background image

Dżentelmeni z Południa 

 

Richards Emilie 

Billy 

 

Przełożyła Małgorzata HeskoKołodzińska 

 

 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Powietrze północnej Florydy było tak gęste i wilgotne, jak pot spływający po grzbietach 

mężczyzn, którzy kładli asfalt na drodze numer 194. Na wzgórzu nieopodal Moss Bend, Billy 
Ray  Wainwright  stał  na  czele  potężnego  korka  samochodów  i  czekał  pokornie,  aż 
zablokowana chwilowo droga znów będzie przejezdna. Majowy upał był tak dokuczliwy, że 
Billy nie odczuwał nawet złości czy gniewu, a jedynie lekkie zniecierpliwienie i rezygnację. 
Klimatyzacja w jego taurusie wysiadła ostatecznie tego ranka i  jak dotąd nie znalazł  czasu, 
aby zrobić cokolwiek poza tym, żeby opłakiwać jej brak.  

Ekipa  rozebranych  do  pasa  i  połyskujących  torsami  w  słońcu  późnego  popołudnia 

robotników  pracowała  z  szybkością  i  entuzjazmem  ludzi  wrzuconych  do  dołu  ze  smołą. 
Sygnalizatorka,  hoża  młoda  kobieta  w  szortach,  kusej  bluzeczce  i  bejsbolowej  czapce, 
przepuściła tuzin samochodów osobowych i pół tuzina pickupów z drugiej strony, zanim dała 
wreszcie Billy’emu znak, że może już ruszać.  

–  Na  co  się  tak  gapisz,  Billy  Ray?  –  wrzasnęła,  kiedy  wychylił  głowę  przez  okno  i 

obdarzył ją leniwym uśmiechem.  

– Na najładniejszy widok w River County, Gracie.  
–  Zachowaj  tę  gadkę  dla  sędziego,  mecenasie  –  odwzajemniła  uśmiech  dziewczyna. 

Gracie Burnette była szczęśliwą mężatką i matką najśliczniejszego niemowlaka w promieniu 
kilkuset  kilometrów.  Billy  Ray  z  powodzeniem  bronił  jej  męża,  gdy  sąsiad  oskarżył 

Burnette’a  o  kradzież  psa.  Ostatecznie  sprawa  nie  została  rozstrzygnięta,  bowiem  psu 
znudziły  się  chyba  zaloty  do  suki  z  sąsiedniego  okręgu  i  wrócił  do  domu  w  dniu  kolejnej 
rozprawy.  

Billy  uśmiechnął  się  do  siebie.  Oto  on  –  Billy  Ray  Wainwright,  obrońca  złodziei  psów, 

barowych  rozrabiaków  i  łowców  aligatorów.  Billy  Ray  Wainwright,  redaktor  naczelny 
„Przeglądu  Prawniczego  Uniwersytetu  w  Miami”,  który  choć  miał  najlepsze  oceny  na 
studiach,  odrzucił  ofertę  pracy  w  najbardziej  prestiżowej  kancelarii  w  stolicy  stanu,  aby 
wrócić w rodzinne strony i przejąć podupadającą praktykę po ojcu.  

– Wpadnij do nas kiedyś na kolację! – zawołała Gracie, zanim odjechał, on zaś pomachał 

jej na pożegnanie i zaczął wspinać się na szczyt niewysokiego wzgórza.  

Widok dębów i sosen był niewątpliwie miły dla oka, jednak postękiwanie przeciążonego 

silnika oraz pragnienie, które suszyło mu gardło, nie pozwalały docenić uroków krajobrazu. 
Kiedy więc Billy zjechał wreszcie do położonego w dole miasteczka, z ulgą zatrzymał się na 
parkingu i ruszył w stronę starego drewnianego budynku z klimatyzatorami zamontowanymi 
obok każdego okna.  

Dawno, dawno temu drewno pomalowano na wściekły błękit, ale słońce Florydy sprawiło 

że  teraz  budynek  miał  kolor  bladego,  zasnutego  chmurami  nieba.  W  dzieciństwie  Billy 
spędził wiele czasu w tawernie „Błękitna Laguna”. Z tego co wiedział, w promieniu kilkuset 
kilometrów  nie  było  żadnej  laguny,  a  potok  przepływający  nieopodal  lokalu  miał  kolor 
brudno-brązowy.  Mieszkańcy  River  County  lubili  jednak  ubarwiać  rzeczywistość.  To  było 

background image

łatwiejsze niż jej zmienianie, a już na pewno o wiele bardziej interesujące.  

Żwir na parkingu zachrzęścił pod podeszwami nowych butów Billy’ego. Kiedy wkroczył 

do  tawerny,  wszyscy  podnieśli  głowy.  Nagle  w  twarz  buchnęło  mu  lodowate  powietrze  i 
jękliwy śpiew Williego Nelsona. Przywitały go przyjazne okrzyki stałych bywalców lokalu.  

– Jak leci, Billy Ray? – Atrakcyjna brunetka w średnim wieku, ubrana w dżinsy i obcisły 

podkoszulek, pocałowała go na powitanie w policzek.  

–  Nie  mogę  narzekać,  Maggie.  –  Objął  ją  ramieniem  i  mocno  przycisnął.  Maggie 

Deveraux  była  właścicielką  lokalu,  a  także  kochanką  jego  ojca,  Yancy’ego  Wainwrighta, 
jeszcze zanim ten zamienił się w skończonego pijaka.  

–  Doug  siedzi  tam,  w  kącie.  –  Machnęła  kciukiem  nad  ramieniem.  W  gęstym  kłębie 

papierosowego dymu Billy Ray ujrzał oliwkowy mundur szeryfa, Douga Fletchera. – Mówił, 
że masz się z nim spotkać.  

– Powinnaś brać od niego opłatę za zajmowanie tego stolika.  
–  Daję  mu  go  gratis.  Lokalowi  nie  zaszkodzi,  że  szeryf  zapuścił  tu  korzenie.  Mniej 

bijatyk.  

– Tak, jeśli nie bierzesz pod uwagę tych, które on wszczyna.  
– Jeśli Doug bierze w nich udział, nazywam je nieporozumieniami.  
Billy roześmiał się i ruszył  w stronę szeryfa, witając się  po drodze ze znajomymi. Choć 

dopiero  dochodziła  piąta  po  południu,  w  barze  panował  tłok.  Nic  dziwnego,  pomyślał,  w 
końcu jest piątek, dzień wypłaty.  

Wreszcie  dotarł  do  rogu  sali,  a  wówczas  Doug  Fletcher  odchylił  się  na  krześle  na  jego 

widok i skrzyżował ręce na piersiach.  

– Najwyższy czas. – Machnął ręką, wskazując stojące obok siebie krzesło. – Witasz się z 

każdym burakiem w okolicy, Billy Ray? 

–  Nawet  z  tobą.  –  Billy  opadł  na  krzesło  i  poluzował  krawat.  –  A  to  już  nie  lada 

poświęcenie.  

– To co zwykle? – Doug wyciągnął rękę, żeby zwrócić na siebie uwagę Maggie.  
– Pewnie już nam to niesie.  
– Słusznie. Zawsze jesteś dla niej taki cholernie grzeczny, co? 
– A czemu nie? – uśmiechnął się Billy Ray. – Była dla mnie prawie jak matka.  
–  Bo  ja  wiem?  Moja  staruszka  też  wciąż  ci  nadskakiwała.  Mały  Billy  Ray  Wainwright 

miał powodzenie.  

– Powiedzmy, że twoja mama umiała poznać się na ludziach.  
– Moja mama lubiła ładnych chłopców. Wciąż masz śliczną buźkę, Billy Ray. Dlaczego 

nie siedzi na niej jakaś cycata piękność? 

– Czy w ten taktowny sposób usiłujesz dowiedzieć się czegoś o moim życiu osobistym? 
Doug  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu.  Kiedy  był  poważny,  przypominał  buldoga,  ale 

uśmiech całkowicie odmieniał jego twarz. Tak jak Billy Ray, szeryf miał trzydzieści lat, ale 
na  tym  kończyły  się  podobieństwa  między  oboma  mężczyznami.  Włosy  Billy’ego  był 
jasnobrązowe,  oczy  niebieskie,  rysy  zaś  ostre  i  wyraziste,  począwszy  od  prostego  nosa,  na 
mocnej szczęce skończywszy. Doug z kolei miał krzaczaste brwi i krótki nos, zaś jego ciemne 

background image

kręcone włosy z każdym rokiem ustępowały pola czołu.  

–  Z  tego  co  słyszę,  połowa  panien  w  Moss  Bend  ugania  się  za  tobą,  ale  ty  nie  dajesz 

żadnej z nich tego, co chciałaby najbardziej – stwierdził Doug.  

Teraz Billy odchylił się na krześle i skrzyżował ramiona. Nadal nie wiedział, po co Doug 

chciał się z nim spotkać, ale domyślał się, że minie sporo czasu, zanim to z niego wyciągnie.  

– Tylko połowa? – podjął temat, uznawszy, że musi nieco pogawędzić, zanim dowie się 

czegoś konkretnego.  

– Dla mnie starczyłoby i tyle. A ty co? Czyżbyś gustował w samotnym życiu? 
– Nie aż tak bardzo, jak w gadaniu o intymnych sprawach z szeryfem z jakiejś zapadłej 

dziury.  

– Chodzi mi tylko o twoje dobro, synu – roześmiał się Doug.  
Billy  poklepał  go  po  ramieniu,  po  czym  rozejrzał  się  za  Maggie,  która  nie  pojawiła  się 

dotąd z jego ulubionym drinkiem. Zdziwiło go to, więc uniósł głowę, by sprawdzić, gdzie się 
podziała. Natychmiast zauważył, że w pomieszczeniu zapanował podejrzany spokój, niczym 
cisza przed burzą.  

Popatrzył na siedzącego przed nim mężczyznę i zapytał: 
– Co jest grane? 
– Niespodzianka, synu.  
– Do diabła, Doug, pamiętałeś! 
–  Ja  nigdy  niczego  nie  zapominam.  Podobnie  jak  Maggie.  Dokładnie  w  tym  właśnie 

momencie  wyrosła  przed  nimi  Maggie  z  tortem  tak  wielkim,  jak  uśmiech  Douga.  Szereg 
świeczek rozjaśniał ciemne wnętrze tawerny. Billy domyślał się, że jest ich równo trzydzieści.  

– Wszystkiego najlepszego, Billy Ray! – wrzasnął radośnie Doug, a gromada bywalców 

lokalu  zaintonowała  fałszywie  „Sto  lat!”.  –  Kiedy  będziesz  zdmuchiwał  świeczki,  poproś 
Boga o jakąś babkę, bo nudzi mnie już to skakanie wokół ciebie.  

– Kiciu, pamiętasz, co ci mówiłam? – Carolina Grayson uklękła na podłodze naprzeciwko 

swojej pięcioletniej córeczki i położyła drżące ręce na jej ramionach. – Pamiętasz wszystko? 

Kicia  miała  na  sobie  jedną  z  eleganckich  sukienek,  które  kupiła  jej  babcia,  Gloria 

Grayson. Obszyte koronką skarpetki dziewczynki wciąż były czyściutkie, choć mała nosiła je 
przez cały dzień, a sznurowadła bucików starannie zawiązane. Jedynie grymas na piegowatej 
buzi mącił nieco ten idealny obrazek.  

– Musimy być cicho – powtórzyła Kicia. – Nikt nie może się dowiedzieć, że wyjeżdżamy.  
– Właśnie. Musimy chodzić na paluszkach. – Carolina z trudem zdobyła się na uśmiech. – 

Tak jak ty, kiedy w nocy wślizgujesz się do mojego pokoju, żeby sprawdzić, jak się czuję.  

– Wcale tak nie robię! 
Owszem, robiła, ale teraz nie miały czasu, aby się o to kłócić. Kicia robiła wiele rzeczy, 

którymi nie zaprzątała sobie głowy większość małych dziewczynek. W wieku lat pięciu była 
bardziej dojrzała niż niejedna nastolatka.  

– Poniosę Chrisa – powiedziała Carolina. – Ty musisz tylko zająć się sobą.  
– Nie możesz dźwigać Chrisa. Jesteś chora.  
–  Dobrze  się  czuję,  naprawdę.  Kiedy  już  znajdziemy  się  w  samochodzie,  będę  musiała 

background image

tylko prowadzić. Zgoda? Obiecujesz, że się postarasz? 

Kicia niechętnie skinęła głową.  

Carolina  wstała  powoli.  Pokój  zakołysał  się  –  przez  chwilkę  kobieta  miała  wrażenie,  że 

zaraz  runie  na  ziemię.  Stała  jednak  wyprostowana  i  oddychała  powoli,  aż  mroczki  przed 
oczami ustąpiły.  

– Zabierz ze sobą jedną zabawkę, tę ulubioną – poleciła córce. – Kiedy już dojedziemy na 

miejsce, dziadkowie wszystko ci prześlą.  

– Nieprawda.  
O to też nie było czasu się kłócić. Poza tym Kicia bez wątpienia miała rację.  
–  Zabiorę  Bum  Buma  –  stwierdziła  Kicia.  Bum  Bum  był  pluszową  pandą,  z  którą 

dziewczynka sypiała od dzieciństwa.  

– Zapakowałam Buma. Jest już w samochodzie.  
– Więc wezmę Lizzie.  
Lalka  Lizzie  była  z  kolei  ostatnim  prezentem,  jaki  ojciec  Kici  podarował  córce  przed 

śmiercią.  

–  Dobry  pomysł  –  powiedziała  Carolina.  –  Nie  jest  ciężka.  Zapakowałam  też  kocyk 

Chrisa i jego ciężarówkę.  

– A pluszowego konika? 
– Skarbie, dziadek wyrzucił konika, bo był bardzo brudny, zapomniałaś? 
– Wyjęłam go ze śmietnika. Jest pod łóżkiem, na dnie tego pudła ze swetrami. Pozwalam 

mu się nim bawić, kiedy nikogo nie ma.  

Carolina  patrzyła  na  córeczkę,  a  łzy  napływały  jej  do  oczu.  Przez  chwilę  zupełnie  nie 

wiedziała, co powiedzieć.  

Powoli.  Po  kolei.  Już  niedługo  Kicia  znów  będzie  mogła  żyć  jak  każda  mała 

dziewczynka.  

–  Pójdziesz  po  konika,  a  ja  tymczasem  wezmę  Chrisa,  dobrze?  –  poprosiła  łagodnie.  – 

Potem będziemy musiały wyruszyć. Przed nami długa droga.  

– Dobrze. Ja go poniosę. Dam radę, mamo. Carolina pochyliła się i pocałowała złocisty 

lok na czole Kici.  

Kiedy Billy Ray opuszczał tawernę, kręciło mu się w głowie. Zazwyczaj nie pił, a kiedy 

już  mu  się  to  zdarzało,  ograniczał  się  do  jednego  piwa,  które  sączył  tak  długo,  aż  zupełnie 
wybąbelkowało. Dziś wlał w siebie dwa kufle, aby spłukać urodzinowy tort, kanapkę z rybą i 
wielki półmisek frytek, które Maggie przygotowała specjalnie dla niego. Na szczęście wcale 
nie  był  pijany.  Czuł  jedynie,  że  niemal  ogłuchł  na  skutek  głośnej  muzyki  i  krzyków 
znajomych, i że jest posiniaczony od długich serii poklepywania po plecach.  

Doug  przyłączył  się  do  niego  na  parkingu.  Żona  Douga,  Nadine,  poszła  do  domu  już 

godzinę  wcześniej.  Właściwie  gdyby  się  nad  tym  zastanowić,  przez tawernę  przewinęło  się 
tego wieczoru niemal całe Moss Bend.  

–  Masz  jeszcze  jakieś  plany  na  dzisiaj?  –  spytał  Doug,  przygryzając  między  zębami 

wykałaczkę.  

– Jeszcze? 

background image

– Noc się dopiero zaczyna, przyjacielu. – Doug mrugnął znacząco.  
Billy postanowił zignorować tę aluzję.  
– Muszę sprawdzić, co się dzieje w warsztacie Joela – odparł. – Cal wyjechał na wakacje. 

Potem wybieram się do domu.  

– Szkoda, że nikt tam na ciebie nie czeka.  
–  W  mojej  szopie  mieszka  kocur  o  trzech  nogach.  Jemu  pewnie  także  powiedziałeś,  że 

dziś mam urodziny.  

– Wyślę kogoś, żeby sprawdził, co się dzieje u Joela. Nie musisz się tym przejmować.  
Dziadek  Billy’ego  Ray  a  był  właścicielem  najlepiej  prosperującego  punktu  obsługi 

samochodów  w  mieście.  Warsztat  ów  prosperował  tak  dobrze,  że  trzeba  było  zatrudnić 
człowieka do ochrony. Joel Wainwright obsługiwał cały wydział policji, podobnie jak połowę 
właścicieli samochodów w okręgu. W wieku lat siedemdziesięciu pięciu i po dwóch atakach 
serca nie mógł już osobiście dokonywać wielu napraw, ale często bywał w swoim zakładzie. 
Pracujący tam mechanicy bardzo się z nim liczyli i harowali nie gorzej od niego.  

–  Nie  przejmuję  się  tym.  –  Billy  Ray  leniwie  odpędził  komara.  –  Po  prostu  chcę  tam 

zajrzeć. Dla spokoju.  

– Dziwne, że Joel osobiście nie nocuje w zakładzie, skoro Cal wyjechał.  
– Robiłby to, ale ostatnio kiepsko sypia. Woli się męczyć we własnym łóżku. Przyjdzie 

najstarszy syn Cala, kiedy skończy nocną zmianę.  

– Skoro teraz tam wpadniesz, to przyślę swojego człowieka koło północy, żeby zaczekał 

na chłopaka Cala. – Doug klepnął Billy’ego po ramieniu, po czym ruszył do samochodu.  

– Doug! – zawołał za nim Billy.  
– Tak? 
– Niezłe przyjęcie.  
– Tylko się nie rozczulaj – uśmiechnął się Doug. W świetle zachodzącego słońca wydał 

się nagle niemal zawstydzony.  

Po chwili wśliznął się na fotel jednego z policyjnych wozów, tak dobrze utrzymywanych 

przez  Joela,  i  uruchomił  silnik.  Kiedy  wyjeżdżał  z  parkingu,  dwukrotnie  zatrąbił  na  cześć 
Billy’ego  Raya.  Billy  pomyślał,  że  i  tak  ma  szczęście  –  Doug  mógł  przecież  zatrąbić 
trzydzieści razy.  

Zanim Billy Ray znowu znalazł się na drodze, na niebie pojawiły się gwiazdy. Nadal było 

gorąco, ale brak słońca sprawił, że upał stał się znośniejszy. W tej chwili śpiewały zarówno 
ptaki  dnia,  jak  i  nocy,  walcząc  o  przywództwo.  Do  tego  wszędzie  było  słychać  cykanie 
świerszczy, a także rechot żab z pobliskiej rzeki Sassafras.  

Billy  Ray  często  tu  przychodził  w  dzieciństwie.  Razem  z  Dougiem  polował  na  ryby  i 

nocował na brzegu w namiocie albo pod gołym niebem. Chłopcy budowali tratwy i pływali 
nimi  aż  do  Moss  Bend,  a  kiedyś,  mając  trzynaście  lat,  popłynęli  z  biegiem  rzeki  aż  do 
sąsiedniego okręgu, gdyż zebrało im się wtedy na ucieczkę.  

Nigdy  nie  podejrzewał,  że  swoje  trzydzieste  urodziny  spędzi  w  tym  samym  miejscu,  w 

którym  dorastał.  Nawet  w  wieku  trzynastu  lat  wierzył,  że  jego  przeznaczenie  leży  gdzie 
indziej.  

background image

A jednak był tutaj. Wciąż. Znowu. Być może miał zostać tu już na zawsze.  

Kiedy dotarł w końcu do warsztatu Joela na rogatkach miasta, żałował ogromnie, że nie 

jest we własnym domu, gdzie mógłby ściągnąć cisnące buty i rozebrać się do majtek. Obiecał 
jednak Joelowi, że zobaczy, co się dzieje w zakładzie. Po skończeniu studiów przyjechał do 
Moss Bend, aby być blisko dziadka, i zamierzał tu zostać, dopóki Joel nie spotka się ze swoim 
Stwórcą.  

Zakład  Joela  zajmował  powierzchnię  trzech  przeciętnych  miejskich  parceli.  W  rogu 

znajdował się spory biały budynek z dołączonym skrzydłem ciągnącym się wzdłuż drogi, w 
którym  obsługiwano pojazdy. Samochody osobowe i  ciężarówki tłoczyły się na przyległym 
parkingu, osłoniętym starymi drzewami, których Joel za nic nie chciał ściąć.  

Z tyłu  warsztatu drzew było  nieco więcej  i  z powodu odległości  od drogi  oraz bliskości 

lasu ochronie sprawiało to problem. Kilka tygodni wcześniej ktoś zakradł się na teren zakładu 
i  korzystając  z  tego,  że  Cal  spał,  ukradł  kołpaki  i  znak  firmowy  chevroleta  z  pokrywy 
bagażnika. Joel podejrzewał nastolatka z sąsiedztwa, który miał taki sam  samochód, ale jak 
dotąd chłopak do niczego się nie przyznał.  

Billy  Ray  zaparkował  dokładnie  naprzeciwko  głównego  wejścia  i  cicho  zamknął  drzwi 

samochodu. Jeśli ktoś z okolicy planował drobną kradzież, najprawdopodobniej i tak zdążył 
się już wystraszyć, ale Billy postanowił zachowywać się zgodnie z zasadami. Obszedł cicho 
teren, zaglądając w okna budynku i samochodów, a nawet uniósł plandekę zakrywającą jedną 
z ciężarówek, by sprawdzić, czy w środku nikt się nie kryje.  

Kiedy skończył, skierował się na tyły budynku. Paliła się tam tylko jedna słaba lampka, 

zamiast  silnych  reflektorów,  na  które  narzekali  sąsiedzi.  Tu  właśnie  ustawiano  samochody, 
które miały być naprawiane następnego dnia. Po zaparkowaniu właściciele wrzucali kluczyki 
od wozów przez otwór w drzwiach budynku.  

Billy Ray spędził wystarczająco wiele czasu w tym warsztacie, aby rozpoznać niektóre z 

samochodów. I tak oto stał przed nim zdezelowany ford kombi, który należał do kelnerki z 
restauracji Peabody, oraz stary volkswagen – duma pewnego maturzysty. Obok zaparkowano 
trzy przeciętne sedany, zbyt zwyczajne, by je rozpoznać na pierwszy rzut oka, a także srebrne 
BMW.  

Było tylko jedno takie w okolicy.  

Samochód Caroliny Grayson.  

Billy Ray omiótł wzrokiem wszystkie auta, lecz jego spojrzenie ponownie powędrowało 

do  BMW.  Wóz  ten  stanowił  równowartość  rocznych  zarobków  przeciętnego  mieszkańca 
okręgu.  Był  dokładną  kopią  pojazdu,  który  Carolina  zniszczyła  ubiegłej  zimy,  kiedy  po 
gwiazdkowym  przyjęciu  zjechała  z  autostrady.  Jej  mąż  Champ  nie  przeżył  tego  wypadku, 
więc to z pewnością nie on pomógł jej wybrać znów ten sam model.  

Joel nie lubił obsługiwać pewnych typów pojazdów, a srebrny BMW Caroliny właśnie do 

nich należał. Jednak Graysonom nikt nie odmawiał – nawet ktoś tak niepokorny, jak dziadek 
Billy’ego Raya. Gdyby sędzia Grayson przybył do zakładu z kilkoma perszeronami i zażądał 

ich  zmodyfikowania,  Joel  wymieniłby  im  owies  i  zawiązał  warkocze  na  grzywach. 
Graysonowie od zawsze rządzili River County – pewne sprawy nigdy się nie zmieniają.  

background image

Billy  Ray  westchnął  i  uśmiechnął  się  smutno  do  siebie.  Przybył  tu,  żeby  wypłoszyć 

ewentualnych złodziei, a nie myśleć o Carolinie Grayson. Jednakże trudno mu było wyrzucić 
ją z pamięci. Razem ukończyli liceum i choć ich drogi nigdy później się nie zeszły, ona także 
mieszkała w Moss Bend.  

W  liceum  Carolina  była  piękną  dziewczyną,  długonogą  blondynką  o  zniewalającym 

uśmiechu. Wyrosła z niej wyjątkowo atrakcyjna kobieta. Najwyraźniej była ulubienicą Pana 
Boga,  obdarzoną  urodą,  rozsądkiem,  rozumem  i  bogactwem.  Dorastała  bez  kłopotów  w 
prominentnej  rodzinie  z  okolicy,  a  wyszła  za  mąż  za  członka  jeszcze  bardziej  szacownego 
klanu.  

Aż do czasu wypadku, w którym zginął jej mąż, wiodła wspaniałe życie – a przynajmniej 

tak  wyglądało  to  z  zewnątrz.  Miała  córkę  i  syna,  którzy  byli  równie  piękni,  jak  ona  sama, 
cieszyła  się  łaskami  Graysonów,  a  jej  mąż  był  najlepszym  sportsmenem  na  studiach  –  co 
robiło  nieporównanie  lepsze  wrażenie  niż  dyplom  prawnika.  Gdy  dorósł,  zarabiał  na  życie 
jako kierownik należącej do Graysonów  agencji  nieruchomości.  Wydawało  się, że Carolina 
jest niezwykłą szczęściarą – aż do pamiętnej nocy, kiedy zjechała takim właśnie samochodem 
z autostrady i wpakowała go na drzewo.  

Nawet jednak wtedy zdołała uniknąć wielu problemów związanych z wdowieństwem. Po 

miesiącu spędzonym w szpitalu, wprowadziła się do Graysonów i z ich pomocą zdołała jakoś 
stanąć  na  nogi.  U  jej  drzwi  nie  pojawiali  się  wierzyciele,  służba  zaś  spełniała  wszystkie 
życzenia dzieci. Zapewniono jej najlepszą opiekę i rehabilitację. Można się było spodziewać, 
że  Carolina  poradzi  sobie  wkrótce  z  tą  ciemną  plamą  na  doskonałym  życiorysie  i  znajdzie 
kogoś takiego jak Champ Grayson, kto się nią zaopiekuje.  

– Wciąż boli, Billy? – spytał głośno sam siebie i dźwięk własnego głosu sprowadził go na 

ziemię.  Stał  przed  zakładem  Joela,  myśląc  o  kobiecie,  która  nigdy  do  niego  nie  należała. 
Nawet  jeśli  jako  nastolatek  podkochiwał  się  w  Carolinie,  to  znajomi  zdołali  wybić  mu  z 
głowy wszelkie marzenia. A zwłaszcza ona sama.  

Zaklął  cicho  i  ruszył  przed  siebie.  Na  terenie  warsztatu  nie  było  nikogo,  więc  skoro 

spełnił już swój obowiązek, mógł pojechać do domu i wziąć zimny prysznic. Dziś skończył 
trzydziestkę. Miał ochotę uczcić to, siedząc na werandzie, pijąc mrożoną herbatę i myśląc o 
nadchodzącej przyszłości.  

I  zrobiłby  to,  gdyby  nagle  nie  zauważył  cienia  tuż  za  wozem  Caroliny.  Przez  chwilę 

sądził, że coś mu się przywidziało. Światło było  tak słabe, że wzrok mógł spłatać mu figla. 
Chciał wierzyć, że tylko w jego głowie powstał ten obraz ręki wystającej zza samochodu.  

– Jest tam kto? – zawołał. – Jeśli tak, to niech wie, że wkroczył na cudzy teren.  
Nie był  zdziwiony,  gdy  nie usłyszał  odpowiedzi.  Nawet  świerszcze zamilkły, jak  gdyby 

nasłuchiwały, co stanie się dalej.  

–  Dobra,  wyłaź  –  powiedział  ugodowym  tonem.  –  Jeśli  tego  nie  zrobisz,  będę  musiał 

zadzwonić po szeryfa, a Doug Fletcher z rozkoszą rozwali ci głupi łeb.  

Tak  jak  przewidział,  nadal  nie  było  odpowiedzi.  Billy  Ray  dał  intruzowi  trzydzieści 

sekund.  

– Sam ci go rozwalę, bez pomocy Douga – stwierdził, gdy czas minął. – Zaraz zobaczysz.  

background image

Przysunął  się  bliżej  samochodu.  Oczywiście  nie  miał  najmniejszego  zamiaru  spełnić 

swojej  groźby. Chciał tylko  przestraszyć dzieciaka czy dzieciaki kryjące się za srebrzystym 
autem.  Przypuszczał,  że  wezmą  nogi  za  pas,  gdy  tylko  się  zbliży,  a  w  przyszłości  będą 
wiedziały, że ten teren jest strzeżony, i więcej tu nie przyjdą.  

Kiedy  znalazł  się  jakieś  półtora  metra  od  BMW,  cień  znowu  się  poruszył.  Szczupła 

sylwetka wychyliła się zza maski i czmychnęła w bok. W ciemnościach Billy nie widział zbyt 
dobrze, ale zdawało mu się, że intruz jest średniego wzrostu, raczej smukłej budowy  ciała i 
ma na sobie ciemne ubranie.  

–  Dobra,  dosyć  tych  gierek!  –  Zatrzymał  się,  na  co  sylwetka  także  znieruchomiała.  – 

Jestem  pewien,  że  wygram,  chyba  że  masz  broń.  A  jeśli  masz,  to  rozwalenie  mi  głowy  z 
powodu kołpaków nie wydaje się zbyt rozsądne.  

– Billy Ray? 
Głos, który usłyszał, poruszył w nim jakąś dawno nie słyszaną strunę. Należał do kobiety, 

był głęboki i delikatny jak wiatr północnej Florydy. I znajomy.  

– Billy Ray, ja...  
Sylwetka  zachwiała  się  gwałtownie.  Billy  Ray  wciąż  stał  nieruchomo,  jakby  nie  był  w 

stanie uwierzyć, że ów głos należy do Caroliny Grayson. Dopiero gdy kobieta zaczęła osuwać 
się na ziemię, rzucił się przed siebie i już po chwili był przy samochodzie. Akurat na czas, by 
złapać Carolinę w ramiona.  

Zorientował  się,  że  straciła  przytomność,  przykucnął  więc  i  położył  jej  głowę  na 

kolanach.  Cała  płonęła,  a  gdy  poklepał  ją  po  policzku,  nie  otworzyła  oczu.  Wszystko 
rozegrało się tak szybko, że nadal nie do końca uświadamiał sobie, co się właściwie dzieje. 
Zanim zdołał się nad tym zastanowić, drzwi od samochodu otworzyły się i mała dziewczynka 
walnęła go pięścią w plecy.  

– Zostaw moją mamę! 
Billy wyciągnął dłoń i złapał małą za przegub.  
– Przestań – powiedział łagodnie. – Twoja mamusia jest chora, a ja staram się tylko jej 

pomóc.  

– Słyszałam, co mówiłeś! Powiedziałeś, że rozwalisz jej łeb! 
– Cicho, skarbie. Nie wiedziałem, że to twoja mama. Myślałem, że ktoś chce ukraść jej 

samochód. – Kiedy dziewczynka przestała się miotać, puścił jej rękę. – Jak się nazywasz? 

– Catherine Waverly Grayson. A ty kim, u diabła, jesteś? Gdyby nie był tak zdumiony, 

być może by się roześmiał.  

W obecnej chwili jednak nie dostrzegał w zaistniałej sytuacji niczego zabawnego.  
–  Jestem  Billy  Ray  –  przedstawił  się.  –  Billy  Ray  Wainwright.  Ja  i  twoja  mama 

chodziliśmy razem do szkoły, dawno temu.  

– Co się stało mamie? Co jej zrobiłeś? 
– Zupełnie nic. Czy chorowała? 
Catherine Waverly Grayson uklękła obok niego i odgarnęła włosy z czoła matki.  
– Dużo kaszlała. I od wielu dni leżała w łóżku – wyjaśniła.  
– To dlaczego teraz w nim nie leży? Dziewczynka nie odpowiedziała. Billy Ray wiedział, 

background image

że  jeśli  będzie  na  nią  patrzył,  mała  nie  piśnie  ani  słowa.  Pochylił  się  nieco  i  mocniej 
przycisnął do piersi Carolinę.  

– Carolina, słyszysz mnie? – zapytał.  
W  odpowiedzi  usłyszał  jedynie  cichy  jęk.  Powieki  Caroliny  drgnęły  i  po  chwili  kobieta 

otworzyła oczy.  

Już od dawna nie znajdował się tak blisko niej. Przyjrzał się jej dokładnie, chcąc ocenić 

zmiany,  jakie  w  niej  zaszły  przez  te  lata.  Czas  obszedł  się  z  nią  łaskawie,  jak  zapewne  z 
większością  kobiet,  które  żyły  na  jej  poziomie.  Pociągłej  twarzy  nie  szpeciły  żadne 
zmarszczki,  a  długie  do  ramion  włosy  były  starannie  ułożone  –  nawet  teraz  wiły  się 
wdzięcznie wokół szyi i uszu. Oczy Caroliny zachowały ten sam świeży odcień zieleni, ale 
teraz Billy widział w nich cienie, których nie było dwanaście lat wcześniej.  

– Możesz usiąść? – zapytał, kiedy w pełni odzyskała przytomność. – Jeśli chcesz, oprzyj 

się o mnie.  

Zdołała  skinąć  głową,  więc  pomógł  jej  usiąść  w  nieco  bardziej  wygodnej  pozycji.  Nie 

puścił jej jednak. Obawiał się, że w każdej chwili mogłaby runąć na ziemię jak kłoda.  

– Jesteś chora – odezwał się, kiedy usadowiła się wygodnie. – Potrzeba ci lekarza.  
– Wczoraj się z nim widziałam. Po prostu jestem przeziębiona. Nic mi nie będzie.  
– Nie wyglądasz najlepiej. Szczerze mówiąc, wyglądasz jak osoba, która ma na  głowie 

całą masę problemów. A jeden z nich kilka minut temu powalił cię na ziemię.  

– Billy, ja...  
Słyszał rozpacz w jej głosie. Domyślał się, ile musi ją kosztować to nieme przyznanie się 

do bezradności. Carolina była doskonale wychowana – nigdy nie okazywała swoich uczuć.  

– Mamo, czy on robi ci coś złego? 
Billy Ray niemal zapomniał o dziewczynce, która stała tuż obok. Dziewczynce, która tak 

bardzo przypominała swoją matkę. Zerknął na nią i ujrzał strach w jej twarzy.  

– Nie, Kiciu – odparła Carolina. – Billy Ray to stary przyjaciel.  
– Mówiłem ci – uśmiechnął się do dziecka.  
– Nie wierzę we wszystko, co mi mówią.  
–  Mądra  dziewczynka.  Ja  też  nie.  –  Ponownie  spojrzał  na  Carolinę.  –  Na  przykład  nie 

wierzę, że lekarz uznał, że to przeziębienie. Mam rację?.  

Carolina nie odpowiedziała, a on zrozumiał, że niczego więcej się od niej nie dowie.  
– Odprowadzę cię do domu – westchnął. – Musisz się położyć. Co ty tu właściwie robisz? 

Sprawdzałaś samochód? Ludzie Joela są pracowici, ale po zmroku idą do domu.  

– Ja... nie mogę wrócić, Billy.  
Przez chwilę miał wrażenie, że nie dosłyszał. Z wyrazu jej twarzy domyślił się jednak, że 

właśnie tak powiedziała.  

– Musisz, skarbie – mruknął. – Jesteś chora. Albo do domu, albo do szpitala, wybieraj.  
– Nie mogę wrócić. Błagam cię!^ 
I  znów  ta  przejmująca  rozpacz  w  jej  głosie.  I  oczy,  piękne  oczy,  które  wypełniły  się 

łzami.  Zadziwiające,  że  nawet  w  takim  stanie,  zapłakana,  z  rozpalonymi  od  gorączki 
policzkami, Carolina wciąż była piękną kobietą.  

background image

– Może wytłumaczysz mi, dlaczego? – Odsunął się od niej.  
– Bo my uciekamy – odpowiedziała zamiast mamy dziewczynka.  
–  Rozumiem.  –  Billy  Ray  nie  spuszczał  wzroku  z  Caroliny.  –  A  jaki  jest  powód  tej 

ucieczki? 

–  Usiłowałam  uruchomić  samochód.  –  Głos  Caroliny  był  zachrypnięty.  –  Gabe 

przyprowadził go tu po południu. Nic nie było zepsute. Zupełnie nic.  

–  Powoli.  –  Billy  Ray  usiłował  uporządkować  to,  co  właśnie  usłyszał.  –  Gabe 

przyprowadził samochód...  

– A w samochodzie nic nie było zepsute. Gabe przywiózł go na przegląd. Mieli się nim 

zająć dopiero jutro! Ale nie chce zapalić...  

– Gabe? – Chyba zaczynał pojmować.  
– Pracuje dla mojego dziadka – wyjaśniła dziewczynka.  
–  No,  tak.  –  Billy  Ray  pokiwał  głową,  jak  gdyby  wszystko  stało  się  dla  niego  jasne.  – 

Dlaczego chcesz uruchomić samochód? – zapytał.  

Carolina nie odpowiedziała.  
–  Czasem,  kiedy  ktoś  zostawia  na  parkingu  cenny  samochód,  Joel  usuwa  z  niego  jakąś 

część – ciągnął Billy Ray. – Tak na wszelki wypadek. Może twój akumulator jest teraz gdzieś 
w magazynie.  

– O, Boże... – jęknęła przerażona.  
– Co tu się dzieje, Carolino? – zapytał ją surowym głosem. – Powiedz mi wreszcie.  
– Ja po prostu... muszę się stąd wydostać. Możesz przynieść ten akumulator? 
– Coś zrobiłaś? 
– Ja? – zapytała nieprzytomnie.  
–  Powiedz,  skarbie,  zrobiłaś  coś  złego?  –  Potrząsnął  nią  ostrożnie.  –  Czy  dlatego 

próbujesz uciec, zamiast leżeć w domu, w łóżku? 

Nagle poczuł, że dziewczynka uderzyła go w ramię.  
– Moja mamusia to najlepsza mamusia na świecie! – krzyknęła.  
–  Wiem.  –  Billy  Ray  złapał  małą  za  rękę.  –  Ale  trudno  powiedzieć,  żeby  wychowała 

prawdziwą damę z Południa.  

Nagle Carolina wybuchnęła płaczem. Billy Ray zdawał sobie sprawę, że nie są to łzy na 

pokaz,  wyczułby,  gdyby  udawała.  Zrozumiał,  że  mimo  upływu  lat,  wciąż  dobrze  zna  tę 
kobietę,  wciąż  zna  Carolinę  Waverly,  mimo  że  ta  nazywa  się  teraz  Grayson.  Dawno  temu 
przestał jej wierzyć, ale zna ją wciąż doskonale.  

I oto znowu pojawiła się w jego życiu.  

Potrząsnął głową, jakby  chciał odpędzić od siebie tę myśl.  Nie chciał tego. Pogodził się 

już  ze  swoim  życiem  w  Moss  Bend,  ze  swoją  samotnością  i  straconymi  złudzeniami.  Dziś 
skończył  trzydzieści  lat  i  niepotrzebna  mu  była  kolejna  przygoda  z  Caroliną  Waverly 
Grayson.  

Mimo to przytulił do siebie płaczącą kobietę.  
– Daj spokój – szepnął. – Powiedz mi, co mam zrobić.  
– Napraw samochód. Błagam cię. Muszę się stąd wydostać.  

background image

–  Nie  mogę  tego  zrobić,  skarbie.  Nie  będziesz  w  stanie  prowadzić.  Musisz  myśleć  o 

swojej córeczce... – Kiedy to mówił, z samochodu rozległ się płacz małego dziecka. – O obu 

swoich dzieciach – dodał.  

– Kiciu... ? 
– Zaraz go wezmę – powiedziała natychmiast dziewczynka.  
– Nie mogę wrócić... – Caroliną znów zwróciła się do Billy’ego. Po jej twarzy łzy płynęły 

teraz strumieniami. – Nie mogę, Billy Ray, zrozum...  

Kicia  otworzyła  drzwi  od  samochodu  i  w  chwilę  później  położyła  wrzeszczącego  i 

potarganego malucha na ziemi.  

Cholera, pomyślał Billy, sytuacja nie wygląda najciekawiej. Miał przed sobą zrozpaczoną 

kobietę i jej małą córkę, która najchętniej stłukłaby go na kwaśne jabłko. Do tego dochodził 
jeszcze wyjący chłopczyk.  

– Mogę cię gdzieś zawieźć? – zapytał.  
– Sędzia...  
Wiedział, co chciała powiedzieć. Gdyby sędzia miał ich szukać, z pewnością zacząłby od 

przyjaciół Caroliny. Billy Ray miał przed sobą dwa wyjścia: albo nie zważając na jej protesty, 
odwieźć ją do Graysonów, albo zabrać ją do siebie.  

–  Powiedz  tylko,  że  nie  zrobiłaś  niczego,  co  mogłoby  ściągnąć  na  nas  kłopoty  – 

powiedział tak cicho, że nikt poza nią nie mógł tego usłyszeć.  

Popatrzyła  na  niego  niepewnie.  Dzieliły  ich  tylko  centymetry.  Przez  chwilę  Billy  miał 

wrażenie, że jego serce przestało bić.  

–  To  nieważne,  czy  coś  zrobiłam  –  odetchnęła  głęboko.  –  Jeśli  mi  pomożesz,  on  na 

pewno będzie cię ścigał...  

– Sędzia? 
Niemal niezauważalnie skinęła głową.  
– A czy zrobiłaś coś złego, Carolino? 
– Czy to źle, że chcę wychowywać własne dzieci? Nie miał pojęcia, co zaszło, ale zdawał 

sobie sprawę, że w tej chwili i tak nie dowie się niczego więcej. Musiał dokonać wyboru, i to 
natychmiast. Wiedział, że jeśli pomoże Carolinie, wraz z nią sprzeciwi się najpotężniejszemu 
człowiekowi w okręgu, człowiekowi, który bez trudu mógłby go zniszczyć.  

– Pomóż mi, Billy Ray, proszę...  
Nagle  uświadomił  sobie,  że  tak  naprawdę  nie  ma  żadnego  wyboru.  Przecież  był  Billym 

Rayem Wainwrightem, człowiekiem urodzonym po to, by walczyć z wiatrakami.  

Otarł palcem łzę z policzka Caroliny. Jej skóra była zbyt rozgrzana i o wiele za delikatna.  
– Teraz pojedziemy do mnie, moim samochodem – wyjaśnił jej spokojnie. – Zadzwonię 

do  Joela,  żeby  jeszcze  dzisiaj  podjechał  do  mnie  twoim  wozem.  Ukryjemy  go  w  szopie  do 
czasu, aż wyzdrowiejesz. Dopiero wtedy zdecydujesz, co robić.  

– Nie mam jak ci się odwdzięczyć – szepnęła. – Nic nie mam. Jestem niczym. Już nie...  
–  Nie  musisz  o  tym  myśleć.  –  Odwrócił  się  i  poszukał  wzrokiem  Kici.  Dziewczynka 

uspokajała brata. – Kiciu – odezwał się łagodnie – popilnuj mamy, a ja pójdę po samochód.  

– Nie zadzwonisz po gliny, prawda? 

background image

–  Widzę,  że  oglądasz  za  dużo  telewizji.  –  Uśmiechnął  się,  a  potem  pomógł  Carolinie 

usiąść i oparł ją wygodnie o drzwi BMW.  

– Proszę, Billy Ray... – Dotknęła go, gdy odchodził. – Nie mów nikomu. Jeśli to zrobisz, 

stracę dzieci. Proszę...  

Pokiwał głową, po czym ruszył wzdłuż dróżki.  

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

W  warsztacie  Billy  Ray  snuł  wprawdzie  rozważania  o  życiu  Caroliny,  ale  nie  wnikał  w 

szczegóły.  Teraz,  gdy  jechał  do  domu  wraz  z  nią  i  jej  dziećmi,  miał  wreszcie  czas,  by 
zastanowić się dokładniej nad całą tą historią.  

Po śmierci Champa w miasteczku zaczęły krążyć plotki, a czas tylko zwiększył ich liczbę. 

Wszyscy  wiedzieli,  że  podczas  wypadku  to  Carolina  siedziała  za  kierownicą,  wszyscy 
również  byli  przekonani,  że  kobieta  nie  stanęła  przed  sądem  tylko  z  uwagi  na  funkcję 
piastowaną przez jej teścia.  

Tuż po wypadku Billy Ray wypytywał Douga o szczegóły, ale ten w nietypowy dla siebie 

sposób milczał. Billy Ray mógł się jedynie domyślać, podobnie jak pozostali, czy to rodzina 
Graysonów nalegała, aby szeryf nie ujawniał tego, co odkrył w śledztwie. Tak czy inaczej, po 
kraksie popularność Caroliny w miasteczku gwałtownie spadła. Wielu ludzi uważało, że piła 
w noc wypadku, a jeszcze więcej, że była kompletnie pijana.  

Za to Champa mieszkańcy Moss Bend uwielbiali, toteż jego utrata stanowiła dla lokalnej 

społeczności  poważny  cios.  Ten  młody  człowiek  uosabiał  cnoty  Południa  we  wzorcowy 
sposób.  Wykształcony,  rycerski  i  dobry  we  wszystkim,  czego  się  tknął,  Champion  Collier 
Grayson  był  powszechnie  akceptowany  i  podziwiany.  Podbił  nawet  serca  tych,  którzy 
uważali,  że  nadszedł  czas,  aby  rodzina  Graysonów  przestała  mieszać  się  do  polityki  i 
pociągać za wszystkie możliwe sznurki.  

Billy  Ray  sam  nie  wiedział,  w  co  wierzyć,  ale  z  pewnością  miał  powody,  by  zachować 

ostrożność.  Mimo  to  pozwolił  dziś,  aby  uczucia  nastolatka  wzięły  górę  nad  rozsądkiem 
dojrzałego mężczyzny. Bez żadnych powodów sprzymierzył się z Caroliną. Wiedział jedynie, 
że miała wysoką gorączkę i że mimo to usiłowała uciec z dwójką dzieci z miasteczka. Czy już 
samo to nie świadczyło w jakiś sposób o jej stanie psychicznym? 

– Billy, nie wiem, jak ci dziękować...  
Powiedziała  to  cicho,  jak  gdyby  głośne  mówienie  sprawiało  jej  trudność.  Nie  miał 

pojęcia, co odpowiedzieć. Narastało w nim mnóstwo wątpliwości i gdyby nie dwójka małych 
dzieci z tyłu, z pewnością przycisnąłby pedał gazu, by oddalić lęki.  

–  Nie  mogę  uwierzyć,  że  cię  w  to  wplątałam.  –  Caroliną  oparła  głowę  o  fotel.  Miała 

otwarte oczy, lecz nie patrzyła na Billy’ego. Wpatrywała się w słabo oświetlone śródmieście 
Moss Bend.  

Billy Ray także patrzył  przed siebie. Wybrał  najkrótszą drogę do domu,  gdyż chciał jak 

najprędzej  zadzwonić  do  Joela.  Liczył  na  to,  że  zanim  przyjdzie  człowiek  od  Douga  i  syn 
Cala na noc, dziadek zgodzi  się pojechać do  warsztatu, by uruchomić samochód Caroliny i 
przyprowadzić  go  we  wskazane  miejsce.  Wiedział,  że  minie  trochę  czasu,  zanim  zdoła 
obudzić Joela i przekonać go, aby im pomógł, dlatego spieszył się i niecierpliwił.  

Centrum miasteczka było niemal puste. W oknach większości sklepów paliły się jedynie 

słabe jarzeniówki. Zazwyczaj wszystko tu zamykano o ósmej wieczorem.  

– Co ci właściwie jest? – zapytał Billy, nie patrząc na pasażerkę. – Tylko nie mów, że to 

background image

przeziębienie – zastrzegł, zanim zdążyła odpowiedzieć.  

Carolina zawahała się, po czym westchnęła głęboko i odparła: 
– Mam zapalenie płuc.  
– Co takiego? – Omal nie stracił panowania nad kierownicą.  
– Biorę antybiotyki. Mam je przy sobie, mogę wziąć w każdym miejscu. Nie jestem aż 

tak chora, żeby iść do szpitala. Naprawdę...  

– Wybrałaś dobrą porę na ucieczkę.  
– Wiem, że to wygląda tak, jakbym zwariowała. – Zaczęła kasłać i przez dłuższą chwilę 

nie była w stanie złapać oddechu.  

– I owszem – powiedział Billy, gdy w końcu kaszel umilkł.  
–  Nie  miałam  wyjścia.  To  był  jedyny  moment...  Chociaż  raz  nikt  mnie  nie  pilnował. 

Byłam chora, mój samochód trafił do warsztatu...  

– Zaplanowałaś wcześniej to wszystko? 
–  Poprosiłam  Gabe’a,  żeby  go  odprowadził.  Powiedziałam,  że  nie  będę  jeździć,  skoro 

jestem chora.  

Billy  Ray  zerknął  na  nią  z  ukosa.  Uświadomił  sobie,  że  Carolina  starannie  przemyślała 

swoją ucieczkę, a to dodało mu pewności, że słusznie postąpił, decydując się na pomoc. Nie 
miał  do  czynienia  z  rozchwianą  emocjonalnie  kobietą,  która  nie  wie,  czego  chce  i  co  robi. 
Mimo choroby Carolina logicznie i konsekwentnie przygotowała swój plan, a teraz usiłowała 
go zrealizować. Wiedział, że miała ku temu powody – przecież ją znał...  

–  Zanim  Gabe  zabrał  samochód,  włożyłam  do  bagażnika  trochę  rzeczy  –  tłumaczyła.  – 

Zapakowałam je w worki, żeby w razie czego myśleli, że wiozę je do schroniska dla kobiet.  

– A wiec od dawna chciałaś uciec? 
– Tak.  
Teraz wyjechali już poza centrum. Na ulicach na szczęście nikogo nie było. Na wszelki 

wypadek  Billy  Ray  ominął  budynek,  w  którym  mieścił  się  otwarty  wieczorami  bar.  Mimo 
upału nie otworzył też przyciemnionych szyb, by nikt nie mógł dostrzec, kim jest pasażer na 
fotelu obok kierowcy.  

– Wciąż mieszkasz tam gdzie kiedyś, prawda? – CaroIina poruszyła się w fotelu.  
– Zgadza się.  
Od  wielu  pokoleń  jego  przodkowie  byli  właścicielami  pięćdziesięciu  akrów  ziemi  przy 

Hitchcock Road, na południe od miasteczka. Średnio im się tam wiodło. Wainwrightowie z 
River  County  nigdy  nie  byli  bogaci,  ale  jakoś  utrzymywali  się  z  tej  piaszczystej  gleby, 
uprawiając  soję,  kukurydzę  i  lucernę.  Obecnie  ziemią  zajmował  się  sąsiad  Billy’ego  Raya, 
który także wypasał na niej swoje bydło. Billy wiedział, że pewnego dnia, gdy Moss Bend się 
rozrośnie,  ten  grunt  będzie  wart  spore  pieniądze.  Na  razie  jego  jedynym  bogactwem  była 
miłość ludzi z klanu Wainwrightów.  

– Zawsze podobał mi się ten dom – Carolina próbowała podtrzymać rozmowę.  
Zdziwiło  go  to  zdanie.  Zastanawiał  się,  czy  powiedziała  tak,  żeby  mu  sprawić 

przyjemność,  czy  rzeczywiście  gustowała  w  prostych  wiejskich  domkach  o  szerokich, 
ocienionych starymi dębami werandach.  

background image

–  Lubiłam  wasz  ogród  –  dodała.  –  Kiedy  byłam  mała,  moja  mama  powtarzała,  że  tak 

musi wyglądać prawdziwy Eden.  

To  ojciec  Billy’ego  Raya  był  twórcą  tego  ogrodu.  Lubił  go  pielęgnować,  wciąż 

wprowadzał kolejne upiększenia i modyfikacje. Powtarzał często, że jego powołaniem nie jest 
praca w kancelarii, ale na ziemi, wśród roślin. Niestety, po jego śmierci, wspaniały, kolorowy 
ogród zmarniał.  

– Teraz by ci się nie spodobał – powiedział Billy.  
– Wiem. Zarósł chwastami. Przejeżdżałam tamtędy niedawno.  
Znowu się zdziwił. Hitchcock Road było wiejską dróżką, wylaną asfaltem dopiero przed 

dziesięcioma  laty.  Właściwie  droga  ta  prowadziła  donikąd  –  co  było  doskonałym  obrazem 
życia ostatnich pokoleń Wainwrightów.  

–  Jeśli  spodziewałaś  się  rajskiego  ogrodu,  musiałaś  się  rozczarować  –  uśmiechnął  się 

smutno.  

– Nie. Lubię dziko rosnące rośliny. Lubię wolność. Spojrzał na nią przelotnie. Nigdy nie 

myślał o ogrodzie w ten sposób, ale teraz doszedł do wniosku, że mógłby przyznać jej rację. 
Podobało  mu  się  przecież,  że  w  zdziczałych  ogrodowych  drzewach  wiją  gniazda  ptaki, 
znajdując  bezpieczne  schronienie  w  gąszczu  nie  przycinanych  gałęzi;  że  pod  krzewami 
gromadzą  się  kolonie  królików,  a  wiewiórki  toczą  nieustające  boje  z  szopami-praczami. 
Czasami, tuż przed świtem, do ogrodu zaglądały nawet jelenie. Billy Ray nie miał serca, żeby 
przeganiać  wszystkie  te  zwierzęta  i  w  miejsce  naturalnego  bałaganu  wprowadzać  sztuczny 
porządek.  

– On nas znajdzie, wiesz przecież.  – Carolina oderwała wzrok od drogi  i  popatrzyła na 

niego z wyzwaniem.  

– Sędzia? 
– Mamy szansę uciec, jeśli uda nam się wydostać z miasta.  
– Spróbujemy.  
Potrząsnęła głową i zasłoniła twarz dłońmi.  
– Boże... Nie powinnam była ci pozwolić...  
– Daj spokój – przerwał jej ostro. – Czy miałem cię zostawić? Albo pozwolić ci jechać 

dokądkolwiek w tym stanie? A gdybyś zemdlała za kierownicą? Masz dwoje dzieci.  

– Nigdy w życiu nie zemdlałam – odparła i znowu zaczęła kaszleć.  
Billy poczekał, aż jej przejdzie, nim ponownie zabrał głos.  
– Mam wrażenie, że to nie jest jedyna rzecz, której nie przemyślałaś – powiedział. – Czy 

naprawdę chciałaś uciec niezauważona swoim srebrnym BMW? 

– Nie miałam wyboru. Mam tylko taki samochód...  
– Tylko taki! – Billy roześmiał się mimo woli.  
– Czy myślisz, że chciałam go mieć? – Powiedziała szybko, łamiącym się głosem. – To 

on...  on  go  wybrał.  Chciał,  żebym  pamiętała,  za  każdym  razem,  gdy  spojrzę  na  to  auto... 
Chce, żebym pamiętała, zawsze...  

