background image

Jayne Ann Krentz

Dar ognia

1

background image

Rozdział pierwszy

T

o naprawdę bardzo głupi pomysł - oświadczyła Verity Ames. - Kiedy rozdawano 

zdrowy   rozsądek,   dobry   Bóg   najwyraźniej   o   was   dwóch   zapomniał.   A   może   po   prostu 

pominął wszystkich facetów.

Spojrzała ze złością na mężczyzn siedzących po przeciwnej stronie stołu. Jeden z nich 

był jej kochankiem, drugi ojcem. Kochała obu, ale w tej chwili udusiłaby ich bez chwili 

wahania.   Jak   mogło   jej   zależeć   na   takich   zakutych   łbach?   To   chyba   świadectwo   braku 

charakteru.

- Uspokój się, Rudzielec. Już ci mówiłem, że w ogóle nie masz się czym przejmować. 

To będzie po prostu bułka z masłem.

W gęstwinie siwiejącej rudej brody ojca zalśniły bielą zęby. Błękitne oczy skrzyły się 

humorem. Emerson Ames - pisarz na pół, a poszukiwacz przygód na całym etacie - potężnie 

zbudowany mężczyzna miał nienasycony apetyt na życie na jego najbardziej niebezpiecznych 

ścieżkach.   Verity   odziedziczyła   po   ojcu   płomiennorude   włosy   i   niezwykłą   barwę   oczu. 

Wychowywał   ją   samotnie   po   śmierci   żony.   Postarał   się,   aby   jedyne   dziecko   otrzymało 

gruntowne, choć może trochę nietypowe wykształcenie. Dopilnował, aby umiała zadbać o 

siebie. Nie udało mu się jej jedynie zaszczepić własnego nieugaszonego pragnienia docierania 

do najdzikszych zakątków świata. Verity bardzo ceniła sobie ciepło domowego ogniska.

- Nie próbuj mnie  uspokoić, tato. Wysłuchałam  waszego planu i uważam,  że jest 

bardzo ryzykowny.  Samuel  Lehigh  sam wpakował się  w kłopoty.  Pozwól mu  się  z nich 

wykaraskać. Nie ma potrzeby, żebyście wy się w to mieszali.

- Lehigh tym razem wpadł na całego. Potrzebuje pomocy. Kogoś, komu może zaufać - 

odparł Jonas. Wyciągnął rękę i ujął z wdziękiem stojący przed nim kieliszek wódki. Jonas 

Quarrel miał mnóstwo męskiego uroku, który był wynikiem jego spokojnej, wewnętrznej siły. 

Verity uważała, że taką siłę mógłby posiadać szlachcic z epoki renesansu - cywilizowaną 

dzikość.

Chociaż   Jonas   miał   wdzięk   i   siłę   Medicich,   nie   stroił   się   jak   arystokrata.   Tego 

wieczora nosił swój zwykły strój – jasnoniebieską roboczą koszulę, dżinsy i zdarte buty. 

Skórzany   pas   był   popękany   od   wieloletniego   noszenia.   Quarrel   nie   ubierał   się   jak 

2

background image

renesansowy arystokrata, ale posiadał niezwykłe talenty Medicich czy Borgiów - z równą 

łatwością posługiwał się sztyletem, jak cytował poezję.

Do   wykonywania   obecnego   zajęcia   miał   z   pewnością   zbyt   dobre   kwalifikacje, 

pomyślała   Verity   z   przekąsem.   Jonas   Quarrel   był   jednym   z   nielicznych   pomywaczy   ze 

stopniem   doktorskim.   Specjalizował   się   w   historii   renesansu,   a   zwłaszcza   w   broni   i 

strategiach tamtej epoki.

Nie był przystojny, ale mężczyźni o jego wdzięku i sile nigdy nie musieli podpierać 

się tak powierzchowną rzeczą jak uroda. Gdy Verity spoglądała mu w oczy - barwy złotych 

florenckich monet, inteligentne i pełne duchów przeszłości, nie interesował jej jego wygląd. 

Umiał uwieść ją jednym dotknięciem, krótkim spojrzeniem. Kochała go całym sercem. Teraz 

postanowił ją opuścić.

- Lehigh nie poprosiłby o pomoc, gdyby jej naprawdę nie potrzebował - przekonywał 

Jonas niskim, matowym głosem. - Przez telefon nie pozostawił najmniejszych wątpliwości, że

Emerson jest jedyną  osobą, co do której ma pewność, że załatwi sprawę okupu. Nie dał 

Emersonowi   wyboru.   Musi   pojechać   do   Meksyku   i  porozumieć   się   z   porywaczami.   Czy 

naprawdę chcesz, żeby twój ojciec wyruszył sam?

Już kilka godzin temu Verity uświadomiła sobie, że przegrała tę bitwę, jednak nadal 

prowadziła beznadziejną walkę.

- Może się tym zająć meksykańska policja.

Emerson pokręcił głową.

- Daj spokój, Rudzielec. Chyba wiesz, jak jest. Wciągnięcie glin to ostatnia rzecz, na 

którą Lehigh może sobie pozwolić, nawet gdyby wierzył, że sami nie zgarną okupu i nie 

uciekną z forsą. Trzeba sobie to jasno uświadomić. Jeśli masz do czynienia ze stróżami prawa 

i  porządku   w  Meksyku,   grasz  w   ciemno.   Nie,  stary Sam   wie,  że  to   trzeba   załatwić   bez 

rozgłosu.

- Czy naprawdę nie ma nikogo oprócz ciebie, kogo mógłby poprosić o wręczenie 

okupu? - spytała Verity z niedowierzaniem.

Emerson wzruszył potężnymi ramionami.

- Nikomu nie może zaufać.

-   To   wiele   mówi   o   trybie   życia   starego   Sama   i   jego   przyjaciołach   -   wymruczała 

Verity. - Wyobraźcie sobie, że dożył sędziwego wieku - osiemdziesiątki - i nie ma nikogo na 

ziemi, kogo mógłby wezwać na pomoc.

- Jak sądzisz, jak mu się udało dożyć tak sędziwego wieku? - Emerson parsknął. - 

Widocznie nigdy nie zaufał niewłaściwej osobie.

3

background image

Verity przez krótką chwilę bez słowa patrzyła na Jonasa. Spokojnie popijał wódkę i 

nie odwracał spojrzenia. Wiedziała, że dalsza kłótnia nie ma sensu. Od wczorajszego dnia, 

gdy Lehigh zadzwonił rano do restauracji, próbowała ich nakłonić do rezygnacji z wyprawy. 

Zaakceptowanie decyzji ojca nie było takie trudne. Verity już dawno przyzwyczaiła się do 

niespokojnego,   pełnego   przygód   trybu   życia   Emersona.   Jednak   gdy  myślała   o   wyjeździe 

Jonasa, czute się tak, jakby ktoś wbijał jej nóż prosto w serce.

- Co z twoim pisaniem, tato? - spróbowała jeszcze raz, choć wiedziała, że to nic nie 

da. - Mówiłeś, że masz ściśle określony termin oddania scenariusza tego futurystycznego 

westernu. Nie dotrzymasz go, jeśli wybierzesz się do Meksyku.

- Przełożę termin - odparł gładko Emerson. - Jeśli wydawca się nie zgodzi, to jego 

problem.

Verity skrzywiła się z niezadowoleniem i zwróciła się do Jonasa.

- Już zacząłeś robić prawdziwe postępy w nauce gotowania. Tyle się spodziewałam po 

twoim gulaszu z fasolki szparagowej. Klienci go uwielbiają.

Jonas nieznacznie wykrzywił wargi.

- Jak wrócę, to dokończymy lekcje gotowania.

Verity położyła obie dłonie płasko na stole.

- Zatem - zaczęła, akceptując nieuniknione z kamiennym  wyrazem twarzy - kiedy 

ruszacie?

Jonas przyglądał się jej przez chwilę.

- Jutro rano. Wcześnie.

Skinęła głową.

-   Powodzenia.   Powiedzcie   „cześć”   ode   mnie   Samowi   Lehighowi.   -   Wstała 

gwałtownie,  oszołomiona  konsekwencjami  przegranej  walki.  Jeśli to  nie był  koniec, to  z 

pewnością początek końca.

Być   może   byłoby   lepiej,   gdyby   Jonas   zerwał   z  nią   wprost.   Nie,  jednak   wówczas 

byłoby znacznie gorzej. Na myśl, że może go już nigdy więcej nie zobaczyć, ogarnęła ją 

rozpacz,   lecz   jeszcze   trudniej   było   zaakceptować   pojawianie   się   i   znikanie   Jonasa   przez 

następne pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat jej życia. Przeraziła ją wizja dziesięcioleci niepewnych 

pożegnań i powitań.

Cholera, robię się sentymentalna, pomyślała Verity, zgarniając szklanki z najbliższego 

stołu. Przeszła przez pustą restaurację do kuchni, ze złością mrugając oczami pełnymi łez, 

które lada chwila mogły popłynąć po policzkach.

4

background image

To było do niej niepodobne. Nigdy nie płakała. Zirytowała ją niezwykła reakcja. Co 

się z nią dzieje? Wiedziała, że wcześniej czy później do tego dojdzie, że pewnego dnia Jonas 

ulegnie niespokojnemu duchowi, dręczącemu go od wielu lat, zanim poznał Verity.

Verity próbowała przygotować się na ten dzień, ale gdy nadszedł, uświadomiła sobie, 

że nie umie się obronić. Stała się przerażająco bezradna. W ciągu ostatnich kilku miesięcy za 

bardzo poddała się Jonasowi, zbyt wiele z siebie dała. Zabrał wszystko, co była w stanie mu 

dać, a teraz po prostu odchodził.

Prawdopodobnie wróci. Jednak nie mogła być pewna, czy wróci dla więzów miłości. 

Nie mogła zyskać tej satysfakcji. Jeśli Jonas kiedyś wróci, to ze względu na więź psychiczną, 

która   ich   łączyła.   Potrzebował   jej   tylko   z   jednego   powodu.   Ostatnio   Verity   zaczęła   się 

zastanawiać, jak długo jeszcze będzie jej potrzebował, choćby tylko dla tej więzi.

Jonas Quarrel szybko nauczył się panować nad dziwacznym talentem do psychometrii, 

który  kiedyś  groził  mu   obłędem   lub  przemianą   w  mordercę.   Dzięki  Verity  odkrył  drogę 

kontrolowania podróży w wymiar, w którym w tajemniczym korytarzu czasu znajdowały się 

zatrzymane na zawsze pełne przemocy chwile z przeszłości.

Tak, pomyślała wstawiając szklanki do zlewu. Jonas będzie do niej wracał tak długo, 

jak długo będzie potrzebował jej pomocy w zrozumieniu swej tajemniczej, potężnej siły. 

Jednak gdy tylko znajdzie się w punkcie, gdy będzie mógł ją sam kontrolować, odejdzie i 

nigdy nie wróci.

Koniec  mógł  być  jeszcze  bardziej  ostateczny,  pomyślała  Verity,  gasząc  światło  w 

kuchni. Jonas pewnego dnia mógł po prostu odejść w poszukiwaniu przygód i zginąć.

Wszystko jedno, i tak czekało ją dużo czasu, który spędzi samotnie.

Może nie tak całkiem samotnie, pomyślała nagle. Dotknęła delikatnie brzucha. Nie 

było   jeszcze   powodu   do   paniki.   Wielu   kobietom   od   czasu   do   czasu   spóźniał   się   okres. 

Napięcie i kłopoty potrafiły dziwnie wpływać na kobiece ciało.

Włożyła   ulubioną   skórzaną   kurtkę   i   otworzyła   kuchenne   drzwi   do   restauracji.   W 

lutową  noc  panowało  przenikliwe   zimno.   Na ścieżce  prowadzącej   do ukrytych  niedaleko 

wśród drzew dwóch niskich domków lśniły pokryte lodem kałuże. Ostrożnie wybierała drogę 

do wygodnego domu, który od jesieni dzieliła z Jonasem.

Czekała ją długa, mroźna zima.

W pustej restauracji nad dwoma mężczyznami siedzącymi przy stole zawisła ciężka 

cisza. Jonas przysłuchiwał się odgłosowi zamykanych przez Verity drzwi i zastanawiał się, 

jak długo ten głuchy dźwięk będzie go prześladował. Sięgnął po prawie pustą butelkę wódki.

5

background image

- Będzie tu, gdy wrócisz - zapewnił go Emerson. - Verity nigdzie się nie wybiera. 

Będzie tu na ciebie czekała.

- Chryste, nie sądziłem, że aż tak źle to przyjmie - wymruczał Jonas. - Spodziewałem 

się wybuchu na początku, ale myślałem, że w końcu jej przejdzie i da się przekonać. Cholera, 

myślałby kto, że wyjeżdżamy na rok, a nie na kilka dni.

Emerson przyglądał się zamyślony swojemu towarzyszowi.

- Jeśli chcesz się wycofać, wystarczy jedno słowo. Dam sobie radę.

- Nie rób z siebie durnia. To kompletna głupota, ty jeden na ich trzech, zwłaszcza 

kiedy możesz mieć pod ręką wsparcie. Cholernie dobrze wiesz, że to przekazanie okupu nie 

będzie takie łatwe i proste, jak powiedziałeś Verity. Zabiją Lehigha, jeśli tylko im się uda. Dla 

nich tak będzie lepiej, mniejszy kłopot.

- Tak. Jestem pewien, że wziął to pod uwagę, gdy zwrócił się do mnie z prośbą o 

podjęcie i przywiezienie gotówki.

- Udało mu się przekonać porywaczy, że jesteś jedynym facetem na Ziemi, któremu 

można zaufać, że załatwi wymianę.

-   Stary   Sam   to   spryciarz.   Ma   rację.   Gdyby   poprosił   o   to   kogoś   innego, 

prawdopodobnie   grałby   z   porywaczami   w   bezika   aż   do   sądnego   dnia,   czekając   na 

wykupienie.   Przykro   mi   to   mówić,   ale   większość   z   jego   tak   zwanych   przyjaciół   ledwo 

położyłaby łapę na forsie, natychmiast zapomniałaby o więzach przyjaźni.

- Opłaca się mieć jednego czy dwóch przyjaciół na tym świecie - stwierdził Jonas.

- Jasne. Wiesz Jonas, jak już wspomniałeś  o przyjaźni, naprawdę doceniam twoją 

propozycję wyruszenia ze mną. Jednak nie chcę stać się przyczyną rozdźwięku między tobą a 

moją córką.

- Między Verity a mną nie będzie rozdźwięku z powodu takiego głupstwa. - Jonas 

przekonywał go pewnym głosem. - Dojdzie do siebie. Jest wściekła, bo przyzwyczaiła się, że 

wszystko   jest   tak,   jak   chce.   Wiesz,   że   to   twoja   wina.   Wychowałeś   ją   na   wyjątkowo 

rozkapryszonego bachora.

-   Sam   nie   wiem,   Jonasie   -   westchnął   Emerson.   -   Nigdy   nie   widziałem,   żeby   się 

zachowywała tak jak dzisiejszego wieczora. Pod koniec jakby się poddała. To zupełnie do 

niej niepodobne. Uczyłem ją, że trzeba do końca walczyć o swoje.

Jonas poczuł, jak zimna dłoń strachu zaciska mu się na sercu. Oszołomiła go myśl, że 

Verity może zrezygnować z ich związku. Nie wziął pod uwagę tej możliwości. Przyzwyczaił 

się do tego, że kompletnie poddawała mu się w łóżku, kłóciła z nim o karierę zawodową czy 

raczej jej brak, pouczała, aby zmienił lekceważący stosunek do pracy. Uświadomił sobie, że 

6

background image

przez   kilka   ostatnich   miesięcy   upajał   się   jej   uczuciem,   uważając   miłość   Verity   za   coś 

naturalnego.

Co gorsza, z wielką pewnością siebie założył, że nic nie zerwie łączącej ich więzi 

psychicznej. Była podstawą całego związku i zawsze będzie ich łączyła.

Jonas   postarał   się   uspokoić.   Ta   więź   była   jego   atutem.   Verity   nie   mogła   temu 

zaprzeczyć - łączyła ich znacznie mocniej niż miłość, seks czy interesy.

Jednak   przez   kilka   ostatnich   miesięcy   dowiedział   się,   że   Verity   ma   dość   siły   i 

determinacji, aby doprowadzić do tego, co sobie zaplanowała.

Jonas zrozumiał, że jeśli postanowiła go skreślić, to wpadł w poważne kłopoty.

Dopił  wódkę. Kieliszek  stuknął głośno o blat, gdy odstawił  go raptownie  na stół. 

Wstał.

- Lepiej będzie, jak wrócę do domku i wezmę się do pakowania.

- Dobrze - powiedział Emerson, marszcząc krzaczaste brwi. - Zamknę restaurację. Nie 

zapomnij   nastawić   budzika.   Musimy   wyruszyć   o   piątej,   jeśli   chcemy   złapać   samolot   do 

Mexico City. Na lotnisko w San Francisco jedzie się półtorej godziny.

- Do zobaczenia o piątej - Jonas wyszedł, nie obejrzawszy się za siebie. Wstanie na 

czas nie było w tej chwili jego największą troską. Ważniejsze było upewnienie się, że Verity 

nie zamierza go zostawić.

Lista   najważniejszych   spraw   w   życiu   Jonasa   była   krótka   i   prosta.   Na   pierwszym 

miejscu był związek z Verity. Początkowo znalazła się tak wysoko, ponieważ pomagała mu 

kontrolować jego dziwną moc. Teraz połączyły go z Verity nowe więzi. Namiętność, przyjaźń 

i miłość splątały się z więzią psychiczną. Jonas nawet nie próbował rozdzielać czy analizować

więzi łączących go z Verity, ale wyczuwał, że ona od czasu do czasu zastanawia się nad tą 

sprawą.

Kobiety mają talent do stwarzania problemów tam, gdzie dla mężczyzn w ogóle żaden 

problem nie istnieje.

Znalazłszy   się   na   zewnątrz   Jonas   wziął   głęboki   oddech.   Zima   ogarnęła   małe 

miasteczko   Sequence   Springs.   W   całej   północnej   Kalifornii   panowały   niezwykłe   w   tym 

rejonie mrozy.  W styczniu spadło trochę śniegu, a Jonas sądził, że nim skończy się luty, 

spadnie go jeszcze więcej.

W Meksyku będzie ciepło, ale nie tak jak w łóżku Verity.

Jęknął w duchu, gdy pomyślał, że przez kilka następnych dni będzie spał bez swojej 

rudej ślicznotki. Postawił obszyty futrem kołnierz nowej zamszowej kurtki. Podobała mu się, 

7

background image

zwłaszcza że był to prezent od Verity na Gwiazdkę. Gdy przyjechał do Sequence Springs, nie 

miał nic ciepłego. Przedtem nie było mu to potrzebne.

Przez ostatnich kilka lat nieustannie wędrował w rejonie południowego Pacyfiku i w 

Meksyku. Przebywał w miejscach o ciepłym, wilgotnym klimacie, gdzie wiała balsamiczna 

bryza i nikomu nigdzie się nie śpieszyło. Pito tam za dużo rumu i tequilli i nie zastanawiano 

nad przeszłością. Miejsca te pozbawiały chęci zbytniego skupiania się nad przyszłością. Tam 

każdy mógł się ukryć, nawet przed samym sobą.

Jonas   wcisnął   dłonie   głęboko   w   kieszenie   kurtki   i   z   pochyloną   głową   poszedł   w 

kierunku domku Verity. Widział rozjaśnione ciepłym światłem okna. Kilkaset metrów dalej, 

nad   brzegiem   jeziora,   potężne   reflektory   oświetlały   imponującą,   neoklasyczną   fasadę 

eleganckiego sanatorium Sequence Springs Spa. Budynek jaśniał w odległości, sprawiając 

wrażenie prawie nie z tego świata. Verity czasami chodziła wieczorami do sanatorium, by 

wymoczyć się w basenie z ciepłą wodą. Jonas miał nadzieję, że nie ma zamiaru iść tam i 

dzisiejszego wieczora.

Pokonał kilka stopni i przemierzył ganek, w oknie poruszył się cień. Jonas trochę się 

uspokoił. Verity była w domu, czekała na niego. Otworzył drzwi frontowe i wszedł do środka, 

nie wiedząc, czego ma się spodziewać.

Gdy wszedł do prostego, pozbawionego ozdób pokoju i zamknął za sobą drzwi, Verity 

gwałtownie się odwróciła. Była już gotowa do spania. Na długą flanelową koszulę nocną 

włożyła pikowany szlafrok. Rude włosy upięła na czubku głowy, co podkreślało wystające 

kości policzkowe i wielkie, pełne wyrazu oczy.

Jak   zwykle   Jonas   poczuł   ogarniającą   go   gorącą   falę   namiętności   i   jednocześnie 

potrzebę   chronienia   swojego   rudzielca.   Potrzebowała   go,   powiedział   sobie,   nie   po   raz 

pierwszy. Potrafiła być niesamowicie uparta, ale pod tą kolczastą zbroją kryła się słodka i 

wrażliwa dziewczyna. Musi mieć kogoś, kto się nią zaopiekuje.

Była jeszcze trochę za chuda, przyznał Jonas, przyglądając się jej krytycznie. Tej zimy 

próbował ją utuczyć, ale nie było to łatwe. Verity zbyt ciężko pracowała. Restauracja „No 

Bull” należała do niej. Verity znała wszystkie blaski i cienie życia małego przedsiębiorcy. 

Zeszłej jesieni Jonas zgłosił się na jej ogłoszenie i od tej pory pracował jako pomywacz, 

kelner   i   chłopiec   do   wszystkiego.   Później   zaczęła   go   uczyć   gotowania   wykwintnych 

wegetariańskich dań, które były specjalnością restauracji.

Polubił tę pracę, poza tym dodatkowe korzyści były oszałamiające - sypiał z samą 

szefową. Wiedział także, że z tą szefową nikt poza nim nie spał. Gdy wkroczył w jej życie, 

była dziewicą.

8

background image

-  Co   pijesz?   -   spytał   Jonas,   zrzuciwszy   z   ramion   kurtkę.   Postanowił   spróbować 

porozmawiać z nią spokojnie i rozsądnie.

- Herbatę rumiankową - obejmowała dłońmi kubek. - Chcesz trochę?

- Nie, dzięki,

- Bardzo uspokaja. Pomaga zasnąć.

Przynajmniej na niego nie wrzeszczała. Jonas zaryzykował lekki uśmiech i powoli 

zmierzył ją spojrzeniem.

- Mam lepsze lekarstwo. Chodź do łóżka, to ci je pokażę.

Zaczął rozpinać koszulę. Nic nie odpowiedziała. Stała popijając herbatę. Nie spodobał 

mu się wyraz niepewności w jej spojrzeniu. Zimna dłoń, która już wcześniej ściskała mu 

serce, powróciła boleśnie w to samo miejsce.

- O której ruszacie?

- O piątej. Wstanę czwarta piętnaście. Muszę tylko wrzucić parę rzeczy do torby. 

Niewiele będzie mi potrzeba. Nie będzie nas zaledwie kilka dni. - Postarał się podkreślić 

ostatnie zdanie.

-  Podejrzewam,   że  wśród  rzeczy,   które  zamierzasz  wrzucić   do  torby,  będzie  twój 

cholerny nóż? - spytała z ledwie tłumioną agresją.

- Słoneczko, od tak dawna wędruję z tym nożem, że bez niego czułbym się nagi. Nie 

martw się. To jedynie ostrożność. Nie planuję skorzystania z niego.

- Nie wierzę ci - odparła spokojnie. - Nie jedziecie tylko po to, by dostarczyć okup, 

prawda? Chcecie spróbować ocalić Samuela Lehigha.

Jonas zacisnął wargi. Zarzucił koszulę na ramię i przez chwilę uważnie przyglądał się 

Verity.

-   To   tylko   zamiana   -   porwany   za   okup.   Nie   ma   powodu   sądzić,   że   faceci 

przetrzymujący Lehigha chcą czegoś więcej niż gotówki. To zwykły interes.

- Jasne.

Zniecierpliwiony Jonas wzruszył ramionami,

- Lehigh jest przyjacielem twojego ojca. Czy naprawdę spodziewałaś się, że Emerson 

nic nie zrobi?

- Nie. - Upiła łyk herbaty.

- A czy spodziewasz się, że zostanę tutaj i pozwolę Emersonowi pojechać samemu do 

Meksyku, by załatwić okup?

- Nie. - Verity odstawiła kubek na blat stołu. Na moment odwróciła się do Jonasa 

plecami, a kiedy znów na niego spojrzała, uśmiechnęła się.

9

background image

Nie   był   to   jej   zwykły   olśniewający  uśmiech,   który  sprawiał,   że   serca   topniały   ze 

szczęścia,   ale   przynajmniej   uśmiech.   Dziwnie   łagodny   i   jak   na   gust   Jonasa   zbyt   pełen 

mądrego, kobiecego zrozumienia.

W   ciągu   ostatniego   tygodnia   już   kilka   razy   dostrzegł   ślad   tego   uśmiechu   na 

delikatnych wargach Verity. Zaczął się czuć nieswojo, jakby Verity wiedziała o czymś, o 

czym on nie miał pojęcia.

Rzucił   koszulę   na   oparcie   najbliższego   krzesła   i   ruszył   w   jej   kierunku.   Kiedy 

wyciągnął ramiona, wsunęła się w objęcie i otoczyła go rękami w pasie. Zanurzył usta w jej 

włosach, gdy położyła mu głowę na nagiej piersi.

- Wrócę najszybciej, jak będę mógł, moja tyranko - przysiągł. Słodki zapach ciała 

Verity sprawił, że rozluźnił się ciasny węzeł męczący Jonasa od kilku godzin. Wszystko 

będzie dobrze, pocieszał się. Verity poczeka na jego powrót. To kobieta uwielbiająca dom. 

Będzie tu.

- Powinieneś pójść dzisiaj wcześniej do łóżka - powiedziała cicho, lekceważąc jego 

ostatnią uwagę. - Musisz się wyspać.

- To najlepszy z twoich dzisiejszych pomysłów.

Wziął ją na ręce i poszedł krótkim korytarzykiem do sypialni. Przez cienki materiał 

koszuli   nocnej   i   szlafroka   wyczuwał   jędrne   mięśnie   ud.   Gdzieś   w   głębi   zaczęło   rosnąć 

znajome, potężne pragnienie.

Zanim zaniósł ją do sypialni i zsunął szlafrok, dziwny łagodny uśmiech Verity znowu 

pojawił się w jej oczach. Usiadła na łóżku i oparta o poduszki patrzyła, jak Jonas rozpina 

spodnie.

- Wiesz co? To zaczyna być takie zwyczajne uczucie - powiedział nagle Jonas, gdy 

skończył się rozbierać i wsunął obok niej pod kołdrę. Był podniecony i gotowy.

- Co takiego?

- Chodzenie z tobą co noc do łóżka. Wydaje się takie zwyczajne i naturalne.

Wyciągnął do niej ramiona i poczuł, że lekko zesztywniała.

- Może jest za zwyczajne - stwierdziła nie patrząc mu w oczy.

Jonas znieruchomiał.

- Co to ma do diabła znaczyć?

Verity wzruszyła ramionami.

- Nic takiego. Przyszło mi do głowy, że życie w Sequence Springs trochę ci się już 

przejadło. Brakuje tu podniet.

Rozluźnił się i ukrył nos w zagłębieniu szyi Verity.

10

background image

- Dla mnie wystarczy.

Poruszyła się w jego ramionach. Uwięził nogę Verity między kolanami, tak aby mógł 

podciągnąć nocną koszulę. Po chwili leżała przed nim naga. Przesunął dłonią po jej ciele, 

zachwycając się dotykiem delikatnych krągłości. Była taka miękka, słodka i ciepła. Przykrył 

dłonią pierś i niemal natychmiast poczuł twardnienie sutka. Usłyszał, że wciągnęła głośniej 

powietrze. Jęknął i pochylił głowę, aby dotknąć jej warg.

Palce Verity powędrowały w dół biodra Jonasa, przesunęły się po wnętrzu uda. Ujęła 

w dłoń jego męskość. Potrafiła jednym dotknięciem doprowadzić go do kresu wytrzymałości. 

Wiedziała dokładnie, jak pieścić. Doskonale wyczuwała, jak utrzymać pulsującą pełność, aż 

Jonas płonął z namiętności. Kiedy go delikatnie ścisnęła, Jonas głośno wciągnął powietrze.

- Rany, kochanie, jakie to przyjemne - powiedział ochryple. - Twój dotyk czyni cuda.

- Dzięki tobie - wymruczała spokojnie. - Wszystkiego nauczyłam się od ciebie.

- Pamiętaj o tym - odciął się Jonas, gdy ogarnęła go zazdrość. - Z innym nigdy tak nie 

będzie.

- Doprawdy? Wydawało mi się, że po ciemku wszyscy mężczyźni są tacy sami.

- Fałszywy mit. Całkowicie niezgodny z prawdą! - Zdecydowanym ruchem rozsunął 

jej nogi, szukając palcami gorącego, wilgotnego wnętrza jej ciała. - Verity, wcale nie żartuję. 

Wiesz przecież, że łączy nas szczególna więź. Jeżeli nie, to po co czekałaś, aż się zjawię, nie 

wiążąc się z nikim?

Wyczuł w ciemności, że się uśmiecha.

-  Nie   raz,   nie   dwa   dałeś   mi   wyraźnie   do  zrozumienia,   że   byłam   sama,   bo   żaden 

mężczyzna nie mógł wytrzymać mojego ostrego języka i wybuchów złości.

Jonas roześmiał się cicho.

- Tak, przyznaję, były to dodatkowe czynniki. Czekałaś na mnie, to główna przyczyna 

twojej samotności. Nie wiedziałaś o tym, ale tak właśnie było. Na szczęście dla ciebie nie 

przejmowałem się kolcami, gdy postanowiłem sięgnąć po różę.

- Przestań Jonas, dajesz popis arogancji.

- Mężczyzna powinien być dumny ze swoich osiągnięć, a poskromienie złośnicy to 

prawdziwe osiągnięcie. Dziś niewielu facetów to potrafi. To zapomniana sztuka.

- Doprawdy?

- Aha. - Ześlizgnął się powoli w dół jej ciała, wdychając odurzający zapach, gdy coraz 

bardziej zbliżał się do celu. Ułożył się między jej udami, uniósł jej nogi nad swoje barki. 

Rozsunął ją delikatnie palcami i pochylił głowę.

- Jonas!

11

background image

Krótkie,   zadbane   paznokcie   Verity   wbiły   się   w   jego   ramiona,   gdy   poznawał   jej 

intensywny,   gorący   smak.   Słyszał   ciche   pomruki   rozkoszy   i   cieszył   ze   sposobu,   w   jaki 

odpowiadała na pieszczoty.

Zawsze odczuwał prymitywną  dumę, że potrafi przeobrazić Verity z pedantycznej, 

wiecznie   niezadowolonej,   agresywnie   niezależnej   tyranki   w   namiętną,   uwodzicielską 

czarodziejkę, pragnącą kochać się z nim i tylko z nim. Nigdy nie miał dość tego uczucia; 

uświadomił to sobie, gdy Verity zadrżała w jego ramionach. Wiedziała, jak mu dać odczuć, że 

jest mężczyzną. Uzależnił się od tego odczucia.

Pocałunek stał się głębszy. Sycił się jej nieziemskim, kobiecym smakiem i zapachem. 

Paznokcie Verity przeorywały  mu  skórę. Tej  nocy zostawi na nim swój znak. Zamierzał 

zrobić to samo.

Robił wszystko, aby wytrzymać. Słuchał schrypniętych  jęków rozkoszy. Przesuwał 

gwałtownie językiem, aż zmieniła się w drżący, rozszalały kłębek kobiecości.

Nie mógł już dłużej czekać. Kiedy poczuł, że jej ciało zaczyna się wyprężać, położył 

się   obok   niej.   Wyciągnęła   ramiona,   przywarła   do   niego,   otoczyła   go   nogami   w   pasie. 

Poszukał jej ust i pozwolił, aby poznała swój smak na jego wargach. Pocałunek doprowadził 

go do szaleństwa.

-  Trzymaj   mnie   -  wyszeptał   głosem   ochrypłym   z   pożądania.   -  Trzymaj   się   mnie, 

Verity.  - Używał  niemal tych  samych  słów co wtedy,  gdy uwalniał swą psychiczną moc 

pozwalającą na zajrzenie w niebezpieczną przeszłość. Potrzebował jej, kiedy ogarniała go 

przeszłość i wówczas, gdy rządziło nim pożądanie.

- Tak, Jonas, och, tak.

Pchnął powoli, mocno. Chciał poczuł zamykające się wokół niego jedwabiste ściany 

delikatnego   korytarza.   Jak   zawsze   jej   ciało   przyjmowało   go   z   pewnym   oporem.   Była 

niewielka,   ciasna   i   taka   ciepła.   Potem   pod   wpływem   uporczywego,   wypełniającego   ją 

nacisku,   otwierało   się   gorące,   wilgotne   przejście.   Zanurzył   się   w   niej   głęboko   aż   do 

zatracenia.

Zagubili się w napływających  falach pożądania. Kiedy Jonas poczuł, jak Verity w 

paroksyzmie pragnienia zaciska się wokół niego, i usłyszał ciche okrzyki, bez wątpliwości 

sygnalizujące wejście na sam szczyt, poddał się całkowicie wszechogarniającemu oceanowi 

rozkoszy.

Eksplodował zaraz po niej. Wstrząsnął nim ochrypły okrzyk triumfu i zadowolenia. 

Potem opadł na nią, ułożył głowę na jej piersi. Był mokry. Pozostał w niej. Czuł ostatnie, 

12

background image

niknące   drżenie   w   jej   głębi.   Wrażenie   przypominało   niezwykle   delikatny   masaż 

najwrażliwszej części ciała.

Wiedział już z doświadczenia, że jeśli zostanie tam, gdzie jest, wkrótce będzie chciał 

zaczynać wszystko od początku. Jeśli miał się trochę przespać, powinien się powstrzymać.

- Kocham cię, Verity - wymruczał.

- Ja też cię kocham - wyszeptała.

Jeszcze  trochę  zaczekał,  ciesząc  się słodką, przedłużającą  się chwilą  po kochaniu. 

Potem wysunął się z niechęcią i ułożył obok. Przyciągnął Verity do siebie i pomyślał, że teraz 

już na pewno wszystko będzie dobrze.

Już zasypiał uspokojony, gdy Verity się odezwała.

-   Pomyślałam   sobie   -   powiedziała   wyraźnie   w   ciemności   -   że   przydadzą   mi   się 

wakacje. Może gdzieś wyjadę, jak będziesz z tatą w Meksyku.

W   jednej   chwili   prysnął   spokój.   Ogarnął   go   gniew.   Wściekłość   narodziła   się   z 

prymitywnego lęku nękającego go już od kilku tygodni, do którego Jonas nie chciał się przed 

sobą przyznać.

Lęku, że Verity jest coraz bardziej niezadowolona z mieszkającego u niej kochanka.

13

background image

Rozdział drugi

W

akacje! - Jonas wyprostował się raptownie. - O co ci do diabła chodzi?

Verity leżała na plecach i zamyślona wpatrywała się w ciemność. Przestraszyła  ją 

gwałtowna reakcja Jonasa.

- Pomyślałam, że przydadzą mi się wakacje. Sam mówiłeś, że za ciężko pracuję – 

podkreśliła rozsądnie. - Teraz jest wprost idealna pora na wypoczynek. Mamy środek zimy. 

Interesy idą kiepsko. Wieczorami pojawia się tylko garstka turystów i parę osób z sanatorium. 

Nikogo  to  nie   obejdzie,  jak  zamknę   restaurację  na   tydzień.   O  tej  porze   roku  Hawaje  są 

cudowne.

-   Uważasz,   że   nikogo   to   nie   obejdzie,   jak   sama   pojedziesz   na   tydzień   słońca   i 

rozrywek na wyspy?  - Jonas był  oburzony. Pochylił się nad Verity i uwięził jej twarz w 

dłoniach. - Mam dla ciebie wiadomość. Mnie obejdzie. Bardzo. Jeśli ci się zdaje, że pozwolę 

ci pojechać na tydzień, żebyś paradowała w bikini przed chmarą plażowiczów, to wybij to 

sobie z głowy.

Verity zaczęła się złościć.

- Ty możesz sobie polecieć do Meksyku na tydzień słońca i rozrywki, ale ja nie mam 

do tego prawa, czy tak?

- Boże Wszechmogący - zawołał Jonas coraz bardziej zirytowany. - Wiesz dobrze, że 

nie jadę do Meksyku dla zabawy. Nie próbuj udawać, że będą to wakacje.

-   Mogłabym   polecieć   z   wami.   Poczekałabym   na   tatę   i   ciebie   w   Acapulco   - 

zaproponowała, zastanawiając się nad rożnymi możliwościami.

- W żadnym razie. Nie chcę, żebyś choćby zbliżyła się do Meksyku. Jak sądzisz, czy 

będę w stanie myśleć spokojnie o załatwieniu sprawy, zastanawiając się, co ty wyprawiasz w 

Acapulco? Zapomnij o tym, Verity. Zostaniesz tutaj, a ja nie będę musiał się o ciebie martwić. 

Jeśli mówisz poważnie o wakacjach, wyjedziemy po naszym powrocie. Możesz spędzić ten 

tydzień na rozmyślaniach, dokąd pojedziemy. Wszystko zaplanuj.

- Jak mogę cokolwiek zaplanować, jeśli nie wiem, kiedy wrócicie?

-   Prawdopodobnie   za   tydzień.   Jak   długo   może   trwać   organizowanie   wymiany 

porwanego za okup? Maksymalnie dziesięć dni. Zaplanuj wycieczkę za dwa tygodnie od dziś. 

14

background image

To powinno wystarczyć. Albo na przyszły miesiąc. Do diabła, rusz rozumem. - Jonas mówił z 

zaciśniętymi zębami, najwyraźniej zmagając się ze sobą, aby zapanować nad złością.

Verity objęła go za szyję; poczuła napięcie szerokich ramion.

- Będziesz ostrożny w Meksyku, obiecujesz?

- Zawsze jestem ostrożny. Verity, co za głupi pomysł z tymi wakacjami. Nie chcę, 

żebyś się stąd ruszała, dopóki nie wrócę. Słyszysz?

- Słyszę. - Pogładziła delikatnie kark Jonasa, wyczuwając jego gniew. Uśmiechnęła się 

zalotnie. - Będę za tobą tęsknić.

Zawahał się na chwilę, potem powoli uspokoił i ułożył  obok niej. Otoczył  Verity 

ramionami i przytulił.

- Też będę za tobą tęsknić, mała tyranko. Masz być grzeczna, kiedy mnie nie będzie.

- Jonas, uważaj na siebie, zatroszcz się o tatę. Już nie jest taki młody.

-  Twój  stary jeszcze   może  pogonić  większość  facetów   młodszych   od  siebie.   Jeśli 

Emerson cokolwiek stracił z upływem lat, to dzięki sprytowi z nawiązką nadrabia braki. - 

Pochylił się i musnął jej wargi. - Nie martw się o niego, słoneczko. Będę miał go na oku.

- Siebie też miej na oku. Trudno teraz znaleźć dobrego pomywacza.

- Jak to miło, gdy człowieka doceniają. Wystarczy, jak nie zaczniesz szukać następcy 

na moje miejsce, kiedy mnie nie będzie.

- Dobrze, Jonas.

Przesunęła dłonią po mocnym, umięśnionym pośladku i zacisnęła palce.

- Jesteś nienasycona.

Pocałował ją w pierś. Miał ciepły, wilgotny język.

- Mam szczęście, że zawsze jesteś gotów sprostać wymaganiom.

- Szczęście nie ma tu nic do rzeczy. - Wsunął kolano między jej nogi. - Do diabła - 

wyszeptał jej do ucha. - Prześpię się w samolocie.

E

merson zerknął przez okno jeepa i pomachał ręką do córki, która stała w drzwiach 

restauracji. Verity pomachała w odpowiedzi i posłała całusa.

-   Zdaje   się,   że   zeszłej   nocy   się   dogadaliście   –   stwierdził.   -   Verity   wygląda   na 

pogodniejszą. Spodziewałem się wygłoszonego w ostatniej chwili wykładu o bezrozumnym 

męskim egoizmie.

Jonas skręcił w drogę wylotową z Sequence Springs. Było jeszcze ciemno. Śpiące 

miasteczko rozciągało się malowniczo nad brzegiem jeziora.

15

background image

-   Wczoraj   wieczorem   przez   chwilę   nie   było   tak   wesoło.   Powinieneś   ją   usłyszeć, 

Emerson.   Zaczęła   mówić   o   wakacjach.   Wakacjach   bez   towarzystwa.   Pojmujesz?   Coś   o 

wyjeździe na Hawaje, gdy my tymczasem będziemy w Meksyku. Gdyby mi nie rozorała 

pazurami nogi ostatnim razem, gdy tego spróbowałem, to przerzuciłbym ją przez kolano i 

wtrzepał tą drogą trochę zdrowego rozsądku do głowy. Planowała wyruszyć na wyspy, gdy 

tylko odwrócę się do niej plecami.

Emerson na chwilę skrzywił usta. Przyglądał się zamyślony rozciągającej się przed 

nimi drodze.

- Namówiłeś ją do zostania w domu?

- Oczywiście, do cholery. Powiedziałem jej, że jeśli naprawdę chce jechać na wakacje, 

to pojedziemy po naszym powrocie z Meksyku. Może ten tydzień spędzić na planowaniu. 

Będzie miała coś do roboty.

- Chyba przyda się jej odpoczynek - powiedział wolno Emerson. - Verity jakoś się 

ostatnio zmieniła. Zauważyłeś?

Jonas milczał dłuższą chwilę.

- Zauważyłem - odezwał się w końcu. Wiele by dał, żeby się dowiedzieć, co jej chodzi 

po głowie. Niejeden raz przyłapał ją na dziwnym zachowaniu, zapatrzeniu się w siebie, jakby 

planowała jakieś zmiany w swoim życiu.

Ta myśl sprawiła, że Jonasa ogarnęło silne uczucie niepewności i jeszcze silniejsza 

chęć posiadania. Zacisnął dłonie na kierownicy. Jeśli Verity myślała o zmianie kochanka, 

lepiej   zrobi,  do cholery,   jeśli  o  tym   zapomni.  Czekała  na  niego  dwadzieścia   osiem  lat  - 

dwadzieścia osiem lat na pierwsze doświadczenie seksualne. Polubiła jego pieszczoty jak 

delfin wodę. Jonasowi nie spodobało się przypuszczenie, że być może Verity zastanawia się 

teraz, czy nie czekała przypadkiem na niewłaściwego faceta.

- Jesteś pewien, że namówiłeś ją do zrezygnowania z wyjazdu na Hawaje? - spytał 

Emerson.

Jonas   zacisnął   szczęki.   Przypomniał   sobie   poniewczasie,   że   zeszłej   nocy   Verity 

zmieniła temat, nie przyrzekając niczego.

- Nie miałaby odwagi. Za dużo by ją to kosztowało.

-  Oto   pociecha   z   „bezrozumnego   męskiego   egoizmu”.   Nic   dziwnego,   że   my 

mężczyźni   tak   starannie   go   uprawiamy.   Daje   nam   miłe,   przyjemne,   całkowicie   fałszywe 

poczucie pewności, wtedy gdy go najbardziej potrzebujemy. - Emerson roześmiał się kpiąco.

16

background image

Jonas zdjął rękę z kierownicy i dotknął schowanego w kieszeni złotego kolczyka. 

Kolczyk należał do Verity.  Nosił go przy sobie od dnia, w którym znalazł go w brudnej 

meksykańskiej alejce.

- Niektórzy z nas czerpią poczucie bezpieczeństwa z innych źródeł.

Delikatne wibracje docierające ze złota złagodziły jego niepewność.

-   Dobrze.   Skoro   nic   nie   możemy   zrobić   z   moją   córką,   to   chyba   powinniśmy 

porozmawiać o planach wyłuskania z matni Lehigha.

-   Planach?   -   Jonas   rzucił   towarzyszowi   szybkie,   rozbawione   spojrzenie.   -   Czy   to 

znaczy, że już coś wymyśliłeś?

- Hej, przecież żyję z pisania powieści, prawda? Oczywiście, że już coś wymyśliłem. 

Poza tym cholernie dobrze wiesz, że nie możemy ot tak wrzucić gotówki i oczekiwać, że choć 

raz jeszcze zobaczymy Lehigha w jednym kawałku. Musimy wejść i go stamtąd wyciągnąć.

- Zróbmy to, Emerson. Co wchodzi w grę?

- Między innymi ty i twój wierny nóż. Mamy szczęście, mój chłopcze, że jesteś bardzo 

utalentowany.

C

ztery dni później Verity spędziła ranek w biurze jedynego agenta biura podróży, 

jaki   działał   w   Sequence   Springs.   Wieczorem   było   tak   niewielu   gości   w   restauracji,   że 

zamknęła wcześniej i powędrowała wąską ścieżką na basen w sanatorium. Pod pachą niosła 

paczkę broszur reklamowych.

Sala   z   basenami   była   urządzona   w   stylu   europejskim.   Niewiele   osób   się   kąpało. 

Lśniąco białe i błękitne kafelki błyszczały w jaskrawym świetle, a w basenach zachęcająco 

pękały bąbelki. Verity rozebrała się i wsunęła nago do ulubionego basenu z gorącą wodą 

pachnącą leczniczymi  minerałami.  Położyła  broszury na brzegu i zanurzyła  się w kojącej 

wodzie. Zaczęła oglądać zdjęcia rozświetlonych słońcem plaż i mórz południowych.

Wcześniej   obiecała   sobie,   że   nie   spędzi   następnego   wieczora   siedząc   w   domu   i 

czekając   na   telefon.   Było   bardzo   mało   prawdopodobne,   że   Jonas   zadzwoni,   skoro   nie 

pofatygował się do telefonu przez ostatnie cztery dni. Były to najdłuższe dni w życiu Verity.

Poza   tym   miała   już   dość   wielokrotnego   odczytywania   wiersza,   który   znalazła   na 

karteczce przypiętej do poduszki w dniu wyjazdu Jonasa.

Czekaj mnie, pani moja, choć chłód ludzi nęka,

Czekaj, choć świat ścisnęła mroźnej zimy ręka,

17

background image

Śnić będę, pani moja, ognisty sen złoty,

Sen płomienny rzewnej, serdecznej tęsknoty.

Jeśli sobie pojedziesz, nim wrócę w te strony,

To przysięgam, że będę cholernie wkurzony.

Cholernie   wkurzony.   Verity   zmarszczyła   nos.   Jeśli   Jonas   spodziewał   się,   że   ona 

uwierzy,   iż   ten   drobiazg   jest   renesansowym   wierszem   miłosnym,   które,   jak   stwierdził, 

swobodnie przekładał, to się grubo mylił. Wierszyk i tak nie stanowił zadośćuczynienia za 

brak telefonu.

- Verity! Właśnie ciebie szukam. Dzwoniłam do restauracji i do domku, ale nikt nie 

podnosił słuchawki. Przyszło mi do głowy, że może znajdę cię tutaj.

Verity uniosła wzrok znad zachwycającej fotografii oślepiająco białych domków w 

kurorcie nad prywatną zatoką.

- Cześć, Lauro. O co chodzi?

Laura Griswald uśmiechnęła się radośnie.

- Nie jestem do końca pewna, ale mam przeczucie, że może znajdzie się zajęcie dla 

Jonasa.

Verity odłożyła na bok broszurę.

- Zajęcie?

- Wiedziałam, że cię to zainteresuje. - Laura potrząsnęła głową, aż zalśniły sięgające 

ramion   kasztanowate   włosy.   Laura   była   uosobieniem   zdrowia.   We   dwójkę   z   mężem 

zarządzali sanatorium w Sequence Springs i stanowili jego najlepszą reklamę. Przykucnęła na 

brzegu basenu. - Dziś wczesnym wieczorem zameldowało się w recepcji dwoje młodych ludzi 

- chyba  brat z siostrą. Wspomnieli, że szukają Jonasa Quarrela. Przyjechali do Sequence 

Springs, aby go odnaleźć.

Verity wyprostowała się gwałtownie. Ostatnim razem, gdy ktoś go szukał, Jonas omal 

nie zginął.

- Spytali o Jonasa po nazwisku?

- Właśnie. Powiedzieli, że chcą się z nim zobaczyć w sprawach zawodowych. Przecież 

nie jechaliby taki kawał drogi, aby zatrudnić pomywacza, więc doszłam do wniosku, że musi 

im chodzić o jego poprzedni zawód. Wiedziałam, że ciebie to zainteresuje, nawet jeśli Jonasa 

nie. Próbowałaś skłonić tego faceta do powrotu do porządnego zajęcia od dnia, w którym 

zaczął zmywać dla ciebie talerze.

18

background image

- Chcę, żebyś wiedziała, że napisał artykuł dla czasopisma historycznego. Ukazał się 

dwa tygodnie temu - oznajmiła z dumą Verity. - Jeśli chcesz, możesz dostać egzemplarz. 

Zamówiłam dwadzieścia sztuk.

-   Naprawdę?   -   spytała   Laura   ze   zdumieniem.   Wywarło   to   na   niej   wrażenie.   - 

Przypominam sobie, że coś o tym wspominałaś. Artykuł z jego specjalności? Coś o historii 

renesansu?

- Właśnie. Porównanie współczesnych technik szermierczych ze stylem używanym w 

późnym renesansie. - Nie warto było wspominać, że Jonas poznał te różnice w technikach na 

własnej skórze. Na dowód została mu brzydka blizna na ramieniu.

Verity gderała, zrzędziła, nie dawała spokoju i nękała, aż Jonas w końcu uległ i napisał 

artykuł. Złościło ją, że doskonale wykształcony umysł tak się marnuje, gdy tymczasem jego 

właściciel zmywa talerze. Jonasowi to nie przeszkadzało.

Kiedy pocztą przyszła informacja o przyjęciu artykułu do druku, Verity stwierdziła, że 

jest bardziej podniecona od Jonasa. Potem przypomniała sobie, że był wykładowcą w Vincent 

College i pewnie drukował swoje prace w bardziej prestiżowych wydawnictwach. Mimo to 

zaplanowała, że da do oprawienia jeden z dwudziestu egzemplarzy „Studiów Historycznych 

Odrodzenia”. Zmusiła Jonasa do podpisania pozostałych egzemplarzy.

- Kim są ci ludzie i czego chcą od Jonasa? - spytała Verity.

- Jak już powiedziałam, to brat i siostra. Nazywają się Warwickowie. Doug i Elyssa. 

Doug jest maklerem. Dwadzieścia dziewięć, może trzydzieści lat. Da się lubić. Elyssa jest 

kilka   lat   młodsza.   Dosłownie   promieniuje   słodyczą.   Ciągle   się   uśmiecha.   Aż   mdli. 

Podejrzewam, że interesuje się metafizyką.

- Chodzi ci o to, że wierzy w kryształy, duchowych przewodników i tak dalej?

- Takie odniosłam wrażenie. Natomiast Doug wydaje się normalny i podejrzewam, że 

to on za wszystko zapłaci.

- Zastanawiam się, czego oni mogą chcieć od Jonasa?

Laura wzruszyła ramionami.

- Sama mi mówiłaś, że zanim Jonas kilka lat temu wyruszył w świat, zdobył sobie 

reputację   eksperta   od   stwierdzania   autentyczności   dzieł   sztuki   dla   muzeów.   Może 

Warwickowie   chcieliby   zasięgnąć   jego   opinii   co   do   jakiegoś   kupionego   przez   siebie 

przedmiotu? Jak myślisz, interesowałoby to Jonasa?

- Nie wiem, ale za to mnie interesuje. Najwyższy czas, aby ten człowiek wykorzystał 

swoje wykształcenie i... doświadczenie. - Nigdy nie próbowała nawet wyjaśniać Laurze czy 

19

background image

komukolwiek innemu, że prawdziwy talent Jonasa miał związek z parapsychologią. - Bardzo 

się boję, że Jonas zmarnuje sobie życie, tak jak mój ojciec. - Verity z irytacją pokręciła głową.

- Rozumiem. Reformowanie Jonasa to teraz twoje ulubione zajęcie. Masz szczęście, że 

nie   ma   o   to   do   ciebie   pretensji   -   zachichotała   Laura,   bardzo   dokładnie   znając   opinię 

przyjaciółki o marnowaniu wykształcenia i zdolności. - Kiedy Jonas i twój ojciec wracają z 

podróży w interesach?

-   Mogą   wrócić   każdego   dnia.   -   Verity   zabębniła   palcami   o   krawędź   basenu   i 

zignorowała  pytające  spojrzenie  Laury.  Przecież  nie mogła  jej  powiedzieć,  że  Emerson  i 

Jonas pojechali do Meksyku uratować starego, cieszącego się bardzo złą opinią przyjaciela 

rodziny,   który   pozwolił   się   porwać.   Tacy   przyjaciele   nie   przynoszą   chluby   rodzinie. 

Powiedziała Laurze, że Jonas pomagał Emersonowi załatwić pewną prywatną sprawę.

- Nie jestem pewna, jak długo Warwickowie zechcą czekać tu na niego - stwierdziła 

Laura z powątpiewaniem w głosie.

- Jeśli Warwickowie mają dla Jonasa porządne zajęcie, to nie chcę ich zrazić mówiąc, 

że   nie   wiem,   kiedy   wróci.   Jeśli   to   będzie   dobry   interes,   znajdę   jakiś   sposób,   żeby   ich 

zatrzymać.   Lauro,   może   ich   do   mnie   przyślesz   jutro   w   porze   lunchu.   Powiedz   im,   że 

organizuję dla Jonasa pracę, albo coś w tym rodzaju.

Laura przechyliła głowę na bok.

- Organizujesz pracę Jonasowi?

Verity rozjaśniła się w uśmiechu.

-   W   gruncie   rzeczy   właśnie   mianowałam   się   na   stanowisko   jego   dyrektora 

handlowego. Nie patrz tak na mnie, Lauro. Nie ma ochotników na to stanowisko, na pewno 

nie jest nim Jonas. Wygląda na to, że wszystko spadło na mnie. - Zmarszczyła brwi, myśląc 

intensywnie.   -   Wiesz,   że   przy   odrobinie   reklamy   tego   typu   zajęcie   mogłoby   okazać   się 

całkiem   dochodowe.   Wiem,   że   nigdy   go   nie   namówię   do   powrotu   do   świata   nauki,   ale 

przecież mógłby wykorzystać  swoją wiedzę pracując jako konsultant dla takich ludzi jak 

Warwickowie. Właśnie tak!

- Właśnie co?

- Nazwiemy Jonasa konsultantem. Konsultantem historycznym. Jak to brzmi?

-   Słyszę   kółka   obracające   się   w   twojej   głowie.   -   Laura   podniosła   się.   -   Dobrze. 

Przekażę im twoje zaproszenie na jutrzejszy lunch. Mam tylko nadzieję, że Jonas nie będzie 

miał do ciebie żalu, gdy wróci do domu i dowie się, że właśnie przyjęłaś dla niego zlecenie na 

„konsultację historyczną”.

20

background image

- Dam sobie radę z Jonasem - powiedziała Verity z przekonaniem, którego wcale nie 

czuła. - Musi po prostu zrozumieć, że robię to dla jego dobra. Jest zbyt zdolny, aby przez całe 

życie zmywać naczynia. Pewnego dnia podziękuje mi za to.

-  Na twoim miejscu zastanowiłabym się wcześniej dwa razy, zanim zmusiłabym do 

zmiany   zajęcia   wykwalifikowanego   pomywacza-kelnera-chłopca   od   wszystkiego.   Teraz 

bardzo trudno o godnego zaufania pracownika. Jednak nie mam zamiaru psuć ci zabawy.

- Zabawy?

Laura uśmiechnęła się przelotnie.

- Nie udawaj  przede mną  niewiniątka.  Wygląda  na to, że  świetnie  się z Jonasem 

rozumiecie. Ty wydajesz rozkazy, udzielasz mu lekcji na temat samodoskonalenia i zrzędzisz, 

aż wreszcie on ma dość. Wtedy wstaje, przerzuca cię przez ramię i zanosi do łóżka tak jak w 

zeszłym   tygodniu.   Barman   Clement   i   reszta   gości   nieźle   się   z   was   naśmieli   po   waszym 

wyjściu. Twój ojciec ryczał ze śmiechu.

Verity zarumieniła się. Bardzo dobrze pamiętała tamto wydarzenie.

- Taki wstyd. Byłam gotowa go zabić.

Było to wtedy, gdy Verity zaczęła namawiać Jonasa do napisania następnego artykułu. 

Właśnie   otrzymała   przesyłkę   z   dwudziestoma   egzemplarzami   „Studiów   Historycznych 

Odrodzenia” i doszła do wniosku, że odniosła sukces i czekają ją następne. Przekonana, że 

przed Jonasem otwiera się perspektywa kariery, zaryzykowała i posunęła się o jeden krok za 

daleko.

Jonas   wytrzymywał   jej   entuzjastyczny   wykład   przez   całe   popołudnie   i   początek 

wieczoru.   Stracił   cierpliwość   dopiero   późnym   wieczorem,   gdy   w   barze   sanatorium   pili 

ostatnią kawę w towarzystwie Laury i Ricka.

Wysłuchiwał właśnie kolejnej tyrady o tym, jak ważne jest napisanie jeszcze jednego 

artykułu, skoro już dał się poznać i został zaakceptowany. Nagle wyjął jej z ręki szklankę z 

sokiem, podniósł, ją, przerzucił przez ramię i w tej upokarzającej pozycji zaniósł do domku. 

Potem kochał się z nią tak długo, aż Verity zapomniała o artykułach i samodoskonaleniu.

-  Być  może   dla  ciebie   było  to   krępujące   -  powiedziała   Laura  z   uśmiechem  -  ale 

wszyscy obecni w barze na pewno na długo to zapamiętają. Co za widowisko!

- Właściwie to po czyjej jesteś stronie? - spytała z gniewem Verity.

Z twarzy Laury zniknęło rozbawienie.

- Jestem po twojej stronie - odrzekła z nieoczekiwaną powagą w głosie. - Wiesz o tym, 

prawda? Przyjaźnimy się przecież.

Verity uśmiechnęła się smutno.

21

background image

- Wiem.

- Mówię to jako przyjaciółka...

Verity skłoniła głowę.

- Przyjaciółka?

- Nie wiem, jak cię o to zapytać, więc spytam wprost. Czy coś się stało?

Verity zesztywniała.

- Stało?

- Wiesz. Inaczej mówiąc, czy coś jest nie w porządku? Ostatnio się zmieniłaś. Jakby 

coś cię dręczyło. Zastanawiałam się, czy masz jakieś kłopoty. Jeśli tak, to chyba wiesz, że 

możesz o nich opowiedzieć siostrzyczce Laurze.

Verity przeciągnęła ręką tuż pod powierzchnią kryształowo czystej wody. Małe fale 

odbiły się od brzegów basenu.

- Wiem, Lauro. Dzięki. Nic się nie stało. Naprawdę. Ostatnio trochę myślałam. To 

wszystko.

- O Jonasie i przyszłości?

- Mniej więcej.

- Chyba najwyższy czas. Kiedy wychodzisz za niego za mąż, Verity?

Verity uniosła raptownie głowę.

- Nikt mi się nie oświadczył - odpowiedziała cierpko.

- Od kiedy to Verity Ames czeka, aż ktoś inny, na dodatek mężczyzna, podejmie tak 

ważną decyzję w jej życiu? - Kąciki ust Laury uniosły się do góry. - Nie oszukasz mnie. 

Gdybyś chciała poślubić Jonasa, znalazłabyś sposób, żeby go do tego nakłonić.

- Jak sama zauważyłaś, Jonasa można do tego tylko nakłonić - odcięła się zirytowana 

Verity.

- Niewykluczone. Jednak nie sądzę, by za bardzo się opierał, gdybyś go związała i 

zaciągnęła do ołtarza.

- Niezbyt romantyczny obrazek.

-   Żadna   rozsądna   kobieta   nie   bierze   pod   uwagę   romantycznych   złudzeń,   gdy   już 

postanowiła dostać to, co chce. A ty jesteś bardzo rozsądna, Verity. Zatem muszę założyć, że 

jeszcze nie wiesz, czego chcesz od Jonasa Quarrela. I tak wracamy do mojego poprzedniego 

pytania. Co się stało, koleżanko?

Verity pomyślała o teście ciążowym, który po południu w miejscowej aptece najpierw 

dokładnie obejrzała, a potem odłożyła na półkę. Przypomniała sobie, jak bez zastanowienia 

22

background image

Jonas wyjechał do Meksyku, biorąc ze sobą tylko zmianę bielizny i przerażający nóż, którym 

tak dobrze umiał się posługiwać.

-   Nic   się   nie   stało,   Lauro.   Po   prostu   byłam   ostatnio   trochę   przygnębiona.   Chyba 

przydałyby mi się wakacje. - Wyjęła rękę z wody i wzięła kolorową broszurkę. Krople wody 

kapały na zdjęcie hotelu stojącego tuż przy plaży. - Hawaje nieźle wyglądają, prawda?

- Wakacje, hmmm... Wiesz co? Uważam, że to bardzo dobry pomysł.

N

astępnego   dnia   o   drugiej   po   południu   Doug   i   Elyssa   Warwickowie   weszli   do 

restauracji   „Wirydarz”.   Verity   natychmiast   uznała,   że   krótki   opis   Laury   był   bardzo 

precyzyjny. Doug Warwick był przystojnym, młodym maklerem o doskonale ostrzyżonych 

jasnobrązowych włosach i opaleniźnie z salonu piękności. Sportowa koszula pochodziła z 

pracowni   znanego   krawca   -   Ralpha   Laurena,   a   spodnie   khaki   miały   nieskazitelny   kant   i 

mankiety.

Kant i mankiety zrobiły wrażenie na Verity. Ostatnim razem, gdy pojechała z Jonasem 

do   San   Francisco,   usiłowała   go   namówić   na   kupno   spodni   z   mankietami.   Namawianie 

przerodziło się w jedną z tych zbyt często zdarzających się sytuacji, gdy Jonas uparł się i nic 

nie mogła na to poradzić. Wrócili do domu z nową parą levisów, które nawet nie były przed 

uszyciem wyprane, jak w najmodniejszym modelu. Jonas nie przejmował się ubraniami.

Elyssa   Warwick   sprawiła   Verity   niespodziankę.   Dzięki   opisowi   Laury   Verity 

przygotowała się na wielkie, błyszczące oczy i pogodny uśmiech. Jednak nie spodziewała się 

niezaprzeczalnie atrakcyjnej twarzy, bujnych krągłości doskonałej figury ani opadających na 

ramiona popielatych blond włosów obciętych na pazia.

Elyssa ubierała się wyłącznie na biało - biała jedwabna koszula rozpięta o jeden guzik 

niżej, niż wymagała tego moda, biała, wełniana, rozszerzana spódnica i białe czółenka.

Nieskazitelna   biel   stanowiła   doskonałe   tło   dla   błyszczącej   biżuterii   ozdabiającej 

wszystkie   kończyny,   palce   i   uszy.   Wielkie,   rzeźbione   kawałki   metalu   zwisały   przy 

policzkach; kilkanaście rzędów kolorowych naszyjników spoczywało na pełnych piersiach; 

bransoletki   wyglądały   jak   sięgające   łokci   szerokie   obręcze;   złote   opaski   z   małymi 

dzwoneczkami otaczały kostki. Dzwoniła i pobrzękiwała przy każdym ruchu.

- Pani musi być Verity - powiedziała serdecznie Elyssa wyciągając smukłą dłoń. Na 

szczupłych palcach nosiła pierścionki, a długie paznokcie pomalowała rożnymi, błyszczącymi

lakierami. - Laura Griswald wszystko nam o pani opowiedziała. Mówiła, że nie możemy 

przegapić okazji spróbowania pani dań, skoro już jesteśmy w Sequence Springs.

23

background image

Verity zaprowadziła gości do stołu.

- Proszę usiąść. Za kilka minut będę mogła z państwem porozmawiać. Muszę tylko 

zajrzeć do kuchni. Mają państwo ochotę coś zjeść?

Doug Warwick dostrzegł w kacie lśniący ekspres do kawy i uśmiechnął się szeroko.

- Może filiżankę kawy z ekspresu. Zjedliśmy lunch w sanatorium.

Verity   skinęła   głową.   Dwa   miesiące   wcześniej   zainstalowano   u   niej   ekspres. 

Właściwie zainstalował go Jonas. W dwie godziny po przywiezieniu paczek Jonas złożył 

urządzenie i uruchomił. Naprawdę dobrze było mieć go pod ręką.

Verity   przygotowała   dwie   małe   filiżanki   mocnej   kawy   i   zaniosła   do   stolika 

Warwicków. Doug i Elyssa uśmiechnęli się z wdzięcznością. W kilka minut później, gdy 

wyszedł ostatni klient, Verity nalała sobie filiżankę herbaty.

- O ile dobrze zrozumiałam,  szukacie państwo Jonasa - powiedziała siadając przy 

stoliku   Warwicków.   -   Nie   ma   go   w   mieście.   Wyjechał.   W   interesach.   Ma   zlecenie   na 

konsultacje u pewnego klienta w Meksyku.

Elyssa mieszała łyżeczka kawę. Wyglądało na to, że sprawiło to na niej wrażenie.

- Wyobrażam sobie, że dzięki tej pracy jeździ po całym świecie.

Verity zakasłała cicho.

-   Naturalnie,   to   zajęcie   o   skali   międzynarodowej.   Bardzo   dużo   podróżuje.   Jednak 

spodziewam się, że niedługo wróci. W czasie jego nieobecności ja zajmuję się jego sprawami 

zawodowymi. Mogłabym się dowiedzieć, w jaki sposób państwo o nim usłyszeli? Przez kilka 

ostatnich lat na ogół pracował za granicą. Dopiero od niedawna uczynił z Sequence Springs 

swoją   kwaterę   główną.   -   Zastanawiała   się,   czy   nie   przesadza.   Gdyby   Jonas   ją   słyszał, 

rozglądałby się wokół, czym by jej tu przyłożyć.

Nawet jeśli Doug i Elyssa przejęli się faktem, że firma „konsultanta”, którego chcieli 

wynająć, choć miała światowy zasięg, znajdowała się w wegetariańskiej restauracji w małym, 

prowincjonalnym miasteczku, byli zbyt dobrze wychowani, aby dać jej to do zrozumienia.

- Jonasa polecił nam przyjaciel - powiedziała Elyssa. - Mój bliski znajomy, obdarzony 

niezwykłą wprost intuicją. Wyjaśniłam mu, jakiego potrzebujemy eksperta, a on się popytał w 

środowisku. Preston ma szeroki krąg znajomości.

-   Preston   Yarwood   -   wtrącił   sucho   Doug   Warwick   -   całkiem   nieźle   zarabia   na 

prowadzeniu   seminariów  doskonalenia  mocy  psychicznych  w   Bay  Area.  Elyssa  jest  jego 

wierną   uczennicą   od   sześciu   miesięcy.   Zajmuje   się   takimi   głupotami   jak   przewodnictwo 

duchowe i metafizyczny masaż. Jeździ Porsche i nosi garnitury szyte na miarę. Podejrzewam, 

że ten facet musi to robić dobrze.

24

background image

- Daj spokój, Doug, nie pora teraz na wyśmiewanie Prestona - Elyssa łagodnym tonem 

zwróciła   mu   uwagę.   -   To   bardzo   utalentowany   człowiek,   o   wprost   niezwykłej   intuicji. 

Cudowny nauczyciel. Potrafi przewidywać przyszłość, ale jest zbyt skromny, aby się do tego 

przyznać.

- Bzdury.  - Doug parsknął śmiechem.  - Nigdy nie traci okazji, żeby przypomnieć 

wszystkim o swoich tak zwanych wizjach.

- Nie możesz jednak zaprzeczyć, że znalazł dla nas pana Quarrela.

Verity uważnie przyglądała się Warwickom.

- W jaki sposób ten Preston odszukał Jonasa?

Elyssa uśmiechnęła się olśniewająco.

- Skontaktował się z wydawcą małego czasopisma specjalizującego się w studiach 

historycznych nad renesansem. Rozumie pani, potrzebujemy eksperta w tej epoce. Redaktor 

stwierdził, że właśnie opublikował artykuł pana Quarrela, który ma dużą wiedzę na temat 

odrodzenia i mógłby nam pomóc. Powiedział Prestonowi, że kiedyś Jonas Quarrel był znany z 

umiejętności   oceny   autentyczności   niemal   wszystkiego.   Pan   Quarrel   napisał   artykuł   o 

technikach szermierczych, czy tak?

Verity uśmiechnęła się z zadowoleniem.

- Czyżby go pani czytała?

- Obawiam się, że nie, chociaż zrobiłabym  to z ogromną przyjemnością - odparła 

Elyssa z wdziękiem.

- Przypadkiem mam jeden dodatkowy egzemplarz - przyznała Verity bez zająknienia. 

- Dostanie go pani. Jestem pewna, że uzna go pani za bardzo interesujący. Temat został ujęty 

niezwykle błyskotliwie.

- Jestem o tym przekonana.

- Co właściwie Jonas miałby ocenić? - Verity zwróciła się z tym pytaniem do Douga 

Warwicka.

- Szesnastowieczną willę - odparł szybko.

Verity spoglądała na niego bez słowa.

- Willę? We Włoszech? - Wizja wakacji nad włoskim morzem przez chwilę zatańczyła 

jej w głowie. To byłoby nawet lepsze niż Hawaje.

Doug spojrzał na nią poważnie znad brzegu maleńkiej filiżanki z kawą.

-  Chciałbym,   żeby   to   było   takie   proste.   Gdyby   „Koszmar   Hazelhursta”   stał   we 

Włoszech, nie miałbym żadnych problemów z przekonaniem inwestorów, że jest autentyczny. 

25

background image

Jednak ponieważ postawiono go na wysepce na północno-zachodnim Pacyfiku, sprawy się 

trochę komplikują.

- Dobry Boże - zawołała Verity. - Jakim cudem szesnastowieczna renesansowa willa 

znalazła się na amerykańskiej wyspie?

-   Na   przełomie   wieków   ekscentryczny   krewny   naszego   zmarłego   wuja,   Eustis 

Hazelhurst, zabrał ją z Włoch, przewiózł statkiem do Stanów i zrekonstruował. Nasz wuj, 

Digby, był równie obłąkany jak jego krewniak. Odziedziczył willę po śmierci Eustisa. Dwa 

lata temu umarł i wówczas ja dostałem w spadku tę potworność.

-   Doug   natychmiast   wystawił   ją   na   sprzedaż   -   wyjaśniła   Elyssa.   -   Kogo   stać   na 

utrzymanie   i   płacenie   podatków   za   coś   takiego   jak   „Koszmar   Hazelhursta”?   Sama 

konserwacja kosztuje fortunę. Grupa inwestorów chce przekształcić ją w prawdziwy kurort. 

Są   bardzo   zainteresowani,   jednak   zanim   zapłacą   wymienioną   przez   Douga   cenę,   żądają 

dowodów, że willa jest autentyczna. Dlatego Doug postanowił wynająć kogoś cieszącego się 

opinią dobrego eksperta, żeby obejrzał willę i napisał raport dla inwestorów.

Doug odstawił pustą filiżankę.

- Mówiąc szczerze, powinna pani wiedzieć od samego początku, że moja siostra ma 

ukryte zamiary. Pragnie, aby pan Quarrel przy okazji oglądania willi poszukał skarbów.

- Ukrytych skarbów? - Verity była zachwycona.

Doug wzruszył ramionami.

- Prawdopodobnie to szukanie wiatru w polu, ale mój wuj zostawił intrygujące zapiski. 

Skarb jest przypuszczalnie schowany gdzieś w willi.

- Uważam, że zanim sprzedamy willę, powinniśmy ją dokładnie obejrzeć - oznajmiła 

stanowczo Elyssa.

Verity zmarszczyła brwi.

-   Gdyby   był   jakiś   skarb,   czy   nie   znaleziono   by   go   w   czasie   rozbiórki   przed 

transportem do Stanów?

Odpowiedział Doug.

- W pierwszej chwili też tak pomyślałem. Jednak wszystko wskazuje na to, że nie 

rozebrano willi kamień po kamieniu. Pozostawiono nie naruszone bardzo duże fragmenty. 

Robotnicy   po   prostu   je   obudowali   ochronnymi   kratami   i   przewieźli   na   statek.   W   willi 

znalazło się również dużo mebli i dzieła sztuki, jednak niemal nic nie zostało. Biedny wujek 

Digby musiał się wyprzedawać, żeby utrzymać dom.

26

background image

- Wujek Digby był przekonany o istnieniu skarbu i o tym, że nadal jest ukryty w willi. 

Spędził wiele lat na poszukiwaniach - dodała Elyssa. - Chyba to sensowne, żebyśmy sami 

rzucili okiem, zanim pozbędziemy się domu.

Doug uśmiechnął się wyrozumiale spojrzawszy na siostrę.

- Gdyby pan Quarrel podjął się obu zleceń, chciałbym go zatrudnić na tydzień.

Nadszedł czas na interesy. Verity uśmiechnęła się rzeczowo. Miała nadzieję, że nie 

wygląda na zbyt zachwyconą.

- Jak pan rozumie, czas Jonasa jest bardzo cenny, a przedsięwzięcie opisane przez 

państwa, czyli ocena wilii kamień po kamieniu, będzie sporo kosztowało.

-   Och   -   wtrąciła   Elyssa   -   jesteśmy   przygotowani   na   zapłacenie   jego   stawki,   bez 

względu na to, ile wynosi za cały tydzień. Być może nawet dłużej, jeśli to będzie konieczne. 

Jak pani sądzi, czy pana Quarrela zainteresuje nasza propozycja?

- Uważam - odparła powoli Verity - że pan Quarrel będzie bardzo zainteresowany. - 

Obrazy wakacji na wyspie w renesansowej willi natychmiast pojawiły się jej przed oczami. 

Cieśnina Pugent to nie południowy Pacyfik, ale czasami trzeba się zadowolić czymś, co się 

ma pod ręką. - Na ogół towarzyszę panu Quarrelowi w podróżach służbowych na terenie 

Stanów - wtrąciła ostrożnie.

-   Och,   z   przyjemnością   panią   powitamy   wraz   z   panem   Quarrelem   -   szybko 

zaproponowała Elyssa. - Naturalnie pokrywamy wszystkie wydatki.

- Naturalnie - odparte swobodnie Verity, czując się jak prawdziwy dyrektor handlowy. 

- Czy mogę  państwu zaproponować jeszcze jedną filiżankę  kawy,  zanim przejdziemy  do 

szczegółów?

Z

anim Verity skończyła wyjaśniać wszystko Laurze, gdy moczyły się wieczorem w 

basenie, doszła do wniosku, że odkryła w sobie ukryty do tej pory talent do interesów.

- Mógłby to być prawdziwy początek kariery Jonasa - powiedziała z entuzjazmem. - 

Wprost idealny.

- Poszukiwanie skarbów wydaje się czysta stratą czasu - stwierdziła Laura.

- No to co? W najgorszym razie Doug dostanie porządny raport opisujący konstrukcję 

i dane o willi. Powinien wystarczyć do wywarcia wrażenia na jego przyszłych inwestorach. 

Jeśli Jonas przy okazji odnajdzie skarb, to już będzie nadmiar szczęścia.

- Uważasz, że Jonasowi spodoba się pomysł szukania skarbu?

- Dlaczego nie? Właśnie to może go naprawdę zainteresować.

27

background image

- A ty z tego będziesz miała tydzień wakacji - podsumowała Laura kiwając głową. - 

Wiesz,   że   to   nie   jest   taki   zły   pomysł.   Trochę   niesamowity,   ale   kryje   w   sobie   sporo 

możliwości. Powinien Jonasowi odpowiadać.

Verity oparła głowę o kafelki basenu.

-   Jonas   nie   będzie   miał   wyboru   -   przyznała.   -   Już   przyjęłam   to   zlecenie   w   jego 

imieniu. Warwickowie wypłacili mi pięćset dolarów zaliczki.

Laura zmarszczyła brwi.

- Jestem ciekawa, jak Jonas zareaguje na wieść o swoim nowym zajęciu konsultanta.

Verity sama się nad tym zastanawiała. Od wyjścia Warwicków myślała tylko o tym. 

Teraz też śpiesząc się do domku ośnieżoną ścieżką szukała właściwej metody powiadomienia 

Jonasa o przyjętym przez nią zleceniu.

Dróżka była zdradliwa. Na powierzchni powstała warstwa lodu. Verity wcisnęła ręce 

głęboko w kieszenie kurtki i skuliła się przed zimnym wiatrem.

Stopnie prowadzące na ganek pokrywał lód. Uchwyciła się poręczy, aby utrzymać 

równowagę. Nie paliło się światło nad drzwiami. Zmarszczyła brwi, pewna, że włączyła je 

przed   wyjściem.   Być   może   żarówka   się   przepaliła.   Jonas   był   dobry   w   takich   drobnych 

czynnościach jak wymiana żarówek.

Verity ujęła klamkę, gdy z wnętrza domu dobiegł ją cichy szmer. Ogarnęła ją radość. 

Jonas wrócił!

- Jonas? Kiedy przyjechałeś? - Otworzyła pchnięciem drzwi i sięgnęła do wyłącznika. 

- Dlaczego nie zapaliłeś światła?

Ciemny   kształt   runął   przez   drzwi,   brutalnie   odpychając   ją   na   bok.   Zachwiała   się 

raptownie do tyłu, buty ześlizgnęły się i zsunęły po oblodzonym schodku.

Tajemnicza postać przeskoczyła stopnie w szalonym pędzie. Verity ogarnął gniew. 

Ruszyła za intruzem, lecz gdy zbiegała po schodach, stopnie nagle usunęły się jej spod

stóp.

Poczuła, że traci równowagę. Szarpnął nią ostry ból w prawej kostce.

W tym momencie myślała tylko o dziecku, które być może nosiła pod sercem.

Nie wolno jej upaść!

Rozpaczliwie uchwyciła się poręczy, łapiąc ją w ostatniej chwili, gdy wykręcony staw 

wreszcie się poddał. Ledwo zdążyła.

Oddychała szybko, urywanie, z ust wydobywała jej się para. Opuściła się powoli na 

oblodzony schodek i patrzyła bezradnie, jak intruz niknie między drzewami.

- Cholera, cholera, cholera - dygotała jak liść.

28

background image

Po chwili zebrała siły, uświadomiła sobie, że nie może oprzeć się na skręconej kostce, 

i pokuśtykała do środka, żeby zadzwonić do Laury.

Wkrótce zjawiła się przyjaciółka, a za jej plecami Warwickowie.

- Przypadkiem byli przy recepcji, gdy zadzwoniłaś - wyjaśniła Laura, pochylając się 

nad Verity. - Rick miał pełne ręce roboty w barze.

-   Lepiej   będzie,   jak   zawieziemy   panią   do   lekarza   -   stwierdził   Doug   Warwick, 

oglądając puchnącą gwałtownie kostkę. - Zaniosę panią do samochodu.

Zanim Verity zdążyła pomyśleć o odpowiedzi, wziął ją na ręce i ruszył do drzwi.

Było to bardzo niefortunne wydarzenie, zważywszy na przyszłe stosunki służbowe, ale 

gdy w godzinę później Doug wniósł ją z powrotem do wnętrza domku, w nagrodę za cały 

jego trud przystawiono mu nóż do gardła.

-   Co   tu   się,   u   diabła,   dzieje?   -   spytał   Jonas.   Jego   głos   przypominał   lodowate, 

niebezpieczne warczenie dochodzące z mroku.

29

background image

Rozdział trzeci

J

onas!   Odłóż   natychmiast   ten   nóż!   Doprawdy,   nigdy   w   życiu   nie   byłam   tak 

zawstydzona! - Verity pomacała ręką ścianę za plecami Douga. - Przepraszam cię, Doug.

Doug nawet nie drgnął. Stał nieruchomo jak posąg, trzymając Verity w ramionach. 

Zamrugał, gdy zapaliło się światło, ukazując mężczyznę z nożem w ręku.

- To chyba jakieś nieporozumienie - wychrypiał.

- I mnie się tak zdaje - zgodził się Jonas złowieszczym szeptem.

-   Jonas,   przestań!   To   śmieszne.   Co   za   upokorzenie.   Spójrz   na   siebie.   Wyglądasz 

okropnie. - Verity posłała Jonasowi spojrzenie pełne furii. Z pewnością w tym stanie nie mógł 

wywrzeć dobrego wrażenia na klientach. Najgorszy był oczywiście nóż trzymany tuż przy 

gardle Douga, ale dżinsy,  pognieciona, poplamiona robocza koszula i kilkudniowy zarost 

jeszcze   pogarszały   sytuację.   Złote   oczy   lśniły   jak   u   drapieżnika.   Przynajmniej   wygląda 

zdrowo, pomyślała z ulgą.

- Co tu się dzieje, Verity? - Jonas obrzucił ją krótkim, ponurym spojrzeniem i znowu 

utkwił wzrok w swojej ofierze.

- Przestań się zachowywać jak neandertalczyk, to wszystko ci wyjaśnię.

- Niech to będzie dobre wyjaśnienie - odpowiedział Jonas opuszczając nóż z widoczną 

niechęcią. - Postaw moją kobietę na ziemi, zanim zmienię zdanie co do noża – dodał w stronę 

mężczyzny tulącego Verity w ramionach.

- Jej kostka - zdołał wymówić Doug.

Jonas   natychmiast   obejrzał   nogi   Verity   i   spostrzegł   elastyczny   bandaż   otaczający 

prawą stopę.

- Na miłość boską, Verity, co ci się stało?

- Skręciłam kostkę na ganku. Gdybyś zadał kilka uprzejmych pytań, zamiast rzucać się 

Dougowi z nożem do gardła, oszczędziłbyś sobie trudu przeprosin.

- A kto ma przepraszać?

- Ty i to już wkrótce - oznajmiła Verity. Uśmiechnęła się ciepło do wciąż stojącego 

bez ruchu Douga. - Taka jestem zawstydzona. Proszę mnie zanieść na kanapę, dobrze?

-   Jest   pani   pewna,   że   nic   pani   z   jego   strony  nie   grozi?   -   spytał   Doug,   ostrożnie 

układając ją na kanapie. Uważnie przyjrzał się Jonasowi.

30

background image

- Dobre nieba, tak. Nic mi nie będzie. - Zaniepokoił ją wyraz twarzy Douga. Już 

widziała rozwiewające się nadzieje na pokaźny czek za konsultacje. - Brak mi słów, aby 

wyrazić   wdzięczność   za   pańską   pomoc.   Nie   wiem,   co   bym   bez   pana   zrobiła.   Naprawdę 

bardzo przepraszam za... - Machnięcie ręką objęło Jonasa i jego nóż. - Czasami Jonas reaguje 

nieodpowiednio do sytuacji. Żyje w napięciu. Jest pobudliwy. Szybko wyciąga wnioski. Wie 

pan,   jacy   są   ci   naukowcy.   Jednak   zapewniam   pana,   że   jest   bardzo   dobry   w   swojej 

specjalności.

- Rozumiem. - Doug nadal wbijał wzrok w nóż, którego Jonas do tej pory nie odłożył. 

- Sądziłem, że pana specjalnością jest historia renesansu.

Verity   rozpaczliwie   pragnęła   uratować   sytuację,   zanim   Doug   uwierzy,   że 

specjalnością Jonasa jest podrzynanie gardeł.

- Jestem przekonana, że Jonas znakomicie spełni pańskie oczekiwania. Mogę panu 

zagwarantować,   że   nie   będzie   więcej   takich   niezręcznych   sytuacji.   Jako   jego   dyrektor 

handlowy osobiście dopilnuję, aby się właściwie zachowywał.

- Może będzie lepiej, jak tę sprawę przedyskutujemy rano - odrzekł Doug, cofając się 

w kierunku drzwi. - Laura i Elyssa siedzą w samochodzie. Nie chciałbym, żeby na mnie 

czekały. Dziś jest trochę zimno. Miło mi było pana poznać, panie Quarrel. Spodziewam się, 

że miał pan udaną podróż w hmm.... interesach. Jak rozumiem, nie było pana przez jakiś czas 

w kraju. - Już stał przy samych drzwiach. Jak dobry makler mówił aż do ostatniej chwili. - 

Dobranoc, Verity. Niech pani uważa na kostkę. - Zatrzasnął drzwi za sobą.

W małym pokoiku zapanowała pełna napięcia cisza.

- Żyje w napięciu? - Jonas powtórzył ironicznie. - Pobudliwy?

Wrzucił nóż do otwartej brezentowej torby stojącej obok kanapy. Podszedł i pochylił 

się nad Verity, oczy mu błyszczały.

- Coś musiałam wymyślić, żeby usprawiedliwić twoje kretyńskie zachowanie. - Verity 

usadowiła się w rogu kanapy i spokojnie spotkała groźne spojrzenie Jonasa. Wtem zagryzła 

dolną wargę. - Jonas, dobrze się czujesz?

- Czułem się całkiem dobrze, zanim wróciłem do domu akurat na czas, żeby obejrzeć, 

jak przenosi cię przez próg chłopak z okładki „Kwartalnika dla prawdziwych dżentelmenów”. 

Ćwiczenia dla panny młodej?

- Przestań się wygłupiać - zaprzeczyła opryskliwie. - Gdzie tata?

- W Rio z Lehighem. Emerson stwierdził, że musi pojechać na wakacje. Doszedł do 

wniosku,   że   oglądanie   bikini   z   trzech   sznurków   i   kostiumów   kąpielowych   topless 

paradujących po plaży to właśnie najlepszy relaks dla mężczyzny w jego wieku. A ja - ciągnął 

31

background image

obrażonym tonem Jonas - czułem się zobowiązany do pośpiesznego powrotu do domu do 

kobietki, która, jak sądziłem, z niepokojem mnie oczekuje.

Verity zlekceważyła kąśliwą uwagę.

-   A   co   z   Samem   Lehighem?   Wszystko   w   porządku?   Porywacze   puścili   go   bez 

kłopotów?

- Nic mu nie jest. Faceci, którzy go porwali, nie należeli do najbystrzejszych.

Jonas przesunął palcami po zmierzwionych włosach. Gdy napięcie osłabło, opanowało 

go znużenie. Stłumił ziewnięcie.

- A tato?

- Też w porządku. Nikomu ważnemu nie stała się krzywda.

- Nikomu ważnemu? Co z porywaczami? - zapytała niespokojnie Verity.

Jonas zmrużył oczy.

- Jak już powiedziałem, nikomu ważnemu nie stała się krzywda. Ty, jako miłująca 

prawo obywatelka,  z zadowoleniem  pewnie się dowiesz,  że trójka, która  przetrzymywała 

Lehigha, korzysta obecnie z uprzejmości meksykańskiego więzienia.

Verity rozjaśniła się w uśmiechu.

- W końcu oddaliście sprawę w ręce policji? Tak się cieszę. Wiedziałam, że tak będzie 

lepiej.

-   Właściwie   to   nie   przekazaliśmy   ich   policji   -   odparł   ostrożnie   Jonas.   -   Tylko 

zostawiliśmy tych trzech pacanów na miejscu popełnienia przestępstwa. Wiesz, jak tam jest. 

Każdy   znajdujący   się   w   pobliżu   w   chwili   wkroczenia   policji   jest   od   razu   uważany   za 

winnego.

- Zatem, dokładnie mówiąc, gdzie ich zostawiliście, gdy wkraczała policja? - spytała 

podejrzliwie Verity.

- W magazynie pełnym narkotyków. Należało to chyba do jakichś krewnych. Trzech 

głupców   trzymało   Lehigha   na   tyłach   budynku.   Jak   wydostaliśmy   Sama,   dopilnowaliśmy, 

żeby porywacze przez pewien czas nigdzie się nie wybierali. Potem Emerson anonimowo 

zadzwonił po policję. Takie miłe, prestiżowe aresztowanie, które władze tak lubią. Nagłówki 

w gazetach, medale dla wszystkich.

- Mam dziwne wrażenie, że coś zanadto wszystko upraszczasz.

-  Próbuję  się   streszczać,   aby  powrócić   do   zasadniczego   tematu   -  stwierdził   Jonas 

groźnie. - Kiedy i dlaczego pojawił się ten sir Galahad w garniturku?

- Nazywa się Warwick - odparła gniewnie Verity. - Doug Warwick. Wraz z siostrą 

Elyssą zatrzymali się w sanatorium. Wieczorem skręciłam nogę na stopniach i zadzwoniłam 

32

background image

do Laury. Natychmiast przyjechała razem z Warwickami. Naprawdę uprzejmie z ich strony. 

Byłam trochę przestraszona.

Jonas przykucnął obok kanapy. Delikatnie dotknął obandażowanej kostki.

- Przestraszyłaś się upadkiem?

- Nie, tym, co spowodowało mój upadek.

Jonas raptownie podniósł głowę.

- Ktoś był w domu, kiedy wieczorem wróciłam z sanatorium. Wybiegł i uciekając 

potrącił mnie. Ledwie zdążyłam chwycić się poręczy, żeby nie zlecieć w dół po schodach.

Jonas patrzył na nią ze zdumieniem.

- Do cholery! Mówisz poważnie?

- Jak najpoważniej.

- Ktoś był tutaj? - Rozglądając się po wygodnie umeblowanym pokoju Jonas zacisnął 

palce na kolanie Verity.

Powiodła spojrzeniem wokół siebie.

- Wygląda na to, że nic nie zabrał, prawda? Sprzęt grający stoi i telewizor także. 

Musiałam mu przeszkodzić, zanim narobił szkód. Właśnie sobie przypomniałam, że mam 

zadzwonić do biura szeryfa  i powiedzieć  mu,  czy coś nie zginęło. - Sięgnęła do aparatu 

stojącego na stoliku obok.

Gdy wykręcała numer, Jonas dokładnie obejrzał pokój, zajrzał do szuflad i otworzył 

szafy. Potem zniknął w korytarzyku prowadzącym do sypialni. Gdy wrócił, Verity właśnie 

skończyła krótką relację i odkładała słuchawkę.

- Cholera, wyjechałem na niecałe pięć dni i od razu wpakowałaś się w kłopoty - 

wymruczał ze złością wyglądając z kuchni.

-   Nie   wpakowałam   się   w   kłopoty.   Stałam   się   niewinną   ofiarą   intruza.   -   Verity 

usłyszała stuk butelki o szklankę. - Przynieś mi sok.

