background image

JAYNE ANN KRENTZ 

NOC POŚLUBNA 

background image

Sute  fałdy  wspaniałej  atłasowej  sukni  ślubnej  spływały  miękko  za  Angie,  kiedy  jej 

nowo poślubiony małżonek sprowadzał ją za rękę po schodach do czekającej limuzyny. Roze-

śmiana gromada krewnych panny młodej  wyległa na trawnik, formując  wiwatujący szpaler. 

Członków rodziny Townsendów łatwo było odróżnić od reszty gości. Prawie wszyscy mieli 

miedzianorude włosy i oczy koloru morza, podobnie jak Angie. Teraz hałaśliwie i wesoło, ze 

zwykłą sobie spontanicznością, żegnali odjeżdżających nowożeńców. 

-  Zupełnie  zapomniałem,  że  jeszcze  to  nas  czeka  -  mruknął  Owen  Sutherland 

zanurzając się w tłum z Angie u boku. 

Obsypani  gradem  ryżu  i  płatkami  kwiatów,  z  trudem  torowali  sobie  drogę  poprzez 

niechętnie rozstępujących się gości weselnych. Kilku mężczyzn nie omieszkało pospieszyć z 

pikantnymi radami na temat nocy poślubnej, wywołując na twarzy Angie krwawy rumieniec. 

-  To  wszystko  twoja  wina  -  szepnęła  do  Owena.  -  Jeśli  zależało  ci  na  skromnym 

ślubie,  nie  powinieneś  był  oddawać  sprawy  w  ręce  mojej  rodziny.  Niczego  nie  robimy 

połowicznie. 

- Nie mogę powiedzieć, że nie zostałem uprzedzony - przyznał Owen. 

Angie  odwróciła  się,  żeby  pomachać  na  pożegnanie  rodzicom  i  bratu,  którzy  z 

kieliszkami szampana stali w drzwiach ekskluzywnego klubu wiejskiego. Matka Angie, jedna 

z nielicznych nierudowłosych osób w rodzinie, roniła łzy w chusteczkę. Zwierzyła się kiedyś 

córce, że we wczesnej młodości była dobrze ułożoną i dystyngowaną panienką, ale po ślubie 

z Palmerem Townsendem jej powściągliwe maniery diametralnie się zmieniły. 

Palmer Townsend, krzepki, barczysty mężczyzna, którego doskonale skrojone ubranie 

nie całkiem tuszowało nieco wydatny brzuch, patrzył na córkę promieniejąc ojcowską dumą. 

Wzniósł jej z daleka toast kieliszkiem, odprowadzając ją wzrokiem do limuzyny. 

Harry,  jej  starszy  o  trzy  lata  dwudziestodziewięcioletni  brat,  pożegnał  ją  szerokim 

uśmiechem.  Był  równie  mocno  zbudowany  jak  ojciec  i  miał  gęste,  płomiennorude  włosy, 

które u nestora rodu Townsendów zdążyły się już nieco przerzedzić. 

- Jednak warto było urządzić pełną galę - powiedział Owen. - W tej sukni wyglądasz 

jak księżniczka z bajki. 

- Jego jasnoszare oczy przesunęły się po niej z wyraźnym  uznaniem, kiedy  szofer  w 

liberii otwierał im drzwi samochodu. 

To  spojrzenie  przeszyło  Angie  żywym  ogniem.  Serce  zaczęło  jej  bić  jak  oszalałe. 

Owen był taki przystojny! I taki niewiarygodnie, zniewalająco męski. Wszystko w nim, po-

cząwszy od kruczoczarnych włosów i ostrych drapieżnych rysów, poprzez wysmukłe, mocno 

zbudowane ciało, emanowało siłą i witalnością. 

background image

Policzki Angie spłonęły pod jego zdecydowanym, zaborczym wzrokiem. Dziś w nocy 

Owen  posunie  się  dalej,  nie  skończy  na  pożądliwych  spojrzeniach.  Dziś  w  nocy  po  raz 

pierwszy będzie się z nią kochać. Ta myśl zaparła jej dech w piersiach. 

Tylko z braku okazji, nie z braku chęci, nie poszła z nim dotąd do łóżka. Zawiniły tu 

przede wszystkim jego wypełniony co do minuty plan zajęć i szybkie jak burza konkury. A 

także jego zdecydowanie, aby narzeczona nie stała się przedmiotem dwuznacznych plotek w 

lokalnej  prasie  czy  w  klubie,  do  którego  należał  wraz  z  jej  ojcem.  Swoją  rolę  odegrała  też 

oczywiście nadopiekuńcza, staroświecka postawa jej rodziny. 

Po  prostu  zabrakło  nam  czasu,  pomyślała  Angie  z  żalem.  Ostatecznie  znała  Owena 

zaledwie od trzech miesięcy, z czego pierwsze dwa bała się go jak diabeł święconej wody. 

On zaś, z nieomylnym instynktem myśliwego, starał się jej nie spłoszyć i nie dążył do 

bardziej  intymnej  zażyłości.  Wabił  ją  łagodnymi  zalotami  i  oswajał  powoli  jak  płochą 

zwierzynę. 

Wielką pomocą służyła mu w tym jej rodzina, zachwycona projektem ich małżeństwa. 

Jak  zwykle  członkowie  klanu  Townsendów  byli  przekonani,  że  wiedzą  najlepiej,  co  służy 

dobru Angie, i nie omieszkali jej tego powiedzieć. 

Sama Angie zdawała sobie sprawę, że ich protekcjonalność i nadopiekuńczość wynika 

nie tyle z faktu, że jest najmłodsza, ile z jej braku predyspozycji do prowadzenia rodzinnego 

przedsiębiorstwa, czyli Pensjonatów Townsend. 

Od  najmłodszych  lat  pociągał  ją  raczej  świat  sztuki  niż  świat  finansów.  Ten  brak 

smykałki do interesów, tak niecodzienny w jej rodzinie, przyczynił się do uznania jej za osobę 

z gruntu prostoduszną i naiwną. W rezultacie cały klan dokładał starań, aby trzymać ją z dala 

od  spraw  wielkiego  biznesu.  Jej  brat,  Harry,  przygotowywał  się  do  przejęcia  po  ojcu 

rodzinnego imperium, a ją zachęcano do kontynuowania zamiłowań artystycznych. 

Angie na ogół tolerowała ten paternalistyczny stosunek do siebie, pod warunkiem, że 

nie  usiłowano  zbyt  daleko  ingerować  w  jej  życie.  Zaś  w  przypadku  Owena  Sutherlanda 

uznała, że rodzina ma rację. Ten człowiek był jakby dla niej stworzony. 

Dopiero  przed  miesiącem  ośmieliła  się  sama  przed  sobą  przyznać,  że  jest  w  nim 

zakochana.  I  z  niedowierzaniem  skonstatowała,  że  i  jemu  naprawdę  na  niej  zależy.  Jednak 

jakieś  sprawy  niecierpiące  zwłoki  wciąż  zmuszały  go  do  wyjazdu  z  Tucson.  A  kiedy  już 

zdarzało się im zostać sam na sam, zawsze gdzieś na horyzoncie pojawiali się jej ojciec, brat 

lub matka. Owenowi zdawało się to nie przeszkadzać. 

Nikt nie był bardziej zdumiony jej uczuciem do Owena niż ona sama. Wcale nie tak 

wyobrażała  sobie  mężczyznę,  który  miałby  zostać  jej  mężem  lub  kochankiem.  Doskonale 

background image

rozumiała  swoją  początkową  obawę,  gdy  patrzyła  teraz  na  niego,  stojąc  przy  drzwiach 

limuzyny. Ubrany w surową czerń i oficjalną biel, z pierwszymi nitkami srebra w ciemnych 

włosach, był wysoki, ciemny i groźny. 

Kiedy ojciec po raz pierwszy go przedstawił, miała ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie. 

Jej reakcja nie miała nic wspólnego z faktem, że rodziny Sutherlandów i Townsendów od lat 

konkurowały  ze  sobą  na  rynku  turystycznym.  Sprawy  związane  z  hotelarstwem  niewiele  ją 

obchodziły  i  całą  rywalizację  uważała  za  głupotę.  Ale  jedno  spojrzenie  w  niezgłębione, 

stalowoszare  oczy  Owena  powiedziało  jej,  że  z  tym  mężczyzną  mogą  być  kłopoty.  Już 

podczas ich pierwszego  spotkania Angie odczuła jakiś dziwny, niewytłumaczalny niepokój. 

Jakby do krainy słońca zstąpił Książę Ciemności, zastawiając na nią pułapkę. 

Oczywiście było to jeszcze zanim go lepiej poznała, zanim przekonała się, jak bardzo 

mu na niej zależy. Co nie znaczy, że dawał temu ostentacyjnie wyraz, jak zrobiłby każdy z 

Townsendów.  Owen  był  bardzo  skryty,  nieprzywykły  do  demonstrowania  uczuć.  Angie 

przeczuwała, że może minąć jakiś czas, zanim nauczy się otwarcie mówić z nią o miłości, ale 

była już zakochana i gotowa poczekać. 

Jej świeżo poślubiony małżonek był człowiekiem twardym, nieludzko opanowanym i 

trzymającym  się  w  ryzach.  Cechowała  go  pewna  chłodna  wyniosłość,  wrodzona  ludziom 

nawykłym do rządzenia i zauważalna również u jej ojca i brata, ale w przeciwieństwie do nich 

niezłagodzona przez wewnętrzny spokój ducha, jaki daje miłość. 

Tak, Owenowi niełatwo będzie wyznać, że potrzebuje kobiecego uczucia i ciepła. Ale 

Angie to wiedziała. Była tego pewna. Gdzieś w głębi duszy pragnął czułości i bliskości, które 

mogła mu dać. Potrzebował kobiety, której mógł ufać duszą i ciałem. I wiedziała, że on sam 

nie sprzeniewierzy się danemu słowu - zwłaszcza tak poważnemu, jak przysięga małżeńska. 

Pod tym względem niczym nie różnił się od Townsendów. 

Dzisiaj w obecności trzystu świadków złożył jej oficjalną przysięgę. „Dopóki śmierć 

nas  nie  rozłączy".  Nieśmiało,  lecz  z  całym  oddaniem  zakochanej  kobiety,  Angie  też  ofia-

rowała mu się na zawsze. 

Nigdy nie była szczęśliwsza, niż w chwili, gdy Owen wsuwał jej obrączkę na palec. 

Uśmiech,  którym  go  obdarzyła,  niósł  obietnicę  miłości  i  wierności  na  całe  życie.  Owen 

spojrzał jej głęboko w oczy i wyczuła, że ją zrozumiał i z wdzięcznością przyjął ten dar. 

Nagle tuż pod ich nosem przed drzwiami limuzyny wyrósł mikrofon. Trzymał go jakiś 

bardzo elokwentny dziennikarz, za którym stał młody człowiek z kamerą na ramieniu. Angie 

dojrzała znak znajomej stacji telewizyjnej. 

- Gdzie spędzicie miesiąc miodowy, panie Sutherland? - Dopytywał się reporter. - W 

background image

jednym z pańskich hoteli? Czy też w którymś z pensjonatów Townsendów? 

W oczach Owena zaiskrzyła się irytacja, ale natychmiast ją zdusił. Obdarzył reportera 

chłodnym, przelotnym uśmiechem. 

- Miejsce naszego miesiąca miodowego to tajemnica. Jestem pewien, że rozumie pan 

dlaczego.  Ostatnią  rzeczą,  jaką  chciałbym  znaleźć  dziś  pod  łóżkiem,  to  ciekawscy 

dziennikarze. 

Młody  człowiek  z  kamerą  wyszczerzył  zęby,  ale  Angie  już  zdążył  osaczyć  inny 

reporter. 

- Serdeczne gratulacje, pani Sutherland. To dopiero będzie nowina w świecie biznesu i 

tutaj  w Tucson, prawda? Wszyscy wiedzą, że obie rodziny  od lat zacięcie rywalizowały. A 

teraz Sutherland poślubia pannę Townsend. Czy to znaczy, że pogłoski o fuzji są prawdziwe? 

Czy przekształcicie się w spółkę akcyjną? Można spodziewać się sprzedaży akcji? 

Przestraszona  Angie  potrząsnęła  przecząco  głową.  Mikrofony  wprawiały  ją  w 

zdenerwowanie.  W  przeciwieństwie  do  Owena  i  reszty  członków  rodziny  nie  była  przy-

zwyczajona do udzielania wywiadów. Nie znała się na zawiłościach świata biznesu, w którym 

jej krewni prowadzili kosztowne i niebezpieczne gry. 

- Coś się panu pomyliło - powiedziała do reportera. 

- To jest ślub, a nie transakcja handlowa. 

-  Ślub,  który  może  przynieść  fortunę  obu  stronom,  jeśli  to  prawda,  że  obie  rodziny 

postanowiły  wreszcie  po  tylu  latach  połączyć  siły.  Czy  należy  się  spodziewać,  że  fuzja 

zostanie ogłoszona oficjalnie już dzisiaj? 

-  Nie  należy  się  spodziewać  niczego  podobnego  -  odparta  oschle  Angie,  zirytowana 

nachalnością  dziennikarza.  -  Nie  będzie  żadnej  fuzji.  Nasze  małżeństwo  nie  ma  nic 

wspólnego z interesami. Wytłumacz mu to, Owen. 

Owen przystąpił do akcji, ucinając dalszą dyskusję. 

-  Proszę  nam  wybaczyć  -  zwrócił  się  gładko  w  stronę  następnego  reportera, 

podtykającego im mikrofon - ale musimy zdążyć na samolot. Po wszelkie informacje możecie 

się panowie zwrócić do mojego teścia lub szwagra. 

- A więc to Palmer i Harry Townsendowie wydadzą oficjalne oświadczenie? 

Angie podniosła welon z oczu i obrzuciła mężczyznę wściekłym spojrzeniem. 

- Mówiłam już, że nie będzie żadnego oświadczenia. To jest ślub. 

-  Moja  żona  ma  rację.  To  jest  ślub  -  powiedział  Owen,  sadzając  Angie  na  tylnym 

siedzeniu limuzyny. - I pan młody zaczyna się już niecierpliwić. Musimy jechać. 

Usiadł obok niej, a szofer zdecydowanym ruchem zamknął drzwi i obszedł samochód, 

background image

siadając za kierownicą. 

Angie odwróciła się jeszcze, żeby po raz ostatni pomachać matce, ojcu i bratu, nadal 

stojącym w drzwiach klubu. Matka odmachała jej chusteczką, a ojciec uśmiechnął się szeroko 

i  ujrzała  jeszcze  odblask  płomiennorudych  włosów  Harry'ego,  zanim  obu  mężczyzn  zalała 

fala reporterów i kamer. 

-  To  było  bardzo  sprytne  z  twojej  strony,  żeby  odesłać  ich  do  taty  i  Harry'ego  - 

powiedziała,  odwracając  się  z  uśmiechem  do  Owena.  Wolę,  żeby  zamęczali  ich  niż  mnie. 

Mam dzisiaj coś lepszego do roboty. Zacisnął rękę wokół jej dłoni, poczym podniósł jej palce 

do ust  i  pocałował.  Ich oczy spotkały się, kiedy musnął  wargami jej gładką złotą obrączkę. 

Jego pierścionek, szeroki, z kutego złota, mający oddać męskość i siłę, Angie sama dla niego 

zaprojektowała. 

- Może powinienem był pozwolić ci wymyślić coś i dla siebie - powiedział. 

Potrząsnęła  głową.  Chociaż  bardzo  lubiła  projektować  biżuterię  i  z  wielką 

przyjemnością pracowała nad pierścionkiem Owena, pomyślała, że nic, co zdołałaby wymy-

ślić, nie byłoby równie doskonałe jak obrączka, którą od niego dostała. Jej szlachetna prostota 

zachwycała.  Poza  tym,  nie  była  to  zwykła  sztuka  biżuterii,  tylko  odwieczny  symbol,  tym 

droższy jej sercu. 

- Nie, to nie byłoby to samo - odparła z żarem. - Kocham ten pierścionek, ponieważ ty 

go wybrałeś i ty mi go dałeś. 

Owen uśmiechnął się wyraźnym zadowoleniem. 

- A co powiesz o mnie, pani Sutherland? Czy mnie też kochasz? 

- Wiesz, że tak. - Angie impulsywnie przylgnęła do niego i pocałowała w same usta. 

- Uhm... - Objął ją promieniejącym wzrokiem. - Będziesz o tym pamiętać, prawda? 

- Jak mogłabym zapomnieć? 

-  Racja.  Sam  ci  na  to  nie  pozwolę.  Zwłaszcza  po  tym  wszystkim,  przez  co 

przeszedłem. 

Angie  podniosła  głowę,  słysząc  dziwną  nutę  w  jego  głosie,  ale  nie  wiedziała,  jak 

spytać,  co  ma  na  myśli.  Był  bardzo  skrytym,  bardzo  opanowanym  człowiekiem,  a  ona 

przyrzekła  sobie  to  respektować.  Owen  się  wkrótce  zmieni.  Miłość  skruszy  jego  twardą 

skorupę, była tego pewna. 

- Ten dziennikarz miał rację przynajmniej pod jednym względem - mruknęła, patrząc 

przez  przydymioną  szybę  na  gęstą  zieloną  murawę  pola  golfowego.  -  świat  biznesu  będzie 

teraz przez jakiś czas spekulował na temat interesów naszych obu rodzin, prawda? 

Owen wzruszył ramionami, rozluźniając elegancką czarną muszkę przy szyi. 

background image

-  To,  co  pisze  prasa,  nie  ma  znaczenia.  Palmer  i  Harry  nie  przejmują  się  tym,  ja  też 

nie. 

-  Ale  to  przykre,  że  ludzie  mogą  uważać,  iż  zawarliśmy  małżeństwo  z  przyczyn 

koniunkturalnych - zasępiła się Angie. 

Owen obrzucił ją szybkim spojrzeniem, sięgając po butelkę szampana chłodzącego się 

w wiaderku stojącym przed nimi na konsoli. 

- Twój ojciec mnie ostrzegł, że jesteś wielką romantyczką. Lepiej pogódź się z faktem, 

że będzie trochę szumu przez jakiś czas. To nieuniknione. W końcu wszyscy w naszej branży 

wiedzą, że sieć hoteli Sutherlanda zawsze rywalizowała z pensjonatami Townsenda. 

- Zupełna głupota, nie uważasz? 

-  Nasza  odwieczna  rywalizacja?  Nie  powiedziałbym.  -  Owen  podał  jej  kieliszek 

szampana.  -  Miała  swoje  zalety.  Ciągłe  próby  wyprzedzenia  konkurenta  mobilizowały  obie 

strony do większych starań. 

Spojrzała na niego uważnie. 

- Mówisz tak, jakby słynna wojna hotelowa należała już do przeszłości. 

- Kto wie? - Owen uniósł kieliszek. - W końcu mamy tu historię Romea i Julii z happy 

endem. Przecież poślubiłem jedyną córkę mojego rywala. 

Angie przygryzła wargi, zamyślając się. 

-  Tak,  to  prawda.  Ale  to  nic  nie  zmieni  w  waszych  interesach?  W  każdym  razie  w 

najbliższej przyszłości? 

- A miałabyś coś przeciwko temu? 

- Nie, oczywiście, że nie - zapewniła go pośpiesznie. 

 

Problemy  hotelarstwa  były  ostatnią  rzeczą,  o  jakiej  pragnęła  w  tej  chwili  mówić. 

Uśmiechnęła się ponownie. - I tak nigdy się specjalnie nie interesowałam naszymi pensjona-

tami. 

-  Wiem  -  przyznał  Owen  sucho.  -  Twoi  rodzice  i  Harry  wielokrotnie  mi  to  mówili. 

Powiedzieli, że zaczęłaś malować i projektować w wieku trzech lat i nigdy ci to nie przeszło. 

Angie spojrzała na swoje ręce złożone na wspanialej sukni ślubnej. 

- Szczęśliwie się składa, że ojciec ma Harry'ego, bo ja nigdy nie umiałabym pójść w 

jego  ślady.  Mam  nadzieję,  że  twoja  rodzina  i  przyjaciele  nie  będą  oczekiwać,  że  stanę  się 

ekspertem w branży hotelarskiej. 

Owen  ujął  jej  podbródek  między  kciuk  a  palec  wskazujący  i  zwrócił  jej  twarz  ku 

sobie. Spojrzał w oczy spokojnie i stanowczo. 

background image

- Nikt nie będzie oczekiwał od ciebie żadnej zmiany zainteresowań. A już najmniej ja 

sam.  Projektuj  sobie  dalej  biżuterię  i  bądź  moją  żoną,  a  prowadzenie  firmy  zostaw  mnie, 

dobrze? 

- Dobrze - zgodziła się z ulgą. 

- Poza tym właśnie zaczęliśmy naszą podróż poślubną  - dodał znacząco. - I nie mam 

najmniejszej ochoty rozmawiać o interesach. 

- Rozumiem cię, ja też nie - zapewniła go. - Och, Owen, jestem taka szczęśliwa. 

- Bardzo się cieszę - uśmiechnął się z zadowoleniem. 

- Ja również. 

-  Więc  gdzie  właściwie  spędzimy  nasz  miesiąc  miodowy?  -  Spytała  z  szelmowskim 

błyskiem w oku. 

Owen uniósł brew patrząc wyniośle. 

- W jednym z moich hoteli, oczywiście. Tym nowym. Na wybrzeżu kalifornijskim w 

pobliżu  San  Luis  Obispo.  Nie  sądziłaś  chyba,  że  pojedziemy  do  jednego  z  pensjonatów 

twojego ojca? 

Angie  roześmiała  się  i  przytuliła  do  jego  boku,  a  on  objął  ją  silnym  ramieniem  i 

przycisnął mocniej. 

- Nie, oczywiście, że nie. Nie ma mowy, żeby Sutherland zatrzymał się w pensjonacie 

Townsenda. 

Owen  pocałował  ją  w  zagłębienie  szyi  odsłonięte  przy  wyciętym  w  serce  dekolcie 

sukni. Jego usta ciepło i kusząco przesunęły się po nagiej skórze. 

- Ale za to  dziś  w nocy  pewna panna Townsend  będzie spać w łóżku pewnego pana 

Sutherlanda i kiedy się rano obudzi, nie będzie już panną Townsend. 

Angie zadrżała z tajemnego podniecenia. Dziwne, że taka gorąca iskra mogła przeszyć 

ją zimnym dreszczem. To z pewnością nerwy, pomyślała. 

Na  lotnisku  w  Kalifornii  czekała  na  nich  inna  limuzyna.  Ostatnie  promienie 

zachodzącego  słońca  płomiennym  blaskiem  oświetlały  postrzępione  wybrzeże.  Zaczął  już 

zapadać  łagodny  zmrok,  kiedy  Angie  i  Owen  podjechali  pod  wspaniały  nowy  hotel, 

wznoszący  się  na  urwistym  cyplu  nad  samym  morzem.  Bajkowa,  egzotyczna  architektura 

odbijała  się  w  lazurowych  wodach  basenów  otoczonych  bujną  roślinnością.  Do  dyspozycji 

gości  było  też  pole  golfowe,  korty  tenisowe  i  inne  obiekty  rekreacyjne,  nie  licząc  kilku 

restauracji,  klubu  nocnego  i  baru  na  otwartym  powietrzu.  Hotele  Sutherland  znane  były  z 

tego, że stanowiły samowystarczalne enklawy luksusu. 

- No, no. Nieźle tu, wcale nieźle. - Wychodząc z limuzyny, Angie rozejrzała się wokół 

background image

z ostrożną aprobatą. - Prawie tak milo jak w naszych pensjonatach. 

- Miarkuj się, kobieto - ostrzegł Owen. - Należysz teraz do rodziny Sutherlandów. 

- Zabawne, ale wcale się tak nie czuję. 

- Poczujesz się jutro rano. Już ja się o to postaram. Angie zaczerwieniła się pod jego 

wymownym, zmysłowym spojrzeniem. 

Godzinę  później  stała  na  tarasie  reprezentacyjnego,  srebrnobiałego  apartamentu  dla 

nowożeńców i patrzyła na pogrążony w nocy Pacyfik. Przebrała się w srebrzysty strój, który 

wybrała dla niej matka. Ten jedwabny peniuar, ni to koszula nocna, ni to suknia wieczorowa, 

dodawał jej jeszcze powabu i kobiecości. Z biżuterii - oprócz obrączki - miała na sobie tylko 

ręcznie robione srebrne kolczyki, sięgające niemal gołych ramion. Angie sama je zaprojekto-

wała. 

Luksusowy  apartament  za  jej  plecami  był  pusty.  Owen  zniknął  przed  kilkoma 

minutami, żeby omówić parę spraw z dyrektorem hotelu. Powiedział, że kiedy wróci, zjedzą 

kolację w pokoju. 

Angie głęboko wciągnęła aromatyczne nocne powietrze. Po raz pierwszy od rana była 

tego dnia sama i mogła pozwolić sobie na moment wytchnienia. 

Townsendowie byli pełni radości życia i zawsze gotowi świętować każde wydarzenie. 

Wszystko,  począwszy  od  chrzcin,  a  skończywszy  na  stypie,  stanowiło  ku  temu  okazję.  Ale 

chociaż lubili się dobrze bawić, dla nikogo nie było tajemnicą, że rodzina stanowiła dla nich 

świętość.  Jedną  z  rzeczy,  która  ujęła  jej  rodziców  w  Owenie,  było  to,  że  nie  miał  opinii 

kobieciarza.  Niewiele  się  też  udzielał  w  kręgach  towarzyskich.  Rzadko  występował 

publicznie  i  od  swojej  żony  będzie  zapewne  oczekiwał  tego  samego.  Angie  nie  miała  nic 

przeciwko temu. 

W  ciągu  ostatnich  trzech  miesięcy  dręczyła  ją  jednak  pewna  sprawa.  Nie  poznała 

dotąd  nikogo  z  jego  rodziny.  Był  to  zapewne  znów  zbieg  nieszczęśliwych  okoliczności, 

powiedziała  sobie.  Rok  temu  siedziba  Zarządu  Głównego  Hoteli  Sutherland  została 

przeniesiona do Arizony i Owen jako jedyny przeprowadził się do innego stanu. 

Nie  znała,  oczywiście,  zbyt  dokładnie  jego  przeszłości.  We  wczesnym  dzieciństwie 

stracił  matkę,  a  ojciec  zginął  dwa  lata  temu  w  katastrofie  lotniczej.  Reszta  rodziny  Owena, 

czyli chora macocha, siostra będąca z mężem w podróży na Hawajach, nieco zniedołężniały 

wuj i ciotka nie mogąca się ruszyć z miejsca z powodu niedawnej operacji kolana, mieszkała 

w Kalifornii. Owen powiedział, że ich dom rodzinny mieści się na wyspie pośrodku jeziora 

Jade  w  górach  na  północ  od  San  Francisco.  Wspomniał  też,  że  jego  macocha,  ciotka  i  wuj 

spędzają tam większość czasu. 

background image

To  dziwne  być  żoną  mężczyzny,  którego  rodziny  się  nie  zna,  pomyślała  patrząc  w 

ciemność. A jeszcze dziwniejsze, że nikt z krewnych Owena z takich czy innych powodów 

nie mógł przyjechać na Ślub. Ale jej ojciec zdawał się nie przywiązywać do tego wagi i nie 

zgodził się na pomysł odłożenia ślubu, dopóki obie rodziny się nie poznają. 

-  Nie  martw  się  tym  starym  sporem,  Angie  -  uspokajał  ją.  -  Owen  rządzi  teraz  całą 

rodziną,  tak  jak  rządzi  swoją  siecią  hoteli.  Zrobią,  co  im  każe.  A  każe  im  powitać  cię  z 

otwartymi ramionami. Poza tym,  co to szkodzi, jeśli nawet mają mu trochę za złe ożenek z 

panną Townsend? Będziesz mieszkać tu w Arizonie, a nie w Kalifornii. Wasze kontakty będą 

siłą rzeczy bardzo ograniczone. 

Owen powiedział mniej więcej to samo, gdy taktownie poruszyła z nim ten temat. 

- Nie przejmuj się moją rodziną, Angie. Wychodzisz za mąż za mnie, a nie za nich. 

- Co innego, gdyby żyli jego rodzice i nie chcieli przyjechać na ślub - argumentowała 

matka. - Ale przecież to tylko dalsi krewni. 

- Jedną z nich jest jego macocha - przypomniała Angie. 

-  Zdaje  się,  że  nie  są  ze  sobą  zbyt  blisko.  Z  tego,  co  wiem,  Owena  wychowywał 

ojciec. I musisz pamiętać, że nasze rodziny się różnią. Sutherlandowie nie są tacy otwarci i 

emocjonalni jak my. Popatrz tylko na Owena. Jest zimny i opanowany jak głaz. 

Angie  nie  przekonało  to  wszystko  do  końca,  ale  była  zbyt  zakochana,  żeby  się 

stanowczo opierać. Wyznaczono datę ślubu i ceremonia odbyła się tak szybko, jak sobie tego 

życzył Owen. 

A teraz, na dobre czy złe, było  już po wszystkim.  Angie po raz kolejny zerknęła na 

obrączkę  na  palcu.  Na  dobre  czy  źle?  Trochę  to  złowieszczo  brzmi,  jak  na  dzień  weselny. 

Wzdłuż kręgosłupa przebiegł znowu dziwny, zimny dreszcz. 

Na  stoliku  nocnym  przy  łóżku  zadzwonił  biały  telefon,  przerywając  jej  pełne 

niepokoju  rozmyślania.  Z  ulgą  porzucając  ponure  myśli,  wbiegła  przez  otwarte  oszklone 

drzwi i podniosła słuchawkę. 

- Halo? 

- Czy to pani Sutherland? - Glos po drugiej stronie miał chrapliwe, głuche brzmienie, 

jakby rozmówca specjalnie starał się mówić nienaturalnie nisko. 

- Tak, tu Angie. To znaczy, Angie Sutherland. - Poczuła się nieswojo, przedstawiając 

się swoim nowym nazwiskiem. 

-  Serdeczne  gratulacje,  pani  Sutherland.  Mam  nadzieję,  że  jest  pani  zadowolona  z 

targu, którego pani dobiła. W każdym razie wiem, że pani rodzina jest zadowolona. 

- Słucham? 

background image

 

- Niech mi pani powie, jak to jest, kiedy się człowiek przekonuje, że jest pionkiem w 

wielkiej  handlowej  transakcji?  Sądzę,  że  miała  pani  przynajmniej  tyle  rozumu,  aby  w 

kontrakcie małżeńskim zastrzec sobie godziwy udział w akcjach. Jeśli nie, to gorzko pani tego 

pożałuje, pani Sutherland. 

- Kto mówi? Co to w ogóle ma znaczyć? 

- A więc miałem rację. Naprawdę nic pani nie wie o umowie, jaką pani mąż zawarł z 

pani  ojcem?  Jakaż  pani  naiwna.  Tak  mi  zresztą  mówiono.  Podobno  jest  pani  artystką  i 

marzycielką,  niezwracającą  uwagi  na  realia  świata  biznesu.  Owen  Sutherland  miał  tym 

łatwiejsze zadanie. 

- Jeśli natychmiast nie powie pan, jaki jest cel tego telefonu, dam znać na policję. 

-  Owen  rozwiedzie  się  z  panią  zaraz  po  sprzedaży  akcji.  Ślub  Romea  i  Julii  to  tylko 

sprytny  chwyt  reklamowy,  choć  Townsendowie  dali  się  na  to  złapać.  Ale  wy  jesteście  tacy 

sentymentalni,  prawda?  Nawet  w  interesach.  Połknęliście  przynętę  Sutherlanda  wraz  z 

haczykiem i linką. 

- Może mi pan wreszcie wyjaśni, o co właściwie chodzi? 

- Chodzi  o interesy, droga  pani  Sutherland. Czy  pani  tego nie rozumie? Cała sprawa 

opiera się na interesach. Jak zawsze w przypadku Owena Sutherlanda. 

- Niech pan przestanie. 

- A pani niech chwilę pomyśli. Wiadomość o ślubie i kresie słynnej wojny hotelowej 

wywoła wielkie zainteresowanie akcjami, kiedy w przyszłym miesiącu ukażą się na giełdzie. 

Akcjonariusze  będą  je  sobie  wyrywać.  -  Chrapliwy  głos  mówił  teraz  tonem  niemal 

przyjacielskim.  -  Pani  rodzina  myśli,  że  udało  jej  się  mistrzowskie  posunięcie,  ale  wkrótce 

przekona się, że została wystrychnięta na dudka. 

 

Sądzili, że mogą sprzymierzyć się z Sutherlandem, lecz mocno się przeliczą. 

Angie mówiła sobie, że powinna odłożyć słuchawkę, że to tylko telefon od jakiegoś 

kiepskiego  żartownisia.  Jednak  ogarnęło  ją  złe  przeczucie.  Coś  tu  było  nie  w  porządku, 

bardzo nie w porządku. 

- Za dwa lata albo jeszcze szybciej Townsendowie przekonają się, że nie mają nic do 

powiedzenia w nowym  zarządzie. Owen Sutherland będzie sam decydować o wszystkim. A 

potem to już tylko kwestia czasu, zanim całkiem usunie ich ze sceny. 

- Nie rozumiem, o czym pan mówi. 

-  Oczywiście,  że  nie  rozumiesz,  ty  mała  naiwna  idiotko.  Może  byś  choć  raz 

background image

spróbowała  spojrzeć  prawdzie  w  oczy?  Zadaj  sobie  sama  pytanie:  Po  co  Owen  Sutheriand 

miałby z tobą zostawać, kiedy już spełnisz swoje zadanie? Aha, i jeszcze jedno. Wyjrzyj na 

korytarz. Myślę, że zainteresuje cię to, co znajdziesz za drzwiami. 

Angie nie wahała się dłużej. Rzuciła ze wstrętem słuchawkę na widełki, jakby to była 

żmija. Powinnam  była od razu ją odłożyć, powiedziała sobie. Owen będzie wściekły, kiedy 

się dowie, co zaszło. 

„Po co Owen Sutheriand miałby z tobą zostawać, kiedy już spełnisz swoje zadanie?” 

Niemal  bezwiednie  ruszyła  po  białym  puszystym  dywanie  ku  drzwiom  i  zimnymi 

palcami  przekręciła  gałkę.  Na  podłodze  pod  progiem  leżała  koperta.  Podniosła  ją  całkiem 

odrętwiała. W środku znajdował się fax oświadczenia dla prasy wydanego przez zarząd Hoteli 

Sutheriand,  Odręczna  notatka  w  prawym  rogu  zalecała,  aby  wstrzymać  ten  komunikat  do 

następnego dnia po ślubie, a potem przekazać głównym komentatorom giełdowym, działom 

gospodarki w dziennikach i innym środkom przekazu. 

„Hotele  Sutherland  i  Pensjonaty  Townsend  postanowiły  dzisiaj  ogłosić  fuzję.  Dwie 

główne  sieci  hotelowe,  od  lat  rywalizujące  ze  sobą  o  pierwszeństwo,  połączyły  siły,  aby 

wkroczyć  na  arenę  międzynarodową,  W  celu  zgromadzenia  funduszy  nowa  korporacja  pod 

nazwą "Sutheriand i Townsend" w przyszłym miesiącu wypuści na rynek swoje akcje. 

Spekulacje na temat ewentualnej spółki krążyły na giełdzie już od paru tygodni, kiedy 

to  ogłoszono  zaręczyny  Owena  Sutherlanda,  prezesa  i  dyrektora  generalnego  Hoteli 

Sutherland, Angelą Townsend, córką Palmera Townsenda. Umowa spółki została podpisana 

w dniu ślubu. 

Owen  Sutheriand  i  Palmer  Townsend  zgodnie  oświadczyli,  że  to  małżeństwo 

zwiastuje nową erę w rozwoju wspólnej sieci hotelowej". 

Angie  wpatrywała  się  osłupiała  w  kartkę  trzymaną  w  ręku,  dopóki  nie  wyrwał  jej  z 

odrętwienia jakiś hałas na końcu korytarza. To pokojówka wyszła zza rogu pchając tacę na 

kółkach, i widząc Angie stojącą w otwartych drzwiach, uśmiechnęła się pytająco. 

-  Dobry  wieczór  pani.  Czy  mogę  czymś  służyć?  Angie  zaprzeczyła  i  cofnęła  się  do 

pokoju. Nagle coś przyszło jej do głowy. 

- Chwileczkę. Czy nie widziała pani przypadkiem, kto zostawił tu te kopertę? 

Pokojówka potrząsnęła głową. 

- Przykro mi, proszę pani. Nikogo nie widziałam. 

- Dziękuję. 

Angie  zamknęła  za  sobą  drzwi  i  oparła  się  o  nie  całym  ciężarem,  ściskając  w  ręku 

oświadczenie prasowe. Wciągnęła głęboko powietrze, próbując zebrać myśli. 

background image

To  nie  może  być  prawda,  powtarzała  raz  po  raz.  A  potem  przypomniała  sobie 

dziennikarzy przy limuzynie i sposób, w jaki Owen chłodno odesłał ich do jej ojca i brata. 

 

Jej  ojciec  i  brat.  Musieli  zaplanować  to  z  Owenem  całe  tygodnie,  a  nawet  miesiące 

temu. Tej wielkości spółki nie powstają z dnia na dzień. 

Było to całkiem w stylu jej rodziny, żeby nie zaprzątać główki małej, naiwnej Angie 

nużącymi  detalami  dotyczącymi  prowadzenia  interesów,  uzmysłowiła  sobie  z  goryczą.  Oni 

wszyscy zaakceptowali Owena i to wystarczyło. Jak zwykle, sami najlepiej wiedzieli, co jest 

dla niej dobre. 

Podskoczyła  do  telefonu  i  szybko  wystukała  domowy  numer  rodziców.  Nikt  nie 

odpowiadał. Kiedy wolno odkładała słuchawkę, drzwi pokoju otworzyły się i stanęła oko w 

oko z Owenem. 

- Angie? Czy coś się stało, kochanie? - Spojrzał na nią z troską. - Wyglądasz, jakbyś 

zobaczyła ducha. 

- Oto, co zobaczyłam - wyjąkała. Drżącymi palcami podała mu kartkę. - Wygląda na 

to,  że  było  kilka  drobnych  szczegółów  dotyczących  naszego  ślubu,  o  których  zapomniano 

wspomnieć pannie młodej. 

Owen  natychmiast  rozpoznał  na  faksie  znak  firmowy  swojego  przedsiębiorstwa.  Od 

razu zrozumiał, co trzyma w ręku i postanowił, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech 

godzin poleci czyjaś głowa. Najprawdopodobniej jego rzecznika prasowego, choć trudno było 

uwierzyć,  żeby  Calhoun  tak  marnie  się  spisał.  Calhoun,  jak  i  reszta  personelu,  dobrze 

wiedział, że jeśli prezes życzy sobie utrzymać coś w tajemnicy, to ma swoje powody. Za takie 

błędy wylatuje się z pracy. 

Możliwe,  oczywiście,  że  za  przeciek  odpowiedzialny  był  ktoś  z  drugiej  strony. 

Townsendowie ze swoją spontaniczną żywiołowością dalecy byli od chłodnego opanowania 

Sutherlandów. Niemniej obie rodziny zgodziły się, aby nowinę o fuzji utrzymać w sekrecie do 

następnego dnia po ślubie. 

Co  więcej,  nalegał  na  to  sam  Palmer.  Powiedział,  że  Angie  z  jej  romantyczną, 

artystyczną naturą i brakiem rozeznania w interesach może nie zrozumieć, dlaczego jej ślub 

miałby być łączony z ogłoszeniem spółki. 

Nie, Townsendowie nie  mieli powodu zdradzać przedwcześnie tej wiadomości. Poza 

tym,  fax został wysłany  z biura jego zarządu głównego w Tucson. Przeciek wyszedł  z jego 

firmy. 

- Niech to cholera! - Przebiegł wzrokiem po tekście. - Dla lepszego efektu miało się to 

background image

ukazać dopiero jutro. 

-  Myślę,  że  to  już  przyniosło  całkiem  niezły  efekt  -  powiedziała  Angie  z 

nienaturalnym spokojem. 

Oczy Owena zwęziły się, kiedy podniósł wzrok znad kartki. Pomyślał, że nigdy dotąd 

nie  słyszał  w  jej  głosie  tej  nuty  goryczy.  Jej  słowa  zawsze  były  podszyte  ciepłem  albo 

śmiechem,  kobiecą  ciekawością  lub  słodyczą,  czasem  namiętnością  -  nigdy  tym  obcym 

chłodem. 

Patrzył  na  żonę  stojącą  przed  nim  z  rękami  obronnym  gestem  skrzyżowanymi  na 

piersiach. Wiotka i delikatna, z płomiennymi włosami zebranymi w węzeł na karku, patrzyła 

na  niego  wzrokiem  pełnym  zranionej  kobiecej  dumy.  Jej  turkusowe,  lekko  skośne  oczy  jak 

zawsze  zapierały  mu  dech  w  piersiach.  Angie  wyglądała  jak  najpiękniejszy  z 

zaprojektowanych przez siebie klejnotów: elegancka i kobieca, emanowała jednocześnie siłą i 

spokojem. Jedwabny peniuar spowijał jej lekko zaokrąglone piersi. Owen poczuł, jak ogarnia 

go fala namiętności. Czekał na tę noc przez całe trzy miesiące. Wprawdzie nie tak długo jak 

na  zawiązanie  spółki,  ale  wystarczająco,  aby  zacząć  tracić  kontrolę  nad  swym  słynnym 

opanowaniem. 

-  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć?  -  spytał,  starając  się  zyskać  na  czasie  i  wybadać 

reakcję Angie. Nie był pewien, co jej chodzi po głowie. Po raz pierwszy nie potrafił odgadnąć 

jej myśli. 

- Zadzwonił telefon. - Ruchem głowy wskazała aparat przy łóżku. - Ktoś powiadomił 

mnie o spółce i poradził, żebym wyjrzała za drzwi. 

Owen w pierwszej chwili zesztywniał na te słowa, a potem ogarnęła go zimna furia. 

- Ktoś zadzwonił, żeby ci o tym powiedzieć? 

- Tak. 

- Co mówił? 

-  Niewiele,  tylko,  że  zostałam  użyta  jako  pionek  w  jednej  z  twoich  biznesowych 

manipulacji. 

Owen  czekał.  Kiedy  Angie  nie  kwapiła  się  z  dalszymi  informacjami,  zapytał 

ostrożnie: 

- Czy to wszystko, co miał do powiedzenia? 

- Nie. 

- Nie sądzisz, że lepiej będzie, jeśli powiesz mi całą resztę? 

Wzruszyła ramionami. Srebrzysty jedwab przesunął się na jej piersiach. 

-  Mówił  niewiele  więcej.  Tylko  tyle,  że  za  parę  lat  Townsendowie  znajdą  się  na 

background image

lodzie,  a  ty  będziesz  sam  wszystkim  zarządzał.  Aha,  no  i  jeszcze  wyraził  głębokie 

przekonanie, że kiedy przestanę być użyteczna, czyli zaraz po sprzedaży akcji, rozwiedziesz 

się ze mną. 

-  Zetrę  tego  drania  na  proch,  kimkolwiek  by  był  -  warknął  Owen,  mnąc  kartkę  w 

garści. 

- Naprawdę? 

-  Możesz  być  pewna.  Nie  pozwolę  nikomu  bezkarnie  robić  ci  takich  przykrości. 

Angie, nie wzięłaś chyba poważnie tych bzdur o wykorzystaniu cię jako pionka w transakcji? 

Jej oczy natychmiast rozjaśniły się nadzieją. 

-  A  więc  to  wszystko  kłamstwo?  Ten  komunikat  prasowy  jest  nieprawdziwy?  Och, 

Owen, tak się cieszę! Nawet nie masz pojęcia, jak... 

Owen  wziął  głęboki  oddech  i  podszedł  do  barku,  po  czym  nalał  sobie  kieliszek 

koniaku. 

- Rzeczywiście zawiązaliśmy spółkę. Twój ojciec i ja podpisaliśmy umowę dziś rano, 

tuż przed ceremonią ślubną. 

Nadzieja w jej oczach zgasła. 

- Rozumiem. 

- Nie, nie rozumiesz. - Odwrócił się do niej z kieliszkiem w ręce. - Przypisujesz temu 

całkiem mylne znaczenie. 

- Czyżby? 

- Angie, nie mówiliśmy ci o spółce, bo cała sprawa miała być aż do jutra utrzymana w 

ścisłej  tajemnicy.  Tak  to  jest  w  interesach.  Nigdy  się  nimi  nie  zajmowałaś,  więc  nie  było 

powodu, żeby cię w to wciągać. 

-  Chyba  ci  nie  wierzę,  Owen.  Myślę,  że  nie  mówiliście  mi  o  fuzji,  bo  jeszcze 

zaczęłabym się zastanawiać, dlaczego się ze mną żenisz. Powiedz, czy mój ojciec potraktował 

mnie jako część kontraktu? Jako gwarancję, że moja rodzina na tym nie straci? Czy po prostu 

uznał  to  za  odpowiedni  koniec  starej  waśni?  Townsendowie  zawsze  byli  niepoprawnymi 

romantykami. Romeo i Julia z happy endem to coś, co musiało mu się spodobać. 

- Interesy nie miały nic wspólnego z naszymi sprawami osobistymi. 

- Możesz przysiąc, że to prawda? 

- Posłuchaj, Angie, przecież wiesz, że w dzisiejszych czasach tak się tych rzeczy nie 

załatwia. - Owen uśmiechnął się uspokajająco. - To nie jest małżeństwo z rozsądku, czy jak to 

się  tam  nazywa.  Nie  jestem  masochistą.  Przyznaję,  że  pragnąłem  tej  spółki,  ale  nie  aż  tak 

bardzo, żeby się wiązać z kobietą, na której mi nie zależy. 

background image

- Ale nie jesteś uwiązany do mnie do końca życia, prawda? Możesz się mnie pozbyć, 

jak  tylko  akcje  zostaną  sprzedane.  Ten,  kto  do  mnie  zadzwonił,  przynajmniej  pod  jednym 

względem  miał  rację.  Sztuczka  z  Romeo  i  Julią  to  doskonały  chwyt  reklamowy.  Nawet  ja 

potrafię to docenić. 

- Angie, uspokój się. 

 

Zignorowała go, dramatycznym ruchem ręki podkreślając dalsze słowa. 

- Już widzę te tytuły w gazetach: „Ślub kończy wojnę między konkurentami." „Nowa 

firma  «Sutherland  i  Townsend»  rusza  na  podbój  świata".  Ludziom  się  to  niewątpliwie 

spodoba, prawda? 

- Angie, posłuchaj - powiedział łagodnie. - Całkiem mylnie wszystko interpretujesz. 

- Mylnie? Czy chcesz mi powiedzieć, że data naszego ślubu nie miała nic wspólnego z 

terminem zawiązania spółki? Że był to po prostu czysty przypadek? 