Billy  Ray  zacisnął  ręce  na  kierownicy.  Nigdy  nie  był  wielbicielem  sędziego  Whittiera 

Graysona. Ten człowiek przypominał mu o dawnych czasach, kiedy to potężni arystokraci z 

background image

Południa żelazną ręką rządzili okolicą. Choć bowiem w ostatnich dziesięcioleciach wiele się 
na  Południu  zmieniło,  sędzia  Grayson  nadal  uważał,  że  River  County  należy  do  niego. 
Zapewne chciał, by jego syn był podobny i myślał podobnie.  

Tyle że ów syn zginął w samochodzie prowadzonym przez Carolinę.  
–  Chciałam  pojechać  do  Atlanty  –  odezwała  się  po  chwili.  –  Miałam  sprzedać  BMW  i 

kupić jakiś używany wóz. Chcieliśmy się stąd wynieść.  

– Zostawiłabyś po sobie ślady.  
– Nie. Wiem... jak zachować ostrożność.  
–  Czyżby?  –  To  pytanie  zawisło  w  powietrzu.  Pewnego  wieczoru  w  grudniu  ubiegłego 

roku najwyraźniej nie była wystarczająco ostrożna.  

W jej oczach pojawiła się uraza. Carolina odwróciła głowę.  
–  Przyszłość  moich  dzieci  zależy  od  tego,  czy  będę  ryzykować  –  powiedziała  i  znów 

zaczęła kasłać.  

Do licha, powinien jak najszybciej zawieźć ją do domu. Dopóki ta kobieta nie poczuje się 

lepiej, nie powinien jej męczyć kolejnymi pytaniami.  

Resztę drogi przebyli w milczeniu. Nawet gdy wjechali już w Hitchcock Road, Carolina 

nie odezwała się ani słowem. Dopiero kiedy przejechali jeszcze około kilometra i skręcili w 
dróżkę wiodącą na farmę, popatrzyła na niego i powiedziała: 

– Jestem teraz zdana na twoją łaskę. Jeśli pozwolisz mi tu odpocząć, dopóki nie poczuję 

się lepiej, odjadę, jak tylko...  

– Posłuchaj – przerwał jej gwałtownie – jutro rano każdy gliniarz w tym okręgu będzie 

cię  szukać.  Cała  północna  Floryda  dowie  się  o  zaginięciu  Caroliny  Grayson!  Musisz 
wymyślić jakiś nowy plan. Teraz jednak jesteś zbyt chora, żeby o tym myśleć. Wymyślimy 
coś, jak tylko poczujesz się lepiej.  

Popatrzyła  na  niego  spłoszonym  wzrokiem,  wzrokiem  zwierzęcia  złapanego  w  pułapkę. 

Jeszcze nie zrezygnowała z próby jak najszybszego podjęcia ucieczki, była już jednak coraz 
bliższa kapitulacji.  

Zamiast w szopie, zaparkował przed domem. W szopie zamierzał umieścić BMW.  
–  Dziś  była  u  mnie  Hattie  –  powiedział.  –  Przynajmniej  w  domu  jest  czysto.  Zmieniła 

pościel...  

– Hattie McFerguson? 
– Znasz ją? 
– Dla mnie też sprzątała. Jest najlepsza.  
–  W  zeszłym  roku  broniłem  jej  syna  –  wyjaśnił.  –  Zapłacił  mi  za  to,  ale  z  jakichś 

powodów Hattie uważa, że i ona jest mi coś winna. Przychodzi tu co czwartek, sprząta i robi 

pranie.  

– Hattie była... – Carolina umilkła nagle i potrząsnęła głową.  
– Co? 
– Była jedną z niewielu osób, które we mnie wierzyły.  
– Więc masz doskonałe referencje.  
– Uważasz, że Carolina Grayson potrzebuje referencji? – Zażartowała smutno. – Czyżby 

background image

do tego doszło? 

Myślał o tych słowach, kiedy wyszedł z auta, by otworzyć drzwi po jej stronie. Kiedy to 

zrobił, zobaczył, że Kicia już się obudziła i rozgląda się sennie wokół siebie, a Chris znowu 
zaczyna płakać.  

–  Chodźcie,  maluchy.  –  Im  także  otworzył  drzwi,  wpuszczając  do  środka  chłodne 

wieczorne powietrze. – W domu mam prawdziwe łóżka.  

Carolina pozwoliła mu wyciągnąć dzieci na zewnątrz, po czym wysiadła powoli i stanęła 

niepewnie,  opierając  się  o  dach  samochodu.  W  księżycowym  świetle  jej  twarz  wyglądała 
wyjątkowo blado. Billy Ray ujął ją pod rękę.  

– Oprzyj się o mnie – powiedział. – W domu napijesz się czegoś chłodnego i weźmiesz 

aspirynę. – Popatrzył na Kicię. – Dasz sobie radę? 

– Pomogę mamusi.  
– Świetnie. Weź ją za rękę z drugiej strony.  
Mała uznała, że tym razem nie ma przeciwko czemu zaprotestować, i posłusznie spełniła 

jego polecenie.  

– Kiedy to się skończy, nigdy już nie poproszę nikogo o przysługę – westchnęła Carolina.  
Billy Ray nie miał pojęcia, czego się po niej spodziewać. Nawet nie udawał, że rozumie 

tę kobietę. Nie był też pewien, czy kiedykolwiek ją rozumiał. Jednakże ta jej złość na własną 
bezradność go pocieszała. Może i przed wypadkiem, w którym zginął jej mąż, Carolina była 
rozpieszczana przez życie, ale przynajmniej w tej chwili pragnęła sama o siebie zadbać.  

Szybko  otworzył  zamki  i  popchnął  drzwi.  W  domu  pachniało  cytryną  i  sosnowym 

środkiem  do  czyszczenia  mebli.  Na  stoliku  w  rogu  paliła  się  lampka.  Światło  najwyraźniej 
pozostawiła  Hattie,  która  cierpiała  na  samą  myśl  o  tym,  że  Billy  Ray  wraca  co  wieczór  do 
pustego, ciemnego domu. Najprawdopodobniej zostawiła też placek w lodówce, a być może 
także kolację do odgrzania w kuchence mikrofalowej.  

Dziś wieczorem będzie się musiał nią podzielić.  
– Na razie ułożę cię na sofie – powiedział, po czym zaprowadził Carolinę z dziećmi do 

pokoju  gościnnego.  Pokój  był  niewielki,  zastawiony  sprzętami  wybranymi  jeszcze  przez 
dziadków  Billy’ego  Raya.  Jakoś  nie  miał  serca  wyrzucić  starego,  wypchanego  końskim 
włosiem fotela ani też pozbyć się zdezelowanego pianina. To były skarby jego babci, Edny. 
Gdy  Joel  nie  znalazł  dla  nich  miejsca  w  swoim  nowym  mieszkaniu  w  mieście,  Billy  Ray 
obiecał mu, że zostaną na swoim miejscu.  

Granatowa sofa obita aksamitem była jedynym sprzętem z lat dziewięćdziesiątych. Billy. 

Ray dostał ją od wdzięcznego klienta, którego oskarżono o prowadzenie agencji towarzyskiej 
w jednej z bocznych uliczek miasta. Billy nie chciał wnikać, co właściwie działo się na tym 
meblu – w końcu była to przyzwoita, solidna sofa.  

Teraz posadził na niej Carolinę i oparł ją wygodnie o poduszki. Kicia usadowiła się obok 

matki, a Chris zaczął wciskać się w środek.  

– Ma mokro – powiedział Billy Ray. – Mam nadzieję, że pieluchy nie zostały w twoim 

aucie.  

Carolina otworzyła dużą torbę i zaczęła wyciągać jej zawartość.  

background image

– Mam tu tylko jedną – westchnęła. – Zaraz go przewinę.  
– Odpoczywaj – przytrzymał jej rękę – już kiedyś to robiłem. Najpierw jednak zadzwonię 

do Joela. Kiciu, pójdziesz ze mną? Dam ci dla mamy coś do picia i aspirynę.  

Kicia  popatrzyła  na  Billy  Raya,  po  czym  przeniosła  wzrok  na  matkę,  jak  gdyby  chciała 

uzyskać jej akceptację.  

– Widzę, że naprawdę nie ufasz obcym – uśmiechnął się do niej Billy, a Carolina dodała: 
– Idź z nim, śmiało.  
– Mama lubi sok – odezwała się praktycznym tonem Kicia. – Ale nie jabłkowy.  
– Będę pamiętał.  
Carolina zamknęła oczy. Była zmęczona i coraz bardziej blada. Billy Ray ruszył w głąb 

domu  z  wrzeszczącym  maluchem  pod  pachą.  Nie  patrzył  na  chłopca  w  obawie,  że  jeśli 
zacznie przyglądać mu się zbyt uważnie, dostrzeże w jego rysach zbyt duże podobieństwo do 
Champa Graysona.  

– Czy on już umie mówić? – spytał Kicię.  
– Nie za bardzo. Na razie wszyscy mówią za niego.  
– Łącznie z tobą.  
– Nie. Mama mi nie pozwala.  
– Nazywa się Chris? 
– Christopher Collier Grayson.  
– Tak oficjalnie? Ty jesteś Catherine Waverly Grayson, ale mama nazywa cię Kicią.  
– Jak będę starsza, zostanę Kotką.  
– Jasne. To ma sens.  
– Czy mieszka tu ktoś jeszcze? – Kicia rozejrzała się wokół siebie.  
– Nie. Tylko ja.  
– A gdzie jest twoja rodzina? 
– Mam tylko dziadka, przeniósł się do miasta.  
– A twoje dzieci? 
– Nie mam dzieci.  
– Dlaczego? Nie lubisz ich? – zapytała podejrzliwie.  
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.  
Zanim  dobrnęli  do  kuchni,  przeszli  przez  kilka  pokoi  i  długi  korytarz.  Przodkowie 

Billy’ego  Raya  nie  grzeszyli  chyba  wyobraźnią,  skoro  zgodzili  się  na  tak  niepraktyczny 
projekt  rodzinnej  rezydencji.  Billy  lubił  jednak  rozkład  swojego  domu,  choć  zdawał  sobie 
sprawę z tego, że pierwszy lepszy architekt nie zostawiłby na nim suchej nitki.  

Z  całego  domu  Billy  najbardziej  lubił  kuchnię.  W  domu  nie  było  jadalni,  więc  Billy 

właśnie  tutaj  jadał  posiłki,  czasami  tylko  przenosił  się  do  dobudówki,  szerokiej  i  długiej,  z 
oknami wychodzącymi na pola ciągnące się za domem. Czasami wyobrażał sobie kobiety z 
kolejnych  pokoleń  Wainwrightów,  jak  stoją  w  oknie  i  w  oczekiwaniu  na  powrót  swoich 
mężczyzn pieką ciasto oraz przygotowują obiad.  

Dotarł do lodówki i popatrzył pytająco na Kicię.  
– Pomożesz mi teraz? 

background image

– W czym? – spytała.  
– Postawię Chrisa na podłodze, żeby znaleźć sok dla mamy. Popilnujesz go przez chwilę? 
– Nie ma sprawy. Mogę go nawet przewinąć. Domyślał się, że choć Kicia ma zaledwie 

pięć czy sześć lat, wie, co mówi, i skoro twierdzi, że da radę zająć się bratem, na pewno to 
potrafi.  

– Świetnie – stwierdził. – Mam chyba sok pomarańczowy. Może być? 
– Ujdzie.  
– A ty? Co ty lubisz? 
– Ja też lubię pomarańczowy.  
– A Chris? Może się napić? 
– Byle nie za dużo.  
– Kiciu, czy ty wiesz wszystko? 
– Prawie.  
Billy Ray otworzył lodówkę i znalazł sok. Odkrył, że obok kryje się również potrawka z 

kurczaka,  świeża  sałata  i  ciasto  z  porzeczkami.  Na  cieście  leżała  koperta  z  wypisanym 
imieniem Billy’ego. Najwyraźniej także i Hattie nie zapomniała o jego urodzinach.  

Ale na pewno nie miała pojęcia, że urodzinowy wieczór będzie miał taki przebieg.  

 

Carolina  wiedziała,  że  powinna  odpocząć,  ale  wciąż  jeszcze  rozglądała  się  po  domu 

Billy’ego Wainwrighta. Właśnie tak wyobrażała sobie to wnętrze – proste i przytulne. Takie, 
jakie odwiedzają dorosłe już dzieci, aby raz jeszcze powspominać dzieciństwo. To był dom, 
w którym gość mógł znaleźć schronienie, strawę i kogoś, kto zawsze go wysłucha.  

Wiedziała  oczywiście,  że  życie  w  tym  domu  wcale  nie  było  sielanką.  Tak  jak  reszta 

mieszkańców  Moss  Bend,  obserwowała  powolne  staczanie  się  Yancy’ego  Wainwrighta  i 
zdawała sobie sprawę, co musiał czuć Billy, kiedy patrzył na upadek swego rodziciela. Cóż, 
Yancy  nie  był  najlepszym  ojcem,  a  matki  Billy  nie  miał  wcale.  Umarła  przy  porodzie 
młodszego syna, który także nie przeżył. Babcia chłopca zmarła niedługo później, więc Billy 
Ray dorastał w domu pełnym mężczyzn, rządzonym żelazną ręką przez Joela Wainwrighta.  

Ale ten dom...  Ten dom  był  tak przytulny i  gościnny, że aż prosił się o lepsze czasy.  O 

rodzinę, która by go pokochała, o dzieci, które bawiłyby się na polach i przy strumieniu. W 
trakcie małżeństwa z Champem Carolina często słyszała, że zaprząta sobie głowę bzdurami, 
że  jest  za  stara  na  bajki,  i  że  jej  przekonanie,  iż  można  żyć  uczciwie,  długo  i  szczęśliwie, 
czyni z niej nieodpowiednią żonę i matkę. Nie potrafiła jednak pozbyć się starych nawyków i 
na  przekór  wszystkiemu  marzyła  o  wspaniałym  domu,  starając  się  nie  słuchać  ciągłych 
oskarżeń i wygadywań jej teścia.  

Poczuła zawrót głowy i zamknęła oczy. Zastanawiała się, jak wysoką ma teraz gorączkę. 

Choroba ciągnęła się już od paru dni, ale tego ranka Carolina po raz pierwszy obudziła się z 
normalną temperaturą. Od tak dawna zażywała antybiotyki, że była przekonana, iż najgorsze 
ma za sobą.  

Tak, na pewno wraca do zdrowia, a to, że nagle poczuła się gorzej, to wynik wyczerpania 

i stresu. Warsztat Joela położony był trzy kilometry od jej domu. Przez cała drogę dźwigała 

background image

Chrisa  i  swoją  największą  torbę.  A  przecież  od  wypadku  nie  pozwalano  jej  wziąć  na  ręce 
własnego synka. Dziś, mimo zapalenia płuc, niosła go przez całą drogę.  I poradziła sobie z 
tym. Mimo wszystkich przeszkód, dała sobie radę i pewnie by uciekła.  

Pewnie by uciekła, gdyby nie wpadła wprost w objęcia Billy’ego.  

Dobrze,  że  tak  się  stało.  Dobrze,  że  to  był  on.  Przez  lata  małżeństwa  często  widywała 

Billy’ego  przelotnie,  a  wówczas  wspominała  skrycie  ich  niewinne  dorastanie,  godziny 
namiętnych rozmów, kradzione pocałunki. Właściwie odkąd została żoną Champa, Billy stał 
się dla niej jeszcze bardziej atrakcyjny i pociągający. Teraz już wiedziała, jak to jest dać się 
uwieść  władzy  i  potędze.  I  jak  niewiele  znaczy  podziw  ludzi,  których  samemu  nie  można 
podziwiać.  Przez  lata  ten  odległy,  niedostępny  Billy  Ray  stał  się  dla  niej  symbolem 
wszystkiego,  z  czego  zrezygnowała,  by  poślubić  Champa.  Cały  czas  wiedziała  jednak,  że 
gdyby Billy niespodziewanie wkroczył w jej życie, szybko mógłby stać się kimś więcej niż 
symbolem.  

– Mamusiu? 
Otworzyła  oczy  i  ujrzała  obok  siebie  córkę  z  plastikowym  kubkiem  soku 

pomarańczowego. Ujęła go drżącymi rękami, a Kicia podała jej dwie białe tabletki. Carolina 
wyjęła je z małej piąstki, przełknęła i szybko popiła.  

Kicia przytuliła się do niej, a ona przygarnęła do siebie ciepłe małe ciałko.  
– Opowiedz mi o tym domu – zażądała dziewczynka.  
– O którym? 
– O tym, do którego jedziemy.  
Carolina  nie  miała  serca  oznajmić  córce,  że  jest  zbyt  zmęczona  na  snucie  opowieści  – 

Kicia  i  tak  zniosła  wiele,  była  zbyt  odpowiedzialna  i  zbyt  dojrzała  jak  na  swój  wiek. 
Zamknęła więc oczy i postanowiła zdobyć się dla dziecka na ten wysiłek.  

– W sąsiedztwie będzie dużo dzieci – zaczęła, po czym przerwała, gdyż dopadł ją nowy 

atak kaszlu. – Będziesz jeździła rowerkiem, wspinała się na drzewa... Na duże drzewa o wielu 
gałęziach.  

– A czy na rowerze będę musiała jeździć w kasku? 
– Obawiam się, że tak.  
– Szkoda.  
–  Wieczorem  będziemy  jadły  pizzę,  oglądały  bajki...  I  będziesz  mogła  zaprosić  na  noc 

tyle koleżanek, ile będziesz chciała.  

– Dziesięć? 
– Jeśli zechcesz... A rano dostaniecie...  
– Naleśniki z jagodami! 
– Właśnie. – Carolina oparła głowę o wezgłowie sofy.  
– Do szkoły będziesz jeździła autobusem albo chodziła na piechotę, jeśli nie będzie zbyt 

daleko. A każdego letniego dnia będziemy chodzili popływać.  

– Nad jezioro. Prawdziwe jezioro – przypomniała jej Kicia. – Nie na basen, jak u dziadka, 

gdzie wolno mi było kąpać się tylko tam, gdzie płytko.  

– I urządzimy sobie piknik pod drzewami.  

background image

– Mamo, jaka szkoda, że jeszcze nas tam nie ma! 
Do oczu Caroliny napłynęły łzy. Mocno zacisnęła powieki.  
–  Przykro  mi,  Kiciu  –  szepnęła.  –  Chyba  nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że  jestem  taka 

chora.  

– Ale wciąż uciekamy? 
– Pewnie. Próbujemy...  
– Tylko że kiepsko nam idzie.  
– Nie szkodzi. Prędzej czy później dotrzemy do tego domu – westchnęła ciężko Carolina. 

– Przysięgam ci, skarbie.  

– Carolino? 
Na  dźwięk  głosu  Billy’ego  otworzyła  oczy.  Pokój  ponownie  się  zakołysał.  Po  jej 

policzkach  spływały  łzy.  Nędzne  resztki  kobiecej  próżności  kazały  jej  zastanowić  się  nad 
tym,  jak  wygląda,  zaczerwieniona  i  zapłakana,  ale  nie  miała  dość  sił,  aby  dłużej  o  tym 
myśleć.  

– Joel zgodził się przyprowadzić twój samochód.  
– Dziękuję – wyszeptała.  
– Zaprowadzę dzieci na górę i postaram się je położyć. Potem zejdę i pogadamy. Myślisz, 

że wytrzymasz? – Popatrzył na nią z troską.  

Skinęła tylko głową, gdyż nie dowierzała własnemu głosowi.  
– Nie mam kołyski – mówił dalej Billy. – Czy Chris może spać na łóżku od ściany, jeśli 

obok będzie Kicia? 

– Nic mu się nie stanie. Kiciu, zgadzasz się, prawda? Kicia zmarszczyła brwi.  
– A ty gdzie będziesz? – zapytała.  
–  W  łóżku  obok  –  poinformował  ją  Billy  Kicia  nie  wydawała  się  zbyt  szczęśliwa,  ale 

posłusznie wyszła za Billym. Była zbyt odpowiedzialna, żeby zaprotestować.  

Billy  poradził  sobie  z  ułożeniem  dzieci  do  snu  zadziwiająco  szybko.  A  może  to  ona 

zapadła  w  krótką  drzemkę  i  dlatego  czas  minął  tak  prędko.  Kiedy  otworzyła  oczy,  stał  już 
przed nią. Jego twarz wciąż miała ponury wyraz.  

– Gdybym mogła coś zrobić... – odezwała się słabym głosem. Czuła się nieco lepiej, jak 

gdyby  leki,  które  dostała,  rozprawiły  się  z  gorączką.  W  sercu  czuła  jednak  prawdziwą 
rozpacz.  

–  Joel  nie  przyjedzie  od  razu  –  westchnął  Billy.  –  Zajmie  mu  trochę  uruchomienie 

samochodu, a potem będzie musiał jechać okrężną drogą. Wiem, jak kiepsko się czujesz, ale 
chciałbym dowiedzieć się od ciebie czegoś więcej...  

– Czego? 
– Wiesz, czego: dlaczego uciekłaś.  
Popatrzyła  na  niego  uważnie.  Od  dwunastu  lat  nie  znaleźli  się  tak  blisko  siebie,  jak 

dzisiaj.  To  był  ten  sam  człowiek,  a  jednak  zupełnie  inny.  Nie  mogła  nie  porównać  go  do 
zmarłego męża...  

W  młodości  Champ  był  pięknym  chłopakiem,  lecz  gdy  zaczął  dorastać,  zamienił  się  w 

niezbyt ciekawego mężczyznę. Utył, gdyż nie potrafił niczego sobie odmówić. Jego chłopięcy 

background image

uśmiech ustąpił miejsca cynicznemu grymasowi ust, zwłaszcza w ostatnim roku życia.  

Billy nigdy nie był piękny. Choć wysoki i szczupły, miał zawsze poważny wyraz twarzy, 

na której z rzadka gościł uśmiech. A szkoda, bo był to uśmiech naprawdę czarujący. W szkole 
Billy  cieszył  się  powodzeniem,  lecz  nigdy  nie  znajdował  się  w  centrum  uwagi.  Gdy 
wymagała  tego  sytuacja,  bez  trudu  potrafił  wtopić  się  w  otoczenie  i  był  prawdziwym 
mistrzem  drugiego  planu.  Nauczył  się  wyciągać  ojca  z  aresztu  lub  unikać  kolejnego 
rodzinnego  kryzysu  wyłącznie  przy  pomocy  spokojnej  logiki,  otwartego  spojrzenia  czy 
silnego uścisku ręki. Joel starał się chronić Billy’ego przed wybuchami ojcowskiego gniewu, 
ale i tak chłopak często musiał stawiać im czoło.  

Teraz  na  twarzy  Billy’ego  widniał  rozsądek,  dojrzałość,  spokój.  Z  biegiem  lat 

wyprzystojniał, zmężniał, lecz zachował chłopięcy wdzięk. Miał niebieskie oczy i wysunięty 
podbródek, który świadczył o uporze jego właściciela. Jego usta potrafiły się uśmiechać, ale 
także mówić prawdę bez ogródek.  

Jeśli miała komuś ufać, mogła zaufać jemu.  
–  Co  o  mnie  słyszałeś?  –  zapytała  cicho.  Bała  się,  że  na  jej  twarzy  widać  ból.  Dobrze 

wiedziała, co słyszał Billy. Wiedziała, w co wierzyli wszyscy mieszkańcy okręgu, i wiedziała 
też, dlaczego.  

– Podobno byłaś pijana tego wieczoru, kiedy zginął Champ.  
– Podobno.  
– To tylko plotki? 
–  Nie  mogę  im  zaprzeczyć.  –  Zmusiła  się,  żeby  nie  odwrócić  wzroku  pod  jego 

spojrzeniem. – Pamiętam, jak przygotowywałam się do wyjścia na przyjęcie. I nic poza tym.  

– Nic? 
Pokręciła powoli głową.  
–  Dowiedziałam  się  później,  że  to  wcale  nie  jest  dziwne.  Miałam  poważny  wstrząs 

mózgu. Czasem wytwarza się w świadomości taka blokada, która nie pozwała nam pamiętać. 

Bilły usiadł obok niej, zajrzał jej w oczy.  
– Czy ty... pijesz? – zapytał z lekkim tylko wahaniem.  
– Jedynie towarzysko – odparła szybko i po chwili dodała: – W każdym razie nigdy nie 

miałam problemów z tego powodu.  

Widziała, że jej nie wierzy. Nie mogła go za to winić. Od ojca słyszał zapewne podobne 

zdania. Czy alkoholicy nie zaprzeczają, że piją za dużo? 

– Co to ma wspólnego z twoją dzisiejszą ucieczką? 
–  Poczekaj  –  uchyliła  się  od  odpowiedzi.  –  Czy  ktoś  ci  mówił...  że  jestem 

niezrównoważona? 

– Niezrównoważona? – Billy ze zdumieniem zmarszczył brwi.  
Ona również się zdziwiła. Nie wyglądał  na człowieka, który wsłuchiwałby się w plotki, 

ale Moss Bend było przecież takim małym miasteczkiem, że musiał słyszeć podobne opinie. 
Gdy sędzia Grayson coś mówił, ludzie powtarzali jego słowa bezkrytycznie.  

– Podobno jestem niezrównoważona psychicznie. Podobno nie umiem zająć się własnymi 

dziećmi – powiedziała i zaraz potem zawładnął nią nowy atak kaszlu. Przez chwilę nie mogła 

background image

złapać tchu i przepełnił ją strach.  

– Spokojnie, Carolino. – Billy ujął jej rękę. – Wszystko w porządku. Staraj się oddychać 

spokojnie,  nie  łap  gorączkowo  powietrza...  Jesteś  wycieńczona  –  oznajmił,  gdy  jej  oddech 
wrócił wreszcie do normalnego rytmu. Wciąż nie wypuszczał jej dłoni.  

– Mam prawo być wycieńczona.  
– Więc nie będę cię dodatkowo męczyć. To trudny temat. Widzę, że...  
– Whittier chce mi odebrać dzieci! – Zawyła niemal udręczonym głosem, który wydobył 

się jakby z głębi jej serca. – Upatrzył sobie zwłaszcza Chrisa! Jeśli nie będę pasowała do jego 
układanki, po prostu się mnie pozbędzie! A na to nie mogę pozwolić! 

Billy  ujął  w  ręce  obie  jej  dłonie.  Dopiero  gdy  zaczął  je  rozcierać,  Carolina  zdała  sobie 

sprawę  z  tego,  jak  bardzo  są  zimne.  Choć  cała  była  rozpalona,  jej  dłonie  przypominały  w 
dotyku lód.  

– To jego wnuki, Carolino – powiedział. – Jesteś pewna, że nie robi tego dla ich dobra? 

Byłaś chora...  

– On mnie szantażuje – szepnęła ze wzrokiem wbitym w ich złączone dłonie. – Rozsiewa 

plotki,  które  nie  mają  nic  wspólnego  z  prawdą.  Jeśli  nie  będę  robiła  tego,  co  zażąda,  uzna 
mnie  za  niezdolną  do  pełnienia  obowiązków  rodzicielskich  i  zabierze  mi  dzieci.  Sam  mi  to 
powiedział.  

– Plotki to plotki. Najpierw musiałby je udowodnić.  
– Billy, gdzie ty żyjesz? 
–  W  Moss  Bend  –  uśmiechnął  się  smutno,  a  wtedy  po  raz  pierwszy  od  rozpoczęcia  tej 

rozmowy ujrzała w jego oczach zrozumienie.  

– Sędzia może skłamać – powiedziała powoli. – Może podstawić świadków. Nie zawaha 

się przed niczym.  Nigdy się nie waha. Chce swoich wnuków i  nic nie może stanąć na jego 
drodze.  

– Wiesz to na pewno czy tylko zgadujesz? 
– Ma dokument, który zaświadcza, że to wszystko moja wina. Dlatego musiałam uciec.  
Billy nie zapytał o szczegóły. Czekał.  

Zastanawiała  się,  co  mu  powiedzieć,  aż  w  końcu  uznała,  że  może  z  nim  dzielić  tylko 

prawdę. W jej małżeństwie było już tyle kłamstwa, że wystarczyłoby na całe życie.  

– Sędzia ma wyniki mojego badania na zawartość alkoholu we krwi – zaczęła tłumaczyć. 

–  Badanie  zostało  zrobione  tego  wieczoru,  kiedy  zdarzył  się  wypadek.  Wykazało,  że 
naprawdę  byłam  pijana.  –  Popatrzyła  na  niego  niepewnie.  –  Jak  mam  udowodnić,  że  to 
kłamstwo?  Nie  pamiętam  wypadku.  Nie  pamiętam  przyjęcia.  Nikt  nie  przeciwstawi  się 
sędziemu. Wiedzą, czym to grozi, więc przekonują sami siebie, że wierzą w to, co się o mnie 
mówi.  Jedno  kłamstwo  pociąga  za  sobą  inne.  W  końcu  wszyscy  już  wiedzą,  że  tamtego 
wieczoru byłam pijana, że zabiłam własnego męża, że nie mogę zająć się dziećmi, że mam 
urojenia i oskarżam ludzi, którzy z całych sił starają się mi pomóc...  

Zdawała sobie sprawę z tego, że płacze, ale teraz było jej już wszystko jedno.  
– Nawet te łzy świadczą przeciwko mnie – wybuchnęła. – Płaczę, bo chcę coś wymusić. 

Albo płaczę, bo nie mam nad sobą kontroli. Przecież wiesz, jak to działa. Ucieczka to kolejny 

background image

dowód na to, że jestem niezrównoważona.  

– Carolino...  
–  Proszę  cię  tylko  o  to,  żebyś  nikomu  nie  mówił,  że  tu  jestem.  –  Uniosła  ku  niemu 

zapuchnięte oczy. – Błagam cię, Billy! Nawet nie proszę, żebyś mi wierzył. Po prostu postaraj 
się mi zaufać. Błagam! 

Billy  zastanawiał  się  nad  jej  słowami.  Właściwie  dlaczego  miałby  jej  wierzyć?  Jakie 

miała dowody? 

– Ja i sędzia nie wchodzimy sobie w drogę – powiedział w końcu. – Jednak wierzę ci, że 

jest zdolny do rzeczy, o których mówisz. Mój ojciec go nienawidził. Nie wiem, dlaczego, ale 
wiem, że tak było.  

– Wciąż jestem  tą  dziewczyną, którą znałeś.  – Carolina położyła dłoń  na swej  piersi.  – 

Gdzieś tam, głęboko, wciąż nią jestem. Proszę, Billy, uwierz tej dziewczynie, nawet jeśli nie 
wierzysz w ani jedno słowo, które mówi płacząca przed tobą kobieta.  

Billy ostrożnie odgarnął włosy z jej czoła.  
– Chcę, żebyś teraz poszła spać – powiedział. – Joel na pewno nikomu nie powie, że tu 

jesteś. Będziemy działać powoli. Nie bój się, na pewno cię nie zdradzę, Carolino.  

On także dotknął swojej piersi i uśmiechnął się lekko. Nie był to jednak wesoły uśmiech.  
– Chłopak, którego ty znałaś, też jeszcze chyba tu jest.  

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Hattie McFerguson miała wielkie serce. Była kobietą silną i odważną, dlatego też idealnie 

nadawała się na opiekunkę Caroliny. Zgodziła się na to bez wahania, kiedy tylko Billy Ray 
zadzwonił do niej następnego ranka.  

Ubrana  w  dżinsy,  które  weszłyby  na  tragarza,  i  w  jaskrawożółtą  podkoszulkę,  pojawiła 

się  jeszcze  przed  przebudzeniem  się  Caroliny.  Kicia  i  Chris  siedzieli  już  przy  kuchennym 
stole, próbując z zaciekawieniem płatków śniadaniowych, które zaserwował im Billy.  

Kici nie przypadły chyba one do gustu.  
– Nie wolno mi jeść płatków z cukrem – orzekła.  
– Jeśli uważasz, że są za słodkie, powinnaś spróbować tych. – Billy pchnął w jej stronę 

inne pudełko. – O smaku czekoladowym i toffi.  

Mała popatrzyła uważnie na pudełko, po czym odparła sentencją: 
– Ładny uśmiech to ładne zęby.  
– Tak mówi twoja mamusia? 
– Mój dziadek.  
– A, pan sędzia.  
Po chwili Kicia włożyła do ust łyżkę pełną płatków.  
– Nie wolno mi także mówić podczas jedzenia – wymamrotała.  
– Pewnie, bo jeszcze wypadną ci zęby.  
Mała  zachichotała  radośnie,  a  on  dopiero  teraz  uzmysłowił  sobie,  że  wcześniej  nie  miał 

okazji słyszeć jej śmiechu.  

–  Karmisz  dzieciaki  tą  swoją  obrzydliwą  mieszanką  śniadaniową?  –  zapytała  Hattie, 

wchodząc energicznie do kuchni.  

– Usiłuję – odparł. – Niestety, zbyt dobrze je wychowano, więc kiepsko mi idzie.  
– Cześć, Kiciu. – Hattie przeszła przez kuchnię i wzięła dziewczynkę w ramiona. – O, jest 

i pan Christopher. A gdzie wasza mama? 

– Śpi.  
Hattie  popatrzyła  porozumiewawczo  na  Billy’ego  Raya.  Miała  płaską  twarz  i 

złotobrązową  skórę,  która  zdradzała  pochodzenie  jej  przodków.  Spod  turbanu  w  afrykański 
wzorek  wyłaniały  się  niesforne  loki,  a  ręcznie  robione  turkusowe  kolczyki  sięgały  jej  za 
ramiona.  

– Jak się czuje? – zapytała go z troską.  
– W nocy kaszlała, ale nad ranem chyba jej przeszło. Wczoraj przemęczyła się zbytnio i 

padła.  

– To do niej podobne.  
– Mówiła, że jesteś jej przyjaciółką.  
–  Och,  to  zaszczyt  –  uśmiechnęła  się  Hattie.  –  W  każdym  razie  nie  miała  zbyt  wielu 

przyjaciół. – Spojrzała na niego, potem na dzieci i Billy domyślił się, że inne rewelacje będą 
musiały zaczekać.  

background image

–  A  teraz  nie  chce,  żeby  ktokolwiek  wiedział,  gdzie  jest  –  powiedział.  –  Dotrzymasz 

tajemnicy? 

– Nie można pracować  w tym  miasteczku i  nie  umieć dotrzymać tajemnicy,  Billy Ray. 

Niektórych dotrzymam na zawsze. Inne tylko do...  

– Hattie? 
Wszyscy  spojrzeli  w  stronę  drzwi,  w  których  niespodziewanie  stanęła  Carolina.  Billy 

ruszył ku niej natychmiast, ale powstrzymała go ruchem ręki.  

– Czuję się lepiej – powiedziała. – Nie powinieneś był pozwalać, żebym tyle spała.  
–  W  ogóle  nie  powinnaś  wstawać  –  odparł.  –  Zamierzałem  przynieść  ci  śniadanie  do 

łóżka. Dziś Hattie zajmie się dziećmi. Ty masz tylko odpoczywać.  

Carolina chciała chyba zaprotestować, zrezygnowała jednak i przeniosła wzrok na dzieci.  
– Jem płatki – poinformowała mamę Kicia. – Słodzone. Smakują jak cukierki.  
–  Zdaje  się,  że  będę  odpowiedzialny  za  ich  oszpecone  uśmiechy.  –  Billy  Ray  ujął 

Carolinę pod ramię i  poprowadził ją do krzesła.  – Obserwujmy je bacznie. Od cukru mogą 
dostać wstrząsu insulinowego.  

Carolina uśmiechnęła się słabo, a potem usiadła z ulgą i przywitała się z Hattie. Miała na 

sobie jasnoniebieskie szorty i takąż podkoszulkę, a jej włosy były starannie zaczesane. Mimo 
to wyglądała na chorą i wyczerpaną.  

Tak zazwyczaj wyglądał Yancy na kacu.  
– Może trochę soku na początek? – zaproponował Billy Ray.  
– Chętnie.  
Podszedł do kredensu i wyjął z niego szklankę.  
– Co poza tym? – zapytał. – Kawa, herbata? 
– Herbata  – odpowiedziała stanowczo Hattie, zanim Carolina zdążyła się odezwać.  –  Z 

miodem i cytryną. Posłuchaj, Carolino, natychmiast po śniadaniu masz się znaleźć w łóżku. 
Jeśli nie pójdziesz, sama cię tam zaniosę.  

– I tak już za bardzo zawracam głowę Billy’emu.  
– Skończyłam! – Kicia wyciągnęła przed siebie pustą miseczkę. – Chris też. Teraz chcę 

iść na górę.  

–  Pójdziesz  na  górę,  żeby  się  wykąpać  i  przebrać,  tak  samo  jak  twój  brat  –  zarządziła 

Hattie. – Chodźmy, pokażecie mi wasze ubrania.  

Po chwili wyprowadziła oba maluchy z kuchni. Carolina odczekała, aż cała trójka zniknie 

w korytarzu, a potem spojrzała nieśmiało i zapytała: 

– Czy ona wie... ? 
– Wie.  
– A Joel? Sprowadził samochód? 
– Jest w szopie. – Billy postawił przed nią szklankę z sokiem. – Zaraz zrobię herbaty.  
– Dziękuję.  
– Nie ma za co. Zamierzasz zadzwonić do Graysonów? 
– Gloria ma o dziesiątej spotkanie zarządu. Nie opuści go, bo gdyby to zrobiła, zaczęto by 

plotkować.  A  ona  najbardziej  w  świecie  nienawidzi  plotek  dotyczących  swojej  rodziny.  Na 

background image

zebranie  zawiezie  ją  jak  zawsze  gospodyni.  Poczekam,  aż  wyjdą,  i  zostawię  wiadomość  na 
automatycznej sekretarce.  

Gloria była teściową Caroliny. Billy Ray nie miał z nią zbyt wiele do czynienia, zawsze 

jednak  wydawała  mu  się  kobietą  pozbawioną  wszelkich  uczuć,  dla  której  liczyły  się 
wyłącznie obowiązki.  

– Co powiesz? – zapytał.  
– Że musieliśmy wyjechać, że jesteśmy teraz daleko i nic nam nie jest, i że kiedy już się 

zadomowimy, skontaktujemy się z nimi raz jeszcze.  

– Myślisz, że to załatwi sprawę? 
– Nie, ale tyle jestem jej winna.  
– A sędziemu? 
Carolina nie odpowiedziała od razu.  
– Po wypadku Gloria pomogła mi, bo tak wypadało – odezwała się ze wzrokiem wbitym 

w podłogę. – On pomógł wyłącznie po to, by móc mnie kontrolować. – Upiła łyk soku. – Nie 
oczekuję, że to zrozumiesz. Nie musisz.  

– Musiałem powtórzyć Joelowi część tego, co mi powiedziałaś. Wyciągnąłem go z łóżka i 

kazałem sprowadzić twoje auto. Byłem mu winien jakieś wyjaśnienia.  

– Powtórzy to komuś? 
Tym  razem  Billy  zamyślił  się  na  dłużej.  Przypomniał  sobie  twarz  dziadka,  który  stał 

wczoraj  w  szopie  i  cierpliwie  słuchał  jego  wyjaśnień.  Gdy  Billy  skończył,  Joel  bez  słowa 
ruszył  do  starego,  zdezelowanego  chevroleta,  którym  planował  wrócić  do  warsztatu. 
Zapytany, czy dochowa tajemnicy, odwrócił się, otwierając drzwi auta, i powiedział: 

–  Twój  ojciec  wiedział  coś  o  Graysonie.  Więcej  niż  mi  powtórzył.  Zawsze  jednak 

uważałem, że to sędzia odpowiada za...  

Potrząsnął głową i sięgnął za klamkę, jednak Billy nie zamierzał go tak puścić.  
– Za co? – zapytał i przytrzymał dziadka za ramię.  
– Za to, kim stał się twój ojciec tuż przed śmiercią. Nie powiedział nic więcej. Zdjął dłoń 

wnuka ze swego ramienia, a potem wsiadł do samochodu i uruchomił silnik.  

– Billy? – powtórzyła Carolina zaniepokojonym głosem. – Czy Joel powie sędziemu, że 

tu jestem? 

– Nie powie – zapewnił ją Billy. – Możesz być tego pewna.  
Znów  zapadła  cisza.  Carolina  westchnęła  ciężko  i  chwilę  później  zaczęła  kasłać.  Kiedy 

doszła wreszcie do siebie, Billy powiedział: 

–  Możesz  tu  zostać  tak  długo,  jak  będziesz  chciała.  Hattie  zajmie  się  dziećmi,  kiedy  ja 

będę w pracy. Potrzebujesz czasu, żeby wy dobrzeć i zdecydować, co dalej.  

– Podjęłam już wszystkie decyzje. I do wczoraj byłam bliska ich realizacji. Teraz jednak 

jest już za późno. On na pewno kazał obserwować drogi.  

– Czy usiłował wcześniej zapewnić sobie prawo do opieki nad dziećmi? 
Carolina potrząsnęła głowa.  
–  Nie  musiał,  skoro  wciąż  miał  je  pod  ręką.  Kiedy  jednak  powiedziałam,  że  nadszedł 

czas, abym się wyprowadziła, zaprotestował. Powiedział, że jeśli wyprowadzę się, zanim on 

background image

uzna to za stosowne, zaciągnie mnie do sądu i pozbawi praw rodzicielskich. Dla dobra dzieci.  

– Na razie nie ma ku temu żadnych podstaw. Carolina ponownie pokręciła ze smutkiem 

głową.  

–  Billy,  przecież  tu  rządzi  sędzia  i  Doug  Fletcher.  Doug  przyczepi  się  do  mnie  za 

cokolwiek. Na przykład za prowadzenie auta w podejrzany sposób. Zawsze coś się znajdzie. 
Orzekną,  że  jestem  nieodpowiedzialna,  zażądają  ekspertyzy  psychologa,  a  mają  znajomych 
ekspertów...  

–  Wiem  –  przerwał  jej.  –  Nie  musisz  kończyć.  Zdawał  sobie  sprawę,  jak  wyglądają 

sądowe  procedury  w  podobnych  przypadkach.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  Doug  i  Grayson 
często naginają prawo do swoich celów. Doug nie był zły, jednak zżerała go ambicja i starał 
się przypochlebić sędziemu na każdym kroku.  

–  Przyniosę  ci  tost  –  zaproponował.  –  Potem  będę  musiał  pojechać  do  biura.  Jeśli 

będziesz czegoś potrzebowała, powiedz Hattie, żeby do mnie zadzwoniła. I pamiętaj, nigdzie 
nie wychodź. Nie próbuj uciekać do Georgii w świetle dnia. Kiedy wrócę, porozmawiamy.  

– Pamiętasz rozmowy, które kiedyś prowadziliśmy? Billy sięgnął  po bochenek  chleba i 

powoli  odkroił  z  niego  dwie  kromki.  Potem  oczyścił  toster,  chociaż  nie  było  w  nim  nawet 
jednego okruszka. Nie spojrzał na Carolinę, dopóki grzanki nie były gotowe.  

– Pamiętam. – Oparł się o blat i skrzyżował ręce. – Ty także? 
– Tak.  
– Dziwne.  
–  Wtedy  po  raz  ostatni  naprawdę  z  kimś  rozmawiałam.  –  Uśmiechnęła  się  smutno.  – 

Tęskniłam za tobą... tęskniłam, odkąd przestaliśmy być przyjaciółmi.  

– Po tym, jak zdecydowałaś się poślubić Champa – sprecyzował.  
Zaręczyła się z Champem  w ostatniej  klasie liceum  i  choć wyszła za niego dopiero pod 

koniec studiów, te zaręczyny odseparowały ją od wszystkich, zwłaszcza od Billy’ego Raya.  

– To była najgorsza decyzja w moim życiu – powiedziała. – Wypełnionym samymi złymi 

decyzjami  –  dodała,  nie  podnosząc  wzroku  znad  kubka  z  herbatą.  –  Zawsze  chciałam  ci  to 
powiedzieć.  

– Nie byłaś szczęśliwa? 
–  Pamiętasz  tych  wszystkich  wędrownych  kaznodziejów,  którzy  przyjeżdżali  tu  latem  i 

rozstawiali swoje namioty? Pamiętasz, jak wrzeszczeli, że piekło jest potworne? 

– Pamiętam.  
– Ja byłam w piekle, Billy – szepnęła, podnosząc na niego oczy pełne bólu. – I uwierz mi, 

ci kaznodzieje dobrze wiedzieli, o czym mówią.  

Kancelaria Billy’ego Raya składała się z trzech pomieszczeń, usytuowanych w domu na 

jednej  z  bocznych  uliczek  Moss  Bend.  Był  tam  sekretariat,  biblioteka  służąca  za  salę 
konferencyjną  i  gabinet,  w  którym  stało  jedynie  biurko  oraz  trzy  regały.  Front  budynku 
wynajmowała najpopularniejsza kwiaciarnia w miasteczku.  

Choć Billy Ray miał prawo do miejsca na parkingu przed biurem i tak najczęściej musiał 

parkować  na  ulicy.  Dzisiaj  było  podobnie.  Na  miejscu  należącym  do  Billy’ego  zaparkował 
jakiś luksusowy cadillac.  

background image

Roześmiane  dziewczyny  w  pastelowych  sukienkach  wpadały  do  kwiaciarni  i  z  niej 

wypadały,  najczęściej  w  towarzystwie  matek,  różniących  się  od  nich  jedynie  nieco 
skromniejszym  ubiorem.  Billy  podejrzewał,  że  Gabriel,  właściciel  kwiaciarni,  znowu  zarobi 
krocie na gościach, szykujących się do jakiegoś ślubu. Gabriel obsługiwał niemal wszystkie 
ważniejsze imprezy w Moss Bend.  

Billy  Ray  zaparkował  niedaleko  biura  i  uśmiechnął  się,  widząc,  jak  jedna  z  dziewcząt, 

opalona brunetka, mrugnęła do niego okiem, gdy przechodził. Nie miał serca powiedzieć jej, 
że  choć  jest  zbyt  młody  na  jej  ojca,  to  swobodnie  mógłby  być  jej  ukochanym  wujaszkiem. 
Cieszyło  go,  że  nadal  jest  atrakcyjny  dla  młodych  dziewczyn,  ale  w  jego  wieku  dojrzałość 
wydawała mu się bardziej pociągająca.  

Na  przykład  Carolina  –  nawet  chora  i  zniechęcona,  była  w  jego  oczach  dużo  bardziej 

pociągająca niż owa ładna brunetka. Jednak Carolina Waverly wzbudzała jego zachwyt już w 
czasach,  gdy  po  raz  pierwszy  pojawił  się  w  murach  liceum  River  County  i  ujrzał  ją,  jak 
chichocze w szatni wraz z koleżankami.  

Billy Ray i Carolina przez całe życie mieszkali w tym samym okręgu, jednak uczęszczali 

do różnych podstawówek i gimnazjów. Mimo to tamtego ranka Billy rozpoznał dziewczynę. 
Mieszkał poza miasteczkiem, ale większość życia spędził w warsztacie Joela albo jeżdżąc od 
baru  do  baru  w  poszukiwaniu  Yancy’ego.  Wiedział  więc,  że  po  zakończeniu  kadencji 

senatora  ojciec  Caroliny  przyjechał  tu,  by  zająć  się  rodzinnymi  interesami  w  Moss  Bend. 
Mimo że dobiegał sześćdziesiątki, ożenił się z dwudziestopięciolatką i szybko został ojcem – 
to  właśnie  z tego  związku  urodziła  się  wkrótce Carolina.  Billy  wiedział  też,  że  dziewczyna 
mieszka na Old Waverly Lane, co umieszczało ją bardzo wysoko w silnie zhierarchizowanej 
społeczności tego tak typowego dla Południa miasteczka.  

Rozpoznał  ją,  choć  właściwie  nigdy  wcześniej  tak  naprawdę  jej  nie  widział.  Aż  do  tej 

chwili. Carolina podniosła wzrok i uśmiechnęła się do niego. Już wtedy poczuł, że zostanie jej 
przyjacielem.  

I  rzeczywiście  tak  się  stało,  a  w  kolejnych  latach  ich  przyjaźń  się  pogłębiała.  Carolina 

uwielbiała  życie  towarzyskie,  choć  nie  była  płytką,  powierzchowną  osobą.  Na  lekcjach  to 
właśnie  ona  zadawała  najbardziej  dociekliwe  pytania  i  pisała  najbardziej  wnikliwe  prace. 
Kiedy trzeba było wykonać którąś z prac wspólnie, zawsze wybierała na partnera Billy’ego. 
Intelektualnie byli sobie bowiem równi, godzinami mogli siedzieć i dyskutować o rozmaitych 
sprawach, co zresztą chętnie czynili.  

Ich przyjaźń był prawdziwa i szczera. Wzajemnie szukali u siebie pociechy i choć może 

nie  mówili  sobie  o  wszystkim,  to  z  pewnością  dzielili  się  tym,  co  najważniejsze.  Kiedy 
Carolina  nie  szła  akurat  na  jakieś  przyjęcie  albo  nie  miała  żadnych  pozaszkolnych  zajęć, 
wspólnie  szwendali  się  po  okolicy.  Na  mocy  niepisanej  umowy  nigdy  nie  odwiedzali  się 
jednak w swoich domach. Uczyli się w bibliotece lub chodzili na długie spacery przez lasy 
rosnące nieopodal miasteczka.  

Po  raz  pierwszy  pocałował  ją  pod  rozłożystym  drzewem,  gdy  w  trakcie  jednego  z  tych 

spacerów zatrzymali się na chwilę, by odpocząć. Wtedy też Billy po raz pierwszy opowiedział 
jej o ojcu. Dwa dni wcześniej Yancy trafił do szpitala po tym, jak spadł z mostu nieopodal 

background image

tawerny.  Połamane  kości  i  wstrząs  mózgu  były  dla  niego  niczym  w  porównaniu  z  brakiem 
whisky.  

– Wyjadę z tego miasta, jak tylko skończę liceum – stwierdził. – I nigdy już tu nie wrócę.  
Objęła  go  wtedy  w  pasie,  żeby  go  jakoś  pocieszyć,  a  on  spojrzał  na  jej  jasne  włosy  do 

ramion i współczujące zielone oczy i w jednej chwili zrozumiał, że przepadł.  

Wiedział,  że  nie  wolno mu  kochać  Caroliny  Waverly.  Wiedział  też,  że  nie  powinien  jej 

całować. Jednak tamtego popołudnia zrobił jedno i drugie.  

Teraz,  tuż  przed  drzwiami  biura,  usłyszał  ostry  gwizd,  który  nagle  przerwał  jego 

wspomnienia.  Odwrócił  się  i  ujrzał  Douga.  Ubrany  w  wyjściowy  mundur,  szeryf  zmierzał 
przez parking w jego stronę. Pozdrowił po drodze jedną z kobiet wychodzących z kwiaciarni, 
po czym podszedł do przyjaciela.  

– Szukasz, kogo by tu aresztować? – powitał go Billy.  
– A co? Chcesz, żebym dał mandat temu kierowcy? – Doug machnął głową w kierunku 

cadillaca.  

–  Lepiej  nie,  założę  się,  że  należy  do  żony  któregoś  z  sędziów.  Poproszę  Fran,  żeby 

napisała karteczkę i zatknęła za wycieraczkę. Co i tak pewnie nic nie da.  

Billy Ray otworzył drzwi i puścił Douga przodem.  
– Cześć, Franny! – Doug przywitał sekretarkę. Fran była niemłodą kobietą o kręconych 

siwych włosach i głębokich zmarszczkach, okalających wiecznie zmrużone oczy. Nie lubiła 
większości rzeczy i większości ludzi. Na szczęście lubiła Billy’ego Ray a, – Zgubiłeś tu coś? 
– mruknęła teraz na widok Douga.  

– Daj spokój, Franny. Przecież mnie lubisz – odparł. – Zawsze lubiłaś.  
– Tak jak chrzan albo ciepłe piwo.  
– Czyżbyś miała ochotę na jedną kolejkę? 
– Nie wysilaj się, Doug – odparła Fran z niewzruszoną miną, po czym przeniosła wzrok 

na Billy’ego. – Spóźniłeś się.  

– Przepraszam, coś mnie zatrzymało. Były jakieś telefony? 
–  Położyłam  faks  na  twoim  biurku.  Pani  Balou  prosi,  żebyś  do  niej  jak  najszybciej 

zadzwonił. Mówi, że wczoraj wieczorem ktoś był na jej werandzie i zaglądał w okna.  

– Dwa, trzy razy w tygodniu chodzimy do niej i to sprawdzamy – jęknął Doug. – Moim 

zdaniem ta stara marzy o tym, żeby ktoś wreszcie zechciał zajrzeć w jej okno.  

– Pytał cię ktoś o zdanie? – Fran wbiła w niego znużony wzrok.  
– Doug jest teraz szeryfem – przypomniał jej Billy. – Bądź dla niego miła, bo jeszcze nie 

da ci karty parkingowej.  

– I co z tego? I tak nie umie pilnować, by wszyscy parkowali tam, gdzie powinni.  
– Dobra – Doug uznał, że nie uda mu się zmusić sekretarki do choćby cienia uśmiechu – 

macie tu jakąś kawę? 

–  Mamy  ekspres.  I  filtry,  i  wodę.  –  Fran  powróciła  do  pisania  na  maszynie.  –  Jest  też 

cukier.  

– Poczekaj, zrobię ci – zaproponował szeryfowi Billy. – Wejdź do mojego pokoju. Zaraz 

przyjdę... Aha, słodzisz? 

background image

Świeżo zaparzona kawa stała w ekspresie w sali konferencyjnej. Billy napełnił dwa kubki 

i wsypał cukier do porcji Douga.  

–  Co  cię  dziś  sprowadza?  –  zapytał  przyjaciela,  stawiając  przed  nim  parujący  kubek. 

Doskonale wiedział, co powie Doug.  

– Byłeś zeszłej nocy w warsztacie, tak jak planowałeś? 
– Tak. Dlaczego pytasz? 
– Nie zauważyłeś niczego wyjątkowego? 
– Nie. Sprawdziłem teren, potem wróciłem do domu.  
– Długo tam byłeś? 
–  No,  trochę...  –  Zastanawiał  się,  jak  długo  jeszcze  zdoła  unikać  mówienia  prawdy  i 

jednocześnie nie skłamać. – Wysłałeś tam kogoś o północy? 

– Tak, on także niczego nie zauważył.  
– A coś się stało? 
– Zdaje się, że z parkingu zniknęło jedno auto. Samochód Caroliny Grayson.  
– Poważnie? 
– Co o tym wiesz, Billy Ray? Twój dziadek niewiele nam powiedział.  
Billy upił łyk kawy. Fran zaparzyła prawdziwego szatana, ale teraz rzeczywiście przydał 

mu się potężny zastrzyk kofeiny.  

– Czy ktoś zgłosił kradzież samochodu? – zapytał.  
– Sędzia Grayson.  
– Dlaczego on? 
– Bo Caroliny nie ma. Zniknęła.  
– No więc chyba masz odpowiedź. Nie ma Caroliny, nie ma wozu. – Billy Ray wzruszył 

ramionami. – Nie wydaje mi się, żeby popełniono jakieś przestępstwo.  