W chwilę potem Jonas zjawił się z dwiema szklankami. W jednej był sok z żurawin.

- Czy zamknęłaś drzwi przed wyjściem? - Usiadł obok i podał jej sok.

- Nie. Wiesz przecież, że nigdy tego nie robię. Tutaj nie popełnia się przestępstw.

- Teraz zaczęto popełniać, prawda? Co za idiotyczna wymówka. Ile razy ci mówiłem, 

żebyś zamykała frontowe drzwi na klucz?

- Ależ, Jonas...

- Trzeba natychmiast skończyć z tym samotnym łażeniem po nocy do sanatorium. Od 

tej chwili albo ja idę z tobą, albo zostajesz w domu i szukasz sobie czego innego do roboty.

- Ależ, Jonas...

33

background image

- Chciałbym wiedzieć, skąd temu Warwickowi przyszło do głowy, że może cię ot tak 

sobie wziąć na ręce i nosić. Czemu się zgłosił na ochotnika do pomocy? Laura i Rick mogli 

się tym sami zająć...

- Jonas...

- Jezu! Człowiek wraca do domu po ciężkim tygodniu w drodze i pierwsza rzecz, jaka 

mu wpada w oczy, to własna kobieta, którą wnosi przez próg inny facet. To chyba wystarczy, 

aby poważnie pomyśleć o ponownym wprowadzeniu do użytku pasów cnoty.

Verity straciła cierpliwość.

- Jonas, zaczynasz marudzić jak rozeźlony mąż. Chyba już dość powiedziałeś. Na 

wypadek, gdyby to umknęło twojej uwagi, to ja jestem poszkodowaną stroną. Poza tym nie 

chcę   już   więcej   słyszeć   ani   jednego   złego   słowa   o   Dougu   Warwicku.   To   bardzo   miły 

człowiek. Ważniejszy jest jednak fakt, że to nasz klient.

- Kim on jest?

Verity odchrząknęła cicho.

-   Sądzę,   że   będzie   lepiej,   jak   ci   wszystko   wytłumaczę   rano.   Wyglądasz   na 

zmęczonego,   a   Bóg   jeden   wie,   jak   jestem   wykończona   po   wydarzeniach   dzisiejszego 

wieczora. Boli mnie noga. Chcę się położyć i trochę się przespać.

- O, nie. Co to znaczy, że Warwick jest naszym klientem?

- To długa historia. Naprawdę wolałabym wyjaśnić ci wszystko rano. - Uśmiechnęła 

się do niego łagodnie. - To tylko interes. Tak się cieszę, że już jesteś w domu, cały i zdrów. 

Bardzo się o ciebie martwiłam.

- Verity...

-   Boli   mnie   noga   w   kostce.   W   pierwszej   chwili   myślałam,   że   ją   złamałam.   Na 

oblodzonym ganku jest bardzo ślisko i niebezpiecznie.

- Do cholery, Verity...

- Jak dobrze mieć cię z powrotem w domu – powiedziała z zadumą. Dotknęła jego 

ramienia, przesunęła palcami wzdłuż łokcia. - Wyglądasz jak wyżęty przez wyżymaczkę.

- Powinienem wziąć prysznic - przyznał i wypił do końca brandy.

- No to weź.

Podrapał się w brodę.

- Przydałoby się ogolić.

- Nie jestem pewna. Taka broda jest bardzo zmysłowa.

Dotknęła jego policzka. W jego spojrzeniu pojawiło się nagle pożądanie.

- Pragnę cię.

34

background image

Verity uśmiechała się łagodnie i zachęcająco.

- Nie widzę powodu, dla którego nie miałbyś mieć wszystkiego, czego pragniesz dziś 

wieczorem. Może zaczniesz od prysznica?

Jonas wpatrywał się w jej usta.

-   Dlaczego   ci   na   wszystko   pozwalam?   Wegetariańskie   jedzenie   musiało   mi 

rozmiękczyć mozg. - Pochylił się i długo, mocno ją pocałował. Potem ruszył do łazienki.

Verity poczekała  na odgłos odkręconej pod prysznicem wody i wstała ostrożnie z 

kanapy.  Stwierdziła, że daje sobie całkiem dobrze radę, posługując się pogrzebaczem jak 

łaską. Nucąc cicho pod nosem, zamknęła drzwi, zgasiła światła w saloniku i pokuśtykała do 

sypialni.

Kiedy w piętnaście minut później otworzyły się drzwi od łazienki, Verity leżała w 

łóżku, opierając się o poduszki. Rude włosy otaczały jej głowę płomienną aureolą. Włożyła 

koszulę  nocną, którą kupiła sobie wkrótce po tym,  jak Jonas  został jej  kochankiem.  Nie 

uszyto jej na mroźne, zimowe noce. Było to delikatne jak mgiełka połączenie czarnej koronki 

i atłasu, interesująco podkreślające miękkie krągłości jej piersi.

Jonas wyszedł z łazienki z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. Drugim ręcznikiem 

wycierał gęste, ciemne włosy. Spojrzał na nią i raptownie się zatrzymał.

- Nie do wiary, że jeszcze niedawno byłaś zapiętą pod szyję starą panną. Pokonałaś 

długą drogę. - Jonas rzucił oba ręczniki na krzesło i podszedł do łóżka. Przystanął, wpatrując 

się w nią. Był bardzo podniecony. - Tęskniłem za tobą, kochanie.

- Cieszę się. - Verity zrobiła mu miejsce obok siebie, odwijając kołdrę. - Ja też za tobą 

tęskniłam. Tak się bałam, że coś się wam stanie.

Położył się do łóżka i wziął ją w ramiona.

- Skończyło się na tym, że tobie coś się stało.

Pocałował ją w szyję i wsunął palce pod czarną koronkę przy staniku.

Kiedy   ciepła,   cudownie   szorstka   dłoń   przesunęła   się   na   jej   brzuch,   Verity  znowu 

pomyślała o tym, czego broniła wcześniej tego wieczora, kiedy walczyła, żeby nie upaść. 

Może przyszedł już czas, żeby podzielić się podejrzeniami z Jonasem.

- Jonas?

Pocałował ją, jakby chciał dodać jej otuchy.

- Nie martw się. Będę uważał.

Przez ułamek sekundy myślała, że być może odgadł prawdę.

- Uważał na co?

- Na twoją kostkę.

35

background image

- Och.

- Boże, jak ja cię dzisiaj pragnę. - Pieścił ją z narastającym pośpiechem, szukając tak 

dobrze znanych magicznych miejsc. - Powitaj mnie w domu, ukochana. Muszę wiedzieć, jak 

bardzo za mną tęskniłaś.

Może nie była to najlepsza chwila, żeby mu powiedzieć. Nie miała wątpliwości, że 

Jonas myśli tylko o jednym. Kiedy zaspokoi potrzeby fizyczne, które go teraz zmuszały do 

wysiłku, będzie zupełnie wyczerpany. Potrzebował wypoczynku, widziała to jasno. Poza tym 

nie   miała   całkowitej   pewności   co   do   dziecka.   Verity   otoczyła   ramionami   szyję   Jonasa   i 

przyciągnęła do siebie.

- Witaj w domu, najdroższy - wyszeptała, gdy przykrył sobą jej smukłe ciało. Wtem 

zagarnął ją w mocnym uścisku i Verity natychmiast zapomniała o wszystkim spalając się w 

ogniu namiętności.

Dużo później, gdy już prawie zasypiała, usłyszała zduszony szept Jonasa.

- Co mówisz? - spytała rozespana.

- Spytałem, czy naprawdę zachowywałem się przedtem jak wściekły mąż?

- Rozeźlony, a nie wściekły. To takie wyrażenie. - Nagle przeszła jej ochota na sen.

- Takie wyrażenie, co? - ziewnął Jonas. - Wiesz, przyszło mi do głowy, że właśnie 

dokładnie tak się czułem, gdy Warwick wniósł cię na rękach do domu. Tylko,  że słowo 

„rozeźlony”   nie   całkiem   oddaje   mój   stan   ducha.   „Wściekły”   dokładniej   odpowiada 

rzeczywistości. Chciałem wepchnąć  mu nóż w gardło. Verity,  nigdy więcej mnie tak nie 

zaskakuj.

Usłyszała w jego słowach wyraźne ostrzeżenie i zadrżała. Przypomniała sobie chłód w 

jego   spojrzeniu,   gdy   trzymał   nóż   tuż   przy   szyi   Warwicka.   Czasem   warto   było   sobie 

przypomnieć, że mężczyzna leżący obok nie był tylko pomywaczem ze stopniem doktorskim. 

Potrafił być  bardzo niebezpieczny;  bezwzględny jak renesansowy arystokrata  walczący w 

obronie swojej własności.

Taki był kochany przez nią mężczyzna, ojciec jej dziecka. Jeśli nosiła pod sercem 

dziecko.

Verity dotknęła brzucha. Upłynęło dużo czasu, zanim znowu zdołała zasnąć.

T

eraz   rozumiesz   -   kończyła   Verity   następnego   dnia   przy   śniadaniu   -   że   to   jest 

wspaniała okazja dla ciebie. Zakładając oczywiście, że wczoraj wieczorem wszystkiego nie 

popsułeś. Już wpłaciłam zaliczkę od Warwicków na specjalne konto w banku i załatwiłam, że 

36

background image

reszta również zostanie tam wpłacona po wykonaniu zlecenia. Pokrywają wszystkie koszty. 

Tylko pomyśl, co to za idealna sytuacja! Pojedziemy na wakacje, za które nam zapłacą, a ty 

będziesz miał świetny start w udzielaniu konsultacji.

Jonas   powoli   grzebał   łyżką   w   resztce   płatków   owsianych.   Z   namaszczeniem 

przeżuwał   i  połykał,  zastanawiając  się  nad   propozycją.   Verity  rano   wyglądała   na  bardzo 

zdecydowaną.   W   błękitnych   oczach   lśnił   blask   nadziei,   ostrzegający,   że   musi   bardzo 

ostrożnie   postępować.   Najwyraźniej   pragnęła,   aby   podjął   się   zlecenia   dla   Warwicków. 

Jonasowi ten pomysł nie bardzo się spodobał. Wolałby zostać w Sequence Springs i spędzić 

resztę zimy na kochaniu się z Verity i nauce gotowania wykwintnych wegetariańskich dań.

- Wakacje na wyspach San Juan w środku zimy to nie to samo co tydzień na Hawajach 

- stwierdził Jonas.

- Wiem, ale ta okazja jest po prostu zbyt dobra, aby ją przegapić.

- Przeprowadzenie analizy willi będzie dość proste, ale czy uświadamiasz sobie, że nie 

znajdziemy skarbu z czterechsetletniej legendy? To szukanie wiatru w polu...

- To samo powiedziała Laura. Za to ja uważam, że jeśli Warwickowie są gotowi płacić 

za szukanie wiatru, to nie masz  powodu do narzekań. Poza tym  poszukiwanie skarbu to 

sprawa uboczna. Najważniejszy jest raport o willi.

Jonas   próbował   znaleźć   jeszcze   jakiś   argument   przeciw   wyprawie.   Wymienił   już 

kilka, ale wszystkie zostały zbite. Cały pomysł wydawał się bezsensowną stratą czasu, ale jak 

zwykle   po   spędzeniu   nocy   z   Verity   był   gotów   do   poświęceń.   Ta   kobieta   powoli,   ale 

konsekwentnie  owijała go sobie wokół małego palca. Doszedł do wniosku, że mu to nie 

przeszkadza.

-   Powiem   ci   coś   -   odezwał   się   w   końcu,   postanawiając   zachować   się 

wspaniałomyślnie. - Jeszcze dziś rano porozmawiam z Warwickami.

- Najpierw powinieneś przeprosić za nóż.

- Nie przeciągaj struny, Verity.

- Nie przeciągam struny. Chodzi mi o ciebie. Szczerze mówiąc, przyszło mi do głowy, 

że nie byłbyś zadowolony zmywając do końca życia talerze.

- Nie wiem, w czym tkwi problem. Potrzebny ci pomywacz. Potrzebny ci również 

konserwator. W mojej osobie masz obu za cenę jednego.

Verity   uśmiechnęła   się   olśniewająco,   uśmiechem   pełnym   obietnicy,   który   zawsze 

pozbawiał Jonasa tchu.

-   Ale   zrobiłam   interes   -   wymruczała.   Zebrała   talerze   i   miski.   Dla   podtrzymania 

równowagi sięgnęła po pogrzebacz.

37

background image

- Zajmę się talerzami. Jestem zawodowcem, pamiętasz? - Zmarszczył czoło z troską, 

przyglądając   się,  jak  Verity  kuśtyka  w  kierunku   kuchni  z  naczyniami  pobrzękującymi  w 

dłoniach. - Usiądź, kochanie.

-   Nie   martw   się   o   mnie.   Kuśtykanie   doprowadziłam   do   absolutnego   mistrzostwa. 

Chyba później wymoczę sobie nogę w basenie w sanatorium.

- Verity...

Zatrzymała się, żeby pocałować go w czoło.

- Dzięki, że zgodziłeś się wziąć tę pracę. Jestem pewna, że to początek wspaniałej 

przyszłości.

- Nie powiedziałem, że podejmę się tej pracy. Zgodziłem się tylko porozmawiać z 

Warwickami - przypomniał jej, wiedząc, że prowadzi beznadziejną walkę.

- Polubisz ich - zapewniła go spokojnie i podjęła powolną wędrówkę do kuchni. - 

Elyssa jest trochę dziwna, ale Doug miły i zwyczajny. On... Aaaa!

Jonas   zobaczył,   jak   stos   misek   chwieje   się   niczym   wieżowiec   podczas   trzęsienia 

ziemi.   Patrzył   zafascynowany,   jak   zsuwają   się   z   pustego   talerza   po   tostach   i   lecą 

przyśpieszając ku drewnianej podłodze. Pochylił się bez namysłu, pochwycił miski jedną ręką 

i ostrożnie postawił na stole.

- Jonas, jak ty to robisz? - spytała Verity z westchnieniem.

- Co?

- Masz tak doskonałą koordynację ruchów. Chyba nawet nie uświadamiasz sobie, jak 

płynnie się poruszasz. To wprost zadziwiające.

Jonas uśmiechnął się lubieżnie.

- Czyżbyś na okrągło chciała mi mówić, że jestem dobry w łóżku?

Prychnęła z niezadowoleniem.

- Znowu okazujesz męską arogancję.

- Mógłbym ci pokazać coś bardziej męskiego, gdybyś odstawiła te talerze.

- Niektórzy z nas mają robotę do zrobienia. Dziś jest twój szczęśliwy dzień. Znalazłeś 

się   wśród   wybrańców.   Właśnie   zaproponowano   ci   pracę   w   twojej   specjalności.   Kiedy 

skończysz kawę, zadzwonię do sanatorium i ustalę godzinę spotkania z Warwickami. - Verity 

zniknęła za drzwiami.

Jonas   usiadł   wygodniej,   żeby   porozmyślać   przy   kawie.   Wyglądał   przez   okno   na 

ośnieżony   las   i   przysłuchiwał   się   radosnemu   pobrzękiwaniu   talerzy   w   ciepłej   kuchni   za 

plecami. 

38

background image

Jak   dobrze   znaleźć   się   w   domu,   pomyślał.   Dobrze   mieć   namiętnego   rudzielca 

czekającego na powrót. Dobrze dzielić z nią łóżko i stół. Dobrze mieć książki poupychane na 

jej półkach. Dobrze czuć, że jest miejsce, do którego się należy. Spodobała mu się myśl o 

spędzeniu w ten sposób reszty życia. Zastanawiał się, jak Verity zareaguje na ten pomysł.

Nigdy nie mówiła zbyt wiele o wspólnej przyszłości. Ostatnio zaczęło go to trochę 

martwić.   Powszechnie   uważano,   że   to   kobiety   na   ogół   szukają   poczucia   stabilizacji   w 

związku.   To   kobiety   chcą   obrączek,   przysiąg   i   reszty   symboli   więzi,   które   łączą   się   z 

małżeństwem.

Natomiast  Verity  ani  razu  nie  wspomniała  o  małżeństwie.   Gdy  teraz  się  nad  tym 

zastanawiał, wydawało się to dziwne. Jonas zmarszczył brwi.

Zeszłej nocy zarzuciła mu, że zachowywał się jak wściekły, nie jak rozeźlony mąż. 

Jonas obracał w myślach słowo „mąż”. Ciekawe, czy Verity kiedykolwiek wyobrażała sobie 

siebie w roli żony.

Pewnie nie, pomyślał. Emerson wychował ją w bardzo niezwykły sposób. Wyjaśnił 

kiedyś, że głównym celem było nauczenie Verity dawania sobie rady w brutalnym świecie. W 

rezultacie stała się bystrą, polegającą wyłącznie na sobie, zapalczywą młodą kobietą, która 

doskonale obchodziła się bez mężczyzny aż do chwili zjawienia się na scenie Jonasa.

Jonas   nawet   nie   próbował   się   oszukiwać.   Główną   przyczyną   pozostawania   w 

panieństwie tak długo był jej ostry język odstręczający każdego mężczyznę nadającego się na 

męża. Tak dobrze posługiwała się językiem, jak on nożem, pomyślał z krzywym uśmiechem. 

Ta pani nie wahała się używać swych ust. Ta myśl rozbawiła Jonasa. Wypił kawę i wstał.

Verity wysunęła głowę przez kuchenne drzwi.

- Może założysz krawat? - zaproponowała pogodnie.

- Chyba nie chcemy, żeby Warwickowie myśleli, iż pragnę wywrzeć na nich dobre 

wrażenie, prawda?

- Jonas - zaczęła Verity zdecydowanym tonem - wypada, żebyś założył krawat. Masz 

wyglądać jak zawodowiec.

Podszedł do niej, schylił głowę i pocałował ją mocno w usta.

- Jak już powiedziałem, młoda damo, nie przeciągaj struny.

V

erity w czasie formalnej prezentacji wstrzymała oddech. Po kilku minutach zupełnie 

się uspokoiła. Nie miała wątpliwości, że Jonas właściwie się zachowa. Kiedy Doug Warwick 

uświadomił sobie, że Jonas jest bardziej cywilizowany przy świetle dziennym, wyciągnął do 

39

background image

niego rękę w serdecznym  geście powitania. Jonas uścisnął ją od niechcenia. Siedzieli we 

czwórkę na słonecznej oszklonej werandzie: Jonas i Verity, Doug i Elyssa. Dzięki ścianom ze 

szkła mieli rozległy widok na lśniące w zimnych promieniach słońca jezioro Sequence. Verity 

spostrzegła, że Elyssa znowu ubrała się na biało - białe spodnie, biały sweter, białe pantofle. 

Biżuteria błyszczała w słońcu.

- Przepraszam za wczorajsze nieporozumienie - powiedział Doug. Verity pomyślała, 

że postąpił bardzo wspaniałomyślnie. Uśmiechnęła się do niego serdecznie.

- Doceniam pańską pomoc dla Verity - odparł Jonas wstrzemięźliwie. Rozsiadł się 

wygodnie na sofie i przyglądał spod oka przyszłym klientom.

- Jak się dzisiaj czujesz, Verity? - Elyssa obejrzała kostkę. - Możesz stanąć na tej 

nodze?

- Trochę. Jeszcze mnie boli, ale za kilka dni powinno być  już w porządku. Laura 

znalazła dla mnie laskę i teraz jest o wiele lepiej. - Pomachała drewnianą laską. - Została im. 

Dwa lata temu Rick miał kłopoty z plecami.

- Mam przyjaciela  - Elyssa  mówiła  dalej  serdecznie. - Poznałam  go na jednym  z 

seminariów Prestona. Zajmuje się kryształami. Prawdopodobnie mógłby coś dla ciebie zrobić.

-   Powinienem   was   ostrzec,   moja   siostra   naprawdę   interesuje   się   tymi   bzdurami   - 

powiedział cicho Doug Warwick pochylając się do Jonasa.

- Nie zwracajcie uwagi na Douga - łagodnie odcięła się Elyssa. - Nadal myśli liniowo. 

Nie   rozumie,   że   droga   do   poznania   i   oświecenia   nie   zawsze   biegnie   prostym, 

jednowymiarowym   szlakiem   wytyczonym   przez   większość   myślicieli   Zachodu.   Nie 

zaakceptował jeszcze holistycznego podejścia do prawdy, jednak ufam, że zrobi to pewnego 

dnia. Może już wkrótce.

- Jeszcze trochę poczekasz - wymruczał Doug.

- Uważam, że niektóre idee Nowej Ery są bardzo ciekawe - oznajmiła Verity. - W 

końcu nie wszystkie są takie nowe. Niektóre znamy od ponad tysiąca lat. Musi w nich tkwić 

choćby ziarnko prawdy.

- Oszuści równie dawno pojawili się w historii ludzkości - stwierdził ironicznie Jonas. 

- To nie  oznacza  wcale,  że w  dzisiejszym  oszustwie jest jakaś  prawda,  jak przed  pięciu 

tysiącami lat. Oto czym są idee Nowej Ery - dobrym oszustwem, ot co.

- Jonas! - Verity zgromiła go wzrokiem, marząc o tym, żeby zamilkł, zanim do końca 

odstraszy klientów. - Nie zwracaj na niego uwagi, Elysso. Po prostu jest pełen zwykłych 

akademickich   uprzedzeń   wobec   niekonwencjonalnych   metod   poznania.   -   Cholerne 

uprzedzenie jak na kogoś, kto sam ma zdolności parapsychiczne, pomyślała z ironia Verity.

40

background image

- Doskonale rozumiem - zapewniła ją Elyssa, wpatrując się w Jonasa. Z niezwykłą 

wyrozumiałością wysłuchiwała jego kąśliwych uwag. Zwróciła się do Verity. - Czy będziesz 

mogła ze zwichniętą kostką towarzyszyć Jonasowi w podróży do naszej willi?

-   Och,   z   pewnością.   Nie   mogę   się   już   doczekać   -   zawołała   Verity   z   animuszem, 

próbując natchnąć Jonasa odrobiną entuzjazmu. Zignorował ją.

- Bez problemu mogę przygotować raport o willi - stwierdził. - Poza tym, jeśli dobrze 

zrozumiałem, chcą państwo, żebym szukał jakiejś cholernej legendy. Powinienem ostrzec, że 

z tego, co powiedziała mi Verity, wygląda to na zupełną stratę czasu. Czy są państwo pewni, 

że chcą zapłacić za moje... hhmmm... konsultacje i pomoc w poszukiwaniu skarbu, który 

prawdopodobnie nie istnieje?

Doug zachichotał.

- Może to się panu wydawać trochę idiotyczne, ale zapewniam, że wuj Digby był na 

tropie   czegoś,  co  jest  ukryte   w  willi.  Przed  sprzedażą  domu   Elyssa   chce   sprawdzić,  czy 

czegoś nie znajdziemy. Ponieważ i tak wybiera się pan do willi i będzie ją dokładnie oglądał, 

to mógłby pan jednocześnie się rozejrzeć, czy nie ma tam gdzieś skarbu.

- Nie przyszło  państwu do głowy,  że  pański wujek miał  po prostu  nierówno pod 

sufitem?

- Jonas! - syknęła Verity. Zachował się niesłychanie grubiańsko.

Elyssa uśmiechnęła się pogodnie.

- Nic się nie stało, Verity. Sami się nad tym zastanawialiśmy.  Rzeczywiście mógł 

całkiem zwariować. Na pewno był oryginałem. Jednak głęboko wierzył, że w willi kryje się 

skarb. Zostawił pamiętnik ze szczegółowym opisem poszukiwań. Niestety notatki prowadził 

po łacinie. W pewnym miejscu znalazł kryształ.

- Kryształ? - Verity pochyliła głowę z zaciekawieniem.

Doug przytaknął.

-   Sam   go   widziałem   mniej   więcej   pięć   lat   temu.   Digby   mi   pokazał   wkrótce   po 

znalezieniu. Był pewien, że to jakiś klucz. Kryształ jest zielony, ma około 5 cm długości. W 

kształcie jaja z drobnymi nacięciami o bardzo dziwnej formie u dołu. Zniknął dwa lata temu 

razem z wujem Digbym. Albo go gdzieś schował, albo miał przy sobie, gdy zaginął.

Jonas pochylił się do przodu, wykazując prawdziwe zainteresowanie.

- Uważał, że kryształ na pewno pochodził z epoki renesansu?

- Och, tak - potwierdziła Elyssa. Zabrzęczały bransolety, gdy odwracała się do Jonasa. 

- Być  może pod koniec życia  cierpiał na uwiąd starczy,  jednak kiedyś  Digby Hazelhurst 

41

background image

cieszył   się   pewną   sławą   w   kręgach   akademickich.   Trzydzieści   lat   temu   uważano   go   za 

eksperta w historii renesansu.

- Hazelhurst? - powtórzył Jonas. - Pańskim wujem był Digby Hazelhurst?

- Słyszał pan o nim?

- Pamiętam, że natknąłem się na jego wczesne prace o nauce w renesansie - odparł 

Jonas powoli. - Zbierał się na nich kurz na półce w starej bibliotece w Vincent College. 

Trafiłem na nie przez przypadek.

- Obawiam się, że wujek Digby, zanim umarł, zmarnował swą reputację - powiedział 

Doug. - Jak mówiono, przez ostatnie dwadzieścia lat prace wuja stawały się coraz bardziej 

dziwaczne. Koledzy go lekceważyli, na żadnej uczelni nie mógł dostać posady wykładowcy, 

wreszcie czasopisma naukowe przestały go drukować. Wtedy wycofał się z życia naukowego 

i schronił na wyspie, aby spędzić resztę lat na poszukiwaniu skarbu.

- Powiedział pan, że pański wuj umarł dwa lata temu.

Doug skinął głową.

- Zaginął  na morzu.  Nie miał  powodu, aby w jego wieku wypływać  samotnie  na 

cieśninę.   Stary   Digby   zawsze   był   niezależny.   Od   wielu   lat   cierpiał   na   serce.   Władze 

stwierdziły, że prawdopodobnie miał atak serca i wypadł za burtę. Nigdy nie odnaleziono 

ciała, chociaż fale wyrzuciły łódkę na sąsiednią wyspę.

-   A   państwu   został   pamiętnik,   zrekonstruowana   willa   i   zaginiony   kryształ   - 

podsumował Jonas.

Elyssa roześmiała się głośno, zadźwięczały kolczyki,

- Doug ma rację. Naprawdę musimy sprzedać willę, nie stać nas na jej utrzymanie. 

Jednak nie mogę znieść myśli, że przedtem nawet nie spróbujemy odnaleźć skarbu. Powinna 

to być niezła zabawa, nawet jak nic z tego nie wyjdzie. Zaprosiłam kilkoro przyjaciół, aby 

nam pomogli w poszukiwaniach.

Jonas zmrużył oczy.

- Jakich przyjaciół?

-   Niech   się   pan   nie   martwi,   nie   będą   wchodzili   panu   w   drogę   -   zapewniła   go 

pośpiesznie.   -   Tam   jest   mnóstwo   miejsca.   Gospodyni   Digby'ego,   panna   Frampton,   nadal 

mieszka w willi. Zajmie się gotowaniem i sprzątaniem.

- Jonas, na pewno będzie przyjemnie - z ożywieniem stwierdziła Verity.

Uniósł brwi i rzucił jej ironiczne spojrzenie.

- Prowadzenie interesów zostawiam mojemu dyrektorowi handlowemu - powiedział 

do Warwicków. - Wygląda na to, że za dzień lub dwa spotkamy się w Seattle.

42

background image

- Świetnie. - Doug wyjął z kieszeni mały, oprawny w skórę notes. - Chyba powinien 

pan zajrzeć do pamiętnika. - Przerwał. - Czy przypadkiem zna pan łacinę?

-   Nie   miałem   z   nią   jakiś   czas   do   czynienia,   ale   dam   sobie   radę   -   odparł   Jonas 

skromnie. - Włoscy humaniści przykładali ogromną wagę do znajomości łaciny. Uważano, iż 

jest   to   jedyny   język   właściwy   do   prowadzenia   naprawdę   ważnych   zapisków.   Widocznie 

Digby uważał tak samo.

- W naszym wieku łacina stała się doskonałym szyfrem - zauważył Doug. - Nikt już 

jej nie rozumie. Na końcu pamiętnika brakuje kilku stron. Jak pan widzi, zostały wyrwane. 

Nie wiem, co się z nimi stało.

Elyssa pochyliła się w stronę Jonasa, gdy sięgał po pamiętnik. Zamigotało światło 

odbite w kamieniach pierścieni.

- Panie Quarrel, chciałabym zadać panu osobiste pytanie...

- Jonas - poprawił z roztargnieniem, przeglądając zapiski.

-   Zatem,   Jonas...   -   Uśmiechnęła   się   z   wyraźnym   zadowoleniem.   -   Wybacz   mi 

wścibstwo, ale umieram z ciekawości. Czy to prawda, że masz zdolności psychometryczne?

W oczach Jonasa zapłonął gniew. Verity przestraszyła się, że cała sprawa natychmiast 

się skończy. Miała ochotę kopnąć Elyssę.

- Wydawca czasopisma, w którym opublikowałeś swój artykuł, wspomniał, że kiedyś 

zdobyłeś   rozgłos   sprawdzając   autentyczność   różnych   dzieł   sztuki   dla   muzeów   i 

kolekcjonerów   -   wyjaśniła   Elyssa,   zupełnie   nieświadoma,   że   stąpa   po   krawędzi.   -   Na 

podstawie   opisu   twojej   działalności   mój   przyjaciel   Preston   Yarwood   wywnioskował,   że 

musisz mieć zdolności parapsychiczne nazywane psychometrią. Czy to prawda?

- Bzdury - odparł Jonas i zacisnął zęby ze złości.

- Preston powiedział, że być może nie jesteś nawet świadomy, jak i dlaczego potrafisz 

zidentyfikować przedmioty z przeszłości - ciągnęła Elyssa z niewinną miną. - Uważa, że 

twoje zdolności mogą być nieuchwytne, że pewnie sam ich nie rozumiesz, a traktujesz jak coś 

zwyczajnego.

- Kim jest Preston Yarwood? - zapytał Jonas. Minę miał coraz bardziej ponurą.

-   Pan   Yarwood   jest   przyjacielem   Elyssy   -   wtrąciła   Verity.   -   To   właśnie   on 

skontaktował   się   z   redaktorem   pisma,   który   opublikował   twój   artykuł   o   renesansowych 

technikach   szermierczych.   Redaktor   polecił   ciebie   do   tego   zlecenia.   -   Obdarzyła   Jonasa 

najbardziej olśniewającym uśmiechem ze swego repertuaru. - Śmieszne, jak czasem wszystko 

się składa, prawda? Gdybyś nie opublikował tego artykułu, Warwickowie nigdy by się o tobie 

nie dowiedzieli i nie znaleźlibyśmy się na drodze do Waszyngtonu.

43

background image

Zamyślony Jonas zabębnił palcami po pamiętniku Hazelhursta.

- „Śmieszne” to nie jest właściwe słowo.

44

background image

Rozdział czwarty

C

o   za   obrzydliwa   kupa   kamieni.   Nic   dziwnego,   że   nazywają   ją   „Koszmar 

Hazelhursta” - zawołała Verity. Była rozczarowana. Stała na rufie małej łodzi motorowej, 

którą prowadził Doug Warwick, i przyglądała się ponurej fortecy.

Jonas rozjaśnił się w uśmiechu.

- Z pewnością daleko jej do dzieł Bramantego czy Bruneleschiego.

- Co to za styl?

Jonas wzruszył ramionami i obrzucił badawczym spojrzeniem nieregularną budowlę 

wznoszącą   się   nad   urwistą   skałą   wyrastającą   z   lodowatych   fal   cieśniny   Puget.   Była   to 

pozbawiona   ozdób,   solidna,   dwupiętrowa   kamienna   konstrukcja.   Surowa,   nieatrakcyjna 

fasada   była   podziurawiona   maleńkimi   okienkami   i   zwieńczona   grubym,   bezkształtnym 

gzymsem okalającym dach.

-   Chyba   koniec   piętnastego   wieku,   prawdopodobnie   Mediolan,   sądząc   z   całości. 

Architekt z pewnością pozostanie na zawsze anonimowy.

-   Zasłużył   na   to   -   odrzekła   z   niechęcią   Verity.   -   Kiedy   Warwickowie   mówili   o 

włoskiej willi, wyobrażałam sobie coś trochę ładniejszego. - Hałas pracującego silnika łodzi 

zagłuszał jej narzekania, toteż ich gospodarz, który był zajęty wprowadzaniem łodzi do małej 

zatoczki, zapewne tego nie słyszał.

Jonas zachichotał, rozbawiony jej niezadowoleniem.

-   Nie   wszystko   zbudowane   w   epoce   renesansu   jest   architektonicznym   cudem. 

Wystarczy spytać mieszkańców Rzymu, Mediolanu lub Florencji. Największą zaletą domu 

renesansowego było przygotowanie do odparcia zbrojnego ataku. To brzydactwo wygląda 

właśnie tak, jakby zbudowano je specjalnie do tego celu.

- Na to wygląda. - Verity zadrżała. - W środku pewnie będzie ciemno i ponuro.

- Z pewnością nie jest to radosne wnętrze, ale chyba nie będzie ciemno. W środku jest 

wewnętrzne podwórko. Pokoje mają znacznie większe okna w ścianach wychodzących na ten 

dziedziniec.

- A co z kanalizacją?

45

background image

- Nie  martw  się.  Doug mnie  zapewnił,  że  jego wuj   zainstalował   w  południowym 

skrzydle nowoczesną instalację wodną i elektryczność. To skrzydło na wprost nas. Hazelhurst 

nie zamierzał prowadzić życia ascety na bezludnej wyspie.

Verity usłyszała radosną nutę w jego głosie i uśmiechnęła się szeroko.

-   Zaczyna   cię   to   bawić,   prawda?   Tyle   cię   musiałam   namawiać   do   wzięcia   tego 

zlecenia, a już ci się podoba. Przyznaj się.

Jonas zerknął na torbę, w której schował pamiętnik Digby'ego Hazelhursta.

- W końcu ta wyprawa może okazać się interesującą przygodą.

-   Wiedziałam   -   odparła   Verity   z   satysfakcją.   -   Jonas,   mam   przeczucie,   że   to 

prawdziwy początek twojej kariery konsultanta.

- Zobaczymy.

Verity nie przejęła się jego ostrożnością. Przez ostatnie dwa dni widziała, z jakim 

zapałem wczytywał się w zapiski Hazelhursta. Spędzał nad nimi każdą wolną chwilę przed 

wyjazdem z Sequence Springs, a w czasie lotu z San Francisco do Seattle nie odrywał się od 

pamiętnika. Przeczytał również kilkanaście prac o architekturze renesansu. Pewnie by się do 

tego nie przyznał, pomyślała Verity, ale podniecało go czekające zadanie.

Doug Warwick czekał na nich na lotnisku w Seattle. Laura miała rację - rzeczywiście 

jeździł BMW. Pojechali na północ od miasta do przystani linii obsługujących wyspy San 

Juan.   Promem   dotarli   do   jednej   z   większych,   gęściej   zaludnionych   wysp.   Stamtąd   Doug 

zabrał ich do małego portu, gdzie trzymał swoją łódź motorową.

- Wyspa, na której wuj Digby postawił swoją willę, jest za mała i zbyt skalista, aby 

przybijały  do  niej  promy   -  wyjaśnił  Warwick,   pomagając   im  przy wsiadaniu   do  łodzi.   - 

Przypływał tu tylko po zakupy i korespondencję.

- Czy ktoś mieszka na wyspie? - spytała Verity. Kuśtykała ostrożnie po trapie wsparta 

na ramieniu Jonasa jak na poręczy. Wciąż bolała ją kostka.

- Tylko Maggie Frampton, gospodyni wuja Digby'ego. Byłem pewien, że odejdzie po 

śmierci wuja. Jego zaginięcie naprawdę nią wstrząsnęło. Podejrzewam, że coś było między 

nimi.   Nie  potrafię  sobie  wyobrazić  powodu,  dla  którego  miałaby   chcieć   zostać   samotnie 

wśród tych kamieni, ale ona wygląda na zadowoloną. Może używać tej motorówki, kiedy 

tylko zechce jechać po zakupy czy w odwiedziny do siostry w Portland.

Wysepka   była   niewielka,   taka   trochę   większa   skała,   porośnięta   gęstym   lasem 

sosnowo-świerkowym.   Ponurą   atmosferę   pogarszało   szare   niebo   i   przenikliwy,   lodowaty, 

wilgotny wiatr. Jonas miał rację, kiedy ją ostrzegał, że wyspy San Juan nie przypominają 

Hawajów, pomyślała zniechęcona Verity.

46

background image

W maleńkiej zatoczce u stóp willi dostrzegli pomost, do którego mieli dopłynąć. Doug 

wyłączył   silnik;   po   chwili   Jonas   skoczył   na   pomost   i   pochwycił   rzucone   cumy.   Potem 

wyciągnął rękę, żeby pomóc Verity wysiąść z łodzi.

- Przy odrobinie szczęścia wasze pokoje będą gotowe. Maggie to dobra dusza, ale 

czasami jest trochę roztargniona. Nie przyzwyczaiła  się do domu  pełnego obcych  ludzi - 

wyjaśniał Doug, zbierając bagaż z rufy motorówki. - Wujek Digby rzadko przyjmował gości, 

głównie dlatego, że pragnął towarzystwa naukowców, a pod koniec wszyscy się od niego 

odsunęli.

Wejście  do  willi  kryło  się   głęboko  pod  masywnym   łukiem.   Olbrzymie   drewniane 

drzwi otwarły się szeroko z gniewnym zgrzytem, gdy tylko Doug podszedł do nich. W środku 

stała Elyssa Warwick, okryta od stóp do głów białą suknią podkreślającą zmysłowe krągłości. 

Powitalny uśmiech  był  jak zwykle  pełen pogody.  Verity zastanawiała  się, jak ktoś może 

promieniować dobrocią i światłem bez elektrycznego zasilania.

-   Przyjechaliście!   -   zawołała   Elyssa,   jakby   były   co   do   tego   jakieś   wątpliwości. 

Zapatrzyła  się na Jonasa. - Już zaczynałam się martwić.  Preston miał  wizję opóźnionego 

samolotu. Spóźnił się?

- Kilka minut - przyznała Verity. - Mieliśmy krótki postój na pasie startowym.

- Wiedziałam - odparła Elyssa triumfalnym  tonem. - Preston prawie nigdy się nie 

myli. Jego wizje są takie wyraźne.

- Z żalem muszę ci wyznać, Elysso - zwrócił uwagę Jonas - że teraz niemal wszystkie 

samoloty się spóźniają. Nie potrzeba żadnych zdolności parapsychicznych, aby przewidzieć, 

że jakiś lot będzie opóźniony.

- Jeszcze nie poznałeś Prestona. Kiedy go poznasz, zobaczysz, że prawie cały czas ma 

rację. - Dobrego humoru  Elyssy nie zmącił sceptycyzm  Jonasa. - Proszę, wejdźcie dalej. 

Wszyscy już przyjechali. Maggie przygotowała wasze pokoje.

Verity uświadomiła sobie, że będzie miała z Elyssą problemy. W spojrzeniach, jakimi 

obrzucała Jonasa, było  coś takiego, że Verity zaczęła się martwić. Odniosła wrażenie, że 

Elyssa   nie   uwierzyła   Jonasowi,   gdy   ją   zapewniał,   że   nie   ma   żadnych   zdolności 

parapsychicznych. Nie ulegało wątpliwości, że ją fascynował.

- Oto Maggie Frampton. - Elyssa odwróciła się, żeby przedstawić tęgawą kobietę z 

burzą   potarganych   siwych   włosów   -   stała   w   holu   za   jej   plecami.   -   Wszyscy   jesteśmy 

całkowicie  od  niej  zależni.  Tylko   ona  wie,  jak  działa  elektryczność   i  kanalizacja   w  tym 

skrzydle.   Nabywcy   będą   musieli   wydać   fortunę   na   unowocześnienie   willi.   Maggie,   czy 

mogłabyś  zaprowadzić Verity i Jonasa do ich pokoi na górze? - Elyssa znowu obrzuciła 

47

background image

Jonasa   uważnym   spojrzeniem.   -   Kiedy   już   się   odświeżycie,   to   proszę,   zejdźcie   do   nas. 

Chciałabym przed kolacją przedstawić wam moich przyjaciół.

Jonas skinął głową. Zerknął na kamienne schody, po czym wziął swoją brezentową 

torbę i małą walizkę Verity. Potem uśmiechnął się ciepło do Maggie.

- Proszę wskazać nam drogę, pani Frampton.

Starsza   kobieta   przytaknęła   i   ruszyła   po   schodach.   Maggie   miała   obfite   kształty, 

pomyślała Verity, ten typ figury, który kiedyś określano jako „rubensowski”. Jasnoniebieskie 

oczy spoglądały ostro, przenikliwie. Nosiła kwiecistą podomkę chyba z lat pięćdziesiątych, a 

na szyi cienki metalowy łańcuszek ukryty częściowo pod kołnierzykiem.

- Tędy prosto. - Maggie ruszyła ciężko po szerokich schodach. - Miły pokój mam dla 

was,   wychodzi   na   ogród.   Jasne,   nic   takiego.   Każdy   pokój   w   tym   cholernym   budynku 

wychodzi na ogród. Digby zawsze mówił, że te renesansowe typki nie mogły nikomu ufać 

poza rodziną i właśnie dlatego tak budowali domy. Same kamienne ściany na zewnątrz, żeby 

sąsiedzi się nie włamali, i mnóstwo miejsca wewnątrz, żeby korzystać z ogrodów. Zapewne 

paru z nich dowiedziało się, że rodzinie też czasami nie można ufać.

Jonas uśmiechnął się.

- Paru z nich rzeczywiście piekielnie boleśnie dowiedziało się, że rodzina może być 

bardzo zdradliwa.

Maggie zatrzymała  się z ręką na kamiennej poręczy.  Uniosła brwi, zerkając przez 

pulchne ramię.

- Czy to prawda, co panienka Słoneczko gadała na dole? Jesteś jakimś dziwakiem-

psychomaniakiem, czy coś w tym rodzaju?

- Nie, proszę pani - odparł Jonas uprzejmie. - Z całą pewnością nie jestem dziwakiem-

psychomaniakiem.

- To dobrze. Mamy dość wariatów w tym domu, nie potrzeba nam jeszcze jednego. 

Wystarczy   wykonywanie   rozkazów   panienki   Słoneczko.   Nie   wiem,   co   by   Digby   o   tym 

wszystkim myślał, po prostu nie wiem.

- Panienka Słoneczko? - powtórzyła zaciekawiona Verity.

-   Ta   dziewczyna   Warwicków.   Nazywam   ją   panienką   Słoneczko,   bo   ciągle   się 

uśmiecha i twierdzi, że cały wszechświat pracuje, aby jej życie było świetne. Takie ciągłe 

zadowolenie nie jest naturalne, gdyby mnie ktoś pytał o zdanie. Jasne, że nie dam złamanego 

grosza za te bzdurne hokus-pokus ani za gości, co się w to bawią. W każdym razie nie ma w 

tym nic nowego. Kiedy byłam mała, kręciły się takie same cudaki, ale przynajmniej były na 

tyle uczciwe, że pracowały w cyrku albo na jarmarku.

48

background image

- Całkowicie się z panią zgadzam, Maggie – powiedział Jonas. - Co Digby Hazelhurst 

myślał o tym parapsychicznym ględzeniu?

Maggie wspięła się na ostatni stopień schodów.

- Stary Digby był w porządku jeszcze na jakieś dwa lata przed śmiercią. Potem zaczął 

ciut dziwaczeć, tylko tyle wam powiem. Przecież stuknęła mu osiemdziesiątka. Miał prawo 

być trochę drażliwy. Poza tym nie miało to na nas żadnego wpływu.

- Na nas? - spytała szybko Verity.

-   Na   niego   i   na   mnie   -   wyjaśniła   Maggie   wzdychając   z   zadumą.   -   Razem   miło 

spędzaliśmy czas. Przeżyliśmy więcej lat na tej wyspie, niż chce mi się liczyć,  i za całe 

towarzystwo mieliśmy tylko siebie. Wcale się nie nudziliśmy. Mogę wam powiedzieć, że jeśli 

chodzi o pewne sprawy, to starszy pan miał więcej wigoru niż student na tylnym siedzeniu 

samochodu. Nie do wiary, jak to było w sali tortur na dole. Tak, tak właśnie.

Verity rzuciła rozbawione spojrzenie Jonasowi, który komicznie łypnął oczami.

W połowie korytarza Maggie otworzyła ciężkie drewniane drzwi. Zobaczyli rozległy 

pokój z ogromnymi oknami zwieńczonymi łukami. Na środku pokoju stało szerokie łoże z 

baldachimem.   Kamienne   ściany   zdobiły   wyblakłe   gobeliny   i   dwa   obrazy   w   zakurzonych 

ramach. Nic nie przykrywało kamiennej podłogi.

-   Odpowiada   wam?   -   spytała   Maggie   z   nadzieją   w   głosie.   -   Obawiam   się,   że   to 

najlepszy, jaki mogę wam zaproponować. Kiedyś w pokojach tego skrzydła stały całkiem 

ładne meble, ale Digby musiał je sprzedać na utrzymanie. Łazienka na prawo. Dobrze, że 

stary miał przynajmniej dość oleju w głowie, żeby poprowadzić instalację, kiedy odziedziczył 

ten dom. Zapewniam was, że nie zostałabym z nim tyle lat, gdybym musiała używać nocnika.

- Bardzo nam się podoba - odpowiedziała Verity. Laska głośno stukała o kamienie 

podłogi, gdy podeszła do wielkiego okna. Wyjrzała, oczekując widoku bujnego ogrodu.

Zobaczyła rozległy, zarośnięty chwastami podwórzec. Pośrodku stała fontanna, ale z 

naczynia, które trzymała naga nimfa stojąca na okrągłej, nieforemnej kolumnie, nie płynęła 

woda. Pusty basenik wypełniały śmieci i igły sosnowe.

- Do zobaczenia później. Krzyknijcie, jak będziecie czegoś potrzebowali - powiedziała 

Maggie i zamknęła za sobą drzwi.

Verity odwróciła się od okna - zobaczyła, że Jonas ogląda szczegółowo pokój.

- Wszystko w porządku? - spytała cicho, chociaż była niemal całkowicie pewna, że tak 

jest. Wiedziałaby, gdyby jakaś moc w pokoju oddziaływała na niego.

49

background image

- Tak. - Jonas zatrzymał się przed wytartą tkaniną i przyglądał się nie dotykając jej. 

Ledwie   było   widać   renesansowe   dziewice   tańczące   przed   obrośniętą   winoroślą   altaną.   - 

Wszystko w porządku. Nawiasem mówiąc, łóżko jest nowe.

Verity zerknęła na ogromne łoże.

- To dobrze. Nie cieszyła mnie perspektywa spania w czterechsetletnim posłaniu.

- Za to gobelin pochodzi z szesnastego wieku. Możesz w to uwierzyć? Po prostu wisi 

sobie tutaj i niszczeje przez te wszystkie lata. - Jonas pokręcił głową i podszedł do jednego z 

dwóch ozdobnie oprawionych płócien. - Tak jak obrazy.

Verity wstrzymała oddech.

- To oryginały?

Skinął głową.

-   Ten   obraz   na   pewno.   Warto   byłoby   zobaczyć,   co   się   kryje   pod   kurzem.   Mam 

przeczucie, że malarz był równie drugorzędny jak architekt, który zaprojektował willę.

Verity oparła się o szeroki parapet okna, skrzyżowała ramiona i badawczo spojrzała na 

Jonasa.

- Czy nie będziesz miał żadnych problemów z zaśnięciem tutaj?

-   Nie,   nic   mi   nie   jest,   Verity.   Wszystko   pod   kontrolą.   Wyczuwam   kilka   słabych 

wibracji, ale dopóki dobrowolnie się na nie nie otworzę, nie będą mi przeszkadzać. Co za 

ulga.

- To był powód, dla którego zgodziłeś się podjąć tę pracę, prawda? - spytała nagle 

Verity. - Chciałeś sprawdzić, jaką kontrolę zyskałeś przez ostatnie kilka miesięcy.

Zerknął na nią, przemierzając pokój w kierunku otwartej torby.

- Jestem teraz o wiele silniejszy, Verity. To ja kontroluję. Nawet nie wiesz, jakie to 

przyjemne   uczucie.   Wszystko   zawdzięczam   tobie.   Samo   przebywanie   w   pobliżu   ciebie 

sprawiło, że mam dość mocy, aby nie dać się wciągnąć w tunel czasu. Zanim cię poznałem, 

nie mógłbym spać w autentycznej renesansowej willi. Wystarczyłyby wibracje uwięzione w 

ścianach, aby nade mną zapanować. Chryste, jakie to przyjemne uczucie panować nad tą 

cholerną właściwością.

- Widzę, że jesteś zdecydowany nie przyznać się pannie Słoneczko i jej kumplom, że 

masz prawdziwe zdolności parapsychiczne.

- Nie mam zdolności parapsychicznych - zaprzeczył natychmiast Jonas. - To tylko 

talent do psychometrii. Nie jestem jasnowidzem. Nie miewam wizji. Nie widzę przyszłości 

ani nie umiem przewidzieć katastrof. Mogę tylko zobaczyć pewne sceny z przeszłości.

- Sceny przemocy.

50

background image

- To bardzo ograniczony talent - stwierdził sucho Jonas. - Z całą pewnością nie mam 

mocy parapsychicznych. Byłbym  wdzięczny,  gdybyś  powstrzymała  się od wspominania o 

nim Elyssie czy jej znajomym.

Verity wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- Sama nie wiem, Jonasie. Może w tym interesie z konsultacjami byłoby więcej forsy, 

gdybyśmy dali do zrozumienia, że masz prawdziwy talent.

- W żadnym wypadku. Normalni, myślący racjonalnie ludzie nie uwierzyliby w moje 

zdolności, a już na pewno nie chcieliby płacić za moje usługi. Tylko ekscentryczni dziwacy 

byliby   gotowi   wynająć   konsultanta   przypisującego   sobie   talenty   parapsychiczne.   Doug 

Warwick zatrudnił mnie jako specjalistę od renesansu, a nie wariata z Nowej Ery.

- Za to dostał obu - wymruczała zadowolona Verity.

Jonas natychmiast się zachmurzył.

- Nie ma nic z Nowej Ery ani we mnie, ani w moich zdolnościach.

- Wiem  - zgodziła  się  chętnie  Verity.  Zniknęło   jej  dotychczasowe   zadowolenie.   - 

Czasami wydaje mi się, że nie urodziłeś się w dwudziestym wieku. Bardzo dobrze radziłbyś 

sobie w renesansie.

Podniósł jej brodę jednym palcem.

- Naprawdę tak myślisz?

- Tak myślę.

- Znali wówczas rożne sposoby poskramiania kobiet sprawiających kłopoty.

-   Doprawdy?   -   spytała   z   uśmiechem.   -   Musisz   mi   kiedyś   pokazać.   Tymczasem 

przebierzmy się do kolacji. - Odsunęła się od niego. - Mam nadzieję, że spakowałeś ten ładny 

sweter, który dostałeś ode mnie na gwiazdkę.

- Wiesz, że tak. Sama mi go włożyłaś do torby.

- No właśnie.

- Pamiętałaś o moim swetrze zupełnie jak żona - powiedział cicho.

Verity pochyliła się nagle i zaczęła z zapamiętaniem rozpakowywać walizkę.

- Żona nie ma tu nic do rzeczy. Zapakowanie twojego swetra to obowiązek dyrektora 

handlowego, który powinien pamiętać, że masz być odpowiednio ubrany dla klientów.

- Rozumiem.  - Przez  dłuższą  chwilę  uważnie  się jej  przyglądał,  potem  zaczął  się 

rozbierać.

Elyssa i Doug czekali na nich na dole w rozległym salonie, który biegł niemal przez 

całą długość południowego skrzydła willi. Większa część pokoju kryła się w mroku. Stare 

meble zasłonięto pokrowcami. Jedynie w niewielkim fragmencie salonu w pobliżu głębokiego 

51

background image

kominka   zadbano   o   wygodę.   Kilka   osób   siedziało   na   zniszczonych   fotelach,   gawędząc 

spokojnie. W starym palenisku buzował ogień.

- Wejdźcie, czekaliśmy na was. Chciałam, żebyście wszystkich poznali.

Elyssa ruszyła  im naprzeciw  przy akompaniamencie  brzęczenia biżuterii i szelestu 

długiej, białej spódnicy. Wzięła Jonasa pod ramię i poprowadziła w stronę małej grupki.

Verity skrzywiła się za plecami swojego ukochanego, lecz dzielnie podążyła za nimi. 

Młody, szczupły mężczyzna z brodą, w okrągłych drucianych okularach, wstał i podszedł do 

niej. Miał ciemne oczy o poważnym spojrzeniu.

- Witam - powiedział niskim głosem i podał jej ramię. - Nazywam się Oliver Crump. 

Pozwól, że ci pomogę.

- Dziękuję - odpowiedziała Verity i uśmiechnęła się olśniewająco, widząc, że Jonas 

zerka na nią przez ramię. Zauważyła jego niezadowolone spojrzenie i jej uśmiech stał się 

jeszcze szerszy. Zasłużył sobie na to, bo pozwolił, aby Elyssa go porwała. - Verity Ames. 

Jestem dyrektorem handlowym Jonasa.

- Oliver jest uzdrowicielem - wyjaśniła Elyssa. - Prawda, Oliverze?

- Trochę zajmuję się ziołami i kryształami, to wszystko - odparł spokojnie Oliver. Na 

widok obandażowanej stopy Verity ściągnął brwi. - Co ci się stało w kostkę?

- Poślizgnęłam się na oblodzonym ganku.

- Dawno?

- Kilka dni temu. - Spojrzała w dół. - Opuchlizna już się zmniejsza, ale wciąż jeszcze 

trochę boli.

Crump   doprowadził   ją   do   ciężkiego   drewnianego   fotela   z   poduszką   z   wytartego 

zielonego aksamitu. Szerokie poręcze i nogi były artystycznie rzeźbione. Verity oparła się 

ostrożnie, zastanawiając się nad wiekiem mebla. Koniec dziewiętnastego wieku, z pewnością 

nie renesans.

- Pozwól, że ci przedstawię ludzi, z którymi wspólnie przemierzam ścieżki poznania - 

zaczęła Elyssa. Stała trzymając Jonasa za ramię i dłonią zatoczyła krąg wskazując twarze 

gości. - Oliver Crump, jak już wspomniałam, jest uzdrowicielem. A oto Preston Yarwood, 

tam, przy stoliku z alkoholami. Preston jest przywódcą naszej grupki. Cudowny nauczyciel, 

potrafi   zainspirować   każdego.   Od   lat   interesuje   się   parapsychologią,   na   długo   przedtem, 

zanim stała się taka popularna. Wiesz, że studiował u Ilheli Yonandy?

- Naprawdę? - spytała Verity, zastanawiając się, kim jest Ilhela Yonanda.

- Jak się macie? - Yarwood odezwał się z ciemnego kąta, gdzie nalewał napoje. - 

Rozumiem, że wasz samolot się spóźnił. - W jego głosie dała się słyszeć nutka zadowolenia.

52

background image

Kiedy Yarwood postąpił kilka kroków do przodu, aby skinąć Verity głową i uścisnąć 

rękę Jonasowi, światło odbiło się od nagiej czaszki prześwitującej przez rzedniejące włosy. 

Wyglądał na czterdzieści kilka lat. Niski, energiczny mężczyzna z rumianymi policzkami i 

niewielkim brzuszkiem. Spojrzenie inteligentne i przenikliwe. Uśmiechał się tym pogodnym, 

radosnym   uśmiechem,   który   Verity   zaczęła   uważać   za   znak   rozpoznawczy   wyznawców 

Nowej Ery.

Yarwood miał na sobie elegancki, drogi sweter w kolorze śliwki oraz dobrze skrojone 

wełniane spodnie z mankietami. Verity była gotowa się założyć, że pantofle były włoskie. Na 

przegubie nosił ciężki złoty zegarek z czarną tarczą cyferblatu. Ubiór Yarwooda zrobił na 

Verity   duże   wrażenie.   Widocznie   prowadzenie   seminariów   doskonalenia   zdolności 

parapsychicznych przynosiło niezłe zyski. Wspominał o tym Doug.

- Co ci podać, Verity? - spytał uprzejmie Yarwood.

- Jakiś sok owocowy.

-   Miałem   przeczucie,   że   będziesz   chciała   sok   -   mruknął   Preston   cicho,   jakby 

sprawdziło się jeszcze jedno proroctwo. - A ty, Jonasie?

- Szkocką, jeśli masz pod ręką. - Jonas usiadł obok Elyssy.

- A to - ciągnęła Elyssa spokojnie, wskazując ręką następnego młodego mężczyznę 

skulonego w rogu sofy - jest Slade Spencer. To nowy członek naszego kółka, chociaż od kilku 

lat badał różne ścieżki, prawda, Slade?

- Tak, to właśnie ja. Zawsze w drodze ku oświeceniu.

Slade Spencer skupił się na nabijaniu fajki aromatycznym tytoniem. Dłonie mu lekko 

drżały.   Po   zakończeniu   zadania,   wyciągnął   przed   siebie   długie   nogi   w   dżinsach.   Slade 

wyglądał na kogoś tuż przed, albo tuż po trzydziestce, ale Verity nie była pewna swej oceny.

Zignorował Jonasa i uśmiechnął się powoli do Verity, sięgając po szklankę stojącą na 

stoliku. Miał pociągłą, ascetyczną twarz. Pod ciemnymi brwiami płonęły gorączką oczy. Był 

tak chudy, że niemal przypominał szkielet. Wyczuwało się w nim nerwową energię, jakby 

jakaś   jego   część   stale   pozostawała   w   ruchu   lub   jakby  -   co   Verity   uświadomiła   sobie   w 

przebłysku intuicji - ciągle walczył o utrzymanie kontroli nad sobą.

-   Przyznaję,   że   od   pewnego   czasu   pociągała   mnie   koncepcja   odmiennych   stanów 

świadomości - powiedział Slade, bardzo starannie wymawiając poszczególne słowa, jakby 

obawiał się, że język może go zawieść. - Mam na ten temat swoją teorię, że większość z nas 

żyje   w   bardzo   nienaturalnym   stanie   świadomości,   a   normalny,   naturalny   stan   właściwy 

ludzkiej   istocie   to   ten   powszechnie   uznawany   za   odmienny.   Uważam,   że   prawdziwy 

naturalny stan jest głęboko zmysłowy. Stan, w którym wykorzystujemy wszystkie zmysły, 

53

background image

aby poznać prawdziwe znaczenie przyjemności i indywidualnej satysfakcji. A co wy o tym 

sądzicie? Czy zmierzasz w tym samym kierunku, Verity?

Verity zamrugała zakłopotana. Uświadomiła sobie, że Slade Spencer od kilku godzin 

wyraźnie nadużywał alkoholu.

- Właściwie to interesuję się gotowaniem - powiedziała. Rozejrzała się wokół siebie i 

napotkała obojętne spojrzenia. - Kuchnią wegetariańską - dodała szybko, z nadzieją, że dzięki 

temu zyska sobie trochę aprobaty.

Oliver Crump, który milcząc wpatrywał się w płomienie, odwrócił się i spojrzał na nią 

z nagłym zainteresowaniem.

- Będziemy musieli wymienić się przepisami - zaproponował i uśmiechnął się.

- Verity prowadzi doskonałą wegetariańską restaurację w Sequence Springs - wtrąciła 

uprzejmie   Elyssa.   -   Naprawdę   pyszne   jedzenie,   bardzo   zdrowe,   naturalne.   Próbowałam 

wyjaśnić Maggie, że wszyscy wolelibyśmy dania wegetariańskie, ale obawiam się, że jest 

trochę uparta na swój sposób. Nie jestem pewna, co dostaniemy na kolację.

- Uważam,  że gotowanie - odezwał się Slade Spencer, wbijając w Verity ciężkie, 

znaczące spojrzenie - jest najbardziej zmysłowe z wszystkich twórczych gatunków sztuki. 

Odwołuje się do samych podstaw, prawda? Pobudza zmysły i zaspokaja nas niemal tak samo 

jak seks. Czy zgodzisz się ze mną, Verity?

-   Nigdy   nie   porównywałam   gotowania   z   seksem   -   powoli   zaczęła   Verity.   Zanim 

zdążyła dokończyć zdanie, usłyszała głośny brzęk odstawianego na drewno szkła. Odwróciła 

się i zobaczyła, że to Jonas pozbył się szklanki i posłał Spencerowi lodowate spojrzenie.

- Jeśli chcesz się pieprzyć z kalarepą, to twoja sprawa, Spencer. Jednak nie próbuj nic 

kombinować z warzywnym sosem lub owsianymi ciasteczkami Verity. Zrozumiałeś?

W salonie rozległ się nerwowy chichot. Ostrzeżenie nie było zbyt subtelne. Spencer 

wzruszył ramionami, usiadł głębiej na fotelu i skupił się na fajce i szklance.

Doug Warwick zmarszczył brwi i przejął kontrolę nad rozmową. Gdy zwrócił się do 

Jonasa, w jego szklance zadźwięczały kostki lodu.

- Jak zamierzasz przeprowadzić ekspertyzę, Quarrel?

Jonas upił łyk szkockiej.

-   Pierwszy   etap   to   obejrzenie   wszystkich   skrzydeł   i   weryfikacja   wieku   oraz 

autentyczności.   Głównie   chodzi   o   upewnienie   się,   czy   mamy   do   czynienia   z   oryginalną 

konstrukcją czy z fragmentami dodanymi w późniejszym okresie. Krewny Digby'ego mógł 

sprowadzić tylko część willi, a resztę kazać zaprojektować i postawić tak, aby pasowało. To 

dość często spotykana praktyka.

54

background image

Doug pokiwał głową.

- Rozumiem. Nie pomyślałem o tym.

Jonas wziął szklankę do ręki.

- Gdy już dokładnie  obejdę i obejrzę cały budynek,  wówczas  zajmę  się detalami. 

Wiadomo,   czego   się   szuka.   Architekci   z   piętnastego   i   szesnastego   wieku   byli   dość 

konsekwentni.  Na przykład  nawet  całkowicie  pozbawieni  wyobraźni  przestrzennej  bardzo 

cenili   sobie   matematyczną   symetrię   -   rozpoczął   wykład   o   renesansowych   zasadach 

perspektywy i ich wpływie na architekturę, co wywarło na słuchaczach duże wrażenie.

Wszyscy w salonie kiwali ze zrozumieniem głowami. Verity zasłoniła się szklanką, by 

ukryć uśmiech. Jonas nie na próżno spędził na uczelni tyle lat - najlepszych mógł zakasować 

akademickim gadaniem. Dostrzegł jej uśmiech i rozweseliło go to.

Fakt, że ten żart zrozumieli w salonie tylko oni, uświadomił Verity coś ważnego - stali 

się parą. W pokoju pełnym obcych ludzi mogli w milczeniu podzielić się ze sobą radością. 

Łączyły ją z Jonasem różne więzy, nie tylko więź psychiczna.

Ta świadomość ją wzruszyła.  Wypiła  następny łyk  soku owocowego i w myślach 

dodała jeszcze jeden dzień do własnego kalendarza. Nadal nie było żadnej wskazówki, że 

chodzi   o   zwykłe   opóźnienie.   Zaczynało   to   wyglądać   poważnie.   Poczuła   się   dziwnie. 

Nieuchronnie zbliżała się w swoim życiu do punktu zwrotnego, którego nigdy nie brała pod 

uwagę.

Wieczorny posiłek  składał  się niemal  wyłącznie  z tłuczonych  kartofli  i gotowanej 

marchwi. Maggie Frampton postarała się, jak umiała najlepiej, zaspokoić wymagania gości 

Warwicków,   ale   nie   ulegało   wątpliwości,   że   nie   była   przyzwyczajona   do   gotowania   dań 

bezmięsnych.

- Dobry kotlet jeszcze nikomu nie zaszkodził - wymruczała, sprzątając talerze ze stołu. 

- Skąd wy, ludzie, bierzecie proteiny?

Verity wskazano krzesło między Oliverem Crumpem a Sladem Spencerem. Slade był 

nudny   i   wyraźnie   pijany.   Rozmowa   z   nim   sprowadzała   się   do   wysłuchania   długiego 

monologu o wrodzonej płciowości sfer.

Oliver   Crump   był   jego   przeciwieństwem.   Odzywał   się   rzadko.   Za   okrągłymi 

oprawkami szkieł kryło się skupione spojrzenie. Jednak gdy Verity wciągnęła go w dyskusję 

o gotowaniu i ziołach leczniczych, okazało się, że ma rozległą wiedzę na ten temat.

Po   drugiej   stronie   długiego   stołu   siedział   Jonas   między   Prestonem   Yarwoodem   i 

Elyssą. Tych dwoje przez cały wieczór zajmowało go sobą. Za każdym razem, gdy Verity na 

nich zerkała, oślepiał ją blask pierścieni i egzotycznych bransolet Elyssy.

55

background image

Elyssa dopiero po kolacji ogłosiła, jaką przygotowała dla wszystkich niespodziewaną 

rozrywkę.

- A teraz  - powiedziała  zaprowadziwszy przyjaciół  z powrotem do salonu - mam 

nadzieję,   że   jesteście   w   odpowiednim   nastroju   i   nastawieni   na   szczególną   przyjemność. 

Preston zgodził się przeprowadzić sesję oczyszczenia psychicznego. Pomyśleliśmy, że byłaby 

to doskonała pomoc dla Jonasa przy poszukiwaniu skarbu.

Doug jęknął.

- Przepraszam, Jonas. Nie wiedziałem, że mają zamiar to zrobić. Jeśli chcesz, możesz 

się wypisać.

- Czym do diabła jest sesja oczyszczenia psychicznego? - spytał nieufnie Jonas.

- To seans, na którym wszyscy próbujemy zjednoczyć nasze indywidualne energie w 

jedną   siłę,   która   jest   w   stanie   przenieść   nas   na   wyższy   poziom   świadomości.   Gdy   już 

znajdziemy   się   na   wyższym   poziomie,   będziemy   mogli   wyraźniej   porozumiewać   się   za 

pomocą intuicji. To bardzo skuteczna metoda otwierania umysłu. Jestem pewna, że uznasz 

nasze spotkanie za pomocne - tłumaczyła Elyssa.

- Mnie się wydaje, że to bzdury - odparł Jonas grzecznie.

Verity jęknęła i rączką laski pchnęła Jonasa w żebro.

- Jonas, to interesy - wymruczała. - Zachowuj się jak trzeba.

Jonas pomasował sobie bok i przez chwilę uśmiechał się do Verity z groźną miną.

- Powiem wam coś. Róbcie sobie swoje spotkanie, a ja tymczasem obejrzę wilię.

- Och, Jonas, musisz do nas dołączyć  - zawołała Elyssa i obrzuciła go błagalnym 

spojrzeniem. - Te sesje są takie pobudzające. Czasem jestem w stanie skontaktować się z 

Saranantą. Staję się jej pośredniczką - dodała skromnie. - Dopiero niedawno zaczęłam do niej 

docierać, ale porozumienie jest coraz lepsze.

Verity usłyszała, że Slade Spencer cicho parsknął śmiechem. Widziała, że Jonas ma 

kłopoty z zachowaniem powagi. Nadszedł czas dyplomacji.

- Nie wiedziałam,  że jesteś  pośredniczką  - powiedziała  szybko  Verity.  - Kim jest 

Sarananta?

Na pytanie odpowiedział Preston Yarwood. Spoglądał serdecznie na Elyssę.

- Zdaje się, że Sarananta jest kapłanką świątyni z krainy o nazwie Utilan. Z tego, co do 

tej   pory   się   dowiedzieliśmy,   Utilan   być   może   jest   zaginioną   kolonią   Atlantydy.   Elyssa 

dopiero niedawno nawiązała kontakt, zatem mało jeszcze wiemy.

Doug machnięciem ręki pokazał Jonasowi wyjście do holu.

56

background image

- Rozumiem, że nie chcesz brać udziału w tej bzdurze. Idź i rozejrzyj się. My tutaj 

pobawimy się z Elyssą w tę jej grę, a ty sobie wszystko obejrzysz. Uważaj na siebie i do jutra 

ogranicz oglądanie do skrzydła  południowego. Chyba  ci wspomniałem, że w pozostałych 

skrzydłach   nigdy   nie   podłączono   elektryczności.   Zawędrujesz   tam   i   nigdy   nie   wrócisz   - 

roześmiał się głośno Doug.

Jonas skinął głową i odprowadził Verity na bok.

- Zostaniesz z nimi - powiedział cicho. - Muszę sprawdzić kilka rzeczy, o których 

przeczytałem w pamiętniku, a nie chcę, żeby któryś z tych cudaków kręcił się w pobliżu.

Verity przestraszyła się.

- Czy może cię to wciągnąć w tunel czasu? Nie wolno ci ryzykować, gdy jesteś sam. 

Będę ci potrzebna.

- Uspokój się. Nie jestem głupcem. Na pewno nie będę ryzykował. Chcę się tylko 

rozejrzeć.

- Bądź ostrożny - wyszeptała ogarnięta trwogą.

Uśmiechnął się.

- To ty powinnaś uważać. Wynoszenie na wyższy poziom świadomości wygląda na 

bardzo niebezpieczną rozrywkę.

- Nie wierzę w to - mruknęła Verity. - Jedynej osoby w salonie, która ma prawdziwe 

zdolności   parapsychiczne,   nie   interesuje   uczestnictwo   w   autentycznej   sesji   oczyszczenia 

psychicznego. Psujesz im całą zabawę.

-   Dość   się   już   bawiłem   w   parapsychiczne   gry   w   laboratorium   Wydziału   Badań 

Zjawisk   Paranormalnych   w   Vincent   College   -   odparł   ponuro   Jonas.   -   Nie   lubię   ich.   - 

Pocałował Verity delikatnie w czoło. - Poza tym, dlaczego jesteś przekonana, że z gości tego 

domu tylko ja mam talent parapsychiczny?

Spojrzała na niego rozszerzonymi ze zdumienia oczami.

- Uważasz, że ktoś z pozostałych ma rzeczywiste zdolności?

Serdecznym gestem potargał jej miedziane loki.

- Mówiłem o tobie, głuptasku. Przecież nie wchodzę w tunel czasu sam. Baw się 

dobrze. Zobaczymy się później.

Verity dłuższą chwilę odprowadzała go wzrokiem, potem powoli wróciła do salonu. 

Być  może   to  dziwne,   ale   nigdy  nie  przyszło   jej   do  głowy,   że  ma   jakieś   parapsychiczne 

zdolności. Jej zdaniem talent miał tylko Jonas. Ona jedynie pomagała mu go kontrolować.

57

background image

Rozdział piąty

J

onas wędrował korytarzami willi z latarką w ręku i cieszył się wolnością. Dopóki nie 

spotkał Verity, nigdy by nie mógł podjąć ryzyka wejścia do wnętrza tej czterechsetletniej 

góry kamieni. W każdym kącie czyhałoby na niego niebezpieczeństwo. Każdy renesansowy 

budynek tej wielkości był prawdopodobnie przepełniony wibracjami dawnych morderstw i 

rozlewu krwi. Jonas Quarrel był nastrojony na wibracje przemocy, zwłaszcza na sceny, które 

działy się w okresie odrodzenia.

Zbyt łatwo byłoby przez przypadek wejść do pokoju, w którym jakiś człowiek umarł 

od ciosu sztyletu, lub wziąć do ręki zardzewiały kawałek metalu stanowiący przed wiekami 

część   miecza.   Taki   błąd   wysłałby   go   natychmiast   w   psychiczny   tunel,   gdzie   bez   końca 

rozgrywały   się   pełne   przemocy   wydarzenia   z   przeszłości   i   gdzie   zabójcza   emocjonalna 

energia wypełniająca tamte sceny śmierci poprzez Jonasa szukała drogi do przyszłości.

Teraz oglądał kamienne ściany, wędrując po słabo oświetlonym korytarzu skrzydła 

południowego. Hazelhurst z pewnością nie chciał za dużo wydać na instalację elektryczną. 

Jonas wolał nie zastanawiać się nad jakością okablowania.

Koncentrował   się   kilka   minut.   Gdzieniegdzie   wyczuwał   słabe   wibracje,   ale   były 

bardzo   stłumione,   wystarczyły   jednak,   aby   go   przekonać,   że   budynek   jest   autentyczny. 

Wyciągnął z kieszeni pamiętnik i skręcił do wschodniego skrzydła. Tutaj nie było prądu. 

Włączył latarkę.

Większość drzwi w tym korytarzu była zamknięta. Oceniwszy grubość warstwy kurzu 

na podłodze w tym skrzydle Jonas doszedł do wniosku, że Maggie Frampton dawno temu 

zrezygnowała   ze   sprzątania   tutaj.   Nie   sądził,   aby  skrzydło   zachodnie   i   północne   były   w 

lepszym stanie.

Poszedł   obdrapanym   korytarzem,   skręcił   znowu   i   otoczyła   go   jeszcze   głębsza 

ciemność. Doug Warwick miał rację. Tutaj można było kręcić się w kółko. Według zapisków 

podanych w kiepskiej łacinie, pokój, w którym Digby Hazelhurst znalazł kryształ, znajdował 

się w tym właśnie korytarzu.

Bez   szczególnego   trudu   Jonas   odnalazł   właściwy   pokój.   Znajdował   się   pośrodku 

korytarza w północnym skrzydle. Kilka okien zwieńczonych łukami wychodziło na mroczny 

58

background image

podwórzec. Jonas spojrzał przez zarośnięty ogród i zobaczył światło, które zostawił w pokoju 

zajmowanym wspólnie z Verity.

Odwrócił   się z  powrotem  do  wnętrza   pokoju  i  latarką  oświetlił  ściany.  Pokój   był 

pusty. Żadnych wystrzępionych gobelinów ani rozsypujących się mebli, tylko nagie kamienne

ściany i podłoga.

Jonas otworzył pamiętnik i przerzucił kartki do strony, na której Digby opisał odkrycie 

kryształu.   Już   dawno   nie   czytał   tekstów   pisanych   po   łacinie,   ale   potrafił   rozszyfrować 

bazgraninę Hazelhursta.

Południowa ściana. Trzeci kamień w podłodze pod rogiem z lewej strony. Mocno  

nacisnąć kamień z prawej strony. Uważać na ostrze. Jestem pewien, że trucizna na czubku już 

od dawna nie działa, ale jest jeszcze ostre. Ocalałem, kiedy odkryłem kryształ, bo mechanizm  

uruchamiający   pułapkę   był   zardzewiały.   Konstrukcja   pułapki   wprost   zachwycająca.  

Oczywiście, naoliwiłem mechanizm. Szkoda, że nie mogę jej zrekonstruować.

-   Dziękuję,   Digby,   stary   przyjacielu.   Dlaczego   do   diabła   musiałeś   naoliwić   to 

świństwo?

Jonas przykucnął przed wskazanym fragmentem ściany i dokładnie obejrzał kamienie. 

Digby nie napisał, pod którym z nich kryje się pułapka. Zdradzieckie ostrze mogło wyskoczyć 

ze ściany lub z podłogi, nawet z sufitu. Jonas zerknął do góry i odrzucił tę możliwość. Było to 

zbyt nieprawdopodobne.

Próbował   wyobrazić   sobie,   jaką   pułapkę   by   zastosował,   gdyby   czterysta   lat   temu 

chciał schować kryształ.

Człowiek   próbujący   otworzyć   tajną   skrytkę   w   podłodze   przykucnąłby   tak   jak   on. 

Jonas ostrożnie przesunął palcami po kamieniu.

Coś zaświtało mu w głowie. Rzeczywistość zaczęła zakręcać i rozciągać się, tworząc 

nie kończący się tunel. Jonas oderwał palce od kamienia, który wywołał tę nagłą reakcję.

Nie ośmielił  się wstąpić w  korytarz  psychiczny bez Verity w pobliżu  - była  jego 

oparciem.   Jednak   obecność   dawnej   przemocy   wystarczyła,   aby   go   ostrzec,   że   kiedyś   w 

przeszłości pułapka zadziałała i ktoś nie miał tyle szczęścia co Digby Hazelhurst. Dawno 

temu jakaś zagubiona dusza umarła w tym pokoju szukając kryształu.

Umarł trzymając się w agonii za brzuch.

Jonas wciągnął powietrze  i szybko  wstał. Odsunął się od tego fragmentu  podłogi, 

który wysyłał niebezpieczne wibracje. Dość się już dowiedział. Sama myśl o morderczym 

59

background image

ostrzu   wystrzeliwującym   z   podłogi   i   uderzającym   między   nogi   wystarczyła,   aby   stał   się 

ostrożniejszy. Przystanął i rozejrzał się wokół siebie, szukając czegoś, co mógłby użyć do 

uruchomienia pułapki. Wyszedł na korytarz i otworzył po kolei kilkoro drzwi.

Kiedy wszedł do trzeciego z kolei pokoju, kopnął w pudełko proszku do szorowania 

podłogi. Widocznie jakiś czas temu Maggie Frampton próbowała utrzymać porządek w tym 

skrzydle. Dowodem jej wysiłków była zapomniana w kącie szczotka na długim kiju.

Jonas wziął szczotkę i wrócił do pokoju, w którym znaleziono kryształ. Ostrożnie 

wyciągnął przed siebie kij i nacisnął wskazany w pamiętniku kamień.

Z   niemal   niesłyszalnym   świstem   wystrzeliło   spomiędzy   kamiennych   płyt   podłogi 

złowieszcze ostrze. Jonas uświadomił sobie, że gdyby przykucnął w tym samym miejscu co 

przedtem, teraz nadawałby się tylko na członka chóru chłopięcego. Otarł pot z czoła.

Odczekał chwilę, potem postąpił ostrożnie kilka kroków okrążając drgające ostrze. 

Chciał obejrzeć płytki  otwór pod nim. Kamień odsunął się i ukazał puste wnętrze. Jonas 

pochylił się, żeby zajrzeć do środka.

Natychmiast zrozumiał, że popełnił błąd, duży błąd.

Potężna fala emocji runęła ku niemu i nagle pojawiły się ściany tunelu psychicznego. 

Jonas   walczył   rozpaczliwie,   aby   nie   dać   się   wciągnąć   w   wir   czasu.   Wszechogarniające 

przeczucie nieszczęścia omal go nie pochłonęło, gdy próbował pokonać nieubłaganą władzę 

przemocy sięgającej z odległej przeszłości.

Czekała go śmierć. Śmierć czekała każdego, kto ośmielił się użyć kryształu!!!

- Verity! Verity!

Jonas nie wiedział, czy zawołał jej imię głośno, czy krzyczał w myślach. Oblewał go 

pot, gdy zebrał całą siłę woli i wyszarpnął rękę z wydrążonego kamienia.

- Jonas?

Poczuł jej obecność przy sobie. To niemożliwe, powiedział do siebie oszołomiony. 

Siedziała gdzieś na dole w innej części willi. Nie była dość blisko, aby mu pomóc.

- Jonas? Co się dzieje?

Verity sięgnęła po niego. Nie widział jej, ale czuł ją przy sobie. Kotwica w czasie 

sztormu. Jonas zacisnął oczy i odturlał się od kawałka podłogi kryjącej pułapkę i wydrążony 

kamień.

Nagle   wszystko   wróciło   do   rzeczywistości   i   znów   normalnie   widział.   Obrazy 

okrucieństw i śmierci zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.

Ostrze wsunęło się z powrotem między kamienie, a otwór w podłodze nie zostawił 

nawet śladu.

60

background image

Jonas   ciężko  oddychał   leżąc   na podłodze.   Wpatrywał  się  w  róg  pokoju,  gdzie  na 

nieostrożnych   czekała   śmierć.   Wiedział,   że   prawdziwe   niebezpieczeństwo   otaczające 

zaginiony kryształ nie kryło się w ostrzu czyhającym między kamieniami. Bez względu na to, 

czym był kryształ, jaką pełnił rolę, był złem. Gdy Jonas to zrozumiał, poczuł przeszywający 

go dziki dreszcz podniecenia. Znalazł się na tropie ważnego odkrycia.

W tym momencie poszukiwanie skarbu stało się ważniejsze od ekspertyzy, którą miał 

tu przeprowadzić. Stara willa kryła wiele tajemnic. Ważnych tajemnic. Musiał je odkryć.

Jonas  wyprostował  się powoli. Podniósł z podłogi latarkę  i wycofał  się z pokoju. 

Wpatrywał   się   w   niebezpieczny   kamień   do   chwili,   gdy   znalazł   się   w   korytarzu.   Potem 

dokładnie zamknął drzwi.

Gdy wracał do południowego skrzydła, wydawało mu się, że słyszy w głowie śmiech. 

W   pierwszej   chwili   sądził,   że   to   jego   wyobraźnia   odtwarza   echa   rozbawienia   Digby'ego 

Hazelhursta. Potem uświadomił sobie, że ten śmiech jest znacznie starszy. Pochodzi mniej 

więcej sprzed czterystu lat.

J

onas ma  rację. Verity poczuła,  jak rzeczywistość  łagodnie  wraca  na miejsce. W 

skroniach wciąż jeszcze walił puls i kręciło jej się w głowie. Wolałaby, żeby Slade Spencer 

nie   ściskał   tak   kurczowo   jej   prawej   ręki.   Z   drugiej   strony   Doug   Warwick   delikatnie 

przytrzymywał palcami jej dłoń. Poczuła się jak w pułapce.

Otworzyła oczy i rozejrzała się wokół niewielkiego kręgu napiętych twarzy przyszłych 

posiadaczy mocy parapsychicznych. Doug Warwick wpatrywał się w ogień nad ramieniem 

siostry. Wydawał się znudzony. Oliver Crump siedział z zamkniętymi oczami. Wyraźnie się 

koncentrował, podobnie jak Elyssa i Preston Yarwood. Elyssa wydawała się tak rozmarzona, 

jakby miała jakąś wizję. Preston zmarszczył brwi.

Slade Spencer kurczowo ściskał palce Verity. Odłożył fajkę i odstawił szklankę, aby 

dołączyć do kółka. Wyczuwając spojrzenie Verity, otworzył jedno oko i mrugnął z powagą, 

miażdżąc jej palce tak, że myślała, iż je złamie.

Verity   wyrwała   dłoń   z   jego   ręki   i   wysunęła   drugą   ze   słabego   uchwytu   Douga   - 

spojrzał na nią z pytającym uśmiechem.

- Znudziłaś się?

- Muszę... muszę iść do swojego pokoju - wyszeptała zmieszana Verity.

- Rozumiem, że chcesz odejść - wymruczał Doug. - Idź, masz wymówkę.

61

background image

Slade skinął jej głową, gdy wychodziła z kręgu. Ciężkie, opuchnięte od nadużywania 

alkoholu powieki przesłaniały oczy.

- Dobrej nocy, Verity. Do zobaczenia rano - mruknął.

Crump, Elyssa i Yarwood chyba nie zauważyli odejścia Verity. Widocznie skupiali 

myśli na sprawach wyższych.

Verity wymknęła się z salonu. Przystanęła w lodowatym holu i poczekała, aż uspokoi 

się jej oddech. Zniknęło uczucie zagrożenia, ale nie była w stanie się rozluźnić. Musiała 

zobaczyć Jonasa i dowiedzieć się, co zaszło.

Poprzednio wir czasu wciągał ją razem z Jonasem tylko wtedy, gdy byli blisko siebie. 

Łącząca ich więź nie wytrzymywała większej odległości jak kilka metrów. Teraz jednak była 

gotowa   przysiąc,   że   doznała   znajomego   uczucia   wkraczania   wraz   z   Jonasem   w   korytarz 

psychiczny.

Mimo bólu nogi poszła szybko po kamiennych schodach do wskazanej im wcześniej 

sypialni. Raptownie otworzyła drzwi w nadziei, że go tam zobaczy, lecz pokój był pusty.

- Do cholery, Jonas - mruknęła niezadowolona. - Gdzie jesteś?

Mógł być wszędzie w rozległej willi. Nie miały sensu poszukiwania w korytarzach. 

Musiała   usiąść   i   poczekać   na   jego   powrót.   Verity   poszła   do   łazienki   i   zaczęła   się 

przygotowywać do snu. Ustaliła listę pytań, którymi zamierzała zasypać Jonasa, gdy tylko się 

pojawi.

Jednak to nie Jonas czekał na nią, gdy wyszła z łazienki w długiej flanelowej koszuli 

nocnej.

-  Slade!  -  Verity  zatrzymała   się w   pół kroku.  Spencer  siedział   na  brzegu  łóżka  i 

wyglądał na bardziej pijanego niż przedtem.

- Nie martw się, Verity! - powiedział niewyraźnie. - Wiadomość dotarła, gdzie trzeba. 

Pożegnałem głupawe kółko psychomaniaków zaraz po tobie. Powiedziałem wszystkim, że 

jest mi niedobrze. I było mi niedobrze na samą myśl o Elyssie wpadającej w trans przekazu. 

Przyszedłem tu, jak mogłem najszybciej. Masz pojęcie, jak długo nasz przyjaciel Jonas będzie 

nieobecny? Może powinniśmy pójść do mnie?

- Co ty sobie wyobrażasz, że tu będziesz robił? Zwariowałeś? - Verity pochwyciła 

szlafrok i obwiązała się paskiem. Zezłościła się, ale uświadomiła sobie, że Spencer jest zbyt 

pijany, aby to zauważyć. - Upiłeś się, Slade. Może nie jesteś pijany, ta twoja fajka bardzo 

dziwnie pachniała. Wynoś się stąd natychmiast!

Spojrzał na nią ze zdumieniem i urazą. Zamrugał opuchniętymi powiekami próbując 

skupić wzrok na jej twarzy.

62

background image

- Przecież chciałaś, żebym tu przyszedł. Zaprosiłaś mnie - wyjęczał.

- Wcale  cię tu nie zapraszałam.  Gdybyś  był  trzeźwy,  wiedziałbyś  o tym.  A teraz 

wyjdź. Natychmiast.

- Przejmujesz się, że chlapnąłem sobie parę drinków? Hej, to żaden kłopot, skarbie. 

Jestem silny, zwarty i gotowy. Zobaczysz. Wiesz, że nie można odtrącać dobrego faceta. - 

Uśmiechnął   się   głupkowato   i   zaczął   rozpinać   koszulę.   -   Czy   nie   byłoby   bezpieczniej, 

gdybyśmy poszli do mojego pokoju? Nie chciałbym, żeby Quarrel nas nakrył. Wiesz, o czym 

mówię?

- Wynoś się stąd! - zażądała z wściekłością.

Slade spojrzał na nią pożądliwie.

- Hej, może wcale nie ma żadnego problemu. Może Quarrel wskoczył Elyssie między 

nogi właśnie w chwili, kiedy rozmawiamy? Czy tak właśnie jest? Uzgodniliście to ze sobą? 

Wiesz,   że   Elyssa   jest   przekonana,   że   ten   facet   to   jakiś   psychiczny,   a   ona   lubi   sypiać   z 

psychicznymi. Cały czas robi to z Yarwoodem. Nawet ze mną raz czy dwa razy. Palą ją 

majtki i musi je ściągać. - Slade zmarszczył brwi. - Chyba próbowała z Crumpem, ale nie był 

zainteresowany. Crump interesuje się wyłącznie swymi cholernymi ziołami i kryształami.

Verity z każdą chwilą była coraz bardziej zła. Slade wyglądał na zbyt pijanego, aby 

mógł jej wyrządzić fizyczną krzywdę, ale nie potrafiła zmusić go do wyjścia. Miał rację w 

jednej kwestii: myśl o wkroczeniu Jonasa w sam środek tej sceny nie była zbyt uspokajająca. 

Wciąż miała w pamięci widok Jonasa trzymającego nóż tuż przy gardle Douga Warwicka. 

Postanowiła coś zrobić.

Zdecydowanym krokiem przemierzyła pokój i chwyciła Slade'a za rękaw. Pociągnęła 

z całej siły, aby zmusić go do wstania.

- Wyjdź - powiedziała przez zaciśnięte zęby. - W tej chwili.

Slade   zakołysał   się   i   otoczył   ramieniem   jej   plecy   dla   podtrzymania   równowagi. 

Uśmiechnął się szeroko i pochylił ku niej, próbując pocałować ją w usta.

Verity uchyliła się i pociągnęła go w kierunku drzwi. Zmarszczyła nos czując silny 

odór alkoholu w jego oddechu.

- Chcesz iść do mojego pokoju? Nie ma sprawy. Ruszamy.

W tym momencie Slade stracił równowagę i runął na ziemię.

Poczuła się tak, jakby spadła na nią ogromna, bezwładna lalka. Zwichnięta kostka 

zawiodła ją boleśnie  i Verity opadła  na kolana.  Osłabłe ciało Slade'a zwaliło  się na nią. 

Bezradnie przebierał nogami, próbując wstać. Leżeli na sobie na podłodze, gdy ktoś nagle 

otworzył drzwi.

63

background image

Jonas rzucił się bez słowa do przodu. Pochwycił Slade'a, ściągnął go z Verity i pchnął 

na ścianę.

Spencer uderzył  o kamienie  z głuchym  odgłosem.  Jęknął i osunął się na podłogę, 

niemal tracąc przytomność.

Verity zobaczyła, że Jonas ruszył w stronę swojej ofiary. Rozpoznała znajomy błysk w 

jego oku.

- Jonas, nie! Jest po prostu pijany i zachował się jak idiota! - Z trudem wstała i z bólu 

aż głośno wciągnęła powietrze.

- Jak idiota to się zgadza - stwierdził Jonas swym najłagodniejszym, najgroźniejszym 

tonem. Szarpnięciem postawił chwiejącego się na nogach Spencera i wziął zamach.

- Hej, poczekaj chwilkę, stary. - Spencer odzyskał świadomość na tyle, żeby unieść 

osłabłą dłoń. - Nie chciałem zrobić nic złego. Trochę się zabawić.

- Zatem żyj dalej i ucz się, Spencer. To taki rodzaj zabawy, który może cię zabić. 

Lepiej trzymaj się kalarepy. Wara ci od Verity.

- Nie, nie, to nieporozumienie - zaprotestował rozpaczliwie Slade. - Myślałem, że ona 

chce.   Myślałem,   że   wszystkie   dziewczyny   w   tej   psychicznej   branży   to   lubią.   Do  diabła, 

Elyssa śpi z każdym.

