background image

Erich von Däniken 

 
 

 

Dzień  

sądu 

ostatecznego 

trwa od dawna 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 

Kamień Świętego Berlitza W opactwie Świętego Berlitza nowicjuszami zostawały już  
dzieci w wieku piętnastu lat. W tym roku ośmiu chłopców i dziesięć dziewczynek  
miało przejść inicjację. Opat z troską mówił o "niżu demograficznym". Większość  
chłopców i dziewcząt dorastała w opactwie, ich rodzice pracowali na ziemi św.  
Berlitza. Byli tu nie tylko bracia zakonni i siostry zakonne, ale także  
zbieracze jagód, myśliwi, wszelkiego rodzaju rzemieślnicy oraz akuszerki i  
opiekunowie zdrowia. Wszystkich ich łączył wspaniały obowiązek płodzenia  
możliwie największej liczby dzieci i wychowywania ich na mocne istoty. Od czasu  
Wielkiego Zniszczenia w całej okolicy były tylko nieliczne grupy ludzi i opat  
przypuszczał nawet, że ich przodkowie mogli być jedynymi, którzy przeżyli  
Wielkie Zniszczenie. Nikt, nawet wielce uczony opat i jego Rada Wiadomości nie  
Wiedzieli, co się wówczas stało. Niektórzy przypuszczali, że przodkowie  
rozporządzali jakąś straszliwą bronią i zniszczyli się nawzajem. Lecz pogląd ten  
nie znalazł w Radzie Wiadomości większego uznania. Trudno było sobie bowiem  
wyobrazić tak straszliwą broń. Ponadto jeden z dogmatów mówił, że ludzie w  
zamierzchłych czasach byli szczęśliwi i żyli w świecie dobrobytu. Dlaczego zatem  
mieliby prowadzić ze sobą wojny? Było to nielogiczne i wyglądało na pozbawione  
sensu. Dlatego w Radzie Wiadomości roztrząsano możliwość, że to jakaś zagadkowa  
infekcja pochłonęła całą ludzkość. Ale i tę teorię zarzucono, ponieważ przeczyła  
ona przekazom pozostawionym przez pierwsze pokolenie ojców po Wielkim  
Zniszczeniu. Trzej Praojcowie i cztery Pramatki opowiadały swoim dzieciom po  
Wielkim Zniszczeniu, że katastrofa spadła na ludzkość pewnego spokojnego  
wieczora. Przekazy te były niepodważalne. Znajdowały się w świętej "Księdze  
Patriarchów", spisanej przez Synów Praojców. Każde dziecko w opactwie św.  
Berlitza zna Pieśń o Zagładzie. Co roku opat intonował ją podczas smutnej Nocy  
Pamięci. Był to jedyny przekaz spisany osobiście przez jednego z Praojców.  
Brzmiał tak: "Ja, Erich Skaja, urodzony 12 lipca 1984 r. w Bazylei nad Renem,  
byłem z żoną oraz moimi przyjaciółmi, Ulrichem Dopatką i Johannesem Fiebagiem,  
jak też z ich małżonkami i córką Sylwią, na wycieczce górskiej w Berner  
Oberland. Ponieważ było już po godzinie 6 wieczorem, skróciliśmy sobie zejście  
ze szczytu o nazwie Jungfrau, korzystając z tunelu kolejki górskiej. Z powodu  
prac remontowych na szczycie o tej godzinie nie zjeżdżała już w dolinę żadna  
kolejka. Nagle zakołysała się ziemia i na tory z hukiem spadły kawałki  
granitowej powały. Bardzo się przeraziliśmy, a Johannes, który był geologiem,  
pociągnął nas wszystkich do skalnej niszy. Już myśleliśmy, że koszmar minął,  
kiedy usłyszeliśmy narastający huk. Ziemia pod naszymi nogami zdawała się  
pływać, rozległy się straszliwe grzmoty, jakich nie słyszeliśmy w czasie żadnej  
burzy. Trzydzieści metrów przed nami zawaliła się ściana tunelu. Potem wszystko  
ucichło. Johannes stwierdził, że albo uaktywnił się jakiś wulkan, co w tej  
okolicy było raczej nieprawdopodobne, albo mamy do czynienia z trzęsieniem  
ziemi. Musieliśmy wspinać się do górnego wylotu tunelu. Kiedy byliśmy o kilka  
metrów od wylotu, usłyszeliśmy hałas. Nie znajduję słów na opisanie rozszalałej  
natury. Najpierw wicher gnał śnieg i okruchy lodu, potem zaczęły przelatywać  

background image

drzewa, skały i całe dachy hoteli z doliny. Rozbrzmiewały trzaski i huki, jakich  
żaden człowiek przed nami nie słyszał. Powietrze wypełniało wycie i szum wichru,  
wszystko fruwało, wyrzucane na tysiąc i więcej metrów w górę. Ziemia dygotała;  
huczał rozszalały żywioł. Granitowe skały zderzały się ze sobą jak tekturowe  
zabawki. Tylko dlatego, że znajdowaliśmy się w tunelu, rozszalały wicher nie  
wyrządził nam żadnej szkody. Chwała niech będzie Bogu Najwyższemu! Wicher szalał  
przez trzydzieści siedem godzin bez przerwy. Opadliśmy z sił i leżeliśmy  
apatycznie w naszej niszy przytuleni do siebie i objęci ramionami. Pragnęliśmy,  
aby skały nad naszymi głowami zawaliły się, ucinając wreszcie ten koszmar. Nikt  
nie jest w stanie pojąć, co przecierpieliśmy. Potem przyszła kolej na wodę.  
Pośród zawodzenia i wycia wichrów usłyszeliśmy szum i dudnienie. Zupełnie jakby  
wystąpił z brzegów niezmierzony ocean. Gigantyczne fontanny wody pieniły się i  
bulgotały, z sykiem rozbryzgując się o skały. Jak podczas morskiego sztormu  
piętrzyły się kolejne ściany wody i łamiąc się spadały w dolinę, tworząc  
gigantyczne wiry wciągające w otchłań wszystko, co napotkały na swej drodze.  
Zdawało się, że wszystkie wody z całej Ziemi spływały w to jedno miejsce. Nie  
pragnęliśmy już niczego innego tylko śmierci, a z piersi wyrywał nam się krzyk  
przerażenia. Przez osiem godzin szalał wodny żywioł, potem wicher osłabł i z  
wolna powróciła cisza. Ogłuszeni torturą, oniemiali z bólu, patrzyliśmy sobie w  
oczy. Wreszcie Johannes podczołgał się na czworakach do niewielkiego otworu,  
jaki pozostał u wylotu tunelu. Usłyszałem jego rozpaczliwy szloch i z olbrzymim  
trudem przedarłem się do niego. Widok, jaki ujrzałem, odebrał mi mowę. Rozpacz  
rozdzierała mi serce. Potem wybuchnąłem gorzkim płaczem. Naszego świata już nie  
było. Szczyty wszystkich gór były ścięte jakby gigantycznym pilnikiem. Nigdzie  
nie było widać śniegu ani lodu. Zniknęła też wszelka zieleń. W mdłym brunatnym  
świetle połyskiwały mokre nagie ściany. Nie widać było słońca, a w dolinie,  
gdzie znajdowała się wypoczynkowa miejscowość Grindenwald, kołysały się wody  
jeziora. Stało się to w roku 2016 wg chrześcijańskiej rachuby czasu. Nie wiemy,  
czy jako jedyni przeżyliśmy Wielkie Zniszczenie. Nie wiemy też, co się  
wydarzyło. Niech Bóg Wszechmogący ma nas w swojej opiece!" `ty * * * `ty Ośmiu  
chłopców i dziesięć dziewcząt z nabożnym szacunkiem wysłuchało Pieśni o  
Zagładzie, którą odśpiewał swym donośnym i mocnym głosem opat Ulrich Iii. Po  
krótkiej chwili, przeznaczonej na refleksję, przemówił do nowicjuszy w te słowa:  
- A teraz wejdźcie do Sali Pamięci. Przyjrzyjcie się z nabożnością relikwiom  
Praojców. Zostaliście wybrani, aby z waszymi braćmi i siostrami czcić i rozumieć  
te relikwie. W nastroju oczekiwania młodzi nowicjusze weszli do długiego  
drewnianego budynku, który dotychczas widywali tylko z zewnątrz. Zakonnice  
zapaliły woskowe świece i relikwie Praojców rozbłysły w migotliwym blasku. Były  
tam buty świętego Ericha Skai, Ulricha Dopatki i Johannesa Fiebaga. Butów ich  
żon nie było. Buty zrobione były z dziwnego materiału, który wprawdzie w dotyku  
przypominał skórę, ale nią nie był. Nawet członkowie Rady Wiadomości nie  
potrafili wyjaśnić, co to takiego. Jeden z zakonników cierpliwie tłumaczył, że  
być może w pradawnych czasach istniały na Ziemi zwierzęta, które miały takie  
właśnie futra, ale zginęły w czasie Wielkiego Zniszczenia. Siedemnastoletni  
Christian, najstarszy z nowicjuszy, niepewnie uniósł rękę: - Czcigodny bracie,  
co oznaczają te znaki na butach świętego Johannesa? - zapytał nieśmiało.  
Zakonnik odpowiedział z dobrotliwym uśmiechem: - Wszystko, co zdołaliśmy  
odcyfrować, to trzy pierwsze początkowe litery REE i stojącą na końcu literę K.  
Nie zdołaliśmy ustalić znaczenia tych znaków. Raz jeszcze Christian uniósł dłoń  
w górę. - Czcigodny bracie, czyżby w pradawnych czasach żyły zwierzęta, na  

background image

których futrach rosły takie znaki? - Inteligentny z ciebie młodzian - odparł  
lekko zniecierpliwiony zakonnik. - Za sprawą Boga Wszechmogącego możliwe jest  
wszystko. W jednej z nisz pogrążonego w półmroku pomieszczenia znajdowały się  
mieszki Praojców, kryjące potrzebne do przeżycia przedmioty. Zakonnik cierpliwie  
objaśniał, że w świętej Księdze Patriarchów mieszki te noszą nazwę "plecak". Jak  
dotąd nie udało się ustalić znaczenia tego słowa. Jedna z hipotez mówi, że być  
może chodzi tu o niedokładnie zapisane słowo "placek", ponieważ po opróżnieniu  
mieszki Praojców stają się płaskie jak placek. I znów nowicjusze stanęli przed  
zagadką, ponieważ mieszki wykonane były z wielobarwnego płótna, które nie było  
płótnem. Podobnie jak buty świętego Johannesa, mieszki były miękkie i  
elastyczne, a jednak przez 236 lat, jakie upłynęły od Wielkiego Zniszczenia, nie  
doznały żadnego uszczerbku. Nowicjusze radośnie wychwalali wszechmocnego Boga -  
albowiem żyli w cudownym świecie, w którym wiele jeszcze było do rozszyfrowania.  
Dotyczyło to na przykład błyszczącej liny, którą znaleziono w mieszku świętego  
Ulricha Dopatki. Nikt nie znał tajemniczego elastycznego, a przecież niezwykle  
mocnego materiału, z jakiego ją wykonano. W świętej Księdze Patriarchów  
napisano, że materiał ten nazywa się "nylon", co było przypuszczalnie jakimś  
pojęciem z pradawnych czasów, którego nie rozumieli nawet nader uczeni bracia z  
Rady Wiadomości. Niezwykłe uczucie owładnęło nowicjuszy, kiedy brat zakonny  
pokazał im skrawek "papieru pakowego". Był on tak samo błyszczący i brązowy jak  
ten, na którym święty Erich Skaja nagryzmolił swoją Pieśń o Zagładzie. Jakże  
musieli cierpieć owi podziwu godni święci Praojcowie! Jakimiż to cudownymi  
wiadomościami i materiałami musiano dysponować w pradawnych czasach! Pierwsze  
spotkanie z relikwiami trwało godzinę. Nowicjusze ujrzeli nieznane narzędzia,  
tajemnicze pałeczki do pisania i przedmioty, które w świętej Księdze Patriarchów  
nazywano "zegarkami", m.in. częściowo przezroczysty "zegarek" z jedną wskazówką,  
która zawsze wskazywała miejsce zachodu Słońca. Zademonstrował to brat zakonny:  
obojętnie, w którą stronę się odwrócił, trzymając ten "zegarek" w ręku,  
wskazówka natychmiast zwracała się w kierunku zachodu Słońca. Uroczystość  
inicjacji zbliżała się do punktu kulminacyjnego. Nowicjusze nie mogli się już  
doczekać chwili, kiedy wolno im będzie po raz pierwszy spojrzeć na Kamień  
Świętego Berlitza. Przy wtórze coraz głośniejszego śpiewu zakonników i zakonnic  
wkroczyli do Najświętszego. We wszystkich niszach i na wszystkich występach  
ścian płonęły lampki oliwne, powietrze było przesycone ciężkim aromatem żywicy  
jodłowej. W powale widniał okrągły otwór. Słup słonecznego blasku rozświetlał  
ołtarz. A na nim, na niewielkiej podstawce, spoczywał Kamień Świętego Berlitza -  
największy skarb opactwa. Opat Ulrich Iii wzniósł modły dziękczynne. Wszyscy  
obecni słuchali ich z przejęciem, pochyliwszy głowy. Uroczysta część obrzędu  
inicjacji zakończyła się słowami: "Święty Berlitzu, dziękujemy Ci za ten dar  
niebios!" Nowicjusze stłoczyli się teraz wokół opata. Ten ostrożnie uniósł  
Kamień Świętego Berlitza z podstawki i z wyrazem najwyższego szczęścia na twarzy  
pokazał go nowicjuszom. Kamień był mniej więcej wielkości dłoni opata. Był  
czarny i miał mnóstwo małych guziczków, na których - przybliżywszy twarz -  
dostrzec można było pojedyncze litery. W górnej części Kamienia była wąska  
szpara o matowoszarym tle. Tuż obok rzucał się w oczy wyraźny napis BERLITZ, a  
pod nim - nieco mniejszymi literami - Interpreter 2. Naciskając jednym palcem  
odpowiednie guziczki, opat Ulrich Iii wystukał słowo "miłość". W tym samym  
momencie na szarym tle pojawiły się litery m-i-ł-o-ś-ć. Było to tak niesamowite,  
że nowicjusze niemal bali się oddychać. Następnie opat nacisnął inny guzik i oto  
dokładnie pod literami m-i-ł-o-ś-ć, niby pisane niewidzialną ręką, pojawiły się  

background image

litery l-o-v-e. - Halleluja! - zakrzyknął opat, wznosząc oczy ku słonecznemu  
blaskowi padającemu z otworu w powale. - Halleluja! - zawtórowali chórem  
nowicjusze, zakonnicy i zakonnice. - Moc kamienia trwa nadal! Niech będzie  
pochwalony święty Berlitz i jego nieustająca moc! I znów opat Ulrich Iii zaczął  
naciskać guziczki. Tym razem pojawiło się słowo ś-w-i-ę-t-y, a zaraz potem h-o- 
l-y. - Halleluja! - zakrzyknął opat ku niebu. - Halleluja! - odpowiedział echem  
zebrany tłum. Coraz szybciej opat wystukiwał na Kamieniu Świętego Berlitza nowe  
słowa, i za każdym razem pojawiały się pod nimi słowa złożone z innych liter.  
Był to prawdziwy cud - niepojęty dla ludzkiego rozumu. Nowicjusze spoglądali na  
siebie okrągłymi ze zdumienia oczami. Zdawali sobie sprawę, że są świadkami  
niesłychanego cudu. Zaiste podniosły to był moment. Wreszcie opat oderwał się od  
Kamienia Świętego Berlitza i troskliwie umieścił go z powrotem na podstawce. Z  
poważnym i uduchowionym wyrazem twarzy zwrócił się do nowicjuszy w te słowa: -  
Kamień Świętego Berlitza to kamień tłumaczący słowa. Dzięki niemu można zamienić  
mowę świętych Praojców na inne języki używane w pradawnych czasach. Kamień jest  
święty, ponieważ zawiera w sobie wieczną moc Słońca. Trzy godziny słonecznego  
światła wystarczą, aby kamień mówił przez dwanaście godzin. Nigdy jeszcze nie  
zawiódł Rady Wiadomości. Pomógł nam zrozumieć świętą Księgę Patriarchów i pomaga  
odcyfrować inne pisma z czasów sprzed Wielkiego Zniszczenia, których strzępy  
wciąż znajdujemy. Tym razem to Walentyn, drugi pod względem starszeństwa  
nowicjusz, zgłosił się z nieśmiałym pytaniem: - Czcigodny ojcze Ulrichu, a skąd  
pochodzi Kamień Świętego Berlitza? - Bystry z ciebie chłopak - pochwalił go opat  
Ulrich Iii. - Otóż trzeba ci wiedzieć, że Kamień Świętego Berlitza został  
znaleziony przez świętego Praojca Ulricha Dopatkę. W Księdze Patriarchów  
napisano, w jaki sposób to się stało. Było to w dwa lata, jedenaście miesięcy i  
dziewięć dni po Wielkim Zniszczeniu. Święty Ulrich Dopatka wspiął się na  
szczątki góry, którą nazywano Jungfrau. Kilkaset metrów poniżej szczytu, który w  
Noc Zniszczenia przestał istnieć, były ruiny. W Księdze Patriarchów w rozdziale  
16, werset 38, znajduje się nawet stwierdzenie, że były to ruiny stacji  
naukowej, która niegdyś istniała pod szczytem. Opat kilkakrotnie sapnął głośno,  
a potem kontynuował: - Wiedz, drogi chłopcze, że święty Ulrich Dopatka wspiął  
się na ową górę, którą nazywano Jungfrau, w nadziei, iż w owych ruinach uda mu  
się znaleźć coś przydatnego. Być może jednak to duch świętego Berlitza przywiódł  
go w tamto miejsce właśnie po to, aby znalazł Kamień Świętego Berlitza. Kręte i  
niezbadane są ścieżki Opatrzności! Jutro rozpoczniecie czytanie świętej Księgi  
Patriarchów. Przez najbliższe lata wiele się nauczycie. Bądźcie ochoczy i  
pokorni. Głoście chwałę Boga Wszechmocnego i świętych Praojców! Każdy rozdział  
Księgi Patriarchów rozpoczynał się od słów: "Ojciec opowiadał mi..." Pierwotny  
tekst Księgi został spisany przez synów Praojców - a więc przez Patriarchów - i  
liczył łącznie 612 stronic. Z oryginalnych tekstów zachowała się zaledwie jedna  
czwarta. Pismo w nich było ledwie czytelne, tak bardzo wszystko pożółkło i się  
zabrudziło. Dzięki Bogu siostry i bracia zakonni zawczasu przystąpili do  
sporządzania kopii. Wyjątek stanowiło pierwszych osiem stron, które spisał  
jeszcze święty Erich Skaja na owym "papierze pakowym", który Praojcowie musieli  
mieć ze sobą w mieszkach zawierających rzeczy niezbędne do przeżycia. Stronice  
były zapisane obustronnie rzadką czarną farbą, której składu nikt nie potrafił  
odgadnąć. Nosiły daty według chrześcijańskiej rachuby czasu. Następnie przez  
wiele lat niczego nie spisywano, aż pojawiły się pierwsze dokumenty sporządzone  
na zwierzęcej skórze. Autorami byli Patriarchowie, czyli synowie i wnukowie  
Praojców. Wprowadzili oni nową rachubę czasu i liczyli lata od chwili Wielkiego  

