background image

Richards Emilie

Billy

(Dżentelmeni z Południa)

background image

Billy

background image

ROZDZIAŁ 1

Powietrze północnej Florydy było tak gęste i wilgotne, jak pot spływający po grzbietach 

mężczyzn, którzy kładli asfalt na drodze numer 194. Na wzgórzu nieopodal Moss Bend, Billy 
Ray   Wainwright   stał   na   czele   potężnego   korka   samochodów   i   czekał   pokornie,   aż 
zablokowana chwilowo droga znów będzie przejezdna. Majowy upał był tak dokuczliwy, że 
Billy nie odczuwał nawet złości czy gniewu, a jedynie lekkie zniecierpliwienie i rezygnację. 
Klimatyzacja w jego taurusie wysiadła ostatecznie tego ranka i jak dotąd nie znalazł czasu, 
aby zrobić cokolwiek poza tym, żeby opłakiwać jej brak. 

Ekipa   rozebranych   do   pasa   i   połyskujących   torsami   w   słońcu   późnego   popołudnia 

robotników   pracowała   z   szybkością   i   entuzjazmem   ludzi   wrzuconych   do   dołu   ze   smołą. 
Sygnalizatorka,   hoża   młoda   kobieta   w   szortach,   kusej   bluzeczce   i   bejsbolowej   czapce, 
przepuściła tuzin samochodów osobowych i pół tuzina pickupów z drugiej strony, zanim dała 
wreszcie Billy’emu znak, że może już ruszać. 

– Na co się tak gapisz, Billy Ray?  – wrzasnęła,  kiedy wychylił  głowę przez okno i 

obdarzył ją leniwym uśmiechem. 

– Na najładniejszy widok w River County, Gracie. 
–   Zachowaj   tę   gadkę   dla   sędziego,   mecenasie   –   odwzajemniła   uśmiech   dziewczyna. 

Gracie Burnette była szczęśliwą mężatką i matką najśliczniejszego niemowlaka w promieniu 
kilkuset   kilometrów.   Billy   Ray   z   powodzeniem   bronił   jej   męża,   gdy   sąsiad   oskarżył 
Burnette’a   o   kradzież   psa.   Ostatecznie   sprawa   nie   została   rozstrzygnięta,   bowiem   psu 
znudziły się chyba zaloty do suki z sąsiedniego okręgu i wrócił do domu w dniu kolejnej 
rozprawy. 

Billy uśmiechnął się do siebie. Oto on – Billy Ray Wainwright, obrońca złodziei psów, 

barowych   rozrabiaków   i   łowców   aligatorów.   Billy   Ray   Wainwright,   redaktor   naczelny 
„Przeglądu   Prawniczego   Uniwersytetu   w   Miami”,   który   choć   miał   najlepsze   oceny   na 
studiach,   odrzucił   ofertę   pracy   w   najbardziej   prestiżowej   kancelarii   w   stolicy   stanu,   aby 
wrócić w rodzinne strony i przejąć podupadającą praktykę po ojcu. 

– Wpadnij do nas kiedyś na kolację! – zawołała Gracie, zanim odjechał, on zaś pomachał 

jej na pożegnanie i zaczął wspinać się na szczyt niewysokiego wzgórza. 

Widok dębów i sosen był niewątpliwie miły dla oka, jednak postękiwanie przeciążonego 

silnika oraz pragnienie, które suszyło mu gardło, nie pozwalały docenić uroków krajobrazu. 
Kiedy więc Billy zjechał wreszcie do położonego w dole miasteczka, z ulgą zatrzymał się na 
parkingu i ruszył w stronę starego drewnianego budynku z klimatyzatorami zamontowanymi 
obok każdego okna. 

Dawno, dawno temu drewno pomalowano na wściekły błękit, ale słońce Florydy sprawiło 

że   teraz   budynek   miał   kolor   bladego,   zasnutego   chmurami   nieba.   W   dzieciństwie   Billy 
spędził wiele czasu w tawernie „Błękitna Laguna”. Z tego co wiedział, w promieniu kilkuset 
kilometrów   nie   było   żadnej   laguny,   a   potok   przepływający   nieopodal   lokalu   miał   kolor 
brudno-brązowy. Mieszkańcy River County lubili jednak ubarwiać rzeczywistość. To było 

background image

łatwiejsze niż jej zmienianie, a już na pewno o wiele bardziej interesujące. 

Żwir na parkingu zachrzęścił pod podeszwami nowych butów Billy’ego. Kiedy wkroczył 

do tawerny,  wszyscy podnieśli głowy. Nagle w twarz buchnęło mu lodowate powietrze i 
jękliwy śpiew Williego Nelsona. Przywitały go przyjazne okrzyki stałych bywalców lokalu. 

– Jak leci, Billy Ray? – Atrakcyjna brunetka w średnim wieku, ubrana w dżinsy i obcisły 

podkoszulek, pocałowała go na powitanie w policzek. 

–   Nie   mogę   narzekać,   Maggie.   –   Objął   ją   ramieniem   i   mocno   przycisnął.   Maggie 

Deveraux była  właścicielką  lokalu,  a także  kochanką jego ojca, Yancy’ego  Wainwrighta, 
jeszcze zanim ten zamienił się w skończonego pijaka. 

– Doug siedzi tam,  w kącie. – Machnęła kciukiem nad ramieniem.  W gęstym  kłębie 

papierosowego dymu Billy Ray ujrzał oliwkowy mundur szeryfa, Douga Fletchera. – Mówił, 
że masz się z nim spotkać. 

– Powinnaś brać od niego opłatę za zajmowanie tego stolika. 
–   Daję   mu   go   gratis.   Lokalowi   nie   zaszkodzi,   że   szeryf   zapuścił   tu   korzenie.   Mniej 

bijatyk. 

– Tak, jeśli nie bierzesz pod uwagę tych, które on wszczyna. 
– Jeśli Doug bierze w nich udział, nazywam je nieporozumieniami. 
Billy roześmiał się i ruszył w stronę szeryfa, witając się po drodze ze znajomymi. Choć 

dopiero dochodziła piąta po południu, w barze panował tłok. Nic dziwnego, pomyślał, w 
końcu jest piątek, dzień wypłaty. 

Wreszcie dotarł do rogu sali, a wówczas Doug Fletcher odchylił się na krześle na jego 

widok i skrzyżował ręce na piersiach. 

– Najwyższy czas. – Machnął ręką, wskazując stojące obok siebie krzesło. – Witasz się z 

każdym burakiem w okolicy, Billy Ray?

–   Nawet   z   tobą.   –   Billy   opadł   na   krzesło   i   poluzował   krawat.   –   A   to   już   nie   lada 

poświęcenie. 

– To co zwykle? – Doug wyciągnął rękę, żeby zwrócić na siebie uwagę Maggie. 
– Pewnie już nam to niesie. 
– Słusznie. Zawsze jesteś dla niej taki cholernie grzeczny, co?
– A czemu nie? – uśmiechnął się Billy Ray. – Była dla mnie prawie jak matka. 
– Bo ja wiem? Moja staruszka też wciąż ci nadskakiwała. Mały Billy Ray Wainwright 

miał powodzenie. 

– Powiedzmy, że twoja mama umiała poznać się na ludziach. 
– Moja mama lubiła ładnych chłopców. Wciąż masz śliczną buźkę, Billy Ray. Dlaczego 

nie siedzi na niej jakaś cycata piękność?

– Czy w ten taktowny sposób usiłujesz dowiedzieć się czegoś o moim życiu osobistym?
Doug   wyszczerzył   zęby   w   uśmiechu.   Kiedy   był   poważny,   przypominał   buldoga,   ale 

uśmiech całkowicie odmieniał jego twarz. Tak jak Billy Ray, szeryf miał trzydzieści lat, ale 
na   tym   kończyły   się   podobieństwa   między   oboma   mężczyznami.   Włosy   Billy’ego   był 
jasnobrązowe, oczy niebieskie, rysy zaś ostre i wyraziste, począwszy od prostego nosa, na 
mocnej szczęce skończywszy. Doug z kolei miał krzaczaste brwi i krótki nos, zaś jego ciemne 

background image

kręcone włosy z każdym rokiem ustępowały pola czołu. 

– Z tego co słyszę, połowa panien w Moss Bend ugania się za tobą, ale ty nie dajesz 

żadnej z nich tego, co chciałaby najbardziej – stwierdził Doug. 

Teraz Billy odchylił się na krześle i skrzyżował ramiona. Nadal nie wiedział, po co Doug 

chciał się z nim spotkać, ale domyślał się, że minie sporo czasu, zanim to z niego wyciągnie. 

– Tylko połowa? – podjął temat, uznawszy, że musi nieco pogawędzić, zanim dowie się 

czegoś konkretnego. 

– Dla mnie starczyłoby i tyle. A ty co? Czyżbyś gustował w samotnym życiu?
– Nie aż tak bardzo, jak w gadaniu o intymnych sprawach z szeryfem z jakiejś zapadłej 

dziury. 

– Chodzi mi tylko o twoje dobro, synu – roześmiał się Doug. 
Billy poklepał go po ramieniu, po czym rozejrzał się za Maggie, która nie pojawiła się 

dotąd z jego ulubionym drinkiem. Zdziwiło go to, więc uniósł głowę, by sprawdzić, gdzie się 
podziała. Natychmiast zauważył, że w pomieszczeniu zapanował podejrzany spokój, niczym 
cisza przed burzą. 

Popatrzył na siedzącego przed nim mężczyznę i zapytał:
– Co jest grane?
– Niespodzianka, synu. 
– Do diabła, Doug, pamiętałeś!
– Ja nigdy niczego nie zapominam. Podobnie jak Maggie. Dokładnie w tym  właśnie 

momencie wyrosła przed nimi Maggie z tortem tak wielkim, jak uśmiech Douga. Szereg 
świeczek rozjaśniał ciemne wnętrze tawerny. Billy domyślał się, że jest ich równo trzydzieści. 

– Wszystkiego najlepszego, Billy Ray! – wrzasnął radośnie Doug, a gromada bywalców 

lokalu zaintonowała  fałszywie  „Sto lat!”.  – Kiedy będziesz zdmuchiwał  świeczki,  poproś 
Boga o jakąś babkę, bo nudzi mnie już to skakanie wokół ciebie. 

– Kiciu, pamiętasz, co ci mówiłam? – Carolina Grayson uklękła na podłodze naprzeciwko 

swojej pięcioletniej córeczki i położyła drżące ręce na jej ramionach. – Pamiętasz wszystko?

Kicia   miała   na   sobie   jedną   z   eleganckich   sukienek,   które   kupiła   jej   babcia,   Gloria 

Grayson. Obszyte koronką skarpetki dziewczynki wciąż były czyściutkie, choć mała nosiła je 
przez cały dzień, a sznurowadła bucików starannie zawiązane. Jedynie grymas na piegowatej 
buzi mącił nieco ten idealny obrazek. 

– Musimy być cicho – powtórzyła Kicia. – Nikt nie może się dowiedzieć, że wyjeżdżamy. 
– Właśnie. Musimy chodzić na paluszkach. – Carolina z trudem zdobyła się na uśmiech. – 

Tak jak ty, kiedy w nocy wślizgujesz się do mojego pokoju, żeby sprawdzić, jak się czuję. 

– Wcale tak nie robię!
Owszem, robiła, ale teraz nie miały czasu, aby się o to kłócić. Kicia robiła wiele rzeczy, 

którymi nie zaprzątała sobie głowy większość małych dziewczynek. W wieku lat pięciu była 
bardziej dojrzała niż niejedna nastolatka. 

– Poniosę Chrisa – powiedziała Carolina. – Ty musisz tylko zająć się sobą. 
– Nie możesz dźwigać Chrisa. Jesteś chora. 
– Dobrze się czuję, naprawdę. Kiedy już znajdziemy się w samochodzie, będę musiała 

background image

tylko prowadzić. Zgoda? Obiecujesz, że się postarasz?

Kicia niechętnie skinęła głową. 
Carolina wstała powoli. Pokój zakołysał się – przez chwilkę kobieta miała wrażenie, że 

zaraz runie na ziemię.  Stała jednak wyprostowana  i oddychała powoli, aż mroczki  przed 
oczami ustąpiły. 

– Zabierz ze sobą jedną zabawkę, tę ulubioną – poleciła córce. – Kiedy już dojedziemy na 

miejsce, dziadkowie wszystko ci prześlą. 

– Nieprawda. 
O to też nie było czasu się kłócić. Poza tym Kicia bez wątpienia miała rację. 
–   Zabiorę   Bum   Buma   –   stwierdziła   Kicia.   Bum   Bum   był   pluszową   pandą,   z   którą 

dziewczynka sypiała od dzieciństwa. 

– Zapakowałam Buma. Jest już w samochodzie. 
– Więc wezmę Lizzie. 
Lalka Lizzie była z kolei ostatnim prezentem, jaki ojciec Kici podarował córce przed 

śmiercią. 

–  Dobry  pomysł  –  powiedziała   Carolina.  –  Nie  jest  ciężka.  Zapakowałam   też   kocyk 

Chrisa i jego ciężarówkę. 

– A pluszowego konika?
– Skarbie, dziadek wyrzucił konika, bo był bardzo brudny, zapomniałaś?
– Wyjęłam go ze śmietnika. Jest pod łóżkiem, na dnie tego pudła ze swetrami. Pozwalam 

mu się nim bawić, kiedy nikogo nie ma. 

Carolina patrzyła na córeczkę, a łzy napływały jej do oczu. Przez chwilę zupełnie nie 

wiedziała, co powiedzieć. 

Powoli.   Po   kolei.   Już   niedługo   Kicia   znów   będzie   mogła   żyć   jak   każda   mała 

dziewczynka. 

– Pójdziesz po konika, a ja tymczasem wezmę Chrisa, dobrze? – poprosiła łagodnie. – 

Potem będziemy musiały wyruszyć. Przed nami długa droga. 

– Dobrze. Ja go poniosę. Dam radę, mamo. Carolina pochyliła się i pocałowała złocisty 

lok na czole Kici. 

Kiedy Billy Ray opuszczał tawernę, kręciło mu się w głowie. Zazwyczaj nie pił, a kiedy 

już mu się to zdarzało, ograniczał się do jednego piwa, które sączył tak długo, aż zupełnie 
wybąbelkowało. Dziś wlał w siebie dwa kufle, aby spłukać urodzinowy tort, kanapkę z rybą i 
wielki półmisek frytek, które Maggie przygotowała specjalnie dla niego. Na szczęście wcale 
nie   był   pijany.   Czuł   jedynie,   że   niemal   ogłuchł   na   skutek   głośnej   muzyki   i   krzyków 
znajomych, i że jest posiniaczony od długich serii poklepywania po plecach. 

Doug przyłączył się do niego na parkingu. Żona Douga, Nadine, poszła do domu już 

godzinę wcześniej. Właściwie gdyby się nad tym zastanowić, przez tawernę przewinęło się 
tego wieczoru niemal całe Moss Bend. 

–  Masz  jeszcze   jakieś  plany na  dzisiaj?  – spytał   Doug,  przygryzając   między  zębami 

wykałaczkę. 

– Jeszcze?

background image

– Noc się dopiero zaczyna, przyjacielu. – Doug mrugnął znacząco. 
Billy postanowił zignorować tę aluzję. 
– Muszę sprawdzić, co się dzieje w warsztacie Joela – odparł. – Cal wyjechał na wakacje. 

Potem wybieram się do domu. 

– Szkoda, że nikt tam na ciebie nie czeka. 
– W mojej szopie mieszka kocur o trzech nogach. Jemu pewnie także powiedziałeś, że 

dziś mam urodziny. 

– Wyślę kogoś, żeby sprawdził, co się dzieje u Joela. Nie musisz się tym przejmować. 
Dziadek   Billy’ego   Ray   a   był   właścicielem   najlepiej   prosperującego   punktu   obsługi 

samochodów   w   mieście.   Warsztat   ów   prosperował   tak   dobrze,   że   trzeba   było   zatrudnić 
człowieka do ochrony. Joel Wainwright obsługiwał cały wydział policji, podobnie jak połowę 
właścicieli samochodów w okręgu. W wieku lat siedemdziesięciu pięciu i po dwóch atakach 
serca nie mógł już osobiście dokonywać wielu napraw, ale często bywał w swoim zakładzie. 
Pracujący tam mechanicy bardzo się z nim liczyli i harowali nie gorzej od niego. 

– Nie przejmuję się tym. – Billy Ray leniwie odpędził komara. – Po prostu chcę tam 

zajrzeć. Dla spokoju. 

– Dziwne, że Joel osobiście nie nocuje w zakładzie, skoro Cal wyjechał. 
– Robiłby to, ale ostatnio kiepsko sypia. Woli się męczyć we własnym łóżku. Przyjdzie 

najstarszy syn Cala, kiedy skończy nocną zmianę. 

– Skoro teraz tam wpadniesz, to przyślę swojego człowieka koło północy, żeby zaczekał 

na chłopaka Cala. – Doug klepnął Billy’ego po ramieniu, po czym ruszył do samochodu. 

– Doug! – zawołał za nim Billy. 
– Tak?
– Niezłe przyjęcie. 
– Tylko się nie rozczulaj – uśmiechnął się Doug. W świetle zachodzącego słońca wydał 

się nagle niemal zawstydzony. 

Po chwili wśliznął się na fotel jednego z policyjnych wozów, tak dobrze utrzymywanych 

przez Joela, i uruchomił silnik. Kiedy wyjeżdżał z parkingu, dwukrotnie zatrąbił na cześć 
Billy’ego   Raya.   Billy   pomyślał,   że   i   tak   ma   szczęście   –   Doug   mógł   przecież   zatrąbić 
trzydzieści razy. 

Zanim Billy Ray znowu znalazł się na drodze, na niebie pojawiły się gwiazdy. Nadal było 

gorąco, ale brak słońca sprawił, że upał stał się znośniejszy. W tej chwili śpiewały zarówno 
ptaki   dnia,   jak  i   nocy,   walcząc   o  przywództwo.   Do  tego   wszędzie   było   słychać   cykanie 
świerszczy, a także rechot żab z pobliskiej rzeki Sassafras. 

Billy Ray często tu przychodził w dzieciństwie. Razem z Dougiem polował na ryby i 

nocował na brzegu w namiocie albo pod gołym niebem. Chłopcy budowali tratwy i pływali 
nimi   aż   do   Moss  Bend,   a   kiedyś,   mając   trzynaście   lat,   popłynęli   z   biegiem   rzeki   aż   do 
sąsiedniego okręgu, gdyż zebrało im się wtedy na ucieczkę. 

Nigdy nie podejrzewał, że swoje trzydzieste urodziny spędzi w tym samym miejscu, w 

którym  dorastał.  Nawet  w  wieku  trzynastu  lat  wierzył,   że  jego  przeznaczenie  leży  gdzie 
indziej. 

background image

A jednak był tutaj. Wciąż. Znowu. Być może miał zostać tu już na zawsze. 
Kiedy dotarł w końcu do warsztatu Joela na rogatkach miasta, żałował ogromnie, że nie 

jest we własnym domu, gdzie mógłby ściągnąć cisnące buty i rozebrać się do majtek. Obiecał 
jednak Joelowi, że zobaczy, co się dzieje w zakładzie. Po skończeniu studiów przyjechał do 
Moss Bend, aby być blisko dziadka, i zamierzał tu zostać, dopóki Joel nie spotka się ze swoim 
Stwórcą. 

Zakład   Joela   zajmował   powierzchnię   trzech   przeciętnych   miejskich   parceli.   W   rogu 

znajdował się spory biały budynek z dołączonym skrzydłem ciągnącym się wzdłuż drogi, w 
którym obsługiwano pojazdy. Samochody osobowe i ciężarówki tłoczyły się na przyległym 
parkingu, osłoniętym starymi drzewami, których Joel za nic nie chciał ściąć. 

Z tyłu warsztatu drzew było nieco więcej i z powodu odległości od drogi oraz bliskości 

lasu ochronie sprawiało to problem. Kilka tygodni wcześniej ktoś zakradł się na teren zakładu 
i   korzystając   z   tego,   że   Cal   spał,   ukradł   kołpaki   i   znak   firmowy   chevroleta   z   pokrywy 
bagażnika. Joel podejrzewał nastolatka z sąsiedztwa, który miał taki sam samochód, ale jak 
dotąd chłopak do niczego się nie przyznał. 

Billy Ray zaparkował dokładnie naprzeciwko głównego wejścia i cicho zamknął drzwi 

samochodu. Jeśli ktoś z okolicy planował drobną kradzież, najprawdopodobniej i tak zdążył 
się już wystraszyć, ale Billy postanowił zachowywać się zgodnie z zasadami. Obszedł cicho 
teren, zaglądając w okna budynku i samochodów, a nawet uniósł plandekę zakrywającą jedną 
z ciężarówek, by sprawdzić, czy w środku nikt się nie kryje. 

Kiedy skończył, skierował się na tyły budynku. Paliła się tam tylko jedna słaba lampka, 

zamiast silnych reflektorów, na które narzekali sąsiedzi. Tu właśnie ustawiano samochody, 
które miały być naprawiane następnego dnia. Po zaparkowaniu właściciele wrzucali kluczyki 
od wozów przez otwór w drzwiach budynku. 

Billy Ray spędził wystarczająco wiele czasu w tym warsztacie, aby rozpoznać niektóre z 

samochodów. I tak oto stał przed nim zdezelowany ford kombi, który należał do kelnerki z 
restauracji Peabody, oraz stary volkswagen – duma pewnego maturzysty. Obok zaparkowano 
trzy przeciętne sedany, zbyt zwyczajne, by je rozpoznać na pierwszy rzut oka, a także srebrne 
BMW. 

Było tylko jedno takie w okolicy. 
Samochód Caroliny Grayson. 
Billy Ray omiótł wzrokiem wszystkie auta, lecz jego spojrzenie ponownie powędrowało 

do   BMW.   Wóz   ten   stanowił   równowartość   rocznych   zarobków   przeciętnego   mieszkańca 
okręgu.   Był   dokładną   kopią   pojazdu,   który   Carolina   zniszczyła   ubiegłej   zimy,   kiedy   po 
gwiazdkowym przyjęciu zjechała z autostrady. Jej mąż Champ nie przeżył tego wypadku, 
więc to z pewnością nie on pomógł jej wybrać znów ten sam model. 

Joel nie lubił obsługiwać pewnych typów pojazdów, a srebrny BMW Caroliny właśnie do 

nich należał. Jednak Graysonom nikt nie odmawiał – nawet ktoś tak niepokorny, jak dziadek 
Billy’ego Raya. Gdyby sędzia Grayson przybył do zakładu z kilkoma perszeronami i zażądał 
ich   zmodyfikowania,   Joel   wymieniłby   im   owies   i   zawiązał   warkocze   na   grzywach. 
Graysonowie od zawsze rządzili River County – pewne sprawy nigdy się nie zmieniają. 

background image

Billy   Ray   westchnął   i   uśmiechnął   się  smutno   do   siebie.   Przybył   tu,   żeby   wypłoszyć 

ewentualnych złodziei, a nie myśleć o Carolinie Grayson. Jednakże trudno mu było wyrzucić 
ją z pamięci. Razem ukończyli liceum i choć ich drogi nigdy później się nie zeszły, ona także 
mieszkała w Moss Bend. 

W   liceum   Carolina   była   piękną   dziewczyną,   długonogą   blondynką   o   zniewalającym 

uśmiechu. Wyrosła z niej wyjątkowo atrakcyjna kobieta. Najwyraźniej była ulubienicą Pana 
Boga,   obdarzoną   urodą,   rozsądkiem,   rozumem   i   bogactwem.   Dorastała   bez   kłopotów   w 
prominentnej rodzinie z okolicy, a wyszła za mąż za członka jeszcze bardziej szacownego 
klanu. 

Aż do czasu wypadku, w którym zginął jej mąż, wiodła wspaniałe życie – a przynajmniej 

tak wyglądało to z zewnątrz. Miała córkę i syna, którzy byli równie piękni, jak ona sama, 
cieszyła się łaskami Graysonów, a jej mąż był najlepszym sportsmenem na studiach – co 
robiło nieporównanie lepsze wrażenie niż dyplom prawnika. Gdy dorósł, zarabiał na życie 
jako kierownik należącej do Graysonów agencji nieruchomości. Wydawało się, że Carolina 
jest niezwykłą szczęściarą – aż do pamiętnej nocy, kiedy zjechała takim właśnie samochodem 
z autostrady i wpakowała go na drzewo. 

Nawet jednak wtedy zdołała uniknąć wielu problemów związanych z wdowieństwem. Po 

miesiącu spędzonym w szpitalu, wprowadziła się do Graysonów i z ich pomocą zdołała jakoś 
stanąć  na nogi. U jej  drzwi nie  pojawiali  się wierzyciele,  służba  zaś spełniała  wszystkie 
życzenia dzieci. Zapewniono jej najlepszą opiekę i rehabilitację. Można się było spodziewać, 
że Carolina poradzi sobie wkrótce z tą ciemną plamą na doskonałym życiorysie i znajdzie 
kogoś takiego jak Champ Grayson, kto się nią zaopiekuje. 

– Wciąż boli, Billy? – spytał głośno sam siebie i dźwięk własnego głosu sprowadził go na 

ziemię. Stał przed zakładem Joela, myśląc o kobiecie, która nigdy do niego nie należała. 
Nawet jeśli jako nastolatek  podkochiwał się w Carolinie, to znajomi  zdołali wybić  mu z 
głowy wszelkie marzenia. A zwłaszcza ona sama. 

Zaklął  cicho  i ruszył  przed siebie.  Na terenie  warsztatu  nie było  nikogo, więc skoro 

spełnił już swój obowiązek, mógł pojechać do domu i wziąć zimny prysznic. Dziś skończył 
trzydziestkę. Miał ochotę uczcić to, siedząc na werandzie, pijąc mrożoną herbatę i myśląc o 
nadchodzącej przyszłości. 

I zrobiłby to, gdyby nagle nie zauważył  cienia tuż za wozem Caroliny.  Przez chwilę 

sądził, że coś mu się przywidziało. Światło było tak słabe, że wzrok mógł spłatać mu figla. 
Chciał wierzyć, że tylko w jego głowie powstał ten obraz ręki wystającej zza samochodu. 

– Jest tam kto? – zawołał. – Jeśli tak, to niech wie, że wkroczył na cudzy teren. 
Nie był zdziwiony, gdy nie usłyszał odpowiedzi. Nawet świerszcze zamilkły, jak gdyby 

nasłuchiwały, co stanie się dalej. 

– Dobra, wyłaź – powiedział ugodowym tonem. – Jeśli tego nie zrobisz, będę musiał 

zadzwonić po szeryfa, a Doug Fletcher z rozkoszą rozwali ci głupi łeb. 

Tak   jak   przewidział,   nadal   nie   było   odpowiedzi.   Billy   Ray   dał   intruzowi   trzydzieści 

sekund. 

– Sam ci go rozwalę, bez pomocy Douga – stwierdził, gdy czas minął. – Zaraz zobaczysz. 

background image

Przysunął   się   bliżej   samochodu.   Oczywiście   nie   miał   najmniejszego   zamiaru   spełnić 

swojej groźby. Chciał tylko przestraszyć dzieciaka czy dzieciaki kryjące się za srebrzystym 
autem.   Przypuszczał,   że   wezmą   nogi   za   pas,  gdy  tylko   się   zbliży,   a  w  przyszłości   będą 
wiedziały, że ten teren jest strzeżony, i więcej tu nie przyjdą. 

Kiedy   znalazł   się   jakieś   półtora   metra   od   BMW,   cień   znowu   się   poruszył.   Szczupła 

sylwetka wychyliła się zza maski i czmychnęła w bok. W ciemnościach Billy nie widział zbyt 
dobrze, ale zdawało mu się, że intruz jest średniego wzrostu, raczej smukłej budowy ciała i 
ma na sobie ciemne ubranie. 

– Dobra, dosyć tych gierek! – Zatrzymał się, na co sylwetka także znieruchomiała. – 

Jestem pewien, że wygram, chyba że masz broń. A jeśli masz, to rozwalenie mi głowy z 
powodu kołpaków nie wydaje się zbyt rozsądne. 

– Billy Ray?
Głos, który usłyszał, poruszył w nim jakąś dawno nie słyszaną strunę. Należał do kobiety, 

był głęboki i delikatny jak wiatr północnej Florydy. I znajomy. 

– Billy Ray, ja... 
Sylwetka zachwiała się gwałtownie. Billy Ray wciąż stał nieruchomo, jakby nie był w 

stanie uwierzyć, że ów głos należy do Caroliny Grayson. Dopiero gdy kobieta zaczęła osuwać 
się na ziemię, rzucił się przed siebie i już po chwili był przy samochodzie. Akurat na czas, by 
złapać Carolinę w ramiona. 

Zorientował   się,   że   straciła   przytomność,   przykucnął   więc   i   położył   jej   głowę   na 

kolanach.   Cała   płonęła,   a   gdy   poklepał   ją   po   policzku,   nie   otworzyła   oczu.   Wszystko 
rozegrało się tak szybko, że nadal nie do końca uświadamiał sobie, co się właściwie dzieje. 
Zanim zdołał się nad tym zastanowić, drzwi od samochodu otworzyły się i mała dziewczynka 
walnęła go pięścią w plecy. 

– Zostaw moją mamę!
Billy wyciągnął dłoń i złapał małą za przegub. 
– Przestań – powiedział łagodnie. – Twoja mamusia jest chora, a ja staram się tylko jej 

pomóc. 

– Słyszałam, co mówiłeś! Powiedziałeś, że rozwalisz jej łeb!
– Cicho, skarbie. Nie wiedziałem, że to twoja mama. Myślałem, że ktoś chce ukraść jej 

samochód. – Kiedy dziewczynka przestała się miotać, puścił jej rękę. – Jak się nazywasz?

– Catherine Waverly Grayson. A ty kim, u diabła, jesteś? Gdyby nie był tak zdumiony, 

być może by się roześmiał. 

W obecnej chwili jednak nie dostrzegał w zaistniałej sytuacji niczego zabawnego. 
–   Jestem   Billy   Ray   –   przedstawił   się.   –   Billy   Ray   Wainwright.   Ja   i   twoja   mama 

chodziliśmy razem do szkoły, dawno temu. 

– Co się stało mamie? Co jej zrobiłeś?
– Zupełnie nic. Czy chorowała?
Catherine Waverly Grayson uklękła obok niego i odgarnęła włosy z czoła matki. 
– Dużo kaszlała. I od wielu dni leżała w łóżku – wyjaśniła. 
– To dlaczego teraz w nim nie leży? Dziewczynka nie odpowiedziała. Billy Ray wiedział, 

background image

że   jeśli   będzie   na   nią   patrzył,   mała   nie   piśnie   ani   słowa.   Pochylił   się   nieco   i   mocniej 
przycisnął do piersi Carolinę. 

– Carolina, słyszysz mnie? – zapytał. 
W odpowiedzi usłyszał jedynie cichy jęk. Powieki Caroliny drgnęły i po chwili kobieta 

otworzyła oczy. 

Już od dawna nie znajdował się tak blisko niej. Przyjrzał się jej dokładnie, chcąc ocenić 

zmiany, jakie w niej zaszły przez te lata. Czas obszedł się z nią łaskawie, jak zapewne z 
większością   kobiet,   które   żyły   na   jej   poziomie.   Pociągłej   twarzy   nie   szpeciły   żadne 
zmarszczki,   a   długie   do   ramion   włosy   były   starannie   ułożone   –   nawet   teraz   wiły   się 
wdzięcznie wokół szyi i uszu. Oczy Caroliny zachowały ten sam świeży odcień zieleni, ale 
teraz Billy widział w nich cienie, których nie było dwanaście lat wcześniej. 

– Możesz usiąść? – zapytał, kiedy w pełni odzyskała przytomność. – Jeśli chcesz, oprzyj 

się o mnie. 

Zdołała skinąć głową, więc pomógł jej usiąść w nieco bardziej wygodnej pozycji. Nie 

puścił jej jednak. Obawiał się, że w każdej chwili mogłaby runąć na ziemię jak kłoda. 

– Jesteś chora – odezwał się, kiedy usadowiła się wygodnie. – Potrzeba ci lekarza. 
– Wczoraj się z nim widziałam. Po prostu jestem przeziębiona. Nic mi nie będzie. 
– Nie wyglądasz najlepiej. Szczerze mówiąc, wyglądasz jak osoba, która ma na głowie 

całą masę problemów. A jeden z nich kilka minut temu powalił cię na ziemię. 

– Billy, ja... 
Słyszał rozpacz w jej głosie. Domyślał się, ile musi ją kosztować to nieme przyznanie się 

do bezradności. Carolina była doskonale wychowana – nigdy nie okazywała swoich uczuć. 

– Mamo, czy on robi ci coś złego?
Billy Ray niemal zapomniał o dziewczynce, która stała tuż obok. Dziewczynce, która tak 

bardzo przypominała swoją matkę. Zerknął na nią i ujrzał strach w jej twarzy. 

– Nie, Kiciu – odparła Carolina. – Billy Ray to stary przyjaciel. 
– Mówiłem ci – uśmiechnął się do dziecka. 
– Nie wierzę we wszystko, co mi mówią. 
– Mądra dziewczynka. Ja też nie. – Ponownie spojrzał na Carolinę. – Na przykład nie 

wierzę, że lekarz uznał, że to przeziębienie. Mam rację?. 

Carolina nie odpowiedziała, a on zrozumiał, że niczego więcej się od niej nie dowie. 
– Odprowadzę cię do domu – westchnął. – Musisz się położyć. Co ty tu właściwie robisz? 

Sprawdzałaś samochód? Ludzie Joela są pracowici, ale po zmroku idą do domu. 

– Ja... nie mogę wrócić, Billy. 
Przez chwilę miał wrażenie, że nie dosłyszał. Z wyrazu jej twarzy domyślił się jednak, że 

właśnie tak powiedziała. 

– Musisz, skarbie – mruknął. – Jesteś chora. Albo do domu, albo do szpitala, wybieraj. 
– Nie mogę wrócić. Błagam cię!^
I znów ta przejmująca rozpacz w jej głosie. I oczy, piękne oczy,  które wypełniły się 

łzami.   Zadziwiające,   że   nawet   w   takim   stanie,   zapłakana,   z   rozpalonymi   od   gorączki 
policzkami, Carolina wciąż była piękną kobietą. 

background image

– Może wytłumaczysz mi, dlaczego? – Odsunął się od niej. 
– Bo my uciekamy – odpowiedziała zamiast mamy dziewczynka. 
– Rozumiem.  – Billy Ray nie spuszczał wzroku z Caroliny.  – A jaki jest powód tej 

ucieczki?

–   Usiłowałam   uruchomić   samochód.   –   Głos   Caroliny   był   zachrypnięty.   –   Gabe 

przyprowadził go tu po południu. Nic nie było zepsute. Zupełnie nic. 

–   Powoli.   –   Billy   Ray   usiłował   uporządkować   to,   co   właśnie   usłyszał.   –   Gabe 

przyprowadził samochód... 

– A w samochodzie nic nie było zepsute. Gabe przywiózł go na przegląd. Mieli się nim 

zająć dopiero jutro! Ale nie chce zapalić... 

– Gabe? – Chyba zaczynał pojmować. 
– Pracuje dla mojego dziadka – wyjaśniła dziewczynka. 
– No, tak. – Billy Ray pokiwał głową, jak gdyby wszystko stało się dla niego jasne. – 

Dlaczego chcesz uruchomić samochód? – zapytał. 

Carolina nie odpowiedziała. 
– Czasem, kiedy ktoś zostawia na parkingu cenny samochód, Joel usuwa z niego jakąś 

część – ciągnął Billy Ray. – Tak na wszelki wypadek. Może twój akumulator jest teraz gdzieś 
w magazynie. 

– O, Boże... – jęknęła przerażona. 
– Co tu się dzieje, Carolino? – zapytał ją surowym głosem. – Powiedz mi wreszcie. 
– Ja po prostu... muszę się stąd wydostać. Możesz przynieść ten akumulator?
– Coś zrobiłaś?
– Ja? – zapytała nieprzytomnie. 
–   Powiedz,   skarbie,   zrobiłaś   coś   złego?   –   Potrząsnął   nią   ostrożnie.   –   Czy   dlatego 

próbujesz uciec, zamiast leżeć w domu, w łóżku?

Nagle poczuł, że dziewczynka uderzyła go w ramię. 
– Moja mamusia to najlepsza mamusia na świecie! – krzyknęła. 
– Wiem. – Billy Ray złapał małą za rękę. – Ale trudno powiedzieć, żeby wychowała 

prawdziwą damę z Południa. 

Nagle Carolina wybuchnęła płaczem. Billy Ray zdawał sobie sprawę, że nie są to łzy na 

pokaz,   wyczułby,   gdyby   udawała.   Zrozumiał,   że   mimo   upływu   lat,   wciąż   dobrze   zna   tę 
kobietę, wciąż zna Carolinę Waverly, mimo że ta nazywa się teraz Grayson. Dawno temu 
przestał jej wierzyć, ale zna ją wciąż doskonale. 

I oto znowu pojawiła się w jego życiu. 
Potrząsnął głową, jakby chciał odpędzić od siebie tę myśl. Nie chciał tego. Pogodził się 

już ze swoim życiem w Moss Bend, ze swoją samotnością i straconymi złudzeniami. Dziś 
skończył   trzydzieści   lat   i   niepotrzebna   mu   była   kolejna   przygoda   z   Caroliną   Waverly 
Grayson. 

Mimo to przytulił do siebie płaczącą kobietę. 
– Daj spokój – szepnął. – Powiedz mi, co mam zrobić. 
– Napraw samochód. Błagam cię. Muszę się stąd wydostać. 

background image

– Nie mogę tego zrobić, skarbie. Nie będziesz w stanie prowadzić. Musisz myśleć o 

swojej córeczce... – Kiedy to mówił, z samochodu rozległ się płacz małego dziecka. – O obu 
swoich dzieciach – dodał. 

– Kiciu... ?
– Zaraz go wezmę – powiedziała natychmiast dziewczynka. 
– Nie mogę wrócić... – Caroliną znów zwróciła się do Billy’ego. Po jej twarzy łzy płynęły 

teraz strumieniami. – Nie mogę, Billy Ray, zrozum... 

Kicia   otworzyła   drzwi   od   samochodu   i   w   chwilę   później   położyła   wrzeszczącego   i 

potarganego malucha na ziemi. 

Cholera, pomyślał Billy, sytuacja nie wygląda najciekawiej. Miał przed sobą zrozpaczoną 

kobietę i jej małą córkę, która najchętniej stłukłaby go na kwaśne jabłko. Do tego dochodził 
jeszcze wyjący chłopczyk. 

– Mogę cię gdzieś zawieźć? – zapytał. 
– Sędzia... 
Wiedział, co chciała powiedzieć. Gdyby sędzia miał ich szukać, z pewnością zacząłby od 

przyjaciół Caroliny. Billy Ray miał przed sobą dwa wyjścia: albo nie zważając na jej protesty, 
odwieźć ją do Graysonów, albo zabrać ją do siebie. 

–   Powiedz   tylko,   że   nie   zrobiłaś   niczego,   co   mogłoby   ściągnąć   na   nas   kłopoty   – 

powiedział tak cicho, że nikt poza nią nie mógł tego usłyszeć. 

Popatrzyła na niego niepewnie. Dzieliły ich tylko centymetry. Przez chwilę Billy miał 

wrażenie, że jego serce przestało bić. 

– To nieważne, czy coś zrobiłam – odetchnęła  głęboko. – Jeśli mi pomożesz, on na 

pewno będzie cię ścigał... 

– Sędzia?
Niemal niezauważalnie skinęła głową. 
– A czy zrobiłaś coś złego, Carolino?
– Czy to źle, że chcę wychowywać własne dzieci? Nie miał pojęcia, co zaszło, ale zdawał 

sobie sprawę, że w tej chwili i tak nie dowie się niczego więcej. Musiał dokonać wyboru, i to 
natychmiast. Wiedział, że jeśli pomoże Carolinie, wraz z nią sprzeciwi się najpotężniejszemu 
człowiekowi w okręgu, człowiekowi, który bez trudu mógłby go zniszczyć. 

– Pomóż mi, Billy Ray, proszę... 
Nagle uświadomił sobie, że tak naprawdę nie ma żadnego wyboru. Przecież był Billym 

Rayem Wainwrightem, człowiekiem urodzonym po to, by walczyć z wiatrakami. 

Otarł palcem łzę z policzka Caroliny. Jej skóra była zbyt rozgrzana i o wiele za delikatna. 
– Teraz pojedziemy do mnie, moim samochodem – wyjaśnił jej spokojnie. – Zadzwonię 

do Joela, żeby jeszcze dzisiaj podjechał do mnie twoim wozem. Ukryjemy go w szopie do 
czasu, aż wyzdrowiejesz. Dopiero wtedy zdecydujesz, co robić. 

– Nie mam jak ci się odwdzięczyć – szepnęła. – Nic nie mam. Jestem niczym. Już nie... 
– Nie musisz o tym myśleć. – Odwrócił się i poszukał wzrokiem Kici. Dziewczynka 

uspokajała brata. – Kiciu – odezwał się łagodnie – popilnuj mamy, a ja pójdę po samochód. 

– Nie zadzwonisz po gliny, prawda?

background image

– Widzę, że oglądasz za dużo telewizji. – Uśmiechnął się, a potem pomógł Carolinie 

usiąść i oparł ją wygodnie o drzwi BMW. 

– Proszę, Billy Ray... – Dotknęła go, gdy odchodził. – Nie mów nikomu. Jeśli to zrobisz, 

stracę dzieci. Proszę... 

Pokiwał głową, po czym ruszył wzdłuż dróżki. 

background image

ROZDZIAŁ 2

W warsztacie Billy Ray snuł wprawdzie rozważania o życiu Caroliny, ale nie wnikał w 

szczegóły.   Teraz,   gdy   jechał   do   domu   wraz   z   nią   i   jej   dziećmi,   miał   wreszcie   czas,   by 
zastanowić się dokładniej nad całą tą historią. 

Po śmierci Champa w miasteczku zaczęły krążyć plotki, a czas tylko zwiększył ich liczbę. 

Wszyscy   wiedzieli,   że   podczas   wypadku   to   Carolina   siedziała   za   kierownicą,   wszyscy 
również   byli   przekonani,   że   kobieta   nie   stanęła   przed   sądem   tylko   z   uwagi   na   funkcję 
piastowaną przez jej teścia. 

Tuż po wypadku Billy Ray wypytywał Douga o szczegóły, ale ten w nietypowy dla siebie 

sposób milczał. Billy Ray mógł się jedynie domyślać, podobnie jak pozostali, czy to rodzina 
Graysonów nalegała, aby szeryf nie ujawniał tego, co odkrył w śledztwie. Tak czy inaczej, po 
kraksie popularność Caroliny w miasteczku gwałtownie spadła. Wielu ludzi uważało, że piła 
w noc wypadku, a jeszcze więcej, że była kompletnie pijana. 

Za to Champa mieszkańcy Moss Bend uwielbiali, toteż jego utrata stanowiła dla lokalnej 

społeczności   poważny   cios.   Ten   młody   człowiek   uosabiał   cnoty   Południa   we   wzorcowy 
sposób. Wykształcony, rycerski i dobry we wszystkim, czego się tknął, Champion Collier 
Grayson   był   powszechnie   akceptowany   i   podziwiany.   Podbił   nawet   serca   tych,   którzy 
uważali,   że   nadszedł   czas,   aby   rodzina   Graysonów   przestała   mieszać   się   do   polityki   i 
pociągać za wszystkie możliwe sznurki. 

Billy Ray sam nie wiedział, w co wierzyć, ale z pewnością miał powody, by zachować 

ostrożność.   Mimo   to   pozwolił   dziś,   aby   uczucia   nastolatka   wzięły   górę   nad   rozsądkiem 
dojrzałego mężczyzny. Bez żadnych powodów sprzymierzył się z Caroliną. Wiedział jedynie, 
że miała wysoką gorączkę i że mimo to usiłowała uciec z dwójką dzieci z miasteczka. Czy już 
samo to nie świadczyło w jakiś sposób o jej stanie psychicznym?

– Billy, nie wiem, jak ci dziękować... 
Powiedziała   to   cicho,   jak   gdyby   głośne   mówienie   sprawiało   jej   trudność.   Nie   miał 

pojęcia, co odpowiedzieć. Narastało w nim mnóstwo wątpliwości i gdyby nie dwójka małych 
dzieci z tyłu, z pewnością przycisnąłby pedał gazu, by oddalić lęki. 

– Nie mogę uwierzyć, że cię w to wplątałam. – Caroliną oparła głowę o fotel. Miała 

otwarte oczy, lecz nie patrzyła na Billy’ego. Wpatrywała się w słabo oświetlone śródmieście 
Moss Bend. 

Billy Ray także patrzył przed siebie. Wybrał najkrótszą drogę do domu, gdyż chciał jak 

najprędzej zadzwonić do Joela. Liczył na to, że zanim przyjdzie człowiek od Douga i syn 
Cala na noc, dziadek zgodzi się pojechać do warsztatu, by uruchomić samochód Caroliny i 
przyprowadzić   go   we   wskazane   miejsce.   Wiedział,   że   minie   trochę   czasu,   zanim   zdoła 
obudzić Joela i przekonać go, aby im pomógł, dlatego spieszył się i niecierpliwił. 

Centrum miasteczka było niemal puste. W oknach większości sklepów paliły się jedynie 

słabe jarzeniówki. Zazwyczaj wszystko tu zamykano o ósmej wieczorem. 

– Co ci właściwie jest? – zapytał Billy, nie patrząc na pasażerkę. – Tylko nie mów, że to 

background image

przeziębienie – zastrzegł, zanim zdążyła odpowiedzieć. 

Carolina zawahała się, po czym westchnęła głęboko i odparła:
– Mam zapalenie płuc. 
– Co takiego? – Omal nie stracił panowania nad kierownicą. 
– Biorę antybiotyki. Mam je przy sobie, mogę wziąć w każdym miejscu. Nie jestem aż 

tak chora, żeby iść do szpitala. Naprawdę... 

– Wybrałaś dobrą porę na ucieczkę. 
– Wiem, że to wygląda tak, jakbym zwariowała. – Zaczęła kasłać i przez dłuższą chwilę 

nie była w stanie złapać oddechu. 

– I owszem – powiedział Billy, gdy w końcu kaszel umilkł. 
– Nie miałam wyjścia. To był  jedyny moment... Chociaż raz nikt mnie nie pilnował. 

Byłam chora, mój samochód trafił do warsztatu... 

– Zaplanowałaś wcześniej to wszystko?
– Poprosiłam Gabe’a, żeby go odprowadził. Powiedziałam, że nie będę jeździć, skoro 

jestem chora. 

Billy Ray zerknął na nią z ukosa. Uświadomił sobie, że Carolina starannie przemyślała 

swoją ucieczkę, a to dodało mu pewności, że słusznie postąpił, decydując się na pomoc. Nie 
miał do czynienia z rozchwianą emocjonalnie kobietą, która nie wie, czego chce i co robi. 
Mimo choroby Carolina logicznie i konsekwentnie przygotowała swój plan, a teraz usiłowała 
go zrealizować. Wiedział, że miała ku temu powody – przecież ją znał... 

– Zanim Gabe zabrał samochód, włożyłam do bagażnika trochę rzeczy – tłumaczyła. – 

Zapakowałam je w worki, żeby w razie czego myśleli, że wiozę je do schroniska dla kobiet. 

– A wiec od dawna chciałaś uciec?
– Tak. 
Teraz wyjechali już poza centrum. Na ulicach na szczęście nikogo nie było. Na wszelki 

wypadek Billy Ray ominął budynek, w którym mieścił się otwarty wieczorami bar. Mimo 
upału nie otworzył też przyciemnionych szyb, by nikt nie mógł dostrzec, kim jest pasażer na 
fotelu obok kierowcy. 

– Wciąż mieszkasz tam gdzie kiedyś, prawda? – CaroIina poruszyła się w fotelu. 
– Zgadza się. 
Od wielu pokoleń jego przodkowie byli właścicielami pięćdziesięciu akrów ziemi przy 

Hitchcock Road, na południe od miasteczka. Średnio im się tam wiodło. Wainwrightowie z 
River   County   nigdy   nie   byli   bogaci,   ale   jakoś   utrzymywali   się   z   tej   piaszczystej   gleby, 
uprawiając soję, kukurydzę i lucernę. Obecnie ziemią zajmował się sąsiad Billy’ego Raya, 
który także wypasał na niej swoje bydło. Billy wiedział, że pewnego dnia, gdy Moss Bend się 
rozrośnie, ten grunt będzie wart spore pieniądze. Na razie jego jedynym  bogactwem była 
miłość ludzi z klanu Wainwrightów. 

– Zawsze podobał mi się ten dom – Carolina próbowała podtrzymać rozmowę. 
Zdziwiło   go   to   zdanie.   Zastanawiał   się,   czy   powiedziała   tak,   żeby   mu   sprawić 

przyjemność,   czy   rzeczywiście   gustowała   w   prostych   wiejskich   domkach   o   szerokich, 
ocienionych starymi dębami werandach. 

background image

– Lubiłam wasz ogród – dodała. – Kiedy byłam mała, moja mama powtarzała, że tak 

musi wyglądać prawdziwy Eden. 

To   ojciec   Billy’ego   Raya   był   twórcą   tego   ogrodu.   Lubił   go   pielęgnować,   wciąż 

wprowadzał kolejne upiększenia i modyfikacje. Powtarzał często, że jego powołaniem nie jest 
praca w kancelarii, ale na ziemi, wśród roślin. Niestety, po jego śmierci, wspaniały, kolorowy 
ogród zmarniał. 

– Teraz by ci się nie spodobał – powiedział Billy. 
– Wiem. Zarósł chwastami. Przejeżdżałam tamtędy niedawno. 
Znowu się zdziwił. Hitchcock Road było wiejską dróżką, wylaną asfaltem dopiero przed 

dziesięcioma laty. Właściwie droga ta prowadziła donikąd – co było doskonałym obrazem 
życia ostatnich pokoleń Wainwrightów. 

– Jeśli spodziewałaś się rajskiego ogrodu, musiałaś się rozczarować – uśmiechnął się 

smutno. 

– Nie. Lubię dziko rosnące rośliny. Lubię wolność. Spojrzał na nią przelotnie. Nigdy nie 

myślał o ogrodzie w ten sposób, ale teraz doszedł do wniosku, że mógłby przyznać jej rację. 
Podobało   mu   się   przecież,   że   w   zdziczałych   ogrodowych   drzewach   wiją   gniazda   ptaki, 
znajdując   bezpieczne   schronienie   w   gąszczu   nie   przycinanych   gałęzi;   że   pod   krzewami 
gromadzą   się   kolonie   królików,   a   wiewiórki   toczą   nieustające   boje   z   szopami-praczami. 
Czasami, tuż przed świtem, do ogrodu zaglądały nawet jelenie. Billy Ray nie miał serca, żeby 
przeganiać wszystkie te zwierzęta i w miejsce naturalnego bałaganu wprowadzać sztuczny 
porządek. 

– On nas znajdzie, wiesz przecież. – Carolina oderwała wzrok od drogi i popatrzyła na 

niego z wyzwaniem. 

– Sędzia?
– Mamy szansę uciec, jeśli uda nam się wydostać z miasta. 
– Spróbujemy. 
Potrząsnęła głową i zasłoniła twarz dłońmi. 
– Boże... Nie powinnam była ci pozwolić... 
– Daj spokój – przerwał jej ostro. – Czy miałem cię zostawić? Albo pozwolić ci jechać 

dokądkolwiek w tym stanie? A gdybyś zemdlała za kierownicą? Masz dwoje dzieci. 

– Nigdy w życiu nie zemdlałam – odparła i znowu zaczęła kaszleć. 
Billy poczekał, aż jej przejdzie, nim ponownie zabrał głos. 
– Mam wrażenie, że to nie jest jedyna rzecz, której nie przemyślałaś – powiedział. – Czy 

naprawdę chciałaś uciec niezauważona swoim srebrnym BMW?

– Nie miałam wyboru. Mam tylko taki samochód... 
– Tylko taki! – Billy roześmiał się mimo woli. 
– Czy myślisz, że chciałam go mieć? – Powiedziała szybko, łamiącym się głosem. – To 

on... on go wybrał. Chciał, żebym pamiętała, za każdym razem, gdy spojrzę na to auto... 
Chce, żebym pamiętała, zawsze... 

