background image

Andrzej Pilipiuk - Wiedźma Monika

Liście sypały się z drzew, targane podmuchami ciepłego jak na 
tę porę roku wiatru. W powietrzu dominował zapach ziemi i 
liści. Tak było przynajmniej na początku. Ziemia była wilgotna, 
brudziła stopy. Stopy dziewczyny prowadzonej z zamku w 
Uchaniach. Dziewczyna miała na imię Monika i była całkiem 
ładna, choć to akurat nie miało specjalnego znaczenia. A 
przynajmniej nie w tej chwili. W połowie drogi z zamku do 
kościoła czekał tłum. Ludzie zjechali się juŜ poprzedniego dnia 
wieczorem. Niektórzy przybyli z odległych o dziesiątki mil 
wiosek. Chłopi, szlachta zagrodowa, śydzi, Rusini. RozłoŜyli się 
pomiędzy opłotkami wsi, pili piwo, Ŝarli przywieziony chleb i 
cebulę, rozmawiali. Wokoło wozów kręciły się bezpańskie psy 
Ŝebrząc o resztki poŜywienia. Dziewczyna uniosła głowę. Jej 
dumne spojrzenie przesunęło się powoli po kurnych chałupach 
chylących się w większości do ziemi, po zgromadzonym tłumie, 
zatrzymało się na chwilę na masywnych drzwiach kościoła. A 
potem popatrzyła w niebo. Było piękne, błękit miał tą głęboką 
barwę jakiej daremnie wypatrujemy we wszystkie mgliste 
poranki. Było czyste, jedynie nisko nad horyzontem wisiały 
białe kłaczki chmur. Było zamknięte. Na zawsze. W połowie 
drogi między zamkiem a wsią i kościołem czekał stos. Gdy 
wreszcie zmusiła się aby nań popatrzeć w jej oczach 
odmalowała się najwyŜsza pogarda. W porównaniu z 
doskonałością nieba ziemia była kalekim tworem, owocem 
drobnego roztargnienia swojego Stwórcy. Wszystko było 
tandetne. Zbudowane na łapu capu, bez wcześniejszego 
zamysłu. Zamek o krzywych ścianach częściowo wzniesionych 
z miejscowego białego kamienia, częściowo z kiepsko 
wypalonych popękanych cegieł. Wieś, domy zbudowane z 
drewnianych belek, nieokorowanych, pokryte gliną, która 
odpadała płatami, a nikt nie myślał, Ŝeby polepić je na nowo. 
Chłopom nie śpieszyło się. Zima miała nadejść dopiero za kilka 
tygodni. Kościół wzniesiony częściowo z drewna, częściowo 
murowany był szary i przechylony smętnie na jedną stronę. W 
nieduŜym bajorze pławiły się pospołu półdzikie świnie i kaczki. 
Stos takŜe był byle jaki, wzniesiony na odwal. Centralny słup 

background image

był krzywo wbity, a polana wokoło dobrano zupełnie 
przypadkowo. Stare koło od wozu pozbawione obręczy leŜało 
obok niego szyderczo szczerząc połamane szprychy. I nawet 
sznur którym spętano jej ręce na plecach był częściowo 
sparciały. Zresztą nawet gdyby go zerwała to i tak nie miała 
dokąd uciec. Otaczało ją pięciu rycerzy, takŜe miejscowej 
produkcji, w hełmach z grubo wyprawionej skóry, kaftanach 
naszytych metalowymi kółkami, które nawet nie usiłowały 
imitować kolczug, w dziurawych butach i brudnych portkach z 
grubego płótna. Ale ich podrdzewiałe miecze, mimo Ŝe roboty 
miejscowego kowala, były ostre. Przed nimi postępował 
zamkowy ksiądz w poplamionej kusej sutannie, zaraz za nią 
szedł pan zamku, Piotr Uchański. Wielki feudał władający 
walącym się zamkiem i trzema wioskami, posiadający ponadto 
kilka tysięcy hektarów lasów i bagien. Piotr ubrany był w swoją 
zbroję w której jego pradziad walczył pod Grunwaldem lat 
temu sto kilkadziesiąt...Za nim tłoczyli się bezładną kupą inni 
mieszkańcy zamku. Dziewki od krów o usmarowanych gnojem 
łydkach, kilku słuŜących o lizusowskich uśmiechach, 
pachołkowie o słomianych włosach i drewnianych mózgach, 
zapasiony kucharz i ci wszyscy inni, bez których Ŝycie stało by 
się nieznośnie uciąŜliwe a z którymi było jeszcze gorsze. Ludzie 
których mijała codziennie na korytarzach. Ale jej ojca 
zamkowego pisarza nie było wśród nich. Zamknięto go na 
wszelki wypadek w wierzy. I zupełnie słusznie zamknięto. Tłum 
na widok zbliŜającego się orszaku oŜywił się. Chłopi chowali 
kawałki chleba za pazuchę, odkładali łyŜki którymi wcześniej 
wygarniali z garnków róŜne obrzydliwości. Rozmowy powoli 
umilkły. Woje otoczyli stos, choć to nie było potrzebne. Jedyne 
niebezpieczeństwo polegało na tym, Ŝe cisnąca się spragniona 
sensacji tłuszcza potratuje się w ścisku. Piotr połoŜył Monice 
twardą dłoń na ramieniu i wprowadził ją na rusztowanie. Stos 
zatrząsł się i przez chwilę wyglądało na to Ŝe zawali się, ale 
jakoś nie zrobił tego. Teraz gdy znalazła się pośród tłumu w jej 
delikatne nozdrza uderzyła z całym impetem jego woń. 
Potworna mieszanka rozmaitych zapachów. Ludzie cuchnęli 
czosnkiem i cebulą, sztywnymi od brudu łachami i 
przepoconymi owijaczami. Kilka par świeŜo zzutych butów 

