background image

Roxanne St. Claire 

Noc na plaży 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tytuły oryginałów: The Soldier's Seduction, 

The Sins of His Past 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Raz tylko zdarzyło się Deuce'owi Monroe, że oniemiał. Było to wtedy, gdy poznał Yaza. Potrząsał ręką 
tego idola i próbował coś powiedzieć, lecz w obecności Carla Yastrzemskiego nic nie mógł wykrztusić. 
No  a  teraz  znów  go  zatkało.  Stał  w  ciepłym,  kwietniowym  słońcu  przy  głównym  deptaku  w 
Rockingham,  w  Massachusetts,  gapiąc  się  na  budynek,  który  kiedyś  był  mu  tak  bliski  jak  kopce 
rodzinnych pól, stał i tylko kręcił głową. Gdzie się podział „Bar Monroe'a"? Jeszcze raz popatrzył na 
szyld. Owszem, było tam napisane „monroe", ale z małej litery i na tle jakiegoś laptopa oraz filiżanki z 
kawą.  A  przy  tym  budynek  jakby  spuchł.  Przybyły  mu  wykuszowe  okna,  wystające  na  chodnik,  a 
skromne  deseczki  oszalowania  zostały  zastąpione  grubą  ceramiczną  licówką,  w  dodatku  porośniętą 
bluszczem.  Chyba  tylko  stare  mahoniowe  drzwi  się  nie  zmieniły. Deuce  nacisnął  mosiężną klamkę  i 
wszedł do środka. Wszedł i zaraz zaklął pod nosem. Bo gdzie się podziało dawne wyposażenie lokalu? 
Nie było go, za to dookoła widać było komputery, jakieś nowoczesne stoliki i kanapy. Okropność. I to 
ma  być  teraz  „Bar  Monroe'a"?  Ten  cyber-salon...?  W  dodatku  wszędzie  pachniało  kawą.  Kawą!  Tu, 
gdzie  nigdy  przedtem  nie  podawano  kawy.  Ojciec  serwował  gościom  różne  napoje,  piwo  z  beczki, 
rum, whisky, tequilę, ale nie kawę.  

-Dzień  dobry  panu,  czym  mogę  służyć?  -w  drzwiach  zaplecza  pojawiła  się  hostessa.  -Zapraszam  do 
komputerów - uśmiechnęła się.  

Deuce zamrugał oczami. Wolałby szkocką z lodem, niż te cholerne komputery. Odchrząknął.  

-Czy  jest  może  Seamus  Monroe?  –zapytał  odruchowo,  bo  raczej  nie  mógł  spodziewać  się  ojca  we 
wtorek rano w lokalu.  

-Niestety -dziewczyna pokręciła głową. -A co, handluje pan może oprogramowaniem?  

Wzruszył ramionami i rozejrzał się. Na ścianach oczywiście nie było dawnych obrazków, a tam, gdzie 
kiedyś wisiał plakat z jego ulubioną drużyną Nevada Snake Eyes (i do której aspirował), teraz widniał 
zimny fotogram z górami pokrytymi śniegiem.  

-Mógłbym dostać telefon pana Monroe'a? -spojrzał na kelnerkę. -Najlepiej komórkę.  

- Telefon? -zawahała się. -Nie wiem, czy mi wolno... Musiałabym zapytać szefową. Mam ją zawołać?  

Szefową.  A  więc  lokal  prowadzi  teraz  kobieta.  Ciekawe  pomysły ma  ten  ojciec.  Deuce  poczuł  się  ni 
stąd,  ni  zowąd  rozbawiony.  Rozbawiony  i...  odprężony.  No  i  bardzo  dobrze,  że  się  odprężył... 
Potrzebował  czegoś  takiego  jak  najwięcej  po  tym  głupim  wypadku,  po  którym  niedawno  musiał 
porzucić sport. No a tę tutaj „modernizację" jakoś się jeszcze odkręci... Wszystko w swoim czasie!  

-Dobra, niech ją pani zawoła -zgodził się.  

Dziewczyna wykonała gest w stronę dzbanka z kawą, stojącego na kontuarze.  

-To ja idę po panią Locke, a pan niech się tymczasem poczęstuje. ,  

-Locke?  

background image

Coś nareszcie wydało się Deuce'owi znajome, od momentu, gdy tu przybył. Znał przecież Locke'ów z 
całej  okolicy!  Być  może  znał  ich  wszystkich.  Ba,  zupełnie  niedawno  jeden  z  rodu,  Jackson  Locke, 
kolega jeszcze ze szkoły średniej, przysłał Deuce'owi maila z wyrazami współczucia, zaraz po tym gdy 
rozeszła się wieść, że Monroe, trzydziestotrzyletnia gwiazda bejsbolu, musi zakończyć karierę. Jack od 
dawna  mieszkał  zresztą  z  rodzicami  na  Florydzie,  już  nie  w  Rockingham.  Z  rodziną  i  ze  swą  piękną 
siostrą  Kendrą.  Deuce  z  wysiłkiem  przełknął,  gdy  przypomniał  sobie  Kendrę.  Widział  ją  ostatnio  z 
dziesięć  lat  temu,  podczas  tygodnia,  jaki  spędzał  w  Rockingham,  wtedy  gdy  umarła  mu  mama. 
Szkoda, że od tamtego czasu nie odezwał się już do Kendry. Naprawdę szkoda. Ale właściwie co by to 
dało,  gdyby  jej  szukał?  Wiadomo  było,  że  zamierzała  studiować  na  Harvardzie.  A  skoro  pojechała 
właśnie  tam,  to  ich  drogi  musiały  się  rozejść.  Bo  co  może  mieć  wspólnego  elitarny  Harvard  i 
zawodowy  bejsbol?  Raczej  niewiele  albo  nic.  A  więc  ta  jakaś  pani  Locke  tutaj  z  pewnością  nie  jest 
Kendrą,  uznał  Deuce.  Jakim  cudem  absolwentka  elitarnej  uczelni  miałaby  wylądować  jako  szefowa 
prowincjonalnego  baru?  Przysiadł  na  jednej  z  kanapek  i  zapatrzył  się  ,w  rząd  komputerów,  w 
większości wygaszonych.  

-Przepraszam, pan chciał ze mną rozmawiać?  

Uniósł głowę zaskoczony i napotkał niebieskie spojrzenie migdałowo wykrojonych oczu.  

-Deuce! -kobieta cofnęła się o pół kroku. Wstał ze swej kanapki. Czy to możliwe, że spał wtedy z tak 
pięknym  okazem  żeńskim?  Wówczas  co  prawda  dopiero  się  rozwijała...  Lecz  jak  wspaniale  się 
rozwinęła!  Co  za  twarz,  jakie  usta  i  jaka  blond  fryzura,  jaka  figura!  Ależ  ze  mnie  dureń,  pomyślał. 
Dureń, że milczałem przez te wszystkie lata, że nie odezwałem się do niej.  

-Kendra... - uśmiechnął się niepewnie.  

Ona zaróżowiła się.  

-Witaj w Rockingham. Ale co ty tu właściwie robisz?  

-Co? –wzruszył ramionami. -Wróciłem do domu.  

Uniosła brwi, jakby niedowierzając.  

-Naprawdę –skinął głową. - Słuchaj Kendra, nie wiesz czasem, gdzie się podziewa mój ojciec?  

Odgarnęła włosy z czoła.  

-Pewnie jest jak zwykle u Diany Lynn.  

-U Diany Lynn? Po co u diabła?  

-Ona się nim... zajmuje? Kendra uśmiechnęła się.  

-Zajmuje?  

-No tak, w pewnym sensie. Jest teraz jego narzeczoną.  

-Jego czym?! -Deuce skrzywił się, jakby ugryzł cytrynę.  

background image

-Chyba  słyszysz,  narzeczoną.  -Zaplotła  ramiona,  niby  dla  podkreślenia,  że  dystansuje  się  wobec  tej 
sprawy.  

-  Twój ojciec  mieszka  z  nią,  a  w  tej chwili, o  ile  wiem,  pakują  się  oboje  przed wielką  podróżą.  Jeśli 
chcesz go złapać, lepiej się pośpiesz.  

Deuce'a  nie  było  w  domu  ładnych  parę  lat,  to  prawda.  Ale  czy  ojciec  mógłby  go  nie  zawiadomić  o 
swych... zaręczynach?  

-A gdzie teraz mieszka ta... Diana Lynn? Wykonała nieokreślony ruch ręką.  

-Za miastem. W dworku Swainów. Zmarszczył brwi.  

-W tej ruderze koło plaży?  

-Nie taka to znów rudera. Diana odbudowała dworek.  

Kendra sięgnęła po lokalny folder leżący na kontuarze.  

-Zobacz -wskazała palcem. - Tak to teraz mniej więcej wygląda.  

Przyjrzał się. Sprytna baba z tej Lynn, pomyślał. To dlatego przystawia się do jego ojca: ciągnie z niego 
pieniądze i buduje.  

-No popatrz, co potrafi była bufetowa –oddał folder. -Ma ona swój pomyślunek... A propos bufetu -
pokazał głową. -Zdaje się, że ten tutaj kontuar to jedyna pozostałość dawnego baru?  

Kendra poruszyła brwiami.  

-Niby tak. Właściwie nie pasuje do nowego wnętrza, ale na razie go nie wyrzucamy.  

Uderzyło go lekceważenie w jej głosie. I to jakieś „my", na które się powołała. Co za „my"?  

-Nie  lubisz  starych  rzeczy?  -spytał.  I  od  razu  przypomniało  mu  się,  że  na  czereśniowym  blacie  tego 
bufetu nieraz próbował swego scyzoryka, jako chłopiec. Pewnie to teraz zaszpachlowali, rzucił okiem.  

-Lubię stare rzeczy, ale też lubię, czy wolę, gdy na siebie zarabiają -odrzekła z powagą.  

-To dziwne - uśmiechnął się. -Zwykle w barze, bar najlepiej zarabia na bar.  

Też się uśmiechnęła.  

-Ładna  gra  słów  -przyznała.  -Jednak  czasy  się  zmieniają.  W  kafejce  internetowej  taki  mebel  jest 
nieprzydatny.  

Pokręcił głową i westchnął.  

-A właściwie od kiedy „Bar Monroe'a" stał się tą... kafejką internetową?  

-Od kiedy go kupiłam.  

Po  raz  drugi  tego  dnia  oniemiał.  Wpatrywał  się  w  Kendrę  nieruchomym  wzrokiem,  nie  umiejąc 
znaleźć żadnego słowa.  

background image

-Od kiedy co? -wykrztusił wreszcie.  

Kendra przymrużyła oczy. Zdała sobie sprawę, że on naprawdę o niczym, co tu zaszło, nie wie. Widać 
stary Monroe i syn od dawna się nie kontaktują.  

-Kupiłam ten bar nie tak dawno... -zaczęła. -No, powiedzmy, że kupiłam połowę, bo twój tata wciąż 
ma pięćdziesiąt procent udziałów. -(Nie sprecyzowała, że dokładnie pięćdziesiąt jeden procent.)  

-Aha -powoli pokiwał głową, trąc palcami niedogolony policzek. -Aha -powtórzył.  

Znów  przymrużyła oczy.  Spodobał  jej  się ten  niedogolony  policzek. Dotarło  do  niej,  że  pamięta  ten 
policzek, taki sam policzek sprzed lat, kiedy całowali się z Deuceem. i nie tylko całowali.  

-No właśnie -odwróciła wzrok, sięgając ponownie po folder, aby czymś zająć ręce, nagle zakłopotana. 
- Mamy dwudziesty pierwszy wiek -zerknęła. -Uwierz, Deuce. I postaraj się polubić tę kafejkę, zaloguj 
się w niej.  

Skrzywił się.  

-Zalogować? Daj spokój, Kendra. -Zrobił mały krok w tył i zaczął taksować jej postać swymi ciemnymi, 
błyszczącymi oczami.  

Zrobiło  jej  się  pod tym spojrzeniem  dziwnie  nieswojo;  przeleciał  ją  prąd,  jakby  oblizała  dwa  palce  i 
włożyła je do najbliższego kontaktu.  

. Cóż, kiedyś bardzo lubiła tego pięknego mężczyznę, wiązała z nim jakieś nadzieje i nawet niejedną 
łzę wylała z jego powodu. A teraz on znów patrzył na nią jak kiedyś, patrzył oceniająco i wyzywająco, 
trochę kpiarsko, krótko mówiąc, po swojemu... Był najlepszym przyjacielem jej brata... Dlaczego przez 
tyle lat się  do niej nie odzywał? Czy pamiętał, że  ani razu nie użyła słowa  nie podczas ich wspólnej 
namiętnej nocy? Że szeptała „kocham cię", gdy jej ciało miękło w jego objęciach, tuliło się i płonęło?  

Stuknęły drzwi od zaplecza; pojawiła się Sophie, hostessa, trzymając w ręku szarą kopertę.  

-Ten chłopak od Kinka podrzucił nam to przed chwilą -powiedziała.  

Kendra była wdzięczna dziewczynie, że przerwała jej sam na sam z Deuce'em.  

-Aha, nareszcie. I co, jest też dyskietka?  

- Myślę, że jest -Sophie popukała palcem w kopertę.  

Kendra  przejęła  przesyłkę.  Czyli,  że  wszystko  się  zgadza.  Seamus  i  Diana  Lynn  pojadą  teraz  do 
Bostonu,  potem  do  Nowego  Jorku  i  do  San  Francisco,  aby  pozałatwiać  kwestie  finansowe 
umożliwiające  dokończenie  przemiany „Baru Monroe'a" w  najlepsze  miejsce  spotkań internautów i 
artystów na całym Cape Cod. Ukoronowane zostaną dwa lata zabiegów wokół tej sprawy.  

-Dzwonił też Seamus -odezwała się Sophie. -Chce obejrzeć oprogramowanie, zanim wyjedzie. Liczy na 
to, że zaraz do niego wpadniesz.  

Kendra  zerknęła  na  Deuce'a.  Przemknęła  jej  przez  głowę  niedobra  myśl,  że  syn  Monroe'a  mógłby 
pokrzyżować  jej  plany.  Jeśli  na  przykład  skończył  karierę  gwiazdy  bejsbolu  i  zechce  osiedlić  się  w 

background image

Rockingham,  to  cóż  to  oznacza...?  Seamus  może  mu  przekazać  swoje  udziały,  swój  pakiet 
większościowy,  ponieważ...  ponieważ  ojcowie  dziwnie  kochają  synów  marnotrawnych.  Zaś  takie 
przybrane  córki,  jak  ona,  mało  się  liczą.  Zacisnęła  zęby  i  skrzyżowała  ramiona.  Dobrze,  że 
przynajmniej jej miłość do Deuce'a dawno wygasła. Nie daj Boże, żeby miała ponownie ulec słabości 
kochania tego drania i żeby przez to miały przegrać jej ambicje.  

-Jeśli chcesz, podrzucę cię do taty -powiedziała obojętnie i dziwiąc się własnemu opanowaniu.  -Jest 
okazja.  

-Albo może ja cię podrzucę? -odpowiedział.  

- Ty? Nie, dziękuję.  

-Dlaczego nie? Myślisz, że straciłem prawo jazdy?  

Oczywiście nawiązywał do swej głośnej kraksy, tej, o której trąbiły media i po której musiał odejść ze 
sportu.  

-No nie -wzruszyła ramionami. -Po prostu potrzebuję swobody ruchów i dlatego pojadę sama.  

Przymrużył swoje czekoladowe oczy, a potem uśmiechnął się uwodzicielsko.  

-Sama? Jak to, Kendra, nie jestem ci już ani trochę potrzebny? Nie stęskniłaś się za mną?  

Przebiegły ją ciarki, ale zdołała zachować twarz.  

-Otóż wyobraź sobie -uniosła podbródek - że mnóstwo ludzi w tym mieście zdołało jakoś przeboleć 
twoje zniknięcie, i to dawno temu. Mnie się również to udało.  

Nie obraził się na nią za tę manifestację. W odpowiedzi łagodnie się uśmiechnął.  

-Daj spokój, Ken. Przestań się droczyć... Pozwól, że nas zawiozę. A potem cię odwiozę, jeśli zechcesz.  

-Ale ty będziesz chciał dłużej pogadać z ojcem, dawnoście się nie widzieli...  

- Dłużej? Wątpię. Mój stary nie jest gadatliwy, ja też nie.  

- Tak myślisz? -rozejrzała się, niezdecydowana.  

-Co się tak rozglądasz, chciałabyś coś stąd zabrać?  

Zabrać? Westchnęła. Tak, zabrałaby ze sobą parę rzeczy. Przydałaby się na przykład jakaś opaska na 
oczy,  żeby  nie  musiała  patrzeć  w  tę  jego  piękną  twarz.  I  zdałoby  się  też  pudło  papierowych 
chusteczek,  by  mogła  w  razie  czego  bezpiecznie  zapłakać.  Oczywiście  nie  powie  mu  o  takich 
głupstwach. Jak również nie wyjawi przyczyny, dla której przerwała kiedyś ledwie zaczęte studia na 
Harvardzie... I o czym on na pewno nie wie.  

Obróciła trzymaną w rękach kopertę.  

-Potrzebujemy tylko tego -powiedziała. -Tu jest to, co najważniejsze.  

background image

No właśnie. Na tej dyskietce było to, co stanowiło klucz do wszystkiego i nie wolno jej było o tym nie 
pamiętać.  

-Co  się  powyrabiało  z  tym  miasteczkiem  -zagadnął  Deuce,  prowadząc  swego  wypożyczonego 
Mustanga wzdłuż bulwaru High Castle. -Wszędzie jakieś nowobogackie dobudówki, apartamentowce, 
handelek, reklamy.  

Nie podobało mu się to nowe Rockingham. Natomiast nowa Kendra podobała mu się, jak najbardziej. 
Wydawała się w pełni rozkwitu. Zgrabna, hoża, siedziała teraz w fotelu obok, w ciemnych okularach, z 
łokciem wspartym na otwartym oknie, z włosami rozwiewanymi przez pęd jazdy.  

-Co się powyrabiało? - błysnęła szkłami. -Najlepiej, jeśli zapytasz o to Dianę Lynn Turner.  

-Dlaczego właśnie ją?  

-Bo  wyobraź  sobie,  że  to  ona...  -wzruszyła  ramionami.  -Diana  umiała  odbudować  nie  tylko  własny 
dom przy plaży. Poruszyła całe miasto.  

-Jak to? Sugerujesz, że wzięła się tu za biznes budowlany? Ona?  

-  Taka  jest  Ameryka  -. Kendra skinęła głową.  -Ludzie biorą się  za różne  rzeczy. Panna Lynn znalazła 
dojście  do  stanowej  Komisji  Planowania,  przekonała  iluś  inwestorów,  a  w  końcu  założyła  własne 
przedsiębiorstwo.  

Wziął głębszy oddech.  

-Niebywałe. I co, i teraz rozrabia w Rockingham.  

Poruszyła brwiami.  

-Nie  rozrabia.  Raczej  pomaga.  Bo  po  pierwsze  -Ken-dra  zagięła  kciuk  -po  pierwsze  zaczął  się  ruch 
turystyczny na Cape Cod i Rockingham, dzięki inicjatywom Diany, staje się zauważalne... Po drugie -
zagięła  kolejny  palec  -  chodzi  oczywiście  o  pieniądze.  Kasa  miasta  od  dawna  była  pustawa, 
Rockingham  się  wyludniało,  zamykaliśmy  przedszkola,  nie  było  funduszy  nawet  na  naprawę 
sygnalizacji świetlnej, załatanie dziur w jezdniach i opłacenie biura szeryfa.  

Nim zagięła kolejny palec, Deuce zamknął dwa poprzednie w swojej garści.  

-Rozumiem - uśmiechnął się. -Mówiąc krótko, macie tu postęp.  

Puścił jej rękę i zmienił bieg. Puścił z żalem, takie miłe było dotknięcie jej dłoni.  

-Czyli że pomyliłem się co do Diany Lynn -powiedział. -Nie jest to łowczyni bogatych mężów?  

Zaśmiała się.  

-Jasne, że nie! To na pewno nie ten typ.  

Przez kilka minut jechali w milczeniu, mijając piękny fragment Beachline Road, z którego rozciągał się 
widok  na  Cieśninę  Nantucket,  połyskującą  granatowymi  wodami.  Tyle  że  brzeg  oceanu  nie  był  już 

background image

dziewiczy,  jak  kiedyś.  Obrastały  go  urządzenia  plażowe  i  cała  pierzeja  zabudowy,  nawiązującej  do 
stylu Nowej Anglii. Deuce pokręcił głową.  

-Diana Lynn Turner -zamruczał. –Wygląda na to, że naprawdę mocno wami rządzi.  

Kendra uniosła brwi.  

-Rządzi?  Skąd  ten  wniosek?  Gdybyś  zechciał  bywać  od  czasu  do  czasu  u  ojca,  wiedziałbyś,  kim  jest 
jego narzeczona.  

Gwałtownie przyhamował pod światłami, których w tym miejscu, jako żywo, nigdy nie było.  

-Co, oskarżasz mnie?  

-Ja? -Pokręciła głową. -Ja cię o nic nie będę oskarżała.  

Spojrzał  w  jej  stronę.  O  nic?  Nawet  o  to,  że  nigdy  nie  odezwał  się  do  niej  po  tamtej  gorącej  nocy 
sprzed lat? Nie bardzo chciał w to wierzyć.  

-A jednak oskarżasz.  

-Nic podobnego -zdjęła okulary. -Stwierdziłam tylko fakt. Nie widziałeś się z ojcem od bardzo, bardzo 
długiego...  

-Nieprawda  –przerwał  jej  i  ruszył,  bo  światła  się  zmieniły.  -Może  nie  bywam  w  Rockingham,  ale  z 
moim starym jednak spotykaliśmy się. On przyjeżdżał ileś razy na moje mecze, do Bostonu, czy nawet 
do Vegas.  

- Tak, tak -skrzywiła się ironicznie. -A ty ledwie miałeś wtedy czas, żeby zjeść z nim szybki lunch.  

Westchnął.  Nie  oczekiwał  od  niej,  że  go  zrozumie.  Co  ona  może  wiedzieć  o  trybie  życia  gwiazd 
sportu?  Jest  się  w  wiecznym  kołowrocie,  trening,  mecz,  trening,  spotkania  z  mediami,  podróże, 
kolejne mecze, treningi i tak dalej. Znów westchnął.  

-A wiesz, że mam stały kontakt z twoim bratem? Z Jackiem?  

-Z Jackiem? - głos Kendry powędrował w wysokie rejestry.  

-Nigdy mi o tym nie mówił. A to dopiero!  

-Zapracowany  jest,  może  dlatego...  To  pracuś,  nie?  Kocha  tę  swoją  agencję  reklamową;  więcej  niż 
kocha.  

-Chyba tak -zgodziła się. -Prawie wziął z nią ślub.  

Deuce uśmiechnął się.  

-No a jak tam u ciebie -zagadnął. Przypomniał sobie, że hostessa nazwała ją w cyber-przybytku „panią  

Locke".  

-Masz już pewnie męża, dzieci. Przyznaj się, Keńciu.  

background image

Zmarszczyła nos. Nie przepadała za tym przezwiskiem z praczasów, które jej teraz przypomniał.  

-Nie, nie mam ani męża, ani dzieci.  

Spojrzał krótko.  

-Nie do wiary. To co robisz tutaj, w tej dziurze? Dlaczego nie ma cię w Bostonie czy w Nowym Jorku? 
Po Harvardzie...  

-Nie skończyłam Harvardu -przerwała mu.  

-Nie? -uniósł brwi. -Jak to?  

-Po prostu nie skończyłam -powtórzyła.  

-Nie żartujesz? Byłaś w połowie, kiedyśmy się widzieli ostatnio... Wtedy, kiedy mama umarła.  

Policzki jej  pociemniały na myśl, że  on pociągnie ten wątek  dalej, że może  zechce  przypomnieć,  na 
czym polegało ich ostatnie widzenie.  

-Siedzę tu, bo prowadzę interes, chyba zauważyłeś.  

Skinął  głową  i  nie  naciskał  dalej.  Czuł,  że  Kendra  nie  ma  chęci  na  dalsze  zwierzenia.  Nabrał  dużo 
powietrza do płuc.  

-Pachnie to jak bejsbol.  

- Słucham? Co pachnie?  

-Ano kwiecień w Nowej Anglii. Kwiecień pachnie wiosną, a wiosna to dla mnie początek sezonu. To 
już dwadzieścia siedem lat, pomyślał. Zaczynał od pierwszej klasy, w Lidze Juniorów Rockingham, no a 
potem co kwiecień wbiegał na boisko i pozostawał na nim do późnej jesieni.  

-Żal ci...? -zapytała.  

-Co? Bynajmniej –pokręcił głową. -I tak już zamierzałem kończyć karierę.  

Było to wierutne kłamstwo. Z wypadku na torze wyścigowym wyszedł trochę potłuczony, ale nie jako 
kaleka. Problem był w tym, że jego poboczne zamiłowanie do szybkich samochodów nie spodobało 
się menedżerom z Nevada Snake Eyes. Został usunięty z klubu za przekroczenie warunków umowy, 
zobowiązującej go do dbałości o kondycję zawodnika. Startując jako rajdowiec, wystawił na szwank 
zdrowie mistrza kija, rękawicy i piłeczki.  

-Czyli miałeś szczęście... -podjęła Kendra. -Wypadek był niegroźny.  

Uśmiechnął się.  

-Widzę, że jednak wiecie coś tam o mnie w Rockingham?  

Spojrzała znad szkieł.  

-Niektórzy może tak.  

background image

Nic nie odrzekł, bo zbliżyli się do zakrętu, prowadzącego ku dworkowi Swainów. Deuce zdjął nogę z 
gazu. Nie za bardzo spieszył się do spotkania z ojcem.  

-Mówisz, że mam szczęście... –zabębnił palcami w kierownicę. -To dlaczego ktoś mi zrobił ten kawał z 
„Barem Monroe'a"? Ja do szczęścia potrzebuję dawnej wersji.  

-Czasy się zmieniają, Deuce.  

-  Zmieniają  się,  zmieniają.  No  dobra,  ale  to  znaczy,  że  i  zmiana  może  ulec  zmianie.  Kafejka 
internetowa w miejsce baru na pewno nie jest ostatnim słowem!  

-W  porządku  –skrzywił  się.  -Widzę,  że  będę  się  musiał  od  nowa  uczyć  swego  miasteczka...  Mam 
nadzieję – zajrzał Kendrze w oczy - że może ktoś mi pomoże w tej nauce?  

Odpięła pas i sięgnęła do kieszeni po kopertę z dyskietką.  

-Jestem pewna, że kogoś takiego znajdziesz. Zahamował i znów zajrzał jej w oczy. On już znalazł. Też 
jestem pewien, że tak będzie.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Deuce dopiero teraz zauważył, przed jakim to właściwie budynkiem stanęli. W miejscu dawnej rudery 
należącej do Swainów, lokalnych rzeźników i masarzy, wznosiło się coś nad wyraz imponującego.  

-Ho, ho -rozejrzał się Deuce. –Toż to cały pałac.  

Tu, gdzie kiedyś był rozlatujący się drewniany domek, wyrosła dwupiętrowa kamienica w stylu Nowej 
Anglii, z wysokimi kominami, pokryta czarną dachówką, z odpowiednią porcją ozdóbek na fasadzie i z 
portykiem  podpartym  kolumnami.  Okalał  ją  starannie  wystrzyżony  trawnik,  zbiegający  ku  plaży 
rozciągającej się u stóp skarpy.  

-I tata tu mieszka? -Deuce uniósł brwi. - To znaczy – poprawił się -to jest dom jego przyjaciółki?  

Kendra uśmiechnęła się do niego.  

-Mieszkają oboje. Chociaż twój ojciec na razie nieoficjalnie. Wiesz, on jest taki staroświecki. Oficjalnie 
sprowadzi się tutaj po ślubie.  

Deuce wyjął kluczyki ze stacyjki.  

-A ten ślub ma być kiedy...?  

-Jak tylko sfinalizuje się plany związane z barem. Ale Kendra wolała o tym nie wspominać. -Wiesz, oni 
niespecjalnie się spieszą... Oboje są zajęci interesami.  

-Interesami  –powtórzył  Deuce  i  pokręcił  głową.  -  Uhm.  Jeszcze  raz  przyjrzał  się  budynkowi,  przed 
którym stali.  

-Nie do wiary, jak zmieniła się ta stara buda -po wiedział. -Dość długo była pusta i bywało, żeśmy się 
tu z kumplami włamywali i urządzali popijawy.  

Och, tak. Oczywiście wiedziała o tym, ponieważ  brał w  tym udział również jej starszy brat. Jack  nie 
opowiadał, co się tu działo, ale nieraz podsłuchiwała pod drzwiami jego pokoju, jak rozprawiał o tym 
z kolegami. Była więc zorientowana. A to znaczy, że o wielu sprawkach Deuce’a wiedziała też więcej, 
niż on mógłby przypuszczać. Lecz oczywiście nigdy mu tego nie powie. Ta rzecz pozostanie na zawsze 
jej słodką tajemnicą.  

-Wnętrza domu też nie poznasz -założyła nogę na nogę.  

-Diana sama wszystko zaprojektowała. Ona ma dryg do takich rzeczy... A poza tym nieźle fotografuje. 
To, co wisi na ścianach naszej kafejki, to wszystko jej robota.  

Deuce skrzywił się i szarpnął klamkę drzwi.  

-Lepiej już chodźmy -powiedział.  

background image

Co  on  się  tak  ciska,  pomyślała.  Co  mu  ta  Diana  zrobiła?  Przecież  to  już  dziesięć  lat  mija,  od  kiedy 
umarła pani Monroe. Czy staremu Seamusowi nie należy się nic od życia? Ruszyła za Deuceem, który 
zmierzał ku drzwiom frontowym.  

-Możemy wejść przez kuchnię -zaproponowała. Zatrzymał się i obrócił ku niej.  

-Jesteś tutaj domownikiem?  

-Domownikiem?  No,  prawie.  W  rzeczywistości  mieszkała  w  domku  gościnnym,  obok,  zaraz  za 
szpalerem drzew w ogrodzie.  

-Co dzień tu zaglądam z raportami finansowymi z kafejki.  

Ruszyła pierwsza i pchnęła drzwi kuchenne.  

-Diana, Seamus! –zawołała w głąb domu. -Jesteście tam?  

Gdzieś na górze odezwał się pies.  

-Mam dla was niespodziankę! -Kendra zrobiła kilka kroków w stronę schodów.  

-Jesteśmy w sypialni, Kennie! –odezwał się żeński głos. -Nalej sobie kawy, kochanie, a my zejdziemy, 
jak tylko się ubierzemy.  

Deuce wciąż jeszcze nie ruszył się od progu.  

-Chodźże  do  środka  -Kendra  wykonała  gest.  -Oni  tak  zawsze  zaczynają  dzień.  Oboje  bardzo  się 
kochają.  

Niechętnie  postąpił  naprzód,  rozglądając  się  po  kuchni.  Przez  chwilę  lustrował  to  pomieszczenie, 
luksusowo urządzone, z oknami wykuszowymi i z grubym, granitowym blatem. Kuchnia łączyła się z 
pokojem kominkowym rozsuwanymi drzwiami, otwartymi teraz.  

-Siadaj -Kendra wskazała mu miejsce za stołem. -Na lać ci kawy?  

Usiadł i skrzyżował ramiona.  

-Raczej nie, dzięki... Miałaś rację, to jest jakiś zupełnie inny dom.  

Postanowiła,  że  więcej  już  nie  będzie  wychwalała  Diany.  Z  kubkiem  kawy  usadowiła  się  naprzeciw 
Deuce'a, opierając kopertę z dyskietką o ścianę. Spojrzała na niego i pomyślała, że zanim pojawią się 
starsi  państwo  i  zacznie  się  rodzinny  rozgardiasz,  ona  chciałaby  już  wiedzieć,  po  co  Deuce  tak 
naprawdę przybył do Rockingham.  