Owen  zacisnął  szczęki.  Najchętniej  uciąłby  tę  dyskusję  jakimś  oczywistym  prostym 

argumentem, który uspokoiłby Angie, ale wiedział, że to niemożliwe. Została już wyrządzona 

nieodwracalna szkoda. 

- Nie, to nie był przypadek. Ale to nie było także takie makiawelistyczne działanie, jak 

przypuszczasz. 

- Jak mogę w to wierzyć? - Angie zmierzyła go płonącym wzrokiem. 

Owen czuł, że zwykłe opanowanie zaczyna go opuszczać. Z wysiłkiem przywołał na 

pomoc swój rozsądek, który tak dobrze sprawdzał się w interesach. Nie było powodu, żeby 

nie miał równie dobrze sprawdzić się w małżeństwie. 

- Myślałem o tej spółce już od ponad roku - powiedział. - Pół roku temu zwróciłem się 

z tym do twojego ojca. Wykazał zainteresowanie i zaczęliśmy prowadzić rozmowy. A potem 

poznałem ciebie i postanowiłem się z tobą ożenić. Te dwa wydarzenia nie miały ze sobą nic 

wspólnego. 

- Och, rzeczywiście? 

- Tak. Ale kiedy okazało się, że będzie zarówno spółka, jak i ślub, twoja rodzina i ja 

doszliśmy do wniosku, że najlepiej to połączyć. Nie można było nie wykorzystać tak świetnej 

okazji do reklamy, zwłaszcza, że mieliśmy zaraz wypuścić akcje. 

Angie uniosła gniewnie brodę, jej turkusowe oczy rzucały złe błyski. 

- Dlaczego nic mi nie powiedzieliście? Owen wypił łyk koniaku. 

- Ponieważ obawialiśmy się, że zareagujesz tak jak teraz. Jesteś projektantką, artystką, 

a nie kobietą interesu. Palmer i Harry zgodzili się ze mną, że prawdopodobnie wyciągniesz z 

background image

tego  fałszywe  wnioski.  Twoja  matka  była  zdania,  że  zrozumiesz,  jeśli  ci  się  to  wszystko 

wytłumaczy, ale przegłosowaliśmy ją. 

-  Nie  wierzę.  Brzmi  to,  jakbyście  zwołali  radę  zarządu  i  głosowali  nad  moją 

przyszłością. 

Owen zacisnął zęby. 

- Angie, zrobiliśmy to dla twojego własnego... 

-  Dla  mojego  własnego  dobra.  Wiem.  Owen,  nie  cierpię,  kiedy  ludzie  podejmują  za 

mnie  decyzje  dla  mojego  własnego  dobra.  A  właściwie,  kiedy  miałam  się  dowiedzieć  o  tej 

praktycznej stronie mojego małżeństwa? 

Owen westchnął. 

- Jutro rano. 

- Dlaczego dopiero wtedy? - zdziwiła się. - Co to za różnica? 

-  Jutro  rano  będziesz  moją  żoną  w  każdym  znaczeniu  tego  słowa  -  przypomniał  jej 

łagodnie.  -  Będziesz  miała  pewność,  że  to,  co  do  ciebie  czuję,  nie  ma  nic  wspólnego  z 

żadnymi interesami. 

Jej oczy rozszerzyły się. 

- A więc sądziłeś, że twoja fantastyczna technika miłosna tak mnie zbije z nóg, że nie 

będę wiedziała, ile jest dwa dodać dwa, kiedy się dowiem o spółce? Że jutro rano znajdę się 

pod  wpływem  czegoś  w  rodzaju  seksualnego  zniewolenia?  Coś  podobnego!  Może  i  jestem 

sentymentalna i romantyczna, ale nie jestem głupia. Potrząsnął głową, uśmiechając się lekko. 

- Nigdy nie twierdziłem, że jesteś głupia. Mam wiele szacunku dla twojej inteligencji. 

- Zerknął na swoją obrączkę. - I dla twojego talentu. Ale sama przyznasz, że nie masz głowy 

do interesów, Angie. 

- Powiedz mi coś - odparowała. - Czy zalecałbyś się do mnie i poprosił o moją rękę, 

gdybyś nie był zainteresowany utworzeniem spółki? Czy ożeniłbyś się ze mną, gdyby to się 

nie wiązało z dobrą okazją do ubicia interesu? 

- Angie, pomyśl  logicznie  -  perswadował  jej cierpliwie.  - Nigdy bym  cię  nie poznał, 

gdyby nie moja chęć doprowadzenia do fuzji. Townsendowie i Sutherlandowie nie spotykali 

się  na  gruncie  towarzyskim.  Wojna  między  naszymi  rodzinami  może  i  była  przydatna  jako 

chwyt  reklamowy,  ale  nie  została  wymyślona.  Toczyła  się  naprawdę.  Zaczęła  się  przed 

trzydziestu laty i prawdopodobnie nadal by trwała, gdyby mój ojciec nie zginął dwa lata temu 

i  nic  zostawił  mi  firmy.  Uznałem,  że  już  najwyższy  czas  zakończyć  tę  waśń,  a  twój  ojciec 

zgodził się ze mną. 

To było  całkiem  absurdalne  - szepnęła.  -  I ten  absurd trwał  tyle lat.  Zawsze byłam 

background image

ciekawa, jak do tego doszło. 

-  To  miało  coś  wspólnego  z  poprzednią  próbą  fuzji,  podjętą  trzydzieści  lat  temu.  W 

końcu  nic  z  tego  nie  wyszło  i  Sutherlandowie  stracili  jakieś  obiecane  kredyty,  które  potem 

dostała wasza firma. Mój ojciec winił twojego, a twój twierdził, że to przez mojego ojca nie 

doszło do spółki. Po wszystkich tych latach trudno dociec, co było przyczyną. 

I jeśli o mnie chodzi, to nie ma znaczenia. 

- Jesteś tego pewien? - spytała. 

-  Absolutnie.  Nie  obchodzi  mnie,  co  stało  się  trzydzieści  lat  temu,  Angie.  Obchodzi 

mnie  przyszłość  mojego  przedsiębiorstwa,  nie  przeszłość.  I  oddaję  twojemu  ojcu 

sprawiedliwość  za  chęć  zakończenia  sporu.  Mój  ojciec  nigdy  by  się  na  to  nie  zgodził.  Bóg 

wie, ile razy kłóciliśmy się na ten temat. 

Angie odwróciła się do niego tyłem, ukazując Owenowi delikatną linię karku i piękne 

włosy.  Jego  wzrok  przesunął  się  chciwie  po  jej  zgrabnej  sylwetce.  Zacisnął  palce  wokół 

kieliszka,  patrząc  na  srebrzysty  jedwab  opinający  powabnie  zaokrąglone  pośladki.  To  jest 

moja noc poślubna, pomyślał. 

- Owen, chciałabym cię o coś zapytać. O coś ważnego. Czy nikt z twojej rodziny nie 

przybył na ślub, dlatego że podobnie jak twój ojciec, nadal żywią dawną urazę? 

- Zadawnione pretensje z trudem wygasają - przyznał. - Moja rodzina nie przypomina 

twojej. Nie jesteśmy otwarci ani bezpośredni. 

- A może myślałeś, że mnie polubią, kiedy mnie poznają? Liczyłeś na to, że mój urok i 

wdzięk osobisty zjednają mi ich sympatię? 

-  Nic  mnie  nie  obchodzi  ich  sympatia.  Obchodzi  mnie  tylko,  żeby  cię  traktowali  z 

szacunkiem należnym mojej żonie. - A jeśli nie, poprzysiągł w duchu, to odetnie im dochody 

z Hoteli Sutherland. Miał takie prawne możliwości. 

-  A  z  drugiej  strony,  po  co  mieliby  się  fatygować,  żeby  mnie  poznawać,  skoro  po 

sprzedaży  akcji  mogę  już  nie  być  panią  Sutherland?  -  spytała  Angie  podejrzanie  łagodnym 

tonem. 

Owen  poczuł,  że  znów  zaczyna  tracić  zimną  krew.  Wcale  mu  się  to  nie  podobało. 

Zawsze  potrafił  panować  nad  sobą,  swoją  firmą  i  całym  otoczeniem.  Nikt  nie  będzie  go 

wodzić za nos. Ojciec nauczył  go dominować w każdej sytuacji i to małżeństwo nie będzie 

wyjątkiem. On tu jest panem i władcą. Przede wszystkim jednak musi zachować spokój. 

- Posuwasz się za daleko - ostrzegł. - Angie, mówię ci po raz ostatni, że nie ożeniłem 

się z tobą z powodu spółki. 

- Więc dlaczego się ze mną ożeniłeś? - spytała, nie odwracając się. 

background image

- Bo pragnąłem mieć cię za żonę. 

- Owen, czy ty mnie kochasz? Naprawdę kochasz? - zapytała cicho, nadal na niego nie 

patrząc. - Nigdy mi tego nie powiedziałeś. Wierzyłam, że tak jest, mówiłam sobie, że pewno z 

trudem  przychodzi  ci  wyrażać  uczucia,  ale  może  tylko  tak  to  sobie  tłumaczyłam,  bo  sama 

byłam bardzo zakochana. 

Brzęk  kieliszka  odstawionego  z  furią  na  szklany  blat  barku  zabrzmiał  w  ciszy  jak 

strzał  z  pistoletu.  Owen  przeszedł  przez  pokój,  chwycił  Angie  za  ramiona  i  odwrócił  do 

siebie. Zobaczył, jak jej piękne oczy rozszerzają się ze zdumienia i strachu. 

- Nie musiałaś szukać żadnych tłumaczeń  -  wybuchnął. -  Ożeniłem się z tobą. Jesteś 

jedyną kobietą, jaką kiedykolwiek prosiłem o rękę. Od pierwszej chwili, kiedy cię ujrzałem, 

wiedziałem, że będziesz wymarzoną żoną dla mnie. Jesteśmy teraz razem i wszystko będzie 

dobrze. Daję ci na to słowo honoru. 

- Gdybym tylko mogła być pewna... 

Spojrzał  głęboko  w  jej  niespokojne  oczy  i  z  chrapliwym,  gniewnym  pomrukiem 

pochwycił ją w ramiona. Nie pozwalając dokończyć zdania, przycisnął wargi do jej drżących 

ust.  Całkiem  świadomie  postanowił  wykorzystać  własne  pożądanie,  żeby  rozbudzić  Angie. 

Był pewien, że mu się to uda. W ciągu ostatnich paru tygodni była mu tak cudownie oddana - 

czuła i gorąca, gotowa do uległości. Sprawiało mu niekłamaną satysfakcję, że tak mocno na 

nią działa, ale używał swojego seksualnego magnetyzmu z umiarem i ostrożnie, nie chcąc jej 

spłoszyć ani wykorzystać. Teraz jednak był już na granicy wytrzymałości. 

W końcu była jego żoną. Miał prawo ją uwieść i wziąć do łóżka. Kiedy zostaną już 

kochankami, wszystko będzie dobrze, był tego pewien. - Owen... Owen, proszę... 

Usłyszał nutę pożądania w tym błagalnym szepcie i poczuł, że Angie zaczyna się do 

niego przytulać. Jej piersi przylgnęły do jego torsu. Jej ramiona oplotły mu szyję, a usta się 

rozchyliły.  Wsunął  język  głębiej,  a  ręką  delikatnym,  pieszczotliwym  ruchem  zaczął  gładzić 

jej  plecy.  Westchnęła  cicho  i  zamknęła  oczy.  Przywarła  do  niego  udami,  rozpalając  go  do 

białości. 

Ogarnęła  go  gwałtowna  fala  pożądania.  Marzył  tylko,  aby  zanieść  Angie  na  łóżko, 

zedrzeć z niej jedwabny peniuar i kochać się z nią do utraty tchu. Wciągnął zapach perfum 

zmieszany z zapachem jej pobudzonego ciała i wiedział, że i ona go pragnie, że jest gorąca i 

chętna... 

Nie mógł dłużej czekać. Porwał Angie w ramiona i ruszył w stronę wielkiego białego 

łoża  pod  baldachimem.  Owładnęło  nim  jedno  przemożne  pragnienie:  żeby  uczynić  ją 

wreszcie  swoją  żoną  pod  każdym  względem.  To  była  jego  noc  poślubna,  a  on  płonął 

background image

pożądaniem. 

Rano  Angie  zrozumie,  że  nie  pragnął  jej  wcale  ze  względu  na  spółkę  z  ojcem. 

Przekonają o tym w ich łożu małżeńskim. 

- Owen... 

-  Ciii,  kochanie.  Porozmawiamy  jutro.  Zaufaj  mi,  Angie.  Wszystko  będzie  dobrze. 

Wszystko się miedzy nami ułoży, zobaczysz. 

Położył ją na łóżku i pochylił się, żeby zsunąć cienkie ramiączka peniuaru. Angie nie 

poruszyła  się,  kiedy  błyszczący  jedwab  rozchylił  się,  odsłaniając  piersi,  Owen  wstrzymał 

oddech na widok różowych sutek. Wziął delikatnie jedną z nich w palce i lekko potarł. Angie 

wydała głębokie westchnienie, a dreszcz, który przebiegł jej ciało, przeszedł na niego niczym 

iskra elektryczna. 

Owen  uśmiechnął  się  i  wyprostował.  Patrzył  na  nią,  szarpiąc  guziki  koszuli.  Angie 

leżała z szeroko otwartymi oczami, w których odbijało się zwątpienie i niepewność. Równie 

mocno pragnął pocieszyć ją i ukoić, jak posiąść i zdobyć jako kochanek. 

Za kilka minut będzie należeć do niego. 

Pukanie do drzwi postawiło go na równe nogi. 

- Niech to diabli! 

- Przyniosłem kolację, proszę pana. 

Owen zmrużył oczy z grymasem wściekłości, lecz zaraz się opanował. 

-  Rzeczywiście.  -  Uśmiechnął  się  do  Angie.  -  Kiedy  ją  zamawiałem,  myślałem,  że 

może zechcemy coś zjeść. Jak widać, był to głupi pomysł. Nie przejmuj się, kochanie. Ja się 

tym zajmę. 

Podszedł  do  drzwi  i  otworzył  je  jednym  szarpnięciem,  wbijając  gniewny  wzrok  w 

kelnera. Młody człowiek uśmiechnął się nerwowo. 

- Przepraszam, pan zamawiał kolację, p... panie Sutherland? - wyjąkał. 

- Tak. Niech pan to zostawi. Nie będziemy pana potrzebować. Sami się obsłużymy. - 

Owen  uzbroił  się  w  cierpliwość,  wiedząc,  że  zawsze  tak  paraliżująco  działa  na  personel, 

ilekroć zatrzymuje się w jednym ze swoich hoteli. A teraz musiał wyglądać jeszcze groźniej 

niż zwykle. 

-  Tak,  oczywiście,  proszę  pana.  I...  chciałem  jeszcze...  szef  kuchni  prosił,  żeby 

przekazać jego gratulacje, proszę pana. - Kelner wycofał się, oblany krwistym rumieńcem na 

widok rozpiętej koszuli Owena. - Przepraszam najmocniej... Proszę dać nam znać, gdyby pan 

jeszcze czegoś potrzebował. 

- Naturalnie - skwitował Owen sucho. Wciągnął wózek z kolacją do pokoju i zamknął 

background image

drzwi. 

Odwrócił  się  do  Angie,  która  siedziała  na  brzegu  łóżka,  poprawiając  peniuar.  Nie 

patrzyła na niego. 

- Może zjemy później? - zasugerował. - Kolacja poczeka. 

-  Nie!  -  Skoczyła  na  równe  nogi.  -  Jestem...  jestem  bardzo  głodna.  Prawie  nic  nie 

wzięłam  do  ust  na  przyjęciu  i  nie  mogłam  przełknąć  śniadania.  Właściwie  nic  nie  jadłam 

przez cały dzień. 

Angie... 

-  Pomogę  ci.  -  Podbiegła  do  wózka  i  zaczęła  zdejmować  srebrne  pokrywy  z 

półmisków.  Powietrze  wypełnił  smakowity  aromat  karczochów  w  złocistym  sosie  holen-

derskim i soczystego łososia z rusztu. - Czyż to nie wygląda apetycznie? 

Owen zmełł przekleństwo w ustach, świadom, że okazja została zmarnowana. Angie z 

kobiety  gotowej  już  ulec  przeistoczyła  się  w  kłębek  nerwów.  Zacisnął  wargi  i  posłusznie 

zaczął rozkładać naczynia. 

- Może masz ochotę zjeść na tarasie? - zapytał uprzejmie. 

-  Cudowny  pomysł!  -  Wyniosła  półmisek  z  rybą  i  postawiła  na  szklanym  blacie 

białego stolika z kutego żelaza. 

Owen  wyszedł  wolno  za  nią,  wciągając  głęboko  w  płuca  nocne  powietrze,  żeby 

ochłodzić wzburzoną krew. 

- Mgła nadciąga - zauważył niedbale. 

- To prawda. Trochę się ochłodziło. 

- Możemy zjeść w środku, jeśli wolisz. 

- Nie, nie - zaprotestowała szybko. - Jeszcze przez jakiś czas nie będzie zimno. A jest 

coś bardzo przyjemnego w widoku mgły unoszącej się nad oceanem, nie uważasz? 

- Jeśli się lubi mgłę. 

- Ja lubię. 

Usiadła  na  brzeżku  krzesła  i  bez  reszty  zajęła  się  nakładaniem  potraw  na  talerze. 

Owen obserwował ją z pobłażliwym rozbawieniem. 

- Dlaczego nagle tak się zdenerwowałaś, Angie? Całowaliśmy się już nieraz. Miałem 

wrażenie, że ci się to podoba, A dziś jest w końcu nasza noc poślubna. 

- Proszę cię, Owen. Czy możemy mówić o czymś innym? 

- O czymś innym niż nasza noc poślubna? 

- Tak, do diaska! 

Przymrużył  tylko  leniwie  powieki,  nie  reagując  na  ten  wybuch  złości,  i  sięgnął  po 

background image

chrupiącą bułeczkę. 

- Jak sobie życzysz, kochanie. 

Im  bardziej  nerwowa  stawała  się  Angie,  tym  bardziej  spokojny  robił  się  Owen, 

mówiąc sobie, że wszystko będzie dobrze. Była takim popędliwym, gorącym stworzeniem i to 

nie  dawało  jej  dużych  szans  w  rozgrywce  z  kimś  chłodnym  i  opanowanym.  Dopóki  będzie 

zdenerwowana,  on  pozostanie  panem  sytuacji.  Zgubił  się  tylko  wtedy,  gdy  zaskoczyła  go 

nagle tym swoim dziwnym, powściągliwym zachowaniem. 

Przez  parę  minut  jedli  w  milczeniu.  Owen  nie  próbował  rozładować  sytuacji.  Niech 

trochę  skruszeje,  pomyślał.  Wówczas  podda  mu  się  bez  reszty  i  będzie  koniec  problemu. 

Takie nerwowe, delikatne istoty jak Angie są często same swoimi najgorszymi wrogami. 

Odkroił właśnie kawałek brie z tacy z serami, kiedy Angie nagle odłożyła nóż, splotła 

ręce na kolanach i wyprostowała się w krześle. 

-  Posłuchaj,  Owen.  Podczas  kolacji  wiele  rzeczy  sobie  przemyślałam  i  podjęłam 

pewne decyzje. 

- To ciekawe. 

-  Byłabym  ci  wdzięczna,  gdybyś  powstrzymał  się  od  sarkastycznych  uwag.  To 

poważna sprawa. 

-  To,  że  będziemy  się  po  raz  pierwszy  kochać?  Masz  rację,  to  poważna  sprawa,  ale 

myślę, że sobie jakoś poradzimy. 

- Owen, proszę cię. To nie jest farsa. 

- Wiem, kochanie. Czy nie sądzisz jednak, że zaczyna to już trochę na farsę zakrawać? 

Wstała  nagle,  a  srebrzysty,  lejący  się  materiał  otulił  kusząco  jej  smukłą  figurę. 

Podeszła do bariery tarasu i wbiła wzrok w osnuty mgłą ocean. 

- Doszłam do wniosku, że nie mogę dzisiaj podjąć racjonalnej, rozsądnej decyzji co do 

przyszłości naszego małżeństwa. 

- Nie musisz podejmować żadnych decyzji  - powiedział Owen spokojnie, odkładając 

nóż.  -  Decyzja  już  zapadła,  kiedy  w  obecności  trzystu  świadków  włożyłem  ci  obrączkę  na 

palec. 

Potrząsnęła gwałtownie głową, nie odwracając się. Zacisnęła ręce na barierce. 

-  Nie  wiem,  co  robić.  Nie  rozumiesz?  Jestem  zdezorientowana  i  pełna  obaw.  Muszę 

mieć trochę czasu, żeby to wszystko przemyśleć. 

-  Ach,  tak.  -  Owen  zaczął  wreszcie  rozumieć,  do  czego  ta  nieskładna  rozmowa  ma 

prowadzić. Odrzucił serwetkę z monogramem i  zerwał  się z krzesła. Przeszedł przez taras i 

stanął tuż za Angie, nie dotykając jej. 

background image

- A jak sądzisz, kiedy będziesz gotowa uznać, że jesteś jednak moją żoną? 

- Po sprzedaży akcji - powiedziała cichutko drżącym, ale zdeterminowanym głosem. 

Owen zobaczył czerwone plamy przed oczami. Przez ułamek sekundy zdawało się, że 

wybuchnie. Dopiero po dobrej chwili zdołał się jakoś opanować, ale nawet wtedy nie śmiał 

jej  dotknąć.  Zmusił  się,  żeby  mówić  wolno  i  spokojnie,  mając  nikłą  nadzieję,  że  może  się 

przesłyszał. 

- Co właściwie chcesz przez to powiedzieć, Angie? 

-  Że...  że  nie  chcę  konsumpcji  naszego  małżeństwa,  dopóki  spółka  "Sutherland  i 

Townsend" oficjalnie nie wejdzie na rynek. 

Owen nie wierzył własnym uszom. 

-  Akcje  pojawią  się  na  giełdzie  dopiero  pierwszego  dnia  następnego  miesiąca.  To 

znaczy za trzy tygodnie. 

- Wiem. 

Wyciągnął  rękę  i  chwycił  ją  za  ramię.  Bardzo  ostrożnie,  świadom  swojej  tłumionej 

pasji i palącej namiętności, odwrócił ją twarzą do siebie. 

- Chcesz powiedzieć, że nie pójdziesz ze mną do łóżka, dopóki się nie przekonasz, czy 

ten ktoś, kto dzwonił, nie mówił prawdy? 

Przytaknęła bez słowa. 

- Jak sądzisz, co muszę w tej chwili czuć, Angie? Jej piękne oczy wypełniły się łzami. 

- Przepraszam. Ale boję się, Owen. Dałam się namówić na szybki ślub i teraz zadaję 

sobie  pytanie,  czy  nie  popełniłam  strasznego  błędu.  Wiesz,  co  się  mówi  o  pośpiesznie 

zawieranych małżeństwach. 

- Nie popełniłaś błędu. 

- Nie rozumiesz? Moja rodzina i ty nie powinniście byli ukrywać przede mną niczego. 

Po tym telefonie i komunikacie prasowym poczułam się, jakbym dostała obuchem w głowę. 

Uświadomiłam sobie, jak bardzo naiwnie patrzyłam na nasz związek. 

- Kochanie, to nieprawda. 

- To prawda. Musisz przyznać, Owen, że nawet  nie znam cię zbyt dobrze. Nie znam 

twojej  rodziny,  nie  mówiąc  już  o  twoich  prawdziwych  uczuciach  wobec  mnie.  Potrzebuję 

trochę czasu. 

-  Dokładnie  trzy  tygodnie,  tak?  Chcesz  zobaczyć,  czy  wystąpię  o  rozwód  po 

rozprowadzeniu akcji. Chcesz się przekonać, czy nie ukartowałem tego małżeństwa z powo-

dów merkantylnych. 

- Po części to też - przyznała załamującym się głosem.  - Ale przede wszystkim chcę 

background image

się upewnić, że wiem, co robię. 

-  Angie,  nie  zapominaj,  że  twoi  rodzice  pochwalali  nasz  związek.  Twój ojciec  i  brat 

nie  mieli  nic  przeciwko  połączeniu  daty  ślubu  i  podpisania  spółki.  Sama  wiesz,  że  twoja 

rodzina nigdy nie przystałaby na to małżeństwo, gdyby nie pewność, że będziesz szczęśliwa. 

-  Wiem,  Ale  nie  wiem,  na  ile  potrafiłeś  być  przekonujący,  że  ci  naprawdę  na  mnie 

zależy. Nie rozumiesz? - Podniosła głos z nutą rozpaczy. - To cały problem. Po prostu zbyt 

wielu rzeczy o tobie nie wiem. 

- Jak na przykład czego? - zapytał gniewnie. 

- Chcę poznać twoją rodzinę i dowiedzieć się, dlaczego nikt z nich nie pofatygował się 

na  ślub.  Chcę  przemyśleć  fakt,  że  ukryliście  przede  mną  powstanie  spółki.  Mam  mętlik  w 

głowie i chcę mieć szansę uporządkować to jakoś i zdecydować, co z naszym związkiem. 

- I sądzisz, że nie będziesz w stanie jasno myśleć, jeśli zgodzisz się ze mną spać, tak? - 

Nadal ściskał ją mocno za ramię. - Tak? 

- Tak. 

- Do wszystkich diabłów, Angie, nie wiesz, co robisz. 

- Właśnie. I dlatego chcę to przemyśleć. Owen potrząsnął ponuro głową. 

-  Nie  to  miałem  na  myśli.  -  Przyciągnął  ją  delikatnie  do  siebie.  Stała  sztywno  i 

nieruchomo,  ale  czuł,  że  drży.  Zastanawiał  się,  jakby  zareagowała,  gdyby  ją  pocałował. 

Zawsze  była  taka  uległa  w  jego  ramionach...  -  Moja  rodzina  nie  będzie  dla  mnie  żadną 

rekomendacją, skarbie. Sam widuję się z nimi jak mogę najrzadziej. 

- Owen, to brzmi okropnie - powiedziała z nosem w jego koszuli. 

-  Wiem.  Sądzisz  tak,  bo  wy,  Townsendowie,  jesteście  bardzo  rodzinni.  Ale  to  nie 

znaczy, że wszyscy są do was podobni. 

- Ale czy nie rozumiesz? Prędzej czy później będę musiała mieć z nimi do czynienia. 

Chcę wiedzieć, co mnie czeka. 

-  Angie,  zaufaj  mi,  jeśli  chodzi,  o  te  sprawy.  Zostaw  mi  zajmowanie  się  rodziną  i 

interesami, a sama bądź tylko moją żoną i wszystko świetnie się ułoży. 

-  Zapominasz  o  czymś,  Owen  -  powiedziała  spokojnie.  -  Ten  dzisiejszy  telefon 

stanowi oczywisty dowód, że nie da się oddzielić naszego związku od interesów. 

Zdobyła  punkt  i  zdawał  sobie  z  tego  sprawę.  Utrzymywał  wybór  miejsca  na  ich 

miesiąc miodowy w absolutnej tajemnicy, podobnie jak fakt podpisania spółki. Jednakże ktoś 

odkrył oba te sekrety i wykorzystał do wbicia klina między niego a Angie. 

-  Mocno  też  wątpię,  żebyśmy  mogli  zignorować  zupełnie  twoją  rodzinę  - 

kontynuowała Angie. - Choćbyśmy nie wiem jak chcieli. 

background image

- W każdym razie możemy się postarać  - mruknął. Poruszyła się niespokojnie, jakby 

chcąc wyzwolić ramię z jego uścisku, i podniosła głowę. Jej oczy były nieugięte w bladym 

świetle przenikającym z pokoju. 

-  Jest  jeszcze  coś,  co  musimy  rozstrzygnąć,  Owen.  Coś,  czego  nie  chciałam  zbytnio 

dociekać aż do dzisiejszego wieczoru. 

-  Do  jasnej  cholery!  To  się  staje  już  nieco  nużące,  nie  uważasz?  Co  jeszcze  musisz 

przemyśleć oprócz kwestii dotyczących mojej rodziny, moich interesów i moich prawdziwych 

intencji? 

Wzięła głęboki oddech i spojrzała mu prosto w oczy z wyrazem niespotykanej dotąd 

powagi. 

- Muszę wiedzieć, czy mnie naprawdę kochasz. To właściwie jedyna istotna kwestia. 

Wszystkie inne są pochodną tego zasadniczego pytania, na które nie znam odpowiedzi. 

Zesztywniał. 

- Angie, powiedziałem ci przecież, że jesteś wymarzoną żoną dla mnie. 

-  Tak,  ale  czy  mnie  kochasz?  Może  czas  się  o  tym  przekonać.  A  także  o  tym,  czy 

potrafisz  to  przyznać  przede  mną  i  przed  sobą  samym.  Muszę  się  dowiedzieć,  czy  twoje 

uczucia do mnie nie wynikają jedynie z fizycznego pociągu i mojej użyteczności w zawarciu 

interesu. 

- Zmiłuj się, Angie... Wyprostowała się. 

-  Postanowiłam,  że  odłożymy  naszą  noc  poślubną  do  czasu,  aż  będziemy  mieć 

pewność, na czym oparty jest nasz związek i jak długo potrwa. 

Owen zacisnął zęby. 

-  Rozumiem  Więc  może  jeszcze  tylko  się  dowiem,  gdzie  zamierza  pani  spędzić 

dzisiejszą noc, pani Sutherland? 

Zamrugała nerwowo i zerknęła do środka. 

- No cóż, jesteśmy w hotelu. Powinno tu być mnóstwo pokoi. 

Najwyższą  siłą  woli  Owen  zdołał  zdusić  wybuch  gniewu.  Ale  przybliżył  twarz  tak 

blisko do Angie, żeby bez trudu dostrzegła, jak bardzo jest wściekły. 

 

-  Chyba  nie  sądzisz,  że  pozwolę  swojej  żonie  iść  w  naszą  noc  poślubną  do  recepcji 

mojego hotelu i prosić o osobny pokój. 

Angie przygryzła wargi. 

- Wierz mi, nie chciałabym cię upokorzyć. 

- Bardzo mądra decyzja. 

background image

- Rozumiem, że byłoby to trochę krępujące, gdyby wyszło na jaw, że nie spędziliśmy 

nocy razem. 

-  Krępujące?  Byłbym  pośmiewiskiem  całego  hotelu,  nie  mówiąc  już  o  całej  branży 

hotelowej. 

-  Tak,  musimy  dbać  o  pozory,  prawda?  -  sarknęła.  -  Ostatecznie,  w  grę  wchodzą 

interesy.  Wszyscy  wiedzą,  że  w  spółkę  akcyjną  "Sutherland  i  Townsend"  zaangażowane  są 

setki tysięcy, a może i milionów dolarów. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, prześpię się na 

kanapie. 

-  Będziesz  spać  na  łóżku  -  powiedział  Owen  przez  zaciśnięte  zęby.  -  I  ja  też. 

Położymy  między sobą  miecz lub  coś równie odpowiedniego. Czy to  pani  odpowiada, pani 

Sutherland? 

Angie  obrzuciła  go  bacznym  spojrzeniem,  najwyraźniej  zdając  sobie  sprawę,  że  jest 

bliska przeciągnięcia struny. 

- Tak, dziękuję - odpowiedziała bardzo uprzejmie. 

 

W  końcu  zamiast  miecza  użyli  dwóch  dużych  zapasowych  poduszek,  które  Angie 

znalazła w szafie. Ale kiedy leżała w ogromnym łóżku, nie mogąc zasnąć i licząc minuty do 

świtu,  pomyślała,  że  mogłyby  równie  dobrze  być  zrobione  ze  stali,  tak  ostrą  i  nieprzebytą 

barierę tworzyły między nią a jej mężem. 

Czuła się nieszczęśliwa. Winna, zraniona, zła, niepewna i po prostu nieszczęśliwa. A 

najgorsze, że Owen natychmiast zasnął, ledwo jego głowa dotknęła poduszki. 

Postępuję  słusznie,  powtarzała  sobie  raz  po  raz,  podczas  gdy  godziny  mijały  z 

irytującą powolnością. Postępuję słusznie. 

Zrozumiała, że mimo wszystko musiała się w pewnym momencie zdrzemnąć, bo tuż 

przed  świtem  zerwała  się  nagle,  wyrwana  ze  snu.  Ujrzała  przed  sobą  bezmierny  obszar 

szarego, leniwego morza. Przez kilka sekund nie mogła się zorientować, gdzie jest i dlaczego 

ma nad głową ogromny, biały baldachim. 

- Obudziłaś się? - zapytał Owen z drugiej strony łóżka. 

Skurczyła się na dźwięk jego lodowatego głosu. No cóż, powiedziała sobie, czego się 

możesz  spodziewać  od  nowo  poślubionego  męża  po  takiej  nocy  poślubnej,  jaką  mamy  za 

sobą? 

- Tak - odpowiedziała. 

- To dobrze. Poczyniłem pewne ustalenia. 

- Ach tak... 

background image

- Czy może miałaś jakieś własne plany? - wycedził. 

- Nie. Właściwie nie. To znaczy, nie myślałam o tym, co będziemy dalej robić. Wiem, 

że mieliśmy tu spędzić dwa tygodnie. 

, - Byłoby to trochę niezręczne w tych warunkach, nie uważasz? 

- No, nie wiem. To wspaniały hotel i skoro już tu jesteśmy, moglibyśmy spędzić miło 

czas poznając się trochę lepiej. 

-  Angje,  nie  mam  zamiaru  marnować  dwóch  tygodni  na  udawaniu  zakochanego 

żonkosia  przed  paroma  setkami  ludzi,  którzy  tu  dla  mnie  pracują  i  będą  obserwować  nas, 

ilekroć wyjdziemy z pokoju - oznajmił stanowczo. 

- Rozumiem, że to może być trudne - odparowała. - Udawanie zakochanego żonkosia. 

Zwłaszcza, jeśli się nim nie jest. To znaczy, nie jest się zakochanym. 

-  Popatrz  na  to  z  innego  punktu  widzenia  -  mruknął.  Angie  odwróciła  się  do  niego, 

wsparta  na  łokciu.  Jego  widok,  gdy  leżał  tak  na  śnieżnobiałej  pościeli  wielki,  ciemny  i 

niebezpieczny, zapierał oddech w piersiach. 

Zeszłego wieczoru Owen rozebrał się w mrokach nocy, a ona odwróciła wzrok, żeby 

na niego nie patrzeć, kiedy wsuwał się obok do łóżka. Teraz zobaczyła, że od góry nie ma nic 

na sobie. 

- Angie, czy ty mnie słuchasz? 

Zdała  sobie  sprawę,  że  wpatruje  się  bezwstydnie  w  jego  potężny  tors,  myśląc,  jak 

przyjemnie by było zanurzyć palce w porastającą go gęstwinę ciemnych kręconych włosów. 

Podniosła szybko wzrok, oblewając się rumieńcem. 

- Tak, oczywiście. 

Spojrzał  na  nią  uważnie,  mrużąc  szare  oczy  pod  ciemnymi  rzęsami.  Podłożył  sobie 

ręce pod głowę i wyglądał, jakby czuł się całkiem swobodnie leżąc w łóżku z kobietą, która 

nie była do końca jego żoną. 

- No więc posłuchaj, co postanowiłem. Zabieram cię do Jade Lake. Zostaniemy tam aż 

do czasu sprzedaży akcji. 

- Do Jade Lake? To tam, gdzie mieszka twoja macocha, wuj i ciotka? 

-  Tak,  Jedna  wielka  kochająca  się  rodzina.  Jeśli  będziemy  mieli  szczęście,  może 

wpadnie tam też moja siostra z mężem. 

-  Jeśli  tak  bardzo  nie  lubisz  swojej  rodziny,  to  dlaczego  mamy  spędzić  z  nimi  trzy 

tygodnie? 

-  O  ile  pamiętam,  powiedziałaś,  że  chcesz  ich  poznać.  Poza  tym,  mam  tam  w  domu 

własne  biuro.  Nieczęsto  z  mego  korzystam,  bo  rzadko  tam  jeżdżę,  ale  przynajmniej  będę 

background image

mógł  trochę  popracować  przez  te  parę  tygodni  i  cały  ten  czas  nie  zostanie  kompletnie 

zmarnowany. 

Angie usiadła gwałtownie, podciągając nerwowo ramiączko peniuaru. Spostrzegła, że 

wzrok Owena spoczął na jej piersiach, i wiedząc, że sutki muszą prześwitywać przez cienki 

jedwab, przygarbiła się, żeby to ukryć. 

-  Poczekaj  no  -  powiedziała.  -  Chyba  nie  masz  zamiaru  wpakować  mnie  na  trzy 

tygodnie do obcego domu, a sam zagrzebać się w pracy? 

- To najlogiczniejsze wyjście z sytuacji. Będziesz miała okazję poznać moją rodzinę i 

czas, którego się domagasz na podjęcie decyzji. Da nam to także możność zejścia ludziom z 

oczu, dopóki akcje nie wpłyną na giełdę. 

- Nie jestem pewna, czy mi się to podoba. Podejrzewam, że postanowiłeś usunąć mnie 

w  cień,  z  obawy  że  mogę  narazić  na  szwank  twoje  interesy.  Ludzie  zaczną  kwestionować 

trwałość  spółki  i  stracą  zainteresowanie  akcjami,  jeśli  rozejdą  się  pogłoski,  że  nasze 

małżeństwo się nie układa, tak? 

Wzruszył ramionami. 

- Istnieje taka możliwość. 

-  No  właśnie.  A  jeśli  będą  kwestionować  spółkę,  zakwestionują  też  wartość  akcji.  I 

gdy zakwestionują wartość akcji, ty i tata nie dostaniecie za nie odpowiednio dobrej ceny. A 

jeśli akcje nie sprzedadzą się wysoko, nie zdobędziecie kapitału potrzebnego na rozwój. 

- Nic dodać, nic ująć - skwitował Owen krótko. 

-  Jak  widzisz,  nie  jestem  tak  naiwna  w  tych  sprawach,  jak  się  wszystkim  wydaje  - 

oznajmiła Angie z nutą dumy w głosie. 

Owen z ironią skinął głową, ale jego oczy pozostały zimne. 

- A co najważniejsze, nie życzę sobie, żebyś przez następne trzy tygodnie biegała po 

świecie dając na prawo i lewo wywiady. 

- Nie zamierzam udzielać żadnych wywiadów - powiedziała Angie z wściekłością. 

-  Dziennikarze  i  konkurenci  branżowi  mają  swoje  sposoby,  żeby  wyciągnąć  z  takich 

niewiniątek  jak  ty,  co  tylko  zechcą.  Gdybyś  była  jaśniejącą  szczęściem  oblubienicą, 

przekonaną, że poślubiła księcia z bajki, to  co innego. Stanowiłabyś żywy  dowód na to,  że 

miłość  wszystko  zwycięża.  Ale  w  twoim  obecnym  nastroju  nie  mam  zamiaru  ryzykować. 

Wolę  trzymać  cię  pod  kluczem,  dopóki  cała  transakcja  nie  zostanie  przeprowadzona  do 

końca. 

- Trzymać mnie pod kluczem! 

-  Figura  retoryczna.  Powiedzmy,  że  chcę,  abyśmy  te  trzy  tygodnie  spędzili  sami  w 

background image

spokoju i odosobnieniu. Mój dom rodzinny leży na wyspie na środku jeziora. Można się tam 

dostać  tylko  łódką  i  wyjść  na  brzeg  tylko  za  zaproszeniem.  A  możesz  mi  wierzyć,  że  nie 

będziemy nikogo zapraszać. 

-  Doprawdy,  trzeba  nie  lada  bezczelności,  żeby  w  ten  sposób  do  mnie  przemawiać. 

Jeśli  choć  przez  chwilę  myślisz,  że  dam  się  zamknąć  na  jakimś  odludziu,  dopóki  nie 

rozprowadzisz swoich akcji, to chyba postradałeś zmysły! 

- Angie... 

- W każdym razie w jednym na pewno masz rację: nie jesteś księciem z bajki. 

Owen  rzucił  się  ku  niej  z  szybkością  błyskawicy,  chwycił  ją  za  nadgarstek,  odsunął 

poduszki i przyciągnął do siebie. Oczy płonęły mu gniewem. 

- Jesteś mi to winna, Angie, za to wszystko, co przez ciebie znoszę. Zaczynam chyba 

rozumieć,  jak  doszło  do  waśni  między  naszymi  rodzinami.  Najwidoczniej  Townsendowie 

mają  niemiły  zwyczaj  niewywiązywania  się  z  danych  obietnic.  Ja,  jak  dotąd,  zostałem 

pozbawiony żony, nocy poślubnej i miesiąca miodowego. 

- Chwileczkę, Owen... 

- Niech mnie diabli, jeśli pozwolę na dokładkę zepsuć sobie jeszcze interes giełdowy. 

Jeżeli nawet nie masz ochoty zrobić tego dla mnie, pomysł o własnej rodzinie. Ma tyle samo 

do stracenia co ja. Pojedziesz na wyspę Jade Lake i zostaniesz tam przez cale trzy tygodnie. 

Zrozumiano? 

- Dobry Boże, nie brak ci tupetu, co? 

- Po prostu próbuję zażegnać nadchodzące niebezpieczeństwo. To się nazywa obrona 

przeciwawaryjna.  Jesteś  chodzącą  bombą  zegarową  zarówno  dla  Sutherlandów,  jak  i  dla 

Townsendów.  A  ponieważ,  przynajmniej  wedle  litery  prawa,  jesteś  teraz  moją  żoną,  muszę 

wziąć odpowiedzialność za ciebie na swoje barki. 

- Dziękuję bardzo. - Jej oczy błyszczały łzami bezsilnej wściekłości.  - Jeśli już mam 

być trzymana w ukryciu, dlaczego nie odwieziesz mnie raczej do mojej rodziny? Na pewno 

czułabym  się  tam  szczęśliwsza,  a  oni  też  by  dopilnowali,  żebym  nie  rozmawiała  z  nikim 

niewłaściwym.  Rzucił  jej  drwiące  spojrzenie.  -  Gdzie  twoje  poczucie  dumy,  Angie?  Czy 

sytuacja, że małżonek zaraz po nocy poślubnej odwozi cię z powrotem do domu, nie wydaje 

ci się trochę krępująca? 

Trafił  w  sedno.  Wyobraziła  sobie,  jak  próbuje  wytłumaczyć  wszystko 

rozgorączkowanym,  podekscytowanym  członkom  swojej  rodziny.  Trudno  przewidzieć,  jak 

zareagują, ale jedno było pewne: będzie to reakcja głośna i wybuchowa. 

Owen  miał  rację  -  ostatnia  rzecz,  o  jakiej  marzyła,  to  wywoływanie  teraz 

background image

dramatycznych  scen.  Miała  poważne  wątpliwości,  czy  ojciec  i  brat  uwierzyliby  w  jej 

wyjaśnienia,  a  matka  zalałaby  się  łzami.  Po  prostu  nie  zrozumieliby,  że  tym  razem  ich 

nadopiekuńczość przyniosła zgubny efekt. Zdała sobie sprawę, że musi przemyśleć nie tylko 

SWÓJ 

stosunek do Owena, ale i swoje stosunki rodzinne. 

Zebrała się na odwagę, buńczucznie odrzuciła włosy do tyłu i oznajmiła: 

- Zastanowię się nad twoją propozycją wyjazdu do Jade Lake. 

- Doskonale. Zastanów się. Będziesz mieć na to masę czasu w drodze. - Owen usiadł. - 

Zacznij się pakować. Wyjeżdżamy za godzinę. 

Dużo  później  w  ciągu  tego  wieczora  zaczęła  żałować,  że  nie  pomyślała  o  trzeciej 

możliwości  spędzenia  następnych  tygodni.  Powinna  była  uciec.  Schować  się  w  hotelowym 

pojemniku  na  brudną  bieliznę.  Albo  pójść  na  daleki  spacer  po  plaży  i  nie  wrócić.  Trudniej 

byłoby pozostać w ukryciu. 

Zdążyła już poznać Owena na tyle dobrze, że wiedziała, iż odnalazłby ją i przywlókł z 

powrotem. Wszystko po to, aby nie narazić na szwank swojej męskiej dumy ani dobra spółki, 

pomyślała z irytacją. 

Rodzinny dom Sutherlandów przycupnął niczym ciemne, drapieżne zwierzę nad małą 

zatoczką u wschodniego krańca gęsto zalesionej niewielkiej wysepki. Jade Lake było nazwą 

dużego,  głębokiego  jeziora  położonego  w  górach.  Woda  w  nim  miała  niecodzienny  odcień 

nefrytu, a jej zieleń ciemniała z zachodem słońca, otaczając fortecę Sutherlandów nieprzebytą 

fosą. 

Forteca  to  jedyne  słowo,  które  pasowało  do  tego  posępnego,  wielkiego,  starego 

gmaszyska. Okna zdawały się nie przepuszczać światła, całe wnętrze od solidnych boazerii na 

ścianach,  poprzez  wschodnie  dywany,  do  ciężkich  mebli  było  ciemne  i  ponure.  Na  widok 

obrzydliwego,  ciemnozielonego  koloru  ścian  w  holu  Angie  zatęskniła  za  wiaderkiem  białej 

farby i pędzlem. 

W chwili gdy tuż przed zmierzchem przekroczyła niechętnie próg frontowych drzwi, 

wiedziała już, że następne trzy tygodnie jej życia nie będą należeć do przyjemnych. 

Z  drugiej  strony,  siadając  do  kolacji  pocieszyła  się,  że  i  Owen  nie  będzie  się  tu 

szampańsko bawił. Z całą pewnością perspektywa wieczoru na łonie rodziny zachwycała go 

nie bardziej niż ją. 

Grzebiąc  teraz  widelcem  w  sałacie,  odważyła  się  ogarnąć  spojrzeniem  biesiadników 

siedzących przy długim dębowym stole. Członkowie rodziny Owena sprawiali wrażenie ludzi 

zamkniętych  w  sobie  i  oschłych,  diametralnie  różnych  od  jej  wesołych,  spontanicznych, 

rudowłosych krewnych. 

background image

-  Muszę  powiedzieć,  że  sprawiłeś  nam  prawdziwą  niespodziankę,  zjawiając  się  tu 

nagle dziś wieczorem, Owen. 

Oczywiście, bardzo nam miło poznać twoją młodą żonę. 

- Celia Sutherland obdarzyła Angie chłodnym uśmiechem. 

Macocha  Owena,  ubrana  w  wytworną  czarną  suknię,  królowała  na  drugim  końcu 

stołu.  Była  przystojną,  nieco  wyniosłą  kobietą  po  pięćdziesiątce.  Miała  szlachetne  ary-

stokratyczne  rysy,  a  odcień  jej  włosów  misternie  przeplecionych  siwizną  i  uczesanych  w 

modny kok zdradzał rękę doskonałego fryzjera. 