background image

Zniszczenia. Starannie i równiutko pisane czerwone litery błyszczały na  
ciemnożółtych skórach, przy czym niejednokrotnie było tak, że kilka skór  
połączono ze sobą sznurkami z włókien roślinnych. Dopiero w roku 116 po Wielkim  
Zniszczeniu potomkowie Patriarchów zaczęli używać papieru wapiennego. W celu  
jego uzyskania pokrywano splecione z włókien płachty cienką warstwą wapienia.  
Aby całość nabrała elastyczności, mieszano wapienną warstewkę z olejami  
roślinnymi. Studia sprawiały nowicjuszom wiele radości. Nauczycielami byli  
starsi zakonnicy klasztoru, a na specjalne, szczególnie głębokie pytania  
odpowiadali czcigodni członkowie Rady Wiadomości. Jedna z nowicjuszek już w  
czwartym tygodniu spytała: - Czcigodny ojcze, dlaczego ja nazywam się Birgit,  
mój sąsiad z ławki Christian, dlaczego jest Walentyn, Markus, Wilhelm i  
Gertruda? Skąd wzięły się te wszystkie imiona? - Są to imiona, jakie Praojcowie  
nadali swoim synom i córkom. Było trzech Praojców: święty Erich Skaja, święty  
Ulrich Dopatka i święty Johannes Fiebag. Mieli razem cztery żony - dziś znamy  
tylko ich imiona: Sylwia, Gertruda, Elisabeth i Jacqueline. Praojcowie płodzili  
z nimi dzieci: w pierwszych latach po Wielkim Zniszczeniu każda kobieta co roku  
rodziła jedno dziecko. Wszyscy ci potomkowie otrzymali imiona znane Praojcom z  
dawnych czasów. Zadowolona? Teraz z pytaniem zgłosił się Walentyn: - Czytaliśmy  
wczoraj Rozdział 19 i nie mogliśmy dojść do porozumienia, o co chodzi z tymi  
Wielkimi Ptakami. Czy mógłbyś nam to wyjaśnić, czcigodny ojcze? Czcigodny  
członek Rady Wiadomości zawahał się przez moment, potem uśmiechnął i z namysłem  
podszedł do bocznej ściany, gdzie na grubych drewnianych kołkach wisiały kopie  
Księgi Patriarcbów. Odczepił kartę z Rozdziałem 19, rozłożył ją przed Walentynem  
i kazał mu przeczytać tekst. - Rozdział 19, werset 1 : "Ojciec opowiadał mi, że  
pewnego dnia w południe, gdy nad doliną przelatywał wielki ptak, jego ojciec  
Erich wygłosił taką oto przypowieść: werset 2 : "Za moich czasów istniały ptaki  
dwieście razy większe od tego ptaka. werset 3 : W brzuchach tych ptaków  
siedzieli ludzie, którzy posilali się i pili. werset 4 : Przez małe okienka  
spoglądali na ziemię pod sobą. werset 5 : Ptaki te latały na sztywnych  
skrzydłach przez Wielką Wodę szybciej niż najpotężniejszy wicher. werset 6 : Po  
drugiej stronie Wielkiej Wody były domy tak wysokie, że niektóre z nich dotykały  
chmur. Dlatego nazywano je Drapaczami Chmur. werset 7 : W owych miastach z  
Drapaczami Chmur mieszkały miliony ludzi. werset 8 : Nie wiemy, co się z nimi  
stało. Niech Bóg ma w opiece ich dusze."" - No i co sądzisz o tym tekście,  
Walentynie? Chłopiec wzruszył ramionami. - Tak naprawdę, to nie wiem - odparł. -  
Nie potrafię sobie wyobrazić Wielkich Ptaków, w których ludzie mogą siedzieć, a  
nawet jeść. - Czy to znaczy, że wątpisz w prawdziwość słów Księgi Patriarchów?  
Walentyn milczał. Zgłosiła się za to rezolutna Birgit. - Tekst jest autorstwa  
Patriarchy z trzeciego pokolenia po Wielkim Zniszczeniu. Podkreśla on przecież,  
że ojciec opowiadał mu, iż jego ojciec wygłosił tę przypowieść. A określenie  
przypowieść wskazuje na to, że może to być tylko jakaś przenośnia. Nowicjusz  
Christian, który siedział obok Birgit i właściwie rzadko tylko się z nią nie  
zgadzał, bo był w niej zakochany, wtrącił się teraz z niezwykłą gwałtownością: -  
Ja traktuję święte przekazy dosłownie nawet wówczas, gdy nie potrafię sobie  
wyobrazić tak olbrzymich ptaków, aby mogli w nich biesiadować ludzie. Święty  
Erich Skaja nie okłamał przecież swego syna, był żywym świadkiem dawnych czasów.  
Gorącą dyskusję, jaka wywiązała się po tych słowach, przerwał czcigodny członek  
Rady mówiąc: - Dość tego, nowicjusze! Rada Wiadomości wielokrotnie już  
wypowiadała się na temat Rozdziału 19. Zapytaliśmy również Kamień Świętego  
Berlitza. Kamień nie zna innych określeń Wielkich Ptaków, więc nie mogły  

background image

istnieć. Natomiast jako odpowiednik Drapacza Chmur pojawiło się słowo  
skyscraper. Tak więc istniały pewnie jakieś bardzo wysokie domy czy nawet wieże.  
Dlatego dziś obowiązuje dogmat, że słowa o Wielkich Ptakach, w których ludzie  
mogli się posilać, wiążą się z wizją świętego Ericha Skai na temat przyszłości.  
Wiecie przecież, że ludzie nie potrafią latać, lecz czują pragnienie dorównania  
ptakom. A zatem święty Erich Skaja dał wyraz swym pragnieniom i nadziejom  
dotyczącym odległej przyszłości, w której ludzie, niby wielkie ptaki, będą  
fruwać nad wodami, bez wysiłku i bez potu. Przypuszczalnie młody patriarcha  
popełnił błąd, spisując tekst. Wersety od 2 do 7 powinny być napisane w czasie  
przyszłym, a nie przeszłym. A zatem, nie "|istniały ptaki dwieście razy większe  
od tego ptaka" lecz "|istnieć będą ptaki dwieście razy większe od tego ptaka".  
Rozumiecie, nowicjusze? Wszyscy milczeli. Markus i Christian spojrzeli na siebie  
znacząco. Nie zgadzali się z tym dogmatem. W wyobraźni Christian widział już  
wielkie ptaki z mocnych drewnianych bali, na których siedzieli ludzie, machając  
do tych, którzy zostali w dole. `ty * * * `ty Z miesiąca na miesiąc studia nad  
tekstami stawały się coraz trudniejsze. Wynikało to nie tylko stąd, że wiele z  
oryginalnych źródeł było nieczytelnych, wobec czego nie mogły też istnieć ich  
znakomite kopie. Już nawet w pierwopisach brakowało wielu fragmentów, w  
stronicach były dziury, tak że kontekst stawał się niejasny. Szczególne  
zamieszanie budziły niekompletne pisma pierwszego pokolenia, jak na przykład  
Rozdział 3, w którym była mowa o przyczynach Wielkiego Zniszczenia: "werset 1 :  
Ojciec opowiadał mi, że jego przyjaciel Johannes, geolog, domniemywał uderzenie  
w Ziemię wielkiego meteorytu. werset 2 : Zagrożenie trafieniem meteorytu czy  
wręcz komety, statystycznie rzecz biorąc, istniało podobno raz na dziesięć  
tysięcy lat. werset 3 : Impet uderzenia [fragm. nieczyt.] dwudziestokrotnie moc  
bomby z Hiroszimy. werset 4 : [brak początku w oryginale] asteroidy Geographos,  
Adonis, Hermes, Apollo oraz Ikar przecinają orbitę okołosłoneczną Ziemi. werset  
5 : [brak początku w oryginale] przesunięcie biegunów, co spowodowało zmianę  
nachylenia osi Ziemi. werset 6 : Biegun północny znajduje się teraz w punkcie  
zachodu Słońca [fragm. nieczytelny]. werset 7 : Dawne góry podwodne powinny być  
teraz nad powierzchnią [reszty brak]". Już werset 1 nastręczał trudności. Słowo  
"geolog" zawsze występowało w połączeniu ze świętym Johannesem Fiebagiem:  
Nigdzie jednak nie było wyjaśnienia, co też to słowo znaczy. Kamień Świętego  
Berlitza podawał geology - ale co znaczyło to słowo? Następnie zupełnie  
niezrozumiałe słowo "meteoryt". Kamień Świętego Berlitza nie podawał żadnego  
innego znaczenia, podobnie w przypadku sześcioliterowego słowa "kometa", z  
wersetu 2, dla którego znał tylko określenie comet. Zupełnie bezradni byli  
czcigodni członkowie Rady Wiadomości wobec określenia "bomba z Hiroszimy".  
Rozkładano je na wszelkie możliwe sposoby, a jednak nie udało się w nim odkryć  
wyraźnego sensu. W języku oryginału określenie to stanowiło jeden wyraz i było  
zapisane jako "Hiroshimabombe". "Hir" można było zinterpretować jako "teraz"  
albo "tutaj", jeśliby zaś w słowie "Hiro" "i" odczytać jako "e" to powstawała  
forma "hero", która wedle Kamienia Świętego Berlitza znaczyła tyle, co  
"bohater". Jako odpowiednik członu "bombe" Kamień Świętego Berlitza podawał  
bomb, a to znaczyło "coś zrzuconego" i "wybuchającego". Środkowa część  
oryginalnego słowa "Hiroshimabombe" była już zupełnie nie do rozszyfrowania,  
jakkolwiek niektórzy członkowie Rady twierdzili, że być może chodzi tu o pewien  
odległy kraj z dawnych czasów, którego nazwa w pisowni "China" ("shima") pojawia  
się w innym miejscu tekstu. Cóż zatem mogło znaczyć słowo "Hiroshimabombe"?  
Najprawdopodobniej było to "coś zrzuconego przez bohatera z Chin" albo też  

background image

"wybuchający tutaj (lub teraz) bohater z Chin". Interpretację tę negowali inni  
członkowie Rady, ponieważ wiadomo było, że Wielkie Zniszczenie przeżyło tylko  
trzech Praojców i cztery Pramatki. Skąd zatem miałby się wziąć "bohater z Chin"?  
Podobnie chaotyczne były próby interpretacji Rozdziału 4, w którym pierwszy syn  
świętego Ulricha Dopatki przekazywał: "werset 1 : Ojciec opowiadał mi, że w  
owych dniach bardzo głodowali, aż wreszcie dostrzegli, iż wody są pełne ryb.  
werset 2 : Przez pierwsze miesiące mieli jeszcze nadzieję, że pojawi się jakiś  
samolot. werset 3 : Ale żaden samolot nie przybył, zjawiło się za to UFO. werset  
4 : Wszyscy, zarówno kobiety jak i mężczyźni, mieli możliwość długo i spokojnie  
mu się przyglądać. werset 5 : Podobno UFO kilkakrotnie łagodnie muskało skały w  
dole, na brzegu. werset 6 : W kilka miesięcy później cały brzeg wokół wody  
zazielenił się. werset 7 : Pośród kwiatów znaleźli wiele znanych sobie roślin  
uprawnych, między innymi ziemniaki, kukurydzę, żyto i w ogóle wszystko, czego  
potrzeba człowiekowi jako pożywienia. werset 8 : Wszyscy byli bardzo szczęśliwi  
i wdzięczni, lecz istoty pozaziemskie nie pokazywały się przez całe lata, aż do  
chwili, kiedy przybyły odwiedzić Ericha Skaję." Czcigodni członkowie Rady  
Wiadomości nadali temu rozdziałowi świętej Księgi Patriarchów nazwę Pieśń  
Nadziei. Werset 1 był jasny, lecz już werset 2 zawierał niezrozumiałe słowo  
"samolot" (w języku oryginału: "Flugzeug"). Kamień Świętego Berlitza podawał  
jako odpowiednik airplane, a z porównania trzech fragmentów tekstu wiadomo było,  
że air oznacza powietrze. Co jednak mogło znaczyć plane? Kamień Świętego  
Berlitza tłumaczył plane jako "płaski". Czyżby zatem słowo "samolot" znaczyło  
"płaskie powietrze" lub "powietrzną płaskość"? Z kolei słowo "zeug" Kamień  
Świętego Berlitza tłumaczył jako steff. Czysta rozpacz. Żadna z kombinacji nie  
wykazywała jakiegokolwiek sensu: "Flugstuff", "Luftstuff', "Luftflach",  
"Flachzeug", "Luftzeug". Nic zatem dziwnego, że jeden z najstarszych członków  
Rady Wiadomości stwierdził, że słowo to niewątpliwie musi zawierać drobny błąd w  
pisowni. Otóż syn świętego Ulricha Dopatki napisał po prostu o jedno "e" za  
dużo. Słowo to powinno brzmieć nie "Flugzeug" lecz "Flugzug", co może oznaczać  
tylko i wyłącznie "podmuch powietrza", ponieważ werset z mówi w końcu jasno i  
wyraźnie: "Przez pierwsze miesiące mieli jeszcze nadzieję, że pojawi się jakiś  
|podmuch powietrza". Jak dowodził zasłużony członek Rady, po Wielkim Zniszczeniu  
powietrze było nieruchome, panowało gorąco i duchota. Dlatego Praojcowie mieli  
nadzieję, że pojawi się jakiś podmuch. Ta przekonująca argumentacja wywarła duże  
wrażenie na wielu członkach Rady. Mimo wszystko jednak trudności w interpretacji  
Rozdziału 4 okazały się nie do przezwyciężenia. Co mieli na myśli Patriarchowie  
pisząc o UFO Musiało to być coś, co wszyscy świadkowie mogli długo i w spokoju  
oglądać. UFO to miało coś wspólnego z roślinami uprawnymi, które w kilka  
miesięcy później zakiełkowały na brzegach. Trzeba było doszukać się jakiegoś  
związku UFO z Wszechmogącym Bogiem, bo przecież w czasie Wielkiego Zniszczenia  
wszystkie rośliny uprawne uległy zagładzie; a teraz dzięki UFO znów się  
pojawiły. Jak to możliwe? Z pewnością chodziło tutaj o bezgranicznie dobrego  
Boga, który nie chciał dopuścić, aby udręczeni Praojcowie i Pramatki umarli z  
głodu. Dlatego wszyscy - jak podano w wersecie 8 - byli bardzo szczęśliwi i  
wdzięczni. W tym samym jednak wersecie 8 pojawiało się określenie "istoty  
pozaziemskie", które to istoty miały w późniejszym czasie odwiedzić Ericha  
Skaję. Członkowie Rady Wiadomości znali słowo "ziemski". Oznaczało ono coś  
przynależnego do Ziemi. Tak więc "pozaziemski" niewątpliwie musiało oznaczać  
coś, co absolutnie nie było z Ziemią związane i w dodatku przybywało "spoza"  
niej. A to mogło oznaczać tylko i wyłącznie samego Boga Wszechmogącego lub  