-Powiedz no -upiła łyk kawy -jakie masz właściwie zamiary? W jakim celu przyjechałeś do domu?  

-Już ci mówiłem, rzuciłem sport i po prostu tutaj wracam. Na stare śmieci.  

A niech to, przeleciało jej przez głowę. Więc jednak...  

-Dosyć miałem Las Vegas -podjął Deuce. -To nie jest miasto dla normalnych ludzi.  

background image

- Myślałam, że mieszkałeś tam gdzieś poza miastem?  

-A  co  jest  poza  Vegas?  Pustynia  i  tyle  -zakołysał  się  na  dwóch  nogach  krzesła.  -  Tak  czy  owak  nie 
miałem tam czego szukać, po tym jak skreślili mnie w Snake Eyes.  

-No  a  jakaś  praca  trenera?  Czy  zawodnicy  nie  biorą  się  do  takich  rzeczy,  kiedy...  kiedy  zakończą 
karierę?  

Deuce potarł sobie prawy łokieć, najbardziej kontuzjowany podczas kraksy na torze.  

-Trenera?  No,  zobaczymy  jeszcze.  Ale  sam  potrzebowałbym  najpierw  jakiegoś  treningu,  to  znaczy 
rehabilitacji. Macie tu w Rockingham masażystów?  

Rehabilitacja zawodników w Rockingham?  

-Musiałbyś tego poszukać chyba w Bostonie -pokręciła głową.  

-Ale to przeszło godzina stąd.  

No to zamieszkaj w Bostonie, pomyślała. I już tu nie wracaj.  

-Nawet  dwie  godziny,  w  porach  szczytu  -zrobiła  niewinne  oczy  i  upiła  nowy  łyk  kawy.  -Czyli... 
Właściwie co będziesz robił w Rockingham?  

Zamiast jej odpowiedzieć, sięgnął po kopertę opartą o ścianę. Obrócił ją w palcach.  

-Co tam jest?  

Nie miała ochoty wprowadzać go w szczegóły, w każdym razie nie przed czasem.  

-Pewne plany związane z kawiarnią.  

-Kawiarnią? Chcesz powiedzieć z barem?  

Pokręciła głową.  

- Teraz to jest kawiarnia.  

-Dobry Boże! -rozległ się od schodów głos Diany Lynn.  

Obejrzeli  się  oboje.  W  progu  kuchni  stanęła  panna  Turner,  w  białej  sukni,  z  nieodstępnym 
Newmanem na rękach. Piesek zaczął szczekać na widok gościa.  

-Witaj, Deuce -Diana ruszyła naprzód. -Newman, spokój -pogłaskała swego maltańczyka.  

-Witam, panno Turner -Deuce podniósł się zza stołu.  

Oboje taksowali się przez chwilę wzrokiem.  

-Piękny  mężczyzna  się  z  niego  zrobił-Diana  spojrzała  w  stronę  Kendry.  -Nie  dziwię  ci  się,  że  kiedyś 
miałaś na niego chrapkę.  

Bezceremonialna baba, pomyślał Deuce. Kendra zaróżowiła się.  

background image

-Zależy, co znaczy „chrapka" -spróbowała obrócić spostrzeżenie Diany Lynn w żart.  

-Ojciec będzie zaskoczony -odezwała się Diana.  

Młodo  wygląda,  ocenił  Deuce.  Jak  na  pięćdziesięciolatkę.  Ale  to  pewnie  dzięki  paru  operacjom 
plastycznym.  

-A  mnie  zaskakuje...  mnie  zaskakuje  ten  dom  –powiódł  wzrokiem  dookoła.  -Zupełnie  go  pani 
odmieniła.  

-Mów mi po staremu, po imieniu -poklepała Deuce'a po ramieniu. -No, dom się rzeczywiście zmienił... 
A cóż to cię sprowadza do Rockingham?  

Obejrzał się na Kendrę.  

-Skończyłem karierę zawodnika.  

-Naprawdę? I jak długo zechcesz tu zostać?  

-Raczej długo.  

Uniosła wydepilowane brwi.  

-To znaczy?  

-Chyba na zawsze.  

W piwnych oczach Diany pojawiło się zaskoczenie.  

-W Rockingham? Na zawsze?  

-Kto  zostaje  na  zawsze?  –zahuczał  głos  Seamusa  Monroe'a,  towarzyszący  jego  ciężkim  krokom  na 
schodach. Starszy pan wyłonił się zza zakrętu i zamarł, oniemiały.  

-Wielkie nieba -zamruczał, łapiąc się za pierś.  

Przez moment Deuce był pewien, że Seamus dostanie zawału. I dlatego umknęło jego uwagi to, jak 
dalece  zmienił  się  jego  ojciec,  od  kiedy  widzieli  się  po  raz  ostatni.  Pochylił  się  i  posiwiał,  tylko 
krzaczaste brwi były wciąż czarne. Jednak zawał nie nastąpił. Stary pan Monroe ruszył raźno naprzód, 
rozwierając ramiona.  

-Witaj w domu, synu! -zawołał. Objęli się obaj i zaczęli klepać po plecach. -I czegoś ty szukał na tym 
nieszczęsnym torze? -ojciec zrobił pół kroku w tył. -Na co ci były te wyścigi? Deuce zaśmiał się.  

-Wiesz tato, że ja po prostu lubię być pierwszy.  

-Pierwszy! -w oczach ojca zalśniła nagła złość. -Przecież mogłeś zginąć!  

-No tak, pomyślał Deuce, znów się nastroszył i znowu przesadza, tak jak to zawsze zwykł czynić.  

-Ale jakoś nie zginąłem, tato.  

-Za to twoja kariera poległa.  

background image

Deuce potarł kontuzjowany łokieć, po czym wzruszył ramionami.  

-Cóż, mam trzydzieści trzy lata; i tak była już pora ustąpić pola młodszym.  

Seamus zamruczał  coś pod nosem, niezbyt  wyraźnie. Może  nie chciał, by jakaś szorstka odpowiedź 
dotarła do uszu pań. Obejrzał się na Dianę, potem wrócił spojrzeniem do syna.  

-Poznałeś już miłość mego... -zaczął.  

Jego życia, dokończył sobie Deuce. Jako człowiek dorosły rozumiał, że ojciec nie miał obowiązku do 
końca swych dni pozostawać samotny. Jednak chłopczyk, który mieszkał w jego duszy, nie zamierzał 
przecież  wybaczyć  tacie  jego  nowej  ukochanej,  usuwającej  w  cień  matkę.  Postarał  się  być  jednak 
grzeczny.  

-Przecież my się z panią Turner znamy  -odrzekł. -A poza tym... jestem pod wrażeniem tego domu  -
rozejrzał się. -Który w niczym nie przypomina dawnej rudery Swainów.  

-„Bar Monroe'a" też już widziałeś, co? -ojciec obrócił spojrzenie na Kendrę.  

Panna Locke siedziała dotąd cicho za stołem, bawiąc się z Newmanem, który tymczasem wskoczył jej 
na kolana.  

-Uhm -skinął głową Deuce. -Widziałem bar. On tak że jest odmieniony. Zresztą jak całe to miasteczko.  

Seamus przygarnął Dianę.  

-Oto główna sprawczyni tego pięknego zamieszania - powiedział z dumą. -Odkryła w sobie talenty, o 
które ni gdy by się nie podejrzewała. –Poklepał pannę Turner po biodrze i uśmiechnął się do Kendry. -
A ta mała też ma temperament. Daleko zajdzie.  

Deuce poruszył brwiami.  

-Rozumiem  tato,  że  mówisz  o  jej  interesach?...  A  propos,  Kendra  przywiozła  ci  tu  jakąś  dyskietkę  z 
planami.  

-No właśnie! - ożywiła się Diana. -Gdzież to jest? Poszukała wzrokiem i odkryła szarą kopertę na stole. 
Aha,  czyli  to  jest  to  -wyciągnęła  rękę.  -Chodźmy  może  z  tym,  Kennie,  tutaj  do  pokoju.  Tam  sobie 
pooglądamy.  

Kiedy wyszły, syn z ojcem zajęli krzesła.  

-No a jak się ogólnie czujesz, tato? -Deuce założył nogę na nogę. -Zdrowie ci służy?  

Starszy pan uśmiechnął się szelmowsko.  

-Czy mi służy? Jak na razie nie muszę używać tych niebieskich pigułek, rozumiesz.  

Deuce na moment przymknął oczy.  

-Ja myślałem o twoim rozruszniku. Bo przecież wszczepili ci do serca, prawda?  

background image

-A,  to  -ojciec  niedbale  machnął  ręką.  -  Tak  czy  owak  czuję  się  świetnie.  Nigdy  w  życiu  nie  było  mi 
lepiej! Ani nie byłem tak szczęśliwy.  

-Aha -Deuce skinął głową. -Aha.  

Tymczasem  w  otwartych  drzwiach  do  pokoju  widać  było,  jak  Diana  wydobywa  z  koperty,  oprócz 
dyskietki,  również  jakieś  dokumenty  czy  wydruki.  Deuce  rozpoznał  z  daleka  zarysy  planów 
architektonicznych, w tym jakby rzut salki teatralnej?  

-O cotam właściwie chodzi? -wskazał głową. -W tych planach?  

-To  jest  synu  dalszy  ciąg  modernizacji  starego  baru.  Chodź,  my  też  sobie  na  to  popatrzymy  -ojciec 
wstał. Dołączyli do obu pań.  

-Zdawało mi się, że bar jest już wystarczająco zmodernizowany –odezwał się Deuce.  

-Sam bar może tak -zgodziła się Diana -ale nasze zamiary sięgają dalej. -Postukała palcem w jeden z 
wydruków.  

-Kendra chce, żebyśmy wykupili sklep papierniczy, który jest obok, usunęli ścianę i otworzyli kafejkę 
na małą scenkę, którą da się tam urządzić. Może nawet kupilibyśmy cały dom? Wtedy powstałaby też 
galeria, stoisko z płytami DVD i coś jeszcze.  

-Na  przykład  jakieś  klasy  do  nauki  obsługi  komputera  -pochylił  się  Seamus.  -Dla  zapóźnionych 
technicznie - uśmiechnął się.  

- Właśnie -przytaknęła Kendra.  

Już od paru chwil Deuce intensywnie patrzył na Kendrę. Jakby ją widział po pierwszy raz w życiu. Nie 
podejrzewałby  jej  aż  o  taką  energię  i  inicjatywę.  Szkoda,  że  jej  wizja  przemian  Baru  Monroe'a  nie 
zgadzała  się  z jego własnymi planami. Ponieważ on tu przybył  z nadzieją, że właśnie to on obejmie 
ten  lokal  i  poprowadzi  go  po  swojemu.  To  znaczy  pozostanie  wierny  tradycji,  dodając  niewielkie 
ulepszenia polegające na „usportowieniu" tego miejsca. Wstawiłoby się tutaj jakieś stoły bilardowe, 
no  i  przede  wszystkim  zamontowało  telewizję,  nadającą  programy  w  rodzaju  ESPN,  DSF  czy 
Eurosport. Wodził wzrokiem od Kendry do ojca i zastanawiał się, czy już przegrał swoją szansę? Może 
jeszcze  nie,  ale  jeśli  przegra,  to  co mu  pozostanie? Przecież  nie  zajmie  się  trenerstwem.  Wcale  nie 
miał  na  nie  ochoty.  Tym  bardziej  nie  chciałby  uczyć  wuefu  w  jakimś  college'u.  Albo  robić  czegoś 
równie  nudnego.  Ten  bar  w  Rockingham  był  dla  niego  prawdziwym  ratunkiem.  Poza  tym  pragnął 
tutaj wrócić, naprawdę, ze sławą czy bez sławy; chciał znów zamieszkać na starych śmieciach. Chciał 
się zestarzeć w miejscu, gdzie się kiedyś urodził. No, ale jest kłopot z tą głupią kafejką internetową. 
Co za pech, że stary lokal Monroe'ów wymyka mu się właśnie z rąk!  

Kendra czuła, że Deuce jest przeciwny jej zamiarom. Nic nie mówił, ale nie  spodziewała się po jego 
minie nic dobrego. Równocześnie absorbowała ją fizyczna bliskość tego mężczyzny, który siedział tuż 
przy niej na sofie, stojącej przed kominkiem. Spróbowała się skoncentrować.  

-Na  dyskietce  są  dalsze  argumenty...  -zaczęła.  I  nie  dokończyła  tego  zdania,  bo  zauważyła,  że 
Newman, który zeskoczył na podłogę, wpatruje się w Deuce'a jak zaczarowany.  

Nawet to zwierzątko ulega jego nieodpartemu urokowi, pomyślała.  

background image

-Mnie  się  wydaje  -Diana  założyła  nogę  na  nogę  -że  wszystko,  co  nam  pokazałaś,  jest  po  prostu 
znakomite. A pomysł kafejki internetowej to po prostu znak czasu. Kiedyś w lokalach były gazety, dziś 
są ekrany do czytania. I zresztą takie miejsca skupiają ludzi, którzy czują się samotni w „sieci", więc 
chcą sobie posurfować towarzysko.  

Kendra słuchała tych słów z roztargnieniem. Jej uda dotykało opięte w khaki muskularne udo Deuce'a 
i to ją okropnie rozpraszało. Seamus odchrząknął.  

-No a co tyo tym myślisz, synu? Widywałeś może takie kafejki w Vegas?  

-Ani w Vegas, ani w ogóle nigdzie –odparł szybko Deuce.  

Kendra zamrugała oczami. Co on plecie?  

-Jak  to  nigdzie?  Zdawało  mi  się,  że  znasz  świat,  tyle  podróżowałeś...  Sam  masz  przecież  e-maila, 
wyraźnie o tym mówiłeś.  

-Racja, ale robię to prywatnie –przerwał jej. -Nie latam gdzieś po lokalach z internetem.  

Odczekał chwilę i mówił dalej.  

-Nie wiem jak u was, na Cape Cod, ale na świecie bary są wciąż barami. I ludzie w nich nadal piją, a 
nie  grają  na  klawiaturach.  A  jeśli  już  grają,  to  raczej  na  tych  wszystkich  automatach,  jednorękich 
bandytach i tak dalej.  

Seamus uśmiechnął się.  

- Tylko widzisz, synu, nasz bar od dawna nie przynosił zysków. Nie wiem, czy mogło to mieć związek z 
tym nowoczesnym zakazem palenia w lokalach...  

-To na pewno nie to -skrzywiła się Diana. -Po prostu zmieniają się oczekiwania publiczności. A poza 
tym podrosło w Rockingham, i nie tylko tu, pokolenie młodzieży, które wyssało komputery z mlekiem 
matki, że tak powiem.  

-Z mlekiem matki! -prychnął Deuce. - Młodzież stanowczo woli piwo od mleka i bary piwne od jakichś 
tam komputerowni.  

Przy stole zapadła niezręczna cisza.  

-Deuce  -poruszył  się  wreszcie  ojciec.  -Ale  właściwie  dlaczego  ty  się  tak  sprzeciwiasz...  ?  Jaki  masz 
powód?  

Deuce pochylił się naprzód.  

-To proste. Bo wróciłem do domu i miałem nadzieję, że to ja obejmę „Monroe'a" i urządzę w nim... 
bar sportowy.  

Kendra  poczuła,  jakby  dostała  cios  w  żołądek.  Przymknęła  oczy.  Wiedziałam,  powiedziała  sobie. 
Wiedziałam coś takiego od pierwszej chwili, gdy go ujrzałam. Czy Deuce Monroe po to zjawił się na 
ziemi, by zrujnować jej życie? Znowu? On oczywiście nie wiedział, że owocem ich lekkomyślnej kiedyś 
nocy  była  ciąża,  na  szczęście,  czy  nieszczęście,  niedokończona.  Na  szczęście,  czy  na  nieszczęście... 

background image

Spojrzała na Seamusa, który z napięciem obserwował twarz syna. No jasne, teraz wszystko zależy od 
następcy rodu. Ojciec go kocha i zrobi wiele, by zadowolić syna. Czyli że jej plany legły w gruzach.  

-A toś mnie zaskoczył, synu -zasępił się Seamus.  

Nim Deuce odpowiedział, Kendra już odgadła, jakie słowa padną.  

- Tato, ten bar jest w rodzinie od siedemdziesięciu lat.  

Bingo. Otóż to. Taki argument musiał się pojawić. „Bar Monroe'a" ma dalej należeć do Monroe'ów. I 
nic się na to nie da poradzić. Diana zmarszczyła czoło i pochyliła się naprzód.  

-Chwileczkę,  Deuce.  To  jakaś  bardzo  nagła  inicjatywa.  Czemuś  nas  o  tych  swoich  zamiarach  nie 
powiadomił wcześniej?  

Deuce leniwie ruszył jednym ramieniem.  

-Bo dopiero niedawno na to wpadłem. Ale jak już wpadłem, to od razu sprzedałem dom w Vegas. To 
znaczy -poprawił się -wystawiłem go na sprzedaż. 

Seamus wziął głęboki wdech.  

-Szkoda, że tak nas zaskakujesz, synu.  

Kendra nadstawiła uszu. Dlaczego „szkoda"? Czyżby rzecz nie była jeszcze stracona?  

-  Myślę  -odezwała  się  Diana  -  że  warto  by  usłyszeć,  co  Kendra  sądzi  o  tej  sprawie.  W  końcu  ma 
czterdzieści dziewięć procent udziałów w tym lokalu.  

-Cóż...  -zawahała  się  Kendra.  -Jestem  pewna,  że  wiecie,  jak  się  teraz  czuję.  Przywiązałam  się  do 
swoich projektów dotyczących tej kafejki, włożyłam w to dużo serca.  

-Jednak Monroe, to zawsze Monroe -zamruczał Seamus. -Do licha, jesteśmy w kropce.  

Monroe,  czyli  Deuce  Monroe.  Że  też  Seamus  tak  łatwo  chce  synowi  wybaczyć  całe  lata  jego 
nieobecności.  Deuce  nie  odwiedził  ojca  nawet  wtedy,  gdy  wszczepiano  mu  po  zawale  rozrusznik 
serca.  Deuce  nie  posłuchał  taty,  kiedy  ten  kładł  mu  do  głowy,  że  powinien  skończyć  przynajmniej 
szkołę  średnią.  Nie  skończył  jej,  nawet  nie  zaczął,  bo  od  razu  po  podstawówce  wstąpił  do  ligi 
juniorów. No i Deuce nigdy też nie zadzwonił do Kendry po tej nocy, kiedy się kochali. I dlatego nic 
nie wiedział o jej ciąży, ani w jakich okolicznościach została przerwana.  

-Czy jesteś pewien, że wiesz, czego chcesz? -Seamus zwrócił się do syna. -Rzeczywiście chcesz wrócić 
na stare śmieci, czy tylko... sondujesz pewne możliwości złapania gruntu pod nogami?  

-Nic nie sonduję. Wracam do Rockingham, tato. Serio.  

-No tak. Czyli jednak klops.  

-Ze  sportem  skończyłem,  trenerem  być  nie  chcę  -podjął  Deuce.  -Wuefu  w  szkole  uczyć  nie 
zamierzam.  Chcę  poprowadzić  nasz  bar,  tato.  I  gotów  go  jestem  w  całości  wykupić  -spojrzał  na 
Kendrę. -Myślę, że się dogadamy... Jeśli oczywiście zaakceptujecie moją kandydaturę.  

background image

Kendra  wstała  i  bez  słowa  zaczęła  składać  wydruki.  Zacisnęła  zęby,  a  w  jej  głowie  już  powstawał 
alternatywny plan wykorzystania projektów, które tu przedstawiła. Nie zamierzała się łatwo poddać 
ani zrezygnować ze swych ambicji. O nie, „przegrana sierotka" to nie był jej styl.  

-Kennie, co robisz? –zamrugał oczami Seamus.  

-Robię porządek -odrzekła. -Przecież nie potrzebujecie już moich wizji, prawda?  

Starszy  pan  spuścił  oczy,  a  ona  momentalnie  odgadła  właśnie  teraz,  że  zawsze  wiedział,  kto  był 
sprawcą  jej  ciąży  i  dlaczego  musiała  przed  laty  przerwać  studia.  Seamus  w  zakłopotaniu  potarł 
podbródek.  

- Będziemy musieli to wszystko jeszcze przemyśleć.  

-No to przemyśliwujcie -westchnęła. -A ja skoczę teraz do domu. Mam tam coś do zrobienia.  

-Gdzie Kendra mieszka? –zainteresował się Deuce. Gdzieś w pobliżu?  

-Nawet  bardzo blisko, w  naszym pawilonie gościnnym parę kroków stąd  -pokazała ręką Diana.  -Idź, 
kochanie -zwróciła się do Kendry -a my tu poobradujemy.  

- Ty Deuce też idź -dołączył się Seamus. -Może odprowadzisz Kendrę.  

Nie  miała  ochoty  na  jego  towarzystwo,  o,  absolutni  nie  miała.  Ale  wolała  nie  robić  żadnych  scen. 
Spojrzał; tylko błagalnie na Dianę, jakby ta naprawdę mogła coś jeszcze odkręcić. I Diana mrugnęła do 
niej, dając do zrozumienia, że właśnie nie wszystko stracone. I że „ja z nim tutaj zaraz pogadam!"  

-Niedługo wracam -obiecała Kendra. -A teraz bywajcie.  

-Nie spiesz się –powiedział Seamus. - My musimy się naprawdę porządnie namyślić.  

Kendra  z  rezerwą  przyjęła  zapewnienie  o  „namyślaniu  się"  starego  Monroe'a.  Ten  Irlanczyk 
powodował  się  częściej  emocjami  niż  myśleniem.  Można  było  przypuścić,,  że  w  sprawie  swego 
jedynaka  też  pójdzie  raczej  za  głosem  serca  niż  rozsądku.  Kochał  Deuce'a  ponad  życie  i  zawsze 
wszystko mu wybaczał. Deuce był do pewnego stopnia słabostką ojca. No tak, ale czy można mu to 
było  mieć  za  złe?  Również  i  jej  słabostką  był  Deuce.  Nie  umiałaby  temu  zaprzeczyć.  Ruszyła  do 
wyjścia, z Newmanem plączącym się pod nogami. Deuce wyprzedził ją i uchylił drzwi.  

-Proszę  -powiedział.  -Ale  w  to,  że  w  „Monroe'a"  włożyłaś  całe  serce  -pokręcił  głową  -nigdy  ci  nie 
uwierzę. Mowy nie ma. Przerobiłaś tę starą budę bez serca.  

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Kendrę trudno było zbić z tropu. Zerknęła na Deuce'a i schyliła się po maltańczyka, biorąc go na ręce. 
-Newman, czy ktoś tutaj coś mówił? Bo jakoś nic nie słyszałam.  

Piesek szczeknął i polizał ją w szyję.  

-Nie słyszałaś? –zapytał Deuce. -Chciałabyś mnie traktować jak powietrze?  

Nic nie odrzekła. Postawiła psa na dróżce wykładanej kamiennymi płytami i ruszyła przed siebie.  

-Od kiedy mieszkasz w tym pawilonie? –spytał Deuce.  

-Od półtora roku -obejrzała się. -Odkąd Diana skończyła remontować posiadłość Swainów. O, to ten 
domek,  widzisz?  Zza  drzew  wyłonił  się  parterowy  budyneczek  o  żółtych  ścianach,  pokryty  szarą 
dachówką.  

-Chcesz na chwilę wejść? -przystanęła Kendra.  

Deuce rozejrzał się, niezdecydowany.  

-Jak to możliwe -zamruczał-żeby mi ojciec nic nie powiedział o swoich planach małżeńskich?  

-Chyba nie dałeś mu okazji, bo się prawie nie widujecie.  

-Znowu mnie oskarżasz...? Ale chyba wiesz, że byłem strasznie zajęty.  

-Strasznie zajęty -skrzywiła się. -Zajęty przez dwanaście miesięcy w każdym roku.  

-Ostatni sezon graliśmy w Japonii. W ogóle nie było mnie w kraju.  

-A  nieostatni...?  -Kendra  sięgnęła  do  kieszeni  i  wyjęła  pęk  kluczy.  -Sporo  sezonów  minęło,  odkąd 
opuściłeś Rockingham.  

-Ale teraz wróciłem, jak widzisz... A ty się nie cieszysz.  

Obróciła się ku niemu i największy z kluczy wymierzyła w jego pierś.  

-Naprawdę  chcesz,  żebym  skakała  z  radości,  bo  ty  zwichnąłeś  sobie  karierę,  a  teraz  będziesz 
przeszkadzał mi w mojej?  

-Ale ja tu jechałem nic nie wiedząc o tych waszych planach. Nie wiedziałem ani o narzeczonej ojca, 
ani o twojej kafejce internetowej.  

Przyglądała mu  się  dłuższą  chwilę,  wyraźnie  gotowa  do  jakiejś  błyskotliwej  repliki.  W  końcu  jednak 
gwizdnęła tylko na psa, który odbiegł w stronę plaży, po czym odwróciła się i zaczęła otwierać drzwi.  

A to dało Deuce'owi okazję przyjrzenia się zarysowi jej bioder i nóg, widocznych w mocno obcisłych 
dżinsach. W nagłym przypomnieniu ujrzał te nogi obejmujące go na kocu, dziesięć lat temu. Tamtego 
wieczoru też miała na sobie podobne błękitne dżinsy. Pamiętał, jak wtedy rozpinał ich suwak, wkładał 

background image

rękę  pod  materiał,  aby  dotknąć  gorącego  ciała  kobiety  i  jak  potem  zsuwał  te  spodnie  wzdłuż 
przepięknych nóg. Poczuł dreszcz i przymknął oczy. Obie ręce wsadził do kieszeni, żeby go nie kusiło, 
żeby nie wyciągnąć teraz ręki po Kendrę.  

- Słuchaj –odezwał się głucho. -Ja naprawdę nic nie wiedziałem, że ty i ojciec wzięliście się za ten bar.  

-No  aleśmy  się  wzięli  -wzruszyła  ramionami,  przekraczając  próg  i  przytrzymując  za  sobą  drzwi  dla 
Deuce'a.  Poszedł  za  nią,  z  zamętem  w  myślach.  Właściwie  czego  po  nim  oczekiwano?  Żeby  się 
zupełnie wycofał? Ale z jakiego powodu, przecież ten lokal miał na szyldzie wypisane jego nazwisko, 
co prawda z małej litery i skrzyżowane z komputerem, niemniej był to „Monroe".  

-Może  zawrzemy  jakiś  kompromis  -zaproponował.  -  Może  ty  sobie  zachowasz  ileś  komputerów  w 
części sali, a ja przywrócę reszcie dawny wygląd, co? Tam ciągle jest ten stary kontuar…Ale galerię i te 
inne rzeczy uruchomisz tak jak chciałaś. Dobrze?  

Kendra zrobiła półobrót. Najwyraźniej wcale jej nie ucieszyły te słowa. Wyraz jej twarzy nie wróżył nic 
dobrego.  

-Czyli nie chcesz kompromisu –skonstatował Deuce.  

-Kompromisu  czy  kompromitacji?  -skrzywiła  się.  -  I  tak  się  już  kiedyś  skompromitowałam  z  twego 
powodu.  

Zamrugał oczami.  

-Jak to? Nie rozumiem.  

Machnęła ręką, ruszając w głąb korytarza.  

-Nieważne... Słuchaj, ja tu muszę coś zrobić, a ty sobie gdzieś posiedzisz przez chwilę, dobrze?  

Chciał ją złapać w pół i zatrzymać, lecz tylko głębiej wetknął ręce do kieszeni. Skompromitował ją? Co 
ona ma na myśli? Skręcił do małego saloniku, gdzie opadł na sofę. Zapatrzył się na morze, falujące za 
oknami. Znów do niego przypłynęły obrazy tamtego ich spotkania na plaży. Zanim się jednak spotkali, 
był ten okropny dzień  pogrzebu. Mama zmarła na anewryzm serca i Deuce bardzo to przeżył. Nie był 
już  chłopczykiem,  miał  prawie  dwadzieścia  cztery  lata,  lecz  mimo  to  poczuł  się  nagle  sierotą.  I  z 
wdzięcznością  przyjął  współczucie,  jakie  mu  okazała  Kendra  -już  nie  dziewczynka,  nie  koleżanka  ze 
szkoły (młodsza o trzy lata), lecz rozkwitająca kobieta, studentka, piękna i bystra. Pamiętał, że Kendra 
zakrzątnęła  się  wtedy  wokół  różnych  spraw  praktycznych,  pomagała  w  barze,  witała  gości,  dbała, 
żeby wszyscy byli nakarmieni... Tak, nie była już tą „Keńcią", podlotkiem z warkoczykami, za które się 
nieraz  pociągało.  Była  dorosła,  dojrzała  i  opiekuńcza.  Wieczorem  wybrali  się  z  Kendrą  na  spacer, 
pojechali  samochodem  jego  ojca  drogą  nad  morzem.  I  w  tym  samochodzie  pierwszy  raz  się 
pocałowali. Pochylił się teraz naprzód i przeczesał palcami włosy. Miał nie całkiem czyste sumienie, że 
wtedy z Kendrą, młodszą siostrą przyjaciela, posunęli się cośkolwiek poza te pocałunki. Ale ona była 
taka chętna... Chętna? To za mało powiedziane. Była nie tylko chętna, ale też słodka, czuła i niewinna. 
Była dziewicą... Lecz na czym miałaby polegać kompromitacja, o której teraz wspomniała? Westchnął. 
W  każdym  razie  to,  że  potem  nie  odezwał  się  do  niej,  to  brzydka  sprawa.  Nigdy  nie  zapomniał  o 
Kendrze, tylko że... jakoś nie mógł się przemóc. Podniósł głowę i zerknął w stronę korytarza. No tak, 
Kendra nie ma powodu, by go witać w Rockingham z entuzjazmem. I zwłaszcza w sytuacji, gdy może 

background image

to  oznaczać  pokrzyżowanie  jej  planów  zawodowych.  Zaklął  pod  nosem.  Że  też  życie  układa  się 
człowiekowi nie zawsze tak, jakby chciał. Nadstawił uszu, bo w głębi domu trzasnęły drzwi i zaraz dały 
się słyszeć kroki Kendry. Pojawiła się na progu saloniku, z nieprzeniknioną twarzą.  

-To co, może już pójdziemy? -zapytała. -Oni mieli chyba dość czasu do namyślenia się.  

-A ty się namyśliłaś?  

-Ja? Nad czym?  

-Jak to nad czym, nad naszym kompromisem.  

Wzruszyła ramionami.  

-Daj spokój, Deuce... Newman! -zawołała psa. -Chodź, idziemy.  

Z maltańczykiem u nogi, ruszyła w stronę drzwi.  

-Ach Keńciu, Keńciu -zamruczał za nią Deuce.  

-Dla kogo „Keńcia" -rzuciła przez ramię -dla kogo nie. Dla ciebie już raczej nie.  

Diana wyglądała na zadowoloną z siebie. Kendra zauważyła, że  błyszczą jej oczy, jak  zawsze  wtedy, 
gdy udawało jej się dopiąć swego. Dobry Boże, a więc jest chyba jakaś nadzieja? Być może Seamus 
dał się jednak przekabacić. Diana kręciła się po kuchni, coś tam ustawiając i ścierając, stary Monroe 
zaś  siedział  w  pokoju,  zamyślony,  z  rękami  założonymi  za  głowę.  Wszystkie  wydruki,  dyskietka  i 
koperta leżały na stoliku do kawy, tak jak zostawiła je Kendra, tyle że poskładane w jedno miejsce i 
uporządkowane. Czy to znaczy, że zostaną teraz zabrane przez starszych państwa w podróż handlową 
-czy  wręcz  przeciwnie,  że  Kendra  może  je  schować  na  pamiątkę?  Weszli  do  pokoju.  Deuce  od  razu 
usiadł naprzeciwko ojca.  