- Dziękuję, Celio. - Owen rzucił macosze krótkie spojrzenie. - Wiedziałem, że chętnie 

ją poznacie. 

- Muszę jednak przyznać - kontynuowała Celia zimno - że jesteśmy ciekawi, co cię tu 

sprowadza. 

-  To  prawda  -  przytaknęła  Helen  Fulton  ze  swego  miejsca  pośrodku  stołu.  -  Czy 

należy przyjąć, że ma to coś wspólnego z nową spółką? 

Ciotka  Owena  była  mniej  więcej  w  tym  samym  wieku  co  Celia,  lecz  pozwoliła  już 

swym  włosom  przybrać  elegancki  Śnieżnobiały  kolor.  Jasnoszare  oczy  i  wystające  kości 

policzkowe  świadczyły  niezbicie  o  jej  przynależności  do  rodziny  Sutherlandów.  W  szarej 

sukni  i  perłach  na  szyi  mogłaby  przypominać  łagodną  gołąbeczkę,  gdyby  nie  lodowate 

spojrzenie właściwe bardziej drapieżnym ptakom. Ten wyraz twarzy czynił z niej, w ocenie 

Angie, typową przedstawicielkę swojego rodu. 

- Możecie przyjąć, co się wam  podoba  -  powiedział Owen.  -  Bądźcie tylko uprzejmi 

nie zapominać, że ten dom należy do mnie i mam prawo przywieźć tu moją żonę. 

-  Święta  racja.  -  Derwin  Fulton,  mąż  Heleny,  spojrzał  na  Owena  ponuro  spod 

krzaczastych  siwych  brwi.  -  Twój  ojciec  zostawił  ci  go  wraz  z  całą  resztą,  łącznie  z  firmą, 

czyż nie? Ciekawe, co by teraz powiedział na to, że ożeniłeś się z panną Townsend. 

Siwowłosy  i  barczysty,  Derwin  przedstawiał  się  mimo  swoich  lat  całkiem  okazale  i 

bynajmniej nie wyglądał na zniedołężniałego, pomyślała Angie ze złością. 

-  Nie  sądzę,  aby  miało  to  w  tej  chwili  jakieś  znaczenie  -  odparł  Owen  znudzonym, 

chłodnym tonem. - Jedyne zlecenia, jakie mi zostawił, to dbać o interesy firmy i nie dopuścić, 

aby rodzina znalazła się na zasiłku społecznym. Jak dotąd mi się to udało. 

Celia zmarszczyła brwi. 

-  Skoro  już  mowa  o  interesach,  to  czy  nie  sądzisz,  że  jesteś  nam  winien  jakieś 

wyjaśnienia, Owen? Wiadomość o spółce była dla nas wszystkich wielkim szokiem. Musiałeś 

planować ją od wielu miesięcy. 

background image

-  Spółki  zazwyczaj  wymagają  wcześniejszego  zaplanowania.  I  najlepiej  robić  to  w 

tajemnicy.  -  Owen  podniósł  kieliszek  do  ust  i  upił  łyk  wina.  Jego  oczy  poszukały  Angie, 

przesyłając jej ostrzegawcze spojrzenie. 

-  No  cóż,  muszę  powiedzieć,  że  twoje  pospieszne  małżeństwo  z  Town...  z  panną 

Townsend było już dla nas wystarczającym przeżyciem - mruknęła Helen. - Ale żeby jeszcze 

zaskakiwać nas tą drugą niespodzianką, to już trochę za wiele. Wiemy, że prowadzisz firmę 

tak  samo  jak  mój  brat,  nie  licząc  się  z  niczyim  zdaniem.  Mógłbyś  jednak  przynajmniej 

skonsultować się z nami przed podjęciem tak drastycznego kroku jak spółka.  I to  jeszcze z 

Townsendem.  Derwin  ma  rację.  Twój  ojciec  pewno  przewraca  się  w  grobie.  A  co  do  tego 

małżeństwa... 

-  Nie  martw  się,  Hotele  Sutherland  w  ciągu  następnych  paru  miesięcy  potroją  swoją 

wartość  -  przerwał  Owen  chłodno.  -  To  powinno  złagodzić  nieco  szok  wywołany  przez 

utworzenie spółki. 

- Jesteś tego pewien? - zapytała Celia ostro, - Potroją wartość? 

-  Jeśli  tylko  sprzedaż  akcji  pójdzie  tak  dobrze,  jak  Palmer  Townsend  i  ja  się 

spodziewamy.  Obie  strony  powinny  zrobić  na  tym  znakomity  interes.  Radzę  wam  o  tym 

pamiętać, w chwili gdy tak miło witacie moją żonę. 

Celia rzuciła krótkie, badawcze spojrzenie na Angie. 

-  Czy  mam  przez  to  rozumieć,  że  wasze  małżeństwo  to  przede  wszystkim  kontrakt 

zawarty w interesach? 

- To by z pewnością wiele tłumaczyło - ożywiła się Helen. - Zwłaszcza twoje dziwne 

zachowanie  ostatnio,  Owen.  Ale  jeśli  to  małżeństwo  jest  fikcyjne,  dlaczego  nam  tego  od 

początku nie powiedziałeś? 

-  Właśnie  -  wtrąciła  Celia.  -  Może  byśmy  się  nawet  wybrali  na  ślub,  gdybyśmy 

wiedzieli,  że  to  tylko  krótkoterminowy  związek  dla  interesów.  Ostatecznie,  nasza  obecność 

dodałaby imprezie wiarygodności, nie sądzisz? 

Angie zastygła, zmrożona, kiedy dotarło do niej pełne znaczenie tych słów. 

-  Słyszałam,  że  nie  może  pani  przyjechać  z  powodu  choroby.  -  Spojrzała  na  ciotkę 

Owena.  -  A  pani  podobno  nie  mogła  wybrać  się  w  podróż  z  powodu  niedawnej  operacji 

kolana. Proszę mi powiedzieć, czy siostra Owena, Kimberly, naprawdę jest na Hawajach, czy 

zaraz wychyli się zza zasłony? 

-  Kimberly  naprawdę  wyjechała  -  powiedział  Derwin.  -  Kupiła  bilety  natychmiast, 

kiedy Owen oznajmił, że zamierza się z panią ożenić. A jaką wymówkę znalazł dla mnie? 

Owen wkroczył do akcji, zanim zdążyła odpowiedzieć. 

background image

-  Powiedziałem  jej,  że  jesteś  zniedołężniały,  Derwin.  Właściwie  miałem  ochotę 

powiedzieć, że cała rodzina jest zniedołężniała, ale potem pomyślałem, że Angie i jej rodzice 

mogą się zacząć obawiać, czy nasze geny są w porządku. Bałem się, żeby Angie ze mną nie 

zerwała. 

Klan Sutherlandów zaniemówił z oburzenia. 

Angie  zaczęła  chichotać.  Nie  mogła  się  powstrzymać.  To  bezczelne  oświadczenie 

rozładowało jej napięcie i trafiło bezbłędnie do poczucia humoru. Wszyscy przy stole wbili w 

nią wzrok. Chichot przeszedł w głośny śmiech. Angie otarła oczy serwetką. 

-  Przepraszam.  Ale  wizja  Owena,  jak  siedzi  przy  biurku  i  próbuje  wymyślić  dla 

każdego jakieś usprawiedliwienie. .. To po prostu ponad moje siły... 

- Doprawdy, panno Townsend - skarciła ją Helen. Angie próbowała ukryć jakoś swoje 

rozbawienie przyłożoną do twarzy serwetką, ale bezskutecznie. 

- Nie mogę się doczekać, aż opowiem o tym rodzicom i Harry'emu. - Na widok miny 

Owena,  który  patrzył  na  nią  z  sarkastycznie  uniesionymi  brwiami,  dostała  nowego  napadu 

śmiechu, omal nie spadając z krzesła. 

Skwaśniali krewni Owena siedzieli w kamiennej ciszy. Derwin poczerwieniał, a jego 

oczy rzucały gniewne błyski. Ciotka Helena była wyraźnie obrażona, a dezaprobata na twarzy 

Celii przybrała wyraz jawnego oburzenia. 

- Obawiam się, że nie ma w tym nic śmiesznego. 

- To jedna z rzeczy, do których musicie się przyzwyczaić - powiedział łagodnie Owen. 

- Townsendowie często reagują w sposób niespodziewany. I śmieszą ich najdziwniejsze rze-

czy pod słońcem. Mają bardzo pogodne usposobienie. 

- W przeciwieństwie do Sutherlandów. - Angie zdążyła się już opanować na tyle, żeby 

zabrać  głos.  -  Skala  nastrojów  twojej  rodziny,  Owen,  waha  się  od  zachmurzenia  po 

zasępienie.  Musicie  się  świetnie  bawić  przy  takich  okazjach  jak  Boże  Narodzenie  albo 

przyjęcia urodzinowe. 

- Coś podobnego - zasyczała Helen. - Ma pani maniery ulicznika, panno Townsend. 

Owen  odwrócił  się  do  ciotki  z  wyrazem  zimnej  wściekłości  na  twarzy.  Angie 

wstrzymała oddech, przestraszona groźbą szykującej się awantury. 

Sytuację uratowała Betty, szpakowata, krępa gospodyni koło sześćdziesiątki, która w 

tym  momencie weszła sprzątnąć ze stołu przed następnym  daniem.  Zaczęła się niespiesznie 

krzątać,  trzaskając  talerzami  i  robiąc  dużo  zamieszania.  W  pewnym  momencie,  sięgając  po 

nakrycia Angie, mrugnęła do niej porozumiewawczo. Angie skryła uśmiech. 

Chwila  bezpośredniej  konfrontacji  minęła.  Owen  opadł  na  krzesło.  Nadal  wyglądał 

background image

wojowniczo, ale widać było, że nie zamierza wszczynać walki. Helen wzięła kieliszek i upiła 

duży łyk wina. 

Kiedy podano drugie danie, Angie poczuła nagle przypływ apetytu. Z przyjemnością 

zabrała się do jedzenia. 

- Jeśli chodzi o tę spółkę i akcje - przemówił Derwin, dążąc najwyraźniej do zmiany 

tematu - to czy nie uważasz, Owen, że powinieneś skonsultować się z nami przed podjęciem 

tak radykalnego kroku? 

- Nie - odparł Owen. Wziął do ust następny kęs. 

- Moim zdaniem to szczyt arogancji! - wybuchnął Derwin. - Twój ojciec przynajmniej 

przedyskutowałby to z nami. Dałby nam znać o swoich zamiarach. 

- Nie, przedyskutowałby to ze mną, ale nie z resztą z was. Wiesz to równie dobrze jak 

ja,  Derwin.  Teraz,  kiedy  ojciec  nie  żyje,  sam  podejmuję  decyzje.  Najwyższy  czas,  żeby 

Hotele  Sutherland  weszły  na  rynek  międzynarodowy,  a  najszybszym  i  najskuteczniejszym 

sposobem  na  to  jest  spółka  z  Townsendem.  A  teraz,  jeśli  nie  macie  nic  przeciwko  temu, 

wolałbym  zakończyć  już  rozmowę  o  interesach.  W  końcu  przyjechałem  tu  na  miesiąc 

miodowy. 

- Ale jeśli to małżeństwo jest tylko fikcją, to po co mówić o miesiącu miodowym?  - 

spytała Helen patrząc zjadliwie na Angie. 

-  Chyba  zaszło  tu  jakieś  nieporozumienie,  Helen  -  odparł  Owen  chłodno.  -  To 

małżeństwo nie jest fikcją. Jest jak najbardziej prawdziwe. Na dobre i złe, póki śmierć nas nie 

rozłączy, i tak dalej. Lepiej, żebyście się przyzwyczaili do tej myśli. 

Angie  wiedziała,  że  to  ostrzeżenie  było  przeznaczone  także  i  dla  niej.  Zmarszczyła 

brwi i zagłębiła nos w talerzu. 

-  Jeśli  to  jest  prawdziwe  małżeństwo  i  prawdziwy  miesiąc  miodowy,  to  po  co,  na 

Boga, tu przyjechaliście? - spytała Celia. 

-  Żeby  mieć  spokój.  Dziennikarzom  nie  przyjdzie  do  głowy  nas  tu  szukać.  Będą 

przeczesywać wszystkie hotele Sutherland i Townsend. 

-  Nie  sądzę,  aby  odszukanie  was  tu  przekraczało  ich  możliwości  -  powiedział  z 

ostrzegawczą nutą Derwin. 

-  Dałem  polecenie  Jeffersowi,  żeby  nie  pozwolił  nikomu  spoza  rodziny  cumować  tu 

łodzi  i  wychodzić  na  brzeg  bez  mojego  pozwolenia.  Betty  ma  przełączać  też  do  mnie 

wszystkie telefony. 

-  Czy  ja  dobrze  słyszę?  -  spytała  oniemiała  Helen.  -  Chcesz  przejmować  nasze 

prywatne rozmowy? To niesłychane. 

background image

- Posłuchaj no, Owen, nie możesz przyjeżdżać tu sobie jakby nigdy nic i zaczynać się 

szarogęsić, wydając na  prawo i  lewo rozkazy  służbie  - poinformowała  go Celia lodowatym 

tonem. 

-  Dlaczego  nie?  To  ja  im  płacę.  A  ponieważ  w  moich  rękach  leżą  również  dochody 

wszystkich  tu  obecnych,  mogę  podczas  swojej  wizyty  rozkazywać,  ile  mi  się  podoba.  Ten 

dom  jest  duży.  Z  pewnością  pomieścimy  się  tu  wszyscy  przez  następne  trzy  tygodnie,  nie 

wchodząc sobie zbytnio w drogę. 

Celia nie posiadała się z oburzenia. 

- Co za niesłychana, niewiarygodna bezczelność! Twój ojciec zawsze chciał, żebym to 

ja miała ten dom. Dobrze ó tym wiesz. 

- Wobec tego powinien był zostawić go tobie, a nie mnie - odparł Owen spokojnie. 

Celia  wbiła  w  niego  piorunujący  wzrok,  lecz  po  chwili  pełnej  napięcia  ciszy 

zdecydowała, że kłótnia nic nie da. Toteż przeniosła swoje stalowe spojrzenie na Angie. 

-  A  co  pani  na  to,  panno  Townsend?  Rozumiem,  że  godzi  się  pani  na  to  wszystko  z 

powodu pieniędzy, jakie ma przynieść sprzedaż akcji? 

Angie  odwzajemniła  jej  spojrzenie  przez  całą  długość  stołu  i  uśmiechnęła  się 

uprzejmie. 

-  Mówisz  do  mnie,  Celio?  W  takim  razie  pomyliłaś  się.  Nazywam  się  teraz 

Sutherland. Pani Owenowa Sutherland. Nie panna Townsend. 

Nastał kolejny moment nabrzmiałej ciszy, którą tym razem przerwał wybuch śmiechu 

Owena. 

-  Miejcie  się  na  baczności  -  powiedział  szczerząc  zęby.  -  Jeśli  się  jej  nadepnie  na 

odcisk, potrafi się odciąć. 

Angie  nie  przypominała  sobie,  żeby  kiedykolwiek  przedtem  słyszała,  jak  jej  mąż 

głośno się śmieje. Spojrzała na niego zdumiona, podobnie jak reszta zgromadzonych. Owen 

wstał, nadal chichocząc, i wyciągnął do niej rękę. 

-  I  na  tym  zakończymy  już  dzisiejszy  wieczór,  moja  żono,  mówiąc  wszystkim 

dobranoc.  Chodźmy,  pani  Sutherland.  W  końcu  to  nasz  miesiąc  miodowy  i  czas  już  iść  na 

górę. 

Angie  zaczerwieniła  się  pod  jego  pałającym  zaborczym  wzrokiem.  Potem  bardzo 

starannie  złożyła  serwetkę,  jak  ją  lata  temu  nauczyła  matka,  wstała  i  podała  mu  dłoń.  Jego 

palce zacisnęły się wokół niej w żelaznym uścisku, który mówił wszystko o targających nim 

emocjach, choć twarz pozostała jak zwykle chłodna i niewzruszona. 

Wyprowadził ją z ponurej, ciemnej jadalni i powiódł szerokimi schodami na piętro. 

background image

- No to już mamy wyklarowaną sytuację  - powiedział miękko w połowie schodów. - 

Ty i ja kontra całej reszcie. 

- Tak sądzisz? 

-  Obawiam  się,  że  tak.  Przepraszam  cię  za  to.  Niezbyt  mnie  tu  lubią,  jak  mogłaś  się 

zorientować, chociaż niby należę do rodziny. 

Weszli na piętro i ruszyli przez hol w kierunku swojego apartamentu. 

- Wiesz, Owen - powiedziała Angie po chwili zastanowienia - jakoś nie widzę ich jako 

członków twojej rodziny. 

- Nie? A jako kogo? 

- Jako ludzi, za których jesteś odpowiedzialny. Spojrzał na nią zdumiony, otwierając 

drzwi pokoju, a potem wolno pokiwał głową. 

- Masz rację. Ojciec od dzieciństwa powtarzał mi do znudzenia, że pewnego dnia będę 

odpowiedzialny  za  całą  resztę  rodziny.  Że  to  część  mojego  dziedzictwa.  Zostawił  mi  ich w 

spadku razem z firmą, Czasem żałuję, że nie zostałem astronautą. 

Dwie  godziny  później  Owen  leżał  w  wielkim  łożu  pod  baldachimem,  należącym 

niegdyś do jego ojca, i nasłuchiwał dźwięków dochodzących z sąsiedniego pokoju. W małym 

przyległym  do  sypialni  saloniku  zapadła  cisza.  Angie  kręciła  się  tam  jeszcze  niedawno,  ale 

najwyraźniej położyła się w końcu spać na tapczanie. 

Owen  obawiał  się,  że  jeszcze  długo  nie  zaśnie,  sądząc  po  dolegliwym  napięciu  w 

lędźwiach. Ta myśl go zirytowała. 

To  niepojęte,  żeby  będący  świeżo  po  ślubie  mężczyzna  spędzał  drugą  noc  swego 

miesiąca miodowego sam. 

Prawdę  mówiąc,  nietrudno  było  przywołać  w  pamięci  wizerunek  jej  wysokich, 

krągłych piersi i delikatnie zaokrąglonych bioder. Tęsknił za widokiem błysku pożądania w 

jej pięknych oczach i płomiennych włosów rozrzuconych na białej poduszce. Kiedy pomyślał 

o tych wszystkich okazjach, w których mógł  ją  mieć, a powstrzymał się, zgrzytał  zębami z 

wściekłości.  Ta  ostrożna  polityka  wydawała  mu  się  wówczas  rozsądna.  Widział,  że  Angie 

przez pierwsze dwa miesiące ich znajomości była w jego obecności zdenerwowana i płocha 

jak  łania.  Wabił  ją  wolno,  nie  chcąc  spłoszyć.  I  tak  musiał  się  spieszyć  z  powodu  terminu 

ogłoszenia  spółki,  który  -  jak  uzgodnili  z  Townsendem  -  miał  się  pokryć  z  datą  ślubu.  Ale 

zachowywał się powściągliwie wobec narzeczonej również dlatego, że budziła w nim dziwnie 

opiekuńcze uczucia. Było to dla niego całkiem nowe doświadczenie. Marzył o tym, by Angie 

została jego i tylko jego, lecz był pewien, że gdy włoży jej obrączkę na palec, wszystko samo 

się ułoży. 

background image

Dopiero  teraz  się  przekonał,  jak  bardzo  się  mylił.  Postawił  wszystko  na  jedną  kartę 

przywożąc  Angie  do  Jade  Lake  po  niepowodzeniach  zeszłej  nocy.  Wymyślił  tę  bzdurę  o 

potrzebie  prywatności,  lecz  pobyt  tu  z  Celią,  Helen  i  Derwinem  depczącymi  im  po  piętach 

trudno było nazwać uroczym sam na sam z nowo poślubioną małżonką. Żeniąc się z Angie 

nie  miał  najmniejszego  zamiaru  pozwolić  jej  spędzić  choćby  jednej  nocy  pod  tym  samym 

dachem co oni. 

Jednakże  tego  ranka,  kiedy  obudził  się  po  owej  nieszczęsnej  nocy  poślubnej,  podjął 

nagle,  pod  wpływem  impulsu  -  co  mu  się  nigdy  dotąd  nie  zdarzało  -  szaleńczą  i  odważną 

decyzję. Postanowił znaleźć sposób, aby zmusić Angie do uznania faktu ich małżeństwa. W 

tym celu należało uczynić wszystko, żeby poczuła się panią Sutherland. 

Celia, Helen i Derwin co do joty spełnili jego oczekiwania, napadając na niego, kiedy 

tylko  przekroczył  próg.  Oczywiście,  wiedział,  że  tak  będzie.  To  było  nieuniknione, 

zważywszy na jego stosunki rodzinne. 

Przyjazd  tu  był  zdecydowanie  ryzykowny,  ale  to  ryzyko  się  opłaciło.  Owen 

uśmiechnął  się,  patrząc  na  światło  księżyca  odbite  w  jeziorze.  Chciał  zmusić  Angie,  aby 

poczuła  się  jego  żoną,  a  najszybciej  można  było  to  osiągnąć  każąc  jej  opowiedzieć  się  po 

jednej  ze  stron.  Dziś  wieczorem  zdała  ten  test  śpiewająco.  Zawsze  istniała  możliwość,  że 

odetnie się zarówno od niego, jak i od jego rodziny. Tu leżało prawdziwe niebezpieczeństwo. 

Mogła zdecydować, że należy do Townsendów i wystąpić przeciwko obu stronom, zarówno 

przeciwko mężowi, jak i jego krewnym. 

Ale nie zrobiła tego. Owen zagrał wysoko i szczęście mu dopisało. 

„Mówisz do mnie, Celio? W takim razie pomyliłaś się. Nazywam się teraz Sutherland. 

Pani Owenowa Sutherland.” 

-  Prędzej  czy  później  -  mruknął  Owen  w  ciemności  -  naprawdę  będziesz  panią 

Owenową Sutherland. Będziemy mieć naszą noc poślubną, Angie. I wtedy udowodnię ci, że 

nigdy nie byłaś częścią kontraktu. 

 

Angie  cicho  jak  duch  przemknęła  obok  łóżka  Owena.  Jej  bose  stopy  stąpały 

bezszelestnie po dywanie, a wokół kostek powiewała kolejna koronkowo - jedwabna kreacja z 

jej wyprawy ślubnej. W ręku niosła pantofle i pikowany szlafrok. 

Wpadające przez okno światło księżyca oświetlało gołe ramiona i gładkie muskularne 

plecy  Owena,  który  leżał  w  białej  pościeli  twarzą  do  poduszki.  Angie  poczuła  gwałtowny 

skurcz  tęsknoty  i  zwykłą  kobiecą  ciekawość,  gdy  tak  stała  obserwując  swojego  męża. 

Wyglądał  wspaniale,  rozciągnięty  w  wielkim  łożu,  i  emanował  męskością,  mimo  że  był 

background image

pogrążony w głębokim śnie. 

Idąc na palcach do drzwi pomyślała ze smutkiem, że mogła leżeć w tym łóżku razem z 

nim. Miała do tego wszelkie prawo. Ale się bała. W tym cały problem. Po prostu się bała. 

Wszystkie niepokojące pytania, które wyłoniły się podczas jej nocy poślubnej, zaczęły 

ją teraz dręczyć jeszcze bardziej. Musiała dostać na nie jakąś odpowiedź i znała na to tylko 

jeden sposób. Harry może nie będzie zachwycony telefonem o trzeciej nad ranem, ale to jego 

sprawa. I w gruncie rzeczy zasłużył sobie na to swoim postępowaniem. Nie miała zamiaru tak 

łatwo  mu  przebaczyć,  że  uczestniczył  w  spisku  rodzinnym,  aby  wydać  ją  za  Owena 

Sutherlanda. Nawet jeśli sądził, że to dla jej dobra. 

Wiedziała jednak z przeszłości, że mimo paternalistycznej i protekcjonalnej postawy 

wobec niej, którą z całą rodziną zajmował, na wprost zadane pytanie odpowie jej prawdę. A 

takie pytanie właśnie zamierzała mu zadać. 

Wyszła  do  holu  i  zamknęła  cicho  drzwi.  Szybko  włożyła  szlafrok  i  pantofle.  Zeszła 

ostrożnie po oświetlonych nikłym światłem schodach i zatrzymała się na dole, przypominając 

sobie,  że  widziała  jeden  aparat  telefoniczny  w  kuchni,  a  drugi  w  pracowni,  której  Owen 

używał  jako  tymczasowego  biura.  Nie  chcąc  skradać  się  po  domu  w  poszukiwaniu  innych 

aparatów, skierowała się prosto do pracowni, która znajdowała się bliżej niż kuchnia. 

Drzwi  były  zamknięte,  ale  otworzyły  się  z  łatwością  pod  naciskiem  klamki.  Angie 

wsunęła się do ciemnego pokoju i podeszła do biurka, na którym w świetle księżyca dojrzała 

komputer, a obok telefon. Wyjęła z kieszeni małą latarkę i trzymając ją w jednej ręce, zaczęła 

drugą wystukiwać numer brata. Nie skończyła jeszcze wybierać numeru kierunkowego, kiedy 

z  ciemności  wyłoniła  się  męska  ręka,  przerwała  połączenie  i  spokojnie  wyjęła  jej  z  rąk 

słuchawkę. 

- Owen! 

- Co się stało, Angie? Nie mogłaś spać? 

- Dobry Boże, Owen, śmiertelnie mnie przeraziłeś! 

- Naprawdę? 

Pochylił  się  niedbale  nad  biurkiem,  wpatrując  się  w  nią  w  świetle  księżyca.  Przed 

zejściem na dół włożył dżinsy, ale nic więcej. Wyglądał groźnie i... bardzo męsko. 

- Tak, naprawdę. Nie masz żadnego prawa tak mnie straszyć. 

- Do kogo dzwoniłaś? 

- Nie twoja sprawa. 

- Do brata? 

- Powiedziałam,  nie twoja sprawa. Ale jeśli  chcesz wiedzieć, to  tak. Chciałam z nim 

background image

porozmawiać. Jest mi winien wyjaśnienie. 

- Dlaczego nie spróbujesz zadać tych pytań mnie? - zapytał Owen miękko. 

Podniosła hardo głowę. 

-  Bo  nie  wiem,  czy  usłyszę  prawdę.  Możesz  powiedzieć  mi,  co  chcesz.  Dla  mojego 

własnego dobra, oczywiście. 

Twarz Owena stężała. 

- Do diaska, Angie, zachowujesz się, jakbyś była ofiarą spisku. 

- Dokładnie tak się czuję. 

- Czy musisz robić z tego taki melodramat? Angie wzięła głęboki oddech. 

-  Nie  mogę  ufać  nikomu  w  tym  domu.  A  ty  nie  kryjesz,  że  mam  tu  być  praktycznie 

więźniem przez następne trzy tygodnie. Twoja rodzina jasno dała do zrozumienia, że wcale 

mnie  nie  pragnie.  I  jest  rzeczą  oczywistą,  że  są  absolutnie  przeciwni  naszemu  małżeństwu. 

Wydaje mi się, że mają czelność uważać, że ożeniłeś się z kimś gorszym od siebie. 

-  Angie,  skarbie...  -  Jestem  zdenerwowana  i  zła,  i  chcę  porozmawiać  kimś  z  mojej 

własnej  rodziny.  Co  w  tym  złego?  Jak  ty  byś  się  czuł  w  mojej  sytuacji?  Owen  westchnął 

ciężko i objął ją, przyciągając łagodnie jej sztywne, oporne ciało ku sobie. 

- Angie, bardzo mi przykro, że tak to wszystko wypadło. Nigdy tego nie chciałem. 

-  Więc  pozwól  mi  odejść  -  wyszeptała  z  twarzą  przy  jego  gołym  torsie.  Ciepło  jego 

skóry było dziwnie kojące. 

- Nie mogę. Dokąd pójdziesz? 

- Wrócę do domu. 

-  Mówiliśmy  już  o  tym,  -  Głaskał  delikatnie  jej  plecy  silnymi,  gorącymi  rękami.  - 

Byłoby to dla ciebie krępujące. 

- Przeżyję to jakoś. Teraz też jestem skrępowana, a do tego wściekła. Mam ochotę ich 

wszystkich udusić. 

Owen pocałował ją lekko w czubek głowy, przeczesując palcami jej gęste włosy. 

- Jeśli już chcesz kogoś udusić, to uduś mnie. 

- Nie myśl, że to mi nie przyszło do głowy. Niestety, jesteś za silny. Przestań całować 

mnie w ucho. Nie chcę od ciebie żadnych romantycznych gestów. 

-  Do  diabła,  to  wszystko  zupełnie  inaczej  by  wyglądało,  gdybyśmy  mieli  normalną 

noc poślubną. 

-  Seks  nie  rozwiązałby  tych  problemów,  które  teraz  mamy.  -  Zadrżała  i  szybko 

odsunęła głowę, gdy Owen podniósł pasemko jej włosów i pocałował ją w szyję. 

- Owen, powiedziałam, przestań. Nie żartuję. 

background image

Niechętnie podniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy. 

-  Nadal  mnie  pragniesz,  Angie,  chociaż  jesteś  zła.  Czuję  to.  Drżysz,  kiedy  cię 

dotykam. 

- To oznaka zdenerwowania, nie namiętności. 

- Czyżby? Dokładnie tak samo drżałaś wtedy, gdy chciałaś, żebym się z tobą kochał. 

Wbiła w niego gniewny wzrok. 

-  Jeśli  nie  potrafisz  odróżnić  zdenerwowania  od  namiętnych  uniesień,  to  tylko 

dowodzi braku wrażliwości. 

- Wysunęła się z jego ramion. 

Owen westchnął z rezygnacją. 

Trzy tygodnie, Angie, to wszystko, o co proszę. Zostań tu ze mną przez następne trzy 

tygodnie  do  czasu  sprzedaży  akcji.  Potem  się  przekonasz,  że  nie  ożeniłem  się  z  tobą  dla 

interesów. 

-  I  co dalej,  Owen?  -  Angie podeszła do okna i  spojrzała w noc,  -  Jakie  małżeństwo 

nas czeka po takim katastrofalnym starcie? Czy będę mogła znów ci zaufać po tym, jak mnie 

okłamałeś? 

Chwycił ją za ramię. 

- Nie nazywaj mnie kłamcą! 

Spojrzała  na  niego  uważnie,  przestraszona  jego  płomiennym  wybuchem  dumy  i 

drapieżnym wyrazem twarzy. Pomyślała, że gdzieś na dnie czai się w nim prawdziwy gniew. 

- Dobrze - powiedziała sztywno. - Nie będę nazywać cię kłamcą. 

Owen puścił jej ramię ze zduszonym przekleństwem i odwrócił się tyłem. Wbił ręce w 

tylne kieszenie spodni. 

-  Nie  mogę  w  to  uwierzyć.  Nikt  dotąd  nie  kwestionował  mojego  słowa.  Nikt, 

załatwiam  najważniejsze  transakcje  uściskiem  ręki,  moje  słowo  jest  uważane  za  równie 

wiążące jak kontrakt.  Tak prowadził interesy mój  ojciec i  tak ja je prowadzę. A teraz moja 

własna żona imputuje mi, że jestem kłamcą i oszustem. 

- Wcale tak nie powiedziałam - bąknęła Angie. Było jasne, że go mocno obraziła. 

-  Ale  mało  brakowało.  Gdybyś  była  mężczyzną...  -  Potrząsnął  głową  ze  złością.  - 

Dajmy  temu  spokój.  Mam  dość  tej  głupiej  rozmowy.  -  Odwrócił  się  do  niej,  nadal  patrząc 

gniewnie. - Jeśli to małżeństwo ma przypominać pojedynek na polu bitwy, to musimy ustalić 

pewne podstawowe zasady. 

- To znaczy, że ty musisz ustalić pewne podstawowe zasady. 

Wzruszył ramionami. 

background image

- Jeśli trzeba, to tak. Zasada numer jeden brzmi, że możesz zawsze wierzyć w to,  co 

mówię. Nigdy cię nie okłamałem i nigdy nie okłamię. Rozumiesz? 

Angie  czuła,  jak  przenika  ją  dziwny  dreszcz.  Nigdy  dotąd  nie  widziała  Owena  tak 

wytrąconego z równowagi. Zawsze był taki chłodny, opanowany i spokojny. 

- No cóż, dobrze - powiedziała z namysłem. Owen zacisnął szczęki. 

- Rozumiem, że mam się tym zadowolić, tak? Moja własna żona uprzejmie zgadza się 

okazać mi minimum zaufania. Ale ze mnie szczęściarz. Aż trudno uwierzyć. 

- Najwyraźniej miałeś o mnie całkiem mylne wyobrażenie, Owen. Nie jestem ani tak 

naiwna, ani tak łatwowierna, jak sądziłeś. Potrafię doskonale myśleć i oceniać fakty. 

- Tak uważasz? 

-  Umiem  też  bez  pomocy  wyciągać  prawidłowe  wnioski.  Pod  warunkiem  że  mam 

właściwe dane, oczywiście. 

- Co to ma znaczyć? Spojrzała na niego hardo. 

-  To  ma  znaczyć,  że  jeśli  już  ustalamy  zasady  pojedynku,  ja  też  domagam  się 

przestrzegania jednej z nich. 

- Jakiej? - zapytał ostrożnie. 

- Takiej, że w przyszłości nie będziesz ukrywać przede mną żadnej istotnej informacji. 

Nie jestem dzieckiem i nie pozwolę traktować się jak dziecko. 

Zmarszczył gniewnie brwi. 

-  Nie  jesteś  również  osobą  znającą  się  na  prowadzeniu  firmy.  Nie  rozumiem,  czemu 

miałbym cię informować o każdej drobnej decyzji, którą podejmuję w interesach. 

- Nie proszę cię, żebyś informował mnie o każdej drobnej decyzji Tylko o takiej, która 

bezpośrednio mnie dotyczy. 

-  Plany  spółki  i  sprzedaży  akcji  nie  dotyczyły  cię  bezpośrednio,  a  jednak  obwiniasz 

mnie za to, że ci o nich nie powiedziałem - odparował. 

-  Jak  najbardziej  -  przytaknęła,  -  Ponieważ  moim  zdaniem  zdecydowanie  mnie 

dotyczyły. 

-  Tylko  twoim  zdaniem.  Skąd  mam  wiedzieć,  co  uznasz  za  takie  decyzje  w 

przyszłości? 

Angie uśmiechnęła się. 

-  Masz  babo  placek!  Będziesz  musiał  bardzo  się  pilnować,  co?  Lepiej  dmuchać  na 

zimne. Po prostu, przyzwyczaj się do mówienia mi wszystkiego, w ten sposób na pewno nie 

zbłądzisz. 

Owen zaniemówił z oburzenia. 

background image

- Ty, ty mała... - Urwał, kręcąc głową. - Wprost nie mogę w to uwierzyć. Co ty sobie 

wyobrażasz? Za kogo ty się masz? 

- Za panią Owenową Sutherland. Na dobre i złe, jak twierdzisz. 

Przeszła obok niego, kierując się w stronę drzwi, w nastroju o niebo lepszym niż parę 

minut temu. 

- Angie, wracaj! Przecież mówię do ciebie, - Owen wyszedł za nią z pracowni. - Gdzie 

idziesz, do licha? 

-  Idę  coś  zjeść.  Umieram  z  głodu.  -  Ruszyła  przez  hol  w  stronę  kuchni.  -  Podczas 

kolacji  rodzinnej  jakoś  nieszczególnie  dopisywał  mi  apetyt.  Ale  teraz  kłótnia  z  tobą  go 

zaostrzyła. Mam nadzieję, że wasza gospodyni ma zwyczaj zostawiania resztek. 

Owen nie odezwał  się już ani  słowem,  idąc za  nią przez długi  hol.  Kiedy weszli do 

dużej, nieskazitelnie czystej kuchni, stanął z rękami na biodrach na środku wykafelkowanej 

podłogi i patrzył ze zdumieniem, jak Angie otwiera jedną z dwóch dużych białych lodówek. 

W  poświacie  padającego  z  wewnątrz  światła  zaczęła  przeglądać  półki  pełne  porządnie 

zapakowanych produktów. 

- Mamy szczęście. Zaopatrzenie jak w pierwszorzędnych delikatesach. - Nachyliła się, 

podnosząc  wieczko  plastikowego  pojemnika.  -  O,  tuńczyk.  -  Wzięła  następny  pojemnik.  - 

Sałatka. Coraz lepiej. Musimy tylko znaleźć trochę krakersów. 

Wyjęła  z  lodówki  produkty  i  zaniosła  do  stołu  w  rogu.  Zapaliła  światło,  które 

oświetliło fluoryzującym blaskiem śnieżnobiałą kuchnię, i zabrała się za przeszukiwanie sza-

fek. 

- Masz zamiar to wszystko zjeść? - spytał Owen, patrząc na pojemniki z żywnością na 

stole. Wciąż stał na środku kuchni. 

-  Powiedziałam  ci,  że  jestem  głodna.  Kłótnia  zawsze  zaostrza  mi  apetyt.  - 

Uśmiechnęła się z satysfakcją, widząc pudełko krakersów. - No, to mamy już wszystko. 

Wyjęła z szuflady dwa noże i widelce i zasiadła do stołu. Owen nadal się nie poruszył, 

kiedy rozstawiała naczynia i nakładała sobie przysmaki na talerz. 

-  Nie  masz  ochoty  mi  towarzyszyć?  -  zapytała  uprzejmie.  Coraz  bardziej  zdumiony 

podszedł  wolno  i  usiadł  po  przeciwnej  stronie.  Bez  słowa  wziął  krakersa  i  zaczął  wolno 

przeżuwać. Angie, która zaspokoiła już pierwszy głód, spojrzała teraz z zainteresowaniem na 

sałatkę. 

- Angie? 

- Co? - Nałożyła sobie sporą porcję na talerz. 

-  Mogłabyś  mi  wyjaśnić,  o  co  tu  chodzi?  Jeszcze  parę  minut  temu  dyszałaś 

background image

wściekłością, a teraz najspokojniej się objadasz, jakby nigdy nic. 

- No cóż, pokłóciliśmy się, to prawda. Ale teraz jest już po wszystkim i jestem głodna. 

- Czy zawsze po kłótni tak się zachowujesz? - Owen sięgnął po następnego krakersa. 

- Przeważnie. 

- Nawet jeśli przegrałaś? - W jego oczach pojawiły się figlarne błyski. 

- Kto mówi, że przegrałam? - Uśmiechnęła się słodko. 

Czuła  się  już  zupełnie  zadowolona.  Zdumiewające,  jak  jedzenie  może  wpłynąć  na 

dobry nastrój. 

-  Nadal  trzymam  cię  tu  zamkniętą  w  ponurym  zamku,  otoczonym  fosą  i 

zamieszkanym przez kilku irytujących krewnych - zauważył kpiąco. 

- Rzeczywiście są irytujący, prawda? 

- Bardzo. - Uciął ten temat, wpatrując się w nią badawczo. - Angie, dlaczego uważasz, 

że nie przegrałaś naszej kłótni? Dlaczego się już nie pieklisz i nie miotasz? 

- Nigdy się nie pieklę i nie miotam. 

- Przestań chwytać mnie za słówka. Powiedz, czemu  jesteś  nagle w o wiele lepszym 

humorze niż byłaś piętnaście minut temu? 

Angie westchnęła i odłożyła widelec. 

- Pewno dlatego, że ta kłótnia coś mi powiedziała. - Co takiego? Spojrzała mu prosto 

w oczy. 

-  Że  masz  bardzo  duże  poczucie  godności  osobistej  i  dumy.  Tacy  sami  są  wszyscy 

członkowie mojej rodziny. Rozumiem ten rodzaj dumy. I jestem skłonna przyznać, że może 

wychodząc za ciebie nie popełniłam mimo wszystko życiowej pomyłki. Nie jesteś bezduszną 

maszyną myślącą tylko o interesach. To krzepiąca świadomość, jeśli chcesz wiedzieć. 

Spojrzał na nią z osłupieniem. 

- Uważasz to za krzepiące, że straciłem panowanie nad sobą? Jeśli tylko tego ci trzeba 

do szczęścia, to mogę się postarać zrobić jeszcze kilka awantur. 

-  Powiedziałam  tylko,  że  doceniam  twoje  poczucie  dumy.  Rozumiem  cię  i  dlatego 

sądzę, że może jednak mamy ze sobą coś wspólnego. A teraz nie życzę sobie więcej dyskusji 

na ten temat. 

Ach, nie życzysz sobie? - wycedził Owen z groźną miną. 

Angie wzięła krakersa, położyła na wierzch trochę tuńczyka i wepchnęła kanapkę do 

ust Owena. 

- Mama zawsze mówiła, że najlepszy sposób, żeby mężczyznę uciszyć, to dać mu jeść. 

Następnego dnia Angie obudziła się zadziwiająco wypoczęta. Leżała bez ruchu przez 

background image

parę minut,  nasłuchując  odgłosów z sąsiedniego  pokoju.  Obok  panowała  cisza, toteż wstała 

ostrożnie i zajrzała przez drzwi. 

Łóżko  Owena  było  puste,  a  pościel  rozrzucona.  Najwidoczniej  zostawił  zrobienie 

porządku  po  sobie  gospodyni.  Gospodyni  albo  swojej  nowej  żonie,  pomyślała  Angie  ze 

złością, wchodząc do łazienki i odkręcając prysznic. Nie miała najmniejszego zamiaru dać się 

wciągnąć w usługiwanie Owenowi. 

Po  wzięciu  prysznica  włożyła  dżinsy  i  jasnożółty  sweter.  Podchodząc  do  toaletki 

zobaczyła zatkniętą za lustro kartkę: 

Angie. 

Byłbym  wdzięczny,  gdybyś  posłała  swój  tapczan.  Betty  przyjdzie  tu  posprzątać. 

Wolałbym, żeby nie widziała, że śpimy w osobnych łóżkach. Na pewno to rozumiesz. Owen. 

Westchnęła z rozdrażnieniem, odkładając szczotkę do włosów, ale nie była specjalnie 

zaskoczona.  Nic  dziwnego,  że  Owen  nie  chce  dawać  żadnych  powodów  do  jakichś 

domysłów.  Jego  męska  duma  bardzo  by  ucierpiała,  gdyby  Betty  zauważyła,  że  nowo 

poślubiona żona nie dzieli z nim łóżka. 

I  tak  miała  zamiar  po  sobie  posłać,  pomyślała  wygładzając  prześcieradła  i  kapę; 

zawsze to robiła u siebie w Tucson. Wspomnienie eleganckiej sypialni w stylu hiszpańskim, 

którą opuściła wychodząc za Owena, wzbudziło w niej tęsknotę za domem. Podeszła do okna 

i wyjrzała. Słońce wyszło już zza gór i odbijało się w jeziorze. 

Na myśl o śniadaniu z Owenem i jego rodziną postanowiła zrezygnować z jedzenia i 

przejść się wokół wysepki. Wybiegła do holu niemal zderzając się z Betty. 

- Och, dzień dobry, Betty - uśmiechnęła się przepraszająco. 

- Dzień dobry. - Betty zmierzyła ją wzrokiem. - Spieszy się pani gdzieś? 

-  Nie,  wybieram  się  tylko  na  spacer  -  wyjaśniła  Angie.  Betty  pokiwała  ze  smutkiem 

głową. 

- Nic dziwnego. Ten dom może podziałać na człowieka przygnębiająco. Sama pracuję 

tu  od  trzydziestu  lat,  więc  się  zdążyłam  przyzwyczaić,  ale  pani  to  co  innego.  Podobno 

pochodzi pani z Tucson? Nie narzekacie tam na brak słońca, co? 

Angie spojrzała na nią z ciekawością. 

- Tu jest trochę ponuro, prawda? 

-  I  to  pod  niejednym  względem.  Ale  wszystko  dałoby  się  zmienić,  gdyby  się 

odpowiednio  do  tego  zabrać  -  oświadczyła  Betty  stanowczo.  -  Ten  dom  potrzebuje  tylko 

odrobiny miłości. 

- Miłości? 

background image

- A tak. Domy potrzebują miłości tak samo jak ludzie. Owen Sutherland niemal całe 

życie był jej pozbawiony. Jego matka umarła, kiedy był jeszcze dzieckiem, a ojciec był po-

rządnym  człowiekiem,  ale  twardym  jak  skała,  jeśli  pani  rozumie,  co  mam  na  myśli. 

Wychował syna na swoje podobieństwo. Nie ustępuj ani na jotę - to motto Sutherlandów. 

- Rozumiem. 

- No właśnie. Jak mówiłam, odpowiednia kobieta może jeszcze to wszystko naprawić. 

Zajmie się tym pani, pani Sutherland? 

Angie  była  tak  zaskoczona  tym  bezpośrednim  pytaniem,  że  nie  wiedziała,  co 

odpowiedzieć. 

- Hmm, no cóż, Betty... - zająknęła się. - Przepraszam, ale muszę już iść. 

Zbiegła po schodach i wyszła na zewnątrz. Na trawniku przed domem ani w ogrodzie 

nie  ujrzała  nikogo  z  Sumer  -  landów.  W  pobliskiej  przystani  był  tylko  Jeffers,  ogrodnik  i 

pomocnik do wszystkiego, który pomachał do niej ręką i wrócił do pracy przy motorówce. 

Angie ruszyła wzdłuż brzegu. Świeże poranne powietrze było rześkie i ożywcze. Idąc 

po kamiennej plaży dopiero teraz zaczęła rozglądać się po otoczeniu. Poprzedniego dnia była 

zbyt roztrzęsiona zaistniałą sytuacją, żeby zwracać uwagę na krajobraz. 

Teraz  dostrzegła  skupisko  domków  i  miasteczko  Jade  po  drugiej  stronie  jeziora.  Na 

gładkiej,  lśniącej  powierzchni  wody  kołysało  się  kilka  łódek,  należących  pewno  do 

zapalonych  wędkarzy,  którzy  już  od  wczesnego  ranka  wyruszyli  na  połów.  Wszystko  to 

wyglądało bardzo malowniczo, przyznała w duchu. W tym momencie usłyszała zbliżające się 

kroki, lecz nawet nie odwracając głowy wiedziała, że to nie Owen. 

-  Zobaczyłam,  że  tu  jesteś  -  powiedziała  zimno  Helen,  podchodząc  z  tyłu.  - 

Pomyślałam, że się do ciebie przyłączę. Sama co rano chodzę zawsze na spacer. 

- Dzień dobry, pani Fulton - powiedziała Angie uprzejmie. 

-  Możesz  mówić  do  mnie  po  imieniu.  Owen  i  tak  będzie  na  to  nalegał,  a  on  zawsze 

potrafi postawić na swoim. Zupełnie jak jego ojciec. 

Angie wzruszyła ramionami. 

- Jak wolisz. 