background image

jakiegoś jego wysłannika. Co do tego Rada nie miała najmniejszych wątpliwości.  
Wszechmocny Bóg musiał wybrać świętego Ericha Skaję jako tego, do którego  
przybył jeden lub kilku boskich posłańców. Zdanie wersetu 8 nie pozostawia  
żadnych innych możliwości interpretacji: "[...] lecz istoty pozaziemskie nie  
pokazywały się przez całe lata, aż do momentu, kiedy przybyły odwiedzić Ericha  
Skaję". Oczywiście, z góry było wiadomo, że niezwykle wrażliwi i inteligentni  
bracia zakonni będą szukać wyjaśnienia sensu tego zdarzenia. Odpowiedź przyszła  
niby objawienie. Wszechmocny Bóg dopuścił do tego, by cały świat uległ  
zagładzie. A więc Wielkie Zniszczenie musiało być karą, jaką Pan spuścił na  
rodzaj ludzki - oczyszczeniem Ziemi. Ponieważ jednak wszechmocny Bóg w swej  
nieskończonej dobroci nie chciał ostatecznego zniszczenia całego rodu ludzkiego,  
wybrał kilkoro czystych ludzi; od których miał się zacząć nowy ród. Pogląd ten  
tym bardziej zyskał na znaczeniu, gdy przenikliwym myślicielom udało się  
właściwie zinterpretować imię i nazwisko Erich Skaja. Kamień Świętego Berlitza  
podał jako odpowiednik układu liter "sky" pojęcie "niebo". Tym samym  
odszyfrowano nazwisko Skaja jako "ten, który pochodzi z nieba". Natomiast imię  
"Erich" dawało się rozłożyć na składowe "er" oraz "ich". "Er" to w języku  
oryginału zaimek osobowy "on", natomiast "ich", czyli "ja", z pewnością  
oznaczało pierwiastek boski. Tak więc imię "Er-Ich" oznacza ni mniej, ni więcej  
tylko to, że "on" jest równy "ja" czy też inaczej: "Ja jestem w Nim". Logika  
nakazywała przyjąć; że imię i nazwisko tego Praojca zawiera w sobie przesłanie  
następującej treści: "Ja jestem w Nim i przybywam z Nieba (sky)." Brat Johannes,  
potomek świętego Johannesa Fiebaga, który był autorem tej przenikliwej  
interpretacji, został za to odznaczony Orderem Myślicieli. `ty * * * `ty Po  
upływie czterech i pół roku z początkowej grupki osiemnastu nowicjuszy zaledwie  
trzech pozostało wiernych studiom. Pozostali pracowali w opactwie albo na  
polach, a wszystkie bez wyjątku nowicjuszki wydały na świat pierwsze dzieci.  
Markus i Walentyn pogodzili się z większością twierdzeń obowiązującego dogmatu i  
wygłaszali w opactwie błyskotliwe odczyty. Christian pozostał raczej dociekliwym  
sceptykiem. Wielokrotnie starał się o uzyskanie dostępu do tekstu Objawienie  
świętego Ericha Skai. Objawienie to było jednak tajemnicą, którą poznać mógł  
jedynie kolejny opat. Przenikliwy umysł Christiana nie chciał się zadowolić  
tajemnicami wiary, toteż Christian postanowił zostać opatem. Droga na szczyt  
była mozolna i nierzadko wybrukowana intrygami - wymagała zręcznego balansowania  
między Radą Wiadomości a władzami spoza opactwa. Ponadto Christian musiał się  
wystrzegać mówienia całej prawdy, nigdy nie mógł zdradzić swoich najtajniejszych  
myśli. Bo jakże mógłby ogłosić wszem i wobec, że tylko dlatego chce sięgnąć po  
najwyższy urząd w opactwie, aby uzyskać dostęp do Objawienia świętego Ericha  
Skai? Z upływem lat Christian stawał się coraz bardziej osamotniony. Studiował w  
odosobnieniu, był coraz cichszy, coraz bardziej odsuwał się od innych. Otoczenie  
sądziło, że to z powodu wewnętrznego ognia, który w nim płonął. Mieli rację,  
jakkolwiek nie wiedzieli, że ogień ten rozpaliły wątpliwości co do interpretacji  
starych tekstów. Christian chciał |wiedzieć - nie wierzyć. Studia tekstów  
opatrzone niezliczonymi komentarzami kolejnych członków Rady Wiadomości tworzyły  
nieprzenikniony chaos. Każdy członek Rady uważał swoje koncepcje za ostateczne i  
starał się nadać swemu osobistemu ujęciu tekstu jak największe znaczenie. W  
kolejnych odpisach Księgi Patriarchów opuszczano coraz większe partie tekstu,  
ponieważ - jak to sformułowała Rada Wiadomości - "nie zawierają większego sensu  
i przyczyniają się tylko do zaciemnienia przekazu". W Rozdziale 45 Księgi  
Patriarchów zapisano, że już w kilka dni po Wielkim Zniszczeniu woda wyniosła na  

background image

brzeg drewno, pojawiły się pierwsze ptaki a po paru tygodniach tu i ówdzie w  
skalnych niszach i szczelinach zazieleniła się roślinność. Rada Wiadomości  
uczyniła z tego wszystkiego cud, świadomą ingerencję Boga. Christian nie zgadzał  
się z tym. Uważał, że wiele ptaków mogło uniknąć Wielkiego Zniszczenia, chowając  
się w szczelinach skalnych, pyłki roślinne zaś unosiły się w powietrzu i po  
pewnym czasie opadły z powrotem na ziemię. Podobnie miała się zapewne rzecz z  
mniejszymi zwierzętami, które stopniowo zaczęły się pojawiać. Bóg jeden wie,  
gdzie się pochowały w czasie Wielkiego Zniszczenia. Nie kończące się debaty były  
nużące. O ile, na przykład, w tekście oryginalnym (Rozdział 32, werset 6 )  
znajdowały się słowa: "Bogu dzięki zapalniczka Uliego jeszcze działała i  
mogliśmy upiec ryby", to w nowej wersji brzmiały one: "Bóg podarował świętemu  
Ulrichowi Dopatce ogień, aby Prarodzice mogli zagrzać swoje pożywienie." Było to  
zwykłe zafałszowanie tekstu! Mimo gwałtownych protestów Christiana i słabego  
poparcia ze strony Walentyna i Markusa, Christian pozostał w mniejszości. Rada  
zatwierdziła nowe brzmienie. Wręcz absurdalna okazała się debata nad Rozdziałem  
44, który nazwano Epoka Aniołów. W oryginale brzmiał on następująco: "werset 1 :  
Ojciec opowiadał mi, że w dawnych czasach ludzie odbywali loty kosmiczne. werset  
2 : Wysłano na Księżyc liczne ekspedycje, których uczestnicy cało i zdrowo  
powrócili na Ziemię. werset 3 : Niezbędna do tego technologia była ogromnie  
kosztowna, toteż różne kraje oddelegowały do centrów kosmicznych swoich  
technicznych ambasadorów. werset 4 : Na rok 2015, rok poprzedzający Wielkie  
Zniszczenie, zaplanowana była druga wyprawa na Marsa. werset 5 : Aby uniknąć  
napięć, wszystkie kraje uczestniczące w wyprawach kosmicznych na bieżąco  
informowano o aktualnym poziomie techniki. werset 6 : Wymiana następowała  
poprzez ambasadorów." Ze Wskazówek astronomicznych (Rozdziały 49-50 ) wiedziano,  
że "Księżyc" to ta tarcza świecąca nocą na niebie, Mars zaś to jedna z  
sąsiednich planet. Znane były nazwy wszystkich planet, jak też budowa Układu  
Słonecznego. Mimo jednoznacznego przekazu Rada Wiadomości nie zgodziła się  
przyjąć pojęcia "podróż kosmiczna" jako faktu. Kamień Świętego Berlitza podawał  
jako jeden z odpowiedników słowa "ambasador" określenia "poseł", "wysłannik"  
oraz angel, co przy ponownym tłumaczeniu na język oryginału dawało słowo  
"anioł". Nie mogło być żadnych wątpliwości, że w przypadku określenia  
"ambasador" chodziło o "anioła", zwłaszcza że słowo "anioł" dawało się sensownie  
zastosować aż w dziewięciu różnych miejscach tekstu. Nowa wersja Rozdziału 44,  
opatrzona nieskończenie uczonymi komentarzami, brzmiała teraz następująco:  
"Ojciec opowiadał mi, że w dawnych czasach ludzie obserwowali kosmos. Wypełniało  
ich marzenie, by kiedyś odbyć podróż na Księżyc i powrócić z niej cało i zdrowo.  
W owym czasie anioły odwiedzały różne kraje. Ostrzegały ludzi przed Wielkim  
Zniszczeniem i przed oddawaniem czci planecie Mars. Aby uniknąć napięć, o  
ostrzeżeniach tych poinformowano wszystkie kraje. Informacje przekazały anioły."  
Według Christiana tekst ten zafałszowywał pierwotny sens przekazu. Mimo wszystko  
Rada Wiadomości zatwierdziła nowe brzmienie. Podano, że Rada została upoważniona  
i "natchniona przez Ducha", by przelać w niezrozumiałe teksty sensowną i  
rozsądną formę. Christian miał 49 lat, kiedy został wybrany na opata. Dla  
uczczenia świętego Ericha Skai przybrał imię "Erich Ii". + Zaciemnianie tekstu  
Gdy nie potrafi się@ atakować myśli,@ atakuje się jej autora. `rp Paul Valery  
1871-1945 `rp Sporządzone przed tysiącami lat przekazy stanowią prawdziwą  
kopalnię niesamowitości. Roi się w nich od najróżniejszych fantastycznych  
opowieści, które częściowo traktuje się jak mity; częściowo jak legendy,  
niekiedy zaś jak "święte księgi". Wiele z tych fantastycznych opowieści rości  

background image

sobie pretensje do bycia prawdą absolutną, albowiem: "...napisane jest".  
Pierwotne wersje mają być napisane lub podyktowane przez Boga we własnej osobie,  
a jeśli już nie przez samego Boga, to co najmniej przez jakiegoś archanioła,  
niebiańskiego ducha, ziemskiego świętego czy człowieka zainspirowanego w sensie  
gnostyckim. (Przez "gnozę" rozumiemy dzisiaj przesiąkniętą ezoteryką filozofię,  
światopogląd lub religię: Samo słowo "gnoza" wywodzi się z greckiego i oznacza  
"poznanie".) Teksty te bezsprzecznie zawierają wiele rzeczy zmyślonych i wiele  
fantazji. Podziwiani wodzowie są w nich wynoszeni do godności boskich i  
adorowani, marzyciele w kształtach chmur dopatrywali się znaków z nieba,  
powszednie wydarzenia zaś, takie jak śmierć, opisywano w nich jako podróż do  
świata podziemnego. Nie dość na tym: nasi żądni wiedzy przodkowie, natchnieni  
prawdziwą wiarą i przepełnieni chęcią zrozumienia treści przekazów, fałszowali i  
mącili starożytne teksty. Zdarzenia, które w oryginale raczej nie miały ze sobą  
nic wspólnego, zostały połączone. Dla lepszego zrozumienia dodawano obce wtręty,  
które nagle - hokus-pokus! - wchodziły do kolejnych przekazów jako oryginalne.  
Wplatano w nie elementy moralności, etyki, wiary i dziejów rodów, dodawano obce  
elementy zaczerpnięte z innych dziedzin kultury, fabrykując teksty, których  
pierwotnego pochodzenia i sensu nie sposób już odtworzyć. Te zaciemniające  
zabiegi łatwo można zrozumieć. W końcu mamy tu do czynienia z liczącymi tysiące  
lat odpisami oraz bezustannym mozołem naszych przodków, usiłujących nauczyć się  
czegoś z sensu tych opowieści. Chaos panujący w starożytnych tekstach stanie się  
jeszcze bardziej zrozumiały, jeśli uświadomimy sobie, że do jego powstania wcale  
nie potrzeba tysiącleci. Wystarczy znacznie mniej. Oto przykład: Każdy wierzący  
chrześcijanin jest przekonany, że Biblia stanowi i zawiera Słowo Boże. Co zaś  
się tyczy Ewangelii, to wśród wiernych panuje przeświadczenie, że towarzyszący  
Jezusowi z Nazaretu uczniowie spisywali jego mowy, zasady życia i przepowiednie  
niejako "na żywo". Uważa się, że Ewangeliści uczestniczyli w wędrówkach i cudach  
swego Mistrza, i wkrótce potem spisali je w rodzaj kroniki. "Kronika" ta  
otrzymała nawet nazwę - "Teksty pierwotne". Teksty pierwotne? W rzeczywistości -  
i wie o tym każdy teolog mający za sobą kilka lat studiów - nic z tego się nie  
zgadza. Owe "teksty pierwotne", na które tak często powołują się badacze i które  
tak często przywołuje się w rabulistyce, wcale nie istnieją. A co mamy w ręku?  
Odpisy, które wszystkie bez wyjątku powstały w okresie od Iv do X w. po  
Chrystusie. W dodatku tych 1500 odpisów to z kolei odpisy z odpisów, i żaden z  
nich nie zgadza się z innymi. Naliczono ponad 80000 (osiemdziesiąt tysięcy!)  
odstępstw. Nie ma w tych rzekomych "tekstach pierwotnych" ani jednej stronicy,  
na której nie pojawiałyby się sprzeczności. Z odpisu na odpis zmieniano  
brzmienie wersetów, dopasowując je odpowiednio do potrzeb swojego czasu.  
Jednocześnie w biblijnych "tekstach pierwotnych" wręcz roi się od tysięcy  
łatwych do wykazania błędów. Najsłynniejszy z takich "pierwotnych tekstów"  
Kodeks Synaicki - powstały podobnie jak Kodeks Watykański w Iv w. po Chr. -  
został odnaleziony w 1844 r. w klasztorze na Synaju. Zawiera nie mniej niż 16000  
(szesnaście tysięcy!) poprawek sporządzonych przez co najmniej siedmiu  
korektorów. Niektóre miejsca zmieniano wielokrotnie, zastępując je ostatecznie  
zupełnie nowym "tekstem pierwotnym". Profesor dr Friedrich Delitzsch,  
specjalista najwyższej rangi, sam znalazł w tym Kodeksie 3000 błędów kopistów (1  
). Wszystko to staje się zrozumiałe, jeśli uwzględnić, że żaden ze spisujących  
Ewangelie nie był współczesnym Jezusa, a żaden z naocznych świadków nie spisywał  
swoich relacji na gorąco. Dopiero w roku 70, po zburzeniu Jerozolimy przez  
rzymskiego cesarza Tytusa (39-81 po Chr.), ktoś zaczął spisywać dzieje Jezusa i  

background image

jego uczniów. Ewangelista Marek, najstarszy autor Nowego Testamentu, spisał  
swoją relację najwcześniej 40 lat po tym, jak jego Mistrz umarł na krzyżu. Już  
Ojcowie Kościoła w pierwszych stuleciach po Chrystusie zgadzali się przynajmniej  
co do tego, że "pierwotne teksty" zostały sfałszowane. Całkiem otwarcie mówili o  
"dodawaniu, profanowaniu, niszczeniu, poprawianiu, psuciu i wymazywaniu". Ale to  
było już dawno temu i czepianie się słów niczego nie zmieni w obiektywnych  
faktach. Specjalista z Zurychu, dr Robert Kehl, napisał (2 ): "Niejednokrotnie  
zdarzało się, że to samo miejsce przez jednego korektora było |korygowane w  
takim to a takim sensie, a zaraz potem przez drugiego w zupełnie przeciwnym, w  
zależności od tego, jaki dogmat obowiązywał w danej szkole. Tak czy inaczej, już  
nawet takie pojedyncze |korekty, nie mówiąc o tych dokonywanych planowo,  
prowadziły do powstania całkowitego chaosu w tekstach." Te twarde słowa może  
skontrolować każdy, kto ma w domu Biblię. Poprę to paroma przykładami. Proszę  
otworzyć Ewangelię Mateusza, Łukasza i Marka. Dwie pierwsze twierdzą, że Jezus  
"narodził się w Betlejem" Marek natomiast wymienia miasto Nazaret. SprzecznośćŃ  
na sprzeczności Ewangelia świętego Mateusza zaczyna się wyliczeniem rodowodu  
Jezusa syna Dawida, syna Abrahama. Ewangelista wylicza pokolenia aż do Jakuba,  
który spłodził Józefa. Józef był mężem Marii. Po co nam jednak ten rodowód,  
skoro Jezus w żadnym razie nie mógł być spłodzony przez Józefa (narodzenie z  
dziewicy)? Mateusz wymienia 42 przodków Jezusa - Łukasz natomiast 76. Nie ma też  
wśród Ewangelistów jednomyślności co do ostatnich słów, jakie wypowiedział Jezus  
na krzyżu. Według Marka (Mk 15, 34 ) oraz Mateusza (Mt 27, 46 ) zawołał on  
donośnym głosem: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?" Według Łukasza  
natomiast (Łk 23, 46 ) słowa te miały brzmieć: "Ojcze, w Twoje ręce powierzam  
ducha mojego." U Jana (J 19, 30 ) czytamy: ((¦Wykonało się!" I skłoniwszy  
głowę, oddał ducha." Nawet co do najbardziej spektakularnego wydarzenia  
związanego z Jezusem - Wniebowstąpienia - istnieją różne wersje. Według Mateusza  
(Mt 28, 16-17 ) Jezus polecił swoim uczniom, by udali się na górę w Galilei: "A  
gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili." Nadal? Mateusz nic  
nie wspomina o Wniebowstąpieniu. Marek (Mk 16, 19 ) poświęca temu fantastycznemu  
wydarzeniu zaledwie jedno zdanie: "Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do  
nieba i zasiadł po prawicy Boga." Tak po prostu. Łukasz z kolei (Łk 24, 50-51 )  
powiada, że Pan Jezus osobiście wyprowadził uczniów "ku Betanii [...] A kiedy  
ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba." Jan, ulubiony  
uczeń Jezusa, nic nie wie o żadnym Wniebowstąpieniu. To tylko kilka przykładów  
zaczerpniętych z tekstów Biblii dostępnych dla każdego, przy czym zdania te w  
każdej Biblii brzmią inaczej, w zależności od przekładu i dogmatyki danego  
Kościoła. Jakże byłoby pięknie, gdyby przynajmniej teologowie byli jednego  
zdania! Ale nie, oni bez przerwy kłócą się ze sobą, w zależności od poglądów  
reprezentowanych przez Kościół każdego z nich. Zwalczają się gwałtownie, raz w  
gniewie, to znów w świętym oburzeniu na niezrozumienie dla swoich interpretacji.  
Dla laika jest wręcz niemożliwe przedrzeć się przez gąszcz sprzeczności i  
przeinaczeń. Jeśli natomiast idzie o teologów, to często odnoszę wrażenie, jakby  
mimo posiadania czerwonego telefonu do najwyższej instancji nigdy nie mogli się  
połączyć z właściwym numerem. Skoro już teksty ze stosunkowo bliskiej epoki - w  
końcu historię Rzymu znamy dość dobrze - są do tego stopnia przekręcane i  
przeinaczane, to jak dopiero musi się mieć rzecz z przekazami liczącymi wiele  
tysięcy lat! Do tych starożytnych tekstów - obojętnie z jakiego geograficznego  
czy religijnego zakątka pochodzą - serwuje się dodatkowo sałatkę. Człowiek tonie  
w tysiącach stron komentarzy, bez wątpienia napisanych i opracowanych przez  

