działa tylko w Amberze i niektórych przyległych królestwach. 

      - Ostro no  nigdy nie zawadzi - odparł. 

      - Czy zechciałby  wytłumaczy  to dokładniej? 

      - Nie teraz - mrukn ł. 

      Odpowied  była dwa razy dłu sza, ni  si  spodziewałem, i dawała nadziej  na 

przyszłe wyja nienia. 

      - Powinni my si  okopywa ? - zapytałem. - Fortyfikowa  miasto? Zbroi  si ? 

Zbiera ... 

      - Nie b dzie potrzeby - odparł. - Po prostu zajmujcie si  swoimi sprawami. 

      - Ale... 

      Odwrócił si . Odniosłem wra enie,  e rozmowa dobiegła ko ca. Zyskałem 

pewno , gdy zignorował moje kolejne pytania. Wzruszyłem ramionami. 

      - Chod my je  - poradziłem Billowi. 

      - Domy lasz si , co to znaczy? - zapytał, kiedy znów szli my korytarzem. 

      - Dalt jest w okolicy - odparłem. 

      - Benedykt był z Randomem w Kashfie. Mo e tam Dalt sprawia kłopoty. 

      - Mam przeczucie,  e jest gdzie  bli ej. 

      - Gdyby Dalt planował schwytanie Randoma... 

      - Niemo liwe. - Na sam  my l dreszcz przebiegł mi po plecach. - Random 

mo e przeatutowa  si  tutaj, kiedy tylko zechce. Nie. Spytałem o obron  Amberu, 

a Benedykt powiedział,  e do tego nie dojdzie. Odniosłem wra enie,  e mówi o 

czym  bliskim. O czym , nad czym potrafi zapanowa . 

      - Rozumiem - zgodził si . - Ale potem dodał,  e nie musimy si  fortyfikowa . 

      - Je li Benedykt uwa a,  e nie musimy, to znaczy,  e nie musimy. 

      - Ta czy  i pi  szampana, kiedy grzmi  działa? 

      - Je eli Benedykt twierdzi,  e mo na... 

      - Naprawd  mu ufacie. Co by cie zrobili bez niego? 

      - Byliby my bardziej nerwowi. Pokr cił głow . 

      - Wybacz - mrukn ł. - Ale nie przywykłem do znajomo ci z legendami. 

      - Nie wierzysz mi? 

      - Nie powinienem, ale wierz . W tym cały problem. - Umilkł. Min li my 

background image

 

75 

zakr t i skierowali my si  do schodów. - Tak samo to wygl dało, kiedy 

rozmawiałem z twoim ojcem. 

      - Bill - zacz łem, kiedy weszli my na schody. - Znałe  tat , zanim odzyskał 

pami , kiedy był jeszcze zwyczajnym Carlem Coreyem. Czy przypominasz sobie 

z tamtego okresu jego  ycia co , co mogłoby wyja ni , gdzie jest teraz? 

      Zatrzymał si  na moment. 

      - A wiesz, Merle, nigdy si  nad tym nie zastanawiałem. Cz sto my lałem, czy 

jako Corey nie zaanga ował si  w jak  spraw , któr  czuł si  w obowi zku 

doko czy , kiedy załatwił ju  wszystko tutaj. Ale był wyj tkowo tajemniczym 

człowiekiem, nawet w tamtym wcieleniu. I pełnym sprzeczno ci. Wiele razy 

zaci gał si  do ró nych armii, co wydaje si  do  logiczne. Ale czasem 

komponował muzyk , co przeczy wizerunkowi twardego faceta. 

      -  ył bardzo długo. Wiele si  nauczył, wiele do wiadczył. 

      - Istotnie. Dlatego trudno zgadn , w co mógł si  zaanga owa . Raz czy dwa, 

po kilku drinkach, wspominał ludzi sztuki i nauki... nigdy bym si  nie domy lił,  e 

mo e ich zna . Nigdy nie był zwyczajnym Carlem Coreyem. Kiedy go znałem, 

jego wspomnienia obejmowały kilka stuleci historii. Taki człowiek ma zbyt 

zło on  osobowo , by był przewidywalny. Po prostu nie wiem, do czego mógłby 

wraca ... o ile wrócił. 

      Szli my schodami w gór . Dlaczego miałem wra enie,  e Bill nie mówi mi 

wszystkiego? 

      W pobli u jadalni usłyszałem d wi ki muzyki. Llewella obrzuciła mnie 

gniewnym wzrokiem. Potrawy czekały na stoliku pod  cian  i nikt jeszcze nie 

zaj ł miejsca. Go cie stali z drinkami w r kach i rozmawiali. Wi kszo  spojrzała 

na nas, gdy stan li my w progu. Trzech muzyków przygrywało po prawej stronie. 

Zastawiony stół czekał po lewej, niedaleko wielkiego okna w południowej  cianie. 

Roztaczał si  stamt d wspaniały widok na miasto. Wci  prószył  nieg, dodaj c 

krajobrazowi widmowego blasku. 

      Llewella podeszła szybko. 

      - Wszyscy na was czekaj  - szepn ła. - Gdzie dziewczyna? 

      - Coral? 

      - A któ  by inny? 

      - Nie jestem pewien, dok d poszła - wyja niłem. - Rozstali my si  par  godzin 

temu. 

      - Ale przyjdzie czy nie? 

      - Nie jestem pewien. 

      - Nie mo emy ju  dłu ej czeka  - stwierdziła. - A teraz cały rozkład miejsc 

diabli wzi li. Co  ty zrobił? Tak j  wym czyłe ? 

      - Llewello... 

      Mrukn ła co  w sycz cym dialekcie Remby. Mo e i lepiej,  e nie zrozumiałem. 

Odwróciła si  i odeszła do Vialle. 

      - B dziesz miał mas  kłopotów, chłopcze - zauwa ył Bili. - Zajrzyjmy do baru, 

póki nie ustali, jak rozsadzi  go ci. 

      Ale lokaj podchodził ju  z drinkami na tacy. 

      - Klejnot Bayle'a - zauwa ył Bili cz stuj c si . Poci gn łem łyk. Miał racj , co 

podniosło mnie na duchu. 

background image

 

76 

      - Nie znam tych wszystkich ludzi - mrukn ł. - Kim jest ten m czyzna z 

czerwon  wst g , obok Vialle? 

      - To Orkuz, pierwszy minister Begmy - wyja niłem. - A ta atrakcyjna młoda 

dama w czerwono- ółtej sukni, która rozmawia z Martinem, to jego córka Nayda. 

Coral, za któr  wła nie oberwałem, jest jej siostr . 

      - Aha. A ta t ga blondynka, która robi słodkie oczy do Gerarda? 

      - Nie wiem. Nie znam te  tej pary na prawo od Orkuza. 

      Podeszli my wolno do towarzystwa. Gerard, czuj c si  chyba troch  nieswojo 

w strojnym kostiumie, przedstawił nas damie, z któr  rozmawiał. Nazywała si  

Dretha Gannell i była asystentk  ambasadora Begmy. Ambasadorem okazała si  

wysoka kobieta stoj ca obok Okruza. Nazywała si , o ile zrozumiałem, Ferla 

Quist. 

      M czyzna przy niej był sekretarzem o imieniu brzmi cym jak Cade. Kiedy 

patrzeli my w ich stron , Gerard spróbował si  wymkn  i zostawi  nas samych z 

Dreth . Zd yła złapa  go za r kaw i spytała o flot . U miechn łem si , skin łem 

im głow  i odszedłem. Bill ruszył za mn . 

      - Bo e wielki! Martin si  zmienił! - zawołał nagle. - Wygl da jak 

jednoosobowy rockowy wideoklip. Ledwie go poznałem. W zeszłym tygodniu... 

      - Dla niego min ł ponad rok - odparłem. - Wyjechał,  eby si  odnale  na 

jakiej  ulicznej scenie. 

      - Ciekawe, czy mu si  udało. 

      - Nie miałem okazji zapyta  - odpowiedziałem. Przyszła mi do głowy 

niezwykła my l. Odsun łem j . 

      Muzyka ucichła nagle. Llewella odchrz kn ła i wskazała Hendona, który 

odczytał nowy rozkład miejsc. Ja miałem siedzie  u stóp stołu. Pó niej 

dowiedziałem si ,  e po lewej stronie miała usi

 Coral, a po prawej Cade. 

Dowiedziałem si  te ,  e w ostatniej chwili Llewella próbowała  ci gn  Flor , by 

zaj ła miejsce Coral, ale Flora nie odpowiadała na wezwania. 

      W tej sytuacji Vialle zasiadła u szczytu, maj c po prawej r ce Llewell , a po 

lewej Orkuza. Gerard, Dreth  i Bill poni ej Llewelli, Ferla, Martin, Cade i Nayda 

za Orkuzem. Odprowadziłem Nayd  i usadziłem j  po mojej prawej stronie. Bill 

zaj ł miejsce po lewej. 

      - Ale  zamieszanie - mrukn ł. 

      Przytakn łem, po czym przedstawiłem go Naydzie jako doradc  rodu Amber. 

Wywarło to na niej wła ciwe wra enie; spytała o jego prac . Oczarował j  

opowie ci , jak to kiedy  w sporze o nieruchomo  reprezentował interesy psa. 

Historia była zabawna, chocia  nie miała  adnego zwi zku z Amberem. Nayda 

miała si , a wraz z ni  Cade, który równie  słuchał. 

      Podano pierwsze danie, a muzycy zacz li gra  cicho. 

      Zmniejszyło to zasi g naszych głosów i zredukowało konwersacj  do bardziej 

intymnego poziomu. Bill dał znak,  e ma mi co  do powiedzenia, ale Nayda 

wyprzedziła go o sekund  i ju  jej słuchałem. 

      - Chodzi o Coral - powiedziała cicho. - Jeste  pewien,  e nic jej nie grozi? Nic 

jej nie dolegało, gdy si  rozstawali cie, prawda? 

      - Nie - zapewniłem. - Wydawała si  zupełnie zdrowa. 

      - To dziwne. Miałam wra enie,  e nie mo e si  doczeka  takiego przyj cia. 

background image

 

77 

      - Najwyra niej sprawy, które j  zaj ły, trwały dłu ej ni  si  spodziewała. 

      - A co wła ciwie j  zaj ło? - zainteresowała si  Nayda. - Gdzie si  rozstali cie? 

      - Tutaj, w pałacu - odparłem. - Oprowadzałem j . Pewnym elementom chciała 

po wi ci  wi cej czasu, ni  mogłem jej ofiarowa . Dlatego j  zostawiłem. 

      - Nie s dz , by zapomniała o kolacji. 

      - Przypuszczam,  e pochłon ła j  siła oddziaływania dzieła sztuki. 

      - Wi c jeste  pewien,  e przebywa w pałacu? 

      - W tej chwili trudno powiedzie . Jak ju  mówiłem, zawsze mogła wyj . 

      - To znaczy nie wiesz, gdzie teraz przebywa? Przytakn łem. 

      - Nie mam poj cia, gdzie jest w tej chwili. Równie dobrze mogła ju  wróci  i 

wła nie si  przebiera. 

      - Sprawdz  po kolacji - o wiadczyła. - Je li do tego czasu nie przyjdzie. Gdyby 

tak si  stało, pomo esz mi j  znale ? 

      - I tak planowałem jej poszuka  - zgodziłem si . - Je li si  wkrótce nie zjawi. 

      Kiwn ła głow  i zaj ła si  jedzeniem. Niezr czna sytuacja. Poza tym,  e nie 

chciałem jej niepokoi , nie mogłem przecie  wyjawi  prawdy. Byłoby jasne,  e jej 

siostra jest w rzeczywisto ci nie lubn  córk  Oberona. Uprzedzono mnie, bym 

nie mówił niczego, co mogłoby pogorszy  stosunki mi dzy Amberem i Begm . Nie 

mogłem wi c przyzna  córce premiera Begmy,  e prawd  jest plotka o romansie 

jej matki ze zmarłym królem Amberu. Mo e u nich było to tajemnic  poliszynela 

i nikt si  tym nie przejmował. A mo e nie. Wolałem nie prosi  Randoma o rad . 

Przede wszystkim był bardzo zaj ty w Kashfie, ale głównie dlatego,  e zacz łby 

wypytywa  o moje plany i problemy. Nie chciałem go okłamywa , a prawda 

ci gn łaby same kłopoty. Taka rozmowa mogła doprowadzi  do zakazu ataku 

na Twierdz . Vialle była jedyn  osob , której mogłem opowiedzie  o Coral i 

uzyska  co  w rodzaju oficjalnego stanowiska. Niestety, w tej chwili Vialle 

całkowicie pochłaniały obowi zki pani domu. 

      Z westchnieniem wróciłem do jedzenia. 

      Bili spojrzał znacz co i pochylił si  lekko w moj  stron . Ja te  si  pochyliłem. 

      - Tak? 

      - Chciałem ci opowiedzie  o kilku sprawach - zacz ł. - Chocia  miałem 

nadziej  na spokojniejsz  chwil . Parskn łem. 

      - No wła nie - mówił dalej. - Nie mo emy chyba liczy  na lepsz  okazj . Na 

szcz cie głos nie si ga daleko. Nie słyszałem, o czym mówili cie z Nayda. Czyli: 

dopóki gra muzyka, mo emy rozmawia . 

      Kiwn łem głow , przełkn łem kilka k sów. 

      - Rzecz w tym,  e Begmanie nie powinni tego słysze . Ale ty powiniene  

wiedzie , ze wzgl du na twoje stosunki z Lukiem i Jasr . Jakie masz plany? 

Wolałbym porozmawia  kiedy indziej, ale je li ci si  spieszy, mog  ju  teraz 

powiedzie  o zasadniczych kwestiach. 

      Rzuciłem okiem na Nayd  i Cade'a. Wydawali si  całkowicie pochłoni ci 

jedzeniem i chyba nie mogli nas słysze . Na nieszcz cie, nie miałem pod r k  

adnego ochronnego zakl cia. 

      - Mów - szepn łem, kryj c usta kieliszkiem. 

      - Przede wszystkim Random przesłał mi do przejrzenia cały stos papierów. To 

szkic traktatu, w którym Amber przyznaje Kashfie klauzul  najwy szego 

background image

 

78 

uprzywilejowania, tak  sam  jak Begmie. Czyli na pewno zostan  dopuszczeni do 

Złotego Kr gu. 

      - Rozumiem - mrukn łem. - Nie jest to zupełne zaskoczenie. Ale dobrze 

wiedzie , co si  dzieje. Kiwn ł głow . 

      - To jeszcze nie wszystko - dodał. 

      W tej wła nie chwili muzycy ucichli i znowu mogłem słysze  głosy 

biesiadników. Zerkn łem na prawo - lokaj zaniósł wła nie graj cym tac  z 

jedzeniem i wino. Odło yli instrumenty i szykowali si  do przerwy. Zapewne grali 

ju  do  długo, zanim si  zjawiłem. Bez w tpienia nale ał im si  odpoczynek. 

      Bili parskn ł. 

      - Pó niej - rzucił. 

      - Dobrze. 

      Podano niezwykł  potrawk  z owoców w przedziwnym sosie. Zaatakowałem 

go ły eczk , gdy Nayda znów na mnie skin ła. Schyliłem si  ku niej. 

      - Mo e dzi  wieczorem? - szepn ła. 

      - O co chodzi? Obiecałem,  e jej poszukam, je li si  nie pojawi. Pokr ciła 

głow . 

      - Nie o tym mówi  - o wiadczyła. - Co robisz pó niej? Znajdziesz woln  

chwil ,  eby odwiedzi  mnie i porozmawia ? 

      - O czym? 

      - Według twoich akt, miałe  ostatnio niejakie problemy z kim , kto próbował 

ci  zabi . Zacz łem si  zastanawia  nad tymi przekl tymi aktami. 

      - S  nieaktualne - stwierdziłem. - Cokolwiek w nich jest, zostało ju  

załatwione. 

      - Naprawd ? Zatem nikt ju  ci  nie  ciga? 

      - Tego bym nie powiedział. Ale zmieniła si  obsada głównych ról. 

      - A wi c nadal kto  ma ci  na celu? Przyjrzałem si  jej twarzy. 

      - Jeste  mił  dziewczyn , Naydo - powiedziałem. - Ale musz  spyta , co ci  to 

obchodzi? Ka dy ma swoje problemy. Ja chwilowo mam ich wi cej ni  zwykle. 

Rozwi

 je. 

      - Albo zginiesz próbuj c? 

      - Mo e. Mam nadziej ,  e nie. Ale dlaczego ci  to interesuje? 

      Zerkn ła na Cade'a, który wydawał si  skupiony na jedzeniu. 

      - Mo liwe,  e potrafiłabym ci pomóc. 

      - W jaki sposób? U miechn ła si . 

      - Poprzez proces eliminacji - rzekła. 

      - Naprawd ? Czy dotyczy to osoby lub osób? 

      - W samej rzeczy. 

      - Masz jakie  szczególne  rodki rozwi zywania tego typu spraw? Nadal si  

u miechała. 

      - Owszem, doskonałe dla usuwania kłopotów powodowanych przez ludzi. 

Potrzebne s  tylko ich imiona i miejsca pobytu. 

      - Jaka  tajna bro ? 

      Podniosłem lekko głos; znowu spojrzała na Cade'a. 

      - Mo na tak to okre li  - odpowiedziała. 

      - Interesuj ca propozycja - przyznałem. - Ale wci  nie odpowiedziałe  na 

background image

 

79 

moje pierwsze pytanie. 

      - Mógłby  od wie y  mi pami ? 

      Przerwał nam lokaj, który obszedł stół, dolewaj c do kielichów, a potem 

kolejny toast. Pierwszy był za Vialle, wzniesiony przez Llewell . Nast pny 

zaproponował Orkus, za „staro ytne przymierze i tradycyjnie dobre stosunki 

Amberu i Begmy". Wypiłem. 

      - B d  bardziej napi te - usłyszałem mruczenie Billa. 

      - Stosunki? 

      - Aha. 

      Rzuciłem okiem na Nayd : przygl dała mi si . Najwyra niej oczekiwała,  e 

podejmiemy nasz  szeptan  konwersacj . Bili tak e to zauwa ył i odwrócił si . 

Wtedy jednak Cade zacz ł co  mówi  do Naydy. Czekaj c sko czyłem to, co 

zostało na talerzu. Łykn łem wina. Po chwili lokaj zabrał nakrycie i zaraz podał 

nast pne. 

      Zerkn łem na Billa. Ten spojrzał na Cade'a i Nayd . 

      - Zaczekaj na muzyk  - mrukn ł. Kiwn łem głow . W krótkiej chwili ciszy 

usłyszałem głos Drethy: 

      - Czy to prawda,  e duch króla Oberona ukazuje si  czasami w pałacu? 

      Gerard burkn ł co , co brzmiało jak potwierdzenie. Znów podniósł si  gwar. 

Umysł miałem pełniejszy od  oł dka, wi c zabrałem si  do jedzenia. Cade, 

próbuj c zachowa  si  dyplomatycznie, a mo e po prostu dla nawi zania 

rozmowy, zwrócił si  do mnie z pytaniem, co s dz  o sytuacji w Eregnorze. I 

nagle drgn ł gwałtownie, po czym spojrzał na Nayd . Odniosłem silne wra enie, 

e wła nie kopn ła go pod stołem. I bardzo dobrze, poniewa  nie miałem poj cia, 

jaka wła ciwie jest sytuacja w Eregnorze. Wymruczałem co  w rodzaju,  e 

zwykle obie strony maj  swoje racje, co uznałem za wystarczaj co 

dyplomatyczn  odpowied  na ka de pytanie. Gdyby rzecz była dra liwa, 

mógłbym skontrowa  niewinn  uwag  na temat wcze niejszego przybycia 

begma skiej delegacji. Jednak Eregnor był mo e tematem na dłu sz  powa n  

dyskusj , czego Nayda wolała unikn , gdy  przerwałoby to nasz  rozmow . Poza 

tym miałem przeczucie,  e Llewella mogłaby zmaterializowa  si  nagle i kopn  

mnie pod stołem. 

      I nagle uderzyła mnie pewna my l. Czasami troch  wolno kombinuj . Oni 

oczywi cie wiedzieli,  e Random wyjechał. Z tego, co słyszałem i co powiedział 

Bill, nie byli zadowoleni z naszych planów co do s siedniego królestwa. Ich 

wcze niejsze przybycie miało nas w jaki  sposób postawi  w niezr cznej sytuacji. 

Czy oznacza to,  e oferta Naydy jest elementem jakiej  intrygi, zwi zanej z ich 

strategi  dyplomatyczn ? Je li tak, dlaczego wybrali wła nie mnie? Marnie 

trafili, poniewa  moje zdanie nie ma  adnego znaczenia dla polityki zagranicznej 

Amberu. Czy byli tego  wiadomi? Z pewno ci , je eli ich słu by wywiadowcze s  

tak sprawne, jak sugerowała Nayda. Byłem zdziwiony i miałem ochot  zapyta  

Billa o jego pogl d na sytuacj  w Eregnorze. Ale wtedy to on mógłby mnie 

kopn  pod stołem. 

      Muzycy sko czyli posiłek i zagrali „Greensleeves". Nayda i Bill równocze nie 

pochylili si  w moj  stron , podnie li głowy i spojrzeli sobie w oczy. U miechn li 

si . 

background image

 

80 

      - Damy maj  pierwsze stwo - rzekł gło no Bill. Skłoniła si . 

      - Czy rozwa yłe  moj  propozycj ? - zapytała. 

      - Cz ciowo - odparłem. - Ale zadałem pytanie. Pami tasz? 

      - Jakie? 

      - To ładnie z twojej strony,  e chcesz mi wy wiadczy  przysług  - 

powiedziałem. - Ale w takich czasach jak nasze, musisz zrozumie ,  e wol  pozna  

cen . 

      - A je li powiem,  e zupełnie wystarczy twoja dobra wola? 

      - A je li wyja ni ,  e moja dobra wola nie ma wi kszego znaczenia dla 

tutejszej polityki? 

      Wzruszyła ramionami. 

      - Niewielka cena za niewielki wysiłek. Wiedziałam o tym. Ale ze wszystkimi 

jeste  spokrewniony. Mo e nic si  nie zdarzy, ale mo liwe,  e kto  kiedy  zapyta 

ci  o opini  na nasz temat. Chc ,  eby  wiedział,  e masz w Begmie przyjaciół i 

gdyby to nast piło,  eby  dobrze o nas my lał. 

      Studiowałem jej bardzo powa n  twarz. Chodziło o co  wi cej i oboje 

zdawali my sobie z tego spraw . Tylko  e ja nie wiedziałem, co nadci ga zza 

horyzontu, a ona wyra nie tak. 

      Wyci gn łem r k  i grzbietem dłoni pogładziłem j  po policzku. 

      - Powinienem zatem powiedzie  o was co  miłego, gdyby kto  mnie pytał. Nic 

wi cej. I za to wy zabijecie dla mnie, je li tylko wska  kogo. Zgadza si ? 

      - Ujmuj c rzecz jednym słowem: tak - odparła. 

      - Zastanawiam si , sk d wiara,  e potraficie dokona  zabójstwa lepiej od nas. 

Mamy spore do wiadczenie. 

      - Mamy, jak to okre liłe , tajn  bro  - wyja niła. - My lałam jednak,  e to dla 

ciebie sprawa osobista, nie pa stwowa,  e nie zechcesz miesza  w to pozostałych. 

Ponadto oferuj  ci usług , która nie pozostawi  ladów. 

      Znowu problem. Uwa ała,  e nie ufam krewnym, czy te  sugerowała,  e nie 

powinienem? Co takiego wiedziała, o czym ja nie miałem poj cia? A mo e tylko 

zgadywała, opieraj c si  na historii Amberu, pełnej rodzinnych intryg? Czy te  

wiadomie próbowała zapocz tkowa  konflikt pokole ? Czy posłu yłby jako  

celom Begmy? Albo... mo e s dziła,  e konflikt taki ju  trwa i proponowała,  e 

usunie dla mnie kogo  z rodziny? Je li nawet, to chyba nie była tak głupia, by 

wierzy ,  e takie zadanie zlec  komu  obcemu? Czy cho by zechc  o tym 

rozmawia , daj c w ten sposób Begmie dowody do r ki i zdaj c si  na ich kl sk ? 

Albo... 

      Przestałem si  zastanawia . Byłem zadowolony,  e procesy my lowe zacz ły 

przebiega  odpowiednio do towarzystwa, jakim s  moi krewni (z obu gał zi 

rodziny). Troch  trwało, zanim to opanowałem. Przyjemne uczucie. 

      Zwykła odmowa wykluczy wszystkie powy sze mo liwo ci. Ale z drugiej 

strony, gdybym poci gn ł j  troch  za j zyk, Nayda mo e si  okaza  cennym 

ródłem informacji. 

      Zatem... 

      - Uderzycie ka dego, kogo wska ? - spytałem. Z uwag  wpatrywała si  w 

moj  twarz. 

      - Tak - o wiadczyła. 

background image

 

81 

      - Znów musisz mi wybaczy  - stwierdziłem. - Ale taka obietnica w zamian za 

co  tak niematerialnego, jak moja dobra wola, ka e mi zastanowi  si  nad twoj  

szczero ci . 

      Poczerwieniała. Nie jestem pewien, czy był to zwykły rumieniec czy oznaka 

gniewu, bo odwróciła si  natychmiast. Nie zmartwiłem si  tym, poniewa  

uwa ałem,  e takimi sprawami rz dzi rynek nabywcy. 

      Wróciłem do jedzenia i zd yłem przełkn  par  k sów, nim do mnie wróciła. 

      - Czy mam przez to rozumie ,  e nie zajrzysz do mnie wieczorem? - spytała. 

      - Nie mog . B d  bardzo zaj ty. 

      - Wierz ,  e masz wiele zaj . Ale czy oznacza to,  e wcale nie b dziemy mogli 

porozmawia ? 

      - Wszystko zale y od tego, jak rozwinie si  sytuacja - odparłem. - Musz  

dopilnowa  bardzo wielu spraw. Mo liwe,  e niedługo wyjad  z miasta. 

      Zadr ała lekko. Chciała pewnie zapyta , dok d si  wybieram, ale 

zrezygnowała. 

      - Jestem w niezr cznej sytuacji - stwierdziła. - Czy odrzucasz moj  ofert ? 

      - A czy jest wa na tylko przez dzisiejszy wieczór? 