– Nie kręć, Billy. Wiesz więcej niż chcesz powiedzieć.  
– Wiem, kiedy nie powinienem wtrącać się w sprawy, które mnie nie dotyczą.  
Doug  wyprostował  się  i  także  zaczął  pić  kawę.  Obaj  mężczyźni  przyjaźnili  się  długo  i 

znali  doskonale.  Trudno  było  liczyć  na  to,  że  Doug  da  się  zbyć  byle  jakim  wyjaśnieniem. 
Billy  miał  wszakże  nadzieję,  że  właśnie  ze  względu  na  tę  przyjaźń  nie  będzie  zbytnio 
naciskał.  

– W liceum przyjaźniłeś się z Caroliną. Często się widujecie? 
– Wiesz przecież. Przestałem się z nią spotykać, kiedy zaręczyła się z Champem.  
– Nigdy za nim nie przepadałeś, prawda? 
– Czy ja wiem? Nie obracaliśmy się w tych samych kręgach. Ledwie go znałem.  
– Wiesz, Billy, stary Champ nie był zupełnie taki, jak się wszystkim zdawało.  
Billy  Ray  odstawił  kubek  na  stół.  Czekał.  Doug  mógł  wydawać  się  niezbyt  bystrym 

poczciwcem,  ale  o  mieszkańcach  Moss  Bend  wiedział  sporo,  a  jeszcze  więcej  potrafił  się 
domyślić.  

– Tak jak Caroliną – dodał Doug, gdy skończył pić kawę i podobnie jak chwilę wcześniej 

przyjaciel,  postawił  kubek  na  brzegu  jego  biurka.  –  Niektórzy  wiedzą,  jak  zrobić  dobre 
wrażenie. Kiedy jednak przyjrzysz im się bliżej...  

background image

– To co? 
– To jakbyś włożył kij w mrowisko. Z wierzchu niby nic się nie dzieje, ale włóż ten kij, a 

ściągniesz kłopoty na wszystkich.  

– Może przestaniesz robić aluzje i powiesz wprost, o co chodzi? – uśmiechnął się Billy.  
– Nie domyślasz się, o co chodzi? 
– No dobra, chcesz mnie przed czymś ostrzec? Przed czym? 
–  Caroliną  wpakowała  się  w  kłopoty.  Wczoraj  w  nocy  porwała  dzieciaki  i  uciekła.  To 

wnuki starego Graysona...  

– Czekaj no, chwilę. Przecież to nie tylko jego wnuki, ale także jej dzieci, prawda? Nie 

słyszałem  o  tym,  żeby  dziadek  miał  jakieś  szczególne  prawo  do  decydowania  o  tym,  gdzie 
wolno się udać matce jego wnuków i kiedy. A może się mylę? 

– Pod warunkiem, że ta matka jest, no... zupełnie sprawna, wiesz, co mam na myśli.  
– Nie wiem.  
– Nie słyszałeś nic o naszej Carolinie? 
– Nie.  
– Jest niezrównoważona. Pije. Zapomina o tym, że powinna opiekować się dziećmi. Jest... 

do diabła, jak brzmi to słowo?... jest paranoiczką. Wyobraża sobie rozmaite rzeczy, że chcą ją 
skrzywdzić i tak dalej... Sędzia boi się zostawiać z nią dzieciaki, martwi się.  

– Jasne, rozumiem. Tylko nie bardzo w to wszystko wierzę. Znałem dobrze Carolinę i...  
–  Kiedy  to  było,  stary?  –  Doug  wstał  i  przeciągnął  się  niedbale.  –  Piętnaście  lat  temu? 

Dziesięć? Ludzie się zmieniają, przyjacielu. Dobrze o tym wiesz. W każdym razie miej oczy 
szeroko otwarte, dobra? Jeśli coś usłyszysz...  

– Jeśli usłyszę coś, co warto powtórzyć, natychmiast do ciebie zadzwonię.  
– O właśnie – Doug uchylił lekko ronda kapelusza – o to chodzi.  
Billy  Ray  obserwował,  jak  jego  przyjaciel  znika  w  drzwiach.  Był  pewien,  że  szeryf 

wyczuł jego niepewność i wahanie. Cholera, po co mu wczoraj mówił o tym, że wybiera się 
do warsztatu? Musi spowiadać się ze wszystkiego, co robi? 

Teraz  powinien  zadzwonić  do  Caroliny  i  polecić  jej,  żeby  na  resztę  dnia  ukryła  dzieci. 

Jednego był bowiem pewien – że szeryf na pewno będzie dziś przejeżdżał drogą obok jego 
domu. I to pewnie nie raz.  

Carolina miała się za dobrą matkę. Niestety, przez wszystkie lata jej związku z Champem 

mąż i teść umniejszali jej starania tak skutecznie, że niewiele pozostało z jej dawnej pewności 
siebie. Champ niezmiennie oskarżał ją, że jest okropną żoną, aż wreszcie zaczęła mu wierzyć. 
Teść  wciąż  podkreślał,  że  wszystko,  co  robi  Carolina,  nie  jest  godne  Graysonów,  więc  i  tę 
opinię uznała w końcu za swoją.  

Nikt  jednak  nie  zdołał  jej  nigdy  wmówić,  że  źle  opiekuje  się  dziećmi.  Była  cierpliwa, 

troskliwa,  surowa,  kiedy  wymagała  tego  sytuacja,  ale  zawsze  pełna  miłości  i  ciepła.  Przez 
cały  czas starała się chronić Kicię i  Chrisa przed wpływem  osób, które  je otaczały, i  robiła 
wszystko, żeby jej rodzinne kłopoty nie odbiły się na maluchach.  

Teraz  leżała  na  sofie  w  pokoju  Billy’ego  Raya  i  obserwowała,  jak  dzieci  oglądają  na 

wideo film Disneya. Maluchy były zmęczone, lecz, o dziwo, bardzo spokojne i ciche. Nawet 

background image

Chris, z reguły nieznośny i hałaśliwy, przestał wreszcie krzyczeć i złagodniał.  

– Jak sobie radzisz, Carolino? 
Carolina  uśmiechnęła  się  do  Hattie,  która  właśnie  skończyła  przygotowywać  kolację  i 

weszła  na  górę,  by  się  pożegnać  –  Jesteście  dla  mnie  tacy  dobrzy.  Nie  wiem,  jak  wam 
dziękować.  

– Już od dawna nikt nie był dla ciebie dobry, prawda? Nie wiedziała, co odpowiedzieć. 

Na szczęście Hattie nie dała jej dojść do głosu.  

– Dzwonił Billy – oznajmiła. – Jedzie do domu. Ja muszę już iść. Dasz sobie radę, dopóki 

nie przyjedzie? 

– Oczywiście. Nic mi nie będzie.  
Hattie położyła dłoń na jej czole, po czym z zadowoleniem kiwnęła głową.  
–  Gorączka  minęła  –  powiedziała.  –  Do zobaczenia  jutro.  Przyniosę  jakieś  zabawki  dla 

Chrisa.  

– Dziękuję, Hattie. Za wszystko.  
Hattie  pożegnała  się  z  dziećmi,  które  były  jednak  tak  pochłonięte  tym,  co  dzieje  się  na 

ekranie, że uściskały ją, nie odrywając wzroku od telewizora. Carolina poczuła, że ciążą jej 
powieki. Zdrzemnęła się wczesnym popołudniem, lecz wciąż była śpiąca. Pomyślała, że tylko 
na moment zamknie oczy...  

Kiedy  je  otworzyła,  stał  przed  nią  Billy  Ray.  Na  jego  widok  gwałtownie  wciągnęła 

powietrze w płuca – i natychmiast zaczęła kasłać.  

– Przepraszam – powiedział. – Nie chciałem cię przestraszyć.  
Uspokoiła się wreszcie i usiadła, a on przycupnął obok niej.  
– Nie słyszałam, jak wszedłeś – wyjaśniła.  
– Spałaś.  
– Chyba tak, ale przecież zawsze czuwam, zawsze nasłuchuję, czy z dziećmi wszystko w 

porządku.  

– Teraz jesteś osłabiona, chora.  
– To tylko...  
– Wiem – położył dłoń na jej dłoni – zapalenie płuc. Carolina spojrzała szybko na dzieci, 

lecz te wciąż zapatrzone były w ekran.  

– Chyba wszystko robię nie tak jak trzeba – szepnęła, ściskając kurczowo jego dłoń.  
– Przesadzasz.  
– A gdyby coś stało się Chrisowi? 
– Przecież Hattie powiedziała ci, że już jadę, prawda? Wiedziałaś, że zjawię się za parę 

minut.  No  i  jest  jeszcze  Kicia  –  uśmiechnął  się,  patrząc  na  odwróconą  tyłem  główkę 

dziewczynki. – Gdybyś nie usłyszała Chrisa, już ona by cię obudziła. Przestań się zadręczać. 
Masz wypoczywać.  

Boże,  jak  miło  było  słuchać  podobnych  słów.  Zachowanie  Billy’ego  było  tak  różne  od 

tego, do czego przyzwyczaili ją Champ i jego ojciec, że aż niewiarygodne. I jeden, i drugi już 
dawno wytknęliby jej brak zainteresowania dziećmi i nieuwagę.  

Zastanawiała się, czy Billy w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, jaki jest czuły i troskliwy. 

background image

On  pewnie  uważał,  że  to  naturalne;  dla  niej  było  to  niczym  powiew  świeżego  powierza  w 
zatęchłym pomieszczeniu, w którym przebywała przez ostatnie lata.  

– Podobno Hattie zrobiła kolację. – Puścił jej rękę i wstał z sofy. – Pójdę zobaczyć, co 

wymyśliła.  

Carolina wstała w ślad za nim.  
– Kiciu, popilnujesz Chrisa? – poprosiła. – Krzyknij, jeśli będziesz mnie potrzebowała.  
Kicia skinęła głową, nie patrząc nawet na matkę.  
– Może lepiej poleź, Carolino. – Billy zmarszczył brwi.  
– Pomogę ci.  
– Nie bądź niemądra.  
–  Chcę  z  tobą  porozmawiać  –  uspokoiła  go  ściszonym  głosem.  –  A  jeśli  nie  chcesz 

rozmawiać, usiądę i po prostu będę ci się przyglądać.  

Poszła za nim do kuchni i usiadła przy stole, który Hattie nakryła już do kolacji.  
–  Jak  dzieci?  Były  grzeczne?  –  spytał  Billy.  –  Przykro  mi,  że  cały  dzień  siedziały  w 

domu.  

– Im też było przykro. Hattie zabrała je na trochę do szopy. Najpierw upewniłyśmy się, że 

nikogo nie ma na drodze. Bawiły się z twoim kotem, tym bez nogi...  

– To nie jest mój kot. On tam po prostu mieszka.  
– Będzie miał kocięta.  
– Cholera. – Billy potrząsnął głową. – A więc to kocica. Pojawiła się jakieś dwa tygodnie 

temu i została. Żywi się chyba myszami i szczurami. Jest tak duża i brzydka, że z początku 
myślałem, że to kocur, a nie kotka.  

Carolina roześmiała się, tym razem szczerze.  
– Przyznaj się, że nie potrafisz tego odróżnić.  
–  Fakt  –  Billy  podniósł  głowę  znad  lodówki  i  uśmiechnął  się  do  niej  –  nie  potrafię.  Z 

ludźmi jest łatwiej...  

Gdy tak na nią patrzył, poczuła w sercu dotkliwe ukłucie. Zdawało się, że jakaś bolesna, 

dawno zabliźniona rana odnowiła się i zaczęła krwawić. Uczucie to było tak intensywne, że 
przez  chwilę  Carolina  nie  słyszała  słów  Billy’ego,  nie  widziała  przekornego  błysku  w  jego 
oczach, a tylko patrzyła na tę mądrą, rozumiejącą twarz, twarz, którą znała tak dobrze.  

–  Ona  nie  żywi  się  tylko  myszami  i  szczurami  –  wyjaśniła,  wracając  do  rozmowy.  – 

Hattie daje jej jedzenie, kiedy przychodzi sprzątać.  

– Hattie? No proszę. Pewnie już dała jej jakieś imię? 
– Hattie nie. Kicia to zrobiła.  
– No tak, to ma sens. Mała dziewczynka zwana Kicią nadała imię mojemu kotu. I jak ją 

nazwała? Mary Sue Watkins? 

– Trójnóg.  
– Bardzo oryginalnie. Tylko trochę...  
– Tak? – Niemal roześmiała się, widząc jego zmarszczone czoło.  
– Trochę mało poetycko.  
– Kicia potrafi być rzeczowa.  

background image

– A jej mama? Też taka jest? 
– Nie, ale się stara.  
– Zamieniam się w słuch.  
Carolina odetchnęła głęboko, spoważniała.  
– Posłuchaj, Billy, chcę, żebyś o czymś wiedział – zaczęła. – Nie wiem sama, dlaczego... 

po prostu chcę.  

Wyglądał  tak,  jakby  sam  nie  był  pewien,  czy  chce  się  czegoś  dowiedzieć,  ale  nie 

zaprotestował. Wyciągnął z lodówki sałatkę, po czym nakruszył lodu do szklanek.  

– Wiem, jak wyglądało  twoje życie z ojcem  – powiedziała po chwili.  –  Ja też przez to 

przeszłam.  

Billy znieruchomiał.  
– Co masz na myśli? – zapytał powoli.  
–  Champ  był  alkoholikiem...  –  Przerwała,  potrząsnęła  głową.  –  Nie,  jeszcze  gorzej.  On 

nadużywał narkotyków. Nadużywał zresztą wszystkiego.  

Popatrzyła  na  niego,  a  on  nie  spuścił  wzroku.  W  jego  spojrzeniu  znalazła  coś,  co 

pozwoliło jej dokończyć owo wyznanie, na które trudno jej było się zdobyć nawet przed samą 
sobą: 

– On mnie zastraszył i wykorzystywał.  
Billy milczał. Widziała, jak drgają mu mięśnie zaciśniętej szczęki.  
– Jak długo? – zapytał w końcu.  
– Nie umiem powiedzieć, kiedy to się zaczęło. – Zwiesiła głowę i wzruszyła ramionami. 

–  Założę  się  też,  że  do  końca  tego  nie  zrozumiesz.  Sama  nadal  tego  nie  rozumiem,  choć 
ostatnio  chodziłam  do  psychologa.  Na  początku  sądziłam,  że  Champ  robi  to  z  miłości  do 
mnie,  że  chce,  żebym  była  jak  najlepsza.  Krytykował  różne  drobiazgi.  Usiłowałam  się 
poprawić, żeby był zadowolony. Wtedy wynajdował coś innego.  

– Czy to, co robił... – Billy odstawił szklankę, którą trzymał w dłoni, jak gdyby obawiał 

się, że może ją zgnieść. – Czy to wychodziło poza krytykę? 

– Tak. – Odwróciła wzrok. – Wychodziło.  
–  Więc  dlaczego  z  nim  żyłaś?  –  spytał  ostro.  –  Miałaś  przecież  dokąd  odejść,  prawda? 

Miałaś pieniądze.  

– Ciężko mi to wytłumaczyć. Sama dopiero zaczynam to pojmować. Ja... – Popatrzyła na 

stół,  na  drewnianą  powierzchnię,  która  widziała  już  tysiące  rodzinnych  kolacji,  setki 
rozlanych szklanek mleka. – Wychowano mnie tak, aby inni byli ze mnie zadowoleni. Ojciec 
miał  prawie  sześćdziesiąt  lat,  kiedy  się  urodziłam.  Nie  lubił  hałasu  i  kłopotów.  Musiałam 
siedzieć  cicho  i  grzecznie  się  zachowywać.  Matka  zawsze  była  zajęta  innymi  sprawami. 
Spędzała ze mną czas tylko wtedy, gdy robiłam dokładnie to, czego chciała.  

– Zgoda. Nie zapominaj  jednak,  że znałem cię w tamtych czasach  – przypomniał  jej.  – 

Mimo wszystko miałaś swoje pomysły na życie i zdecydowane poglądy. Nie byłaś zahukaną 
dziewczyną i planowałaś, że zostaniesz kimś.  

– Byłam dziewczyną, która szybko zrezygnowała ze swoich marzeń i zrobiła dokładnie 

to, czego od niej oczekiwano.  

background image

Czuła  się  upokorzona,  ledwie  wypowiedziała  ostatnie  słowo.  Wstydziła  się,  a  jednak 

pragnęła mówić dalej, kontynuować tę spowiedź.  

– Champ był najlepszą partią w River County – westchnęła. – Nawet nie byłam pewna, 

czy  go  pragnę,  ale  kiedy  dał  mi  do  zrozumienia,  że  mogłabym  zostać  panią  Graysonową, 
wpadłam po uszy. Nie potrafiłam oprzeć się pokusie.  

– Byłaś...  
– Byłam młoda – ciągnęła – i głupia. Ale wszyscy mi zazdrościli, bo on był przystojny i 

bogaty.  Traktował  mnie  jak  księżniczkę.  Kiedy  zgodziłam  się  za  niego  wyjść,  stał  się 
najważniejszy  w  moim  życiu  i  bardzo  nie  chciałam  go  zawieść.  Ilekroć  powtarzał,  że  nie 
spełniam jego oczekiwań, starałam się jeszcze mocniej. I wierzyłam... wierzyłam, że ma rację.  

–  Jestem  adwokatem  –  wtrącił  się  Billy  rzeczowym  tonem  –  i  wiele  razy  miałem  do 

czynienia  z  rozwodami.  Uwierz  mi,  wiem,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi.  Jednak  ty  mu 
pozwoliłaś... – Potrząsnął głową, jak gdyby słowa uwięzły mu w gardle.  

–  Tak,  pozwoliłam  –  przyznała.  –  Kilka  razy  dał  mi  w  twarz,  choć  pobił  mnie  tylko 

dwukrotnie.  –  Przełknęła  ślinę,  zacisnęła  dłonie  na  krawędzi  stołu.  –  Po  pierwszym  razie 
odeszłam,  ale  mnie  odnalazł.  Obiecywał,  że  się  zmieni.  Po  śmierci  mojego  ojca  matka 
przeniosła  się  do  Palm  Beach,  żeby  tam  znaleźć  kolejnego  bogatego  męża.  Pojechałam  do 
niej,  lecz  ona  wzięła  stronę  Champa.  Mówiłam  ci,  wolno  mi  było  z  nią  przebywać  jedynie 
wtedy, kiedy robiłam to, czego chciała. Pod tym względem się nie zmieniła...  

– Potrzebowałaś jej pozwolenia, by móc zmienić swoje życie? 
To było niemiłe pytanie, ale najzupełniej uzasadnione.  
– Nie – odparła Carolina. – Wróciłam do Champa, bo wierzyłam, że naprawdę się zmieni. 

Wierzyłam również, że jeśli do niego nie wrócę, jeszcze mocniej się uzależni.  

– Uznałaś więc, że możesz go ocalić.  
– Tak. A zamiast tego go zabiłam.  
– To trochę zbyt mocno powiedziane, nie sądzisz? 
– Nie wiem. Nie pamiętam. Wiem tylko to, co mi powiedziano później.  
– Pamiętasz jednak, że Champ pobił cię dwa razy. Uśmiechnęła się i zażartowała smutno: 
– Widzę, że rzeczywiście masz doświadczenia z rozwodami. Pewnie nieźle sobie radzisz 

na sali sądowej.  

Jednak Billy nawet się nie uśmiechnął.  
– Dwa razy? – powtórzył swoje pytanie.  
– Tak. Kiedy do niego  wróciłam,  na jakiś czas się poprawiło.  Potem znowu zaszłam w 

ciążę, choć tego nie planowałam. Zabezpieczałam się, ale najwyraźniej nieskutecznie. Kiedy 
powiedziałam Champowi o ciąży, zaczął ostro pić. Odkryłam też, że regularnie wyjeżdżał z 
miasteczka, żeby kupić narkotyki. Pewnego wieczoru, niedługo po porodzie, postanowiłam z 
nim porozmawiać. Nie mogłam tego dłużej znosić, więc zagroziłam mu, że zabiorę dzieci i 
wyjadę.  Wtedy  się  na  mnie  rzucił.  Popchnął  mnie  na  ścianę  tak  mocno,  że  straciłam 
przytomność. Kicia nie miała jeszcze trzech lat, bardzo się wystraszyła... Kiedy się ocknęłam, 
nie  było  ani  Champa,  ani  Kici.  Jego  rodzice  wiedzieli,  gdzie  ją  zabrał,  ale  nie  chcieli  mi 
powiedzieć. Szalałam z niepokoju. W końcu wrócił z nią i oczywiście obiecał, że się poprawi. 

background image

Jednocześnie ostrzegł mnie, że jeśli kiedykolwiek go opuszczę, znajdzie mnie, zabierze dzieci 
i już nigdy ich nie zobaczę.  

– I dlatego z nim zostałaś? 
–  Nie  wiem.  To  była  mieszanina  różnych  uczuć.  Strach,  niechęć  do  siebie,  iskierka 

nadziei, że Champ rzeczywiście się zmieni, troska o dzieci. Przede wszystkim brakowało mi 
energii. Byłam bezwolna, słaba, otumaniona. Nie wiedziałam,  co robić albo  gdzie się udać, 
żeby chronić siebie i dzieci. Nie miałam do kogo się zwrócić.  

– A on wiedział, że nie masz wyjścia.  
– Wiedział.  
– Sukinsyn.  
Spojrzała na niego, po czym przeniosła wzrok na swoje ręce, te ręce, którymi nie potrafiła 

się obronić.  

–  Sama  mu  na  to  pozwoliłam  –  powiedziała  cicho.  Billy  podszedł  do  stołu  i  stanął  na 

wprost niej.  

–  Byłaś  młoda  i  bezradna  –  stwierdził.  –  Nie  miałaś  w  nikim  wsparcia.  A  z  tego,  co 

słyszałem, on wykorzystywał tę twoją bezradność. Przestań się wreszcie obwiniać. Przyjrzyj 
się  temu,  co  się  stało,  i  wyciągnij  wnioski  na  przyszłość,  ale  nie  trać  czasu  na 
rozpamiętywanie, co też by się stało, gdybyś zachowała się inaczej.  

– Czasem zastanawiam się, czy wtedy celowo nie wypiłam za dużo.  
– Nie wierzę.  
–  Dlaczego  nie?  Może  planowałam  zjechać  z  drogi  i  zabić  Champa  albo  samą  siebie. 

Nienawidziłam go. Pod koniec naszego małżeństwa po prostu go nienawidziłam.  

– Nic dziwnego.  
– Tak, ale czy miałam prawo go zabić? Czy miałam prawo usiąść za kierownicą i wjechać 

na  to  drzewo?  Mówię  ci  to,  bo  wiem,  że  sam  zadasz  sobie  te  pytania.  Ukrywasz  mnie, 
pomagasz mi... Być może pomagasz morderczyni.  

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

– Płuca są chyba czyste, ale z zapaleniem nie ma żartów. Musi pani nadal odpoczywać. 

Proszę się tylko nie przemęczać. Z tego, co widzę, już pani zdrowieje.  

Garth Brodie, młody lekarz, który opłacał zaległe czesne z akademii medycznej, pracując 

w przychodni publicznej w River County, zdjął stetoskop i zawiesił go na szyi.  

– Mówiłam Billy’emu, że już dobrze się czuję. – Carolina poprawiła bluzkę. – Ale on się 

uparł.  Przykro  mi,  że  pana  tu  ciągnął.  Przyjmując  tę  pracę,  pewnie  nie  spodziewał  się  pan 
wyjazdów na wizyty domowe.  

–  Billy  Ray  pomógł  kilku  moim  pacjentom  dostać  rentę  inwalidzką,  gdy  nikt  inny  nie 

chciał wziąć ich spraw – odparł Garth. – Już choćby za to jestem mu coś winien.  

Carolina  domyślała  się,  że  aby  go  tu  ściągnąć,  Billy  musiał  powiedzieć  mu,  choćby 

oględnie,  o  jej  sytuacji.  Czuła  się  z  tym  niezręcznie,  ale  też  była  wdzięczna  Billy’emu  za 
troskę, a lekarzowi za fatygę. Byle tylko Garth umiał zachować dyskrecję.  

– Pewnie Billy powiedział panu, że nikt nie może się dowiedzieć o naszym dzisiejszym 

spotkaniu? – postanowiła się upewnić.  

– Owszem. – Garth zawahał się. – Czy... czy chce pani jeszcze o czymś porozmawiać? 
– Dziękuję, nie.  
–  Jeśli  będzie  pani  czegoś  potrzebowała,  proszę  dać  znać.  –  Skończył  pakować  torbę 

lekarską i sięgnął po marynarkę.  

– Właściwie – zawahała się – jest coś, o co chciałabym pana zapytać.  
– Tak? – Lekarz odłożył marynarkę na bok.  
– W grudniu miałam wypadek.  
– Słyszałem.  
–  Przeszłam  poważny  wstrząs  mózgu  i  nie  pamiętam  nic,  co  zdarzyło  się  tuż  przed  i 

podczas wypadku. Czy myśli pan, że kiedykolwiek to sobie przypomnę? 

Słuchała  uważnie,  gdy  wyliczał  jej  powody,  dla  których  nie  można  dać  jednoznacznej 

odpowiedzi.  Nie  widział  jej  karty.  Każdy  przypadek  różni  się  od  innych.  Nie  wie,  jaką 
zastosowano terapię i jakie podawano jej środki.  

–  A  ma  pani  przebłyski  pamięci?  –  spytał,  widząc  jej  rozczarowaną  minę.  –  Jakieś 

okruchy wspomnień? 

– Czasem chyba tak. Zanim jednak zdołam im się przyjrzeć, znikają.  
–  Cóż,  to  dobry  znak.  Może  nie  jest  pani  jeszcze  gotowa,  żeby  je  sobie  przypomnieć. 

Czasami blokujemy traumatyczne wspomnienia, zanim nauczymy się stawić im czoło. Często 
jednak to zwykła fizjologia. Dlatego nie mogę niczego zagwarantować.  

– Można już? – Z drugiej strony drzwi rozległo się nagle głośne pukanie.  
– Proszę! – zawołał Garth. – Właśnie skończyliśmy.  
–  Przesyłka  polecona  –  oznajmił  Billy,  wchodząc  do  pokoju  z  Chrisem  w  ramionach. 

Usadził malca na łóżku, tuż obok mamy. – I co z nią, Garth? 

– Nie jest źle. Antybiotyki zadziałały. Jest młoda i silna, organizm da sobie radę. Jeśli się 

background image

o niego zadba – odwrócił się do Caroliny – słyszała pani? 

–  Witaminy,  słońce,  leżenie  w  łóżku  i  regularne  odżywianie  –  wyrecytowała  jednym 

tchem.  

– Szkoda, że wszyscy moi pacjenci nie są tacy zdyscyplinowani – uśmiechnął się Garth. – 

Nie  zdziwiłbym  się  zbytnio,  gdyby  wypadek,  o  którym  pani  wspomniała,  osłabił  nieco 
odporność  organizmu.  Dlatego  mogła  pani  zapaść  na  zapalenie  płuc  nawet  po  zwykłym 
przeziębieniu.  Stres  odgrywa  dużą  rolę  w  tym,  jak  dajemy  sobie  radę  z  chorobą,  powinna 
więc pani uciekać od zmartwień.  

–  Pracuję  nad  tym  –  uśmiechnęła  się  do  Gartha.  Wyraz  jego  twarzy  nieznacznie  się 

zmienił, jak gdyby lekarz po raz pierwszy ujrzał w Carolinie kobietę.  

– Życzę powodzenia – powiedział – i zdrowia. Masz coś do mnie, Billy? – Odwrócił się i 

skinął głową. – Jeśli nie, to do zobaczenia.  

– Poczekaj. Odprowadzę cię do wyjścia.  
Gdy obaj mężczyźni zniknęli, Chris wdrapał się na kolana Caroliny, a ona położyła się na 

łóżku  z malcem  w  ramionach.  Zachichotała  i  przewróciła  synka  na  plecy,  łaskocząc  go  tak 
długo, aż zaczął wić się i śmiać.  

– Mamusiu? 
Uniosła wzrok i ujrzała, że w drzwiach stoi Kicia.  
– Chodź tu, skarbie! – zawołała. – Pomożesz mi załaskotać na śmierć twojego brata.  
Gdy  powrócił  Billy  Ray,  cała  trójka  dokazywała  wesoło,  zanosząc  się  śmiechem. 

Carolina nawet nie wiedziała, że ich obserwował, dopóki nie dostrzegła go Kicia.  

– Przestań! – Chwyciła nagle matkę za ramię. – No, mówię ci, przestań! 
Carolina  dostrzegła,  że  Billy  Ray  uśmiecha  się  do  nich  i  odwdzięczyła  mu  się  tym 

samym.  

– Chyba przyłapałeś nas na śmiechu – powiedziała.  
–  Jestem  oburzony.  –  Dla  żartu  zmarszczył  groźnie  czoło.  I  wtedy  Kicia  zeskoczyła 

gwałtownie  z  łóżka,  po  czym  błyskawicznie  wybiegła  z  pokoju.  Chris  natomiast  zarzucił 
ramiona na szyję matki i wtulił się w nią z całych sił. Dzieci najwyraźniej były wystraszone.  

– Co się stało? – spytał Billy.  
– Złapałeś nas na zachowaniu, które nie przystoi Graysonom.  
Na jego twarzy pojawił się wyraz niedowierzania.  
– Ale...  
– Wiem – westchnęła. – Trudno w to uwierzyć, prawda? 
– Czy dzieciom nie wolno się śmiać? 
– U Graysonów nie. Tam wszystko jest poważne i zgodne z etykietą. Dzieci powinny się 

zachowywać  w  taki  sam  sposób,  jak  dorośli.  Naturalnie,  wolno  im  się  śmiać,  ale  cicho,  na 
boku i w stonowany sposób. Jeśli śmiały się zbyt długo lub zbyt głośno, oskarżano mnie, że 
prowokuję  je  i  psuję.  Jeśli  marudziły  w  nocy  albo  nie  zjadały  wszystkiego,  co  miały  na 
talerzach, to także była moja wina.  

Wiedziała,  że  przemawia  przez  nią  gorycz,  ale  nie  mogła  sobie  odmówić  złośliwości. 

Billy był za to bardziej zdumiony niż oburzony.  

background image

– Z twoich opowieści wynika, że Graysonowie to potwory.  
–  Nie  chciałam,  żeby  to  tak  zabrzmiało.  –  Potrząsnęła  głową.  –  Nie  są  potworami. 

Niezupełnie.  

– Porozmawiam z Kicią – powiedział. – Powiem jej, że w moim domu dziecięcy śmiech 

jest  mile  widziany,  –  Nie  rób  tego.  Niech  sama  to  odkryje.  Będzie  miała  większą 
niespodziankę. Poza tym teraz i tak nie odpowie ci ani słowem.  

Billy  wciąż  nie  mógł  wyjść  ze  zdumienia,  więc  postanowiła  zmienić  temat.  Mimo 

wszystko ujawnianie rodzinnych zwyczajów wprawiało ją w zakłopotanie.  

– Dlaczego sprowadziłeś Gartha? – zapytała. – Mówiłam ci, że już dobrze się czuję. Nie 

ufasz mi? 

– Nie w kwestii twojego zdrowia. Tak bardzo chcesz poczuć się lepiej, że podejrzewam 

cię o nadmierny optymizm.  

–  Szczerze  mówiąc,  cieszę  się,  że  moja  diagnoza  się  potwierdziła.  –  Carolina  wstała  z 

malcem w ramionach. – Teraz mam na to prawdziwy dowód – Ale wciąż jesteś osłabiona. Nie 
możesz jeszcze wyjechać. Chyba tego nie planujesz? 

–  Jeszcze  nie.  Na  pewno  jednak  jestem  wystarczająco  zdrowa,  żeby  nie  być 

darmozjadem. Kiedy byłeś w pracy, przygotowałam kolację.  

– Miałaś odpoczywać. To twój pierwszy dzień bez Hattie.  
–  Uwielbiam  gotować.  To  mnie  odpręża.  A  ty  powinieneś  po  prostu  powiedzieć 

„dziękuję”, a potem „jakie to smaczne!”.  

Billy wahał się przez moment.  
– Masz rację – powiedział w końcu. – Może po prostu lubię się tobą zajmować? 
Przez chwilę Carolina stała nieruchomo. Billy znajdował się tak blisko niej, że mogła go 

dotknąć. Zmienił już garnitur na zieloną koszulkę i dżinsy, uczesał włosy. Miał piękne włosy, 
grube, błyszczące i gęste. Niezależnie od tego, co z nimi robił, zawsze opadały mu na czoło. 
Podobało  jej  się  to,  gdyż  łagodziło  rysy  jego  twarzy  i  sprawiało,  że  wydawał  się  bardziej 
przystępny.  

Nagle zapragnęła go dotknąć. Pragnienie było tak silne, że tylko ostatkiem sił zdołała się 

powstrzymać.  

–  Chciałabym,  żebyś  traktował  mnie  inaczej  –  odezwała  się  zamiast  tego.  –  Nie  jak 

kogoś,  kim  musisz  się  zajmować,  ale  kogoś,  kto  potrafi  sam  dać  sobie  radę.  Wiem,  że 
dotychczas było inaczej, ale teraz...  

– Carolino...  
To  on  ją  dotknął.  Delikatnie  musnął  palcami  jej  ramię,  zaraz  jednak  cofnął  dłoń  i 

dokończył: 

–  Zajmowanie  się  tobą  i  obserwowanie,  jak  zdrowiejesz,  sprawiało  mi  przyjemność. 

Kiedyś byliśmy przyjaciółmi. Dobrze, że znów nimi jesteśmy.  

– Jesteśmy? Mimo wszystkiego, co było? Mimo kłopotów, jakie ci sprawiłam? 
–  Kłopoty,  które  mi  sprawiłaś,  to  nic  w  porównaniu  z  tym,  przez  co  sama  przeszłaś.  – 

Delikatnie pogłaskał ją po policzku. – Przestań wreszcie się zamartwiać.  

Miała  ochotę  zamknąć  oczy,  pozwolić  opaść  powiekom  i  rozkoszować  się  cudownym 

background image

dotykiem  jego  dłoni.  A  potem  wtulić  się  w  jego  ciepły  tors  i  słuchać,  jak  bije  jego  serce. 
Dobre serce.  

W sercu tym  jednak nie  było  dla niej miejsca. Już nie. Nauczona przez Graysonów, jak 

kontrolować własne uczucia, Carolina powściągnęła tęsknotę, zdławiła w sobie żal i zdusiła 
czułość.  

– Pójdę przygotować kolację – powiedziała i odwróciła wzrok.  
– Tak. – Billy odsunął się szybko. – Pomogę ci, jeśli chcesz – zaproponował.  
– Chcę – odparła, po czym wyszła szybko z pokoju.  
Na dole posadziła Chrisa w rogu kuchni i dała mu zabawki, które przyniosła Hattie. Kicia 

rysowała coś w pokoju gościnnym. Było to jedno z nielicznych zajęć, za które chwalono ją w 
domu Graysonów. Carolina nie spodziewała się, żeby potrwało to zbyt długo – Kicia należała 
do żywych i gadatliwych dzieci – jednak nie zachęcała córeczki, aby przyłączyła się do nich. 
Kicia musiała sama odkryć, że w domu Billy’ego Raya Wainwrighta wolno jej być sobą.  

– Co mam robić? – spytał Billy, gdy Carolina zaczęła wyjmować z lodówki talerze.  
– Dodaj sos do sałatki. Zostaw tylko małą porcję bez sosu dla Kici.  
– Może być sos włoski? 
– Doskonale.  
– Lubisz to samo co ja! 
– Każdy lubi sos włoski.  
– Z wyjątkiem Kici.  
–  Och,  tak.  Wiesz  co?  –  odezwała  się  po  chwili,  wkładając  zamarynowane  mięso  do 

piekarnika. – Przydałoby się czerwone wino. Masz jakieś? 

Cisza, która nastąpiła po tym pytaniu, początkowo jej nie zaniepokoiła. Carolina uznała, 

że Billy zastanawia się po prostu nad odpowiedzią. Gdy jednak milczał zbyt długo, odwróciła 
się ku niemu, żeby sprawdzić, czy w ogóle ją usłyszał.  

Usłyszał.  Przyglądał  się  jej  z  zatroskanym  wyrazem  twarzy,  a  ona  nie  rozumiała,  co 

wywołało w nim taką reakcję. Dopiero po chwili się domyśliła.  

– Myślałam, że już to sobie wyjaśniliśmy – odezwała się rozdrażnionym głosem.  
–  Ja...  niezbyt  dużo  piję  –  odpowiedział  jej,  wyraźnie  zakłopotany.  –  Nie  trzymam  w 

domu alkoholu. Najwyżej piwo, ale piję je tylko w towarzystwie.  

– Billy, chciałam wina do duszonego mięsa. Nie zamierzałam wychlać sama całej butelki. 

– Czuła, jak jej twarz wykrzywia złośliwy grymas, więc zmusiła się do rozluźnienia mięśni. 
Billy  wiedział  o  niej  jedynie  to,  co  mu  powiedziano.  Nie  mogła  oczekiwać,  że  uwierzy 
wyłącznie w jej słowa, nie mając cienia dowodu.  

– Przepraszam – powiedział tylko.  
– Dla twojej wiadomości: rzadko pijam wino – wycedziła. – Boli mnie od niego głowa. 

Piwa nie piję nigdy, bo nie odpowiada mi jego smak. Najbardziej lubię gin z tomkiem, dużo 
toniku,  mało  ginu.  Wypijam  najwyżej  dwa  drinki  wieczorem,  ale  tak  naprawdę  najbardziej 
lubię dobry jabłecznik z wisienką.  

– Nie musisz być złośliwa.  
– Chcę tylko, żebyś wiedział, że bardzo lubię być trzeźwa. W naszym domu ktoś musiał 

background image

być trzeźwy.  

– Nie powiedziałem, że było inaczej.  
– Ale pomyślałeś.  
– Nie, ty się bałaś, że tak pomyślę.  
– Dobrze, bałam się. Dziwi cię to? 
– Ani trochę.  
– Rozumiem, chcesz konkretnych wyjaśnień. Powtarzam więc po raz kolejny: nie umiem 

powiedzieć,  czy  piłam  tego  wieczoru,  gdy  zginął  Champ.  Gwarantuję  jednak,  że  nie  piłam 
zbyt wiele w żaden z poprzednich wieczorów. Nie jestem alkoholiczką.  

–  Mieszkałem  z  alkoholikiem  –  powiedział  Billy  po  chwili  milczenia.  –  Wiem,  jaka  to 

straszna choroba. Kiedy ojciec chciał się napić, był zdolny do wszystkiego. Od lat nie żyje, 
ale  ubiegłego  lata  podczas  remontu  znalazłem  w  jego  sypialni  ukrytą  butelkę  whisky,  do 
połowy opróżnioną. Tylko do połowy. Pewnie gdyby nie urwał mu się film, wypiłby całą...  

– Billy? 
– Tak? – Popatrzył na nią nieobecnym wzrokiem.  
– Nie powiedziałeś, czy mi wierzysz.  
Milczał, gdy odwróciła się, aby zwiększyć płomień w piekarniku. Milczał, gdy mieszała 

potrawę, skrobiąc ze złością po ściankach półmiska.  

– Wierzę ci – powiedział w końcu.  
– Naprawdę? 
– Jasne. Jeśli powiem, że nie, rozwalisz ten półmisek. Nie wiedziała, że stoi tuż za nią do 

chwili,  gdy  poczuła  jego  dłonie  na  swoich  ramionach.  Odłożyła  łyżkę  i  odwróciła  się  do 
niego.  

–  Wiem,  jak  dobrze  alkoholik  potrafi  kamuflować  swoją  chorobę  –  powiedział.  –  Jak 

doskonale potrafi udawać, nawet przed sobą samym, jak do końca umie się usprawiedliwiać, 
powtarzać,  że  to  tylko  tym  razem,  wyjątkowo,  bo  okoliczności  były  szczególne,  ale  tak  w 
ogóle to panuje nad sobą i gdyby tylko chciał... Znam to wszystko doskonale – westchnął. – 
Chcę jednak, żebyś wiedziała, że mimo wszystko ci wierzę. Może przez chwilę zwątpię w to 
czy owo. Nic na to nie poradzę. Wierzę ci jednak i jestem po twojej stronie.  

Carolina przełknęła ślinę i pokiwała głową.  
– Wiem – szepnęła. – Dziękuję.  
Billy  zawahał  się  przez  moment,  a  potem  przyciągnął  ją  do  siebie  i  ucałował  w  czubek 

głowy.  Po  chwili  puścił  ją  i  podszedł  do  stołu,  gdzie  najspokojniej  w  świecie  zajął  się 
dodawaniem sosu do sałatki.  

Carolina nie wiedziała, co powiedzieć. Zresztą po co miałaby coś mówić? Odwróciła się i 

znów zaczęła mieszać potrawkę. Tym razem powoli i ostrożnie.  

Kicia  najbardziej  lubiła  kolor  czerwony.  Kredki,  które  przyniosła  jej  Hattie,  miały  trzy 

różne odcienie czerwieni – jasną czerwień, ciemną czerwień i czerwień wpadającą niemal w 
pomarańcz.  Kicia  używała  wszystkich  tych  kolorów  do  kolorowania  książeczki  o  piesku 
biegającym wśród kwiatków.  

Nie  trzymała  się  konturów.  Nie  obchodziło  jej  to,  że  powinna.  I  tak  miała  zamiar 

background image

zamalować cały obrazek, więc kontury nie miały znaczenia.  

W  pewnym  momencie  czerwono-pomarańczowa  kredka  złamała  się  na  pół.  Kicia 

zachichotała. Podobał jej się chrzęst, jaki wydała łamana kredka. No i teraz miała dwie kredki 
zamiast jednej.  

– Cztery czerwone kredki – zanuciła pod nosem. – Cztery, cztery, cztery...  
Z  kuchni  dochodziły  do  niej  ściszone  głosy  Billy’ego  i  mamy.  Wstrzymała  na  chwilę 

oddech  i  przestała  się  poruszać.  Nie,  nikt  nie  krzyczał.  Ten  Billy  Ray  chyba  nigdy  nie 
krzyczał.  

Jej tata krzyczał. Pamiętała to, chociaż wcale nie chciała. Zazwyczaj krzyczał na mamę, 

chociaż czasem zdarzało mu się wrzasnąć także na nią, Kicię, kiedy niechcący weszła mu w 
drogę.  W  końcu  wymyśliła  grę  w  niewidzialność.  Kiedy  cichuteńko  przemykała  się  pod 
ścianami, była niewidzialna. A gdy ojciec jej nie widział, nie miał na kogo krzyczeć.  

Na początku była bardzo zdziwiona, gdy po śmierci taty zamieszkała w domu dziadków. 

Tam  nikt  na  nią  nie  krzyczał.  Czasami  tego  żałowała,  już  nawet  wolałaby  krzyk.  Czasem 
głucha cisza i lodowaty ton są jeszcze gorsze niż krzyk. Kiedy ktoś krzyczy, to przynajmniej 
wiadomo, dlaczego jest na ciebie wściekły.  

Znowu mocno przycisnęła kredkę i znowu ją złamała.  
– Pięć kredek – zanuciła.  
Nie miała pojęcia, dlaczego jest zła.  

Następnego dnia, wracając do domu po pracy, Billy Ray rozmyślał o swojej rozmowie z 

Caroliną.  Nadszedł  czas,  aby  dokonał  wyboru.  Albo  musiał  uwierzyć  jej  i  pomóc,  albo  się 
wycofać.  

Nawet  teraz,  gdy  o  tym  myślał,  wiedział,  że  w  duszy  już  wybrał.  Jeśli  wcześniej  miał 

wątpliwości,  rozwiały  się  one  wczoraj  wieczorem,  gdy  obserwował,  jak  Caroliną  układa 
dzieci do snu. Mimo że była chora i przygnębiona swoją sytuacją, ani razu nie odezwała się 
do  nich  opryskliwie.  Widać  było,  że  je  kocha  i  chce  dla  nich  jak  najlepiej.  Umiała  być 
stanowcza,  a  kiedy  trzeba  –  pobłażliwa.  Troszczyła  się  o  nie,  lecz  nie  biegała  za  nimi  jak 
kwoka. Bez wątpienia była mądrą matką i trudno było sobie wyobrazić, by mogła być wobec 
nich  nieodpowiedzialna,  jak  podobno  twierdził  sędzia  Grayson  Zresztą  maluchy  także  ją 
uwielbiały.  Wiedziały,  że  gdy  rozmawiają  z  mamą,  ona  zawsze  słucha  ich  uważnie. 
Wiedziały, że przy niej są nie tylko bezpieczne, ale także że Caroliną zrobi wszystko, żeby 
były szczęśliwe. Przede wszystkim zaś nigdy nie obawiała się okazywać im swoich uczuć, nie 
miały więc wątpliwości, że je kocha.  

Patrząc na nią, wiedział jedno – niezależnie od tego, co wydarzyło się tamtej grudniowej 

nocy,  ta  kobieta  nigdy  nie  powinna  być  odseparowana  od  swoich  dzieci.  Nie  była 
niezrównoważona,  nie  stanowiła  dla  nich  żadnego  zagrożenia.  Jedyne,  co  było  dla  nich 
naprawdę groźne, to perspektywa rozstania z matką.  

Teraz,  kiedy  Caroliną  czuła  się  na  tyle  dobrze,  aby  wyruszyć  w  podróż,  musiała 

zaplanować  następny  krok.  Billy  był  pewien,  że  sporo  o  tym  myślała,  choć  nic  mu  nie 
mówiła. Trochę się obawiał, że po powrocie do domu może jej nie zastać. Niewykluczone, że 
uważała to za najlepsze wyjście dla nich wszystkich. Myliła się jednak – on z pewnością nie 

background image

czułby się spokojny, dopóki nie upewniłby się, czy jest bezpieczna i może zapewnić dzieciom 
właściwą opiekę.  

– Przestań się oszukiwać – warknął sam do siebie i uderzył ręką w kierownicę. – Zależy 

ci na niej.. Znów ci na niej zależy, naiwniaku...  

To  prawda,  pragnął,  aby  była  zdrowa  i  bezpieczna,  jednak  rozumiał  już,  że  to  nie 

wszystko, że w gruncie rzeczy pragnie dla siebie – i dla niej – czegoś więcej.  

Kiedy  skręcał  na  Hitchcock  Road,  wciąż  zastanawiał  się,  co  jej  powie.  Był  tak  głęboko 

pogrążony w myślach, że upłynęło trochę czasu, zanim zauważył samochody zaparkowane na 
swoim podjeździe.  

Jednym  z nich było  auto szeryfa, drugim ostatni model lincolna  –  zupełnie taki sam  jak 

ten, który sędzia Whittier Grayson zostawiał codziennie przed budynkiem sądu.  

Billy  Ray  pomyślał  najpierw  o  Carolinie,  a  chwilę  później  o  Kici  i  Christopherze.  Ani 

przez  moment  nie  brał  pod  uwagę  własnej  sytuacji.  Przyjmując  Carolinę  pod  swój  dach, 
naraził się sędziemu, to jasne. Wiedział to od samego początku i zdecydował się na to nie bez 
odrobiny satysfakcji. Kości zostały rzucone i Billy wcale tego nie żałował.  

Przeskakując po dwa schodki naraz, wbiegł na górę, po czym otworzył drzwi do sypialni. 

Carolina siedziała na sofie. Przytulała do siebie oba maluchy. Billy spodziewał się, że będzie 
lamentowała i błagała o litość, ale grubo się pomylił.  

Kiedy  wszedł,  nawet  nie  podniosła  wzroku.  Spokojnie  ważyła  słowa,  przez  cały  czas 

wpatrując się w sędziego.  

– Czuję się dobrze i bez problemu mogę zajmować się dziećmi – mówiła. – Dziękuję za 

troskę, ale nie wrócimy do waszego domu. Czas, żebyśmy sami zaczęli dawać sobie radę.  

Sędzia Whittier Grayson mógł budzić respekt swoim wyglądem. Dystyngowany, wysoki i 

barczysty, górował nad większością swoich rozmówców. Jednak to nie jego postura stanowiła 
o  jego  sile.  Siwiejące  włosy  i  nieco  nijakie  rysy  twarzy  stanowiły  doskonałą  oprawę  dla 
przerażająco niebieskich oczu, które zdawały się przeszywać rozmówcę na wskroś. Billy Ray 
nie raz widział, jak sędzia wykorzystywał  to  na  sali rozpraw. Potrafił uciszyć bądź speszyć 
najbardziej niesfornego świadka samym spojrzeniem.  

Teraz właśnie obdarzył nim Billy’ego.  
– Szkoda, Billy Ray, że nie starczyło panu przyzwoitości, żeby powiedzieć mi o tym, że 

gości pan u siebie Carolinę.  

–  Nie  mam  nic  wspólnego  z  tym,  co  dzieje  się  między  panem  a  Caroliną  –  odparował 

Billy. – Jest dorosła i sama odpowiada za swoje czyny.  

– Z pewnością jest dorosła, ale nie wiem, czy wykradanie dzieci z mojego domu można 

nazwać odpowiedzialnym czynem.  

– Dzieci są moje i to ja powinnam się nimi zajmować – powiedziała spokojnie Caroliną. – 

W tych okolicznościach podjęłam najstosowniejszą decyzję. Będą ze mną, dopóki nie dorosną 
i nie zaczną żyć na własną rękę. Billy pozwolił mi tu dojść do zdrowia. Tak jak powiedział, 
nasze sprawy go nie dotyczą i nie musi o nich wiedzieć.  

– Ale wie, jak się domyślam. – Sędzia zmroził ją wzrokiem. – Jak śmiesz, Carolino! Jak 

śmiesz  sprowadzać  moje  wnuki  pod  dach  mężczyzny,  z  którym  sypiasz?  I  to  zanim  twój 

background image

zmarły mąż zdążył ostygnąć w grobie! 

– Nie będę z tobą dyskutowała o moralności. – Carolina wysunęła dumnie brodę. – Billy 

jest  moim  przyjacielem,  który  wyciągnął  do  mnie  pomocną  dłoń.  Obrażasz  go  swoimi 
podejrzeniami. Na szczęście on nie uwierzył w kłamstwa, które o mnie rozpowszechniasz.  

– Widzisz? – Sędzia Grayson popatrzył na Douga i bezradnie rozłożył ręce.  
Billy  po  raz  pierwszy  spojrzał  na  przyjaciela.  Zastanawiał  się,  co  on  o  tym  wszystkim 

myśli.  Doug  nic  nie  powiedział,  zresztą  pytanie  sędziego  było  czysto  retoryczne.  Za  to 
spojrzenie szeryfa, utkwione w Carolinie, wyrażało, niestety, potępienie.  

– Powiedział pan już, co miał pan do powiedzenia, więc chyba powinien pan opuścić ten 

dom – odezwał się Billy. – Carolina z pewnością jest zmęczona, a dzieci głodne.  

– Wyjdę tylko z moimi wnukami.  
Billy przeniósł wzrok na Carolinę. Na jej twarzy widać było determinację i wolę walki.  
– Czyżbym źle oceniał sytuację? – zwrócił się do sędziego. – Czy przyznano panu prawo 

do opieki nad dziećmi? 

–  Nie,  ale  zamierzam  wszcząć  odpowiednie  postępowanie.  Chcę  mieć  pewność,  że  ona 

nie  opuści  tego  stanu,  gdy  będę  walczył  o  swoje  wnuki.  Zabiorę  je  ze  sobą,  aby  się  nimi 
opiekować. Na miły Bóg, czyżby pan nie widział, że tak będzie dla nich najlepiej? 

– Widzę jedynie, że dopóki sąd nie przyzna panu odpowiednich praw, to Carolina będzie 

decydowała, gdzie i jak je wychowywać.  

– A ja widzę, że jest pan nie tylko kochankiem mojej synowej, ale także jej adwokatem.  
Billy  Ray  znów  zerknął  na  Carolinę.  Odpowiedziała  ledwie  dostrzegalnym  skinieniem 

głowy.  

–  Tak,  jestem  jej  adwokatem  –  potwierdził,  przenosząc  wzrok  na  sędziego.  –  A  co  do 

pana sugestii, pozwolę sobie przypomnieć, że gdy Carolina tutaj trafiła, zdrowiała po ciężkiej 
chorobie. Przywiozła też dzieci. Nie skrzywdzę jej, może mi pan zaufać.  

–  Zaufać?  –  sędzia  roześmiał  się  sucho.  –  Budzisz  moją  litość,  młody  człowieku. 

Myślałem,  że  wyrósł  pan  ponad  swoje  środowisko.  Myślałem,  że  dojdzie  pan  do  czegoś, 
mimo że pana ojcem był żałosny pijak, który żył równie marnie, jak skończył. Teraz jednak 
widzę,  że  zarówno  pan,  jak  i  moja  synowa  nie  zasługujecie  na  nic  poza  tym,  żeby  jak 
najszybciej odebrać wam  dzieci  i  posłać was do diabła. A później róbcie sobie, co chcecie, 
gzijcie się, ile wlezie i gdzie popadnie! 

–  Prosiłbym,  panie  sędzio,  by  zważał  pan  na  słowa.  Na  to  także  są  odpowiednie 

paragrafy.  

– Dobrze, dobrze. Gra skończona, mój chłopcze. Wiem, gdzie są moje wnuki, i  dopóki 

prawo nie odda ich w moje ręce, będę obserwował was oboje.  

Sędzia oderwał wzrok od Billy’ego i przeniósł go na Carolinę.  
– A ty, spróbuj je tylko wywieźć, a dopadnę cię choćby na końcu świata  – wysyczał. – 

Rozumiesz? Dowiem się, gdzie jesteście, i zabiorę ci dzieci. Nigdy ich nie znajdziesz, bo nie 
jesteś ich warta. To skandal, że moje wnuki mają za matkę takie byle co! 

Nagle  Kicia  zaczęła  płakać.  Była  wystarczająco  duża,  by  zrozumieć,  co  się  dzieje. 

Carolina  pogłaskała  ją  delikatnie  po  głowie  i  powiedziała  do  Graysona  zimnym,  dobitnym 

background image

głosem: 

– Idź już. Nie pozwolę, żebyś doprowadzał moje dzieci do płaczu. Idź i nie wracaj.  
– Doug – Billy Ray zrobił krok do przodu – wyprowadź stąd pana sędziego, natychmiast. 

To mój dom i moje prawo decydować o tym, kogo chcę w nim wiedzieć.  

Doug zawahał się, ale nie mógł zrobić nic innego. Ruszył w stronę sędziego, ten jednak 

wstał i sam skierował się do wyjścia. Opuścił pokój pierwszy, tuż za nim wyszedł szeryf.  

Cisza,  która  zapadła  po  wyjściu  mężczyzn,  przerywana  była  jedynie  cichym  szlochem 

Kici.  Ani  Billy,  ani  Carolina  nie  odezwali  się,  dopóki  nie  usłyszeli  zza  okna  silników 
odjeżdżających aut.  

– Jak on cię znalazł? – spytał w końcu Billy i wziął na ręce Christophera.  
–  Nie  powiedział.  Byłam  ostrożna,  lecz  nie  mogłam  wciąż  trzymać  dzieci  w  domu. 

Wyszliśmy się pobawić. Może ktoś zobaczył nas z drogi? 

– Ktoś, czyim zadaniem było was odnaleźć – dodał Billy, sadzając Christophera w kącie z 

zabawkami.  

–  Nic  na  to  nie  poradzimy.  –  Carolina  odgarnęła  kosmyk  włosów  z  czoła  Kici.  –  Nie 

martw się – powiedziała do córeczki. – Dziadek się wścieka, bo wyjechaliśmy. Ale przecież 
wiedzieliśmy, że tak będzie, prawda? 