Billy Ray zacisnął ręce na kierownicy. Nigdy nie był wielbicielem sędziego Whittiera 

Graysona. Ten człowiek przypominał mu o dawnych czasach, kiedy to potężni arystokraci z 

background image

Południa żelazną ręką rządzili okolicą. Choć bowiem w ostatnich dziesięcioleciach wiele się 
na   Południu   zmieniło,   sędzia   Grayson   nadal   uważał,   że   River   County   należy   do   niego. 
Zapewne chciał, by jego syn był podobny i myślał podobnie. 

Tyle że ów syn zginął w samochodzie prowadzonym przez Carolinę. 
– Chciałam pojechać do Atlanty – odezwała się po chwili. – Miałam sprzedać BMW i 

kupić jakiś używany wóz. Chcieliśmy się stąd wynieść. 

– Zostawiłabyś po sobie ślady. 
– Nie. Wiem... jak zachować ostrożność. 
– Czyżby? – To pytanie zawisło w powietrzu. Pewnego wieczoru w grudniu ubiegłego 

roku najwyraźniej nie była wystarczająco ostrożna. 

W jej oczach pojawiła się uraza. Carolina odwróciła głowę. 
– Przyszłość moich dzieci zależy od tego, czy będę ryzykować – powiedziała i znów 

zaczęła kasłać. 

Do licha, powinien jak najszybciej zawieźć ją do domu. Dopóki ta kobieta nie poczuje się 

lepiej, nie powinien jej męczyć kolejnymi pytaniami. 

Resztę drogi przebyli w milczeniu. Nawet gdy wjechali już w Hitchcock Road, Carolina 

nie odezwała się ani słowem. Dopiero kiedy przejechali jeszcze około kilometra i skręcili w 
dróżkę wiodącą na farmę, popatrzyła na niego i powiedziała:

– Jestem teraz zdana na twoją łaskę. Jeśli pozwolisz mi tu odpocząć, dopóki nie poczuję 

się lepiej, odjadę, jak tylko... 

– Posłuchaj – przerwał jej gwałtownie – jutro rano każdy gliniarz w tym okręgu będzie 

cię   szukać.   Cała   północna   Floryda   dowie   się   o   zaginięciu   Caroliny   Grayson!   Musisz 
wymyślić jakiś nowy plan. Teraz jednak jesteś zbyt chora, żeby o tym myśleć. Wymyślimy 
coś, jak tylko poczujesz się lepiej. 

Popatrzyła na niego spłoszonym wzrokiem, wzrokiem zwierzęcia złapanego w pułapkę. 

Jeszcze nie zrezygnowała z próby jak najszybszego podjęcia ucieczki, była już jednak coraz 
bliższa kapitulacji. 

Zamiast w szopie, zaparkował przed domem. W szopie zamierzał umieścić BMW. 
– Dziś była u mnie Hattie – powiedział. – Przynajmniej w domu jest czysto. Zmieniła 

pościel... 

– Hattie McFerguson?
– Znasz ją?
– Dla mnie też sprzątała. Jest najlepsza. 
–   W   zeszłym   roku   broniłem   jej   syna   –   wyjaśnił.   –   Zapłacił   mi   za   to,   ale   z   jakichś 

powodów Hattie uważa, że i ona jest mi coś winna. Przychodzi tu co czwartek, sprząta i robi 
pranie. 

– Hattie była... – Carolina umilkła nagle i potrząsnęła głową. 
– Co?
– Była jedną z niewielu osób, które we mnie wierzyły. 
– Więc masz doskonałe referencje. 
– Uważasz, że Carolina Grayson potrzebuje referencji? – Zażartowała smutno. – Czyżby 

background image

do tego doszło?

Myślał o tych słowach, kiedy wyszedł z auta, by otworzyć drzwi po jej stronie. Kiedy to 

zrobił, zobaczył, że Kicia już się obudziła i rozgląda się sennie wokół siebie, a Chris znowu 
zaczyna płakać. 

–   Chodźcie,   maluchy.   –   Im   także   otworzył   drzwi,   wpuszczając   do   środka   chłodne 

wieczorne powietrze. – W domu mam prawdziwe łóżka. 

Carolina pozwoliła mu wyciągnąć dzieci na zewnątrz, po czym wysiadła powoli i stanęła 

niepewnie, opierając się o dach samochodu. W księżycowym  świetle jej twarz wyglądała 
wyjątkowo blado. Billy Ray ujął ją pod rękę. 

– Oprzyj się o mnie – powiedział. – W domu napijesz się czegoś chłodnego i weźmiesz 

aspirynę. – Popatrzył na Kicię. – Dasz sobie radę?

– Pomogę mamusi. 
– Świetnie. Weź ją za rękę z drugiej strony. 
Mała uznała, że tym razem nie ma przeciwko czemu zaprotestować, i posłusznie spełniła 

jego polecenie. 

– Kiedy to się skończy, nigdy już nie poproszę nikogo o przysługę – westchnęła Carolina. 
Billy Ray nie miał pojęcia, czego się po niej spodziewać. Nawet nie udawał, że rozumie 

tę kobietę. Nie był też pewien, czy kiedykolwiek ją rozumiał. Jednakże ta jej złość na własną 
bezradność go pocieszała. Może i przed wypadkiem, w którym zginął jej mąż, Carolina była 
rozpieszczana przez życie, ale przynajmniej w tej chwili pragnęła sama o siebie zadbać. 

Szybko   otworzył   zamki   i   popchnął   drzwi.   W   domu   pachniało   cytryną   i   sosnowym 

środkiem do czyszczenia mebli. Na stoliku w rogu paliła się lampka. Światło najwyraźniej 
pozostawiła Hattie, która cierpiała na samą myśl o tym, że Billy Ray wraca co wieczór do 
pustego, ciemnego domu. Najprawdopodobniej zostawiła też placek w lodówce, a być może 
także kolację do odgrzania w kuchence mikrofalowej. 

Dziś wieczorem będzie się musiał nią podzielić. 
– Na razie ułożę cię na sofie – powiedział, po czym zaprowadził Carolinę z dziećmi do 

pokoju   gościnnego.   Pokój   był   niewielki,   zastawiony   sprzętami   wybranymi   jeszcze   przez 
dziadków   Billy’ego   Raya.   Jakoś   nie   miał   serca   wyrzucić   starego,   wypchanego   końskim 
włosiem fotela ani też pozbyć się zdezelowanego pianina. To były skarby jego babci, Edny. 
Gdy Joel nie znalazł dla nich miejsca w swoim nowym mieszkaniu w mieście, Billy Ray 
obiecał mu, że zostaną na swoim miejscu. 

Granatowa sofa obita aksamitem była jedynym sprzętem z lat dziewięćdziesiątych. Billy. 

Ray dostał ją od wdzięcznego klienta, którego oskarżono o prowadzenie agencji towarzyskiej 
w jednej z bocznych uliczek miasta. Billy nie chciał wnikać, co właściwie działo się na tym 
meblu – w końcu była to przyzwoita, solidna sofa. 

Teraz posadził na niej Carolinę i oparł ją wygodnie o poduszki. Kicia usadowiła się obok 

matki, a Chris zaczął wciskać się w środek. 

– Ma mokro – powiedział Billy Ray. – Mam nadzieję, że pieluchy nie zostały w twoim 

aucie. 

Carolina otworzyła dużą torbę i zaczęła wyciągać jej zawartość. 

background image

– Mam tu tylko jedną – westchnęła. – Zaraz go przewinę. 
– Odpoczywaj – przytrzymał jej rękę – już kiedyś to robiłem. Najpierw jednak zadzwonię 

do Joela. Kiciu, pójdziesz ze mną? Dam ci dla mamy coś do picia i aspirynę. 

Kicia popatrzyła na Billy Raya, po czym przeniosła wzrok na matkę, jak gdyby chciała 

uzyskać jej akceptację. 

– Widzę, że naprawdę nie ufasz obcym – uśmiechnął się do niej Billy, a Carolina dodała:
– Idź z nim, śmiało. 
– Mama lubi sok – odezwała się praktycznym tonem Kicia. – Ale nie jabłkowy. 
– Będę pamiętał. 
Carolina zamknęła oczy. Była zmęczona i coraz bardziej blada. Billy Ray ruszył w głąb 

domu   z   wrzeszczącym   maluchem   pod   pachą.   Nie   patrzył   na   chłopca   w   obawie,   że   jeśli 
zacznie przyglądać mu się zbyt uważnie, dostrzeże w jego rysach zbyt duże podobieństwo do 
Champa Graysona. 

– Czy on już umie mówić? – spytał Kicię. 
– Nie za bardzo. Na razie wszyscy mówią za niego. 
– Łącznie z tobą. 
– Nie. Mama mi nie pozwala. 
– Nazywa się Chris?
– Christopher Collier Grayson. 
– Tak oficjalnie? Ty jesteś Catherine Waverly Grayson, ale mama nazywa cię Kicią. 
– Jak będę starsza, zostanę Kotką. 
– Jasne. To ma sens. 
– Czy mieszka tu ktoś jeszcze? – Kicia rozejrzała się wokół siebie. 
– Nie. Tylko ja. 
– A gdzie jest twoja rodzina?
– Mam tylko dziadka, przeniósł się do miasta. 
– A twoje dzieci?
– Nie mam dzieci. 
– Dlaczego? Nie lubisz ich? – zapytała podejrzliwie. 
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. 
Zanim   dobrnęli   do   kuchni,   przeszli   przez   kilka   pokoi   i   długi   korytarz.   Przodkowie 

Billy’ego   Raya   nie   grzeszyli   chyba   wyobraźnią,   skoro   zgodzili   się   na   tak   niepraktyczny 
projekt rodzinnej rezydencji. Billy lubił jednak rozkład swojego domu, choć zdawał sobie 
sprawę z tego, że pierwszy lepszy architekt nie zostawiłby na nim suchej nitki. 

Z całego domu Billy najbardziej lubił kuchnię. W domu nie było jadalni, więc Billy 

właśnie tutaj jadał posiłki, czasami tylko przenosił się do dobudówki, szerokiej i długiej, z 
oknami wychodzącymi na pola ciągnące się za domem. Czasami wyobrażał sobie kobiety z 
kolejnych  pokoleń   Wainwrightów,  jak  stoją  w oknie  i  w oczekiwaniu  na  powrót swoich 
mężczyzn pieką ciasto oraz przygotowują obiad. 

Dotarł do lodówki i popatrzył pytająco na Kicię. 
– Pomożesz mi teraz?

background image

– W czym? – spytała. 
– Postawię Chrisa na podłodze, żeby znaleźć sok dla mamy. Popilnujesz go przez chwilę?
– Nie ma sprawy. Mogę go nawet przewinąć. Domyślał się, że choć Kicia ma zaledwie 

pięć czy sześć lat, wie, co mówi, i skoro twierdzi, że da radę zająć się bratem, na pewno to 
potrafi. 

– Świetnie – stwierdził. – Mam chyba sok pomarańczowy. Może być?
– Ujdzie. 
– A ty? Co ty lubisz?
– Ja też lubię pomarańczowy. 
– A Chris? Może się napić?
– Byle nie za dużo. 
– Kiciu, czy ty wiesz wszystko?
– Prawie. 
Billy Ray otworzył lodówkę i znalazł sok. Odkrył, że obok kryje się również potrawka z 

kurczaka,   świeża   sałata   i   ciasto   z   porzeczkami.   Na   cieście   leżała   koperta   z   wypisanym 
imieniem Billy’ego. Najwyraźniej także i Hattie nie zapomniała o jego urodzinach. 

Ale na pewno nie miała pojęcia, że urodzinowy wieczór będzie miał taki przebieg. 

Carolina   wiedziała,   że   powinna   odpocząć,   ale   wciąż   jeszcze   rozglądała   się   po   domu 

Billy’ego Wainwrighta. Właśnie tak wyobrażała sobie to wnętrze – proste i przytulne. Takie, 
jakie odwiedzają dorosłe już dzieci, aby raz jeszcze powspominać dzieciństwo. To był dom, 
w którym gość mógł znaleźć schronienie, strawę i kogoś, kto zawsze go wysłucha. 

Wiedziała  oczywiście,  że życie  w tym  domu  wcale nie było sielanką.  Tak jak reszta 

mieszkańców   Moss   Bend,   obserwowała   powolne   staczanie   się   Yancy’ego   Wainwrighta   i 
zdawała sobie sprawę, co musiał czuć Billy, kiedy patrzył na upadek swego rodziciela. Cóż, 
Yancy   nie   był   najlepszym   ojcem,   a   matki   Billy   nie   miał   wcale.   Umarła   przy   porodzie 
młodszego syna, który także nie przeżył. Babcia chłopca zmarła niedługo później, więc Billy 
Ray dorastał w domu pełnym mężczyzn, rządzonym żelazną ręką przez Joela Wainwrighta. 

Ale ten dom... Ten dom był tak przytulny i gościnny, że aż prosił się o lepsze czasy. O 

rodzinę, która by go pokochała, o dzieci, które bawiłyby się na polach i przy strumieniu. W 
trakcie małżeństwa z Champem Carolina często słyszała, że zaprząta sobie głowę bzdurami, 
że jest za stara na bajki, i że jej przekonanie, iż można żyć uczciwie, długo i szczęśliwie, 
czyni z niej nieodpowiednią żonę i matkę. Nie potrafiła jednak pozbyć się starych nawyków i 
na   przekór   wszystkiemu   marzyła   o   wspaniałym   domu,   starając   się   nie   słuchać   ciągłych 
oskarżeń i wygadywań jej teścia. 

Poczuła zawrót głowy i zamknęła oczy. Zastanawiała się, jak wysoką ma teraz gorączkę. 

Choroba ciągnęła się już od paru dni, ale tego ranka Carolina po raz pierwszy obudziła się z 
normalną temperaturą. Od tak dawna zażywała antybiotyki, że była przekonana, iż najgorsze 
ma za sobą. 

Tak, na pewno wraca do zdrowia, a to, że nagle poczuła się gorzej, to wynik wyczerpania 

i stresu. Warsztat Joela położony był trzy kilometry od jej domu. Przez cała drogę dźwigała 

background image

Chrisa i swoją największą torbę. A przecież od wypadku nie pozwalano jej wziąć na ręce 
własnego synka. Dziś, mimo zapalenia płuc, niosła go przez całą drogę. I poradziła sobie z 
tym. Mimo wszystkich przeszkód, dała sobie radę i pewnie by uciekła. 

Pewnie by uciekła, gdyby nie wpadła wprost w objęcia Billy’ego. 
Dobrze, że tak się stało. Dobrze, że to był on. Przez lata małżeństwa często widywała 

Billy’ego   przelotnie,   a   wówczas   wspominała   skrycie   ich   niewinne   dorastanie,   godziny 
namiętnych rozmów, kradzione pocałunki. Właściwie odkąd została żoną Champa, Billy stał 
się dla niej jeszcze bardziej atrakcyjny i pociągający. Teraz już wiedziała, jak to jest dać się 
uwieść władzy i potędze. I jak niewiele znaczy podziw ludzi, których samemu nie można 
podziwiać.   Przez   lata   ten   odległy,   niedostępny   Billy   Ray   stał   się   dla   niej   symbolem 
wszystkiego, z czego zrezygnowała, by poślubić Champa. Cały czas wiedziała jednak, że 
gdyby Billy niespodziewanie wkroczył w jej życie, szybko mógłby stać się kimś więcej niż 
symbolem. 

– Mamusiu?
Otworzyła   oczy   i   ujrzała   obok   siebie   córkę   z   plastikowym   kubkiem   soku 

pomarańczowego. Ujęła go drżącymi rękami, a Kicia podała jej dwie białe tabletki. Carolina 
wyjęła je z małej piąstki, przełknęła i szybko popiła. 

Kicia przytuliła się do niej, a ona przygarnęła do siebie ciepłe małe ciałko. 
– Opowiedz mi o tym domu – zażądała dziewczynka. 
– O którym?
– O tym, do którego jedziemy. 
Carolina nie miała serca oznajmić córce, że jest zbyt zmęczona na snucie opowieści – 

Kicia   i   tak   zniosła   wiele,   była   zbyt   odpowiedzialna   i   zbyt   dojrzała   jak   na   swój   wiek. 
Zamknęła więc oczy i postanowiła zdobyć się dla dziecka na ten wysiłek. 

– W sąsiedztwie będzie dużo dzieci – zaczęła, po czym przerwała, gdyż dopadł ją nowy 

atak kaszlu. – Będziesz jeździła rowerkiem, wspinała się na drzewa... Na duże drzewa o wielu 
gałęziach. 

– A czy na rowerze będę musiała jeździć w kasku?
– Obawiam się, że tak. 
– Szkoda. 
– Wieczorem będziemy jadły pizzę, oglądały bajki... I będziesz mogła zaprosić na noc 

tyle koleżanek, ile będziesz chciała. 

– Dziesięć?
– Jeśli zechcesz... A rano dostaniecie... 
– Naleśniki z jagodami!
– Właśnie. – Carolina oparła głowę o wezgłowie sofy. 
– Do szkoły będziesz jeździła autobusem albo chodziła na piechotę, jeśli nie będzie zbyt 

daleko. A każdego letniego dnia będziemy chodzili popływać. 

– Nad jezioro. Prawdziwe jezioro – przypomniała jej Kicia. – Nie na basen, jak u dziadka, 

gdzie wolno mi było kąpać się tylko tam, gdzie płytko. 

– I urządzimy sobie piknik pod drzewami. 

background image

– Mamo, jaka szkoda, że jeszcze nas tam nie ma!
Do oczu Caroliny napłynęły łzy. Mocno zacisnęła powieki. 
– Przykro mi, Kiciu – szepnęła. – Chyba nie zdawałam sobie sprawy, że jestem taka 

chora. 

– Ale wciąż uciekamy?
– Pewnie. Próbujemy... 
– Tylko że kiepsko nam idzie. 
– Nie szkodzi. Prędzej czy później dotrzemy do tego domu – westchnęła ciężko Carolina. 

– Przysięgam ci, skarbie. 

– Carolino?
Na   dźwięk   głosu   Billy’ego   otworzyła   oczy.   Pokój   ponownie   się   zakołysał.   Po   jej 

policzkach spływały łzy. Nędzne resztki kobiecej próżności kazały jej zastanowić się nad 
tym,   jak   wygląda,   zaczerwieniona   i   zapłakana,   ale   nie   miała   dość   sił,   aby   dłużej   o   tym 
myśleć. 

– Joel zgodził się przyprowadzić twój samochód. 
– Dziękuję – wyszeptała. 
– Zaprowadzę dzieci na górę i postaram się je położyć. Potem zejdę i pogadamy. Myślisz, 

że wytrzymasz? – Popatrzył na nią z troską. 

Skinęła tylko głową, gdyż nie dowierzała własnemu głosowi. 
– Nie mam kołyski – mówił dalej Billy. – Czy Chris może spać na łóżku od ściany, jeśli 

obok będzie Kicia?

– Nic mu się nie stanie. Kiciu, zgadzasz się, prawda? Kicia zmarszczyła brwi. 
– A ty gdzie będziesz? – zapytała. 
– W łóżku obok – poinformował ją Billy Kicia nie wydawała się zbyt szczęśliwa, ale 

posłusznie wyszła za Billym. Była zbyt odpowiedzialna, żeby zaprotestować. 

Billy poradził  sobie z ułożeniem  dzieci  do snu zadziwiająco szybko.  A może  to ona 

zapadła w krótką drzemkę i dlatego czas minął tak prędko. Kiedy otworzyła oczy, stał już 
przed nią. Jego twarz wciąż miała ponury wyraz. 

– Gdybym mogła coś zrobić... – odezwała się słabym głosem. Czuła się nieco lepiej, jak 

gdyby   leki,   które   dostała,   rozprawiły   się   z   gorączką.   W   sercu   czuła   jednak   prawdziwą 
rozpacz. 

–   Joel   nie   przyjedzie   od   razu   –   westchnął   Billy.   –   Zajmie   mu   trochę   uruchomienie 

samochodu, a potem będzie musiał jechać okrężną drogą. Wiem, jak kiepsko się czujesz, ale 
chciałbym dowiedzieć się od ciebie czegoś więcej... 

– Czego?
– Wiesz, czego: dlaczego uciekłaś. 
Popatrzyła   na  niego  uważnie.  Od dwunastu  lat  nie  znaleźli   się tak  blisko  siebie,   jak 

dzisiaj. To był ten sam człowiek, a jednak zupełnie inny. Nie mogła nie porównać go do 
zmarłego męża... 

W młodości Champ był pięknym chłopakiem, lecz gdy zaczął dorastać, zamienił się w 

niezbyt ciekawego mężczyznę. Utył, gdyż nie potrafił niczego sobie odmówić. Jego chłopięcy 

background image

uśmiech ustąpił miejsca cynicznemu grymasowi ust, zwłaszcza w ostatnim roku życia. 

Billy nigdy nie był piękny. Choć wysoki i szczupły, miał zawsze poważny wyraz twarzy, 

na której z rzadka gościł uśmiech. A szkoda, bo był to uśmiech naprawdę czarujący. W szkole 
Billy   cieszył   się   powodzeniem,   lecz   nigdy   nie   znajdował   się   w   centrum   uwagi.   Gdy 
wymagała   tego   sytuacja,   bez   trudu   potrafił   wtopić   się   w   otoczenie   i   był   prawdziwym 
mistrzem   drugiego   planu.   Nauczył   się   wyciągać   ojca   z   aresztu   lub   unikać   kolejnego 
rodzinnego   kryzysu   wyłącznie   przy   pomocy   spokojnej   logiki,   otwartego   spojrzenia   czy 
silnego uścisku ręki. Joel starał się chronić Billy’ego przed wybuchami ojcowskiego gniewu, 
ale i tak chłopak często musiał stawiać im czoło. 

Teraz   na   twarzy   Billy’ego   widniał   rozsądek,   dojrzałość,   spokój.   Z   biegiem   lat 

wyprzystojniał, zmężniał, lecz zachował chłopięcy wdzięk. Miał niebieskie oczy i wysunięty 
podbródek, który świadczył o uporze jego właściciela. Jego usta potrafiły się uśmiechać, ale 
także mówić prawdę bez ogródek. 

Jeśli miała komuś ufać, mogła zaufać jemu. 
– Co o mnie słyszałeś? – zapytała cicho. Bała się, że na jej twarzy widać ból. Dobrze 

wiedziała, co słyszał Billy. Wiedziała, w co wierzyli wszyscy mieszkańcy okręgu, i wiedziała 
też, dlaczego. 

– Podobno byłaś pijana tego wieczoru, kiedy zginął Champ. 
– Podobno. 
– To tylko plotki?
–   Nie   mogę   im   zaprzeczyć.   –   Zmusiła   się,   żeby   nie   odwrócić   wzroku   pod   jego 

spojrzeniem. – Pamiętam, jak przygotowywałam się do wyjścia na przyjęcie. I nic poza tym. 

– Nic?
Pokręciła powoli głową. 
–   Dowiedziałam   się   później,   że   to   wcale   nie   jest   dziwne.   Miałam   poważny   wstrząs 

mózgu. Czasem wytwarza się w świadomości taka blokada, która nie pozwała nam pamiętać.

Bilły usiadł obok niej, zajrzał jej w oczy. 
– Czy ty... pijesz? – zapytał z lekkim tylko wahaniem. 
– Jedynie towarzysko – odparła szybko i po chwili dodała: – W każdym razie nigdy nie 

miałam problemów z tego powodu. 

Widziała, że jej nie wierzy. Nie mogła go za to winić. Od ojca słyszał zapewne podobne 

zdania. Czy alkoholicy nie zaprzeczają, że piją za dużo?

– Co to ma wspólnego z twoją dzisiejszą ucieczką?
–   Poczekaj   –   uchyliła   się   od   odpowiedzi.   –   Czy   ktoś   ci   mówił...   że   jestem 

niezrównoważona?

– Niezrównoważona? – Billy ze zdumieniem zmarszczył brwi. 
Ona również się zdziwiła. Nie wyglądał na człowieka, który wsłuchiwałby się w plotki, 

ale Moss Bend było przecież takim małym miasteczkiem, że musiał słyszeć podobne opinie. 
Gdy sędzia Grayson coś mówił, ludzie powtarzali jego słowa bezkrytycznie. 

– Podobno jestem niezrównoważona psychicznie. Podobno nie umiem zająć się własnymi 

dziećmi – powiedziała i zaraz potem zawładnął nią nowy atak kaszlu. Przez chwilę nie mogła 

background image

złapać tchu i przepełnił ją strach. 

– Spokojnie, Carolino. – Billy ujął jej rękę. – Wszystko w porządku. Staraj się oddychać 

spokojnie, nie łap gorączkowo powietrza... Jesteś wycieńczona – oznajmił, gdy jej oddech 
wrócił wreszcie do normalnego rytmu. Wciąż nie wypuszczał jej dłoni. 

– Mam prawo być wycieńczona. 
– Więc nie będę cię dodatkowo męczyć. To trudny temat. Widzę, że... 
– Whittier chce mi odebrać dzieci! – Zawyła niemal udręczonym głosem, który wydobył 

się jakby z głębi jej serca. – Upatrzył sobie zwłaszcza Chrisa! Jeśli nie będę pasowała do jego 
układanki, po prostu się mnie pozbędzie! A na to nie mogę pozwolić!

Billy ujął w ręce obie jej dłonie. Dopiero gdy zaczął je rozcierać, Carolina zdała sobie 

sprawę z tego, jak bardzo są zimne. Choć cała była rozpalona, jej dłonie przypominały w 
dotyku lód. 

– To jego wnuki, Carolino – powiedział. – Jesteś pewna, że nie robi tego dla ich dobra? 

Byłaś chora... 

– On mnie szantażuje – szepnęła ze wzrokiem wbitym w ich złączone dłonie. – Rozsiewa 

plotki, które nie mają nic wspólnego z prawdą. Jeśli nie będę robiła tego, co zażąda, uzna 
mnie za niezdolną do pełnienia obowiązków rodzicielskich i zabierze mi dzieci. Sam mi to 
powiedział. 

– Plotki to plotki. Najpierw musiałby je udowodnić. 
– Billy, gdzie ty żyjesz?
– W Moss Bend – uśmiechnął się smutno, a wtedy po raz pierwszy od rozpoczęcia tej 

rozmowy ujrzała w jego oczach zrozumienie. 

– Sędzia może skłamać – powiedziała powoli. – Może podstawić świadków. Nie zawaha 

się przed niczym. Nigdy się nie waha. Chce swoich wnuków i nic nie może stanąć na jego 
drodze. 

– Wiesz to na pewno czy tylko zgadujesz?
– Ma dokument, który zaświadcza, że to wszystko moja wina. Dlatego musiałam uciec. 
Billy nie zapytał o szczegóły. Czekał. 
Zastanawiała się, co mu powiedzieć, aż w końcu uznała, że może z nim dzielić tylko 

prawdę. W jej małżeństwie było już tyle kłamstwa, że wystarczyłoby na całe życie. 

– Sędzia ma wyniki mojego badania na zawartość alkoholu we krwi – zaczęła tłumaczyć. 

–   Badanie   zostało   zrobione   tego   wieczoru,   kiedy   zdarzył   się   wypadek.   Wykazało,   że 
naprawdę   byłam   pijana.   –  Popatrzyła   na   niego   niepewnie.   –   Jak  mam   udowodnić,   że   to 
kłamstwo?   Nie   pamiętam   wypadku.   Nie   pamiętam   przyjęcia.   Nikt   nie   przeciwstawi   się 
sędziemu. Wiedzą, czym to grozi, więc przekonują sami siebie, że wierzą w to, co się o mnie 
mówi.  Jedno kłamstwo  pociąga  za sobą inne.  W końcu wszyscy  już wiedzą,  że  tamtego 
wieczoru byłam pijana, że zabiłam własnego męża, że nie mogę zająć się dziećmi, że mam 
urojenia i oskarżam ludzi, którzy z całych sił starają się mi pomóc... 

Zdawała sobie sprawę z tego, że płacze, ale teraz było jej już wszystko jedno. 
– Nawet te łzy świadczą przeciwko mnie – wybuchnęła. – Płaczę, bo chcę coś wymusić. 

Albo płaczę, bo nie mam nad sobą kontroli. Przecież wiesz, jak to działa. Ucieczka to kolejny 

background image

dowód na to, że jestem niezrównoważona. 

– Carolino... 
– Proszę cię tylko  o to, żebyś  nikomu  nie mówił, że tu jestem. – Uniosła ku niemu 

zapuchnięte oczy. – Błagam cię, Billy! Nawet nie proszę, żebyś mi wierzył. Po prostu postaraj 
się mi zaufać. Błagam!

Billy zastanawiał  się nad jej  słowami.  Właściwie  dlaczego  miałby jej wierzyć?  Jakie 

miała dowody?

– Ja i sędzia nie wchodzimy sobie w drogę – powiedział w końcu. – Jednak wierzę ci, że 

jest zdolny do rzeczy, o których mówisz. Mój ojciec go nienawidził. Nie wiem, dlaczego, ale 
wiem, że tak było. 

– Wciąż jestem tą dziewczyną, którą znałeś. – Carolina położyła dłoń na swej piersi. – 

Gdzieś tam, głęboko, wciąż nią jestem. Proszę, Billy, uwierz tej dziewczynie, nawet jeśli nie 
wierzysz w ani jedno słowo, które mówi płacząca przed tobą kobieta. 

Billy ostrożnie odgarnął włosy z jej czoła. 
– Chcę, żebyś teraz poszła spać – powiedział. – Joel na pewno nikomu nie powie, że tu 

jesteś. Będziemy działać powoli. Nie bój się, na pewno cię nie zdradzę, Carolino. 

On także dotknął swojej piersi i uśmiechnął się lekko. Nie był to jednak wesoły uśmiech. 
– Chłopak, którego ty znałaś, też jeszcze chyba tu jest. 

background image

ROZDZIAŁ 3

Hattie McFerguson miała wielkie serce. Była kobietą silną i odważną, dlatego też idealnie 

nadawała się na opiekunkę Caroliny. Zgodziła się na to bez wahania, kiedy tylko Billy Ray 
zadzwonił do niej następnego ranka. 

Ubrana w dżinsy, które weszłyby na tragarza, i w jaskrawożółtą podkoszulkę, pojawiła 

się jeszcze przed przebudzeniem się Caroliny. Kicia i Chris siedzieli już przy kuchennym 
stole, próbując z zaciekawieniem płatków śniadaniowych, które zaserwował im Billy. 

Kici nie przypadły chyba one do gustu. 
– Nie wolno mi jeść płatków z cukrem – orzekła. 
– Jeśli uważasz, że są za słodkie, powinnaś spróbować tych. – Billy pchnął w jej stronę 

inne pudełko. – O smaku czekoladowym i toffi. 

Mała popatrzyła uważnie na pudełko, po czym odparła sentencją:
– Ładny uśmiech to ładne zęby. 
– Tak mówi twoja mamusia?
– Mój dziadek. 
– A, pan sędzia. 
Po chwili Kicia włożyła do ust łyżkę pełną płatków. 
– Nie wolno mi także mówić podczas jedzenia – wymamrotała. 
– Pewnie, bo jeszcze wypadną ci zęby. 
Mała zachichotała radośnie, a on dopiero teraz uzmysłowił sobie, że wcześniej nie miał 

okazji słyszeć jej śmiechu. 

–   Karmisz   dzieciaki   tą   swoją   obrzydliwą   mieszanką   śniadaniową?   –   zapytała   Hattie, 

wchodząc energicznie do kuchni. 

– Usiłuję – odparł. – Niestety, zbyt dobrze je wychowano, więc kiepsko mi idzie. 
– Cześć, Kiciu. – Hattie przeszła przez kuchnię i wzięła dziewczynkę w ramiona. – O, jest 

i pan Christopher. A gdzie wasza mama?

– Śpi. 
Hattie   popatrzyła   porozumiewawczo   na   Billy’ego   Raya.   Miała   płaską   twarz   i 

złotobrązową skórę, która zdradzała pochodzenie jej przodków. Spod turbanu w afrykański 
wzorek wyłaniały się niesforne loki, a ręcznie  robione turkusowe kolczyki  sięgały jej  za 
ramiona. 

– Jak się czuje? – zapytała go z troską. 
– W nocy kaszlała, ale nad ranem chyba jej przeszło. Wczoraj przemęczyła się zbytnio i 

padła. 

– To do niej podobne. 
– Mówiła, że jesteś jej przyjaciółką. 
– Och, to zaszczyt – uśmiechnęła się Hattie. – W każdym razie nie miała zbyt wielu 

przyjaciół. – Spojrzała na niego, potem na dzieci i Billy domyślił się, że inne rewelacje będą 
musiały zaczekać. 

background image

– A teraz nie chce, żeby ktokolwiek wiedział, gdzie jest – powiedział. – Dotrzymasz 

tajemnicy?

– Nie można pracować w tym miasteczku i nie umieć dotrzymać tajemnicy, Billy Ray. 

Niektórych dotrzymam na zawsze. Inne tylko do... 

– Hattie?
Wszyscy spojrzeli w stronę drzwi, w których niespodziewanie stanęła Carolina. Billy 

ruszył ku niej natychmiast, ale powstrzymała go ruchem ręki. 

– Czuję się lepiej – powiedziała. – Nie powinieneś był pozwalać, żebym tyle spała. 
– W ogóle nie powinnaś wstawać – odparł. – Zamierzałem przynieść ci śniadanie do 

łóżka. Dziś Hattie zajmie się dziećmi. Ty masz tylko odpoczywać. 

Carolina chciała chyba zaprotestować, zrezygnowała jednak i przeniosła wzrok na dzieci. 
– Jem płatki – poinformowała mamę Kicia. – Słodzone. Smakują jak cukierki. 
–   Zdaje   się,   że   będę   odpowiedzialny   za   ich   oszpecone   uśmiechy.   –   Billy   Ray   ujął 

Carolinę pod ramię i poprowadził ją do krzesła. – Obserwujmy je bacznie. Od cukru mogą 
dostać wstrząsu insulinowego. 

Carolina uśmiechnęła się słabo, a potem usiadła z ulgą i przywitała się z Hattie. Miała na 

sobie jasnoniebieskie szorty i takąż podkoszulkę, a jej włosy były starannie zaczesane. Mimo 
to wyglądała na chorą i wyczerpaną. 

Tak zazwyczaj wyglądał Yancy na kacu. 
– Może trochę soku na początek? – zaproponował Billy Ray. 
– Chętnie. 
Podszedł do kredensu i wyjął z niego szklankę. 
– Co poza tym? – zapytał. – Kawa, herbata?
– Herbata – odpowiedziała stanowczo Hattie, zanim Carolina zdążyła się odezwać. – Z 

miodem i cytryną. Posłuchaj, Carolino, natychmiast po śniadaniu masz się znaleźć w łóżku. 
Jeśli nie pójdziesz, sama cię tam zaniosę. 

– I tak już za bardzo zawracam głowę Billy’emu. 
– Skończyłam! – Kicia wyciągnęła przed siebie pustą miseczkę. – Chris też. Teraz chcę 

iść na górę. 

– Pójdziesz na górę, żeby się wykąpać i przebrać, tak samo jak twój brat – zarządziła 

Hattie. – Chodźmy, pokażecie mi wasze ubrania. 

Po chwili wyprowadziła oba maluchy z kuchni. Carolina odczekała, aż cała trójka zniknie 

w korytarzu, a potem spojrzała nieśmiało i zapytała:

– Czy ona wie... ?
– Wie. 
– A Joel? Sprowadził samochód?
– Jest w szopie. – Billy postawił przed nią szklankę z sokiem. – Zaraz zrobię herbaty. 
– Dziękuję. 
– Nie ma za co. Zamierzasz zadzwonić do Graysonów?
– Gloria ma o dziesiątej spotkanie zarządu. Nie opuści go, bo gdyby to zrobiła, zaczęto by 

plotkować. A ona najbardziej w świecie nienawidzi plotek dotyczących swojej rodziny. Na 

background image

zebranie zawiezie ją jak zawsze gospodyni. Poczekam, aż wyjdą, i zostawię wiadomość na 
automatycznej sekretarce. 

Gloria była teściową Caroliny. Billy Ray nie miał z nią zbyt wiele do czynienia, zawsze 

jednak   wydawała   mu   się   kobietą   pozbawioną   wszelkich   uczuć,   dla   której   liczyły   się 
wyłącznie obowiązki. 

– Co powiesz? – zapytał. 
– Że musieliśmy wyjechać, że jesteśmy teraz daleko i nic nam nie jest, i że kiedy już się 

zadomowimy, skontaktujemy się z nimi raz jeszcze. 

– Myślisz, że to załatwi sprawę?
– Nie, ale tyle jestem jej winna. 
– A sędziemu?
Carolina nie odpowiedziała od razu. 
– Po wypadku Gloria pomogła mi, bo tak wypadało – odezwała się ze wzrokiem wbitym 

w podłogę. – On pomógł wyłącznie po to, by móc mnie kontrolować. – Upiła łyk soku. – Nie 
oczekuję, że to zrozumiesz. Nie musisz. 

– Musiałem powtórzyć Joelowi część tego, co mi powiedziałaś. Wyciągnąłem go z łóżka i 

kazałem sprowadzić twoje auto. Byłem mu winien jakieś wyjaśnienia. 

– Powtórzy to komuś?
Tym razem Billy zamyślił  się na dłużej. Przypomniał sobie twarz dziadka, który stał 

wczoraj w szopie i cierpliwie słuchał jego wyjaśnień. Gdy Billy skończył, Joel bez słowa 
ruszył   do   starego,   zdezelowanego   chevroleta,   którym   planował   wrócić   do   warsztatu. 
Zapytany, czy dochowa tajemnicy, odwrócił się, otwierając drzwi auta, i powiedział:

–   Twój   ojciec   wiedział   coś   o   Graysonie.   Więcej   niż   mi   powtórzył.   Zawsze   jednak 

uważałem, że to sędzia odpowiada za... 

Potrząsnął głową i sięgnął za klamkę, jednak Billy nie zamierzał go tak puścić. 
– Za co? – zapytał i przytrzymał dziadka za ramię. 
– Za to, kim stał się twój ojciec tuż przed śmiercią. Nie powiedział nic więcej. Zdjął dłoń 

wnuka ze swego ramienia, a potem wsiadł do samochodu i uruchomił silnik. 

– Billy? – powtórzyła Carolina zaniepokojonym głosem. – Czy Joel powie sędziemu, że 

tu jestem?

– Nie powie – zapewnił ją Billy. – Możesz być tego pewna. 
Znów zapadła cisza. Carolina westchnęła ciężko i chwilę później zaczęła kasłać. Kiedy 

doszła wreszcie do siebie, Billy powiedział:

– Możesz tu zostać tak długo, jak będziesz chciała. Hattie zajmie się dziećmi, kiedy ja 

będę w pracy. Potrzebujesz czasu, żeby wy dobrzeć i zdecydować, co dalej. 

– Podjęłam już wszystkie decyzje. I do wczoraj byłam bliska ich realizacji. Teraz jednak 

jest już za późno. On na pewno kazał obserwować drogi. 

– Czy usiłował wcześniej zapewnić sobie prawo do opieki nad dziećmi?
Carolina potrząsnęła głowa. 
– Nie musiał, skoro wciąż miał je pod ręką. Kiedy jednak powiedziałam, że nadszedł 

czas, abym się wyprowadziła, zaprotestował. Powiedział, że jeśli wyprowadzę się, zanim on 

background image

uzna to za stosowne, zaciągnie mnie do sądu i pozbawi praw rodzicielskich. Dla dobra dzieci. 

– Na razie nie ma ku temu żadnych podstaw. Carolina ponownie pokręciła ze smutkiem 

głową. 

–   Billy,   przecież   tu   rządzi   sędzia   i   Doug   Fletcher.   Doug   przyczepi   się   do   mnie   za 

cokolwiek. Na przykład za prowadzenie auta w podejrzany sposób. Zawsze coś się znajdzie. 
Orzekną, że jestem nieodpowiedzialna, zażądają ekspertyzy psychologa, a mają znajomych 
ekspertów... 

–  Wiem  –  przerwał  jej.  – Nie  musisz   kończyć.   Zdawał  sobie  sprawę, jak wyglądają 

sądowe   procedury  w  podobnych  przypadkach.  Zdawał   sobie  sprawę,  że  Doug  i  Grayson 
często naginają prawo do swoich celów. Doug nie był zły, jednak zżerała go ambicja i starał 
się przypochlebić sędziemu na każdym kroku. 

–   Przyniosę   ci   tost   –   zaproponował.   –   Potem   będę   musiał   pojechać   do   biura.   Jeśli 

będziesz czegoś potrzebowała, powiedz Hattie, żeby do mnie zadzwoniła. I pamiętaj, nigdzie 
nie wychodź. Nie próbuj uciekać do Georgii w świetle dnia. Kiedy wrócę, porozmawiamy. 

– Pamiętasz rozmowy, które kiedyś prowadziliśmy? Billy sięgnął po bochenek chleba i 

powoli odkroił z niego dwie kromki. Potem oczyścił toster, chociaż nie było w nim nawet 
jednego okruszka. Nie spojrzał na Carolinę, dopóki grzanki nie były gotowe. 

– Pamiętam. – Oparł się o blat i skrzyżował ręce. – Ty także?
– Tak. 
– Dziwne. 
– Wtedy po raz ostatni naprawdę z kimś rozmawiałam. – Uśmiechnęła się smutno. – 

Tęskniłam za tobą... tęskniłam, odkąd przestaliśmy być przyjaciółmi. 

– Po tym, jak zdecydowałaś się poślubić Champa – sprecyzował. 
Zaręczyła się z Champem w ostatniej klasie liceum i choć wyszła za niego dopiero pod 

koniec studiów, te zaręczyny odseparowały ją od wszystkich, zwłaszcza od Billy’ego Raya. 

– To była najgorsza decyzja w moim życiu – powiedziała. – Wypełnionym samymi złymi 

decyzjami – dodała, nie podnosząc wzroku znad kubka z herbatą. – Zawsze chciałam ci to 
powiedzieć. 

– Nie byłaś szczęśliwa?
– Pamiętasz tych wszystkich wędrownych kaznodziejów, którzy przyjeżdżali tu latem i 

rozstawiali swoje namioty? Pamiętasz, jak wrzeszczeli, że piekło jest potworne?

– Pamiętam. 
– Ja byłam w piekle, Billy – szepnęła, podnosząc na niego oczy pełne bólu. – I uwierz mi, 

ci kaznodzieje dobrze wiedzieli, o czym mówią. 

Kancelaria Billy’ego Raya składała się z trzech pomieszczeń, usytuowanych w domu na 

jednej   z   bocznych   uliczek   Moss   Bend.   Był   tam   sekretariat,   biblioteka   służąca   za   salę 
konferencyjną   i   gabinet,   w   którym   stało   jedynie   biurko   oraz   trzy   regały.   Front   budynku 
wynajmowała najpopularniejsza kwiaciarnia w miasteczku. 

Choć Billy Ray miał prawo do miejsca na parkingu przed biurem i tak najczęściej musiał 

parkować na ulicy. Dzisiaj było podobnie. Na miejscu należącym do Billy’ego zaparkował 
jakiś luksusowy cadillac. 

background image

Roześmiane   dziewczyny   w   pastelowych   sukienkach   wpadały   do   kwiaciarni   i   z   niej 

wypadały,   najczęściej   w   towarzystwie   matek,   różniących   się   od   nich   jedynie   nieco 
skromniejszym ubiorem. Billy podejrzewał, że Gabriel, właściciel kwiaciarni, znowu zarobi 
krocie na gościach, szykujących się do jakiegoś ślubu. Gabriel obsługiwał niemal wszystkie 
ważniejsze imprezy w Moss Bend. 

Billy Ray zaparkował niedaleko biura i uśmiechnął się, widząc, jak jedna z dziewcząt, 

opalona brunetka, mrugnęła do niego okiem, gdy przechodził. Nie miał serca powiedzieć jej, 
że choć jest zbyt młody na jej ojca, to swobodnie mógłby być jej ukochanym wujaszkiem. 
Cieszyło go, że nadal jest atrakcyjny dla młodych dziewczyn, ale w jego wieku dojrzałość 
wydawała mu się bardziej pociągająca. 

Na przykład Carolina – nawet chora i zniechęcona, była w jego oczach dużo bardziej 

pociągająca niż owa ładna brunetka. Jednak Carolina Waverly wzbudzała jego zachwyt już w 
czasach, gdy po raz pierwszy pojawił się w murach liceum River County i ujrzał ją, jak 
chichocze w szatni wraz z koleżankami. 

Billy Ray i Carolina przez całe życie mieszkali w tym samym okręgu, jednak uczęszczali 

do różnych podstawówek i gimnazjów. Mimo to tamtego ranka Billy rozpoznał dziewczynę. 
Mieszkał poza miasteczkiem, ale większość życia spędził w warsztacie Joela albo jeżdżąc od 
baru   do   baru   w   poszukiwaniu   Yancy’ego.   Wiedział   więc,   że   po   zakończeniu   kadencji 
senatora ojciec Caroliny przyjechał tu, by zająć się rodzinnymi  interesami w Moss Bend. 
Mimo że dobiegał sześćdziesiątki, ożenił się z dwudziestopięciolatką i szybko został ojcem – 
to właśnie z tego związku urodziła się wkrótce Carolina. Billy wiedział też, że dziewczyna 
mieszka na Old Waverly Lane, co umieszczało ją bardzo wysoko w silnie zhierarchizowanej 
społeczności tego tak typowego dla Południa miasteczka. 

Rozpoznał ją, choć właściwie nigdy wcześniej tak naprawdę jej nie widział. Aż do tej 

chwili. Carolina podniosła wzrok i uśmiechnęła się do niego. Już wtedy poczuł, że zostanie jej 
przyjacielem. 

I rzeczywiście tak się stało, a w kolejnych latach ich przyjaźń się pogłębiała. Carolina 

uwielbiała życie towarzyskie, choć nie była płytką, powierzchowną osobą. Na lekcjach to 
właśnie ona zadawała najbardziej  dociekliwe  pytania  i pisała  najbardziej  wnikliwe prace. 
Kiedy trzeba było wykonać którąś z prac wspólnie, zawsze wybierała na partnera Billy’ego. 
Intelektualnie byli sobie bowiem równi, godzinami mogli siedzieć i dyskutować o rozmaitych 
sprawach, co zresztą chętnie czynili. 

Ich przyjaźń był prawdziwa i szczera. Wzajemnie szukali u siebie pociechy i choć może 

nie   mówili   sobie   o   wszystkim,   to   z   pewnością   dzielili   się  tym,   co   najważniejsze.   Kiedy 
Carolina nie szła akurat na jakieś przyjęcie  albo nie miała żadnych  pozaszkolnych  zajęć, 
wspólnie szwendali się po okolicy.  Na mocy niepisanej  umowy nigdy nie odwiedzali się 
jednak w swoich domach. Uczyli się w bibliotece lub chodzili na długie spacery przez lasy 
rosnące nieopodal miasteczka. 

Po raz pierwszy pocałował ją pod rozłożystym drzewem, gdy w trakcie jednego z tych 

spacerów zatrzymali się na chwilę, by odpocząć. Wtedy też Billy po raz pierwszy opowiedział 
jej o ojcu. Dwa dni wcześniej Yancy trafił do szpitala po tym, jak spadł z mostu nieopodal 

background image

tawerny. Połamane kości i wstrząs mózgu były dla niego niczym w porównaniu z brakiem 
whisky. 

– Wyjadę z tego miasta, jak tylko skończę liceum – stwierdził. – I nigdy już tu nie wrócę. 
Objęła go wtedy w pasie, żeby go jakoś pocieszyć, a on spojrzał na jej jasne włosy do 

ramion i współczujące zielone oczy i w jednej chwili zrozumiał, że przepadł. 

Wiedział, że nie wolno mu kochać Caroliny Waverly. Wiedział też, że nie powinien jej 

całować. Jednak tamtego popołudnia zrobił jedno i drugie. 

Teraz,   tuż   przed   drzwiami   biura,   usłyszał   ostry   gwizd,   który   nagle   przerwał   jego 

wspomnienia. Odwrócił się i ujrzał Douga. Ubrany w wyjściowy mundur, szeryf zmierzał 
przez parking w jego stronę. Pozdrowił po drodze jedną z kobiet wychodzących z kwiaciarni, 
po czym podszedł do przyjaciela. 

– Szukasz, kogo by tu aresztować? – powitał go Billy. 
– A co? Chcesz, żebym dał mandat temu kierowcy? – Doug machnął głową w kierunku 

cadillaca. 

– Lepiej nie, założę się, że należy do żony któregoś z sędziów. Poproszę Fran, żeby 

napisała karteczkę i zatknęła za wycieraczkę. Co i tak pewnie nic nie da. 

Billy Ray otworzył drzwi i puścił Douga przodem. 
– Cześć, Franny! – Doug przywitał sekretarkę. Fran była niemłodą kobietą o kręconych 

siwych włosach i głębokich zmarszczkach, okalających wiecznie zmrużone oczy. Nie lubiła 
większości rzeczy i większości ludzi. Na szczęście lubiła Billy’ego Ray a, – Zgubiłeś tu coś? 
– mruknęła teraz na widok Douga. 

– Daj spokój, Franny. Przecież mnie lubisz – odparł. – Zawsze lubiłaś. 
– Tak jak chrzan albo ciepłe piwo. 
– Czyżbyś miała ochotę na jedną kolejkę?
– Nie wysilaj się, Doug – odparła Fran z niewzruszoną miną, po czym przeniosła wzrok 

na Billy’ego. – Spóźniłeś się. 

– Przepraszam, coś mnie zatrzymało. Były jakieś telefony?
–   Położyłam   faks   na   twoim   biurku.   Pani   Balou   prosi,   żebyś   do   niej   jak   najszybciej 

zadzwonił. Mówi, że wczoraj wieczorem ktoś był na jej werandzie i zaglądał w okna. 

– Dwa, trzy razy w tygodniu chodzimy do niej i to sprawdzamy – jęknął Doug. – Moim 

zdaniem ta stara marzy o tym, żeby ktoś wreszcie zechciał zajrzeć w jej okno. 

– Pytał cię ktoś o zdanie? – Fran wbiła w niego znużony wzrok. 
– Doug jest teraz szeryfem – przypomniał jej Billy. – Bądź dla niego miła, bo jeszcze nie 

da ci karty parkingowej. 

– I co z tego? I tak nie umie pilnować, by wszyscy parkowali tam, gdzie powinni. 
– Dobra – Doug uznał, że nie uda mu się zmusić sekretarki do choćby cienia uśmiechu – 

macie tu jakąś kawę?

– Mamy ekspres. I filtry, i wodę. – Fran powróciła do pisania na maszynie. – Jest też 

cukier. 

– Poczekaj, zrobię ci – zaproponował szeryfowi Billy. – Wejdź do mojego pokoju. Zaraz 

przyjdę... Aha, słodzisz?

background image

Świeżo zaparzona kawa stała w ekspresie w sali konferencyjnej. Billy napełnił dwa kubki 

i wsypał cukier do porcji Douga. 

– Co cię dziś sprowadza? – zapytał  przyjaciela, stawiając przed nim parujący kubek. 

Doskonale wiedział, co powie Doug. 

– Byłeś zeszłej nocy w warsztacie, tak jak planowałeś?
– Tak. Dlaczego pytasz?
– Nie zauważyłeś niczego wyjątkowego?
– Nie. Sprawdziłem teren, potem wróciłem do domu. 
– Długo tam byłeś?
– No, trochę... – Zastanawiał się, jak długo jeszcze zdoła unikać mówienia prawdy i 

jednocześnie nie skłamać. – Wysłałeś tam kogoś o północy?

– Tak, on także niczego nie zauważył. 
– A coś się stało?
– Zdaje się, że z parkingu zniknęło jedno auto. Samochód Caroliny Grayson. 
– Poważnie?
– Co o tym wiesz, Billy Ray? Twój dziadek niewiele nam powiedział. 
Billy upił łyk kawy. Fran zaparzyła prawdziwego szatana, ale teraz rzeczywiście przydał 

mu się potężny zastrzyk kofeiny. 

– Czy ktoś zgłosił kradzież samochodu? – zapytał. 
– Sędzia Grayson. 
– Dlaczego on?
– Bo Caroliny nie ma. Zniknęła. 
– No więc chyba masz odpowiedź. Nie ma Caroliny, nie ma wozu. – Billy Ray wzruszył 

ramionami. – Nie wydaje mi się, żeby popełniono jakieś przestępstwo. 