background image

godnych zaufania i zręcznych w piórze naukowców. Tyle tylko, że nie ma między  
nimi zgody. Zwłaszcza między kolejnymi ich pokoleniami. W obliczu chaosu  
komentarzy na temat starożytnych przekazów ludzkości stwierdzam, że tak  
wychwalana naukowa metoda poszukiwania źródeł, analizy i porównania, mimo że  
uprawiana przez niesłychanie sprawne głowy, nie posunęła nas do przodu ani na  
krok. Rozmyślania i głębokie refleksje filozoficzne niewątpliwie znakomitych  
uczonych nie dały żadnych wiążących odpowiedzi, nie mówiąc już o dostarczeniu  
dowodu na istnienie Boga, bogów, aniołów czy niebiańskich zastępów. Literatura  
egzegetyczna (łac. eksegesis - objaśniać) zapełnia kilometry półek w  
bibliotekach. Wszyscy stracili już orientację. Rezultaty w najlepszym razie  
odpowiadają dogmatom danej szkoły - i zmieniają się wraz z upływem czasu.  
Wczoraj tak, pojutrze zupełnie inaczej. Co zresztą nie ma większego znaczenia,  
ponieważ kolejne pokolenia i tak nie wiedzą i nie chcą wiedzieć, jakie było  
zdanie ich dziadków. W dialogu "Fajdros" grecki filozof Platon cytuje przekaz  
przytoczony przez jego kolegę po fachu, Sokratesa: "Słyszałem tedy, że koło  
Naukratis w Egipcie mieszkał jeden z dawnych bogów tamtejszych, któremu i ptak  
jest poświęcony, nazywany Ibisem. A sam bóg miał się nazywać Teut. On miał  
pierwszy wynaleźć liczby i rachunki, geometrię i astronomię, dalej warcaby i grę  
w kostki, a oprócz tego litery." Bóg Teut przekazał ówczesnemu faraonowi pismo  
ze słowami: "Królu, ta nauka uczyni Egipcjan mądrzejszymi i sprawniejszymi w  
pamiętaniu; wynalazek ten jest lekarstwem na pamięć i mądrość." Faraon widział  
to inaczej i zaprzeczył słowom Teuta: "Ten wynalazek niepamięć w duszach  
ludzkich posieje, bo człowiek [...] zaufa pismu i będzie sobie przypominał  
wszystko z zewnątrz, ze znaków obcych jego istocie, a nie z własnego wnętrza, z  
siebie samego. Więc to nie lekarstwo na pamięć, tylko środek na przypominanie  
sobie." I miał rację. Liczące tysiące lat pisma tylko przypominają nam o czymś,  
co być może kiedyś w jakiejś formie miało miejsce. Ale co to było, nie wiemy.  
Kto dzisiaj wie, że Pan Bóg - niezależnie od tego, kogo mielibyśmy na myśli - na  
długo przed stworzeniem Ziemi stworzył inne światy? Przeczytać o tym można w  
"Sagen der Juden von der Urzeit (Legendy Żydów o czasach pradawnych) (5): "Na  
początku Pan stworzył tysiąc światów; potem stworzył jeszcze inne światy i  
wszystkie one były dla niego niczym. Pan tworzył światy i niszczył je, zasadzał  
drzewa i wyrywał je, albowiem były jeszcze skłębione i jedno nastawało na  
drugie. I nadal tworzył światy i je niszczył, aż stworzył nasz świat, a wtedy  
rzekł Pan: Ten mi się podoba, tamte były mi wstrętne." Podarunek z nieba Czy to  
człowiek był tym, któremu w toku długotrwałego procesu powstawania inteligencji  
przyszło do głowy nabazgrać pierwsze znaki pisma? Ależ oczywiście! Oczywiście?  
Przekazy z "czasów pradawnych" podają, że pismo powstało już dwa tysiące lat  
przed Stworzeniem. Ponieważ nie było jeszcze wówczas - co zrozumiałe -  
pergaminowych zwojów i zwierząt, z których można by zedrzeć skórę, ale też nie  
było metalu, a z braku drzew także drewnianych tabliczek, księga pisma istniała  
w formie świętego szafiru. anioł o imieniu "Raziel, tenże sam, który siedział  
nad rzeką wypływającą z Edenu", przekazał tę osobliwą księgę naszemu  
prarodzicowi Adamowi. Musiał to być bardzo dziwny egzemplarz, ponieważ zawierał  
nie tylko wszystko, co warto było wiedzieć, lecz także przepowiednie  
przyszłości. Anioł Raziel zapewniał Adama, że z owej świętej księgi dowiedzieć  
się może, "co cię czeka aż do dnia twojej śmierci". Nie tylko Adam miał czerpać  
z tej cudownej księgi, lecz także jego potomkowie: "Także spośród twoich dzieci,  
które przyjdą na świat po tobie, aż do ostatniego pokolenia ten, który posłuży  
się ową księgą [...], będzie wiedział, co miesiąc po miesiącu się wydarzy i co  

background image

zajdzie między dniem a nocą, każda rzecz będzie dla niego wiadoma [...], czy  
przyjdzie nieszczęście, czy spadnie głód, czy zboża będzie wiele, czy mało, czy  
spadną deszcze, czy też nastanie susza." Czymże jest jakikolwiek leksykon czy  
encyklopedia wobec tego rodzaju superksięgi? Autorów tego fenomenalnego dzieła  
musiały szukać wśród niebieskich zastępów, kiedy anioł Raziel przekazał bowiem  
księgę naszemu praojcu Adamowi i nawet odczytał mu jej fragment, zaszły rzeczy  
zdumiewające: "I w godzinie, gdy Adam otrzymał księgę, zapłonął ogień na brzegu  
rzeki i anioł uniósł się w płomieniu w górę. I poznał wtedy Adam, że posłaniec  
był boskim aniołem i że księgę przysłał mu święty Król. I trzymał ją w świętości  
i czystości." Wspomina się nawet o szczegółach tego zadziwiającego dzieła. Dar  
wyobraźni żyjących gdzieś tam w zamierzchłych czasach pisarczyków jest nie do  
przebicia: "A w księdze owej zakopane były wysokie znaki świętej mądrości, i  
siedemdziesiąt dwa rodzaje nauk były w niej zawarte, które z kolei dzieliły się  
na siedemdziesiąt sześć najwyższych tajemnic. W księdze ukrytych było również  
tysiąc pięćset kluczy nie powierzonych świętym Górnego Świata." Praojciec Adam  
pilnie czytał księgę, tylko bowiem dzięki temu podarunkowi z nieba w ogóle  
potrafił nazwać każdą rzecz i każde zwierzę. Kiedy jednak Adam zgrzeszył,  
"księga od niego odleciała". Hokus-pokus. Ale nie na długo. Adam płakał gorzko i  
wszedł aż po szyję w nurt rzeki. Kiedy jego ciało zamieniło się niemal w gąbkę,  
zlitował się Pan. Odkomenderował do Adama archanioła Rafaela, który ponownie  
przyniósł mu bogaty w treści szafir. Ludzkości jednak nie na wiele się to zdało.  
Adam przekazał czarodziejską księgę w spadku swemu dziesięcioletniemu synkowi  
Setowi, który widać musiał być wyjątkowo bystrym chłopaczkiem. Adam poinformował  
syna nie tylko o "mocy księgi", lecz także o tym, "na czym polega jej moc i jej  
cuda. Rozmawiał z nim też o tym, jak sam postąpił z księgą i że umieścił ją w  
skalnej szczelinie". Na koniec Set otrzymał także instrukcję obsługi oraz  
informację, "jak rozmawia się z księgą". Wolno się było Setowi zbliżać do księgi  
wyłącznie z szacunkiem i pokorą. Ponadto nie wolno mu było przedtem jeść cebuli,  
czosnku ani innych przypraw, musiał się też gruntownie umyć. Nasz praojciec ze  
szczególnym naciskiem wbijał synowi do głowy, by nie zbliżał się do księgi  
"lekkomyślnie". Set trzymał się ojcowskich wskazówek, przez całe życie uczył się  
ze świętego szafiru i wreszcie zbudował "złotą skrzynię, włożył do niej księgę i  
ukrył skrzynię w jednej z jaskiń miasta Henoch". Księga pozostawała tam aż do  
momentu, kiedy Henochowi "objawiło się we śnie miejsce, w którym leżała księga  
Adama". Henoch, najmądrzejszy człowiek swoich czasów, wyruszył w drogę o  
świtaniu, udał się do wspomnianej jaskini i czekał. "Uczynił wszystko tak, aby  
ludzie mieszkający w tym miejscu niczego nie zauważyli." W jakiś  
parapsychologiczny czy inny |gnostycki sposób przekazano mu informację, jak ma  
się obchodzić z tajemniczą księgą. I "w godzinie, kiedy jasny stał się dla niego  
sens księgi, w jego umyśle rozbłysło światełko". Musiał to być raczej całkiem  
pokaźny żyrandol, Henoch bowiem "znał się od tej chwili na porach roku, na  
planetach i gwiazdach, które każdego miesiąca oddawały swoje usługi, a także  
potrafił nazwać każdy obieg i znał anioły, które oddawały swe usługi".  
Wspaniale! Wątek o księdze Adama przewijającej się przez pokolenia nie ogranicza  
się bynajmniej do dwóch kart w "Legendach o czasach pradawnych". W różnych  
miejscach pojawia się on niekiedy fragmentarycznie w formie kontynuacji i  
uzupełnień. Cytując, nie dodałem wprawdzie ani słowa od siebie, niemniej jednak  
starałem się nanizać te perełki na wspólną nitkę, by powstał z nich cały sznur.  
Gdzie zniknęła ta księga? Przy pomocy anioła Rafaela dostała się w ręce Noego.  
Tym razem to Rafael objaśnił Noemu, jak obchodzić się z księgą. Nadal była ona  

background image

"napisana na szafirze" i Noe praojciec ludzkości po potopie, nauczył się z niej  
rozumieć wszystkie orbity planet, a także "drogi ruchu Aldebarana, Oriona i  
Syriusza". Z księgi dowiedział się Noe "nazw poszczególnych nieb [...] i jakie  
są imiona niebiańskich sług". Nie bardzo rozumiem, dlaczego Noe interesował się  
drogami ruchu Aldebarana, Oriona i Syriusza, ani też, na co mu były "imiona  
niebiańskich sług". Po potopie - myślałem sobie zawsze - ci, którzy przeżyli,  
powinni mieć raczej zupełnie inne zmartwienia. Aha, i jeszcze coś - Noe włożył  
księgę "do złotego relikwiarza i wniósł ją na samym końcu". Do arki, oczywiście.  
"Także gdy Noe wyszedł z arki, przez wszystki dni swego żywota trzymał się  
księgi. W godzinie śmierci przekazał ją Semowi. Sem przekazał ją Abrahamowi.  
Abraham przekazał ją Izaakowi, Izaak przekazał ją Jakubowi, Jakub przekazał ją  
Lewiemu, Lewi przekazał ją Kehatowi, Kehat przekazał ją Amramowi, Amram  
przekazał ją Mojżeszowi, Mojżesz przekazał ją Jozuemu, Jozue przekazał ją  
Najstarszym, Najstarsi przekazali ją Prorokom, Prorocy przekazali ją Mędrcom i  
tak przechodziła z pokolenia na pokolenie, aż do króla Salomona. Objawiono mu  
księgę tajemnic i stał się przez to nader mądry [...] Wznosił budowle i  
szczęściło mu się we wszystkim dzięki mądrości świętej księgi [...] Chwała oku,  
które to widziało, i uchu, które to słyszało i sercu, które to pojęło i poznało  
mądrość księgi." Fantastyczną historię księgi Adama zupełnie spokojnie można by  
zakwalifikować jako "wymyśloną", gdyby nie kilka drobiazgów, które muszą  
zdumiewać. Rozumiem, dlaczego przypisuje się naszemu praojcu-Adamowi korzystanie  
z księgi, bo przecież nasz osamotniony przodek skądś musiał zaczerpnąć wiedzę.  
Wprawdzie, jeśli się dobrze zastanowić, wcale nie jest do tego konieczna  
książka, ponieważ Adam był przecież człowiekiem rozgarniętym i każdego dnia  
nabywał nowych doświadczeń, bezustannie się ucząc. Rozumiem też, że kronikarze  
zadawali sobie pytanie, gdzie też podziała się ta księga, i w ten sposób  
wymyślili historię z przekazywaniem kolejnym potomkom. Kłopot sprawia mi  
natomiast koncepcja |kamienia szafiru. Ktokolwiek wymyślił tę historię, mógł  
sobie wyobrazić jedynie księgi spisywane na papirusie, pergaminie, tabliczkach  
glinianych, drewnianych lub łupkowych, czy jeszcze ewentualnie skórze albo ryte  
w skale. W jaki jednak sposób wpadł na pomysł szafiru? Koncepcja encyklopedii na  
kamieniu szlachetnym zarówno setki, jak i tysiące lat temu musiała być czymś  
kompletnie dziwacznym. Natomiast dzisiaj już nie. W epoce komputerów leksykony  
mieszczące się w mikroprocesorze są czymś jak najbardziej możliwym. Trwają też  
prace nad pomysłem magazynowania informacji w kryształach. Adam miał też  
prowadzić z ową księgą na kamieniu szafiru "rozmowę". W jaki sposób? Co też mógł  
mieć na myśli pierwotny autor tej historii? I jak wpadł na pomysł takich  
szczegółów, jak "siedemdziesiąt dwa rodzaje nauk", jakie miały być zawarte w  
księdze, "sześćset siedemdziesiąt znaków najwyższych tajemnic" oraz "tysiąc  
pięćset kluczy"? Są to bardzo precyzyjne dane, których nie wytrząsa się, ot tak,  
z rękawa, nie mówiąc już o przypisywaniu ich aniołowi. Nie ulega wątpliwości, że  
ludzie przed tysiącami lat byli znacznie bardziej łatwowierni od nas, ale też  
znacznie głębiej wierzący. Niewykluczone, że gotowi byli brać każdą bzdurę za  
dobrą monetę, ale jednak wiara w biblijny akt Stworzenia pozostawała  
niezachwiana. Anioły uważane były za coś nadludzkiego, były w końcu mieczami i  
posłańcami Boga Przedwiecznego. Z aniołami nie było żartów, bano się ich gniewu.  
Dlaczego zatem jakiś pisarczyk miałby wpaść na pomysł włączania aniołów do  
swojej historyjki rodem z science fiction? Bezczelny i kłamliwy wymysł? Jakby  
tego było mało, zaraz po popełnieniu przez Adama grzechu angażuje się archanioła  
Rafaela, aby przyniósł Adamowi księgę. Nie przeceniam treści owej tajemniczej  

background image

księgi, ale jednak zadaję sobie pytanie, dlaczego nieznany autor przywiązuje tak  
wielką wagę do pewnych gwiezdnych konstelacji? Co Adamowi i jego potomkom po  
znajomości dróg ruchu Aldebarana, Syriusza czy Oriona? Są prostsze metody  
prowadzenia ziemskiego kalendarza. Ewa i UFO Anioł Raziel, który przekazał  
księgę zapisaną na szafirze, w dodatku "uniósł się w płomieniu w górę", a  
nastąpiło to po tym, jak "zapłonął ogień na brzegu rzeki". Wzmianki na temat  
ognia i latających wozów w czasach Adama znajdujemy także w apokryficznym "Życiu  
Adama i Ewy" (6). Zachowana wersja pochodzi wprawdzie z roku 730 po Chr., bazuje  
jednak na rękopisach o nie ustalonym wieku. "A wtedy Ewa spojrzała w niebo i  
ujrzała zbliżający się świetlisty wóz, ciągnięty przez błyszczące orły, których  
piękności nie potrafi opisać nikt zrodzony z łona kobiety." Pramatka Ewa jako  
pierwszy naoczny świadek UFO? Do pojazdu wsiadł ten sam Pan, który stworzył  
Adama i Ewę i od czasu do czasu przechadzał się po ogrodzie Eden: "I oto Pan  
Potężny wstąpił do wozu; cztery wichry go ciągnęły, cheruby kierowały wichrami,  
a poprzedzały je anioły z nieba." Do diaska! Podobno Adam poznał z księgi  
mającej formę szafiru nazwy poszczególnych niebios, jak też imiona niebiańskich  
sług. O jakich to w ogóle niebach jest mowa? Precyzują to starożydowskie Legendy  
o czasach pradawnych. Pierwsze niebo nazywa się "Wilon" - z tego nieba  
obserwowani są ludzie. Powyżej "Wilon" znajduje się "Raqi'a" - tam są gwiazdy i  
planety. Jeszcze wyżej jest "Szechaqim", a ponad nim kolejne niebiosa o nazwach  
"Zewul", "Ma'on" i "Machon". I na koniec, nad "Machon", znajduje się najwyższe  
niebo - "Arawot". Tam właśnie "przebywają serafiny, tam są też niebiańskie koła  
i cheruby. Ich ciała uczyniono z ognia i wody, a jednak pozostają całością,  
albowiem woda nie gasi ognia, a ogień nie wsysa wody. Anioły głoszą pochwałę  
Najświętszego, niech będzie błogosławione Jego imię. Lecz anioły przebywają  
daleko od chwały Pana, oddalone są od Niego o trzydzieści sześć tysięcy mil i  
nie widzą miejsca, gdzie przebywa Jego chwała". Oczywiście, słowa "mil" nie  
znajdujemy w "tekście pierwotnym" - tę miarę wprowadził tłumacz w miejsce  
jakiejś niezrozumiałej jednostki długości. Liczba "trzydzieści sześć tysięcy"  
pozostała nie zmieniona. Mimo to cała opowieść nadal jest kuriozalna, albowiem w  
odniesieniu do wszystkich tych niebios podaje się nie tylko miary długości, ale  
również odległości czasowe. Między poszczególnymi niebiosami znajdują się  
"drabiny", a między nimi rozciągają się epoki liczące "pięćset ziemskich lat  
podróży". Jeśli spojrzeć na tę informację przez nowoczesne okulary, odpowiada to  
odległości 10 lat świetlnych przy prędkości wynoszącej 2% prędkości światła.  
Wszystkie przytoczone przeze mnie powyżej przekazy figurują jako "mity i  
legendy", a te, jak wiadomo, są całkowicie niewiarygodne. Zwyczajne "głupie  
bajeczki", jak określił je pogardliwie już dwa stulecia temu teolog dr  
Eisenmenger (7 ). Typowe pójście na łatwiznę. Legenda jako nieprawdziwa opowieść  
historyczna stanowi przeciwieństwo historii. W dodatku mity i legendy całkowicie  
ignorują chronologiczny układ zdarzeń, nie troszcząc się ni w ząb o fakty  
historyczne. Legenda to "ludowy wymysł i ludowa fantazja" (8 ), a jednak stanowi  
cenne ogniwo między badaniem historii a nauką. Legenda bowiem uzupełnia  
historię, stara się uzupełnić luki i rozjaśnić mroki. Legenda nie buduje na  
niczym i nawet jeśli jej podejście oraz przedstawiane powiązania nie zgadzają  
się ze źródłami historycznymi, to jednak pozostaje ona "religijną filozofią  
historii ludu". Już grecki geograf Strabon (ok. 63-26 przed Chr.) - bądź co bądź  
autor siedemnastotomowego dzieła "Geographika" - stwierdzał sucho (9 ): "Nie po  
homerycku jest opowiadać byle co, bez małego choćby ziarenka prawdy." Po prostu  
legendy? Legenda powiększa to, co wielkie, zaczarowuje to, co zagadkowe i  