– Powiedział, że nas zabierze! Że nigdy nas nie znajdziesz! 
–  Rozzłościł  się,  to  dlatego.  Wiesz  przecież,  że  nie  pozwolę  mu  was  zabrać.  Nigdy  w 

życiu.  

Kicia  przywarła  konwulsyjnie  do  matki.  Trwała  tak  nieruchomo,  aż  wreszcie  zmęczyła 

się  i  odsunęła.  Carolina  otarła  z  jej  policzków  łzy,  a  potem  wysłała  małą  do  łazienki  po 
papierowe chusteczki. Kiedy dziewczynka zniknęła, Carolina wstała i oznajmiła zwyczajnym 
głosem, patrząc twardym wzrokiem prosto przed siebie: 

– Przygotowałam kolację.  
– Jesteś w nastroju do jedzenia? – Spojrzał na nią zdziwiony.  
– Dzieci powinny coś zjeść. Ty zresztą też.  
– Może później. Nie chcesz porozmawiać? 
– O czym tu rozmawiać? Wstyd mi za niego. Wstyd mi, że tak mówił. O tym, że jesteś 

moim kochankiem. I o twoim ojcu.  

– A mnie jest przykro tylko dlatego, że to pierwsze niestety nie jest prawdą.  
Poruszyła  się  niespokojnie  i  popatrzyła  na  niego  osłupiała.  Po  chwili  uśmiechnęła  się 

lekko, choć jej oczy wciąż jeszcze były wilgotne.  

– Zawsze umiałeś żartować i wiedziałeś, jak rozładować sytuację.  
– Zawsze mówiłem prawdę. Nadal to robię. Skoro i tak się mnie oskarża...  
– Naprawdę będziesz reprezentował mnie w sądzie? – szybko zmieniła temat.  
– Jeśli zadowolisz się synem miejscowego pijaczka.  
– Jesteś za dobry dla mnie, Billy. – Pokręciła głową. – Jesteś za dobry dla każdego w tym 

przeklętym mieście! 

– Nie przesadzaj – uśmiechnął się skromnie, choć w głębi duszy ucieszyły go jej słowa. – 

Zastanówmy się raczej, czy rzeczywiście będziesz potrzebowała adwokata. Jeśli wyjedziesz i 

background image

postanowisz szukasz szczęścia gdzie indziej, może w ogóle...  

– Zostaję – przerwała mu krótko.  
–  Jesteś  pewna?  –  zapytał  zaskoczony,  choć  wcale  nie  nieszczęśliwy  z  powodu  tej 

odpowiedzi.  

– Słyszałeś, co on powiedział. Będzie mnie szukał. I w końcu znajdzie, niezależnie dokąd 

bym przed nim uciekła. Gdyby udało mi się tamtej nocy, nie zostawiłabym po sobie żadnych 
śladów. Teraz jest już za późno. On wie, że mi pomogłeś, wie kogo o mnie pytać. Ma czas na 
przygotowanie się do procesu, na zarzucenie sieci. Jeśli otwarcie nie stawimy mu czoła, nigdy 
nie będziemy bezpieczni. Zawsze będziemy trwożliwie oglądać się przez ramię.  

– Podejmujesz więc wyzwanie.  
– Tak.  
– Stajesz przeciwko Graysonowi i spodziewasz się go pokonać.  
–  Tak  –  potwierdziła.  –  Mam  ciebie  i  kilkoro  przyjaciół,  którzy  mi  pomogą.  Sędzia 

Sawyer nigdy nie przepadał za moim teściem. Jeśli w tym okręgu możliwe jest coś takiego, 
jak sprawiedliwy proces, myślę, że wygram z waszą pomocą.  

Billy  podziwiał  jej  odwagę.  Mało  kto  w  Moss  Bend  poważyłby  się  na  konfrontację  z 

Whittierem  Graysonem.  Podziwiał  też  jej  roztropność.  Carolina  musiała  wiedzieć,  że  to 
prawdopodobnie  sędzia  Sawyer  byłby  przewodniczącym  składu,  gdyby  sprawa  trafiła  do 
sądu.  Sawyer  i  Grayson  już  od  dawna  mieli  ze  sobą  na  pieńku.  Sawyer  nie  był  tak 
wszechmocny,  jak  Grayson,  ale  w  tym  wypadku  ostateczna  decyzja  należałaby  właśnie  do 
niego. Najwyraźniej Carolina starannie przemyślała całą sprawę, zanim dokonała wyboru.  

– Groził, że odbierze mi dzieci. Czy możemy to wykorzystać? – zapytała.  
– Jego słowo przeciwko twojemu. Nie sądzę, żebyśmy mogli liczyć na zeznanie Douga. 

Ja  jestem  twoim  adwokatem,  więc  nie  mogę  wystąpić  w  roli  świadka.  Powiedzą  też,  że 
kazałaś Kici tak mówić. Jednak jeśli Grayson groził raz, to może ponowić groźby przy innych 
świadkach.  

– Jakie mam szanse na zatrzymanie dzieci? Odpowiedz jako prawnik, nie mój przyjaciel.  
– Nie wiem – odparł szczerze. – Nie chciałbym wprowadzić cię w błąd, ale...  
– Ale? 
–  Nie  ma  żadnych  gwarancji  –  przyznał  z  westchnieniem.  –  Frank  Sawyer  i  twój  teść 

mogą się nie lubić, ale obaj to dżentelmeni w starym, południowym stylu. Być może dojdą do 
wniosku,  że  powinni  trzymać  się  razem.  A  od  decyzji  przewodniczącego  składu  zależy 
wszystko.  

Przysunęła się bliżej, tak blisko, że mogła go dotknąć. Przez chwilę myślał, że to zrobi, 

jednak  tak  się  nie  stało.  Gdy  Carolina  przechyliła  głowę,  ujrzał  w  jej  oczach  tę  samą 
bezbronność, którą wcześniej widział w oczach jej dzieci.  

– Być może masz rację w każdej innej sprawie, lecz w jednej się mylisz – powiedziała. – 

Dziś w tym pokoju był tylko jeden dżentelmen. Bynajmniej nie mój teść.  

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Maggie Deveraux, właścicielka tawerny „Błękitna Laguna”, mieszkała w starym domu na 

krańcu  Moss  Bend.  Na  podwórzu  rosły  pokryte  mchem  dęby  oraz  dorodne  jodły,  które 
obsypywały  obficie  trawę  igliwiem.  Jesienią  Maggie  zbierała  orzechy  laskowe  w  lasku 
rosnącym nieopodal jej posiadłości, a latem jagody i jeżyny. W ogrodzie Maggie znajdowała 
się huśtawka ze starej opony i piaskownica dla wnuków, które od czasu do czasu przyjeżdżały 
do niej z wizytą z Kalifornii. Przez większość roku jej wielki dom stał jednak niemal pusty i 
panowała w nim głucha cisza.  

Maggie była zachwycona, gdy Billy Ray zapytał ją, czy przyjmie pod swój dach Carolinę 

z dziećmi. Zażyczyła sobie jedynie symbolicznej opłaty, obiecała udostępnić kuchnię i inne 
pomieszczenia  oraz  zapytała  Kicię  o  ulubiony  kolor,  by  szybko  przemalować  pokój,  który 
miał  służyć  za  sypialnię  dziewczynki.  Kicia  oczywiście  wybrała  czerwień,  a  Maggie  bez 
mrugnięcia  powieką  pomalowała  pomieszczenie  na  kolor  kwitnących  tulipanów.  Carolina 
odgrażała się, że wchodząc tam, będzie zakładała okulary przeciwsłoneczne, za to Kicia była 
zachwycona.  

Na szczęście Carolina miała za co żyć. Po śmierci Champa poprosiła teścia, by sprzedał 

dom, w którym mieszkała wraz z mężem i dziećmi, a po sprzedaży rozsądnie zainwestowała 
uzyskane  pieniądze.  Gdy  doszły  do  tego  regularne  wypłaty  z  polisy  ubezpieczeniowej 
Champa,  mogła  sobie  pozwolić  na  skromne,  ale  przyzwoite  utrzymanie.  Billy  zdziwił  się 
więc, gdy w dniu przeprowadzki usłyszał z jej ust, że powinna zacząć zarabiać.  

– Muszę poszukać pracy – powiedziała, pakując kilka rzeczy, które udało jej się wynieść 

z domu Graysonów, do plastikowych toreb na zakupy.  

– Pracy?  – Popatrzył  na nią podejrzliwie.  – Jesteś pewna? Pokiwała energicznie  głową, 

nawet nie podnosząc wzroku.  

– I to szybko – dodała.  
Billy  pokręcił  z  niedowierzaniem  głową.  Minął  już  tydzień  od  wizyty  sędziego, 

zadziwiająco  spokojny  tydzień.  Doug  nie  odpowiedział  na  żadną z  wiadomości,  które  Billy 
zostawił  mu  na  automatycznej  sekretarce.  Z  sędzią  Graysonem  Billy  spotkał  się  w  sądzie, 
gdzie ten pierwszy  wydał  wyjątkowo niesprawiedliwy wyrok w sprawie  prowadzonej  przez 
drugiego. Billy liczył godziny do chwili, gdy rozpęta się piekło.  

– Właśnie teraz postanowiłaś szukać pracy? – Przytrzymał torbę, aby Carolina mogła do 

niej  włożyć  pluszowego  konika  Christophera.  –  Teraz,  kiedy  będziesz  miała  tyle  spraw  na 
głowie? 

– Właśnie teraz.  
– A co z dziećmi? 
–  Od  przyszłego  miesiąca  przedszkole  w  kościele  metodystów  tworzy  nową  grupę. 

Zapisałam  je  dziś  rano.  Muszę  pracować,  Billy.  Muszę  udowodnić,  że  mogę  sama 
zaopiekować się dziećmi. Champ i ja nie mieliśmy żadnych oszczędności. On przepijał każdy 
grosz,  który  udało  mu  się  zarobić.  Nie  wiedziałam,  że  jest  tak  źle  aż  do  chwili,  kiedy  po 

background image

wypadku  wydobrzałam  i  przejrzałam  jego  papiery.  Kłamał  w  sprawie  naszych  inwestycji. 
Przepuścił  nawet  oszczędności  z  funduszu  powierniczego,  który  mój  ojciec  ustanowił  dla 
wnuków.  Gdyby  nie  to,  że  składkę  odejmowano  mu  bezpośrednio  z  pensji,  nie  miałabym 
teraz nawet pieniędzy z jego ubezpieczenia.  

Billy  nie  przypominał  jej  taktownie,  że  Graysonowie  są  milionerami  i  że  z  pewnością 

zostawią swój majątek Kici i Chrisowi. To przecież z nimi miała walczyć o dzieci.  

Wyjął torby z jej rąk i zaniósł je na dół.  
– Jakiej pracy zamierzasz szukać? – zapytał.  
–  Szczerze  mówiąc,  już  umówiłam  się  na  rozmowę.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  choć 

Carolina usiłuje mówić niedbałym tonem, sprawa ta znaczy dla niej bardzo wiele.  

– Czyżby? – postarał się, aby jego ton zabrzmiał równie nonszalancko. – A co to takiego? 
–  Całkiem  poważne  stanowisko.  Studiowałam  kiedyś  razem  z  Jean  Wilton,  z  Winton 

Mills  w  Georgii.  Zadzwoniłam  do  niej,  żeby  zapytać,  czy  jej  firma  nie  potrzebuje  ludzi  do 
pracy. Okazało  się, że szukają doradcy personalnego. Robiłam  specjalizację z zarządzania i 
psychologii,  więc  nadaję  się  na  to  stanowisko.  Przed  końcem  studiów  odbyłam  nawet 
półroczną  praktykę.  Lubię  pracować  z  ludźmi,  znajdować  odpowiednich  kandydatów  na 
określone  stanowiska,  pomagać  im  rozwiązywać  problemy.  Zrobiłabym  wszystko,  żeby 
utrzymać dzieci, ale ta praca to na szczęście nie tylko zarabianie pieniędzy.  

Billy pomyślał, że taka praca pomogłaby jej odzyskać wiarę w siebie. Chętnie wręczyłby 

jej podpisany kontrakt na srebrnym półmisku, ale doskonale wiedział, że angaż nie będzie taki 
łatwy.  

– Jakie masz szanse? – Ruszył do drzwi, a ona podniosła kolejne torby i poszła za nim.  
–  Sama  nie  wiem.  Jean  obiecała  się  za  mną  wstawić.  Wie,  jaka  jestem  i  wie,  że  na 

studiach bardzo dobrze się uczyłam. Niestety, to nie ona będzie decydować, kogo zatrudnią. 
Załatwiła mi spotkanie, ale to ja muszę sobie na nim poradzić. Najgorsze jest to, że nie mam 
doświadczenia.  

– Kiedy masz to spotkanie? 
– W piątek, o dziesiątej rano.  
– Co zrobisz z dziećmi? 
– Zobaczę, czy któraś z dawnych przyjaciółek nie zechce mi pomóc. Niestety, większość 

z nich zniknęła z mojego życia tuż po wypadku.  

Dzisiaj Carolina nie wydawała się zgorzkniała, choć przecież miała do tego prawo.  
– O której musisz wyjechać? – zapytał.  
– O dziewiątej. A jeszcze lepiej o ósmej trzydzieści. Jazda zajmie mi godzinę, oczywiście 

pod warunkiem, że Doug Fletcher nie zatrzyma mnie na granicy okręgu.  

– Jeśli nie będę miał żadnych spotkań, możesz przyprowadzić dzieciaki do mojego biura 

– zaproponował.  

Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, a on po raz kolejny zdał sobie sprawę, że dla 

tych jej uśmiechów zrobiłby o wiele więcej.  

– Poproszę też Joela, żeby przygotował  ci  jakiś  samochód  – obiecał.  –  To może zbić z 

tropu szeryfa i jego ludzi. Jednak nawet jeśli cię ktoś zatrzyma, powinien puścić cię wolno, 

background image

gdy przekona się, że nie wieziesz ze sobą dzieci.  

– To pewnie skryte marzenie sędziego,  co?  – Wykrzywiła usta  w  gorzkim uśmiechu.  – 

Odjeżdżam na zawsze z River County i zostawiam dzieci na zawsze. Automatycznie dostałby 
prawo do opieki.  

– Zatrzymasz ten samochód? – zapytał Billy, wkładając torby do bagażnika BMW.  
– Przez pewien czas. Nie chcę rozwścieczać Graysonów jeszcze bardziej, sprzedając go 

właśnie  teraz.  Na  pewno  sędzia  Sawyer  uznałby,  że  to  moja  zemsta.  On  nie  lubi  takich 
posunięć, straciłabym jego względy.  

– Jesteś pewna, że twój teść podarował ci to auto, żebyś pamiętała o wypadku? 
– Całkowicie pewna. To Champ wybrał dla mnie BMW, chociaż wcale go nie chciałam. 

Potem Champ w nim zginął, więc sędzia nie przepuścił okazji, aby przypominać mi o tym za 
każdym  razem,  kiedy  siadam  za  kierownicą.  Nie  stać  mnie,  żeby  kupić  inne  auto,  nie 
sprzedając tego. Champ nie ubezpieczył tamtego samochodu, więc nie dostałam pieniędzy.  

–  Musimy  o  tym  wszystkim  pamiętać  w  czasie  rozprawy  –  pokiwał  głową  Billy  –  to 

bardzo ważne.  

– Przecież Champ nie żyje, nie weźmie udziału w rozprawie! 
– Zobaczymy, jak potoczą się sprawy. Jeśli zdołamy udowodnić, że Champ nie był tym, 

za kogo wszyscy go brali, wykażemy, jak stresujący był dla ciebie wasz związek. Wtedy zaś, 
niezależnie  od  tego,  co  będą  usiłowali  udowodnić  Graysonowie,  sędzia  Sawyer  spojrzy  na 
twoją sytuację nieco życzliwiej.  

– Champ to ojciec moich dzieci. Nie chcę mieszać go z błotem.  
–  Dobrze  by  było,  gdyby  Graysonowie  zgodzili  się  nie  mieszać  z  błotem  matki  tych 

dzieci.  

–  Okropność.  –  Carolina  nerwowo  zatrzepotała  powiekami.  –  Dlaczego  musi  tak  być? 

Przecież pozwoliłabym im odwiedzać dzieci. Kicia i Chris to ich wnuki, naprawdę potrafię to 
uszanować.  Dlaczego  chcą  mieć  prawo  do  wyłącznej  opieki?  Dlaczego  Grayson  chce 
koniecznie doprowadzić do procesu? 

– No właśnie, dlaczego? 
–  Bo  Whittier  Grayson  musi  kontrolować  wszystko  i  wszystkich!  Zniszczył  swojego 

syna, robiąc z niego bezwolną marionetkę. Champ mógł się buntować tylko w ten sposób.  

– W jaki? 
– Prowadząc drugie życie, niszcząc sam siebie. I mnie przy okazji.  
– Tego argumentu nie możemy użyć w sądzie. To twoja prywatna ocena.  
– Wiem, ale to prawda! 
– Wierzę ci.  
Carolina zamknęła bagażnik i spojrzała na niego poważnie.  
– Naprawdę? – zapytała.  
–  Przepraszam,  że  nie  od  razu  uwierzyłem  we  wszystko  –  westchnął.  –  Jestem 

prawnikiem.  Dobry  prawnik  uważnie  słucha,  zanim  zacznie  wyciągać  wnioski.  Potem  zaś 
daje z siebie wszystko, aby bronić tego, co uważa za słuszne.  

– To trochę zbyt idealistyczna definicja zawodu, nie sądzisz? Założę się, że bronisz też 

background image

winnych.  

– Wolę tych niewinnych – uśmiechnął się do niej.  
– Czy wiesz, że kiedy się uśmiechasz, zmienia się cała twoja twarz? Wiedziałeś o tym? 
– Czyżby? – Skrzyżował ramiona. – Niby jak? 
–  Nie  potrafię  tego  wytłumaczyć.  Zawsze  przyjemnie  na  ciebie  patrzeć.  Ale 

najprzyjemniej wtedy, kiedy się uśmiechasz. Na pewno kobiety już ci to mówiły.  

– Skąd ta pewność? 
– A nie mówiły? 
– Czy mam ci także powiedzieć, ile ich było? 
–  Fakt,  myślałam  o  tym  –  przyznała  szczerze.  –  Dlaczego  właściwie  się  nie  ożeniłeś, 

Billy? Świetnie radzisz sobie z dziećmi. Wiem na pewno, że w tym mieście są kobiety, które 
natychmiast rzuciłyby ci się w ramiona, gdybyś tylko poprosił je o rękę.  

– A niby skąd to wiesz? 
– Po prostu wiem.  
– Prawie się ożeniłem.  
–  Naprawdę?  –  Nie  potrafił  powiedzieć,  jakie  uczucie  pojawiło  się  na  moment  na  jej 

twarzy – czysta ciekawość, żal czy może zazdrość.  

– Naprawdę – odparł z westchnieniem.  
– Kim była ta szczęściara? 
– Nie znasz jej. W końcu uznała, że wcale nie jest taką szczęściarą. Kiedy postanowiłem 

tu  wrócić,  żeby  zająć  się  Joelem,  nie  chciała  przyjechać  ze  mną.  I  miała  rację.  To  była 
dziewczyna z wielkiego miasta. Nie podobałoby się jej w Moss Bend.  

– Przykro mi.  
– Mnie nie. Nie pasowaliśmy do siebie.  
– A kto by do ciebie pasował? 
Billy nie był pewien, czy potrafi odpowiedzieć na to pytanie. A przynajmniej, czy potrafi 

odpowiedzieć właśnie tej kobiecie.  

– Ktoś, z kim mógłbym porozmawiać – powiedział w końcu. – O wszystkim i o niczym. 

O konflikcie na  Bliskim Wschodzie i  o pani  Balou,  która wyobraża sobie, że podglądają ją 
rozmaici  mężczyźni.  O  tym,  dlaczego  Bravesi  sprzedali  Dave’a  Justice’a  Indianom,  i  czy 
nasze dzieci powinny chodzić do szkoły prywatnej, czy państwowej.  

–  A  więc  chodzi  ci  o  kogoś,  kto  jest  po  prostu  rozmowny?  –  Skrzywiła  się,  udając 

rozczarowanie. – Ciężko mi w to uwierzyć. Wiele kobiet lubi gadać, Billy. Zbyt wiele.  

– Aha, uważasz, że zasługuję na kobietę wyjątkową.  
– Na pewno nie na zwykłą gadułę.  
Roześmiał  się  głośno,  zaraz  potem  zamilkł.  Zastanawiał  się,  czy  Carolina  zdaje  sobie 

sprawę, że od jakiegoś czasu prowadzą szczególny, dobrze zakamuflowany flirt. Z początku 
nie chciał tego przyjąć do wiadomości, a jednak tak właśnie było. On uśmiechał się do niej i 
zaglądał jej w oczy. Ona przygryzała wargę i odpowiadała uśmiechem, a jej oczy błyszczały 
jak  w  dawnych,  licealnych  czasach.  Kiedyś  niemal  żył  dla  podobnych  chwil  i  podobnych 
uśmiechów.  

background image

Przechylił głowę i zatrzymał spojrzenie na jej ustach.  
– Wiesz, zawsze się zastanawiałem...  
– Ciekawe, nad czym – jej uśmiech się pogłębił.  
– Czy wiedziałaś, jak poważnie cię traktowałem, gdy chodziliśmy do liceum.  
–  Poważnie?  –  Oparła  się  o  samochód.  Jej  uśmiech  zniknął,  a  oczy  przybrały  czujny 

wyraz.  

–  Pierwsza  miłość  to  ważna  sprawa.  Chyba  kochałem  cię  bardziej  niż  kogokolwiek, 

Carolino  –  powiedział,  patrząc  prosto  w  te  oczy,  wpatrzone  w  niego  z  dziwnym 

wyczekiwaniem.  

– Billy...  
– Nie wiedziałaś o tym? 
– Zastanawiałam się...  
– Więc nic cię to nie obchodziło? 
–  Obchodziło  –  zapewniła  go  żarliwie.  –  Bardziej  niż  mógłbyś  przypuszczać.  Byłam 

jednak niewolnicą swojego wychowania. Myślałam, że życie powinno ułożyć się jak bajka. A 
ty...  

– Byłem nie dla ciebie.  
– Miałeś ciężką sytuację rodzinną, wiedziałam, że nie dasz mi wszystkiego, czego wtedy 

pragnęłam.  Wtedy  –  powtórzyła  z  naciskiem.  –  Poza  tym  nigdy  nie  powiedziałeś,  że  ci  na 
mnie zależy.  

– A miałem prawo? Czy mogłem zapraszać cię do swego życia? 
– Byłeś za bardzo odpowiedzialny.  
– Za bardzo się bałem.  
– Champ nie miał takich rozterek. Oferował mi gwiazdkę z nieba, szczęście do grobowej 

deski. Zgadzając się na małżeństwo z nim, myślałam, że zadowolę wszystkich.  

– Naprawdę tak myślałaś? 
– I zadowoliłam wszystkich z wyjątkiem siebie samej.  
– Więc nie byłaś szczęśliwa? – Billy przysunął się bliżej.  
– Nie – szepnęła.  
– Nawet wtedy, na początku? 
– Za każdym razem, gdy cię widziałam, szłam do domu i zaczynałam płakać. Tak bardzo 

za tobą tęskniłam... Mówiłam sobie, że wcale tak nie jest, że mi przejdzie. Jednak nigdy nie 
przeszło. Przez te wszystkie lata zbierało mi się na płacz na każde twoje wspomnienie, każdą 
myśl,  każdy  widok.  Szybko  zrozumiałam,  z  czego  zrezygnowałam  i  co  straciłam.  Ale 
przecież nie miałam już odwrotu.  

Billy  czuł,  jak  serce  bije  mocno  w  jego  piersi.  Był  wzruszony  i  w  pewien  sposób 

rozgrzeszony  ze  swego  młodzieńczego  uczucia.  To  serce  nie  okazało  się  wcale  naiwne  i 
głupie, skoro Carolinie naprawdę na nim zależało.  

Opuścił ręce, jak gdyby chciał podkreślić, że zniknęła kolejna dzieląca ich bariera.  
– Dziwne, że znów o tym rozmawiamy – westchnął. – Jesteśmy o dwanaście lat starsi. Ty 

miałaś męża, ja...  

background image

– Kochanki? – Podniosła na niego wzrok.  
–  Przyjaciółki  –  poprawił  ją  z  przelotnym  grymasem.  –  Tak  czy  inaczej,  oboje  się 

zmieniliśmy.  

– To prawda. Teraz mam dzieci i opinię, która mogłaby ci zaszkodzić – pokiwała głową 

Carolina. – Teraz to ja jestem nieodpowiednią partią.  

– Jesteś bezbronna i wystraszona. Czekasz, by inni zadecydowali o twojej przyszłości.  
– Szczerze mówiąc, czekam na coś innego.  
– Na co? 
– Aż mnie pocałujesz.  
Nie zrobił tego, choć przysunął się jeszcze bliżej.  
– To wszystko skomplikuje, Carolino – powiedział z głębokim westchnieniem.  
– Jeden pocałunek? 
– Raczej jego konsekwencje.  
–  Więc  może  na  razie  zróbmy  tylko  pierwszy  krok  –  zaproponowała  lekkim  tonem.  – 

Teraz  mnie  pocałujesz,  a  o  konsekwencjach  porozmawiamy  przy  innej  okazji.  Jeśli  chcesz, 
odbędziemy na ten temat prawdziwą dyskusję.  

Billy  roześmiał  się  cicho.  Beztroski  dołeczek  w  policzku  Caroliny  pogłębił  się,  ale  jej 

oczy zdradzały uczucia, które były znacznie bardziej skomplikowane. Carolina była nie tylko 
bezbronna  i  wystraszona.  Nie  miała  pewności,  czy  potrafi  go  zadowolić.  Niepewna  siebie, 
zmieszana,  ostrożna,  różniła  się  bardzo  od  śmiałej,  przebojowej  dziewczyny,  która 
fascynowała  go  w  młodości.  Czy  to  dziwne,  skoro  przez  całe  lata  pewien  mężczyzna 
powtarzał jej na każdym kroku, że nie jest dla niego wystarczająco dobra, a inny odmawiał jej 
prawa do własnej godności? 

Gdyby Champ Grayson nadal żył, Billy chętnie zacisnąłby dłonie na jego gardle. Gdyby 

mógł zacisnąć dłonie na gardle jego ojca...  

–  Billy?  –  usłyszał  jej  niepewny  głos.  –  Champ  i  ja  nie  byliśmy  prawdziwym 

małżeństwem. Nie po tym, gdy odkryłam, że jestem w ciąży z Chrisem. A przedtem... też nie 
za bardzo. Nie wiem,  czy  to  ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, jednak Champ  zniknął z 
mojego  życia  znacznie  wcześniej  niż  pół  roku  temu.  Wiem,  że  to  nie  najlepiej  o  mnie 
świadczy, ale...  

– Przestań już – przerwał jej i objął ją mocno. – Champ nie żyje. Za to w tobie jest tyle 

życia.  

Pochylił  się  nad  nią  z  westchnieniem.  Już  nie  był  tym  chłopcem,  który  kiedyś,  dawno 

temu, pocałował ją po raz pierwszy. Był teraz mężczyzną, który wie, czego chce; mężczyzną 
świadomym swych pragnień i swej władzy.  

Jej usta były miękkie, tak miękkie, jak kiedyś, równie szczodre i słodkie. Obudziły się w 

nim wspomnienia, pełne zapachów i dźwięków. Carolina przywarła do niego całym ciałem i 
zarzuciła mu ramiona na szyję, jak gdyby bała się, że mógłby ją odepchnąć, a wtedy jęknął 
cicho i zaczął całować ją śmielej. Przyjęła go, wpuściła do środka...  

I właśnie wtedy usłyszeli warkot silnika. Billy oderwał się od Caroliny i ujrzał samochód 

Douga  Fletchera,  wjeżdżający  ostro  na  podjazd.  Wciąż  trzymając  się  w  objęciach, 

background image

obserwowali,  jak  szeryf  zatrzymuje  radiowóz,  patrzy  chwilę  w  ich  stronę,  a  potem  cofa  i 
odjeżdża Hitchcock Road w stronę miasta.  

 

Kicia  nie  miała  najmniejszej  ochoty  iść  do  biura  Billy’ego,  robiła  więc  wszystko,  żeby 

dać  mu  to  do  zrozumienia.  W  piątek  rano,  pięć  minut  po  tym,  jak  Carolina  pojechała  na 
spotkanie  w  sprawie  pracy,  Billy  zrozumiał  po  raz  kolejny,  że  upilnowanie  Kici  i  Chrisa  to 
zadanie ponad jego siły.  

–  Pewnie  nie  chcecie  urządzić  sobie  domku  pod  stołem  w  sali  konferencyjnej?  –  Ku 

zdumieniu  Billy’ego  to  Fran  wykazywała  więcej  determinacji  i  jeszcze  nie  zrezygnowała  z 

zabawienia  maluchów,  choć  poprzedniego  dnia  nie  omieszkała  mu  wypomnieć,  że  nie 
zatrudnił jej do opieki nad dziećmi.  

– Niby jak? – zażądała wyjaśnień Kicia.  
– Zarzucimy koc na stół. Poudajecie, że jesteście niedźwiedziami w jaskini.  
– Ja mogę udawać niedźwiedzia, ale Chris nie będzie chciał. On się boi ciemności. Boisz 

się ciemności? – Złapała brata za rękę, ten zaś natychmiast zaczął wrzeszczeć.  

– A może chcielibyście robić coś innego? – Billy Ray wziął Chrisa na ręce.  
– Nie – skrzywiła się Kicia. – Nie podoba nam się tutaj.  
– A to dlaczego? 
– Bo tu śmierdzi.  
– Hm, to stare książki – wyjaśnił Billy. – Stary budynek...  
– Ohyda! 
– Ja właściwie też tak uważam. Fran, koniecznie poszukaj nam nowego biura, dobrze? 
– Twojemu ojcu to wystarczało.  
W  rzeczywistości  biuro  było  nawet  zbyt  eleganckie  dla  Yancy’ego,  przynajmniej  w 

końcowym okresie jego działalności. Długi ojca przejął zresztą Joel i to on zachował budynek 
dla wnuka, zaś jego front wynajął właścicielowi kwiaciarni Gabrielowi. Billy Ray wciąż miał 
kłopoty  z  wyobrażeniem  sobie  czasów,  w  których  Yancy  był  świetnie  prosperującym 
prawnikiem i potrzebował na potrzeby swojej kancelarii całego budynku.  

Teraz rozejrzał się dookoła, jakby trafił tu po raz pierwszy.  
– Może powinniśmy je nieco zmodernizować – powiedział. – Zadzwonisz po malarzy? 
– A co byś powiedział na nową wykładzinę? – Fran natychmiast zaraziła się entuzjazmem 

szefa.  

– Niezła myśl.  
– A na nowych klientów, którzy zapłacą za te wszystkie zmiany? 
– Mam mnóstwo klientów.  
– Ale nie takich, którzy płaciliby rachunki.  
– Czy to źle, że jestem taki hojny? 
–  Hojni  faceci  nie  powinni  zajmować  się  prawem.  Znowu  dzwoniła  pani  Balou.  Teraz 

uznała że ci z jej werandy to prawdopodobnie kosmici. Chce, żebyś ich pozwał.  

– A widzisz. Jeśli wygramy, zyskamy pieniądze na remont...  
– Wygramy, jeśli zabierzesz stąd te dzieci.  

background image

– Nie przeszkadzają mi w pracy.  
–  Ale  mi  przeszkadzają.  Poza  tym  nie  powinny  się  tu  męczyć  w  taki  piękny  dzień. 

Pierwsze  spotkanie  masz  dopiero  o  trzeciej,  a  tak  się  składa,  że  wiem,  że  wczoraj  bardzo 
długo pracowałeś. Musisz zrobić sobie wolne, jasne? 

– Słyszycie, dzieciaki? Możemy stąd iść.  
Kicia zmarszczyła nosek, zupełnie tak samo, jak jej mama.  
– A dokąd? – zapytała.  
– Lubisz się brudzić? 
Mała przekrzywiła głowę, a Chris entuzjastycznie pacnął Billy’ego w ramię.  
–  Lubisz  smar,  olej  i  hałas?  –  pytał  dalej  Billy.  –  Jeśli  tak,  to  idziemy  naprawiać 

samochody! 

– Naprawdę? – Popatrzyła na niego, podniecona i szczęśliwa.  
– Jasne. Tylko że tam też śmierdzi.  
Joel Wainwright nieuchronnie zbliżał się do osiemdziesiątki. Długoletnie przebywanie na 

słońcu  Florydy  sprawiło,  że  jego  skóra  była  pomarszczona  i  pełna  odbarwień.  Billy 
zaobserwował kiedyś, że Joel starzał się wprost proporcjonalnie do staczania się syna, więc 
już w wieku lat sześćdziesięciu wyglądał dużo gorzej niż by to wynikało z jego metryki.  

Ale nie zawsze był stary i zgorzkniały. Mając szesnaście lat, wyruszył na podbój świata i 

przez dziesięć lat nie było go w Moss Bend. Podczas wędrówki zrozumiał, że nie musi być 
biednym farmerem, tak jak jego przodkowie. Kiedy więc powrócił w rodzinne strony, był już 
doskonale  wykwalifikowanym  mechanikiem.  Jeszcze  przed  trzydziestką  miał  własny 
warsztat, a gdy ukończył trzydzieści pięć lat, punkt ów cieszył się olbrzymim powodzeniem w 
całym okręgu.  

Choć  Joel  nadal  potrafił  naprawić  gaźnik  z  szybkością  błyskawicy,  robił  to  ostatnio 

rzadko.  Nigdy  nie  był  zbyt  gadatliwy,  lecz  teraz  wydawało  się,  że  większą  przyjemność 
sprawia  mu  rozmowa  z  klientami  niż  naprawa  ich  samochodów.  Brudną  robotę  zostawiał 
swoim mechanikom, acz starannie kontrolował ich poczynania. Najczęściej jednak można go 
było znaleźć za ladą w poczekalni, gdzie podliczał rachunki na starej maszynie do liczenia, 
wyprodukowanej jakieś dwadzieścia lat przed powstaniem pierwszego komputera.  

Dziś,  gdy  do  warsztatu  przybył  Billy  Ray  wraz  z  dziećmi,  za  ladą  siedziała  Dahlia.  Ta 

ciemnoskóra  kobieta  pracowała  u  Joela  od  niepamiętnych  czasów.  Następnej  zimy  jej  mąż, 
Pete,  miał  przejść  na  emeryturę  i  oboje  planowali  się  przeprowadzić,  aby  być  bliżej  dzieci. 
Billy wiedział, że Joel będzie za nią tęsknił.  

Kicia uśmiechnęła się do Dahlii od progu, po czym natychmiast skierowała swe kroki ku 

lampie w rogu pomieszczenia. Lampa owa miała kształt różowego cadillaca i była prezentem, 
który Joel otrzymał od Dahlii na ostatnie urodziny. Kicia włączyła lampę, potem wyłączyła, 
potem znów włączyła i z zachwytem przypatrywała się złocistemu blaskowi.  

Gdy jedyny klient opuścił poczekalnię, zapewne niezbyt zachwycony tym widowiskiem, 

Dahlia uśmiechnęła się do Billy’ego.  

– Sam już powinieneś mieć co najmniej dwójkę dzieciaków – powiedziała.  
– A co, nie mam? Dziś te maluchy należą do mnie. Pomyślałem sobie, że oprowadzę je 

background image

po warsztacie. Jest gdzieś Joel? 

– Naprawia samochód na stanowisku pierwszym.  
– Sam naprawia? A to dlaczego? 
– Grady zachorował, a Jimmy poszedł na pogrzeb ciotki. Dziś chowają ją u baptystów.  
– Co naprawia? 
– Chyba hamulce. To jeden z wozów szeryfa.  
– Tak? – Billy nie bardzo miał ochotę plątać się po warsztacie, kiedy będzie tu któryś z 

ludzi Douga. – O której przyjadą po auto? 

– Joel obiecał, że ktoś podrzuci wóz na posterunek. Ktoś... – Dahlia pokiwała znacząco 

głową. – Pewnie miał na myśli mnie. Pomyśleć, ile ja robię dla tego człowieka.  

– Nie wiem, jak sobie poradzi bez ciebie.  
–  E,  da  sobie  radę.  –  Kiwnęła  głową  w  kierunku  Kici  i  Chrisa.  –  Znam  tę  dwójkę.  To 

wnuki sędziego.  

– Zgadza się.  
– Co tu robią? – zniżyła głos.  
Billy był szczerze zdumiony, że Dahlia nie słyszała najświeższych plotek.  
–  Przyjaźnię  się  z  ich  matką  –  wyjaśnił  poufnym  tonem.  –  Dziś  rano  pojechała  na 

spotkanie w sprawie pracy.  

– A ty pilnujesz dzieci? Chociaż sędzia ma tyle służby? 
– Carolina woli, żeby dziećmi zajął się ktoś inny.  
– Aha.  
Dahlia była bystrą kobietą. Billy Ray wiedział, że zrozumiała, o co chodzi.  
– A ty co tu robisz? – Do pomieszczenia wszedł Joel, wycierając ręce w wysmarowaną 

szmatę.  Jego  spojrzenie  powędrowało  w  stronę  dzieci,  po  czym  i  on  zniżył  głos  i  zapytał, 
marszcząc groźnie brwi: – Nie macie nic lepszego do roboty? Musicie się bawić moją lampą? 

– A co mamy robić? – odparła Kicia i wzruszyła ramionami. Popatrzyła na Billy’ego. – 

Tu wcale nie jest brudno. Mówiłeś, że będzie. I nie śmierdzi.  

– Obiecałem im smar, smród i brudy. – Billy mrugnął do dziadka okiem.  
– No tak, mamy tego od groma. Może zasłońcie im te czyste ubranka.  
–  Chris  wciąż  wszystko  wkłada  do  buzi  –  wtrąciła  się  Kicia.  –  Musimy  mieć  na  niego 

oko.  

– Dahlia, popilnujesz dzieci, kiedy ja i Billy zajrzymy pod maskę? – odezwał się dziadek, 

nie zwracając uwagi na małą.  

– A co? Potrzebujesz pomocy? – zapytał Billy.  
– Tak, kogoś silniejszego ode mnie. Zatkał się zawór odpowietrznika, a nie jestem już tak 

silny, jak kiedyś. Wkładaj kombinezon, chłopcze, i do roboty! 

Kilka  minut  później,  ku  nieopisanej  uciesze  Kici,  Billy  założył  na  siebie  poplamiony 

kombinezon. Dahlia znalazła gdzieś firmową koszulę, podwinęła rękawy i ubrała w nią Kicię, 
tak  że  dziewczynka  wyglądała  teraz  niczym  malutki  mechanik.  Zielone  ubranko  Chrisa 
osłonięte zostało zniszczonym męskim podkoszulkiem.  

Billy podszedł do Kici i powiedział poważnie: 

background image

– Będziemy potrzebować twojej pomocy. To narzędzia, którymi się posłużę.  – Wyłożył 

wszystko na stół, pokazując jej każdy przedmiot i wymawiając głośno jego nazwę. – Myślisz, 
że zdołasz to wszystko zapamiętać? – spytał.  

– Jasne. A mogę wejść pod samochód? 
Billy  natychmiast  pomyślał  o  ubezpieczeniu  Joela,  procesach  sądowych  i 

odpowiedzialności.  

– Ale tylko na momencik – zastrzegł. – I to wtedy, gdy skończymy.  
– A czy mogę coś naprawić? 
– Na pewno znajdę coś także dla ciebie – obiecał. – Tylko nie w tym samochodzie. Ten 

trzeba tylko obejrzeć, zgoda? 

– Zgoda. Podoba mi się ten zapach! 
Stanowisko  pierwsze  pachniało  benzyną  i  olejem,  oponami  i  starą  skórzaną  tapicerką. 

Billy pomyślał, że dziewczynka z pewnością nie wdała się w swego dziadka.  

– To co, zaczynamy? – zapytał Joela.  
– Dobra, zobacz tutaj. Chyba naprawdę się starzeję, skoro nie umiem się z tym uporać.  
– E, pewnie obluzowałeś ją na tyle, że ktoś inny z łatwością da sobie radę.  
– Ktoś młody – uściślił Joel. – Ja jestem stary i zmęczony.  
– Kiciu! – zawołał Billy. – Przynieś mi klucz nasadowy.  
– Przecież masz go przy sobie – zauważył Joel.  
– Tak, ale ona o tym nie wie.  
Po  chwili  usłyszeli  łomot  spadających  na  podłogę  narzędzi.  Zaraz  potem  w  zasięgu 

wzroku ukazał się klucz nasadowy, popchnięty drobną dłonią dziewczynki.  

– Dobra robota! – zawołał Billy. – Właśnie tego potrzebowałem. A teraz podaj mi młotek 

– Najpierw odkręć ten cholerny zawór – mruknął Joel.  

– Już się robi. – Billy stęknął i naparł całym ciałem na klucz. – Poszło! – uśmiechnął się 

zadowolony. – Chcesz czegoś jeszcze? 

– Tak, twojej krzepy.  
– Daleko mi do ciebie, dziadku. Kiedy byłeś w moim wieku...  
– To na pewno mniej gadałem. Teraz trzeba zmienić filtr oleju. Właź, ja jestem za stary, 

żeby pchać się pod te graty.  

Joel  ciągle  zrzędził,  lecz  Billy  nie  miał  wątpliwości,  że  cieszy  go  towarzystwo  wnuka  i 

maluchów.  Pamiętał,  że  gdy  był  małym  chłopcem,  spędzał  tu  większość  czasu,  podając 
dziadkowi  narzędzia  i  ucząc  się  początkowo  prostych,  a  później  coraz  bardziej 
skomplikowanych  napraw.  Gdyby  nie  skończył  prawa,  mógłby  zarabiać  na  życie  jako 
mechanik.  

– Zaraz się tym zajmę – powiedział.  
– A ja muszę zadzwonić – oznajmił Joel. – Jak przyjdę, to pomogę ci skończyć.  
Billy  znów  przywołał  Kicię,  żeby  pokazać  jej,  co  dokładnie  zrobili.  Mała  była 

zafascynowana. Mały Chris także wydawał się całkiem szczęśliwy w ramionach Dahlii.  

– Teraz będę zmieniał filtr oleju.  
– Ja też mogę? – zapytała Kicia.  

background image

– Na razie popatrz. Powiem ci, co zamierzam zrobić.  
Jej oczy zalśniły, tak jak zapewne lśniły oczy jej koleżanek, gdy dostawały nowy domek 

dla lalki Barbie. Billy tymczasem włożył okulary ochronne, po czym wśliznął się pod auto, a 
Kicia  przyłączyła  się  do  niego.  Pokazał  jej  najważniejsze  części  samochodu  i  wyjaśnił  ich 
funkcje.  

– Filtr to coś takiego jak sitko, którego mama używa, gdy odcedza makaron, prawda?  – 

skomentowała rezolutnie Kicia.  

– Działa na takiej samej zasadzie. A teraz uciekaj, strasznie tu brudno.  
– To fajnie! 
– Twoja mama się wścieknie, jeśli będzie musiała zmywać olej z twoich włosów.  
Kicia zamruczała coś z niezadowoleniem, lecz zastosowała się do polecenia.  

Billy Ray pracował najszybciej, jak potrafił, ale filtr był całkowicie zatkany, podobnie jak 

zawór odpowietrznika.  Ludzie szeryfa niespecjalnie dbali o swoje auta,  więc często  trafiały 
one do warsztatu Joela. Jęczał właśnie z wysiłku, próbując odkręcić kolejną śrubę, gdy nagle 
dobiegły go z oddali niezbyt wyraźne odgłosy zażartej kłótni.  

– Nie pozwolę wam na to! – usłyszał zdenerwowany głos Dahlii.  
– Nie masz tu nic do gadania! – odezwał się w odpowiedzi jakiś mężczyzna, z pewnością 

nie Joel.  

Billy wychylił się spod samochodu i rozejrzał dookoła. Kiedy nie zobaczył ani Dahlii, ani 

dzieci, wydostał się spod auta i szybko wybiegł na zewnątrz.  

Kobieta  stała  przed  wejściem  do  garażu.  Naprzeciwko  niej  pieklił  się  sędzia  Grayson, 

który już trzymał Kicię za rękę, a teraz zapewne domagał się, by Dahlia oddała mu Chrisa. 
Jednak  kobieta  kurczowo  przyciskała  chłopca  do  siebie  i  bynajmniej  nie  miała  zamiaru  go 
puścić. Malec był zapłakany i potargany, jakby chwilę wcześniej sędzia lub młody pomocnik 
szeryfa usiłowali wyrwać go z jej objęć.  

– Co się tu dzieje? – Billy Ray stanął obok Dahlii.  
– Sędzia twierdzi, że dzieci mają iść razem z nim – wyjaśniła.  
Billy  zdawał  sobie  sprawę,  że  Dahlia  znalazła  się  między  młotem  a  kowadłem.  Jej  mąż 

pracował  w  sądzie  przez  ponad  trzydzieści  lat  i  wkrótce  miał  przejść  na  emeryturę.  To 
właśnie  od  sędziego  zależało,  czy  zdoła  przepracować  ostatnie  miesiące,  aby  uzyskać 
wszystkie należne mu świadczenia.  

Mimo brudnych rąk, delikatnie wyjął Christophera z objęć kobiety i polecił jej łagodnie: 
–  Idź  odebrać  telefon.  Tam  jesteś  potrzebna,  nie  tu.  Poczekał,  aż  Dahlia  zniknie  za 

drzwiami, i dopiero wtedy odezwał się do sędziego: 

– Myślałem, że już to ustaliliśmy. Matką tych dzieci jest Carolina. Poprosiła mnie rano, 

żebym  się  nimi  zaopiekował,  i  właśnie  to  robię.  Jestem  za  nie  odpowiedzialny  i  nie  mogę 
oddać żadnego z nich bez pozwolenia ich matki.  

– Jak na rozsądnego faceta, nie zachowuje się pan zbyt rozsądnie – skrzywił się sędzia, 

nie puszczając dłoni wnuczki.  

– To pana zdanie – odparł Billy. – Najważniejsze jest to, że odpowiadam w tej chwili za 

dzieci Caroliny Grayson i obiecałem jej, że dziś po południu wrócą pod jej opiekę.  

background image

–  Posłuchaj,  młodzieńcze  –  powiedział  powoli  sędzia.  –  Moss  Bend  to  małe  miasto. 

Żyjemy  tu  od  lat  po  swojemu  i  nie  lubimy  zamętu.  Każdy  z  nas  ma  swoje  ambicje,  nie  za 
duże,  na  miarę  tego  miejsca  i  tego  okręgu.  Ja  też  nie  jestem  zbyt  ambitny,  nie  potrzebuję 
niczego ponadto,  co już mam. Postanowiłem  być małomiasteczkowym sędzią i  nim jestem, 
choć  mogłem  mieć  więcej.  Nigdy  nie  kandydowałem  na  senatora,  tak  jak  ojciec  Caroliny. 
Zostałem tutaj i wziąłem w posiadanie tę skromną część Florydy. Tak w ogóle to ode mnie 
zależy niewiele, ale tutaj akurat wszystko. I dlatego nie pozwolę odebrać sobie tego, co należy 
do mnie – zakończył dobitnie.  

– Dzieci należą do Caroliny – odparł Billy.  
– Tylko formalnie. A i to do czasu. Jak tam pana praktyka? – Sędzia zmienił nagle temat. 

– Ostatnio niezbyt często widuję pana na sali sądowej.  

Billy Ray zrozumiał, że temat wcale nie uległ zmianie.  
– Może przejdzie pan do sedna sprawy? – zaproponował – Niech pan od razu zacznie mi 

grozić.  

– Grozić? – powtórzył sędzia. – Doprawdy, nie zniżałbym się do tego. Oszczędzam moje 

groźby dla osób, które naprawdę mogą mi zaszkodzić. A pan? Pan jest dla mnie nikim. Pana 
praktyka  jest  nic  nie  warta,  podobnie  zresztą  jak  cały  ten  warsztat.  Kiedy  ludzie  w  River 
County zobaczą, że zadaje się pan z wariatką, która zabiła mojego syna i porwała te niewinne 
dzieci, zrozumieją, że i pan, i wszystko, do czego jest pan przywiązany, jest nic nie warte. Po 
tym wszystkim nie zechce pan tu dłużej mieszkać. A ja nie będę się temu dziwić. Trochę to 
potrwa, ale w końcu stanie się tak, jak powiedziałem.  

Billy czuł, jak narasta w nim wściekłość, ale postanowił nie podnosić głosu.  
– Wie pan co? Pomimo pana ambicji, choćby i małych, nie jest pan rządcą tego okręgu. 

Wainwrightowie  mieszkają  tu  równie  długo,  jak  Graysonowie.  Niezależnie  od  pana  zdania, 
zostanę więc tutaj. A teraz proszę puścić to dziecko.  

Billy przyciągnął do siebie Kicię i objął ją ramieniem. Dziewczynka zaczęła płakać. Ręka 

sędziego  opadła,  bowiem  przy  całej  swej  arogancji  Grayson  wiedział,  że  w  fizycznej 
konfrontacji jest bez szans. Pomocnik szeryfa,  Al  Cranson, który dorastał razem  z Billym  i 
Dougiem, zrobił krok naprzód, lecz wówczas Billy zmrużył oczy i wycedził: 

– Ostrzegam. Zgodnie z prawem, dzieci są teraz pod moją opieką.  
– Skoro już się spotkaliśmy – odezwał się sędzia zmienionym tonem – to chciałbym pana 

powiadomić,  że  złożyłem  wniosek  o  przyznanie  mi  opieki  nad  dziećmi.  Oskarżam  moją 
synową o brak równowagi psychicznej. Mam dowody, świadków i wygram sprawę.  

– Zobaczymy.  
– I to już wkrótce. Najpierw uzyskam prawo do odwiedzania dzieci. Równie dobrze może 

pan już teraz je oddać.  

– Oddam je panu, kiedy zobaczę stosowny dokument.  
– Źle pan wybrał, Billy Ray. Nie pierwszy raz. Złe wybory to pana specjalność.  
– To pana prywatna opinia.  
– Zgodna z prawdą.  
– Pozwoli pan, że prawdę odkryjemy w czasie procesu, do którego panu tak spieszno.  

background image

Sędzia przyglądał mu się w milczeniu, a na jego twarzy błąkał się lekki uśmieszek. Billy 

Ray nie spuszczał z niego wzroku. W końcu Grayson odwrócił się i opuścił warsztat.  

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

– Billy Ray? 
Billy uniósł głowę znad dokumentów, nad którymi pracował od trzeciej po południu. W 

drzwiach stała Fran, opierając ręce na pulchnych biodrach.  

– Jeszcze tu jesteś? – Odłożył długopis.  
– Bo ty tu jesteś – wyjaśniła cierpko. – Ale chciałabym już iść.  
– To idź. Muszę to skończyć.  
Fran podeszła do biurka i zgarnęła papiery, po czym ułożyła je w zgrabną kupkę.  
– Starczy na dzisiaj – orzekła. – Dotknij ich choć raz, a zrobię z nich konfeti.  
Billy  odchylił  się  na  krześle  i  spojrzał  przez  okno.  Na  zewnątrz  było  już  ciemno,  co 

oznaczało,  że  prawdopodobnie  minęła  siódma.  Obiecał  Carolinie,  że  po  pracy  wpadnie  do 
niej, aby opowiedzieć o dzisiejszych zajściach w warsztacie, na razie bowiem zdążył jej tylko 
wspomnieć o incydencie z sędzią i ostrzec ją, by nie spuszczała maluchów z oczu.  

Nie  łudził  się  już, że  jakakolwiek  rozmowa  z  Graysonem  odmieni  jego  punkt  widzenia. 

Sędzia udowodnił raczej, że nie cofnie się przed niczym, by zdobyć swe wnuki na własność.  

– Masz rację, Fran. – Billy przeciągnął się na krześle. – Padam z nóg. Zaraz sobie pójdę.  
– Więc wyjdź przede mną, mój drogi. I nie myśl, że tak łatwo się mnie pozbędziesz.  
Uśmiechnął się, lecz wyraz twarzy Fran nie uległ zmianie.  
– No dobrze – westchnął. – Zadzwonisz do Caroliny, a ja spakuję rzeczy, zgoda? Powiedz 

jej, że zaraz przyjadę.  

Na myśl o rychłym spotkaniu z Caroliną poczuł przyjemny dreszczyk. Nie był z nią sam 

na sam od czasu pocałunku. Starał się go nie wspominać, jednak nie był w stanie oprzeć się 
pokusie  przeżywania  wciąż  na  nowo  rozkoszy,  która  wówczas  nim  zawładnęła.  Ten 
pocałunek był dla niego niczym odnalezienie utraconej przeszłości, niczym powrót do domu. 
Nie myślał już o Carolinie jak o utraconej miłości, lecz jak o miłości odrodzonej, aktualnej, 
ciągle żywej.  

Na  parkingu  postanowił  zaczekać,  aż  Fran  odjedzie  swoim  wozem,  i  dopiero  wtedy 

wsiąść do auta. Co prawda w Moss Bend przestępczość była raczej  niewielka, ale nawet  tu 
grasowali czasem złodzieje czy rabusie, zwłaszcza po zmierzchu. Pomachał do Fran ręką, lecz 
zdał  sobie  sprawę,  że  ona  także  zwleka  z  odjazdem,  chcąc  zapewne  zobaczyć,  jak  on 
opuszcza parking. Billy roześmiał się, zasalutował sekretarce i usiadł za kierownicą swojego 
taurusa. Dopiero wtedy usatysfakcjonowana Fran ruszyła do domu.  

Po  południu  nad  Florydą  rozszalała  się  burza  i  teraz,  gdy  zachodziło  słońce,  powietrze 

było rześkie i aromatyczne. Billy opuścił okna, chociaż Joel naprawił klimatyzację w aucie. 
Niemalże podjeżdżał już pod dom Maggie, gdy nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.  

Rano  obiecał  Kici,  że  kiedy  skończy  pracować,  znajdzie  jej  coś,  co  mogłaby  naprawić. 

Niestety,  epizod  z  sędzią  sprawił,  że  kompletnie  wyleciało  mu  to  z  głowy.  Dziewczynka 
jednak pamiętała daną obietnicę i nie omieszkała wyrazić później swego rozczarowania.  

Teraz  pomyślał,  że  mógłby  podarować  Kici  jakieś  stare  narzędzia,  niepotrzebne  w 

background image

warsztacie, za to doskonałe do zabawy. Joel zawsze miał jakieś zapasowe narzędzia, podobnie 
jak stare części do samochodów. Nie wyrzucał ich, gdyż święcie wierzył, że nadejdzie jeszcze 
dzień,  w  którym  mogłyby  się  przydać.  Billy  Ray  postanowił  opróżnić  jedną  ze  skrzynek, 
włożyć  do  niej  stare  młotki,  śrubokręty  i  klucze,  a  potem  sprezentować  cały  zestaw  małej 
miłośniczce samochodowej mechaniki. Kiedy Kicia się znudzi, narzędzia zostaną zwrócone, a 
jeśli się do nich przywiąże, Billy kupi dziadkowi nowy sprzęt.  