      - Nie. Ale według moich informacji, grozi ci niebezpiecze stwo. Im szybiej 

zaatakujesz nieprzyjaciela, tym szybciej b dziesz mógł spa  spokojnie. 

      - Uwa asz,  e co  grozi mi tutaj, w Amberze? Zawahała si . 

      - Nikt nigdzie nie jest bezpieczny, je li ma dostatecznie zdecydowanego i 

sprawnego przeciwnika. 

      - Uwa asz,  e zagro enie jest natury lokalnej? - zapytałem. 

      - Prosiłam,  eby  okre lił swego wroga - przypomniała. - Sam najlepiej 

powiniene  wiedzie . 

      Wycofałem si  natychmiast. Pułapka była zbyt oczywista i najwyra niej ona 

te  j  dostrzegła. 

      - Dała  mi wiele do my lenia - stwierdziłem i wróciłem do jedzenia. 

      Po chwili zauwa yłem,  e Bill przygl da mi si , jakby chciał co  powiedzie . 

Pokr ciłem głow  - ledwie dostrzegalnie, ale chyba zrozumiał. 

      - Mo e przy  niadaniu? - usłyszałem pytanie Naydy. - Ta wyprawa, o której 

wspominałe , mo e by  okresem szczególnego zagro enia. Lepiej zako czy  nasze 

sprawy, zanim wyruszysz. 

      - Naydo - powiedziałem, gdy tylko przełkn łem. - Chciałbym wiedzie , kto jest 

moim dobroczy c . Gdybym omówił to z twoim ojcem... 

      - Nie! - przerwała. - On nic nie wie! 

      - Dzi kuj . Rozumiesz chyba moj  ciekawo  co do poziomu, na którym 

powstał ten plan. 

      - Nie musisz dalej szuka  - oznajmiła. - To wył cznie mój pomysł. 

      - Niektóre z twoich stwierdze  sugerowały,  e masz wyj tkowo dobre stosunki 

z organizacjami wywiadowczymi Begmy. 

      - Nie. Zupełnie zwyczajne. To ja zło yłam ci ofert . 

      - Ale kto  musi... zrealizowa  te plany. 

      - Tu wła nie wkracza tajna bro . 

      - Musz  dowiedzie  si  czego  wi cej na jej temat. 

      - Zaproponowałam ci przysług  i obiecałam całkowit  dyskrecj . Nie b d  

background image

 

82 

zdradza , jakich u yj   rodków. 

      - Je li to ty jeste  autork  tego planu, mo na by s dzi ,  e odniesiesz osobiste 

korzy ci. Jakie? Co ci z tego przyjdzie? 

      Odwróciła wzrok. Milczała przez dług  chwil . 

      - Twoje akta - odezwała si  wreszcie. - To była fascynuj ca lektura. Jeste  tu 

jednym z niewielu ludzi mniej wi cej w moim wieku, a prowadziłe  takie ciekawe 

ycie. Nie wyobra asz sobie, jak nudne rzeczy zwykle czytuj : raporty o stanie 

rolnictwa, dane handlowe, studia bud etowe. Nie mam  ycia towarzyskiego. 

Zawsze jestem do dyspozycji. Ka de przyj cie, na jakim si  zjawi , jest wła ciwie 

obowi zkiem słu bowym w tej czy innej postaci. Czytałam twoje akta raz, drugi, 

trzeci... i my lałam o tobie. Chyba mnie oczarowałe . Wiem,  e brzmi to głupio, 

ale taka jest prawda. Kiedy zobaczyłam ostatnie raporty, zrozumiałam,  e grozi 

ci wielkie niebezpiecze stwo, postanowiłam ci pomóc, je li tylko zdołam. Mam 

dost p do wszelkiego rodzaju tajemnic pa stwowych. Jedna z nich daje mi 

mo liwo  udzielenia ci pomocy. Wykorzystanie jej poprawi twoj  sytuacj  i nie 

zaszkodzi Begmie. Ale wi cej nie mog  powiedzie . To byłoby nielojalne. Zawsze 

chciałam ci  pozna . Zazdro ciłam siostrze, kiedy zabrałe  j  dzisiaj na 

przechadzk . I nadal pragn ,  eby  mnie pó niej odwiedził. 

      Patrzyłem na ni  bez słowa. Potem uniosłem w jej stron  kielich i łykn łem 

wina. 

      - Jeste ... niezwykła - powiedziałem. Nic innego nie przychodziło mi do głowy. 

Albo wymy liła to na poczekaniu, albo mówiła prawd . Je li to prawda, była 

godna współczucia. Je li nie, była bardzo pomysłowa i próbowała ugodzi  mnie w 

ten cudownie wra liwy punkt: moje ego. Zasługiwała na sympati  albo ostro ny 

podziw. Dlatego dodałem jeszcze: 

      - Chciałbym pozna  osob , która przesyła te raporty. To by  mo e wielki 

talent pisarski, marnowany na rz dowej posadzie. 

      Z u miechem wzniosła swój kielich i dotkn ła mojego. 

      - Pomy l o tym. 

      - Słowo daj ,  e nigdy o tobie nie zapomn  - obiecałem. 

      Oboje zaj li my si  jedzeniem. Przez nast pne pi  minut próbowałem 

odrobi  straty. Bill uprzejmie mi nie przeszkadzał. Chyba chciał si  te  upewni , 

e moja rozmowa z Nayd  rzeczywi cie dobiegła ko ca. 

      W ko cu mrugn ł do minie. 

      - Masz woln  chwil ? - zapytał. 

      - Niestety, tak. 

      - Nie b d  nawet pytał, czy po drugiej stronie mówiłe  o interesach czy 

przyjemno ciach. 

      - To była przyjemno  - odparłem. - Ale niezwykły interes. Nie ka  mi 

tłumaczy , bo strac  deser. 

      - B d  si  streszczał - o wiadczył. - Koronacja w Kashfie odb dzie si  jutro. 

      - Nie marnujemy czasu, co? 

      - Nie. D entelmen, który zasi dzie na tronie, to Arkans, diuk Shadburne. 

Przez długie lata zajmował odpowiedzialne stanowiska rz dowe. Naprawd  wie, 

jak powinno si  pracowa , i jest lu no spokrewniony z którym  z wcze niejszych 

monarchów. Nie zgadzał si  z lud mi Jasry i póki byli u władzy, przebywał w 

background image

 

83 

swojej wiejskiej rezydencji. Ona mu nie przeszkadzała i on te  jej nie 

przeszkadzał. 

      - Rozs dny układ. 

      - Co wi cej, podzielał jej pogl d na sytuacj  w Eregnorze, z czego Begmanie 

doskonale zdaj  sobie spraw ... 

      - Na czym wła ciwie polega ta sytuacja w Eregnorze? - przerwałem. 

      - Eregnor to ich Alzacja i Lotaryngia - wyja nił. - Rozległy, bogaty region 

pomi dzy Kashf  i Begm . Przez wieki tyle razy przechodził z r k do r k,  e obie 

strony maj  prawne podstawy  da  go dla siebie. Nawet mieszka cy Eregnoru 

nie s  zbyt pewni, kogo wybra . Maj  rodziny po obu stronach. Nie jestem 

przekonany, czy w ogóle si  przejmuj , który kraj ich wchłonie... byle tylko nie 

wzrosły podatki. Wydaje mi si ,  e  dania Begmy maj  troch  mocniejsze 

podstawy, ale mógłbym reprezentowa  obie strony. 

      - Teraz rz dzi tam Kashf  i Arkans twierdzi,  e nigdy w  yciu nie odda 

Eregnoru? 

      - Tak jest. To samo mówiła Jasra. Ale poprzedni władca... miał na imi  Jaston 

i był wojskowym... skłaniał si  ku negocjacjom. Niestety, do  nieszcz liwie 

wypadł z balkonu. My l ,  e chciał poprawi  stan skarbca i rozwa ał oddanie 

regionu w zamian za wypłacenie jakich  dawnych odszkodowa  wojennych. 

Rozmowy były ju  do  zaawansowane. 

      - I...? 

      - W dokumentach, które przysłał mi Random, Am-ber uznaje Kashf  w 

granicach obejmuj cych Eregnor. Arkans nalegał, by znalazło si  to w traktacie. 

Zwykle... s dz c po aktach, które udało mi si  znale  w archiwach... Amber 

unika mieszania si  w takie spory mi dzy swoimi sojusznikami. Ale Random 

wyra nie si  spieszy i pozwala dyktowa  sobie warunki. 

      - Przesadza - stwierdziłem. - Chocia  trudno go wini . Zbyt dobrze pami ta 

Branda. Bili przytakn ł. 

      - Ja tylko dla niego pracuj  - mrukn ł. - Wol  nie wyra a  własnych opinii. 

      - Czy co  jeszcze powinienem wiedzie  o Arkansie? 

      - Och, istnieje wiele powodów, dla których nie podoba si  Begmie, ale ten jest 

najwa niejszy. A ju  s dzili,  e dokonuje si  pewien post p w sporze, od pokole  

b d cym rozrywk  obu narodów. Oni nawet prowadzili wojny o Eregnor. Z 

pewno ci  dlatego przybyli tu w takim po piechu. Zachowuj si  odpowiednio. 

      Napił si  wina. 

      W chwil  pó niej Vialle powiedziała co  do Llewelli, wstała i oznajmiła,  e 

musi dopilnowa  pewnej sprawy i  e wkrótce wróci. Llewella tak e zacz ła si  

podnosi , ale Vialle powstrzymała j , szepn ła co  do ucha i odeszła. 

      - Ciekawe, o co chodzi ? - mrukn ł Bili. 

      - Nie wiem - odpowiedziałem. U miechn ł si . 

      - B dziemy zgadywa ? 

      - Mój umysł pracuje na autopilocie - uprzedziłem. 

      Nayda spojrzała na mnie z uwag . Wzruszyłem ramionami. 

      Min ło jeszcze kilka minut, sprz tni to nakrycia i wniesiono kolejne potrawy. 

Czymkolwiek były, wygl dały apetycznie. Nim zd yłem zbada , jak smakuj , 

która  z dam dworu weszła na sal  i zbli yła si  do mnie. 

background image

 

84 

      - Lordzie Merlinie - powiedziała. - Królowa chce ci  widzie . Poderwałem si  

natychmiast. 

      - Gdzie jest? 

      - Zaprowadz  ci  do niej. 

      Przeprosiłem s siadów przy stole. Zacytowałem Vialle mówi c,  e wkrótce 

wróc . Nie miałem poj cia, czy rzeczywi cie tak b dzie. Dama dworu wskazała mi 

drog  na zewn trz, do niewielkiego saloniku za zakr tem korytarza. Tu zostawiła 

mnie sam na sam z Vialle, siedz c  w niewygodnym z wygl du fotelu o wysokim 

oparciu, z ciemnego drewna i skóry ł czonych kutymi  wiekami. 

      Gdyby potrzebowała mi ni, wezwałaby Gerarda. Gdyby umysłu pełnego 

wiedzy historycznej i politycznych intryg, na moim miejscu stałaby Llewella. 

Domy liłem si  wi c,  e chodzi o magi , poniewa  w tej dziedzinie ja byłem 

dy urnym ekspertem. 

      Myliłem si  jednak. 

      - Chc  z tob  porozmawia  - zacz ła - na temat tej drobnej wojny, do której 

mamy wła nie przyst pi .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

85 

Rozdział 8

 

 

Po miłym spacerze z pi kn  dam , po serii interesuj cych rozmów w 

korytarzu, po spokojnej kolacji z rodzin  i przyjaciółmi, wydawało si  niemal 

wła ciwe, by kolejne zdarzenie było zupełnie innej natury. W ka dym razie 

niewielka wojna jest chyba lepsza od wielkiej, pomy lałem, chocia  wolałem nie 

mówi  tego gło no. Po chwili gł bokiego namysłu sformułowałem pytanie. 

      - Co si  dzieje? 

      - Ludzie Dalta okopali si  niedaleko zachodniej granicy Ardenu - wyja niła. - 

Oddziały Juliana blokuj  im drog . Benedykt wzi ł reszt  ludzi Juliana i bro . 

Twierdzi,  e mo e wykona  manewr oskrzydlaj cy i rozbi  przeciwnika. Ale nie 

pozwoliłam mu. 

      - Nie rozumiem. Dlaczego? 

      - Zgin  ludzie. 

      - Tak zwykle bywa na wojnie. Czasem nie ma wyboru. 

      - Ale my mamy wybór... w pewnym sensie - odparła. - To co , czego nie 

rozumiem. A chc  zrozumie , zanim wydam rozkaz, w wyniku którego wielu ludzi 

straci  ycie. 

      - Jaki jest ten wybór? - spytałem. 

      - Przyszłam tutaj, by odpowiedzie  Julianowi na wezwanie przez Atut. Przed 

chwil  pod biał  flag  rozmawiał z Daltem. Dalt twierdzi,  e jego celem nie jest, 

przynajmniej w tej chwili, zniszczenie Amberu. Zauwa ył te ,  e mógłby 

poprowadzi  kosztowny szturm, kosztowny w sensie naszych ludzi i sprz tu. 

Twierdzi,  e woli raczej zaoszcz dzi  strat nam i sobie. Tak naprawd  chce, 

eby my przekazali mu dwóch wi niów: Luke'a i Jasr . 

      - Co? - zdziwiłem si . - Gdyby my nawet chcieli, nie mo emy odda  mu 

Luke'a. Nie ma go tutaj. 

      - To wła nie powiedział mu Julian. Dalt był zaskoczony. Z jakich  powodów 

wierzył,  e trzymamy Luke'a w niewoli. 

      - Nie mamy obowi zku go informowa . Jak rozumiem, od lat ju  wchodzi 

nam w drog . Uwa am,  e Benedykt ma dla niego wła ciw  odpowied . 

      - Nie prosiłam ci  o rad  - przypomniała. 

      - Przepraszam. Ale nie lubi  patrze , jak kto  próbuje nam wyci  taki numer 

i my li,  e mo e wygra . 

      - Nie mo e wygra  - o wiadczyła Vialle. - Ale je li zabijemy go teraz, nie 

dowiemy si  ju  niczego. Wolałabym si  przekona , o co w tym wszystkim chodzi. 

      - Niech Benedykt go przyprowadzi. Znam zakl cia, które zmusz  go do 

mówienia. Pokr ciła głow . 

      - Zbyt ryzykowne. Kiedy zaczn  lata  kule, która  mo e go trafi . A wtedy, 

mimo zwyci stwa, odniesiemy pora k . 

      - Nie bardzo rozumiem, czego ode mnie oczekujesz. 

      - Dalt prosił Juliana,  eby skontaktował si  z nami i przekazał jego  dania. 

Obiecał dotrzyma  zawieszenia broni, póki nie uzyska oficjalnej odpowiedzi. 

Julian odniósł wra enie,  e Daltowi wystarczy tylko jedno z tych dwojga. 

      - Nie mam ochoty oddawa  mu Jasry. 

      - Ja te  nie. Ale mam wielk  ochot  dowiedzie  si , o co chodzi. Nie ma sensu 

background image

 

86 

uwalnia  Jasry i pyta  j  o to, poniewa  idzie o niedawne wydarzenia. Chc  

wiedzie , czy mo esz skontaktowa  si  z Rinaldem. Musz  z nim porozmawia . 

      - No wi c hm... tak - przyznałem. - Mam jego Atut. 

      - U yj go. 

      Wyj łem kart . Spojrzałem. Przeniosłem umysł w ten szczególny region 

czujno ci i wezwania. Obraz zmienił si , o ył... 

      Trwał zmierzch, a Luke stał obok ogniska. Miał na sobie zielony strój, a na 

ramionach jasnobr zowy płaszcz spi ty broszk  z feniksem. 

      - Merle - powiedział. - Mog  przerzuci  oddział wła ciwie zaraz. Kiedy chcesz 

zaatakowa ... 

      - Zaczekaj z tym - przerwałem. - Chodzi o co  innego. 

      - Co? 

      - Dalt stoi u bram, a Vialle chce z tob  porozmawia , zanim go rozniesiemy. 

      - Dalt? Tam? W Amberze? 

      - Tak, tak i tak. Twierdzi,  e pójdzie si  bawi  gdzie indziej, je li podarujemy 

mu dwie rzeczy, których pragnie najbardziej na  wiecie: ciebie i twoj  matk . 

      - To bez sensu. 

      - Owszem. Te  tak s dzimy. Czy porozmawiasz o tym z królow ? 

      - Jasne. Przerzu ... - Zawahał si  i spojrzał mi w oczy. 

      Odpowiedziałem u miechem. 

      Wyci gn ł r k . Chwyciłem j . I nagle stan ł obok mnie. Rozejrzał si , 

dostrzegł Vialle i bez namysłu odpi ł miecz. Wr czył mi go. Podszedł do niej, 

przykl kn ł na prawe kolano i schylił głow . 

      - Wasza wysoko  - powiedział. - Przybyłem. Dotkn ła go. 

      - Unie  głow  - poprosiła. 

      Przesun ła czułymi palcami po płaszczyznach i łukach jego twarzy. 

      - Siła... - powiedziała. - I zgryzota. Wi c ty jeste  Rinaldo. Sprawiłe  nam 

wiele smutku. 

      - I odwrotnie, wasza wysoko . 

      - Tak, oczywi cie - westchn ła. - Krzywdy uczynione i krzywdy pomszczone 

sprowadzaj  nieszcz cia na niewinnych. Jak daleko posunie si  to tym razem? 

      - Ta sprawa z Daltem? - zapytał. 

      - Nie. Ta sprawa z tob . 

      - Aha. Jest sko czona. Poza mn . Nie b dzie wi cej bomb ani pułapek. 

Powiedziałem ju  o tym Merlinowi. 

      - Znasz go od lat? 

      - Tak. 

      - Zaprzyja nili cie si ? 

      - Jest jednym z powodów, dla których odwołałem wendet . 

      - Musisz mu ufa , skoro tu przybyłe . Szanuj  to - oznajmiła. - We  go. 

      Ze wskazuj cego palca zdj ła pier cie . Obr czka była złota, a kamie  

mlecznozielony. Nitki oprawy przywodziły na my l paj ka, który przed  wiatem 

dnia strze e skarbca krainy snów. 

      - Wasza wysoko ... 

      - No  go - powiedziała. 

      - B d  - zapewnił, wsuwaj c pier cie  na mały palec lewej r ki. - Dzi ki ci. 

background image

 

87 

      - Powsta . Chc ,  eby  dokładnie wiedział, co zaszło. 

      Podniósł si , a ona zacz ła mu opowiada  to, co mnie przed chwil : o 

przybyciu Dalta, rozmieszczeniu jego sił, jego  daniach. A ja stałem oszołomiony 

implikacjami jej czynu. Wła nie wzi ła Luke'a pod swoj  opiek . 

      Wszyscy w Amberze znali ten pier cie . Zastanawiałem si , co powie 

Random. I wtedy zrozumiałem,  e nie b dzie  adnego przesłuchania. Biedny Bill. 

Naprawd  miał ochot  broni  Luke'a. 

      - Tak, znam Dalta - mówił Luke. - Kiedy  ł czyły nas... wspólne cele. Ale 

zmienił si . Kiedy widzieli my si  ostatnim razem, próbował mnie zabi . Z 

pocz tku my lałem,  e zapanował nad nim czarnoksi nik z Twierdzy. 

      - A teraz? 

      - Teraz po prostu nie wiem. Mam wra enie,  e kto  trzyma go na smyczy, ale 

nie mam poj cia kto. 

      - Dlaczego nie czarnoksi nik? 

      - Po co miałby u ywa  takich sposobów, kiedy miał mnie w niewoli i wypu cił 

par  dni temu? Mógł po prostu zostawi  mnie w celi. 

      - To prawda - przyznała. - Jak ma na imi  ten mag? 

      - Maska. Merlin wie o nim wi cej ode mnie. 

      - Merlinie - zwróciła si  do mnie. - Kim jest ten Maska? 

      - To czarownik, który odebrał Jasrze Twierdz  Czterech  wiatów - 

wyja niłem. - Ona z kolei odebrała j  Sharu Garrulowi, który obecnie tak e słu y 

za wieszak. Maska nosi bł kitn  mask  i wydaje si ,  e czerpie energi  z 

niezwykłej Fontanny w cytadeli. I chyba nie bardzo mnie lubi. To mniej wi cej 

wszystko, co mog  o nim powiedzie . 

      Wolałem nie wspomina  o swym planie wyruszenia tam wkrótce - z powodu 

zamieszania w t  spraw  Jurta - i stoczenia decyduj cej walki. Z tych samych 

przyczyn nie chciałem, by dowiedział si  o tym Random. Byłem pewien,  e Luke 

zrzucił na mnie odpowied , poniewa  nie wiedział, jak daleko mo e si  posun . 

      - To niewiele wyja nia - stwierdziła. - W kwestii zamiarów Dalta. 

      - Mo e nie by   adnego zwi zku - zauwa yłem. - Jak rozumiem, Dalt jest 

najemnikiem i ich współpraca mogła by  tylko chwilowa. Teraz wynaj ł go mo e 

kto  inny albo załatwia własne sprawy. 

      - Nie bardzo rozumiem, dlaczego jeste my mu tak potrzebni,  e próbuje 

takich drastycznych metod - wtr cił Luke. - Ale mam z nim rachunki do 

wyrównania i ch tnie poł cz  interesy z przyjemno ci . 

      - Co masz na my li? - zapytała. 

      - Przypuszczam,  e jest jaki  sposób, bym dostał si  tam mo liwie szybko - 

odparł. 

      - Zawsze mo na ci  przeatutowa  do Juliana - wtr ciłem. - Ale co zamierzasz 

zrobi , Luke? 

      - Chc  porozmawia  z Daltem. 

      - To zbyt niebezpieczne - zauwa yła Vialle. - Poniewa  on wła nie ciebie chce 

dosta . Luke wyszczerzył z by. 

      - Dla Dalta to te  mo e by  niebezpieczne - odparł. 

      - Zaczekaj - przerwałem mu. - Je li planujesz co  wi cej ni  rozmow , mo esz 

zerwa  zawieszenie broni. Vialle próbuje unikn  bitwy. 

background image

 

88 

      - Nie b dzie  adnej bitwy. Znam Dalta od dziecka i uwa am,  e blefuje. 

Czasami to robi. Nie dysponuje tak  sił , by jeszcze raz zaryzykowa  szturm na 

Amber. Wasi ludzie wybiliby jego oddział do nogi. Je li chce dosta  mam  i mnie, 

powinien mi wytłumaczy  dlaczego. A tego przecie  chcemy si  dowiedzie . 

      - No tak - przyznałem. - Ale... 

      - Pozwólcie mi - zwrócił si  do Vialle. - A znajd  sposób,  eby go st d usun . 

Obiecuj . 

      - Kusisz mnie - powiedziała. - Ale nie podoba mi si  to, co mówisz o 

wyrównywaniu rachunków. Jak stwierdził Merlin, chc  unikn  bitwy... z wielu 

powodów. 

      - Obiecuj ,  e nie dopuszcz , by sprawy zaszły tak daleko. Potrafi  wyczu  

koniunktur . Mam intuicj . Mog  zrezygnowa  z prowizji. 

      - Merlinie...? 

      - To prawda - przyznałem. - Jest najlepszym specem od marketingu na całym 

południowym zachodzie. 

      - Obawiam si ,  e nie rozumiem tego poj cia. 

      - To bardzo wyspecjalizowana sztuka na Cieniu-Ziemi, gdzie obaj 

mieszkali my. Szczerze mówi c, u ywa jej wła nie wobec ciebie. 

      - S dzisz,  e zdoła dokona  tego, o czym mówi? 

      - Uwa am,  e doskonale sobie radzi w zdobywaniu tego, na czym mu zale y. 

      W samej rzeczy - wtr cił Luke. - A poniewa  wszystkim nam zale y na tym 

samym, przyszło  rysuje si  ró owo. 

      - Rozumiem, co miałe  na my li - rzekła. - Jakie niebezpiecze stwo mo e ci 

zagrozi , Rinaldo? 

      - B d  tak samo bezpieczny jak tutaj, w Amberze - zapewnił. 

      - Dobrze. - U miechn ł si . - Porozmawiam z Julianem. Mo esz uda  si  do 

niego i sprawdzi , czego zdołasz si  dowiedzie  od Dalta. 

      - Chwileczk  - wtr ciłem. - Padał  nieg i dmucha do  paskudny wicher. Luke 

przybył z bardziej umiarkowanego klimatu, a ten jego płaszcz wygl da do  

przewiewnie. Znajd  mu cieplejszy. Mam jeden gruby i ci ki, je li tylko b dzie 

na niego pasował. 

      - Przynie  go - powiedziała. 

      - Zaraz wracamy. 

      Zacisn ła wargi, ale skin ła głow . 

      Oddałem Luke'owi miecz. Przypi ł go. Wiedziałem,  e Vialle wie,  e chc  z 

nim chwil  porozmawia  na osobno ci. A ona była z pewno ci   wiadoma tej 

mojej wiedzy. I oboje wiedzieli my,  e mi ufa - co rozja nia mroki mej 

egzystencji, ale te  mocno j  komplikuje. 

      Po drodze do moich komnat zamierzałem poinformowa  Luke'a o kilku 

sprawach, w ród nich o bliskiej koronacji w Kashfie. Czekałem jednak, a  

oddalimy si  od saloniku, jako  e Vialle ma niezwykle czuły słuch. To jednak dało 

Luke'owi przewag  i zacz ł pierwszy. 

      - Dziwna sytuacja - stwierdził. - Polubiłem j , ale mam uczucie, jakby nie 

mówiła wszystkiego. 

      - Prawdopodobnie słuszne - przyznałem. - Chyba wszyscy tacy jeste my. 

      - Ty te ? 

background image

 

89 

      - Ostatnio tak. Tak si  porobiło. 

      - Czy wiesz o tej sprawie co , o czym powiniene  mnie uprzedzi ? Pokr ciłem 

głow . 

      - Wszystko zdarzyło si  całkiem niedawno. Vialle przekazała ci wszystko, o 

czym sam wiem. A mo e ty masz przypadkiem jakie  informacje, których nie 

znam? 

      -  adnych. Dla mnie to te  niespodzianka. Ale musz  j  zbada . 

      - Chyba tak. 

      Zbli ali my si  do ko cowego odcinka korytarza i uznałem,  e powinienem go 

ostrzec. 