-No i jak tato? -zapytał. -Do czego doszliście?  

Seamus  dłuższą  chwilę  nie  odpowiadał.  Krążył  spojrzeniem  od  dokumentów  do  syna  i  Kendry. 
wreszcie westchnął.  

-Myślę, że mamy tu niezły dylemat.  

Deuce odczekał moment.  

-To znaczy?  

-Widzisz, synu, to przedsięwzięcie internetowe ma jednak przed sobą przyszłość, tak mi się wydaje. 
Rzecz jest nowoczesna.  

Kendra  poczuła,  że  trochę  się  odpręża.  Ale  tylko  trochę.  I  słusznie,  bo  Seamus  wyjechał  zaraz  ze 
swymi argumentami genealogicznymi.  

-Z drugiej strony -spojrzał na nią -ten bar zawsze był w naszej rodzinie. Zakładał go mój ojciec w 1933, 
a ja go przejąłem, będąc dokładnie w wieku Deucea, to znaczy...  

background image

-  Tato  -Deuce  pochylił  się  naprzód.  -Jest  wyjście  z  kłopotu;  przecież  możemy  pójść  na  jakiś 
kompromis.  Myślę,  że  da  się  zatrzymać  bar  przy  rodzinie,  a  jednocześnie  rozwijać  wszystkie  te... 
rzeczy nowoczesne.  

Kendra poruszyła się.  

-Jakim cudem? -zapytała. -Wyszynk i komputery trudno pogodzić.  

-No ale twoją kafejkę można by przesunąć do tych dalszych partii budynku -Deuce spojrzał na plany -
kiedy się je wykupi.  

-A gdzie wtedy zmieszczę galerię? -skrzywiła się Kendra.  

-  Tak,  tak,  wszystko  to  wymaga  zastanowienia  -powiedział  Seamus.  -Ale  wierzę,  że  oboje  jakoś  się 
pogodzicie.  

-O, właśnie -odezwała się Diana, wkraczając do pokoju. -Posiedźcie nad tym jeszcze oboje i na pewno 
do czegoś dojdziecie.  

Kendra i Deuce mocowali się przez chwilę wzrokiem. Seamus wstał z kanapy.  

-No, a na początek może poprowadzicie razem ten lokal pod naszą nieobecność?  

-Jak to razem? –spytał Deuce.  

Seamus wymienił z Dianą szybkie spojrzenie.  

-To znaczy... kafejka Kendry może działać w dzień, a bar Deuce'a wieczorem.  

-Bar wieczorem! -prychnęła Kendra. -Dobre sobie. Przecież to najlepsza pora na komputery.  

- Ejże, jesteś pewna? -Diana uniosła wydepilowane brwi. -Wczoraj zaczęłaś zamykać lokal już o ósmej, 
bo skończyła ci się klientela.  

-Ale to dlatego, że jest dopiero kwiecień. A od maja będziemy mieli mnóstwo turystów i wielu z nich 
będzie szukało dostępu do Internetu.  

-...albo  do  kieliszka  -wpadł  jej  w  słowo  Deuce.  -I  zwłaszcza  wieczorami.  Czyli  idea  ojca  jest  niezła. 
Podzielmy się godzinami.  

Trzy pary oczu spojrzały teraz na Kendrę. Czy zgodzi się na taki plan? Chciała pokręcić głową, ale nie 
zrobiła  tego.  Pomyślała,  że  może  Deuce  po  prostu  przeliczy  się  ze  swymi  na  dziejami?  Ludzie 
odzwyczaili  się  już  od  „Baru  Monroe'a  szukają  w  tym  miejscu  kawy  i  klawiatury,  a  nie  wódy  i 
automatów  do  gry.  Zresztą  wszystkie  zapasy  alkoholu  upłynniono,  a  wnętrze  jest  dokładnie 
przearanżowane.  

-No dobrze -odezwała się. -Możemy spróbować, czemu nie.  

Seamus pojaśniał.  

-To świetnie, to bardzo dobrze. Bardzo chciałem, żebyście jakoś oboje mieli szansę.  

background image

-No właśnie -przyłączyła się Diana.  

-No, a my jutro ruszamy w podróż -Seamus objął Dianę w pasie. -W Bostonie, w Nowym Jorku i w San 
Francisco będziemy się spotykać z inwestorami i z przedstawicielami banków. Potem zaś - uśmiechnął 
się -urządzimy sobie miesiąc miodowy.  

-Jak to? -zdziwiła się Kendra.  

-Miałam ci o tym, złotko, powiedzieć wcześniej -Diana założyła sobie za ucho kosmyk ufarbowanych 
włosów -ale jakoś wyleciało mi z głowy.  

-O czym miałaś jej powiedzieć -zmarszczył się Deuce  

-Jesteście już może po ślubie?  

Oboje starsi państwo zaśmiali się.  

-Ależ nie -pokręciła głową Diana. - Tyle że chcieliśmy połączyć pożyteczne z przyjemnym. Odbędziemy 
awansem nasz miesiąc miodowy, na Hawajach, jako przedłużenie podróży handlowej.  

-Aha -skinęła głową Kendra. -A w sumie jak długo was nie będzie?  

Seamus zastanowił się.  

-Około półtora miesiąca, jak myślę.  

Ładne  rzeczy  -zasępił  się  Deuce.  -No,  ale  jakoś  damy  sobie  radę...  Tylko  potrzebowałbym  tu  dachu 
nad głową. Wymyślicie mi coś?  

-Na razie zamieszkaj u nas -wpadła mu w słowo Diana.  

-Newman już cię chyba polubił.  

-Newmanem  ja  się  zajmuję  -powiedziała  Kendra.  Dobry  Boże,  wcale  nie  miała  ochoty  na  bliskie 
sąsiadowanie z Deuce'em aż przez sześć tygodni.  

-W ciągu dnia będziesz w swojej kafejce -przypomniał jej. -Więc zajmiesz się nim może wieczorami.  

-Jeszcze czego! Ty i maltańczyk. Przecież to nie są pieski dla mężczyzn.  

-A to niby dlaczego?  

Kendra  wzruszyła  ramionami,  a  Seamus  i  Diana  ruszyli  ku  wyjściu,  śmiejąc  się  z  cicha  i  coś 
komentując, z czego dały się zrozumieć tylko słowa „...robi się naprawdę interesujące".  

-Nie,  to  wcale  nie  jest  interesujące  -powiedziała  głośno  Kendra  i  zaczęła  zbierać  ze  stolika  swoje 
papiery.  

-Ale  może  takie  być  –odezwa  łsię  Deuce,  stając  tuż  za  jej  plecami.  -Mogłoby  być  -poprawił  się.  -
Pamiętasz tamtą noc, kiedyśmy...  

Obróciła się jak fryga i wymierzyła w niego palec.  

background image

-Zwłaszcza to nie jest interesujące. Nie tykaj tego, panie Monroe.  

-Dlaczego tak oficjalnie?  –uniósł  brwi. -Do dziś nie przebolałaś tamtego zdarzenia? Zresztą nie było 
ono chyba takie przykre.  

Spojrzała na niego, a raczej poprzez niego, gdzieś w przestrzeń.  

- Właściwie to nawet nie wiem, o czym mówisz.  

-Założę się, że wiesz.  

-Założysz się? W takim razie przegrałeś.  

Wyjął jej z ręki papiery, które trzymała i odłożył je z powrotem na stolik.  

-Może jeszcze nie przegrałem- uśmiechnął się do niej. -Co? Keńciu. Może jeszcze nie przegrałem.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Nie  zapukał;  po  prostu  popchnął  drzwi,  prowadzące do  barowego  biura  i stanął  na  progu. W  ciągu 
dwóch  dni,  jakie  minęły  od  wyjazdu  ojca  i  Diany,  był  już  w  barze  parę  razy,  pokręcił  się  po  małej 
kuchence,  przyjrzał  się  też  bliżej  kontuarowi  z  czereśniowego  drzewa,  a  właściwie  całemu 
kredensowi, zawalającemu jedną ze ścian w kafejce internetowej. Jednak nie zlustrował dotąd biura, 
bo wciąż w nim przesiadywała Kendra Locke. Kendra właśnie podniosła na niego wzrok. Siedziała za 
dębowym biurkiem jego ojca.  

-No? -odezwała się niezbyt przyjaźnie. -O co chodzi?  

-Jest piąta trzydzieści -wysunął rękę z zegarkiem. -Pora pomału kończyć pierwszą zmianę. Zamykamy 
komputerownię, otwieramy bar.  

Przymknęła swego laptopa, lecz nie całkiem.  

-Jak  to  -zapytała.  -Dziś?  Już  dziś?  Nie  masz  nic  lepszego  do  roboty?  Ledwie  od  dwóch  dni  jesteś  w 
Rockingham. Myślałam, że zaczniesz z tym barem nie wcześniej niż za dwa, trzy tygodnie.  

-Ale  zaczynam  dziś.  –Przestąpił  próg  i  rozejrzał  się  po  dawno  niewidzianym  pomieszczeniu.  Te 
ściany... kiedyś były zielone, a teraz są różowe? A co stało się z oknem łączącym biuro z barem? Aha, 
zostało przesłonięte jakąś drewnianą żaluzją. A co z dyplomami, zdobiącymi wnętrze?  

-  Słuchaj  -zapytał-tu  wisiały  takie  ramki  z  podziękowaniami  od  lokalnej  Ligi  Juniorów  za  sponsoring 
Monroe'a w czasie rozgrywek. Wzruszyła ramionami.  

-Szukaj u ojca, on pewnie takie rzeczy magazynuje. A to, co widzisz -poszła za jego wzrokiem -to są 
fotogramy Diany Lynn.  

Nie  skomentował  tych  kolejnych  dowodów  wszechstronności  talentów  narzeczonej  swego  ojca. 
Zamiast tego ponownie odsłonił rękę z zegarkiem.  

-No więc co z tą moją zmianą?  -spytał. -  Tam,  przed twoimi komputerami  –pokazał  wstecz głową  -
siedzi jakaś dwójka świrów. Z takim włosami na cukier. Nikogo więcej nie ma.  

-To  nie  żadne  świry  -wydęła  wargi  -tylko  Jerry  i  Larry  Gibbonsowie.  Świetne  chłopaki,  co  dzień  tu 
przychodzą.  

-A piją piwo?  

-Nie zaobserwowałam. Ja podaję tylko kawę.  

-W takim razie obaj powinni...  

-Powinni tu zostać -dokończyła za niego. -Nie będę wyrzucała stałych klientów tylko dlatego, że...  

-W  porządku,  w  porządku  -przysiadł  na  skraju  jej  biurka.  -Tylko  że  ja  zaraz  włączam  w  telewizji 
programy sportowe, a oprócz tego jest ta szafa grająca.  

background image

-Szafa? Ale ona chyba nie działa. To jakiś zabytek, tak jak ten kredens.  

-Już działa.  

Zmarszczyła czoło. Czyżby w tym lokalu coś przeoczyła? Niby widziała, że Deuce się tu kręci, ale kiedy 
zdążył naprawić starego grata?... I kiedy zainstalował telewizory? Splotła ramiona na piersi.  

-Deuce, pies z kulawą nogą nie odwiedzi dziś twego baru.  

-Nie bądź taka pewna - uśmiechnął się, powściągając chęć pogładzenia jej po włosach, dotknięcia jej 
policzka, ucałowania gniewnych, lecz jakże pięknych oczu.  -Otworzy się szeroko drzwi, puści głośno 
muzykę i kogoś to na pewno skusi. W końcu ten lokal mieści się przy głównym deptaku w mieście.  

Nie powiedział jej, że przez dwa ostatnie dni obdzwaniał całą okolicę w promieniu pięćdziesięciu mil, 
odnawiając  stare  znajomości  i  zawierając  nowe.  Po  co  miał  takimi  drobiazgami  zawracać  Kendrze 
głowę?  

-Mimo to wątpię -westchnęła i wróciła do swego laptopa. Otworzyła go szerzej i stuknęła parę razy w 
klawiaturę. Zsunął się z jej biurka i zaczął krążyć po pomieszczeniu.  

-Czuję, że masz do mnie urazę -powiedział. Nie podniosła głowy, wpatrując się w ekran.  

-Albo ty masz urazę -powiedziała.  

-Ja? -zatrzymał się.  

- Tak, ty. Na tle tego, że nie poznajesz swego Rockingham. Że ja ci weszłam w paradę. Że twój stary 
ojciec znalazł sobie nową miłość...  

Deuce potarł kontuzjowany łokieć, który nagle się odezwał.  

-E tam, zmyślasz –skrzywił się. -Wmawiasz mi. Zerknęła ku niemu.  

-Czyżby?  

Znów przysiadł na jej biurku.  

-Co do ojca, to na pewno nie mam nic przeciwko tej jego... narzeczonej. Diana jest w porządku.  

-Jest  więcej  niż  w  porządku!  -Kendra  odjechała  na  moment  od  biurka  swym  fotelem  na  kółkach. 
Przyjrzała  się  Deuce'owi  oceniająco,  po  czym  wróciła  na  miejsce.  -  No  dobra  -powiedziała.  -To 
pogadaliśmy sobie, a teraz ty już otwieraj ten swój bar, natomiast ja mam tutaj jeszcze trochę roboty. 
Więc wybacz.  

Poczuł się odprawiony, ale nie zamierzał tego tak łatwo zaakceptować.  

-Powiedz mi... –zawiesił głos -gdzie się podziały stare szklanki Monroe'a.  

Zerknęła na niego, nie przerywając stukania w klawisze.  

-Pojęcia nie mam. Nikt podczas remontu lokalu nie zastanawiał się na jakimiś szklankami.  

background image

To tak pogrywasz? Dobra, zobaczymy.  

-Czyli będę podawał trunki w kubkach do kawy.  

Wzruszyła ramionami.  

-Podawaj. Czemu nie.  

-Aha. A koktajle może w tygielkach...?  

Przymrużyła oczy, śledząc coś z wielką uwagą na ekranie laptopa.  

-W czym tylko chcesz.  

-A co powiesz, gdybym na zakąskę zaproponował gościom coś z tych twoich kandyzowanych owoców 
i bakalii? Zanim sam coś zorganizuję.  

Postukała parę razy w „Enter".  

-Dobrze -odpowiedziała krótko. -Tylko do jutra wszystko uzupełnisz, bo ja się muszę z każdej rzeczy 
rozliczyć.  

-Dasz mi namiary na swych dostawców?  

-Jestem pewna, że znajdziesz sobie własnych.  

-A udostępnisz mi swój skorowidz z nazwiskami?  

Kendra nie dawała się wyprowadzić z równowagi. Pokazała głową w stronę półek:  

- Tam leży książka telefoniczna z żółtymi stronami.  

Deuce podszedł do regału.  

-No tak. A to okno... -odwrócił się.  

-Co za okno? -jej palce znów zaczęły biegać po klawiszach.  

-To z lustrem weneckim, przez które widać bar.  

-A! -skinęła głową. -Zasłoniłam je żaluzją, bo nie było mi do niczego potrzebne.  

-Nie interesuje cię, co robią goście na sali?  

-Raczej nie. Moi klienci należą do spokojnych. Nie upijają się ani nie rozrabiają. Naprawdę nie muszę 
ich podpatrywać.  

-A nie chciałabyś czasem popatrzeć na mnie przez to okno? Jak tu jestem? -Deuce zrobił dwa kroki i 
przekręcił drewniane żaluzje. -Wiesz, pamiętam pewną dziewczynkę - uśmiechnął się do siebie -która 
lubiła podsłuchiwać, o czym jej brat gada z kolegami w swoim pokoju.  

Usłyszał za plecami głębokie westchnienie, a potem odgłos zatrzaskiwanego notebooka.  

background image

- Też ją pamiętam -odezwała się cicho.  

Spojrzał na nią. Zauważył, że jest zaróżowiona i że sięga po torebkę.  

-Chcesz już iść? -zapytał.  

-Mam jeszcze jakąś robotę w domu -ruszyła do drzwi. -A poza tym psa trzeba wyprowadzić.  

Kiedy wyszła z kantoru, Deuce wrócił do obserwacji sali przez weneckie okno. I zauważył, że Kendra 
zatrzymuje się w pół drogi, że podchodzi do starego kontuaru i przygląda się kurkom piwnym, świeżo 
podłączonym do nowych beczek z Heineckenem. Naciska jeden z kurków i wzdryga się, gdy z kurka 
nagle tryska piana. Deuce podniósł żaluzję, a wtedy Kendra, która to chyba odgadła, pomachała do 
niego  ręką.  Po  czym  sięgnęła  po  kubeczek  od  kawy  i  nalała  do  niego  trochę  piwa.  Fachowo 
zdmuchnęła pianę i zaczęła pić z kubeczka. Dziwnie podnieciła go ta scena. Zrozumiał, że Kendra daje 
mu chyba coś znać... Jakby zaakceptowała jego bar. I może coś jeszcze...? Ale co? Gdy skończyła pić, 
otarła wierzchem dłoni usta i ponownie pomachała ręką. Po czym ruszyła do drzwi wyjściowych.  

Przez  wiele  godzin  czuła  na  wargach  smak  gorzkiego  piwa.  W  tym  czasie  wyszła  na  spacer  z 
Newmanem, zrobiła sobie i psu kolację, przejrzała dokumenty związane z lokalem, pokrzątała się po 
domu,  obejrzała  dziennik  w  telewizji,  a  w  końcu  wykąpała  się.  Żadne  z  tych  zajęć  nie  pomogło  jej 
wyprzeć  Deuce'a  z  pamięci.  Jej  myśli,  zwykle  zajęte  konkretami,  faktami,  liczbami,  jakimiś  planami, 
teraz krążyły wokół pytań bez odpowiedzi. Jak przebrnie przez najbliższe sześć tygodni? Skąd weźmie 
siły, aby oprzeć się mężczyźnie, który ją wyraźnie prowokuje? Czym ma go do siebie zniechęcić? Co 
będzie, gdy on odkryje, co tak naprawdę się stało dziesięć lat temu? Nie było odpowiedzi, było coraz 
więcej pytań. Ostatnie z nich wypowiedziała głośno, otwierając drzwi, by po raz drugi wyprowadzić 
Newmana.  

-Dlaczego po dziesięciu latach ten człowiek tak mi działa na nerwy?  

Piesek nadstawił uszu i zamerdał ogonem.  

-Samotna jestem, Newman -poskarżyła się maltańczykowi. -No tak, ale co ty możesz o tym wiedzieć.  

Sięgnęła po smycz i wtedy piesek wspiął się na tylne łapki, aby łatwiej można było przytroczyć linkę. O 
tym,  czym  jest  spacer,  to  on  nieźle  wiedział,  wszystkie  rytuały  miał  świetnie  opanowane.  Wyszli  w 
stronę  plaży;  nad  oceanem  wschodził  właśnie  księżyc  i  jego  blask  kładł  się  płynnym  srebrem  na 
łagodnych  falach.  W  podobny  wieczór,  niedaleko  stąd,  Kendra  Locke  oddała  swe  serce,  lojalność  i 
dziewictwo chłopcu, którego uwielbiała od pierwszej klasy. A teraz, po latach, ten chłopiec szarogęsił 
się w jej kawiarni, przejmował klientów zmieniał jej plany i naruszał spokój jej życia.  

-W dodatku pewnie nie będzie wiedział jak zamknąć lokal -odezwała się do Newmana, który krótko 
szczeknął w odpowiedzi. -Pomieszają mu się klucze. Poza tym, czy on zna się na kasach fiskalnych? No 
i oczywiście zapomni powyłączać komputery.  

Newman znów zgodził się szczeknięciem.  

-W takim razie jedziemy do miasta  -podsumowała Kendra. -Trzeba ratować interes, póki się jeszcze 
da.  

background image

Szybko  wróciła  z  pieskiem  do  domu.  Zrzuciła  dresy  wciągnęła  półdługie  spodnie,  włożyła  tiszerta  i 
sandały,  bo  noc  była  ciepła;  włosy  związała  w  kitkę.  Newmana  chwyciła  pod  pachę  i  już  była  w 
samochodzie. W centrum Rockingham zorientowała się, że chyba coś się dzieje w mieście. Podjechała 
do „Monroe'a", ale tam parking był zajęty, jak również w najbliższej okolicy Ruszyła dalej, aby znaleźć 
jakieś  miejsce  dla  wozu.  Kiedy  wreszcie  wróciła  na  Bulwar  High  Castle,  było  dobrze  po  dziesiątej. 
Przyspieszyła kroku, niepewna, czy jeszcze w ogóle zastanie Deuce'a. Mógł się ewakuować w porze, 
gdy zwykle wychodzili bracia Gibbonsowie, a więc o wpół do dziewiątej. Bez przekonania nacisnęła 
klamkę  baru. Drzwi o dziwo ustąpiły i  z wnętrza buchnęła muzyka. Zamarła  na progu. To co z ulicy 
wyglądało  na  niepogaszone  światła,  okazało  się  iluminacją  towarzyszącą  zabawie.  Jej  kafejka  była 
pełna hałasujących ludzi, którzy popijali, podśpiewywali razem z szafą grającą, ale przede wszystkim 
oglądali  telewizję  sportową,  transmitowaną  przez  kilka  monitorów.  Zauważyła  wśród  klientów 
również braci Gibbonsów. Nozdrza Kendry podrażnił zapach kurczaków z rożna i chyba frytek. Co to, 
pomyślała,  może  zasnęła  u  siebie  w  wannie,  a  wszystko,  co  tu  się  dzieje,  jest  tylko  złudzeniem? 
Zrobiła kilka kroków naprzód. Dostrzegła, że za kontuarem uwija się nie tylko Deuce, ale też jakichś 
dwóch  barmanów.  Jakaś  nieznajoma  dziewczyna  roznosiła  dania  i  napoje  między  stolikami.  Wzięła 
kilka głębszych oddechów. Jak on sobie z tym wszystkim poradził? W jaki w ogóle sposób...  

-Cześć, Keńciu! -Deuce wyszedł zza kontuaru. - Zapraszamy! O, widzę, że jesteś z pieskiem...  

Newman skoczył naprzód i zaczął się łasić do męskich nogawek.  

-Dobrze, że przyszłaś –mówił dalej Deuce. -Patrz, jaki mamy tłum. Może nam pomożesz?  

Poczuła  od  niego  zapach  czegoś  męskiego,  piżma,  również  jakichś  drinków,  co  obudziło  w  niej 
niejasne skojarzenia. Na całym ciele zrobiła jej się gęsia skórka. Złapała maltańczyka i podniosła go z 
podłogi.  

-Chodź,  bo  cię  podepczą  -zamruczała.  Spojrzała  na  Deuce'a.  -Ale  jakżeś  ty  ściągnął  tych  wszystkich 
ludzi? Takie tłumy?  

-Poczta pantoflowa –puścił do niej oko. -Wiesz, Rockingham to wciąż jednak mała mieścina.  

Pociągnęła nosem.  

-A te kurczaki? Kiedyś ty tutaj zdążył zamontować rożen?  

-Rożen?  -Zaśmiał  się.  -Nie,  tak  daleko  się  nie  posunąłem.  Mamy  tylko  serwis  od  Myersa,  chyba  go 
znasz. Tego z „The Wingmans".  

Skinęła głową. Oczywiście wiedziała, o kogo chodzi.  

-On prowadzi rodzaj pogotowia zakąskowego -mówił dalej Deuce. -Ostatecznie nie mogę upijać ludzi, 
nie dając im nic jeść.  

-Na zapleczu mieliśmy jakieś rzeczy...  

-No tak, te twoje bakalie i ciasteczka do kawy. Ale to się przecież nie nadaje do piwa i drinków.  

Newman w objęciach Kendry zaczął się wiercić. Pewnie zjadłby kawałek kurczaka.  

background image

-A kto tam stoi za barem? -spytała. Doszła do wniosku, że nie zna ani barmanów, ani w ogóle połowy 
ludzi na sali. Skąd oni się tutaj wzięli?  

-Nie pamiętasz Deca Clifforda? To mój stary kolega z boiska.  

Z  trudem  przypomniała  sobie,  o  kogo  chodzi.  Tak  naprawdę,  bywając  kiedyś  na  meczach  w 
Rockingham, nie zauważała na boisku nikogo oprócz Deuce'a.  

-Clifford jest teraz prawnikiem w Bostonie -Deuce ni stąd, ni zowąd umieścił swą dużą dłoń na karku 
Kendry, co przyprawiło ją o nowe dreszcze. -Drugim barmanem jest Erie Fleming, też mój zawodnik. 
Od paru lat ma agencję nieruchomości w New Hampshire. No a w kelnerkę bawi się Ginger Alouette, 
dziś z Provincetown.  

Prawnik z Bostonu, agent z New Hampshire i ta Ginger... Wszyscy dali się przywołać ot tak, na jedno 
skinienie Deuce'a?  

-Prawdziwy personel zatrudnię później -powiedział Deuce. -Dziś tylko improwizujemy, i może jeszcze 
jutro czy pojutrze.  

Do Kendry dotarło, jaką towarzyską atrakcją jest nadal ten młody Monroe. Z takim szefem jego bar 
rzeczywiście może mieć szanse, wbrew temu, co przypuszczała wcześniej.  

Piesek znów zaczął się wiercić. Węszył na lewo i prawo, wreszcie szczeknął.  

-Cicho, Newman –pogłaskał go Deuce. -Co, Keńciu, potrzebowałaś jego asysty?  

Sprawdziła, na ile on ironizuje.  

-Powiedz lepiej, jak sobie poradziłeś z tymi komputerami? Bo widzę, że jednak je powyłączałeś.  

-Zachowuję  się  lojalnie  -odrzekł.  -Komputery  to  twoja  działka.  A  z  wyłączaniem  czy  podłączaniem 
takich  zabawek  nie  mam  kłopotów.  Poradziłem  sobie  też  z  telewizją  satelitarną,  z  szafą  grającą  i  z 
paroma innymi rzeczami, jak mogłaś zauważyć.  

-No fakt -przyznała i rozejrzała się, niepewna, co ma dalej robić.  

-Może  się  czegoś  napijesz?  -zaproponował.  -Chodź,  odnowisz  znajomość  z  Dekiem...  Dec  -Deuce 
zwrócił się do Clifforda -pamiętasz tę małą siostrzyczkę Jacka?  

Mała  siostrzyczka  Jacka.  Oto  czym  jest  od  zawsze  i  na  zawsze  będzie  dla  niego.  Nigdy  nie  będzie 
właścicielką lokalu, nie będzie kobietą, która kiedyś mu się oddała, nie stanie się nikim ważnym: dla 
niego ma pozostać „siostrzyczką Jacka".  

-Cześć Dec -powiedziała. -Dla mnie tylko woda mineralna.  

-A ja cię na chwilę przeproszę - uśmiechnął się Deuce, po czym, połaskotawszy Newmana za uszkiem, 
oddalił się w kierunku zaplecza.  

Kendra zasiadła na stołku barowym, umieszczając sobie pieska na kolanach. Upiła mały łyk.  

background image

-Jest  całkiem  rozkoszny  -usłyszała  nagle  obok  siebie  głos  Sophie  Swenson,  swojej  hostessy.  Sophie 
stanęła przy niej z kieliszkiem białego wina w dłoni.  

-Może i jest -Kendra postarała się użyć lekkiego tonu. -I w dodatku on o tym dobrze wie.  

Sophie zaśmiała się miękko.  

-Ale ja mówiłam o piesku.  

-Och! -Kendra też się zaśmiała, podciągając zsuwającego się z kolan Newmana. -Ale piesek także wie, 
że jest słodki, prawda New? -zanurzyła palce w wełnistej sierści maltańczyka. -A ty Sophie -zwróciła 
się do hostessy -co, a może wolałabyś teraz pracować na zmianie Deuce'a?  

Dziewczyna wzruszyła ramionami, zasiadając na stołku obok.  

-Jeśli akcje będą stały tak jak teraz, to czemu nie? To znaczy jeśli „Monroe" miałby być znowu barem? 
-Rozejrzała się. -Ale co z twoimi planami rozwoju, Ken?  

Kendra westchnęła, raz i drugi.  

-Właściwie  nie  mam  pojęcia.  Najbardziej  bym  chciała,  żeby  on  jak  najszybciej  wrócił  do  domu  i 
przestał mi tutaj mącić.  

-Do domu? Ale jego dom jest chyba właśnie tutaj...? -zawiesiła głos Sophie. -Chcę powiedzieć, że ten 
bar zawsze należał do Mohroe'ów.  

-  Teraz  jest  w  połowie  mój  -przypomniała  Kendra.  Sophie  uniosła  brwi.  -To  znaczy  -poprawiła  się 
Kendra -kafejka jest moja. I nie zamierzam ustąpić z placu tylko dlatego, że wielki Deuce przybył do 
Rockingham.  

Spojrzenie Sophie powędrowało w bok, tam, gdzie przed chwilą wyłonił się z zaplecza Deuce.  

-Mnie się zdaje -powiedziała- że on chyba bardzo cię lubi.  

-Bardzo mnie co...? -Kendra zrobiła wielkie oczy. -Soph, co ty wygadujesz?  

-Ano tak -hostessa pociągnęła łyk wina. -Nie spuszczał z ciebie oczu, ledwie weszłaś do baru. I teraz 
też ci się przygląda.  

Kendra któryś już raz dzisiaj poczuła, że ma gęsią skórkę. Sięgnęła po swoją szklankę z wodą.  

-Nie,  nie,  to  jakieś  głupstwa  -umoczyła  usta.  Równocześnie  zerknęła  w  bok.  Deuce  rzeczywiście 
obserwował ją z daleka. Cholera. Właściwie czego on od niej chce? Nagle poczuła, że powinna stąd 
chyba zaraz wyjść.  

-Przepraszam cię, Soph -zamruczała. Złapała pod pachę Newmana i ześlizgnęła się z wysokiego stołka. 
Ruszyła  przez  tłum,  nie  oglądając  się  za  siebie.  Już  za  drzwiami  postawiła  pieska  na  chodniku  i 
chwyciła smycz.  

-No, a teraz biegiem do samochodu -powiedziała.  

background image

-Nie  tak  prędko,  Keńciu  -usłyszała  za  sobą  znajomy  baryton.  -Party  się  jeszcze  nie  skończyło.  Nie 
uciekaj.  

Obejrzała się. Co za pech.  

-Ja nie uciekam -powiedziała. - Tylko że psu nie służy taki tłum. I zresztą w ogóle jest już późno, pora 
jechać do domu.  

-A  ja  bym  cię  prosił,  żebyś  jednak  została  -zbliżył  się  do  niej  i  położył  rękę  na  jej  ramieniu.  Nie 
wiedziała,  co  zrobić.  Poczuła,  że  traci  oddech  i  że  z  głowy  uciekają  jej  wszystkie  myśli.  Tymczasem 
Deuce zajrzał jej z bliska w oczy. Nim zdołała się cofnąć, on pochylił się nad nią, gotów do pocałunku. 
Nie  próbowała  mu  się  wyrwać.  Dlaczego  nie  próbowała?  Czyżby  znowu  zamierzała  dać  się  uwieść 
temu  bejsboliście?  Ona,  niegdyś  kandydatka  do  elitarnej  Mensy? Dziewczyna, która kończąc  szkołę 
średnią  w  Rockingham,  została  wytypowana  do  wygłoszenia  uroczystego  przemówienia 
promocyjnego? Ma się znowu cofnąć na swej drodze, nie wyciągając wniosków z własnych błędów? 
Rozchylając wargi, do ostatniej  chwili nie wiedziała, czy  jednak nie zaprotestuje. Wypadło na to, że 
wolała poddać się Deuce'owi. Było to silniejsze od niej. Naprawdę, nie potrafiła się nigdy oprzeć temu 
mężczyźnie.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY  

 

Na  chwilę  czas  przestał  istnieć.  Deuce  poczuł  się tak,  jakby  wcale  nie  minęło  dziesięć  lat.  Znów  był 
blisko z tą dziewczyną, która tak lgnęła do niego i z którą wtedy spędził księżycową noc na plaży. Tulili 
się do siebie, całowali, gdy nagle coś warknęło w pobliżu. 