-  Wolałabym  przede  wszystkim,  żeby  nigdy  nie  doszło  do  tej  spółki  -  powiedziała 

Helen ostro, - Ale wygląda na to, że będziemy musieli jakoś to znieść. To będą bardzo długie 

trzy tygodnie, prawda? 

-  Bez  wątpienia,  zwłaszcza  jeśli  się  wszyscy  o  to  postaramy  -  przyznała  Angie, 

odwracając  się  z  niewesołym  uśmiechem  do  starszej  kobiety.  -  Jestem  pewna,  że  przy 

odrobinie  wysiłku  potrafimy  doszczętnie  zatruć  sobie  życie.  Wy,  Sutherlandowie,  macie  do 

background image

tego, zdaje się, wyjątkowy talent. 

Oczy Helen zwęziły się ze złości. 

-  Nie  wiesz,  co  mówisz.  Uwierz  mi  na  słowo,  że  nasze  zdolności  do 

unieszczęśliwiania  innych  są  niczym  w  porównaniu  do  zdolności  Townsendów  w  rym 

względzie. Ja osobiście nie zapomniałam, co się wydarzyło trzydzieści lat temu. 

- Naprawdę? A co się wydarzyło? 

- Nie twój interes. To sprawa rodzinna i nie mam zamiaru jej wywlekać po tylu latach 

jedynie  dla  zaspokojenia  twojej  ciekawości.  Mój  brat  chciał,  żeby  to  zostało  raz  na  zawsze 

pogrzebane, i mam zamiar respektować jego wolę. Szkoda tylko, że Owen nie porozumiał się 

z nami, zanim otworzył to gniazdo szerszeni. Z tej spółki nic dobrego nie wyniknie. 

Angie spojrzała na nią uważnie. 

- Zdajesz się być tego całkiem pewna. 

- Bo jestem. Townsendowie zawsze oznaczali kłopoty. - Westchnęła. - Musimy mieć 

nadzieję, że Owen wie, co robi, i panuje nad sytuacją. 

- Zwykle tak było, prawda? 

Helen  potrząsnęła  głową,  jej  mina  jasno  wskazywała,  że  spodziewa  się  wszystkiego 

najgorszego. 

- Tak mu się tylko wydaje. Prawda jest taka, że w prowadzeniu interesów nie do końca 

przypomina ojca. Ten chłopak ma zbyt wiele nowoczesnych pomysłów. Mój brat był bardzo 

konserwatywny  w  sprawach  firmy.  Zawsze  stawiał  je  na  pierwszym  miejscu.  I  nigdy  nie 

zaufałby nikomu z Townsendów. Zwłaszcza po tym, co się wydarzyło trzydzieści lat temu. 

- Nie wiem, co się wydarzyło trzydzieści lat temu, a ty najwyraźniej nie zamierzasz mi 

tego powiedzieć, Helen. Ale mogę gwarantować, że jeśli chodzi o interesy, to moja rodzina 

dotrzymuje zawartych umów. 

Helen przeniosła wzrok z jej twarzy na drugi brzeg jeziora. 

- Jak długo zamierzasz pozostać panią Sutherland, Angie? 

Tak  bezpośrednio  postawione  pytanie  zdumiało  Angie.  Nawet  jeśli  sama  miała 

wątpliwości na temat swojej przyszłości, nie miała zamiaru zwierzać się z nich tej zgorzknia-

łej kobiecie. Przywołała na twarz uprzejmy uśmiech. 

-  Członkowie  mojej  rodziny  traktują  poważnie  śluby  małżeńskie,  Helen.  Równie 

poważnie jak umowy w interesach. 

-  Daj  spokój  tym  romantycznym  nonsensom  -  ucięła  Helen  krótko.  -  Po  prostu 

powiedz mi, ile. 

Angie odsunęła pasmo włosów z oczu i zmarszczyła brwi. 

background image

- Co: ile? 

- Ile chcesz za zniknięcie z naszego życia po sprzedaży akcji? Jeśli będziesz rozsądna, 

to na pewno się dogadamy. Muszę cię jednak ostrzec, że jeśli zamierzasz zgarnąć, co się da, 

występując  o  niebotyczne  odszkodowanie  w  procesie  rozwodowym,  to  się  lepiej  zastanów. 

Owen nie jest głupcem. Dopilnuje, żebyś dostała niezbędne minimum. 

Angie głęboko wciągnęła powietrze. 

- Czy proponujesz mi łapówkę, Helen? 

-  Cóż,  ujęłaś  to  nieco  obcesowo,  ale  owszem,  to  właśnie  ci  proponuję.  Jak 

przypuszczam,  będziesz mieć  swój  udział  w  akcjach.  To  powinno  wystarczyć,  ale  zapewne 

cię nie usatysfakcjonuje. Więc pytam, ile chcesz w gotówce, żeby odejść nie czyniąc hałasu. 

- Mam dla ciebie nowinę, Helen. Townsendowie zawsze czynią mnóstwo hałasu. 

To mówiąc, Angie odwróciła się na pięcie i odeszła w stronę lasu. 

Owen  stał  przy  oknie  jadalni  z  filiżanką  kawy  w  ręce  i  w  milczeniu  obserwował  tę 

scenę. 

-  Pewno  Helen  próbowała  ją  przekupić  -  powiedziała  Celia,  podchodząc  do  okna.  - 

Wygląda na to, że pierwsza oferta była za niska. 

Palce Owena zacisnęły się kurczowo na uszku filiżanki, ale jego głos pozostał chłodny 

i spokojny. 

- Gdyby Helen miała odrobinę rozumu, wiedziałaby, że to nie jest właściwe podejście 

do Angie. 

Celia uniosła brew. 

- A dlaczegóż to? 

-  Angie  ma  swoją  dumę.  -  Owen  upił  łyk  kawy.  -  Wierz  mi,  Townsendowie  są  nie 

mniej dumni od nas. Myślisz, że ktoś z Sutherlandów dałby się przekupić? 

-  Nie  bądź  śmieszny,  -  Celia  z  kwaśną  miną  obserwowała  Angie  wchodzącą  między 

drzewa.  -  Twój  ojciec  zawsze  powtarzał,  że  nie  ma  żadnego  porównania  miedzy 

Sutherlandami a Townsendami, jeśli chodzi o prawość czy poczucie godności. Zawsze mówił, 

że za odpowiednią cenę gotowi są zaprzedać duszę. 

- Ojciec nigdy nie był obiektywny, jeśli chodzi o Townsendów. 

- Myślisz, że twój osąd jest słuszniejszy? Owen wzruszył ramionami. 

- Ojciec nie znał Angie. 

 

- Może i nie. Ale z pewnością znał jej ojca. 

-  Myślał,  że  zna.  Wcale  nie  jestem  pewien,  czy  miał  rację.  -  Owen  odwrócił  się  od 

background image

okna. - Palmer Townsend jest prostolinijnym i uczciwym człowiekiem. Nie wiem, co się stało 

trzydzieści lat temu, ale bardzo wątpię, żeby to była w całości jego wina. 

Celia spojrzała na niego z dziwnym wyrazem twarzy. 

-  Jak  było,  tak  było,  ale  wszyscy  wiemy,  że  obie  rodziny  mają  ze  sobą  niewiele 

wspólnego. Wprost nie mogę uwierzyć, że naprawdę się z nią ożeniłeś, Owen. 

- Czemu tak cię to dziwi? 

Owen nalał sobie drugą filiżankę kawy ze srebrnego dzbanka. Zdał sobie sprawę, że 

naprawdę jest ciekaw odpowiedzi Celii. 

- No cóż, przede wszystkim to jasne, że ta dziewczyna nie jest dla ciebie odpowiednia. 

- Tak uważasz? - Owen uśmiechnął się. - A kto byłby dla mnie odpowiedni? 

-  Ktoś  trochę  bardziej  dystyngowany.  Bardziej  subtelny.  A  już  na  pewno  ktoś  o 

lepszych manierach niż te, które ta młoda dama zaprezentowała wczoraj przy kolacji - odparła 

Celia cierpko. - Mówiąc wprost, była wręcz niegrzeczna. 

Owen wzruszył ramionami. 

- Nie bez powodu. Nikt z was się specjalnie nie wysilił, żeby ją milo powitać. 

-  A  czego  się  spodziewałeś?  Powinieneś  z  góry  to  przewidzieć.  Po  co  w  ogóle  ją  tu 

przywoziłeś?  Nie  wierzę  w  tę  bajeczkę  o  szukaniu  ucieczki  przed  dziennikarzami.  Mogłeś 

sobie zapewnić schronienie gdzie indziej. 

- Miałem swoje powody, które zachowam dla siebie. Od was oczekuję tylko, żebyście 

traktowali moją żonę uprzejmie i z należnym jej szacunkiem. Czy to jasne? 

Celia upiła łyk kawy. 

-  Nie  mogę  gwarantować,  jak  będzie  traktowana.  Znasz  wuja  Derwina.  Dyszy 

nienawiścią już na samo nazwisko Townsend. Twoja ciotka jest niewiele lepsza. 

- A ty, Celio? - spytał Owen miękko. - Jak ty zamierzasz ją traktować? 

-  Osobiście  uważam,  że  powinnam  w  tym  względzie  respektować  życzenia  twojego 

ojca.  Wiesz  równie  dobrze  jak  ja,  co  by  powiedział  na  wiadomość  o  tej  spółce  i  tym 

małżeństwie. Wolałby, żeby Hotele Sutherland zbankrutowały. 

- Bardzo wątpię. Postaraj się być dla niej miła, Celio. I pamiętaj, że was ostrzegałem. 

Każdy, kto zrobi przykrość Angie, odpowie mi za to. 

Celia obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem. 

- Jesteś wobec niej bardzo opiekuńczy. 

- Jest moją żoną. Opiekuję się wszystkim, co do mnie należy. 

- Jaka szkoda, że nie dotyczy to członków twojej własnej rodziny. Zdawałoby się, że 

taka troskliwość im się w pierwszym rzędzie należy. 

background image

- Czy nie wracamy przypadkiem do kwestii mojego szwagra? 

Celia zacisnęła usta. 

- I owszem. Nie masz prawa wykluczać Glena z prowadzenia firmy. Wiesz, jak to boli 

Kimberly. Możesz bez najmniejszego trudu dać mu wysokie stanowisko. Dlaczego nie chcesz 

tego zrobić? 

- Glen Langley jest inżynierem. Nie ma żadnego doświadczenia w hotelarstwie. Niech 

mnie diabli, jeśli dam mu kierownicze stanowisko tylko po to, żeby zadowolić Kimberly, A 

poza  tym,  co  to  za  mężczyzna,  który  żeniąc  się  z  kobietą,  od  razu  oczekuje  wejścia  w 

rodzinny interes? 

- Glen nie ożenił się z Kimberly dla pieniędzy. Naprawdę ją kocha. 

- Ach, tak? Więc niech sam znajdzie sobie pracę i zacznie utrzymywać swoją żonę na 

poziomie, do jakiego przywykła. Nie widzę powodu, dla którego ja miałbym utrzymywać to 

małżeństwo.  -  Odstawił  z  trzaskiem  filiżankę  na  stół.  -  A  niech  to,  powinienem  był  się 

domyślić, że nie unikniemy tego tematu. Dzięki Bogu, że oboje są na Hawajach. 

- Kimberly i Glen wracają dzisiaj do Kalifornii - powiedziała Celia ze spokojem. - A 

jutro spodziewamy się ich tutaj. 

- To świetnie. Od razu zrobi się weselej.  - Owen skierował się do drzwi. - Nie mogę 

się  doczekać,  aż  Angie  pozna  moją  kochaną  małą  siostrzyczkę  i  uczepionego  jej  spódnicy 

męża. Z pewnością zacznie się poważnie zastanawiać, do jakiej rodziny weszła, nie uważasz? 

 

Następnego  ranka  Owen  zadzwonił  do  głównego  zarządu  swojej  firmy  i  po 

zakończeniu rozmowy wyciągnął się fotelu, głęboko zamyślony. Spoglądając przez okno ana-

lizował  rozmowę,  którą  przed  chwilą  przeprowadził  z  Calhounem,  swoim  rzecznikiem 

prasowym. Był na niego ściekły i gotów zwolnić go ze skutkiem natychmiastowym, ale teraz 

postanowił  poczekać  z  podjęciem  decyzji  o  czasu,  aż  uzyska  jakieś  nowe  informacje. 

Wszystko  skazywało  na  to,  że  ani  Calhoun,  ani  nikt  inny  w  jego  biurze  nie  wiedział  o 

zaistniałym przecieku. Owen był skłonny temu wierzyć. Sytuacja mocno się komplikowała i 

wymagała  jakiegoś  związania,  które  Owen  zamierzał  znaleźć.  Ale  na  razie  zło  już  zostało 

wyrządzone  i  miał  pilniejszy  problem  na  głowie.  Mianowicie  małżeństwo,  które  nie  było 

małżeństwem. 

Te rozmyślania przerwało mu krótkie i stanowcze pukanie do drzwi. Zastanawiał się, 

kto z jego krewnych przyszedł z nową porcją pretensji. 

- Proszę - powiedział, nie podnosząc głowy. 

- Jeśli nie weźmiesz mnie do miasteczka, to ukradnę łódź i popłynę sama - oznajmiła 

background image

Angie dramatycznym tonem. 

Owen zdumiony odwrócił się na krześle. Angie miała na sobie obcisłe dżinsy i zielony 

pulower.  Płomienne  włosy  spięła  na  karku  złotą  klamrą.  Patrzyła  na  niego  buńczucznie  i 

wyzywająco. 

- Dlaczego chcesz jechać do Jade? - zapytał ostrożnie. 

-  Bo  oszaleję,  jeśli  się  choć  na  chwilę  nie  wydostanę  z  tego  więzienia.  -  Posłała  mu 

prowokujący uśmiech. - Pomyśl tylko, jak to będzie wyglądać w gazetach: „Magnat hotelowy 

zamyka nowo poślubioną żonę na odludnej wyspie i doprowadza ją do szaleństwa". 

-  To  ja  jestem  doprowadzony  do  szaleństwa.  -  Owen  podniósł  się  wolno  z  krzesła.  - 

Musisz wiedzieć, że tam nie ma nic ciekawego.  To tylko  parę sklepików, skład kolonialny, 

kawiarnia i stacja benzynowa. 

- Bez obrazy, ale to brzmi nieporównanie bardziej interesująco niż to, co mamy tutaj. 

Płyniesz ze mną czy mam zarekwirować łódź biednemu Jeffersowi? 

- Zawiozę cię do miasteczka, jeśli naprawdę tego chcesz. 

- Nie, naprawdę chcę wyjechać stąd i nigdy nie wrócić. Ale ponieważ nie mam  na to 

większych szans przez następne trzy tygodnie, to na razie zadowolę się wycieczką do Jade. 

Owen patrzył na nią i. zastanawiał się, jakim cudem wszystko, co się tak obiecująco 

zaczynało, przybrało taki zły obrót. 

- Angie, wciąż powtarzam, że wcale nie musi tak być. 

-  Zaraz  będę  gotowa  -  powiedziała  szybko.  Widząc,  że  Owen  się  do  niej  zbliża, 

odwróciła się czym prędzej do drzwi. - Muszę coś wziąć z kuchni. 

- Co takiego? 

- Koszyk z jedzeniem, który Betty dla nas przygotowała. 

Zniknęła  w  głębi  holu,  a  oszołomiony  Owen  przez  chwilę  patrzył  za  nią  zbierając 

myśli. Potem otrząsnął się i poszedł na przystań. Jeffers zajęty był oliwieniem silnika. 

- Wybiera się pan do Jade? - spytał, nie podnosząc głowy. 

- Tak. Przywieźć ci coś? 

- Nie, nic mi nie trzeba. Niech pan weźmie motorówkę. Śmiga jak złoto. Pański wuj 

coś  dłubał  przy  wszystkich  motorach,  wymyślił  jakiś  sposób,  żeby  mniej  smrodziły  i 

zużywały mniej benzyny. Działa nie najgorzej. 

- Derwin nadal majsterkuje? 

- Zna go pan. Zawsze była z niego taka złota rączka. 

-  Taak...  -  Owen  obserwował  przez  chwilę  w  milczeniu,  jak  Jeffers  krząta  się  koło 

łodzi. 

background image

-  Widzi  mi  się,  że  to  dobry  pomysł,  żeby  zabrać  stąd  na  chwilę  młodą  panią,  Betty 

mówi, że w domu trudno wytrzymać. 

- Jakoś to się ułoży. 

- Może i tak. A może i nie. 

- Jeffers, pocieszyłeś mnie, wiesz o tym? 

- Trele - morele. Z pana to cały ojciec. Ciekawym, czy młodej pani uda się trochę pana 

zmiękczyć. 

-  Nie  potrzebuję  żadnego  zmiękczania  -  najeżył  się  Owen.  -  Potrzebuję  tylko  trochę 

czasu, żeby przywrócić tu porządek. 

- Jeśli pan tak uważa. - Jeffers pochylił się znów nad robotą. 

Kiedy  po  paru  minutach  zjawiła  się  Angie  w  dużym  słomkowym  kapeluszu,  z 

koszykiem wiklinowym  przewieszonym przez ramię, Owen czekał już na nią w motorówce. 

Pomagając jej wejść, rzucił okiem na koszyk, ale powstrzymał się od wszelkich komentarzy. 

Obawiał  się,  że  jeśli  da  wyraz  jakimś  nadziejom  w  związku  z  przygotowanym  przez  nią 

piknikiem, Angie gotowa jeszcze wyrzucić wszystko za burtę. Nie bardzo wiedział, czego się 

po niej spodziewać. 

Niemniej, odcumowując motorówkę, mówił sobie w duchu, że perspektywa pikniku to 

dobry znak. Czuł się o wiele raźniej niż parę minut temu. Postanowił znów poruszyć temat ich 

małżeństwa, ale tym razem ostrożniej. 

- Wiesz, Angie - zaczął, kiedy byli już na wodzie rozmyślałem ostatnio o tym i owym. 

- Lepiej z tym uważaj. Myślenie nie jest twoją najmocniejszą stroną. To właśnie twoje 

genialne pomysły wpędziły nas w tę sytuację. 

- Bardzo śmieszne. - Owen spiorunował ją wzrokiem. - Angie, prawdę mówiąc, nasza 

obecna sytuacja nie jest w pełni normalna. 

- Co ty powiesz?  -  Angie włożyła wielkie słoneczne okulary, nie odrywając oczu od 

miasteczka przycupniętego na drugim brzegu.  -  Jaki piękny widok! Szkoda, że nie wzięłam 

aparatu fotograficznego. 

-  Angie,  mówię  poważnie.  -  Był  zły,  że  musiał  podnieść  glos,  żeby  przekrzyczeć 

warkot motoru.  - Spójrz na to  obiektywnie. Niby jesteśmy małżeństwem, a nie jesteśmy. W 

każdym  razie  jeszcze  nie  jesteśmy.  Ten  nienaturalny  stan  rzeczy  wprowadza  między  nami 

mnóstwo niepotrzebnego napięcia. 

- Nie żartuj. 

- Sarkazm do niczego nas nie doprowadzi, skarbie. 

-  Nic  nas  do  niczego  nie  doprowadzi,  dopóki  nie  nastąpi  sprzedaż  akcji.  -  Oderwała 

background image

wreszcie  wzrok  od  brzegu  i  spojrzała  na  niego,  -  Dlatego  proponuję,  żebyśmy  nie  ciągnęli 

tego tematu. 

- Jesteś nierozsądna i uparta jak osioł. 

-  Mam  swoje  powody.  Czy  mam  ci  przypominać,  że  to  ja  jestem  stroną 

poszkodowaną? 

-  A  ja  to  niby  co?  -  odparował.  -  Ja  jestem  mężem,  który  nie  może  skonsumować 

swojego małżeństwa, I kto tu mówi o krzywdzie. 

- Jesteś po prostu  nieco wytrącony z równowagi,  ponieważ sprawy potoczyły się nie 

po twojej myśli. 

- Jestem wściekły, ponieważ nie miałem nocy poślubnej. 

- Seks to nie wszystko, Owen - powiedziała poważnie. 

-  Ale  to  z  pewnością  pierwszy  krok  we  właściwym  kierunku,  jeśli  chodzi  o 

małżeństwo. 

- Najwyższy czas, żebyś zaczął się przyzwyczajać, że nie zawsze wszystko będzie tak, 

jak ty chcesz. Niektóre rzeczy ulegną teraz zmianie. 

Owen  przypomniał  sobie  swoje  mocne  postanowienie.  Jeśli  chce  wygrać,  musi 

zachować  spokój  i  rozsądek.  Sama  logika  wskazywała  na  to,  że  Angie  prędzej  czy  później 

padnie ofiarą swojej własnej zmienności nastrojów. 

- Może masz rację - zgodził się, wprowadzając motorówkę do małej zatoczki. - Może 

rzeczywiście jestem przyzwyczajony do stawiania na swoim. To chyba nawyk. Od tak dawna 

podejmuję decyzje w firmie, że pewno przeniosłem ten zwyczaj na inne dziedziny życia. 

Angie rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie. 

- Cóż, jeśli potrafisz to przyznać, to już jest krok we właściwym kierunku. 

- Dziękuję. - Owen starał się, aby zabrzmiało to skromnie i ujmująco. Niełatwo mu to 

przyszło i stanowiło całkiem nowe przeżycie. 

Angie uśmiechnęła się z wahaniem. 

- Właściwie nic dziwnego, że taki jesteś. To znaczy taki władczy. Mój ojciec i brat też 

przejawiają ku temu duże skłonności. Czasami doprowadza nas to z mamą do szału. 

-  Może  po  prostu  wszyscy  trzej  jesteśmy  opiekuńczy  wobec  bliskich  nam  kobiet  - 

podsunął przymilnie Owen, podprowadzając łódkę do brzegu. 

- Mama też tak twierdzi. Ale ja nie bardzo w to wierzę. Myślę, że tacy mężczyźni jak 

wy są po prostu z natury aroganccy. 

No i tyle mi przyszło z moich subtelnych zabiegów, pomyślał Owen, wyskakując na 

brzeg i przywiązując motorówkę do palika. 

background image

- Angie... 

-  Co  zaszło  między  naszymi  rodzinami  trzydzieści  lat  temu,  Owen?  -  spytała  Angie, 

gramoląc się z łódki i usiłując podtrzymać ręką kapelusz i koszyk. 

-  Mówiłem  ci  już,  że  nie  wiem,  -  Owen  pochylił  się  i  chwycił  ją  za  ramię.  -  Ojciec 

nigdy nie chciał o tym mówić. 

- Sądzisz, że twoja ciotka i wuj znają całą prawdę? 

- Może. Od czasu do czasu rzucali na ten temat jakieś nieprzyjazne uwagi. Ale trudno 

powiedzieć, czy wiedzą, co się stało, czy są tylko lojalni. 

Angie zdjęła okulary i przyjrzała mu się spod ronda wielkiego kapelusza. 

- A ty nie jesteś ciekaw tej historii? Owen wzruszył ramionami. 

-  Spytałem  o  to  twojego  ojca  prosto  z  mostu,  kiedy  zaczęliśmy  rozmowy  o  spółce. 

Przysiągł, że nie wie, o co dokładnie poszło. Wie tylko, że ta pierwsza spółka nie doszła do 

skutku, bo bankierzy się wycofali. Mówi, że cała wina spadła na Townsendów, chociaż nikt 

nie udzielił im żadnych wyjaśnień. Dla niego to już historia i ja się z tym zgadzam. 

-  Nie  byłabym  tego  taka  pewna  -  powiedziała  w  zamyśleniu  Angie.  -  Dla  twojej 

rodziny ta sprawa wydaje się być równie żywa dzisiaj, jak była wtedy. 

- Mówiłem ci już, że moja rodzina jest inna niż twoja. Umiemy pielęgnować w sobie 

urazy. - Owen wziął koszyk od Angie i zdecydowanym gestem objął ją za ramię, prowadząc 

po huśtającym się pomoście. - Co ty masz w tym koszyku? Waży chyba tonę. 

-  Prawdziwy  piknik  polega  na  tym,  żeby  było  dużo  smakołyków  -  oświadczyła.  -  A 

wracając do twojej rodziny... 

- Przestań myśleć o mojej rodzinie. 

- Dosyć to trudne, skoro dzięki tobie jestem nią dzień i noc otoczona - odgryzła się. 

Owen zaklął pod nosem. 

-  Chodziło  mi  o  to,  żebyś  przestała  myśleć  o  tym,  co  się  wydarzyło  trzydzieści  lat 

temu. To już nieważne. 

- Hmm.., Wcale nie jestem tego pewna. Zerknął  na nią z ukosa i postanowił zmienić 

temat. 

-  Witaj  w  pięknym  mieście  Jade  -  powiedział,  pokazując  krótką  uliczkę  z  garstką 

małych, odrapanych sklepików. - Co chcesz robić najpierw? Pójdziemy zobaczyć, co słychać 

na stacji benzynowej? Czy może chciałabyś zwiedzić sklep spożywczy? Podobno mają nową 

ladę chłodniczą. To może być ekscytujące. 

- Po prostu przejdźmy się trochę. Owen wzruszył ramionami. 

- Jak sobie życzysz. 

background image

-  Pod  warunkiem  że  nie  zażyczę  sobie  wyjechać,  tak?  -  rzuciła  mu  wyzywające 

spojrzenie. 

- Właśnie - mruknął. Przez chwilę szedł obok niej w milczeniu, zastanawiając się, jaką 

obrać taktykę. W końcu ciekawość zwyciężyła i spytał: - Ile Helen zaoferowała ci za spokojne 

odejście po sprzedaży akcji? Angie spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

- Skąd o tym wiesz? 

- To było do przewidzenia. Któreś z tej trójki musiało podjąć taką próbę. Widziałem 

ciebie i Helen przez okno wczoraj rano i domyśliłem się, że to ją wybrano do tego zadania. 

- Rozumiem. Jesteś starym cynikiem, wiesz? 

- Jestem realistą. Angie westchnęła. 

- Nie padła żadna kwota. Nie doszło do tego. 

- Pewno wyobraża sobie, że wolisz wystąpić o duże odszkodowanie rozwodowe. 

-  Ostrzegła  mnie,  że  wyciągnę  od  ciebie  o  wiele  mniej,  niż  dostałabym  od  niej. 

Powiedziała, że nie mam szansy wygrać z tobą w sądzie. 

-  Taka  sytuacja  w  ogóle  nie  zaistnieje.  Nie  będzie  żadnego  rozwodu.  Prędzej  czy 

później dojdziemy jakoś do ładu, Angie. 

Nie  odpowiedziała.  Przez  chwilę  szli  w  milczeniu,  zostawiając  za  sobą  wioskę  i 

wchodząc w gęsty las, otaczający jezioro. 

-  Tu  będzie  dobre  miejsce  -  oznajmiła  wreszcie  Angie,  zatrzymując  się  na  usłanej 

igłami sosnowymi skarpie. 

- Dobre miejsce na co? 

- Na piknik, oczywiście. 

Wzięła  od  niego  koszyk  i  postawiła  na  ziemi.  Rozłożyła  kraciasty  obrus  i  zaczęła 

wykładać kanapki i inne przysmaki. 

- Chyba poznaję tego tuńczyka - powiedział Owen, siadając obok. 

-  Nic  z  tych  rzeczy.  To  świeża  porcja.  Betty  przyrządziła  to  wszystko  dziś  rano 

specjalnie dla nas. -  Angie podała mu kanapkę, drugą wzięła sobie, i leżąc oparta na łokciu, 

patrzyła na ponure gmaszysko wznoszące się na wyspie pośrodku jeziora. 

- Kto zbudował tę fortecę, którą nazywasz domem, Owen? 

Poszedł śladem jej spojrzenia. 

-  Mój  pradziadek.  Przybył  na  zachód  w  poszukiwaniu  szczęścia.  I  zbił  majątek  na 

hodowli  bydła.  Potem  wrócił  na  wschód  po  narzeczoną.  Właśnie  dla  niej  postawił  tę 

monstrualną  budowlę.  Od  tej  pory  stanowi  nasz  dom  rodzinny.  Mam  zamiar  to  wkrótce 

sprzedać komuś z odpowiednią fantazją, aby urządzić tu na przykład pensjonat. 

background image

- A nie chcesz przerobić tego domu na jeden z hoteli? Owen skrzywił się. 

-  Nie,  nie.  Podniesienie  go  do  poziomu,  jaki  reprezentują  inne  nasze  hotele, 

kosztowałoby fortunę. Nie warto. 

- Niezbyt lubisz ten dom, co? 

- Nie. I do tego trudno w nim mieszkać i prowadzić interesy. Nigdy nie spędzaliśmy tu 

z ojcem wiele czasu. Dopiero kiedy ożenił się z Celią, zaczęliśmy tu częściej przyjeżdżać. 

- Celia lubi ten dom? Uśmiechnął się ironicznie. 

- Myślę, że uważa go za coś w rodzaju posiadłości rodowej. Celia jest bardzo czuła na 

punkcie tradycji rodzinnych. Lubi odgrywać panią na włościach. Ojciec zwykle jej ustępował. 

Dlatego trzymał ten dom. Ale teraz, kiedy już nie żyje, mam zamiar się go pozbyć. 

- Czy powiedziałeś o tym Celii i wujostwu? 

- Nie, nie rozmawiałem z nimi na ten temat. 

- Nie będą zachwyceni tym projektem. 

- To prawda - przyznał Owen. - Ale nie oni utrzymują szkaradzieństwo. 

- Możesz sobie na to pozwolić. 

- Nie o to chodzi - rozzłościł się. - Utrzymywanie tego domu jest nieopłacalne, więc 

muszę się go pozbyć. Jeśli tylko mi się uda. Bóg jeden wie, że nie będzie łatwo znaleźć na 

niego kupca. 

- Czy na wszystko patrzysz pod kątem opłacalności, Owen? 

- Nie, nie na wszystko - odparł ostrożnie, wietrząc pułapkę. 

-  A  wybór  żony?  Czy  oczekiwałbyś,  że  żona  też  będzie  opłacalnym  nabytkiem? 

Teoretycznie rzecz biorąc, oczywiście. 

-  To  nie  jest  pytanie  teoretyczne.  -  Odłożył  kanapkę  i  ujął  jej  podbródek.  Nie 

próbowała wyszarpnąć głowy. - Mam już żonę. I na razie okazała się zupełnie nieopłacalnym 

nabytkiem. Ale nie mam zamiaru jej się pozbywać. 

Angie nie odpowiedziała. Szeroko otwartymi oczami patrzyła badawczo w jego twarz. 

Owen  dopiero  po  chwili  zbliżył  wolno  usta  do  jej  ust.  Dał  jej  możliwość  uniknięcia 

pocałunku, ale z niej nie skorzystała. 

- Angie... - wyszeptał drżącym z namiętności głosem, przewracając ją na plecy. 

Przez ułamek sekundy wyczuł w niej opór, lecz zaraz jej ramiona oplotły mu miękko 

szyję. Nadal mnie pragnie, powiedział sobie z triumfem. Choć wciąż mu się przeciwstawia, 

nadal budzi jej pożądanie, gdy ją bierze w ramiona. Poczuł ogromny przypływ ulgi. 

-  Angie,  skarbie,  wszystko  będzie  dobrze  -  szeptał,  pieszcząc  ustami  jej  szyję.  Jego 

ciałem wstrząsnął dreszcz gwałtownego podniecenia. 

background image

- Owen, nie powinnam ci na to pozwolić. Wiem, że nie powinnam. 

-  Ciii...  kochanie.  -  Przesunął  rękę  na  jej  biodro.  -  Jesteśmy  małżeństwem,  nie 

pamiętasz? Tak właśnie powinno być między nami. 

-  Jeszcze  nie  teraz.  Jest  wiele  spraw,  które  trzeba  najpierw  wyjaśnić.  Muszę  być 

pewna, że... 

Włożył  rękę  pod  zielony  pulower  i  przykrył  dłonią  jej  pierś.  Angie  jęknęła  i  nie 

dokończyła  zdania.  Owen  z  gorączkową  niecierpliwością  zabrał  się  teraz  za  jej  ubranie. 

Wszystko w postaci guzików, haftek i zamka jakby się przeciw niemu sprzysięgło. Dopiero 

po  chwili  zdał  sobie  sprawę,  że  Angie  nie  na  żarty  mu  się  wyrywa.  -  Angie,  uspokój  się. 

Oboje tego chcemy. To zupełnie naturalne. Jesteśmy małżeństwem. Zrelaksuj się, kochanie. 

Zaczął  ją  koić  pocałunkami,  od  szyi  po  głębokie  wycięcie  swetra.  Pod  kciukiem  poczuł 

wypukłość jej brodawki i pomyślał, że zaraz oszaleje z pożądania. 

- Owen, powiedziałam, przestań! Ktoś nas obserwuje - zasyczała Angie. 

Jej zdeterminowany ton wreszcie do niego dotarł i Owen podniósł głowę. 

- Co jest, do diabła? 

Usłyszał  dźwięk  silnika  na  wolnych  obrotach  i  odwróciwszy  się,  zobaczył  grupę 

śmiejących  się  nastolatków  w  motorówce  stojącej  na  wodzie  tuż  przy  brzegu.  Zaklął 

siarczyście; młodzi ludzie wybuchnęli głośnym śmiechem, uruchomili łódź i pomknęli w głąb 

jeziora. 

-  Żonaty  mężczyzna  nie  powinien  być  narażony  na  coś  podobnego  -  poskarżył  się.  - 

Powinien móc kochać się ze swoją żoną w zaciszu pokoju. 

-  Całe  szczęście,  że  nam  przeszkodzili.  -  Angie  szybko  usiadła  i  zaczęła  wrzucać 

produkty  do  koszyka.  -  Nie  jestem  jeszcze  na  to  gotowa,  Owen.  Powiedziałam  ci,  że  chcę 

poczekać. Byłabym ci bardzo wdzięczna, gdybyś zaprzestał prób uwodzenia mnie przy każdej 

nadarzającej się okazji. To nie w porządku. 

- Nie w porządku? Jestem twoim mężem, do cholery! Będę cię uwodził, kiedy mi się 

spodoba. 

Angie potrząsnęła zdecydowanie głową, zamykając koszyk. 

- Wolałabym, żebyś tego nie robił. - Westchnęła, - Nie sądziłam, że to będzie problem. 

- O czym ty mówisz? 

-  Byłam  na  ciebie  tak  zła,  odkąd  dowiedziałam  się  o  spółce  i  sprzedaży  akcji,  że 

miałam nadzieję bez trudu poradzić sobie z fizyczną stroną naszego związku. 

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że miałaś nadzieję bez trudu mi się oprzeć, bo byłaś 

na mnie wściekła? - Owen poczuł nagły przypływ poprawy humoru, gdy zrozumiał, do czego 

background image

Angie się przyznaje. Usta wolno rozchyliły mu się w uśmiechu. 

- Mniej więcej. 

-  Ale  nie  możesz  mi  się  oprzeć,  prawda,  kochanie?  Pragniesz  mnie  tak  samo,  jak  ja 

ciebie, i kiedy biorę cię w ramiona, topniejesz jak masło. To nic złego, Angie. Jestem twoim 

mężem. Po co z tym walczyć? 

-  Potrafię  ci  się  oprzeć  i  nie  zamierzam  ustępować  -  oznajmiła  stanowczo,  wstając  z 

ziemi - dopóki nie będę usatysfakcjonowana innymi elementami naszego związku. 

-  Przestań  nazywać  to  związkiem.  Jesteśmy  małżeństwem  -  odparował,  ale  w  jego 

głosie nie było już złości. 

Od czasu owej pechowej nocy poślubnej ani razu nie czuł się tak dobrze. Powiedział 

sobie, że powinien był okazać więcej śmiałości zeszłego wieczoru. Dzisiaj na pewno spróbuje 

nowego  podejścia  do  swojej  upartej  żony.  Seks,  a  nie  subtelne  podchody,  rozwiąże  jego 

dylemat. 

Angie spojrzała na niego spod oka. 

-  Zetrzyj  ten  głupi  uśmieszek  z  twarzy,  Owenie  Sutherland.  Nie  jestem  znowu  taką 

bezwolną lalką. Sama bym cię powstrzymała, gdyby nie zjawili się ci chłopcy. 

- Tak, kochanie. 

-  Nie  pozwolę  ci  wykorzystywać  fizycznego  pociągu  między  nami  -  oblizała  dolną 

wargę - do manipulowania mną. 

- Gdzież bym śmiał? 

Owen pochylił się, biorąc koc i starannie go składając. Miał nadzieję, że ukryje w ten 

sposób radosny triumf wyzierający mu z oczu. 

- Mówię poważnie, Owen. 

- Rozumiem, kochanie. - Spakował koc i wziął koszyk. - Wracamy? - Uśmiechnął się 

niewinnie. - Czy wolisz kontynuować naszą wycieczkę? 

- Jestem gotowa na powrót do lochów - mruknęła Angie. 

-  Popatrz  na  to  od  jaśniejszej  strony.  Nie  próbuję  zakuć  cię  w  pas  cnoty.  Wręcz 

przeciwnie. 

W drodze powrotnej przez jezioro Angie była milcząca. Jeszcze rano przed wycieczką 

czuła się panią sytuacji. Teraz uzmysłowiła sobie, że tę niebezpieczną pewność siebie dała jej 

owa nocna konfrontacja  z Owenem  sprzed dwóch dni. Wyczuła wtedy jego szaloną dumę i 

pasję  i  powiedziała  sobie,  że  na  pewno  drzemią  w  nim  i  inne  głębokie  namiętności. 

Rozumiała takie uczucia i potrafiła sobie z nimi radzić. A przynajmniej tak jej się wydawało. 

Ale  teraz  stanęła  twarzą  w  twarz  z  faktem,  że  jest  nadal  równie  czulą  na  męskie 

background image

wdzięki Owena, jak przedtem. Musi być ostrożna, bardzo ostrożna. Musi starać się zachować 

równowagę sił w tej delikatnej sytuacji. Bała się, ze straci tę odrobinę przewagi, jaką zdobyła, 

jeśli ulegnie namowom Owena. 

Kiedy  wpływali  do  zatoczki  pod  domem,  dostrzegli  w  przystani  nową  łódź.  Owen 

skrzywił się na jej widok. 

-  Mamy  gości?  -  spytała  Angie  z  nadzieją.  Z  przyjemnością  powitałaby  tu  jakąś 

przyjazną twarz. 

-  To  tylko  kolejni  członkowie  rodziny.  -  Owen  wysiadł  i  podał  jej  rękę.  -  Moja 

przyrodnia siostra i jej mąż. Szykuje się niezła zabawa. 

- Myślałam, że ze sobą nie rozmawiacie? 

-  Ależ  nie,  rozmawiamy,  jak  najbardziej.  Przedtem  nawet  byłem  z  Kim  w  całkiem 

dobrych stosunkach. Ale to się zmieniło, odkąd pół roku temu wyszła za Glena Langleya. 

- Dlaczego? Nie lubisz go? Owen ruszył w stronę domu. 

-  Problem  polega  na  tym,  że  Kim  i  Celia  uważają,  że  powinien  natychmiast  dostać 

stanowisko  kierownicze  w  naszej  firmie,  po  prostu  dlatego  że  się  wżenił  w  rodzinę. 

Najwyraźniej sam Langley też tak uważa. 

- A ty nie? 

-  Oczywiście,  że  nie.  Ten  facet  jest  inżynierem.  Nigdy  nie  miał  nic  wspólnego  z 

branżą hotelarską. 

-  I  myślisz,  że  ożenił  się  z  Kim,  żeby  wyrwać  dla  siebie  cząstkę  rodzinnej  fortuny, 

tak? 

Owen spojrzał na nią spod oka. 

- Myślę, że istnieje taka możliwość. Angie uśmiechnęła się. 

- A czy nie dopuszczasz w ogóle myśli, że mógł się z nią ożenić z miłości? Czy też 

jest w tym względzie zbyt podobny do ciebie? 

Owen zatrzymał się w miejscu i odwrócił do niej gwałtownie, mierząc ją zimnymi z 

furii oczami. 

- Co przez to rozumiesz? 

Przestraszona tą nagłą zmianą jego nastroju, Angie cofnęła się o krok. 

-  Zastanawiałam się tylko, czy nie odrzucasz możliwości,  że twój  szwagier zakochał 

się w Kim, bo po prostu nie wierzysz w miłość. 

- Na litość boską, Angie... 

- Owen, właściwie sam przyznałeś, praktycznie rzecz biorąc, że mnie nie kochasz. A 

jednak  się  ze  mną  ożeniłeś.  Więc  jaki  można  wyciągnąć  stąd  wniosek?  Czy  nie  taki,  że 

background image

zrobiłeś to dla interesu? I wobec tego, jak możesz obwiniać Glena Langleya? 

-  Posuwasz  się  naprawdę  za  daleko,  moja  pani.  -  Mina  Owena  nie  wróżyła  nic 

dobrego. - Radzę ci, przestań igrać sobie z tym, co ja czuję czy nie czuję, zanim przebierzesz 

miarkę. Powiedziałaś, że nie chcesz, żebym manipulował tobą za pomocą seksu? No to wiedz, 

że ja nie chcę, żebyś manipulowała mną za pomocą słów. Zrozumiałaś? 

-  Oczywiście,  Owen.  Uważam,  że  osiągnęliśmy  obopólne  porozumienie.  Jest  dużo 

prawdy w powiedzeniu, że prawdziwą naturę mężczyzny poznaje się po ślubie. 

Przemknęła  szybko  obok,  zdążając  do  drzwi  frontowych.  Kiedy  znalazła  się  poza 

zasięgiem Owena, odetchnęła z głęboką ulgą, ocierając pot z czoła. Tym razem, prowokując 

go, nieco się zagalopowała. 

- No, no, no - dobiegł ją spod drzwi lekko kpiący męski głos. - To ty jesteś zapewne 

najnowszą zdobyczą klanu Sutherlandów. Miło wiedzieć, że nie tylko ja ośmieliłem się wejść 

do tej rodziny. Jestem Glen Langley. 

Angie  podniosła  szybko  głowę  i  uśmiechnęła  się,  widząc  u  szczytu  schodów 

przystojnego,  jasnowłosego  mężczyznę.  Glen  Langley,  ubrany  na  sportowo  w  sweter  i 

spodnie, sprawiał wrażenie człowieka sympatycznego i bezpośredniego. Miał otwartą, szczerą 

twarz o niebieskich oczach, patrzących na świat z pewną dozą humoru. 

Polubiła go od pierwszego wejrzenia. Przypominał jej brata, Harry'ego. 

-  Jestem  Angie  -  uśmiechnęła  się.  -  Pewno  już  ci  powiedziano,  skąd  się  wzięłam  i 

dlaczego tu jestem. 

- Tak. Jesteś najnowszą inwestycją handlową Owena, sądząc po relacji jego krewnych. 

Ale ja nie zwracam na nich większej uwagi. Są tacy ponurzy i zgorzkniali. 

- Ty też tak uważasz? 

-  Cały  problem  polega  na  tym,  że  oni  wszyscy  za  bardzo  się  przejmują  swoim 

bezcennym przedsiębiorstwem hotelowym. Próbuję wyperswadować Kimberly ten nawyk. 

- Fascynujące spostrzeżenie - mruknęła Angie, słysząc za sobą kroki  Owena.  - Sama 

poczyniłam podobne obserwacje. 

- Cześć, Langley. - Owen uniósł brew. - Jak było na Hawajach? 

- Witam, Sutherland. - Glen skinął uprzejmie głową. - Było bardzo przyjemnie, dopóki 

nie dowiedziałem  się, dlaczego Kim  zdecydowała się tak nagle na tę wycieczkę. Wcześniej 

nic  nie  wiedziałem  o  twoich  planach  małżeńskich:  Jak  widzisz,  wróciliśmy  przed  czasem. 

Przykro mi, że nie wzięliśmy udziału w tym wiekopomnym wydarzeniu.. 

-  Nie  przejmuj  się.  Nikt  z  rodziny  się  nie  pofatygował.  Przeżyliśmy  to  jakoś.  Gdzie 

jest Kim? 

background image

- Rozmawia z matką. - Glen zerknął przez ramię w głąb ciemnego holu. - O, właśnie 

idzie.  Kim,  kochanie,  chodź  poznać  swoją  bratową.  Przeprosiłem  już,  że  nie  byliśmy  na 

ślubie. 

Atrakcyjna  młoda  kobieta,  która  do  niego  podeszła,  miała  dość  przyzwoitości,  żeby 

się zaczerwienić. Kimberly Langley była wysoka i szczupła. Miała na sobie szare spodnie i 

kremową  bluzkę,  które  podkreślały  jej  chłodną  elegancję.  Twarz  okalały  ciemnobrązowe 

włosy obcięte na pazia. Skinęła Angie głową. 

- Dzień dobry. Mama i ciocia Helen opowiadały mi o tobie. 

-  Nic  dobrego,  jak  sądzę  -  powiedziała  Angie  wesoło.  Owen  posłał  jej  ostrzegawcze 

spojrzenie i wbił wzrok w swoją przyrodnią siostrę. 

- Zapamiętaj sobie, Kim, że Angie ma być traktowana z szacunkiem. Jest moją żoną i 

każdy, kto jej uchybi, będzie mieć ze mną do czynienia. 

- Nikt nie zamierza ci  robić wbrew, braciszku - odparła Kimberly słodko. - Wszyscy 

czujemy się w tej sytuacji niezbyt zręcznie, ale dla dobra firmy chyba potrafimy zachować się 

cywilizowanie do czasu sprzedaży akcji. 

-  Byłem  pewny,  że  tak  właśnie  do  tego  podejdziesz.  Będę  w  pracowni,  gdyby  ktoś 

mnie potrzebował. 

Kimberly odprowadziła go wzrokiem, a potem zwróciła się do Angie. 

- Mam nadzieję, że wiedziałaś, co robisz, kiedy wychodziłaś za mojego brata. 

- Prawdę mówiąc, nie wiedziałam - odparła Angie, uśmiechając się promiennie. - Ale 

teraz już wiem. Zawsze to miło znaleźć się pośród miłej, kochającej rodziny, czyż nie? 

-  Mama  miała  rację.  Jesteś  dość  grubiańska.  -  Kimberly  odwróciła  się  na  pięcie  i 

zniknęła w głębi domu. 

Glen  poczekał,  aż  zeszła  z  pola  widzenia,  i  zwrócił  spojrzenie  ku  Angie.  W 

niebieskich oczach nie lśniły już iskierki humoru, lecz zastąpił je wyraz powagi. 

-  Przepraszam  cię  za  moją  żonę.  Zapewniam,  że  zachowuje  się  tak  tylko  na  łonie 

swojej rodziny. Doszedłem do wniosku, że Sutherlandowie wyzwalają w człowieku wszystko 

co najgorsze. Zawsze kiedy tu przyjeżdżam, czuję się jak nieproszony gość. 

- Doskonale cię rozumiem. Ja sama też się tak czuję. 

