background image

 

 

 

Roger  elazny  

 

 

Amber 

 

 

 

TOM PI TY 

 

 

Dworce Chaosu 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

Amber: wysoki i jasny na szczycie Kolviru w samym  rodku dnia. Czarna 

droga: w dole, złowieszcza, biegn ca przez Garnath z Chaosu na południe. Ja: 

miotaj cy si , przeklinaj cy, niekiedy czytaj cy co  w bibliotece pałacu w 

Amberze. Drzwi do biblioteki: zamkni te i zaryglowane.  

      W ciekły ksi

 Amberu usiadł przy biurku i spojrzał w otwart  ksi g . Kto  

zapukał do drzwi.  

      - Odejd ! - rzuciłem.  

      - Corwinie, to ja, Random. Otwórz, co? Przyniosłem ci obiad.  

      - Chwileczk .  

      Wstałem, okr yłem biurko, przeszedłem przez sal . Random skin ł głow , 

gdy otworzyłem mu drzwi. Wniósł tac , któr  postawił na małym stoliku koło 

biurka.  

      - Sporo tego jedzenia - zauwa yłem.  

      - Ja te  jestem głodny.  

      - Wi c bie  si  do roboty.  

      Wzi ł si . Ukroił. Podał mi pajd  chleba z mi sem. Nalał wina. Usiedli my i 

zacz li my je .  

      - Widz ,  e wci  jeste  w ciekły... - zacz ł po chwili.  

      - A ty nie?  

      - Mo e ju  si  przyzwyczaiłem. Sam nie wiem. Chocia ... Tak. To było 

troch ... niespodziewane.  

      - Niespodziewane? - Poci gn łem wina. - Dokładnie jak za dawnych lat. 

Nawet gorzej. Zacz łem ju  go lubi , kiedy udawał Ganelona. Teraz, kiedy znów 

przej ł rz dy, jest równie apodyktyczny jak dawniej. Wydał rozkazy, których nie 

uznał za stosowne wyja ni , i znikn ł.  

      - Powiedział,  e wkrótce si  skontaktuje.  

      - Przypuszczam,  e ostatnim razem te  miał ten zamiar.  

      - Nie byłbym taki pewien.  

      - I w  aden sposób nie wytłumaczył swojej nieobecno ci. Wła ciwie niczego 

nie wytłumaczył.  

      - Musiał mie  jakie  powody.  

      - Zaczynam si  zastanawia . Randomie. Mo e w ko cu zacz ł si  starze ?  

      - Miał do  sprytu,  eby ci  oszuka .  

      - To tylko kombinacja prymitywnej, zwierz cej chytro ci i umiej tno ci 

zmiany wyglšdu.  

      - Ale udało mu si , prawda?  

      - Tak. Udało.  

      - Corwinie, mo e ty po prostu nie chcesz,  eby uło ył jaki  skuteczny plan. Nie 

chcesz,  eby miał racj ?  

      - To  mieszne. Chc  to wszystko jako  rozwi za ... jak ka dy z nas.  

      - Tak, ale wolałby  raczej, by rozwi zanie podał kto  inny.  

      - Co chcesz przez to powiedzie ?  

      -  e nie chcesz mu zaufa .  

      - Przyznaj , te  piekielnie długo nie widziałem go w jego własnej postaci i...  

background image

 

      Pokr cił głow .  

      - Nie o to mi chodzi. Jeste  zły. bo wrócił. Miałe  nadziej ,  e wi cej go nie 

ujrzymy.  

      Spu ciłem wzrok.  

      - To prawda - mrukn łem w ko cu. - Ale nie z powodu opuszczonego tronu, w 

ka dym razie nie tylko z tego powodu. Chodzi o niego, Randomie. O niego. Nic 

wi cej.  

      - Wiem. Ale musisz przyzna ,  e załatwił Branda, co wcale nie było takie 

łatwe. Wykr cił numer, którego wci  nie rozumiem. Zorganizował to tak,  e 

przyniosłe  t  r k  z Tir-na Nog'th. ja przekazałem j  Benedyktowi, a Benedykt 

znalazł si  w odpowiedniej chwili na wła ciwym miejscu. Wszystko zadziałało i 

odzyskał Klejnot. Lepiej od nas potrafi sterowa  Cieniem. Dokonał tego na 

Kolvirze, kiedy doprowadził nas do pierwotnego Wzorca. Ja tego nie umiem. Ty 

te  nie. I pobił Gerarda. Nie wierz ,  e si  starzeje. Uwa am, i  doskonale wie, co 

robi, i czy nam si  to podoba czy nie, tylko on potrafi sobie poradzi  z obecn  

sytuacj .  

      - Uwa asz wi c,  e powinienem mu zaufa ?  

      - Uwa am,  e nie masz wyboru.  

      - Chyba trafiłe  w sedno - westchnšłem. - Nie warto si  obra a . Chocia ...  

      - Ten rozkaz ataku tak ci  niepokoi?  

      - Tak, mi dzy innymi. Gdyby my mieli wi cej czasu, Benedykt zgromadziłby 

wi ksze siły. - Trzy dni to bardzo mało na przygotowania do takiego 

przedsi wzi cia. Zwłaszcza  e o przeciwniku nie wiadomo nic pewnego.  

      - Mo e wiadomo. Do  długo rozmawiał z Benedyktem w cztery oczy.  

      - To te  mi si  nie podoba. Te osobne instrukcje. Te tajemnice. Ufa nam tylko 

tyle, ile musi.  

      Random za miał si . Ja te .  

      - No dobrze - przyznałem. - Mo e te  bym tak post pił. Ale trzy dni, aby 

rozpocz  wojn ... - Pokr ciłem głow . - lepiej,  eby naprawd  wiedział wi cej od 

nas.  

      - Odniosłem wra enie,  e ma to by  raczej uderzenie uprzedzaj ce ni  atak.  

      - Ale nie przyszło mu do głowy,  eby wytłumaczy , co wła ciwie mamy 

uprzedzi .  

      Random wzruszył ramionami i dolał wina.  

      - Mo e powie wszystko, kiedy wróci. Wydał ci jakie  szczególne polecenia?  

      - Tylko  eby siedzie  i czeka . A tobie?  

      Pokr cił głow .  

      - Powiedział,  e kiedy nadejdzie czas, b d  wiedział. W ka dym razie 

Julianowi kazał przygotowa  ludzi, by w ka dej chwili mogli rusza .  

      - Tak? Nie zostaj  w Ardenie?  

      Przytakn ł.  

      - Kiedy mu to powiedział?  

      - Kiedy odszedłe . Przeatutował tu Juliana, przekazał mu instrukcje i 

odjechali. Słyszałem, jak tato mówił,  e cz  drogi pojad  razem.  

      - Ruszyli wschodnim szlakiem? Przez Kolvir?  

      - Tak. Odprowadzałem ich.  

background image

 

      - To ciekawe. Czego jeszcze nie wiedziałem?  

      Poprawił si  na krze le.  

      - To wła nie mnie niepokoi - stwierdził. - Kiedy tato wsiadł na konia i 

pomachał na po egnanie, obejrzał si  na mnie i powiedział: "Uwa aj na 

Martina".  

      - Nic wi cej?  

      - Nic wi cej. Ale  miał si  przy tym.  

      - Przypuszczam,  e to naturalna podejrzliwo  wobec kogo  nowego.  

      - Wi c sk d ten  miech?  

      - Poddaj  si .  

      Ukroiłem sobie sera.  

      - Chocia , mo e to i dobra rada. Niekoniecznie podejrzliwo . Mógł uzna ,  e 

nale y Martina przed czym  chroni . Albo jedno i drugie. Albo nic. Wiesz, jaki 

on czasem bywa.  

      Random wstał.  

      - Nie my lałem o tej drugiej mo liwo ci - przyznał. - Chod  ze mn , dobrze? 

Siedzisz tu od rana.  

      - Dobrze. - Wstałem, przypasałem Grayswandira. - A przy okazji, gdzie jest 

Martin?  

      - Zostawiłem go na dole. Rozmawiał z Gerardem.  

      - Czyli jest w dobrych r kach. Gerard zostaje tutaj, czy wraca do swojej 

floty?  

      - Nie wiem. Nie chciał rozmawia  o swoich rozkazach.  

      Wyszli my na korytarz i skr cili my na schody. Po drodze usłyszałem z dołu 

odgłosy jakiego  zamieszania. Przyspieszyłem kroku.  

      Wychyliłem si  przez por cz. Grupa stra y tłoczyła si  przy wej ciu do sali 

tronowej. Wszyscy stali odwróceni do nas plecami, ale dostrzegłem w ród nich 

pot n  posta  Gerarda. Skokami pokonałem ostatnie stopnie, Random p dził 

tu  za mn .  

      Przecisn łem si  do przodu.  

      - Co si  dzieje, Gerardzie?  

      - Nie mam poj cia - odparł. - Sam popatrz. Ale nie mo na tam wej .  

      Odsun ł si , a ja zrobiłem krok do przodu. Potem nast pny. I koniec. Miałem 

wra enie,  e napieram na elastyczny, całkowicie niewidzialny mur. A za nim 

zobaczyłem co , od czego moje wspomnienia i uczucia stworzyły spl tany w zeł. 

Zesztywniałem; l k chwycił mnie za kark, unieruchomił r ce. To nie była byle 

jaka sztuczka. U miechni ty Martin wci  trzymał w lewej dłoni Atut, a 

Benedykt - najwyra niej wła nie przywołany - stał obok. Koło tronu, na 

podwy szeniu, dostrzegłem te  dziewczyn . M czy ni chyba rozmawiali, ale nie 

słyszałem słów.  

      Wreszcie Benedykt odwrócił si  i przemówił do dziewczyny. Odpowiedziała 

mu. Martin stan ł po jej lewej stronie. Benedykt wszedł na podwy szenie. Wtedy 

mogłem zobaczy  jej twarz. Rozmowa trwała.  

      - Ta kobieta wydaje mi si  znajoma - zauwa ył Gerard, staj c obok mnie.  

      - Widziałe  j  przez chwil , kiedy przeje d ała obok nas - odparłem. - Tego 

dnia, gdy zgin ł Eryk. To Dara.  

background image

 

      Słyszałem, jak gło no wci ga powietrze.  

      - Dara! - mrukn ł. - A wi c...  

      Umilkł.  

      - Nie kłamałem - zapewniłem go. - Ona istnieje naprawd .  

      - Martinie! - krzykn ł Random, który stan ł z prawej strony. - Martinie! Co 

si  dzieje?  

      Nie było odpowiedzi.  

      - On ci  chyba nie słyszy - zauwa ył Gerard. - Ta bariera odci ła nas zupełnie.  

      Random pochylił si , napieraj c na co  niewidzialnego.  

      - Spróbujmy pchn  razem - zaproponowałem.  

      Naparłem znowu. Gerard tak e całym ciałem zaatakował niewidoczny mur.  

      Pół minuty wysiłku nie przyniosło  adnych rezultatów. Cofn łem si .  

      - To na nic - o wiadczyłem. - Nie ruszymy tego.  

      - Co to za dra stwo? - zapytał Random. - Co trzyma...  

      Poprzednio miałem pewne przeczucia - tylko przeczucia, nic wi cej - co do 

tego, co si  tam dzieje.  

      I wył cznie dlatego,  e cała scena miała charakter deja vu. Teraz jednak... 

Teraz si gn łem do pasa, by si  upewni , czy wci  jeszcze tkwi tam 

Grayswandir.  

      Tkwił.  

      Jak wi c mogłem wyja ni  obecno  mojej charakterystycznej klingi, 

ukazuj cej wszystkim l ni cy, zło ony rysunek? Pojawiła si  nagle przed tronem 

i zawisła w powietrzu bez  adnego podparcia. Ostrze dotykało szyi Dary.  

      Nie mogłem.  

      Ale wszystko zanadto przypominało wydarzenia tamtej nocy w mie cie snów 

na niebie, w Tir-na Nog'th, by było tylko przypadkiem. Zmieniły si  okoliczno ci 

- ciemno , zmieszanie, mroczne cienie, wir prze ywanych emocji - a jednak 

scena została ustawiona prawie tak jak wtedy. Bardzo podobnie. Ale 

niedokładnie. Benedykt stał troch  dalej, bardziej z tyłu, w nieco innej pozie. Nie 

umiałem czyta  z ruchu warg Dary, wi c nie byłem pewien, czy zadaje te same 

dziwne pytania. Raczej nie.  

      Układ, który pami tałem - podobny, a jednak niepodobny do tego - wtedy był 

pewnie troch  zabarwiony wpływem Tir-na Nog'th na mój umysł. To znaczy, je li 

w ogóle istniał mi dzy nimi jaki  zwi zek.  

      - Corwinie - odezwał si  Random. - Wygl da, jakby wisiał przed ni  

Grayswandir.  

      - Rzeczywi cie - przyznałem. - Ale, jak widzisz, mój miecz jest tutaj.  

      - Nie ma drugiego takiego... prawda? Wiesz, co si  tam dzieje?  

      - Zaczynam si  chyba domy la . W ka dym razie nie jestem w stanie tego 

przerwa .  

      Nagle Benedykt wydobył miecz i skrzy ował go z tamtym, tak podobnym do 

mojego. Zacz ł pojedynek z niewidzialnym przeciwnikiem.  

      - Daj mu szkoł , Benedykcie! - krzykn ł Random.  

      - Nic z tego - stwierdziłem. - Zaraz zostanie rozbrojony.  

      - Sk d mo esz to wiedzie ? - zdziwił si  Gerard.  

      - W pewnym sensie to ja z nim walcz . To przeciwna strona mojego snu z Tir-

background image

 

na Nog'th. Nie wiem, jak tato to zrobił, ale taka jest cena za odzyskanie Klejnotu.  

      - Nie rozumiem.  

      Pokr ciłem głow .  

      - Nie b d  udawał,  e wiem, jak to si  dzieje - odparłem. - Ale nie zdołamy 

tam wej , póki z pokoju nie znikn  dwa przedmioty.  

      - Jakie przedmioty?  

      - Patrz.  

      Benedykt przerzucił miecz, a jego l ni ca proteza wystrzeliła w przód i 

pochwyciła jaki  niewidoczny cel.  

      Klingi skrzy owały si , zwi zały, znieruchomiały mierz c ostrzami w sufit. 

Prawa r ka Benedykta zaciskała si  coraz bardziej.  

      Nagle klinga Grayswandira uwolniła si  i min ła miecz Benedykta. Zadała 

straszliwy cios w prawe rami , w miejsce poł czenia z metalow  cz ci . 

Benedykt odwrócił si  i na kilka chwil stracili my z oczu cał  akcj .  

      Po chwili znów było co  wida , gdy  Benedykt przykl kn ł i odwrócił si  

bokiem. Podtrzymywał kikut prawej r ki. Mechaniczna dło  wisiała w powietrzu 

przy Grayswandirze. Odsuwała si  od Benedykta i opadała, tak samo jak klinga. 

Kiedy si gn ły podłogi, nie uderzyły o ni , ale przenikn ły, znikaj c z pola 

widzenia.  

      Pochyliłem si , odzyskałem równowag , pobiegłem. Bariery nie było.  

      Martin i Dara dotarli do Benedykta przede mn . Gdy stan li my przy nich: 

Random, Gerard i ja, Dara zd yła oderwa  od płaszcza pas materiału i 

banda owała ran .  

      Random chwycił Martina za rami .  

      - Co si  stało? - zapytał.  

      - Dara... Dara powiedziała,  e chciałaby zobaczy  Amber. Poniewa  teraz tu 

mieszkam, zgodziłem si  j  przenie  i oprowadzi . Potem...  

      - Przenie ? Masz na my li Atut?  

      - No... tak.  

      - Twój czy jej?  

      Martin przygryzł doln  warg .  

      - Widzisz...  

      - Daj te karty - rzucił Random i wyrwał mu zza pasa futerał. Otworzył i zacz ł 

po kolei przegl da  Atuty.  

      - Pomy lałem,  e zawiadomi  Benedykta, bo si  ni  interesował - mówił dalej 

Martin. - Benedykt chciał j  zobaczy  i...  

      - Co u licha? - przerwał mu Random. - Tu jest twoja karta, jej karta i jeszcze 

jedna jakiego  faceta, którego w  yciu nie widziałem! Sk d je masz?  

      - Poka  - poprosiłem.  

      Podał mi wszystkie trzy.  

      - No wi c? - zapytał. - Czy to był Brand? O ile wiem, tylko on potrafi jeszcze 

tworzy  Atuty.  

      - Nie chc  mie  nic wspólnego z Brandem - zaprotestował Martin. - Chyba 

eby go zabi .  

      Ale ja ju  wiedziałem,  e te Atuty nie s  dziełem Branda. To nie był jego styl. 

Ani jego, ani kogokolwiek, kogo prace bym znał. Chocia , w owej chwili nie 

background image

 

my lałem o stylu. Raczej o wygl dzie trzeciej osoby, tego m czyzny, którego 

Random nigdy jeszcze nie widział. Ja widziałem. Patrzyłem na twarz młodzika, 

który z kusz  w r ku wyjechał mi na spotkanie przed Dworcami Chaosu, a potem 

rozpoznał mnie i nie strzelił.  

      Wyci gn łem kart  przed siebie.  

      - Martinie, kto to jest? - zapytałem.  

      - To on narysował te dodatkowe Atuty. Przy okazji zrobił te  swój. Nie wiem, 

jak si  nazywa. Jest przyjacielem Dary.  

      - Kłamiesz - stwierdził Random.  

      - Mo e wi c Dara nam wytłumaczy. - Spojrzałem na ni  badawczo.  

      Kl czała, cho  sko czyła ju  opatrywa  rami  Benedykta. Benedykt 

wyprostował si .  

      - Co o tym powiesz? - Machn łem Atutem. - Kim jest ten człowiek?  

      Spojrzała na kart , potem na mnie. U miechn ła si .  

      - Naprawd  nie wiesz? - zapytała.  

      - Nie pytałbym, gdybym wiedział.  

      - Wi c przyjrzyj mu si  uwa nie, a potem popatrz w lustro. Jest twoim synem, 

tak samo jak moim. Ma na imi  Merlin.  

      Niełatwo mnie zaszokowa , ale tym razem udało jej si  to znakomicie. W 

głowie mi si  kr ciło, ale umysł pracował szybko. Przy odpowicdniej ró nicy 

czasu rzecz była mo liwa.  

      - Daro - spytałem. - Czego ty wła ciwie chcesz?  

      - Powiedziałam ci, kiedy przeszłam Wzorzec - odparła. - Amber musi zosta  

zniszczony. Chc  mie  w tym swój udział.  

      - Dostaniesz moj  dawn  cel  - zdecydowałem. - Nie, raczej t  obok. Stra !  

      - Corwinie, wszystko w porz dku - wtr cił Benedykt, wstaj c. - Nie jest tak 

le, jak mo na by s dzi  z jej słów. Ona mo e wszystko wytłumaczy .  

      - Wi c niech zacznie od razu.  

      - Nie. Na osobno ci. Tylko rodzina.  

      Skinieniem r ki odesłałem stra ników.  

      - Doskonale. Przejd my do której  z komnat w gł bi korytarza.  

      Kiwn ł głow . Dara chwyciła go za lew  r k . Random, Gerard, Martin i ja 

wyszli my za nimi. Obejrzałem si  jeszcze na puste miejsce, gdzie sen stał si  

prawd .  

      Tak to z nimi bywa. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 2 

 

Przejechałem przez szczyt Kolviru i zsiadłem z konia przy swoim grobowcu. 

Wszedłem do  rodka i otworzyłem urn . Była pusta. Dobrze. Zaczynałem ju  

w tpi . Oczekiwałem niemal,  e znajd  tam swoje prochy - dowód,  e mimo 

wszelkich oznak i przeczu  zaw drowałem jako  do niewła ciwego cienia.  

      Wyszedłem i poklepałem Gwiazd  po pysku.  wieciło sło ce i wiał chłodny 

wiatr. Nagle zapragn łem wypłyn  na morze. Zamiast tego usiadłem na 

ławeczce i zacz łem nabija  fajk .  

      Rozmawiali my. Siedz c z podwini tymi nogami na br zowej sofie, Dara z 

u miechem powtórzyła opowie  o swoim pochodzeniu od Benedykta i diablicy 

Lintry, o dorastaniu w okolicy i w samych Dworcach Chaosu - tej 

nieeuklidesowej na ogół krainie, gdzie sam czas prezentuje niezwykłe problemy 

rozkładu.  

      - Wszystko, co mi powiedziała , kiedy si  spotkali my, było kłamstwem - 

stwierdziłem. - Czemu teraz miałbym ci wierzy ? U miechn ła si , wpatrzona w 

swoje paznokcie.  

      - Musiałam ci  wtedy okłama  - wyja niła. - By uzyska  to, na czym mi 

zale ało.  

      - To znaczy?  

      - Wiedz  o rodzinie, Wzorcu, Atutach i Amberze. Chciałam zdoby  twoje 

zaufanie. Chciałam urodzi  twoje dziecko.  

      - Prawda nie byłaby równie dobra?  

      - Raczej nie. Przybywałam od nieprzyjaciół. Nie zaaprobowałby  powodów, 

dla których chciałam to wszystko osi gn .  

      - A umiej tno  szermierki...? Mówiła ,  e to Benedykt ci  uczył.  

      U miechn ła si  znowu, a w jej oczach zabłysły ciemne ognie.  

      - Uczyłam si  u samego wielkiego ksi cia Borela, Lorda Chaosu.  

      - ... i twój wygl d - doko czyłem. - Zmieniał si  kilkakrotnie, kiedy 

przechodziła  Wzorzec. Jak? I dlaczego?  

      - Wszyscy, którzy pochodz  z Chaosu, s  zmiennokształtni - wyja niła.  

      Wspomniałem wyczyny Dworkina owej nocy, kiedy wcielił si  we mnie.  

      Benedykt kiwn ł głow .  

      - Tato oszukał nas, udaj c Ganelona.  

      - Oberon jest dzieckiem Chaosu. Zbuntowanym synem zbuntowanego ojca. 

Ale zachował moc.  

      - Wi c czemu my tego nie potrafimy? - chciał wiedzie  Random.  

      Wzruszyła ramionami.  

      - A próbowali cie? Mo e potraficie. Z drugiej strony, w waszym pokoleniu 

zdolno  mogła zanikn . Nie wiem. Co do mnie jednak, to mam kilka ulubionych 

form, do których powracam w chwilach napi cia. Dorastałam w miejscu, gdzie 

było to reguł , gdzie ta druga posta  cz sto dominowała. Wci  zachowałam ten 

odruch. To wła nie ogl dali cie... wtedy.  

      - Daro - przerwałem. - Po co było ci to wszystko, o czym mówiła : wiedza o 

rodzinie, Wzorcu, Atutach, Amberze? I syn?  

      - No, dobrze - westchn ła. - Dobrze. Poznali cie ju  pewnie plany Branda 

background image

 

zniszczenia i odbudowy Amberu...?  

      - Tak.  

      - Wymagały naszej zgody i współpracy.  

      - W tym zamordowania Martina? - spytał Random.  

      - Nie. Nie wiedzieli my, kogo zamierza u y  jako... czynnika.  

      - A gdyby cie wiedzieli, czy to by was powstrzymało?  

      - To akademicki problem - odparła. - Sam sobie odpowiedz. Ciesz  si ,  e 

Martin prze ył. To wszystko, co mam do powiedzenia.  

      - Niech b dzie - mrukn ł Random. - Co z Brandem?  

      - Wykorzystuj c sposoby poznane u Dworkina, zdołał si  porozumie  z 

naszymi przywódcami. Miał własne ambicje. Szukał wiedzy i siły. Zaproponował 

układ.  

      - Jakiej wiedzy?  

      - Na przykład nie miał poj cia, jak zniszczy  Wzorzec...  

      - Zatem jeste cie odpowiedzialni za to, co zrobił - stwierdził Random.  

      - Je li wolisz tak o tym my le .  

      - Wol .  

      Wzruszyła ramionami i spojrzała na mnie.  

      - Chcecie wysłucha  całej historii?  

      - Mów. - Obejrzałem si  na Randoma.  

      Skin ł głow .  

      - Brand otrzymał to, czego pragn ł - powiedziała. - Ale nie cieszył si  

zaufaniem. Obawiano si ,  e kiedy zyska moc kształtowania  wiata według swej 

woli, nie wystarczy mu władza nad przebudowanym Amberem.  e spróbuje 

rozszerzy  panowanie na Chaos. Potrzebny nam był słaby Amber, by Chaos stał 

si  silniejszy ni  teraz. Chcieli my nowego stanu równowagi i wi cej krain cienia 

w naszych granicach. Ju  dawno zrozumiano,  e dwa królestwa nie mog  si  

poł czy , ani  e  adne z nich nie mo e zosta  zniszczone bez naruszenia 

wszystkich procesów, jakie przebiegaj  mi dzy nimi. I rezultatem byłby 

absolutny zastój albo zupełny chaos. Mimo to, cho  wiedziano, co planuje Brand, 

nasi przywódcy zawarli z nim umow . Lepsza okazja mogła si  nie zdarzy  przez 

całe wieki. Musieli my j  wykorzysta . Uznano,  e z Brandem poradzimy sobie 

jako , a kiedy nadejdzie odpowiedni moment, zast pimy go kim  innym.  

      - Wi c planowali cie te  zdrad  - wtr cił Random.  

      - Nie, gdyby dotrzymał słowa. Ale wiedzieli my,  e nie ma tego zamiaru. 

Dlatego przygotowali my si  do działania.  

      - Jak?  

      - Pozwoliliby my mu osišgnš  cel i potem by my go zniszczyli. Zast piłby go 

przedstawiciel królewskiego rodu Amberu, nale cy te  do najwy szego rodu 

Dworców. Kto  wychowany w ród nas i przygotowany do tej misji. Merlin jest 

spokrewniony z Amberem z obu stron, przez mojego przodka, Benedykta, i 

bezpo rednio przez ciebie - dwóch najpopularniejszych pretendentów do tronu.  

      - Wi c pochodzisz z królewskiego rodu Chaosu?  

      U miechn ła si .  

      Wstałem. Odszedłem. Spojrzałem na popiół w palenisku.  

      - Nie jestem zachwycony wykorzystaniem mnie w tak wykalkulowanym 

background image

 

10 

eksperymencie hodowlanym - o wiadczyłem po chwili. - Ale to ju  si  stało. 

Przyjmuj c na moment,  e wszystko, co powiedziała , jest prawd , to dlaczego 

teraz nam o tym mówisz?  

      - Poniewa  - odparła - obawiam si ,  e władcy mojej krainy równie mocno 

pragn  realizacji swej wizji, jak Brand swojej. Mo e nawet mocniej. Chodzi o 

równowag , o której wspomniałam. Niewielu pojmuje, jak jest delikatna. 

Podró owałam po krajach Cienia w pobli u Amberu i byłam w samym Amberze. 

Poznałam te  cienie le ce po stronie Chaosu. Spotkałam wielu ludzi i wiele 

zobaczyłam. Potem, gdy poznałam Martina i rozmawiałam z nim długo, zacz łam 

przeczuwa ,  e te zmiany, które powinny by  zmianami na lepsze, nie zako cz  

si  tylko przekształceniem Amberu wedle gustu moich władców. Raczej 

przemieni  Amber w przybudówk  Dworców, a wi kszo  cieni zniknie lub 

poł czy si  z Chaosem. Niektórzy z nas, wci  maj c pretensje do Dworkina o 

stworzenie Amberu, pragn  powrotu do czasów, zanim to nast piło. Całkowitego 

Chaosu, z którego powstało wszystko. Uznałam,  e lepszy jest stan aktualny, i 

staram si  go zachowa . Mym pragnieniem jest, by  adna ze stron nie wyszła z 

tego konfliktu zwyci sko.  

      Obejrzawszy si , dostrzegłem, jak Benedykt kr ci głow .  

      - Wi c nie stoisz po niczyjej stronie - stwierdził.  

      - Wol  wierzy ,  e stoj  po obu.  

      - Martinie - spytałem. - Czy te  jeste  w to zamieszany?  

      Przytakn ł.  

      Random wybuchn ł  miechem.  

      - Was dwoje? Przeciwko Amberowi i Dworcom Chaosu? Co chcecie osi gn ? 

Jak zamierzacie podtrzyma  t  równowag ?  

      - Nie jeste my sami - o wiadczyła Dara. - I nie my wymy lili my ten plan.  

      Si gn ła do kieszeni, a kiedy wysun ła r k , co  zamigotało na jej dłoni. 

Obróciła to w blasku  wiatla: sygnet naszego ojca.  

      - Sk d to masz? - zapytał Random.  

      - A jak my lisz?  

      Benedykt stan ł przy niej i wyci gn ł r k . Podała mu pier cie . Przyjrzał si  

uwa nie .  

      - To naprawd  taty - oznajmił. - Ma z tyłu takie drobne znaki, które kiedy  

zauwa yłem. Po co go przyniosła ?  

      - Przede wszystkim,  eby was przekona ,  e naprawd  przekazuj  jego 

rozkazy.  

      - A sk d wogóle go znasz? - wtr ciłem.  

      - Spotkali my si  jaki  czas temu, kiedy... miał kłopoty - wyja niła. - Mo na 

wła ciwie powiedzie ,  e pomogłam mu si  uwolni . Znałam ju  wtedy Martina i 

byłam skłonna do bardziej przyjaznych uczu  wobec Amberu. Poza tym, wasz 

ojciec jest czaruj cym człowiekiem i potrafi przekonywa . Uznałam,  e nie mog  

patrze  bezczynnie, jak pozostaje wi niem moich krewniaków.  

      - A czy wiesz, jak został schwytany?  

      Pokr ciła głow .  

      - Wiem tylko,  e Brand skłonił go do przybycia w cie  tak daleki od Amberu, 

by mo na go było tam uwi zi . S dz ,  e pretekstem było poszukiwanie nie 

background image

 

11 

istniej cego magicznego przyrz du, który mógłby naprawi  Wzorzec, teraz ju  

wie,  e tylko Klejnot mo e tego dokona .  

      - Pomogła  mu uciec... Jak wpłyn ło to na twoj  pozycj  w Dworcach?  

      - Nie najlepiej. Chwilowo jestem bezdomna.  

      - I chcesz zamieszka  tutaj?  

      U miechn ła si  krzywo.  

      - To zale y, jak to wszystko si  zako czy. Je li moi rodacy osi gn  swoje cele, 

wol  raczej wróci ... albo zamieszka  w ród tych cieni, które pozostan .  

      Wyj łem Atut.  

      - A co z Merlinem? Gdzie teraz jest?  

      - Z nimi. Obawiam si ,  e nale y ju  do nich. Zna swoje pochodzenie, ale to 

oni kierowali jego wychowaniem. Nie wiem, czy mo na go jako  wyrwa .  

      Podniosłem Atut i wpatrzyłem si  w niego.  

      - To na nic - stwierdziła. - Nie b dzie działał mi dzy tam a tutaj.  

      Przypomniałem sobie, jak trudny był kontakt gdy znalazłem si  na skraju 

owego miejsca. Mimo to spróbowałem. Karta stała si  zimna. Si gn łem w gł b. 

Odczułem delikatne mrowienie czyjej  obecno ci. Naparłem mocniej.  

      - Merlinie, to ja, Corwin - powiedziałem. - Słyszysz mnie?  

      Wydało mi si ,  e usłyszałem odpowied . Jakby "Nie mog ..." A potem nic. 

Karta straciła swój chłód.  

      - Dotarłe  do niego? - zapytała.  

      - Nie jestem pewien. Ale chyba tak, tylko na chwil .  

      - Lepiej, ni  s dziłam. Albo warunki były wyj tkowo korzystne, albo macie 

bardzo podobne umysły.  

      - Kiedy zacz ła  wymachiwa  taty sygnetem - przypomniał Random - 

wspomniała  o rozkazach. Jakie to rozkazy? I dlaczego przekazuje je przez 

ciebie?  

      - To kwestia zgrania w czasie.  

      - Zgrania w czasie? Do diabła! Przecie  wyjechał dopiero dzisiaj rano!  

      - Musiał załatwi  jedn  spraw , zanim zabierze si  za nast pn . Nie wiedział 

jak długo to potrwa. Ale kontaktowałam si  z nim tu  przed przybyciem tutaj... 

chocia  nie miałam poj cia, co mnie tu czeka. Jest gotów, by rozpocz  kolejny 

etap.  

      - Kiedy z nim rozmawiała ? - spytałem. - Gdzie on jest?  

      - Nie mam poj cia, gdzie jest. Poł czył si  ze mn .  

      - I...?  

      - Chce,  eby Benedykt zaatakował natychmiast.  

      Gerard poruszył si  wreszcie. Wstał z wielkiego fotela, gdzie siedział i 

przysłuchiwał si  rozmowie. Wsun ł kciuki za pas i spojrzał na Dar  z góry.  

      - Taki rozkaz musi pochodzi  bezpo rednio od taty.  

      - Pochodzi.  

      Pokr cił głow .  

      - To nie ma sensu. Dlaczego miałby kontaktowa  si  z osob , której ufa  nie 

mamy raczej powodu, zamiast poł czy  si  z kim  z nas?  

      - Nie s dz , by w tej chwili potrafił was dosi gn . Mnie potrafił.  

      - Dlaczego?  

background image

 

12 

      - Nie u ywał Atutu. Nie ma mojej karty. Wykorzystał efekt rezonansu czarnej 

drogi. W podobny sposób Brand uciekł kiedy  przed Corwinem.  

      - Sporo wiesz o tym, co si  dzieje.  

      - Wiem. Wci  mam kontakty w Dworcach Chaosu, a po waszym starciu 

Brand tam wła nie si  przeniósł. Sporo słyszałam.  

      - Wiesz, gdzie jest w tej chwili ojciec? - zapytał Random.  

      - Nie, nie wiem. Ale s dz ,  e wyruszył do prawdziwego Amberu, by naradzi  

si  z Dworkinem i ponownie zbada  uszkodzenia pierwotnego Wzorca.  

      - W jakim celu?  

      - Trudno powiedzie . Zapewne po to, by zdecydowa , jakie podejmie 

działania. Fakt,  e dotarł do mnie i nakazał atak, oznacza najprawdopodobniej, 

e decyzja ju  zapadła.  

      - Jak dawno si  z tob  kontaktował?  

      - Kilka godzin temu... mojego czasu. Ale byłam daleko st d, w Cieniu. Nie 

wiem, jaka jest ró nica upływu czasu. Nie mam do wiadczenia.  

      - Czyli mogło to nast pi  zupełnie niedawno. Nawet przed chwil  - zastanowił 

si  Gerard. - Dlaczego rozmawiał z tob , a nie z którym  z nas? Gdyby naprawd  

chciał, nie uwierz , by nie mógł nas dosi gn .  

      - Mo e chciał pokaza ,  e traktuje mnie przychylnie.  

      - Wszystko to mo e by  prawd  - o wiadczył Benedykt. - Ale nie wyrusz  bez 

potwierdzenia rozkazu.  

      - Czy Fiona wci  przebywa przy pierwotnym Wzorcu? - zapytał Random.  

      - Kiedy ostatnio z ni  rozmawiałem, zało yła tam obóz - odparłem. - 

Rozumiem, o co ci chodzi...  

      Wyszukałem kart  Fi.  

      - Jeden nie wystarczy,  eby si gn  a  tam - zauwa ył.  

      - Fakt. Pomó  wi c.  

      Wstał, stan ł przy moim boku. Benedykt i Gerard tak e si  zbli yli.  

      - To wcale nie jest konieczne - zaprotestowała Dara.  

      Nie zwracaj c na ni  uwagi, skoncentrowałem si  na delikatnych rysach swej 

rudowłosej siostry. Po chwili nast pił kontakt.  

      - Fiono - zacz łem. Widok za jej plecami  wiadczył,  e nie zmieniła miejsca 

pobytu w samym sercu rzeczy. - Czy jest tam tato?  

      - Tak. - U miechn ła si  lekko. - U Dworkina.  

      - Słuchaj, sprawa jest pilna. Nie wiem, czy znasz Dar , ale ona jest tutaj i...  

      - Wiem, kim jest, chocia  nigdy jej nie spotkałam.  

      - W ka dym razie ona twierdzi,  e tato polecił przekaza  Benedyktowi rozkaz 

ataku. Jako dowód ma jego sygnet, ale tato nic o tym wcze niej nie wspominał. 

Wiesz co  na ten temat?  

      - Nie. Przywitali my si  tylko, kiedy jaki  czas temu wyszli razem z 

Dworkinem,  eby popatrze  na Wzorzec. Miałam jednak wtedy pewne 

podejrzenia i to, o czym mówisz, chyba je potwierdza.  

      - Podejrzenia? Co masz na my li?  

      - S dz ,  e tato chce naprawi  Wzorzec. Ma Klejnot. Słyszałam cz  jego 

rozmowy z Dworkinem. Je li podejmie prób , w Dworcach Chaosu dowiedz  si  

o tym natychmiast. Zechc  go powstrzyma . Zamierza pewnie uderzy  jako 

background image

 

13 

pierwszy, by odwróci  ich uwag . Tylko...  

      - Co?  

      - To go zabije, Corwinie. Tyle zd yłam si  nauczy . Czy mu si  uda czy nie, 

zostanie zniszczony.  

      - Trudno mi w to uwierzy .  

      -  e król oddaje  ycie za swoj  krain ?  

      -  e tato byłby do tego zdolny.  

      - Wi c albo si  zmienił, albo nigdy go naprawd  nie znałe . Ale ja uwa am,  e 

on naprawd  spróbuje.  

      - To czemu przekazał swój ostatni rozkaz przez osob , o której wie,  e jej nie 

ufamy?  

      -  eby pokaza ,  e macie jej zaufa , jak przypuszczam. Kiedy tylko 

potwierdzi ten rozkaz.  

      - To raczej okr na droga załatwiania pewnych spraw. Ale zgadzam si  z 

tob ,  e nie nale y działa  bez potwierdzenia. Mo esz je dla nas uzyska ?  

      - Spróbuj . Poł cz  si  z wami, kiedy tylko z nim porozmawiam.  

      Przerwała kontakt.  

      Spojrzałem na Dar , która słyszała konwersacj  tylko z naszej strony.  

      - Czy wiesz, co tato w tej chwili planuje? - zapytałem.  

      - Co  zwi zanego z czarn  drog  - odparła. - To sugerował. Nie wspomniał 

jednak co ani jak.  

      Zło yłem karty i schowałem je do futerału. Nie podobał mi si  taki obrót 

spraw. Cały ten dzie  zacz ł si  marnie, a potem wszystko szło coraz gorzej. A 

było dopiero wczesne popołudnie. Potrz sn łem głow . Kiedy rozmawiałem z 

Dworkinem, opisał mi rezultaty ka dej próby naprawy Wzorca. Wydały mi si  

wtedy niezwykle gro ne. Przypu my,  e tato spróbuje, przegra i zginie przy tej 

próbie. Gdzie si  wtedy znajdziemy? W tym samym miejscu, tyle  e bez 

przywódcy i w przededniu bitwy - i z aktualnym na nowo problemem sukcesji. 

Wyruszymy na wojn , a ta paskudna sprawa znowu b dzie nas n ka . Zaczniemy 

si  szykowa  do bratobójczych walk, które rozgorzej , gdy tylko poradzimy sobie 

z nieprzyjacielem. Musi by  jakie  inne rozwi zanie. Lepiej ju   ywy tato na 

tronie, ni  odrodzenie intryg i spisków.  

      - Na co czekamy? - spytała Dara. - Na potwierdzenie?  

      - Tak - odpowiedziałem.  

      Random kr ył po pokoju. Benedykt usiadł i ogl dał opatrunek na r ku. 

Gerard oparł si  o kominek. A ja stałem i zastanawiałem si . Przyszła mi do 

głowy pewna my l. Odp dziłem j  natychmiast, ale wróciła. Nie podobała mi si , 

ale nie miało to  adnego zwi zku z celowo ci  jej realizacji. Musiałem działa  

szybko, zanim przekonam siebie, by spojrze  z innego punktu widzenia. Nie. B d  

si  trzymał poprzedniego. Niech to diabli!  

      Poczułem mrowienie kontaktu. Czekałem. Po chwili znów zobaczyłem Fion . 

Stała w znajomym pomieszczeniu, cho  straciłem kilka sekund, by je rozpozna : 

salon Dworkina, za ci kimi drzwiami w gł bi jaskini.  

      Tato i Dworkin te  tam byli. Tato zrzucił swoj  mask  Ganelona i znowu stał 

si  sob , jak dawniej. Spostrzegłem,  e nosi Klejnot.  

      - Corwinie - odezwała si  Fiona. - To prawda. Tato przekazał przez Dar  

background image

 

14 

rozkaz ataku i oczekiwał tej pro by o potwierdzenie. Ja...  

      - Fiono, przenie  mnie.  

      - Co?  

      - Słyszała . Przenie  mnie!  

      Wyci gn łem praw  r k . Fi si gn ła po mnie. Dotkn li my si .  

      - Corwinie! - krzykn ł Random. - Co si  dzieje?  

      Benedykt zerwał si , a Gerard szedł ju  w moj  stron .  

      - Dowiecie si  wkrótce - o wiadczyłem i zrobiłem krok do przodu.  

      U cisn łem jej dło , wypu ciłem i u miechn łem si .  

      - Dzi ki, Fi. Cze , tato. Witaj, Dworkinie. Co słycha ?  

      Rzuciłem okiem na ci kie drzwi i przekonałem si ,  e stoj  otworem. 

Wymin łem Fion  i podszedłem do nich. Tato spu cił głow  i zmru ył oczy. 

Znałem to spojrzenie.  

      - O co chodzi, Corwinie? Znalazłe  si  tutaj bez pozwolenia - burkn ł. - 

Potwierdziłem ten cholerny rozkaz. Spodziewam si ,  e zostanie wykonany.  

      - Zostanie - przytakn łem. - Nie przyszedłem, by o tym dyskutowa .  

      - Wi c po co?  

      Podszedłem bli ej, kalkuluj c w my lach słowa i odległo . Dobrze,  e tato nie 

wstawał.  

      - Przez pewien czas jechali my razem jak towarzysze - powiedziałem. - I niech 

mnie diabli porw , je li nie zacz łem ci  wtedy lubi . Sam wiesz,  e przedtem nie 

czułem specjalnej sympatii. Dot d nie miałem jako  odwagi,  eby ci o tym 

powiedzie . Chciałbym wierzy ,  e tak mogłyby si  uło y  nasze stosunki, 

gdyby my nie byli dla siebie tym, kim jeste my. - Na mgnienie oka jego spojrzenie 

złagodniało. Zaj łem pozycj . - W ka dym razie - ci gn łem - wol  uwa a  ci  

raczej za tego ni  tamtego człowieka. Jest bowiem co , czego w przeciwnym 

wypadku nigdy bym dla ciebie nie zrobił.  

      - Co takiego? - zapytał.  

      - To.  

      Chwyciłem Kłejnot od dołu i jednym ruchem  ci gn łem tacie ła cuch. 