– Nie kręć, Billy. Wiesz więcej niż chcesz powiedzieć. 
– Wiem, kiedy nie powinienem wtrącać się w sprawy, które mnie nie dotyczą. 
Doug wyprostował się i także zaczął pić kawę. Obaj mężczyźni przyjaźnili się długo i 

znali doskonale. Trudno było liczyć na to, że Doug da się zbyć byle jakim wyjaśnieniem. 
Billy   miał   wszakże   nadzieję,   że   właśnie   ze   względu   na   tę   przyjaźń   nie   będzie   zbytnio 
naciskał. 

– W liceum przyjaźniłeś się z Caroliną. Często się widujecie?
– Wiesz przecież. Przestałem się z nią spotykać, kiedy zaręczyła się z Champem. 
– Nigdy za nim nie przepadałeś, prawda?
– Czy ja wiem? Nie obracaliśmy się w tych samych kręgach. Ledwie go znałem. 
– Wiesz, Billy, stary Champ nie był zupełnie taki, jak się wszystkim zdawało. 
Billy  Ray  odstawił   kubek na  stół.  Czekał.   Doug  mógł   wydawać  się  niezbyt   bystrym 

poczciwcem, ale o mieszkańcach Moss Bend wiedział sporo, a jeszcze więcej potrafił się 
domyślić. 

– Tak jak Caroliną – dodał Doug, gdy skończył pić kawę i podobnie jak chwilę wcześniej 

przyjaciel,   postawił   kubek   na   brzegu   jego   biurka.   –   Niektórzy   wiedzą,   jak   zrobić   dobre 
wrażenie. Kiedy jednak przyjrzysz im się bliżej... 

background image

– To co?
– To jakbyś włożył kij w mrowisko. Z wierzchu niby nic się nie dzieje, ale włóż ten kij, a 

ściągniesz kłopoty na wszystkich. 

– Może przestaniesz robić aluzje i powiesz wprost, o co chodzi? – uśmiechnął się Billy. 
– Nie domyślasz się, o co chodzi?
– No dobra, chcesz mnie przed czymś ostrzec? Przed czym?
– Caroliną wpakowała się w kłopoty. Wczoraj w nocy porwała dzieciaki i uciekła. To 

wnuki starego Graysona... 

– Czekaj no, chwilę. Przecież to nie tylko jego wnuki, ale także jej dzieci, prawda? Nie 

słyszałem o tym, żeby dziadek miał jakieś szczególne prawo do decydowania o tym, gdzie 
wolno się udać matce jego wnuków i kiedy. A może się mylę?

– Pod warunkiem, że ta matka jest, no... zupełnie sprawna, wiesz, co mam na myśli. 
– Nie wiem. 
– Nie słyszałeś nic o naszej Carolinie?
– Nie. 
– Jest niezrównoważona. Pije. Zapomina o tym, że powinna opiekować się dziećmi. Jest... 

do diabła, jak brzmi to słowo?... jest paranoiczką. Wyobraża sobie rozmaite rzeczy, że chcą ją 
skrzywdzić i tak dalej... Sędzia boi się zostawiać z nią dzieciaki, martwi się. 

– Jasne, rozumiem. Tylko nie bardzo w to wszystko wierzę. Znałem dobrze Carolinę i... 
– Kiedy to było, stary? – Doug wstał i przeciągnął się niedbale. – Piętnaście lat temu? 

Dziesięć? Ludzie się zmieniają, przyjacielu. Dobrze o tym wiesz. W każdym razie miej oczy 
szeroko otwarte, dobra? Jeśli coś usłyszysz... 

– Jeśli usłyszę coś, co warto powtórzyć, natychmiast do ciebie zadzwonię. 
– O właśnie – Doug uchylił lekko ronda kapelusza – o to chodzi. 
Billy   Ray   obserwował,   jak   jego   przyjaciel   znika   w   drzwiach.   Był   pewien,   że   szeryf 

wyczuł jego niepewność i wahanie. Cholera, po co mu wczoraj mówił o tym, że wybiera się 
do warsztatu? Musi spowiadać się ze wszystkiego, co robi?

Teraz powinien zadzwonić do Caroliny i polecić jej, żeby na resztę dnia ukryła dzieci. 

Jednego był bowiem pewien – że szeryf na pewno będzie dziś przejeżdżał drogą obok jego 
domu. I to pewnie nie raz. 

Carolina miała się za dobrą matkę. Niestety, przez wszystkie lata jej związku z Champem 

mąż i teść umniejszali jej starania tak skutecznie, że niewiele pozostało z jej dawnej pewności 
siebie. Champ niezmiennie oskarżał ją, że jest okropną żoną, aż wreszcie zaczęła mu wierzyć. 
Teść wciąż podkreślał, że wszystko, co robi Carolina, nie jest godne Graysonów, więc i tę 
opinię uznała w końcu za swoją. 

Nikt jednak nie zdołał jej nigdy wmówić, że źle opiekuje się dziećmi. Była cierpliwa, 

troskliwa, surowa, kiedy wymagała tego sytuacja, ale zawsze pełna miłości i ciepła. Przez 
cały czas starała się chronić Kicię i Chrisa przed wpływem osób, które je otaczały, i robiła 
wszystko, żeby jej rodzinne kłopoty nie odbiły się na maluchach. 

Teraz leżała na sofie w pokoju Billy’ego Raya i obserwowała, jak dzieci oglądają na 

wideo film Disneya. Maluchy były zmęczone, lecz, o dziwo, bardzo spokojne i ciche. Nawet 

background image

Chris, z reguły nieznośny i hałaśliwy, przestał wreszcie krzyczeć i złagodniał. 

– Jak sobie radzisz, Carolino?
Carolina uśmiechnęła się do Hattie, która właśnie skończyła przygotowywać kolację i 

weszła   na  górę,   by  się  pożegnać   –  Jesteście   dla   mnie   tacy  dobrzy.   Nie   wiem,   jak  wam 
dziękować. 

– Już od dawna nikt nie był dla ciebie dobry, prawda? Nie wiedziała, co odpowiedzieć. 

Na szczęście Hattie nie dała jej dojść do głosu. 

– Dzwonił Billy – oznajmiła. – Jedzie do domu. Ja muszę już iść. Dasz sobie radę, dopóki 

nie przyjedzie?

– Oczywiście. Nic mi nie będzie. 
Hattie położyła dłoń na jej czole, po czym z zadowoleniem kiwnęła głową. 
– Gorączka minęła – powiedziała. – Do zobaczenia jutro. Przyniosę jakieś zabawki dla 

Chrisa. 

– Dziękuję, Hattie. Za wszystko. 
Hattie pożegnała się z dziećmi, które były jednak tak pochłonięte tym, co dzieje się na 

ekranie, że uściskały ją, nie odrywając wzroku od telewizora. Carolina poczuła, że ciążą jej 
powieki. Zdrzemnęła się wczesnym popołudniem, lecz wciąż była śpiąca. Pomyślała, że tylko 
na moment zamknie oczy... 

Kiedy   je   otworzyła,   stał   przed   nią   Billy   Ray.   Na   jego   widok   gwałtownie   wciągnęła 

powietrze w płuca – i natychmiast zaczęła kasłać. 

– Przepraszam – powiedział. – Nie chciałem cię przestraszyć. 
Uspokoiła się wreszcie i usiadła, a on przycupnął obok niej. 
– Nie słyszałam, jak wszedłeś – wyjaśniła. 
– Spałaś. 
– Chyba tak, ale przecież zawsze czuwam, zawsze nasłuchuję, czy z dziećmi wszystko w 

porządku. 

– Teraz jesteś osłabiona, chora. 
– To tylko... 
– Wiem – położył dłoń na jej dłoni – zapalenie płuc. Carolina spojrzała szybko na dzieci, 

lecz te wciąż zapatrzone były w ekran. 

– Chyba wszystko robię nie tak jak trzeba – szepnęła, ściskając kurczowo jego dłoń. 
– Przesadzasz. 
– A gdyby coś stało się Chrisowi?
– Przecież Hattie powiedziała ci, że już jadę, prawda? Wiedziałaś, że zjawię się za parę 

minut.   No   i   jest   jeszcze   Kicia   –   uśmiechnął   się,   patrząc   na   odwróconą   tyłem   główkę 
dziewczynki. – Gdybyś nie usłyszała Chrisa, już ona by cię obudziła. Przestań się zadręczać. 
Masz wypoczywać. 

Boże, jak miło było słuchać podobnych słów. Zachowanie Billy’ego było tak różne od 

tego, do czego przyzwyczaili ją Champ i jego ojciec, że aż niewiarygodne. I jeden, i drugi już 
dawno wytknęliby jej brak zainteresowania dziećmi i nieuwagę. 

Zastanawiała się, czy Billy w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, jaki jest czuły i troskliwy. 

background image

On pewnie uważał, że to naturalne; dla niej było to niczym powiew świeżego powierza w 
zatęchłym pomieszczeniu, w którym przebywała przez ostatnie lata. 

– Podobno Hattie zrobiła kolację. – Puścił jej rękę i wstał z sofy. – Pójdę zobaczyć, co 

wymyśliła. 

Carolina wstała w ślad za nim. 
– Kiciu, popilnujesz Chrisa? – poprosiła. – Krzyknij, jeśli będziesz mnie potrzebowała. 
Kicia skinęła głową, nie patrząc nawet na matkę. 
– Może lepiej poleź, Carolino. – Billy zmarszczył brwi. 
– Pomogę ci. 
– Nie bądź niemądra. 
– Chcę z tobą porozmawiać  – uspokoiła go ściszonym  głosem.  – A jeśli nie chcesz 

rozmawiać, usiądę i po prostu będę ci się przyglądać. 

Poszła za nim do kuchni i usiadła przy stole, który Hattie nakryła już do kolacji. 
– Jak dzieci? Były grzeczne? – spytał Billy. – Przykro mi, że cały dzień siedziały w 

domu. 

– Im też było przykro. Hattie zabrała je na trochę do szopy. Najpierw upewniłyśmy się, że 

nikogo nie ma na drodze. Bawiły się z twoim kotem, tym bez nogi... 

– To nie jest mój kot. On tam po prostu mieszka. 
– Będzie miał kocięta. 
– Cholera. – Billy potrząsnął głową. – A więc to kocica. Pojawiła się jakieś dwa tygodnie 

temu i została. Żywi się chyba myszami i szczurami. Jest tak duża i brzydka, że z początku 
myślałem, że to kocur, a nie kotka. 

Carolina roześmiała się, tym razem szczerze. 
– Przyznaj się, że nie potrafisz tego odróżnić. 
– Fakt – Billy podniósł głowę znad lodówki i uśmiechnął się do niej – nie potrafię. Z 

ludźmi jest łatwiej... 

Gdy tak na nią patrzył, poczuła w sercu dotkliwe ukłucie. Zdawało się, że jakaś bolesna, 

dawno zabliźniona rana odnowiła się i zaczęła krwawić. Uczucie to było tak intensywne, że 
przez chwilę Carolina nie słyszała słów Billy’ego, nie widziała przekornego błysku w jego 
oczach, a tylko patrzyła na tę mądrą, rozumiejącą twarz, twarz, którą znała tak dobrze. 

– Ona nie żywi się tylko myszami  i szczurami – wyjaśniła, wracając do rozmowy. – 

Hattie daje jej jedzenie, kiedy przychodzi sprzątać. 

– Hattie? No proszę. Pewnie już dała jej jakieś imię?
– Hattie nie. Kicia to zrobiła. 
– No tak, to ma sens. Mała dziewczynka zwana Kicią nadała imię mojemu kotu. I jak ją 

nazwała? Mary Sue Watkins?

– Trójnóg. 
– Bardzo oryginalnie. Tylko trochę... 
– Tak? – Niemal roześmiała się, widząc jego zmarszczone czoło. 
– Trochę mało poetycko. 
– Kicia potrafi być rzeczowa. 

background image

– A jej mama? Też taka jest?
– Nie, ale się stara. 
– Zamieniam się w słuch. 
Carolina odetchnęła głęboko, spoważniała. 
– Posłuchaj, Billy, chcę, żebyś o czymś wiedział – zaczęła. – Nie wiem sama, dlaczego... 

po prostu chcę. 

Wyglądał   tak,   jakby   sam   nie   był   pewien,   czy   chce   się   czegoś   dowiedzieć,   ale   nie 

zaprotestował. Wyciągnął z lodówki sałatkę, po czym nakruszył lodu do szklanek. 

– Wiem, jak wyglądało twoje życie z ojcem – powiedziała po chwili. – Ja też przez to 

przeszłam. 

Billy znieruchomiał. 
– Co masz na myśli? – zapytał powoli. 
– Champ był alkoholikiem... – Przerwała, potrząsnęła głową. – Nie, jeszcze gorzej. On 

nadużywał narkotyków. Nadużywał zresztą wszystkiego. 

Popatrzyła   na   niego,   a   on   nie   spuścił   wzroku.   W   jego   spojrzeniu   znalazła   coś,   co 

pozwoliło jej dokończyć owo wyznanie, na które trudno jej było się zdobyć nawet przed samą 
sobą:

– On mnie zastraszył i wykorzystywał. 
Billy milczał. Widziała, jak drgają mu mięśnie zaciśniętej szczęki. 
– Jak długo? – zapytał w końcu. 
– Nie umiem powiedzieć, kiedy to się zaczęło. – Zwiesiła głowę i wzruszyła ramionami. 

– Założę się też, że do końca tego nie zrozumiesz. Sama nadal tego nie rozumiem, choć 
ostatnio chodziłam do psychologa. Na początku sądziłam, że Champ robi to z miłości do 
mnie,   że   chce,   żebym   była   jak   najlepsza.   Krytykował   różne   drobiazgi.   Usiłowałam   się 
poprawić, żeby był zadowolony. Wtedy wynajdował coś innego. 

– Czy to, co robił... – Billy odstawił szklankę, którą trzymał w dłoni, jak gdyby obawiał 

się, że może ją zgnieść. – Czy to wychodziło poza krytykę?

– Tak. – Odwróciła wzrok. – Wychodziło. 
– Więc dlaczego z nim żyłaś? – spytał ostro. – Miałaś przecież dokąd odejść, prawda? 

Miałaś pieniądze. 

– Ciężko mi to wytłumaczyć. Sama dopiero zaczynam to pojmować. Ja... – Popatrzyła na 

stół,   na   drewnianą   powierzchnię,   która   widziała   już   tysiące   rodzinnych   kolacji,   setki 
rozlanych szklanek mleka. – Wychowano mnie tak, aby inni byli ze mnie zadowoleni. Ojciec 
miał prawie sześćdziesiąt lat, kiedy się urodziłam. Nie lubił hałasu i kłopotów. Musiałam 
siedzieć   cicho   i   grzecznie   się   zachowywać.   Matka   zawsze   była   zajęta   innymi   sprawami. 
Spędzała ze mną czas tylko wtedy, gdy robiłam dokładnie to, czego chciała. 

– Zgoda. Nie zapominaj jednak, że znałem cię w tamtych czasach – przypomniał jej. – 

Mimo wszystko miałaś swoje pomysły na życie i zdecydowane poglądy. Nie byłaś zahukaną 
dziewczyną i planowałaś, że zostaniesz kimś. 

– Byłam dziewczyną, która szybko zrezygnowała ze swoich marzeń i zrobiła dokładnie 

to, czego od niej oczekiwano. 

background image

Czuła   się upokorzona,  ledwie   wypowiedziała   ostatnie  słowo. Wstydziła  się,  a  jednak 

pragnęła mówić dalej, kontynuować tę spowiedź. 

– Champ był najlepszą partią w River County – westchnęła. – Nawet nie byłam pewna, 

czy go pragnę, ale kiedy dał mi do zrozumienia, że mogłabym zostać panią Graysonową, 
wpadłam po uszy. Nie potrafiłam oprzeć się pokusie. 

– Byłaś... 
– Byłam młoda – ciągnęła – i głupia. Ale wszyscy mi zazdrościli, bo on był przystojny i 

bogaty.   Traktował   mnie   jak   księżniczkę.   Kiedy   zgodziłam   się   za   niego   wyjść,   stał   się 
najważniejszy w moim życiu i bardzo nie chciałam go zawieść. Ilekroć powtarzał, że nie 
spełniam jego oczekiwań, starałam się jeszcze mocniej. I wierzyłam... wierzyłam, że ma rację. 

– Jestem adwokatem – wtrącił się Billy rzeczowym  tonem – i wiele razy miałem do 

czynienia z rozwodami.  Uwierz mi, wiem,  o co w tym  wszystkim  chodzi. Jednak ty mu 
pozwoliłaś... – Potrząsnął głową, jak gdyby słowa uwięzły mu w gardle. 

– Tak, pozwoliłam – przyznała. – Kilka razy dał mi w twarz, choć pobił mnie tylko 

dwukrotnie. – Przełknęła ślinę, zacisnęła dłonie na krawędzi stołu. – Po pierwszym razie 
odeszłam,   ale   mnie   odnalazł.   Obiecywał,   że   się   zmieni.   Po   śmierci   mojego   ojca   matka 
przeniosła się do Palm Beach, żeby tam znaleźć kolejnego bogatego męża. Pojechałam do 
niej, lecz ona wzięła stronę Champa. Mówiłam ci, wolno mi było z nią przebywać jedynie 
wtedy, kiedy robiłam to, czego chciała. Pod tym względem się nie zmieniła... 

– Potrzebowałaś jej pozwolenia, by móc zmienić swoje życie?
To było niemiłe pytanie, ale najzupełniej uzasadnione. 
– Nie – odparła Carolina. – Wróciłam do Champa, bo wierzyłam, że naprawdę się zmieni. 

Wierzyłam również, że jeśli do niego nie wrócę, jeszcze mocniej się uzależni. 

– Uznałaś więc, że możesz go ocalić. 
– Tak. A zamiast tego go zabiłam. 
– To trochę zbyt mocno powiedziane, nie sądzisz?
– Nie wiem. Nie pamiętam. Wiem tylko to, co mi powiedziano później. 
– Pamiętasz jednak, że Champ pobił cię dwa razy. Uśmiechnęła się i zażartowała smutno:
– Widzę, że rzeczywiście masz doświadczenia z rozwodami. Pewnie nieźle sobie radzisz 

na sali sądowej. 

Jednak Billy nawet się nie uśmiechnął. 
– Dwa razy? – powtórzył swoje pytanie. 
– Tak. Kiedy do niego wróciłam, na jakiś czas się poprawiło. Potem znowu zaszłam w 

ciążę, choć tego nie planowałam. Zabezpieczałam się, ale najwyraźniej nieskutecznie. Kiedy 
powiedziałam Champowi o ciąży, zaczął ostro pić. Odkryłam też, że regularnie wyjeżdżał z 
miasteczka, żeby kupić narkotyki. Pewnego wieczoru, niedługo po porodzie, postanowiłam z 
nim porozmawiać. Nie mogłam tego dłużej znosić, więc zagroziłam mu, że zabiorę dzieci i 
wyjadę.   Wtedy   się   na   mnie   rzucił.   Popchnął   mnie   na   ścianę   tak   mocno,   że   straciłam 
przytomność. Kicia nie miała jeszcze trzech lat, bardzo się wystraszyła... Kiedy się ocknęłam, 
nie było ani Champa, ani Kici. Jego rodzice wiedzieli, gdzie ją zabrał, ale nie chcieli mi 
powiedzieć. Szalałam z niepokoju. W końcu wrócił z nią i oczywiście obiecał, że się poprawi. 

background image

Jednocześnie ostrzegł mnie, że jeśli kiedykolwiek go opuszczę, znajdzie mnie, zabierze dzieci 
i już nigdy ich nie zobaczę. 

– I dlatego z nim zostałaś?
–   Nie   wiem.   To   była   mieszanina   różnych   uczuć.   Strach,   niechęć   do   siebie,   iskierka 

nadziei, że Champ rzeczywiście się zmieni, troska o dzieci. Przede wszystkim brakowało mi 
energii. Byłam bezwolna, słaba, otumaniona. Nie wiedziałam, co robić albo gdzie się udać, 
żeby chronić siebie i dzieci. Nie miałam do kogo się zwrócić. 

– A on wiedział, że nie masz wyjścia. 
– Wiedział. 
– Sukinsyn. 
Spojrzała na niego, po czym przeniosła wzrok na swoje ręce, te ręce, którymi nie potrafiła 

się obronić. 

– Sama mu na to pozwoliłam – powiedziała cicho. Billy podszedł do stołu i stanął na 

wprost niej. 

– Byłaś młoda i bezradna – stwierdził. – Nie miałaś w nikim wsparcia. A z tego, co 

słyszałem, on wykorzystywał tę twoją bezradność. Przestań się wreszcie obwiniać. Przyjrzyj 
się   temu,   co   się   stało,   i   wyciągnij   wnioski   na   przyszłość,   ale   nie   trać   czasu   na 
rozpamiętywanie, co też by się stało, gdybyś zachowała się inaczej. 

– Czasem zastanawiam się, czy wtedy celowo nie wypiłam za dużo. 
– Nie wierzę. 
– Dlaczego nie? Może planowałam zjechać z drogi i zabić Champa albo samą siebie. 

Nienawidziłam go. Pod koniec naszego małżeństwa po prostu go nienawidziłam. 

– Nic dziwnego. 
– Tak, ale czy miałam prawo go zabić? Czy miałam prawo usiąść za kierownicą i wjechać 

na  to  drzewo?   Mówię   ci  to,   bo  wiem,  że   sam  zadasz   sobie   te  pytania.   Ukrywasz  mnie, 
pomagasz mi... Być może pomagasz morderczyni. 

background image

ROZDZIAŁ 4

– Płuca są chyba czyste, ale z zapaleniem nie ma żartów. Musi pani nadal odpoczywać. 

Proszę się tylko nie przemęczać. Z tego, co widzę, już pani zdrowieje. 

Garth Brodie, młody lekarz, który opłacał zaległe czesne z akademii medycznej, pracując 

w przychodni publicznej w River County, zdjął stetoskop i zawiesił go na szyi. 

– Mówiłam Billy’emu, że już dobrze się czuję. – Carolina poprawiła bluzkę. – Ale on się 

uparł. Przykro mi, że pana tu ciągnął. Przyjmując tę pracę, pewnie nie spodziewał się pan 
wyjazdów na wizyty domowe. 

– Billy Ray pomógł kilku moim pacjentom dostać rentę inwalidzką, gdy nikt inny nie 

chciał wziąć ich spraw – odparł Garth. – Już choćby za to jestem mu coś winien. 

Carolina   domyślała   się,   że   aby   go   tu   ściągnąć,   Billy   musiał   powiedzieć   mu,   choćby 

oględnie, o jej sytuacji. Czuła się z tym niezręcznie, ale też była wdzięczna Billy’emu za 
troskę, a lekarzowi za fatygę. Byle tylko Garth umiał zachować dyskrecję. 

– Pewnie Billy powiedział panu, że nikt nie może się dowiedzieć o naszym dzisiejszym 

spotkaniu? – postanowiła się upewnić. 

– Owszem. – Garth zawahał się. – Czy... czy chce pani jeszcze o czymś porozmawiać?
– Dziękuję, nie. 
– Jeśli będzie pani czegoś potrzebowała, proszę dać znać. – Skończył  pakować torbę 

lekarską i sięgnął po marynarkę. 

– Właściwie – zawahała się – jest coś, o co chciałabym pana zapytać. 
– Tak? – Lekarz odłożył marynarkę na bok. 
– W grudniu miałam wypadek. 
– Słyszałem. 
– Przeszłam poważny wstrząs mózgu i nie pamiętam nic, co zdarzyło się tuż przed i 

podczas wypadku. Czy myśli pan, że kiedykolwiek to sobie przypomnę?

Słuchała uważnie, gdy wyliczał jej powody, dla których nie można dać jednoznacznej 

odpowiedzi.   Nie   widział   jej   karty.   Każdy   przypadek   różni   się   od   innych.   Nie   wie,   jaką 
zastosowano terapię i jakie podawano jej środki. 

–   A   ma   pani   przebłyski   pamięci?   –   spytał,   widząc   jej   rozczarowaną   minę.   –   Jakieś 

okruchy wspomnień?

– Czasem chyba tak. Zanim jednak zdołam im się przyjrzeć, znikają. 
– Cóż, to dobry znak. Może nie jest pani jeszcze gotowa, żeby je sobie przypomnieć. 

Czasami blokujemy traumatyczne wspomnienia, zanim nauczymy się stawić im czoło. Często 
jednak to zwykła fizjologia. Dlatego nie mogę niczego zagwarantować. 

– Można już? – Z drugiej strony drzwi rozległo się nagle głośne pukanie. 
– Proszę! – zawołał Garth. – Właśnie skończyliśmy. 
– Przesyłka polecona – oznajmił Billy, wchodząc do pokoju z Chrisem w ramionach. 

Usadził malca na łóżku, tuż obok mamy. – I co z nią, Garth?

– Nie jest źle. Antybiotyki zadziałały. Jest młoda i silna, organizm da sobie radę. Jeśli się 

background image

o niego zadba – odwrócił się do Caroliny – słyszała pani?

– Witaminy,  słońce, leżenie  w łóżku i regularne odżywianie  – wyrecytowała  jednym 

tchem. 

– Szkoda, że wszyscy moi pacjenci nie są tacy zdyscyplinowani – uśmiechnął się Garth. – 

Nie   zdziwiłbym   się   zbytnio,   gdyby   wypadek,   o   którym   pani   wspomniała,   osłabił   nieco 
odporność   organizmu.   Dlatego   mogła   pani   zapaść   na   zapalenie   płuc   nawet   po   zwykłym 
przeziębieniu. Stres odgrywa dużą rolę w tym, jak dajemy sobie radę z chorobą, powinna 
więc pani uciekać od zmartwień. 

–  Pracuję  nad  tym  –  uśmiechnęła   się do  Gartha.  Wyraz  jego twarzy nieznacznie   się 

zmienił, jak gdyby lekarz po raz pierwszy ujrzał w Carolinie kobietę. 

– Życzę powodzenia – powiedział – i zdrowia. Masz coś do mnie, Billy? – Odwrócił się i 

skinął głową. – Jeśli nie, to do zobaczenia. 

– Poczekaj. Odprowadzę cię do wyjścia. 
Gdy obaj mężczyźni zniknęli, Chris wdrapał się na kolana Caroliny, a ona położyła się na 

łóżku z malcem w ramionach. Zachichotała i przewróciła synka na plecy, łaskocząc go tak 
długo, aż zaczął wić się i śmiać. 

– Mamusiu?
Uniosła wzrok i ujrzała, że w drzwiach stoi Kicia. 
– Chodź tu, skarbie! – zawołała. – Pomożesz mi załaskotać na śmierć twojego brata. 
Gdy   powrócił   Billy   Ray,   cała   trójka   dokazywała   wesoło,   zanosząc   się   śmiechem. 

Carolina nawet nie wiedziała, że ich obserwował, dopóki nie dostrzegła go Kicia. 

– Przestań! – Chwyciła nagle matkę za ramię. – No, mówię ci, przestań!
Carolina   dostrzegła,   że   Billy   Ray   uśmiecha   się   do   nich   i   odwdzięczyła   mu   się   tym 

samym. 

– Chyba przyłapałeś nas na śmiechu – powiedziała. 
–  Jestem   oburzony.  –  Dla  żartu  zmarszczył   groźnie   czoło.  I  wtedy  Kicia  zeskoczyła 

gwałtownie  z łóżka, po czym  błyskawicznie  wybiegła  z pokoju. Chris natomiast  zarzucił 
ramiona na szyję matki i wtulił się w nią z całych sił. Dzieci najwyraźniej były wystraszone. 

– Co się stało? – spytał Billy. 
– Złapałeś nas na zachowaniu, które nie przystoi Graysonom. 
Na jego twarzy pojawił się wyraz niedowierzania. 
– Ale... 
– Wiem – westchnęła. – Trudno w to uwierzyć, prawda?
– Czy dzieciom nie wolno się śmiać?
– U Graysonów nie. Tam wszystko jest poważne i zgodne z etykietą. Dzieci powinny się 

zachowywać w taki sam sposób, jak dorośli. Naturalnie, wolno im się śmiać, ale cicho, na 
boku i w stonowany sposób. Jeśli śmiały się zbyt długo lub zbyt głośno, oskarżano mnie, że 
prowokuję je i psuję. Jeśli marudziły w nocy albo nie zjadały wszystkiego,  co miały na 
talerzach, to także była moja wina. 

Wiedziała, że przemawia przez nią gorycz, ale nie mogła sobie odmówić złośliwości. 

Billy był za to bardziej zdumiony niż oburzony. 

background image

– Z twoich opowieści wynika, że Graysonowie to potwory. 
–   Nie   chciałam,   żeby   to   tak   zabrzmiało.   –   Potrząsnęła   głową.   –   Nie   są   potworami. 

Niezupełnie. 

– Porozmawiam z Kicią – powiedział. – Powiem jej, że w moim domu dziecięcy śmiech 

jest   mile   widziany,   –   Nie   rób   tego.   Niech   sama   to   odkryje.   Będzie   miała   większą 
niespodziankę. Poza tym teraz i tak nie odpowie ci ani słowem. 

Billy   wciąż   nie   mógł   wyjść   ze   zdumienia,   więc   postanowiła   zmienić   temat.   Mimo 

wszystko ujawnianie rodzinnych zwyczajów wprawiało ją w zakłopotanie. 

– Dlaczego sprowadziłeś Gartha? – zapytała. – Mówiłam ci, że już dobrze się czuję. Nie 

ufasz mi?

– Nie w kwestii twojego zdrowia. Tak bardzo chcesz poczuć się lepiej, że podejrzewam 

cię o nadmierny optymizm. 

– Szczerze mówiąc, cieszę się, że moja diagnoza się potwierdziła. – Carolina wstała z 

malcem w ramionach. – Teraz mam na to prawdziwy dowód – Ale wciąż jesteś osłabiona. Nie 
możesz jeszcze wyjechać. Chyba tego nie planujesz?

–   Jeszcze   nie.   Na   pewno   jednak   jestem   wystarczająco   zdrowa,   żeby   nie   być 

darmozjadem. Kiedy byłeś w pracy, przygotowałam kolację. 

– Miałaś odpoczywać. To twój pierwszy dzień bez Hattie. 
–   Uwielbiam   gotować.   To   mnie   odpręża.   A   ty   powinieneś   po   prostu   powiedzieć 

„dziękuję”, a potem „jakie to smaczne!”. 

Billy wahał się przez moment. 
– Masz rację – powiedział w końcu. – Może po prostu lubię się tobą zajmować?
Przez chwilę Carolina stała nieruchomo. Billy znajdował się tak blisko niej, że mogła go 

dotknąć. Zmienił już garnitur na zieloną koszulkę i dżinsy, uczesał włosy. Miał piękne włosy, 
grube, błyszczące i gęste. Niezależnie od tego, co z nimi robił, zawsze opadały mu na czoło. 
Podobało jej się to, gdyż łagodziło rysy jego twarzy i sprawiało, że wydawał się bardziej 
przystępny. 

Nagle zapragnęła go dotknąć. Pragnienie było tak silne, że tylko ostatkiem sił zdołała się 

powstrzymać. 

– Chciałabym,  żebyś  traktował  mnie  inaczej  – odezwała  się zamiast  tego. – Nie jak 

kogoś,   kim   musisz   się   zajmować,   ale   kogoś,   kto   potrafi   sam   dać   sobie   radę.   Wiem,   że 
dotychczas było inaczej, ale teraz... 

– Carolino... 
To   on   ją   dotknął.   Delikatnie   musnął   palcami   jej   ramię,   zaraz   jednak   cofnął   dłoń   i 

dokończył:

–   Zajmowanie   się   tobą   i   obserwowanie,   jak   zdrowiejesz,   sprawiało   mi   przyjemność. 

Kiedyś byliśmy przyjaciółmi. Dobrze, że znów nimi jesteśmy. 

– Jesteśmy? Mimo wszystkiego, co było? Mimo kłopotów, jakie ci sprawiłam?
– Kłopoty, które mi sprawiłaś, to nic w porównaniu z tym, przez co sama przeszłaś. – 

Delikatnie pogłaskał ją po policzku. – Przestań wreszcie się zamartwiać. 

Miała ochotę zamknąć oczy, pozwolić opaść powiekom i rozkoszować się cudownym 

background image

dotykiem jego dłoni. A potem wtulić się w jego ciepły tors i słuchać, jak bije jego serce. 
Dobre serce. 

W sercu tym jednak nie było dla niej miejsca. Już nie. Nauczona przez Graysonów, jak 

kontrolować własne uczucia, Carolina powściągnęła tęsknotę, zdławiła w sobie żal i zdusiła 
czułość. 

– Pójdę przygotować kolację – powiedziała i odwróciła wzrok. 
– Tak. – Billy odsunął się szybko. – Pomogę ci, jeśli chcesz – zaproponował. 
– Chcę – odparła, po czym wyszła szybko z pokoju. 
Na dole posadziła Chrisa w rogu kuchni i dała mu zabawki, które przyniosła Hattie. Kicia 

rysowała coś w pokoju gościnnym. Było to jedno z nielicznych zajęć, za które chwalono ją w 
domu Graysonów. Carolina nie spodziewała się, żeby potrwało to zbyt długo – Kicia należała 
do żywych i gadatliwych dzieci – jednak nie zachęcała córeczki, aby przyłączyła się do nich. 
Kicia musiała sama odkryć, że w domu Billy’ego Raya Wainwrighta wolno jej być sobą. 

– Co mam robić? – spytał Billy, gdy Carolina zaczęła wyjmować z lodówki talerze. 
– Dodaj sos do sałatki. Zostaw tylko małą porcję bez sosu dla Kici. 
– Może być sos włoski?
– Doskonale. 
– Lubisz to samo co ja!
– Każdy lubi sos włoski. 
– Z wyjątkiem Kici. 
– Och, tak. Wiesz co? – odezwała się po chwili, wkładając zamarynowane mięso do 

piekarnika. – Przydałoby się czerwone wino. Masz jakieś?

Cisza, która nastąpiła po tym pytaniu, początkowo jej nie zaniepokoiła. Carolina uznała, 

że Billy zastanawia się po prostu nad odpowiedzią. Gdy jednak milczał zbyt długo, odwróciła 
się ku niemu, żeby sprawdzić, czy w ogóle ją usłyszał. 

Usłyszał.  Przyglądał  się jej  z zatroskanym  wyrazem twarzy,  a ona nie rozumiała,  co 

wywołało w nim taką reakcję. Dopiero po chwili się domyśliła. 

– Myślałam, że już to sobie wyjaśniliśmy – odezwała się rozdrażnionym głosem. 
– Ja... niezbyt dużo piję – odpowiedział jej, wyraźnie zakłopotany.  – Nie trzymam w 

domu alkoholu. Najwyżej piwo, ale piję je tylko w towarzystwie. 

– Billy, chciałam wina do duszonego mięsa. Nie zamierzałam wychlać sama całej butelki. 

– Czuła, jak jej twarz wykrzywia złośliwy grymas, więc zmusiła się do rozluźnienia mięśni. 
Billy   wiedział   o   niej   jedynie   to,   co   mu   powiedziano.   Nie   mogła   oczekiwać,   że   uwierzy 
wyłącznie w jej słowa, nie mając cienia dowodu. 

– Przepraszam – powiedział tylko. 
– Dla twojej wiadomości: rzadko pijam wino – wycedziła. – Boli mnie od niego głowa. 

Piwa nie piję nigdy, bo nie odpowiada mi jego smak. Najbardziej lubię gin z tomkiem, dużo 
toniku, mało ginu. Wypijam najwyżej dwa drinki wieczorem, ale tak naprawdę najbardziej 
lubię dobry jabłecznik z wisienką. 

– Nie musisz być złośliwa. 
– Chcę tylko, żebyś wiedział, że bardzo lubię być trzeźwa. W naszym domu ktoś musiał 

background image

być trzeźwy. 

– Nie powiedziałem, że było inaczej. 
– Ale pomyślałeś. 
– Nie, ty się bałaś, że tak pomyślę. 
– Dobrze, bałam się. Dziwi cię to?
– Ani trochę. 
– Rozumiem, chcesz konkretnych wyjaśnień. Powtarzam więc po raz kolejny: nie umiem 

powiedzieć, czy piłam tego wieczoru, gdy zginął Champ. Gwarantuję jednak, że nie piłam 
zbyt wiele w żaden z poprzednich wieczorów. Nie jestem alkoholiczką. 

– Mieszkałem z alkoholikiem – powiedział Billy po chwili milczenia. – Wiem, jaka to 

straszna choroba. Kiedy ojciec chciał się napić, był zdolny do wszystkiego. Od lat nie żyje, 
ale ubiegłego lata podczas remontu znalazłem  w jego sypialni  ukrytą  butelkę whisky,  do 
połowy opróżnioną. Tylko do połowy. Pewnie gdyby nie urwał mu się film, wypiłby całą... 

– Billy?
– Tak? – Popatrzył na nią nieobecnym wzrokiem. 
– Nie powiedziałeś, czy mi wierzysz. 
Milczał, gdy odwróciła się, aby zwiększyć płomień w piekarniku. Milczał, gdy mieszała 

potrawę, skrobiąc ze złością po ściankach półmiska. 

– Wierzę ci – powiedział w końcu. 
– Naprawdę?
– Jasne. Jeśli powiem, że nie, rozwalisz ten półmisek. Nie wiedziała, że stoi tuż za nią do 

chwili, gdy poczuła jego dłonie na swoich ramionach. Odłożyła  łyżkę i odwróciła się do 
niego. 

– Wiem, jak dobrze alkoholik potrafi kamuflować swoją chorobę – powiedział. – Jak 

doskonale potrafi udawać, nawet przed sobą samym, jak do końca umie się usprawiedliwiać, 
powtarzać, że to tylko tym razem, wyjątkowo, bo okoliczności były szczególne, ale tak w 
ogóle to panuje nad sobą i gdyby tylko chciał... Znam to wszystko doskonale – westchnął. – 
Chcę jednak, żebyś wiedziała, że mimo wszystko ci wierzę. Może przez chwilę zwątpię w to 
czy owo. Nic na to nie poradzę. Wierzę ci jednak i jestem po twojej stronie. 

Carolina przełknęła ślinę i pokiwała głową. 
– Wiem – szepnęła. – Dziękuję. 
Billy zawahał się przez moment, a potem przyciągnął ją do siebie i ucałował w czubek 

głowy.   Po   chwili   puścił   ją   i   podszedł   do   stołu,   gdzie   najspokojniej   w   świecie   zajął   się 
dodawaniem sosu do sałatki. 

Carolina nie wiedziała, co powiedzieć. Zresztą po co miałaby coś mówić? Odwróciła się i 

znów zaczęła mieszać potrawkę. Tym razem powoli i ostrożnie. 

Kicia najbardziej lubiła kolor czerwony. Kredki, które przyniosła jej Hattie, miały trzy 

różne odcienie czerwieni – jasną czerwień, ciemną czerwień i czerwień wpadającą niemal w 
pomarańcz.   Kicia   używała   wszystkich   tych   kolorów   do   kolorowania   książeczki   o   piesku 
biegającym wśród kwiatków. 

Nie   trzymała   się   konturów.   Nie   obchodziło   jej   to,   że   powinna.   I   tak   miała   zamiar 

background image

zamalować cały obrazek, więc kontury nie miały znaczenia. 

W   pewnym   momencie   czerwono-pomarańczowa   kredka   złamała   się   na   pół.   Kicia 

zachichotała. Podobał jej się chrzęst, jaki wydała łamana kredka. No i teraz miała dwie kredki 
zamiast jednej. 

– Cztery czerwone kredki – zanuciła pod nosem. – Cztery, cztery, cztery... 
Z kuchni dochodziły do niej ściszone głosy Billy’ego i mamy.  Wstrzymała na chwilę 

oddech   i   przestała   się   poruszać.   Nie,   nikt   nie   krzyczał.   Ten   Billy   Ray   chyba   nigdy   nie 
krzyczał. 

Jej tata krzyczał. Pamiętała to, chociaż wcale nie chciała. Zazwyczaj krzyczał na mamę, 

chociaż czasem zdarzało mu się wrzasnąć także na nią, Kicię, kiedy niechcący weszła mu w 
drogę.   W   końcu   wymyśliła   grę   w   niewidzialność.   Kiedy   cichuteńko   przemykała   się   pod 
ścianami, była niewidzialna. A gdy ojciec jej nie widział, nie miał na kogo krzyczeć. 

Na początku była bardzo zdziwiona, gdy po śmierci taty zamieszkała w domu dziadków. 

Tam nikt na nią nie krzyczał. Czasami tego żałowała, już nawet wolałaby krzyk. Czasem 
głucha cisza i lodowaty ton są jeszcze gorsze niż krzyk. Kiedy ktoś krzyczy, to przynajmniej 
wiadomo, dlaczego jest na ciebie wściekły. 

Znowu mocno przycisnęła kredkę i znowu ją złamała. 
– Pięć kredek – zanuciła. 
Nie miała pojęcia, dlaczego jest zła. 
Następnego dnia, wracając do domu po pracy, Billy Ray rozmyślał o swojej rozmowie z 

Caroliną. Nadszedł czas, aby dokonał wyboru. Albo musiał uwierzyć jej i pomóc, albo się 
wycofać. 

Nawet teraz, gdy o tym myślał, wiedział, że w duszy już wybrał. Jeśli wcześniej miał 

wątpliwości,   rozwiały   się   one   wczoraj   wieczorem,   gdy   obserwował,   jak   Caroliną   układa 
dzieci do snu. Mimo że była chora i przygnębiona swoją sytuacją, ani razu nie odezwała się 
do  nich  opryskliwie.   Widać  było,  że   je  kocha   i  chce  dla   nich  jak  najlepiej.   Umiała  być 
stanowcza, a kiedy trzeba – pobłażliwa. Troszczyła się o nie, lecz nie biegała za nimi jak 
kwoka. Bez wątpienia była mądrą matką i trudno było sobie wyobrazić, by mogła być wobec 
nich   nieodpowiedzialna,   jak   podobno   twierdził   sędzia   Grayson   Zresztą   maluchy   także   ją 
uwielbiały.   Wiedziały,   że   gdy   rozmawiają   z   mamą,   ona   zawsze   słucha   ich   uważnie. 
Wiedziały, że przy niej są nie tylko bezpieczne, ale także że Caroliną zrobi wszystko, żeby 
były szczęśliwe. Przede wszystkim zaś nigdy nie obawiała się okazywać im swoich uczuć, nie 
miały więc wątpliwości, że je kocha. 

Patrząc na nią, wiedział jedno – niezależnie od tego, co wydarzyło się tamtej grudniowej 

nocy,   ta   kobieta   nigdy   nie   powinna   być   odseparowana   od   swoich   dzieci.   Nie   była 
niezrównoważona,   nie   stanowiła   dla   nich   żadnego   zagrożenia.   Jedyne,   co   było   dla   nich 
naprawdę groźne, to perspektywa rozstania z matką. 

Teraz,   kiedy   Caroliną   czuła   się   na   tyle   dobrze,   aby   wyruszyć   w   podróż,   musiała 

zaplanować   następny   krok.   Billy   był   pewien,   że   sporo   o   tym   myślała,   choć   nic   mu   nie 
mówiła. Trochę się obawiał, że po powrocie do domu może jej nie zastać. Niewykluczone, że 
uważała to za najlepsze wyjście dla nich wszystkich. Myliła się jednak – on z pewnością nie 

background image

czułby się spokojny, dopóki nie upewniłby się, czy jest bezpieczna i może zapewnić dzieciom 
właściwą opiekę. 

– Przestań się oszukiwać – warknął sam do siebie i uderzył ręką w kierownicę. – Zależy 

ci na niej.. Znów ci na niej zależy, naiwniaku... 

To   prawda,   pragnął,   aby   była   zdrowa   i   bezpieczna,   jednak   rozumiał   już,   że   to   nie 

wszystko, że w gruncie rzeczy pragnie dla siebie – i dla niej – czegoś więcej. 

Kiedy skręcał na Hitchcock Road, wciąż zastanawiał się, co jej powie. Był tak głęboko 

pogrążony w myślach, że upłynęło trochę czasu, zanim zauważył samochody zaparkowane na 
swoim podjeździe. 

Jednym z nich było auto szeryfa, drugim ostatni model lincolna – zupełnie taki sam jak 

ten, który sędzia Whittier Grayson zostawiał codziennie przed budynkiem sądu. 

Billy Ray pomyślał najpierw o Carolinie, a chwilę później o Kici i Christopherze. Ani 

przez moment  nie brał pod uwagę własnej sytuacji. Przyjmując  Carolinę  pod swój  dach, 
naraził się sędziemu, to jasne. Wiedział to od samego początku i zdecydował się na to nie bez 
odrobiny satysfakcji. Kości zostały rzucone i Billy wcale tego nie żałował. 

Przeskakując po dwa schodki naraz, wbiegł na górę, po czym otworzył drzwi do sypialni. 

Carolina siedziała na sofie. Przytulała do siebie oba maluchy. Billy spodziewał się, że będzie 
lamentowała i błagała o litość, ale grubo się pomylił. 

Kiedy wszedł, nawet nie podniosła wzroku. Spokojnie ważyła  słowa, przez cały czas 

wpatrując się w sędziego. 

– Czuję się dobrze i bez problemu mogę zajmować się dziećmi – mówiła. – Dziękuję za 

troskę, ale nie wrócimy do waszego domu. Czas, żebyśmy sami zaczęli dawać sobie radę. 

Sędzia Whittier Grayson mógł budzić respekt swoim wyglądem. Dystyngowany, wysoki i 

barczysty, górował nad większością swoich rozmówców. Jednak to nie jego postura stanowiła 
o jego sile. Siwiejące włosy i nieco nijakie rysy twarzy stanowiły doskonałą oprawę dla 
przerażająco niebieskich oczu, które zdawały się przeszywać rozmówcę na wskroś. Billy Ray 
nie raz widział, jak sędzia wykorzystywał to na sali rozpraw. Potrafił uciszyć bądź speszyć 
najbardziej niesfornego świadka samym spojrzeniem. 

Teraz właśnie obdarzył nim Billy’ego. 
– Szkoda, Billy Ray, że nie starczyło panu przyzwoitości, żeby powiedzieć mi o tym, że 

gości pan u siebie Carolinę. 

– Nie mam nic wspólnego z tym, co dzieje się między panem a Caroliną – odparował 

Billy. – Jest dorosła i sama odpowiada za swoje czyny. 

– Z pewnością jest dorosła, ale nie wiem, czy wykradanie dzieci z mojego domu można 

nazwać odpowiedzialnym czynem. 

– Dzieci są moje i to ja powinnam się nimi zajmować – powiedziała spokojnie Caroliną. – 

W tych okolicznościach podjęłam najstosowniejszą decyzję. Będą ze mną, dopóki nie dorosną 
i nie zaczną żyć na własną rękę. Billy pozwolił mi tu dojść do zdrowia. Tak jak powiedział, 
nasze sprawy go nie dotyczą i nie musi o nich wiedzieć. 

– Ale wie, jak się domyślam. – Sędzia zmroził ją wzrokiem. – Jak śmiesz, Carolino! Jak 

śmiesz sprowadzać moje wnuki pod dach mężczyzny,  z którym  sypiasz? I to zanim twój 

background image

zmarły mąż zdążył ostygnąć w grobie!

– Nie będę z tobą dyskutowała o moralności. – Carolina wysunęła dumnie brodę. – Billy 

jest   moim   przyjacielem,   który   wyciągnął   do   mnie   pomocną   dłoń.   Obrażasz   go   swoimi 
podejrzeniami. Na szczęście on nie uwierzył w kłamstwa, które o mnie rozpowszechniasz. 

– Widzisz? – Sędzia Grayson popatrzył na Douga i bezradnie rozłożył ręce. 
Billy po raz pierwszy spojrzał na przyjaciela. Zastanawiał się, co on o tym wszystkim 

myśli.   Doug   nic   nie   powiedział,   zresztą   pytanie   sędziego   było   czysto   retoryczne.   Za   to 
spojrzenie szeryfa, utkwione w Carolinie, wyrażało, niestety, potępienie. 

– Powiedział pan już, co miał pan do powiedzenia, więc chyba powinien pan opuścić ten 

dom – odezwał się Billy. – Carolina z pewnością jest zmęczona, a dzieci głodne. 

– Wyjdę tylko z moimi wnukami. 
Billy przeniósł wzrok na Carolinę. Na jej twarzy widać było determinację i wolę walki. 
– Czyżbym źle oceniał sytuację? – zwrócił się do sędziego. – Czy przyznano panu prawo 

do opieki nad dziećmi?

– Nie, ale zamierzam wszcząć odpowiednie postępowanie. Chcę mieć pewność, że ona 

nie opuści tego stanu, gdy będę walczył o swoje wnuki. Zabiorę je ze sobą, aby się nimi 
opiekować. Na miły Bóg, czyżby pan nie widział, że tak będzie dla nich najlepiej?

– Widzę jedynie, że dopóki sąd nie przyzna panu odpowiednich praw, to Carolina będzie 

decydowała, gdzie i jak je wychowywać. 

– A ja widzę, że jest pan nie tylko kochankiem mojej synowej, ale także jej adwokatem. 
Billy Ray znów zerknął na Carolinę. Odpowiedziała ledwie dostrzegalnym skinieniem 

głowy. 

– Tak, jestem jej adwokatem – potwierdził, przenosząc wzrok na sędziego. – A co do 

pana sugestii, pozwolę sobie przypomnieć, że gdy Carolina tutaj trafiła, zdrowiała po ciężkiej 
chorobie. Przywiozła też dzieci. Nie skrzywdzę jej, może mi pan zaufać. 

–   Zaufać?   –   sędzia   roześmiał   się   sucho.   –   Budzisz   moją   litość,   młody   człowieku. 

Myślałem, że wyrósł pan ponad swoje środowisko. Myślałem, że dojdzie pan do czegoś, 
mimo że pana ojcem był żałosny pijak, który żył równie marnie, jak skończył. Teraz jednak 
widzę,   że   zarówno   pan,   jak   i   moja   synowa   nie   zasługujecie   na   nic   poza   tym,   żeby   jak 
najszybciej odebrać wam dzieci i posłać was do diabła. A później róbcie sobie, co chcecie, 
gzijcie się, ile wlezie i gdzie popadnie!

–   Prosiłbym,   panie   sędzio,   by   zważał   pan   na   słowa.   Na   to   także   są   odpowiednie 

paragrafy. 

– Dobrze, dobrze. Gra skończona, mój chłopcze. Wiem, gdzie są moje wnuki, i dopóki 

prawo nie odda ich w moje ręce, będę obserwował was oboje. 

Sędzia oderwał wzrok od Billy’ego i przeniósł go na Carolinę. 
– A ty, spróbuj je tylko wywieźć, a dopadnę cię choćby na końcu świata – wysyczał. – 

Rozumiesz? Dowiem się, gdzie jesteście, i zabiorę ci dzieci. Nigdy ich nie znajdziesz, bo nie 
jesteś ich warta. To skandal, że moje wnuki mają za matkę takie byle co!

Nagle   Kicia   zaczęła   płakać.   Była   wystarczająco   duża,   by   zrozumieć,   co   się   dzieje. 

Carolina pogłaskała ją delikatnie po głowie i powiedziała do Graysona zimnym, dobitnym 

background image

głosem:

– Idź już. Nie pozwolę, żebyś doprowadzał moje dzieci do płaczu. Idź i nie wracaj. 
– Doug – Billy Ray zrobił krok do przodu – wyprowadź stąd pana sędziego, natychmiast. 

To mój dom i moje prawo decydować o tym, kogo chcę w nim wiedzieć. 

Doug zawahał się, ale nie mógł zrobić nic innego. Ruszył w stronę sędziego, ten jednak 

wstał i sam skierował się do wyjścia. Opuścił pokój pierwszy, tuż za nim wyszedł szeryf. 

Cisza, która zapadła po wyjściu mężczyzn, przerywana była jedynie cichym szlochem 

Kici.   Ani   Billy,   ani   Carolina   nie   odezwali   się,   dopóki   nie   usłyszeli   zza   okna   silników 
odjeżdżających aut. 

– Jak on cię znalazł? – spytał w końcu Billy i wziął na ręce Christophera. 
–   Nie   powiedział.   Byłam   ostrożna,   lecz   nie   mogłam   wciąż   trzymać   dzieci   w   domu. 

Wyszliśmy się pobawić. Może ktoś zobaczył nas z drogi?

– Ktoś, czyim zadaniem było was odnaleźć – dodał Billy, sadzając Christophera w kącie z 

zabawkami. 

– Nic na to nie poradzimy. – Carolina odgarnęła kosmyk włosów z czoła Kici. – Nie 

martw się – powiedziała do córeczki. – Dziadek się wścieka, bo wyjechaliśmy. Ale przecież 
wiedzieliśmy, że tak będzie, prawda?