-  Nawet  nie  wiesz,  jak  się  cieszę,  żeśmy  się  poznali,  Angie  -  powiedział  Glen, 

wchodząc za nią do holu. - Coś mi mówi, że mamy pokrewne dusze. Może połączylibyśmy 

siły przeciwko tym zaciętym, napuszonym Sutherlandom? Co powiesz? 

Angie uśmiechnęła się, wdzięczna, że spotkała przyjazną twarz w tym ponurym domu. 

- Umowa stoi. 

background image

W  tym  momencie  poczuła  mrowienie  w  karku.  Odwróciła  się  i  zobaczyła  Owena 

stojącego w drzwiach pracowni, z kciukiem zatkniętym za pasek. Wiedziała, że musiał usły-

szeć uwagę Glena o łączeniu sił przeciw Sutherlandom. 

Owen patrzył na nią przez chwilę nieprzeniknionym wzrokiem, po czym odwrócił się 

bez słowa i bardzo cicho zamknął za sobą drzwi. 

 

Powinienem był się tego spodziewać, powiedział sobie Owen. To zupełnie naturalne. 

Dwoje obcych w rodzinie, Angie i Glen, prędzej czy później musieli się sprzymierzyć. 

Obserwował ich ukradkiem podczas kolacji. Teraz, kiedy wszyscy w pozornej zgodzie 

przeszli na kawę do salonu, linie demarkacyjne między tą parą a resztą rodziny zaznaczyły się 

jeszcze  wyraźniej.  Zaczął  się  zastanawiać,  czy  przyjeżdżając  tu  nie  popełnił  zasadniczego 

błędu. Na tę myśl oblał go zimny pot. Zawsze wiedział, jak postępować w interesach. Ale gdy 

przychodziło do spraw rodzinnych, nie był już taki pewien. 

Glen  i  Angie  siedzieli  sami  na  sofie  przy  oknie.  Z  ożywieniem  omawiali  kwestie 

związane z projektowaniem biżuterii. Glen wykazywał  niezwykłe zainteresowanie tematem. 

Owen pomyślał, że ani się obejrzy, a ci dwoje zaczną stanowić zwarty front przeciwko reszcie 

Sutherlandów.  Niewiele  brakuje,  a  straci  wszystko,  co  udało  mu  się  zyskać  na  początku 

pobytu. Nie będzie już w oczach Angie samotnym wilkiem broniącym się przed resztą stada. 

Zaklął pod nosem, pamiętając krągły kształt jej piersi w swojej dłoni. 

Ciekaw  był,  czy  taka  tortura  odrzuconego  męża  prowadzi  do  śmierci,  czy  też  może 

trwać wiecznie. 

-  Ci  dwoje  znaleźli,  zdaje  się,  wspólny  temat  -  mruknęła  Kimberly,  siadając  obok 

Owena. 

- Na to wygląda. 

-  Owen,  powiedz,  co  się  właściwie  dzieje  -  poprosiła  cicho.  -  Trudno  mi  się  w  tym 

wszystkim połapać. Mama, Helen i Derwin oświadczyli, że zwariowałeś, kiedy oznajmiłeś, że 

zamierzasz  ożenić  się  z  córką  Townsenda.  Powiedzieli,  że  tato  by  się  w  grobie  przewrócił. 

Mówią, że zdradziłeś jego pamięć, zadając się z nimi. 

- To miło, że wszyscy tak się przejmują moim szczęściem małżeńskim. 

-  Owen,  to  nie  żarty.  Igrasz  z  naszą  przyszłością  i  jak  zwykle  nic  nam  nie  mówisz. 

Mama twierdzi, że ten związek to tylko fikcja na pokaz, dla interesu. Czy to prawda? 

-  Nie.  Ale  nie  spodziewam  się,  żebyś  w  to  uwierzyła.  -  Do  cholery,  nikt  w  to  nie 

wierzy, pomyślał Owen ponuro. Nawet Angie. Jedyna osoba, która się liczy. 

Kimberly zmarszczyła z namysłem wyraźnie zarysowane brwi. 

background image

- Owen, wiem, że odkąd poślubiłam Glena, stosunki między nami się popsuły, ale w 

końcu jesteś moim  bratem.  Czy nie uważasz, że winien mi jesteś jakieś wyjaśnienie, nawet 

jeśli odmawiasz tego innym? 

- Dałem wszystkim jedyne wytłumaczenie, jakie istnieje. Nie moja wina, że nikt tego 

nie przyjmuje do wiadomości. 

Oczy Kimberly zrobiły się okrągłe jak spodki. 

- Nie mów mi, że się w niej zakochałeś? Nie wierzę... Nigdy w to nie uwierzę. Żadna 

kobieta nie miała dotąd na ciebie większego wpływu. W sprawach miłosnych jesteś zimny jak 

lód. A teraz chcesz, żebym uznała, że dałeś się usidlić córce Townsenda? 

- Można to tak nazwać. Owen przypomniał sobie uczucie radosnego ożywienia, jakie 

go ogarnęło, kiedy po raz pierwszy zobaczył Angie, i to przemożne pragnienie, aby ją zdobyć, 

które  niczym  iskra  elektryczna  przebiegło  jego  ciało.  Przypomniał  sobie,  jak  nieśmiało  ją 

adorował i jak starał się skłonić ją do małżeństwa. Pamiętał też, jak gorąco reagowała, kiedy 

brał ją w ramiona, nawet gdy była na niego wściekła. Tak, nie ulegało wątpliwości, że został 

usidlony. 

Dziwne.  Nigdy  nie  myślał  o  tym  w  tych  kategoriach.  Od  początku  uważał,  że 

doskonale nad wszystkim panuje. Teraz jednak nie był już taki pewien. 

- Mówmy poważnie, Owen. Oboje wiemy, że nie jesteś typem człowieka, który da się 

ponieść wielkiej namiętności. - Kimberly wpatrywała się w niego uważnie. - Nigdy w życiu 

nie byłeś zakochany. Nie wiesz chyba nawet, co to znaczy. 

- Zmieńmy lepiej temat, Kim. 

- Ale mam prawo wiedzieć, co się dzieje. 

-  Wiesz  wszystko,  co  trzeba.  Jestem  żonaty.  Sutherlandowie  i  Townsendowie 

zawiązali  spółkę.  Za  niecałe  trzy  tygodnie  nasze  akcje  ukażą  się  na  giełdzie.  Co  jeszcze 

chcesz wiedzieć? 

Kimberly zamieszała wolno kawę, w jej oczach czaił się bunt. 

-  No  trudno,  jeśli  nie  chcesz  mi  powiedzieć,  to  nie  mogę  cię  zmusić,  prawda?  Ty 

dzierżysz w rękach całą władzę. Ojciec zadbał o to, żeby tobie wszystko zostawić, jak zresztą 

należało się spodziewać. 

Owen odwrócił ku niej głowę. 

- Co właściwie chcesz przez to powiedzieć? 

- Dobrze wiesz, co chcę powiedzieć - odparła z goryczą. 

- Nie możesz chyba zaprzeczyć, że dbam o to, aby każde z was dostało swój udział. 

-  Ale  to  ty  rządzisz,  tak  jak  przedtem  ojciec.  Ty  trzymasz  lejce  i  bat,  a  my  tylko 

background image

biegniemy  w  zaprzęgu.  Zawsze  byłeś  jego  ulubieńcem  i  spadkobiercą.  Jego  pierworodnym 

synem.  Tym,  którego  najbardziej  kochał  i  którego  przygotowywał  do  objęcia  Hoteli 

Sutherland. 

- Bądź rozsądna, Kim. Nigdy nie interesowałaś się sprawami firmy. 

-  Nigdy  mnie  do  tego  nie  zachęcano  -  odparowała,  -  Ale  to  nie  znaczy,  że  nasze 

przedsiębiorstwo  nic  mnie  nie  obchodzi.  Wszystkich  nas  obchodzi.  Niestety,  wszyscy  je-

steśmy zależni od ciebie. A ty rządzisz się sam jak szara gęś i nikogo nie pytasz o zdanie. 

-  Kogo  miałbym  pytać?  -  powiedział  łagodnie.  -  Wuja  Derwina,  który  nigdy  nie 

wykazał  najmniejszego  zmysłu  do  interesów  i  spędził  całe  życie  na  majsterkowaniu?  Czy 

ciocię  Helen,  która  zajmuje  się  wyłącznie  uzupełnianiem  drzewa  genealogicznego  naszej 

rodziny i zasiadaniem w zarządach różnych towarzystw dobroczynnych? 

- Jesteś niesprawiedliwy, Owen. 

-  A  może  powinienem  prosić  o  wkład  twórczy  Celię,  tak?  Daj  spokój,  Kim.  Oboje 

wiemy,  że  twoja  matka  patrzy  na  wszystko  pod  kątem  tego,  co  zrobiłby  ojciec.  Nie  za-

akceptowałaby żadnego mojego ruchu, który według niej byłby nie po jego myśli. 

- Jest po prostu wierna jego pamięci, to wszystko - Kim stanęła w obronie matki. 

-  Tak  wierna,  że  trudno  jej  przyjąć  do  wiadomości,  że  teraz  ja  zarządzam  firmą. 

Posłuchaj, Kim, prawda jest taka, że nikt w tej rodzinie nie ma kwalifikacji do prowadzenia 

sieci hoteli oprócz mnie. Chcą być tylko pewni, że dostają należną im część zysków. Ojciec 

miał  świętą  rację  nie  zostawiając  im  prawa  głosu.  Już  widzę  te  nasze  zebrania  zarządu. 

Kłócilibyśmy się zażarcie o każdą decyzję i nic nigdy nie ruszyłoby z miejsca. 

-  Wraz  z  tą  spółką  dopuszczasz  Townsenda  do  współzarządzania.  Jak  myślisz,  co 

ojciec by na to powiedział? 

Owen wzruszył ramionami. 

- Nie byłby zachwycony. Ale ojca już nie ma pośród nas. Kimberly zacisnęła usta. 

- Za to Glen jest - przypomniała mu spokojnie. 

- Zauważyłem. 

Owen  rzucił  kolejne  posępne  spojrzenie  w  kierunku  pary  na  sofie.  Angie  tłumacząc 

jakiś szczegół dotyczący projektowania biżuterii zdjęła z palca obrączkę i beztrosko podała ją 

Glenowi. Owen omal nie zerwał się z miejsca, żeby mu ją wyrwać. Nie miała prawa ot, tak 

sobie, szafować swoją obrączką na prawo i lewo. - Proszę cię, Owen. 

Zmarszczył  brwi,  zdając  sobie  sprawę,  że  nie  dosłyszał  czegoś,  co  siostra  do  niego 

mówiła. 

- O co mnie prosisz? 

background image

-  Żebyś  dał  Glenowi  szansę.  Prosta  sprawiedliwość  tego  wymaga.  Zaoferuj  mu 

stanowisko w firmie. Jakieś ważne stanowisko. Pozwól mu się wykazać. 

- Rozmawialiśmy już na ten temat. Moja odpowiedź nadal brzmi: nie. Langley może 

się wykazać gdzie indziej. I niekoniecznie w zarządzie Hoteli Sutherland. 

-  Niech  cię  wszyscy  diabli!  -  Kimberly  wstała  gwałtownie,  filiżanka  zabrzęczała  na 

trzymanym przez nią spodeczku. - Jakim prawem mianujesz się naszym panem i władcą? Nic 

cię nie obchodzi oprócz ciebie, prawda? Robisz co chcesz, podejmujesz decyzje jakie chcesz i 

masz w nosie, czy się nam to podoba, czy nie. 

-  Jeśli  Langley  chciał  się  wykazać,  mógł  to  zrobić  przed  zawarciem  małżeństwa  - 

powiedział brutalnie Owen. 

- Nadal myślisz, że ożenił się ze mną dla pieniędzy, tak? Zobaczył podejrzaną wilgoć 

w  jej  oczach  i  przez  chwile  poczuł  wyrzuty  sumienia.  Wiedział,  że  Celia  mierzy  go 

wściekłym  wzrokiem  z drugiego końca pokoju.  Źle się stało,  że tu  przyjechał.  To był  błąd, 

kardynalny błąd. 

- Nie chcę do tego wracać. Dajmy już spokój tej dyskusji, Kim. 

-  Jak  chcesz.  Ale  w  końcu,  kto  to  wszystko  mówi,  braciszku?  -  Rzuciła  znaczące 

spojrzenie w kierunku sofy. - Jeśli ktoś tutaj ożenił się dla interesu, to raczej ty. 

Owen  poczuł,  że  ogarnia  go  furia.  Najwyższym  wysiłkiem  woli  zdusił  w  sobie 

wybuch i wstał wolno, cedząc przez zaciśnięte zęby: 

-  Nie  waż  się  więcej  tego  mówić,  zrozumiałaś?  Przynajmniej  wiem  na  pewno,  że 

Angie nie wyszła za mnie dla majątku. 

-  Więc  dlaczego  za  ciebie  wyszła?  -  Kimberly  cofnęła  się  nerwowo  o  krok,  ale  nie 

zrejterowała. - Tylko mi nie mów, że z miłości. Nawet ze sobą nie śpicie. 

- Skąd to wiesz, do cholery? 

- Od Betty, oczywiście. - Kimberly cofnęła się jeszcze o krok i odstawiła filiżankę. - 

Mówi,  że  jedno  z  was  śpi  na  tapczanie  w  saloniku.  I  choć  jest  on  zawsze  bardzo  starannie 

zasłany, rogi prześcieradła są założone inaczej, niż ona to robi. 

-  Może  już  czas,  żeby  dobra,  stara  Betty  znalazła  sobie  inną  pracę  -  powiedział 

lodowatym tonem. 

-  Daj  spokój,  Owen.  Jeśli  ktoś  tu  jest  winien,  że  tajemnica  wyszła  na  jaw,  to  ja.  Po 

prostu spytałam Betty, co się naprawdę dzieje, i ona mi szczerze odpowiedziała. Ty płacisz jej 

pensję, ale rzadko kiedy tu bywasz. A ona jest nam wierna i oddana od wielu lat. - Kimberly 

odwróciła się i odeszła do matki na drugi koniec pokoju. 

Owen odprowadził ją wzrokiem i skierował się na taras. Jeszcze nigdy w życiu tak nie 

background image

pragnął świeżego powietrza. Wychodząc, zmusił się, żeby nie patrzeć w stronę sofy, na której 

siedziała Angie z Glenem Langleyem. 

- Wiesz, to ją strasznie gryzie - zwierzył się Glen półgłosem Angie. 

- Co ją gryzie? 

-  To,  że  nie  może  namówić  Owena,  aby  ofiarował  mi  pracę  w  firmie.  Kimberly 

poczuła się niesprawiedliwie odrzucona, kiedy dwa lata temu okazało się, że ojciec zostawił 

wszystko jej bratu.  A teraz ten brat nie chce mnie zaakceptować i  ona uważa to  za kolejne 

odrzucenie. Matka i wujostwo jeszcze ją podjudzają. 

- A ty chciałbyś pracować w rodzinnej firmie? - spytała Angie z ciekawością. 

- Ależ niech Bóg broni! Nie chciałbym pracować u Owena, nawet gdyby był ostatnim 

facetem na ziemi, który daje emeryturę i świadczenia socjalne. - Glen uśmiechnął się kątem 

ust - Ale dałbym sobie uciąć prawą rękę, żeby złożył mi taką propozycję. 

- Dla dobra Kim? 

-  Właśnie.  To  by  miało  dla  niej  ogromne  znaczenie,  że  brat  zdecydował  się 

zaoferować mi stanowisko. W jej oczach stanowiłoby dowód, że zaakceptował  jej wybór.  - 

Glen wzruszył ramionami. - Dla mnie, oczywiście byłby to duży problem. 

- Jak to? 

- Nie wiem, co Kim by zrobiła, gdybym odmówił. Dostałem doskonałą ofertę pracy z 

Seattle. Ale jeszcze jej o tym nie mówiłem, bo nie wiem, jak zareaguje. 

- Boisz się, że nie zechce jechać tam z tobą? - spytała Angie ze zrozumieniem. 

- Otóż to. Celia wciąż forsuje pomysł, żeby mnie umieścić w rodzinnej firmie, I to nie 

na byle jakiej posadce, ale co najmniej na fotelu wiceprezesa lub kogoś równie ważnego. 

- Prawdopodobnie myśli, że jeśli jej zięć uzyska wysokie stanowisko, ona i reszta będą 

mieć  wreszcie  coś  do  powiedzenia  -  zauważyła  Angie.  -  Na  razie  są  zdani  na  dobrą  wolę  i 

poczucie odpowiedzialności Owena. 

- Widzę, że zdążyłaś już rozgryźć tę zwariowaną rodzinkę - parsknął śmiechem Glen. 

-  Jeszcze  nie  całkiem,  ale  się  staram.  Ciągle  pozostaje  jeszcze  jedna  zasadnicza 

kwestia. 

- Jaka? 

-  Chciałabym  wiedzieć,  co  wywołało  przed  trzydziestu  laty  wojnę  między  naszymi 

rodzinami. Nikt nie potrafi mi tego wyjaśnić. 

- Raczej nikt nie chce. Ta szajka potrafi być bardzo skryta. Zwłaszcza Helen i Derwin. 

- Zauważyłam. - Chciała powiedzieć coś więcej, ale przeszkodził jej Derwin, który w 

tym momencie podszedł do sofy. 

background image

-  Wygląda  na  to,  że  się  nieźle  bawicie  -  mruknął  ponuro.  Jego  krzaczaste  brwi  były 

ściągnięte w prostą linię. 

- Dobrze, że przynajmniej wy dwoje. 

-  Trochę  smętny  nastrój  tu  panuje,  prawda?  -  zgodziła  się  Angie.  -  Czy  zawsze  tak 

przyjemnie spędzacie czas po kolacji? 

- Uważasz się za bardzo dowcipną, co, młoda damo? 

- nasrożył się Derwin. - Ale nie jesteś ani w połowie tak sprytna, jak ci się wydaje. 

- Tak też podejrzewałam - przyznała Angie. Gdyby była sprytna, nie znalazłaby się w 

tej sytuacji. 

Derwin poczerwieniał. 

- Śmiej się, śmiej, ale my i tak swoje wiemy. Ciekawe tylko, jakim cudem udaje ci się 

tak  wodzić  Owena  za  nos.  Jaki  on  jest,  taki  jest,  ale  nie  sądziłem,  że  da  się  omotać  przez 

pierwszą  lepszą  wygadaną  panienkę.  I  to  do  tego  z  rodziny  Townsendów.  Jak  widać,  nie 

miałem racji. Glen zmarszczył brwi. 

- Wystarczy, Derwin. 

- To jeszcze nie wszystko - oświadczył Derwin. - Panna Townsend wyobraża sobie, że 

udało jej się wywieść nas w pole, ale się myli. I chcę, żeby o tym wiedziała. 

Angie bardzo starannie odstawiła filiżankę. 

- Możesz mi wyjaśnić, w jaki to mianowicie sposób usiłowałam wywieść was w pole? 

Twarz Derwina poczerwieniała jeszcze bardziej. Jego oczy uciekły w bok. 

-  Nie  jesteś  wcale  żoną  Owena  -  wysyczał.  -  W  każdym  razie  prawdziwą  żoną. 

Gospodyni powiedziała Kimberly, że nawet ze sobą nie śpicie. Ha! Dość dziwne zachowanie 

jak na nowożeńców, gdyby mnie kto pytał. 

- Nikt cię nie pytał, Derwin - przerwał szorstko Glen. - Trochę się zagalopowałeś, nie 

uważasz? 

-  Bynajmniej.  -  Derwin  jeszcze  nie  skończył.  -  Ona  pochodzi  z  Townsendów,  a 

wiadomo, że nie można im ufać ani na jotę. Jeśli nawet udało jej się omamić Owena, niech 

nie myśli, że wszyscy jesteśmy zaślepieni. Wiemy, że na pewno coś knuje, ale nie ujdzie jej 

to na sucho. Owen prędzej czy później odzyska rozum. 

Derwin odwrócił się i odszedł sztywno do żony. Twarz Helen była stężała z napięcia. 

Nastąpiła krótka, kłopotliwa cisza, którą po chwili przerwał Glen. 

- Nie przejmuj  się Derwinem. Od lat jest zgorzkniały, bo  ani  ojciec Owena, ani  sam 

Owen nigdy nie powierzyli mu żadnego stanowiska w firmie. 

- Skąd on pochodzi? 

background image

- Biedny, stary Derwin pochodzi z dobrej, znanej rodziny właścicieli winnic z doliny 

Napy. Ale nigdy nie interesował się wyrobem wina. Lubi majsterkować. 

- Majsterkować? 

-  Tak,  zajmuje  się  konstruowaniem  rozmaitych  gadżetów.  Ma  nawet  parę  patentów, 

ale żaden z wynalazków nie przyniósł mu większych pieniędzy. Ojciec Owena, jak twierdzi 

Kim,  uważał  go  za  ekscentrycznego  zwariowanego  naukowca,  czy  kogoś  w  tym  rodzaju. 

Można powiedzieć, że łączy nas przynajmniej jedna rzecz. 

- Chodzi ci o to, że żaden z was nie dostał wysokiego stanowiska w rodzinnej firmie? 

-  Tak.  Różnica  między  nami  polega  na  tym,  że  Derwin  oddałby  duszę  za  to,  żeby 

traktowano go jako ważnego członka rodziny, a ja za to, żeby zaoferowano mi pracę. 

- Wydaje się, że cały problem polega na tym, że ani Owen, ani jego ojciec nie zadali 

sobie  trudu,  aby  w  jakiś  taktowny  sposób  załatwić  sprawę  wujka  Derwina.  Ich  polityka 

sprowadzała się do ignorowania go, co z pewnością oboje z Helen bolało. - Angie potrząsnęła 

głową. - Co za beznadziejna sytuacja. 

-  Nie  da  się  ukryć.  -  Glen  podniósł  filiżankę  w  ironicznym  toaście.  -  Witaj  na  polu 

bitwy, Angie. Jak widzisz, jesteśmy wszyscy jedną wielką, szczęśliwą rodziną. 

Nie  wiedzieć  czemu,  ujawnienie  faktu,  że  śpi  w  osobnym  pokoju,  bardzo  Angie 

wzburzyło. Właściwie nie powinno jej to obchodzić, mówiła sobie. Ostatecznie, ucierpiała na 

tym duma Owena, a nie jej. Ona od początku nie chciała utrzymywać fikcji tego małżeństwa. 

Duma  Owena.  Angie  wychowywała  się  pod  kuratelą  energicznego  brata  i 

wpływowego ojca. Wiedziała, że męska duma jest czymś potężnym, a zarazem kruchym. Ma 

ścisły  związek  z  ego  i  potrzebą  panowania  nad  swoim  życiem  i  nad  światem.  Matka 

wytłumaczyła  jej  kiedyś,  że  duma  mężczyzny  jest  źródłem  jego  siły  i  jego  największej 

słabości. Mądra kobieta powinna umieć się z nią obchodzić z największą ostrożnością. 

Angie zerknęła  przez pokój  i  zobaczyła, że Owen wyszedł  na taras. Ktoś  - zapewne 

Kim  -  niewątpliwie  go  już  powiadomił,  że  cała  rodzina  szepcze  po  kątach  o  ich  osobnych 

łóżkach. Dumie Owena wymierzono ciężki cios. 

Angie uśmiechnęła się przepraszająco do Glena i wstała. 

- Pozwolisz, że cię opuszczę? 

- Oczywiście. - Glen spojrzał na nią spod oka. - Nie chcę się wtrącać między ciebie a 

Owena, ale radzę ci, nie przejmuj się zanadto jego rodziną. 

- Jedyna osoba, którą się przejmuję, to Owen - powiedziała Angie miękko. 

- Znam to. Jedyna, którą ja się przejmuję, to Kim. 

Angie  kiwnęła  głową  ze  zrozumieniem  i  ruszyła  w  stronę  drzwi  tarasowych. 

background image

Wychodząc w mrok, czuła na sobie oczy całego klanu Sutherlandów. 

Nie widząc nigdzie Owena, podeszła do murku ogradzającego taras, a potem zeszła na 

ścieżkę wiodącą do przystani. 

- Witaj, Angie. Czyżbyś usiłowała wymknąć się stąd łodzią pod osłoną nocy? 

- Dobry Boże, Owen, nie zauważyłam cię. 

Stał nieruchomo pod drzewem i byłaby go minęła, gdy - by się nie odezwał. 

- Wyszedłeś zaczerpnąć świeżego powietrza? - spytała niepewnym głosem. 

- Można to tak nazwać. A ty czemu wyszłaś? Wydawało mi się, że świetnie się bawisz 

w towarzystwie Langleya. 

- Polubiłam Glena - powiedziała spokojnie. 

- Zauważyłem. Jak mogłaś go nie polubić? Macie ze sobą tyle wspólnego. Wy dwoje 

przeciwko reszcie, co? 

Zadrżała,  słysząc  jego  złowrogo  zniżony  głos.  Zdała  sobie  sprawę,  jak  bardzo  musi 

być wściekły. Nagle przyszła jej do głowy dziwna myśl. 

- Owen, czy ty przypadkiem nie jesteś zazdrosny? 

- Nie, do cholery! Nigdy w życiu nie byłem zazdrosny o żadną kobietę. Ale widzę, co 

się tu szykuje. Jeśli wasza zażyłość się pogłębi, to będziemy mieć wszyscy niezły problem. 

-  Nic  mnie  z  Glenem  nie  łączy.  On  kocha  twoją  siostrę.  O  ile  wiem,  tylko  dlatego 

wytrzymuje z tobą i resztą rodziny - powiedziała Angie. 

- A więc zdążył ci się już wypłakać na ramieniu, tak? Szybko mu to poszło. Ale może 

ty  pierwsza  się  przed  nim  wyżaliłaś?  Zwierzyłaś  mu  się,  że  nie  spałaś  jeszcze  ze  swoim 

mężem? 

-  Nikomu  nie  mówiłam  ani  słowa  o  naszych  osobistych  sprawach  -  rozzłościła  się 

Angie. 

- Czyżby? Jakoś wszyscy zdają się doskonale o wszystkim wiedzieć. 

- To nie moja wina. Z uprzejmości dla ciebie co rano słałam ten głupi tapczan. 

- Ale nie najlepiej ci to wychodziło, co? Betty od razu się zorientowała, że ktoś śpi w 

saloniku. 

-  Jeśli  nie  podoba  ci  się  mój  sposób  słania  łóżka,  to,  proszę  bardzo,  rób  to  sam  - 

odgryzła się. 

- Gdybyś spała ze mną, jak pan Bóg przykazał, nie byłoby żadnej sprawy. A teraz cała 

kochana rodzinka wie, że mam żonę, która nawet nie dzieli ze mną łoża. 

Angie wzięła głęboki oddech. Zrozumiała, że ta kłótnia może przybrać niebezpieczny 

obrót i nie wiadomo czym się skończyć. 

background image

- Bardzo mi przykro, Owen. Starałam się, żeby to się nie wydało. 

- Nie powinienem był cię tu przywozić. 

- W tym akurat się zgadzamy. - Angie zerknęła na niego. - Zawsze możemy wyjechać. 

Popatrzył na nią z niedowierzaniem. 

-  Zwariowałaś?  Żadna  siła  mnie  stąd  teraz  nie  ruszy.  Miałbym  dać  się  wyrzucić  z 

mojego własnego domu? 

- Przecież nawet nie lubisz tego miejsca. 

- Co to ma do rzeczy? Nie pozwolę tej bandzie zmusić się do wyjazdu. Ani myśleć, że 

padłem ofiarą jakiegoś spisku Townsendów. 

Na te słowa Angie straciła panowanie nad sobą. 

-  Świetnie  się  składa,  Owenie  Sutherland.  Ja  również  mam  po  uszy  insynuacji  ze 

strony  twojej  rodziny.  Wujek  Derwin  uważa,  że  wzięliśmy  cię  podstępem.  Mówi,  że  cię 

wodzę za nos, i sugeruje, że cię usidliłam czy coś takiego. 

- A może byś spróbowała? 

- Czego mam spróbować? - spytała z rozdrażnieniem. 

- Usidlić mnie. Uwieść, Jesteś w końcu moją żoną, tak czy nie? Miałaś być po mojej 

stronie  w  tym  konflikcie.  Myślałem,  że  mogę  na  ciebie  liczyć.  Powiedziałaś,  że  rozumiesz 

poczucie dumy. Gdyby tak było, spełniłabyś swój obowiązek jako żona. 

- Rozumiem  twoją dumę.  Ale sama też ją mam  -  odparowała.  -  A żona nie powinna 

spać z mężem z obowiązku. Powinna spać z nim z miłości. 

- No więc, gdzie problem? Przecież kochasz mnie, Anie. Sama mi to powiedziałaś w 

dniu naszego ślubu. 

-  To  było  całe  trzy  dni  temu!  -  zawołała  ze  złością.  Owen  uśmiechnął  się  groźnie, 

odsłaniając zęby. 

- Wolne żarty. Trzy dni i już zdążyłaś się odkochać? A ja myślałem, że to miłość na 

całe życie. Może jednak oni mieli rację. 

- O czym ty mówisz? 

- Zostałem zwiedziony przez pannę Townsend. Okpiony. Tak, tak, moja pani, udało ci 

się zrobić ze mnie durnia. Jestem pośmiewiskiem całej rodziny. 

Angie z wściekłości tupnęła nogą. 

-  Niech  cię  wszyscy  diabli,  Owenie  Sutherland!  Przekręcasz  wszystko  i  wywracasz 

kota ogonem. 

- To ty wszystko przekręcasz i stawiasz na głowie, Angie. Gdybyś się zachowywała, 

jak przystało na żonę, nie znaleźlibyśmy się w tej idiotycznej sytuacji. 

background image

- Tylko mi nie mów, jak się powinna zachowywać żona. Nie masz zielonego pojęcia o 

tym, jak wygląda dobre małżeństwo. Jesteś najmniej odpowiednim człowiekiem pod słońcem, 

żeby kogokolwiek pouczać w tej materii. 

- W każdym razie wiem, jak wygląda moje małżeństwo. Moja żona śpi osobno i przy 

pierwszej okazji rzuca się na szyję mężowi mojej siostry. Ciekawe, co będzie dalej. 

- Nie mieszaj w to Glena. On nie ma z tym nic wspólnego - zasyczała Angie. 

- Nie ja go w to wmieszałem, tylko ty! 

- To twoja własna wina, że nie potrafisz się z nim dogadać. 

- Rzeczywiście? 

- Rzeczywiście - potwierdziła Angie zdecydowanie. 

- Co więcej, twoje złe stosunki z siostrą to też twoja wina. Chcesz usłyszeć moją radę? 

- Radę żony, która nie jest żoną? Nieszczególnie. 

- Dam ci ją i tak - oświadczyła przez zaciśnięte zęby. 

- Powiem ci, jak za jednym zamachem rozwiązać większość rodzinnych problemów. 

- A to ciekawe. No jak? 

- Zaproponuj Glenowi przyzwoitą posadę w twojej firmie. 

-  Co?  -  Owen  spojrzał  na  nią  oczami,  w  których  płonęła  pełna  niedowierzania 

wściekłość. Na moment zastygł w bezruchu. - To przekracza wszelkie granice - wycedził w 

końcu z zimną furią. - Przeholowałaś, moja pani. Byłem wobec ciebie anielsko cierpliwy, ale 

tym razem przebrała się miarka. Nie będziesz mi mówić, co mam robić we własnej firmie. 

-  Owen,  nie!  -  Angie  szybko  cofnęła  się,  ale  było  za  późno.  Ani  się  obejrzała,  jak 

Owen wyskoczył spod drzewa i błyskawicznym ruchem chwycił ją wpół, zarzucając sobie, na 

plecy. - Puść mnie w tej chwili! - zaczęła krzyczeć, waląc go na oślep pięściami. 

-  Puszczę  cię  dopiero,  kiedy  już  będziesz  leżeć  w  moim  łóżku  -  oświadczył  zimno, 

wchodząc na schody tarasu. Długim krokiem przemierzył kamienną posadzkę i wkroczył do 

salonu, gdzie jego rodzina zamarła na ten widok. 

-  Dobranoc  wszystkim  -  powiedział  z  całym  spokojem,  przechodząc  przez  pokój.  - 

Wiem, że jeszcze jest wcześnie, ale Angie mówi, że chce już iść do łóżka. Postanowiłem jej 

towarzyszyć. Wiecie, jak to jest z nowożeńcami. 

Angie  prychnęła,  rozdarta  między  niepohamowaną  żądzą  śmiechu  a  równie  silną 

chęcią głośnego wrzasku. Ta strona natury Owena była jej niewątpliwie do tej pory nieznana. 

To  prawda,  że  męskiej  dumy  nie  należało  wystawiać  na  ...  szwank.  Powinna  była 

przewidzieć ryzyko związane z tą ostatnią konfrontacją. Pomachała czerwoną płachtą przed i 

oczami rozjuszonego byka. 

background image

 

Owen zaniósł Angie do sypialni na piętro i rzucił bezceremonialnie na łóżko. Stanął 

nad nią, objąwszy ręką rzeźbiony słupek baldachimu, i zmierzył ją płonącym wzrokiem. 

- No i co teraz? - spytał wyzywająco. 

-  Z  czym?  -  Angie  usiadła,  odgarniając  włosy  z  czoła.  Zwinęła  nogi  pod  siebie  i 

starannie wygładziła spódnicę, zakrywając kolana. 

- Nie masz zamiaru krzyczeć i wzywać pomocy? Nie chcesz, żeby Langley przybiegł 

ci na ratunek? 

- Niespecjalnie. 

Włożyła ręce we włosy, chcąc poprawić rozpiętą klamrę. Palce tak się jej trzęsły, że 

nie  mogła  sobie  poradzić.  Rzuciła  więc  klamrę  niedbałym  ruchem  na  stolik  nocny,  mając 

nadzieję, że nie widać po niej zdenerwowania. 

Owen oparł się kolanem o łóżko. Gruby materac ugiął się pod jego ciężarem. 

- Dlaczego nie chcesz wezwać Langleya na ratunek? 

-  Nie  widzę  powodu,  żeby  ktoś  mnie  ratował  przed  własnym  mężem.  -  Angie 

uśmiechnęła się trochę niepewnie, wiedząc, do czego ta sytuacja prowadzi. 

Kości  zostały  rzucone  podczas  awantury  na  dole.  Zdała  sobie  sprawę,  że  nadszedł 

czas,  aby  przestać  odrzucać  awanse  Owena.  Zrozumiała,  że  zbliżenie  fizyczne  to  dla  niego 

jedyny sposób przekazania jej swych uczuć. Nie dopuszczała do intymności, bo wymagało to 

od niej wielkiego emocjonalnego ryzyka. Ale teraz należało  podjąć to  ryzyko. Owen był  jej 

mężem  i  pragnął  jej.  Intuicja  podpowiadała  jej,  że  w  stosunkach  z  Owenem  nastąpił  punkt 

przełomowy. 

-  A  więc  nie  widzisz  powodu,  żeby  cię  ratowano  przed  własnym  mężem?  -  Ręka 

Owena,  ciepła,  silna  i  nieustępliwa,  zacisnęła  się  na  jej  nodze.  -  Jeśli  mówisz  o  mnie,  to 

muszę ci wyznać, że na razie nie bardzo się czuję twoim mężem. 

- Czy czujesz się kawalerem? 

-  Nie.  -  Potrząsnął  przecząco  głową,  nie  spuszczając  z  niej  oczu.  -  Nie  czuję  się 

kawalerem, tylko kimś zatrzaśniętym w pułapce bez wyjścia. Pragnę mojej żony, a ona mnie 

nie chce. 

Przełknęła z trudem ślinę. 

- To nieprawda, Owen. Wiesz, że to nieprawda. Nigdy nie mówiłam, że cię nie chcę. 

Pochylił się nisko, wciskając ją w poduszki. Jego wzrok przewiercał ją na wylot. Pod 

wpływem tego ognistego spojrzenia obudził się w niej pierwotny, kobiecy instynkt. Poczuła, 

jak całe jej ciało zastyga w oczekiwaniu pod naporem jego ciała. 

background image

- A więc chcesz mnie? 

- Tak. 

- Pokaż mi. - Zanurzył palce w jej włosy, przytrzymując delikatnie jej głowę. - Pokaż, 

że mnie chcesz, moja żono. Bóg jeden wie, jak bardzo cię pragnę. To pragnienie doprowadza 

mnie do szału. 

Widziała prawdę w jego oczach. Może nie wiedział do końca, co to miłość, ale znal 

uczucie pożądania. I to ona była obiektem tej palącej namiętności. 

Był  jej  mężem.  Kochała  go  całym  sercem  i  nigdy  żaden  mężczyzna  nie  był  jej 

droższy. 

- Owen - szepnęła - ja też cię pragnę. Zawsze cię pragnęłam. Dobrze wiesz. - Widząc 

wyraz jego oczu, ujęta w dłonie pochyloną nad nią twarz i przyciągnęła jego usta do swoich. 

- Angie... 

Pocałował  ją  z  gwałtowną  zachłannością,  jakiej  dotąd  nie  znała.  Poprzednio  jego 

pocałunki też były gorące, ale zawsze trzymał namiętność na wodzy. Wyczuwała drzemiącą 

w nim pasję i siłę, lecz pokrywał to chłodem i spokojem. Tej nocy jego chłód miał przemienić 

się w żar, który spali ich oboje. 

Ujął  jej  twarz  w  dłonie  i  rozchylił  wargi  swoimi  ustami,  całując  z  czułą 

agresywnością, która rozpaliła jej zmysły. Gdy wbiła palce w jego ramiona, jęknął chrapliwie 

i  uniósł  się.  Chciała  zaprotestować,  ale  zaraz  znieruchomiała,  bo  poczuła  jego  palce  na 

guzikach swojej jedwabnej bluzki. Nie mógł sobie z nimi poradzić i zrozumiała, że nie tylko 

ona  drży  z  niecierpliwości.  Ten  brak  zręczności  w  kluczowym  momencie,  tak  do  niego 

niepodobny, rozczulił ją i wzruszył. W końcu szarpnął gorączkowo delikatny materiał i guziki 

rozsypały się po całym pokoju. 

- Co ty wyprawiasz, Owen! - krzyknęła zdumiona. 

- Nie przejmuj się, najdroższa - mruknął, okrywając gorącymi pocałunkami jej szyję. - 

Kupię ci wszystkie bluzki świata. Ale teraz muszę cię wreszcie dotknąć, muszę cię poczuć. 

Jego  wargi  przesunęły  się  niżej,  pieszcząc  teraz  jej  pierś.  Wstrzymała  oddech, 

wyginając się pod nim, a jego dłoń powędrowała miękkim ruchem wzdłuż brzucha do luku jej 

biodra.  Znalazł  haftkę  przy  spódnicy,  lecz  znów  napotkawszy  opór,  zarzucił  próby  jej 

rozpięcia i podciągnął spódnicę do góry. 

Angie zadrżała, czując jego palce na udzie. Zaczęła ciężko oddychać, kiedy kolanem 

rozchylił jej nogi. Szorstki materiał jego spodni drażnił jej skórę. Niemal bezwiednie wygięła 

się mocniej, przyciągając Owena do siebie, pragnąc intymniejszego kontaktu. 

- Angie, powiedz mi jeszcze raz, że mnie chcesz. Powiedz mi to. 

background image

- Chcę cię, chcę cię, chcę cię. - Pokryła jego mocno i zarysowaną szczękę i silną szyję 

krótkimi, zachłannymi pocałunkami. 

Owen niecierpliwym ruchem zdarł z niej rajstopy i przesunął wolno rękę po jej nodze, 

zatrzymując ją na chwilę tuż przy rąbku podwiniętej do góry spódnicy. A potem z głuchym, 

namiętnym  jękiem  sięgnął  dalej  i  przykrył  zaborczo  dłonią  widoczną  spod  niej  ciemną, 

trójkątną kępkę włosów. 

- Owen... Och, Owen... Proszę cię... 

Angie  zaczęła  wić  się  pod  jego  dotykiem,  czując  intymną  pieszczotę  palców,  która 

doprowadzała ją do wrzenia. Przylgnęła do niego, pragnąc go do szaleństwa. Wszystko działo 

się  tak  szybko,  że  straciła  zdolność  myślenia.  Była  we  władaniu  jakiejś  niewidzialnej  siły, 

która nieubłaganie niosła ją ze sobą. 

- Tak, kochanie. Tak. Jesteś cudowna. Taka miękka i ciepła, i namiętna.  - Jego kciuk 

wślizgnął  się  głębiej,  pieszcząc  delikatnym  okrężnym  ruchem  najczulszy  punkt  jej 

rozpalonego ciała. - Jesteś moja. Chcesz tego tak samo jak ja. 

Angie  krzyknęła  cicho.  Każdy  nerw  drżał  w  niej  z  napięcia.  Wiedziała,  że  Owen  to 

czuje.  Usłyszała  jego  głębokie,  pełne  satysfakcji  westchnienie,  a  potem  zgrzyt  zamka 

błyskawicznego. 

- Owen? - Spojrzała na niego spod wpółprzymkniętych powiek. 

-  Już,  kochanie.  Tak  bardzo  cię  pragnę.  Tak  bardzo  pragnę,  żebyś  została  wreszcie 

moją żoną. Ty też tego chcesz, prawda? 

- Tak. Tak. Tak. 

Zamknęła oczy i zarzuciła mu ręce na szyję, kiedy wolno i delikatnie złączył się z jej 

ciałem.  Jego  ruchy  były  stanowcze  i  zdecydowane,  lecz  jednocześnie  ostrożne  i 

wstrzemięźliwe. 

- Nie boli cię? - zapytał z troską. 

Zaprzeczyła,  przywierając  do  niego  z  całą  mocą  i  kiedy  był  już  w  niej  głęboko, 

poczuła,  że  oto  bierze  go  całego,  jego  siłę,  jego  męską  witalność,  jego  najtajniejszą  istotę. 

Teraz, w tym momencie, należał do niej równie niepodzielnie, jak ona należała do niego. 

Owen wziął jej twarz w swoje ręce i przez nieskończenie długą chwilę patrzył na nią z 

takim żarem w oczach, że miała ochotę śmiać się i płakać z radości. 

-  Witam,  pani  Sutherland  -  szepnął.  Jego  głos  był  przepełniony  czułością,  lecz 

jednocześnie pełen nie ukrywanej, męskiej dumy. 

Powinnam  czuć się rozdrażniona tym  błyskiem triumfu w jego  wzroku,  powiedziała 

sobie Angie. Ale się tak nie czuła. Może dlatego, że oprócz triumfu zobaczyła też obietnicę 

background image

dozgonnych więzów. Tej nocy Owen biorąc ją, w równym stopniu oddawał jej siebie. 

A potem zaczął się w niej poruszać i wszystkie myśli odpłynęły w niebyt. Z cichym, 

zduszonym okrzykiem poddała się narastającej fali rozkoszy. 

Gdy  w jakiś czas później obróciła się w jego  ramionach, zobaczyła, że  nadal  ma na 

sobie podciągniętą do pasa spódnicę i rozpiętą bluzkę na gołych piersiach. Owen leżał obok, 

obejmując  ją  zaborczo  jedną  ręką,  drugą  podłożywszy  pod  głowę.  Ich  nogi  były  wciąż 

splątane i czuła na skórze szorstki materiał jego spodni. Podniosła głowę, patrząc na swojego 

męża  w  rozchełstanej  koszuli  i  rozpiętych  spodniach,  i  na  jego  ciemne,  muskularne  ciało, 

budzące w niej takie pożądanie. 

- Musi to wyglądać jak obraz po scenie nieokiełznanej namiętności. 

-  Prawdę  mówiąc,  tak  -  uśmiechnęła  się  Angie.  -  Jeśli  już  o  to  chodzi,  to  czuję  się 

niemal zniewolona. 

Owen otworzył jedno oko. 

- Nie tak to planowałem. 

- Wiem, jak to planowałeś. Szampan, obsługa hotelowa i apartament dla nowożeńców. 

W końcu byłam przy tym. - Angie wsunęła mu palce pod koszulę. 

-  Trudno  zaprzeczyć.  -  Uśmiechnął  się  lekko  i  otworzył  drugie  oko;  w  jego  wzroku 

błyszczała  nie  ukrywana  satysfakcja.  -  Wszystko  potoczyło  się  trochę  inaczej,  ale  to  nie 

szkodzi. - Przesunął ręką po jej gołym udzie. - I tak jest cudownie. 

- Naprawdę? 

- Yhm... - Podłożył jej dłoń pod głowę i przyciągnął usta do swoich warg. Pocałował 

ją  wolno,  namiętnie,  z  czułą  zaborczością.  -  Po  prostu  cudownie.  I  najwyższy  czas.  Dość 

długo kazałaś mi czekać, moja pani. 

- Owen... 

- Ciii... - Położył się na niej, obejmując jej twarz rękami. - Nie skończyliśmy jeszcze 

naszej nocy poślubnej. 

- Jesteś pewien? 

- Jestem. Ale tym razem zrobimy to z większą klasą. 

Kiedy  po  jakimś  czasie  obudziła  się  u  jego  boku,  zobaczyła,  że  Owen  nie  śpi,  lecz 

szeroko otwartymi oczami wpatruje się w sufit. Wyczuła zmianę jego nastroju. 

- Owen? Czy coś się stało? 

-  Nie,  kochanie.  Rozmyślam  sobie  tylko.  -  Jego  ramię  zacisnęło  się  wokół  niej 

uspokajająco. 

- O czym? O nas? 

background image

- Nie. 

- Wielkie dzięki. - Wykrzywiła się do niego w ciemności. 

Odwrócił się, patrząc na nią ze zdumieniem. 

-  O  co  ci  chodzi?  Dlaczego  miałbym  myśleć  o  nas?  Wszystko  jest  już  w  porządku. 

Jesteśmy w końcu prawdziwym małżeństwem. Wszystko między nami wreszcie się ułożyło. 

Okręcił sobie jej włosy wokół palców i delikatnie ją przyciągnął. 

- Pocałuj mnie. 

Posłuchała  i  nachyliła  się  nad  nim,  muskając  go  ustami.  Pochwycił  w  delikatnej 

pieszczocie  jej  dolną  wargę,  a  potem  przytulił  ją  mocno  do  siebie,  obdarzając  prawdziwie 

gorącym pocałunkiem. 

- Jak mówiłem, między nami już wszystko w porządku - mruknął. - Myślałem o tym, 

co powiedziałaś mi tam na tarasie. 

- O czymś, co przemieniło cię z chłodnego dżentelmena w jaskiniowca? 

Zignorował tę uwagę. 

- O twojej propozycji pracy dla Langleya. 

- Ach, o tym. 

- Tak. Co to miało znaczyć, Angie? 

- Znowu się rozzłościsz, jak zacznę ci wyjaśniać. 

- Jednak spróbuj. 

- No więc dobrze. Uważam, że powinieneś zaoferować Glenowi wysokie stanowisko 

w swojej firmie. Możesz to z łatwością zrobić. Twoja pozycja ci na to pozwała. 