Na wszelki wypadek zadzwonił do Joela, aby upewnić się, czy ten akceptuje jego pomysł, 

a gdy dziadek się zgodził, Billy zawrócił auto na wąskiej drodze i ruszył do warsztatu.  

O tej porze w zakładzie nikogo już nie było. Billy zatrzymał się przed bramą i wysiadł, by 

ją otworzyć. Wsiadł z powrotem do wozu, zaparkował obok garażu i wszedł do poczekalni. 
Wewnątrz  paliła  się  tylko  jedna  lampka,  wokół  budynku  panowała  całkowita  cisza.  Billy 
znalazł  skrzynkę  w  miejscu,  które  wskazał  mu  Joel,  a  następnie  udał  się  na  stanowiska  z 
samochodami,  aby  znaleźć  kilka  niepotrzebnych  części.  Po  drodze  włączył  radio  i 
kompletując narzędzia, słuchał śpiewu Dwighta Yoakhama, pogwizdując sobie pod nosem.  

Pierwszy cios całkowicie go zaskoczył. W jednej chwili pochylał się, by obejrzeć zestaw 

śrubokrętów, w następnej zaś leżał już jak długi na betonie. Zanim zdołał się pozbierać, ktoś 
usiadł mu na plecach i zdzielił w głowę po raz drugi.  

Billy  szarpnął  się,  usiłując  wstać,  ale  człowiek  na  nim  trzymał  go  w  potężnym  uścisku. 

Zaraz  potem  zarzucił  mu  na  twarz  coś  szorstkiego  i  śmierdzącego  i  nagle  cały  świat 
zawirował  i  odpłynął.  Billy  ujrzał  jeszcze  tylko  porysowany  nosek  buta,  a  potem  zapadła 
ciemność.  

Wciąż  walczył,  wciąż  rozpaczliwie  usiłował  się  wyswobodzić.  Jednak  ten,  który  go 

zaatakował, był przygotowany na wszystko. Zacisnął na przegubach swej ofiary gruby sznur i 
uspokoił ją kopniakiem.  

– Zaraz znów oberwiesz – zagroził.  
Billy  usiłował  dopasować  głos  do  którejś  ze  znanych  mu  twarzy.  Na  próżno.  Odpoczął 

chwilę i szarpnął mocno nogami, które właśnie mu krępowano, a potem wierzgnął na oślep z 
całych  sił.  Chyba  trafił  swego  prześladowcę,  bowiem  usłyszał  wściekłe  przekleństwo,  a  po 
nim podniesiony głos: 

– Przytrzymaj go, idioto! Przytrzymaj mu nogi! 
To  był  jednak  inny  głos  niż  ten,  który  słyszał  poprzednio.  Najwyraźniej  zamierzało  go 

pobić  dwóch  napastników.  Wciąż  wił  się  i  kopał,  ale  z  workiem  zarzuconym  na  głowę  i 
związanymi rękami nie miał zbyt wiele szans. Gdy mężczyźni unieruchomili jego nogi, był 
już całkiem bezbronny.  

Szybko przestał się orientować, czym go biją, choć czuł, że głównie pięściami. W pewnej 

chwili usłyszał, że jeden z mężczyzn wziął do ręki jakiś przedmiot ze sklepowej półki. Zanim 
zorientował się, co to za narzędzie, stracił przytomność.  

 
– Na pewno nie chcesz nic zjeść, Carolino? Dla Billy’ego i tak zostanie wielka porcja.  
Carolina uśmiechnęła się do Maggie i potrząsnęła przecząco głową.  
– Nie lubię jeść bez niego – odparła. – Ale dziękuję, że tak się o mnie troszczysz.  

background image

– W takim razie trochę tu posprzątam. Usiądź i wypij swoją herbatę.  
Wcześniej Carolina obawiała się nieco zamieszkania u Maggie, ale teraz, po kilku dniach, 

wiedziała  już,  że  to  był  dobry  wybór.  Maggie  spędzała  większość  czasu  w  tawernie,  a  gdy 
wracała do domu, była życzliwa i przyjacielska. Jednocześnie wcale się nie narzucała, więc 
Carolina  mogła  się  czuć  u  niej  naprawdę  swobodnie.  Towarzystwo  dzieci  sprawiało  jej 
prawdziwą przyjemność, one zaś odwdzięczały się jej radosną spontanicznością, tak różną od 
narzuconego grzecznego zachowania, które prezentowały w obecności dziadków.  

–  Wiesz,  chyba  zadzwonię  do  Joela.  –  Maggie  wytarła  ręce.  –  Być  może  Billy  Ray 

postanowił wpaść do dziadka. Powiem im, że czekamy z kolacją.  

Carolina dzwoniła już do biura Billy’ego, ale nikogo tam nie zastała, więc zostawiła tylko 

wiadomość na automatycznej sekretarce.  

– Dobry pomysł – skinęła głową – jeśli mu powiemy, że czekamy na niego z jedzeniem, 

nie wpadnie do baru na hot-doga, tylko przyjedzie prosto do nas.  

– Wobec tego zaraz wracam.  
Carolina podeszła do zlewu i dokończyła zmywanie naczyń. Nie zdążyła wytrzeć rąk, gdy 

Maggie ponownie wpadła do kuchni.  

– Dodzwoniłam się! – oznajmiła. – Joel mówi, że Billy pojechał jeszcze do warsztatu. Ale 

tylko na chwilę.  

– Jest już bardzo późno.  
– Pewnie właśnie dojeżdża. Gdyby miał zabawić tam dłużej, na pewno zadzwoniłby, że 

się spóźni.  

– Niekoniecznie. Nie mówiłam mu o dzisiejszej kolacji – westchnęła Carolina. – Moim 

zdaniem  pojechał  do  warsztatu,  ale  potem  jeszcze  gdzieś  wstąpił.  Nie  ma  go  już  strasznie 
długo.  

Mimo  wszystko  nieobecność  Billy’ego  niepokoiła  ją  coraz  bardziej.  Skoro  w  południe 

obiecał jej, że przyjedzie wieczorem, to nie marnowałby czasu na piwo i hot-dogi, to nie było 
do niego podobne. Gdyby wypadło mu jakieś nieoczekiwane spotkanie z klientem, na pewno 
nie kazałby jej czekać, tylko zadzwonił, choćby na moment.  

Maggie także wyglądała na zaniepokojoną, więc Carolina po raz pierwszy  odważyła się 

powiedzieć: 

– A jeśli coś mu się stało? 
–  Możemy  zadzwonić  do  warsztatu,  ale  na  pewno  nikt  nie  odbierze.  Zawsze  włączają 

sekretarkę.  

–  Chyba  się  tam  przejadę.  To  przecież  kilka  minut  drogi  stąd.  Zerkniesz  na  dzieci?  – 

Kicia  i  Chris,  którzy  już  dawno  zjedli  kolację,  siedzieli  w  piżamach  w  drugim  pokoju  i 
oglądali w telewizji film o afrykańskich słoniach.  

– Oczywiście, idź – odparła Maggie. – Zmyj mu głowę, że o nas zapomniał, i wracajcie 

szybko! 

Carolina  wsiadła  do  swojego  BMW  i  ruszyła  do  miasta,  skręcając  na  pierwszych 

światłach  w  kierunku  warsztatu.  Domyślała  się,  że  jej  niepokój  o  Billy’ego  może  być 
przesadny  i  całkowicie  nieuzasadniony,  wolała  jednak  sprawdzić  to  sama  niż  czekać  bez 

background image

końca.  

W warsztacie było ciemno, paliła się tylko blada jarzeniówka. Carolina okrążyła parking 

w poszukiwaniu samochodu Billy’ego, a kiedy go ujrzała, jej serce zaczęło bić szybciej. Nic 
nie  wskazywało  na  to,  żeby  w  warsztacie  ktoś  był  –  nie  było  widać  żadnych  świateł  ani 
słychać odgłosów. Z początku chciała zadzwonić na policję, ale gdy tylko przypomniała sobie 
twarz Douga Fletchera, zrezygnowała. Zaparkowała obok auta Billy’ego i wysiadła.  

Podeszła do tylnych drzwi, które ku jej zdumieniu, były otwarte.  
– Billy? – Zerknęła w głąb ciemnego holu. – Jesteś tu? Odpowiedziała jej cisza.  
Znalazła kontakt i włączyła światło. Znajdowała się teraz w poczekalni, pełnej podartych 

papierów  i  poprzewracanych  mebli.  Zasłoniła  usta  dłonią,  żeby  nie  krzyknąć.  Ktoś  tu  był! 
Ktoś  pozbawiony  skrupułów,  kto  najwyraźniej  czegoś  szukał  albo  z  czystej  złośliwości 
powyrzucał dokumenty i książki na podłogę.  

Czy napastnik czaił się gdzieś w pobliżu? Może skrył się w cieniu? Przez chwilę Carolina 

czuła  przemożną  chęć  ucieczki,  ale  powstrzymała  ją  myśl  o  tym,  że  Billy  być  może  leży 
gdzieś na terenie warsztatu i oczekuje pomocy. Stała więc cicho i wsłuchiwała się w złowrogą 
ciszę, która wypełniała mroczne pomieszczenia.  

Pomyślała,  że  powinna  znaleźć  sobie  coś  do  obrony  przed  ewentualnym  atakiem. 

Dostrzegła  na  podłodze  nożyczki,  które  wypadły  zapewne  z  wyrwanej  z  biurka  szuflady. 
Schyliła się i podniosła je z podłogi.  

Z  trudem  przypominała  sobie  rozkład  budynku.  Po  lewej  znajdowała  się  hala,  w  której 

dokonywano  napraw,  po  prawej  magazyny  i  pomieszczenia  biurowe.  W  którym  kierunku 
poszedłby Billy? 

– Billy! – krzyknęła głośno, ale znów nie doczekała się odpowiedzi.  
Postanowiła ruszyć w stronę hali. Doszła do drzwiczek, pchnęła je i zaczęła iść ostrożnie 

w stronę stanowisk.  

– Billy? 
W  rogu  paliła  się  mała  lampka.  W  jej  świetle  niewiele  można  było  zobaczyć,  więc 

Carolina oparła rękę na ścianie, żeby namacać kontakt. Przesunęła się nieco na lewo, aż W 
końcu  poczuła  pod  palcami  przełącznik.  Nacisnęła  go  i  wtedy  jaskrawe  światło  zalało 
pomieszczenie.  

Billy Ray leżał bez ruchu przy drugim stanowisku.  
 
W domu Maggie, w sypialni dla gości, Garth oczyścił ranę na głowie Billy’ego i zalepił 

plastrem.  

– Co to było, jakiś łom? – zapytał.  
– Pewnie tak.  
– Mogli cię zabić.  
– Nikt nie zamierzał mnie zabijać. Chcieli tylko przestraszyć. .. – Zerknął w górę i ujrzał, 

że  Carolina  przygląda  mu  się  z  uwagą.  Zauważyła,  że  to  właśnie  ze  względu  na  nią  nie 
dokończył zdania.  

Chciało  jej  się  płakać.  Wcześniej  zdołała  jakoś  przeciąć  więzy  krępujące  Billy’ego  i  go 

background image

ocucić.  Potem  zawlokła  go  do  samochodu  i  czym  prędzej  zawiozła  do  Maggie.  Worek 
zawiązany na głowie mężczyzny ochronił go nieco przed ciosami, ale i tak Billy był cały w 
ranach  i  siniakach.  Nie  zgodził  się  iść  do  przychodni  na  ostry  dyżur,  ale  pozwolił  Maggie 
wezwać Gartha.  

– Chyba zgłosisz to na policję, co? – spytał Garth.  
–  Joel  jest  już  u  szeryfa.  Zawiadomił  go  o  włamaniu  do  warsztatu  –  poinformowała 

Carolina.  

–  Ale  co  z  napadem?  –  Garth  nie  wydawał  się  usatysfakcjonowany,  –  Jutro  odszukam 

Douga Fletchera i utnę sobie z nim pogawędkę. – Billy skrzywił się, gdy Garth dotknął jego 

ramienia.  

– Twarda z ciebie sztuka, Billy Ray.  –  Lekarz uśmiechnął  się pod nosem.  – Nie sądzę, 

żeby  cokolwiek  było  złamane,  ale  trzeba  będzie  zrobić  prześwietlenie.  Przyjdź  jutro.  I 
żadnych wymówek.  

– Dobrze. Dzięki.  
– Carolino? – Garth spojrzał na nią, prosząc wzrokiem o wsparcie.  
– Przyjdziemy – potwierdziła – nawet gdybym miała go związać i zawlec tam siłą.  
– Wobec tego zostawiam Billy’ego pod pani opieką. Proszę go budzić co dwie godziny i 

sprawdzać źrenice. Objawy wstrząsu mózgu czasem przychodzą z opóźnieniem.  

1  oczywiście  proszę  dzwonić,  gdyby  coś  się  działo.  –  Odwrócił  się  i  popatrzył  na 

Billy’ego. – Teraz ty będziesz musiał odpoczywać – powiedział. – Minie sporo czasu, zanim 

dojdziesz do siebie.  

Do pokoju wpadła Maggie z torebką lodu.  
–  Boże,  nawet  nie  wiem,  od  których  siniaków  zacząć  –  westchnęła.  –  Billy  Ray, 

wyglądasz, jak gdybyś stoczył najcięższą walkę w tawernie.  

–  Tam  przynajmniej  bym  widział,  kto  mnie  bije.  Garth  zabrał  Maggie  na  stronę,  aby 

poinstruować ją, jak ma opiekować się Billym. Gdy zostali na chwilę sami, Carolina uniosła 
dłoń Billy’ego do ust i ucałowała ją delikatnie.  

– Oboje wiemy, kto to zrobił – powiedziała.  
– Możemy się tylko domyślać. Nikogo nie widziałem. Nie rozpoznałem głosów.  
– Ja wiem, że to robota mojego teścia. Jestem pewna, że u Joela nic nie zginęło. Whittier 

wynajął tych łajdaków, a oni pojechali za tobą do warsztatu i pobili cię do nieprzytomności.  

Do pokoju powróciła Maggie.  
–  Zacznę  od  ramienia  –  stwierdziła,  przykładając  okład  do  rany.  –  Jak  będzie  bardzo 

bolało, mam od Gartha środki przeciwbólowe.  

Carolina wstała z łóżka.  
– Zostawię was.  Zobaczę, co z dziećmi. Potem  będę musiała na chwilę  wyjść  – dodała 

ciszej.  

–  Dzieciaki  śpią,  sprawdziłam  –  uspokoiła  ją  Maggie.  –  Całe  szczęście,  że  poszły  do 

łóżek, zanim wróciłaś z tym workiem kartofli. A jeśli chcesz wyjść, to zaczekaj do jutra. Nie 
będziesz chyba sama łazić po nocy...  

– Ciii... – Carolina położyła palec na ustach i pociągnęła Maggie do drzwi. – Muszę coś 

background image

załatwić – wyjaśniła, stając na progu. – Będę uważać.  

–  Tylko  pamiętaj,  dziewczyno  –  Maggie  popatrzyła  na  nią  surowo  –  nie  zrób  jakiegoś 

głupstwa.  

– Nie martw się. To nic wielkiego, powinnam to była załatwić już dawno temu.  
Na  zewnątrz  świecił  księżyc,  a  niebo  pełne  było  gwiazd.  Carolina  wsiadła  do  auta  i 

pośpiesznie  wyjechała  z  podjazdu  prowadzącego  do  domu  Maggie.  Do  posiadłości 
Graysonów  dotarła  w  kilka  minut.  Jej  teściowie  nigdy  nie  przeprowadzili  się  na  modne 
ostatnio przedmieścia po zachodniej stronie miasta, więc ich imponującej wielkości dom stał 
w  najstarszej  części  Moss  Bend,  otoczony  podobnymi  sobie  budowlami,  w  tym  domem,  w 
którym Carolina spędziła dzieciństwo i młodzieńcze lata.  

Jeszcze  podczas  jazdy  uświadomiła  sobie,  że  tego  wieczora,  jak  w  każdy  trzeci  piątek 

miesiąca, Graysonowie wraz z pięcioma innymi parami z okolicy spotykają się na brydżu. Co 
miesiąc  spotkanie  odbywało  się  w  innym  domu,  a  dziś  to  właśnie  Gloria  i  Whittier 
podejmowali gości u siebie. Carolina przypomniała sobie, jak Gloria upominała ją, żeby przy 
podobnych  okazjach  dzieci  zachowywały  się  wyjątkowo  grzecznie.  Pewnie  jej  zdaniem 
byłoby najlepiej, gdyby na ten czas w ogóle zniknęły, żeby nie przeszkadzać dorosłym.  

Nie obchodziło jej to, że teściowie przyjmują gości. Była tak zła, że nic nie było w stanie 

jej powstrzymać.  To nawet  lepiej,  jeśli  wykrzyczy swoje rację  w obecności połowy miasta. 
Zbyt długo już milczała.  

Miała  na  sobie  niebieską  bawełnianą  koszulkę,  szorty  w  paski  i  sandały.  Wiedziała,  że 

pozostali goście będą odświętnie obrani, lecz to tylko podsycało jej bunt i dodawało odwagi. 
Nikt nie pomyśli, że została zaproszona, nawet gdyby teściowa usiłowała tak to przedstawić.  

Kobieta,  która  otworzyła  drzwi,  była  najważniejszym  powodem,  dla  którego  przyjęcia 

Glorii  cieszyły  się  takim  powodzeniem.  Dziś  Inez  miała  na  sobie  czarny  strój  z 
wykrochmalonym białym kołnierzykiem i jak zwykle była ponura. Jej mrukliwe usposobienie 
nie  przeszkadzało  jednak  gospodarzom  –  najważniejsze,  że  Inez  była  wzorową  służącą  i 
przygotowywała pyszne przekąski.  

– Pani Carolina? – Zmarszczyła czoło na jej widok. – Mamy dziś przyjęcie....  
–  Wiem  –  ucięła  Carolina  i  przeszła  obok  niej  do  holu.  Przyjęcie  nie  przeniosło  się 

jeszcze do jadalni. Goście rozmawiali i pili drinki po drugiej stronie olbrzymiego korytarza, w 
pomieszczeniu  zwanym  przez  Glorię  „pokojem  rodzinnym”.  Zabawne,  czyżby  w  tym  domu 
rodzinna  atmosfera  zarezerwowana  była  tylko  dla  jednego  pomieszczenia?  Ale  i  w  nim 
panował wyniosły chłód i maskowana przepychem nuda – kryształowy żyrandol zwisający z 
wysokiego sufitu, starannie wybrane francuskie antyki, grube perskie dywany....  

– Proszę poczekać! – zawołała za nią Inez. – Zaraz zawołam panią Glorię! 
– Nie trudź się. Sama ją znajdę.  
– Pani Carolino, nie wolno...  
Służąca nie zdołała jej zatrzymać. Carolina weszła energicznym krokiem między gości i 

zatrzymała się na środku. Goście stali w małych grupkach, wszyscy z drinkami w dłoniach i 
uprzejmymi  uśmiechami  przylepionymi  do  twarzy.  Po  jej  wejściu  rozmowy  ucichły,  a  w 
pokoju zapanowała cisza. Gloria ruszyła w stronę synowej, lawirując między gośćmi.  

background image

O  dziwo,  sędzia  jeszcze  jej  nie  dostrzegł.  Pogrążony  był  w  rozmowie  z  mężczyzną, 

którego  Carolina  rozpoznała  jako  nowego  bankiera  swojej  rodziny.  Przypomniało  jej  to,  że 
rodzina  Waverly  odegrała  ważną  rolę  w  historii  Moss  Bend.  Miała  nadzieję,  że  ludzie 
zgromadzeni  w tym  domu  będą o tym  pamiętać i  dzięki temu uważnie wysłuchają tego, co 
miała do powiedzenia.  

Kiedy podeszła bliżej, sędzia zauważył, że w pokoju panuje idealna cisza. Odwrócił się, 

lecz na widok Caroliny nie zareagował ani lękiem, ani gniewem.  

– Co cię sprowadza? – zapytał z kamienną twarzą.  
– Chciałabym z tobą pomówić. Sędzia uniósł pytająco jedną brew.  
– Obawiam się, że wybrałaś niewłaściwy moment. Nie pierwszy raz zresztą.  
–  Moment  jest  jak  najbardziej  właściwy.  –  Podeszła  jeszcze  bliżej.  –  Chcę,  żeby  ci 

wszyscy  ludzie,  przyjaciele  mojej  rodziny,  nie  tylko  twojej,  usłyszeli,  co  mam  do 
powiedzenia.  

– Nie wystarczą ci sceny, które urządzałaś do tej pory? Koniecznie chcesz pokazać nam 

jakieś nowe widowisko? 

–  Nie  sądzę,  żeby  któraś  z  obecnych  tu  osób  widziała  owe  widowiska. 

Najprawdopodobniej słyszeli tylko o nich. To plotki, że jestem niezrównoważona – zwróciła 
się do gości. – A oni oboje mają ważny powód, by je rozpowszechniać! 

– A jakiż to powód? – zapytał z niezmąconym spokojem sędzia.  
–  Chcecie  moich  dzieci!  –  krzyknęła.  –  Chcecie  wychować  je  tak,  jak  wy  sobie  tego 

życzycie! Chcecie zniszczyć je tak, jak zniszczyliście swojego syna! 

Obok sędziego pojawiła się Gloria. Była niedużą kobietą, która raz na pięć lat wyjeżdżała 

do  Atlanty  i  parę  tygodni  później  wracała  wyraźnie  odmłodzona.  Oprócz  liftingów  twarzy 
stosowała także rygorystyczną dietę i farbowała włosy na stonowany blond. Jedynie wyraz jej 
oczu zdradzał, że miała już prawie sześćdziesiąt pięć lat.  

– Nie czujesz się najlepiej, moje dziecko – powiedziała łagodnie, kładąc rękę na ramieniu 

synowej. – Chyba powinnaś trochę odpocząć.  

–  Czuję  się  doskonale.  –  Carolina  odtrąciła  jej  rękę.  –  W  przeciwieństwie  do  Billy’ego 

Raya  Wainwrighta.  Ktoś  napadł  go  w  warsztacie  Joela  i  pobił  do  nieprzytomności.  W  tym 
samym warsztacie przed południem usiłowano odebrać mi dzieci. Bez nakazu sądowego, bez 
mojego pozwolenia. Czy to nie dziwny zbieg okoliczności? 

–  Uspokój  się,  dziecko.  –  Sędzia  popatrzał  na  nią  z  fałszywą  troską.  –  Niestety,  ja  nie 

patroluję  ulic  Moss  Bend.  Osądzam  tylko  kryminalistów,  nawet  nie  wsadzam  ich  do 
więzienia. Przykro mi, że zaatakowano twojego kochanka, ale jeśli uważasz, że ja mam z tym 
coś wspólnego, to najlepszy dowód, że ktoś inny powinien zająć się twoimi dziećmi.  

– Billy Ray nie jest moim kochankiem. Ofiarował mi schronienie, gdy zabrałam dzieci i 

uciekłam  z  tego  domu.  A  teraz  pełni  rolę  mojego  adwokata  –  odparła.  –  Groziłeś  mu, 
próbowałeś  odebrać  dzieci,  które  zostawiłam  pod  jego  opieką.  Nawet  twoi  przyjaciele  będą 
musieli się zastanowić, czy nie masz z tym nic wspólnego.  

– Moi przyjaciele doskonale wiedzą, że nie jestem bandytą – roześmiał się sędzia.  
–  Ale  jesteś  człowiekiem  bezwzględnym,  zdolnym  do  tego,  by  zlecić  zbirom  brudną 

background image

robotę.  Człowiekiem  żądnym  władzy  nad  wszystkimi  i  wszystkim  –  wycedziła,  patrząc  mu 
prosto  w  oczy.  –  Władza  zmienia  ludzi,  panie  sędzio.  Zaczynają  wierzyć,  że  mają  prawo 
decydować o tym, jak powinien funkcjonować ten świat. Wierzą, że mają prawo kontrolować 
wszystkich, którzy staną im na drodze, żony, dzieci,  krewnych...  – Przeniosła spojrzenie na 
Glorię. – Glorio, ten człowiek zniszczył twojego syna. Kiedy Champ zginął, był alkoholikiem 
i narkomanem, brutalem pozbawionym samokontroli. Czy pozwolisz swojemu mężowi, aby 
w ten sam sposób zniszczył twoje wnuki? 

–  Dość  tego.  –  Sędzia  złapał  ją  za  ramię.  –  O  mnie  możesz  wygadywać,  co  tylko 

zechcesz, ale nie pozwolę ci oczerniać mojego syna! 

–  Jeśli  wezwiesz  mnie  przed  sąd  i  będziesz  próbował  uzyskać  zgodę  na  odebranie  mi 

dzieci, powiem znacznie więcej – ostrzegła. Strąciła jego ramię, lecz wiedziała, że puścił ją 
tylko  dlatego,  że  w  domu  było  zbyt  wielu  świadków.  Odwróciła  się  i  teraz  przemówiła  do 
gości:  –  Proszę  państwa,  nie  czujcie  się  zażenowani  tym,  że  musieliście  tego  wysłuchać. 
Jestem tu, gdyż potrzebuję świadków. Znacie mnie. Widzieliście, jak dorastałam. Wiecie, kim 
jestem.  Ostatnio  na  mój  temat  można  było  usłyszeć  niekoniecznie  prawdziwe  opinie,  więc 
chciałabym  powtórzyć  wszem  i  wobec:  nie  jestem  żadną  paranoiczką,  nie  jestem 
niezrównoważona. To, co twierdzą Graysonowie, to potwarz. Wciąż jestem tą samą kobietą, 
którą  zawsze  znaliście.  Nie  pozwolę  odebrać  sobie  dzieci  ani  skrzywdzić  ludzi,  którzy 
ofiarują  mi  pomoc.  Przepraszam  za  całe  to  zajście  –  dodała  z  westchnieniem.  –  Pewnie 
będziecie, państwo, mieli o czym mówić przez cały wieczór.  

Po  tych  słowach  ruszyła  do  wyjścia,  a  goście  rozstępowali  się  nerwowo,  aby  zrobić  jej 

przejście. Była już w drzwiach frontowych, gdy usłyszała za sobą stukot obcasów. Odwróciła 
się i ujrzała idącą ku niej teściową. Carolina wyszła na werandę, Gloria podążyła za nią.  

– Co chcesz nam zrobić? 
–  Wydaje  się,  że  to  jasne  –  Naprawdę  musisz  nas  niszczyć?  Tak  źle  ci  było  z  nami? 

Carolina studiowała przez chwilę twarz teściowej, wreszcie odparła: 

– Źle mi było, Glorio. Wiem, że to nie twoja wina. Jesteś o wiele lepszym człowiekiem 

niż  twój  mąż.  Sama  zresztą  o  tym  wiesz.  Nie  pozwól  mu,  by  dręczył  Kicię  i  Chrisa,  nie 
pozwól mu ich zepsuć. Obie wiemy, kim był Champ, kiedy zginął. Obie wiemy, dlaczego tak 
się  stało.  Z  tym  nie  da  się  już  nic  zrobić,  trzeba  jednak  dopilnować,  żeby  podobny  los  nie 
spotkał twoich wnuków.  

– Kim jesteś, by prawić mi morały? Zabiłaś mojego syna...  
Do oczu Caroliny napłynęły łzy.  
– Tak, to ja siedziałam za kierownicą – powiedziała. – Tylko tyle pamiętam. Powiem ci 

jednak, że kiedy teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że to lepiej, że Champ nie żyje. On żył 
w piekle. To, co czekało na niego po drugiej stronie, na pewno nie może być gorsze.  

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Billy  Ray  odchylił  się  na  krześle,  by  móc  swobodnie  rozprostować  nogi.  Dopiero  po 

tygodniu  mógł  swobodnie  usiąść,  a  teraz,  dwa  tygodnie  po  pobiciu,  siniaki  powoli  znikały. 
Wczoraj pozbył się też temblaka, którym Garth unieruchomił jego ramię.  

–  Od  czego  chcesz  zacząć?  Od  dzisiejszych  faksów,  poczty  czy  telefonów?  –  Fran 

podeszła  do  jego  biurka  i  pochyliła  się  nad  nim  niczym  surowa  matka,  zdecydowana 
dopilnować, by jej nastoletni syn posprzątał wreszcie swój pokój.  

– Przekaż mi tylko to, co najważniejsze.  
– Wszystko jest ważne. Następnym razem daj się pobić w trakcie urlopu.  
– Dobry pomysł. Następnym razem poproszę bandytów, żeby przełożyli to na później.  
–  Lepiej  dziś  wyglądasz.  –  Choć  powiedziała  to  jak  zwykle  niezadowolonym  głosem, 

zdradził ją łagodniejszy wyraz twarzy.  

– Mogę wyglądać tylko lepiej.  
–  Chętnie  skręciłabym  kark  Dougowi  Fletcherowi  –  parsknęła  Fran.  –  Gdyby  chciał,  z 

łatwością znalazłby tych bandytów! 

Tyle  że  Doug  wcale  tego  nie  chciał.  Dzień  po  napadzie  Billy  Ray  pokuśtykał  do  biura 

szeryfa, ale ten niestety nie miał dla niego czasu. Zgodził się na rozmowę dopiero po trzech 
dniach, lecz nie wynikło z niej nic dobrego.  

Doug  nawet  nie  spytał  przyjaciela,  jak  ten  się  czuje.  Położył  tylko  nogi  na  biurku,  a  po 

wysłuchaniu opowieści Billy’ego wzruszył ramionami.  

– Skoro nikogo nie widziałeś, nie bardzo mogę ci pomóc – stwierdził obojętnym tonem. – 

Nie mamy żadnych tropów. Najprawdopodobniej ktoś szukał gotówki i części zamiennych, a 
ty  niechcący  wlazłeś  mu  w  drogę.  Przez  najbliższy  tydzień  będę  posyłał  patrole  w  okolice 
warsztatu. To najpewniej zniechęci wandali.  

Podczas tej przemowy Doug ani razu na niego nie zerknął. Patrzył w jakiś punkt nad jego 

głową i beznamiętnie żuł gumę.  

Billy poczuł, jak ogarnia go wściekłość.  
–  Tu  nie  chodzi  o  wandalizm,  Doug,  doskonale  o  tym  wiesz!  –  wrzasnął.  –  Ktoś  mnie 

pobił za to, że trzymam z Caroliną Grayson! 

– No właśnie. A czemu z nią trzymasz, Billy Ray? W liceum cię nie chciała, bo doszła do 

wniosku, że jesteś nikim. Teraz też zostawi cię w chwili, w której uzna, że już nie jesteś jej 
potrzebny.  Nie  twierdzę,  że  to,  co  się  stało,  ma  coś  wspólnego  z  tą  sprawą.  Wcale  tak  nie 
mówię. Ale dam ci radę, jak przyjaciel przyjacielowi – odpuść sobie, będzie ci lepiej bez niej.  

–  Jak  przyjaciel?  Jaki  przyjaciel,  Doug?  Minęły  trzy  dni  od  napadu,  a  ty  dopiero  teraz 

łaskawie mnie przyjmujesz? 

– Joel powiedział, że nikogo nie widziałeś. Byłem zajęty poszukiwaniami ewentualnego 

sprawcy.  

–  Byłeś  zajęty  zacieraniem  śladów  –  Billy  obniżył  głos  i  popatrzył  na  przyjaciela 

przenikliwym wzrokiem. – Byłeś zajęty słuchaniem tego, co ma ci do powiedzenia Grayson. 

background image

Może ty się go boisz, Doug, ale ja nie. I nie zamierzam zapomnieć o tej sprawie.  

Po tych słowach wyszedł i od tamtej pory nie rozmawiał z szeryfem ani razu.  
– Dzwoniła pani Balou... – Fran przerwała mu rozmyślania.  
– Dajżesz spokój – roześmiał się krótko i pokręcił głową. – Na pewno jeszcze zadzwoni, 

a ja muszę wziąć się ostro do pracy. Łącz do mnie tylko Joela albo Carolinę. Dla innych mnie 
nie ma, jasne? 

Po  godzinie  postanowił  zrobić  sobie  przerwę.  Rozmasował  obolałe  skronie,  wstał  i 

podszedł do okna. W tej samej chwili na jego biurku zabrzęczał interkom.  

– Przyszła Carolina – usłyszał głos Fran. – Mam ją wpuścić? 
– Jasne, wiesz przecież.  
Zaraz  potem  Carolina  weszła  do  środka.  Uśmiechała  się,  lecz  w  jej  oczach  czaił  się 

smutek. Coś się stało, Billy natychmiast się tego domyślił.  

– Zamknij drzwi – powiedział, a gdy to zrobiła, okrążył biurko i przysiadł na jego rogu. – 

Co się dzieje? – zapytał.  

– Mam zacząć od dobrej nowiny? 
– Jak wolisz.  
–  Jeśli zacznę  od  złej,  dobra  nie  sprawi  nam  żadnej  przyjemności.  –  Ujęła  jego  dłonie, 

lecz nie przysunęła się bliżej. – Dostałam tę pracę – oznajmiła krótko.  

–  To  wspaniale!  –  Ucieszył  się  i  przyciągnął  ją  do  siebie.  –  Nawet  nie  wiesz,  jak  się 

cieszę, Carolino. Kiedy zaczynasz? 

–  W  przyszłym  tygodniu  muszę  dostarczyć  wszystkie  dokumenty  i  dać  się  przebadać 

zakładowej  pielęgniarce.  Resztę  tygodnia  poświęcę  na  załatwianie  formalności  z 
przedszkolem. Zaczynam od następnego poniedziałku.  

– Wiedziałem, że ci się uda. Kiedy się dowiedziałaś? 
– Piętnaście minut temu. – Puściła jego dłonie i sięgnęła do torebki, po czym podała mu 

plik dokumentów. – A teraz zła wiadomość...  

Billy  szybko  przekartkował  urzędowe  pisma.  Tak  jak  przypuszczał,  Graysonowie 

postanowili ubiegać się w sądzie o opiekę nad wnukami.  

–  Przecież  wiedzieliśmy  –  westchnął  i  oddał  jej  dokumenty.  –  Teraz  zacznie  się 

prawdziwa walka.  

– Boję się, Billy.  
– Nie musisz. Wygramy.  
– Na pewno? 
– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy.  – Ponownie ujął jej ręce. – Musimy tylko być 

cierpliwi. Nie wolno nam popełnić żadnego błędu. Sędzia wykorzysta każdą słabość, musimy 
więc  być  opanowani  i  pewni  swego.  Najgorzej  by  było  się  przestraszyć.  Strach  jest  złym 
doradcą. Myślę nawet, że powinniśmy... – zawahał się i nie dokończył.  

– Co powinniśmy? O co chodzi? – Carolina spojrzała na niego wyczekująco.  
– Chcę, żeby Graysonowie uzyskali możliwość odwiedzania dzieci. Skoro zaczęli całą tę 

sprawę, to i tak wystąpią do Sawyera o możliwość składania im wizyt. Jeśli się sprzeciwisz, 
będzie  to  źle  przyjęte,  twoje  zachowanie  wzbudzi  podejrzenia  i  da  argumenty  Graysonowi. 

background image

Jeśli zaś  pozwolisz  im  na  to  bez  postanowienia  sądu,  twoja  pozycja  znacznie  się  wzmocni. 
Każemy  im  tylko  podpisać  dokument,  w  którym  zobowiążą  się  do  przestrzegania  twoich 
warunków. Czas, miejsce, częstotliwość wizyt. Jeśli nie podpiszą, to oni będą wyglądali tak, 
jak gdyby uchylali się od współpracy.  

– Nie, Billy. Nie chcę mieszać w to dzieci.  
– Już są w to wmieszane. – Ścisnął mocniej jej dłonie.  
Carolina nie wyglądała na przekonaną, ale ostatecznie pokiwała głową z westchnieniem.  
– Mam nadzieję, że masz rację.  
– Wierz mi, tak będzie lepiej. Pozwól im zabrać dzieci w środę, powiedzmy od czwartej 

do siódmej.  

– Ale sędzia wraca z pracy dopiero o szóstej! 
– Wiem o tym – uśmiechnął się chytrze.  
– Myślisz, że to go zniechęci? 
–  Na  pewno  ty  będziesz  się  czuła  lepiej,  wiedząc,  że  spędzi  z  dziećmi  tylko  godzinę. 

Pamiętaj jednak – popatrzył na nią poważnie – rada jest moja, ale decyzja należy do ciebie. 
Jeśli masz jakieś powody, aby nie oddawać dzieci pod opiekę dziadków, jeśli jest coś, o czym 
nie powiedziałaś mi wcześniej, zrób to teraz. Czy na pewno będą z nimi całkiem bezpieczne? 

– Tak – niechętnie skinęła głową. – Bezpieczne, lecz nieszczęśliwe.  
– Wobec tego musisz je do tego przygotować. Ponownie westchnęła i pokiwała głową.  
– I musisz być dzielna. – Podniósł jej ręce do ust i ucałował. – Na pewno dasz sobie radę.  
– Billy...  
–  Tak?  –  Popatrzył  na  jej  twarz,  która  była  teraz  tak  blisko,  że  wystarczyło  lekko  się 

nachylić, by jej dotknąć.  

– Czy poczujesz ból, jeśli się do ciebie przytulę? – zapytała, nie spuszczając zeń wzroku.  
– Spróbujmy.  
Owinęła ostrożnie ręce wokół jego talii, ale nie ośmieliła się na więcej.  
– Nie wiem, jak przeżyję rozstanie z Kicią i Chrisem – westchnęła.  
– Przeżyjesz. Zjemy razem kolację.  
–  Ostatni  raz,  kiedy  miałam  zamiar  zjeść  z  tobą  kolację,  ktoś  pobił  cię  do 

nieprzytomności  –  uśmiechnęła  się  smutno  –  Zaryzykujmy  –  odwzajemnił  jej  uśmiech.  – 
Odwieź dzieci, a potem przyjedź prosto do mnie.  

– Przyjadę – szepnęła. Uniosła się lekko na palcach i pocałowała go w usta, delikatnie, 

lekko,  niemal  przelotnie.  Słodko  i  o  wiele  za  szybko.  Potem  odsunęła  się  i  powiedziała 
praktycznym tonem: – Magie zabrała dzieci do sklepu. Muszę iść.  

– Poczekaj – przytrzymał ją za łokieć, a gdy spojrzała na niego, zapytał: – Wiesz co? 
– Co? 
– Nie bolało.  
W odpowiedzi delikatnie dotknęła dłonią jego policzka i po chwili już jej nie było.  

Kicia  nie  chciała  iść  w  odwiedziny  do  dziadków.  Wolała  zostać  w  domu  Maggie.  Dom 

Maggie pachniał jak placek z porzeczkami, jak kwiaty jaśminu i szerokie korytarze miejskiej 
czytelni, gdzie Kicia przychodziła na „Godzinę z bajką”. Pokój, w którym spała, miał kolor 

background image

rosnących w ogrodzie hibiskusów. Każdego ranka Maggie zabierała Kicię do ogrodu, gdzie 
wspólnie zrywały hibiskus i inne rośliny.  

Kwiaty  przypominały  Kici  dom  Billy’ego  Raya,  gdzie  rośliny  rosły  dziko  niczym 

chwasty. Tęskniła za tamtym domem i za kotką Trójnogiem. Billy Ray obiecał jej, że wkrótce 
spotka się z Trójnogiem i Kicia nie mogła się tego doczekać. Wolałaby pojechać do Billy’ego 
niż do dziadków.  

– Kiciu, czy ty mnie słuchasz? 
Popatrzyła  na  matkę,  ubraną  w  żółtą  sukienkę  w  drobne  fioletowe  kwiatki.  Mama  była 

najładniejsza,  kiedy  się  uśmiechała,  lecz  nawet  teraz,  ze  ściągniętymi  brwiami,  wyglądała 
całkiem nieźle. Kicia dawno nie widziała jej w tej sukience.  

– Nie chcę jechać – odparła i przygryzła dolną wargę.  
– Kiciu, to nie potrwa długo. Obiecuję ci. Mamy tu list, na którym napisano, że nie mogą 

cię zmusić, żebyś została. Wiem, że właśnie tego się boisz.  

Kicia  nie  wierzyła,  że  jakiś  kawałek  papieru  mógłby  zmusić  dziadka  do  czegokolwiek. 

Kiedyś w szkółce niedzielnej nauczycielka zapytała dzieci, jak wygląda Pan Bóg, a wówczas 
Kicia  odpowiedziała,  że  pewnie  tak  samo,  jak  jej  dziadek.  Nauczycielka  nie  wydawała  się 
zdziwiona, choć później, kiedy po lekcjach rozmawiała z inną nauczycielką, Kicia usłyszała, 
jak mówiła o niej „biedactwo”.  

Nauczycielka jej oczywiście nie zrozumiała. Dziadek tylko przypominał Pana Boga, i to 

jedynie w tym, że on także mógł wszystko. Bo tak naprawdę Pan Bóg był dobry, a dziadek 
Kici zły. Zmuszał ludzi, żeby robili rzeczy, na które wcale nie mieli ochoty. Karał ich  – tak 
jak Bóg pokarał ludzi, kiedy zesłał na nich potop – ale w przeciwieństwie do Boga nie kochał 
ludzi i im nie wybaczał.  

Jej także nie kochał.  
– Nie chcę tam jechać – powtórzyła.  
–  Trudno,  i  tak  pojedziemy  –  powiedziała  stanowczo  mama.  –  Zawiozę  was,  a  potem 

osobiście odbiorę. Przyjedziemy po was razem z Billym Rayem, chcesz? 

Kicia  wiedziała,  że  kiedy  mama  ma  taką  minę,  nic  na  świecie  nie  zdoła  jej  skłonić  do 

zmiany decyzji. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej. Odkąd zamieszkali u Maggie, mama 
zrobiła się o wiele bardziej zdecydowana.  

– Znowu zmuszą mnie, żebym była grzeczna...  
– Trzeba umieć być grzecznym.  
– Po co? 
– Znajomość dobrych manier pomaga żyć i daje pewność siebie.  
– Trelemorele, dziadek powtarza to samo – wywróciła oczami Kicia.  
– Dziadek jest od ciebie starszy i wie dużo o życiu. No, już, przygotuj się, a ja obudzę 

Chrisa. Zaraz wyruszamy.  

Mama wyszła z jej pokoju, a Kicia powlokła się za nią. Nie miała innego wyjścia.  

W  samochodzie  przez  cały  czas  siedziała  ze  zwieszoną  głową,  ale  mama  wcale  nie 

zwracała na to uwagi.  

– Nie kochasz mnie! – wybuchnęła w końcu Kicia. – Gdybyś mnie kochała, nie kazałabyś 

background image

mi tam jechać! 

–  Kocham  cię,  ale  i  tak  musisz  się  z  nimi  spotkać.  Kiedy  mama  zatrzymała  auto  przed 

domem dziadków, Kicia zastanawiała się, czy nie wpaść w histerię. Wiedziała, że gdy kobieta 
wpada  w  histerię,  nic  nie  można  poradzić.  Ostatecznie  jednak  zrezygnowała  i  postanowiła 
zamienić  się  w  grzeczną  dziewczynkę,  taką,  jaką  pragnęli  widzieć  jej  dziadkowie.  Ta 
dziewczynka wydawała się jej całkiem obca, a Kicia czuła się jak aktorka w nowej roli. Ta 
dziewczynka  nigdy  nie  wyjeżdżała  kredką  poza  kontury  obrazka  do  kolorowania  i  zawsze 
mówiła cichym głosem. Ta dziewczynka zjadała wszystko z talerza i nie siorbała, kiedy piła. 
Kicia nienawidziła tej dziewczynki.  

–  Kiciu,  postaraj  się  dobrze  zachowywać  –  powiedziała  mama,  wyciągając  Chrisa  z 

fotelika.  –  Pamiętaj  jednak,  że  możesz  być  sobą  –  dodała  i  wtedy  Kicia  spojrzała  na  nią 
zdziwiona. Takie słowa słyszała od mamy po raz pierwszy.  

– Jak to? – zapytała.  
– Nie musisz udawać kogoś innego niż jesteś.  
Kicia  zmarszczyła  brwi.  Zdumiało  ją,  że  mama  wiedziała  o  tej  drugiej  dziewczynce. 

Spojrzała przed siebie i ujrzała, ze babcia już na nich czeka na schodach. Uśmiechała się, ale 
nie  wyglądała  na  szczęśliwą  z  powodu  tej  wizyty.  Nic  dziwnego,  pomyślała  Kicia.  Babcia 
nigdy nie bawiła się ani z nią, ani z Chrisem. Zawsze mówiła im tylko, co mają robić.  

– Jeśli będę sobą, to ona się pogniewa – ostrzegła mamę Kicia.  
Mama uklękła przy niej i popatrzyła jej prosto w oczy.  
–  Nikt  nie  może  cię  zmusić,  żebyś  była  kimś,  kim  nie  jesteś,  chyba  że  sama  mu  na  to 

pozwolisz – powiedziała. – Rozumiesz? 

Kicia nie była pewna, czy rozumie.  
– Ona się pogniewa – powtórzyła tylko.  
– Nie musisz udawać kogoś innego, żeby ludzie cię kochali – ciągnęła mama. – Bo wtedy 

to wcale nie ciebie kochają, ale tę osobę, którą przed nimi udajesz.  

Było to bardzo trudne, ale tym razem Kicia skinęła głową. Teraz chyba zrozumiała.  
– A czy ty mnie kochasz, mamo? – zapytała, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Właśnie 

mnie, Kicię? 

– Jesteś dla mnie najukochańszą dziewczynką pod słońcem.  I kocham  cię właśnie taką, 

jaką jesteś. Pamiętaj o tym, skarbie.  

– To dobrze. – Kicia westchnęła ciężko, a potem wsunęła rączkę w dłoń matki i razem z 

nią podreptała ku babci.  

Billy  Ray  zamierzał  dotrzeć  do  domu  przed  Caroliną,  ale  z  powodu  zamiejscowej 

rozmowy z jednym z klientów musiał zostać w biurze dłużej niż planował. Kiedy zaparkował 
wreszcie samochód przed swym domem, jej wóz już stał na podwórzu.  

– Carolina? – zawołał, wchodząc na schody.  
– Tutaj! 
Zerknął w kierunku, z którego dobiegł jej głos, lecz jej samej nie dostrzegł.  
– Nie widzę cię! 
– Na lewo od kamelii, na prawo od azalii... – Nagle wyłoniła się zza krzewów w ogrodzie 

background image

ojca.  

Billy  ruszył  przez  bujną  roślinność,  która  gęsto  zarastała  dawną  ścieżkę.  Carolina 

siedziała nieopodal, a przy niej leżał koszyk pełen zardzewiałych narzędzi.  

– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. – Otarła dłonią spocone czoło.  
– Przeciwko czemu? – zapytał. – Co ty właściwie robisz? 
– Usiłuję przywrócić Edenowi dawną świetność.  
–  Postanowiłaś  zrobić  porządek  w  ogrodzie  –  uśmiechnął  się.  –  Hm,  obawiam  się,  że 

będziesz potrzebowała boskiej pomocy.  

– Bóg na pewno mi pobłogosławi.  
– Daj spokój – zbliżył się do niej, ale jej nie dotknął – zostaw te chwasty.  
– Kiedy to mi pomaga.  
– W czym? 
– W zachowaniu równowagi. Tak się denerwuję, że muszę coś robić. Nie masz pojęcia, 

jak dobrze jest wyrywać chwasty z korzeniami i rzucać je na stertę kompostu.  

– Niestety, nie mam sterty kompostu.  
– Zaraz będziesz miał. Wielką jak stodoła. Roześmiał się.  
– Zostawisz chociaż jedną roślinę? 
– Nie obiecuję. Możliwe, że wyrwę wszystko, a potem zasadzę wszystko od nowa. Jeśli 

oczywiście nie masz nic przeciwko temu.  

Czyżby  miał  mieć  coś  przeciwko  temu,  że  Carolina  odreagowuje  swoje  stresy  w  jego 

ogrodzie? Skądże znowu.  

– Rób, co tylko  chcesz, i  jak  długo chcesz  – odparł. – Mój sąsiad i tak proponował,  że 

zniszczy całe to paskudztwo i zasadzi kukurydzę.  

– Ale tobie było żal zniszczyć pracę swojego ojca. Billy nagle spoważniał.  
– Nie, nie było żal. Widzisz przecież, jak zapuściłem ten jego ukochany ogród.  
– Kiedyś był to najpiękniejszy ogród w Moss Bend.  
–  Tak  –  westchnął  –  choć  z  czasem  zaczął  podupadać,  tak  jak  jego  właściciel.  Ojciec 

przychodził  tu  każdego  wieczoru,  kiedy  nie  siedział  pijany  w  knajpie.  Znajdowałem  go  na 
czworakach,  jak  rozmawiał  ze  swoimi  kwiatkami  i  grządkami.  Chyba  tylko  dzięki  nim  nie 
odebrał sobie życia. Bał się, że nie będzie miał kto się nimi zająć.  

– Mówiłeś, że odebrał sobie życie.  
– Racja – Billy pokiwał głową – odebrał sobie życie piciem. Ale przynajmniej zrobił to 

na raty.  

– Mimo wszystko musiał być niezwykłym człowiekiem – zadumała się Carolina. – Siedzę 

tu  od  godziny  i  już  zdążyłam  się  zorientować,  jak  planował  rozbudować  swój  ogród.  Miał 
wyraźną  wizję.  Nie  udało  mu  się  osiągnąć  tego,  co  sobie  zaplanował,  ale  gdyby  mu  się 
udało...  

– Gdyby! – żachnął  się Billy.  – To było  jego ulubione słowo. Niespełniony ogrodnik  – 

dodał z kpiną w głosie.  

– Nie mów tak.  
– Dlaczego? 

background image

– To twój ojciec.  
Zrobiło  mu  się  głupio.  Oto  Carolina  upomina  się  o  szacunek  dla  Yancy’ego,  a  on, 

rodzony syn, tego szacunku mu odmawia.  

– Chcesz, żebym ci trochę pomógł? – zapytał, żeby zmienić temat.  
– Szczerze mówiąc, wolę być sama.  
– Dobrze – popatrzył na nią ze zrozumieniem – wobec tego pójdę przygotować kolację.  
– Tylko nie szalej. Nie jestem głodna. – Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, po 

czym powróciła do wyrywania chwastów.  

Pół  godziny  później  stanęła  w  drzwiach  wejściowych,  potargana  i  spocona,  lecz  wciąż 

niewiarygodnie śliczna.  

– Mogę wejść? – zapytała.  
–  No  pewnie!  –  Uchylił  drzwi,  a  ona  prześliznęła  się  obok  niego.  Brzeg  jej  sukienki 

musnął prowokacyjnie jego kolano. – Lepiej ci? 

– E, tam – opadła na fotel – na całym świecie nie ma tylu chwastów, żeby wyleczyć mnie 

z  tej  nerwicy.  Dobre  jednak  i  to.  –  Wstała  i  ruszyła  do  łazienki.  –  Odświeżę  się  trochę,  a 
potem pomogę ci przy kolacji.  

– Już prawie skończyłem.  
– O, jestem pod wrażeniem.  
– Chociaż jeszcze niczego nie widziałaś? 
– Mówiłam już przecież, że ci ufam.  
Billy  wrócił  do  kuchni,  by  zdjąć  z  patelni  rumiany  omlet,  a  następnie  wlał  składniki 

koktajlu  owocowego  do  miseczki  i  sięgnął  po  mikser.  Kiedy  Carolina  wyszła  z  łazienki, 
posiłek był gotowy.  

–  Wspaniale  wygląda.  –  Zajrzała  mu  przez  ramię  i  postawiła  na  blacie  puszkę  z  kawą 

gestem tak niedbałym, jak gdyby robiła to od wieków. – Ze śmietanką, ale bez cukru, tak? 

Zrobiło mu się przyjemnie, że to zauważyła.  
– A ty jesz tosty bez masła – zrewanżował się, patrząc, jak Carolina nastawia ekspres. – 

Tylko z odrobiną dżemu.  

–  To  dzięki  Glorii.  –  Odstawiła  puszkę  na  miejsce.  –  Kiedy  mieszkałam  u  Graysonów, 

pilnowała, żebym nie utyła ani grama.  

– Na pewno więc nie karmiła cię omletami.  
– O, nie! – zaśmiała się cicho. – Zastanawiam się, co dzieci dostaną dziś u dziadków na 

kolację.  Im  wolno  było  używać  masła.  „Dzieci  potrzebują  tłuszczu,  żeby  się  rozwijać”. 
Wszystko  jednak  musiało  być  starannie  odmierzone.  Gloria  i  Inez  dbały  o  wszystko,  więc 
kiedy  Champ  wyprowadził  się  z  domu,  zupełnie  nie  potrafił  kontrolować  własnej  diety.  A 
może chciał spróbować to, czego odmawiano mu w rodzinnym domu? – Przygryzła wargę. – 
Nie wiem, po co ci to mówię. Nie chcę rozmawiać o Champie ani o Glorii. Przepraszam.  

– Nie ma sprawy. Pomówmy o dzieciach.  
– Sądzisz, że to lepszy temat? Kicia nie chciała tam jechać. – Carolina spojrzała na niego 

znad  talerza.  Wciąż  jeszcze  nie  ugryzła  ani  kęsa.  –  Musiałam  ją  zmusić,  najpierw  siebie, 
potem ją. Okropność.  

background image

– Czy ona bardzo to przeżywa? 
–  Bardzo.  Jest  niepokorna,  niezależna.  A  kiedy  jest  z  nimi,  musi  stulić uszy  po  sobie  i 

udawać kogoś, kim nie jest. To zbyt wielki stres.  

– Kicia potrafi wiele znieść. Zresztą wróci do ciebie wieczorem.  
– Na jak długo? 
Billy odłożył serwetkę i wstał z krzesła. Obszedł stół i położył rękę na ramieniu Caroliny.  
– Zostaw to jedzenie – powiedział. – Widzę, że nie masz ochoty jeść. Chodź, siądziemy 

na kanapie.  

– Przepraszam. – Przytuliła policzek do jego dłoni.  
– Nic się nie stało. – Delikatnie pogłaskał ją po włosach.  
Były miękkie, tak miękkie, że choć szczerze pragnął tylko ją pocieszyć, odezwało się w 

nim  inne,  mniej  niewinne  pragnienie.  –  Wszystko  w  porządku  –  szepnął.  –  Jeśli  chcesz 
płakać, to płacz.  

– Chcę wrzeszczeć! 
– No to wrzeszcz. Pozwól tylko, że najpierw zatkam uszy.  
Roześmiała się przez łzy.  
– Jesteś dla mnie za dobry. Szkoda czasu dla takiej histeryczki – powiedziała żartem, lecz 

on wiedział, że Carolina naprawdę tak o nim myśli.  

Czy rzeczywiście był dla niej taki dobry? Czy pomagał jej bezinteresownie? Chciał, żeby 

tak  było.  Nigdy  nie  oczekiwał,  że  Carolina  będzie  go  potrzebowała,  i  chciał  się  sprawdzić 
jako przyjaciel.  