- Masz rację w jednej kwestii - odparł Jonas. - Rzeczywiście zaszło nieporozumienie. 

Verity sypia tylko ze mną, z nikim innym. - Pięść trzasnęła w szczękę Spencera. Podskoczyła 

mu głowa, a Jonas zamachnął się, żeby uderzyć go po raz drugi.

- Och, nie, Jonas! - krzyknęła Verity. Skoczyła do przodu, aby pochwycić go za rękę. - 

Przestań! Przemoc nie jest potrzebna. Przestań w tej chwili!

Odepchnął ją. Złote oczy płonęły. Verity zatoczyła się na ścianę i straciła równowagę. 

Czując, że się przewraca, odruchowo złapała ręką gobelin.

- Verity! - zawołał Jonas i pochwycił ją. Położył rękę na tkaninie, opierając się o 

ścianę i tuląc Verity w ramionach.

Gdy tylko Jonas dotknął gobelinu, Verity poczuła silne wibracje przepływające przez 

niego ku niej.

- Co, do diabła! - Jonas odsunął Verity od ściany. - Rany, teraz właśnie tego mi trzeba.

Verity rozluźniła  się trochę, gdy zniknęły niepokojące  wibracje. Jonas spojrzał  na 

gobelin i przeniósł wzrok na rozciągniętego u swych stóp mężczyznę.

- Powinienem go zabić.

Verity z westchnieniem odgarnęła pasmo włosów z czoła.

64

background image

- Jest pijany i Bóg jeden wie, co palił przez cały wieczór. Zanieś go do pokoju, żeby 

mógł się wyspać. Nic się przecież nie stało.

- Facet próbuje cię zgwałcić, a ty mówisz, że nic się nie stało?

- Nie próbował mnie zgwałcić. Wyprowadzałam go z pokoju, kiedy stracił równowagę 

i upadł na mnie.

W spojrzeniu Jonasa płonęła wściekłość. Dłuższą chwilę wpatrywał się w Verity bez 

słowa. Potem pochylił się i złapał Spencera za kostkę.

- Zaraz wracam.

Wyciągnął Slade'a z pokoju jak worek śmieci.

Verity westchnęła ze znużeniem i opadła na łóżko. Odruchowo dotknęła kostki i aż 

jęknęła z bólu.

Co za fatalna sytuacja. Jonas był wściekły, Spencer okazał się cholernie natarczywy, a 

po drugiej stronie gobelinu kryło się niebezpieczeństwo. Nie wiedziała, który problem jest 

najgorszy.

Prawdopodobnie Jonas.

Ułagodzenie go nie będzie łatwe; dostrzegła w jego spojrzeniu furię. Mogła się tylko 

modlić, by właśnie w tej chwili Jonas nie robił krzywdy Spencerowi. Nie podobała się jej 

myśl o ewentualnym procesie.

Jonas wkroczył do pokoju w chwili, gdy Verity zastanawiała się, jaki jest zakres jej 

polisy ubezpieczeniowej.

- Co mu zrobiłeś? - spytała ostrym tonem.

- Wrzuciłem go do fontanny w ogrodzie.

Zaczął rozpinać flanelową koszulę.

- Co zrobiłeś?

- Słyszałaś. Popatrz sobie. - Skinął głową w kierunku okien i poszedł do łazienki.

- Och, Jonas, na miłość boską. Naprawdę go tam zostawiłeś? - Znała Jonasa już na 

tyle, aby odgadnąć prawdę. Verity ostrożnie postąpiła kilka kroków w stronę okna i wyjrzała 

na   mroczny   podwórzec.   W   przyćmionym   świetle   sączącym   się   z   okien   południowego 

skrzydła dostrzegła ciemny kształt wyciągnięty w pustym baseniku fontanny. - Jonas, chyba 

zaczęło padać.

- No to co? - Odkręcił wodę w staromodnej umywalce.

- Jak to: „no to co?”! Zostawiłeś Slade'a na zewnątrz, a temperatura jest bliska zera. W 

dodatku zaczął padać deszcz. Na pewno dostanie zapalenia płuc.

65

background image

- Nic mnie nie obchodzi, co się z nim stanie. Przy odrobinie szczęścia utonie. - Jonas 

wyszedł z łazienki wycierając ręce w ręcznik. Rozpięta koszula ukazywała ciemne włosy 

porastające pierś. Złote oczy wciąż rzucały iskry gniewu. - Verity, mam już tego dość. Po raz 

drugi w tym tygodniu wchodzę i widzę na tobie jakiegoś faceta.

- Ależ Jonas, teraz mocno przesadziłeś i doskonale o tym wiesz. - Verity próbowała 

przemówić do niego łagodnie. Czasami nie opłacało się walczyć z Jonasem Quarrelem tą 

samą bronią. Poprawiła poły szlafroka. - Bądź rozsądny. Pierwszy raz wcale się nie liczy. 

Doug Warwick po prostu próbował mi pomóc i o nic więcej nie chodziło. A tym razem trafił 

się pijany głupiec, który chciał wykorzystać sytuację. Jestem pewna, że Slade rano będzie 

strasznie zawstydzony.

- Strasznie zawstydzony, tak? Powiem ci coś. Powinien być cholernie wdzięczny, że 

nie obudził się ze skręconym karkiem. - Jonas rzucił ręcznik na bok i podszedł do niej. - A tak 

na marginesie, jak on się tu, do diabła, dostał?

Verity   zrobiła   krok   do   tyłu   i   poczuła   krawędź   parapetu   wrzynającą   się   w   plecy. 

Odważnie zadarła brodę do góry.

- Drzwi były otwarte.

- Dlaczego te cholerne drzwi były otwarte? - Wyciągnął ręce i zacisnął na ramionach 

Verity. Przyciągnął ją do siebie.

- Bo myślałam, że za chwilę wrócisz.

- Mam powyżej uszu przypominania ci o zamykaniu drzwi, Verity.

- Przecież nie mogłam się spodziewać, że wejdzie ktoś oprócz ciebie - zaprotestowała 

urażona. - Słowo daję, Jonas. Jesteśmy tu gośćmi. Skąd miałam wiedzieć, że będą jakieś 

kłopoty?

Zacisnął mocniej palce na jej ramionach.

- Przysięgam ci, moja pani, że pewnego dnia posuniesz się za daleko.

Dotknęła jego dłoni i popatrzyła mu uważnie w oczy.

- Jonas, zapomnij o Spencerze. Co ci się przydarzyło dziś wieczorem?

Popatrzył na nią zamyślony.

- Dotknąłem czegoś, czego nie powinienem był dotykać. Kamiennej podłogi.

- Czułam, że mnie wołasz. Tak się przestraszyłam. Dlatego wróciłam wcześniej do 

pokoju.

- Następnym razem zatrzaśnij drzwi, Verity. - Zamknął jej usta mocnym pocałunkiem. 

- Nie potrafię znieść widoku innego mężczyzny, który cię dotyka - wyszeptał nie odrywając 

od niej warg. - Po prostu nie mogę tego wytrzymać.

66

background image

Verity zachłysnęła się powietrzem, nagle uświadamiając sobie palący gniew ukryty 

pod pożądaniem, które ogarnęło Jonasa. Jego język wsunął się brutalnie między jej wargi, 

ostrzegając przed zbliżającym się pełniejszym posiadaniem. Przyciągnął ją jeszcze bliżej do 

siebie, jakby w obawie, że mogłaby się wysunąć z jego objęć.

- Jonas - udało jej się powiedzieć - musimy porozmawiać.

- Za dużo mówisz - wymruczał zduszonym głosem. - Uważam, że to twój największy 

problem.   -   Wtem   zagarnął   ją   w   ramiona   i   zaniósł   do   łóżka.   Ułożył   na   kołdrze   i   zaczął 

rozpinać spodnie.

Verity usiadła i odgarnęła włosy z czoła.

-   Jonas,   mówię   poważnie.   Dziś   wieczorem   coś   się   wydarzyło,   prawda?   Coś 

niezwykłego, nawet jak dla ciebie. Chcę wiedzieć, co tu się dzieje.

-  Powiem  ci,   co  się  dzieje.   Za  każdym  razem,  gdy tylko   na  chwilę   się  odwrócę, 

wymykasz mi się z rąk. Nie sądź, że tego nie zauważyłem, nie jestem ślepy. Ostatnio ciągle 

widzę to twoje dziwne spojrzenie. Spostrzegłem, że nagle coś przerywasz w połowie i stoisz 

bez ruchu, zapatrzona przed siebie. Czułem, że o czymś  myślisz... O swoich prywatnych 

sprawach, których nie dzielisz ze mną.

- Na miłość boską, Jonas...

- Potem wracam do domu z Meksyku, dowiaduję się, że skręciłaś nogę, a jakiś facet 

przenosi cię przez próg - nasz próg. Wchodzę dziś wieczorem do pokoju, do naszej sypialni, i 

widzę, że jakiś palant uważał, że ma prawo się tu wprosić.

- Jonas, tracisz rozsądek.

- To prawda, że coś się dzieje, Verity. Zaczynasz się zastanawiać, czy podjęłaś słuszną 

decyzję, kiedy wpuściłaś mnie do swego życia, tak? Zaczynasz mieć wątpliwości co do nas, 

tak? Ale ja mam dla ciebie wiadomość, tyranko. Za późno. Należysz do mnie i zamierzam 

dopilnować, żebyś nigdy o tym nie zapomniała.

Zrzucił buty i dżinsy. Usiadł ciężko na łóżku.

Verity odsunęła się od niego jak najdalej. Jonas wyciągnął rękę i pochwycił jej palce, 

udaremniając ucieczkę.

- Jonas! Puść mnie!

Zlekceważył jej cichy okrzyk oburzenia i stoczył się na nią próbując przykryć ją swym 

ciałem. Złote oczy płonęły.

- Nie zamierzam cię puścić, Verity. Nie rozumiesz? Nie mogę pozwolić ci odejść ode 

mnie.

- Jonas, proszę, musimy porozmawiać.

67

background image

- Już  ci  to  mówiłem,  za  dużo  gadasz.  -  Zaczął   zsuwać  z  niej  szlafrok.  -  Zawsze 

wykorzystujesz   usta   do   porozumiewania   się   w   chwili,   gdy   możesz   użyć   ich   do   czegoś 

całkiem innego, co jest bardziej szczere i co lepiej rozumiem.

Rozzłoszczona Verity zaczęła walczyć.

-   Do   cholery,   Jonas,   tak   nie   sposób   się   porozumiewać.   Puść   mnie!   Chcę   z   tobą 

pomówić. Naprawdę. Słuchaj, kiedy do ciebie mówię.

Ale Jonas nie słuchał. Rozsunął szlafrok i uwięził jej dłonie nad głową, tak że leżała 

zupełnie bezradna. Potem uchwycił. brzeg flanelowej koszuli i zadarł aż do pasa.

Mimo zdecydowanej chęci zapanowania nad sytuacją Verity poczuła rozpalające się w 

niej   podniecenie.   Jonas   potrafił   wzbudzić   w   niej   pożądanie   jednym   dotknięciem.   Tego 

właśnie mężczyznę kochała całym sercem.

Miał jednak niepokojący zwyczaj odwoływania się do seksu, gdy tracił cierpliwość. 

Typowo   męskie   podejście   do   problemu,   pomyślała   ze   złością.   Kiedy   mózg   odmawia 

posłuszeństwa, górę biorą mięśnie.

Verity ogarnęła wściekłość. Zaczęła się wić i kopać go zdrową nogą.

- Puść mnie, potworze!

-   Nie   ruszaj   się,   męczyduszo.   -   Kiedy   zareagowała   kolejnym   kopnięciem, 

unieruchomił jej nogi kolanem. - O, teraz naprawdę się zezłościłem. - Przycisnąwszy ją całym 

ciężarem ciała, przytrzymał i ściągnął koszulę nocną przez głowę.

- Nic mnie nie obchodzi, że się zezłościłeś. - Oczy Verity rzucały iskry gniewu i 

pożądania.

- Powinno cię obchodzić.

Kiedy już pozbył  się jej koszuli,  wolną ręką  sięgnął  pod łóżko i złapał  pasek od 

spodni.

Verity spojrzała na Jonasa oczami rozszerzonymi ze zdumienia.

- Nie ośmielisz się!

- Już mam dość twojego dziwacznego zachowania - odpowiedział, szybko przytrzymał 

jej przeguby i związał skórzanym pasem. Wolny koniec paska zapętlił na podtrzymującym 

baldachim słupku i z powrotem przez węzeł wokół rąk Verity. Przywiązał ją do łóżka.

- Jonas, zwalniam cię! - To była jedyna groźba, jaka jej jeszcze została. Verity na 

próżno próbowała wyswobodzić się z więzów.

- Nie możesz mnie zwolnić i dobrze o tym wiesz. Raz już próbowałaś i nie wyszło. - 

Patrzył,  jak leży  bezradna  i  patrzy na  niego  groźnie.  -  Posłuchaj  mnie,  Verity,   i słuchaj 

68

background image

uważnie. Jeśli zastanawiasz się, jak skończyć naszą znajomość, to czeka cię niespodzianka. 

Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.

- Nie muszę się zastanawiać, jak się ciebie pozbyć. Sam znikasz, kiedy masz ochotę. 

Pięć dni w Meksyku i ani razu nie zadzwoniłeś! Przez pięć dni!

- Chryste, ciągle masz o to do mnie pretensję? - Zachmurzył się. - Myślałem, że już to 

sobie wyjaśniliśmy. Sądziłem, że zrozumiałaś.

- Rozumiem tylko, że nic cię nie trzyma, kiedy masz ochotę gdzieś powędrować, i że 

nawet nie chce ci się zadzwonić.

- Mówiłem ci, nie mogłem znaleźć telefonu. Poza tym nie próbuj mnie obwiniać za 

swoje dziwaczne zachowanie. Zaczęło się przed moim wyjazdem do Meksyku.

-   Czy   możesz   się   dziwić,   że   chcę   wszystko   przemyśleć?   -   odparła   ze   złością.   - 

Cholernie dziwny jest ten nasz związek. - Szarpnęła znacząco skórzanym paskiem. - Każda 

kobieta przy zdrowych zmysłach wolałaby poważnie zastanowić się, w co się pakuje, zanim 

zgodziłaby się z tobą żyć.

- Wiedziałem. Myślałaś o nas, prawda? Założę się, że knułaś i kombinowałaś.

- Co z tego, jeśli rzeczywiście to robiłam?  Powiedziałabym,  że biorąc pod uwagę 

okoliczności, to chyba całkiem normalna reakcja.

-  Rozmyślanie   nie   jest  dla   ciebie   normalne.   Nie   mam   zaufania   do   pracy   twojego 

mózgu - mruknął.

- Szkoda. To mój mózg.

- Tak? Oto coś do przemyślenia dla twojego mózgu. - Wepchnął kolano między jej 

nogi i zmusił do otwarcia na jego dotyk. Sięgnął w dół i zakrył dłonią wrażliwą miękkość, 

którą wcześniej odsłonił.

- Jonas, ty draniu! - zaprotestowała, czując, że wilgoć już spływa na jego palce.

- Powiedz mi, że mnie nie pragniesz. Powiedz, że jesteś gotowa mnie wykopać. - 

Wciąż trzymał dłoń w tym samym miejscu i co jakiś czas łagodnie naciskał.

Verity bezwiednie wygięła  biodra w łuk. Jonas wsunął kciuk w wilgotne wejście. 

Sięgał głęboko, drażnił, aż delikatne mięśnie zacisnęły się wokół jego palca. Verity wciągnęła 

powietrze.

- Pewnego dnia, Jonas. Zobaczysz, pewnego dnia mam...

- Kocham cię, Verity.

- W dziwny sposób to okazujesz. - Znowu na próżno szarpnęła związanymi dłońmi. 

Poczuła   ciepły   oddech   na   piersi.   Jonas   lekko   ssał   sutek.   Ciało   Verity   ogarnęło   drżące 

oczekiwanie.

69

background image

- Przy tobie człowiek musi się czasem zachować niekonwencjonalnie.

Osuwał się w dół jej ciała, smakując każdy centymetr. Verity czuła stalową twardość 

jego męskości ocierającej się o jej biodro.

- Jonas, potrafisz mnie doprowadzić do szału.

-  Powiedz   mi,   że   mnie   kochasz.   -   Podrażnił   maleńki,   wrażliwy   pąk   ukryty   pod 

płomiennym puchem w dole brzucha. - Powiedz, Verity.

- Cholernie dobrze wiesz, że cię kocham - zadrżała z rozkoszy i rozsunęła szerzej uda.

- Powiedz.

- Kocham cię. A teraz skończ tę idiotyczną scenę z wiązaniem i pokochaj się ze mną.

- Już myślałem, że nigdy o to nie poprosisz. - Jonas ułożył się wygodniej między jej 

nogami.

- Rozwiąż pasek- rozkazała Verity. Miała głos schrypnięty z pożądania.

- Dlaczego? Tak mi się bardzo podobasz. Jesteś bardzo pociągająca. Wyżej podnieś 

biodra. O tak. - Ukląkł między jej udami, rozsunął palcami miękkie płatki i wszedł powoli w 

głąb. Gdy się napięła,  pchnął mocniej. - O tak, dziecinko,  właśnie tak. - Pochylił  się do 

przodu i oparł na łokciach.

Verity jęknęła i zamknęła oczy, gdy wypełnił ją sobą. Przez jej ciało przepływały 

jedna za drugą fale gorąca.

- A teraz rusz swój śliczny tyłeczek, najmilsza. Dalej, pokaż mi, jak mnie kochasz.

- Musi być jakieś prawo zakazujące takich rzeczy. - Verity nagle wciągnęła powietrze, 

gdy ścisnął jej krągłe pośladki. Puls gwałtownie przyśpieszył.

- Ty i ja tworzymy własne prawa w łóżku. Ruszaj się, kochanie - ponaglił. Tym razem 

jego głos był niski i nieskończenie zmysłowy. Przytrzymując ją dłońmi, zatoczył małe kółko. 

Natychmiast zareagowała.

- Jonas!

- Właśnie tak, najdroższa. Tak, właśnie tak chcę. Rany, kochana. Taka gorąca i ciasna. 

Doprowadzasz  mnie  do szaleństwa. Zobaczmy,  czy możesz  mnie  wpuścić  trochę  głębiej. 

Możesz. Chcę iść jak najdalej. Obejmij mnie nogami. Takie piękne, cudowne nogi. Dalej, 

najmilsza, chcę, żebyś czuła, gdzie jestem.

- Och, Jonas, Jonas!

- Cholera, co za miłe uczucie, najdroższa.

Wypełniał ją sobą, wsuwał i wysuwał powoli, gdy ruszała biodrami w narastającym, 

szaleńczym rytmie. Czuła wirujący wewnątrz ogień, czekający na wybuch.

70

background image

Kiedy to się stało, pochwyciło wraz z nią i Jonasa. Jego ochrypły okrzyk zadowolenia 

połączył się z jej cichymi jękami, gdy spalał ich płomień.

Jakie to dla niego typowe, przemknęło przez myśl Verity, żeby kochać się z nią w taki 

dziki sposób; żeby wykorzystać seks, kiedy chciał dowieść swej racji; żeby przytłoczyć ją 

namiętnością, gdy chciała poważnie porozmawiać o ich związku.

Jakie to dla niego typowe, że zrobił to wszystko cały czas pamiętając, aby nie urazić 

jej zwichniętej kostki.

S

lade   Spencer   otworzył   oczy,   gdy   zimne   krople   deszczu   spadły   mu   na   twarz. 

Wszystko go bolało. Cholerny drań nie miał prawa go tak uderzyć, żadnego prawa. Spencer 

nic nie mógł na to poradzić, że podobał się kobietom. Jeśli Quarrel chciał kogoś ukarać, to 

powinien zbić tę swoją flirciarę. Verity narzucała się Spencerowi przez cały wieczór, przecież 

widział. Jednak, jak zwykle, całą winę zrzucano na Slade'a.

Quarrel zachowywał się tak samo jak wszyscy, a Spencer miał już dość tego, że ludzie 

traktują go jak śmieć. Pewnego dnia im pokaże.

Z   jękiem   podciągnął   się   na   krawędź   pustego   baseniku.   Poczuł   mdłości.   Poczekał 

chwilę, ciężko oddychając, aż żołądek się trochę uspokoi. Dygotał.

Potrzebował pastylki, dwóch. Niestety, te przepisane przez lekarzy w klinice już nie 

pomagały.  Poza tym,  co ci głupi lekarze wiedzą? Nikt go nie rozumie, uświadomił sobie 

Spencer.   Nikt   naprawdę   nie   chce   mu   pomóc.   Wszyscy   sprzysięgli   się   przeciwko   niemu. 

Powinien to dawno zrozumieć.

Po powrocie do pokoju weźmie dwie tabletki, które mu dali w klinice i jeszcze dwie, 

które dostał w zeszłym miesiącu od pośrednika. Te draństwa naprawdę działały. Kiedy je 

brał,   czuł   się   naprawdę   dobrze.   Sprawiały,   że   odzyskiwał   nad   sobą   kontrolę.   Było   to 

przyjemne uczucie.

Spencer powoli wyczołgał się z fontanny i mozolnie podreptał do ciemnego wejścia 

do   willi.   Szedł   w   strugach   deszczu   i   po   raz   tysięczny   zadawał   sobie   pytanie,   dlaczego 

wszystko, czego się w życiu tknął, obracało się przeciw niemu.

Było to retoryczne pytanie. Slade wiedział, dlaczego nic mu się nie udawało. Wszyscy 

byli przeciwko niemu. Sam walczył z całym światem.

I jak zwykle przegrywał.

71

background image

Rozdział szósty

C

hcę,   żebyś   wiedział,   że   pewnego   dnia   wyrównam   z   tobą   rachunki.   -   Verity 

przeciągnęła się leniwie, obróciła na bok i oparła na łokciu. Podniosła skórzany pas, którym 

Jonas związał jej ręce, i przeciągnęła przez sprzączkę kępkę włosów na piersi. - Nie będziesz 

znał dnia ani godziny, ale kiedyś, gdzieś, kiedy będziesz się najmniej spodziewał, bum! i 

dostaniesz za swoje.

Jonas uśmiechnął się złośliwie.

- Spodobał ci się ten numer z wiązaniem, co? - Wziął pas i wyjął z jej palców. Rzucił 

obok łóżka. Klamra zadźwięczała spadając na podłogę.

Verity przybrała poważny wyraz twarzy.

- Nie, nie spodobał mi się ten numer z wiązaniem. Zostałam do niego zmuszona. To ty 

lubisz wynaturzony seks. Zanim cię spotkałam, byłam taką miłą, grzeczną dziewczyną.

Wsunął jej dłoń pod głowę, przyciągnął i szybko, mocno pocałował.

-   Cholera,   ale   ja   lubię   cię   psuć   -   odparł   z   zadowoleniem.   -   Tak   naturalnie   to 

przyjmujesz. Auuu! Cholera! - zawołał, gdy Verity uderzyła go w udo.

Rozbolała ją dłoń od ciosu, ale uznała, że było warto. Usiadła i skrzyżowała nogi.

- W porządku, Jonas, już dość zabawy i rozpraszających uwagę rozrywek. Jak zwykle 

kochanie   się   sprawiło,   że   jesteś   rozluźniony   i   pobłażliwy,   ale   teraz   oczekuję   kilku 

odpowiedzi.

- Rozluźniony i pobłażliwy. Czy tak działa na mnie seks?

- Oczywiście. Jeszcze nie zauważyłeś? Przybywasz lwem, jeśli można się tak wyrazić, 

a odchodzisz jagnięciem.

- Jagnięciem? - spytał z rozczarowaniem.

- Jagnię, kocię, szczenię, cokolwiek. - Verity machnęła ręką, wskazując cały świat 

bezradnych, słabych istot, które przypominały obecny stan jego męskości.

- Gdybym  nie był  taki rozluźniony i pobłażliwy,  tobym  przedyskutował z tobą tę 

kwestię.

- Może później. Teraz chcę usłyszeć odpowiedzi na kilka pytań.

Jonas odwrócił głowę na poduszce i wpatrzył się w trójkąt miękkich włosów.

72

background image

- Jak mogę się skupić na udzielaniu odpowiedzi, kiedy widzę tylko twoje śliczne, 

małe...

Verity schowała nogi pod kołdrę.

- Niektórzy myślą tylko o jednym.

- Nigdy mi nie pozwalasz na ociupinę rozrywki - poskarżył się, ale jego oczy śmiały 

się wesoło.

- Masz rację. Jonas będzie bardzo biednym chłopcem, jeśli będzie się tylko bawił, a 

nie   pracował.   Wracamy   do   interesów.   Co   się   wydarzyło   dziś   wieczorem,   gdy   poszedłeś 

pomyszkować po korytarzach „Koszmaru Hazelhursta”?

- Nie masz żadnego szacunku dla czterechsetletniej architektury?

-   Nie,   jeśli   tak   wygląda.   Przestań   żartować   i   opowiedz   mi,   co   się   wydarzyło.   - 

Popatrzyła na niego poważnie. - Przestraszyłam się dziś wieczorem. Czułam, że zbliżasz się 

do jakiegoś niebezpieczeństwa.

- Wiem. Czułem twoją obecność.

- Gdzie byłeś?

- Gdzieś w północnym skrzydle. Na drugim piętrze.

- Ależ to bardzo daleko od mnie. Za daleko, żebyśmy mogli się połączyć.

Usiadł i oparł się o poduszki.

- Kontakt był słaby, ale czułem cię przy sobie. Oboje to czuliśmy. Myślę, Verity, że 

nasza więź staje się mocniejsza.

Verity otuliła się prześcieradłem, okrywając piersi. Popatrzyła z roztargnieniem przez 

okno.

- Ale tu zimno,  prawda? Majątek trzeba wydać  na ogrzewanie. Nic dziwnego, że 

Warwickowie chcą jak najszybciej pozbyć się tego miejsca.

- Przeraża cię to, prawda? - cicho spytał Jonas. - Czy dlatego ostatnio odsunęłaś się 

ode mnie? Wyczułaś, że więź między nami staje się mocniejsza, a nie jesteś pewna, czy tego 

chcesz?

- Nie odsunęłam się od ciebie - zdecydowanie zaprzeczyła Verity. - Po prostu trochę 

rozmyślałam, to wszystko. Teraz opowiedz mi dokładnie, co się wydarzyło.

Jonas założył ręce za głowę i dłuższą chwilę przyglądał się jej bez słowa.

-   Znalazłem   miejsce,   gdzie   schowano   kryształ.   Skrytka   była   pusta,   co   mnie   nie 

zdziwiło. Natomiast działała pułapka zostawiona na straży.

- Och, mój Boże. Jaka pułapka?

73

background image

- Sztylet ukryty między dwiema kamiennymi płytami podłogi. Nacisk na wydrążony 

kamień   z   kryształem   uruchamiał   mechanizm   sprężynowy,   wystrzeliwujący   ostrze. 

Zaprojektowano to tak, aby ostrze uderzyło w bardzo wrażliwą część ciała intruza. Musiał to 

wymyślić typowy renesansowy umysł. Pomysł jest sprytny i brutalny.

- Mechanizm sprężynowy? Działał po tylu latach?

- Na szczęście Hazelhurst wspominał o nim w pamiętniku. Widocznie stary Digby tak 

był zachwycony swoim odkryciem, że naoliwił mechanizm i ponownie go nastawił.

Verity jęknęła głośno.

- Hazelhurst musiał być obłąkany.

Jonasa zezłościł jej brak zrozumienia.

- Nie był  głupcem,  lecz naukowcem,  którego naprawdę interesowała  ta dziedzina. 

Potrafię   zrozumieć,   dlaczego   to   zrobił   -   pewnie   postąpiłbym   tak   samo.   Uruchomienie 

urządzenia sprzed czterystu lat to nie lada gratka.

- Nonsens. Pułapkę powinno się zniszczyć  natychmiast i to na dobre - stwierdziła 

rozsądnie Verity.

- Widocznie  masz taki typ  umysłu,  który nie jest w stanie docenić ezoterycznych 

radości prawdziwych  naukowych  badań historycznych  - stwierdził  Jonas protekcjonalnym 

tonem.

- Doprawdy? Jaki mam typ umysłu? - Verity uśmiechała się ze sztuczną słodyczą.

- Kobiecy.

- Jak już ci zapowiedziałam, pewnego dnia...

- Obiecanki cacanki.

- Zobaczysz. - Verity pogroziła mu. - Za wszystko pożałujesz. Pewnego dnia zmuszę 

cię, byś błagał o litość. Teraz opowiedz mi o tym krótkim błysku, gdy znalazłeś się za blisko 

tego cholernego sztyletu. Trochę pochwyciłam, tylko tyle, żeby wyczuć, że ktoś tam umarł. 

Czy to właśnie zobaczyłeś?

Jonas przytaknął.

-   Tak,   ale   odniosłem   wrażenie,   że   wydarzyło   się   to   bardzo   dawno   temu.   Może 

dwieście lat, albo nawet wcześniej. Nie wyczułem nic późniejszego.

- Pewnie tę kupę kamieni przeczesywali inni poszukiwacze skarbów, próbując znaleźć 

zaginione złoto, drogie kamienie czy inne precjoza, które, jak sądzili, tam ukryto. - Nagle 

Verity   zachmurzyła   się.   -   Wiesz,   Jonas,   popełniłam   dziecinny   błąd,   kiedy  negocjowałam 

twoje   wynagrodzenie   za   to   zlecenie.   Zdecydowałam   się   na   ryczałt,   sądząc,   że 

prawdopodobnie nie został tu żaden skarb po tak długim czasie. A jeśli coś znajdziemy? 

74

background image

Powinnam była postąpić rozważniej i wytargować procent od wartości znalezionego skarbu 

oprócz wynagrodzenia za raport o autentyczności willi.

Jonas zachichotał widząc jej zmartwioną minę.

-   Oto   kłopoty   kadry   kierowniczej.   Jak   to   dobrze,   że   muszę   tylko   odwalać   robotę 

fizyczną. - Podniósł się raptownie i odrzucił prześcieradła. - Chciałbym wiedzieć, co się stało 

z kryształem - przyznał sięgając po dżinsy. Przemierzył pokój w stronę gobelinu wiszącego 

na ścianie. - Hazelhurst nie pozostawia w swoim pamiętniku żadnych wątpliwości, że uważa 

kryształ   za   klucz   do   znalezienia   skarbu.   -   Wyciągnął   rękę   przed   siebie   i   dotknął   lekko 

wystrzępionej tkaniny. Potem odsunął materię i przesunął palcami pod nią.

Verity poczuła, że powietrze wokół zaczyna drżeć. Wstała z łóżka i włożyła szlafrok.

- W porządku, mistrzu. Co z tym fragmentem ściany?

-   Jeszcze   nie   jestem   pewien.   Cokolwiek   to   jest,   nie   wystarczy,   aby   uruchomić 

przenoszenie w korytarz psychiczny. Jednak coś tam wyczuwam. Popatrzmy pod gobelinem. 

- Podniósł starą tkaninę i zerknął na ścianę. - Idziesz ze mną?

- Jestem przy tobie. - Podeszła i stanęła obok.

- Wyczuwam nieliczne słabe wibracje. Mogę utrzymać je pod kontrolą.

Verity kiwnęła głową i przygryzła dolną wargę. Poczuła, że znowu może oddychać.

Jonas położył dłoń płasko na ścianie i przesunął powoli po kamiennej powierzchni.

- Uważaj na pułapki - ostrzegła Verity.

- Sądzę, że wyczujemy je przed uruchomieniem.

- Tylko wtedy, jeśli uruchomił je przedtem jakiś nieszczęsny poszukiwacz skarbów - 

podkreśliła   Verity.   Parapsychiczny   talent   Jonasa   łączył   się   z   przemocą.   Jeśli   w   którymś 

momencie przeszłości pułapki zostały uruchomione ze śmiertelnym skutkiem, wówczas Jonas 

je odkryje. Jednak gdy nigdy ich nie użyto, nie zaalarmuje go żadne mordercze zdarzenie z 

przeszłości.

- Wyczuwam jedynie słabe zagrożenie, niemal jak ostrzeżenie. Podobnie było, gdy 

odsunąłem kamień, pod którym przechowywano kryształ. To dziwne. Zupełnie jakby ktoś 

umieścił znaki ostrzegawcze, nie tylko kilka ukrytych sztyletów.

Nadal przesuwał dłonią po kamiennej ścianie. Kiedy dotknął pęknięcia w zaprawie, 

rozległ się odległy, głuchy pomruk przywodzący na myśl staroświecką maszynerię pracującą 

wewnątrz ściany. Verity zadygotała.

- Chyba coś tu mam - powiedział cicho Jonas.

Verity usłyszała w jego głosie powściągane podniecenie.

- Sprawia ci to przyjemność, prawda?

75

background image

- Uważam, że powinienem się zająć poszukiwaniem skarbów. Co prawda nigdy mi to 

nie zastąpi zmywania naczyń jako przynoszącej najwyższe zadowolenie pracy zawodowej, ale 

mogłoby to być interesujące hobby. Co ty o tym myślisz?

- Dochodzę do wniosku, że chyba zwariowałam, gdy namawiałam cię na podjęcie się 

tej roboty.

- Przecież to hobby, które możemy uprawiać razem. Niektórzy wspólnie jeżdżą na 

nartach, inni grają w tenisa. A my będziemy w wolnych chwilach szukać skarbów. Na pół 

etatu.

Verity rozważała wszystkie za i przeciw jego pomysłu, gdy wtem szeroki kawałek 

ściany zaskrzypiał głośno, jęknął i otworzył się do wewnątrz. Z otworu wionęła fala stęchłego

powietrza.

- Fuj! - Jonas cofnął się szybko.

- Jak tu okropnie cuchnie. - Verity zerknęła w mroczne przejście. - Pewnie jest tu 

mnóstwo szczurów.

Jonas odszedł, a po chwili wrócił z latarką i nożem.

- A to po co? - spytała z niezadowoleniem Verity patrząc na nóż.

- Nigdy nie wiadomo. Drzwi są tak ciężkie, że nie sądzę, aby się zamknęły, chyba że 

je ktoś popchnie, ale na wszelki wypadek podstawię krzesło. Nie chciałbym, żebyśmy utknęli 

w tym korytarzu. - Podciągnął ciężkie krzesło do otworu w ścianie i ustawił je na progu. - W 

porządku. Stań za mną i niczego nie dotykaj.

-   Nic   mi   nie   mów,   niech   sama   zgadnę   -   powiedziała   Verity.   -   Wbrew   temu,   co 

podpowiada zdrowy rozsądek, zbadamy to tajne przejście, tak?

- Szukamy skarbu, pamiętasz? Właśnie w takich miejscach ludzie przechowują skarby. 

W każdym razie to jest miejsce, gdzie mogli je ukryć czterysta lat temu.

- Czy nadal odczuwasz słabe wibracje? - Verity nakładała pantofle. Jonas włożył już 

buty i zapinał koszulę.

-   Wyczuwam   tylko   mnóstwo   dawnych   ech.   Nic   szczególnego,   nie   ma   się   czym 

przejmować.

- Skoro tak mówisz. - Poszła za nim mrocznym korytarzem. Przejście było wąskie. 

Kamienny sufit znajdował się na tyle  nisko, że mogła stać prosto. Jonas musiał pochylić 

głowę.

- Czterysta lat temu mężczyźni byli dużo niżsi - zauważył.

76

background image

Światło latarki  ukazało pusty kamienny tunel, który prawdopodobnie biegł wzdłuż 

wewnętrznej ściany sypialni. W miejscu połączenia z następną ścianą wewnętrzny korytarz 

skręcił i teraz biegł wzdłuż niej.

- Jak sądzisz, czy przejście łączy całą willę tak jak główny korytarz? - spytała Verity.

- Możliwe.

- Ach. Spójrz, jak tu brudno. - Verity uniosła brzeg koszuli nocnej i głośno wciągnęła 

powietrze. - Jonas, patrz na odciski stóp! Ktoś już tu był!

Jonas pochylił się, żeby obejrzeć ślady.

- Przykrywa je gruba warstwa kurzu. Chyba można spokojnie stwierdzić, że ktoś tu 

spacerował bardzo dawno temu.

- Może sam Digby Hazelhurst.

- Niewykluczone. Ślady się nakładają, tak że trudno orzec, czy była tu jedna osoba czy 

więcej. Prawdopodobnie Digby po odkryciu przejścia przechodził tędy kilkakrotnie. Założę 

się, że go to podniecało.

Jonas wyprostował się i ruszył korytarzem.

- Jak tu zimno. Powinieneś był włożyć kurtkę.

- Tak, kochanie - odparł i nie zatrzymując się szedł dalej.

Verity powiodła spojrzeniem po ciemnym suficie kamiennego tunelu i powstrzymała 

się od ciętej odpowiedzi.

- Jonas, chyba mi się to miejsce nie podoba.

- Chcesz wrócić do sypialni i poczekać na mnie?

- Nie, raczej zdecydowanie nie chcę.

- To trzymaj się mnie i przestań narzekać.

- Nie narzekałam. Tylko stwierdziłam fakt, a nie chcę... Auuu. - Verity przystanęła i 

spojrzała w dół.

- Co się stało? - Jonas szybko odwrócił się w jej stronę i oświetlił ją latarką.

- Uderzyłam w coś stopą.

- Zobaczmy.  Wygląda jak część starego miecza. - Jonas ujął ciemny,  zaśniedziały 

kawałek metalu. Pasował do jego dłoni, jakby go specjalnie dla niego wykuto.

- Czekaj! - krzyknęła Verity widząc, że kamienny korytarz przeobraża się w tunel, 

istniejący, jak wiedziała, tylko w ich umysłach.

Nie zdążyła  powstrzymać  przejścia. Jonas mocno  ściskał złamany miecz,  a ściany 

wiru czasu gęstniały wokół nich. Wstrzymała oddech, gdy znikała pierwsza rzeczywistość 

77

background image

pod naporem innej rzeczywistości. Kiedy otworzyła oczy, stała obok Jonasa w nie kończącym 

się tunelu i patrzyła na zjawę zawieszoną tuż przed nimi w powietrzu.

Był   to   potężnie   zbudowany   mężczyzna   o   ponurej   twarzy,   czterdziesto-,   może 

pięćdziesięcioletni.   Siedział   przy   rzeźbionym   drewnianym   stole   zarzuconym   księgami   i 

przyborami   do   pisania.   Odziany   był   w   aksamitny   kubrak   barwy   czerwonego   wina   i 

pończochy oraz krotką pelerynę bramowaną futrem. Kilka ciężkich pierścieni zdobiło palce 

zjawy. Spod fałd peleryny wystawała inkrustowana drogimi kamieniami rękojeść miecza.

Na stole stała niewielka czarna skrzynka. Wyglądała na wykutą z jakiegoś ciemnego, 

lśniącego kamienia. Była otwarta. Leżał w niej zielony kryształ w kształcie jaja. 

Mężczyzna siedzący przy stole znajdował się w niewielkim kamiennym pokoju. Za 

nim   stała   długa,   czarna,   ozdobnie   rzeźbiona   skrzynia.   Wieko   było   uniesione.   W   środku 

skrzyni lśnił stos złotych monet i drogocennych kamieni.

Verity wpatrywała się w postać unieruchomioną przez czas. Zjawa spojrzała na nią.

- Coś jest nie w porządku - wyszeptała zduszonym głosem. - W tym obrazie jest coś 

dziwnego. Byłam już z tobą kilkanaście razy w korytarzu, ale jeszcze nigdy nie widziałam tak 

upiornej wizji.

- Nic się nie rusza, to się nie zgadza. - Jonas postąpił kilka kroków do przodu. - Nie 

ma akcji. - Scena przed nimi pozostawała nieruchoma, jakby wykuta w marmurze.

-   Nie   podoba   mi   się   ta   zielona   poświata   bijąca   z   kryształu.   -   Verity   cofnęła   się 

ostrożnie. - Coś tu się dzieje naprawdę niedobrego, jestem pewna. Dlaczego ta zjawa nie 

rusza się jak inne? Dlaczego nie jesteśmy świadkami jakiejś sceny przemocy związanej z 

mieczem, który trzymasz? W przeszłości zawsze tak było w tunelu czasu.

- Nie wiem, co się dzieje, ale gotów jestem przysiąc, że to jest niegroźne. Mówiłem ci 

setki razy, że sceny w korytarzu czasu to tylko zjawy. Nie mogą wyrządzić ci krzywdy.

- Wcale nie jestem tego taka pewna. Gdzie są smugi? Powinny być smugi.

Do tej pory zawsze, gdy wspólnie z Jonasem wkraczała w tunel czasu, nagle pojawiały 

się   dziwne,   wijące   się   smugi.   Skupiały   się   wokół   Verity,   jakby   przyciągała   je   jakaś 

niewidzialna   siła.  Właśnie  jej  zdolność   związywania  tych   niebezpiecznych  macek  emocji 

pozwalała   Jonasowi   kontrolować   jego   parapsychiczny   talent.   Bez   niej   pochłonęłyby   go 

wygłodniałe   smugi   kipiącej   energii   szukającej   poprzez   Jonasa   drogi   ucieczki   do 

rzeczywistego świata.

- Nie wiem - odparł cicho Jonas. Podszedł powoli do zjawy mężczyzny siedzącego 

przy stole.

Verity wpatrywała się w wizję.

78

background image

- Jonas, on chyba śledzi cię wzrokiem.

- To tylko złudzenie optycznie.

- Nie jestem pewna. Jonas...

- Masz rację, Verity, mówiąc, że ta wizja różni się od innych. W korytarzu czasu 

zawsze widzieliśmy sceny przemocy związane z przedmiotem, który mnie tam wysłał. Nadal 

trzymam rękojeść miecza, a nic się nie dzieje, żadnego gwałtu.

- Jak sądzisz, czy kryształ na stole to ten sam, który kilka lat temu znalazł Digby 

Hazelhurst? - spytała szeptem Verity.

- Całkiem możliwe. Odpowiada opisowi. - Jonas jeszcze kilka minut przyglądał się 

nieruchomemu obrazowi. Potem zawrócił i przystanął obok Verity. - To nie jest normalna 

wizja.

Zadrżała.

- Jak możesz stwierdzić, że cokolwiek w tym korytarzu jest normalne?

- Wiesz przecież, że wszystko tam dzieje się według pewnych obowiązujących reguł i 

praw fizyki. Wchodziłaś ze mną już tyle razy w korytarz, że o tym wiesz. Ta wizja nie pasuje 

do poznanych przez nas zasad. Nie patrzymy na scenę gwałtu. Wewnątrz obrazu nic się nie 

rusza i nie ma żadnego z tych węży energetycznych wysuwających się zawsze z obrazu i 

próbujących mnie omotać.

-   Zupełnie   jakby   siedzący   przy   stole   człowiek   odwrócił   zasady,   według   których 

wszystko tu działało. - Verity przytaknęła.

-   Chryste,   dowiaduję   się   czegoś   nowego   za   każdym   razem,   gdy   trafiam   w   to 

zwariowane miejsce. - Jonas pokręcił ze zdumieniem głową. - Chciałbym wiedzieć, co to, do 

diabła, znaczy.

- Uważam - zaczęła wolno Verity - że jeśli to jest kryształ, który potem znalazł Digby, 

to w opowieściach o skarbach ukrytych w willi może być trochę prawdy. Spójrz na skrzynię 

za jego plecami. Wysypują się z niej złote monety i drogie kamienie. Ten facet w pelerynie 

mógł być pierwszym właścicielem skarbu.

- Jestem ciekaw, czy ten kawałek metalu, który trzymam w ręku, to rękojeść miecza w 

wizji.   W   przeszłości   przedmiot,   który   wciągał   mnie   w   korytarz,   zawsze   się   pojawiał. 

Wszystko to jest inne, całkiem inne, kochana.

Intuicja Verity podpowiadała jej, co robić.

- Jonas, powinniśmy stąd wyjść. Naprawdę nie podoba mi się ta scena, ani trochę mi 

się nie podoba. Ta parapsychiczna zabawa zawsze była dość dziwaczna, ale to jest jeszcze 

dziwaczniejsze.

79

background image

- Dobrze. Chcę zobaczyć, dokąd prowadzi to przejście. Chyba powinniśmy iść dalej. - 

Upuścił rękojeść miecza.

Brzęknęła o kamienną podłogę w rzeczywistym korytarzu, tunel psychiczny zniknął. 

Verity poprawiła szlafrok, gdy owionął ją podmuch zimnego powietrza.

- Weź miecz - powiedział Jonas. - Ma dużą moc. Jeśli znowu go dotknę, wskoczymy 

od razu w korytarz czasu.

Verity pochyliła się i podniosła rękojeść.

- Mam go.

Miała   właśnie   coś   powiedzieć   o   warstwie   brudu   pokrywającego   metal,   gdy 

spostrzegła, że niknie promień światła przeświecający z sypialni do przejścia. Złowieszcze 

skrzypnięcie, które rozległo się za rogiem, zbyt późno ją ostrzegło o tym, co się stało.

- Jonas, chyba drzwi się zamykają!

- Cholera jasna! - Jonas wyminął ją biegiem. W świetle latarki jego twarz wyglądała 

niesamowicie.

Verity   pokuśtykała   za   nim.   Serce   waliło   jej   mocno,   gdy   odległy   promień   światła 

zwężał się, a potem całkiem znikł. Okrążyli róg korytarza w tej samej chwili, aby zobaczyć, 

jak ciężkie drzwi z głuchym łoskotem wracają na miejsce.

W ciemności za zamykającymi  się drzwiami coś zachrzęściło niesamowicie. Jakby 

ktoś rzucił wiązkę drewna na kamienie. Albo przesunął po kamieniu kości.

Jonas podniósł wyżej latarkę. Verity raptownie wciągnęła powietrze, gdy spostrzegła 

szkielet.   Leżał   tuż   za   potężnymi   drzwiami.   Kości   przytrzymywały   na   miejscu   resztki 

schludnych ongiś spodni, bawełnianej koszuli w kratkę i sportowej marynarki ze sztruksu z 

zamszowymi łatami na łokciach. Para okularów w złotej oprawie połyskiwała w kurzu obok 

czaszki. Rękaw marynarki dostał się pod zamykające się drzwi, które poruszyły szkieletem 

wywołując ten denerwujący chrzęst.

- Mój Boże, Jonas! Kości były tu przez cały czas! Nie zauważyliśmy ich, bo drzwi je 

zasłoniły.

Jonas  przesunął światłem  latarki  po wewnętrznej  ścianie. Nie było  żadnej  klamki, 

uchwytu, ani innego widocznego przyrządu do otwierania kamiennej bramy.

-   Musimy   założyć,   że   ktoś,   kto   zbudował   to   przejście,   nie   chciał   zostać   przez 

przypadek uwięziony w tym korytarzu. Powinno być stąd jakieś proste wyjście.

- Najwyraźniej naszemu przyjacielowi nie udało się go znaleźć - stwierdziła ponuro 

Verity.

80

background image

Jonas spojrzał w dół na plątaninę kości i ubrania. Gdy światło latarki wędrowało po 

szczątkach,   nagle   przyćmionym   blaskiem   zalśnił   metal.   Jonas   przyklęknął   obok   kości   i 

obejrzał dokładnie ostrze wystające ze sztruksowej sportowej marynarki.

- Nie sądzę, aby nasz kolega zmarł z naturalnych  przyczyn. Nie wygląda też, aby 

zginął w tym korytarzu z głodu.

Sięgnął do kieszeni spodni.

- Co robisz? - zawołała Verity.

- Chciałbym się dowiedzieć, kim jest nasz nieznajomy albo raczej kim był. Tu coś 

mamy. - Jonas wyciągnął z kieszeni sztywny, podniszczony skórzany portfel. Otworzył go i 

dokładnie przyjrzał się fotografii łysego, uśmiechniętego mężczyzny w okularach w złotej 

oprawie.

- I co? - ponagliła go Verity. - Chyba już nie zniosę więcej tajemnic. Czy to ktoś 

znajomy?

- To Digby Hazelhurst.

- Rany boskie! Przecież podobno zaginął pływając czy coś w tym rodzaju.

- Żeglując.

- Biedny człowiek. Co za okropna śmierć! Chyba mam nową definicję „Koszmaru 

Hazelhursta”. Wyobraź sobie, jak to jest, gdy jesteś uwięziony w tym okropnym korytarzu... - 

Verity przerwała, gdy dotarło do niej ich położenie. - Och, Jonas, jak myślisz, czy będziesz 

umiał znaleźć mechanizm otwierający drzwi od wewnątrz?

- Jestem dobry w ręcznej robocie, pamiętasz? Uspokój się, szefowo. Wydostaniemy 

się stąd. Jednak nie chcę popełnić tego samego błędu co Hazelhurst.

- Jakiego błędu?  Och, mówisz  o tym  wystającym  żelastwie?  Uważasz, że była  to 

jeszcze jedna pułapka?

- To niewykluczone. Ostrze jest stare i ciężkie. Prawdopodobnie początek szesnastego 

wieku. Zobaczmy, czy jest jakaś wskazówka, skąd się tu znalazło.

Jonas pochylił się i podniósł kawałek metalu.

- Jonas, nie wiem, czy jestem gotowa do jeszcze jednej wyprawy - zaczęła mówić z 

pośpiechem Verity, ale było już za późno. Płaskie kamienne ściany wygięły się wokół niej w 

znajomy widok nieskończonego korytarza czasu.

- Verity?

- Jestem tutaj, Jonas - odwróciła się na dźwięk jego głosu. W wymiarze istniejącym 

wewnątrz korytarza psychicznego Jonas stał niedaleko. Z pewnym wysiłkiem Verity mogła 

jednocześnie   kontrolować   obie   rzeczywistości.   Potrafiła   zachować   świadomość   istnienia 

81

background image

rzeczywistego,   solidnego   korytarza   i   w   tym   samym   czasie   koncentrować   się   na   tunelu 

psychicznym. Kręciło się jej trochę w głowie, ale coraz lepiej szło jej kontrolowanie obu 

rzeczywistości.

- Tam. Prosto przed tobą. - Jonas postąpił krok w jej kierunku, wskazując mglistą 

zjawę materializującą się przed nimi w korytarzu psychicznym. Miał ponury wyraz twarzy. - 

Jest dość niewyraźny, prawda? Prawdopodobnie dlatego, że wydarzyło się to dość niedawno.

Verity spojrzała we wskazanym kierunku, wiedząc, że wizje były wyraźniejsze, gdy 

mieli do czynienia ze starszymi  zdarzeniami, zwłaszcza z okresu odrodzenia. Tym razem 

widzieli akt przemocy bliski w czasie.

- Och, nie - wyszeptała bezradnie, gdy przed ich oczami błyskawicznie rozegrał się 

okrutny dramat.

Nic nie można było zrobić i wiedziała o tym. Przypominało to oglądanie filmu - nie 

kończącej się, nieustannie powtarzanej, nagłej  śmierci Digby'ego  Hazelhursta, uczonego i 

poszukiwacza skarbów.

Scena drżała nieznacznie, jakby brakowało jej mocy, aby się ukazać. W bladej wizji 

zobaczyli, że mężczyzna, którego zdjęcie znaleźli w portfelu, przesuwał rozczapierzonymi 

palcami   po   kamiennej   ścianie.   W   jego   oczach   pojawił   się   śmiertelny   strach.   Paznokcie 

zgrzytały   po   zaprawie.   Nagle   w   jego   plecy   wbito   pociemniałe   ostrze.   Wokół   rękojeści 

sztyletu zaciskała się czyjaś dłoń. Na palcu tkwił drogocenny pierścień z rubinem.

Verity zaledwie zdążyła  zauważyć pierścień, gdy ze sceny zaczęły się wydobywać 

wijące się macki o przerażającej barwie, wydzielające ohydne światło. Przez chwilę kłębiły 

się w miejscu, jakby szukały celu. Wtem ruszyły prosto w kierunku Jonasa.

Potem, jak zawsze, jakby wyczuły obecność Verity.

Wstrzymała   oddech,   jak   zwykle   trochę   zdenerwowana,   gdy   macki   bezmózgiej 

emocjonalnej energii zaczynały niespokojnie roić się u jej stóp. Nie dotykały jej skóry, ale 

bez ustanku krążyły wokół niej. Jonas mógł wówczas swobodnie oglądać zjawę.

- Wszystko w porządku? - spytał cicho.

- Tak.

- Chyba już dość zobaczyliśmy - Jonas upuścił stary sztylet. Upadł z brzękiem na 

podłogę.

Natychmiast zniknęła i zjawa, i tunel psychiczny, zostawiając Verity i Jonasa w aż 

nazbyt rzeczywistym korytarzu.

Verity spojrzała na Jonasa. Ledwie widziała jego twarz. Ustawił światło latarki na ten 

odcinek ściany, który Digby Hazelhurst drapał, gdy wbito mu sztylet w plecy.

82

background image

-  Wiesz,   Digby  nie  umarł,  ponieważ   przez   przypadek  uruchomił   ukryty   tu  gdzieś 

mechanizm pułapki. Rękojeść sztyletu ktoś trzymał.

- Wiem, Verity. A teraz zamilknij na kilka minut - dodał łagodnym tonem. - Muszę się 

skupić.

Verity  zagryzła   wargę  i  obserwowała,  jak  Jonas  przesuwa   wrażliwe  palce  wzdłuż 

odcinka ściany, którego przed śmiercią chciał dosięgnąć Hazelhurst. W chwilę potem coś 

uniosło się między kamieniami.

- No i proszę - powiedział Jonas z cichą satysfakcją w głosie. - Mam. Zostaw tu miecz. 

Będzie bezpieczny. Nikt go nie zobaczy i nie będzie zadawał niewygodnych pytań. Sztylet też 

tu połóż. Nie chcę nikomu nic wyjaśniać.

Verity rzuciła na podłogę rękojeść miecza, gdy nagle otworzyły się ciężkie drzwi.

- Muszę ci się przyznać, że poczułam ulgę. Oczywiście, to wcale nie znaczy, że choć 

przez chwilę wątpiłam, że nas stąd wyciągniesz - dodała lojalnie.

- Oczywiście. - Jonas poklepał serdecznie kamienne drzwi. - Zapewniam cię, że nie 

ma nic tak ożywczego i interesującego jak kontakt z renesansowym umysłem.

- Powinieneś świetnie o tym wiedzieć - odparła Verity, wkraczając z korytarza do 

bezpiecznej sypialni. - Sam taki masz.

83

background image

Rozdział siódmy

J

onas wyszedł za Verity z kamiennego korytarza. Czuł większą ulgę, niż był gotów 

się   przyznać.   Scena   śmierci   Hazelhursta   dostarczyła   bardzo   cennej   wskazówki.   Jonas 

wiedział, że gdyby nie to, co widział, musiałby spędzić tam wiele czasu, próbując znaleźć 

mechanizm. 

Gdy znalazł się w ciepłej sypialni, wydawało mu się, że znowu słyszy echo, echo 

śmiechu z dalekiej przeszłości. Zaczął zamykać drzwi.

- Co robisz? - spytała Verity.

- A na co to wygląda? Chcesz spędzić noc wpatrując się w kości?

- Nie, oczywiście że nie, ale co z biednym Hazelhurstem? Musimy komuś powiedzieć, 

że go znaleźliśmy.

- Był  tam przez ostatnie dwa lata – stwierdził Jonas, patrząc na zamykające się z 

głuchym skrzypnięciem drzwi. - Posiedzi jeszcze trochę.

Verity patrzyła na niego oczami szeroko otwartymi ze zdumienia.

- Masz zamiar nikomu nie mówić, że go znaleźliśmy?

- Jeszcze nie. Jeśli teraz to zgłosimy, rozpocznie się śledztwo. Powstanie tu nieliche 

zamieszanie na kilka dni, a może tygodni. Rozejdą się pogłoski o skarbie i natychmiast zjawią 

się  tłumy  reporterów,  fałszywych   radiestetów   i Bóg  jeden  wie,  kto  jeszcze.   Mamy  tylko 

tydzień, Verity. Chcę go spędzić szukając odpowiedzi na kilka pytań. W tym korytarzu kryje 

się coś bardzo ważnego.

- Ale ktoś zabił Digby'ego. Nie umarł przez przypadek... w tym korytarzu popełniono 

morderstwo.

-   Wiem.   Jednak   morderca   zniknął   dwa   lata   temu.   Do   diabła,   może   sam   w   tym 

korytarzu umarł, próbując znaleźć wyjście. Wiemy tylko, że leży na drugim końcu korytarza. 

- Jonas raptownie przerwał, mając nadzieję, że nic nie zauważyła. Powinien wiedzieć, że ta 

kobieta ma sokoli wzrok.

Verity powoli podeszła do okna.

- Na ręce trzymającej sztylet był pierścień. Duży pierścień z rubinem.

- Wiem. Zauważyłem go.

Obejrzała się za siebie przez ramię.

84

background image

- Chyba był bardzo stary. Właściwie to wyglądał tak, jakby należał do góry klejnotów 

ze skrzyni, którą widzieliśmy na końcu korytarza, albo jakby był to jeden z pierścieni, które 

miał na palcach tamten mężczyzna z wizji.

- Można było zauważyć pewne podobieństwo - zgodził się ostrożnie Jonas. Dostrzegł 

wyraz jej twarzy. Podszedł do Verity i otoczył ramionami. - Hej tam - powiedział cicho i 

lekko nią potrząsnął. - Nie pozwól, aby poniosła cię wyobraźnia.

- Wiesz, o czym myślę?

-   Tak.   Zastanawiasz   się,   czy   czterechsetletniemu   mężczyźnie   z   nieruchomej   wizji 

udało się wrócić do życia, aby zabić starego Hazelhursta. To absolutnie niemożliwe.

- Jonas, sam powiedziałeś, że dowiadujesz się czegoś nowego za każdym razem, gdy 

znajdziesz   się   w   psychicznym   tunelu.   Nie   wiesz   wszystkiego   o   tamtej   rzeczywistości. 

Przyznałeś też, że w tej pierwszej wizji było coś dziwnego. A jeśli on wymyślił jakiś sposób 

na przetrwanie w tunelu czasu i siedział tam przez te wszystkie lata pilnując swojego skarbu?

Jonas poczuł gwałtowne drżenie ogarniające jej ciało i mocniej objął ją ramionami.

- W żadnym razie. Uspokój się, kochanie. W tym korytarzu nie ma duchów, tylko 

krótkie sceny z przeszłości. Pocztówki uwięzione w czasie. To wszystko.

-  Pocztówka   z   tamtym   mężczyzną   siedzącym   przy  renesansowym   stole   wcale   nie 

wyglądała, jakby z tyłu ktoś napisał „Żałujcie, że was tu nie ma”. Odniosłam wrażenie, że ten 

facet wcale nie chciałby nas widzieć.

- Ta wizja rzeczywiście była inna od wszystkich, z którymi mieliśmy do tej pory do 

czynienia. Przyznaję. Jednak to nie ma większego znaczenia. Masz zbyt bujną wyobraźnię, co 

rujnuje   twój   spokój   ducha,   kochanie.   -   Zdmuchnął   z   jej   skroni   pierścionek   płomiennych 

włosów i pocałował ją w czoło. Słodko pachniała i była taka ciepła. Poczuł napływającą falę 

pożądania, jak zawsze po wyprawie w tunel psychiczny, a właściwie jak zwykle, gdy Verity 

znajdowała się blisko.

- Ktoś zabił Digby'ego - przypomniała z uporem.

- Tak. Ale było to dawno temu. Chcesz usłyszeć, co mi przyszło do głowy?

Kiwnęła głową.

- Sądzę, że miał towarzysza pomagającego w poszukiwaniu skarbu. Kogoś, komu na 

tyle zaufał, że pokazał przejście. Może nawet kogoś, komu zawierzył kryształ.

- I ten ktoś uznał, że skoro już zna przejście i wie, gdzie jest kryształ, nie potrzebuje 

więcej Digby'ego?

- To ma sens.

85

background image

-   Gdzie   jest   ten   ktoś?   -   nalegała   Verity.   Oparła   dłonie   na   szerokim   kamiennym 

parapecie i wyjrzała przez okno w szumiącą deszczem ciemność.

- Kto  wie?   W  pamiętniku   nie  ma  żadnej   wzmianki  o  odkryciu   przez  Hazelhursta 

ukrytego przejścia, co oznacza, że musiał je znaleźć na krótko przed śmiercią. Albo nie zdążył 

tego zapisać, albo informacja o przejściu znalazła się na wydartych kartkach. Nie natrafiłem 

również   na   żaden   zapisek   o   towarzyszu.   Najlepiej   będzie,   jak   porozmawiamy   z   Maggie 

Frampton.   Powinna   wiedzieć,   czy   Hazelhurst   zaangażował   kogoś   jeszcze   do   poszukiwań 

skarbu.

- Dobry pomysł. Tymczasem... - Verity przerwała i zaczęła z natężeniem wpatrywać 

się w mrok. - Jonas, on zniknął.

- Kto zniknął? - Powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem w stronę fontanny. - Chodzi ci o 

Spencera? Może w końcu miał dość rozsądku, aby schronić się przed deszczem.

-   Mógł   tu   wrócić,   Jonasie.   Miał   dość   czasu,   żeby   wrócić   do   naszego   pokoju   i 

wyciągnąć krzesło spod drzwi. Może właśnie dlatego się zamknęły.

Jonas z pociemniałymi z gniewu oczyma rozważał przez chwilę tę możliwość.

- Zamknąłem drzwi do sypialni, więc jak się dostał do środka?

- Kto wie? Do drzwi może pasować wiele kluczy. Zamki w drzwiach w południowym 

skrzydle wyglądają na nowe.

Jonas znowu potrząsnął nią lekko.

- Nie sądzę, to mało prawdopodobne. Nie mógł wiedzieć o przejściu, poza tym nie 

ośmieliłby   się   tu   wrócić,   wiedząc,   że   będę   z   tobą.   Był   prawie   w   trupa   pijany,   niemal 

nieprzytomny, gdy wrzucałem go do fontanny.

- Wygląda na to, że się pozbierał na tyle, aby stamtąd wyleźć - zauważyła.

Jonas spojrzał badawczo w mroczny ogród.

- Masz rację, odszedł. Chyba nie uderzyłem go dość mocno.

- Chciałabym tylko, abyś wiedział, że jeśli poda nas do sądu, to ty będziesz musiał 

wszystko wyjaśnić komisji towarzystwa ubezpieczeniowego.

- Nie przejmuj się. Coś wymyślę - odparł Jonas, ani trochę nie zmartwiony. Był w tej 

chwili   pochłonięty   zupełnie   czym   innym.   Objął   Verity   w   smukłej   talii   i   przyciągnął   do 

swoich bioder. Dżinsy stały się za ciasne. - W samej rzeczy - wymruczał jej do ucha - coś już 

mi przyszło do głowy.

- Chyba nie myślisz... o seksie, kiedy kilka metrów od nas leżą zwłoki.

- Nie miej takiej przerażonej miny. Ale z ciebie świętoszka, wiesz? Powtarzam raz 

jeszcze: te zwłoki leżą tam kilka lat. Nie będą nam przeszkadzały.  - Jedną ręką rozsunął 

86

background image

suwak w dżinsach, drugą przytrzymywał Verity wpół. Oswobodziła się jego twarda męskość. 

Jonas puścił Verity na tyle, aby poczuła go przez pikowany szlafroczek.

- Jonas, jestem oburzona. Naprawdę uważam, że w takiej sytuacji powinieneś okazać 

choć odrobinę szacunku.

-   Chyba   mi   nie   powiesz,   że   nie   jesteś   podniecona   tak   samo   jak   ja.   Wejście   do 

psychicznego   tunelu   zawsze   wywiera   na   nas   taki   wpływ.   -   Pochwycił   ręką   szlafrok   i 

podciągnął do pasa. Zacisnął dłonie na delikatnym, jędrnym tyłeczku. - Pochyl się do przodu, 

kochanie - wyszeptał jej w zagłębienie szyi. - Oprzyj się na parapecie.

- Jonas, to okropnie krępujące. Ktoś nas może zobaczyć przez okno.

- Nikt nas nie zobaczy.  Wszyscy są w tym  skrzydle. Musiałabyś  przejść do innej 

części domu, żeby mogli cokolwiek zauważyć. - Poniewczasie przypomniał sobie, że sam 

wędrował po innym skrzydle i miał stamtąd doskonały widok na ich sypialnię. Wyciągnął 

rękę i zgasił lampkę przy łóżku. - Lepiej?

- Nie.

- Daj spokój, kochanie, przestań się kłócić. Wiesz przecież, że pragniesz tego tak samo 

jak ja. Cholera, co to za uczucie mieć cię tak blisko. - Pochylił ją do przodu, aż musiała się 

uchwycić   parapetu.   Krągłe   pośladki   wygięły   się   ku   górze   zachęcająco,   ukazując   ciepły, 

kobiecy tunel gotowy do zdobycia od tyłu.

- Doprawdy, Jonas, mamy tu doskonałe łóżko, jeśli się przy tym upierasz. Zupełnie nie 

rozumiem,   dlaczego   musisz...   Poczekaj   chwilę.   Co   robisz?   To   już   można   by   uznać   za 

nienormalne, jeśli myślisz, że ci pozwolę... Och, Jonas...

Przytrzymał jej uda mocno, gdy zagłębił się w jedwabiste wnętrze. Poczuł, jak się 

instynktownie zaciska, i pchnął mocniej, wsuwając się z trudem w jej wilgotne ciepło. Jęknął 

głucho, gdy otoczyły go zroszone płatki. Przesunął dłoń do przodu, aby odnaleźć wrażliwy 

pąk ukryty w gęstych, rudych lokach.

- Być w tobie to cudowne uczucie, najdroższa. Tak dobrze.

- Jonas - westchnęła namiętnie. Włosy opadały kaskadą na plecy. Miała rozchylone 

wargi i zamknięte oczy.

Oddała   mu   się   całkowicie,   rozgorączkowana   i   roznamiętniona,   jak   zawsze. 

Przynajmniej   kiedy   się   z   nią   kochał,   musiała   o   nim   pamiętać,   pomyślał.   Zagubił   się   w 

pulsującej ekstazie, lecz nagle uświadomił sobie, że Verity Ames stała mu się tak niezbędna 

jak powietrze. Nie potrafił wyobrazić sobie życia bez niej.

87

background image

Nagle zrozumiał, jakie to ważne, aby ona to samo czuła do niego. Wykorzysta seks 

lub   cokolwiek   innego,   co   będzie   mógł,   aby   usunąć   z   jej   spojrzenia   wyraz   zamyślenia   i 

obcości. Nie mógł jej pozwolić odejść czy to fizycznie, czy psychicznie. Potrzebował jej.

Jonas przyzwyczaił się przez kilka ostatnich miesięcy, że z Verity miał dom.

N

astępnego ranka Verity przebudziła się wcześniej od Jonasa. Ocknęła się pewna 

tego, co należy uczynić.

- Musimy porozmawiać z Maggie Frampton - przypomniała zaspanemu kochankowi, 

wypychając go z łóżka i zaganiając pod prysznic. - Jeśli zejdziemy na dół wystarczająco 

wcześnie, będziemy mieli szansę porozmawiania z nią, zanim ktoś z pozostałych gości zjawi 

się na śniadanie.

-   Kłopot   z   dyrektorami   handlowymi   polega   na   tym,   że   rzadko   interesują   się 

samopoczuciem swoich podwładnych. Nie wyspałem się zeszłej nocy.

- Czyja to wina? - spytała bez współczucia. - Pośpiesz się z ubieraniem.

Maggie Frampton  nuciła  sobie w  kuchni. Przygotowywała  ciasto na naleśniki  i w 

pierwszej   chwili   wyglądała   tak,   jakby   ich   widok   ją   przestraszył.   Miała   na   sobie   kolejną 

wypłowiałą podomkę ze swoich zbiorów, tym razem w kropeczki. Łańcuszek na szyi zniknął 

pod nieskazitelnym, białym kołnierzykiem.

- Witajcie. Wcześnie wstaliście i to weseli jak szczygiełki. Nie przyszło mi do głowy, 

że ktoś z tej czeredy to ranny ptaszek. Co powiecie na kawę? Świeżo parzona, stoi na blacie. 

Stary Digby zawsze rano najpierw musiał się napić kawy.  Doktor mu powiedział, że nie 

powinien tego pić, ale Digby uważał, że filiżanka kawy potrzebna mu jest do włączenia serca. 

Nalejcie sobie.

- Dzięki, Maggie. - Verity nalała kawę do dwóch filiżanek i jedną podała Jonasowi.

-   Jak   wam   idzie   szukanie   skarbu?   -   spytała   Maggie   wyjmując   z   kredensu   stos 

wyszczerbionych talerzy.

- Wiesz o tym? - zdziwił się Jonas.

- Jak słyszałam, panna Słoneczko chce, żebyście mieli na to oko przy pisaniu raportu o 

willi. Czysta strata czasu i energii. Digby miał całe lata na przeszukiwanie tego budynku i 

nigdy nie znalazł nawet dziesięciu centów.

Jonas odchrząknął.

88

background image

-   Maggie,   właściwie   to   chcieliśmy   z   tobą   porozmawiać,   bo   może   przypadkiem 

będziesz mogła nam pomóc. Byłaś bardzo blisko z Hazelhurstem. Bliżej niż ktokolwiek inny. 

O ile wiem, mieszkałaś z nim tutaj przez kilka lat.

- Ta willa stała się moim domem od dnia przyjazdu, dwadzieścia trzy lata miną w 

czerwcu. - Maggie westchnęła ze smutkiem. - Tęsknię za starym draniem. Był jurniejszy od 

diabła, ale mi to nie przeszkadzało. W dwójkę miło płynął nam czas. Jak zniknął, moja siostra 

z Portland ciągle mnie namawiała, że powinnam wyjechać z wyspy, jednak nie mogę się 

zdecydować. Tu jest mój dom. Nie mogę po prostu wstać i wyjść. Digby chciałby, żebym tu 

została, wiem o tym. Tak mówił.

- Co mówił,  Maggie?  - łagodnie  spytała  Verity.  Wyczuła  głęboki  smutek  Maggie 

Frampton. Było oczywiste, że ta kobieta wciąż opłakiwała Digby'ego Hazelhursta.

Maggie   zastukała   patelnią   i   pociągnęła   nosem.   Kilkakrotnie   szybko   zamrugała   i 

mówiła dalej już spokojniejszym tonem.

- Digby powtarzał, że to miejsce należy do nas - do niego i do mnie. Chciał, żebym 

miała na nie oko. Willa była dla niego całym światem. Zawsze mówił, że tylko ja nigdy go 

nie   wyśmiewałam,   ja   jedyna   go   rozumiałam.   Twierdził,   że   gdyby   cokolwiek   mu   się 

przydarzyło, to dopilnuje, abym mogła tu zostać tak długo, jak tylko zechcę. Jednak kiedy 

zniknął, okazało się, że nie ma testamentu. Digby nigdy nie zmusił się do napisania ostatniej 

woli. Takie to dla niego typowe, że odkładał pisanie, aż było za późno. W końcu sąd i kupa 

prawników oddali wszystko Dougowi i Elyssie.

- Doug i Elyssa będą musieli to sprzedać - wtrąciła miękko Verity. - Nie stać ich na 

utrzymanie. Jak Digby mógł oczekiwać, że będziesz w stanie zapłacić podatek spadkowy i 

utrzymać dom?

- Będziecie się śmiać, ale Digby zawsze powtarzał, że gdy tylko znajdzie skarb, to 

będzie   mnóstwo   pieniędzy,   aby   prowadzić   dom   w   wielkim   stylu.   Miał   ogromne   plany 

odkupienia mebli i obrazów, które przez lata sprzedał. Chciał odrestaurować willę tak, aby 

wyglądała jak w szesnastym wieku. Och, miał mnóstwo planów. Och, Digby. Miałam mu 

pomagać. Byliśmy zgrani, on i ja.

- Szkoda, że nie znalazł skarbu, którego szukał przez tyle lat - stwierdził Jonas; stał 

oparty plecami o blat i popijał kawę.

- Nigdy nie uwierzyłam w tę historyjkę o skarbie, chociaż muszę przyznać, że byłoby 

nieźle go znaleźć - odparła Maggie. - Jednak kiedyś myślałam, że dla Digby'ego największą 

frajdą jest samo szukanie.

Verity uznała jej uwagą za niezwykle trafną.

89

background image

- Rozumiem - przyznała spokojnie - że byliście ze sobą bardzo blisko.

Maggie pokiwała głową.

- Możesz się założyć o swoje portki, że byliśmy blisko. Nie miał nikogo innego, jego 

przyjaciele uniwersyteccy go opuścili, a jeśli chodzi o rodzinę, można by pomyśleć, że był 

sierotą.

- A co z Dougiem i Elyssą? - ostrym tonem spytał Jonas.

- Myślicie  może,  że chciało  im się odwiedzać  Digby'ego  przed jego śmiercią?  W 

życiu. Och, Doug rzeczywiście przyjechał raz albo dwa kilka lat temu, ale to było wszystko. 

A panny Słoneczko willa nigdy nie interesowała, dopóki jej nie odziedziczyła. Teraz potrafi 

mówić tylko o skarbie. Figa z makiem - stwierdziła z satysfakcją. - Jeśli Doug nie potrafił go 

znaleźć, to ona też nie znajdzie. To pewne jak w banku. - Zerknęła na Jonasa. - Ty też nie. 

Chyba że jesteś o wiele mądrzejszy od Digby'ego, co mało prawdopodobne.

Jonas przytaknął poważnie.

- Pewnie masz rację. Digby był mądry, nawet genialny na swój sposób. Przeczytałem 

niektóre z jego wczesnych prac o naturze nauki renesansowej. Pierwszorzędne. Hazelhurst był 

uczonym w dawnym znaczeniu tego słowa. Wciąż pamiętam, ile się dowiedziałem o umyśle 

renesansowym z artykułu o badaniach anatomii w szesnastym wieku. Rozumiał ludzi tamtej 

epoki, wiedział, jak myśleli.

W oczach Maggie pojawił się blask wspomnień.

-   O   tak,   anatomia   to   był   jeden   z   ulubionych   tematów   Digby'ego.   Kiedy   sobie 

przypomnę tamte noce, które we dwójkę spędziliśmy w sali tortur, badając ją dokładnie, to aż 

się cała w środku rozpływam. - Blask znikł i pojawiły się łzy. Maggie otarła je wierzchem 

dłoni.

Verity zakrztusiła się kawą. Kiedy Jonas wyciągnął rękę, aby uderzyć ją w plecy, 

spostrzegła śmiech w złotych oczach.

- Maggie, czy Hazelhurst powiedział o skarbie jeszcze komuś poza Dougiem i Elyssą? 

Czy kiedykolwiek prosił kogoś o pomoc w poszukiwaniach? - dopytywał się Jonas.

Maggie otworzyła lodówkę i wyjęła masło.

- Jasne. Kilku osobom mówił. Niezbyt wielu. Niewielu mógł ufać. A już cholernie nie 

chciał, żeby jakiś historyk usłyszał o skarbie. Upierał się przy tym,  naprawdę. Jednak co 

chwilę   wydawało   mu   się,  że   jest  coraz   bliżej,   podniecał   się  i   zapraszał   jakiegoś   starego 

kumpla   z   dawnych   akademickich   czasów,   aby   posiedział   tu   trochę.   Opowiadał   mu   o 

legendzie   i   zmuszał,   by   przysiągł,   że   nikomu   nic   nie   powie.   Czasami   ich   to   nawet 

90

background image

zaciekawiało i przez jakiś czas mu pomagali. Żaden z nich nie został zbyt długo. Zawsze 

najbardziej bolało Digby'ego, że nikt z jego koleżków z uniwersytetu mu nie wierzył.

- Czy próbował kogoś jeszcze przekonać, żeby mu uwierzył? - spytał Jonas. - Kogoś 

spoza uniwersytetu?

Maggie pokręciła głową.

- Raczej nie. Mówił tylko tym, których uważał za prawdziwych uczonych. Mówił, że 

tylko   oni   mogą   to   docenić.   Poza   Dougiem,   oczywiście.   Powiedział   Dougowi,   ponieważ 

siostrzeniec to krewniak i zasłużył, żeby poznać legendę, nawet jeśli nie ma czasu, aby pomoc 

w poszukiwaniach.

- Czy to byli jedyni ludzie, którym mógł opowiedzieć legendę? - nalegał Jonas. - Kilku 

przyjaciołom z uniwersytetu i Dougowi?

Maggie zmarszczyła czoło w skupieniu.

- Tak, był jeszcze jeden. Młody, napalony student z ostatniego roku, który zjawił się 

twierdząc, że usłyszał o legendzie od profesora. Dzieciak gadał, że robi doktorat z historii i 

specjalizuje   się   w   sztuce   renesansowej.   Mówił,   że   zaciekawiła   go   willa   i   legenda.   Miał 

nadzieję, że Digby pozwoli sobie pomóc w szukaniu skarbu. Przekonywał, że współpraca z 

uczonym o sławie Digby'ego będzie dla niego życiową szansą i inne takie bajdy. Gadał, że jak 

znajdą skarb, to opisze znalezisko w kolorowym czasopiśmie, a Digby'emu dostanie się cała 

należna sława.

- Czy pan Hazelhurst pozwolił mu sobie pomagać w poszukiwaniach? - spytała Verity.

- Przez jakiś czas. Digby już wtedy był trochę skołowaciały, jeśli rozumiecie, co mam 

na myśli. - Maggie postukała się palcem w skroń. - Teraz myślę, że po prostu było  mu 

przyjemnie, że ktoś z uniwersyteckiego światka na tyle się zainteresował legendą, że chce mu 

pomóc w poszukiwaniach. Jednak szybko posłał chłopaka w diabły. Powiedział, że dzieciak 

jest   zwykłym   poszukiwaczem   skarbów,   a   nie   prawdziwym   uczonym   i   że   prędzej   piekło 

zamarznie, niż zrobi ten doktorat.

- Czy jeszcze ktoś kiedykolwiek zjawił się na wyspie? - zapytał Jonas.

-   Przez   te   wszystkie   lata   trafiło   się   paru   cwaniaków   szukających   skarbu,   którzy 

skontaktowali się z Digbym, że niby to usłyszeli o legendzie, ale Digby nigdy nie zawracał 

sobie nimi głowy. Mówił, że nigdy nie wpuści do willi zawodowego poszukiwacza skarbów, 

bo taki typ nie miałby dla niego ani odrobiny zrozumienia i nie umiałby docenić historii tego 

domu.

- A co z tobą, Maggie? - chciała dowiedzieć się Verity. - Czy kiedykolwiek pomagałaś 

Digby'emu w poszukiwaniach? Musiałaś przecież wiedzieć wszystko o postępach w pracach.

91

background image

Maggie skupiła się na przygotowaniach do śniadania.

- Jasne, że pomagałam, kiedy tylko mogłam. Trzymałam drabinę, kiedy cal po calu 

opukiwał sufit, takie rzeczy.

- Czy uwierzyłaś, że skarb istnieje? - spytała łagodnie Verity.

Maggie   na   chwilę   przerwała   pracę   i   stała   bez   ruchu   wpatrując   się   w   zarośnięty 

chwastami ogród.

-   Na   początku,   kiedy   tu   przyjechałam,   miałam   trochę   nadziei,   ale   to   tyle.   Potem 

zostałam ze względu na Digby'ego, a nie przez skarb. Boże, jak ja za nim tęsknię.

Nieskończenie   radosny   głos   Elyssy   przywitał   ich   zza   drzwi,   wdzierając   się   we 

wspomnienia Maggie.

- Dzień dobry wszystkim. Czyż to nie piękny dzień? Naprawdę cudowny. Taki dzień 

sprawia, że uświadamiasz sobie wszystkie swoje zmysły. W taki dzień człowiek naprawdę 

może się dostroić do różnych poziomów rzeczywistości natury.

Verity wyjrzała przez okno.

- Pada deszcz.

Siąpiła ponura, równomierna, szara mżawka.

- Właśnie o to mi chodziło - odparła Elyssa, sunąc do blatu, aby nalać sobie kawy. - 

Jak wam się spało? - Spojrzenie utkwiła w Jonasie.

- Świetnie. - Jonas dolał sobie kawy.

- Czy spanie  w  prawdziwej  renesansowej  willi   nie  wydawało   wam  się  dziwne?  - 

spytała   Elyssa   przyglądając   mu   się   uważnie.   -   Czy   nie   odczuliście   żadnego   kontaktu   z 

przeszłością?

- Nie. - Jonas odwrócił się, słysząc kroki w drzwiach. - Dzień dobry, Doug.

Doug Warwick wszedł do kuchni.

- Witam wszystkich. Jonas, czy jesteś gotów wrócić do pracy?

-   Jasne   -   odparł   Jonas.   Zaczął   szczegółowo   omawiać   wyniki   badania   kamień   po 

kamieniu   zachodniego   skrzydła.   Doug   uważnie   słuchał   opisu,   jak   rozróżniać   oryginalną 

konstrukcję od późniejszych dodatków i napraw.

Verity przysłuchiwała się z satysfakcją pełną dumy. Stwierdziła, że zainteresowała ją 

wypowiedź Jonasa, chociaż doskonale wiedziała, że Jonas po prostu gra rolę, którą mu sama 

narzuciła. Ten człowiek zna się na tym, pomyślała.

- Nie wolno zapominać  o wpływie  rozprawy Albertiego  o architekturze  - dodał z 

poważną   miną   Jonas.   -   Napisał   ją   w   piętnastym   wieku.   Oczywiście,   wiele   zaczerpnął   z 

klasycznych prac Witruwiusza. Alberti przyjął sporo zasad na wiarę i przekazał je swoim 

92

background image

współczesnym.   Jednak   oddziaływanie   jego   prac   można   dostrzec   w   większej   części 

architektury renesansowej. Ta willa nie jest może zbyt wybitnym przykładem, ale na pewno 

postawiono ją według reguł Albertiego.

- Rozumiem - przyznał Doug. Widać było, że wypowiedź Jonasa wywarła na nim 

duże wrażenie.

-   W   czasie,   gdy   tę   willę   stawiano,   bardzo   troszczono   się   o   zachowanie   harmonii 

proporcji w architekturze. Przez to pewne cechy charakterystyczne daje się przewidzieć, co 

ułatwia mi pracę.

Preston Yarwood i Oliver Crump weszli do kuchni w chwili, gdy Jonas rozpoczynał 

wyrafinowany monolog o różnicach między architekturą Mediolanu a Florencji w szesnastym

wieku.

- Wielkie florentyńskie palazzo stały się wzorem dla innych miast-państw. - Jonas 

mówił dalej, a wszyscy kiwali głową z mądrymi minami. - Każdy chciał mieć wielki dom jak 

Palazzo Medici czy Palazzo Rucellai. Nawet w tej starej kupie kamieni to widać.

Verity dyskretnie przyglądała się swojemu kochankowi. Trudno było zrozumieć, gdzie 

znikał brutal, a zjawiał się uczony, Jonasa naprawdę wciąga ta praca, pomyślała.

Jednak szybko jej zadowolenie zaczęło blednąć. Z drżeniem przypomniała sobie ciało 

Digby'ego   Hazelhursta   w   ukrytym   przejściu.   W   pierwszej   chwili   poszukiwanie   skarbu 

wyglądało na miłe dodatkowe zajęcie w trakcie wykonywania ekspertyzy. Teraz już nie była 

tego taka pewna. Jedynym pozytywnym aspektem tej sytuacji było stwierdzenie, że Jonas 

rzeczywiście zainteresował się tą pracą, a nie mogła zlekceważyć niczego, co mogłoby mu 

zapewnić perspektywę kariery.

Slade Spencer pojawił się dopiero w połowie śniadania. Kiedy przyszedł, wyglądał tak 

okropnie, że nikt nie odezwał się nawet słowem. Zjadł niewiele i schronił się do saloniku, 

zanim wszyscy skończyli jeść.

Verity potraktowała jego żałosne milczenie jako dobry znak. Być może nie zamierzał 

ich podawać do sądu.

- Obawiam się, że nasz przyjaciel Slade trochę przesadził zeszłej nocy - zauważył 

Preston.   -  Szkoda.  Ten   człowiek   wyraźnie  nie  umie   sobie  odmówić.   Nie  jestem  pewien, 

Elysso, czy powinniśmy byli go zapraszać.

Elyssa uśmiechnęła się łagodnie.

- Nic mu nie będzie.

Oliver   Crump   nic   nie   powiedział,   ale   zmrużył   powieki,   odprowadzając   wzrokiem 

wychodzącego z pokoju Spencera.

93

background image

Gdy Maggie sprzątnęła talerze, Jonas, Preston Yarwood i Warwickowie wstali, aby 

zacząć oglądanie zachodniego skrzydła.

- Nie idziesz z nami? - spytał Jonas ze zdumieniem, gdy Verity oświadczyła, że ma 

zamiar poczytać.

- Raczej nie. - Verity wzięła laskę. - Chyba nie będę nadwerężać kostki. Nie wygląda 

dziś zbyt dobrze.

Crump popchnął drucianą oprawkę okularów głębiej na nos i zerknął na nogę Verity. 

Potem bez słowa wstał i wyszedł z pokoju.

Elyssa potrząsnęła głową w kierunku oddalającej się postaci.

- Obawiam się, że nie jest rozmowny.

- Dobrze, w takim razie ruszamy - powiedział Doug. Objął dowództwo małej grupki i 

wyprowadził ją z pokoju.

Verity powędrowała do salonu z książką, którą sobie przywiozła. Obok barku stał 

Slade Spencer. Z progu zauważyła, że z buteleczki wyciągniętej z kieszeni koszuli wyjmuje 

dwie tabletki. Włożył je do ust i popił długim łykiem whisky.

Podniósł głowę, gdy weszła do pokoju, ale nie patrzył prosto na nią. Drżały mu dłonie, 

gdy wsuwał do kieszeni butelkę z lekarstwem.

- Przepraszam za wczorajszy wieczór - powiedział. - Chyba zrobiłem z siebie niezłego 

durnia, co?

-   Zapomnijmy   o   tym,   dobrze?   -   zaproponowała   szybko   Verity.   -   Trochę   za   dużo 

wypiłeś, a Jonas nie należy do najbardziej wyrozumiałych.

- Z przyjemnością zapomnę o tym cholernym wieczorze. - Spencer potarł szczękę. - I 

tak niewiele pamiętam poza tym, że Quarrel ma mocny prawy sierpowy. Muszę przyznać, że 

zasłużyłem sobie na to. Zupełnie źle zrozumiałem sytuację i chciałbym przeprosić. Jeśli to 

jest dla ciebie jakieś pocieszenie, to czuję się jak rozdeptane gówno. Najgorszy kac, jaki mi 

się trafił w życiu, i w głowie mi strzyka. Bardzo źle, że nie zostałem w fontannie. Utopienie w 

deszczówce byłoby o wiele przyjemniejsze niż przebudzenie dziś rano. - Opadł na wytarty 

fotel i wziął leżące na stoliku czasopismo wydane przed rokiem.

Verity usiadła niedaleko okna, podwinęła zdrową nogę pod siebie. W salonie zapadła 

cisza.   Próbowała   skupić   się   na   książce,   ale   przyłapała   się   na   wyglądaniu   na   zarośnięty 

chwastami   ogród.   Myślami   powędrowała   ku   tajemnicy   ukrytej   wewnątrz   swojego   ciała. 

Pewnego dnia będzie musiała pogodzić się z faktami - nie mogła dalej żyć w narzuconym 

sobie zapomnieniu. Już wkrótce jej ciało postawi twarde warunki i zmusi ją do przyznania, że 

czekają ją zmiany.

94

background image

Jednak jakaś część jej świadomości nie chciała jeszcze poznać prawdy.

Pół godziny później Verity usłyszała stuknięcie drzwi. Podniosła głowę i uśmiechnęła 

się do Olivera Crumpa, który stanął w progu trzymając garść różnych roślin. Miał ze sobą 

ręczniki, miskę i dzbanek z parującą wodą. Oliver ruszył w jej kierunku.

- Cześć, Oliverze. Co przyniosłeś?

- Sądzę, że mogę sprawić, aby twoja kostka poczuła się o wiele lepiej - oświadczył 

wesoło, klękając przed nią. - Pozwól mi ją obejrzeć.

Verity   zawahała   się   przez   moment,   a   potem   powiedziała   sobie   w   duchu,   że   nie 

zaszkodzi pokazanie mu opuchniętej kostki.

- Zrobisz mi okład?

Crump   pokiwał   głową,   ostrożnie   zdejmując   bucik   i   skarpetkę.   Miał   zaskakująco 

delikatne palce.

-   Jeśli   mi   wybaczycie   -   oznajmił   Slade   -   pójdę   poprosić   Maggie   o   jeszcze   jedną 

filiżankę kawy. - Wyszedł z pokoju.

Crump zerknął przez ramię.

- Ten człowiek jest chory - powiedział cicho. - Jednak nie sądzę, aby przyjął czyjąś 

pomoc.

Verity przytaknęła.

- Też mi się tak wydaje.

Oliver wyjął z kieszeni duży kawałek jasnożółtego kryształu i podał Verity.

- Weź. Trzymaj.

- Naprawdę zajmujesz się leczeniem kryształami? - spytała Verity, z zaciekawieniem 

oglądając kamień.

- Czasami pomaga. Czasami nie. To zależy.

- Rozumiem - odparła, choć nie rozumiała, ale czuła się zobowiązania coś powiedzieć. 

- Słyszałam, że wiele osób teraz używa kryształów do różnych celów. Sama prawie nic o nich 

nie wiem.

- Nikt nie wie - przyznał Oliver Crump szorstko. - Mnóstwo jest takich jak Elyssa, 

którym   się   wydaje,   że   coś   wiedzą,   ale   w   rzeczywistości   nieliczni   domyślili   się,   jak 

wykorzystać kryształy i drogie kamienie. Ludzie posługują się nimi od tysięcy lat, ponieważ 

bez trudu można wyczuć, że kryją w sobie moc. Sztuczka polega na tym, żeby się dowiedzieć, 

jak tej mocy używać.

- Czy kryształy mają różną moc?

95

background image

- Teoretycznie. Jednak jak już powiedziałem, nikt tak naprawdę nie wie o nich zbyt 

wiele.   Muszą   być   odpowiednio   dostrojone   czy   zaprogramowane,   jak   mówią   w   branży 

komputerowej. Czasami  myślę,  że prawie wyczuwam,  jak uporządkować moce  wewnątrz 

kryształu, a kiedy indziej... - Wzruszył ramionami i porzucił temat.

Oliver zalał gorącą wodą rośliny, a potem zgniótł je w ręczniku.