      - Za chwil  b dziemy u mnie - powiedziałem. - Chc ,  eby  wiedział,  e jest 

tam twoja matka. Jest bezpieczna, ale niezbyt rozmowna. 

      - Znam działanie tego zakl cia - odparł. - Twierdziłe , jak pami tam,  e 

potrafisz go usun . Zatem... Dochodzimy do nast pnego tematu. Ta przerwa 

opó nia realizacj  ataku na Mask  i twojego brata. 

      - Nie tak bardzo - stwierdziłem. 

      - Nie wiemy przecie , ile czasu mi to zajmie - mówił dalej. - Przypu my,  e 

sporo. Albo przypu my,  e przydarzy mi si  co , co naprawd  nas zatrzyma. 

      Spojrzałem na niego badawczo. 

      - Na przykład co? - zapytałem. 

      - Sam nie wiem. Zgaduj  tylko. W porz dku? Wol  si  przygotowa  na 

wszelkie okoliczno ci. Wi c je eli b dzie trzeba odło y  atak... 

      - No dobrze. Powiedz to - rzuciłem, kiedy podeszli my do moich drzwi. 

      - Zmierzam do tego - kontynuował - co si  stanie, je li dotrzemy tam za 

pó no? Powiedzmy,  e przybywamy, a twój brat zd ył zako czy  rytuał, który 

zmienił go w piekło na wrotkach? 

      Otworzyłem drzwi i przepu ciłem go przodem. Wolałem nie rozwa a  

mo liwo ci, któr  wła nie opisał. Pami tałem opowie ci ojca o spotkaniach z 

Brandem i starciach z t  niesamowit  moc . 

      Luke przest pił próg. Pstrykn łem palcami i o yło kilka lamp naftowych. 

Płomyki ta czyły przez moment, zanim ustabilizowały swój blask. 

      Jasra stała na samym  rodku, trzymaj c na wyci gni tych ramionach moje 

płaszcze. Przez chwil  byłem niespokojny, jak Luke na to zareaguje. 

      Stan ł, przyjrzał si  jej i podszedł, zapominaj c na chwil  o kłopotach z 

Jurtem. Studiował j  przez jakie  dziesi  sekund i stwierdziłem,  e zaczynam 

czu  si  nieswojo. Wreszcie zachichotał. 

      - Zawsze chciała by  ozdob  - stwierdził. - Ale poł czenie tego z u yteczno ci  

zwykle przekraczało jej mo liwo ci. Maska tego dokonał, cho  ona pewnie nie 

zrozumie morału tej historii. 

      Odwrócił si  do mnie. 

      - Nie. Zapewne przebudzi si  w ciekła jak osa na haju i b dzie szuka  guza - 

westchn ł. I dodał: - Chyba nie trzyma tego płaszcza, o którym wspomniałe . 

      - Zaraz ci dam. 

      Otworzyłem szaf  i wybrałem ciemne, futrzane okrycie. Luke pogładził je 

palcami. 

      - Manticora? - zapytał. 

background image

 

90 

      - Wilk olbrzymi. 

      Zawiesiłem w szafie jego płaszcz i zamkn łem drzwi. Tymczasem on wło ył 

mój. 

      - Po drodze mówili my, co si  stanie, je li nie wróc  - przypomniał. 

      - Tego nie powiedziałe  - sprostowałem. 

      - Mo e nie tymi słowami - przyznał. - Ale co za ró nica, czy w gr  wchodzi 

drobne czy powa ne opó nienie? Rzecz w tym, co robi , je li Jurt zako czy rytuał 

i zyska t  moc, której pragnie, zanim zd ymy temu przeciwdziała . I 

przypu my,  e nie b dzie mnie wtedy w pobli u,  eby ci pomóc. 

      - Sporo tych przypuszcze  - zauwa yłem. 

      - To wła nie ró ni nas od tych, którzy przegrywaj . Ładny płaszcz. 

      Podszedł do drzwi. Obejrzał si  na mnie i na Jasr . 

      - No dobra - powiedziałem. - Przechodzisz tam, Dalt obcina ci głow  i u ywa 

jej jako piłki. Potem zjawia si  wysoki na trzy metry Jurt i pierdzi ogniem. To 

przypuszczenia. Jak nas to ró ni od tych, co przegrywaj ? 

      Wyszli my na korytarz. Pstrykn łem jeszcze palcami, pozostawiaj c Jasr  w 

mroku. 

      - To kwestia poznania własnych mo liwo ci - o wiadczył, kiedy ryglowałem 

drzwi. Ruszyli my korytarzem. 

      - Osoba, która zyskuje tego rodzaju moc, staje si  podatna na ciosy zadawane 

poprzez  ródło tej mocy - stwierdził. 

      - Co to znaczy? - spytałem. 

      - Dokładnie nie wiem - odparł. - Ale mocy w Twierdzy mo na u y  przeciwko 

osobie wspomaganej przez Twierdz . Dowiedziałem si  tego z notatek Sharu. Ale 

mama zabrała je, zanim przeczytałem do ko ca. Nie zobaczyłem ich nigdy wi cej. 

Nikomu nie ufa ... takie chyba było jej motto. 

      Za miał si  bez rado ci. 

      - Powiesz jej,  e zako czyłem wendet ,  e uzyskałem satysfakcj , a potem 

zaproponujesz cytadel  w zamian za pomoc. 

      - A je li powie,  e to za mało? 

      - Do diabła! Zamie  j  wtedy z powrotem w wieszak. Przecie  takiego faceta 

mo na normalnie zabi . Mimo tej swojej cudownej mocy ojciec zgin ł ze strzał  

w gardle.  miertelny cios pozostaje  miertelnym ciosem. Tylko zada  go jest o 

wiele trudniej. 

      - Naprawd  wierzysz,  e to wystarczy? - spytałem. Zatrzymał si  i spojrzał na 

mnie, marszcz c brwi. 

      - B dzie si  targowa , ale w ko cu zgodzi si , oczywi cie. Zemsty na Masce 

pragnie tak samo, jak odzyskania tej cz ci dawnego maj tku. Ale odpowiadaj c 

na twoje pytanie: nie ufaj jej. Niewa ne, co ci obieca. Zadowoli si  tylko 

wszystkim, co miała kiedy . B dzie dobrym sojusznikiem do zako czenia sprawy. 

Potem musisz pomy le , jak si  przed ni  broni . Chyba  e... 

      - Chyba  e co? 

      - Chyba  e zjawi  si  z prezentem, który osłodzi jej strat . 

      - Na przykład? 

      - Jeszcze nie wiem. Ale nie likwiduj tego zakl cia, dopóki nie rozstrzygnie si  

sprawa mi dzy mn  a Daltem, Zgoda? 

background image

 

91 

      Ruszył dalej. 

      - Zaczekaj! - krzykn łem za nim. - Co planujesz? 

      - Nic szczególnego. Jak mówiłem królowej, zamierzam rozegra  to na 

wyczucie. 

      - Czasami odnosz  wra enie,  e jeste  tak samo przebiegły, jak według twojej 

opinii Jasra. 

      - Mam nadziej ,  e to prawda. Ale istnieje pewna ró nica. Ja jestem uczciwy. 

      - Nie wiem, Luke, czy kupiłbym od ciebie u ywany samochód. 

      - Ka dy interes ze mn  jest wyj tkowy - o wiadczył. - A dla ciebie mam 

wszystko w najwy szym gatunku. 

      Przyjrzałem mu si . Panował nad wyrazem twarzy. 

      - Co jeszcze mog  powiedzie ? - dodał, wskazuj c r k  drzwi saloniku. 

      - Teraz nic - odparłem i weszli my. Vialle odwróciła ku nam głow . Jej twarz 

nie wyra ała niczego, tak jak Luke'a. 

      - Rozumiem,  e jeste  ju  wła ciwie odziany? - spytała. Istotnie. 

      - Zatem do rzeczy. - Podniosła r k  i zobaczyłem,  e trzyma Atut. - Podejd  

tu, prosz . 

      Luke zbli ył si , a ja za nim. Zauwa yłem,  e Atut przedstawia Juliana. 

      - Połó  mi r k  na ramieniu - poleciła. 

      - Dobrze. 

      Zrobił to, a ona si gn ła my l , odszukała Juliana i rozmawiała chwil . Po 

chwili wł czył si  Luke, tłumacz c, co zamierza zrobi . Usłyszałem zapewnienie 

Vialle,  e plan zyskał jej aprobat . 

      Po chwili Luke wyci gn ł r k . Chocia  nie byłem poł czony, zobaczyłem te  

mglist  posta  Juliana. To dlatego,  e przywołałem Logrusowy Wzrok i 

potrafiłem dostrzec takie rzeczy. Był mi potrzebny, by okre li  wła ciwy moment; 

nie chciałem, by Luke znikn ł, zanim zd

 si  ruszy . 

      Chwyciłem go za rami  i równocze nie z nim post piłem krok naprzód. 

      - Merlinie! - usłyszałem krzyk Vialle. - Co robisz? 

      - Chc  zobaczy , co si  stanie - odpowiedziałem. - 

      Gdy tylko wszystko si  sko czy, natychmiast wracam do domu. 

      Brama t czy zatrzasn ła si  za mn . 

      Stali my w migotliwym blasku lamp naftowych, po rodku du ego namiotu. Z 

zewn trz dobiegał szum wiatru i szelest gał zi. Julian czekał naprzeciw. Pu cił 

dło  Luke'a i przygl dał mu si  chłodno. 

      - Wi c to ty jeste  zabójc  Caine'a - rzekł. 

      - To ja - potwierdził Luke. 

      A ja przypomniałem sobie,  e Caine i Julian zawsze byli sobie szczególnie 

bliscy. Gdyby Julian zabił teraz Luke'a i powołał si  na prawo wendety, Random 

pokiwałby tylko głow  i przyznał mu racj . Mo e nawet by si  u miechn ł. 

Trudno powiedzie . Na miejscu Randoma usuni cie Luke'a powitałbym 

westchnieniem ulgi. Szczerze mówi c, był to jeden z powodów, dla których 

przybyłem wraz z nim. Przypu my,  e cała ta sprawa to pułapka. Nie mogłem 

sobie wyobrazi , by Vialle brała w tym udział, ale Julian i Benedykt łatwo mogli 

j  oszuka . Mo e nawet Dalta wcale tu nie było? 

      Albo przypu my,  e jest... i  e tak naprawd  za dał głowy Luke'a? Przecie  

background image

 

92 

niedawno próbował go zabi . Musiałem uwzgl dni  t  mo liwo , jak równie  to, 

e Julian byłby najlepszym kandydatem do współpracy w takiej intrydze. Dla 

dobra Amberu. 

      Julian spojrzał mi w oczy. Twarz miałem równie bez wyrazu, jak jego. 

      - Dobry wieczór, Merlinie - powiedział. - Czy masz odegra  jak  rol  w tym 

planie? 

      - Jestem obserwatorem - odparłem. - To, czy podejm  jakie  działania, zale y 

od rozwoju sytuacji. 

      Gdzie  z zewn trz usłyszałem warczenie piekielnego psa. 

      - Byleby  tylko nie wchodził w drog  - mrukn ł Julian. 

      U miechn łem si . 

      - Czarodzieje maj  swoje sposoby, by nie zwraca  uwagi. 

      Przygl dał mi si  przez chwil . Z pewno ci  si  zastanawiał, czy moje słowa 

wyra aj  jak  gro b  -  e b d  bronił Luke'a albo  e go pomszcz ... 

      Po chwili wzruszył ramionami i odwrócił si . Podszedł do małego stolika, na 

którym le ała mapa przyci ni ta kamieniem i sztyletem. Skin ł na Luke'a. Ja 

równie  spojrzałem. 

      Była to mapa zachodniej granicy Ardenu. Julian wskazał nasz  pozycj . 

Garnath le ała na południowo-południowy zachód od nas, Amber na 

południowym zachodzie. 

      - Nasi  ołnierze czekaj  tutaj - oznajmił, przesuwaj c palec po mapie. - A 

Dalta tutaj. - Wykre lił drug  lini , mniej wi cej równoległ  do pierwszej. 

      - Co z oddziałami Benedykta? - wtr ciłem. Przyjrzał mi si , ledwie 

dostrzegalnie marszcz c brwi. 

      - Dobrze, by Luke wiedział,  e takie oddziały istniej  - stwierdził. - Ale nie 

powinien zna  ich liczebno ci, pozycji ani celów. Gdyby Dalt schwytał go i 

przesłuchiwał, b dzie miał powód do niepokoju, a  adnych informacji, by na nich 

oprze  swe działania. 

      - Niezły pomysł. - Luke pokiwał głow . Julian wskazał punkt mniej wi cej w 

połowie drogi mi dzy liniami. 

      - W tym miejscu si  spotkali my, kiedy z nim rozmawiałem - wyja nił. - To 

otwarty, płaski teren, za dnia dobrze widoczny z obu stron. Proponuj  

wykorzysta  go na wasze spotkanie. 

      - Zgoda. 

      Zauwa yłem,  e Julian czubkami palców gładzi r koje  le cego przed nim 

sztyletu. A potem zobaczyłem,  e prawa dło  Luke'a niby przypadkiem, spocz ła 

na pasie, po lewej stronie, w pobli u broni. 

      Luke i Julian u miechn li si  do siebie równocze nie i ten u miech trwał o 

kilka sekund za długo. Luke był pot niejszy i wiedziałem,  e jest szybki i silny. 

Za to Julian miał za sob  setki lat do wiadczenia. Zastanawiałem si , jak 

powinienem interweniowa , gdyby który  z nich zaatakował drugiego. 

Wiedziałem bowiem,  e spróbuj  ich powstrzyma . Nagle jednak obaj opu cili 

r ce, jakby zawarli milcz c  umow . 

      - Pozwólcie,  e pocz stuj  was winem - powiedział Julian. 

      - Nie odmówi  - odparł Luke. 

      Ciekawe, czy to moja obecno  powstrzymała ich od walki. Chyba nie. 

background image

 

93 

Miałem wra enie,  e Julian chciał po prostu wyra nie okaza  swoje uczucia, a 

Luke zademonstrował,  e si  tym nie przejmuje. Naprawd  nie wiedziałem, 

którego z nich powinienem obstawia . 

      Julian postawił na stoliku trzy kubki, nalał Klejnotu Bayle'a, dał znak, 

eby my si  cz stowali, i zakorkował butelk . Potem uniósł ostatni kubek i łykn ł 

wina, zanim my zd yli my je cho by pow cha  - szybka demonstracja,  e nie 

zamierza nas otru  i chce rozmawia  o sprawach powa nych. 

      - Kiedy si  z nim spotkałem, ka dy z nas przyprowadził dwóch ludzi - 

o wiadczył. 

      - Uzbrojonych? - spytałem. Przytakn ł. 

      - Raczej na pokaz. 

      - Byli cie konno czy pieszo? - chciał wiedzie  Luke. 

      - Pieszo. Równocze nie wyszli my z naszych linii i posuwali my si  w równym 

tempie, a  do spotkania po rodku, kilkaset kroków od ka dej ze stron. 

      - Rozumiem - mrukn ł Luke. -  adnych komplikacji? 

      -  adnych. Porozmawiali my i wrócili my do siebie. 

      - Kiedy to było? 

      - Mniej wi cej o zachodzie sło ca. 

      - Czy robił wra enie człowieka psychicznie zrównowa onego? 

      - Moim zdaniem tak. Pewn  arogancj  i obra liwe uwagi pod adresem 

Amberu uznaj  za typowe dla Dalta. 

      - To zrozumiałe - zgodził si  Luke. - Wi c chce mnie, mojej matki albo 

obojga? A je li nas nie dostanie, zagroził atakiem? 

      - Tak. 

      - Czy wspomniał, po co jeste my mu potrzebni? 

      - Nie. 

      Luke napił si  wina. 

      - Okre lił, czy chce nas  ywych czy martwych? - zapytał. 

      - Tak - odparł Julian. -  ywych. 

      - I co o tym s dzisz? 

      - Je li mu ci  oddam, pozb d  si  ciebie - stwierdził. - Je li napluj  mu w g b  

i rozbij  w bitwie, pozb d  si  jego. Zyskuj  w obu przypadkach. 

      Jego wzrok padł na kubek z winem, który Luke trzymał w lewej r ce. Szeroko 

otworzył oczy. Zrozumiałem,  e dopiero teraz zauwa ył pier cie  Vialle. 

      - Wygl da na to,  e jednak b d  musiał zabi  Dalta - doko czył. 

      - Pytaj c o s dy - kontynuował Luke - miałem na my li to, czy twoim zdaniem 

Dalt naprawd  zaatakuje? Domy lasz si  mo e, sk d przybył? Jakie  sugestie, 

dok d mo e si  uda , gdy st d odejdzie? O ile odejdzie. 

      Julian zakr cił winem w kubku. 

      - Musz  przyj ,  e mówi powa nie i rzeczywi cie planuje atak. Kiedy 

odkryli my jego oddział, zbli ał si  od strony Begmy i Kashfy... zapewne z 

Eregnoru, poniewa  tam zwykle stacjonuje. Dok d chce si  uda , mo esz 

zgadywa  równie dobrze jak ja. 

      Luke szybko podniósł kubek do ust - o ułamek sekundy za pó no, by ukry  to, 

co było chyba szerokim u miechem. Nie, u wiadomiłem sobie. Luke mógł 

zgadywa  nie tylko równie dobrze jak inni. Mógł zgadywa  o wiele lepiej. Te  si  

background image

 

94 

napiłem, chocia  nie byłem pewien, jak  min  próbuj  ukry . 

      - Mo esz si  tu przespa  - o wiadczył Julian. - Je li jeste  głodny, ka  

przynie  co  do jedzenia. Spotkacie si  o  wicie. 

      Luke pokr cił głow . 

      - Teraz - powiedział, jeszcze raz dyskretnie, lecz wyra nie demonstruj c 

pier cie . - Spotkamy si  jak najpr dzej. 

      Julian przygl dał mu si  przez kilka uderze  pulsu. 

      - Nie b dziecie dobrze widoczni, zwłaszcza  e pada  nieg - zauwa ył. - Drobne 

nieporozumienie mo e doprowadzi  do ataku z jednej lub z drugiej strony. 

      - Gdyby obaj moi towarzysze nie li pochodnie... a jego tak e - zaproponował 

Luke. - Twoi i jego ludzie powinni nas widzie  z kilkuset metrów. 

      - Mo liwe - zgodził si  Julian. - Dobrze. Wy l  wiadomo  do ich obozu i 

wybior  dwóch ludzi, którzy b d  ci towarzyszy . 

      - Ju  postanowiłem, kogo chc  ze sob  zabra  - o wiadczył Luke. - Ciebie i 

Merlina. 

      - Ciekawy z ciebie człowiek - mrukn ł Julian. - Ale zgadzam si . Wol  by  na 

miejscu, kiedy zdarzy si  to, co si  zdarzy. 

      Odchylił klap  namiotu i przywołał oficera. Rozmawiał z nim kilka minut. 

      - Chyba wiesz, co robisz, Luke? - zapytałem tymczasem. 

      - Z cał  pewno ci . 

      - Mam wra enie,  e to gra nie tylko na wyczucie - zauwa yłem. - Czy s  jakie  

powody, dla których nie mo esz mi zdradzi  swojego planu? 

      Przygl dał mi si  przez moment. 

      - Dopiero niedawno zrozumiałem,  e tak e jestem synem Amberu - rzekł. - 

Poznali my si  i przekonali my,  e nazbyt jeste my do siebie podobni. W 

porz dku. To dobrze. To znaczy,  e mo emy si  dogada . Prawda? 

      Pozwoliłem sobie na zmarszczenie brwi. Nie wiedziałem, co próbuje mi 

przekaza . 

      Lekko u cisn ł mnie za rami . 

      - Nie martw si  - powiedział. - Mo esz mi zaufa . Zreszt  w tej chwili nie masz 

wielkiego wyboru. Ale pó niej mo e si  to zmieni . Chc , by  wtedy pami tał,  e 

cokolwiek si  stanie, nie wolno ci si  wtr ca . 

      - A my lisz,  e co  si  stanie? 

      - Czas i okoliczno ci nie pozwalaj  na snucie domysłów. Dajmy temu spokój. 

Pami taj tylko o wszystkim, co powiedziałem tego wieczoru. 

      - Jak zauwa yłe , chwilowo nie mam wielkiego wyboru. 

      - Prosz ,  eby  pami tał o tym pó niej - rzucił jeszcze, gdy Julian opu cił 

klap  i odwrócił si  do nas. 

      - Trzymam ci  za słowo w sprawie tego jedzenia! - zawołał do niego Luke. - A 

ty, Merle? Jeste  głodny? 

      - Wielkie nieba, nie!- wykrzykn łem. - Wła nie wyszedłem z oficjalnego 

przyj cia. 

      - Tak? - rzucił niemal zbyt oboj tnie. - Z jakiej okazji? 

      Roze miałem si . Za du o tego jak na jeden dzie . Ju  chciałem odpowiedzie , 

e czas i okoliczno ci nie pozwalaj  na wyja nienia, lecz Julian znowu wyjrzał za 

klap  i wołał ordynansa. Miałem ochot  rzuci  par  podkr conych piłek na 

background image

 

95 

odsłoni ty kort Luke'a i sprawdzi , jaki wywołaj  efekt. 

      - No wiesz, na cze  premiera Begmy, Orkuza, i paru jego urz dników - 

rzuciłem. 

      Czekał, gdy ja udawałem,  e wolno popijam wino. Wreszcie opu ciłem kubek. 

      - To wszystko - powiedziałem. 

      - Daj spokój, Merlinie. O co chodziło? Ostatnio byłem z tob  stosunkowo 

szczery. 

      - Tak? 

      Przez chwil  nie wierzyłem,  e uzna to za zabawne. Lecz w ko cu i on si  

roze miał. 

      - Czasami młyny bogów miel  tak szybko,  e przysypuje nas m ka - 

stwierdził. - Mo e powiedziałby  mi to za darmo? W tej chwili nie mam niczego 

drobnego na wymian . Czego on chciał? 

      - B dziesz pami tał,  e do jutra to informacja poufna? 

      - Dobrze. Co si  stanie jutro? 

      - Arkans, diuk Shadburne, zostanie koronowany w Kashfie. 

      - Niech to szlag! - zakl ł Luke. Spojrzał na Juliana, potem znów na mnie. - To 

piekielnie m dry wybór ze strony Randoma - przyznał po chwili. - Nie s dziłem, 

e tak pr dko si  wł czy. 

      Przez kilkana cie sekund wpatrywał si  w przestrze . 

      - Dzi kuj  - powiedział w ko cu. 

      - To pomaga czy przeszkadza? - spytałem. 

      - Mnie czy Kashfie? 

      - Nie rozpatruj  tego tak szczegółowo. 

      - I dobrze, bo sam nie wiem, jak to przyj . Musz  troch  pomy le . Przyjrze  

si  z dystansu. Patrzyłem na niego. U miechn ł si . 

      - To naprawd  ciekawe - o wiadczył. - Masz co  jeszcze? 

      - To wystarczy - odparłem. 

      - Tak, chyba masz racj  - zgodził si . - Nie chc  przeci a  systemu. Nie 

s dzisz,  e utracili my kontakt ze zwyczajnymi problemami? 

      - Nie, póki si  znamy. 

      Julian opu cił klap , wrócił do nas i podniósł swój kubek. 

      - Za chwil  przynios  posiłek - oznajmił. 

      - Dzi ki. 

      - Benedykt twierdzi,  e mówiłe  Randomowi, jakoby Dalt był synem Oberona. 

      - Istotnie - przyznał Luke. - W dodatku przeszedł Wzorzec. Czy to jaka  

ró nica? Julian wzruszył ramionami. 

      - Nie pierwszy raz chc  zabi  krewniaka - stwierdził. - Przy okazji, jeste  

chyba moim bratankiem? 

      - Istotnie... wuju. 

      Julian raz jeszcze zamieszał płynem w kubku. 

      - No có ... witaj w Amberze - powiedział. - Ostatniej nocy słyszałem banshee. 

Zastanawiam si , czy ma to jaki  zwi zek. 

      - Zmiana - wyja nił Luke. - Wszystko si  zmienia i płacz  po tym, co zostanie 

utracone. 

      -  mier . Przepowiadaj   mier , prawda? 

background image

 

96 

      - Nie zawsze. Czasem ukazuj  si  w momentach zwrotnych, dla 

dramatycznego efektu. 

      - Szkoda - mrukn ł Julian. - Ale zawsze mo na mie  nadziej . 

      Zdawało mi si ,  e Luke chce co  odpowiedzie , ale Julian odezwał si  

pierwszy. 

      - Dobrze znałe  swojego ojca? - zapytał. Luke zesztywniał lekko. 

      - Mo e nie tak dobrze jak inni. Sam nie wiem. Był jak handlowiec. Stale 

pojawiał si  i odje d ał. Zwykle nie zostawał z nami na długo. 

      Julian pokiwał głow . 

      - A jaki był przed  mierci ? - spytał. Luke przygl dał si  swoim dłoniom. 

      - No có , nie był całkiem normalny, je li o to ci chodzi - przyznał po chwili. - 

Wspomniałem ju  o tym Merlinowi: moim zdaniem proces, który miał obdarzy  

go moc , wpłyn ł te  na równowag  umysłu. 

      - Nigdy o tym nie słyszałem. Luke wzruszył ramionami. 

      - Szczegóły nie s  takie wa ne... licz  si  efekty. 

      - Wi c mówisz,  e przedtem nie był złym ojcem? 

      - Nie wiem, do licha. Nie miałem innego,  eby ich porówna . Czemu pytasz? 

      - Z ciekawo ci. To cz  jego  ycia, której zupełnie nie znałem. 

      - A jakim był bratem? 

      - Nie  yli my ze sob  zbyt dobrze - rzekł Julian. - Dlatego starali my si  nie 

wchodzi  sobie w drog . Ale był sprytny. I utalentowany. Miał smykałk  do 

sztuki. Próbowałem ustali , co mogłe  po nim odziedziczy . 

      Luke rozło ył r ce. 

      - Nie mam poj cia. 

      - Zreszt  to niewa ne. - Julian odstawił kubek i spojrzał w stron  wyj cia z 

namiotu. - Powinni ju  przynie  ci jedzenie. 

      Ruszył w tamt  stron . Słyszałem b bni ce o brezentowy dach male kie 

kryształki lodu i warkni cia na dworze: koncert na wiatr i piekielnego psa. 