-To Newman -oprzytomniała Kendra. Newman? Ach tak, ten mały, biały maltańczyk.  

-Kolego, nie przeszkadzaj -zamruczał Deuce. Jednak ulotny czar chwili prysł.  

Kendra zrobiła pół kroku do tyłu.  

- Słuchaj, Deuce -powiedziała. -Ja nie jestem już tą dziewczyną co kiedyś.  

-Jasne, że nie jesteś -zgodził się, próbując na powrót przyciągnąć ją do siebie.  -Teraz jesteś dojrzałą 
kobietą, piękną, upartą i bardzo inteligentną.  

-Inteligentną?-  uśmiechnęła  się.  -Czy  ja  wiem...  Gdybym  miała  dobrze  w  głowie,  w  jednej  chwili 
pożegnałabym się z tobą i szybko wróciła do domu.  

Odwzajemnił uśmiech.  

-Wiesz, Kendra, naprawdę cię lubię. Uniosła jedną brew.  

- Właściwie o co ci chodzi, panie Monroe?  

-„Panie", dlaczego „panie"? Nie ufasz mi, czy co?  

Wzruszyła ramionami.  

-Z tobą nigdy nic nie wiadomo. Myślisz może, że jak mnie teraz uwiedziesz, pójdzie ci potem łatwiej z 
barem? Ja się tak łatwo nie poddam, nawet gdybyś mnie w końcu zaciągnął do łóżka.  

Widać było, że go te słowa ugodziły.  

-No wiesz! O czym ty mówisz, Kendra? Ja cię lubię... tak, po prostu.  

Nie wydała sięprzekonana.  

-  Myślałem  tylko  -podjął  Deuce  -  że  gdybyś  jeszcze  chwilę  została,  pogadalibyśmy  o  różnych 
rzeczach... Choćby nawet o interesach!  

-Kiedy tobie wcale nie idzie o gadanie.  

To prawda, miała rację. Ale mogłoby iść.  

-A jednak zostań, Keńciu, co? Obiecuję, że potem od wiozę cię do domu.  

Newman  szczeknął,  najwyraźniej  znudzony  przedłużającym  się  nicnierobieniem. Ruszył  chodnikiem, 
napinając linkę. Kendra dała się pociągnąć dwa kroki.  

background image

-No widzisz? - uśmiechnęła się -dziecko chce już wracać. Czyli jednak żegnamy się, Deuce, i pozamykaj 
dobrze drzwi i okna. Utarg włóż do tej zielonej kasetki, która jest w biurku.  

Nie wiedział, co ma zrobić. Dalej ją zatrzymywać czy nie?  

-Kasetki? –potarł podbródek. -W biurku? Ale czy ja mam do niej klucz?  

-Racja - sięgnęła do kieszeni. -Proszę -podała mu mały złoty kluczyk -Zastaw mi go potem w kuchni u 
Diany. Wpadnę tam rano, jak będę wyprowadzała psa.  

Wyciągnął rękę.  

-Ale ja naprawdę wolałbym, żebyś została...  

Pokręciła głową.  

-Nie, już muszę lecieć. Samochód mam tutaj za rogiem. No, to pa.  

Spoglądał  za  nią,  jak  oddala  się  z  pieskiem.  Poczekał  do  momentu,  gdy  wyjechała  zza  rogu  swym 
autem i minęła go, sunąc wzdłuż High Castle. Wciąż na wargach czuł smak jej ust. Krew nadal żywo w 
nim  krążyła.  Westchnął  i  spojrzał  na  zegarek.  Dziecinna  godzina,  pomyślał.  Było  dopiero  pięć  po 
jedenastej. Schował  klucz i ruszył  w  stronę  baru. Akurat otworzyły się  drzwi i na progu pojawili się 
dwaj  podchmieleni  goście.  Deuce  rozpoznał  w  jednym  z  nich  Charliego  Lotane'a.  Z  Charliem  grali 
kiedyś w Rockingham w juniorach.  

-Hej,  stary  -Lotane  uniósł  dłoń.  -Fajnie,  żeś  nas  tu  ściągnął.  Dobrze,  że  „Monroe"  znowu  działa. 
Browarek jest na medal.  

-Serio mówisz, Clo? -Deuce zdziwił się, jak łatwo przypomniało mu się pseudo kolegi. -To zapraszam 
znowu, choćby nawet jutro. Warto by trochę więcej pogadać.  

- Właśnie -Lotane poklepał Deuce'a po plecach. -Dobrze, żeś w końcu wrócił na stare śmieci.  

Kiedy się pożegnali, Deuce nie od razu wszedł do baru. Ściskając w kieszeni złoty kluczyk, zaczął się 
nagle  zastanawiać,  czy  słusznie  robi,  wtrącając  się  w  interesy  Kendry?  Właściwie  po  diabła  mu  ten 
cały  bar!  Tak  niedawno  czuł  się  gwiazdą,  świat  stał  przed  nim  otworem,  a  tu  proszę:  rywalizuje  o 
jakieś miejsce w podrzędnym lokalu, gdzieś w prowincjonalnym Rockingham. Więc takie miałoby być 
ukoronowanie  jego  kariery?  Przymknął  oczy.  Ale  w  momencie,  gdy  to  zrobił, ujrzał  pod  powiekami 
postać Kendry. I nie był już pewien, czy w ogóle wie, o co mu w tej chwili w życiu chodzi. O co -a może 
o kogo?  

Newman  zwinął  się  w  rogu  sofy  stojącej  przed  telewizorem  i  zasnął.  Kendra  ziewnęła  i  wyłączyła 
odbiornik.  Coś  miała  jeszcze  przed  snem  zrobić.:.  Ach  tak,  chciała  przecież  pooglądać  swój  stary 
pamiętnik! Od czterech lat nic w nim nie zapisała, jednak gruby, czerwony kołonotatnik obejmował 
przeszło dekadę. Zwłaszcza dawniej czuła żywą potrzebę refleksji, zwierzeń i rozmyślań: Cóż, było się 
dziewczyną  ambitną,  aspirującą  -bagatela  -do  Ivy  League.  Podniosła  się  i  zajrzała  do  szafy  z 
ubraniami. Tutaj trzymała swoje memuary. Stary nawyk, jeszcze z czasów, gdy w każdej chwili mógł 
dobrać się do nich Jack. Wiedziała, jacy są starsi bracia. Jednego dnia bywają opiekuńczy, drugiego 
zaś wykpiwają swoje młodsze siostry, uważając je za idiotki, zwłaszcza gdy te siostry coś tam skrobią 
w pamiętnikach. Sięgnęła na półkę ze swetrami. Znalazła swój kołonotatnik i wróciła z nim na kanapę. 

background image

Otwarła  zeszyt  blisko  początku.  Uśmiechnęła  się.  Właściwie  nawet  było  się  idiotką,  trudno 
zaprzeczyć,  pomyślała.  Ileż  na  tych  kartach wykrzykników,  serduszek  i  innych ozdóbek!  A także,  no 
cóż, głupich nadziei. O, na przykład tutaj: nie wiadomo czemu pewnego dnia nazwała siebie Kendrą 
Monroe. Co jej chodziło po głowie? Ale czytajmy dalej: .. .jutro jedziemy z mamą i tatą na mecz Jacka 
do  Fali  River.  Jedzie  też  Deuce  Monroe,  i  pojedzie  w  naszym  samochodzie!!!  Całą  godzinę  będzie 
siedział  obok  mnie!!!  Boże,  taka  jestem  szczęśliwa.  Kendra  podniosła  wzrok  znad  zeszytu  i 
potrząsnęła głową. Żywo pamiętała tamtą podróż. Cóż, Deuce nie zwracał wtedy na nią żadnej uwagi. 
Jack  nastawił  radio,  przez  które  obaj  słuchali  transmisji  półfinałowego  meczu-;  Red  Soxów.  Jeśli 
zauważali, że istniała, to tylko w tych momentach, gdy prosiła, żeby przystanąć gdzieś na parkingu, bo 
ona  musi  do  łazienki.  A  przystawali  ze  trzy  razy,  co  w  końcu  rozbawiło  chłopców.  Przekartkowała 
pamiętnik, docierając mniej więcej do połowy jego objętości. Jej dziecinne pismo wyostrzyło się, na 
kartkach ubyło wykrzykników i serduszek. Spojrzała na datę i policzyła, że teraz ma w swoim zeszycie 
chyba czternaście lat: Nienawidzę Anny Keppler. Po prostu nienawidzę jej i jej czarnych włosów i tego 
perfekcyjnego ciała czirliderki. On do niej mówi „Annie", słyszałam to. Są teraz właśnie u Jacka i grają 
w  stołowy  bilard,  a  ona  zaśmiewa  się  ohydnie  jak  hiena.  O  Boże,  a  on  ją  lubi!  Deuce  lubi  Annę 
Keppler. I nawet ją kiedyś całował; podsłuchałam wczoraj, jak chwalił się tym Jackowi. (Oni całowali 
się  „z  językiem".  To  jest  chyba  wstrętne!)  Oderwała  się  od  zeszytu,  bo  dotarło  do  niej,  że  sama 
dopiero co całowała się w ten sposób z Deuce'em. I wcale, ale to wcale nie było to wstrętne. Wróciła 
do  czytania:  Mój  kochany  dzienniczku,  stało  się:  mam  nareszcie  prawo  jazdy.  Tak!  Stan 
Massachusetts  i  pewna  starszawa  wydra  ufarbowana  na  rudo  uznali,  że  wolno  mi  będzie  odtąd 
prowadzić. Dziś od razu mama posłała mnie do marketu spożywczego, a ja przy okazji pojechałam też 
na Rock Field, gdzie trenuje Deuce... Ponawiała takie jazdy dziesiątki razy. I dziesiątki razy próbowała 
przydać  się  do  czegoś  swemu  bratu  jako  koledze  Deuce'a  z  boiska,  coś  mu  tam  niby  przywozić  z 
domu,  gdy  trenował  na  Rock  Field.  Deuce  przy  takich  okazjach  rzadko  zwracał  na  nią  uwagę. 
Tymczasem ona była pewna, że go w końcu zdobędzie, że on zda sobie sprawę, iż ją kocha, niech no 
ona tylko trochę podrośnie, zaokrągli się i wypięknieje. Do tego ostatniego jest zaś potrzebne, aby jej 
wreszcie  zdjęto  ten  okropny  aparat  ortodontyczny.  Jednak  zanim  podrosła,  zaokrągliła  się  i  zanim 
zdjęto jej ohydny aparat, Deuce opuścił Rockingham, stając się zawodowym bejsbolistą, wędrującym 
po  całych  Stanach  Zjednoczonych.  Próbowała  go  zapomnieć,  skupiając  się  na  nauce,  zwłaszcza  w 
perspektywie podjęcia studiów na wymarzonym Harvardzie. Dostała się na Harvard, wciągnął ją wir 
życia  studenckiego,  obraz  Deuce'a  zaczął  blaknąć  w  jej  pamięci.  W  czasie  wakacji  bez  drżenia  już 
wracała  do  Rockingham  i  nawet  udało  jej  się  podjąć  pracę  w  barze  Monroe'a  bez  niepotrzebnych 
skojarzeń.  I  wszystko  byłoby  dobrze,  gdyby  nie  umarła  Leah  Monroe  i  gdyby  nie  przyjechał  na  jej 
pogrzeb  Deuce,  taki  załamany,  spragniony  pocieszeń  i  miłości.  Nie  próbowała  w  swym  pamiętniku 
odszukać opisu tamtej nocy, gdy na plaży straciła dziewictwo. To wydarzenie było zbyt intymne, by w 
ogóle mogła je powierzyć literom. Jednak obraz tego, co się stało, miała mocno wyryty w pamięci, z 
wszystkimi szczegółami. W zeszycie, w miarę jak czas płynął, pojawiały się jednak skargi. Deuce nie 
odzywał się do niej, a ona zaczęła sobie zdawać sprawę, że chyba zostawił ją już na zawsze. Nie ma go 
od. dwóch tygodni... Ja, jak głupia, ciągle łapię za słuchawkę, ledwie ktoś zadzwoni. Oczywiście też nie 
napisał, nawet małej karteczki. Gdzieś podróżuje, między Chicago, Detroit i Baltimore, jedyny kontakt 
z nim mam przez gazety, przez tabele wyników jego drużyny. Ale co to za kontakt! O Boże. Dlaczego 
on taki jest? Tamtej nocy był taki słodki, kochający i czuły, a teraz milczy. Jak głaz. Kendra westchnęła 
ciężko. Zatrzasnęła swój czerwony kołonotatnik i rzuciła go na stolik do kawy. Powrót ścieżką pamięci 
do  dawnych  czasów  był  niezbyt  przyjemny.  Wiedziała,  że  w  jej  dzienniku  nie  ma  o  nim  dalszych 
wzmianek.  Wykreśliła  go  ze  swego  życia,  razem  z  Anną  Keppler.  I  pewnie  by  tak  zostało,  iw 

background image

pamiętniku,  i  w  życiu,  gdyby  nie  ten  nieoczekiwany  powrót  młodego  Monroe'a  na  stare  śmieci... 
Boże, dlaczego pozwoliła mu się dzisiaj pocałować! On oczywiście nie wie, że zrujnował jej życie. Jack 
nic  mu  nie  powiedział o  jej  ciąży,  nie  powiedział  nawet,  że  przerwała studia  na Harvardzie.  Zresztą 
Jack,  podobnie  jak  jej  rodzice,  nie  miał  pojęcia,  kto  był  sprawcą  jej  odmiennego  stanu.  Kendra 
potrafiła  trzymać  język  za  zębami.  Nawet  Seamusowi  się  nie  zwierzyła.  Ba,  nawet  swemu 
dzienniczkowi.  Wtem  Newman,  drzemiący  w  rogu  kanapy,  szczeknął,  raz  i  drugi.  Zeskoczył  na 
podłogę i podbiegł do drzwi. Ktoś w te drzwi cicho zapukał.  

-Kendra! -rozległ się głos Deuce'a. –Jesteś tam? Nie śpisz jeszcze?  

W panice chwyciła swój pamiętnik i rozejrzała się, gdzie by go schować. Nic lepszego nie przyszło jej 
do głowy niż torba, którą nosiła do pracy. Wrzuciła zeszyt do torby. Podeszła do drzwi.  

-O co chodzi? -zapytała nieswoim głosem.  

-O nic –odrzekł Deuce. -Chciałem ci tylko oddać klucz od kasetki.  

Uchyliła drzwi, nie zdejmując łańcuszka. Wystawiła na zewnątrz rękę. On złapał jej rękę i przycisnął ją 
do ust.  

-Zarobiliśmy dziś wieczorem tysiąc dolarów -powiedział cicho. Poczuła nagłą złość. Wyszarpnęła dłoń.  

-No i co z tego? Guzik mnie to obchodzi. Deuce przybliżył twarz do szpary w drzwiach.  

-Naprawdę mnie nie wpuścisz? Nie pogadamy chwilę?  

Tamtej nocy był taki słodki, kochający i czuły, a potem...  

-Klucz zostaw u Diany w kuchni, na stole, tak jak się umawialiśmy -burknęła. -A teraz dobranoc, bo ja 
idę spać.  

I zatrzasnęła Deucewi drzwi przed nosem. Zrobiła to, co powinna była zrobić wiele, wiele lat temu!  

 

Deuce wdychał zapach świeżo skoszonej trawy. Przed nim leżała płyta Rock Field, a po boisku uwijali 
się jacyś juniorzy, musztrowani przez trenera. Miał jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia swojej zmiany 
w  barze,  więc  nie  spieszył  się.  To,  że  przyjechał  tutaj,  było  całkiem  naturalne;  jakże  mógł  nie 
odwiedzić  miejsca,  z  którym  związana  była  cała  jego  młodość.  Potarł  łokieć,  który  go  nagle  zaczął 
pobolewać.  Zrobił  parę  kroków  i  zasiadł  na  jednej  z  ławeczek,  okalających  płytę.  Co  to  za  trener? 
pomyślał.  Chyba  go  nie  znam.  No  tak,  kochany  Rick  Delacorte  wyniósł  się  przecież  dawno  temu  z 
Rockingham.  Był  teraz  emerytem  gdzieś  w  Arizonie  czy  w  Marylandzie.  Nadstawił  ucha,  łowiąc 
polecenia, jakie nowy trener rzucał chłopakom. W pewnej chwili miał ochotę wstać i coś skorygować, 
ale się powstrzymał. Spojrzał na zegarek: właściwie należałoby już wracać do miasteczka. Jednak żal 
mu było nie obejrzeć choćby kawałka meczu. Mecz wciągnął go do tego stopnia, że kiedy powtórnie 
spojrzał na zegarek, zorientował się, że jest sporo spóźniony. Zerwał się z ławeczki, gotów pędzić do 
samochodu.  

-Pan kogoś szuka? –zapytał stary dozorca, który przechodził właśnie obok, prowadząc kosiarkę.  

background image

-Nie, oglądałem tylko trening -Deuce ocienił czoło bo raziło go niskie słońce.  

-I co pan myśli o naszym nowym trenerze, Deuce? Deuce zmruży łoczy.  

-A my się znamy? Bo ja…  

Stary człowiek zaśmiał się.  

-Ja pana znam, tylko pan mnie chyba nie pamięta. Nazywam się Martin Hatcher i byłem kiedyś…  

-Ach  tak,  naszym  dyrem!  -ucieszył  się  Deuce,  przyjmując  i  ściskając  podaną  dłoń.  -Przepraszam,  że 
pana nie poznałem.  

Były dyrektor lokalnego liceum zaśmiał się.  

-Może to przez to, że widzi mnie pan w miejscu, z którym pewnie słabo się kojarzę.  

Deuce potrząsnął głową.  

-Rzeczywiście... A więc co pan tutaj robi, jeśli wolne spytać?  

-Jestem  już  na  emeryturze,  Deuce  –  Hatcher  wsadził  wolno  ręce  do  kieszeni.  -A  tu  udzielam  się 
społecznie lubię być przydatny. W dawnej szkole też się jeszcze czasem udzielam, w zeszłym tygodniu 
na przykład parę dni pracowałem w ich kafejce.  

Deuce z uśmiechem obserwował ruchliwą twarz swego „dyra". Twarzy tej przybyło wiele zmarszczek; 
pewnie i sam przyczynił się do powstania kilku z nich.  

Hatcher odchrząknął.  

-Ale coś słyszałem, że i pan, Deuce, zakończył już swoją karierę. Czy to prawda?  

-Wygląda na to, że tak -Deuce poruszył brwiami. -Prawnicy Nevada Snake Eyes doszli do wniosku, że 
biorąc udział w rajdzie samochodowym naruszyłem warunki kontraktu.  

-Ich strata, nasz zysk -Hatchet kopnął czubkiem buta oponę kosiarki. - Właściwie szkoda, że nie wrócił 
pan do nas wcześniej, przed rokiem.  

-Dlaczego? Zeszły rok miałem bardzo dobry.  

-Wierzę, wierzę. Obserwuję pańską karierę i byłem przekonany, że stanie się pan rywalem samego Cy 
Younga.  

Deuce parsknął.  

-No nie, aż tak dobry to nie jestem! To znaczy –poprawił się -nie byłem.  

-Ale  gdyby  pan  wrócił  do  nas  przed  rokiem,  zanim  zatrudnili  tego  tam...  -urwał,  pokazując  głową 
nowego trenera, klarującego właśnie coś chłopakom, zgromadzonym wokół niego.  

-Jak on się nazywa?  

-George Ellis. Właściwie jest nauczycielem przyrody i w tym jest dobry. Natomiast na boisku...  

background image

-Co, nie podoba się panu? A mnie się wydał niezły. Ma przede wszystkim mnóstwo energii.  

-Pan byłby lepszy.  

- E! -machnął ręką Deuce. -Nie ma o czym mówić.  

Obaj ruszyli, zmierzając w stronę zabudowań klubowych i parkingu.  

-A więc woli pan prowadzić bar –odezwał się Hatcher.  

Deuce uchwycił ton sceptycyzmu w głosie byłego dyrektora.  

-Cóż, nazywam się Monroe i to jest chyba dość logiczne, że chcę prowadzić „Bar Monroe'a".  

- Tylko że ten lokal właściwie nie jest już barem?  

-Nad tym się jeszcze popracuje -odrzekł Deuce enigmatycznie. Hatcher uniósł na chwilę brwi, po czym 
odezwał się ściszonym głosem:  

-O ile wiem, Kendra Locke ma jakieś ambitne plany związane z tym miejscem.  

Och, ten dyro. Deuce dobrze pamiętał, jak sprytnych środków nacisku umiał używać Hatcher.  

-Ja też mam swoje plany -odpowiedział.  

Stary Martin pokiwał głową, zatrzymując się przed furtą garażu na sprzęt. Wtoczył do środka kosiarkę 
i zatrzasnął furtę.  

-Kendra była jedną z moich najlepszych uczennic powiedział. -Bardzo bystra. A ten jej brat... Jak mu 
było na imię? On też gdzieś wyjechał z Rockingham.  

-Jack... Jackson. Bardzośmy się przyjaźnili.  

- Właśnie, pamiętam. No i czym on się teraz zajmuje?  

-Ma agencję reklamową w Bostonie.  

-Uhm.  Przed  Kendra  też  byłaby  kariera,  gdyby  udało  jej  się  skończyć  Harvard.  Za  mojej  kadencji  w 
liceum tylko paru absolwentów dostało się na Harvard. Wszystkich ich dobrze pamiętam.  

Deuce przeczesał palcami włosy.  

-A właściwie czemu przerwała? -spytał.  

Hatcher  obrzucił  Deuce'a  badawczym  spojrzeniem.  Ruszył  w  stronę  starego  samochodu, 
zaparkowanego pod klonami.  

-Niech  pan  ją  sam  o  to  zapyta  -rzucił  przez  ramię.  -Nawiasem  mówiąc,  Kendra  jest  nadal  bardzo 
bystra.  

-Wiem -skinął głową Deuce. I niemniej bystro całuje, pomyślał.  

-A pan nadal się pasjonuje bejsbolem.  

background image

-Ja? Trudno się tak odzwyczaić, z dnia na dzień. Jednak nie zostałbym tutaj trenerem.  

Hatchet zaśmiał się, wsiadając do swego auta.  

-Nie? Ale spędził pan, Deuce, parę godzin na naszym starym boisku!  

Sprytny ten dyro, musiał znów pomyśleć Deuce. Zawsze umiał argumentować.  

-Miło było z panem pogadać, dyrektorze.  

Martin wychylił się ze swej szoferki.  

-Nie jestem już dyrektorem. Niech mnie pan traktuje jakoś mniej oficjalnie.  

Deuce uśmiechnął się.  

-Zobaczymy, co da się zrobić.  

-Niedługo wpadnę może do tego waszego baru. Słyszałem, że wszystkim od razu się spodobał.  

-Plotki szybko się rozchodzą po mieście.  

-Ano tak -Hatcher skinął głową. -Rockinhgam to ciągle mała dziura, choć ostatnio z ambicjami.  

Pożegnali  się  i  Deuce  zaraz  wsiadł  do  własnego  auta.  Nie  spoglądał  już  na  zegarek,  miał  tylko 
nadzieję,  że  Kendra  nie  zamknie  lokalu,  póki  on  nie  przyjedzie,  aby  objąć  swoją  zmianę.  A  swoją 
drogą,  jak  to  możliwe,  że  to  małe,  rozplotkowane  Rockingham  do  dziś  utrzymywało  przed  nim  w 
tajemnicy powody, dla których Kendra Locke przerwała tak dobrze zaczętą karierę? Dlaczego nikt mu 
o niczym nigdy nie powiedział, i Jack także nie? Dlaczego?  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY  

 

Leżał na plecach na chłodnej posadzce pod kontuarem, próbując naprawić cieknącą dyszę dozownika 
wody  sodowej.  Już  od  półgodziny  biedził  się  nad  tą robotą  i  wciąż  nie mógł  jej  skończyć. Po  pięciu 
dniach od otwarcia baru niektóre ze starych urządzeń zaczęły się psuć. Deuce wiedział, że będzie je 
musiał  powymieniać,  na  razie  jednak  próbował  uratować,  ile  się  da.  Dziś  zaczął  swą  działalność 
wcześnie  rano;  miał  nadzieję,  że  uda  mu  się  uporać  z  dozownikiem,  zanim  przyjdą  pierwsi  klienci 
kafejki internetowej. No, w porządku. Założona uszczelka trzymała się chyba mocno. Deuce ściskał w 
zębach  koniec  podłużnej  latarki,  ostatni  raz  sprawdzając  wzrokiem,  czy  o  czymś  nie  zapomniał. 
Pojawił się tak wcześnie właściwie nie z uwagi na internautów, ale przez Kendrę. Sprytnie unikała go 
od paru dni, wymykając się z kafejki zaraz po lunchu. A Deuce nie lubił, kiedy ktoś mu się wymyka. 
Nim  zdążył  wyjść  spod  kontuaru,  usłyszał,  że  do  baru  wchodzi  właśnie  ona.  Nie  była  sama,  z  kimś 
rozmawiała,  -  a  właściwie  kłóciła  się.  Aha,  pewnie  z  Sophie.  Dobrze,  że  zamknął  na  zasuwę  drzwi 
wejściowe, w ten sposób one nie spodziewają się, że go tu zastaną. Uśmiechnął się na myśl o tym. 
Jego  uszu  dobiegły  ciche  dźwięki  radia,  potem  zasyczał  ekspres  do  kawy.  Powietrze  napełniła  woń 
mokki  z  cynamonem.  Czyjeś  kroki  zbliżyły  się  do  kontuaru;  tuż  przed  jego  nosem  pojawiły  się  dwa 
ładne sandałki na obcasie. Zerknął w górę. Mmmm, jakie piękne nogi! Przecież znał te nogi... Kendra 
zaczęła manipulować przy dozowniku z wodą sodową.  

-Co u licha? -usłyszał jej głos. -Nie działa? Zakręcił to ktoś?  

Przykucnęła, by zajrzeć pod kontuar.  

-O Boże! -przyłożyła sobie rękę do ust, dostrzegając Deuce'a. -Aleś mnie nastraszył. Co ty tam robisz?  

-Naprawiałem dozownik -wyjął latarkę spomiędzy zębów.  

-A przed chwilą podziwiałem twoje nogi. Są bardzo piękne.  

Cofnęła się i wstała.  

-Co ty powiesz.  

Deuce wysunął się spod kontuaru, przykląkł i  odkręcił zawór wody. Otarł ręce o boki dżinsów.  

-Chciałaś  się  napić?  -spojrzał  w  górę.-A  właściwie  coś  ty  dziś  taka  wystrojona?  -Dopiero  teraz 
zauważył, że jest bardziej elegancka niż zazwyczaj.  

-Za półgodziny mam spotkanie z architektem -odrzekła.  

-Jeszcze nie zrezygnowałam ze swych planów rozbudowy kafejki.  

-A, więc to dla niego... A już myślałem, że może dla mnie.  

Westchnęła.  

- Ech. Głowa mnie boli... -Otwarła dłoń, na której leżały dwie pastylki. -Lepiej byś mi już nalał wody.  

Wstał i sięgnął po szklankę.  

background image

-Proszę bardzo –puścił próbny strumień. Potem napełnił szkło.  

-Co, pokłóciłaś się z Sophie?  

-To nie była kłótnia -wzięła szklankę i popiła tabletki. -Ot, jakaś różnica zdań.  

-Ale na jaki temat? Bo nie podsłuchiwałem.  

-I bardzo dobrze, że nie -powiedziała.  

-Jednak Sophie wydawała się wściekła.  

-Wszystko jest pod kontrolą -Kendra odstawiła pustą szklankę. - Takie tam sprawy pracownicze.  

-Coś mógłbym doradzić? –zaofiarował się Deuce. -Znam się trochę na pracy w zespole.  

Przyglądała mu się przez moment, marszcząc czoło.  

-Czy  ja  wiem  -zerknęła  w  stronę  zaplecza,  gdzie  jej  hostessa  przyjmowała  właśnie  dostawę.  -No 
dobrze.  Są  kłopoty  z  naborem  nowych  rąk  do  pracy,  bo  Sophie  wtrąca  się  i  wszystko  wie  lepiej. 
Doświadczona zawodniczka i młody narybek. Kendra musiała się uśmiechnąć.  

-Nie wszystko w życiu da się przyrównać do boiska.  

-Owszem, da się -poważnie skinął głową. -Czemu nie wyposażysz jej w uprawnienia trenera?  

-Trenera?  

-Niech sama odpowiada za nabór i wyszkolenie personelu. Będzie miała satysfakcję, a ty na tym nie 
stracisz. Przecież jej ufasz?  

-Niby  tak  -przyznała  Kendra.  -Dotąd  dawała  sobie  radę...  Zna  się  na  komputerach,  na  kuchni  i  na 
kasach fiskalnych.  

-No  i  bardzo  dobrze  -Deuce  odwrócił  się  i  puścił  ciepłą  wodę.  Namydlił  sobie  ręce  i  zaczął  je 
energicznie szorować szczoteczką. Kendra z zajęciem przyglądała się tym jego czynnościom.  

-Ale skąd ty się właściwie tutaj wziąłeś tak rano? Zwykle o tej porze jeszcze śpisz.  

Opłukał ręce, sięgając po ściereczkę.   

-Naprawdę?...  Dobrze,  powiem  ci,  skąd  się  wziąłem.  -Otóż  chciałem  z  tobą  pogadać,  Kendra. 
Chciałem cię wreszcie zastać. Bo ty mnie ostatnio unikasz.  

-Ja?  

-Prawdopodobnie ty, bo ja siebie nie unikam. Wydęła usta.  

-Cóż... Pracujemy w  różnych porach, ty i ja, i po prostu mijamy się. A poza tym skomplikowałeś mi 
życie, chyba wiesz.  

-Dlaczego skomplikowałem?  

background image

Machnęła ręką.  

-Nie udawaj... W dodatku te pieniądze, które zarabia bar -poruszyła brwiami -wytrącają mi argument 
z ręki. Muszę to przyznać.  

Uśmiechnął się.  

-Biedna Kendra. Ale a propos pieniędzy... Co byś powiedziała, gdybyśmy trochę forsy zainwestowali w 
piec do pizzy?  

-Piec do pizzy? To chciałbyś teraz przerobić bar na pizzerię?  

Wzruszył ramionami.  

-Jasne,  że  nie.  Ale  do  alkoholi  –pokazał  głową  rząd  nowych  butelek  -dobra  bywa  pizza. 
Dowiadywałem  się,  że  taki  piec  się  szybko  zwróci,  zwłaszcza  gdy  będziemy  sprzedawali  pizzę  na 
porcje.  

Zmarszczyła nos.  

-Czyżby?  

- Myślę, że i twoi internauci nie pogardzą pizzą.  

-Oni? A z czym ją będą jedli, z kawą?  

-Piwo bardziej by pasowało -puścił do niej oko.  

Westchnęła.  

-Oj,  Deuce...  Zawracasz  mi  głowę,  a  ja  przecież  mam  zaraz  jechać  do  tego  architekta.  I  co  ja  mu 
powiem? Że przerzucam się nagle z komputerów na pizzę?  

- Taka zmiana oznacza co dzień, dodatkowy tysiąc do kasy.  

-Może  i tak... Umiem liczyć.  -Znów  westchnęła i zaczęła sobie  końcami palców  masować  skronie.  -I 
gdzie my byśmy wstawili ten piec?  

-Najpierw trzeba go kupić. Znasz tu w okolicy jakiegoś dostawcę?  

-Dostawcę? Właściwie znam. Buddy McCrosson z Fali River prowadzi takie rzeczy. Ale z nim się trzeba 
dobrze targować. To twardy gość i na początek zaśpiewa wysoką cenę.  