Zrobiłem zwrot na pi cie i pognałem przez grot  do drzwi. Zamkn łem je za 

sob , a  trzasn ły. Nie wiedziałem, jak je zaryglowa  od zewn trz, wi c biegłem 

dalej skalnym korytarzem, którym tamtej nocy pod ałem za Dworkinem. Za 

plecami usłyszałem oczekiwany krzyk.  

      Pokonywałem zakr ty. Tylko raz si  potkn łem. W powietrzu wisiał wci  

ci ki zapach Wixera. P dziłem przed siebie, a  ko cowy łuk odsłonił mi  wiatło 

dnia. Pognałem ku niemu, w biegu zakładaj c na szyj  Klejnot. Czułem, jak 

opada na pier . Si gn łem ku niemu my l . Za mn , w jaskini, rozlegały si  jakie  

echa.  

      Na zewn trz!  

      Pomkn łem do Wzorca, wczuwaj c si  w Klejnot i zmieniaj c go w 

dodatkowy zmysł. Oprócz taty i Dworkina byłem jedynym w pełni dostrojonym 

człowiekiem.  

      Dworkin mówił,  e naprawy mo e dokona  kto , kto przejdzie Wielki 

Wzorzec w stanie zestrojenia, za ka dym okr eniem wypalaj c plam  i 

zast puj c j  fragmentem niesionego w umy le obrazu Wzorca, a równocze nie 

background image

 

15 

wymazuj c czarn  drog . Lepiej wi c ja ni  tato. Wci  miałem wra enie,  e 

czarna droga zawdzi cza cz  swej ostatecznej formy mocy, jak  dała jej moja 

kl twa rzucona na Amber. To tak e chciałem wymaza . Gdy sko czy si  wojna, 

tato i tak lepiej ode mnie poradzi sobie z porz dkowaniem spraw. Zrozumiałem 

wła nie,  e nie pragn  ju  tronu. Nawet gdyby był wolny, przytłaczał 

perspektyw  niesko czonych szarych stuleci kierowania krajem, jakie mogły 

mnie jeszcze czeka .  

      Mo e najprostszym wyj ciem byłoby zgin  przy naprawie Wzorca. Eryk ju  

nie  ył, a ja przestałem go nienawidzi . Drugi powód, który zmuszał mnie do 

działania - tron - wydawał si  godny po dania, poniewa  s dziłem,  e on go 

pragn ł. Zrezygnowałem z obu. Co pozostało? Wy miałem Vialle, potem 

zacz łem si  zastanawia . Miała racj . Cechy starego  ołnierza wci  pozostały 

we mnie dominuj ce. Wszystko jest kwesti  obowi zku. Ale nie tylko. Istniało 

jeszcze co ...  

      Dotarłem do brzegu Wzorca i szybko ruszyłem na pocz tek drogi. 

Obejrzałem si . Tato, Dworkin, Fiona...  adne z nich nie wynurzyło si  jeszcze z 

jaskini. To dobrze. Nie zd

 mnie powstrzyma . Kiedy ju  postawi  stop  na 

Wzorcu, b d  mogli tylko czeka  i patrze . Przez moment wyobraziłem sobie 

gin cego Iago, stłumiłem t  my l, próbowałem odzyska  niezb dny dla podj cia 

próby poziom spokoju. Wspomniałem pojedynek z Brandem i jego niezwykłe 

znikni cie. Odepchn łem tak e t  my l, zwolniłem rytm oddechu, przygotowałem 

si .  

      Ogarn ła mnie jaka  apatia. Nadszedł czas, by zacz , ale zatrzymałem si  

jeszcze na chwil . Starałem si  skoncentrowa  na czekaj cym mnie zadaniu. 

Wzorzec zafalował lekko. Teraz, do diabła! Teraz! Do  tych przygotowa ! 

Ruszaj, powiedziałem sobie. Id ! A jednak wci  stałem jak we  nie, zapatrzony 

w rysunek Wzorca. Zapomniałem o sobie. Był tylko Wzorzec, z podłu n , czarn  

plam , któr  nale y usun ...  

      Nie uwa ałem ju  za istotne,  e mo e mnie zabi . Umysł dryfował, 

zachwycony pi knem rysunku...  

      Usłyszałem jaki  d wi k; pewnie nadchodz . Musz  co  zrobi , zanim tu 

dotr . Musz  zacz  przej cie, ju , w tej chwili...  

      Oderwałem wzrok od Wzorca i spojrzałem w stron  wyj cia z jaskini. 

Wynurzyli si , zeszli do połowy zbocza i stan li. Dlaczego? Czemu si  zatrzymali?  

      Czy to wa ne? Miałem do  czasu, by zacz . Podniosłem nog , by zrobi  

pierwszy krok. Ledwie mogłem si  ruszy . Z najwy szym wysiłkiem przesuwałem 

stop . Ten krok był trudniejszy ni  ko cowy fragment Wzorca. Miałem jednak 

wra enie,  e nie walcz  z zewn trznym oporem, a raczej z bezwładno ci  

własnego ciała. Niemal jak...  

      W umy le pojawił si  obraz Benedykta obok Wzorca w Tir-na Nog'Ih. Brand 

zbli ał si , drwił, a Klejnot płon ł mu na piersi...  

      Zanim jeszcze spojrzałem w dół, wiedziałem, co zobacz .  

      Czerwony kamie  pulsował w rytmie mojego t tna.  

      Niech ich szlag!  

      Tato albo Dworkin - a mo e obaj - si gał poprzez Klejnot i parali ował mnie. 

Nie miałem w tpliwo ci,  e ka dy z nich potrafiłby tego dokona . Mimo to, z tej 

background image

 

16 

odległo ci, nie warto było poddawa  si  bez walki.  

      Wci  przesuwałem stop , zbli aj c j  do kraw dzi Wzorca. Je li mi si  uda, 

to nie b d  ju  mogli...  

      Senno ... Czułem,  e zaczynam si  przewraca . Zasn łem na moment, potem 

znowu.  

      Kiedy otworzyłem oczy, widziałem przy twarzy fragment rysunku. 

Odwróciłem głow  i dostrzegłem nogi.  

      A kiedy spojrzałem w gór , zobaczyłem tat , trzymaj cego w r ku Klejnot.  

      - Odejd cie - polecił Dworkinowi i Fionie. Nawet nie popatrzył w ich stron .  

      Oddalili si , a tato zawiesił Klejnot na szyi. Potem pochylił si  i podał mi r k . 

Chwyciłem j  i wstałem.  

      - To był wariacki pomysł - stwierdził.  

      - Prawie mi si  udało.  

      Przytakn ł.  

      - Oczywi cie, zgin łby  tylko i niczego nie osi gn ł - zauwa ył. - Ale i tak to 

dobra robota. Chod , przejdziemy si .  

      Wzi ł mnie pod r k  i ruszyli my wzdłu  obwodu Wzorca.  

      Patrzyłem na dziwne, pozbawione horyzontu niebo-morze wokół nas. 

My lałem, co by si  stało, gdybym zd ył rozpocz  przej cie. Co działoby si  

teraz?  

      - Zmieniłe  si  - stwierdził w ko cu. - Albo te  nigdy ci  naprawd  nie znałem.  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Pewnie jedno i drugie, po trochu. Wła nie chciałem powiedzie  to samo o 

tobie. Mog  o co  zapyta ?  

      - O co?  

      - Czy trudno ci było udawa  Ganelona?  

      Parsknał cicho.  

      - Wcale nietrudno. Mo e mogłe  wtedy zobaczy  prawdziwego mnie.  

      - Lubiłem go. Czy raczej ciebie w jego roli. Chciałbym wiedzie , co si  stało z 

prawdziwym Ganelonem.  

      - Dawno nie  yje, Corwinie. Spotkali my si , kiedy wyp dziłe  go z Avalonu. 

Nie był złym facetem. Nie zaufałbym mu w niczym, ale w ko cu, je li nie musz , 

nie ufam nikomu.  

      - To cecha rodzinna.  

      - Przykro mi,  e musiałem go zabi . Co prawda, nie pozostawił mi wielkiego 

wyboru. Wszystko to zdarzyło si  wiele lat temu, ale pami tam go dokładnie. 

Czyli, musiał zrobi  na mnie wra enie.  

      - A Lorraine?  

      - Kraina? Dobra robota; tak my lałem. Zaj łem si  odpowiednim cieniem. 

Nabrał mocy dzi ki mej obecno ci, jak zreszt  ka dy, w którym kto  z nas 

pozostanie dostatecznie długo. Tak było z tob  w Avalonie i pó niej, w tym innym 

miejscu. Zadbałem, by mie  tam do  czasu. Oddziaływałem swoj  wol  na 

strumie  czasowy.  

      - Nie wiedziałem,  e to mo liwe.  

      - Nabieracie mocy powoli, poczynaj c od dnia inicjacji we Wzorcu. Wielu 

jeszcze rzeczy musicie si  nauczy . Tak, wzmocniłem Lorraine i uczyniłem j  

background image

 

17 

szczególnie podatn  na rosn c  pot g  czarnej drogi. Dopilnowałem, by znalazła 

si  na twojej  cie ce, niewa ne dok d by  poszedł. Po ucieczce, wszystkie twoje 

drogi prowadziły do Lorraine.  

      - Dlaczego?  

      - Była pułapk , jak  na ciebie zastawiłem... A mo e prób . Chciałem by  przy 

tobie, gdy spotkasz si  z siłami Chaosu. Chciałem te  przez pewien czas w drowa  

razem z tob .  

      - Próba? Dlaczego chciałe  mnie wypróbowa ? I po co miałby  w drowa  

razem ze mn ?  

      - Nie domy lasz si ? Obserwowałem was wszystkich przez długie lata. Nigdy 

nie wskazałem nast pcy.  wiadomie nie wyja niałem tej kwestii. Zbyt jeste cie do 

mnie podobni. Wiedziałem,  e kiedy ogłosz , kto jest spadkobierc , to jakbym 

podpisał na niego czy na ni  wyrok  mierci. Nie. Specjalnie pozostawiłem t  

spraw  bez rozwi zania. A  do ko ca. Teraz jednak zdecydowałem. To b dziesz 

ty.  

      - Jeszcze w Lorraine nawi załe  ze mn  krótki kontakt. We własnej postaci. 

Powiedziałe ,  ebym zasiadł na tronie. Je li ju  wtedy postanowiłe , to po co 

ci gn łe  cał  t  maskarad ?  

      - Wcale wtedy nie postanowiłem. Musiałem tylko skłoni  ci  do dalszych 

stara . Bałem si ,  e za bardzo polubisz t  dziewczyn  i kraj. Kiedy jako bohater 

wyszedłe  z Czarnego Kr gu, mogłe  osiedli  si  tam i zosta  ju  na stałe. 

Chciałem nakłoni  ci  jako  do dalszej w drówki.  

      Milczałem przez chwil . Okr yli my ju  spor  cz  Wzorca.  

      Wreszcie...  

      - Jest co , o co chciałbym zapyta  - o wiadczyłem. - Zanim przybyłem tutaj, 

rozmawiałem z Dar , która wła nie próbuje oczy ci  si  w naszych oczach...  

      - Jest czysta - przerwał. - Ja j  oczy ciłem.  

      Pokr ciłem głow .  

      - Powstrzymałem si  przed oskar eniem jej o co , o czym my lałem ju  od 

pewnego czasu. Mam wa ny powód, by jej nie ufa , mimo jej protestów i twoich 

zapewnie . Nawet dwa powody.  

      - Wiem, Corwinie. Ale to nie ona zabiła sługi Benedykta, by zapewni  sobie 

pozycj  w jego domu. Sam to zrobiłem, by traciła do ciebie, jak trafiła, dokładnie 

we wła ciwej chwili.  

      - Ty? Brałe  udział w tym spisku? Dlaczego?  

      - B dzie dla ciebie dobr  królow , synu. Wierz  w sił  krwi Chaosu. Nadeszła 

pora na kolejny zastrzyk. Wst pisz na tron maj c ju  dziedzica. Zanim Merlin 

dojrzeje do obj cia władzy, wykorzenimy z niego wpływy wczesnego wychowania.  

      Dotarli my do czarnej plamy. Zatrzymałem si , przykucn łem i zacz łem si  

przygl da .  

      - S dzisz,  e to ci  zabije? - zapytałem.  

      - Wiem,  e tak.  

      - By mn  pokierowa , potrafiłe  mordowa  niewinnych ludzi. A jednak chcesz 

po wi ci   ycie dla dobra królestwa.  

      Spojrzałem mu w oczy.  

      - Sam nie mam czystych r k - wyznałem. - I nie próbuj  ci  os dza . Jednak 

background image

 

18 

niedawno, kiedy szykowałem si  do przej cia Wzorca, poj łem, jak zmieniły si  

moje uczucia. Dla Eryka, dla tronu... Wierz ,  e robisz to, co robisz, kierowany 

poczuciem obowi zku. Ja tak e mam obowi zki: wobec Amberu i tronu. Nawet 

wi cej. 0 wiele wi cej. Wtedy to zrozumiałem. Lecz poj łem co  jeszcze, co , czego 

nie wymaga ode mnie obowi zek. Nie wiem, kiedy i jak si  to sko czyło ani kiedy 

sam si  zmieniłem, ale nie pragn  ju  tronu, tato. Przykro mi,  e niwecz  twoje 

plany, ale nie chc  by  królem Amberu. Przepraszam.  

      Odwróciłem wzrok, powracaj c do studiowania plamy.  

      Usłyszałem jego westchnienie.  

      - Ode l  ci  teraz do domu - rzekł. - Osiodłaj konia i przygotuj prowiant. Udaj 

si  w jakie  miejsce poza Amberem. Całkiem dowolne, byle na osobno ci.  

      - Mój grobowiec!  

      Parskn ł i zachichotał.  

      - Mo e by . Jed  tam i czekaj na mnie. Musz  troch  pomy le .  

      Wstałem i poło ył mi dło  na ramieniu. Klejnot pulsował blaskiem. Tato 

spojrzał mi w oczy.  

      -  aden z ludzi nie mo e mie  wszystkiego, czego pragnie, w taki sposób, w 

jaki tego zapragn ł - o wiadczył.  

      Nast pił efekt oddalania, jak przy działaniu Atutu, tylko w przeciwn  stron . 

Usłyszałem głosy, potem dostrzegłem wokół siebie pokój, który niedawno 

opu ciłem. Benedykt, Gerard, Random i Dara wci  na mnie czekali. Poczułem, 

e tato puszcza moje rami . Potem znikn ł, a ja znów znalazłem si  mi dzy nimi.  

      - Co to za historia? - odezwał si  Random. - Widzieli my, jak tato ci  odsyła. 

Przy okazji, jak on to zrobił?  

      - Nie wiem - przyznałem. - Ale potwierdził to, co mówiła Dara. To on dał jej 

sygnet i polecił przekaza  wiadomo .  

      - Dlaczego? - zdziwił si  Gerard.  

      - Chciał,  eby my si  nauczyli jej ufa .  

      Benedykt wstał.  

      - Pójd  wi c i zrobi  to, co mi polecono.  

      - On chce,  eby  uderzył i zaraz si  cofn ł - oznajmiła Dara. - Potem 

wystarczy ich tylko powstrzymywa .  

      - Jak długo?  

      - Powiedział tylko,  e to b dzie oczywiste.  

      Benedykt skrzywił usta w jednym ze swych niecz stych u miechów i skin ł 

głow . Jedn  r k  otworzył jako  futerał z kartami, wyj ł tali , odszukał 

specjalny Atut Dworców, który mu dałem.  

      - Powodzenia - rzucił Random.  

      - Tak - zgodził si  z nim Gerard.  

      Dodałem te  twoje  yczenia i patrzyłem, jak si  rozwiewa. Kiedy znikn ł 

t czowy powidok, odwróciłem si  i zauwa yłem,  e Dara płacze cicho. 

Powstrzymałem si  od uwag.  

      - Ja tak e dostałem rozkazy... czy co  w tym rodzaju - oznajmiłem. - Lepiej 

wezm  si  do pracy.  

      - A ja rusz  z powrotem na morze - dodał Gerard.  

      - Nie - usłyszałem głos Dary, gdy szedłem ju  do drzwi. Zatrzymałem si .  

background image

 

19 

      - Masz zosta  tutaj, Gerardzie, i pilnowa  samego Amberu. Od strony morza 

nie nast pi  aden atak.  

      - Przecie  to Random miał dowodzi  obron  miasta.  

      Pokr ciła głow .  

      - Random ma doł czy  do Juliana w Ardenie.  

      - Jeste  pewna? - nie dowierzał Random.  

      - Absolutnie.  

      - Dobrze. Miło si  przekona ,  e chocia  raz o mnie pomy lał. Przepraszam, 

Gerardzie. Zaskoczyło mnie to.  

      Gerard wyglšdał na zwyczajnie zdziwionego.  

      - Mam nadziej ,  e wie, co robi - mrukn ł.  

      - Mówili my ju  o tym - przypomniałem. - Na razie.  

      Wychodz c z pokoju, usłyszałem za sob  kroki. Dara szła obok mnie.  

      - Co teraz? - spytałem.  

      - Pomy lałam,  e przejd  si  z tob , dok dkolwiek zmierzasz.  

      - Id  tylko na gór ,  eby zabra  par  rzeczy. Potem do stajni.  

      - Pójd  z tob .  

      - Musz  jecha  sam.  

      - I tak nie mogłabym ci towarzyszy . Mam jeszcze porozmawia  z twoimi 

siostrami.  

      - One te  s  w to wł czone?  

      - Tak.  

      Przez chwil  szli my w milczeniu. W ko cu odezwała si .  

      - Cała ta sprawa nie była rozegrana tak na zimno, jak mogłoby si  wydawa , 

Corwinie.  

      Weszli my do magazynu.  

      - Jaka sprawa?  

      - Wiesz, o co mi chodzi.  

      - Aha. Ta. To dobrze.  

      - Lubi  ci . Pewnego dnia mo e to by  co  wi cej, o ile ty te  co  czujesz.  

      Duma podsun ła mi zło liw  odpowied , ale ugryzłem si  w j zyk. W ci gu 

wieków mo na si  nauczy  paru rzeczy.  

      Wykorzystała mnie, to prawda, ale okazało si  teraz,  e sama nie była wtedy 

pani  siebie. Najgorsze, co mogłem powiedzie , jak przypuszczam, było to,  e tato 

pragn ł,  ebym jej pragn ł. Nie pozwoliłem jednak, by oburzenie wpłyn ło na 

moje uczucia czy te  na to, jakie mogłyby si  one sta . Wi c...  

      - Ja te  ci  lubi  - odparłem patrz c na ni .  

      Wygl dała, jakby potrzebowała pocałunku. Załatwiłem to. - Teraz lepiej 

zaczn  si  pakowa .  

      U miechn ła si  i  cisn ła mnie za rami . I odeszła.  

      W tej chwili wolałem nie bada  zbyt dokładnie własnych uczu . Spakowałem 

sprz t. Osiodłałem Gwiazd  i ruszyłem przez szczyt Kolviru. Zatrzymałem si  

przy moim grobowcu. Siedz c na zewn trz, paliłem fajk  i obserwowałem 

chmury. Miałem wra enie,  e prze yłem ci ki dzie , a przecie  wci  było 

jeszcze wczesne popołudnie. Przeczucia grały w berka w grotach mojego umysłu, 

a  adnego z nich nie zaprosiłbym na obiad.

 

 

background image

 

20 

Rozdział 3

 

 

Kontakt nast pił nagle, w chwili gdy drzemałem na siedz co. Natychmiast 

zerwałem si  na nogi. To był tato.  

      - Corwinie, podj łem niezb dne decyzje. Czas nadszedł - powiedział. - Odsło  

lewe rami .  

      Uczyniłem to, a jego posta  materializowała si  z wolna. Wygl dał coraz 

bardziej władczo, na twarzy za  miał dziwny wyraz smutku, jakiego jeszcze u 

niego nie widziałem.  

      Lew  r k  chwycił mnie za przedrami , a praw  wydobył sztylet.  

      Przygl dałem si , jak nacina mi skór  i chowa bro .  

      Popłyn ła krew. Pochwycił j  w lew , zło on  dło . Pu cił moj  r k  i 

odst pił, potem uniósł dłonie do twarzy, dmuchn ł w nie i rozsun ł szybko.  

      Czubaty czerwony ptak rozmiaru kruka, z piórami barwy mojej krwi, 

siedział mu na przedramieniu. Przeszedł na nadgarstek i spojrzał na mnie. Nawet 

oczy miał czerwone; gdy pochylił głow  i obserwował czujnie, sprawiał wra enie, 

e mnie poznaje.  

      - To jest Corwin. Ten, za którym masz pod a  - powiedział tato. - 

Zapami taj go.  

      Potem posadził sobie ptaka na lewym ramieniu. Ptak przygl dał mi si  ci gle, 

nie próbuj c odlecie .  

      - Musisz jecha , Corwinie - rzekł tato. - Szybko. Dosi d  konia i ruszaj na 

południe. Przejd  w Cie  gdy tylko ci si  uda. Piekielny rajd. Odjed  st d, jak 

najdalej potrafisz.  

      - Gdzie mam jecha , ojcze? - zapytałem.  

      - Do Dworców Chaosu. Znasz drog ?  

      - W teorii. Nigdy nie dotarłem tak daleko.  

      Wolno skin ł głow .  

      - Ruszaj wi c - ponaglił mnie. - Powiniene  wytworzy  mo liwie du y 

dyferencjał czasowy pomi dzy sob  a Amberem.  

      - Dobrze. Ale nic nie rozumiem.  

      - Zrozumiesz, gdy nadejdzie czas.  

      - Jest przecie  łatwiejszy sposób - zaprotestowałem. - Mog  si  tam dosta  

szybciej i bez kłopotów. Wystarczy,  e skontaktuj  si  przez Atut z Benedyktem i 

on mnie przerzuci.  

      - Nic z tego - odparł tato. - B dziesz musiał wybra  dłu sz  tras , poniewa  

zaniesiesz tam co , co zostanie ci dostarczone po drodze.  

      - Dostarczone? Jak?  

      Pogładził pióra czerwonego ptaka.  

      - Przez tego oto twojego przyjaciela. Nie zdoła dolecie  a  do Dworców. W 

ka dym razie nie do  szybko.  

      - I co mi przyniesie?  

      - Klejnot. Nie s dz ,  ebym sam zdołał go przerzuci , kiedy ju  zako cz  to, 

co mam do zrobienia. W tamtym miejscu jego moc mo e si  okaza  przydatna.  

      - Rozumiem. Ale nie musz  pokonywa  całej drogi. Mog  si  przeatutowa , 

kiedy otrzymam Klejnot.  

background image

 

21 

      - Boj  si ,  e nie. Kiedy zrobi  ju  to, co zrobi  musz , Atuty stan  si  na 

pewien czas bezu yteczne.  

      - Dlaczego?  

      - Poniewa  sama osnowa istnienia b dzie ulega  przemianie. Ruszaj ju , do 

diabła! Wsiadaj na konia i jed !  

      Stałem nieruchomo i przygl dałem mu si  jeszcze przez chwil .  

      - Ojcze, czy nie ma innego sposobu?  

      Pokr cił tylko głow  i uniósł r k . Zacz ł si  rozpływa .  

      -  egnaj.  

      Odwróciłem si  i wskoczyłem na siodło. Wiele jeszcze zostało do powiedzenia, 

ale było ju  za pó no. Skierowałem Gwiazd  na szlak, który miał mnie 

poprowadzi  na południe.  

      Tato umiał manipulowa  Cieniem nawet na szczycie Kolviru, ale ja tego nie 

potrafiłem.  eby dokona  przeskoku, musiałem bardziej oddali  si  od Amberu. 

Jednak wiedz c,  e to mo liwe, postanowiłem spróbowa . Zatem, pod aj c na 

południe po nagich kamieniach i skalnymi przeł czami, gdzie wył wicher, na 

szlaku wiod cym ku Garnath starałem si  wpływa  na osnow  rzeczywisto ci.  

      Niewielka k pka niebieskich kwiatów za skalnym wyst pem.  

      Ich widok wzbudził emocje, gdy  kwiaty były skromn  cz ci  moich stara . 

Nadal kształtowałem sw  wol   wiat, jaki miał si  ukaza  za ka dym zakr tem 

drogi.  

      Cie  trójk tnego głazu padaj cy na moj   cie k ... Zmiana wiatru...  

      Niektóre drobne przemiany naprawd  zachodziły.  

      Trakt zataczaj cy kr g... Rozpadlina... Stare ptasie gniazdo na skalnej półce... 

Wi cej niebieskich kwiatów... Dlaczego nie? Drzewo... Jeszcze jedno... Czułem 

wibruj c  we mnie moc. Wprowadzałem nast pne przemiany.  

      Zastanowiłem si  chwil  nad t   wie o nabyt  pot g . Całkiem mo liwe,  e to 

czysto psychologiczne przyczyny nie pozwalały wcze niej na takie manipulacje. 

Jeszcze całkiem niedawno uwa ałem Amber za jedyn , niezmienn  rzeczywisto , 

z której brały sw  posta  wszystkie cienie. Teraz wiedziałem,  e był tylko 

pierwszym spo ród nich, a miejsce, gdzie przebywał teraz mój ojciec, 

reprezentowało rzeczywisto  wy szego rz du.  

      Zatem, cho  blisko  utrudniała, to przecie  nie uniemo liwiała dokonywania 

przemian. Mimo to w innych okoliczno ciach oszcz dzałbym siły do punktu, w 

którym byłoby to łatwiejsze.  

      Teraz... teraz jednak e wiedziałem,  e musz  si  spieszy . Musz  si  stara , 

p dzi , wypełni  wol  ojca.  

      Nim dotarłem do szlaku prowadz cego w dół południowej  ciany Kolviru, 

okolica zmieniła si  wyra nie.  

      Zamiast na stromy zjazd, jaki zwykle znaczył t  drog , spogl dałem na ci g 

łagodnych zboczy. Wkraczałem ju  w krainy cieni.  

      Czarna droga wci  biegła po lewej stronie niby ciemna blizna, ale Garnath, 

któr  przecinała, była w nieco lepszym stanie ni  ta, któr  znałem tak dobrze. 

Surowe li cie zostały złagodzone k pami zieleni porastaj cej troch  bli ej 

martwego pasa. Miałem wra enie,  e moja rzucona na t  ziemi  kl twa została 

lekko osłabiona. Iluzoryczne uczucie, naturalnie, gdy  nie był to ju  dokładnie 

background image

 

22 

mój Amber. Mimo to... Przepraszam za rol , jak  w tym wszystkim odegrałem, 

zwróciłem si  w my lach do wszystkiego, prawie jak w modlitwie. Jad  teraz, by 

spróbowa  to odwróci . Wybacz mi, duchu tego miejsca.  

      Wzrok przesun ł si  w stron  Gaju Jednoro ca, lecz le ał on zbyt daleko na 

zachód, ukryty za zbyt wielu drzewami, bym mógł cho by przelotnie ujrze  

wi ty zagajnik.  

      Zbocze łagodniało, zamienione w ci g niewielkich wzniesie . Pozwoliłem 

Gwie dzie przyspieszy , gdy pokonywali my je, zmierzaj c na południowy 

zachód, a potem na południe. Ni ej, wci  ni ej. Gdzie  daleko po lewej stronie 

iskrzyło si  i l niło morze. Wkrótce pojawi si  mi dzy nami czarna droga, gdy  

wje d aj c do Garnath, zbli ałem si  do niej. Cokolwiek uczyni  z Cieniem, nie 

zdołam wymaza  jej złowieszczej obecno ci. Co gorsza, równolegle do niej biegł 

najkrótszy z mo liwych szlaków.  

      Wreszcie stan li my na dnie doliny. Las Arden wyrastał w dali po prawej 

stronie i si gał ku zachodowi, pradawny i niezmierzony. Jechałem przed siebie, 

dokonuj c zmian, które miały przenie  mnie jeszcze dalej od domu.  

      Wprawdzie trzymałem si  czarnej drogi, ale nie zbli ałem si  do niej zanadto. 

Nie mogłem, gdy  była jedynym elementem, którego nie potrafiłem zmieni .  

      Starałem si , by rozdzielały nas krzaki, drzewa i niewysokie pagórki.  

      Si gn łem przed siebie i zmieniła si  faktura krainy.  yły agatu... Stosy 

łupków... Ciemniejsza ziele ... Chmury płyn ce po niebie... Sło ce migocze i 

ta czy... Przyspieszyli my kroku. Grunt opadł jeszcze ni ej, cienie wydłu yły si  i 

poł czyły, las si  odsun ł. Skalna  ciana wyrosła po prawej stronie, druga po 

lewej... Chłodny wiatr  cigał mnie wzdłu  kanionu. Migały pasma skalnych 

warstw: czerwone, złote,  ółte i br zowe. Piasek pokrył dno kanionu. Wokół 

unosiły si  wiry kurzu. Pochyliłem si  mocniej, gdy  droga znowu wiodła pod 

gór .  ciany wygi ły si  do wn trza i zbli yły do siebie.  

      Szlak zw ał si , zw ał coraz bardziej. Mogłem ju  niemal dotkn  obu 

cian...  

      Ich szczyty poł czyły si . Jechałem cienistym tunelem, zwalniaj c, gdy stawało 

si  ciemniej... Z niebytu wystrzeliły fosforyzuj ce rysunki, a wiatr j czał gło no.  

      Na zewn trz zatem!  

       wiatło ze  cian o lepiało, a wokół nas wyrosły gigantyczne kryształy. 

P dzili my mi dzy nimi, w gór ,  cie k  prowadz c  st d dalej w seri  dolinek, 

gdzie niewielkie, idealnie okr głe jeziorka le ały w ród mchu nieruchomo niby 

płyty zielonego szkła.  

      Przed nami wyrosły wysokie paprocie. Wjechali my w ich g szcz. Usłyszałem 

daleki głos tr bki.  

      Zakr ty, kroki... Paprocie, czerwone teraz, szersze i ni sze... Dalej rozległa 

równina, ró owiej ca ku wieczorowi...  

      Naprzód, poprzez blade trawy... Aromat  wie ej ziemi... Daleko z przodu 

masyw ciemnych chmur... Po lewej p d gwiezdnych wirów... W skie pasmo 

wilgotnej mgły... Bł kitny ksi yc wskakuje na niebo... Migotanie w ród 

mrocznych kł bów... Wspomnienia i głos gromu...  

      Zapach burzy i p d powietrza... Silny wiatr... Chmury przesłaniaj  gwiazdy... 

Jasne widły wbijaj  si  w rozszczepione drzewo po prawej stronie, zmieniaj cje w 

background image

 

23 

płomie ... Mrowienie... Zapach ozonu... Strugi wody lej  si  na mnie... Rz d 

wiateł po lewej... Stuk kopyt po bruku ulicy... Zbli a si  jaki  dziwaczny 

pojazd... Cylindryczny, posapuj cy... Wymijamy si  nawzajem...  ciga mnie 

wołanie... W o wietlonym oknie twarz dziecka...  

      Stuk... Chlupot... Szyldy sklepów i domy... Deszcz słabnie, rzednie, odchodzi... 

Przepływa mgła, unosi si , g stnieje, po lewej stronie l ni perłowym blaskiem...  

      Grunt staje si  mi kki, czerwienieje...  wiatło w ród mgły coraz silniejsze... 

Nowy wiatr, w plecy, cieplejszy... Powietrze rozpada si ... Bladocytrynowe niebo... 

Pomara czowe sło ce p dz ce w stron  południa...  

      Dr enie! To nie moja dzieło, rzecz zupełnie nieprzewidziana... Ziemia porusza 

si  pod nami, ale z pewno ci  dzieje si  co  wi cej. Nowe niebo, nowe sło ce, 

rdzawa pustynia, na któr  wła nie wjechałem - wszystko to zdaje si  rozszerza  i 

zw a , zanika  i powraca .  

      Rozlega si  trzask, a po ka dym zaniku widz ,  e Gwiazda i ja jeste my sami 

w ród białej nico ci, jak postacie bez tła. Kroczymy po pustce.  wiatło dochodzi 

ze wszystkich stron i tylko nas o wietla. Uszy atakuje nieustanny trzask, jakby 

wiosenna odwil  dotarła do rosyjskiej rzeki, której brzegiem kiedy , jechałem. 

Gwiazda, który kłusował ju  w wielu cieniach, r y przestraszony.  

      Rozgl dam si . Pojawiaj  si  mgliste kontury, wyostrzaj  si , wyrównuj . 

Otoczenie zostaje odtworzone, chocia  wydaje si  lekko wyblakłe.  wiat stracił 

nieco barwnika.  

      Wykr camy w lewo, p dzimy w stron  niskiego pagórka, wspinamy si , 

wreszcie stajemy na szczycie. Czarna droga. Ona te  wygl da nienaturalnie - 

nawet bardziej ni  wszystko pozostałe. Marszczy si  pod moim spojrzeniem, 

niemal faluje. Trzaski trwaj , s  coraz gło niejsze...  

      Od północy nadlatuje wiatr, z pocz tku łagodny, potem nabieraj cy mocy. 

Patrz c w tamt  stron  widz  rosn c  mas  ciemnych chmur.  

      Wiem,  e musz  p dzi , jak jeszcze nigdy w  yciu.  

      Ekstremalne moce destrukcji i kreacji działaj  w tamtym miejscu, które 

odwiedziłem... kiedy? Niewa ne. Fale sun  od Amberu i on tak e mo e znikn ... 

a ja razem z nim. Je li tato nie zdoła poskłada  wszystkiego z powrotem.  

      Potrz sam uzd . Galopujemy na południe.  

      Równina... Drzewa... Jakie  zburzone domy... Szybciej...  

      Dym płon cego łasu...  ciana ognia... Znikn ła...  ółte niebo, bł kitne 

chmury... Armada sterowców... Szybciej...  

      Sło ce opada jak kawałek rozpalonego  elaza w wiadro wody, gwiazdy 

rozci gaj  si  w pasma... Blade  wiatło na prostym szlaku... Dopplerowsko 

ci ni te d wi ki z ciemnych plam, wycie... Ja niejszy blask, mniej wyra na 

perspektywa... Szaro  po lewej stronie, po prawej... Teraz ja niej... Prócz szlaku 

nie ma nic, na czym mógłbym oprze  wzrok... Wycie wznosi si  do wrzasku...  

      Kształty p dz  ku nam... Galopujemy przez tunel Cienia... Zaczyna wirowa ...  

      Obrót, obrót... Tylko droga jest rzeczywista... Przebiegaj   wiaty... 

Zrezygnowałem z kierowania ruchem i płyn  teraz popychany czyst  moc , 

maj c  tylko oddali  mnie od Amberu i cisn  ku Chaosowi... Wiatr mnie owiewa 

i krzyk dra ni uszy... Nigdy jeszcze nie próbowałem wykorzysta  swej władzy 

nad Cieniem a  do granic jej mo liwo ci... Tunel staje si  gładki i  liski jak 

background image

 

24 

szkło... Czuj ,  e mkn  w gł b wiru, maelstromu, w oko cyklonu... Pot zalewa 

Gwiazd  i mnie... Mam wra enie,  e uciekam,  e co  mnie  ciga... Droga zmienia 

si  w abstrakcj ... Oczy mnie szczypi , gdy mrugam, by strz sn  z powiek 

krople potu... Nie wytrzymam dłu ej tego rajdu... Czuj  pulsowanie bólu u 

podstawy czaszki...  

      Delikatnie  ci gam cugle i Gwiazda zaczyna zwalnia ...  

       ciany mojego tunelu nabieraj  barw... Ju  nie jednostajno  cienia, ale 

plamy szaro ci, bieli, czerni... Br z... Przebłysk bł kitu... Zieleni... Wycie opada 

do huku, dudnienia, cichnie... Słabnie wiatr... Kształty nadpływaj  i znikaj ...  

      Wolniej, wolniej...  

      Nie ma  cie ki. Jad  po poro ni tej mchem ziemi. Niebo jest bł kitne, chmury 

białe. Kr ci mi si  w głowie,  ci gam wodze... Ja...  

      Male ka.  

      Kiedy spojrzałem w dół, byłem zdumiony. Stałem na obrze ach wioski lalek. 

Domki, które zmie ciłbym w dłoni, w ziutkie drogi, przesuwaj ce si  po nich 

male kie pojazdy...  

      Obejrzałem si . Rozgnietli my kilka takich miniaturowych rezydcncji. 

Spojrzałem wokół. Po lewej stronie było ich mniej. Ostro nie skierowałem tam 

Gwiazd , jechałem wolno, póki nie opu cili my tego miejsca.  

      Czułem si  winny wobec... cokolwiek to było... kogokolwiek, kto tam mieszkał. 

Ale nic nie mogłem poradzi .  

      Jechałem dalej poprzez Cie , by wreszcie dotrze  do czego , co uznałem za 

porzucony kamieniołom pod zielonkawym niebem. Czułem si  tu ci szy, 

zsiadłem, napiłem si  wody, troch  pospacerowałem. Gł boko wci gałem w płuca 

wilgotne powietrze. Byłem daleko od Amberu, tak daleko,  e rzadko kiedy trzeba 

jecha  dalej. Pokonałem spory kawałek drogi do Chaosu.  

      Niecz sto oddalałem si  tak bardzo. Wybrałem to miejsce na odpoczynek, 

gdy  było najbli sze normalno ci ze wszystkich, jakie mógłbym znale . Wkrótce 

jednak zmiany stan  si  bardziej radykalne.  

      Przeci gn łem si , by rozprostowa  obolałe mi nie. I wtedy, wysoko z góry, z 

powietrza, doleciał krzyk.  

      Podniosłem głow  i zobaczyłem opadaj cy ciemny kształt. Grayswandir sam 

wskoczył mi w dło . Lecz  wiatło padło pad odpowiednim k tem i skrzydlaty 

kształt rozbłysn ł nagle płomieniem czerwieni.  

      Znajomy ptak zatoczył kr g, potem drugi, i wyl dował mi na wyci gni tej 

r ce. W jego przera aj cych oczach dostrzegłem niezwykł  inteligencj , lecz nie 

po wi ciłem jej uwagi, co pewnie bym uczynił przy innej okazji.  

      Schowałem tylko Grayswandira i si gn łem po przedmiot, który przyniósł 

ptak.  

      Klejnot Wszechmocy.  

      Poznałem wi c,  e dzieło taty, na czymkolwiek polegało, zostało uko czone. 

Wzorzec był naprawiony albo uszkodzony. Tato  ywy lub martwy. Niepotrzebne 

skre li . Efekty jego działa  rozszerz  si  teraz na Cie  niby przysłowiowe kr gi 

na wodzie. Wkrótce poznam je lepiej. Na razie jednak miałem swoje rozkazy.  

      Zało yłem ła cuch na szyj , a Klejnot opadł mi na pier . Dosiadłem Gwiazdy. 

Ptak mojej krwi wydał krótki krzyk i uniósł si  w powietrze.  

background image

 

25 

      Ruszyli my.  

      Przez pejza , w którym niebo bielało, a ziemia czerniała. Potem grunt 

rozbłysn ł, a pociemniało niebo. A potem na odwrót. I znowu... układ zmieniał si  

z ka dym krokiem, a kiedy pomkn li my szybciej, stał si  stroboskopowym 

ci giem nieruchomych obrazów, stopniowo przechodz c w stadium rwanej 

animacji, potem w nadruchliwo  niemych filmów. W ko cu wszystko zlało si  

razem.  

      Punkty  wiatła przebiegały obok jak meteory lub komety. Zacz łem 

wyczuwa  głuchy rytm, niby kosmiczne t tno. Wszystko obracało si  wokół, 

jakby pochwycił mnie wir.  

      Co  tu nie pasowało. Jakbym tracił panowanie. Czy by etekty działa  taty 

dotarły ju  do obszaru Cienia, który wła nie mijałem? To raczej mało 

prawdopodobne. Jednak e...  

      Gwiazda potkn ł si . Przylgn łem do grzywy, gdy padali my; w Cieniu 

wolałem si  z nim nie rozł cza .  

      Uderzyłem ramieniem o tward  powierzchni  i przez chwil  le ałem 

oszołomiony.  

      Kiedy  wiat wokół znowu zło ył si  w cało , usiadłem i rozejrzałem si .  

      Przewa ał jednostajny póhnrok, ale nie było gwiazd. Zamiast nich unosiły si  

i płyn ły w powietrzu spore głazy ró nych kształtów i rozmiarów. Wstałem i 

spojrzałem dookoła.  

      O ile mogłem to oceni , nierówna, skalista powierzchnia, na której stałem, 

sama mogła by  głazem wielko ci góry, dryfuj cym wraz z innymi. Gwiazda 

podniósł si  i stan ł dr cy obok mnie. Panowała absolutna cisza. Chłodne 

powietrze trwało w bezruchu.  

      Ani  ywej duszy w polu widzenia. Nie podobała mi si  ta okolica i nie 

zatrzymałbym si  tu z własnej woli. Przykl kn łem, by zbada  nogi Gwiazdy. 

Chciałem jak najszybciej st d odjecha , w miar  mo liwo ci konno.  

      Gdy si  pochyliłem, usłyszałem cichy  miech, który mogła wyda  krta  

człowieka.  

      Znieruchomiałem z dłoni  na r koje ci Grayswandira.  

      Szukałem  ródła d wi ku.  

      Nic. Nigdzie.  

      A jednak słyszałem go. Odwróciłem si  wolno, spogl daj c czujnie przed 

siebie. Nic... Wtedy usłyszałem go znowu. Tylko tym razem zorientowałem si ,  e 

jego  ródło znajduje si  w górze.  

      Przeszukałem wzrokiem polatuj ce skały. Trudno było cokolwiek zauwa y  

pod osłon  cieni...  

      Tam!  

      Dziesi  metrów nad ziemi  i jakie  trzydzie ci na lewo ode mnie, na 

niewielkiej wyspie na niebie stało co  podobnego do człowieka i obserwowało 

mnie. Zastanowiłem si . Cokolwiek to było, znajdowało si  chyba zbyt daleko, by 

mi zagrozi . Byłem pewien,  e zdołam st d znikn , zanim to do mnie dotrze. 

Ruszyłem, by dosi

 Gwiazdy.  

      - Nic z tego, Corwinie - zawołał głos, którego naprawd  wolałbym w tej chwili 

nie słysze . - Jeste  tu uwi ziony. Bez mojej zgody w  aden sposób nie zdołasz 

background image

 

26 

odjecha .  

      U miechn łem si , wskoczyłem na siodło i chwyciłem Grayswandira.  

      - Przekonamy si  - zawołałem. - Chod , spróbuj mnie zatrzyma .  

      - Jak chcesz! - odkrzykn ł. Z nagiej skały strzeliły płomienie, wzniosły si , 

zamkn ły kr g wokół mnie.  

      Falowały i kołysały si  bezgło nie.  

      Gwiazda oszalał. Wepchn łem bro  do pochwy, zarzuciłem mu na głow  

skraj płaszcza, zaszeptałem uspokajaj co do ucha. Kr g ognia rozszerzył si , 

płomienie odst piły na brzegi wielkiego głazu, na którym stali my.  

      - Przekonałe  si ? - dobiegł głos. - Masz za mało miejsca. Gdziekolwiek 

pojedziesz, twój wierzchowiec wpadnie w panik , zanim zdołasz przeskoczy  w 

Cie .  

      -  egnaj, Brandzie - odparłem i ruszyli my.  