Przynajmniej  adnych banshee. Na razie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

97 

Rozdział 9

 

 

Szedłem o krok za Lukiem, kilka metrów z lewej strony, utrzymuj c równe 

tempo z maszeruj cym po prawej Julianem. Pochodnia, któr  niosłem, była 

wielka - prawie dwa metry smolistego drewna, zaostrzonego na ko cu dla 

łatwiejszego wbicia w ziemi . Trzymałem j  w wyci gni tej r ce, gdy  oleiste 

płomienie kołysały si  i strzelały na wszystkie strony, zgodnie z kapry nymi 

podmuchami wiatru. Ostre, lodowate płatki padały mi na policzki, czoło, dłonie; 

niektóre czepiały si  brwi i rz s. Mrugałem gwałtownie, gdy  ar pochodni 

roztapiał je i woda  ciekała mi do oczu. Sucha trawa pod nogami chrz ciła i 

kruszyła si  przy ka dym kroku. Wprost przed sob  widziałem zbli aj ce si  

wolno dwie inne pochodnie i niewyra n  posta  id cego mi dzy nimi człowieka. 

Zamrugałem czekaj c, a  płomie  jednej czy drugiej z nich pozwoli mi lepiej si  

przyjrze . Raz tylko miałem do tego okazj , bardzo krótko, przez Atut. Jeszcze w 

Arbor House. W blasku ognia jego włosy wydawały si  złociste, nawet miedziane; 

pami tałem jednak,  e w  wietle dziennym były popielatoblond. Oczy, 

przypomniałem sobie, miał zielone, cho  teraz nie mogłem tego dostrzec. Po raz 

pierwszy jednak zobaczyłem,  e jest wysoki... albo wybrał sobie bardzo niskich 

towarzyszy. Wtedy był sam i nie miałem go z kim porówna . Kiedy si gn ł do 

niego blask naszych pochodni, dostrzegłem,  e ma na sobie ci k , zielon  kurt  

bez r kawów i kołnierza, a pod spodem co  czarnego i te  ci kiego, z r kawami 

wsuni tymi w zielone r kawice. Spodnie były czarne, podobnie jak wysokie buty; 

płaszcz czarny, obszyty szmaragdow  zieleni , która odbijała  wiatło, kołysz c si  

w zmiennych, oleistych pejza ach  ółci i czerwieni. Na ła cuchu na szyi nosił 

ci ki, okr gły medalion, chyba złoty. I chocia  nie mogłem rozró ni  szczegółów, 

byłem pewien,  e przedstawia Lwa rozrywaj cego Jednoro ca. Stan ł o dziesi  - 

dwana cie kroków przed Lukiem, który zatrzymał si  o sekund  po nim. Dalt 

machn ł r k  i jego ludzie wbili w ziemi  ko ce pochodni. Julian i ja zrobili my 

to samo i stan li my obok, jak tamci. Wtedy Dalt skin ł Luke'owi głow  i obaj 

ruszyli do przodu. Spotkali si  po rodku utworzonego przez płomienie kwadratu. 

Chwycili si  za prawe przedramiona, spojrzeli sobie w oczy. Luke stał tyłem do 

mnie, ale widziałem twarz Dalta. Nie zdradzała  adnych emocji, ale wargi ju  si  

poruszały. Nie słyszałem ani słowa - z powodu wiatru i tego,  e umy lnie mówili 

cicho. Przynajmniej mogłem w ko cu oceni  wzrost Dalta. Luke miał jakie  metr 

osiemdziesi t pi , a Dalt był od niego wy szy o pi , mo e dziesi  centymetrów. 

Zerkn łem na Juliana, ale nie patrzył w moj  stron . Zastanawiałem si , ile par 

oczu obserwuje nas w tej chwili z obu stron. 

      Julian nigdy nie był osob  odpowiedni  dla sprawdzania reakcji 

emocjonalnych. Po prostu przygl dał si  rozmawiaj cym, oboj tnie i 

nieruchomo. Przyj łem t  sam  postaw . Mijały minuty. Padał  nieg. 

      Po długiej chwili Luke odwrócił si  i ruszył ku nam. 

      Dalt zbli ył si  do jednego ze swoich ludzi. Luke zatrzymał si  mi dzy nami, a 

Julian i ja podeszli my do niego. 

      - Co si  dzieje? - spytałem. 

      - Znalazłem chyba sposób rozwi zania tej sprawy bez wojny. 

      -  wietnie. Co mu sprzedałe ? 

background image

 

98 

      - Pomysł,  eby stoczył ze mn  pojedynek, który zdecyduje, co b dzie dalej. 

      - Rany boskie, Luke! - zawołałem. - Ten facet to zawodowiec. I z pewno ci  

odziedziczył nasz daj cy sił  pakiet genów. Od lat  yje na polu walki. Jest w 

formie, jest ci szy od ciebie i ma wi kszy zasi g r k. 

      Luke wyszczerzył z by. 

      - Mo e b d  miał szcz cie - odpowiedział. Spojrzał na Juliana. - Je li 

przeka esz ludziom wiadomo ,  eby nie atakowali, kiedy zaczniemy, tamta 

strona te  si  nie ruszy. 

      Julian popatrzył na jednego z towarzyszy Dalta, który zawrócił wła nie do 

obozowiska. Potem odwrócił si  i wykonał kilka gestów. Po chwili z ukrycia 

wynurzył si  jaki  człowiek i pobiegł w nasz  stron . 

      - Luke - przekonywałem. - To szale stwo. Jest tylko jeden sposób,  eby  

wygrał: wzi  Benedykta na sekundanta, a potem złama  nog . 

      - Merle, daj spokój. To sprawa mi dzy Daltem a mn . Zgoda? 

      - Mam par   wie ych zakl  - powiedziałem. - Poczekam, a  zaczniecie, i w 

odpowiedniej chwili uderz . B dzie wygl dało, jakby  ty go pokonał. 

      - Nie - rzekł. - To naprawd  sprawa honorowa. Nie wolno ci si  wtr ca . 

      - No dobrze. Je li tego sobie  yczysz. 

      - Poza tym, nikt nie zginie - dodał. -  aden z nas w tej chwili tego nie pragnie. 

To cz  umowy.  ywi zbyt jeste my dla siebie cenni.  adnej broni. Czysta 

walka, mano a mano. 

      A na czym wła ciwie polega ta umowa? - zapytał Julian. 

      - Je li Dalt spierze mi tyłek, b d  jego wi niem. Wycofa swoje siły, a ja b d  

mu towarzyszył. 

      - Zwariowałe , Luke! - krzykn łem. Julian spojrzał na mnie gniewnie. 

      - Mów dalej - poprosił. 

      - Je li wygram, on b dzie moim je cem. Wróci ze mn  do Amberu czy 

gdziekolwiek zechc  go zabra , a oficerowie ewakuuj  wojsko. 

      - Jedyn  gwarancj  tej ewakuacji - zauwa ył Julian - jest ich przekonanie,  e 

b d  zgubieni, je li tego nie zrobi . 

      - Oczywi cie - zgodził si  Luke. - Dlatego mu powiedziałem,  e Benedykt czeka 

na obu skrzydłach,  eby go zmia d y . Jestem pewien,  e tylko dlatego zgodził si  

na pojedynek. 

      - Bardzo sprytnie - pochwalił Julian. - Niezale nie od wyniku, Amber 

wygrywa. A co próbujesz zyska  dla siebie, Rinaldo? 

      Luke u miechn ł si . 

      - Pomy l. 

      - Jest w tobie wi cej, ni  mi si  wydawało, bratanku - przyznał Julian. - Sta  

po mojej prawej stronie, dobrze? 

      - Po co? 

      -  eby mnie zasłoni , oczywi cie. Musz  zawiadomi  Benedykta, co si  dzieje. 

      Luke przesun ł si , a Julian wyj ł swoje Atuty i wyszukał wła ciwy. 

Tymczasem dotarł goniec z naszego obozu; czekał na rozkazy. Julian schował 

wszystkie karty prócz jednej i nawi zał kontakt. Poł czenie trwało około minuty, 

po czym przekazał go cowi instrukcje i odesłał go z powrotem. Natychmiast 

wrócił do rozmowy przez 

background image

 

99 

      Atut. Kiedy wreszcie sko czył mówi  i słucha , nie schował karty do kieszeni; 

trzymał j  ukryt  w dłoni. Zrozumiałem,  e nie zrywa kontaktu, by Benedykt 

przez cały czas wiedział, co powinien robi . Luke zdj ł i oddał mi po yczony 

płaszcz. 

      - Potrzymaj, póki nie sko cz  - poprosił. 

      - Dobra. - Wzi łem okrycie. - Powodzenia. 

      U miechn ł si  i odwrócił. Dalt zbli ał si  ju  do  rodka kwadratu. 

      Luke podszedł tak e. Stan li obaj o kilka kroków od siebie. Dalt powiedział 

co , czego nie dosłyszałem. Odpowied  Luke'a równie  zagłuszył wiatr. 

      Unie li r ce. Luke stan ł w pozycji boksera, a Dalt wyci gn ł ramiona w stylu 

zapa niczym. Luke wyprowadził pierwszy cios - mo e to był zwód, w ka dym 

razie nie dotarł do celu - w twarz przeciwnika. Dalt odbił, cofn ł si , Luke 

zaatakował i zadał dwa szybkie proste w tułów. Kolejny cios w twarz trafił na 

bok. Luke zacz ł okr a  przeciwnika, wyprowadzaj c pojedyncze uderzenia. 

Dalt dwa razy poszedł do zwarcia, został odepchni ty. Po drugiej próbie stru ka 

krwi pociekła mu z wargi. Jednak po trzeciej - przewrócił Luke'a na ziemi , 

chocia  nie zd ył go przygnie , gdy  Luke odtoczył si  na bok. Kiedy tylko si  

podniósł, spróbował kopn  Dalta w praw  nerk . Ten chwycił za kostk  i 

wyprostował si , przewracaj c go na plecy. Padaj c, Luke kopn ł go woln  nog  

w kolano, ale Dalt nie zwolnił chwytu. Przycisn ł go do ziemi i zacz ł wykr ca  

nog . Luke pochylił si  do przodu i skrzywiony z bólu zdołał obur cz złapa  

Dalta za nadgarstek i zerwa  chwyt. Zgi ł si  wpół i rzucił do przodu, nie 

puszczaj c r ki; wstał na nogi, przesun ł si  pod ramieniem Dalta na prawo, 

obrócił i pchn ł go twarz  w dół na ziemi . Wtedy zaatakował błyskawicznie: 

wykr cił przeciwnikowi rami , przytrzymał praw  r k , a lew  złapał za włosy. 

      Gdy jednak odci gn ł głow  Dalta do góry - zamierzaj c, byłem tego pewien, 

uderzy  ni  kilka razy o ziemi  - zrozumiałem,  e nic z tego. Dalt zesztywniał i 

zacz ł przesuwa  r k  do dołu. Prostował j , mimo oporu Luke'a. Luke kilka 

razy bezskutecznie próbował pchn  mu głow  do przodu. Było jasne,  e je li 

rozlu ni jedn  lub drug  dło , wpadnie w kłopoty... a nie potrafił utrzyma  

chwytu. Dalt był po prostu za silny. Luke zrozumiał to; całym ci arem rzucił mu 

si  na plecy, przycisn ł do ziemi i odskoczył. Nie był dostatecznie szybki - Dalt 

zd ył machn  uwolnion  pi ci  i trafił go w lew  łydk . Luke potkn ł si . Dalt 

stan ł na nogach i natychmiast uderzył. Pot ny cios powalił Luke'a na plecy. 

Tym razem, gdy Dalt rzucił si  na niego, Luke nie zd ył si  odsun ; zdołał tylko 

cz ciowo przekr ci  tułów. Dalt wyl dował ci ko, unikaj c wymierzonego w 

krocze powolnego kopni cia kolanem. Luke nie uwolnił r k na czas, by 

zablokowa  uderzenie w lew  szcz k . Upadł płasko na plecy. Potem jego prawa 

dło  strzeliła w gór , trafiła Dalta w podbródek, a zakrzywione palce si gn ły do 

oczu. Dalt cofn ł głow , a Luke drug  r k  jak młotem uderzył go w skro . Cios 

si gn ł celu, ale Dalt odsuwał si  ju  i nie wiem, czy uderzenie wywarło jaki  

efekt. Luke oparł si  na obu łokciach, uniósł, pochylił, waln ł czołem w twarz 

Dalta - nie jestem pewien, w jakie miejsce - i opadł na plecy. Krew pociekła 

Daltowi z nosa; lew  r k  spróbował złapa  Luke'a za szyj , a praw , otwart  

dłoni  uderzył mocno w głow . Dostrzegłem z by Luke'a - chciał ugry  

przeciwnika, ale chwyt na szyi mu to uniemo liwił. Dalt zamachn ł si  znowu, 

background image

 

100 

lecz tym razem Luke lew  r k  zablokował cios, a praw  chwycił nadgarstek 

Dalta, by odci gn  jego dło  ze swojej szyi. Dalt praw  r k  min ł blok i 

doł czył j  do lewej, obur cz  ciskaj c le cego za gardło. Kciuki szukały 

tchawicy. 

      Pomy lałem,  e to ju  koniec. Ale prawa r ka Luke'a chwyciła nagle lewy 

łokie  Dalta, lewa przeci ła oba przedramiona, łapi c lewy nadgarstek, i Luke 

przekr cił ciało, wypychaj c łokie  do góry. Dalt upadł na lewo, Luke odtoczył si  

w prawo i poderwał na nogi, potrz saj c głow . Tym razem nie ryzykował 

kopni cia. Dalt wstawał ju ; wyci gn ł ramiona, Luke uniósł pi ci i znowu 

zacz li kr y  wokół siebie. 

       nieg padał ci gle, wiatr przycichł i nabierał siły, czasami ciskaj c lodowate 

płatki prosto w twarze, innym razem pozwalaj c, by opadały w dół jak faluj ca 

kurtyna. Pomy lałem o  ołnierzach wokół i zastanowiłem si , czy po zako czeniu 

walki znajd  si  w samym  rodku pola bitwy. Benedykt czekał gdzie , gotów 

szerzy  spustoszenie, ale ten fakt nie był szczególnie pocieszaj cy... Cho  

oznaczał,  e nasza strona prawdopodobnie zwyci y. Przypomniałem sobie,  e 

jestem tutaj z własnego wyboru. - Dalej, Luke! - wrzasn łem. - Rozgnie  go! 

Miało to nieoczekiwany efekt. Towarzysze Dalta natychmiast zacz li do niego 

wykrzykiwa . Wiatr przycichł i nasze głosy musiały dociera  do obozowisk, gdy  

po chwili nadpłyn ły fale d wi ków. My lałem z pocz tku,  e to zwiastun dalekiej 

burzy i dopiero po chwili zrozumiałem,  e to krzyki zach ty z obu stron. Tylko 

Julian stał milcz cy i nieprzenikniony. 

      Luke wci  kr ył wokół Dalta, zadawał pojedyncze ciosy, czasem próbował 

serii. Dalt odbijał je i usiłował złapa  go za r ce. Obaj mieli pokrwawione twarze i 

obaj sprawiali wra enie powolniejszych ni  na pocz tku. Domy liłem si ,  e 

ucierpieli, chocia  trudno powiedzie  jak mocno. Na twarzy Dalta, wysoko na 

lewym policzku, dostrzegłem rozci cie. Obaj byli opuchni ci. 

      Luke doprowadził do celu seri  na korpus, ale nie wiem, czy ciosy były silne. 

Dalt przyj ł je ze stoickim spokojem i znalazł do  energii, by zaatakowa  i 

przej  do zwarcia. Luke nie zd ył odskoczy  i dał si  wci gn  w klincz. Obaj 

próbowali kopni  kolanami, obaj zablokowali biodrami. Splatali r ce i 

przekr cali tułowie. Dalt szukał pewniejszego chwytu, a Luke bronił si , staraj c 

uwolni  rami  i zada  cios. Obaj kilka razy spróbowali uderzy  z czoła albo 

przydepn  stop  przeciwnika, ale obaj unikn li tych ataków. Wreszcie Luke 

zdołał podci  Dalta i powalił go na plecy. 

      Przyciskaj c kolanem, natychmiast wyprowadził lewy sierpowy i od razu 

powtórzył z prawej. Próbował kolejnego lewego, ale Dalt chwycił pi , poderwał 

si  i przewrócił go na ziemi . Skoczył na niego, z twarz  zmienion  w mask  błota 

i krwi. Luke zdołał jako  uderzy  go poni ej serca, ale cios nie powstrzymał 

prawej pi ci Dalta, która jak spadaj cy głaz run ła na szcz k  le cego. Dalt 

poprawił niezbyt silnym prawym sierpowym, przerwał dla nabrania tchu i 

wyprowadził pot ny lewy. Głowa Luke'a opadła na bok; przestał si  rusza . 

      Dalt kl czał nad nim, dysz c jak zm czony pies. Wpatrywał si  w jego twarz, 

a prawa pi  dr ała mu lekko, jakby rozwa ał kolejny cios. 

      Lecz nic si  nie stało. Trwali w takiej pozycji przez dziesi , mo e pi tna cie 

sekund, wreszcie Dalt wyprostował si  powoli, zsun ł na lew  stron  Luke'a i 

background image

 

101 

wstał ostro nie. Chwiał si  przez moment, wreszcie stan ł wyprostowany. 

      Czułem niemal smak  mierciono nego zakl cia, które niedawno zawiesiłem. 

Tylko kilka sekund potrzebowałem, by go dobi , i nikt nie wiedziałby na pewno, 

od czego umarł. Nie byłem jednak pewien, co by si  stało, gdyby on tak e padł w 

tej chwili. Czy obie strony ruszyłyby do ataku? Zreszt , nie to mnie w ko cu 

powstrzymało ani te  nie mój humanitaryzm. Powstrzymały mnie słowa Luke'a: 

„To naprawd  sprawa honorowa. Nie wolno ci si  wtr ca ". I jeszcze: „Nikt nie 

zginie...  ywi zbyt jeste my dla siebie cenni". 

      W porz dku. Nadal nie grały tr by i nikt nie ruszał do szturmu. Wszystko 

mo e si  jeszcze zako czy  zgodnie z umow . Tak chciał Luke. Nie b d  si  

mieszał. 

      Dalt przykl kn ł i spróbował podnie  pokonanego z ziemi. Pu cił od razu i 

przywołał swoich dwóch towarzyszy, by go zanie li. Potem wyprostował si  i 

spojrzał w oczy Juliana. 

      - Wzywam ci , by  dopełnił reszty naszej umowy - powiedział gło no. 

      Julian lekko skin ł głow . 

      - Uczynimy to, je li i ty spełnisz warunki - odparł. - Do  witu masz wycofa  

swoich ludzi. 

      - Odchodzimy natychmiast - rzekł Dalt i odwrócił si . 

      - Dalt! - krzykn łem. Obejrzał si . 

      - Nazywam si  Merlin - oznajmiłem. - Spotkali my si  ju , chocia  nie wiem, 

czy to pami tasz. 

      Pokr cił głow . 

      Wyci gn łem praw  r k  i wypowiedziałem najbardziej bezu yteczne, a przy 

tym najbardziej efektowne z moich zakl . Grunt wybuchł przed nim, zasypuj c 

go  wirem i ziemi . Cofn ł si  i otarł twarz, potem spojrzał na odsłoni ty 

nierówny dół. 

      - To b dzie twój grób - powiedziałem. - Je li Luke zginie. 

      Przyjrzał mi si  uwa nie. 

      - Nast pnym razem ci  zapami tam - obiecał, odwrócił si  i ruszył do swojego 

obozu za lud mi nios cymi Luke'a. 

      Julian obserwował mnie w milczeniu. Po chwili wyrwał z ziemi pochodni . 

Zrobiłem to samo. Obaj zawrócili my drog , któr  tu przyszli my. 

      Pó niej, w swoim namiocie, Julian zauwa ył: 

      - To rozwi zuje jeden z problemów. By  mo e oba. 

      - By  mo e. 

      - Ko czy spraw  z Daltem. Benedykt zawiadamia,  e zwijaj  ju  obóz. 

      - My l ,  e jeszcze go zobaczymy. 

      - Je li przyprowadził najlepsz  armi , jak  potrafił zebra , nie b dzie to miało 

znaczenia. 

      - Czy nie odniosłe  wra enia,  e była to napr dce zorganizowana ekspedycja? 

- spytałem. - My l ,  e zbierał swe siły w wielkim po piechu. Wniosek z tego,  e 

nie miał zbyt wiele czasu. 

      - Pewnie masz racj . Ale naprawd  ryzykował. 

      - I wygrał. 

      - Tak, wygrał. A ty na ko cu nie powiniene  okazywa  mu swojej mocy. 

background image

 

102 

      - Dlaczego? 

      - Je li kiedykolwiek si  spotkacie, przeciwnik b dzie ostro niejszy. 

      - Przyda mu si  takie ostrze enie. 

      - To człowiek przyzwyczajony do ryzyka. Kalkuluje i działa. Cokolwiek o 

tobie pomy li, nie zmieni teraz swych planów. Poza tym, Rinalda te  jeszcze 

zobaczysz. On jest taki sam. Rozumiej  si  nawzajem. 

      - Mo e masz racj ... 

      - Na pewno. 

      - Gdyby ta walka sko czyła si  inaczej, my lisz,  e jego armia 

powstrzymałaby si  od ataku? Julian wzruszył ramionami. 

      - Wiedział,  e moja si  nie ruszy, gdy on wygra, poniewa  był pewien,  e ja na 

tym zyskam. To wystarczyło. 

      Kiwn łem głow . 

      - Przepraszam ci  - powiedział. - Ale musz  zda  spraw  Vialle. Kiedy 

sko czymy, pewnie b dziesz chciał si  przeatutowa ? 

      - Tak. 

      Wyj ł kart  i zaj ł si  swoimi sprawami. A ja zacz łem si  zastanawia , nie 

pierwszy raz zreszt , co wła ciwie czuje Vialle podczas atutowego kontaktu. 

Osobi cie zawsze widz  drug  osob , a wszyscy znajomi twierdz ,  e oni tak e. 

Ale Vialle, jak rozumiem, jest niewidoma od urodzenia. Nieuprzejmie byłoby j  

pyta , poza tym przyszło mi do głowy,  e jej tłumaczenie nie miałoby sensu dla 

widz cego. Pewnie nigdy si  tego nie dowiem. 

      Gdy Julian rozmawiał, ja zacz łem my le  o przyszło ci. Niedługo b d  si  

musiał zaj  Mask  i Jurtem, a teraz wygl dało na to,  e Luke mi nie pomo e. 

Czy naprawd  chc  posłucha  jego rady i przekona  Jasr  do sojuszu? Czy zyski 

oka  si  warte ryzyka? Ale czy sam sobie poradz ? Mo e powinienem znale  

drog  do tego dziwnego baru i wypo yczy  stamt d D abbersmoka? Albo miecz 

migbłystalny? Albo jedno i drugie... A mo e... 

      Usłyszałem swoje imi  i my li powróciły do chwili obecnej i obecnych 

problemów. Julian tłumaczył co  Vialle, ale wiedziałem,  e nie ma wiele do 

tłumaczenia. Dlatego wstałem, przeci gn łem si  i przywołałem Logrusowy 

Wzrok. 

      Kiedy skierowałem spojrzenie tu  przed Juliana, wyra nie widziałem jej 

mglist  posta . Siedziała w tym samym twardym fotelu, w jakim widziałem j  

poprzednio. Ciekawe, czy czekała tam przez cały czas, czy wła nie wróciła. 

Miałem nadziej ,  e znalazła woln  chwil , by wróci  na przyj cie i zje  deser, 

którego ja nawet nie spróbowałem. 

      Julian obejrzał si  na mnie. 

      - Je li jeste  gotów, Vialle ci  przerzuci - o wiadczył. 

      Podszedłem do niego, gasz c po drodze Wzrok Logrusu. Uznałem,  e lepiej 

nie doprowadza  do zbyt bliskiego kontaktu sił Logrusu i Wzorca. Dotkn łem 

karty i obraz Vialle wyostrzył si  nagle. Po chwili nie był to ju  obraz. 

      - Kiedy zechcesz - powiedziała, wyci gaj c r k . Uj łem delikatnie jej dło . 

      - Na razie, Julianie - rzuciłem, robi c krok naprzód. 

      Nie odpowiedział. A je li nawet, ja nie usłyszałem. 

      - Nie chciałam, by wydarzenia tak si  potoczyły - o wiadczyła natychmiast, nie 

background image

 

103 

wypuszczaj c mojej r ki. 

      - Nikt nie mógł tego przewidzie . 

      - Luke wiedział - odparła. - Teraz wszystko nabiera sensu. Te jego drobne 

uwagi... Od samego pocz tku planował wyzwanie Dalta. 

      - Chyba tak - przyznałem. 

      - On o co  gra. Chciałabym wiedzie  o co. 

      - Nie potrafi  ci pomóc - stwierdziłem. - Nic mi o tym nie mówił. 

      - Ale to z tob  nawi e kontakt - o wiadczyła. - Zawiadom mnie natychmiast, 

kiedy tylko si  odezwie. 

      - Oczywi cie - zgodziłem si . Pu ciła moj  dło . 

      - Wydaje mi si ,  e na razie powiedzieli my ju  sobie wszystko. 

      - Vialle - zacz łem. - Jest jeszcze pewna sprawa, o której powinna  chyba 

wiedzie . 

      - Doprawdy? 

      - Chodzi o Coral i jej nieobecno  podczas kolacji. 

      - Mów dalej. 

      - Wiesz z pewno ci ,  e zabrałem j  na przechadzk  po mie cie. 

      - Wiem - przytakn ła. 

      - Trafili my w ko cu na sam dół, do komory Wzorca. Powiedziała,  e chce go 

zobaczy . 

      - Jak wielu naszych go ci. Trzeba samemu os dzi , czy nale y ich tam 

zaprowadzi . Cz sto ich ciekawo  słabnie, kiedy dowiaduj  si  o schodach. 

      - Uprzedziłem j  - powiedziałem. - Ale to jej nie zniech ciło. A kiedy byli my 

ju  na miejscu, postawiła stop  na Wzorcu... 

      - Nie! - krzykn ła Vialle. - Powiniene  lepiej na ni  uwa a ! Przy wszystkich 

problemach z Begm ... jeszcze to! Gdzie ciało? 