-To jedź ze mną do niego i pomóż się targować.  

-Dziś nie mogę, mam przecież tego architekta. A jutro. .. jutro przyjmuję nowych pracowników.  

-Pracownikami może się zająć Sophie -przypomniał Deuce. -Czyli jednak moglibyśmy pojechać.  

Potrząsnęła głową, unikając jego wzroku. Sama nie wiedziała, czy boi się nagłej zmiany planów, czy... 
jakiegoś dłuższego sam na sam z Deuce'em.  

-Kendra –zbliżył się o krok. -Przecież teraz jesteśmy partnerami.  

background image

- My? Wcale nie jesteśmy -podniosła oczy.  

-Jednak nie unikniesz mnie przez najbliższych parę tygodni.  

Opuściła powieki i sięgnęła dłonią do karku, próbując go pomasować.  

-Co, ciągle ta głowa? -spytał. -Boli? Czekaj, pocałujemy i przestanie  -szybko schylił się i ucałował jej 
skroń.  

-To ty, Deuce, jesteś moim bólem głowy -powiedziała cicho.  

Zaśmiał się miękko.  

-Jakbym cię pocałował jeszcze raz, to byś całkiem wyzdrowiała. Tylko pozwól spróbować...  

 

Sophie była cała w skowronkach, gdy się dowiedziała, że Kendra daje jej wolną rękę. Spodobał jej się 
też pomysł kupienia pieca.  

-Jedź,  Kendra  -zachęcała.  -Ja  sobie  tutaj  dam  radę,  a  ty  przypilnujesz,  żeby  Deuce  nie  kupił  od 
McCrossona byle czego.  

 

Następnego dnia rano Kendra stawiła się gotowa do drogi.  

-Świetnie –powitał ją w barze Deuce, który znów po jawił się tu pierwszy. - Myślę, że dotrzemy do Fali 
River około południa, kupimy piec naszych marzeń, a potem zrobimy sobie jakiś piknik nad morzem i 
będziemy się tam... całowali.  

Wariat, pomyślała. „Piec marzeń", też coś. I to „całowanie nad morzem". Kompletny wariat.  

-Deuce, do południa powinniśmy być już z powrotem w Rockingham. Mamy tu robotę, nie jesteśmy 
na urlopie.  

-Praca nie zając, nie ucieknie - uśmiechnął się do niej. Jego uśmiech rozbroił ją.  

- Słuchaj... -poprawiła sobie włosy. -McCrosson jest fanem bejsbolu, więc gdybyście się obaj zgadali 
na przykład wokół twej kariery, targi pójdą łatwiej.  

-O, nie -spoważniał Deuce. -Co to, to nie. Nie mieszajmy do tego mojej kariery.  

-I  dlaczegóż  to?  -uniosła  brwi,  sięgając  po  swoją  torbę.  Torba  wydała  jej  się  dziwnie  ciężka.  -
Zaskakujesz mnie.  

-Bo  jestem  zaskakujący  -odrzekł  enigmatycznie.  -A  za  chwilę...  za  chwilę  zaskoczę  cię  nawet  czymś 
specjalnym.  

Przymrużyła oczy. -To znaczy...?  

-Chodźmy na parking -powiedział. - Ten od podwórza. Zobaczysz.  

background image

Na  parkingu  rzeczywiście  czekała  niespodzianka.  Był  nią  olśniewający  chromem  i  karminowym 
lakierem  dwuosobowy  Mercedes-kabriolet.  Deuce  najwyraźniej  pozbył  się  wynajmowanego  auta  i 
kupił sobie swoje własne.  

-I jak -zapytał. -Podoba się?  

Jakże  takie  cacko  mogłoby  się  nie  podobać.  Kendrze  przypomniał  się  nagle  samochód  Deuce  a,  a 
właściwie jego ojca, w którym pierwszy raz się całowali. Też miał rozkładane fotele -jak ten mercedes.  

- Myślę, że moglibyśmy pojechać szosą numer 28, tą wzdłuż południowego wybrzeża -zastanowił się 
na głos. Deuce.  

-Nadłożymy mnóstwo drogi -skrzywiła się. -Pojedźmy lepiej prosto, szóstką. Tak będzie szybciej. 

-Kiedy ja się nie chcę spieszyć -otworzył dla niej drzwi po stronie pasażera. -Mam ochotę podziwiać 
krajobrazy. Połączmy przyjemne z pożytecznym.  

Przyjemne  z  pożytecznym.  I  co  jeszcze?  Kendra  czuła,  że  ta  wyprawa  z  Deuceem  może  się  źle 
zakończyć.  Zamiast  unikać  tego  mężczyzny,  wsiądzie  teraz  do  jego  kabrioletu  z  rozkładanymi 
fotelami,  na  własne  życzenie  pakując  się  w  kłopoty.  Cóż,  nie  sposób  było  jednak  nie  wsiąść  do 
mercedesa.  W  pobliżu  nie  było  żadnego  innego  pojazdu.  Czy  Deuce  świadomie  zwolnił,  gdy 
przejeżdżali  obok  plaży  przy  West  Rock?  Czy  on  w  ogóle  pamiętał,  że  te  wydmy...  to  ich  wydmy? 
Może jedynie w pamięci Kendry żyją wspomnienia sprzed lat? A przecież przez całą dekadę starała się 
nie jeździć tędy, drogą nad oceanem. A jeśli już zdarzyło jej się tu zabłądzić, przy West Rock zawsze 
odwracała głowę, próbując myśleć o czymś nieważnym. Dziś też odwróciła głowę, pogwizdując z cicha 
i niby to obserwując ptaki na niebie.  

-Hej, Keńciu –odezwał się Deuce. -To było chyba gdzieś tutaj?  

-Niby co? -poprawiła sobie okulary przeciwsłoneczne. 

Zaśmiał się łagodnie.  

-Nie udawaj. Przecież wiesz. Nic nie odpowiedziała.  -Rozumiem... –zawiesił  głos. -Rozumiem, że  nie 
masz ochoty do tego wracać.  

-Dobry Boże. Jasne, że nie.  

- Myślisz, że jak nie będziemy o tym mówić -podjął Deuce -to można uznać, że nic się nie zdarzyło?  

Zerknęła na niego.  

-Uhm. Właśnie tak. Dokładnie tak myślę. Zajrzał jej w oczy.  

-Ale to się zdarzyło, Kendra.  

-Lepiej uważaj na drogę-pokazała głową. -Bo nas rozjadą.  

Z naprzeciwka zbliżała się właśnie wielka ciężarówka. Deuce mocniej uchwycił kierownicę.  

-Nie możesz mi darować tego, że do ciebie tak długo nie dzwoniłem.  

background image

Wykonała taki ruch, jakby sobie chciała pomasować skronie.  

- Tak ci się wydaje? -spytała.  

Położył swą wielką dłoń na jej kolanie i z lekka je uścisnął, wywołując tym w całym jej ciele dreszcze. 
Spojrzała na niego sponad szkieł z wyrzutem. Deuce cofnął rękę.  

-Przepraszam.  

Strzepnęła coś ze swej nogawki, jakby chciała pozbyć się śladu dotknięcia.  

-Nie szkodzi.  

Przez chwilę jechali w milczeniu, meandrując wzdłuż linii brzegowej Cieśniny Nantucket.  

-Na pewno nie szkodzi? -zapytał.  

Wzruszyła ramionami.  

-Grzech niedzwonienia ci się odpuszcza -powiedziała.  

Zanim  powiedziała,  pomyślała  że  jeśli  tak  właśnie  powie,  to  może  go  rozśmieszy,  rozbroi  i  wtedy 
zmienią temat. Rzeczywiście uśmiechnął się. Ale tematu nie zmienił.  

-Naprawdę nie masz mi nic za złe? Nie kłamiesz? Odwzajemniła uśmiech.  

-Na ogół staram się mówić prawdę. Skinął głową.  

-No to i ja powiem ci coś prawdziwego.  -Z lekka przy spieszył, aby wyminąć wlokącą się przed nimi 
półciężarówkę, forda F-150. -Otóż przez lata nie chciałem mieć w ogóle nic wspólnego z Rockingham. 
Z niczym, co się z nim wiąże.  

Uniosła brwi.  

-A dlaczego?  

-Ponieważ... –potrząsnął głową i czubkiem języka zwilżył wargi.  

Czekała  na ciąg dalszy, obserwując jego profil. Profil bardzo przystojnego mężczyzny. Deuce  znowu 
dodał  gazu,  aby  tym  razem  wyminąć  jakiegoś  pikapa,  prowadzonego  przez  panienkę  w  kapeluszu 
kowbojskim.  

-Bo  kiedy  zabrakło  mamy  -podjął  -przede  wszystkim  nie  dawałem  sobie  rady  z  ojcem.  Prawie  w 
niczym się nie zgadzaliśmy. A to znaczy, że nie miałem już do czego wracać w Rockingham.  

Seamus rzeczywiście bywał nieznośny, Kendra o tym wiedziała. I synowi dopiekał. Ale na Boga, co to 
w ogóle za argumenty? Mógł unikać kontaktów z ojcem, ale dlaczego przez tyle lat nie zadzwonił do 
niej?  

-Odciąłem się od Rockingham –mówił  dalej Deuce  -a więc po co miałem i tobie  zawracać głowę?  – 
Spojrzał na nią krótko, wracając zaraz do obserwacji szosy. Wzruszyła ramionami.  

background image

-Zawracać  głowę...  Wystarczyło,  żebyś  się  zwyczajnie  odezwał,  po  ludzku  zainteresował. 
Kolegowaliśmy się tyle lat.  

Z zakłopotaniem przeczesał palcami włosy. -Wiem, wiem; masz rację. Bardzo cię przepraszam. Drań 
ze mnie, Kendra. Taka jest prawda. Uśmiechnęła się lekko.  

-No,  ale  ja  ci  już  przecież  wybaczyłam.  Więc  nie  ma  do  czego  wracać.  -  Kłamstwo,  kłamstwo, 
kłamstwo. '  

-Niby tak –spojrzał z nadzieją. -No... a ten Harvard? Dlaczego go rzuciłaś?  

Zaskoczył ją tym pytaniem.  

-Straciłam stypendium i nie miałam z czego opłacić czesnego -powiedziała.  

Uniósł brwi.  

-Jak to? Przecież miałaś zdaje się stypendium na całe studia?  

-Niby tak, ale... opuściłam się w nauce i cofnęli mi. -  

Stanęli przed światłami na skrzyżowaniu.  

- Ty się opuściłaś? -Deuce przymrużył oczy. - Taka solidna studentka?  

Zmieniła pozycję na fotelu, raz i drugi.  

-Wypadki chodzą po ludziach -odrzekła. - Tobie też się przecież zdarzył wypadek, tak? Z tym autem.  

Zrobił niewyraźną minę.  

-Racja. Głupio wtedy zaszarżowałem.  

-A widzisz -uchwyciła się tego wątku. -Ojciec strasznie wyrzekał na ciebie, kiedy się o tym dowiedział.  

-Ale mówmy o tobie. Jak to było z tobą... ? -Deuce nie dał się zbić z tropu. I znów położył rękę na jej 
udzie, lekko zaciskając dłoń. Przemogła nowy dreszcz.  

-Musimy o tym mówić?  

-Chcę wiedzieć, co się naprawdę stało. Czy był w to wmieszany jakiś facet?  

-Facet? Był -odpowiedziała krótko. (Nie skłamała.)  

-Kochałaś go?  

- Tak. (Znowu prawda.)  

-I nadal kochasz?  

O Boże.  

-Czasem o nim myślę...  

background image

-Czy on cię... krzywdził?  

Odchyliła głowę  na oparcie,  przymykając oczy. I od razu zobaczyła pod powiekami tamten wieczór, 
gdy jechała karetką na sygnale do szpitala.  

-Bywały w moim życiu gorsze dni. Jechała wtedy krwawiąc, ponieważ poroniła. -Ale jakoś przeżyłam -
otworzyła oczy. Zdjęła okulary i spróbowała uśmiechnąć się do Deuce'a. Świadoma była przy tym, że 
on  cały  czas  trzyma  rękę  na  jej  udzie.  -To  jaki  rodzaj  pieca  do  pizzy  chcemy  teraz  kupić?  Zastana 
wiałeś się już nad tym?  

Dojrzała w jego oczach zdumienie.  

-Co ty mi o piecu... –zacisnął palce na jej nogawce. -Nie skończyliśmy jeszcze historii twego romansu.  

Położyła dłoń na jego dłoni.  

-A mnie się wydaje, że właśnie pora pogadać o piecu. W jakim celu w ogóle ruszyliśmy w drogę, jeśli 
nie po piec?  

Spojrzał na światła, które wciąż były czerwone.  

-No  dobrze...  Ale  przecież  nie  tylko  po  to  jedziemy.  Przeplótł  palce  z  palcami  jej  dłoni.  -Jedziemy 
razem również dlatego, że od tygodnia nie udawało nam się w Rockingham spotkać.  

-Bo  jestem  wciąż  zajęta.  -Popatrzyła  na  ich  splecione  dłonie  i  zastanowiła  się,  dlaczego  dotąd  nie 
cofnęła ręki? Nie cofnęła, bo nie mogła. Coś ją fascynowało w tym mężczyźnie. Również sposób, w 
jaki zaczął się w tym momencie nachylać ku niej. Nie odwróciła głowy, choć on najwyraźniej chciał ją 
pocałować...  I  nie  odwracała  głowy  właśnie  dlatego,  że  chciał!  Oderwali  się  od  siebie,  ponagleni 
klaksonem z tyłu. Ach, jaki słodki był ten ich pocałunek, chociaż krótki. Deuce wrzucił bieg i wcisnął 
gaz.  Uniósł  rękę  w  geście  przeprosin,  gdy  auto,  któremu  blokował  drogę,  zaczęło  ich  wyprzedzać  z 
piskiem opon.  

-Musimy  jeszcze  wrócić  do  historii  twego  romansu  spojrzał  na  Kendrę,  gdy  minęli  skrzyżowanie.  -
Również do tego przerwanego pocałunku -dodał. -Również do niego.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY  

 

Deuce przedstawił się Buddy'emu McCrossonowi jako Seamus Monroe, czym dosyć zaskoczył Kendrę. 
McCrosson nie zorientował się w mistyfikacji, widać nie znał dobrze mieszkańców Rockingham lub nie 
był  fanem  bejsbolu.  Albo  jedno  i  drugie.  Targi  w  sprawie  pieca  wzięła  na  siebie  Kendra,  a 
poprowadziła rzecz tak sprytnie, że jej argumenty zbijające cenę biedny McCrosson gotów był uznać 
za własne. Deuce, obserwując delikatne palce Kendry, kładące się na klawiszach i pokrętłach różnych 
urządzeń w magazynie, zaczął sobie wyobrażać te palce na sobie samym. Upewnił się, że jeszcze dziś 
powinni coś zrobić, aby kontynuować przerwany pocałunek, ba, i nie poprzestać tylko na nim. Jak to 
zaaranżować, łamał sobie głowę, kiedy z plikiem dokumentów wracali do kabrioletu.  

-Może zjemy coś razem -zaproponował, gdy umościli się w fotelach.  

-Coś zjemy?  -spojrzała na zegarek.  -Tu po drodze  jest  mnóstwo różnych knajpek,  więc mamy wiele 
możliwości.  

Ku zdumieniu Kendry zatrzymali się w West Dennis przed delikatesami Barnstable'a.  

-Dlaczego  tu?  -zsunęła  okulary  przeciwsłoneczne  na  czubek  nosa.  -Zamiast  lunchu  będzie  suchy 
prowiant?  

-Niezupełnie -odrzekł, wysiadając z auta. -Zaraz zobaczysz, poczekaj chwilę.  

Kiedy wrócił, wyjęła mu z rąk papierową torbę i zajrzała.  

-Jednak  kanapki  -stwierdziła  z  rozczarowaniem.  -I  woda  mineralna.  I  co,  mamy to  skonsumować  w 
samochodzie?  

-Raczej nie -przejął torbę, odkładając ją na tył Mercedesa. -Pojedziemy nad morze i będziemy mieli 
piknik.  

-Piknik? -w jej głosie zadrgał niepokój. -Na plaży?  

-Wyluzuj  się  Keńciu  –  uśmiechnął  się  do  niej.  -Nikt  cię  tam  nie  zje...  A  za  to  ty  zjesz  sobie 
delikatesowego sandwicza.  

Nie odwzajemniła uśmiechu.  

-Nie mamy ze sobą nawet koca -powiedziała.  

-Nie szkodzi. Tam są ławeczki.  

Pojechali niedaleko, do West Rock. Tego się dokładnie obawiała: że on zechce wykonać symboliczną 
woltę, wrócić do miejsca, upamiętnionego wydarzeniem sprzed lat.  

-Dlaczego akurat tu? -marudziła, gdy wysiadali z auta.  

-Bo zawsze lubiłem tę okolicę -rozejrzał się. -I dalej ją lubię.  

background image

Westchnęła  i  pobrnęła  piaszczystą  dróżką  między  wydmami,  jak  na  ścięcie.  Kiedy  dotarli  na  plażę, 
ściągnęła sandały.  

-Deuce, czemu mi to robisz?  

Nie  odpowiedział,  tylko  pokazał  głową  wysmaganą,  wiatrem  ławeczkę.  Usiedli.  On  przez  chwilę 
przyglądał się falom oceanu, poganianym rześką bryzą.  

-Chciałbym jakoś odrobić to, że do ciebie tak długo nie dzwoniłem...  

-Odrobić,  przywożąc mnie tutaj?  -  uśmiechnęła  się  smutno.  -Ale  to  przecież  niepotrzebne.  Ja  ci  już 
przecież wybaczyłam, przecież wiesz.  

-Z indykiem czy z wołowiną -spytał, sięgając do torby.  

-Może być z indykiem -odrzekła.  

- Kłamiesz, Kendra.  

-Ja kłamię? -uniosła brwi. -Naprawdę wolę indyka.  

- Kłamiesz, bo niczego nie zapomniałaś –podał jej kanapkę.  

-Aha, o to chodzi -zaczęła odwijać papier.  

Oboje przez chwilę jedli, popijając sandwicze wodą z puszek.  

-No  dobrze,  masz  rację  -przerwała  żucie  i  odłożyła  kanapkę.  -Nic  nie  zapomniałam.  Jednak 
wybaczyłam ci to twoje niedzwonienie i więcej już o tym nie mówmy.  

-A widzisz –otarł usta. -Nie zapomniałaś... A ciekawe, ile pamiętasz...?  

-Wszystko pamiętam -odrzekła cicho.  

-Ja też wszystko -skinął głową.  

W pobliżu pojawiły się jakieś młode mamy z rozbrykanymi pociechami. Nadeszli też starsi państwo, 
trzymając się za ręce.  

-Lubisz dzieci? –pokazał głową.  

Spojrzała na niego.  

-Dlaczego pytasz?  

Wzruszył ramionami.  

- Tak jakoś... Ile masz właściwie lat, Kendra? Trzydzieści, tak?  

-Prawie. Tyle skończę w listopadzie.  

-No. W twoim wieku kobiety na ogół już mają dzieci... A jak będzie z tobą?  

background image

-Jak  będzie?  -zastanowiła  się.  -Na  razie  jestem  zbyt  zajęta  rozkręcaniem  interesu,  żeby  myśleć  o 
założeniu rodziny.  

Deuce schylił się i zaczął coś kreślić palcem na piasku.  

-Patrz jak fikają –pokazał trójkę malców. -Mnie by się przydała takich... z dziewiątka? I najlepiej sami 
chłopcy: cała drużyna bejsbolowa.  

Kendra nie mogła się nie roześmiać.  

-Dziewiątka?  Czyli  dziewięcioraczki...  Ale  masz  małe  szanse,  bo  kobiety  rzadko  rodzą  nawet  i 
czworaczki.  Spojrzał  na  nią  z  uznaniem,  że  tak  podjęła  jego  żart,  który  zresztą  pojawił  mu  się  nie 
wiadomo skąd. Starsi państwo zniknęli za wydmą; dzieci z matkami odeszły.  

- Słuchaj Keńciu -ujął ją za rękę. - To, że tyle lat nie dzwoniłem, nie znaczy, że noc wtedy na tej plaży 
nie miała dla mnie znaczenia. Bo miała, i to duże. Kendra spoważniała i cofnęła dłoń.  

-Mieliśmy już do tego nie wracać.  

-Nie wracać. Ale właściwie dlaczego? Westchnęła.  

-Choćby dlatego, że mnie ta sprawa krępuje.  

-Co cię krępuje? Przecież tamta noc była udana... Była wspaniała!  

Wzruszyła ramionami.  

- Wątpię, żebyś pamiętał szczegóły.  

O, lecz on właśnie pamiętał.  

- Mylisz się. Niczego nie zapomniałem.  

Kendra  poskładała  swój  papier  po  kanapce.  Zjadła  wszystko,  z  wyjątkiem  plastra  marynowanego 
ogórka.  

-Chcesz ogórka? -zapytała.  

-Nie zmieniaj tematu.  

-Nie zmieniam. Po prostu proponuję ci ogórka.  

-Aha. A ja ci proponuję przeprosiny. Bardzo szczere.  

-Już  mnie  przepraszałeś.  I  wybaczyłam  ci,  ale  będziesz  musiał  podwójnie  przepraszać,  jeśli  nie 
zmienisz tematu.  

Wziął od niej papier wraz z ogórkiem i wrzucił  go do torby po kanapkach. Podniósł  się z ławeczki i 
zrobił parę kroków w stronę kosza na śmieci. Kiedy wrócił, wyciągnął do Kendry rękę:  

-Chodź. Zrobimy sobie teraz mały spacerek.  

Dopiła swoją wodę z puszki i przyjrzała się jego butom.  

background image

-Zamierzasz cały czas paradować po tym piachu w mokasynach?  

Uśmiechnął  się,  zrzucił  buty  i  ściągnął  skarpetki.  Wetknął  jedno  i  drugie  pod  ławkę,  tam,  gdzie  już 
stały sandały Kendry.  

-To chodźmy -powiedział.  

Przez moment zdawało się, że ona może odmówi. Jednak podniosła się i nawet pozwoliła się objąć w 
pasie. Ruszyli brzegiem oceanu.  

-Keńciu,  więc  ja  naprawdę  pamiętam  wszystkie  szczegóły  –odezwał  się  Deuce.  -Choćby  ten  koc... 
Dobrze, że wziąłem go wtedy z bagażnika, bo przecież przydał nam się na piachu.  

-Dała mu lekkiego kuksańca w bok.  

-To wcale nie było tak.  

- Tylko jak?  

-Koc ja zabrałam, z baru. Cienki kocyk. Wieczór był chłodny, a ja byłam tylko w bluzce. Tej niebieskiej.  

-W niebieskiej bluzce? Ja cię pamiętam chyba w różowym topie.  

-Pokręciła głową.  

-Niebieska bluzka... I byłam tak śmiesznie krótko ostrzyżona.  

-Jak to krótko? Nie miałaś grzywki i kucyka?  

-Jasne, że nie. Widzisz? Nic nie pamiętasz.  

-Ale stanik miałaś zapinany z przodu.  

Zerknęła.  

-Zgadza się.  

-No  właśnie  -stwierdził  z  satysfakcją.  -Jakbyśmy to  pociągnęli  dalej,  to  założę  się,  że  jednak  ja  bym 
wygrał, bo pamiętam więcej szczegółów.  

-Przegrałbyś zakład!  

-Nie przegrałbym.  

-Jesteś arogant i zarozumialec, jak zwykle.  

-Ja?  -Deuce  zatrzymał  się.  -Daj  spokój,  Keńciu...  Wiesz,  mam  pewien  pomysł.  Najlepiej  urządźmy 
rekonstrukcję tamtego wieczoru.  

-Rekon... co? -przerwała mu. -I niby po co?  

-Rekonstrukcję. Tak jak w kinie dokumentalnym. Żeby sprawdzić, które z nas więcej pamięta.  

background image

Kendra otwarła usta i zapomniała je zamknąć. Deuce, widząc jej rozchylone wargi, mógł zrobić tylko 
jedno:  wrócił  do  przerwanego  wtedy,  przez  klakson,  pocałunku.  Uczynił  to,  o  czym  myślał  już  od 
przeszło godziny.  

-I  wiesz,  Keńciu  -powiedział,  gdy  oderwali  się  od  siebie  -pamiętam  też,  że  lubiłaś  pocałunki 
francuskie...  

Poczuła nagły przypływ podniecenia. Coś zacisnęło jej się w dole brzucha i nie chciało puścić. Wzięła 
dwa głębsze oddechy, żeby się odprężyć, lecz to nic nie dało. Tym bardziej, że on znów zaczął szeptać: 
-I pamiętam... pamiętam, że mogłaś mieć wtedy orgazm nawet bez rozbierania. I że miałaś go od razu 
w samochodzie.  

Przebiegł  ją  dreszcz,  w  głowie  zaczęło  huczeć.  Czuła,  że  i  w  tej  chwili  gotowa  jest  do  czegoś 
podobnego jak wtedy. Tak podnieciły ją jego słowa. Opanowała się z najwyższym wysiłkiem.  

-To wszystko nieprawda -zamruczała. -Coś ci się przywidziało. Pewnie opowiadałeś takie rzeczy każdej 
dziewczynie, którą miałeś na tej plaży.  

-Ja? Nic podobnego –pokręcił głową. -Na tej plaży byłem tylko z tobą.  

Bardzo chciałaby w to wierzyć.  

-Pamiętam jeszcze mnóstwo różnych rzeczy -uśmiechnął się Deuce. -A ty... ? Czy na przykład wiesz, w 
co byłem wtedy ubrany?  

Zaskoczył ją. Zmarszczyła  czoło, usiłując przywołać jego obraz sprzed lat. Pamiętała jego oczy, usta, 
nagą pierś, ramiona, i jeszcze tę... tę męską rzecz... Ale ubranie?  

Odczekał minutę i zaśmiał się.  

-No widzisz? Ja jestem lepszy; ty nie możesz sobie przypomnieć najprostszych rzeczy.  

Zaryzykowała:  

-Byłeś w dżinsach i w koszulce z nazwą klubu. Nabrał dużo powietrza i powoli wypuścił.  

-Nie, Keńciu. To jednak był dzień pogrzebu, więc mu siałem być nieco elegantszy.  

Dzień pogrzebu. Oboje na te słowa spoważnieli. Ale tylko na moment.  

-No więc byłem wtedy w granatowych spodniach z mankietem i w niebieskiej koszuli, pod krawatem.  

-Jesteś pewien?  

-Absolutnie pewien. Zresztą ktoś mi zrobił wówczas zdjęcie, jeszcze przed barem.  

Przytuliła się do niego.  

-Dobrze, wygrałeś. Ale... -uniosła głowę i uśmiechnęła się przekornie -ale czy pamiętasz na przykład, 
jaki to był w ogóle miesiąc i dzień?  

Westchnął.  

background image

-Oj, Kendra... Miałbym nie pamiętać daty pogrzebu mamy?  

Stropiła się.  

-No racja. Dwunasty czerwca, piątek.  

Oboje trwali chwilę przytuleni, wsłuchując się w głos morskich fal i w skrzek mew.  

-Nie  zapomniałem  też  –zamruczał  Deuce  -czym  za  kończył  się  nasz  wieczór  i  co  mi  wtedy 
powiedziałaś.  

Co mu powiedziała? Oczywiście przysięgła, że go kocha i zawsze będzie kochała.  

-Powiedziałaś  –przybliżył  usta  do  jej  ucha  -  że  było  ci  rozkosznie  i  że  nie  możesz  się  doczekać 
następnego razu.  

Ach tak, to również mu powiedziała. I może nawet lepiej, że on tylko tyle zapamiętał. Może lepiej.  

-A  co  ja  ci  wtedy  powiedziałem?  –spytał  Deuce.  Zamrugała  oczami.  Poczuła  pustkę  w  głowie. 
Spróbowała się skupić.  

-Coś w rodzaju „Do zobaczenia, cześć Keńciu"?  

-Źle,  panno  Locke  -Deuce  udał  powagę.  -Widzę,  że  to  jednak  ja  będę  musiał  poprowadzić  naszą 
rekonstrukcję.  

-Rekon... co? -spytała słabym głosem.  

-Przecież wiesz, rekonstrukcję wydarzeń. I najlepiej, gdybyśmy się zabrali do tego od razu, to znaczy 
dziś wieczorem. Przyjadę do ciebie zaraz po zamknięciu baru, dobrze?  

-Nie umiała powiedzieć „nie", choć może powinna.  

Położyła mu głowę na ramieniu.  

-Ale co ty mi wtedy powiedziałeś, Deuce?  

-Dowiesz się tego... wieczorem -zajrzał jej w oczy i uśmiechnął się. -Albo może lepiej dowiesz się tego 
jutro rano, kiedy razem się obudzimy?  

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Ile razy otwierały się drzwi „Monroe’a", Deuce spoglądał znad niemal opustoszałego baru z myślą, że 
zobaczy Kendrę. Nie wiadomo czemu wyobrażał sobie, że ona powinna się tu pojawić. Na przykład po 
to, żeby mu powiedzieć, iż chce się wycofać z nocnej „rekonstrukcji". Oby tak nie było. O jedenastej 
już  tylko  trzech  piwoszy  tkwiło  na  stołkach,  gapiąc  się  na  ekran  telewizora  z  rozgrywkami  Ligi 
Celtyckiej.  W  głębi,  przy  komputerach,  bracia  Gibbonsowie  kończyli  cowieczorną  zabawę  w  RPG. 
Kibicowały im jakieś dwie dziewczyny. A więc za chwilę można będzie zamknąć interes i sprawdzić, co 
z Kendrą... O, ale cóż to? Drzwi baru otwierają się i w progu staje jakiś nowy gość. Zaraz, przecież to 
jest stary Martin Hatcher!  

-Dobry wieczór, panie dyrektorze. O tej porze...?  

-Chłopcze,  prosiłem  cię,  żebyś  mnie  już  nie  nazywał  dyrektorem  -Hatcher  ściągnął  z  głowy  zieloną 
bejsbolówkę.  

-A poza tym co to dla mnie za pora? Jestem na emeryturze i jutro rano mogę spać ile zechcę.  

Deuce zaśmiał się.  

-W  porządku  Martin,  zapraszam  do  baru.  Tak  czy  owak  zawsze  będzie  pan  dla  mnie  autorytetem, 
nawet jeśli nie dyrektorem... Podać piwo?  

Hatcher skinął głową, zasiadając na wysokim stołku.  

-Ale  wątpię,  żebym  był  dla  ciebie  kiedykolwiek  autorytetem.  Ty  nigdy  nie  słuchałeś  żadnych 
autorytetów.  

Deuce nie zdążył mu odpowiedzieć, bo właśnie trójka kibiców Ligi Celtyckiej zapragnęła uregulować 
rachunek. Kiedy kibice wyszli, Hatcher zadzwonił palcami w szklankę.  

-Coś ostatnio nie widuję cię na boisku, Deuce?  

-A, bo zajęty jestem urządzaniem się tutaj w barze.  

-A jak twój kontuzjowany łokieć?  

- Właściwie nieźle -Deuce odruchowo potarł ramię. -Wydaje mi się, że zaczynam wracać do formy.  

-No to pięknie -ucieszył się Martin. -Jeszcze chwila, a zaczniesz się znowu bawić w bejsbol.  

-Ja? -Deuce uniósł brwi. -Bardzo w to wątpię.  

-Już  ja  cię  znam!  -Hatcher  łyknął  piwa.  -Jesteś  urodzonym  graczem.  Żadna  siła  nie  utrzyma  cię  na 
dłuższą metę z dala od boiska. W czasach szkolnych nieraz trafiałeś do kozy za to, żeś się wymykał z 
lekcji, aby pomachać kijem na trawce.  