      Jechałem po kamiennej powierzchni w lewo, zasłaniaj c prawe oko Gwiazdy 

przed ogniem płon cym na granicy ziemi. Znów usłyszałem  miech Branda. Nie 

domy lał si , co robi .  

      Dwa spore głazy... Dobrze. Jechałem, trzymaj c si  kursu. Teraz 

wyszczerbiona skalna  ciana po lewej, podjazd, zagł bienie... Płomienie rzucały 

na drog  istn  pl tanin  cieni... Jest. W dół... W gór . K pka zieleni w tej plamie 

wiatła... Czułem,  e zaczynam przeskok.  

      To prawda, łatwiej nam wybiera  proste trasy. Nie znaczy to jednak,  e nie 

ma innych sposobów. Czasem zapominamy,  e kr

c w kółko te  mo na si  

przemieszcza ...  

      Zbli aj c si  znowu do dwóch głazów, wyra niej odczuwałem przej cie. 

Brand tak e si  zorientował.  

      - Stój, Corwinie!  

      Pokazałem mu wystawiony w gór  palec i skr ciłem mi dzy głazy, wzdłu  

w skiego kanionu upstrzonego punktami  ółtego  wiatła. Według zamówienia.  

      Zsun łem płaszcz z oczu Gwiazdy i potrz sn łem cuglami. Kanion skr cał 

ostro w prawo. Pod yli my za nim w lepiej o wietlon  dolin , coraz szersz  i 

ja niejsz .  

      ...Pod stercz c  przewieszk ; za ni  niebo barwy mleka z perłowym 

połyskiem.  

      Jedziemy szybciej, mocniej, dalej... Zygzak skarpy wie czy urwisko po lewej 

stronie, zieleniej c poskr canymi krzakami pod niebem barwy ró u. Jechałem, a  

krzaki zyskały odcie  bł kitu pod  ółtym niebem, a  kanion wzniósł si  na 

spotkanie lawendowej równiny, gdzie toczyły si  pomara czowe skały, a grunt 

dr ał w rytmie uderze  kopyt. Min łem wiruj ce komety, dotarłem na brzeg 

krwistoczerwonego morza w powietrzu ci kim od aromatów. Kłusuj c pla , 

przesun łem wielkie, zielone sło ca, a potem małe, br zowe. Szkieletowe floty 

cierały si  ze sob , a w e z gł bin okr ały statki o pomara czowych i 

bł kitnych  aglach. Klejnot pulsował mi na piersi, a ja czerpałem z niego sił . 

Nadleciał dziki wicher i cisn ł nas poprzez niebo w miedzianych chmurach, 

ponad wyj c  otchłani , która zdawała si  trwa  cał  wieczno : z czarnym 

dnem, przecinana iskrami, dysz ca oszałamiaj cymi zapachami...  

      Za plecami nie cichn cy głos gromu... Delikatne linie, niby p kni cia na 

background image

 

27 

starym obrazie, przed nami, coraz bli ej, wsz dzie...  ciga nas lodowaty, 

zabijaj cy zapachy wiatr...  

      Linie... P kni cia rozszerzaj  si , wypełnia, je czer ...  

      Ciemne pasma p dz  w gór , w dół, tam i z powrotem... tworzenie sieci, 

wysiłek gigantycznego, niewidzialnego paj ka, który chce pochwyci   wiat...  

      W dół, w dół i w dół... Znów ziemia, pomarszczona i szorstka jak szyja 

mumii... Nasza bezd wi czna, wibruj ca jazda... Cichnie grom, zamiera wiatr... 

Ostatnie tchnienie taty? Szybciej teraz i jak najdalej st d...  

      Coraz w sze linie osi gaj  delikatno  stalorytu i topniej  w  arze trzech 

sło c... I jeszcze szybciej... Zbli a si  je dziec... Si ga do miecza równocze nie ze 

mn ... Ja. Czy to ja sam powracam? Równocze nie salutujemy... Przenikamy si  

w jaki  niezwykły sposób, powietrze niby płaszczyzna wody w tym jednym 

krótkim mgnieniu... Co tam lustro Carrolla, co tam Rebma czy efekt Tir-na 

Nog'th... A jednak daleko, daleko z lewej strony wije si  co  czarnego... P dzimy 

wzdłu  drogi... To ona mnie prowadzi...  

      Białe niebo, biała ziemia, brak horyzontu... Perspektywa bez sło ca i chmur... 

Tylko ta nitka czerni w oddali i wsz dzie l ni ce piramidy, masywne, 

niepokoj ce... Jeste my zm czeni. Nie podoba mi si  to miejsce... Ale 

prze cign li my chyba to, co nas goni, czymkolwiek jest. Szarpn  cugle.  

      Byłem zm czony, ale czułem jak  niezwykł   ywotno . Zdawała si  tryska  

gdzie  z gł bi piersi... Klejnot. Naturalnie. Spróbowałem znów si gn  do  ródła 

jego energii. Poczułem, jak ta energia płynie przez ko czyny i prawie nie 

zatrzymuje si  na palcach. Zupełnie jakby...  

      Tak. Si gn łem na zewn trz i poddałem swej woli to martwe, geometryczne 

otoczenie. Zacz ło si  zmienia . To był ruch. Piramidy przemieszczały si  i 

mijaj c mnie wypełniały mrokiem. Coraz mniejsze, stapiały si  i rozsypywały w 

piach.  wiat stan ł na głowie. Znalazłem si  na dolnej powierzchni chmury, a w 

dole, nad głow , przeskakiwały pejza e.  

       wiatło płyn ło w gór , obok mnie, od strony złocistego sło ca pod stopami. 

To tak e min ło, a runo ziemi poczerniało i wystrzeliło w gór  strugi wody, by 

erozj  zniszczy  przelatuj cy l d. Przeskakiwały błyskawice, by trafi  i rozbi  na 

strz py ziemi  nad głow . P kała miejscami, a jej odłamki padały wokół mnie.  

      Zacz ły wirowa , a jednocze nie nadpłyn ła fala mroku.  

      Gdy znów pojawiło si   wiatło, tym razem niebieskawe, nie miało punktowego 

ródła i nie ukazywało  adnej ziemi.  

      Złote mosty przecinaj  pustk  wielkimi wst gami; jedna z nich błyszczy 

wprost pod nami. Suniemy jej kursem, stoj c nieruchomo jak pos g... Trwa to 

mo e stulecie. Oczy atakuje syndrom spokrewniony z hipnoz  autostrady; usypia 

mnie niebezpiecznie. Robi  co mog , by przyspieszy  ten przejazd. Mija kolejne 

stulecie.  

      Wreszcie, bardzo daleko, mroczny, mglisty kleks. To cel, mimo naszej 

pr dko ci rosn cy bardzo powoli. Kiedy tam docieramy, jest ju  gigantyczny: 

wyspa w ród pustki, zalesiona złotymi, metalicznymi drzewami...  

      Powstrzymuj  ruch, który doniósł nas a  tutaj. Dalej pod amy o własnych 

siłach. Wkraczamy w lasy. Trawa jak folia aluminiowa - szele ci, gdy 

przechodzimy pod drzewami. Z gał zi zwisaj  dziwne, l ni ce i blade owoce. 

background image

 

28 

adnych głosów zwierzyny, co zauwa am natychmiast. Pod amy w gł b, a  

stajemy na niewielkiej polanie, przez któr  płynie rt ciowy strumie . Tu zsiadam 

z konia.  

      - Bracie Corwinie - dobiega znowu ten głos. - Czekałem na ciebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

29 

Rozdział 4

 

 

Zwróciłem si  w stron  lasu i patrzyłem, jak wychodzi spomi dzy drzew. Nie 

chwytałem za miecz, gdy  on równie  nie wydobył swojego. My l  si gn łem 

jednak do Klejnotu. Po niedawnych do wiadczeniach wiedziałem,  e z jego 

pomoc  mog  nie tylko sterowa  pogod .  

      Nie wiem, jak  moc  dysponował Brand, lecz ja miałem bro , z któr  mogłem 

stawi  mu czoło.  

      Klejnot zacz ł pulsowa  gł bsz  czerwieni .  

      - Rozejm - zawołał Brand. - Zgoda? Mo emy porozmawia ?  

      - Nie s dz ,  eby my jeszcze mieli sobie co  do powiedzenia - odparłem.  

      - Je li nie dasz mi szansy, nigdy nie b dziesz wiedział na pewno.  

      Zatrzymał si  jakie  siedem metrów przede mn  i z u miechem zarzucił na 

lewe rami  swój zielony płaszcz.  

      - W porz dku. Mów, co masz mówi  - powiedziałem.  

      - Próbowałem ci  tam zatrzyma  - rzekł. - Chodziło o Klejnot. To oczywiste, 

e wiesz ju , czym on jest i jak jest wa ny.  

      Milczałem.  

      - Tato ju  go u ył - mówił dalej. - Z przykro ci  musz  ci  zawiadomi ,  e 

poniósł kl sk  w tym, co zamierzał.  

      - Co? Sk d mo esz wiedzie?  

      - Widz  poprzez Cie , Corwinie. My lałem,  e nasza siostra udzieliła ci 

dokładniejszych informacji o tych sprawach. Przy niewielkim wysiłku 

psychicznym potrafi  zobaczy , co tylko zechc . Oczywi cie, interesował mnie 

wynik tej próby. Dlatego patrzyłem. On nie  yje, Corwinie. Wysiłek okazał si  

zbyt wielki. Stracił panowanie nad mocami, którymi kierował. Został przez nie 

zniszczony tu  za połow  drogi przez Wzorzec.  

      - Kłamiesz! - Dotkn łem Klejnotu.  

      Pokr cił głow .  

      - Przyznaj ,  e dla osi gni cia swych celów mógłbym posun  si  do 

kłamstwa, ale tym razem mówi  prawd . Tato nie  yje. Widziałem, jak pada. 

Ptak przyniósł ci potem Klejnot, jak tego pragn ł. Pozostali my we wszech wiecie 

bez Wzorca.  

      Nie chciałem mu wierzy . Ale to mo liwe,  e tato przegrał. Jedyny ekspert w 

tej dziedzinie, Dworkin, zapewnił mnie,  e zadanie jest wyj tkowo trudne.  

      - Załó my na chwil ,  e mówisz prawd . Co dalej? - zapytałem.  

      - Wszystko si  rozpadnie - wyja nił. - Ju  teraz wzbiera Chaos, by wypełni  

pustk  po Amberze. Powstał olbrzymi wir. I wci  ro nie, rozszerza si , niszcz c 

wiaty cieni; nie zniknie, póki nie si gnie Dworców Chaosu. Całe istnienie zatoczy 

pełny kr g i Chaos znowu zapanuje nad wszystkim.  

      Byłem wstrz ni ty. Czy po to wyrwałem si  z Greenwood, tyle przeszedłem i 

dotarłem a  tutaj,  eby sko czy  w taki sposób? Czy mam patrze , jak wszystko 

traci znaczenie, kształt, istot  i  ycie, gdy rzeczy spychane s  do czego  w rodzaju 

ostatecznego spełnienia?  

      - Nie! - o wiadczyłem. - Tak by  nie mo e.  

      - Chyba  e... - mrukn ł cicho Brand.  

background image

 

30 

      - Chyba  e co?  

      - Chyba  e zostanie wykre lony nowy Wzorzec, stworzony nowy porz dek, 

który zachowa kształt  wiata.  

      - Chcesz powiedzie ,  e trzeba jecha  z powrotem i próbowa  doko czy , co 

zacz ł tato? Mówiłe  przecie ,  e tamto miejsce ju  nie istnieje.  

      - Nie. Oczywi cie,  e nie. Poło enie nie ma znaczenia. O rodek jest tam, gdzie 

Wzorzec. Mógłbym to zrobi  nawet tutaj.  

      - My lisz,  e uda ci si  to, czego tato nie potrafił?  

      - Musz  spróbowa . Jestem jedyny, który ma dostateczn  wiedz  i do  czasu, 

nim nadci gn  fale Chaosu. Posłuchaj: przyznaj  si  do wszystkiego, co bez 

w tpienia opowiadała o mnie Fiona. Intrygowałem i spiskowałem. Zawarłem 

układ z wrogami Amberu. Przelałem nasz  krew. Chciałem ci zniszczy  pami . 

Ale  wiat, jaki znamy, wła nie ulega destrukcji, a ja tak e w nim  yj . Wszystkie 

moje plany - wszystko! - zawiedzie, je li nie utrzymamy cho by  ladów porz dku. 

By  mo e Władcy Chaosu mnie oszukali. Trudno mi to przyzna , ale istnieje taka 

mo liwo . Jeszcze nie jest za pó no, by si  zem ci . Mo emy wznie  nowy 

bastion porz dku.  

      - Jak?  

      - Potrzebuj  Klejnotu... i twojej pomocy. Tutaj powstanie nowy Amber.  

      - Powiedzmy, dla podtrzymania dyskusji,  e ci pomog . Czy nowy Wzorzec 

b dzie taki sam jak stary? Pokr cił głow .  

      - Nie. Nawet Wzorzec, który próbował odtworzy  tato, nie byłby identyczny z 

Wzorcem Dworkina. Dwóch autorów nie mo e w taki sam sposób opowiedzie  tej 

samej historii. Nie da si  unikn  ró nic stylu. Cho bym jak najdokładniej starał 

si  go skopiowa , moja wersja b dzie troch  inna.  

      - Jak chcesz tego dokona ? - zdziwiłem si . - Nie jeste  przecie  w pełni 

zestrojony z Klejnotem. Dla doko czenia procesu potrzebny byłby Wzorzec, a jak 

sam powiedziałe , Wzorzec uległ zniszczeniu. Co pozostaje?  

      - Mówiłem,  e b d  potrzebował twojej pomocy - przypomniał. - Jest inny 

sposób dostrojenia si  do Klejnotu. Wymaga współpracy kogo , kto ma to ju  za 

sob . B dziesz musiał jeszcze raz dokona  projekcji siebie poprzez Klejnot i 

poprowadzi  mnie ze sob , do wn trza, i przeprowadzi  przez pierwotny 

Wzorzec, który tam istnieje.  

      - A potem?  

      - Kiedy zako czymy t  ci k  prób  i b d  dostrojony, ty oddasz mi Klejnot, 

ja nakre l  nowy Wzorzec i wracamy do zwykłych zaj . Wszystko trzyma si  

kupy.  ycie płynie dalej.  

      - Co z Chaosem?  

      - Nowy Wzorzec nie b dzie splamiony. Zabraknie im drogi, daj cej dost p do 

Amberu.  

      - Tato nie  yje. Kto b dzie rz dził nowym Amberem?  

      U miechn ł si  chytrze.  

      - Chyba za moje trudy nale y mi si  jaka  nagroda, nie s dzisz? B d  przecie  

ryzykował  ycie, a szanse wcale nie s  takie du e.  

      Odpowiedziałem u miechem.  

      - Bior c pod uwag  wysoko  nagrody, czemu wła ciwie nie miałbym podj  

background image

 

31 

tej próby samodzielnie? - zapytałem.  

      - Z tej samej przyczyny, która nie pozwoliła tacie zwyci y : to wszystkie 

pot gi Chaosu. Kiedy rozpoczyna si  taki akt, zostaj  przywołane czym  w 

rodzaju odruchu, tyle  e na kosmiczn  skal . Wiem co  o nich. Ty nie masz 

adnej szansy. Ja mog  mie .  

      - A teraz przypu my, drogi Brandzie,  e mnie okłamujesz. Albo b d my 

uprzejmi i przypu my,  e w tym zamieszaniu niezbyt dokładnie zrozumiałe , co 

si  dzieje. A je li tacie si  udało? Je li istnieje w tej chwili nowy Wzorzec? Co si  

stanie, je li tu i teraz stworzysz nast pny?  

      - Ja... Nikt tego nigdy nie robił. Sk d mam wiedzie ?  

      - Zastanawiam si  - mówiłem dalej. - Czy mimo to zechcesz realizowa  w ten 

sposób swoj  wersj  rzeczywisto ci? Czy b dzie to oznacza  rozkład naszego 

wszech wiata, Amberu i Cienia, specjalnie dla ciebie? Czy nowy układ b dzie 

negacj  naszego, czy zaistnieje niezale nie? A mo e b d  si  nakłada ? Co w 

danej sytuacji przewidujesz?  

      Wzruszył ramionami.  

      - Ju  ci odpowiedziałem. Nikt jeszcze tego nie próbował. Sk d mam wiedzie ?  

      - A ja my l ,  e wiesz, a przynajmniej si  domy lasz. My l ,  e to wła nie 

zaplanowałe ,  e tego chcesz spróbowa . Poniewa  nic wi cej ci nie pozostało. 

Twoje działanie uwa am za wskazówk ,  e tacie si  powiodło, a ty mo esz zagra  

ju  tylko swoj  ostatni  kart . Ale potrzebny jestem ja i potrzebny ci jest Klejnot. 

Nie dostaniesz jednego ani drugiego.  

      Westchn ł.  

      - Spodziewałem si  po tobie czego  wi cej. Ale niech b dzie. Nie masz racji, ale 

nie chc  si  kłóci . Posłuchaj. Zamiast patrze , jak wszystko ginie, wol  raczej 

podzieli  si  z tob  władz .  

      - Brandzie - powiedziałem. - Spływaj st d. Nie dostaniesz Klejnotu i nie 

uzyskasz ode mnie pomocy. Wysłuchałem ci  i uwa am,  e kłamiesz.  

      - Boisz si  - stwierdził. - Mnie si  boisz. Nie mam do ciebie pretensji o ten brak 

zaufania. Ale popełniasz bł d. Jestem ci potrzebny.  

      - Mimo to dokonałem ju  wyboru.  

      Zbli ył si  o krok. Potem o nast pny.  

      - Co tylko zechcesz, Corwinie. Mog  ci da  wszystko, czego za dasz.  

      - Byłem z Benedyktem w Tir-na Nog'th - odparłem. - Patrzyłem przez jego 

oczy i słuchałem jego uszami, kiedy składałe  mu t  sam  propozycj . Wypchaj 

si , Brandzie. Zamierzam wypełni  sw  misj . Je li s dzisz,  e potrafisz mnie 

powstrzyma , równie dobrze mo esz spróbowa  teraz.  

      Ruszyłem ku niemu. Wiedziałem,  e zabiłbym go, gdybym go dopadł. I 

wiedziałem,  e raczej go nie dopadn .  

      Zatrzymał si . Odst pił o krok.  

      - Popełniasz wielki bł d - o wiadczył.  

      - Nie s dz . My l ,  e robi  wła nie to, co powinienem.  

      - Nie b d  z tob  walczył - zapewnił pospiesznie. - Nie tutaj, nie nad otchłani . 

Miałe  okazj . Kiedy spotkamy si  znowu, b d  musiał odebra  ci Klejnot sił .  

      - Co ci z niego przyjdzie bez dostrojenia?  

      - Mo e istnieje jaki  sposób,  eby tego dokona . Trudniejszy, ale mo liwy. 

background image

 

32 

Zmarnowałe  swoj  szans .  egnaj.  

      Wycofał si  mi dzy drzewa. Poszedłem za nim, ale znikn ł.  

      Opu ciłem to miejsce i jechałem dalej drog  ponad pustk . Wolałem nie 

my le ,  e Brand mógł cho by cz ciowo mówi  prawd . Lecz to, co powiedział, 

n kało mnie bez przerwy. A je li tato przegrał? Wtedy moja misja jest daremna. 

Wszystko sko czone. To ju  tylko kwestia czasu. Wolałem si  nie ogl da  na 

wypadek, gdyby co  mnie doganiało. Przeszedłem na  rednie tempo piekielnego 

rajdu. Chciałem odszuka  pozostałych, zanim dosi gn  ich fale Chaosu; chciałem 

im udowodni ,  e do ostatka zachowałem wiar ; wykaza ,  e na ko cu dałem z 

siebie wszystko. Zastanawiałem si  te , jak toczy si  bitwa. A mo e w tamtej 

ramie czasowej jeszcze si  nie zacz ła?  

      Jechałem wzdłu  mostu, który rozszerzał si  pod coraz ja niejszym niebem. 

Kiedy przybrał wygl d złocistej równiny, raz jeszcze przemy lałem gro b  

Branda. Czy powiedział to wszystko, by wzbudzi  we mnie w tpliwo ci, wywoła  

niepokój i zmniejszy  skuteczno  działa ? Mo liwe. Jednak e, je li potrzebuje 

Klejnotu, b dzie musiał zastawi  na mnie pułapk . A czułem szacunek dla 

niezwykłej mocy, jak  zdobył w Cieniu. To prawie niemo liwe, by ustrzec si  

przed atakiem kogo , kto mo e obserwowa  ka dy mój ruch i przenie  si  

natychmiast na najbardziej korzystn  pozycj . Kiedy zechce zaatakowa ? 

Uznałem,  e niezbyt pr dko. Przede wszystkim spróbuje osłabi  mnie 

psychicznie. Ju  przecie  byłem zm czony i bardziej ni  troch  zdenerwowany.  

      Pr dzej czy pó niej b d  musiał odpocz . Nie zdołam w jednym etapie 

pokona  tak wielkiej odległo ci, cho bym nie wiem jak przyspieszył piekielny 

rajd.  

      Obłoki ró u, pomara czu i zieleni przepływały obok, wirowały i wypełniały 

wiat. Grunt d wi czał pod kopytami jak metal. Od czasu do czasu w górze 

rozlegały si  muzyczne tony, podobne do brz ku kryształu. My li ta czyły mi w 

głowie. Wspomnienia wielu  wiatów zjawiały si  i znikały bez  adnego porz dku. 

Ganelon, mój przyjaciel - wróg, i mój ojciec, wróg - przyjaciel, ł czyli si  i 

rozdzielali, rozdzielali i ł czyli. W pewnej chwili który  z nich zapytał, kto ma 

prawo do tronu. S dziłem wtedy,  e to Ganelon chce pozna  nasze liczne 

usprawiedliwienia. Teraz wiem,  e to tato chciał zbada  moje odczucia. On ju  

os dził. Zdecydował. A ja si  wycofałem. Sam nie wiem, czy uzna  to za 

zahamowanie w rozwoju, ch  unikni cia ci aru korony czy raczej nagłe 

ol nienie, oparte na wszystkim, czego do wiadczyłem w ostatnich latach, 

narastaj ce we mnie z wolna i umo liwiaj ce bardziej dojrzałe spojrzenie na 

uci liw  - poza rzadkimi momentami chwały - rol  monarchy. Wspominałem 

swoje  ycie na cieniu-Ziemi, wspominałem wykonywane i wydawane rozkazy. 

Przed moimi oczami przepływały twarze ludzi, których poznałem w ci gu 

wieków: przyjaciele, wrogowie,  ony, kochanki, krewni. Zdawało mi si ,  e 

macha do mnie Lorraine,  mieje si  Moire i szlocha Deirdre, znowu walczyłem z 

Erykiem. Przypomniałem sobie moje pierwsze przej cie Wzorca - byłem wtedy 

chłopcem - i to pó niejsze, gdy krok po kroku odzyskiwałem pami .  

      Powróciły morderstwa, kradzie e, rozboje, uwiedzenia... poniewa , jak 

mawiał Mallory, zawsze tam były. Nie potrafiłem nawet zlokalizowa  ich 

dokładnie w czasie.  

background image

 

33 

      Nie odczuwałem szczególnego niepokoju, bo nie miałem szczególnych 

wyrzutów sumienia. Czas, czas i jeszcze raz czas st pił surowe prze ycia i dokonał 

we mnie przemian. Patrzyłem na moje wcze niejsze ja jak na innych ludzi, 

znajomych, których przerosłem. Nie rozumiałem, jak mogłem by  niektórymi z 

nich. P dziłem przed siebie, a sceny z przeszło ci zdawały si  materializowa  

w ród mgieł. To nie  adna licentia poetica. Bitwy, w których uczestniczyłem, były 

rzeczywiste, tyle  e absolutnie bezd wi czne: błyski broni, barwy mundurów, 

proporców i krwi. I ludzie - w wi kszo ci od dawna martwi - wynurzali si  z 

moich wspomnie  na ten  wiat niemej animacji. Nie było w ród nich nikogo z 

rodziny, jednak wszyscy kiedy  wiele dla mnie znaczyli.  

      Mimo to w ich pojawianiu si  nie było  ladu uporz dkowania. Widziałem 

czyny szlachetne i godne pogardy; wrogów i przyjaciół... a  adna z osób nie 

zwracała na mnie uwagi; wszystkie pochłoni te były jakimi  od dawna 

nieistotnymi działaniami. Zastanawiałem si  nad charakterem tej okolicy. Czy 

była rozcie czon  wersj  Tir-Na Nog'th z niedalekim  ródłem jakiej  my loczułej 

substancji, si gaj cej do moich wspomnie , by wy wietli  panoram  

zatytułowan  "Oto twoje  ycie"? Czy mo e po prostu zaczynały si  halucynacje? 

Byłem zm czony, niespokojny, zmartwiony i rozkojarzony, jechałem za  szlakiem 

monotonnie i łagodnie stymuluj cym zmysły w sposób wiod cy do rozmarzenia... 

Zdałem sobie spraw ,  e ju  do  dawno straciłem kontrol  nad Cieniem i teraz 

zwyczajnie posuwam si  liniowo poprzez pejza , pochwycony w spektaklu 

uzewn trznionego narcyzmu... Zrozumiałem,  e musz  si  zatrzyma  i odpocz , 

mo e nawet troch  si  przespa ... cho  bałem si  robi  to tutaj. B d  musiał 

wyrwa  si  i dotrze  do spokojniejszego, opuszczonego miejsca...  

      Szarpn łem otoczenie. Skr ciłem je wokół siebie.  

      I wyrwałem si  z niego. Wkrótce potem jechałem przez surow , górzyst  

okolic , a po chwili dotarłem do jaskini, której pragn łem.  

      Wjechali my do wn trza. Zaj łem si  Gwiazd , potem zjadłem co  i wypiłem, 

ale tylko tyle, by głód stał si  mniej dokuczliwy. Nie rozpalałem ognia. Owin łem 

si  w płaszcz i wyj ty z juków koc. W prawej dłoni trzymałem Grayswandira. 

Le ałem zwrócony twarz  w stron  mroku za otworem wyj cia.  

      Nie czułem si  najlepiej. Wiedziałem,  e Brand jest kłamc , ale jego słowa i 

tak budziły niepokój. Zawsze byłem dobry w zasypianiu. Zamkn łem oczy i 

odpłyn łem w sen.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

34 

Rozdział 5

 

 

Obudziło mnie wra enie czyjej  obecno ci. A mo e hałas i wra enie czyjej  

obecno ci. W ka dym razie ockn łem si  pewny,  e nie jestem sam. Mocniej 

chwyciłem Grayswandira i otworzyłem oczy. Poza tym, nie poruszałem si .  

      Przez otwór jaskini wpadał słaby, jakby ksi ycowy blask. Stała tam jaka  

posta , mo liwe,  e ludzka. W tym o wietleniu nie mogłem stwierdzi , czy stoi 

przodem do mnie czy do wyj cia. Ale wtedy zrobiła krok w moj  stron .  

      Poderwałem si , kieruj c ostrze w jej pier . Stan ła.  

      - Pokój - odezwał si  m ski głos, mówi cy w Thari. - Chciałem tylko skry  si  

przed burz . Czy mog  przeczeka  w twojej jaskini?  

      - Jak  burz ? - zdziwiłem si .  

      Jakby w odpowiedzi zahuczał grom i dmuchn ł pachn cy deszczem wiatr.  

      - W porz dku; to przynajmniej jest prawd  - mrukn łem. - Rozgo  si .  

      Usiadł do  daleko od wyj cia, oparty o  cian  po prawej stronie. Zwin łem 

koc i zaj łem miejsce naprzeciwko. Dzieliły nas jakie  cztery metry. Znalazłem 

fajk , nabiłem, potem wypróbowałem zapałk , któr  miałem jeszcze z cienia-

Ziemi. Zapaliła si , oszcz dzaj c mi masy kłopotów. Wdychałem zmieszany z 

wilgotn  bryz  aromat tytoniu, nasłuchiwałem odgłosów deszczu i obserwowałem 

sylwetk  mojego bezimiennego towarzysza. My lałem o wszystkich mo liwych 

niebezpiecze stwach; lecz głos, który si  do mnie odezwał, nie nale ał do Branda.  

      - To nie jest zwyczajna burza - oznajmił przybysz.  

      - Naprawd ? Dlaczego?  

      - Przede wszystkim nadci ga z północy. O tej porze roku nigdy nie 

przychodz  z północy. Nie tutaj.  

      - W taki sposób powstaj  legendy - zauwa yłem.  

      - Po drugie, jeszcze nigdy nie widziałem, by burza tak si  zachowywała. Przez 

cały dzie  obserwowałem, jak nadchodzi: sun ca wolno  ciana z frontem gładkim 

jak tafla szkła. A tyle błyskawic,  e wygl dała jak gigantyczny owad z setkami 

błyszcz cych odnó y. Bardzo dziwne. A za ni  wszystko si  wykrzywia.  

      - Tak bywa podczas deszczu.  

      - Nie w ten sposób. Wszystko jakby traci kształt. Płynie. Jak gdyby ta burza 

rozpuszczała  wiat... albo rozgniatała jego formy.  

      Zadr ałem. Miałem nadziej ,  e wyprzedziłem mroczne fale dostatecznie, by 

chwil  odpocz . Z drugiej strony, przybysz mógł si  myli , a zjawisko było tylko 

nietypow  burz . Mimo wszystko, wolałem nie ryzykowa . Wstałem i spojrzałem 

w gł b jaskini. Gwizdn łem.  

       adnej odpowiedzi. Podszedłem i zacz łem maca  r kami.  

      - Co  si  stało?  

      - Mój ko  znikn ł.  

      - Mo e gdzie  odbiegł?  

      - Na pewno. Chocia  my lałem,  e Gwiazda ma wi cej rozumu.  

      Podszedłem do otworu jaskini, ale niczego nie dostrzegłem. Za to w jednej 

chwili przemokłem do nitki.  

      Wróciłem na swój posterunek pod lew   cian .  

      - Dla mnie wygl da to jak całkiem zwyczajna burza - o wiadczyłem. - W 

background image

 

35 

górach cz sto zdarzaj  si  bardzo silne nawałnice.  

      - Mo e wi c znasz t  okolic  lepiej ode mnie?  

      - Nie. Przeje d ałem tylko. Zreszt , wkrótce powinienem rusza  dalej.  

      Dotkn łem Klejnotu. Si gn łem my l  do niego, a potem poprzez niego na 

zewn trz i w gór . Wyczułem wokół siebie burz  i nakazałem jej odej ; 

czerwone pulsowanie energii odpowiadało uderzeniom mojego serca. Potem 

oparłem si , znalazłem drug  zapałk  i zapaliłem wygasł  fajk . Trzeba było 

czasu, by siły, jakie przywołałem, wykonały sw  prac  na tak pot nym froncie 

burzowym.  

      - To ju  nie potrwa długo - powiedziałem.  

      - Sk d wiesz?  

      - Informacja zastrze ona.  

      Parskn ł.  

      - Według niektórych wersji, tak wła nie sko czy si   wiat: poczynaj c od 

niezwykłej burzy z północy.  

      - Zgadza si  - odparłem. - I to jest wła nie to. Ale nie ma si  czym martwi . W 

ten czy w tamten sposób ju  niedługo nast pi koniec.  

      - Ten kamie , który nosisz... on  wieci.  

      - Tak.  

      - Ale  artowałe ,  e to ju  koniec, prawda?  

      - Nie.  

      - Przywodzisz mi na my l werset  wi tej Ksi gi... Archanioł Corwin przejdzie 

przed burz , nios c na piersi błyskawic ... Nie masz przypadkiem na imi  

Corwin?  

      - Jak to idzie dalej?  

      - ...Spytany, dok d zmierza, odpowie "Na kra ce Ziemi", gdzie d y nie 

wiedz c, który z nieprzyjaciół wspomo e go przeciw innemu ani kogo dotknie 

Róg.  

      - To ju  wszystko?  

      - Wszystko, co napisano o Archaniele Corwinie.  

      - Nieraz ju  natrafiłem na podobne trudno ci z Pismem. Mówi do , by 

człowieka zaciekawi , ale nigdy tyle,  eby to si  na co  przydało. Zupełnie jakby 

autora podniecało takie kuszenie. Jeden nieprzyjaciel przeciw innemu? Róg? Nic 

z tego nie rozumiem.  

      - A dok d ty zmierzasz?  

      - Niezbyt daleko, o ile nie znajd  swojego konia.  

      Wróciłem do wyj cia. Deszcz był ju  słabszy. Widziałem blask jakby ksi yca 

za chmurami na zachodzie, i drugiego na wschodzie. Spojrzałem na szlak, w obie 

strony, i w dół, w gł b doliny.  adnych koni w polu widzenia. Jednak kiedy 

wracałem do jaskini, usłyszałem daleko w dole r enie Gwiazdy.  

      - Musz  i ! - krzykn łem do obcego. - Mo esz zatrzyma  mój koc.  

      Nie wiem, czy odpowiedział, gdy  wybiegłem w lekk  m awk , szukaj c drogi 

w dół zbocza. Raz jeszcze wysiliłem si  poprzez Klejnot i m awka ust piła 

miejsca mgle.  

      Kamienie były  liskie, ale bez potkni cia udało mi si  dotrze  do połowy 

stoku. Zatrzymałem si  wtedy, by chwil  odetchn  i  eby si  rozejrze . Z tego 

background image

 

36 

miejsca trudno było okre li , sk d dobiegło r enie Gwiazdy. Ksi yc  wiecił 

odrobin  ja niej, widziałem troch  lepiej, ale studiuj c panoram  pod sob , nie 

dostrzegłem niczego. Przez kilka minut nasłuchiwałem uwa nie.  

      Wtedy raz jeszcze usłyszałem r enie - w dole, po lewej, w pobli u ciemnego 

głazu, kopca kamieni czy stercz cej skały. Zdawało mi si ,  e w cieniu u podstawy 

trwa jakie  zamieszanie. Ruszyłem tam jak najszybciej. Na płaskim gruncie 

mijałem poruszane zachodni  bryz  pasma srebrzystej mgły, owijaj ce si  

w owo wokół kostek. Usłyszałem skrzypi cy, zgrzytliwy d wi k, jakby po 

kamienistej powierzchni przetaczano czy popychano co  ci kiego. Potem 

zauwa yłem błysk  wiatła - nisko na tle ciemnej masy, do której si  zbli ałem.  

      Po chwili rozró niałem ju  w prostok cie  wiatła niewielkie człekokształtne 

sylwetki, z wysiłkiem próbuj ce poruszy  wielki kamienny blok. Gdzie  stamt d 

dobiegały tak e echa stukotu kopyt i r enia. Kamie  ruszył z miejsca i zamkn ł 

si  jak wrota, którymi prawdopodobnie był. Prostok t  wiatła zmalał, zmienił si  

w szczelin , wreszcie znikn ł z hukiem, gdy wszystkie postacie wbiegły do 

wn trza.  

      Kiedy dotarłem do skalnej masy, wokół znów panowała cisza. Przyło yłem 

ucho do kamienia, ale na pró no.  

      Te stworzenia jednak, kimkolwiek były, zabrały mi konia. Nigdy nie lubiłem 

koniokradów i w swoim czasie zabiłem ich kilku. A Gwiazda był mi teraz 

potrzebny jak jeszcze nigdy w  yciu. Dlatego przesuwałem dłonie po skale, 

szukaj c brzegów kamiennych wrót.  

      Bez trudu zakre liłem czubkami palców kontury. Znalazłem je chyba 

szybciej, ni  potrafiłbym w  wietle dnia, kiedy wszystko zlałoby si  razem i 

zmieszało, oszukuj c wzrok. Teraz potrzebowałem jeszcze jakiego  uchwytu, by 

otworzy  wrota. Te stworzenia wydały mi si  raczej niewielkie, wi c szukałem 

nisko.  

      Wreszcie odkryłem co  odpowiedniego. Chwyciłem mocno i poci gn łem, lecz 

kamie  nie ust pował. Albo byli nieproporcjonalnie silni, albo stosowali jakie  

sztuczki, o których nie miałem poj cia.  

      Niewa ne. S  sytuacje wymagaj ce delikatno ci, i inne, wła ciwe dla brutalnej 

siły. Byłem zły i spieszyłem si , wi c bez trudu podj łem decyzj .  

      Napinaj c mi nie ramion, barków i grzbietu, poci gn łem kamienny blok. 

ałowałem,  e nie ma przy mnie Gerarda. Wrota skrzypn ły. Ci gn łem dalej. 

Poruszyły si  lekko, jakie  trzy centymetry. I utkn ły. Nie ust puj c, szarpn łem 

mocniej. Skrzypn ły znowu.  

      Odsun łem si , przeniosłem ci ar ciała i oparłem stop  o kamienn  framug  

tu  obok przej cia. Odpychałem si  nog  i ci gn łem. Znów usłyszałem 

skrzypienie, potem zgrzyt i blok poruszył si  o kolejne dwa centymetry. Potem 

stan ł i nie zdołałem go ju  przesun .  

      Zwolniłem uchwyt i rozprostowałem r ce. Potem nacisn łem ramieniem i 

zamkn łem wrota. Nabrałem tchu i złapałem znowu.  

      Oparłem lew  stop  o skał . Tym razem nie zwi kszałem nacisku stopniowo. 

Z całej siły pchn łem i szarpn łem równocze nie.  

      Wewn trz, co  trzasn ło i brz kn ło, a wrota ze zgrzytem rozsun ły si  na 

jakie  pi tna cie centymetrów. Stawiały chyba mniejszy opór, wi c odwróciłem 

background image

 

37 

si , zaparłem plecami o  cian  i nacisn łem mocno.  

      Poruszały si  swobodniej, ale nie mogłem si  powstrzyma  i gdy tylko 

odsun ły si  dostatecznie, wsparłem o nie stop  i pchn łem z całej siły. 

Odskoczyły na pełne sto osiemdziesi t stopni, gło no hukn ły o skał , p kły w 

kilku miejscach, zakołysały si  i padły na ziemi  z trzaskiem, od którego zadr ał 

grunt. Rozleciały si  na kawałki.  

      Zanim upadły, trzymałem ju  w dłoni Grayswandira.  

      Schyliłem si  i szybko zajrzałem do  rodka.  

      Blask... Korytarz był o wietlony... Przez niewielkie lampy zwisaj ce z haków 

w  cianach... Nad schodami... Prowadz cymi w dół... Do miejsca, gdzie było 

ja niej i sk d dobiegały jakie  d wi ki... Jakby muzyka... Nie dostrzegłem nikogo. 

Zdawało mi si ,  e narobiłem strasznego huku, który powinien zwróci  czyj  

uwag , ale muzyka trwała bez  adnej przerwy. Albo w jaki  sposób hałas tam nie 

dotarł, albo nic ich nie obchodził.  

      Wszystko jedno...  

      Wyprostowałem si  i przest puj c próg zaczepiłem stop  o jaki  metalowy 

przedmiot. Podniosłem go i obejrzałem: skrzywiona sztaba. Zaryglowali za sob  

drzwi. Cisn łem j  za siebie i ruszyłem schodami w dół.  

      Muzyka - skrzypki i piszczałki - rozbrzmiewała coraz gło niej. Z tego, jak 

odbijało si   wiatło, zgadywałem,  e po prawej stronie u stóp schodów znajduje 

si  jaka  sala. Stopnie były małe i było ich bardzo du o. Nie próbowałem si  

skrada , tylko zbiegłem szybko w dół.  

      Kiedy spojrzałem w gł b sali, zobaczyłem scen  jak ze snu pijanego 

Irlandczyka. W zadymionej, o wietlonej pochodniami komnacie cała horda 

metrowych ludków o czerwonych twarzach i w zielonych kubrakach ta czyła w 

rytm muzyki i piła z kufli co , co wygl dało na piwo, równocze nie tupi c nogami 

i wal c pi ciami w stoły, klepi c si  po ramionach, bawi c si ,  miej c i 

krzycz c.  

      Wzdłu   ciany stały wielkie beczki, a przed jedn  z nich, otwart , ustawiła si  

kolejka ucztuj cych. Na drugim ko cu sali płon ło gigantyczne ognisko; dym 

znikał w szczelinie ponad dwoma otworami prowadz cymi nie wiadomo dok d. 

Gwiazda stał uwi zany do  elaznego pier cienia przy palenisku, a krzepki 

m czyzna w skórzanym fartuchu szlifował i ostrzył jakie  podejrzanie 

wygl daj ce narz dzia.  

      Kilka głów zwróciło si  ku mnie, rozległy si  krzyki i muzyka umilkła. 

Zapanowała niemal absolutna cisza. Uniosłem miecz do pozycji en garde i kling  

wskazałem Gwiazd . Wszystkie oczy spogl dały ju  w moj  stron .  

      - Przyszedłem po swojego konia - poinformowałem. - Albo mi go 

przyprowadzicie, albo sam po niego pójd . W tym drugim przypadku krwi b dzie 

o wiele wi cej.  

      Z prawej strony kto  si  odezwał: wy szy i bardziej siwy od pozostałych. 

Odchrz kn ł.  

      - Wybacz, prosz  - zacz ł. - Ale jak si  tutaj dostałe ?  

      - B d  wam potrzebne nowe drzwi - odparłem. - Id  i sam zobacz, je li masz 

ochot ... i je li zrobi to jak  ró nic , a mo e zrobi . Zaczekam.  

      Odst piłem na bok i stan łem plecami do  ciany.  

background image

 

38 

      Skin ł głow .  

      - Tak uczyni .  

      Przebiegł obok mnie.  

      Czułem, jak zrodzona z gniewu siła dopływa do Klejnotu i wypływa z niego. 

Jaka  cz stka mnie pragn ła wyci , wyr ba  i wykłu  drog  przez sal , inna 

chciała bardziej pokojowego rozwi zania konfliktu z lud mi o tyle ode mnie 

mniejszymi. Trzecia, mo e najm drzejsza, podpowiadała,  e te maluchy nie mog  

nie by  zupełnymi ofermami. Czekałem wi c, jakie wra enie wywrze na ich 

rzeczniku mój wyczyn przy wrotach. Wrócił po chwili, obchodz c mnie z daleka.  

      - Przyprowad cie mu konia - polecił.  

      W sali rozległo si  szemranie. Opu ciłem kling .  

      - Bardzo przepraszam - powiedział ten, który wydał rozkaz. - Nie chcemy 

kłopotów z lud mi twojego rodzaju. B dziemy szuka  spy y gdzie indziej. Chyba 

nie masz pretensji?  

      Człowiek w skórzanym fartuchu odwi zał Gwiazd  i ruszył ku mnie. 

Ucztuj cy cofali si , robi c mu przej cie.  

      Westchn łem.  

      - Powiem,  e sprawa zako czona, wybacz  i zapomn  - uspokoiłem go.  

      Mały człowieczek wzi ł ze stołu i podał mi pełen kufel. Widz c moj  min , 

napił si  pierwszy.  

      - Mo e wi c wypijesz z nami?  

      - Czemu nie? - Wychyliłem kufel, a on osuszył drugi.  