      - Dobre pytanie - przyznałem. - Nie mam poj cia. Ale  yła, kiedy widziałem j  

po raz ostatni. Widzisz, Coral o wiadczyła,  e jej ojcem był Oberon. A potem 

zacz ła przej cie. Kiedy doszła do ko ca, kazała si  gdzie  przenie . A teraz jej 

siostra si  niepokoi. Wie,  e wychodzili my razem. Przez cał  kolacj  wypytywała 

mnie, gdzie si  podziała Coral. 

      - Co jej powiedziałe ? 

      -  e zostawiłem j  podziwiaj c  pi kno pałacu i  e pewnie spó ni si  na 

kolacj . Czas jednak płyn ł i Nayda niepokoiła si  coraz bardziej. Musiałem 

obieca ,  e je li Coral nie wróci, wieczorem pomog  jej szuka . Wolałem nie 

mówi , co si  naprawd  wydarzyło, bo nie chciałem porusza  kwestii pochodzenia 

Coral. 

      - To zrozumiałe - przyznała. - Ojej... Czekałem, ale milczała. Czekałem dalej. 

Wreszcie... 

      - Nie wiedziałam o begma skim romansie zmarłego króla - powiedziała. - 

Dlatego trudno mi oceni  reakcj  na jego ujawnienie. Czy Coral wspomniała, na 

jak długo si  wybiera? A przy okazji, czy zapewniłe  jej jaki  sposób powrotu? 

      - Dałem jej swój Atut - wyja niłem. - Ale jeszcze si  nie kontaktowała. 

Zrozumiałem,  e zamierza wróci  do  szybko. 

      - To powa na sprawa - uznała Vialle. - Nie tylko 

      z oczywistych powodów. Jakie wra enie zrobiła na tobie Nayda? 

background image

 

104 

      - Rozs dna dziewczyna - stwierdziłem. - Wydaje si ,  e do  mnie lubi. Vialle 

zamy liła si . 

      - Je li wiadomo  o tym dotrze do Orkuza, uzna,  e trzymamy jego córk  jako 

zakładniczk , aby zagwarantowa  sobie jego wła ciwe zachowanie podczas 

negocjacji, jakich mo e wymaga  rozwój sytuacji w Kashfie. 

      - Masz racj . Nie pomy lałem o tym. 

      - On pomy li. Ludziom przychodz  do głowy takie rzeczy, kiedy prowadz  z 

nami interesy. Musimy zatem zyska  na czasie i znale  j , zanim to wszystko 

zacznie wygl da  podejrzanie. 

      - Rozumiem. 

      - Przypuszczam,  e po le kogo  do jej komnaty... je li ju  tego nie zrobił. 

Zechce sprawdzi , dlaczego nie była obecna na przyj ciu. Je li jako  mu to teraz 

wyja nimy, b dziesz miał cał  noc, by j  odszuka . 

      - Jak? 

      - Ty jeste  czarodziejem. Wymy l co . A na razie... mówiłe ,  e Nayda jest 

sympatyczna? 

      - Bardzo. 

      - To dobrze. Najlepszym rozwi zaniem b dzie chyba uzyskanie od niej 

pomocy. Ufam,  e b dziesz taktowny i załatwisz t  spraw  mo liwie delikatnie... 

      - Naturalnie... - zacz łem. 

      - ...ze wzgl du na jej niedawn  chorob  - kontynuowała. - Tego tylko nam 

trzeba,  eby druga córka dostała ataku serca. 

      - Chorob ? - zdziwiłem si . - Nic o tym nie mówiła. 

      - Wspomnienia wci  s  pewnie bolesne. Jak słyszałam, przez długi czas była 

bliska  mierci. Dopiero niedawno wróciła do zdrowia i uparła si , by towarzyszy  

ojcu w tej misji. To on mi o tym opowiedział. 

      - Przy kolacji sprawiała wra enie zupełnie zdrowej - wtr ciłem niepewnie. 

      - I tak powinno by  nadal. Id  do niej zaraz, mo liwie dyplomatycznie 

poinformuj, co zaszło, i spróbuj namówi ,  eby tuszowała nieobecno  siostry, 

póki jej nie odnajdziesz. Oczywi cie, istnieje ryzyko,  e ci uwierzy i pobiegnie 

wprost do Orkuza. Mo e wykorzystasz jakie  zakl cie, by do tego nie dopu ci . 

Ale moim zdaniem nie mamy innego wyboru. Powiedz, je li si  myl . 

      - Nie mylisz si . 

      - Wi c proponuj ,  eby  wzi ł si  do dzieła... i zawiadom mnie natychmiast, 

gdyby wyst piły jakie  problemy lub odniósłby  jakie  sukcesy... niezale nie od 

pory. 

      - Ju  id  - o wiadczyłem. 

      Wybiegłem w po piechu z komnaty, ale stan łem zaraz za progiem. Przyszło 

mi do głowy,  e cho  ogólnie wiem, w której cz ci pałacu zakwaterowano 

begma sk  delegacj , to nie mam poj cia, w którym pokoju mieszka Nayda. Nie 

chciałem wraca  i pyta  Vialle; głupio bym wygl dał,  e nie ustaliłem tego przy 

kolacji. 

      Straciłem prawie dziesi  minut, nim znalazłem kogo  ze słu by pałacowej, 

kto potrafił mi wskaza  drog  - u miechaj c si  przy tym znacz co. Ruszyłem 

dziarsko i wkrótce stałem przed drzwiami Naydy. 

      Przyczesałem palcami włosy, otrzepałem spodnie i kurtk , wytarłem buty o 

background image

 

105 

nogawki, nabrałem tchu, u miechn łem si , wypu ciłem powietrze i zapukałem. 

      Drzwi otworzyły si  po kilku sekundach. W progu stan ła Nayda. 

U miechn ła si  tak e i odst piła na bok. 

      - Wejd  - powiedziała. 

      - Spodziewałem si  pokojówki - zauwa yłem. - Zaskoczyła  mnie. 

      - Oczekiwałam ci , wi c wcze niej wysłałam j  do łó ka. 

      Przebrała si  w strój, który przypominał szary dres z czarn  szarf . Na 

nogach miała czarne pantofle. Usun ła wi ksz  cz  makija u, a włosy  ci gn ła 

mocno do tyłu i przewi zała czarn  wst k . Wskazała mi sof , ale nie siadałem. 

      Lekko chwyciłem je za rami  i spojrzałem w oczy. Przysun ła si . 

      - Jak si  czujesz? - spytałem. 

      - Sprawd  - odparła cicho. 

      Nie mogłem sobie pozwoli  na westchnienie. Obowi zek wzywał. Obj łem j , 

przyci gn łem do siebie i pocałowałem. Trwałem w takiej pozycji przez kilka 

sekund, potem odsun łem si  i znów u miechn łem. 

      - Według mnie  wietnie. Posłuchaj: nie wspomniałem ci o kilku sprawach... 

      - Mo e usi dziemy? - zaproponowała. Wzi ła mnie za r k  i poci gn ła na 

sof . 

      Vialle nakazała mi zachowywa  si  dyplomatycznie, wi c nie stawiałem oporu. 

Nayda natychmiast wróciła do obj  i zacz ła stosowa  pewne udoskonalenia. Do 

diabła! A ja miałem j  skłoni ,  eby wyszła i kryła dla mnie nieobecno  Coral. 

Je li si  zgodzi, z rozkosz  przykryj  j  pó niej. I zgodz  si  na dowolne inne 

ciekawe pozycje, które preferuj  Begmanie. Lepiej poprosi  zaraz, uznałem. Za 

par  minut rozmowa o siostrze b dzie bardzo niedyplomatyczna. Miałem po 

prostu zły dzie , je li chodzi o rozkład zaj . 

      - Zanim przesadnie si  tutaj zaanga ujemy - zacz łem - musz  ci  prosi  o 

przysług . 

      - Pro , o co chcesz - szepn ła. 

      - Obawiam si ,  e twoja siostra zjawi si  z pewnym opó nieniem - wyja niłem. 

- A nie chciałbym niepokoi  waszego ojca. Nie wiesz, czy posłał kogo  do jej 

pokoju, czy mo e sam tam poszedł,  eby sprawdzi , co si  z ni  dzieje? 

      - Nie s dz . Zaraz po przyj ciu odszedł z Gerardem i panem Rothem. Chyba 

nie wrócił jeszcze do swojego apartamentu. 

      - Czy mogłaby  jako  go przekona ,  e Coral nie zgin ła? I zyska  dla mnie 

troch  czasu na poszukiwania? Sprawiała wra enie rozbawionej. 

      - A te rzeczy, o których mi nie wspomniałe ...? 

      - Je li zrobisz to dla mnie, wszystko ci opowiem. Przesun ła ko cem palca 

wzdłu  mojej szcz ki. 

      - Dobrze - zgodziła si . - Umowa stoi. Nie odchod . 

      Wstała, przeszła przez pokój i znikn ła za progiem, zostawiaj c uchylone 

drzwi. Dlaczego od czasów Julii nie miałem  adnego przyjemnego, zwyczajnego 

romansu? Ostatnia kobieta, z któr  si  kochałem, była opanowana przez tego 

niezwykłego, zmieniaj cego ciała ducha. Teraz... Teraz najl ejszy z cieni padł na 

sof , gdy sobie u wiadomiłem,  e wolałbym trzyma  w ramionach Coral, nie jej 

siostr . To  mieszne. Przecie  znałem j  tylko pół dnia... 

      Chyba za du o si  działo od mojego powrotu. Stałem si  nerwowy. Z 

background image

 

106 

pewno ci  o to chodzi. 

      Kiedy weszła, usiadła na sofie, ale teraz dzieliło nas co najmniej pół metra. 

Zachowywała si  miło, cho  nie próbowała wraca  do naszego poprzedniego 

zaj cia. 

      - Sprawa załatwiona - oznajmiła. - Je li zapyta, otrzyma fałszywe informacje. 

      - Dzi ki. 

      - Teraz twoja kolej - przypomniała. - Mów. 

      - Dobrze - zgodziłem si  i zacz łem opowiada  o Coral i Wzorcu. 

      - Nie - przerwała. - Zacznij od pocz tku. 

      - Co masz na my li? 

      - Opisz mi cały dzie , od wyj cia z pałacu a  do waszego rozstania. 

      - To bez sensu - zaprotestowałem. 

      - Zrób mi przyjemno . Jeste  mi co  winien, pami tasz? 

      - No dobrze - westchn łem i zacz łem jeszcze raz. Udało mi si  przemilcze  

fragment z rozbijaniem stolika w kawiarni. Spotkanie w jaskiniach nad morzem 

próbowałem zby  krótkim zdaniem,  e obejrzeli my je i byli my zachwyceni. 

Przerwała mi jednak. 

      - Stop - rzuciła. - Co  pomijasz. Co  si  zdarzyło w jaskiniach. 

      - Dlaczego tak s dzisz? - zdziwiłem si . 

      - To sekret, którego na razie wol  nie zdradza  - odparła. - Wystarczy,  e 

mam sposób, by sprawdzi  twoj  prawdomówno . 

      - To nieistotne - zapewniłem j . - Tylko zaciemni spraw . Dlatego to 

opu ciłem. 

      - Obiecałe ,  e opowiesz o całym popołudniu. 

      - No dobrze - zgodziłem si . Przygryzła warg , kiedy mówiłem o Jurcie i 

zombich. Potem nie wiadomie zlizywała kropelki krwi. 

      - Jak masz zamiar z nim post pi ? - zapytała nagle. 

      - To ju  mój problem - odpowiedziałem. - Miałem ci opowiedzie , co robiłem 

przez całe popołudnie, nie moje pami tniki i plany przetrwania. 

      - Ja po prostu... Pami tasz, zaproponowałam ci pomoc. 

      - Co to znaczy? My lisz,  e potrafisz załatwi  dla mnie Jurta? Mam dla ciebie 

ciekaw  wiadomo : praktycznie rzecz bior c, w tej chwili jest kandydatem do 

bosko ci. 

      - Co masz na my li, mówi c „bosko "? Potrz sn łem głow . 

      - Prawie całej nocy potrzebowałbym,  eby opowiedzie  ci t  histori  

szczegółowo. A nie mam tyle czasu, je li chc  zacz  szuka  Coral. Pozwól,  e 

sko cz  o Wzorcu. Zgoda? 

      - Mów. 

      Tak zrobiłem. Nie okazała najmniejszego zdziwienia wiadomo ci  o 

pochodzeniu siostry. Chciałem zapyta  o ten brak reakcji, ale powiedziałem 

sobie: do diabła z tym. Spełniła moj  pro b , a ja dotrzymałem obietnicy. Nie 

doznała ataku serca. A teraz pora si   egna . 

      Zacz łem wstawa , a ona przysun ła si  szybko i znów mnie obj ła. 

      Przez chwil  odwzajemniałem jej u cisk. 

      - Naprawd  musz  ju  i  - o wiadczyłem w ko cu. - Coral mo e by  w 

niebezpiecze stwie. 

background image

 

107 

      - Niech j  diabli wezm . Zosta  ze mn . Mamy wa niejsze sprawy do 

omówienia. 

      Zdumiała mnie jej gruboskórno , ale próbowałem tego nie okazywa . 

      - Mam wobec niej obowi zki - odparłem. - I lepiej b dzie, je li wypełni  je 

zaraz. 

      - Dobrze. - Westchn ła. - W takim razie pomog  ci. 

      - Jak? - spytałem. 

      - Zdziwisz si  - odparła. Zerwała si  na nogi i u miechn ła krzywo. 

      Kiwn łem głow ,  e zapewne ma racj .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

108 

Rozdział 10

 

 

Przeszli my do mojego apartamentu. Otworzyłem drzwi i przywołałem 

wiatła. Nayda szybko rozejrzała si  po pokoju. Znieruchomiała, gdy zobaczyła 

mój wieszak. 

      - Królowa Jasra! - zawołała. 

      - Tak. Zdarzyło si  jej drobne nieporozumienie z czarownikiem o imieniu 

Maska - wyja niłem. - Zgadnij, kto wygrał. 

      Nayda uniosła lew  r k  i przesuwała j  powoli za karkiem Jasry, w dół 

pleców, potem przez piersi i znowu na dół. Nie rozpoznałem  adnego z tych 

gestów. 

      - Tylko mi nie mów,  e te  jeste  czarodziejk  - mrukn łem. - Mam wra enie, 

e ka dy, kogo ostatnio spotykam, został wyszkolony w Sztuce. 

      - Nie jestem czarodziejk  - odparła. - I nie zostałam w ten sposób wyszkolona. 

Znam tylko jedn  sztuczk , wcale nie magiczn . Wykorzystuj  j  do wszystkiego. 

      - A co to za sztuczka? - zainteresowałem si . Zignorowała pytanie. 

      - Rzeczywi cie jest mocno zwi zana - stwierdziła. - Klucz tkwi gdzie  w 

okolicy splotu słonecznego. Wiedziałe  o tym? 

      - Tak. W pełni poznałem to zakl cie. 

      - Dlaczego jest tutaj? 

      - Cz ciowo dlatego, bo obiecałem jej synowi, Rinaldowi,  e uwolni  j  z r k 

Maski. Cz ciowo za  jako gwarancja jego dobrego zachowania. 

      Zamkn łem i zaryglowałem drzwi. Kiedy si  odwróciłem, patrzyła na mnie z 

uwag . 

      - Widziałe  go ostatnio? - zapytała oboj tnym tonem. 

      - Tak. Czemu pytasz? 

      - Bez szczególnych powodów. 

      - My lałem,  e mamy sobie pomaga  - przypomniałem. 

      - My lałam,  e mamy szuka  mojej siostry. 

      - To mo e chwil  zaczeka , je li masz jakie  wa ne informacje o Rinaldzie. 

      - Byłam tylko ciekawa, gdzie si  teraz podziewa. 

      Podszedłem do kufra, gdzie trzymam swoje materiały malarskie. Wyj łem 

niezb dne narz dzia i przeniosłem je do deski kre larskiej. 

      - Nie wiem, gdzie jest w tej chwili - o wiadczyłem. 

      Umocowałem kawałek kartonu, usiadłem i zamkn łem oczy, przywołuj c w 

my lach wizerunek Coral. To konieczny wst p przed szkicowaniem portretu. Po 

raz kolejny zastanowiłem si , czy dla kontaktu wystarczy obraz w mojej pami ci, 

odpowiednio wsparty magi . Nie miałem jednak czasu na eksperymenty. 

Otworzyłem oczy i zacz łem rysowa . U ywałem technik, jakie poznałem w 

Dworcach, ró nych, a przecie  podobnych do wykorzystywanych w Amberze. 

Potrafiłbym tworzy  na oba sposoby, ale szybciej mi idzie ten, który poznałem 

jako pierwszy. 

      Nayda stan ła obok mnie. Przygl dała si , nie pytaj c, czy mi przeszkadza. 

Zreszt  nie przeszkadzała. 

      - Kiedy ostatni raz go widziałe ? - zapytała. 

      - Kogo? 

background image

 

109 

      - Luke'a. 

      - Dzi  wieczorem - odpowiedziałem. 

      - Gdzie? 

      - Był tu niedawno. 

      - Czy jest teraz? 

      - Nie. 

      - A gdzie go widziałe ? 

      - W Lesie Arden. Czemu pytasz? 

      - To niezwykłe miejsce na po egnanie. Pracowałem nad brwiami Coral. 

      - Rozstali my si  w do  niezwykłych okoliczno ciach - wyja niłem. Troch  

poprawi  oczy, troch  włosy... 

      - Pod jakim wzgl dem niezwykłych? - spytała. Troch  kolorów na policzki... 

      - Niewa ne - mrukn łem. 

      - Pewnie tak - zgodziła si . - To nie takie istotne. 

      Postanowiłem nie reagowa  na t  przyn t , poniewa  wła nie co  poczułem. 

Zdarzało si  to czasem w przeszło ci: koncentracja na rysunku Atutu, kiedy 

kładłem ostatnie poci gni cia, była wystarczaj co silna, by przebi  si  i... 

      - Coral! - zawołałem, gdy jej rysy nabrały  ycia, a perspektywa uległa nagłej 

zmianie. 

      - Merlin...? - odpowiedziała. - Mam... kłopoty. To dziwne, ale nie widziałem 

adnego tła. Tylko czer . Poczułem dło  Naydy na ramieniu. 

      - Dobrze si  czujesz? - spytałem. 

      - Tak... Ciemno tutaj... bardzo ciemno. Oczywi cie. Nie mo na operowa  

Cieniem w braku  wiatła. Nie mo na patrze , by skorzysta  z Atutu. 

      - Czy tam posłał ci  Wzorzec? 

      - Nie - odparła. 

      - We  mnie za r k . Potem o wszystkim opowiesz. Wyci gn łem rami , a ona 

si gn ła ku mnie. 

      - Oni... - zacz ła. 

      Kontakt urwał si  w pal cym rozbłysku. Poczułem,  e Nayda sztywnieje. 

      - Co si  stało? - zapytała. 

      - Nie mam poj cia. Nagle co  nas zablokowało. Nie wiem, jakie moce to 

spowodowały. 

      - I co teraz zrobisz? 

      - Za chwil  spróbuj  znowu. Je li to wynik jakiej  reakcji, opór w tej chwili 

jest pewnie wysoki, ale potem mo e si  zmniejszy . Przynajmniej nic jej nie jest. 

      Wyj łem tali  Atutów, które zwykle nosz  ze sob , i wyszukałem kart  

Luke'a. Powinienem sprawdzi , co si  z nim dzieje. Nayda spojrzała na portret i 

u miechn ła si . 

      - Mówiłe  chyba,  e niedawno go widziałe  - zauwa yła. 

      - Wiele mo e si  zdarzy  w ci gu takiego czasu. 

      - Jestem pewna,  e wiele si  zdarzyło. 

      - Czy by  wiedziała co  na temat jego obecnej sytuacji? - spytałem. 

      - Tak, wiem. Uniosłem Atut. 

      - Co? 

      - Mog  si  zało y ,  e poł czenia nie b dzie - o wiadczyła. 

background image

 

110 

      - Zobaczymy. 

      Skupiłem si  i posłałem wezwanie. Potem znowu. Po minucie otarłem pot z 

czoła. 

      - Sk d wiedziała ? 

      - Luke ci  blokuje. Ja te  bym to zrobiła... w tych okoliczno ciach. 

      - Jakich okoliczno ciach? 

      Z drwi cym u miechem usiadła na krze le. 

      - Teraz znowu mam co  na wymian  - stwierdziła. 

      - Znowu? 

      Przyjrzałem si  jej. Co  stukn ło i wskoczyło na miejsce. 

      - Nazwała  go „Luke", nie „Rinaldo" - przypomniałem sobie. 

      - W istocie. 

      - Zastanawiałem si  ju , kiedy znowu si  zjawisz. Wci  si  u miechała. 

      - Przestrzeliłem swoje zakl cie nakazu eksmisji - zauwa yłem. - Chocia  nie 

mog  narzeka . Ocaliło mi chyba  ycie. Czy po rednio tobie jestem winien t  

przysług ? 

      - Nie jestem dumna. Przyjm  twoj  wdzi czno . 

      - Po raz kolejny chciałbym ci  zapyta , czego chcesz. Je li znowu odpowiesz, 

e pomaga  mi albo mnie chroni , zamieni  ci  w wieszak. 

      Roze miała si . 

      - S dziłam,  e w tej chwili przyjmiesz ka d  pomoc. 

      - Wiele zale y od tego, co rozumiesz pod słowem „pomoc". 

      - Je li powiesz mi, co planujesz, ja powiem, czy mog  si  na co  przyda . 

      - Niech b dzie - zgodziłem si . - Przebior  si  opowiadaj c. Nie mam zamiaru 

szturmowa  cytadeli w takim stroju. Mo e po ycz  ci czego  solidniejszego ni  

dres? 

      - Nie trzeba. Zacznij od Arbor House. 

      - Zgoda. 

      Zacz łem opowiada , równocze nie wybieraj c mocniejsz  odzie . Nayda nie 

była ju  dla mnie pi kn  dziewczyn , ale mglistym duchem w ludzkiej postaci. 

Mówiłem, a ona siedziała zapatrzona w  cian , czy raczej spogl dała przez ni  

ponad zło onymi palcami. Nie drgn ła, kiedy sko czyłem. Wzi łem z deski Atut 

Coral i spróbowałem znowu, ale nie mogłem si  przebi . Sprawdziłem kart  

Luke'a, z tym samym wynikiem. 

      Miałem wła nie schowa  Atut, zło y  tali  i wsun  j  do futerału, kiedy 

dostrzegłem nast pn  kart . Ła cuch wspomnie  i domysłów jak błyskawica 

rozja nił moje my li. Wyj łem kart , skupiłem si , si gn łem... 

      - Tak, Merlinie? - odezwał si  po chwili. Siedział przy stoliku na tarasie, na tle 

nocnego pejza u miasta. Odstawiał wła nie na male ki biały spodeczek co , co 

przypominało fili ank  kawy. 

      - Natychmiast. Szybko - powiedziałem. - Chod  do mnie. 

      Kiedy nast pił kontakt, Nayda wydała z siebie niski warkot. Poderwała si  i 

szła w moj  stron , wpatrzona w Atut, gdy Mandor chwycił mnie za r k  i 

przest pił barier . Zatrzymała si , gdy stan ła przed ni  wysoka, czarno odziana 

posta . Przez moment patrzyli na siebie lodowato, wreszcie Nayda płynnie 

posun ła si  o krok w jego stron . Zacz ła unosi  r ce. I natychmiast, z gł bin 

background image

 

111 

jakiej  wewn trznej kieszeni płaszcza, gdzie wsun ł praw  r k , dobiegł 

pojedynczy, ostry, metaliczny trzask. 

      Nayda zamarła. 

      - Interesuj ce. - Mandor przesun ł lew  dło  tu  przed jej twarz . Gałki 

oczne nie  ledziły ruchu. - To ta, o której mi opowiadałe ... Vinta, tak chyba 

miała na imi . 

      - Tak, tyle  e teraz jest Nayda. 

      Wydobył sk d  i uniósł w lewej dłoni niewielk  kulk  z ciemnego metalu. 

Ustawił j  tu  przed twarz  Naydy. Kulka z wolna ruszyła z miejsca i zatoczyła 

kr g w lewo. Nayda wydała pojedynczy d wi k, co  po redniego mi dzy j kiem a 

westchnieniem. Opadła na r ce i kolana, spuszczaj c głow . Ze swojego miejsca 

widziałem,  e  lina  cieka jej z ust. 

      Mandor powiedział co  bardzo szybko, w archaicznym dialekcie thari. Nie 

zrozumiałem, ale Nayda odpowiedziała twierdz co. 

      - Chyba rozwi załem zagadk  - o wiadczył. - Pami tasz wykłady o 

Przyzywaniach i Najwy szych Przymuszeniach? 

      - Mniej wi cej - odparłem. - Teoretycznie. Ten temat nigdy mnie szczególnie 

nie pasjonował. 

      - Wielka szkoda - stwierdził. - Powiniene  zgłosi  si  do Suhuya na kurs 

podyplomowy. 

      - Czy chcesz mi powiedzie ...? 

      - Istota, któr  widzisz przed sob , zamieszkuj ca do  atrakcyjn  ludzk  

posta , to ty'iga - wyja nił. 

      Wytrzeszczyłem oczy. Ty'iga to rasa bezcielesnych zwykle demonów, 

zamieszkuj cych czer  poza Kraw dzi . Pami tam, jak nas uczono,  e s  bardzo 

pot ne i bardzo trudne do opanowania. 

      - Hm... czy mo esz sprawi ,  eby ona przestała si   lini  na mój dywan? - 

spytałem. 

      - Oczywi cie. 

      Pu cił kul , która upadła na podłog  tu  przed ni . Nie odbiła si , ale 

potoczyła natychmiast, opisuj c szybkie kr gi wokół Naydy. 

      - Wsta  - rozkazał. - I przesta  uwalnia  płyny cielesne na podłog . 

      Wykonała polecenie. Podniosła si  i stan ła z nieobecnym wyrazem twarzy. 

      - Usi d  na tym krze le. - Mandor wskazał mebel, który zajmował kilka 

minut temu. 

      Posłuchała. Kulka dopasowała tor do jej ruchu i teraz okr ała krzesło. 