background image

przyozdabia swych bohaterów w mnóstwo elementów fantastycznych. A jednak nie  
jest tylko wymyśloną kłamliwą opowieścią. Zawsze nawiązuje do osobistości  
historycznych i prawdziwych zdarzeń. Często stara się zachować jako prawdę to,  
co niszczą historycy. Na przykład, każdy Szwajcar zna legendę o Wilhelmie Tellu  
i zestrzeleniu przez niego jabłka. Historycy pozbawili tę legendę czaru. Ale co  
to może obchodzić ludową wyobraźnię? W jakiejś formie przecież ta historia z  
jabłkiem musiała się rozegrać. Koniec, kropka! W dodatku legendy mają zasięg  
międzykontynentalny i to nie od dzisiaj. Tak było już przed tysiącami lat.  
(Wskazywałem już w innym miejscu (10 ) na zdumiewające związki między Biblią i  
mitami Indian środkowoamerykańskich.) Również w przypadku legend żydowskich  
istnieje niezaprzeczalne - i łatwe do wykazania - pokrewieństwo z przekazami  
perskimi, arabskimi, greckimi, hinduskimi, a nawet amerykańskimi. Jakkolwiek  
inne są imiona bohaterów, odmienni bogowie i zagadkowe zjawiska przyrody - jądro  
opowieści pozostaje takie samo. A może ktoś zechce zaprzeczyć, jeśli stwierdzę,  
że legenda o potopie występuje na całym świecie? W legendach wszelkie datowania  
są niezwykle zagmatwane. Nie ma żadnego znaczenia, |kiedy dane zdarzenie miało  
miejsce, najważniejsze, że się |wydarzyło. Dokładnie w tym samym stopniu dotyczy  
to wielu świętych ksiąg. Jako przykład wymienię tu biblijną wersję potopu z Noem  
i jego arką. W legendę tę trzeba było tak długo |wierzyć, aż we wzgórzu  
Kujundżyk - dawnej Niniwie - dokonano sensacyjnego odkrycia. Otóż archeologowie  
wydobyli tam na światło dzienne dwanaście glinianych tabliczek, należących  
niegdyś do biblioteki asyryjskiego króla Assurbanipala. Tabliczki te zawierały  
opowieść o Gilgameszu, królu miasta Uruk, pół-bogu i pół-człowieku, który  
wyruszył w drogę, aby odszukać swego ziemskiego praojca o imieniu Utnapisztim.  
Ku naszemu zdumieniu Utnapisztim przedstawia dokładny opis potopu, powiada, że  
|bogowie ostrzegli go przed nadciągającym potopem i polecili mu zbudowanie  
barki, na której umieścić miał kobiety i dzieci, swoich krewnych oraz  
rzemieślników różnych specjalności. Opis burzy, ciemności, podnoszących się wód  
i rozpaczy ludzi, których nie mógł wziąć ze sobą, do dziś jeszcze porywa  
barwnością narracji. Podobnie jak w relacji Noego w Biblii, czytamy tutaj  
opowieść o kruku i gołębicy, które wypuszczono z pokładu oraz o tym, jak  
wreszcie wody opadły i barka osiadła na szczycie góry. Zbieżności między relacją  
o potopie w eposie o Gilgameszu oraz tym z Biblii są niewątpliwe - zresztą żaden  
z badaczy ich nie neguje. Fascynujące w tej zbieżności jest to, że mamy do  
czynienia z innymi zwiastunami potopu i innymi |bogami. O ile biblijna relacja o  
potopie pochodzi z drugiej ręki, o tyle pierwsza osoba liczby pojedynczej w  
eposie o Gilgameszu świadczy o tym, że opowiada ten, który przeżył, czyli  
naoczny świadek wydarzeń. Kto od kogo to przejął? W latach 60-tych naszego  
stulecia światło dzienne ujrzały jeszcze starsze wersje tej samej opowieści -  
gdzie zatem leży jej źródło? Kto ma je datować? W dodatku w tym chronologicznym  
chaosie nawet niemożliwe staje się możliwe, a mianowicie to, że wariant biblijny  
może być jednak najstarszy ze wszystkich. Że co, proszę? Czyżbym przed chwilą  
nie dowiódł czegoś wprost przeciwnego? Otóż nawet jeśli niezbyt się to podoba  
teologom i pokrewnym naukowcom, to jednak muszą się oni pogodzić z myślą, że  
datowania biblijnych patriarchów aż do Noego (a nawet jeszcze dalej) to jedna  
wielka katastrofa, będąca rezultatem pobożnego życzenia, by trzymać się podanego  
w Biblii następstwa pokoleń. W każdym razie biblijne datowania nie dadzą się  
zaświadczyć historycznie. Nie mieszczą się do żadnego, choćby nawet największego  
worka. Tym samym istnieje teoretyczna przynajmniej możliwość, że biblijny  
wariant opowieści o potopie w swoim |pierwotnym jądrze jest starszy od  

background image

akadyjskiego czy sumeryjskiego, nawet, jeśli chronologicznie rzecz biorąc,  
został spisany później. Jedno tylko nie uległo zmianie - ludzka pamięć o  
prastarych wydarzeniach. Książki i podręczniki historyczne potrafią ulec  
zniszczeniu, spleśnieć i spłonąć - legenda nie. Uporczywie tkwi w świadomości  
narodów i po każdym zniszczeniu, po każdej wojnie jest na nowo spisywana.  
Legenda to niejasne wspomnienie, niepewne dziedzictwo przekazywane przez  
przeszłość przyszłości. Dlatego też pozostanę przy legendzie i spróbuję ożywić  
starego ducha nowoczesnymi środkami. Jeśli trzymać się przekazów żyjących wśród  
ludów Ziemi - a tym razem naprawdę mam na myśli dosłownie wszystkie ludy we  
wszystkich zakątkach naszego globu - to pierwszego człowieka zawsze stworzył  
jakiś Pan, Najświętszy, Najwyższy czy Pan Bóg. Umieścił on tę pierwszą istotę w  
ogrodzie Eden albo w jakimś innym cudownym zakątku. Wedle przekazów  
starożydowskich ogród taki istniał na długo przed stworzeniem świata i to  
całkowicie gotowy: "(...) wszystkie jego części i cała roślinność, a także  
sklepienie nad nim jak i ziemia pod nim - wszystko już było i dopiero w tysiąc  
trzysta sześćdziesiąt jeden lat, trzy godziny i dwa mgnienia oka później  
stworzone zostały Ziemia i Niebo." A my tu sobie łamiemy głowy, dlaczego mimo  
pilnych poszukiwań ogrodu Eden wciąż go jeszcze nie odnaleziono? (Na temat  
daremnych poszukiwań piszę w jednej z wcześniejszych książek (11 ).)  
Przypuszczalnie stacja doświadczalna z eksperymentalnymi istotami Adamem i Ewą -  
nazwijmy ją "Biosphaere One" - została po prostu zlikwidowana. O ile dotychczas  
byłem przekonany, że nasi prarodzice byli jedynymi ludźmi w owym tajemniczym  
ogrodzie Eden, o tyle żydowskie legendy powiadają co innego: "Sera, córka Asera,  
jest jedną z tych dziewięciu, którzy za życia weszli do Ogrodu Eden." A kim było  
pozostałych osiem osób? Najwyższy wbił sobie do głowy, że musi stworzyć  
człowieka. Najpierw jednak - dla czystej formalności - spytał swoje anielskie  
zastępy, co też o tym sądzą. Aniołowie byli przeciwni. "Wtedy Pan wyciągnął  
palec i spalił ich wszystkich." Ponownie Najwyższy zadał to samo pytanie innym  
aniołom - z tym samym rezultatem. Trzecia grupa aniołów odparła, że Najwyższy i  
tak zrobi, co będzie chciał, a więc niech czyni zgodnie ze swoją wolą. No i  
stworzył Pan Adama "własnymi rękami". Pierwszy model człowieka miał pod  
niektórymi względami przewyższać aniołów. Szczególnie denerwujący dla nich był  
fakt, że człowiek zyskuje władzę nad całą planetą, a do tego jeszcze może się  
rozmnażać. Aniołowie bowiem są bezpłodni i nie mogą się mnożyć. W niebie  
zagościły zazdrość i zawiść. Niebiańskie spory "Samael był największym księciem  
pośród nich w niebie, albowiem święte zwierzęta i serafiny miały jedynie po  
sześć par skrzydeł, a on miał ich dwanaście. I poszedł Samael, i sprzymierzył  
się ze wszystkimi najwyższymi zastępami przeciwko swemu Panu, i zebrał wokół  
siebie swe hufce, i opuścił się z nimi na Ziemię, i zaczął szukać sobie  
towarzysza." Takiego buntu Najwyższy nie mógł puścić płazem. Stało się to, co  
się stać musiało - Najwyższy "strącił Samaela i jego zastępy z Miejsca Świętości  
i wypchnął ich z nieba". Według żydowskiej legendy grzech w ogrodzie Eden nie  
dotyczył bynajmniej słynnego jabłka, lecz tego, że wspomniany Samael uwiódł i  
zapłodnił Ewę. Po akcie kopulacji Ewa "spojrzała w jego oblicze i spostrzegła,  
że nie jest podobne do ziemskiego, lecz do niebiańskiego". Zwariowana historia?  
Niewiarygodna w każdym calu? Po prostu wytwór ludzkiej wyobraźni? Raczej nie.  
Przepisywane przez tysiąclecia i wciąż na nowo interpretowane opowieści  
zawierają wspólne jądro, pojawiające się u niezliczonych ludów żyjących w  
wielkim oddaleniu od siebie: uwiedzenie człowieka. Cóż takiego rozegrało się  
zatem w mglistej przeszłości Ziemi? Przypomnijmy sobie: cała religia  

background image

chrześcijańska zbudowana jest na tym, że musi przyjść Jezus, aby zbawić ludzi.  
Zbawić od czego? Od grzechu pierworodnego. A ten z kolei popełniono w raju, w  
owym cudownym ogrodzie Eden. Czy to było jabłko, czy seks i czy rzeczywiście w  
raju - zasadnicze wydarzenie |gdzieś musiało się rozegrać. Uwiedzenia pramatki  
Ewy miał dokonać wąż lub jakiś odrzucony |archanioł. Nowocześni teologowie,  
którzy niespokojnie kręcą się na swoich stołkach widząc, jak rozpływają się ich  
nadzieje, głoszą ostatnio, że żadnego grzechu pierworodnego nie było. W ten  
sposób odbierają wszelką rację bytu idei odkupienia, ale to właściwie ich  
problem, a nie mój. Mamy teraz iście paradoksalną sytuację: powszechnie wierzy  
się, że |niebo jest miejscem absolutnej szczęśliwości, miejscem, do którego  
udajemy się po śmierci. Każdy marzy o tym, by dostać się do nieba, wyrwać się  
wreszcie z tego padołu łez, uwolnić od lęków, zazdrości i zawiści, od nieszczęść  
i nędzy. Niebo jest przedmiotem tęsknoty, wyśnionym celem wszelkich pragnień,  
spełnieniem nadziei. Ale stop! Coś tu nie gra. Jeszcze zanim powstał człowiek, w  
niebie były już zawiść i opozycja, kłótnie i awantury ze skutkami śmiertelnymi.  
Czyżbyśmy zatem źle zrozumieli pojęcie "niebo"? Czyżby stare teksty mówiły o  
innym niebie niż to, w którym mieszka Wszechmocny Bóg? Dylemat ten nie znika  
nawet wówczas, gdy nie damy wiary starożydowskim przekazom lub też odsuniemy je  
na bok z pobłażliwym uśmieszkiem. Czy nam się to podoba, czy nie, właśnie za  
sprawą uwodziciela Ewy pojawił się ów wszystko zmieniający grzech. Nawet jeśliby  
tego grzechu w rzeczywistości nie było, to i tak pozostanie on w wierze  
chrześcijańskiej powodem późniejszego odkupienia przez Jezusa. Czy uwodziciela  
nazwiemy "Samael", "Lucyfer" czy "diabeł", w niczym nie zmienia to samego faktu.  
Jasne? Jak wiadomo każdemu z Biblii, Bóg Wszechmogący sprowadził potop, aby  
zniszczyć rodzaj ludzki. Właściwie dlaczego? Przecież wcześniej "własnymi  
rękami" ulepił praczłowieka i - jako ponadczasowy Bóg - znał przyszłość. Z góry  
musiał więc wiedzieć, co się stanie. A może jednak nie? Oznaczałoby to, że pod  
określeniem |Najwyższy kryje się coś zupełnie innego niż to, co ja i miliony  
innych wierzących rozumieją przez słowo |Bóg. Żydowskie legendy podają, że po  
uwiedzeniu Ewy powstały jakby dwa rody: linia Kaina i linia Abla.  
Przedstawiciele linii Kaina mieli się podobno zachowywać jak zwierzęta: "Z  
odkrytym przyrodzeniem chodzili potomkowie Kaina, a kobiety i mężczyźni byli jak  
bydło. Chodzili nago po targu [...] a mężczyzna parzył się z własną matką i z  
własną siostrą, i żoną brata swego na środku ulicy." Złośliwość i perfidia tej  
linii opisane są w legendach o Sodomie i Gomorze. Mieszkańcy tych miast nie  
przestrzegali żadnych praw ani nakazów moralnych i robili to, na co akurat  
przyszła im ochota. Niech uzmysłowi to drobny przykład, też z epoki: "Mieszkańcy  
Sodomy i Gomory ustawili łóżka na ulicach. Ktokolwiek wszedł do miasta, był  
chwytany i siłą rozciągany na jednym z łóżek. Jeśli był krótszy od łóżka, to  
trzech ciągnęło go za głowę, a inni za nogi. Człowiek krzyczał, ale oni nie  
zwracali na to uwagi. Jeśli natomiast był dłuższy od łóżka, to po trzech  
mężczyzn stawało po obu stronach i rozciągało go na szerokość, aż zamęczali go  
na śmierć. Kiedy obcy krzyczał, oni powiadali: "Tak się dzieje z człowiekiem,  
który przybywa do Gomory"." Nie dość na tym. Do ogólnego upadku obyczajów i  
lubieżności przyłączyły się też "upadłe anioły", które całymi grupami przybywały  
z nieba, żeby brać sobie "ludzkie córki". Tego rodzaju aniołów nie da się raczej  
zaliczyć do kategorii niewinnych. Owoce lubieżności |tych aniołów wyrastały na  
gigantów: "Od nich wzięli się potem giganci, którzy byli potężnego wzrostu i  
którzy wyciągali ręce do grabieży, plądrowania oraz przelewu krwi. Giganci  
płodzili dzieci i mnożyli się jak płazy; każdemu rodziło się po sześcioro  

background image

potomstwa na raz." Nie było sposobu na ukrócenie tych obrzydliwości,  
najwyraźniej nie można było przeprowadzić selektywnego wyodrębnienia złych i  
dobrych. Cóż zatem innego pozostało Najwyższemu, jeśli nie potopić całe to  
nasienie i zacząć wszystko od nowa? Przy tej okazji staje się jasne, że ów  
Najwyższy nigdy nie mógł być tym Bogiem, którego czczą wyznawcy wszystkich  
religii. "Upadłe anioły" miały zatem płodzić gigantów. O gigantach rozpisywałem  
się już w wielu książkach, postaram się więc maksymalnie oszczędzić powtórzeń.  
Gwoli ścisłości powiem więc tylko tyle: "Legendy Żydów o czasach pradawnych"  
wymieniają wręcz nazwy poszczególnych plemion gigantów. Byli więc Emici, czyli  
"potworni", Refa'im ("osłabiający"), Gibborim, czyli "wielcy bohaterowie", byli  
Zamzummim ("dokonujący wyczynów"), a także Awwim, czyli "niszczyciele", oraz  
Nefilim, to jest "psujący". Niezłe towarzystwo musiało się zebrać na Ziemi. W  
apokryficznej Księdze Barucha wymienia się nawet ich liczbę (12 ): "I sprowadził  
Bóg potop na Ziemię i zniszczył wszystko życie, a także 4090000 gigantów." Jakiż  
to święty bądź nie święty duch podszepnął prorokowi Baruchowi tę liczbę?  
Oczywiście, także w odniesieniu do gigantów biblijne datowania nie zgadzają się  
ani na jotę. Na przykład, jak podaje z Księga Samuela (z Sm 21, 18-22 ), jeszcze  
długo po potopie biblijny król Dawid miał walczyć z gigantami o sześciu palcach  
u rąk i nóg. Chronologicznie nie do pomyślenia. ZOO Frankensteina Zdumiewają  
mnie |wydarzenia, a nie epoki, tych ostatnich bowiem i tak nie da się już  
rozsądnie uszeregować. "Legendy Żydów o czasach pradawnych" opowiadają o  
osobliwych mieszańcach, a więc dziwacznych istotach żywych, nie będących  
produktami żadnej ewolucji. Były podobno istoty mające "tylko jedno oko pośrodku  
czoła" inne mające "tors konia, ale za to głowę barana" i jeszcze inne o "głowie  
człowieka i ciele lwa", czy wreszcie nawet ludzie bez szyi i z oczami na plecach  
oraz - rzecz jeszcze dziwaczniejsza - "istoty o ludzkich obliczach i końskich  
nogach". Czy ta absurdalna menażeria jest tylko zwykłym idiotyzmem powstałym w  
zwariowanej wyobraźni pijanego? Być może. Niemniej jednak intrygująca jest dla  
mnie powtarzalność opisywanych spraw. O podobnych potworach informował  
mianowicie Egipcjanin Manethon. Ów Manethon był pisarzem i arcykapłanem świętych  
sanktuariów Egiptu. Grecki historyk Plutarch podaje, że był on współczesnym  
pierwszego egipskiego władcy z rodu Ptolemeuszów (304-282 przed Chr.). Manethon  
żył w Sebennytos, mieście leżącym w delcie Nilu, tam też napisał historię Egiptu  
w trzech księgach. Jako naoczny świadek przeżył upadek liczącego trzy tysiące  
lat imperium faraonów, jako uczony spisał kronikę bogów i królów swego kraju.  
Pierwopisy dzieł Manethona zaginęły, lecz inni historycy, tacy jak Juliusz  
Afrykański (zm. 240 po Chr.) czy Euzebiusz (zm. 339 po Chr.), przejęli z nich  
najistotniejsze fragmenty. Euzebiusz przeszedł do historii Kościoła jako biskup  
Cezarei i kronikarz okresu wczesnochrześcijańskiego. Otóż Manethon twierdził, że  
to |bogowie stworzyli te wszystkie istoty, hybrydy i wszelkiego rodzaju potwory.  
Euzebiusz tak o tym pisze (13 ): "[...] i spłodzili ludzi o podwójnych  
skrzydłach; do tego jeszcze innych o poczwórnych skrzydłach i dwóch twarzach i o  
jednym ciele i dwóch głowach, kobiety i mężczyzn, i o dwóch naturach, męskiej i  
żeńskiej; następnie jeszcze innych ludzi o udach kozich i z rogami na głowach; i  
jeszcze innych o nogach końskich, i innych o kształcie końskim z tyłu i  
kształcie ludzkim z przodu; spłodzili także byki o ludzkich głowach i psy o  
czterech korpusach, których ogony, podobnie jak ogony ryb, wychodziły z tylnej  
części ciała; także ludzi i wiele innych potworów [...], do tego także wszelkie  
potwory o ciałach smoków [...] i mnóstwo fantastycznych stworzeń, różnorodnie  
ukształtowanych i różniących się między sobą, których podobizny ustawiali obok  