      Czkn ł cicho i u miechn ł si .  

      - Niewielka to porcja dla kogo  twoich rozmiarów - stwierdził. - Pozwól,  e 

przynios  nast pny. Na drog .  

      Piwo było niezłe, a ja spragniony po wysiłku.  

      - Zgoda.  

      Zawołał o wi cej. Tymczasem podano mi cugle Gwiazdy.  

      - Mo esz uwi za  uzd  do tego haka. - Wskazał mi pr t stercz cy ze  ciany 

przy wej ciu. - Ko  b dzie tu bezpieczny.  

      Skin łem głow  i gdy tylko odszedł rze nik, usłuchałem rady. Nikt ju  na 

mnie nie patrzył. Pojawił si  dzban piwa, a mały człowieczek napełnił nasze kufle. 

Jeden ze skrzypków zagrał now  melodi . Natychmiast przył czył si  drugi.  

      - Usi d  na chwil  - zaproponował gospodarz, nog  podsuwaj c mi zydel. - 

Je li wolisz, siadaj plecami do  ciany. Nie b dzie  adnych sztuczek.  

      Usiadłem, a on zaj ł miejsce naprzeciw. Dzban stał mi dzy nami. Przyjemnie 

było odpocz , na chwil  zapomnie  o podró y, napi  si  ciemnego ale i posłucha  

wesołej melodii.  

      - Nie b d  wi cej przepraszał - oznajmił mój towarzysz. - Ani si  tłumaczył. 

Obaj wiemy,  e to nie było nieporozumienie. Ale wyra nie wida ,  e słuszno  jest 

po twojej stronie. - U miechn ł si  i mrugn ł porozumiewawczo. - Dlatego te  

jestem skłonny zako czy  na tym cał  spraw . Nie b dziemy głodowa . Tyle  e 

nie b dzie dzi  uczty. Pi kny nosisz klejnot. Opowiesz mi o nim?  

      - Zwykły kamyk - odparłem.  

      Znowu zacz ły si  ta ce, a rozmowy były coraz gło niejsze. Dopiłem piwo, a 

on dolał mi z dzbana. Falowały płomienie. Chłód nocy z wolna opuszczał moje 

background image

 

39 

ko ci.  

      - Macie tu przytuln  kryjówk  - zauwa yłem.  

      - Mamy, to prawda. Słu y nam od niepami tnych czasów. Mo e ci  

oprowadzi ?  

      - Dzi kuj , raczej nie.  

      - Nie my lałem tego serio, ale jako gospodarz miałem obowi zek to 

zaproponowa . Je li masz ochot , wł cz si  do ta ca.  

      Ze  miechem pokr ciłem głow . My l o podrygach w tym towarzystwie 

przywodziła na my l wizje Swifta.  

      - W ka dym razie dzi kuj .  

      Wyj ł i nabił glinian  fajk . Wyczy ciłem swoj  i nabiłem równie . Miałem 

wra enie,  e niebezpiecze stwo min ło zupełnie. Mój rozmówca okazał si  

sympatycznym maluchem, a pozostali wydawali si  teraz zupełnie niegro ni, 

rozta czeni i weseli.  

      A jednak... Znałem podobne historie z innego miejsca, dalekiego, tak bardzo 

dalekiego st d... Zbudzi  si  o  wicie na jakim  polu, nago, gdy znikn  wszelkie 

lady... Wiedziałem, a mimo to...  

      Par  kufli niczym chyba nie groziło. Rozgrzewały mnie; ostre głosy skrzypek i 

zawodzenie piszczałek były przyjemn  odmian  po ot piaj cych serpentynach 

piekielnego rajdu. Oparłem si  wygodnie i dmuchn łem dymem. Obserwowałem 

tancerzy.  

      Karzełek mówił i mówił. Pozostali nie zwracali na mnie uwagi. To dobrze. 

Słuchałem jakiej  fantastycznej prz dzy opowie ci pełnych rycerzy, wojen i 

skarbów.  

      Po wi całem jej tylko niewielk  cz stk  uwagi, a przecie  wci gała mnie, 

wywołuj c nawet kilka chichotów. W gł bi za  mniej sympatyczna, m drzejsza 

cz  umysłu ostrzegała: dobrze, Corwinie, masz ju  do ; pora si   egna ...  

      Ale w magiczny sposób mój kufel znowu był pełen, a ja podniosłem go i 

poci gn łem. Jeszcze tylko jeden... jeszcze jeden przecie  nie zaszkodzi.  

      Nie, powiedziało moje drugie ja. Przecie  on rzuca na ciebie urok. Nie czujesz 

tego?  

      Nie wierzyłem, by jaki  karzeł potrafił mnie upi . Byłem jednak zm czony i 

niewiele jadłem. Mo e rozs dniej b dzie...  

      Głowa mi si  kiwała. Odło yłem fajk  na stół. Po ka dym mrugni ciu coraz 

wi cej czasu zajmowało ponowne otwarcie oczu. Było mi przyjemnie i ciepło; w 

r kach i nogach czułem male k  drobink  cudownego ot pienia.  

      Dwa razy zauwa yłem,  e zdrzemn łem si  przez moment. Próbowałem 

my le  o misji, o własnym bezpiecze stwie, o Gwie dzie... Wymruczałem co , 

wci  zachowuj c za opuszczonymi powiekami resztk  przytomno ci. Tak 

przyjemnie byłoby nie rusza  si  jeszcze cho  pół minuty...  

      Melodyjny głos małego człowieczka zmienił si  w monotonne, jednostajne 

brz czenie...  

      Gwiazda zar ał.  

      Wyprostowałem si  nagle, szeroko otwieraj c oczy.  

      Scena, jak  zobaczyłem, przep dziła z umysłu resztki senno ci.  

      Muzykanci grali ci gle, ale nikt ju  nie ta czył. Wszyscy skradali si  do mnie, 

background image

 

40 

a ka dy trzymał co  w r ku: butelk , pałk , nó . Ten w skórzanym fartuchu 

potrz sał swoim tasakiem. Mój towarzysz pochwycił wła nie t gi kij, oparty 

dot d o  cian . Niektórzy wznosili jakie  kawałki umeblowania. Nowi wybiegali z 

korytarzy za paleniskiem, a wszyscy nie li kamienie i maczugi.  

      Znikn ły wszelkie  lady wesoło ci, a drobne twarze były albo całkiem bez 

wyrazu, albo wykrzywione w nienawistnych grymasach czy wyj tkowo 

nieprzyjemnych u miechach.  

      Gniew powrócił, ale nie był ju  t  w ciekł  pasj , któr  odczuwałem 

poprzednio. Spogl daj c na t  hord , wcale nie miałem ochoty si  z ni  mierzy . 

Ostro no  studziła nastroje. Miałem misj  do spełnienia. Nie b d  nadstawiał 

karku, je li tylko znajd  inny sposób załatwienia sprawy. Byłem jednak pewien, 

e nie zdołam si  wyłga  z tej sytuacji.  

      Odetchn łem gł boko. Widziałem,  e szykuj  si  ju  do ataku i nagle 

wspomniałem Branda i Benedykta w Tir-na Nog'th; Brand nie był nawet w pełni 

dostrojony do Klejnotu. Raz jeszcze z ognistego kamienia zaczerpn łem sił, gotów 

si  broni , gdyby zaszła potrzeba. Ale najpierw spróbuj  zaatakowa  ich systemy 

nerwowe.  

      Nie byłem pewien, jak Brand tego dokonał, wi c po prostu si gn łem ku nim 

poprzez Klejnot - jak wtedy, gdy wpływałem na pogod . To dziwne, ale wci  

grała muzyka, jak gdyby napad małego ludku był jak  upiorn  kontynuacj  

ta ca.  

      - Stójcie - nakazałem gło no, podnosz c si  zza stołu. - Nie ruszajcie si . 

Zmie cie si  w pos gi. Wszyscy.  

      Poczułem ci ki puls w piersi i na szyi. Czułem, jak rubinowa moc płynie na 

zewn trz - jak zwykle przy u yciu Klejnotu.  

      Mali napastnicy zatrzymali si . Najbli si zamarli zupełnie, cho  z tyłu 

niektórzy jeszcze si  poruszali. Piszczałki j kn ły szale czo, a skrzypki zamilkły. 

Wci  nie byłem pewien, czy ja to osi gn łem, czy te  znieruchomieli sami, 

widz c, jak wstaj .  

      Wtedy poczułem pot ne fale mocy, płyn ce ode mnie i obejmuj ce całe 

zgromadzenie coraz cia niejsz  sieci .  

      Poczułem,  e s  uwi zieni w tej ekspresji mojej woli.  

      Si gn łem za siebie i odwi załem Gwiazd .  

      Powstrzymuj c ich koncentracj  czyst  jak wszystko, z czego korzystałem w 

w drówce poprzez Cie , poprowadziłem Gwiazd  do wyj cia. Obejrzałem si  

jeszcze, by po raz ostatni spojrze  na unieruchomion  gromad , i pchn łem 

wierzchowca przodem, schodami w gór .  

      Id c nasłuchiwałem, ale z dołu nie dobiegł  aden głos. Na zewn trz  wit 

rozja niał ju  niebo na wschodzie. Dziwne, ale kiedy wskakiwałem na siodło, 

usłyszałem dalekie d wi ki skrzypek. Po chwili wł czyły si  piszczałki. Jak gdyby 

nie miało znaczenia, czy w swych planach wobec mnie odnie li sukces czy 

pora k ; uczta trwała nadal.  

      Ruszałem ju , gdy krzykn ła co  do mnie mała figurka, stoj ca na szczycie 

bramy, przez któr  niedawno wyszedłem. Był to ich przywódca, z którym piłem. 

ci gn łem cugle, by lepiej słysze  jego słowa.  

      - A dok d zmierzasz? - zawołał.  

background image

 

41 

      Dlaczego nie?  

      - Na kra ce Ziemi! - odkrzykn łem.  

      Podskoczył nagle na czubku swych rozbitych wrót.  

      - Szcz liwej drogi, Corwinie! - wrzasn ł.  

      Pomachałem mu. Rzeczywi cie, dlaczego nie? Czasem cholernie ci ko 

odró ni  tancerza od ta ca.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

42 

Rozdział 6

 

 

Przejechałem niecałe tysi c metrów w stron , która poprzednio była 

południem, gdy wszystko si  nagle sko czyło: ziemia, niebo, góry... Stałem przed 

płaszczyzn  białego  wiatła. Wspomniałem wtedy tego przybysza z jaskini i jego 

słowa. Miał przeczucie,  e ta burza wymazuje  wiat,  e odpowiada czemu  

pochodz cemu z miejscowego mitu apokalipsy. Mo e miał racj . Mo e była to 

fala Chaosu, o której wspominał Brand; mo e sun ła t dy, niszcz c i rozrywaj c. 

Ale ten koniec doliny pozostał nietkni ty. Dlaczego?  

      Wtedy przypomniałem sobie, jak zaatakowałem t  burz . U yłem Klejnotu i 

mocy zawartego w nim Wzorca. Powstrzymałem nawałnic  nad tym obszarem. A 

je li była czym  wi cej ni  zwyczajn  burz ? Wzorzec zwyci ał ju  nad 

Chaosem. Czy ta dolina, gdzie zahamowałem deszcz, jest tylko wysp  na morzu 

Chaosu? A je li tak, to jak mam jecha  dalej?  

      Na wschodzie ja niał ju  dzie , lecz  adne sło ce nie wynurzyło si  zza 

horyzontu, by zawisn  w niebiosach; była tam ogromna, l ni ca o lepiaj cym 

blaskiem korona i przesuni ty przez ni  ogromny miecz. Usłyszałem  piew ptaka, 

zupełnie jak  miech. Schyliłem si  i zakryłem twarz r kami. Szale stwo...  

      Nie! Bywałem ju  w takich niesamowitych cieniach. Im dalej, tym dziwniejsze 

niekiedy si  staj . A  do...  

      O czym to my lałem owej nocy w Tir-na Nog'th? Przypomniałem sobie dwa 

zdania z opowiadania Isaka Dinesena. Wywarły na mnie tak silne wra enie,  e 

nauczyłem si  ich na pami , mimo  e byłem wtedy Carlem Coreyem: 

"...Niewielu ludzi mo e o sobie powiedzie ,  e wolni s  od wiary, i   wiat, który 

widz  wokół siebie, jest w istocie tworem ich własnej wyobra ni. Czy jeste my 

wi c zadowoleni, czy jeste my z niego dumni?"  

      Podsumowanie ulubionej filozoficznej rozrywki w rodzinie. Czy stwarzamy 

wiaty Cienia, czy te  trwaj  one niezale nie, oczekuj c dotkni cia naszej stopy? 

A mo e istnieje lekkomy lnie pomijana trzecia mo liwo ? Kwestia raczej "mniej 

tub bardziej" ni  "albo-albo"? Za miałem si  sm tnie, pojmuj c,  e mo e nigdy 

nie poznam odpowiedzi.  

      Jednak, jak my lałem tamtej nocy, jest takie miejsce - miejsce gdzie ko czy 

si  Ja , gdzie solipsyzm przestaje by  wyja nieniem dla okolic, jakie 

odwiedzamy, i rzeczy, które znajdujemy. Istnienie tego miejsca i tych rzeczy 

dowodzi,  e tutaj przynajmniej zachodzi ró nica. A je li zachodzi tutaj, to mo e 

si ga tak e do naszych cieni, wprowadzaj c do nich nie-ja, przesuwaj c nasze ego 

na ni szy poziom. Przypuszczałem,  e tu wła nie jest takie miejsce; miejsce, gdzie 

"Czy jeste my wi c zadowoleni, czy jeste my z niego dumni?" nie ma ju  

zastosowania, gdy  rozdarta dolina Garnath i moja kl twa mog  znale  inne 

wytłumaczenie. W cokolwiek naprawd  wierzyłem, czułem,  e wkrótce znajd  si  

w krainie absolutnego nie-ja. Poza t  granic  mo e znikn  moja władza nad 

Cieniem.  

      Wyprostowałem si  i mru c oczy spojrzałem pod  wiatło. Rzuciłem 

Gwie dzie słowo i potrz sn łem cuglami. Ruszyli my.  

      Przez chwil  miałem wra enie,  e wje d am w mgł .  

      Była tylko niesko czenie ja niejsza. I panowała absolutna cisza. Potem 

background image

 

43 

zacz li my spada . Spada  albo płyn . Gdy min ł pierwszy szok, trudno było to 

okre li . Z pocz tku zdawało mi si ,  e spadam, tym bardziej  e Gwiazd  

ogarn ła panika. Ale nie miał w co kopn , wi c po chwili przestał si  porusza . 

Dr ał tylko i gło no dyszał.  

      Prawd r k  trzymałem uzd , a w lewej  ciskałem Klejnot. Nie wiem, czego 

dałem i dok d si gałem poprzez niego; chciałem tylko przejecha  przez t  biał  

nico , odszuka  szlak i ruszy  nim do celu podró y.  

      Straciłem poczucie czasu. Wra enie upadku przemin ło. Poruszałem si  czy 

tylko unosiłem? Trudno powiedzie . Czy jasno  wci  była jasno ci ? I ta 

miertelna cisza... Zadr ałem. Zostałem pozbawiony bod ców zmysłowych w 

stopniu o wiele wi kszym, ni  za dawnych dni  lepoty w mojej celi. Tutaj nie było 

niczego - ani drapania przebiegaj cego szczura, ani zgrzytu ły eczki o drzwi. Nie 

było wilgoci ani chłodu, ani dotyku. Si gałem poprzez Klejnot...  

      Migotanie...  

      Co  jakby przełamało na moment pole widzenia po prawej stronie, tak 

szybkie,  e niemal poni ej progu percepcji. Si gn łem tam, ale nie poczułem 

niczego. Rzecz trwała tak krótko,  e nie byłem pewien, czy zdarzyła si  

naprawd . Równie dobrze mogła by  halucynacj .  

      Ale potem zdarzyła si  znowu, tym razem po lewej.  

      Nie wiem, ile czasu min ło mi dzy jedn  a drug .  

      Pó niej usłyszałem co  podobnego do j ku. Był bezkierunkowy i te  bardzo 

krótki. Nast pnie - i po raz pierwszy, jestem pewien - pojawił si  szaro-biały, 

ksi ycowy pejza . Wypłyn ł i znikn ł zaraz, mo e po sekundzie, na niewielkiej 

powierzchni mojego pola widzenia, po lewej stronie.  

      Gwiazda prychn ł.  

      Z prawej strony wyrósł las - szary i biały. Przetoczył si , jakby my mijali go 

pod jakim  niesamowitym k tem.  

      Małoobrazkowy element, jakie  dwie sekundy.  

      Pó niej, w dole, kawałki płon cego budynku... Bezbarwne...  

      Strz p zawodzenia z góry...  

      Widmowa góra, procesja z pochodniami wspinaj ca si  kr tym szlakiem po 

jej zboczu...  

      Kobieta wisz ca na gał zi: napi ta lina wokół szyi, przekrzywiona w bok 

głowa, r ce zwi zane za plecami...  

      Góry, szczytami w dół, białe; w dole czarne chmury...  

      Pstryk. Lekka wibracja, jakby my na moment tylko dotkn li czego  

twardego... mo e kopyto Gwiazdy na kamieniu. Potem ustało...  

      Błysk.  

      Głowy. Tocz  si , ociekaj c czarn  posok ... Chichot znik d... Człowiek 

przybity do muru, głow  w dół...  

      Znów białe  wiatło - toczy si  i wzbiera jak fala...  

      Pstryk. Blask.  

      Przez jedno uderzenie t tna kroczyli my po szlaku pod pasiastym niebem. 

Gdy znikn ł, si gn łem ku niemu przez Klejnot.  

      Pstryk. Błysk. Pstryk. Grzmot.  

      Skalista droga prowadz ca do wysokiej, górskiej przeł czy. Wci  

background image

 

44 

monochromatyczny  wiat... Za plecami huk, jakby uderzył grom...  

      Gdy tylko  wiat zacz ł zanika , przekr ciłem Klejnot jak gałk  strojenia. 

Powrócił znowu... Dwa, trzy, cztery...  

      Liczyłem uderzenia kopyt, uderzenia serca na tle warkotu... Siedem, osiem, 

dziewi ...  wiat poja niał. Odetchn łem gł boko. Powietrze było chłodne.  

      Pomi dzy gromem i jego echami słyszałem szum ulewy. Na mnie jednak nie 

spadła nawet kropla.  

      Obejrzałem si .  

      Szeroka  ciana deszczu wyrastała mo e sto metrów za mn . Za ni  widziałem 

jedynie mgliste kontury górskich szczytów. Cmokn łem na Gwiazd  i ruszyli my 

szybciej, wspinaj c si  na niemal poziomy odcinek pomi dzy dwoma 

wierzchołkami, przypominaj cymi wie e.  wiat przede mn  wci  był studium 

bieli, czerni i szaro ci, niebo podzielone na przemian pasami ciemno ci i  wiatła.  

      Wjechali my w w wóz.  

      Zaczynałem si  trz

. Miałem ochot  szarpn  uzd , odpocz , zje  co , 

zapali , zeskoczy  z siodła i pospacerowa . Byłem jednak zbyt blisko  ciany 

burzy, by pozwala  sobie na takie przyjemno ci.  

      Kopyta Gwiazdy budziły echa w w wozie; pod pasiastym niebem z obu stron 

wznosiły si  stromo skalne  ciany.  

      Miałem nadziej ,  e górski ła cuch rozłamie burzowy front, cho  

przeczuwałem,  e to jednak niemo liwe. To nie była zwyczajna burza. Dr czyło 

mnie nieprzyjemne uczucie,  e ci gnie si  a  do Amberu, i  e gdyby nie Klejnot, 

zostałbym przez ni  pochwycony i uwi ziony na zawsze.  

      Przygl dałem si  dziwacznemu niebu, gdy rozja niaj c drog  run ł na mnie 

huragan bladych kwiatów. W powietrzu rozszedł si  miły zapach. Gromy 

przycichły, w skałach pojawiły si  srebrne pasma. Cały  wiat wypełniło wra enie 

zmierzchu, idealnie pasuj ce do o wietlenia. A kiedy wynurzyłem si  z w wozu, 

spojrzałem w perspektyw  doliny zakrzywion  tak,  e nie dało si  oceni  

odległo ci. Pełna była jakby naturalnych wie yc i minaretów odbijaj cych 

ksi ycowy blask pasów na niebie, który przywodził na my l noc sp dzon  w Tir-

na Nog'th; poro ni ta srebrzystymi drzewami, wykładana zwierciadłami 

sadzawek, przecinana przez dryfuj ce widma; miejscami niemal zniwelowana w 

tarasy, gdzie indziej faluj ca naturalnie; przebita czym  podobnym do 

przedłu enia szlaku, którym pod ałem: wznosz cego si  i opadaj cego w 

elegijnym krajobrazie; roziskrzona niewytłumaczalnymi punktami migotania i 

l nienia; pozbawiona jakichkolwiek  ladów zamieszkania.  

      Nie wahałem si  z rozpocz ciem zjazdu. Grunt wokół był kredowoblady jak 

ko ... i czy to nie delikatna linia czarnej drogi biegła daleko po lewej stronie? 

Ledwo zdołałem j  zauwa y .  

      Widz c,  e Gwiazda jest zm czony, nie spieszyłem si  ju . Je li burza nie 

nadci gnie zbyt szybko, to chyba b dziemy mogli odpocz  nad któr  z tych 

sadzawek w dolinie. Sam byłem wyczerpany i głodny.  

      Jad c w dół rozgl dałem si  bacznie, ale nie dostrzegłem ludzi ani zwierz t. 

Wiatr wzdychał cicho. W ni szych regionach białe kwiaty dr ały na łodygach 

powojów: pojawiła si  normalna ro linno . Burza nie pokonała jeszcze górskiego 

pasma, cho  za nim wci  zbierały si  chmury.  

background image

 

45 

      Dotarłem wreszcie do tej niezwykłej doliny. Deszcz kwiatów ustał ju  dawno, 

lecz w powietrzu wci  unosił si  delikatny aromat. Jedynymi d wi kami były 

stukot kopyt Gwiazdy i nieustaj ca, wiej ca z prawej strony lekka bryza. Wokół 

wyrastały przedziwne formacje skalne o czystych, jakby wyrze bionych liniach. 

Wci  dryfowały obłoki mgły. Blade trawy skrzyły si  wilgoci . Jechałem 

szlakiem ku poro ni temu lasem centrum doliny, a perspektywy zmieniały si  

wokół, skr caj c odległo ci i wyginaj c krajobrazy. Kiedy zjechałem z drogi, by 

dotrze  do niedalekiego z pozoru jeziorka, ono jakby cofało si  przede mn . W 

ko cu jednak stan łem na brzegu i zeskoczyłem z siodła. Zanurzyłem palec, by 

pokosztowa  wody: była lodowata, lecz słodka.  

      Czułem si  zm czony. Kiedy zaspokoiłem pragnienie, uło yłem si  na ziemi i 

patrzyłem, jak Gwiazda skubie traw . Wyj łem z juków prowiant. Burza wci  

walczyła, by przekroczy  góry; przygl dałem si  jej i my lałem. Je li tato 

przegrał, to patrzyłem na pierwsze grzmoty Armageddonu, a cała moja podró  

straciła sens. Nic z tych my li nie wynikało, gdy  wiedziałem,  e i tak musz  

jecha  dalej. Ale nie potrafiłem si  nie zastanawia . Mogłem osi gn  cel, 

zobaczy  zwyci sk  bitw , a potem patrze , jak wszystko si  rozpada. Bez sensu... 

Nie. Nie bez sensu. To wa ne,  e próbowałem,  e starałem si  a  do ko ca. To 

do , nawet je li wszystko inne upadnie.  

      Niech diabli porw  Branda! Przede wszystkim...  

      Czyj  krok!  

      Poderwałem si  natychmiast i pochyliłem z dłoni  na r koje ci miecza.  

      Stała przede mn  kobieta, niewysoka, cała w bieli. Miała długie ciemne włosy, 

dzikie, ciemne oczy i u miechała si . Przyniosła wiklinowy kosz, który postawiła 

na ziemi mi dzy nami.  

      - Musisz by  głodny, rycerzu - powiedziała, dziwnie akcentuj c Thari. - 

Widziałam, jak nadje d asz. Przynosz  ci to.  

      U miechn łem si  i przyj łem bardziej normaln  postaw .  

      - Dzi ki - odparłem. - Istotnie, jestem głodny. Na imi  mi Corwin. A tobie?  

      - Pani.  

      Uniosłem brew.  

      - Dzi ki ci... Pani. Czy mieszkasz w tej okolicy?  

      Przytakn ła i ukl kła, by odkry  kosz.  

      - Tak, mój pawilon stoi troch  dalej, nad jeziorem. - Skin ła głow  na wschód. 

W kierunku czarnej drogi.  

      - Rozumiem - mrukn łem.  

      Jedzenie i wino w koszu wygl dały prawdziwie,  wie o, apetycznie, o wiele 

lepiej ni  mój suchy prowiant. Oczywi cie, nie pozbyłem si  podejrze .  

      - Zjesz ze mn ? - spytałem.  

      - Je li chcesz.  

      - Chc .  

      - Dobrze.  

      Rozło yła obrus, usiadła naprzeciw mnie, wyj ła z kosza jedzenie i uło yła je 

mi dzy nami. Potem podawała, szybko kosztuj c ka dego dania. Czułem si  przy 

tym troch  podle, ale tylko troch . W ko cu, to do  niezwykłe miejsce na 

mieszkanie dla kobiety najwyra niej samotnej, czekaj cej tylko, by wspomóc 

background image

 

46 

pierwszego w drowca, jaki tu trafi. Dara te  mnie nakarmiła przy naszym 

pierwszym spotkaniu. Zbli ałem si  do kresu podró y, a zatem do okolic, gdzie 

wróg był najpot niejszy. Czarna droga biegła całkiem blisko; zauwa yłem te  

kilka razy, jak Pani spogl da na Klejnot.  

      Mimo wszystko mile sp dziłem ten czas. Zaprzyja nili my si  przy posiłku. 

Była idealn  słuchaczk :  miała si  z moich  artów i skłaniała, bym opowiadał o 

sobie. Prawie ci gle patrzyła mi w oczy i w jaki  sposób nasze palce spotykały si  

za ka dym razem, gdy co  podawała.  

      Je li chciała mnie w co  wci gn , wybrała bardzo mił  metod .  

      Jedli my wi c i rozmawiali my, a ja obserwowałem nieubłagany ruch 

burzowego frontu. Pokonał w ko cu góry i rozpocz ł powolne zej cie ze szczytów. 

Pani zbierała naczynia. Dostrzegła kierunek mojego spojrzenia i skin ła głow .  

      - Tak. Nadci ga - stwierdziła. Uło yła w koszu utensylia i usiadła przy mnie, z 

butelk  wina i kielichami. - Wypijemy za to?  

      - Wypij  z tob , ale nie za to.  

      Nalała.  

      - To ju  nie ma znaczenia - odparła. - Ju  nie.  

      Poło yła mi dło  na ramieniu i podała kielich. Wzi łem go i spojrzałem na 

ni . U miechn ła si . Dotkn ła swoim kielichem brzegu mojego. Wypili my.  

      - Chod my teraz do pawilonu - zaproponowała, bior c mnie za r k . - Tam 

przyjemnie sp dzimy godziny, które jeszcze pozostały.  

      - Dzi ki - odrzekłem. - Przy innej okazji byłby to wspaniały deser po 

wietnym posiłku. Niestety, musz  ju  rusza . Obowi zek wzywa, a czas płynie. 

Mam misj  do spełnienia.  

      - Jak chcesz. To nie a  tak wa ne. Wiem wszystko o twojej misji. Ona te  nie 

ma ju  znaczenia.  

      - Doprawdy? Musz  wyzna ,  e oczekiwałem zaproszenia na prywatne 

przyj cie. Gdybym je przyj ł, po niedługim czasie ockn łbym si , ju  sam, na 

zboczu jakiej  zimnej skały.  

      Roze miała si .  

      - A ja musz  wyzna , Corwinie,  e planowałam wykorzysta  ci  w taki sposób. 

Ale ju  nie.  

      - Dlaczego nie?  

      Skin ła ku coraz bli szej linii destrukcji.  

      - Nie ma potrzeby, by ci  teraz zatrzymywa . Ten widok dowodzi,  e Dworce 

zwyci yły. Ju  nikt nie zdoła powstrzyma  marszu Chaosu.  

      Zadr ałem lekko, a ona ponownie napełniła kielichy.  

      - Wolałabym jednak, by  nie opuszczał mnie w takiej chwili - mówiła dalej. - 

Burza dotrze tutaj w ci gu kilku godzin. Czy mo na sp dzi  je lepiej, ni  

dotrzymuj c sobie nawzajem towarzystwa? Nie musimy nawet chodzi  do 

pawilonu.  

      Skłoniłem głow , a ona przytuliła si  mocno. Do diabła... Kobieta i wino - tak 

przecie  chciałem zawsze zako czy  moje dni. Napiłem si . Zapewne miała racj . 

A jednak pomy lałem o tej niby-kobiecie, która wci gn ła mnie w pułapk  na 

czarnej drodze, gdy wyje d ałem z Avalonu. Ruszyłem jej na pomoc i szybko 

uległem nieziemskim czarom. Potem, kiedy zdj łem jej mask , zobaczyłem,  e 

background image

 

47 

pod ni  nie ma nic. Paskudnie nap dziła mi wtedy strachu. Ale, nawet bez 

pl tania si  w filozofi , ka dy z nas ma przecie  cał  szaf  masek na ró ne okazje. 

Przez całe lata słuchałem, jak pomstuj  przeciw nim domoro li psychologowie. 

Tymczasem po wielekro  spotykałem ludzi, którzy z pocz tku robili na mnie 

dobre wra enie, a których zaczynałem nienawidzi , kiedy si  przekonałem, jacy 

s  pod spodem. A czasem byli jak ta niby-kobieta - mieli tam tylko pustk . 

Przekonałem si  wi c,  e maska jest cz sto lepsza od własnej twarzy.  

      Zatem... Dziewczyna, któr  tuliłem, mo e by  w rzeczywisto ci potworem. 

Pewnie jest. Jak my wszyscy. Gdybym teraz. wła nie postanowił zrezygnowa , to 

mogłem sobie wyobrazi  gorsze sposoby odej cia. Polubiłem j . Dopiłem wino. 

Si gn ła, by dola  mi jeszcze, ale przytrzymałem jej r k .  

      Spojrzała na mnie. I u miechn ła si .  

      - Prawie mnie przekonała  - wyznałem.  

      Potem, by nie łama  czaru, zamkn łem jej oczy pocałunkami, odszedłem i 

wskoczyłem na siodło. Trawy nie z ółkły, ale miał racj ,  e milcz  ptaki. Chocia  

było za daleko,  eby poci gn  tory.  

      -  egnaj, Pani.  

      Jechałem na południe, a burza wrzała, zsuwaj c si  w dolin . Przede mn  

znów wyrastały góry i ku nim prowadził szlak. Niebo było pasiaste, czarne i białe 

barwy przesuwały si  chyba powoli. Wci  panował tu zmierzch, cho  w 

czarnych obszarach nie za wieciła ani jedna gwiazda. Nadal bryza, nadal aromat 

w powietrzu... i cisza, i poskr cane monolity, i srebrzyste listowie, ci gle wilgotne 

od rosy i l ni ce. Przede mn  frun ły strz py mgły. Próbowałem wpłyn  na 

osnow  Cienia, ale zadanie było trudne, a ja zm czony. Nic si  nie stało. 

Czerpałem z Klejnotu sił , próbuj c jej cz stk  przekaza  Gwie dzie. Jechali my 

równym tempem, a  wreszcie grunt przed nami odchylił si  w gór  i zacz li my 

wspinaczk  do kolejnego w wozu, bardziej poszarpanego ni  poprzedni. 

Zatrzymałem si  i spojrzałem za siebie: mniej wi cej trzecia cz  doliny le ała 

ju  poza migotliw  kotar  niezwykłej burzy. Pomy lałem o Pani i jej jeziorze, o 

jej pawilonie... Potrz sn łem głow  i ruszyłem dalej.  

      Musieli my zwolni  - droga wznosiła si  coraz bardziej stromo. Białe rzeki na 

niebie nabierały odcienia coraz gł bszej czerwieni. Zanim stan łem u wej cia do 

w wozu, cały  wiat zdawał si  zabarwiony krwi . W szerokiej, skalnej alei 

uderzył wiatr. Walczyli my z nim. Szlak nie był ju  tak stromy, cho  nadal 

prowadził pod gór  i nie widzieli my, co nas czeka za grzbietem przeł czy.  

      Co  zagrzechotało w skałach po lewej stronie. Spojrzałem, ale niczego tam nie 

dostrzegłem. Pewnie spadł jaki  kamie . Pół minuty pó niej Gwiazda targn ł si  

pode mn , zar ał przera liwie i wolno zacz ł pada  na lewy bok.  

      Zeskoczyłem, a kiedy obaj run li my na ziemi , zauwa yłem strzał  stercz c  

za praw  łopatk  konia, do  nisko. Przetoczyłem si  i spojrzałem w stron , z 

której musiała nadlecie .  

      Jaki  człowiek z kusz  stał na skalnym urwisku po prawej stronie w wozu, 

mo e z dziesi  metrów nade mn . Naci gał ci ciw , szykuj c si  do nast pnego 

strzału. Wiedziałem,  e nie zd

 go powstrzyma . Rozejrzałem si  wi c za 

odpowiednim kamieniem. Dostrzegłem taki, wielko ci piłki tenisowej, u stóp 

urwiska z tyłu, zwa yłem go w r ku i starałem si , by w ciekło  nie wpłyn ła na 

background image

 

48 

celno  rzutu. Nie wpłyn ła, cho  mo e było to skutkiem działania jakiej  

dodatkowej siły.  

      Kamie  trafił w lewe rami . Napastnik krzykn ł i pu cił kusz . Stukn ła o 

kamienie i spadła po przeciwnej stronie szlaku, niemal dokładnie na wprost mnie.  

      - Ty sukinsynu! - wrzasn łem. - Zabiłe  mojego konia! Zapłacisz za to głow !  

      Przebiegłem w wóz, rozejrzałem si  za najlepszym przej ciem na szczyt, 

znalazłem je z lewej strony. Zacz łem wspinaczk . Po chwili mogłem zobaczy  

napastnika pod wła ciwym k tem i w lepszym  wietle: zgi ty niemal wpół 

masował sobie rami . To był Brand; w tym krwistym blasku włosy miał jeszcze 

bardziej rude ni  zwykle.  

      - To ju  koniec, Brand - powiedziałem. -  ałuj  tylko,  e kto  nie załatwił tego 

ju  wcze niej.  

      Wyprostował si  i przez chwil  obserwował moj  wspinaczk . Nie si gał do 

miecza. Kiedy stan łem na szczycie, jakie  siedem metrów od niego, opu cił głow  

i skrzy ował r ce na piersi.  

      Dobyłem Grayswandira i ruszyłem naprzód. W tej czy w innej pozie miałem 

zamiar go zabi .  wiatło było coraz czerwie sze, a  obaj wygl dali my jak 

sk pani we krwi. Z doliny dobiegł huk gromu.  

      Rozpłyn ł si  po prostu. Kontury postaci stały si  mniej wyra ne, a zanim 

dobiegłem na miejsce, znikn ł bez  ladu. Stałem przez chwil  nieruchomo. 

Zakl łem; wspomniałem opowie ,  e jakoby przekształcił si  w rodzaj  ywego 

Atutu i potrafił w jednej chwili przenie  si  gdzie tylko zechciał.  

      Usłyszałem z dołu jaki  hałas...  

      Podbiegłem do kraw dzi i spojrzałem. Gwiazda kopał wci  i pluł krwi . Ten 

widok łamał mi serce, lecz nie tylko to mnie zaniepokoiło.  

      W dole stał Brand. Podniósł kusz  i napinał j  znowu. Rozejrzałem si  za 

kamieniem, ale nie znalazłem  adnego. Potem dostrzegłem jeden - le ał troch  z 

tyłu, tam sk d przyszedłem. Podbiegłem, wsun łem Grayswandira do pochwy i 

podniosłem kawał skały wielko ci arbuza. Potem wróciłem na kraw d  i 

poszukałem wzrokiem Branda.  

      Nigdzie go nie było.  

      Poczułem nagle,  e jestem zupełnie odsłoni ty. Mógł przecie  przenie  si  w 

jakie  dogodne miejsce i w tej wła nie chwili mierzy  we mnie. Padłem na ziemi , 

na swój kamie . Sekund  pó niej usłyszałem z prawej strony uderzenie strzały. A 

potem chichot Branda.  

      Wstałem wiedz c,  e na załadowanie kuszy potrzebuje dłu szej chwili. 

Spojrzałem w stron , z której dobiegł  miech. Dostrzegłem go na półce na 

przeciwległej  cianie w wozu, jakie  pi  metrów powy ej i dwadzie cia metrów 

ode mnie.  

      - Przepraszam za konia - zawołał. - Celowałem w ciebie, ale te przekl te 

wiatry...  

      Zauwa yłem skaln  wn k  i pobiegłem tam, zabieraj c kamie , by u y  go 

jak tarczy. Z klinowatej szczeliny patrzyłem, jak zakłada bełt.  

      - Trudny strzał! - krzykn ł, unosz c kusz . - Prawdziwe wyzwanie dla mojego 

kunsztu. Ale z pewno ci  wart wysiłku. Pocisków mi nie zabraknie.  

      Za miał si , wymierzył i strzelił.  

background image

 

49 

      Pochyliłem si , osłaniaj c kamieniem brzuch, lecz grot uderzył o jakie  pół 

metra na prawo.  

      - Przypuszczałem,  e taki b dzie wynik - o wiadczył. Znowu zacz ł szykowa  

bro . - Musz  wzi  poprawk  na wiatr. Szukałem mniejszych kamieni, które 

mógłbym wykorzysta  jako pocisk. Nie było ani jednego. Pomy lałem wtedy o 

Klejnocie. Powinien ratowa  mnie przed zagro eniem  ycia. Miałem jednak 

zabawne wra enie,  e dotyczyło to sytuacji, gdy niebezpiecze stwo groziło z 

bliska. I  e Brand wie o tym zjawisku. A mo e zdołam mu przeszkodzi  w inny 

sposób? Stał chyba za daleko na t  sztuczk  z parali em, ale raz ju  go 

pokonałem dzi ki władzy nad pogod . Ciekawe, jak daleko st d była burza. 

Si gn łem ku niej. Przekonałem si ,  e potrzeba minut na takie okre lenie 

warunków, by  ci gn  na niego piorun. Nie miałem czasu. Ale wiatry to całkiem 

inna sprawa.  ci gn łem je, wczułem si  w nie...  

      Brand był prawie gotów do nast pnego strzału. W w wozie zawył wicher.  

      Nie wiem, gdzie trafiła jego strzała. W ka dym razie nie blisko mnie. Znowu 

szykował bro , a ja zacz łem wprowadza  czynniki niezb dne do uderzenia 

błyskawicy...  

      Kiedy był gotów i podniósł bro , znowu wzmocniłem wichur . Widziałem, jak 

mierzy, jak wci ga powietrze i wstrzymuje oddech. Potem opu cił kusz  i spojrzał 

na mnie.  

      - Przyszło mi wła nie do głowy - zawołał -  e ten wiatr siedzi u ciebie w 

kieszeni. Zgadza si ? To nieuczciwe, Corwinie. - Rozejrzał si . - Powinienem 

znale  miejsce, gdzie nie b dzie to miało znaczenia. Aha!  

      Wci  si  wysilałem, by ustawi  wszystko do uderzenia pioruna, ale warunki 

nie były jeszcze odpowiednie.  

      Spojrzałem na niebo w czerwone i czarne pasy... formowało si  tam co  

podobnego do chmury. Wkrótce, ale jeszcze nie...  

      Brand rozpłyn ł si  znowu i znikn ł. Szukałem go nerwowo.  

      I wtedy stan ł przede mn . Przeniósł si  na moj  stron  w wozu, jakie  

dziesi  metrów na południe ode mnie. Wiatr dmuchał mu w plecy i wiedziałem, 

e nie zd

 zmieni  jego kierunku. Pomy lałem, czy nie cisn  kamieniem. On 

pewnie si  uchyli, a ja strac  tarcz .  

      Z drugiej strony...  

      Podniósł kusz  do ramienia. Zatrzymaj go! - krzykn ł w my lach mój własny 

głos.  

      Nadał manipulowałem niebem.  

      - Zanim wystrzelisz, Brandzie, odpowiedz mi na jedno pytanie. Dobrze?  

      Zawahał si , po czym opu cił bro  o kilka centymetrów.  

      - Jakie?  

      - Czy mówiłe  prawd  o tym, co si  zdarzyło... z tat , Wzorcem, nadej ciem 

Chaosu?  

      Odchylił głow  i roze miał si  seri  krótkich szczekni .  

      - Corwinie - o wiadczył. - Widzie , jak umierasz nie wiedz c tego, co tak wiele 

dla ciebie znaczy, sprawia mi rozkosz wi ksz , ni  potrafi  wyrazi .  

      Za miał si  znowu i zacz ł unosi  kusz  do ramienia. Przygotowałem si , by 

cisn  w niego kamieniem i skoczy  do ataku.  aden z nas nie zd ył wykona  

background image

 

50 

tego, co zamierzał.  

      Z góry dobiegł przera liwy wrzask. Niewielki strz p oderwał si  od nieba i 

run ł Brandowi na głow . Ten krzykn ł i upu cił kusz . Wzniósł r ce, by 

pochwyci  napastnika. Czerwony ptak, nosiciel Klejnotu, powstały z mojej krwi i 

zrodzony z dłoni ojca, powrócił, by mnie broni .  

      Pu ciłem kamie  i podszedłem, po drodze wyci gaj c miecz. Brand uderzył 

ptaka i ten odleciał, nabieraj c wysoko ci przed kolejnym nalotem. Brand 

wzniósł ramiona, by zasłoni  twarz i głow . Zd yłem jednak dostrzec płyn c  z 

lewego oczodołu krew. Zacz ł si  rozpływa , gdy biegłem w jego stron . Ptak 

run ł jak pocisk i raz jeszcze uderzył Branda szponami w głow . A potem tak e 

zacz ł bledn . Kiedy znikali obaj, Brand si gał wła nie do krwistoczerwonego 

napastnika i odpierał jego ciosy.  

      Kiedy stan łem w miejscu akcji, pozostała tam jedynie upuszczona kusza, 

któr  zgniotłem pod butem. Jeszcze nie, jeszcze nie koniec, niech to licho! Jak - 

długo b dziesz mnie prze ladował, bracie? Jak daleko musz  doj , by zako czy  

spraw  mi dzy nami?  

      Zszedłem na szlak. Gwiazda  ył jeszcze, wi c musiałem doko czy  robot . 

Czasem wydaje mi si ,  e wybrałem sobie niewła ciwy fach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

51 

Rozdział 7

 

 

Misa cukrowej waty.  

      Min łem w wóz i teraz spogl dałem na le c  przede mn  dolin . A 

przynajmniej zało yłem,  e jest dolin . Nic nie widziałem pod okryciem 

chmur/mgły/oparów.  