      - Nie mo e opu ci  tego ciała - wyja nił Mandor. - Dopóki jej nie uwolni . I w 

granicach sfery mojej mocy mog  jej zada  dowolne cierpienia. Potrafi  uzyska  

dla ciebie odpowiedzi. Powiedz teraz, jakie masz pytania. 

      - Czy ona nas słyszy? 

      - Tak, ale nie mo e mówi , póki jej nie pozwol . 

      - Nie warto bez potrzeby sprawia  bólu. Mo e wystarczy sama gro ba. Chc  

wiedzie , dlaczego wsz dzie mnie  ciga. 

      - Bardzo dobrze - stwierdził. - Oto pytanie, ty'igo. Odpowiedz! 

      - Pod am za nim, by go chroni  -- powiedziała martwym głosem. 

      - To ju  słyszałem. Chc  wiedzie  dlaczego. 

background image

 

112 

      - Dlaczego? - powtórzył Mandor. 

      - Musz  - odpowiedziała. 

      - Dlaczego musisz? 

      - Ja... - Z by rozorały jej doln  warg  i znów popłyn ła krew. 

      - Dlaczego? 

      Twarz si  zaczerwieniła, a krople potu wyst piły na czoło. Oczy, cho  

nieobecne, wypełniły si  łzami. Cienka stru ka krwi pociekła jej po brodzie. 

Mandor wyci gn ł zaci ni t  pi , otworzył j  i odsłonił kolejn  metalow  

kulk . Przytrzymał j  jakie  dwadzie cia centymetrów od czoła Naydy, potem 

wypu cił. Kulka zawisła w powietrzu. 

      - Niech si  otworz  bramy bólu - powiedział i pstrykn ł j  lekko czubkiem 

palca. 

      Kulka pofrun ła natychmiast. Powoln  elips  okr ała głow  Naydy, w 

ka dej orbicie zbli aj c si  do jej skroni. Dziewczyna zacz ła zawodzi . 

      - Cicho! - nakazał Mandor. - Cierp w milczeniu. Łzy popłyn ły jej po 

policzkach, krew pociekła po brodzie... 

      - Przesta ! - rzuciłem. 

      - Jak chcesz. - Wyci gn ł r k  i na moment chwycił kulk  mi dzy kciuk i 

rodkowy palec lewej r ki. Kiedy j  wypu cił, zawisła nieruchomo obok prawego 

ucha Naydy. - Mo esz teraz odpowiada  na pytania - o wiadczył. - To była tylko 

skromna próbka tego, co mog  z tob  zrobi . Potrafi  doprowadzi  do twego 

unicestwienia. 

      Otworzyła usta, ale nie padło  adne słowo. Jedynie odgłos krztuszenia si . 

      - My l ,  e  le si  do tego wzi li my - zauwa yłem. - Czy mo esz kaza  jej 

mówi  normalnie, bez tych pyta  i odpowiedzi? 

      - Słyszała  - rzekł Mandor.- Taka jest równie  moja wola. 

      - Moje r ce... - j kn ła. - Uwolnij je. Prosz . 

      - No dalej - powiedziałem. 

      - S  wolne - oznajmił Mandor. Rozprostowała palce. 

      - Chusteczk ... r cznik... - szepn ła. 

      Otworzyłem szuflad  komody i wyj łem chustk  do nosa. Chciałem jej poda , 

ale Mandor chwycił mnie za r k  i odebrał. Rzucił chustk , a Nayda j  złapała. 

      - Nie si gaj do wn trza sfery - pouczył mnie. 

      - Nie skrzywdziłabym go - powiedziała, wycieraj c policzki, oczy i brod . - 

Mówiłam ci,  e miałam go tylko chroni . 

      - Chcemy dokładniejszych informacji - stwierdził Mandor i znowu si gn ł do 

kulki. 

      - Czekaj - rzuciłem. Zwróciłem si  do Naydy. - Czy mo esz przynajmniej 

powiedzie , dlaczego nie mo esz mówi ? 

      - Nie - odparła. - To jedno i to samo. 

      Nagle zobaczyłem t  sytuacj  jak niezwykłe zadanie z programowania. 

Postanowiłem spróbowa  innego podej cia. 

      - Musisz mnie chroni  za wszelk  cen ? - upewniłem si . - To twoja 

zasadnicza funkcja? 

      - Tak. 

      - I nie powinna  zdradza , kto i dlaczego zlecił ci to zadanie? 

background image

 

113 

      - Tak. 

      - Przypu my,  e wyznanie wszystkiego byłoby jedynym sposobem, by mnie 

ochroni ... Zmarszczyła brwi. 

      - Ja... - Zaj kn ła si . - Ja nie... Jedynym? Przymkn ła oczy i zakryła dło mi 

twarz. 

      - Ja... Musiałabym ci wtedy powiedzie . 

      - Wreszcie do czego  dochodzimy. Byłaby  zdolna naruszy  wtórn  instrukcj , 

by wykona  pierwotn ? 

      - Tak, ale to, o czym mówisz, nie jest rzeczywist  sytuacj . 

      - Mo e si  ni  sta  - wtr cił nagle Mandor. - Nie wykonasz zadania, je li 

przestaniesz istnie . Zatem, pozwalaj c na własn  destrukcj , naruszysz rozkaz. 

Zniszcz  ci , je li nie odpowiesz na nasze pytania. 

      U miechn ła si . 

      - Nie s dz  - rzekła. 

      - Dlaczego nie? 

      - Zapytaj Merlina, jakie b d  polityczne konsekwencje znalezienia w jego 

pokoju zabitej w tajemniczych okoliczno ciach córki premiera Begmy? 

Zwłaszcza  e jest ju  odpowiedzialny za znikni cie jej siostry. 

      Mandor spojrzał na mnie, marszcz c czoło. 

      - Nic z tego nie rozumiem - wyznał. 

      - To bez znaczenia - wyja niłem. - Ona kłamie. Je li co  si  jej stanie, wróci po 

prostu prawdziwa Nayda. Widziałem to ju  w przypadku George'a Hansena, 

Meg Devlin i Vinty Bayle. 

      - Tak zwykle si  dzieje - powiedziała. - Gdyby nie pewien drobiazg. Oni 

wszyscy byli  ywi, kiedy brałam w posiadanie ich ciała. Ale Nayda wła nie zmarła 

po ci kiej chorobie. Dokładnie kto  taki był mi potrzebny, wi c opanowałam i 

uleczyłam jej ciało. Jej ju  tu nie ma. Je li odejd , zostan  zwłoki albo ludzka 

ro lina. 

      - Blefujesz - stwierdziłem. Pami tałem jednak,  e Vialle wspomniała o 

chorobie Naydy. 

      - Nie, wcale nie. 

      - To bez znaczenia - mrukn łem. - Mandorze, potrafisz sprawi , by nie mogła 

opu ci  tego ciała i pod a  za mn ? 

      - Tak - potwierdził. 

      - Dobrze. Naydo, wyruszam w pewne miejsce i b dzie mi tam grozi  

miertelne niebezpiecze stwo. Nie pozwol , by  ruszyła za mn  i wypełniała swoje 

polecenia. 

      - Nie rób tego - odpowiedziała. 

      - Nie zostawiasz mi  adnego wyboru. Musz  zatrzyma  ci  tutaj, kiedy b d  

si  zajmował swoimi sprawami. Westchn ła. 

      - A wi c znalazłe  sposób,  eby mnie zmusi , bym dla wykonania jednego 

rozkazu złamała drugi. Bardzo sprytnie. 

      - Zatem powiesz mi to, co chc  wiedzie ? Pokr ciła głow . 

      - To nie kwestia woli, lecz fizyczna niemo liwo . Ale... chyba znalazłam 

sposób. 

      - Jaki? 

background image

 

114 

      - Mogłabym chyba wyzna  prawd  komu  trzeciemu, komu tak e zale y na 

twoim bezpiecze stwie. 

      - To znaczy... 

      - Gdyby  wyszedł na chwil  z pokoju, spróbuj  opowiedzie  twojemu bratu o 

tym, czego tobie nie mog  zdradzi . 

      Spojrzałem w oczy Mandora. 

      - Wyjd  na chwil  na korytarz - rzuciłem. 

      Tak te  zrobiłem. Wiele rzeczy mnie niepokoiło, gdy podziwiałem gobeliny na 

cianach. Nie najmniej wa n  spo ród nich był fakt,  e przecie  jej nie mówiłem, 

i  Mandor jest moim bratem. 

      Drzwi otworzyły si  po dłu szym czasie. Wyjrzał Mandor i rozejrzał si  na 

wszystkie strony. Uniósł r k , gdy ruszyłem ku niemu. Zatrzymałem si , a on 

wyszedł i zbli ył si  do mnie. Wci  si  rozgl dał. 

      - To jest pałac w Amberze? - zapytał. 

      - Tak. Mo e nie najmodniejsze skrzydło, ale dla mnie to dom. 

      - Chciałbym go obejrze  w spokojniejszych okoliczno ciach. 

      Pokiwałem głow . 

      - Obiecuj . A teraz powiedz, co si  tam działo? Odwrócił głow , zauwa ył 

gobelin, przyjrzał si  uwa nie. 

      - To niezwykłe - rzekł. - Nie mog . 

      - Co masz na my li. 

      - Nadal mi ufasz, prawda? 

      - Oczywi cie. 

      - Wi c zaufaj mi równie  teraz. Mam wa ne powody,  eby nie mówi , czego 

si  dowiedziałem. 

      - Daj spokój, Mandorze! O co tu chodzi, u licha? 

      - Ty'iga nie stanowi dla ciebie zagro enia. Naprawd  dba o twoje 

bezpiecze stwo. 

      - Te  mi nowina. Chc  wiedzie  dlaczego. 

      - Daj temu spokój - powiedział. - Na razie. Tak b dzie lepiej. 

      Potrz sn łem głow . Zacisn łem dło  w pi  i rozejrzałem si  za czym , w co 

mógłbym trzasn . 

      - Rozumiem, co czujesz. Ale prosz ,  eby  dał temu spokój. 

      - Uwa asz,  e wiedza mogłaby mi jako  zaszkodzi ? 

      - Tego nie powiedziałem. 

      - A mo e boisz si  mi powiedzie ? 

      - Daj spokój! - powtórzył. 

      Odwróciłem si  i opanowałem z wysiłkiem. 

      - Musisz mie  wa ne powody - uznałem w ko cu. 

      - Mam. 

      - Nie mam zamiaru rezygnowa  - oznajmiłem. - Ale nie mam te  czasu, by 

wobec takiego sprzeciwu dochodzi  prawdy. W porz dku. Ty masz swoje 

powody, a ja mam wa ne sprawy gdzie indziej. 

      - Wspomniała mi o Jurcie, Masce i Twierdzy, gdzie Brand zdobył sw  moc. 

      - Tak, wła nie tam si  wybieram. 

      - Ona liczy,  e b dzie mogła ci towarzyszy . 

background image

 

115 

      - Myli si . 

      - Ja równie  bym ci odradzał. 

      - Przypilnujesz jej dla mnie, póki nie załatwi  swoich spraw? 

      - Nie - odparł. - Poniewa  wyruszam z tob . Ale zanim odejdziemy, pogr

 j  

w bardzo gł bokim transie. 

      - Przecie  nie masz poj cia, co si  zdarzyło od naszej wspólnej kolacji. A 

zdarzyło si  wiele. I nie mam czasu,  eby uzupełni  twoje informacje. 

      - To bez znaczenia - stwierdził. - Wiem,  e w gr  wchodzi wrogi czarownik, 

Jurt i niebezpieczne miejsce. To wystarczy. Pójd  z tob  i pomog  ci. 

      - Ale to mo e nie wystarczy  - powiedziałem. - My mo emy nie wystarczy . 

      - Mimo to uwa m,  e ty'iga b dzie tylko przeszkadza . 

      - Nie mówiłem o niej, tylko o tej zesztywniałej damie przy drzwiach. 

      - Wła nie chciałem o ni  zapyta . To jaki  przeciwnik, którego chciałe  

ukara ? 

      - Owszem, była przeciwnikiem. Jest paskudna, zdradliwa i jadowicie k sa. 

Jest równie  królow  zrzucon  z tronu. Ale to nie ja tak j  urz dziłem. Zrobił to 

czarownik, który poluje równie  na mnie. Ona jest matk  przyjaciela, wi c 

uratowałem j  i dla bezpiecze stwa przeniosłem tutaj. Dopiero teraz pojawił si  

powód,  eby j  uwolni . 

      - Rozumiem. Jako sojusznika przeciwko jej dawnemu wrogowi. 

      - Wła nie. Dobrze zna miejsce, gdzie si  wybieram. Ale nie lubi mnie i 

niełatwo prowadzi  z ni  interesy... A nie mam pewno ci, czy jej syn dostarczył 

mi odpowiedniej amunicji, dzi ki której mógłbym jej zaufa . 

      - Uwa asz,  e b dzie cennym nabytkiem? 

      - Tak. Chciałbym mie  po swojej stronie cał  jej wrogo . Poza tym, o ile 

wiem, jest znakomit  czarodziejk . 

      - Je li potrzebne s  argumenty, pozostaj  tylko gro by i przekupstwo. Mam 

kilka prywatnych piekieł, które osobi cie zaprojektowałem i wyposa yłem, z 

czysto estetycznych wzgl dów. Krótka podró  mo e jej dostarczy  silnych 

wra e . Z drugiej strony, mógłbym posła  po garnek klejnotów. 

      - Sam nie wiem - mrukn łem. - Jej motywacje s  nieco zło one. Póki b d  w 

stanie, pozwól mi działa  samemu. 

      - Oczywi cie. To były tylko propozycje. 

      - Zatem najbli sze plany to o ywi  j , zło y  ofert  i spróbowa  oceni  

reakcj . 

      - Czy nikogo innego nie mo esz prosi  o pomoc? Kogo  ze swoich tutejszych 

krewnych? 

      - Boj  si  im zdradzi , co zamierzam. Łatwo mogliby mi zakaza , 

przynajmniej do powrotu Randoma. Nie mam na to czasu. 

      - Mog  wezwa  posiłki z Dworców. 

      - Tutaj? Do Amberu? Wpadłbym w bagno po uszy, gdyby Random si  o tym 

dowiedział. Zacz łby podejrzewa ,  e szykuj  przewrót. 

      U miechn ł si . 

      - To miejsce przypomina mi dom - zauwa ył i zawrócił do moich drzwi. 

      Zobaczyłem,  e Nayda wci  siedzi na krze le, z dło mi na kolanach, 

wpatrzona w metalow  kulk  zawieszon  trzydzie ci centymetrów od jej twarzy. 

background image

 

116 

Druga kulka nadal zataczała kr gi po podłodze. 

      Mandor dostrzegł,  e przygl dam si  Naydzie. 

      - Bardzo lekki trans - wyja nił. - Słyszy nas. Je li zechcesz, mo esz obudzi  j  

w jednej chwili. 

      Skin łem tylko głow . Przyszła kolej na Jasr . 

      Zdj łem wszystkie wisz ce na niej płaszcze i odło yłem na krzesło po drugiej 

stronie pokoju. Potem przyniosłem  ciereczk  i misk  z wod ,  eby zetrze  z jej 

twarzy makija  klauna. 

      - Niczego nie zapomniałem? - mrukn łem, głównie do siebie. 

      - Szklanka wody i lustro - podpowiedział Mandor. 

      - Po co? 

      - Mo e by  spragniona - wyja nił. - I z pewno ci  zechce sprawdzi , jak 

wygl da. 

      - Mo e masz racj  - przyznałem. Przesun łem mały stolik i ustawiłem na nim 

dzbanek i kielich. Obok poło yłem lusterko. 

      - Podtrzymaj j  lepiej na wypadek, gdyby po usuni ciu czaru zasłabła. 

      - Słusznie. 

      Obj łem j , pomy lałem o truj cym uk szeniu i cofn łem si . Po namy le 

chwyciłem j  jedn  r k  na odległo  niemal ramienia. 

      - Je li mnie ugryzie, strac  przytomno  niemal natychmiast - ostrzegłem 

Mandora. - Gdyby to nast piło, b d  gotów do obrony. 

      Mandor rzucił w powietrze nast pn  kulk . Na nienaturalnie dług  chwil  

zawisła na szczycie trajektorii, po czym wróciła mu do r ki. 

      - Dobrze - powiedziałem i wymówiłem słowa, które cofn ły zakl cie. 

      Nie zdarzyło si  nic tak dramatycznego, jak si  spodziewałem. Osun ła si , 

wi c podtrzymałem j . 

      - Nic ci nie grozi - powiedziałem. - Rinaldo wie,  e tu jeste  - dodałem, by 

przywoła  znajome imi . - Tu stoi krzesło. Napijesz si  wody? 

      - Tak. 

      Nalałem z dzbanka i podałem jej kielich. 

      Kiedy piła, obserwowała otoczenie. Zastanawiałem si , czy doszła do siebie od 

razu, a teraz s cz c wod  grała na czas, podczas gdy jej my li p dziły, a na 

czubkach palców ta czyły zakl cia. Kilka razy zerkn ła z uznaniem na Mandora. 

Nayd  obrzuciła długim, niech tnym spojrzeniem. 

      Wreszcie odstawiła kielich i u miechn ła si . 

      - Rozumiem, Merlinie,  e jestem twoim wi niem - stwierdziła, krztusz c si  

lekko. Łykn ła jeszcze wody. 

      - Go ciem - poprawiłem. 

      - Doprawdy? Jak to si  stało? Jako  nie pami tam, bym przyjmowała 

zaproszenie. 

      - Przeniosłem ci  tutaj z cytadeli w Twierdzy Czterech  wiatów. W stanie 

nieco kataleptycznym - wyja niłem. 

      - A gdzie  znajduje si  owo „tutaj"? 

      - To mój apartament w pałacu w Amberze. 

      - Zatem wi niem - orzekła. 

      - Go ciem - powtórzyłem. 

background image

 

117 

      - W takim razie powinnam zosta  przedstawiona, prawda? 

      - Wybacz. Mandorze, oto jej wysoko  Jasra, królowa Kashfy. -  wiadomie 

pomin łem „królewsk ". - Wasza wysoko , prosz  o pozwolenie przedstawienia 

sobie mojego brata, Lorda Mandora. 

      Pochyliła głow . Mandor zbli ył si , przykl kn ł i uniósł jej dło  do warg. 

Lepszy jest ode mnie w takich dworskich gestach; nawet nie sprawdził, czy 

grzbiet dłoni nie pachnie gorzkimi migdałami. Od razu dostrzegłem,``  e te 

maniery zrobiły na niej wra enie. Przygl dała mu si  z uwag . 

      - Nie zdawałam sobie sprawy - rzekła -  e do królewskiego rodu nale y 

osobnik imieniem Mandor. 

      - Mandor jest nast pc  diuka Sawalla z Dworców Chaosu - odparłem. 

Szeroko otworzyła oczy. 

      - I powiedziałe ,  e jest twoim bratem? 

      - W istocie. 

      - Udało ci si  mnie zdziwi  - przyznała. - Zapomniałam o twoim mieszanym 

pochodzeniu. U miechn łem si , skin łem głow  i wyci gn łem r k . 

      - A to... - zacz łem. 

      - Znam ju  Nayd  - przerwała. - Dlaczego dziewczyna jest taka... zamy lona? 

      - To sprawa o wielkiej zło ono ci - odrzekłem. - S  za to inne i jestem pewien, 

e b d  dla ciebie bardziej interesuj ce. 

      Uniosła brew. 

      - Ach... - westchn ła. - Oto kruchy, ulotny element... prawda. Kiedy tak 

szybko wychodzi na jaw, zwykle czyni to pod wpływem klaustrofobii 

okoliczno ci. Do czego jestem wam potrzebna? 

      Nadal si  u miechałem. 

      - Zawsze nale y uwzgl dnia  okoliczno ci. 

      - Uwzgl dniam fakt,  e znajduj  si  w Amberze,  ywa i nie w celi, w 

towarzystwie dwóch d entelmenów, którzy zachowuj  si  niezwykle uprzejmie. 

Uwzgl dniam równie ,  e mój stan nie jest taki, jaki by  powinien według 

ostatnich wspomnie . I tobie powinnam dzi kowa  za uwolnienie? 

      - Tak. 

      - Nie wiem czemu, ale w tpi , by powodował tob  altruizm. 

      - Zrobiłem to dla Rinalda. Próbował ci  wydosta , ale został pobity. Potem ja 

wymy liłem sposób, który mógł by  skuteczny. Wypróbowałem go. Był. 

      Twarz jej zesztywniała na d wi k imienia syna. Uznałem,  e woli słysze  to, 

które sama mu nadała, ni  „Luke". 

      - Czy nic mu nie jest? - zapytała. 

      - Nie - zapewniłem w nadziei,  e to prawda. 

      - Wi c czemu go tu nie ma? 

      - Odjechał gdzie  z Daltem. Nie jestem pewien dok d. 

      Wtedy wła nie Nayda j kn ła cicho. Popatrzyli my na ni , ale nie poruszyła 

si . Mandor spojrzał pytaj co, lecz dyskretnie pokr ciłem głow . Nie chciałem jej 

budzi  w takiej chwili. 

      - Ten barbarzy ca  le na niego wpływa - zauwa yła Jasra. Zakrztusiła si  

znowu i wypiła troch  wody. - Tak chciałam, by zamiast wyczynia  prymitywne 

sztuczki w siodle, Rinaldo nabrał bardziej dwornych manier. - Zechciała łaskawie 

background image

 

118 

u miechn  si  do Mandora. - W tym mnie rozczarował. Czy macie co  

mocniejszego od wody? 

      - Oczywi cie. - Odkorkowałem wino i nalałem jej. Potem spojrzałem na 

Mandora i na butelk , ale pokr cił głow . - Musisz jednak przyzna ,  e na 

drugim roku pi knie pobiegł w meczu z UCLA. - Nie chciałem,  eby tak na niego 

narzekała. - Po cz ci był to rezultat jego zamiłowania do bardziej aktywnego 

trybu  ycia. 

      U miechn ła si , bior c ode mnie kielich. 

      - Tak. Pobił wtedy rekord  wiata. Wci  widz , jak przechodzi ostatni płotek. 

      - Była  tam? 

      - Naturalnie. Chodziłam na wszystkie wasze zawody. Ogl dałam nawet twoje 

biegi. Całkiem nie le. Łykn ła wina. 

      - Zamówi  ci co  do jedzenia? - zaproponowałem. 

      - Nie. Wła ciwie nie jestem głodna. Przed chwil  zacz li my mówi  o 

prawdzie... 

      - Rzeczywi cie. Domy lam si ,  e w Twierdzy miało miejsce magiczne starcie 

mi dzy tob  a Mask ... 

      - Mask ? - powtórzyła. 

      - To ten czarownik w bł kitnej masce, który włada teraz Twierdz . 

      - A tak. Owszem, miało. 

      - Prawidłowo odgadłem? 

      - Tak, ale to spotkanie nast piło do  nagle. Wybacz moje wahanie. Zostałam 

zaskoczona i nie zd yłam przygotowa  obrony. To wła ciwie wszystko. Nic 

takiego si  wi cej nie powtórzy. 

      - Jestem pewien. Ale... 

      - Wykradłe  mnie? - przerwała. - Czy te  musiałe  walczy  z Mask ,  eby 

mnie uwolni ? 

      - Walczyli my - odparłem. 

      - I w jakim stanie go zostawiłe ? 

      - Zakopanego pod stosem nawozu. Zachichotała. 

      - Cudownie! Lubi  m czyzn z poczuciem humoru. 

      - Musz  tam wróci  - dodałem. 

      - O... A to dlaczego? 

      - Poniewa  Maska sprzymierzył si  z moim dawnym wrogiem... człowiekiem 

imieniem Jurt, który pragnie mojej  mierci. 

      Wzruszyła ramionami. 

      - Skoro Maska ci nie dorównał, nie rozumiem, czemu Maska i ten człowiek 

maj  sprawi  kłopot. Mandor odchrz kn ł. 

      - Je li wolno - powiedział. - Jurt jest pomniejszym czarodziejem i 

zmiennokształtnym z Dworców. Ma tak e władz  nad Cieniem. 

      - Owszem, to mo e stanowi  pewien problem - przyznała. 

      - Nie tak wielki jak to, czego wspólnie próbuj  dokona  - stwierdziłem. - 

Według moich wiadomo ci, Maska zamierza podda  Jurta takiemu samemu 

rytuałowi, jaki przeszedł twój zmarły m ... ma to zwi zek z Fontann  Mocy. 

      - Nie! - krzykn ła, zrywaj c si  na nogi. Resztka wina zmieszała si  ze  lin  i 

plamami krwi Naydy na tabrizkim dywanie, który kupiłem dla delikatnie 

background image

 

119 

haftowanej sielankowej sceny. - To nie mo e si  powtórzy ! 

      Burza wybuchła i zgasła w jej oczach. Wtedy, po raz pierwszy Jasra wydała 

mi si  słaba i wra liwa. 

      - Dlatego go utraciłam... - szepn ła. Chwila min ła. Powróciła twardo . 

      - Nie sko czyłam wina - zauwa yła siadaj c. 

      - Przynios  drugi kieliszek - powiedziałem. 

      - Czy to nie lustro le y na stoliku?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

120 

Rozdział 11

 

 

Czekałem, a  sko czy toalet . Patrzyłem przez okno na  nieg i dyskretnie, 

odwrócony do niej plecami, próbowałem nawi za  kontakt z Coral albo Lukiem. 

Bez skutku. Kiedy odło yła po yczone ode mnie grzebie  i szczotk , a obok nich 

lusterko, uznałem,  e tak samo jak włosy zd yła uporz dkowa  swe my li. I  e 

jest gotowa do dalszej rozmowy. Odwróciłem si  i podszedłem wolno. 

      Przygl dali my si  sobie nawzajem,  wicz c przy tym oboj tny wyraz twarzy. 

Wreszcie zapytała: 

      - Czy jeszcze kto  w Amberze wie,  e mnie przebudziłe ? 

      - Nie - zapewniłem. 

      - To dobrze. To znaczy,  e mo e wyjd  st d  ywa. Domy lam si ,  e chcesz 

uzyska  moj  pomoc przeciwko Masce i temu Jurtowi? 

      - Tak. 

      - O jak  dokładnie pomoc ci chodzi i czym byłby  skłonny za ni  zapłaci ? 

      - Zamierzam przedosta  si  do Twierdzy, po czym zneutralizowa  Mask  i 

Jurta - wyja niłem. 