Ale  przecież  pragnął  czegoś  więcej  niż  tylko  jej  pomóc.  Pragnął  jej  samej  i  nie  potrafił 

ukryć swego pożądania. Wiedział, że jeszcze chwila, a nie zdoła się oprzeć pokusie i porwie 
Carolinę w ramiona, by kochać się z nią do zawrotu głowy.  

– To nic trudnego być dla ciebie dobrym – powiedział, przełknąwszy ślinę przez ściśnięte 

gardło.  

–  Wiesz,  co  mnie  martwi?  –  zapytała  w  zamyśleniu,  jakby  zupełnie  nie  zauważyła 

narastającego między nimi napięcia.  

– Co? 
– Że choć znowu cię mam przy sobie, to wszystko kręci się wokół Graysonów, Champa i 

dzieci. Sytuacja, w jakiej się znalazłam, przysłania nam... nas.  

– Ta sytuacja jest bardzo skomplikowana. I to dzięki niej znowu się spotkaliśmy.  
– Tak, Billy, ale mimo to...  – urwała. Podniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy.  – 

Mimo to nie chcę, aby łączył nas jedynie problem opieki nad dziećmi.  

Billy odwrócił wzrok. Gdyby tego nie zrobił, już by całował te jej wilgotne od łez oczy.  
– Wiem – mówiła tymczasem Carolina – to wszystko jest bardzo ważne. Zostałeś pobity, 

straciłeś  najlepszego  przyjaciela.  Twoja  praktyka  także  zapewne  ucierpi,  już  sędzia  tego 
dopilnuje. Jestem dla ciebie ciężarem, podczas gdy chciałabym być kimś więcej.  

Jego  serce  biło  teraz  szaleńczym  rytmem.  Najważniejsze  słowo  na  razie  nie  padło, 

spodziewał  się  jednak,  że  lada  moment  to  nastąpi.  Powtarzał  sobie,  że  Carolina  tak  bardzo 
potrzebuje wsparcia, że myli wdzięczność z innym uczuciem, głębszym, poważniejszym...  

background image

Cholera, nawet w myślach nie mógł się zdobyć na przypuszczenie, że być może Carolina 

naprawdę go kocha! 

–  Nie  jesteś  ciężarem  –  odezwał  się  spokojnie.  –  Szczerze  pragnę  ci  pomóc,  a  co  do 

reszty... musimy posuwać się powoli, krok po kroczku.  

– Przez całe życie robię krok po kroczku. Od urodzenia pilnuję zasad i reguł ustalanych 

przez innych. Widzisz, dokąd mnie to zaprowadziło? – Wzruszyła ramionami i zdjęła z nich 
jego  dłonie.  –  Przepraszam.  Nie  wiem,  co  dzisiaj  we  mnie  wstąpiło.  Niedługo  zaczniesz 
wierzyć we wszystko, co opowiadają o mnie Graysonowie.  

– Mowy nie ma.  
–  Powiedz  mi  więc  tylko  jedno:  czy  ty  coś  do  mnie  czujesz?  Wiem,  jesteśmy 

przyjaciółmi,  jako  przyjaciel  przejmujesz  się  moją  sytuacją.  Wiem  także,  że  kiedyś,  dawno 
temu, mnie kochałeś. Czy jednak teraz...  

– Nie jestem pewien – przerwał jej – czy to dobry moment na rozmowę o uczuciach.  
– Ale ja jestem pewna. Pragnę cię, Billy. Kiedy na ciebie patrzę, natychmiast mięknę w 

środku.  Kiedyś  po  prostu  lubiłam  przebywać  w  twoim  towarzystwie,  dobrze  się  z  tobą 
czułam, ale teraz... Widzisz, to że mówię ci teraz to wszystko, to także twoja zasługa. Z nikim 
nie byłam tak otwarta, taka śmiała i szczera. A tobie chcę mówić, że cię pragnę. Chcę, żebyś 
wiedział,  że  kiedy  mnie  całowałeś,  miałam  ochotę  na  więcej,  dużo  więcej.  Teraz  też...  – 
powoli przysunęła się do niego i przesunęła dłonią po jego piersi – ... teraz też mam ochotę.  

Przychodziło mu do głowy tysiące powodów, dla których powinien zaprotestować, lecz w 

tej  chwili  mógł  myśleć  tylko  o  jednym.  Zanim  jeszcze  przebrzmiały  jej  ostatnie  słowa, 
przycisnął Carolinę do siebie i pocałował jej rozchylone, wyczekujące, powolne usta.  

– Tylko proszę, nie rób tego z litości – szepnęła, kiedy wreszcie oderwali się od siebie.  
– Z litości? – zaśmiał się krótko. – Jeśli tak objawia się litość... Czujesz? – Przycisnął ją 

mocniej do swoich bioder. – Czujesz, jak bardzo cię pragnę? 

W  odpowiedzi  roześmiała  się  albo  jęknęła,  sam  nie  był  pewien.  Stłumił  w  sobie 

wewnętrzny głos, który przypominał mu, że Carolina od dawna nie żyła z żadnym mężczyzną 
i że jest głodna miłości. Że od dawna nikt nie dotykał jej w ten sposób i że być może każdy 
mężczyzna...  

Nie, nie umiał  myśleć o  niej w ten sposób.  Wierzył,  że Carolina pragnie  tylko  jego, tak 

jak on pragnął wyłącznie jej. Być może to tylko chwilowe pragnienie, ale na pewno gorące i 
szczere. Być może później będzie żałował, że poszedł za jego głosem, lecz teraz...  

Lecz  teraz  już  poddawał  się  pieszczotom  jej  dłoni,  błądzącym  niecierpliwie  pod 

materiałem koszuli. Już pozwalał sobie rozpinać guziki, już przyciskał jej twarz do nagiego 
torsu. Miał ochotę od razu wziąć ją na ręce i zanieść na górę, do sypialni.  

Nie, nie do sypialni. Sypialnia była za daleko.  
– Uwielbiani twoją sofę – wyszeptała cicho Carolina, jakby zgadując jego myśli.  
– Tak szybko... – jęknął tylko. – To dzieje się tak szybko...  
– Dwanaście lat za późno. 
– Tak.  
– Och, Billy...  

background image

Mocniej  ścisnął  jej  pierś,  jak  gdyby  nie  zamierzał  odgrywać  dłużej  roli  grzecznego, 

uczynnego chłopca, którym był dla niej kiedyś. Teraz był mężczyzną, dorosłym mężczyzną. 
Oboje byli dorośli i czuli do siebie dzikie pożądanie.  

Carolina odpięła ostatni guzik jego koszuli, on zsunął sukienkę z jej ramion, a ta opadła 

miękko na podłogę. Sięgnął do zapinki stanika, gdy nagle rozległo się gwałtowne walenie do 
drzwi.  

Cholera, znowu! 
– Billy...  
Zamknął oczy i zacisnął zęby.  
– Billy Ray? Jesteś tam? – usłyszał.  
Od  razu  rozpoznał  głos  dziadka.  Carolina  również.  Odsunęła  się  szybko  i  zgarnęła  z 

podłogi sukienkę.  

– Przepraszam – wyjąkał. – Nie wiedziałem...  
– Nic nie mów. Nie musisz.  
– Ale muszę otworzyć.  
– Więc otwórz.  
– Poczekaj – popatrzył na nią – może w ten sposób los chce nam coś powiedzieć.  
– Może musimy poczekać kolejne dwanaście lat – Już idę! – zawołał do Joela, wciskając 

koszulę w spodnie. Zanim jednak podszedł do drzwi, uśmiechnął się smutno i powiedział: – A 
może los nie będzie taki okrutny? 

–  Pragnę  cię,  Billy.  –  Carolina  śmiało  uniosła  brodę.  –  Wiem,  że  nie  do  końca  w  to 

wierzysz, ale ja naprawdę cię pragnę. I nie pozwolę nikomu, ani Graysonom, ani losowi, żeby 
mi dyktowali, co jest dla mnie dobre, a co nie. Dosyć tego. Jestem już dorosła i sama wiem, 
czego chcę.  

Powinien być szczęśliwy, słysząc z jej ust takie zapewnienia. Ale nie był. Raczej się bał. 

Ona też nie wyglądała na szczęśliwą – jej usta były zaciśnięte, w oczach kręciły się łzy.  

– Nie płacz, Carolino – powiedział.  
– Więc mi uwierz, tylko o to cię proszę...  
Billy odwrócił twarz. Bał się, że i po jego policzkach popłyną gęste łzy.  

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Carolina  i  Billy  czekali  na  dzieci  w  przestronnym  holu  w  domu  Graysonów.  Wcześniej 

Billy zaproponował, że pójdzie z nią po Kicię i Chrisa, a ona przystała na to z wdzięcznością.  

Po  dobrych  dwóch  minutach  oczekiwania  na  spotkanie  wyszła  im  Gloria.  Po  obu  jej 

stronach  dreptały  dzieci,  kiedy  jednak  tylko  ujrzały  mamę,  puściły  się  do  niej  biegiem. 
Carolina  przykucnęła,  a  Chris  radośnie  wpadł  w  jej  ramiona.  Kicia  zachowała  się  bardziej 
powściągliwie, lecz i ona mocno wy ściskała mamę, jak gdyby wcześniej nie była pewna, czy 
rzeczywiście jeszcze się zobaczą.  

– Co dziś robiłaś? – zapytała córkę Carolina. – Bawiłaś się lalkami? 
– Nie lubię lalek! 
–  Nie  chciała  się  bawić  żadnymi  swoimi  zabawkami  –  oznajmiła  Gloria,  stanąwszy 

uprzednio w bezpiecznej odległości.  

Carolina wstała i popatrzyła na teściową.  
– Jak to? 
– A tak. Kupiłam jej prześliczne lalki, niektóre bardzo drogie. A teraz Catherine twierdzi, 

że nie lubi lalek.  

Cóż, poza lalką, którą dostała od Champa, Kicia nigdy nie wykazywała zainteresowania 

lalkami, lecz Gloria wciąż nie przyjmowała tego do wiadomości.  

–  Dzieci  mają  różne  upodobania  –  Carolina  postanowiła  załagodzić  sytuację.  –  Jestem 

pewna, że następnym razem chętnie się nimi pobawi.  

–  Wcale  nie!  Lubię  biegać  i  skakać,  lubię  składać  różne  rzeczy!  –  Kicia  rzuciła  się  w 

stronę Billy’ego i przytuliła się do jego nogi. – Lubię naprawiać! – dodała. – Ale lalki mnie 
nudzą.  

– Jak na mój gust, ona za dużo skacze i biega. – Gloria zmarszczyła troskliwie czoło. – 

Nie chce usiąść ani na chwilkę.  

– Bo to aktywna dziewczynka. Musisz wreszcie to zrozumieć, Glorio.  
Carolina  uśmiechnęła  się  promiennie  i  już  miała  się  odwrócić,  by  odejść,  gdy  nagle 

przyszło  jej  do  głowy  coś,  o  czym  nie  pomyślała  nigdy  wcześniej.  Jej  teściowa  czuła  się 
odrzucona i zraniona. Kupiła wnuczce kosztowne zabawki, aby w ten sposób wyrazić swoją 
miłość, ale Kicia ich nie przyjęła.  

–  Kici  bardzo  się  podobał  ten  zestaw,  który  kupiłaś  jej  w  zeszłym  roku  –  dodała  – 

pamiętasz? Ten z paciorkami i drucikami, do robienia naszyjników. Ona ma bardzo zręczne 
ręce, lubi wszelkie prace manualne. Może następnym razem, kiedy przyjdzie z wizytą, dasz 
jej coś podobnego.  

Przez  chwilę  wydawało  się,  że  Gloria  z  pogardą  odrzuci  tę  propozycję.  Jednak  dobre 

wychowanie, którym tak się szczyciła, nie pozwalało jej na taką reakcję.  

– Dziękuję – odparła sztywno. – Przemyślę to.  
– Następnym razem? – Nagle w drzwiach pokoju rodzinnego pojawił się sędzia Grayson. 

– Więc będzie następny raz? No proszę, co za wspaniałomyślność – zakpił. – Czy sądzisz, że 

background image

w ten sposób  zdołasz nas przekupić? Czy łudzisz się, że zrezygnujemy  z walki o wyłączną 
opiekę nad tymi biednymi dziećmi? 

Zanim Carolina zdążyła zwrócić mu uwagę, że za chwilę doprowadzi do płaczu te dzieci, 

które rzekomo tak bardzo chce chronić, Gloria odwróciła się do męża i uspokoiła go ruchem 
dłoni.  

– Teraz nie będziemy o tym rozmawiać, Whittier – rzekła stanowczo.  
Sędzia  był  równie  zdumiony,  jak  pozostali  uczestnicy  tej  sceny.  Przez  wszystkie 

miesiące, które Carolina spędziła w tym  domu,  Gloria ani  razu nie sprzeciwiła się mężowi. 
Teraz  oczy  Whittiera  miotały  błyskawice.  Wycofał  się  jednak  bez  słowa  do  pokoju 
rodzinnego, a Gloria poczekała, aż zniknie, i dopiero wówczas powiedziała: 

– Dzieci nie jadły porządnej kolacji. Nakarm je jeszcze przed snem. Czymś pożywnym.  
Carolina nie miała pojęcia, co powiedzieć.  
– Dobrze – bąknęła tylko. – Przyprowadzę je w następną środę.  
Gloria pokiwała głową i nie żegnając się z nikim, ruszyła w głąb holu.  

Już  przed  domem  Billy  postawił  Kicię  na  ziemi,  a  mała  natychmiast  pobiegła  do 

samochodu. Chris także zaczął się wyrywać z objęć Caroliny, więc pozwoliła mu pobiec za 
siostrą.  

– Nakarm je jeszcze przed snem – powtórzył Billy i pokręcił głową. – Czymś pożywnym. 

Czy to nie dlatego, że dzieci potrzebują tłuszczu do prawidłowego rozwoju? 

– Masz jakiś pomysł? – roześmiała się Carolina.  
– Co powiesz na lody? 
– Doskonale! 
Ujął  ją za rękę  gestem  tak wprawnym  i naturalnym, że aż poczuła dreszcze. Ruszyli do 

auta niczym prawdziwa rodzina, która właśnie wraca z wycieczki.  

Siedząc  w  rogu  nowo  otwartej  cukierenki,  Billy  Ray  obserwował  opychające  się 

smakołykami  dzieci.  Całe  szczęście,  że  Carolina  przytomnie  poprosiła,  żeby  ich  porcje 
nałożyć  do  szklanych  miseczek,  a  wafelki  podać  osobno.  Nietrudno  było  sobie  wyobrazić 
Chrisa radośnie brudzącego lodami nowe wizytowe ubranko albo Kicię z gałką waniliowych 
we włosach.  

Chris  był  nieco podobny do swego ojca. Na początku  przeszkadzało  to  Billy’emu,  teraz 

jednak nie zwracał na to uwagi. Coraz bardziej lubił dzieci Caroliny i coraz częściej traktował 
je jak swoje.  

Czy to dziwne, skoro przyznał właśnie przed sobą, że właściwie nigdy nie przestał kochać 

ich  matki?  Boże,  ta  ich  szczenięca  miłość  przetrwała  ponad  dziesięć  lat!  Dotychczas  nie 
wierzył  w  pokrewieństwo  dusz  i  wszystkie  te  historie  o  dwóch  połówkach  jednej  całości, 
które  wędrują  po  świecie,  dopóki  się  nie  znajdą,  teraz  jednak  nie  umiałby  inaczej 
wytłumaczyć tej niezwykłej więzi, która łączyła go z Carolina Waverly, owego irracjonalnego 
niemal  poczucia,  że  są  sobie  przeznaczeni.  To  oczywiście  wykraczało  poza  seks.  Owszem, 
bardzo jej pragnął, o czym dziś miał okazję się przekonać. Przede wszystkim jednak pragnął 
być z Carolina, po prostu być, już na zawsze.  

–  Dziadek  się  na  mnie  wściekł  –  oznajmiła  Kicia,  wyrywając  go  z  romantycznych 

background image

rozmyślań. – Powiedział, że jestem zła. Ja mu powiedziałam, że nie jestem zła, tylko jestem 
dnostką.  

– Dnostką? – uśmiechnął się Billy Ray. – Kto ci powiedział, że jesteś dnostką? 
– Mamusia.  
– Jednostką. To prawie to samo. – Carolina wyciągnęła rękę i wytarła brodę córki. – Bo 

nią jesteś. Jedyną i niepowtarzalną Kicią Grayson.  

– Był wściekły, bo nie chciałam groszku.  
– Groszku? – Billy Ray skrzywił się z obrzydzeniem. – Nie cierpię groszku! 
Kicia wybuchnęła śmiechem i z całych sił zaczęła bębnić łyżeczką o stół.  
– Nie cierpię groszku! Nie cierpię groszku! 
–  Hej,  uspokójcie  się,  dnostki,  bo  nas  stąd  wyrzucą  –  powiedziała  surowo  Carolina.  – 

Kiciu  –  zwróciła  się  łagodniej  do  córki  –  świadoma  siebie  jednostka  powinna  umieć 
odróżniać, o co warto walczyć, a o co nie.  

–  Tak  jest.  O  groszek  nie  warto  –  wtrącił  Billy  Ray,  bo  Kicia  wyglądała  na  mocno 

zmieszaną. – Albo o tort czekoladowy. O tort też nie będziemy walczyć, prawda? 

– Lubię tort – stwierdziła Kicia.  
Niestety,  nie  zdołali  rozwinąć  tego  tematu,  bowiem  nagle  Carolina  przestała  się 

uśmiechać.  Billy  powędrował  wzrokiem  za  jej  spojrzeniem  i  ujrzał  stojącą  przy  ich  stoliku 
rudowłosą kobietę z dzieckiem na ręku. Minęło kilka sekund, zanim się odezwała.  

– Cześć, Carolino.  
Carolina uśmiechnęła się smutno.  
– Dawno cię nie widziałam, Taylor – powiedziała.  
– Wiem. Przepraszam. Naprawdę przepraszam – dodała, wyraźnie speszona milczeniem, 

które towarzyszyło  jej słowom.  – Opuściłam  cię, kiedy najbardziej mnie potrzebowałaś. To 
niewybaczalne.  

Carolina wciąż milczała, więc Taylor utkwiła spojrzenie w Billym.  
– Witaj, Billy Ray. Chodziliśmy razem do liceum, pamiętasz? 
Ledwie przypominał ją sobie ze szkolnych czasów. Później zaś tak bardzo pochłaniała go 

opieka nad ojcem,  że innym  sprawom poświęcał niewiele uwagi.  Wiedział  tylko,  że Taylor 
jest obecnie żoną adwokata stanowego Johna Betza.  

– Mogę na chwilę usiąść? – spytała. Billy podsunął jej krzesło.  
– Jak sobie radzisz? – znów zwróciła się do Caroliny. – Bo wyglądasz cudownie.  
– Dziękuję, – Podobno się wyprowadziłaś? 
– Widzę, że wiadomości szybko się rozchodzą.  
– Czasem nie dość szybko. – Spojrzenie Taylor powędrowało ku dzieciom, które właśnie 

kończyły jeść lody. – Kiciu, tam w rogu jest moja Mandy. Chcesz się z nią przywitać? 

– Mogę? – zapytała dziewczynka mamę.  
– Jasne.  
Kicia wstała i odeszła od stołu, a Chris podreptał w ślad za nią.  
–  Przepraszam  cię,  Billy  –  Taylor  uśmiechnęła  się  niepewnie.  –  Ale  chciałabym 

porozmawiać z Caroliną sam na sam.  

background image

Billy odsunął krzesło, lecz Caroliną stanowczym gestem położyła rękę na jego dłoni.  
–  Nie  odchodź  –  poprosiła.  Popatrzyła  na  byłą  przyjaciółkę  i  wyjaśniła,  widząc  jej 

pytające spojrzenie: – I tak mu powtórzę wszystko, co usłyszę.  

– Dobrze – westchnęła Taylor. – Chodzi o tamto przyjęcie. ..  
Caroliną pobladła.  
– To w grudniu? – wyszeptała.  
–  Tak.  –  Taylor  skinęła  głową  i  spuściła  wzrok.  –  Czy  to  prawda,  że  niczego  nie 

pamiętasz? 

– A uwierzysz mi na słowo? 
– Twoje słowo mi wystarczy. Zawsze ci wierzyłam.  
–  No  właśnie  –  Carolina  pochyliła  się  nad  stołem  –  zawsze  wierzyłaś,  ale  odkąd 

znalazłam się po wypadku w szpitalu, zniknęłaś z mojego życia. Nawet nie odwiedziłaś mnie 
w szpitalu. A przecież...  

– Byłam twoją najlepszą przyjaciółką – uprzedziła ją Taylor. – Tak, wiem, nadal chcę nią 

być.  

– Więc dlaczego... ? 
– John nie pozwolił mi cię odwiedzić. Powiedział, że sędzia Grayson nakazał wszystkim 

trzymać się od ciebie z daleka. Ale nie o to mi chodzi. – Ona także pochyliła się nad stołem. – 
Słyszałam, że sędzia wystąpił do sądu o prawo do opieki nad twoimi dziećmi.  

– Zgadza się.  
– Nie pozwól mu na to. Jesteś najlepszą matka, jaką można sobie wyobrazić.  
– Czy właśnie to chciałaś mi powiedzieć? 
–  Nie  –  odparła  Taylor  i  zamilkła.  Dopiero  po  chwili  zaczęła  mówić  nerwowym, 

urywanym  głosem:  –  Tamtego  wieczoru...  my  także  byliśmy  na  przyjęciu.  Może  nie 
pamiętasz, ale spędziłyśmy sporo czasu razem. Byłaś... przygnębiona. Choć nie powiedziałaś 
mi  dlaczego.  Mimo  to  trzymałam  się  blisko  ciebie.  Ani  razu...  ani  razu  nie  poprosiłaś  o 
alkohol. Nie wypiłaś ani kropli.  

Carolina milczała. Billy Ray widział, że jest bliska płaczu.  
– To ja będę reprezentował Carolinę w sądzie – odezwał się, chcąc dać jej trochę czasu.  
– John twierdzi, że jesteś najlepszym adwokatem w mieście.  
Billy zbyt wiele razy walczył z Johnem Betzem na sali sądowej, aby potraktować to jako 

zdawkowy komplement. John był ściśle powiązany z politykami okręgu, przyjaźnił się także z 
rodziną Graysonów. Jeśli w ten sposób komentował umiejętności Billy’ego, oznaczało to, że 
sędzia będzie walczył do upadłego.  

– Carolina będzie potrzebowała świadków – powiedział. – Czy powtórzysz przed sędzią 

Sawyerem to, co przed chwilą nam wyznałaś? 

– Nie wiem. Jeśli to zrobię, John mnie zabije.  
– Więc chyba znowu musisz wybierać między mężem a najlepszą przyjaciółką.  
– Billy... – Carolina położyła rękę na jego ramieniu.  
– On ma rację – pokiwała głową Taylor.  
– Niezależnie od tego, co postanowisz, dziękuję, że mi o tym powiedziałaś – uśmiechnęła 

background image

się Carolina. – Nawet jeśli nie powtórzysz tego przed sądem.  

Taylor wpatrywała się w nią przez chwilę, po czym ponuro pokiwała głową.  
– Możesz mnie powołać na świadka – oznajmiła. – Powiem wszystko, co wiem o tamtym 

wieczorze i o innych. A John niech idzie sobie do diabła. Widziałam, co zrobił z tobą Champ. 
Nie pozwolę, żeby mój mąż zrobił to samo.  

Prosto  z  cukierni  Billy  zawiózł  Carolinę  z  dziećmi  do  siebie.  Miała  przesiąść  się  do 

swego auta i pojechać do Maggie.  

– Możemy się przywitać z Trójnogiem? – Kicia złożyła błagalnie ręce, kiedy zatrzymali 

się na podwórzu. – Proszę...  

– Jasne. Ale ona nie mieszka już w szopie. – Billy Ray popchnął leciutko dziewczynkę w 

kierunku domu.  

– O, to coś nowego. – Carolina ujęła go pod ramię. Czyżbyś trzymał to zapchlone zwierzę 

w domu? 

– Wcale nie ma pcheł. Weterynarz mówi, że jest zdrowa. No i spodziewa się małych. Nie 

wiedziałaś, że mam miękkie serce? 

– Tak, tak. Wkrótce każda matka w potrzebie przywlecze się na twój ganek.  
Billy  otworzył  drzwi  i  rozejrzał  się  po  mieszkaniu,  by  upewnić  się,  że  wszystko  jest  na 

swoim  miejscu.  Niedawno  wymienił  zamki  na  nowe.  Po  tym,  co  zaszło  u  Joela,  wolał  nie 
ryzykować.  

Trójnóg cierpliwie znosił dziecięce pieszczoty. Kicia i Chris głaskali go ostrożnie, na co 

kot reagował pełnym zadowolenia mruczeniem. Cała trójka tak bardzo była pochłonięta sobą, 
że dorośli spokojnie mogli zająć się rozmową.  

– Co sądzisz o tym, co mówiła Taylor? – zapytała cicho Carolina. – Czy jeśli zezna, że 

tamtego wieczoru nie piłam, pomoże nam wygrać tę sprawę? 

– Na pewno nie mogła być z tobą przez cały wieczór.  
– Nie rozumiem...  
–  Przypuszczam,  że  adwokat  Graysonów  wykorzysta  zeznanie  Taylor  przeciwko  tobie. 

Stwierdzi, że skoro sąd jest  w posiadaniu  badania, który udowadnia, że piłaś, to  znaczy, że 
piłaś. A zeznania Taylor potwierdzają tylko, że jak każdy alkoholik potrafiłaś doskonale się 
maskować i długo trzymać swój problem w tajemnicy.  

– Pojęłam. Matka alkoholiczka nie może opiekować się swymi dziećmi, o to chodzi? 
– O to.  
– Nie wygramy tego, Billy, prawda? 
– Tego nie powiedziałem.  
– Ale uważasz, że wszystko może zostać użyte przeciwko mnie.  
–  Uważam  jedynie,  że  powinniśmy  być  realistami.  Jedna  osoba  nie  zrobi  różnicy,  ale 

kilka już tak. Mamy prawo zatrudnić eksperta, który zbada ciebie i Graysonów i określi, czy 
nadajesz  się  do  tego,  by  być  odpowiedzialną  matką.  Znam  kobietę,  którą  sąd 
najprawdopodobniej wyznaczy do tej roli. Jest nieprzekupna. Jestem pewien, że uzna, iż dla 
dobra dzieci powinno się zostawić je z tobą.  

– Graysonowie także mają prawo zatrudnić swojego eksperta, prawda? 

background image

– Prawda.  
– Och, Billy, nie mam pojęcia, co zrobię, jeśli przegram.  
Billy  nawet  nie  chciał  myśleć  o  takiej  możliwości.  Odkąd  postanowił  reprezentować 

Carolinę  w  sądzie  i  narazić  się  Graysonom,  a  może  i  całemu  środowisku,  jego  koledzy 
jednocześnie podziwiali go i ostrzegali. Wszyscy uważali, że jest bez szans. Każdy, kto z nim 
rozmawiał,  powtarzał,  że  jego  decyzja  to  zawodowe  samobójstwo.  Życzliwi  twierdzili,  że 
sędzia Grayson go zniszczy i że po tej sprawie żaden klient nie odważy się go zatrudnić.  

Jego kariera nie miała jednak znaczenia – liczyło się coś innego. Jeśli nie wygra sprawy 

Caroliny,  to  straci  ją  na  zawsze.  Pozostanie  dla  niej  człowiekiem,  który  zawiódł  ją  w 
najważniejszym  momencie  jej  życia.  Musiał  uczynić  wszystko,  by  zwycięsko  wyjść  z  tej 
próby.  

– Ufam ci, Billy – odezwała się, jak gdyby czytała w jego myślach. – Wiem, że zrobisz 

wszystko, co możliwe.  

I co niemożliwe, dodał w duchu, po czym przytulił ją mocno do siebie.  
– No cóż, Trójnogu, zostaliśmy sami.  
Billy Ray rozciągnął się wygodnie w fotelu, ponieważ kotka najwyraźniej nie zamierzała 

opuścić  sofy.  Carolina  z  dziećmi  wróciła  już  do  domu,  przed  chwilą  zadzwoniła,  aby 
powiedzieć mu dobranoc, mógł więc spać spokojnie i nie bać się o jej bezpieczeństwo.  

–  I  co  powiesz  na  to  wszystko?  –  westchnął.  –  Może  powinniśmy  spakować  wszyscy 

swoje graty w jeden z gruchotów Joela i uciec stąd którejś nocy. Zapomnieć o River County i 
całej tej cholernej sprawie. Urządzić się gdzieś wspólnie i zacząć nowe, szczęśliwe życie...  

Właśnie to radził mu dzisiaj Joel. Wiedział, co wnuk czuje do Caroliny, domyślał się, że 

ich nakrył.  

–  Następnym  razem  najpierw  zadzwonię  –  burknął,  gdy  Billy  odprowadzał  go  do 

samochodu. – Koszula wciąż wystaje ci z portek. Ale skoro już o tym mowa, to nie mogło cię, 
chłopie,  spotkać  nic  lepszego.  Zabieraj  ją  stąd  i  chodu.  Zacznij  gdzie  indziej.  Nie  tkwij  tu 
tylko ze względu na mnie.  

Billy westchnął ciężko i otworzył puszkę piwa. Nie tylko z powodu dziadka musiał zostać 

w River County. Chodziło także o szacunek do samego siebie. Gdyby wyjechał, zachowałby 
się  jak  tchórz.  Dzieci  Caroliny,  zmuszane  wciąż  do  chowania  się  i  ucieczki,  również 
wyrosłyby na tchórzów. Dla dobra ich wszystkich trzeba było stawić czoło sędziemu.  

Włączył  telewizję,  ale  nie  zainteresował  go  ani  mecz,  ani  żaden  z  nadawanych  seriali. 

Mimo że czekało go mnóstwo pracy, nie mógł się ruszyć z fotela. Włożył piwo między kolana 
i  zamknął  oczy.  W  jego  umyśle  zakiełkowała  kusząca  wizja  wspólnego  życia  z  Carolina  – 
Carolina budzi  się rano  obok niego, leży  nocą w jego ramionach, kocha  się z nim, szepcze 
słowa miłości...  

Gwałtowne stukanie w okno rozległo  się, gdy już zasypiał.  Billy uniósł  powieki  i  ujrzał 

jak Doug Fletcher zagląda przez szybę do wnętrza.  

Wpuścił go, choć wcześniej upewnił się dokładnie, czy szeryf jest sam.  
– Po co przyszedłeś? – spytał. – I dlaczego tak późno? Czy teraz będziemy spotykać się 

ciemnościach? Żeby sędzia o niczym się nie dowiedział? 

background image

Doug nawet nie silił się na odpowiedź. Od razu przeszedł do rzeczy.  
– Nieźle ci się wiedzie w Moss Bend – powiedział. – Szkoda by było to stracić.  
– Co masz na myśli? 
– Masz tu swój dom, biuro w mieście. Lubią cię tutejsi ludzie. Może i nigdy nie będziesz 

prowadził wielkich spraw w sądzie najwyższym, ale tu zawsze znajdziesz pracę.  

– No i? 
– No i dlaczego z tego rezygnujesz? 
Billy milczał przez chwilę, powoli popijając piwo.  
– Dlaczego uważasz, że z tego rezygnuję? – zapytał w końcu.  
– Bo sędzia cię załatwi.  
–  No,  nareszcie  ruszyłeś  głową,  Doug  –  Billy  uśmiechnął  się  krzywo.  –  W  końcu 

domyśliłeś się, kto stał za tym pobiciem u Joela.  

– Obaj dobrze wiemy, kto za tym stał. Billy popatrzył przyjacielowi w oczy.  
– Dzięki za szczerość. Ale powiedz mi teraz jeszcze jedno... – zawiesił głos. – Wiedziałeś 

o wszystkim, zanim to się stało? 

Doug  pokręcił  powoli  głową.  Billy  mu  wierzył.  Zbyt  długo  byli  przyjaciółmi,  aby  się 

okłamywać.  

– A więc dowiedziałeś się później. – Billy wzniósł puszkę w ironicznym toaście. – Twoje 

zdrowie, Doug! 

–  Nawet  nie  wiem,  kto  tam  był  tego  wieczoru.  Powiedziano  mi  jedynie,  że  nie 

powinienem zbytnio interesować się sprawą.  

– Od kiedy to robisz wszystko, co ci mówią? 
– Odkąd sędzia Grayson pomógł mi zostać szeryfem.  
– Widzę, że naprawdę zebrało ci się szczerość.  
–  Posłuchaj,  stary  –  Doug  podszedł  do  okna  –  znamy  się  jak  łyse  konie  i  nie  musimy 

przed sobą niczego udawać. Wiesz, kim jestem i na co mnie stać. Wiesz, że byłem zerem, a 
zostałem szeryfem. Wiesz, że gdyby nie Grayson...  

– Nigdy  nie byłeś zerem  – przerwał  mu  Billy.  –  Pochodzisz z dobrej  rodziny. Rodziny 

ludzi uczciwych, którzy ciężko pracowali na chleb. Ciężko, ale uczciwie.  

– Tak, i tą uczciwą pracą do niczego nie doszli. Nigdy nie mieli więcej niż parę marnych 

groszy,  ich  dzieci  nigdy  nie  wyszły  poza  podstawówkę,  nigdy  nie  mieli  żadnych  marzeń, 
może oprócz tego, żeby sprzedać więcej hot-dogów za trochę więcej forsy! – parsknął Doug. 
–  Sypiałem  pod  dziurawymi  kołdrami.  Dostawałem  jedną  parę  butów  na  rok,  nawet  jeśli  z 
nich  wyrastałem.  Zrozum,  Billy,  że  jestem  pierwszy  Fletcherem,  który  został  kimś  w  tym 
zasranym mieście! 

–  Jasne,  zostałeś  kimś.  Sługą  nadętego  frajera,  chama  w  todze  sędziego,  sadysty,  który 

cierpi na manię wielkości! 

Doug nie odpowiedział.  Sięgnął po puszkę piwa stojącą na stole, otworzył ją i wypił do 

połowy, zanim ponownie się odezwał.  

– Masz rację – powiedział ponurym  głosem.  – Ale przyszedłem pogadać  o tobie, nie  o 

mnie.  

background image

– Dzięki za troskę – Billy uśmiechnął się kpiąco.  
– Nie wierzysz w nią? 
– Wierzę.  
– To posłuchaj, co ci radzę. Niech ktoś inny broni Caroliny Grayson. Ty daj jej spokój. 

Jeśli tego nie zrobisz, przegrasz nie tylko tę sprawę. Przegrasz wszystko.  

–  Nie  przegram,  jeśli  ludzie  z  miasteczka  powiedzą  prawdę  i  przestaną  bać  się  tego 

tyrana.  Jego  dni  mogą  być  policzone.  Jednak  żeby  tak  się  stało,  musimy  współpracować, 
wszyscy.  

– Próżne nadzieje. On trzyma całe Moss Bend w garści. To, co zrobisz, i tak niczego nie 

zmieni – odparł Doug i już spokojnie dokończył swoje piwo.  

Billy  uznał,  że  szeryf  powiedział  już  wszystko,  co  miał  do  powiedzenia.  Czekał,  aż 

odstawi pustą puszkę i wstanie, lecz Doug najwyraźniej jeszcze nie skończył.  

– Jest jeszcze coś, Billy. Czy wiesz, czemu twój ojciec zaczął pić? Czy Yancy mówił ci 

kiedyś,  dlaczego  nie  może  na  siebie  patrzeć?  Dlaczego  pije  na  umór  tylko  po  to,  żeby 
przetrwać? 

Billy spojrzał na niego zaskoczony. Nie bardzo rozumiał, jaki związek z Caroliną mają te 

pytania, ale były wystarczająco intrygujące, by podjąć podsunięty przez Douga wątek.  

–  Nigdy  mi  o  tym  nie  opowiadał.  Chyba  nikt  nie  wie,  dlaczego  pił.  Był  po  prostu 

alkoholikiem.  

– Ktoś jednak wie.  
– Ty? 
– Sędzia.  
Billy  Ray  zacisnął  mocno  szczęki.  Wiedział,  że  jego  ojciec  z  całego  serca  nienawidził 

sędziego Graysona, ale nigdy nie zastanawiał się dlaczego. Wspomnienia związane z ojcem 
sprawiały mu ból, toteż starał się wyrzucić je z pamięci.  

–  Może  przejdziesz  do  rzeczy?  –  zaproponował.  –  Powiedz,  co  masz  do  powiedzenia, 

skoro już zacząłeś.  

– Nie znam szczegółów, wiem tyle, ile powiedział mi sędzia.  
– Czyli co? 
– Twój ojciec usiłował przeciwstawić się Graysonom. Ale był za słaby, więc sprzedał się 

sędziemu,  na  czym  nie  wyszedł  nawet  najgorzej.  Podobno  zyskał  na  tej  transakcji  sporo 
pieniędzy, tyle że nie miał na co ich wydać.  

– Więc zaczął pić? 
– Podobno. – Doug podniósł się z sofy. – To wszystko, co wiem.  
– Dlaczego więc tak bardzo nienawidził sędziego, skoro na nim zarobił? 
–  Bo  zarobił  mniej,  niż  oczekiwał.  Sędzia  powiedział,  że  Yancy  wyżej  wycenił  swoją 

lojalność i że potem do końca życia chował urazę.  

– Fascynujące – powiedział sarkastycznie Billy – i nie mniej idiotyczne. Wybacz, ale to 

jakiś stek bzdur.  

– Może. W każdym razie ma to coś wspólnego ze sprawą, nad którą Yancy pracował w 

latach  siedemdziesiątych.  Jeśli  chcesz  poznać  więcej  szczegółów,  oblicz  sobie,  kiedy  twój 

background image

stary zaczął pić, i przejrzyj sprawy z tamtego okresu.  

Billy Ray wciąż przechowywał papiery należące do ojca. Firma nadal mieściła się w tym 

samym budynku, a po śmierci Yancy’ego wszystkie dokumenty złożono na poddaszu.  

– Po co właściwie mówisz mi to wszystko? – spytał.  
– Chcę ci uświadomić, że nie możesz zwyciężyć. Z Graysonami nikt jeszcze nie wygrał. 

Nie chcę, żeby coś ci się stało.  

– Już mi się stało.  
– To było nic.  
– Czyżby tylko ostrzeżenie? Doug przecząco potrząsnął głową.  
–  Raczej  przypomnienie.  Mieszkasz  w  Moss  Bend,  Billy.  Na  cholernym  Południu,  w 

cholernym  River  County.  Po  prostu  zapomniałeś,  że  jesteś  tutaj  nikim.  Byłeś,  jesteś  i 
będziesz. Zupełnie jak ja.  

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Tygodnie  przed  sprawą  minęły  zbyt  szybko.  Billy  pracował  do  późnej  nocy,  usiłując 

znaleźć  świadków,  którzy  zgodziliby  się  zeznawać  na  korzyść  Caroliny.  Ona  sama,  zajęta 
nową pracą, dziećmi, wizytami u psychologów i psychiatry, również nie miała wolnej chwili. 
Głównie  do  siebie  dzwonili,  spotykali  się  rzadko,  najczęściej  na  szybkim  lunchu  w 
towarzystwie Maggie. Raz Carolina przyprowadziła dzieci do Billy’ego, aby mogły przywitać 
się z nowym synem kotki, ale nie była to udana wizyta. Przez cały czas jej trwania Billy czuł 
nieokreślone napięcie. Wciąż miał świadomość, że jeśli zawiedzie Carolinę, nie mają szans na 
wspólną przyszłość. To właśnie nie pozwalało mu odnaleźć dawnej radości i beztroski, jaką 
kiedyś odczuwał w jej towarzystwie.  

Dzień  przed  rozpoczęciem  sprawy  siedział  przy  biurku  i  ponownie  obmyślał  procesową 

strategię. Nigdy jeszcze nie musiał działać w tak niesprzyjających okolicznościach. Choć było 
to niesprawiedliwie, wiedział, że opieka nad dziećmi uzależniona będzie od oceny wypadków 
dotyczących śmierci Champa. Zanim Sawyer podejmie decyzję, rozpatrzy wszystkie zarzuty 
stawiane Carolinie i albo uwierzy w jej poczytalność i uczciwość, albo nie.  

Czy  Carolina  zjechała  z  autostrady,  bo  za  dużo  wypiła?  Czy  w  zemście  za  lata  udręki 

usiłowała zabić męża? Czy to prawda, że zapięła pasy, w przeciwieństwie do Champa? 

Czy w rozpaczy liczyła na to, że zabije prześladowcę, a jednocześnie zdoła ocalić własne 

życie? 

Te  i  inne  pytania  na  pewno  na  sali  rozpraw  padną  niejednokrotnie.  Billy  był  tego 

świadomy i już teraz bał się, jak zniesie je Carolina, świadkowie i wreszcie on sam.  

Oparł  głowę  na  rękach  i  zamknął  oczy.  Skoro  Carolina  nie  pamiętała  wydarzeń  owego 

wieczoru, mógł jedynie zgadywać, co się wówczas stało. Jeśli nawet miała kiedyś problemy z 
piciem, najwyraźniej już minęły. Nie przepadała za alkoholem, widział to i był pewien swojej 
oceny.  Wiedział,  jak  zachowują  się  alkoholicy,  i  mógłby  przysiąc,  że  ona  nie  cierpi  na  tę 
chorobę.  

Jaka  jednak  była  przed  wypadkiem?  Nie  zdziwił  się,  gdy  wynajęty  przez  Graysonów 

psychiatra  stwierdził,  że  była  niezrównoważona,  a  czasem  wpadała  w  stany  lękowo-
urojeniowe.  Ekspertyza  kończyła  się  stwierdzeniem,  że  jej  zdolności  do  samodzielnego 
podejmowania  decyzji  są  upośledzone,  i  że  nie  przyznając  się  do  choroby  alkoholowej, 
Carolina odmawia sobie szansy na leczenie. Rokowania w tym przypadku – stwierdzał raport 
– są zdecydowanie niekorzystne.  

Dla odmiany Billy dysponował ekspertyzami dwóch psychologów, którzy na jego prośbę 

przebadali Carolinę oraz dzieci, po czym zgodnie uznali, że zważywszy na okoliczności, jest 
ona  doskonale  przystosowana  do  samodzielnego  życia,  świadoma  swoich  celów  i 
popełnionych  błędów.  Nie  zawsze  jest  pewna  siebie,  ale  w  odniesieniu  do  spraw  istotnych 
umie być stanowcza. Dzieci są do niej bardzo przywiązane i czują się przy niej bezpiecznie, 
ona  zaś  poświęca  im  wystarczająco  dużo  uwagi,  by  zapewnić  im  prawidłowy  rozwój.  W 
związku z powyższym zaleca się pozostawienie opieki nad dziećmi w jej rękach.  

background image

Reszta dowodów była oczywista. Na każdego świadka Graysonów przeciwko Carolinie, 

Billy Ray znajdował dwóch chętnych, by zeznawać na jej korzyść. Gdyby rozprawa odbywała 
się gdzie indziej czy przeciw komuś innemu, szedłby spać w dobrym humorze. Cóż, sędzia 
Sawyer także będzie musiał zdać piekielnie trudny egzamin.  

– Billy Ray? 
Podniósł głowę i popatrzył znad papierów na Fran.  
– Jeszcze tu jesteś? 
– Bo ty tu jesteś.  
– No i co z tego? Już dawno powinnaś była pójść do domu.  
– Najpierw zobacz, co znalazłam – zmarszczyła  brwi  – dopiero potem posyłaj mnie do 

diabła.  

– Do domu – poprawił.  
– Cicho – skarciła go. – Naprawdę znalazłam coś ciekawego.  
Przez  chwilę  nie  miał  pojęcia,  co  jej  strzeliło  do  głowy.  Od  tygodni  zajmował  się 

wyłącznie sprawą Caroliny i nie interesowało go nic innego. Czy może być teraz coś bardziej 
pilnego? 

Fran położyła przed nim przykurzony, stary raport.  
– Długo myślałam o tym, co mi powiedziałeś – zaczęła tłumaczyć. – O tym, co Fletcher 

wspominał o twoim ojcu. W tamtych czasach byłam zwykłą urzędniczką. Potrafiłam jedynie 
odbierać  telefony  i  nie  odróżniałam  jednej  sprawy  od  drugiej.  Pamiętam  jednak  plotki.  W 
biurze wiele się działo i starałam się nie zaprzątać sobie nimi głowy, ale ta plotka...  

– Poczekaj – przerwał jej Billy. Miał ochotę powiedzieć, że chwilowo jest zbyt zajęty, by 

wracać do starych plotek, jednak Fran nie pozwoliła się uciszyć.  

– Cały dzień spędziłam dziś na poddaszu i wreszcie to znalazłam – dokończyła szybko. – 

Naprawdę powinieneś to przeczytać.  

–  To?  –  Spojrzał  na  cienką  teczkę,  w  której  było  pewnie  nie  więcej  niż  kilka  kartek. 

Gdyby teczka była grubsza, zapewne zbyłby  Fran i zbeształ. – Czy muszę to robić teraz? – 
spytał niechętnie.  

– Tak. Powinieneś wiedzieć, z kim jutro się zmierzysz na sali rozpraw.  
Ciekawość zwyciężyła. Billy ujął między palce kartonową okładkę.  
– Przecież wiem, kim jest Whittier Grayson – powiedział.  
– Chodzi mi o to, jakim jest człowiekiem.  
– Uważasz, że jeszcze się na nim nie poznałem? 
–  Wychowywałam  się  nad  rzeką  –  odezwała  się  Fran  z  pełnym  zadumy  uśmiechem.  – 

Przy  drodze  mieszkała  rodzina,  mieli  trzech  synów.  Gibb,  środkowy,  od  samego  początku 
sprawiał  kłopoty.  Wszyscy  wiedzieli,  że  to  kawał  drania.  Kiedy  coś  znikało  z  naszych 
podwórek,  domyślaliśmy  się,  czyja  to  sprawka.  Po  jakimś  czasie  przywykliśmy  do  tego  i 
trzymaliśmy rzeczy pod kluczem. Taki właśnie był Gibb. Któregoś dnia Gibb napadł na bank 
w Tallahassee, a kiedy ktoś próbował mu przeszkodzić, zastrzelił biedaka, a przynajmniej tak 
mówili. Nie zdziwiliśmy się zbytnio, bo i dlaczego? Taki właśnie był Gibb. Sprawiał kłopoty. 
Kawał  drania...  –  Wzruszyła  ramionami.  –  Teraz  po  raz  kolejny  złożył  apelację.  Posłuchaj 

background image

mnie,  Billy  Ray.  Czasem  myślenie,  że  kogoś  dobrze  znasz,  jest  równie  niebezpieczne,  jak 
napad na bank.  

Cofnęła się do drzwi i poprosiła po raz ostatni: 
– Przeczytaj to. Wtedy powiesz mi, jakim człowiekiem jest sędzia.  
W  tawernie  zanosiło  się  na  długą  noc.  Szafa  grająca  i  bilardowe  stoły  otoczone  były 

grupkami  hałasujących  mężczyzn,  a  na  barze,  ku  uciesze  gawiedzi,  młoda  kobieta  o 
ufarbowanych na pomarańczowo włosach usiłowała tańczyć taniec brzucha.  

– Już raz się tłukli – poinformowała Maggie Billy’ego.  
– Dopiero raz? – Billy rozpiął kołnierz koszuli i poluzował krawat. Klimatyzacja w lokalu 

najwyraźniej nie działała jak należy.  

– Wszyscy są dziś nerwowi. Chyba wcześniej zamknę.  
– Maggie przysunęła się, żeby pocałować go w policzek.  
–  Robię  się  na  to  za  stara.  Chyba  sprzedam  ten  interes  i  przeprowadzę  się  na  Zachód. 

Będę bliżej wnuków.  

Przez chwilę miał ochotę poprosić Maggie, aby zabrała Carolinę z dziećmi i wraz z nimi 

uciekła jeszcze dziś. Na to jednak było już za późno.  

– Podać ci coś? – spytała.  
– Sam nie wiem. Przyszedłem zobaczyć się z Dougiem.  
– Cały czas pije. Możesz go odwieźć do domu, kiedy skończycie.  
Maggie odeszła do baru, zapewne po to, aby sprawdzić, czy ruda dziewczyna nadal ma na 

sobie bieliznę, a Billy ruszył przez zbity tłum, by odnaleźć przyjaciela. Znalazł go przy tym 
samym stoliku, co zawsze. Usiadł na wprost Douga, lecz ten nawet na niego nie spojrzał.  

– Co tu robisz? – spytał tylko, wpatrzony smętnie w resztki piwa. – Myślałem, że całą noc 

będziesz przygotowywał się do wojny.  

– Właśnie się przygotowuję.  
– Musisz być dobrej myśli, skoro przywiodło cię do tej ponurej speluny.  
– Nie wiem, czy jestem dobrej myśli. Ale na pewno mam nastrój do opowiadania długich 

historii. Pomyślałem, że byłbyś dobrym słuchaczem.  

–  Ja?  –  Doug  zmrużył  przekrwione  oczy.  –  Sługa  chama  w  todze  i  sadysty  z  manią 

wielkości? 

– Ty. Nie wiem, dlaczego pomyślałem o tobie, ale chętnie opowiem  ci tę historię. Jeśli 

zechcesz posłuchać.  

Doug  odwrócił  wzrok,  wlał  do  gardła  resztkę  piwa  i  skinął  na  Maggie,  by  przyniosła 

następne.  

–  Czemu  nie?  –  powiedział.  –  Gadaj,  jeśli  masz  ochotę.  Billy  oparł  łokcie  na  stole  i 

popatrzył mu w oczy.  

– Mam ochotę pogadać, Doug. Właśnie z tobą. Westchnął ciężko, choć przecież wiedział 

już, od czego zacząć. Godzinę wcześniej opowiedział tę samą historię Joelowi.  

–  Jakieś  dwadzieścia  dwa  lata  temu  mojego  ojca  odwiedzili  robotnicy  ze  starej  fabryki 

azbestu w Spring Creek. Zdaje się, że wszyscy mieli rozmaite problemy ze zdrowiem i doszli 
do  wniosku,  że  dzieje  się  tak  z  powodu  warunków  pracy  panujących  w  fabryce.  Wcześniej 

background image

byli u innych prawników, ale żaden z nich nie chciał wziąć tej sprawy.  

– Niech zgadnę: twój tatuś był inny – przerwał mu zgryźliwie Doug. – Wiadomo, stary 

Yancy Wainwright, obrońca uciśnionych...  

–  Ojciec  obiecał,  że  się  temu  przyjrzy.  Wtedy  jeszcze  nikt  nie  zdawał  sobie  sprawy  z 

tego, jak niebezpieczny jest azbest. Były oczywiście jakieś przepisy, ale nie tak szczegółowe i 
rygorystyczne, jak obecnie. Zresztą, fabryka w Spring Creek nie przestrzegała nawet tamtych 
przepisów. Ktoś przekupywał inspektorów i robił wszystko, byle tylko odstąpić od wdrożenia 
nowych, bardziej kosztownych procedur i technologii. Mój ojciec wykrył nie tylko to...  

– No? 
– Właścicielami fabryki  byli Graysonowie. Założyli fałszywą firmę, aby nią zarządzała, 

ale  w  rzeczywistości  wszelkie  zyski  trafiały  na  ich  konta.  A  zyski  były  ogromne.  Ojciec 
szybko się zorientował, kto stoi za tym wszystkim.  

– No i co z tego? – Doug odchylił się na krześle. – Połowa północnej Florydy należy do 

Graysonów. Mogą ustanawiać własne prawa.  

– Postaram się to uprościć, Doug. Ojciec miał dowody w ręku, zagroził więc Graysonom 

olbrzymim  procesem.  Na  początku  był  pewien,  że  wygra,  ale  wtedy  sędzia  szybko 
przygotował kontratak. Kilka dni później spotkał się z ojcem w tajemnicy i powiedział mu, że 
jeśli  tknie  on  choćby  jednego  z  Graysonów,  rodzina  Graysonów  go  zniszczy.  Następnie 
pokazał  mu  cała  furę  sfałszowanych  dokumentów,  łączących  Yancy’ego  ze  wszystkim,  co 
nielegalne – od hazardu przez malwersacje po narkotyki.  

– I Yancy dał się zastraszyć? – spytał Doug. – Tak łatwo? 
– Powiedzmy, że dał  się przekonać. Sędzia obiecał  ojcu, że zawrze z poszkodowanymi 

robotnikami  umowę,  na  mocy  której  mieli  dostać  odszkodowania  –  znacznie  niższe,  niż 
gdyby  zdecydowali  się  walczyć  w  sądzie  i  wygrali,  ale  za  to  pewne.  Ojciec  miał  im  tylko 
zasugerować,  żeby  przyjęli  ofertę  sędziego  i  milczeli,  a  wtedy  sędzia  zniszczy  to,  co 
przygotował, by go skompromitować.  

Doug nic nie powiedział, ale nie wyglądał na specjalnie zdumionego.  
– Mój tata musiał wybierać. – Billy Ray pochylił się nad stolikiem. – Mógł zaryzykować 

karierę i walczyć o to, co uważał za słuszne, wiedząc jednocześnie, na co się naraża. Wiedział 
jednak,  że  najprawdopodobniej  przegrałby  i  sprawę,  i  całe  swoje  życie.  Mógł  też  poradzić 
robotnikom, żeby zgodzili się na umowę. Gdyby tak się stało, dostaliby jakąś rekompensatę, a 
on byłby bezpieczny.  

– Chyba nie muszę pytać, co wybrał? 
–  Nie  musisz  –  odparł  Billy.  –  Pozbył  się  wszelkich  dowodów.  Nie  zostawił  żadnych 

śladów prócz paru stron, które napisał na maszynie i schował na strychu, zapewne tuż przed 
śmiercią. Może chciał, żebym któregoś dnia je znalazł? Tego nie wiem, ale wiem co innego: 
to, co zrobił, załamało go i zniszczyło. Czuł się tchórzem do końca życia. Nie mógł ze sobą 
wytrzymać.  

– I przez to zaczął pić.  
Billy Ray długo patrzył  na Douga, po czym wziął w garść jego pusty kufel, postawił do 

góry dnem i wbił w przyjaciela ciężkie spojrzenie.  

background image

–  Tak,  przez  to  zaczął  pić  –  powtórzył.  –  A  ty  mi  nie  mów,  że  nie  potrafisz  tego 

zrozumieć.  

Doug milczał.  
– Masz wybór, Doug – odezwał się Billy, wciąż patrząc w jego zmęczoną zgryzotami i 

piciem  twarz.  –  Możesz  zawołać  Maggie,  żeby  przyniosła  ci  jeszcze  jedno  piwo,  a  potem 
następne i  tak do  rana.  Możesz też wrócić do domu,  do żony i  zastanowić się, jakim  jesteś 
człowiekiem. Na cokolwiek się zdecydujesz, nie próbuj prowadzić. Jeśli złapią cię na jeździe 
po  pijaku,  przegrałeś.  Chyba  że  pójdziesz  do  sędziego,  a  ten  udowodni,  że  policjant  z 
drogówki to narkoman i terrorysta.  