      Jeden z czerwonych pasów na niebie nabrał  ółtej barwy, inny zielonej. 

Dodało mi to otuchy, gdy  podobnie zachowywało si  niebo na skraju wszystkich 

rzeczy, naprzeciw Dworców Chaosu.  

      Podniosłem tobołek i ruszyłem szlakiem w dół. Wiatr cichł z wolna. Z daleka 

dobiegł huk gromów burzy, przed któr  uciekałem. Zastanawiałem si , gdzie 

odszedł Brand.  

      Miałem przeczucie,  e przez pewien czas go nie zobacz . Po drodze, gdy 

nadpełzła ju  mgła i zacz ła kł bi  si  wokół, zauwa yłem prastare drzewo; 

wyci łem sobie łask . Drzewo zdawało si  krzycze , gdy odcinałem konar.  

      - Niech ci  diabli! - usłyszałem z jego wn trza co  jakby głos.  

      - Jeste   wiadome? - spytałem. - Przepraszam.  

      - Wiele czasu po wi ciłem na wyhodowanie tej gał zi. Przypuszczam,  e masz 

zamiar j  spali ?  

      - Nie. Potrzebowałem laski. Przede mn  daleka droga.  

      - Przez t  dolin ?  

      - Tak.  

      - Podejd  bli ej. Chc  lepiej wyczu  twoj  obecno . Jest w tobie co , co si  

arzy.  

      Zrobiłem krok do przodu.  

      - Oberon! - zawołało. - Poznaj  twój Klejnot.  

      - Nie Oberon - zaprzeczyłem. - Jestem jego synem. Ale podczas tej misji nosz  

kamie .  

      - We  wi c konar, a wraz z nim moje błogosławie stwo. Wiele razy osłaniałem 

twojego ojca podczas niezwykłych dni. Widzisz, to on mnie zasadził.  

      - Naprawd ? Sadzenie drzew to jedna z niewielu rzeczy, przy których nigdy 

taty nie widziałem.  

      - Nie jestem zwyczajnym drzewem. Umie cił mnie tutaj, by zaznaczy  granic .  

      - Jak  granic ?  

      - Kraniec Chaosu albo Porz dku, zale y, z której strony spojrzysz. 

Zaznaczam podział. Za mn  działaj  inne prawa.  

      - Jakie prawa?  

      - Kto wie? Z pewno ci  nie ja. Ja jestem tylko  yw  wie   wiadomego 

drewna. Ale moja laska mo e ci przynie  ulg . Posadzona, mo e rozkwitn  w 

niezwykłych krainach. A mo e nie... Któ  wie? Lecz we  j  ze sob , synu 

Oberona, do tego miejsca, gdzie teraz zd asz. Czuj ,  e nadchodzi burza. 

egnaj.  

      -  egnaj - odparłem. - I dzi kuj .  

      Odwróciłem si  i odszedłem w coraz g ciejsz  mgł . Co  wyssało z niej barw  

ró u. Pokr ciłem głow , my l c o drzewie. Laska bardzo mi si  przydała na 

odcinku nast pnych kilkuset metrów, gdzie szlak był wyj tkowo nierówny.  

background image

 

52 

      Przeja niło si  troch . Skały, gnij cy staw, kilka niewysokich, pos pnych 

drzew obwieszonych girlandami mchu, odór zgnilizny... Przyspieszyłem kroku. 

Czarny ptak przygl dał mi si  z gał zi.  

      Wzbił si  do lotu, gdy na niego spojrzalem. Leniwie machaj c skrzydłami, 

ruszył w moj  stron . Ostatnie przypadki sprawiły,  e wolałem uwa a  na ptaki. 

Cofn łem si  wi c, gdy zatoczył mi kr g nad głow . Potem jednak wyl dował 

przede mn , przekrzywił głow  i mrugn ł lewym okiem.  

      - Tak - oznajmił po chwili. - Jeste  nim.  

      - Którym nim? - zdziwiłem si .  

      - Tym, któremu b d  towarzyszył. Nie masz chyba nic przeciw temu, by leciał 

za tob  ptak symbolizuj cy zł  wró b . Prawda, Corwinie?  

      Za miał si  i wykonał kilka tanecznych kroków.  

      - Szczerze mówi c nie wiem, jak mógłbym ci przeszkodzi . Sk d znasz moje 

imi ?  

      - Czekałem na ciebie od pocz tku Czasu, Corwinie.  

      - To musiało by  troch  m cz ce.  

      - Nie a  tak. Nie tutaj. Czas jest tym, czym go uczynisz.  

      Ruszyłem przed siebie. Min łem ptaka i szedłem dalej. Po chwili przemkn ł 

koło mnie i wyl dował na głazie z prawej strony traktu.  

      - Na imi  mi Hugi - oznajmił. - Widz ,  e niesiesz kawałek starego Ygga.  

      - Ygga?  

      - To nad te drzewiszcze, które stoi u wej cia do tego miejsca i nikomu nie 

pozwala siada  na swoich gał ziach. Musiał strasznie wrzeszcze , kiedy to uci łe . 

- Wybuchn ł dono nym  miechem.  

      - Zachował si  bardzo przyzwoicie.  

      - Pewno. W ko cu, kiedy ju  to zrobiłe , nie miał wielkiego wyboru. Du o ci 

przyjdzie z tego kija.  

      - Na razie jest bardzo przydatny - stwierdziłem, machaj c nim lekko w stron  

ptaka.  

      Odfrun ł natychmiast.  

      - Hej! To nie było zabawne!  

      Roze miałem si .  

      - My lałem,  e było.  

      Szedłem dalej.  

      Przez długi czas maszerowałem przez bagniste tereny. Od czasu do czasu 

podmuch wiatru odsłaniał przede mn  drog , potem mijałem widoczny kawałek 

albo znowu nadpływała mgła. Czasem zdawało mi si ,  e słysz  strz py melodii - 

nie umiałem okre li , z której strony - powolnej i jakby uroczystej, granej na 

jakim  instrumencie o metalowych strunach.  

      Szedłem wci  naprzód, gdy nagle gdzie  z lewej rozległo si  wołanie:  

      - Przybyszu! Zatrzymaj si  i spójrz na mnie!  

      Stan łem i rozejrzałem si  czujnie. Nic nie widziałem w tej piekielnej mgle.  

      - Hej! - krzykn łem. - Gdzie jeste ?  

      W tedy wła nie mgła rozwiała si  na chwil  i spojrzałem na ogromn  głow , 

której oczy znajdowały si  na poziomie moich. Nale ała do czego , co wygl dało 

na gigantyczne ciało, zapadni te po szyj  w bagnie. Głowa była łysa, pokryta 

background image

 

53 

biał  jak mleko skór  o fakturze kamienia. Ciemne oczy przez kontrast 

wydawały si  chyba jeszcze ciemniejsze.  

      - Widz  - powiedziałem. - Narobiłe  sobie troch  kłopotów. Mo esz uwolni  

r ce?  

      - Je li wyt

 wszystkie siły - padła odpowied .  

      - Czekaj, rozejrz  si  za czym  solidnym, czego mógłby  si  złapa . Powiniene  

si gn  do  daleko.  

      - Nie. To nie jest konieczne.  

      - Nie chcesz si  wydosta ? My lałem,  e wła nie dlatego tak wrzeszczysz.  

      - Nie. Chciałem tylko,  eby  na mnie popatrzył.  

      Podszedłem bli ej, gdy  mgła nadpływała znowu.  

      - No, dobrze - powiedziałem. - Widz  ci .  

      - Czy wczuwasz si  w moj  sytuacj ?  

      - Nieszczególnie, skoro sam sobie nie chcesz pomóc ani nie przyjmujesz 

pomocy.  

      - Co mi przyjdzie z tego,  e si  uwolni ?  

      - To twój problem i sam go musisz rozwi za .  

      Odwróciłem si .  

      - Czekaj! Dok d zmierzasz?  

      - Na południe. Mam wyst pi  w dramacie moralnym.  

      Wtedy wła nie Hugi wyfrun ł z mgły, wyl dował na czubku głowy, dziobn ł 

j  i zachichotał.  

      - Nie tra  czasu, Corwinie. Jest w tym mniej, ni  mogłoby si  wydawa  - 

oznajmił.  

      Wargi giganta wyszeptały moje imi .  

      - Czy to naprawd  on? - zapytał.  

      - On, z cał  pewno ci  - potwierdził Hugi.  

      - Posłuchaj mnie, Corwinie - odezwał si  zapadni ty po szyj  olbrzym. - 

Ruszyłe , by powstrzyma  Chaos. Prawda?  

      - Tak.  

      - Nie rób tego. Nie warto. Chc ,  eby to si  sko czyło. Pragn  uwolnienia.  

      - Proponowałem ju ,  e pomog  ci si  wydosta . Nie chciałe .  

      - Nie takiego uwolnienia. Raczej ko ca całej zabawy.  

      - Łatwo to osi gn . Zanurz głow  i zrób gł boki wdech.  

      - Nie pragn  osobistego ko ca, lecz zako czenia całej tej głupiej gry.  

      - Wydaje mi si ,  e oprócz ciebie istnieje jeszcze par  osób. Wolałyby pewnie 

same decydowa  w tej kwestii.  

      - Niech sko czy si  dla nich tak e. Nadejdzie czas, gdy znajd  si  w mojej 

sytuacji i b d  odczuwa  to samo.  

      - Wtedy pozostanie im to samo wyj cie. Do zobaczenia.  

      Odwróciłem si  i ruszyłem w drog .  

      - I ty tak e! - zawołał za mn .  

      Po chwili dogonił mnie Hugi. Usiadł na czubku łaski.  

      - Przyjemnie tak siedzie  na gał zi starego Ygga, kiedy ju  nie mo e... Łaa!  

      Poderwał si  i zatoczył kr g.  

      - Przypalił mi łap ! - wrzasn ł. - Jak to zrobił?  

background image

 

54 

      Za miałem si .  

      - Nie mam poj cia.  

      Polatywał przez kilka chwil, po czym zawisł nad moim prawym ramieniem.  

      - Mog  tu usi

?  

      - Nie kr puj si .  

      - Dzi ki. - Wyl dował. - Wiesz, ta Głowa to przypadek psychiczny.  

      Wzruszyłem ramionami, a on rozpostarł skrzydła, by utrzyma  równowag .  

      - Próbuje co  pochwyci  - mówił dalej. - Ale post puje niewła ciwie, 

obci aj c  wiat odpowiedzialno ci  za swoje pora ki.  

      - Nie chce nawet chwyci  za co ,  eby wygrzeba  si  z bagna - zauwa yłem.  

      - Mówiłem w sensie filozoficznym.  

      - Aha, chodzi ci o takie bagno. To fatalnie.  

      - Cały problem tkwi w ja ni, w ego i jego powi zaniach ze  wiatem z jednej 

strony i z Absolutem z drugiej.  

      - Doprawdy?  

      - Tak. Rozumiesz, wykluwamy si  i dryfujemy po powierzchni zdarze . 

Czasami odnosimy wra enie,  e mamy realny wpływ na wypadki, a to powoduje, 

e zaczynamy si  stara . To powa ny bł d, gdy  wtedy budz  si  pragnienia i 

kreuj  fałszywe ego. Tymczasem powinno wystarczy  samo istnienie. Prowadzi to 

do kolejnych pragnie  i stara , i tak wpadasz w pułapk .  

      - W bagno?  

      - Mo na to tak okre li . Nale y si  skoncentrowa  wył cznie na Absolucie. 

Nauczy  si  ignorowa  mira e, iluzje i fałszywe poczucie to samo ci, które izoluje 

jednostk  jako pseudowysp   wiadomo ci.  

      - Kiedy  u ywałem fałszywej to samo ci. Bardzo mi pomogła w osi gni ciu 

absolutu, którym jestem teraz: mnie.  

      - Nie. To te  złudzenie.  

      - Zatem ja, który zaistnieje jutro, podzi kuje mi za to, jak ja temu 

przeszłemu.  

      - Nic nie zrozumiałe . Ten przyszły ty te  b dzie fałszywy.  

      - Dlaczego?  

      - Poniewa  nadal b dzie pełen pragnie  i stara , które izoluj  od Absolutu.  

      - Co w tym złego?  

      - Istniejesz samotnie w  wiecie pełnym obcych, w  wiecie fenomenów.  

      - Nie przeszkadza mi samotno . Wła ciwie, do  siebie lubi . Fenomeny te  

lubi .  

      - Ale Absolut zawsze b dzie ci  wzywał, budził niepokój...  

      - To dobrze. Nie trzeba si  zatem spieszy . Ale owszem, rozumiem, o czym 

mówisz. To przyjmuje form  ideałów. Ka dy z nas ma ich kilka. Je li twierdzisz, 

e powinienem za nimi pod a , zgadzam si  z tob  w zupełno ci.  

      - Nie. One s  tylko deformacjami Absolutu. A to, o czym wspomniałe , to 

tylko kolejne starania.  

      - To prawda.  

      - Widz ,  e masz wiele do oduczenia.  

      - Je li chodzi ci o mój prymitywny instynkt samozachowawczy, to lepiej daj 

sobie spokój.  

background image

 

55 

      Droga wiodła lekko pod gór . Dotarli my do płaskiego, zasypanego piaskiem 

odcinka, który wygl dał jak wybrukowany. Muzyka grała coraz gło niej. Potem 

dostrzegłem we mgle niewyra ne kształty, poruszaj ce si  wolno i rytmicznie. Po 

chwili zrozumiałem,  e ta cz  do wtóru melodii.  

      Szedłem dalej i wreszcie mogłem przyjrze  si  dokładniej tym postaciom - 

ludzkim z wygl du, przystojnym, odzianym w dworskie szaty - krocz cym z 

godno ci  w rytm melodii niewidzialnej orkiestry. Wykonywali zło ony, pi kny 

taniec. Przystan łem, by chwil  popatrze .  

      - Z jakiej okazji ten bal? - spytałem Hugiego. - Tutaj, w samym  rodku 

pustki?  

      - Ta cz  - wyja ał - by uczci  twoje przej cie. Nie s   miertelnikami. To 

duchy Czasu. Zacz li to idiotyczne przedstawienie, kiedy tylko wkroczyłe  w 

dolin .  

      - Duchy?  

      - Tak. Patrz.  

      Wzniósł si  w powietrze, zatoczył kr g i zdefekował. Odchody przebiły kilku 

tancerzy, jakby byli hologramami, nie plami c brokatowych r kawów ani 

jedwabnych koszul.  adna z u miechni tych postaci nie zmyliła kroku. Hugi 

zakrakał kilka razy i wrócił do mnie.  

      - To nie było konieczne - zauwa yłem. - Pi knie ta cz .  

      - Dekadencja - o wiadczył. - Zreszt , nie uwa aj tego za komplement, gdy  oni 

przewiduj  twoj  kl sk . Pragn  tylko ostatniego balu, nim sko czy si  

przedstawienie.  

      Mimo to przygl dałem si  przez dłu sz  chwil , odpoczywaj c wsparty na 

lasce. Figury ta ca zmieniały si  z wolna, a  jedna z kobiet - kasztanowowłosa 

pi kno  - znalazła si  tu  obok mnie.  aden z tancerzy nie spojrzał nawet na 

mnie, zupełnie jakbym nie istniał.  

      Lecz ta kobieta, idealnie zgranym z muzyk  gestem, praw  r k  rzuciła co , 

co wyl dowało mi u stóp.  

      Schyliłem si ; był to przedmiot materialny. Trzymałem srebrn  ró  - moje 

własne godło. Wyprostowalem si  i wpi łem j  w kołnierz płaszcza. Hugi patrzył 

w inn  stron  i milczał. Nie miałem kapelusza, by go zdj , pokłoniłem si  jednak 

przed dam . By  mo e lekko zmru yła oko, gdy si  odwracałem.  

      Grunt nie był ju  taki gładki, a po chwili ucichła tak e muzyka. Szlak był 

trudny, a kiedy wiatr rozwiewał mgł , widziałem tylko skały albo nagie równiny. 

Padłbym ju  dawno, gdybym nie czerpał energii z Klejnotu.  

      Zauwa yłem,  e za ka dym razem wystarcza jej na krócej.  

      Po pewnym czasie zgłodniałem, wi c zatrzymałem si , by zje  resztki 

prowiantu.  

      Hugi siedział na ziemi i przygl dał mi si .  

      - Musz  przyzna ,  e odczuwam rodzaj podziwu dla twojego uporu - 

o wiadczył. - A nawet dla tego, co sugerowałe , wspominaj c o ideałach. Ale nic 

wi cej. Mówili my o daremno ci pragnie  i stara ...  

      - Ty mówiłe . Dla mnie nie jest to  yciowym problemem.  

      - Powinno by .  

      -  yj  ju  bardzo długo, Hugi. Obra asz mnie zakładaj c,  e nigdy nie 

background image

 

56 

my lałem o tych przypisach do podstaw filozofii. Fakt,  e twoim zdaniem poj cie 

rzeczywisto ci jest puste, wi cej mówi o tobie ni  o stanie rzeczy. Mianowicie: 

je li wierzysz w to, co mówisz,  al mi ci . Musisz bowiem mie  jaki  

niewytłumaczalny powód, by by  tutaj, pragn  i stara  si  wpłyn  na moje 

fałszywe ego, zamiast wolny od takich nonsensów pod a  do swego Absolutu. 

Je li za  nie wierzysz, wnioskuj ,  e przysłano ci , by  mnie powstrzymywał i 

zniech cał, w którym to przypadku marnujesz czas.  

      Hugi zabulgotał cicho.  

      - Nie jeste  chyba tak  lepy - odezwał si  po chwili - by zaprzecza  istnieniu 

Absolutu, pocz tku i ko ca wszechrzeczy?  

      - Nie jest on niezb dnym elementem liberalnej edukacji.  

      - Ale uznajesz mo liwo ?  

      - Mo e wiem o nim wi cej od ciebie, ptaku. W mojej opinii, ego istnieje jako 

stan po redni pomi dzy racjonalizmem i egzystencj  odruchów. Ale wymazanie 

go jest ucieczk . Je li przychodzisz z Absolutu, z tego samokasuj cego si  

Wszystkiego, to dlaczego chcesz wraca ? Czy tak sob  gardzisz,  e l kasz si  

luster? Postaraj si  mo e, by ta wyprawa warta była twego czasu. Rozwijaj si . 

Ucz.  yj. Je li wysłano ci  w podró , to czemu chcesz j  przerwa  i jak 

najszybciej wróci  do punktu wyj cia? A mo e ten twój Absolut popełnił bł d, 

wysyłaj c kogo  twojego kalibru? Przyznaj,  e istnieje taka mo liwo  i na tym 

zako czymy.  

      Hugi spojrzał na mnie wrogo, skoczył w powietrze i odleciał. Mo e chciał 

zajrze  do podr cznika.  

      Zahuczał grom. Wstałem i ruszyłem dalej. Musiałem utrzymywa  dystans.  

      Trakt zw ał si  i rozszerzał kilkakrotnie, wreszcie znikn ł zupełnie. 

W druj c po  wirowej równinie, czułem si  coraz bardziej przygn biony. 

Wlokłem si , próbuj c utrzyma  na wła ciwym kursie psychiczny kompas. 

Niemal z ulg  witałem odgłosy burzy, gdy  pozwalały przynajmniej z grubsza 

okre li , gdzie jest północ. Naturalnie, w tej mgle trudno było stwierdzi  

cokolwiek dokładnie, wi c nie byłem całkiem pewny. A gromy huczały coraz 

gło niej... Szlag.  

      ... Wci  rozpaczałem po  mierci Gwiazdy i niepokoiła mnie teoria 

daremno ci Hugiego. Stanowczo nie był to dla mnie dobry dzie . Istniała du a 

szansa,  e je li wkrótce nie wpadn  w zasadzk  którego  z bezimiennych 

mieszka eów tej mrocznej krainy, b d  si  tułał, a  strac  resztk  sił albo dogoni 

mnie burza. Nie wiedziałem, czy uda mi si  uciszy  j  po raz drugi. Zaczynałem w 

to w tpi .  

      Próbowałem Klejnotem rozproszy  mgł , lecz jego działanie było chyba 

osłabione. Mo e przez moj  ospało . Potrafiłem oczy ci  niewielki obszar, ale 

przy tym tempie podró y mijałem go szybko. Moje wyczucie Cienia st piło si  w 

tym miejscu, które w jaki  sposób zdawało si  sam  istot  Cienia.  

      Smutne. Przyjemnie byłoby odej  jak w operze: w wielkim, wagnerowskim 

finale pod niezwykłym niebem, w walce z godnymi przeciwnikami, zamiast p ta  

si  tak we mgle po pustkowiu.  

      Min łem skał , która wydawała si  znajoma. Czy to mo liwe,  e chodz  w 

kółko? To cz sto si  zdarza ludziom całkowicie zagubionym. Nasłuchiwałem 

background image

 

57 

gromu, by zorientowa  si  w kierunkach. Jak na zło  panowała cisza. 

Podszedłem do skały, usiadłem i oparłem si  o ni  plecami. Taka w drówka nie 

ma sensu. Zaczekam chwil , a  usłysz  grzmot. Wyj łem Atuty. Tato uprzedzał, 

e nie b d  tu działa , ale i tak nie miałem nic lepszego do roboty.  

      Jeden po drugim obejrzałem je wszystkie, próbowałem nawi za  kontakt z 

ka dym prócz Branda i Caine'a. Nic. Tato miał racj : Atuty utraciły znajomy 

chłód. Przetasowałem cał  tali  i powró yłem sobie, wprost na piasku. 

Otrzymałem jaki  zupełnie niemo liwy odczyt przyszło ci i schowałem karty. 

Oparłem si  wygodniej i pomy lałem,  e chciałbym mie  troch  wody. Przez 

dług  chwil  nasłuchiwałem odgłosów burzy. Kilka razy zahuczał grom, ale 

zupełnie bezkierunkowo. Atuty sprawiły,  e zacz łem wspomina  rodzin . Byli 

ju  na miejscu - gdziekolwiek to miejsce le ało - i czekali na mnie. Po co czekali? 

Niosłem Klejnot. W jakim celu? Z pocz tku s dziłem,  e jego moc b dzie 

wykorzystana podczas starcia. Je li tak, i je li rzeczywi cie byłem jedyn  osob , 

która mogła jej u y , to sytuacja nie wygl dała najlepiej. Pomy lałem wtedy o 

Amberze; wstrz sn ły mn  wyrzuty sumienia i pewnego rodzaju trwoga. Amber 

nie mo e si  sko czy , nigdy. Musi by  jaki  sposób, by odepchn  Chaos...  

      Odrzuciłem kamyk, którym si  bawiłem. Poleciał bardzo powoli.  

      Klejnot. Znowu to spowolnienie...  

      Pobrałem wi cej energii i kamyk wystrzelił nagle.  

      Miałem wra enie,  e zaledwie przed chwil  odnawiałem siły za pomoc  

Klejnotu. Taka kuracja pomagała wprawdzie mi niom, ale umysł wci  

pozostawał otumaniony. Potrzebowałem snu... z du  liczb  snów szybkich.  

      Kiedy odpoczn , okolica mo e si  okaza  o wiele mniej niesamowita.  

      Jak blisko celu si  znalazłem? Czy le ał zaraz za nast pnym górskim 

ła cuchem, czy niesko czenie dalej?  

      I jak  miałem szans  wyprzedzenia burzy, niezale nie od odległo ci? A 

pozostali? Przypu my,  e bitwa ju  si  rozegrała i przegrali my. Miałem wizje, 

jak to przybywam za pó no i mog  ju  tylko kopa  groby... Ko ci i dyskusje z 

samym sob , Chaos...  

      I gdzie si  podziała ta cholerna czarna droga akurat teraz, kiedy mogła si  na 

co  przyda ? Gdybym j  znalazł, mógłbym pod y  wzdłu  niej. Miałem 

przeczucie,  e przebiega gdzie  z lewej strony...  

      Znów si gn łem przez Klejnot, rozp dziłem mgł , odepchn łem j ... Nic...  

      Kształt? Co  si  poruszyło?  

      Jakie  zwierz , mo e du y pies, przebiegło, by pozosta  we mgle. Czy by mnie 

tropił?  

      Klejnot pulsował  wiatłem, gdy odsuwałem mgł  jeszcze dalej. Odsłoni te 

zwierz  otrz sn ło si  jakby, po czym ruszyło wprost ku mnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

58 

Rozdział 8

 

 

Wstałem, kiedy si  zbli ył. Teraz. widziałem,  e to du y okaz szakala. Patrzył 

mi w oczy.  

      - Przyszedłe  troch  za wcze nie - powiedziałem. - Tylko odpoczywam.  

      Zachichotał.  

      - Przyszedłem, by spojrze  na ksi cia Amberu - oznajmił. - Cokolwiek 

ponadto byłoby dodatkow  premi .  

      Zachichotał znowu. Ja te .  

      - Niech zatem twe oczy ucztuj . Cokolwiek ponadto, a przekonasz si ,  e 

wypocz łem w dostatecznym stopniu.  

      - Nie, nie - zapewnił szakal. - Jestem fanem rodu Amberu. Chaosu tak e. 

Poci ga mnie królewska krew, ksi

 Chaosu. I konflikt.  

      - Nadałe  mi obcy tytuł. Moje powi zania z Dworcami Chaosu s  jedynie 

kwesti  genealogii.  

      - My l  o obrazach Amberu przenikaj cych cienie Chaosu. My l  o falach 

Chaosu zalewaj cych obrazy Amberu. Przecie  w samym sercu porz dku, jaki 

reprezentuje Amber, tkwi rodzina niezwykłe chaotyczna. Podobnie ród Chaosu 

jest powa ny i spokojny. Istniej  zwi zki mi dzy wami, tak jak istniej  konflikty.  

      - W tej chwili - stwierdziłem - nie interesuj  mnie wyszukane paradoksy ani 

zabawy z terminologi . Próbuj  dosta  si  do Dworców Chaosu. Znasz drog ?  

      - Tak - potwierdził szakal. - To niezbyt daleko st d, lotem padlino ercy. 

Chod , wyprowadz  ci  na wła ciwy kierunek.  

      Odwrócił si  i ruszył przed siebie. Poszedłem za nim.  

      - Czy nie id  za szybko? Wygl dasz na zm czonego.  

      - Nie. Nie zwalniaj. To pewnie za t  dolin . Zgadza si ?  

      - Tak. Jest tam tunel.  

      Szedłem za nim po piachu,  wirze i suchej, twardej ziemi. Nic nie rosło 

dookoła. Mgła przerzedziła si  i przybrała zielony odcie . Uznałem,  e to kolejna 

sztuczka tego pasiastego nieba.  

      - Daleko jeszcze? - zawołałem po pewnym czasie.  

      - Ju  całkiem blisko - odpowiedział. - Zm czyłe  si ? Chcesz odpocz ?  

      Obejrzał si . W zielonkawym blasku jego brzydki pysk wygl dał jeszcze 

bardziej upiornie. Potrzebowałem jednak przewodnika. I szli my pod gór , a tak 

chyba by  powinno.  

      - Czy mo na gdzie  tu w pobli u znale  wod ? - spytałem.  

      - Nie. Musieliby my cofn  si  spory kawałek.  

      - Rezygnuj . Nie mam czasu.  

      Wzruszył łopatkami, za miał si  i poszedł dalej. Mgła zrzedła jeszcze bardziej 

i spostrzegłem,  e wkraczamy w pasmo niewysokich wzgórz. Wspieraj c si  na 

lasce, dotrzymywałem kroku szakalowi.  

      Wspinali my si  przez mniej wi cej pół godziny. Trasa była coraz bardziej 

kamienista i coraz bardziej stroma. Oddychałem ci ko.  

      - Zaczekaj! - krzykn łem. - Musz  odpocz . Mówiłe ,  e to niedaleko.  

      - Przepraszam. - Zatrzymał si . - Wybacz mi ten szakalocentryzm. Oceniałem 

dystans miar  mojego normalnego tempa. Popełniłem bł d, ale teraz naprawd  

background image

 

59 

jeste my prawie na miejscu. Przej cie jest mi dzy tymi skałami przed nami. Mo e 

tam odpoczniemy?  

      - Dobrze - zgodziłem si  i ruszyłem znowu.  

      Wkrótce stan li my u skalnej  ciany i poj łem,  e to podnó e góry. 

Wymijaj c le ce wokół kamienne odłamki, dotarli my do otworu, który 

prowadził z powrotem w ciemno .  

      - Jeste my - oznajmił szakal. - Droga jest prosta, bez  adnych kłopotliwych 

rozgał zie . Id  wi c. Szybkiego marszu.  

      - Dzi kuj  - rzuciłem, chwilowo zapominaj c o wypoczynku. Stan łem w 

otworze. - Doceniam twoj  pomoc.  

      - Cała przyjemno  po mojej stronie - odpowiedział mi zza pleców.  

      Post piłem o kilka kroków, gdy co  trzasn ło pod stop , a kopni te na bok 

zagrzechotało. Trudno zapomnie  taki odgłos.  

      Tunel zasłany był ko mi.  

      Z tyłu dobiegł jaki  cichy głos i wiedziałem,  e nie mam ju  czasu, by wydoby  

Grayswandira. Odwróciłem si  błyskawicznie i pchn łem mocno lask . Trafiłem 

besti  w bark, co zablokowało atak. Lecz ja równie  przewróciłem si  na plecy i 

potoczyłem mi dzy ko ci. Uderzenie wyrwało mi łask . W ci gu ułamka sekundy, 

jaki dał mi upadek przeciwnika, zdecydowałem raczej si gn  po Grayswandira, 

ni  jej szuka .  

      Udało mi si  wyrwa  go z pochwy. Nic wi cej. Wci  le ałem na plecach, z 

ostrzem broni skierowanym w lewo, gdy szakal podniósł si  i skoczył znowu. Z 

całej siły waln łem go głowni  w pysk.  

      Od wstrz su zdr twiała mi r ka i rami . Głowa szakala odskoczyła, a ciało 

skr ciło si  i upadło po mojej lewej stronie. Natychmiast skierowałem ku niemu 

kling , obur cz  ciskaj c r koje . Zanim warkn ł i zaatakował znowu, zd yłem 

przykl kn  na prawym kolanie. Kiedy tylko wymierzyłem, całym ci arem 

naparłem na r koje , gł boko wbijaj c ostrze. Natychmiast pu ciłem miecz i 

odtoczyłem si  - byle dalej od tych gro nych szcz k.  

      Szakał wrzasn ł, spróbował wsta , przewrócił si .  

      Le ałem dysz c tam, gdzie upadłem. Wyczułem pod sob  lask , wi c 

chwyciłem j , wysun łem przed siebie dla obrony i przeczołgałem si  pod  cian . 

Szakal ju  si  nie podniósł. Le ał tylko w drgawkach i widziałem, jak wymiotuje. 

Odór był potworny. Potem zwrócił wzrok w maj  stron  i znieruchomiał.  

      - Cudownie byłoby po re  ksi cia Amberu - powiedział cicho. - Zawsze 

chciałem pozna ... królewsk  krew.  

      Zamkn ł oczy i przestał oddycha , a ja zostałem sam w tym smrodzie.  

      Wstałem, wci  oparty plecami o  cian , wci  trzymaj c przed sob  lask . 

Przygl dałem mu si . Min ło wiele czasu, zanim zmusiłem si , by wyrwa  z niego 

miecz.  

      Szybkie badanie wykazało,  e nie był to tunel, ale zwykła jaskinia. Kiedy 

wyszedłem na zewn trz, mgła stała si   ółta, poruszana podmuchami wiatru z 

ni szych regionów doliny.  

      Oparty o skał  my lałem, w któr  stron  wyruszy . Nie było tu  adnego 

szlaku.  

      W ko cu skierowałem si  w lewo. Było tam troch  bardziej stromo i miałem 

background image

 

60 

nadziej  szybciej wyj  ponad poziom mgły. Laska słu yła mi dobrze. Na pró no 

wyt ałem uwag , czy nie usłysz  gdzie  szumu płyn cej wody.  

      Drapałem si  coraz wy ej, a mgła rzedła i zmieniała kolor. Wreszcie 

spostrzegłem,  e wspinam si  na rozległy płaskowy . Ponad nim dostrzegałem ju  

skrawki wielobarwnego, wiruj cego nieba.  

      Wiele razy słyszałem za sob  ostre trzaski piorunów, lecz nadal nie 

wiedziałem, jak daleko jest burza. Przyspieszyłem kroku, ale po kilku minutach 

zakr ciło mi si  w głowie. Zatrzymałem si , dysz c ci ko, i usiadłem na ziemi. 

Przytłaczało mnie przeczucie kl ski. Nawet je li zdołam osi gn  płaskowy , to 

miałem wra enie,  e burza przetoczy si  przez niego nie zwalniaj c nawet.  

      Grzbietem dłoni przetarłem oczy. Po co i  dalej, je li w  aden sposób nie 

zdołam dotrze  do celu?  

      Jaki  cie  spłyn ł z pistacjowej mgły i run ł w moj  stron . Uniosłem łask , 

ale zobaczyłem,  e to tylko Hugi. Wyhamował i wyl dował u moich stóp.  

      - Corwinie - powiedział. - Daleko zaszedłe .  

      - Mo e nie do  daleko - odparłem. - Burza jest chyba coraz bli ej.  

      - Tak s dz . Medytowałem i chciałbym teraz podzieli  si  z tob  

dobrodziejstwem swoich...  

      - Je li koniecznie cbcesz mi wy wiadczy  przysług , to powiem ci, co mógłby  

zrobi .  

      - Co takiego?  

      - Pole  i sprawd , jak daleko naprawd  jest ta burza i jak szybko si  

przesuwa. Potem wró  i powiedz mi.  

      Hugi przest pił z nogi na nog .  

      - Dobrze - zgodził si  po chwili namysłu. Wystartował i machaj c skrzydłami 

ruszył w stron , o której s dziłem,  e jest północnym zachodem.  

      Podparłem si  lask  i wstałem. Równie dobrze mogłem wspina  si  dalej 

najszybciej, jak potrafi . Znów si gn łem do Klejnotu i energia wypełniła mnie 

jak uderzenie czerwonej błyskawicy.  

      Wilgotna bryza dmuchn ła od strony, gdzie odleciał Hugi. Znów ostro 

trzasn ł piorun. Sko czyły si  głuche grzmoty i dudnienia.  

      Wykorzystuj c przypływ energii, przez kilkaset metrów wspinałem si  szybko 

i skutecznie. Je li musz  przegra , to mog  najpierw dotrze  na szczyt. Mog  

najpierw sprawdzi , gdzie jestem, i przekona  si , czy pozostało jeszcze co , czego 

mógłbym spróbowa .  

      Im wy ej wchodziłem, tym lepiej widziałem niebo. Zmieniło si  od ostatniego 

razu, kiedy mogłem na nie popatrze . Połow  kryła nieprzenikniona czer , drug  

połow  mieszanina płynnych kolorów. I cała niebieska czasza zdawała si  

wirowa  wokół punktu wprost nad moj  głow . Ogarn ły mnie emocje. Takiego 

nieba szukałem - nieba, które miałem nad sob , gdy wyprawiłem si  do Chaosu. 

Ruszyłem wy ej. Chciałem wznie  jaki  okrzyk, który dodałby sił, ale krta  

wyschła mi na wiór.  

      Zbli ałem si  ju  do granicy płaskowy u, gdy usłyszałem łopotanie skrzydeł i 

nagle na moim ramieniu usiadł Hugi.  

      - Burza szykuje si ,  eby wle  ci na tyłek - oznajmił. - B dzie tu lada minuta.  

      Wspinałem si  dalej. Dotarłem do kraw dzi płaskiego terenu, podci gn łem 

background image

 

61 

si  i stan łem, dysz c ci ko. Znalazłem si  wysoko i wiatr musiał przep dzi  

mgł ; wyra nie widziałem niebo. Ruszyłem szuka  punktu, z którego mógłbym 

spojrze  poza przeciwn  kraw d .  

      Odgłosy burzy stały si  wyra niejsze.  

      - Nie wierz ,  eby udało ci si  przej  - o wiadczył Hugi. - Na pewno 

zmokniesz.  

      - Wiesz,  e to nie jest zwyczajna burza - wychrypiałem. - Gdyby nie, byłbym 

szcz liwy,  e mog  si  napi .  

      - Wiem. To była taka przeno nia.  

      Burkn łem co  nieprzyzwoitego i szedłem dalej. Perspektywa poszerzała si  

stopniowo. Niebo wci  wykonywało ten swój obł kany taniec z welonami, ale nie 

brakowało  wiatła. Wreszcie dotarłem do miejsca, gdzie bez  adnych w tpliwo ci 

mogłem stwierdzi , co le y przede mn . Wtedy stan łem i ci ko wsparłem si  na 

lasce.  

      - Co si  stało? - chciał wiedzie  Hugi.  

      Nie mogłem mówi . Wskazałem tylko r k  rozległe pustkowie, które 

zaczynało si  gdzie  poni ej kraw dzi płaskowy u i ci gn ło przynajmniej 

sze dziesi t kilometrów, si gaj c kolejnego ła cucha gór. A daleko po lewej 

biegła wci  bardzo wyra na czarna droga.  

      - Ta pustynia? - zdziwił si . - Mogłem ci o niej powiedzie . Dlaczego nie 

spytałe ?  

      Wydałem d wi k pomi dzy j kiem i szlochem. Wolno osun łem si  na ziemi .  

      Nie wiem, jak długo tak le ałem. Majaczyłem chyba. Gdzie  w ród majaków 

dostrzegłem mo liwe rozwi zanie, cho  co  we mnie buntowało si  przeciw 

niemu.  

      Ockn łem si , słysz c odgłosy nawałnicy i paplanie Hugiego.  

      - Nie wyprzedz  burzy na tej pustyni - szepn łem. - Nie dam rady.  

      - Twierdzisz,  e przegrałe  - rzekł Hugi. - Ale to nieprawda. W staraniach nie 

ma zwyci stwa ani kl ski. Wszystko jest jedynie iluzj  ego.  

      Z wolna uniosłem si  na kolana.  

      - Nie mówiłem,  e przegrałem.  

      - Powiedziałe ,  e nie mo esz osi gn  celu swej wyprawy.  

      Obejrzałem si  tam, gdzie płon ły błyskawice. Burza wspinała si  ku mnie.  

      - To prawda. Nic zdołam osi gn  celu w taki sposób. Ale je li tacie si  nie 

udało, to ja musz  spróbowa  tego, o czym Brand chciał mnie przekona ,  e tylko 

on to potrafi. Musz  wykre li  nowy Wzorzec i musz  tego dokona  tutaj.  

      - Ty? Wykre li  nowy Wzorzec? Je li zawiódł Oberon, to jak mo e liczy  na 

sukces kto , kto ledwo stoi na nogach? Nie, Corwinie. Najwi ksz  cnot , jak  

mógłby  w sobie rozwija , jest rezygnacja.  

      Podniosłem głow  i poło yłem lask  na ziemi. Hugi sfrun ł i stan ł przy niej. 

Przygl dałem mu si .  

      - Nie chcesz. uwierzy  w nic z tego, o czym mówiłem. Prawda? - zwróciłem si  

do niego. - Ale to nie ma znaczenia. Kontlikt naszych pogl dów jest 

nieredukowalny. Ja uznaj  pragnienie za ukryt  to samo , a staranie to jej 

rozwój. Ty nie. - Przesun łem dłonie do przodu i oparłem je na kolanach. - Je li 

najwi kszym dobrem jest dla ciebie poł czenie z Absolutem, to czemu nie polecisz 

background image

 

62 

poł czy  si  z nim teraz? Z Absolutem w postaci wszechogarniaj cego Chaosu? 

Je li ponios  kl sk , Chaos stanie si  Absolutem. Co do mnie, to póki oddycham, 

b d  próbował wznie  przeciw niemu zapor  Wzorca. Robi  to, poniewa  jestem 

tym, kim jestem. A jestem człowiekiem, który mógł zasi

 na tronie Amberu.  

      Hugi spu cił głow .  

      - Pr dzej zobacz , jak wrona skona - o wiadczył i zachichotał.  

      Szybko wyci gn łem r k  i ukr ciłem mu głow .  

       ałowałem,  e nie mam czasu na rozpalenie ogniska. Wprawdzie sprawił,  e 

wygl dało to na ofiar , ale trudno powiedzie , kto tu odniósł moralne zwyci stwo, 

skoro i tak planowałem to zrobi .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

63 

Rozdział 9

 

 

Cassis i zapach kwitn cych kasztanów. Wzdłu  całych Pól Elizejskich 

kasztany spływały biel ...  

      Pami tałem melodi  fontann na placu Zgody... A wzdłu  bulwarów nad 

Sekwan , wzdłu  quais, zapach starych ksi g, zapach rzeki... Aromat kwitn cych 

kasztanów...  

      Czemu nagle przypomniałem sobie rok 1905 i Pary  na cieniu-Ziemi? Byłem 

wtedy bardzo szcz liwy i mo e odruchowo szukałem antidotum na chwil  

obecn ? Tak... Biały absynt, Amer Picon, sok z granatu... Poziomki z Creme 

d'Isigny... Szachy w Cafe de la Regence z aktorami Komedii Francuskiej, zaraz 

naprzeciwko...  

      Wy cigi w Chantilly... Wieczory w Boite a Fursy przy Rue Pigalle...  

      Pewnie ustawiłem lew  stop  przed praw , praw  przed lew . W lewej dłoni 

ciskałem ła cuch, z którego zwisał Klejnot - i trzymałem go wysoko, by 

spogl da  w gł bi  kryształu, widz c tam i czuj c powstawanie nowego Wzorca, 

wykre lanego z ka dym moim krokiem.  

      Wbiłem lask  w ziemi  i pozostawiłem j  tam, niedaleko pocz tku Wzorca. W 

lewo...  

      Wiatr  piewał wokół mnie, a w pobli u huczał grom. Nie czułem fizycznego 

oporu, jak przy starym Wzorcu. Nie było w ogóle  adnego oporu. Zamiast niego - 

co z wielu wzgl dów okazało si  jeszcze gorsze - jaka  niezwykła rozwa no  

zacz ła kierowa  moimi ruchami, spowalnia  je i rytualizowa . Miałem wra enie, 

e wi cej energii zu ywam na przygotowanie do ka dego kroku, zaplanowanie go, 

u wiadomienie i nakazanie umysłowi jego wykonania ni  na sam akt fizycznego 

działania. Jednak ta powolno  wydawała si  konieczna, narzucona przez jaki  

nieznany czynnik, który okre lał dokładno  i rytm adaggio wszelkich ruchów. W 

prawo...  

      ...I, podobnie jak Wzorzec w Rebmie pomógł mi odzyska  wyblakłe 

wspomnienia, tak i ten, który próbowałem teraz stworzy , poruszał i wydobywał 

z pami ci zapachy kasztanów, wozów z jarzynami ci gn cych o  wicie w stron  

Hal... Nie kochałem si  wtedy w nikim konkretnym, cho  było wiele dziewcz t, 

wszystkie te Yvetty, Mimi, Simony, których twarze stapiały si  teraz w jedno. W 

Pary u trwała wiosna z cyga skimi orkiestrami, koktajlami u Ludwika... 