– Powiedział, że nas zabierze! Że nigdy nas nie znajdziesz!
– Rozzłościł się, to dlatego. Wiesz przecież, że nie pozwolę mu was zabrać. Nigdy w 

życiu. 

Kicia przywarła konwulsyjnie do matki. Trwała tak nieruchomo, aż wreszcie zmęczyła 

się i odsunęła. Carolina otarła z jej policzków łzy,  a potem wysłała małą do łazienki po 
papierowe chusteczki. Kiedy dziewczynka zniknęła, Carolina wstała i oznajmiła zwyczajnym 
głosem, patrząc twardym wzrokiem prosto przed siebie:

– Przygotowałam kolację. 
– Jesteś w nastroju do jedzenia? – Spojrzał na nią zdziwiony. 
– Dzieci powinny coś zjeść. Ty zresztą też. 
– Może później. Nie chcesz porozmawiać?
– O czym tu rozmawiać? Wstyd mi za niego. Wstyd mi, że tak mówił. O tym, że jesteś 

moim kochankiem. I o twoim ojcu. 

– A mnie jest przykro tylko dlatego, że to pierwsze niestety nie jest prawdą. 
Poruszyła  się niespokojnie i popatrzyła  na niego osłupiała. Po chwili uśmiechnęła się 

lekko, choć jej oczy wciąż jeszcze były wilgotne. 

– Zawsze umiałeś żartować i wiedziałeś, jak rozładować sytuację. 
– Zawsze mówiłem prawdę. Nadal to robię. Skoro i tak się mnie oskarża... 
– Naprawdę będziesz reprezentował mnie w sądzie? – szybko zmieniła temat. 
– Jeśli zadowolisz się synem miejscowego pijaczka. 
– Jesteś za dobry dla mnie, Billy. – Pokręciła głową. – Jesteś za dobry dla każdego w tym  

przeklętym mieście!

– Nie przesadzaj – uśmiechnął się skromnie, choć w głębi duszy ucieszyły go jej słowa. – 

Zastanówmy się raczej, czy rzeczywiście będziesz potrzebowała adwokata. Jeśli wyjedziesz i 

background image

postanowisz szukasz szczęścia gdzie indziej, może w ogóle... 

– Zostaję – przerwała mu krótko. 
–   Jesteś   pewna?   –   zapytał   zaskoczony,   choć   wcale   nie   nieszczęśliwy   z   powodu   tej 

odpowiedzi. 

– Słyszałeś, co on powiedział. Będzie mnie szukał. I w końcu znajdzie, niezależnie dokąd 

bym przed nim uciekła. Gdyby udało mi się tamtej nocy, nie zostawiłabym po sobie żadnych 
śladów. Teraz jest już za późno. On wie, że mi pomogłeś, wie kogo o mnie pytać. Ma czas na 
przygotowanie się do procesu, na zarzucenie sieci. Jeśli otwarcie nie stawimy mu czoła, nigdy 
nie będziemy bezpieczni. Zawsze będziemy trwożliwie oglądać się przez ramię. 

– Podejmujesz więc wyzwanie. 
– Tak. 
– Stajesz przeciwko Graysonowi i spodziewasz się go pokonać. 
–  Tak   –  potwierdziła.   –  Mam  ciebie  i   kilkoro  przyjaciół,  którzy  mi  pomogą.   Sędzia 

Sawyer nigdy nie przepadał za moim teściem. Jeśli w tym okręgu możliwe jest coś takiego, 
jak sprawiedliwy proces, myślę, że wygram z waszą pomocą. 

Billy podziwiał jej odwagę. Mało kto w Moss Bend poważyłby się na konfrontację z 

Whittierem   Graysonem.   Podziwiał   też   jej   roztropność.   Carolina   musiała   wiedzieć,   że   to 
prawdopodobnie   sędzia   Sawyer   byłby   przewodniczącym   składu,   gdyby   sprawa   trafiła   do 
sądu.   Sawyer   i   Grayson   już   od   dawna   mieli   ze   sobą   na   pieńku.   Sawyer   nie   był   tak 
wszechmocny, jak Grayson, ale w tym wypadku ostateczna decyzja należałaby właśnie do 
niego. Najwyraźniej Carolina starannie przemyślała całą sprawę, zanim dokonała wyboru. 

– Groził, że odbierze mi dzieci. Czy możemy to wykorzystać? – zapytała. 
– Jego słowo przeciwko twojemu. Nie sądzę, żebyśmy mogli liczyć na zeznanie Douga. 

Ja  jestem   twoim   adwokatem,   więc   nie   mogę   wystąpić   w  roli   świadka.   Powiedzą   też,   że 
kazałaś Kici tak mówić. Jednak jeśli Grayson groził raz, to może ponowić groźby przy innych 
świadkach. 

– Jakie mam szanse na zatrzymanie dzieci? Odpowiedz jako prawnik, nie mój przyjaciel. 
– Nie wiem – odparł szczerze. – Nie chciałbym wprowadzić cię w błąd, ale... 
– Ale?
– Nie ma żadnych gwarancji – przyznał z westchnieniem. – Frank Sawyer i twój teść 

mogą się nie lubić, ale obaj to dżentelmeni w starym, południowym stylu. Być może dojdą do 
wniosku,   że   powinni   trzymać   się   razem.   A   od   decyzji   przewodniczącego   składu   zależy 
wszystko. 

Przysunęła się bliżej, tak blisko, że mogła go dotknąć. Przez chwilę myślał, że to zrobi, 

jednak   tak   się   nie   stało.   Gdy   Carolina   przechyliła   głowę,   ujrzał   w   jej   oczach   tę   samą 
bezbronność, którą wcześniej widział w oczach jej dzieci. 

– Być może masz rację w każdej innej sprawie, lecz w jednej się mylisz – powiedziała. – 

Dziś w tym pokoju był tylko jeden dżentelmen. Bynajmniej nie mój teść. 

background image

ROZDZIAŁ 5

Maggie Deveraux, właścicielka tawerny „Błękitna Laguna”, mieszkała w starym domu na 

krańcu   Moss   Bend.   Na   podwórzu   rosły   pokryte   mchem   dęby   oraz   dorodne   jodły,   które 
obsypywały   obficie   trawę   igliwiem.   Jesienią   Maggie   zbierała   orzechy   laskowe   w   lasku 
rosnącym nieopodal jej posiadłości, a latem jagody i jeżyny. W ogrodzie Maggie znajdowała 
się huśtawka ze starej opony i piaskownica dla wnuków, które od czasu do czasu przyjeżdżały 
do niej z wizytą z Kalifornii. Przez większość roku jej wielki dom stał jednak niemal pusty i 
panowała w nim głucha cisza. 

Maggie była zachwycona, gdy Billy Ray zapytał ją, czy przyjmie pod swój dach Carolinę 

z dziećmi. Zażyczyła sobie jedynie symbolicznej opłaty, obiecała udostępnić kuchnię i inne 
pomieszczenia oraz zapytała Kicię o ulubiony kolor, by szybko przemalować pokój, który 
miał  służyć  za sypialnię  dziewczynki.  Kicia oczywiście  wybrała  czerwień, a Maggie bez 
mrugnięcia  powieką  pomalowała   pomieszczenie   na kolor  kwitnących   tulipanów.  Carolina 
odgrażała się, że wchodząc tam, będzie zakładała okulary przeciwsłoneczne, za to Kicia była 
zachwycona. 

Na szczęście Carolina miała za co żyć. Po śmierci Champa poprosiła teścia, by sprzedał 

dom, w którym mieszkała wraz z mężem i dziećmi, a po sprzedaży rozsądnie zainwestowała 
uzyskane   pieniądze.   Gdy   doszły   do   tego   regularne   wypłaty   z   polisy   ubezpieczeniowej 
Champa, mogła sobie pozwolić na skromne, ale przyzwoite utrzymanie. Billy zdziwił się 
więc, gdy w dniu przeprowadzki usłyszał z jej ust, że powinna zacząć zarabiać. 

– Muszę poszukać pracy – powiedziała, pakując kilka rzeczy, które udało jej się wynieść 

z domu Graysonów, do plastikowych toreb na zakupy. 

– Pracy? – Popatrzył na nią podejrzliwie. – Jesteś pewna? Pokiwała energicznie głową, 

nawet nie podnosząc wzroku. 

– I to szybko – dodała. 
Billy   pokręcił   z   niedowierzaniem   głową.   Minął   już   tydzień   od   wizyty   sędziego, 

zadziwiająco spokojny tydzień. Doug nie odpowiedział na żadną z wiadomości, które Billy 
zostawił mu na automatycznej sekretarce. Z sędzią Graysonem Billy spotkał się w sądzie, 
gdzie ten pierwszy wydał wyjątkowo niesprawiedliwy wyrok w sprawie prowadzonej przez 
drugiego. Billy liczył godziny do chwili, gdy rozpęta się piekło. 

– Właśnie teraz postanowiłaś szukać pracy? – Przytrzymał torbę, aby Carolina mogła do 

niej włożyć pluszowego konika Christophera. – Teraz, kiedy będziesz miała tyle spraw na 
głowie?

– Właśnie teraz. 
– A co z dziećmi?
–   Od   przyszłego   miesiąca   przedszkole   w   kościele   metodystów   tworzy   nową   grupę. 

Zapisałam   je   dziś   rano.   Muszę   pracować,   Billy.   Muszę   udowodnić,   że   mogę   sama 
zaopiekować się dziećmi. Champ i ja nie mieliśmy żadnych oszczędności. On przepijał każdy 
grosz, który udało mu się zarobić. Nie wiedziałam, że jest tak źle aż do chwili, kiedy po 

background image

wypadku wydobrzałam i przejrzałam jego papiery. Kłamał w sprawie naszych inwestycji. 
Przepuścił nawet oszczędności z funduszu powierniczego, który mój  ojciec ustanowił dla 
wnuków. Gdyby nie to, że składkę odejmowano mu bezpośrednio z pensji, nie miałabym 
teraz nawet pieniędzy z jego ubezpieczenia. 

Billy nie przypominał jej taktownie, że Graysonowie są milionerami i że z pewnością 

zostawią swój majątek Kici i Chrisowi. To przecież z nimi miała walczyć o dzieci. 

Wyjął torby z jej rąk i zaniósł je na dół. 
– Jakiej pracy zamierzasz szukać? – zapytał. 
–   Szczerze   mówiąc,   już   umówiłam   się   na   rozmowę.   Zdawał   sobie   sprawę,   że   choć 

Carolina usiłuje mówić niedbałym tonem, sprawa ta znaczy dla niej bardzo wiele. 

– Czyżby? – postarał się, aby jego ton zabrzmiał równie nonszalancko. – A co to takiego?
– Całkiem poważne stanowisko. Studiowałam kiedyś  razem z Jean Wilton, z Winton 

Mills w Georgii. Zadzwoniłam do niej, żeby zapytać, czy jej firma nie potrzebuje ludzi do 
pracy. Okazało się, że szukają doradcy personalnego. Robiłam specjalizację z zarządzania i 
psychologii,   więc   nadaję   się   na   to   stanowisko.   Przed   końcem   studiów   odbyłam   nawet 
półroczną   praktykę.   Lubię   pracować   z   ludźmi,   znajdować   odpowiednich   kandydatów   na 
określone   stanowiska,   pomagać   im   rozwiązywać   problemy.   Zrobiłabym   wszystko,   żeby 
utrzymać dzieci, ale ta praca to na szczęście nie tylko zarabianie pieniędzy. 

Billy pomyślał, że taka praca pomogłaby jej odzyskać wiarę w siebie. Chętnie wręczyłby 

jej podpisany kontrakt na srebrnym półmisku, ale doskonale wiedział, że angaż nie będzie taki 
łatwy. 

– Jakie masz szanse? – Ruszył do drzwi, a ona podniosła kolejne torby i poszła za nim. 
– Sama  nie wiem.  Jean obiecała  się za mną  wstawić. Wie,  jaka jestem i wie, że na 

studiach bardzo dobrze się uczyłam. Niestety, to nie ona będzie decydować, kogo zatrudnią. 
Załatwiła mi spotkanie, ale to ja muszę sobie na nim poradzić. Najgorsze jest to, że nie mam 
doświadczenia. 

– Kiedy masz to spotkanie?
– W piątek, o dziesiątej rano. 
– Co zrobisz z dziećmi?
– Zobaczę, czy któraś z dawnych przyjaciółek nie zechce mi pomóc. Niestety, większość 

z nich zniknęła z mojego życia tuż po wypadku. 

Dzisiaj Carolina nie wydawała się zgorzkniała, choć przecież miała do tego prawo. 
– O której musisz wyjechać? – zapytał. 
– O dziewiątej. A jeszcze lepiej o ósmej trzydzieści. Jazda zajmie mi godzinę, oczywiście 

pod warunkiem, że Doug Fletcher nie zatrzyma mnie na granicy okręgu. 

– Jeśli nie będę miał żadnych spotkań, możesz przyprowadzić dzieciaki do mojego biura 

– zaproponował. 

Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, a on po raz kolejny zdał sobie sprawę, że dla 

tych jej uśmiechów zrobiłby o wiele więcej. 

– Poproszę też Joela, żeby przygotował ci jakiś samochód – obiecał. – To może zbić z 

tropu szeryfa i jego ludzi. Jednak nawet jeśli cię ktoś zatrzyma, powinien puścić cię wolno, 

background image

gdy przekona się, że nie wieziesz ze sobą dzieci. 

– To pewnie skryte marzenie sędziego, co? – Wykrzywiła usta w gorzkim uśmiechu. – 

Odjeżdżam na zawsze z River County i zostawiam dzieci na zawsze. Automatycznie dostałby 
prawo do opieki. 

– Zatrzymasz ten samochód? – zapytał Billy, wkładając torby do bagażnika BMW. 
– Przez pewien czas. Nie chcę rozwścieczać Graysonów jeszcze bardziej, sprzedając go 

właśnie  teraz.  Na  pewno  sędzia   Sawyer   uznałby,   że  to   moja  zemsta.   On  nie   lubi  takich 
posunięć, straciłabym jego względy. 

– Jesteś pewna, że twój teść podarował ci to auto, żebyś pamiętała o wypadku?
– Całkowicie pewna. To Champ wybrał dla mnie BMW, chociaż wcale go nie chciałam. 

Potem Champ w nim zginął, więc sędzia nie przepuścił okazji, aby przypominać mi o tym za 
każdym   razem,   kiedy   siadam   za   kierownicą.   Nie   stać   mnie,   żeby   kupić   inne   auto,   nie 
sprzedając tego. Champ nie ubezpieczył tamtego samochodu, więc nie dostałam pieniędzy. 

– Musimy o tym wszystkim pamiętać w czasie rozprawy – pokiwał głową Billy – to 

bardzo ważne. 

– Przecież Champ nie żyje, nie weźmie udziału w rozprawie!
– Zobaczymy, jak potoczą się sprawy. Jeśli zdołamy udowodnić, że Champ nie był tym, 

za kogo wszyscy go brali, wykażemy, jak stresujący był dla ciebie wasz związek. Wtedy zaś, 
niezależnie od tego, co będą usiłowali udowodnić Graysonowie, sędzia Sawyer spojrzy na 
twoją sytuację nieco życzliwiej. 

– Champ to ojciec moich dzieci. Nie chcę mieszać go z błotem. 
– Dobrze by było,  gdyby Graysonowie  zgodzili się nie mieszać z błotem matki tych 

dzieci. 

– Okropność. – Carolina nerwowo zatrzepotała powiekami. – Dlaczego musi tak być? 

Przecież pozwoliłabym im odwiedzać dzieci. Kicia i Chris to ich wnuki, naprawdę potrafię to 
uszanować.   Dlaczego   chcą   mieć   prawo   do   wyłącznej   opieki?   Dlaczego   Grayson   chce 
koniecznie doprowadzić do procesu?

– No właśnie, dlaczego?
–   Bo  Whittier   Grayson   musi   kontrolować   wszystko   i   wszystkich!   Zniszczył   swojego 

syna, robiąc z niego bezwolną marionetkę. Champ mógł się buntować tylko w ten sposób. 

– W jaki?
– Prowadząc drugie życie, niszcząc sam siebie. I mnie przy okazji. 
– Tego argumentu nie możemy użyć w sądzie. To twoja prywatna ocena. 
– Wiem, ale to prawda!
– Wierzę ci. 
Carolina zamknęła bagażnik i spojrzała na niego poważnie. 
– Naprawdę? – zapytała. 
–   Przepraszam,   że   nie   od   razu   uwierzyłem   we   wszystko   –   westchnął.   –   Jestem 

prawnikiem. Dobry prawnik uważnie słucha, zanim zacznie wyciągać wnioski. Potem zaś 
daje z siebie wszystko, aby bronić tego, co uważa za słuszne. 

– To trochę zbyt idealistyczna definicja zawodu, nie sądzisz? Założę się, że bronisz też 

background image

winnych. 

– Wolę tych niewinnych – uśmiechnął się do niej. 
– Czy wiesz, że kiedy się uśmiechasz, zmienia się cała twoja twarz? Wiedziałeś o tym?
– Czyżby? – Skrzyżował ramiona. – Niby jak?
–   Nie   potrafię   tego   wytłumaczyć.   Zawsze   przyjemnie   na   ciebie   patrzeć.   Ale 

najprzyjemniej wtedy, kiedy się uśmiechasz. Na pewno kobiety już ci to mówiły. 

– Skąd ta pewność?
– A nie mówiły?
– Czy mam ci także powiedzieć, ile ich było?
– Fakt, myślałam o tym – przyznała szczerze. – Dlaczego właściwie się nie ożeniłeś, 

Billy? Świetnie radzisz sobie z dziećmi. Wiem na pewno, że w tym mieście są kobiety, które 
natychmiast rzuciłyby ci się w ramiona, gdybyś tylko poprosił je o rękę. 

– A niby skąd to wiesz?
– Po prostu wiem. 
– Prawie się ożeniłem. 
– Naprawdę? – Nie potrafił powiedzieć, jakie uczucie pojawiło się na moment na jej 

twarzy – czysta ciekawość, żal czy może zazdrość. 

– Naprawdę – odparł z westchnieniem. 
– Kim była ta szczęściara?
– Nie znasz jej. W końcu uznała, że wcale nie jest taką szczęściarą. Kiedy postanowiłem 

tu  wrócić,   żeby  zająć  się  Joelem,   nie  chciała   przyjechać   ze  mną.   I miała  rację.  To  była 
dziewczyna z wielkiego miasta. Nie podobałoby się jej w Moss Bend. 

– Przykro mi. 
– Mnie nie. Nie pasowaliśmy do siebie. 
– A kto by do ciebie pasował?
Billy nie był pewien, czy potrafi odpowiedzieć na to pytanie. A przynajmniej, czy potrafi 

odpowiedzieć właśnie tej kobiecie. 

– Ktoś, z kim mógłbym porozmawiać – powiedział w końcu. – O wszystkim i o niczym. 

O konflikcie na Bliskim Wschodzie i o pani Balou, która wyobraża sobie, że podglądają ją 
rozmaici mężczyźni. O tym,  dlaczego Bravesi sprzedali Dave’a Justice’a Indianom, i czy 
nasze dzieci powinny chodzić do szkoły prywatnej, czy państwowej. 

–  A  więc  chodzi  ci  o  kogoś, kto  jest  po prostu  rozmowny?   – Skrzywiła   się, udając 

rozczarowanie. – Ciężko mi w to uwierzyć. Wiele kobiet lubi gadać, Billy. Zbyt wiele. 

– Aha, uważasz, że zasługuję na kobietę wyjątkową. 
– Na pewno nie na zwykłą gadułę. 
Roześmiał się głośno, zaraz potem zamilkł. Zastanawiał się, czy Carolina zdaje sobie 

sprawę, że od jakiegoś czasu prowadzą szczególny, dobrze zakamuflowany flirt. Z początku 
nie chciał tego przyjąć do wiadomości, a jednak tak właśnie było. On uśmiechał się do niej i 
zaglądał jej w oczy. Ona przygryzała wargę i odpowiadała uśmiechem, a jej oczy błyszczały 
jak w dawnych, licealnych czasach. Kiedyś niemal żył dla podobnych chwil i podobnych 
uśmiechów. 

background image

Przechylił głowę i zatrzymał spojrzenie na jej ustach. 
– Wiesz, zawsze się zastanawiałem... 
– Ciekawe, nad czym – jej uśmiech się pogłębił. 
– Czy wiedziałaś, jak poważnie cię traktowałem, gdy chodziliśmy do liceum. 
– Poważnie? – Oparła się o samochód. Jej uśmiech zniknął, a oczy przybrały czujny 

wyraz. 

–   Pierwsza   miłość   to   ważna   sprawa.   Chyba   kochałem   cię   bardziej   niż   kogokolwiek, 

Carolino   –   powiedział,   patrząc   prosto   w   te   oczy,   wpatrzone   w   niego   z   dziwnym 
wyczekiwaniem. 

– Billy... 
– Nie wiedziałaś o tym?
– Zastanawiałam się... 
– Więc nic cię to nie obchodziło?
– Obchodziło  – zapewniła go żarliwie.  – Bardziej  niż mógłbyś  przypuszczać.  Byłam 

jednak niewolnicą swojego wychowania. Myślałam, że życie powinno ułożyć się jak bajka. A 
ty... 

– Byłem nie dla ciebie. 
– Miałeś ciężką sytuację rodzinną, wiedziałam, że nie dasz mi wszystkiego, czego wtedy 

pragnęłam. Wtedy – powtórzyła z naciskiem. – Poza tym nigdy nie powiedziałeś, że ci na 
mnie zależy. 

– A miałem prawo? Czy mogłem zapraszać cię do swego życia?
– Byłeś za bardzo odpowiedzialny. 
– Za bardzo się bałem. 
– Champ nie miał takich rozterek. Oferował mi gwiazdkę z nieba, szczęście do grobowej 

deski. Zgadzając się na małżeństwo z nim, myślałam, że zadowolę wszystkich. 

– Naprawdę tak myślałaś?
– I zadowoliłam wszystkich z wyjątkiem siebie samej. 
– Więc nie byłaś szczęśliwa? – Billy przysunął się bliżej. 
– Nie – szepnęła. 
– Nawet wtedy, na początku?
– Za każdym razem, gdy cię widziałam, szłam do domu i zaczynałam płakać. Tak bardzo 

za tobą tęskniłam... Mówiłam sobie, że wcale tak nie jest, że mi przejdzie. Jednak nigdy nie 
przeszło. Przez te wszystkie lata zbierało mi się na płacz na każde twoje wspomnienie, każdą 
myśl,   każdy   widok.   Szybko   zrozumiałam,   z   czego   zrezygnowałam   i   co   straciłam.   Ale 
przecież nie miałam już odwrotu. 

Billy   czuł,   jak   serce   bije   mocno   w   jego   piersi.   Był   wzruszony   i   w   pewien   sposób 

rozgrzeszony ze swego młodzieńczego  uczucia.  To serce nie okazało  się wcale naiwne i 
głupie, skoro Carolinie naprawdę na nim zależało. 

Opuścił ręce, jak gdyby chciał podkreślić, że zniknęła kolejna dzieląca ich bariera. 
– Dziwne, że znów o tym rozmawiamy – westchnął. – Jesteśmy o dwanaście lat starsi. Ty 

miałaś męża, ja... 

background image

– Kochanki? – Podniosła na niego wzrok. 
–   Przyjaciółki   –   poprawił   ją   z   przelotnym   grymasem.   –   Tak   czy   inaczej,   oboje   się 

zmieniliśmy. 

– To prawda. Teraz mam dzieci i opinię, która mogłaby ci zaszkodzić – pokiwała głową 

Carolina. – Teraz to ja jestem nieodpowiednią partią. 

– Jesteś bezbronna i wystraszona. Czekasz, by inni zadecydowali o twojej przyszłości. 
– Szczerze mówiąc, czekam na coś innego. 
– Na co?
– Aż mnie pocałujesz. 
Nie zrobił tego, choć przysunął się jeszcze bliżej. 
– To wszystko skomplikuje, Carolino – powiedział z głębokim westchnieniem. 
– Jeden pocałunek?
– Raczej jego konsekwencje. 
– Więc może na razie zróbmy tylko pierwszy krok – zaproponowała lekkim tonem. – 

Teraz mnie pocałujesz, a o konsekwencjach porozmawiamy przy innej okazji. Jeśli chcesz, 
odbędziemy na ten temat prawdziwą dyskusję. 

Billy roześmiał się cicho. Beztroski dołeczek w policzku Caroliny pogłębił się, ale jej 

oczy zdradzały uczucia, które były znacznie bardziej skomplikowane. Carolina była nie tylko 
bezbronna i wystraszona. Nie miała pewności, czy potrafi go zadowolić. Niepewna siebie, 
zmieszana,   ostrożna,   różniła   się   bardzo   od   śmiałej,   przebojowej   dziewczyny,   która 
fascynowała   go   w   młodości.   Czy   to   dziwne,   skoro   przez   całe   lata   pewien   mężczyzna 
powtarzał jej na każdym kroku, że nie jest dla niego wystarczająco dobra, a inny odmawiał jej 
prawa do własnej godności?

Gdyby Champ Grayson nadal żył, Billy chętnie zacisnąłby dłonie na jego gardle. Gdyby 

mógł zacisnąć dłonie na gardle jego ojca... 

–   Billy?   –   usłyszał   jej   niepewny   głos.   –   Champ   i   ja   nie   byliśmy   prawdziwym 

małżeństwem. Nie po tym, gdy odkryłam, że jestem w ciąży z Chrisem. A przedtem... też nie 
za bardzo. Nie wiem, czy to ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, jednak Champ zniknął z 
mojego   życia   znacznie   wcześniej   niż   pół   roku   temu.   Wiem,   że   to   nie   najlepiej   o   mnie 
świadczy, ale... 

– Przestań już – przerwał jej i objął ją mocno. – Champ nie żyje. Za to w tobie jest tyle 

życia. 

Pochylił się nad nią z westchnieniem. Już nie był tym chłopcem, który kiedyś, dawno 

temu, pocałował ją po raz pierwszy. Był teraz mężczyzną, który wie, czego chce; mężczyzną 
świadomym swych pragnień i swej władzy. 

Jej usta były miękkie, tak miękkie, jak kiedyś, równie szczodre i słodkie. Obudziły się w 

nim wspomnienia, pełne zapachów i dźwięków. Carolina przywarła do niego całym ciałem i 
zarzuciła mu ramiona na szyję, jak gdyby bała się, że mógłby ją odepchnąć, a wtedy jęknął 
cicho i zaczął całować ją śmielej. Przyjęła go, wpuściła do środka... 

I właśnie wtedy usłyszeli warkot silnika. Billy oderwał się od Caroliny i ujrzał samochód 

Douga   Fletchera,   wjeżdżający   ostro   na   podjazd.   Wciąż   trzymając   się   w   objęciach, 

background image

obserwowali, jak szeryf zatrzymuje radiowóz, patrzy chwilę w ich stronę, a potem cofa i 
odjeżdża Hitchcock Road w stronę miasta. 

Kicia nie miała najmniejszej ochoty iść do biura Billy’ego, robiła więc wszystko, żeby 

dać mu to do zrozumienia. W piątek rano, pięć minut po tym,  jak Carolina pojechała na 
spotkanie w sprawie pracy, Billy zrozumiał po raz kolejny, że upilnowanie Kici i Chrisa to 
zadanie ponad jego siły. 

– Pewnie nie chcecie urządzić sobie domku pod stołem w sali konferencyjnej? – Ku 

zdumieniu Billy’ego to Fran wykazywała więcej determinacji i jeszcze nie zrezygnowała z 
zabawienia   maluchów,   choć   poprzedniego   dnia   nie   omieszkała   mu   wypomnieć,   że   nie 
zatrudnił jej do opieki nad dziećmi. 

– Niby jak? – zażądała wyjaśnień Kicia. 
– Zarzucimy koc na stół. Poudajecie, że jesteście niedźwiedziami w jaskini. 
– Ja mogę udawać niedźwiedzia, ale Chris nie będzie chciał. On się boi ciemności. Boisz 

się ciemności? – Złapała brata za rękę, ten zaś natychmiast zaczął wrzeszczeć. 

– A może chcielibyście robić coś innego? – Billy Ray wziął Chrisa na ręce. 
– Nie – skrzywiła się Kicia. – Nie podoba nam się tutaj. 
– A to dlaczego?
– Bo tu śmierdzi. 
– Hm, to stare książki – wyjaśnił Billy. – Stary budynek... 
– Ohyda!
– Ja właściwie też tak uważam. Fran, koniecznie poszukaj nam nowego biura, dobrze?
– Twojemu ojcu to wystarczało. 
W   rzeczywistości   biuro   było   nawet   zbyt   eleganckie   dla   Yancy’ego,   przynajmniej   w 

końcowym okresie jego działalności. Długi ojca przejął zresztą Joel i to on zachował budynek 
dla wnuka, zaś jego front wynajął właścicielowi kwiaciarni Gabrielowi. Billy Ray wciąż miał 
kłopoty   z   wyobrażeniem   sobie   czasów,   w   których   Yancy   był   świetnie   prosperującym 
prawnikiem i potrzebował na potrzeby swojej kancelarii całego budynku. 

Teraz rozejrzał się dookoła, jakby trafił tu po raz pierwszy. 
– Może powinniśmy je nieco zmodernizować – powiedział. – Zadzwonisz po malarzy?
– A co byś powiedział na nową wykładzinę? – Fran natychmiast zaraziła się entuzjazmem 

szefa. 

– Niezła myśl. 
– A na nowych klientów, którzy zapłacą za te wszystkie zmiany?
– Mam mnóstwo klientów. 
– Ale nie takich, którzy płaciliby rachunki. 
– Czy to źle, że jestem taki hojny?
– Hojni faceci nie powinni zajmować się prawem. Znowu dzwoniła pani Balou. Teraz 

uznała że ci z jej werandy to prawdopodobnie kosmici. Chce, żebyś ich pozwał. 

– A widzisz. Jeśli wygramy, zyskamy pieniądze na remont... 
– Wygramy, jeśli zabierzesz stąd te dzieci. 

background image

– Nie przeszkadzają mi w pracy. 
–   Ale   mi   przeszkadzają.   Poza   tym   nie   powinny  się   tu   męczyć   w   taki   piękny   dzień. 

Pierwsze spotkanie masz dopiero o trzeciej, a tak się składa, że wiem, że wczoraj bardzo 
długo pracowałeś. Musisz zrobić sobie wolne, jasne?

– Słyszycie, dzieciaki? Możemy stąd iść. 
Kicia zmarszczyła nosek, zupełnie tak samo, jak jej mama. 
– A dokąd? – zapytała. 
– Lubisz się brudzić?
Mała przekrzywiła głowę, a Chris entuzjastycznie pacnął Billy’ego w ramię. 
–   Lubisz   smar,   olej   i   hałas?   –   pytał   dalej   Billy.   –   Jeśli   tak,   to   idziemy   naprawiać 

samochody!

– Naprawdę? – Popatrzyła na niego, podniecona i szczęśliwa. 
– Jasne. Tylko że tam też śmierdzi. 
Joel Wainwright nieuchronnie zbliżał się do osiemdziesiątki. Długoletnie przebywanie na 

słońcu   Florydy   sprawiło,   że   jego   skóra   była   pomarszczona   i   pełna   odbarwień.   Billy 
zaobserwował kiedyś, że Joel starzał się wprost proporcjonalnie do staczania się syna, więc 
już w wieku lat sześćdziesięciu wyglądał dużo gorzej niż by to wynikało z jego metryki. 

Ale nie zawsze był stary i zgorzkniały. Mając szesnaście lat, wyruszył na podbój świata i 

przez dziesięć lat nie było go w Moss Bend. Podczas wędrówki zrozumiał, że nie musi być 
biednym farmerem, tak jak jego przodkowie. Kiedy więc powrócił w rodzinne strony, był już 
doskonale   wykwalifikowanym   mechanikiem.   Jeszcze   przed   trzydziestką   miał   własny 
warsztat, a gdy ukończył trzydzieści pięć lat, punkt ów cieszył się olbrzymim powodzeniem w 
całym okręgu. 

Choć   Joel   nadal   potrafił   naprawić   gaźnik   z   szybkością   błyskawicy,   robił   to   ostatnio 

rzadko.  Nigdy nie  był  zbyt  gadatliwy,   lecz   teraz  wydawało   się,  że  większą  przyjemność 
sprawia mu rozmowa z klientami niż naprawa ich samochodów. Brudną robotę zostawiał 
swoim mechanikom, acz starannie kontrolował ich poczynania. Najczęściej jednak można go 
było znaleźć za ladą w poczekalni, gdzie podliczał rachunki na starej maszynie do liczenia, 
wyprodukowanej jakieś dwadzieścia lat przed powstaniem pierwszego komputera. 

Dziś, gdy do warsztatu przybył Billy Ray wraz z dziećmi, za ladą siedziała Dahlia. Ta 

ciemnoskóra kobieta pracowała u Joela od niepamiętnych czasów. Następnej zimy jej mąż, 
Pete, miał przejść na emeryturę i oboje planowali się przeprowadzić, aby być bliżej dzieci. 
Billy wiedział, że Joel będzie za nią tęsknił. 

Kicia uśmiechnęła się do Dahlii od progu, po czym natychmiast skierowała swe kroki ku 

lampie w rogu pomieszczenia. Lampa owa miała kształt różowego cadillaca i była prezentem, 
który Joel otrzymał od Dahlii na ostatnie urodziny. Kicia włączyła lampę, potem wyłączyła, 
potem znów włączyła i z zachwytem przypatrywała się złocistemu blaskowi. 

Gdy jedyny klient opuścił poczekalnię, zapewne niezbyt zachwycony tym widowiskiem, 

Dahlia uśmiechnęła się do Billy’ego. 

– Sam już powinieneś mieć co najmniej dwójkę dzieciaków – powiedziała. 
– A co, nie mam? Dziś te maluchy należą do mnie. Pomyślałem sobie, że oprowadzę je 

background image

po warsztacie. Jest gdzieś Joel?

– Naprawia samochód na stanowisku pierwszym. 
– Sam naprawia? A to dlaczego?
– Grady zachorował, a Jimmy poszedł na pogrzeb ciotki. Dziś chowają ją u baptystów. 
– Co naprawia?
– Chyba hamulce. To jeden z wozów szeryfa. 
– Tak? – Billy nie bardzo miał ochotę plątać się po warsztacie, kiedy będzie tu któryś z 

ludzi Douga. – O której przyjadą po auto?

– Joel obiecał, że ktoś podrzuci wóz na posterunek. Ktoś... – Dahlia pokiwała znacząco 

głową. – Pewnie miał na myśli mnie. Pomyśleć, ile ja robię dla tego człowieka. 

– Nie wiem, jak sobie poradzi bez ciebie. 
– E, da sobie radę. – Kiwnęła głową w kierunku Kici i Chrisa. – Znam tę dwójkę. To 

wnuki sędziego. 

– Zgadza się. 
– Co tu robią? – zniżyła głos. 
Billy był szczerze zdumiony, że Dahlia nie słyszała najświeższych plotek. 
–   Przyjaźnię   się   z   ich   matką   –   wyjaśnił   poufnym   tonem.   –   Dziś   rano   pojechała   na 

spotkanie w sprawie pracy. 

– A ty pilnujesz dzieci? Chociaż sędzia ma tyle służby?
– Carolina woli, żeby dziećmi zajął się ktoś inny. 
– Aha. 
Dahlia była bystrą kobietą. Billy Ray wiedział, że zrozumiała, o co chodzi. 
– A ty co tu robisz? – Do pomieszczenia wszedł Joel, wycierając ręce w wysmarowaną 

szmatę. Jego spojrzenie powędrowało w stronę dzieci, po czym i on zniżył głos i zapytał, 
marszcząc groźnie brwi: – Nie macie nic lepszego do roboty? Musicie się bawić moją lampą?

– A co mamy robić? – odparła Kicia i wzruszyła ramionami. Popatrzyła na Billy’ego. – 

Tu wcale nie jest brudno. Mówiłeś, że będzie. I nie śmierdzi. 

– Obiecałem im smar, smród i brudy. – Billy mrugnął do dziadka okiem. 
– No tak, mamy tego od groma. Może zasłońcie im te czyste ubranka. 
– Chris wciąż wszystko wkłada do buzi – wtrąciła się Kicia. – Musimy mieć na niego 

oko. 

– Dahlia, popilnujesz dzieci, kiedy ja i Billy zajrzymy pod maskę? – odezwał się dziadek, 

nie zwracając uwagi na małą. 

– A co? Potrzebujesz pomocy? – zapytał Billy. 
– Tak, kogoś silniejszego ode mnie. Zatkał się zawór odpowietrznika, a nie jestem już tak 

silny, jak kiedyś. Wkładaj kombinezon, chłopcze, i do roboty!

Kilka minut później, ku nieopisanej uciesze Kici, Billy założył  na siebie poplamiony 

kombinezon. Dahlia znalazła gdzieś firmową koszulę, podwinęła rękawy i ubrała w nią Kicię, 
tak   że   dziewczynka   wyglądała   teraz   niczym   malutki   mechanik.   Zielone   ubranko   Chrisa 
osłonięte zostało zniszczonym męskim podkoszulkiem. 

Billy podszedł do Kici i powiedział poważnie:

background image

– Będziemy potrzebować twojej pomocy. To narzędzia, którymi się posłużę. – Wyłożył 

wszystko na stół, pokazując jej każdy przedmiot i wymawiając głośno jego nazwę. – Myślisz, 
że zdołasz to wszystko zapamiętać? – spytał. 

– Jasne. A mogę wejść pod samochód?
Billy   natychmiast   pomyślał   o   ubezpieczeniu   Joela,   procesach   sądowych   i 

odpowiedzialności. 

– Ale tylko na momencik – zastrzegł. – I to wtedy, gdy skończymy. 
– A czy mogę coś naprawić?
– Na pewno znajdę coś także dla ciebie – obiecał. – Tylko nie w tym samochodzie. Ten 

trzeba tylko obejrzeć, zgoda?

– Zgoda. Podoba mi się ten zapach!
Stanowisko pierwsze pachniało benzyną i olejem, oponami i starą skórzaną tapicerką. 

Billy pomyślał, że dziewczynka z pewnością nie wdała się w swego dziadka. 

– To co, zaczynamy? – zapytał Joela. 
– Dobra, zobacz tutaj. Chyba naprawdę się starzeję, skoro nie umiem się z tym uporać. 
– E, pewnie obluzowałeś ją na tyle, że ktoś inny z łatwością da sobie radę. 
– Ktoś młody – uściślił Joel. – Ja jestem stary i zmęczony. 
– Kiciu! – zawołał Billy. – Przynieś mi klucz nasadowy. 
– Przecież masz go przy sobie – zauważył Joel. 
– Tak, ale ona o tym nie wie. 
Po   chwili   usłyszeli   łomot   spadających   na   podłogę   narzędzi.   Zaraz   potem   w   zasięgu 

wzroku ukazał się klucz nasadowy, popchnięty drobną dłonią dziewczynki. 

– Dobra robota! – zawołał Billy. – Właśnie tego potrzebowałem. A teraz podaj mi młotek 

– Najpierw odkręć ten cholerny zawór – mruknął Joel. 

– Już się robi. – Billy stęknął i naparł całym ciałem na klucz. – Poszło! – uśmiechnął się 

zadowolony. – Chcesz czegoś jeszcze?

– Tak, twojej krzepy. 
– Daleko mi do ciebie, dziadku. Kiedy byłeś w moim wieku... 
– To na pewno mniej gadałem. Teraz trzeba zmienić filtr oleju. Właź, ja jestem za stary, 

żeby pchać się pod te graty. 

Joel ciągle zrzędził, lecz Billy nie miał wątpliwości, że cieszy go towarzystwo wnuka i 

maluchów.   Pamiętał,   że   gdy   był   małym   chłopcem,   spędzał   tu   większość   czasu,   podając 
dziadkowi   narzędzia   i   ucząc   się   początkowo   prostych,   a   później   coraz   bardziej 
skomplikowanych   napraw.   Gdyby   nie   skończył   prawa,   mógłby   zarabiać   na   życie   jako 
mechanik. 

– Zaraz się tym zajmę – powiedział. 
– A ja muszę zadzwonić – oznajmił Joel. – Jak przyjdę, to pomogę ci skończyć. 
Billy   znów   przywołał   Kicię,   żeby   pokazać   jej,   co   dokładnie   zrobili.   Mała   była 

zafascynowana. Mały Chris także wydawał się całkiem szczęśliwy w ramionach Dahlii. 

– Teraz będę zmieniał filtr oleju. 
– Ja też mogę? – zapytała Kicia. 

background image

– Na razie popatrz. Powiem ci, co zamierzam zrobić. 
Jej oczy zalśniły, tak jak zapewne lśniły oczy jej koleżanek, gdy dostawały nowy domek 

dla lalki Barbie. Billy tymczasem włożył okulary ochronne, po czym wśliznął się pod auto, a 
Kicia przyłączyła się do niego. Pokazał jej najważniejsze części samochodu i wyjaśnił ich 
funkcje. 

– Filtr to coś takiego jak sitko, którego mama używa, gdy odcedza makaron, prawda? – 

skomentowała rezolutnie Kicia. 

– Działa na takiej samej zasadzie. A teraz uciekaj, strasznie tu brudno. 
– To fajnie!
– Twoja mama się wścieknie, jeśli będzie musiała zmywać olej z twoich włosów. 
Kicia zamruczała coś z niezadowoleniem, lecz zastosowała się do polecenia. 
Billy Ray pracował najszybciej, jak potrafił, ale filtr był całkowicie zatkany, podobnie jak 

zawór odpowietrznika. Ludzie szeryfa niespecjalnie dbali o swoje auta, więc często trafiały 
one do warsztatu Joela. Jęczał właśnie z wysiłku, próbując odkręcić kolejną śrubę, gdy nagle 
dobiegły go z oddali niezbyt wyraźne odgłosy zażartej kłótni. 

– Nie pozwolę wam na to! – usłyszał zdenerwowany głos Dahlii. 
– Nie masz tu nic do gadania! – odezwał się w odpowiedzi jakiś mężczyzna, z pewnością 

nie Joel. 

Billy wychylił się spod samochodu i rozejrzał dookoła. Kiedy nie zobaczył ani Dahlii, ani 

dzieci, wydostał się spod auta i szybko wybiegł na zewnątrz. 

Kobieta stała przed wejściem do garażu. Naprzeciwko niej pieklił się sędzia Grayson, 

który już trzymał Kicię za rękę, a teraz zapewne domagał się, by Dahlia oddała mu Chrisa. 
Jednak kobieta kurczowo przyciskała chłopca do siebie i bynajmniej nie miała zamiaru go 
puścić. Malec był zapłakany i potargany, jakby chwilę wcześniej sędzia lub młody pomocnik 
szeryfa usiłowali wyrwać go z jej objęć. 

– Co się tu dzieje? – Billy Ray stanął obok Dahlii. 
– Sędzia twierdzi, że dzieci mają iść razem z nim – wyjaśniła. 
Billy zdawał sobie sprawę, że Dahlia znalazła się między młotem a kowadłem. Jej mąż 

pracował   w   sądzie   przez   ponad   trzydzieści   lat   i   wkrótce   miał   przejść   na   emeryturę.   To 
właśnie   od   sędziego   zależało,   czy   zdoła   przepracować   ostatnie   miesiące,   aby   uzyskać 
wszystkie należne mu świadczenia. 

Mimo brudnych rąk, delikatnie wyjął Christophera z objęć kobiety i polecił jej łagodnie:
–   Idź   odebrać   telefon.   Tam   jesteś   potrzebna,   nie   tu.   Poczekał,   aż   Dahlia   zniknie   za 

drzwiami, i dopiero wtedy odezwał się do sędziego:

– Myślałem, że już to ustaliliśmy. Matką tych dzieci jest Carolina. Poprosiła mnie rano, 

żebym się nimi zaopiekował, i właśnie to robię. Jestem za nie odpowiedzialny i nie mogę 
oddać żadnego z nich bez pozwolenia ich matki. 

– Jak na rozsądnego faceta, nie zachowuje się pan zbyt rozsądnie – skrzywił się sędzia, 

nie puszczając dłoni wnuczki. 

– To pana zdanie – odparł Billy. – Najważniejsze jest to, że odpowiadam w tej chwili za 

dzieci Caroliny Grayson i obiecałem jej, że dziś po południu wrócą pod jej opiekę. 

background image

– Posłuchaj, młodzieńcze  – powiedział  powoli  sędzia.  – Moss Bend to małe  miasto. 

Żyjemy tu od lat po swojemu i nie lubimy zamętu. Każdy z nas ma swoje ambicje, nie za 
duże, na miarę tego miejsca i tego okręgu. Ja też nie jestem zbyt ambitny, nie potrzebuję 
niczego ponadto, co już mam. Postanowiłem być małomiasteczkowym sędzią i nim jestem, 
choć mogłem mieć więcej. Nigdy nie kandydowałem na senatora, tak jak ojciec Caroliny. 
Zostałem tutaj i wziąłem w posiadanie tę skromną część Florydy. Tak w ogóle to ode mnie 
zależy niewiele, ale tutaj akurat wszystko. I dlatego nie pozwolę odebrać sobie tego, co należy 
do mnie – zakończył dobitnie. 

– Dzieci należą do Caroliny – odparł Billy. 
– Tylko formalnie. A i to do czasu. Jak tam pana praktyka? – Sędzia zmienił nagle temat. 

– Ostatnio niezbyt często widuję pana na sali sądowej. 

Billy Ray zrozumiał, że temat wcale nie uległ zmianie. 
– Może przejdzie pan do sedna sprawy? – zaproponował – Niech pan od razu zacznie mi 

grozić. 

– Grozić? – powtórzył sędzia. – Doprawdy, nie zniżałbym się do tego. Oszczędzam moje 

groźby dla osób, które naprawdę mogą mi zaszkodzić. A pan? Pan jest dla mnie nikim. Pana 
praktyka jest nic nie warta, podobnie zresztą jak cały ten warsztat. Kiedy ludzie w River 
County zobaczą, że zadaje się pan z wariatką, która zabiła mojego syna i porwała te niewinne 
dzieci, zrozumieją, że i pan, i wszystko, do czego jest pan przywiązany, jest nic nie warte. Po 
tym wszystkim nie zechce pan tu dłużej mieszkać. A ja nie będę się temu dziwić. Trochę to 
potrwa, ale w końcu stanie się tak, jak powiedziałem. 

Billy czuł, jak narasta w nim wściekłość, ale postanowił nie podnosić głosu. 
– Wie pan co? Pomimo pana ambicji, choćby i małych, nie jest pan rządcą tego okręgu. 

Wainwrightowie mieszkają tu równie długo, jak Graysonowie. Niezależnie od pana zdania, 
zostanę więc tutaj. A teraz proszę puścić to dziecko. 

Billy przyciągnął do siebie Kicię i objął ją ramieniem. Dziewczynka zaczęła płakać. Ręka 

sędziego   opadła,   bowiem   przy   całej   swej   arogancji   Grayson   wiedział,   że   w   fizycznej 
konfrontacji jest bez szans. Pomocnik szeryfa, Al Cranson, który dorastał razem z Billym i 
Dougiem, zrobił krok naprzód, lecz wówczas Billy zmrużył oczy i wycedził:

– Ostrzegam. Zgodnie z prawem, dzieci są teraz pod moją opieką. 
– Skoro już się spotkaliśmy – odezwał się sędzia zmienionym tonem – to chciałbym pana 

powiadomić,   że   złożyłem   wniosek   o   przyznanie   mi   opieki   nad   dziećmi.   Oskarżam   moją 
synową o brak równowagi psychicznej. Mam dowody, świadków i wygram sprawę. 

– Zobaczymy. 
– I to już wkrótce. Najpierw uzyskam prawo do odwiedzania dzieci. Równie dobrze może 

pan już teraz je oddać. 

– Oddam je panu, kiedy zobaczę stosowny dokument. 
– Źle pan wybrał, Billy Ray. Nie pierwszy raz. Złe wybory to pana specjalność. 
– To pana prywatna opinia. 
– Zgodna z prawdą. 
– Pozwoli pan, że prawdę odkryjemy w czasie procesu, do którego panu tak spieszno. 

background image

Sędzia przyglądał mu się w milczeniu, a na jego twarzy błąkał się lekki uśmieszek. Billy 

Ray nie spuszczał z niego wzroku. W końcu Grayson odwrócił się i opuścił warsztat. 

background image

ROZDZIAŁ 6

– Billy Ray?
Billy uniósł głowę znad dokumentów, nad którymi pracował od trzeciej po południu. W 

drzwiach stała Fran, opierając ręce na pulchnych biodrach. 

– Jeszcze tu jesteś? – Odłożył długopis. 
– Bo ty tu jesteś – wyjaśniła cierpko. – Ale chciałabym już iść. 
– To idź. Muszę to skończyć. 
Fran podeszła do biurka i zgarnęła papiery, po czym ułożyła je w zgrabną kupkę. 
– Starczy na dzisiaj – orzekła. – Dotknij ich choć raz, a zrobię z nich konfeti. 
Billy odchylił  się na krześle i spojrzał przez okno. Na zewnątrz było już ciemno, co 

oznaczało, że prawdopodobnie minęła siódma. Obiecał Carolinie, że po pracy wpadnie do 
niej, aby opowiedzieć o dzisiejszych zajściach w warsztacie, na razie bowiem zdążył jej tylko 
wspomnieć o incydencie z sędzią i ostrzec ją, by nie spuszczała maluchów z oczu. 

Nie łudził się już, że jakakolwiek rozmowa z Graysonem odmieni jego punkt widzenia. 

Sędzia udowodnił raczej, że nie cofnie się przed niczym, by zdobyć swe wnuki na własność. 

– Masz rację, Fran. – Billy przeciągnął się na krześle. – Padam z nóg. Zaraz sobie pójdę. 
– Więc wyjdź przede mną, mój drogi. I nie myśl, że tak łatwo się mnie pozbędziesz. 
Uśmiechnął się, lecz wyraz twarzy Fran nie uległ zmianie. 
– No dobrze – westchnął. – Zadzwonisz do Caroliny, a ja spakuję rzeczy, zgoda? Powiedz 

jej, że zaraz przyjadę. 

Na myśl o rychłym spotkaniu z Caroliną poczuł przyjemny dreszczyk. Nie był z nią sam 

na sam od czasu pocałunku. Starał się go nie wspominać, jednak nie był w stanie oprzeć się 
pokusie   przeżywania   wciąż   na   nowo   rozkoszy,   która   wówczas   nim   zawładnęła.   Ten 
pocałunek był dla niego niczym odnalezienie utraconej przeszłości, niczym powrót do domu. 
Nie myślał już o Carolinie jak o utraconej miłości, lecz jak o miłości odrodzonej, aktualnej, 
ciągle żywej. 

Na   parkingu   postanowił   zaczekać,   aż   Fran   odjedzie   swoim   wozem,   i   dopiero   wtedy 

wsiąść do auta. Co prawda w Moss Bend przestępczość była raczej niewielka, ale nawet tu 
grasowali czasem złodzieje czy rabusie, zwłaszcza po zmierzchu. Pomachał do Fran ręką, lecz 
zdał   sobie   sprawę,   że   ona   także   zwleka   z   odjazdem,   chcąc   zapewne   zobaczyć,   jak   on 
opuszcza parking. Billy roześmiał się, zasalutował sekretarce i usiadł za kierownicą swojego 
taurusa. Dopiero wtedy usatysfakcjonowana Fran ruszyła do domu. 

Po południu nad Florydą rozszalała się burza i teraz, gdy zachodziło słońce, powietrze 

było rześkie i aromatyczne. Billy opuścił okna, chociaż Joel naprawił klimatyzację w aucie. 
Niemalże podjeżdżał już pod dom Maggie, gdy nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł. 

Rano obiecał Kici, że kiedy skończy pracować, znajdzie jej coś, co mogłaby naprawić. 

Niestety,  epizod z sędzią sprawił, że kompletnie wyleciało  mu  to z głowy.  Dziewczynka 
jednak pamiętała daną obietnicę i nie omieszkała wyrazić później swego rozczarowania. 