- Będzie to trochę prowizoryczny okład, ale powinien zadziałać. - Obłożył ręcznikiem 

kostkę   Verity.   Potem   zerknął   na   kryształ,   który   trzymała   w   ręku.   -   Dlaczego   tak   go 

głaszczesz? - spytał nagle.

Verity spojrzała na kryształ i ze zdumieniem uświadomiła sobie, że pociera go palcem 

wskazującym.

- Nie wiem. Chyba po prostu bezmyślnie się nim bawiłam.

Oliver dotknął kryształu i zmarszczył brwi. Zaczął przesuwać po nim palcem.

Verity coś się nie podobało.

-   Nie,   nie   tak.   -   Skupiła   się   przez   chwilę,   a   potem   powoli   ujęła   dłoń   Olivera   i 

pokierowała jego palcem. Natychmiast wszystko wydało się ostrzejsze i wyraźniejsze, lepiej 

dostrojone.

- Właśnie tak - wyszeptała. - Czy nie wydaje ci się, że tak jest lepiej?

- Tak. Znacznie lepiej. - Oliver głaskał kryształ dłuższą chwilę tak, jak mu pokazała. 

Potem ich spojrzenia się spotkały.

- Wiesz, że jesteś - stwierdził spokojnie.

Verity wzdrygnęła się.

- Jestem co? - spytała ostrożnie.

- W ciąży. - Oliver przestał dotykać kryształu i zręcznie poprawił kompres.

Mocno zacisnęła palce na krysztale.

- Skąd wiesz? - spytała z napięciem w głosie.

Crump wzruszył ramionami i wyjął kryształ z jej palców.

-   Niektóre   sprawy   są   oczywiste.   Pokazałaś   mi   prawdę   w   chwili,   gdy   dotknęłaś 

kamienia. Wyczułem to. - Wrzucił migotliwy kryształ do kieszeni. - Jak kostka?

Popatrzyła na stopę, uświadamiając sobie nagle, że o wiele mniej ją boli.

- Lepiej. Znacznie lepiej. Dziękuję ci, Oliverze.

- Czy masz zamiar wkrótce powiedzieć Quarrelowi?

Zaskoczona Verity podniosła wzrok i napotkała poważne spojrzenie Crumpa.

- Niedługo mu powiem. Jeśli to prawda.

- To prawda. Im szybciej powiesz Quarrelowi, tym lepiej. Powinien o tym wiedzieć.

96

background image

- Dlaczego?

- Ponieważ potrzebne mu przekonanie, że znalazł bezpieczne miejsce w twoim życiu. 

Nigdy nie miał zbyt wielkiego poczucia bezpieczeństwa.

-   Może   nie   będzie   chciał   zostać   ojcem   -   powiedziała   posmutniałym,   niepewnym 

głosem. - Niektórzy mężczyźni nie zostali stworzeni do ojcostwa.

- Quarrel nie jest jednym z „niektórych mężczyzn”. Quarrel to Quarrel. Jakoś jest z 

tobą na zawsze związany. Nie rozumiem do końca tej więzi, ale ją wyczuwam. Powiedz mu 

szybko o dziecku.

Crump wstał, zebrał swoje rzeczy i wyszedł z pokoju bez słowa.

Verity odprowadziła go spojrzeniem i długo patrzyła w tamtym kierunku.

Nadchodziła pora lunchu, gdy Verity doszła do wniosku, że jej kostka ma się znacznie 

lepiej. Zdjęła kompres, wzięła laskę i poszła do kuchni pomóc Maggie w przygotowaniu 

posiłku.

Maggie   nie   była   przyzwyczajona   do   takiego   tłumu   gości,   więc   z   wdzięcznością 

przyjęła   jej   pomoc.   Po   sprawdzeniu   zawartości   spiżarni   Verity   przyszykowała   smaczną 

sałatkę i kanapki z serem i ziołami. Ekspedycja poszukiwawcza wróciła głodna.

- Chciałem ci coś powiedzieć - Jonas zwrócił się do Verity, gdy pochłonął trzecią 

kanapkę. - Pożyczamy łódź i popłyniemy do tego małego miasteczka na tamtej wyspie. Na 

tej, na której już byliśmy po drodze. Muszę zadzwonić w kilka miejsc.

- Po co? - spytała bez zastanowienia.

-   Poszukiwania   -   wyjaśnił,   jakby   to   było   oczywiste.   -   Niestety,   Digby   nigdy   nie 

posunął   się   do   zainstalowania   telefonu.   Lepiej   spakuj   parę   rzeczy.   Zostaniemy   na   noc   i 

wrócimy rano.

-   Jesteś   pewien,   że   nie   chcesz,   żebym   z   tobą   popłynęła?   -   Elyssa   spojrzała 

współczująco na Verity. - Biedna Verity nie powinna forsować kostki.

-  W gruncie rzeczy - odpowiedziała Verity - czuję się o wiele lepiej. - Nie miała 

zamiaru odstąpić swojego miejsca w łodzi Elyssie Warwick. Panna Słoneczko i odrodzenie 

stawały się coraz bardziej męczące.

P

reston Yarwood rozpoznał ten wyraz oczu Elyssy. Po lunchu poszedł do salonu, 

nalał sobie whisky i zamyślił się głęboko. Głupia dziwka napalała się na Quarrela, to było 

oczywiste.

97

background image

Elyssa   chętnie   rozkładała   nogi   przed   wszystkim,   co   chodziło   w   spodniach,   pod 

warunkiem,  że facet  twierdził,  że ma  moc  psychiczną.  Yarwood doszedł do wniosku, że 

powinien był to przewidzieć - w końcu bardzo szybko rozłożyła je dla niego. Nie miało sensu 

zaprzeczać, że była namiętna. Jeszcze żadna mu się tak nie oddawała jak Elyssa. Kiedy się z 

nim  gziła,   wkładała   w  to   całą   duszę.   Traktowała  to   jak  duchowe  doświadczenie.   Była  z 

pewnością najlepszą dupą, jaką miał w życiu, i przyzwyczaił się do wyrazu uwielbienia w jej 

oczach.

Irytowało go teraz jej ślinienie się na widok Jonasa Quarrela, jednak na razie nic nie 

mógł na to poradzić. Yarwood jeszcze przez jakiś czas potrzebował Quarrela, ale pozostawali 

naturalnymi wrogami. Kiedy wszystko się skończy, Yarwood im pokaże, kto ma prawdziwą 

moc psychiczną.

Wtedy będą go bawiły błagania Elyssy, żeby ją wypieprzył.

98

background image

Rozdział ósmy

C

zy masz zamiar mi powiedzieć, o co chodzi w tej wyprawie motorówką, czy muszę 

zagrać w dwadzieścia pytań? - Verity wysiadła z łodzi. Podparła się laską dla utrzymania 

równowagi na pływającym pomoście. Uświadomiła sobie, że kostka już jej tak nie boli jak 

rano. - A tak przy okazji, gdzie nauczyłeś się prowadzić motorówki?

-   Nie   prowadzisz   motorówki,   Verity,   tylko   pilotujesz.   Nie   pamiętam,   gdzie   się 

nauczyłem. Kiedy się długo pracuje na nabrzeżach różnych wysp, to wcześniej czy później 

dochodzi się do wniosku, że warto wiedzieć, jak się stamtąd wydostać bez niczyjej pomocy, 

gdy nadarzy się okazja. To zwykły środek lokomocji. - Jonas skończył cumowanie i sięgnął 

do sterówki po wypchaną brezentową torbę.

Verity zmarszczyła nos.

- Czy kiedyś musiałeś opuszczać wyspę w pośpiechu?

- Raczej  sobie nie przypominam - odparł sucho. - Już ci mówiłem,  nauczenie się 

pilotowania łodzi to była zwykła przezorność.

- Jak nauka posługiwania się nożem, co?

Jonas wykrzywił twarz w grymasie, gdy wyciągnął ciężką torbę ze sterówki. Nawet 

nie zadał sobie trudu, aby odpowiedzieć na jej pytanie.

- Do diabła, Verity, co tu napakowałaś? „Nie martw się”, mówiłaś, „nie ma sensu 

branie   dwóch   toreb,   w   twojej   znajdzie   się   mnóstwo   miejsca   dla   mojej   koszuli   nocnej   i 

suszarki”. Gdzie kupiłaś pięćdziesięciokilogramową suszarkę?

- Przestań narzekać.  Nie jest aż tak ciężka  i doskonale o tym  wiesz. Oczywiście, 

musiałam   wyjąć   trochę   twoich   rzeczy,   żeby   zrobić   miejsce   dla   swoich,   ale   nie   będą   ci 

potrzebne dziś wieczorem.

- Co zostawiłaś? - Spojrzał na nią groźnie, wskakując na pomost obok niej.

- Niewiele - zapewniła go wesoło. - Nie martw się. Teraz nadszedł czas, abyś mi coś 

powiedział   o   tej   wycieczce   do   cywilizacji.   -   Spojrzała   na   senne   miasteczko   okalające 

niewielki   port.   -   Czy   naprawdę   musieliśmy   wyprawiać   się   aż   tak   daleko,   żebyś   mógł 

zadzwonić?

- Wiesz, że nie ma telefonu w „Koszmarze Hazelhursta”?

Verity przejął dreszcz.

99

background image

- Wolałabym, żebyś nie nazywał tak willi.

- To ty przecież powiedziałaś, że nazwa pasuje.

- Dobrze,  już  dobrze,  później   się pokłócimy  na  ten  temat.  Do kogo  masz   zamiar 

zadzwonić?

- Caitlin Evanger. - Jonas wykrzywił usta z zadowolenia, kiedy Verity spojrzała na 

niego ze zdumieniem.

- Caitlin? Dlaczego na miłość boską chcesz dzwonić właśnie do niej? - zawołała.

- Powiedziałem ci - poszukiwania. Evanger jest jedyną osobą, którą znam, a która 

może znać odpowiedzi na pewne moje pytania. Poza tym jest nam coś winna.

Verity popatrzyła na Jonasa.

- W jaki sposób może nam pomóc?

-   To   właśnie   Caitlin   odziedziczyła   wszystkie   kartoteki   zostawione   przez   Wydział 

Studiów   Paranormalnych,   kiedy   mądrzy,   dalekowzroczni   członkowie   rady   nadzorczej 

Vincent College w końcu odzyskali rozsądek i zamknęli laboratorium. Pamiętasz, twierdziła, 

że jest jedyną spadkobierczynią Elihu Wrighta.

- Jak mogłabym zapomnieć?

Elihu   Wright   był   bogatym   dziwakiem,   który   ufundował   Wydział   Badań 

Paranormalnych w Vincent College. Właśnie w laboratorium wydziału Jonas rozwinął swoje 

zdolności psychiczne do tego stopnia, że niemal stał się zabójcą. Umknął z laboratorium, 

uciekając przed nieznaną mocą swego talentu. Dopiero gdy poznał Verity, zaczął uczyć się 

kontroli nad swym niezwykłym związkiem z przeszłością.

- Nigdy nie było w kraju zbyt wiele miejsc, gdzie mógł się poddać testom każdy, kto 

sądził, że ma zdolności parapsychiczne - mówił dalej Jonas. Vincent College dysponowało 

jednym  z niewielu  działających  legalnie  laboratoriów  na Zachodnim  Wybrzeżu.  Chcę się 

dowiedzieć, czy ktoś z tego tłumu w wilii kiedyś się sprawdzał, a jeśli tak, jakie osiągnął 

wyniki.

- Dlaczego chcesz sprawdzić Yarwooda, Elyssę i pozostałych? Co to ma wspólnego z 

twoją pracą?

- Jeszcze nie wiem. Chcę po prostu dowiedzieć się wszystkiego, co się da, zanim 

zrobię   następny   krok.   Popełniono   przecież   morderstwo.   Morderstwo   i   skarb.   To   silne 

połączenie. Chcę tylko parę rzeczy sprawdzić.

- Zakładając, że Caitlin znajdzie stare kartoteki.

- Miała moje, prawda? - odparł Jonas z ponurą miną.

Verity odchrząknęła z zakłopotaniem.

100

background image

- Tak, ale miała... hmmm... szczególny powód, aby je zachować.

- Pewnie że miała.  - Jonas zarzucił torbę na ramię.  - Gdy tylko  znajdziemy jakiś 

telefon, dowiemy się, czy miała dość rozsądku, aby przechować dane innych. Po pierwsze, 

powinniśmy poszukać jakiegoś miejsca na noc. - Zatrzymał się na końcu przystani i rozejrzał 

po malowniczych wiktoriańskich budynkach stojących przy ulicy biegnącej wzdłuż nabrzeża. 

- W zasięgu wzroku nie ma Hiltona.

Verity uśmiechnęła się.

- Dzięki Bogu. Sprawdźmy jeden z tych oryginalnych małych pensjonatów, o których 

czytałam. Miasteczka na wyspach z nich słyną.

- Skąd wiesz?

- Przywiozłam ze sobą przewodnik. Jest w torbie.

- Aha! - Jonas postawił na ziemi wypchaną torbę i odsunął suwak. - Wiedziałem, że 

jest tu coś więcej, nie tylko koszula nocna i suszarka. - Przykucnął obok i zajrzał do środka. 

Wyraz zdumienia na jego twarzy, gdy obejrzał efekt pośpiesznego pakowania Verity, zmienił 

się w irytację. - Do jasnej cholery, Verity!

- Ależ, Jonas...

- Chyba oszalałaś! Myślałaś, że dokąd się wybieramy - z ekspedycją na Antarktydę?

- Jonas, bądź rozsądny. Jest zima, pamiętasz? Panuje zimno, w każdej chwili może 

zacząć padać deszcz. Wolałam się zabezpieczyć, niż potem żałować.

- Dlatego wzięłaś parasol, kalosze, płaszcz przeciwdeszczowy, chyba roczny zapas 

kosmetyków, dwie pary rajstop, dwie pary spodni, kilka par pantofli i sukienkę? - Podniósł 

głowę i spojrzał na nią. - Wiem, że to zabrzmi głupio, ale spytam: po co wzięłaś sukienkę?

Zerknęła   na   migocący   zielony   jedwab.   Niedługo   nie   będzie   mogła   go   włożyć. 

Niedługo jej ciało stanie się ociężałe i zaokrąglone.

- Myślałam, że moglibyśmy pójść na kolację w jakieś miłe miejsce - wymamrotała. - 

Zabrałam dla ciebie krawat.

Jonas właśnie zaczynał coś mówić na temat krawata, co miało być zjadliwe i cięte, ale 

z jakiegoś powodu zrezygnował. Bez słowa szukał w torbie tak długo, aż znalazł przewodnik. 

Zasunął suwak, zarzucił torbę na ramię i wręczył książkę Verity.

- Proszę - burknął. - Wybierz miejsce. Jeśli można, niezbyt daleko stąd. Nie mamy 

jucznych wielbłądów.

Verity otworzyła  przewodnik i przejrzała listę pensjonatów  na wyspie  oferujących 

łóżko ze śniadaniem.

101

background image

- Jak ci się podoba Latarnia Morska? „W sypialniach znajdują się urokliwe antyki z 

dziewiętnastego wieku, między innymi łoża z baldachimem. Hol ma wiele czaru prostoty, z 

ogromnym   kamiennym   paleniskiem   i   widokiem   na   port.   Śniadania   obfite.   Podają   jajka, 

rogaliki, świeżo wyciskany sok i morze dobrej kawy”.

-   Dobrze   -   odparł   Jonas.   Złote   oczy   zalśniły   w   zimnych   promieniach   słońca.   - 

Podobają mi się zwłaszcza łoża z baldachimem. Tak długo, jak mam przy sobie ciebie, łoże z 

czterema kolumienkami i mój wierny pas, wytrzymam.

Verity poczuła, że się rumieni.

- Zapamiętaj, że pewnego pięknego dnia odpłacę ci za tę sztuczkę z pasem, którą 

wymyśliłeś wczorajszej nocy.

Jonas odsłonił zęby w lubieżnym uśmiechu.

- Wciąż słyszę tylko obietnice - zaśmiał się kpiąco.

Verity potrząsnęła grzywą płomiennych loków i wsunęła książkę do torebki.

- Zobaczysz. Ruszajmy. Według przewodnika Latarnia Morska jest zaledwie o kilka 

przecznic stąd.

Spacer do oryginalnej wiktoriańskiej gospody okazał się trochę dłuższy, niż Verity 

oczekiwała,   ale   Jonas   ograniczył   wyrzuty   do   minimum.   Verity   nie   chciała   sprawić   mu 

przyjemności i sama nie powiedziała ani słowa, chociaż z ogromną ulgą przywitała dotarcie 

do celu. Czuła się winna, że zapakowała tyle rzeczy do jego torby.

Było   zimno,   wiał   wilgotny   wiatr.   Verity   doszła   do   wniosku,   że   miasteczko 

wyspiarskie z pewnością wyglądało kolorowo i przytulnie w ciepłe, letnie miesiące, ale w 

środku zimy wszystko wydawało się jednakowo szare.

- Wiesz, Jonas, może rzeczywiście miałeś rację, kiedy uprzedzałeś mnie, że wyprawa 

na północny zachód nie będzie przypominała wycieczki na Hawaje.

- Pewnego dnia zaczniesz mnie słuchać, moja tyranko.

- Zawsze cię słucham,

Jonas zachichotał.

- Jak cholera.

- Po prostu nie zawsze biorę pod uwagę to, co mówisz. Ale to dotyczy również ciebie.

W   pensjonacie   Latarnia   Morska   było   ciepło   i   przytulnie.   Prowadziła   go   para   w 

średnim   wieku   -   przywitali   nowych   gości   uśmiechem   i   kieliszkiem   sherry.   Verity 

zrezygnowała z sherry, toteż Jonas wypił obie porcje.

- Jesteś pewna, że nie chcesz? - spytał odstawiając niewielki kieliszek.

102

background image

- Nie, dziękuje. - Gdzieś przeczytała, że kobiety w ciąży nie powinny pić alkoholu, i 

postanowiła sprawdzić tę informację, kiedy pójdzie wreszcie do lekarza.

Pokazano   im   pokój   wychodzący   na   port.   Gdy   tylko   drzwi   się   zamknęły   za   żoną 

kierownika, Verity zaczęła z entuzjazmem oglądać niedużą sypialnię.

Stało tam, zgodnie z obietnicą, łóżko z czterema kolumienkami i baldachimem. Pełen 

uroku dziewiętnastowieczny fajansowy dzban i misę ustawiono na staroświeckiej toaletce. 

Ściany ozdabiały pamiątki z morskich podróży.

- Wszystko jest takie czarujące - stwierdziła Verity z satysfakcją. - Takie oryginalne i 

śliczne.

- Wszystko wyprodukowano na Tajwanie. - Jonas od niechcenia dotknął fajansowego 

dzbanka. - To tyle, jeśli chodzi o fragment dotyczący umeblowania pokoi antykami. Jestem 

ciekaw, jakie czekają nas jeszcze niespodzianki. Może całkiem przez przypadek zabraknie im 

rogalików na śniadanie.

-   To   drobny   szczegół.   Nie   bądź   takim   pesymistą.   -   Verity   rozsunęła   suwak 

brezentowej  torby i  wyjęła  zieloną  jedwabną  suknię.  Zaniosła  ją do szafy i już miała  ją 

powiesić na wieszaku, gdy rozejrzała się wokół i uświadomiła sobie, że czegoś brak. - Jonas, 

nie ma łazienki! - zawołała.

- Na pewno jest. Na końcu korytarza.

- Na końcu korytarza! - Verity była zdruzgotana. - Za tę cenę?

- Obawiam się, że to cena za tę niesamowitą śliczność i oryginalność.

- O, cholera. Powinnam była wiedzieć, ale ten głupi przewodnik mnie nie ostrzegł.

- O co chodzi? To drobna niewygoda, nic więcej.

- O wiele więcej. Nienawidzę miejsc, gdzie łazienka jest na końcu korytarza - upierała 

się Verity.

- Dlaczego? - Jonasa zdumiał jej wybuch.

Verity   zagryzła   wargi,   wiedząc,   że   reaguje   zbyt   nerwowo.   Nie   chciała   zepsuć 

wieczoru. Odwróciła się z powrotem do szafy i wieszając resztę ubrań, próbowała wyjaśnić, 

czemu się tak zdenerwowała.

- Chyba to ma związek z moim dzieciństwem. Kiedy dorastałam, mieszkaliśmy z tatą 

właśnie w takich domach. Tahiti, Meksyk, Karaiby, wymień nazwę, na pewno tam byłam. 

Wszędzie są speluny, gdzie łazienka jest na końcu korytarza.

-  Trudno   porównywać   ten   pensjonat   z   noclegownią   na   jakiejś   dalekiej   wysepce   - 

zauważył rozsądnie Jonas.

103

background image

- Wiem, wiem. Tamte domy były tanie, brudne i w kiepskiej dzielnicy. Jednak chyba 

dla mnie „łazienka na końcu korytarza” stała się symbolem takich zapluskwionych spelun. 

Wyglądało na to, że tacie to nie przeszkadza, ale to nie on zgłaszał się na ochotnika do 

wyszorowania łazienki w zamian za parę dolców mniej za czynsz.

Jonas uważnie ją obserwował; był zafascynowany.

- Dlaczego do diabła zgłaszałaś się na ochotnika?

- Ponieważ nikt inny by jej nie umył, gdybym tego nie zrobiła, a musiałam jej używać 

wspólnie   z   wszystkimi   pijakami,   dziwkami   i   resztą   dobranej   ferajny,   która   z   reguły 

zamieszkuje takie miejsca - wybuchnęła.

- Hej, uspokój się, kochanie. - Jonas zagarnął ją w ramiona i łagodnie pogłaskał po 

głowie. - Jeśli ci to tak bardzo przeszkadza, znajdziemy inny pensjonat.

Verity pociągnęła nosem, przełykając łzy, zdumiona własną reakcją. Ostatnio nawet 

najmniejsze drobiazgi wytrącały ją z równowagi.

- Przepraszam - wybąkała i przytuliła się do Jonasa. - To głupota. Nie wiem, co we 

mnie wstąpiło. To prześliczne miejsce - piękny widok, czyste prześcieradła. - Ukradkiem 

otarła łzę z policzka. - Przewodnik się tym zachwycał.

- Od dawna wiadomo, że przewodniki podają nieprawdziwe informacje.

- Ale to jest miłe miejsce. - Verity uniosła głowę i jeszcze raz rozejrzała się wokół 

siebie. - Naprawdę. Po prostu przez chwilę byłam okropnie rozczarowana, gdy uświadomiłam

sobie, gdzie jest łazienka. Już wszystko w porządku. Nie zwracaj na mnie uwagi.

Jonas spojrzał na nią uważnie. Uśmiechnęła się do niego uspokajająco i mrugając 

odpędziła łzy.

- Jesteś pewna, że będzie ci wygodnie dzisiejszej nocy?

- Potraktuję to jako nauczkę z podroży - odparła.

Jonas pokiwał głową.

- Niezłe łóżko - zauważył zamyślony.

Verity spojrzała na niego i zmarszczyła brwi.

- Nie śmiej patrzeć na nie ani na mnie w ten sposób.

- Co się stało z twoją żądzą przygód, kochanie?

-   Ta   wyprawa   zapewnia   nam   dość   przygód   i   bez   twoich   wariackich   pomysłów   - 

odparła. - Kiedy zamierzasz zadzwonić do Caitlin?

- Nawet w tej chwili. - Podniósł słuchawkę aparatu stojącego obok łóżka.

- Pozwól, że ja z nią pierwsza porozmawiam - poprosiła szybko Verity.

104

background image

- Proszę bardzo. Nie mam specjalnej ochoty na tę rozmowę. Na myśl o tej kobiecie 

wciąż dostaję gęsiej skórki.

- Jesteś po prostu uprzedzony. Nigdy jej nie lubiłeś.

Verity odnalazła numer w podniszczonym notesiku, w tym samym, w którym przy 

haśle „tata” widniały niezliczone przekreślone adresy. Przez moment zastanawiała się, czy w 

nadchodzących   latach   zapełni   się   podobnie   przekreślanymi   adresami   Jonasa.   Odsunęła 

przygnębiające   myśli   i   wykręciła   numer.   Słuchała   dzwonienia   i   czekała,   czy   odbierze 

słuchawkę Caitlin czy jej towarzyszka, Tavi.

Upłynął miesiąc od ich ostatniej rozmowy. Jonas nie wiedział, że Verity kilkakrotnie 

od wypadków ostatniej jesieni dzwoniła do domu Evanger. Prawdopodobnie nie pochwalałby 

tego,   ale   coś   zmuszało   Verity   do   upewniania   się,   że   ta   błyskotliwa,   kapryśna   artystka 

przetrwała ciężkie przeżycia.

Podniesiono słuchawkę i odezwał się spokojny, łagodny głos.

- Tavi? Tu Verity. Jak leci?

- Verity, tak się cieszę, że dzwonisz. Wszystko idzie bardzo dobrze. Caitlin znowu 

maluje. Czy to nie wspaniałe?

Verity uśmiechnęła się.

- Czy jest zadowolona ze swojej pracy?

- Chyba tak. Znasz ją, tak wiele wymaga od siebie. Natomiast właściciel galerii w San 

Francisco, który zajmuje się jej obrazami, jest z pewnością zadowolony. Twierdzi, że to jej 

najlepsze   prace.   Dodał   coś   o   nowej   emocjonalnej   dojrzałości   połączonej   z   niezwykłą 

wrażliwością   i   świadomością.   Caitlin   się   wścieka.   Znasz   jej   opinię   o   krytykach   sztuki. 

Wszystkich uważa za robactwo.

- Wiem.

- Jednak uważam, że gdzieś w głębi czuje ulgę, że nie utraciła na zawsze tego, co 

dawało jej dziełom taką siłę wyrazu. Przez chwilę sądziła, że jeśli raz na zawsze skończy się 

ten straszliwy kontakt z przeszłością, to nie będzie się czuła zmuszona do malowania. Jednak 

jej pragnienie tworzenia wydaje się równie silne co przedtem. Poczekaj, zaraz ją zawołam.

W chwilę później Caitlin podniosła słuchawkę.

- Verity? Tak się cieszę, że zadzwoniłaś. Co u ciebie?

- Kuśtykam po świecie, bo mam skręconą kostkę, ale poza tym wszystko w porządku. 

Dowiedziałam się, że znowu malujesz.

105

background image

Zapadła cisza. Verity wyobraziła sobie tę niezwykłą kobietę o poznaczonej bliznami 

twarzy i wykręconej nodze. Przez moment zastanawiała się, czy rzeczywiście wszystko idzie 

tak dobrze, jak wspominała Tavi.

- Caitlin? - przypomniała łagodnie o swojej obecności.

-   Jestem.   Tak,   to   prawda,   znowu   maluję.   Właśnie   się   zastanawiałam,   jak   ci 

powiedzieć, jaka jestem wdzięczna. Czuję się taka inna, Verity. Nie wydaję się sobie taka 

stara jak sześć miesięcy temu, chociaż chyba mądrzejsza. Czy to nie dziwne uczucie?

Verity bezwiednie dotknęła brzucha.

- Nie - odparła. - Chyba dokładnie wiem, jak się czujesz.

- Wciąż jesteś z Jonasem?

- Jonasem? - Verity zerknęła na niego; stał przy oknie i obserwował port. - Tak, wciąż 

z nim jestem.

Jonas spojrzał przez ramię. Miał ponurą minę. Uśmiechnęła się do niego słodko.

- To dobrze - powiedziała  Caitlin.  - Potrzebujecie siebie nawzajem i jesteście dla 

siebie tacy dobrzy.

- Caitlin, dzwonię, bo chcę cię prosić o przysługę, a raczej to Jonas chce o to prosić.

- Słucham, Verity.

- Czy masz jeszcze stare kartoteki z Wydziału Badań Paranormalnych?

- Schowałam je w piwnicy. Dlaczego pytasz?

- Niech ci Jonas wytłumaczy. - Jonas podszedł i Verity podała mu słuchawkę.

- Mam pewną listę nazwisk, Caitlin - powiedział bez wstępu. - Muszę wiedzieć, czy w 

starych kartotekach znajdują się na ich temat jakieś dane.

- Poczekaj chwilkę, wezmę coś do pisania. - Po drugiej stronie rozległ się cichy stukot. 

- Już jestem, Jonas. Podaj mi te nazwiska.

- Elyssa Warwick, jej brat Doug, Oliver Crump, Preston Yarwood i Slade Spencer. 

Sądzę, że ten ostatni może być uzależniony od narkotyków.

- Zobaczę, co znajdziemy z Tavi. Trochę to potrwa. Na kiedy potrzebujesz te dane?

- Jak najszybciej. - Jonas rzucił Verity ironiczne spojrzenie. - Verity wybrała mi nową 

karierę   zawodową.   Właśnie   jestem   w   połowie   ekspertyzy.   -   Odczytał   numer   telefonu   z 

aparatu.

- Jaki tam jest kierunkowy? - spytała Caitlin.

- To na północnym zachodzie, niedaleko Seattle. Podobno oprócz pracy miały to być 

też wakacje. Mieszkamy na wyspie w archipelagu San Juan.

- O tej porze roku?

106

background image

- Tak. Verity sądziła, że to równie dobre jak Hawaje.

Caitlin cicho zachichotała.

- Czy nadal tak sądzi?

- Znasz Verity. Upiera się przy wyszukiwaniu jedynie jasnych stron rzeczywistości. 

Tutaj też nieźle jej szło, dopóki nie odkryła, że łazienka w naszym pensjonacie jest na końcu 

korytarza.

- Ciekawe. Pewnie przypominają jej się przytułki, w których mieszkała z ojcem, kiedy 

była dzieckiem.

Jonas uniósł brwi ze zdumienia. Odsunął na chwilę słuchawkę od ucha i patrzył na nią 

przez moment bez słowa.

- Skąd wiesz, w jakich miejscach mieszkała w dzieciństwie?

- Jesteśmy przyjaciółkami - odparła spokojnie Caitlin. - Rozmawiamy ze sobą. Mam 

nadzieję, że pewnego dnia ty i ja też będziemy mogli zostać przyjaciółmi. Tymczasem na 

pewno jestem ci winna przysługę. Zobaczę, czy w starych  kartotekach znajdę coś o tych 

ludziach.

- Dzięki. -To krótkie słowo przypominało raczej burknięcie, ale intencja była wyraźna. 

Jonas odłożył słuchawkę. Odwrócił się i zobaczył, że Verity wyciąga z brezentowej torby, 

która jakby nie miała dna, pantofle na wysokim obcasie i rajstopy.

- Utrzymywałaś z nią kontakt - powiedział dziwnie obojętnym tonem.

- Jesteśmy przyjaciółkami.

- Masz dość dziwne pojęcie o przyjaźni.

- Jeśli uważasz, że moi przyjaciele są dziwni - odcięła się Verity - to powinieneś 

poznać mojego kochanka.

Przez chwilę myślała, że Jonas straci panowanie nad sobą. Zaskoczył ją, ponieważ 

potraktował jej uwagę na serio.

- Naprawdę myślisz, że jestem dziwny, Verity? - spytał ostro. - Czy właśnie to cię 

ostatnio dręczy? Doszłaś do wniosku, że jestem wariatem?

Żałowała, że w ogóle coś mówiła.

- Przestań się wygłupiać - odparła ze złością. - Oczywiście, że nie uważam cię za 

wariata.  Uważam,  że  jesteś  najseksowniejszy na  świecie,  konkurować  z  tobą  może  tylko 

czarna, koronkowa bielizna. A teraz przestań gadać bzdury i zacznij się ubierać. Już prawie 

pora kolacji, poza tym w przewodniku znalazłam elegancką restaurację.

Jonas uśmiechnął się lekko, choć spojrzenie miał nadal niespokojne.

- Śliczną i oryginalną?

107

background image

- Podobno jest to restauracja żeglarska - odpowiedziała Verity pogodnie.

- Czemu mnie to nie dziwi?

Podała mu pasek jedwabiu.

- Proszę.

- Co to jest?

- Bardzo śmieszne. Dobrze wiesz, że to krawat.

- Czy to aluzja, że mam się na wieczór ubrać wytwornie?

- Właśnie. - Wyjęła z szafy jedwabną sukienkę. - Do tego krawata włóż coś oprócz 

dżinsów.

- Tak jest, szefowo.

G

odzinę później Verity spojrzała na Jonasa znad sałatki. Tym razem przewodnik nie 

podawał nieprawdziwych informacji. Restauracja była żeglarska aż do bólu. W sposób, który 

Verity wydawał się artystyczny, zawieszono na ścianach wypchane ryby, liny zawiązane w 

zawiłe   węzły   oraz   drobny   sprzęt   żeglarski.   W   menu   figurowały   ryby   przygotowane   na 

wszelkie sposoby. Na szczęście podawano również kilka wegetariańskich dań z makaronem.

- Oryginalne miejsce, prawda? - spytała Verity gotowa bronić swych racji.

- Nikt poza mną w tej cholernej restauracji nie ma krawata.

- To oznacza, że miejscowi nie przebierają się do kolacji. To ich problem. Wyglądasz 

zabójczo. - Verity uświadomiła sobie, że powiedziała prawdę. W jej oczach Jonas zawsze był 

przystojny   -   silny,   smukły   i   doskonale   zbudowany.   Obdarzony   nieświadomym   męskim 

wdziękiem, który tak ją fascynował. Kruczoczarne włosy były jeszcze wilgotne, zmoczone 

lekką mżawką padającą na zewnątrz. Oczy lśniły łagodnie w przyćmionym świetle.

Jonas dziwnie długo jej się przyglądał.

- Wiesz, sama bardzo ładnie wyglądasz. - Pochylił się i ujął Verity za rękę.

Moja pani gasi blask miesiąca,

Patrzę na nią bezradny i drżący.

Włosy płomień, oczy klejnoty skrzące,

Wtem uśmiecha się do mnie... moje słońce.

108

background image

-   Jeszcze   jeden   swobodnie   przetłumaczony   renesansowy   wiersz   miłosny   sprzed 

czterystu lat, który wymyśliłeś właśnie przed chwilą? - spytała Verity lekceważąco, jednak w 

głębi duszy czuła się wzruszona.

- Cóż mogę ci powiedzieć? Jesteś moim natchnieniem - wyjaśnił skromnie.

W   sercu   wezbrała   miłość   do   niego   i   Verity   prawie   dała   się   jej   ponieść.   Jednak 

restauracja nie była najlepszym miejscem do informowania go o dziecku. Wolała powiedzieć 

mu o tym nie w publicznym miejscu. Nie wiedziała, jak Jonas zareaguje.

- Po pierwsze, porozmawiajmy o zleceniu - powiedziała rzeczowo. Wyciągnęła dłoń 

spod jego palców i ujęła widelec.

Jonas   przez   kilka   sekund   przyglądał   się   jej   spod   przymrużonych   powiek.   Potem 

wzruszył ramionami i też wziął sztućce. Zaczął grzebać w sałatce, szukając grzybów.

- Dobrze. Najpierw porozmawiamy o zleceniu. O czym będziemy mówili potem?

- O nas.

Gwałtownie podniósł głowę. W mroku zalśniły złotem jego oczy.

- O nas? - powtórzył cicho.

- Później - odpowiedziała Verity. Była bardzo zdenerwowana.

- Verity...

- Proszę - spojrzała na niego błagalnie.

Jonas zaczął ją przekonywać, ale wyraz jej twarzy zmusił go do milczenia.

- Dobrze - zgodził się w końcu. - Później.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością.

- Powiedz mi, jakie jest twoje zdanie - opinia profesjonalisty na temat tego, co się 

dzieje na wyspie?

- W mojej opinii profesjonalisty cała sytuacja na wyspie śmierdzi.

- Wy, prawdziwi uczeni, to umiecie dobierać słowa.

- To obowiązek  zawodowy.  Co prawda minęło  parę  lat,  ale gdy obowiązek  mnie 

wzywa, potrafię, jak już wyjaśniłem, wciąż zetrzeć się z najlepszymi. Zauważyłaś?

- Zauważyłam - odparła sucho. - Wiesz co? Potrafisz wywrzeć nieliche wrażenie, jeśli 

tylko   zechcesz.   Kiedy   wygłosiłeś   ten   króciutki   wykład   przy   śniadaniu   o   różnicy   między 

technikami budowlanymi Mediolanu i Florencji, wszyscy słuchali jak zauroczeni. A przecież 

kiedy wykładałeś historię renesansu, architektura nie była twoją specjalnością. Skąd tak dużo 

o tym wiesz?

- Łączy się to z moją dziedziną - wyjaśnił. - Kiedy badasz rożne renesansowe machiny 

wojenne projektowane do burzenia ścian i całych budynków, dowiadujesz się trochę, jak te 

109

background image

ściany   i   budynki   stawiano.   Jednak   niech   ci   nie   przyjdzie   do   głowy   zmuszanie   mnie   do 

napisania   artykułu   o   „Koszmarze   Hazelhursta”   do   jakiegoś   niewyraźnego   historycznego 

pisemka. Interesuje mnie wyłącznie napisanie raportu dla Douga.

- Ależ, Jonas, jeśli masz zamiar ustalić swoją reputację jako konsultant historyczny, 

musisz zadbać o to, aby od czasu do czasu twoje nazwisko ukazywało się w druku. To bardzo 

dobra reklama. A skoro już wspomniałeś „Koszmar Hazelhursta”, to wracajmy do sprawy.

-   Uwielbiam   sposób,   w   jaki   wymawiasz   słowo   „sprawa”.   Wyglądamy   na   parę 

detektywów amatorów.

- Może  rzeczywiście  nimi  jesteśmy.  Już znaleźliśmy  jedno ciało,  prawda?  Biedny 

Hazelhurst. Jak sądzisz, co mu się przydarzyło?

- Moja opinia profesjonalisty brzmi następująco: wbito mu sztylet w plecy - odparł 

Jonas chrupiąc sałatkę.

- Nie taki niezwykły koniec w renesansie - podkreśliła Verity. - Jonasie, ten pierścień 

z rubinem na ręce tego, kto zasztyletował Hazelhursta, pojawił się w pierwszej wizji. Wiem, 

widziałam go albo w skrzyni, albo u tamtego mężczyzny na palcu.

- Być może.

- Nie ma żadnego „być może”. Widziałam go.

- To absolutnie niemożliwe, aby ten facet z wizji ożył i zabił Hazelhursta - zapewnił ją 

gwałtownie Jonas. - Zapomnij o tym.

- Dobrze, skoro to jest niemożliwe, to co nam zostaje?

Jonas zjadł ostatnią pieczarkę.

- Zostaje nam - zaczął powoli - możliwość, że Hazelhurst z kimś jeszcze znalazł skarb 

lub co najmniej pierścień z rubinem, a facet ze sztyletem nie chciał się nim z nikim dzielić.

Verity odłożyła widelec i popatrzyła przeciągle na Jonasa.

- Dobry Boże, masz rację. To wyjaśnienie absolutnie do przyjęcia. Prawdopodobnie 

dla samego pierścienia warto zabić, co przypomina nam o tym, że dwa lata temu Hazelhurst 

zaangażował kogoś do poszukiwań skarbu. Chociaż Maggie mówiła nam, że nigdy nie miał 

dość szczęścia, aby namówić do pomocy swoich kumpli z uniwersytetu.

- Wspomniała jednak, że na kilka miesięcy przed zniknięciem Hazelhursta pojawił się 

facet, który twierdził, że jest absolwentem historii renesansu.

Verity skinęła głową.

- Za to powiedziała, że Hazelhurst nie pracował z nim zbyt długo. Uznał, że tamten nie 

jest prawdziwym studentem, tylko poszukiwaczem skarbów.

110

background image

- Niewykluczone, że po tym, jak go wykopali, facet wślizgnął się z powrotem do willi. 

Jeśli zachowywał się dyskretnie, mógł ukrywać się w tej kupie kamieni bardzo długo, zanim 

by go ktoś przyłapał.

- Może właśnie Hazelhurst go nakrył. Wpadł na niego w ukrytym przejściu. Jeden z 

nich znalazł pierścień wraz z innymi przedmiotami, jak na przykład stary sztylet.

- Zaczęła się kłótnia. Bójka. - Jonas zamyślony pokiwał głową. - To możliwe.

- Co oznacza, że ktokolwiek znalazł się tu dwa i pół roku temu, już dawno zabrał 

skarb i zniknął.

- To również jest możliwe. Prawdopodobne.

- Zatem należy stwierdzić, że tracimy czas - wyciągnęła wniosek Verity i westchnęła. - 

Skarb zniknął.

- Niekoniecznie.

Spojrzała na Jonasa ze zdumieniem.

- A co to ma znaczyć?

Pokręcił głową.

- Nie sądzę, aby znaleziono prawdziwy skarb. Jeśli zaś znaleziono, to nie wydaje mi 

się, aby złodziej go stąd zabrał.

- Dlaczego nie?

- Ponieważ skarb, bez względu na to, jaki jest, był bardzo dobrze strzeżony. Nie mógł 

go ukraść zwykły poszukiwacz skarbów, nie tak łatwo. Podjęto środki ostrożności. Wyczułem

ich echo.

- Myślisz  o pułapkach?  Do tej  pory mogły wszystkie  zardzewieć,  jak ta broniąca 

dostępu do kryształu.

- Nie jestem pewien, czy wszystkie pułapki są mechaniczne. - Jonas skupił się nagle 

na smarowaniu masłem kromki razowego chleba.

- Jonas, na miłość boską, co chcesz mi powiedzieć?

Zawahał się, potem odpowiedział spokojnie.

- Nie wiem.  Jednak wyczuwałem  bardzo mocno  ostrzeżenie, prawdziwą groźbę w 

pokoju, gdzie znaleziono kryształ. Jeszcze większa porcja dostała mi się od zjawy mężczyzny 

siedzącego przy stole. Już wiele rzeczy wyczuwałem w korytarzu psychicznym, jednak ten 

ostatni raz był inny.

- Inny? Jak?

111

background image

-   Gdybym   to   rozumiał,   nasza   „sprawa”   byłaby   rozwiązana   -   skończył   Jonas, 

odgryzając spory kęs świeżego chleba. - Wyczuwa się tam zagrożenie przemocą. Jakby coś 

czekało i miało się wydarzyć.

- Wcale mi się to nie podoba. - Verity przedtem była głodna, lecz teraz szybko traciła 

apetyt. - Czy uważasz, że powinniśmy wszystko rzucić i wrócić do domu?

- Żartujesz? Nie zostawiłbym tego teraz, nawet gdybyś mi za to zapłaciła.

- Do cholery, Jonas, sam przed chwilą powiedziałeś, że to niebezpieczne.

- Będę ostrożny. - Zamyślił się. - Spróbowałbym zbadać ten korytarz sam. Możesz 

zostać w sypialni.  Wszystko  wskazuje na to, że więź między nami  jest na tyle  silna, że 

przetrwa pewną odległość. Wezwę cię w myślach, jeśli będę cię potrzebował.

-   Teraz   posłuchaj   mnie,   Jonas!   Nie   pójdziesz   sobie   samotnie   zwiedzać   ukrytego 

korytarza, a ja nie będę siedziała i czekała na ciebie w pokoju. Zabierzesz mnie ze sobą albo 

nie pójdziesz wcale.

- Ależ, Verity - zaczął uspokajającym tonem.

- Nawet nie próbuj mnie namawiać do zostania. Nie wiesz, w co się pakujesz. Nie 

wiesz,   jak   mocna   okaże   się   więź   między   nami   w   prawdziwym   niebezpieczeństwie,   gdy 

będziemy od siebie w dużej odległości. Ta cała ekspertyza to był mój pomysł, pamiętasz? To 

ja cię wciągnęłam w tę sprawę, a umowa była taka, że i ja jadę. Jeśli zostajesz, to i ja zostaję. 

Jeśli pójdziesz badać tajne przejście, idę z tobą.

- Verity, jesteś bardzo upartą kobietą.

- To dodaje mi uroku.

- Spróbuję o tym pamiętać.

- Jonas - zawołała Verity ostrzegawczym tonem. - Niech ci tylko nie przyjdzie do 

głowy pomysł wymknięcia się cichaczem i zbadania korytarza, kiedy będę spała. Spróbuj 

jakichś sztuczek, a nigdy ci tego nie wybaczę. Naprawdę.

- Słyszę.

Żałowała,   że   nie   potrafi   czytać   cudzych   myśli.   Niestety,   więź   między   nimi   nie 

obejmowała telepatii.

112

background image

Rozdział dziewiąty

C

iekawe,   czy   Caitlin   znajdzie   jakieś   informacje   o   Warwickach   i   ich   znajomych. 

Jestem gotowa się założyć, że nie znajdzie - powiedziała Verity, gdy wracali spacerem do 

pensjonatu.

Wciąż   mżyło,   ale   Verity   była   sucha.   Jonas   trzymał   nad   nią   parasol.   Szli   przez 

niewielką   dzielnicę  handlową  miasteczka.   Wszystko  już było  pozamykane  na  noc,  ale  w 

większości okien wystawowych paliły się światła. Zadziwiająca różnorodność eleganckich 

galerii   sztuki   i   sklepików   z   wysmakowanymi   przedmiotami   znajdowała   się   wśród 

zwyczajnych w małym miasteczku staroświeckich magazynów z towarami żelaznymi, biur 

agencji ubezpieczeniowych i pośredników nieruchomości.

- Warto by tu zrobić zdjęcie - powiedział cicho Jonas.

- Może. Co o nich myślisz, Jonas?

-   Uważam,   że   Doug   Warwick   to   harujący   na   giełdzie   makler,   który   chce   jak 

najszybciej pozbyć się kłopotliwego spadku. Zaspokaja zachciankę siostry, pozwalając mi na 

poszukiwanie skarbu w ramach dodatkowego zajęcia.

- A Elyssa?

- Elyssa to typ entuzjastki z głową nabitą mrzonkami. Pociąga ją każda chwilowa 

moda,   na   którą   natrafi   –   nieszkodliwa.   Preston   Yarwood   to   oszust   zbijający   fortunę   na 

szaleństwie   Nowej   Ery.   Oliver   Crump   to   uczciwy   facet,   którego   wciągnęły   sprawy 

paranormalne, ponieważ naprawdę go to interesuje. Prawdopodobnie ma niewinne zamiary.

- Slade Spencer?

- Spencer to taki człowiek, który włączy się we wszystko, co może mu dać szybki seks 

i narkotyki. W innym czasie i miejscu byłby bitnikiem lub hipisem.

Verity zagryzła wargę.

- Slade wspomniał, że miał z Elyssą krótki romans. Przynajmniej twierdził, że spał z 

nią raz czy dwa razy. Mówił też, że teraz Elyssa ma romans z Yarwoodem. Slade nawet 

przekonywał mnie, że próbowała usidlić Olivera, ale odmówił. Mądry człowiek. Widocznie 

Elyssa ma skłonność do psychicznych.

-   Może   lubi   się   kochać   z   psychicznymi.   Wygląda   na   to,   że   bardzo   dużo   się 

dowiedziałaś o pannie Słoneczko.

113

background image

- Albo Spencer opowiedział mi same kłamstwa o niej. Co jest możliwe.

Jonas objął Verity ramieniem.

- Nie wiem. Prawdę mówiąc, jestem skłonny w to uwierzyć.

- Że Elyssa sypia z psychicznymi?

- Niektóre kobiety podniecają kierowcy wyścigowi, inne lubią policjantów. Jeszcze 

inne uwielbiają guru. Elyssa wybiera psychicznych.

- Nie potrafię sobie wyobrazić dlaczego - stwierdziła Verity niewinnie.

- Jestem zdruzgotany.

- Zniesiesz to godnie. Zawsze to robisz. - Verity zastanawiała  się przez chwilę. - 

Wszystko sprowadza się do tego, że sądzisz, iż w willi naprawdę ukryto skarb i chcesz go 

odnaleźć.

- Być może zabrzmi to idiotycznie, ale czuję się tak, jakby rzucono mi wyzwanie. Nie 

tylko chcę odnaleźć ten cholerny skarb. Chcę się dowiedzieć, jak działa ta nieruchoma wizja. 

Chcę wiedzieć, dlaczego jest inna od dotychczas widzianych w korytarzu czasu. Czuję, że 

kryje się tam coś bardzo ważnego.

- Coś ważniejszego od skrzyni pełnej złota i klejnotów?

- Tak. - Zawahał się, a potem dodał cicho: - Nie spocznę, dopóki nie dowiem się, co 

kryje się w tej wizji i tajnym przejściu.

Verity dokładniej otuliła się kurtką. Była zimna noc.

- Jonas, musimy być bardzo ostrożni.

- Zgadzam się.

- I cokolwiek się stanie, trzymamy się razem. Zrozumiałeś?

- Skoro  już  wspomniałaś   o trzymaniu  się  razem  -  wtrącił   gładko  Jonas   - co  z  tą 

rozmową, którą mieliśmy przeprowadzić? Tą o nas?

- Poczekajmy do powrotu do domu. Och, Jonas, spójrz. - Verity zatrzymała się przed 

witryną   i   stanęła   wpatrując   się   w   parę   czerwonawo-pomarańczowych   kolczyków. 

Przezroczyste   kamienie   były   oszlifowane   i   odbijały   światło   wystawy.   Wewnątrz   kamieni 

tańczyły ogniki. Verity natychmiast się spodobały. - Czyż nie są piękne?

Jonas zerknął na pudełko.

- Chyba w porządku. Masz taki sam kolor włosów. Powinnaś dostać coś, co pasuje do 

koloru twoich oczu, a nie włosów.

- Podobają mi się te czerwone kolczyki - uparła się Verity. - Czy będziemy mogli 

wstąpić tutaj przed powrotem do domu?

114

background image

- Zmieniasz temat, Verity. Nadszedł czas na obiecaną rozmowę. - Wziął ją pod ramię i 

stanowczo odciągnął od witryny.

Być   może   postąpiła   pochopnie,   pomyślała   Verity   niepewnie,   gdy   wchodzili   po 

schodach na górę pensjonatu „Latarnia Morska”. Może powinna zaczekać do wizyty u lekarza 

lub przynajmniej skorzystać z domowego testu ciążowego. Jedyne dowody, na jakich mogła 

się oprzeć, to kalendarz i profesjonalna opinia Olivera Crumpa - jeśli była cokolwiek warta.

Verity czuła w głębi serca, że nie może dłużej zwlekać. Zebrała wszystką odwagę, gdy 

przeszli przez cichy hol i po schodkach wspięli się na drugie piętro. Jonas otworzył drzwi, 

wszedł za nią do środka i patrzył, jak podchodzi do okna.

- Słucham, Verity?

Zerknęła przez ramię i zobaczyła, że rozwiązuje krawat. Przyglądał się jej uważnie.

- Jonas, ostatnio sporo myślałam.

- Zauważyłem. - Odłożył krawat na bok i zaczął rozpinać koszulę. Przymrużył oczy. - 

Właściwie to już miałem dość twojego dziwacznego zachowania. Zupełnie jakbyś znajdowała 

się w innym świecie. Albo robiła wielkie plany, o których wcale mi nie mówisz. Ostrzegam 

cię, Verity,  znosiłem bardzo długo twoje humory,  ale są pewne rzeczy,  których nie będę 

tolerował. Zachowywałem cierpliwość, ale już doszedłem do jej kresu. Chciałbym usłyszeć 

jakieś wyjaśnienie. Nie mów mi tylko, że zwiodła mnie moja wyobraźnia.

Verity poruszyła się niespokojnie i utkwiła spojrzenie w tapecie w żeglarskie motywy. 

Statek tonął, załoga wypadła za burtę, a płetwy rekinów przecinały wzburzone fale. Wiedziała 

dokładnie, jak się w tej chwili czuli. Nerwowo przełknęła ślinę.

-   Czasem   wydarzają   się   rzeczy,   których   nikt   specjalnie   nie   planował   -   zaczęła 

ostrożnie, odwrócona plecami do Jonasa. - Albo coś się nie zgadza w czasie. To niczyja wina, 

po prostu tak się zdarza.

- Venty, na miłość boską, przestań krążyć i powiedz mi, co masz powiedzieć!

- W porządku. Co sądzisz o zostaniu ojcem?

- Co? O, jasna cholera!

Rozległo   się   szuranie,   tupnięcie   i   jeszcze   jedno   stłumione   przekleństwo.   Verity 

odwróciła się raptownie i zobaczyła, że Jonas chwieje się, machając rozpaczliwie ramionami. 

Spodnie zsunęły mu się do kolan i stracił równowagę. Uchwycił się desperacko kolumienki 

łóżka i podskakiwał na jednej nodze. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie.

Verity ze zdumieniem przyglądała się, jak Jonas pada z łomotem na krawędź i osuwa 

się na podłogę. Nigdy przedtem nie widziała, żeby stracił równowagę. Nagle zniknęła ta 

niezwykła gracja tak właściwa jego ruchom.

115

background image

Głośny   huk   towarzyszył   opadnięciu   Jonasa   na   plecy.   Kostki   zaplątały   mu   się   w 

opuszczone   do   połowy   spodnie.   Siedział   na   podłodze   i   patrzył   na   nią   oczami   pełnymi 

zdumienia.

- Czy zechcesz powtórzyć pytanie? - zapytał ochryple.

Coś mocno zacisnęło się w żołądku Verity.

- Usłyszałeś je za pierwszym razem. Co myślisz o zostaniu ojcem?

- Rozumiem - odparł ostrożnie Jonas, zrzucając buty i spodnie i powoli wstając na 

równe nogi - że to nie jest pytanie teoretyczne?

Verity objęła się ramionami i potrząsnęła głową.

- Obawiam się, że nie. Jestem w ciąży.

- Od jak dawna wiesz? - Odłożył spodnie na bok i podszedł do niej. Nie dało się nic 

odczytać z jego spojrzenia.

Verity odwróciła wzrok na podłogę.

- Widzę, że nie jesteś zachwycony. Nie sądziłam, że będziesz.

- Pytałem, od jak dawna wiesz. - Wyciągnął rękę i podniósł jej podbródek do góry, tak 

że musiała spojrzeć w jego płonące oczy.

- Od niedawna. Miałam pewne podejrzenia przed twoim wyjazdem z tatą.

- Zatrzymałaś je dla siebie.

-   Nie   chciałam   wykorzystywać   możliwości,   że   jestem   w   ciąży,   jako   metody   na 

zatrzymanie cię w domu.

- Czy nie przyszło ci do głowy, że mam prawo wiedzieć?

- Sama nie byłam pewna aż do dzisiaj rano - odparła gotowa do obrony.

- Co się takiego stało dzisiaj rano, co cię przekonało?

-   W   pewien   sposób   potwierdziły   się   moje   podejrzenia   -   wyjaśniła   Verity, 

przypominając sobie dziwną rozmowę z Oliverem Crumpem. - Proszę, nie wrzeszcz na mnie. 

Powiedziałam ci, jak tylko zyskałam pewność.

- Dziękuję. Naprawdę to doceniam - odrzekł z ponurą miną. - Verity, głuptasie. Nie 

powinnaś   tak   długo   zatrzymywać   tej   wieści   dla   siebie.   Powinnaś   była   mi   powiedzieć 

natychmiast, gdy tylko nabrałaś najmniejszych podejrzeń. Nic dziwnego, że zachowywałaś 

się tak emocjonalnie i miewałaś humory częściej niż zwykle. Powinienem był się domyślić.

Nie wiadomo dlaczego rozgniewały ją te słowa.

- Nie miałam humorów częściej niż zwykle. Nigdy nie miewam humorów, to jak może 

być  coś  częściej  niż nigdy?  Zawsze zachowuję się rozsądnie  i rozważnie.  Powinnam cię 

powiadomić,   że   mam   mnóstwo   zdrowego   rozsądku,   w   przeciwieństwie   do   osób,   które 

116

background image

mogłabym   wymienić   z   imienia   i   nazwiska.   I   nie   podoba   mi   się   sugerowanie,   że 

zachowywałam się emocjonalnie i dziwnie!

- Cicho, kochana. - Roześmiał się beztrosko i mocno ją do siebie przytulił. - Uspokój 

się. - Zaczął przesuwać dłońmi uspokajającym ruchem w dół i w górę jej pleców. - Tylko się 

uspokój, kochanie. Wszystko będzie dobrze.

- Nie powiedziałeś, co myślisz o zostaniu ojcem. - Verity ukryła twarz w jego koszuli.

- Nie miałem za dużo czasu, żeby się nad tym zastanowić - przyznał lekko. - Jednak 

nie sądzę, żeby to była taka wielka sprawa. Szybko się uczę. Poza tym zawsze mogę poprosić 

o radę Emersona. Wystarczy popatrzeć, jaki kawał roboty odwalił wychowując ciebie.

- Ależ, Jonas, to poważna sprawa! - Verity znalazła się na skraju łez i śmiechu. Nagle 

wszystkie uczucia sąsiadowały ze sobą. Przywarła do Jonasa, otoczyła go ramionami w pasie. 

- Jesteś pewien, że nie masz nic przeciwko temu?

- Myślałaś, że będę miał? - zdumiał się. - Czy dlatego nie potrafiłaś się zmusić, żeby 

mi powiedzieć wcześniej?

- Nie byłam pewna, co na to powiesz. To ogromna odpowiedzialność.

- A zawsze martwiłaś się moim podejściem do obowiązków, co? - skończył z irytacją. 

-   Jezu.   Nic   dziwnego,   że   tak   się   przejęłaś   moim   wyjazdem   z   twoim   ojcem   na   ratunek 

Lehighowi. Pewnie zobaczyłaś w tym przykład, jak będzie wyglądało nasze życie od tej pory. 

Z   jednym   wyjątkiem:   że   w   przyszłości   będziesz   zostawała   sama   z   dzieckiem,   gdy   mnie 

przyjdzie ochota gdzieś się powłóczyć.

- Nie wiedziałam, co myśleć.

Potrząsnął nią lekko.

- Powiedziałem ci, że to jednorazowa sytuacja, a nie wzór postępowania na całe życie. 

Jestem   inny   niż   twój   ojciec.   Mamy   podobne   zainteresowania   i   doświadczenia,   ale   nie 

jesteśmy tacy sami. Daj spokój, Verity. Czy naprawdę nie wierzysz mi ani trochę?

- Nie wiedziałam,  co myśleć. Nie planowałam ciąży.  Nawet o tym  nie myślałam. 

Przez cały czas się zabezpieczaliśmy i po prostu zakładałam...

-   Nie   zabezpieczaliśmy   się   przez   cały   czas.   Właściwie   to   rzadko   pamiętaliśmy   o 

zabezpieczeniu, kiedy wychodziliśmy z korytarza czasu - przypomniał jej bez osłonek. - A tej 

zimy bardzo często odbywaliśmy seanse parapsychiczne.

Westchnęła.

- Wiem. Chyba przekonywałam samą siebie, że seks po wyprawach w korytarz czasu 

jest w pewien sposób inny. Wydawał się zawsze taki nagły, taki wyczerpujący. Uważam, że 

ma związek z wejściem w korytarz.

117

background image

- Czy byłaś przekonana, że nie możesz zajść w ciążę tak długo, jak kochamy się na 

wyższej płaszczyźnie? Płaszczyźnie psychicznej? Czy tak? - W jego głosie zabrzmiał śmiech.

- Nie próbuj śmiać się ze mnie!

- Nawet o tym nie marzę, najdroższa. Jednak jest coś bardzo zabawnego w twoim 

przekonaniu, że seks po wyprawach w korytarz czasu jest inny od uprawianego zwykle. A 

mówisz  o rozwadze.  I to mówi  kobieta,  która jest  dumna  ze  swego zdrowego  rozsądku, 

niedostępnego innym, zwłaszcza samcom?

- Ostrzegam cię, Jonas!

- Tak jest, proszę pani - odparł chichocząc.  - Słyszę  ostrzeżenie  w  twoim głosie. 

Wygląda na to, że ostatnio zasypujesz mnie groźbami i ostrzeżeniami. Po pewnym czasie 

trudno je traktować poważnie.

- Nie wydajesz się zmartwiony. - Verity podniosła głowę, zaskoczona wesołością w 

jego głosie. - Myślałam, że będzie to dla ciebie straszny wstrząs.

-   Tak,   wieści   rzeczywiście   w   pierwszej   chwili   mocno   mnie   poruszyły,   jak   sama 

widziałaś, ale na szczęście szybko doszedłem do siebie.

Verity   zaczęła   się   uspokajać,   naprawdę   uspokajać,   pierwszy   raz   od   wielu   dni. 

Ogarnęło ją uczucie głębokiej ulgi. Nawet sobie nie uświadamiała, w jakim żyła napięciu.

- Nie masz nic przeciwko zostaniu ojcem?

- Gdybym miał - zapewnił spokojnie - nie zapominałbym o środkach ostrożności po 

każdej wyprawie w korytarz psychiczny czy za każdym razem, gdy się kochaliśmy. Być może 

mam pewne wady, kochanie, ale na ogół dbam o szczegóły. Zwłaszcza szczegóły tego typu.

Verity uśmiechnęła się drżącymi wargami i przełknęła łzy, które nie wiadomo skąd się 

zjawiły.

- Zmieni się całe moje życie. To trochę przerażające. Nigdy nie zastanawiałam się nad 

dziećmi. Wydaje mi się, że gdzieś tam w duchu doszłam do wniosku, że się do tego po prostu 

nie nadaję.

- Chyba to pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz, gdy widzę cię tak niepewną siebie - 

zauważył Jonas.

- Doszedłeś do siebie dużo szybciej ode mnie. Wciąż czuję się dziwnie. Czuję się tak 

od dość dawna.

- Zostaw wszystko mnie, szefowo. Zajmę się za ciebie interesami. Będziesz musiała 

tylko spokojnie siedzieć i tyć.

- Jonas, to nie jest śmieszne.

- Już od kilku miesięcy powtarzałem ci, że powinnaś przybrać na wadze.

118

background image

- To raczej drastyczny sposób na utycie - wymruczała Verity.

Jonas zachichotał cicho, wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka.

- Pewnego pięknego dnia będziesz musiała nauczyć się paru rzeczy o życiu.

- Na przykład?

- Na  przykład  tego,  że  istnieją  sprawy,  nad  którymi  nawet  tak   niezależna,  pewna 

siebie, apodyktyczna tyranka jak ty nie ma kontroli. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, 

jaka będziesz ślicznie okrąglutka nosząc moje dziecko.

G

odzinę   później   Jonas   leżał   spokojnie,   wpatrując   się   w   sufit.   Verity   drzemała 

przytulona do jego ramienia. Delikatne ciało rozgrzane i zaspokojone po miłości. Ze słabą, 

kobiecą wonią łechcącą nos wymieszał się ostrzejszy męski zapach. Pierwotna strona Jonasa 

zawsze czerpała zadowolenie z połączenia woni, unoszących się w powietrzu po kochaniu się 

z Verity. Było to subtelne, ale jednoznaczne potwierdzenie jej posiadania.

Ogromną   przyjemność   sprawiała   mu   świadomość   tego,   co   może   zrobić   z   Verity. 

Potrafił  przeobrazić  ją w  ogień - słodki,  rozpalony płomień.  Całkowicie  uzależnił  się od 

uczucia,   jakie   w   nim   wywoływała   przyjemność   dawania   jej   rozkoszy.   Nawet   nie   chciał 

myśleć o samotnym borykaniu się z okrutnym światem, bez Verity u boku. Ona ofiarowała 

mu spokój umysłu, jedyny, jakiego zaznał od niepamiętnych lat.

Teraz nosiła jego dziecko.

Poczuł dziwne, niemal euforyczne rozgorączkowanie. Już wkrótce będzie ich troje - 

rodzina. Czekały go wszystkie obowiązki ojca.

Niewiele wiedział o tej roli. Jego ojciec zostawił matkę tuż po narodzinach syna. Jonas 

zaś   wiedział,   za   czym   tęsknił,   gdy   był   dzieckiem.   Za   miłością   ojca,   pomocną   dłonią 

zjawiającą się w chwili potrzeby, rozmową o życiu z kimś bliskim. Za kimś, kto mógłby 

pomóc w przygotowaniu do spotkania ze światem.

Jonas   wiedział,   co   wiąże   się   z   rolą   ojca.   Oznaczało   to   dawanie   dziecku   tego 

wszystkiego, czego nie dał mu jego własny ojciec. Nie ma sprawy, poradzi sobie.

Jednak najpierw musiał dać Verity to, czego potrzebowała.

Był ślepy, głuchy i nierozumny, skoro nie uświadamiał sobie, jak Verity widziała ich 

związek, jaki musiał się jej wydawać niepewny i bez przyszłości. Tak był zadowolony z 

istniejącej sytuacji, że nie myślał o uczuciach Verity.

Fakt, że tak długo odkładała powiedzenie mu o dziecku, wystarczająco dowodził, że 

Jonas niewybaczalnie zaniedbał zapewnienie jej poczucia bezpieczeństwa. Emerson Ames 

119

background image

mocno kochał córkę. Nauczył ją dbać o siebie i dopilnował, aby otrzymała gruntowne, choć 

niezwykłe   wykształcenie.   Emerson   dał   jej   bardzo   wiele,   ale   jednego   nie   był   w   stanie 

zapewnić. Normalnego domu.

Jonas   był   wściekły   na   siebie,   że   już   wiele   tygodni   temu   nie   zrozumiał,   że   po 

dorastaniu   bez   możliwości   zapuszczenia   korzeni   Verity   będzie   potrzebowała   głębokiego 

poczucia   bezpieczeństwa,   zanim   zdecyduje   się   urodzić   dziecko.   Nic   dziwnego,   że   była 

zamyślona i obca. Ciągle zdenerwowana, może nawet przestraszona.

Jonas wiedział, że pojawił się nagle i zburzył schludny, uporządkowany mały świat, 

który Verity sobie zbudowała. Potem, zanim przyzwyczaiła się do jego obecności w swoim 

domu, dał jej dziecko.

Kobieta,  która kiedyś  planowała, że spędzi życie  samotna  i niezależna od nikogo, 

nagle stwierdziła, że wszystko przewróciło się do góry nogami i to w ciągu kilku krótkich 

miesięcy. Jonas w myślach ustalał listę rzeczy, których Verity potrzebowała teraz od niego.

Przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa.

Pewności.

Świadomości, że może na niego liczyć.

Nazwiska dla dziecka.

Męża.

Jonas obrócił się na bok i delikatnie potrząsnął Verity. Rzęsy zamrugały i rozchyliły 

się leniwie, ukazując głębię ciemnoniebieskich oczu.

- Co tam? - spytała ziewając. Przeciągnęła się ociężale, zakołysały się jej piersi. - Coś 

się stało?

- Nic się nie stało. Właśnie postanowiłem, że się pobierzemy - oznajmił. - Jak tylko 

wrócimy do Sequence Springs.

Przez dobre pół minuty Verity wpatrywała w Jonasa bez słowa.

- Pobierzemy. Dlaczego?

Nie takiej reakcji oczekiwał. Zmrużył oczy.

- Dlaczego? - Zdziwił się.

Skinęła głową.

- Dlaczego?

- Dla wielu bardzo oczywistych powodów - wybuchnął. - Mieszkamy razem i jesteś w 

ciąży. Czego jeszcze ci potrzeba, żeby wyjść za mąż?

Usiadła i wyciągnęła rękę po szlafrok.

120

background image

- Właśnie w tej chwili wpadło ci do głowy,  że powinniśmy się pobrać? - spytała 

grzecznie, zawiązując pasek.

-   Leżałem   myśląc   o   dziecku   i   przyszłości,   o   tym,   jak   dorastałaś   bez   domu. 

Zrozumiałem, że prawdopodobnie bardziej cieszyłabyś się z dziecka, gdybyś miała poczucie 

bezpieczeństwa. Dlatego mam zamiar się z tobą ożenić. - Jonas uświadomił sobie, że brzmi to 

trochę   pompatycznie,   być   może   nawet   protekcjonalnie.   Nic   na   to   nie   mógł   poradzić. 

Spodziewał się, że Verity podskoczy do góry z radości na propozycję małżeństwa. Fakt, że 

nie była zachwycona, wytrącił go z równowagi.

- To bardzo miło z twojej strony, że chcesz się ze mną ożenić, ale doprawdy nie sądzę, 

żeby to było koniecznie, dziękuję bardzo.

Na moment Jonas kompletnie zgłupiał. Nie mógł uwierzyć własnym uszom. Kiedy po 

kilku   sekundach   mózg   znowu   zaczął   mu   pracować,   zrobił   wszystko,   co   mógł,   aby 

powstrzymać się od głośnego wrzasku, który usłyszeliby wszyscy goście w zajeździe.

- O czym  ty,  do diabła, mówisz? - wycedził przez zaciśnięte zęby.  - Musimy się 

pobrać.

Podciągnęła pod prześcieradłem kolana pod brodę i objęła je ramionami. Włosy miała 

potargane. Takiego wyrazu zdecydowania i uporu na jej twarzy Jonas jeszcze nie widział.

-   Nie   widzę,   żeby   coś   się   zmieniło.   Jeśli   nie   musieliśmy   się   pobrać   w   zeszłym 

tygodniu, to w tym też nie musimy.

- Jesteś w ciąży!

- No to co?

Gorączkowo poszukiwał w myślach argumentów.

- Chcesz, żeby ten dzieciak urodził się jako bękart?

- W stanie Kalifornia nie ma bękartów. Według prawa każde dziecko jest z prawego 

łoża. Twoje nazwisko można wpisać do metryki urodzenia.

- Bardzo ci dziękuję. - Szybko porzucił tę taktykę i spróbował innej. - Myślałem, że 

chcesz   małżeństwa.   Sądziłem,   że   gdy   wyjdziesz   za   mąż,   będziesz   się   czuła   pewniejsza, 

szczęśliwsza.   Myślałem,   że   docenisz   poczucie   stabilizacji.   Verity,   to   śmieszne.   Wiesz 

przecież,  że będziesz szczęśliwsza,  gdy wyjdziesz za mąż,  zwłaszcza że spodziewasz się 

dziecka.

- Nie chcę wychodzić za mąż tylko dlatego, że jestem w ciąży.

Jonas wreszcie zaczął pojmować, w czym tkwi źródło odmowy.

- Chryste Panie - zaczął. - Chyba mi nie powiesz...

121

background image

- Gdybyś naprawdę chciał się ze mną ożenić, to mogłeś się oświadczyć wielokrotnie w 

ciągu kilku ostatnich miesięcy. Nie pisnąłeś ani słówka.

- Ależ, Verity...

- Jestem ciekawa, kiedy Caitlin zadzwoni. - Verity spojrzała na telefon, potem na 

zegarek. - Dopiero dziesiąta. Caitlin to nocny marek. Pewnie wciąż jeszcze przeszukuje stare 

kartoteki.

- Verity,  zamilknij  i posłuchaj mnie,  do cholery.  Wszystko  poplątałaś  - stwierdził 

Jonas. - Tylko dlatego nie oświadczyłem ci się do tej pory, że... że... - Na miłość boską, 

wymyśl coś, głupcze, dopingował sam siebie. Jak miał jej wyjaśnić, że nigdy przedtem aż do 

dzisiaj   nie   przyszło   mu   to   do   głowy?   Było   tak   przyjemnie.   Wygodnie.   Niczego   mu   nie 

brakowało. - Nie było potrzeby. Chodzi mi o to, że nie było pośpiechu. Wszystko szło tak 

dobrze, zaczynaliśmy się coraz lepiej poznawać. Utrwalaliśmy nasz związek. Tak, właśnie to 

robiliśmy - utrwalaliśmy związek.

- Związek?

Jonas   żałował,   że   nie   przeczytał   żadnej   popularnej   książki   psychologicznej   o 

stosunkach między kobietami a mężczyznami, które przecież zawsze były burzliwe. Kłopot 

polegał na tym, że tylko kobiety je czytały. Dlatego tylko kobiety znały właściwe słowa i 

eufemizmy; tylko kobiety bez trudu władały słownictwem koniecznym przy wyczołgiwaniu 

się z takiego bagna. Mężczyzna pozostawał bezradny i w tarapatach.

- W końcu dojrzał do tego, żeby się z tobą ożenić. Dziecko po prostu sprawę trochę 

przyśpiesza. To wszystko.

Verity uśmiechnęła się ironicznie.

- Uspokój się, Jonas. Nie musisz wymyślać żadnych wymówek. Doceniam gest, ale 

raz jeszcze zapewniam cię, że jest niepotrzebny. Doprawdy nie musimy się pobierać.

-   To   nie   gest,   do   cholery.   Nie   wymyślać   wymówek!   Żądasz   przeprosin?   Proszę 

bardzo. Przepraszam, że nie poprosiłem cię o rękę, zanim zaszłaś w ciążę. To było po prostu 

przeoczenie.

-   Nie   przepraszaj.   Nie   chcę   żadnych   przeprosin.   Nie   podoba   mi   się,   że   jestem 

przeoczeniem.   -   Na   moment   straciła   panowanie   nad   sobą.   Przez   ułamek   sekundy   Jonas 

widział, jak bardzo Verity czuje się zraniona. Potem zebrała się w sobie. - Do tej pory byłeś 

wobec   mnie   uczciwy,   nie   psuj   swojej   kartoteki.   Jak   już   powiedziałam,   doceniam   twoją 

propozycję małżeństwa, ale nie ma takiej potrzeby. Nie ma powodu, aby nie mogło być dalej 

tak, jak było przez ostatnie kilka miesięcy.

122

background image

- A co z twoim ojcem? Myślisz, że mu się to spodoba? - Czepiał się ostatniej deski 

ratunku i wiedział o tym.

Verity zachichotała.

- Znasz mojego ojca na tyle dobrze, żeby już wiedzieć, że skoro do tej pory nie ganiał 

cię z dubeltówką, to już nigdy tego nie zrobi. Lubi cię. Jestem pewna, że będzie zadowolony z 

dziecka.   Wychował   mnie   tak,   żebym   sama   podejmowała   decyzje.   Jeśli   będzie   ci   się 

naprzykrzał,   powiedz   mu,   że   postąpiłeś   szlachetnie   i   proponowałeś   małżeństwo.   Kiedy 

usłyszy, że to ja nie przyjęłam oświadczyn, wycofa się. Zna mnie.

- Ja też  cię znam,  Verity.  Na tyle  dobrze, aby wiedzieć,  że podjęłaś  złą  decyzję. 

Będziesz szczęśliwsza po ślubie. Zaufaj mi.

- Łączy nas psychiczna więź, ale nadal są rzeczy, których o sobie nie wiemy. Nie 

zakładaj, że mnie do końca rozumiesz, i nie zakładaj, że wiesz, co jest dla mnie najlepsze. Nie 

wiesz. A teraz, jeśli mi wybaczysz, muszę iść do łazienki na koniec korytarza. - Sięgnęła po 

laskę i wysunęła się z łóżka,

- Może ty też nie rozumiesz mnie do końca - odpalił zrezygnowany. - Może sama 

przyjęłaś błędne założenia, moja pani.

Nie zadała sobie trudu, aby odpowiedzieć. Wsunęła stopy w kapcie.

Jonas kilkakrotnie zacisnął i otworzył dłoń, przyglądając się jej ze smutkiem. Jeszcze 

przed chwilą wszystko wydawało się jasne i proste. Mieszkali razem. Kochali się. Nosiła jego 

dziecko. Nadszedł czas na ślub. Proste, logiczne rozwiązanie. 

Nie przyszło mu do głowy, że Verity odmówi. Powinien był to przewidzieć, pomyślał 

ze złością, odprowadzając ją spojrzeniem do drzwi. Powinien był wiedzieć, że Verity jest 

uparta, nieokiełznana i zbyt niezależna, co wcale nie wychodzi jej na dobre. Już kilka razy 

skarżył się na to jej ojcu.

Jednak tym razem Jonas zadrasnął kobiecą dumę Verity i zupełnie nie wiedział, jak 

ma sobie z tym poradzić. Widocznie rudzielec był zbyt dumny, aby wyjść za niego tylko z 

powodu dziecka.

Uświadomił sobie, że Verity pragnie, aby oświadczył się jej jak należy. Chciała, by 

ożenił   się   z   nią   ze   względu   na   nią   samą,   a   nie   dlatego,   że   pojawiły   się   dodatkowe 

okoliczności.

Przecież nie żenił się z nią dla dziecka. Wiedział o tym dobrze, nawet jeśli Verity tego 

nie rozumiała.

Dlaczego, do diabła, w zeszłym miesiącu nie pomyślał o ślubie? Odpowiedź nasuwała 

się sama: w zeszłym miesiącu uważał, że związek z Verity jest pewny. Nie przyszło mu do 

123

background image

głowy formalne załatwienie sprawy, ponieważ wszystko szło gładko. Zakładał, że Verity też 

jest szczęśliwa, przynajmniej do chwili, gdy nieoczekiwanie zaczęła się od niego odsuwać.

Jonas   zastanawiał   się   przez   chwilę,   jak   długo   będzie   miała   do   niego   pretensję   o 

wybranie niewłaściwej pory na oświadczyny.

Telefon   zadzwonił,   gdy  Verity   dotarła   do   drzwi.   Z  ręką   na   klamce   odwróciła   się 

czekając, aż Jonas przyjmie telefon.

Podniósł słuchawkę.

- Quarrel, słucham.

-   Czy   zadzwoniłam   w   nieodpowiednim   momencie?   -   spytała   uprzejmie   Caitlin 

Evanger. - Wydajesz się zmartwiony. Mogę odezwać się później.

Jonas sięgnął po pióro i papier.

- Teraz jest właściwa pora. Co znalazłaś?

-   Nie   natrafiłyśmy   z   Tavi   na   ślad   danych   o   wszystkich   podanych   przez   ciebie 

nazwiskach   poza   jednym   -   powiedziała   Caitlin.   -   Ale   odszukałyśmy   teczkę   Prestona 

Yarwooda.

124

background image

Rozdział dziesiąty

V

erity   puściła   klamkę   i   zawróciła.   Wiedziała,   kto   jest   z   drugiej   strony   linii,   i 

domyśliła się z wyrazu twarzy Jonasa, że Caitlin znalazła coś interesującego. Pochyliła się 

nad łóżkiem i dostrzegła, że Jonas zapisuje imię i nazwisko Prestona Yarwooda.

- Yarwood? - spytał Jonas rzeczowo. - Jak dawno temu? Kto robił badania? Jakie 

testy? Jesteś pewna? Cały zestaw czy tylko wstępne oceny? Dobrze, już dobrze, słucham.

W pokoju zapadła cisza. Verity słyszała tylko cichy dźwięk głosu Caitlin podającego 

informacje,   ale   nie   rozumiała   poszczególnych   słów.   Po   kilku   minutach   Jonas   odłożył 

słuchawkę z krótkim „dzięki”.

Gdy słuchawka stuknęła o widełki, Verity spojrzała na Jonasa wyczekująco.

- No i co?

Usiadł na brzegu łóżka, dopisując coś jeszcze do notatek.

- W starych kartotekach pojawiło się tylko jedno nazwisko - Yarwooda. Poddawano 

go badaniom w laboratorium mniej więcej w tym samym czasie co mnie, chociaż nigdy go 

nie spotkałem.

- Yarwood ma  zdolności  parapsychiczne?  Prawdziwy talent?  - spytała  zaskoczona 

Verity.

Jonas pokręcił głową.

- Nie. Jednak był  całkowicie  przekonany,  że ma  zdolności,  ponieważ  kilkakrotnie 

żądał   przeprowadzenia   standardowych   testów.   Według   Caitlin,   pracownicy   laboratorium 

musieli  mu w  końcu powiedzieć,  że nie mają  zamiaru  tracić  więcej czasu na niego, bez 

względu na to, jak wiele wpłaca do kasy wydziału. Twierdził, że testy były sfałszowane. 

Wierzy we własny talent.

-  Wiele   osób,  które   interesują   się   parapsychologią,   wierzy   we  własne   zdolności   - 

powiedziała   wolno   Verity.   -   Kilka   zbiegów   okoliczności,   parę   snów,   które   można 

wytłumaczyć na kilka sposobów i proszę, są jasnowidzami.

- Yarwood zalicza się właśnie do tej kategorii. Przynajmniej tak napisano w raporcie z 

badań, który znalazła Caitlin. Kilka pomyślnych przepowiedni, niezła intuicja, bystry na tyle, 

żeby rozumowo wyciągać wnioski i wprawiać zwykłych ludzi w zdumienie, jak to zrobił. 

Przede   wszystkim   bardzo   pożyteczna   zdolność   przekonywania   innych,   że   wszystko,   co 

125

background image

powie,   potwierdza   jego   talenty   parapsychiczne.   Jednak   nie   mógł   oszukać   maszyn   ani 

uczonych z Vincent College. Natura obdarzyła Yarwooda wszystkimi zdolnościami bardzo 

utalentowanego oszusta, chociaż nie parapsychicznymi. Nie na tym jednak polega problem.

- A na czym?

Jonas podniósł głowę znad notatek. Miał zamyślone spojrzenie.

- Podobno w jednym z raportów jest zapisek, że Yarwood w pewnych określonych 

okolicznościach może być niebezpieczny.

- Niebezpieczny? Nie wierzę. To nie ten typ.

- W przeprowadzaniu testów w Vincent brało udział wielu psychologów - odparł Jonas 

wolno.   -   Pamiętam   ich.   Zawsze   szukali   nienormalnego   psychologicznego   wzorca,   aby 

porównać go z rozwojem paranormalnych zdolności. Mocno wierzono w teorię, że ludzie, 

którzy w badaniach wykazali zdolności parapsychiczne, w innych wykazywali odchylenia. 

Byłem żywym dowodem słuszności tej teorii.

- Bzdura. Jesteś całkowicie normalną osobą - natychmiast zaprzeczyła Verity.

Posłał jej krzywy uśmieszek.

- Uwielbiam w tobie to, że bez zastanowienia rzucasz się w mojej obronie wbrew 

wszelkim dowodom.

- Jakim dowodom? - spytała.

- O mało nie zabiłem niewinnego człowieka.

- Nie dlatego, że masz zaburzenia psychiczne – zaprzeczyła. - Tylko dlatego, że masz 

niezwykłe zdolności, a wówczas jeszcze nie nauczyłeś się ich kontrolować.

- Nie jestem pewien, czy psychiatrzy tak naciągnęliby analizę, ale dzięki za zaufanie. 

Skoro już mówimy o zaufaniu... Jeśli mi tak bardzo ufasz, to dlaczego nie zaryzykujesz i nie 

wyjdziesz za mnie za mąż?

Verity na chwilę zabrakło słów.

-   Rozmawiamy   o   Prestonie   Yarwoodzie   -   odezwała   się   w   końcu.   Ach   ten   Jonas. 

Potrafi myśleć tylko o jednym! Małżeństwo było ostatnią rzeczą, o której chciała mówić tego 

wieczora. Sprawa Yarwooda była dobrą wymówką do zmiany tematu. - Dlaczego pracownicy 

laboratorium sądzili, że jest niebezpieczny?

- Miało to coś wspólnego, cytuję, z „niezdolnością do pozbycia się obsesji”.

- Jednym słowem, naprawdę uwierzył w swój talent. Nie sądzę, aby to czyniło go 

groźnym.

- Może tak, może nie. - Jonas zamknął notatnik i odłożył na stolik. - Żałuję, że Caitlin 

nie znalazła żadnych danych o pozostałych.

126

background image

- Dlaczego? Czego szukasz?

-  Nie   jestem   pewien.   Mam  po   prostu  przeczucie,   że   powinienem   o   tych   ludziach 

więcej wiedzieć. - Milczał przez chwilę. - Pamiętasz, Warwickowie twierdzili, że Yarwood 

dowiedział się o moim istnieniu od redaktora tamtego czasopisma historycznego. Jednak jeśli 

Yarwood poddał się testom w Vincent College wówczas, gdy ja przechodziłem badania, mógł 

tam i wtedy o mnie usłyszeć. Dlaczego o tym nie wspomniał?

- Być może dlatego, że nie usłyszał wtedy o tobie - odpowiedziała Verity z łagodnym 

uśmiechem. - Może był tam, zanim zdobyłeś sławę.

- Tak, to możliwe.

- Czy to wszystkie informacje, jakie znalazła Caitlin?

- Wszystkie.

- Zatem - westchnęła - ruszam na koniec korytarza. Jeśli nie wrócę do rana, wyślij 

ekipę ratunkową.

- Verity?

- Słucham, Jonas? - Raz jeszcze odwróciła się przy drzwiach.

- Przemyśl to.

Na korytarzu panował mrok. Przypomniał jej tamtą noc, gdy wróciła do domku w 

Sequence Springs i zobaczyła, że nie pali się na ganku. Wspomnienie nie było przyjemne. 

Spod drzwi nie przebijało światło. Albo byli z Jonasem jedynymi gośćmi, albo pozostali udali 

się już na spoczynek. To dobrze, łazienka będzie wolna.

Verity mocniej otuliła się szlafrokiem i oparła na lasce. Uświadomiła sobie, że nie 

musi się już tak bardzo podpierać. Kostka prawie nie bolała. Przypomniała sobie Olivera 

Crumpa, okład i kryształ. Oczywiście, lekko skręcone kostki zwykle szybko się goją. Nie było 

powodu przypisywania szybkiego wyzdrowienia jego umiejętnościom.

Na końcu korytarza  padało  przez  okno z ulicy dość  światła,  by Verity dostrzegła 

napisy na drzwiach: PANIE i PANOWIE. W dzieciństwie i wczesnej młodości mieszkała w 

wielu miejscach, gdzie nie zawracano sobie głowy takimi drobiazgami.

Wciąż pamiętała jedno nieprzyjemne spotkanie z pewnym pijakiem, który wiele lat 

temu wszedł za nią do łazienki na końcu korytarza. Ojciec usłyszał jej krzyki i natychmiast 

przybiegł.   Pijaka   od   zatłuczenia   na   śmierć   uratowało   przybycie   kilkunastu   mieszkańców 

domu. Odciągnęli Emersona od tamtego nie ze współczucia dla pijaka, ale z sympatii do 

Amesa, którego wszyscy lubili i nie chcieli, aby go posadzono w więzieniu za morderstwo.

Verity doszła do wniosku, że nie ma  miłych  wspomnień  z miejsc,  gdzie łazienka 

mieści się na końcu korytarza. Wolała apartament w Hiltonie lub Sheratonie!

127

background image

Otworzyła drzwi od damskiej łazienki i odkryła, że tu też nie ma światła. Zaczęła się 

denerwować, ogarnął ją gniew. Tego już za wiele! Za tę cenę należało im się przyzwoite 

oświetlenie w łazience. Obudzi kierownika. Zdecydowana go odszukać zaczęła wycofywać 

się z toalety.

Wyczuła   obecność   mężczyzny   za   swoimi   plecami   na   ułamek   sekundy   przedtem, 

zanim ramię w grubym wełnianym swetrze zacisnęło się na jej gardle. Wełna lekko pachniała 

dymem.   Ze   strachu   krew   popłynęła   jej   szybciej   w   żyłach.   Otworzyła   usta,   aby   zacząć 

krzyczeć, lecz wołanie zdusiła gorąca, wilgotna dłoń.

Verity   zaczęła   rozpaczliwie   walczyć,   rzucać   się   na   wszystkie   strony.   Nadaremny 

wysiłek - mężczyzna był o wiele od niej silniejszy. Szybko dał sobie z nią radę. Wyciągnął ją 

na korytarz i ciągnął prawdopodobnie w kierunku schodów. Gdy zaczepiła nogą o drzwi, 

gwałtowny   ból   przeszył   skręconą   kostkę.   Verity   instynktownie   zacisnęła   palce   na   rączce 

laski.

Laska!

Bez zastanowienia machnęła ciężką, drewnianą laską, nie wybierając celu. Uderzyła 

swego prześladowcę w nogę i usłyszała gwałtowne wciągnięcie powietrza. Ręka napastnika 

zacisnęła się brutalnie na gardle Verity, dusząc ją.

Szarpnęła laską do tyłu, celując we wrażliwe miejsce. Koniec laski dosięgnął celu. 

Usłyszała, że się krztusi. Zanim się pozbierał, ugodziła go znowu, mając nadzieję, że trafi w 

pachwinę.

- Suka! - Wypowiedział to słowo z nienawiścią, ale prawie niesłyszalnie. Puścił Verity 

i przykucnął zwijając się z bólu.

Verity   natychmiast   zamachnęła   się   laską,   tym   razem   celując   w   głowę.   Osobnik 

uskoczył i ruszył na oślep w dół schodów.

Verity krzyczała, ile sił w płucach, mimo że prześladowca biegiem dotarł do holu.

- Jonas! Jonas!

Na   końcu   korytarza   z   hukiem   otworzyły   się   drzwi   -   to   Jonas   pędził   do   niej. 

Zauważyła, że nie zatrzymał się po drodze, żeby włożyć spodnie. Smukłe, muskularne ciało 

lśniło jak u nagiego wojownika. Brakowało mu tylko miecza i tarczy.

- Verity, co się stało? Co u diabła dzieje się ze światłem? - Wyciągnął do niej ramiona 

i przytulił mocno do siebie. - Nic ci nie jest? Co się stało?

- Schody - krzyknęła. - Uciekł tylnymi schodami. Rzucił się na mnie w łazience. Miał 

coś na głowie, chyba pończochę. Wełniany sweter.

- Cholera! Dobrze się czujesz?

128

background image

- Dobrze. - Trzęsła się, ale nic jej się nie stało. - On ucieka, Jonas, kimkolwiek jest. - 

Wysunęła się z objęć Jonasa i pośpieszyła  do okna. Gdy wyjrzała w ciemność ulicy,  nie 

zobaczyła nikogo.

- Prawdopodobnie już dawno gdzieś się schował, ale sprawdzę.

Jonas pobiegł z powrotem do pokoju i po chwili pojawił się w drzwiach w spodniach i 

butach. Ruszył w dół po schodach, przeskakując po dwa, trzy stopnie i niemal wpadł na 

kierownika i jego żonę.

- Co tu się dzieje? - zażądała wyjaśnień zatroskana żona kierownika. - Tyle hałasu. 

Czy wszystko jest w porządku?

- Nie, nie w porządku - rzucił przez ramię Jonas, mijając ich szybko. - Jakiś żartowniś 

właśnie napadł na moją żonę. Spróbuję go znaleźć. Wezwijcie policję.

Kobieta   wpatrywała   się   zdezorientowana   w   Verity,   jej   mąż   tymczasem   włączył 

światło na schodach.

- Bardzo przepraszam, moja droga. Nie wiedziałam, że państwo są małżeństwem.

- Drobne nieporozumienie - wymruczała Verity, nie starając się wyjaśnić, kto kogo nie 

zrozumiał.