background image

wietrzało na furmankach. W nos wciskał się jadowity zapach 
zjełczałego tłuszczu, przypalonej sierści i piór. Odchody ludzkie 
i zwierzęce poniewierały się pod nogami ludzi. Szarpnięcie 
obudziło ją z zamyślenia. Przez chwilę nie wiedziała co się 
stało, a potem zrozumiała. Piotr przeciął mizerykordią sznur 
petający jej ręce. Popchnął ją w stronę pala. Poczuła w Ŝołądku 
nieznośne zimno. A więc to juŜ. Chciała zozetrzeć bolące 
nadgarstki ale nie pozwolił jej na to. Korzystając z pomocy 
księdza przywiązał ją do pala ściągając mocno sznury. Powiał 
wiatr, rozproszył na moment woń ciŜby ludzkiej, dmuchnął jej 
prosto w twarz te wszystkie cudowne zapachy jesieni. W 
parowach za zamkiem z pewnością dojrzewały juŜ kasztany. 
Lubiła co roku chodzić tam sama lub z ojcem i zbierać je, 
gładkie, lśniące. Poczuła Ŝal. Znowu. śal za odchodzącym 
niespełna siedemnastoletnim Ŝyciem. A potem poczuła 
nienawiść. Nienawiść do zamkowego księdza, do tych 
wszystkich którzy szpiegowali ją od tak długiego czasu. 
Nienawiść do rycerza, który pętał jej dłonie tak mocno, Ŝe 
sznur przeciął delikatną skórę. Poczuła woń łachmanów w które 
była ubrana. Ach jak dobrze byłoby teraz wyciągnąć się w 
ciepłej wodzie w tej duŜej balii w zamkowej łaźni. Zmyć z 
siebie cały brud, zmęczenie, pot i krew. Znowu ocknęła się z 
zamyślenia. Ksiądz zamkowy i proboszcz kłócili się o coś po 
cichu u stóp stosu. Zapewne o przywilej podpalenia. Straszna 
woń wioski znowu napłynęła falą. Monika pomyślała sobie 
jeszcze, Ŝe gdy podpalą wreszcie stos woń palącego się drewna 
zagłuszy wreszcie tem smród. A potem popatrzyła pod nogi i 
nadzieje te rozwiały się. W stos wetknięto duŜo smolnych 
szczap i starych szmat. Poczuje woń smoły. Nie drewna. 
Rozczarowanie było bolesne. Obaj księŜa stanęli przed stosem 
z zapalonymi pochodniami w dłoniach. Ludzie uciszyli się. 
Przemowę zaczął kapelan zamkowy. -Drodzy bracia. 
Zebraliśmy się tu dzisiaj aby dokonać aktu najwyŜszej 
sprawiedliwości - tu urwał i zamyślił się. Proboszcz wykorzystał 
to natychmiast. -Zebraliśmy się tutaj aby spalić podłą 
wiedźmę, oblubienicę szatana która ukrywała się między wami 
sącząc w wasze dusze jad swoich czarów, aleć źle zacząłem. Ta 
tutaj wiedźma była córką pisarza zamkowego. Znaliście ją 

background image

wszyscy, chodziła bezboŜnie uśmiechnięta... -DuŜo ty o niej 
moŜesz wiedzieć - zdenerwował się kapelan. - Ja będę mówił! 
Chodziła uśmiechając się bezboŜnie tak gładka rozkoszna i miła 
a tymczasem w sercu skrywała tego samego węŜa którego 
nasza pramatka Ewa podała z jabłkiem... -Głupi nieuku, nie tak 
było - zdenerwował się proboszcz. - Ja powiem. Skrywała w 
sercu węŜa którego jabłko nasza pramatka Ewa... -Jabłka 
rosną na drzewach - zaoponował kapelan. - Za dnia potulna jak 
owieczka nocami latała na miotle. Czyniła rozliczne szkody 
bliźnim jak na przykład...- wysilił pamięć, ale bezskutecznie. - 
Wszyscy wiedzą jakie - rzucił odkrywczo. - Tak wiec po 
wielodniowym procesie udowodniliśmy jej, Ŝe jest słuŜką 
diabła, to jest szatana - uznał Ŝe słowo "szatan" brzmi lepiej. -
Na czarownice jest tylko jeden sposób - dodał proboszcz. - 
Czarownice trafić powinny na stos. Dla Ŝmijowego plemienia 
nie moŜe być Ŝadnej litości jak mówi Pismo święte. Monika 
uniosła głowę i popatrzyła na niebo. Nad jej głową przeleciał 
Ŝuraw. Spuściła wzrok ku ziemi. Niebo było dla niej zamknięte. 
Czarownice trafiają do piekła. -Pamiętajcie drodzy parafianie, 
Ŝe czarownice trafiają ze stosu prościutko do piekła - grzmiał 
pleban.- Na stosie poczują przedsmak tych mąk które juŜ na 
nie czekają... Uniosła głowę i popatrzyła wstronę drogi i nagle 
zobaczyła coś nowego. Zaraz za kłębiącym się tłumem pojawił 
się jeszcze jeden widz. Na potęŜnej czarnej klaczy siedział 
ciemno ubrany męŜczyzna. Szatan osobiście przybył po mnie - 
pomyślała. PodróŜny nie wyglądał na szatana. Gdy podjechał 
bliŜej torując sobie drogę przez zbitą ciŜbę dostrzegła Ŝe jest 
bardzo szczupły, wręcz wychudły ma krótko ścięte 
ciemnobrązowe włosy oraz jasne płonące oczy. Ubiór jego był 
nieskazitelnie czysty, choć trochę pognieciony. Oczy ich 
spotkały się na chwilę i wówczas poczuła fizycznie 
promieniującą z nich dobroć. Zsiadł z gracją z konia. Obaj 
kapłani przerwali uzupełniany wzajemnie plasyczny opis mąk 
piekielnych i w zdumieniu wpatrzyli się w przybysza. -
Wybaczcie bracia, ze przerywam wam tak uczoną dysputę - 
powiedział miękkim łagodnym smutnym głosem. - Jak równieŜ 
to Ŝe uniemoŜliwiam wam spalenie tego dziewczęcia. Wasz 
smutek głęboko rani moje serce, lecz dowiedziawszy się o 