      - Zneutralizowa ? Czy to nie jeden z tych miłych eufemizmów dla słowa 

„zabi "? 

      - Wła ciwie tak, 

      - Amber nie słynie raczej z delikatno ci - zauwa yła. - Zbyt długo ulegałe  

wpływom ameryka skiego dziennikarstwa. Wiesz zatem,  e dobrze znam 

Twierdz , i chcesz, bym ci pomogła zabi  ich oboje. Zgadza si ? 

      Przytakn łem. 

      - Rinaldo twierdził,  e je li przyb dziemy za pó no i Jurt zd y si  podda  

rytuałowi transformacji, znajdziesz mo e sposób, by u y  mocy Fontanny 

przeciw niemu - wyja niłem. 

      - Poznał te notatki lepiej, ni  przypuszczałam - mrukn ła. - B d  z tob  

szczera, gdy  od tego mo e zale e  nasze  ycie: owszem, istnieje taki sposób. Ale 

nie, na nic nam si  nie przyda. Aby wykorzysta  do takich celów moc Fontanny, 

niezb dne s  pewne przygotowania. Nie mog  po prostu pstrykn  palcami i 

zrobi  tego tak od razu. 

      Mandor odchrz kn ł. 

      - Wolałbym unikn   mierci Jurta - o wiadczył. - Póki istnieje szansa, by 

zabra  go do Dworców jako je ca. Mo na go potem ukara . Jest mo e sposób, by 

go zneutralizowa , nie... neutralizuj c, jak to uj łe . 

      - A je li nie ma? - spytałem. 

      - Wtedy pomog  go zabi  - odparł. - Nie mam co do niego złudze , ale 

uwa am,  e powinni my spróbowa . Boj  si ,  e wie  o jego  mierci mo e dobi  

naszego ojca. 

      Spu ciłem głow . Mógł mie  racj . Wprawdzie po  mierci starego Sawalla 

Mandor odziedziczyłby tytuł i poka n  fortun , jednak byłem pewien,  e nie chce 

ich za tak  cen . 

      - Rozumiem - westchn łem. - Nie pomy lałem o tym. 

      - Pozwól,  e spróbuj  go poskromi . Je li to si  nie uda, przył cz  si  do ciebie 

w tym, co musi zosta  dokonane. 

background image

 

121 

      - Zgoda - mrukn łem, obserwuj c, jak reaguje na to Jasra. Przygl dała si  

nam z dziwnym wyrazem twarzy. 

      - „Naszego ojca"? - powtórzyła. 

      - Tak - przyznałem. - Nie chciałem o tym mówi , ale skoro i tak wyszło na 

jaw... Jurt jest naszym młodszym bratem. 

      Oczy błyszczały jej jasno. Zwietrzyła spisek. 

      - To rodzinna walka o władz , prawda? 

      - S dz ,  e mo na tak to okre li  - przyznałem. 

      - Niezupełnie - wtr cił Mandor. 

      - I nale ycie do wa nego w Dworcach rodu? 

      Mandor wzruszył ramionami. Ja równie . Miałem przeczucie,  e Jasra szuka 

sposobu, by wykorzysta  jako  t  informacj . Postanowiłem do tego nie dopu ci . 

      - Mówili my o pilniejszych sprawach - przypomniałem. - Chc ,  eby  

wprowadziła nas do Twierdzy i przyj ła wyzwanie Maski. Powstrzymamy Jurta, 

gdyby zechciał przeszkadza , i oddamy go Mandorowi. Je li poskromienie oka e 

si  niemo liwe, podejmiemy  rodki ostateczne. Idziesz z nami? 

      - Nie było jeszcze mowy o cenie - przypomniała. 

      - Rzeczywi cie - przyznałem. - Rozmawiałem o tym z Rinaldem. Kazał ci 

przekaza ,  e odwołuje wendet . Uwa a,  e po  mierci Caine'a rachunki z 

Amberem zostały wyrównane. Prosił,  eby ci  uwolni , je li nam pomo esz, i 

zaproponował, by w zamian za pomoc w walce z nowym panem cytadeli odda  ci 

Twierdz  Czterech  wiatów w suwerenne władanie. Maksymalna cena, jak to 

uj ł. 

      Uj ła kielich i powoli s czyła wino. Wiedziałem,  e b dzie zwleka , szukaj c 

metody, by wycisn  z tej umowy jak najwi cej. 

      - Chyba niedawno rozmawiałe  z Rinaldem? - zapytała. 

      - Istotnie. 

      - Je li tak mocno popiera ten plan, to nie rozumiem, dlaczego włóczy si  

gdzie  z Daltem, zamiast by  tu z nami. 

      - No dobrze. Opowiem ci wszystko - westchn łem. - Ale je li masz nam 

pomaga , chciałbym wyruszy  jak najszybciej. 

      - Kontynuuj - rzuciła. 

      Opisałem wi c t  wieczorn  przygod  w Ardenie. Pomin łem jedynie to,  e 

Vialle wzi ła Luke'a pod swoj  opiek . W miar  rozwoju opowie ci Nayda 

stawała si  coraz bardziej niespokojna; co chwil  skomlała cicho. 

      Kiedy sko czyłem, Jasra powstała, opieraj c dło  na r ce Mandora. 

Przechodz c, musn ła go lekko biodrem. Stan ła przed Nayd . 

      - A teraz wytłumaczcie, dlaczego wi zicie tu córk  begma skiego dygnitarza. 

      - Jest op tana przez demona, który lubi si  wtr ca  w moje sprawy - 

wyja niłem. 

      - Doprawdy? Cz sto si  zastanawiałam, jakim hobby mog  si  zajmowa  

demony. Mam jednak wra enie,  e ten szczególny demon usiłuje powiedzie  co , 

co mo e mnie zainteresowa . Gdyby cie byli tak dobrzy i uwolnili go na chwil  

rozmowy, obiecuj ,  e zaraz potem rozwa  wasz  ofert . 

      - Czas ucieka - zauwa yłem. 

      - W takim razie moja odpowied  brzmi: nie - oznajmiła. - Zamknijcie mnie 

background image

 

122 

gdzie  i ruszajcie do Twierdzy beze mnie. 

      Rzuciłem okiem na Mandora. 

      - Nie przyj łam jeszcze waszej oferty - mówiła dalej Jasra. - Rinaldo nazwałby 

to kosztem pozyskania przychylno ci. 

      - Nie widz  w tym nic złego - orzekł Mandor. 

      - Wiec pozwól jej mówi  - zaproponowałem. 

      - Mo esz mówi , ty'igo - powiedział. Pierwsze słowa Naydy były jednak 

skierowane do mnie, nie do Jasry. 

      - Merlinie, musisz si  zgodzi , bym ci towarzyszyła. Przeszedłem w miejsce, z 

którego mogłem widzie  jej twarz. 

      - Nic z tego - o wiadczyłem. 

      - Dlaczego nie? - spytała. 

      - Poniewa  twoje zamiłowanie do ochraniania mnie mo e utrudnia  działanie 

w sytuacji, gdy prawdopodobnie b d  musiał ryzykowa . 

      - Taka jest moja natura - odparła. 

      - A mój problem. - Westchn łem. - Nie  ycz  ci  le. Gdy b dzie ju  po 

wszystkim, ch tnie z tob  porozmawiam, ale na razie musisz tu zosta . 

      Jasra chrz kn ła. 

      - Czy to ju  wszystko? - zapytała. - Czy mo e chciałaby  tak e mnie co  

przekaza ? Przez chwil  trwała cisza. 

      - B dziesz im towarzyszy  czy nie? - odezwała si  wreszcie Nayda. 

      Jasra zastanawiała si  długo, wyra nie wa c ka de słowo. 

      - To potajemna, prywatna akcja - rzekła. - Nie jestem pewna, czy zyska 

poparcie krewnych Merlina tutaj, w Amberze. To prawda,  e współpracuj c z 

nim mog  wiele zyska , ale te  podejmuj  spore ryzyko. Oczywi cie, pragn  

odzyska  wolno  i władz  w Twierdzy. To niemal uczciwa wymiana. Ale on  da 

równie  zako czenia wendety. Jak  mam gwarancj ,  e jego opinia b dzie miała 

jakiekolwiek znaczenie i  e hierarchia Amberu nie zechce mnie potem  ciga  jako 

sprawczyni kłopotów? Nie mo e przemawia  w imieniu pozostałych, skoro działa 

w sekrecie przed nimi. 

      Wła ciwie skierowała to pytanie do mnie. A  e było to dobre pytanie, na które 

nie miałem  adnej odpowiedzi, ucieszyłem si ,  e ty'iga chce zabra  głos. 

      - Potrafi  ci  chyba przekona ,  e w twoim własnym interesie le y, by  

wyruszyła z nimi i udzieliła wszelkiej pomocy, jakiej tylko zdołasz. 

      - Mów zatem - poprosiła Jasra. 

      - Ta rozmowa musi si  odby  na osobno ci. Jasra u miechn ła si , pewnie z 

powodu swego zamiłowania do intryg. 

      - Nie mam nic przeciw temu - o wiadczyła. 

      - Mandorze - wtr ciłem. - Zmu  j , by powiedziała to teraz. 

      - Stój! - zawołała Jasra. - Porozmawiam z ni  sam na sam albo mo ecie 

zapomnie  o mojej pomocy. 

      Zacz łem si  zastanawia , ile ta pomoc b dzie warta. Skoro Jasra nie mo e 

skorzysta  z Fontanny, by pozby  si  Jurta, gdyby to on okazał si  

najpowa niejszym problemem... To prawda, znała Twierdz . Ale wła ciwie nie 

wiedziałem nawet, jakiej klasy jest czarodziejk . 

      Z drugiej strony chciałem wreszcie załatwi  t  spraw  i dodatkowy adept 

background image

 

123 

Sztuki mógł odegra  decyduj c  rol . 

      - Naydo - zacz łem. - Czy planujesz co , co mogłoby zaszkodzi  Amberowi? 

      - Nie - zapewniła. 

      - Mandorze, na co przysi gaj  ty'igi? 

      Wcale nie przysi gaj  - mrukn ł. 

      - Niech to diabli! Ile czasu ci trzeba? 

      - Daj nam dziesi  minut - poprosiła. 

      - Przejd my si  - zaproponowałem Mandorowi. 

      - Oczywi cie - zgodził si . Rzucił w stron  Naydy jeszcze jedn  metalow  

kulk . Zacz ła kr y  wkoło jak pozostałe, nieco powy ej poziomu talii. 

      Przed wyj ciem wyj łem klucz z szuflady. I gdy tylko znale li my si  w 

korytarzu, spytałem: 

      - Czy Jasra mo e j  jako  uwolni ? 

      - Nie przy tym dodatkowym obwodzie zabezpieczaj cym, który uruchomiłem 

przed wyj ciem - uspokoił mnie. - Niewielu ludzi potrafiłoby go zerwa , a ju  z 

pewno ci  nie w ci gu dziesi ciu minut. 

      - Ta przekl ta ty'iga ma same tajemnice - burkn łem. - Zaczynam si  

zastanawia , kto tu wła ciwie jest wi niem. 

      - Ona próbuje tylko przehandlowa  kilka informacji w zamian za współprac  

Jasry - wyja nił. - Chce, by ta dama udała si  z nami, skoro ju  sama i  nie 

mo e. Obecno  Jasry to dla ciebie dodatkowa ochrona. 

      - Wi c czemu nie mo emy tego słucha ? 

      - Nic, czego si  od niej dowiedziałem, w najmniejszym stopniu tego nie 

wyja nia - odparł. 

      - No có ... poniewa  mamy kilka wolnych minut, chc  załatwi  pewien 

drobiazg. Dopilnuj tutaj wszystkiego i przejmij dowodzenie, gdyby nas zawołała, 

zanim wróc . 

      U miechn ł si . 

      - Gdyby przechodził który  z twoich krewnych, mam mu powiedzie ,  e 

jestem Lordem Chaosu? 

      - My lałem,  e jeste  równie  mistrzem oszustwa. 

      - Oczywi cie - potwierdził, klasn ł w r ce i znikn ł. 

      - B d  si  spieszył - obiecałem. 

      - Powodzenia - dobiegł sk d  jego głos. 

      Szybko pomaszerowałem korytarzem. Mo na to chyba nazwa  mał  

pielgrzymk  - pielgrzymk , której nie odbyłem ju  bardzo dawno. Tu  przed 

nowym przedsi wzi ciem, wła nie takim, wydawała si  jako  wła ciwa. 

      Kiedy dotarłem do drzwi, przez chwil  stałem nieruchomo u progu. 

Zamkn łem oczy i wyobraziłem sobie wn trze tak, jak je widziałem ostatnim 

razem. To był apartament mojego ojca. Ogl dałem go wielokrotnie, próbuj c z 

wyposa enia, układu mebli, jego półek z ksi kami i zbioru ciekawostek 

dowiedzie  si  o nim czego  wi cej. Zawsze znalazł si  jaki  drobiazg, który 

przyci gn ł moj  uwag , który odpowiadał na pytanie albo stawiał nowe - 

inskrypcja, wyklejka w ksi ce czy notatka na marginesie, srebrna szczotka do 

włosów z niewła ciwymi inicjałami, dagerotyp atrakcyjnej brunetki z podpisem: 

„Carlowi, kochaj ca Carolyn", czy zdj cie ojca, jak  ciska sobie r ce z generałem 

background image

 

124 

MacArthurem... 

      Przekr ciłem klucz w zamku i otworzyłem drzwi. 

      Przez kilka sekund nie ruszałem si  jednak... poniewa  wewn trz było jasno. 

Nasłuchiwałem długo, ale nie dobiegały  adne d wi ki. Wszedłem powoli. Na 

stoj cej pod  cian  komodzie płon ło kilka  wiec. Nikogo nie zauwa yłem. 

      - Hej! - zawołałem. - To ja, Merlin. 

      Nie było odpowiedzi. 

      Zamkn łem za sob  drzwi i ruszyłem dalej. Po ród  wiec na komodzie stał 

wazon. Tkwiła w nim jedna ró a i zdawało mi si ,  e jest srebrna. Podszedłem 

bli ej. Tak, była prawdziwa, nie sztuczna. I była srebrna. W jakim cieniu rosn  

takie kwiaty? 

      Uj łem jedn   wiec  za uchwyt lichtarza i odszedłem, osłaniaj c dłoni  

płomyk. Skr ciłem w lewo i wkroczyłem do nast pnego pokoju. Gdy tylko 

otworzyłem drzwi, przekonałem si ,  e  wieca nie b dzie potrzebna. Płon ło ich 

tu wi cej. 

      - Hej! - powtórzyłem. 

      I znowu  adnej odpowiedzi.  adnego d wi ku. 

      Ustawiłem  wiec  na stoliku i zbli yłem si  do łó ka. Podniosłem i upu ciłem 

r kaw. Srebrzysta koszula le ała na kapie, obok pary czarnych spodni - to barwy 

ojca. Nie było ich tutaj, kiedy zagl dałem poprzednio. 

      Usiadłem przy nich i spojrzałem w mroczny k t po drugiej stronie pokoju. Co 

si  tu działo? Czy by słu cy odprawiali jakie  tajemnicze rytuały? Duchy 

nawiedzały pokój? Czy mo e... 

      - Corwinie! - krzykn łem. 

      Poniewa  nie spodziewałem si  odpowiedzi, nie byłem rozczarowany. Gdy 

jednak wstałem, uderzyłem głow  o ci ki przedmiot zawieszony na filarze łó ka. 

Zdj łem go i podniosłem do oczu, by lepiej widzie : pas z mieczem w pochwie. 

Ostatnio te  go tu nie było. Chwyciłem r koje  i wyci gn łem kling . 

      Zamkni ta w szarym metalu cz  Wzorca zata czyła w blasku  wiec. To był 

Grayswandir, miecz mojego ojca. Co tutaj robił w tej chwili, nie miałem poj cia. 

      I nagle u wiadomiłem sobie z bólem,  e nie mog  czeka , by sprawdzi , co si  

dzieje. Musiałem wraca  do własnych kłopotów. Tak, czas zdecydowanie działał 

dzisiaj przeciwko mnie. 

      Wsun łem Grayswandira do pochwy. 

      - Tato?! - zawołałem. - Je li mnie słyszysz... Chc  znowu si  z tob  spotka . 

Ale teraz musz  ju  i . Powodzenia, cokolwiek teraz robisz. 

      Wyszedłem z pokoju, po drodze musn łem palcami srebrn  ró  i zamkn łem 

za sob  drzwi. Odchodz c u wiadomiłem sobie,  e dr  

      W drodze powrotnej nie spotkałem nikogo. Zbli aj c si  do własnych drzwi, 

nie byłem pewien, czy powinienem wej , zastuka , czy czeka . Nagle co  

dotkn ło mego ramienia; obejrzałem si , ale nie zobaczyłem nikogo. Znów si  

odwróciłem; przede mn  stał Mandor i lekko marszczył brwi. 

      - Co si  stało? - zapytał. - Jeste  chyba bardziej niespokojny ni  poprzednio. 

      - Co  bardzo dziwnego - odpowiedziałem. - Tak mi si  wydaje. Jakie  wie ci ze 

rodka? 

      - Kiedy ci  nie było, usłyszałem krzyk Jasry. Podbiegłem i otworzyłem drzwi, 

background image

 

125 

ale ona  miała si  i kazała mi je zamkn . 

      - Albo ty'igi znaj  dobre dowcipy, albo uzyskała jakie  pomy lne wiadomo ci. 

      - Na to wygl da. 

      W chwil  pó niej drzwi uchyliły si  i Jasra skin ła na nas. 

      - Zako czyły my rozmow  - oznajmiła. 

      Obserwowałem j  wchodz c. Była wyra nie weselsza ni  poprzednio. 

Pojawiły si  zmarszczki przy zewn trznych k cikach oczu i miałem wra enie,  e z 

trudem zmusza usta do zachowania powa nej miny. 

      - Mam nadziej ,  e konwersacja była owocna - powiedziałem. 

      - Tak. Ogólnie rzecz bior c, mo na j  tak okre li . Rzut oka na Nayd  

wyja nił mi,  e nie nast piły  adne zmiany w jej pozycji i wyrazie twarzy. 

      - Musz  teraz zapyta  o twoj  decyzj  - zwróciłem si  do Jasry. - Nie mog  

dłu ej czeka . 

      - Co si  stanie, je li odmówi ? - zaciekawiła si . 

      - Ka  odprowadzi  ci  do twoich pokoi i zawiadomi  pozostałych,  e si  

przebudziła . 

      - Jako go cia? 

      - Jako bardzo dobrze strze onego go cia. 

      - Rozumiem. Wła ciwie nie mam ochoty zwiedza  tych komnat, które dla 

mnie przeznaczyłe . Postanowiłam towarzyszy  wam i pomaga  na ustalonych 

wcze niej warunkach. 

      Skłoniłem si  jej. 

      - Merlinie! - odezwała si  Nayda. 

      - Nie - odpowiedziałem i spojrzałem na Mandora. Zbli ył si  i stan ł przed 

ni . 

      - Lepiej b dzie, je li teraz za niesz - powiedział. Zamkn ła oczy, a ramiona jej 

opadły. - Czy znasz jakie  miejsce, gdzie mogłaby wypoczywa  nie niepokojona? 

      - T dy. - Wskazałem drzwi do s siedniego pokoju. 

      Wzi ł j  za r k  i wyprowadził. Po chwili usłyszałem jego cichy głos, pó niej 

zapanowało milczenie. Wyszedł zaraz potem, a ja zajrzałem przez drzwi do 

rodka. Nayda le ała na moim łó ku. Nie zauwa yłem przy niej ani jednej z tych 

jego metalowych kulek. 

      - Jest wył czona? - spytałem. 

      - Na długo - odparł. 

      Zerkn łem na Jasr , która podziwiała si  w lustrze. 

      - Jeste  gotowa? - upewniłem si . Przygl dała mi si  spod opuszczonych rz s. 

      - Jak zamierzasz nas tam przetransportowa ? - pytała. 

      - A czy masz pod r k  jakie  szczególnie chytre sposoby przenikni cia na 

miejsce? 

      - Nie, w tej chwili nie. 

      - W takim razie wezw  Ghostwheela,  eby nas przeniósł. 

      - Czy to na pewno bezpieczne? Rozmawiałam z tym... urz dzeniem. Nie 

jestem przekonana, czy mo na mu zaufa . 

      - Pracuje doskonale - zapewniłem j . - Chcesz uzbroi  jakie  zakl cia? 

      - To niepotrzebne. Mój... zapas powinien by  w dobrym stanie. 

      - Mandorze? 

background image

 

126 

      Usłyszałem metaliczny stuk spo ród fałd jego płaszcza. 

      - Gotów - rzekł. 

      Wyj łem Atut Ghostwheela i wpatrzyłem si . Rozpocz łem medytacj . Potem 

si gn łem. Nic si  nie stało. Spróbowałem jeszcze raz, przyzywaj c, dostrajaj c, 

poszerzaj c... I znowu si gn łem, zawołałem, wczułem si ... 

      - Drzwi... - szepn ła Jasra. 

      Rzuciłem okiem na drzwi wej ciowe, ale nie zauwa yłem nic niezwykłego. 

Potem spojrzałem na ni  i zrozumiałem, w któr  stron  patrzy. 

      Drzwi do s siedniego pokoju, gdzie spała Nayda, zaja niały. L niły  ółtym 

wiatłem, które w oczach stawało si  coraz bardziej intensywne. Wreszcie 

po rodku błysn ł punkt o wi kszej jasno ci i nagle zacz ł wolno przesuwa  si  w 

gór  i w dół. 

      Potem zabrzmiała muzyka, nie wiem sk d, i głos Ghosta oznajmił: 

      - Id cie za skacz c  piłk . 

      - Przesta  - mrukn łem. - To rozprasza. Muzyka ucichła. Kr ek  wiatła 

znieruchomiał. 

      - Przepraszam - powiedział Ghost. - My lałem,  e taki  art pomo e wam si  

odpr y . 

      -  le my lałe  - odparłem. - Chc ,  eby  nas przeniósł do cytadeli w Twierdzy 

Czterech  wiatów. 

      -  ołnierzy tak e? Jako  nie mog  zlokalizowa  Luke'a. 

      - Tylko nas troje - wyja niłem. 

      - A co z t  osob , która  pi obok? Spotkałem j  ju  kiedy . Nie skanuje si  

wła ciwie. 

      - Wiem. Nie jest człowiekiem. Niech  pi. 

      - Dobrze wi c. Przejd cie przez drzwi. 

      - Idziemy - powiedziałem. Zapi łem pas z mieczem, dodałem zapasowy sztylet, 

zdj łem z krzesła płaszcz i zarzuciłem sobie na ramiona. 

      Ruszyłem do portalu, a za mn  Mandor i Jasra. Przest piłem próg, ale za nim 

nie było ju  sypialni. Wszystko rozmazało si  na moment, a kiedy znowu 

widziałem wyra nie, zobaczyłem pod sob  szerok  przestrze , a w górze 

zachmurzone niebo. Wiatr szarpał mnie za ubranie. 

      Usłyszałem okrzyk Mandora, a po chwili Jasry - z tyłu, po lewej stronie. 

Wielkie pole lodowe, białe jak ko , rozci gało si  po prawej, z drugiej strony za  

ciemnoszare morze przerzucało spienione szczyty fal niby w e w wiadrze mleka. 

Daleko w dole, przede mn , wrzała i dymiła czarna ziemia. 

      - Ghost! - krzykn łem. - Gdzie jeste ? 

      - Tutaj - nadbiegła cicha odpowied . Spojrzawszy w dół, dostrzegłem male ki 

wietlny kr ek obok czubka lewego buta. 

      Wprost przed nami, w dole, rosła wyra nie widoczna Twierdza. Na zewn trz 

murów nie zauwa yłem  adnych  ladów  ycia. Zrozumiałem,  e znale li my si  w 

górach, niedaleko miejsca, gdzie wiodłem dług  rozmow  ze starym pustelnikiem 

o imieniu Dave. 

      - Miałe  nas przenie  do cytadeli wewn trz Twierdzy - przypomniałem. - 

Dlaczego wyl dowali my tutaj? 

      - Mówiłem ci,  e nie lubi  tego miejsca - wyja nił Ghost. - Chciałem,  eby cie 

background image

 

127 

mu si  przyjrzeli i zdecydowali, gdzie dokładnie chcecie si  znale . W ten sposób 

b d  mógł dostarczy  was bardzo szybko i nie wystawia  si  zbyt długo na siły, 

które mnie niepokoj . 

      Obserwowałem Twierdz . Wokół murów znowu w drowała para tr b 

powietrznych. Gdyby nie było fosy, pewnie bez trudu by j  wykopały. 

Pozostawały oddalone niemal dokładnie o sto osiemdziesi t stopni i po kolei 

zajmowały si  roz wietlaniem okolicy. Jasne wst gi błyskawic nadawały 

bli szemu cyklonowi niesamowitego blasku. Potem, gdy zacz ły przygasa , 

rozjarzył si  drugi. Przygl dałem si  kilku przebiegom tego cyklu. 

      Jasra j kn ła cicho. Obejrzałem si . 

      - O co chodzi? - spytałem. 

      - Rytuał - odpowiedziała. - Kto  w tej chwili igra z moc  Fontanny. 

      - Czy mo esz ustali , jak daleko si  posun li? 

      - Nie bardzo. Mogli dopiero zacz , a mogli ju  sko czy . Te ogniste bieguny 

informuj  tylko,  e wszystko jest przygotowane. 

      - Zatem ty decydujesz, Jasro - orzekłem. - Gdzie powinni my si  pojawi ? 

      - S  takie dwa długie korytarze prowadz ce do sali Fontanny - wyja niła. - 

Jeden na tym samym poziomie, drugi pi tro wy ej. Sama komora ma kilka pi ter 

wysoko ci. 

      - Przypominam sobie - potwierdziłem. 

      - Je li operuj  moc  bezpo rednio, a my zjawimy si  w sali, szybko stracimy 

przewag  zaskoczenia. Trudno powiedzie , co mog  z nami zrobi . Lepiej podej  

jednym z tych dwóch korytarzy,  ebym mogła rozezna  sytuacj . Poniewa  w 

dolnym mog  nas zauwa y , górny najlepiej si  nadaje do naszych celów. 