T

en wypadek - powiedziała Verity ponurym tonem w godzinę później - przypomina 

mi wydarzenia tamtej nocy w Sequence Springs. Tym razem byłam uzbrojona. - Pomachała z 

entuzjazmem laską. - I nie zwichnęłam kostki jak poprzednio. Wdzięczna jestem opatrzności 

za te dobrodziejstwa. Boże, jak ja nienawidzę takich pensjonatów z łazienkami  na końcu 

korytarza. Możesz lubić oryginalność i przytulność. Ja opowiadam się za luksusem i wygodą.

- Piekielnie żałuję, że nie dostało mi się w ręce to bydlę. - Jonas krążył po małym 

pokoiku, w tę i z powrotem, zatrzymując się przy oknie. Ze złością zwichrzył palcami włosy. 

Nie znalazł napastnika w wełnianym swetrze. Kimkolwiek był, zniknął w zimnej, deszczowej 

nocy.

Policjanci byli uprzejmi i rzeczowi. Zapewnili Verity i Jonasa, że sprawdzą pasażerów 

na promach  i będą mieli  oczy otwarte przy patrolowaniu  wyspy.  Uważali,  że mają duże 

szanse znaleźć winnego. Mieszkała tu niewielka społeczność, rzadko trafiali się obcy. Jeśli 

ten   facet   nie   miał   własnej   łodzi,   musiał   wsiąść   na   prom.   Oczywiście,   zawsze   istniała 

możliwość, że napastnik pochodził stąd. Policjanci niechętnie przyznali, że podobny wypadek 

miał miejsce w zeszłym miesiącu. Po drugiej stronie wyspy w uzdrowisku została zgwałcona 

turystka i do tej pory nie znaleziono sprawcy.

129

background image

-   Więc   macie   tu   jakiegoś   bujającego   na   wolności   faceta,   który   lubi   napadać   na 

turystki? - spytał gniewnie Jonas.

- Tego nie powiedziałem, proszę pana - odpowiedział bardzo uprzejmie policjant. - 

Powiedziałem tylko, że w uzdrowisku w zeszłym miesiącu wydarzył się podobny wypadek. 

Nie   można   wykluczyć,   że   obie   sprawy   są   ze   sobą   związane.   Na   razie   tylko   tyle   mogę 

powiedzieć. Zajmiemy się tą sprawą.

- Lepiej to zróbcie - burknął Jonas patrząc na nich groźnie. Verity wiedziała, że jest 

zły na siebie, bo nie złapał jej prześladowcy.

- Nie powinienem był ci pozwolić iść samej do łazienki - stwierdził. - Trzeba było cię 

odprowadzić.

- Nie bądź dla siebie zbyt surowy, Jonas. Kto mógł się domyślić, że na korytarzu grozi 

mi   jakieś   niebezpieczeństwo?   Po   prostu   przez   przypadek   znalazłam   się   w   niewłaściwym 

miejscu o niewłaściwej porze.

- To już drugi raz w ciągu ostatnich kilku dni, gdy byłaś w niewłaściwym miejscu o 

niewłaściwej porze - wtrącił Jonas z gniewnym błyskiem oczu. - Jak to się dzieje, że masz 

ostatnio takiego pecha?

Verity bezwiednie dotknęła wciąż jeszcze płaskiego brzucha.

- Dobre pytanie.

Jonas  przemierzył  pokój dwoma  skokami.  Przykucnął  przy jej krześle i ujął ją za 

przeguby obu dłoni.

- Na miłość boską, Verity. Nie mówiłem o dziecku.

Ze zdumieniem uniosła brwi.

- Ani ja.

Dopiero po chwili uświadomiła sobie, z czym musiał mu się skojarzyć jej obronny 

gest.

- Kochanie, wiem, jakim wstrząsem musiało być dla ciebie odkrycie, że spodziewasz 

się dziecka, ale wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. Oboje umiemy się dostosować. Damy 

sobie radę.

- Jedno z nas nie ma wyboru. Musi dać sobie radę - stwierdziła z ironią.

- Oboje damy sobie radę - powiedział stanowczo. - Verity, oboje w tym siedzimy, ty i 

ja. Nie zapominaj.

Dotknęła   zaciśniętej   szczęki   Jonasa   i   pomyślała,   że   jest   ojcem   jej   dziecka. 

Przypomniało jej się, jaka była pewna, że chce tego, co robi, tamtej nocy, gdy pierwszy raz 

poszła z nim do łóżka.

130

background image

Już wtedy wiedziała, że czekają ją problemy i ciągła niepewność, ponieważ z wielu 

oczywistych   powodów   Jonas   nie   był   dla   niej   odpowiednim   mężczyzną.   Jednak, 

paradoksalnie, gdzieś w głębi duszy była przekonana, że Jonas jest właśnie tym jedynym, na 

którego czekała całe życie, i że nikogo innego nie wybrałaby na ojca swego dziecka.

- Dobrze, Jonas, nie zapomnę.

Objął ją ramionami i tuląc ostrożnie, usiadł na brzegu łóżka.

- Naprawdę dobrze się czujesz? Nic ci ten drań nie zrobił?

- Uwierz mi, że wyrządziłam mu większą krzywdę niż on mnie. Ja i moja wierna 

laska.

- Jak mogłaś wpaść w takie tarapaty idąc do łazienki na końcu korytarza?

- Kłopoty to moja specjalność.

M

żyło, gdy Jonas i Verity następnego ranka pożegnali Latarnię Morską. Buroszare 

chmury   rozciągały   się   aż   po   horyzont   zapowiadając   deszcz   w   dającej   się   przewidzieć 

przyszłości.

- Kiedy brałaś prysznic, złapałem w radio prognozę pogody - powiedział Jonas, gdy 

przemierzali miasto w kierunku portu. - Z Pacyfiku nadciąga sztorm.

- Mam nadzieję, że willa jest wodoodporna. - Verity zatrzymała się przed witryną 

małego sklepu spożywczego. - Kupię trochę warzyw. Kończą się zapasy w spiżarni Maggie 

Frampton.

- Nie chcę, żebyś zgłaszała się na ochotnika na szefa kuchni dla tej bandy - odparł 

Jonas z surową miną. - Mamy być ekspertami, nie pomocą domową.

-  Tak,   ale   chyba   musimy   coś   jeść,  prawda?   Chcesz   przez   cały   tydzień   żywić   się 

tłuczonymi kartoflami? Po prostu kupię kilka rzeczy. To potrwa chwilkę.

Jonas spojrzał w głąb ulicy.

- Dobrze, spotkamy się tutaj za dwadzieścia minut.

- Dokąd idziesz?

- Zobaczę, czy nie ma tu gdzieś kiosku z gazetami.

Verity popatrzyła  na niego podejrzliwie.  Przysięgłaby,  że zmyślił  tę wymówkę  na 

poczekaniu.

- Kiosk z gazetami?

- Wrócę za kilka minut.

Podał jej parasol i ruszył przed siebie szybkim krokiem.

131

background image

Verity stała pod osłoną parasola i odprowadzała go spojrzeniem. Podobał jej się w 

nowej kurtce obszytej futerkiem, Jonas podobał się jej niemal we wszystkim. A także bez 

niczego. Weszła do sklepu uśmiechając się do siebie.

Dwadzieścia minut później czekała na Jonasa pod markizą sklepową. U jej stóp stały 

trzy duże siatki. Jonas minął róg, rzucił jedno spojrzenie i jęknął.

- Kto ma taszczyć do łodzi te wszystkie pakunki i moją torbę na dodatek?

- Ależ, Jonas, nie marudź. Jestem pewna, że sobie poradzimy. Proszę, weź swoją torbę 

i jedną siatkę. Ja wezmę resztą zakupów.

- A co z twoją laską?

Verity wetknęła laskę pod pachę.

- Już nie jest mi potrzebna - odparła, uświadamiając sobie, że mówi prawdę. - Kostka 

jest jeszcze trochę opuchnięta, ale nic więcej. Chyba pomógł okład Olivera Crumpa. A może 

to wpływ kryształu.

-   Uważam,   że   twoja   noga   sama   się   wyleczyła   -   mruknął   Jonas,   biorąc   siatkę   z 

warzywami. - Nie trzeba szukać żadnych parapsychicznych przyczyn. Uważaj, jak idziesz.

- Nie lubisz Olivera?

- Chyba jest w porządku. Jeszcze jeden dziwak.

Verity zachichotała.

- Sam masz niezwykły psychiczny talent i masz odwagę nazywać go dziwakiem?

Przez chwilę nie odpowiadał.

- Chodzi chyba o to, że nie uważam swojego talentu za dziwaczny. Jest częścią mnie, 

jak wzrok, słuch czy dotyk. Po prostu szósty zmysł. Przez większą część dorosłego życia 

wpędzał mnie w kłopoty. Czasami myślałem, że doprowadzi mnie do szaleństwa, ale nigdy 

nie wydawał  mi  się dziwny czy obcy.  Jest częścią  mnie  - powtórzył.  Zawahał  się przez 

chwilę, potem dodał. - Tak jak ty.

- Ja?

-   Tak,   ty   -   odparł   z   uśmiechem.   -   Sprawiasz   mi   mnóstwo   kłopotów,   czasami 

doprowadzasz do szaleństwa, ale tkwię przy tobie. Jesteś częścią mnie. Proszę. - Żonglował 

przez chwilę siatkami i brezentową torbą, aż z kieszeni kurtki wyłowił małą, białą paczuszkę. 

- To dla ciebie.

- Prezent? Dla mnie? - spytała zaskoczona Verity i wzięła od Jonasa paczuszkę. Na 

wierzchu   znajdował   się   znak   firmowy   sklepu,   w   którym   widzieli   płomiennoczerwone 

kolczyki. Od razu wiedziała, co znajdzie w środku. - Och, Jonas, jaki jesteś słodki. Dziękuję. - 

132

background image

Rozdarła papier i otworzyła pudełeczko. Zajrzała ciekawie do środka. Zamigotały płomienie 

kamieni. - Są takie piękne! Najpiękniejsze!

- Nie były zbyt kosztowne - przyznał niechętnie Jonas. - Jesteś pewna, że właśnie o 

nie ci chodziło?

- Jak najpewniejsza. Bajeczne. Dziękuję, Jonasie. - Verity stanęła na palcach i jakoś 

udało jej się musnąć wargami jego policzek, choć przeszkadzały jej w tym siatki z zakupami. 

- Wzruszyłam się, naprawdę. To takie miłe, że rano jeszcze o tym pamiętałeś.

- Nie mam przekonania co do koloru tych kolczyków - dodał Jonas, gdy ponownie 

ruszyli w kierunku portu. - Nadal mi się wydaje, że ładniej byłoby ci w czymś dobranym do 

twoich oczu.

- Chcę mieć właśnie takie. - Wsunęła pudełeczko do kieszeni. Nie mogła się doczekać 

chwili, kiedy je założy. - Są takie jak trzeba.

- W takim razie - powiedział miękko Jonas - traktuj je jako prezent zaręczynowy.

Verity szarpnęła gwałtownie głową w bok.

- Nie możesz tego zrobić.

- Czego nie mogę zrobić? - spytał niewinnie.

- Nie możesz ofiarować prezentu z... łączącym się z nim zobowiązaniem.

- Verity - odparł ze znużeniem - jesteś już dość dorosła, aby wiedzieć, że wszystko w 

życiu łączy się z zobowiązaniami. Poza tym jesteś na tyle bystra, by wiedzieć, że będę się 

starał narzucić ci tyle zobowiązań, ile będę mógł. Chcesz mieć te kolczyki?

- Wiesz, że tak - wymruczała, ściskając w palcach pudełeczko. Pragnęła ich z całego 

serca, bardziej  niż wtedy,  gdy po raz pierwszy dostrzegła je na wystawie. Przecież  teraz 

należały do niej.

- Zatem przyjmij je i łączące się z nimi zobowiązania.

- Nie muszę ich przyjmować na twoich warunkach.

- Nie masz wyboru. Byłbym wdzięczny, gdybyś przestała jęczeć. Jęczące kobiety są 

wyjątkowo irytujące.

- Będę jęczeć tak długo, jak mi się spodoba. Ciężarne kobiety mają prawo jęczeć. - 

Była to cięta odpowiedź, ale brakowało jej dowcipu, jednak Verity nic innego nie przyszło do 

głowy.   Nie   miała   zamiaru   zwracać   kolczyków.   Jonas   mógł   łączyć   z   tym   prezentem   tyle 

zobowiązań, ile mu się podoba. Nie musiała ich akceptować wraz z klejnotami.

- Właśnie to u ciebie lubię, kochanie. Zawsze walczysz do końca.

- Nie przeciągaj struny, Quarrel.

- Staram się.

133

background image

C

zterdzieści   minut   po   wypłynięciu   z   portu   Jonas   przycumował   motorówkę   w 

zatoczce   w   pobliżu   willi.   Gdy   wspinali   się   ścieżką   ku   starej   fortecy,   goniły   ich   ostre 

podmuchy zbliżającego się sztormu. Doug Warwick czekał na nich u drzwi.

- Cieszę się, że zdążyliście przed sztormem - powiedział, zabierając z rąk Verity siatki 

z zakupami. - W przeciwnym  razie musielibyście siedzieć w mieście do jutra. Wolałbym 

niepotrzebnie nie tracić więcej czasu w tym tygodniu. Dowiedziałeś się czegoś interesującego 

ze swoich źródeł?

Ku zadowoleniu Verity Jonas nie obraził się na uwagę Douga o stracie czasu.

- Sprawdziłem kilka szczegółów - odpowiedział spokojnie.- A jak tutaj?

- Chyba rozpoczyna się ostry atak nudy - odparł Doug z kwaśną miną. - Piekielnie 

żałuję, że Elyssa zaprosiła Crumpa, Spencera i Yarwooda. Wszyscy od wczoraj siedzimy w 

domu, bo padał deszcz, i chyba zaczynamy działać sobie na nerwy. Spencer cały czas próbuje 

sprowokować   Yarwooda,   a   Yarwood   i   Elyssa   się   kłócą.   Crump   tylko   czyta   rozprawy   o 

ziołach leczniczych lub wałęsa po korytarzach. Jeśli chcecie znać prawdę, to ten facet wydaje 

mi się trochę dziwny. Denerwuje mnie. Z radością przywitam koniec tego tygodnia. Jaki 

będzie następny etap wielkich poszukiwań skarbu?

- Chyba zachodnie skrzydło - odparł Jonas i przeszedłszy na ton wykładowcy zaczął 

rozprawiać o wpływie Leonarda da Vinci na architekturę Mediolanu oraz opisywać ślady tego 

wpływu, które można dostrzec w zachodnim skrzydle.

- Nie wiedziałam, że Leonardo da Vinci w ogóle coś wybudował - wtrąciła Verity ze 

zdumieniem.

Jonas przyglądał się jej z prawdziwą wyższością uczonego.

- O ile wiemy, rzeczywiście nic nie zbudował. Jednak pozostawił wiele teoretycznych 

szkiców, które wywarły wpływ na Bramantego i innych.

-   Och,   rozumiem.   -   Urażona   jego   protekcjonalnym   tonem,   ruszyła   szybko   po 

schodach. Kiedy zerknęła przez ramię za siebie, dojrzała w oczach Jonasa podejrzany błysk 

rozbawienia. Ten człowiek potrafił wykorzystać nawet swoje uniwersyteckie wykształcenie, 

kiedy chciał zapanować nad sytuacją, odkryła ze złością.

W sypialni panowało zimno, tak jak w pozostałych pokojach pełnej przeciągów willi, 

ale  przynajmniej  łazienka  była  blisko. Verity włączyła  mały grzejnik, wysuszyła  włosy i 

przebrała się w suche ubranie. Właśnie miała zejść na dół, żeby pomóc Maggie Frampton 

przy kolacji, gdy ktoś zapukał.

134

background image

Otworzyła  drzwi i zobaczyła  uśmiechniętą pogodnie Elyssę. Verity zmusiła się do 

uśmiechu.

- Dzień dobry, Elysso. Co mogę dla ciebie zrobić?

- Jonas z Dougiem i pozostali goście poszli oglądać zachodnie skrzydło. Pomyślałam, 

że to dobra okazja, abyśmy troszkę porozmawiały. Wydarzyło się coś bardzo ważnego.

Verity stłumiła niepokój.

- O czym chcesz ze mną rozmawiać, Elysso?

- Mogę wejść? - Elyssa wkroczyła do sypialni nie czekając na zaproszenie. Miała na 

sobie   białe   wełniane   spodnie   i   biały   sweter,   jasnopopielate   włosy   lśniły   w   świetle. 

Dzwoneczki   przy   kostkach   wesoło   zadźwięczały.   Verity   poczuła   się   jak   czupiradło   w 

dżinsach i flanelowej koszuli.

- Usiądź, proszę. - Verity nie przyszło do głowy, co innego mogłaby powiedzieć. W 

końcu Elyssa była klientką. - Teraz słucham, co mogę dla ciebie zrobić?

Elyssa usiadła obok okna. Splotła ręce tuż pod pełnymi piersiami i spojrzała na Verity 

z głębokim zrozumieniem.

- To będzie dla ciebie trudne, Verity, ale mam przeczucie, że zrozumiesz. Chciałabym 

z tobą porozmawiać o Jonasie.

Niepokój Verity wzrósł.

- O czym?

Elyssa   wyjrzała   przez   okno,   widocznie   zbierała   myśli.   Kiedy   ponownie   zwróciła 

spojrzenie   na   Verity,   jej   wielkie   oczy   lśniły   głęboką,   odwieczną   mądrością   lub   sztuczną 

pewnością siebie. Obie te miny były bardzo do siebie podobne.

-   Już   ci   mówiłam,   że   stałam   się   pośredniczką   dla   kapłanki   dawnego   obrządku   o 

imieniu Sarananta.

- Owszem - przytaknęła Verity próbując zachować obojętny, uprzejmy ton.

- Ostatnio mój kontakt z Saranantą bardzo się pogłębił. Dzisiaj ukazała mi się w wizji i 

powiedziała dokładnie, co powinnam zrobić. Mam wypełnić wielkie przeznaczenie, Verity. 

Zostanę matką wyjątkowo mądrego, niezwykle utalentowanego psychicznie dziecka.

Mimo niechęci do tej kobiety, Verity poczuła coś w rodzaju pokrewieństwa.

- Jesteś w ciąży?

- Jeszcze nie.

-   Rozumiem.   -   Uczucie   pokrewieństwa   natychmiast   zniknęło.   Verity   spróbowała 

zmienić taktykę. - Co właściwie robiła Sarananta? Jakie są obowiązki kapłanki w świątyni? 

Słyszałam dość dziwne historie o kobietach w starożytnych świątyniach.

135

background image

- Sarananta była kapłanką miłości.

- Miałam przeczucie, że właśnie takie było jej hmmm... powołanie.

Elyssa wyjaśniała łagodnie.

-  Była  wyższą  kapłanką,   służącą   bardzo  ważnej   bogini.  Zadaniem  Sarananty  było 

otrzymywanie darów miłości od mężczyzn, którzy przychodzili prosić boginię o łaskę...

- Innymi słowy, spała z każdym, kto pokazał się w świątyni z odpowiednią ilością 

gotówki? - przetłumaczyła Verity.

- Kpisz ze mnie, ale jestem na to przygotowana. Taki już jest los pośrednika, że musi 

znosić sceptycyzm  i kpinę. Jednak dziś Sarananta odkryła  przede mną  głęboką prawdę o 

moich związkach z nią. To zmieni całe moje życie, Verity.

- Co to za głęboka prawda?

- Jestem nią, a ona mną. - Oczy Elyssy lśniły z emocji. - Rozumiesz? Byłam Saranantą 

w moim dawnym wcieleniu. Teraz przybyła, aby mi oznajmić, że muszę wypełnić takie samo 

przeznaczenie w tym życiu, jakie wypełniłam w poprzednim w Utilanie.

- Chce, żebyś została prostytutką? Mam dla ciebie nowiny, Elysso. Być może była to 

wielka kariera dwadzieścia tysięcy lat temu, ale dzisiaj uważa się, że jest bez przyszłości. Nie 

zapewnia   emerytury,   nie   dają   zwolnień   lekarskich   i   są   bardzo   ograniczone   możliwości 

awansu.

- Verity, spróbuj zrozumieć. To nie jest kwestia prostytucji czy żądzy. Jedynie miłości 

bez   więzi;   miłości   nie   ograniczonej   okolicznościami   czy   śmieszną   dwudziestowieczną 

moralnością.   Moim   przeznaczeniem   jest   obcowanie   z   mężczyzną,   który   jest   moim 

prawdziwym towarzyszem. Będę szczera, Verity. Rozmawiam z tobą jak kobieta z kobietą. 

Sarananta odkryła mi, że to Jonas Quarrel jest moim towarzyszem. To on musi zasiać nasienie 

w moim łonie; musi ono wzejść i zaowocować we mnie.

-   Jonas?   Chcesz...   hmmm...   nasienia   Jonasa?   -   z   trudem   wykrztusiła   Verity. 

Bezczelność tej kobiety nie miała granic. - Chyba powinnam cię uprzedzić, że Jonas już 

wykonał prace ogrodnicze w takim zakresie, w jakim dał radę.

Elyssa zignorowała jej uwagę.

- Jestem tu, aby cię prosić, żebyś mi go pożyczyła.

136

background image

Rozdział jedenasty

E

lysso   -   Verity   ostrożnie   dobierała   słowa,   starając   się   pamiętać,   że   rozmawia   z 

klientką. - Bardzo mi przykro, że muszę ci to powiedzieć, ale czasy się zmieniły. Obawiam 

się, że już nie dla Jonasa miłosne dary czy zaaprobowane przez guru obcowanie z kobietą.

-   Rozumiem,   że   to,   co   usłyszałaś,   wywołało   u   ciebie   wstrząs   -   łagodnie   odparła 

Elyssa. - Jednak wyczuwam, że jesteś bardzo mądra i pełna zrozumienia. Uważam cię za 

siostrę,   oświeconą   siostrę.   Kiedy   to   przemyślisz,   dojdziesz   do   wniosku,   że   połączenie   z 

Jonasem było nam pisane. Wypełniam jedynie rozkazy mojej astralnej mocy. Sprzeciwianie 

im mogłoby się źle skończyć dla nas wszystkich.

- Jonas już ci przecież mówił, że nie sądzi, by miał jakieś talenty parapsychiczne   - 

wtrąciła szybko Verity.

Elyssa pokręciła głową z uśmiechem.

- Wiem na pewno, że je ma i to bardzo silne, chociaż postanowił temu zaprzeczać. 

Preston wszystko mi o nim opowiedział.

Verity niespokojnie pochyliła się do przodu.

- Doprawdy? Co właściwie Preston Yarwood wie o Jonasie?

- Powiedział mi, że Jonas był kiedyś badany w Vincent College i nie stanowiło to 

żadnej   tajemnicy,   że   pracownicy   laboratorium   uważali   go   za   obdarzonego   wyjątkowymi 

zdolnościami - bez oporu zaczęła mówić Elyssa. - Preston nic o tym nie wspomniał Jonasowi 

ani innym, ponieważ to oczywiste, że Jonas woli zachować tajemnicę. Trudno go za to winić. 

Natręctwo   otoczenia   może   być   bardzo   przykre   dla   osoby   naprawdę   uzdolnionej.   Preston 

szanuje jego pragnienie utrzymania sekretu.

- Poczekaj chwilkę - przerwała Verity, próbując dociec prawdy o udziale Prestona 

Yarwooda w ściągnięciu Jonasa do willi. - Preston twierdził, że odnalazł Jonasa, ponieważ 

nawiązał kontakt z redaktorem ze „Studiów Historycznych Odrodzenia”.

Elyssa skinęła głową i machnęła ręką ze zniecierpliwieniem.

-   Wszystko   się   zgadza.   Jednak   kiedy   redaktor   wymienił   kilku   specjalistów   w   tej 

dziedzinie,   a   wśród   nich   Jonasa,   Preston   rozpoznał   jego   nazwisko   i   dlatego   go   wybrał. 

Zgodziliśmy się, że powinniśmy poprosić Douga, aby wynajął eksperta od renesansu, który 

przy   okazji   ma   zdolności   parapsychiczne.   Douga   nic   nie   obchodziły   zdolności 

137

background image

parapsychiczne, chciał mieć tylko eksperta od historii. Jednak mnie i Prestonowi zależało na 

uzyskaniu pomocy kogoś naprawdę utalentowanego. Jonas jest idealny dla nas wszystkich. 

Kiedy Sarananta go ujrzała, natychmiast rozpoznała w nim mego prawdziwego towarzysza. 

Czy teraz widzisz, jak wszystko się łączy w doskonałą całość? Harmonia życia zapiera dech 

w piersiach, jeśli pozwoli się siłom natury pobiec ich własną drogą, prawda?

- Przyznaję, że dech w piersi zapiera mi bezczelność niektórych osób.

- Czujesz się urażona, ponieważ w ten sposób się do ciebie zwróciłam? Chciałam być 

tylko   wobec   ciebie   uczciwa,   siostro.   Ufam,   że   potrafię   sprawić,   abyś   zrozumiała   moją 

sytuację.   Masz   otwarty   umysł   i   sama   szukasz   prawdy.   Zapewniam   cię,   że   nie   stanowię 

żadnego zagrożenia dla twojego związku z Jonasem.

- Chcesz go sobie po prostu pożyczyć na chwilę, czy tak?

- Właśnie - przytaknęła Elyssa z uśmiechem szczęścia. - Stworzymy z Jonasem piękne 

dziecko, dziecko o olbrzymich możliwościach. Chyba nie odmówisz światu takiej ludzkiej 

istoty, prawda?

- Och, sama nie wiem. Świat jakoś obchodził się do tej pory bez takiej istoty. - Verity 

usiadła   wygodnie   i   wyciągnęła   przed   siebie   nogi.   -   Powiedz   mi,   co   się   wydarzyło,   gdy 

Prestona badano w laboratorium w Vincent College.

Na gładkim czole Elyssy pojawiła się zmarszczka.

-   Wyposażenie   badawcze   laboratorium   nie   było   wystarczająco   nowoczesne,   aby 

określić jego szczególny psychiczny dar.

- Zatem  dlaczego  sądzisz, że to samo  wyposażenie  było  na tyle  nowoczesne, aby 

właściwie   ocenić   zdolności   Jonasa?   Może   prowadzący   badania   pomylili   się   tak   jak   w 

przypadku Prestona. Jonas twierdzi, że nie ma zdolności. Chyba zna siebie najlepiej.

- Jestem pewna, że Preston nie pomylił się co do Jonasa. Preston przez kilka wcieleń 

wykształcił w sobie niezwykłą intuicję. Bardzo dokładną.

- Rozumiem. - Verity oparła ręce na poręczach fotela i wstała. - Elysso, przykro mi, że 

muszę cię rozczarować, ale obawiam się, że Jonas nie byłby zbyt dobrym ogierem dla ciebie. 

Nie jest tym, za kogo go uważasz, poza tym nie mogę pozwolić ci pożyczyć go sobie. Jonas 

na swój sposób jest bardzo staroświecki. Nawet nie ośmieliłabym  się postawić go w tak 

krępującej sytuacji, wysyłając go do twojego łóżka. Poza tym... - Sytuacja zaczęła ją złościć. - 

Poza tym - z ręką na sercu - uważam, że powinnam cię ostrzec: jeśli spróbujesz go uwieść...

Przerwała, bo otworzyły się drzwi i Jonas z pogodną miną wszedł do pokoju.

- Verity, zastanawiałem się właśnie, gdzie jesteś. Co zrobiłaś z latarką? Nie ma jej w 

torbie, a przyda nam się w zachodnim skrzydle. Och, cześć, Elysso. Gawędzicie sobie?

138

background image

Elyssa wstała. Rzuciła Jonasowi uśmiech kapłanki świątyni.

- Witaj, Jonas. Rozmawiałyśmy z Verity jak kobieta z kobietą. Już skończyłyśmy. 

Wiem,   że   już   nic   więcej   nie   można   powiedzieć.   Do   widzenia,   Verity.   Proszę,   spróbuj 

otworzyć swój umysł i pozwól, aby poprowadziło cię twe wewnętrzne światło. To jedyna 

droga do osiągnięcia trwałego szczęścia i zadowolenia - powiedziała i wyszła z pokoju z 

uśmiechem przeznaczonym dla Jonasa.

- O czym ona, do diabła, mówiła? - zażądał wyjaśnień Jonas, gdy za Elyssa zamknęły 

się drzwi. - Co to była za pogawędka kobiety z kobietą?

- Dyskutowałyśmy o twoich możliwościach rozpłodowych.

- Ejże, do cholery. - Spojrzał na nią ze zdumieniem.

- Elyssa pragnie korzystać z twoich usług przez jakiś czas. Aż do zajścia w ciążę. - 

Verity   stłumiła   uśmiech.   Nigdy   nie   widziała   u   Jonasa   tak   oburzonej   miny.   -   Uważa,   że 

idealnie się do tego nadajesz. Chyba coś o tym wie. Widocznie spędziła jedno z poprzednich 

wcieleń biegając za spodniami i to wcielenie również zamierza spędzić w ten sam sposób. 

Pragnie cię, ale ponieważ jest szlachetną, szczerą, uczciwą ladacznicą, pomyślała, że najpierw 

wyjaśni sprawę ze mną.

- Po kolei. Poprosiła cię o pozwolenie, żeby się ze mną przespać? - Na wystających 

kościach policzkowych Jonasa pojawiły się ceglastoczerwone plamy. - Nie wierzę!

- Chyba jest to podejście Nowej Ery do kwestii braku mężczyzn.

- Verity, czy naprawdę chcesz mi powiedzieć, że siedziałaś sobie tutaj i spokojnie 

rozprawiałaś o tym z tą blond lalą?

Uśmiechnęła się spokojnie.

- Naturalnie. My, kobiety, umiemy nawiązać ze sobą kontakt.

- Jezu, po prostu nie mogę w to uwierzyć! - Jonas uderzył otwartą dłonią w ścianę. - 

No i co?

- Co, no i co? - spytała niewinnie.

- Co jej powiedziałaś, kiedy poprosiła o wypożyczenie mnie?

- Powiedziałam, że nie jesteś takim typem mężczyzny.

Jonas pochylił się nad Verity. Mina zdradzała, że jest o krok od ataku furii.

- Uważasz, że to wszystko jest bardzo śmieszne, prawda?

- Było  z czego się śmiać.  - Verity nie mogła  dłużej powstrzymać  chichotu. Oczy 

wypełnione   łzami   ze   śmiechu   napotkały   wściekłe   spojrzenie.   -   Zastanawiałam   się   nad 

wyznaniem jej, że już oddałeś mi wszystkie swoje siły rozrodcze i wątpię, czy jeszcze coś 

zostało, ale bałam się, że możesz się obrazić.

139

background image

- Powinienem przełożyć cię przez kolano. Do jasnej cholery, Verity, pewnego dnia 

posuniesz się za daleko.

- Obiecanki, cacanki - odparła, przedrzeźniając go.

- To tylko żart. Oto, czym wszystko jest dla ciebie. Głupim żartem. Jakaś kobieta 

mówi ci, że chce wskoczyć ze mną do łóżka i zrobić sobie dziecko, a ty się śmiejesz. Gdzie 

jest ta cholerna latarka?

W końcu do Verity dotarło, że Jonas nie widzi w tej sytuacji nic śmiesznego. Był 

rozżalony i dotknięty, jakby zraniło go, że nie jest o niego zazdrosna.

Otworzyła usta, chcąc mu wyjaśnić, że nie obawia się innych kobiet. Dla ich związku 

lękała się najbardziej nieznanych cech samego Jonasa, a nie tak prostego i bezpośredniego 

zagrożenia jak próbująca go uwieść kobieta. W niektórych sprawach ufała mu bez zastrzeżeń. 

Jonas nigdy nie zdradziłby jej za plecami. Jednak nie miała wątpliwości, że on w tej chwili 

nie jest w odpowiednim nastroju, aby dyskutować o ich związku.

- Latarka jest pod łóżkiem - powiedziała powoli Verity, odpowiadając na pytanie. - 

Nie miałam jej gdzie schować, jak pakowałam torbę. - Verity pochyliła się i wyciągnęła duży 

reflektor.

Jonas uniósł do góry błagalne spojrzenie.

- Czy schowałaś tam jeszcze jakieś inne moje rzeczy?

- Nie. Tylko to.

- Co za ulga.

Verity zignorowała jego sarkazm i powoli usiadła na łóżku. Nie wiedziała, jak ma go 

przeprosić,   że   nie   okazała   dość   zazdrości,   więc   postanowiła   zmienić   temat   na 

bezpieczniejszy.

- Wiesz  co, Jonas?  Elyssa  i Preston oboje wiedzą, że byłeś  testowany w Vincent 

College.   Preston   nic   o   tym   nikomu   nie   mówił.   Twierdzi,   że   szanuje   twoje   pragnienie 

zachowania   tajemnicy.   Powiedział   tylko   Elyssie,   dlatego   jest   taka   przekonana   o   twoich 

zdolnościach.

Jonas z pochmurną miną zerknął znad latarki, w której sprawdzał baterie.

- Ile wiedzą o tym, co zaszło w Vincent College? Dowiedziałaś się czegoś?

Pokręciła głową.

-   Nie,   ale   podejrzewam,   że   wiedzą   niewiele,   poza   tym,   że   potwierdzono   twoje 

zdolności parapsychiczne.  Prawdę mówiąc,  właśnie to tak interesuje panienkę Słoneczko. 

Chce współżyć z prawdziwym psychicznym. Może ogarnęły ją wątpliwości co do Prestona. 

140

background image

Jej mentorka - kapłanka świątyni - uważa, że twoje geny mogą dać niezwykle utalentowane 

potomstwo.

- Zwariowała.

- Elyssa? - Verity spojrzała na Jonasa ironicznie. - Uważam, że Elyssa za bardzo się 

daje   porwać   entuzjazmowi.   Właśnie   dlatego   nie   zrobiłam   sceny.   Właściwie   jest   całkiem 

niegroźna no i to klientka, więc ja...

- Daj spokój. Muszę wracać do pracy. Warwick płaci mi za szczegółowe zbadanie tej 

nory, a czas ucieka. Do zobaczenia na kolacji.

Gdy   wyszedł   z   pokoju,   Verity   westchnęła.   Siedziała   wpatrując   się   bezmyślnie   w 

zakurzony   obraz   na   ścianie   i   zastanawiała   się,   dlaczego   nie   wykazała   dość   zdrowego 

rozsądku, aby wywołać awanturę o inną kobietę polującą na Jonasa.

Jak  mogła   wytłumaczyć  Jonasowi,  że  nie   uważa  innych   kobiet   za  zagrożenie?  W 

porównaniu z prawdziwymi niebezpieczeństwami, które musiał pokonać ich związek, inne 

kobiety to była kaszka z mlekiem. Jonas, kochany, pomyślała ze smutkiem, nie wiesz, czym 

jest prawdziwy strach i zazdrość. Znam je dobrze, ale nie mają nic wspólnego z innymi 

kobietami.

Prawdziwy strach budził ją w środku nocy i zmuszał do rozmyślań, czy łącząca ich 

psychiczna więź to wszystko, co trzyma Jonasa u jej boku. Prawdziwa zazdrość nękała ją 

wizjami przyszłości, gdy ta więź się rozluźni, albo gdy Jonas odkryje, że już jej nie potrzebuje 

do kontrolowania swego talentu. Głęboko w sercu Verity krył się jeszcze jeden lęk. Jonas w 

pewien sposób przypominał ojca. Chodziło o tę część Jonasa, która łatwo poddawała się 

pokusie przygody i przemocy. Za każdym razem, gdy dostrzegała ślad tej strony jego natury, 

zaczynała się zastanawiać, jak długo jeszcze będzie mu wystarczało siedzenie w Sequence 

Springs przy niej i dziecku.

Inne kobiety? Nie, Verity mogła tylko wyśmiać takie zagrożenie. Istniały inne sprawy 

w ich związku, które wprawiały ją w panikę.

Jednak aż do tej pory nigdy nie przyszło jej do głowy, że Jonas też może się czegoś 

lękać. Po raz pierwszy jasno zobaczyła, że nie tylko ona potrzebuje pewności.

Tak bardzo pochłonęły ją własne obawy i lęki, że nie zdawała sobie sprawy, iż Jonas 

też się czegoś boi.

Po kilku minutach zastanawiania się nad tym odkryciem Verity przypomniała sobie o 

nowych kolczykach. Wstała i podeszła do toaletki, żeby je założyć. Kiedy znalazły się na 

miejscu, obróciła głowę w jedną, potem w drugą stronę, sprawdzając efekt.

141

background image

Jonas się mylił - niepotrzebne jej były kolczyki pasujące do koloru oczu. Te czerwone 

kryształy były idealne. Kiedy poruszała głową, tańczyły w ich wnętrzu ogniki.

W

szyscy stanowimy jedno w naszej wędrówce ku wyższym poziomom prawdy - z 

dziwną   intonacją   zaczął   Yarwood.   -   Nasza   połączona   energia   to   potężna   siła.   Wspólnie 

przekażemy ją kryształowi, gdzie zostanie dostrojona i wzmocniona, a potem nam zwrócona. 

Razem tego wieczora wyruszymy  w podróż w wyższy wymiar. Razem odnajdziemy stan 

odmiennej świadomości, w której bez trudu będziemy mogli pokonać ograniczenia zwykłej 

logiki oraz wykorzystać naszą intuicję, aby dotrzeć do nowych odpowiedzi. Razem, musimy 

działać razem.

W mrocznym ogrodzie bębnił deszcz. Verity słyszała odgłos kropli rozpryskujących 

się o szyby w salonie. Jej lewą dłoń ściskał mocno Jonas, a prawą lekko podtrzymywał Oliver

Crump. Zmrużyła oczy i szybko rozejrzała się po małym kółku ludzi siedzących na podłodze 

przed kominkiem.

W pokoju panował mrok, rozjaśniany jedynie blaskiem płomieni. Yarwood pogasił 

wszystkie   światła,   mówiąc,   że   w   ciemnościach   łatwiej   zharmonizować   różne   energie 

psychiczne. Na środku kręgu leżał duży różowy kryształ. Yarwood wyjaśnił im, że należy 

skupić   energię   psychiczną   na   kamieniu.   Wówczas   zgodnie   z   teorią   kryształ   powinien 

ukierunkować ją i wzmocnić.

Verity zauważyła, że Jonas ma otwarte oczy i znudzoną minę. Po długich naleganiach 

Elyssy z niechęcią dołączył do kółka. Spostrzegł spojrzenie Verity i błysnął uwodzicielskim 

uśmiechem.   Odpowiedziała   mu   smutną   minką.   Jak   mu   już   wcześniej   wyjaśniła,   należało 

spełniać zachcianki klienta.

- Wszyscy musimy się skupić - powiedział Yarwood z wyraźną przyganą w głosie.

Verity zrozumiała, że Preston musiał przyłapać ich na wymianie spojrzeń. Posłusznie 

zamknęła   oczy.   Yarwood   wrócił   do   wygłaszanej   monotonnym,   hipnotycznym   tonem 

deklamacji.

Jonas zaczął łaskotać środkowym palcem wnętrze dłoni Verity. Nie zwracała na to 

uwagi, póki mogła, ale po chwili już nie mogła wytrzymać. Zacisnęła palce i Jonas przerwał. 

Gdy tylko rozluźniła ostrzegawczy uścisk, zaczął znowu. Verity dotknęła go kolanem. Jonas 

łaskotanie zamienił w długie, delikatne pocieranie, bardzo podniecające. Palec Jonasa zsunął 

się powoli z dłoni na przegub i z powrotem w ruchu, który - jak wiedziała - naśladował seks.

142

background image

Aby go ukarać, Verity użyła paznokci, Jonas posłusznie zaprzestał drażnienia jej dłoni 

palcem, ale gdy tylko przestała wbijać mu paznokcie w dłoń, znowu zaczął.

Verity   rozpaczliwie   próbowała   skoncentrować   się   na   czym   innym.   Pomyślała   o 

legendarnym   skarbie,   wyobrażając   sobie   nieruchomą   wizję   renesansowego   mężczyzny 

siedzącego przy stole ze skrzynią pełną skarbów za plecami.

Nagle w jej myślach pojawił się błysk.

Zaskoczona, przestała się bawić z Jonasem. On też przerwał, jakby wyczuwając jej 

zdziwienie. Znowu pojawiło się uczucie migotania. Różowy kamień leżał w środku kręgu. 

Nie świecił, nie zmieniał barwy ani nie działo się z nim nic tajemniczego, jednak kolczyki 

Verity nagle się rozgrzały.

Przejęta zmarszczyła brwi i zamknęła oczy. Jej wyobraźnia ciężko pracowała. Preston 

Yarwood mówił cały czas, przynaglając wszystkich, aby się bardziej skoncentrowali. Verity 

wolałaby, żeby zamilkł. Poczuła nagłą potrzebę skupienia.

Migocący w jej myślach obraz zaczął nabierać kształtu. Siedziała nieruchomo, mocno 

ściskając rękę Jonasa.

Tym razem nie przypominało to wypraw z Jonasem do korytarza psychicznego. Było 

inaczej. W jej głowie pojawił się niewyraźny obraz, który nie miał nic wspólnego z tunelem 

czasu.

Wiedziała, że Jonas wyczuwa jej roztargnienie, bo mocno zacisnął palce na jej dłoni. 

drugiej strony Oliver Crump również zaczął mocniej ściskać jej rękę.

Verity   przyglądała   się   obrazowi.   Mroczny   pokój   z   kamienia.   Pod   ścianą 

zapomnianego pokoiku stała rzeźbiona skrzynia z czarnego drewna.

Nagle owionął ich zimny powiew. Ogień zamigotał i niemal zgasł.

- Maggie musiała gdzieś zostawić otwarte okno - odezwała się Elyssa. - Jak tu zimno.

Jej słowa zakłóciły skupienie. Obraz zniknął nagle z wyobraźni Verity, a kolczyki 

wystygły.  Siedzący z prawej strony Verity Oliver Crump  powoli uwolnił jej ręką. Kiedy 

otworzyła oczy, zobaczyła, że przygląda się jej z dziwnym wyrazem twarzy. Jonas ścisnął jej 

lewą dłoń tak mocno, że myślała, iż krew przestanie dopływać jej do palców.

- Sądzę, że wystarczy skupiania się na dziś wieczór - oznajmił Jonas wstając i ciągnąc 

Verity za sobą. - Już późno, idziemy spać. Dobranoc wszystkim.

- Idę z wami - poparł go Doug Warwick. - Żałuję, że nie ma tu telewizora.

- Przynajmniej mamy gorzałkę - wymruczał Slade, podchodząc do barku. Ukradkiem 

otworzył butelkę z lekarstwem. - Całkiem niezłą gorzałkę. - Popił tabletki haustem whisky.

143

background image

Verity   wcześniej   spostrzegła,   że   w   ciągu   ostatnich   dwudziestu   czterech   godzin 

powiększyły się siniaki Spencera. To całkiem normalne, że krwiak wygląda gorzej po dwóch, 

trzech dniach. Wykrzywiła twarz w uśmiechu, mówiąc mu dobranoc, z nadzieją, że nie myśli 

o telefonie do adwokata za każdym razem, gdy spojrzy w lustro.

- Każę Maggie znaleźć otwarte okno - wymruczała Elyssa, wychodząc z pokoju. - 

Naprawdę nie jest zbyt wykwalifikowaną gospodynią, prawda?

Preston poszedł za nią.

Oliver patrzył przez chwilę uważnie na Verity zza okrągłych okularów w drucianej 

oprawie.

- Dobranoc, Verity. Śpij dobrze.

- Chodźmy.  - Jonas pociągnął  Verity do drzwi, używając  więcej  siły,  niż było  to 

konieczne. Gdy tylko dotarli do sypialni, zapytał surowo: - Teraz mów, co tam się stało?

Uwolniła rękę z uścisku i usiadła.

- Nie jestem pewna - odpowiedziała szczerze. - Czy też to widziałeś?

- Co miałem widzieć?

- Obraz  pokoju. Pokoju z  kamiennymi  ścianami,  w  którym  stała  skrzynia.  Jestem 

gotowa przysiąc, że to ta sama skrzynia, którą widzieliśmy w wizji. Siedziałam tam w kręgu i 

myślałam o skarbie. Zastanawiałam się, gdzie może być, kiedy nagle ten obraz mrocznej 

komnaty wskoczył mi do głowy. Myślałam, że może też go widziałeś.

Jonas z pochmurną miną przemierzał niecierpliwie pokój, trąc energicznie kark.

- Tak naprawdę to nic nie czułem ani nie widziałem. Odniosłem tylko wrażenie, że 

nagle   znalazłaś   się   gdzie   indziej.   -   Rzucił   jej   ostre   spojrzenie.   -   Mam   nadzieję,   że   nie 

zaczniesz wierzyć w te bzdury o kryształach, energii astralnej i takich tam głupotach.

- Uwierzyłam w twoje parapsychiczne zdolności, prawda? - odcięła się Verity.

Zatrzymał się w połowie drogi przez pokój i spojrzał na nią surowo.

- To co innego.

- Rozumiem. Dziękuję ci, że mi to uświadomiłeś.

- Tak naprawdę to nie widziałaś żadnego obrazu pokoju, prawda? - zapytał.

- Widziałam.

- W wyobraźni.

- Możliwe. - Wzruszyła ramionami. - Albo wychwyciłam czyjeś myśli - powiedziała 

powoli, zastanawiając się nad Oliverem Crumpem. - Jonas, nie sądzisz, że w tej grupie ktoś 

może mieć prawdziwe zdolności parapsychiczne? Dzisiaj we dwójkę ze względu na klienta 

oddawaliśmy   się   zabawie,   ale   któreś   z   nich   naprawdę   usiłowało   przekazać   energię 

144

background image

kryształowi. A jeśli ktoś z nich naprawdę na coś trafił, a ja zobaczyłam tylko odblask, jak 

wtedy, gdy ty używasz swojej mocy?

- Nie mogę uwierzyć, że któryś z tych idiotów jest prawdziwym psychicznym - odparł 

zimno Jonas.

- To nie są idioci. Dwoje z nich to nasi klienci. Jeden z pozostałych to bardzo miły 

człowiek, badający zioła i kryształy, a jeszcze inny wierzy do tego stopnia w swoje zdolności,

że zapłacił za ich zbadanie.

- Yarwood - zastanawiał  się przez chwilę Jonas. - Nadal w to nie wierzę. Gdyby 

naprawdę   miał   jakiś   talent,   po   co   miałby   namawiać   Warwicków,   żeby   zapłacili   mi   za 

ekspertyzę willi? Mógł zrobić to sam.

- Doug chciał, żeby zrobił to ktoś z uniwersyteckim cenzusem, zapomniałeś? Poza tym 

Preston   nie   twierdzi,   że   ma   talent   do   psychometrii,   tylko   że   trochę   potrafi   przewidywać 

przyszłość.   To   nie   wystarczyłoby   przy   poszukiwaniu   skarbu,   nie   wspominając   już   o 

ekspertyzie willi. Elyssa i Preston czuli, że będziesz im potrzebny.

Jonas pokręcił głową.

- Nie wierzę, że Yarwood ma jakiekolwiek zdolności psychiczne. Ten człowiek to 

oszust, zwykły oszust.

- I to taki, który uwierzył w swoje kłamstwo.

- Tacy są najniebezpieczniejsi.

Verity spojrzała na Jonasa.

- Wchodzimy dziś w nocy w ukryty korytarz?

- Ja wchodzę na pewno, jednak sądzę, że ty powinnaś zostać.

- Już o tym rozmawialiśmy. Nalegam, bo musimy iść razem. Ostrzegam cię, że jeśli 

będę musiała, pójdę za tobą.

- Nie podoba mi się to - stwierdził, ale było widoczne, że nie ma zbyt wielkiej nadziei 

na przekonanie Verity, żeby została.

- Musimy oboje być bardzo ostrożni. - Wstała. - Jestem gotowa, jeśli i ty jesteś gotów.

- Verity...

Stała już przy gobelinie i odsuwała go na bok.

- Obawiam się, Jonas, że cię nie opuszczę.

- W zdrowiu i chorobie? - spytał cicho.

W jego złotych oczach zobaczyła napięcie.

Odwróciła nerwowo wzrok.

- Lepiej się pośpieszmy, jeśli chcemy się choć trochę dzisiaj przespać.

145

background image

- Tchórz - wymruczał. Podniósł latarkę i zapalił. - Stoisz dwa kroki za mną i nie 

dotykasz niczego, czego ja nie dotknąłem, ani nie wchodzisz nigdzie, gdzie mnie przedtem 

nie było.

- O tak, Wielki Psychiczny Łowco Nocy.

- Odezwij się tak raz jeszcze, to przywiążę cię do łóżka i zostawię, a sam obejrzę 

tunel.

Verity zamilkła i uśmiechnęła się najpiękniej, jak umiała. Jonas westchnął i wziął do 

ręki jej niepotrzebną już laskę. Zważył w ręku na próbę i wszedł do kamiennego korytarza.

- Nadal tu jest? - spytała Verity, wchodząc za Jonasem.

- Co nadal tu jest? - Jego głos wywołał ciche echo w korytarzu.

- Szkielet.

- Naturalnie, że wciąż tu jest. Jak sądzisz, dokąd mógł się udać?

Nie chciała zajrzeć za kamienne drzwi.

- Tylko pytałam. Do czego będzie ci potrzebna laska?

- Do szukania pułapek.

- Dobry pomysł.

- Dziękuję - odpowiedział z sarkazmem. - Nie wiem, na ile się przyda. Chyba będzie 

lepiej, jak będę polegał na swoich psychicznych zdolnościach i śladach stóp, które zostawił 

Digby czy jego kumpel. Nic nam nie grozi, jeśli będziemy szli tak jak inni.

Powoli przemierzali ukryty korytarz, podążając za odbitymi  w kurzu śladami stóp. 

Jonas prowadził; rzadko się odzywał.

Przez jakiś czas szli korytarzem skręcającym potem pod kątem prostym. Nagle Jonas 

zatrzymał się i ukucnął. Przyglądał się kilkunastu stopniom prowadzącym ostro w dół.

- Korytarz znajduje się nadal między ścianami i schodzi na niższe piętro. - Zerknął 

przez ramię. - Uważaj na tych stopniach. Są bardzo wąskie.

- Nie martw się, nie mam zamiaru raz jeszcze skręcić kostki. Czy ślady pochodzą 

właśnie z tego kierunku?

- Tak. Digby musiał chodzić tędy kilka razy. Wygląda na to, że ktoś inny też tu był. 

Trudno rozeznać się w tym kurzu, ale jestem gotów przysiąc, że tu widać dwa różne ślady 

stóp.

- Digby i ten, kto go zabił. - Verity zadrżała.

- Prawdopodobnie. - Jonas wyprostował się i ruszył po stopniach w dół. - Te schody 

chyba mijają pierwsze piętro. Wygląda na to, że idziemy dalej niż jeden poziom.

- Czy w renesansowych domach były piwnice?

146

background image

- W tym jest. Było to połączenie magazynu i lochów. Miałem zamiar sprawdzić ją 

jutro.

- Maggie Frampton wspomniała o sali tortur, prawda?

Schody prowadziły w nieskończoną ciemność. Promień latarki ją przecinał, ale nie 

muskał nawet większej części mroku. Verity powtarzała sobie, że nie cierpi na klaustrofobię i 

nie boi się ciemności. Jednak musiała przyznać, że coś wywoływało zimne dreszcze wzdłuż 

kręgosłupa.

Schody gwałtownie się skończyły. Jonas zatrzymał się na ostatnim stopniu i oświecił 

latarką nowy korytarz.

- Korytarz jest tak zaprojektowany, że może krążyć wokół całej willi - stwierdził z 

niezadowoleniem. - Możemy spędzić tygodnie na oglądaniu.

-   Nie   mamy   tygodni,   tylko   kilka   dni.   -   Verity   popatrzyła   na   niesamowite   cienie 

rzucane na ściany.  - Po co budować tajne przejście, które po prostu krąży wokół domu? 

Muszą być jeszcze inne wyjścia poza tym w naszej sypialni.

- Wygląda na to, że Digby lub jego przyjaciel znalazł tylko jedno - stwierdził Jonas, 

przyglądając się śladom odbitym w kurzu.

- O co ci chodzi? - Verity podeszła bliżej.

- Wygląda  na to, że jeden rodzaj śladów  wychodzi  prosto z tego odcinka ściany. 

Prawdopodobnie   są   tu   jeszcze   jedne   ukryte   drzwi.   Pozostałe   ślady   przychodzą   z   innego 

kierunku w tym cholernym korytarzu.

Jonas omiótł kamienne ściany światłem latarki.

-   Przy   odrobinie   szczęścia   zastosowano   tu   taki   sam   mechanizm,   jak   w   drzwiach 

otwierających się w naszym pokoju. Proszę bardzo - dodał z satysfakcją w głosie. - Jeszcze 

jeden dowód na renesansowe umiłowanie harmonii, proporcji i symetrii. Mechanizm w tych 

drzwiach znajduje się dokładnie w tym samym położeniu, co na drugim końcu korytarza. Stań 

z tyłu.

- Jonas, uważaj.

- Będę uważał, ale nie sądzę, żeby tutaj ukryto jakąś pułapkę. W tamtych drzwiach ich 

nie było. - Przesunął palcami między kamieniami, zatrzymując się w różnych miejscach, i 

delikatnie   naciskał.   Spotkała   go  w   końcu  nagroda,  gdy rozległ  się   niemal  ludzki  jęk.  W 

kamiennej ścianie pojawiła się rysa i powoli do środka uchyliły się ciężkie drzwi.

Verity gwałtownie wciągnęła  powietrze,  gdy Jonas oświetlił latarką  pomieszczenie 

przypominające komnatę strachu w muzeum figur woskowych.

- Czy to miłosne gniazdko Maggie i Digby'ego? - spytała oszołomiona Verity.

147

background image

- A ty mi mówisz, że lubię wynaturzony seks - zakpił Jonas, wchodząc do pokoju. 

Wypełniały go groźnie wyglądające maszyny, łańcuchy, kajdany i inne podobne narzędzia 

zadawania bólu. Skierował promień latarki na ścianę. - Ładna kolekcja biczy.

- Jonas, jak możesz znieść to miejsce? - spytała Verity, wchodząc powoli za nim. - 

Jeśli te straszne przedmioty naprawdę pochodzą z renesansu, muszą  wywoływać  straszne 

wibracje.

- Nic nie  czuję  - odparł pogodnie  Jonas. Dotknął  zwisającego ze  ściany długiego 

łańcucha zakończonego kajdanami. - Nic a nic. - Obrócił kajdanki i przyjrzał się im dokładnie

w świetle latarki. Nagle zachichotał.

- Zauważyłeś coś śmiesznego? - spytała Verity.

- Wyprodukowano je w Hongkongu. Następne fałszywe  antyki,  kochanie. Tak jak 

meble w pensjonacie.

- Och, co za ulga. - Verity rozejrzała się z dezaprobatą. - Jak można zbierać fałszywe 

antyki  tego  rodzaju?  To  niesmaczne.   Nie  potrafię  sobie  wyobrazić  skrzywionego   umysłu 

kogoś, komu sprawiałoby przyjemność kochanie się w takim miejscu. Maggie wygląda na 

taką miłą osobę. A co do Digby'ego, wyobrażałam go sobie jako godnego szacunku, jeśli 

nawet trochą ekscentrycznego uczonego. Nigdy nie przyszło mi do głowy... - przerwała. - 

Jonas, to rzuca zupełnie nowe światło na osobę Digby'ego Hazelhursta.

Jonas rozjaśnił się w uśmiechu.

-   Nie   mogę   się   doczekać   końca   tej   ekspertyzy,   bo   chcę   napisać   biografię   tego 

człowieka. - Znalazł przełącznik i zapalił światło. - Widocznie Hazelhurst uważał ten pokój za

bardzo ważny, skoro doprowadził tu prąd. - Jonas zdjął bicz ze ściany i dokładnie go obejrzał.

- Nie jestem pewna, czy jakiś poważny wydawca opublikowałby biografię Digby'ego. 

Jonas, na miłość boską, odłóż ten bicz.

Roześmiał się cicho, przeciągając batem po palcach.

- Można się dużo nauczyć od takiego godnego szacunku uczonego jak Digby.

- Nie patrz tak na mnie.

Jonas lekko strzelił batem i Verity przestraszona podskoczyła, gdy bicz otoczył ją w 

pasie. Wcale nie bolało. Jonas łagodnie pociągnął za rękojeść i Verity znalazła się przy nim.

- To nie jest zabawne - oznajmiła obrażonym tonem. Złapała za koniec bicza i zaczęła 

odwijać. - Jest zrobiony z aksamitu - zawołała ze zdumieniem. - Nic dziwnego, że nie bolało.

- Chcesz poeksperymentować  z  innymi  przyrządami?  - spytał  Jonas  z miną  pełną 

nadziei.

148

background image

-   Z   całą   pewnością   nie   chcę   -   odparła   Verity   kończąc   zwijanie   bata.   -   Odłóż   to 

natychmiast na miejsce.

- Nigdy nie pozwalasz mi na odrobinę uciechy. - Odłożył aksamitny bat.

Verity przyjrzała się podłodze.

- Widzę, że Maggie tu sprząta. Bez wątpienia z sentymentu. Zastanawiam się, co tu z 

Digbym robili.

- Założę  się,  że  takie   rzeczy,  które  wywołałyby   ceglasty  rumieniec   na  policzkach 

takiej świętoszki jak ty.

-  Ktoś   coś   mówił   o   dziwakach.   -   Puściła   kajdanki,   które   oglądała,   i   spojrzała   na 

Jonasa. - Co teraz? Z powrotem do korytarza?

- Chyba nie. Robi się późno i powinnaś się przespać. Wracamy do pokoju. Nie ma 

potrzeby się przedzierać. - Przeszedł przez salę tortur i otworzył drzwi. - Możemy skorzystać 

z głównej drogi. Nie ma sensu wracać zimnym korytarzem.

- Co będzie, jak ktoś nas zauważy?

- Powiemy, że chciałaś się napić wody, a ja dotrzymywałem ci towarzystwa.

Bez żadnych przygód dotarli na drugie piętro. Kiedy mijali drzwi do pokoju Elyssy, 

ich uwagę zwróciły podniesione głosy.

- Yarwood jest z Elyssą - zauważyła Verity, gdy przemykali obok. - Ciekawe, o co się 

kłócą.

Jonas rzucił na zamknięte drzwi zamyślone spojrzenie.

- Nie wiem, ale chyba to coś poważnego. - Zatrzymał się, żeby posłuchać.

Verity zmarszczyła brwi.

-   Pamiętasz,   co   Cailtin   mówiła   o   Yarwoodzie?   Że   jest   niebezpieczny.   Może 

powinniśmy się wtrącić.

- Ostatnią  rzeczą, jaką robi osoba zdrowa na umyśle,  jest wtrącanie się w kłótnie 

dwojga sypiających ze sobą ludzi. To ty mówiłaś, że mają ze sobą romans, prawda?

- Tak mówił Slade. Yarwood wydaje się wściekły, prawda?

Podniesiony głos Prestona Yarwooda ledwie dało się słyszeć przez drewniane drzwi.

- Ty napalona dziwko - krzyczał Yarwood. - Do diabła, co to znaczy, że chcesz, żeby 

wszystko   między   nami   było   skończone?   To   ja   pierwszy   uruchomiłem   twoje   psychiczne 

możliwości, pamiętasz?

-   Ależ   Prestonie,   wiesz   przecież,   że   nie   ma   w   tym   nic   osobistego.   Bardzo   cię 

podziwiam, ale Sarananta mówi, że muszę poszukać innego towarzysza.

149

background image

- W dupie mam Saranantę! Wiem, o co ci chodzi. Chcesz się pieprzyć z Quarrelem, 

co? Nie mam zamiaru pozwolić ci pozbyć się mnie w taki sposób tylko dlatego, że chcesz 

wskoczyć do łóżka z jakimś odmieńcem, bo uważasz, że ma większą moc psychiczną.

-   Prestonie,   proszę,   krzyk   nie   jest   konieczny.   Postępuję   jedynie   zgodnie   z   radą 

Sarananty. Jest moją duchową przewodniczką. Wiesz o tym.

- Będę wrzeszczał tak długo, jak mi się będzie żywnie podobało, do cholery.  Nie 

wykorzystuj   Sarananty   jako   wymówki.   Napalasz   się   na   Quarrela,   bo   myślisz,   że   ma 

psychiczną   moc.   Mam   więc   dla   ciebie   nowinę.   Tylko   ja  w   tym   gronie   mam   prawdziwe 

zdolności. Quarrel to szalbierz.

- Nie!

-   Nie   znalazł   skarbu,   prawda?   Jest   szalbierzem   i   tyle.   Nie   obchodzi   mnie,   co 

powiedzieli tamci z laboratorium. Od początku wiedziałem, że tak będzie. Podejrzewałem to 

już, kiedy byłem w Vincent i okazało się, że miałem rację. Quarrel nic dla nas nie znalazł. 

Jeśli chcesz się przespać z kimś naprawdę obdarzonym mocami psychicznymi, śpij ze mną, 

dziwko.

Verity obrzuciła Jonasa niespokojnym spojrzeniem.

- Strasznie jest wściekły. A jeśli ją skrzywdzi? Zapukam do drzwi. Udam, że chciałam 

porozmawiać z Elyssą i nie wiedziałam, że ktoś jeszcze jest w pokoju. - Podniosła rękę, żeby 

zapukać.

Jonas chwycił ją za przegub.

- Nie, nie zapukasz do drzwi. Zostawisz wszystko tak, jak jest. - Jonas pociągnął ją z 

całej siły za sobą. Doprowadził ją do ich pokoju i wpychał właśnie do środka, gdy na końcu 

holu z hukiem otwarły się drzwi. - Ruszaj się, Verity.

Nie miała wyboru.

Jonas zamknął za sobą drzwi, oparł się o nie i odetchnął z ulgą.

- Zdaje się, że Yarwood odkrył, iż panienka Słoneczko poszukuje nowych dawców 

spermy.

150

background image

Rozdział dwunasty

S

ztorm przeszedł w nocy,  ale następny był  już w drodze. Verity przystanęła pod 

ociekającymi kroplami deszczu sosnowymi gałęziami i wpatrzyła się w zimne, stalowe fale 

cieśniny.   Widziała   daleko   prom   stanu   Waszyngton   przesuwający   się   z   gracją   między 

rozrzuconymi na morzu wyspami.

Rano coś zmusiło ją do wyjścia z ciemnej willi. Atmosfera była bardzo napięta. Mieli 

na to wpływ Elyssa i Preston Yarwood, wciąż ze sobą skłóceni. Oliver Crump wydawał się 

bardziej zatroskany niż zwykle, a Slade Spencer zaraz po śniadaniu zaszył się w salonie. Nie 

zdradzał zainteresowania dalszym penetrowaniem willi. Verity wyczuła, że ta zabawa już mu 

się znudziła.

Doug Warwick popłynął motorówką do miasteczka na innej wyspie, tłumacząc, że 

musi zadzwonić do pośrednika zajmującego się sprzedażą willi. Maggie Frampton jak zwykle 

zajęła się nie kończącym się sprzątaniem. Całe życie Maggie kręciło się wokół domu.

Verity myślała o przyłączeniu się do Jonasa, który miał obejrzeć niższy poziom willi, 

ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Chciała zostać sama. Musiała coś przemyśleć.

Kiedy   prom   zniknął   z   pola   widzenia,   Verity   odwróciła   się   i   ruszyła   w   dalszą 

wędrówkę brzegiem wyspy Hazelhursta. Myślała o Jonasie. Nie mogła się pozbyć uczucia, że 

go zawiodła i nie ofiarowała mu czegoś, czego bardzo potrzebował.

Nie dała mu pewności.

Bardzo poruszyła ją świadomość, że on potrzebuje tego równie mocno jak ona. Tak 

bardzo martwiła się o swoją przyszłość z nim, że nie zauważała jego lęków i obaw.

Natomiast on dobrze widział, że przez kilka ostatnich tygodni odsunęła się od niego; 

dość często próbował do niej dotrzeć i dowiedzieć się, o co chodzi. Zmartwiło go, że nie 

powiedziała mu o dziecku, gdy tylko nabrała podejrzeń, że jest w ciąży. Kiedy na dodatek nie 

przyjęła jego oświadczyn, poczuł się urażony i rozzłoszczony.

Jonas miał prawo czuć się niepewny. Niepewność wyszła na jaw poprzedniego dnia 

po południu, gdy Verity nie okazała zazdrości po usłyszeniu oburzającej propozycji Elyssy. 

Przez   ostatnie   kilka   lat   Jonas   prowadził   niespokojne,   samotne   życie.   Nękały   go   duchy 

przeszłości. Stale groziło mu, że zapanuje nad nim parapsychiczny talent, którego nie potrafił 

151

background image

kontrolować. Taki człowiek potrzebował poczucia bezpieczeństwa i pewności, które powinna 

mu dać ukochana kobieta. Zbyt wiele w jego życiu było spraw niepewnych i zawodnych.

Verity   wiele   myślała   w   nocy.   Obudziła   się   rano   z   wyrzutami   sumienia   i   nowym 

spojrzeniem na Jonasa Quarrela. Miała do siebie żal, że ostatnio za bardzo pochłonęły ją 

własne problemy. Nie zwracała dostatecznej uwagi na uczucia Jonasa.

Obeszła urwisty zakręt i zatrzymała się, żeby spojrzeć w dół do zatoczki. Już miała 

pójść dalej, gdy zobaczyła  małą  łódkę  wyciągniętą  w  połowie z  wody i  przywiązaną  do 

konara sosny. Była dość krótka, ale wąska i wyglądała na szybką. Rozejrzała się dookoła, 

szukając przybysza. Nie spostrzegła nikogo. Na kamienistym brzegu nie zostały żadne ślady.

Verity postanowiła, że powie Dougowi Warwickowi, że na wyspie mogli znaleźć się 

goście.

Odwróciła się i poszła jeszcze kawałek, zanim doszła do wniosku, że orzeźwiający 

wiatr   jest   za   zimny,   aby   wędrówka   była   przyjemna.   Skręciła   i   zaczęła   wracać   do   willi. 

Nadszedł czas, żeby pomóc Maggie przy szykowaniu lunchu.

Kiedy Verity przyszła, Maggie nie było w kuchni. Doug Warwick jeszcze nie wrócił z 

wyprawy do miasteczka. Crump i Spencer siedzieli w salonie, ale Verity nie miała ochoty na 

rozmowę. Skierowała się do swojego pokoju.

Jednak Jonasa nie było w sypialni. Domyśliła się, że jest bardzo zajęty zarabianiem 

wynagrodzenia za ekspertyzę. Verity postanowiła sprawdzić, jak mu idzie. Schodziła właśnie 

do głównego holu, gdy natknęła się na Maggie Frampton.

- Hej, szukasz pana Quarrela? - spytała Maggie, zaskakująco chętna do udzielenia 

pomocy.   - Coś   mi   się zdaje,  że  postanowił  sprawdzić  lochy.  Widziałam   z  nim  panienkę 

Słoneczko. - Maggie z dużą przyjemnością podzieliła się tą informacją.

- Dziękuję, Maggie. - Rozzłościła ją myśl o wspólnym oglądaniu przez Elyssę i Jonasa 

sali tortur. - Czy był z nimi Preston?

-   Nie.   Pan   Yarwood   jest   w   swoim   pokoju.   Nie   ma   dobrego   humoru,   mogę   cię 

zapewnić. Wygląda na to, że się pożarli z panienką Słoneczko, co nie? - stwierdziła Maggie z 

zachwytem.

-   Chyba   tak   -   zgodziła   się   Verity.   -   Przepraszam,   Maggie.   Wydaje   mi   się,   że 

powinnam zobaczyć, jak przebiegają poszukiwania skarbu.

- Zrób to. Ale już teraz mogę ci powiedzieć, że tu nie ma żadnego skarbu. Tylko 

wielki, smutny, stary dom, którego nie lubił nikt poza mną i Digbym. Teraz Digby odszedł, a 

mnie nawet nie dali szansy zadbania o to miejsce. - Maggie potrząsnęła głową i odeszła 

korytarzem.   Miała   na   sobie   kolejną   podomkę   z   widocznie   nieskończonych   zapasów. 

152

background image

Przyćmione światło zalśniło przez chwilę, odbite w zwykłym metalowym łańcuszku, który 

miała na szyi. - Chyba zajmę się lunchem.

-   Niedługo   przyjdę   ci   pomóc   -   zawołała   za   nią   Verity   i   zdecydowanym   krokiem 

ruszyła w kierunku kamiennych schodów.

Coś zmusiło ją do zatrzymania się na pierwszym stopniu i obejrzenia przez ramię. 

Maggie obserwowała ją z dziwną, wyczekującą miną.

Wie coś, o czym nie mam pojęcia, pomyślała Verity,  jednak miała przeczucie, że 

wkrótce pozna sekret. Bez większego trudu odnalazła drogę do wnętrza willi, korzystając z 

trasy poznanej poprzedniego wieczora, gdy wracali z Jonasem do swojego pokoju. Kiedy 

dotarła do drzwi prowadzących do sali tortur, spostrzegła, że są otwarte. Nie zaskoczył jej 

dobiegający ze środka słodki, przymilny głos.

- Jonas, pokierowano mną przy podejmowaniu tej decyzji. Otworzyłam się w pełni na 

pozytywne siły obecne w moim wnętrzu. Zeszłam w głąb siebie i zasięgnęłam rady duchowej 

strony   mej   natury.   Sarananta   pomogła   mi   zrozumieć,   iż   słuszne   jest   to,   czego   szukam. 

Zapewniła mnie, że znalazłam się na odpowiedniej drodze. Jestem absolutnie pewna swych 

poczynań.

- A ja nie - odezwał się zniecierpliwiony Jonas. - Jeśli nie masz nic przeciwko temu, 

Elysso, czeka mnie tu sporo roboty. Twój brat płaci mi duże pieniądze za raport i chciałbym 

go przygotować na czas.

- Nie rozumiesz, Jonas. Czuję, że przez kilka kolejnych wcieleń przygotowywałam się 

na ten moment. Cała moc mojego kobiecego ciała rozwijała się przez tysiące lat, aby rosło w 

siłę, stawało się płodniejsze i doskonalej dostrojone do idealnego towarzysza. Jesteś moim 

psychicznym towarzyszem. Zobaczysz. Kiedy złączymy się w prawdziwej harmonii, w twym 

umyśle nie będzie co do tego żadnych wątpliwości.

Jonas przerwał jej.

- Posłuchaj, Elysso. Jestem pewien, że wierzysz we wszystko, co mówisz, ale chodzi o 

to,  że  nie  jestem  tym,   za  kogo mnie  uważasz.  Nie  jestem  twoim  idealnym   psychicznym 

towarzyszem.   Zaufaj   mi   w   tym   względzie,   Elysso.   Wiem,   o   czym   mówię.   Jeśli   szukasz 

psychicznego ogiera, to wracaj do Yarwooda lub kogoś innego.

- Nie, Jonas, właśnie ty jestem odpowiednim dla mnie mężczyzną. Jestem tego tak 

pewna, jak tego, że jutro wstanie słońce. Zdenerwowałeś się trochę, to wszystko. Nie musisz 

się denerwować. Wszystko ujrzałam w wizji. Widziałam wszystko na poziomie psychicznym 

górującym nad tą płaszczyzną rzeczywistości. Widziałam, jak się kochamy piękną, wolną, 

nieograniczoną miłością. Na tamtym poziomie czułam twoją dłoń na mej piersi. Dotknęły się 

153

background image

nasze wargi. Czułam twoje nasienie wpływające w głąb mego ciała. Teraz jest najlepszy czas 

na połączenie  rzeczywistości wyższego poziomu z tą rzeczywistością.  To popołudnie jest 

idealne. Sprawdziłam astrologiczne wykresy i medytowałam przy krysztale. Wszystko układa 

się harmonijnie.

- Chodzi ci  o to, że  pozostali  albo  wyszli  z willi,  albo  są zajęci  - stwierdził  bez 

ogródek Jonas. - Przestań, Elysso. Mam tu coś do zrobienia. Verity będzie się zastanawiała, 

gdzie jestem.

- Verity też wyszła z domu. Zresztą jestem pewna, że zrozumie. Wyczuwam w niej 

bardzo świadomą psychicznie kobietę. Ona i ja jesteśmy siostrami, tak jak są nimi wszystkie 

kobiety. Wie w głębi swego serca, że ty i ja musimy ze sobą obcować. Zgodzi się na to.

- Do diabła, nie znasz zbyt dobrze Verity, prawda?

- Właściwie - odparła Elyssa przymilnie - nie musi nawet o tym wiedzieć, jeśli wolisz 

zachować tajemnicę.

- Elysso, jeśli zaraz stąd nie wyjdziesz, ja to zrobię. Do jasnej cholery, Elysso, zejdź 

mi z drogi! Co ty sobie wyobrażasz? Elysso, nie rób tego. Do diabła, wychodzę stąd. Możesz 

wyjaśnić bratu, dlaczego opóźnia się raport dla niego.

Dalszy ciąg protestów Jonasa nagle został przerwany.

Verity nie mogła już dłużej czekać. Otworzyła szeroko drzwi do sali tortur i stanęła w 

progu, patrząc spod przymrużonych powiek na Elyssę w ramionach Jonasa.

Jonas zobaczył Verity w drzwiach i na chwilę zupełnie osłupiał. Właśnie wyzwalał się 

z niechcianego uścisku Elyssy Warwick, gdy drzwi do komnaty otwarły się z trzaskiem i 

ujrzał w nich wyraźnie rozjuszoną kochankę. Uświadomił sobie, że do tej pory nigdy jeszcze 

nie widział na jej twarzy wyrazu tak wściekłego oburzenia.

- Verity! - Gniewnie się otrząsnął i uwolnił od Elyssy. - Verity, posłuchaj, to nie tak, 

jak myślisz - zaczął szybko. Potem przerwał, bo nie był pewien, co sobie pomyślała. W końcu 

wczoraj nie wyglądała na szczególnie zmartwioną, gdy Elyssa prosiła ją o pożyczkę.

Do diabła z tym. Jonas postanowił, że odłoży tłumaczenia na później. Jak się okazało, 

nie musiał nic mówić. Zajęły się tym Verity i Elyssa. Siostry, co? Nigdy w życiu nie widział 

dwóch kobiet, które mniej były podobne do siebie niż Verity i panienka Słoneczko. Jonas 

oparł się o ścianę w pobliżu zwisających na łańcuchach kajdan, skrzyżował ramiona na piersi 

i z zainteresowaniem przyglądał się bitwie.

Nie mógł oderwać wzroku od Verity.  Była piekielnie rozsierdzona. Promieniowała 

zajadłą furią, która niemal wywoływała pożar w komnacie. Czuł, że podnieca go sam widok 

Verity wkraczającej swobodnym krokiem do sali - wyglądała jak prawdziwa pani willi.

154

background image

Verity   była   niższa   od   Elyssy   i   znacznie   szczuplejsza,   ale   szeroko   otwarte   oczy 

rzucające błękitnozielone błyski, grzywa płomiennych loków i królewskie obejście sprawiły, 

że całkowicie zapanowała nad sytuacją. Elyssa przypominała pudelkę przed lwicą.

- Sądziłam, że wczoraj dokładnie ci wytłumaczyłam,  Elysso,  że Jonasa nie da się 

wykorzystać  do roboty na boku. - W cichym,  schrypniętym  głosie  Verity wyraźnie  było 

słychać ostrzeżenie. Zbliżała się do Elyssy w tak onieśmielający sposób, że ta bezwiednie 

postąpiła kilka kroków do tyłu.

- Verity, proszę, reagujesz przesadnie. Co mam zrobić, żebyś zrozumiała? - spytała 

Elyssa   błagalnym   tonem.   -   Połączenie   Jonasa   ze   mną   jest   słuszne.   Tak   miało   być. 

Skonsumowanie musi mieć miejsce.

-   Spróbuj   cokolwiek   skonsumować   z   Jonasem,   a   ja   ci   osobiście   gwarantuje,   że 

znajdziesz się na bardzo wysokim psychicznym poziomie. Tak cię kopnę w tyłek, że nigdy 

nie zlecisz.

Elyssa zamrugała zdumiona.

- Doprawdy, Verity, nie musisz się aż tak przejmować. Rozmawiamy tu o głębokiej 

psychicznej duchowości.

- Czyżby? Odniosłam wrażenie, że rozmawiamy o szybkim numerku z moim facetem. 

Jednorazowym skoku. Czy nie tego naprawdę chcesz, Elysso? Możliwości pociupciania się z 

chłopem, który ma rzeczywisty parapsychiczny talent? Chcesz sprawdzić, czy jak się otrzesz, 

to   trochę   ci   zostanie?   Dowiedzieć   się,   czy   jest   coś   szczególnego   w   kochaniu   się   z 

prawdziwym psychicznym? Posłuchaj mnie uważnie: nie będziesz miała okazji odkryć, co 

tracisz. Raz jeszcze zbliż się do Jonasa, a rozedrę cię na strzępy i wrzucę do cieśniny Puget. 

Zrozumiałaś mnie, siostro?! - Łagodne oczy Elyssy wypełniły się łzami.

- Nic nie rozumiesz. Twój umysł jest zamknięty. Nie pojmujesz, Verity? Mieliśmy z 

Jonasem doświadczyć niezwykłego seksualnego przeżycia. To moje przeznaczenie. Muszę je 

spełnić.

- Kto tak mówi? Wyjdź stąd, Elysso. Teraz. Nie wolno ci nawet podejść do Jonasa, 

jeśli mnie przy nim nie będzie. Ruszaj się, ty, kokoto sprzed dwudziestu tysięcy lat!

Elyssa otworzyła szeroko oczy, wybuchnęła płaczem i wybiegła z pokoju pobrzękując 

bransoletkami i naszyjnikami. Szloch odbił się głośnym echem w holu.

W zapadłej nagle pełnej napięcia ciszy Jonas poczuł ogarniającą go falę radości. Robił 

wszystko, co mógł, aby się powstrzymać do pochwycenia Verity w ramiona i zatoczenia z nią 

triumfalnego koła.

155

background image

Jednak zmusił się do pozostania w tym samym miejscu, opierając się ramieniem o 

ścianę, gdy Verity odwróciła się do niego. Nie chciał jej zepsuć zabawy. Miała prawo do 

złości i za żadne skarby świata nie pragnął jej uspokajać. Wiedział, że w szerokim uśmiechu 

ukazuje wszystkie zęby, ale nic na to nie mógł poradzić. Czuł się cholernie dobrze.

Verity   przystanęła   przed   nim.   Mocno   zacisnęła   delikatne   wargi.   Ściągnięte   brwi 

tworzyły nad noskiem jedną linię. Oczy były morzem płomieni, a z włosów strzelały iskry.

- Proszę, proszę - wymruczała łagodnym z pozoru tonem. - Wielki, dzielny, odważny 

poszukiwacz skarbów został niemal zgwałcony przez klientkę.

- Skonsumowany - poprawił Jonas. - Groziło mi niebezpieczeństwo skonsumowania 

przez klientkę, ale ty mnie uratowałaś.

-   Uważasz,   że   to   śmieszne?   -   Verity   uniosła   wzrok,   wyraźnie   zaintrygowana 

kajdanami zwisającymi ze ściany za plecami Jonasa.

-   Uważam,   że   była   to   cholernie   nieprzyjemna   scena,   ale   na   szczęście   przyszłaś   - 

wymruczał Jonas.

-   Dlaczego?   -   nagle   rzuciła   pytanie   Verity.   -   Nie   czułeś   pokusy   harmonijnego 

złączenia z panienką Słoneczko?

- Nie, nie czułem pokusy i dobrze o tym wiesz. Jednak było dość niezręcznie.

- Niezręcznie? - Verity wzięła jedną część kajdan i zaczęła nią bezwiednie machać. - 

Niezręcznie   to   dość   ciekawe   określenie   sceny,   którą   widziałam.   Nie   zauważyłam   nic 

niezręcznego  w tym,  w jaki sposób Elyssa obejmowała  cię za szyję. Mnie wydawała się 

całkiem zręczna.

Jonas zachichotał cicho i opuścił ręce. Oparł się jedną dłonią o kamienną ścianę, a 

drugą położył na biodrze. Uśmiechnął się demonicznie do Verity.

-   Nic   o   tym   nie   wiem.   Wydawała   mi   się   trochę   przyciężka,   zwłaszcza   u   góry. 

Człowiek   może   się   udusić   wśród   tych   okrągłości,   jeśli   nie   będzie   uważał.   Pewnie 

przyzwyczaiłem się do takiego jednego chudego rudzielca, który jak się ze mną kocha, to 

przypomina mi smukłego, niesamowicie podniecającego dzikiego kota.

- Wydaje  ci się, że wszystko  ujdzie ci na sucho po kilku pochlebstwach  o moim 

talencie w łóżku? - Verity uśmiechnęła się złowieszczo. Wciąż trzymała w ręku kajdanki.

- Nie kilka pochlebstw, mnóstwo pochlebstw.

- Mów je szybko, Jonas. - Na jego przegubie zatrzasnęły się kajdanki.

Jonas na kilka sekund zastygł w bezruchu. Demoniczny uśmiech znikł. Spojrzał ze 

zdziwieniem na metalowe kółko więżące go przy ścianie.

- Czy to twój pomysł na żart, kochanie?

156

background image

- Nie - odparła i przeszła tam, gdzie wisiała druga część kajdan. - Ani nie bawi mnie 

myśl  o  tobie  i  panience   Słoneczko   figlujących  wspólnie   w  sali   tortur.  Chyba   mam   dość 

ograniczone poczucie humoru. - Przyglądała mu się uważnie, oceniająco. Ujęła drugą część 

kajdan.

Jonas uśmiechnął się pocieszająco.

- Najdroższa, przecież cholernie dobrze wiesz, że do niczego by nie doszło. - Biedna 

Verity. Naprawdę się przejęła, pomyślał. Nigdy przedtem nie czuła prawdziwej zazdrości. 

Naturalnie,  nigdy  przedtem   nie   była  zakochana,  przypomniał   sobie  z  zadowoleniem.  Był 

pierwszym i jedynym mężczyzną w jej życiu.

- Skąd mam wiedzieć, że do niczego by nie doszło?

Kajdany   w   jej   palcach   zataczały   powolny,   hipnotyczny   łuk.   Patrzyła   na   niego 

rozszerzonymi ze zmartwienia oczami.

Jonasowi   zrobiło   się   przykro.   Zrozumiał,   przez   co   teraz   przechodzi.   Wolną   ręką 

dotknął jej policzka.

- Spokojnie, kochanie. Wiem, co czujesz. Cholernie się zdenerwowałem tamtej nocy 

po powrocie z Meksyku, gdy zobaczyłem, jak Warwick wnosi cię do domku, pamiętasz? A 

kiedy znalazłem leżącego na tobie Spencera, kompletnie się rozkleiłem. Jednak okazało się, 

że nic złego się nie stało.

- To było zupełnie co innego - zaprotestowała krótko.

- Diabła tam co innego.

Verity popatrzyła na niego srogo. Nagle, zanim Jonas się zorientował, co ma zamiar 

zrobić, szybkim ruchem ręki zapięła mu na przegubie drugą część kajdan. Odskoczyła od 

niego, w jej oczach zapłonął nowy błysk.

- Na miłość boską, Verity, co ty sobie do diabła wyobrażasz? - Zerknął na uwięzione 

dłonie. Łańcuch był na tyle krótki, żeby można było złączyć dłonie. Był przykuty do ściany. 

Nastrój rozbawionego, pobłażliwego zrozumienia szybko zaczął mu przechodzić.

- Zamierzam udzielić ci lekcji, mój drogi. - Verity odwróciła się do niego plecami, aby 

obejrzeć kolekcję skórzanych i aksamitnych batów zawieszonych na ścianie. - Jeśli chcesz 

bawić się w salach tortur z psychicznymi latawicami, to nadszedł czas, żebyś dowiedział się, 

czym ci to grozi. - Wybrała bicz z długą rączką i wiązką miękkich, delikatnych witek na 

końcu.

Jonas   przyglądał   się   jej   czujnie.   Nawet   w   normalnych   warunkach   trudno   było 

przewidzieć  zachowanie  Verity,  a nigdy przedtem nie miał  z  nią do czynienia,  gdy była 

rozjuszona z zazdrości.

157

background image

- Odłóż bicz, Verity - powiedział. - Zaszło to już za daleko.

- Nie sądzę. - Podeszła do drzwi i zamknęła je. Potem zasunęła zasuwę. Złowieszczo 

zabrzmiał głuchy szczęk zamka. Ruszyła powoli z powrotem w jego stronę, przyglądając mu 

się spod przymrużonych powiek. Machnęła lekko biczem. - Chcesz się bawić w salach tortur? 

Zobaczmy, czy mogę cię nauczyć paru sztuczek.

Jonasa   ogarnął   śmiech   i   gwałtowne   pożądanie.   Podniecił   go   widok   Verity 

wkraczającej niczym bogini zemsty do sali tortur. Poczuł przypływ  dzikiej satysfakcji, że 

Verity pragnie go tak bardzo, iż gotowa jest o niego walczyć. W głowie kręciło mu się ze 

szczęścia, gdy widział tę zaborczość w jej spojrzeniu.

Jednak   teraz   nie   wiedział,   co   ma   myśleć.   Zastanawiał   się,   ile   jest   w   tej   grze 

prawdziwego gniewu, a ile namiętności.

- Verity - powiedział z wymuszonym spokojem. - Zabawa zaszła za daleko. Gdzie są 

kluczyki od kajdan?

Wyjęła je z kieszeni i rzuciła za siebie. Spadły na ziemię z cichym brzękiem, daleko 

poza zasięgiem Jonasa. Zmarszczył  brwi. Verity powoli zbliżała się do niego z dziwnym 

uśmiechem na ustach.

- Lekcja pierwsza - oznajmiła wsuwając rączkę bata do tylnej kieszeni dżinsów. - W 

sali tortur nie musisz mieć tyle na sobie. - Zaczęła rozpinać mu koszulę. - W salach tortur na 

ogół jest bardzo gorąco.

Jonas jak zaczarowany wpatrywał się w jej palce. Nagle zaschło mu w gardle.

- Verity?

Rozsunęła brzegi koszuli i przeciągnęła smukłymi palcami po włosach na jego piersi. 

Musnęła sutek, a Jonas gwałtownie wciągnął powietrze. Dżinsy nagle stały się za ciasne.

- Lekcja druga - wymruczała Verity, klękając przed nim i ściągając najpierw jeden but, 

potem   drugi.   -   Nie   będziesz   ukrywał   się   w   takich   miejscach   z   prostytutkami   sprzed 

dwudziestu tysięcy lat. Czy to jasne?

- Uwierz mi - odpowiedział Jonas z zaciśniętym gardłem. - To się nigdy nie powtórzy. 

- Podniecał się coraz bardziej i coraz szybciej, tak że obawiał się, iż stanie się pierwszym 

udokumentowanym przypadkiem samorzutnej eksplozji człowieka. Verity wstała. Jej dłonie 

zajęły się suwakiem przy jego spodniach. - Skarbie, chyba naprawdę nie masz zamiaru tego 

tak ciągnąć, co?

- Wierzę w skuteczność bardzo szczegółowej lekcji. - Suwak zasyczał pod jej ręką. 

Palce   zagłębiły   się   do   środka   i   Verity   uśmiechnęła   się   z   zadowoleniem   z   tego,   co   tam 

158

background image

znalazły. Jonas głęboko odetchnął. Verity wsunęła dłonie pod pasek i ściągnęła spodnie z 

bioder Jonasa.

Jonas jęknął, czując dotyk jej miękkich, ciepłych dłoni na nagiej skórze. Spojrzał w 

dół i zobaczył  swoją męskość wystającą  z materiału  spodenek. Verity nie musiała  długo 

namawiać go, aby do końca zrzucił dżinsy. Wtem zerknął na podłogę.

- Verity, to chyba nie jest najlepszy pomysł. Chodźmy na górę, do naszego pokoju. 

Ktoś może tędy przechodzić i zainteresować się, co się dzieje. - Och, Boże - Jonas zamknął 

oczy, gdy otuliła go dłońmi. Jej paznokcie delikatnie drażniły ciężką, pulsującą męskość. - 

Verity, to szaleństwo.

- Tortura. Pomyśl, że to tortura.

-   Dobrze,   to   tortura.   Chyba   jej   nie   przeżyję.   -   Wziął   kilka   głębokich   oddechów, 

próbując   się   opanować.   Ma   takie   wspaniałe   ręce,   pomyślał   w   rozmarzeniu.   Dokładnie 

wiedziała,   gdzie   i   jak   go   dotykać.   Poczuł   jej   palce   drażniące   pełne,   napięte   półkule   u 

podstawy i bezwiednie wygiął ku niej biodra.

Verity puściła go i Jonas rozczarowany zaklął. Próbował jej dosięgnąć, przyciągnąć do 

siebie blisko, aby skończyła to, co zaczęła. Jednak łańcuchy kajdan napięły się tylko i Jonas 

otworzył oczy, pomrukując z niezadowolenia. Widok zaparł mu dech w piersi.

Verity rozpinała bluzkę. Zaraz zauważył,  że nie miała na sobie stanika. Rozpinała 

guziki   prowokująco   powoli,   pozwalając,   aby   materiał   rozchylając   się   ukazywał   miękką 

krągłość piersi. Nie zdjęła bluzki po rozpięciu. Zostawiła luźno, tak że materiał poruszał się 

przy jej każdym geście, to odsłaniając, to ukrywając różowe sutki.

Jonas wpatrywał się w nią zachłannie, jeszcze bardziej rozgorączkowany widokiem 

sterczącego sutka ukazującego się w mroku, jest tak samo podniecona jak ja, przyszło mu do 

głowy. Ta myśl niemal doprowadziła go do szaleństwa.

Jeszcze   nie   mógł   się   rozbroić,   powiedział   sobie.   Było   zbyt   dobrze,   aby   wszystko 

zmarnować wczesnym, nie planowanym ujściem. Chciał zobaczyć, jak daleko posunie się 

Verity. Musiał się dowiedzieć, co sobie wymyśliła. Kiedy sięgnęła po miękki bicz do kieszeni 

dżinsów, pokręcił głową ze zdumieniem.

- Nie ośmielisz się - szepnął.