background image

waszym problemie przybyłem tu prosto z Lublina i jak widzę 
miałem pecha dotrzeć na czas. -Kim jesteś wędrowcze? - 
zapytał kapelan. - Mowa twoja jest gladka i przymilna, ale 
przecieŜ narzucasz nam swoją wolę w kwestii która... -
Wybaczcie czcigodni bracia powinienem przedstawić się na 
początku. Jestem Pablo de Torralba, inkwizytor, jestem 
członkiem świętego Oficjum obecnie w podróŜy naukowej na 
wschód w celu badania stopnia zszatanienia i szerzących się 
wśród mieszkańców tych stron herezji. Przejmuję tą sprawę w 
swoje ręce. Kapelan skrzywił się. -W razie oporu mogę rzucić 
klątwę i obłoŜyć ekskomuniką całą parafię - zagroził przybysz. 
Obaj księŜa opuścili pochodnie. -Właściwie to sprawa jest jasna 
- powiedział kapelan. - To czarownica. Wystarczy popatrzeć. 
Ma rude włosy i zrośnięte brwi. -A próbowaliście ją zwaŜyć? -Po 
co? -Nie wiecie? Czarownice są znacznie lŜejsze niŜ zwykła 
kobiety. -Mamy dowody, świadkowie zeznali. -Będzie z mojej 
strony aktem pokory przesłuchać ich jeszcze raz. Piotr poczuł 
nagle nieokreślony lęk przed tym człowiekiem. Podszedł bliŜej -
Jestem Piotr Uchański właściciel tego zamku - powiedział. - 
Zechciej czcigodny gościu postąpić w moje progi. Twoim 
Ŝyczeniom stanie się zadość. Ile czasu zajmie ci panie 
rozpatrzenie tej sprawy? -Jeden dzień. -Wobec tego pozwolisz 
Ŝe nie będziemy rozbierać stosu. MoŜe być jeszcze potrzebny... 
jutro. -TakieŜ i moje zdanie. Feudał stanął przed ludźmi i 
gromkim głosem zaczął im klarować, Ŝe dla lepszego zbadania 
sprawy egzekucję odkłada na dzień następny. Tymczasem 
przybysz wdrapał się na rusztowanie stosu i srebrnym 
sztyletem przeciął więzy dziewczyny. Dopiero gdy jej bose 
stopy dotknęły z powrotem zimnej wilgotnej ziemi uwierzyła Ŝe 
to dzieje się naprawdę. Dłoń inkwizytora nadal spoczywała na 
jej ramieniu. Płynęło z niej ciepło i poczucie bezpieczeństwa. 
Orszak zawrócił do zamku. W tłumie który pozostał za jej 
plecami rozległy się westchnienia rozczarowania. A potem tłum 
ruszył za nimi. Wiedziony ciekawością odprowadził ich aŜ do 
bramy zamku. Dalej go nie wpuszczono. -Masz jakieś Ŝyczenia 
inkwizytorze? - zapytał Piotr gdy znaleźli się na dziedzińcu. -
Owies siano i woda dla mojej klaczy. Chciałbym teŜ umyć się 
po podróŜy. Dziewczynę teŜ umyjcie i ubierzcie w coś 

background image

świeŜego. Nos moŜe odpaść. Czy nie wiecie Ŝe wiedźmę na 
stos naleŜy ubrać w nieuŜywaną białą koszulę? -Wybacz 
inkwizytorze, nie wiedzieliśmy. Czy zrobisz nam ten zaszczyt i 
zjesz z nami obiad? -To ja poczytam sobie za zaszczyt mogąc 
posilać się z wami, ale chcę nadmienić, Ŝe spoŜywam wyłącznie 
chleb i wodę. -Stanie się wedle twojego Ŝyczenia. Kiedy 
zaczniesz przesłuchania? -Zaraz po posiłku. * * * Monika 
siedziała w bali pozwalając aby ciepła woda wtargnęła we 
wszystkie zakamarki jej ciała. Szare plamy brudu znikały jak 
zły sen. Jeszcze jedna wiązka mydelnicy, włosy...Wycierała się 
powoli płóciennym ręcznikiem. Był szorstki, przyjemnie było 
czuć jego fakturę. Ubierała się powoli. Przyniesiono jej suknie. 
Związała rzemieniem włosy z tyłu. Wprawdzie lubiła chodzić z 
rozpuszczonymi, ale nie chciała robić złego wraŜenia na 
inkwizytorze. Jak on się nazywał? Ach tak Pablo de Torralba. 
Zapewne Hiszpan. Piękny męŜczyzna. Przystojny, kulturalny, 
widać, Ŝe posiada znaczną wiedzę. Nagle jakby się obudziła. 
Znowu się zamyśliła a przecieŜ jutro ten człowiek podpali jej 
stos. Zbladła i zaczęła drŜeć. Wyszła z łaźni przed drzwiami 
stali dwaj woje, a za nimi oparty o ścianę stał on. Czekał na 
swoją kolej. Cierpliwie. Sługa całego świata. Uśmiechnął się do 
niej smutno. Zobaczyła w jego oczach ból i Ŝyczliwość. Woje 
poprowadzili ją schodami do góry a on wszedł do łaźni. 
Gdybym umiała mogłabym zatruć wodę - pomyślała. - 
Zanurzyłby się w niej i umarł. Zamknęli za nią drzwi celi. 
Siadła na brzegu stołka. Nie pozostawała długo sama. Do celi 
wszedł kuchcik. W ręku trzymał glinianą misę. Misa wypełniona 
była kaszą ze skwarkami i kilkoma kawałkami mięsa. -To dla 
mnie? -zdziwiła się. -Inkwizytor kazał - wyjaśnił kuchcik. Jadła 
wolno niewielkimi kęsami. Przez te kilka tygodni uwięzienia 
zdąŜyła zapomnieć, o tym, Ŝe jedzenie moŜe być 
przyjemnością. O tym, Ŝe moŜe mieć smak i zapach. W kaszy 
pływały skwarki. Im bliŜej dna tym było ich więcej. Kucharz był 
zawsze przyjacielem jej ojca. Skończywszy jeść podeszła do 
okna celi i wyjrzała. Zobaczyła kawałek błotnistego dziedzińca. 
Zamkowy kowal podkuwał wielkiego czarnego konia. Podkowa 
przyłoŜona do kopyta lśniła jak wypolerowane zwierciadło. -
Srebro? - zdziwiła się. Z drzwi po lewej stronie dziedzińca 