- Podaj mi choć jeden powód, dla którego miałbym zaoferować Langleyowi wysokie 

stanowisko. 

- Podam ci trzy takie powody. Pierwsze dwa to Celia i twoja siostra, Kim. Docenią to 

bardziej  niż  myślisz.  Czują  się  pokrzywdzone  przez  testament  twojego  ojca.  A  twój  brak 

akceptacji dla Glena jeszcze to pogłębia. Gdybyś złożył mu ofertę pracy, dałbyś im dowód, że 

przynajmniej  respektujesz  ich  życzenia,  że  liczysz  się  z  ich  zdaniem.  Byłby  to  miły  gest, 

Owen. 

- Firmy takiej jak Hotele Sutherland nie prowadzi się z pomocą miłych gestów. 

- Jeden miły gest nic nie zaszkodzi. Możesz sobie na to pozwolić. 

- Powiedziałaś, że są trzy powody, dla których powinienem to zrobić. Jaki jest trzeci? 

Angie uśmiechnęła się, wyciągając z zanadrza swój największy atut. 

-  Możesz  wykonać  swój  wspaniałomyślny  gest  bez  najmniejszego  ryzyka.  Glen  nie 

przyjmie twojej oferty. 

background image

- Co takiego? 

-  Słyszałeś.  Glen  nie  ma  zamiaru  pracować  dla  ciebie.  I  wcale  mu  się  nie  dziwię. 

Musisz być okropnym szefem. Ale nie w tym rzecz. Dostał doskonałą propozycję od pewnej 

firmy inżynieryjnej w Seattle i chce ją przyjąć. 

- Więc dlaczego mam dokonywać jakichś sztuczek z oferowaniem mu  stanowiska? - 

spytał podejrzliwie Owen. 

- Mówiłam ci już. Dla dobra Kim i Celii. Glen mówi, że Kim się bardzo gryzie twoim 

brakiem akceptacji jej męża. 

- Dlaczego miałaby się tym przejmować? - mruknął Owen. 

-  Bo  jesteś  jej  starszym  bratem.  To  całkiem  naturalne,  że  jej  zależy  na  twojej 

aprobacie. Sama jestem młodszą siostrą, więc wiem, co mówię, Glen chce, żebyś zrobił ten 

gest właśnie dla Kim. Wtedy grzecznie ci odmówi i wyjedzie do Seattle. 

- Sam ci to powiedział? 

- Tak, kiedy rozmawialiśmy po kolacji. 

- I ty mu wierzysz? 

Dopiero  teraz  dostrzegła  oznaki  sceptycyzmu  z  jego  strony.  Zmarszczyła  gniewnie 

brwi. 

- Oczywiście, że mu wierzę. Dlaczego miałby mnie okłamywać? 

- Żeby skłonić cię do tego, co właśnie robisz. 

- Owen, jak możesz mówić coś podobnego? - nasrożyła się. 

-  Mam  więcej  doświadczenia  życiowego  niż  ty,  kochanie.  Nie  zajmowałaś  się  nigdy 

takimi przyziemnymi sprawami i nic dziwnego, że jesteś trochę naiwna. Niestety, Kim ma ten 

sam problem. Ona też dała się nabrać Langleyowi. 

Angie usiadła, rozzłoszczona nie na żarty. 

- Owen, powiedz mi prawdę. Czy masz jakieś konkretne dowody, że Glen ożenił się z 

twoją siostrą dla jej udziałów w Hotelach Sutherland? Czy jesteś wobec niego podejrzliwy po 

prostu z zasady? 

- Nie potrzebuję żadnych dowodów. Wystarczą mi fakty. Ten facet błyskawicznie się 

przy niej zawinął. Doprowadził do ślubu w niecałe trzy miesiące po pierwszym spotkaniu. A 

dwa miesiące później Kim zamęcza mnie, żebym urządził go w firmie. Sama powiedz, czy to 

nie brzmi podejrzanie? 

- Błyskawicznie się zawinął, powiadasz? - Angie uśmiechnęła się kątem ust. - Pobrali 

się w trzy miesiące, tak? Czy nie tyle trwała nasza znajomość przed ślubem? 

- Nie próbuj tego porównywać, Angie! Nasza sytuacja była zupełnie inna. 

background image

Angie z namysłem ściągnęła usta. 

- No tak, zaledwie trzy miesiące znajomości i tuż po ślubie okazuje się, że pan młody 

jest  mocno  zainteresowany  firmą  rodzinną  panny  młodej.  Bardzo  podejrzane.  Doskonale 

rozumiem, dlaczego ci się to nie podoba. Prawdę mówiąc, dokładnie wiem, co możesz czuć. 

-  Do  diabła,  Angie,  nie  zaczynaj  wszystkiego  od  nowa.  Nie  chcę  już  dzisiaj  o  tym 

słyszeć. 

- Jak sobie życzysz, Owen. Popatrzył na nią spod zmrużonych powiek. 

- To już lepiej. - A kiedy nie zaoponowała, uśmiechnął się z satysfakcją, oplatając ją 

ramionami. - O wiele lepiej. 

Owen  obudził  się  tuż  przed  świtem.  Leżał  spokojnie,  rozkoszując  się  ciepłem  ciała 

Angie, która spala zwinięta u jego boku. Czuł się wspaniale. Nareszcie wszystko było tak, jak 

być powinno. Angie była jego żoną. Naprawdę jego żoną. 

Odwrócił głowę, żeby się jej przyjrzeć w bladym świetle poranka. Jej splątane włosy 

płomiennym wachlarzem rozłożyły się na poduszce, ciemne rzęsy skrywały pod zamkniętymi 

powiekami piękne, turkusowe oczy, a kuszące wargi były lekko rozchylone, jakby domagały 

się  pocałunku  nawet  we  śnie.  Wciągnął  w  nozdrza  nieuchwytny  kobiecy  zapach  i  poczuł 

narastającą ponownie falę pożądania. Przez chwilę miał ochotę ją obudzić, żeby znów się z 

nią kochać, ale pamiętając, jak wiele dała mu zeszłej nocy, niechętnie postanowił zachować 

się po dżentelmeńsku i dać się jej wyspać. 

Ostatniej nocy nie był takim dżentelmenem, pomyślał, wysuwając się spod kołdry. Ta 

pierwsza  noc  z  Angie  nie  przebiegła  bynajmniej  według  planu,  ale  teraz  to  już  nie  miało 

znaczenia. Małżeństwo zostało skonsumowane. Byli mężem i żoną. 

W nastroju radosnej euforii wszedł do łazienki i odkręcił prysznic. Nie pamiętał, kiedy 

czuł się tak dobrze. Z uśmiechem cichej satysfakcji wszedł pod strumień wody. 

Dwadzieścia minut później nadal się uśmiechał, kiedy zszedł na śniadanie do jadalni. 

Betty stawiała właśnie na stole dzbanek z kawą i koszyk świeżo upieczonych bułeczek. 

- Dzień dobry panu. 

-  Dzień  dobry,  Betty.  -  Owen  usiadł  i  wziął  dzbanek,  z  przyjemnością  wdychając 

zapach  kawy.  -  Przy  okazji,  dam  ci  dobrą  radę.  Jeśli  chcesz  dożyć  u  nas  do  emerytury,  to 

powstrzymaj się lepiej od plotkowania na temat moich prywatnych spraw. 

Betty uśmiechnęła się szeroko, bynajmniej nie speszona. 

-  Nie  może  mnie  pan  zwolnić,  Owenie  Sutherland.  Pracuję  dla  tej  rodziny  od  ponad 

trzydziestu  lat.  Pamiętam  cię  z  czasów,  kiedy  się  wkradałeś  do  kuchni  i  ustawiałeś  krzesła 

jedno na drugim, żeby się dostać do pudełka z ciastkami. 

background image

- Bardzo wzruszające wspomnienie, Betty, ale nie muszę już podkradać ciasteczek. W 

każdej chwili mogę ich sobie wziąć, ile dusza zapragnie. 

-  Tacy  niby  jesteśmy  bezwzględni,  co?  To  mi  pan  chce  powiedzieć?  -  Betty 

zachichotała,  najwyraźniej  niezbyt  przejętą.  -  Oszczędź  sobie  tych  pogróżek,  chłopcze.  Nie 

dam się przestraszyć. A jeśli chce pan wiedzieć, czemu zdradziłam pańskiej siostrze, że nie 

śpicie razem z żoną, to zaraz powiem. 

- No więc, dlaczego powiedziałaś o tym Kim? 

-  Bo  wiedziałam,  że  to  migiem  do  pana  wróci  i  trzeba  będzie  jakoś  ten  problem 

rozwiązać. I coś mi się widzi z pańskiej miny, że dziś w nocy go pan rozwiązał. 

Owen zmarszczył groźnie brwi. 

- Zabawiłaś się w Amora, co? 

- A jakże! Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak między panem a pańską żonką. A 

przecież było widać gołym okiem, że jest w panu po uszy zakochana, tylko czuje się jakoś tak 

niepewnie. Jak zobaczyłam, że nawet razem nie śpicie, to już wiedziałam, w czym największy 

problem. 

- Ach, tak? 

-  Ano  tak.  Pomyślałam,  żeby  tak  trochę  pana  pchnąć  we  właściwym  kierunku,  a 

najlepiej to zrobić za pomocą urażonej dumy, i tyle. 

- Masz szczęście, Betty, że jestem dzisiaj w takim dobrym humorze. To wszystko, co 

ci powiem. - Owen wziął ciepłą bułeczkę, przekroił i posmarował miodem. 

-  W  dobrym  humorze,  tak?  Czego  to  należyta  kobieta  nie  zrobi  z  mężczyzną.  A  ta 

pańska żonka jest całkiem w porządku. 

Z tymi słowami Betty wzięła tacę i skierowała się do drzwi. Owen uznał, że trudno nie 

zgodzić się z tą konkluzją. W dwóch kęsach pochłonął smakowitą bułkę i sięgnął po następną. 

W tym momencie w drzwiach pojawił się, ziewając, Glen Langley. 

- Dzień dobry, Sutherland. Czy masz zamiar sam zjeść te wszystkie bułki? 

- Możesz wziąć sobie jedną. 

- Wielkie dzięki. Widzę, że pan domu jest dziś wyjątkowo łaskawy. 

Glen  usiadł  i  nalał  sobie  kawy.  Owen  zignorował  tę  uwagę,  żując  przez  chwilę  w 

milczeniu. 

- Czy naprawdę chcesz dla mnie pracować? - odezwał się w końcu. 

Glen spojrzał na niego ze zdumieniem. 

- Ależ broń Boże. Bez obrazy, ale nie mogę sobie wyobrazić gorszego szefa. Jedyne, 

czego od ciebie chcę, to propozycji pracy. I chciałbym, żebyś ją złożył w obecności Kim. 

background image

- Angie mówi, że jej nie przyjmiesz. Ale jaką mam gwarancję, że tak będzie? 

Glen wzruszył ramionami. 

- Żadnej. I jeśli powiesz to w obecności świadka, to znaczy twojej siostry, a ja zmienię 

zdanie, to będziesz mieć mnie na karku. 

- Tego właśnie się boję. 

- Doskonale cię rozumiem. Masz wszelkie powody do niepokoju. Mogę cię zapewnić, 

że choćby wszyscy inni przed tobą drżeli, ja, jako twój pracownik, potrafię ci dać w kość. 

Owen uśmiechnął się lekko, doceniając tę szczerość. 

- Tak, nie wątpię, że potrafisz. Dlaczego ożeniłeś się z Kim? 

-  Powód  był  dość  oczywisty.  Zakochałem  się  w  niej  od  pierwszego  wejrzenia. 

Chciałem ją zdobyć jak najszybciej, żeby jej nie stracić. Jak się da kobiecie zbyt dużo czasu 

do  myślenia,  to  zacznie  wynajdywać  mnóstwo  przeszkód,  które  potem  trudno  pokonać. 

Rozumiesz, co mam na myśli? 

- Chyba tak. - Owen pomyślał o wszystkim, co sam ostatnio przeszedł. 

- No właśnie. Zorientowałem się w waszej rodzinnej sytuacji i postanowiłem działać 

szybko. Wiedziałem, że ty będziesz największą przeszkodą. Namówiłem Kim do ślubu, zanim 

zaczęła się martwić o twoją aprobatę. 

 

- A skąd wiedziałeś, że jej nie dam? 

-  Jesteś  jej  starszym  bratem,  tak  czy  nie?  Starsi  bracia  rzadko  akceptują  mężczyzn, 

których  poślubiają  ich  siostry.  Wiem  to  z  własnego  doświadczenia.  Sam  mam  młodszą 

siostrę.  A  na  dodatek,  Kim  dwa  lata  temu  straciła  ojca.  Co  znaczyło,  że  ty  przejąłeś  i  jego 

rolę, więc sytuacja była dla mnie jeszcze trudniejsza. 

-  I  dlatego  postanowiłeś  ją  uprościć  i  szybko  doprowadzić  Kim  do  ołtarza?  Glen 

spojrzał mu prosto w oczy. 

-  Można  to  tak  nazwać.  Teraz,  oczywiście,  muszę  ponieść  tego  konsekwencje.  Ale 

przynajmniej mam już żonę i mogę poczekać, aż przejrzysz. 

- Niech to wszyscy diabli - powiedział Owen. 

- Zgadzam się. Myślę, że my obaj mamy ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż ci się 

wydaje, Sutherland. Powiedziałbym, że działamy bardzo podobnie. 

- Chodzi ci o to, że szybko osiągamy cel, a potem ponosimy konsekwencje? - Owen 

skończył jeść i skrzyżował ręce na stole. 

- A czy nie jest tak? - spytał Glen spokojnie. – Mówię o konsekwencjach. O ile wiem, 

nie przyjeżdżasz tu raczej, jeżeli nie musisz. Fakt, że przywiozłeś do Jade Lake swoją żonę, 

background image

wiedząc, jak zostanie przyjęta, może znaczyć tylko tyle, że wpakowałeś się w niezłą kabałę. 

Czy nie chodzi przypadkiem o tę spółkę? Mam rację? 

Owen nie odpowiedział. 

-  Zawrzyjmy  układ.  Złożysz  mi  propozycję,  i  to  dobrą.  Ja  ją  odrzucę  i  zabiorę  stąd 

Kim. Będziesz miał jeden problem z głowy. 

-  A  jeśli  nie  zechce  z  tobą  wyjechać?  -  spytał  Owen  łagodnie.  -  Kim  marzy,  żebyś 

pracował w naszej firmie. 

I jej matka też. 

- To ryzyko, które muszę podjąć. Ale liczę na to, że ona mnie kocha i wierzy w moją 

miłość. Sądzę, że zgodzi się oddać naszą przyszłość w moje ręce. 

Owen  zaklął  cicho  i  wyciągnął  się  w  krześle,  wpychając  ręce  do  kieszeni.  Langley 

miał charakter. Miał o wiele więcej charakteru, niż się można było spodziewać. Ocena Angie 

okazała  się  mimo  wszystko  słuszna.  Zaczął  podejrzewać,  że  choć  Angie  nie  znała  się  na 

interesach, to w sprawach stosunków rodzinnych była większym ekspertem od niego. Wciąż 

jeszcze  nad  tym  rozmyślał,  a  Glen  popijał  kawę,  kiedy  do  jadalni  weszła  Kim.  Podeszła 

prosto do męża i pocałowała go lekko, przysuwając sobie krzesło do stołu. 

- Dzień dobry, Owen - powiedziała chłodno. 

- Cześć, Kim. 

- Niezłe widowisko zrobiłeś z siebie wczoraj wieczorem. 

Owen uznał, że nie warto psuć sobie humoru od samego rana. 

-  Wiesz,  jak  to  jest.  Angie  i  jej  rodzina  reagują  na  wszystko  bardzo  spontanicznie  i 

żywiołowo. My, z drugiej strony, jesteśmy bardzo drażliwi i potrafimy się wściec, kiedy ktoś 

urazi naszą dumę, prawda? 

Kim spojrzała na niego niepewnie. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Nieważne. - Podjął decyzję. - Miałem właśnie zamiar zaoferować twojemu mężowi 

stanowisko naczelnego inżyniera spółki  «Sutherland i Townsend». Może przystąpić od razu 

do  pracy  w  zarządzie  głównym  nad  pierwszym  projektem  naszego  wspólnego  hotelu  nad 

południowym Pacyfikiem, W początkowej fazie budowy będzie to wymagało jego obecności 

na miejscu robót, ale możesz mu towarzyszyć. 

 

Widelec Kim opadł z brzękiem na talerz. 

- Owen, mówisz poważnie? - Spojrzała na niego ze zdumieniem. - Nie żartujesz? 

Owen przytrzymał wzrokiem spojrzenie Langleya. 

background image

- Wiesz, że zawsze mówię poważnie. Jeśli Glen tylko zechce, ta praca na niego czeka. 

Coś mi mówi, że świetnie się sprawdzi w spółce «Sutherland i Townsend». 

-  Owen,  to  po  prostu  cudownie!  Nie  pożałujesz  swojej  decyzji.  -  Kim  skoczyła  na 

równe nogi, obiegła stół i zarzuciła ramiona wokół szyi brata. - Dziękuję ci, Owen. Bardzo ci 

dziękuję. 

Owen kątem oka dojrzał łzy w jej oczach. Uśmiechnął się z trudem. 

-  W  porządku,  mała.  Przynajmniej  tyle  mogę  zrobić  dla  nowego  członka  rodziny, 

prawda? 

-  Prawda  -  roześmiała  się  Kim.  Puściła  go  i  wróciła  tanecznym  krokiem  do  męża.  - 

Sam powiedz, czy to nie wspaniale? 

- Wspaniale - przyznał Glen. - Jest tylko jedno małe ale. 

- Jakie? - ściągnęła brwi Kim. 

-  Takie,  że  dostałem  lepszą  ofertę  z  Seattle.  I  prawdę  mówiąc,  wolę  pracować  nad 

układem  sterowniczym  samolotów  niż  nad  układem  hydraulicznym  i  klimatyzacją  hoteli. 

Jestem bardzo wdzięczny twojemu bratu, ale muszę odrzucić jego propozycję. 

- Ależ Glen... Owen zdecydował, że należy wkroczyć do akcji. 

-  Moja  propozycja  jest  wciąż  aktualna,  Langley  -  powiedział  spokojnie.  -  Nie 

składałbym jej w innym wypadku. Jak powiedziałem, zawsze mówię poważnie. 

-  Wiem  -  uśmiechnął  się  Glen.  -  Doceniam  to.  Ale  myślę,  że  lepiej  będzie,  jeśli 

pojedziemy z Kim do Seattle. 

Owen wstał. 

-  Rozumiem.  Przemyślcie  to  sobie.  Zgadzam  się  na  wszystko,  co  postanowicie.  Do 

zobaczenia później. 

Co  za  piękny  dzień,  pomyślał  Owen  wychodząc  z  domu  w  poranne  słońce.  Jeszcze 

nigdy jezioro nie było tak szmaragdowe. A góry tak malownicze. Spojrzał w okno sypialni i 

zobaczył  Angie  wychyloną  na  świat  w  jedwabnej  koszuli, z  burzą  płomiennych  włosów  na 

ramionach.  Przesłała  mu  ręką  pocałunek.  Uśmiechnął  się  i  pomachał  do  niej,  nawet  z  tej 

odległości  widząc  jej  rumieniec.  Gwiżdżąc  wesoło  ruszył  w  stronę  przystani,  zobaczyć,  co 

porabia Jeffers. 

Kiedy Angie weszła do jadalni, Celia stała samotnie przy oknie, trzymając filiżankę z 

kawą. 

- Dzień dobry, Celio. 

-  Dzień  dobry,  Angie.  -  Celia  odwróciła  się  wolno,  z  niepewnym  uśmiechem  na 

ustach.  -  Przypuszczam,  że  to  tobie  winni  jesteśmy  podziękowanie  za  nagłą  zmianę  decyzji 

background image

Owena. 

Angie nachyliła się nad koszyczkiem z pieczywem, starannie wybierając bułeczkę. 

- Jaką zmianę decyzji? 

- Kim powiedziała, że oferował Glenowi stanowisko w firmie. Dobre stanowisko. 

- Naprawdę? Nie masz mi za co dziękować. Nie miałam z tym nic wspólnego. 

-  Trudno  mi  w  to  uwierzyć,  Angie.  Owen  jest  jednym  z  najbardziej  upartych  ludzi, 

jakich  znam.  Ma  to  po  ojcu  -  dodała  Celia  kwaśno.  -  Kiedy  raz  coś  postanowi,  nigdy  nie 

zmienia zdania. Jego duma na to nie pozwala. A dziś rano postąpił dokładnie odwrotnie. 

Angie ugryzła kęs bułki. 

- Owen jest uparty, ale nie jest nierozsądny. 

- Może nierozsądny to niewłaściwe słowo. Lepsze by było nieprzejednany. 

-  Albo  nieubłagany?  Czy  niewzruszony?  Nieugięty?  Niezłomny?  A  czasem  może 

trochę niemądry? 

- Wydaje ci się to wszystko bardzo zabawne, prawda? - spytała Celia spokojnie. 

- Właściwie nie. Przepraszam,  jeśli moje żartobliwe podejście do sprawy  cię uraziło, 

Celio. To bez wątpienia jeszcze jedna irytująca cecha Townsendów. 

Celia spojrzała na nią przeciągle. 

-  Bez  wątpienia.  Tak  czy  owak,  jestem  ci  winna  podziękowanie  za  naprawienie 

stosunków między Owenem a Kim. Bardzo boleśnie odczuwałam ich konflikt. To prawda, że 

Kim  zbyt  pospiesznie  wyszła  za  Glena  i  jego  motywy  mogły  się  wydać  podejrzane.  Ale 

wiedziałam, że go kocha, a on robił na mnie wrażenie uczciwego młodego człowieka, który 

szczerze darzy ją uczuciem. 

- Akurat tu się z tobą zgadzam, Celio. Polubiłam Glena. 

- Myślałam, że kiedy Owen pozna go bliżej, też go polubi. Ale Kim wyskoczyła z tym 

pomysłem zatrudnienia Glena w firmie i Owen się wściekł. 

-  Pewno  Kim  chciała  go  w  ten  sposób  zmusić,  żeby  zaakceptował  jej  męża  - 

zauważyła Angie. - Ale Owena nie można do niczego zmusić. 

- To prawda - westchnęła Celia. - Zapewniam cię, że był równie uparty i niedostępny 

jako dziecko. Miał trzynaście lat, kiedy wyszłam za mąż za jego ojca. I już wtedy uważał się 

za dorosłego. Nigdy nie zaakceptował mnie jako matki. Och, był bardzo uprzejmy i dobrze się 

sprawował, ale zawsze istniał między nami dystans. Owen już jako mały chłopiec był chłodny 

i zamknięty w sobie. 

- Jakoś nie mogę go sobie wyobrazić, jako małego chłopca. 

-  Ja  właściwie  też  nie  -  przyznała  Celia.  -  Kiedy  zjawiłam  się  w  jego  życiu,  już 

background image

zupełnie nie zachowywał się jak dziecko. Sprawiał raczej wrażenie młodszej wersji swojego 

ojca.  Od  pierwszej  chwili  dal  mi  do  zrozumienia,  że  to  on  zostanie  dziedzicem  Hoteli 

Sutherland  i  opiekunem  całej  rodziny.  Przyjął  na  siebie  odpowiedzialność,  zanim  jeszcze 

wiedział, co to oznacza. 

- A ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, była nowa matka, tak? - spytała Angie łagodnie. 

Celia odstawiła filiżankę. 

- Właśnie. Jak mówiłam, był zawsze dla mnie bardzo uprzejmy, ale nigdy nie widział 

we  mnie  matki.  Myślę,  że  patrzył  na  mnie  jedynie  jak  na  jeszcze  jeden  ciężar,  który  w 

przyszłości  spadnie  mu  na  barki.  Ale  trzeba  mu  przyznać,  że  przyjął  tę  odpowiedzialność  i 

wywiązuje się z niej zarówno wobec mnie, jak i wobec pozostałych. Co jak co, ale Owen jest 

bardzo  obowiązkowy  na  swój  własny,  arogancki  sposób  -  zakończyła  Celia  smutnym, 

zrezygnowanym tonem. 

Angie  zamilkła,  szukając  odpowiednich  słów,  kiedy  przez  drzwi  wpadła  Kim  z 

Glenem za plecami. Była radosna i kipiąca życiem. 

-  Cześć,  Angie.  Właśnie  cię  szukałam,  mamo.  Chciałam  ci  powiedzieć,  że 

zdecydowaliśmy się z Glenem  wyjechać.  Omówiliśmy wszystko  i  zrozumiałam, że on woli 

pracować  przy  samolotach  niż  w  hotelarstwie.  Dostał  wspaniałą  ofertę  z  pewnej  firmy  w 

Seattle, prawda, kochanie? 

Glen uśmiechnął się, patrząc na swoją promieniejącą żonę. 

- Myślę, że to będzie dobra praca. I że Kim spodoba się w Seattle. 

- Na pewno mi się spodoba - oświadczyła Kim. 

W drzwiach pokazał się Derwin z głębokim marsem na czole. 

-  Co  się  tu,  do  diabła,  dzieje?  Podobno  Owen  zaoferował  ci  stanowisko  głównego 

inżyniera, Glen? Czy to prawda? 

- Prawda - przyznał Glen wesoło. - Ale odrzuciłem jego propozycję. 

- Co takiego? Chyba nie mówisz poważnie? 

- Jak najbardziej poważnie.  -  Glen spojrzał  na zegarek, a potem na  Kim,  -  Chodźmy 

się lepiej pakować. Twój brat obiecał zawieźć nas motorówką na drugi brzeg do samochodu. 

Mamy przed sobą długą drogę. 

-  Nie  martw  się.  Za  pół  godziny  będę  gotowa.  -  Kim  odwróciła  się  do  Angie  z 

uśmiechem. - Dziękuję ci, Angie. Czuję w tym twoją rękę. Ten mój okropny brat potrafi być 

uparty jak osioł. 

-  Myślę,  że  po  prostu  jest  trochę  zbyt  nadopiekuńczy  -  mruknęła  Angie.  - 

Zaobserwowałam  tę  samą  cechę  u  mojego  brata,  Harry'ego.  Starsi  bracia  często  się  tak  za-

background image

chowują wobec swoich młodszych sióstr. 

-  Może  masz  rację  -  pokiwała  głową  Kim.  -  Nigdy  mi  to  nie  przyszło  go  głowy. 

Uważałam, że Owen jest po prostu władczy i arogancki. - Podeszła do Angie i uścisnęła ją. - 

Wiesz, cieszę się, że będziemy mieć cię w rodzinie. 

- Dziękuję - powiedziała Angie, wzruszona i zaskoczona tym odruchem serdeczności. 

Glen roześmiał się cicho. 

- Coś mi mówi, że wiele rzeczy się tu zmieni. Do zobaczenia na następnym zjeździe 

rodzinnym, Angie. - Pocałował ją w policzek, szepcząc: - Dzięki, to twoja zasługa. 

- Wcale nie - zaprotestowała szybko, ale on już jej nie słuchał. Kiwnął  głową Celii i 

Derwinowi i pociągnął Kim do drzwi. 

Derwin odprowadził ich chmurnym wzrokiem. 

-  Nie  mogę  uwierzyć,  że  ten  chłopak  odrzucił  taką  dobrą  ofertę  pracy  w  Hotelach 

Sutherland. 

- Może to i lepiej - powiedziała Celia. - Młoda para powinna sama stanąć na nogi po 

ślubie. Daje jej to poczucie niezależności. Tak naprawdę, to Kim tylko chciała mieć pewność, 

że Owen zaakceptował  Glena. Teraz jest zadowolona.  I w  gruncie rzeczy  to  się najbardziej 

liczy, nie uważasz, Derwin? 

-  Mnie  nikt  nigdy  nie  oferował  żadnej  pracy  w  firmie  -  sarknął  Derwin.  -  Nawet 

gońca. - Odwrócił się, łypiąc wściekle na Angie. - To twoja sprawka, tak? 

- Daj spokój, Derwin - wtrąciła Celia szybko. 

-  To  jej  sprawka.  I  jeśli  o  mnie  chodzi,  to  chciałbym  wiedzieć,  co  się  tu  właściwie 

dzieje.  Wszyscy  byliśmy  świadkami  tego  widowiska  z  epoki  jaskiniowców,  jakie  Owen 

zafundował  nam  wczoraj  wieczorem.  Nigdy  w  życiu  nie  widziałem  nic  równie  gorszącego. 

Może takie zachowanie  jest typowe dla Townsendów, ale na pewno zupełnie nie pasuje do 

Owena. To wszystko są jej sztuczki. 

-  Proszę  cię,  Derwin  -  powiedziała  Celia.  Zignorował  ją,  dalej  przeszywając  Angie 

wściekłym wzrokiem. 

- Usidliłaś Owena, ot co. Doprowadziłaś do tego, że zrobił z siebie głupca na oczach 

całej rodziny. A teraz jeszcze zaczynasz się wtrącać do naszych spraw. Ty coś knujesz, jestem 

pewien. 

- Derwin - przerwała Celia, tym razem ostro. - Dość już. 

- Moim  zdaniem to  dopiero początek.  -  Derwin rzucił serwetkę i  sztywnym  krokiem 

skierował się do drzwi. - Nie należy ufać Townsendom. Zawsze spiskują. Wykorzystują ludzi. 

Sama zobaczysz, Celio. Zapamiętaj moje słowa. Owen jeszcze pożałuje, że się z nią ożenił. 

background image

Po jego wyjściu zapadła niemiła cisza. Celia uśmiechnęła się przepraszająco. 

-  Bardzo  mi  przykro,  Angie.  Derwin  i  Helen  są  strasznie  zawzięci.  Ludzie  niełatwo 

zmieniają zdanie, a oni nienawidzą Townsendów od wieków. 

- Chciałabym wiedzieć, dlaczego. - Angie spojrzała pytająco na Celię. - Czy ty wiesz? 

Celia potrząsnęła głową. 

-  Właściwie  nie.  Tylko  tyle,  że  wszystko  zaczęło  się  przy  próbie  pierwszej  spółki 

między  obiema  firmami.  Nie  byłam  jeszcze  wtedy  żoną  ojca  Owena,  więc  nie  znam 

szczegółów. W każdym razie cała sprawa zostawiła po sobie przykry osad. Przyznaję, że i ja z 

poczucia  lojalności  byłam  nastawiona  wrogo  wobec  twojej  rodziny,  chociaż  z  nikim  z  was 

oprócz ciebie dotąd się nie zetknęłam. 

- Jesteśmy całkiem sympatyczni, jak się nas bliżej pozna. 

Zanim Celia zdążyła odpowiedzieć, w drzwiach ukazał się Owen. 

-  Dzień  dobry,  Celio.  Widziałaś  Angie?  Ach,  tu  jesteś,  kochanie,  -  Oczy  mu  się 

rozjaśniły. - Właśnie cię szukałem. Za parę minut odwożę do miasteczka Kim i Glena. Może 

byś  tymczasem  poprosiła  Betty,  żeby  nam  znów  przygotowała  jedzenie  na  piknik? 

Popłyniemy  sobie  później  na  wycieczkę  i  pokażę  ci  parę  wysepek  na  południowym  krańcu 

jeziora. 

- Dobrze - zgodziła się Angie. - Kiedy wrócisz? 

-  Po  odprowadzeniu  Kim  i  Glena  muszę  wpaść  do  sklepu  z  narzędziami  po  parę 

rzeczy dla Jeffersa. Powinienem być z powrotem za jakieś dwie godziny. 

- Doskonale. 

Angie  zaczerwieniła  się  pod  jego  spojrzeniem.  Wiedziała,  co  Owen  chce  robić  na 

jednej  z  tych  wysepek.  Gorące  wspomnienia  zeszłej  nocy  przepełniły  ją  rozkosznym  ocze-

kiwaniem. 

- Do zobaczenia - Owen ruszył do drzwi. 

- Owen! - zawołała za nim Celia. 

- Tak? - Odwrócił się. 

- Dziękuję. 

- Za co? Za ofertę pracy dla Langleya? Nie ma o czym mówić. I tak ją odrzucił. 

- Ale to znaczyło bardzo dużo dla Kim. I dla mnie. Owen zawahał się chwilę, a potem 

kąciki ust podniosły mu się w lekkim uśmiechu. 

- Glen jest w porządku. Ojciec by go polubił. Facet ma charakter. 

Owen  zakotwiczył  motorówkę  w  małej  zatoczce  przy  jednej  z  wysepek  na 

południowym krańcu jeziora. Angie zmierzyła wzrokiem odległość do brzegu. 

background image

- Tu nie jest głęboko. Podwiń dżinsy i zdejmij buty 

- poradził. - Chyba że chcesz, żebym cię zaniósł na brzeg? 

- Dam sobie sama radę. Ty weź koszyk. 

Widok  jej  gołej  nogi  przerzuconej  przez  burtę  wywołał  w  nim  falę  przyjemnych 

wspomnień  z  zeszłej  nocy.  Nie  mógł  się  już  doczekać,  żeby  znów  wziąć  swoją  żonę  w  ra-

miona.  Angie  podniosła  wzrok  i  widząc  jego  gorące  spojrzenie,  oblała  się  pąsowym 

rumieńcem. Szybko spuściła oczy, koncentrując się na swoich stopach. Owen dojrzał blask jej 

obrączki w promieniach słońca i poczuł, jak rozpiera go duma posiadacza. 

- Myślałam, że przypłynęliśmy tu na drugie śniadanie. 

- Angie wskoczyła do wody i skierowała się do brzegu. 

-  Przypłynęliśmy  tu  dla  przyjemności  w  szerokim  znaczeniu  tego  słowa.  -  Owen 

zarzucił  sobie  na  ramię  koszyk  z  jedzeniem,  czując  się  lekko  i  radośnie  jak  nigdy  dotąd.  - 

Poza tym już za późno na drugie śniadanie. Będzie to raczej podwieczorek. 

- Wszystko przez to, że tak późno wróciłeś z miasteczka - przypomniała mu Angie. 

-  Jest  coś  takiego  w  sklepach  z  narzędziami,  że  jak  raz  się  tam  wejdzie,  to  zaraz 

przychodzi  do  głowy  cała  masa  rzeczy,  które  chce  się  kupić.  A  ja  przecież  nawet  nie  lubię 

majsterkować, tak jak Derwin. I do tego prawie nigdy nic sam w domu nie naprawiam. 

-  Wszyscy  mężczyźni  są  tacy  sami.  Widziałam,  jak  ojciec  i  Harry  przewracali  taki 

sklep  do  góry  nogami.  -  Wyszła  na  małą,  kamienistą  plażę,  podziwiając  porośniętą 

paprociami grotę. - Jaki piękny widok! 

- Piękny - zgodził się Owen, patrząc na jej płomienne włosy, prześwietlone słońcem. 

Ciekaw  był,  czy  uda  mu  się  jak  najszybciej  skłonić  ją  do  kochania.  Postanowił  spróbować 

szczęścia. 

Usiedli  na  małej  polance  pod  drzewem  i  Angie  zaczęła  rozpakowywać  zawartość 

koszyka. 

-  Betty  tym  razem  przeszła  samą  siebie.  Patrz,  pasztet  z  wątróbek,  bagietki,  butelka 

francuskiego wina. 

Owen z uśmiechem rozciągnął się obok na kocu. 

- Chciała, żeby to był romantyczny posiłek kochanków. Nie mam nic przeciwko temu. 

- Położył rękę na jej udzie. - Muszę przyznać, że sam czuję się bardzo romantycznie. 

- To znaczy, że czujesz się gotów do uprawiania miłości - roześmiała się Angie. 

- Co za różnica? 

Pieszczotliwym  gestem  przesunął  rękę  wyżej.  Nawet  przez  materiał  czuł  ciepło  i 

miękkość jej ciała. Pochylił się i pocałował ją w kolano. Kiedy podniósł głowę, zobaczył jej 

background image

oczy  przepełnione  uczuciem.  Uśmiechnął  się  zachęcająco,  czekając  na  wyznanie,  że  go 

kocha. 

- Czy udało ci się dostać to, co chciałeś? - spytała Angie, rozpakowując pasztet. 

- Co takiego? - zdumiał się Owen, zaszokowany nagłą zmianą tematu. 

- Mówię o tych częściach, które miałeś kupić dla Jeffersa. 

-  Ach,  tak.  Dostałem  je.  -  Patrzył,  jak  Angie  pieczołowicie  rozsmarowuje  pasztet  na 

kawałku bagietki - Wiesz, właściwie wcale nie jestem głodny. 

- Na pewno? 

- Na pewno. - Wyjął bułkę i nóż z jej ręki i powiedział: - Chodź tu. 

- Przecież jestem - szepnęła. 

- Bliżej. 

Położył  ją na kocu i  wsunął  nogę między jej  uda. Objęła  go ramionami, obserwując 

spod  rzęs.  Jej  uśmiech  był  czuły  i  zachęcający,  odwieczny  uśmiech  kobiety,  mówiącej 

mężczyźnie, że należy do niego. Owen poczuł, jak jego ciało wypełnia się pożądaniem. 

- Owen? 

- Nie martw się, kochanie. Tym razem nikt nas nie widzi. Jesteśmy dobrze schowani. 

Przywarł do jej ust i kanapki z pasztetem poszły w zapomnienie. Po chwili leżała pod 

nim naga, a on wsunął się głęboko w jej gorące, pulsujące ciało, czując, jak Angie przywiera 

do niego, jak cała się wokół niego zaciska. Jej paznokcie wbijały mu się w plecy. Podniósł 

głowę patrząc zachłannie, jak drży w jego ramionach, a jej ciche jęki miłosnego zapamiętania 

były  najrozkoszniejszym  dźwiękiem,  jaki  kiedykolwiek  słyszał.  Sam  będąc  już  na  granicy 

wytrzymałości,  zdał  sobie  nagle  sprawę,  że  na  coś  podświadomie  czeka.  Ale  krótkie, 

gwałtowne  skurcze  głęboko  w  ciele  Angie  nieuchronnie  doprowadziły  go  do  ekstazy. 

Zapomniał,  na  co  czekał,  dlaczego  wstrzymywał  ostateczny  moment  spełnienia.  Dal  się 

ponieść  gorącej  burzy  zmysłów,  dając  wyraz  swojemu  upojeniu  ochrypłym  okrzykiem 

triumfu i rozkoszy. 

Dopiero kiedy leżał już później spokojnie, wciąż jeszcze okryty potem, przypomniał 

sobie, na co czekał w tych ostatnich sekundach zbliżenia. Chciał usłyszeć wyznanie Angie, że 

go kocha. Zmarszczył brwi, uświadamiając sobie, że nie powiedziała mu tego ani razu, odkąd 

zostali kochankami. Ale czul  się teraz zbyt  rozluźniony i  szczęśliwy, żeby się tym  dręczyć. 

Zamknął oczy i zapadł w błogą drzemkę... 

Kiedy  się  obudził,  Angie  siedziała  nad  koszykiem,  kontynuując  robienie  kanapek. 

Tym  razem  bagietka  z  pasztetem  wydala  mu  się  czymś  bardzo  pożądanym.  Poczuł,  że  jest 

wściekle głodny. 

background image

- Mógłbym zjeść konia z kopytami - powiedział. 

- To się pospiesz, jeśli chcesz, żeby coś jeszcze dla ciebie zostało. Ja też mam niezły 

apetyt. 

Owen w dwóch kęsach przełknął podaną kanapkę i sięgnął po wino. 

- Wiesz, Angie, tak sobie o czymś myślę. 

- Ostrzegałam cię przed tym. 

Uśmiechnął się, będąc w zbyt dobrym nastroju, żeby się obrażać. 

-  Może  byśmy  skończyli  nasz  miesiąc  miodowy  gdzie  indziej?  -  Rozlał  wino  do 

dwóch szklanek i podał jej. 

- Sądziłam, że chcesz mnie odizolować, żebym nie zaszkodziła sprzedaży akcji. 

- To był tylko pretekst - przyznał. - Mogłem cię dostatecznie odizolować od prasy w 

moim hotelu. Ostatecznie, jestem szefem. 

- Więc dlaczego upierałeś się, żeby tu przyjechać? 

-  Wpadłem  na  myśl,  że  jak  zobaczysz  mnie  w  otoczeniu  reszty  Sutherlandów, 

poczujesz  się  w  obowiązku  stanąć  po  mojej  stronie.  -  Uśmiechnął  się.  -  Należysz  do  tych, 

którzy  zawsze  bronią  słabszych.  Więc  myślałem,  że  kiedy  zobaczysz,  jak  się  mają  sprawy, 

między mną a moją rodziną, zrobi ci się przykro i przypomnisz sobie, co naprawdę do mnie 

czujesz. 

- Rozumiem. 

- Może nie wszystko przebiegło całkiem zgodnie z planem, ale ostatecznie dobrze się 

skończyło.  -  Rzucił  jej  wymowne  spojrzenie.  -  I  co,  Angie,  pamiętasz  jeszcze,  co  do  mnie 

czujesz? 

Angie  podciągnęła  kolana  pod  brodę  i  oplotła  je  rękami.  Patrzyła  na  niego  w 

zamyśleniu. 

- Zależy ci na tym, żeby nasze małżeństwo było udane, prawda? 

- Oczywiście! 

- Mnie też - kiwnęła głową. Uśmiechnął się z satysfakcją. 

- Wiem. Zawsze to wiedziałem. Potrzebowałaś trochę czasu, żeby przezwyciężyć swój 

gniew. I strach, że zostałaś wykorzystana. Częściowo była to moja wina. Może nie dałem ci 

szansy, żebyś poznała mnie lepiej przed ślubem. Chciałem jak najszybciej zaprowadzić cię do 

ołtarza.  Gdyby  nasze  narzeczeństwo  trwało  dłużej,  czułabyś  się  przy  mnie  bardziej 

bezpiecznie. 

- Chyba masz rację. Teraz znam cię o wiele lepiej - powiedziała Angie poważnie. 

- Coś takiego... - Pochylił się nad nią i pocałował z uśmiechem. - Miałem nadzieję, że 

background image

jak nasze małżeństwo stanie się normalne, dojdziesz do tego wniosku. - Jesteś bardzo pewny 

siebie, prawda, Owen? Roześmiał się cicho. 

-  Nie  mam  zamiaru  na  to  odpowiadać.  To  jedno  z  tych  pytań,  które  do  niczego  nie 

prowadzą.  Ale  jeśli  cię  to  pocieszy,  to  przyznaję,  że  udało  ci  się  wprowadzić  nieco 

zamieszania  do  moich  wspaniałych  planów  na  miesiąc  miodowy.  Teraz  jednak  można  by 

powrócić do naszej pierwotnej koncepcji podróży poślubnej, nie sądzisz? 

- Jak chcesz. 

- To wszystko,  co masz do powiedzenia?  -  Spojrzał  na nią z niedowierzaniem.  -  Nie 

mów mi, że ci się spodobało w Jade Lake? 

- Tego nie twierdzę. Ale muszę przyznać, że dowiedziałam się o tobie więcej w ciągu 

ostatnich paru dni tutaj niż przedtem przez trzy miesiące. 

To go zezłościło. 

- Nieprawda. Po prostu tutaj wreszcie zmądrzałaś, i tyle. 

- Jeśli tak uważasz. 

Owen spostrzegł, że jego dobry humor zaczyna go opuszczać. 

- Angie, co jest z tobą? Zwariowałaś, czy co? 

- Nie, nie zwariowałam. Zastanawiałam się tylko ostatnio  nad tym  i  owym.  -  Oparła 

podbródek  na  skrzyżowanych  kolanach.  -  Oboje  postanowiliśmy  dać  naszemu  małżeństwu 

szansę. 

-  Nic  podobnego  -  obruszył  się.  -  Nie  mówiłem  o  żadnej  szansie.  Od  początku 

twierdziłem, że nasze małżeństwo będzie udane i trwałe. Koniec, kropka. 

Kiwnęła zgodnie głową. 

- Myślę, że istnieje taka możliwość. 

- Możliwość? 

- No tak, jest sporo spraw, które nas łączy. Po pierwsze, silny pociąg fizyczny. 

- To nie ulega wątpliwości. - Owen upił łyk wina. 

-  Poza  tym,  więź  materialna  wynikająca  ze  spółki.  Najpierw  byłam  zła,  ale  teraz 

doszłam  do  wniosku,  że  wspólnota  interesów  może  być  czynnikiem  umacniającym  nasz 

związek. 

- Do cholery, Angie - rozzłościł się Owen - nasze interesy nie mają nic wspólnego z 

naszym związkiem! 

-  Ależ  mają  -  tłumaczyła  mu  cierpliwie,  jakby  przemawiała  do  upartego  dziecka.  - 

Sam powiedziałeś, że nigdy byśmy się nie poznali, gdyby nasze rodziny nie prowadziły sieci 

hoteli. Nie martw się, zaczynam to postrzegać jako punkt na korzyść naszego małżeństwa. 

background image

- Angie, czy mogłabyś już z tym skończyć? 

- Dlaczego tak się denerwujesz, Owen? - Spojrzała na niego niewinnie. - Czy mówię 

coś nie po twojej myśli? 

- Przestań już drążyć sprawę interesów naszej spółki - rzucił przez zaciśnięte zęby. Co 

ona znowu, u licha, knuje? - Nie na tym się będzie opierać nasz związek! 

- A na czym? 

- Na wielu innych rzeczach. 

- Jak pociąg fizyczny? Już o tym mówiłam. 

-  Nie  tylko  -  mruknął.  -  Na  uczuciu.  Wzajemnym  szacunku,  wspólnych 

zainteresowaniach. - Twojej miłości do mnie, dodał w duchu. 

- Mówiłam już o wspólnych zainteresowaniach. Na przykład hotelarstwo. 

- Nie chodzi mi o hotelarstwo. Uśmiechnęła się dobrotliwie. 

- No dobrze. A wiec pikniki. Wygląda na to, że oboje lubimy pikniki. 

- Łączy nas coś więcej, o wiele więcej. 

- Na przykład, co? 

Owen czuł się, jakby go przypierano do muru. 

- Zaufanie. Przywiązanie. Poczucie odpowiedzialności. 

- Tak, myślę, że masz rację. To wszystko bardzo cenne i ważne rzeczy. 

- No właśnie. - Ale ani w połowie tak ważne i cenne, jak twoja miłość do mnie, myślał 

z  rozpaczą.  Dlaczego  tego  nie  powiesz,  Angie?  Dlaczego  nie  mówisz,  że  mnie  kochasz? 

Jesteśmy małżeństwem.  Prawdziwym  małżeństwem. Ale nie powiedziałaś tych słów, odkąd 

zostaliśmy kochankami. 

- Owen? Czy coś się stało? 

- Co się miało  stać?  - Uśmiechnął  się z trudem.  -  Po prostu  jestem sam  na wyspie z 

kobietą, którą... 

- Tak? 