Billy Ray wjechał na podjazd i wyłączył silnik. Był zbyt zmęczony, żeby od razu wysiąść 

z  auta,  odsunął  więc  szybę  i  patrzył  na  gwiazdy  świecące  na  czystym  letnim  niebie.  Przez 
moment kusiło go, żeby zawrócić i pojechać wprost przed siebie, jak najdalej od Moss Bend. 
Zamiast  tego  zebrał  w  sobie  resztki  sił  i  wysiadł  z  samochodu,  zatrzaskując  za  sobą  drzwi. 
Jutro o tej porze sędzia Sawyer będzie rozważał wszelkie za i przeciw, pomyślał, a Carolina 
zapewne będzie się modlić, aby wszystko dobrze się ułożyło.  

A on? Co z nim? 

Na ganku zaczął szukać klucza do drzwi wejściowych, otworzyły się jednak same, zanim 

zdołał wyjąć rękę z kieszeni. Na progu stała Carolina.  

– Co tutaj robisz? – zapytał.  
– Chciałam się z tobą zobaczyć  – odparła.  – Byłam wcześniej w biurze, ale nikogo nie 

zastałam, więc przyjechałam tu. Kiedyś na wszelki wypadek Hattie dała mi zapasowy klucz. 
Dziś ona pilnuje Chrisa i Kicię. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu.  

– Przeciwko czemu? 
– Że włamałam się do twojego domu.  
–  Zanim oddasz klucz Hattie, zrób jeszcze jeden dla siebie i  przychodź  do mnie, kiedy 

zechcesz.  

– Czy to znaczy, że chciałbyś widywać mnie częściej niż w ubiegłym tygodniu? 
– Pewnie, że chciałbym – westchnął. – Przecież wiesz.  
–  Właśnie  nie  wiem,  Billy.  Nie  wiem  wszystkiego  do  końca,  a  muszę  wiedzieć.  Zanim 

jutro wejdę na salę rozpraw, muszę wiedzieć, co właściwie nas łączy.  

Wpuściła go do środka i zamknęła drzwi. Billy oparł się ciężko o ścianę i popatrzył na nią 

uważnie.  

– Naprawdę uważasz, że to odpowiedni moment na takie dyskusje? – zapytał. – Boisz się 

tego, co może się jutro wydarzyć. Ja też jestem tym zaprzątnięty, wyczerpany...  

– Może i tak, ale przecież to wszystko nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się między 

nami, prawda? 

Wiedział, że Carolina ma rację. Wiedział to właściwie od dawna, a jednak wciąż nie był 

w stanie przyznać, że ich wzajemne uczucia, aktualne i przyszłe, nie muszą mieć związku z 
czekającym  ich  procesem,  nie  muszą  zależeć  od  jego  wyniku.  Kiedyś  powiedział  sobie,  że 
tylko zwycięstwo odniesione nad Graysonem da mu prawo ją kochać. Czyżby teraz Carolina 
chciała powiedzieć, że wolno mu ją kochać niezależnie od wszystkiego? 

background image

Na pewno nie wiedziała, co robi, czego chce...  
–  Chodź  –  pociągnęła  go  do  salonu  –  usiądź.  Kiedy  na  ciebie  czekałam,  przyrządziłam 

mrożoną herbatę.  

–  Nie  musisz  się  o  mnie  troszczyć.  Nie  chcę,  żebyś  na  mnie  czekała.  Masz  swoje 

obowiązki.  

– Usiądź – powtórzyła, jakby nieco zniecierpliwiona. – Wobec tego przyniosę herbaty dla 

siebie. Zaczekasz? 

– Przepraszam – westchnął ciężko, a potem patrzył, jak Carolina znika w korytarzu. Jasna 

spódnica  pieszczotliwie  głaskała  jej  łydki.  Bose  stopy  były  drobne,  biodra  kołysały  się 
łagodnie, piersi unosiły się lekko pod bluzką.  

Billy poczuł, że robi mu się gorąco. Zdjął krawat, rozpiął kołnierzyk koszuli i odetchnął 

głęboko. Gdy Carolina wróciła z herbatą, zrobił jej miejsce na sofie obok siebie, ona jednak 
usiadła na najbliższym fotelu, a szklanki postawiła na stole.  

– Jeśli coś źle zrozumiałam, powiedz mi o tym – odezwała się po chwili.  
Nie,  nie  mógł  rozmawiać  z  nią  w  ten  sposób.  Siedziała  wyprostowana  niczym  struna,  z 

dłońmi złożonymi skromnie na kolanach.  

– Chodź do mnie – rozłożył szeroko ramiona – proszę... Zastanawiała się przez chwilę, po 

czym  usiadła  obok  i  przytuliła  się  do  niego  –  Widzisz  –  zaczął  tłumaczyć  –  jeszcze  tak 
niedawno  byłaś  żoną  Champa.  Ja  pojawiłem  się  w  twoim  życiu,  gdy  rozpaczliwie 
potrzebowałaś pomocy. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, ale...  

–  Nie  potrzebuję  wykładu  z  historii  –  przerwała  mu  niecierpliwie.  –  Równie  dobrze 

pamiętam  naszą  przeszłość,  jak  ty.  Mówmy  konkretnie  i  szczerze.  Zawsze  tak 
rozmawialiśmy.  

–  Zgoda.  –  Skinął  głową,  lecz  nie  mógł  zdobyć  się  na  to,  by  spojrzeć  jej  w  oczy.  – 

Powiedz zatem, skąd wiesz, że potrafisz należycie rozpoznać swoje uczucia? Czy naprawdę 
wiesz,  kiedy  kieruje  tobą  pragnienie  pocieszenia,  bliskości,  przyjaźni,  kiedy  rządzi  tobą 
zwykła, fizyczna namiętność, a kiedy... inne emocje? 

Carolina tylko chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.  
–  Rozmawialiśmy  już  o  tym  –  powiedziała.  –  Sugerujesz,  że  nie  potrafię  odróżnić 

pożądania od wdzięczności. Albo pożądania od pragnienia bezpieczeństwa. Ze mylę miłość z 
przywiązaniem i zażyłością. Otóż nie.  

– Nie? – zapytał, a jego serce podskoczyło do gardła ze wzruszenia.  
– Wiem, trudno mi zaufać – uśmiechnęła się smutno. – Narobiłam bałaganu we własnym 

życiu. Jak mam udowodnić, że wiem, czego chcę, skoro przez tyle lat...  

– Nie wracajmy do tego, Carolino.  
–  Tak,  słusznie  –  przełknęła  ślinę.  –  Chciałam  tylko  powiedzieć,  że  znam  swoje 

pragnienia  i  umiem  powiedzieć,  co  naprawdę  czuję.  Jeśli  nie  zaufasz  mi  w  tej  sprawie,  to 
dlaczego  miałbyś  w  ogóle  mi  ufać?  Skoro  kłamię  w  kwestii  własnych  uczuć,  nawet  sama 
przed sobą, to przecież mogę kłamać także w trakcie procesu.  

– To nie tak – zaprotestował. – Nie sądzę, żebyś kłamała.  
–  Więc  może  uważasz,  że  nie  jestem  wystarczająco  rozgarnięta,  by  połapać  się  w  tym 

background image

wszystkim? 

– Tego też nie powiedziałem.  
– A może niezrównoważona? Wiele osób zgodziłoby się z tobą...  
– Przestań! Wcale tak nie uważam! 
– A więc to jeszcze coś innego. – Uśmiechnęła się, lecz jej oczy były poważne i smutne. 

–  Oto  rzucam  się  w  twoje  objęcia,  a  ty  nie  jesteś  zainteresowany.  Jesteś  zbyt  delikatny,  by 
powiedzieć mi o tym wprost. Nie chcesz mnie zranić...  

– Zamknij się wreszcie! 
Chwycił ją w ramiona i przyciągnął mocno do siebie. Pragnął jej tak bardzo, że nie mógł 

dłużej się opierać. Nie mógł też ani chwili dłużej słuchać czegoś, co tak jawnie sprzeciwiało 
się jego sercu.  

– Ufam ci – powiedział i zanurzył z westchnieniem twarz w jej miękkie włosy.  
–  Nie  rób  niczego,  czego  naprawdę  nie  chcesz.  –  Odsunęła  go,  opierając  ręce  na  jego 

torsie. – Nie pozwolę się oszukać.  

– Wolałbym się utopić niż cię oszukać – jęknął. – Pragnę cię... – Poszukał ustami jej ust, 

dłonią zbłądził na piersi. – Pragnę bardziej niż cokolwiek i kogokolwiek, zawsze pragnąłem...  

– Więc nie dręczmy się więcej, skoro oboje się pragniemy – westchnęła błogo pod jego 

dotykiem. – Zróbmy to wreszcie, Billy, proszę...  

– Tak – odparł zduszonym namiętnością głosem. – Tutaj... Albo na górze.  
– A jeśli ktoś zadzwoni, nie otworzymy.  
Odsunęła się od niego gwałtownie i ruszyła po schodach na górę. Billy zrównał się z nią 

dopiero przed drzwiami sypialni.  

– Powiesz, że jestem bezwstydna... – Spojrzała na niego z dłonią na klamce.  
– Raczej śmiała, pełna fantazji. Taka jak kiedyś.  
–  Miałam  nadzieję,  że  dzisiejszy  wieczór  skończy  się  w  ten  sposób  –  powiedziała  i 

otworzyła drzwi. Na szafce i komódce paliły się świece, okna były szeroko otwarte.  

A więc wierzyła w niego. Mocniej niż on w nią. Była pewna jego miłości i wiedziała, że 

odpowie na jej miłość. Czekała.  

–  Zaryzykowałam.  –  Stanęła  przed  nim.  –  Teraz  twoja  kolej.  Zapomnij  o  wszystkim,  o 

procesie, dzieciach, Champie... Myśl tylko o nas, o tym, czego ty chcesz...  

– Chcę ciebie.  
– Może gdybyś powiedział mi to  wiele lat temu, nie poślubiłabym  Champa. Gdybyś to 

powiedział,  kiedy  jeszcze  byliśmy  dziećmi,  może  bym  na  ciebie  czekała.  Ale  to  nie  twoja 
wina. To ja byłam głupia. Na szczęście już nie jestem.  

Podeszła do niego i zaczęła powoli rozpinać guziki jego koszuli.  
– Podobno im dłużej  na coś się czeka, tym  bardziej się tego pragnie  – szepnęła. – Czy 

myślisz, że tak jest w tym przypadku? 

Billy zamknął oczy. Był wzruszony, czuł radość. Ale też i żal. Gdyby kiedyś nie zabrakło 

mu odwagi, może ich życie potoczyłoby się inaczej. Może nie byłoby łez, bicia, samotności. 
Może Kicia i Chris byłyby ich dziećmi, szczęśliwymi, pewnymi siebie. Może ten stary dom 
wypełniałby ich śmiech...  

background image

Stało się jednak inaczej i przeszłości nie sposób było zmienić.  
–  Kocham  cię,  Carolino.  –  Przytrzymał  jej  dłonie  i  spojrzał  jej  w  oczy  z  powagą.  – 

Zawsze cię kochałem.  

– A ja kocham ciebie.  
Pocałował  ją,  zrazu  powoli,  nieśmiało,  potem  coraz  głębiej  i  natarczywiej.  Szarpnął 

zamkiem jej sukienki, ona odnalazła pasek jego spodni. Rozebrali się szybko, niecierpliwie, 
jakby  nie  mogąc  się  doczekać,  kiedy  pozbędą  się  wszystkiego,  co  ich  dzieli,  i  połączą  się, 

nareszcie wolni i nadzy.  

Skóra Caroliny była ciepła i lekko wilgotna. Jej włosy lśniły w świetle księżyca niczym 

srebro.  Opadli  na  łóżko  i  zaczęli  sycić  się  sobą,  zachłannie,  rozpaczliwie,  jak  ci,  którzy 
wygłodzeni  przedłużającym  się  postem,  rzucają  się  łapczywie  na  jedzenie,  chcąc  od  razu 
poznać smak wszystkich potraw.  

Wszystko  inne  przestało  się  dla  nich  liczyć.  Zdawało  się,  że  na  całym  świecie  są  teraz 

tylko  oni  –  Billy  i  Carolina,  dwoje  kochanków,  którzy  połączyli  się  wreszcie  po  latach 
tęsknoty  i  niespełnienia.  Prześcigali  się  we  wzajemnych  pieszczotach,  odgadywali  swoje 
fantazje i marzenia, zapamiętali się bez reszty w tym miłosnym tańcu.  

I dopiero gdy Billy wszedł w nią nagle, zamarł, jakby dopiero teraz dotarło do niego, co 

się stało.  

– Tak, Billy... – szepnęła Carolina i podała biodra do przodu. Jej oczy wpatrzone były w 

niego błagalnie. – Tak, proszę, kochany...  

Wiedział, o co go prosi – i spełnił jej prośbę. A świadomość tego, że Carolina odnalazła 

spełnienie  i  rozkosz  właśnie  w  jego  ramionach,  przepełniła  jego  serce  szczęściem  tak 
ogromnym,  że  gdyby zapytano  go teraz, czy odnalazł  cel  swego życia i  czy może umierać, 
odpowiedziałby bez wahania: „Tak”.  

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Carolina  nie  sądziła,  że  tej  nocy  zdoła  jeszcze  zasnąć,  lecz  gdy  wróciła  do  domu, 

natychmiast zapadła w głęboki sen. Przyjechała od Billy’ego dopiero przed drugą. Tuż przed 
jej  wyjściem  kochali  się  ponownie,  tym  razem  spokojnie  i  bez  pośpiechu.  Żałowała,  że  nie 
może  zostać  z  nim  aż  do  świtu.  Dotychczas  jedynie  domyślała  się,  jak  wielką  radość 
odnajdzie w jego ramionach, lecz i tak rzeczywistość przerosła jej najsłodsze marzenia.  

Tak  naprawdę  dopiero  teraz  poznała  smak  prawdziwej  rozkoszy.  Młodość  spędziła  z 

mężczyzną,  którego  zainteresowanie  seksem  było  zależne  od  ilości  alkoholu,  czasem 
narkotyku,  który  właśnie  sobie  zaaplikował.  Najczęściej  było  tego  albo  zbyt  wiele,  albo  za 
mało,  a  wtedy  Champ  nie  mógł  i  nie  chciał  się  kochać.  Dlatego  już  po  roku  małżeństwa 
Carolina  wiedziała,  że  nie  może  na  męża  liczyć.  Oczywiście  próbowała  przekonać  samą 
siebie,  że  seks  to  nie  wszystko,  że  choć  Champ  ma  swoją  ułomność,  ona  nadal  go  kocha  i 
potrzebuje. Tym bardziej go kocha, bo przecież żona powinna być z mężem na dobre i na złe, 
powinna umieć się poświęcić. Jednakże złego w ich związku było więcej niż dobrego, więc i 
te uczucia mimo jej wysiłków powoli umarły.  

Teraz,  po  kilku  godzinach  spędzonych  w  ramionach  Billy’ego,  po  kilku  tygodniach 

spędzonych  z  nim  w  najrozmaitszych  okolicznościach,  wiedziała  już,  czym  może  być 
prawdziwa,  pełnowymiarowa  miłość.  Nawet  to,  co  czuła  do  Champa  w  najlepszym  okresie 
ich małżeństwa, nie mogło się równać z miłością do Billy’ego. Boże, gdyby kiedyś nie była 
taka głupia, gdyby nie oszukiwała samej siebie, gdyby słuchała głosu swego serca...  

Zamknęła  oczy,  starając  się  nie  myśleć  ani  o  Billym,  ani  o  tym,  co  jeszcze  ich  czeka. 

Powinna  odpocząć,  przygotować  się  do  rozprawy,  która  miała  się  zacząć  o  dziesiątej.  Billy 
Ray  ostrzegł  ją,  że  posiedzenie  potrwa  długo,  nawet  do  wieczora.  Sędzia  Sawyer  zrobi 
wszystko, aby nikt nie oskarżył go, że podjął decyzję zbyt pośpiesznie. Najprawdopodobniej 
zechce poznać wszystkie szczegóły i nie zawaha się przed zadaniem najbardziej kłopotliwych 
pytań.  

Zza  okna  dobiegało  cykanie  świerszczy,  znajomy  uspokajający  dźwięk,  który  tak  wiele 

razy koił jej stargane nerwy i pomagał zachować równowagę. Kiedy Champ był pijany albo 
naćpany,  nauczyła  się  koncentrować  na  dźwiękach  –  szumie  wentylatora,  wieczornym 
rechocie  żab,  czy  właśnie  śpiewie  świerszczy.  Wtedy  mógł  na  nią  krzyczeć,  mógł  ją  nawet 
uderzyć,  a  mimo  to  udawało  jej  się  zachować  spokój  i  pozostać  w  zamknięciu  swego 
wewnętrznego świata.  

Teraz także skoncentrowała się na cykaniu świerszczy. Postanowiła, że przebrnie przez tę 

noc i doczeka do rana, tak samo, jak przebrnęła przez wiele innych. Dryfowała więc między 
snem a jawą, a przed jej oczyma pojawiały się rozmaite obrazy...  

Oto  Kicia  jako  niemowlę,  pulchne,  żarłoczne  dziecko,  które  było  szczęśliwe  jedynie 

wtedy,  gdy  Carolina  trzymała  je  w  ramionach.  Dla  odmiany  Chris  spokojnie  przesypiał 
niemal  całą  noc.  Był  pogodny  i  radosny,  z  równym  zainteresowaniem  obserwował  świat  z 
krzesełka dla niemowląt, jak z ramion swojej mamy.  

background image

Nigdy  nie  umiałaby  wybierać  między  swoimi  dziećmi.  Tak  wiele  wniosły  w  jej  życie. 

Była jednak pewna, że gdyby Graysonowie mieli możliwość wyboru, bez wahania wskazaliby 
Chrisa – był chłopcem, dzięki niemu rodzinne nazwisko miało szansę nie zaginąć. Był także 
bardziej spolegliwy niż Kicia, więc łatwiej byłoby nim kierować i go urabiać.  

Czas  płynął,  aż  w  końcu  przestała  zdawać  sobie  sprawę  z  uciekających  minut. 

Rozluźniała się coraz bardziej, oddychała coraz równiej, aż w końcu ogarnął ją sen.  

Śniła, że znajduje się w jakimś zatłoczonym pokoju. Było duszno i gorąco, bowiem ktoś 

rozpalił  ogień  w  kominku.  Nie  podobał  jej  się  ten  pokój,  nawet  świąteczne  drzewko  przy 
drzwiach  nie  było  w  stanie  poprawić  jej  nastroju.  Przeszkadzały  jej  otwarte,  nieprzytulne 
przestrzenie,  niskie  sufity,  zimna  terakota  na  podłogach,  zbyt  duże  okna.  Hałas  tu  panujący 
był równie nieznośny, jak upał.  

Chciała  iść  do  domu,  ale  nie  mogła  zostawić  Champa.  Gdyby  poprosiła  kogoś  z 

przyjaciół, żeby ją odwiózł, Champ wracałby sam, a z pewnością nie był w stanie prowadzić. 
Jeśli  natomiast  wzięłaby  auto  bez  jego  wiedzy,  zrobiłby  jej  w  domu  dziką  awanturę.  Jego 
skłonność  do  pastwienia  się  nad  żoną  wzrastała  wraz  ilością  wypitego  alkoholu,  a  tego 
wieczoru jej mąż nie odmawiał go sobie.  

– Zostawisz go, prawda? 
Carolina  uniosła  wzrok  i  ujrzała,  że  dołączyła  do  niej  Taylor.  Stały  obok  wazy  z 

ponczem,  w  najchłodniejszym  kącie  pomieszczenia.  Ludzie  podchodzili  tu  i  odchodzili,  a 
Carolina cały czas opierała się o stół, aby uniknąć rozmów.  

– Nie. Chyba za wcześnie, żeby wychodzić – powiedziała z wymuszonym uśmiechem. – 

Nie śpiewaliśmy jeszcze kolęd.  

– Nie miałam na myśli przyjęcia.  
Wiedziała,  o  czym  mówi  Taylor.  Wiedziała  też,  że  nie  powinna  mówić  prawdy  ani 

Taylor, ani nikomu innemu. Rzeczywiście zamierzała zostawić Champa, zabrać dzieci i uciec. 
Zdecydowała się na to właśnie tego wieczoru, w drodze na przyjęcie. Teraz musiała jedynie 
poczekać na odpowiedni moment.  

–  Powinnaś  go  zastawić.  –  Taylor  położyła  dłoń  na  jej  ramieniu.  –  Twój  mąż  to  nic 

niewarty sukinsyn.  

Wciąż  mając  przed  oczyma  współczucie  malujące  się  na  twarzy  Taylor,  Carolina 

wzniosła  się  nad  pokój.  Nawet  kiedy  krążyła  nad  domem  i  płynęła  ku  chmurom,  nadal 
widziała  smutne  oblicze  przyjaciółki.  W  pewnej  chwili  spojrzała  na  drogę  prowadzącą  do 
domu, po której jechało jej własne BMW Nagle twarz Taylor zniknęła, zastąpiona przez pełne 
wściekłości oczy Champa.  

– Zabiję cię, suko, jeśli mnie zostawisz! – wysyczał. – Zabiję... ! 
Krzyknęła przez sen i gwałtownie usiadła. Miała wyschnięte, spieczone usta i potwornie 

bolała ją głowa.  

W  sądowym  korytarzu  Carolina  prezentowała  się  poważnie  i  dostojnie.  Jasne  włosy 

ściągnęła do tyłu i przepasała ciemną wstążką. Założyła granatowy kostium, którego jedyną 
ozdobą  była  konserwatywna  złota  brosza.  Wyglądała  pięknie,  lecz  zarazem  smutno,  by  nie 
powiedzieć ponuro.  

background image

Billy wiedział, że położyła się spać zbyt późno. W końcu sam był tego przyczyną. Ujął ją 

delikatnie  za  ramię  i  poprowadził  korytarzem  w  stronę  sali,  w  której  miała  odbyć  się 
rozprawa.  

– Dobrze się czujesz? – spytał z niepokojem.  
–  Boli  mnie  głowa.  –  Bez  powodzenia  spróbowała  się  uśmiechnąć.  –  Ale  poza  tym  w 

porządku.  

– Na pewno? 
–  Billy,  wczoraj  śniło  mi  się  przyjęcie.  Początkowo  nie  zrozumiał,  o  co  jej  chodzi. 

Dopiero po chwili zorientował się, o jakim przyjęciu mówi Carolina.  

– Czy wcześnie także ci się śniło? – spytał.  
– Chyba tak. A może nie... W każdym razie ten sen wydał mi się znajomy. – Wzruszyła 

ramionami. – Tak mnie przygnębił, że obudziłam się i nie mogłam zasnąć do rana. Myślisz, 
że wspomnienia mogą powracać w formie snów? 

– Nie wiem. Jeśli tak jest, sąd uzna je raczej za niewiarygodne.  
–  Oczywiście.  Nie  zamierzałam  wspominać  o  tym  sędziemu,  ale...  Widzisz,  Billy,  ja 

chyba chciałam go opuścić, a on się zorientował.  

– Champ? – Billy poczuł nagły skurcz w żołądku. – Pamiętasz coś jeszcze? – zapytał, gdy 

skinęła głową.  

–  Wrzeszczał  na  mnie...  Przed  przyjęciem  albo  po  nim.  Nie  wiem  dokładnie.  Może 

zresztą i przed, i po. W tym śnie była też Taylor. Na przyjęciu spytała mnie, czy zamierzam 
zostawić  Champa,  a  ja  zaprzeczyłam,  bo  bałam  się  do  tego  przyznać.  Położyła  mi  rękę  na 
ramieniu...  –  Carolina wykonała teraz taki sam  gest.  –  Powiedziała:  „Powinnaś go zastawić. 
Twój mąż to nic niewarty sukinsyn. „ 

– Dosadnie.  
– Tak właśnie powiedziała.  
– Przyjdzie tutaj. Spytam ją, czy pamięta taką rozmowę. Jeśli tak, będzie to oznaczać, że 

wraca ci pamięć.  

– Chciałabym, żeby wróciła. Chciałabym wiedzieć, co zdarzyło się tamtej nocy. Lepsza 

najgorsza prawda niż niepewność.  

Opuściła dłoń i westchnęła. Za parę minut miało się  rozpocząć pierwsze przesłuchanie i 

niektórzy weszli już do środka. Graysonów jeszcze nie było.  

– Chcesz, żebyśmy jeszcze raz porozmawiali o najważniejszych sprawach? – spytał Billy.  
– Nie, nie martw się o mnie. Nie zdenerwuję się, niezależnie od tego, co o sobie usłyszę. 

Żadnych scen ani krzyków, obiecuję. Dam też jasno do zrozumienia, że pozwolę Graysonom 
spotykać się z dziećmi, o ile zaakceptują, że to ja będę decydować o ich wychowaniu.  

–  Tak,  to  ważne  –  uśmiechnął  się  i  uścisnął  jej  dłoń.  –  Najważniejsze  to  nie  dać  się 

zdenerwować. Ufam ci, Carolino. Bądź kobietą, którą zawsze kochałem.  

Odwzajemniła jego uśmiech.  
– Jestem gotowa – powiedziała.  
Graysonowie  pojawili  się  na  sali  rozpraw  dokładnie  o  dziesiątej.  Sędzia  miał  na  sobie 

kosztowny ciemny garnitur, a Gloria elegancką suknię, którą najpewniej zakupiła właśnie na 

background image

tę  okazję.  Nie  była  to  jednak  supermodna  suknia,  z  których  Gloria  słynęła  dotychczas.  Jej 
elegancja  była  dyskretna  i  stonowana,  jakby  bardziej  dostosowana  do  wieku  pani  Grayson. 
Billy  pomyślał,  że  teściowa  Caroliny  po  raz  pierwszy  wygląda  jak  babcia,  która  z  radością 
piecze ciasteczka dla wnucząt lub szyje ubranka dla lalek.  

Ich  adwokat,  Sam  Franklin,  był  jednym  z  najlepszych  prawników  w  największej  firmie 

prawniczej  w  Moss  Bend.  Mówiło  się,  że  ten  rumianolicy  i  łysiejący  mężczyzna  pewnego 
dnia zajmie miejsce samego sędziego Graysona. Billy Ray wystarczająco często spotykał się z 
nim w sądzie, aby wiedzieć, że nie można lekceważyć takiego przeciwnika.  

Franklin  przedstawił  zarzuty  Graysonów  i  spokojnie  wyjaśnił,  dlaczego  jego  klienci 

uważają,  iż  Chris  oraz  Kicia  powinni  znaleźć  się  pod  ich  opieką.  Jego  zadaniem  było 
udowodnienie  wszystkim  obecnym,  że  to  Graysonowie  mają  rację.  Przedstawił  swoje 
argumenty, a potem wezwał przed sąd ekspertów.  

Jako  pierwszy  zeznawał  psychiatra,  doktor  Jack  Bellows,  który  miał  ocenić  zdolność 

Caroliny  do  opieki  nad  dziećmi.  Nieprzypadkowo  był  to  ten  sam  człowiek,  którego 
Graysonowie zatrudnili tuż po wypadku. Jego diagnoza była dokładnie tak druzgocąca, jak się 
tego  spodziewano.  Zanim  Billy  Ray  zdołał  zgłosić  sprzeciw,  padły  słowa,  których  się 
obawiał: brak równowagi psychicznej, stany depresyjne przeplatane nadaktywnością i euforią, 
płacz z niezrozumiałych powodów, lęki i urojenia, objawy paranoi, złe rokowania...  

Cóż, jeśli tylko się chce, z każdego można uczynić wariata, pomyślał Billy. Mało to ludzi 

ma depresje i lęki? 

Poczekał  spokojnie,  aż  Bellows  skończy,  a  później  uniósł  dłoń,  dając  sędziemu 

Sawyerowi znak, że chciałby zadać świadkowi kilka pytań.  

– Doktorze Bellows  – podszedł  do lekarza, gdy  Sawyer kiwnął  głową na znak zgody  – 

pana  medyczne  referencje  są  imponujące.  Czy  jednak  ma  pan  doświadczenie  w  leczeniu 
szoków pourazowych? 

– Jestem psychiatrą – uśmiechnął się Bellows.  
– Czy jest pan psychiatrą klinicznym, który styka się na co dzień z ofiarami wypadków, 

które cierpią na zaburzenia pamięci? 

– To nie jest moja specjalizacja – przyznał mężczyzna, marszcząc brwi.  
– A jaka jest pańska specjalizacja? 
– Psychoanaliza.  
Billy Ray powoli pokiwał głową.  
– Czy mógłby nam pan opisać swojego typowego pacjenta? Czy to ktoś, kogo leczy pan 

po  poważnym  wypadku,  takim,  jaki  przeżyła  moja  klientka?  Ktoś,  kto  stracił  pamięć,  kto 
usiłuje uporać się z nagłą śmiercią małżonka? 

– Mój  typowy  pacjent to osoba, która chce zbadać swoje życie, swoją  podświadomość, 

aby  dowiedzieć  się,  kim  jest  i  dlaczego  zachowuje  się  tak,  jak  się  zachowuje.  –  Lekarz 
pochylił  się  ku  Billy’emu.  –  Zazwyczaj  znam  swoich  pacjentów  od  lat.  Psychoanaliza  to 
długotrwała terapia.  

–  Rozumiem.  A  czy  po  wypadku  Carolina  Grayson  powiedziała  panu,  że  właśnie  tego 

pragnie?  Analizować  rozmaite  wydarzenia  ze  swojego  życia,  poczynając,  powiedzmy,  od 

background image

wczesnego dzieciństwa? 

– Carolina Grayson odmawiała współpracy. Jak już podkreśliłem, nie chciała przyznać, 

że ma problemy, co dowodzi...  

–  To  już  wiemy.  Miał  pan  czas  na  przedstawienie  swoich  argumentów,  teraz  zaś 

chciałbym,  żeby  odpowiadał  pan  jedynie  na  moje  pytania.  Dlaczego  więc  do  pana 
przychodziła, skoro tego nie chciała? 

Bellows  milczał,  jak  gdyby  domyślał  się  jakiejś  pułapki.  Nie  mógł  jednak  odmówić 

odpowiedzi na pytanie.  

– Przychodziła, gdyż jej teściowie chcieli jej pomóc.  
– Więc to oni uznali, że wymaga pańskiej pomocy? 
– Tak, państwo Grayson uznali, że ich synowa potrzebuje pomocy.  
– Sprawdźmy, czy dobrze zrozumiałem. Carolina przychodziła do pana pod przymusem...  
– Nie! 
–  Powiedział  pan,  że  odmawiała  współpracy.  Nie  chciała  poddawać  się  psychoanalizie, 

lecz została do tego nakłoniona. Czy według pana, jako specjalisty, nie wyjaśnia to przyczyn 
jej  niechęci  do  pana  i  pańskiej  terapii?  Czy  zamiast  mówić,  że  ukrywała  swoje  problemy, 
można  by  rzec,  że  nie  miała  po  prostu  ochoty  na  rozmowę  o,  powiedzmy,  intymnych 
przeżyciach ze swej młodości i dzieciństwa? Może się zwyczajnie krępowała? Może czuła się 
niezręcznie, mówiąc o swoich uczuciach? 

–  Była  oporna  i  nie  współpracowała  –  powtórzył  lekarz.  –  Poza  tym  wcale  nie 

rozmawialiśmy o jej dzieciństwie.  

– A o czym? 
– Kiedy pytałem ją o wypadek i o jej udział, powiedziała....  
–  Przepraszam  –  przerwał  mu  Billy.  –  Dlaczego  zapytał  ją  pan  o  to  wprost,  doktorze 

Bellows?  Skoro  specjalizuje  się  pan  w  psychoanalizie  i  właśnie  jej  miała  zostać  poddana 
Carolina, dlaczego skoncentrował się pan na jednym traumatycznym wydarzeniu z niedalekiej 
przeszłości? Zwłaszcza że twierdzi pan, że leczenie szoków pourazowych to nie jest pańska 
dziedzina. Nie bał się pan, że wyrządzi pan jej krzywdę? 

–  Pan  wybaczy  –  żachnął  się  Bellows.  –  Jestem  lekarzem  i  wiem,  co  robię.  A  robiłem 

wszystko, co mogłem, aby jej pomóc. Do podobnych przypadków szpitale zatrudniają także 
psychoanalityków, są takie sytuacje.  

– Wiemy o tym, ale sam pan przyznał, że nie ma pan akurat takich doświadczeń i takich 

kwalifikacji.  

Sędzia  wysłuchał  sprzeciwu  Sama  Franklina  i  czekał,  aż  ten  przedstawi  dokumenty, 

potwierdzające  umiejętności  doktora  Bellowsa.  Billy  również  czekał,  a  był  przy  tym 
uśmiechnięty i spokojny. Czuł, że udało mu się osiągnąć pierwszy cel  – podważyć zaufanie 
do eksperta, a co za tym idzie, także do jego mocodawcy.  

–  Zanim  skończę,  doktorze,  proszę,  aby  powiedział  pan  sądowi,  dlaczego  właśnie  pana 

poproszono  o  ekspertyzę,  a  wcześniej  o  prowadzenie  Caroliny  Grayson?  –  spytał.  –  Łączą 
pana jakieś stosunki z rodziną Graysonów? 

– Spotykamy się towarzysko.  

background image

– Rozumiem. Czy po spotkaniach z Caroliną rozmawiał pan z nimi o stanie jej zdrowia? 

Co pan im mówił? 

Lekarz milczał.  
– Doktorze Bellows? 
– Nie wolno mi dyskutować o szczegółach. Obowiązuje mnie tajemnica lekarska.  
– Nie pytam o sprawy merytoryczne. Pytam tylko, czy rozmawiał pan z nimi o przypadku 

Caroliny? 

– Ogólnie – odrzekł w końcu lekarz.  
– Rozumiem. Dlaczego? 
– Gdyż się o nią martwili.  
– O Carolinę? Czy raczej o swoje wnuki? 
– Tego nie wiem.  
– A czy kiedy zajmował się pan Caroliną po wypadku, Graysonowie wspominali o swojej 

chęci przejęcia opieki na dziećmi? 

– Pan wybaczy, to były rozmowy prywatne.  
– Sąd chciałby poznać ich treść.  
Sędzia Sawyer potwierdził słowa Billy’ego, a wtedy lekarz westchnął i spojrzał nerwowo 

na zegarek.  

–  Tak,  Whittier  Grayson  mówił  mi,  że  będzie  starał  się  o  opiekę,  jeśli  Caroliną  zechce 

odejść z jego wnukami.  

– Rozumiem. Więc kiedy pan się z nią spotykał, był pan świadom tego, że Graysonowie 

chcą przejąć opiekę nad wnukami? 

– Tak. – Doktor Bellows zmarszczył czoło. – Nie wiem tylko, co to ma do rzeczy.  
– Czyżby? Surowo oceniał pan moją klientkę i  nie dawał  jej pan szans, choć z tego co 

wiem,  psychoanalitycy  nigdy  tak  nie  postępują.  Czy  szukał  pan  powodów,  dla  których 
Caroliną  powinna  była  zostać  odsunięta  od  dzieci  po  to,  by  zrobić  przysługę  przyjaciołom, 
czy rzeczywiście chciał pan jej pomóc, doktorze Bellows? 

– Sprzeciw, wysoki sądzie! – Sam Franklin zerwał się na równe nogi.  
– Wycofuję pytanie – powiedział Billy Ray. Podziękował świadkowi i wrócił na miejsce 

obok Caroliny.  

To,  co  ewentualnie  zyskał,  najprawdopodobniej  stracił  w  ciągu  następnej  godziny.  Sam 

Franklin wzywał świadka za świadkiem, a wszyscy zeznawali, że Carolina nie nadaje się do 
sprawowania opieki nad dziećmi.  

Przedszkolanka powiedziała, że Kicia często była zamyślona i zła, a rozmowy z Carolina 

na  ten  temat  nie  przyniosły  żadnego  rezultatu.  Poza  tym  Carolina  nie  przychodziła  na 
zebrania lub wykręcała się od nich i przynajmniej raz spóźniła się po odbiór Kici. Billy Ray 
zmusił kobietę, by przyznała, że Kicia była zawsze czysta i dobrze ubrana, wydawała się też 
najedzona i nigdy nie miała żadnych siniaków. Przedszkolanka musiała też potwierdzić pod 
jego naciskiem, że wielu rodziców zbyt późno przychodzi po swoje pociechy i że przedszkole 
wprowadziło nawet do regulaminu odrębny przepis, regulujący tę sprawę.  

Gdy zadawał  pytania przedszkolance, Carolina podsunęła mu  karteczkę.  „Spóźniłam  się 

background image

tylko dwa razy, a to dlatego, że Chris był chory – przeczytał. – Na zebranie nie przyszłam raz, 
bo Champ nie wypuścił mnie z domu.” 

Mimo  to  w  umysłach  wielu  obserwatorów  powstał  wizerunek  Caroliny  jako  niezbyt 

doskonałej matki. Umocnił się on, gdy Sally Whitcomb, dawna sąsiadka Graysonów, zeznała, 
iż Carolina często – choć na krótko – zostawiała dzieci pod jej opieką i że wydawały się one 
spięte  i  nieszczęśliwe.  Inna  sąsiadka  zeznała,  że  wieczorami  słyszała  krzyki  Caroliny  i  że 
obawiała się o bezpieczeństwo dzieci.  

– Czy pani Grayson krzyczała na dzieci? – spytał Billy Ray, gdy nadeszła jego kolej.  
– Na to wygląda.  
– Czy słyszała pani, co krzyczy? 
– Słyszałam po prostu krzyki.  
– Więc nie jest pani pewna, czy krzyczała na dzieci? 
– A na kogo? 
– Mogła krzyczeć z innego powodu. Może dlatego, że ktoś ją krzywdził? Może była bita? 
Kobieta wyprostowała się.  
–  Musi  pan  wiedzieć,  że  tego  rodzaju  ludzie  nie  mieszkają  w  naszym  sąsiedztwie  – 

odpowiedziała wyniośle. – To u nas nie do pomyślenia.  

–  Nie?  Z  doświadczenia  wiem,  że  tego  rodzaju  ludzie  zdarzają  się  wszędzie.  –  Billy 

cofnął się o krok. – Czy zawiadomiła pani policję o tych krzykach? 

– Nie.  
– Nie? A to dlaczego? 
Kobieta wyraźnie się zawahała. Jej spojrzenie powędrowało w głąb sali. Billy był pewien, 

że patrzy na sędziego Graysona.  

– Bo jej mąż się tym zajął.  
– Jej mąż? W jaki sposób? 
– Po prostu kazał jej być cicho. Wtedy krzyki zawsze ustawały.  
– Więc Champ Grayson mówił żonie, żeby była cicho? 
– Zgadza się.  
Billy zajrzał do swoich notatek.  
– Mam tu napisane – powiedział, podnosząc wzrok na kobietę – że pani dom znajduje się 

w  odległości  dwudziestu  metrów  od  domu,  w  którym  mieszkali  Champ  i  Carolina 
Graysonowie. Czy to prawda? 

– Chyba tak.  
– Czy często słuchała pani rozmów dobiegających z sąsiedztwa? 
– Ależ skąd! 
– Czy mogłaby pani usłyszeć rozmowę prowadzoną normalnym głosem? 
– Wątpię.  
– Czyli kiedy Champ uciszał Carolinę, nie robił tego normalnym głosem. Krzyczał na nią, 

tak? 

– Chyba tak. – Znowu spojrzała w głąb sali.  
– Musiał krzyczeć, skoro słyszała pani jego słowa. Kazał Carolinie być cicho, tak? 

background image

– Zgadza się.  
–  A  czy  słyszała  pani  jakieś  słowa,  które  wykrzykiwała  Carolina  i  które  mogłaby  pani 

teraz przytoczyć? Były jakieś słowa czy tylko krzyki? 

Kobieta nie odpowiadała, więc musiał ją ponaglić.  
– Chyba nie – odparła w końcu niechętnie.  
– Więc nie słyszała pani żadnych jej słów i nie może pani stwierdzić, na kogo krzyczała i 

dlaczego? 

– Nie.  
Billy zacisnął pięści ukryte w kieszeniach spodni, ale nie zmienił wyrazu twarzy. Usiadł, 

a wtedy podniósł się Franklin, by rozwiać zasiane przez poprzednika wątpliwości.  

Sąsiadki  i  nauczycielka  Kici  były  dobrymi,  poczciwymi  kobietami,  które  wierzyły,  że 

zeznając  na  tej  rozprawie,  przysłużą  się  dobrej  sprawie.  Ufały  Graysonowi  i  łatwo  dały  się 
zmanipulować. Jednak następna grupa świadków stanowiła twardszy orzech do zgryzienia – 
ci umieli jawnie kłamać i wiedzieli, z czym się mogą zetknąć na sali sądowej.  

Jednym  z  nich  był  barman  z  miejscowego  hotelu,  który  twierdził,  że  Carolina  często 

odwiedzała tamtejszy bar i że więcej niż raz odmówił jej obsłużenia, gdyż za dużo wypiła.  

– Widziałaś go kiedyś? – szepnął Billy do Caroliny.  
–  Widywałam  go,  gdy  przyjeżdżałam  do  hotelu  po  Champa,  który  zazwyczaj  leżał 

nieprzytomny na zapleczu. Następnego dnia Champ dawał mu pieniądze, żeby siedział cicho.  

Billy  wiedział,  że  nie  ma  sensu  tracić  zbyt  wiele  czasu  na  świadka,  który  kłamie  tak 

bezczelnie.  

–  Przed  rozprawą  prosiłem  pana  –  zwrócił  się  do  barmana  –  żeby  ujawnił  pan  przed 

sądem  nazwiska  klientów,  którzy  mogli  widzieć  Carolinę  w  barze,  abyśmy  mogli 
zweryfikować pana zeznanie. Odmówił pan wtedy. Wyjaśni nam pan, dlaczego? 

– Nie chcę wpędzać ludzi w kłopoty. Goście, którzy przesiadują w barze, mają prawo do 

dyskrecji.  Może  ich  żony  myślą,  że  poszli  do  kościoła?  –  Mężczyzna  zaśmiał  się  krótko  i 
mrugnął do Billy’ego okiem. – Rozumie pan, nasz klient, nasz pan.  

– A więc może poda pan sądowi jakieś daty. Kiedy dokładnie widział pan moją klientkę? 
– Nie prowadzę statystyk. Mówię to, co pamiętam.  
– Mówi pan mało konkretnie.  
– Ale nie kłamię. Po co miałbym kłamać? 
– No właśnie, po co? – Pokiwał głową Billy i wrócił na swoje miejsce.  
Kłamstwa ciągnęły się przez następną godzinę. Kolejni wyciągani jak króliki z kapelusza 

świadkowie  zgodnie  twierdzili,  że  widzieli  Carolinę  popijającą  samotnie  w  barach.  Pewien 
hydraulik opowiadał, że znalazł ją nieprzytomną w kuchni, gdy pewnego listopadowego ranka 
przyszedł naprawić piec. Na stole w kuchni widział oczywiście otwartą butelkę bourbona. Za 
to opiekunka do dzieci upierała się, że pewnego wieczoru musiała zostać w domu Graysonów 
dłużej, aby położyć Carolinę do łóżka, gdyż ta była zbyt pijana, żeby sama się rozebrać.  

Wcześniej, gdy Billy ujrzał nazwisko kobiety na liście świadków, zapytał o nią Carolinę.  
– Czy rzeczywiście opiekowała się dziećmi? 
– Raz, mniej więcej dwa lata temu – odparła. – Wtedy pracowała dla agencji opiekunek, 

background image

miała doskonałe referencje. Przyłapałam ją na tym, jak usiłowała wynieść srebrną kasetkę z 
wiecznym piórem, którą trzymałam na górze. Oczywiście nigdy więcej nie wpuściłam jej do 
domu, ale opowiedziałam Graysonom całą tę historię.  

– Czy ktoś ci towarzyszył, gdy przyłapałaś ją na kradzieży? 
– Moja przyjaciółka, Eden Harper. Wcześniej byłyśmy na gimnastyce i weszła ze mną do 

domu, żeby coś pożyczyć. Była przy tym. Długo potem to wspominała.  

– Graysonowie wiedzieli, że tam była? 
– Nie pamiętam, żebym im o tym mówiła. Ale to było tak dawno temu...  
Billy  wstał  i  zarezerwował  sobie  prawo  do  późniejszego  przesłuchania  świadka.  Nie 

dodał, że Eden, która po południu miała zeznawać na korzyść Caroliny, zaprzeczy opowieści 
opiekunki  i  –  miał  nadzieję  –  zasieje  w  Sawyerze  wątpliwości  co  do  prawdomówności 
świadków Graysonów.  

– Nie wiem, jak długo jeszcze to wytrzymam  – szepnęła mu do ucha Carolina. Jej głos 

drżał.  Billy  nie miał  odwagi  na nią spojrzeć. Mógł  sobie wyobrazić, jak bardzo raniły ją te 
wszystkie kłamstwa.  

– Przeżyjesz – powiedział. – Zaraz będzie przerwa na lunch. Zjesz i nabierzesz nowych 

sił.  

Ostatnim świadkiem powołanym przez Sama Franklina była Taylor Betz. Billy zerwał się 

na równe nogi i poprosił o głos.  

– Wysoki sądzie, czy to nie pomyłka? – zapytał. – Taylor Betz to nasz świadek.  
– Wysoki sądzie, pani Betz zgodziła się złożyć zeznanie, które dotyczy sprawy państwa 

Graysonów – wtrącił Sam. – Myślę, że powinno się jej na to pozwolić.  

Spierali się przez chwilę, lecz w końcu sędzia Sawyer zgodził  się, by Taylor zeznawała 

jako świadek Graysonów. Billy usiadł. Czuł, że ze złości ściska mu się żołądek.  

–  Co  się  dzieje?  –  Carolina  dotknęła  jego  ramienia.  –  Dlaczego  Taylor  zeznaje  teraz? 

Przecież jest po naszej stronie.  

– Najwyraźniej już nie.  
Ubrana w zieloną sukienkę Taylor zajęła miejsce na podium dla świadków – Pani Betz – 

zaczął Sam Franklin – jaki związek łączy panią z panią Carolina Grayson? 

– Przyjaźnimy się od liceum.  
– Czy można powiedzieć, że dobrze ją pani zna? 
– Tak – odparła cicho Taylor.  
– Czy pan Wainwright prosił panią, aby zeznawała pani w jej obronie? 
– Tak – odpowiedziała jeszcze ciszej.  
–  Ale  zamiast  tego  zdecydowała  się  pani  zeznawać  na  korzyść  państwa  Graysonów, 

prawda? Sama pani o to poprosiła? 

– Tak.  
–  Dobrze.  Cofnijmy  się  nieco  w  czasie.  Usłyszeliśmy  tu  dziś  od  wielu  świadków,  że 

Carolina Grayson miała kłopoty z alkoholem. Czy pani także to zauważyła? 

Billy Ray zgłosił sprzeciw, zaznaczając, że świadek nie jest specjalistą od rozpoznawania 

problemów alkoholowych.  

background image

–  Wobec  tego  zapytajmy  inaczej  –  powiedział  Sam.  –  Czy  dwudziestego  grudnia 

wieczorem,  w  dniu,  w  którym  zginął  Champion  Grayson,  zauważyła  pani,  że  Carolina 
Grayson piła zbyt wiele? 

– Tamtego wieczoru Carolina była bardzo przygnębiona – odparła Taylor i zawahała się 

wyraźnie.  

– Mozę pani nam o tym opowiedzieć dokładniej? 
– Tak. Zachowywała się nieco dziwnie. Nie chciała rozmawiać ani ze mną, ani z nikim 

innym. Spędziła cały wieczór obok wazy z ponczem. Ten poncz był mocny, zrobiono go na 
rumie, winie i jeszcze jakimś alkoholu. Ja wypiłam tylko szklaneczkę i zorientowałam się, że 
mi  wystarczy.  Carolina  stała  tam  przez  cały  wieczór.  Dopiero  później  domyśliłam  się, 
dlaczego...  

–  Wysoki  sądzie,  sprzeciw!  –  poderwał  się  Billy.  –  Pani  Betz  snuje  domysły,  a  nie 

opowiada o faktach.  

–  Sam  jestem  w  stanie  ocenić,  co  robi  pani  Betz  –  odparł  chłodno  sędzia  i  ponownie 

skierował uwagę na świadka.  

–  Co  zaszło,  zanim  Carolina  Grayson  opuściła  przyjęcie?  –  zapytał  Franklin,  kiedy 

sprzeciw został oddalony. – Proszę dobrze się zastanowić i opowiedzieć nam dokładnie.  

Taylor odwróciła wzrok, którym Franklin zdawał się przewiercać ją na wskroś.  
– Tuż przed północą Champ uznał, że czas już jechać – zaczęła opowiadać. – Podszedł w 

holu do Caroliny i ujął ją za ramię. W pobliżu byłam tylko ja, bo wszyscy goście zgromadzili 
się wokół pianina i śpiewali kolędy. Carolina strząsnęła rękę Champa i powiedziała mu, żeby 
jej nie dotykał. Martwiłam się o nią. Przez cały wieczór zachowywała się dziwnie. Zapytałam, 
czy chce, żebym to ja odwiozła Champa, a ona została dłużej... – Taylor umilkła, zawahała 
się. – Champ sporo wypił, nie był w stanie prowadzić...  

Sam czekał, lecz gdy Taylor milczała zbyt długo, zapytał łagodnie: 
– I co było dalej, pani Betz? 
Taylor spuściła głowę i powiedziała tak cicho, że Billy z trudem dosłyszał jej słowa: 
–  Carolina  odmówiła.  Powiedziała,  że  sama  go  odwiezie.  Twierdziła,  że  w  drodze  do 

domu musi coś załatwić. Piętnaście minut później Champ już nie żył.  

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

–  Tak,  czasem  zostawiałam  dzieci  z  Sally,  na  krótko  –  powiedziała  Carolina,  patrząc 

Billy’emu  prosto  w  oczy.  –  Zazwyczaj  wtedy,  gdy  usiłowałam  odnaleźć  Champa  lub 
przywieźć  go  do  domu  tak,  żeby  nikt  się  nie  zorientował.  Musiałam  po  niego  jeździć,  bo 
dzwonił  do  mnie  i  groził  samobójstwem.  Albo  dzwoniła  jego  sekretarka  i  mówiła,  żeby 
przyjechać, bo urwał mu się film. Nigdy nie wiedziałam, co zrobić, żeby utrzymać w sekrecie 
jego  podwójne  życie.  A  że  dzieci  u  Sally  były  smutne  i  rozdrażnione?  A  jakie  miały  być, 
skoro widziały, co się dzieje? 

Billy  objął  ją  ramieniem  i  przytulił  do  siebie.  Jedli  właśnie  lunch  w  jego  biurze  i 

komentowali wydarzenia, które miały miejsce na sali sądowej przed przerwą.  

– Zeznanie Sally to nie jest nasz największy problem – powiedział.  
– Wiem, chodzi o Taylor – westchnęła. – To John ją zmusił, żeby tak mówiła. Nigdy nie 

powiedziałaby tego wszystkiego, gdyby jej nie kazał. Graysonowie zmusili jego, a on Taylor. 
To straszne. Nikt w tym mieście nie odważy się stanąć przeciwko nim. Stracę dzieci, Billy! 

–  Spokojnie.  Mamy  za  sobą  dwóch  psychologów,  twojego  doradcę  prawnego  i  kilku 

świadków.  

Nie wspomniał jej o tym, że Fran przekazała mu właśnie, iż dwoje z tych świadków – w 

tym  Eden  Harper  –  w  ostatniej  chwili  odmówiło  składania  zeznań.  A  co  z  tymi,  którzy 

zdecydowali  się  przyjść  na  rozprawę?  Czy  sędzia  Grayson  także  i  ich  nie  będzie  chciał 
zastraszyć? 

–  Oni  mają  szeryfa  –  powiedziała  Carolina  –  poza  tym  sami  będą  zeznawać,  a  dla 

większości  ludzi  w  Moss  Bend  słowa  Graysona  są  jak  wyrocznia.  Wiem  dobrze,  co  powie 
każde z nich.  

Rozmowę przerwała im Fran.  
–  W  bibliotece  czeka  na  ciebie  jakiś  menel  –  oznajmiła  z  charakterystyczną  dla  siebie 

ponurą miną.  

– Czy to ważne? – zapytał.  
Wyraz twarzy sekretarki starczył mu za odpowiedź. Uświadomił także, że zdaniem Fran, 

powinien przyjąć gościa bez świadków.  

– Posiedzisz z Carolina? – zapytał, a sam wstał i założył marynarkę.  
– Powiedz mi tylko, Billy, że wszystko będzie dobrze.  
– Carolina złapała go za rękaw. – Powiedz, że stanie się cud i dzieci zostaną ze mną.  
– Nie stanie się cud, Carolino. Zrobię po prostu, co będzie w mojej mocy. – Uścisnął jej 

dłoń, po czym przeprosił ją i pozostawił pod opieką Fran.  

W bibliotece czekał na niego Doug. Billy wszedł do pokoju, zamknął za sobą drzwi.  
– Rozumiem, że nie przyszedłeś w celach towarzyskich – powiedział.  
– Mam coś dla ciebie. – Doug wyciągnął z kieszeni pomiętą kartkę i podał ją Billy’emu 

bez słowa komentarza. Na kartce wypisany był ciąg cyfr, najprawdopodobniej numer telefonu 
do innego miasta.  

background image

– Co to ma być? 
– Zadzwoń pod ten numer. Powiedz, kim jesteś, i spytaj o Francisa Turnera. Dowiesz się 

ciekawych rzeczy.  

– Francis Turner? – Billy zmarszczył brwi. – Technik laboratoryjny, który wykonał test 

na zawartość alkoholu we krwi Caroliny po wypadku? 

– Ten sam.  
Wszelkie dotychczasowe próby znalezienia Franka Turnera i wezwania go na rozprawę w 

charakterze  świadka  spełzły  na  niczym.  Już  w  styczniu  Turner  opłacił  zaległy  czynsz, 
zrezygnował z pracy w szpitalu miejskim i zniknął bez śladu. Billy Ray zamierzał powiedzieć 
o  tym  przed  sądem  i  zażądać,  aby  z  powodu  tego  dziwnego  zbiegu  okoliczności  wyniki 
badania  wycofano  jako  dowód  obciążający  Carolinę,  ale  sam  wiedział,  że  szanse  na  to  są 
znikome.  

Teraz w zamyśleniu przyglądał się kartce papieru.  
– Zeznajesz po przerwie, prawda? – zapytał.  
– Zgadza się. – Doug zahaczył kciukami o pasek. – Być może będziesz chciał mi zadać 

kilka pytań dotyczących wypadku.  

– Dobrze się domyślasz.  
– Nie chcę ci wchodzić w paradę, ale...  
– Tak? – Billy popatrzył na niego czujnie.  
– Ale możesz mnie zapytać, gdzie dokładnie znalazłem ciało Champa tamtego wieczoru. 

Spieszyłem się, chciałem jak najszybciej zawieźć Carolinę do szpitala i sprawdzić, czy można 
coś  jeszcze  zrobić  dla  Champa.  Oczywiście  ten  sukinsyn  już  nie  żył,  ale  nie  od  razu  się 
zorientowałem. Z raportu usunąłem parę szczegółów, a sąd byłby ich pewnie ciekaw.  