background image

wyszedł kapelan. Przeszedł przez podwórze dźwigając znajomą 
jej skrzynkę. Z innych drzwi wyszedł inkwizytor. Zapatrzyła się 
na niego. Przeciągnął dłonią po lśniących wilgocią włosach. 
Musiał poczuć jej wzrok bo uniósł głowę do góry i pomachał jej 
przyjaźnie ręką. Odwzajemniła się słabym uśmiechem. Poszedł 
dalej popatrzył na dzieło kowala, który właśnie wbijał ostatni 
hufnal. Zapytał o coś. Rozmawiali przez chwilę. Pogładził klacz 
po nosie. ZarŜała. Poklepał ją po boku i zniknął w drzwiach 
domu. Zaraz potem przez podwórze przedefilowali słudzy i 
pachołkowi niosący antałki wina i jedzenie. Wszystko to znikało 
w drzwiach. Obiad. Ludzie zajmowali się swoimi obowiązkami i 
tylko ona stała na uboczu. Odsunięta. Skazana. Ale zobaczy 
jeszcze wschód słońca. Myślała, Ŝe ten dziś rano będzie 
ostatnim w jej Ŝyciu. * * * Inkwizytor Pablo de Torralba 
siedział przy stole i wolno z namysłem przeŜuwał kawałek 
suchego chleba. Popijał go Źródlaną wodą z cynowego dzbana. 
Milczał. Zgromadzeni przy stole rycerze i obaj kapłani usiłowali 
go początkowo zabawiać rozmową, ale szybko zrezygnowali. 
Gość najwyraźniej błądził myślami gdzieś daleko. Myśli gościa 
wędrowały do ojczyzny. Nie widział jej juŜ pięć lat. Pięć lat 
zajęła mu ta bezsensowna podróŜ. Zebrał relacje o czarach, 
zanotował kilka małych przypadków schizmy. Spalił dwu 
heretyków i jedną czarownicę. Wracał juŜ do siebie gdy 
usłyszał o tym przypadku. Wyruszył zamiast w drogę do 
słonecznej Hiszpanii do tego zamku ukrytego wśród wzgórz i 
lasów. PodróŜ przeciągnie się o co najmniej dwa tygodnie. 
Przybędzie do ojczyzny dopiero na wiosnę. Odpocznie kilka dni 
a potem znowu zacznie się praca. Zresztą właściwie wcale nie 
będzie odpoczywał. Zda relację z podróŜy i poprosi święte 
Oficjum o skierowanie do któregoś z trybunałów. Zbudują wiele 
pięknych stosów. Zapłoną święte ognie. Wielu pogan nawróci 
się na ten widok. Uratują wiele dusz. Ale wiele im się niestety 
wymknie. Zbyt wiele. Łzy stanęły mu w oczach. Poczuł 
straszliwą nienawiść do szatana. Przypomniał sobie jakie 
zmęczenie ogarniało go po kaŜdym auto da' fe. Stosy płonęły 
dzień w dzień a machina sądowa wykrywała coraz to nowe i 
nowe przypadki. śydzi i Machometanie ciągle działali, toczyli 
jak choroba zdrowe katolickie społeczeństwo. Trzeba było coś 

background image

zrobić z tym koszmarem. A on zmarnował pięć lat Ŝycia na 
ściganie przypadków herezji w tym dalekim niegościnnych 
dzikim kraju. Tylko po to Ŝeby jego przełoŜeni mogli określić 
stopień zagroŜenia w tej części świata. Nigdy tu nie sięgniemy 
- pomyślał.- Zabraknie nam siły. A miejscowi tolerują pogan 
obok siebie. A potem przypomniał sobie o potędze Boga i 
poczuł ulgę. Bóg nie dopuści by jego sprawy były zaniedbane. 
On daje miejscowym grzesznikom czas na opamiętanie się a 
potem uderzy ze straszną siłą. Tak jak starotestamentowy 
Jahwe - Elohim. Koniec świata zbliŜał się. Wszyscy powinni 
zostać do tego czasu zbawieni. * * * Sala rycerska nie była 
specjalnie duŜa. Ale mieściła się na przeciwko sali tortur co 
mogło być przydatne. Ustawiono tu stół za którym zasiedli obaj 
księŜa i pan zamku. Obok przy pulpicie stanął pisarz 
sprowadzony z zamku w Wojsławicach. Pod ścianą mieściła się 
świeŜo skonstruowana waga. Inkwizytor stał na parapecie 
wysokiego ostrołukoego okna i spoglądał w dal. Przepaść u 
jego stóp nie robiła na nim wraŜenia. -Byłby znakomitym 
Ŝołnierzem - szepnął pisarz do pana Piotra. - Nie ma w nim 
lęku. -On jest Ŝołnierzem - odpowiedział Uchański. - Jest 
Ŝołnierzem swojej sprawy. Wprowadzono Monikę. Inkwizytor 
zeskoczył z parapetu. Dziewczyna stanęła pośrodku komnaty i 
rozejrzała się spłoszona. Pablo uśmiechnął się do niej 
uspokajająco. -Istnieje kilka metod zbadania czy kobieta jest 
czarownicą - powiedział. - KaŜda metoda działa tylko w 
określonym przypadku i wystarczy aby dwie z pięciu prób 
wypadły na jej niekorzyść aby móc uznać ją za podejrzaną. Zza 
stołu wydobył swoje krzesło i postawił je na środku 
pomieszczenia. Następnie zmusił ją aby na nim usiadła. -
Pierwszą podejrzaną cechą są rude włosy. Jak widzicie jej 
włosy mają lekko rudawy odcień, nie są jednak zupełnie rude. 
Drugą cechą są zielone oczy. W naszym przypadku ten 
wyznacznik nie ma Ŝadnego zastosowania, bowiem jej oczy 
mają przyjemny brązowy kolor. Trzecią cechą są zrośnięte 
brwi. W porównaniu z kilkoma przypadkami z jakimi zetknąłem 
się na śląsku tych kilka włosków między jej brwiami jest dla 
sprawy bez znaczenia. Monika siedziała zasłuchana w jego miły 
spokojny głos. Patrzenie w jego miłą i szczerą twarz sprawiało 