Teraz   pomyślał,   że   mógłby   podarować   Kici   jakieś   stare   narzędzia,   niepotrzebne   w 

background image

warsztacie, za to doskonałe do zabawy. Joel zawsze miał jakieś zapasowe narzędzia, podobnie 
jak stare części do samochodów. Nie wyrzucał ich, gdyż święcie wierzył, że nadejdzie jeszcze 
dzień, w którym mogłyby się przydać. Billy Ray postanowił opróżnić jedną ze skrzynek, 
włożyć do niej stare młotki, śrubokręty i klucze, a potem sprezentować cały zestaw małej 
miłośniczce samochodowej mechaniki. Kiedy Kicia się znudzi, narzędzia zostaną zwrócone, a 
jeśli się do nich przywiąże, Billy kupi dziadkowi nowy sprzęt. 

Na wszelki wypadek zadzwonił do Joela, aby upewnić się, czy ten akceptuje jego pomysł, 

a gdy dziadek się zgodził, Billy zawrócił auto na wąskiej drodze i ruszył do warsztatu. 

O tej porze w zakładzie nikogo już nie było. Billy zatrzymał się przed bramą i wysiadł, by 

ją otworzyć. Wsiadł z powrotem do wozu, zaparkował obok garażu i wszedł do poczekalni. 
Wewnątrz paliła się tylko jedna lampka, wokół budynku panowała całkowita cisza. Billy 
znalazł skrzynkę w miejscu, które wskazał mu Joel, a następnie udał się na stanowiska z 
samochodami,   aby   znaleźć   kilka   niepotrzebnych   części.   Po   drodze   włączył   radio   i 
kompletując narzędzia, słuchał śpiewu Dwighta Yoakhama, pogwizdując sobie pod nosem. 

Pierwszy cios całkowicie go zaskoczył. W jednej chwili pochylał się, by obejrzeć zestaw 

śrubokrętów, w następnej zaś leżał już jak długi na betonie. Zanim zdołał się pozbierać, ktoś 
usiadł mu na plecach i zdzielił w głowę po raz drugi. 

Billy szarpnął się, usiłując wstać, ale człowiek na nim trzymał go w potężnym uścisku. 

Zaraz   potem   zarzucił   mu   na   twarz   coś   szorstkiego   i   śmierdzącego   i   nagle   cały   świat 
zawirował i odpłynął. Billy ujrzał jeszcze tylko porysowany nosek buta, a potem zapadła 
ciemność. 

Wciąż   walczył,   wciąż   rozpaczliwie   usiłował   się   wyswobodzić.   Jednak   ten,   który   go 

zaatakował, był przygotowany na wszystko. Zacisnął na przegubach swej ofiary gruby sznur i 
uspokoił ją kopniakiem. 

– Zaraz znów oberwiesz – zagroził. 
Billy usiłował dopasować głos do którejś ze znanych mu twarzy. Na próżno. Odpoczął 

chwilę i szarpnął mocno nogami, które właśnie mu krępowano, a potem wierzgnął na oślep z 
całych sił. Chyba trafił swego prześladowcę, bowiem usłyszał wściekłe przekleństwo, a po 
nim podniesiony głos:

– Przytrzymaj go, idioto! Przytrzymaj mu nogi!
To był jednak inny głos niż ten, który słyszał poprzednio. Najwyraźniej zamierzało go 

pobić dwóch napastników. Wciąż wił się i kopał, ale z workiem zarzuconym  na głowę i 
związanymi rękami nie miał zbyt wiele szans. Gdy mężczyźni unieruchomili jego nogi, był 
już całkiem bezbronny. 

Szybko przestał się orientować, czym go biją, choć czuł, że głównie pięściami. W pewnej 

chwili usłyszał, że jeden z mężczyzn wziął do ręki jakiś przedmiot ze sklepowej półki. Zanim 
zorientował się, co to za narzędzie, stracił przytomność. 

– Na pewno nie chcesz nic zjeść, Carolino? Dla Billy’ego i tak zostanie wielka porcja. 
Carolina uśmiechnęła się do Maggie i potrząsnęła przecząco głową. 
– Nie lubię jeść bez niego – odparła. – Ale dziękuję, że tak się o mnie troszczysz. 

background image

– W takim razie trochę tu posprzątam. Usiądź i wypij swoją herbatę. 
Wcześniej Carolina obawiała się nieco zamieszkania u Maggie, ale teraz, po kilku dniach, 

wiedziała już, że to był dobry wybór. Maggie spędzała większość czasu w tawernie, a gdy 
wracała do domu, była życzliwa i przyjacielska. Jednocześnie wcale się nie narzucała, więc 
Carolina   mogła   się   czuć   u   niej   naprawdę   swobodnie.   Towarzystwo   dzieci   sprawiało   jej 
prawdziwą przyjemność, one zaś odwdzięczały się jej radosną spontanicznością, tak różną od 
narzuconego grzecznego zachowania, które prezentowały w obecności dziadków. 

– Wiesz,  chyba  zadzwonię  do Joela.  – Maggie  wytarła  ręce.  – Być  może  Billy Ray 

postanowił wpaść do dziadka. Powiem im, że czekamy z kolacją. 

Carolina dzwoniła już do biura Billy’ego, ale nikogo tam nie zastała, więc zostawiła tylko 

wiadomość na automatycznej sekretarce. 

– Dobry pomysł – skinęła głową – jeśli mu powiemy, że czekamy na niego z jedzeniem, 

nie wpadnie do baru na hot-doga, tylko przyjedzie prosto do nas. 

– Wobec tego zaraz wracam. 
Carolina podeszła do zlewu i dokończyła zmywanie naczyń. Nie zdążyła wytrzeć rąk, gdy 

Maggie ponownie wpadła do kuchni. 

– Dodzwoniłam się! – oznajmiła. – Joel mówi, że Billy pojechał jeszcze do warsztatu. Ale 

tylko na chwilę. 

– Jest już bardzo późno. 
– Pewnie właśnie dojeżdża. Gdyby miał zabawić tam dłużej, na pewno zadzwoniłby, że 

się spóźni. 

– Niekoniecznie. Nie mówiłam mu o dzisiejszej kolacji – westchnęła Carolina. – Moim 

zdaniem pojechał do warsztatu, ale potem jeszcze gdzieś wstąpił. Nie ma go już strasznie 
długo. 

Mimo wszystko nieobecność Billy’ego niepokoiła ją coraz bardziej. Skoro w południe 

obiecał jej, że przyjedzie wieczorem, to nie marnowałby czasu na piwo i hot-dogi, to nie było 
do niego podobne. Gdyby wypadło mu jakieś nieoczekiwane spotkanie z klientem, na pewno 
nie kazałby jej czekać, tylko zadzwonił, choćby na moment. 

Maggie także wyglądała na zaniepokojoną, więc Carolina po raz pierwszy odważyła się 

powiedzieć:

– A jeśli coś mu się stało?
– Możemy zadzwonić do warsztatu, ale na pewno nikt nie odbierze. Zawsze włączają 

sekretarkę. 

– Chyba się tam przejadę. To przecież kilka minut drogi stąd. Zerkniesz na dzieci? – 

Kicia  i  Chris, którzy  już  dawno zjedli  kolację,  siedzieli  w piżamach   w  drugim  pokoju  i 
oglądali w telewizji film o afrykańskich słoniach. 

– Oczywiście, idź – odparła Maggie. – Zmyj mu głowę, że o nas zapomniał, i wracajcie 

szybko!

Carolina   wsiadła   do   swojego   BMW   i   ruszyła   do   miasta,   skręcając   na   pierwszych 

światłach   w   kierunku   warsztatu.   Domyślała   się,   że   jej   niepokój   o   Billy’ego   może   być 
przesadny i całkowicie  nieuzasadniony,  wolała  jednak sprawdzić to sama  niż czekać  bez 

background image

końca. 

W warsztacie było ciemno, paliła się tylko blada jarzeniówka. Carolina okrążyła parking 

w poszukiwaniu samochodu Billy’ego, a kiedy go ujrzała, jej serce zaczęło bić szybciej. Nic 
nie wskazywało na to, żeby w warsztacie ktoś był  – nie było widać żadnych świateł ani 
słychać odgłosów. Z początku chciała zadzwonić na policję, ale gdy tylko przypomniała sobie 
twarz Douga Fletchera, zrezygnowała. Zaparkowała obok auta Billy’ego i wysiadła. 

Podeszła do tylnych drzwi, które ku jej zdumieniu, były otwarte. 
– Billy? – Zerknęła w głąb ciemnego holu. – Jesteś tu? Odpowiedziała jej cisza. 
Znalazła kontakt i włączyła światło. Znajdowała się teraz w poczekalni, pełnej podartych 

papierów i poprzewracanych mebli. Zasłoniła usta dłonią, żeby nie krzyknąć. Ktoś tu był! 
Ktoś   pozbawiony   skrupułów,   kto   najwyraźniej   czegoś   szukał   albo   z   czystej   złośliwości 
powyrzucał dokumenty i książki na podłogę. 

Czy napastnik czaił się gdzieś w pobliżu? Może skrył się w cieniu? Przez chwilę Carolina 

czuła przemożną chęć ucieczki, ale powstrzymała ją myśl o tym,  że Billy być może leży 
gdzieś na terenie warsztatu i oczekuje pomocy. Stała więc cicho i wsłuchiwała się w złowrogą 
ciszę, która wypełniała mroczne pomieszczenia. 

Pomyślała,   że   powinna   znaleźć   sobie   coś   do   obrony   przed   ewentualnym   atakiem. 

Dostrzegła  na podłodze nożyczki,  które wypadły zapewne z wyrwanej  z biurka szuflady. 
Schyliła się i podniosła je z podłogi. 

Z trudem przypominała sobie rozkład budynku. Po lewej znajdowała się hala, w której 

dokonywano  napraw, po prawej magazyny i pomieszczenia  biurowe. W którym  kierunku 
poszedłby Billy?

– Billy! – krzyknęła głośno, ale znów nie doczekała się odpowiedzi. 
Postanowiła ruszyć w stronę hali. Doszła do drzwiczek, pchnęła je i zaczęła iść ostrożnie 

w stronę stanowisk. 

– Billy?
W   rogu   paliła   się   mała   lampka.   W   jej   świetle   niewiele   można   było   zobaczyć,   więc 

Carolina oparła rękę na ścianie, żeby namacać kontakt. Przesunęła się nieco na lewo, aż W 
końcu   poczuła   pod   palcami   przełącznik.   Nacisnęła   go   i   wtedy   jaskrawe   światło   zalało 
pomieszczenie. 

Billy Ray leżał bez ruchu przy drugim stanowisku. 

W domu Maggie, w sypialni dla gości, Garth oczyścił ranę na głowie Billy’ego i zalepił 

plastrem. 

– Co to było, jakiś łom? – zapytał. 
– Pewnie tak. 
– Mogli cię zabić. 
– Nikt nie zamierzał mnie zabijać. Chcieli tylko przestraszyć. .. – Zerknął w górę i ujrzał, 

że Carolina przygląda  mu się z uwagą. Zauważyła,  że to właśnie ze względu na nią nie 
dokończył zdania. 

Chciało jej się płakać. Wcześniej zdołała jakoś przeciąć więzy krępujące Billy’ego i go 

background image

ocucić.   Potem   zawlokła   go   do   samochodu   i   czym   prędzej   zawiozła   do   Maggie.   Worek 
zawiązany na głowie mężczyzny ochronił go nieco przed ciosami, ale i tak Billy był cały w 
ranach i siniakach. Nie zgodził się iść do przychodni na ostry dyżur, ale pozwolił Maggie 
wezwać Gartha. 

– Chyba zgłosisz to na policję, co? – spytał Garth. 
– Joel  jest już u szeryfa.  Zawiadomił  go o włamaniu  do warsztatu  – poinformowała 

Carolina. 

– Ale co z napadem? – Garth nie wydawał się usatysfakcjonowany, – Jutro odszukam 

Douga Fletchera i utnę sobie z nim pogawędkę. – Billy skrzywił się, gdy Garth dotknął jego 
ramienia. 

– Twarda z ciebie sztuka, Billy Ray. – Lekarz uśmiechnął się pod nosem. – Nie sądzę, 

żeby   cokolwiek   było   złamane,   ale   trzeba   będzie   zrobić   prześwietlenie.   Przyjdź   jutro.   I 
żadnych wymówek. 

– Dobrze. Dzięki. 
– Carolino? – Garth spojrzał na nią, prosząc wzrokiem o wsparcie. 
– Przyjdziemy – potwierdziła – nawet gdybym miała go związać i zawlec tam siłą. 
– Wobec tego zostawiam Billy’ego pod pani opieką. Proszę go budzić co dwie godziny i 

sprawdzać źrenice. Objawy wstrząsu mózgu czasem przychodzą z opóźnieniem. 

1   oczywiście   proszę   dzwonić,   gdyby   coś   się   działo.   –   Odwrócił   się   i   popatrzył   na 

Billy’ego. – Teraz ty będziesz musiał odpoczywać – powiedział. – Minie sporo czasu, zanim 
dojdziesz do siebie. 

Do pokoju wpadła Maggie z torebką lodu. 
–   Boże,   nawet   nie   wiem,   od   których   siniaków   zacząć   –   westchnęła.   –   Billy   Ray, 

wyglądasz, jak gdybyś stoczył najcięższą walkę w tawernie. 

– Tam przynajmniej bym widział, kto mnie bije. Garth zabrał Maggie na stronę, aby 

poinstruować ją, jak ma opiekować się Billym. Gdy zostali na chwilę sami, Carolina uniosła 
dłoń Billy’ego do ust i ucałowała ją delikatnie. 

– Oboje wiemy, kto to zrobił – powiedziała. 
– Możemy się tylko domyślać. Nikogo nie widziałem. Nie rozpoznałem głosów. 
– Ja wiem, że to robota mojego teścia. Jestem pewna, że u Joela nic nie zginęło. Whittier 

wynajął tych łajdaków, a oni pojechali za tobą do warsztatu i pobili cię do nieprzytomności. 

Do pokoju powróciła Maggie. 
– Zacznę od ramienia – stwierdziła, przykładając okład do rany. – Jak będzie bardzo 

bolało, mam od Gartha środki przeciwbólowe. 

Carolina wstała z łóżka. 
– Zostawię was. Zobaczę, co z dziećmi. Potem będę musiała na chwilę wyjść – dodała 

ciszej. 

– Dzieciaki śpią, sprawdziłam – uspokoiła ją Maggie. – Całe szczęście, że poszły do 

łóżek, zanim wróciłaś z tym workiem kartofli. A jeśli chcesz wyjść, to zaczekaj do jutra. Nie 
będziesz chyba sama łazić po nocy... 

– Ciii... – Carolina położyła palec na ustach i pociągnęła Maggie do drzwi. – Muszę coś 

background image

załatwić – wyjaśniła, stając na progu. – Będę uważać. 

– Tylko pamiętaj, dziewczyno – Maggie popatrzyła na nią surowo – nie zrób jakiegoś 

głupstwa. 

– Nie martw się. To nic wielkiego, powinnam to była załatwić już dawno temu. 
Na zewnątrz  świecił  księżyc,  a niebo  pełne było  gwiazd.  Carolina  wsiadła  do auta  i 

pośpiesznie   wyjechała   z   podjazdu   prowadzącego   do   domu   Maggie.   Do   posiadłości 
Graysonów   dotarła   w   kilka   minut.   Jej   teściowie   nigdy   nie   przeprowadzili   się   na   modne 
ostatnio przedmieścia po zachodniej stronie miasta, więc ich imponującej wielkości dom stał 
w najstarszej części Moss Bend, otoczony podobnymi sobie budowlami, w tym domem, w 
którym Carolina spędziła dzieciństwo i młodzieńcze lata. 

Jeszcze podczas jazdy uświadomiła sobie, że tego wieczora, jak w każdy trzeci piątek 

miesiąca, Graysonowie wraz z pięcioma innymi parami z okolicy spotykają się na brydżu. Co 
miesiąc   spotkanie   odbywało   się   w   innym   domu,   a   dziś   to   właśnie   Gloria   i   Whittier 
podejmowali gości u siebie. Carolina przypomniała sobie, jak Gloria upominała ją, żeby przy 
podobnych   okazjach   dzieci   zachowywały   się   wyjątkowo   grzecznie.   Pewnie   jej   zdaniem 
byłoby najlepiej, gdyby na ten czas w ogóle zniknęły, żeby nie przeszkadzać dorosłym. 

Nie obchodziło jej to, że teściowie przyjmują gości. Była tak zła, że nic nie było w stanie 

jej powstrzymać. To nawet lepiej, jeśli wykrzyczy swoje rację w obecności połowy miasta. 
Zbyt długo już milczała. 

Miała na sobie niebieską bawełnianą koszulkę, szorty w paski i sandały. Wiedziała, że 

pozostali goście będą odświętnie obrani, lecz to tylko podsycało jej bunt i dodawało odwagi. 
Nikt nie pomyśli, że została zaproszona, nawet gdyby teściowa usiłowała tak to przedstawić. 

Kobieta, która otworzyła drzwi, była najważniejszym powodem, dla którego przyjęcia 

Glorii   cieszyły   się   takim   powodzeniem.   Dziś   Inez   miała   na   sobie   czarny   strój   z 
wykrochmalonym białym kołnierzykiem i jak zwykle była ponura. Jej mrukliwe usposobienie 
nie   przeszkadzało   jednak   gospodarzom   –   najważniejsze,   że   Inez   była   wzorową  służącą   i 
przygotowywała pyszne przekąski. 

– Pani Carolina? – Zmarszczyła czoło na jej widok. – Mamy dziś przyjęcie.... 
– Wiem – ucięła  Carolina  i przeszła  obok niej  do holu.  Przyjęcie  nie  przeniosło się 

jeszcze do jadalni. Goście rozmawiali i pili drinki po drugiej stronie olbrzymiego korytarza, w 
pomieszczeniu zwanym przez Glorię „pokojem rodzinnym”. Zabawne, czyżby w tym domu 
rodzinna   atmosfera   zarezerwowana   była   tylko   dla   jednego   pomieszczenia?   Ale   i   w   nim 
panował wyniosły chłód i maskowana przepychem nuda – kryształowy żyrandol zwisający z 
wysokiego sufitu, starannie wybrane francuskie antyki, grube perskie dywany.... 

– Proszę poczekać! – zawołała za nią Inez. – Zaraz zawołam panią Glorię!
– Nie trudź się. Sama ją znajdę. 
– Pani Carolino, nie wolno... 
Służąca nie zdołała jej zatrzymać. Carolina weszła energicznym krokiem między gości i 

zatrzymała się na środku. Goście stali w małych grupkach, wszyscy z drinkami w dłoniach i 
uprzejmymi  uśmiechami  przylepionymi  do twarzy.  Po jej wejściu rozmowy ucichły,  a w 
pokoju zapanowała cisza. Gloria ruszyła w stronę synowej, lawirując między gośćmi. 

background image

O   dziwo,   sędzia   jeszcze   jej   nie   dostrzegł.   Pogrążony   był   w   rozmowie   z   mężczyzną, 

którego Carolina rozpoznała jako nowego bankiera swojej rodziny. Przypomniało jej to, że 
rodzina   Waverly   odegrała   ważną   rolę   w   historii   Moss   Bend.   Miała   nadzieję,   że   ludzie 
zgromadzeni w tym domu będą o tym pamiętać i dzięki temu uważnie wysłuchają tego, co 
miała do powiedzenia. 

Kiedy podeszła bliżej, sędzia zauważył, że w pokoju panuje idealna cisza. Odwrócił się, 

lecz na widok Caroliny nie zareagował ani lękiem, ani gniewem. 

– Co cię sprowadza? – zapytał z kamienną twarzą. 
– Chciałabym z tobą pomówić. Sędzia uniósł pytająco jedną brew. 
– Obawiam się, że wybrałaś niewłaściwy moment. Nie pierwszy raz zresztą. 
–   Moment   jest   jak   najbardziej   właściwy.   –   Podeszła   jeszcze   bliżej.   –   Chcę,   żeby   ci 

wszyscy   ludzie,   przyjaciele   mojej   rodziny,   nie   tylko   twojej,   usłyszeli,   co   mam   do 
powiedzenia. 

– Nie wystarczą ci sceny, które urządzałaś do tej pory? Koniecznie chcesz pokazać nam 

jakieś nowe widowisko?

–   Nie   sądzę,   żeby   któraś   z   obecnych   tu   osób   widziała   owe   widowiska. 

Najprawdopodobniej słyszeli tylko o nich. To plotki, że jestem niezrównoważona – zwróciła 
się do gości. – A oni oboje mają ważny powód, by je rozpowszechniać!

– A jakiż to powód? – zapytał z niezmąconym spokojem sędzia. 
– Chcecie moich dzieci! – krzyknęła. – Chcecie wychować je tak, jak wy sobie tego 

życzycie! Chcecie zniszczyć je tak, jak zniszczyliście swojego syna!

Obok sędziego pojawiła się Gloria. Była niedużą kobietą, która raz na pięć lat wyjeżdżała 

do Atlanty i parę tygodni później wracała wyraźnie odmłodzona. Oprócz liftingów twarzy 
stosowała także rygorystyczną dietę i farbowała włosy na stonowany blond. Jedynie wyraz jej 
oczu zdradzał, że miała już prawie sześćdziesiąt pięć lat. 

– Nie czujesz się najlepiej, moje dziecko – powiedziała łagodnie, kładąc rękę na ramieniu 

synowej. – Chyba powinnaś trochę odpocząć. 

– Czuję się doskonale. – Carolina odtrąciła jej rękę. – W przeciwieństwie do Billy’ego 

Raya Wainwrighta. Ktoś napadł go w warsztacie Joela i pobił do nieprzytomności. W tym 
samym warsztacie przed południem usiłowano odebrać mi dzieci. Bez nakazu sądowego, bez 
mojego pozwolenia. Czy to nie dziwny zbieg okoliczności?

– Uspokój się, dziecko. – Sędzia popatrzał na nią z fałszywą troską. – Niestety, ja nie 

patroluję   ulic   Moss   Bend.   Osądzam   tylko   kryminalistów,   nawet   nie   wsadzam   ich   do 
więzienia. Przykro mi, że zaatakowano twojego kochanka, ale jeśli uważasz, że ja mam z tym 
coś wspólnego, to najlepszy dowód, że ktoś inny powinien zająć się twoimi dziećmi. 

– Billy Ray nie jest moim kochankiem. Ofiarował mi schronienie, gdy zabrałam dzieci i 

uciekłam   z   tego   domu.   A   teraz   pełni   rolę   mojego   adwokata   –   odparła.   –   Groziłeś   mu, 
próbowałeś odebrać dzieci, które zostawiłam pod jego opieką. Nawet twoi przyjaciele będą 
musieli się zastanowić, czy nie masz z tym nic wspólnego. 

– Moi przyjaciele doskonale wiedzą, że nie jestem bandytą – roześmiał się sędzia. 
– Ale  jesteś człowiekiem  bezwzględnym,  zdolnym  do tego,  by zlecić  zbirom brudną 

background image

robotę. Człowiekiem żądnym władzy nad wszystkimi i wszystkim – wycedziła, patrząc mu 
prosto w oczy.  – Władza zmienia ludzi, panie sędzio. Zaczynają wierzyć, że mają prawo 
decydować o tym, jak powinien funkcjonować ten świat. Wierzą, że mają prawo kontrolować 
wszystkich, którzy staną im na drodze, żony, dzieci, krewnych... – Przeniosła spojrzenie na 
Glorię. – Glorio, ten człowiek zniszczył twojego syna. Kiedy Champ zginął, był alkoholikiem 
i narkomanem, brutalem pozbawionym samokontroli. Czy pozwolisz swojemu mężowi, aby 
w ten sam sposób zniszczył twoje wnuki?

–   Dość   tego.   –   Sędzia   złapał   ją   za   ramię.   –   O   mnie   możesz   wygadywać,   co   tylko 

zechcesz, ale nie pozwolę ci oczerniać mojego syna!

– Jeśli wezwiesz mnie przed sąd i będziesz próbował uzyskać zgodę na odebranie mi 

dzieci, powiem znacznie więcej – ostrzegła. Strąciła jego ramię, lecz wiedziała, że puścił ją 
tylko dlatego, że w domu było zbyt wielu świadków. Odwróciła się i teraz przemówiła do 
gości: – Proszę państwa, nie czujcie się zażenowani  tym,  że musieliście tego wysłuchać. 
Jestem tu, gdyż potrzebuję świadków. Znacie mnie. Widzieliście, jak dorastałam. Wiecie, kim 
jestem. Ostatnio na mój temat można było usłyszeć niekoniecznie prawdziwe opinie, więc 
chciałabym   powtórzyć   wszem   i   wobec:   nie   jestem   żadną   paranoiczką,   nie   jestem 
niezrównoważona. To, co twierdzą Graysonowie, to potwarz. Wciąż jestem tą samą kobietą, 
którą   zawsze   znaliście.   Nie   pozwolę   odebrać   sobie   dzieci   ani   skrzywdzić   ludzi,   którzy 
ofiarują  mi   pomoc.   Przepraszam   za   całe   to   zajście   –   dodała   z   westchnieniem.   –   Pewnie 
będziecie, państwo, mieli o czym mówić przez cały wieczór. 

Po tych słowach ruszyła do wyjścia, a goście rozstępowali się nerwowo, aby zrobić jej 

przejście. Była już w drzwiach frontowych, gdy usłyszała za sobą stukot obcasów. Odwróciła 
się i ujrzała idącą ku niej teściową. Carolina wyszła na werandę, Gloria podążyła za nią. 

– Co chcesz nam zrobić?
– Wydaje się, że to jasne – Naprawdę musisz nas niszczyć? Tak źle ci było z nami? 

Carolina studiowała przez chwilę twarz teściowej, wreszcie odparła:

– Źle mi było, Glorio. Wiem, że to nie twoja wina. Jesteś o wiele lepszym człowiekiem 

niż twój mąż. Sama zresztą o tym wiesz. Nie pozwól mu, by dręczył Kicię i Chrisa, nie 
pozwól mu ich zepsuć. Obie wiemy, kim był Champ, kiedy zginął. Obie wiemy, dlaczego tak 
się stało. Z tym nie da się już nic zrobić, trzeba jednak dopilnować, żeby podobny los nie 
spotkał twoich wnuków. 

– Kim jesteś, by prawić mi morały? Zabiłaś mojego syna... 
Do oczu Caroliny napłynęły łzy. 
– Tak, to ja siedziałam za kierownicą – powiedziała. – Tylko tyle pamiętam. Powiem ci 

jednak, że kiedy teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że to lepiej, że Champ nie żyje. On żył 
w piekle. To, co czekało na niego po drugiej stronie, na pewno nie może być gorsze. 

background image

ROZDZIAŁ 7

Billy Ray odchylił się na krześle, by móc swobodnie rozprostować nogi. Dopiero po 

tygodniu mógł swobodnie usiąść, a teraz, dwa tygodnie po pobiciu, siniaki powoli znikały. 
Wczoraj pozbył się też temblaka, którym Garth unieruchomił jego ramię. 

–   Od   czego   chcesz   zacząć?   Od   dzisiejszych   faksów,   poczty   czy   telefonów?   –   Fran 

podeszła   do   jego   biurka   i   pochyliła   się   nad   nim   niczym   surowa   matka,   zdecydowana 
dopilnować, by jej nastoletni syn posprzątał wreszcie swój pokój. 

– Przekaż mi tylko to, co najważniejsze. 
– Wszystko jest ważne. Następnym razem daj się pobić w trakcie urlopu. 
– Dobry pomysł. Następnym razem poproszę bandytów, żeby przełożyli to na później. 
– Lepiej dziś wyglądasz. – Choć powiedziała to jak zwykle niezadowolonym głosem, 

zdradził ją łagodniejszy wyraz twarzy. 

– Mogę wyglądać tylko lepiej. 
– Chętnie skręciłabym kark Dougowi Fletcherowi – parsknęła Fran. – Gdyby chciał, z 

łatwością znalazłby tych bandytów!

Tyle że Doug wcale tego nie chciał. Dzień po napadzie Billy Ray pokuśtykał do biura 

szeryfa, ale ten niestety nie miał dla niego czasu. Zgodził się na rozmowę dopiero po trzech 
dniach, lecz nie wynikło z niej nic dobrego. 

Doug nawet nie spytał przyjaciela, jak ten się czuje. Położył tylko nogi na biurku, a po 

wysłuchaniu opowieści Billy’ego wzruszył ramionami. 

– Skoro nikogo nie widziałeś, nie bardzo mogę ci pomóc – stwierdził obojętnym tonem. – 

Nie mamy żadnych tropów. Najprawdopodobniej ktoś szukał gotówki i części zamiennych, a 
ty niechcący wlazłeś mu w drogę. Przez najbliższy tydzień będę posyłał patrole w okolice 
warsztatu. To najpewniej zniechęci wandali. 

Podczas tej przemowy Doug ani razu na niego nie zerknął. Patrzył w jakiś punkt nad jego 

głową i beznamiętnie żuł gumę. 

Billy poczuł, jak ogarnia go wściekłość. 
– Tu nie chodzi o wandalizm, Doug, doskonale o tym wiesz! – wrzasnął. – Ktoś mnie 

pobił za to, że trzymam z Caroliną Grayson!

– No właśnie. A czemu z nią trzymasz, Billy Ray? W liceum cię nie chciała, bo doszła do 

wniosku, że jesteś nikim. Teraz też zostawi cię w chwili, w której uzna, że już nie jesteś jej 
potrzebny. Nie twierdzę, że to, co się stało, ma coś wspólnego z tą sprawą. Wcale tak nie 
mówię. Ale dam ci radę, jak przyjaciel przyjacielowi – odpuść sobie, będzie ci lepiej bez niej. 

– Jak przyjaciel? Jaki przyjaciel, Doug? Minęły trzy dni od napadu, a ty dopiero teraz 

łaskawie mnie przyjmujesz?

– Joel powiedział, że nikogo nie widziałeś. Byłem zajęty poszukiwaniami ewentualnego 

sprawcy. 

–   Byłeś   zajęty   zacieraniem   śladów   –   Billy   obniżył   głos   i   popatrzył   na   przyjaciela 

przenikliwym wzrokiem. – Byłeś zajęty słuchaniem tego, co ma ci do powiedzenia Grayson. 

background image

Może ty się go boisz, Doug, ale ja nie. I nie zamierzam zapomnieć o tej sprawie. 

Po tych słowach wyszedł i od tamtej pory nie rozmawiał z szeryfem ani razu. 
– Dzwoniła pani Balou... – Fran przerwała mu rozmyślania. 
– Dajżesz spokój – roześmiał się krótko i pokręcił głową. – Na pewno jeszcze zadzwoni, 

a ja muszę wziąć się ostro do pracy. Łącz do mnie tylko Joela albo Carolinę. Dla innych mnie 
nie ma, jasne?

Po   godzinie   postanowił   zrobić   sobie   przerwę.   Rozmasował   obolałe   skronie,   wstał   i 

podszedł do okna. W tej samej chwili na jego biurku zabrzęczał interkom. 

– Przyszła Carolina – usłyszał głos Fran. – Mam ją wpuścić?
– Jasne, wiesz przecież. 
Zaraz  potem Carolina  weszła  do środka. Uśmiechała  się, lecz  w jej  oczach  czaił  się 

smutek. Coś się stało, Billy natychmiast się tego domyślił. 

– Zamknij drzwi – powiedział, a gdy to zrobiła, okrążył biurko i przysiadł na jego rogu. – 

Co się dzieje? – zapytał. 

– Mam zacząć od dobrej nowiny?
– Jak wolisz. 
– Jeśli zacznę od złej, dobra nie sprawi nam żadnej przyjemności. – Ujęła jego dłonie, 

lecz nie przysunęła się bliżej. – Dostałam tę pracę – oznajmiła krótko. 

– To wspaniale! – Ucieszył się i przyciągnął ją do siebie. – Nawet nie wiesz, jak się  

cieszę, Carolino. Kiedy zaczynasz?

– W przyszłym  tygodniu muszę dostarczyć  wszystkie dokumenty i dać się przebadać 

zakładowej   pielęgniarce.   Resztę   tygodnia   poświęcę   na   załatwianie   formalności   z 
przedszkolem. Zaczynam od następnego poniedziałku. 

– Wiedziałem, że ci się uda. Kiedy się dowiedziałaś?
– Piętnaście minut temu. – Puściła jego dłonie i sięgnęła do torebki, po czym podała mu 

plik dokumentów. – A teraz zła wiadomość... 

Billy   szybko   przekartkował   urzędowe   pisma.   Tak   jak   przypuszczał,   Graysonowie 

postanowili ubiegać się w sądzie o opiekę nad wnukami. 

–   Przecież   wiedzieliśmy   –   westchnął   i   oddał   jej   dokumenty.   –   Teraz   zacznie   się 

prawdziwa walka. 

– Boję się, Billy. 
– Nie musisz. Wygramy. 
– Na pewno?
– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. – Ponownie ujął jej ręce. – Musimy tylko być 

cierpliwi. Nie wolno nam popełnić żadnego błędu. Sędzia wykorzysta każdą słabość, musimy 
więc być opanowani i pewni swego. Najgorzej by było się przestraszyć. Strach jest złym 
doradcą. Myślę nawet, że powinniśmy... – zawahał się i nie dokończył. 

– Co powinniśmy? O co chodzi? – Carolina spojrzała na niego wyczekująco. 
– Chcę, żeby Graysonowie uzyskali możliwość odwiedzania dzieci. Skoro zaczęli całą tę 

sprawę, to i tak wystąpią do Sawyera o możliwość składania im wizyt. Jeśli się sprzeciwisz, 
będzie to źle przyjęte, twoje zachowanie wzbudzi podejrzenia i da argumenty Graysonowi. 

background image

Jeśli zaś pozwolisz im na to bez postanowienia sądu, twoja pozycja znacznie się wzmocni. 
Każemy im tylko  podpisać dokument,  w którym  zobowiążą się do przestrzegania  twoich 
warunków. Czas, miejsce, częstotliwość wizyt. Jeśli nie podpiszą, to oni będą wyglądali tak, 
jak gdyby uchylali się od współpracy. 

– Nie, Billy. Nie chcę mieszać w to dzieci. 
– Już są w to wmieszane. – Ścisnął mocniej jej dłonie. 
Carolina nie wyglądała na przekonaną, ale ostatecznie pokiwała głową z westchnieniem. 
– Mam nadzieję, że masz rację. 
– Wierz mi, tak będzie lepiej. Pozwól im zabrać dzieci w środę, powiedzmy od czwartej 

do siódmej. 

– Ale sędzia wraca z pracy dopiero o szóstej!
– Wiem o tym – uśmiechnął się chytrze. 
– Myślisz, że to go zniechęci?
– Na pewno ty będziesz się czuła lepiej, wiedząc, że spędzi z dziećmi tylko godzinę. 

Pamiętaj jednak – popatrzył na nią poważnie – rada jest moja, ale decyzja należy do ciebie. 
Jeśli masz jakieś powody, aby nie oddawać dzieci pod opiekę dziadków, jeśli jest coś, o czym 
nie powiedziałaś mi wcześniej, zrób to teraz. Czy na pewno będą z nimi całkiem bezpieczne?

– Tak – niechętnie skinęła głową. – Bezpieczne, lecz nieszczęśliwe. 
– Wobec tego musisz je do tego przygotować. Ponownie westchnęła i pokiwała głową. 
– I musisz być dzielna. – Podniósł jej ręce do ust i ucałował. – Na pewno dasz sobie radę. 
– Billy... 
– Tak? – Popatrzył na jej twarz, która była teraz tak blisko, że wystarczyło lekko się 

nachylić, by jej dotknąć. 

– Czy poczujesz ból, jeśli się do ciebie przytulę? – zapytała, nie spuszczając zeń wzroku. 
– Spróbujmy. 
Owinęła ostrożnie ręce wokół jego talii, ale nie ośmieliła się na więcej. 
– Nie wiem, jak przeżyję rozstanie z Kicią i Chrisem – westchnęła. 
– Przeżyjesz. Zjemy razem kolację. 
–   Ostatni   raz,   kiedy   miałam   zamiar   zjeść   z   tobą   kolację,   ktoś   pobił   cię   do 

nieprzytomności  – uśmiechnęła się smutno  – Zaryzykujmy – odwzajemnił jej uśmiech.  – 
Odwieź dzieci, a potem przyjedź prosto do mnie. 

– Przyjadę – szepnęła. Uniosła się lekko na palcach i pocałowała go w usta, delikatnie, 

lekko,   niemal   przelotnie.   Słodko   i   o   wiele   za   szybko.   Potem   odsunęła   się   i   powiedziała 
praktycznym tonem: – Magie zabrała dzieci do sklepu. Muszę iść. 

– Poczekaj – przytrzymał ją za łokieć, a gdy spojrzała na niego, zapytał: – Wiesz co?
– Co?
– Nie bolało. 
W odpowiedzi delikatnie dotknęła dłonią jego policzka i po chwili już jej nie było. 
Kicia nie chciała iść w odwiedziny do dziadków. Wolała zostać w domu Maggie. Dom 

Maggie pachniał jak placek z porzeczkami, jak kwiaty jaśminu i szerokie korytarze miejskiej 
czytelni, gdzie Kicia przychodziła na „Godzinę z bajką”. Pokój, w którym spała, miał kolor 

background image

rosnących w ogrodzie hibiskusów. Każdego ranka Maggie zabierała Kicię do ogrodu, gdzie 
wspólnie zrywały hibiskus i inne rośliny. 

Kwiaty   przypominały   Kici   dom   Billy’ego   Raya,   gdzie   rośliny   rosły   dziko   niczym 

chwasty. Tęskniła za tamtym domem i za kotką Trójnogiem. Billy Ray obiecał jej, że wkrótce 
spotka się z Trójnogiem i Kicia nie mogła się tego doczekać. Wolałaby pojechać do Billy’ego 
niż do dziadków. 

– Kiciu, czy ty mnie słuchasz?
Popatrzyła na matkę, ubraną w żółtą sukienkę w drobne fioletowe kwiatki. Mama była 

najładniejsza, kiedy się uśmiechała, lecz nawet teraz, ze ściągniętymi  brwiami, wyglądała 
całkiem nieźle. Kicia dawno nie widziała jej w tej sukience. 

– Nie chcę jechać – odparła i przygryzła dolną wargę. 
– Kiciu, to nie potrwa długo. Obiecuję ci. Mamy tu list, na którym napisano, że nie mogą 

cię zmusić, żebyś została. Wiem, że właśnie tego się boisz. 

Kicia nie wierzyła, że jakiś kawałek papieru mógłby zmusić dziadka do czegokolwiek. 

Kiedyś w szkółce niedzielnej nauczycielka zapytała dzieci, jak wygląda Pan Bóg, a wówczas 
Kicia odpowiedziała, że pewnie tak samo, jak jej dziadek. Nauczycielka nie wydawała się 
zdziwiona, choć później, kiedy po lekcjach rozmawiała z inną nauczycielką, Kicia usłyszała, 
jak mówiła o niej „biedactwo”. 

Nauczycielka jej oczywiście nie zrozumiała. Dziadek tylko przypominał Pana Boga, i to 

jedynie w tym, że on także mógł wszystko. Bo tak naprawdę Pan Bóg był dobry, a dziadek 
Kici zły. Zmuszał ludzi, żeby robili rzeczy, na które wcale nie mieli ochoty. Karał ich – tak 
jak Bóg pokarał ludzi, kiedy zesłał na nich potop – ale w przeciwieństwie do Boga nie kochał 
ludzi i im nie wybaczał. 

Jej także nie kochał. 
– Nie chcę tam jechać – powtórzyła. 
– Trudno, i tak pojedziemy – powiedziała stanowczo mama. – Zawiozę was, a potem 

osobiście odbiorę. Przyjedziemy po was razem z Billym Rayem, chcesz?

Kicia wiedziała, że kiedy mama ma taką minę, nic na świecie nie zdoła jej skłonić do 

zmiany decyzji. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej. Odkąd zamieszkali u Maggie, mama 
zrobiła się o wiele bardziej zdecydowana. 

– Znowu zmuszą mnie, żebym była grzeczna... 
– Trzeba umieć być grzecznym. 
– Po co?
– Znajomość dobrych manier pomaga żyć i daje pewność siebie. 
– Trelemorele, dziadek powtarza to samo – wywróciła oczami Kicia. 
– Dziadek jest od ciebie starszy i wie dużo o życiu. No, już, przygotuj się, a ja obudzę 

Chrisa. Zaraz wyruszamy. 

Mama wyszła z jej pokoju, a Kicia powlokła się za nią. Nie miała innego wyjścia. 
W   samochodzie   przez   cały   czas   siedziała   ze   zwieszoną   głową,   ale   mama   wcale   nie 

zwracała na to uwagi. 

– Nie kochasz mnie! – wybuchnęła w końcu Kicia. – Gdybyś mnie kochała, nie kazałabyś 

background image

mi tam jechać!

– Kocham cię, ale i tak musisz się z nimi spotkać. Kiedy mama zatrzymała auto przed 

domem dziadków, Kicia zastanawiała się, czy nie wpaść w histerię. Wiedziała, że gdy kobieta 
wpada w histerię, nic nie można poradzić. Ostatecznie jednak zrezygnowała i postanowiła 
zamienić   się   w   grzeczną   dziewczynkę,   taką,   jaką   pragnęli   widzieć   jej   dziadkowie.   Ta 
dziewczynka wydawała się jej całkiem obca, a Kicia czuła się jak aktorka w nowej roli. Ta 
dziewczynka nigdy nie wyjeżdżała kredką poza kontury obrazka do kolorowania i zawsze 
mówiła cichym głosem. Ta dziewczynka zjadała wszystko z talerza i nie siorbała, kiedy piła. 
Kicia nienawidziła tej dziewczynki. 

–   Kiciu,   postaraj   się   dobrze   zachowywać   –   powiedziała   mama,   wyciągając   Chrisa   z 

fotelika. – Pamiętaj jednak, że możesz być sobą – dodała i wtedy Kicia spojrzała na nią 
zdziwiona. Takie słowa słyszała od mamy po raz pierwszy. 

– Jak to? – zapytała. 
– Nie musisz udawać kogoś innego niż jesteś. 
Kicia   zmarszczyła   brwi. Zdumiało   ją,  że  mama  wiedziała  o  tej  drugiej   dziewczynce. 

Spojrzała przed siebie i ujrzała, ze babcia już na nich czeka na schodach. Uśmiechała się, ale 
nie wyglądała na szczęśliwą z powodu tej wizyty. Nic dziwnego, pomyślała Kicia. Babcia 
nigdy nie bawiła się ani z nią, ani z Chrisem. Zawsze mówiła im tylko, co mają robić. 

– Jeśli będę sobą, to ona się pogniewa – ostrzegła mamę Kicia. 
Mama uklękła przy niej i popatrzyła jej prosto w oczy. 
– Nikt nie może cię zmusić, żebyś była kimś, kim nie jesteś, chyba że sama mu na to 

pozwolisz – powiedziała. – Rozumiesz?

Kicia nie była pewna, czy rozumie. 
– Ona się pogniewa – powtórzyła tylko. 
– Nie musisz udawać kogoś innego, żeby ludzie cię kochali – ciągnęła mama. – Bo wtedy 

to wcale nie ciebie kochają, ale tę osobę, którą przed nimi udajesz. 

Było to bardzo trudne, ale tym razem Kicia skinęła głową. Teraz chyba zrozumiała. 
– A czy ty mnie kochasz, mamo? – zapytała, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Właśnie 

mnie, Kicię?

– Jesteś dla mnie najukochańszą dziewczynką pod słońcem. I kocham cię właśnie taką, 

jaką jesteś. Pamiętaj o tym, skarbie. 

– To dobrze. – Kicia westchnęła ciężko, a potem wsunęła rączkę w dłoń matki i razem z 

nią podreptała ku babci. 

Billy   Ray   zamierzał   dotrzeć   do   domu   przed   Caroliną,   ale   z   powodu   zamiejscowej 

rozmowy z jednym z klientów musiał zostać w biurze dłużej niż planował. Kiedy zaparkował 
wreszcie samochód przed swym domem, jej wóz już stał na podwórzu. 

– Carolina? – zawołał, wchodząc na schody. 
– Tutaj!
Zerknął w kierunku, z którego dobiegł jej głos, lecz jej samej nie dostrzegł. 
– Nie widzę cię!
– Na lewo od kamelii, na prawo od azalii... – Nagle wyłoniła się zza krzewów w ogrodzie 

background image

ojca. 

Billy   ruszył   przez   bujną   roślinność,   która   gęsto   zarastała   dawną   ścieżkę.   Carolina 

siedziała nieopodal, a przy niej leżał koszyk pełen zardzewiałych narzędzi. 

– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. – Otarła dłonią spocone czoło. 
– Przeciwko czemu? – zapytał. – Co ty właściwie robisz?
– Usiłuję przywrócić Edenowi dawną świetność. 
– Postanowiłaś zrobić porządek w ogrodzie – uśmiechnął się. – Hm, obawiam się, że 

będziesz potrzebowała boskiej pomocy. 

– Bóg na pewno mi pobłogosławi. 
– Daj spokój – zbliżył się do niej, ale jej nie dotknął – zostaw te chwasty. 
– Kiedy to mi pomaga. 
– W czym?
– W zachowaniu równowagi. Tak się denerwuję, że muszę coś robić. Nie masz pojęcia, 

jak dobrze jest wyrywać chwasty z korzeniami i rzucać je na stertę kompostu. 

– Niestety, nie mam sterty kompostu. 
– Zaraz będziesz miał. Wielką jak stodoła. Roześmiał się. 
– Zostawisz chociaż jedną roślinę?
– Nie obiecuję. Możliwe, że wyrwę wszystko, a potem zasadzę wszystko od nowa. Jeśli 

oczywiście nie masz nic przeciwko temu. 

Czyżby miał mieć coś przeciwko temu, że Carolina odreagowuje swoje stresy w jego 

ogrodzie? Skądże znowu. 

– Rób, co tylko chcesz, i jak długo chcesz – odparł. – Mój sąsiad i tak proponował, że 

zniszczy całe to paskudztwo i zasadzi kukurydzę. 

– Ale tobie było żal zniszczyć pracę swojego ojca. Billy nagle spoważniał. 
– Nie, nie było żal. Widzisz przecież, jak zapuściłem ten jego ukochany ogród. 
– Kiedyś był to najpiękniejszy ogród w Moss Bend. 
– Tak – westchnął – choć z czasem zaczął podupadać, tak jak jego właściciel. Ojciec 

przychodził tu każdego wieczoru, kiedy nie siedział pijany w knajpie. Znajdowałem go na 
czworakach, jak rozmawiał ze swoimi kwiatkami i grządkami. Chyba tylko dzięki nim nie 
odebrał sobie życia. Bał się, że nie będzie miał kto się nimi zająć. 

– Mówiłeś, że odebrał sobie życie. 
– Racja – Billy pokiwał głową – odebrał sobie życie piciem. Ale przynajmniej zrobił to 

na raty. 

– Mimo wszystko musiał być niezwykłym człowiekiem – zadumała się Carolina. – Siedzę 

tu od godziny i już zdążyłam się zorientować, jak planował rozbudować swój ogród. Miał 
wyraźną  wizję. Nie udało  mu  się osiągnąć  tego,  co sobie zaplanował,  ale gdyby  mu  się 
udało... 

– Gdyby! – żachnął się Billy. – To było jego ulubione słowo. Niespełniony ogrodnik – 

dodał z kpiną w głosie. 

– Nie mów tak. 
– Dlaczego?

background image

– To twój ojciec. 
Zrobiło   mu   się   głupio.   Oto   Carolina   upomina   się   o   szacunek   dla   Yancy’ego,   a   on, 

rodzony syn, tego szacunku mu odmawia. 

– Chcesz, żebym ci trochę pomógł? – zapytał, żeby zmienić temat. 
– Szczerze mówiąc, wolę być sama. 
– Dobrze – popatrzył na nią ze zrozumieniem – wobec tego pójdę przygotować kolację. 
– Tylko nie szalej. Nie jestem głodna. – Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, po 

czym powróciła do wyrywania chwastów. 

Pół godziny później stanęła w drzwiach wejściowych, potargana i spocona, lecz wciąż 

niewiarygodnie śliczna. 

– Mogę wejść? – zapytała. 
– No pewnie! – Uchylił drzwi, a ona prześliznęła się obok niego. Brzeg jej sukienki 

musnął prowokacyjnie jego kolano. – Lepiej ci?

– E, tam – opadła na fotel – na całym świecie nie ma tylu chwastów, żeby wyleczyć mnie 

z tej nerwicy. Dobre jednak i to. – Wstała i ruszyła do łazienki. – Odświeżę się trochę, a 
potem pomogę ci przy kolacji. 

– Już prawie skończyłem. 
– O, jestem pod wrażeniem. 
– Chociaż jeszcze niczego nie widziałaś?
– Mówiłam już przecież, że ci ufam. 
Billy wrócił do kuchni, by zdjąć z patelni rumiany omlet, a następnie wlał składniki 

koktajlu owocowego do miseczki  i sięgnął po mikser.  Kiedy Carolina  wyszła  z łazienki, 
posiłek był gotowy. 

– Wspaniale wygląda. – Zajrzała mu przez ramię i postawiła na blacie puszkę z kawą 

gestem tak niedbałym, jak gdyby robiła to od wieków. – Ze śmietanką, ale bez cukru, tak?

Zrobiło mu się przyjemnie, że to zauważyła. 
– A ty jesz tosty bez masła – zrewanżował się, patrząc, jak Carolina nastawia ekspres. – 

Tylko z odrobiną dżemu. 

– To dzięki Glorii. – Odstawiła puszkę na miejsce. – Kiedy mieszkałam u Graysonów, 

pilnowała, żebym nie utyła ani grama. 

– Na pewno więc nie karmiła cię omletami. 
– O, nie! – zaśmiała się cicho. – Zastanawiam się, co dzieci dostaną dziś u dziadków na 

kolację.   Im   wolno   było   używać   masła.   „Dzieci   potrzebują   tłuszczu,   żeby   się   rozwijać”. 
Wszystko jednak musiało być starannie odmierzone. Gloria i Inez dbały o wszystko, więc 
kiedy Champ wyprowadził się z domu, zupełnie nie potrafił kontrolować własnej diety. A 
może chciał spróbować to, czego odmawiano mu w rodzinnym domu? – Przygryzła wargę. – 
Nie wiem, po co ci to mówię. Nie chcę rozmawiać o Champie ani o Glorii. Przepraszam. 

– Nie ma sprawy. Pomówmy o dzieciach. 
– Sądzisz, że to lepszy temat? Kicia nie chciała tam jechać. – Carolina spojrzała na niego 

znad talerza. Wciąż jeszcze nie ugryzła ani kęsa. – Musiałam ją zmusić, najpierw siebie, 
potem ją. Okropność. 

background image

– Czy ona bardzo to przeżywa?
– Bardzo. Jest niepokorna, niezależna. A kiedy jest z nimi, musi stulić uszy po sobie i 

udawać kogoś, kim nie jest. To zbyt wielki stres. 

– Kicia potrafi wiele znieść. Zresztą wróci do ciebie wieczorem. 
– Na jak długo?
Billy odłożył serwetkę i wstał z krzesła. Obszedł stół i położył rękę na ramieniu Caroliny. 
– Zostaw to jedzenie – powiedział. – Widzę, że nie masz ochoty jeść. Chodź, siądziemy 

na kanapie. 

– Przepraszam. – Przytuliła policzek do jego dłoni. 
– Nic się nie stało. – Delikatnie pogłaskał ją po włosach. 
Były miękkie, tak miękkie, że choć szczerze pragnął tylko ją pocieszyć, odezwało się w 

nim   inne,   mniej   niewinne   pragnienie.   –   Wszystko   w  porządku   –   szepnął.   –   Jeśli   chcesz 
płakać, to płacz. 

– Chcę wrzeszczeć!
– No to wrzeszcz. Pozwól tylko, że najpierw zatkam uszy. 
Roześmiała się przez łzy. 
– Jesteś dla mnie za dobry. Szkoda czasu dla takiej histeryczki – powiedziała żartem, lecz 

on wiedział, że Carolina naprawdę tak o nim myśli. 

Czy rzeczywiście był dla niej taki dobry? Czy pomagał jej bezinteresownie? Chciał, żeby 

tak było. Nigdy nie oczekiwał, że Carolina będzie go potrzebowała, i chciał się sprawdzić 
jako przyjaciel. 

Ale przecież pragnął czegoś więcej niż tylko jej pomóc. Pragnął jej samej i nie potrafił 

ukryć swego pożądania. Wiedział, że jeszcze chwila, a nie zdoła się oprzeć pokusie i porwie 
Carolinę w ramiona, by kochać się z nią do zawrotu głowy. 

– To nic trudnego być dla ciebie dobrym – powiedział, przełknąwszy ślinę przez ściśnięte 

gardło. 