– Dzięki, Doug. – Billy położył mu dłoń na ramieniu. – Będę o tym pamiętał.  
– To nie wszystko, Billy. Tego ranka przypomniałem sobie parę spraw. – Doug odwrócił 

spojrzenie. – Pamiętasz, jak kiedyś wszedłem na ziemię starego Rolanda, żeby dostać się do 
rzeki, i przez pomyłkę zapomniałem zamknąć bramę? 

– Pamiętam. Tamtego lata świetnie brały sumy. Miałeś przynieść do domu parę sztuk, bo 

twoja matka zagroziła, że inaczej cię spierze.  

–  Tak  było...  –  westchnął  Doug  i  rozpogodził  się  na  chwilę  na  wspomnienie  dawnych 

czasów. – Kiedy nie udało mi się złapać ryby, jadaliśmy na kolację fasolę.  

– U nas było podobnie.  
– Przez to, że zostawiłem otwartą bramę, Roland stracił krowę na drodze.  
– Pamiętam, potrąciła ją ciężarówka.  
– A on chciał, żeby mnie aresztowano za wkroczenie na cudzy teren. – Doug potrząsnął 

głową,  jakby  wciąż  trudno  mu  było  w  to  uwierzyć.  –  Pamiętam,  co  wtedy  powiedziałeś. 
Obiecałeś  staremu  Rolandowi,  że  pomożesz  mi  odkupić  tę  krowę.  Nie  miałeś  z  tym  nic 
wspólnego, a mimo to postanowiłeś mi pomóc. Cholera – uśmiechnął się gorzko – mieliśmy 
dopiero po dwanaście lat. Cale lato wyrywaliśmy chwasty, zbieraliśmy owoce i czyściliśmy 
jego śmierdzącą oborę.  

– Dlatego mi to dałeś? – Billy Ray popatrzył na pogiętą kartkę papieru. – Odpracowujesz 

background image

stary dług? 

– Nie. Za długo żyłem wspomnieniami. Wciąż myślałem o tym, jak mi teraz dobrze i jak 

strasznie było być zerem, jeść fasolę na kolację i pragnąć tego, co mają wszyscy oprócz mnie. 
Chciałem  być  taki,  jak  ci  lepsi,  chciałem...  do  jasnej  cholery,  chciałem  być  dżentelmenem! 
Dżentelmenem  z  Południa,  który  mieszka  w  wielkim  domu,  ma  służbę,  a  jego  dzieci  biorą 
lekcje gry na pianinie. Chciałem tego, co miał Champ.  

– Champ miał wszystko.  
–  I  patrz,  co  mu  z  tego  przyszło.  Chyba  pogodzę  się  z  tym,  że  jestem  zwykłym 

Fletcherem,  a  nie  żadnym  dżentelmenem.  Byłem  prostakiem  i  nim  zostanę.  Ale  mam  swój 
honor, Billy. I niech mnie szlag, jeśli miałbym pić, ćpać albo kłamać przed sądem! 

Kiedy Billy wrócił później do gabinetu, Caroliny już w nim nie było.  
– Poszła do przedszkola sprawdzić, co z dziećmi – poinformowała go Fran. – Była zbyt 

zdenerwowana, żeby jeść, choć namawiałam ją, jak mogłam.  

–  To  nawet  lepiej,  że  poszła  –  powiedział.  –  Muszę  zadzwonić.  Nie  wpuszczaj  teraz 

nikogo. I zajrzyj do mnie, jak tylko wróci Carolina.  

– Nie wróci. Powiedziała, że spotkacie się na sali sądowej.  – Fran umilkła na chwilę. – 

Była wyraźnie przygnębiona.  

– Nic dziwnego.  
– Niezbyt dobrze idzie, co? 
–  Na  razie  tak  sobie.  Ale  to  jeszcze  nie  koniec.  Przepraszam,  Fran  –  popatrzył  na  nią 

wymownie – muszę zdążyć z tym telefonem przed końcem przerwy.  

–  Oczywiście.  –  Fran  zniknęła  za  drzwiami,  a  on  sięgnął  po  słuchawkę.  Nawet  nie 

zauważył, że nie zrobiła obrażonej miny.  

Kiedy skończył rozmawiać, poczuł się znacznie lepiej. Pożegnał się z Fran, opuścił biuro 

i  szybko  przeszedł  przez  ulicę.  Kościół  metodystów  i  przedszkole  znajdowały  się  zaledwie 
dwa domy dalej. Szybko je znalazł, ale nie musiał nawet wchodzić do środka – Carolina stała 
pod drzewem i przyglądała się gromadce dzieci, wśród których był Chris.  

Billy podszedł do niej, lecz nie odwróciła głowy.  
– Chris wie, że przyszłaś? – spytał.  
– Nawet nie spojrzał w tę stronę. Tak dobrze się bawi. Łatwo go zadowolić, jest podatny 

na wpływy i zgadza się na wszystko, co inni mu zaproponują. Boję się o niego.  

Billy  pomyślał  o  swojej  rozmowie  z  Dougiem.  I  tej  drugiej,  którą  zakończył  przed 

paroma minutami.  

– Nie bój się – powiedział. – To ty będziesz za niego decydowała.  
– Jak długo? 
– Bardzo długo.  
– Chyba że się nie uda, prawda? 
– Carolino...  
– Nie – odwróciła się ku niemu i położyła palce na jego wargach – nic nie mów. Wiem, 

że może się nie udać. A jeśli się nam nie uda, nie chcę, żebyś kiedykolwiek się za to obwiniał. 
Zrobiłeś, co mogłeś, starałeś się. Ale chyba najważniejsze jest dla mnie to, że mi uwierzyłeś, 

background image

że uwierzyłeś we mnie. Chyba nikt inny by się na to nie zdobył.  

– Proszę, nie rób ze mnie bohatera.  
– Dla mnie jesteś bohaterem, Billy. Znosiłeś pogróżki pod swoim adresem, walczyłeś o 

moje dobre imię, choć miałeś pełne prawo odwrócić się ode mnie. Kiedyś opowiem dzieciom 
o  tym,  co  zrobiłeś  dla  nas  wszystkich.  Nawet  jeśli  Graysonowie  przeprowadzą  swój  plan  i 
dzieci zostaną z nimi, ja powiem im, jak bardzo się starałeś. Mieszkamy na Południu. Tutaj 
prawdziwy mężczyzna nie tchórzy, staje do walki nawet wtedy, gdy wie, że przegra. Ty jesteś 
takim mężczyzną, a ja jestem z ciebie dumna. Mam nadzieję, że Chris będzie kiedyś taki jak 
ty.  

Przytulił ją do siebie i pocałował. Jego serce biło mocno i pewnie. Nie potrzebował innej 

nagrody za swoje starania.  

– Mówisz to wszystko, ale nie zrezygnowałaś, prawda? – spytał.  
– Jeszcze nie. Chcę tylko, żebyś wiedział, że niezależnie od tego, co się stanie, i tak cię 

kocham. I tak w ciebie wierzę.  

 

Po przerwie Sam Franklin kontynuował przesłuchanie Taylor Betz. Słuchał jej z wyraźną 

przyjemnością.  W  sprawie  kryminalnej  jej  zeznanie  nie  miałoby  zapewne  większego 
znaczenia,  lecz  gdy  w  grę  wchodziła  ocena  zdolności  danej  osoby  do  sprawowania  opieki 
rodzicielskiej, podobne relacje miały wielką wagę.  

I  rzeczywiście  –  słowa  Taylor  zrobiły  wrażenie  na  Sawyerze.  Taylor  była  przyjaciółką 

Caroliny,  znała  ją,  nawet  miała  zeznawać  na  jej  korzyść.  To,  że  zmieniła  zdanie,  było 
wprawdzie  podejrzane,  ale  żadne  z  pytań,  które  zadał  jej  później  Billy,  nie  wykazało,  żeby 
mąż lub ktokolwiek inny zmusił ją do zeznań na korzyść Graysonów.  

Billy chętnie by starł już teraz ten wyraz zadowolenia z twarzy Franklina, jednak w czasie 

przerwy przygotował inną strategię i zamierzał konsekwentnie ją przeprowadzić. Obserwował 
więc  spokojnie,  jak  Sam  wzywa  Douga,  aby  ten  opowiedział,  co  działo  się  po  wypadku. 
Carolina  za  to  wierciła  się  nerwowo,  a  gdy  szeryf  został  zaprzysiężony,  znieruchomiała  w 
pełnym napięcia oczekiwaniu. Billy miał ochotę ja uspokoić, wiedział jednak, że lepiej będzie 
nic  nie  mówić  i  nie  uprzedzać  zdarzeń.  Pragnął,  aby  jej  reakcja  na  słowa  Douga  była 
spontaniczna.  

Sam Franklin zajrzał do swoich notatek i zapytał: 
– Szeryfie Fletcher, czy opowie nam pan o wieczorze, w który miał miejsce wspominany 

już tu wypadek? 

–  Oczywiście.  Do  wypadku  wezwała  mnie  kobieta  mieszkająca  nieopodal  miejsca 

zdarzenia. Usłyszała huk i zorientowała się, że na przydrożnym drzewie rozbił się samochód. 
Natychmiast  zawiadomiłem  pogotowie  i  pojechałem  na  miejsce.  Mieszkam  dosyć  blisko. 
Dostałem się tam w kilka minut, jeszcze przed przybyciem karetki.  

– I co pan zastał? 
– Champion Grayson już nie żył, jego żona była ciężko ranna.  
– Kto prowadził? 
–  Za  kierownicą  siedziała  pani  Grayson.  Kiedy  przyjechałem,  wciąż  była  w  wozie. 

background image

Straciła przytomność. Obok niej leżał Champion Grayson.  

– Czy był też tam jakiś inny samochód? 
–  Nie.  Pani  Grayson  zjechała  z  drogi  i  uderzyła  w  drzewo.  Samochód  był  doszczętnie 

zniszczony. Musieliśmy zawieźć go na złomowisko.  

– Proszę powiedzieć, jakie w tym dniu panowały warunki drogowe.  
– Było chłodno, ale nie padało. Drogi były suche.  
– Czy w pana opinii jazda samochodem po takiej nawierzchni mogła być niebezpieczna? 
– Nie. Przy zachowaniu przepisów jazda była bezpieczna.  
–  A  jednak  Carolina  Grayson  zjechała  z  drogi.  Czy  przyszło  panu  do  głowy,  z  jakiego 

powodu? Może była tam jakaś dziura, przeszkoda? 

– Nie. Sprawdziłem to dokładnie.  
– Niebezpieczny zakręt? 
– Wypadek zdarzył się na długiej prostej.  
– Więc co, pana zdaniem, spowodowało wypadek? 
– Alkohol.  
– Dlaczego pan tak uważa? 
– Rozpoznałem zapach. Samochód śmierdział niczym gorzelnia.  
Billy  nie  zgłosił  sprzeciwu,  choć  adwokat  Graysonów  najwyraźniej  oczekiwał  tego  po 

tym stwierdzeniu.  

– Czy polecił pan wykonać badanie krwi? – podjął po chwili Franklin.  
– Tak. To rutynowe postępowanie.  
–  Rozumiem.  –  Adwokat  popatrzył  na  sędziego.  –  Mam  tu  wyniki  badań,  które 

przeprowadzono  tamtego  wieczoru.  Dotyczą  Caroliny  Grayson.  Chciałbym  je  przedstawić 
wysokiemu sądowi.  

Wcześniej  Billy  omawiał  z  Caroliną  tę  sytuację.  Twierdził,  że  gdy  do  niej  dojdzie, 

wniesie sprzeciw. Jednak teraz nie ruszył się z miejsca, a kiedy Caroliną szturchnęła go lekko, 
przechylił tylko głowę i odwrócił wzrok.  

– Czy zgłasza pan sprzeciw? – spytał go sędzia Sawyer.  
– Nie, wysoki sądzie.  
– Otóż badanie wykazało – podjął Franklin, zmieszany nieco postawą przeciwnika  – że 

zawartość alkoholu we krwi Caroliny Grayson trzykrotnie przewyższała dopuszczalne normy. 
– Ponownie skierował uwagę na Douga. – Nie było to dla pana niespodzianką, prawda? 

– Prawdę mówiąc, było – odparł Doug i skrzyżował ramiona, by dodać sobie pewności.  
Twarz Franklina przybrała zaskoczony wyraz, ale adwokat opanował się szybko.  
– Powiedział pan wcześniej, szeryfie, że badanie wykonano z pana polecenia. Chyba nie 

zlecał go pan bez powodu? 

– Powiedziałem już, że to rutynowe postępowanie.  
– I że wnętrze samochodu śmierdziało jak gorzelnia.  
– Tak, ale nie miałem żadnych podstaw, by przypuszczać, że ten zapach pochodzi od pani 

Grayson.  Dlatego  nie  spodziewałem  się  takiego  wyniku.  Wszystkie  badania  wykonuje  mój 
znajomy  technik,  Greg  Cameron.  Jest  najlepszy  i  ufam  mu.  Niestety,  wtedy  wyjechał  na 

background image

urlop...  

– Dobrze – Franklin zignorował tę uwagę i szybko zadał kolejne pytanie – nie zaprzeczy 

pan jednak, że fakty układają się w logiczną całość? 

– Jakie fakty? 
– No – zmieszał się – to, że za kierownicą rozbitego samochodu siedziała pani Grayson, 

wynik badania... To ostatnie wykazało ponad wszelką wątpliwość, że była pijana.  

– Zgadza się. Tak wykazało badanie.  
Przez  chwilę  Sam  zastanawiał  się  nad  kolejnym  pytaniem,  wreszcie  cofnął  się  o  krok  i 

oznajmił: 

– Nie mam więcej pytań do świadka.  
Teraz  z  miejsca  podniósł  się  Billy.  Podszedł  do  barierki,  odgradzającej  podium  dla 

świadków, popatrzył długo na Douga, zajrzał do notesu.  

– Szeryfie Fletcher – zaczął. – Opisał nam pan już miejsce wypadku. Powiedział pan, że 

droga  była  prosta,  że  nie  było  na  niej  żadnych  kałuż,  przeszkód,  nawet  zwykłych  dziur. 
Podejrzewał pan, że do tragedii doszło z powodu alkoholu, jednak nie miał pan podstaw, by 
przypuszczać,  że  to  właśnie  Carolina  Grayson  była  pijana.  Nie  bardzo  to  wszystko 
zrozumiałe.  Przecież  to  ją  znaleziono  za  kierownicą.  Czy  mógłby  pan  spróbować  nam  to 
wyjaśnić? Co właściwie pan zastał po przybyciu na miejsce zdarzenia? 

–  Państwo  Grayson  wciąż  znajdowali  się  wewnątrz  pojazdu.  Pani  Grayson  była 

nieprzytomna.  Pan  Grayson  poniósł  śmierć  na  skutek  uderzenia  w  głowę,  tak  stwierdził 
koroner. Natomiast pani Grayson była przypięta pasem i to ją ocaliło.  

– A poduszki powietrzne? 
– To był starszy model.  
– Proszę kontynuować.  
– Pani Grayson miała rozłożone ręce, ale dłonie pana Graysona nadal były zaciśnięte na 

kierownicy. Nie miał zapiętych pasów bezpieczeństwa. Dla mnie wyglądało to tak, jak gdyby 
pan Grayson złapał za kierownicę i gwałtownie skręcił, spychając samochód z drogi. Dlatego 
zleciłem badanie zawartości alkoholu we krwi obojga, bo było dla mnie jasne, że...  

– Sprzeciw! – Twarz Frankilna zaczerwieniła się gwałtownie. – To opinia, a nie fakt! 
–  Mecenasie,  to  pan  prosił  szeryfa,  żeby  opowiedział  nam,  co  się  stało  –  przytomnie 

zauważył Billy. – Pan Fletcher opiera swoje opinie na latach doświadczeń.  

Usłyszał za sobą gwałtowne skrzypnięcie krzesła i obejrzał się za siebie. Carolina wstała, 

podparła się na biurku, jak gdyby w inny sposób nie mogła utrzymać pozycji stojącej, i teraz 
patrzyła zbolałym wzrokiem w jego stronę. Po jej policzkach spływały łzy.  

– Pamiętam – powiedziała głosem tak mocnym, na jaki było ją stać. – Powiedziałam mu, 

że go opuszczam. Nie mogłam tego dłużej wytrzymać, nie mogłam żyć w ten sposób... Upił 
się na przyjęciu, upił się tak bardzo...  

– Sprzeciw! – Franklin znów zerwał się z miejsca.  
– Oddalam sprzeciw.  
– ... tak bardzo, że zaczął na mnie wrzeszczeć już w drodze do domu. Po raz pierwszy w 

życiu ja także zaczęłam krzyczeć. Powiedziałam mu, że zabiorę dzieci i odejdę. Już wcześniej 

background image

zdecydowałam,  że  to  zrobię.  To  właśnie  miałam  na  myśli,  mówiąc  Taylor,  że  muszę  coś 
załatwić...  Champ  powiedział,  że  mnie  zabije,  jeśli  będę  chciała  odejść.  Zwymyślał  mnie. 
Wciąż powtarzał, że mnie zabije, a ja... – zadrżała i zasłoniła twarz dłońmi – ... a ja byłam już 
tak zmęczona, tak wyczerpana, że powiedziałam mu, żeby to zrobił. Teraz pamiętam...  

Billy podszedł do niej i wziął ją za ramiona.  
– Spokojnie, Carolino – wyszeptał. – Co jeszcze pamiętasz? Powiedz.  
–  Złapał  za  kierownicę!  Kiedy  chciałam  go  odepchnąć,  zablokował  ją  ramieniem. 

Pamiętam! Nagle ujrzałam drzewo... – Teraz drżała na całym ciele. – Jezu Chryste! 

– Zarządzam przerwę – oznajmił krótko sędzia. – Szeryfie Fletcher, jest pan wolny. Panie 

Wainwright, proszę uspokoić klientkę, albo na resztę rozprawy wyproszę ją z sali.  

Po  tych  słowach  wstał  i  opuścił  pomieszczenie.  Billy  posadził  Carolinę  na  krześle,  po 

czym usiadł koło niej i delikatnie ujął jej dłonie.  

– Sprzeciwiłam się mu, Billy – mówiła nadal, walcząc z potokiem łez. – Pierwszy raz w 

życiu. Czułam się taka silna... W końcu uświadomiłam sobie, że bez względu na okoliczności 
muszę go zostawić i że już nigdy nie pozwolę na to, żeby mnie skrzywdził.  

– Omal cię nie zabił.  
– Ale mu się nie udało! 
– Myślisz, że ktoś uwierzy w te kłamstwa? – zagrzmiał nagle z boku czyjś głos.  
Billy podniósł wzrok i ujrzał, że zmierza ku nim Whittier Grayson z Samem Franklinem u 

boku.  

– Ja jej wierzę – powiedział Billy. – I myślę, że pan w głębi duszy także.  
–  Pana  klientka  właśnie  zademonstrowała  brak  psychicznej  równowagi  –  wysyczał 

sędzia. – To starczy za dowód. Od początku twierdziłem, że ona ma problemy! 

Billy wstał i spojrzał w rozgniewane oczy sędziego.  
–  Może  i  by  się  panu  udało  –  powiedział  powoli.  –  Może  znów  udałoby  się  panu 

skrzywdzić  niewinnego  człowieka,  gdyby  nie  pewien  szczegół.  Jeśli  chce  się  przekupić 
wszystkich, wystarczy jeden nieostrożny, by w końcu oszustwo wyszło na jaw.  

– Nie wiem, o czym mówisz, chłopcze. Jeśli próbujesz blefować...  
–  Mówię  o  Francisie  Turnerze,  panie  sędzio.  On  nie  okazał  się  zbyt  ostrożny.  Nie 

powinien był pan mu ufać. – Spojrzał na Glorię, która dołączyła do nich przed chwilą i teraz 
usiłowała nakłonić męża do wyjścia z sali. – Powiem to pani, pani Grayson, bo pani mąż jest 
tak zaślepiony  gniewem,  że nic do niego nie dotrze. Otóż człowiek, który  wykonał  badanie 
krwi  Caroliny  w  noc  wypadku,  zniknął  z  miasta  dwa  tygodnie  później.  Nie  mogłem  go 
odnaleźć i powołać jako świadka na tę rozprawę.  

– Nawet jeśli zniknął, to jaki ma to związek z Caroliną? – próbował drwić Grayson. – A 

może Kennedy’ego też zabito z naszej inspiracji? 

– Oczywiście, że ma to związek – odparł spokojnie Billy. – Pańska żona może przerwać 

tę farsę, zanim powiem  sądowi, co odkryłem dziś po południu. Wystarczy, że powie, iż nie 
będzie  więcej  występowała  o  przejęcie  praw  rodzicielskich  wobec  Christophera  i  Catherine 
Graysonów.  –  Znów  popatrzył  na  Glorię.  –  Francis  Turner,  technik  który  wykonał  badanie, 
siedzi  obecnie  w  więzieniu  w  Minnesocie  i  czeka  na  proces  o  zabójstwo.  Najwyraźniej  z 

background image

zapamiętaniem wydawał pieniądze, które pani mąż dał mu za sfałszowanie wyników badania. 
Znudził  mu  się  żywot  laboranta,  a  że  sporo  zarobił  na  oszustwie,  mógł  sobie  pozwolić  na 
szaleństwa.  Niestety,  nie  każdy  umie  udźwignąć  ciężar  bogactwa,  tak  jak  nie  każdy  jest 
dżentelmenem. Turner zaczął pić, wydawać pieniądze na kobiety i narkotyki, wreszcie wdał 
się w niepotrzebną bójkę. Zabił człowieka i trafił do pudła. Policja zainteresowała się, skąd 
miał  pieniądze.  Z  początku  myśleli,  że  je  ukradł.  On  jednak  wskazał  na  pewną  darowiznę, 
podobno na leczenie. Tylko że Turner jest zdrów jak ryba.  

– To jest... po prostu niewiarygodne! – wykrztusiła Gloria Grayson.  
–  Proszę  więc  porozmawiać  z  szeryfem.  Wczoraj  kontaktował  się  z  biurem  policji  w 

Minnesocie.  

– Nie wierzę. Ja... – Gloria złapała męża za ramię. – To prawda? Naprawdę zrobiłeś coś 

takiego? 

–  Oczywiście,  że  nie!  Nikt  mi  niczego  nie  udowodni!  Popchnęła  go  mocno,  obiema 

rękami.  

–  Zrobiłeś  to  –  powiedziała  niskim  głosem.  –  Okłamałeś  nas  wszystkich.  To  ty  jesteś 

winny. To ty zabiłeś mego syna. Boże, jaka ja byłam ślepa, jaka głupia... Gorzej niż głupia, 
zła. Ty zarażasz złem, Whittier. Myślisz tylko o sobie. Carolina... Carolina nie jest taka, jak 
twierdziłeś.  Ona  nie  zabiła  Champa,  prawda?  Tak,  teraz  to  wiem,  teraz  widzę.  To  ty  go 
zabiłeś! – Znowu go pchnęła. – Ty go zabiłeś, łajdaku! 

Billy  wyszedł  zza  biurka  i  z  pomocą  Sama  odciągnął  Glorię  od  męża.  Doug  i  woźny 

zaprowadzili sędziego w jeden róg sali, Sam i Gloria poszli do drugiego.  

– Już po wszystkim, prawda? – spytała Carolina, gdy znów zostali sami.  
– Tak.  
– Zatrzymam dzieci? 
– Chyba nie masz powodu w to wątpić. Możemy dowieść, że nagłe wzbogacenie Turner 

zawdzięcza  twojemu  teściowi,  możemy  powołać  Turnera  na  świadka,  a  on  wszystko  nam 
wyśpiewa. I tak będzie siedzieć za znacznie poważniejsze przestępstwo. To chyba jednak nie 
będzie konieczne.  

Jakby na potwierdzenie tych słów znów podszedł do nich Sam. Odchrząknął i powiedział, 

nie patrząc na Billy’ego: 

– Gloria chce iść na ugodę. Zgodzi się, by synowa zatrzymała prawo do opieki, jeśli ta 

pozwoli jej na regularne odwiedziny wnuków.  

– A jeśli później zmieni zdanie? – wtrąciła się Carolina. – Jeśli znów będę musiała przez 

to wszystko przechodzić? 

– Sędzia Sawyer wyda nakaz – uspokoił ją Billy. – To równie wiążące, jak wyrok. Dzieci 

są twoje. Po czymś takim żaden sąd nie zgodzi się na ponowną rozprawę. – Ujął jej dłoń. – 
Dzieci są twoje, Carolino – powtórzył. – Wygraliśmy.  

Łzy  po  raz  kolejny  zakręciły  się  w  jej  oczach.  Przechyliła  się  przez  stół  i  pocałowała 

Billy’ego w policzek.  

Chwilę później posiedzenie wznowiono i  zaczęto  przesłuchiwać  świadków, powołanych 

przez  Billy’ego.  Najpierw  zeznawała  Hattie,  potem  dwóch  psychologów,  wreszcie  starzy 

background image

przyjaciele,  którzy  nie  opuścili  Caroliny  w  potrzebie.  Wszystko  to  jednak  było  już  teraz 
czystą formalnością, od której nie chciał wszakże odstąpić, by pozwolić Carolinie nacieszyć 
się zwycięstwem, a publiczności wysłuchać pełnych szacunku opinii na temat tej, którą Moss 
Bend uznało za wariatkę i chciało skazać na potępienie.  

Gdy Gloria Grayson wyrecytowała swoje oświadczenie, nikt nie miał wątpliwości, jakie 

będzie sędziowskie rozstrzygnięcie. Sędzia Sawyer wygłosił zwyczajową sentencję, stuknął w 
blat  drewnianym  młotkiem  i  zamknął  posiedzenie.  Wszyscy  rzucili  się,  by  gratulować 
Carolinie, a ona przyjmowała te hołdy i pochwały, wyraźnie szczęśliwa, że znów może być 
pełnoprawnym członkiem społeczności swego miasta. I tylko Billy stał z boku, czując, jak z 
każdą chwilą powiększa się przepaść między nimi.  

Jeszcze wczoraj umiała go przekonać, że oddaje mu się nie z wdzięczności, lecz dlatego, 

że  go  kocha.  On  też  wyznał  jej  miłość,  głęboką  i  prawdziwą.  Teraz  jednak  był  bardziej 
sceptyczny.  Przypomniał  sobie  pewien  dzień  sprzed  wielu  lat,  kiedy  to  dowiedział  się,  że 
Carolina  wychodzi  za  Champa  Graysona.  Wtedy  także  patrzył  na  nią  z  boku,  przyjmującą 
gratulacje, otoczoną przez chichoczące przyjaciółki i ich zazdrosne matki.  

Tamtego dnia odszedł,  bo wiedział, że nigdy nie  zdoła przebić muru, którym odgrodzili 

go  od  niej  mieszkańcy  Moss  Bend,  damy  i  dżentelmeni,  dla  których  Carolina  jest  jedną  ze 
swoich.  Zrozumiał  wtedy,  że  jest  tylko  biednym  Wainwrightem,  który  nigdy  nie  zdoła 
zaspokoić jej oczekiwań.  

Minęło  wiele  lat  i  oto  znów  czuł  się  tak  samo.  Owszem,  sporo  od  tamtego  czasu  się 

zmieniło.  Był  już  dorosły,  cieszył  się  większym  szacunkiem  i  z  pewnością  więcej  miał  do 
zaoferowania niż kiedyś. Niby był pewnym siebie mężczyzną, jednak teraz zdawało mu się, 
że  jest  raczej  dorastającym  chłopakiem,  tęskniącym  za  dziewczyną,  którą  kocha,  lecz 
niezdolnym do wykonania jakiegokolwiek ruchu, by spróbować ją zdobyć.  

Odnalazł w tłumie jej wzrok, a ona przesłała mu uśmiech pełen najczystszej radości. On 

także się uśmiechnął, choć w głębi serca czuł jedynie tępy ból.  

–  Jak  sądzisz,  co  ona  teraz  zrobi?  –  zapytał  Doug,  który  niespodziewanie  do  niego 

dołączył.  

– Ma wiele możliwości.  
– O ile się nie mylę, ty jesteś dla niej najważniejszy.  
– Sporo w życiu przeszła. Potrzebuje czasu, by wszystko sobie przemyśleć.  
–  Wiesz,  Billy,  w  byciu  dżentelmenem  jest  coś  niewygodnego,  coś,  co  cholernie 

przeszkadza w pewnych sytuacjach.  

– Na przykład? 
– Na przykład dawanie kobiecie zbyt wiele czasu do namysłu.  
Billy Ray uśmiechnął się tylko w odpowiedzi, po czym wziął do ręki aktówkę i zrobił to 

samo, co zrobił wiele lat wcześniej – po raz ostatni spojrzał na otoczoną tłumem przyjaciół 
Carolinę i wyszedł.  

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Billy Ray wpatrywał się smętnie we wzgórze za miastem. Lato dobiegało końca, a droga 

194  wciąż  jeszcze  była  w  remoncie.  Gracie  Burnette,  ubrana  w  obcięte  do  kolan  spodnie  i 
rozciągnięty  podkoszulek,  kierowała  ruchem,  wykonując  ruchy  tak  płynne,  jak  gdyby  była 
zawodową gimnastyczką.  

– Jak leci, Billy Ray? – zawołała, gdy podjechał bliżej.  
– Nie narzekam.  
Nie  zamierzał  jej  opowiadać,  że  w  rzeczywistości  czuje  się  okropnie,  nie  mówiąc  już  o 

tym,  że jest spocony i  zmęczony. Klimatyzacja  w samochodzie ponownie się zepsuła i  tym 
razem nawet Joel musiał się poddać. Mógłby zamontować nową albo kupić nowy wóz, ale na 
razie wszystkie oszczędności poszły na dywan i meble do biura.  

Cóż, nie był krezusem, nie był bohaterem, a jedynie prowincjonalnym  adwokatem. Jego 

klienci  pozostaną  mu  wdzięczni  do  końca  życia,  ale  zapewne  nigdy  nie  spłacą  wszystkich 
długów. Ba, większość z nich przestanie korzystać z jego usług, gdy tylko zrozumie, że nie 
ma szans na sprawiedliwy wyrok sędziego Graysona, jeśli wybiera się na adwokata Billy’ego 

Wainwrighta.  

– Wpadnij do nas kiedyś – uśmiechnęła się Gracie. – Za rzadko przychodzisz.  
Wychylił się przez okno i odwzajemnił jej uśmiech.  
– Wpadnę – obiecał. – A na razie uściskaj ode mnie małego.  
Przepuściła go, a gdy wjechał na wzgórze, Moss Bend rozpostarło się przed nim w całej 

okazałości.  Przez  chwilę  kusiło  go,  żeby  zawrócić,  znów  przejechać  obok  Gracie,  a  potem 
pognać przed siebie, gdzie oczy poniosą. Przecież poza granicami River County istnieje inny 
świat.  Świat,  w  którym  mógłby  zapomnieć  o  swoich  korzeniach  i  próbować  wreszcie  coś 
osiągnąć. Joel by go zrozumiał.  

Ale to przecież nie tylko z powodu Joela wciąż tkwił w miasteczku.  

Parking  przy  tawernie  zapchany  był  samochodami  i  Billy  znalazł  miejsce  dopiero  na 

samym jego końcu. Nie miał pojęcia, dlaczego knajpa Maggie była tak zatłoczona o tej porze. 
Nic nie wiedział o tym,  by dziś odbywał się jakiś ważny mecz. Po prostu piątek, pomyślał, 
koniec upalnego tygodnia. Ludzie przyszli ochłodzić się i zabawić.  

– Billy! – Maggie uścisnęła go mocno, kiedy wszedł do środka.  – Tak rzadko cię teraz 

widuję! Czyżbyś był aż tak zajęty? 

– Miałem trochę roboty.  
– Nie zaniedbuj nas tak. Wszyscy o ciebie pytają. Zastanawiają się, gdzie się ukrywasz.  
– Ja też się za wami stęskniłem.  
– Mam nadzieję. Doug siedzi przy swoim stoliku.  
– Niedługo tu zamieszka – roześmiał się cicho. – Mówił mi, że kupi tę twoją budę, jeśli 

nie wygra wyborów na jesieni.  

–  Przecież  wiadomo,  że  wygra  –  zapewniła  go  Maggie.  –  Ludzie  w  Moss  Bend  nie 

zawsze  mówią,  co  myślą,  ale  potrafią  docenić  odwagę  i  sprawiedliwość.  Doug  zrobił 

background image

wszystko, aby prawda o Carolinie wyszła w końcu na jaw.  

– Oto uczciwy szeryf. Jak na Dzikim Zachodzie – zażartował Billy.  
– A żebyś wiedział. Czy można spodziewać się więcej po jego ewentualnym następcy? 
Nie odpowiedział na to retoryczne pytanie, bowiem Maggie odeszła, aby uspokoić dwóch 

młodych mężczyzn, którzy kłócili się o myszowatą dziewczynę w dżinsowej kurtce. Wbił się 
w  tłum  gości  i  zaczął  przepychać  się  w  stronę  stolika,  który  jak  zawsze  okupował  jego 
przyjaciel.  

Doug  siedział  samotnie  nad  szklanką  z  coca-colą.  Kiedy  Billy  usiadł  na  wprost  niego, 

wyjął wykałaczkę z ust i zapytał: 

– Tak ci gorąco? Wyglądasz na zdrowo spoconego. Co cię tak podnieciło? 
– Piątkowy wieczór.  
– A może Carolina Waverly? 
Co  ciekawe,  od  czasów  rozprawy  wszyscy  posługiwali  się  panieńskim  nazwiskiem 

Caroliny, jak gdyby chcąc podkreślić, że odtąd nie ma ona nic wspólnego z Graysonami.  

Choć rozprawa odbyła się za zamkniętymi drzwiami, ludzie i tak szybko dowiedzieli się 

tego, co najważniejsze  – oto  złoty chłopak Moss Bend, Champion Collier Grayson, dręczył 
swoją żonę, a gdy spowodował wypadek, w którym sam zginął, jego ojciec usiłował obciążyć 
winą Carolinę, a następnie odebrać jej prawo do opieki nad dziećmi. Próbował oszukiwać do 
końca  i  nie  cofnął  się  przed  niczym.  Nawet  Taylor  Betz,  najlepsza  przyjaciółka  Caroliny, 
przekręciła prawdę, tak by jej mąż adwokat nie wypadł z łask sędziego.  

Jednak  John  Betz  zrezygnował  z  pracy  już  tydzień  wcześniej  i  przyjął  posadę  w 

sąsiednim  Boca  Raton.  Niedługo  potem  Taylor  opuściła  Moss  Bend,  podobno  po  to,  by 
poszukać  nowego  domu  i  przenieść  tam  dzieci  jeszcze  przed  początkiem  nowego  roku 
szkolnego. Mimo tych zmian w miasteczku wciąż jednak rządził sędzia Grayson.  

– Przyznaj się, bracie – znów odezwał się Doug – wzdychasz do niej co pięć minut.  
– Wcale nie wzdycham. – Billy dwoma łykami opróżnił swoją szklankę.  
– Wzdychasz, tyle że cicho. Tak samo wzdychałeś, gdy Carolina oznajmiła wszystkim, że 

wychodzi za Champa.  

– Stare dzieje. Nie sądziłem, że twoja pamięć sięga tak daleko.  
– Pamiętam wszystko, co ma jakieś znaczenie.  
– To dobrze. Szeryf musi mieć pamięć. Nie wiem, czy mój głos będzie miał jakiekolwiek 

znaczenie, ale i tak będę na ciebie głosował.  

– Bo lepszy stary frajer niż nowy cwaniak, co? – uśmiechnął się Doug. – Nawet jeśli to 

tchórz i sługa bogatych dżentelmenów.  

–  Nie  jesteś  tchórzem.  Bałeś  się,  ale  ostatecznie  nie  dałeś  się  zastraszyć.  Trzeba  wiele 

odwagi, żeby nie oprzeć się naciskom pewnych ludzi w tym mieście.  

– Ty nigdy się nie bałeś.  
– Nie rób ze mnie bohatera, Doug. Nie jestem nieustraszonym rycerzem.  
– Wielu ludzi myśli inaczej.  
Sposób,  w  jaki  to  powiedział,  obudził  czujność  Billy’ego.  Podniósł  wzrok  i  ujrzał,  jak 

większość gości w knajpie zmierza w ich stronę. Na ich czele kroczyła Maggie z olbrzymim 

background image

tortem w dłoniach.  

– Do diabła, Doug... Co to znowu za okazja? 
–  Oto  nowy  dzień  dla  Moss  Bend,  Billy  Ray!  –  oznajmił  uroczyście  Doug.  –  Może 

wreszcie  zaczniemy  być  zwyczajnym  miastem,  a  nie  prywatnym  królestwem.  Dziś  po 
południu Whittier Grayson ogłosił, że odchodzi na emeryturę.  

Podobno  zmusiła  go  do  tego  delegacja  oficjeli  z  naszego  miasteczka.  Nie  wiedziałeś  o 

tym? 

Nie  wiedział,  ale  nie  zdołał  tego  powiedzieć,  bowiem  tłum  zacieśnił  się  wokół  niego  i 

zaczął gratulować mu i poklepywać go po plecach.  

–  Postanowiliśmy  wyprawić  skromną  uroczystość  na  twoją  cześć  –  mówił  tymczasem 

Doug.  –  Uważamy,  że  teraz  ty  powinieneś  ubiegać  się  o  stanowisko  sędziego.  Jeśli  się  nie 
zgodzisz, i tak warto ci podziękować. Dzięki, Billy! 

– Ale... ale za co? 
– Dzięki, że się nie dałeś! 
Kicia  cieszyła  się,  że  idzie  do  przedszkola.  Miała  nowe  jaskrawożółte  pudełko  na 

kanapki,  nową  sukienkę  z  wyhaftowanym  słonecznikiem,  białe  tenisówki  i  plecaczek  z 
osobną kieszonką na kredki, a osobną na blok.  

Mamę znalazła w kuchni – karmiła Chrisa. Chris zawsze robił mnóstwo nieporządku, ale 

mama nigdy się tym nie przejmowała.  

– Chcę pokazać Billy’emu moje pudełko na kanapki – oznajmiła Kicia.  
– Na pewno chciałby je zobaczyć – powiedziała mama, ale wcale się nie uśmiechnęła.  
– Dlaczego on nas już nie odwiedza? 
Przez chwilę mama milczała, potem odwróciła się, zdjęła z wieszaka ściereczkę i wytarła 

w nią ręce.  

– Jest bardzo zajęty, Kiciu – odparła.  
– Chcę mu także pokazać mój pokój.  
Teraz  pokój  Kici  był  równie  żółty,  jak  jej  pudełko  na  kanapki.  Maggie  pomogła  jej 

przemalować go w ubiegły weekend i wcale się nie gniewała, że Kicia mocno się przy tym 
pobrudziła.  

–  Kiedy  nas  odwiedzi,  pokażesz  mu,  co  będziesz  chciała.  Kicia  miała  dosyć  czekania. 

Była  niecierpliwa.  Babcia  Grayson  powtarzała  jej  zawsze,  że  powinna  wykazywać  więcej 
cierpliwości, ale Kicia chciała wszystko mieć od razu.  

– Wobec tego pójdę po niego! 
– Nigdzie nie pójdziesz, Kiciu. On mieszka bardzo daleko.  
– To co? Pamiętasz, jak daleko musiałam iść, kiedy uciekałyśmy z domu? 
–  Nie  pójdziesz  do  Billy’ego  –  powtórzyła  mama.  –  Zgubisz  się,  a  poza  tym  robi  się 

ciemno.  

– No to ty idź – zażądała Kicia. – Przecież też za nim tęsknisz.  
– Też? Czy ty tęsknisz za Billym, Kiciu? 
– A ty nie? Ale tobie to dobrze.  
– Dlaczego? – mama uśmiechnęła się lekko.  

background image

–  Bo  jesteś  duża  i  możesz  prowadzić  samochód,  a  ja  nie!  Gdybym  umiała  jeździć 

samochodem, już dawno bym do niego pojechała! 

Mama przytuliła ją do siebie i zaczęła się cicho śmiać.  
– Nawet gdybym chciała pojechać...  
– Chcesz, wiem, że chcesz! – ożywiła się Kicia.  
– Nawet gdybym chciała, to kto by się wami zajął? Nie mogę zostawić was samych.  
– Nie musisz. Hattie obiecała mi, że przyjdzie.  
– Jak to ci obiecała? Kiedy rozmawiałaś z Hattie? 
–  Zadzwoniłam  do  niej.  –  Kicia  wzruszyła  ramionami.  –  Powiedziała  mi  kiedyś  swój 

numer  i  zapamiętałam.  555-7225.  Poza  tym  zapisałaś  go  obok  telefonu.  Rozmawiałyśmy  o 
tobie i Billym. Hattie powiedziała, że powinnaś iść do Billy’ego i przemówić mu do rozsądku.  

– Tak powiedziała? 
– Bo ty podobno umiesz przemawiać ludziom do rozsądku.  
– Obawiam się, że nie.  
– To może choć raz spróbujesz? 
– Chyba nie.  
– Dlaczego nie? Czy chodzi o to, co mówią dziadkowie? 
– A co mówią dziadkowie? 
– Och, wiesz, wszystkie te rzeczy... co się powinno robić, a czego nie... Dziewczynki nie 

mogą robić tego albo tamtego. Dziewczynki zawsze powinny ładnie wyglądać. Dziewczynki 
zawsze  powinny  być  cicho.  Czy  dziewczynki  nie  powinny  mówić  chłopcom,  kiedy  ci 
zachowują się głupio? 

Mama  rozpostarła  szeroko  ramiona,  a  Kicia  przytuliła  się  do  niej,  żeby  dodać  jej  sił. 

Wiedziała, że mama potrzebuje wsparcia, a ona, Kicia, miała bardzo, bardzo dużo sił.  

– Dziewczynki mają prawo zawsze mówić to, na co mają ochotę – powiedziała mama i 

odsunęła nieco Kicię, by popatrzeć jej w oczy. – Zawsze i wszędzie. Nie zapominaj o tym.  

– No to co? Pojedziesz do niego? – Kicia popatrzyła na mamę z nadzieją.  
– Pojadę.  
– Tylko przyczesz włosy. Jeśli chcesz, dam ci moje pudełko. Pokażesz je Billy’emu, jeśli 

nie będzie chciał do nas przyjść.  

–  Nie,  zatrzymaj  je.  –  Mama  ponownie  ją  przytuliła.  –  Zrobię  wszystko,  żebyś  mogła 

pokazać mu je osobiście.  

Billy  Ray  wiedział,  że  przyjaciele  chcieli  wyrazić  mu  swój  szacunek  i  wdzięczność. 

Niektórzy  z  nich  żałowali,  że  tak  surowo  osądzili  Carolinę,  innym  było  głupio,  że  nie 
przeciwstawili się sędziemu.  Jeszcze inni po prostu  chcieli,  aby  Billy  wiedział, że dla River 

County nastała nowa epoka, i że oni cieszą się z tego.  

Mimo  wszystko  miał  pewne  wątpliwości,  czy  sprawa  rzeczywiście  warta  jest  tak 

uroczystego  fetowania.  W  końcu  nie  zrobił  niczego  nadzwyczajnego.  Zresztą  gdyby  nie 
Doug, zapewne wcale by nie wygrał.  

Słońce już dawno zaszło za horyzont, a przyjęcie w tawernie rozkręcało się z godziny na 

godzinę.  Na  szczęście  Billy  zdołał  się  jakoś  wymknąć  na  zewnątrz.  Wieczorne  powietrze 

background image

ochłodziło go, więc odetchnął głęboko i poszedł szybko do samochodu, by odjechać, zanim 
ktokolwiek zorientuje się, że bohater wieczoru gdzieś zniknął.  

Przez cały dzień kusiło go, żeby zadzwonić do Caroliny i zaprosić ją na kolację, nie miał 

jednak pojęcia, co mógłby jej powiedzieć. Od czasu rozprawy widział ją tylko raz. Przyszła 
do jego kancelarii podpisać stosowne dokumenty, ale nawet przez moment nie byli sami, gdyż 
po biurze krążyła Fran. Poza tym bez przerwy dzwoniły telefony, toteż nawet nie mieli czasu, 
żeby porozmawiać na osobności.  

Może zresztą tak było lepiej? Życie Caroliny rozpoczęło się na nowo. Teraz była wolną 

kobietą. Mogła pojechać, dokądkolwiek chciała, wybrać sobie dowolne zajęcie, ułożyć życie 
w dowolny sposób. Nie musiała już dłużej tkwić w River County. Nie chciał, aby myślała, że 
cokolwiek mu zawdzięcza, ona jednak, zdaje się, wciąż czuła się jego dłużniczką.  

Właśnie dlatego do niej nie dzwonił. Pragnął, aby chciała z nim być tylko dlatego, że go 

kocha  –  z  żadnego  innego  powodu.  Może  Carolina  kiedyś  to  zrozumie?  Może  wtedy  nie 
będzie jeszcze za późno? 

Zdał sobie sprawę, że jedzie zbyt szybko, więc zwolnił na skrzyżowaniu prowadzącym do 

Maggie. Nie skręcił jednak, tylko pojechał prosto aż do Hitchcock Road.  

Kiedy  dotarł  pod  swój  dom,  był  zbyt  zmęczony,  żeby  wstawić  samochód  do  szopy. 

Zaparkował na środku podwórza, zgasił silnik i siedział tak, gapiąc się przed siebie. Dopiero 
kiedy zdrętwiały mu nogi, wysiadł z auta, zatrzasnął drzwiczki i powlókł się do wejścia.  

Drzwi  do  domu  były  otwarte.  Wszedł  do  środka  i  wówczas  zobaczył  idącą  przez  hol 

Carolinę.  Niosła  właśnie  dwie  szklanki  z  mrożoną  herbatą,  a  koty,  Trójnóg  i  Czwórnóg, 
skakały wesoło wokół jej nóg.  

–  Nie  czekam  na  ciebie  –  wręczyła  mu  szklankę  –  i  nie  mam  zamiaru  o  ciebie  się 

troszczyć.  Wciąż  jednak  mogę  zrobić  przyjacielowi  mrożonej  herbaty,  czysto 
bezinteresownie. Czy nadał jesteśmy przyjaciółmi? 

Miał ochotę wyjąć szklanki z jej rąk i całować ją do utraty tchu, ale stał tylko i gapił się 

na nią bez słowa.  

–  Mam  wrażenie,  że  mamy  sobie  jeszcze  coś  do  powiedzenia  –  mówiła  tymczasem 

Carolina.  –  Czekałam,  aż  się  odezwiesz,  ale  jak  powiedziałaby  Kicia,  nie  zawsze  musi  być 
tak,  że  to  chłopcy  pierwsi  mówią  dziewczynkom,  a  nie  odwrotnie.  Przyszłam  więc,  żeby 
porozmawiać, bo nie mogłam dłużej czekać. Kicia zresztą też. Jeśli zgadzasz się na rozmowę, 
weź herbatę i chodź do środka.  

Billy wyciągnął rękę. Szklanka była śliska i zimna jak lód.  

Carolina ruszyła do pokoju gościnnego, lecz nagle się zatrzymała.  
–  Szczerze  mówiąc,  jest  chyba  lepsze  miejsce  na  tę  rozmowę  –  dodała  i  popatrzyła  w 

stronę schodów.  

– Dokąd idziesz? – spytał.  
– A jak myślisz? – odparła, wchodząc na stopnie. Nie odpowiedział, więc uśmiechnęła się 

do niego uwodzicielsko.  

– Na zewnątrz jest strasznie gorąco – powiedziała. – Przydałby ci się prysznic.  
– Miałaś się o mnie nie troszczyć.  

background image

– Mam wobec ciebie pewne plany.  
– Rozumiem, chcesz mnie wykorzystać – Billy podchwycił żartobliwy ton.  
–  Dokładnie.  Ale  najpierw  weź  ten  prysznic,  a  potem  siądziemy  przy  herbacie  i 

skończymy rozmowę, której nigdy nie przeprowadziliśmy.  

Billy posłusznie ruszył za nią po schodach.  
– Powiem ci szczerze – powiedział. – Mam dość na dzisiaj mrożonej herbaty.  
– No tak – roześmiała się. – Pewnie w tawernie wypiłeś co najmniej litr.  
– Wiesz, że byłem w tawernie? 
–  Wiem.  Maggie  zadzwoniła  i  powiedziała mi o Whittierze. Poinformowała mnie też o 

przyjęciu. Na pewno śmierdzisz papierochami.  

– Dobra – mruknął. – Wykąpię się szybko i spotkamy się na dole.  
Ale  wcale  nie  było  jej  na  dole,  kiedy  wyszedł  z  łazienki  ubrany  jedynie  w  bawełniane 

bokserki. Czekała na niego w sypialni. Wcześniej zdjęła buty i powiesiła żakiet na krześle, a 
teraz  leżała  wygodnie  na  łóżku  Billy’ego  w  samej  sukience,  trzymając  w  dłoni  szklankę  z 
herbatą.  

– I co, lepiej? – zapytała.  
– Bez porównania.  
–  To  widać.  –  Obrzuciła  wzrokiem  jego  nagi  tors.  Billy  patrzył  na  nią  z  radością. 

Swobodna,  beztroska,  skłonna  do  żartów  i  przekomarzań,  Carolina  była  teraz  zupełnie  inną 
kobietą.  Przypominała  mu  dawną  Carolinę  –  piękną,  inteligentną  dziewczynę  o  szczerym  i 
śmiałym wejrzeniu, które kiedyś tak go fascynowało. Teraz też patrzył na nią jak urzeczony. 
Zapragnął nagle powiedzieć jej o wszystkim, nad czym myślał w ciągu ostatnich dni, lecz ona 
dostrzegła jego zamiar i uciszyła go ruchem dłoni.  

– Nie traćmy czasu na bzdury,  Billy  – powiedziała.  – Byłam  dzieckiem,  kiedy z ciebie 

zrezygnowałam, ale szybko dojrzałam i zrozumiałam swój błąd. Teraz masz do czynienia z 
kobietą.  Jestem  dorosła  i  wiem,  czego  pragnę.  Wiem  także,  kogo.  I  wiem,  z  czym  się  to 
wszystko  wiąże.  –  Uśmiechnęła  się.  –  Kicia  zapytała  mnie  dzisiaj,  czy  dziewczynkom  nie 
wolno  powiedzieć  chłopcom,  że  ci  zachowują  się  głupio.  Uświadomiłam  sobie,  że  ja  także 
tego nie robię.  

– Czyżbym zachowywał się głupio? 
–  Wybacz,  ale  tak.  Przez  chwilę  sądziłam,  że  to  moja  wina.  Podczas  małżeństwa  z 

Champem przywykłam brać na siebie odpowiedzialność za wszystko i wciąż zapominam, że 
nie muszę już tego robić. Ale przecież ja już powiedziałam ci to, co najważniejsze. Dlaczego 
o tym nie pamiętasz? 

– Posłuchaj, Carolino...  
– Nie – potrząsnęła głową – sama odpowiem. Wiem, że długo byłeś kawalerem. Wiem, 

że niełatwo przywyknąć do nowego życia, do dzieci, na dodatek nie swoich dzieci. Dlatego 
gotowa  jestem  poczekać,  aż  dojrzejesz  do  tej  myśli.  Na  razie  mam  gdzie  mieszkać,  mam 
pracę  i  znowu  mogę  chodzić  po  tym  mieście  z  podniesioną  głową.  Zaczekam  więc,  bo  na 
ciebie warto czekać. A przez ten czas skończę specjalizację z doradztwa personalnego, żeby 
móc pomagać kobietom, które znalazły się w takiej sytuacji, w jakiej ja znalazłam się kiedyś. 

background image

Kto wie, może pójdę na studia? Myślisz, że zniesiesz jeszcze jednego prawnika w rodzinie? 

– Wiem, że masz wiele możliwości. Nie miałaś żadnej, a teraz...  
–  I  właśnie  to  cię  martwi?  –  Zsunęła  się  z  łóżka  i  podeszła  do  niego.  –  Że  zajmę  się 

innymi  sprawami,  a  zapomnę  o  tobie?  Jak  mogłeś  pomyśleć,  że  nie  jesteś  dla  mnie 
najważniejszy?  I  że  miłość  do  ciebie  mogłoby  zagłuszyć  cokolwiek,  choćby  najbardziej 
ambitny plan? 

Zrozumiał,  że  albo  teraz  powie  jej  o  swojej  największej  obawie,  albo  będzie  musiał 

milczeć na wieki.  

– Tylko proszę – wykrztusił – nie rób tego z wdzięczności, Carolino.  
–  O  tym  także  już  ci  kiedyś  mówiłam.  –  Popatrzyła  na  niego  łagodnie.  –  Umiem 

rozpoznać  swoje  uczucia.  Widzisz,  istnieje  mnóstwo  powodów,  dla  których  kocha  się 
mężczyznę.  Czasem  dlatego,  że  jest  mądry,  albo  przystojny,  albo  świetnie  całuje  głupie 
dziewczęta. Jednak najlepszym powodem jest to, że stoi u twego boku wtedy, gdy najbardziej 
go potrzebujesz. Tak mnie wychowano i tak myślę. Po tym poznasz prawdziwego mężczyznę. 
I prawdziwego dżentelmena. Przez całe życie chciałam poślubić kogoś takiego, a myślałam o 
tym  tak  dużo,  że  chyba  potrafię  go  rozpoznać.  –  Roześmiała  się  cicho.  –  Nawet  kiedy  stoi 
przede mną w samych majtkach.  

Kilka godzin później Billy leżał na plecach w swoim łóżku i gapił się z błogim wyrazem 

twarzy w sufit, rozświetlany bladym światłem księżyca. Carolina spała obok niego, z głową 
wtuloną w jego ramię, a on wciąż czuł w sobie tę niezwykłą słodycz, którą daje wspomnienie 
przeżytej  rozkoszy  i  cudowne  uczucie  zaspokojenia.  Wiedział,  że  wkrótce  będzie  musiał 
odwieźć ją do domu, ale wiedział też, że po tej przyjdą kolejne noce – noce, kiedy Carolina 
będzie spała u jego boku aż do rana.  

– Przed chwilą miałam cudowny sen – usłyszał nagle jej rozmarzony głos.  
– Myślałem, że śpisz. – Pogłaskał jej policzek czubkami palców. – Co ci się śniło? 
–  Trzymałeś  w  ramionach  naszego  pierwszego  wnuka,  chłopczyka  w  wieku  Chrisa. 

Wyglądał jak ty, chociaż był synem Kici. Wszyscy zebraliśmy się w tym domu, a kiedy ktoś 
zawołał „sędzio Wainwright!”, odwróciłam się, bo to chodziło o mnie.  

–  Sędzia  stanowy  Carolina  Waverly  Wainwright?  –  uśmiechnął  się  Billy.  –  Nie  ma 

sprawy. Mogę na ciebie głosować.  

– Dom wyglądał  tak samo,  jak teraz, ale  wypełniało go mnóstwo ludzi.  I śmiech, dużo 

śmiechu...  

– Czy byliśmy bogaci i bardzo ważni? 
– Nie mam pojęcia, ale wątpię. Byliśmy za to szczęśliwi.  
– Niektórzy twierdzą, że sny się spełniają.  
–  Ten  już  się  spełnił,  Billy.  Jesteśmy  szczęśliwi  –  szepnęła  Carolina,  po  czym  znowu 

zanurzyła się w sen.