-Koza!  -zaśmiał  się  Deuce.  -Racja,  zdarzało  się.  Jednak  areszt  szkolny miewał  też  przyjemne  strony. 
Czasem spotykało się w nim ładne niegrzeczne panienki.  

background image

Martin zawtórował śmiechem.  

-Zawsze ten sam! Nic się nie zmieniłeś... Jednak ta panna, z którą współpracujesz tutaj, nigdy nie była 
nie grzeczna.  

-Kendra?  

-Jasne, że Kendra. No właśnie, a gdzie ona teraz jest?  

Oby grzecznie czekała w domu, aż razem ruszą na plażę, pomyślał Deuce.  

-Już wyszła. Wymieniamy się dyżurami, ona pracuje w dzień, ja wieczorem.  

-Aha, w ten sposób. No, ciekawe.  

Od  stanowisk  komputerowych  dobiegły  jakieś  śmiechy  Gibbonsowie  zgasili  już  swoje  ekrany. 
Flirtowali jeszcze z dziewczynami, ale całe towarzystwo wyraźnie zbierało się do wyjścia.  

-No a co z pomysłami Kendry na rozbudowę jej kafejki? –spytał Martin.  

-O ile wiem, nie porzuciła ich.  

-A ty co o nich myślisz?  

Deuce zaczął wstawiać brudne naczynia do zlewu.  

- Właściwie jeszcze nie wiem, co myśleć. Martin znów zadzwonił palcami w szkło.  

- Długo pracowała nad tą swoją cyberkawiarnią.  

-Dwa lata, wiem. W każdym razie od dwóch lat jest współwłaścicielką lokalu.  

-Ale związana jest z „Monroe'em" dużo dłużej, prawda? Z małą przerwą na Harvard.  

Deucewi wydało się, że w spojrzeniu Martina dostrzegł cień oskarżenia. Czy dyrektor ma mu coś za 
złe? Martin łyknął ze szklanki.  

-No więc szkoda, że nie skończyła studiów.  

-Szkoda  -zgodził  się  Deuce.  -Coś  jej  tam  wypadło,  jakaś  historia.  Wspominała  o  czymś...  Kobiety 
bywają takie niekonsekwentne.  

-Niekonsekwentne? -Hatcher uniósł brwi. -Co masz na myśli?  

Deuce stropił się. O co temu Hatcherowi chodzi? Dlaczego nie powie wyraźnie.  

-Czy ja wiem... –zaczął się wycofywać.  

-Ona  właśnie  umie  być  bardzo  konsekwentna  -Martin  uniósł  palec  do  góry.  -Z  wielkim  uporem 
budowała tutaj swój interes. I wcale nie jestem pewien -zmarszczył czoło -czy ty jej nie wchodzisz w 
jakąś paradę.  

-Ja? Ależ ja... –urwał Deuce. No naprawdę, o co temu dyrowi chodzi? I nagle go olśniło. Ależ tak!  

background image

-Panie  dyrektorze  -  uśmiechnął  się.  -Już  wiem.  Pan  chciałby  ze  mnie  zrobić  trenera  tej  szkolnej 
drużyny, tak? Dlatego mnie pan zniechęca do pracy w barze... Ale nic z tego, ja na boisko nie wrócę.  

Martin wysączył resztę swego piwa. Nasadził na głowę czapkę.  

-Mówiłem ci, żebyś dał spokój z tym „dyrektorem". Ile jestem winien za heinekena?  

-Nic -wzruszył ramionami Deuce. -Dziś był pan moim gościem.  

-Dzięki –skinął głową Hatcher. -No, to dobranoc.  

Kiedy Hatcher wyszedł, Deuce zabrał się raźno do sprzątania lokalu. Zmył resztę naczyń, opróżnił też 
kasę, odnosząc utarg do kasetki w kantorze. Już miał gasić światło, gdy zauważył wiszącą na oparciu 
fotela  torbę  Kendry.  Zdziwił,  się:  jak  mogła  ją  tu  zapomnieć?  Zabrał  torbę  i  ruszył  do  wyjścia. 
Pomyślał, że odda jej zaraz, jak się spotkają. Bo przecież zaraz się spotkają? Oczywiście, że tak będzie. 
Przecież Kendra nie powiedziała „nie".  

Obserwowała swój domek zza wydmy. Widziała mercedesa, który błysnął halogenami i zatrzymał się 
przed wejściem. Przeniknęło ją poczucie winy, ale przecież nie mogła postąpić inaczej. Jej rejterada 
miała wszelkie  cechy dziecinady, niemniej wolała to, niż bez sprzeciwu wykonać plan Deuce'a, ową 
„rekonstrukcję", jak ją nazwał. Właściwie miotały nią sprzeczne uczucia. Bo uciekała, ale też chętnie 
zostałaby w domu, aby powitać swego D.M. Przecież pragnęła bliskości Deuce'a. Jeszcze jak pragnęła! 
Trzasnęły drzwi mercedesa, co zabrzmiało w jej uszach jak wystrzał. I co on teraz zrobi? Czy będzie się 
dobijał do jej domu, nie da za wygraną, czy właśnie da za wygraną i odjedzie?... A jak ona mu się jutro 
wytłumaczy?  Znów  nadstawiła  ucha.  Ciekawe,  że  Newman  nie  szczeka,  pomyślała.  Odezwałby  się, 
gdyby Deuce był natarczywy. Otuliła się szczelniej kocem, który ze sobą zabrała. Wpatrzyła się w sierp 
księżyca,  co  płynął  nad  oceanem  jak  napowietrzny  mały  żagiel.  Nie,  to  jednak  nie  było  mądre,  że 
uciekła.  Siedzi  teraz  sama,  z  niemądrą  miną,  kryjąc  się  wśród  wydm.  Ale  dlaczego  Newman  nie 
szczeka? Podniosła się na moment, by rzucić okiem na dom i omal nie krzyknęła. Kilka kroków od niej, 
za  krzakami,  ujrzała  zarys  postaci  Deuce'a.  A  więc  przyszedł  tu,  aby  jej  szukać?  Czy  tylko  tak  sobie 
spaceruje?  Przykucnęła,  wstrzymując  oddech.  On  najwyraźniej  sądził,  że  jest  całkiem  sam,  bo  coś 
zaczął do siebie mruczeć:  

-No i gdzież jest ta dziewczyna? Co za los. A ja akurat tak jej pragnę.  

Zachłysnęła się na te słowa, zaraz kładąc sobie palce na ustach, lecz on już ją usłyszał.  

-Kendra! Jesteś tu? -W jego ręku błysnęła latarka. -A, tu cię mam.  

Obszedł dookoła dzielące ich krzewy. -I co tu właściwie robisz? Zdjęła koc z ramion, rozłożyła go na 
piachu i usiadła.  

-Proszę -wskazała miejsce obok siebie. -Ukrywam się przed tobą, chyba widzisz.  

Nie mógł się nie roześmiać.  

-Ukrywasz się? Ale po co? Jeśli nie miałaś chęci na to spotkanie, wystarczyło powiedzieć. –Usiadł tuż 
przy niej,  

- Ta nasza rekonstrukcja nie jest obowiązkowa. Wzruszyła ramionami.  

background image

-Sama nie wiem, czego chcę... A tak w ogóle to historycznie biorąc jesteśmy zdaje się na niewłaściwej 
plaży?  

Objął ją ramieniem.  

-Nie bądźmy drobiazgowi.  

Przytuliła się do niego. Już wiedziała, że wszelki opór jest bezcelowy. Jeśli Deuce jej pragnie, to i ona 
zaczęła  pragnąć  jego.  W  całym  ciele  poczuła  napięcie  wielkiego  oczekiwania.  Tymczasem  Deuce 
skłonił  ją,  aby  się  położyli.  Zapatrzył  się  na  dłużej  w  gwiazdy,  jakby  je  liczył.  Potem  rzucił  lekkim 
tonem:  

-Całkiem niezły był ten wieczór, zarobiliśmy osiemset dolarów.  

Spojrzała na niego.  

-Wieczór niezły i dzień niezły. Utargowaliśmy u McCrossona co najmniej sześćset.  

Przygarnął ją.  

-Dobrzy  z  nas  partnerzy.  Właściwie  nie  rozumiem,  dlaczego  nie  poprowadzimy  razem  tego  lokalu. 
Położyła mu głowę na ramieniu.  

- Ech, Deuce -westchnęła. -Naprawdę namieszałeś mi w planach.  

-Zapomnij teraz o planach, kochanie -Deuce nakrył swą dużą dłonią jej lewą pierś i lekko ją ścisnął.  

Poczuła, że ma pod bluzką gęsią skórkę. Przymknęła oczy.  

-To tak się zaczyna ta nasza... rekonstrukcja?  

-Może...  –Sięgnął  pod  jej  bawełniany  sweterek,  zanurzył  palce  w  dekolcie  bluzki  i  znalazł  zapięcie 
stanika. Znów z przodu. -Znów z przodu - uśmiechnął się i pocałował ją.  

-Uhm  -zamruczała,  nie  odrywając  warg  od  jego  ust.  Dłoń  Deuce'a  zaczęła  pieścić  jej  piersi,  potem 
zjechała  w  dół,  ku  zapięciu  spodni,  rozsunęła  zamek  i  wślizgnęła  się  do  majteczek.  Krew  zaczęła 
pędzić w żyłach Kendry; puls w jej uszach zagłuszył szum morza.  

-I co robiliśmy dalej? –szepnął Deuce. -Wtedy?  

Nie  dosłyszała  jego  słów.  Wdychała  jego  męski  zapach,  zmieszany  z  wonią  nocy  i  oceanu.  On 
tymczasem  delikatnie  pieścił  włoski  jej  wzgórka,  niby  czułe  antenki,  potem  zanurzył  palce  w  jej 
gorącej wilgoci, jednocześnie wsuwając czubek języka do ucha.  

-Te same zakątki, prawda? –poruszył palcami. -Wtedy też tam byłem. Pamiętasz? I jeszcze dalej.  

Teraz dosłyszała, co szepcze. Poruszyła biodrami, w napięciu czekając na ciąg dalszy i na spełnienie. 
W  tejże  chwili  pamięć  podsunęła  jej  słowa,  które  Deuce  wypowiedział  przed  laty  na  pożegnanie. 
Zadzwonię do ciebie.  

-Zadzwonię do ciebie.  

background image

- Słucham? -Deuce podniósł głowę. Jego palce przerwały pieszczotę.  

Nawet nie wiedziała, że pomyślała coś na głos.  

-Już wiem, jak mnie wtedy pożegnałeś... Tamtej nocy. Powiedziałeś „zadzwonię do ciebie" Właśnie mi 
się to przypomniało.  

-Aha –wysunął rękę z jej spodni. Przez chwilę oboje milczeli.  

Zajrzała  mu  w  oczy.  Spodziewała  się,  że  zobaczy  w  nich  zawód  lub  obcość.  Ale  Deuce  ją  zaskoczył. 
Patrzył na nią ze smutkiem i czułością.  

-Wiedziałem, że ciągle tkwi w tobie ta zadra -powie dział. -Bardzo, bardzo cię przepraszam... Kawał ze 
mnie drania, że tyle czasu nie odzywałem się do ciebie.  

Poruszyła brwiami.  

-Cóż, miałeś swoje racje... Mówiłeś o nich. Miałeś powody, żeby nie dzwonić.  

Deuce  usiadł.  Przegarnął  sobie  ręką  włosy,  potem  po  chylił  się  i  zaczął  na  Kendrze  porządkować 
ubranie. Uśmiechnęła się smutno.  

-A więc to koniec? Skończyliśmy naszą „rekonstrukcję''!  

Zastanowił się.  

-Niekoniecznie.  Wszystko  zależy  od  ciebie.  -Schylił  się  i  pocałował  ją  w  dekolt.  -Możemy  się  tylko 
przenieść w wygodniejsze miejsce, na przykład do mojej sypialni. .- A jutro od rana przyjmę zasadę 
dzwonienia do ciebie jak najczęściej, choćby sześć razy dziennie.  

Nim zdążyła zareagować, pociągnął ją za rękę i oboje wstali. Deuce schylił się po koc, strzepnął go i 
złożył.  

-To co, idziemy? -objął ją ramieniem.  

Nie powiedziała nie, ale wcale jeszcze nie była zdecydowana, że naprawdę wyląduje w jego łóżku. Bo 
dlaczego miałaby powtórzyć błąd sprzed lat? Wtedy ten mężczyzna ją wykorzystał  i porzucił i teraz 
też to może zrobić.  

-A przy okazji -Deuce pochylił ku niej głowę. -Tak naprawdę tamtej nocy wcale nie usłyszałaś moich 
ostatnich słów, bo przedtem zatrzasnęłaś mi drzwi przed nosem.  

Zatrzymała się, czując, że nagle zaczyna jej walić serce. On ją mocniej przygarnął.  

-Gdyby nie te drzwi, usłyszałabyś wtedy, że ja też cię kocham. To właśnie były moje ostatnie słowa.  

Nawet  w  bladym  świetle  księżyca  zdołał  uchwycić  nagłe  napięcie  w  jej  spojrzeniu.  Było  w  nim 
zaskoczenie, lęk i jakby złość. Nim zdecydował, czego jest najwięcej, ona wywinęła się, wyrwała mu 
też koc spod pachy i szybko ruszyła w stronę domu.  

-Kendra! –zawołał za nią. -Gdzie pędzisz?  

background image

- Tam, gdzie ciebie nie ma. Ruszył za nią, zupełnie zaskoczony.  

-Ale dlaczego tak?  

Zobaczył,  że  machnęła  zbywająco  ręką,  nie  przerywając  marszu.  Dopędził  ją,  gdy  była  już  pod 
drzwiami.  

- Słuchaj, co się stało?  

Kiedy odwróciła się w jego stronę ujrzał, że w jej oczach nie ma już lęku. Jest tylko i wyłącznie złość.  

-Jak śmiesz kpić sobie ze mnie! -prawie krzyknęła. -I z tego wszystkiego... 

-Ale z czego? Kendra, to co wtedy powiedziałem, było prawdą.  

Przeszyła go niedowierzającym spojrzeniem i skrzyżowała ramiona. -Kłamca.  

-Nie kła... nie kłamię -zająknął się. -Byłaś dla mnie zawsze...  

Położyła mu dłoń na ustach.  

-Przestań. Nie pogarszaj sprawy. Zmyśliłeś tę bajeczkę żebym teraz poszła z tobą do łóżka. Tylko o to 
ci chodzi.  

Ujął jej wąski przegub, odsuwając dłoń.  

-To  nie  jest  żadna  bajeczka.  I  nie  tylko  „o  to"  mi  chodzi.  Naprawdę  byłaś  dla  mnie  zawsze  kimś 
ważnym, już nawet w szkole.  

-W szkole? -zaokrągliły jej się oczy. -Ja? Skinął głową.  

-Zawsze  mi  się  podobałaś.  A  poza  tym  lubiłem  to,  że  ty  mnie  tak  lubisz  -  uśmiechnął  się.  -To 
przyjemne  czuć  że  jest  się  najważniejszym  mężczyzną  na  świecie,  a  ty  na  mnie  patrzyłaś  tak,  że 
mogłem to czuć.  

Chłonęła jego słowa, nie wiedząc, co odpowiedzieć. On przestał się uśmiechać. Potrząsnął głową.  

-I  może  nawet  dlatego  nigdy  do  ciebie  nie  zadzwoniłem,  że  nie  zasługiwałem  na  tyle  uwielbienia. 
Może dlatego.  

Zmarszczyła czoło i odstąpiła nieco.  

-Dziwne to, co mówisz. Bardzo dziwne.  

-Dlaczego dziwne? Wzruszyła ramionami.  

-Prędzej  bym  ci  uwierzyła,  gdybyś  powiedział,  że  tam  te  twoje  słowa  były  nagrodą  pocieszenia  dla 
dziewczyny, którą traktowałeś nie całkiem poważnie.  

Zmieszał się, jakby utrafiła w sedno.  

-Ale  teraz  traktuję  cię  na  pewno  poważnie.  -Potarł  podbródek,  zastanawiając  się,  jaki  powinien 
wykonać następny ruch. Próbować ją objąć, czy wycofać się? Dać jej czas do namysłu?  

background image

Uznał, że to drugie będzie lepsze.  

-I żebyś wiedziała, że nie chodzi mi tylko o łóżko... – zawiesił głos. -Ja naprawdę traktuję cię poważnie. 
- Uśmiechnął się do niej, wyciągnął rękę i pogładził jej włosy. -Na razie dobranoc, Kendra.  

Odwrócił  się  i  kamiennym  chodniczkiem  ruszył  w  stronę  domu  Diany.  Był  już  prawie  na  stopniach, 
wiodących ku podestowi, gdy poczuł, że ona chwyta go za łokieć.  

-Chwileczkę, Deuce.  

Zamarł w bezruchu i czekał, co będzie dalej.  

-Jeśli rzeczywiście jest tak, jak mówisz... -usłyszał.  

Odwrócił się i ujął ją za ramiona.  

-Właśnie tak jest.  

-Jeśli  zacząłeś  mnie  traktować  poważnie,  jeśli  widzisz  we  mnie  dojrzałą  kobietę,  a  nie  naiwną, 
zauroczoną tobą nastolatkę...  

Przyciągnął ją do siebie.  

-Widzę kobietę, i to piękną kobietę, bystrą, godną szacunku nie mniej niż pożądania.  

Spuściła oczy.  

-Jeśli to prawda...  

-To... To co?  

Przytuliła się, a potem wspięła się na palce, całując go mocno w usta.  

-To jestem twoja - uśmiechnęła się. -Cieszysz się? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Życie  jest  za  krótkie,  żeby  się  bez  końca  wahać.  Kendra  postanowiła  wreszcie  zapomnieć  o 
przeszłości, o swej urazie i o zawiedzionych nadziejach. Wiedziała tylko, że chce być teraz z Deuceem, 
blisko, jak najbliżej, i że chce się z nim kochać.  

On otoczył ją ramieniem, a drugą ręką poszukał klucza w kieszeni.  

-To chodźmy -powiedział ochryple. -Wejdźmy.  

-Nie -powstrzymała go. -Nie tu... Chodźmy do mnie - pokazała głową swój bungalow.  

Schylił się i chwycił ją na ręce.  

-Dobrze, gdzie tylko zechcesz.  

Zakręciło jej się w głowie, gdy uniósł ją ponad ziemię. A on jeszcze obrócił się wraz z nią wokół osi, po 
czym poniósł ją, pod księżycem, tam, skąd przed chwilą przyszli. Śmiały mu się oczy, do tej nocy, do 
księżyca i do Kendry. Postawił ją na ziemi, przed drzwiami. Kendra nacisnęła klamkę i weszli, bo drzwi 
nie były nawet zamknięte na klucz. Wewnątrz ogarnęła ich cicha ciemność. Nie zapalili światła. I zaraz 
zaczęli rozbierać jedno drugie. Rozrzucali bezładnie części ubrania, okrywając swe ciała pocałunkami, 
ocierając  się  o  siebie  i  cicho  szepcząc,  jakby  spiskowali...  przeciwko  Newmanowi,  który  chyba  spał 
gdzieś tu w pobliżu.  

-Chodźmy lepiej do sypialni -Kendra pociągnęła Deuce'a za rękę. -No chodź. W sypialni też nie zapalili 
światła. Przy srebrnej poświacie księżyca upadli na łóżko, wyzbywając się ostatnich części bielizny.  

-Keńciu,  Keńciu  –powtarzał  Deuce  i  końcami  palców  wodził  po  jej  kształtach,  jakby  je  w  tej  chwili 
własnoręcznie  rzeźbił.  -A  to  pamiętasz?  -spytał.  -I  nie  czekając  na  odpowiedź  pocałował  ją  we 
wzgórek, a potem zaraz zanurzył czubek języka w jej wilgotnym seksie. Jęknęła, łapiąc go za głowę. 
On tymczasem zaczął  ją rytmicznie pobudzać, gładząc rękami jej  nogi i splatając palce z palcami jej 
stóp, aż całkowicie mu się poddała i przeżyła rozkosz.  

-Chodź, chodź-zaczęła wołać. -Teraz ty! Wejdź już we mnie. Chodź.  

Położył się na niej i zanurzył męskość w najlepszym dla niego miejscu świata. Lecz nagle zapaliło mu 
się w mózgu światełko ostrzegawcze.  

-Keńciu, ale czy ty... bo ja... Zrozumiała, że on się niczym nie zabezpieczył.  

-Nie,  nie  biorę  pigułek  -pokręciła  głową.  Przez  sekundę  mimo  to  chciała,  żeby  on  dokończył  swego 
dzieła, jednak rozsądek zwyciężył. Odsunęła się na bezpieczną odległość.  

-Chyba masz jakieś prezerwatywy? -spytała.  

-Mam, ale nie tutaj -zrobił nieszczęśliwą minę.  

-A gdzie, w domu?  

background image

- Aż tak źle nie jest -przyklęknął na posłaniu. -Mam na dole, w samochodzie.  

Na jej wargach pojawił się półuśmiech.  

-W samochodzie... Czyżbyś miał nadzieję na seks ze mną już w drodze do Fali River? Co?  

Odpowiedział uśmiechem.  

-Nigdy nic nie wiadomo. Wypadki chodzą po ludziach.  

Westchnęła.  

- Ech ty... No to lepiej już idź. Tylko włóż bokserki i postaraj się nie zbudzić Newmana.  

Gdy wyszedł, okręciła się prześcieradłem, podtykając sobie pod głowę dwie poduszki.  

-Jednak  go  kocham  -zamruczała  do  siebie.  -Kochałam  go,  kocham  i  prawdopodobnie  zawsze  będę 
kochała. Poczuła, że zamykają jej się oczy. Spojrzała na budzik przy łóżku. Wyświetlacz pokazywał za 
kwadrans  drugą.  No  tak,  niewiele  już  czasu  pozostało  na  sen.  Pomyślała,  że  może  mogliby  być  z 
Deuce'em szczęśliwi w życiu? Kto wie, czy nie powinni rzeczywiście razem poprowadzić „Monroe'a"? 
Dlaczego taki eksperyment miałby się nie udać? Poprawiła się na poduszkach. Starała się nie zasnąć, 
jednak  powieki  miała  coraz  cięższe.  Ocknęła  się,  gdy  trzasnęły  drzwi  frontowe.  Odruchowo  znów 
zerknęła  na  budzik.  Była  prawie  trzecia.  Na  Boga,  gdzież  ten  Deuce  tak  długo  był?  A  on  wkroczył 
właśnie do sypialni, niosąc coś pod pachą. Przekraczając próg, zapalił światło. Zamrugała, oślepiona. 
Zorientowała się, że ma przed sobą człowieka rozżalonego. Rozżalonego i więcej, rozsierdzonego.  

-Co się stało? -osłoniła czoło ramieniem.  

Rzucił na posłanie to, co przyniósł ze sobą. Kendra ujrzała na łóżku własny pamiętnik. Deuce pokazał 
głową. -I co, chciałaś mi nigdy nie powiedzieć o naszym dziecku?  

Dziecko. Twarz Kendry pobladła i stała się jak to prześcieradło, którym była okręcona.  

-Ale jak... jak ty się dobrałeś do mego pamiętnika? Jakim prawem?  

Prychnął, wzruszając ramionami.  

- Tylko nie próbuj moralizować, Kendra, nie pora na to... Bo sama nie masz żadnej moralności.  

-Co?! -Zaskoczenie i lęk momentalnie ustąpiły w jej sercu oburzeniu. Usiadła prosto, wymierzając pa 
lec  w  Deuce'a.  -  Ty  śmiesz  gadać  o  moralności?  Panie  Monroe,  a  któż  to  wtedy  zafundował 
niedoświadczonej dziewczynie seks bez zabezpieczenia? To było w porządku? Wykorzystałeś mnie, a 
potem nie chciało ci się nawet zadzwonić, żeby mi powiedzieć „dziękuję".  

Otwarł usta, żeby argumentować, ale się powstrzymał. Czuł, że jest na przegranej pozycji. Westchnął, 
zrezygnowany.  

-Przecież sama mogłaś do mnie zadzwonić, jak się zorientowałaś...  

-Może i mogłam -opadła na pościel, zamykając oczy. - Ale ja głupia czekałam, że jednak ty okażesz się 
rycerski.  

background image

Przeniknęło go poczucie winy.  

-Gdybym tylko wiedział, gdybym wiedział... -Zbliżył się do łóżka i utkwił spojrzenie w leżącym na nim 
pamiętniku.  

-Wyleciał z twojej torby -wykonał ruch głową.  

-Chciałem ci oddać torbę, bo zapomniałaś w barze... Wyleciał i otworzył się akurat na zdaniu: Dziecko 
Deuce'a  było  dziewczynką.  Przeżył  okropne  chwilę,  gdy  przy  lampce  w  aucie  odczytywał  kolejne 
słowa:  Wolałabym  nie  znać  żadnych  szczegółów,  ale  stało  się:  lekarz  mi  już  powiedział.  Deuce  i  ja 
mogliśmy mieć córeczkę.
 Nie umiał się oprzeć i przerzucił parę następnych kartek. Ślizgał się oczami 
po tekście,  pozostając wciąż pod wrażeniem tamtego pierwszego zdania. Ogłuszony, zapomniał, po 
co zeszedł na dół do mercedesa. Zgasił światło w aucie i przesiedział na fotelu kierowcy kawał czasu, 
wpatrując się tępo w noc.  

Kendra otworzyła oczy.  

-Wyjdź Deuce, chciałabym się ubrać.  

-Nie, zostanę –skrzyżował ramiona. -Mamy z sobą jeszcze sporo do pogadania.  

-Dobrze, pogadamy -zgodziła się. -Ale będziemy ubrani.  

Skinął głową. Ubrani. Jasne. To oczywiste, że intymność ulega unieważnieniu, gdy zaczyna się kłótnia. 
Pozbierał swoje rzeczy i cicho opuścił sypialnię. Kiedy po paru minutach poszedł na górę, zastał drzwi 
zamknięte.  Na  zasuwkę.  Zrezygnowany  wrócił  na  dół  i  skierował  się  do  kuchni.  Pomyślał,  że  może 
zrobi  kawę?  Kto  wie,  czy  nie  przyda  się  im  kawa  podczas  rozmowy  w  środku  nocy.  To  dziecko,  to 
dziecko.  Manipulując  przy  ekspresie  wciąż  przetrawiał  w  sobie  tamtą  wielką  stratę,  to  coś,  co  go 
ominęło,  jakiś  los,  który  mógł  zupełnie  odmienić  jego  życie.  Po  chwili  pojawiła  się  Kendra.  Była  w 
spodniach od dresu i w bawełnianym T-shircie. Miała zaczerwienione oczy.  

- Płakałaś? -spytał.  

Wzruszyła ramionami.  

-Robisz kawę? - sięgnęła do szafki po kubki. - Będziesz pił z cukrem? Chcesz śmietanki?  

-Wolałbym raczej whisky - uśmiechnął się krzywo. -Jestem Irlandczykiem, przecież wiesz.  

Kendra nalała im lavazzy. Zasiedli przy stole, naprzeciw siebie.  

-A więc tak... –zamyślił się Deuce. -Nie pojmuję, dlaczego mi wtedy nic nie powiedziałaś.  

Obróciła ucho kubka w lewo, potem w prawo.  

-Po prostu nie mogłam.  

-Nie pomyślałaś, że ja mam prawo wiedzieć?  

Podniosła kubek do ust, upiła łyk i nic nie odpowie działa. Deuce przeganiał sobie włosy ręką.  

-Ale czy jesteś pewna, że to ja... że to było...  

background image

Odstawiła powoli kubek. Rodzaj spojrzenia, jakie mu posłała, był z tych morderczych.  

-Jak śmiesz -wycedziła. -Deuce.  

Zmieszany, umknął wzrokiem. Zabębnił palcami po stole.  

-No tak, przepraszam. A w którym to się stało miesiącu?  

-W siódmym, jeśli musisz wiedzieć. Dokładnie w dwudziestym siódmym tygodniu.  

Uniósł brwi.  

-Czyli poroniłaś, tak?  

-Mniej więcej. Dziecko urodziło się martwe. -Przy mknęła oczy i ciężko westchnęła.  

Kiedy ponownie uchyliła powiek, Deuce'a poraziło cierpienie, które zobaczył w jej spojrzeniu. Poczuł, 
że chciałby ją natychmiast objąć. Wyciągnął rękę i pogładził dłoń Kendry. Ona zagryzła dolną wargę.  

-Lekarz powiedział mi wtedy... -urwała. -Powiedział, że dziecko zapętliło się w pępowinie.  

Zacisnął palce na jej dłoni.  

-Okropne. Co za pech.  

Skinęła głową. Uwolniła rękę i otarła łzy, które napłynęły jej do oczu. On pochylił się naprzód.  

-Że też wtedy nie było mnie przy tobie.  

-Jakoś dałam sobie radę.  

-Rodzice ci pomogli? Jack? Pokręciła głową i otarła nowe łzy.  

-Moi  rodzice  mieszkali  już  wtedy  na  Florydzie.  Zresztą  i  tak  by  mi  nie  pomogli,  raczej  prawiliby 
kazania. A Jack był w Nowym Jorku.  

-No to kto się tobą zajął?  

Cień uśmiechu przemknął przez jej wargi.  

-Seamus, któżby inny.  

Przez chwilę myślał, że to jakiś smutny żart. Ona jednak przestała się uśmiechać i do Deuce'a dotarło, 
że  to  wszystko  prawda. Poczuł  się  podwójnie  zawstydzony.  Więc  Kendrą  zajął się  jego  stary ojciec, 
zamiast niego.  

-I co, on wie...? Że to było moje...?  

-A  niech  cię,  Deuce!  -szarpnęła  się  od  stołu.  Podniosła  się  tak  gwałtownie,  że  z  obu  kubków 
wychlapało się sporo kawy. -Jedyna rzecz jaka cię, interesuje to to, czy świat obraca się wokół ciebie.  

Również wstał.  

background image

-Nie o to idzie Kendrą. Ja tylko...  

-Dobra, dobra -sięgnęła po swój kubek i ruszyła z nim do zlewu. Puściła wodę.  

Poszedł za nią i położył jej ręce na ramionach. Pomału obrócił ją ku sobie.  

-Po  prostu  nie  mogę  uwierzyć,  że  zostałaś  z  tym  kłopotem  sama.  I  że  ja  –zrobił  skruszoną  minę  -
okazałem się aż takim samolubnym idiotą. Nie mogę uwierzyć...  

Położyła mu wilgotną dłoń na ustach.  

-Dobrze, już wiem, co chcesz powiedzieć. I wierzę ci. Ale teraz najlepiej już idź.  

-Jak to? Jak to „mam iść"? Dokąd? Wymknęła się z jego objęć.  

-Chyba nie myślisz, że pójdziemy teraz do łóżka? Bo ty przyniosłeś z samochodu prezerwatywy i...  

Ubodły go te słowa.  

-No nie, Kendra. Chodzi tylko o to, że chyba mamy coś do nadrobienia. Myślałem, że usłyszę...  

-Po dziesięciu latach?  

Pokiwał głową, niezrażony goryczą w jej słowach. Rozumiał ją, miała prawo być taka cierpka.  

-Kendra, proszę...  

Zaplotła ramiona.  

-Dobrze.  Więc  skoro  myślałeś,  że  usłyszysz,  to  usłyszysz.  W  skrócie...  Po  pierwsze  straciłam  wtedy 
semestr.  Po  drugie  straciłam  stypendium.  Po  trzecie  wróciłam  do  Rockingham  i  zaczęłam  na  stałe 
pracować w barze twego ojca. Ale ojcu nic o tobie nie powiedziałam. Tylko wiesz... Seamus jest bystry 
i  chyba  coś  sobie  wydedukował.  Z  czasem  zrobiłam  kurs  handlowy  i  wymyśliłam  tę  kafejkę 
internetową. Wszystko było na dobrej drodze, gdy nagle... Ale ty już wiesz, co było dalej.  