–   Wiesz,   co   mnie   martwi?   –   zapytała   w   zamyśleniu,   jakby   zupełnie   nie   zauważyła 

narastającego między nimi napięcia. 

– Co?
– Że choć znowu cię mam przy sobie, to wszystko kręci się wokół Graysonów, Champa i 

dzieci. Sytuacja, w jakiej się znalazłam, przysłania nam... nas. 

– Ta sytuacja jest bardzo skomplikowana. I to dzięki niej znowu się spotkaliśmy. 
– Tak, Billy, ale mimo to... – urwała. Podniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy. – 

Mimo to nie chcę, aby łączył nas jedynie problem opieki nad dziećmi. 

Billy odwrócił wzrok. Gdyby tego nie zrobił, już by całował te jej wilgotne od łez oczy. 
– Wiem – mówiła tymczasem Carolina – to wszystko jest bardzo ważne. Zostałeś pobity, 

straciłeś   najlepszego   przyjaciela.   Twoja   praktyka   także   zapewne   ucierpi,   już   sędzia   tego 
dopilnuje. Jestem dla ciebie ciężarem, podczas gdy chciałabym być kimś więcej. 

Jego   serce   biło   teraz   szaleńczym   rytmem.   Najważniejsze   słowo   na   razie   nie   padło, 

spodziewał się jednak, że lada moment to nastąpi. Powtarzał sobie, że Carolina tak bardzo 
potrzebuje wsparcia, że myli wdzięczność z innym uczuciem, głębszym, poważniejszym... 

background image

Cholera, nawet w myślach nie mógł się zdobyć na przypuszczenie, że być może Carolina 

naprawdę go kocha!

– Nie jesteś ciężarem – odezwał się spokojnie. – Szczerze pragnę ci pomóc, a co do 

reszty... musimy posuwać się powoli, krok po kroczku. 

– Przez całe życie robię krok po kroczku. Od urodzenia pilnuję zasad i reguł ustalanych 

przez innych. Widzisz, dokąd mnie to zaprowadziło? – Wzruszyła ramionami i zdjęła z nich 
jego  dłonie.  –  Przepraszam.  Nie  wiem,  co  dzisiaj   we  mnie  wstąpiło.  Niedługo   zaczniesz 
wierzyć we wszystko, co opowiadają o mnie Graysonowie. 

– Mowy nie ma. 
–   Powiedz   mi   więc   tylko   jedno:   czy   ty   coś   do   mnie   czujesz?   Wiem,   jesteśmy 

przyjaciółmi, jako przyjaciel przejmujesz się moją sytuacją. Wiem także, że kiedyś, dawno 
temu, mnie kochałeś. Czy jednak teraz... 

– Nie jestem pewien – przerwał jej – czy to dobry moment na rozmowę o uczuciach. 
– Ale ja jestem pewna. Pragnę cię, Billy. Kiedy na ciebie patrzę, natychmiast mięknę w 

środku.   Kiedyś   po   prostu   lubiłam   przebywać   w   twoim   towarzystwie,   dobrze   się   z   tobą 
czułam, ale teraz... Widzisz, to że mówię ci teraz to wszystko, to także twoja zasługa. Z nikim 
nie byłam tak otwarta, taka śmiała i szczera. A tobie chcę mówić, że cię pragnę. Chcę, żebyś 
wiedział, że kiedy mnie  całowałeś, miałam  ochotę na więcej, dużo więcej. Teraz też... – 
powoli przysunęła się do niego i przesunęła dłonią po jego piersi – ... teraz też mam ochotę. 

Przychodziło mu do głowy tysiące powodów, dla których powinien zaprotestować, lecz w 

tej   chwili   mógł   myśleć   tylko   o   jednym.   Zanim   jeszcze   przebrzmiały   jej   ostatnie   słowa, 
przycisnął Carolinę do siebie i pocałował jej rozchylone, wyczekujące, powolne usta. 

– Tylko proszę, nie rób tego z litości – szepnęła, kiedy wreszcie oderwali się od siebie. 
– Z litości? – zaśmiał się krótko. – Jeśli tak objawia się litość... Czujesz? – Przycisnął ją 

mocniej do swoich bioder. – Czujesz, jak bardzo cię pragnę?

W   odpowiedzi   roześmiała   się   albo   jęknęła,   sam   nie   był   pewien.   Stłumił   w   sobie 

wewnętrzny głos, który przypominał mu, że Carolina od dawna nie żyła z żadnym mężczyzną 
i że jest głodna miłości. Że od dawna nikt nie dotykał jej w ten sposób i że być może każdy  
mężczyzna... 

Nie, nie umiał myśleć o niej w ten sposób. Wierzył, że Carolina pragnie tylko jego, tak 

jak on pragnął wyłącznie jej. Być może to tylko chwilowe pragnienie, ale na pewno gorące i 
szczere. Być może później będzie żałował, że poszedł za jego głosem, lecz teraz... 

Lecz   teraz   już   poddawał   się   pieszczotom   jej   dłoni,   błądzącym   niecierpliwie   pod 

materiałem koszuli. Już pozwalał sobie rozpinać guziki, już przyciskał jej twarz do nagiego 
torsu. Miał ochotę od razu wziąć ją na ręce i zanieść na górę, do sypialni. 

Nie, nie do sypialni. Sypialnia była za daleko. 
– Uwielbiani twoją sofę – wyszeptała cicho Carolina, jakby zgadując jego myśli. 
– Tak szybko... – jęknął tylko. – To dzieje się tak szybko... 
– Dwanaście lat za późno.
– Tak. 
– Och, Billy... 

background image

Mocniej   ścisnął   jej   pierś,   jak   gdyby   nie   zamierzał   odgrywać   dłużej   roli   grzecznego, 

uczynnego chłopca, którym był dla niej kiedyś. Teraz był mężczyzną, dorosłym mężczyzną. 
Oboje byli dorośli i czuli do siebie dzikie pożądanie. 

Carolina odpięła ostatni guzik jego koszuli, on zsunął sukienkę z jej ramion, a ta opadła 

miękko na podłogę. Sięgnął do zapinki stanika, gdy nagle rozległo się gwałtowne walenie do 
drzwi. 

Cholera, znowu!
– Billy... 
Zamknął oczy i zacisnął zęby. 
– Billy Ray? Jesteś tam? – usłyszał. 
Od razu rozpoznał  głos dziadka. Carolina również. Odsunęła się szybko i zgarnęła  z 

podłogi sukienkę. 

– Przepraszam – wyjąkał. – Nie wiedziałem... 
– Nic nie mów. Nie musisz. 
– Ale muszę otworzyć. 
– Więc otwórz. 
– Poczekaj – popatrzył na nią – może w ten sposób los chce nam coś powiedzieć. 
– Może musimy poczekać kolejne dwanaście lat – Już idę! – zawołał do Joela, wciskając 

koszulę w spodnie. Zanim jednak podszedł do drzwi, uśmiechnął się smutno i powiedział: – A 
może los nie będzie taki okrutny?

– Pragnę cię, Billy. – Carolina śmiało uniosła brodę. – Wiem, że nie do końca w to 

wierzysz, ale ja naprawdę cię pragnę. I nie pozwolę nikomu, ani Graysonom, ani losowi, żeby 
mi dyktowali, co jest dla mnie dobre, a co nie. Dosyć tego. Jestem już dorosła i sama wiem, 
czego chcę. 

Powinien być szczęśliwy, słysząc z jej ust takie zapewnienia. Ale nie był. Raczej się bał. 

Ona też nie wyglądała na szczęśliwą – jej usta były zaciśnięte, w oczach kręciły się łzy. 

– Nie płacz, Carolino – powiedział. 
– Więc mi uwierz, tylko o to cię proszę... 
Billy odwrócił twarz. Bał się, że i po jego policzkach popłyną gęste łzy. 

background image

ROZDZIAŁ 8

Carolina i Billy czekali na dzieci w przestronnym holu w domu Graysonów. Wcześniej 

Billy zaproponował, że pójdzie z nią po Kicię i Chrisa, a ona przystała na to z wdzięcznością. 

Po dobrych  dwóch minutach oczekiwania na spotkanie wyszła im Gloria. Po obu jej 

stronach   dreptały   dzieci,   kiedy   jednak   tylko   ujrzały   mamę,   puściły   się   do   niej   biegiem. 
Carolina przykucnęła, a Chris radośnie wpadł w jej ramiona. Kicia zachowała się bardziej 
powściągliwie, lecz i ona mocno wy ściskała mamę, jak gdyby wcześniej nie była pewna, czy 
rzeczywiście jeszcze się zobaczą. 

– Co dziś robiłaś? – zapytała córkę Carolina. – Bawiłaś się lalkami?
– Nie lubię lalek!
–   Nie   chciała   się   bawić   żadnymi   swoimi   zabawkami   –   oznajmiła   Gloria,   stanąwszy 

uprzednio w bezpiecznej odległości. 

Carolina wstała i popatrzyła na teściową. 
– Jak to?
– A tak. Kupiłam jej prześliczne lalki, niektóre bardzo drogie. A teraz Catherine twierdzi, 

że nie lubi lalek. 

Cóż, poza lalką, którą dostała od Champa, Kicia nigdy nie wykazywała zainteresowania 

lalkami, lecz Gloria wciąż nie przyjmowała tego do wiadomości. 

– Dzieci mają różne upodobania – Carolina postanowiła załagodzić sytuację. – Jestem 

pewna, że następnym razem chętnie się nimi pobawi. 

– Wcale nie! Lubię biegać i skakać, lubię składać różne rzeczy! – Kicia rzuciła się w 

stronę Billy’ego i przytuliła się do jego nogi. – Lubię naprawiać! – dodała. – Ale lalki mnie 
nudzą. 

– Jak na mój gust, ona za dużo skacze i biega. – Gloria zmarszczyła troskliwie czoło. – 

Nie chce usiąść ani na chwilkę. 

– Bo to aktywna dziewczynka. Musisz wreszcie to zrozumieć, Glorio. 
Carolina   uśmiechnęła   się   promiennie   i   już   miała   się   odwrócić,   by  odejść,   gdy  nagle 

przyszło jej do głowy coś, o czym nie pomyślała nigdy wcześniej. Jej teściowa czuła się 
odrzucona i zraniona. Kupiła wnuczce kosztowne zabawki, aby w ten sposób wyrazić swoją 
miłość, ale Kicia ich nie przyjęła. 

–   Kici   bardzo   się   podobał   ten   zestaw,   który   kupiłaś   jej   w  zeszłym   roku  –   dodała   – 

pamiętasz? Ten z paciorkami i drucikami, do robienia naszyjników. Ona ma bardzo zręczne 
ręce, lubi wszelkie prace manualne. Może następnym razem, kiedy przyjdzie z wizytą, dasz 
jej coś podobnego. 

Przez chwilę wydawało się, że Gloria z pogardą odrzuci tę propozycję. Jednak dobre 

wychowanie, którym tak się szczyciła, nie pozwalało jej na taką reakcję. 

– Dziękuję – odparła sztywno. – Przemyślę to. 
– Następnym razem? – Nagle w drzwiach pokoju rodzinnego pojawił się sędzia Grayson. 

– Więc będzie następny raz? No proszę, co za wspaniałomyślność – zakpił. – Czy sądzisz, że 

background image

w ten sposób zdołasz nas przekupić? Czy łudzisz się, że zrezygnujemy z walki o wyłączną 
opiekę nad tymi biednymi dziećmi?

Zanim Carolina zdążyła zwrócić mu uwagę, że za chwilę doprowadzi do płaczu te dzieci, 

które rzekomo tak bardzo chce chronić, Gloria odwróciła się do męża i uspokoiła go ruchem 
dłoni. 

– Teraz nie będziemy o tym rozmawiać, Whittier – rzekła stanowczo. 
Sędzia   był   równie   zdumiony,   jak   pozostali   uczestnicy   tej   sceny.   Przez   wszystkie 

miesiące, które Carolina spędziła w tym domu, Gloria ani razu nie sprzeciwiła się mężowi. 
Teraz   oczy   Whittiera   miotały   błyskawice.   Wycofał   się   jednak   bez   słowa   do   pokoju 
rodzinnego, a Gloria poczekała, aż zniknie, i dopiero wówczas powiedziała:

– Dzieci nie jadły porządnej kolacji. Nakarm je jeszcze przed snem. Czymś pożywnym. 
Carolina nie miała pojęcia, co powiedzieć. 
– Dobrze – bąknęła tylko. – Przyprowadzę je w następną środę. 
Gloria pokiwała głową i nie żegnając się z nikim, ruszyła w głąb holu. 
Już   przed   domem   Billy   postawił   Kicię   na   ziemi,   a   mała   natychmiast   pobiegła   do 

samochodu. Chris także zaczął się wyrywać z objęć Caroliny, więc pozwoliła mu pobiec za 
siostrą. 

– Nakarm je jeszcze przed snem – powtórzył Billy i pokręcił głową. – Czymś pożywnym. 

Czy to nie dlatego, że dzieci potrzebują tłuszczu do prawidłowego rozwoju?

– Masz jakiś pomysł? – roześmiała się Carolina. 
– Co powiesz na lody?
– Doskonale!
Ujął ją za rękę gestem tak wprawnym i naturalnym, że aż poczuła dreszcze. Ruszyli do 

auta niczym prawdziwa rodzina, która właśnie wraca z wycieczki. 

Siedząc   w   rogu   nowo   otwartej   cukierenki,   Billy   Ray   obserwował   opychające   się 

smakołykami   dzieci.   Całe   szczęście,   że   Carolina   przytomnie   poprosiła,   żeby   ich   porcje 
nałożyć do szklanych miseczek, a wafelki podać osobno. Nietrudno było sobie wyobrazić 
Chrisa radośnie brudzącego lodami nowe wizytowe ubranko albo Kicię z gałką waniliowych 
we włosach. 

Chris był nieco podobny do swego ojca. Na początku przeszkadzało to Billy’emu, teraz 

jednak nie zwracał na to uwagi. Coraz bardziej lubił dzieci Caroliny i coraz częściej traktował 
je jak swoje. 

Czy to dziwne, skoro przyznał właśnie przed sobą, że właściwie nigdy nie przestał kochać 

ich matki?  Boże, ta ich szczenięca  miłość  przetrwała  ponad dziesięć  lat!  Dotychczas  nie 
wierzył w pokrewieństwo dusz i wszystkie te historie o dwóch połówkach jednej całości, 
które   wędrują   po   świecie,   dopóki   się   nie   znajdą,   teraz   jednak   nie   umiałby   inaczej 
wytłumaczyć tej niezwykłej więzi, która łączyła go z Carolina Waverly, owego irracjonalnego 
niemal poczucia, że są sobie przeznaczeni. To oczywiście wykraczało poza seks. Owszem, 
bardzo jej pragnął, o czym dziś miał okazję się przekonać. Przede wszystkim jednak pragnął 
być z Carolina, po prostu być, już na zawsze. 

–   Dziadek   się   na   mnie   wściekł   –   oznajmiła   Kicia,   wyrywając   go   z   romantycznych 

background image

rozmyślań. – Powiedział, że jestem zła. Ja mu powiedziałam, że nie jestem zła, tylko jestem 
dnostką. 

– Dnostką? – uśmiechnął się Billy Ray. – Kto ci powiedział, że jesteś dnostką?
– Mamusia. 
– Jednostką. To prawie to samo. – Carolina wyciągnęła rękę i wytarła brodę córki. – Bo 

nią jesteś. Jedyną i niepowtarzalną Kicią Grayson. 

– Był wściekły, bo nie chciałam groszku. 
– Groszku? – Billy Ray skrzywił się z obrzydzeniem. – Nie cierpię groszku!
Kicia wybuchnęła śmiechem i z całych sił zaczęła bębnić łyżeczką o stół. 
– Nie cierpię groszku! Nie cierpię groszku!
– Hej, uspokójcie się, dnostki, bo nas stąd wyrzucą – powiedziała surowo Carolina. – 

Kiciu   –   zwróciła   się   łagodniej   do   córki   –   świadoma   siebie   jednostka   powinna   umieć 
odróżniać, o co warto walczyć, a o co nie. 

– Tak  jest. O groszek nie  warto – wtrącił  Billy Ray,  bo Kicia wyglądała  na  mocno 

zmieszaną. – Albo o tort czekoladowy. O tort też nie będziemy walczyć, prawda?

– Lubię tort – stwierdziła Kicia. 
Niestety,   nie   zdołali   rozwinąć   tego   tematu,   bowiem   nagle   Carolina   przestała   się 

uśmiechać. Billy powędrował wzrokiem za jej spojrzeniem i ujrzał stojącą przy ich stoliku 
rudowłosą kobietę z dzieckiem na ręku. Minęło kilka sekund, zanim się odezwała. 

– Cześć, Carolino. 
Carolina uśmiechnęła się smutno. 
– Dawno cię nie widziałam, Taylor – powiedziała. 
– Wiem. Przepraszam. Naprawdę przepraszam – dodała, wyraźnie speszona milczeniem, 

które towarzyszyło jej słowom. – Opuściłam cię, kiedy najbardziej mnie potrzebowałaś. To 
niewybaczalne. 

Carolina wciąż milczała, więc Taylor utkwiła spojrzenie w Billym. 
– Witaj, Billy Ray. Chodziliśmy razem do liceum, pamiętasz?
Ledwie przypominał ją sobie ze szkolnych czasów. Później zaś tak bardzo pochłaniała go 

opieka nad ojcem, że innym sprawom poświęcał niewiele uwagi. Wiedział tylko, że Taylor 
jest obecnie żoną adwokata stanowego Johna Betza. 

– Mogę na chwilę usiąść? – spytała. Billy podsunął jej krzesło. 
– Jak sobie radzisz? – znów zwróciła się do Caroliny. – Bo wyglądasz cudownie. 
– Dziękuję, – Podobno się wyprowadziłaś?
– Widzę, że wiadomości szybko się rozchodzą. 
– Czasem nie dość szybko. – Spojrzenie Taylor powędrowało ku dzieciom, które właśnie 

kończyły jeść lody. – Kiciu, tam w rogu jest moja Mandy. Chcesz się z nią przywitać?

– Mogę? – zapytała dziewczynka mamę. 
– Jasne. 
Kicia wstała i odeszła od stołu, a Chris podreptał w ślad za nią. 
–   Przepraszam   cię,   Billy   –   Taylor   uśmiechnęła   się   niepewnie.   –   Ale   chciałabym 

porozmawiać z Caroliną sam na sam. 

background image

Billy odsunął krzesło, lecz Caroliną stanowczym gestem położyła rękę na jego dłoni. 
–   Nie   odchodź   –   poprosiła.   Popatrzyła   na   byłą   przyjaciółkę   i   wyjaśniła,   widząc   jej 

pytające spojrzenie: – I tak mu powtórzę wszystko, co usłyszę. 

– Dobrze – westchnęła Taylor. – Chodzi o tamto przyjęcie. .. 
Caroliną pobladła. 
– To w grudniu? – wyszeptała. 
–   Tak.   –   Taylor   skinęła   głową   i   spuściła   wzrok.   –   Czy   to   prawda,   że   niczego   nie 

pamiętasz?

– A uwierzysz mi na słowo?
– Twoje słowo mi wystarczy. Zawsze ci wierzyłam. 
–   No   właśnie   –   Carolina   pochyliła   się   nad   stołem   –   zawsze   wierzyłaś,   ale   odkąd 

znalazłam się po wypadku w szpitalu, zniknęłaś z mojego życia. Nawet nie odwiedziłaś mnie 
w szpitalu. A przecież... 

– Byłam twoją najlepszą przyjaciółką – uprzedziła ją Taylor. – Tak, wiem, nadal chcę nią 

być. 

– Więc dlaczego... ?
– John nie pozwolił mi cię odwiedzić. Powiedział, że sędzia Grayson nakazał wszystkim 

trzymać się od ciebie z daleka. Ale nie o to mi chodzi. – Ona także pochyliła się nad stołem. – 
Słyszałam, że sędzia wystąpił do sądu o prawo do opieki nad twoimi dziećmi. 

– Zgadza się. 
– Nie pozwól mu na to. Jesteś najlepszą matka, jaką można sobie wyobrazić. 
– Czy właśnie to chciałaś mi powiedzieć?
–   Nie   –   odparła   Taylor   i   zamilkła.   Dopiero   po   chwili   zaczęła   mówić   nerwowym, 

urywanym   głosem:   –   Tamtego   wieczoru...   my   także   byliśmy   na   przyjęciu.   Może   nie 
pamiętasz, ale spędziłyśmy sporo czasu razem. Byłaś... przygnębiona. Choć nie powiedziałaś 
mi  dlaczego.  Mimo  to trzymałam  się blisko ciebie.  Ani razu... ani razu nie poprosiłaś o 
alkohol. Nie wypiłaś ani kropli. 

Carolina milczała. Billy Ray widział, że jest bliska płaczu. 
– To ja będę reprezentował Carolinę w sądzie – odezwał się, chcąc dać jej trochę czasu. 
– John twierdzi, że jesteś najlepszym adwokatem w mieście. 
Billy zbyt wiele razy walczył z Johnem Betzem na sali sądowej, aby potraktować to jako 

zdawkowy komplement. John był ściśle powiązany z politykami okręgu, przyjaźnił się także z 
rodziną Graysonów. Jeśli w ten sposób komentował umiejętności Billy’ego, oznaczało to, że 
sędzia będzie walczył do upadłego. 

– Carolina będzie potrzebowała świadków – powiedział. – Czy powtórzysz przed sędzią 

Sawyerem to, co przed chwilą nam wyznałaś?

– Nie wiem. Jeśli to zrobię, John mnie zabije. 
– Więc chyba znowu musisz wybierać między mężem a najlepszą przyjaciółką. 
– Billy... – Carolina położyła rękę na jego ramieniu. 
– On ma rację – pokiwała głową Taylor. 
– Niezależnie od tego, co postanowisz, dziękuję, że mi o tym powiedziałaś – uśmiechnęła 

background image

się Carolina. – Nawet jeśli nie powtórzysz tego przed sądem. 

Taylor wpatrywała się w nią przez chwilę, po czym ponuro pokiwała głową. 
– Możesz mnie powołać na świadka – oznajmiła. – Powiem wszystko, co wiem o tamtym 

wieczorze i o innych. A John niech idzie sobie do diabła. Widziałam, co zrobił z tobą Champ.  
Nie pozwolę, żeby mój mąż zrobił to samo. 

Prosto z cukierni  Billy zawiózł  Carolinę  z dziećmi  do siebie.  Miała przesiąść się do 

swego auta i pojechać do Maggie. 

– Możemy się przywitać z Trójnogiem? – Kicia złożyła błagalnie ręce, kiedy zatrzymali 

się na podwórzu. – Proszę... 

– Jasne. Ale ona nie mieszka już w szopie. – Billy Ray popchnął leciutko dziewczynkę w 

kierunku domu. 

– O, to coś nowego. – Carolina ujęła go pod ramię. Czyżbyś trzymał to zapchlone zwierzę 

w domu?

– Wcale nie ma pcheł. Weterynarz mówi, że jest zdrowa. No i spodziewa się małych. Nie 

wiedziałaś, że mam miękkie serce?

– Tak, tak. Wkrótce każda matka w potrzebie przywlecze się na twój ganek. 
Billy otworzył drzwi i rozejrzał się po mieszkaniu, by upewnić się, że wszystko jest na 

swoim miejscu. Niedawno wymienił zamki na nowe. Po tym, co zaszło u Joela, wolał nie 
ryzykować. 

Trójnóg cierpliwie znosił dziecięce pieszczoty. Kicia i Chris głaskali go ostrożnie, na co 

kot reagował pełnym zadowolenia mruczeniem. Cała trójka tak bardzo była pochłonięta sobą, 
że dorośli spokojnie mogli zająć się rozmową. 

– Co sądzisz o tym, co mówiła Taylor? – zapytała cicho Carolina. – Czy jeśli zezna, że 

tamtego wieczoru nie piłam, pomoże nam wygrać tę sprawę?

– Na pewno nie mogła być z tobą przez cały wieczór. 
– Nie rozumiem... 
– Przypuszczam, że adwokat Graysonów wykorzysta zeznanie Taylor przeciwko tobie. 

Stwierdzi, że skoro sąd jest w posiadaniu badania, który udowadnia, że piłaś, to znaczy, że 
piłaś. A zeznania Taylor potwierdzają tylko, że jak każdy alkoholik potrafiłaś doskonale się 
maskować i długo trzymać swój problem w tajemnicy. 

– Pojęłam. Matka alkoholiczka nie może opiekować się swymi dziećmi, o to chodzi?
– O to. 
– Nie wygramy tego, Billy, prawda?
– Tego nie powiedziałem. 
– Ale uważasz, że wszystko może zostać użyte przeciwko mnie. 
– Uważam jedynie, że powinniśmy być realistami. Jedna osoba nie zrobi różnicy, ale 

kilka już tak. Mamy prawo zatrudnić eksperta, który zbada ciebie i Graysonów i określi, czy 
nadajesz   się   do   tego,   by   być   odpowiedzialną   matką.   Znam   kobietę,   którą   sąd 
najprawdopodobniej wyznaczy do tej roli. Jest nieprzekupna. Jestem pewien, że uzna, iż dla 
dobra dzieci powinno się zostawić je z tobą. 

– Graysonowie także mają prawo zatrudnić swojego eksperta, prawda?

background image

– Prawda. 
– Och, Billy, nie mam pojęcia, co zrobię, jeśli przegram. 
Billy   nawet   nie   chciał   myśleć   o   takiej   możliwości.   Odkąd   postanowił   reprezentować 

Carolinę   w   sądzie   i   narazić   się   Graysonom,   a   może   i   całemu   środowisku,   jego   koledzy 
jednocześnie podziwiali go i ostrzegali. Wszyscy uważali, że jest bez szans. Każdy, kto z nim 
rozmawiał, powtarzał, że jego decyzja to zawodowe samobójstwo. Życzliwi twierdzili, że 
sędzia Grayson go zniszczy i że po tej sprawie żaden klient nie odważy się go zatrudnić. 

Jego kariera nie miała jednak znaczenia – liczyło się coś innego. Jeśli nie wygra sprawy 

Caroliny,   to   straci   ją   na   zawsze.   Pozostanie   dla   niej   człowiekiem,   który   zawiódł   ją   w 
najważniejszym  momencie jej życia. Musiał uczynić  wszystko, by zwycięsko  wyjść  z tej 
próby. 

– Ufam ci, Billy – odezwała się, jak gdyby czytała w jego myślach. – Wiem, że zrobisz 

wszystko, co możliwe. 

I co niemożliwe, dodał w duchu, po czym przytulił ją mocno do siebie. 
– No cóż, Trójnogu, zostaliśmy sami. 
Billy Ray rozciągnął się wygodnie w fotelu, ponieważ kotka najwyraźniej nie zamierzała 

opuścić   sofy.   Carolina   z   dziećmi   wróciła   już   do   domu,   przed   chwilą   zadzwoniła,   aby 
powiedzieć mu dobranoc, mógł więc spać spokojnie i nie bać się o jej bezpieczeństwo. 

– I co powiesz na to wszystko? – westchnął. – Może powinniśmy spakować wszyscy 

swoje graty w jeden z gruchotów Joela i uciec stąd którejś nocy. Zapomnieć o River County i 
całej tej cholernej sprawie. Urządzić się gdzieś wspólnie i zacząć nowe, szczęśliwe życie... 

Właśnie to radził mu dzisiaj Joel. Wiedział, co wnuk czuje do Caroliny, domyślał się, że 

ich nakrył. 

–   Następnym   razem   najpierw   zadzwonię   –   burknął,   gdy   Billy   odprowadzał   go   do 

samochodu. – Koszula wciąż wystaje ci z portek. Ale skoro już o tym mowa, to nie mogło cię, 
chłopie, spotkać nic lepszego. Zabieraj ją stąd i chodu. Zacznij gdzie indziej. Nie tkwij tu 
tylko ze względu na mnie. 

Billy westchnął ciężko i otworzył puszkę piwa. Nie tylko z powodu dziadka musiał zostać 

w River County. Chodziło także o szacunek do samego siebie. Gdyby wyjechał, zachowałby 
się   jak   tchórz.   Dzieci   Caroliny,   zmuszane   wciąż   do   chowania   się   i   ucieczki,   również 
wyrosłyby na tchórzów. Dla dobra ich wszystkich trzeba było stawić czoło sędziemu. 

Włączył telewizję, ale nie zainteresował go ani mecz, ani żaden z nadawanych seriali. 

Mimo że czekało go mnóstwo pracy, nie mógł się ruszyć z fotela. Włożył piwo między kolana 
i zamknął oczy. W jego umyśle zakiełkowała kusząca wizja wspólnego życia z Carolina – 
Carolina budzi się rano obok niego, leży nocą w jego ramionach, kocha się z nim, szepcze 
słowa miłości... 

Gwałtowne stukanie w okno rozległo się, gdy już zasypiał. Billy uniósł powieki i ujrzał 

jak Doug Fletcher zagląda przez szybę do wnętrza. 

Wpuścił go, choć wcześniej upewnił się dokładnie, czy szeryf jest sam. 
– Po co przyszedłeś? – spytał. – I dlaczego tak późno? Czy teraz będziemy spotykać się 

ciemnościach? Żeby sędzia o niczym się nie dowiedział?

background image

Doug nawet nie silił się na odpowiedź. Od razu przeszedł do rzeczy. 
– Nieźle ci się wiedzie w Moss Bend – powiedział. – Szkoda by było to stracić. 
– Co masz na myśli?
– Masz tu swój dom, biuro w mieście. Lubią cię tutejsi ludzie. Może i nigdy nie będziesz 

prowadził wielkich spraw w sądzie najwyższym, ale tu zawsze znajdziesz pracę. 

– No i?
– No i dlaczego z tego rezygnujesz?
Billy milczał przez chwilę, powoli popijając piwo. 
– Dlaczego uważasz, że z tego rezygnuję? – zapytał w końcu. 
– Bo sędzia cię załatwi. 
–   No,   nareszcie   ruszyłeś   głową,   Doug   –   Billy   uśmiechnął   się   krzywo.   –   W   końcu 

domyśliłeś się, kto stał za tym pobiciem u Joela. 

– Obaj dobrze wiemy, kto za tym stał. Billy popatrzył przyjacielowi w oczy. 
– Dzięki za szczerość. Ale powiedz mi teraz jeszcze jedno... – zawiesił głos. – Wiedziałeś 

o wszystkim, zanim to się stało?

Doug pokręcił powoli głową. Billy mu wierzył. Zbyt długo byli przyjaciółmi, aby się 

okłamywać. 

– A więc dowiedziałeś się później. – Billy wzniósł puszkę w ironicznym toaście. – Twoje 

zdrowie, Doug!

–   Nawet   nie   wiem,   kto   tam   był   tego   wieczoru.   Powiedziano   mi   jedynie,   że   nie 

powinienem zbytnio interesować się sprawą. 

– Od kiedy to robisz wszystko, co ci mówią?
– Odkąd sędzia Grayson pomógł mi zostać szeryfem. 
– Widzę, że naprawdę zebrało ci się szczerość. 
– Posłuchaj, stary – Doug podszedł do okna – znamy się jak łyse konie i nie musimy 

przed sobą niczego udawać. Wiesz, kim jestem i na co mnie stać. Wiesz, że byłem zerem, a 
zostałem szeryfem. Wiesz, że gdyby nie Grayson... 

– Nigdy nie byłeś zerem – przerwał mu Billy. – Pochodzisz z dobrej rodziny. Rodziny 

ludzi uczciwych, którzy ciężko pracowali na chleb. Ciężko, ale uczciwie. 

– Tak, i tą uczciwą pracą do niczego nie doszli. Nigdy nie mieli więcej niż parę marnych 

groszy,  ich dzieci nigdy nie wyszły poza podstawówkę, nigdy nie mieli żadnych marzeń, 
może oprócz tego, żeby sprzedać więcej hot-dogów za trochę więcej forsy! – parsknął Doug. 
– Sypiałem pod dziurawymi kołdrami. Dostawałem jedną parę butów na rok, nawet jeśli z 
nich wyrastałem. Zrozum, Billy, że jestem pierwszy Fletcherem, który został kimś w tym 
zasranym mieście!

– Jasne, zostałeś kimś. Sługą nadętego frajera, chama w todze sędziego, sadysty, który 

cierpi na manię wielkości!

Doug nie odpowiedział. Sięgnął po puszkę piwa stojącą na stole, otworzył ją i wypił do 

połowy, zanim ponownie się odezwał. 

– Masz rację – powiedział ponurym głosem. – Ale przyszedłem pogadać o tobie, nie o 

mnie. 

background image

– Dzięki za troskę – Billy uśmiechnął się kpiąco. 
– Nie wierzysz w nią?
– Wierzę. 
– To posłuchaj, co ci radzę. Niech ktoś inny broni Caroliny Grayson. Ty daj jej spokój. 

Jeśli tego nie zrobisz, przegrasz nie tylko tę sprawę. Przegrasz wszystko. 

–  Nie  przegram,  jeśli   ludzie  z  miasteczka  powiedzą   prawdę i  przestaną   bać  się tego 

tyrana. Jego dni mogą być  policzone. Jednak żeby tak się stało, musimy współpracować, 
wszyscy. 

– Próżne nadzieje. On trzyma całe Moss Bend w garści. To, co zrobisz, i tak niczego nie 

zmieni – odparł Doug i już spokojnie dokończył swoje piwo. 

Billy   uznał,   że   szeryf   powiedział   już   wszystko,   co   miał   do   powiedzenia.   Czekał,   aż 

odstawi pustą puszkę i wstanie, lecz Doug najwyraźniej jeszcze nie skończył. 

– Jest jeszcze coś, Billy. Czy wiesz, czemu twój ojciec zaczął pić? Czy Yancy mówił ci 

kiedyś,   dlaczego   nie   może   na   siebie   patrzeć?   Dlaczego   pije   na   umór   tylko   po   to,   żeby 
przetrwać?

Billy spojrzał na niego zaskoczony. Nie bardzo rozumiał, jaki związek z Caroliną mają te 

pytania, ale były wystarczająco intrygujące, by podjąć podsunięty przez Douga wątek. 

–   Nigdy   mi   o   tym   nie   opowiadał.   Chyba   nikt   nie   wie,   dlaczego   pił.   Był   po   prostu 

alkoholikiem. 

– Ktoś jednak wie. 
– Ty?
– Sędzia. 
Billy Ray zacisnął mocno szczęki. Wiedział, że jego ojciec z całego serca nienawidził 

sędziego Graysona, ale nigdy nie zastanawiał się dlaczego. Wspomnienia związane z ojcem 
sprawiały mu ból, toteż starał się wyrzucić je z pamięci. 

– Może przejdziesz do rzeczy? – zaproponował. – Powiedz, co masz do powiedzenia, 

skoro już zacząłeś. 

– Nie znam szczegółów, wiem tyle, ile powiedział mi sędzia. 
– Czyli co?
– Twój ojciec usiłował przeciwstawić się Graysonom. Ale był za słaby, więc sprzedał się 

sędziemu,  na  czym  nie   wyszedł  nawet  najgorzej. Podobno zyskał  na  tej   transakcji sporo 
pieniędzy, tyle że nie miał na co ich wydać. 

– Więc zaczął pić?
– Podobno. – Doug podniósł się z sofy. – To wszystko, co wiem. 
– Dlaczego więc tak bardzo nienawidził sędziego, skoro na nim zarobił?
– Bo zarobił mniej, niż oczekiwał. Sędzia powiedział, że Yancy wyżej wycenił swoją 

lojalność i że potem do końca życia chował urazę. 

– Fascynujące – powiedział sarkastycznie Billy – i nie mniej idiotyczne. Wybacz, ale to 

jakiś stek bzdur. 

– Może. W każdym razie ma to coś wspólnego ze sprawą, nad którą Yancy pracował w 

latach siedemdziesiątych. Jeśli chcesz poznać więcej szczegółów, oblicz sobie, kiedy twój 

background image

stary zaczął pić, i przejrzyj sprawy z tamtego okresu. 

Billy Ray wciąż przechowywał papiery należące do ojca. Firma nadal mieściła się w tym 

samym budynku, a po śmierci Yancy’ego wszystkie dokumenty złożono na poddaszu. 

– Po co właściwie mówisz mi to wszystko? – spytał. 
– Chcę ci uświadomić, że nie możesz zwyciężyć. Z Graysonami nikt jeszcze nie wygrał. 

Nie chcę, żeby coś ci się stało. 

– Już mi się stało. 
– To było nic. 
– Czyżby tylko ostrzeżenie? Doug przecząco potrząsnął głową. 
– Raczej przypomnienie. Mieszkasz w Moss Bend, Billy.  Na cholernym  Południu, w 

cholernym   River   County.   Po   prostu   zapomniałeś,   że   jesteś   tutaj   nikim.   Byłeś,   jesteś   i 
będziesz. Zupełnie jak ja. 

background image

ROZDZIAŁ 9

Tygodnie  przed sprawą minęły zbyt  szybko.  Billy pracował  do późnej nocy,  usiłując 

znaleźć świadków, którzy zgodziliby się zeznawać na korzyść Caroliny. Ona sama, zajęta 
nową pracą, dziećmi, wizytami u psychologów i psychiatry, również nie miała wolnej chwili. 
Głównie   do   siebie   dzwonili,   spotykali   się   rzadko,   najczęściej   na   szybkim   lunchu   w 
towarzystwie Maggie. Raz Carolina przyprowadziła dzieci do Billy’ego, aby mogły przywitać 
się z nowym synem kotki, ale nie była to udana wizyta. Przez cały czas jej trwania Billy czuł 
nieokreślone napięcie. Wciąż miał świadomość, że jeśli zawiedzie Carolinę, nie mają szans na 
wspólną przyszłość. To właśnie nie pozwalało mu odnaleźć dawnej radości i beztroski, jaką 
kiedyś odczuwał w jej towarzystwie. 

Dzień przed rozpoczęciem sprawy siedział przy biurku i ponownie obmyślał procesową 

strategię. Nigdy jeszcze nie musiał działać w tak niesprzyjających okolicznościach. Choć było 
to niesprawiedliwie, wiedział, że opieka nad dziećmi uzależniona będzie od oceny wypadków 
dotyczących śmierci Champa. Zanim Sawyer podejmie decyzję, rozpatrzy wszystkie zarzuty 
stawiane Carolinie i albo uwierzy w jej poczytalność i uczciwość, albo nie. 

Czy Carolina zjechała z autostrady, bo za dużo wypiła? Czy w zemście za lata udręki 

usiłowała zabić męża? Czy to prawda, że zapięła pasy, w przeciwieństwie do Champa?

Czy w rozpaczy liczyła na to, że zabije prześladowcę, a jednocześnie zdoła ocalić własne 

życie?

Te   i   inne   pytania   na   pewno   na   sali   rozpraw   padną   niejednokrotnie.   Billy   był   tego 

świadomy i już teraz bał się, jak zniesie je Carolina, świadkowie i wreszcie on sam. 

Oparł głowę na rękach i zamknął oczy. Skoro Carolina nie pamiętała wydarzeń owego 

wieczoru, mógł jedynie zgadywać, co się wówczas stało. Jeśli nawet miała kiedyś problemy z 
piciem, najwyraźniej już minęły. Nie przepadała za alkoholem, widział to i był pewien swojej 
oceny. Wiedział, jak zachowują się alkoholicy, i mógłby przysiąc, że ona nie cierpi na tę 
chorobę. 

Jaka jednak była  przed wypadkiem?  Nie zdziwił się, gdy wynajęty przez Graysonów 

psychiatra   stwierdził,   że   była   niezrównoważona,   a   czasem   wpadała   w   stany   lękowo-
urojeniowe.   Ekspertyza   kończyła   się   stwierdzeniem,   że   jej   zdolności   do   samodzielnego 
podejmowania   decyzji   są   upośledzone,   i   że   nie   przyznając   się   do   choroby   alkoholowej, 
Carolina odmawia sobie szansy na leczenie. Rokowania w tym przypadku – stwierdzał raport 
– są zdecydowanie niekorzystne. 

Dla odmiany Billy dysponował ekspertyzami dwóch psychologów, którzy na jego prośbę 

przebadali Carolinę oraz dzieci, po czym zgodnie uznali, że zważywszy na okoliczności, jest 
ona   doskonale   przystosowana   do   samodzielnego   życia,   świadoma   swoich   celów   i 
popełnionych błędów. Nie zawsze jest pewna siebie, ale w odniesieniu do spraw istotnych 
umie być stanowcza. Dzieci są do niej bardzo przywiązane i czują się przy niej bezpiecznie, 
ona zaś poświęca im wystarczająco  dużo uwagi, by zapewnić im prawidłowy rozwój. W 
związku z powyższym zaleca się pozostawienie opieki nad dziećmi w jej rękach. 

background image

Reszta dowodów była oczywista. Na każdego świadka Graysonów przeciwko Carolinie, 

Billy Ray znajdował dwóch chętnych, by zeznawać na jej korzyść. Gdyby rozprawa odbywała 
się gdzie indziej czy przeciw komuś innemu, szedłby spać w dobrym humorze. Cóż, sędzia 
Sawyer także będzie musiał zdać piekielnie trudny egzamin. 

– Billy Ray?
Podniósł głowę i popatrzył znad papierów na Fran. 
– Jeszcze tu jesteś?
– Bo ty tu jesteś. 
– No i co z tego? Już dawno powinnaś była pójść do domu. 
– Najpierw zobacz, co znalazłam – zmarszczyła brwi – dopiero potem posyłaj mnie do 

diabła. 

– Do domu – poprawił. 
– Cicho – skarciła go. – Naprawdę znalazłam coś ciekawego. 
Przez   chwilę   nie   miał   pojęcia,   co   jej   strzeliło   do   głowy.   Od   tygodni   zajmował   się 

wyłącznie sprawą Caroliny i nie interesowało go nic innego. Czy może być teraz coś bardziej 
pilnego?

Fran położyła przed nim przykurzony, stary raport. 
– Długo myślałam o tym, co mi powiedziałeś – zaczęła tłumaczyć. – O tym, co Fletcher 

wspominał o twoim ojcu. W tamtych czasach byłam zwykłą urzędniczką. Potrafiłam jedynie 
odbierać telefony i nie odróżniałam jednej sprawy od drugiej. Pamiętam jednak plotki. W 
biurze wiele się działo i starałam się nie zaprzątać sobie nimi głowy, ale ta plotka... 

– Poczekaj – przerwał jej Billy. Miał ochotę powiedzieć, że chwilowo jest zbyt zajęty, by 

wracać do starych plotek, jednak Fran nie pozwoliła się uciszyć. 

– Cały dzień spędziłam dziś na poddaszu i wreszcie to znalazłam – dokończyła szybko. – 

Naprawdę powinieneś to przeczytać. 

– To? – Spojrzał na cienką teczkę, w której było pewnie nie więcej niż kilka kartek. 

Gdyby teczka była grubsza, zapewne zbyłby Fran i zbeształ. – Czy muszę to robić teraz? – 
spytał niechętnie. 

– Tak. Powinieneś wiedzieć, z kim jutro się zmierzysz na sali rozpraw. 
Ciekawość zwyciężyła. Billy ujął między palce kartonową okładkę. 
– Przecież wiem, kim jest Whittier Grayson – powiedział. 
– Chodzi mi o to, jakim jest człowiekiem. 
– Uważasz, że jeszcze się na nim nie poznałem?
– Wychowywałam się nad rzeką – odezwała się Fran z pełnym zadumy uśmiechem. – 

Przy drodze mieszkała rodzina, mieli trzech synów. Gibb, środkowy, od samego początku 
sprawiał   kłopoty.   Wszyscy   wiedzieli,   że   to   kawał   drania.   Kiedy   coś   znikało   z   naszych 
podwórek, domyślaliśmy się, czyja to sprawka. Po jakimś czasie przywykliśmy do tego i 
trzymaliśmy rzeczy pod kluczem. Taki właśnie był Gibb. Któregoś dnia Gibb napadł na bank 
w Tallahassee, a kiedy ktoś próbował mu przeszkodzić, zastrzelił biedaka, a przynajmniej tak 
mówili. Nie zdziwiliśmy się zbytnio, bo i dlaczego? Taki właśnie był Gibb. Sprawiał kłopoty. 
Kawał drania... – Wzruszyła ramionami. – Teraz po raz kolejny złożył apelację. Posłuchaj 

background image

mnie, Billy Ray. Czasem myślenie, że kogoś dobrze znasz, jest równie niebezpieczne, jak 
napad na bank. 

Cofnęła się do drzwi i poprosiła po raz ostatni:
– Przeczytaj to. Wtedy powiesz mi, jakim człowiekiem jest sędzia. 
W tawernie zanosiło się na długą noc. Szafa grająca i bilardowe stoły otoczone były 

grupkami   hałasujących   mężczyzn,   a   na   barze,   ku   uciesze   gawiedzi,   młoda   kobieta   o 
ufarbowanych na pomarańczowo włosach usiłowała tańczyć taniec brzucha. 

– Już raz się tłukli – poinformowała Maggie Billy’ego. 
– Dopiero raz? – Billy rozpiął kołnierz koszuli i poluzował krawat. Klimatyzacja w lokalu 

najwyraźniej nie działała jak należy. 

– Wszyscy są dziś nerwowi. Chyba wcześniej zamknę. 
– Maggie przysunęła się, żeby pocałować go w policzek. 
– Robię się na to za stara. Chyba sprzedam ten interes i przeprowadzę się na Zachód. 

Będę bliżej wnuków. 

Przez chwilę miał ochotę poprosić Maggie, aby zabrała Carolinę z dziećmi i wraz z nimi 

uciekła jeszcze dziś. Na to jednak było już za późno. 

– Podać ci coś? – spytała. 
– Sam nie wiem. Przyszedłem zobaczyć się z Dougiem. 
– Cały czas pije. Możesz go odwieźć do domu, kiedy skończycie. 
Maggie odeszła do baru, zapewne po to, aby sprawdzić, czy ruda dziewczyna nadal ma na 

sobie bieliznę, a Billy ruszył przez zbity tłum, by odnaleźć przyjaciela. Znalazł go przy tym 
samym stoliku, co zawsze. Usiadł na wprost Douga, lecz ten nawet na niego nie spojrzał. 

– Co tu robisz? – spytał tylko, wpatrzony smętnie w resztki piwa. – Myślałem, że całą noc 

będziesz przygotowywał się do wojny. 

– Właśnie się przygotowuję. 
– Musisz być dobrej myśli, skoro przywiodło cię do tej ponurej speluny. 
– Nie wiem, czy jestem dobrej myśli. Ale na pewno mam nastrój do opowiadania długich 

historii. Pomyślałem, że byłbyś dobrym słuchaczem. 

– Ja? – Doug zmrużył  przekrwione oczy.  – Sługa chama  w todze i sadysty z manią 

wielkości?

– Ty. Nie wiem, dlaczego pomyślałem o tobie, ale chętnie opowiem ci tę historię. Jeśli 

zechcesz posłuchać. 

Doug odwrócił wzrok, wlał do gardła resztkę piwa i skinął na Maggie, by przyniosła 

następne. 

– Czemu nie? – powiedział. – Gadaj, jeśli masz ochotę. Billy oparł łokcie na stole i 

popatrzył mu w oczy. 

– Mam ochotę pogadać, Doug. Właśnie z tobą. Westchnął ciężko, choć przecież wiedział 

już, od czego zacząć. Godzinę wcześniej opowiedział tę samą historię Joelowi. 

– Jakieś dwadzieścia dwa lata temu mojego ojca odwiedzili robotnicy ze starej fabryki 

azbestu w Spring Creek. Zdaje się, że wszyscy mieli rozmaite problemy ze zdrowiem i doszli 
do wniosku, że dzieje się tak z powodu warunków pracy panujących w fabryce. Wcześniej 

background image

byli u innych prawników, ale żaden z nich nie chciał wziąć tej sprawy. 

– Niech zgadnę: twój tatuś był inny – przerwał mu zgryźliwie Doug. – Wiadomo, stary 

Yancy Wainwright, obrońca uciśnionych... 

– Ojciec obiecał, że się temu przyjrzy. Wtedy jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy z 

tego, jak niebezpieczny jest azbest. Były oczywiście jakieś przepisy, ale nie tak szczegółowe i 
rygorystyczne, jak obecnie. Zresztą, fabryka w Spring Creek nie przestrzegała nawet tamtych 
przepisów. Ktoś przekupywał inspektorów i robił wszystko, byle tylko odstąpić od wdrożenia 
nowych, bardziej kosztownych procedur i technologii. Mój ojciec wykrył nie tylko to... 

– No?
– Właścicielami fabryki byli Graysonowie. Założyli fałszywą firmę, aby nią zarządzała, 

ale w rzeczywistości  wszelkie zyski  trafiały na ich konta. A zyski były  ogromne. Ojciec 
szybko się zorientował, kto stoi za tym wszystkim. 

– No i co z tego? – Doug odchylił się na krześle. – Połowa północnej Florydy należy do 

Graysonów. Mogą ustanawiać własne prawa. 

– Postaram się to uprościć, Doug. Ojciec miał dowody w ręku, zagroził więc Graysonom 

olbrzymim   procesem.   Na   początku   był   pewien,   że   wygra,   ale   wtedy   sędzia   szybko 
przygotował kontratak. Kilka dni później spotkał się z ojcem w tajemnicy i powiedział mu, że 
jeśli   tknie   on   choćby   jednego   z   Graysonów,   rodzina   Graysonów   go   zniszczy.   Następnie 
pokazał mu cała furę sfałszowanych dokumentów, łączących Yancy’ego ze wszystkim, co 
nielegalne – od hazardu przez malwersacje po narkotyki. 

– I Yancy dał się zastraszyć? – spytał Doug. – Tak łatwo?
– Powiedzmy, że dał się przekonać. Sędzia obiecał ojcu, że zawrze z poszkodowanymi 

robotnikami   umowę,   na   mocy   której   mieli   dostać   odszkodowania   –   znacznie   niższe,   niż 
gdyby zdecydowali się walczyć w sądzie i wygrali, ale za to pewne. Ojciec miał im tylko 
zasugerować,   żeby   przyjęli   ofertę   sędziego   i   milczeli,   a   wtedy   sędzia   zniszczy   to,   co 
przygotował, by go skompromitować. 

Doug nic nie powiedział, ale nie wyglądał na specjalnie zdumionego. 
– Mój tata musiał wybierać. – Billy Ray pochylił się nad stolikiem. – Mógł zaryzykować 

karierę i walczyć o to, co uważał za słuszne, wiedząc jednocześnie, na co się naraża. Wiedział 
jednak, że najprawdopodobniej przegrałby i sprawę, i całe swoje życie. Mógł też poradzić 
robotnikom, żeby zgodzili się na umowę. Gdyby tak się stało, dostaliby jakąś rekompensatę, a 
on byłby bezpieczny. 

– Chyba nie muszę pytać, co wybrał?
– Nie musisz – odparł Billy. – Pozbył się wszelkich dowodów. Nie zostawił żadnych 

śladów prócz paru stron, które napisał na maszynie i schował na strychu, zapewne tuż przed 
śmiercią. Może chciał, żebym któregoś dnia je znalazł? Tego nie wiem, ale wiem co innego: 
to, co zrobił, załamało go i zniszczyło. Czuł się tchórzem do końca życia. Nie mógł ze sobą 
wytrzymać. 

– I przez to zaczął pić. 
Billy Ray długo patrzył na Douga, po czym wziął w garść jego pusty kufel, postawił do 

góry dnem i wbił w przyjaciela ciężkie spojrzenie. 

background image

–   Tak,   przez   to   zaczął   pić   –   powtórzył.   –   A   ty   mi   nie   mów,   że   nie   potrafisz   tego 

zrozumieć. 

Doug milczał. 
– Masz wybór, Doug – odezwał się Billy, wciąż patrząc w jego zmęczoną zgryzotami i 

piciem twarz. – Możesz zawołać Maggie, żeby przyniosła ci jeszcze jedno piwo, a potem 
następne i tak do rana. Możesz też wrócić do domu, do żony i zastanowić się, jakim jesteś 
człowiekiem. Na cokolwiek się zdecydujesz, nie próbuj prowadzić. Jeśli złapią cię na jeździe 
po   pijaku,   przegrałeś.   Chyba   że   pójdziesz   do   sędziego,   a   ten   udowodni,   że   policjant   z 
drogówki to narkoman i terrorysta. 