background image

jej przyjemność. Gdybyśmy spotkali się w innych 
okolicznościach zapewne mogłabym go pokochać - pomyślała, 
ale zaraz przypomniała sobie gdzie jest i co tu się dzieje. -
Drugą cechą mogącą wskazywać na zajmowanie się czarami 
jest nienaturalna waga ciała. Czarownice są z reguły znacznie 
lŜejsze niŜ inni ludzie. Ja jestem od niej sądząc na oko lŜejszy. 
Jeśli waga zrównowaŜy się lub ja ją przewaŜę będzie to 
znaczyło Ŝe jej waga jest zbyt mała. Gestem poprosił ją na 
wagę. Stanęła na jednej szali podczas gdy on stanął na drugiej.
-Usunąć podpórki - rozkazał. Pisarz porzucił pergamin i pióro i 
wyjął dwie podpórki. Waga przez chwilę była nieruchoma po 
czym dziewczyna opadła wyraźnie w dół. Pablo zeskoczył na 
ziemię i pomógł jej zejść z drugiej szali. Następnie ponownie 
posadził ją na swoim krześle a sam podszedł do okna i 
popatrzył przez nie. Gdy się odwrócił był lekko pobladły na 
twarzy. -Tak więc waŜenie wykazało, Ŝe jej waga nie odbiega 
od normy. Pozostały nam jeszcze dwie próby. Podniósł ze stołu 
swoją Biblię. -To Pismo święte pobłogosławił osobiście papieŜ - 
powiedział. - Podejdź i połóŜ na nim rękę. Wykonała to co 
kazał. Popatrzył jej w oczy i uśmiechnął się. -Istnieje 
rozpowszechniony pogląd Ŝe czarownica umrze natychmiast 
gdy dotknie przedmiotu pobłogosławionego przez papieŜa - 
powiedział. Znowu odesłał ją gestem na krzesło. Wyjął z 
pochwy przy pasie swój sztylet.-Srebro jest cudownym 
metalem. Leczy rany, chroni przed szatanem i urokami. Gdy 
przyłoŜymy czarownicy kawałek srebra do ciała wystąpi po 
chwili czerwone znamię. PrzyłoŜył jej sztylet do policzka i po 
chwili oderwał. Czekali w skupieniu przez kilka minut. Skóra 
nie zmieniła koloru. -Uwalniam ją z części podejrzeń - 
oświadczył. -Wezwać świadków? - zapytał proboszcz. - Czekają 
za drzwiami aby złoŜyć zeznania. -Wezwijcie. Wprowadzono 
pierwszego pachołka. Twarz inkwizytora dotąd dobrotliwie 
uśmiechnięta stęŜała. Odmalowała się na niej surowość. Wziął 
ze stołu kartę pergaminu. -Waśko syn Jana - odczytał.- 
Zeznałeś poprzednio, Ŝe widziałeś jak obecna tu córka pisarza 
zamkowego panna Monika latała nago na miotle. -No tak - głos 
pachołka pod badawczym spojrzeniem inkwizytora łamał się. -
Czy powtórzysz swoje zeznanie trzymając rękę połoŜoną na 

background image

znak przysięgi na Piśmie świętym i zbawieniem własnej duszy 
zagwarantujesz prawdziwość swoich słów? Pachołek przełknął 
ślinę. -Było ciemno. MoŜe to nie była ona. -Co widziałeś? PołóŜ 
rękę na Bibli! -Chyba mi się przywidziało. Było ciemno... -
Zostanie ukarany chłostą za składanie fałszywych zeznań i 
kłamstwo przed poprzednim sądem - zawyrokował Inkwizytor. 
- Tak się stanie - powiedział Piotr wbijając w pachołka 
spojrzenie bazyliszka. - A potem zostanie usunięty ze słuŜby. 
Na moim zamku nie ma miejsca dla kłamców. - To zbyteczne - 
powiedział Inkwizytor. - Teraz gdy wie jak srogo karane jest 
kłamstwo będzie go unikał i w ciągu paru lat stanie się twoim 
najlepszym giermkiem. - Czy chłosta ma nastąpić od razu? - 
Jutro przed południem. Jeśli oczyścimy dziewczynę z zarzutów 
trzeba będzie dać ludziom inne widowisko. Chyba trzeba będzie 
zaprzysięŜyć wszystkich waszych świadków. Tak na wszelki 
wypadek. Jesteś wolny - machnął ręką na pachołka a potem 
podszedł do okna i oparł cięŜko o parapet. - Wezwać kolejnego 
świadka? - zapytał zamkowy kapelan. - Zaczekajmy kilka 
chwil. Muszę sobie coś ułoŜyć w myślach. Wzrok jego wędrował 
po pagórkach i dolinach. Nad zamkiem przeleciał klucz Ŝurawi. 
W Hiszpanii ich nie będzie... Wreszcie oderwał się od okna. -
Prosić następnego. -Zygfryd Niemiec - odczytał z listy Piotr. 
Pisarz wyszedł aby go zawołać a po chwili wrócił. Był 
zdziwiony. -Panie, za drzwiami pozostał tylko jeden świadek. 
Reszta gdzieś sobie poszła. Inkwizytor przywołał na twarz 
uśmiech. -Tak myślałem - powiedział. -Wyjaśnij nam to panie - 
zaŜądał proboszcz. -Popełniliście błąd. Trzeba było Ŝądać od 
kaŜdego przysięgi na krzyŜ przed przesłuchaniem. Nie mieliby 
aŜ tyle do powiedzenia. No cóŜ. Proście tego jednego. Bo i on 
sobie pójdzie. Wszedł jeden z zamkowych rycerzy. Nie miał na 
sobie kolczugi, na skórzany kubrak załoŜył jedynie swój 
rycerski pas. Z mieczem. -Jak się nazywasz panie? -Jestem Jan 
Topór. -Proszę połoŜyć dłoń na Biblii i złoŜyć przysięgę. Rycerz 
podszedł i połoŜywszy rękę na księdze powiedział. -Przysięgam 
mówić prawdę. Jeślibym skłamał niech zostanę strącony do 
piekieł i na miejsce Kaina powołany. Brwi inkwizytora uniosły 
się do góry. -Wobec tego słuchamy panie co masz nam do 
zakomunikowania. -Obecna tu Monika rzuciła n mnie urok. Od 