- Nie? - Przyglądała mu się bacznie, w skupieniu marszcząc brwi. Potem jakby na 

próbę wyciągnęła przed siebie bicz.

- Przysięgam ci, Verity, jeśli spróbujesz coś zrobić tym biczem, to ja... Rany...

159

background image

Aksamitne paski przesunęły się łagodnie po jego udzie i ruszyły w górę, aby podrażnić 

sterczącą męskość. Jonas szarpnął się do tyłu. Musnęła go z drugiej strony, łaskocząc go 

miękkim materiałem. Członek jeszcze się powiększył.

- Nieźle jak na psychicznego - wymruczała z drażniącym uśmieszkiem.

Jonas z trudem przełknął śliną i jeszcze raz głęboko odetchnął.

- Verity, a niech to, kiedy się uwolnię, to mi za wszystko zapłacisz.

- Ostrzegałam cię tamtej nocy, kiedy przywiązałeś mnie do baldachimu, że pewnego 

dnia wyrównam rachunki.

Zakręciła biczem tak, że aksamit ciaśniej objął Jonasa. Potem delikatnie pociągnęła, 

paski zacisnęły się na nim i niechętnie rozplątały.

- Verity, sama nie wiesz, co robisz - ledwie wydobył słowa.

-  Nie   wiem?   -   Uklękła   przed   nim   i   zastąpiła   witki   bicza   gorącymi   ustami.   Jonas 

wpatrywał się w jej głowę i walczył z całych sił, aby zachować panowanie nad sobą. Napiął 

wszystkie   mięśnie   z   wysiłku.   Świat   wypełniała   mu   lisica   o   płomiennej   grzywie,   która 

najwyraźniej uważała go za swoją wyłączną własność. Pomyślał o rosnącym w niej dziecku i 

chciał krzyczeć, aby wszyscy wiedzieli o jego zwycięstwie. Kiedy już był  pewien, że za 

chwilę eksploduje, Verity go puściła.

Ciężko oddychał; znalazł się o krok od krawędzi i teraz odzyskał odrobinę panowania 

nad   sobą.   Patrzył,   jak   Verity   odkłada   bacik   i   rozpina   dżinsy.   Jonas   przyglądał   się 

zafascynowany, jak wysuwa się z ubrania. Zgrabnie pozbyła się bielizny, a Jonas zacisnął 

szczęki. Zaczynał się poddawać.

Odwróciła się do niego plecami i teraz w skupieniu patrzył na cudowne, podniecające 

linie jej tyłeczka. Mógł cały dzień bez znudzenia na nie patrzeć.

Jednak Verity miała inne plany. Ciągnęła w jego stronę obitą materiałem ławkę.

- Co jest, do diabła? - zapytał, gdy dopchnęła ławkę do jego nóg.

- Rozsuń nogi - zażądała.

Zrobił to niechętnie, niepewny, o co jej chodzi. Ustawiła ławkę między jego udami, 

Jonas poczuł się bezbronny. Spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.

- Co teraz, pani oprawczyni?

- Siadaj!

Usłuchał i stwierdził, że łańcuchy miały akurat tyle luzu, aby mógł usiąść na ławce z 

szeroko rozstawionymi stopami.

- Kochanie, wpędzisz mnie do grobu.

160

background image

- Przeżyjesz. Może. -W jej oczach płonęło pożądanie, gdy podeszła do niego. Zgięła 

kolano i usiadła okrakiem na ławce. Znalazła się bardzo blisko.

Jonas wciągnął do płuc korzenny, kobiecy zapach jej podniecenia i pomyślał, że zaraz 

wystrzeli. Raz jeszcze bezwiednie wyciągnął ramiona, aby ją objąć i przyciągnąć do siebie, 

ale łańcuchy mu na to nie pozwoliły. Rozluźnił się i zaklął cicho ze złości.

Verity ostrożnie usadowiła się na jego udach. Uchwyciła delikatnymi palcami jego 

męskość,   a   potem   powoli   wsunęła   w   siebie.   Robiła   to   niespiesznie,   pozwalając   ciału   na 

przygotowanie się na wejście.

Jonas gwałtownie wciągnął powietrze i zmusił się do wytrzymania tej słodkiej tortury. 

Czuł znajomy, początkowy opór, potem otulające go miękkie płatki, aż wreszcie znalazł się u 

kresu wąskiego przejścia. Odetchnął, bo długo wstrzymywał oddech. Verity zacisnęła palce 

na jego ramionach i odchyliła głowę do tyłu. Zaczęła się unosić.

Jonas był na pół oszołomiony. Ogarnięta płomieniem namiętności była taka piękna. 

Słodka, podniecająca, drżąca z pożądania.

Pragnęła go. Jonasa nigdy nikt tak nie pragnął ani nie potrzebował jak Verity.

- Verity - głos Jonasa był schrypnięty z żądzy. Wiedziała, że już nie wytrzyma. Miała 

go w swej mocy, całkowicie na jej łasce. Nie miał żadnych szans. Kiedy pochyliła się ku 

niemu, niemal brutalnie wepchnął język w jej usta, szukając gorącego mroku wnętrza. Poczuł, 

że   się   zaciska,   tak   jak   zwykle   przed   samym   szczytem.   Usłyszał   cichy   jęk   i   jego 

rozgorączkowane ciało poddało się.

Jonas  nie   próbował  nawet   tłumić  schrypniętego  okrzyku   rozkoszy  towarzyszącego 

jego szczytowaniu. Pławił się w wybuchu ulgi, który rozdarł jego ciało i pulsował ciężko we 

wnętrzu Verity, aż poczuł się zupełnie wyczerpany.

Opadła na niego, oparła głowę na ramieniu i oddychała szybko. W zagłębieniu między 

piersiami lśniła warstewka potu. Jonas, głęboko odprężony, wdychał zapach jej włosów, rude 

loki ocierały mu się o nos.

- Kochasz mnie, co? - wycedził, gdy wreszcie odzyskał panowanie nad głosem.

- Bardziej niż kogokolwiek na świecie. - Nie poruszyła się.

- Nie pozwolisz żadnej latawicy w gorących majtkach mnie tknąć?

-  Lepiej  już nigdy nie dopuszczać  do tak kompromitującej  sytuacji  - ostrzegła  go 

szybko Verity. Oczy jej błyszczały z rozmarzenia i rozkoszy, gdy uniosła głową i spojrzała na

niego. - Nie mówiąc już nic o tym, jak mogłabym się odegrać następnym razem. Słyszysz 

mnie, Jonas?

161

background image

- Słyszę - wyszeptał. Zacisnął dłoń w pięść i z całej siły pociągnął łańcuch. Słabe, 

aluminiowe zapięcie rozpadło się z głośnym trzaskiem i uwolniło rękę. Zrobił to samo z 

drugim ramieniem.

Verity wpatrywała się w jego uwolnione ręce. Była oburzona.

- Oszukiwałeś. Myślałam, że naprawdę jesteś przykuty. Mogłeś się w każdej chwili 

uwolnić.

Jonas roześmiał się cicho i mocno ją do siebie przytulił.

- Nie byłem wolny od dnia, w którym cię spotkałem, ty mała tyranko. A za skarby 

świata nie chciałbym, żeby ominęły mnie takie tortury.

Pocałował ją mocno. Usłyszał, jak tanie aluminiowe kajdanki z brzękiem obijają się o 

kamienną ścianę.

Już nie robią tak solidnego wyposażenia lochów jak kiedyś, pomyślała.

162

background image

Rozdział trzynasty

W

 czasie lunchu panowała napięta atmosfera. Maggie Frampton podała lasagne bez 

mięsa i minestrone, które pomogła jej przygotować Verity, ale nawet nie zadała sobie trudu, 

żeby wygłaszać kąśliwe uwagi o braku zwierzęcego białka. Verity zauważyła, że Maggie jest 

rozkojarzona.

Elyssa też nie była zbyt rozmowna, czego Verity nie żałowała. Zauważyła, że Elyssa 

bardzo stara się ignorować Yarwooda, Jonasa i ją. Odzywała się tylko po to, aby spytać 

Olivera   Crumpa   o   kryształy   lub   warknąć   na   Maggie,   że   za   wolno   się   rusza.   Panienka 

Słoneczko wiele utraciła ze swej słodyczy i pogody. Slade Spencer był tak samo ponury i 

podenerwowany jak zwykle.

Doug   Warwick   i   Jonas,   widocznie   nieświadomi   napiętej   atmosfery,   siedzieli   przy 

końcu stołu i całkowicie pochłonięci rozmową rozważali spostrzeżenia Jonasa oraz ogólny 

zarys raportu.

- Nie możemy twierdzić, że willa jest przykładem czystego stylu okresu renesansu - 

powiedział   Jonas.   -   Dlatego   musimy   podkreślić   historyczne   znaczenie   tego   miejsca.   Nie 

martw  się,   wszystko  właściwie   zabrzmi  i   wywrze   odpowiednie  wrażenie,  zwłaszcza   jeśli 

weźmiesz pod uwagę fakt, że w tych okolicach nie masz zbyt wielkiej konkurencji. Gdyby ten 

dom   stał   we   Włoszech,   ciężko   byłoby   kogoś   przekonać,   że   to   historyczny   skarb,   ale 

prawdziwe renesansowe wille niezwykle rzadko spotyka się w Ameryce Północnej. Sądzę, że 

mogę sklecić coś, co olśni twoich przyszłych inwestorów.

- Dobrze - odparł Warwick z wyraźną ulgą. - Chciałbym, żeby ten interes doszedł do 

skutku.

Spencer odezwał się szyderczo.

- Sklecenie raportu to niezła robótka dla faceta z tytułem doktorskim, co Quarrel? 

Zupełnie   jak   branie   forsy   za   napisanie   oszukańczej   reklamy,   żeby   przepchnąć   sprzedaż 

nieruchomości. Niewiele ma to wspólnego z czystą i szlachetną nauką.

Verity już otworzyła usta, żeby coś wykrzyczeć w obronie Jonasa, ale ją uprzedził.

- Czysta i szlachetna nauka i pięćdziesiąt centów nie wystarczą dziś na filiżankę kawy 

- stwierdził  z zadziwiającym  spokojem.  - Nigdy zresztą  specjalnie nie przejmowałem  się 

czystością i szlachetnością, jeśli chodziło o naukę. A co z tobą?

163

background image

- Ze mną? - Spencer wzruszył ramionami. Filiżanka zastukała o spodeczek, gdy ją ujął 

drżącymi palcami. - Zgadzam się z tobą. Pieprzyć czystą i szlachetną naukę. Gówno się za nią 

kupi.

- Prawda - przytaknął Jonas i popatrzył znacząco na dziwnie pachnącą fajkę Spencera. 

- Jednak nie wszyscy z nas zajmują się kupowaniem gówna.

Verity rzuciła Jonasowi ostre spojrzenie. Spencer się zaczerwienił, a wszyscy siedzący 

przy stole udawali niezwykle  pochłoniętych jedzeniem. Uwaga Jonasa zbyt  jednoznacznie 

dotyczyła problemu Spencera z narkotykami.

- Myślisz, że te literki przed nazwiskiem dają ci prawo do takich dowcipów? - spytał 

Spencer ochryple.

- Nie, gdybym nie miał stopnia naukowego, prawdopodobnie mówiłbym to samo.

Wreszcie Doug Warwick wkroczył, żeby ocalić resztki rozmowy.

- Jak już wspominałem, chciałbym mieć ten raport dla inwestorów jak najszybciej. 

Skoro wiemy, że willa jest autentyczna, możemy przystąpić do negocjacji.

Maggie   Frampton   wychodząc   z   kuchni   usłyszała   ostatnie   zdanie.   Westchnęła   ze 

smutkiem.

-   To   ostatnia   rzecz,   jaką   Digby   chciałby   zobaczyć.   Oddanie   tego   domu   bandzie 

przedsiębiorców budowlanych - wymruczała. - Mówił, że tylko prawdziwy uczony jest w 

stanie docenić tę willę. Nie sądzę, żeby uważał budowlańców za uczonych.

Warwick uśmiechnął się łagodnie.

- Wiem, co czujesz, Maggie, jednak prawda jest taka, że nikogo poza konsorcjum 

przedsiębiorców budowlanych nie stać na ten dom.

- Dawaliśmy sobie jakoś z Digbym radę.

- Niedługo by się wam to udawało. Kiedy odziedziczyłem willę, zostały do zapłacenia 

podatki, a był to dopiero początek. Nie, jedynym rozwiązaniem jest sprzedaż.

-   Doprawdy,   Maggie   -   zabrała   głos   Elyssa.   -   Tak   się   zachowujesz,   że   można   by 

pomyśleć, iż to dom twoich przodków. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak można odczuwać 

najsłabsze choćby przywiązanie do tej kupy kamieni.

Maggie spojrzała na nią z irytacją.

-   Może   nie   potrafisz   sobie   tego   wyobrazić,   ponieważ   nie   masz   zbyt   wielkiego 

doświadczenia w przywiązywaniu się do czegokolwiek dłużej niż na parę nocy.

Drugi   raz   przy   stole   zapanowała   kompletna   cisza.   Yarwood   wydawał   się 

rozzłoszczony, Elyssa zaczerwieniła się z gniewu. Doug Warwick ponownie się odezwał.

- Dość tego, Maggie - powiedział surowo. - Czekamy na deser.

164

background image

Gdy Maggie wyszła z pokoju, Elyssa zwróciła się do brata.

- Nie powinniśmy byli jej pozwolić zostać tu tak długo. Byłeś dla niej za dobry. Takie 

jak ona nie potrafią docenić wielkoduszności i hojności.

- Co miałem zrobić, Elysso? - spytał ze znużeniem Doug. - Potrzebowaliśmy kogoś do 

doglądania domu. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś chciał dobrowolnie przyjąć tę pracę, a ty?

- Ucieszę się, kiedy wreszcie sprzedamy tę ruderę i będzie można ją stąd wykopać - 

wymruczała Elyssa.

Verity uniosła brwi i spojrzała znacząco na Jonasa. Uśmiechnął się ze zrozumieniem. 

Panienka   Słoneczko   niezbyt   dobrze   znosiła   odmowę   przywileju   obcowania   z   wybranym 

ogierem. Na pełnej wdzięku masce pojawiły się rysy. 

Elyssa chyba sobie uświadomiła, że rujnuje wypracowany z takim trudem wizerunek. 

Wstała raptownie od stołu.

- Wybaczcie mi proszę, czuję potrzebę zaczerpnięcia świeżego powietrza. Pójdę na 

spacer.

- Pójdę z tobą - zaproponował Preston Yarwood; miał ponurą minę.

- Wolałabym, żebyś tego nie robił - odparła sztywno Elyssa.

- Chcę z tobą pomówić.

- Czy oboje zwariowaliście? - spytał Doug. - Na dworze jest zimno. Za chwilę znowu 

zacznie padać.

Elyssa zlekceważyła jego uwagę i wyszła z pokoju. Yarwood twardo poszedł za nią. 

Verity nie żałowała, że wychodzą.

Po ich wyjściu atmosfera w pokoju trochę się poprawiła. Verity zerknęła na Douga 

Warwicka.

- Zapomniałam ci powiedzieć, że dziś rano widziałam małą łódkę w zatoczce.

- Pewnie wędkarz albo turysta - odparł Doug bez zainteresowania. - Na tych wodach 

są   setki   wysp   i   wielu   wodniaków   lubi   je   zwiedzać.   Wujkowi   Digby'emu   nigdy   nie 

przeszkadzali ludzie przybijający do wyspy na krótko, jeśli nie zawracali mu głowy.

Verity skinęła głową i spojrzała na Jonasa.

- Czy wracasz do pracy po lunchu?

- Tak, przecież za to mi płacą - powiedział z uśmiechem. - Spencer ma rację. Pieprzyć 

czystą i szlachetną naukę. Robię to dla pieniędzy, jeszcze dwa dni powinny wystarczyć.

Spencer popatrzył na Jonasa ze złością i wstał.

- Muszę się napić - stwierdził i wyszedł z pokoju.

- Pójdę z tobą - powiedział Doug Warwick do Jonasa.

165

background image

Kiedy wyszli z jadalni, Oliver Crump zerknął na Verity.

- Powiedziałaś mu? - spytał cicho.

- Powiedziałam - odparła z uśmiechem.

- Jest zadowolony.

-  Wygląda   na   to,  że   nie   ma   nic   przeciwko   temu,   choć   sądziłam,   że   będzie   zły   - 

przyznała ostrożnie.

-   Jest   wyraźnie   zadowolony.   Prawdopodobnie   dlatego,   że   traktuje   to   jako   jeszcze 

jedno ogniwo w łańcuchu łączącym go z tobą. To bardzo zaborczy człowiek.

- Sporo wiesz o Jonasie.

Crump wzruszył ramionami i wyciągnął z kieszeni duży kawałek żółtego kryształu.

- Twoja kostka wyzdrowiała.

- Stwierdziłeś to patrząc w kryształ?

Usta Olivera rozchylił rzadki u niego uśmiech.

- Nie, stwierdziłem to, ponieważ widzę, że nie używasz laski.

Verity roześmiała się głośno.

-   Co   za   błyskotliwe   rozumowanie.   Myślę,   że   pomógł   twój   okład,   Oliverze.   Albo 

kryształ. W każdym razie dziękuję.

Obracał kryształ w dłoniach, wydawał się zafascynowany.

- Co zamierzasz teraz zrobić z kryształem?

Oliver podniósł głowę. Był skupiony.

- Nie jestem pewien - odparł powoli. - Sporo myślałem. Jeśli pozwolisz, chciałbym 

przeprowadzić  eksperyment.  - Położył  kryształ  na środku stołu, gdzie mogła  go dotknąć, 

gdyby wyciągnęła rękę.

- Jasne, jestem gotowa spróbować - powiedziała wesoło. - Co mamy zrobić?

- Wyleczyć ból głowy Maggie Frampton.

- Nie wiedziałam, że ją boli.

- Boli - potwierdził Oliver. - Powiedziała mi o tym przed lunchem.

- Wydawało mi się, że jest trochę blada. Czy zechce poddać się eksperymentowi z 

kryształem?

Maggie weszła, aby zebrać ostatnie talerze.

- Jaki eksperyment? - spytała.

- Oliver mówi, że boli cię głowa. Chcesz zobaczyć, czy go wyleczy kryształem?

- Co za cholerna bzdura - odparła Maggie z niechęcią, ale usiadła obok Olivera. - 

Digby'emu wcale by się takie głupoty nie spodobały.

166

background image

- Na pewno nie zaszkodzi - zapewnił ją Oliver.

- Mam nadzieję, że to prawda. - Maggie potarła skroń. - Wzięłam aspirynę, ale nie 

bardzo pomogła. Spróbuję z kryształem. Co mam robić?

Oliver podał jej kryształ.

- Trzymaj go po prostu w ręku. Zamknij oczy i spróbuj się rozluźnić. Postaraj się 

oczyścić umysł.

- Oczyścić? - powtórzyła Maggie sceptycznie, ale zamknęła oczy, jak jej polecił.

Oliver gestem wskazał Verity, żeby obeszła stół. Bez słowa wstała i znalazła się z 

drugiej strony.

-   Położę   rękę   na   krysztale,   który   trzyma   Maggie   -   powiedział   Oliver   spokojnym, 

łagodnym głosem. - Chcę, żebyś położyła rękę na mojej dłoni, Verity.

- Dobrze. - Poczekała chwilę, aż Oliver lekko dotknął kryształu. Potem położyła na 

chwilę palce na jego dłoni.

Coś nie pasowało.

- Zrób wszystko, co uważasz za stosowne, Verity - cicho poprosił Oliver.

Verity zmarszczyła brwi i zamknęła oczy, próbując się skupić. Nagle rozgrzały się 

czerwone kolczyki w jej uszach. Zastanawiała się przez chwilę, ale zrozumiała, że nie jest w 

stanie opisać tego, co nie pasowało. Nie znalazła słów. Jednak wyczuwała sposób, w jaki 

można było to poprawić.

- Tutaj - powiedziała, przesuwając lekko palce Olivera. - Tak. Właśnie tak. Dokładnie 

tutaj.

- Tak, już mam. Teraz czuję, że jest dobrze. Dziękuję, Verity. Możesz opuścić rękę.

Verity otworzyła oczy i cofnęła się o krok. Przyglądała się zafascynowana, jak Oliver 

przechyla kryształ w dłoni Maggie i mówi do niej cicho łagodnym, uspokajającym głosem.

Po pewnym czasie Oliver przestał mówić. Wyjął kryształ z dłoni Maggie.

- Otwórz oczy, Maggie.

Zamrugała; miała podejrzliwą minę.

-   Hmmm.   -   Ostrożnie   obróciła   głowę   to   w   jedną,   to   w   drugą   stronę.   -   Lepiej   - 

oświadczyła. - Jestem pewna. O wiele lepiej. Może rzeczywiście coś dają te kryształy.

- Albo w końcu podziałała aspiryna - zauważył ironicznie Oliver. - Nigdy do końca 

nie wiadomo.

- Mimo wszystko dziękuję - powiedziała Maggie wstając. - Mam tylko nadzieję, że 

lekarstwo podziała trochę dłużej. - Skinęła głową i wyszła z pokoju.

167

background image

Zapadła krótka cisza. Oliver przyglądał się zamyślony Verity. Chciała go zapytać o 

kryształy, gdy coś kazało jej spojrzeć na drzwi.

Stał tam Jonas i patrzył na nich. Trudno było odczytać, w jakim jest humorze. Z jego 

złotych oczu zniknęło rozleniwienie i poczucie zadowolenia.

- Wróciłem, żeby spytać, czy nie wiesz, gdzie jest mój notes. Nie mogę go znaleźć.

- Chyba zostawiłeś go w salonie. Tuż przed samym lunchem coś w nim zapisywałeś. - 

Uśmiechnęła   się   do   niego,   zastanawiając   się,   dlaczego   kłamie.   Mogła   się   założyć,   że 

doskonale pamiętał, gdzie zostawił notes.

Jonas zniknął bez słowa.

- Oto - stwierdził Oliver Crump - człowiek, który mógłby kogoś zabić, gdyby sądził, 

że cię traci.

Verity była wstrząśnięta jego słowami.

- Zabiłby mnie? - szepnęła.

- Nie - odparł Crump, kręcąc głową z ponurym przeświadczeniem. - Ciebie nigdy. Ale 

każdy mężczyzna, który próbowałby zabrać cię Quarrelowi, szybko przekonałby się, że jego 

życie niewiele jest warte. Sądzę, że Jonas widział więcej przemocy niż większość mężczyzn. 

Może   sam   jej   używał.   Bez   względu   na   powody,   to   jest   część   jego   natury   i   musisz   się 

przygotować do zaakceptowania jej.

Verity pomyślała, że Jonas doświadczał przemocy wielokrotnie, nie tylko w swoim 

własnym   życiu.   Dobrze   o   tym   wiedziała.   Istniała   więź   psychiczna   między   Jonasem   a 

przemocą.   Zastanawiała   się,   czy   taka   zdolność   jest   dziedziczna.   Zsunęła   rękę   ze   stołu   i 

dotknęła brzucha.

O

liver Crump siedział samotnie przy stole jeszcze długo po wyjściu Verity.  Miał 

rację. Verity Ames znała odpowiedzi na pytania, które już od dawna go dręczyły. Mogła go 

nauczyć  wielu rzeczy o kryształach,  które pragnął poznać, już się dowiedział więcej, niż 

oczekiwał.

Pomyśleć, że niemal odmówił Elyssie, gdy namawiała go na spędzenie tygodnia w 

willi.   Zdecydował   się   przyjechać   z   czystej   ciekawości.   Słyszał   kiedyś   plotki   o   Jonasie 

Quarrelu i chciał poznać prawdę.

Jednak to Verity natychmiast zwróciła uwagę Crumpa.

168

background image

Dziwne, ale wydawała się zupełnie nieświadoma swej mocy. Być może dlatego, że 

była tak silnie związana z Quarrelem. Nie przyszłoby jej do głowy, że mogłaby nawiązać 

psychiczny kontakt z kim innym. Verity Ames była bardzo niewinna i prawa.

Crump nie rozumiał natury więzi Verity z Quarrelem, ale wyczuwał, iż jest bardzo 

silna. Budziła jego szacunek. Wiedział, że musi się dowiedzieć jak najwięcej od Verity w 

czasie pobytu w willi, ponieważ Quarrel po wyjeździe nie pozwoli jej zbliżyć się do innego 

mężczyzny, nawet do kogoś, kto szuka jedynie kontaktu psychicznego.

Crump uśmiechnął się szyderczo. Quarrel nie pozwoliłby Verity zbliżyć się zwłaszcza 

do   mężczyzny,   który   chciałby   tego   typu   związku.   W   oczach   Quarrela   taka   więź   byłaby 

groźniejsza od fizycznego uwiedzenia.

Jonas Quarrel był inteligentny i bardzo zaborczy.

Jednak Crump właśnie odkrył, że i on sam w pewien sposób jest zachłanny. Weźmie 

od Verity, ile tylko się da, starając się nie przekroczyć granicy, za którą Quarrel będzie się 

czuł zmuszony zgnieść go na miazgę.

V

erity   w   godzinę   później   zobaczyła   Prestona   Yarwooda   wracającego   szybkim 

krokiem   do   willi.   Siedziała   sama   w   salonie,   zwinięta   w   wygodnym   fotelu   z   książką   na 

kolanach. Nie czytała. Zastanawiała się nad imieniem dla dziecka.

Kwestia   imienia,   jak   właśnie   sobie   uświadomiła,   wpłynęła   na   nią   niezwykle 

otrzeźwiająco.   W   dziwny   sposób   bardziej   przekonała   Verity   o   rzeczywistej   sytuacji   niż 

cokolwiek innego. Nazwała coś, co do tej pory nie do końca było realne.

Była w ciąży, a ojciec dziecka chciał się z nią ożenić. Zakładając, że kochała ojca 

dziecka   i on  utrzymywał,   że  ją  kocha,  wyglądało  na  to,  że  trzeba  będzie   szybko  podjąć 

decyzję. Verity wiedziała, że nie da rady zbyt długo tego przeciągać.

Jednak byłoby miło, gdyby Jonas wpadł na pomysł małżeństwa, zanim się dowiedział 

o   dziecku,   pomyślała   z   żalem.   Może   to   Laura   Griswald   miała   rację,   że   Verity   niewiele 

zrobiła,   aby   mu   ten   pomysł   podsunąć.   Męski   mózg   najwidoczniej   trzeba   było   najpierw 

starannie przygotować, zanim się włączył i ruszył we właściwym kierunku.

Verity nigdy przedtem nie zastanawiała się nad małżeństwem. Emerson Ames sporo ją 

nauczył, wlokąc ze sobą po świecie, ale nigdy nie wspominał o tym, że będzie jej potrzebny 

mąż. Verity właśnie stawała się szczęśliwą, dobrze prosperującą samotną kobietą, kiedy w jej 

życiu zjawił się Jonas Quarrel.

169

background image

Prawdę mówiąc, pomyślała Verity, powinna przyznać, że Jonas nie ponosił wyłącznej 

winy za niepodjęcie rozmowy o małżeństwie,  dopóki nie okazało się, że zostanie  ojcem. 

Sama przecież też nie myślała o tym, zanim dowiedziała się, że jest w ciąży.

Verity doszła właśnie do kilku nieprzyjemnych dla siebie wniosków, gdy usłyszała 

gniewne kroki Prestona Yarwooda na kamiennych schodach. Spojrzała w stronę drzwi salonu 

i   spostrzegła,   że   skulony   wchodzi   na   górę.   Wyjrzała   przez   okno   -   zobaczyła,   że   znowu 

zaczęła padać mżawka. Panienka Słoneczko widocznie została na świeżym powietrzu, aby 

obcować z przyrodą.

Verity   zastanawiała   się   z   niepokojem,   czy   Yarwood   dowiedział   się   o   próbie 

uwiedzenia Jonasa przez Elyssę w sali tortur.

Wyobraziła sobie, jak by zareagował Jonas, gdyby znalazł się na miejscu Yarwooda. 

Nie sądziła co prawda, by kiedykolwiek miała zamiar zdradzić Jonasa z innym mężczyzną. 

Chodziło jednak o to, że Jonas był zaborczy, agresywny i opiekuńczy. Verity wiedziała, że 

jeśli wyjdzie za niego, będzie musiała to zaakceptować i radzić sobie jakoś z tą stroną jego 

natury.

Verity na kilka minut przestała myśleć o Elyssie. Wróciła do czytania i całkowicie 

pochłonęła ją pogmatwana intryga, gdy nagle poczuła na skórze dotyk rozgrzewających się 

czerwonych kolczyków.

Bezwiednie   wyciągnęła   rękę,   aby   je   poprawić,   rozmyślając   o   tym,   w   jaki   sposób 

czerwony   kryształ   wchłaniał   ciepło   jej   ciała   i   promieniował.   Crump   wspominał,   że   to 

właściwość kryształów.

Rzut oka przez okno wystarczył, żeby spostrzegła, iż mżawka zmieniła się w deszcz. 

Elyssa naprawdę musi lubić obcowanie z przyrodą.

Verity   próbowała   wrócić   do   książki,   ale   nie   mogła   się   skupić   na   zawiłej   fabule. 

Zaniepokojona podeszła do okna i wyjrzała na zarośnięty ogród.

Po   kilku   minutach   ogarnęła   ją   niepohamowana   chęć   wyjścia   z   willi.   Zirytowana 

odwróciła   się   od   okna.   To   było   śmieszne.   Nie   chciała   wychodzić   na   dwór   w   zimne, 

deszczowe popołudnie. Rano dość długo spacerowała.

Jednak pragnienie rozprostowania nóg nagle stało się przemożne. Musiała się przejść. 

Była przyzwyczajona do ciężkiej pracy. Wymuszony wypoczynek dawał się jej we znaki.

Widocznie nie była rozsądniejsza od Elyssy, pomyślała idąc na górę po kurtkę. Jakiś 

odwieczny zew  w tym  północnym  deszczu  przywoływał  ją tak mocno,  że nie mogła  się 

oprzeć.

170

background image

Kilka minut później skulona pod kapturem kurtki zastanawiała się, czy takie niemądre 

zachowanie   jest   normalne   u   przyszłej   matki.   Bezwiednie   skierowała   się   ku   urwiskom. 

Panowało przenikliwe zimno, zupełnie nie przypominające Hawajów. Gdyby miała odrobinę 

rozumu, wróciłaby do środka i ogrzała się przy ogniu.

Verity dotarła do urwistego zakrętu nad zatoczką, w której wcześniej widziała łódź. 

Zerknęła w dół. Łódź jeszcze tam cumowała, ale było też coś jeszcze. Kupka białych ubrań 

leżała zanurzona w połowie w zimnej wodzie. Verity wszędzie rozpoznałaby te białe spodnie.

Leżała tam Elyssa Warwick, z głową tuż przy linii wody. Nie ruszała się.

Wstrząśnięta Verity uświadomiła sobie, że nie ma czasu, by biec do willi po Jonasa 

lub   kogoś   innego.   Natychmiast   zaczęła   nieporadnie   zsuwać   się   w   dół   bokiem   niskiego 

urwiska.   Najważniejsze   było   wyciągnięcie   Elyssy   z   wody.   Jeśli   jeszcze   żyła,   największe 

zagrożenie   stanowiła   utrata   ciepła.   Lodowata   woda   mogła   w   pół   godziny   całkowicie 

wychłodzić ludzkie ciało.

Dotarcie na plażę nie było takie trudne, jak się Verity spodziewała. Adrenalina dużo 

ułatwia,   jak   stwierdziła   na   pół   ślizgając   się   i   na   pół   zeskakując   na   kamienisty   brzeg. 

Wylądowała bez kłopotu na małych skałkach obsypanych sosnowymi igłami i pośpieszyła do 

miejsca, gdzie leżała Elyssa. Przykucnęła przy niej i poszukała pulsu na szyi.

Panienka Słoneczko żyła. Jęknęła ciężko, kiedy Verity badała, czy nie krwawi i nie ma 

połamanych kości. Zatrzepotała rzęsami.

- Sarananta? - szepnęła ochryple.

- Verity, nie Sarananta. Wszystko będzie dobrze, Elysso. Zaprowadzę cię do domu. 

Możesz usiąść? Musimy wyciągnąć cię z wody. - Trudno było powiedzieć, jak długo Elyssa 

leżała z nogami w szarych, lodowatych falach.

- W głowie mi się kręci - niewyraźnie powiedziała Elyssa. - Pomóż mi, Sarananto. - 

Spróbowała bez powodzenia usiąść i natychmiast opadła w ramiona Verity. Zamknęła oczy.

Elyssa nie mogła pomóc. Verity ściągnęła kurtkę. Zadygotała, gdy deszcz zmoczył jej 

głowę i ramiona. Zdjęła z Elyssy przemoczony żakiet i ubrała ją we własną ciepłą kurtkę. 

Potem splotła ręce pod ramionami nieszczęsnej dziewczyny i zaczęła ją wyciągać z wody.

Nie było to łatwe zadanie. Elyssa nie należała do lekkich, ale w końcu Verity udało się 

wydobyć   ją   na   skalisty   brzeg.   Zerknęła   na   łódkę,   zastanawiając   się,   gdzie   podział   się 

właściciel.   Pośpieszyła,   aby   zajrzeć   do   środka.   W   kącie   leżał   mały   papierowy   worek, 

pomocnicze drewniane wiosło i wędki. Nic, co nadawałoby się do wykorzystania.

171

background image

Nie było kluczyków, ale Verity odkryła na rufie otwarty schowek. W środku była 

brezentowa płachta. Niezbyt wiele, ale przynajmniej ochroni Elyssę przed deszczem i będzie 

jej trochę ciepłej. Verity wyciągnęła płachtę ze schowka i okryła nią skuloną postać.

Elyssa nie przypominała w tej chwili panienki Słoneczko. Nie była też szczególnie 

pociągająca. Wyglądała tak, jakby miała zaraz umrzeć, jeśli Verity szybko nie sprowadzi 

pomocy.

Verity wgramoliła się z powrotem na urwisko i pobiegła w kierunku willi. Tylko parę 

razy zabolała ją skręcona kostka.

J

onas   stał   przy   wąskim   oknie   na   pierwszym   piętrze   willi,   kiedy   dostrzegł   zarys 

znajomej rudowłosej sylwetki biegnącej w kierunku domu. Pierwszą myślą, jaka mu przyszła 

do głowy, było, że Verity nie powinna biegać, mając skręconą kostkę. Znowu mogła upaść.

Potem doszedł do wniosku, że ją udusi za wychodzenie na dwór bez kurtki. Miała na 

sobie tylko sweter. Widocznie nic nie wiedziała o zachowaniu w czasie ciąży.

Gdy  odwracał  się  od okna,  przyszło  mu  do  głowy,  że  ciąża   zmieni   charakter   ich 

związku. Bardzo szybko rodziła się w nim potrzeba utyskiwania. Oczywiście, wszystko dla 

jej dobra.

Dotarł do głównego holu w tym samym momencie, gdy Verity wpadła przez drzwi 

wejściowe.

- Co ty sobie, do diabła, wyobrażasz? Czemu biegasz bez kurtki? I co ty w ogóle 

robisz   na   deszczu,   na   miłość   boską?   Gdzie   twój   rozum,   kobieto?   Odpowiadasz   teraz   za 

dwoje, chyba wiesz o tym.

Stał wpatrując się w nią gniewnie, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Ogarnęło ją 

uczucie ulgi.

- Jonas! Dzięki Bogu! To Elyssa. Spadła. Leży nieprzytomna w zatoczce, gdzie ktoś 

przycumował małą łódkę.

Jonas szybko zmienił ocenę sytuacji.

- Poszukaj Douga i każdego, kogo znajdziesz do pomocy.

Bez większych trudności wynieśli Elyssę na urwisko, Kiedy Doug przyniósł ją do 

domu i położył na sofie przy kominku, Verity i Oliver Crump zaniepokojeni pochylili się nad 

nieprzytomną kobietą. Zaczęli ściągać z niej przemoczone ubranie. Crump kazał przynieść 

koce i gorącą wodę. Jeden po drugim, zjawili się wszyscy.

172

background image

Jonas  stał   z  tyłu   i  patrzył  na   rudą  głowę  pochyloną   obok  ciemnej   głowy  Olivera 

Crumpa. Uświadomił sobie, że czuje taki sam niepokój, jak wtedy, gdy widział ich zajętych 

kryształem.

Nie   podobał   mu   się   sposób,   w   jaki   Crump   wciągał   Verity   w   swoje   głupie 

parapsychiczne gry. Zwłaszcza nie podobało mu się, że Verity zdawała się coraz bardziej 

interesować Crumpem i jego cholernymi kryształami.

Preston Yarwood jako ostatni wszedł do salonu. Jonas obserwował jego wyraz twarzy, 

gdy Preston dostrzegł nieprzytomną kochankę.

- Elyssa! Co się do diabła stało? - Yarwood podszedł do niej z pośpiechem, wyglądał 

na naprawdę zaniepokojonego. - Co jej jest? Co się stało, do jasnej cholery?

-   Musiała   spaść   -   odparł   Crump,   przy   pomocy   Verity   owijając   Elyssę   w   koce.   - 

Prawdopodobnie deszcz spowodował, że na szczycie urwiska ziemia była miękka i śliska. 

Żyje, ale jest nieprzytomna.

- Była cała i zdrowa, kiedy ją zostawiłem - powiedział Yarwood bezradnie. Przerwał 

nagle, gdy wszyscy na niego spojrzeli.

Doug Warwick dłuższą chwilę przyglądał się Yarwoodowi, potem rzekł krótko:

- Jak tylko ją rozgrzejesz, Oliverze, zabieram ją do miasta. Na tamtej wyspie jest mały 

szpital.

Oliver skinął głową; całą uwagę skupił na pacjentce.

- Prawdopodobnie doznała wstrząsu mózgu, ale nie widzę oznak innych obrażeń. Nie 

sądzę, aby leżała zbyt długo w wodzie. Popłynę z tobą.

- Dziękuję - powiedział Doug i spojrzał na Verity. - Tobie też chcę podziękować, 

Verity. Gdybyś jej nie znalazła...

- Woda wściekle zimna - stwierdziła ponuro Maggie Frampton. Pojawiła się kilka 

minut wcześniej i stała sztywno w drzwiach. - Można umrzeć od wychłodzenia organizmu. 

Hipotermia, tak się to nazywa.

- Wiemy, Maggie - wtrącił się Slade Spencer, przerywając jej. Jego udział w sytuacji 

kryzysowej polegał na wrzuceniu jeszcze jednej pastylki do ust.

Pół godziny później  Jonas  odprowadził  Olivera,  Douga i dobrze  owiniętą  w koce 

Elyssę do motorówki.

- Wrócimy rano - powiedział Doug, gdy Jonas rzucił mu liny.

- Dobrze. Do zobaczenia jutro.

Doug milczał przez chwilę, stojąc w podskakującej na falach łodzi.

173

background image

- Elyssa i Yarwood ostatnio ciągle się kłócili - odezwał się w końcu. - Dziś rano 

Yarwood z jakiegoś powodu był wściekły. Po południu sam wrócił ze spaceru.

Jonas spojrzał na niego i poczuł ogarniającą go falę współczucia. Gdyby cokolwiek 

stało się Verity, też szukałby kogoś, kogo mógłby za to ukarać.

- Nie snułbym takich przypuszczeń - poradził łagodnie. - Przecież naprawdę mogła się 

poślizgnąć i spaść.

Doug wykrzywił usta niepewnie.

- Wiem. Chyba trochę przesadziłem. Elyssa potrafi nieźle zaleźć za skórę, ale to moja 

siostra.

Jonas pomyślał w duchu, że zgadza się z jego oceną. Elyssa rzeczywiście potrafiła 

nieźle zaleźć za skórę. Jednak był jej coś winny. W końcu gdyby nie urządziła tej sceny 

uwiedzenia   w   sali   tortur   Hazelhursta,   ominęłoby   go   jedno   z   największych   przeżyć 

erotycznych.

Nie   tylko   kajdany   i   sposób   zastosowania   przez   Verity   aksamitnego   bicza   miał 

wspominać do końca życia, lecz namiętność, zaborczość i zachłanność, z jaką Verity dała 

Elyssie do zrozumienia, że Jonas należy do niej i tylko do niej.

Tak, zdecydował Jonas. Był coś winien panience Słoneczko. Stał na przystani, aż łódź 

zniknęła mu z oczu.

Jednak   kiedy   wracał   do   willi,   myślał   o   Prestonie   Yarwoodzie.   Caitlin   Evanger 

powiedziała, że w raporcie z badań w laboratorium uznano go za osobnika niebezpiecznego.

Jonas zastanawiał się nad własnym, niedawnym przeżyciem uczucia zazdrości. Była to 

potężna siła. Poza tym wiedział z krótkich spotkań w psychicznym korytarzu, gdy docierał do 

niego gniew oszukanego mężczyzny, że gwałtowna reakcja nie była u zazdrosnego człowieka 

niczym wyjątkowym. Trzymał w ręku rapiery, których zdradzeni mężczyźni używali kiedyś 

do   pomszczenia   honoru.   Czuł,   że   niszcząca   furia   mogła   doprowadzić   mężczyznę   do 

popełnienia morderstwa.

Nie można było wykluczyć, że Yarwood poznał tego ranka siłę takiej furii.

Jonas otrząsnął się z tych myśli, gdy wszedł do głównego holu. Verity schodziła na 

dół. Wysuszyła włosy i zmieniła ubranie.

- Odpłynęli bez kłopotów? - spytała niespokojnie.

- Już ich nie ma. - Jonas popatrzył na nią i podjął decyzję. - Nałóż kurtkę, Verity - 

powiedział cicho. - Chcę pójść na spacer.

Zmarszczyła brwi.

- Teraz?

174

background image

Przytaknął.

- Teraz. Przestało padać.

Zawahała   się   lekko.   Myślał,   że   jeszcze   o   coś   zapyta,   ale   nic   nie   powiedziała. 

Pośpieszyła na górę i wróciła w suchej kurtce.

- Dokąd idziemy? - spytała.

- Na urwisko, gdzie spadła Elyssa.

Popatrzyła na niego pytająco.

- Podejrzewasz coś, prawda? - spytała, gdy wyszli na zewnątrz.

- Chciałbym tylko sprawdzić, czy coś tam jest.

- Chodzi ci o wibracje przemocy? Myślisz o jej kłótniach z Yarwoodem?

- Ten pomysł przyszedł też do głowy Dougowi. Jednak nie jestem pewien, co mam 

myśleć. Chcę tylko sprawdzić, czy uda mi się coś wychwycić.

Skinęła głową.

- Jakoś nie wyobrażam sobie Yarwooda popełniającego coś tak drastycznego. To nie 

ten typ.

- Każdy mężczyzna będzie takim typem, jeśli zostanie do tego popchnięty.

Verity rzuciła mu ostre spojrzenie, potem odwróciła wzrok. Nie musiał pytać, o czym 

myśli. Zastanawiała się, czy on jest taki.

- Każdy mężczyzna, Verity - podkreślił spokojnie Jonas. - Nawet taka miła, łagodna 

duszyczka jak Oliver Crump.

- Mylisz się - odparła z takim samym spokojnym przekonaniem, jaki dało się słyszeć 

w jego głosie. - Człowiek taki jak Oliver nigdy by nie zabił, chyba że w samoobronie.

- Nie bądź tego taka pewna. - Ścisnął ją za ramię mocniej, niż było trzeba, zirytowany, 

że stanęła w obronie Crumpa.

Nie odezwali się już do siebie słowem, aż doszli do urwiska nad zatoczką. Verity 

wyjrzała przez krawędź.

-   Miała   szczęście,   że   tu   jest   niewysoko.   Krzaki   rosnące   na   dole   prawdopodobnie 

złagodziły upadek.

Jonas spojrzał w to samo miejsce.

- Gdyby  źle  wylądowała,  złamałaby kark. - Poczuł,  że Verity wstrząsnął  dreszcz; 

żałował, że się odezwał. - Zobaczmy, co się nam uda znaleźć.

- Jonas musisz  czegoś dotknąć. Najlepiej  tego, czego dotknęła, gdy zsuwała się z 

krawędzi.

- Trzeba znaleźć miejsce, w którym stała, kiedy się to wydarzyło.

175

background image

-   Nie   zobaczysz   żadnych   śladów   stóp   na   igłach   –   stwierdziła   Verity,   gdy  ruszyli 

brzegiem urwiska.

- Nie, ale powinienem coś wyczuć, gdy trafimy na właściwe miejsce. Uważaj, gdzie 

stajesz. - Mocniej ścisnął ją za rękę.

Zrobili jeszcze kilkanaście kroków, zanim Jonas poczuł, że powietrze wokół niego 

drży w znajomym doznaniu. Verity natychmiast stanęła i obserwowała uważnie jego twarz.

- Tutaj? - wyszeptała.

- Blisko - potwierdził. - Bardzo słabo. Będę musiał popracować, żeby coś zobaczyć. 

Jesteś gotowa?

Skinęła głową i złożyła dłonie przed sobą.

- Gotowa.

Jonas zbliżył się o krok do skraju urwiska i wibracje stały się silniejsze. Ogarniała go 

oszałamiająca radość, że może kontrolować coś, co jeszcze niedawno nad nim panowało. 

Dzięki Verity mógł zmierzyć się ze swym talentem.

Rzeczywistość zakręcała wokół niego, tworząc korytarz bez końca i bez początku. 

Jonas pozostawał świadomy otoczenia, gdy wkraczał w psychiczny tunel. Widział, że Verity 

doświadcza tego samego uczucia zagubienia, mając do czynienia z dwiema rzeczywistościami 

jednocześnie.   To   było   wykonalne.   Kilka   miesięcy   temu   walczył   w   pojedynku   w   czasie 

rzeczywistym, w którym używał technik szermierczych „pożyczonych” z innego wymiaru.

- Verity?

- Jestem tutaj.

Wiedział, że jest blisko. Zawsze wyczuwał jej obecność. Była jego ubezpieczeniem. 

Dostrzegał ją kątem oka - stała niedaleko za nim w mrocznym korytarzu. Wpatrywała się 

wprost przed siebie w niewyraźny obraz powoli tworzący się przed nimi. Wizja była bardzo 

mglista, prawdopodobnie dlatego, że wypadek wydarzył się tak niedawno, pomyślał Jonas. 

Jego talent ujawniał się najlepiej, jeśli wizja pochodziła z czasów renesansu. Epokę tę Jonas 

uważał za swoje najlepsze lata. W ciągu kilku ostatnich miesięcy jego moc na tyle wzrosła, że 

potrafił wychwycić późniejsze sceny przemocy. Miało to jakiś związek z Verity. Nie tylko 

pomogła mu w opanowaniu talentu, ale uczyniła go silniejszym. Jednakże tym razem nie 

mógł sprawić, żeby to niedawne wydarzenie stało się wyraźniejsze.

- Jest tutaj, Jonas - szepnęła Verity. - Miałeś rację, patrz na smugi.

Przed nimi unosił się w powietrzu obraz kobiety spadającej z krawędzi urwiska. Była 

to Elyssa - na jej twarzy malowało się przerażenie. Bezradnie machała rękami. Nie można 

było zobaczyć, czy ktoś lub coś stało za nią, ale Jonas wyczuwał czyjąś obecność w wizji. 

176

background image

Wężowe macki gwałtownych emocji wysuwały się z ruchomej wizji, najpierw śpiesząc ku 

niemu, a potem jakby przyciągał je magnes, w stronę Verity. Smugi były bardzo jasne i słabe 

w porównaniu z tymi, jakie wyłoniłyby się ze starszej wizji.

- Cholernie zamglona - mruknął. - Nie wiem, co się tam dzieje.

-   Może   to   był   tylko   wypadek,   nieszczęśliwy   wypadek   -   powiedziała   Verity   ze 

ściśniętym gardłem.

- Nie. - Jonas był tego pewien tak samo jak Verity. Nie chciała tylko tego przyznać. 

Jego   talent   nic   nie   dawał   przy   przypadkowych   tragicznych   śmierciach   w   burzy   czy 

katastrofie. Psychiczne zdolności, które niemal doprowadziły go do szaleństwa, wiązały się z 

tym rodzajem przemocy, której kobiety i mężczyźni używali wobec siebie. - Ktoś był w to 

zamieszany.  Gdyby nikogo tu nie było, nic bym nie wyłapał. - Wyciągnął rękę i dotknął 

jednej z bladozielonych smug otaczających stopy Verity. Drgająca macka skoczyła zachłannie 

ku niemu, ohydny mały wąż, który chętnie by go ukąsił.

Słabe pozostałości gniewu, cierpienia i bólu ogarnęły Jonasa, gdy smuga próbowała 

niepewnie  otoczyć   jego przegub.  Szybko   uwolnił   się od  smugi   emocji   i  usunął  się  z  jej 

zasięgu. Pozbawiony ofiary wąż powrócił do drgającej masy otaczającej Verity.

- Nic ci nie jest? - spytała.

Nie mogła znieść, gdy dotykał niebezpiecznej smugi.

- W porządku. Chodźmy stąd. - W czasie rzeczywistym zrobił krok do tyłu i zszedł z 

miejsca upadku Elyssy. Natychmiast zniknął niewyraźny obraz i korytarz psychiczny.

Verity rozcierała energicznie ręce.

- Naprawdę myślisz, że ktoś ją zepchnął? - zapytała.

Wzruszył ramionami.

- Coś się tu stało. Coś, co dotyczyło Elyssy i jeszcze jednej osoby, która odczuwała 

gniew i głęboki ból. Wizja była ledwie widoczna, ale wiesz, że bym jej nie wywołał, gdyby 

Elyssa spadła przez przypadek.

177

background image

Rozdział czternasty

T

o   musiał   być   Yarwood   -   powiedziała   Verity   spokojnie,   gdy   wracali   do   willi   - 

chociaż   naprawdę   nie   mogę   sobie   tego   wyobrazić.   Musiał   się   jakoś   dowiedzieć   o 

zamiłowaniu Elyssy do kręcenia z każdym mężczyzną ze zdolnościami parapsychicznymi. 

Słyszeliśmy, jak się kłócili, pamiętasz? Jeśli dotarło do niego, co próbowała zrobić dziś rano, 

mógł naprawdę oszaleć z wściekłości.

- Może.

Gwałtownie ściągnięte brwi Verity utworzyły ostrą linię.

- Co ma znaczyć to „może”? Czy jest jakieś inne wytłumaczenie?

Jonas wzruszył ramionami.

- Nie wiem, ale Elyssa kręciła już z wszystkimi od dawna, a Yarwood do tej pory nie 

próbował jej zabić.

- Może przez cały czas nie wiedział, co robiła.

- To bez sensu. Musiał wiedzieć, jaka jest - upierał się Jonas.

- Miłość jest ślepa - odparła Verity filozoficznie.

- Bzdury. Kocham cię, ale doskonale widzę wszystkie twoje wady lub kłopoty, jakie 

mi sprawiasz.

Verity szturchnęła go łokciem w żebra.

- Auu! To boli, do cholery.  - Jonas przystanął i przyciągnął ją do siebie. W jego 

oczach pojawił się znajomy błysk.

- Och, nie, nie zrobisz tego, nie tutaj, nie na lodowatej, mokrej ziemi - powiedziała, ale 

podniecenie zaczynało wrzeć i w jej żyłach. Ogarnęło ją, gdy tylko spojrzała mu w oczy. - 

Wiesz co, Quarrel? Sporo myślałam o tym, że tak rozpalasz się po każdym wejściu w korytarz 

psychiczny, i doszłam do pewnych wniosków.

- Nie tylko ja się rozpalam po wejściu w korytarz - wymruczał, tuląc twarz do jej szyi. 

- Już ci mówiłem, że nigdy nie doznałem takiego skutku ubocznego, dopóki nie poznałem 

ciebie. Nie miałem takich problemów  przez te wszystkie miesiące, kiedy badano mnie w 

Vincent   College.   Ani   potem,   gdy   ustalałem   autentyczność   zbiorów   dla   tylu   muzeów   i 

kolekcjonerów. Nie, proszę pani, nigdy mnie coś takiego nie spotkało. Dopóki nie zetknąłem 

się z tobą, moje myśli były czyste jak śnieg po wyjściu z korytarza.

178

background image

- Nawet nie próbuj mi wmawiać, że to ja jestem przyczyną twej przypadłości. - Czuła 

ciepło bijące z jego ciała. Jak zwykle, coś w jej brzuchu zaczęło się roztapiać. Kolana się pod 

nią ugięły. Jeszcze chwila, a nie będzie mogła ustać.

- Wiesz, że nie możesz mnie okłamać, tyranko - stwierdził z zadowoleniem. - Czujesz 

teraz dokładnie to co ja.

- Może, ale doszłam do wniosku, że to nie z powodu korytarza - odparła Verity.

- Nie? A dlaczego?

- To chodzi o ciebie, nie o przeżycia z korytarza. - Położyła Jonasowi dłonie na piersi i 

nadaremnie próbowała odepchnąć go od siebie. - Ty mi to robisz. Chyba sposób, w jaki na 

mnie patrzysz... Nie jestem pewna, ale wiem, że to nie korytarz, ponieważ zaczynam to czuć 

dopiero wtedy, gdy uśmiechasz się do mnie tak znacząco. Wszystko to twoja wina.

Jonas zachichotał z zadowoleniem.

- Tak właśnie być powinno - stwierdził pogodnie. - Chodźmy na górę i poszukajmy 

bicza. Teraz moja kolej.

- Jonas! - Verity zarumieniła się.

Jonas bez słowa pochwycił ją w ramiona i przeniósł przez próg willi.

Maggie Frampton przechodziła przez główny hol. Zerknęła na nich niepewnie.

- Zastanawiałam się właśnie, gdzie zniknęliście.

-   Poszliśmy   na   krótki   spacer   -   odpowiedział   bez   zająknienia   Jonas.   -   Verity   jest 

wyczerpana.

- Wiem, o co ci chodzi - odparła Maggie z uczuciem żalu. - Kiedyś miewałam taką 

samą wyczerpaną minę, gdy Digby zapraszał mnie na dół do sali tortur. - Odwróciła się i 

ciężkim krokiem wyszła z holu.

- Naprawdę za nim tęskni - powiedziała cicho Verity. - Będzie jej bardzo trudno, gdy 

Doug sprzeda ten dom.

- Skoro już wspomniałaś o tęsknocie - wymruczał Jonas, wchodząc po schodach - to 

pozwól, że ci opowiem o swoim małym kłopocie.

- Ja już widziałam ten twój kłopot i wiem, że wcale nie jest mały.

M

aggie słuchała kroków Quarrela na kamiennych schodach, gdy wnosił Verity na 

górę. Zacisnęła dłonie w pięści. Niczego tak nie pragnęła, jak tego, żeby wszyscy opuścili ten 

dom. Żeby wszyscy się wynieśli. Digby czułby to samo.

179

background image

Jakby pogardzał Prestonem Yarwoodem. Digby powiedziałby, że Yarwood to tylko 

sprytny oszust. Wykopałby Olivera Crumpa i jego głupawe kryształy prosto przez frontowe 

drzwi. Maggie nie podobał się sposób, w jaki Oliver przyglądał się wszystkim i wszystkiemu 

zza tych okrągłych okularków. Coś jej mówiło, że widzi za dużo. 

Pozostał Slade Spencer. Digby nawet przez minutę nie zniósłby ani jego, ani jego 

narkotyków.   Maggie   zmarszczyła   brwi,   myśląc   o   Sladzie   Spencerze.   Było   w   nim   coś 

znajomego. Żałowała, że nie może sobie przypomnieć. Postanowiła, że jak tylko będzie miała 

okazję, zerknie na jego rzeczy na górze. Mogła zrobić to bez trudu, miała klucz uniwersalny 

do wszystkich pomieszczeń w willi.

Jednak największy problem stanowili Doug i Elyssa.  Trzymali  los willi w swoich 

rękach.

P

óźniej Verity leżąc na brzuchu uniosła się na łokciu i pochyliła nad Jonasem, aby 

zwrócić na siebie uwagę. Otworzył jedno oko i spojrzał na nią leniwie.

- Znowu wpatrujesz się we mnie ze złością. Czy ojciec nie ostrzegał cię, że od takich 

min   zrobią   ci   się   zmarszczki?   -   spytał.   -   Sekutnicom   grozi   największe   ryzyko.   Muszą 

przedsiębrać specjalne środki ostrożności.

Verity uniosła brwi.

- Na przykład jakie?

- Jak uśmiechanie się do kochanków i ćwiczenie mówienia „tak”.

-   Za   często   mówię   tak.   Tylko   popatrz,   dokąd   mnie   to   doprowadziło.   -   Gestem 

wskazała rozrzuconą pościel.

Jonas udawał, że jest urażony.

- Robię to wszystko dla ciebie i takie dostaję podziękowanie.

- Dla mnie?

- Pewnie. Potraktuj to jak zabieg upiększający. Utrzymuje cię w dobrej formie i nieźle 

nasmarowaną.

- Ale zabieg upiększający! Przez takie zabiegi za kilka miesięcy zmienię się w słonia - 

poskarżyła się Verity.

Ku zdumieniu Verity Jonas spoważniał.

- Boisz się, kochanie? - spytał cicho.

Verity próbowała zaprzeczać, ale po chwili przyznała szczerze.

- Trochę.

180

background image

- Nie bój się - poprosił łagodnie. - Będę przy tobie. Poradzimy sobie z tym razem, tak 

jak w korytarzu czasu. Nie ma sprawy.

Verity skrzywiła usta w uśmiechu.

- Nie ma sprawy. Zapamiętam to.

Dotknął jej warg opuszką palca. Złote oczy błyszczały i spoglądały bardzo, bardzo 

poważnie.

- Zrób to.

Westchnęła i przytuliła się do jego piersi. Siła Jonasa zawsze była dla niej źródłem 

poczucia bezpieczeństwa. To prawda, że natura Jonasa miała też ciemną stronę, która dobrze 

wiedziała, czym jest przemoc. Jednak Verity nie musiała się go obawiać.

- Jonas, tak bardzo cię kocham.

Patrzył na nią w skupieniu.

- To dobrze, bo bierzemy ślub. - Zanim zdążyła zaoponować, powiedział szybko: - A 

teraz wyjaśnij mi, dlaczego przed chwilą wpatrywałaś się we mnie ze złością.

- Nie wpatrywałam się ze złością. Byłam tylko zatroskana.

- Wybacz mi zatem. Dlaczego wpatrywałaś się we mnie z zatroskaniem? - Potargał jej 

włosy.

- Myślałam o Elyssie i Prestonie Yarwoodzie.

- I co o nich myślałaś?

Verity uniosła głowę i przygarbiła się nagle z napięcia.

- Jonas, kiedy rozmawialiśmy o tym, że może Yarwood zepchnął Elyssę z urwiska, 

zapomnieliśmy o innym rozwiązaniu. O kimś, kogo w ogóle nie wzięliśmy pod uwagę.

Jonas położył głowę na poduszce i wpatrywał się w Verity z napięciem i powagą.

- Chodzi ci o właściciela łódki w zatoczce?

Verity jęknęła.

- Powinnam była wiedzieć, że już o nim pomyślałeś. Dlaczego nie wspomniałeś o tym 

wcześniej?

- Byłem zajęty czym innym - odparł wyniośle.

- Pewnie tym, żeby jak najszybciej rozsunąć suwak w spodniach. Doprawdy, Jonasie, 

jak na człowieka z przyzwoitym uniwersyteckim wykształceniem w pewnych kwestiach masz 

zadziwiająco prymitywną  mentalność.  Widocznie  stopień doktorski nie zabezpiecza  przed 

ślepą żądzą.

Jonas spojrzał na nią oczami szeroko otwartymi ze zdumienia.

- A myślałaś, że zabezpiecza?

181

background image

- Miałam złudzenia co do uniwersytetu.

-   Tylko   ktoś,   kto   nie   musiał   przecierpieć   formalnego   procesu   akademickiego 

kształcenia, mógłby podzielać takie złudzenia. Bądź wdzięczna, że ojciec nigdy cię nie posłał 

do prawdziwej szkoły. Skoro już o tym mówimy, to mam zamiar poprosić Emersona, aby 

nadzorował edukację naszego dziecka.

- Odchodzimy od tematu - zauważyła Verity, dziwnie zaniepokojona uwagą Jonasa o 

edukacji ich dziecka.

- Tak? Nie zauważyłem.

- Jeszcze jeden dowód, że myślisz tylko o jednym.

- To twoja wina, że tak jest - odparł beztrosko i ziewnął potężnie.

- Rozmawialiśmy o łodzi w zatoczce - przypomniała z uporem Verity.

- Obejrzę ją rano. Czy zauważyłaś coś szczególnego, gdy otworzyłaś schowek z tą 

płachtą dla Elyssy?

Verity pokręciła głową, próbując sobie przypomnieć.

- Nie. Nie zauważyłam żadnych dokumentów ani dziennika pokładowego, ale też ich 

nie szukałam. Jonas, ta łódka oznacza, że na wyspie jest ktoś obcy.

- Tak jak powiedział Doug, pewnie to turysta, który zatrzymał się tu na kilka dni.

- W taką pogodę?

Jonas zastanawiał się przez chwilę w milczeniu.

- Słyszałem, że ci faceci z północy są twardzi - odezwał się w końcu. Mogły to być 

jakiś zapalony wędkarz.

-   To   gdzie   jest?   Dlaczego   nie   zauważył   Elyssy?   Dlaczego   nie   pojawił   się,   gdy 

zeszliśmy do zatoczki, żeby ją wyciągnąć?

- Może rozbił obóz daleko od miejsca cumowania łódki i nic nie wiedział, że Elyssie 

coś się stało.

- Lub - zaczęła Verity - to właśnie on ją zepchnął.

- Powstaje wówczas pytanie, dlaczego chciał ją skrzywdzić - stwierdził Jonas. - Jeśli 

już o tym mówimy, to Preston Yarwood jest jedyną osobą z porządnym motywem.

- Na to wygląda, prawda? - zgodziła się z ponurą miną Verity.

- Verity.

- Hmmm? - Znała dobrze ten ton. Jonas używał go wtedy, gdy wydawał polecenie, 

które miało być bez szemrania wykonane.

182

background image

- Rano zobaczę, czy uda mi się znaleźć tego faceta od łódki - powiedział powoli Jonas. 

- Tymczasem, bez względu na to, co się stanie, żądam, żebyś ani na chwilę nie została sama z 

Yarwoodem

- Wciąż nie mogę go sobie wyobrazić jako gwałtownego, brutalnego typa.

Jonas   zagarnął   garść   włosów   Verity,   przyciągnął   ją   ku   sobie   i   szybko,   mocno 

pocałował.

-   Jak   na   kobietę,   która   wychowała   się   w   najplugawszych   portowych   miastach 

zachodniego świata, strasznie mało wiesz o brutalnych typach. Jak możesz być taka naiwna, 

skoro twoim ojcem jest Emerson Ames?

- Nie jestem naiwna!

- Jesteś. Na swój sposób. - Jonas przyjrzał jej się dziwnie zamyślony. - Uważam, że to 

rozczulające. Pod kolczastym pancerzem kryje się słodka, delikatna i łagodna Verity, gotowa 

widzieć we wszystkich tylko to, co najlepsze, dopóki nie dostanie w głowę i nie zetknie się z 

dowodami  czegoś  zupełnie  przeciwnego.  Jesteś  bardzo prostoduszna, kochanie. Nie chcę, 

żebyś przebywała w tym samym miejscu co Preston Yarwood, jeśli nie ma mnie w pobliżu. 

To rozkaz.

Uśmiech Verity był trochę za szeroki i za słodki.

- Czy mówiłam ci kiedyś, jak miękną mi kolana, gdy robisz się taki męski?

- To bardzo interesujące, Verity. Nie przypominam sobie, żebyś o tym wspominała. 

Czy   chcesz,   abym   cię   przywiązał   do   tej   kolumienki   od   baldachimu,   żebyśmy   mogli 

przedyskutować tę twoją właściwość, czy wolisz tę z drugiej strony? Może wszystkie cztery 

naraz?

Zaczęła   go   bezlitośnie   łaskotać.   Były   pewne   zalety   mieszkania   z   mężczyzną   pod 

jednym dachem - dokładnie znała jego najwrażliwsze miejsca.

Jeśli w czasie lunchu atmosfera była napięta, to nastrój przy kolacji był jeszcze gorszy. 

Bomba wybuchła, gdy posiłek się skończył.

Początek był nawet spokojny. W kamiennym pokoju panowało tłumione napięcie, ale 

Verity doszła do wniosku, że właściwie tylko tego należało się spodziewać. Nie wiedziała, 

czy pozostali doszli do tego samego wniosku, jeśli chodzi o przyczyny wypadku Elyssy, co 

ona i Jonas, ale była pewna, że wszyscy o tym myślą.

Maggie Frampton podała resztki z lunchu w kamiennej ciszy. Verity przeczuwała, że 

powrócił   jej   ból   głowy.   Slade   Spencer   pojawił   się   w   salonie   po   wypiciu   kilku   drinków. 

Operował nożem i widelcem z przesadną ostrożnością. Każdego, kto tyle pije, muszą dręczyć 

demony przeszłości, pomyślała Verity.

183

background image

Preston   Yarwood   pogrążył   się   w   bolesnym,   gniewnym   milczeniu,   co   Verity 

natychmiast zauważyła. W tym pokoju kryło się wiele bólu, uświadomiła sobie Verity, ale nie 

wiedziała, co na to poradzić. Jadła szybko, jakby chciała uciec. Miała wrażenie, że też nie 

chce przedłużać posiłku.

Gdy   tylko   było   to   możliwe,   Verity   odłożyła   serwetkę   na   stół   i   rzuciła   Jonasowi 

szybkie, pytające spojrzenie. Skinął krótko głową i dokończył kanapkę.

Preston Yarwood przerwał narzucone sobie milczenie, gdy Verity zaczęła odsuwać 

krzesło. Podniósł głowę i przykuł Jonasa spojrzeniem pełnym gniewu i cierpienia.

-   Myślała,   że   jesteś   prawdziwy,   wiesz?   -   wycedził   Yarwood.   -   Uważała   cię   za 

prawdziwego, cholernego psychicznego pierwszej klasy.

Verity stężała i posłała Jonasowi niespokojne spojrzenie. Zignorował je. Oparł łokcie 

na stole i popatrzył na Yarwooda, jakby mu rzucał wyzwanie.

- Rzeczywiście? - spytał cicho. - Ciekawe, czemu, do diabła, przyszło jej to do głowy.

- Skończ z tymi bzdurami, Quarrel. Cholernie dobrze wiesz, dlaczego Elyssie przyszło 

to do głowy. Wiem o tobie wszystko. Byłeś w Vincent College.

- Mnóstwo ludzi było w Vincent College.

-   Sprawdzali   cię   w   Wydziale   Badań   Paranormalnych   -   stwierdził   Yarwood. 

Najwyraźniej był usposobiony wojowniczo.

- No to co? Słyszałem, że ciebie też tam badali. Jednak nie znaleźli u ciebie nawet 

śladu parapsychicznych  zdolności, prawda, Yarwood? Dlaczego sądzisz, że coś znaleźli u 

mnie?

- Och, wiem, że coś znaleźli. - Yarwood schwycił kieliszek i wypił duży łyk Martini. - 

Wiem   wszystko   o   tych   durnych   pracownikach   laboratorium   i   ich   cholernych   technikach 

badawczych. Coś znaleźli. Miał to być wielki sekret. Stałeś się ich najcenniejszym królikiem 

doświadczalnym i nikt nie chciał stracić cię dla jakiejś instytucji z pierwszej ligi. Dlatego 

utrzymywali to w tajemnicy. Rozeszły się tylko plotki, mnóstwo plotek. Wszystkie muzea i 

prywatni kolekcjonerzy chcieli, żebyś sprawdził ich zbiory, bo wierzyli, że masz prawdziwy 

talent. Wierzyła w to również Elyssa.

- Ale ty wiesz lepiej, co, Yarwood?

- Dlaczego się ze mną bawisz, do cholery? - spytał rozjuszony Preston. - Znam cię. 

Wiem, jaki jesteś prawdziwy. Jesteś tak cholernie prawdziwy, że próbowałeś zabić człowieka 

w tamtym pieprzonym laboratorium! Może próbowałeś też zabić Elyssę. - Yarwood poderwał 

się na równe nogi.

184

background image

- Dlaczego miałbym chcieć zabić Elyssę? - spytał cicho Jonas. W jego oczach pojawił 

się dziwny blask.

- Skąd, do diabła, miałbym to wiedzieć? Może nie podobało ci się, że za dużo o tobie 

wie.   Może   chciałeś   utrzymać   swój   cholerny   talent   w   tajemnicy,   tak   abyś   mógł   z   niego 

korzystać do oskubywania takich ludzi jak Doug Warwick. Wiem tylko, że Elyssa o mało nie 

zginęła na urwisku, a nie wierzę, że spadła przez przypadek. Jedynym  człowiekiem tutaj, 

który   ma   na   koncie   próbę   morderstwa,   jesteś   ty,   pieprzona   psychiczna   kanalio!   -   rzucił 

Yarwood i ciężkim krokiem wyszedł z pokoju.

Slade   Spencer   obserwował   rozgrywającą   się   scenę   zaczerwienionymi   oczami.   Nie 

odzywał się. Jonas bawił się nożem i zaciskał palce na rękojeści.

Verity siedziała nieruchomo, wpatrując się w otwarte drzwi. Była tak wściekła, że 

przez chwilę nie mogła się poruszyć. Nagle odzyskała mowę.

- Jak on śmie cię oskarżać?! - Poderwała się.

- Siadaj, Verity.

- Nie usiądę. Ten człowiek rzucił straszliwe oskarżenie. Mam zamiar wszystko mu 

wyjaśnić.

Ruszyła w kierunku drzwi. Gdy przechodziła obok krzesła Jonasa, wyciągnął rękę, 

pochwycił Verity za przegub i zmusił do zatrzymania.

- Powiedziałem, siadaj. - Twarz Jonasa przybrała twardy, nieustępliwy wyraz.

- Ależ, Jonas, nie możemy pozwolić, aby myślał...

- Kto wie, co on myśli? Słyszeliśmy tylko to, co powiedział. Siadaj. - Pociągnął ją za 

rękę i zmusił do powrotu na krzesło.

- Masz rację - odezwał się w końcu Slade Spencer. Mówił niewyraźnie. - Słyszeliśmy, 

co powiedział. Czy to prawda? Zabiłeś jakiegoś nieboraka w laboratorium?

- Nie, nikogo nie zabił w laboratorium - zaprzeczyła gorąco Verity. - Yarwood kłamał.

- Dość, Verity - powiedział Jonas.

Spencer podrapał  nos  i urządził  przedstawienie  zapalania  pachnącej  dziwnie fajki. 

Jadalnię wypełniła dusząca woń.

-   Jak   rozumiem,   nie   powiedział   dosłownie,   że   kogoś   zabiłeś,   prawda,   Quarrel? 

Powiedział,   że   próbowałeś   kogoś   zabić.   Przyjmuję,   że   to   interesujące   wydarzenie   miało 

miejsce w Vincent College?

- To nie twoja sprawa, Spencer.

- Hej, stary, mam chyba prawo wiedzieć, czy przebywam w tym samym domu co jakiś 

pieprzony morderca.

185

background image

Maggie Frampton stanęła w drzwiach od kuchni; z pochmurną miną wycierała ręce w 

ścierkę.

- Jakie morderstwo?

- On nie jest mordercą! - krzyknęła Verity.

Jonas wstał i pociągnął Verity za sobą.

- Chodź, kochanie. Wyjdźmy stąd.

Verity próbowała się opierać.

- Ależ, Jonas. Muszę wyjaśnić. Nie chcę, żeby uważali cię za mordercę.

Obrzucił ją lodowatym spojrzeniem i pociągnął w kierunku drzwi.

- Daj spokój, Verity.

- To, że jesteś zbyt dumny, aby się przed kimś tłumaczyć - zawołała gniewnie - nie 

oznacza, że ja nie mogę...

-   Nie   trzeba   nic   wyjaśniać.   -   Przeprowadził   ją   przez   drzwi   i   dalej   holem   do 

kamiennych schodów. - Yarwood ma rację.

- Co do wydarzeń w Vincent? Ależ Jonas, zaistniały przecież okoliczności łagodzące. 

- Verity była rozdrażniona niesprawiedliwością oskarżenia.

- Jestem pewien, że każdy, kto wbija komuś nóż w plecy, będzie twierdził, że istniały 

okoliczności   łagodzące.   Jeżeli   to   Yarwood   próbował   zabić   Elyssę,   z   pewnością 

przekonywałby wszystkich, iż miał powód.

- Jonas, przecież nie zabiłeś tamtego laboranta.

Wzruszył ramionami.

- Próbowałem.

- To był wypadek - Verity rozgniewała się. - Wypadek przy pracy. Ci ludzie igrali z 

mocami, których nie rozumieli, i dlatego ktoś ucierpiał.

Jonas przyglądał się jej przez chwilę bez słowa.

-   Verity,   nawet   jeśli   znajdziesz   wyjaśnienie   wypadku   w   Vincent,   nie   możesz 

zapominać o wydarzeniach sprzed kilku miesięcy u Caitlin Evanger. Nawet Yarwood nie wie, 

jakie argumenty ma na poparcie oskarżenia mnie o zepchnięcie Elyssy do wody.

- U Caitlin Evanger to była wyłącznie samoobrona - oświadczyła Verity. Oczy płonęły 

jej oburzeniem. - Na miłość boską, przecież zaatakował cię zawodowy zabójca.

Powolny uśmiech złagodził twardą linię ust Jonasa. Popatrzył na Verity - była bardzo 

rozgniewana.

- Naprawdę mnie kochasz, co? - spytał cicho.

- Nie rozumiem, co to ma do rzeczy.

186

background image

- Nie szkodzi.

Przeszli długim korytarzem do sypialni. Verity na tyle się uspokoiła, żeby zastanowić 

się nad słowami Yarwooda.

- Jonas, czy wiesz, że jeśli Yarwood myśli, że to ty próbowałeś zabić Elyssę, to jest 

niewinny? - spytała powoli. - Wydawał się naprawdę wstrząśnięty.

- Nie bądź głuptasem - odparł Jonas czule, zamykając za nią drzwi ich pokoju. - Jeśli 

właśnie   kogoś   zabiłaś,   to   rzucenie   podejrzenia   na   kogoś   innego   jest   logiczne.   Yarwood 

wykorzystał posiadaną informację, aby zrobić to w obecności świadków.

- Świadków? Och, mówisz o Spencerze i Maggie?

- Tak. O Spencerze i Maggie. Kiedy Warwick i Crump wrócą jutro rano, Yarwood bez 

wątpienia upewni się, czy słyszeli o mojej niesławnej reputacji.

- Wolałabym, żebyś tego nie mówił - upomniała go Verity.

Jonas wzruszył ramionami.

-   Może   Elyssa   będzie   pamiętała,   co   się   stało,   i   rozwiąże   za   nas   ten   problem. 

Tymczasem   musimy   przygotować   się   na   możliwość,   że   Doug   zechce   jutro   zakończyć 

wszelkie   prace.  Nie   będę  miał  o  to   do  niego  pretensji.  Po  tym,   co  przydarzyło  się  jego 

siostrze, może chcieć jak najszybciej załatwić sprawę.

- Czy zdołasz napisać raport, jakiego oczekuje, na podstawie informacji, które już 

zebrałeś?

- Nie miej tak zmartwionej miny, szefowo. Pewnie, że mogę napisać. Raport nigdy nie 

stanowił problemu. Już po pierwszym dniu byłem gotów dać coś Dougowi dla jego klientów. 

- Jonas krążył po pokoju. Teraz wziął latarkę i zarzucił kurtkę na siebie. - Natomiast dziś w 

nocy mogę mieć ostatnią okazję, żeby poszukać skarbu.

Verity jęknęła.

- Powinnam była  się domyślić.  Wiesz, Jonas, chyba  masz  już obsesję na tle  tego 

skarbu. Nie jestem pewna, czy to zdrowy objaw. Właściwie, biorąc pod uwagę to, co się 

przydarzyło Digby'emu, całkiem niezdrowy. - Nagle przerwała. - To dziwne, prawda?

- Co jest dziwne? Proszę, włóż kurtkę, w przejściu będzie zimno, a dziecko musi mieć 

ciepło. - Rzucił jej okrycie.

- To dziwne - powiedziała Verity ubierając się - że dwie osoby bezpośrednio związane 

z willą padły tu czyjąś ofiarą. Digby został zamordowany, a Elyssa niemal zginęła.

- Masz rację, to dziwne. Gotowa? - Jonas już stał przy ścianie i odsuwał gobelin, żeby 

uruchomić mechanizm przy drzwiach.

Verity poruszała się o wiele wolniej.

187

background image

- Co dziś będziemy robili?

- Poszukamy tego pokoju, który zjawia się w wizji z mężczyzną siedzącym przy stole. 

Przetrząsnąłem   każdy   cal   willi   przez   ostatnie   kilka   dni   i   nie   znalazłem   ani   jednego 

pomieszczenia, które odpowiada temu w wizji.

- Sądzisz, że jest gdzieś ukryty w tym korytarzu? - Verity zadrżała, gdy zimny powiew 

powietrza wionął z mrocznego tunelu.

- Uważam, że to niewykluczone, iż korytarz do niego prowadzi. Dzisiaj się dowiemy. 

Weź ze sobą rękojeść złamanego miecza na wypadek, gdybyśmy musieli raz jeszcze przyjrzeć 

się wizji.

- Jonas, nie pochwalam tej wyprawy. Coś mi mówi, że popełniamy błąd. - Schyliła się 

i podniosła zardzewiały kawałek metalu.

- Jedynym błędem, jaki prawdopodobnie popełniam, jest zabranie cię ze sobą.

- Nie puszczę cię samego - zaprotestowała.

- Tylko pamiętaj, żebyś wykonywała moje polecenia. Znasz zasady: stoisz za mną i 

niczego nie dotykasz.

- Zupełnie jakbyś prowadził małe dziecko do sklepu z zabawkami - wymruczała. - 

Tylko niczego nie dotykaj.

- Kiedy mały Jonas się zjawi, więcej się dowiemy o takich drobnostkach, prawda? Już 

nas widzę: ty, ja i mały robimy wspólnie różne rzeczy.

- Co będzie, jak się zjawi mała Verity? - spytała. Ciepło jej się zrobiło na sercu, gdy 

usłyszała, że mówi o nich trojgu jak o rodzinie.

-   Nie   jestem   wybredny   -   odparł.   -   Jak   się   czujesz?   Chyba   jest   tu   zimniej   niż 

poprzednio.

- Na dworze jest zimniej. Pewnie zbliża się następny sztorm. Mam nadzieję, że Doug i 

Oliver   wrócą,   zanim   tu   rano   dotrze.   Jonas,   naprawdę   z   dużą   przyjemnością   opuszczę   tę 

wyspę.   Jeśli   o   mnie   chodzi,   praca   eksperta   straciła   swój   urok.   Będę   się   bardzo   długo 

zastanawiać, zanim znajdę ci jakieś następne zajęcie.

- Zrób to, szefowo.

Poszli po starych śladach stóp i zostawionych przez siebie aż do wejścia do sali tortur. 

Jonas wskazał drzwi światłem latarki, lecz poszedł dalej.

- To nie dlatego, że nie chciałbym się tu zatrzymać i powspominać w sali tortur - 

powiedział. - Zachowam w pamięci te słodkie chwile sceny uwiedzenia, jaką tu odegrałaś.

188

background image

- Szczerze mówiąc, wolałabym, żebyś mi nie przypominał. - Verity z zażenowaniem 

pomyślała o swoim napadzie seksualnej  agresji. Nie chciała myśleć o tym,  jak bardzo ją 

poniosło.

- Dlaczego nie? - spytał wesoło. Potem zachichotał. - Wiem, co cię gryzie. Założę się, 

że uważasz, iż takie zachowanie nie przystoi damie przy nadziei. Ale z ciebie świętoszka.

Verity   postanowiła   nie   odpowiadać.   Była   zażenowana,   natomiast   Jonas   wyraźnie 

zadowolony.

Kamienny   korytarz   schodził   coraz   niżej   w   głąb   willi.   Verity   straciła   poczucie 

kierunku. Już nie była w stanie powiedzieć, gdzie są, a nawet - w którym skrzydle. Otuliła się 

szczelniej kurtką, wdzięczna Jonasowi, że kazał ją włożyć.

- Co do diabła - powiedział Jonas kilka minut później. Był wyraźnie zniechęcony.

Verity prawie na niego wpadła, kiedy nagle się zatrzymał. Wyjrzała zza jego ramienia 

i zobaczyła, że korytarz kończy się kamienną ścianą.

- Och, nie! - zawołała. - Po prostu się tak kończy? To niesprawiedliwe.

- Pewnie wszystko pomieszali przy rekonstrukcji willi na wyspie - domyślał się Jonas. 

Skierował światło latarki w dół. - Proszę, proszę. Ślady stop znikają w ścianie. Mamy tu 

jeszcze   jedne   drzwi.   Musimy   tylko   odnaleźć   uruchamiający   je   mechanizm.   Stań   z   tyłu, 

kochanie. Bułka z masłem.

Jednak nie poszło tak łatwo. Prawie pół godziny zajęło Jonasowi znalezienie ukrytego 

mechanizmu. Nie była to ta sama konstrukcja, z którą się już spotkali, i umieszczono ją w 

podłodze, a nie w ścianie.

- No to mamy go - powiedział w końcu. Klęczał na podłodze i badał palcami spoinę 

między dwiema kamiennymi płytami. W ścianie przed nimi rozległ się zgrzyt.

Verity   wstrzymała   oddech,   gdy   Jonas   uruchomił   mechanizm.   Fala   wilgotnego, 

stęchłego powietrza buchnęła zza powoli otwierających się kamiennych drzwi. Jonas cofnął 

się i pociągnął Verity za sobą.

- Jonas, a jeśli znajdziemy stos złotych florenckich monet lub skrzynię klejnotów? - 

spytała Verity bez tchu. - Będziemy mogli posłać dziecko do Harvardu.

- Moje dziecko nie pójdzie do Harvardu - oświadczył Jonas. - Będziemy się martwili, 

na co wydać złoto, jak je znajdziemy. Gotowa? - Ruszył w stronę otwartych drzwi i wpuścił 

światło latarki do wnętrza małego, kwadratowego pomieszczenia.

Verity weszła za nim i podążyła za światłem latarki. Nagle ogarnęło ją przemożne 

odczucie, że już to przeżyła. Ten pokój widziała poprzedniego wieczora w czasie drugiej sesji 

świadomości psychicznej, gdy założyła nowe kolczyki.

189

background image

- Jonas, znam ten pokój. Widziałam go. Powinna tu gdzieś stać czarna skrzynia.

- Chryste. Masz rację. Tam stoi.

Masywna,   rzeźbiona   kamienna   skrzynia   zajmowała   kąt   pomieszczenia 

przypominającego celę. Jonas podszedł do niej ostrożnie.

- Chyba  nic ci nie grozi - powiedziała Verity.  - Ślady stóp biegną do skrzyni  i z 

powrotem.   -   Jednak   nie   podobała   jej   się   czarna   skrzynia.   Przypominała   trumnę.   Verity 

poczuła, że kolczyki zaczęły się rozgrzewać. - Widzieliśmy ją w wizji, prawda? Były w niej 

złote monety i klejnoty.

Jonas dotarł do kąta i obejrzał skrzynię z wszystkich stron.

- Zamek jest otwarty. Zobaczmy, co jest w środku.

-  Jonas,  uważaj.  -  Verity  poczuła,   że  ogarnia  ja  fala   lęku.  -  Nie  dotykaj  jej.  Nie 

powinniśmy jej otwierać. Zapomnij o Harvardzie, jest tyle dobrych uniwersytetów stanowych.

Chodźmy stąd.

Za   późno.   Jonas   uniósł   wieko   czarnej   skrzyni.   Mimo   obaw   Verity   nie   mogła   się 

oprzeć pokusie - podeszła bliżej i zajrzała do środka.

- Pusta - stwierdziła z rozczarowaniem połączonym z ulgą. - Cholera, zastanawiam się, 

czy opróżnił ją ten, kto zabił Digby'ego.

-   Prawdopodobnie.   Sama   skrzynia   będzie   warta   fortunę   dla   jakiegoś   muzeum. 

Przyjrzyj  się rzeźbom. Jest wspaniała. Szkoda, że należy do Douga i Elyssy.  Dostaniemy 

tylko   wynagrodzenie   za   ekspertyzę.   -  Jonas   podniósł  głowę.   W   świetle   latarki   rysy   jego 

twarzy wydawały się surowe. - Daj mi rękojeść miecza.

Verity zacisnęła palce na złamanym mieczu.

- Po co? - spytała podejrzliwie.

- Chcę jeszcze raz spojrzeć na tę wizję mężczyzny przy stole. Sprawdzić, czy to jest 

ten sam pokój.

- Jestem pewna, że ten sam. Jednak nie wiem, czy powinniśmy bawić się tą wizją. Jest 

w niej coś bardzo dziwnego.

Niecierpliwie wyciągnął rękę i wyjął jej z palców kawałek metalu. Nie powiodła się 

próba udzielenia dobrej rady, pomyślała Verity, gdy ściany mrocznej celi zaczęły się zaginać 

wokół nich. Tacy ludzie jak Jonas rzadko słuchają dobrych rad.

Verity wstrzymała oddech, gdy obraz zamigotał i zaczął przybierać ostateczny kształt. 

Kolczyki coraz bardziej się rozgrzewały. Sięgnęła do uszu, aby je zdjąć; cały czas wpatrywała 

się w zjawę mężczyzny.  Kimkolwiek był, umiał posłużyć się przemocą, pomyślała nagle. 

190

background image

Potrafiła to dostrzec w odpychających arystokratycznych rysach twarzy i wrogim spojrzeniu 

nieruchomych oczu.

Na stole leżał mały, zielony kryształ w kształcie jaja.  Verity wydawało się, że pulsuje 

w odbitym świetle latarki. Nie, to niemożliwe, przekonywała samą siebie. Obrazy powstające 

w   korytarzu   psychicznym   nigdy   nie   reagowały   na   światło   padające   z   zewnątrz.   Istniały 

niezależnie w czasie i przestrzeni.

Verity krzyknęła cicho, gdy kolczyki rozgrzały się tak bardzo, że zaczęły parzyć ją w 

palce.

Nagle zrozumiała.

- Jonas - szepnęła. - Kryształ. Ten na stole. Wciąż jeszcze jest w willi. I to bardzo 

blisko. Jestem tego pewna.

191

background image

Rozdział piętnasty

D

laczego   sądzisz,   że   kryształ   wciąż   tu   jest?   -   Jonas   wpatrywał   się   uważnie   w 

nieruchomy obraz widniejący przed nimi. Ostre płaszczyzny jego twarzy oświetlało trujące 

zielone światło bijące z wizji.

-   Nie   jestem   pewna.   Czuję,   że   leżący   tu   kryształ   próbuje   się   połączyć   ze   sobą 

istniejącym   w   czasie   rzeczywistym.   Zupełnie   jakby  próbował   wykorzystać   do   tego   moje 

kolczyki,   ale   się   nie   udało.   Wiem,   że   to   brzmi   idiotycznie.   -   Verity   pokręciła   głową. 

Doznawała niepokojącego poczucia nierzeczywistości. Było całkiem inaczej niż zwykle w 

czasie wyprawy w korytarz psychiczny.

- Nic w tej wizji nie ma sensu - powiedział Jonas. - Właśnie to mnie dręczy. To nie 

jest zwykła scena z korytarza czasu. Muszę się dowiedzieć, o co tu do diabła chodzi, Verity. 

Nie wyjdę stąd, dopóki się tego nie dowiem.

- Nie ma tu przemocy, a przecież ty wychwytujesz tylko sceny przemocy.

- Ale dostrajam się do niej używając przedmiotu związanego z przemocą. To jest 

normalne.

Verity postąpiła krok do tyłu.

- Zupełnie jakby coś okropnego miało się dopiero wydarzyć.

- Cholera, Verity, chyba masz rację. Właśnie tak. Oto odpowiedź. Oglądamy scenę na 

krótko przed tym, jak zaczęła się akcja. Ten facet prawdopodobnie siedział przy stole, gdy 

ktoś wszedł i go zabił.

- Dlaczego więc nie oglądamy sceny śmierci? Dlaczego oglądamy ją na kilka sekund 

przedtem?

- Nie wiem, ale muszę się dowiedzieć. Wyczuwam ostrzeżenie, zupełnie jakby ten 

facet przy stole rzucał mi wyzwanie, abym się do niego dostał.

- Albo żebyś odkrył jego skarb - podsunęła Verity, rozglądając się po nagich ścianach 

celi. - Widocznie nie uświadamia sobie, że ktoś już go odnalazł.

Jonas podszedł do skrzyni i przesunął dłonią po ciężkim, ozdobnie rzeźbionym wieku.

- Nie jestem pewien, czy skarb zniknął.

- Jonas, nie rob tego - powiedziała Verity, obserwując niespokojnie zjawę.

- Mam nie dotykać skrzyni? Dlaczego?

192

background image

- Przysięgam, że znowu ścigał cię wzrokiem.

- To tylko złudzenie optyczne - odparł beztrosko.

Verity zagryzła wargi, przyglądając się zjawie. Pełna skarbów skrzynia nadal stała za 

plecami mężczyzny.

- Dlaczego nie odnaleziono tego pokoju przy rozbiórce i transporcie willi tutaj?

-   Kto   wie?   Digby   pisze   w   pamiętniku,   że   jego   krewny   kazał   pozostawić   duże 

fragmenty willi nietknięte i w ten sposób ją przewieziono. Ten pokój jest tak mały, że mogli 

go tu przetransportować w jednym kawałku. Może nikt nie zdawał sobie sprawy, że coś się 

kryje za tymi ścianami. Z zewnątrz wyglądało to pewnie jak jeden solidny kamienny blok. 

Niewykluczone   zresztą,   że   szalony   krewny   Digby'ego   znalazł   pokój   i   skrzynię   i   kazał 

wszystko odrestaurować dokładnie tak, jak było. W każdym razie pewnie to on znalazł skarb, 

chociaż nikomu nigdy się do tego nie przyznał. Ekscentryczny to bardzo łagodne słowo na 

określenie krewniaka Digby'ego.

- Jednak resztę mebli sprzedano. Nie potrafię sobie wyobrazić, czemu przeoczono tak 

drogocenną skrzynię.