Wspominałem; serce biło mi mocno z jak  proustowsk  rado ci , gdy Czas 

dudnił jak dzwon... I to mo e było powodem wspomnie , gdy  rado  przenosiła 

si  w moje ruchy, wpływała na percepcj , wzmacniała wol ...  

      Dostrzegłem kolejny krok i wykonałem go... Zatoczyłem ju  pełny kr g, 

tworz c obwód Wzorca. Za plecami wyczuwałem burz  - musiała ju  osi gn  

kraw d  płaskowy u. Niebo ciemniało; burza przesłaniała rozkołysane, płynne, 

kolorowe  wiatło. Wokół rozkwitały błyski piorunów, a ja nie mogłem marnowa  

sił ani uwagi, by nad nimi zapanowa .  

      Widziałem,  e fragment Wzorca, który ju  przeszedłem zataczaj c kr g, był 

wyryty w skale i jarzył si  bladym bł kitem. Mimo to nie było  adnych iskier, 

mrowienia w stopach, pr dów je cych włosy... tylko nienaruszalne prawo 

rozwagi, przytłaczaj ce niby jaki  wielki ci ar...  

background image

 

64 

      W lewo...  

      Maki, maki i bławatki, i strzeliste topole wzdłu  polnych dróg, i smak 

jabłecznika z Normandii... i znowu miasto, aromat kwitn cych kasztanów... 

Sekwana pełna gwiazd... Zapach starych ceglanych domków po porannym 

deszczu na Place des Vosges... Bar pod Olympi ... Jaka  bójka... Zakrwawione 

kostki, banda owane przez dziewczyn , która potem zabrała mnie do domu... Jak 

miała na imi ?  

      Kwitn ce kasztany... Biała ró a...  

      Poci gn łem nosem. Po aromacie ró y wpi tej w kołnierz nie pozostało 

prawie  ladu. Dziwne,  e w ogóle przetrwał tak długo. To dodało mi otuchy. 

Ruszyłem szybciej, skr caj c łagodnie w lewo. K tem oka widziałem coraz bli sz  

cian  burzy, gładk  jak szkło, wymazuj c  wszystko, co mijała. Ryk gromów 

ogłuszał. W prawo, potem w lewo...  

      Nacieraj  armie ciemno ci... Czy zatrzyma je mój Wzorzec? Chciałbym i  

szybciej, ale poruszałem si  chyba coraz wolniej. Odbierałem niezwykłe wra enie 

obecno ci w dwóch miejscach naraz. Zupełnie jakbym był we wn trzu Klejnotu i 

tam wykre lał Wzorzec, tutaj za  tylko na ladował tamte poruszenia. W lewo... 

Zakr t... W prawo... Burza naprawd  si  zbli ała. Wkrótce dotrze do ko ci 

starego Hugiego. Powietrze pachniało wilgoci  i ozonem. My lałem o tym 

niezwykłym, czarnym ptaku, który powiedział,  e czeka na mnie od samych 

pocz tków Czasu. Czekał, aby ze mn  dyskutowa , czy aby zosta  zjedzonym w 

tym miejscu bez  adnej historii? Wszystko jedno. Ze zwykł  u moralistów 

przesad  mo na stwierdzi ,  e skoro nie zdołał obci y  mi serca rozpacz  z 

powodu mojego stanu ducha, jest rzecz  wła ciw , by został skonsumowany przy 

wtórze scenicznych piorunów... Zagrzmiał daleki grom, bliski grom, a potem 

jeszcze wi cej gromów. Błyskawice o lepiały niemal, kiedy znowu skr ciłem w 

tamt  stron .  

      Mocniej chwyciłem ła cuch i zrobiłem kolejny krok...  

       ciana burzy dotarła na sam brzeg mojego Wzorca i rozdzieliła si . Zacz ła 

przesuwa  si  bokami. Ani jedna kropla nie upadła na mnie ani na Wzorzec, 

jednak burza powoli, stopniowo okr yła nas całkowicie.  

      Wra enie było takie, jakbym stał w b blu powietrza na dnie rozszalałego 

morza. Otaczały mnie  ciany wody, w których przemykały jakie  mroczne 

kształty. Zdawało si ,  e cały wszech wiat napiera, by mnie zmia d y .  

      Skoncentrowałem si  na czerwonym  wiecie wewn trz Klejnotu. W lewo...  

      Kwitn ce kasztany... Fili anka gor cej czekolady w przydro nej kafejce... 

Koncert orkiestrowy w ogrodach Tuileries, d wi ki wznosz ce si  w jasnym od 

sło ca powietrzu... Berlin w latach dwudziestych, Pacyfik w trzydziestych - te  

miały swoje zalety, ale zupełnie innego rodzaju. Mo e to nie prawdziwa 

przeszło , ale obrazy przeszło ci, jakie nadbiegaj  pó niej, by pociesza  albo 

dr czy  ludzi albo narody. Niewa ne. Przez Pont Neuf, potem Rue Rivoli, 

omnibusy i doro ki... Malarze przy sztalugach w Ogrodzie Luksemburskim... 

Gdyby wszystko dobrze wypadło, mo e poszukałbym kiedy  podobnego cienia... 

Dorównywał mojemu Avalonowi.  

      Zapomniałem... Szczegóły... Mu ni cia, które daj   ycie... Zapach 

kasztanów...  

background image

 

65 

      Dalej... Zako czyłem kolejne okr enie. Wył wiatr i ryczała nawałnica, lecz ja 

pozostałem nietkni ty. Dopóki nie pozwol  si  rozproszy , dopóki b d  szedł 

naprzód i koncentrował uwag  na Klejnocie... Musiałem wytrzyma , musiałem 

kroczy  wolno i ostro nie, nie zatrzymywa  si , zwalnia  ci gle, ale wci  i ... 

Twarze... Jakby cały rz d twarzy obserwował mnie spoza brzegu Wzorca... 

Wielkie jak Głowa, lecz wykrzywione: drwi co, szyderczo, pogardliwie... 

Czekały, bym przystan ł lub zrobił bł dny krok... Czekały, a  wszystko wokół 

mnie runie w gruzy... Błyskawice l niły w ich oczach i ustach, ich  miech był 

hukiem piorunów... Mi dzy nimi pełzały cienie... Teraz mówiły głosami jak ryk 

sztormu znad dalekiego oceanu... Przegrasz, mówiły, przegrasz i runiesz w 

pustk , a ta cz  Wzorca rozpadnie si  za tob  i zostanie pochłoni ta... 

Przeklinały mnie, pluły na mnie i wymiotowały, cho  nic tu nie docierało... Mo e 

wcale ich tam nie było... Mo e mój umysł załamał si  w tym napi ciu... Na có  

wtedy moje wysiłki? Nowy Wzorzec wykre lony przez szale ca? Zachwiałem si , 

a one głosami  ywiołów podj ły chórem: "Szaleniec! Szaleniec! Szaleniec!"  

      Odetchn łem gł boko, wci gaj c w nozdrza to, co pozostało z zapachu ró y... 

znów pomy lałem o kasztanach, o dniach wypełnionych rado ci   ycia i porz dku 

przyrody. Głosy przycichły nieco, gdy umysł wracał do wydarze  tamtego 

szcz liwego roku... Post piłem o krok... I jeszcze jeden... Wygrywały moje 

słabo ci, wyczuwały zw tpienie, l k, zm czenie... Czymkolwiek były, chwytały si  

wszystkiego, co mogły wykorzysta  przeciw mnie... Teraz w lewo... I w prawo... 

Niech widz  moj  pewno , powiedziałem sobie, i niech wi dn .  

      Dotarłem a  tutaj. Nie ust pi . W lewo... Zawirowały i rozrosły si . Wci  

bełkotały co , by mnie zniech ci , lecz wyra nie straciły cz  zapału. Przebyłem 

kolejn  cz  łuku; widziałem, jak ro nie przed czerwonym okiem mojego 

umysłu.  

      Wspomniałem swoj  ucieczk  z Greenwood i jak wyłudziłem od Flory 

informacje; spotkanie z Randomem i walk  z jego prze ladowcami, podró  do 

Amberu...  

      Wspomniałem, jak trafili my do Rebmy i jak przeszedłem odwrócony 

Wzorzec, który w znacznej cz ci przywrócił mi pami ... Przymusowy  lub 

Randoma i mój krótkotrwały powrót do Amberu, gdzie walczyłem z Erykiem i 

uciekłem do Bleysa... Bitwy, które stoczyłem pó niej, moje o lepienie, powrót do 

zdrowia, ucieczk , wypraw  do Lorraine i potem do Avalonu...  

      Umysł wł czył wy szy bieg i my li przemkn ły po dalszych wydarzeniach... 

Ganelon i Lorraine... Stwory Czarnego Kr gu... R ka Benedykta... Dara... 

Powrót Branda i zamach na niego... Zamach na mnie... Bill Roth... Dane ze 

szpitala... Mój wypadek... Od samego pocz tku w Greenwood, przez tamte 

wydarzenia, a  do bie cej chwili walki o perfekcyjne wykonanie ka dego 

ukazanego mi manewru, zawsze czego  oczekiwałem. Znałem to wra enie - czy 

moimi działaniami kierowało pragnienie tronu, zemsta czy poczucie obowi zku - 

wyczuwałem je, byłem  wiadom jego obecno ci a  do teraz, gdy w ko cu 

towarzyszyło mu co  jeszcze... Czułem,  e czekanie dobiegło ko ca,  e 

czegokolwiek si  spodziewałem i próbowałem osi gn , wkrótce si  wydarzy.  

      W lewo... Wolno, bardzo wolno... Nic wi cej si  nie liczyło. Cał  sił  woli 

skupiłem na ruchu. Koncentracja była absolutna. Nie zwa ałem na nic, co le ało 

background image

 

66 

poza granicami Wzorca. Błyskawice, twarze, wiatry... nie miały znaczenia. Był 

tylko Klejnot, rosn cy Wzorzec i ja... który ledwie sobie u wiadamiałem własne 

istnienie.  

      Mo e ju  nigdy wi cej nie zbli  si  bardziej do ideału Hugiego jedno ci z 

Absolutem. Zwrot... Prawa stopa... Znowu zwrot...  

      Czas stracił sens. Przestrze  ograniczyła si  do rysunku, który stwarzałem. 

Czerpałem siły z Klejnotu, nie przyzywaj c go nawet; był to element procesu, w 

którym uczestniczyłem. Zostałem chyba w pewnym sensie unicestwiony. 

Zmieniłem si  w ruchomy punkt programowany przez Klejnot, wykonuj esy 

działanie pochłaniaj ce mnie tak całkowicie,  e nie było ju  miejsca na 

wiadomo .  

      Mimo to, na innym poziomie, pojmowałem,  e jestem równie  cz ci  procesu. 

Sk d  bowiem wiedziałem,  e gdyby robił to kto  inny, powstawałby zupełnie 

inny Wzorzec.  

      Niejasno zdałem sobie spraw ,  e min łem ju  połow  drogi. Było mi trudniej, 

poruszałem si  jeszcze wolniej. Gdyby nie szybko , wszystko to przypominałoby 

mi pierwsze dostrojenie do Klejnotu, prze ycia z tej dziwnej, wielowymiarowej 

matrycy, która, zdawało si  była  ródłem samego Wzorca.  

      W prawo... W lewo...  

      Nic mi nie ci yło. Mimo tej rozwagi czułem si  lekko. Przepływał przeze 

mnie strumie  nieograniczonej energii. Wszystkie odgłosy wokół zlały si  w biały 

szum i ucichły. Nagle wydało mi si ,  e nie poruszam si  ju  tak wolno. Wra enie 

nie było takie, jak przy mijaniu Zasłony czy bariery, a raczej jakbym doznał 

jakiej  wewn trznej regulacji.  

      Miałem wra enie,  e w normalniejszym tempie stawiam kroki na  cie ce 

wij cej si  w coraz cia niejszych zwojach, wci  bli ej tego, co wkrótce stanie si  

zako czeniem rysunku. W zasadzie nie odczuwałem  adnych emocji, cho  

intelektualnie zdawałem sobie spraw ,  e na pewnym poziomie  wiadomo ci 

narasta we mnie euforia, która niedługo wybuchnie. Nast pny krok...  

      I nast pny... Jeszcze pi , mole sze ... Nagle  wiat pogr ył si  w ciemno ci. 

Wydało mi si ,  e stoj  w ród niezmierzonej pró ni, ze słabym tylko  wiatełkiem 

Klejnotu przed sob  i l nieniem Wzorca niby mgławicy spiralnej, przez któr  

pod am. Zawahałem si , lecz tylko na mgnienie oka. To musi by  ostatnia 

próba, ostatni atak. Musz  go przetrzyma . Klejnot pokazał mi, co robi , a 

Wzorzec pokazał, gdzie to robi . Brakowało tylko widoku mnie samego.  

      W lewo...  

      Szedłem dalej, z maksymalnym skupieniem wykonuj c ka dy ruch. W ko cu 

zacz ł narasta  opór, jak na starym Wzorcu. Na to jednak przygotowały mnie 

lata do wiadcze . Pokonuj c przeciwn  sił , zrobiłem jeszcze dwa kroki.  

      I wtedy zobaczylem w Klejnocie zako czeniu Wzorca.  

      Wstrzymałbym oddech, u wiadamiaj c sobie nagle jego pi kno, lecz w tej 

chwili nawet oddech podporz dkowany był moim wysiłkom. Cał  energi  

pochłon ł nast pny krok i pustka wokół mnie zadygotała. Doko czyłem go, a 

nast pny był jeszcze trudniejszy. Zdawało mi si ,  e staje w centrum 

wszech wiata, st pam po gwiazdach,  e usiłuj  zmusi  je do jakiego  kluczowego 

poruszenia, posługuj c si  czym , co zasadniczo jest tylko akcentem woli.  

background image

 

67 

      Nie widziałem stopy, ale przesun łem j  wolno.  

      Wzorzec poja niał. Po chwili jego blak niemal o lepiał.  

      Jeszcze kawałek... Naparłem mocniej ni  kiedykolwiek na starym Wzorcu, 

gdy  opór wydawał si  nie do pokonania. Musiałem przeciwstawi  mu 

stanowczo  i nieugi t  wol , która wykluczała wszelkie inne emocje.  

      Miałem wra enie,  e nie poruszam si  nawet o milimetr,  e cała energia 

kamienia zostaje zu yta na rozja nienie rysunku. Przynajmniej odejd  we 

wspaniałej dekoracji...  

      Minuty, dni. lata... Nie wiem, jak długo to trwało.  

      Zdawało mi si ,  e przez caał  wieczno  wykonuj  to jedno działanie...  

      I wtedy si  poruszyłem, cho  nie wiem, ile czasu to zaj ło. Ale wykonałem 

jeden krok i zacz łem nast pny.  

      I nast pny...  

      Wszech wiat zawirował wokół. Sko czyłem.  

      Opór znikn ł. Ciemno  odeszła.  

      Przez jedn  chwil  stałem nieruchomo w samym  rodku mojego Wzorca. Nie 

patrz c nawet, opadłem na kolana i zgi łem si  wpół. Krew dudniła mi w uszach, 

miałem zawroty glowy, dyszałem ci ko. Zacz łem dygota . Dokonałem tego, 

pomy lałem niezbyt przytomnie. Cokolwiek nast pi, istnieje ju  Wzorzec. I 

przetrwa...  

      Usłyszałem jaki  d wi k, którego by  nie powinno.  

      Zm czone mi nie nie zareagowały jednak, nawet odruchowo. Dopiero kiedy 

kto  wyrwał mi Klejnot z odr twiałych palców, podniosłem głow , przekr ciłem 

si  i usiadłem. Nikt nie szedł za mn  przez Wzorzec - byłem pewien,  e 

wyczułbym to. Zatem...  

      O wietlenie było prawie normalne. Mru c oczy, spojrzałem w u miechni t  

twarz Branda. Nosił teraz na oku czarn  opask  i trzymał w r ku Klejnot. Musiał 

si  tu teleportowa .  

      Uderzył, kiedy tylko podniosłem głow . Upadłem na lewy bok. Wtedy mnie 

kopn ł. Mocno.  

      - No có , dokonałe  tego - stwierdził. - Nie s dziłem,  e potrafisz. Mam teraz 

drogi Wzorzec, który musz  zniszczy , zanim poustawiam wszystko jak nale y. 

Ale najpierw potrzebuj  tego. - Pomachał Klejnotem. - Zeby rozstrzygn  bitw  u 

Dworców. Do zobaczenia. Na razie.  

      I znikn ł.  

      Le ałem i oddychałem z trudem, przyciskaj c r ce do brzucha. Fale czerni 

wznosiły si  i opadały we mnie jak przybój, cho  nie poddałem si  

nie wiadomo ci. Ogarn ła mnie rozpacz; zamkn łem oczy i j kn łem. Nie miałem 

ju  Klejnotu, z którego mógłbym zaczerpn  sił.  

      Kasztany...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

68 

Rozdział 10

 

 

Le ałem tam i cierpiałem; miałem wizj  Branda, który z pulsuj cym 

Klejnotem na szyi zjawia si  na polu bitwy po ród walcz cych sił Amberu i 

Chaosu. Najwyra niej uznał,  e opanował go w dostatecznym stopniu, by 

skierowa  jego moce przeciwko nam. Widziałem, jak błyskawicami uderza w 

naszych  ołnierzy, jak przywołuje przeciw nam huragany i burze gradowe. 

Niemal si  rozpłakałem. Przecie  staj c po naszej stronie wci  jeszcze mógł 

odkupi  swe winy... Ale zwyci stwo ju  mu nie wystarczało. Musiał wygra  dla 

siebie, na własnych warunkach. A ja? Ja zawiodłem. Wystawiłem przeciwko 

Chaosowi Wzorzec, cho  nie s dziłem,  e b d  do tego zdolny. Lecz to na nic, je li 

przegramy bitw , a Brand powróci, by wymaza  moje dzieło. Doj  tak blisko, 

przeszedłszy przez wszystko, przez co przeszedłem, i tutaj ponie  kl sk ... 

Miałem ochot  krzycze  "Niesprawiedliwo !", cho  wiedziałem,  e wszech wiat 

nie kieruje si  moim poj ciem bezstronno ci. Zgrzytn łem z bami i wyplułem z 

ust troch  ziemi. Nasz ojciec powierzył mi zadanie, by dostarczy  Klejnot na pole 

bitwy. Prawie mi si  udało...  

      Ogarn ło mnie niezwykłe uczucie. Co  wymagało mojej uwagi. Co?  

      Cisza.  

      Ucichł ryk wichrów i huk gromów. Powietrze trwało nieruchomo. Wydawało 

si  nawet chłodne i  wie e.  

      A po zewn trznej stronie powiek pojawiło si   wiatło.  

      Otworzyłem oczy. Zobaczyłem jasne, jednostajnie białe niebo. Zamrugałem. 

Odwróciłem głow . Co  pojawiło si  po mojej prawej stronie...  

      Drzewo. Drzewo rosło w miejscu, gdzie wbiłem lask  odci t  ze starego Ygga. 

I było ju  o wiele wy sze ni  laska. Rosło niemal w oczach. Było zielone li mi, 

skropione biel  p czków. Zakwitły ju  pierwsze kwiaty. Wiej ca z tamtej strony 

bryza niosła subtelny, delikatny zapach, który dawał ukojenie.  

      Obmacałem sobie ko ci. Nie złamał mi chyba  adnego  ebra, cho  miałem 

wra enie,  e to kopni cie zawi zało mi wn trzno ci na supeł. Grzbietem dłoni 

przetarłem oczy i przejechałem palcami po włosach. Potem westchn łem ci ko i 

podniosłem si  na jedno kolano.  

      Rozejrzałem si  uwa nie. Płaskowy  wygl dał tak samo, a jednak był jako  

odmieniony. Wci  nagi, nie był jednak surowy. Pewnie to wynik innego 

o wietlenia. Nie, było w tym co  jeszcze...  

      Odwracałem si  dalej, zataczaj c wzrokiem pełny kr g. Znalazłem si  w 

innym miejscu ni  to, w którym rozpocz łem wykre lanie Wzorca. Ró nice były 

subtelne, lecz były te  i wyra ne. Inna formacja skalna; zagł bienie tam, gdzie 

dawniej było wzniesienie, zmieniona faktura kamienia pode mn  i blisko mnie; w 

dali co , co wygl dało na gleb . Sk d  doleciał zapach morza. To miejsce 

wywierało całkiem inne wra enie ni  tamto, na które si  wspi łem... zdawało mi 

si ,  e ju  bardzo dawno temu. Zmiany były zbyt powa ne, by spowodowała je 

burza. Przypominały co  znajomego.  

      Stoj c po rodku Wzorca, westchn łem raz jeszcze i nadal badałem otoczenie. 

W jaki  sposób, jakby mimo mej woli, odpływała rozpacz, ust puj c uczuciu... 

" wie o ci", to chyba najlepsze okre lenie. Powietrze było słodkie i czyste, a 

background image

 

69 

okolica wydawała si  nowa, jakby jeszcze nie u ywana. A ja...  

      Naturalnie. To było jak otoczenie pierwotnego Wzorca. Odwróciłem si  i 

spojrzałem na wy sze ju  drzewo. Podobne, a jednak niepodobne... W powietrzu, 

na ziemi i niebie pojawiło si  co  nowego. To nowe miejsce. Nowy pierwotny 

Wzorzec. Zatem, wszystko wokół wynikało z obecno ci Wzorca, na którym 

stałem.  

      Nagle zdałem sobie spraw ,  e odczuwam nie tylko  wie o . Opanowało mnie 

dziwne uniesienie, jakby rado . Oto czyste, nowe miejsce, a ja w pewien sposób 

byłem za nie odpowiedzialny.  

      Czas płyn ł. Stałem tylko, przygl dałem si  drzewom, rozgl dałcm i cieszyłem 

eufori , jaka na mnie spłyn ła. Mimo wszystko odniosłem pewnego rodzaju 

zwyci stwo - dopóki nie wróci Brand i go nie unicestwi.  

      Otrze wiałem nagle. Musz  powstrzyma  Branda, musz  broni  tego miejsca. 

Stałem w samym  rodku Wzorca. Je li funkcjonował jak tamte, mogłem 

wykorzysta  jego moc i przenie  si , gdziekolwiek zechc . Mog  go u y , by 

doł czy  do pozostałych.  

      Otrzepałem ubranie. Sprawdziłem, czy miecz lekko wychodzi z pochwy. Mo e 

nie wszystko jest tak beznadziejne, jak si  wydawało. Polecono mi dostarczy  

Klejnot na pole bitwy. Brand zrobi to za mnie. Musz  tylko tam dotrze  i jako  

odebra  mu kamie , a wszystko uło y si  znowu tak, jak powinno.  

      Rozejrzałem si . B d  musiał tu wróci . B d  musiał kiedy indziej rozwa y  t  

now  sytuacj  - o ile prze yj  to, co ma nadej . Była w tym jaka  tajemnica, 

wypełniała powietrze i unosiła si  z wiatrem. Całe wieki mo e zaj  zrozumienie, 

co nast piło, gdy wykre liłem nowy Wzorzec.  

      Zasalutowałem drzewu. Zdawało mi si ,  e zadr ało.  

      Poprawiłem ró , nastroszyłem lekko jej płatki. Nadszedł czas. by wyruszy  

znowu. Jeszcze nie wszystko stracone. Spu ciłem głow  i zamkn łem oczy. 

Próbowałem sobie przypomnie  wygl d okolicy przed ostatni  otchłani  u 

Dworców Chaosu. Zobaczyłem j  tak  jak wtedy, pod tym oszalałym niebem, i 

zaludniłem moimi krewnymi i  ołnierzami. Gdy to czyniłem, wydało mi si ,  e 

słysz  odgłosy dalekiej bitwy. Scena wyostrzyła si , nabrała wyrazisto ci. 

Utrzymałem wizj  jeszcze przez chwil , po czym nakazałem Wzorcowi, by mnie 

tam przeniósł.  

      Po chwili, jak si  zdawało, stałem na szczycie wzgórza nad równin , a zimny 

wiatr szarpał mój płaszcz. Niebo było t  zwariowan , wiruj c , pasiast  czasz , 

jak  zapami tałem z ostatniej wizyty: w połowie czarn , w połowie l ni c  

psychodelicznymi t czami. W powietrzu unosiły si  jakie  nieprzyjemne opary. 

Czarna droga przebiegała teraz z prawej strony, przecinala równin  i biegła poza 

ni , ponad otchłani , ku tej cytadeli nocy. Wokół niej migotały  wiatełka, niby 

ogniki  wietlików. Mu linowe pomosty dryfowały w powietrzu i si gały daleko w 

mrok. Niezwykłe postacie przeje d ały po nich i po czarnej drodze. W dole 

widziałem co , co uznałem za główny obóz wojsk. Zza pleców dobiegł odgłos 

ruchu czego  innego ni  skrzydlaty rydwan Czasu.  

      Odwróciłem si  w stron , która zgodnie z seri  poprzednich namiarów kursu 

musiała by  północ , i spojrzałem na zbli aj c  si  piekieln  burz . Rycz c i 

błyskaj c, nadchodziła zza dalekich gór niby si gaj cy nieba lodowiec.  

background image

 

70 

      A wi c nie zatrzymało jej stworzenie nowego Wzorca. Zdawało si ,  e 

wymin ła maj  chronion  okolic  i b dzie pod a  dalej, dopóki nie dotrze tam, 

gdzie zmierza. Miejmy zatem nadziej ,  e po niej nadpłyn  wszelkie 

konstruktywne impulsy, promieniuj ce z nowego Wzorca, a wraz z nimi 

si gaj cy poprzez Cie  porz dek. Nie wiedziałem, ile czasu trzeba, by burza 

dotarła a  tutaj.  

      Usłyszałem stuk kopyt i odwróciłem si , wyci gaj c miecz...  

      Rogaty je dziec na wielkim, czarnym koniu kierował si  prosto na mnie, a w 

jego oczach ja niało co  na podobie stwo blasku płomienia.  

      Zaj łem pozycj  i czekałem. Tamten zjechał chyba z jednej z tych 

mu linowych  cie ek, która przepłyn ła w t  stron . Obaj znajdowali my si  do  

daleko od głównego miejsca akcji. Obserwowałem, jak wspina si  na szczyt. Miał 

niezłego konia. Pi kna pier . Gdzie do diabła podziewa si  Brand? Nie po to 

przybyłem,  eby si  bi  z byle kim.  

      Patrzyłem na zbli aj cego si  je d ca i zakrzywione ostrze w jego dłoni. 

Zmieniłem pozycj , gdy zaatakował. Ci ł, wykonałem zasłon  i jego r ka znalazła 

si  w moim zasi gu. Chwyciłem j  i  ci gn łem go z siodła.  

      - Ta ró a... - zacz ł, padaj c na ziemi . Nie wiem, co jeszcze chciał powiedzie , 

gdy  poder n łem mu gardło i słowa, razem z cał  reszt , znikn ły w wybuchu 

płomienia.  

      Odwróciłem si  błyskawicznie, wyrwałem Grayswandira, przebiegłem kilka 

kroków i chwyciłem czarnego rumaka za uzd . Przemówiłem, by go uspokoi , i 

odprowadziłem dalej od ognia. Po kilku minutach nawi zali my bardziej 

przyjazne stosunki i wskoczyłem na siodło.  

      Z pocz tku był troch  płochliwy, ale kazałem mu tylko kroczy  st pa wokół 

wzgórza, gdy ja studiowałem okolic . Wojska Amberu były chyba w natarciu. 

Płon ce ciała zalegały pole bitwy, a główne siły przeciwnika zostały zepchni te na 

wzniesienie w pobli u kraw dzi przepa ci. Ich szeregi, nie złamane jeszcze, ale z 

trudem utrzymuj ce porz dek, cofały si  wolno. Z drugiej strony jednak coraz 

nowi  ołnierze przedostawali si  nad otchłani  i doł czali do tych, którzy bronili 

wzniesienia.  

      Szybko oceniwszy ich pozycj  i rosn c  liczb  uznałem,  e mog  szykowa  

kontratak. Nigdzie nie dostrzegłem Branda.  

      Gdybym nawet był wypocz ty i w zbroi, te  bym si  wahał, czy zjecha  tam i 

wł czy  si  do bójki. Moim zadaniem było teraz odnalezienie Branda. Nie 

przypuszczałem, by brał bezpo redni udział w walce. Rozgl dałem si  uwa nie, 

szukaj c samotnej postaci. Nic... Mo e po drugiej stronie. B d  musiał okr y  

ich od północy.  

      Zbyt wiele przesłaniało mi widok na zachodzie.  

      Zawróciłem wierzchowca i ruszyłem w dół. Przyjemnie byłoby teraz sobie 

pole e , pomy lałem. Spa  bezwładnie jak tobół i zasn . Westchn łem. Do 

diabła, gdzie si  podział Brand?  

      Dotarłem do stóp wzgórza i skr ciłem, by skróci  sobie drog  przez jaki  

parów. Potrzebowałem lepszego widoku...  

      - Lordzie Corwinie z Amberu!  

      Czekał za łukiem zagł bienia: wielki, siny jak trup facet z rudymi włosami i 

background image

 

71 

na koniu takiej samej barwy. Nosił miedzian , zielono inkrustowan  zbroj  i 

spogl dał na mnie, nieruchomy jak pos g.  

      - Dostrzegłem ci  na szczycie - poinformował mnie. - Nie nosisz pancerza, 

prawda?  

      Klepn łem si  w pier .  

      Sztywno skin ł głow . Si gn ł do prawego ramienia, do lewego, potem pod 

pachy, rozwi zuj c rzemienie zbroi. Zdj ł napier nik, opu cił go z lewej strony i 

rzucił na ziemi . W ten sam sposób pozbył si  nagolenników.  

      - Długo czekałem na spotkanie z tob  - o wiadczył. - Jestem Borel. Kiedy ci  

zabij , nie chc , by mówiono,  e miałem nad tob  przewag .  

      Borel... To imi  brzmiało znajomo. Przypomniałem sobie: cieszył si  

podziwem i miło ci  Dary. Był jej nauczycielem szermierki, mistrzem miecza. Ale 

głupim. Zdejmuj c pancerz, stracił mój szacunek. Bitwa to nie zabawa. Nic 

miałem ochoty stawa  naprzeciw ka dego zarozumiałego durnia, który miał na 

ten temat inne zdanie. Zwłaszcza sprawnego durnia, gdy ja sam byłem 

wyko czony. Je li nawet nie technik , to w ko cu pokonałby mnie kondycj .  

      - Teraz rozwi emy problem, który dr czył mnie ju  od dawna - powiedział.  

      Odpowiedziałem ekscentrycznym wulgaryzmem, zawróciłem i ruszyłem 

galopem drog , któr  tu przybyłem.  

      Natychmiast rzucił si  w pogo .  

      P dz c wzdłu  parowu, zdałem sobie spraw ,  e nie mam dostatecznej 

przewagi. Dopadnie mnie za par  chwil; wobec moich odsłoni tych pleców albo 

mnie powali, albo zmusi do walki. Ja miałem jednak inne, cho  ograniczone, 

mo liwo ci.  

      - Tchórz! - krzyczał. - Uciekasz przed walk ! To ma by  ten wielki wojownik, 

o którym tyle słyszałem?  

      Rozpi łem pod szyj  płaszcz. Z obu stron kraw d  parowu si gała mi do 

ramion, potem do pasa.  

      Zeskoczyłem z siodła na lewo, potkn łem si  i odzyskałem równowag . Kary 

pognał dalej. Stan łem nad parowem. Obur cz chwyciłem płaszcz i przesun łem 

w odwrotnej pozycji Weroniki ledwie na sekund  czy dwie, nim wynurzyły si  

przede mn  ramiona i głowa Borela. Płaszcz opl tał go razem z nagim mieczem i 

cał  reszt , i skr pował ruchy ramion.  

      Wtedy kopn łem. Mocno. Mierzyłem w głow , ale trafiłem w lewe rami . 

Run ł z siodła i jego ko  tak e pomkn ł dalej.  

      Wyrwałem z pochwy Grayswandira i skoczyłem w dół. Dopadłem go, gdy 

wła nie próbował wsta , odrzuciwszy na bok mój płaszcz. Ci łem, kiedy usiadł; 

dostrzegłem jego zdumiony wzrok, gdy z rany strzeliły płomienie.  

      - Jak e nikczemny podst p! - zawołał. - Czego  lepszego si  po tobie 

spodziewałem.  

      - Nie jeste my na olimpiadzie - odparłem, strzepuj c iskry z płaszcza.  

      Dogoniłem konia i dosiadłem go. Zaj ło mi to kilka minut. Ruszyłem na 

północ i wkrótce stan łem na wy ej poło onym gruncie. Spostrzegłem Benedykta 

dowodz cego bitw , a w jarze na tyłach zauwa yłem Juliana na czele jego ludzi z 

Ardenu. Najwyra niej Benedykt Trzymał ich w rezerwie.  

      Jechałem dalej, w stron  nadci gaj cej burzy, pod na pół czarnym, na pół 

background image

 

72 

kolorowym obrotowym niebem. Po chwili osi gn łem cel: najwy sze wzgórze w 

polu widzenia. Zacz łem wspina  si  na szczyt. Po drodze zatrzymywałem si  

kilka razy i ogl dałem za siebie.  

      Widziałem Deirdre w czarnej zbroi, z toporem w r ku; Llewella i Flora stały 

mi dzy łucznikami. Fiony nie zauwa yłem, Gerarda tak e nie. Potem dostrzegłem 

Randoma na koniu. Wymachuj c ci kim mieczem, prowadził atak na szeregi 

nieprzyjaciela. Obok niego walczył rycerz w zielonym stroju, którego nie 

rozpoznałem. Ze  mierciono n  celno ci  zadawał ciosy maczug . Na plecach 

miał łuk, a u boku kołczan pełen l ni cych strzał.  

      Gdy stan łem na szczycie, gło niej zahuczały pioruny. Błyskawice migotały 

jak wł czona wła nie  wietlówka, a deszcz szumiał jednostajnie, podobny do 

sun cej nad górami zasłony z włókna szklanego.  

      Pode mn  zwierz ta i ludzie - i spora liczba miesza ców - walczyli posplatani 

w pasma i w zły. Nad polem bitwy unosiła si  chmura kurzu. Oceniaj c jednak 

rozkład sił, nie s dziłem, by mo na było zepchn  coraz liczniejszego wroga o 

wiele dalej. Wydało mi si  nawet,  e pora ju  na kontratak. Byli gotowi w tych 

swoich skałach i czekali tylko na rozkaz.  

      Spu ciłem ich z oczu na mniej wi cej półtorej minuty. Przeszli do przodu, w 

dół zbocza, wzmacniaj c swoje szeregi i spychaj c naszych  ołnierzy. Atakowali. 

A zza czarnej otchłani zjawiali si  wci  nowi. Nasze wojska rozpocz ły w miar  

uporz dkowany odwrót. Nieprzyjaciel natarł mocniej, i kiedy odwrót miał si  ju  

zmieni  w ucieczk , musiał pa  rozkaz.  

      Usłyszałem róg Juliana, a zaraz potem zobaczyłem, jak na grzbiecie 

Morgensterna prowadzi do boju ludzi z Ardenu. To niemal dokładnie zrównało 

siły, a hałas ci gle narastał. Niebo odwróciło si  nad nami.  

      Przygl dałem si  bitwie przez kwadrans. Nasze wojska cofały si  wolno na 

całym polu. Potem na dalekim wzgórzu pojawił si  nagle jednor ki je dziec na 

wierzchowcu w ogniste pasy. Trzymał w dłoni wzniesiony miecz i stał tyłem do 

mnie, twarz  ku zachodowi. Przez chwil  trwał nieruchomo. A potem opu cił 

kling .  

      Od zachodu zagrały tr bki. Z pocz tku niczego nie widziałem. Potem pojawił 

si  szereg konnych. Drgn łem. Zdawało mi si ,  e jest mi dzy nimi Brand. Ale 

natychmiast spostrzegłem,  e to Bleys prowadzi swoich ludzi do szturmu na 

odsłoni te skrzydło przeciwnika.  

      I nagle nasi  ołnierze przestali si  cofa . Dotrzymywali pola. A pó niej ruszyli 

do przodu. Nadjechał Bleys i jego kawaleria, a ja poj łem,  e Benedykt znowu 

zwyci ył. Nieprzyjaciel miał wkrótce zosta  starty na proch.  

      Od północy dmuchn ł lodowaty wiatr i znowu spojrzałem w tamt  stron .  

      Burza zbli yła si  wyra nie. Widocznie przyspieszyła. I stała si  bardziej 

mroczna, z jaskrawszymi błyskawicami i gło niejszym grzmotem. A ten zimny, 

wilgotny wiatr wzmagał si  coraz bardziej.  

      Zastanowiłem si ... czy burza przetoczy si  przez pole bitwy jak fala 

destrukcji, po czym nast pi koniec? Co z oddziaływaniem nowego Wzorca? Czy 

si gnie tu i odtworzy wszystko? Mocno w to w tpiłem. Miałem przeczucie,  e je li 

burza nas zmia d y, to ju  zostaniemy zmia d eni. Niezb dna była moc Klejnotu, 

by przetrwa  nawałnic , póki na nowo nie zapanuje porz dek. A co pozostanie, 

background image

 

73 

je li prze yjemy? Nie próbowałem nawet zgadywa .  

      Co wi c planował Brand? Na co czekał? Co zamierzał zrobi ?  

      Raz jeszcze spojrzałem na pole bitwy...  

      Jest.  

      W zacienionym miejscu na wzniesieniu, gdzie nieprzyjaciel przegrupował si , 

otrzymał posiłki, sk d ruszał do ataku... co  tam było.  

      Male ki błysk czerwieni... byłem pewien,  e go widziałem.  

      Obserwowałem uwa nie i czekałem. Musiałem zobaczy  go znowu, dokładnie 

okre li  miejsce...  

      Min ła minuta. Mo e dwie...  

      Tam! I jeszcze raz!  

      Spi łem czarnego rumaka. Zdołam chyba omin  flank  wrogiej formacji i 

wjecha  na to pozornie opuszczone wzniesienie. Galopem zjechałem ze wzgórza i 

pomkn łem do celu.  

      To musiał by  Brand z Klejnotem. Wybrał dobre, bezpieczne miejsce, sk d 

mógł obserwowa  całe pole bitwy i nadci gaj c  burz . Stamt d, gdy tylko 

nawałnica znajdzie si  dostatecznie blisko, mógł kierowa  błyskawice na naszych 

ołnierzy. We wła ciwej chwili da znak do odwrotu, uderzy w nas niesamowit  

furi   ywiołów, potem skieruje j  w bok, by omin ła siły, które wspiera. W tych 

okoliczno ciach było to najprostsze i najbardziej skuteczne rozwi zanie.  

      Musz  dotrze  do niego jak najbli ej. Miałem wi ksz  władz  nad kamieniem, 

ale ta malała wraz z odległo ci , a on miał go przy sobie. Najlepszym manewrem 

b dzie zaatakowa  na wprost i za wszelk  cen  znale  si  w zasi gu kierowania 

Klejnotem, by u y  go przeciw niemu. Brand mo e jednak mie  jak  ochron . 

To mnie niepokoiło, poniewa  starcie z kim  takim potwornie spowolni mój atak. 

A je li nawet jest sam, lecz sprawy pójd  nie po jego my li, co go powstrzyma 

przed teleportacj  gdzie  dalej? I co wtedy zrobi ? B d  musiał szuka  go jeszcze 

raz, zacz  od pocz tku. Pomy lałem,  e zdołam mo e wykorzysta  Klejnot, by 

uniemo liwi  Brandowi przeskok. Nie wiedziałem, czy to mo liwe, ale 

postanowiłem spróbowa .  

      Nie był to mo e najlepszy plan, ale jedyny, jaki miałem. Nie było ju  czasu na 

strategi .  

      Zauwa yłem,  e nie tylko ja zmierzam na to wzniesienie. Random, Deirdre i 

Fiona, konno, w towarzystwie o miu je d ców, przebili si  przez linie 

przeciwnika. Za nimi p dziło kilku  ołnierzy, nie wiem: przyjaciół czy wrogów. 

Mo e jednych i drugich. Rycerz w zielnym stroju był chyba najszybszy; doganiał 

ich. Wci  nie mogłem go rozpozna ... albo jej, co było całkiem mo liwe. Nie 

miałem jednak w tpliwo ci co do celu pierwszej grupy. Była tam Fiona; musiała 

wykry  obecno  Branda i teraz prowadziła do niego pozostałych.  

      W serce kapn ło mi kilka kropel nadziei. Mo e Fiona potrafi przynajmniej 

cz ciowo zneutralizowa  moc Branda. Pochyliłem si  w siodle i pop dziłem 

konia. Nadal skr całem łukiem w lewo. Niebo obracało si , wiatr  wiszczał mi w 

uszach... Przera liwie zahuczał grom.  

      Nie ogl dałem si .  

       cigałem ich. Nie chciałem, by dotarli na miejsce przede mn , ale obawiałem 

si ,  e nie zd

. Byłem za daleko.  

background image

 

74 

      Gdyby tylko spojrzeli za siebie, gdyby zobaczyli,  e nadje d am... Na pewno 

by zaczekali.  ałowałem,  e nie ma sposobu, by wcze niej zasygnalizowa  im 

swoj  obecno . Przeklinałem bezu yteczno  Atutów.  

      Zacz łem krzycze . Wrzeszczałem co sił w płucach, ale wiatr porywał moje 

słowa i przetaczał si  po nich grzmot.  

      - Zaczekajcie! Do diabła! To ja, Corwin!  

      Nawet jednego spojrzenia.  

      Min łem najbli szych walcz cych i ruszyłem wzdłu  nieprzyjacielskiej flanki, 

poza zasi giem pocisków i strzał. Cofali si  teraz szybciej, a nasi  ołnierze 

zajmowali coraz wi cej terenu. Brand musi si  ju  szykowa  do uderzenia. Cz  

obrotowego nieba znikn ła pod ciemn  chmur , której nie było tu jeszcze kilka 

minut temu.  

      Skr ciłem w prawo, za cofaj ce si  szeregi, i pognałem ku wzgórzom, na które 

tamci ju  si  wspinali. Mrok zakrywał niebo, gdy dotarłem do stóp wzniesienia. 

Bałem si  o swoje rodze stwo. Byli za blisko. Brand b dzie musiał co  zrobi . 

Chyba  e Fiona ma do  sił, by go powstrzyma ...  

      Przede mn  co  błysn ło o lepiaj co. Ko  stan ł d ba, a ja wyleciałem z 

siodła. Nim spadłem na ziemi , hukn ł grom.  

      Oszołomiony, le ałem przez chwil  nieruchomo. Ko  odbiegł na jakie  

pi dziesi t metrów, zanim si  zatrzymał i teraz spacerował niepewnie dookoła. 

Przetoczyłem si  na brzuch i spojrzałem na zbocze. Tamci je d cy tak e byli na 

ziemi. To chyba w nich trafił piorun. Kilku si  ruszało, ale wi ksza cz  nie. Nikt 

jeszcze si  nie podniósł. Powy ej dostrzegłem pod przewieszk  czerwony blask 

Klejnotu, mocniejszy teraz i jasny, a tak e mglisty zarys postaci, która go nosiła.  