background image

tamtej pory jestem chory, utraciłem swoją siłę a strzały z 
mojej kuszy chybiają celu. -Jak się objawia ta choroba? -Czuję 
bóle w brzuchu, mam w ustach gorzki smak i ciągłe pragnienie. 
-Wyciągnij przed siebie ręce. Rycerz wyciągnął. Dłonie drŜały 
mu wyraźnie. -Zdejmij kaftan. Zdjął. Inkwizytor podszedł i 
przesunął mu dłonią po obrzmiałym bandziochu. -W tym 
miejscu boli najbardziej? -Tak. -Chorobę twoją sprowadziły na 
ciebie nie czary ale nadmiar trunków. Pamiętaj Ŝe ci którzy 
tarzają się w nieprzytomności pod stołami nie są mili naszemu 
Panu. -Mam dowód Ŝe rzucono na mnie urok! -OkaŜ go więc. 
Rycerz wydobył z sakwy przy pasie kawałek deski na którym 
krwią namalowano magiczny symbol. SkrzyŜowanie litery V i 
złamanej strzały. -Tą deskę oderwałem od drzwi mojej 
komnaty. To znak szatana. Inkwizytor pokiwał smutno głową. -
To rzeczywiście magiczny znak mający sprowadzić nieszczęście 
na mieszkańca domu nim oznaczonego. Dlaczego jednak 
sądzisz Ŝe namalowała go ta dziewczyna? Rycerz milczał. 
Inkwizytor patrzył mu przez chwilę w oczy. -Nastawałeś ma jej 
cześć - powiedział. -Nie... -Składałeś przysięgę. Musisz mówić 
prawdę. -Wobec tego będę milczał. -Jako inkwizytor wydaję na 
tego człowieka wyrok infamii i pozbawienia praw do 
wykonywania rzemiosła rycerskiego za próbę zbrukania czci 
nieletniej. -Podtrzymuję wyrok w mocy - powiedział Piotr. 
Rycerz jęknął i padł na kolana. -Wstań i wyjdź - powiedział 
Pablo. - Splamiłeś swoimi Ŝądzami stan rycerski. Groziłeś jej 
śmiercią. -Skąd wiesz? - zapytał kapelan. - Nie spowiadał się z 
tego. -Ściany tego zamku mogą dać świadectwo. Tak było? -
Tak. Groziłem jej śmiercią w razie jeśli komuś powie. -Uznaję 
cię dodatkowo winnym spowiedzi świętokradczej i obciąŜam 
klątwą i ekskomuniką na lat trzy. Po tym czasie moŜesz 
dopiero odbyć spowiedź. A teraz wyjdź. Rycerz wyszedł. -
Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał Pablo dziewczynę. -Bałam się 
go. Chciałam sprowadzić na niego śmierć aby dał mi spokój. 
Groził, Ŝe zabije mnie i mojego ojca... -Jest winna czarów, ale 
na razie nie ma jeszcze podstaw aby uznać ją za czarownicę - 
zwrócił się do pozostałych. - Czy dysponujecie jeszcze jakimiś 
dowodami? Twarze pozostałej trójki wykrzywiły złośliwe 
uśmiechy. -Są dowody - powiedział kapelan.- Cała skrzynka. 

background image

Postawił rzeczoną drewnianą skrzynkę na stole i wydobył z 
kieszeni kawałek pergaminu. -Znaleźliśmy podczas 
przeszukania jej komnaty co następuje: WstąŜek do włosów 
sztuk osiemdziesiąt jeden. -Ile? - zdumiał się inkwizytor. -
Osiemdziesiąt jeden. Kasztanów sztuk sześćset sześćdziesiąt 
sześć. To liczba bestii. Ponadto woreczek ziemi z cmentarza - 
potrząsnął nieduŜym woreczkiem.- RóŜnych dziewczęcych 
fatałaszków nie będę nawet wspominał. Ponadto sześćdziesiąt 
groszy srebrnych i dwa złote dukaty, które skonfiskowaliśmy. -
Na jakiej podstawie? -E...tego, na wszelki wypadek. -Do 
konfiskat mienia osób oskarŜonych o czary uprawniona jest 
jedynie święta Inkwizycja, która moŜe z nich później wypłacić 
nagrody dla osób które przyczyniły się do ujęcia czarownicy. -
Nie jesteśmy w Hiszpanii Inkwizytorze. -Bulla papieska zezwala 
nam ścigać czarowników i heretyków na terenie całego świata 
podległego władzy kościoła rzymskiego. -Ponadto znaleźliśmy 
kilka kart pergaminu pokrytych rysunkami a pismo przecieŜ 
mówi, Ŝe kobieta nie będzie zajmować się sztukami 
wyzwolonymi... -Jakie pismo? -Pismo święte. -Zechciej mi 
wobec tego bracie przytoczyć stosowny ustęp gdyŜ 
najwyraźniej zawiodła mnie pamięć. Proboszcz zamilkł 
skonfudowany. Inkwizytor znowu zaczął przechadzać się po 
pomieszczeniu. -Dlaczego kasztanów było właśnie 666? - 
zapytał niespodziewanie dziewczynę. Monika która właśnie 
oddawała się marzeniom o wspólnym Ŝyciu i podróŜach jej i 
Inkwizytora ocknęła się. -Pewnie przez przypadek - wyjaśniła.- 
Zbierałam je co roku i widocznie... -A ziemia? -Ziemia jest z 
cmentarza. Podobno przynosi szczęście... -Raczej nie. Pablo de 
Torralba przysiadł cięŜko na stole i otworzywszy jedną z 
leŜących na nim ksiąŜek czytał ją przez chwilę. Gdy znowu się 
odezwał w głosie jego słychać było wyraźnie zmęczenie. -
Katalog magii brata Rudolfa podaje Ŝe ziemi z cmentarza 
uŜywają kobiety aby przywiązać do siebie męŜa lub 
ukochanego. Tak było? -Nikt jeszcze nie składał mojemu ojcu 
takich propozycji. -Kobieta często sama szuka dla siebie 
męŜczyzny. A upatrzywszy jakiegoś gestami zachęca go do 
poufałości. Jesteś jeszcze virgo intakta? -Jestem dziewicą - 
potwierdziła. -Jeśli nie macie innych dowodów to uwolnię ją z 