background image

siebie i przechowywali w świątyni w Belos." Jeśli idzie o podobizny, to mają  
rację Manethon i Euzebiusz. Każde większe muzeum ma w swych zbiorach rzeźby  
przedstawiające takie starożytne mieszańce. A więc legendy żydowskie i egipskie  
wcale nie są zapełnione żałosnymi bzdurami, tylko najwyraźniej mówią o tym, co  
dawniej było rzeczywistością. Jeśli natomiast nigdy ich nie było, tych  
wszystkich potworów z gabinetu okropności doktora Frankensteina, to pozostaje  
pytanie, skąd też autorzy tych opowieśei ściągnęli swoje pomysły, na jakiej  
pożywce wyrosły ich niecodzienne kreatury, a także, skąd kamieniarze i  
sztukatorzy dawnych kultur wzięli pierwowzory? Pewnie tylko z przekazów. A te są  
niemalże drobiazgowo precyzyjne, wręcz irytująco dokładne, jak na głupie mity i  
legendy. Biblia tak mówi o budowie arki w Księdze Rodzaju (Rdz 6, 15 ): "[...]  
długość arki - trzysta łokci, pięćdziesiąt łokci - jej szerokość i wysokość jej  
- trzydzieści łokci." Żydowskie legendy podają to dokładniej: "Prawe skrzydło ma  
być długie na sto pięćdziesiąt kabin, na sto pięćdziesiąt kabin długie ma być  
lewe skrzydło; trzydzieści trzy kabiny wynosić ma szerokość z przodu,  
trzydzieści trzy kabiny ma wynosić szerokość z tyłu. Pośrodku ma być dziesięć  
pomieszczeń na zapasy żywności; tam mają być przewody do doprowadzania wody;  
będą otwierane i zamykane. Arka ma być wysoka na trzy piętra; tak samo jak  
wygląda najniższe piętro, wyglądać ma też piętro drugie i trzecie; na najniższym  
piętrze mają mieszkać bydło i dzikie zwierzęta, na środkowym gnieździć się ma  
ptactwo, najwyższe piętro przeznaczone jest dla ludzi i stworzeń pełzających."  
Światło dla arki Kiedy już arkę uszczelniono dokładnie smołą, zatykając każdą  
szczelinę, w tym przedpotopowym statku musiały w zasadzie panować najczarniejsze  
ciemności. Tak jednak nie było, bowiem: "W arce wisiała wielka perła, która  
wszystkim stworzeniom wysyłała światło promieniejące ze swojej własnej mocy." Do  
tego dwie zdumiewające uwagi na marginesie. Księga Mormona to biblia wyznawców  
Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych Dnia Ostatniego, powstałej w USA wspólnoty  
wyznaniowej. Księga ta miała zostać przekazana przez anioła założycielowi  
Kościoła Mormońskiego, prorokowi Josephowi Smithowi (1805-1844 ). Jak twierdzą  
mormoni, księga przez całe tysiąclecia ukryta była w formie metalowych tablic we  
wnętrzu pewnego wzgórza. Tylko dzięki dwóm |kamieniom tłumaczącym, które Joseph  
Smith otrzymał od anioła Moroni, mógł on przetłumaczyć starożytne znaki na  
angielski. Jest tam opowieść o Jaredach, ludzie, który w czasach budowy wieży  
Babel opuścił swoją dawną ojczyznę i na pokładzie licznych statków dotarł do  
Ameryki Południowej. Statki te były "szczelne jak naczynie, i kiedy drzwi były  
zamknięte, były szczelne jak naczynie" (14 ). A jednak nie panowały w nich  
ciemności, Pan bowiem podarował Jaredom szesnaście świecących kamieni, po dwa na  
każdy statek, i podczas trwającej trzysta czterdzieści cztery dni podróży  
kamienie te dawały jasne światło. Pierwsza klasa! Przypuszczalnie było to to  
samo tajemnicze źródło światła, co w arce Noego. Według przekazów żydowskich to  
sam Pan Bóg we własnej osobie wykonał szkic budowy arki: "I Pan narysował Noemu  
palcem rysunek i rzekł mu: "Patrz, tak a tak ma wyglądać arka"." Nie inaczej  
jest u mormonów. W I Księdze Nefiego (17, 9 ) czytamy: "Zbudujesz statek, jak ci  
to pokażę, abym mógł przeprawić lud twój przez wody." Czyżby zatem mormoni  
ściągali z jakichś legend żydowskich? A może Żydzi z sumeryjskiego eposu  
Gilgamesza czy babilońskiego Enuma Elisz? Ten ostatni tekst zawiera kolejny  
wariant mitu o potopie, z Atrahasisem jako tym, który przeżył, i czytamy w nim -  
jakże by inaczej - że bóg Enki zażądał zbudowania wodoszczelnego statku bez  
żadnych otworów. Nie brakowało w nim ani kompasu, ani źródła światła. Na  
pytanie, kto od kogo odpisywał, nie da się odpowiedzieć. W dodatku wcale nie  

background image

potrzeba plagiatu, aby otrzymać legendy i święte księgi zawierające podobne  
szczegóły. Właściwie jakim prawem wykluczamy, że źródło Księgi Mormona było  
naprawdę wygrawerowane na prastarych metalowych płytach? Nakazuje nam to tylko i  
wyłącznie nasze chrześcijańsko-żydowskie zadufanie. Z kolei to, że opowieść o  
potopie powtarza się w innych kulturach pod innymi nazwami, wcale nie dowodzi,  
że żydowscy autorzy koniecznie musieli je podkraść. W końcu było wielu potomków  
w pierwszych pokoleniach po potopie - i każdy rozpowszechniał |swoją wersję tej  
opowieści. Autorzy tych różnorodnych legend żyli na różnych kontynentach, w  
różnych krajach, kulturach i religiach. Środki masowego przekazu jeszcze nie  
istniały, podróże międzykontynentalne nie były na porządku dziennym. A mimo to  
mamy przekazy pochodzące ze wszystkich stron świata i z niezliczonych źródeł,  
relacjonujące niemalże jedno i to samo. Czyżby w umysłach wszystkich autorów  
mieszkał ten sam duszek? Czyżby wszyscy oni - prawdziwa mania! - dręczeni byli  
jedną i tą samą myślą? Nic z tego! Pewnych rzeczy nie da się wymyślić.  
Niemożliwe, aby czyjaś wyobraźnia - w dodatku tysiące lat temu! - tak jednolicie  
pracowała na całym świecie. Te wręcz zuniformizowane relacje muszą pochodzić od  
faktów, od przedhistorycznych wydarzeń. Dawniej były to relacje o tym, co ktoś  
przeżył. W toku tysiącleci relacje te wzbogacono o elementy fantastyczne i  
przypisano własnym ludowym bohaterom i prorokom. W centrum zawsze jednak  
pozostawało zasadnicze wielkie wydarzenie. Sprawa potopu Tym sposobem  
wylądowaliśmy przy drugim - po grzechu pierworodnym - dylemacie: święte księgi  
głoszą rodzajowi ludzkiemu, że to Pan Bóg wywołał potop, aby ukarać złych. Potop  
miał miejsce naprawdę, dzisiaj można już nawet dowieść tego naukowo (15 ).  
Ponadto pewien międzynarodowy zespół naukowców twierdzi, że udało mu się  
zlokalizować szczątki arki Noego na zboczach góry Al Judi. Al Judi to właśnie ta  
góra w masywie Araratu, na której według świętego Koranu osiąść miała arka.  
Kierownik ekspedycji, geofizyk David Fasold, oświadczył dziennikarzom, że za  
pomocą radaru do prześwietleń gruntu udało się uzyskać znakomite zdjęcia.  
Zdjęcia mają być podobno tak ostre, że można nawet policzyć deski między burtami  
kadłuba. Profesor Salih z Bayraktutan zaś, dyrektor Instytutu Geologicznego  
Uniwersytetu im. Atatürka, powiedział dziennikarzom londyńskiego "Observera":  
"Mamy do czynienia z tworem wykonanym ręką ludzką, który może być tylko arką  
Noego" (16 ). Czyżby zatem naprawdę Pan Bóg zlecił budowę arki? Tak czy inaczej,  
owa zagadkowa osoba dobrze wie, co robi, ponieważ Bóg zamierza uratować przed  
masami wody przynajmniej paru ludzi. Tak więc udziela wybrańcowi lub wybrańcom -  
w zależności od przekazu - odpowiednich wskazówek na temat budowy statku. Nawet  
własnoręcznie rysuje plany i8¦lub dyktuje dokładne dane konstrukcyjne. Rozdaje  
zagadkowe świecące perły czy kamienie, a nawet kompasy. Dopiero potem rozpoczyna  
się Wielkie Zniszczenie. Czemu to wszystko takie skomplikowane? Jeśli Bóg - a po  
raz drugi mam tutaj na myśli Boga obecnego we wszystkich religiach - zamierza  
zabić jakieś nieudane anioły, gigantów czy nienormalnych ludzi, to robi to za  
pomocą symbolicznego mrugnięcia powieką. Albo, jak czytamy w Koranie, świętej  
księdze muzułmanów: "I kiedy On coś postanowi, to tylko mówi: "Bądź!" - i ono  
się staje" (Sura Ii, 117 ). Nie potrzeba żadnego statku z planami i jednostkami  
miary, nie potrzeba smoły i tajemniczych żarówek. Fakt zbudowania statku dowodzi  
natomiast, że albo ktoś chciał, żeby tak właśnie było, albo nie mógł inaczej.  
Dlaczego technika, a nie cud? Prawdziwy Bóg musiał przecież wiedzieć, że wariant  
techniczny - budowa statku - w tysiące lat później zacznie tylko budzić  
wątpliwości co do jego, Boga, wszechmocy. Jako Wszechwiedzący wiedział też, że  
kiedyś na temat potopu powstanie nie wiadomo ile różnych relacji. Dlaczego zatem  

background image

budowa statku, a nie jednoznacznie boskie rozwiązanie? Cuda, jak wiadomo,  
wymykają się kalkulacji krytycznego rozumu. Cóż to zatem był za Bóg, który  
potrafił wywołać potop, a jednocześnie pomagał w budowie arki, dostarczając  
planów i miar? Proszę o wybaczenie tego, co powiem, ale jeśli |nie wywołał  
potopu, a więc w żaden sposób nie przyczynił się do utopienia ówczesnego rodzaju  
ludzkiego, jeśli potop był zjawiskiem przyrodniczym czy klęską żywiołową, to  
taki Bóg nie był tym Bogiem występującym w religiach. W tym przypadku ludzie  
przypisali Bogu wyrok, którego on wcale nie wydał. Cała wiara rozpada się w  
proch. Jeśli ktoś woli wersję o klęsce żywiołowej, musi jednak wyjaśnić,  
dlaczego relacje z potopu stanowią |międzynarodowy temat mitów, legend i  
świętych ksiąg. I jeszcze coś: potop jako zjawisko przyrodnicze czy też  
katastrofa kosmiczna (następstwo uderzenia komety albo meteorytu) nie zmienia  
faktu, że Najwyższy |wcześniej o tym wiedział. Inaczej nie mógłby ostrzec swoich  
protegowanych, nie podyktowałby danych na temat budowy arki i nie udzielił  
wskazówek, by za wszelką cenę uszczelnić wszelkie otwory statku. PoczątkującyŃ i  
zaawansowani A teraz słówko w mojej własnej sprawie. Otóż za każdym razem, gdy  
siadam do klawiatury komputera, by napisać nową książkę, dręczą mnie te same  
wątpliwości. Jak wyjaśnić Czytelnikom kierunek mojego myślenia, nie powtarzając  
w kółko tego, co mówiłem w poprzednich książkach? Nauczyciel w szkole czy  
wykładowca wyższej uczelni mają łatwiej. I jeden, i drugi wychodzi z założenia,  
że uczniowie i studenci pojęli już podstawy i można budować dalsze piętra gmachu  
wiedzy. Jeśli ktoś nie opanował abecadła, nie przechodzi do następnej klasy.  
Autor natomiast jest w opałach. Może przyjąć postawę, że czytelnicy są  
obowiązani łaskawie przeczytać jego wcześniejsze dzieła. Wtedy powtórzenia są  
niepotrzebne i denerwujące, w końcu zwracamy się do znawców przedmiotu. Przy  
takiej postawie autor odcina się od nowych czytelników. Zostawia ich przed  
progiem, zmuszając do kupienia poprzednich książek. Może to wprawdzie zwiększyć  
obroty, ale nie jest zbyt eleganckie. Jeśli jednak autor mimo wszystko zdecyduje  
się pisać tylko dla stałych czytelników, to dodatkowo "hoduje" sobie  
wyspecjalizowaną publiczność, która wkrótce zaczyna tworzyć coś w rodzaju kręgu  
"wtajemniczonych", tych, którzy wiedzą, są poinformowani - i już wkrótce  
outsiderzy nie mają szans nadążyć za omawianym materiałem. Ja przecinam ten  
iście gordyjski węzeł, wprowadzając powtórzenia wszędzie tam, gdzie są niezbędne  
dla nowego czytelnika, aby nie był zawieszony w próżni, przy czym - i jest to  
ukłon w stronę stałych czytelników - powtórzenia te nie są powtórzeniami  
mechanicznymi. Do każdej pojedynczej sprawy pojawiają się ciągle nowe  
uzupełnienia. Badania nie stoją w miejscu, ja sam też wiem dzisiaj na temat  
legendy o Adamie czy o proroku Henochu sprzed potopu więcej niż siedem lat temu.  
Pracowici bibliotekarze taszczą do mojego gabinetu coraz to nowe książki,  
życzliwi czytelnicy zwracają moją uwagę na dodatkowe źródła, naukowcy z różnych  
obozów dostarczają najświeższych informacji. Nie pozostaje mi więc nic innego,  
jak tylko tu czy tam odgrzać i uzupełnić coś od dawna znanego. Stały czytelnik  
może przerzucić kilka kartek, darować sobie wykład - "początkujący" zaś będzie  
za takie powtórzenie wdzięczny, nawet jeśli z konieczności jest ono tylko  
skrótowe. To, że jestem zwolennikiem teorii, iż przed wieloma tysiącami lat  
naszą staruszkę Ziemię odwiedziły istoty pozaziemskie, mogę uznać za rzecz  
powszechnie wiadomą. Napisałem na ten temat dwadzieścia książek i nakręciłem z 5  
odcinków filmu telewizyjnego (17 ). Również na temat motywów oraz technicznych  
zagadnień tej wizyty wypowiadałem się już szczegółowo. Nie ma potrzeby tego  
tutaj powtarzać, tak jak i niezliczonych poszlak archeologicznych, odnalezionych  

background image

w różnych miejscach naszego globu. Tym razem chodzi mi o filozofię paleo-SETI  
(paleo, od gr. palaios - "stary, dawny"; SETI od Search for Extraterrestrial  
Intelligence, czyli "poszukiwanie pozaziemskich istot rozumnych"), a więc o  
konstrukcję myślową rozjaśniającą to co sensowne i bezsensowne w dotychczasowych  
poglądach religijnych, torującą drogę nowemu sposobowi myślenia. Nie chodzi tu w  
żadnym wypadku o jakąś nową religię czy - jak złośliwie zauważają krytycy -  
"namiastkę religii". Religie wymagają wiary - tu w nic nie trzeba wierzyć.  
Religie składają obietnice dotyczące nawet okresu po śmierci - ja nie obiecuję  
niczego. Religie budują kościoły i świątynie, w których czci się ich Boga, ich  
apostołów, świętych i proroków. W filozofii paleo-SETI nie ma ani świątyń, ani  
czczenia bogów. Ponadto religie wymagają przestrzegania określonych norm  
etycznych - ja i moi zwolennicy niczego takiego nie narzucamy. I wreszcie -  
religie inkasują należne datki. Czy Państwo, drodzy Czytelnicy, czujecie się  
wykorzystani finansowo, ponieważ zakupiliście lub wypożyczyliście tę książkę?  
Inny sposób myślenia Kiedy gigantyczny macierzysty statek obcych istot zawitał  
do naszego Układu Słonecznego, przybysze dawno już wiedzieli wszystko o trzeciej  
planecie. Tylko na tej Błękitnej Planecie istniały wszystkie warunki niezbędne  
do powstania życia. Przybysze odkryli mnóstwo różnych gatunków istot żywych,  
między innymi naszych prymitywnych praprzodków. Mimo braku rozumu byli oni  
najwyżej rozwiniętym gatunkiem na Ziemi. Przybysze schwytali jeden egzemplarz i  
dokonali w nim zmian genetycznych - z dzisiejszego punktu widzenia nie jest to  
już żaden poważny problem. W którymś momencie pozaziemscy przybysze uznali, że  
ich eksperyment z Homo sapiens powiódł się i w zasadzie można już pozostawić  
Ziemię we władaniu człowieka. W końcu był mądrzejszy od wszystkiego, co po niej  
pełzało i latało, ponadto dysponował idealnymi narzędziami do chwytania  
wszystkiego, co chciał: rękami. Aby umożliwić tej istocie rozprzestrzenienie  
się, konieczny był egzemplarz żeński - Ewa, czy jak tam nazywała się nasza  
pramatka. Pierwsi rozumni ludzie nie znali języka - bo i skąd? Ich bezpośredni  
przodkowie wywodzili się spośród małp - porykiwali tylko i pomrukiwali. Tak więc  
przybysze zdecydowali się na przeprowadzenie programu szkoleniowego. Umieszczono  
pierwszą parę w odosobnionym ogrodzie - Biosphaere One - i wyuczono pierwszego  
języka, tak jak to czytamy w Księdze Rodzaju (Rdz 11, 1 ): "Mieszkańcy całej  
Ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa". Nareszcie Adam mógł nadać  
wszystkiemu właściwą nazwę! Kurs zawierał też zapewne przykazania moralne i  
wskazówki dotyczące uprawy roli i rzemiosła. Inna grupa przybyszów z Kosmosu  
eksperymentowała z istniejącymi na Ziemi zwierzętami. Dlaczego mieliby to robić?  
Załoga gigantycznego statku kosmicznego, tzw. habitatu, z pewnością zna jeszcze  
inne układy słoneczne i planety poza naszym. Znany musi być jej w końcu  
przynajmniej |jej macierzysty układ planetarny. Wiele z tych innych planet może  
być mniejszych lub większych od naszej Ziemi, mogą być bardziej lub mniej niż  
ona oddalone od swego słońca. Mogą być one gorętsze lub zimniejsze, bardziej  
suche lub bardziej wilgotne, także ich ciążenie może być słabsze lub silniejsze  
od ziemskiego. Jak wiadomo, na Ziemi roi się od form życia przystosowanych do  
najbardziej nieprawdopodobnych warunków klimatycznych. Niedźwiedź polarny śpi  
wśród lodów, czego nie polecałbym lwu; kangur porusza się ogromnymi skokami,  
podczas kiedy żółw posuwa się bardzo wolno; pewne gatunki węży przystosowały się  
do warunków tropikalnych i giną w chłodzie. Cóż zatem bardziej oczywistego niż  
eksperymentowanie z zastanym na Ziemi materiałem genetycznym? Chciano się  
dowiedzieć, jakie zwierzę do jakich warunków dopasuje się najłatwiej, jakie  
najbardziej nadaje się do wykorzystania, ale też, który gatunek okaże się  