Słuchał jej ze spuszczoną głową.  

-No wiem -powiedział. -Nagle zjawiłem się ja.  

-Otóż to.  

-Zjawiłem się, żeby ci znów namieszać w życiu.  

Zaśmiała się, lecz bez żadnej wesołości.  

- Takie to moje szczęście.  

-Szczęście!  Chyba  nieszczęście?  Nareszcie  dotarło  do  niego  to,  co  powinno  było  dawno  dotrzeć.  I 
poczuł się nieswojo. Za kogo on się właściwie uważa, on, Deuce Monroe? Rozejrzał się dookoła, jakby 
ktoś tutaj miarodajnie mógł go oświecić w tej sprawie. Zrobił krok w kierunku wyjścia.  

-Zdaje się, że naprawdę nic tutaj po mnie.  

background image

Spojrzała na niego z mieszaniną nadziei i lęku.  

-Wracasz do Vegas?  

-Na razie jeszcze nie - uśmiechnął się samymi kącikami ust.  

-Idę tylko do domu.  

-Aha.  

Podszedł do drzwi, ale jeszcze nie nacisnął klamki. Odwrócił się.  

-Ja  jednak  naprawdę  nie  rozumiem,  dlaczego  nie  odezwałaś  się  do  mnie  wtedy,  nie  poprosiłaś  o 
pomoc... nie zażądałaś czegoś. Na przykład, żebym się z tobą ożenił.  

-Widzę, że nie doczytałeś do końca mojego dziennika.  

Zrobił minę kogoś przyłapanego na błędzie.  

-Rzeczywiście, nie doczytałem.  

-No właśnie -pokiwała głową i spuściła oczy. -Bo gdybyś to zrobił, dowiedziałbyś się, że ja... że ja cię  

wtedy bardzo kochałam. I dlatego niczego nie żądałam.  

Poczuł się podwójnie zawstydzony. Nie dość, że skrzywdził tę kobietę, to jeszcze ona daje mu teraz 
lekcję tego, czym jest prawdziwa miłość, miłość niesamolubna. Westchnął ciężko. Jaka szkoda, że nie 
można cofnąć czasu. Teraz na wszystko jest już za późno. Można jeszcze tylko przepraszać i próbować 
wynagrodzić  krzywdy.  A  to  znaczy,  że  w  istocie  trzeba  będzie  wyjechać  z  Rockingham.  Trzeba 
wyjechać i ustąpić Kendrze pola. Niech ona robi tutaj swoją karierę tak, jak ją sobie wymarzyła. Niech 
rozwija skrzydła. Tak właśnie należy postąpić. Podszedł do Kendry i bez słowa przycisnął usta do jej 
czoła. Zamknął oczy i przez chwilę wdychał zapach jej włosów, zapach jej całej istoty.  

-Pa, Keńciu -powiedział cicho. - Żegnaj.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY  

 

Obudziła  się  niewyspana,  ale  spokojna.  Czuła,  że  ma  czyste  sumienie.  Wszystko,  co  należy, 
powiedziała Deuce'owi. Teraz zapewne się rozstaną, ale tak powinno właśnie być. Jej rozbudzona na 
nowo  miłość  przygaśnie,  rany  się  zabliźnią.  W  kafejce  pojawiła  się  dopiero  około  południa.  Akurat 
zasiadła  przy  biurku  w  kantorze,  gdy  zadzwonił  telefon.  Zerknęła  na  wyświetlacz  i  ujrzała  numer 
komórki  Diany  Lynn.  Na  wszelki  wypadek  szybko  wcisnęła  „enter"  w  laptopie,  bo  kto  wie,  czy  nie 
zapytają jej o coś z księgowości, którą prowadziła w komputerze. Podniosła słuchawkę.  

-Cześć,  Kennie  -usłyszała  głos  Seamusa.  -Jest  postęp  w  naszej  sprawie,  wiesz?  A  jak  tobie  idzie  z 
Deuceem?  

Jak idzie z Deuceem. Dobre pytanie.  

-Jakoś współdziałamy. Bar nie przynosi strat.  

-To świetnie -ucieszył się stary Monroe. -Tylko tak dalej.  

-No a „postęp w sprawie", na czym polega?  

Monroe odchrząknął.  

-Jest naprawdę nieźle. Znaleźliśmy dla ciebie potencjalnego inwestora.  

Wyprostowała się w fotelu.  

-Potencjalnego? Na czym to polega?  

-Widzisz... Jest pewna trudność. Chodzi tu o firmę z San Francisco, która chętnie wyłoży pieniądze, ale 
pod  warunkiem,  że  udokumentujesz  przynajmniej  trzydziestoprocentowe  zyski  ze  swej 
komputerowni. W ciągu miesiąca.  

- Aż trzydzieści procent? W ciągu miesiąca? -Kendra kliknęła ikonkę arkusza kalkulacyjnego.  

-No tak. A ile ostatnio wyciągasz?  

Spojrzała na ekran.  

-Jednak mniej niż trzydzieści.  

-Szkoda –zmartwił się Seamus. -Nie dasz rady nic zrobić?  

Zastanowiła się.  

-Byłoby więcej, gdyby dołożyć zyski z baru. Bar prosperuje lepiej.  

-Ach  tak!  Czyli  ten  mój  chłopak  ma  jednak  żyłkę  handlową...  Cholera,  ale  ci  z  San  Francisco  to  jest 
firma komputerowa, więc bar odpada. Może coś wymyślisz, Kennie?  

Westchnęła.  

background image

-Spróbuję...  A  co  tam  u  Diany?  -Nagle  bardzo  zapragnęła  usłyszeć  głos  Diany.  Usłyszeć  i  więcej, 
znaleźć się blisko swej dobrej przyjaciółki.  

-Moja pani jest w świetnej formie –rozjaśnił się Seamus.  

-To pozdrów ją ode mnie. Kiedy ruszacie na Hawaje?  

-Już jutro.  

-Jutro! Zazdroszczę wam. Bawcie się dobrze.  

-A ty pozdrów od nas Deucea. Czy on bywa na boisku? Ciągnie go do kija i piłeczki?  

Kendra ściągnęła czoło.  

-  Myślę,  że  od  czasu  do  czasu  odwiedza  Rock  High,  ale  wątpię,  żeby  tam  grał.  Twierdzi,  że  raz  na 
zawsze pożegnał się z wyczynem.  

-Aha. No dobra... -Seamus zawiesił głos. -Pamiętaj o tych trzydziestu procentach. I trzymaj się Kennie, 
będę już kończył.  

-Pa, Seamus -Kendra odjęła od ucha słuchawkę, przyjrzała jej się i powoli ją odłożyła.  

-Skąd wiedziałaś, że bywam w Rock High? -rozległo się za jej plecami.  

Gwałtownie drgnęła, nie spodziewając się obecności Deuce'a.  

-Kiedy tu wszedłeś? -obróciła się do tyłu z fotelem. -Jak długo tu jesteś?  

-Dosyć długo –podszedł do krzesła dla gości i opadł na nie.  

Zakłopotana, poprawiła sobie włosy. Po czym postarała się uśmiechnąć.  

-Znam  cię  może  lepiej,  niż  ty  sam  siebie  -powiedziała.  -Dlatego  wiem,  a  raczej  domyślam  się  tego 
Rock High.  

Też się uśmiechnął.  

-Wierzę ci. Wiesz Kendra, dotarło do mnie dziś rano, jak my się już długo znamy...  

Poczuła nagłe ciepło blisko serca.  

-To prawda, dosyć długo. -Pomyślała, że właściwie mogliby się uznać za starych przyjaciół. Gdyby nie 
to, że ona go wciąż jeszcze kocha.  

Przez  minutę  spoglądali  na  siebie  w  milczeniu.  Potem  Deuce  potrząsnął  lekko  głową,  ni  to  w 
zdziwieniu, ni nagłym zmieszaniu.  

-Nie jestem pewien, ale... -urwał. Spojrzał na kalendarz ścienny, potem znów na Kendrę. - Miesiąc to 
niewiele czasu -powiedział. -Uda ci się zwiększyć zyski z kafejki do 30 procent?  

Zaskoczona, uniosła brwi. Cóż on tak raptownie zmienił temat? Odgarnęła włosy z czoła.  

background image

-Czy się uda? Nie wiem. Może Diana i Seamus znajdą innego inwestora?  

-Ale jak go znajdą, kiedy jutro ruszają na Hawaje?  

-Racja -westchnęła. -W razie czego wszystko zostanie po staremu, nie będzie żadnych zmian.  

Pokiwał głową, znów spoglądając na kalendarz.  

-A co u Jacka? -zapytał. -Masz z nim jakiś kontakt? Dałabyś mi jego aktualny numer?  

Dlaczego  on  pyta  o  Jacka,  zastanowiła  się.  Chce  mu  przekazać  najnowsze  wieści  o  swej  niedoszłej 
córeczce? Mężczyźni bywają nie gorszymi plotkarzami niż kobiety.  

-Nie  obawiaj  się  -Deuce  jakby  odgadł  jej  myśli.  -Nie  oplotkuję  nas.  Mam  do  twego  brata  pewien 
konkretny interes.  

Spojrzała nieufnie.  

-Interes? Jaki?  

Wzruszył ramionami.  

-  Teraz  ci  tego  nie  powiem.  Ale  wolno  ci  będzie  podsłuchiwać,  kiedy  do  niego  zadzwonię.  –Uniósł 
kąciki ust. - Przecież nieraz podsłuchiwałaś nasze rozmowy z Jackiem, prawda?  

Zaczerwieniła się nagle i spuściła oczy.  

-Skąd o tym wiesz?  

-Bo ja ciebie też znam bardzo dobrze, nie tylko ty mnie. Znam cię może lepiej niż ty sama siebie.  

 

Na  drodze  do  Lotniska  Logana  były  korki,  a  jednak  Deuce  znalazł  się  w  sali  przylotowej  z  dużym 
wyprzedzeniem. Zamówił sobie kawę i miał czas na pomyślenie o tym, czego dokonał przez ostatnie 
parę  dni.  Plan  pomocowy  dla  Kendry  był  już  właściwie  dopięty.  Jego  finalizacja  stanowiła  kwestię 
najbliższych  godzin.  Wszystkie  e-maile  zostały  wysłane,  telefony  do  starych  znajomych  wykonane, 
niezbędne spotkania z dyrektorem Hatcherem odbyte. Tak, należało się to wszystko Kendrze. Deuce 
miał wciąż nieczyste sumienie. Ileż ona się przez niego nacierpiała! Przez ostatnie dni, które spędzał 
w  Rockingham, traktował ją z ostrożnym szacunkiem, nie próbując jej  nawet wziąć za rękę  ani tym 
bardziej pocałować czy zaproponować łóżka. Broń Boże! Ważnym sprzymierzeńcem w planie Deucea 
był Jack Locke, który lada chwila powinien się tutaj pojawić. Jego samolot, jak podano, już wylądował. 
Deuce wstał i podszedł do bramki w poczekalni. Szybko wypatrzył w tłumie pasażerów wysoką postać 
swego  przyjaciela.  Jack  ubrany  był  z  niedbałą  elegancją  i  miał  ze  sobą  tylko  małą  torbę  podróżną. 
Dosyć trudno byłoby odgadnąć, że ten facet w pięknej, ale niewyprasowanej koszuli iw dżinsach, ze 
spłowiałymi  włosami  do  ramion,  to  dyrektor  jednej  z  bardziej  eksponowanych  bostońskich  agencji 
reklamowych.  

-Hej, witaj -otwarł ramiona Deuce. -Jak podróż? Ciszę się, że zechciałeś przylecieć.  

-Witaj -Jack odwzajemnił uścisk. -Co cię skłonią do tak nagłej zmiany planów życiowych? Albo kto?  

background image

-Kto? Nie uwierzysz, jak ci powiem.  

-Strzelaj.  

-Martin Hatcher.  

-Hatcher? Nasz stary dyro? Gdzieś ty go wygrzebał? On ciągle mieszka w Rockingham?  

Ruszyli w stronę wyjścia.  

-Mieszka i wciąż jest tak samo energiczny jak dawniej.  

-Zajmuje  się  mnóstwem  rzeczy.  Któregoś  dnia  zdybał  mnie  na  boisku  w  Rock  High  i  zaczął  mi 
wmawiać,  że  powinienem  zostać  trenerem.  I  w  końcu  mu  uwierzyłem!  Choć  nie  zamierzam  być 
trenerem tutejszej drużyny szkolnej. Weszli na schody ruchome.  

-Zobaczymy się z Hatcherem dziś wieczorem -podjął Deuce. -On też jest zamieszany w naszą pomoc 
dla Kendry.  

-No właśnie, Kendra –zainteresował się Jack. -Ona oczywiście o wszystkim wie?  

Deuce poruszył brwiami.  

-Wie, ale może nie całkiem. Jest tak załatana, walcząc o te swoje trzydzieści procent, że mało co do 
niej dociera.  

-Zawsze ta sama siostrzyczka – uśmiechnął się Jack.  

- Tyle wie, że mamy tu mały zjazd koleżeński naszej klasy.  

Zeszli ze schodów ruchomych na poziomie garaży. Jack zatrzymał się.  

-Ale właściwie dlaczego ty to wszystko robisz dla Kendry?  

Deuce wzruszył ramionami.  

-Ona  na  to  zasługuje.  Napracowała  się  przy  tych  swoich  projektach  i...  I  jestem  jej  dłużnikiem.  To 
będzie dobre dla baru na dłuższą metę. Mam na myśli całą tę wspólnotę artystyczną, cybernautów i 
tak dalej.  

Jack zrobił sceptyczną minę.  

-Serio!  -Deuce  pokiwał  głową  i  ruszył  naprzód,  prowadząc  w  głąb  garażu.  -Kendra  wie,  co  robi, ma 
serce do takich rzeczy, jej plany są naprawdę świetne.  

Jack  znowu  się  zatrzymał.  Przymrużył  oczy,  potem  podniósł  dłoń  do  czoła,  jakby  się  osłaniał  przed 
słońcem.  

-Co się stało? –spytał Deuce.  

-Rozglądam się, czy gdzieś tu nie zobaczę fruwającej fermy hodowlanej.  

-Co? O czym ty gadasz?  

background image

-O latających świniach, nie pamiętasz?  

Deuce musiał się roześmiać.  

-Ach, to...  

-No właśnie. Zawsze się upierałeś, że prędzej świnie zaczną latać, niż ty się w kimś zakochasz. Czyli, że 
w końcu ty i Kendra?...  

Deuce wyjął autopilota i z daleka kliknął w stronę swego mercedesa.  

-Lepiej już jedźmy -machnął ręką.  

Kiedy wsiedli do samochodu, postarał się, żeby zmienili temat. Praca, szybkie wozy, dawne czasy -to 
było bezpieczniejsze niż jego stosunek do Kendry. Nie odpowiedział na pytanie, które zadał mu Jack.  

Kendra  nie  zwracała  większej  uwagi  na  pomysł  nagłego  spotkania  kumpli  z  dawnej  klasy  Deucea. 
Naprawdę  bardzo  była  zaangażowana  w  problem  podniesienia  wydajności  w  swojej  kawiarni 
internetowej. Owszem, dziś rano dotarło do niej jednak, że Deuce ma być przez cały dzień nieobecny, 
bo  wybiera  się  po  kogoś  na  Lotnisko  Logana.  Łączyło  się  to  z  tym,  że  będzie  musiała  w  południe 
pojechać do domu, aby wyprowadzić Newmana.  

Stawiła się w domu Diany w porze lunchu, witana radosnym popiskiwaniem pieska. Po spacerze, gdy 
już miała wracać do pracy, rozbrykany maltańczyk złapał klucze, które spadły jej na podłogę i pobiegł 
z nimi w głąb domu.  

-Newman!  –zawołała  za  nim.  -Oddawaj  natychmiast.  Nie  mam  czasu  na  zabawy.  Usłyszała,  jak 
podzwaniające klucze wspinają się po schodach na piętro. Poszła za maltańczykiem i po chwili stanęła 
w progu sypialni Deucea, gdzie piesek przywarował na dywanie, porzucając klucze.  

Weszła i schyliła się, łapiąc w palce metalowe kółko. Kiedy się wyprostowała, nie mogła nie spojrzeć 
na  rozrzuconą  pościel,  z  odciśniętym  na  poduszce  śladem  głowy  Deucea.  Jakaś  siła  zmusiła  ją,  by 
przysiadła  na  brzegu  łóżka,  wodząc  palcami  po  poduszce  i  wdychając  męski  zapach,  którym 
przesiąknięta  była  i  pościel,  i  cała  atmosfera  tego  pokoju.  W  tejże  chwili  Newman  poderwał  się  i 
głośno zaszczekał. Popędził do drzwi, a Kendra usłyszała jakiś ruch na parterze i czyjąś rozmowę. Były 
to  dwa  męskie  głosy:  Deucea  i...  ależ  tak,  jej  brata  Jacka.  Przystanęła  w  progu,  nasłuchując.  Albo 
podsłuchując, jak sobie zdała sprawę. Znów miała ochotę podsłuchać, o czym to mogą mówić Deuce i 
jego najlepszy przyjaciel.  

-Swoją drogą –odezwał się Deuce -skąd te latające świnie? Jak doszedłeś do tego wniosku?  

Latające  świnie?  Chyba  się  przesłyszała.  Na  palcach  ruszyła  w  stronę  schodów,  zatrzymując  się  po 
trzech krokach.  

-Masz to, chłopie, wypisane na twarzy! -zaśmiał się Jack.  

Ale co właściwie robi tutaj Jack, zastanowiła się. Ach tak, to pewnie sprawa tego ich zjazdu.  

-Czyli jednak wpadłeś -podjął Jack. -Doszło do tego, że Deuce Monroe jest zakochany.  

Kendra poczuła nagłą czczość. Serce w niej zamarło. Deuce jest zakochany?  

background image

-No a jeśli nawet -odpowiedział. -To co, zabronisz mi? Ona może być twoją siostrą, Jackson, ale to już 
do rosła kobieta.  

Siostra?  Czyli  ja...?  Pod  Kendrą  zmiękły  kolana.  Zalała  ją  fala  nagłej  euforii.  Czy  na  pewno  się  nie 
przesłyszała, czy to o nią tutaj  chodzi?  Nie  uchwyciła odpowiedzi Jacka, bo zagłuszyło ją szczekanie 
pieska.  Potem  obaj  mężczyźni  śmiali  się  przez  chwilę,  następnie  odezwało  się  radio,  ale  zostało 
wyłączone.  

-I co zamierzasz z tym zrobić? -podjął Jack.  

No  właśnie,  co  on  zrobi?  Kendra  przykucnęła  pod  ścianą,  bojąc  się  poruszyć.  Zechce  mi  się 
oświadczyć? Nie, to by było zbyt piękne.  

-Sprawa jest trochę skomplikowana –odezwał się Deuce.  

-Co jest skomplikowane? Chodzi ci o bar?  

-Chodzi mi o jej szczęście.  

-Och  Deuce.  Ty  jesteś  moim  szczęściem.  Newman  znów  zaczął  hałasować,  szczęknęły  drzwi,  ktoś 
chyba pieska wypuścił na dwór. Lecz przez to Kendrze umknął kolejny fragment dialogu.  

-...no tak... to prawda... -dobiegły ją urywane słowa Deuce'a.  

Co miało być prawdą?  

-Ale to jeszcze nie wszystko, mam rację? –odezwał się Jack.  

-Może -przyznał Deuce. -Idzie o to, że ja jej coś przypominam sobą, coś, o czym wolałaby chyba nie 
pamiętać.  

Kendra skuliła się. Chyba nie powie teraz Jackowi o ich dziecku?  

- Tak czy owak -podjął Deuce -. dziewczyna zasługuje na lepszy los. Niech się spełnią jej marzenia o 
tym cyber domu, z kawiarnią, szkółką komputerową, galerią sztuki, z salą widowiskową i tak dalej.  

-Coś ty jednak kręcisz, jak mi się zdaje.  

-Absolutnie  nie.  Idzie  o  to,  że  nie  powinienem  jej  wchodzić  w  drogę,  że  w  ogóle  niepotrzebnie 
wdałem się w ten bar. I niepotrzebnie wracałem do Rockingham.  

Jack zaśmiał się, jakby coś odkrył.  

-Przejrzałem  cię.  Po  prostu  i  chciałbyś,  i  boisz  się.  Boisz  się,  że  coś,  a  raczej  ktoś  ujarzmi  dzikiego 
Deucea.  

Deuce też się zaśmiał.  

-No, jeżeli już ktoś w ogóle mógłby mnie poskromić, to tylko Kendra Locke.  

Podniosła się, zelektryzowana. Tylko Kendra Locke.  

background image

- Będę musiał wyjechać, bracie -Deuce głośno westchnął. -Mój dawny agent ma już dla mnie wstępną 
propozycję trenerską w Las Vegas.  

Zmroziły ją te ostatnie słowa. Równocześnie usłyszała, że obaj mężczyźni wychodzą z domu. Trzasnęły 
drzwi frontowe.  

Podbiegła  do  okna  na  końcu  korytarza.  Ujrzała  Deucea  z  Jackiem,  zmierzających  w  stronę  plaży. 
Rzucali Newtonowi małą piłeczkę, którą ten zręcznie łapał i odnosił im w pysku.  

-Kiedyś  już  pozwoliłam  ci  zniknąć  z  mego  życia,  Deuce  -powiedziała  cicho,  opierając  się  czołem  o 
szybę. -Ale nie tym razem! Nie, tym razem to się już nie powtórzy.  

Wróciła do sypialni po klucze i torebkę, po czym skierowała się ku schodom. Nie zamierzała już dziś 
jechać do pracy. Za to zamierzała pokazać się wieczorem na tym spotkaniu koleżeńskim Deucea, i to 
wystąpić  na  nim  w  wielkim  stylu.  Jeśli  informacja  daje  siłę,  posiadała  dość  siły,  aby  zmienić  plany 
Deuce'a. Nadszedł czas, by zagrała z nim według jego własnych reguł, czyli... na dziko.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Wszystkie komputery u „Monroea" błyskały i szumiały łącząc w cyberprzestrzeni wielu absolwentów 
Rock  High  rozproszonych  po  całym  świecie.  W  Rockingham  udało  się  ad  hoc  zgromadzić  około 
czterdziestu  osób,  ale  ci,  co  przybyli,  komunikowali  się  przez  „gadu-gadu",  e-maile  i  łącza 
wideokomputerowe z następnymi. Taki był właśnie pomysł Deucea: żeby skromne spotkanie twarzą 
w  twarz  wzbogacić  o  koleżeński  zjazd  wirtualny.  Naturalnie  cała  ta  impreza  miała  nakręcić  finanse 
Kendry,  umożliwić  jej  przekroczenie  pułapu  trzydziestoprocentowej  opłacalności  jej  lokalu 
internetowego.  Deuce  siedział  na  wysokim  stołku  barowym,  nadzorując  przebieg  spotkania.  Obok 
niego ulokowali się Jack Locke i Martin Hatcher.  

-Słyszałeś? -Jack trącił Deuce'a. -Martin wiedział że to ja wymalowałem wtedy tego murala w szatni 
dziewczyn.  

Hatcher pokiwał głową i zajrzał do swej szklanki z piwem.  

-Coś mi się zdaje, że Deuce nas nie słucha.  

-Ależ  słucham,  słucham.  Tak  się  tylko  zamyśliłem...  Też  mam  niejeden  grzeszek  na  sumieniu,  z 
tamtych czasów.  

Jack puścił oko do dyrektora.  

-Ale jednak miałem chyba jakiś talent malarski, co? Co pan o tym sądzi, dyrektorze?  

-Przestań z tym „panem" –ostrzegł go Deuce. -Nasz Martin nie lubi się czuć oficjalnie.  

Powiedział  to  i  znów  zerknął  ku  drzwiom.  Zdał  sobie  sprawę,  że  właściwie  co  chwila  spogląda  ku 
wejściu, spodziewając się, że jednak zobaczy Kendrę. Mimo że nie obiecywała, iż się pojawi.  

-Nie do wiary –odezwał się po chwili Jack. -Deuce, słyszałeś?  

-Czy co...? Przepraszam, znów się zamyśliłem.  

-Zamyślił się! -Jack pokręcił głową. -Martin mówi, że George Ellis oddaje drużynę szkolną.  

-George Ellis co robi...? -Dopiero po chwili dotarło do Deucea, o kim mowa. -Oddaje drużynę? A co, 
szkoła go już nie chce? Mają innego trenera?  

-Nie  to,  że  go  nie  chcą  -Hatcher  łyknął  piwa.  -To  Ellis  nie  chce.  Woli  się  skupić  na  swym  głównym 
przedmiocie, na nauce przyrody. I szkoła będzie miała wakat.  

-Wakat!  –  Deuceowi  na  moment  zaświeciły  się  oczy.  Wyobraził  sobie,  że  mógłby  objąć  ten  wakat. 
Wieczorami  dorabiałby  w  barze,  ożeniłby  się  z  Kendrą,  miał  z  nią  dzieci...  i  tak  dalej.  Westchnął. 
Wszystko to jednak na nic.  

-Chyba nie myślicie -wzruszył ramionami - że ja zajmę się tymi chłopakami? Mój agent ustawia mnie 
już w Las Vegas.  

background image

Martin wzruszył ramionami.  

-Ja nie naciskam. Myślałem tylko, że są powody, dla których wolałbyś zostać w Rockingham.  

- Są takie powody -Jack spojrzał na Deuce'a. -Hej, stary, co z tobą...? W tej sytuacji moglibyście, ty i 
Ken... Urwał, bo przy drzwiach zrobił się nagły ruch. Ktoś gwizdnął z podziwem, dziesięć głów obróciło 
się jak po sznurku. Na progu stanęła piękna kobieta.  

-Zaraz, to chyba moja siostra? -Jack uniósł brwi. - Ale jak ona...  

Deuce zsunął się ze stołka. Próbował pomyśleć, aby zrozumieć co widzi, lecz nie mógł się zdobyć na 
nic, prócz... patrzenia.  

Czerń. Skóra. Słodkie krągłości. Tyle udało mu się podsumować na poczekaniu. Sweterek z głębokim 
dekoltem.  Skórzane  spodnie,  opinające  uda  i  biodra.  Czarne  buty  na  niebotycznych  obcasach.  A 
Kendra,  odrzucając  przez  ramię  rozpuszczone  jasne  włosy,  pomału  lustrowała  tłum,  aż  wreszcie  jej 
błękitne spojrzenie spoczęło na Deuce'u. Ruszyła naprzód, kołysząc biodrami, jak w powolnym tańcu. 
Wyszedł jej naprzeciw Jack i objął ją, całując w oba policzki.  

-Aleś mnie zaskoczyła, siostro, kompletnie zastrzeliła- powiedział. -A myślałem, że to raczej ja cię dziś 
zaskoczę.  

Cofnęła się o półkroku.  

-Miło  cię  widzieć,  Jack  -poklepała  go  po  ramieniu,  zerkając  na  Deuce'a.  -Nie  wiem,  czy  nie 
przesadziłam z tym strojem na wieczorek szkolny.  

-Wieczorek szkolny! -zaśmiał się Jack. - Słyszysz, Deuce? Wieczorek szkolny.  

Deuce podszedł bliżej.  

-Fajnie, żeś jednak wpadła. Fantastycznie wyglądasz. Naprawdę.  

Zaróżowiła się lekko.  

-Podoba ci się?  

-Bardzo.  

-Dlaczego  mi  nie  powiedziałeś  -w  jej  głosie  pojawił  się  przyjacielski  wyrzut  -  że  szykujesz  jakąś 
imprezę online?  

-Chciałem ci zrobić niespodziankę.  

Zaśmiała się.  

-Wygląda na to, że wykonam jednak normę tych trzydziestu procent.  

Poważnie skinął głową.  

-Bardzo możliwe.  

background image

-Przypomnij mi -zbliżyła usta do jego ucha i zniżyła głos - żebym ci potem odpowiednio podziękowała.  

Jej  bliskość,  półgłos,  zapach  perfum  i  sens  wypowiedzianych  słów  -wszystko  to  sprawiło,  że  Deuce 
poczuł się gwałtownie pobudzony. Z trudem zapanował nad chęcią natychmiastowego rzucenia się na 
Kendrę.  

-W  tych butach –pokazał  głową i spróbował  się uśmiechnąć  -  będziesz miała, Keńciu, kłopot,  brnąc 
przez plażę.  

Znów przybliżyła usta do jego ucha.  

-Zawsze można je zrzucić.  

Przymknął oczy, starając się trzymać ręce przy sobie. A w jego głowie ponownie pojawiła się ta głupia 
fantazja o Rock High. Co by to było, gdyby jednak został trenerem szkolnym i gdyby dorabiał w barze? 
Gdyby się ożenił z Kendrą i mógł się z nią kochać każdej nocy? Gdyby urodziła mu dziewięciu synów, z 
których skompletowałby z czasem własną drużynę? No, co by to było?...  

Wzięła ze sobą butelkę dobrze schłodzonego piwa, które podał jej Dec Clifford i wymknęła się tylnym 
wyjściem.  Wspięła  się  na  murek  okalający  parking  i  przysiadła  na  nim.  Nabrała  w  płuca  świeżego 
powietrza,  a  potem  łyknęła  z  butelki.  Świetnie  się  bawiła  przez  cały  wieczór.  Tańczyła,  śmiała  się, 
odnowiła stare przyjaźnie, nawet z tą okropną Annie Kepler, co kiedyś przystawiała się do Deuce'a, 
ale teraz była żoną pewnego biznesmena z Buffalo. . A co z Deuceem? Nie umknęło uwagi Kendry, że 
wciąż  wodził  za  nią  wzrokiem.  Był  gospodarzem  wieczoru,  więc  musiał  udzielać  się  towarzysko,  ale 
tak naprawdę był tutaj tylko dla niej, czuła to. Skrzypnęły drzwi i Deuce pojawił się w świetle księżyca.  

-Damo w skórze –odezwał się trochę przez nos. -Co ty tu sama robisz?  

-Wyszłam, żeby odetchnąć. I łamię reguły -pokazała mu butelkę -pijąc na zewnątrz lokalu.  

Ruszył w jej stronę i po chwili był już blisko.  

-Naprawdę? –oparł obie ręce na jej kolanach. -Ja też czasem lubię łamać reguły.  

Jego dotknięcie przejęło ją dreszczem.  

-Dlatego mówią o tobie dziki Deuce.  

Łagodnie rozsunął jej kolana i wszedł pomiędzy nie.  

-Sama dziś wyglądasz trochę dziko, Keńciu. Pochyliła butelkę w jego stronę.  

-Chcesz łyka?  

-Czemu nie. -Przytknął usta do butelki, pozwalając się napoić.  

-Dlaczego to robisz? -spytała go, gdy opróżnił szkło.  

Uniósł brwi.  

-Pewnie chciało mi się pić?  

background image

-Ale  ja  mówię  o  tej  dzisiejszej  imprezie.  Pomagasz  mi  się  podciągnąć  do  tych  trzydziestu  procent, 
przez co do stanę dofinansowanie do komputerowni, a to spowoduje, że Seamus poprze raczej moje 
projekty niż twoje.  

-Wiem o tym -poruszył jednym ramieniem. -I gotów jestem zrezygnować z baru.  

-Zrezygnować? -zajrzała mu w oczy. - Ty? Co się stało? Nagle wolisz być trenerem? Już nie marzy ci się 
„Monroe"?  

Wyjął jej z ręki butelkę i ostrożnie odstawił ją na murek.  

-A skąd ty wiesz o moich planach trenerskich?  

Uśmiechnęła się.  

-Z podsłuchiwania, oczywiście. Przyjrzał jej się podejrzliwie.  

-Mówisz serio?  

-A ty mówiłeś serio? Pomasował jej kolana.  