Billy Ray wjechał na podjazd i wyłączył silnik. Był zbyt zmęczony, żeby od razu wysiąść 

z auta, odsunął więc szybę i patrzył na gwiazdy świecące na czystym letnim niebie. Przez 
moment kusiło go, żeby zawrócić i pojechać wprost przed siebie, jak najdalej od Moss Bend. 
Zamiast tego zebrał w sobie resztki sił i wysiadł z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi. 
Jutro o tej porze sędzia Sawyer będzie rozważał wszelkie za i przeciw, pomyślał, a Carolina 
zapewne będzie się modlić, aby wszystko dobrze się ułożyło. 

A on? Co z nim?
Na ganku zaczął szukać klucza do drzwi wejściowych, otworzyły się jednak same, zanim 

zdołał wyjąć rękę z kieszeni. Na progu stała Carolina. 

– Co tutaj robisz? – zapytał. 
– Chciałam się z tobą zobaczyć – odparła. – Byłam wcześniej w biurze, ale nikogo nie 

zastałam, więc przyjechałam tu. Kiedyś na wszelki wypadek Hattie dała mi zapasowy klucz. 
Dziś ona pilnuje Chrisa i Kicię. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. 

– Przeciwko czemu?
– Że włamałam się do twojego domu. 
– Zanim oddasz klucz Hattie, zrób jeszcze jeden dla siebie i przychodź do mnie, kiedy 

zechcesz. 

– Czy to znaczy, że chciałbyś widywać mnie częściej niż w ubiegłym tygodniu?
– Pewnie, że chciałbym – westchnął. – Przecież wiesz. 
– Właśnie nie wiem, Billy. Nie wiem wszystkiego do końca, a muszę wiedzieć. Zanim 

jutro wejdę na salę rozpraw, muszę wiedzieć, co właściwie nas łączy. 

Wpuściła go do środka i zamknęła drzwi. Billy oparł się ciężko o ścianę i popatrzył na nią 

uważnie. 

– Naprawdę uważasz, że to odpowiedni moment na takie dyskusje? – zapytał. – Boisz się 

tego, co może się jutro wydarzyć. Ja też jestem tym zaprzątnięty, wyczerpany... 

– Może i tak, ale przecież to wszystko nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się między 

nami, prawda?

Wiedział, że Carolina ma rację. Wiedział to właściwie od dawna, a jednak wciąż nie był 

w stanie przyznać, że ich wzajemne uczucia, aktualne i przyszłe, nie muszą mieć związku z 
czekającym ich procesem, nie muszą zależeć od jego wyniku. Kiedyś powiedział sobie, że 
tylko zwycięstwo odniesione nad Graysonem da mu prawo ją kochać. Czyżby teraz Carolina 
chciała powiedzieć, że wolno mu ją kochać niezależnie od wszystkiego?

background image

Na pewno nie wiedziała, co robi, czego chce... 
– Chodź – pociągnęła go do salonu – usiądź. Kiedy na ciebie czekałam, przyrządziłam 

mrożoną herbatę. 

–   Nie   musisz   się   o   mnie   troszczyć.   Nie   chcę,   żebyś   na   mnie   czekała.   Masz   swoje 

obowiązki. 

– Usiądź – powtórzyła, jakby nieco zniecierpliwiona. – Wobec tego przyniosę herbaty dla 

siebie. Zaczekasz?

– Przepraszam – westchnął ciężko, a potem patrzył, jak Carolina znika w korytarzu. Jasna 

spódnica   pieszczotliwie   głaskała   jej   łydki.   Bose   stopy   były   drobne,   biodra   kołysały   się 
łagodnie, piersi unosiły się lekko pod bluzką. 

Billy poczuł, że robi mu się gorąco. Zdjął krawat, rozpiął kołnierzyk koszuli i odetchnął 

głęboko. Gdy Carolina wróciła z herbatą, zrobił jej miejsce na sofie obok siebie, ona jednak 
usiadła na najbliższym fotelu, a szklanki postawiła na stole. 

– Jeśli coś źle zrozumiałam, powiedz mi o tym – odezwała się po chwili. 
Nie, nie mógł rozmawiać z nią w ten sposób. Siedziała wyprostowana niczym struna, z 

dłońmi złożonymi skromnie na kolanach. 

– Chodź do mnie – rozłożył szeroko ramiona – proszę... Zastanawiała się przez chwilę, po 

czym  usiadła  obok i przytuliła  się do niego – Widzisz  – zaczął  tłumaczyć  – jeszcze  tak 
niedawno   byłaś   żoną   Champa.   Ja   pojawiłem   się   w   twoim   życiu,   gdy   rozpaczliwie 
potrzebowałaś pomocy. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, ale... 

–  Nie   potrzebuję  wykładu  z  historii  –  przerwała  mu   niecierpliwie.  –  Równie  dobrze 

pamiętam   naszą   przeszłość,   jak   ty.   Mówmy   konkretnie   i   szczerze.   Zawsze   tak 
rozmawialiśmy. 

– Zgoda. – Skinął głową, lecz nie mógł zdobyć  się na to, by spojrzeć jej w oczy.  – 

Powiedz zatem, skąd wiesz, że potrafisz należycie rozpoznać swoje uczucia? Czy naprawdę 
wiesz,   kiedy   kieruje   tobą   pragnienie   pocieszenia,   bliskości,   przyjaźni,   kiedy   rządzi   tobą 
zwykła, fizyczna namiętność, a kiedy... inne emocje?

Carolina tylko chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. 
–   Rozmawialiśmy   już   o   tym   –   powiedziała.   –   Sugerujesz,   że   nie   potrafię   odróżnić 

pożądania od wdzięczności. Albo pożądania od pragnienia bezpieczeństwa. Ze mylę miłość z 
przywiązaniem i zażyłością. Otóż nie. 

– Nie? – zapytał, a jego serce podskoczyło do gardła ze wzruszenia. 
– Wiem, trudno mi zaufać – uśmiechnęła się smutno. – Narobiłam bałaganu we własnym 

życiu. Jak mam udowodnić, że wiem, czego chcę, skoro przez tyle lat... 

– Nie wracajmy do tego, Carolino. 
–   Tak,   słusznie   –   przełknęła   ślinę.   –   Chciałam   tylko   powiedzieć,   że   znam   swoje 

pragnienia i umiem powiedzieć, co naprawdę czuję. Jeśli nie zaufasz mi w tej sprawie, to 
dlaczego miałbyś w ogóle mi ufać? Skoro kłamię w kwestii własnych uczuć, nawet sama 
przed sobą, to przecież mogę kłamać także w trakcie procesu. 

– To nie tak – zaprotestował. – Nie sądzę, żebyś kłamała. 
– Więc może uważasz, że nie jestem wystarczająco rozgarnięta, by połapać się w tym 

background image

wszystkim?

– Tego też nie powiedziałem. 
– A może niezrównoważona? Wiele osób zgodziłoby się z tobą... 
– Przestań! Wcale tak nie uważam!
– A więc to jeszcze coś innego. – Uśmiechnęła się, lecz jej oczy były poważne i smutne. 

– Oto rzucam się w twoje objęcia, a ty nie jesteś zainteresowany. Jesteś zbyt delikatny, by 
powiedzieć mi o tym wprost. Nie chcesz mnie zranić... 

– Zamknij się wreszcie!
Chwycił ją w ramiona i przyciągnął mocno do siebie. Pragnął jej tak bardzo, że nie mógł 

dłużej się opierać. Nie mógł też ani chwili dłużej słuchać czegoś, co tak jawnie sprzeciwiało 
się jego sercu. 

– Ufam ci – powiedział i zanurzył z westchnieniem twarz w jej miękkie włosy. 
– Nie rób niczego, czego naprawdę nie chcesz. – Odsunęła go, opierając ręce na jego 

torsie. – Nie pozwolę się oszukać. 

– Wolałbym się utopić niż cię oszukać – jęknął. – Pragnę cię... – Poszukał ustami jej ust, 

dłonią zbłądził na piersi. – Pragnę bardziej niż cokolwiek i kogokolwiek, zawsze pragnąłem... 

– Więc nie dręczmy się więcej, skoro oboje się pragniemy – westchnęła błogo pod jego 

dotykiem. – Zróbmy to wreszcie, Billy, proszę... 

– Tak – odparł zduszonym namiętnością głosem. – Tutaj... Albo na górze. 
– A jeśli ktoś zadzwoni, nie otworzymy. 
Odsunęła się od niego gwałtownie i ruszyła po schodach na górę. Billy zrównał się z nią 

dopiero przed drzwiami sypialni. 

– Powiesz, że jestem bezwstydna... – Spojrzała na niego z dłonią na klamce. 
– Raczej śmiała, pełna fantazji. Taka jak kiedyś. 
–   Miałam   nadzieję,   że   dzisiejszy  wieczór   skończy  się   w  ten   sposób   –  powiedziała   i 

otworzyła drzwi. Na szafce i komódce paliły się świece, okna były szeroko otwarte. 

A więc wierzyła w niego. Mocniej niż on w nią. Była pewna jego miłości i wiedziała, że 

odpowie na jej miłość. Czekała. 

– Zaryzykowałam. – Stanęła przed nim. – Teraz twoja kolej. Zapomnij o wszystkim, o 

procesie, dzieciach, Champie... Myśl tylko o nas, o tym, czego ty chcesz... 

– Chcę ciebie. 
– Może gdybyś powiedział mi to wiele lat temu, nie poślubiłabym Champa. Gdybyś to 

powiedział, kiedy jeszcze byliśmy dziećmi, może bym na ciebie czekała. Ale to nie twoja 
wina. To ja byłam głupia. Na szczęście już nie jestem. 

Podeszła do niego i zaczęła powoli rozpinać guziki jego koszuli. 
– Podobno im dłużej na coś się czeka, tym bardziej się tego pragnie – szepnęła. – Czy 

myślisz, że tak jest w tym przypadku?

Billy zamknął oczy. Był wzruszony, czuł radość. Ale też i żal. Gdyby kiedyś nie zabrakło 

mu odwagi, może ich życie potoczyłoby się inaczej. Może nie byłoby łez, bicia, samotności. 
Może Kicia i Chris byłyby ich dziećmi, szczęśliwymi, pewnymi siebie. Może ten stary dom 
wypełniałby ich śmiech... 

background image

Stało się jednak inaczej i przeszłości nie sposób było zmienić. 
– Kocham cię, Carolino. – Przytrzymał  jej dłonie i spojrzał jej w oczy z powagą. – 

Zawsze cię kochałem. 

– A ja kocham ciebie. 
Pocałował   ją,   zrazu   powoli,   nieśmiało,   potem   coraz   głębiej   i   natarczywiej.   Szarpnął 

zamkiem jej sukienki, ona odnalazła pasek jego spodni. Rozebrali się szybko, niecierpliwie, 
jakby nie mogąc się doczekać, kiedy pozbędą się wszystkiego, co ich dzieli, i połączą się, 
nareszcie wolni i nadzy. 

Skóra Caroliny była ciepła i lekko wilgotna. Jej włosy lśniły w świetle księżyca niczym 

srebro.   Opadli   na   łóżko   i   zaczęli   sycić   się   sobą,   zachłannie,   rozpaczliwie,   jak  ci,   którzy 
wygłodzeni  przedłużającym  się postem,  rzucają się łapczywie  na jedzenie, chcąc od razu 
poznać smak wszystkich potraw. 

Wszystko inne przestało się dla nich liczyć. Zdawało się, że na całym świecie są teraz 

tylko   oni   –   Billy   i   Carolina,   dwoje   kochanków,   którzy   połączyli   się   wreszcie   po   latach 
tęsknoty   i   niespełnienia.   Prześcigali   się   we   wzajemnych   pieszczotach,   odgadywali   swoje 
fantazje i marzenia, zapamiętali się bez reszty w tym miłosnym tańcu. 

I dopiero gdy Billy wszedł w nią nagle, zamarł, jakby dopiero teraz dotarło do niego, co 

się stało. 

– Tak, Billy... – szepnęła Carolina i podała biodra do przodu. Jej oczy wpatrzone były w 

niego błagalnie. – Tak, proszę, kochany... 

Wiedział, o co go prosi – i spełnił jej prośbę. A świadomość tego, że Carolina odnalazła 

spełnienie   i   rozkosz   właśnie   w   jego   ramionach,   przepełniła   jego   serce   szczęściem   tak 
ogromnym, że gdyby zapytano go teraz, czy odnalazł cel swego życia i czy może umierać, 
odpowiedziałby bez wahania: „Tak”. 

background image

ROZDZIAŁ 10

Carolina   nie   sądziła,   że   tej   nocy   zdoła   jeszcze   zasnąć,   lecz   gdy   wróciła   do   domu, 

natychmiast zapadła w głęboki sen. Przyjechała od Billy’ego dopiero przed drugą. Tuż przed 
jej wyjściem kochali się ponownie, tym razem spokojnie i bez pośpiechu. Żałowała, że nie 
może   zostać   z   nim   aż   do   świtu.   Dotychczas   jedynie   domyślała   się,   jak   wielką   radość 
odnajdzie w jego ramionach, lecz i tak rzeczywistość przerosła jej najsłodsze marzenia. 

Tak   naprawdę  dopiero   teraz   poznała  smak  prawdziwej  rozkoszy.  Młodość  spędziła  z 

mężczyzną,   którego   zainteresowanie   seksem   było   zależne   od   ilości   alkoholu,   czasem 
narkotyku, który właśnie sobie zaaplikował. Najczęściej było tego albo zbyt wiele, albo za 
mało, a wtedy Champ nie mógł i nie chciał się kochać. Dlatego już po roku małżeństwa 
Carolina   wiedziała,   że   nie   może   na   męża   liczyć.   Oczywiście   próbowała   przekonać   samą 
siebie, że seks to nie wszystko, że choć Champ ma swoją ułomność, ona nadal go kocha i 
potrzebuje. Tym bardziej go kocha, bo przecież żona powinna być z mężem na dobre i na złe, 
powinna umieć się poświęcić. Jednakże złego w ich związku było więcej niż dobrego, więc i 
te uczucia mimo jej wysiłków powoli umarły. 

Teraz,   po   kilku   godzinach   spędzonych   w   ramionach   Billy’ego,   po   kilku   tygodniach 

spędzonych   z   nim   w   najrozmaitszych   okolicznościach,   wiedziała   już,   czym   może   być 
prawdziwa, pełnowymiarowa miłość. Nawet to, co czuła do Champa w najlepszym okresie 
ich małżeństwa, nie mogło się równać z miłością do Billy’ego. Boże, gdyby kiedyś nie była 
taka głupia, gdyby nie oszukiwała samej siebie, gdyby słuchała głosu swego serca... 

Zamknęła oczy, starając się nie myśleć ani o Billym, ani o tym, co jeszcze ich czeka. 

Powinna odpocząć, przygotować się do rozprawy, która miała się zacząć o dziesiątej. Billy 
Ray   ostrzegł   ją,   że   posiedzenie   potrwa   długo,   nawet   do   wieczora.   Sędzia   Sawyer   zrobi 
wszystko, aby nikt nie oskarżył go, że podjął decyzję zbyt pośpiesznie. Najprawdopodobniej 
zechce poznać wszystkie szczegóły i nie zawaha się przed zadaniem najbardziej kłopotliwych 
pytań. 

Zza okna dobiegało cykanie świerszczy, znajomy uspokajający dźwięk, który tak wiele 

razy koił jej stargane nerwy i pomagał zachować równowagę. Kiedy Champ był pijany albo 
naćpany,   nauczyła   się   koncentrować   na   dźwiękach   –   szumie   wentylatora,   wieczornym 
rechocie żab, czy właśnie śpiewie świerszczy. Wtedy mógł na nią krzyczeć, mógł ją nawet 
uderzyć,   a   mimo   to   udawało   jej   się   zachować   spokój   i   pozostać   w   zamknięciu   swego 
wewnętrznego świata. 

Teraz także skoncentrowała się na cykaniu świerszczy. Postanowiła, że przebrnie przez tę 

noc i doczeka do rana, tak samo, jak przebrnęła przez wiele innych. Dryfowała więc między 
snem a jawą, a przed jej oczyma pojawiały się rozmaite obrazy... 

Oto   Kicia   jako   niemowlę,   pulchne,   żarłoczne   dziecko,   które   było   szczęśliwe   jedynie 

wtedy,   gdy   Carolina   trzymała   je   w   ramionach.   Dla   odmiany   Chris   spokojnie   przesypiał 
niemal całą noc. Był pogodny i radosny, z równym zainteresowaniem obserwował świat z 
krzesełka dla niemowląt, jak z ramion swojej mamy. 

background image

Nigdy nie umiałaby wybierać między swoimi dziećmi. Tak wiele wniosły w jej życie. 

Była jednak pewna, że gdyby Graysonowie mieli możliwość wyboru, bez wahania wskazaliby 
Chrisa – był chłopcem, dzięki niemu rodzinne nazwisko miało szansę nie zaginąć. Był także 
bardziej spolegliwy niż Kicia, więc łatwiej byłoby nim kierować i go urabiać. 

Czas   płynął,   aż   w   końcu   przestała   zdawać   sobie   sprawę   z   uciekających   minut. 

Rozluźniała się coraz bardziej, oddychała coraz równiej, aż w końcu ogarnął ją sen. 

Śniła, że znajduje się w jakimś zatłoczonym pokoju. Było duszno i gorąco, bowiem ktoś 

rozpalił ogień w kominku. Nie podobał jej się ten pokój, nawet świąteczne drzewko przy 
drzwiach nie było w stanie poprawić jej nastroju. Przeszkadzały jej otwarte, nieprzytulne 
przestrzenie, niskie sufity, zimna terakota na podłogach, zbyt duże okna. Hałas tu panujący 
był równie nieznośny, jak upał. 

Chciała   iść   do   domu,   ale   nie   mogła   zostawić   Champa.   Gdyby   poprosiła   kogoś   z 

przyjaciół, żeby ją odwiózł, Champ wracałby sam, a z pewnością nie był w stanie prowadzić. 
Jeśli natomiast wzięłaby auto bez jego wiedzy, zrobiłby jej w domu dziką awanturę. Jego 
skłonność   do   pastwienia   się   nad   żoną   wzrastała   wraz   ilością   wypitego   alkoholu,   a   tego 
wieczoru jej mąż nie odmawiał go sobie. 

– Zostawisz go, prawda?
Carolina   uniosła   wzrok   i   ujrzała,   że   dołączyła   do   niej   Taylor.   Stały   obok   wazy   z 

ponczem, w najchłodniejszym kącie pomieszczenia. Ludzie podchodzili tu i odchodzili, a 
Carolina cały czas opierała się o stół, aby uniknąć rozmów. 

– Nie. Chyba za wcześnie, żeby wychodzić – powiedziała z wymuszonym uśmiechem. – 

Nie śpiewaliśmy jeszcze kolęd. 

– Nie miałam na myśli przyjęcia. 
Wiedziała,   o   czym   mówi   Taylor.   Wiedziała   też,   że   nie   powinna   mówić   prawdy   ani 

Taylor, ani nikomu innemu. Rzeczywiście zamierzała zostawić Champa, zabrać dzieci i uciec. 
Zdecydowała się na to właśnie tego wieczoru, w drodze na przyjęcie. Teraz musiała jedynie 
poczekać na odpowiedni moment. 

– Powinnaś go zastawić. – Taylor położyła  dłoń na jej ramieniu. – Twój mąż to nic 

niewarty sukinsyn. 

Wciąż   mając   przed   oczyma   współczucie   malujące   się   na   twarzy   Taylor,   Carolina 

wzniosła   się   nad   pokój.   Nawet   kiedy   krążyła   nad   domem   i   płynęła   ku   chmurom,   nadal 
widziała smutne oblicze przyjaciółki. W pewnej chwili spojrzała na drogę prowadzącą do 
domu, po której jechało jej własne BMW Nagle twarz Taylor zniknęła, zastąpiona przez pełne 
wściekłości oczy Champa. 

– Zabiję cię, suko, jeśli mnie zostawisz! – wysyczał. – Zabiję... !
Krzyknęła przez sen i gwałtownie usiadła. Miała wyschnięte, spieczone usta i potwornie 

bolała ją głowa. 

W   sądowym   korytarzu   Carolina   prezentowała   się   poważnie   i   dostojnie.   Jasne   włosy 

ściągnęła do tyłu i przepasała ciemną wstążką. Założyła granatowy kostium, którego jedyną 
ozdobą była konserwatywna złota brosza. Wyglądała pięknie, lecz zarazem smutno, by nie 
powiedzieć ponuro. 

background image

Billy wiedział, że położyła się spać zbyt późno. W końcu sam był tego przyczyną. Ujął ją 

delikatnie   za   ramię   i   poprowadził   korytarzem   w   stronę   sali,   w   której   miała   odbyć   się 
rozprawa. 

– Dobrze się czujesz? – spytał z niepokojem. 
– Boli mnie głowa. – Bez powodzenia spróbowała się uśmiechnąć. – Ale poza tym w 

porządku. 

– Na pewno?
–   Billy,   wczoraj   śniło   mi   się   przyjęcie.   Początkowo   nie   zrozumiał,   o   co   jej   chodzi. 

Dopiero po chwili zorientował się, o jakim przyjęciu mówi Carolina. 

– Czy wcześnie także ci się śniło? – spytał. 
– Chyba tak. A może nie... W każdym razie ten sen wydał mi się znajomy. – Wzruszyła 

ramionami. – Tak mnie przygnębił, że obudziłam się i nie mogłam zasnąć do rana. Myślisz, 
że wspomnienia mogą powracać w formie snów?

– Nie wiem. Jeśli tak jest, sąd uzna je raczej za niewiarygodne. 
– Oczywiście.  Nie zamierzałam  wspominać  o tym  sędziemu,  ale...  Widzisz,  Billy,  ja 

chyba chciałam go opuścić, a on się zorientował. 

– Champ? – Billy poczuł nagły skurcz w żołądku. – Pamiętasz coś jeszcze? – zapytał, gdy 

skinęła głową. 

–   Wrzeszczał   na   mnie...   Przed   przyjęciem   albo   po   nim.   Nie   wiem   dokładnie.   Może 

zresztą i przed, i po. W tym śnie była też Taylor. Na przyjęciu spytała mnie, czy zamierzam 
zostawić Champa, a ja zaprzeczyłam, bo bałam się do tego przyznać. Położyła mi rękę na 
ramieniu... – Carolina wykonała teraz taki sam gest. – Powiedziała: „Powinnaś go zastawić. 
Twój mąż to nic niewarty sukinsyn. „

– Dosadnie. 
– Tak właśnie powiedziała. 
– Przyjdzie tutaj. Spytam ją, czy pamięta taką rozmowę. Jeśli tak, będzie to oznaczać, że 

wraca ci pamięć. 

– Chciałabym, żeby wróciła. Chciałabym wiedzieć, co zdarzyło się tamtej nocy. Lepsza 

najgorsza prawda niż niepewność. 

Opuściła dłoń i westchnęła. Za parę minut miało się rozpocząć pierwsze przesłuchanie i 

niektórzy weszli już do środka. Graysonów jeszcze nie było. 

– Chcesz, żebyśmy jeszcze raz porozmawiali o najważniejszych sprawach? – spytał Billy. 
– Nie, nie martw się o mnie. Nie zdenerwuję się, niezależnie od tego, co o sobie usłyszę. 

Żadnych scen ani krzyków, obiecuję. Dam też jasno do zrozumienia, że pozwolę Graysonom 
spotykać się z dziećmi, o ile zaakceptują, że to ja będę decydować o ich wychowaniu. 

– Tak, to ważne – uśmiechnął się i uścisnął jej dłoń. – Najważniejsze to nie dać się 

zdenerwować. Ufam ci, Carolino. Bądź kobietą, którą zawsze kochałem. 

Odwzajemniła jego uśmiech. 
– Jestem gotowa – powiedziała. 
Graysonowie pojawili się na sali rozpraw dokładnie o dziesiątej. Sędzia miał na sobie 

kosztowny ciemny garnitur, a Gloria elegancką suknię, którą najpewniej zakupiła właśnie na 

background image

tę okazję. Nie była to jednak supermodna suknia, z których Gloria słynęła dotychczas. Jej 
elegancja była dyskretna i stonowana, jakby bardziej dostosowana do wieku pani Grayson. 
Billy pomyślał, że teściowa Caroliny po raz pierwszy wygląda jak babcia, która z radością 
piecze ciasteczka dla wnucząt lub szyje ubranka dla lalek. 

Ich adwokat, Sam Franklin, był jednym z najlepszych prawników w największej firmie 

prawniczej w Moss Bend. Mówiło się, że ten rumianolicy i łysiejący mężczyzna pewnego 
dnia zajmie miejsce samego sędziego Graysona. Billy Ray wystarczająco często spotykał się z 
nim w sądzie, aby wiedzieć, że nie można lekceważyć takiego przeciwnika. 

Franklin   przedstawił   zarzuty   Graysonów   i   spokojnie   wyjaśnił,   dlaczego   jego   klienci 

uważają,   iż   Chris   oraz   Kicia   powinni   znaleźć   się   pod   ich   opieką.   Jego   zadaniem   było 
udowodnienie   wszystkim   obecnym,   że   to   Graysonowie   mają   rację.   Przedstawił   swoje 
argumenty, a potem wezwał przed sąd ekspertów. 

Jako pierwszy zeznawał  psychiatra,  doktor Jack Bellows, który miał  ocenić zdolność 

Caroliny   do   opieki   nad   dziećmi.   Nieprzypadkowo   był   to   ten   sam   człowiek,   którego 
Graysonowie zatrudnili tuż po wypadku. Jego diagnoza była dokładnie tak druzgocąca, jak się 
tego   spodziewano.   Zanim   Billy   Ray   zdołał   zgłosić   sprzeciw,   padły   słowa,   których   się 
obawiał: brak równowagi psychicznej, stany depresyjne przeplatane nadaktywnością i euforią, 
płacz z niezrozumiałych powodów, lęki i urojenia, objawy paranoi, złe rokowania... 

Cóż, jeśli tylko się chce, z każdego można uczynić wariata, pomyślał Billy. Mało to ludzi 

ma depresje i lęki?

Poczekał   spokojnie,   aż   Bellows   skończy,   a   później   uniósł   dłoń,   dając   sędziemu 

Sawyerowi znak, że chciałby zadać świadkowi kilka pytań. 

– Doktorze Bellows – podszedł do lekarza, gdy Sawyer kiwnął głową na znak zgody – 

pana  medyczne   referencje  są  imponujące.   Czy  jednak  ma   pan  doświadczenie  w  leczeniu 
szoków pourazowych?

– Jestem psychiatrą – uśmiechnął się Bellows. 
– Czy jest pan psychiatrą klinicznym, który styka się na co dzień z ofiarami wypadków, 

które cierpią na zaburzenia pamięci?

– To nie jest moja specjalizacja – przyznał mężczyzna, marszcząc brwi. 
– A jaka jest pańska specjalizacja?
– Psychoanaliza. 
Billy Ray powoli pokiwał głową. 
– Czy mógłby nam pan opisać swojego typowego pacjenta? Czy to ktoś, kogo leczy pan 

po poważnym wypadku, takim, jaki przeżyła moja klientka? Ktoś, kto stracił pamięć, kto 
usiłuje uporać się z nagłą śmiercią małżonka?

– Mój typowy pacjent to osoba, która chce zbadać swoje życie, swoją podświadomość, 

aby  dowiedzieć  się,   kim  jest  i  dlaczego   zachowuje   się  tak,  jak  się  zachowuje.  –  Lekarz 
pochylił  się ku Billy’emu.  – Zazwyczaj  znam swoich pacjentów od lat. Psychoanaliza  to 
długotrwała terapia. 

– Rozumiem. A czy po wypadku Carolina Grayson powiedziała panu, że właśnie tego 

pragnie?  Analizować   rozmaite  wydarzenia   ze  swojego  życia,   poczynając,   powiedzmy,  od 

background image

wczesnego dzieciństwa?

– Carolina Grayson odmawiała współpracy. Jak już podkreśliłem, nie chciała przyznać, 

że ma problemy, co dowodzi... 

–   To   już   wiemy.   Miał   pan   czas   na   przedstawienie   swoich   argumentów,   teraz   zaś 

chciałbym,   żeby   odpowiadał   pan   jedynie   na   moje   pytania.   Dlaczego   więc   do   pana 
przychodziła, skoro tego nie chciała?

Bellows   milczał,   jak   gdyby   domyślał   się   jakiejś   pułapki.   Nie   mógł   jednak   odmówić 

odpowiedzi na pytanie. 

– Przychodziła, gdyż jej teściowie chcieli jej pomóc. 
– Więc to oni uznali, że wymaga pańskiej pomocy?
– Tak, państwo Grayson uznali, że ich synowa potrzebuje pomocy. 
– Sprawdźmy, czy dobrze zrozumiałem. Carolina przychodziła do pana pod przymusem... 
– Nie!
– Powiedział pan, że odmawiała współpracy. Nie chciała poddawać się psychoanalizie, 

lecz została do tego nakłoniona. Czy według pana, jako specjalisty, nie wyjaśnia to przyczyn 
jej niechęci do pana i pańskiej terapii? Czy zamiast mówić, że ukrywała swoje problemy, 
można   by   rzec,   że   nie   miała   po   prostu   ochoty   na   rozmowę   o,   powiedzmy,   intymnych 
przeżyciach ze swej młodości i dzieciństwa? Może się zwyczajnie krępowała? Może czuła się 
niezręcznie, mówiąc o swoich uczuciach?

–   Była   oporna   i   nie   współpracowała   –   powtórzył   lekarz.   –   Poza   tym   wcale   nie 

rozmawialiśmy o jej dzieciństwie. 

– A o czym?
– Kiedy pytałem ją o wypadek i o jej udział, powiedziała.... 
– Przepraszam – przerwał mu Billy. – Dlaczego zapytał ją pan o to wprost, doktorze 

Bellows? Skoro specjalizuje się pan w psychoanalizie i właśnie jej miała zostać poddana 
Carolina, dlaczego skoncentrował się pan na jednym traumatycznym wydarzeniu z niedalekiej 
przeszłości? Zwłaszcza że twierdzi pan, że leczenie szoków pourazowych to nie jest pańska 
dziedzina. Nie bał się pan, że wyrządzi pan jej krzywdę?

– Pan wybaczy – żachnął się Bellows. – Jestem lekarzem i wiem, co robię. A robiłem 

wszystko, co mogłem, aby jej pomóc. Do podobnych przypadków szpitale zatrudniają także 
psychoanalityków, są takie sytuacje. 

– Wiemy o tym, ale sam pan przyznał, że nie ma pan akurat takich doświadczeń i takich 

kwalifikacji. 

Sędzia   wysłuchał   sprzeciwu   Sama   Franklina   i   czekał,   aż   ten   przedstawi   dokumenty, 

potwierdzające   umiejętności   doktora   Bellowsa.   Billy   również   czekał,   a   był   przy   tym 
uśmiechnięty i spokojny. Czuł, że udało mu się osiągnąć pierwszy cel – podważyć zaufanie 
do eksperta, a co za tym idzie, także do jego mocodawcy. 

– Zanim skończę, doktorze, proszę, aby powiedział pan sądowi, dlaczego właśnie pana 

poproszono o ekspertyzę, a wcześniej o prowadzenie Caroliny Grayson? – spytał. – Łączą 
pana jakieś stosunki z rodziną Graysonów?

– Spotykamy się towarzysko. 

background image

– Rozumiem. Czy po spotkaniach z Caroliną rozmawiał pan z nimi o stanie jej zdrowia? 

Co pan im mówił?

Lekarz milczał. 
– Doktorze Bellows?
– Nie wolno mi dyskutować o szczegółach. Obowiązuje mnie tajemnica lekarska. 
– Nie pytam o sprawy merytoryczne. Pytam tylko, czy rozmawiał pan z nimi o przypadku 

Caroliny?

– Ogólnie – odrzekł w końcu lekarz. 
– Rozumiem. Dlaczego?
– Gdyż się o nią martwili. 
– O Carolinę? Czy raczej o swoje wnuki?
– Tego nie wiem. 
– A czy kiedy zajmował się pan Caroliną po wypadku, Graysonowie wspominali o swojej 

chęci przejęcia opieki na dziećmi?

– Pan wybaczy, to były rozmowy prywatne. 
– Sąd chciałby poznać ich treść. 
Sędzia Sawyer potwierdził słowa Billy’ego, a wtedy lekarz westchnął i spojrzał nerwowo 

na zegarek. 

– Tak, Whittier Grayson mówił mi, że będzie starał się o opiekę, jeśli Caroliną zechce 

odejść z jego wnukami. 

– Rozumiem. Więc kiedy pan się z nią spotykał, był pan świadom tego, że Graysonowie 

chcą przejąć opiekę nad wnukami?

– Tak. – Doktor Bellows zmarszczył czoło. – Nie wiem tylko, co to ma do rzeczy. 
– Czyżby? Surowo oceniał pan moją klientkę i nie dawał jej pan szans, choć z tego co 

wiem,   psychoanalitycy   nigdy   tak   nie   postępują.   Czy   szukał   pan   powodów,   dla   których 
Caroliną powinna była zostać odsunięta od dzieci po to, by zrobić przysługę przyjaciołom, 
czy rzeczywiście chciał pan jej pomóc, doktorze Bellows?

– Sprzeciw, wysoki sądzie! – Sam Franklin zerwał się na równe nogi. 
– Wycofuję pytanie – powiedział Billy Ray. Podziękował świadkowi i wrócił na miejsce 

obok Caroliny. 

To, co ewentualnie zyskał, najprawdopodobniej stracił w ciągu następnej godziny. Sam 

Franklin wzywał świadka za świadkiem, a wszyscy zeznawali, że Carolina nie nadaje się do 
sprawowania opieki nad dziećmi. 

Przedszkolanka powiedziała, że Kicia często była zamyślona i zła, a rozmowy z Carolina 

na   ten   temat   nie   przyniosły   żadnego   rezultatu.   Poza   tym   Carolina   nie   przychodziła   na 
zebrania lub wykręcała się od nich i przynajmniej raz spóźniła się po odbiór Kici. Billy Ray 
zmusił kobietę, by przyznała, że Kicia była zawsze czysta i dobrze ubrana, wydawała się też 
najedzona i nigdy nie miała żadnych siniaków. Przedszkolanka musiała też potwierdzić pod 
jego naciskiem, że wielu rodziców zbyt późno przychodzi po swoje pociechy i że przedszkole 
wprowadziło nawet do regulaminu odrębny przepis, regulujący tę sprawę. 

Gdy zadawał pytania przedszkolance, Carolina podsunęła mu karteczkę. „Spóźniłam się 

background image

tylko dwa razy, a to dlatego, że Chris był chory – przeczytał. – Na zebranie nie przyszłam raz, 
bo Champ nie wypuścił mnie z domu.”

Mimo   to   w   umysłach   wielu   obserwatorów   powstał   wizerunek   Caroliny   jako   niezbyt 

doskonałej matki. Umocnił się on, gdy Sally Whitcomb, dawna sąsiadka Graysonów, zeznała, 
iż Carolina często – choć na krótko – zostawiała dzieci pod jej opieką i że wydawały się one 
spięte i nieszczęśliwe. Inna sąsiadka zeznała, że wieczorami słyszała krzyki Caroliny i że 
obawiała się o bezpieczeństwo dzieci. 

– Czy pani Grayson krzyczała na dzieci? – spytał Billy Ray, gdy nadeszła jego kolej. 
– Na to wygląda. 
– Czy słyszała pani, co krzyczy?
– Słyszałam po prostu krzyki. 
– Więc nie jest pani pewna, czy krzyczała na dzieci?
– A na kogo?
– Mogła krzyczeć z innego powodu. Może dlatego, że ktoś ją krzywdził? Może była bita?
Kobieta wyprostowała się. 
–  Musi  pan  wiedzieć,   że  tego   rodzaju  ludzie   nie  mieszkają   w  naszym  sąsiedztwie  – 

odpowiedziała wyniośle. – To u nas nie do pomyślenia. 

– Nie? Z doświadczenia wiem,  że tego rodzaju ludzie zdarzają się wszędzie.  – Billy 

cofnął się o krok. – Czy zawiadomiła pani policję o tych krzykach?

– Nie. 
– Nie? A to dlaczego?
Kobieta wyraźnie się zawahała. Jej spojrzenie powędrowało w głąb sali. Billy był pewien, 

że patrzy na sędziego Graysona. 

– Bo jej mąż się tym zajął. 
– Jej mąż? W jaki sposób?
– Po prostu kazał jej być cicho. Wtedy krzyki zawsze ustawały. 
– Więc Champ Grayson mówił żonie, żeby była cicho?
– Zgadza się. 
Billy zajrzał do swoich notatek. 
– Mam tu napisane – powiedział, podnosząc wzrok na kobietę – że pani dom znajduje się 

w   odległości   dwudziestu   metrów   od   domu,   w   którym   mieszkali   Champ   i   Carolina 
Graysonowie. Czy to prawda?

– Chyba tak. 
– Czy często słuchała pani rozmów dobiegających z sąsiedztwa?
– Ależ skąd!
– Czy mogłaby pani usłyszeć rozmowę prowadzoną normalnym głosem?
– Wątpię. 
– Czyli kiedy Champ uciszał Carolinę, nie robił tego normalnym głosem. Krzyczał na nią, 

tak?

– Chyba tak. – Znowu spojrzała w głąb sali. 
– Musiał krzyczeć, skoro słyszała pani jego słowa. Kazał Carolinie być cicho, tak?

background image

– Zgadza się. 
– A czy słyszała pani jakieś słowa, które wykrzykiwała Carolina i które mogłaby pani 

teraz przytoczyć? Były jakieś słowa czy tylko krzyki?

Kobieta nie odpowiadała, więc musiał ją ponaglić. 
– Chyba nie – odparła w końcu niechętnie. 
– Więc nie słyszała pani żadnych jej słów i nie może pani stwierdzić, na kogo krzyczała i 

dlaczego?

– Nie. 
Billy zacisnął pięści ukryte w kieszeniach spodni, ale nie zmienił wyrazu twarzy. Usiadł, 

a wtedy podniósł się Franklin, by rozwiać zasiane przez poprzednika wątpliwości. 

Sąsiadki i nauczycielka Kici były dobrymi, poczciwymi  kobietami, które wierzyły,  że 

zeznając na tej rozprawie, przysłużą się dobrej sprawie. Ufały Graysonowi i łatwo dały się 
zmanipulować. Jednak następna grupa świadków stanowiła twardszy orzech do zgryzienia – 
ci umieli jawnie kłamać i wiedzieli, z czym się mogą zetknąć na sali sądowej. 

Jednym z nich był  barman z miejscowego hotelu, który twierdził, że Carolina często 

odwiedzała tamtejszy bar i że więcej niż raz odmówił jej obsłużenia, gdyż za dużo wypiła. 

– Widziałaś go kiedyś? – szepnął Billy do Caroliny. 
–   Widywałam   go,   gdy   przyjeżdżałam   do   hotelu   po   Champa,   który   zazwyczaj   leżał 

nieprzytomny na zapleczu. Następnego dnia Champ dawał mu pieniądze, żeby siedział cicho. 

Billy wiedział, że nie ma sensu tracić zbyt  wiele czasu na świadka, który kłamie tak 

bezczelnie. 

– Przed rozprawą prosiłem pana – zwrócił się do barmana – żeby ujawnił pan przed 

sądem   nazwiska   klientów,   którzy   mogli   widzieć   Carolinę   w   barze,   abyśmy   mogli 
zweryfikować pana zeznanie. Odmówił pan wtedy. Wyjaśni nam pan, dlaczego?

– Nie chcę wpędzać ludzi w kłopoty. Goście, którzy przesiadują w barze, mają prawo do 

dyskrecji. Może ich żony myślą, że poszli do kościoła? – Mężczyzna zaśmiał się krótko i 
mrugnął do Billy’ego okiem. – Rozumie pan, nasz klient, nasz pan. 

– A więc może poda pan sądowi jakieś daty. Kiedy dokładnie widział pan moją klientkę?
– Nie prowadzę statystyk. Mówię to, co pamiętam. 
– Mówi pan mało konkretnie. 
– Ale nie kłamię. Po co miałbym kłamać?
– No właśnie, po co? – Pokiwał głową Billy i wrócił na swoje miejsce. 
Kłamstwa ciągnęły się przez następną godzinę. Kolejni wyciągani jak króliki z kapelusza 

świadkowie zgodnie twierdzili, że widzieli Carolinę popijającą samotnie w barach. Pewien 
hydraulik opowiadał, że znalazł ją nieprzytomną w kuchni, gdy pewnego listopadowego ranka 
przyszedł naprawić piec. Na stole w kuchni widział oczywiście otwartą butelkę bourbona. Za 
to opiekunka do dzieci upierała się, że pewnego wieczoru musiała zostać w domu Graysonów 
dłużej, aby położyć Carolinę do łóżka, gdyż ta była zbyt pijana, żeby sama się rozebrać. 

Wcześniej, gdy Billy ujrzał nazwisko kobiety na liście świadków, zapytał o nią Carolinę. 
– Czy rzeczywiście opiekowała się dziećmi?
– Raz, mniej więcej dwa lata temu – odparła. – Wtedy pracowała dla agencji opiekunek, 

background image

miała doskonałe referencje. Przyłapałam ją na tym, jak usiłowała wynieść srebrną kasetkę z 
wiecznym piórem, którą trzymałam na górze. Oczywiście nigdy więcej nie wpuściłam jej do 
domu, ale opowiedziałam Graysonom całą tę historię. 

– Czy ktoś ci towarzyszył, gdy przyłapałaś ją na kradzieży?
– Moja przyjaciółka, Eden Harper. Wcześniej byłyśmy na gimnastyce i weszła ze mną do 

domu, żeby coś pożyczyć. Była przy tym. Długo potem to wspominała. 

– Graysonowie wiedzieli, że tam była?
– Nie pamiętam, żebym im o tym mówiła. Ale to było tak dawno temu... 
Billy   wstał   i   zarezerwował   sobie   prawo   do   późniejszego   przesłuchania   świadka.   Nie 

dodał, że Eden, która po południu miała zeznawać na korzyść Caroliny, zaprzeczy opowieści 
opiekunki   i   –   miał   nadzieję   –   zasieje   w   Sawyerze   wątpliwości   co   do   prawdomówności 
świadków Graysonów. 

– Nie wiem, jak długo jeszcze to wytrzymam – szepnęła mu do ucha Carolina. Jej głos 

drżał. Billy nie miał odwagi na nią spojrzeć. Mógł sobie wyobrazić, jak bardzo raniły ją te 
wszystkie kłamstwa. 

– Przeżyjesz – powiedział. – Zaraz będzie przerwa na lunch. Zjesz i nabierzesz nowych 

sił. 

Ostatnim świadkiem powołanym przez Sama Franklina była Taylor Betz. Billy zerwał się 

na równe nogi i poprosił o głos. 

– Wysoki sądzie, czy to nie pomyłka? – zapytał. – Taylor Betz to nasz świadek. 
– Wysoki sądzie, pani Betz zgodziła się złożyć zeznanie, które dotyczy sprawy państwa 

Graysonów – wtrącił Sam. – Myślę, że powinno się jej na to pozwolić. 

Spierali się przez chwilę, lecz w końcu sędzia Sawyer zgodził się, by Taylor zeznawała 

jako świadek Graysonów. Billy usiadł. Czuł, że ze złości ściska mu się żołądek. 

– Co się dzieje? – Carolina dotknęła jego ramienia. – Dlaczego Taylor zeznaje teraz? 

Przecież jest po naszej stronie. 

– Najwyraźniej już nie. 
Ubrana w zieloną sukienkę Taylor zajęła miejsce na podium dla świadków – Pani Betz – 

zaczął Sam Franklin – jaki związek łączy panią z panią Carolina Grayson?

– Przyjaźnimy się od liceum. 
– Czy można powiedzieć, że dobrze ją pani zna?
– Tak – odparła cicho Taylor. 
– Czy pan Wainwright prosił panią, aby zeznawała pani w jej obronie?
– Tak – odpowiedziała jeszcze ciszej. 
–   Ale   zamiast   tego   zdecydowała   się   pani   zeznawać   na   korzyść   państwa   Graysonów, 

prawda? Sama pani o to poprosiła?

– Tak. 
– Dobrze. Cofnijmy się nieco w czasie. Usłyszeliśmy tu dziś od wielu świadków, że 

Carolina Grayson miała kłopoty z alkoholem. Czy pani także to zauważyła?

Billy Ray zgłosił sprzeciw, zaznaczając, że świadek nie jest specjalistą od rozpoznawania 

problemów alkoholowych. 

background image

–   Wobec   tego   zapytajmy   inaczej   –   powiedział   Sam.   –   Czy   dwudziestego   grudnia 

wieczorem,   w   dniu,   w   którym   zginął   Champion   Grayson,   zauważyła   pani,   że   Carolina 
Grayson piła zbyt wiele?

– Tamtego wieczoru Carolina była bardzo przygnębiona – odparła Taylor i zawahała się 

wyraźnie. 

– Mozę pani nam o tym opowiedzieć dokładniej?
– Tak. Zachowywała się nieco dziwnie. Nie chciała rozmawiać ani ze mną, ani z nikim 

innym. Spędziła cały wieczór obok wazy z ponczem. Ten poncz był mocny, zrobiono go na 
rumie, winie i jeszcze jakimś alkoholu. Ja wypiłam tylko szklaneczkę i zorientowałam się, że 
mi   wystarczy.   Carolina   stała   tam   przez   cały   wieczór.   Dopiero   później   domyśliłam   się, 
dlaczego... 

–   Wysoki   sądzie,   sprzeciw!   –  poderwał   się   Billy.   –   Pani   Betz   snuje   domysły,   a  nie 

opowiada o faktach. 

– Sam jestem w stanie ocenić, co robi pani Betz – odparł chłodno sędzia i ponownie 

skierował uwagę na świadka. 

–   Co   zaszło,   zanim   Carolina   Grayson   opuściła   przyjęcie?   –   zapytał   Franklin,   kiedy 

sprzeciw został oddalony. – Proszę dobrze się zastanowić i opowiedzieć nam dokładnie. 

Taylor odwróciła wzrok, którym Franklin zdawał się przewiercać ją na wskroś. 
– Tuż przed północą Champ uznał, że czas już jechać – zaczęła opowiadać. – Podszedł w 

holu do Caroliny i ujął ją za ramię. W pobliżu byłam tylko ja, bo wszyscy goście zgromadzili 
się wokół pianina i śpiewali kolędy. Carolina strząsnęła rękę Champa i powiedziała mu, żeby 
jej nie dotykał. Martwiłam się o nią. Przez cały wieczór zachowywała się dziwnie. Zapytałam, 
czy chce, żebym to ja odwiozła Champa, a ona została dłużej... – Taylor umilkła, zawahała 
się. – Champ sporo wypił, nie był w stanie prowadzić... 

Sam czekał, lecz gdy Taylor milczała zbyt długo, zapytał łagodnie:
– I co było dalej, pani Betz?
Taylor spuściła głowę i powiedziała tak cicho, że Billy z trudem dosłyszał jej słowa:
– Carolina odmówiła. Powiedziała, że sama go odwiezie. Twierdziła, że w drodze do 

domu musi coś załatwić. Piętnaście minut później Champ już nie żył. 

background image

ROZDZIAŁ 11

– Tak, czasem zostawiałam dzieci z Sally,  na krótko – powiedziała Carolina, patrząc 

Billy’emu   prosto   w   oczy.   –   Zazwyczaj   wtedy,   gdy   usiłowałam   odnaleźć   Champa   lub 
przywieźć go do domu tak, żeby nikt się nie zorientował. Musiałam po niego jeździć, bo 
dzwonił   do   mnie   i   groził   samobójstwem.   Albo   dzwoniła   jego   sekretarka   i   mówiła,   żeby 
przyjechać, bo urwał mu się film. Nigdy nie wiedziałam, co zrobić, żeby utrzymać w sekrecie 
jego podwójne życie. A że dzieci u Sally były smutne i rozdrażnione? A jakie miały być, 
skoro widziały, co się dzieje?

Billy   objął   ją   ramieniem   i   przytulił   do   siebie.   Jedli   właśnie   lunch   w   jego   biurze   i 

komentowali wydarzenia, które miały miejsce na sali sądowej przed przerwą. 

– Zeznanie Sally to nie jest nasz największy problem – powiedział. 
– Wiem, chodzi o Taylor – westchnęła. – To John ją zmusił, żeby tak mówiła. Nigdy nie 

powiedziałaby tego wszystkiego, gdyby jej nie kazał. Graysonowie zmusili jego, a on Taylor. 
To straszne. Nikt w tym mieście nie odważy się stanąć przeciwko nim. Stracę dzieci, Billy!

– Spokojnie. Mamy za sobą dwóch psychologów,  twojego doradcę prawnego i kilku 

świadków. 

Nie wspomniał jej o tym, że Fran przekazała mu właśnie, iż dwoje z tych świadków – w 

tym  Eden  Harper  –  w  ostatniej  chwili  odmówiło   składania  zeznań.  A  co  z  tymi,  którzy 
zdecydowali   się   przyjść   na   rozprawę?   Czy   sędzia   Grayson   także   i   ich   nie   będzie   chciał 
zastraszyć?

–   Oni   mają   szeryfa   –   powiedziała   Carolina   –   poza   tym   sami   będą   zeznawać,   a   dla 

większości ludzi w Moss Bend słowa Graysona są jak wyrocznia. Wiem dobrze, co powie 
każde z nich. 

Rozmowę przerwała im Fran. 
– W bibliotece czeka na ciebie jakiś menel – oznajmiła z charakterystyczną dla siebie 

ponurą miną. 

– Czy to ważne? – zapytał. 
Wyraz twarzy sekretarki starczył mu za odpowiedź. Uświadomił także, że zdaniem Fran, 

powinien przyjąć gościa bez świadków. 

– Posiedzisz z Carolina? – zapytał, a sam wstał i założył marynarkę. 
– Powiedz mi tylko, Billy, że wszystko będzie dobrze. 
– Carolina złapała go za rękaw. – Powiedz, że stanie się cud i dzieci zostaną ze mną. 
– Nie stanie się cud, Carolino. Zrobię po prostu, co będzie w mojej mocy. – Uścisnął jej 

dłoń, po czym przeprosił ją i pozostawił pod opieką Fran. 

W bibliotece czekał na niego Doug. Billy wszedł do pokoju, zamknął za sobą drzwi. 
– Rozumiem, że nie przyszedłeś w celach towarzyskich – powiedział. 
– Mam coś dla ciebie. – Doug wyciągnął z kieszeni pomiętą kartkę i podał ją Billy’emu  

bez słowa komentarza. Na kartce wypisany był ciąg cyfr, najprawdopodobniej numer telefonu 
do innego miasta. 

background image

– Co to ma być?
– Zadzwoń pod ten numer. Powiedz, kim jesteś, i spytaj o Francisa Turnera. Dowiesz się 

ciekawych rzeczy. 

– Francis Turner? – Billy zmarszczył brwi. – Technik laboratoryjny, który wykonał test 

na zawartość alkoholu we krwi Caroliny po wypadku?

– Ten sam. 
Wszelkie dotychczasowe próby znalezienia Franka Turnera i wezwania go na rozprawę w 

charakterze   świadka   spełzły   na   niczym.   Już   w   styczniu   Turner   opłacił   zaległy   czynsz, 
zrezygnował z pracy w szpitalu miejskim i zniknął bez śladu. Billy Ray zamierzał powiedzieć 
o tym  przed  sądem i  zażądać,  aby z powodu tego  dziwnego  zbiegu okoliczności  wyniki 
badania wycofano jako dowód obciążający Carolinę, ale sam wiedział, że szanse na to są 
znikome. 

Teraz w zamyśleniu przyglądał się kartce papieru. 
– Zeznajesz po przerwie, prawda? – zapytał. 
– Zgadza się. – Doug zahaczył kciukami o pasek. – Być może będziesz chciał mi zadać 

kilka pytań dotyczących wypadku. 

– Dobrze się domyślasz. 
– Nie chcę ci wchodzić w paradę, ale... 
– Tak? – Billy popatrzył na niego czujnie. 
– Ale możesz mnie zapytać, gdzie dokładnie znalazłem ciało Champa tamtego wieczoru. 

Spieszyłem się, chciałem jak najszybciej zawieźć Carolinę do szpitala i sprawdzić, czy można 
coś jeszcze zrobić dla Champa. Oczywiście ten sukinsyn już nie żył, ale nie od razu się 
zorientowałem. Z raportu usunąłem parę szczegółów, a sąd byłby ich pewnie ciekaw. 