background image

najodporniejszy. Absurd? Przecież my robiliśmy i robimy to samo. Tyle, że nie na  
drodze manipulacji genetycznej - na nią dopiero wstępujemy - lecz hodowli.  
Wyhodowaliśmy nowe odmiany krów, które dzisiaj pasą się w tropikalnym klimacie  
Kenii; stworzyliśmy mieszane rasy krów, odporniejsze i dające więcej mleka;  
skrzyżowaliśmy kozy i owce (tzw. kozoowca); wyhodowaliśmy i krzyżowaliśmy żyto,  
rzepak i inne zboża, aby przystosować je do nowego środowiska, a dziś właśnie  
przystępujemy do wytwarzania na drodze manipulacji genetycznej nowych rodzajów  
warzyw. Nawet w niebie nie mają pojęcia, co jeszcze w tej dziedzinie może  
przyjść do głowy naszym uczonym i czy aby nie będzie tak, że nagle stworzymy na  
drodze genetycznej człowieka, który zacznie dożywać wieku dwustu czterdziestu  
lat. Tak właśnie doszło do powstania potworów i hybryd, których wcześniej nie  
widziano na naszej planecie. Ludzie rozprawiali w podnieceniu, podziwiali i bali  
się |boskich istot. A kiedy te przerażające kreatury wymarły lub zginęły w  
wyniku potopu, z miejsca powędrowały do zbiorowej pamięci ludów. Awansowały do  
postaci z mitów i legend opowiadających o tych odległych czasach, kiedy to  
|bogowie stwarzali różne hybrydy. Oczywiście, nie zapominam przy tym bynajmniej  
o możliwościach ludzkiej wyobraźni. Grecki poeta Homer (ok. 800 przed Chr.)  
opisał w przygodach Odyseusza syreny, których śpiew był tak zachwycający, że  
oszałamiał żeglarzy sprawiając, iż zapominali o celu swej podróży. Chociaż Homer  
nigdzie nie sprecyzował wyglądu tych istot, fantazja późniejszych autorów  
uczyniła z nich uskrzydlone kobiety na ptasich nogach. Inny Grek, Hezjod (ok.  
700 przed Chr.), wymyślił potworną Meduzę, na której głowie zamiast włosów wiły  
się węże i której spojrzenie było tak przerażające, że zamieniało ludzi w  
kamień. Hezjod na pewno sam nigdy Meduzy nie widział. Wszyscy znamy mity o  
skrzydlatym koniu Pegazie albo o Feniksie, który bezustannie odradza się z  
popiołów. Wszystko to, a nawet jeszcze więcej, powstało w ludzkiej wyobraźni,  
bez której nie obejdzie się żadna baśń. Lecz takie fantastyczne wizje nie biorą  
się z niczego, muszą mieć jakieś punkty zaczepienia, dzięki którym wszystkie te  
niezwykłości wnikają do świata ludzkich wyobrażeń. Nawet jeśli nasz rozum  
(jeszcze) się wzdraga przed braniem pod uwagę istniejącego przed tysiącami lat  
ogrodu zoologicznego pełnego potworów, to opór ten w niczym nie zmieni  
niepodważalnych faktów: `ts 1. Starożytni pisarze i historycy opisywali takie  
właśnie istoty, twierdząc ponadto, że zostały stworzone przez bogów. 2.  
Kamieniarze i sztukatorzy sprzed tysięcy lat uwiecznili te hybrydy w swoich  
dziełach. `tn Lubieżni aniołowie Tymczasem na macierzystym statku kosmicznym  
wybuchł bunt. Część wyższych oficerów chciała czegoś zupełnie innego niż  
dowódca, |Najwyższy. Czy przywódca buntowników nazywał się Samael, Lucyfer czy  
jeszcze jakoś inaczej, jest bez znaczenia. W legendzie określa się go mianem  
"największego księcia pośród innych", w telewizyjnej balladzie science fiction  
zatytułowanej "Star Trek" mówi się o nim bodaj pierwszy oficer. Tak czy inaczej,  
wydaje się, iż Samael alias pan Xy dysponował większą władzą niż pozostali  
członkowie załogi, albowiem jako jedyny miał "dwanaście par skrzydeł". Ów Samael  
ze swoimi rebeliantami przegrał walkę na pokładzie i został wyrzucony z nieba.  
Przynajmniej na początku cała grupa nie bardzo się tym przejęła. Przypuszczalnie  
wydawało im się, że dzięki swej wiedzy technicznej wkrótce zyskają przewagę.  
Ledwie drużyna wypędzonych znalazła się na Ziemi, od razu nabrała ochoty na  
seks. W legendarnej wersji przywódca Samael niezwłocznie uwiódł Ewę: "Spojrzała  
w jego oblicze i spostrzegła, że nie jest podobne do ziemskiego, lecz do  
niebiańskiego". Inni członkowie załogi brali sobie w zależności od gustu piękne  
dziewczęta lub pięknych młodzieńców. Jeśli wyznawcy chrześcijaństwa wszelkich  

background image

odmian wierzą w Biblię, to nie mogli nie zauważyć następujących zdań z Księgi  
Rodzaju (Rdz 6, 1-2 ): "A kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na ziemi, rodziły im  
się córki. Synowie Boga widząc, że córki człowiecze są piękne, brali je sobie za  
żony, wszystkie, jakie im się tylko podobały." Spór uczonych, jaki od  
niepamiętnych czasów toczy się wokół określenia "Synowie Boga" i który  
zaowocował tysiącami stron sprzecznych ze sobą komentarzy, wywołuje na ustach  
kogoś znającego się na rzeczy pobłażliwy uśmieszek. Raz "Synowie Boga" tłumaczy  
się jako "giganci", raz "Dzieci Boga", innym znów razem jako "upadłe anioły" lub  
"zbuntowane istoty duchowe". Zwariować można! Jedno małe hebrajskie słówko  
przewraca całą wiarę do góry nogami! A przecież każdy specjalista, który  
studiował hebrajski i zna te znaki oraz ich znaczenie, wie doskonale, co one  
mówią: "Ci, którzy zeszli na ziemię, byli podobni do ludzi i o wiele od nich  
więksi." Tyle tylko, że nie wolno mówić, co się myśli. A ja mówię. Bez żadnych  
ale. Stare jak świat zastrzeżenie, że istoty pozaziemskie nie mogłyby się parzyć  
z ziemskimi, dawno już przestało obowiązywać. Powtarzanie tego jest zbędne. ("I  
bogowie stworzyli ludzi na swoje własne podobieństwo...") W tym  
przedhistorycznym dramacie Najwyższy, czyli dowódca statku kosmicznego, miał  
najwidoczniej lepsze karty niż zbuntowana załoga. Z zatroskaniem przyglądał się  
temu, co działo się na Ziemi. Wskutek skrzyżowania się kosmitów z ziemianami  
powstały istoty całkowicie odbiegające od planowanej linii rozwoju Homo sapiens.  
To właśnie był ów |grzech pierworodny mitologii. Ludzie odziedziczyli  
nieodpowiedni materiał genetyczny, więc Pan "żałował, że stworzył ludzi na  
ziemi, i zasmucił się", jak powiada Księga Rodzaju (Rdz 6, 6 ). W jakiś sposób  
musiał teraz przerwać eksperyment ze stworzeniem człowieka i zacząć wszystko od  
początku. Ale jak to zrobić? Przypuszczalnie zbuntowane anioły dysponowały  
niezłą bronią, mogły się ukryć w jaskiniach lub zabarykadować w budynkach. Nie  
sposób było tropić |złych pojedynczo. To, czy potop został wywołany umyślnie,  
czy też spowodował go upadek na Ziemię wielkiego meteorytu, nie wynika z legend  
i tekstów religijnych. Sztuczny potop jest wykonalny - już dziś moglibyśmy go  
wywołać - meteoryty zaś co chwila uderzają w nasz glob. W każdym razie  
|Najwyższy musiał znać dokładny moment wystąpienia potopu. Wyłącznie dlatego  
mógł w porę ostrzec wybraną grupę |dobrych i doradzić im przy budowie arki. Taki  
sposób patrzenia, który ustawia prastare legendy i religie we współczesnym  
świetle, wynika z ducha czasu. Reprezentuję tę linię |publicznie od roku 1964.  
Wtedy to właśnie kanadyjskie czasopismo "Der Nordwesten" jako pierwsze wykazało  
się odwagą i opublikowało całostronicowy artykuł mojego pióra (19 ). Dopiero  
później przyszły książki, w których mogłem omówić wiele szczegółowych kwestii.  
Oczywiście, cały ten gmach myślowy pozostaje na razie teorią, jakkolwiek w wielu  
dziedzinach dawno już wyszedł poza stadium teoretyczne. Filozofia paleo-SETI to  
koncepcja, która rozsądnie tłumaczy wiele dotychczas zupełnie nie wyjaśnionych  
aspektów przekazów religijnych. W każdym razie, takie nowoczesne spojrzenie ma  
większy sens od teologicznych wygibasów, które od tysięcy lat nie posunęły nas  
ani o krok do przodu i przeżyły tylko dzięki przymusowi dawania im wiary.  
Osiemdziesiąt pięć lat temu profesor teologii Karl Girgensohn napisał (20 ):  
"Żyjemy w czasach, kiedy postęp dokonuje się w takim tempie, jak nigdy dotąd w  
dziejach. Co w danym momencie wydawać się może większości ludzi rzeczą nie do  
pomyślenia, być może dawno już zostało pomyślane i dowiedzione w zaciszu  
gabinetu czy laboratorium. Po kilku tygodniach wiedzą już o tym wszyscy uczeni z  
danej dziedziny, po kilku latach staje się to dobrem wspólnym wszystkich ludzi  
wykształconych. Nigdy odwieczny spór między ojcami a synami nie był tak  

background image

gwałtowny, jak za naszych dni." Nauka i teologia Powyższe zdania sformułowane  
zostały w roku 1910. Profesor Girgensohn w najlepszym razie przeżył zaledwie  
świt utopii. My natomiast tkwimy już w samym środku utopijnej rzeczywistości. Ze  
swej strony w ogóle czarno widzę, jeśli idzie o teologię w dotychczasowym  
sensie. Teologowie mogą wierzyć w objawienia, lecz nigdy nie uda im się uczynić  
racjonalnym czegoś, co racjonalne nie jest. Nie oznacza to, że neguję naukowość  
teologii systematycznej. Dokonuje ona konfrontacji tekstów z faktami  
historycznymi, publikuje nowe rękopisy albo stara się zbadać wiarygodność  
różnych wersji w drodze analizy porównawczej. Przykład: Kiedy i którzy prorocy  
wypowiadali się na temat osoby Mesjasza? Które z tych wypowiedzi są  
niedwuznaczne, które mają mniejsze znaczenie, które słowa są natury ogólnej, z  
jaką inną wypowiedzią pokrywają się słowa proroka Xy? Gdyby teologowie używali  
nazwy "naukowy" tylko do tego rodzaju działalności, nikt nie mógłby mieć  
najmniejszych zastrzeżeń - abstrahując od samego pojęcia teologii. W końca  
zawiera ona bowiem słowo theos (=Bóg) i logos (=słowo), czyli oznacza słowo  
boże. A tak się składa, że |tym właśnie teologia się |nie zajmuje. Wprawdzie  
wszyscy teologowie są głęboko przekonani, iż zajmują się |słowem bożym - inaczej  
przecież nie wybraliby tej właśnie dziedziny - lecz właśnie już |samo to  
przekonanie jest |wiarą. Człowiek taki |wierzy, iż święte i mniej święte pisma  
wyszły z ust Boga, że to on je podyktował lub też objawił wybranym ludziom. Co  
zostanie z tych tekstów, jeśli odpadnie wiara? Właśnie teksty. Utracą jedynie  
swoją świętość. Mogą pozostać dostojne, ponieważ są stare, można traktować je z  
szacunkiem, ponieważ przedstawiają wydarzenia z nieuchwytnych w aspekcie  
historycznym czasów, natomiast analizować je należy metodami naukowymi, gdyż  
zawierają nader interesujący materiał. Kiedy odpada wiara w świętość tych  
tekstów, można zacząć rzeczową dyskusję. To właśnie przeświadczenie o świętości  
owych tekstów blokuje analizę zgodną z duchem naszych czasów. Z drugiej strony  
filozofia paleo-SETI również jest kwestią poglądów, a więc, pewnym przekonaniem,  
które można wprawdzie doskonale podbudować, lecz którego nie sposób udowodnić.  
Czy z teologią jest inaczej? Gdzie są |ścisłe dowody |naukowe reprezentowanych w  
niej poglądów? Jak wiadomo, nie ma rzeczy bardziej subiektywnej od gustu,  
dlatego nie należy o nim dyskutować. Mimo to dyskutuje się, ponieważ wymiana  
pokoleń połączona z duchem czasu wprawia ludzi w wewnętrzny niepokój. Jedni  
pragną warownego grodu wiary, inni zaś oświecenia. Słowo "nauka" pochodzi od  
"uczyć". W aspekcie nauk ścisłych dokonania teologii są bezużyteczne. Pełno w  
nich sprzeczności i zawsze pozostają kwestią wiary i emocji danej szkoły.  
Podobnie filozofia paleo-SETI. Z tą tylko różnicą, że ta ostatnia reprezentuje  
jasną linię, która niezrozumiałe czyni zrozumiałym i wychodzi naprzeciw  
rozumowi. Filozofia paleo-SETI wprowadza sens do przedwczorajszego bezsensu.  
Paru okultystów mogłoby już właściwie zgasić swoje lampy, członkowie tajnych  
bractw zaś powinni zdjąć maskujące stroje. Coraz trudniej będzie namówić kogoś  
na doskonale sprzedający się przez tysiące lat towar zwany |wiarą. Dopiero  
dzięki współczesnej wiedzy możliwe staje się zrozumiałe zinterpretowanie  
przeszłości. Jak wiadomo, jabłka spadają z jabłoni dopiero wtedy, gdy dojrzeją.  
Tak więc mój pradziadek nawet |nie mógłby wpaść na koncepcje, które ja dzisiaj  
prezentuję. Podróże kosmiczne dla niego nie istniały, o genach i manipulacji  
nimi nie miał pojęcia, anioły zaś były dla niego niepodważalnie wysłannikami  
Boga. Hologram musiałby uznać za wizję, telewizor zaś za mówiące szkło. Chwała  
niech będzie Kamieniowi Świętego Berlitza! Mgła tajemniczości podnosi się nie  
dlatego, że kończy się tysiąclecie, lecz dlatego, że nauka i technika otwarły  