      - Dobrze - zgodziłem si . - Ghost, mo esz nas umie ci  nieco w gł bi górnego 

korytarza? 

      Kr g rozrósł si , pochylił, na moment zawisł nad nami i opadł. 

      - Ju ... jeste cie... na miejscu - powiedział Ghost, kiedy widok zafalował, a 

kr g  wiatła spłyn ł po nas od głowy do stóp. - Do widzenia. 

      Miał słuszno . Tym razem wyl dowali my w celu. Stali my w długim, 

mrocznym korytarzu o  cianach z ciosanego kamienia. Z jednej strony droga 

nikn ła w ciemno ci, z drugiej prowadziła do roz wietlonej przestrzeni. Strop był 

z szorstkich głowni, a pióropusze i kotary paj czyn ozdabiały ci kie belki. Kilka 

niebieskich magicznych kul migotało w  ciennych uchwytach, emanuj c słaby 

blask, sugeruj cy niedalekie ju  wyczerpanie ich zakl . Inne pogasły. W jasnym 

ko cu korytarza niektóre z kul zast piono latarniami. Z góry dobiegało szuranie 

małych stworze  biegaj cych w ród belek sufitu. Powietrze pachniało kurzem i 

wilgoci . Wydawało si  jednak naelektryzowane, jakby my oddychali ozonem, i 

wibrowało oczekiwaniem. 

      Przeszedłem na Logrusowy Wzrok i wokół natychmiast poja niało. Ze 

wszystkich stron biegły linie mocy niby l ni ce  ółte kable. Dostarczały 

dodatkowego o wietlenia, które teraz mogłem wykorzysta . Za ka dym razem, 

gdy przecinałem któr  z nich, wzmagało si  wra enie dreszczy na karku. 

Widziałem,  e Jasra stoi w punkcie przeci cia kilku takich linii i wygl da, jakby 

wchłaniała ich energi . Jej ciało zaczynało si  jarzy ; nie wiem, czy bym to 

zauwa ył normalnym wzrokiem. Spojrzałem na Mandora i zobaczyłem 

background image

 

128 

zawieszony przed nim Znak Logrusu. Znaczyło to,  e jest  wiadom wszystkiego, 

co widz . 

      Jasra ruszyła wolno w stron  jasnego ko ca korytarza. Poszedłem za ni , 

nieco z lewej strony. Za mn  Mandor, id cy tak cicho,  e co chwila musiałem si  

ogl da , by sprawdzi , czy wci  jest przy nas. Po chwili zdałem sobie spraw ,  e 

wyczuwam drgania, jakby uderzenia pot nego pulsu. Nie wiem, czy docierały 

poprzez podłog  czy wzdłu  tych wibruj cych linii, które wci  przecinali my. 

      Zakłócali my równowag  sieci mocy i nie byłem pewien, czy mo e to zdradzi  

nasz  obecno  czy nawet pozycj  adeptowi Sztuki, operuj cemu t  moc  z 

miejsca przy Fontannie. Mo e jest tak skoncentrowany na rytuale,  e zdołamy 

zbli y  si  nie zauwa eni? 

      - Zacz ło si ? - szepn łem do Jasry. 

      - Tak - odparła. 

      - Jak daleko dotarli? 

      - Główna faza mogła ju  si  zako czy . Po kilku krokach to ona mnie 

zapytała: 

      - Jaki masz plan? 

      - Je li masz racj , atakujemy natychmiast. Mo e najpierw powinni my zaj  

si  Jurtem... to znaczy my wszyscy... Je eli ma teraz tak  wielk  moc i jest tak 

niebezpieczny. 

      Oblizała wargi. 

      - Jestem chyba najlepiej przygotowana do walki z nim... z powodu dawnych 

zwi zków z Fontann  - rzekła. - Lepiej nie wchod cie mi w drog . Wol  raczej, 

eby  w tym czasie rozprawił si  z Mask . Mandora lepiej trzyma  w rezerwie, 

eby pomógł temu, komu pomoc b dzie potrzebna. 

      - Zastosuj  si  do tej rady - obiecałem. - Mandorze, słyszałe ? 

      - Tak - odpowiedział szeptem. - Zrobi , jak powiedziała. - I po chwili: - Co si  

stanie, je li zniszcz  sam  Fontann ? 

      - Nie wierz , by mo na tego dokona  - odparła. Parskn ł i łatwo mogłem 

odgadn , w jak niebezpiecznym kierunku biegn  jego my li. 

      - Zrób mi przyjemno  i załó ,  e to mo liwe. Milczała przez chwil . 

      - Gdyby  potrafił zablokowa  j  cho by na moment, cytadela 

prawdopodobnie runie - stwierdziła. - Wykorzystywałam emanacje Fontanny, 

eby j  utrzyma . To stara budowla. Nigdy jako  nie miałam czasu,  eby 

podeprze  j  tam, gdzie nale y. Ale energi  niezb dn  do udanego ataku na 

Fontann  lepiej spo ytkowa  na inne cele. 

      - Dzi ki - mrukn ł. 

      Zatrzymała si . Wsun ła dło  w jedn  z linii sił i przymkn ła oczy, jakby 

badała puls. 

      - Bardzo mocna - oceniła. - Kto  czerpie z jej gł bokich poziomów. 

      Ruszyła dalej.  wiatło na ko cu korytarza rozbłysło i przygasło, rozbłysło, 

przygasło... Cienie cofały si  i powracały na przemian. Rozległ si  d wi k 

podobny do brz czenia napi tej liny. Słyszałem te  nierównomierne trzaski. Jasra 

przyspieszyła, ja równie . Mniej wi cej w tej wła nie chwili przed nami zabrzmiał 

miech. Frakir zacisn ła mi si  na r ce. Ogniste płatki przemykały w otworze 

wyj cia. 

background image

 

129 

      - A niech to... licho... porwie - mruczała Jasra. 

      Uniosła r k , gdy zobaczyli my pomost, gdzie podczas mojej poprzedniej 

wizyty stał Maska. Zatrzymałem si , a ona bardzo ostro nie podeszła do por czy. 

Po obu stronach pomostu schody prowadziły do sali, na dół. 

      Przez moment tylko patrzyła w dół; potem rzuciła si  w tył, w prawo, i 

przetoczyła, gdy tylko padła na podłog . Kula pomara czowego ognia 

przemkn ła w gór  niczym powolna kometa, zabieraj c po drodze cz  por czy. 

Przeszła przez obszar, który jeszcze przed sekund  zajmowała Jasra. 

      Podbiegłem, chwyciłem j  pod pachy i spróbowałem postawi  na nogi. 

Czułem,  e nagle zesztywniała. Gwałtownie szarpn ła głow  w lewo. Sk d  

wiedziałem, co tam zobacz , zanim jeszcze si  obejrzałem. 

      Stał tam Jurt, całkiem nagi, prócz opaski na oku. Jarzył si  i u miechał, o 

uderzenie pulsu od materialno ci. 

      - Miło,  e wpadłe , bracie - powiedział. - Szkoda,  e nie mo esz zosta  na 

dłu ej. 

      Iskry ta czyły mu na czubkach palców, gdy machn ł r k  w moj  stron . 

W tpiłem, by my lał o u cisku dłoni. 

      Jedyne, co mi przyszło do głowy, to: 

      - Sznurówka ci si  rozwi zała. Oczywi cie, nie powstrzymało go to, ale przez 

sekund  czy dwie miał naprawd  głupi  min .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

130 

Rozdział 12

 

 

Jurt nigdy nie grał w futbol. Na pewno si  nie spodziewał,  e zaatakuj  od 

razu i rzuc  si  na niego; a kiedy to nast piło, nie przewidział chyba,  e podejd  

tak blisko. 

      A je li chodzi o chwyt za kolana i wypchni cie przez luk  w por czy, z 

pewno ci  był zaskoczony. Przynajmniej wygl dał na takiego, kiedy zwalił si  na 

plecy i run ł w dół, z iskrami wci  ta cz cymi na czubkach palców. 

      Jasra zachichotała, mimo  e Jurt rozpłyn ł si  w locie i znikn ł, zanim 

podłoga zd yła go troch  rozsmarowa . K tem oka dostrzegłem,  e wstała. 

      - Teraz ja si  nim zajm  - oznajmiła. -  aden kłopot. Jest niezgrabny. - Jurt 

pojawił si  u szczytu schodów po prawej stronie. - Ty załatw Mask . 

      Maska stał po przeciwnej stronie Fontanny z czarnego kamienia. Przygl dał 

mi si  poprzez czerwonopomara czowy gejzer ognia. Poni ej, w misie, płomienie 

falowały biel  i  ółci . Zajarzyły si  bł kitem, gdy chwycił je w gar  i zacz ł 

ugniata  jak dziecko lepi ce  nie k . A potem rzucił je we mnie. 

      Odepchn łem je prost  zasłon . To nie była Sztuka, to prymitywne 

wykorzystanie energii. Co  jednak mi si  przypomniało. Zobaczyłem Jasr , 

wykonuj c  przygotowawcze gesty niebezpiecznego zakl cia jedynie dla zmylenia 

przeciwnika. Zbli yła si  przy tym do Jurta tak blisko,  e bez trudu popchn ła go 

i zrzuciła ze schodów. 

      To nie Sztuka. Ten, kto mieszkał w pobli u i korzystał z luksusu takiego 

ródła, z czasem stawał si  niestaranny; u ywał tylko bazowych ram zakl  i 

przelewał nimi całe rzeki mocy. Kto  niewykształcony albo wyj tkowo leniwy 

mógł po pewnym czasie zrezygnowa  nawet z tego i bezpo rednio wykorzystywa  

pierwotn  energi , by kosztem minimalnego wysiłku uzyska  maksymalny efekt. 

To rodzaj szama stwa, w przeciwie stwie do czysto ci Wy szej Magii - takiej, jak 

czysto  matematycznego równania. 

      Jasra o tym wiedziała. Odgadłem,  e kiedy  w  yciu odebrała formalne 

szkolenie. Przynajmniej tyle dobrze, pomy lałem, odbijaj c nast pn  kul  ognia i 

przesuwaj c si  na lewo. 

      Zacz łem schodzi  po schodach - bokiem. Ani na chwil  nie odrywałem 

wzroku od Maski. Byłem gotów natychmiast si  broni  lub atakowa . 

      Por cz przede mn  roz arzyła si , a potem wybuchła płomieniem. Cofn łem 

si  o krok i schodziłem dalej. Szkoda marnowa  zakl cia na gaszenie ognia. To 

wyra nie było tylko na pokaz... No tak... 

      Była te  inna mo liwo , u wiadomiłem sobie nagle widz c,  e Maska tylko 

mnie obserwuje. Niczym ju  nie starał si  we mnie rzuca . 

      To mogła by  próba. Maska chce si  przekona , czy ogranicza mnie zapas 

wcze niej przygotowanych zakl ... Czy te  odkryłem, jak bezpo rednio czerpa  z 

tutejszego  ródła mocy i zaraz przyst pi  z nim do wymiany ciosów, do jakiej 

wyra nie szykowali si  Jurt i Jasra. Dobrze. 

      Niech si  martwi. Sko czona liczba zakl  przeciwko prawie 

niewyczerpanemu  ródłu energii? 

      Jurt pojawił si  nagle wysoko po lewej stronie, na parapecie okna. Zd ył 

tylko zmarszczy  czoło, kiedy opadła na niego kurtyna ognia. Znikn li on i 

background image

 

131 

płomienie. Usłyszałem  miech Jasry i jego przekle stwo, a zaraz potem trzask po 

drugiej stronie sali. 

      Kiedy wysun łem nog , by zej  ni ej, stopie  znikn ł nagle. Podejrzewaj c 

iluzj , nadal wolno przesuwałem stop . Nie napotykałem oporu i w ko cu 

wydłu yłem krok, by przeskoczy  nad szczelin  do kolejnego stopnia. Ten jednak 

znikn ł równie , kiedy przeniosłem ci ar ciała. Usłyszałem cichy  miech Maski. 

Zmieniłem mój ruch w skok. Gdy byłem ju  w powietrzu, schody znikały kolejno, 

kiedy nad nimi przelatywałem. 

      Maska uwa ał z pewno ci ,  e je li tylko potrafi  si gn  do tutejszego  ródła 

mocy, uczyni  to odruchowo i zdradz  istnienie poł czenia. A je li nie, to i tak 

mog  łatwo zmarnowa  zakl cie ucieczki. 

      Oceniłem jednak odległo  od widocznej teraz podłogi. Je li pozostałe schody 

nie znikn , mog  chwyci  r kami za nast pny, zawisn  na chwil  i zeskoczy . 

Zupełnie niegro ny upadek. Je li chybi  albo rozwieje si  jeszcze jeden stopie ... 

Uznałem,  e wyl duj  mniej wi cej w cało ci. Lepiej po drodze w dół rzuci  

całkiem inny czar. 

      Pochwyciłem kraw d  stopnia, zakołysałem si  na r kach i opadłem, w locie 

odwracaj c ciało i wypowiadaj c słowa zakl cia, które nazwałem Padaj cym 

Murem. 

      Fontanna zadygotała. Płomienie zafalowały i chlusn ły, przelewaj c si  przez 

brzeg misy po stronie Maski. A potem sam Maska poleciał na plecy, gdy mój czar 

padał coraz ni ej. 

      Maska uniósł ramiona. Jego ciało zdawało si  wchłania  wir blasku, który 

potem wypromieniowywał przez r ce. Mi dzy dło mi błysn ł jaskrawy łuk, 

potem kopuła na kształt tarczy. Utrzymywał j  nad sob , odbijaj c ko cow , 

niszcz c  fal  energii zakl cia. Biegłem ju  w jego stron . Nagle zmaterializował 

si  Jurt: stał po drugiej stronie Fontanny, na brzegu misy, dokładnie nad Mask . 

Spogl dał na mnie z w ciekło ci . Zanim zd yłem wyrwa  miecz, rzuci  Frakir 

czy wypowiedzie  nast pne zakl cie, Fontanna wezbrała ogromn  fal , zmyła go 

na podłog  i przeniosła obok Maski, przez cał  sal , a  do stóp drugich schodów. 

Jasra schodziła nimi powoli. 

      - Nic ci nie da umiej tno  przenoszenia si  w dowolne miejsce - o wiadczyła. - 

Je li wsz dzie jeste  durniem. 

      Jurt warkn ł i poderwał si  na nogi. Podniósł głow , spojrzał poza Jasr ... 

      - Ty te , bracie? - zapytał. 

      - Jestem tutaj, by chroni  twoje  ycie, je li to mo liwe - usłyszałem odpowied  

Mandora. - Sugeruj ,  eby  wrócił teraz ze mn ... 

      Jurt wrzasn ł - nie rozpoznałem słów, jedynie zwierz cy ryk. 

      - Nie potrzebuj  twojej opieki! - wykrzyczał zaraz potem. - Jeste  głupcem, 

skoro ufasz Merlinowi! To ty stoisz pomi dzy nim a tronem! 

      Ci g błyszcz cych pier cieni, jakby l ni cych kółek z dymu, spłyn ł z dłoni 

Jasry i opadł w dół, jakby miały opasa  jego ciało. Jurt znikn ł natychmiast, cho  

po chwili usłyszałem, jak krzyczy do Mandora z innej strony. 

      Nadal zbli ałem si  do Maski, który osłonił si  skutecznie przed moim 

Padaj cym Murem, a teraz wstawał powoli. Wyrzuciłem słowa Lodowej  cie ki i 

nogi wyjechały spod niego. Owszem, przeciwko jego  ródłu mocy zamierzałem 

background image

 

132 

rzuci  sko czon  liczb  zakl . Nazywam to pewno ci  siebie. Maska miał 

energi . Ja miałem plan i  rodki, by go wykona . 

      Kamienna płyta wyrwała si  z podłogi, w ród trzasków i zgrzytów zmieniła w 

chmur   wiru i pomkn ła ku mnie niczym ładunek  rutu. Wymówiłem słowa 

Sieci i skin łem r k . 

      Wszystkie odpryski zebrały si  razem, nim do mnie dotarły. Zrzuciłem je na 

Mask , który wci  usiłował si  podnie . 

      - Czy zdajesz sobie spraw ,  e wci  nie wiem, dlaczego walczymy? - 

powiedziałem. - To był twój pomysł. Nadal mógłbym... 

      Na moment zaprzestał wysiłków. Lew  r k  wsun ł w kału  blasku, praw  

wyci gn ł ku mnie, otwieraj c dło . Kału a znikn ła, a z prawej dłoni wystrzelił 

ognisty deszcz. Popłyn ł w moj  stron  jak krople ze zraszacza trawnika. Na to 

byłem jednak przygotowany. Skoro Fontanna mie ci w sobie ogie , musi by  na 

niego odporna. 

      Padłem płasko na podłog  obok ciemnej konstrukcji, kryj c si  za jej 

podstaw . 

      - Mo e si  zdarzy ,  e jeden z nas zginie - krzykn łem. - Nie hamujmy ciosów. 

Ktokolwiek to b dzie, nie zdołam zapyta  ci  pó niej: Co masz przeciwko mnie? 

Czym dla ciebie jestem? 

      Jedyn  odpowiedzi  był  miech z drugiej strony Fontanny. Podłoga 

zakołysała si . 

      Z prawej strony, od nie uszkodzonych schodów, dobiegł głos Jurta. 

      - Wsz dzie durniem? A co powiesz na walk  w zwarciu? 

      Spojrzałem. Pojawił si  tu  przed Jasr  i chwycił j . 

      I niemal natychmiast wrzasn ł, gdy pochyliła głow  i dotkn ła ustami jego 

ramienia. Odepchn ła go, a on run ł z kilku schodów i padł sztywno. Nie ruszał 

si . 

      Poczołgałem si  na prawo, wzdłu  Fontanny, przez ostre kraw dzie płyt 

podłogi, które kołysały si  i szarpały w matrycy pot gi Maski. 

      - Jurt wypadł z gry - zauwa yłem. - Jeste  teraz sam, Masko, przeciwko nam 

trojgu. Poddaj si , a dopilnuje,  eby   ył dalej. 

      - Was trojgu? - rozległ si  głuchy, zniekształcony głos. - Przyznajesz,  e nie 

zdołasz mnie pokona  bez pomocy? 

      - Pokona ? Mo e dla ciebie to gra. Dla mnie nie. Nie b d  si  stosował do 

adnych reguł, jakich ty zechcesz przestrzega . Poddaj si  albo ci  zabij , z 

pomoc  czy bez, jak tylko zdołam. 

      Ciemny obiekt pojawił si  nagle nade mn . Odsun łem si , a on wyl dował w 

misie. To był Jurt. Ze wzgl du na parali uj ce działanie uk szenia Jasry, nie 

mógł si  porusza  normalnie, wi c przeatutował si  spod schodów do Fontanny. 

      - Ty masz swoich przyjaciół, Lordzie Chaosu, a ja swoich - odparł Maska. 

      Jurt j kn ł cicho i zacz ł l ni . 

      Nagle Maska, wiruj c, wzleciał w powietrze; podłoga zacz ła si  rozpada . 

Fontanna opadła słabn c, a płomienna wie a strzeliła z nowego otworu w 

podłodze i uniosła Mask  na szczycie złotego pióropusza. 

      - I wrogów - doko czyła Jasra, podchodz c bli ej. 

      Maska rozło ył r ce i nogi. Wirował powoli w powietrzu, nagle odzyskuj c 

background image

 

133 

panowanie nad swoj  trajektori . Podniosłem si  i wycofałem dalej od Fontanny. 

Na ogół nie radz  sobie najlepiej w centrum geologicznych katastrof. 

      Od rozdwojonej Fontanny dobiegał teraz szum i dudnienie, a wokół trwał 

wysoki pisk, dochodz cy pozornie ze wszystkich stron. Wiatr dmuchn ł mi dzy 

belkami stropu. Wie a ognia, na której szczycie płyn ł Maska, zataczała powoln  

spiral , a struga w osłabłej Fontannie zacz ła podobny ruch. Jurt drgn ł, j kn ł, 

uniósł praw  r k . 

      - I wrogów - powtórzył Maska, wykonuj c ci g gestów. Poznałem je od razu, 

gdy  sporo czasu po wi ciłem, by je odkry . 

      - Jasro! - krzykn łem. - Uwa aj na Sharu! 

      Jasra błyskawicznie odst piła o trzy kroki w lewo i u miechn ła si . Co  

bardzo podobnego do błyskawicy strzeliło spod sufitu i wypaliło miejsce, gdzie 

stała przed chwil . 

      - Zawsze zaczyna od błyskawicy - wyja niła. - Łatwo przewidzie  jego ruchy. 

      Zakr ciła si  w miejscu i znikn ła w czerwonym rozbłysku, w ród brz ku 

jakby p kaj cego szkła. 

      Spojrzałem tam, gdzie stał starzec z imieniem RINALDO wyci tym na prawej 

nodze. Teraz opierał si  o  cian . Jedn  r k  przycisn ł do czoła, drug  rzucał 

proste, ale pot ne zakl cie ochronne. 

      Ju  chciałem wrzasn , by Mandor zaj ł si  staruszkiem, gdy Maska uderzył 

czarem Klaksonu. Ogłuszył mnie na chwil  i rozsadził naczynia krwiono ne w 

nosie. 

      Chlapi c krwi , uskoczyłem i przekoziołkowałem, by wzlatuj cy w gór  Jurt 

znalazł si  pomi dzy mn  a czarownikiem w powietrzu. Jurt zwalczył jako  

efekty uk szenia Jasry. Dlatego wstaj c wbiłem mu pi  w brzuch i ustawiłem w 

lepszej pozycji, by słu ył jako tarcza. 

      Bł d. Doznałem wstrz su - czego  w rodzaju nieprzyjemnego szoku 

elektrycznego. Kiedy padałem, zdołałem nawet za mia  si  krótko. 

      - Teraz jest twój - usłyszałem jego sapni cie. 

      K tem oka dostrzegłem,  e Jasra i Sharu Garrul stoj  naprzeciw siebie, a 

ka de trzyma koniec jak gdyby długiego fr dzla splecionego z grubych kabli. 

Linie pulsowały i zmieniały kolory, a ja wiedziałem,  e s  to raczej siły ni  

obiekty materialne, widzialne tylko dzi ki Logrusowemu Wzrokowi, którego 

wci  u ywałem. Puls przyspieszał; oboje wolno opadali na kolana, wci  

wyci gaj c r ce. Szybkie słowo i gest, a mógłbym zniszczy  t  równowag . 

Niestety, miałem własne problemy. Maska pikował na mnie niczym olbrzymi 

owad - bez wyrazu, l ni cy i  mierciono ny. Seria trzasków rozległa si  wewn trz 

frontowego muru Twierdzy: jak czarne błyskawice mkn ły w dół z bate 

p kni cia. Widziałem kurz opadaj cy poza wiruj c  spiral   wiatła, słyszałem 

stuki i zgrzyty - ledwie rozró nialne w ród dzwonienia w uszach, czułem 

nieustaj c  wibracj  podłogi pod zdr twiałymi stopami. Ale tak by  powinno. 

Uniosłem lew  r k , a praw  wsun łem pod płaszcz. 

      Ognista klinga błysn ła w prawej dłoni Maski. Nie drgn łem nawet; 

odczekałem jeszcze sekund , by wypowiedzie  kluczowe słowa mojego zakl cia 

„Fantazja Na Sze  Palników Acetylenowych". Cofn łem r k , by 

przedramieniem osłoni  oczy, i przetoczyłem si  na bok. 

background image

 

134 

      Ci cie chybiło, klinga wbiła si  w kamie . Lecz lewe rami  Maski uderzyło 

mnie w pier , a łokie  trafił pod  ebra. Nie czekałem, by oceni  szkody - słyszałem 

ju , jak ognisty miecz z chrz stem wyrywa si  z kamienia. Dlatego z półobrotu a  

po r koje  wbiłem w lew  nerk  Maski mój własny, całkiem materialny sztylet. 

      Rozległ si  krzyk. Czarownik zesztywniał i osun ł si  na podłog . Niemal 

natychmiast kto  kopn ł mnie mocno powy ej prawego biodra. Uchyliłem si  i 

kolejne uderzenie wyl dowało na moim ramieniu. Jestem pewien,  e było 

wymierzone w głow . Kiedy przetaczałem si , osłaniaj c szyj  i skronie, słyszałem 

przekle stwa Jurta. 

      Wstałem, si gaj c po dłu sz  kling . Spojrzałem Jurtowi w oczy. Prostował 

si  wła nie, trzymaj c Mask  na r kach. 

      - Pó niej - rzucił i znikn ł, zabieraj c ze sob  ciało. Na podłodze, tu  obok 

podłu nej plamy krwi, le ała niebieska maska. 

      Jasra i Sharu wci  walczyli na kl czkach, zdyszani i zlani potem. Ich siły 

yciowe skr cały si  wokół siebie niczym zakochane w e. 

      Nagle, jak ryba wypływaj ca na powierzchni , Jurt pojawił si  w wie y mocy 

poza Fontann . Mandor cisn ł dwie swoje kule, które zdawały si  rosn , p dz c 

w dół, by uderzy  w Fontann  i zmieni  j  w stos gruzu. I wtedy zobaczyłem co , 

czego - jak s dziłem - nigdy ju  nie miałem ogl da . 

      Echa padaj cej Fontanny si gały coraz dalej, zgrzyty i j ki murów ust piły 

trzeszczeniu i kołysaniu, a wokół padał kurz, kamienie i belki, lecz ja parłem 

naprzód. Osłaniaj c płaszczem twarz, z wyci gni tym mieczem, wymijałem gruzy 

i obchodziłem nowe gejzery i ja niej ce strumienie mocy. 

      Jurt przeklinał mnie ci gle, gdy si  zbli ałem. 

      - Zadowolony jeste , bracie? - zapytał w ko cu. - Zadowolony? Niech  mier  

dopiero zaprowadzi pokój mi dzy nami. 

      Zignorowałem to zrozumiałe uczucie, gdy  musiałem lepiej si  przyjrze  

temu, co chyba dostrzegłem kilka sekund wcze niej. Przeskoczyłem nad 

odłamkiem  ciany i w ród płomieni spojrzałem na twarz martwego czarownika, 

na głow  wspart  o rami  Jurta. 

      - Julio - krzykn łem. 

      Znikn li jednak, nim do nich podbiegłem. I wiedziałem,  e pora ju , bym 

zrobił to samo. Odwróciłem si  i pomkn łem przez ogie .