– Dzięki, Doug. – Billy położył mu dłoń na ramieniu. – Będę o tym pamiętał. 
– To nie wszystko, Billy. Tego ranka przypomniałem sobie parę spraw. – Doug odwrócił 

spojrzenie. – Pamiętasz, jak kiedyś wszedłem na ziemię starego Rolanda, żeby dostać się do 
rzeki, i przez pomyłkę zapomniałem zamknąć bramę?

– Pamiętam. Tamtego lata świetnie brały sumy. Miałeś przynieść do domu parę sztuk, bo 

twoja matka zagroziła, że inaczej cię spierze. 

– Tak było... – westchnął Doug i rozpogodził się na chwilę na wspomnienie dawnych 

czasów. – Kiedy nie udało mi się złapać ryby, jadaliśmy na kolację fasolę. 

– U nas było podobnie. 
– Przez to, że zostawiłem otwartą bramę, Roland stracił krowę na drodze. 
– Pamiętam, potrąciła ją ciężarówka. 
– A on chciał, żeby mnie aresztowano za wkroczenie na cudzy teren. – Doug potrząsnął 

głową, jakby wciąż trudno mu było w to uwierzyć.  – Pamiętam,  co wtedy powiedziałeś. 
Obiecałeś  staremu   Rolandowi,  że  pomożesz   mi  odkupić  tę  krowę.  Nie miałeś  z  tym  nic 
wspólnego, a mimo to postanowiłeś mi pomóc. Cholera – uśmiechnął się gorzko – mieliśmy 
dopiero po dwanaście lat. Cale lato wyrywaliśmy chwasty, zbieraliśmy owoce i czyściliśmy 
jego śmierdzącą oborę. 

– Dlatego mi to dałeś? – Billy Ray popatrzył na pogiętą kartkę papieru. – Odpracowujesz 

background image

stary dług?

– Nie. Za długo żyłem wspomnieniami. Wciąż myślałem o tym, jak mi teraz dobrze i jak 

strasznie było być zerem, jeść fasolę na kolację i pragnąć tego, co mają wszyscy oprócz mnie. 
Chciałem być taki, jak ci lepsi, chciałem... do jasnej cholery, chciałem być dżentelmenem! 
Dżentelmenem z Południa, który mieszka w wielkim domu, ma służbę, a jego dzieci biorą 
lekcje gry na pianinie. Chciałem tego, co miał Champ. 

– Champ miał wszystko. 
–   I   patrz,   co   mu   z   tego   przyszło.   Chyba   pogodzę   się   z   tym,   że   jestem   zwykłym 

Fletcherem, a nie żadnym dżentelmenem. Byłem prostakiem i nim zostanę. Ale mam swój 
honor, Billy. I niech mnie szlag, jeśli miałbym pić, ćpać albo kłamać przed sądem!

Kiedy Billy wrócił później do gabinetu, Caroliny już w nim nie było. 
– Poszła do przedszkola sprawdzić, co z dziećmi – poinformowała go Fran. – Była zbyt 

zdenerwowana, żeby jeść, choć namawiałam ją, jak mogłam. 

– To nawet lepiej, że poszła – powiedział. – Muszę zadzwonić. Nie wpuszczaj  teraz 

nikogo. I zajrzyj do mnie, jak tylko wróci Carolina. 

– Nie wróci. Powiedziała, że spotkacie się na sali sądowej. – Fran umilkła na chwilę. – 

Była wyraźnie przygnębiona. 

– Nic dziwnego. 
– Niezbyt dobrze idzie, co?
– Na razie tak sobie. Ale to jeszcze nie koniec. Przepraszam, Fran – popatrzył na nią 

wymownie – muszę zdążyć z tym telefonem przed końcem przerwy. 

–   Oczywiście.   –   Fran   zniknęła   za   drzwiami,   a   on   sięgnął   po   słuchawkę.   Nawet   nie 

zauważył, że nie zrobiła obrażonej miny. 

Kiedy skończył rozmawiać, poczuł się znacznie lepiej. Pożegnał się z Fran, opuścił biuro 

i szybko przeszedł przez ulicę. Kościół metodystów i przedszkole znajdowały się zaledwie 
dwa domy dalej. Szybko je znalazł, ale nie musiał nawet wchodzić do środka – Carolina stała 
pod drzewem i przyglądała się gromadce dzieci, wśród których był Chris. 

Billy podszedł do niej, lecz nie odwróciła głowy. 
– Chris wie, że przyszłaś? – spytał. 
– Nawet nie spojrzał w tę stronę. Tak dobrze się bawi. Łatwo go zadowolić, jest podatny 

na wpływy i zgadza się na wszystko, co inni mu zaproponują. Boję się o niego. 

Billy   pomyślał   o   swojej   rozmowie   z   Dougiem.   I   tej   drugiej,   którą   zakończył   przed 

paroma minutami. 

– Nie bój się – powiedział. – To ty będziesz za niego decydowała. 
– Jak długo?
– Bardzo długo. 
– Chyba że się nie uda, prawda?
– Carolino... 
– Nie – odwróciła się ku niemu i położyła palce na jego wargach – nic nie mów. Wiem, 

że może się nie udać. A jeśli się nam nie uda, nie chcę, żebyś kiedykolwiek się za to obwiniał. 
Zrobiłeś, co mogłeś, starałeś się. Ale chyba najważniejsze jest dla mnie to, że mi uwierzyłeś, 

background image

że uwierzyłeś we mnie. Chyba nikt inny by się na to nie zdobył. 

– Proszę, nie rób ze mnie bohatera. 
– Dla mnie jesteś bohaterem, Billy. Znosiłeś pogróżki pod swoim adresem, walczyłeś o 

moje dobre imię, choć miałeś pełne prawo odwrócić się ode mnie. Kiedyś opowiem dzieciom 
o tym, co zrobiłeś dla nas wszystkich. Nawet jeśli Graysonowie przeprowadzą swój plan i 
dzieci zostaną z nimi, ja powiem im, jak bardzo się starałeś. Mieszkamy na Południu. Tutaj 
prawdziwy mężczyzna nie tchórzy, staje do walki nawet wtedy, gdy wie, że przegra. Ty jesteś 
takim mężczyzną, a ja jestem z ciebie dumna. Mam nadzieję, że Chris będzie kiedyś taki jak 
ty. 

Przytulił ją do siebie i pocałował. Jego serce biło mocno i pewnie. Nie potrzebował innej 

nagrody za swoje starania. 

– Mówisz to wszystko, ale nie zrezygnowałaś, prawda? – spytał. 
– Jeszcze nie. Chcę tylko, żebyś wiedział, że niezależnie od tego, co się stanie, i tak cię 

kocham. I tak w ciebie wierzę. 

Po przerwie Sam Franklin kontynuował przesłuchanie Taylor Betz. Słuchał jej z wyraźną 

przyjemnością.   W   sprawie   kryminalnej   jej   zeznanie   nie   miałoby   zapewne   większego 
znaczenia, lecz gdy w grę wchodziła ocena zdolności danej osoby do sprawowania opieki 
rodzicielskiej, podobne relacje miały wielką wagę. 

I rzeczywiście – słowa Taylor zrobiły wrażenie na Sawyerze. Taylor była przyjaciółką 

Caroliny,   znała   ją,   nawet   miała   zeznawać   na   jej   korzyść.   To,   że   zmieniła   zdanie,   było 
wprawdzie podejrzane, ale żadne z pytań, które zadał jej później Billy, nie wykazało, żeby 
mąż lub ktokolwiek inny zmusił ją do zeznań na korzyść Graysonów. 

Billy chętnie by starł już teraz ten wyraz zadowolenia z twarzy Franklina, jednak w czasie 

przerwy przygotował inną strategię i zamierzał konsekwentnie ją przeprowadzić. Obserwował 
więc spokojnie, jak Sam wzywa Douga, aby ten opowiedział, co działo się po wypadku. 
Carolina za to wierciła się nerwowo, a gdy szeryf został zaprzysiężony, znieruchomiała w 
pełnym napięcia oczekiwaniu. Billy miał ochotę ja uspokoić, wiedział jednak, że lepiej będzie 
nic   nie   mówić   i   nie   uprzedzać   zdarzeń.   Pragnął,   aby   jej   reakcja   na   słowa   Douga   była 
spontaniczna. 

Sam Franklin zajrzał do swoich notatek i zapytał:
– Szeryfie Fletcher, czy opowie nam pan o wieczorze, w który miał miejsce wspominany 

już tu wypadek?

–   Oczywiście.   Do   wypadku   wezwała   mnie   kobieta   mieszkająca   nieopodal   miejsca 

zdarzenia. Usłyszała huk i zorientowała się, że na przydrożnym drzewie rozbił się samochód. 
Natychmiast   zawiadomiłem   pogotowie   i  pojechałem   na   miejsce.   Mieszkam   dosyć   blisko. 
Dostałem się tam w kilka minut, jeszcze przed przybyciem karetki. 

– I co pan zastał?
– Champion Grayson już nie żył, jego żona była ciężko ranna. 
– Kto prowadził?
–   Za   kierownicą   siedziała   pani   Grayson.   Kiedy   przyjechałem,   wciąż   była   w   wozie. 

background image

Straciła przytomność. Obok niej leżał Champion Grayson. 

– Czy był też tam jakiś inny samochód?
– Nie. Pani Grayson zjechała z drogi i uderzyła w drzewo. Samochód był doszczętnie 

zniszczony. Musieliśmy zawieźć go na złomowisko. 

– Proszę powiedzieć, jakie w tym dniu panowały warunki drogowe. 
– Było chłodno, ale nie padało. Drogi były suche. 
– Czy w pana opinii jazda samochodem po takiej nawierzchni mogła być niebezpieczna?
– Nie. Przy zachowaniu przepisów jazda była bezpieczna. 
– A jednak Carolina Grayson zjechała z drogi. Czy przyszło panu do głowy, z jakiego 

powodu? Może była tam jakaś dziura, przeszkoda?

– Nie. Sprawdziłem to dokładnie. 
– Niebezpieczny zakręt?
– Wypadek zdarzył się na długiej prostej. 
– Więc co, pana zdaniem, spowodowało wypadek?
– Alkohol. 
– Dlaczego pan tak uważa?
– Rozpoznałem zapach. Samochód śmierdział niczym gorzelnia. 
Billy nie zgłosił sprzeciwu, choć adwokat Graysonów najwyraźniej oczekiwał tego po 

tym stwierdzeniu. 

– Czy polecił pan wykonać badanie krwi? – podjął po chwili Franklin. 
– Tak. To rutynowe postępowanie. 
–   Rozumiem.   –   Adwokat   popatrzył   na   sędziego.   –   Mam   tu   wyniki   badań,   które 

przeprowadzono tamtego wieczoru. Dotyczą  Caroliny Grayson. Chciałbym  je przedstawić 
wysokiemu sądowi. 

Wcześniej   Billy   omawiał   z   Caroliną   tę   sytuację.   Twierdził,   że   gdy   do   niej   dojdzie, 

wniesie sprzeciw. Jednak teraz nie ruszył się z miejsca, a kiedy Caroliną szturchnęła go lekko, 
przechylił tylko głowę i odwrócił wzrok. 

– Czy zgłasza pan sprzeciw? – spytał go sędzia Sawyer. 
– Nie, wysoki sądzie. 
– Otóż badanie wykazało – podjął Franklin, zmieszany nieco postawą przeciwnika – że 

zawartość alkoholu we krwi Caroliny Grayson trzykrotnie przewyższała dopuszczalne normy. 
– Ponownie skierował uwagę na Douga. – Nie było to dla pana niespodzianką, prawda?

– Prawdę mówiąc, było – odparł Doug i skrzyżował ramiona, by dodać sobie pewności. 
Twarz Franklina przybrała zaskoczony wyraz, ale adwokat opanował się szybko. 
– Powiedział pan wcześniej, szeryfie, że badanie wykonano z pana polecenia. Chyba nie 

zlecał go pan bez powodu?

– Powiedziałem już, że to rutynowe postępowanie. 
– I że wnętrze samochodu śmierdziało jak gorzelnia. 
– Tak, ale nie miałem żadnych podstaw, by przypuszczać, że ten zapach pochodzi od pani 

Grayson. Dlatego nie spodziewałem się takiego wyniku. Wszystkie badania wykonuje mój 
znajomy technik,  Greg Cameron.  Jest najlepszy i ufam mu.  Niestety,  wtedy wyjechał  na 

background image

urlop... 

– Dobrze – Franklin zignorował tę uwagę i szybko zadał kolejne pytanie – nie zaprzeczy 

pan jednak, że fakty układają się w logiczną całość?

– Jakie fakty?
– No – zmieszał się – to, że za kierownicą rozbitego samochodu siedziała pani Grayson, 

wynik badania... To ostatnie wykazało ponad wszelką wątpliwość, że była pijana. 

– Zgadza się. Tak wykazało badanie. 
Przez chwilę Sam zastanawiał się nad kolejnym pytaniem, wreszcie cofnął się o krok i 

oznajmił:

– Nie mam więcej pytań do świadka. 
Teraz   z   miejsca   podniósł   się   Billy.   Podszedł   do   barierki,   odgradzającej   podium   dla 

świadków, popatrzył długo na Douga, zajrzał do notesu. 

– Szeryfie Fletcher – zaczął. – Opisał nam pan już miejsce wypadku. Powiedział pan, że 

droga  była   prosta,  że  nie  było  na  niej  żadnych   kałuż,  przeszkód,  nawet  zwykłych   dziur. 
Podejrzewał pan, że do tragedii doszło z powodu alkoholu, jednak nie miał pan podstaw, by 
przypuszczać,   że   to   właśnie   Carolina   Grayson   była   pijana.   Nie   bardzo   to   wszystko 
zrozumiałe. Przecież to ją znaleziono za kierownicą. Czy mógłby pan spróbować nam to 
wyjaśnić? Co właściwie pan zastał po przybyciu na miejsce zdarzenia?

–   Państwo   Grayson   wciąż   znajdowali   się   wewnątrz   pojazdu.   Pani   Grayson   była 

nieprzytomna.   Pan   Grayson   poniósł   śmierć   na   skutek   uderzenia   w   głowę,   tak   stwierdził 
koroner. Natomiast pani Grayson była przypięta pasem i to ją ocaliło. 

– A poduszki powietrzne?
– To był starszy model. 
– Proszę kontynuować. 
– Pani Grayson miała rozłożone ręce, ale dłonie pana Graysona nadal były zaciśnięte na 

kierownicy. Nie miał zapiętych pasów bezpieczeństwa. Dla mnie wyglądało to tak, jak gdyby 
pan Grayson złapał za kierownicę i gwałtownie skręcił, spychając samochód z drogi. Dlatego 
zleciłem badanie zawartości alkoholu we krwi obojga, bo było dla mnie jasne, że... 

– Sprzeciw! – Twarz Frankilna zaczerwieniła się gwałtownie. – To opinia, a nie fakt!
– Mecenasie, to pan prosił szeryfa, żeby opowiedział nam, co się stało – przytomnie 

zauważył Billy. – Pan Fletcher opiera swoje opinie na latach doświadczeń. 

Usłyszał za sobą gwałtowne skrzypnięcie krzesła i obejrzał się za siebie. Carolina wstała, 

podparła się na biurku, jak gdyby w inny sposób nie mogła utrzymać pozycji stojącej, i teraz 
patrzyła zbolałym wzrokiem w jego stronę. Po jej policzkach spływały łzy. 

– Pamiętam – powiedziała głosem tak mocnym, na jaki było ją stać. – Powiedziałam mu, 

że go opuszczam. Nie mogłam tego dłużej wytrzymać, nie mogłam żyć w ten sposób... Upił 
się na przyjęciu, upił się tak bardzo... 

– Sprzeciw! – Franklin znów zerwał się z miejsca. 
– Oddalam sprzeciw. 
– ... tak bardzo, że zaczął na mnie wrzeszczeć już w drodze do domu. Po raz pierwszy w 

życiu ja także zaczęłam krzyczeć. Powiedziałam mu, że zabiorę dzieci i odejdę. Już wcześniej 

background image

zdecydowałam, że to zrobię. To właśnie miałam na myśli, mówiąc Taylor, że muszę coś 
załatwić... Champ powiedział, że mnie zabije, jeśli będę chciała odejść. Zwymyślał mnie. 
Wciąż powtarzał, że mnie zabije, a ja... – zadrżała i zasłoniła twarz dłońmi – ... a ja byłam już 
tak zmęczona, tak wyczerpana, że powiedziałam mu, żeby to zrobił. Teraz pamiętam... 

Billy podszedł do niej i wziął ją za ramiona. 
– Spokojnie, Carolino – wyszeptał. – Co jeszcze pamiętasz? Powiedz. 
–   Złapał   za   kierownicę!   Kiedy   chciałam   go   odepchnąć,   zablokował   ją   ramieniem. 

Pamiętam! Nagle ujrzałam drzewo... – Teraz drżała na całym ciele. – Jezu Chryste!

– Zarządzam przerwę – oznajmił krótko sędzia. – Szeryfie Fletcher, jest pan wolny. Panie 

Wainwright, proszę uspokoić klientkę, albo na resztę rozprawy wyproszę ją z sali. 

Po tych słowach wstał i opuścił pomieszczenie. Billy posadził Carolinę na krześle, po 

czym usiadł koło niej i delikatnie ujął jej dłonie. 

– Sprzeciwiłam się mu, Billy – mówiła nadal, walcząc z potokiem łez. – Pierwszy raz w 

życiu. Czułam się taka silna... W końcu uświadomiłam sobie, że bez względu na okoliczności 
muszę go zostawić i że już nigdy nie pozwolę na to, żeby mnie skrzywdził. 

– Omal cię nie zabił. 
– Ale mu się nie udało!
– Myślisz, że ktoś uwierzy w te kłamstwa? – zagrzmiał nagle z boku czyjś głos. 
Billy podniósł wzrok i ujrzał, że zmierza ku nim Whittier Grayson z Samem Franklinem u 

boku. 

– Ja jej wierzę – powiedział Billy. – I myślę, że pan w głębi duszy także. 
–   Pana   klientka   właśnie   zademonstrowała   brak   psychicznej   równowagi   –   wysyczał 

sędzia. – To starczy za dowód. Od początku twierdziłem, że ona ma problemy!

Billy wstał i spojrzał w rozgniewane oczy sędziego. 
–   Może   i   by   się   panu   udało   –   powiedział   powoli.   –   Może   znów   udałoby   się   panu 

skrzywdzić   niewinnego   człowieka,   gdyby   nie   pewien   szczegół.   Jeśli   chce   się   przekupić 
wszystkich, wystarczy jeden nieostrożny, by w końcu oszustwo wyszło na jaw. 

– Nie wiem, o czym mówisz, chłopcze. Jeśli próbujesz blefować... 
–   Mówię   o   Francisie   Turnerze,   panie   sędzio.   On   nie   okazał   się   zbyt   ostrożny.   Nie 

powinien był pan mu ufać. – Spojrzał na Glorię, która dołączyła do nich przed chwilą i teraz 
usiłowała nakłonić męża do wyjścia z sali. – Powiem to pani, pani Grayson, bo pani mąż jest 
tak zaślepiony gniewem, że nic do niego nie dotrze. Otóż człowiek, który wykonał badanie 
krwi   Caroliny   w  noc   wypadku,   zniknął   z   miasta   dwa   tygodnie   później.   Nie   mogłem   go 
odnaleźć i powołać jako świadka na tę rozprawę. 

– Nawet jeśli zniknął, to jaki ma to związek z Caroliną? – próbował drwić Grayson. – A 

może Kennedy’ego też zabito z naszej inspiracji?

– Oczywiście, że ma to związek – odparł spokojnie Billy. – Pańska żona może przerwać 

tę farsę, zanim powiem sądowi, co odkryłem dziś po południu. Wystarczy, że powie, iż nie 
będzie więcej występowała o przejęcie praw rodzicielskich wobec Christophera i Catherine 
Graysonów. – Znów popatrzył na Glorię. – Francis Turner, technik który wykonał badanie, 
siedzi obecnie w więzieniu w Minnesocie i czeka na proces o zabójstwo. Najwyraźniej z 

background image

zapamiętaniem wydawał pieniądze, które pani mąż dał mu za sfałszowanie wyników badania. 
Znudził mu się żywot laboranta, a że sporo zarobił na oszustwie, mógł sobie pozwolić na 
szaleństwa.   Niestety,   nie   każdy  umie   udźwignąć   ciężar   bogactwa,   tak   jak  nie   każdy  jest 
dżentelmenem. Turner zaczął pić, wydawać pieniądze na kobiety i narkotyki, wreszcie wdał 
się w niepotrzebną bójkę. Zabił człowieka i trafił do pudła. Policja zainteresowała się, skąd 
miał pieniądze. Z początku myśleli, że je ukradł. On jednak wskazał na pewną darowiznę, 
podobno na leczenie. Tylko że Turner jest zdrów jak ryba. 

– To jest... po prostu niewiarygodne! – wykrztusiła Gloria Grayson. 
– Proszę więc porozmawiać z szeryfem.  Wczoraj kontaktował się z biurem policji w 

Minnesocie. 

– Nie wierzę. Ja... – Gloria złapała męża za ramię. – To prawda? Naprawdę zrobiłeś coś 

takiego?

–  Oczywiście,   że  nie!  Nikt  mi  niczego  nie   udowodni!   Popchnęła   go  mocno,  obiema 

rękami. 

– Zrobiłeś to – powiedziała niskim głosem. – Okłamałeś nas wszystkich. To ty jesteś 

winny. To ty zabiłeś mego syna. Boże, jaka ja byłam ślepa, jaka głupia... Gorzej niż głupia, 
zła. Ty zarażasz złem, Whittier. Myślisz tylko o sobie. Carolina... Carolina nie jest taka, jak 
twierdziłeś.  Ona nie zabiła  Champa,  prawda?  Tak, teraz  to wiem,  teraz  widzę. To ty go 
zabiłeś! – Znowu go pchnęła. – Ty go zabiłeś, łajdaku!

Billy wyszedł zza biurka i z pomocą Sama odciągnął Glorię od męża. Doug i woźny 

zaprowadzili sędziego w jeden róg sali, Sam i Gloria poszli do drugiego. 

– Już po wszystkim, prawda? – spytała Carolina, gdy znów zostali sami. 
– Tak. 
– Zatrzymam dzieci?
– Chyba nie masz powodu w to wątpić. Możemy dowieść, że nagłe wzbogacenie Turner 

zawdzięcza twojemu teściowi, możemy powołać Turnera na świadka, a on wszystko nam 
wyśpiewa. I tak będzie siedzieć za znacznie poważniejsze przestępstwo. To chyba jednak nie 
będzie konieczne. 

Jakby na potwierdzenie tych słów znów podszedł do nich Sam. Odchrząknął i powiedział, 

nie patrząc na Billy’ego:

– Gloria chce iść na ugodę. Zgodzi się, by synowa zatrzymała prawo do opieki, jeśli ta 

pozwoli jej na regularne odwiedziny wnuków. 

– A jeśli później zmieni zdanie? – wtrąciła się Carolina. – Jeśli znów będę musiała przez 

to wszystko przechodzić?

– Sędzia Sawyer wyda nakaz – uspokoił ją Billy. – To równie wiążące, jak wyrok. Dzieci 

są twoje. Po czymś takim żaden sąd nie zgodzi się na ponowną rozprawę. – Ujął jej dłoń. – 
Dzieci są twoje, Carolino – powtórzył. – Wygraliśmy. 

Łzy po raz kolejny zakręciły się w jej oczach. Przechyliła się przez stół i pocałowała 

Billy’ego w policzek. 

Chwilę później posiedzenie wznowiono i zaczęto przesłuchiwać świadków, powołanych 

przez   Billy’ego.   Najpierw   zeznawała   Hattie,   potem   dwóch   psychologów,   wreszcie   starzy 

background image

przyjaciele,  którzy  nie  opuścili  Caroliny  w  potrzebie.  Wszystko  to   jednak  było   już  teraz 
czystą formalnością, od której nie chciał wszakże odstąpić, by pozwolić Carolinie nacieszyć 
się zwycięstwem, a publiczności wysłuchać pełnych szacunku opinii na temat tej, którą Moss 
Bend uznało za wariatkę i chciało skazać na potępienie. 

Gdy Gloria Grayson wyrecytowała swoje oświadczenie, nikt nie miał wątpliwości, jakie 

będzie sędziowskie rozstrzygnięcie. Sędzia Sawyer wygłosił zwyczajową sentencję, stuknął w 
blat   drewnianym   młotkiem   i   zamknął   posiedzenie.   Wszyscy   rzucili   się,   by   gratulować 
Carolinie, a ona przyjmowała te hołdy i pochwały, wyraźnie szczęśliwa, że znów może być 
pełnoprawnym członkiem społeczności swego miasta. I tylko Billy stał z boku, czując, jak z 
każdą chwilą powiększa się przepaść między nimi. 

Jeszcze wczoraj umiała go przekonać, że oddaje mu się nie z wdzięczności, lecz dlatego, 

że go kocha.  On też  wyznał  jej  miłość,  głęboką i  prawdziwą. Teraz  jednak był  bardziej 
sceptyczny. Przypomniał sobie pewien dzień sprzed wielu lat, kiedy to dowiedział się, że 
Carolina wychodzi za Champa Graysona. Wtedy także patrzył na nią z boku, przyjmującą 
gratulacje, otoczoną przez chichoczące przyjaciółki i ich zazdrosne matki. 

Tamtego dnia odszedł, bo wiedział, że nigdy nie zdoła przebić muru, którym odgrodzili 

go od niej mieszkańcy Moss Bend, damy i dżentelmeni, dla których Carolina jest jedną ze 
swoich.   Zrozumiał   wtedy,   że   jest   tylko   biednym   Wainwrightem,   który   nigdy   nie   zdoła 
zaspokoić jej oczekiwań. 

Minęło wiele lat i oto znów czuł się tak samo. Owszem, sporo od tamtego czasu się 

zmieniło. Był już dorosły, cieszył się większym szacunkiem i z pewnością więcej miał do 
zaoferowania niż kiedyś. Niby był pewnym siebie mężczyzną, jednak teraz zdawało mu się, 
że   jest   raczej   dorastającym   chłopakiem,   tęskniącym   za   dziewczyną,   którą   kocha,   lecz 
niezdolnym do wykonania jakiegokolwiek ruchu, by spróbować ją zdobyć. 

Odnalazł w tłumie jej wzrok, a ona przesłała mu uśmiech pełen najczystszej radości. On 

także się uśmiechnął, choć w głębi serca czuł jedynie tępy ból. 

–   Jak   sądzisz,   co   ona   teraz   zrobi?   –   zapytał   Doug,   który   niespodziewanie   do   niego 

dołączył. 

– Ma wiele możliwości. 
– O ile się nie mylę, ty jesteś dla niej najważniejszy. 
– Sporo w życiu przeszła. Potrzebuje czasu, by wszystko sobie przemyśleć. 
–   Wiesz,   Billy,   w   byciu   dżentelmenem   jest   coś   niewygodnego,   coś,   co   cholernie 

przeszkadza w pewnych sytuacjach. 

– Na przykład?
– Na przykład dawanie kobiecie zbyt wiele czasu do namysłu. 
Billy Ray uśmiechnął się tylko w odpowiedzi, po czym wziął do ręki aktówkę i zrobił to 

samo, co zrobił wiele lat wcześniej – po raz ostatni spojrzał na otoczoną tłumem przyjaciół 
Carolinę i wyszedł. 

background image

ROZDZIAŁ 12

Billy Ray wpatrywał się smętnie we wzgórze za miastem. Lato dobiegało końca, a droga 

194 wciąż jeszcze była w remoncie. Gracie Burnette, ubrana w obcięte do kolan spodnie i 
rozciągnięty podkoszulek, kierowała ruchem, wykonując ruchy tak płynne, jak gdyby była 
zawodową gimnastyczką. 

– Jak leci, Billy Ray? – zawołała, gdy podjechał bliżej. 
– Nie narzekam. 
Nie zamierzał jej opowiadać, że w rzeczywistości czuje się okropnie, nie mówiąc już o 

tym, że jest spocony i zmęczony. Klimatyzacja w samochodzie ponownie się zepsuła i tym 
razem nawet Joel musiał się poddać. Mógłby zamontować nową albo kupić nowy wóz, ale na 
razie wszystkie oszczędności poszły na dywan i meble do biura. 

Cóż, nie był krezusem, nie był bohaterem, a jedynie prowincjonalnym adwokatem. Jego 

klienci pozostaną mu wdzięczni do końca życia, ale zapewne nigdy nie spłacą wszystkich 
długów. Ba, większość z nich przestanie korzystać z jego usług, gdy tylko zrozumie, że nie 
ma szans na sprawiedliwy wyrok sędziego Graysona, jeśli wybiera się na adwokata Billy’ego 
Wainwrighta. 

– Wpadnij do nas kiedyś – uśmiechnęła się Gracie. – Za rzadko przychodzisz. 
Wychylił się przez okno i odwzajemnił jej uśmiech. 
– Wpadnę – obiecał. – A na razie uściskaj ode mnie małego. 
Przepuściła go, a gdy wjechał na wzgórze, Moss Bend rozpostarło się przed nim w całej 

okazałości. Przez chwilę kusiło go, żeby zawrócić, znów przejechać obok Gracie, a potem 
pognać przed siebie, gdzie oczy poniosą. Przecież poza granicami River County istnieje inny 
świat. Świat, w którym mógłby zapomnieć o swoich korzeniach i próbować wreszcie coś 
osiągnąć. Joel by go zrozumiał. 

Ale to przecież nie tylko z powodu Joela wciąż tkwił w miasteczku. 
Parking przy tawernie zapchany był  samochodami  i Billy znalazł  miejsce  dopiero na 

samym jego końcu. Nie miał pojęcia, dlaczego knajpa Maggie była tak zatłoczona o tej porze. 
Nic nie wiedział o tym, by dziś odbywał się jakiś ważny mecz. Po prostu piątek, pomyślał, 
koniec upalnego tygodnia. Ludzie przyszli ochłodzić się i zabawić. 

– Billy! – Maggie uścisnęła go mocno, kiedy wszedł do środka. – Tak rzadko cię teraz 

widuję! Czyżbyś był aż tak zajęty?

– Miałem trochę roboty. 
– Nie zaniedbuj nas tak. Wszyscy o ciebie pytają. Zastanawiają się, gdzie się ukrywasz. 
– Ja też się za wami stęskniłem. 
– Mam nadzieję. Doug siedzi przy swoim stoliku. 
– Niedługo tu zamieszka – roześmiał się cicho. – Mówił mi, że kupi tę twoją budę, jeśli 

nie wygra wyborów na jesieni. 

– Przecież  wiadomo,  że  wygra  – zapewniła  go Maggie. – Ludzie  w Moss Bend  nie 

zawsze   mówią,   co   myślą,   ale   potrafią   docenić   odwagę   i   sprawiedliwość.   Doug   zrobił 

background image

wszystko, aby prawda o Carolinie wyszła w końcu na jaw. 

– Oto uczciwy szeryf. Jak na Dzikim Zachodzie – zażartował Billy. 
– A żebyś wiedział. Czy można spodziewać się więcej po jego ewentualnym następcy?
Nie odpowiedział na to retoryczne pytanie, bowiem Maggie odeszła, aby uspokoić dwóch 

młodych mężczyzn, którzy kłócili się o myszowatą dziewczynę w dżinsowej kurtce. Wbił się 
w  tłum   gości   i   zaczął   przepychać   się   w  stronę   stolika,   który   jak   zawsze   okupował   jego 
przyjaciel. 

Doug siedział samotnie nad szklanką z coca-colą. Kiedy Billy usiadł na wprost niego, 

wyjął wykałaczkę z ust i zapytał:

– Tak ci gorąco? Wyglądasz na zdrowo spoconego. Co cię tak podnieciło?
– Piątkowy wieczór. 
– A może Carolina Waverly?
Co   ciekawe,   od   czasów   rozprawy   wszyscy   posługiwali   się   panieńskim   nazwiskiem 

Caroliny, jak gdyby chcąc podkreślić, że odtąd nie ma ona nic wspólnego z Graysonami. 

Choć rozprawa odbyła się za zamkniętymi drzwiami, ludzie i tak szybko dowiedzieli się 

tego, co najważniejsze – oto złoty chłopak Moss Bend, Champion Collier Grayson, dręczył 
swoją żonę, a gdy spowodował wypadek, w którym sam zginął, jego ojciec usiłował obciążyć 
winą Carolinę, a następnie odebrać jej prawo do opieki nad dziećmi. Próbował oszukiwać do 
końca i nie cofnął się przed niczym. Nawet Taylor Betz, najlepsza przyjaciółka Caroliny, 
przekręciła prawdę, tak by jej mąż adwokat nie wypadł z łask sędziego. 

Jednak   John   Betz   zrezygnował   z   pracy   już   tydzień   wcześniej   i   przyjął   posadę   w 

sąsiednim   Boca   Raton.   Niedługo   potem   Taylor   opuściła   Moss   Bend,   podobno   po   to,   by 
poszukać   nowego   domu   i   przenieść   tam   dzieci   jeszcze   przed   początkiem   nowego   roku 
szkolnego. Mimo tych zmian w miasteczku wciąż jednak rządził sędzia Grayson. 

– Przyznaj się, bracie – znów odezwał się Doug – wzdychasz do niej co pięć minut. 
– Wcale nie wzdycham. – Billy dwoma łykami opróżnił swoją szklankę. 
– Wzdychasz, tyle że cicho. Tak samo wzdychałeś, gdy Carolina oznajmiła wszystkim, że 

wychodzi za Champa. 

– Stare dzieje. Nie sądziłem, że twoja pamięć sięga tak daleko. 
– Pamiętam wszystko, co ma jakieś znaczenie. 
– To dobrze. Szeryf musi mieć pamięć. Nie wiem, czy mój głos będzie miał jakiekolwiek 

znaczenie, ale i tak będę na ciebie głosował. 

– Bo lepszy stary frajer niż nowy cwaniak, co? – uśmiechnął się Doug. – Nawet jeśli to 

tchórz i sługa bogatych dżentelmenów. 

– Nie jesteś tchórzem. Bałeś się, ale ostatecznie nie dałeś się zastraszyć. Trzeba wiele 

odwagi, żeby nie oprzeć się naciskom pewnych ludzi w tym mieście. 

– Ty nigdy się nie bałeś. 
– Nie rób ze mnie bohatera, Doug. Nie jestem nieustraszonym rycerzem. 
– Wielu ludzi myśli inaczej. 
Sposób, w jaki to powiedział, obudził czujność Billy’ego. Podniósł wzrok i ujrzał, jak 

większość gości w knajpie zmierza w ich stronę. Na ich czele kroczyła Maggie z olbrzymim 

background image

tortem w dłoniach. 

– Do diabła, Doug... Co to znowu za okazja?
– Oto nowy dzień  dla Moss Bend,  Billy Ray!  – oznajmił  uroczyście  Doug. – Może 

wreszcie   zaczniemy   być   zwyczajnym   miastem,   a   nie   prywatnym   królestwem.   Dziś   po 
południu Whittier Grayson ogłosił, że odchodzi na emeryturę. 

Podobno zmusiła go do tego delegacja oficjeli z naszego miasteczka. Nie wiedziałeś o 

tym?

Nie wiedział, ale nie zdołał tego powiedzieć, bowiem tłum zacieśnił się wokół niego i 

zaczął gratulować mu i poklepywać go po plecach. 

– Postanowiliśmy wyprawić skromną uroczystość na twoją cześć – mówił tymczasem 

Doug. – Uważamy, że teraz ty powinieneś ubiegać się o stanowisko sędziego. Jeśli się nie 
zgodzisz, i tak warto ci podziękować. Dzięki, Billy!

– Ale... ale za co?
– Dzięki, że się nie dałeś!
Kicia   cieszyła   się,   że   idzie   do   przedszkola.   Miała   nowe   jaskrawożółte   pudełko   na 

kanapki,   nową   sukienkę   z   wyhaftowanym   słonecznikiem,   białe   tenisówki   i   plecaczek   z 
osobną kieszonką na kredki, a osobną na blok. 

Mamę znalazła w kuchni – karmiła Chrisa. Chris zawsze robił mnóstwo nieporządku, ale 

mama nigdy się tym nie przejmowała. 

– Chcę pokazać Billy’emu moje pudełko na kanapki – oznajmiła Kicia. 
– Na pewno chciałby je zobaczyć – powiedziała mama, ale wcale się nie uśmiechnęła. 
– Dlaczego on nas już nie odwiedza?
Przez chwilę mama milczała, potem odwróciła się, zdjęła z wieszaka ściereczkę i wytarła 

w nią ręce. 

– Jest bardzo zajęty, Kiciu – odparła. 
– Chcę mu także pokazać mój pokój. 
Teraz  pokój   Kici  był   równie   żółty,   jak  jej  pudełko   na  kanapki.   Maggie  pomogła  jej 

przemalować go w ubiegły weekend i wcale się nie gniewała, że Kicia mocno się przy tym 
pobrudziła. 

– Kiedy nas odwiedzi, pokażesz mu, co będziesz chciała. Kicia miała dosyć czekania. 

Była niecierpliwa. Babcia Grayson powtarzała jej zawsze, że powinna wykazywać więcej 
cierpliwości, ale Kicia chciała wszystko mieć od razu. 

– Wobec tego pójdę po niego!
– Nigdzie nie pójdziesz, Kiciu. On mieszka bardzo daleko. 
– To co? Pamiętasz, jak daleko musiałam iść, kiedy uciekałyśmy z domu?
– Nie pójdziesz do Billy’ego – powtórzyła mama. – Zgubisz się, a poza tym robi się 

ciemno. 

– No to ty idź – zażądała Kicia. – Przecież też za nim tęsknisz. 
– Też? Czy ty tęsknisz za Billym, Kiciu?
– A ty nie? Ale tobie to dobrze. 
– Dlaczego? – mama uśmiechnęła się lekko. 

background image

–   Bo   jesteś   duża   i   możesz   prowadzić   samochód,   a   ja   nie!   Gdybym   umiała   jeździć 

samochodem, już dawno bym do niego pojechała!

Mama przytuliła ją do siebie i zaczęła się cicho śmiać. 
– Nawet gdybym chciała pojechać... 
– Chcesz, wiem, że chcesz! – ożywiła się Kicia. 
– Nawet gdybym chciała, to kto by się wami zajął? Nie mogę zostawić was samych. 
– Nie musisz. Hattie obiecała mi, że przyjdzie. 
– Jak to ci obiecała? Kiedy rozmawiałaś z Hattie?
– Zadzwoniłam do niej. – Kicia wzruszyła ramionami. – Powiedziała mi kiedyś swój 

numer i zapamiętałam. 555-7225. Poza tym zapisałaś go obok telefonu. Rozmawiałyśmy o 
tobie i Billym. Hattie powiedziała, że powinnaś iść do Billy’ego i przemówić mu do rozsądku. 

– Tak powiedziała?
– Bo ty podobno umiesz przemawiać ludziom do rozsądku. 
– Obawiam się, że nie. 
– To może choć raz spróbujesz?
– Chyba nie. 
– Dlaczego nie? Czy chodzi o to, co mówią dziadkowie?
– A co mówią dziadkowie?
– Och, wiesz, wszystkie te rzeczy... co się powinno robić, a czego nie... Dziewczynki nie 

mogą robić tego albo tamtego. Dziewczynki zawsze powinny ładnie wyglądać. Dziewczynki 
zawsze   powinny   być   cicho.   Czy   dziewczynki   nie   powinny   mówić   chłopcom,   kiedy   ci 
zachowują się głupio?

Mama rozpostarła szeroko ramiona, a Kicia przytuliła się do niej, żeby dodać jej sił. 

Wiedziała, że mama potrzebuje wsparcia, a ona, Kicia, miała bardzo, bardzo dużo sił. 

– Dziewczynki mają prawo zawsze mówić to, na co mają ochotę – powiedziała mama i 

odsunęła nieco Kicię, by popatrzeć jej w oczy. – Zawsze i wszędzie. Nie zapominaj o tym. 

– No to co? Pojedziesz do niego? – Kicia popatrzyła na mamę z nadzieją. 
– Pojadę. 
– Tylko przyczesz włosy. Jeśli chcesz, dam ci moje pudełko. Pokażesz je Billy’emu, jeśli 

nie będzie chciał do nas przyjść. 

– Nie, zatrzymaj je. – Mama ponownie ją przytuliła. – Zrobię wszystko, żebyś mogła 

pokazać mu je osobiście. 

Billy   Ray   wiedział,   że   przyjaciele   chcieli   wyrazić   mu   swój   szacunek   i   wdzięczność. 

Niektórzy   z   nich   żałowali,   że   tak   surowo   osądzili   Carolinę,   innym   było   głupio,   że   nie 
przeciwstawili się sędziemu. Jeszcze inni po prostu chcieli, aby Billy wiedział, że dla River 
County nastała nowa epoka, i że oni cieszą się z tego. 

Mimo   wszystko   miał   pewne   wątpliwości,   czy   sprawa   rzeczywiście   warta   jest   tak 

uroczystego   fetowania.   W   końcu   nie   zrobił   niczego   nadzwyczajnego.   Zresztą   gdyby   nie 
Doug, zapewne wcale by nie wygrał. 

Słońce już dawno zaszło za horyzont, a przyjęcie w tawernie rozkręcało się z godziny na 

godzinę. Na szczęście Billy zdołał się jakoś wymknąć na zewnątrz. Wieczorne powietrze 

background image

ochłodziło go, więc odetchnął głęboko i poszedł szybko do samochodu, by odjechać, zanim 
ktokolwiek zorientuje się, że bohater wieczoru gdzieś zniknął. 

Przez cały dzień kusiło go, żeby zadzwonić do Caroliny i zaprosić ją na kolację, nie miał 

jednak pojęcia, co mógłby jej powiedzieć. Od czasu rozprawy widział ją tylko raz. Przyszła 
do jego kancelarii podpisać stosowne dokumenty, ale nawet przez moment nie byli sami, gdyż 
po biurze krążyła Fran. Poza tym bez przerwy dzwoniły telefony, toteż nawet nie mieli czasu, 
żeby porozmawiać na osobności. 

Może zresztą tak było lepiej? Życie Caroliny rozpoczęło się na nowo. Teraz była wolną 

kobietą. Mogła pojechać, dokądkolwiek chciała, wybrać sobie dowolne zajęcie, ułożyć życie 
w dowolny sposób. Nie musiała już dłużej tkwić w River County. Nie chciał, aby myślała, że 
cokolwiek mu zawdzięcza, ona jednak, zdaje się, wciąż czuła się jego dłużniczką. 

Właśnie dlatego do niej nie dzwonił. Pragnął, aby chciała z nim być tylko dlatego, że go 

kocha – z żadnego innego powodu. Może Carolina kiedyś to zrozumie? Może wtedy nie 
będzie jeszcze za późno?

Zdał sobie sprawę, że jedzie zbyt szybko, więc zwolnił na skrzyżowaniu prowadzącym do 

Maggie. Nie skręcił jednak, tylko pojechał prosto aż do Hitchcock Road. 

Kiedy   dotarł   pod   swój   dom,   był   zbyt   zmęczony,   żeby   wstawić   samochód   do   szopy. 

Zaparkował na środku podwórza, zgasił silnik i siedział tak, gapiąc się przed siebie. Dopiero 
kiedy zdrętwiały mu nogi, wysiadł z auta, zatrzasnął drzwiczki i powlókł się do wejścia. 

Drzwi do domu były otwarte. Wszedł do środka i wówczas zobaczył  idącą przez hol 

Carolinę.  Niosła  właśnie  dwie  szklanki  z  mrożoną  herbatą,   a  koty,   Trójnóg  i  Czwórnóg, 
skakały wesoło wokół jej nóg. 

–   Nie   czekam   na   ciebie   –   wręczyła   mu   szklankę   –   i  nie   mam   zamiaru   o  ciebie   się 

troszczyć.   Wciąż   jednak   mogę   zrobić   przyjacielowi   mrożonej   herbaty,   czysto 
bezinteresownie. Czy nadał jesteśmy przyjaciółmi?

Miał ochotę wyjąć szklanki z jej rąk i całować ją do utraty tchu, ale stał tylko i gapił się 

na nią bez słowa. 

–   Mam   wrażenie,   że   mamy   sobie   jeszcze   coś   do   powiedzenia   –   mówiła   tymczasem 

Carolina. – Czekałam, aż się odezwiesz, ale jak powiedziałaby Kicia, nie zawsze musi być 
tak, że to chłopcy pierwsi mówią dziewczynkom,  a nie odwrotnie. Przyszłam więc, żeby 
porozmawiać, bo nie mogłam dłużej czekać. Kicia zresztą też. Jeśli zgadzasz się na rozmowę, 
weź herbatę i chodź do środka. 

Billy wyciągnął rękę. Szklanka była śliska i zimna jak lód. 
Carolina ruszyła do pokoju gościnnego, lecz nagle się zatrzymała. 
– Szczerze mówiąc, jest chyba lepsze miejsce na tę rozmowę – dodała i popatrzyła w 

stronę schodów. 

– Dokąd idziesz? – spytał. 
– A jak myślisz? – odparła, wchodząc na stopnie. Nie odpowiedział, więc uśmiechnęła się 

do niego uwodzicielsko. 

– Na zewnątrz jest strasznie gorąco – powiedziała. – Przydałby ci się prysznic. 
– Miałaś się o mnie nie troszczyć. 

background image

– Mam wobec ciebie pewne plany. 
– Rozumiem, chcesz mnie wykorzystać – Billy podchwycił żartobliwy ton. 
–   Dokładnie.   Ale   najpierw   weź   ten   prysznic,   a   potem   siądziemy   przy   herbacie   i 

skończymy rozmowę, której nigdy nie przeprowadziliśmy. 

Billy posłusznie ruszył za nią po schodach. 
– Powiem ci szczerze – powiedział. – Mam dość na dzisiaj mrożonej herbaty. 
– No tak – roześmiała się. – Pewnie w tawernie wypiłeś co najmniej litr. 
– Wiesz, że byłem w tawernie?
– Wiem. Maggie zadzwoniła i powiedziała mi o Whittierze. Poinformowała mnie też o 

przyjęciu. Na pewno śmierdzisz papierochami. 

– Dobra – mruknął. – Wykąpię się szybko i spotkamy się na dole. 
Ale wcale nie było jej na dole, kiedy wyszedł z łazienki ubrany jedynie w bawełniane 

bokserki. Czekała na niego w sypialni. Wcześniej zdjęła buty i powiesiła żakiet na krześle, a 
teraz leżała wygodnie na łóżku Billy’ego w samej sukience, trzymając w dłoni szklankę z 
herbatą. 

– I co, lepiej? – zapytała. 
– Bez porównania. 
–   To   widać.   –   Obrzuciła   wzrokiem   jego   nagi   tors.   Billy   patrzył   na   nią   z   radością. 

Swobodna, beztroska, skłonna do żartów i przekomarzań, Carolina była teraz zupełnie inną 
kobietą. Przypominała mu dawną Carolinę – piękną, inteligentną dziewczynę o szczerym i 
śmiałym wejrzeniu, które kiedyś tak go fascynowało. Teraz też patrzył na nią jak urzeczony. 
Zapragnął nagle powiedzieć jej o wszystkim, nad czym myślał w ciągu ostatnich dni, lecz ona 
dostrzegła jego zamiar i uciszyła go ruchem dłoni. 

– Nie traćmy czasu na bzdury, Billy – powiedziała. – Byłam dzieckiem, kiedy z ciebie 

zrezygnowałam, ale szybko dojrzałam i zrozumiałam swój błąd. Teraz masz do czynienia z 
kobietą. Jestem dorosła i wiem, czego pragnę. Wiem także, kogo. I wiem, z czym  się to 
wszystko wiąże. – Uśmiechnęła się. – Kicia zapytała mnie dzisiaj, czy dziewczynkom nie 
wolno powiedzieć chłopcom, że ci zachowują się głupio. Uświadomiłam sobie, że ja także 
tego nie robię. 

– Czyżbym zachowywał się głupio?
–   Wybacz,   ale   tak.   Przez   chwilę   sądziłam,   że   to   moja   wina.   Podczas   małżeństwa   z 

Champem przywykłam brać na siebie odpowiedzialność za wszystko i wciąż zapominam, że 
nie muszę już tego robić. Ale przecież ja już powiedziałam ci to, co najważniejsze. Dlaczego 
o tym nie pamiętasz?

– Posłuchaj, Carolino... 
– Nie – potrząsnęła głową – sama odpowiem. Wiem, że długo byłeś kawalerem. Wiem, 

że niełatwo przywyknąć do nowego życia, do dzieci, na dodatek nie swoich dzieci. Dlatego 
gotowa jestem poczekać, aż dojrzejesz do tej myśli. Na razie mam gdzie mieszkać, mam 
pracę i znowu mogę chodzić po tym mieście z podniesioną głową. Zaczekam więc, bo na 
ciebie warto czekać. A przez ten czas skończę specjalizację z doradztwa personalnego, żeby 
móc pomagać kobietom, które znalazły się w takiej sytuacji, w jakiej ja znalazłam się kiedyś. 

background image

Kto wie, może pójdę na studia? Myślisz, że zniesiesz jeszcze jednego prawnika w rodzinie?

– Wiem, że masz wiele możliwości. Nie miałaś żadnej, a teraz... 
– I właśnie to cię martwi? – Zsunęła się z łóżka i podeszła do niego. – Że zajmę się 

innymi   sprawami,   a   zapomnę   o   tobie?   Jak   mogłeś   pomyśleć,   że   nie   jesteś   dla   mnie 
najważniejszy?   I   że   miłość   do   ciebie   mogłoby   zagłuszyć   cokolwiek,   choćby   najbardziej 
ambitny plan?

Zrozumiał,   że   albo   teraz   powie   jej   o   swojej   największej   obawie,   albo   będzie   musiał 

milczeć na wieki. 

– Tylko proszę – wykrztusił – nie rób tego z wdzięczności, Carolino. 
–   O   tym   także   już   ci   kiedyś   mówiłam.   –   Popatrzyła   na   niego   łagodnie.   –   Umiem 

rozpoznać   swoje   uczucia.   Widzisz,   istnieje   mnóstwo   powodów,   dla   których   kocha   się 
mężczyznę.   Czasem   dlatego,   że   jest   mądry,   albo   przystojny,   albo   świetnie   całuje   głupie 
dziewczęta. Jednak najlepszym powodem jest to, że stoi u twego boku wtedy, gdy najbardziej 
go potrzebujesz. Tak mnie wychowano i tak myślę. Po tym poznasz prawdziwego mężczyznę. 
I prawdziwego dżentelmena. Przez całe życie chciałam poślubić kogoś takiego, a myślałam o 
tym tak dużo, że chyba potrafię go rozpoznać. – Roześmiała się cicho. – Nawet kiedy stoi 
przede mną w samych majtkach. 

Kilka godzin później Billy leżał na plecach w swoim łóżku i gapił się z błogim wyrazem 

twarzy w sufit, rozświetlany bladym światłem księżyca. Carolina spała obok niego, z głową 
wtuloną w jego ramię, a on wciąż czuł w sobie tę niezwykłą słodycz, którą daje wspomnienie 
przeżytej   rozkoszy   i   cudowne   uczucie   zaspokojenia.   Wiedział,   że   wkrótce   będzie   musiał 
odwieźć ją do domu, ale wiedział też, że po tej przyjdą kolejne noce – noce, kiedy Carolina 
będzie spała u jego boku aż do rana. 

– Przed chwilą miałam cudowny sen – usłyszał nagle jej rozmarzony głos. 
– Myślałem, że śpisz. – Pogłaskał jej policzek czubkami palców. – Co ci się śniło?
–   Trzymałeś   w   ramionach   naszego   pierwszego   wnuka,   chłopczyka   w   wieku   Chrisa. 

Wyglądał jak ty, chociaż był synem Kici. Wszyscy zebraliśmy się w tym domu, a kiedy ktoś 
zawołał „sędzio Wainwright!”, odwróciłam się, bo to chodziło o mnie. 

–   Sędzia   stanowy   Carolina   Waverly   Wainwright?   –   uśmiechnął   się   Billy.   –   Nie   ma 

sprawy. Mogę na ciebie głosować. 

– Dom wyglądał tak samo, jak teraz, ale wypełniało go mnóstwo ludzi. I śmiech, dużo 

śmiechu... 

– Czy byliśmy bogaci i bardzo ważni?
– Nie mam pojęcia, ale wątpię. Byliśmy za to szczęśliwi. 
– Niektórzy twierdzą, że sny się spełniają. 
– Ten już się spełnił, Billy. Jesteśmy szczęśliwi – szepnęła Carolina, po czym znowu 

zanurzyła się w sen. 


Document Outline