-Nie  wiem,  ile  dziś  usłyszałaś,  ale  tak,  raczej  mówiłem  serio.  Bar  jest  twój.  To  znaczy  kawiarnia, 
chciałem powiedzieć. Ja się wycofuję... „Monroe" wcale nie jest dla mnie najważniejszy.  

-A co jest?  

- Ty jesteś –odparł szybko.  

-Ja?  -  uśmiechnęła  się  lekko,  przekrzywiając  głowę.  Ale  ja  w  jakiej  roli,  nagrody  pocieszenia  po 
przegranym flircie z ligą? Bo przecież nie wrócisz już do kariery gwiazdy sportu, prawda?  

-Nie  wrócę  -nachmurzył  się.  -No  dobra,  to  teraz  twoja  kolej:  co  dla  ciebie  jest  najważniejsze? 
Rzeczywiście ten interes kawiarniany?  

Objęła go w pasie.  

- Ty jesteś najważniejszy, Deuce. Poczuł nagłe ściśnięcie w piersiach.  

-Słucham?  

- Tak, tak -pogładziła go po policzku. - Ty jesteś i zawsze byłeś najważniejszy w moim życiu.  

-Ja? Westchnęła.  

- Ty chyba naprawdę nie dobrnąłeś do końca mego pamiętnika.  

-Nie, ale i tak czułem się fatalnie po tym, co przeczytałem. Wystarczyło mi.  

-Ćśś  -położyła  mu  palce  na  ustach.  -Nie  umiemy  zmieniać  przeszłości.  Ale  zawsze  możemy  zmienić 
przyszłość.  

Przybliżyła  wargi  do  jego  warg  i  pierwsza  go  pocałowała.  Nie  wiadomo  jak  długo  trwali  złączeni 
objęciem, oddechami, pulsem, spojrzeniami. Oderwali się od siebie, gdy skrzypnęły drzwi od baru.  

background image

-Hej! -rozległo się od progu. -Deuce, jesteś tam? Dzwoni jakiś Coulter. Mówi, że nie może cię złapać 
przez cały dzień.  

-Hej,  Jack  -Deuce  uwolnił  się  z  objęć  Kendry.  -To  mój  agent.  Ale  to  nic  pilnego.  Powiedz  mu,  że 
oddzwonię rano.  

-Rano?  

-Tak. I jeszcze zrób mi przysługę, Jack, weź te klucze, dobrze? -Deuce sięgnął do kieszeni i cisnął całym 
pękiem.  Jack  złapał  klucze  ze  zręcznością  starego  bejsbolisty.  -Zamkniesz  lokal,  jak  się  skończy  ta 
zabawa -powiedział Deuce. -Ja mam tu pewną rzecz do zrobienia.  

-Z Kendrą? -w pytaniu Jacka można było wyczuć ton stwierdzenia.  

-Leć już, nie zawracaj głowy. I możesz potem wziąć mój wóz.  

Drzwi zatrzasnęły się, a wtedy Deuce zdjął Kendrę z murka.  

-Chodźmy-wziął ją za rękę.  

Po paru krokach zatrzymał się jednak.  

-Jesteś pewna, że masz chęć na... powtórzenie historii?  

Pocałowała go.  

-Nie  na  powtórzenie.  Przeszłość  jest  nie  do  powtórzenia.  Za  to  przyszłość  jest  zawsze  w  naszych 
rękach.  

Poprowadził jej samochód i po kwadransie byli już pod domem Diany. Całowali się w czasie jazdy, co 
byłoby  może  niebezpieczne,  gdyby  nie  to,  że  nocą  ruch  na  lokalnych  drogach  był  naprawdę 
minimalny. W domu powitało ich radosne skomlenie Newtona. Kendra dała pieskowi trochę suchej 
karmy, żeby się uspokoił i poszedł spać do swego kącika. Ruszyli po schodach na górę, znowu całując 
się  i  zaglądając  sobie  w  oczy.  W  sypialni  Kendra  od  razu  zaczęła  ściągać  z  siebie  sweter.  Deuce 
niedbałym kopnięciem zatrzasnął drzwi.  

-Chodź -pociągnął ją za rękę.  

Upadli  na  łóżko,  wciąż  nie  pościelone,  od  rana.  Deuce  jednym  pstryknięciem  rozpiął  stanik  Kendry. 
Przypadł ustami do jej piersi, a ona wygięła się ku niemu, unosząc ręce za głowę.  

-Czekaj -szepnęła po chwili i, zaczepiając jeden but o drugi, zrzuciła oba na podłogę. Rozpięła suwak 
swych skórzanych spodni.  

Deuce pomógł jej pozbyć się reszty ubrania.  

-Aleś ty piękna –zachłysnął się, gładząc ją od stóp do głowy.  

- Ty też jesteś piękny- sięgnęła do jego dżinsów. Kiedy uporała się z zamkiem, wsunęła dłoń głębiej, 
łapiąc  palcami  twardą  męskość  Deuce'a.  Pozwolił  jej  się  pieścić,  a  równocześnie  ściągał  z  siebie 

background image

dżinsy. Potem pozbył  się  swej koszulki polo. W świetle księżyca oboje wydawali się posrebrzeni. Za 
uchylonym oknem odezwał się jakiś nocny ptak.  

-Pozwól –szepnął Deuce. Po czym rozsunął uda Kendry, wkładając między nie głowę i całując małe, 
ukryte wargi, już bardzo wilgotne. Kiedy wsunął między nie język, Kendra jęknęła.  

-Lubisz to, prawda? –uniósł na chwilę głowę.  

W odpowiedzi wczepiła palce w jego czuprynę, przymuszając go, by podjął przerwaną pieszczotę. Gdy 
poczuła się gotowa do rozkoszy, przywołała go po imieniu. On usiadł na moment i z szuflady szafki 
wyjął płaski pakiecik. Rozerwał go ostrożnie zębami.  

-Deuce, och Deuce - jęknęła, gdy wszedł w nią. -Kocham cię, Deuce.  

Podjęli wspólny rytm. Kiedy dotarli do mety, Deuce był  już pewien, że  naprawdę  kocha tę kobietę. 
Jakże  mógł  tego  nie  wiedzieć,  jak  mógł  o  tym  nie  pamiętać  przez  tyle  lat?  Leżał  teraz  obok  niej, 
spocony,  obejmował  ją  ramieniem  i  nie  czuł  tego  dziwnego  rozczarowania,  jakie  bywa  udziałem 
kochanków po miłości, gdy nie łączy ich nic oprócz seksu.  

-Kendra, kocham cię -szepnął jej do ucha. -I zawsze będę cię kochał.  

-Naprawdę, Deuce? -obróciła ku niemu głowę. -Nigdy mi jeszcze takich rzeczy nie mówiłeś.  

-Kiedyś trzeba zacząć -przytulił ją mocniej do siebie. -Najtrudniejsze są zawsze początki.  

Księżyc wywędrował już poza okno sypialni, zrobiło się późno, a oni jeszcze rozmawiali, ciasno objęci.  

-Wiesz co? –spytał Deuce. -Nagle zdałem sobie  sprawę, że  przecież nie wracałem do Rockingham z 
powodu tego nieszczęsnego baru.  

- Tylko z powodu mnie? - uśmiechnęła się Kendra.  

-To oczywiście też –pocałował ją w policzek. -Ale ogólniej los chciał mnie chyba sprawdzić, co jeszcze 
mogę znaczyć bez sławy, bez kamer, bez tłumów na trybunach. Kim jestem sam w sobie, ot tak, po 
prostu.  

-I co, i wiesz już, kim jesteś? Poruszył jednym ramieniem.  

-No, pomału to sobie przerabiam.  

Chciała coś odpowiedzieć, gdy nagle odezwała się komórka Deucea.  

-O tej porze? –uniósł się na łokciu. -To może być tylko ten wariat Coulter. Mój agent.  

-Tropił cię przez cały dzień.  

- Właśnie.  

-To może odbierz? Niech on się już nie męczy.  

-  Myślisz?  No  dobrze.  I  tak  przecież  nie  śpię.  -Deuce  podniósł  się  i  sięgnął  do  spodni  leżących  na 
podłodze. Z tylnej kieszeni wysupłał aparat.  

background image

-To ty Coulter? ...Ale wiesz która jest tu godzina, na wschodnim wybrzeżu?  

Kendra  usiadła,  obejmując  rękami  kolana.  Była  pewna,  że  usłyszy  zaraz,  jak  Deuce  ostatecznie 
podziękuje  swemu  agentowi.  Ma  przecież  pracę  tu,  w  Rockingham  i  w  Rock  High.  Ma  też  inne 
powody, aby zostać na miejscu.  

Tymczasem Deuce sięgnął do lampki nocnej i zapalił ją.  

-Chyba żartujesz -powiedział. -I spieszy im się?  

Zagryzła dolną wargę, w przeczuciu czegoś niedobrego. I miała rację. Bo nagle usłyszała:  

-Czyli  chcieliby  ze  mną  odnowić  kontrakt?  No,  zastrzeliłeś  mnie.  Ale  dobra...  -Deuce  odruchowo 
potarł prawy łokieć. -Myślę, że moglibyśmy się spotkać na początku maja.  

W Kendrze struchlało serce. A więc historia jednak się powtarza. I niczego nas nie uczy. Nie do wiary.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Deuce  starał  się  skoncentrować  na  tym,  co  mu  Coulter  przekazywał  przez  telefon,  równocześnie 
dostrzegając jak Kendra podnosi się z łóżka, zbiera swoje rzeczy i zmierza w stronę łazienki. Gdzie ona 
się wybiera, o co jej chodzi, chce wrócić do domu, do siebie? Ale dlaczego?  

-Coulter,  niech  to  jednak  poczeka  do  jutra  -rzucił  do  aparatu.  -Nie  musimy  szczegółów  omawiać  w 
nocy.  

-Dobra Deuce, to do rana -zgodził się agent. -Ale wiesz, tak się cieszę... Tylko, że tym razem kontrakt 
będzie bardziej obostrzony, chyba rozumiesz. Trzeba go będzie dobrze przeanalizować.  

-Okej, okej -Deuce podniósł się, spoglądając w ślad za Kendrą. -Dzięki, że zadzwoniłeś. Cześć.  

Rozłączył się i poszedł w stroni łazienki.  

-Keńciu, co się stało! –zawołał przez szybę. -Dlaczego ty tam...  

Nie  zdołał  dokończyć,  bo  Kendra  nagle  wyszła.  I  znów  ujrzał  przed  sobą  wampa  w  skórze,  ostrą 
kobietę,  jakże  inną  od  tej,  którą  nie  tak  dawno  obłaskawiał  w  pościeli  i  wymieniał  z  nią  najczulsze 
słowa.  

-Mam rano robotę-rzuciła krótko, wymijając go w drodze na korytarz.  

Skoczył za nią i schwycił ją za łokieć.  

-Ken, co się dzieje? Co się nagle stało?  

Spojrzała bez przyjaźni.  

-Nie mogę tu dłużej zostać.  

-Nie  możesz,  czy  nie  chcesz?  –schylił  się,  złapał  swe  bokserki  i  szybko  je  wciągnął.  -Chodzi  ci  o 
Coultera, o ten kontrakt, tak?  

-Mniejsza o szczegóły. Nie interesuje mnie dalszy ciąg twojej kariery. Już te rzeczy przerabiałam.  

- Słuchaj, wiem, że mam u ciebie marne notowania, ale mówię ci szczerze...  

Nagle na dole rozszczekał się Newman. I dał się też słyszeć jakiś ruch przy drzwiach wejściowych.  

-To Jack -powiedział Deuce. -On miał tutaj nocować.  

-Co tak hałasujesz, piesku? -rozległ się żeński głos. Zapomniałeś już nas, Newman?  

-To Diana, nie Jack -Kendra zmieniła się na twarzy.  

-Jest tam kto w domu? –zahuczał z hallu Seamus.  

-Ubieraj się szybko -Kendra klepnęła Deuce'a w nagą pierś. -Ja idę się nimi zająć.  

background image

Wyszła, bez oglądania się za siebie. Po chwili była już na dole.  

-Hej, witajcie, co się stało? Mieliście być na Hawajach? Już wracacie?  

Deuce w pół minuty był gotowy. Podążył za Kendrą.  

-O, jest i Deuce! -ucieszył się ojciec, biorąc syna w objęcia.  

-Witaj,  Diana  -Deuce  uścisnął  rękę  pani  domu.  -Skąd  wy  tutaj...?  Myślałem,  że  opalacie  się  na 
wyspach?  

Starsi państwo wymienili spojrzenia.  

-Wcale tam nie byliśmy -powiedziała Diana.  

-Nie? -Kendra uniosła brwi. -Dlaczego nie? Przecież wybieraliście się.  

-Zamiast tego wylądowaliśmy w Vegas - uśmiechnął się ojciec. -Di, pokaż im.  

Diana uniosła dłoń i błysnęła obrączką na palcu.  

-On  nie  chciał  podróży  poślubnej  przed  ślubem.  Kto  by  pomyślał,  że  Seamus  okaże  się  takim 
tradycjonalistą?  

-Ach tak -Deuce zamrugał oczami. Na nic więcej się nie zdobył. Spojrzał na Kendrę, spodziewając się, 
że może ona wybuchnie entuzjazmem. Jednak jej twarz wyrażała raczej torturę niż radość. Po chwili 
Kendra przemogła się i podeszła do starszych państwa.  

-Gratuluję wam -objęła oboje. -A taką miałam nadzieję, że zatańczę na waszym weselu.  

-Wesele będzie, będzie –zapewnił stary Monroe. Urządzimy je oczywiście w barze.  

- Będą też dodatkowe powody, żeby się weselić –odezwał się Deuce, spoglądając w stronę Kendry.  

-Dodatkowe? -Diana wstrzymała oddech. -To znaczy?  

-No  właśnie  -dołączył  się  Seamus.  -Ja  znałbym  tylko  jeden  powód,  żeby  się  dodatkowo  weselić.  A 
więc... ?  

-Chodzi o to, że Kendra osiągnęła wreszcie swoje trzydzieści procent.  

-A Deuce wraca do swej kariery -dodała szybko Kendra.  

Obie te, prawie równoczesne rewelacje, wywołały zdumione spojrzenia Seamusa i Diany.  

-Proszę? -spytała Diana.  

-Czy ja usłyszałem to, co usłyszałem?  

-Miał  dosłownie przed chwilą  telefon  -Kendra wymusiła uśmiech na swej twarzy.  -Odnawiają  z nim 
kontrakt.  

-Deuce! -zawołała Diana. - To chyba wspaniale.  

background image

- Tak uważasz? -uniósł brwi, spoglądając na Kendrę.  

-Naprawdę?  

Ujrzał, jak Kendra nerwowo przełyka.  

-  Słuchajcie  -wtrąciła  się  szybko.  -  Ta  historia  z  trzydziestoma  procentami  to  wyłącznie  zasługa 
Deucea.  On...  -zatopiła  w  nim  spojrzenie  tak  intensywne,  że  musiał  od  wrócić  wzrok.  -On  ma 
niebywałe talenty. W ogóle jest niebywały.  

-Co ty powiesz –odezwał się Seamus. -No, no. To jest się z czego cieszyć.  

Deuce usłyszał w głosie ojca dezaprobatę, przeczącą sensowi wypowiedzianych słów. Dlaczego stary 
jest ze mnie znów niezadowolony, pomyślał. Co musiałby zrobić, żeby Seamus Monroe pochwalił go 
bez zastrzeżeń chociaż raz? Co musiałby zrobić?  

 

Seamus  rzucił  piłeczkę,  którą  syn  zręcznie  odbił.  Spotkali  się  na  boisku  w  Rock  High,  żeby  trochę 
poćwiczyć.  

-Za  mocno  uderzasz  –skrytykował  Monroe.  Deuce  zmarszczył  czoło  i  obejrzał  swój  kij.  -Jak  to  za 
mocno?  

Stary wzruszył ramionami i rzucił kolejną piłkę.  

-Znów za mocno –orzekł po chwili.  

- Tato, o co ci chodzi?  

-Mnie? O nic.  

Deuce potrząsnął głową.  

-Jak to o nic, przecież widzę... Jesteś na mnie jakiś cięty... Chodzi ci o to, że rezygnuję z prowadzenia 
baru i wracam do Vegas?  

Seamus zdjął swoją bejsbolówkę i ramieniem otarł czoło.  

-Najbardziej to rozczarujesz Dianę.  

-Dianę? Ja? Z jakiego powodu?  

Ojciec uśmiechnął się krzywo.  

-Widzisz, ona tutaj chciała być swatką -powiedział. - To był jej pomysł, żeby zostawić was samych na 
gospodarstwie. Miała nadzieję, że skojarzy was jakoś ze sobą.  

-Aha,  swatką...  -Deuce  zawiesił  głos.  Potem  przeczesał  palcami  włosy.  -A  wiesz  tato,  że  właściwie 
prawie jej się udało!  

Ojciec uniósł brwi.  

background image

-Udało się? Jak to?  

-Bo przypomnieliśmy sobie z Keńcią  dawne czasy i dobrze nam było z sobą... I kocham Keńcię, jeśli 
chcesz wiedzieć.  

Stary się rozjaśnił.  

-Kochasz? A, no to mnie pocieszyłeś. Tylko dlaczego chcesz ją teraz opuścić? Po co wracasz do Vegas?  

Deuce spojrzał ku czubkom swych butów.  

-Dlatego, że... Widzisz, sprawy nie są takie proste, tato. Kendra wciąż nie umie mi czegoś wybaczyć.  

Seamus zaczął iść przez trawę w stronę ławek. Deuce podążył za nim. Kiedy usiedli, ojciec sięgnął do 
pozostawionego tu chlebaka i wyciągnął z niego termos. Zaczął odkręcać czerwone wieczko.  

-Synu, domyślam się, co chcesz powiedzieć -podniósł głowę. -Chodzi ci o to dziecko, tak?  

Deuce zamrugał oczami.  

-Wiesz o dziecku? Ale skąd, od niej?  

Seamus nalał sobie herbaty.  

-Mam  oczy  i  uszy,  sam  umiem  kojarzyć  fakty.  Widziałem,  jak  wystaje  pod  tym  plakatem  z  tobą  w 
barze, jak ci się przygląda... W końcu kazałem zdjąć plakat.  

-To ty kazałeś, nie Diana?  

Stary wzruszył ramionami i nic nie odrzekł. Deuce odczekał chwilę.  

-Ja sam o dziecku całe lata nie wiedziałem. Kendra dopiero teraz...  

-Nie wiedziałeś! –przerwał mu ojciec. -Bo nie dzwoniłeś do niej.  

- Ty mogłeś do mnie zadzwonić i mi powiedzieć.  

-Nie odwracaj kota ogonem, synu. -Seamus wychylił herbatę z kubeczka. -Zawsze z ciebie był gracz i 
krętacz.  

-Gracz mówisz? Gracz może tak.  

-No właśnie. A teraz też wybierasz Vegas i swoją drużynę, bo gra jest dla ciebie najważniejsza.  

- Myślisz, że to o to chodzi?  

-  Myślę,  że  tak.  A  wszystkie  inne  argumenty,  żeby  nie  zostać  w  Rockingham,  to  zasłona  dymna.  I 
wykręty.  

 

Usłyszała głośne walenie do drzwi. A potem zaraz głos brata:  

background image

-Kendra! Otwieraj!  

Szybko zatrzasnęła nowy zeszyt dziennika, który zaczęła pisać. Wcisnęła niebieski brulion pod kanapę.  

-Już idę, już idę.  

-Cześć  Kendra –powitał  ją Jack.  -Wpadłem do ciebie  na kawę. Myślałem, że  trochę  pogadamy, nim 
wyjadę. Bo lecę już dziś, o pierwszej.  

-Już dziś?  

Weszli do środka, kierując się do kuchni. . -I myślałem, że może odwieziesz mnie na lotnisko.  

-Ja? A co z Deuceem?  

-On też dziś odlatuje. Ale o osiemnastej. Nie będzie mu się chciało dwa razy kursować na Logana.  

A więc i on też, Kendrze ścisnęło się serce. Już dziś. Jakoś zebrała się w sobie.  

-Jaką pijesz, z ekspresu czy rozpuszczalną? Z mlekiem, z cukrem?  

Jack wzruszył ramionami, zasiadając za stołem.  

-Wszystko jedno... A wiesz, co on mi powiedział? Że kocha się w tobie. Serio.  

Omal nie upuściła łyżeczki z kawą, którą niosła do kubeczka.  

-Deuce?  

-A kto, siostrzyczko?  

Oparła się tyłem o blat kuchenny.  

-Właściwie  niby  to  wiem.  Ale  tak  naprawdę  to  on  tylko  kocha  to,  że  ja  go  kocham  -odpowiedziała 
zdaniem, które przed pięcioma minutami wpisała do swego dziennika.  

-Tak myślisz? -Jack skrzyżował ramiona. -A ty pomimo to... kochasz go, tak?  

-Mam swoje słabe strony, Jack.  

-Cholera. -Jack podparł głowę ręką. -Dziwni jesteście oboje.  

Woda w czajniku zagotowała się i Kendra zalała nią kawę. Jack dosypał sobie cukru.  

-Wiem o tym waszym dziecku -zamruczał, nie pod nosząc głowy.  

Myślała, że zaraz upadnie. Złapała się oparcia krzesła i powoli usiadła.  

-Jak to? Deuce ci powiedział?  

Upił łyk kawy, dmuchając do kubka.  

-No,  prawdę  mówiąc  to  najpierw  ja  zacząłem  mu  opowiadać.  ..  tę  twoją  historię.  A  wtedy  on  mi 
przerwał mówiąc, że to przez niego byłaś w ciąży.  

background image

Westchnęła, starając się powstrzymać łzy.  

-  Słuchaj,  Jack...  Przepraszam,  że  nigdy ci  nie  powiedziałam.  Ale  Deuce  to  twój  najlepszy  przyjaciel. 
Nie chciałam, żeby między wami...  

Wzruszył ramionami.  

-Omal nie dałem mu w zęby, jak teraz usłyszałem. Ale on wydawał się taki... skruszony. Naprawdę był 
zmartwiony.  

Pochyliła się ku bratu i dotknęła jego ręki.  

-No ale kiedy już wiesz... powiedz, co czujesz?  

-Jest mi smutno. Bo myślę, że ty i Deuce mogliście mieć fajne dzieciaki... I wiesz co jeszcze myślę? Że 
gdyby mnie jakaś piękna panna pokochała tak jak ty jego, trzymałbym się jej z wszystkich sił i nigdy 
nie pozwoliłbym jej odejść.  

Uścisnęła jego dłoń.  

-Może taką spotkasz.  

Uśmiechnął się do niej.  

-Oby. Latka lecą i pora by się już nareszcie ustatkować.  

- Tak to czuję.  

Pomogła  się  Jackowi  spakować  i  tak  jak  prosił,  zawiozła  go  na  Lotnisko  Logana.  Byli  tam  kwadrans 
przed  pierwszą,  ale  tylko  po  to,  żeby  się  dowiedzieć,  że  lot  o  trzynastej  do  Bostonu  odwołano. 
Wypadło im poczekać na następny samolot, co zajęło prawie trzy godziny. Potem Kendra poczuła się 
głodna  i  poszła  do  pizzerii,  a  następnie  zajrzała  jeszcze  do  lotniskowej  księgarni  i  dłuższą  chwilę 
wertowała  nowości  w  paru  działach.  Wychodząc,  spojrzała  na  zegarek:  było  już  dobrze  po  piątej. 
Próbowała wmówić sobie, że chodziło jej naprawdę tylko o pizzę i o książki, ale wiedziała, że samej 
siebie  nie  oszuka.  Została  dłużej  na  lotnisku,  bo  miała  nadzieję,  że  przed  szóstą  zobaczy  jeszcze 
Deuce'a.  Westchnęła  i  poszła  rzucić  okiem  na  rozkład  lotów.  Rejs  do  Las  Vegas  już  wyświetlono.  Z 
bijącym  sercem  ruszyła  ku  bramce,  przy  której  gromadzili  się  pierwsi  pasażerowie  linii  American. 
Właściwie  nie  miała  żalu  do  Deuce'a.  Wiedziała,  że  dla  mężczyzn  ich  pasja  albo  praca  bywają 
wszystkim.  Skąd  by  się  brali  pracoholicy,  gdyby  tak  nie  było?  Ona  sama  też  w  końcu  mocno 
zaangażowana  była  w  swoją  karierę.  Przecież  gotowa  była  początkowo  walczyć  z  Deuceem  o 
„Monroe'a"!  ...Iw  końcu  zwyciężyła.  Prawda,  że  za  cenę,  której  wolałaby  nigdy  nie  zapłacić. 
Pasażerowie  Americana  zaczęli  przechodzić  przez  bramkę,  skrupulatnie  badani  przez 
antyterrorystów.  W  końcu  przeszli  wszyscy,  ale  Deucea  wśród  nich  Kendra  nie  zauważyła.  Przez 
megafon  ogłoszono  odlot  samolotu  za  pięć  minut.  Deucea  nie  było  nadal.  Czyżby  wybrał  jakiś 
wcześniejszy kurs? Przewidział, że ona tu się zjawi i wolał uniknąć scen pożegnalnych? Odczekała do 
startu  samolotu.  Kiedy  maszyna  za  oknami  hali  wzbiła  się  w  górę,  odczuła  dziwną  ulgę.  A  więc  to 
naprawdę  koniec.  No,  skoro  koniec,  to  i  dobrze,  że  koniec.  Ruszyła  do  wyjścia,  a  na  parkingu  już  z 
daleka  pipnęła  pilotem  w  stronę  swego  auta.  Miała  przecież  do  czego  wracać.  Miała  swoją  pracę  i 

background image

plany  zawodowe,  miała  przyjaciół  i  miała  dobrego  brata.  Całe  życie  było  przed  nią.  A  Deuce? 
Stanowczo, świat się na nim nie kończy.  

 

Deuce stałna skraju wydmy i wpatrywał się w ciemności. Wreszcie gdzieś tam daleko, ku Rock Beach, 
błysnęło  małe  światełko.  Czyżby  aż  tam  poszła?  Spaceruje  po  plaży  z  latarką?  Przez  cały  dzień  nie 
mógł  znaleźć  Kendry.  W  barze  jej  nie  było,  potem  nie  było  jej  w  domu.  Jej  telefon  komórkowy  nie 
odpowiadał.  Ktoś  widział  jej  auto  jadące  w  stronę  lotniska.  Pewnie  odwoziła  Jacka.  Deuce  ruszył  w 
stronę światełka. Kiedy się zbliżył, zauważył, że Kendra nie spaceruje, tylko siedzi na kocu i coś pisze.  

-Hej, Keńciu –zawołał cicho. - To ja, nie bój się.  

-Deuce? Deuce...? Co ty tu robisz?  

Nic  nie  odpowiedział,  podszedł  tylko  i  przysiadł  na  skraju  koca.  Kendra  zgasiła  latarkę,  ale  Deuce 
zdążył  zarejestrować,  że  to,  w  czym  pisała,  było  grubym  niebieskim  zeszytem.  Zza  chmur  błysnął 
księżyc i odbił się w rozkołysanym oceanie.  

-Przecież miałeś lecieć o szóstej -odezwała się Kendra. -Więc co tu robisz?  

- Zmieniłem zamiar -odrzekł, obejmując rękami kolana. -A ty co tu robisz?  

-Ja? Powiedziałabym, że fetuję.  

Fetuje? Zaskoczyło go to słowo.  

-A co niby fetujesz, swój nowy początek w cyberkawiarni?  

-Nie.  

-Fakt, że Seamus i Diana się pobrali?  

-Nie.  

-To może to, że przywrócili mnie do praw w Nevada Snake Eyes? Powiedz, że nie.  

-No... może właśnie to.  

Wyrwało się z niego pół westchnienie, pół śmiech.  

-Tylko dlaczego fetujesz bez szampana? A za to z jakimś zeszycikiem w ręku?  

-Przecież wiesz, że prowadzę dziennik -wzruszyła ramionami. -Mogę ci kawałek przeczytać, chcesz?  

Zastanowił się, czy chce.  

-No dobrze -powiedział. - Słucham.  

Kendra zapaliła latarkę i otworzyła niebieski brulion.  

-Wtedy, gdy nauczyłam się wiązać kokardki na sznurowadłach -zaczęła -gdy dowiedziałam się, że dwa 
i dwa to cztery i kiedy zaczęłam składać pierwsze litery -już wtedy pokochałam Deucea.  

background image

Poczuł nieoczekiwany skurcz w gardle. A ona przewróciła kartkę.  

-W roku, kiedy dowiedziałam się, czym jest prawdziwe życie, straciłam jego dziecko.  

Próbował przełknąć, ale bezskutecznie.  

-A  w  roku,  gdy  zaczęły  się  spełniać  moje  ambicje  zawodowe,  ostatecznie  pozwalam  mu  od  siebie 
odejść.  Odejść  naprawdę  i  na  zawsze.  Bez  udawania  i  nadziei,  że  kiedyś  jeszcze  do  mnie  wróci.  Bo 
nawet gdyby wrócił...  

Przerwała i spojrzała znad zeszytu.  

-... ja nie będę już na niego czekała. Za dużo było czekania w moim życiu. Pora wydorośleć i stanąć na 
własnych nogach.  

Deuce zamrugał szybko, czując wilgoć pod powiekami.  

-A więc to tak -zamruczał. -No dobra, ale zasłużyłem sobie na to.  

Powoli uniosła rękę i wierzchem dłoni osuszyła mu oczy.  

-Powiedz, Deuce... -zawahała się -dlaczego nie po leciałeś dziś do Las Vegas?  

Zamknął jej dłoń w swojej dłoni.  

-Bo w ogóle nie wyjeżdżam. Nie skorzystam z kontraktu. Chcę zostać tutaj, z tobą.  

Wysoko uniosła brwi.  

- Słucham?  

Pokazał głową jej dziennik.  

-Nie chcę cię stracić. Napisałaś przecież, że jak się rozstaniemy, to już na zawsze. Że nie będziesz na 
mnie czekała.  

Przechyliła głowę, studiując jego twarz.  

-Ale ty przecież nie możesz żyć bez bejsbolu.  

-To prawda. I dlatego wezmę tę robotę w Rock High. Będę tam trenerem.  

-Serio? Pokiwał głową.  

-A poza tym chciałbym ci pomagać w barze.  

-Naprawdę?  

-Jasne. Ty zaczniesz nam rodzić dzieci, więc będziesz dosyć zajęta.  

Zaśmiała się, ale przez łzy, które zalśniły na jej rzęsach w księżycowym świetle.  

-No i jak ci się to wszystko podoba? -zapytał.  

background image

-Szalony jesteś -westchnęła. -Zupełny wariat.  

-Ale  wariat  na  twoim  punkcie.  -Objął  ją,  przyciągnął  do  siebie  i  pocałował.  -Kocham  cię,  Kendra. 
Kocham twoją siłę, charakter i inteligencję. I to, że śliczna jesteś. I kocham cię za to, że tyle lat mnie 
kochasz. Nie zniósłbym, gdyby teraz to się miało urwać.  

-Nie urwie się, Deuce. Moje serce jest twoje. Gotowa byłam żyć bez ciebie, ale wolę z tobą.  

-Wolisz? -spojrzał z nadzieją. -I co... zostałabyś moja żoną?  

Otarła łzy i uśmiechnęła się figlarnie.  

-Niech się zastanowię...  

-Keńciu, błagam –ukląkł przed nią i zaczął całować jej ręce.  

-No  dobrze  -powiedziała.  -Ale  pod  warunkiem,  że  nie  będę  ci  musiała  rodzić  tej  całej  dziewiątki 
chłopaków.  

- Tylko żartowałem! – przyciągnął ją do siebie.  

-Może wystarczy nam jedna dziewczynka?  

-Jedna  –pokiwał  głową  ze  zrozumieniem.  -Jasne.  Miejmy  jednak  nadzieję  -pocałował  Kendrę  -że  ta 
mała polubi też boisko. I czapeczkę bejsbolową, i piłeczkę.