- Digby nic nie wiedział o skrzyni. Przynajmniej aż do końca życia. Może zresztą 

skrzynia tu pozostała, ponieważ ktoś chciał, aby jej stąd nie ruszano.

- Kto?

-   Facet   z   wizji?   -   zapytał   miękko   Jonas.   -   Digby   doszedł   do   wniosku,   że   skarb, 

wszystko jedno jaki, jest chroniony przez klątwę. Tak brzmiał jeden z jego ostatnich zapisków

w pamiętniku.

Verity zamknęła oczy.

- Jonas, nie mów tak. Nie zajmujemy się usuwaniem klątw z nawiedzonych domów. 

Jesteś   konsultantem,   a   nie   pogromcą   duchów.   Sprawdzasz   autentyczność   przedmiotów. 

Piszesz   świetne   artykuły   o   historycznym   znaczeniu   starej   broni   lub   willi,   a   przy   okazji 

jakiegoś skarbu. To tyle. To jest zakres twoich obowiązków.

- Jest tu, Verity. Wiem.

Zdaje się, że Jonas w ogóle jej nie słuchał.

- Co tu jest? - spytała.

- Skarb.

- Zwariowałeś? Zniknął. Skrzynia jest pusta. Ktoś już tu wszedł i zgarnął łup. Potem 

od niechcenia zasztyletował biednego Digby'ego przy wyjściu.

- Sama powiedziałaś, że jesteś pewna, iż kryształ jeszcze tu jest - przypomniał jej 

cicho Jonas.

193

background image

Verity trzymała w ręku ciepłe czerwone kolczyki. Zerknęła na kryształ na stole w 

wizji. Wydawało się jej, że do niej mrugnął.

- To co innego - odparła z głębokim przekonaniem.

- Nie, to to samo. Wiesz, że kryształ wciąż jest w willi, a ja wiem, że skarb też tu nadal 

jest. Cokolwiek ten facet próbował ochronić, wciąż jest zamknięte, bezpieczne i nienaruszone.

- Trudno się z tobą kłócić - odparła Verity i westchnęła. Wiedziała, że Jonas doznaje 

tego   samego   poczucia   pewności,   co   ona.   Nie   mogła   przeciwstawić   się   jego   logice.   -   W 

porządku, załóżmy na czas dyskusji, że masz rację. Co robimy dalej?

-   Muszę   skłonić   Douga   Warwicka,   żeby   pozwolił   nam   tu   zostać   trochę   dłużej   - 

powiedział   Jonas,   przechodząc   przez   pokój   i   stając   obok   niej.   Oboje   spojrzeli   na   wizję. 

Groźny mężczyzna przy stole patrzył na nich z zaciekłą nienawiścią.

- Mam przeczucie, że jutro po powrocie będzie chciał wszystko skończyć.

- Nie możesz go za to winić. Jak już powiedziałeś, ma wszystko, czego chciał dla 

przyszłych inwestorów, stwierdzenie autentyczności i profesjonalny opis willi. Teraz kiedy 

Elyssa zniknęła ze sceny, Doug nie będzie musiał tracić czasu na zaspokajanie jej zachcianek 

i zainteresowania zjawiskami paranormalnymi.

- Muszę się dowiedzieć, o co tu chodzi, Verity. Muszę wiedzieć, co ten facet z wizji 

uważał za takie ważne, że postanowił to zamknąć w czasie. 

Verity odwróciła głowę i popatrzyła bacznie na Jonasa.

-   Uważasz,   że   zamknął   to   w   czasie?   Że   znalazł   sposób   na   przechowywanie   w 

korytarzu czasu? Jonas, czy ty rozumiesz, co powiedziałeś? Sugerujesz, że mężczyzna z wizji 

miał zdolności parapsychiczne.

Jonas utkwił spojrzenie w starym człowieku, a po chwili wolno pokiwał głową.

- Może właśnie takie same zdolności jak ja. Verity, nie ma powodu sądzić, że jestem 

jedynym człowiekiem na ziemi, który urodził się ze zdolnością wchodzenia do tunelu czasu. 

Jeśli ten facet też miał do niego dostęp? Jeśli znalazł sposób na schowanie w nim czegoś?

Verity poczuła chłód. Otuliła się szczelniej kurtką.

- Taka myśl mogłaby mi nie dać zasnąć.

- Muszę to wiedzieć, Verity.

- Nawet jeśli jest to niebezpieczne? A jeśli słusznie wyczuwasz sygnały ostrzegawcze 

wysyłane z wizji?

- Pułapki. - Jonas uśmiechnął się ponuro. - Ten człowiek lubił zastawiać  pułapki. 

Prawdziwy renesansowy typ.

194

background image

- Nie chcę, aby ojciec mojego dziecka uruchomił jedną z tych pułapek - stwierdziła 

Verity.

- Będę ostrożny.

- Doprawdy? - Ani przez chwilę mu nie wierzyła. - Jonas, uważam, że powinniśmy 

zrezygnować.

- Muszę się dowiedzieć, o co tu chodzi. Muszę poznać prawdę.

Zrozumiała, że dalsza dyskusja jest beznadziejna.

- Myślisz, że uda ci się przekonać Douga, aby nam pozwolił zostać tu dłużej?

- Znajdę sposób - odparł Jonas z przekonaniem. - Chodź, wracamy do pokoju. Nic 

więcej nie zrobimy dzisiejszej nocy. Będzie nam potrzebny kryształ. - Jonas oddał Verity 

rękojeść złamanego miecza. Wizja i korytarz zniknęły. - Naprawdę go wyczuwasz?

- Kryształ? Naprawdę. - Verity zastanawiała się nad tym, wychodząc za Jonasem z 

małego pokoju. - Natomiast nie wiem, gdzie jest. Czuję tylko, że nadal znajduje się w willi. - 

Dotknęła palcem kolczyków. - Być może jest sposób...

- Jaki? - zapytał Jonas. Był bardzo zaintrygowany.

- Oliver bardzo dużo wie o kryształach.  Kiedy pracowaliśmy razem, wyczuwałam 

różne  rzeczy.  Sama   nie  wiem.  Prawdę  mówiąc,   nie  wiem,   co  robię.   Istnieje   jednak  cień 

szansy, że Oliver mógłby mi pomóc w dostrojeniu się do tego zaginionego kryształu.

- Nie chcę, żeby Crump się w to mieszał - oznajmił stanowczo Jonas.

- Dlaczego nie?

- Ponieważ nie chcę, żeby mu przyszło coś do głowy.

- Na przykład co?

Jonas raptownie stanął i odwrócił się do niej. Za ostrym światłem latarki stanowił 

ciemną, potężną postać. Verity czuła promieniującą z niego agresję i zaborczość. W końcu 

odezwał się lodowatym głosem.

- Nie chcę, żeby mu przyszło do głowy, że jesteś dla niego jakąś psychiczną partnerką; 

że może cię wykorzystać do pomocy przy dostrajaniu się do tych cholernych kryształów, 

którymi się ciągle bawi. Pojmujesz?

Verity doznała olśnienia.

- Chodzi ci o to, że nie chcesz, aby mnie wykorzystał tak jak ty?

Przez moment sądziła, że posunęła się za daleko. W mroku oczy Jonasa zalśniły jak u 

drapieżnej  bestii. Kamienny korytarz  wydawał  się ciaśniejszy niż zwykle,  a Verity nagle 

poczuła,   że   znalazła   się   w   pułapce.   Wstrzymała   oddech,   lecz   nie   oderwała   oczu   od 

nieruchomej twarzy swego towarzysza.

195

background image

Jonas przełamał niebezpieczną ciszę.

- Słusznie - przytaknął bardzo spokojnie. - Nie chcę, żeby wykorzystał cię tak jak ja. 

Nie chcę, żeby jakiś mężczyzna na ziemi wykorzystywał cię tak jak ja. Cieszę się, że tak 

dobrze się rozumiemy. - Odwrócił się do niej plecami i ruszył dalej korytarzem.

Verity poszła za nim, żałując, że nie ugryzła się w język. Postanowiła, że nie odezwie 

się   ani   słowem,   dopóki   nie   osłabnie   gniew   Jonasa.   Czasami   kobieta   musi   poczekać   na 

właściwy moment.

Jonas   stanął   przed   drzwiami   prowadzącymi   do   sali   tortur.   W   milczeniu   odnalazł 

mechanizm otwierający i coś przy nim robił, aż drzwi otworzyły się ze zgrzytem.

Tym razem nie było pikantnych uwag o namiętnej oprawczyni, gdy Verity i Jonas 

przechodzili   przez   pokój,   a   potem   na   korytarz.   Przez   całą   drogę   do   sypialni   żadne   nie 

odezwało się słowem. Verity była zupełnie przemarznięta, gdy ściągnęła kurtkę, a uczucia 

chłodu nie wywołało kiepskie ogrzewanie willi. Nie powinna była  nic mówić o Oliverze 

Crumpie, stwierdziła poniewczasie. Najlepiej byłoby nie poruszać tego tematu.

Jonas zamknął drzwi do sypialni. Każdy jego ruch był staranny i ostrożny. Wrzucił 

latarkę do torby i usiadł na brzegu łóżka. Spod przymrużonych powiek patrzył, jak Verity 

wyjmuje koszulę nocną i szlafrok.

- Naprawdę myślisz, że cię wykorzystuję? - spytał w końcu.

Udała bardzo zajętą rozpinaniem guzików bluzki.

- Nie powinnam była tak mówić. Byłam na ciebie zła, że robisz tyle zamieszania o 

Olivera Crumpa.

-   Nigdy   nie   byłaś   mnie   do   końca   pewna,   prawda?   Nie   możesz   zapomnieć,   że 

podstawowym powodem, dla którego znalazłem się w twoim życiu, był fakt, iż wiedziałem, 

że potrafisz mi pomóc w opanowaniu mojego cholernego talentu. Właśnie dlatego odkładasz 

nasze  małżeństwo  na   później.  Jakaś   część  ciebie   jest  śmiertelnie  przerażona   na  myśl,  że 

jedyną prawdziwą więzią łączącą nas jest więź parapsychiczna.

- To nieprawda. Łączy nas bardzo wiele, jak już wspominałeś.

- Pewnie, że tak. I w dodatku zostaniemy rodzicami. - Jonas przeciągnął dłonią po 

włosach. - Chyba nie powinienem urządzać ci sceny z powodu Olivera i jego kryształów.

- Nie, z pewnością nie powinieneś tak na mnie naskoczyć - odparła sztywno Verity. - 

Lubię Olivera. Jest taki miły i szczery. Próbowałam ci tylko powiedzieć, że jeśli odnalezienie 

tego głupawego kryształu tyle dla ciebie znaczy, to on mógłby w tym pomóc.

- Nie chcę, żeby się z tobą łączył.

- Nie „łączę” się z nim. Nie w ten sposób jak z tobą.

196

background image

- Dobrze, w takim razie, co z nim robisz, kiedy się bawicie kryształami? - spytał ostro 

Jonas. Zerwał się na równe nogi i zaczął krążyć po pokoju. - Widziałem, jak się dotykaliście, 

kiedy próbowaliście wyleczyć ból głowy Maggie.

- Do końca nie wiem, co się działo, jeśli w ogóle coś się działo. Czułam tylko, że 

Oliver jakoś potrafi dostroić się do kryształu, a ja... ja mogę mu w tym pomóc. Trochę. - 

Verity opadła na łóżko, przyciskając do siebie koszulę nocną i szlafrok.

- Czy w ten sam sposób, w jaki pomagasz mi w korytarzu czasu? - ostro zapytał Jonas.

- Nie. To zupełnie coś innego. Nie jest tak osobiste jak z tobą. Nie czuje się żadnego 

bezpośredniego kontaktu. Przykro mi, Jonas. Nie umiem tego wyjaśnić. - Spojrzała na niego 

ze złością. - Zresztą co to za wielka sprawa? Myślałam, że nie wierzysz w moc kryształów.

- Chyba wierzę w moc jednego, szczególnego kryształu - odparł bez żenady. - Tego, 

który mężczyzna z wizji zostawił w willi. Musimy go znaleźć, żeby dowiedzieć się, co się 

dzieje w pokoiku na końcu korytarza.

- Uważam,  że nie powinniśmy się dowiadywać,  co się dzieje w tym  pokoju. Nie 

podoba mi się to. W ogóle mi się nie podoba.

Przeszedł przez pokój i stanął przy niej.

- Muszę wiedzieć, Verity.

Podniosła głowę i spojrzała na niego.

- Dlaczego?

- Nie wiem. Po prostu muszę poznać prawdę. Nie spocznę, dopóki nie rozwiążę tej 

zagadki.

- Nawet jeśli oznacza to wykorzystanie mnie i Olivera Crumpa? - spytała szyderczo.

Jonas chwycił ją za ramiona i postawił na nogi.

- Nie potrzebujemy Crumpa.

- Nie jestem taka pewna. Nic nie wiem o kryształach. To on jest tu ekspertem.

- Poradzimy sobie bez niego, do cholery.

- Skąd wiesz? Wygląda na to, że to ja umiem korzystać z kryształu i ja chciałam 

usłyszeć jakąś profesjonalną radę od Olivera.

Jonas zacisnął szczęki.

- Chcesz współpracować z Oliverem Crumpem, bo jest zawodowcem? W porządku, 

pozwolę ci na to, ale pod jednym warunkiem.

- Jonas, chyba nie pojmujesz, w jakiej jesteś sytuacji. To ja robię ci przysługę. Nie 

masz prawa stawiać warunków, jak mam to zrobić.

197

background image

- Do diabła! - zaklął. - Zanim spróbujesz czegokolwiek z Crumpem i jego cholernymi 

kryształami, musisz mi dać słowo honoru, że wyjdziesz za mnie.

Verity spojrzała na niego oczami rozszerzonymi ze zdumienia. Nie mogła uwierzyć w 

to, co właśnie usłyszała.

- Wyjaśnijmy sobie coś. Nie pozwolisz mi pracować z Oliverem, nawet po to, aby ci 

pomóc odnaleźć zaginiony kryształ, jeśli nie zgodzę się wyjść za ciebie?

- Kocham cię, ruda wiedźmo - powiedział ochryple. - Nie mam zamiaru ryzykować 

utraty   ciebie   dla   jakiegoś   innego   mężczyzny,   który   mógłby   cię   złapać   na   więzi 

parapsychiczne. Raczej zrezygnuję z szukania kryształu, niż podejmę takie ryzyko.

Verity stała nieruchomo w jego uścisku, próbując zebrać i uporządkować myśli.

- Uważasz, że jeśli zgodzę się wyjść za ciebie, uchroni mnie to od zwabienia przez 

innego psychicznego?

- Jeśli zgodzisz się mnie poślubisz, dotrzymasz obietnicy. Znam cię dobrze, Verity.

-   Wygląda   na   to,   że   niezbyt   dobrze,   skoro   sądzisz,   że   musisz   mnie   zastraszyć   i 

szantażować, żeby mnie zmusić do wyjścia za ciebie za mąż. - Uśmiechnęła się nagle.

Wpatrywał się w nią nieufnie.

- Verity?

- Kocham cię, Jonas. Mówiłam ci to już setki razy. Wyjdę za ciebie.

Przytulił ją mocno, z westchnieniem ulgi.

- Jezu, najwyższy czas, moja pani.

Verity skłoniła głowę na jego pierś i uspokoiła się w cieple jego ramion. Objęła go w 

pasie i syciła się jego siłą.

- Wiesz co, Jonas? Kiedy cię poznałam, nie przypuszczałam, że będziesz miał ochotę 

na żeniaczkę.

- A ja odniosłem wrażenie, że interesuje cię wyłącznie praca zawodowa i samotność. 

Oboje musieliśmy się o sobie wiele dowiedzieć.

- Mam nadzieję, że postępujemy słusznie.

- Oczywiście - zapewnił ją stanowczo. Podniósł jej brodę i musnął wargami jej usta. - 

Uwierz mi, jedynym wyjściem dla nas jest małżeństwo. Nie zniósłbym innego rozwiązania. 

Uświadomiłem to sobie tamtej nocy, gdy powiedziałaś mi, że jesteś w ciąży.

Znowu delikatnie przeniósł wargi na jej usta i zaczął całować ją coraz mocniej. Jego 

ramiona zacisnęły się wokół niej. Przyciągnął Verity blisko do jędrnych ud. Umyślnie stanął 

w rozkroku i mocno ją przytulił, aby mogła poczuć jego żar. Męskość uwięziona w dżinsach 

198

background image

opierała się o łagodną krągłość jej brzucha. Verity poddała się namiętności, jak zawsze bez 

trudu ogarniającej ich oboje.

- Trudno mi będzie myśleć o sobie jako o mężatce - wymruczała.

- Nie martw się, będę ci o tym przypominał przy każdej okazji. - Jonas wziął ją na ręce 

i położył na łóżku.

J

onas?

- Tak? - w ciemności rozległ się rozleniwiony, senny pomruk.

- Jeśli mamy się pobrać, to uważam, że powinniśmy to zrobić porządnie.

- Porządnie? O co ci chodzi? Jest tylko jeden sposób. Robisz badanie krwi, dostajesz 

pozwolenie, kupujesz obrączkę, mówisz kilka zdań przed przedstawicielem  władz. Potem 

idziesz do łóżka. Dużo to roboty?

- Chcę mieć ładny ślub. Huczny.  Z tortem i elegancką sukienką. Żeby wszyscy z 

Sequence Springs przyszli do kościoła.

- Powinienem był się domyślić.

- Będzie fajnie - zapewniła go Verity z rosnącym entuzjazmem w miarę wyobrażania 

sobie dalszych szczegółów. - To jedyna okazja, żeby włożyć piękną suknię ślubną do ziemi.

- Verity, jeszcze nie tak dawno planowałaś, że w ogóle nie wyjdziesz za mąż. Skąd to 

nagłe zainteresowanie suknią i tortem? - zaczął narzekać Jonas.

- Ostatnio zmieniłam zdanie w wielu sprawach. Jeśli mam wyjść za mąż, chcę to 

zrobić porządnie - oświadczyła z uporem.

- Kochanie, zorganizowanie hucznego ślubu wymaga czasu - Jonas podsunął rozsądny 

argument. Zaborczym gestem położył dłoń na jej brzuchu. - A tego właśnie najbardziej nam 

brak.

- Laura mi pomoże. Wcale nie trzeba dużo czasu, żeby wszystko zorganizować. Poza 

tym  nie mamy szans  utrzymać  dziecka  w tajemnicy.  Wszyscy w Sequence Springs  będą 

wiedzieli, że jestem w ciąży, gdy tylko zapiszę się do lekarza.

Jonas westchnął ciężko.

- Naprawdę nie sądzę, żebyśmy musieli przez to przechodzić.

- Właśnie tego chcę.

- Jesteś upartą tyranką. - Przekręcił się na bok i wyciągnął do niej ramiona. - Czego ja 

dla ciebie nie zrobię, moja pani? - Ucałował gorąco dołek w jej szyi.

- Naprawdę nie masz nic przeciwko temu, co?

199

background image

- Przeżyję. Rozumiem, jakie to ważne, aby spełniać zachcianki dam przy nadziei. - 

Przesunął powoli usta w dół między jej piersiami.

- Dziękuję, Jonas.

- Nie dziękuj mi. Przygotuj się tylko, że zaraz po pokrojeniu tortu zmieniasz suknię 

ślubną na koszulkę nocną z czarnej koronki.

Verity zachichotała, czując nagle ogarniającą ją radość.

- Kocham cię, Jonas.

-   Ja   też   cię   kocham,   moja   tyranko.   Dałem   ci   chyba   wreszcie   ostateczny   dowód. 

Gdybym cię tak szaleńczo nie kochał, z pewnością nie zniósłbym takiego wygłupiania się jak 

huczny ślub.

Jego   gorący,   wilgotny   język   znalazł   małe   zagłębienie   w   jej   brzuchu.   Jego   palce 

zsunęły się do wnętrza ud Verity.

Verity zadrżała z rozkoszy i obróciła głowę tak, aby mogła pocałować bliznę znaczącą 

silne ramię. Będą przy nim bezpieczni, ona i dziecko. Zadba o nich i ochroni. Teraz wiedziała

o tym na pewno.

Jonas był z nią tak mocno związany, jak ona z nim.

V

erity obudziła się przed samym świtem. Odwróciła głowę na poduszce i popatrzyła 

w okno. Na zewnątrz panowała całkowita ciemność. Sztorm dotarł na wyspę w szaleńczych 

podmuchach wichru i deszczu.

-   Doug   z   Oliverem   nie   będą   mogli   przypłynąć,   dopóki   burza   się   nie   uspokoi   - 

stwierdził Jonas, przeciągnął się i usiadł na brzegu łóżka. - Może upłynie wiele godzin do ich 

powrotu. Albo cały dzień.

Verity patrzyła, jak porusza się w mroku. Wiedziała, co mu chodzi po głowie.

- Masz zamiar spędzić każdą wolną chwilę na poszukiwaniu skarbu, prawda?

- Cholerna prawda. - Włożył dżinsową koszulę i sięgnął po spodnie. - Jednak najpierw 

chcę rzucić okiem na łódkę w zatoczce.

- Jonas, na dworze jest ciemno. Nic nie zobaczysz.

Zerknął na zegarek.

- Zanim się tam dostanę, będzie już jasno. - Zniknął na kilka chwil w łazience. Wrócił 

stamtąd i podszedł do łóżka. Pochylił się i mocno objął Verity. Oczy błyszczały w mroku. - 

Zostaniesz tu, dopóki nie przyjdę. Nie chcę, żebyś wałęsała się po tym domu beze mnie.

- Chyba nie myślisz, że Yarwood spróbuje mi zrobić krzywdę?

200

background image

- Nie wiem, co myśleć. Wszystko w tej chałupie jest obłąkane. Dlatego zostań i nie 

ruszaj się stąd do mojego powrotu. - Pocałował ją szybko, mocno. - Nie martw się. To nie 

powinno   potrwać   zbyt   długo.   Wrócę   na   długo   przed   śniadaniem.   Nikt   nawet   się   nie 

zorientuje, że mnie nie było. - Wyprostował się i sięgnął po nową kurtkę.

Verity natychmiast usiadła w łóżku.

- Zniszczysz kurtkę na deszczu.

- To po co, do diabła, kupować kurtkę, jeśli nie można jej nosić na deszczu?

Włożył rękę do swojej brezentowej torby i wyjął nóż. Próbował zrobić to po kryjomu, 

ale Verity zobaczyła, co się dzieje. Zagryzła wargi i nic nie powiedziała. Prawdę mówiąc, 

była zadowolona, że nie wychodzi bezbronny w taką okropną pogodę.

- Chyba nie sądzisz, że właściciel łódki wciąż tam jest? Nikt przy zdrowych zmysłach 

nie obozuje na świeżym powietrzu przy takim sztormie.

- Jestem skłonny się z tobą zgodzić, zwłaszcza co do ostatniej kwestii. Co podsuwa 

różne ciekawe rozwiązania.

- Na przykład jakie?

- Na przykład takie, że właściciel łódki zatrzymał się tutaj, w willi. Jest tu mnóstwo 

wolnego miejsca. Człowiek mógłby się w tym ohydztwie ukrywać przez wiele dni. Nawet 

gdybyś wiedziała, że tu jest, i ruszyła na poszukiwania, to i tak trudno byłoby go znaleźć.

Verity otworzyła usta ze zdumienia.

- Dobry Boże.  Nie pomyślałam  o tym.  Masz rację. Mógłby się  ukryć  w którymś 

skrzydle i ukrywać się tak długo, ile by mu się podobało. Uważaj na siebie, Jonas.

- Będę uważał. - Podszedł do drzwi. - Prześpij się trochę. Niedługo wrócę.

- Spać? Chyba żartujesz! Teraz, kiedy mi powiedziałeś, że jakiś szaleniec krąży po 

willi?

- Nie powinienem był o tym mówić - mruknął i wyszedł.

-  Nie,   z   pewnością   nie   powinieneś   był   o  tym   mówić   -   powiedziała,   lecz   zamiast 

odpowiedzi usłyszała tylko cicho zamykające się drzwi.

Verity opadła z powrotem na poduszki. Przez pewien czas leżała z ponurą miną, lecz 

nie potrafiłaby teraz odwrócić się na drugi bok i zwyczajnie zasnąć. Nie teraz. Zresztą zawsze 

wcześnie wstawała. Odrzuciła kołdrę i podniosła się z łóżka. Skrzywiła się lekko, czując 

nieznaczny ból w biodrach. Jonas zeszłej nocy był trochę za bardzo ożywiony. Ten człowiek 

zawsze  znalazł   sposób,  aby zostawić  na  niej  swój   ślad,  pomyślała  z   przekąsem,   idąc  do 

łazienki.

201

background image

Teraz chciał założyć jej obrączkę na palec. Byłby to znak na całe życie. Jednak kiedy 

spojrzała w lustro, ze zdziwieniem ujrzała na swojej twarzy ciepły, rozmarzony uśmiech.

Ogarnęło ją głębokie uczucie ulgi.

Decyzja została podjęta - miała poślubić Jonasa. Kiedy już postanowiła zrobić ten 

krok,   zaczęła   się   zastanawiać,   dlaczego   tak   długo   z   tym   zwlekała.   Powinna   była   zaufać 

intuicji, tej samej intuicji, która posłała ją prosto w jego ramiona za pierwszym razem.

Na   tym   świecie   nie   było   żadnych   gwarancji.   To   prawda,   że   związek   z   Jonasem 

przeżywał dziwaczne zakręty i pozostawały pytania, na które nigdy nie uzyska odpowiedzi. 

Jednak kochała go, a on kochał ją. Byli ze sobą związani na dobre i złe. Teraz będą mieli 

dziecko. Zatem biorąc wszystko pod uwagę, małżeństwo wydawało się rozsądnym, słusznym 

rozwiązaniem.

Gdy wyszła spod prysznica i zaczęła się ubierać, ogarnął ją dziwnie znajomy niepokój. 

Właśnie   wpięła   w  uszy czerwone   kolczyki  i  pochyliła   się,  żeby  włożyć  buty,   gdy  nagle 

poczuła ucisk w dołku.

- Och, Boże. Tylko nie poranne mdłości - poprosiła na głos. Wstrzymała oddech i 

powoli ucisk zelżał.

Zaczęła się uspokajać, kiedy uświadomiła sobie, że kolczyki rozgrzewają się coraz 

bardziej.   Verity   siedziała   cała   spięta.   Natychmiast   skojarzyła   ciepło   wydzielane   przez 

kolczyki   z   jakimś   nieprzyjemnym   wydarzeniem.   Rozejrzała   się   niespokojnie   po   pokoju. 

Wszystko wydawało się w idealnym porządku, a jednak nie mogła się rozluźnić.

Kolczyki cały czas pozostawały boleśnie ciepłe, a Verity czuła już niepokój nie do 

opanowania. Tak było też poprzedniego dnia, kiedy musiała wyjść na spacer i znalazła Elyssę

pod urwiskiem.

Och,   nie,   już   więcej   nie,   prosiła   Boga.   Próbowała   zlekceważyć   rosnące   uczucie 

podniecenia, ale na próżno.

Wtem pomyślała o Jonasie samotnie wędrującym w sztormie. Skoczyła na równe nogi 

i ruszyła do drzwi.

Tylko nie Jonas, proszę, nie pozwól, żeby coś się stało Jonasowi!

Wybiegła   na   korytarz   i   pośpieszyła   bezwiednie   do   schodów,   zanim   sobie 

uświadomiła,   że   z   Jonasem   wszystko   jest   w   porządku.   Nie   wiedziała,   skąd   to   wie,   ale 

wyczuła, że to nie Jonas wywołał ją z pokoju.

Jednak wydarzyło się coś okropnego, strasznego. Kryształy przez moment płonęły w 

jej uszach, potem trochę ostygły.

202

background image

Verity zeszła po schodach i skręciła w korytarz prowadzący do kuchni. Jeśli Maggie 

już wstała, to może będzie mogła zapewnić Verity, że wszystko jest w porządku.

Jednak Maggie nie było w kuchni. Już to było niezwykłe. Verity już przekonała się, że 

zwyczaje gospodyni były ustalone. O tej porze Maggie powinna parzyć kawę.

Wychodząc z kuchni Verity zaczęła sobie wyobrażać Maggie Frampton. Jej niepokój 

wzrósł jeszcze, gdy w myślach zobaczyła  ją w wyblakłej podomce i starym,  metalowym 

naszyjniku. Verity znowu weszła po schodach i ruszyła długim korytarzem prowadzącym na 

koniec południowego skrzydła.

Zapukała do drzwi pokoju Maggie, ale nie usłyszała odpowiedzi. Nacisnęła klamkę i 

stwierdziła, że drzwi są otwarte. Nie mogła się powstrzymać, pchnęła je szeroko i zawołała: 

Maggie?

Żadnej reakcji. Verity odwróciła się, czując zimny podmuch w korytarzu. Pośpieszyła 

schodami w dół. Dotarła do parteru, ale szła dalej.

Na pół świadomie wiedziała, że idzie do niesławnej sali tortur, ale nie potrafiłaby 

odpowiedzieć, dlaczego to robi. Wiedziała tylko, że musi poszukać tam Maggie.

W   piwnicy   paliło   się   słabe   światło.   Drzwi   do   sali   nienormalnych   rozkoszy   były 

zamknięte. W chwili, gdy Verity ich dotknęła, wiedziała, że nie chce wiedzieć, co się za nimi 

kryje. Rozumiała też, że nie ma wyboru.

Przekonując się, że jej wyobraźnia tego ranka zupełnie zwariowała, Verity otworzyła 

drzwi.

Przed nią była nieprzenikniona ciemność. Ledwie oddychając, przesunęła dłonią po 

ścianie, szukając staroświeckiego przełącznika. Znalazła go i niechętnie przekręciła.

Natychmiast zauważyła dwie rzeczy.

Maggie Frampton leżała na plecach na podłodze przy ścianie z biczami. Jej głowa 

spoczywała w kałuży krwi. Maggie się nie ruszała.

Drugą   rzeczą,   która   uderzyła   Verity,   były   otwarte   na   oścież   kamienne   drzwi 

prowadzące do ukrytego korytarza.

Wstrząśnięta Verity przez sekundę nie mogła się ruszyć. Nagle ogarnęły ją mdłości. 

Najwyższym wysiłkiem woli zmusiła się do przejścia przez salę do leżącej Maggie.

Verity wyczuła słaby puls na szyi Maggie i z ulgą przełknęła ślinę. Na pierwszy rzut 

oka Maggie wydawała się martwa. Kałuża krwi obok jej głowy była przerażająca.

Słaby, jakby znajomy zapach zakręcił w nosie Verity, gdy pochyliła się nad Maggie. 

Nagle uświadomiła sobie, że zna tę duszącą woń. Wąchała ten zapach krótko tamtej nocy, gdy 

zaatakowano ją w łazience w zajeździe. Odór stęchłego dymu.

203

background image

W willi paliła tylko jedna osoba.

Verity przesunęła dłonią po szyi Maggie. Musiała wydostać się stąd i odnaleźć Jonasa. 

Palcami musnęła łańcuszek noszony stale przez Maggie i nagle czerwone kolczyki zaczęły ją 

parzyć.

Kierowana   instynktem   i   narastającym   podejrzeniem,   Verity   ostrożnie   wyciągnęła 

łańcuszek spod kołnierzyka spranej podomki.

Na końcu łańcuszka lśnił zielony kryształ.

Verity wpatrywała się w kamień, zahipnotyzowana rzeczywistym istnieniem tego, co 

do tej pory było  jedynie obrazem uwięzionym  w czasie. Próbowała pojąć znaczenie tego 

odkrycia, gdy nagle usłyszała zbliżające się korytarzem szybkie, ciężkie kroki.

Ogarnął ją strach. Człowiek, który uczynił krzywdę Maggie, wracał, aby dokończyć 

ponurego dzieła. Verity wiedziała to na pewno, tak jak znała imię swoje i... jego.

Podniosła się raptownie, mocno ściskając zielony kryształ. Metalowy łańcuszek pękł, 

ale tego nie zauważyła. Odwróciła się i pobiegła jedyną drogą ucieczki - w otwarte drzwi 

ukrytego korytarza.

Wpadła w nie kończący się tunel ciemności. Gdzie jest Jonas i jego potężna latarka, 

kiedy tak go potrzebuje? Starając się nie wywołać hałasu, Verity przesuwała się cal po calu 

wzdłuż   ściany   korytarza.   Musiała   jak   najdalej   odsunąć   się   od   snopa   światła   bijącego   z 

otwartych drzwi do sali tortur.

Znalazła się już o kilka stóp od drzwi, kiedy usłyszała odgłos tarcia, wyraźny hałas 

powstający przy ciągnięciu ciała. Verity nigdy w życiu nie słyszała tego dźwięku, jednak 

rozpoznała go natychmiast.

Nieprzytomne,  pulchne  ciało  Maggie   Frampton  zostało  bezceremonialne   wrzucone 

przez drzwi i wepchnięte w korytarz. Ciemna postać weszła do środka i szybko oświetliła 

korytarz latarką.

Światło dotknęło obcasa buta Verity, gdy odwróciła się i uciekła w nieprzeniknioną 

ciemność.

204

background image

Rozdział szesnasty

W

idział ją! Była pewna, że oświetliło ją światło latarki. Verity biegła nieostrożnie w 

mrok, jedną rękę trzymając na murze. Jak daleko jeszcze do schodów? Adrenalina wpływała 

do żył, gdy nasłuchiwała kroków ścigającego ją Slade'a Spencera.

Po   kilku   sekundach   pojęła,   że   żaden   dźwięk   nie   dobiega   zza   jej   pleców.   Nawet 

zbliżającego się do niej śladu światła latarki. Rzuciła niespokojne spojrzenie przez ramię i 

zobaczyła, że snop światła dochodzący z sali tortur zaczyna się zwężać.

Slade nie miał zamiaru ścigać jej w korytarzu - chciał ją uwięzić wewnątrz!

Chwilowa   ulga   przemieniła   się   w   wszechogarniający   strach,   gdy   ostatnia   plama 

światła   zniknęła   z   kamiennego   korytarza.   Drzwi   do   tunelu   zatrzasnęły   się   z   głośnym 

łomotem. Zapanowała grobowa cisza i Verity otoczyły nieprzeniknione ciemności.

Czuła pod palcami zimny kamień. Miała oczy szeroko otwarte, ale równie dobrze 

mogła być ślepa. Po prostu nie było światła, żadnego światła.

Zwalczyła atak klaustrofobii i zaczęła powoli, ostrożnie stawiać kroki. Maggie była 

uwięziona tu razem z nią. Biedna kobieta może właśnie umierała. Verity wydawało się, że 

minęły całe wieki, zanim dotarła do nieruchomej postaci.

- Przepraszam, Maggie.

Gospodyni   nie   usłyszała   jej   przeprosin   -   była   nieprzytomna.   Verity   macała   w 

ciemnościach, aż zlokalizowała ranę głowy Maggie. Trudno było się rozeznać, ale Verity 

wydawało się, że krew nie płynie z rany obficie. Tylko trochę się sączy. 

Verity   ułożyła   głowę   Maggie   na   zimnych   płytach   podłogi   i   wyprostowała   się   w 

ciemnościach. Musiała ją stąd wyciągnąć. Mogła się tylko modlić, że kiedy wreszcie uda się 

jej otworzyć kamienne drzwi, Slade Spencer nie będzie na nią czyhał w sali tortur.

Prawdopodobnie   uciekł   po   uwięzieniu   swoich   ofiar   w   tunelu.   Pewnie   założył,   że 

Maggie nie żyje, a Verity nie będzie wiedziała, jak otworzyć drzwi.

Uświadomiła sobie, że rzeczywiście nie wie, jak to zrobić. Starała się ze wszystkich sił 

zapanować   nad   strachem,   zagrażającym   w   ciemnościach.   Zamknęła   oczy   i   próbowała 

przypomnieć sobie ruchy Jonasa, gdy otwierał drzwi.

205

background image

Radość połączona  z  ulgą,  którą  poczuła,   gdy przesuwające  się  po kamieniu  palce 

natrafiły na mechanizm, natychmiast została zmącona, kiedy próbowała go uruchomić. Nic 

się nie poruszyło, nic się nie stało.

Po kilku minutach nadaremnego wysiłku Verity musiała pogodzić się z faktem, że 

albo coś źle robi ze starym mechanizmem, albo Slade zniszczył zamek z tamtej strony.

Dłonie Verity zwilgotniały. Zaczęła drżeć. Nigdy przedtem w korytarzu nie było tak 

zimno. Zmusiła się do logicznego myślenia.

Skoro   nie   mogła   uciec   przez   to   wyjście,   musiała   spróbować   wyjść   przez   drzwi 

wychodzące do sypialni.

Uklękła przy Maggie.

-   Maggie?   Słyszysz   mnie?   -   Nie   usłyszała   odpowiedzi.   Verity   mówiła   dalej, 

uspokajającym tonem. - Znam inne wyjście. To trochę potrwa, ale je znajdę. Kiedy je znajdę, 

sprowadzę pomoc. Trzymaj się, Maggie. Zostań tu do mojego powrotu, dobrze?

Verity   wstała   i   ruszyła   zdecydowanie   korytarzem.   Czekał   ją   długi   spacer.   Kiedy 

nadepnie na kości Digby'ego Hazelhursta, będzie wiedziała, że wyjście jest blisko.

Verity żałowała, że łącząca ją więź psychiczna z Jonasem nie jest bardziej użyteczna, 

tak   jak   na   przykład   telepatia.   Zrobiłaby   wszystko,   aby   natychmiast   ostrzec   Jonasa   przed 

Slade'em Spencerem.

Wykorzystałaby też okazję, aby poinformować go, że od początku miał rację - ta 

psychiczno-konsultacyjna robota była zdecydowanie nieodpowiednia.

Ł

ódź   zniknęła.   Jonas   stał   na   skraju   urwiska,   patrząc   na   zatoczkę,   gdzie   Verity 

znalazła Elyssę. Ręce wcisnął głęboko w kieszenie kurcząc się przed zimnym, przenikliwym 

wiatrem. Na falach pojawiła się biała piana. Deszcz smagał jak biczem. Było dość szarego 

światła, aby dokładnie widzieć kamienistą plażę.

Było nie do pomyślenia, żeby zdrowy na umyśle człowiek zaryzykował wyruszenie w 

takiej małej łodzi prosto w szalejący sztorm. Chyba że była to kwestia życia i śmierci. Nawet 

wówczas,   myślał  Jonas  ponuro,  gdyby  był  na   miejscu   faceta  z  łodzi,  poszukałby  innego 

rozwiązania.

Mógł się założyć, że łódź i jej właściciel kryli się gdzieś na wyspie.

Jonas podniósł głowę i przez chwilę przyglądał się urwiskom. Na wybrzeżu wyspy 

było mnóstwo maleńkich zatoczek i zakamarków, gdzie dałoby się bez trudu schować łódź. 

Gdyby ktoś chciał usunąć łódkę z widoku, wystarczyło przycumować ją gdzie indziej.

206

background image

Biorąc pod uwagę okropną pogodę, nikomu nie chciałoby się poświęcić zbyt wiele 

czasu   na   przeciąganiu   łodzi   w   inne   miejsce.   Wolałby   to   zrobić   szybko   i   wrócić   pod 

bezpieczny dach willi.

Co oznaczało, myśląc logicznie, że łódź musi być gdzieś blisko.

Jonas ruszył skrajem urwiska, przyglądając się badawczo brzegowi. W bladym świetle 

świtu nietrudno było przegapić małą szarą łódkę.

Piętnaście   minut   później   znalazł   ją   w   niewielkiej   zatoczce,   jeszcze   węższej   od 

poprzedniej. Ktoś przywiązał ją w pośpiechu do wystającej  gałęzi  świerka. Podskakiwała 

szaleńczo na wzburzonych falach bijących o skalisty brzeg.

Zejście w dół po niewysokim klifie nie zabrało zbyt wiele czasu. Jonas wspiął się na 

niewielką   skałę,   aby   pochwycić   linę   cumującą   łódkę;   chwilę   później   znalazł   się   na 

podskakującym pokładzie. W chwili, gdy pochylał się, żeby otworzyć schowek, oblały go 

bryzgi zimnej wody.

W pierwszym schowku nie było nic, co mogło pomóc w identyfikacji łodzi, tak jak 

powiedziała Verity. Skulony w mokrej kurtce Jonas szybko otworzył następny.

Znalazł kamizelkę ratunkową ze stemplem „własność przystani Dream Harbor”. Obok 

następnej kamizelki ratunkowej leżały zmięte instrukcje obsługi łodzi.

Nic więcej do identyfikacji. Łódź wypożyczono. Dopóki sztorm nie minie i nie będzie 

można wydostać się z wyspy, nie było jak sprawdzić, kto ją pożyczył. Nawet jeśli odnajdzie 

właściciela przystani Dream Harbor, też może niczego się nie dowiedzieć. Tak łatwo oszukać 

przy wypełnianiu papierów przy wypożyczaniu łodzi.

Jonas zamknął schowek i zaczął oglądać dno łodzi. Stopy obmywała mu spora ilość 

wody. Dostrzegł małą, zgniecioną torebkę pływającą w kącie. Bezwiednie złapał ją i zajrzał 

do środka. Na dnie torebki leżał mokry kawałek papieru - paragon z kalifornijskiej apteki.

Jonas   nagle   przypomniał   sobie   Slade'a   Spencera   wyjmującego   tabletki   z   małej 

buteleczki.

- Jezu Chryste, ale jestem głupi. - Jonas wyskoczył  z łodzi. Zręcznie zachowywał 

równowagę na śliskich skałach, przeskakując z jednej na drugą, aż znalazł się na plaży. Potem 

wspiął się na niskie urwisko i ruszył biegiem w stronę willi.

Nie   korzystał   z   latarki,   poza   oświetleniem   wnętrza   schowka   w   łodzi.   Nie   chciał 

ryzykować, że ktoś wyglądający przez okno zobaczy go wychodzącego lub wracającego do 

willi.

Jednak ktoś inny opuszczający willę nie był tak ostrożny.

207

background image

Wąski   promień   światła   przesuwał   się   między   drzewami,   zbliżając   się   do   Jonasa. 

Dziwacznie   podskakujące   światło   wskazywało,   że   osoba   trzymająca   latarkę   biegła   na 

złamanie karku.

Jonas zatrzymał się i usunął z drogi. Słabe światło świtu jeszcze nie rozjaśniło mroku 

pod gęstymi gałęziami. Mógł się bez trudu ukryć między drzewami, by zobaczyć, kto biegnie 

w stronę wybrzeża.

Musi to być Spencer, pomyślał Jonas. Nikt inny nie wiedziałby, gdzie jest łódź poza 

człowiekiem, który ją przeciągał zeszłej nocy. Dlaczego tak się śpieszy? Spencer od wielu dni 

wydawał się pogrążać w alkoholowej nieświadomości.

Jonasowi nie spodobało się to pytanie, a jeszcze mniej podobały mu się nasuwające się 

odpowiedzi.   Poczuł   skurcz   w   żołądku   na   myśl   o   Verity.   Dopóki   siedziała   w   sypialni, 

przekonywał się, nic jej nie grozi. Nie było powodu, dla którego Verity i Spencer mieliby się 

teraz spotkać.

Światło   latarki   przemknęło   obok   przy   akompaniamencie   chrapliwego   oddechu. 

Spencera ogarnęła panika - Jonas czuł zapach strachu tego człowieka.

Jonas wyszedł spomiędzy drzew i rzucił się naprzód.

- Nie! - zaskrzeczał Spencer padając na ziemię. - Nie, cholera, nie. Puść mnie, ty 

wredny draniu. Zabierz te śmierdzące łapy. Puść mnie! - Szarpał się pod ciężarem Jonasa, 

machając dziko latarką i pistoletem.

Jonas   przygwoździł   wijące   się   ramię  z  bronią.   Spencer   walczył   z   niezwykłą   siłą. 

Dostał ataku histerii i bronił się z szaleńczą furią.

Latarka trafiła Jonasa w szczękę. Zatoczył się do tyłu, jednak trzymał mocno ramię 

Spencera   z   pistoletem   i   kurczowo   ściskał   z   zaciętą   determinacją,   skręcając,   aż   nabrał 

pewności, że za chwilę słabe kości przegubu Spencera muszą się złamać.

Spencer krzyknął; rozległ  się wysoki,  cienki pisk rozpaczy i wściekłości, a potem 

pistolet upadł na rozmokłą ziemię.

Jonas   zamachnął   się,   żeby   uderzyć   z   całej   siły,   ale   zrezygnował   z   niesmakiem   z 

dodatkowego   wysiłku.   Nie   miało   sensu   bicie   ofiary.   Spencer   szlochał,   całkowicie 

unieruchomiony przez swoje emocje.

- To był wypadek! - wykrztusił Slade między spazmami. Leżał w błocie, osłaniając 

twarz  ramieniem.  -  Cholerny  wypadek.   Nie planowałem  tego.  Weszła   po prostu  w  złym 

momencie.   Zaczęła   wrzeszczeć,   że   wszystko   o   mnie   wie.   Musiałem   coś   zrobić,   nie 

rozumiesz? Musiałem ją uciszyć.

208

background image

Jonasa ogarnęło śmiertelne przerażenie. Chwycił koszulę Slade'a i szarpnął nim, aż 

usiadł.

- Kogo uciszyłeś, Spencer? Kogo?

Spencer zamrugał, dziwnie umykał spojrzeniem.

-   To   stare   pudło   Frampton.   A   kogóż   by   innego?   Wiedziała,   mówię   ci.   Jakoś   się 

domyśliła, kim jestem. - Spencer powstrzymał  szloch. - Taki byłem pewien, że mnie nie 

rozpozna.   W   klinice   bardzo   schudłem,   dostałem   szkła   kontaktowe,   zgoliłem   brodę.   Taki 

byłem cholernie pewny. Jednak poznała mnie, stara raszpla. Poznała mnie. Uderzyłem ją, a 

ona upadła jak worek kartofli. Po prostu upadła, mówię ci. Nie chciałem jej zabić.

Wbrew temu, co słyszał, Jonasa ogarnęło mdlące uczucie ulgi. W pierwszej chwili 

myślał, że Spencer zabił Verity.

-   Zabiłeś   Maggie?   Dziś   rano?   -   Potrząsnął   Spencerem.   -   Odpowiadaj,   do   jasnej 

cholery!

- Muszę się stąd wydostać. Wszystko poszło nie tak. - Spencer rozejrzał się wokół 

siebie szklanym wzrokiem. - Hazelhurst powiedział, że tak będzie. Zawsze twierdził, że skarb 

chroni klątwa czy coś w tym rodzaju. Głupi staruch, szaleniec. Był szalony, wiesz? Te świnie 

z kliniki powiedziały,  że przekręciło  mi  się parę klepek, ale Hazelhurst był  prawdziwym 

wariatem.

Jonas miał wątpliwości, kto był wariatem, a kto nie, ale nie była to najlepsza pora, aby 

o tym dyskutować. Wyglądało na to, że z Verity było wszystko w porządku, jednak musiał 

wrócić do willi i się upewnić, a potem poszukać biednej Maggie Frampton.

- Ty obłąkany skurwielu! - krzyknął Jonas. - Zabiłeś Hazelhursta, prawda? - Rozpinał 

pas Spencera. - To ty byłeś tym studentem, który zjawił się tu dwa lata temu, żeby mu pomóc 

w poszukiwaniu skarbu. Maggie w końcu dziś rano cię rozpoznała. Czy właśnie to się stało? 

Powiedziała, że wie, kim jesteś?

-   Musiałem   zabić   Hazelhursta   -   wyjaśnił   Spencer.   Nagle   jego   twarz   przybrała 

przerażająco   normalny   wyraz.   -   Bał   się,   rozumiesz?   Stracił   odwagę.   Nie   chciał   mi 

powiedzieć, co zrobił ze skarbem, powtarzał, że nikt nie powinien go dotykać. W skrzyni 

został   tylko   pierścień,   kawałek   metalu   i   sztylet.   Wiedziałem,   że   Hazelhurst   dotarł   tam 

pierwszy i znalazł resztę. Próbowałem go zmusić, żeby mi powiedział, ale nie chciał. Stary 

łajdak upierał się, że skrzynia była pusta, kiedy ją znalazł. Wiedziałem lepiej.

- Dlatego zabiłeś go sztyletem znalezionym w skrzyni, czy tak? - Jonas pociągnął 

Spencera do pozycji stojącej i pasem związał mu przeguby na plecach.

209

background image

- Musiałem go zabić. Cholernie się bał. Stary głupiec nic by mi nie powiedział, ale 

byłem pewien, że sam znajdę. To musiało być gdzieś w willi. Nie potrzebowałem go, żeby mi 

wskazał, gdzie to jest.

- Jednak nie znalazłeś skarbu, co? - spytał Jonas ciągnąc Spencera z powrotem do 

willi. - Zabiłeś dwoje ludzi, ale zyskałeś  tylko  pierścień, uzależnienie od alkoholu i parę 

poprzekręcanych klepek we łbie. Może Hazelhurst miał rację. Może ten skarb jest przeklęty. 

Powinieneś   go   zostawić   w   spokoju.   Powiedz   mi,   skąd   masz   tę   wynajętą   łódkę?   Doug 

przywiózł cię motorówką, prawda?

- To było proste. Gdy tylko dowiedziałem się o planach spędzenia tygodnia w willi, 

wypożyczyłem łódź. Potem nająłem dzieciaka, żeby mi ją tu przyprowadził. Ukryłem ją w 

pierwszej zatoczce, a dzieciak przewiózł mnie z powrotem na tamta wyspę. Powiedziałem 

mu, że planowałem skorzystać ze skifa do łowienia ryb z przyjaciółmi w tym tygodniu.

- Dlaczego sądziłeś, że będzie ci potrzebna łódź?

Spencer spojrzał na Jonasa, jakby ten zwariował.

- Żeby wydostać się z tej cholernej wyspy, gdyby coś poszło źle.

- Tak jak dziś rano? - spytał ostro Jonas.

- Przestraszyłem się, jak musiałem uderzyć tę starą wścibską ropuchę. Wiesz co, teraz, 

jak o tym myślę, to wydaje mi się, że nie mam się czego bać, co nie? Nikt mi nie może 

dowieść, że zabiłem starego Hazelhursta, nawet jeśli ktoś znajdzie jego ciało. Poza tą starą 

raszplą.   Kiedy   mnie   rozpoznała,   zrobiła   się   podejrzliwa.   Powiedziała   mi,   że   mnie 

obserwowała, nawet przeszukała moje rzeczy wieczorem. Rano znalazła mnie w sali tortur.

- Co robiłeś w sali tortur o tej porze?

Slade zamyślił się, spojrzenie miał nieobecne.

- W końcu postanowiłem, że muszę jeszcze raz spojrzeć na ten cholerny pokój ze 

skarbem. Nie chciałem wracać do tego strasznego tunelu, ale musiałem. Jestem pewien, że 

gdzieś tam kryje się rozwiązanie za tajemnicy. Nie spałem całą noc, tylko o tym myślałem. 

Bałem się, że możesz przypadkowo natrafić na tunel, mimo że wyrwałem ostatnie strony z 

pamiętnika Hazelhursta. Wreszcie doszedłem do wniosku, że nie mam wyboru, tylko tam 

wrócić. Jezu, jak ja nienawidzę tego tunelu. Tam jest tak ciemno.

- Maggie cię tam znalazła?

- Musiała mnie śledzić przez całą noc, czekać na mnie, suka. Oskarżyła mnie, że dwa 

lata   temu   zrobiłem   coś   Hazelhurstowi.   Zaczęła   wrzeszczeć   jak   wariatka,   nie   chciała   się 

zamknąć. Cholerna suka nie chciała zamknąć cholernej jadaczki.

- Wtedy ją uderzyłeś.

210

background image

- Musiałem. - Jakaś pokrętna chytrość pojawiła się w oczach Slade'a. - Przestraszyłem 

się. Tyle było krwi. Wiedziałem, że muszę się stamtąd wydostać, więc pobiegłem do swojego 

pokoju, spakowałem rzeczy i wyszedłem. Potem uświadomiłem sobie, że gdybym ukrył ciało 

w tunelu, nikt nigdy niczego by się nie domyślił. Wróciłem do sali tortur, ale się spóźniłem. 

Paliło się światło i zrozumiałem, że ktoś już ją znalazł. Była tam Verity. Zobaczyłem ją, kiedy 

wciągałem   ciało   Maggie   do   tunelu.   Widocznie   wbiegła   tam,   żeby   się   schować,   kiedy 

usłyszała, że idę.

Jonas zamarł. Obrócił się, w jego oczach pojawiła się groźba.

- Co zrobiłeś Verity?

Spencer spoglądał na niego, mrugając, gdy krople deszczu wpadały mu do oczu. W 

jego spojrzeniu świeciła chytrość obłąkańca. Powoli się uśmiechnął.

- Zostawiłem ją w tunelu razem ze starą dziwką. Nic nie wiesz o tunelu, prawda? To 

była wielka tajemnica Hazelhursta. Verity teraz w nim jest i nigdy jej nie znajdziesz. Nikt 

nigdy żadnego z nich nie znajdzie. Jednak tak jest najlepiej, rozumiesz? Nie ma dowodu. Tak 

długo, jak wszyscy są pogrzebani w tunelu, nie ma dowodu.

- Czy zraniłeś Verity, czy tylko zostawiłeś ją w tunelu? - spytał Jonas zaciskając ręce 

na szyi Spencera. Z gniewem i rozpaczą szukał prawdy w obłąkanych oczach Spencera. - 

Odpowiedz mi, cholerny draniu. Co zrobiłeś Verity?

- Nigdy jej  nie znajdziesz  ani ciała  tej  Frampton.  Tak  jak nikt nie  znalazł  zwłok 

Hazelhursta.   Verity   pewnie   myślała,   że   się   przede   mną   ukryje,   dlatego   tam   wbiegła. 

Wydawało jej się, że będzie bezpieczna w tunelu. A teraz jest tam zamknięta na wieki. Nie 

ma dowodu. Nie ma dowodu. - Spencer zaczął chichotać. Potem nagle się przestraszył. - Moje 

pigułki. Pora na moje pigułki.

- Nie dostaniesz swoich pigułek, dopóki mi nie powiesz, czy skrzywdziłeś Verity. - 

Jonas próbował zachować spokój pamiętając o tym, że ma do czynienia z szaleńcem.

Spencer spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Nie skrzywdziłem Verity. Nie musiałem. Mówiłem ci już, że stamtąd nie wyjdzie. 

Głupia   kobieta   wbiegła   prosto   do   tunelu.   Nigdy   nie   znajdzie   wyjścia.   Hazelhurst   kilka 

miesięcy uczył się otwierania drzwi. Nawet jeśli znajdzie zamek, nie zadziała. Zniszczyłem 

mechanizm   z  zewnątrz.  Jedyny   świadek,  rozumiesz.  Jest  jedynym  świadkiem.   Tylko   ona 

widziała, jak wpycham ciało Maggie do tunelu.

Jonas pomyślał o Verity zagubionej w nieskończonej ciemności ukrytego korytarza. 

Jeśli nie mogła się wydostać przez drzwi do sali tortur, to musiała znaleźć drogę do wyjścia w 

211

background image

sypialni.   Nigdy   nie   pokazał   jej,   jak   uruchomić   mechanizm.   Będzie   drżała   ogarnięta 

przerażeniem w nieprzejrzanej czerni tunelu, szukając sposobu otwarcia drzwi.

Jonas zajrzał w obłąkane oczy Slade'a Spencera. Niczego się już od niego nie dowie. 

Trzasnął pięścią w szczękę Spencera, który z westchnieniem upadł na ziemię. Z kącika ust 

popłynęła krew.

Jonas zostawił Spencera leżącego w błocie i pobiegł do willi. W drzewach wył wiatr. 

Biły go gałęzie, a deszcz przypominał lodową szybę.

Wpadł przez frontowe drzwi do cichej willi i pognał po schodach na drugie piętro 

długimi, rozpaczliwymi skokami. Potem pośpieszył korytarzem do sypialni.

Wbiegł do pokoju. Drzwi prowadzące do tunelu były zamknięte. Walczył gwałtownie 

z mechanizmem ukrytym pod gobelinem i wreszcie zobaczył, jak drzwi otwierają się ciężko 

do środka. Wydawało mu się, że trwa to wieki.

Szybko  spojrzał w rozszerzający się otwór. Nigdzie śladu Verity.  Albo nie mogła 

odnaleźć drogi do sypialni, albo wciąż próbowała rozpaczliwie otworzyć drzwi na drugim 

końcu tunelu.

Jonas przecisnął się przez szczelinę, gdy tylko było dość miejsca. Skierował światło 

latarki na prawo. Verity nie było w zasięgu wzroku.

Zza drzwi rozległ się chrzęst kości i odgłos drapania, Jonas błyskawicznie odskoczył 

przyjmując postawę obronną. W świetle latarki ukazała się twarz jego ukochanej.

Verity wyszła zza drzwi - miała surowy, zdecydowany, wyraz twarzy. Spojrzenie było 

dziwnie rozkojarzone. Szła z ramionami uniesionymi nad głową, palce zacisnęła na rękojeści 

sztyletu, którym został ugodzony Digby Hazelhurst. Kości Digby'ego zagrzechotały u jej stóp.

Jonas pośpiesznie zniknął z zasięgu jej ramion i uniósł do góry obie ręce.

- Spokojnie, kochanie. Jestem człowiekiem rozsądnym. Chcesz opóźnić ślub o kilka 

tygodni, żeby kupić elegancką suknię ślubną? Przełożymy ślub, nie ma sprawy.

- Jonas! - Verity upuściła sztylet. Zastukał o kamienie, gdy rzuciła się Jonasowi na 

szyję. - Najwyższy czas.

- Co za przyjemne uczucie, że człowieka doceniają. - Jonas ogarnął Verity ramionami 

i ściskał tak mocno, jakby obawiał się, że zniknie. Mogła wydać z siebie tylko ciche piśnięcie. 

- Jezu, kochana, jak ja się bałem. Powinienem był  wiedzieć, że nie będziesz dygotała ze 

strachu. Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że byłabyś świetna w roli Lady Macbeth?

- Ty się bałeś? Chcesz się ze mną licytować? W życiu nie byłam taka przerażona. 

Przed chwilą nie wiedziałam, kto wchodzi do tunelu. W środku jest tak ciemno, że kiedy 

otworzyłeś drzwi, zupełnie mnie oślepiło. Myślałam, że to Slade. - Verity podniosła głowę, 

212

background image

spojrzała szeroko otwartymi oczyma. Mrugała szybko. - Jonas, Spencer niemal zabił Maggie. 

Leży na tamtym końcu korytarza, nieprzytomna, krwawi. Musimy ją wyciągnąć. Potem trzeba 

coś zrobić ze Slade'em.

- Już się nim zająłem. Natknąłem się na niego, jak uciekał do łodzi. Wpadł w panikę, 

bo myślał, że zabił Maggie i zamknął was obie na wieki w tunelu. Podejrzewam, że utracił 

resztki zimnej krwi i doszedł do wniosku, że najwyższy czas się wycofać. Nie wiem, jak 

daleko miał zamiar dotrzeć przy takim sztormie. Jest na zewnątrz, związany. Chodźmy stąd. 

Jestem pewien, że masz dość tego tunelu na całe życie.

- Musimy wyciągnąć Maggie. Nie możemy jej tak zostawić.

- Ja się tym zajmę - powiedział łagodnie Jonas. Pociągnął ją za sobą do sypialni. Była 

roztrzęsiona, ale panowała nad sobą. Właśnie tacy są tyrani, pomyślał z dumą. Są twardzi. 

Wtem zobaczył, że Verity spogląda na coś, co właśnie wyciągnęła z kieszeni. - Co tam masz?

Bez słowa otworzyła dłoń i pokazała mu zielony kryształ w kształcie jaja.

Jonas postąpił krok do przodu, oszołomiony jej odkryciem.

- Gdzie to, do diabła, znalazłaś? - spytał cicho.

- Należy do Maggie. Miała go na łańcuszku, który stale nosiła na szyi. Musiał dać jej 

go   Digby.   Znalazłam   go,   gdy   sprawdzałam   na   szyi   puls.   Chyba   chwyciłam   go,   gdy 

usłyszałam   kroki   Spencera.   Śmieszne,   nawet   nie   zauważyłam...   -   Popatrzyła   na   niego 

pytająco. - Jonas, to ten właściwy. Tego kryształu szukałeś. Tym, jak sądzę, możesz otworzyć

wizję.

Spojrzenie Jonasa powędrowało od brzydkiego zielonego kryształu ku jej poważnej 

twarzy.

- Spencer mówi, że Hazelhurst znalazł tylko sztylet, tamten kawałek rękojeści miecza i 

pierścień z rubinem, jednak nie wątpi, że reszta skarbu nadal gdzieś tu jest.

-  Tak   jak  ty  -   podsumowała   spokojnie   Verity.   Zerknęła   na   kryształ.   -  Jonas,   czy 

wierzysz w klątwy?

-   Nie,   ale   czuję   wielki   respekt   przed   zawiłymi   drogami,   po   jakich   wędrował 

renesansowy   umysł.   Natomiast   umysł   renesansowy   obdarzony   zdolnościami 

parapsychicznymi   to   już   wprost   przekracza   granice   wyobraźni.   Nie   sądzę,   żeby   klątwa 

chroniła skarb, ale wierzę głęboko, że ktoś bardzo starannie go schował. Hazelhurst wierzył, 

że kryształ stanowił klucz, i uważam, że mógł mieć rację.

Verity spojrzała na niego z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

-   Chcesz   sprawdzić,   prawda?   Wcześniej   czy   później   spróbujesz   otworzyć   tamtą 

nieruchomą wizję.

213

background image

-   Jeśli   tego   nie   zrobię,   to   prawdopodobnie   skończę   szalony   jak   Hazelhurst   lub 

obłąkany jak Spencer - stwierdził ostro Jonas. - Muszę poznać prawdę.

Skinęła głową.

-   Tak,   potrafię   to   zrozumieć.   -   Ostrożnie   schowała   kryształ   do   kieszeni.   -   Kiedy 

przyjdzie czas, będziesz potrzebował mojej pomocy.

Jonas się przestraszył.

- Dlaczego tak mówisz? - spytał, gdy odwracała się do niego plecami.

Spojrzała przez ramię, wyraz jej twarzy trochę złagodniał. - Mogę dostroić ten kryształ 

do tego leżącego na stole w wizji.

Jednym długim skokiem znalazł się przy niej i schwycił ją w ramiona.

- Verity? Co ty mówisz? Jesteś pewna?

- Niestety, tak. Jestem całkiem pewna, że potrafię to zrobić. Nie pytaj mnie jak. Sama 

tego   nie   rozumiem.   Jeśli   chcesz   mojej   opinii   jako   twego   agenta,   to   proponuję,   żebyśmy 

zapomnieli   o   tym   pomyśle.   Jednak   wiem,   że   nie   zechcesz   mnie   posłuchać.   -   Znowu  się 

odwróciła i weszła do łazienki zmyć brud i krew z rąk.

P

o kilku manipulacjach śrubokrętem, który Jonas znalazł w kuchni, udało mu się 

otworzyć wejście w sali tortur. Spencer był zbyt przerażony, aby dokładnie zniszczyć zamek.

W korytarzu leżała nieprzytomna Maggie. Jonas z trudem zaniósł ją po schodach do 

salonu, gdzie ułożył ją na kanapie. Nie ocknęła się, ale oddychała równomiernie i krwawienie 

ustało. Verity otuliła  ją kołdrą i wyszła z Jonasem,  aby przyprowadzić  Slade'a Spencera. 

Zamknęli go w spiżarni.

- Co z nim zrobimy? - spytała Verity, wchodząc za Jonasem na górę.

- Nic nie możemy z nim zrobić, dopóki Warwick i Crump nie wrócą motorówką. Z 

całą pewnością nie mam zamiaru opuszczać wyspy w tej małej łódce, która Spencer wynajął. 

Tymczasem chciałbym sprawdzić, czy w rzeczach Spencera nie znajdziemy brakujących stron 

z pamiętnika. Może je zachował.

-   Doug   i   Oliver   jeszcze   przez   wiele   godzin   nie   będą   w   stanie   dopłynąć   tutaj   - 

zauważyła Verity, gdy szli korytarzem do pokoju używanego przez Spencera.

- To prawda.

- Lepiej będzie, jak obudzimy Yarwooda i powiemy, co się stało. I pomyśleć, że przez 

cały czas niesprawiedliwie posądzaliśmy go, iż nie jest dobry - stwierdziła z goryczą Verity. - 

214

background image

Podejrzewam, że to Spencer zepchnął Elyssę z urwiska. Może myślał, że łódka zwróciła jej 

uwagę.

- Sam już nie wiem  - odparł zamyślony Jonas. - Wspominałaś  o łódce,  a on nie 

próbował cię zabić.

- Wtedy nie, ale przedtem próbował zrobić mi krzywdę - oznajmiła spokojnie Verity.

Jonas gwałtownie poderwał głowę do góry.

- Co? Próbował cię skrzywdzić? Kiedy?

- Tamtej nocy, gdy zatrzymaliśmy się w pensjonacie.

- To ten żartowniś, który próbował cię wyciągnąć z łazienki? - spytał zaskoczony 

Jonas. - To był on? Jesteś pewna?

-   Rozpoznałam   zapach   tytoniu,   który   pali.   Tamtej   nocy   poczułam   zaledwie   lekki 

powiew, nie dość, aby zapamiętać. Nie rozpoznałam go, kiedy palił w domu, ponieważ woń 

była znacznie silniejsza i niemal obezwładniająca. Jednak kiedy wyczułam ten zapach raz 

jeszcze w sali tortur, wiedziałam, że to ten sam tytoń. Tutaj nikt nie pali poza Spencerem.

Jonas ruszył korytarzem, ogarnięty furią.

- Zabiję go.

Verity chwyciła go za ramię.

- Nie, poczekaj, Jonas. Nie ma potrzeby. Siedzi już pod kluczem.

- Powinienem był go udusić tamtej nocy, kiedy cię podrywał. - Strząsnął jej rękę z 

ramienia.

Verity raz jeszcze chwyciła go i przytrzymała za rękaw.

- Jonas, stań. Posłuchaj mnie. Wszystko jest pod kontrolą, przemoc nie jest potrzebna. 

Bóg jeden wie, że dość jej było w tym domu. Obudźmy Yarwooda i powiedzmy,  co się 

dzieje. Ma prawo wiedzieć.

Zaskrzypiały drzwi. Odwrócili się oboje.

- Cieszę się, że tak uważasz, Verity. - Preston Yarwood stał w progu swojej sypialni. - 

Bardzo   chciałbym   dokładnie   wiedzieć,   co   się   dzieje.   A   kiedy   już   skończycie   opowieść, 

wszyscy   wyruszymy   na   poszukiwanie   zaginionego   skarbu   Hazelhursta.   Kiedy   go   już 

znajdziemy,   to   obawiam   się,   że   zajdzie   konieczność   pewnej   drobnej   zmiany   planów. 

Rozumiecie sami, że zbyt wielu poszukiwaczy skarbów psuje obraz.

- Do diabła, jak masz zamiar to zrobić, Yarwood? - spytał cicho Jonas.

- Doszedłem do wniosku, że nie potrzebujemy łączyć twego nazwiska z tym właśnie 

znaleziskiem, przyjacielu. Jesteś oszustem, rozumiesz? To ja mam tu jedyny prawdziwy talent 

parapsychiczny, a odnalezienie skarbu raz na zawsze tego dowiedzie. Oto mój plan i tylko 

215

background image

mnie przypiszą całą zasługę. Kiedy już będzie po wszystkim, ludzie będą musieli przyznać, że 

mam   psychiczną   moc.  Ponieważ   ty  i  Verity  tajemniczo  znikniecie,  nikt  nie   będzie   mógł 

wyprowadzić ich z błędu.

Verity wstrząśnięta długo przyglądała się twarzy Prestona Yarwooda, a gdy spuściła 

wzrok, dostrzegła w jego dłoni pistolet.

216

background image

Rozdział siedemnasty

J

onas spoglądał na pistolet w ręce Prestona Yarwooda. Ten człowiek wyglądał tak, 

jakby dokładnie wiedział, co ma z nim zrobić. „W raporcie napisano, że jest niebezpieczny”, 

powiedziała Caitlin Evanger.

- Nie ma  żadnego skarbu, Yarwood. - Jonas  odsunął się kilka kroków od Verity, 

utrudniając Yarwoodowi jednoczesne celowanie do nich obojga.

- Nie próbuj mi niczego wmawiać, Quarrel - odparł miło Yarwood. - Skarb tu jest, 

wiem o tym. Od początku to przeczuwałem.

- I kto tu mówi o wmawianiu - mruknął Jonas. - Chorujesz na gorączkę złota.

-   Wiem,   że   tu   jest   -   uciął   Preston.   -   Widzisz,   kazałem   przetłumaczyć   fragmenty 

pamiętnika Hazelhursta. Nie wszystko, ale dość, aby zrozumieć, że na coś natrafił. Mówię ci, 

jest  tutaj.   Usłyszałem  też  wystarczająco   dużo  przed  chwilą,  żeby  nabrać   przekonania,   że 

jesteście blisko celu. Zatem zabierzecie mnie, kiedy pójdziecie rozwiązywać tajemnicę.

- Mówię ci, że nie ma żadnego skarbu.

Oczy Yarwooda zapłonęły gniewem.

- Nie okłamuj mnie. Wiem, że znalazłeś coś naprawdę ważnego. Dość się nasłuchałem 

w laboratorium Vincent College i wiem, że jesteś do tego zdolny. Dlatego nakłoniłem ich, 

żeby cię wynajęli. Pokażesz mi, gdzie jest ten skarb, do jasnej cholery! Musisz się pośpieszyć. 

Crump i Warwick wrócą, gdy tylko ucichnie sztorm. Chodź tu, Verity.

Jonas zesztywniał. Wiedział, co zaraz nastąpi.

- Zostaw ją w spokoju, Yarwood. Będę współpracował, ale ostrzegam cię, nie ma 

czego szukać.

- Coś tu jest. A ty wiesz gdzie. Pokażesz mi. Chodź tu, Verity. Podejdź tu natychmiast, 

albo zaraz wywiercę parę sporych dziurek w twoim gachu.

Verity niechętnie zrobiła krok naprzód.

- Nie zbliżaj się do niego, Verity - powiedział spokojnie Jonas. - Chce cię wykorzystać 

jako zakładniczkę.

Yarwood uśmiechnął się lekko.

217

background image

-   Masz   rację,   Quarrel.   A   jeśli   natychmiast   tutaj   nie   podejdzie,   pierwszą   kulą 

przestrzelę ci ramię. Nie będzie ci potrzebne przy prowadzeniu mnie do skarbu. Właściwie 

mógłbyś to zrobić nie korzystając w ogóle z rąk. - Wycelował pistolet.

-   Przestań!   -   krzyknęła   Verity.   Podeszła   sztywnym   krokiem   i   stanęła   przed 

Yarwoodem.

- Cholera jasna, Verity. - Było już za późno i Jonas o tym wiedział. Patrzył z bezsilną 

wściekłością,   jak   Yarwood   chwyta   Verity   za   rękę   i   przyciąga   blisko   siebie.   -   Puść   ją, 

Yarwood. Powiedziałem ci, że będę współpracował. Pokażę ci, co znaleźliśmy, ale ostrzegam 

cię, że to niewiele. Tylko pusta skrzynia  w tajnym  pokoju. Spencer był  tam przed nami, 

Yarwood. Do diabła, prawdopodobnie ktoś znalazł się tam przed nim. Może sto lub dwieście 

lat temu we Włoszech. Skarb zniknął.

-   Nie   wierzę   ci.   Jest   przecież   kryształ   -   warknął   Yarwood,   kierując   zachłanne 

spojrzenie na dłoń Verity. - Wciąż tu jest. Dość przeczytałem z pamiętnika Hazelhursta, by 

wiedzieć, że nikt niczego nie znajdzie bez kryształu. A wy go macie, prawda? Otwórz dłoń, 

Verity. Pokaż mi go.

Verity rozprostowała palce i pokazała zielony kryształ.

- Nic z tego dobrego dla ciebie nie wyniknie, Prestonie. Nie wiesz, jak go użyć. Nikt z 

nas nie wie.

- Dowiemy się, prawda? Pokaż mi ten znaleziony przez siebie ukryty pokój.

- Powiedziałem ci, że nic w nim nie ma, ty głupi draniu.

- Pokaż mi, albo zacznę strzelać do tej pani. - Yarwood przytknął lufę pistoletu do 

gardła Verity.

- Nie! Nie rób jej krzywdy, do diabła. Jeśli chcesz zobaczyć ten pokój, to ci go pokażę. 

Nic z tego nie będziesz miał, bo tam nic nie ma. - Jonas zapragnął zabić Yarwooda. Verity nic

nie powiedziała. Spojrzała tylko na Jonasa ze spokojną wiarą, która do reszty odbierała mu 

odwagę.

- Chodźmy zobaczyć ukryty pokój. - Yarwood przyciągnął Verity jeszcze bliżej.

Jonas pomyślał o sztylecie, leżącym w stosie kości tuż za drzwiami prowadzącymi to 

tajnego przejścia.

- Tędy - powiedział spokojnie i poszedł pierwszy do sypialni, którą dzielił z Verity.

Yarwood   ruszył   za   nim,   prowadząc   Verity   przed   sobą.   Lufa   ani   na   moment   nie 

oderwała się od jej szyi.

Kiedy Jonas pchnął drzwi do sypialni, natychmiast ujrzeli szczelinę ukazującą tajne 

przejście. Yarwood przystanął i patrzył zafascynowany.

218

background image

- Tajne przejście - szepnął Yarwood. - Dokąd prowadzi?

- Do pustego skarbca. - Jonas zatknął kciuk za pasek. - Cierpisz na klaustrofobię, 

Yarwood? To przejście jest wąskie jak gardło i mroczne jak grzech. Trzeba długo iść do 

skarbca.

-   Nie   strasz   mnie,   Quarrel.   -   W   oczach   Yarwooda   pojawiło   się   gorączkowe 

podniecenie. - Tylko nie próbuj żadnych sprytnych sztuczek, jak wejdziemy do środka. Zabiję 

Verity, zanim coś mi zrobisz.

Verity odezwała się cicho.

- Przy wejściu leżą zwłoki, Prestonie.

Zadrżał lekko.

- Czyje? - spytał.

- Sądzimy, że Hazelhursta - odparła. - Pod koniec życia doszedł do wniosku, że skarbu 

chroni klątwa. Slade Spencer zgodził się z nim. Może mieli rację. Żaden z nich nie miał 

okazji się nim cieszyć.

-  Pokażcie   mi   pokój   -  rozkazał  Yarwood  i  popchnął   Verity  z  całej  siły  w  stronę 

szczeliny w ścianie. - Ty pierwszy, Quarrel.

Jonas posłusznie ruszył do wejścia. Po drodze wziął latarkę i nową kurtkę. Nie będzie 

miał wiele czasu, żeby znaleźć sztylet i schować w kieszeni. Musiał jakoś odwrócić uwagę 

Yarwooda.

-   Pozwól,   że   najpierw   usunę   z   drogi   ciało   Hazelhursta.   Verity   robi   się   od   niego 

niedobrze. - Miał nadzieję, że Yarwoodowi też zrobi się niedobrze na myśl o przeskakiwaniu 

przez stos starych kości.

- Dalej - szybko powiedział Yarwood. - Zepchnij je gdzieś. Czy stary łajdak naprawdę 

tu umarł?

-   Tak.   Piekielne   miejsce   na   odwalenie   kity,   co?   -   Jonas   znalazł   się   w   przejściu. 

Trzymał latarkę skierowaną na ścianę na wprost. Podłoga kryła się w mroku rozjaśnionym 

jedynie smugą światła docierającą z sypialni. Ledwie dostrzegł czubek ostrza leżącego wśród 

rozrzuconych kości. Za jego plecami Verity zaczęła coś mówić drżącym głosem. Odgadła, co 

próbuje zrobić i próbowała odwrócić uwagę Yarwooda.

- Tam jest okropnie, Prestonie - powiedziała. - Kości Hazelhursta leżą rozrzucone po 

całej podłodze. Można zobaczyć czaszkę i resztę. Łatwo sobie wyobrazić, jak przed śmiercią 

próbował za wszelką cenę znaleźć mechanizm otwierający drzwi. Może przyśnić się w nocy. 

Uważam, że miał rację. Odnalazł skarb, a jego śmierć spowodowała strzegąca go klątwa.

219

background image

- Zamknij się, głupia - zawołał zniecierpliwiony Yarwood, ale stał za plecami Verity, 

gdy Jonas przykucnął na podłodze korytarza. - Pośpiesz się, Quarrel.

- Śpieszę się, ale mam tu trochę roboty. - Jonas w myślach podziękował Verity za 

odegranie roli przestraszonej, słabiutkiej kobietki. Po jej opowieści Yarwood nie palił się do 

ruszenia nie kończącym się mrocznym korytarzem. Jonas doszedł do wniosku, że mógłby też 

dodać   parę   subtelnych   aluzji.   -   Trzeba   uważać,   żeby   te   drzwi   nie   zamknęły   się,   kiedy 

będziemy w środku. Chyba nie chcesz skończyć jak Digby. Zechcesz wepchnąć tu krzesło, 

Yarwood?

- Dawaj krzesło - polecił Yarwood Verity. - Dalej, rusz się! Szybciej!

Verity odegrała scenę ciągnięcia po podłodze najcięższego krzesła w pokoju. Takiego 

właśnie odwrócenia uwagi Jonas potrzebował. Pochylił się szybko i zagrzechotał kośćmi w 

ciemności.

- Przepraszam, Digby, stary przyjacielu - mruknął. - Akademicka społeczność nigdy 

zbytnio cię nie szanowała, prawda? - Przykrył dłonią ostrze i wsunął je do rękawa.

Rzeczywistość zaczęła migotać w znajomy sposób. Jonas pokonał przemianę i szybko 

ukrył  zabójczo wąskie ostrze  w kieszeni kurtki. Rzeczywistość  powróciła  do normalnego 

kształtu, gdy tylko przestał dotykać sztyletu. Musiał być bardzo ostrożny i nie dotknąć go, 

dopóki nie będzie gotowy go użyć. Nie miał ochoty ciągłe obserwować sceny mordowania 

Hazelhursta w czasie posuwania się ukrytym korytarzem.

- W porządku, wygląda na to, że to musi wystarczyć. - Jonas wstał i kopnął pantofel 

Hazelhursta odsuwając go z drogi.

- Skończyłeś? - zawołał Yarwood, zaglądając niepewnie w mrok.

- Najlepiej jak umiałem. Jeśli masz słabe nerwy, to wchodząc nie patrz na lewo.

- Nie martw się o moje nerwy - odciął się Yarwood. Popchnął Verity do wejścia. 

Zawisła nad nim ciemność korytarza. Właśnie wtedy Yarwood uświadomił sobie, że w tej 

sytuacji   trzymający   latarkę  ma   taką   samą  przewagę   jak  człowiek   z  bronią.  -  Daj   latarkę 

Verity, Quarrel.

Jonas   stłumił   przekleństwo   i   podał   latarkę   Verity.   Spojrzała   na   niego   szeroko 

otwartymi oczami i Janas zobaczył u nich tyle zrozumienia, że wiedział, iż Verity spróbuje 

coś zrobić.

Bał   się,   że   ona   nie   wyjdzie   z   tego   bez   szwanku.   Był   tego   pewien.   W   milczeniu 

pokręcił głową. Ruch był ledwie zauważalny. Wiedział, że zrozumiała wiadomość, ponieważ 

dostrzegł w jej spojrzeniu płonące rozczarowanie. Jonas odwrócił się i ruszył w ciemność.

220

background image

- Nie tak szybko, Quarrel. - Yarwood pchnął przed siebie Verity i poszli. - Trzymaj się 

w zasięgu światła. Chcę cię cały czas widzieć.

- Nie martw się. Nie mam szczególnej chęci zlecieć ze schodów.

- Jakich schodów?

- Przed nami. Ten korytarz prowadzi prosto w dół do podziemi willi. Kończy się na 

tym samym poziomie co sala tortur. Rozluźnij się, Yarwood. Czeka nas długi spacer.

V

erity   ściskała   mocno   latarkę,   zastanawiając   się   gorączkowo,   co   planuje   Jonas. 

Czuła, że znalazł sztylet, i wiedziała, że coś zamierza, ale nie wiedziała co.

Jednak nie wykonał żadnego ruchu, nie dał znaku, gdy we trójkę schodzili po wąskich 

schodkach na dolny poziom korytarza. W końcu uświadomiła sobie, że Jonas rzeczywiście 

prowadzi   Yarwooda   do   ukrytego   pokoju.   Właściwie   dlaczego   nie?   Nie   było   tam   czego 

szukać.

Jednak ciepło kolczyków dotykających skóry i chłód zielonego kryształu w kieszeni 

mówiły co innego. Im bardziej zbliżali się do ukrytego pokoju, tym mówiły wyraźniej. Verity 

nawet na chwilę nie zapomniała o pistolecie wycelowanym w jej kark, ale zaczęła się martwić 

czym innym. Tajemnice wizji były równie zabójcze jak kule w pistolecie Yarwooda. Verity 

przeczuwała, że Jonas postanowił zaryzykować w ukrytym pokoju.

Dotarli do końca korytarza. Jonas stanął przed kamienną ścianą kryjącą wejście do 

ukrytego pokoju.

- Oto jest, Yarwood.

- Gdzie? Pokaż mi, do jasnej cholery. Widzę tylko pustą ścianę.

- Patrz. -Jonas zaczął uruchamiać mechanizm.

Yarwood jak zahipnotyzowany patrzył, jak ściana odsunęła się ze zgrzytem. Oddychał 

ciężko. Verity wyczuwała rosnące w nim napięcie.

- O, kurwa - powiedział Yarwood podnieconym, rozgorączkowanym tonem.

Drzwi otworzyły się powoli, odsłaniając mały, zimny pokój. Jonas wszedł do środka. 

Yarwood wepchnął za nim Verity. Verity bezwiednie skierowała światło latarki na ciężką, 

czarną skrzynię.

- Niech to szlag - mruknął Yarwood. - Co w niej jest?

- Już ci mówiłem, Yarwood. Nic nie ma.

- Coś musi być w środku. To skrzynia. Skrzynia na skarby.

221

background image

- Sam zobacz. - Jonas podszedł do leżącej na podłodze zardzewiałej rękojeści miecza. 

Podniósł ją.

Verity wstrzymała oddech, zbyt późno uświadamiając sobie, co właśnie zrobił Jonas. 

Chciał wywołać wizję. Jednak dlaczego teraz?

Pokój nagle zaczął się zwijać wokół niej. Verity z wszystkich sił próbowała zachować 

świadomość wydarzeń w czasie rzeczywistym,  nawet wówczas, gdy została wciągnięta w 

korytarz psychiczny.

Wizja   pojawiła   się   przed   nimi,   ostrzejsza,   mocniejsza   i   świecąca   groźniej   niż 

przedtem. Kryształ w kieszeni stał się lodowato zimny, a kolczyki w uszach Verity zapłonęły.

- Jonas? - szepnęła szukając go w korytarzu czasu. Wiedziała, gdzie stoi w czasie 

rzeczywistym. Stał spokojnie spoglądając na skrzynię. Natomiast w korytarzu psychicznym 

mogła do niego mówić, a Yarwood nie usłyszy ani słowa.

- Kryształ może być kluczem - powiedział Jonas do Yarwooda. - Jednak do tej pory 

nie domyśliliśmy się, jak go użyć. - W korytarzu psychicznym znalazł się za plecami Verity. - 

Musimy się naradzić. Gdybym wykorzystał sztylet do wejścia w korytarz, Yarwood by nie 

zauważył. Nie zwraca uwagi na kawałek metalu.

- Zobacz, jak obraz zaczyna pulsować. Jonas, nie podoba mi się to.

- Myślisz, że mnie się podoba? To nasza jedyna szansa. Yarwood nie dopuści, abyśmy 

stąd wyszli żywi.

Verity sięgnęła do kieszeni i zacisnęła palce na krysztale. Przeniknął ją chłód. Kryształ 

leżący na stole nagle zapłonął jaskrawym, migoczącym światłem.

- Jonas, zaraz coś się stanie.

-   Cholera,   masz   rację.   Jak   tylko   znajdę   sposób   na   otwarcie.   Musimy   raz   jeszcze 

odwrócić jego uwagę. Za kilka sekund Yarwood zacznie się zastanawiać, dlaczego tak stoimy 

bez ruchu i wpatrujemy się w pustą skrzynię.

- Dwa kryształy dostrajają się do siebie. - Verity nagle zrozumiała. - Czuję to. Och, 

mój   Boże,   Jonas,   nie   tego   chcieliśmy.   Nic   dobrego   z   tego   nie   wyjdzie.   Wszystko   się 

rozpadnie. To niebezpieczne.

- Wytrzymaj jeszcze chwilkę.

Verity zaciskała zęby, żeby znieść przenikliwe zimno. Czuła drżenie dopasowujących 

się do siebie dwóch zielonych kryształów, dostrajających się w tej niezwykłej formie czasu i 

przestrzeni istniejącej w korytarzu psychicznym.

W czasie rzeczywistym Yarwood postąpił kilka kroków do skrzyni, ciągnąc ze sobą 

Verity.

222

background image

Wizja promieniowała jaskrawym światłem.

- Cholera jasna - zawołał cicho Jonas, gdy jego uwagę zwrócił zielony blask pulsującej 

wizji. - Otworzymy tego drania. - W jego głosie nagle dało się słyszeć podniecenie. - W 

końcu otworzymy i dowiemy się, co tu, do diabła, się dzieje.

W korytarzu Verity spoglądała na niego gniewnie.

-   Jonas!   Zapomniałeś   o   Yarwoodzie   i   pistolecie?   Byłabym   ci   wdzięczna,   gdybyś 

skupił się na naszym podstawowym problemie.

- Wszystko pod kontrolą, szefowo - zapewnił ją Jonas trochę zbyt nonszalancko. W 

czasie   rzeczywistym   zwrócił   się   do   Yarwooda.   -   Dalej,   Yarwood.   Dobrze   się   przyjrzyj. 

Widzisz? Nic tam nie ma, chociaż sama skrzynia jest bardzo cenna. Musisz wymyślić sposób, 

jak ją stąd wyciągnąć przed powrotem Warwicka. Mógłby niezbyt uprzejmie potraktować 

oszukańczego jasnowidza kradnącego rodzinne antyki.

-   Nikogo   nie   oszukuję,   kanalio.   -   Zniecierpliwiony   Yarwood   ruszył   do   przodu.   - 

Potrzymaj wieko, Verity. Daj mi latarkę.

W   korytarzu   psychicznym,   gdzie   mogli   się   porozumiewać   bez   przeszkód,   Verity 

spojrzała na Jonasa.

- Czy powinnam mu dać?

- Zrób to powoli. Jest jak zahipnotyzowany. Nie myśli ani o tobie, ani o mnie. Skupił 

się na skarbie, sławie i fortunie zdobytej jako ktoś, kto dowiódł swych zdolności. Należy do 

mnie.

W   czasie   rzeczywistym   Verity   wyciągnęła   do   Yarwooda   rękę   z   latarką,   który   ją 

pochwycił. Puściła ją, uświadamiając sobie, że Yarwood już nie celuje w nią z pistoletu. 

Preston pochylił się nad skrzynią, oświetlając wnętrze.

Jonas poruszył się w czasie rzeczywistym - sunął w stronę Yarwooda z szybkością 

trzaskającego bicza. Verity nie widziała dokładnie, co się stało, ponieważ jedyne światło w 

pokoju było skierowane do wnętrza skrzyni. Wyczuła drugi obraz pojawiający się na chwilę 

w korytarzu psychicznym. Przypominał scenę, w której biedny Digby Hazelhurst dostał cios 

sztyletem w plecy. Scena zniknęła natychmiast, gdy Jonas puścił sztylet.

Następny dźwięk, jak usłyszała, to był zduszony okrzyk Yarwooda wpadającego do 

skrzyni. Latarka spadła na podłogę, podobnie jak trzymany przez Yarwooda pistolet.

Nawet   w   idealnych   warunkach   byłoby   trudno   śledzić   obie   rzeczywistości 

jednocześnie.   Zanim   do   świadomości   Verity   dotarł   fakt,   że   Jonas   ugodził   Yarwooda 

sztyletem,   zielony   kryształ   w   wizji   nagle   zapłonął   jaskrawym   światłem.   Dwa   kryształy 

skończyły dostrajanie - wizja została otwarta.

223

background image

- Jonas, ten człowiek w wizji! On żyje!

W czasie rzeczywistym Jonas znieruchomiał w chwili, gdy miał właśnie podnieść z 

podłogi latarkę i pistolet.

- Niemożliwe! Nikt nie przetrwa czterystu lat w tym korytarzu. To sztuczka, pułapka 

chroniąca skarb.

- Porusza się. Nigdy przedtem się nie poruszył  - odparła Verity ochryple. Była to 

prawda. Mężczyzna wstawał od stołu. Podniósł dużą kartkę papieru i przytrzymał przed sobą, 

jakby   zapraszał   gestem,   żeby   przeczytali   napisane   przez   niego   słowa.   Stronę   wypełniało 

staroświeckie pismo. 

Jak przyciągnięty niewidzialnym łańcuchem Jonas zrobił krok do przodu, aby spojrzeć 

na kartkę. Nagły skurcz gniewu wykrzywił  rysy zjawy. Starzec rzucił papier i sięgnął do 

rękojeści miecza.

- Jonas, co się dzieje?

- Nie wiem - wymruczał Jonas. - Jednak to staje się cholernie rzeczywiste.

- Wracaj! - krzyknęła Verity. - Puść miecz!

- Nie mogę - odparł ponuro Jonas. - Palce zacisnęły mi się wokół niego.

- Och, mój Boże! Co teraz?

- Nie wiem. Trzymaj się z daleka.

- Jonas, za chwilę stanie się coś okropnego. Czuję to.

- Wiem - przytaknął cicho Jonas. - Też to czuję.

Verity zacisnęła kryształ w dłoni i zastanowiła się, co oznaczały jego słowa. Ogarnął 

ją strach, że za chwilę się dowie. Wtem dostrzegła jadowito zielone, wijące się smugi emocji, 

które sunęły z samego środka wizji.

- Oto są, Jonas. Zastanawialiśmy się, dlaczego nie ma w tym obrazie macek emocji, 

ale są tu. Cały czas były uwięzione w wizji.