Spojrzał  na  nią  i  zobaczył  w  jej  turkusowych  oczach  wyraz  pełnego  nadziei 

wyczekiwania. Rozzłościło go to. Wiedział, na co czeka. Na nieszczęście dla Angie, czytał w 

niej  jak  w  otwartej  księdze.  Jeśli  sobie  wyobraża,  że  wmanewruje  go  w  składanie  zaklęć 

miłosnych,  to  się  grubo  myli.  Nikt  nie  będzie  manipulować  Owenem  Sutherlandem.  Ojciec 

nauczył go, że to oznaka słabości. 

-  Jestem  sam  na  wyspie  z  kobietą,  którą  poślubiłem  -  dokończył  gładko.  -  Bardzo 

korzystna sytuacja, nie uważasz? 

Przyciągnął ją do siebie, kładąc sobie na piersi. Słońce prześwietliło jej rude włosy, a 

background image

słodki ciężar ciała wzbudził w nim na nowo pożądanie. Zapomniał o gniewie, w chwili gdy 

dotknął  jej  ust.  Była  jego  żoną  i  kochała  go,  jak  żadna  inna  kobieta,  choć  może  duma  nie 

pozwalała jej tego w tym momencie przyznać. Rozumiał to i postanowił poczekać. Wiedział, 

że Angie prędzej czy później się podda i zrezygnuje z cichej wojny, którą ogłosiła. 

Angie  też  rozumiała  jego  dumę  i  była  zdecydowana  poczekać.  Na  drugi  dzień  rano 

stała  na  brzegu  jeziora,  odprowadzając  wzrokiem  motorówkę  z  Owenem  zmierzającym  do 

miasteczka,  żeby  wymienić  w  sklepie  którąś  z  części  kupionych  wczoraj  dla  Jeffersa.  Co 

prawda,  Jeffers  gotów  był  sam  to  zrobić,  ale  Owen  najwyraźniej  nie  mógł  już  usiedzieć  w 

Jade Lake i zaczynał się wyrywać z wyspy. Gdy poprzedniego dnia wspomniał o spędzeniu 

reszty  miodowego  miesiąca  gdzie  indziej,  ona  sama  sprowadziła  rozmowę  na  inne  tory 

nieudolną próbą sprowokowania go do wyznań miłosnych. 

Ściągnęła  usta  na  to  wspomnienie.  Ten  człowiek  był  uparty  jak  osioł.  Najwyraźniej 

wystarczała  mu  jej  miłość  i  nie  miał  zamiaru  sam  poddawać  się  takiemu  niebezpiecznemu 

uczuciu. Jak cała jego rodzina Owen nie był zbyt wylewny. 

Rozumiała  jego  zahamowania  i  zamknięcie  w  sobie.  Stracił  matkę  we  wczesnym 

dzieciństwie,  a  ojciec  wychowywał  go  na  silnego  człowieka,  o  przywódczych  instynktach  i 

władczym usposobieniu, które to cechy miały Owenowi pomóc w pełnieniu roli spadkobiercy 

rodzinnego imperium. 

Celia zbyt późno wkroczyła w jego życie, żeby cokolwiek zmienić, W wieku trzynastu 

lat Owen miał już jasno wytyczoną ścieżkę życiową. Tak czy owak wkrótce Celia zajęła się 

własną córką i z chęcią przekazała opiekę nad nim ojcu. 

Helen i Derwin zaś byli zbyt rozgoryczeni swoją niską pozycją w hierarchii rodzinnej, 

żeby  przejmować  się  chłopcem,  który  miał  objąć  stanowisko  po  ojcu  i  być  ich  prawnym 

opiekunem. Już wtedy musieli czuć do niego niechęć. 

Odwróciła się na odgłos kroków. Szurając nogami po poszyciu z igieł, zbliżał się do 

niej Derwin. 

- Dzień dobry - powiedział chłodno. - Ładny dzień. 

- Tak, bardzo ładny. 

-  Widzę,  że  Owen  już  jest  w  drodze.  Słyszałem,  jak  mówił,  że  wybiera  się  do  Jade. 

Pewno zajmie mu to ze dwie godziny. 

-  Chyba  tak.  Wspominał  coś  o  kluczach  francuskich  i  jakichś  zaworach.  Ale  jak 

wejdzie do sklepu, na pewno przypomni mu się jeszcze wiele rzeczy, które należałoby kupić. 

- Na pewno - zgodził się Derwin. Ściągnął krzaczaste brwi i nie przestając wpatrywać 

się w jezioro, powiedział: - Ktoś tu do nas płynie. 

background image

-  Ciekawe,  kto?  -  zainteresowała  się  Angie.  Kilkunastoletni  chłopak  w  malej 

motorówce zbliżył się do brzegu i zwinął ręce w trąbkę przy ustach. 

- Mam wiadomość dla pani Sutherland! - krzyknął. 

- To ja! 

-  Od  kogoś,  kto  pracuje  dla  pani  brata!  Mówi,  że  to  ważne!  Chce  się  z  panią  zaraz 

widzieć! Prosił, żebym panią przywiózł! 

Nagły strach chwycił Angie kleszczami za serce. 

- Niech pan podpłynie do pomostu! - krzyknęła i zaczęła biec w stronę przystani. 

- Powiedział, że nazywa się Rawlings i pracuje dla Harry'ego i Palmera Townsendów. 

To  wszystko,  co  wiem,  proszę  pani.  Prosił,  żebym  panią  przywiózł,  bo  musi  zaraz  z  panią 

porozmawiać. Podobno nie może się do pani dodzwonić. 

Angie spojrzała na Derwina, który przyszedł za nią do przystani. 

- Czy wiesz coś o telefonach od pana Rawlingsa? Derwin skrzywił się kwaśno. 

- Nie. Ale Betty miała przełączać wszystkie rozmowy do Owena, jeśli pamiętasz. Nie 

wolno nam nawet odbierać telefonów we własnym domu. 

Dopiero  teraz  Angie  przypomniała  sobie  instrukcje  Owena.  Myślała,  że  je  cofnął, 

odkąd zostali kochankami, ale właściwie dlaczego miałby to robić, pomyślała ponuro, skoro 

według niego nic się właściwie między nami nie zmieniło? 

Oczywiście, że się zmieniło. Jeśli ten głupi, nadęty, uparty osioł nie chce przyjąć tego 

do wiadomości, to już ona mu pokaże! 

-  Dobrze,  pojadę  z  tobą.  -  Angie  wskoczyła  do  motorówki.  -  Derwin,  powiedz  w 

domu, że niedługo wrócę. Jak się nazywasz? - krzyknęła poprzez ryk motoru. 

- Dave. Dave Markel. Mieszkam w miasteczku od urodzenia. 

- To pewno dobrze znasz Sutherlandów? Chłopak wzruszył ramionami. 

- Tyle, żeby się ukłonić na ulicy. Oni się z nikim nie zadają. Trzymają się na uboczu. 

Nie  wiedziałem  nawet,  że  Owen  Sutherland  się  ożenił,  dopóki  ten  Rawlings  nie  spytał  o 

panią. Szukał kogoś, żeby po panią pojechał. 

Dobili do brzegu. Motorówka Owena kołysała się przy pomoście, ale jego samego nie 

było nigdzie widać. 

- Gdzie on jest, ten Rawlings? 

- Czeka tu w kawiarni na przystani. 

Nietrudno  było  wypatrzyć  Rawlingsa  w  małym  pomieszczeniu  barowym  na  końcu 

mola. Był jedynym mężczyzną w krawacie, doskonale dobranym do kosztownego garnituru. 

Na widok Angie wstał i uprzejmie zaprosił ją do zajęcia miejsca przy stoliku. 

background image

- Czy coś się stało, panie Rawlings? Podobno pracuje pan dla mojego brata? 

Rawlings przesłał jej czarujący uśmiech. 

- Niezupełnie. Przyznaję, że tak powiedziałem, ale tylko dlatego że chciałem tu panią 

jak najszybciej sprowadzić i nie mogłem wymyślić nic innego. Próbowałem porozumieć się z 

panią, ale nikt nie odbierał telefonów. 

- Ach, tak... - Angie zmarszczyła brwi. - Kim pan właściwie jest i dlaczego chciał się 

pan ze mną widzieć? 

Rawlings odsunął filiżankę z kawą i nachylił się ku niej przez stół, przygważdżając ją 

wzrokiem. 

- Będę z panią szczery. Reprezentuję grupę inwestorów, którzy chcą kupić dużą część 

akcji spółki «Sutherland i Townsend». 

- Co to ma wspólnego ze mną? 

-  Nie  owijając  w  bawełnę,  doszły  mnie  niepokojące  słuchy,  że  pani  małżeństwo  z 

Sutherlandem  to  kompletna  fikcja.  Jak  plotka  głosi,  ta  spółka  wkrótce  się  rozleci.  Ludzie 

mówią, że wrogość między waszymi rodzinami wcale nie wygasła i Owen Sutherland nie da 

rady tuszować tego dłużej niż rok. 

Angie zesztywniała. 

- To śmieszne. Skąd pan wziął te rewelacje? 

- Jak już mówiłem, krążą takie plotki. - Rawlings wzruszył ramionami. - Niech mnie 

pani  zrozumie.  Moi  klienci  są  gotowi  zainwestować  w  to  przedsięwzięcie  duże  pieniądze. 

Jeśli spółka okaże się niepewna, mogą stracić sporą gotówkę. 

-  Zwabił  mnie  pan  tutaj,  żeby  się  dowiedzieć,  czy  moje  małżeństwo  będzie  trwałe  i 

zagwarantuje trwałość spółki? - spytała Angie z niedowierzaniem. 

- Powiedzmy, że chcę wyjaśnić sytuację. Jeśli to wszystko było ukartowane dla celów 

reklamowych,  to  naturalnie  spółka  może  na  tym  ucierpieć.  Jak  słyszę,  stara  waśń  między 

waszymi rodzinami napsuła wszystkim wiele krwi. 

- Jak pan śmie! - Angie była wściekła. 

- Niech pani zrozumie mój problem. Dawne zadrażnienia mogą zepsuć interesy. A to 

odbije się niekorzystnie na moich klientach. 

- Doskonale rozumiem pański problem. - Angie wstała i odsunęła krzesło, - Polega on 

na  tym,  że  słucha  pan  plotek.  Zapewniam,  że  te  sekretne  rewelacje  są  nieprawdziwe.  W 

przeciwieństwie  do  mojego  małżeństwa.  A  ponadto  uważam  pańskie  kłamstwa  i  metody 

działania za oburzające. Jeśli o mnie chodzi, to nie zależy mi szczególnie, żeby pańscy klienci 

inwestowali w naszą firmę. 

background image

- Niech się pani nie denerwuje. - Rawlings ruszył za nią do wyjścia. - Chciałem tylko 

wybadać, co się kroi. 

W tym momencie drzwi kawiarni się otworzyły i stanął w nich Owen. Jednym rzutem 

oka ogarnął sytuację i w dwóch skokach znalazł się przy Angie, przyciągając ją do siebie. W 

jego oczach czaiły się zimne błyski. 

- Co się tu dzieje? 

- To jest pan Rawlings - powiedziała Angie szybko. - Reprezentuje grupę inwestorów, 

którzy są zainteresowani akcjami spółki "Sutherland i Townsend". 

-  Wiem,  kim  on  jest.  -  Owen  mocno  przycisnął  ją  do  boku.  -  Jeśli  ma  pan  jakieś 

pytania, to proszę zwrócić się do mnie. Moja żona nie zajmuje się interesami. 

- Nie ma się co złościć, panie Sutherland. Wykonuję tylko swoją pracę. Wie pan, jak 

to jest. Interes to interes. 

- Niech pana wszyscy diabli! Jestem w podróży poślubnej. Nie interesuje mnie w tej 

chwili rozmowa o interesach. - Owen przesłał Angie porozumiewawczy uśmiech, który nie do 

końca  zgasił  gniew  w  jego  oczach.  Przeniósł  spojrzenie  na  Rawlingsa.  -  I  niech  pan 

zapamięta, że nie podobają mi się takie metody. Może pańskie stadko rekinów znajdzie sobie 

inny żer. 

-  Niech  pan  tak  nie  mówi,  Sutherland,  Moi  klienci  mają  sporo  gotówki  do 

zainwestowania, a o to chyba panu chodzi. 

-  Spółka  «Sutherland  i  Townsend»  obejdzie  się  bez  pańskich  klientów.  Akcje  będą 

rozchwytywane, kiedy ukażą się na  giełdzie, i  dobrze pan o tym wie. Pańskie wysiłki,  żeby 

obniżyć ich cenę, na nic się nie zdadzą. A teraz niech się pan wynosi, zanim wyląduje pan w 

jeziorze. 

- Działam w oparciu o wiarygodne informacje. I mam prawo wiedzieć, co się za tym 

kryje. Ciągle słyszę, że spór między waszymi rodzinami wcale nie został zakończony. 

- Owszem, został. Moja żona i ja przyczyniliśmy się do tego. Prawda, skarbie? 

Spojrzał  znacząco,  zaciskając  palce  na  jej  ramieniu.  Angie  przywołała  na  twarz 

anielski uśmiech czułej żony w podróży poślubnej. 

- Jak najbardziej, kochanie. 

- Tamta historia to już stare dzieje - powiedział Owen lekko. - A poza tym nigdy nie 

była to żadna zażarta waśń. 

Raczej chwyt reklamowy dla obu firm. Dobrze się nam przysłużył w przeszłości, ale 

teraz  czasy  się  zmieniły.  Hotele  Sutherland  i  Pensjonaty  Townsend  szybciej  się  rozwiną 

działając razem. 

background image

- Słyszałem coś zupełnie innego - mruknął Rawlings. 

-  To  źle  pan  słyszał  -  uciął  Owen,  -  A  teraz  pójdziemy  już,  jeśli  pan  pozwoli. 

Spędzamy tu miesiąc miodowy i mamy parę przyjemniejszych rzeczy do roboty niż rozmowy 

o interesach. 

Wyszedł  z  kawiarni  nie  oglądając  się  za  siebie  i  bez  słowa  pociągnął  Angie  do 

przystani.  Pomógł  jej  wsiąść  do  motorówki  i  wskoczył  za  nią,  zapalając  motor.  W  chwilę 

później niknęli już w stronę domu. Świadoma jego złego humoru, Angie nie odzywała się. W 

połowie drogi Owen zwolnił szybkość i przerwał ciszę. 

- No więc, co właściwie zaszło? 

- Sam widziałeś. Rawlings chciał wydobyć jakieś informacje o spółce. 

- Tyle wiem. Chodzi mi o to, jak znalazłaś się w tej kawiarni? Kto cię przewiózł przez 

jezioro? 

- W gruncie rzeczy to dość interesująca historia, jak się temu bliżej przyjrzeć. 

- Nie wątpię. 

- Rawlings wysłał po mnie jakiegoś chłopaka pod pretekstem, że pracuje dla mojego 

brata i musi się natychmiast ze mną widzieć. 

- Powinienem był wybić mu zęby. 

-  Podobno  próbował  porozmawiać  ze  mną  przez  telefon,  ale  jakoś  nigdy  nie  mógł 

mnie zastać w domu. Czy to prawda, Owen? 

- Nie. Nikt nie dzwonił. - Owen skupił się na podprowadzeniu motorówki do brzegu. 

- Na pewno? 

Gwałtownie uniósł głowę i przeszył żonę ostrym spojrzeniem. 

- Czy znów oskarżasz mnie o kłamstwo? Angie zaprzeczyła, nie spuszczając z niego 

oczu. 

- Nie. Przyrzekłeś, że nie będziesz mnie okłamywać. I ja ci wierzę. 

- To świetnie. - Jego gniew trochę zelżał. - To znaczy że poczyniliśmy pewne postępy. 

Powinienem być wdzięczny za te drobne oznaki przychylności. Do diabła, Angie, jak mogłaś 

dać się tak nabrać! Twój ojciec i brat mieli rację, że jesteś naiwna jak dziecko. 

-  Wcale  nie  jestem  naiwna!  -  zirytowała  się  Angie.  -  Gdyby  ktoś  zadał  sobie  trochę 

trudu, żeby o czymkolwiek mnie informować, nie dawałabym się tak łatwo oszukać. Ale nikt 

nic mi nie mówi, prawda? Utrzymujecie mnie w stanie błogiej nieświadomości, a potem się 

złościcie, kiedy zrobię błąd albo dojdę do fałszywych wniosków. 

-  Nie  da  się  ukryć,  że  zrobiłaś  błąd,  i  to  duży.  Powinnaś  była  wykazać  trochę 

zdrowego rozsądku w tej sytuacji. Mogłaś się domyślić, że to jakiś podstęp, kiedy cię nagle 

background image

wzywa nie wiadomo kto, pracujący rzekomo dla twojego brata. 

-  Przestań  mnie  besztać,  Owen.  Zachowałam  się  całkowicie  normalnie  i  racjonalnie, 

biorąc pod uwagę okoliczności. 

- Jakie okoliczności? 

- Ten facet twierdził, że próbował się ze mną porozumieć telefonicznie, ale ty przecież 

kazałeś Betty łączyć wszystkie rozmowy do ciebie. Dla mojego własnego dobra, oczywiście. 

Bo jestem taka naiwna i tak dalej. 

- Uspokój się, Angie. Podchodzisz do tego bardzo emocjonalnie. 

-  Nic  nie  poradzę.  Taka  już  jestem,  nie  pamiętasz?  A  ponadto  nie  podoba  mi  się  to 

wzywanie na dywanik, jak pracownika, który źle się spisał. 

- Bo też rzeczywiście niezbyt się popisałaś - upierał się Owen. 

- To nie była moja wina. 

- Owszem, była. - Spojrzał na nią z marsem na czole, grożąc palcem. - Powinnaś mieć 

na  tyle  oleju  w  głowie,  żeby  nie  wsiadać  do  łódki  pierwszego  lepszego  faceta.  A  przede 

wszystkim nie przyjmować tak bezkrytycznie przesłanej ci wiadomości. Powinnaś poczekać, 

aż  wrócę,  a  nie  pędzić  na  łeb,  na  szyję  na  spotkanie  z  nie  wiadomo  kim.  Powinnaś  była 

wykazać trochę zdrowego rozsądku, do wszystkich diabłów! 

-  Jesteś  na  mnie  wściekły,  bo  boisz  się,  czy  nie  powiedziałam  czegoś,  co  może 

zaszkodzić sprzedaży akcji - mruknęła Angie. 

-  Nic  mnie  akurat  w  tej  chwili  nie  obchodzi  sprzedaż  akcji!  Jestem  wściekły,  że  ten 

gnojek,  Rawlings,  usiłował  cię  wykorzystać,  a  ty  dałaś  się  nabrać  i  zrobiłaś  dokładnie,  co 

chciał. 

Angie dumnie podniosła podbródek. 

- Myślę, że lepiej odłożyć tę rozmowę do czasu, kiedy będziesz w lepszym nastroju. 

- W lepszym nastroju? Chcesz, żebym podchodził do tego bardziej beztrosko? 

- Tak. 

-  To  już  przekracza  wszelkie  granice.  -  Owen  znów  pełną  parą  puścił  motorówkę 

przez  jezioro  i  przekrzykując  ryk  silnika,  odparował:  -  W  jednym  masz  rację.  Odłóżmy  tę 

rozmowę na później. Jeszcze chwila, a wrzucę cię do wody i będziesz musiała wpław płynąć 

do brzegu! 

Kiedy  przybyli  do  przystani,  Owen  nadal  czul  się  poirytowany,  ale  już  odzyskał 

kontrolę  nad  sobą.  Ze  zdziwieniem  pomyślał,  jak  łatwo  Angie  wpływa  na  zmianę  jego 

nastrojów.  Potrafi  przy  niej  w  jednym  momencie  stracić  chłodne  opanowanie  i  zawrzeć 

męskim gniewem. 

background image

Kiedy  zobaczył  ją  w  tej  kawiarni  z  Rawlingsem,  przepełniła  się  miara  jego  goryczy. 

Cały ranek zżymał się w duchu na jej głupi upór, żeby nie wyznawać mu miłości. Powiedział 

sobie,  że  najlepiej  to  przeczekać.  Był  pewien,  że  ma  rację  -  Angie  jest  zbyt  miękka  i 

uczuciowa,  żeby  długo  wytrzymać.  Prędzej  czy  później  zapomni  się  w  jego  ramionach  i 

wypowie słowa, które tak pragnął usłyszeć. I wtedy już będzie wiadomo, że wygrał tę małą, 

cichą wojnę. 

- Owen? 

- Tak? 

- Skąd wiedziałeś, że jestem w tym barze z Rawlingsem? 

Owen  znieruchomiał  przy  cumie.  Później  wyciągnął  rękę,  żeby  pomóc  jej  wyjść  z 

łódki. 

- Powiedział mi to jakiś chłopak w przystani w Jade. 

- Pewno Dave. 

- Może i Dave. A bo co? 

- Zastanawiam się tylko nad tym i owym. Położył ręce na biodrach i wbił w nią wzrok. 

- Nad czym konkretnie się zastanawiasz, Angie? 

- No cóż, prawdę mówiąc, przyszło mi do głowy, że nastąpiła jakaś dziwna zbieżność 

w czasie. 

- Mów dalej. 

-  Pomyśl,  ty  wyjeżdżasz  do  miasteczka  i  dosłownie  w  chwilę  potem  dostaję 

wiadomość, że ktoś reprezentujący mojego brata chce się ze mną widzieć. 

-  Rawlings  mógł  obserwować  naszą  wyspę  przez  lornetkę.  Jak  zobaczył,  że 

odpływam, wysłał tego chłopaka wiadomością. Wiedział, że tylko wtedy zastanie cię samą. 

-  Tak,  to  prawda...  -  Angie  przygryzła  dolną  wargę.  Wciąż  się  powoływał  na 

dochodzące go plotki. 

- O czym? O dawnym sporze? 

-  Tak.  Twierdził,  że  spór  jest  nadal  żywy  i  to  martwi  ego  inwestorów,  bo  może 

oznaczać kłopoty w interesach. 

Owen wzruszył ramionami. 

-  Jeśli  się  tak  niepokoją,  mogą  nie  kupować  akcji.  Nie  są  mi  potrzebni  do  szczęścia. 

Rozmawiałem  dziś  rano  z  moim  zarządem.  Świat  biznesu  jest  bardzo  poruszony  naszym 

ślubem  i  ogłoszoną  spółką.  Wierz  mi,  że  na  rynku  nie  brakuje  zainteresowania  firmą 

«Sutherland i Townsend.” 

- Nie o to mi chodzi, Owen. 

background image

- A o co? Spojrzała na niego z powagą. 

-  Przed  naszą  nocą  poślubną  ktoś  zadał  sobie  dużo  trudu,  żeby  nas  poróżnić, 

podrzucając mi fax komunikatu prasowego, jaki miał się ukazać na drugi dzień. 

- I świetnie mu się udało! - warknął Owen. - Ilekroć pomyślę o tej zaporze z poduszek 

wtedy na łóżku między nami, na nowo ogarnia mnie wściekłość. 

-  To  bardzo  wzruszające  -  powiedziała  Angie  chłodno  -  ale  nadal  nie  rozumiesz,  do 

czego zmierzam. 

- A więc, do czego zmierzasz? 

-  Do  tego,  że  tak  wtedy,  jak  i  teraz  ktoś  najwyraźniej  próbuje  zaszkodzić  interesom 

spółki. Czy nie uważasz, że lepiej dowiedzieć się, kto to jest? 

- Myślisz, że się nad tym nie zastanawiałem? - powiedział cicho. 

- No i do jakich wniosków doszedłeś? 

- Nie chcę jeszcze nic mówić. 

- Dlaczego? 

-  Bo  nie  jestem  niczego  pewien,  rozumiesz?  -  Usłyszał  irytację  w  swoim  głosie  i 

ugryzł się w język. 

- Boisz się, że stoi za tym ktoś z twoich krewnych? Że to sprawka kogoś z rodziny? 

Przez  chwilę  chciał  zaprzeczyć,  lecz  Angie  patrzyła  na  niego  uważnie  tymi  swoimi 

jasnymi,  turkusowymi  oczami  i  zrozumiał,  że  intuicyjnie  odgadła  to,  co  jemu  podyktowała 

bezlitosna logika. 

- Tak. Do jasnej cholery, tak. Angie delikatnie ujęła go za ramię. 

-  Nie  martw  się.  Nie  musisz  osłaniać  nikogo  przede  mną.  Ja  też  należę  teraz  do 

rodziny. 

-  Nie  myślałem  o  tym  w  ten  sposób.  Uśmiechnęła  się  lekko,  obejmując  go  ciepłym 

spojrzeniem. 

Nie próbuj mnie izolować  ani  trzymać z dala  od kłopotów. Poradzimy sobie z tym 

razem, Owen. Jestem twoją żoną. 

- To się jeszcze jakoś nie wydaje pewne - mruknął. 

- Co się nie wydaje pewne? 

-  Ty  i  ja.  Nasz  związek.  Mamy  świadectwo  ślubu.  Mamy  obrączki.  Mamy  za  sobą 

naszą noc poślubną. Ale czegoś ciągle brak. 

- Czego więcej ci trzeba? 

- Nie wiem. 

Angie uniosła brwi. 

background image

- Powiedz mi, jak już będziesz wiedział. A na razie spróbuj traktować mnie jak żonę i 

pozwól pomóc sobie w załatwieniu tej sprawy. 

Bardzo  chciał  wyznać  jej,  co  mu  leży  na  sercu  i  zmusić,  żeby  powiedziała,  że  go 

kocha, że go darzy tym samym uczuciem co przed ślubem. Ale nie wiedział, jak poruszyć ten 

temat,  stojąc  na  pomoście  w  przystani.  Poczeka,  aż  znajdą  się  w  łóżku,  a  wtedy  znów 

wszystko będzie dobrze. Wiedział, jak się z nią porozumieć, kiedy trzymał ją w ramionach. 

- Owen? 

-  Nie  musimy  nic  załatwiać  -  powiedział  chłodno.  -  W  każdym  razie  w  tej  chwili.  - 

Wziął ją za ramię i ruszył w stronę domu. 

- Owen, proszę cię, nie próbuj mnie znów odsuwać. To jest także mój problem. 

- To tylko interesy, Angie. 

- Nieprawda To sprawy rodzinne. Sam wiesz. 

- Zwykle radzę sobie sam - mruknął. 

- Wiem. Ale teraz już nie jesteś sam. Masz mnie, zapomniałeś? 

- Jak mógłbym zapomnieć? 

-  No  właśnie.  Jak  kiedyś  powiedziałeś,  jesteśmy  razem  na  dobre  i  złe.  Powinniśmy 

zebrać fakty i zobaczyć, co z nich wynika. 

- Cały problem, że nie mamy zbyt dużo faktów. Ale wciąż prześladuje mnie myśl, że 

to ktoś z mojej kochanej rodziny stara się przysporzyć nam kłopotów. Nikt inny nie odniósłby 

żadnej korzyści ze szkodzenia spółce. 

-  Ale  nikt  z  twojej  rodziny  nie  odniesie  też  z  tego  korzyści  -  zauważyła  Angie,  -  W 

każdym razie pod względem finansowym. Materialnie wszyscy zyskają, jeśli akcje się dobrze 

sprzedadzą. 

- No tak. Ale to chyba oczywiste, że za tym działaniem kryją się inne motywy. 

- Ktoś stara się rozdmuchiwać starą waśń rodzinną - przyznała mu rację Angie. - Ktoś 

woli stracić profity ze spółki, niż dopuścić do zakończenia spora. 

Owen westchnął. 

- Celia, Derwin albo Helen. Ktoś z tej trójki. 

- Celii trzydzieści lat temu jeszcze tu nie było. 

- Ale czy znasz powiedzenie: być bardziej papieskim niż papież? Celia przez związek 

z  ojcem  ułożyła  sobie  życie  i  jest  ślepo  wierna  jego  pamięci.  Mogła  uznać  to  za  swój 

obowiązek, żeby zniszczyć spółkę, ponieważ ojciec nigdy by jej nie pochwalał. 

- A ciotka i wuj? 

- Nie wiem. Nigdy nie chcieli mówić o tym, co się zdarzyło trzydzieści lat temu. 

background image

- Może byśmy porozmawiali z Betty? 

- Z Betty? - zdumiał się Owen. 

- Pracowała już przecież dla was wtedy, prawda? 

-  Chyba  właśnie  zaczęła.  Ale  nie  sądzę,  żeby  się  orientowała  w  naszych  osobistych 

sprawach. 

-  Zdziwiłbyś  się,  ile  służba  wie  o  osobistych  sprawach  swoich  chlebodawców. 

Porozmawiajmy z nią. 

Owen zawahał się przez chwilę, ale uznał, że nie zaszkodzi spróbować. 

- No dobrze. 

Betty zdjęła czajnik z ognia i zaparzyła herbatę. 

- Oczywiście, wiedziałam, że stało się coś strasznego. Nikt nic nie mówił, ale wszyscy 

chodzili jak struci. Pańska ciotka bez przerwy płakała, a ojciec był  wściekły. Derwin wciąż 

się  tu  kręcił,  chyba  jakoś  wtedy  się  zaręczyli.  Pewno  wiedział,  co  zaszło.  Zachowywał  się 

bardzo dziwnie. 

- A ty sama słyszałaś coś bliżej? Betty nalała trzy filiżanki herbaty. 

- Nic szczególnego. Tylko, że to miało związek z interesami i  wszyscy byli  wściekli 

na jakiegoś Townsenda. 

- Mrugnęła do Angie. - Bez obrazy. 

- Ona się teraz nazywa Sutherland, me Townsend - przypomniał Owen. - Nie musisz 

się martwić, że się obrazi. 

- Nie zwracaj na niego uwagi, Betty - powiedziała Angie, biorąc filiżankę. 

-  Tak  czy  tak,  trudno  uwierzyć,  że  ta  niechęć  przetrwała  tyle  lat.  Nigdy  nie  mogłam 

tego zrozumieć. Żyję na tyle długo, żeby wiedzieć, że co chwilę coś komuś nie wychodzi w 

biznesie. Ale nikt nie żywi urazy przez trzydzieści at. 

- Chyba że nie chodziło tylko o interesy  - mruknęła Angie. Spojrzała na Owena.  -  A 

wiemy, że kryje się za tym coś jeszcze. 

- Tak - zgodził się. - Dla kogoś z tej rodziny to bardzo osobista sprawa. 

-  Chciałabym  wam  pomóc  -  zapewniła  Betty  -  ale  nic  nie  wiem  ponadto,  że 

Townsendowie spowodowali tu wiele złej krwi trzydzieści lat temu. Moim zdaniem czas już 

pogrzebać tę waśń i puścić w zapomnienie. 

- Waśń została pogrzebana - powiedział Owen. - Ale ktoś z całą pewnością nie puścił 

jej w zapomnienie. 

- Niedługo będzie po wszystkim - przepowiedziała Betty patrząc na Owena. - Zawsze 

uważałam, że ma pan więcej zdrowego rozsądku niż pański ojciec. Był dobrym człowiekiem 

background image

na swój sposób, ale kiedy się przy czymś uparł, to nie można mu tego było wybić z głowy. A 

z Townsendami najwyraźniej nie potrafił się dogadać. 

- No tak - powiedział Owen, uśmiechając się znacząco do Angie - ale trzeba przyznać, 

że to czasem trudne i wymaga specjalnego talentu. 

Angie pokazała mu język. Owen wybuchnął śmiechem. Piętnaście minut później, nie 

dowiedziawszy się nic nowego, wziął ją za rękę i wyciągnął z kuchni. 

- I co teraz? - spytała. 

-  Sam  nie  wiem.  Chyba  będę  musiał  wezwać  wszystkich  do  salonu  i  zarządzić 

konfrontację. Zmusić ich do ujawnienia prawdy. 

- Możesz sprawić tym komuś wielki ból. 

- Gwiżdżę na to. Zwłaszcza po tym, co dzisiaj zaszło. 

- A co takiego specjalnego dzisiaj zaszło? 

Owen zatrzymał się w pół kroku i wbił palce w ramiona Angie, odwracając ją twarzą 

do siebie. 

- Naprawdę nie zdajesz sobie z tego sprawy? 

-  No  cóż,  ktoś  powiedział  Rawlingsowi,  że  nasze  małżeństwo  jest  fikcyjne.  Jeszcze 

jedna próba zaszkodzenia spółce. 

Zaklął pod nosem na jej naiwność. 

-  To  tylko  efekt  uboczny.  Naprawdę  temu  komuś  chodziło  o  to,  żeby  wbić  jeszcze 

jeden klin pomiędzy nas, Angie. Pomiędzy ciebie i mnie. 

- O czym ty mówisz? 

- Nie rozumiesz? Ktoś chciał, żebym cię zobaczył z Rawlingsem. Ktoś z premedytacją 

nastawił na ciebie pułapkę, zresztą na niego też. Tylko dlatego nie wybiłem mu zębów. 

- Nie rozumiem. 

-  Doprawdy,  jesteś  łatwowierna  jak  dziecko!  Posłuchaj,  to  nie  przez  przypadek 

doniesiono mi, że siedzisz w tym barze z Rawlingsem. Ktoś chciał, żebym pomyślał, że prze-

kazujesz mu tajne informacje, może nawet omawiasz sposób licytowania akcji. Ktoś chciał mi 

udowodnić, że Townsendom nie można ufać. 

Oczy Angie zrobiły się okrągłe jak spodki, a po chwili zaczęły ciskać błyskawice. 

-  Co  za  draństwo!  Co  za  straszne,  nieprawdopodobne  draństwo!  Miałam  wyjść  na 

zdrajczynię, tak? 

-  Tak.  Więc  teraz  znasz  już  całą  prawdę.  -  Owen  nie  mógł  powstrzymać  uśmieszku 

triumfu. I jeszcze się dziwisz, że my wstrętni, męscy szowiniści uważamy cię za cokolwiek 

naiwną? 

background image

- Ale ja nic złego nie zrobiłam! - krzyknęła. 

- Przecież wiem - uciął niecierpliwie. 

Twarz  Angie  powoli  się  zmieniła.  Odpłynął  z  niej  gniew,  a  jej  usta  zaczęły  się 

rozchylać w ciepłym, radosnym, kobiecym uśmiechu. 

- Ach, wiesz... - powiedziała. 

- Co cię tak cieszy? - zapytał ze złością. 

- Nic. - Uśmiechała się niewinnie dalej, pewna wreszcie jego miłości jak nigdy dotąd. 

Czuła przepełniającą ją euforię. 

- Angie, nie jestem w nastroju do żartów. 

- Tak, kochanie. 

- Więc czemu masz taką rozanieloną minę? 

-  Bo  właśnie  doszłam  do  całkowicie  logicznej  konkluzji  -  powiedziała  lekko.  - 

Będziesz  z  pewnością  zadowolony,  że  nie  kierowały  mną  przy  tym  żadne  emocje,  kobieca 

intuicja  czy  pobożne  życzenia,  a  wyłącznie  chłodne  rozumowanie.  Takie  jak  twoje,  Owen. 

Wzięłam pod uwagę tylko fakty, gołe fakty. 

- Angie, o czym ty, do diabła, mówisz? 

-  Muszę  podkreślić,  że  i  tak  byłam  tego  pewna,  zanim  potwierdziła  mi  to  żelazna, 

niepodważalna logika, ale pomyślałam, że się ucieszysz, iż doszłam do tego wniosku również 

i na twój sposób. 

- Posłuchaj, Angie, jeśli zaraz mi nie powiesz, o co chodzi, to... 

- Ależ powiem ci, powiem. Chodzi o to, że mnie kochasz. 

Kompletnie zdetonowany, spojrzał na nią osłupiałym wzrokiem. 

- Co takiego? 

- Kochasz mnie. Właśnie to udowodniłeś. 

- Ja to udowodniłem? 

-  Jak  najbardziej.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  - 

Przyznałeś, że zobaczyłeś mnie dziś w tym barze z Rawlingsem w sytuacji, którą można na-

zwać dwuznaczną, i ani przez chwilę nie pomyślałeś, że robię coś złego. 

Oczy Owena znów się zachmurzyły. 

-  Nie  zrobiłaś  nic  złego,  jeśli  chodzi  o  przekazywanie  informacji,  ale  tak  czy  owak 

zawiniłaś. 

- Też coś! Ciekawe czym. 

-  Impulsywnością,  brakiem  rozsądku  i  przewidywania  konsekwencji.  A  przede 

wszystkim wykazałaś irytującą tendencję do działania na własną rękę, bez porozumienia się z 

background image

mężem. 

- Przecież cię nie było. 

-  Mogłaś  poczekać,  aż  wrócę!  -  podniósł  głos  Owen.  W  tym  momencie  do  holu 

wkroczył Derwin z bardzo zafrasowaną miną. 

- Czy coś się stało? 

- Nie - odpowiedziała Angie, uśmiechając się do niego promiennie. 

- Nie - warknął Owen. - To nasza prywatna sprawa. Derwin pokiwał głową z ponurą 

miną. 

- Tak, rozumiem. Przepraszam. Mam nadzieję, że udało ci się spotkanie na przystani, 

Angie? 

Spojrzała  na  niego  i  dostrzegła  dziwny  wyraz  drapieżnego  oczekiwania  w  jego 

oczach. Szczęście, które przed chwilą ją przepełniało, gdzieś znikło. 

- Tak, dziękuję. 

- Skąd wiedziałeś o tym spotkaniu? - Owen odwrócił się do Derwina. 

- Och, nie powiedziała ci? Byłem nad jeziorem, kiedy przypłynął ten chłopak, Dave, z 

wiadomością do Angie, że ktoś chce ją widzieć. Odprowadziłem ją nawet na przystań. 

- Czy to prawda? - Owen nie poruszył się. 

- Tak. 

-  Ale  wracała  już  chyba  z  tobą?  Czy  może  się  mylę?  -  spytał  Derwin,  przyszpilając 

Owena wzrokiem. 

Owen uśmiechnął się zimno. 

- Nie mylisz się - powiedział lekko. - Znalazłem ją w kawiarni z Jackiem Rawlingsem. 

Może o nim słyszałeś. Reprezentuje grupę inwestorów, którzy chcą nabyć pakiet akcji spółki 

«Sutherland i Townsend». 

-  Rozumiem.  -  Derwin  mierzył  ich  zwężonymi  oczami.  -  To  raczej  dziwne,  nie 

uważasz? 

- Nie. - Owen ścisnął Angie za rękę. - Powiedziałbym raczej, że nieetyczne. Rawlings 

przesłał  wiadomość,  że  pracuje  dla  jej  brata.  Angie,  naturalnie,  chciała  się  przekonać,  o  co 

chodzi.  Ale  szybko  zdała  sobie  sprawę  z  podstępu.  Próbował  tylko  wyciągnąć  z  niej  jakieś 

informacje. Odesłała go do wszystkich diabłów. Prawda, Angie? 

- Oczywiście. 

- I ty jej wierzysz? - warknął Derwin. 

- Naturalnie. Jest moją żoną, dlaczego miałbym jej nie wierzyć? 

Oczy Derwina zaczęły ciskać błyskawice. 

background image

- Jest z Townsendów, dlatego. Ale to jasne, że jesteś zbyt zaślepiony, żeby dojrzeć to, 

co masz przed nosem. 

Wyszedł,  nie  mówiąc  już  ani  słowa.  Angie  poczuła,  że  Owen  zesztywniał,  patrząc 

posępnie za wujem. 

- Owen? 

- Chodźmy wreszcie z tego holu. - Pociągnął ją do pracowni i zamknął drzwi. 

- Nie wyciągaj zbyt pochopnych wniosków. 

- To Derwin stoi za tym wszystkim. Jestem pewien. - Owen wbił wzrok w okno. - Jest 

rozgoryczony, ponieważ zawsze trzymano go z dala od zarządu naszych hoteli. Miał to za złe 

od lat, a teraz jest na mnie wściekły, bo też mu nie dałem stanowiska. 

- Przecież nie wiesz, że to on. 

- Wiem. - Skąd? 

- Widziałaś go parę minut temu. Myślał, że się kłócimy, ponieważ przyłapałem cię na 

rozmowie z Rawlingsem. 

- I właśnie o to się kłóciliśmy. 

-  Tak,  ale  z  całkiem  innego  punktu  widzenia,  niż  się  Derwin  spodziewał.  Byłem  na 

ciebie  zły,  ponieważ  dałaś  się  oszukać  Rawlingsowi.  Ani  przez  chwilę  nie  myślałem,  że 

wchodzisz  z  nim  w  jakieś  układy.  Ale  Derwin  najwyraźniej  nie  mógł  się  doczekać,  żeby 

usłyszeć, jak mówię, że nas sprzedałaś. To on zaaranżował to spotkanie, Angie. 

-  A  inne  incydenty?  Fax,  który  mi  podrzucono  w  naszą  noc  poślubną?  Telefon 

mówiący, że się ze mną rozwiedziesz zaraz po sprzedaży akcji? 

- To wszystko jego sprawka. Angie rozłożyła ręce. 

- Ale w jaki sposób? Przecież nie rusza się stąd od tygodni. A jak sam powiedziałeś, 

powołanie spółki było objęte ścisłą tajemnicą. Nikt o niej nie wiedział oprócz ciebie, moich 

rodziców i Harry'ego. 

Oczy Owena spoczęły na komputerze stojącym na biurku. 

-  W  naszych  czasach  nie  trzeba  mieć  szpiegów  w  czyimś  przedsiębiorstwie,  żeby 

wiedzieć,  co  się  dzieje.  Derwin  mógł  się  nie  ruszać  stąd  na  krok.  Popatrz  -  Owen  nacisnął 

parę  klawiszy  -  wystarczy  komputer  i  telefon.  Że  też  o  tym  wcześniej  nie  pomyślałem.  To 

oczywista odpowiedź. 

Angie wstała i obeszła biurko, patrząc na zapisy pojawiające się na ekranie. 

- Dla wszelkiej pewności nie wprowadzałem informacji o spółce do komputera aż do 

ostatniego  tygodnia  negocjacji.  Ale  tuż  przed  ślubem  musiałem  powiadomić  o  wszystkim 

mojego  rzecznika  prasowego,  żeby  przygotował  odpowiednie  oświadczenie  i  zorganizował 

background image

konferencję prasową. I wtedy ta wiadomość już stała się w pewnym zakresie dostępna. 

- Bo te dane i komunikat znalazły się w sieci komputerowej? 

- Właśnie. Wiedziałem, że istnieje możliwość przecieku do świata biznesu. Dość już 

było  szumu  od  naszych  zaręczyn.  Pamiętasz  tych  reporterów  czekających  na  nas  przy 

limuzynie w dniu ślubu? 

- Doskonale - powiedziała Angie sucho. 

-  Twojego  ojca  i  brata  widywano  ze  mną  wystarczająco  często,  żeby  zaczęły  się 

plotki. Nie miałem nic przeciwko temu. Takie szeptane pogłoski mogą być bardzo przydatne. 

- Dlaczego? 

-  Zwiększają  zainteresowanie  wśród  potencjalnych  akcjonariuszy.  Palmer,  Harry  i  ja 

doszliśmy do wniosku, że to nic nie szkodzi, dopóki... 

- Dopóki nie dotrą do mnie, tak? - dokończyła Angie słodkim tonem. 

-  Było  mało  prawdopodobne,  żebyś  się  miała  o  czymś  dowiedzieć.  Miałaś  mnóstwo 

roboty  z  przygotowaniami  do  ślubu,  a  poza  tym  przecież  i  tak  nigdy  nie  interesowałaś  się 

tymi sprawami. 

- Moje zainteresowania z pewnością ostatnio uległy zmianie, prawda? 

- Bardzo śmieszne - sarknął. - Ale chodzi o to, że ten komputer plus ciągotki Derwina 

do dłubania się w różnych rzeczach wiele tłumaczą. Nauczył się, jak wejść do zasobu danych. 

- A co z faxem? 

- Można stąd przecież wysłać i  fax.  -  Owen bębnił palcami po biurku.  - A skoro już 

wiedział, że jego wiadomość została dostarczona, zadzwonił  do naszego pokoju  w hotelu. - 

Zacisnął rękę w pięść. - Mój własny wuj. 

- No dobrze - powiedziała Angie spokojnie. - Wiemy już, jak to się mogło zdarzyć, ale 

nadal nie wiemy, dlaczego. 

- Mówiłem ci już, dlaczego. Derwin od lat nosi w sobie żal, że ojciec go nie chciał w 

naszej firmie. 

- Ale ma potężny udział w zyskach Hoteli Sutherland, tak jak wszyscy inni w rodzinie. 

Dlaczego miałby szkodzić własnym interesom? W grę wchodzi mnóstwo pieniędzy. 

Owen wzruszył ramionami. 

- Miał dużo czasu, żeby pielęgnować swoją urazę. 

-  Myślę,  że  chodzi  o  coś  więcej.  -  Angie  zamilkła  na  chwilę,  myśląc  nad  czymś.  - 

Mam wrażenie, że wszystko znów się sprowadza do dawnej waśni. Betty mówiła, że było w 

tym coś więcej, nie tylko nieudany interes. 

- To nie ma znaczenia,  dlaczego  Derwin  czuje się pokrzywdzony  - zniecierpliwił  się 

background image

Owen. - Ważne, że miał motyw i... - wskazał na komputer - środek do osiągnięcia celu. 

- Podobnie jak inni w tym  domu.  Dopóki nie oferowałeś swojemu  szwagrowi pracy, 

twoja  siostra  i  Celia  też  miały  motywy.  Nawet  twoja  ciotka  nienawidzi  Townsendów.  I 

wszyscy mieli dostęp do komputera. 

-  Helen  nie  ma  pojęcia,  jak  obsługiwać  komputer.  Ani  Celia  czy  Kim.  Glen  dałby 

sobie z tym radę, ale po co. Nie miał powodu szkodzić spółce. 

- I co masz zamiar teraz zrobić? 

- Przyprę go do muru. Powiem mu, ze wiem o wszystkim. Zagrożę, że jeśli jeszcze raz 

wejdzie nam w drogę, obetnę dochody jemu i Helen też. 

-  Może  znalazłby  się  lepszy  sposób  rozwiązania  tej  sytuacji,  Owen.  -  Przysiadła  na 

brzegu biurka. 

Odwrócił się ku niej w fotelu. 

- Tak? Co proponujesz? 

- Myślę, że należałoby najpierw dowiedzieć się, dlaczego twój wuj to wszystko robi. 

A potem może powinieneś podejść do sprawy trochę inaczej niż twój ojciec. Czy bardzo by ci 

szkodziło dać mu miejsce w nowym zarządzie spółki «Sutherland i Townsend»? 

Owen spojrzał na nią kompletnie osłupiały. 

- Czyś ty zwariowała? 

-  Owen,  pomyśl  nad  tym  chwilę,  proszę.  Zawsze  dasz  sobie  z  nim  radę,  jeśliby 

sprawiał jakieś kłopoty. Ale moim zdaniem nie będziesz mieć z nim żadnych problemów. Bę-

dzie popierał każdy twój ruch. 