      Poczołgałem si  w gór  i w lewo. Zanim zaryzykuj  i wstan , wolałem zej  z 

pola widzenia tego człowieka.  

      Zbyt wiele czasu zaj łoby czołganie si  a  na gór . Musiałem te  omin  

pozostałych, poniewa  na nich skupia si  pewnie jego uwaga.  

      Poruszałem si  wolno, ostro nie, wykorzystuj c ka d  mo liw  osłon . Nie 

wiedziałem, czy za chwil  piorun nie uderzy w to samo miejsce. A je li nie, to 

kiedy Brand zaatakuje naszych  ołnierzy. Lada chwila, uznałem.  

      Rzut oka przez rami  ukazał mi nasze wojska rozci gni te na przeciwległym 

kra cu pola bitwy, i nieprzyjaciela w odwrocie, cofaj cego si  ku nam. Ju  

niedługo b d  si  musiał martwi  tak e o armi .  

      Trafiłem na w ski rów i przeczołgałem si  nim jakie  dziesi  metrów na 

południe. Wysun łem si  po drugiej stronie, by wykorzysta  dla osłony pochyło , 

a dalej jakie  skały.  

      Kiedy podniosłem głow , nie dostrzegłem ju  blasku Klejnotu. Skalny wyst p 

zakrywał od wschodu szczelin , gdzie chował si  Brand.  

      Mimo to pełzłem dalej, a  dotarłem na sam  kraw d  wielkiej otchłani. 

Dopiero wtedy znowu skr ciłem w prawo. Dotarłem do punktu, gdzie mogłem 

chyba bezpiecznie si  podnie . Zrobiłem to. Oczekiwałem nast pnego trzasku 

gromu, w pobli u albo dalej, na polu bitwy; nic jednak nie słyszałem. Zacz łem 

si  zastanawia ... Dlaczego nie? Si gn łem my l , próbuj c wyczu  obecno  

Klejnotu; bez efektu. Pospiesznie ruszyłem w stron , gdzie ostatnio widziałem 

jego blask.  

background image

 

75 

      Spojrzałem jeszcze w otchła , by si  upewni ,  e nic mi stamt d nie zagra a. 

Dobyłem miecza. Szedłem tu  przy  cianie urwiska. Przy kraw dzi pochyliłem si  

nisko i wyjrzałem.  

      Nie było  adnego czerwonego l nienia. Ani mglistej postaci. Kamienna nisza 

wydawała si  całkiem pusta, a w pobli u nie zauwa yłem niczego podejrzanego. 

Czy mógł si  znowu teleportowa ? A je li tak, to dlaczego?  

      Wyprostowałem si  i min łem skaln  pochyło . Nadal szedłem w stron  

północy. Znowu spróbowałem wyczu  Klejnot i tym razem nast pił słaby kontakt 

- miałem wra enie,  e gdzie  na prawo i wy ej. Ruszyłem tam, cichy i czujny. 

Dlaczego opu cił kryjówk ? Miał przecie  znakomit  pozycj  dla tego, co 

planował. Chyba  e...  

      Usłyszałem krzyk i przekle stwo. Dwa ró ne głosy.  

      Pu ciłem si  biegiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

76 

Rozdział 11

 

 

Min łem nisz  i szedłem dalej. Napotkałem wij cy si  w gór  naturalny  leb. 

Zacz łem si  wspina .  

      Nikogo na razie nie zauwa yłem, ale poczucie obecno ci Klejnotu narastało z 

ka dym krokiem. Zdawało mi si ,  e z prawej strony usłyszałem kroki, wi c 

błyskawicznie odwróciłem si  w tamtym kierunku. Nikogo nie było. Klejnot te  

nie wydawał si  bliski, wi c ruszyłem dalej.  

      Zbli ałem si  do szczytu, a za plecami miałem czarn  przepa  Chaosu. 

Usłyszałem głosy. Nie rozumiałem słów, lecz ton  wiadczyło podnieceniu.  

      Zwolniłem tu  przed szczytem, opadłem na kolana i wysun łem głow  zza 

skały.  

      Niedaleko przede mn  stał Random, a z nim Fiona i lordowie Chantris i 

Feldane. Wszyscy prócz Fiony trzymali bro  gotow  do u ycia, ale stali 

absolutnie nieruchomo. Spogl dali w stron  kraw dzi wszystkich rzeczy: na 

skaln  półk  oddalon  mo e o pi tna cie metrów - miejsce, gdzie rozpoczynała si  

otchła . Stał tam Brand i trzymał przed sob  Deirdre. Była bez hełmu, z włosami 

powiewaj cymi bezładnie, a on przyciskał jej sztylet do krtani. Chyba ju  j  

lekko skaleczył. Cofn łem si .  

      Usłyszałem cichy głos Randoma:  

      - Czy nic wi cej nie mo esz zrobi , Fi?  

      - Mog  go tam przytrzyma  - odpowiedziała. - I na t  odległo  mog  troch  

spowolni  jego próby sterowania pogod . Ale to wszystko. On uzyskał cz ciowe 

dostrojenie, ja nie. Pomaga mu tak e bliski dystans. Czegokolwiek spróbuj , on 

to potrafi skontrowa .  

      Random przygryzł doln  warg .  

      - Rzu cie bro  - zawołał Brand. - Natychmiast. Inaczej Deirdre zginie.  

      - Zabij j  - odpowiedział Random. - Stracisz jedyn  rzecz, która trzyma ci  

jeszcze przy  yciu. Zrób to, a sam zobaczysz, co ja zrobi  ze swoj  broni .  

      Brand mrukn ł co  pod nosem.  

      - Dobra - o wiadczył. - W takim razie zaczn  od okaleczania.  

      Random splun ł.  

      - Dalej! - zach cił. - Ma zdolno ci regeneracji nie gorsze ni  my wszyscy. 

Poszukaj gro by, która ma jaki  sens, albo zamknij si  i walcz!  

      Brand milczał. Uznałem,  e lepiej nie zdradza  swojej obecno ci. Na pewno 

potrafi  co  zrobi . Zanim si  cofn łem, zaryzykowałem jeszcze jeden rzut oka, 

fotografuj c w pami ci układ terenu. Po lewej były jakie  skały, ale nie si gały 

dostatecznie daleko. Nie mogłem si  do niego podkra .  

      - Musimy chyba zaatakowa  wszyscy naraz - stwierdził Random. - Trzeba 

spróbowa . Nie widz  innego sposobu. A wy?  

      Zanim ktokolwiek zd ył odpowiedzie , zdarzyło si  co  dziwnego. Dzie  

poja niał nagle.  

      Rozejrzałem si , szukaj c  ródła  wiatła. Potem spojrzałem w gór .  

      Chmury były wci  na miejscu, a obł kane niebo nadał wykonywało za nimi 

swoje wariackie sztuczki.  

       wiatło jednak pochodziło z chmur. Pobladły i l niły teraz, jak gdyby 

background image

 

77 

zakrywały sło ce. Nawet kiedy patrzyłem, poja niały wyra nie.  

      - Co on teraz wyczynia? - zdziwił si  Chantris.  

      - Nic nie wyczuwam - odparła Fiona. - Nie s dz ,  eby to było jego dzieło.  

      - Wi c czyje?  

      Odpowied  nie padła; w ka dym razie ja nic nie usłyszałem.  

      Obserwowałem bledn ce chmury. Najwi ksza i najja niejsza zawirowała 

nagle, jakby kto  j  zamieszał.  

      Przebiegały tam jakie  formy, utrwalały si . Kontur zacz ł nabiera  kształtu.  

      Pode mn , na polu bitwy, przycichły odgłosy walki.  

      Sama burza wydawała si  przytłumiona. Obraz rósł. Co  tworzyło si  

wyra nie nad naszymi głowami: rysy gigantycznej twarzy.  

      - Mówi  wam,  e nie wiem - usłyszałem głos Fiony, odpowiadaj cej na jakie  

pytanie.  

      Zanim jeszcze obraz powstał do ko ca, poj łem,  e na niebie widz  twarz 

naszego ojca. Sprytna sztuczka. I nie miałem poj cia, co oznacza.  

      Twarz pochyliła si , jak gdyby przygl dała si  nam wszystkim. Widziałem 

zmarszczki zm czenia i jakby zatroskanie. Jasno  wzrosła jeszcze troch . 

Poruszył wargami.  

      Kiedy rozległ si  głos, był na poziomie zwykłej konwersacji. Nie grzmiał 

pot nie, jak si  tego spodziewałem.  

      - Posyłam wam t  wiadomo  - powiedział - zanim podejm  prób  naprawy 

Wzorca. Gdy do was dotrze, zd

 ju  zwyci y  lub ponie  kl sk . Wyprzedzi 

fal  Chaosu, która musi towarzyszy  mojemu przedsi wzi ciu. Mam powody 

wierzy ,  e próba b dzie dla mnie  miertelna.  

      Odniosłem wra enie,  e przebiega wzrokiem pole bitwy.  

      - Radujcie si  lub rozpaczajcie, zale nie od sytuacji - mówił dalej - gdy  jest to 

koniec albo pocz tek. Gdy tylko sko cz , prze l  Corwinowi Klejnot 

Wszechmocy. Poleciłem mu ponie  go na miejsce starcia. Wszystkie wasze 

wysiłki b d  daremne, je li nie zdołacie odwróci  fali Chaosu. Ale maj c Klejnot, 

wła nie tam, Corwin powinien was osłoni , póki fala nie przeminie.  

      Usłyszałem  miech Branda. Wydawał si  ju  zupełnie obł kany.  

      - Po mojej  mierci - kontynuował tato - na was spadnie problem sukcesji. 

Miałem w tym wzgl dzie swoje plany, ale teraz widz ,  e wszystko na pró no. Nie 

mam wyj cia; musz  postawi  t  spraw  na rogu Jednoro ca. Dzieci moje, nie 

mog  stwierdzi ,  e jestem z was całkiem zadowolony, ale przypuszczam,  e tak e 

na odwrót. Niech tak b dzie. Pozostawiam wam moje błogosławie stwo, które 

jest czym  wi cej ni  tylko formalno ci . Odchodz  teraz, by przej  Wzorzec. 

egnajcie.  

      Twarz zacz ła si  rozmywa , a jasno  znikn ła z powłoki chmur. Jeszcze 

chwila i wszystko si  rozwiało.  

      Zaległa cisza.  

      - ...i, jak sami widzicie - usłyszałem głos Branda - Corwin nie ma Klejnotu. 

Rzu cie bro  i wyno cie si  st d. Albo zatrzymajcie j  i wyno cie si . Nie 

interesuje mnie to. Zostawcie mnie samego. Musz  załatwi  kilka spraw.  

      - Brandzie - odezwała si  Fiona. - Potrafisz zrobi  to, na co ojciec liczył u 

Corwina? Mo esz sprawi ,  e ta fala nas ominie?  

background image

 

78 

      - Mógłbym, gdybym chciał - odpowiedział. - Tak, potrafiłbym skierowa  j  na 

bok.  

      - Byłby  bohaterem - zapewniła go cicho. - Zyskałby  nasz  wdzi czno . 

Wszystkie dawne winy byłyby wybaczone. Wybaczone i zapomniane. My...  

      Za miał si  szale czo.  

      - Ty chcesz mi wybaczy ? Ty, która zostawiła  mnie w tej wie y, która wbiła  

mi sztylet? Dzi ki ci, siostro. To uprzejme z twojej strony,  e proponujesz mi 

przebaczenie, ale wybacz,  e musz  ci odmówi .  

      - No, dobrze - wtr cił Random. - A czego wła ciwie chcesz? Przeprosin? 

Bogactw i skarbów? Wa nego stanowiska? Wszystkich tych rzeczy? Prosz , s  

twoje. Ale głupio si  bawisz. Sko czmy to i wracajmy do domu. Udajmy,  e to był 

tylko zły sen.  

      - Tak, sko czmy to - zgodził si  Brand. - W tym celu najpierw odrzu cie bro . 

Potem Fiona uwolni mnie spod zakl cia, zrobicie w tył zwrot i pomaszerujecie na 

północ. Je li nie, zabij  Deirdre.  

      - W takim razie lepiej zabij j  od razu i szykuj si  do walki ze mn . Poniewa  

je li ci ust pimy, wkrótce i tak b dzie martwa. Jak my wszyscy.  

      Brand zachichotał.  

      - Czy naprawd  s dziłe ,  e pozwol  wam zgin ? Jeste cie mi potrzebni: 

wszyscy, których zdołam ocali . Mam nadziej ,  e równie  Deirdre. Tylko wy 

potraficie doceni  mój tryumf. Osłoni  was przed holocaustem, który zacznie si  

za chwil .  

      - Nie wierz  ci - o wiadczył Random.  

      - Pomy l przez chwil . Znasz mnie dobrze i wiesz,  e zechc  wam pokaza  

swoj  wy szo . Chc , by cie byli  wiadkami mojego dzieła. Po to potrzebuj  

waszej obecno ci w moim nowym  wiecie. A teraz, wyno cie si  st d.  

      - Dostaniesz wszystko, czego chcesz plus nasz  wdzi czno  - zacz ła Fiona. - 

Je li tylko...  

      - Odejd cie.  

      Widziałem,  e nie mog  dłu ej zwleka .  e musz  działa . Wiedziałem te ,  e 

nie zdołam dopa  go dostatecznie szybko. Nie miałem wyboru, musiałem 

spróbowa  u y  Klejnotu jako broni.  

      Si gn łem my l  i poczułem jego obecno . Zamkn łem oczy i wezwałem moc.  

       ar.  ar, my lałem. On ci  parzy, Brandzie. Sprawia,  e ka da cz steczka 

twojego ciała wibruje szybciej i szybciej. Za chwil  staniesz si   yw  pochodni ...  

      Usłyszałem jego krzyk.  

      - Corwinie! - rykn ł. - Przesta ! Gdziekolwiek jeste ! Zabij  j ! Patrz!  

      Wstałem, wci  nakazuj c Klejnotowi, by go parzył.  

      Spojrzałem poprzez dziel c  nas przestrze . Ubranie Branda zaczynało 

dymi .  

      - Przesta ! - wrzasn ł, wzniósł nó  i ci ł Deirdre w twarz.  

      Krzykn łem, a oczy zaszły mi mgł . Przestałem panowa  nad Klejnotem. Lecz 

gdy starał si  uderzy  po raz drugi, Deirdre, której lewy policzek spływał krwi , 

zatopiła z by w jego dłoni. Potem uwolniła rami , wbiła mu łokie  w  ebra i 

spróbowała si  wyrwa .  

      Gdy tylko si  poruszyła, gdy pochyliła głow , co  błysn ło srebrzy cie. Brand 

background image

 

79 

j kn ł i upu cił sztylet - strzała przebiła mu krta . Nast pna trafiła go w pier , 

troch  na prawo od Klejnotu.  

      Cofn ł si  o krok i zacharczał. Tylko  e nie miał ju  gdzie si  cofa  z samej 

kraw dzi otchłani. Kiedy zacz ł spada , szeroko otworzył oczy. Potem jego r ka 

wystrzeliła w przód i chwyciła włosy Deirdre. Biegłem ju  do nich z krzykiem, ale 

wiedziałem,  e nie zda .  

      Deirdre wrzasn ła; jej pokrwawiona twarz wyra ała groz . Wyci gn ła do 

mnie r k ...  

      A potem Brand, Deirdre i Klejnot byli ju  za kraw dzi , spadali, znikali z 

mego pola widzenia, gin li...  

      Wydaje mi si ,  e probowałem skoczy  za nimi, ale Random mnie zatrzymał. 

W ko cu musiał mnie uderzy  i wtedy wszystko odpłyn ło...  

      Kiedy doszedłem do siebie, le ałem na kamienistym gruncie dalej od 

przepa ci, ni  upadłem. Kto  zwin ł mój płaszcz i wsun ł mi pod głow . Najpierw 

zobaczyłem wiruj ce niebo; przypomniało mi sen o kole, który miałem tamtego 

dnia, gdy spotkałem Dar . Wiedziałem,  e inni s  wokół mnie; słyszałem ich 

głosy, ale z pocz tku nie odwracałem głowy. Le ałem tylko, spogl dałem na 

niebia sk  mandal  i my lałem o stracie. Deirdre... wi cej dla mnie znaczyła ni  

cała reszta rodziny razem wzi ta. Nic na to nie poradz . Tak wła nie było. Ile  to 

razy  ałowałem,  e jest moj  siostr . Pogodziłem si  jednak z realiami. Moje 

uczucia nigdy si  nie zmieni , ale... teraz odeszła, a ta my l była wa niejsza ni  

zbli aj cy si  koniec  wiata.  

      Mimo wszystko musiałem sprawdzi , co si  dzieje. Bez Klejnotu wszystko 

sko czone. Chocia ... Si gn łem ku niemu, gdziekolwiek teraz był, ale nie 

poczułem nic.  

      Zacz łem wstawa ; chciałem si  przekona , jak daleko dotarła fala. Nagle 

przytrzymało mnie czyje  rami .  

      - Odpoczywaj, Corwinie. - To był głos Randoma. - Jeste  wyko czony. 

Wygl dasz, jakby  przeczołgał si  przez piekło. Nic ju  nie mo esz zdziała . 

Spokojnie.  

      - Jak  ró nic  robi stan mojego zdrowia? - odparłem. - Za par  chwil nie 

b dzie to ju  miało znaczenia.  

      Znów spróbowałem wsta  i tym razem rami  przesun ło si , by mi pomóc.  

      - Jak chcesz - powiedzial. - Chocia  nie ma tu wiele do ogl dania.  

      Miał racj . Walka dobiegła ko ca, je li nie liczy  kilku izolowanych ognisk 

oporu nieprzyjaciela. Te za  były szybko otaczane, a walcz cy wybijani lub 

chwytani w niewol . Wszyscy przesuwali si  w nasz  stron , uciekaj c przed 

nadchodz c  fal  zniszczenia, która dotarła ju  na skraj pola bitwy. Wkrótce na 

naszym wzniesieniu znajd  si  tłumy ocalalych z obu stron.  

      Obejrzałem si :  adne nowe wojska nie nadchodziły od strony mrocznej 

cytadeli. Czy mo emy si  teraz wycofa , gdy burza w ko cu dosi gnie nas tutaj? 

A co potem?  

      Otchła  była chyba ostatecznym rozwi zaniem.  

      - Ju  niedługo - szepn łem, my l c o Deirdre. - Ju  niedługo... Dlaczego nie?  

      Obserwowałem front nawałnicy, błyskaj cej piorunami, zmiennej, 

przesłaniaj cej  wiat. Tak, ju  niedługo.  

background image

 

80 

      Skoro Klejnot zgin ł wraz z Brandem...  

      - Brand - powiedziałem gło no. - Kto go w ko cu dostał?  

      - Ja dost piłem tego wyró nienia - odparł znajomy głos, którego` nie mogłem 

jako  rozpozna .  

      Odwróciłem si  i wytrzeszczyłem oczy. Na kamieniu siedział człowiek w 

zielonym stroju, obok na ziemi le ały łuk i kołczan. Błysn ł z bami w zło liwym 

u miechu.  

      To był Caine.  

      - Niech mnie piekło... - Potarłem szcz k . - Zabawna rzecz przytrafiła mi si  w 

drodze na twój pogrzeb.  

      - Tak, słyszałem o tym. - Parskn ł  miechem. - Zabiłe  kiedy  siebie, 

Corwinie?  

      - Ostatnio nie. Jak to zrobiłe ?  

      - Przeszedłem do odpowiedniego cienia - wyja nił. - I tam napadłem na cie  

mnie samego. On dostarczył mi zwłok. - Zadr ał. - Przedziwne uczucie. Nie 

chciałbym znów go do wiadczy .  

      - Ale po co? Po co udawałe  własn   mier  i próbowałe  mnie w to wrobi ?  

      - Chciałem dotrze  do  ródeł problemów Amberu - wyja nił. - I zniszczy  je. 

Uznałem,  e najlepiej b dzie zej  do podziemia. A czy znasz lepszy sposób, ni  

przekona  wszystkich,  e nie  yjesz? W ko cu mi si  udało, jak sam widziałe . - 

Przerwał na chwil . - Przykro mi z powodu Deirdre. Ale nie miałem wyboru. Tak 

naprawd  nie wierzyłem,  e zabierze j  ze sob .  

      Odwróciłem wzrok.  

      - Nie miałem wyboru - powtórzył. - Mam nadziej ,  e to rozumiesz.  

      Skin łem głow .  

      - Ale dlaczego stworzyłe  pozory,  e to ja ci  zabiłem?  

      Podeszła Fiona z Bleysem. Przywitałem si  z nimi, lecz nadał czekałem na 

odpowied  Caine'a. Było kilka spraw, o które chciałem zapyta  Bleysa, ale te 

mogły zaczeka .  

      - Wi c? - zapytałem.  

      - Chciałem usun  ci  z drogi - wyja nił. - Przypuszczałem,  e to ty stoisz za 

tym wszystkim. Ty albo Brand. Ograniczyłem kr g podejrzanych do dwóch osób. 

My lałem,  e mo e nawet działacie wspólnie, zwłaszcza  e tak bardzo si  starał 

sprowadzi  ci  z powrotem.  

      - Nie zorientowałe  si  - wtr cił Bleys. - Brand próbował trzyma  go jak 

najdalej. Dowiedział si ,  e wraca mu pami , i...  

      - Teraz wiem - odparł Caine. - Ale wtedy wygl dało to inaczej. Chciałem 

wpakowa  Corwina do lochu,  eby bez przeszkód poszuka  Branda. Przyczaiłem 

si  i słuchałem wszystkich rozmów prowadzonych przez Atuty. Miałem nadziej  

na jak  wskazówk  co do kryjówki Branda.  

      - O to chodziło tacie - mruknałem  

      - O co? - nie zrozumiał Caine.  

      - Sugerował,  e kto  podsłuchuje przez Atuty.  

      - Nie mam poj cia, sk d mógłby wiedzie . Nauczyłem si  absolutnej 

pasywno ci. Rozkładałem je wszystkie i dotykałem lekko wszystkich naraz. 

Czekałem na jakie  drgnienie. Gdy nast powało, skupiałem uwag  na 

background image

 

81 

rozmawiaj cych. Dobieraj c si  do was pojedynczo, potrafiłem czasem dotrze  do 

waszych my li, nawet kiedy nie u ywali cie Atutów. Pod warunkiem,  e byli cie 

dostatecznie zaj ci, a ja nie pozwalałem sobie na  adn  reakcj .  

      - A jednak wiedział.  

      - To zupełnie mo liwe. Nawet prawdopodobne - stwierdziła Fiona. Bleys 

przytakn ł.  

      Random podszedł bli ej.  

      - Co miałe  na my li, pytaj c o ran  Corwina? - zapytał. - Nie mogłe  o tym 

wiedzie . Chyba  e...  

      Caine skin ł tylko głow . Obserwowałem Benedykta i Juliana, którzy 

wydawali rozkazy  ołnierzom, ale zapomniałem o nich po niemej odpowiedzi 

Caine'a.  

      - Ty? - wychrypiałem. - Ty mnie pchn łe ?  

      - Napij si , Corwinie. - Random podał mi swoj  manierk . Miał w niej 

rozcie czone wino. Poci gn łem solidnie. Dr czyło mnie straszne pragnienie, ale 

przerwałem po kilku łykach.  

      - Opowiedz o tym - rzuciłem.  

      - Dobrze. Jestem ci to winien - zgodził si . - Dowiedziałem si  z my li Juliana, 

e sprowadziłe  Branda z powrotem do Amberu. Uznałem,  e słusznie si  

domy lałem, i  ty i Brand jeste cie wspólnikami. To oznaczało,  e trzeba was obu 

usun . Noc  wykorzystałem Wzorzec, by przenie  si  do twojej kwatery. 

Próbowałem ci  zabi , ale byłe  zbyt szybki i zanim uderzyłem po raz drugi, 

zd yłe  si  jako  wyatutowa .  

      - Nie mogłe  si  lepiej przyjrze ? Potrafiłe  si gn  do naszych my li, wi c 

mogłe  zobaczy ,  e nie jestem człowiekiem, którego szukasz.  

      Potrz sn ł głowił.  

      - Odbierałem tylko najbardziej powierzchowne my li i reakcje na najbli sze 

otoczenie. A i to nie zawsze. Słyszałem te  twoj  kl tw , Corwinie. Zaczynała si  

spełnia . Widziałem to wsz dzie dookoła. Uznałem,  e dla bezpiecze stwa nas 

wszystkich nałe y usun  ciebie i Branda. Po tym, co robił przed twoim 

powrotem, domy lałem si , do czego jest zdolny. Ale wtedy jeszcze nie mogłem go 

dosta  z powodu Gerarda. Potem był coraz silniejszy. Podj łem jedn  prób , ale 

bez skutku.  

      - Kiedy? - zdziwił si  Random.  

      - To ten zamach, o który oskar ono Corwina. Byłem w przebraniu. Gdyby 

zdołał uciec, jak Corwin, nie chciałem, by wiedział,  e jeszcze  yj . Przeszedłem 

Wzorzec, przeniosłem si  do jego pokoju i próbowałem go zabi . Obaj zostali my 

ranni, przelali my sporo krwi, ale jako  si  wyatutował. Pó niej skontaktowałem 

si  z Julianem i wraz z nim ruszyłem na t  bitw . Brand musiał si  tu zjawi . 

Wzi łem kilka strzał o srebrnych grotach, bo byłem niemal pewien,  e Brand nie 

jest ju  taki jak my wszyscy. Chciałem zabi  go szybko i z daleka. Trenowałem 

łucznictwo. Przybyłem, by go odszuka , i w ko cu znalazłem. Teraz wszyscy mnie 

przekonuj ,  e myliłem si  co do ciebie. Czyli twoja strzała chyba si  zmarnuje.  

      - Wielkie dzi ki.  

      - Mo e nawet powinienem ci  przeprosi .  

      - Byłoby miło.  

background image

 

82 

      - Z drugiej strony, byłem przekonany,  e post puj  słusznie. Robiłem to, by 

ratowa  pozostałych...  

      Nie doczekałem si  przeprosin Caine'a, poniewa  wła nie w tej chwili rozległ 

si  głos tr b, który zdawał si  wstrz sa  całym  wiatem: bezkierunkowy, gło ny, 

przeci gły. Rozejrzeli my si , szukaj c  ródła d wi ku. Caine wstał i wyci gn ł 

r k .  

      - Tam! - zawołał.  

      Pod yłem wzrokiem za jego gestem. Zasłona burzy rozst piła si  na 

północnym zachodzie, w miejscu, gdzie przebijała j  czarna droga. Pojawił si  

widmowy je dziec na czarnym koniu. Zad ł w róg. Chwila min ła, zanim dotarła 

do nas muzyka. Potem doł czyło do niego jeszcze dwóch tr baczy - te  bladych, 

te  na czarnych wierzchowcach. Unie li rogi i wł czyli si  do fanfary.  

      - Co to mo e by ? - zdziwił si  Random.  

      - Chyba wiem - mrukn ł Bleys, a Fiona kiwn ła głow .  

      - Wi c co? - spytałem.  

      Nie odpowiedzieli. Je d cy ruszyli czarn  drog , a za nimi wci  pojawiali si  

nast pni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

83 

Rozdział 12

 

 

Patrzyłem. Wsz dzie panowała wielka cisza. Wszyscy  ołnierze zatrzymali si , 

by przygl da  si  procesji. Nawet je cy z Dworców pod stra  w tamt  stron  

kierowali swe spojrzenia.  

      Za widmowymi heroldami jechała masa je d ców na białych koniach. Nie li 

proporce, z których nie wszystkie potrafiłem rozpozna . Przewodził im 

człekopodobny stwór ze sztandarem Jednoro ca Amberu. Za nimi szli znowu 

muzykanci; niektórzy grali na instrumentach, jakich jeszcze nigdy nie widziałem.  

      Za muzykantami szły rogate człekokształtne istoty w lekkich zbrojach: długie 

kolumny, a co dwudziesty mniej wi cej trzymał wysoko nad głow  płon c  

pochodni . Wtedy usłyszeli my pot ny głos, powolny, rytmiczny, 

rozbrzmiewaj cy ni ej ni  d wi ki muzyki.  

      Zrozumiałem,  e to  piewaj  piechurzy. Wiele czasu upłyn ło, a ta armia 

wci  maszerowała czarn  drog . Nikt z nas nie poruszył si  ani nie odezwał. Szli 

z pochodniami, proporcami, muzyk  i  piewem, a  dotarli na skraj otchłani i 

maszerowali dalej po prawie niewidzialnym przedłu eniu mrocznego traktu. 

Pochodnie l niły w ród czerni i roz wietlały im drog . Muzyka zabrzmiała 

gło niej mimo odległo ci, i coraz wi cej głosów wł czało si  do chóru, gdy nowe 

szeregi wyłaniały si  ci gle zza rozbłyskuj cej zasłony burzy. Z rzadka huczał 

przeci gle grom, ale nie zagłuszał pie ni. Wiatry dmuchaj ce na pochodnie nie 

zdołały zgasi   adnej z nich; przynajmniej ja tego nie zauwa yłem. Ruch 

wywierał hipnotyczny efekt. Zdawało mi si ,  e patrz  na t  procesj  od 

niezliczonych dni, mo e lat, i słucham melodii, któr  teraz ju  poznałem.  

      Nagle przed front nawałnicy wyleciał smok, i nast pny, i jeszcze jeden. 

Zielone, złote i czarne jak stare  elazo; patrzyłem, jak szybuj  w ród wichury, 

jak odwracaj  głowy, znacz c swój lot ognistymi wst gami. Za nimi ja niały 

błyskawice, a smoki były przera aj ce, wspaniałe, trudno oceni , jak ogromne. 

Dołem szło niewielkie stadko białych krów, potrz saj cych głowami, rycz cych, 

tupi cych kopytami. Je d cy mijali je z boków i przeje d ali mi dzy nimi, 

trzaskaj c długimi batami.  

      Nast pnie maszerowała kolumna prawdziwie potwornych  ołnierzy z cienia, z 

którym Amber prowadził czasem handel - ci kich, okrytych łusk , zbrojnych w 

szpony. Grali na instrumentach podobnych do kobz, a ich ostre nuty dobiegały a  

tutaj, wibruj ce i patetyczne.  

      Ci przeszli, a za nimi pojawili si  nowi z pochodniami i kolejni  ołnierze pod 

sztandarami z cieni bliskich i dalekich. Patrzyli my, jak nas mijaj , jak krocz  

roj c  si   cie k  ku odległemu niebu, niby chmura w drownych  wietlików 

kieruj c si  ku czarnej cytadeli zwanej Dworcami Chaosu.  

      Przemarsz zdawał si  nie mie  ko ca. Straciłem poczucie czasu. Ale, co 

dziwne, front burzy nie przesuwał si , póki trwał ten pochód. Pochłoni ty 

obserwacj , straciłem nawet cz ciowo  wiadomo  własnej osoby.  

      Wiedziałem,  e takie wydarzenie ju  si  nie powtórzy.  

      Jakrawe, lataj ce stwory przemykały nad kolumnami, a te ciemne unosiły si  

wy ej.  

      Byli widmowi dobosze, istoty z czystego  wiatła i stado lataj cych maszyn; 

background image

 

84 

widziałem je d ców całych w czerni, dosiadaj cych najrozmaitszych bestii; na 

niebie, niby element pokazu sztucznych ogni, zawisł przez chwil  vywrern. I te 

d wi ki: t tent kopyt, odgłos kroków,  piew, pisk, b bny i fanfary ł czyły si  w 

pot n , zalewaj c  nas fal . I dalej, dalej, dalej po mo cie nad ciemno ci  

kroczyła procesja, a jej  wiatła si gały daleko.  

      Potem, kiedy spogl dałem wzdłu  szeregów, spod l ni cej kurtyny wynurzył 

si  inny kształt. Był to powóz obity kirem, ci gni ty przez zaprz g czarnych koni. 

W ka dym z czterech rogów sterczała laska płon ca bł kitnym płomieniem, 

spoczywał za  na nim przedmiot, który mógł by  jedynie trumn , okryt  naszym 

sztandarem Jednoro ca. Powoził garbus w stroju barwy purpury i pomara czy. 

Nawet z tej odległo ci poznałem w nim Dworkina.  

      Wi c to jest to, pnnry lalem. Nie wiem dlaczego, ale to chyba odpowiednie,  e 

zmierzasz teraz do Starego Kraju. Wiele jest rzeczy, które mogłem ci powiedzie , 

póki  yłe . Niektóre powiedziałem, ale niewiele padło wła ciwych słów. Teraz 

wszystko sko czone, gdy  jeste  martwy. Tak martwy, jak wszyscy, którzy przed 

tob  odeszli do tego miejsca, gdzie i my wkrótce mo e pod ymy. Przykro mi. 

Dopiero po tylu latach, kiedy przyj łe  inn  twarz i posta , poznałem ci  w 

ko cu, nauczyłem szanowa  i mo e nawet polubiłem... cho  w tamtej postaci te  

byłe  chytrym draniem. Czy Ganelon był prawdziwym tob , czy tylko kolejn  

rol , któr  zagrałe  dla własnej wygody, Stary Komediancie? Nigdy si  nie 

dowiem, ale chc  wierzy ,  e w ko cu zobaczyłem ci  takim, jakim byłe  

naprawd ,  e spotkałem kogo , kogo lubiłem, komu mogłem zaufa ; i  e to byłe  

ty. Chciałbym pozna  ci  lepiej, ale jestem wdzi czny nawet za to...  

      - Tato...? - spytał cicho Julian.  

      - Chciał, kiedy jego chwila nadejdzie, by zabra  go poza Dworce Chaosu, w 

ostateczn  ciemno  - wyja nił Bleys. - Powiedział mi to kiedy  Dworkin. Poza 

Chaos i Amber, gdzie nie si ga niczyja władza.  

      - I tak si  stało - dodała Fiona. - Ale czy istnieje porz dek gdzie  poza t  

kurtyn , przez któr  przechodz ? Czy tylko wiecznie trwa burza? Je li zwyci ył, 

to jest to tylko przelotne zawirowanie i nic nam nie grozi. Ale je li nie...  

      - To bez znaczenia - wtr ciłem. - Niewa ne, czy mu si  udało, czy nie. Mnie si  

udało.  

      - Co masz na my li? - zapytała.  

      - S dz ,  e tato przegrał.  e został zniszczony, zanim zdołał naprawi  stary 

Wzorzec. Kiedy zobaczyłem t  nawałnic , a nawet cz ciowo jej do wiadczyłem, 

zrozumiałem,  e nie zdołam dotrze  tu na czas z Klejnotem, który mi przesłał po 

zako czeniu próby. Przez cał  drog  Brand próbował mi go odebra , aby 

stworzy  nowy Wzorzec, jak mówił. To nasun ło mi pewien pomysł. Gdy 

zobaczyłem,  e wszystko si  rozpada, u yłem Klejnotu dla nakre lenia Wzorca. 

To najtrudniejsza rzecz, jakiej dokonałem w  yciu... Ale udała si . Kiedy 

przeminie ta fala, wszech wiat powinien si  utrzyma ... niezale nie od tego, czy 

my prze yjemy. Brand ukradł mi Klejnot, kiedy sko czyłem. Jak tylko 

doszedłem do siebie, wykorzystałem nowy Wzorzec,  eby przeniósł mnie tutaj. 

Zatem, cokolwiek by si  stało, wci  istnieje Wzorzec.  

      - Ale, Corwinie - powiedziała. - A je li tato odniósł sukces?  

      - Nie mam poj cia.  

background image

 

85 

      - O ile wiem - wtr cił Bleys - na podstawie tego, co mówił Dworkin, dwa ró ne 

Wzorce nie mog  istnie  w tym samym wszech wiecie. Te w Rebmie i w Tir-na 

Nog'th si  nie licz , gdy  s  tylko odbiciami naszego...  

      - Co si  stanie? - spytałem.  

      - S dz ,  e nast pi rozszczepienie,  e gdzie  powstanie nowa egzystencja...  

      - A jak podziała to na nasz ?  

      - Efektem b dzie albo totalna katastrofa, albo w ogóle nic - stwierdziła Fiona. 

- Mog  przytoczy  argumenty za ka dym z tych rozwi za .  

      - Czyli wracamy do punktu wyj cia - podsumowałem. - Albo wkrótce 

wszystko si  rozpadnie, albo jako  utrzyma.  

      - Na to wychodzi - przytakn ł Bleys.  

      - To niewa ne, je li nas ju  nie b dzie, gdy dotrze tu fala - mrukn łem. - A 

dotrze.  

      Znowu spojrzałem na kondukt pogrzebowy. Za powozem pod ali kolejni 

je d cy, a za nimi piesi dobosze. Potem proporce, pochodnie i długa kolumna 

piechurów. Wci  rozlegał si   piew i zdawało si ,  e daleko, daleko st d procesja 

dotarła wreszcie do cytadeli mroku.  

      Nienawidziłem ci  tak długo, obwiniałem o tyle spraw. Teraz wszystko 

dobiegło ko ca i  adne z tych uczu  nie przetrwało. Ty za to chciałe , bym został 

królem. Teraz widz ,  e nie nadaj  si  na to stanowisko. Widz  te ,  e musiałem 

jednak co  dla ciebie znaczy . Nikomu o tym nie powiem. Wystarczy,  e wiem 

sam. Ale nigdy ju  nie pomy l  o tobie w taki sam sposób. Ju  teraz twój obraz 

zachodzi mgł . Zamiast twojej, widz  twarz Ganelona.  

      Nadstawił dla mnie karku. Był tob , ale tob  innym, tob , którego nie znałem. 

Ile pochowałe   on i ilu wrogów? Czy wielu było przyjaciół? Chyba nie. Ale tyle 

skrywałe  sekretów, o których nie mieli my poj cia. Nigdy nie s dziłem,  e b d  

patrzył, jak odchodzisz. Ganelonie - ojcze - stary przyjacielu i wrogu, przesyłam 

ci po egnanie. Spotkasz si  z Deirdre, któr  kochałem. Zachowałe  swe tajemnice. 

Spoczywaj w spokoju, je li taka jest twoja wola. Daj  ci t  zwi dł  ró , któr  

niosłem przez piekło. Rzucam j  w otchła . Pozostawiam ci ró  te zmieszane 

kolory na niebie. B d  za tob  t sknił...  

      Wreszcie kolumna si  sko czyła. Ostatni  ałobnicy wynurzyli si  spod 

kurtyny i odeszli. Wci  płon ły błyskawice, lał deszcz i huczały gromy. Jednak 

aden z uczestników procesji nie był mokry. Stałem na skraju otchłani i 

patrzyłem, jak przechodz . Czyja  dło  spoczywała na moim ramieniu; nie wiem, 

od jak dawna.  

      Teraz, kiedy przeszedł kondukt, zauwa yłem,  e znowu zbli a si  front 

nawałnicy.  

      Rotacja nieba znowu sprowadzała na nas ciemno .  

      Z lewej strony słyszałem jakie  głosy. Miałem wra enie,  e rozbrzmiewaj  ju  

do  długo, cho  nie rozró niałem słów. Zdałem sobie spraw ,  e dr  cały,  e 

jestem obolały i  e ledwo stoj .  

      - Chod , połó  si  - zaproponowała Fiona. - Jak na jeden dzie , rodzina 

zmniejszyła si  ju  wystarczaj co.  

      Pozwoliłem, by odprowadziła mnie dalej od kraw dzi.  

      - Wła ciwie co za ró nica? - mrukn łem. - Ile jeszcze czasu nam zostało?  

background image

 

86 

      - Nie musimy tu sta  i czeka  - odparła. - Przejdziemy czarnym mostem do 

Dworców. Przełamali my ju  ich obron . Burza mo e tam nie si gn . Mo e 

zatrzyma j  otchła . Zreszt , i tak powinni my odprowadzi  tat .  

      Kiwn łem głow .  

      - Nie mamy chyba wielkiego wyboru. Do ko ca musimy pozosta  kochaj cymi 

dzie mi.  

      Opadłem na ziemi  i westchn łem. Je li ju , to czułem si  jeszcze słabszy ni , 

poprzednio.  

      - Twoje buty... - powiedziała.  

      - Tak.  

       ci gn ła mi je. Moje stopy pulsowały bólem.  

      - Dzi ki.  

      - Przynios  ci co  do jedzenia.  

      Przymkn łem oczy. Zdrzemn łem si . Zbyt wiele obrazów wirowało mi w 

głowie, by stworzy  spójny sen. Nie wiem, jak długo spałem, ale dawnym 

odruchem wiedziony obudziłem si , gdy dobiegł głos ko skich kopyt. Potem jaki  

cie  przesun ł mi si  po powiekach.  

      Otworzyłem oczy. Nade mn  stał opatulony je dziec, milcz cy i nieruchomy. 

Przygl dał mi si .  

      Spojrzałem mu w twarz. Nie zrobił  adnego gro nego gestu, lecz w tym jego 

zimnym spojrzeniu wyczułem niech .  

      - Oto spoczywa bohater - odezwał si  cichy głos.  

      Milczałem.  

      - Z łatwo ci  mogłabym ci  zabi .  

      Rozpoznałem głos, cho  nie miałem poj cia, sk d bierze si  ta wrogo .  

      - Spotkałam Borela, nim umarł. Opowiedział mi, jak zdradzieckim sposobem 

go zwyci yłe .  

      Nie mogłem tego powstrzyma , nie mogłem si  opanowa . Suchy chichot 

wzbierał mi w krtani. Akurat to, ze wszystkich głupich rzeczy, o które mo na si  

rozgniewa ... Mogłem jej powiedzie ,  e Borel był o wiele lepiej wyposa ony i 

wypocz ty, i  e ruszył na mnie, szukaj c walki. Mogłem powiedzie ,  e nie uznaj  

reguł, gdy chodzi o moje  ycie, albo  e nie uwa am wojny za gr . Mogłem 

powiedzie  jeszcze wiele rzeczy, ale je li do tej pory o nich nie wiedziała czy 

wolała nie rozumie , to i tak nie zrobiłyby na niej wra enia. Zreszt , jej uczucia 

były a  nadto wyra ne. Dlatego zdecydowałem si  na jedn  z wielkich i banalnych 

prawd:  

      - Jest wiele punktów widzenia na ka d  spraw .  

      - Pozostan  przy jednym.  

      My lałem, czy nie wzruszy  ramionami, ale były zbyt obolałe.  

      - Kosztowałe  mnie dwie najwa niejsze osoby w moim  yciu - o wiadczyła.  

      - Naprawd ? Bardzo mi przykro.  

      - Nie jeste  taki, za jakiego ci  uwa ałam. Widziałam w tobie prawdziwie 

szlachetn  posta : silny, ale pełen zrozumienia i czasem delikatny. Honorowy...  

      Burza, o wiele ju  bli sza, szalała za jej plecami.  

      Pomy lałem o czym  wulgarnym i powiedziałem to. Nie zwróciła uwagi, jakby 

w ogóle mnie nie słyszała.  

background image

 

87 

      - Odchodz  teraz - rzekła. - Wracam do mojego ludu. Na razie 

zwyci yli cie... ale tam le y Amber. - Skin ła w stron  nawałnicy. Mogłem tylko 

patrze . Nie na  ywioły. Na ni . - Nie s dz , by pozostały mi jeszcze jakie  

zobowi zania, które powinnam zerwa  - mówiła dalej.  