background image

zarzutu głównego i uznam jedynie winną czarów w obronie 
własnej i bałwochwalstwa, obu czynów popełnionych z 
nieświadomości. -Nie! - wrzasnęły zgodnie trzy gardła a trzy 
pięści wylądowały z hukiem na stole.Na Inkwizytorze nie 
zrobiło to wraŜenia. -Wybaczam wam wasze niestosowne 
zachowanie i słucham co macie do powiedzenia. Kapelan 
zamkowy uśmiechnął się jadowicie i połoŜył nastole kilka kart 
pergaminu. Inkwizytor wziął je w rękę i zaczął przeglądać z 
zaciekawieniem. Na kartach węglem wykonano szkice. 
Pierwszy przedstawiał zamek w Uchaniach widziany jakby 
trochę z góry. -Tylko lecąc na miotle mogła zobaczyć zamek w 
ten sposób - powiedział Piotr mściwie. Drugi szkic przedstawiał 
zamkowego kapelana jak półprzytomny z przepicia przewraca 
dzban z winem. Na trzecim krąg kobiet bił pokłon wielkiemu 
czarnemu psu. Na czwartym czarownica na miotle leciała 
ponad kościołem. Na piątym widniała postać nagiej 
dziewczyny. Inkwizytor obejrzał wszystkie dwadzieścia. Pochylił 
smutno głowę. -To ty rysowałaś? - zapytał cichym zgaszonym 
głosem. -Tak. -Dlaczego to zrobiłaś? -Nie wiem. Rysowałam 
rysunki do opowieści które słyszałam w wiosce. -ObnaŜ 
ramiona. Uczyniła co kazał a silny rumieniec okrasił jej twarz. 
Przyglądał się jej dłuŜszą chwilę. -Skąd masz to znamię - 
zapytał dotykając jej ręki powyŜej łokcia. -Rozdrapałam 
krostkę. -Powtórzysz to pod przysięgą? -Tak. -Kłamie! - 
wrzasnął pan zamku.- To ślad pocałunku diabła. Zaprzedała mu 
się. Inkwizytor uciszył go jednym gestem. -Ubierz się - polecił. 
- Co wiecie o opętaniu? - zapytał. -Niewiele - przyznał 
niechętnie proboszcz. - Wiemy Ŝe szatan moŜe wejść w 
człowieka i tam pozostawać. Czasem daje się egzorcyzmować, 
ale nie zawsze skutecznie. Inkwizytor uśmiechnął się smutno. -
Czasami diabeł moŜe wejść w człowieka bez jego wiedzy i 
zgody. Siedzi wówczas w środku i popycha go do szaleńczych 
czynów. Mieliśmy takie przypadki w Hiszpanii i tym razem teŜ 
tak jest. Nie ma w tym winy ze strony tej dziewczyny. -Więc co 
mamy robić? - zapytał Uchański. -Zabrnęła w to zbyt daleko. 
Jedynym wyjściem jest stos - powiedział Inkwizytor. Monika 
krzyknęła z przeraŜeniem. Była juŜ prawie pewna, Ŝe śmierci 
uda się jej uniknąć. -Słusznie - powiedział kapelan mściwie. - 

background image

Niech spłonie. Inkwizytor popatrzył na niego zimnym twardym 
wzrokiem. -Dlaczego słusznie? CzyŜbyś się cieszył bracie, z 
tego Ŝe jej młode Ŝycie zostanie jutro przerwane? -Dlaczego 
nie? PrzecieŜ to czarownica! -Nie z jej winy. Stos jest dla niej 
jedynym ratunkiem. -Drwisz z nas? - zdumiał się proboszcz. - 
Stos jest karą! -Wybaczcie bracia, ale wasz pogląd jest 
całkowicie mylny. Dostrzegłem to juŜ rankiem gdy słuchałem 
waszych słów. Wydaje wam się Ŝe czarownice i heretyków... -U 
nas nie pali się heretyków. -Słusznie. UwaŜacie ze czarownice 
pali się na stosie aby zadać im cierpienia. Tak teŜ jest istotnie. 
Ale co dzieje się z dusza czarownicy później? -Oczywiście idzie 
do piekła! -Mylicie się bracia. W pierwszych wiekach istnienia 
chrześcijaństwa stosowano niezwykle rzadko drugi rodzaj 
chrztu. Chrzest przez ogień. Stosowano go gdy poganin 
pragnący wstąpić do gminy chrześcijańskiej umarł przed 
otrzymaniem chrztu. Palono wówczas jego ciało aby je oczyścić 
z grzechów mocą ognia który będąc symbolem Ducha świętego 
ma największą moc oczyszczającą. Jeśli my inkwizytorzy 
palimy kogoś na stosie dokonujemy całkowitego oczyszczenia 
jego duszy. Jeśli byłby to poganin wystarczyłby chrzest z wody, 
jednak większość czarownic i heretyków była juŜ raz 
chrzczona. Wówczas pozostaje nam ta moŜliwość jako smutna 
ostateczność. Zamilkli. Inkwizytor skłonił głowę i wyszedł. * * 
* Monika siedziała łkając w swojej celi. Rozległo się pukanie i 
do wnętrza wszedł Pablo de Torralba. Inkwizytor. -Nie smuć się 
- powiedział. -Wyjdźcie panie. Nie mam ochoty was oglądać. -
Jestem twoim przyjacielem. Przyszedłem dodać ci otuchy przed 
jutrzejszym dniem. -Nie jesteś moim przyjacielem. -Jestem. 
Przyjąłem za ciebie najwyŜszą odpowiedzialność. Jutro 
osobiście przeprowadzę cię przez bramę do nieba. -Słyszałam 
co mówiliście. Ile grzechów ściągnęliście na siebie podpalając 
stosy? Ile cierpień... -Nikt kto jest niewinny nie zginął z mojej 
ręki. Bóg mnie powołał abym stał się Inkwizytorem. Cierpię za 
kaŜdym razem gdy stwierdzę czyjąś winę. Cierpię za kaŜdym 
razem gdy podpalam stos. Cierpienie częściowo zmazuje moje 
grzechy. Ale oczywiście nie do końca. Gdy Bóg da mi znak 
skończę swoją pracę dla Niego z ulgą. -Czy musisz mnie zabić? 
-Czy wolisz jutro wieczorem wieczerzać w raju, czy błąkać się 