-  Nie  wierzę  własnym  uszom.  Najpierw  kazałaś  mi  oferować  pracę  Glenowi 

Langleyowi, a teraz Derwinowi. Usiłujesz dyktować mi, jak mam prowadzić interesy i moje 

sprawy rodzinne? 

-  Jestem  udziałowcem  w  jednym  i  drugim,  dlaczego  miałabym  trzymać  buzię  na 

kłódkę? 

- Bo nie wiesz, co mówisz!  - Owen wstał.  -  Nie chcę więcej  słyszeć ani  słowa. Sam 

będę decydować, co i jak. 

-  Skoro  już  o  tym  mówimy,  to  naprawdę  powinieneś  pomyśleć  o  przeniesieniu  aktu 

własności tego domu na Celię. Ona uważa, że ojciec chciał go jej zostawić. A ty nawet nie 

lubisz tego miejsca. Wręcz przeciwnie. 

- Mam przekazać dom Celii? Dobry Boże, nie uznajesz kompromisów, co, moja pani? 

-  Tak  sobie  tylko  pomyślałam,  Owen.  -  Uśmiechnęła  się  swoim  najbardziej 

czarującym uśmiechem. 

background image

- Więc przestań myśleć! 

- Tak, Owen. 

-  Mówię  poważnie,  Angie.  Nie  wyobrażaj  sobie,  że  nie  widzę,  jak  próbujesz  mną 

ostatnio manipulować. 

- Wcale nie. 

- Daj spokój, Angie. 

- Podsunęłam ci tylko kilka propozycji. Wiem bardzo dobrze, że ani ja, ani nikt inny 

nie mógłby cię zmusić do zrobienia czegoś wbrew twojej woli. 

Spojrzał na nią zwężonymi oczami i odchylił się głęboko w fotelu. 

-  Podejdź  do  mnie,  Angie  -  rozkazał  stłumionym  głosem.  Przestraszona  groźnym 

błyskiem w jego oczach, zsunęła się z biurka i zrobiła krok w jego kierunku. 

- Po co? Czego ode mnie chcesz? 

- Chodź tu, a powiem ci, czego chcę. 

- Nie podoba mi się to twoje dziwne spojrzenie, Owenie Sutherland. 

- Chodź tu, Angie. 

- Nie podejdę, dopóki nie powiesz mi, o co ci chodzi. 

- Pani Sutherland, ja czekam. Jego głos był głęboki i aksamitny. Poczuła falę gorąca i 

jak zahipnotyzowana postąpiła jeszcze jeden krok z uśmiechem na ustach. Owen chwycił ją 

delikatnie za nadgarstek i wstał, przyciągając mocno do piersi. 

- No więc? - spytała Angie lekko drżącym głosem. - Czego chcesz? 

- Powiedz, że mnie kochasz. - Przesunął wolno rękę wzdłuż kręgosłupa na jej kark. 

Ta prośba wprawiła ją w osłupienie. Nie tego oczekiwała. 

- Dlaczego miałabym ci to mówić? Nie dbasz o miłość. 

-  Chcę  usłyszeć  te  słowa.  -  Przesunął  usta  po  jej  wargach,  przynaglając,  żeby  go 

posłuchała. - Nie wypowiedziałaś ich od naszego ślubu. 

- Nie miałam powodu tego robić. - Zarzuciła mu ręce na szyję, całą sobą wchłaniając 

jego ciepło i siłę. 

- Teraz masz. - Pocałował ją w brew, a potem w czubek nosa. 

- Nie widzę czemu. Ty mi tego nie powiedziałeś. 

- Mówimy teraz o tobie, a nie o mnie. - Zacisnął uda wokół jej bioder, więżąc ją jak w 

potrzasku,  i  zaczął  wolno  rozpinać  jej  bluzkę.  -  Zaraz  zobaczymy,  kto  tu  kim  będzie 

manipulował. 

- Owen, to nie fair. 

- Chcę usłyszeć, że mnie kochasz. 

background image

- Dlaczego? 

-  Lubię,  jak  to  mówisz.  -  Rozchylił  jej  bluzkę  i  wsunął  rękę,  obejmując  dłonią  jej 

pierś. 

- Owen, poczekaj... 

- Powiedz mi to, Angie. - Odchylił kołnierzyk i muskając jej szyję, przesunął wargi na 

gołe ramię. 

-  Owen,  przestań.  Co  ty  wyprawiasz?  -  Angie  bezskutecznie  usiłowała  się 

wyswobodzić, zdając sobie sprawę, że jej mąż zamierza poddać ją słodkim torturom, dopóki 

nie skapituluje. 

-  Wypowiedz  te  słowa,  Angie.  -  Jego  ręka  powędrowała  niżej  i  zaczęła  rozpinać 

zamek błyskawiczny jej dżinsów. 

-  Poczekaj  -  powiedziała,  z  trudem  łapiąc  oddech.  Jej  ciało  było  napięte  i  drżące.  - 

Porozmawiajmy o tym. Wiem, że jesteś zły, bo myślisz, że chcę tobą rządzić, ale to wcale nie 

tak. 

- Powiedz, że mnie kochasz, Angie. - Wsunął rękę w jej spodnie. 

-  Dobrze  -  jęknęła.  -  Może  i  próbowałam  cię  naciskać,  ale  nie  chciałam  tobą 

manipulować, tylko  cię trochę naprowadzić. Chciałam, żebyś sobie uzmysłowił,  co czujesz, 

co naprawdę do mnie czujesz. 

-  Powiedz  to,  Angie.  -  Jego  palce  zaczęły  delikatnie  dążyć  do  celu,  obdarzając  ją 

intymną pieszczotą. 

-  Spójrz  na  to  z  mojego  punktu  widzenia,  Owen.  Nie  potrafisz  nawet  przed  sobą 

przyznać się do swoich uczuć, a co dopiero przed innymi. Och... 

- Czy kochasz mnie, Angie? 

- Owen, przestań! Ktoś może wejść. 

-  Jak  wejdzie,  to  i  wyjdzie.  -  Wyjął  rękę  i  wsunął  nogę  między  jej  uda,  napierając 

lekko. - Kochasz mnie? 

I proszę, ile udało mi się uzyskać, pomyślała Angie. Jeśli chodziło o ten rodzaj oporu, 

z pewnością radził sobie lepiej od niej. Był zawodowcem w opieraniu się naciskom. 

-  Kocham  cię,  niech  to  diabli!  -  Chwyciła  go  obiema  rękami  za  głowę  i  namiętnie 

pocałowała, uniesiona falą entuzjazmu i pożądania. - Kocham cię, kocham cię, kocham! I ty 

mnie kochasz, Owenie Sutherland. Przyznaj to wreszcie. 

Zignorował  to  gorące  wezwanie,  szukając  chciwie  jej  ust.  Poddała  się  jego  męskiej, 

zaborczej sile, czując, jak bardzo Owen jej pragnie i jak bardzo jest mu bliska. Już to samo 

świadczy o jego miłości, powiedziała sobie, kiedy podniósł ją i zaniósł przez pokój na kanapę. 

background image

Gdyby tylko potrafił to przyznać. 

Nagle drzwi pracowni otworzyły się bez żadnego ostrzeżenia i  do środka wkroczyła 

Helen. 

- Owen? Owen, gdzie jesteś? Rozmawiałam z Derwinem. Podobno przyłapałeś Angie 

z jakimś Rawlingsem i... O mój Boże... 

Angie, która leżała na plecach na kanapie, otworzyła szybko oczy i ściągnęła bluzkę 

na piersiach. Owen odwrócił gniewnie głowę. 

-  Przepraszam  -  powiedziała  Helena  chłodno,  nie  ruszając  się  z  miejsca.  Stała  jak 

wmurowana, dysząc złością i dezaprobatą. 

Owen wyprostował się wolno, z rezygnacją w oczach. Umieszczając się strategicznie 

między Angie a ciotką, spytał: 

- O co właściwie chodzi? 

- Chciałabym wiedzieć, co się tu dzieje - odparła wyzywająco. 

Owen niecierpliwie przeczesał włosy palcami. 

- No cóż, skoro już pytasz, to  miałem właśnie zamiar kochać się z moją  żoną, Masz 

coś przeciwko temu? 

Helen zaczerwieniła się gwałtownie, zaciskając usta. 

-  Nie  będę  komentować  twojego  wulgarnego  zachowania.  Chcę  tylko  wiedzieć,  czy 

Angie dzieliła się z tym Rawlingsem informacjami na temat Sutherlandów? 

- Nie. - Owen wepchnął poły koszuli w spodnie i rzucił jej niedowierzające spojrzenie. 

- Myślisz, że chciałbym się z nią kochać, gdybym ją właśnie przyłapał na akcie zdrady? 

- Kto wie? To jasne, że cię omamiła - powiedziała Helen sztywno. - Derwin ma rację. 

Dajesz  się  wodzić  za  nos.  Ostrzegałam  cię,  żebyś  nie  ufał  nikomu  z  Townsendów,  prawda? 

Ale  ty  nigdy  nikogo  nie  słuchasz.  Zawsze  wiesz  wszystko  najlepiej.  -  Oczy  Helen  zabłysły 

łzami. 

- Helen... 

-  Wracaj  do  swojej  małej  słodkiej  żoneczki.  Sam  się  przekonasz,  kim  są 

Townsendowie. - Helen odwróciła się i wybiegła, trzaskając drzwiami. 

W  pracowni  zapadła  cisza.  Z  aury  namiętności  nie  zostało  już  ani  śladu.  Angie 

usiadła, milcząc przez dłuższą chwilę. 

-  Owen  -  odezwała  się  w  końcu  -  w  tym  jest  coś  więcej,  niż  myślimy.  To  nie  tylko 

zawiedzione ambicje Derwina. Gniew twojej ciotki jest zbyt żywy i skierowany wyłącznie na 

moją rodzinę. 

Owen patrzył na zatrzaśnięte drzwi. 

background image

- Myślisz, że ona miała coś wspólnego z tym, co się zdarzyło trzydzieści lat temu? 

- Sama nie  wiem,  co myśleć.  - Angie  wstała.  -  Wiem tylko, że musimy się wreszcie 

dowiedzieć, co wtedy zaszło, zanim podejmiemy dalsze kroki. 

- Może od Celii? - Owen podniósł pytająco brew. 

-  Nie  sądzę,  żeby  miała  nam  do  powiedzenia  coś  więcej  niż  Betty.  Ale  możemy 

spróbować. 

- Do diabła z tym - zdecydował nagle Owen, ruszając do drzwi. - Mam zamiar zebrać 

ich wszystkich w salonie i wyjaśnić tę sprawę raz na zawsze. 

- Poczekaj, Może to nie jest najlepszy pomysł. 

-  Nie  mam  w  tej  chwili  ochoty  wysłuchiwać  twojej  opinii!  -  krzyknął  przez  ramię 

Owen, przemierzając szybko hol, - Chcę wreszcie uzyskać parę odpowiedzi i to zaraz. Idź do 

Celii i powiedz jej, że za pięć minut ma być w salonie. 

- Ale, Owen... 

- Angie, zrób, co mówię. 

Angie  przystanęła.  Może  Owen  ma  rację.  Może  już  czas  z  tym  skończyć.  Pod 

warunkiem że uda mu się zmusić ich do mówienia. 

- Dobrze - powiedziała. 

Dziesięć  minut  później  z  sofy  pod  oknem  obserwowała  swoją  nową  rodzinę.  W 

pokoju  panowała  cisza.  Arystokratyczne  rysy  Celii  były  stężałe  i  napięte.  Derwin  i  Helen 

siedzieli sztywno na krzesłach; na ich twarzach malowała się gorycz i coś w rodzaju strachu. 

Owen  stał  przy  oknie,  patrząc  na  jezioro,  niewzruszony  i  lodowato  spokojny.  Jeśli  tak 

wyglądał  podczas zebrań zarządu, to  nie zazdrościła jego pracownikom. W końcu odwrócił 

się i przerwał przedłużające się milczenie. 

-  Mam  już  dość  tych  bzdur  na  temat  waśni  między  Sutherlandami  a  Townsendami. 

Wiem z całą pewnością, że ktoś z tu obecnych robi wszystko, żeby zepsuć stosunki między 

mną a Angie. 

- Jak śmiesz nas oskarżać? - spytał Derwin z obrażoną miną. 

- Przychodzi mi to z całkowitą łatwością, zwłaszcza po rozpatrzeniu faktów.  - Owen 

spojrzał mu prosto w oczy. 

- Tylko  głupiec mógłby  nie dostrzec oczywistych powiązań. Townsendowie są w tej 

sprawie zupełnie niewinni. 

- Na twoim miejscu nie byłbym taki pewien - mruknął Derwin. 

- Posłuchaj - powiedział Owen zimnym głosem. 

- Wiem, jak i kiedy te intrygi zostały przeprowadzone. Wiem, że mój komputer był w 

background image

użyciu. Nie wiem jedynie, dlaczego komuś tak zależy, żeby  zniweczyć tę spółkę. Może byś 

mi to wyjaśnił? 

- Nie rozumiem, o czym mówisz - warknął Derwin, z wzrokiem utkwionym za oknem. 

-  Mówię  o  tym,  co  zdarzyło  się  trzydzieści  lat  temu.  -  Dlaczego  nie  spytasz  o  to 

Townsendów? - wtrąciła Helen, prostując się na krześle. 

- Pytałem - odparł Owen spokojnie. - Palmer Townsend powiedział, że nie wie, o co 

rozbiła się spółka, i ja mu wierzę. Że mój ojciec w ostatniej chwili się z niej wycofał i nigdy 

więcej nie chciał z nim rozmawiać. 

- Palmer Townsend bardzo dobrze wie, co się stało - zasyczał Derwin. - Przecież to on 

był tego przyczyną. 

- To nieprawda! - oburzyła się Angie. Owen rzucił jej pełne dezaprobaty spojrzenie. 

-  Uspokój  się,  Angie.  Musimy  wreszcie  dotrzeć  do  sedna  sprawy.  To  nie  czas  na 

płomienną obronę twojej rodziny. 

- Jeśli sądzisz, że będę spokojnie siedzieć i  pozwalać obrażać mojego ojca, to  chyba 

postradałeś zmysły! - odparowała Angie z furią. 

-  Sądzę  -  powiedział  Owen  bardzo  łagodnie  -  że  powinnaś  spokojnie  siedzieć  i 

pozwolić  mi  wyjaśnić  tę  sprawę  do  końca.  I  nie  dawać  się  w  tej  chwili  ponosić  swojemu 

temperamentowi. 

Miał rację, wiec zadowoliła się przesłaniem mu piorunującego spojrzenia. 

-  Derwin,  myślę,  że  powinniśmy  zacząć  od  ciebie  -  zwrócił  się  Owen  do  wuja.  - 

Powiedz mi, co zaszło trzydzieści lat temu. 

- Nie rozumiem, czemu miałbym się czuć zmuszony do grzebania w przeszłości. 

- Choćby dlatego - głos Owena zniżył się złowrogo - że w przeciwnym razie możecie 

szukać sobie z Helen innego źródła dochodów. 

Derwin wbił w niego wzrok, najwyraźniej zaszokowany. 

-  Czy  grozisz  mi  odebraniem  Helen  jej  udziałów?  Angie  zamknęła  oczy,  w  pokoju 

zapadła pełna grozy cisza. Jedynie Owen pozostał niewzruszony. 

- Nareszcie zaczynasz rozumieć, Derwin. Mów. Derwin wstał sztywno z krzesła. 

- Doskonale. Ale nie spodoba ci się to, co usłyszysz. 

- Mów, Derwin. 

Derwin spojrzał na żonę, a potem na Owena. 

- To całkiem proste. Townsend nigdy nie miał zamiaru założyć uczciwej spółki. Tak 

naprawdę chciał podstępem przejąć Hotele Sutherland i wystawić nas wszystkich do wiatru. 

- Spróbuj z innej beczki, Derwin - zaproponował Owen. 

background image

- To prawda! Twój ojciec dowiedział się, że Townsend kupuje po cichu akcje Hoteli 

Sutherland  przez  podstawione  osoby.  Gdyby  zdołał  skupić  dostatecznie  dużo,  mógłby 

dyktować warunki spółki.  I niemal mu się to udało, ale na szczęście twój ojciec w porę się 

zorientował,  co  się  święci.  Kosztowało  go  to  fortunę,  bo  musiał  odkupić  swoje  akcje  po  o 

wiele wyższej cenie. Było mu ciężko, ale sobie poradził. 

- Mój brat zdołał uprzedzić przejęcie firmy - wtrąciła Helen. - W ostatniej chwili, ale 

jednak. Potem uczynił dwa postanowienia. Jedno, nigdy więcej nie tracić kontroli nad akcjami 

przedsiębiorstwa, a drugie, nigdy więcej nie ufać Townsendom. 

Owen potrząsnął głową z niesmakiem. 

- To stek bzdur. Nie myślicie chyba, że dam się tak głupio nabrać. 

- Skąd ta pewność, Owen? - spytała Celia. 

-  Z  czystej  ciekawości  przejrzałem  wykaz  sprzedaży  akcji  sprzed  trzydziestu  lat. 

Ojciec nie był idiotą. Zawsze dbał, aby jego udział wynosił przynajmniej pięćdziesiąt jeden 

procent.  Nigdy  nie  było  możliwości,  żeby  ktoś  mógł  przejąć  naszą  firmę.  Niemniej  coś 

zmieniło jego stosunek do spółki z Townsendem i chciałbym wiedzieć, co. 

- Czy zarzucasz mi kłamstwo? - zagrzmiał Derwin. 

- Tak. To właśnie ci zarzucam. Pytanie tylko, dlaczego kłamiesz? 

Zapadła ciężka, ołowiana cisza. Nie mogąc znieść napięcia, Angie odwróciła wzrok i 

spojrzała  przez  okno  na  jezioro.  Zmarszczyła  brwi  widząc  motorówkę  z  trzema  osobami, 

zdążającą w ich kierunku. 

- Owen! 

- Nie teraz, Angie. 

- Wydaje mi się, że będziemy mieć towarzystwo. 

- O czym ty mówisz? - Odwrócił się, podążając za jej wzrokiem. 

Motorówka przybiła do brzegu i trzy postacie szybkim krokiem zaczęły zbliżać się do 

domu.  Lampy  na  tarasie  oświetliły  płomienną  czuprynę  Harry'ego  i  napięte,  zdenerwowane 

twarze matki i ojca Angie. 

-  No,  no  -  mruknął  Owen.  -  Tylko  tego  nam  brakowało.  Oto  rodzina  Townsendów 

przybywa  wyzwolić  moją  żonę  od  losu  gorszego  niż  śmierć.  To  kropla,  która  przepełnia 

czarę. 

- Ja otworzę - powiedział do Betty, wychodząc do holu, - Nakryj na trzy osoby więcej 

do  kolacji  i  przygotuj  dwie  dodatkowe  sypialnie.  Mamy  niespodziewaną  wizytę  moich 

teściów. 

Betty uśmiechnęła się szeroko, wycierając ręce w fartuch. 

background image

- Nie powiem, to powinno być interesujące. 

- Na twoim miejscu zostałbym w kuchni, dopóki pierze nie przestanie fruwać. 

- Tak właśnie zrobię. Ale dasz sobie radę, Owen. Masz żonę, która ci pomoże. 

Owen otworzył frontowe drzwi i stanął twarzą w twarz ze zdenerwowanym teściem, 

wściekłym szwagrem i zmartwioną teściową. 

- Co za miła niespodzianka. Właśnie o was rozmawialiśmy. 

- Żądam wyjaśnień - zagrzmiał Palmer Townsend, jeszcze zanim przekroczył próg. 

Harry przecisnął się obok Owena, wchodząc do holu. 

- Gdzie Angie? Co się tu, do cholery, dzieje? Otrzymaliśmy dziś rano wiadomość, ze 

postanowiłeś ją tu więzić do czasu sprzedaży akcji. Jakiś drań twierdzi, że zaraz potem się z 

nią rozwiedziesz. 

-  Ten  drań  kłamie  -  powiedział  Owen  spokojnie.  -  Wejdź,  Marian  -  zwrócił  się  do 

matki Angie. - Jesteś chyba zmęczona podróżą. 

- Nie uwierzyłbyś, co musiałam dzisiaj przejść. - Marian uśmiechnęła się niepewnie. - 

Palmer  i  Harry  dostali  szału,  kiedy  nadeszła  ta  wiadomość.  Polecieliśmy  wszyscy  do  San 

Francisco i wynajęliśmy samochód, żeby tu dojechać. Godzinami krążyliśmy po tych krętych 

górskich  ścieżkach,  nie  mogąc  znaleźć  Jade  Lake.  Ani  Palmer,  ani  Harry  nie  chcieli  się 

zatrzymać, żeby spytać o drogę. Coś okropnego. 

-  Przyjechaliście  akurat  na  kolację  -  powiedział  Owen.  W  tym  momencie  weszła  do 

holu Angie, uśmiechając się promiennie. 

- Cześć. Skąd to zamieszanie? 

-  Typowa  reakcja  Townsendów  na  sytuację  kryzysową,  kochanie  -  powiedziała  z 

westchnieniem Marian. - Wszyscy powariowali. 

- Nic podobnego - warknął Palmer, ciskając wzrokiem błyskawice. - Ale z pewnością 

chcielibyśmy usłyszeć jakieś wyjaśnienia. 

-  Zaraz  je  usłyszycie.  -  Owen  objął  zaborczo  Angie  ramieniem,  a  ona  przywarła  do 

jego boku, demonstrując swoją lojalność. 

Ten  drobny,  lecz  znaczący  gest  nie  umknął  jej  ojcu  i  bratu.  Harry  spojrzał  na  nią 

badawczo. 

- Na pewno wszystko w porządku, Angie? 

- Jak najbardziej, dziękuję. Palmer zwrócił się do Owena. 

- Co to wszystko ma, do cholery, znaczyć? Mieliście spędzać swój miesiąc miodowy 

w hotelu. 

- Tak. Ale nasze plany się zmieniły. - Owen poprowadził wszystkich do salonu, nadal 

background image

mocno obejmując Angie. 

- Siadajcie, proszę. Dokonam stosownej prezentacji, a potem skończymy porządkować 

nasze sprawy. 

- Nie widzę tu nic do porządkowania - mruknął Pal - mer. - Oczekuję tylko zwykłego 

wyjaśnienia. - Ukłonił się lekko Helen i wyraz jego twarzy na chwilę złagodniał. 

- Witaj, Helen. Kopę lat. Mało brakowało, a bym cię nie poznał. 

- Dzień dobry, Palmer  -  powiedziała Helen miękko. Owen dojrzał  dziwny, przelotny 

błysk w jej oczach. 

Patrzył  na  nią  uważnie,  przedstawiając  sobie  zebranych  i  zorientował  się,  że  Angie 

również ukradkiem ją obserwuje. 

-  Kiedy  skończymy  wyjaśniać  nasze  sprawy  -  oznajmił  -  zjemy  kolację  i  pójdziemy 

spać. A rano Angie i ja wyjedziemy spędzić resztę naszego miesiąca miodowego w jednym z 

Hoteli Sutherland. 

Angie spojrzała na niego rozradowana. 

- Naprawdę? 

- Z całą pewnością. Ą teraz kończmy z tą nieszczęsną historią. Twoja kolej, Helen. 

- Nie mam nic do powiedzenia na temat tego, co zaszło trzydzieści lat temu - odparła z 

godnością. - Uważam, że dość już się stało złego. Owen, czy nie możesz zostawić tej sprawy 

w spokoju? 

- Nie. - Glos Owena był podejrzanie łagodny. - Nie mogę. 

-  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  tobą  -  wtrącił  gniewnie  Derwin.  -  Byłeś  jeszcze 

dzieckiem. 

-  Mylisz  się,  Derwin.  To  ma  ze  mną  bardzo  wiele  wspólnego,  bo  rzutuje  na  moje 

małżeństwo i moje interesy. Ten konflikt musi zostać raz na zawsze wyjaśniony. Powiedzmy 

sobie  jasno:  nikt  nie  opuści  tej  wyspy,  dopóki  nie  dowiem  się  prawdy.  No  więc,  Helen? 

Derwin zerwał się na nogi. 

- Daj jej spokój. Mógłbyś przynajmniej okazać odrobinę szacunku własnej ciotce. Nie 

zapominaj, że to siostra twojego ojca. 

Owen  poczuł  rękę  Angie  wsuwającą  się  w  jego  dłoń  i  delikatny  uścisk  jej  palców. 

Wiedział, że to znak, aby nie ustępował. 

- Przykro mi, Helen, ale muszę otrzymać odpowiedź na moje pytanie. 

Wiem - szepnęła. - Zawsze wiedziałam, że prędzej czy później wszystko wyjdzie na 

jaw. 

Wybuchnęła płaczem. Derwin pospieszył do niej, podając chusteczkę. 

background image

- Nie musisz mu nic mówić, Helen. Wytarła nos i potrząsnęła głową. 

- Nie, Owen ma rację. Sprawa zaszła za daleko. Żyliśmy z tym przez wszystkie te lata, 

ale sama mam już dość. 

Palmer spojrzał na nią uważnie. 

- Czy ma to coś wspólnego ze mną, Helen? 

- Tak. Bardzo mi przykro, Palmer. 

Marian spojrzała na Angie i uniosła brwi, ale się nie odezwała. 

- No dobrze, Helen - rzekł spokojnie Owen. - Opowiedz nam, co się stało. 

-  Stało  się  to  -  zaczęła  Helen  drżącym  głosem,  który  stopniowo  się  uspokajał  -  że 

trzydzieści lat temu popełniłam głupią pomyłkę. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, 

że byłam bardzo młoda. I raczej naiwna. Krótko mówiąc, od pierwszej chwili zakochałam się 

w  Palmerze  Townsendzie  i  z  typową  zarozumiałością  Sutherlandów  uznałam,  że  i  on  mnie 

kocha. 

Owen  rzucił  szybkie  spojrzenie  na  teściów.  Palmer  miał  minę  zakłopotaną  i 

nieszczęśliwą, Marian współczującą, a Harry zdumioną. 

-  W  tym  czasie  nie  mówiło  się  o  niczym  innym,  tylko  o  planowanej  spółce  między 

Sutherlandami  a  Townsenda  -  mi  -  kontynuowała  Helen.  -  Wszyscy  kipieli  entuzjazmem  i 

snuli  wspaniałe  plany.  Pomyślałam,  że  to  będzie  bardzo  romantyczne,  jeśli  Palmer  i  ja 

pobierzemy się i połączymy przed ołtarzem zarówno nasze rodziny, jak i nasze firmy. 

- Helen, nie musisz mówić nic więcej. - Derwin chwycił ją za ramię. 

- To prawda, Helen. Nie zwracaj uwagi na Owena - poparł go Palmer. - To jest sprawa 

osobista. Nie musisz zdradzać swoich sekretów przed nami wszystkimi. 

- Chyba jednak muszę. - Uśmiechnęła się smutno. - Owen ma rację. To nie tylko moje 

sekrety. W taki lub inny sposób dotknęły każdego z nas. Reszta jest całkiem prosta. Poszłam 

do  Palmera  i  powiedziałam  mu,  że  go  kocham  i  chcę  zostać  jego  żoną.  Był  zdumiony, 

mówiąc delikatnie. Właściwie należałoby powiedzieć, że przerażony. 

Palmer patrzył na czubki swoich butów. Jego twarz oblała się rumieńcem. 

Helen mówiła dalej z przepraszającym uśmiechem na ustach. 

-  Zachował  się  bardzo  szarmancko  i  jak  mógł  próbował  osłodzić  mi  gorycz  porażki. 

Ale  kiedy  zrozumiałam,  że  mnie  nie  kocha  i  żywi  dla  mnie  jedynie  uczucie  przyjaźni,  a 

ponadto  ma  właśnie  zamiar  zaręczyć  się  z  kimś  innym,  wpadłam  w  szał.  I  zrobiłam  coś 

bardzo złego. Coś, czego żałowałam przez wszystkie te lata. 

- Helen, dość. - Derwin poklepał ją po ramieniu, niezręcznym, lecz czułym gestem. 

-  Nie,  muszę  to  wreszcie  z  siebie  wyrzucić.  -  Dotknęła  przelotnie  jego  dłoni, 

background image

przenosząc oczy z Palmera na Owena. - W napadzie zazdrości postanowiłam nie dopuścić do 

powstania  spółki.  To  ja  przekazałam  pewne  poufne  informacje  naszym  niedoszłym 

kredytodawcom. I dlatego wycofali się z pożyczki, którą mieli dać nowo powstałej firmie. Ci 

sami ludzie zdecydowali się później poprzeć plany rozwojowe Palmera. Mój brat oczywiście 

uznał, że to jego sprawka, zaplanowana od samego początku. 

W  pokoju  zaległa  ciężka  cisza.  Owen  pochylił  się  do  przodu,  opierając  łokcie  na 

kolanach. 

- Co to były za informacje i jak je zdobyłaś? Helen wzruszyła ramionami. 

-  Całkiem  po  prostu.  Słyszałam  kiedyś,  jak  brat  mówił,  że  jeden  z  naszych  hoteli 

przynosi  same  straty  i  wiedziałam,  że  chce  to  zatuszować  do  czasu  zawiązania  spółki. 

Przekazując tę informację do banku, dałam do zrozumienia, że to nie jedyny niedochodowy 

hotel  w  naszej  sieci.  Bankowcy  uwierzyli  i  cofnęli  kredyt.  Wiecie,  jak  to  jest,  kiedy  takie 

pogłoski zaczynają krążyć w świecie biznesu. 

Palmer spojrzał na Owena. 

-  Pamiętam  ten  nieszczęsny  hotel.  Był  źle  położony.  Twój  ojciec  zamierzał  go 

sprzedać i w końcu to zrobił. Nigdy nie miało to znaczenia dla całości jego interesów. 

- Mój brat był wściekły, kiedy bankierzy ni stąd, ni zowąd się wycofali, a potem nagle 

poparli  samego  Townsenda  -  mówiła  dalej  Helen,  z  wzrokiem  wbitym  w  ręce  złożone  na 

kolanach, - Był pewien, że za jego plecami uknuto spisek. 

-  Myślał,  że  przekonałem  ich,  że  korzystniej  będzie  zainwestować  we  mnie  samego 

niż  w  spółkę  -  powiedział  Palmer  wolno.  -  Uznał,  że  zmieniłem  zdanie  i  postanowiłem 

wykorzystać zdobyte informacje, żeby zniechęcić do niego finansistów i przekabacić ich na 

swoją stronę. 

Helen pokiwała głową. 

- Mój brat przeczesał całą firmę w poszukiwaniu twojego szpiega. W końcu przyszedł 

do mnie. I wtedy jeszcze raz posunęłam się do kłamstwa. 

-  Powiedziałaś,  że  cię  uwiodłem,  żeby  wyciągnąć  z  ciebie  to  i  owo  o  waszej  firmie, 

tak? 

- Tak - przyznała Helen. - I to przeważyło szalę. Tego nie był w stanie ci wybaczyć. 

-  Dlatego  tak  mnie  nienawidził  przez  wszystkie  te  lata.  -  Palmer  potrząsnął  głową.  - 

Cóż, przynajmniej teraz znam przyczynę jego niechęci po rozpadzie naszych wspólnych pla-

nów. Ale dlaczego nigdy nie usiłował tego ze mną wyjaśnić? 

-  Ubłagałam  go,  żeby  z  tobą  nie  rozmawiał.  Powiedziałam,  że  moja  duma  tego  nie 

zniesie. Zrozumiał. 

background image

-  Słynna  duma  Sutherlandów  -  mruknął  Owen.  Angie  obdarzyła  go  uroczym 

uśmiechem. 

-  Zawsze  wiedziałam,  że  w  tej  rodzinie  drzemią  wielkie  namiętności.  Wszelkiego 

rodzaju. 

Ścisnął ją mocniej za rękę, zwracając się do Helen. 

- Czy miałem rację, że to Derwin krył się za ostatnimi wypadkami? 

-  Tak  -  odpowiedział  Derwin  sam  za  siebie.  -  Miałeś  rację.  To  ja  próbowałem 

zaszkodzić spółce. Dowiedziałem się o wszystkim zbyt późno, ale sądziłem, że jeśli sprzedaż 

akcji  się  nie  powiedzie,  możesz  jeszcze  rozstać  się  z  Townsendem  i  każdy  z  was  wróci  do 

prowadzenia  przedsiębiorstwa  na  własną  rękę.  To  wszystko,  na  co  mogłem  liczyć,  ale 

musiałem spróbować. 

Palmer spojrzał na niego z najwyższym zdumieniem. 

-  Ale  dlaczego,  na  miłość  boską,  dlaczego?  Wszyscy  zarobimy  na  tym  interesie 

mnóstwo pieniędzy. 

- Są rzeczy ważniejsze niż pieniądze - oświadczył Derwin dumnie, - Musiałem zrobić 

wszystko,  co  w  mojej  mocy,  aby  oszczędzić  Helen  bólu,  który  ją  czekał,  gdyby  nazwiska 

Sutherland  i  Townsend  zostały  nierozerwalnie  związane.  Wiedziałem,  co  się  wydarzyło 

trzydzieści lat temu i wiedziałem, jak bardzo wtedy przez ciebie cierpiała, Palmer. 

- Tak, oczywiście - mruknął Palmer. 

- To zrozumiałe, że chciałeś chronić swoją żonę - powiedział współczująco Harry. 

-  Absolutnie  -  zgodziła  się  Marian.  -  Wiem,  co  musiałaś  czuć,  Helen.  Wzgardzona 

miłość potrafi być powodem wielu nierozważnych kroków. 

- W tym wypadku może nieco drastycznych - zauważyła Celia. - Ale zapewne w jakiś 

sposób zrozumiałych. 

-  Naturalnie  -  powiedziała  Angie.  -  Biedna  Helen.  Jakie  to  musiało  być  dla  ciebie 

straszne. Muszę przyznać, Derwin, że zachowałeś się niezwykle lojalnie, próbując ją chronić 

przed konfrontacją z moim ojcem i przykrymi przeżyciami. 

Helen uśmiechnęła się smutno do Derwina. 

- Najgorsze, że była to kwestia dumy, nie miłości. Bardzo szybko zrozumiałam, że to 

Derwin  jest  mężczyzną  mojego  życia.  Ale  bałam  się  już  potem  wyznać  prawdę.  Byłoby  to 

takie upokarzające, a poza tym i tak nie mogłam już niczego naprawić. Miałam nadzieję, że 

wszystko zostanie zapomniane. Ale tak się nie stało. 

Owen  rozejrzał  się  po  twarzach  ludzi  zgromadzonych  w  salonie  i  z  ciężkim 

westchnieniem podparł twarz dłońmi. 

background image

- Czy doprawdy nie za dużo tych niepohamowanych emocji? Nawet mój biedny ojciec 

nie  potrafił  się  im  oprzeć.  Wprost  nie  mogę  uwierzyć,  że  wszyscy  wokół  wykazują  pełne 

zrozumienie, że można było przez trzydzieści lat podejmować decyzje w interesach kierując 

się uczuciem zemsty i wzgardzonej miłości. Całe trzydzieści lat. 

- No, no... - Angie poklepała go współczująco po ramieniu. - Nie dramatyzuj. Nie jest 

tak źle. 

- Nie jest tak źle? - Podniósł głowę i spojrzał na nią ze zgrozą.  - Jest jeszcze gorzej. 

Jak,  na  miły  Bóg,  będziemy  prowadzić  interesy  spółki  «Sutherland  i  Townsend»  mając  w 

zarządzie takich zapalczywych, kierujących się emocjami, przewrażliwionych ludzi? 

Wszyscy spojrzeli na niego ze zdumieniem, a on odpowiedział im groźnym wzrokiem. 

Angie uśmiechnęła się promiennie. 

-  Czy  chcesz  dać  miejsce  w  zarządzie  komuś  ze  swojej  rodziny?  -  spytał  z 

zainteresowaniem Palmer. 

- Dlaczego nie? - odparł Owen. - Ty, jako prezes, i ja, jako dyrektor generalny, mamy 

prawo wyznaczyć równą liczbę członków zarządu, prawda? 

- Prawda. 

- I ty na pewno od razu weźmiesz Harry'ego? 

- Oczywiście. I moją żonę. Wolę wiedzieć, że mam po swojej strome ludzi, na których 

mogę liczyć w razie jakiejś różnicy zdań między tobą a mną. 

- Tak? Mnie również przydałby się ktoś absolutnie zaufany w takim wypadku. - Owen 

przeniósł wzrok na wuja. - I może właśnie tak lojalny, jak ty byłeś w stosunku do Helen przez 

całe trzydzieści lat. Co powiesz, Derwin? Przyjmiesz miejsce w zarządzie? 

Derwin zamrugał oczami, całkowicie zaskoczony. 

- Ja... no, cóż... Tak. Tak, oczywiście. Z przyjemnością ci pomogę. - Wyprostował się 

i spojrzał z dumą na żonę. 

-  A  ty  co  powiesz,  Celio?  -  Owen  przeniósł  wzrok  na  macochę.  -  Gdybyś  była  w 

zarządzie, mogłabyś dbać o interesy Kim. Na pewno wkrótce pojawią się też wnuki. Będziesz 

chciała zabezpieczyć ich przyszłość. 

- Czuję się zaszczycona, Owen  -  powiedziała Celia,  patrząc na niego uważnie.  - Ale 

niewiele wiem o prowadzeniu takiej wielkiej firmy. 

-  Coś  mi  mówi,  że  się  szybko  nauczysz.  A  twoja  lojalność  w  stosunku  do 

Sutherlandów jest powszechnie znana. To też się liczy. A skoro już mówimy o wnukach, to 

chciałbym przekazać ci  dla nich ten dom. Jest twój. Ojciec na pewno by sobie tego życzył, 

tylko zaniedbał zaznaczyć to w testamencie. Wiesz, jaki był. 

background image

-  Tak,  oczekiwał,  że  ty  będziesz  sprawować  pieczę  nad  wszystkim.  -  Celia 

uśmiechnęła się i skinęła głową. 

- Dziękuję ci, Owen. Bardzo ci dziękuję. I przyjmuję fotel w zarządzie. 

Owen spojrzał teraz pytającym wzrokiem na Helen. 

- Nie, mnie możesz nie brać pod uwagę - odparła łagodnie, lecz stanowczo. - Wierzę, 

że dacie sobie radę beze mnie. A ja, szczerze mówiąc, wolę zasiadać w moich towarzystwach 

dobroczynnych. 

- Hej, a co ze mną? - Angie podskoczyła na krześle. 

- Chętnie bym się znalazła w nowym zarządzie. Na przykład zamiast Helen. To może 

być bardzo ekscytujące. Mam całą masę wspaniałych pomysłów dotyczących spółki, łącznie z 

nowym znakiem firmowym. 

Palmer  i  Harry  jęknęli  cicho,  zaś  Owen  z  olimpijskim  spokojem  postanowił 

przemówić jej do rozumu za pomocą logiki. 

- Angie, przecież zaczynasz już robić karierę jako projektantka biżuterii, zapomniałaś? 

- Jestem pewna, że poradzę sobie z jednym i drugim - powiedziała szybko. 

- Kochanie, podobnie jak wszyscy inni będziesz miała swój udział w spółce. To ci da i 

tak prawo głosu. Nie musisz zasiadać w zarządzie. 

- Ale, Owen... 

- Kobieto, przecież śpisz z dyrektorem generalnym! - krzyknął Owen, zapominając o 

logice. - Czego jeszcze chcesz? 

- To nie to samo - upierała się, oblana rumieńcem, ogarniając gniewnym spojrzeniem 

roześmiane twarze zebranych. - Daj mi tylko spróbować. Przekonasz się, że będziesz mieć ze 

mnie dużo pożytku. Jestem gotowa uczestniczyć we wszystkich zebraniach, a nawet chętnie 

wezmę udział w różnych specjalnych komisjach i tym podobnych. 

-  Nie  wątpię,  nie  wątpię  -  uśmiechnął  się  Owen  szeroko.  -  Angie,  postawię  sprawę 

jasno. Będę cię kochać do końca życia, ale po moim trupie wejdziesz do zarządu. I tak czuję, 

że jako udziałowiec sprawisz mi dość kłopotu. 

- Owen, coś ty powiedział? - Oczy Angie rozszerzyły się ze zdumienia i pojaśniały z 

radości. 

- Słyszałaś. 

- A więc przyznajesz, że mnie kochasz! Wiedziałam to od samego początku! 

Zanim  się  zdążył  obejrzeć,  rzuciła  mu  się  w  ramiona.  Objął  ją  mocno  i  przytulił  na 

oczach wszystkich zebranych. Obsypała go pocałunkami, a zgromadzeni główni udziałowcy 

spółki «Sutherland i Townsend» zareagowali głośnym aplauzem. W tym momencie do pokoju 

background image

wkroczyła Betty, uśmiechając się szeroko. 

-  Zawsze  mówiłam,  że  wszystko  jeszcze  da  się  naprawić,  a  miłość  to  najlepsze 

lekarstwo.  Proszę  do  stołu.  Nie  mogę  się  doczekać  chwili,  kiedy  zobaczę  te  obie  rodziny 

zasiadające razem do kolacji. 

Następnego wieczoru Angie stała na tarasie znanego jej już apartamentu hotelowego 

dla nowożeńców. Oparła się łokciami o balustradę, patrząc na zachód słońca nad Pacyfikiem. 

Ciepły wieczorny  wiatr  przewiewał  jej lekki  srebrzysty  peniuar i  kołysał delikatnie długimi 

klipsami. 

Zaczęła obmyślać kształt wyrafinowanej srebrnej bransoletki, która oddałaby koloryt i 

nastrój zmierzchu. Tęskniła już za swoją pracą. Była cząstką jej życia i mimo że oderwała się 

od projektowania zaledwie na parę tygodni, zaczynało jej brakować szkicownika i ołówka. 

Odwróciła  się  na  dźwięk  otwieranych  drzwi.  Do  pokoju  wkroczył  Owen  z  butelką 

szampana  i  dwoma  kieliszkami.  Na  jej  widok  oczy  mu  rozbłysły,  a  usta  rozchyliły  się  w 

zmysłowym i wiele obiecującym uśmiechu. Zadrżała pod tym spojrzeniem, jak pod dotykiem 

jego ręki. Ruszył ku niej po białym dywanie miękkim, kocim krokiem dzikiego zwierzęcia; 

była w nim siła i zwycięska męskość. W jego oczach dojrzała miłość i pożądanie i raz jeszcze 

pomyślała, jak bardzo go kocha. 

- Wszystkiego najlepszego, pani Sutherland. 

- Wszystkiego najlepszego, panie Sutherland. 

Kiedy  Angie  upiła  łyk  szampana,  wyjął  jej  z  ręki  kieliszek  i  odstawił  na  stolik 

tarasowy. Podszedł blisko i uwięził ją przy sobie jak w klatce, zaciskając dłonie na poręczach 

za  jej  plecami.  Pocałował  ją  wolno  i  zmysłowo,  dając  jej  odczuć  głębię  swojej  miłości  i 

przywiązania. 

- A więc, pani Sutherland... 

Angie uśmiechnęła się i zarzuciła mu ręce na szyję. 

- Słucham, panie Sutherland? 

- Mam wrażenie - zamruczał Owen, przesuwając wargami po jej szyi - że jest pewna 

sprawa, której dotąd nie załatwiliśmy. 

-  Jaka?  -  Odchyliła  głowę  do  tyłu,  drżąc  pod  jego  namiętnymi  pocałunkami.  -  Co  to 

może być? 

- Nasza noc poślubna. 

- Ach tak... - Spojrzała na niego roześmianymi oczami i zaczęła rozpinać mu koszulę. 

-  Czy  powinniśmy  zwołać  zebranie  zarządu,  żeby  uzyskać  zgodę,  czy  będziemy  działać  na 

własną rękę? 

background image

- Zarząd główny spółki «Sutherland i Townsend» dał nam już pełną aprobatę. Myślę, 

że z resztą poradzimy sobie sami. 

Przycisnął usta do jej warg, pochwycił w ramiona i zaniósł przez srebrno - biały pokój 

do  wielkiego  łoża  pod  baldachimem.  Uśmiechnęła  się,  widząc  zachłanny  wyraz  jego  oczu, 

wyciągnęła ręce i chwyciła za oba końce rozwiązanej muszki, przyciągając go delikatnie do 

siebie. Owen zaśmiał się niskim, zmysłowym śmiechem i opadł na nią, zagłębiając palce w jej 

włosy cudownie znanym już gestem. 

- Powiedz, że mnie kochasz, Angie. 

- Kocham cię, Owen. Nigdy nie przestanę cię kochać. - Dotknęła delikatnie czubkiem 

palców jego mocno zarysowanego podbródka. 

- Całe szczęście, bo chcę cię mieć przy sobie do końca życia. - Podniósł do ust jej rękę 

i  pocałował  złotą  obrączkę  na  palcu.  -  Ja  też  cię  kocham,  moja  żono.  I  zawsze  będę  cię 

kochał. 

Dziesięć  miesięcy  później  Owen  z  dumnym  uśmiechem  przekroczył  próg  pokoju 

szpitalnego. W jednej ręce miał olbrzymi bukiet róż, w drugiej pokaźną kopertę. Pokój usłany 

był  prezentami  od  członków  rodzin  Sutherlandów  i  Townsendów.  Wszędzie  walały  się 

różowe wstążeczki i kolorowe bibułki. 

Angie  spojrzała  na  niego  znad  główki  noworodka,  trzymanego  przy  piersi. 

Uśmiechnęła  się;  jej  oczy  jaśniały  miłością  i  szczęściem.  Owen  pomyślał  z  troską,  że  jest 

trochę blada, ale musiał przyznać, że nigdy nie widział piękniejszego widoku niż jego żona z 

dzieckiem w ramionach. 

- Owen, co za piękne kwiaty! A co jest w tej kopercie? 

- Pakiet akcji spółki «Sutherland i Townsend». - Wyjął plik papierów wartościowych 

na nazwisko Samantha Helen Sutherland. - Myślisz, że ją to ucieszy? 

Angie roześmiała się. 

-  Kiedy  już  skończy  szkołę  średnią,  to  na  pewno.  Jeśli  akcje  będą  dalej  tak  szły  w 

górę, to będzie mogła sobie sama opłacić studia medyczne albo prawnicze. 

- A może zechce zostać następnym dyrektorem generalnym naszej spółki? 

Owen pochylił się nad córeczką, podziwiając ją z bliska. Nie otworzyła oczu, lecz jej 

maleńkie paluszki zacisnęły się mocno wokół jego kciuka. 

- Wie, jak złapać to, co chce - roześmiał się. 

- Zupełnie jak jej tatuś - zgodziła się Angie. Popatrzył na nią z czułością. 

- I nigdy cię już nie puszczę, pani Sutherland. Zapamiętuj to sobie. 

- Zapamiętam. 

background image

Uśmiechnęła się do niego tak samo, jak w dniu ślubu, kiedy wkładał jej obrączkę na 

palec. Wiedziała, że ten uśmiech będzie zarezerwowany dla niego już na resztę życia.