- Zbliżają się do ciebie - powiedział Jonas, podchodząc do obrazu. - Przytrzymaj je, 

Verity. Musisz je przytrzymać, albo oboje zginiemy.

-   Nie   wiem,   czy   zdołam   -   szepnęła   Verity,   gdy   ciemnozielone   smugi   na   próżno 

próbowały otoczyć Jonasa, a potem opornie ruszyły ku niej. Chłód promieniujący z zielonego 

kryształu zadawał jej coraz większy ból. Tylko kolczyki dawały jej odrobinę ciepła.

Potrzebny był jej ogień, a nie lodowate wibracje starego zielonego kryształu.

Verity postąpiła bez zastanowienia. W czasie rzeczywistym  sięgnęła ręką i szybko 

wyjęła z uszu kolczyki z kryształu o barwie ognia. Ułożyły się w jej dłoni, promieniując 

ciepłem pociechy, który wydawał się przeciwstawiać chłodowi w drugiej dłoni.

224

background image

Wtem spostrzegła, że zjawa mężczyzny wyciągnęła z pochwy miecz. Trzymał go w 

górze, przygotowując się do potężnego ciosu. Spojrzenie utkwił w Jonasie.

- Czy jesteś pewien, że cię nie widzi? - spytała przerażona Verity.  Zielone smugi 

wirowały i wiły się wokół jej kostek.

- Uważam,  że tak zaprojektował ten obraz, aby wyglądał  na rzeczywisty - odparł 

Jonas. Stał tuż przed wizją. Rękojeść złamanego miecza wciąż była uwięziona w jego dłoni. - 

Znalazł sposób na zamknięcie tej sceny w czasie. Zrobił to celowo. To nie jest przypadkowy 

obraz pochwycony w korytarzu czasu.

- To takie rzeczywiste - powiedziała. - Bardziej rzeczywiste niż to, co widzieliśmy do 

tej pory.

- Złudzenie optycznie. Musi być złudzeniem.

- Już to mówiłeś. Jednak tym razem mnie nie przekonałeś. - Zielony kryształ nagle 

zaczął silnie drgać w jej dłoni. Zielonkawy blask wizji zdawał się rozszerzać, sprawiając, że 

obraz wydawał się większy. Mężczyzna w wizji uniósł miecz jeszcze wyżej. Złowrogie oczy 

płonęły z gniewu. Peleryna odsłoniła potężne ramiona.

Zielonkawe światło kryształu wypełniało cały pokój. Verity otworzyła usta do krzyku, 

ale było już za późno.

- Jonas, to rzeczywistość. Jesteśmy w środku wizji!

Uświadomiła sobie ze zgrozą, że stali się jej częścią. Gniew mężczyzny z wizji był 

niemal namacalny. Był rzeczywisty. Chyba nagle dostrzegł Verity, bo skoczył ku niej i zaczął 

zataczać mieczem łuk, jakby chciał ściąć jej głowę. Chciał ją zabić.

- Jonasie!

Żadnej odpowiedzi. Verity próbowała odrzucić zielony kryształ, ale odkryła, że nie 

może go puścić. Próbowała się poruszyć, ale stwierdziła, że stoi jak przykuta do miejsca. 

Uniosła głowę do góry i ogarnięta  pełnym  zdumienia przerażeniem zobaczyła,  jak miecz 

zaczął   swój   zabójczy   krąg.   Miała   umrzeć!   Pochwycona   w   wizji   miała   umrzeć   z   ręki 

człowieka, który czekał na to czterysta lat. Nie mogła choćby zamknąć oczu.

- Tknij ją, a zginiesz! - Jonas krzyknął nagle do zjawy. - Jest moja. - Bez ostrzeżenia 

stanął w wizji obok Verity.  Trzymał  miecz  w dłoni, cały miecz, a nie tylko  zardzewiałą 

rękojeść. Zielone smugi otaczały jego ramię. Skoczył, aby stanąć między Verity a mężczyzną, 

który jej groził! - Zostaw ją w spokoju, draniu! - ochryple zawołał Jonas. - To mnie chcesz, to 

ja przedarłem się przez to cholerne zamknięcie. - Potem przerwał i powiedział coś po włosku.

Stary   człowiek   nie   wydawał   się   zainteresowany   kwestią   języka.   Zachowując 

milczenie, skupił uwagę na Jonasie i uniósł miecz.

225

background image

Jonas się uchylił i odskoczył na bok. Ostrze ominęło jego głowę zaledwie o kilka cali. 

Podniósł się z przyklęku i ciął wprost zjawę.

Stary   człowiek   zrobił   krok  do   tyłu   z   wyrazem   zdumienia   na   twarzy.   Raz   jeszcze 

zamachnął się z nienawiścią. Teraz Jonas skoczył nieostrożnie do przodu, posuwając się pod 

łuk opadającej broni. Jego własne ostrze wyprzedziło miecz przeciwnika i zatopiło się w 

piersi mężczyzny. Ofiara otworzyła usta w bezgłośnym krzyku agonii i gniewu. Padła twarzą 

do ziemi.

Miecz pękł w dłoni Jonasa, została tylko rękojeść.

Verity chciała krzyknąć, ale zabrakło jej tchu. Wizja zaczęła drgać. Zielone smugi 

otaczające ramię Jonasa skoczyły mu do gardła.

Verity wyczuła  nienasycony głód smug i wiedziała, co się zdarzy.  Czysta  energia 

emocjonalna uwięziona w obrazie czterysta lat temu walczyła teraz o swoją wolność. Jonas 

był   przekaźnikiem,   którego   odwieczna   energia   mogła   użyć,   aby   wedrzeć   się   do 

teraźniejszości.

Emocje rządzące tą sceną przed czterystu laty mogły uciec tylko przez Jonasa. Ogarną 

go, doprowadzą do szaleństwa albo przeobrażą w zabójcę. Za każdym razem, gdy wstępował 

w korytarz psychiczny, groziło mu to niebezpieczeństwo.

Tylko Verity mogła mu pomóc w opanowaniu tej mocy, jednak nigdy nie próbowała 

kontrolować smug energii o tej sile.

Zacisnęła  palce  na kolczykach.  Koncentrując się na nich,  zdołała rozewrzeć  palce 

drugiej dłoni. Zielony kryształ upadł na podłogę. Z przemożnym uczuciem ulgi skupiła się 

całkowicie na płonących kryształach kolczyków.

Poczuła   ogień   w   dłoni   i   przycisnęła   go   do   piersi.   Jaskrawe   czerwone   światło 

przeświecało przez jej palce. Wibracja była silna, czysta, potężna.

Verity postąpiła dwa kroki do miejsca, gdzie Jonas na kolanach walczył z owijającymi 

go żywymi zielonymi jęzorami. Jego twarz stała się maską cierpienia i gniewu. Spojrzał na 

nią surowo.

- Wynoś się stąd! - rozkazał ochryple. - Wynoś się stąd natychmiast! Zamknij za sobą 

drzwi tego pokoju i nigdy nie próbuj ich otworzyć.

- Nie zostawię cię tutaj.

- Zrób to, Verity. Zrób to dla mnie, dla dziecka, dla siebie. Zrób to teraz, do cholery.

- Kocham cię, Jonas. Nie mogę cię tu zostawić.

- Jeśli kochasz mnie tak bardzo, jak ja ciebie, zrobisz to. Pośpiesz się, Verity. Na 

miłość boską, pośpiesz się. Zamknij te drzwi za sobą, nikomu o nich nie mów. Idź. Proszę, 

226

background image

idź. Już dłużej nie wytrzymam. Gdy tylko smugi zapanują nade mną, będę próbował zabić 

każdego, kto znajdzie się w tym pokoju. Rozumiesz?

- Nie - szepnęła. - Nie rozumiem.

- Nie pojmujesz? Stanę się tym, kto teraz będzie dla niego strzegł tego cholernego 

skarbu. Zamorduję każdego, kto wejdzie do tego pokoju, nawet ciebie.

- Nigdy byś mnie nie skrzywdził - powiedziała łagodnie i uklękła obok niego.

- Verity.

- Jonas, połóż rękę na mojej dłoni. - Wyciągnęła zaciśnięte palce. Kolczyki pulsowały 

ciepłem. - Zrób to, Jonas. Teraz.

Złote oczy spoglądały ponuro, gdy uniósł twarz pozbawioną wyrazu. Z ogromnym 

wysiłkiem   powoli   uniósł   rękę,   w   której   nie   trzymał   już   rękojeści   miecza.   Dotknął   jej 

płonących palców.

- Tak - szepnęła, gdy poczuła, że rozpoczął się proces strojenia. - Właśnie tak. Tylko 

się mnie trzymaj. Ogień jest silniejszy od wszystkiego, co ten łotr zostawił. Ogień jest świeży, 

nowy i nigdy się nie starzeje. Smugi pochodzą z przeszłości i muszą tam pozostać.

Kolczyki   promieniowały   ciepłem.   Verity   poczuła   palce   Jonasa   zaciskające   się 

brutalnie na jej zwiniętej dłoni.

Między jej palcami rozkwitał ogień.

Zielone smugi otaczające szyję Jonasa zaczęły się rozluźniać. Verity skierowała je ku 

masie wijącej się wokół jej stóp, a one niechętnie usłuchały.

Ostatnia z zielonych smug opuściła Jonasa i dołączyła do pozostałych.

W czasie rzeczywistym coś stuknęło o podłogę kamiennej celi. Verity spojrzała w dół 

i zobaczyła, że to rękojeść złamanego miecza, którą Jonas wykorzystał do wejścia w wizję.

Korytarz psychiczny nagle zniknął i wraz z nim zniknęły resztki jadowitej zieleni. 

Płomienny blask w dłoni Verity zbladł. Palce Jonasa odsunęły się z jej ręki.

W małym  pokoju zapanowała ciemność, rozświetlana jedynie latarką palącą się na 

próżno wewnątrz pustej skrzyni.

Verity westchnęła z ulgą. Nie lubiła mroku panującego w ukrytym pokoju, ale teraz 

wydawał się normalny.

- Już po wszystkim, Jonas. Jesteśmy wolni.

Nie usłyszała odpowiedzi, tylko ciężki łomot. Pobiegła do skrzyni, odepchnęła ciało 

Yarwooda i chwyciła latarkę.

Skierowała   światło   na   Jonasa   i   zobaczyła,   że   leży   na   kamiennej   podłodze.   Był 

nieprzytomny.

227

background image

Rozdział osiemnasty

C

oś zniknęło. Przepadło. Wypaliło się w blasku zielonej trucizny”.

Jonas próbował zlekceważyć dalekie głosy domagające się uwagi. Chciał skupić się na 

tym, co było nie w porządku, ale głosy ciągle go wołały.

Jeden   głos   był   męski   i   szorstko   pocieszający.   Drugi   kobiecy   -   żądający   i   uparty. 

Rozpoznał ten drugi głos i chciał powiadomić jego właścicielkę, że za chwilkę się zjawi. 

Teraz był zajęty.

- Jonas! Słyszysz mnie? Powiedz coś, do cholery! Mów do mnie! Jonas, natychmiast 

mi odpowiedz! Słyszysz mnie? Nie możesz mi tego zrobić. Nie pozwolę ci. Otwórz oczy i 

odpowiadaj! Odpowiadaj, draniu!

Gdzieś głęboko w bezdennej ciemności Jonas uśmiechnął się do siebie. Jak zwykle 

Verity wierciła mu dziurę w brzuchu. Jego ruda tyranka siedziała na tronie, więc ze światem 

wszystko było w porządku.

Spróbował otworzyć oczy. Chciał zobaczyć  twarz Verity. Słyszał wściekłość w jej 

głosie.

- Ostrzegałem cię przed zmarszczkami - powiedział, gdy udało mu się unieść powieki. 

Zastanawiał się, dlaczego mówi tak ochryple, jakby był pijany. Wtem zobaczył twarz Verity i 

zachciało mu się śmiać. - Wyglądasz tak, jakbyś nie wiedziała, czy chcesz mnie ucałować, 

czy udusić. Co przeskrobałem tym razem?

- Och, Jonas, tak strasznie się bałam. - W jej pięknych oczach zapłonęła radosna ulga.

- Hej, jestem tu, kochanie. Spokojnie.

Przytuliła się do niego, objęła ramionami.

- Tak się martwiłam. Wszyscy się martwiliśmy. Tyle godzin byłeś nieprzytomny. Co 

ci jest?

- Nic mi nie jest. - Zobaczył, że Verity ma wilgotne policzki. Płakała przez niego, 

uświadomił sobie ze zdumieniem. Poczuł dotyk jej miękkich piersi i pomyślał, że po raz 

pierwszy to on leży na łóżku. Otoczył ramieniem Verity i zaplątał palce w płomienne loki. 

Potem stwierdził, że wpatruje się w jej włosy i wspomina inne źródło ognia. Nagle zacisnął 

dłoń. - Verity?

228

background image

Podniosła głowę z olśniewającym uśmiechem ulgi i zadowolenia. Otarła łzy szybkim 

gestem ręki.

- Jesteś pewien, że nic ci nie jest?

Wydała mu się bardzo zaniepokojona.

- Wszystko w porządku. A co z tobą?

- Czuję się dobrze, jeśli pominąć fakt, że właśnie przez ciebie pierwszy raz w życiu tak 

się przeraziłam. - Usiadła na brzegu łóżka. - Słowo daję, Jonas, jak mogłeś tak zemdleć przy 

mnie?  Czy masz  choćby blade  pojęcie, jak trudno było  wyciągnąć  cię  z tego korytarza? 

Musiałam znaleźć  prześcieradło  i przewrócić cię na nie, żeby w ogóle móc  ruszyć  cię z 

miejsca. Naturalnie, prześcieradło nadaje się tylko do wyrzucenia.

- Naturalnie. - Patrzył na nią zdezorientowany, ale zadowolony.

-  Potem, kiedy już upewniłam się, że żyjesz, musiałam wrócić do tego strasznego 

pokoju i wyciągnąć Prestona na drugim prześcieradle. Też był nieprzytomny i ważył chyba z 

tonę. Jeszcze do tej pory bolą mnie ramiona. Czuję się tak,  jakbym przez kilka dni robiła 

pompki.

- Yarwood żyje? - Jonas próbował zrozumieć coś z płynących słów.

- Ledwie. Oliver uważa, że przeżyje. Oboje, Yarwood i biedna Maggie są w szpitalu. 

Doug   zabrał   ich   na   większą   wyspę   kilka   godzin   temu.   Powinien   niedługo   wrócić   i 

prawdopodobnie przywiezie ze sobą policję. Wszystko się strasznie pogmatwało.

Jonas otworzył usta, żeby zadać pytanie, ale zanim znalazł słowa, pojawiła się przed 

nim znajoma twarz.

- Witaj z powrotem, Quarrel - powiedział Oliver Crump. - Nie byliśmy pewni, dokąd 

sobie poszedłeś. Doug uważał, że powinniśmy cię wysłać do szpitala razem z pozostałymi, 

ale Verity i ja postanowiliśmy się sprzeciwić.

- Nie byliśmy przekonani, że lekarz będzie miał lepszy pomysł na kurację niż my - 

odparła ostro Verity. - Nawet nie wiedzielibyśmy, jak wyjaśnić lekarzowi sytuację. Dlatego 

zatrzymaliśmy   cię  tutaj,  a Doug  zabrał  tamtych.  Oliver  użył  kryształu.   - Uniosła  lśniący 

kamień o barwie cytryny.

-   Domyśliłem   się   z   opowieści   Verity,   że   to   kryształ   wyrządził   szkodę   -   wyjaśnił 

Oliver. - Prawdopodobnie był to skutek uboczny procesu strojenia. Nie potrafiła do końca 

wytłumaczyć,   co   wydarzyło   się   w   tamtym   pokoju,   ale   sądziłem,   że   to   logiczne,   aby 

wykorzystać kryształ do usunięcia dolegliwości. Czy możesz sobie wyobrazić podsuwanie 

takiej propozycji lekarzowi dyżurnemu na izbie przyjęć?

229

background image

- Patałachy zamknęliby was w pokoju bez klamek, a we mnie bez końca wbijaliby 

igły. - Jonas jęknął i pomasował sobie skronie. Bolała go głowa, ale biorąc wszystko pod 

uwagę, była to niska cena za to, co się wydarzyło. - Dzięki, że podjęliście strategiczną decyzję 

zatrzymania mnie tutaj. Nienawidzę izb przyjęć. Pełno tam zarazków. Wchodząc, strasznie się 

ryzykuje.

Ściągnięte brwi Verity utworzyły jedną linię.

- Jesteś pewien, że dobrze się czujesz?

Zrobił taką minę, żeby wzbudzić jej współczucie; manifestował, że cierpi z godnością. 

Verity zazwyczaj dawała się na to nabrać.

- Głowa mnie trochę boli, ale to wszystko.

- Och, biedny Jonas. - Pochyliła się nad nim i zaczęła łagodnie masować mu skronie.

Tak ładnie pachniała pochylona nad nim - odrobina kobiecego potu wymieszana z tą 

cudownie znajomą wonią właściwą jej i tylko jej. Jonas wciągnął zapach głęboko w płuca.

- Jak czuje się Maggie?

- Odzyskiwała przytomność, gdy zanieśliśmy ją na motorówkę - odparł Crump. - A 

tak przy okazji, to Elyssie nic nie będzie. Obudziła się zeszłej nocy i przypomniała sobie, kto 

ją zepchnął.

- Nigdy byś w to nie uwierzył, ale to Maggie zepchnęła Elyssę z urwiska - powiedziała 

Verity.

- Maggie ją pchnęła? - powtórzył zdumiony Jonas. I nagle zrozumiał. - Ze względu na 

plany sprzedania willi?

Verity przytaknęła.

- Bardzo przejęła się decyzją Douga o sprzedaży. Maggie uważała willę za swój dom i 

sądziła, że ma prawo tu zostać. Poszła wczoraj za Elyssą, żeby sprawdzić, czy nie mogłaby 

przekonać   jej,   aby   namówiła   Douga   do   rezygnacji   ze   sprzedaży,   ale   Elyssa   nie   była   w 

najlepszym   nastroju   do   rozmowy.   Pokłóciły   się,   Maggie   straciła   panowanie   nad   sobą   i 

uderzyła ją. Elyssa zachwiała się i spadła. Przestraszona Maggie wróciła biegiem do domu.

-  Czy  Maggie   zdawała   sobie   sprawę   ze   znaczenia   noszonego   przez   nią   cały  czas 

zielonego kryształu? - spytał Jonas.

- Wiedziała, że był ważny dla Hazelhursta, dlatego ze względów sentymentalnych był 

też ważny dla niej. Nie wiedziała, że to klucz do skarbu - powiedział Crump. - Tolerowała 

poszukiwania   Hazelhursta,   ponieważ   go   kochała.   Uważała,   że   szukanie   skarbów   to   jego 

hobby.

230

background image

- Hazelhurst prawdopodobnie sądził, że kryształ będzie u niej bezpieczny. Nikt nie 

zwróciłby uwagi na stary łańcuszek noszony przez gospodynię - myślała na głos Verity.

Jonas skinął głową; potem skrzywił się, bo najlżejszy ruch wywoływał ból.

- Spencer był studentem, który się wkradł podstępem kilka lat temu do willi i omamił 

Hazelhursta.   Kiedy   Hazelhurst   doszedł   do   wniosku,   że   Slade   jest   zwyczajnym 

poszukiwaczem   skarbów   o   lepkich   palcach,   wykopał   go   na   zbity   pysk.   Jednak   Spencer 

oszalał na punkcie znalezienia skarbu. Kilkakrotnie chyłkiem zakradał się do willi. Pewnej 

nocy spostrzegł Hazelhursta wchodzącego w ukryte przejście i śledził go aż do pokoju ze 

skrzynią. Pobili się, a Spencer ścigał Hazelhursta korytarzem do wyjścia w sypialni. Zabił go 

znalezionym   w   pokoju   sztyletem.   Potem   zebrał   wszystko,   co   zostało   ze   skarbu,   czyli 

właściwie tylko pierścień z rubinem, i uciekł. Po drodze, jak przypuszczam,  przypomniał 

sobie o pamiętniku. Wyrwał kilka ostatnich kartek, w których Hazelhurst mógł wspomnieć o 

ukrytym przejściu lub o nim.

- Ale ciało zostawił w ukrytym przejściu - wtrącił Crump. - Rozmawiałem z nim przed 

chwilą. Nigdy nie był zbyt zrównoważony, a po zamordowaniu Hazelhursta naprawdę zaczął 

się   psychicznie   sypać.   Przez   ostatnie   dwa   lata   powoli   i   systematycznie   wariował,   coraz 

głębiej wpadając w paranoję i uzależniając się od narkotyków. Grozą napawała go myśl, że 

jego zbrodnia zostanie wykryta. Mógł myśleć tylko o tym, stało się to jego obsesją.

- Slade miał  willę na oku - dodała Verity.  - Nawet przyłączył  się do seminariów 

psychicznego rozwoju prowadzonych przez Yarwooda, żeby móc obserwować Elyssę. Kiedy 

dowiedział się, że Warwickowie mają zamiar kogoś zatrudnić, żeby dokładnie obejrzał dom, 

postanowił, że musi też tu przyjechać i dopilnować, żeby nikt nie znalazł biednego Digby'ego. 

To właśnie on był tym włamywaczem, którego zaskoczyłam tamtej nocy w Sequence Springs. 

Próbował znaleźć jakieś informacje na twój temat.

-   Od   prawie   dwóch   lat   jest   psychicznym   wrakiem   -   wtrącił   Crump.   -   Bał   się 

śmiertelnie, że się domyślisz, kim jest. Popłynął za wami dwa dni temu na sąsiednią wyspę, 

żeby poznać wasze zamiary. Obserwował wasz pokój w pensjonacie, kiedy Verity poszła do 

łazienki.

- Drań - mruknął Jonas. - Co chciał z nią zrobić?

- Nie jestem pewien, czy miał jakiś plan - odparł powoli Crump. - Prawdopodobnie po 

prostu chciał ją przestraszyć. Sądził, że jeśli ją porządnie nastraszy, to może zrezygnujecie z 

poszukiwań skarbów i wyjedziecie.

- To samo, zupełnie przez przypadek, chciała osiągnąć Maggie pierwszej nocy, gdy 

zamknęła   nam   drzwi   do   korytarza   -   dodała   wesoło   Verity.   -   Próbowała   nas   przerazić. 

231

background image

Zaplanowała sobie, że otworzy drzwi następnego dnia. Dlatego była taka zaskoczona, gdy 

rano weszliśmy cali i zdrowi wcześnie do kuchni, choć jeszcze nie otworzyła drzwi.

Jonas patrzył na Verity ze zdumieniem.

- To Maggie zamknęła drzwi? Wiedziała o ukrytym przejściu?

- O, tak, wiedziała o tym, ale nigdy tam nie wchodziła. Bała się.

- Dlatego nie znalazła kości Digby'ego - stwierdził Jonas.

- Za to Slade wiedział tylko o jednym wejściu do tunelu w sali tortur - ciągnęła Verity. 

- Nie miał pojęcia, że tamtej nocy, gdy zabił Hazelhursta, Digby próbował uciec przez inne 

wejście. Dlatego kiedy zniszczył zamek w drzwiach w sali tortur, sądził, że zamknął Maggie i 

mnie na dobre.

- Co za gmatwanina - zdumiał się Jonas.

- Wygląda na to, że ją rozplątałeś - zauważył Crump. - Przepraszam was na chwilę, 

pójdę po coś od bólu głowy - powiedział i zniknął za drzwiami łazienki.

Jonas pragnął spokojnie leżeć i rozkoszować się łagodzącym ból dotykiem palców 

Verity, ale nasuwające się pytania nie dawały mu spokoju.

- Co zrobili ze Spencerem?

- Doug zabrał go razem z pozostałymi.

Jonas wciągnął głęboko powietrze i złapał Verity za rękę.

- Omal nie doprowadziłem do twojej śmierci.

-   To   rzecz   dyskusyjna   -   odparła   z   figlarnym   uśmiechem.   -   Ktoś   nie   uprzedzony 

mógłby   stwierdzić,   że   to   ja   niemal   doprowadziłam   do   twojej   śmierci.   Przecież   to   ja 

namówiłam cię do podjęcia się tej pracy, pamiętasz?

Machnął ręką.

- Gdyby cokolwiek ci się stało, nie chciałbym się obudzić. Dobry Boże, Verity, kiedy 

sobie pomyślę, jakie to było niebezpieczne, ciarki przechodzą mi po plecach. - Pokręcił ze 

zdumieniem głową. - Nie powinnaś była zostać, kiedy kazałem ci wyjść. Nie powinnaś była 

ryzykować.

Ujęła jego twarz w dłonie.

- Jesteś głuptasem. Nie mogłabym cię zostawić w tamtym pokoju. Tak samo jak ty nie 

zostawiłbyś mnie. Już chyba powinieneś to wiedzieć.

Jonas zamknął na chwilę oczy. Miała rację. Na pewno jedno nie opuściłoby drugiego. 

Nie było sensu wrzeszczeć na nią teraz, że podjęła ryzyko.

- Twoje czerwone kolczyki jakoś zadziałały, prawda?

- Tak. Jednak nie pytaj mnie jak. Nie rozumiem tego.

232

background image

- To był ogień. Podążałem za nim, uciekając z zimna. - Jonas poruszył niespokojnie 

głową   na   poduszce.   Nie   pamiętał,   jak   naprawdę   wykorzystał   ogień,   aby   nie   poddać   się 

szaleństwu. - Prawie nas dostał, chyba wiesz.

- Kto? Ten okropny mężczyzna z wizji? - Verity zadrżała.

-   Nazywał   się   Giovanni   Marino.   Przynajmniej   tyle   się   o   nim   dowiedziałem,   gdy 

pochwyciłem smugi, ale niewiele więcej.

- Jonas, co tam się wydarzyło? Ożył, prawda?

Jonas potrząsnął głową zaprzeczając, ale kiedy to zrobił, zabolało go jeszcze bardziej.

- Nie. Mieliśmy do czynienia ze zjawą z korytarza, a nie z istniejącym człowiekiem. 

Jednak   tę   zjawę   stworzył   geniusz,   który   przypadkiem   był   obdarzony   tymi   samymi 

parapsychicznymi  zdolnościami co ja. Chryste, Verity,  to było straszne. Ten drań Marino 

wyprzedził   mnie   o   całe   lata   świetlne.   Wiedział   o   wiele   więcej   ode   mnie   o   korytarzu 

psychicznym.

- Może dlatego, że był od ciebie dużo starszy - podkreśliła Verity. - Miał więcej czasu 

na poznanie swej mocy. Będąc w jego wieku prawdopodobnie będziesz lepiej rozumiał swój 

talent.

Jonas   uśmiechnął   się   lekko.   Zawsze   mógł   liczyć   na   to,   że   Verity   powie   coś 

podnoszącego na duchu, kiedy tylko będzie tego potrzebował.

- Nie jestem tego pewien. Marino znał klucz do zrozumienia, jak obrazy zachowują się 

w korytarzu. Pojmował zasady.

- Widzieliśmy na stole książki o matematyce i astrologii. Może odkrył prawa fizyczne 

rządzące w korytarzu.

-  Pewnie  popełniłem   błąd  specjalizując   się  w   historii   renesansu  -  zauważył   Jonas 

ironicznie.   -   Powinienem   był   trzymać   się   nauk   ścisłych.   Zawsze   ostrzegano   mnie   przed 

doktoryzowaniem się w sztukach wyzwolonych.

Verity nie chciała tego słuchać.

- Dobrze, zatem ten łotr Marino wiedział coś o funkcjonowaniu korytarza. A dalszy 

ciąg tej historii?

- Bardzo prosty. Domyśliłem się mniej więcej, co tam się dzieje, kiedy wizja w końcu 

zaczęła się ruszać. Znalazł sposób na utrwalenie obrazu zbliżającego się aktu przemocy i 

przechowanie   go w  korytarzu   czasu. Wybrał   wizję,  którą  pragnął   zachować,  i  celowo  ją 

zatrzymał.

Verity spojrzała na niego oczami rozszerzonymi ze zdumienia.

- Robi wrażenie, jak się o tym myśli.

233

background image

- Wrażenie, rzeczywiście. Widocznie kiedy Marino utrwalał obraz, który widzieliśmy, 

udało   mu   się   również   pozostawić   przy   tym   subtelne   ostrzeżenie,   przeczucie   zagrożenia. 

Chciał odstraszyć wszystkich wędrujących po tunelach czasu, gdyby przypadkiem natrafili na 

wizję przy poszukiwaniu skarbu.

- Mówiłeś mi, że za pierwszym razem, gdy oglądaliśmy wizję, poczułeś, że coś cię 

ostrzega.

- Właśnie tak było. Ale ponieważ jestem prawdziwym mężczyzną, który nie zna lęku, 

zlekceważyłem   ostrzeżenie.   -   Jonas   skrzywił   się   z   niesmakiem.   Od   pierwszej   chwili 

opanowało go pragnienie odkrycia tajemnicy nieruchomej wizji.

- Jonas, to nie twoja wina. Nie miej żalu do siebie. - Verity poklepała go po głowie.

Jonas gwałtownie wciągnął powietrze, gdy ból przeszył mu skronie.

- Och, najdroższy - zawołał Verity ze skruchą. - Zabolało?

Uśmiechnął się blado.

- Zasłużyłem na to.

- Przepraszam. - Wróciła do łagodnego masażu. - Zatem Marino zostawił obraz jako 

ostrzeżenie dla innych psychicznych o podobnym talencie. Jak do tego pasuje reszta?

- Zamierzał sam mieć dostęp do wizji w późniejszym terminie. Chciał się dostać do 

skarbu, rozumiesz.  Zielony kryształ  był  kluczem.  Zaprogramował go tak, aby uruchamiał 

obraz.

- Po co zostawiać jednocześnie wizję i klucz do niej?

-   Wiedział,   że   będzie   musiał   na   krótko   wyjechać   z   miasta.   Obraził   potężnego 

przedstawiciela miejscowej arystokracji i jedynym rozsądnym zachowaniem była ucieczka. 

Planował, że wróci później i odzyska skarb.

- Czy to znaczy, że skarb był jakoś zamknięty w korytarzu razem z obrazem?

- Był tam przez cały czas. Zobaczyliśmy go, gdy obraz zaczął się rozrastać.

- Co to znaczy? Widzieliśmy stos złota i drogich kamieni w skrzyni - przypomniała 

Verity - ale skrzynia jest teraz pusta.

- Nie tego skarbu strzegł Marino. Złoto nie było dla niego tak ważne, jak odkryte 

przez niego tajemnice korytarza psychicznego. Sporządził notatki i zostawił je zamknięte w 

obrazie.

- Ten kawałek papieru, który nam pokazał po rozpoczęciu sceny! - zawołała Verity.

- Właśnie. Formuły i notatki na tym kawałku papieru były jego prawdziwym skarbem. 

Prawdopodobnie   bał   się   go   zostawić.   A   nie   wiedział,   czy   nie   zostanie   zatrzymany, 

przeszukany lub nawet obrabowany w czasie ucieczki z miasta.

234

background image

- Dlatego zrobił coś w rodzaju odpowiednika fotografii swojej pracy - oczy Verity 

rozszerzyły się ze zdumienia. - Co za błyskotliwy pomysł. Miał dostęp do obrazu dzięki 

kryształowi.

-   Niezupełnie   -   odparł   Jonas   myśląc   o   tym,   czego   dowiedział   się   w   zmaganiu   z 

zielonymi smugami. - Kryształ uruchamia obraz. Jeśli można tak powiedzieć, włącza film. 

Jednak aby uzyskać dostęp do wizji, musiał mieć zwykły klucz. Taki sam, jakiego ja używam.

- Przedmiot związany z przemocą - powiedziała wolno Verity. - Oczywiście. Musiał 

coś zostawić, co wiązało się z gwałtowną sceną w obrazie. Rękojeść miecza?

- Nie był to ten właśnie przedmiot, który zamierzał zostawić - stwierdził cicho Jonas. - 

Kluczem do obrazu w korytarzu miał być sztylet. Marino zamierzał zabić kogoś sztyletem, a 

potem używać sztyletu, aby dostać się do wizji, gdzie było ukryte jego dzieło.

- Zaplanował morderstwo? - spytała wstrząśnięta Verity.

-   Postanowił   stworzyć   obraz,   a   potem   popełnić   morderstwo,   aby   utrwalić   go   w 

korytarzu?

- Tylko tak można było to zrobić.

- Kogo miał zamiar zabić?

Jonas zacisnął wargi.

- Zaplanował sobie morderstwo jedynej osoby, która wiedziała, do czego jest zdolny. 

W ten sposób mógł zyskać pewność, że odkryte przez niego sekrety pozostaną tajemnicą.

- Ale kto mógł wiedzieć o jego odkryciach?

Dłuższą chwilę Jonas patrzył na Verity bez słowa.

- Pomyśl, Verity. Kto to mógł być? Kto znałby go na tyle dobrze, aby zdać sobie 

sprawę, że rozwiązał pewne znaczące zagadki korytarza?

W spojrzeniu Verity pojawiło się zdumienie.

- Jego ubezpieczenie - szepnęła. - Osoba, która kontrolowała smugi, kiedy wchodził w 

korytarz. Mój Boże.

Jonas z ponurą miną skinął głową.

- Właśnie. Jednak Marino popełnił drobny błąd. Nie miał okazji użyć sztyletu przeciw 

niej.

- Jego ubezpieczeniem była kobieta?

- Aha.  Śliczna,  młoda   żona  arystokraty.  Miała  na  imię   Isabella.   Uwiódł  ją, kiedy 

zorientował się, jak może mu pomóc.

- Isabella - Verity powtórzyła cicho imię.

235

background image

- Tamtej nocy Marino czekał na nią w komnacie. Miał zamiar utrwalić obraz sceną jej 

zamordowania. Posłał po nią i jak zwykle przyszła do niego. Jednak tym razem nie przyszła 

sama. Jej mąż, podejrzewając, że ma romans - chociaż biedny facet nawet nie mógł wiedzieć, 

do jakiego stopnia jego żona była związana z tamtym - poszedł za nią. Wszedł do pokoju tuż 

za nią. Mężczyzna siedzący za stołem zrozumiał, co się stało, i chwycił za miecz zamiast za 

sztylet. Jak większość arystokratów Marino umiał dobrze władać mieczem.

- Ale mąż go zabił?

Jonas przytaknął.

- Z wielką przyjemnością. Matteo równie dobrze posługiwał się mieczem, a poza tym 

był młodszy i szybszy od Marina. W końcu to śmierć Marina utrwaliła obraz w korytarzu. W 

ten sposób rękojeść złamanego miecza stała się kluczem umożliwiającym dostęp do wizji, 

chociaż już nie było nikogo, kto mógłby go użyć.

- Jonas, aż trudno uwierzyć, że było to tylko złudzenie.

- Już ci mówiłem, że Giovanni Marino był geniuszem i dobrze wiedział, co robi. Tak 

bardzo   mu   się   powiodło   przy   tworzeniu   obrazu,   że   kiedy   zaczął   się   rozwijać,   oboje 

myśleliśmy, że staliśmy się jego częścią. Byłaś Isabellą, a ja jej zazdrosnym mężem Matteo.

- Myślę, że było to coś więcej - zauważyła Verity.

Uśmiechnął się ze zrozumieniem.

-   Złudzenie   prawdopodobnie   dlatego   wydawało   się   nam   rzeczywiste,   ponieważ 

pasujemy   temperamentem   i   mogliśmy   przyjąć   ich   role.   Byliśmy   też   w   bardzo   podobnej 

sytuacji, więc rozumieliśmy tamtych ludzi. Chyba nikogo bardziej nie chciałbym zabić niż 

właśnie mężczyznę, który miałby dość mocy, aby cię ze sobą zabrać do korytarza. - Jonas 

zdał sobie sprawę, że zaciska pięści.

Verity delikatnie rozprostowała mu palce.

- Uspokój się, Jonas. Już po wszystkim.

Zmusił   się   do   wzięcia   kilku   wolnych   oddechów   i   poczuł,   że   napięcie   powoli   go 

opuszcza.

- Opowiedziałem ci wszystko, co wiem. Teraz powiedz mi, co się stało z kryształami.

- Nadal tego nie rozumiem - przyznała otwarcie Verity. - Czułam, jak zielony kryształ 

dostraja się do kryształu w obrazie.

- Założę się, że jedną z tajemnic, które ten facet z wizji próbował ukryć, była technika 

dostrajania kryształu tak, aby stał się kluczem uruchamiającym obraz. - Cholera. Wiele by 

dał, aby poznać te tajemnice. Teraz, kiedy już wiedział, co się działo, Jonas domyślał się, że 

musi istnieć bezpieczny sposób uruchamiania wizji. Chciał przeczytać manuskrypt.

236

background image

-   Kiedy   pochwyciłeś   smugi   korytarza,   skupiłam   się   na   czerwonych   kryształach, 

zamiast na zielonych. Zdawało mi się, że kryje się w nich pozytywna moc. - Verity niepewnie 

potrząsnęła głową. - Czułam, że mogę ich użyć. Dostroić je, sprawić, aby mi pomogły. Nic 

takiego nie czułam trzymając zielony kryształ. Wydawał mi się niebezpieczny.

-   Znalazłaś   sposób,   aby   wykorzystać   czerwone   kryształy   do   wyciągnięcia   mnie   z 

uścisku smug, prawda? - Jonas patrzył na nią pytająco. - Tym razem te cholerne węże złapały 

mnie na dobre. Były silniejsze od tych, z którymi spotykałem się w korytarzu. Chwyciłem je, 

ponieważ przez chwilę naprawdę myślałem, że to rzeczywistość. Uwierzyłem, że za chwilę 

zginiesz. Pochwyciłem uczucia i umiejętności Matteo, nagle stałem się nim.

-   Wierzę,   że   nas   ocaliłeś.   Ta   walka   była   rzeczywista.   Jestem   przekonana,   że 

znaleźliśmy się wewnątrz wizji. Jednak kiedy się skończyła, nie mogłeś się pozbyć smug.

- Były zbyt potężne, ponieważ sama wizja była cholernie mocna. Stałbym się żywym 

duchem Mattea. Nie jego całego, lecz tej cząstki pozostawionej w korytarzu.  Tej  cząstki 

wściekłości skupionej jedynie na zemście i zabijaniu. Bałem się, że zwrócę się przeciw tobie, 

tak jak Matteo prawdopodobnie zwrócił się przeciw Isabelli. Giovanni Marino zemściłby się 

zza grobu.

- Matteo zamordował żonę po tym, jak zabił Marina? - spytała Verity z oburzeniem.

- Nie wiem, co się naprawdę wydarzyło - odparł uspokajająco Jonas. - Dla nas historia 

kończy się wraz ze śmiercią szaleńca. Odniosłem tylko wrażenie, że w pozostawionych przez 

Mattea resztkach emocji wyczuwam równie wielki gniew na żonę, jak i na jej uwodziciela.

Verity oparła się wygodnie.

- Nie sądzę, żeby ją zabił - oświadczyła po chwili. - Myślę, że gdy już zabił Marina, 

odzyskał rozsądek i zrozumiał, że jego żona była po prostu niewinną ofiarą. Założę się, że 

zamknęli komnatę, wrócili razem do domu i żyli długo i szczęśliwie.

Jonas popatrzył na nią pobłażliwie.

- Wygląda to na sympatyczne, wesołe zakończenie.

- Ale mało prawdopodobne, co, Quarrel? - odezwał się od drzwi Crump. - Ludzie w 

renesansie mieli dość niemiłe poglądy na zemstę, prawda?

Jonas gwałtownie obrócił głowę, czym znowu wywołał tępy, pulsujący ból.

- Nie słyszałem, jak wchodzisz - powiedział ze złością. - Dawno tu stoisz?

- Dość dawno. - Oliver uśmiechnął się pogodnie. - Nie martw się. Nie będę próbował 

opowiedzieć tego Warwickowi ani nikomu innemu. Nie jestem pewien, czy sam to rozumiem. 

- Podszedł do łóżka i wyciągnął rękę, na której leżały dwie białe tabletki. - Proszę. Weź i 

wezwij mnie rano.

237

background image

Jonas podejrzliwie przyglądał się tabletkom.

- Co to jest? Jakieś ziołowe hokus pokus?

- Można tak powiedzieć. To aspiryna. - Drugą ręką podał Jonasowi szklankę wody.

Jonas usiadł ostrożnie, wziął szklankę i popił tabletki.

- Wolałbym, żebyś nikomu nie pisnął słowa o tym, co słyszałeś.

- Nic  nie  powiem  -  obiecał   spokojnie  Oliver.  - Kto  by mi  uwierzył   poza  innymi 

psychicznymi?  Rzadko kiedy spotyka się tych prawdziwych. Ty jesteś pierwszy.  - Potem 

uśmiechnął   się   lekko.   -   Jednak   Elyssa   i   Yarwood   mieli   rację,   co?   Naprawdę   masz 

parapsychiczny talent? Psychometria?

- Coś w tym rodzaju - odparł Jonas niechętnie.

- To bardzo niezwykła zdolność - wtrąciła Verity z entuzjazmem. - Potrafi wychwycić 

pewne obrazy z przeszłości, kiedy dotyka związanego z tym przedmiotu. Niestety, jest w 

pewien sposób ograniczony. Może dostroić się jedynie do scen przemocy.

Jonas jęknął.

- Verity, chyba już dość.

- Za to - ciągnęła Verity - ta zdolność umożliwia mu stwierdzenie autentyczności 

wszelkiego   rodzaju   starych   przedmiotów,   nawet   jeśli   nie   miały   związku   z   przemocą. 

Właściwie to nie widzi obrazu krzesła czy biżuterii,  tak jak to się dzieje przy broni, ale 

wyczuwa wiek przedmiotu. Wystarczy, aby poznać, czy nie jest podróbką.

- Verity, wątpię, czy Crumpa naprawdę to interesuje.

- Mówiłam Jonasowi, że powinien wykorzystać swoje zdolności do założenia firmy 

konsultacyjnej.   Właśnie   dlatego   nakłoniłam   go,   żeby   podjął   się   tej   pracy.   Nie   uważasz, 

Oliverze, że to świetny pomysł?

- Nie wtedy, gdy oboje możecie zginąć - stwierdził bez ogródek Oliver.

Jonas wymienił z nim znaczące spojrzenie.

- Dzięki za słowa pełne mądrości. Całkowicie się z nimi zgadzam.

Verity odwróciła się do niego.

- Chwileczkę. To, co się tutaj wydarzyło, to tylko pech, nic więcej. Potraktuj to jak 

wypadek przy pracy. Szanse powtórzenia się czegoś takiego to chyba miliardy do jednego.

- Coś mi mówi, że twoje obliczenia nie są trafne - zaprotestował Jonas.

- Dlatego następnym razem będziemy ostrożniejsi - stwierdziła pogodnie Verity. - W 

końcu to zlecenie zostało ukończone z powodzeniem. Doug otrzyma na piśmie ocenę willi 

tak, jak sobie tego życzył, a Elyssa uzyska parę odpowiedzi na pytania o legendarny skarb. 

Wszystkim możemy pokazać tajne przejście i skrzynię. Powinno to zadowolić wszystkich 

238

background image

zainteresowanych.  Żałuję co prawda, że nie znaleźliśmy nic więcej, tylko  pustą skrzynię. 

Odkrycie stosiku złotych florenckich monet byłoby ładnym uzupełnieniem. I piękną reklamą.

- Chyba przeżyję bez reklamy - wyznał Jonas, siadając na brzegu łóżka.

- Rzeczywiście, możesz pożyć trochę dłużej bez tego - poparł go Crump. Rozjaśnił się 

rzadko u niego widzianym uśmiechem.

-   Teraz,   kiedy   mam   zostać   ojcem,   muszę   dobrze   się   zastanowić,   zanim   podejmę 

niepotrzebne ryzyko - zgodził się Jonas.

Verity wpatrywała się w nich ze złością.

- Czemu odnoszę wrażenie, że jeszcze jedna możliwość zrobienia kariery przez Jonasa 

spaliła na panewce?

- Pogódź się z tym, kochanie. Urodziłem się, żeby zmywać dla ciebie naczynia. Poza 

tym za kilka miesięcy będę się uczył nowego zajęcia. Mam zamiar zostać piekielnie dobrym 

ojcem.

Kąciki ust Verity uniosły się do góry, spojrzenie złagodniało.

- Tak myślisz?

- Mam do tego talent, tak samo jak do tego, żeby być dobrym mężem. Czuję to.

- Chyba powinnam zainwestować w suknię ślubną - stwierdziła Verity. - Trzeba to 

zrobić porządnie.

- Musimy się pośpieszyć z zaciąganiem cię do ołtarza - powiedział spokojnie Jonas, 

przesuwając spojrzeniem po jej smukłej postaci. - Już niedługo będziesz za gruba, żeby wbić 

się w suknię ślubną.

Rzuciła w niego poduszką.

V

erity leżała w milczeniu w ciemnościach pod baldachimem i przysłuchiwała się, jak 

Jonas rzuca się i kręci. Wiedziała, że nie spał, choć do łóżka poszli dwie godziny temu. 

Kochał się z nią cały czas się kontrolując, jakby musiał się upewnić, że wszystko wróciło do 

normy. Jednak potem nie zasnął.

Verity   zamknęła   oczy   i   natychmiast   zaczęła   drzemać,   lecz   za   chwilę   obudził   ją 

niespokojny ruch Jonasa. Miała dość. Coś go dręczyło i nadszedł czas, by o tym porozmawiać 

otwarcie. Odrzuciła kołdrę; usiadła wsparta o poduszki.

- Jonas, przestań udawać, że śpisz - poprosiła cicho. - Powiedz mi, co się dzieje.

Przez chwilę leżał nieruchomo, potem odwrócił się na plecy.  Oczy zalśniły mu w 

ciemności.

239

background image

-   Chcę   jeszcze   raz   rzucić   okiem   na   manuskrypt   w   tej   cholernej   wizji   -   przyznał 

otwarcie.

Verity westchnęła głęboko.

- Tak myślałam.

Zapadła długa cisza, potem odezwał się Jonas.

-   Nie   wiem,   czy   możemy   to   zrobić   bez   ryzyka,   że   wplączemy   się   tak   samo   jak 

poprzednio.

- Tym razem wiemy, czego się spodziewać. Mogę znowu zabrać ze sobą czerwone 

kolczyki. Wiem, jak ich użyć, gdyby sprawy poszły źle. Będziemy bezpieczni tak długo, 

dopóki nie pochwycisz żadnej smugi.

- Nie mogę ci pozwolić na takie ryzyko.

- Nie możesz beze mnie wywołać wizji - podkreśliła spokojnie - bo smugi na pewno 

by cię oplątały. - Podjęła decyzję. Odrzuciła kołdrę. - Odkładanie tego na później nie ma 

sensu. Możemy zaraz mieć to z głowy. - Zacisnęła wargi. - Tym razem musimy po prostu 

pamiętać, że patrzymy na wizję. Nie stanowimy jej części. Będę wiedziała, co robię. Puszczę 

zielony kryształ w momencie, gdy uruchomi się obraz. Sądzę, że mogę wykorzystać kolczyki 

do kontrolowania wszystkiego potem.

-  Trochę   to  potrwa  -  odparł   Jonas;   usiadł.  -  Manuskrypt  był   po  łacinie,  napisany 

pismem szesnastowiecznym. Muszę przyjrzeć się z bliska. Problem polega na tym, że wizja 

jest tak cholernie mocna, a ryzyko na tym, że może nas zmusić, abyśmy uwierzyli, że jest 

rzeczywista. - Przesunął palcami po włosach. - Do diabła, nie wiem, Verity. Nie powinienem 

ci pozwolić zbliżyć się ponownie do wizji. Sam nie powinienem się zbliżyć.

Verity usiadła na brzegu łóżka.

- Przecież nie zaśniesz przez całą noc, jeśli nie spróbujesz przeczytać manuskryptu. 

Doprowadzi cię to do obłędu. Nie sądzę, żebyśmy mieli jakiś wybór.

Jonas pokręcił głową.

- Nie jestem pewien, czy mogę ci pozwolić podjąć ryzyko.

Verity wstała, obeszła łóżko dookoła i stanęła obok Jonasa.

-   Musisz.   Tu   chodzi   o   twoje   zdolności   parapsychiczne.   Im   lepiej   nauczysz   się   je 

kontrolować, tym bezpieczniejsi będziemy oboje, a twój talent bardziej użyteczny. Kto wie, 

na co natkniesz się następnym razem w korytarzu? Możemy to zrobić. Wiem, że możemy. - 

Wzięła kolczyki z czerwonego kryształu. - Zielony kamień został w tamtym pokoju. Nikt o 

nim nie pamiętał w tym całym zamieszaniu. - Włożyła buty i ruszyła w kierunku gobelinu.

- Verity, wracaj - rozkazał Jonas. Wstał gwałtownie. - Powiedziałem, wracaj.

240

background image

Jednak   Verity   już   znalazła   ukryty   mechanizm   otwierający   wejście   do   korytarza. 

Ciężkie kamienne drzwi zazgrzytały i zaczęły się otwierać. Verity chwyciła latarkę i rzuciła 

Jonasowi wyzywający uśmiech.

- Chyba mi nie pozwolisz wejść do tego okropnego przejścia samej, prawda?

- Jezu, ale z ciebie uparciuch. - Jonas już wkładał dżinsy.

Wiedziała, że nie będzie się z nią długo spierał, próbując ją powstrzymać. Trzeba było 

to zrobić i oboje zdawali sobie z tego sprawę. Jonas nie mógł zlekceważyć tajemnic łączących 

się z jego parapsychicznymi zdolnościami. Im lepiej je rozumiał, tym lepiej dla nich obojga, 

powiedziała sobie Verity ruszając mrocznym korytarzem.

Jonas znalazł się za jej plecami i dotknął jej ramienia.

- Kocham cię, chyba wiesz o tym.

- To dobrze. - Podała mu latarkę. - Też cię kocham.

-   Domyśliłem   się.   W   przeciwnym   razie   nie   zrobiłabyś   ani   jednego   kroku   w   tym 

cholernym   korytarzu.   Przynajmniej   już   nie   ma   tu   kości   Digby'ego.   Proszę,   potrzymaj.   - 

Wręczył jej pióro i notes. - Ja wezmę latarkę.

Drzwi do ciemnej celi były otwarte. Verity nie zawracała sobie głowy zamykaniem 

ich, gdy już wyciągnęła stąd Jonasa i Prestona.

- Tam leży zielony kryształ  - powiedziała,  gdy promień  latarki  przeciął  kamienną 

podłogę. - A tam jest rękojeść miecza. Jesteś gotowy?

- Jak zawsze. Trzymaj się blisko mnie, gdy będziemy w korytarzu. Ostatnim razem za 

bardzo zbliżyliśmy się do obrazu. Chyba dlatego tak łatwo wessało nas do środka.

- Musisz stanąć blisko wizji, żeby przeczytać manuskrypt. Pewnie będziemy musieli 

odtworzyć tę scenę kilka razy. Czytaj na głos, a ja będę notować.

- Jak każę ci wyjść, to nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów.

- Nie usłyszysz - zapewniła go. Wzięła do ręki zielony kryształ. - Dziwne, nie wibruje 

tak jak poprzednio. Kolczyki też się nie rozgrzały.

- Zobaczymy, co się stanie. Trzymaj się, jedziemy. - Jonas pochylił się i wziął rękojeść 

złamanego miecza.

Nic się nie stało.

Verity przygotowała się do przejścia w korytarz psychiczny. Po krótkiej chwili zdała 

sobie sprawę, że ściany celi nie zamykają się wokół nich.

- Jonas?

Milczał zdumiony. Widziała surowe rysy jego twarzy w ostrym świetle latarki. Złote 

oczy płonęły.

241

background image

- Jonas, co się stało? - wyszeptała.

- Zniknął. -Jonas był strasznie rozczarowany.

- Co zniknęło?

- Mój talent. Jestem pusty. Nic nie czuję. Ani jednej cholernej wibracji. Cokolwiek się 

wydarzyło dzisiejszego popołudnia, wypaliło mnie.

242

background image

Rozdział dziewiętnasty

T

ydzień upłynął od powrotu do Sequence Springs, a Verity nigdy w życiu nie była 

tak bliska rozpaczy.  Wszystko  się zmieniło  między nią a Jonasem.  Nie mówili  o ślubie. 

Żadnych  rozmów  o dziecku. Ucichły żarty,  sprzeczki.  Skończyło  się radosne godzenie w 

łóżku. Jonas co prawda nie przestał jej dotykać, ale sposób uprawiania miłości radykalnie się 

zmienił.

Verity wyczuwała w nim zaciętą rozpacz, zamiast różnych odcieni namiętności, do 

których  przyzwyczaiła  się w  ostatnich  miesiącach.  Wyglądało  to, jakby próbował  czegoś 

dowieść, ale Verity nie rozumiała czego.

Wiedziała, że bardzo przeżył utratę zdolności. Próbowała to lekceważyć, udawać, że 

nic się nie stało, że jego parapsychiczny talent wkrótce powróci. Jednak Jonas sam siebie 

przekonał, że zniknął na dobre, a Verity zastanawiała się w duchu, czy ma rację.

Jeśli jego talent się wypalił, co to dla niej oznaczało?

Niepokoiła się coraz bardziej, gdy Jonas chował się za rosnącym murem milczenia. 

Może potrzebny mu jakiś okres żałoby, wmawiała sobie. Parapsychiczny talent był zmorą 

całego jego dorosłego życia, ale stanowił jego część. Utrata zdolności musiała przypominać 

stratę   ręki   lub   nogi   czy   któregoś   ze   zmysłów.   Verity   zmuszała   się   do   zrozumienia   i 

pobłażliwości. Wiele ją kosztowało zachowanie dobrego nastroju i łagodności.

Nie poganiała go, aby skończył  raport dla Warwicków. Nie namawiała do pisania 

nowych   artykułów   dla   czasopism   akademickich.   Odłożyła   na   jakiś   czas   wielkie   plany 

nakłonienia go do przygotowania materiału o renesansowej broni dla „National Geographic”. 

Nie poruszała kwestii następnego zlecenia.

Jednak  im   bardziej   stawała   się   wyrozumiała,   tym   szczelniej   Jonas   zamykał   się   w 

sobie. Była to dręcząca spirala, a im głębiej w nią wpadała, tym częściej odżywały wszystkie 

stare lęki. Bała się, że Jonas wkrótce ją opuści, i to na dobre.

Chodziło przecież o to, rozmyślała ponuro, że on już jej nie potrzebuje tak jak kiedyś. 

Już   nie   była   jego   psychicznym   ubezpieczeniem.   Została   ledwie   kochanką   i   matką   jego 

dziecka, którego nigdy nie planował.

Na domiar złego w środku zimy w restauracji nie było ruchu. Verity miała mnóstwo 

czasu na myślenie.

243

background image

- Kiedy ślub? - spytała Laura Griswald pod koniec tygodnia. Siedziały po godzinach 

we dwie w basenie uzdrowiska. Kryształowo czysta woda parowała i bulgotała wokół nich.

- Nie jestem pewna, czy będzie jakiś ślub - odparła cicho Verity.

- Chcesz powiedzieć, że jeszcze nie rozmawialiście o małżeństwie? - Laura uniosła 

brwi  z niedowierzaniem.  - Myślałam,  że  jak wrócicie  z  tych  wakacji na północy,  to już 

wszystko będzie ustalone.

- Też tak myślałam.

Laura pochyliła się do niej wyraźnie zatroskana.

- Verity, chyba nie twierdzisz, że Jonas nie chce się z tobą ożenić? Nie chce dziecka?

- Nie wiem, czego on chce - odparła Verity sięgając po ręcznik. - Nie jestem pewna, 

czy sam wie.

- Nie mogę w to uwierzyć. Byłam pewna, że między wami wszystko się ułoży.

-   Mężczyźni   są   trochę   bardziej   skomplikowani,   niż   kiedyś   sądziłam   -   stwierdziła 

szorstko   Verity.   -   Przynajmniej   taki   jest   Jonas.   -   Odwróciła   się   szybko,   żeby   Laura   nie 

spostrzegła łez w jej oczach, i pośpieszyła do szatni.

Włożyła dżinsy i żółtą bawełnianą koszulę. Poszła do baru. Jonas miał tam na nią 

czekać. Nadal upierał się, że będzie jej towarzyszył, gdy szła wieczorem wymoczyć się w 

basenie. Nie pozwalał jej na samotny powrót do domku oblodzoną ścieżką.

Verity   spostrzegła   go,   gdy   weszła   do   holu.   Siedział   pochylony   z   naturalnym 

wdziękiem na barowym stołku. Pił właśnie resztki szkockiej. Nie był sam.

- Tato! Wróciłeś! - Verity podbiegła do ojca. - Kiedy przyjechałeś?

Ojciec obrócił się na barowym stołku i wziął córkę w niedźwiedzi uścisk.

- Dotarłem godzinę temu. Znalazłem Jonasa w barze i pomyślałem, że dotrzymam mu 

towarzystwa, aż się zjawisz.

Verity zignorowała Jonasa skupionego całkowicie na resztkach whisky. Uśmiechnęła 

się promiennie do ojca.

- Czy Jonas już ci przekazał wieści?

- Jakie wieści?

Jonas zamarł. Rzucił Verity przez ramię zirytowane spojrzenie. Nie zwróciła na niego 

uwagi.

- Jestem w ciąży. - Verity wyznała to i patrzyła, jak ojciec ze szczęścia skacze na 

równe nogi.

Emerson Ames wydał z siebie okrzyk radości, chwycił córkę w pasie i okręcił wokół 

siebie. Dwie osoby siedzące przy najbliższym stoliku szybko się uchyliły.

244

background image

-   Jesteś   w   ciąży?   Będę   miał   wnuka?   Niech   cię   Bóg   błogosławi,   moja   kochana 

rudowłosa córko! Dlaczego do diabła trwało to tak długo? Hej! Nalej mi następnego drinka, 

Clement.   Dużego.   Niech   tam,   nalej   wszystkim   w   tej   knajpie   jeszcze   jednego   drinka.   - 

Emerson odwrócił się do małej grupy gości. - Tę kolejkę ja stawiam, ludzie. Pijcie. Będę 

dziadkiem.  - Rozległy się nieśmiałe  oklaski i śmiech  uznania.  - Emerson objął krzepkim 

ramieniem plecy córki i przytulił ją mocno do siebie, uśmiechając się szeroko do Jonasa nad 

głową Verity. - A kiedy ślub? Muszę sobie uszyć nowy garnitur.

Jonas obrócił się bokiem na stołku; oparł łokieć na brzegu baru. Patrzył na Verity spod 

przymrużonych powiek.

- Czy ktoś coś mówił o ślubie?

W mgnieniu oka radosna mina Emersona zamieniła się we wściekłość. Puścił Verity.

- O czym ty, do diabła mówisz? Verity powiedziała, że jest w ciąży. Nie zdecydowałeś 

się jeszcze poprosić mojej córki o rękę, sukinsynu?

W barze zapadła cisza. Barman Clement jęknął. Verity wstrzymała oddech.

Jonas wstał z irytującą powolnością. Zatknął kciuki za pasek i spojrzał z ponurą miną 

na Emersona.

- Atakujesz niewłaściwą osobę, Ames. Poprosiłem twoją córkę, żeby za mnie wyszła. 

Piekielnie długo to trwało, zanim ją przekonałem. Kiedy już mi się to udało, pewne sprawy 

się zmieniły. Ważne sprawy. Chcesz wiedzieć, kiedy będzie ślub? Spytaj Verity. Odniosłem 

wrażenie, że trapią ją wątpliwości.

Verity aż usta otworzyła ze zdumienia.

- Jonas. Jak mogłeś tak myśleć?

Odwrócił się do niej.

- Cholernie głupie pytanie. A co miałem myśleć przez cały zeszły tydzień? Znowu 

zachowywałaś się cholernie dziwnie. Jeszcze trudniej się domyślić, o co ci chodzi, niż wtedy, 

kiedy się pałętałaś z nieszczęsną miną i nie wiedziałaś, czy powiedzieć mi o dziecku czy nie.

- Ja się zachowywałam dziwnie? Co za obrzydliwe posądzenie. Specjalnie odwracasz 

kota ogonem. To ty się dziwnie zachowywałeś. I to ja odniosłam wrażenie, że już nie jesteś 

zainteresowany małżeństwem.

Emerson rozzłoszczony zrobił krok naprzód.

- Co tu się dzieje? Co z wami?

- Trzymaj się z daleka, Emerson. - Jonas rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie. - To 

sprawa tylko Verity i moja.

245

background image

- Dobrze, świetne miejsce wybraliście sobie na załatwianie prywatnych spraw - ryknął 

Emerson w odpowiedzi.

- Masz rację. Chodźmy, Verity. Wyjdźmy stąd, do cholery! - Jonas złapał ją za rękę i 

ruszył w stroną drzwi.

-   Auuu.   Puść   mnie,   cholerniku.   Nie   mam   zamiaru   znosić   twoich   zagrywek 

jaskiniowca. Jestem w ciąży. Mam prawo do odrobiny szacunku i troski.

- A ja mam prawo do odrobiny szczerości - warknął, ciągnąc ją przez drzwi baru. - 

Rzygać mi się chce od tej słodyczy i pogody, jaką mi ostatnio serwowałaś. Jeśli masz mi coś 

do  powiedzenia,  to  powiedz   wprost.   Nie  musisz  stąpać   na  paluszkach  wokół  mnie  tylko 

dlatego, że już nie mam...

- Tylko dlatego, że już nie masz czego? - podjudzała go Verity, gdy przeciągnął ją 

przez urządzony w stylu wiejskim hol i wypchnął na zimne nocne powietrze.

Jonas zatrzymał się i spojrzał wprost na nią.

- Tylko dlatego, że już nie jestem mężczyzną, jakim byłem przedtem, do cholery!

Verity wpatrywała się w niego oczami szeroko otwartymi ze zdumienia.

- Nie jesteś już mężczyzną, jakim byłeś przedtem? Och, Jonas! - Zaczęła chichotać. 

Przykryła   dłonią   usta,   próbując   się   pohamować,   lecz   nie   była   w   stanie   ukryć   wyrazu 

rozweselenia w oczach. - Nie jesteś mężczyzną, jakim byłeś przedtem? Jonas, to paradne. 

Zabrzmiało   to   tak,   jakby   cię   wykastrowali   czy   co.   Nie   tym   mężczyzną,   co   przedtem. 

Niewiarygodne.   Nie   wierzę   własnym   uszom.   To   ja   skakałam   na   paluszkach   przez   cały 

tydzień, myśląc, że właśnie masz zamiar mnie zostawić, a ty cały czas sądziłeś, że nie chcę 

wyjść za ciebie, bo już nie jesteś mężczyzną, jakim byłeś przedtem. Ale z nas para głupców.

- Dlaczego, do diabła miałbym cię zostawić? - Szukał odpowiedzi w jej twarzy, a 

potem   pochwycił   ją   w   ramiona   i   lekko   nią   potrząsnął.   -   Powiedz   mi,   Verity.   Dlaczego 

miałbym odejść?

- Ponieważ już mnie nie potrzebujesz - wyjaśniła, tracąc dobry humor. Popatrzyła mu 

w   oczy.   -   Jonas,   spójrz   na   to   z   mojego   punktu   widzenia.   Przyszedłeś   do   mnie   przede 

wszystkim dlatego, że potrzebowałeś psychicznego ubezpieczenia. Kiedy próbowałam się od 

ciebie dowiedzieć, czy mnie kochasz, czy czujesz się ode mnie zależny ze względu na więź 

psychiczną, wyśmiewałeś moje obawy. Mówiłeś, że nie ma potrzeby rozróżniania tych dwóch 

więzi. Jednak teraz, gdy jedna z tych więzi zniknęła, nie wiem, jak poznać, na ile silna jest 

teraz ta jedyna, która pozostała.

- Kochanie, nie zdawałem sobie z tego sprawy. - Otoczył ją mocno ramionami i ukrył 

twarz w jej włosach. - Przechodziłem przez to samo, tylko z drugiej strony. Wiedziałem, że 

246

background image

wykorzystywałem więź psychiczną, aby cię zatrzymać. Bałem się, że teraz, gdy zniknęła, 

zmienisz nastawienie do małżeństwa ze mną. Kiedy zaczęłaś mnie tak dziwnie traktować, 

byłem przekonany,  że zrezygnowałaś. Nie mogłem się domyślić, o co, do diabła, chodzi. 

Odkąd wróciliśmy z tej cholernej wyspy, przestałeś mnie strofować i zrzędzić.

Verity   tak   raptownie   podniosła   głowę,   że   uderzyła   go   w   brodę.   Usłyszała   cichy 

chrzęst, ale zlekceważyła grymas bólu Jonasa. Oczy błyszczały jej z oburzenia i ulgi.

- To tyle o traktowaniu cię w rękawiczkach. Starałam się być miła i wyrozumiała. 

Doszłam do wniosku, że musisz się przyzwyczaić. Nie wiedziałam, jak zareagujesz na utratę 

psychicznej zdolności. Nie chciałam cię popędzać ani do niczego zmuszać. Ale strasznie się 

przejmowałam.

- Kochanie, w chwili, w której przestałaś mi wiercić dziurę w brzuchu, zrozumiałem, 

że mam kłopoty. - Potarł stłuczoną szczękę.

- W chwili, w której przestałeś mnie prowokować przy każdej okazji, wiedziałam, że 

mam kłopoty.

Ujął jej twarz w dłonie.

- Masz rację. Byliśmy parą idiotów. Nie po raz pierwszy i pewnie nie po raz ostatni. 

Jednak przysięgam, że kocham cię całym sercem. Nic tego nie zmieni. To, co do ciebie czuję, 

nie   zależy   do   więzi   psychicznej.   Gdybym   nie   był   tego   pewien,   to   z   pewnością   nie 

dowiedziałbym się tego w tym tygodniu. Chciałaś, żebym potrafił rozróżnić więź psychiczną i 

więzy miłości. Potrafię to rozróżnić, uwierz mi. Nie chcę nigdy więcej przechodzić przez 

takie piekło.

Verity   uniosła   ręce   i   chwyciła   go   za   przeguby.   Uśmiechnęła   się   do   niego   z   całą 

miłością, którą miała w sercu.

- Czy to oznacza, że w końcu zrobisz ze mnie uczciwą kobietę?

Rozpromienił się.

- Jasne, że tak. Jak tylko dostaniemy pozwolenie i kupimy obrączki.

- I sukienkę - przypomniała mu Verity. - Nie zapominaj o sukience.

Spojrzał w dół na jej łagodnie zaokrąglony brzuch. Górny guzik dżinsów był odpięty.

- Jak już mówiłem, musimy się pośpieszyć.

- Hej! - rozległ się u wejścia tubalny głos Emersona. - Załatwiliście  już te swoje 

sprawy? Chryste, strasznie tu zimno. To niezdrowo tak tu stać dla pani przy nadziei.

Verity jęknęła słysząc głos ojca. Wtuliła nos w kurtkę Jonasa.

- Co mu się stało? Wszyscy w uzdrowisku muszą wiedzieć, co się dzieje? Taki wstyd.

Jonas zachichotał.

247

background image

- Chyba to nic nowego, co? - Zerknął na przyszłego teścia nad rudą głową Verity. - 

Nie ma sprawy, Emerson. Strzelba nie będzie ci potrzebna.

- Miło to słyszeć. Domyśliłem się, że mieliście jakieś zakłócenia na łączach. Trzeba 

było tylko was trochę popchnąć do naprawy.

-   Daj   spokój,   Ames.   Nikt   ci   nie   uwierzy.   Sami   się   zajęliśmy   naprawianiem 

wszystkiego, idź i napij się jeszcze. Masz za sobą długą podroż.

- Dokąd idziecie? - spytał Emerson.

- Do domu. - Jonas wziął Verity pod ramię i poprowadził do ścieżki wijącej się wśród 

drzew w kierunku domku.

Emerson odprowadził ich wzrokiem uśmiechając się z zadowoleniem. Potem obrócił 

się na pięcie i wrócił do baru.

- Clement, dobry człowieku - zawołał do barmana. - To oficjalne oświadczenie. Moja 

córka mówi, że ma zamiar za niego wyjść. Podaj najlepszą wódkę. Rosyjską.

- Po co tyle  kłopotu?  - odparł Clement  i uśmiechnął  się  leniwie.  - Każda wódka 

smakuje tak samo.

- Ucho od śledzia. - Emerson usiadł na stołku. - Poproś tu Griswaldów i lepiej od razu 

zawołaj cały personel uzdrowiska. Nadszedł czas wypłaty.

- Jeśli  Jonas kiedyś  się dowie, że przyjmowałeś  zakłady na to, kiedy on i Verity 

ogłoszą zaręczyny, to obedrze cię żywcem ze skóry.

Emerson spojrzał na niego z obrażoną miną.

- To tylko przyjacielska gra i tyle.

-   Podejrzewam,   że   teraz   wszystkich   nas   wciągniesz   w   zakłady,   kiedy   urodzi   się 

dziecko - powiedział Rick Griswald, stojąc w drzwiach.

Emerson uśmiechnął się szeroko.

- Doskonały pomysł. Dlaczego sam na niego nie wpadłem?

J

onas?

- Tak, kochanie? - Jonas wessał sutek Verity i delikatnie ugryzł. Z zadowoleniem 

poczuł przeszywający ją dreszcz. Niespiesznie kochał się z nią tej nocy. Mieli za sobą bardzo 

długi tydzień. To prawda, że często byli ze sobą w łóżku przez ostatnich kilka dni, ale nie 

potrafił się rozluźnić i cieszyć tym.

Przez ostatni tydzień był tak ogarnięty rozpaczą, że poddał się obsesji - postanowił 

wymusić  na niej  pozostanie z nim poprzez stałe  podtrzymywanie  więzi seksualnej. Tego 

248

background image

wieczora   pragnął   tylko   kochać   się   z   przyszłą   panną   młodą   nie   zastanawiając   się,   kiedy 

wyrzuci go za drzwi.

- Powinniśmy byli porozmawiać zaraz po tym, jak to się stało. - Verity wplątała palce 

w jego włosy, gdy całował ją gorąco w rowek między piersiami.

- Potem, jak co się stało?

- Po  wydarzeniach  w  ukrytej   komnacie.   Nasz  błąd  polegał   na  tym,   że  o tym  nie 

rozmawialiśmy.   Wiem,   że   bardzo   przejąłeś   się   odkryciem,   że   nie   masz   już   zdolności 

parapsychicznych, ale nie chciałam dyskutować na ten temat, dopóki nie będziesz gotowy. 

Ciągle czekałam na to, że się otworzysz i opowiesz mi, co czujesz.

- Bałem się rozmowy o tym, ponieważ nie potrafiłem przewidzieć, jak zareagujesz. - 

Przesunął   dłonią   po   krągłym   biodrze   Verity.   -   Już   ci   to   wyjaśniałem.   Lękałem   się,   że 

mógłbym ci podsunąć pretekst do dyskusji o naszym związku.

- Co w tym złego? Powinniśmy częściej dyskutować o naszym związku. Musimy o 

tym mówić.

Jonas uniósł głowę; jego oczy zalśniły w ciemności.

-   Dyskusje   o   związkach   denerwują   mnie.   Wolałbym   pójść   z   tobą   do   łóżka   niż 

rozmawiać o tym.

- Dobrze, ale sam widzisz, do czego nas doprowadziło takie podejście w zeszłym 

tygodniu - przypomniała mu z naganą w głosie. - Kochaliśmy się często, ale nasz związek się 

rozpadał, ponieważ nie potrafiłeś się otworzyć i opowiedzieć mi, co naprawdę czujesz.

Jonas   postanowił   sprawdzić,   czy   szybkie,   pokorne   przyjęcie   całej   winy   na   siebie 

uciszy ją.

- To wszystko moja wina. Powinienem był z tobą o tym porozmawiać. Naprawdę to 

schrzaniłem, kochanie. Przepraszam. - Wsunął palce w miękki trójkąt włosów nad udami i 

odetchnął jej jedynym w swoim rodzaju zapachem.

- Och, Jonas, tak naprawdę to nie była twoja wina - zaprzeczyła  łaskawie Verity. 

Uśmiechnęła się łagodnie w ciemności. - Rozumiem, jakie musiało to być bolesne. Do tylu 

zmian musiałeś się przystosować. To cud, że nie popadłeś w głęboką depresję czy w coś 

podobnego.

- Czy w coś podobnego - powtórzył z roztargnieniem. Skupił uwagę na tym, jaka była 

miękka  i ciepła.  Niczego teraz  nie pragnął bardziej, jak zanurzenia  w rozkosznym  cieple 

Verity.  Pragnął  pociechy jej  fizycznej  reakcji i spokoju ducha,  który zawsze  przychodził 

potem.

- Za to teraz możemy o wszystkim porozmawiać otwarcie.

249

background image

- Tak. Musimy o tym kiedyś porozmawiać. - Pochylił głowę i pocałował gęste, rude 

loki ukrywające jej kobiecą tajemnicę.

- Jonas, dlaczego nie pomówimy teraz?

- Teraz? To chyba nie jest najlepszy pomysł, kochanie. - Wsunął palce między jej uda 

i wciągnął głęboko powietrze, gdy poczuł, jak jej podniecenie rośnie.

- Jonas, to jest doskonały moment.

- Nie, najdroższa, to nie jest doskonały moment. Mam zupełnie inne plany.

- Inne plany? - spytała z cudowną niewinnością.

Jonas stłumił jęk, gdy opuszka kciuka przesunęła się po wrażliwym pąku ukrytym 

wśród puchu.

- Zgadnij.

Verity zadrżała w odpowiedzi na pieszczotę.

- Chodzi ci o seks?

- Zaczęłaś pojmować. - Rozsunął delikatne płatki i opuszką palca łagodnie zatoczył 

koło. Poczuł wilgoć. Jej ostry, pikantny zapach ogarniał go, zapalał.

- Jonas, seks nie zastąpi dobrego porozumienia. - Wciągnęła cicho powietrze, gdy 

pieszczota stała się bardziej żarliwa.

- Potraktuj to jako inną formę  porozumienia,  bez użycia  słów. - Pochylił  głowę i 

językiem dotknął wilgotnej skóry. Potem wsunął palec w miękką ciemność.

- Myślałam,  że w tej formie porozumienia osiągnęliśmy mistrzostwo - wyszeptała 

Verity. - Naprawdę powinniśmy porozmawiać. Mówię poważnie, Jonas. Przestań. Musimy się

nauczyć rozmawiać, kiedy zaczynają się kłopoty.

-   Verity   -   zaczął,   próbując   ją   ostrzec,   że   coraz   szybciej   wyczerpuje   się   jego 

cierpliwość. - Jest pora na gadanie i pora na kochanie. Zaufaj mi. To nie jest pora na gadanie.

-   Do   cholery,   Jonas,   jeśli   mamy   się   pobrać,   nalegam,   abyśmy   ćwiczyli 

porozumiewanie się za pomocą słów. - Zacisnęła palce na jego ramieniu.

Jonas powoli usiadł i spojrzał na kobietę, którą miał zamiar poślubić.

- Chcesz używać ust do porozumiewania się?

- Myślę, że tak będzie najlepiej - odparła z poważną miną. - Przynajmniej w tej chwili. 

To nie dlatego, że nie chcę się z tobą kochać, ale czuję po prostu, że musimy się nauczyć 

porozumiewać na poziomie werbalnym.

Jonas pokiwał głową, podejmując nagłą decyzję.

250

background image

-   Dobrze.   Chcesz   używać   ust,   no   to   jazda,   używaj.   -   Oparł   się   na   poduszkach   i 

wyciągnął rękę. Przytrzymał Verity za kark i popchnął jej głowę łagodnym, ale stanowczym 

ruchem w dół ku wznoszącej się ciężko męskości.

- Jonas, wiesz dobrze, że nie o to mi chodziło!

- Otwórz usta, kochanie, i pokaż mi, jak potrafisz się porozumiewać w ten sposób.

- Ty draniu! Próbuję przeprowadzić ważną, rzeczową rozmowę.

Jej oddech owionął pełny, zaokrąglony czubek jego broni, a Jonas pomyślał, że za 

chwilę eksploduje.

-   Nie   mogę   się   doczekać   miodu   kobiecej   mądrości,   który   spłynie   z   twoich   ust, 

ukochana. - Pchnął ją naprzód, gdy rozchyliła usta, aby raz jeszcze zapewnić go o wadze 

dyskusji słownej. - O, tak jest lepiej. - Westchnął z rozkoszy, gdy jej ciepłe wargi zacisnęły 

się wokół niego. - Znacznie lepiej. Cudownie porozumiewasz się ustami, kochanie.

Ostatnią spójną myślą, jaka mu przyszła do głowy, było, że może żyć bez tej części 

siebie, która łączyła się z przeszłością. Jednak oszalałby, gdyby stracił Verity.

Była jego przyszłością.

V

erity?

Poruszyła się, rozespana i zaspokojona.

- Tak? Jonas?

- Przez chwilę byłem przerażony. Naprawdę przerażony. Jakby zniknęła część mnie. 

Noga albo ręka.

Verity natychmiast się rozbudziła, słuchając tego wyznania strachu.

- Rozumiem, Jonas. Wiedziałam, że tak musiało to wyglądać, ale nic nie mówiłeś. Nie 

wiedziałam, jak cię skłonić do rozmowy.

- Nie mogłem o tym mówić. Bałem się, że utrata zdolności spowoduje możliwość 

utraty ciebie. Nie poradziłbym sobie z tym. Teraz już wszystko jest w porządku.

Uśmiechnęła się z cichą ulgą i pochyliła się nad nim. Pocałowała go lekko.

- Wszystko będzie dobrze. Jonas, kochałabym cię i tak, bez względu na to, co byś 

stracił.

-   Wiesz,   czego   bałem   się   najbardziej?   Że   zabierze   mi   ciebie   ktoś   tak   jak   Oliver 

Crump.

- Nie musiałeś się obawiać, że ucieknę z Oliverem. Bardzo go lubię, ale nie kocham.

Obrócił głowę na poduszce i spojrzał na nią. Złote oczy były poważne i skupione.

251

background image

- Znalazłaś w nim coś. Coś podobnego do tego, co znalazłaś we mnie.

- Nie - zaprzeczyła stanowczo. - Nie było to nic podobnego. Zostaliśmy z Oliverem 

przyjaciółmi. Niczym więcej.

- A co z twoją zdolnością dostrajania kryształów?

Verity uśmiechnęła się łagodnie.

- Przecież ona nie sprawiła, że czułam do Olivera coś więcej poza przyjaźnią. Więź, 

czy   cokolwiek   nas   łączyło,   nie   stała   się...   uwodzeniem,   tak   jak   to   jest   z   tobą.   Nie   była 

osobista. Nie wywołała więzi emocjonalnej. Wiesz, Jonas, trudno to wytłumaczyć. Jednak 

było to coś zupełnie innego, zaufaj mi. Poza tym, już się skończyło.

- Skończyło? - powtórzył Jonas zdziwiony.

- Moja zdolność dostrajania kryształów powstała zdaje się dzięki mojej więzi z tobą, a 

nie z Oliverem. W chwili, kiedy ocknąłeś się pozbawiony swojego talentu, przestałam czuć 

kryształy.

- Przecież wspólnie z Oliverem za pomocą kryształu wyprowadziliście mnie ze stanu 

nieprzytomności.

Verity potrząsnęła głową.

- Zrobił to Oliver. Ja tylko wrzeszczałam na ciebie, aż się w końcu ocknąłeś i dałeś 

znak życia.

Uśmiechnął się lekko.

-   Słyszałem,   jak   wrzeszczysz,   i   zrozumiałem,   że   najwyższy   czas   wracać.   Masz 

piekielną gębę, kochanie.

- Cieszę się, że ją doceniasz - wymruczała słodko.

-   Ależ   oczywiście,   że   ją   doceniam.   -   W   uśmiechu   zjawiła   się   pożądliwość   na 

wspomnienie niedawnych rozkoszy. Dotknął jej warg opuszką palca. - Uważam twoje usta za 

bardzo cenną część twojego ciała. Zastanawiam się, czy ich nie ubezpieczyć.

252

background image

Rozdział dwudziesty

N

azwali   go   Nicholas   Emerson   Quarrel!   -   W   korytarzach   małego   oddziału 

położniczego w Szpitalu Rejonowym w Sequence Springs rozległ się tubalny głos Emersona. 

Jeśli ktokolwiek w poczekalni jeszcze nie wiedział o przybyciu Nicholasa Emersona, właśnie 

został o tym poinformowany.

W swoim pokoju Verity przyciskała do piersi maleńki tłumoczek i uśmiechała się 

spokojnie. Wiedziała, że ojciec krąży po poczekalni od chwili, gdy wczoraj wieczorem zaczął 

się poród. Kiedy Jonas w końcu wyszedł, żeby mu powiedzieć, że ma wnuka, ryk szczęścia 

Emersona zatrząsł całym budynkiem.

Verity uniosła głowę i spojrzała na męża. Jonas patrzył, jak syn ssie. W oczach jak z 

florentyńskiego   złota   błyszczała   duma.   Jonas   zafascynowany   przyglądał   się   małemu 

Nicholasowi.

- Spójrz na te drobne rączki - zachwycał się Jonas.

- Chyba będzie miał twoje oczy - powiedziała Verity.

Jonas się rozpromienił.

-   Naprawdę   tak   myślisz?   Pielęgniarka   mówiła,   że   jeszcze   za   wcześnie,   żeby   coś 

wiedzieć na pewno.

- Zaufaj mi - odparła Verity z głębokim przekonaniem. - Wszędzie poznam te oczy.

Jonas uśmiechnął się jeszcze szerzej. Przez ostatnie kilka godzin dużo się uśmiechał. 

Chociaż poprzedniego dnia wieczorem, kiedy podając kolację gościom w restauracji Verity 

stwierdziła, że przyszła na nią pora, nie było mu do śmiechu.

Jonas natychmiast przejął dowodzenie. Wygonił ostatnich gości i kazał Emersonowi 

wyprowadzić   dżipa.   W   szpitalu   bez   przerwy   wydawał   polecenia   Verity   i   pielęgniarkom, 

skonsultował   się   z   lekarzem   i   w   końcu   przejął   kontrolę   na   sytuacją,   która   całkowicie 

wykraczała  poza jego kompetencje.  Jednak ani na chwilę go to nie powstrzymało.  Jonas 

dobrze się przygotował do wielkiego wydarzenia.

Przez kilka ostatnich miesięcy przeczytał wszystkie książki o ciąży i porodzie, jakie 

udało mu się znaleźć. Nadzorował podawanie Verity witamin i gimnastykę. Wybrał się po 

zakupy   pieluszek   i   niezbędnych   środków   pielęgnacji   niemowlęcia.   Razem   z   Emersonem 

253

background image

opracował plan edukacji dziecka, który by zadziwił nauczyciela z prywatnej szkoły. Było to 

bardzo podobne do tego, co Emerson wymyślił kiedyś dla swojej córki.

Jonas uważał się za eksperta położnictwa dokładnie do chwili, gdy Verity znalazła się 

na sali porodowej i zaczęła przeklinać. Zacisnęła zęby i wykrzykiwała słowa, których Jonas 

nigdy przedtem u niej nie słyszał. W tym momencie Jonas zdał sobie sprawę, że nic nie wie o 

porodzie. Strach zagłuszał wydawaniem poleceń i ściskaniem Verity tak mocno za rękę, iż 

obawiał się, że złamie jej delikatne kości.

Verity ściskała go jeszcze mocniej. Zostawiła mu na dłoni ślady paznokci.

Jakoś udało im się bez problemów przebyć przez tę ciężką próbę. Nicholas Emerson 

Quarrel pojawił się na świecie z rozdzierającym krzykiem, co skłoniło Jonasa do wygłoszenia 

z dumą uwagi, że jego syn niewątpliwie odziedziczył zdolności zabierania głosu po swojej 

matce.

- Czy tata nadal szaleje w poczekalni? - spytała Verity.

- Można tak powiedzieć. Kupił skrzynkę piwa dla personelu medycznego. - Jonas 

pochylił się, aby przyjrzeć się z bliska synowi. - Na pewno czujesz się dobrze, kochanie?

- Nic mi nie jest. Zmęczyłam się trochę, to wszystko.

- Nie mogę w to uwierzyć. Zrobiliśmy dziecko. Prawdziwe, żywe dziecko.

Verity uśmiechnęła się rozbawiona zachwytem Jonasa.

- Tak - przytaknęła, sama nieco zdumiona. - Rzeczywiście.

Kilka   minionych   miesięcy   było   naprawdę   dobre.   Czas   wspólnie   spędzony   przed 

urodzeniem dziecka upewnił oboje, że łączące ich więzi są tak silne, iż przetrwają całe życie. 

Wróciło zrzędzenie Verity, żarty Jonasa, śmiech i miłość. Było lepiej niż przedtem, pomyślała 

Verity. Tym razem zdobyła pewność, że fundament uczuciowy jest prawdziwy, że nie jest to 

produkt uboczny więzi parapsychicznej.

Drzwi   do   separatki   otworzyły   się   z   hukiem,   gdy   Jonas   właśnie   układał   syna   w 

łóżeczku. Emerson stanął na progu objuczony kwiatami i paczkami.

- Uwaga, przybyłem z darami i pocztą. Jak tam mały Nicholas Emerson?

- Śpiący - odparł Jonas. - Mów trochę ciszej, Emerson.

- Dzieciak mógłby od początku przyzwyczajać się do faktu, że ma wrzaskliwą matkę, 

hałaśliwego dziadka i tatusia, co nieźle posługuje się nożem. Proszę, Jonas. List z jakiegoś 

czasopisma. Wygląda na czek.

- Cudownie - zawołała Verity. - Mówiłam ci, że im się spodoba twój tekst o wkładzie 

Digby'ego Hazelhursta do wiedzy o renesansie.

Jonas uniósł do nieba błagalne spojrzenie.

254

background image

- Co za sukces. Teraz, jak podejrzewam, nie będę miał ani chwili spokoju, dopóki nie 

napiszę następnego artykułu dla redaktora, który mnie wpakował w tę kabałę. - Jednak z 

uśmiechem zadowolenia rozerwał kopertę i wyjął czek ze środka.

Verity znała źródło zadowolenia. Przez ostatnich kilka miesięcy Jonas uświadomił 

sobie,   że   jego   wiedza   o   historii   renesansu   i   wyczucie   epoki   nie   zniknęło   wraz   z 

parapsychicznym talentem. Zostało mu w głowie wszystko, czego nauczył się na studiach 

uniwersyteckich i w korytarzu czasu.

- Prezenty dla dziecka - wtrącił Emerson, układając na łóżku kolorowe paczuszki. - 

Dzieciak będzie miał w czym wybierać. Paczka od Griswaldów, a to od Crumpa i od Sama 

Lehigha.

Verity   rozwiązała   wstążki   i   z   entuzjazmem   rozerwała   papier.   Rick   i   Laura 

Griswaldowie podarowali prześliczne żółte ubranko. Verity oglądała je z zachwytem. - Czyż 

nie jest wspaniałe? Jakby na niego szyte.

- Jeśli ktoś by mnie pytał, to wydaje się o kilka numerów za duże - stwierdził Jonas, 

przyglądając się krytycznie ubranku.

- Nie przejmuj się - poradził Emerson. - Dzieci rosną. Szybko.

- Zobaczmy, co przysłał Oliver - powiedziała Verity. Rozdarła papier, uniosła wieczko 

białego pudełka i pokazała piękny ametyst.

- Cudowny - przyznała, obracając w dłoni błyszczący kryształ.

- Co, do diabła, dzieciak ma z tym robić? - spytał Emerson.

- To nie dla Nicholasa - oznajmiła Verity, czytając małą kartkę. - To dla mnie. Ma mi 

pomóc szybko odzyskać siły.

- Jak, do cholery, kamień ma to zrobić? - zachmurzył się Emerson.

- Kto wie? - Jonas łagodnie uśmiechnął się do żony. - Spójrz na to z innej strony - na 

pewno nie zaszkodzi.

- Sprawdźmy, co przysłał Lehigh - zaproponował na pociechę Emerson.

Verity posłusznie zsunęła papier z ostatniej paczki. Kiedy poniosła pokrywę długiego 

wąskiego   pudła,   ogarnęło   ją   zdumienie.   W   środku   leżał   sztylet   z   rękojeścią   wysadzaną 

drogimi kamieniami.

- Lehigh ma dość dziwne poglądy na to, co można podarować niemowlęciu.

Emerson zachichotał i obszedł łóżko, żeby przyjrzeć się broni z bliska.

- Prawdopodobnie sądzi, że dzieciak wda się w ojca. Piekielna broń, co? Spójrzcie na 

rękojeść. Jak znam Lehigha, to te kamienie są prawdziwe. Popatrz, Jonas. - Emerson odsunął 

się na bok.

255

background image

Jonas ze zmarszczonymi brwiami zerknął na sztylet.

- Rzeczywiście, wygląda na autentyczny. Włochy, piętnasty, może szesnasty wiek.

- Pewnie z jego kolekcji - zauważył Emerson.

Jonas sięgnął do pudełka. Zacisnął palce na rękojeści sztyletu.

Verity gwałtownie wstrzymała oddech, gdy ściany szpitala zaczęły się zakrzywiać.

- Jonas!

- Jestem tutaj, kochanie.

Odwróciła   się   szukając   go   w   psychicznym   korytarzu.   Uśmiechnął   się   do   niej   z 

drugiego końca tajemniczego tunelu. Płonęły złote oczy. W ręku trzymał drogocenny sztylet.

- Twój talent - szepnęła. - Wrócił.

- Silny jak przedtem - potwierdził, śmiejąc się z zadowolenia. - Chyba trzeba było 

trochę poczekać.

Rzucił sztylet w powietrze. Zakręcił młynka, błysnęły kamienie w rękojeści. Korytarz 

zamigotał i zniknął. 

Jonas chwycił sztylet z wdziękiem i szybko włożył z powrotem do pudełka.

- Hej, dobrze się czujecie? - zapytał zaniepokojony Emerson. - Mieliście przed chwilą 

dziwne miny.

- Wszystko jest w jak najlepszym porządku - powiedział Jonas pochylając się, żeby 

pocałować żonę. - Prawda, kochanie?

-   W   idealnym   -   potwierdziła   Verity   z   uśmiechem   piękniejszym   od   kryształów   i 

drogich kamieni. W oczach męża jej uśmiech błyszczał jak złoto.

256


Document Outline