background image

po ziemi brukając się w coraz większym grzechu z diabłem w 
duszy aŜ do śmierci która nie zmyje z ciebie nawet dziesiątej 
części łuta twoich win? -Co sprawia ze człowiek taki jak wy 
panie staje się tak bezlitosny? -Nie jestem bezlitosny. Ja takŜe 
cierpię gdy muszę zadawać cierpienia innym. Choć są wśród 
nas tacy którzy to lubią, którym sprawia przyjemność 
zadawanie innym cierpień to jednak są to jedynie nieliczne 
jednostki, które staramy się usuwać z naszych szeregów. Ja się 
do nich nie zaliczam. -Czy nie ma moŜliwości abym uniknęła 
mojego przeznaczenia? -Skazaniec heretyk moŜe uniknąć stosu 
jeśli podczas auto da' fe wyrzeknie się swojej herezji a potem 
odbędzie pokutę. W przypadku czarowników i czarownic 
zadajemy pytanie Bogu i czekamy na znak. Jeśli nadejdzie 
odstępujemy. -Jak często tak się dzieje? -Jak do tej pory 
słyszałem o jednym przypadku. -Czy nie mógłbyś zabić mnie 
najpierw a potem spalić mego ciała? -Zbyt duŜe jest ryzyko Ŝe 
szatan pochwyci w międzyczasie twoją duszę. -A poganie o 
których mówiłeś? -Nikt nie wrócił z tamtego świata aby 
powiedzieć czy zostali przyjęci w niebie. -To i ze mną nie ma 
pewności. -Ufasz mi? -Nie bardzo. -Boisz się cierpienia. To 
naturalne. Nie przejmuj się, będę cały czas przy tobie. Jeśli 
chcesz się teraz wyspowiadać, choć właściwie nie musisz bo 
jutrzejszy stos zmyje wszystkie twoje grzechy, to jestem gotów
udzielić ci rozgrzeszenia. -Moim największym grzechem jest to 
ze pokochałam cię panie gdy tylko cię zobaczyłam. Na twarzy 
Inkwizytora odmalowało się zdziwienie. * * * Tłum czekał. A 
nawet zgęstniał. W powietrzu unosił się fetor obozowiska. Na 
obrzeŜach gotowano strawę. Stos trochę się skurczył, 
rozkradziono część opału. Ale ciągle był wystarczająco wysoki. 
Od strony zamku nadszedł orszak. Monika w białej sukni 
wyglądała znacznie lepiej niŜ dnia poprzedniego. Starannie 
wyczesane włosy miała związane z tyłu. Koło niej kroczył chudy 
wysoki człowiek w czerni. Inkwizytor. Ludzie wpatrywali się w 
niego z szacunkiem. Opowiadano o nim od wczoraj 
zdumiewające rzeczy. Jego dłonie miały przynosić ukojenie 
bólu, jego spojrzenie kaŜdego zmuszało do uległości a jego 
klątwa mogła zabić. Pierwsza część widowiska była ciekawa. 
Wychłostano publicznie jednego z zamkowych pachołków za 

background image

kłamstwo w obecności Inkwizytora. szacunek ludzi pogłębił się. 
Ale teraz nadeszła uroczysta chwila. Dwaj kapłani zapalili 
pochodnie. Pablo połoŜył rękę na ramieniu dziewczyny. 
Następnie po polsku aby lepiej zrozumieli go nie znający łaciny 
chłopi zapytał głośno. -BoŜe, jeśli popełniamy błąd daj nam 
znak swojej woli. Minęła dłuŜsza chwila. Ludzie milczeli nawet 
wiatr ucichł. -Bóg mnie nienawidzi - szepnęła Monika. -Nie 
myśl tak. Bóg cię kocha - powiedział. Zemdlała. Usta posiniały 
jej. -A więc taki jest twój znak Panie? - zdziwił się Pablo. - Ja 
niegodny twój sługa mam dostąpić tej łaski? Odwrócił się w 
stronę tłumu. -Pamiętajcie Ŝe czyny popełnione w imię miłości 
rozsądzone będą nie ludzką miarą. Podpalajcie stos - polecił 
kapłanom. -Ale... - kapelan wskazał gestem leŜącą dziewczynę. 
-Podpalajcie. Wszystko będzie dobrze. Podpalili z dwu stron. 
Płomienie objęły podstawę stosu. Inkwizytor pochylił się, 
podniósł zemdloną dziewczynę i po przystawionej drabinie 
wdrapał się na rusztowanie. Stanął koło słupa trzymając ją w 
objęciach. -Bóg dał znak. Pozbawił ją przytomności aby 
oszczędzić jej cierpień a mnie wezwał mnie do siebie razem z 
nią - powiedział, ale huk płomieni zagłuszył jego słowa. Powiał 
wiatr ludzie zgromadzeni wokoło stosu spostrzegli Ŝe pochylił 
się i pocałował dziewczynę w czoło a zaraz potem stos zapadł 
się do środka. W ostatniej chwili dostrzeŜono jeszcze Ŝe 
uśmiecha się do otaczającego stos tłumu i błogosławi mu 
podniesioną ręką. A w jego oczach płoną ogniki szczęścia. A 
moŜe to odbijały się płomienie?