      - A Benedykt? - spytałem cicho.  

      - Nie wa  si ... - Odwróciła si  plecami. Milczała chwil . - Nie s dz , by my 

jeszcze kiedy  si  spotkali - o wiadczyła, a ko  poniósł j  w kierunku czarnej 

drogi.  

      Cynik pomy lałby pewnie,  e wolała przył czy  si  do strony, któr  uznała za 

zwyci sk , gdy  Dworce Chaosu zapewne przetrwaj . Ja nie byłem tego pewien. 

My lałem tylko o tym, co zobaczyłem, gdy skin ła r k . Kaptur zsun ł jej si  

wtedy i przez chwil  widziałem, czym si  stała. To nie ludzka twarz kryła si  w 

cieniu. Mimo to odprowadzałem j  wzrokiem, póki nie znikn ła. Po  mierci 

Deirdre, Branda i taty, a teraz po rozstaniu z Dar  w gniewie,  wiat był bardziej 

pusty... cokolwiek miało z niego pozosta .  

      Poło yłem si  i westchn łem. Mo e po prostu czeka  tutaj, gdy inni odjad , 

czeka , a  przetoczy si  burza. I spa ... rozpłyn  si ? Wspomniałem Hugiego. 

Czy bym przetrawił nie tylko jego ciało, ale tak e ch  ucieczki od  ycia? Byłem 

tak zm czony,  e wydało mi si  to najprostszym rozwi zaniem...  

      - Masz, Corwinie.  

      Zasn łem znowu, cho  tylko na moment. Fiona stała przy mnie z prowiantem 

i manierk . Kto  z ni  przyszedł.  

      - Nie chciałam przeszkadza  w rozmowie - wyja niła. - Dlatego czekałam.  

      - Słyszała ?  

      - Nie, ale mog  si  domy li . Skoro odeszła... Trzymaj.  

      Przełkn łem troch  wina, potem zaj łem si  chlebem i mi sem. Mimo stanu 

moich uczu , smakowały całkiem nie le.  

      - Wkrótce ruszamy - oznajmiła, spogl daj c na szalej c  nawałnic . - Mo esz 

dosi

 konia?  

      - Chyba tak.  

      Wypiłem jeszcze łyk wina.  

      - Ale zbyt wiele si  wydarzyło, Fi - powiedziałem. - Jestem emocjonalnie 

martwy. Uciekłem z domu wariatów w  wiecie Cienia. Oszukiwałem ludzi i 

zabijałem ich. Spiskowałem i walczyłem. Odzyskałem pami  i próbowałem 

wyprowadzi  swoje  ycie na prost . Znalazłem rodzin  i przekonałem si ,  e j  

kocham. Pogodziłem si  z tat . Walczyłem za królestwo. Próbowałem 

wszystkiego,  eby jako  to razem powi za . A teraz okazuje si ,  e to na nic. I nie 

mam ju  ch ci, by nadal rozpacza . Odr twiałem. Wybacz.  

      Pocałowała mnie.  

      - Nie jeste my jeszcze pokonani. Znowu b dziesz sob  - zapewniła mnie.  

      Pokr ciłem głow .  

      - To jak ostatni rozdział "Alicji" - stwierdziłem. - Mam uczucie,  e je li 

krzykn  "Jeste cie tylko tali  kart!", wszyscy rozsypiemy si  w powietrzu jak stos 

malowanych kartoników. Nie jad  z wami. Zostawcie mnie tutaj. I tak byłem 

tylko d okerem.  

      - W tej chwili jestem silniejsza od ciebie - o wiadczyła. - Jedziesz.  

background image

 

88 

      - To nieuczciwe - szepn łem.  

      - Sko cz je . Mamy jeszcze troch  czasu.  

      A kiedy zaj łem si  jedzeniem, ona mówiła dalej:  

      - Twój syn, Merlin czeka na spotkanie. Chciałabym wezwa  go teraz.  

      - Jeniec?  

      - Niezupełnie. Nie brał udziału w bitwie. Przyjechał po prostu jaki  czas temu 

i chce si  z tob  widzie .  

      Kiwn łem głow , a ona odeszła. Zostawiłem jedzenie i łykn łem wina. Chyba 

zaczynałem si  denerwowa . Co człowiek mo e powiedzie  dorosłemu synowi, o 

którego istnieniu dowiedział si  całkiem niedawno? Zastanawiałem si , co czuje 

wobec mnie. Czy wie o decyzji Dary? Jak powinienem si  zachowa ?  

      Patrzyłem, jak nadchodzi z lewej strony, gdzie w sporej odległo ci zebrało si  

moje rodze stwo. Zastanawiałem si  wcze niej, dlaczego zostawili mnie samego. 

Im wi cej przybywało go ci, tym bardziej oczywista była odpowied . Ciekawe, 

czy z mojego powodu wstrzymywali odwrót. Wilgotne wichry burzy dmuchały 

coraz mocniej.  

      Przygl dał mi si  nadchodz c, bez  adnego szczególnego wyrazu twarzy, tak 

podobnej do mojej. My lałem, co czuła Dara, gdy jej proroctwo zniszczenia 

Amberu było ju  bliskie spełnienia. My lałem, jak układaj  si  jej stosunki z 

chłopcem. My lałem... o wielu sprawach.  

      Pochylił si , by chwyci  mnie za r k .  

      - Ojcze... - powiedział.  

      - Merlin. - Spojrzałem mu w oczy. Podniosłem si , wci  trzymaj c jego dło .  

      - Nie wstawaj.  

      - Nic mi nie b dzie. - Przycisn łem go, potem pu ciłem. - Ciesz  si  - 

powiedziałem. I jeszcze: - Napij si  ze mn .  

      Podałem mu wino, po cz ci, by ukry ,  e brak mi słów.  

      - Dzi kuj .  

      Wypił troch  i oddał mi manierk .  

      - Twoje zdrowie. - Poci gn łem łyk. - Wybacz,  e nie proponuj  ci krzesła.  

      Usiadłem na ziemi. On zrobił to samo.  

      - Nikt wła ciwie nie wie, co robiłe  - o wiadczył. - Oprócz Fiony, która 

powiedziała tylko,  e było to bardzo trudne.  

      - Niewa ne. Ciesz  si ,  e doszedłem a  tutaj, cho by tylko z powodu naszego 

spotkania. Opowiedz mi o sobie, synu. Jaki jeste ? Jak potraktowało ci   ycie?  

      Odwrócił głow .  

      - Za krótko  yłem, by wiele dokona .  

      Byłem ciekaw, czy dysponuje umiej tno ci  zmiany kształtu, ale na razie 

wolałem nie pyta . Przecie  dopiero go poznałem; nie warto szuka  ró nic.  

      - Nie mam poj cia, jak to jest - mrukn łem - wychowywa  si  w Dworcach.  

      Po raz pierwszy si  u miechn ł.  

      - A ja nie mam poj cia, jak to jest gdzie indziej. Byłem dostatecznie inny, by 

pozostawiano mnie samemu sobie. Uczono mnie zwykłych rzeczy, które powinien 

zna  d entelmen: czary, bro , trucizny, je dziectwo, ta ce... Powiedziano,  e 

pewnego dnia b d  władał w Amberze. To ju  si  chyba nie spełni.  

      - Mało prawdopodobne w przewidywalnej przyszło ci - zgodziłem si .  

background image

 

89 

      - To dobrze - stwierdził. - To jedna z rzeczy, któr  nie chciałbym si  

zajmowa .  

      - A czym by  chciał?  

      - Chc  przej  Wzorzec w Amberze, jak mama, zdoby  władz  nad Cieniem, 

bym mógł w nim w drowa , ogl da  dziwne krainy, dokonywa  niezwykłych 

czynów. S dzisz,  e to mo liwe?  

      Napiłem si  i oddałem mu wino.  

      - Całkiem mo liwe,  e Amber ju  nie istnieje. Wszystko zale y od tego, czy 

twojemu dziadkowi udało si  co , co zamierzał. A nie ma go ju  i nie powie, co si  

zdarzyło. Jednak, tak czy inaczej, wci  istnieje Wzorzec. Je li prze yjemy t  

piekieln  burz , obiecuj ,  e doprowadz  ci  do niego, udziel  instrukcji i 

dopilnuj ,  eby  go przeszedł.  

      - Dzi ki. Opowiesz mi o swojej podró y tutaj?  

      - Pó niej - obiecałem. - Co ci mówili na mój temat?  

      Odwrócił wzrok.  

      - Uczono mnie pot pia  wiele z tego, co zachodzi w Amberze - rzekł po chwili. 

- Ciebie miałem szanowa  jako ojca, pami taj c jednak,  e stoisz po stronie 

wroga. - Znów umilkł. - Pami tam wtedy, na patrolu, kiedy tu przybyłe , a ja 

znalazłem ci  zaraz po twojej walce z Kwanem...  ywiłem wtedy mieszane 

uczucia. Wła nie zabiłe  kogo , kogo znałem, a jednak... musiałem podziwia  

twoj  postaw . W twojej twarzy dostrzegłem własn . To było dziwne. Chciałem 

pozna  ci  lepiej.  

      Niebo zatoczyło pełny kr g. Ciemno  znalazła si  nad nami, a kolory płyn ły 

nad Chaoscm. Tym wyra niejszy był stały post p rozbłyskuj cego frontu 

nawałnicy. Pochyliłem si , si gn łem po buty i zacz łem je wkłada . Wkrótce 

trzeba b dzie rozpocz  odwrót.  

      - Musimy doko czy  t  rozmow  na twoim terenie - o wiadczyłem. - Pora ju  

ucieka  przed burz .  

      Odwrócił si , przez chwil  obserwował  ywioły, potem spojrzał ponad 

otchłani .  

      - Je li chcesz, mog  wezwa  smug .  

      - Jeden z tych dryfuj cych mostów? Jak ten, po którym jechałe  w dniu 

naszego spotkania?  

      - Tak - potwierdził. - S  bardzo wygodne i...  

      Jaki  krzyk rozległ si  od strony moich krewniaków. Poprzednio nic im nie 

groziło, wi c wstałem spokojnie i przeszedłem kilka kroków w ich kierunku. 

Merlin ruszył za mn .  

      Wtedy go zobaczyłem. Biały kształt, jakby biegn cy przez powietrze i 

unosz cy si  z otchłani. Przednie kopyta dotkn ły kraw dzi, potem dał susa i 

stan ł nieruchomo, obserwuj c wszystkich: nasz Jednoro ec.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

90 

Rozdział 13

 

 

Na chwil  spłyn ło ze mnie zm czenie i ból. Patrzyłem na delikatn , biał  

sylwetk  i czułem mu ni cie czego  na kształt nadziei. Drobn  cz ci  umysłu 

pragn łem podbiec, lecz co  o wiele pot niejszego trzymało mnie w bezruchu i 

oczekiwaniu.  

      Nie wiem, jak długo tak stali my. Poni ej, na zboczach,  ołnierze szykowali si  

do odwrotu. Wi zano je ców, pakowano juki, ładowano sprz t. Lecz cała ta 

wielka armia, w trakcie przygotowa  do przemarszu, zatrzymała si  nagle. To nie 

było naturalne,  e tak szybko dostrzegli, co si  dzieje, ale ka da twarz, jak  

widziałem, zwracała si  ku nam, ku Jednoro cowi na kraw dzi, wyra nie 

widocznemu na tle oszalałego nieba.  

      Spostrzegłem,  e nagle ucichł wiatr dmuchaj cy mi w plecy, cho  wci  

huczały gromy, a błyskawice ciskały migotliwe cienie. Wspomniałem inne 

spotkanie z Jednoro cem, kiedy jechali my po ciało cienia Caine'a, tego dnia, gdy 

przegrałem starcie z Gerardem. Pomy lałem o historiach, które mi opowiadano... 

Czy naprawd  potrafi nam pomóc?  

      Jednoro ec post pił o krok i zatrzymał si . Był tak cudowny,  e sam jego 

widok dodał mi odwagi. Ale było to bolesne uczucie: takie pi kno mo na 

przyjmowa  tylko w małych dawkach. W jaki  sposób dostrzegałem 

nadnaturaln  inteligencj  ukryt  w  nie nobiałej głowie. Pragn łem go dotkn , 

ale wiedziałem,  e nie mog .  

      Rozejrzał si . Zwrócił spojrzenie w moj  stron  i gdybym tylko potrafił, 

odwróciłbym wzrok. To jednak nie było mo liwe, wi c patrzyłem w te oczy, w 

których czytałem zrozumienie niesko czenie gł bsze ni  moje.  

      Było tak, jakby wiedział o mnie wszystko, jakby w tej wła nie chwili ocenił 

próby, które przeszedłem.., zobaczył, zrozumiał, mo e współczuł. Przez chwil  

miałem wra enie,  e widz   al, miło ... i mo e odrobin  rozbawienia.  

      Potem odwrócił głow  i kontakt został zerwany.  

      Westchn łem mimowolnie. I wła nie wtedy dostrzegłem w  wietle błyskawicy, 

e co  l ni z boku jego szyi. Zrobił kolejny krok i teraz patrzył na gromad  

mojego rodze stwa. Opu cił głow  i zar ał cichutko. Stukn ł o ziemi  prawym 

przednim kopytem.  

      Wyczułem,  e Merlin stan ł obok mnie. Pomy lałem, co bym stracił, gdyby 

wszystko sko czyło si  tutaj.  

      Jednoro ec wykonał kilka tanecznych kroków. Potrz sn ł głow  i opu cił j . 

Miałem wra enie,  e nie podoba mu si  pomysł zbli enia do tak du ej grupy 

ludzi. Po kolejnym kroku raz jeszcze dostrzegłem migotanie. I nie tylko. 

Czerwona iskra błyszczała poprzez futro na szyi: nosił Klejnot Wszechmocy. Nie 

wiedziałem, jak go odzyskał, ale to bez znaczenia. Je li tylko odda kamie , byłem 

pewien,  e zdołam przełama  burz ... a przynajmniej osłoni  to miejsce i nas, 

dopóki nie minie. Ale jedno spojrzenie było wszystkim, na co mogłem liczy . Nie 

zwracał ju  na mnie uwagi. Wolno, ostro nie, gotów do ucieczki przy 

najmniejszym zagro eniu, zbli ył si  do miejsca, gdzie stali Julian, Random, 

Bleys, Fiona, Llewella, Benedykt i kilkoro szlachty.  

      Powinienem ju  wtedy zda  sobie spraw , co si  dzieje, ale nic nie 

background image

 

91 

rozumiałem. Po prostu obserowałem ruchy smukłego zwierz cia, wchodz cego z 

wolna w sam  rodek grupy.  

      Znowu si  zatrzymał, opu cił głow , potrz sn ł grzyw  i opadł na przednie 

kolana. Klejnot Wszechmocy wisiał teraz na spiralnym, złotym rogu; jego 

ko cem dotykał prawie osoby, przed któr  kl czał.  

      Nagle oczyma wyobra ni zobaczyłem na niebie twarz i naszego ojca. Znów 

usłyszałem jego słowa: "Po mojej  mierci na was spadnie problem sukcesji... Nie 

mam wyj cia; musz  postawi  t  spraw  na rogu Jednoro ca".  

      W grupie rozległy si  szepty. Zrozumiałem,  e wszystkim przyszła do głowy ta 

sama my l. Jednoro ec nie drgn ł nawet wobec tego poruszenia, lecz trwał niby 

mi kka, biała statua, jakby przestał nawet oddycha .  

      Random powoli wyci gn ł r k  i zdj ł Klejnot. Usłyszałem jego cichy głos.  

      - Dzi ki ci - powiedział.  

      Julian wydobył miecz, przykl kn ł i zło ył go u stóp Randoma. Potem Bleys i 

Benedykt, Caine, Fiona i Llewella. Doł czyłem do nich. A wraz ze mn  mój syn.  

      Random milczał przez chwil . Wreszcie odezwał si .  

      - Przyjmuj  wasz hołd - oznajmił. - A teraz wsta cie wszyscy.  

      Jednoro ec odwrócił si  i ruszył biegiem. Przemkn ł po zboczu i w mgnieniu 

oka znikn ł poza zasi giem wzroku.  

      - Nigdy bym si  nie spodziewał czego  takiego - stwierdził Random, wci  

spogl daj c na Klejnot. - Corwinie, czy mo esz wzi  to ode mnie i powstrzyma  

nawałnic ?  

      - Teraz nale y do ciebie - odparłem. - Nie wiem, jak daleko si ga zaburzenie. 

Nie wiem, czy w moim obecnym stanie potrafiłbym wytrwa  tak długo, by 

zapewni  nam bezpiecze stwo. S dz ,  e musi to by  twój pierwszy czyn jako 

króla.  

      - W takim razie musisz mi pokaza , jak to zrobi . My lałem,  e dla 

dostrojenia niezb dny jest Wzorzec.  

      - Chyba nie. Brand sugerował,  e osoba ju  zestrojona mo e dostroi  inn . 

Zastanawiałem si  nad tym i chyba ju  wiem, jak tego dokona . Przejd my na 

stron .  

      - W porz dku. Chod my.  

      Co  nowego pojawiło si  w jego głosie, w postawie. Nieoczekiwana rola 

odmieniła go. My lałem, jakim królem i królow  stanie si  on i Vialle. Zbyt 

wiele... Nie mogłem skupi  my li. Zbyt wiele si  ostatnio wydarzyło. Nie 

potrafiłem zawrze  w jednym planie my lowym wszystkich tych zdarze . Miałem 

ochot  wczołga  si  w jaki  cichy k cik i przespa  cały dzie . Zamiast tego, 

szedłem za nim do miejsca, gdzie wci   arzyło si  niewielkie ognisko.  

      Spojrzał w ogie  i dorzucił gar  patyków. Potem usiadł i skin ł mi głow . 

Podszedłem i zaj łem miejsce obok.  

      - Z tym całym panowaniem... - zacz ł. - Corwinie, co ja zrobi ? To spadło na 

mnie zupełnie nagle.  

      - Co zrobisz? Prawdopodobnie kawał dobrej roboty.  

      - My lisz,  e mieli  al?  

      - Je li nawet, to tego nie okazali. Jeste  dobrym kandydatem, Randomie. Tyle 

si  ostatnio zdarzyło... Tato nas chronił, mo e nawet bardziej, ni  powinien dla 

background image

 

92 

naszego dobra. Tron to nie  aden frykas. Czeka ci  wiele ci kiej pracy. My l ,  e 

inni te  to zrozumieli.  

      - A ty?  

      - Ja pragn łem go tylko dlatego,  e pragn ł Eryk. Wtedy nie zdawałem sobie z 

tego sprawy, ale to prawda. Tron był sztonem w grze, któr  rozgrywali my przez 

całe lata. Wła ciwie, był zako czeniem wendetty. Zabiłbym, by go zdoby . I teraz 

ciesz  si ,  e Eryk znalazł inny sposób, by umrze . Wi cej było w nas 

podobie stw ni  ró nic. Tego te  nie zauwa ałem; dopiero potem. Ale po, jego 

mierci wci  wyszukiwałem powody, by nie bra  korony. Wreszcie 

u wiadomiłem sobie,  e wcale nie chc  tronu. Nie. Bierz go na szcz cie. Rz d  

m drze, bracie. Jestem pewien,  e potrafisz.  

      - Spróbuj , je li Amber nadal istnieje - powiedział po chwili. - A teraz 

zajmijmy si  spraw  Klejnotu. Ta burza przesun ła si  ju  nieprzyjemnie blisko.  

      Kiwn łem głow  i wzi łem od niego kamie . Uniosłem na ła cuchu tak, by 

wieciły przez niego płomienie. Błysn ło  wiatło; wn trze wydawało si  czyste.  

      - Przysu  si  i patrz w Klejnot wraz ze mn  - poleciłem.  

      Zrobił to; przez moment razem spogl dali my w kryształ.  

      - My l o Wzorcu - powiedziałem i sam zacz łem o nim my le , próbuj c 

przywoła  obraz jego p tli i zwojów, jego l ni cych blado linii.  

      Zdawało mi si ,  e dostrzegam skaz  przy samym  rodku kamienia. 

Studiowałem j , my l c o skr tach, łukach, zasłonach.., Wyobraziłem sobie pr d, 

który przebiegał przeze mnie za ka dym razem, kiedy próbowałem swych sił na 

tej skomplikowanej trasie.  

      Skaza kryształu stała si  wyra niejsza. Si gn łem ku niej sw  wol , 

przywołałem stan spełnienia i wyrazisto ci. Ogarn ło mnie znajome uczucie, takie 

samo jak wtedy, kiedy sam zestroiłem si  z Klejnotem. Miałem tylko nadziej ,  e 

pozostało mi do  sił, by powtórzy  to do wiadczenie.  

      Chwyciłem Randoma za rami .  

      - Co widzisz?  

      - Co  podobnego do Wzorca - powiedział. - Tylko jest trójwymiarowy i le y na 

dnie czerwonego morza.  

      - Zatem chod  ze mn  - poleciłem. - Musimy tam dotrze .  

      Znowu wra enie ruchu, z pocz tku lot, potem upadek z rosn c  szybko ci  w 

stron  nigdy nie ogl danych dokładnie splotów Wzorca w Klejnocie. Nakazałem 

ruch naprzód. Wyczuwałem obecno  mego brata, a otaczaj ce nas rubinowe 

l nienie pociemniało, przemienione w czer  czystego, nocnego nieba. Cudowny 

Wzorzec rósł z ka dym dudni cym uderzeniem serca. Cały proces wychwał si  

chyba łatwiejszy ni  poprzednio; mo e dlatego,  e byłem ju  zestrojony.  

      Czuj c przy sobie Randoma, wci gałem go za sob , a daleki, znajomy kształt 

rozrastał si  coraz bardziej. Dostrzegłem ju  punkt pocz tkowy. Popłyn li my ku 

niemu; raz jeszcze spróbowałem ogarn  absolut tego Wzorca i raz jeszcze 

zagubiłem si  w jego ponad wymiarowych zwojach. Łuki, spirale i spl tane z 

pozoru linie owijały si  wokół nas. Ponownie ogarn ł mnie znany z poprzedniej 

wizyty zachwyt. I byłem  wiadom,  e Random odczuwa to samo.  

      Przesun li my si  do fragmentu, gdzie był pocz tek, i zostali my wessani. 

Otaczała nas przebijana iskrami migotliwa jasno ; wplatali my si  w  wietln  

background image

 

93 

matryc . Tym razem droga pochłon ła mnie całkowicie, a Pary  wydawał si  

bardzo daleki...  

      Pami  pod wiadomo ci przypominała mi o trudniejszych odcinkach. 

Wykorzystałem swe pragnienie - sw  wol , je li tak zechcesz, j  nazwa  - by 

pomkn  o lepiaj cym szlakiem, beztrosko czerpi c od Randoma sił  dla 

przyspieszenia procesu.  

      Przypominało to w drówk  po l ni cym wn trzu ogromnej, przepi knie 

zwini tej muszli. Nasze przej cie było zupełnie bezgło ne, a my sami byli my 

tylko bezcielesnymi punktami ja ni.  

      Pr dko  rosła, a z ni  psychiczny ból, którego nie pami tałem z poprzedniego 

lotu. Mo e miał jaki  zwi zek z wyczerpaniem albo z pragnieniem, by wszystko 

odbyło si  jak najszybciej. Przebijali my bariery; otaczały nas jednostajne, 

płynne  ciany jasno ci. Czułem ogarniaj c  mnie słabo , oszołomienie. Lecz nie 

było mnie sta  na luksus nie wiadomo ci, nie mogłem te  zwolni , gdy burza 

dotarła ju  tak blisko. Znowu, cho  niech tnie, zaczerpn łem sił od Randoma - 

tym razem po to, by utrzyma  nas obu w grze.  

      Pomkn li my naprzód.  

      Nie do wiadczyłem tego mrowienia, zwi zanego z uczuciem,  e co  zostaje 

stworzone. Jego brak był z pewno ci  wynikiem mojego dostrojenia. Poprzednie 

przej cie mógło zaowocowa  pewn  odporno ci .  

      Po bezczasowym interwale odniosłem wra enie,  e Random słabnie. By  mo e 

stałem si  zbyt wielkim ci arem na jego siły. Nie wiedziałem, czy je li nadal b d  

si  na nim wspierał, zostanie mu do  energii, by opanowa  nawałnic . 

Postanowiłem nie czerpa  ju  z jego rezerw. Zaszli my dostatecznie daleko. Na 

pewno potrafi pod a  dalej beze mnie. B d  si  trzymał, jak długo potrafi . 

Lepiej,  ebym zgin ł tu sam, ni  mieliby my zgin  obaj.  

      Płyn li my dalej; zmysły buntowały si , coraz cz ciej powracał zawrót głowy. 

Usuwaj c z umysłu wszelkie nieistotne kwestie, cał  sił  woli skoncentrowałem na 

ruchu. Byli my ju  chyba blisko ko ca. I wtedy nadpłyn ł mrok, który nie był 

cz ci  procesu. Stłumiłem panik .  

      Nic z tego. Czułem,  e si  zapadam. Tak blisko! Byłem pewien,  e prawie 

sko czyli my. Łatwo byłoby...  

      Wszystko odpłyn ło. Ostatnim uczuciem była  wiadomo  troski Randoma.  

      Pod stopami co  migotało pomara czowo i czerwono.  

      Czy bym tkwił w pułapce jakiego  astralnego piekła?  

      Patrzyłem w skupieniu, a umysł oczyszczał si  z wolna. Ciemno  otaczała 

wiatło i...  

      Słyszałem jakie  głosy. Znajome...  

      Widziałem wyra niej. Le ałem na plecach, zwrócony stopami w stron  

ogniska.  

      - Ju  dobrze, Corwinie. Wszystko w porz dku.  

      To Fiona przemówiła. Obejrzałem si . Siedziała na ziemi powy ej mnie.  

      - Random...? - wykrztusiłem.  

      - Jemu te  nic nie jest.., ojcze.  

      Merlin zaj ł miejsce bardziej na prawo.  

      - Co si  stało?  

background image

 

94 

      - Random ci  wyprowadził - odparła Fiona.  

      - Czy dostrojenie si  powiodło?  

      - Uwa a,  e tak.  

      Usiadłem z trudem. Próbowała mi przeszkodzi , ale usiadłem i tak.  

      - Gdzie on jest?  

      Wskazała wzrokiem.  

      Random stał odwrócony plecami, jakie  trzydzie ci metrów od nas, na skalnej 

półce, twarz  w stron  burzy. Była ju  bardzo blisko; wicher szarpał mu płaszcz. 

Błyskawice krzy owały si  przed nim, a grzmot nie cichł ani na chwil .  

      - Jak długo... jak długo tam stoi?  

      - Dopiero par  minut - odparła Fiona.  

      - Tyle czasu min ło... od naszego powrotu?  

      - Nie. Długo byłe  nieprzytomny. Random najpierw porozmawiał z innymi, 

potem nakazał odwrót wojsk. Benedykt zabrał wszystkich na czarn  drog . 

Przechodz  do Dworców.  

      Spojrzałem tam. Na czarnej drodze trwał ruch: mroczna kolumna zmierzała 

w stron  cytadeli. Pomi dzy nami dryfowały pasma babiego lata; po drugiej 

stronie, wokół czarnego masywu, płon ły gromady iskier. Niebo nad nami 

zatoczyło pełny kr g i znale li my si  pod ciemn  połow . Znowu doznałem 

dziwnego wra enia,  e byłem tu kiedy , bardzo dawno temu, by si  przekona ,  e 

nie Amber, a to wła nie miejsce jest prawdziwym o rodkiem stworzenia. 

Próbowałem pochwyci  widmo wspomnie ...  

      Znikn ło.  

      Rozejrzałem si  w przecinanym błyskawicami półmroku.  

      - Wszyscy oni... odeszli? - zwróciłem si  do niej. - Ty, ja, Merlin i Random... 

nikt wi cej nie został?  

      - Nikt - rzekła Fiona. - Czy chcesz ruszy  za nimi?  

      Pokr ciłem głow .  

      - Zostaj  tutaj, z Randomem.  

      - Wiedziałam,  e tak powiesz.  

      Wstałem, gdy si  podniosła. Merlin tak e. Biały rumak podbiegł, gdy klasn ła 

w dłonie.  

      - Nie potrzebujesz ju  mojej opieki - stwierdziła. - Pojad  wi c i doł cz  do 

reszty w Dworcach Chaosu. Wasze konie czekaj  sp tane przy tamtych skałach. - 

Skin ła r k . - Jedziesz, Merlinie?  

      - Zostan  z moim ojcem. I z królem.  

      - Jak chcesz. Mam nadziej ,  e wkrótce znów ci  zobacz .  

      - Dzi ki, Fi - powiedziałem.  

      Pomogłem jej wsi

 na siodło i przez chwil  patrzyłem, jak odje d a.  

      Wróciłem do ogniska. Random stał nieruchomo, zmagaj c si  z burz .  

      - Jest mnóstwo wina i  ywno ci - oznajmił Merlin. - Przynie  ci troch ?  

      - Niezły pomysł.  

      Burza przysun ła si  tak blisko,  e w ci gu kilku minut dotarłbym do niej na 

piechot . Na razie trudno było oceni , czy wysiłki Randoma daj  jaki  efekt. 

Westchn łem ci ko i zamy liłem si . Koniec. Tak czy inaczej, moje rozpocz te 

jeszcze w Greenwood trudy dobiegły ko ca. Nie musz  si  m ci . Nie. Mamy nie 

background image

 

95 

naruszony Wzorzec, mo e nawet dwa. Przyczyna wszystkich naszych zmartwie , 

Brand, nie  yje. Wszelkie pozostało ci mojej kl twy zostan  wymazane przez 

pot ne konwulsje Cienia. A ja zrobiłem, co mogłem, by j  odwróci . Odnalazłem 

przyjaciela w ojcu i przed  mierci  pogodziłem si  z nim ju  w jego własnej 

osobie. Mieli my nowego króla, który wyra nie otrzymał błogosławie stwo 

Jednoro ca. Przysi gli my mu lojalno  - moim zdaniem szczerze. Znów 

poł czyłem si  z rodzin . Czułem,  e spełniłem swój obowi zek. Nic nie zmuszało 

mnie do działania. Sko czyły mi si  powody i byłem tak bliski spokoju, jak mo e 

nigdy w  yciu. Wszystko było poza mn . Gdybym miał teraz umrze , to niech 

b dzie. Nie protestowałbym tak gło no, jak w ka dej innej chwili.  

      - Daleko odszedłe , ojcze.  

      Z u miechem skin łem głow . Wzi łem troch  jedzenia. Cały czas 

obserwowałem burz . Jeszcze za wcze nie, by mie  pewno , ale chyba przestała 

si  zbli a . Byłem zbyt zm czony, by zasn . Czy co  w tym rodzaju. Ból min ł i 

ogarn ło mnie cudowne odr twienie.  

      Byłem jak zanurzony w ciepłej wacie. Zdarzenia i reminiscencje nakr cały 

psychiczny zegar w głowie. Z przeró nych wzgl dów było to rozkoszne uczucie. 

Sko czyłem jedzenie, doło yłem do ognia. Potem łykn łem wina i patrzyłem na 

burz , niby w oszronione okno, za którym wybuchaj  sztuczne ognie.  ycie było 

pi kne. Je li Randomowi uda si  rozproszy  t  nawałnic , jutro wyrusz  do 

Dworców Chaosu. Nie wiem, co mo e mnie tam czeka . Mo e to gigantyczna 

pułapka.  

      Zasadzka. Sztuczka. Odsun łem t  my l. W tej chwili jako  nie miało to 

znaczenia.  

      - Zacz łe  mi opowiada  o sobie, ojcze.  

      - Naprawd ? Nie pami tam ju , co mówiłem.  

      - Chciałbym lepiej ci  pozna . Opowiedz wi cej.  

      Westchn łem i wzruszyłem ramionami.  

      - Wi c o tym. - Skin ł r k . - Cały ten konflikt... Jak to si  zacz ło? Jaka była 

twoja rola? Fiona mówiła,  e przez wiele lat  yłe  w Cieniu pozbawiony pami ci. 

Jak j  odzyskałe , jak znalazłe  innych i wróciłe  do Amberu?  

      Za miałem si . Raz jeszcze spojrzałem na Randoma i burz . Wypiłem łyk 

wina i otuliłem si  płaszczem.  

      - Czemu nie? - mrukn łem. - Je li masz ochot  na długie historie, oto jedna z 

nich... Przypuszczam,  e najlepiej b dzie zacz  od prywatnej kliniki w 

Greenwood, na cieniu-Ziemi mojego wygnania. Tak...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

96 

Rozdział 14

 

 

Opowiadałem, a niebo wykonało nad nami pełny obrót. Potem drugi. 

Zmagaj cy si  z nawałnic  Random zwyci ył. Rozst piła si  przed nami jak 

rozci ta toporem olbrzyma. Szalała jeszcze z obu stron, by wreszcie odej  na 

północ i południe, rozpływaj c si , słabn c i znikaj c.  

      Kraina, któr  zasłaniała, przetrwała, lecz czarna droga znikn ła. Merlin 

twierdzi jednak,  e to  aden kłopot. Gdy nadejdzie pora, by przej  na drug  

stron , przywoła dla nas pasmo babiego lata.  

      Random odszedł. Straszliwy był wysiłek, którego si  podj ł. Gdy wypoczywał, 

nie wygl dał ju  jak dawniej: zapalczywy młodszy brat, któremu uwielbiali my 

dokucza . Na jego twarzy wyst piły linie, których nie dostrzegałem wcze niej: 

oznaki gł bi, na któr  nie zwracałem uwagi. Mo e to niedawne wydarzenia 

wpłyn ły na jego obraz w moich oczach, ale wydawał si  jakby silniejszy i 

bardziej szlachetny. Czy by nowa rola tak podziałała? Naznaczony przez. 

Jednoro ca, namaszczony przez burz , chyba rzeczywi cie nawet przez sen 

wygl dał po królewsku.  

      Ja ju  spałem, a Merlin drzemał w tej chwili. Zadowolenie daje mi fakt,  e w 

tej krótkiej chwili przed jego przebudzeniem jestem jedynym płomykiem 

wiadomo ci na grani Chaosu. Spogl dam na ocalały  wiat,  wiat oczyszczony, 

wiat, który trwa...  

      Spó nili my si  mo e na pogrzeb taty, na rejs w jakie  bezimienne miejsce 

poza Dworcami. To smutne, ale nie miałem siły, by si  ruszy . Widziałem jednak 

splendor jego odej cia, a wielk  cz  jego  ycia nosz  w sobie.  

      Po egnali my si . On by to zrozumiał. I ty  egnaj, Eryku. Po tylu latach 

mówi  to wreszcie, wła nie w taki sposób. Gdyby  do ył tej chwili, wszystkie 

nasze rachunki zostałyby zamkni te. Pewnego dnia mo e nawet zostaliby my 

przyjaciółmi... skoro znikn ły wszelkie powody sporów. Ze wszystkich par w 

rodzinie, ty i ja najbardziej byli my podobni do siebie. Mo e z wyj tkiem Deirdre 

i mnie, w pewnym sensie... Lecz łzy z tej przyczyny zostały przelane ju  dawno. 

Mimo to,  egnaj jeszcze raz, najukocha sza siostro; zawsze  y  b dziesz w moim 

sercu.  

      I ty, Brandzie... Wspominam ci  z gorycz , szalony bracie. Prawie nas 

zniszczyłe . Niemal zrzuciłe  Amber z wyniosłego gniazda na piersi Kolviru. 

Wstrz sn łby  całym Cieniem. Niemal rozbiłe  Wzorzec i przebudowałe  

wszech wiat na własny obraz. Obł kany i zły, tak blisko byłe  realizacji swych 

pragnie ,  e jeszcze teraz dr  na samo wspomnienie. Jestem zadowolony,  e 

odszedłe ,  e zabrały ci  strzała i otchła ,  e nie ha bisz ju  sw  obecno ci  

ludzkich siedzib ani nie oddychasz słodkim powietrzem Amberu. Chciałbym, by  

nigdy si  nie urodził, a je li ju , to aby  zgin ł wcze niej. Do ! Takie refleksje 

pomniejszaj  mego ducha. B d  martwy i nie nawiedzaj ju  moich my li.  

      Rozkładam was jak karty, moi bracia i siostry. To bolesne, lecz i pobła liwe 

wobec siebie, uogólnia  w taki sposób, ale wy... ja... my zmienili my si  chyba i 

zanim znowu wł cz  si  do ruchu, potrzebuj  tego ostatniego spojrzenia.  

      Caine, nigdy ci  nie lubiłem i nadal ci nie ufam. Obraziłe  mnie, zdradziłe , a 

nawet pchn łe  mnie sztyletem. Zapomnijmy o tym. Nie podobaj  mi si  twoje 

background image

 

97 

metody, ale tym razem nic nie mog  zarzuci  twojej lojalno ci. Pokój wi c. Niech 

nowe panowanie rozpocznie si  od czystego konta w naszych obrachunkach.  

      Llewello, posiadasz wielkie rezerwy charakteru, a niedawne okoliczno ci nie 

zmusiły ci , by z nich skorzysta . Za to jestem wdzi czny. To czasem przyjemne - 

wyj  z konfliktu nie poddaj c si  próbie.  

      Bleysie, wci  jeste  dla mnie postaci  spowit  w blask: m ny, wylewny, 

gwałtowny. Za to pierwsze, mój szacunek; za drugie, mój u miech. A trzecie 

przynajmniej ostatnio złagodniało. To dobrze. W przyszło ci trzymaj si  z dala 

od spisków. Nie pasuj  do ciebie.  

      Fiono, ty zmieniła  si  najbardziej. Musz  nowym uczuciem zast pi  stare, 

ksi niczko, gdy  po raz pierwszy stali my si  przyjaciółmi. Przyjmij moj  

sympati , czarodziejko. Jestem twoim dłu nikem.  

      Gerardzie, powolny i wierny bracie, mo e jednak nie wszyscy si  zmienili my. 

Trwałe  jak skała przy tym, w co wierzyłe . Oby  nie dał si  tak łatwo 

wykorzystywa . Obym nigdy nie musiał stawa  z tob  do zapasów. Wracaj na 

morze w swych okr tach i oddychaj czystym, słonym powietrzem.  

      Julianie, Julianie, Julianie... Czy bym nigdy nie znał ci  naprawd ? Nie. 

Zielona magia Ardenu musiała roztopi  dawn  pró no , pozostawiaj c 

słuszniejsz  dum  i co , co ch tnie nazw  uczciwo ci ... co  całkiem innego ni  

miłosierdzie, na pewno, lecz b d ce dodatkiem do twej zbrojowni, którego bym 

nie lekcewa ył.  

      Benedykcie, bogowie wiedz ,  e nabierasz m dro ci, gdy czas wypala swój 

szlak ku entropii. Lecz w swej wiedzy o ludziach wci  zaniedbujesz pojedyncze 

egzemplarze tego gatunku. Mo e teraz, kiedy bitwa si  sko czyła, zobacz  

wreszcie twój u miech. Odpoczywaj, wojowniku.  

      Flora... Nie jeste  gorsza teraz ni  wtedy, gdy znałem ci  tak dawno temu. To 

tylko sentymentalne marzenie, patrze  na ciebie i innych jak ja teraz, podlicza  

swoje rachunki i szuka  kredytów. Nie jeste my ju  nieprzyjaciółmi, nikt z nas, i 

to powinno wystarczy .  

      A m czyzna odziany w czer  i srebro, ze srebrn  ró ? Chciałbym wierzy , 

e nauczył si  ufno ci,  e przemył oczy w krystalicznym  ródle,  e odkurzył jeden 

czy dwa ideały. Mniejsza z tym. Mo e pozosta  mocnym w g bie, w cibskim 

kr taczem, sprawnym jedynie w nieistotnej sztuce przetrwania, tak  lepym, jak 

pami taj  go lochy, na bardziej finezyjne odcienie ironii. Nie szkodzi, niech mu 

b dzie, niech tak b dzie. Mo e nigdy nie b d  z niego zadowolony.  

      Carmen, voulez-vous venir avec moi! Nie? Wi c  egnaj i ty, ksi niczko 

Chaosu. Mogło by  przyjemnie.  

      Niebo obraca si  po raz kolejny; kto mo e wiedzie , na jakie czyny pada jego 

witra owy blask? Pasjans został rozło ony i rozegrany. Tam gdzie było nas 

dziewi ciu, jest teraz siedmiu i jeden król. Ale Merlin i Martin s  teraz z nami, 

nowi gracze w tej nieprzerwanej rozgrywce.  

      Siły mi wracaj , gdy patrz  na popioły i my l  o drodze, jak  obrałem. 

Intryguje mnie  cie ka przede mn , od hal piekła do halleluja. Znowu mam swoje 

oczy, pami , rodzin . A Corwin zawsze pozostanie Corwinem, nawet w dniu 

S du.  

      Merlin zaczyna si  rusza ; to dobrze. Pora odje d a . S  sprawy do 

background image

 

98 

załatwienia.  

      W swym ostatnim wyczynie po pokonaniu burzy, Random poł czył si  ze mn  

i, czerpi c moc z Klejnotu, przez Atut nawi zał kontakt z Gerardem. Karty 

znowu s  zimne, a cienie znów s  sob . Amber trwa. Lata min ły od dnia, gdy go 

opu cili my, i mo e wi cej ich upłynie, nim tam powróc . Pozostali przeatutowali 

si  ju  pewnie do domu, jak Random, na którego czekały obowi zki. Ja jednak 

musz  teraz odwiedzi  Dworce Chaosu, poniewa  obiecałem, poniewa  mog  

nawet by  tam potrzebny.  

      Zbieramy ekwipunek, Merlin i ja. Wkrótce mój syn wezwie widmow   cie k .  

      Kiedy wszystko ju  tam załatwi , kiedy Merlin przejdzie Wzorzec i odjedzie, 

by znale  własne  wiaty, b d  musiał wyruszy  w podró . Musz  zjawi  si  w 

miejscu, gdzie zasadziłem gał  starego Ygga, odwiedzi  drzewo, które z niej 

wyrosło. Musz  zobaczy , co stało si  z Wzorcem, jaki wykre liłem przy wtórze 

gruchania goł bi na Polach Elizejskich. Je li poprowadzi mnie do innego 

wszech wiata, w co teraz wierz , musz  tam pój , by sprawdzi , jaki go 

stworzyłem.  

       cie ka dryfuje przed nami, si gaj c w dali Dworców Chaosu. Czas nadszedł. 

Wsiadamy na konie i ruszamy. Jedziemy teraz nad czerni , drog , która wygl da 

jak gaza. Wroga twierdza, podbity naród, pułapka, ojczyzna przodków... 

Zobaczymy. Co  migocze słabo na blankach i na balkonie. Mo e nawet zd ymy 

na pogrzeb. Prostuj  si  i sprawdzam, czy miecz lekko wychodzi z pochwy.  

      Ju  niedługo b dziemy na miejscu.  

       egnaj i witaj, jak zawsze.