background image

podwoje. Gdyby ludzie dyskutowali o możliwości podróży kosmicznych dopiero w  
roku 2100, dopiero wtedy wynaleźli komputer i dopiero wtedy rozszyfrowali kod  
genetyczny, to pytania, które zadajemy dzisiaj, też moglibyśmy postawić dopiero  
wówczas. Załóżmy, że mojemu pradziadkowi udałoby się 200 lat temu wykopać  
wspaniałe znalezisko. W odosobnionej jaskini odnalazł pokryte pismem tabliczki,  
a uczonym udało się odcyfrować znaki. Na światło dzienne wychodzą teksty  
informujące o podróży z jakiegoś dalekiego świata na Ziemię. Byłoby w nich  
napisane, że przybysze zostali przyjęci przez mieszkańców naszej planety nader  
nieuprzejmie i niegościnnie. Co począłby mój dziadek, co 200 lat temu poczęliby  
z takimi pismami uczeni? Uznano by, że nieznani autorzy wykazali się  
"zdumiewającą wyobraźnią", mówiono by o alegoriach (przypowieściach).  
Przypuszczano by, że chodzi o dobrą radę: bądźcie uprzejmi dla obcych, nawet  
jeśli nie wiecie, skąd przybywają. Uczeni sprzed 200 lat uznaliby te pisma za  
epos, tylko jedno nie mogłoby przyjść im do głowy, zważywszy właściwy dla nich  
horyzont czasowy: nie potrafiliby dostrzec faktu przyszłych podróży kosmicznych.  
Dwieście lat temu rozsądni ludzie nie mogli poważnie dyskutować na taki temat.  
Nie chodzi tu o umysłową ciasnotę inaczej myślących - chociaż i tacy też  
mieszkają w swoich wieżach z kości słoniowej. Chodzi o zgodne z epoką spojrzenie  
na pradawne zagadnienia ludzkości. W dodatku dzisiaj powinno ono być o wiele  
łatwiejsze niż w czasach mojego pradziadka. Nie ma już instytucji klątwy,  
zniesiono polowanie na czarownice, a nowoczesne środki przekazu umożliwiają  
szybkie rozpowszechnianie nowych teorii. Ja nawet rozumiem tych żołnierzy starej  
gwardii, którzy z uporem starają się stłumić napływ nowej myśli. Mogą oni  
spowodować pewne opóźnienie, jak to się dzieje z każdą teorią, lecz nie ma  
takiej siły, która potrafiłaby powstrzymać odkrywanie przyszłości. Co w jednym  
kraju jest zabronione przez religię czy ideologię, tym bardziej niepohamowanie  
rozwija się w innym. Moi krytycy bezustannie zadają mi pytanie, skąd też czerpię  
tę moją pewność, że jestem na właściwej drodze? Moja koncepcja jest przecież  
zwykłą idee fixe, której nijak nie da się udowodnić. Poza tym zarzucają mi, że  
działam bardzo selektywnie, sięgając tylko po te fragmenty starożytnych  
przekazów, które popierają moje teorie, a całą resztę pozostawiam na boku.  
Właściwy wybór Ciekawe, dlaczego właśnie mnie czyni się zarzut z tego, co ze  
względu na bogactwo materiału musi robić każdy na świecie? Każda książka, którą  
czytam, to wybór tego, czym autor chce podbudować swoją argumentację.  
Stwierdzenie, jakoby w literaturze naukowej działo się inaczej, jest raczej  
piękną bajeczką, w którą uwierzyć mogą co najwyżej świeżo upieczeni studenci. W  
ciągu ostatnich trzech lat skonsumowałem około trzystu dzieł teologicznych - i  
na koniec za każdym razem autorowi wychodziło dokładnie to, co chciał udowodnić.  
Niezliczone odwołania do innych publikacji, zwłaszcza w pracach doktorskich,  
służą wręcz za przykłady mające udowodnić, że oponent myli się w tym czy innym  
punkcie. Zalew literatury specjalistycznej we wszystkich dziedzinach jest tak  
niesłychany, że nie ma na świecie autora, który by to ogarniał. I nikt nie jest  
w stanie przetrawić dzieł wszystkich swoich poprzedników, czy też włączyć ich w  
swoją własną pracę. |Trzeba dokonywać wyborów, niepotrzebny balast za milczącym  
przyzwoleniem wylatuje za burtę. W końcu fachowiec zna przecież zdania  
przeciwne, literaturę oponentów - laika zaś nie będzie się tym obciążać. Wydawcę  
i księgarza tym bardziej. Kryterium oceny wobec tej wymuszonej selektywności  
powinna być uczciwa deklaracja, czego autor chce, do czego zmierza i dlaczego  
pomija wszystko inne. Teksty religijne przesiąknięte są etyką i moralnością -  
ten aspekt zupełnie mnie tu nie interesuje. Dlatego darowuję sobie setki stron  

background image

wypowiedzi proroków pełnych ostrzeżeń, gróźb, przepowiedni i nakazów. Nie jest  
moim zadaniem objaśniać Czytelnikowi, dlaczego nie należy jeść wieprzowiny albo  
w jakich okolicznościach można wypędzić od siebie żonę. Tym bardziej że każdy  
specjalista wie, iż teksty zawierające słowa proroków w bardzo wielu przypadkach  
nie są oryginałami. Późniejsze pokolenia uzupełniały, dodawały i dośpiewywały,  
zgrabnie wplatając nowe elementy do starych tekstów. A więc kryterium numer  
jeden odpada. Drugi pobieżny wybór dotyczy religijnych datowań. Cóż nam po  
zdaniach w rodzaju "Terah spłodził Abrahama, Abraham spłodził Izaaka", skoro  
przypuszczalnie sam Abraham nigdy nie istniał? Że co, proszę? Przecież są teksty  
o Abrahamie, napisano o nim mnóstwo opowieści, a przeżycia zawarte w Apokalipsie  
Abrahama pełne są wręcz bardzo szczegółowych danych. To prawda. Są takie teksty  
i nawet stanowią bardzo cenny materiał w mojej pracy. Ale jednak nie sposób  
dowieść, że mamy do czynienia z oryginalnymi zapiskami dokonanymi ręką samego  
Abrahama czy też kogoś z jego najbliższego otoczenia. W Kronikach Jerahmeela,  
które bazują na jeszcze starszych źródłach, znajduje się stwierdzenie, że  
Abraham był największym magiem i astrologiem, który swą wiedzę przejął  
bezpośrednio od |aniołów. Nam, chrześcijanom, wbito do głów, że Abraham jest  
praojcem ludzkości, a tak naprawdę specjaliści nie są nawet pewni, czy on  
kiedykolwiek istniał i co znaczy jego imię. Franz M. Böhl, profesor uniwersytetu  
w Lejdzie, skonstatował (22 ): "Imię Ab-ram, które nie występuje nigdzie poza  
rozdziałami od 11, 26 do 17, 5 Księgi Rodzaju, znaczy tyle co "czcigodny ojciec"  
lub "ojciec jest czcigodny". Zatem można uznać, że określenie patriarcha jest  
tłumaczeniem tego właśnie imienia [...] najprawdopodobniej w przypadku imienia  
Abr-aham mamy do czynienia z wariantem dialektalnym (rozciągnięciem) częściej  
występującej formy Ab-ram." Stwierdzenie to pochodzi z roku 1930, lecz późniejsi  
uczeni doszli do podobnego wniosku. Już pięć lat po profesorze Böhlu "Journal of  
Biblical Literature" stwierdził lapidarnie (23 ): "Pierwotnie imię Abraham nie  
było imieniem osoby, lecz bóstwa." Od tego czasu minęło 60 lat badań nad  
Abrahamem, lecz nie przyniosły one żadnego wyjaśnienia. W jednej z publikacji  
uniwersytetu w Yale znalazłem znamienne zdanie (24 ): `nv "Prawdopodobnie nigdy  
nie zdołamy dowieść, że Abraham istniał naprawdę." Jak zatem w obliczu tego  
teologicznego chaosu mam brać pod uwagę |datowania słów tego czy innego proroka?  
Zwłaszcza że te same komedie są i z innymi prorokami. Ezechiel, jeden z  
koronnych świadków dla filozofii paleo-SETI (25 ), przeszedł w ciągu stuleci  
niesłychaną metamorfozę. W pewnej opublikowanej w roku 1981 pracy wymieniono ni  
mniej, ni więcej, tylko 270 tytułów rozpraw na temat tego proroka (26 ).  
Dokładnie dwieście siedemdziesiąt dwie uczone głowy poświęciły całe lata swego  
życia na studiowanie sprawy Ezechiela. Postać tego proroka podlegała  
zdumiewającym przemianom. Pierwotne jego słowa były niepodważalne, później stał  
się "wizjonerem", wreszcie "marzycielem" i "fantastą", a w najnowszych czasach  
zrobiono z niego wręcz "kataleptyka" (czyli schizofrenika cierpiącego na nagłe  
sztywnienie mięśni). Również teksty Ezechiela poddawano teologicznej sekcji  
zwłok. Semantycy stwierdzili, że styl i dobór słów wskazują na więcej niż  
jednego autora. Biednego proroka ogłoszono "Pseudoezechielem", którego księga  
została skompilowana dopiero około roku 200 po Chr. z wielu różnych tekstów (27  
). Jeszcze sto lat temu profesor teologii, Rudolf Smend, pisał (28 ): "To, że  
opis ów opiera się na wizjonerskim przeżyciu, oraz że wizyjność nie jest w  
żadnym razie li tylko formą przedstawienia na piśmie, nie może ulegać  
wątpliwości." A dziś? Obecnie przeważająca większość teologów jest zdania, że  
Księga Ezechiela jest dziełem wielu redaktorów i zawiera teksty samego proroka  

background image

przemieszane z różnymi dodatkami z dawnych epok. Kto może mi serio czynić  
zarzut, że z tej barwnej sałatki wybieram tylko co świeższe listki? Zwłaszcza że  
zawiera ona dodatki, które czynią ją niemalże niestrawną. W świętych księgach  
pojawiają się na przykład imiona i datowania, które pasują do tej sałatki jak  
siekane podeszwy, co widać choćby na przykładzie Księgi Rodzaju (13, 15 i 16 ),  
gdzie czytamy: "I wtedy to Pan rzekł do Abrama: "Wiedz o tym dobrze, iż twoi  
potomkowie będą przebywać jako przybysze w kraju, który nie będzie ich krajem i  
|przez czterysta (podkr. moje, E.U.D.) lat będą tam ciemiężeni jako niewolnicy  
[...] Twoi potomkowie powrócą tu dopiero w czwartym pokoleniu [podkr. moje,  
E.U.D.)".". Brytyjska pani archeolog, Kathleen M. Kenyon, skomentowała to  
zjadliwie (29 ): "Chronologia przeczy samej sobie. Przyjąć za okres pobytu  
odcinek czasu obejmujący 400 lat i jednocześnie stwierdzić, że już czwarte  
pokolenie od chwili wejścia do Egiptu weźmie udział w exodusie, to dwa  
stwierdzenia w tak oczywisty sposób nie dające się ze sobą pogodzić, że  
znaczenie, jakie z nich wynika, trzeba zakwalifikować jako ahistoryczne."  
Poglądy teologiczne są nie tylko nieprzejrzyste, ale w dodatku zmieniają się z  
profesora na profesora i z dekady na dekadę. Co pozostaje? Zagadkowe relacje.  
Ten rodzaj opowieści, gdzie autor pisze w pierwszej osobie, relacjonując własne  
przeżycia. Podobnie jak w mitach i legendach, także w religijnej spuściźnie  
literackiej jądro przekazu zostaje zachowane. To właśnie ten element  
tajemniczości, w którym nawet późniejsi redaktorzy niewiele mogą zmienić. A  
dlaczego? Z jednej strony dlatego, że sami go nie rozumieją. Słowa proroków  
miały w sobie pewne misterium i trzeba to było przekazać w niezmienionej formie  
następnym pokoleniom. Z drugiej zaś strony dlatego, że nie mieli odwagi wkładać  
w usta czcigodnego proroka swoich własnych myśli. Musieliby wówczas kłamać w  
pierwszej osobie. Tylko z tych zamierzchłych, niepojętych czasów pochodzą opisy  
zawierające stwierdzenia: "I widziałem...", "Słyszałem...", "Najwyższy  
powiedział do mnie..." Późniejsi redaktorzy ograniczali się jedynie do dodawania  
i przemodelowywania, starając się uczynić zrozumiałym to, co niezrozumiałe. A  
ponieważ sami tego czegoś nie rozumieli, chaos mamy dziś absolutny. O, gdybyż  
tak ograniczyli się do tępego przepisywania starożytnych tekstów, bez żadnych  
zmian i dodatków! Ale myślący człowiek tego nie potrafi. My dzisiaj również nie  
potrafimy. Już pokazał się Nowy Testament w formie komiksu oraz w jeszcze  
innych, straszniejszych wariantach. Rzekomo po to, by dostosować Pismo Święte do  
"wymogów epoki" i uczynić przystępniejszym dla młodzieży. Ale, jak powiedział  
Mahatma Ghandi (1869-1948 ): "Nieczystymi środkami można osiągnąć tylko  
nieczyste rezultaty." SelekcjonowaćŃ - ale właściwie! Sito mojej selekcji  
pozwala pominąć wszystko, co dla współczesności jest zupełnie niezrozumiałe. Nie  
oznacza to bynajmniej, że za dwadzieścia lat nie trzeba będzie wziąć tego pod  
inną lupę. Jeśli zaś ktoś zechce tu argumentować, że takie postępowanie jest  
"nienaukowe" i że tak się nie robi, to odsyłam go do żydowskich uczonych, którzy  
już setki i tysiące lat temu stawali przed podobnym problemem. Oni także nie  
wiedzieli, o co właściwie chodzi w starożytnych tekstach, więc każde słowo,  
każde zdanie obracali na wszystkie strony po dziesięć razy, interpretowali na  
nowo i w kolejnym pokoleniu znowu zupełnie inaczej formułowali. Dowodów na  
piśmie takiego postępowania dostarczają liczne księgi midraszowe. Znane pod  
nazwą Midraszim dzieła literackie zawierają komentarze do ksiąg biblijnych,  
sporządzone przez najznamienitszych żydowskich mędrców, w ciągu wielu wieków.  
"Midrasz" to dzieło objaśniania poszukiwania sensu. Nie wymagam od moich  
Czytelników, aby zaopatrzyli się w Midraszim, więc zademonstruję je na kilku  

background image

wybranych przykładach. Poniższy cytat pochodzi z liczącego całe sto rozdziałów  
midraszu Bereszit Rabbati (30 ): "I rzekł Bóg: "Uczyńmy ludzi." Z kim naradził  
się Bóg? Według rabbiego Jozuego w imieniu rabbiego Lewiego: Z dziełem nieba i  
ziemi. Jak król, który ma dwóch doradców i niczego nie czyni bez ich zgody.  
Według rabbiego Samuela bar Nachmana Bóg naradził się z dziełem każdego  
pojedynczego dnia. Jak król, który ma całą radę sądową i nie przedsięweźmie  
niczego bez jej wiedzy. Według rabbiego Amiego Bóg naradził się ze swym sercem.  
Jak król, który kazał budowniczemu wznieść pałac, a gdy go ujrzał i mu się nie  
spodobał, na kogo spadnie jego gniew? Najpewniej na budowniczego. Podobnie Bóg  
był niechętny swemu sercu." To kwestia poglądów wynikająca z pobożnego życzenia,  
by uprzystępnić jakoś zagadki zawarte w przekazach. Po dziś dzień żaden człowiek  
nie zrozumiał tych zagadek. Dlatego w midraszim zdanie po zdaniu omawia się i  
rozważa słowa świętych tekstów. Wierzący uczeni byli natchnieni tymi tekstami,  
|musieli wydobyć z nich jakiś sens - więc szukali i naciągali, porównywali i  
zatajali. Dla lepszego zrozumienia jeszcze jeden przykład, tym razem z midraszu  
Szemot Rabba. Składa się on z 250 rozdziałów i jest komentarzem do biblijnej  
Księgi Wyjścia (31 ): "I rzekł Bóg do Mojżesza. Według rabbiego bar Mamala rzekł  
Bóg do niego. Moje imię poznasz, nazywany jestem wedle moich czynów, raz nazywam  
się Bóg Wszechmogący, raz Zebaoth, raz Elohim; kiedy prowadzę wojnę przeciwko  
złoczyńcom, nazywam się Zebaoth, kiedy wymierzam kary za grzechy ludzi, nazywam  
się Bóg Wszechmogący, a kiedy lituję się nad światem, nazywam się Jahwe,  
albowiem imię to nie wyraża nic innego, jak tylko właściwość litowania się  
[...]" I tak dalej, i tak dalej, przez całe stronice. Nowe imiona, nowe  
interpretacje. A wszystko to razem potwierdza tylko fakt, że już znakomici  
żydowscy uczeni nie pojmowali znaczenia pierwotnych tekstów. Co zatem wybieram,  
selekcjonuję? Według jakich kryteriów? Jak zamierzam, wbrew uczonym przeszłym i  
współczesnym, odfiltrować, które fragmenty tekstów były gdzieś i kiedyś  
|oryginałami, a które nie? Kiedy o życiu Abrahama (32 ) pisze się, że przy jego  
narodzinach anioły zeszły z nieba, jego ojciec czcił bożki, że Abraham odpłacił  
królowi Nemrodowi z Babilonu pięknym za nadobne, to wszystko jest dla mnie tylko  
wyrazem pobożnych życzeń późniejszych redaktorów. Po prostu starano się  
podbudować wizerunek ojca rodzaju ludzkiego, Abrahama, i przypisać mu  
odpowiednie pochodzenie. Jeśli natomiast Abraham - czy jak też nazywał się autor  
owego pierwotnego tekstu, ponieważ samo imię jest bez znaczenia - dochodzi do  
słowa w tekstach pisanych w pierwszej osobie liczby pojedynczej, a więc opowiada  
przeżycia, jakich doznał, to nadstawiam ucha. Tego rodzaju teksty stają się  
obiektem mojego szczególnego zainteresowania, zwłaszcza jeśli przeżycie takie  
zawiera jakiś zdumiewający epizod związany z Kosmosem, którego nie mógł wymyślić  
żaden z późniejszych redaktorów. Dlaczego nie mógł? Ponieważ brakowało mu wiedzy  
o szczegółach. W tekście, który teologowie nazywają Apokalipsą Abrahama,  
pierwotny autor Xy opowiada, jak na Ziemię opuściły się dwie "niebiańskie  
istoty" (33 ). Obydwaj niebianie unieśli Abrahama (pozostańmy przy tym imieniu)  
ze sobą w górę, albowiem Najwyższy chciał z nim mówić. Abraham precyzuje, że  
obie istoty nie były ludźmi - "nie było to tchnienie człowieka" - i że bardzo  
się ich bał. Abraham powiada, że ciała obydwu niebiańskich przybyszów błyszczały  
"jak szafir". Na koniec pojawił się dym, potem ogień i cała trójka wzniosła się  
"w górę, jakby unoszeni mnogością wichrów". Abraham widzi "w przestworzach, na  
wysokości [...] potężne światło, nie do opisania" i wreszcie wielkie postacie  
wołające do siebie "słowa, których nie znam. Dla tych którzy nadal jeszcze nie  
pojęli, Abraham zwięźle i jednoznacznie stwierdza, gdzie się znalazł: "Ja jednak  

background image

życzyłem sobie opuścić się na Ziemię w dół; wysokie miejsce, na którym staliśmy,  
raz stało prosto, to znów odwracało się na drugą stronę." `ty * * * `ty Oto ktoś  
żyjący w pradawnych czasach opowiada nam w pierwszej osobie liczby pojedynczej,  
że życzył sobie, "opuścić się na Ziemię w dół", a więc - jeśli tylko  
zachowaliśmy choćby resztki rozumu - musimy przyjąć, że znajdował się |poza  
Ziemią. Dlaczego zaś żaden z późniejszych redaktorów nie mógł wymyślić tego  
tekstu? Ponieważ żaden nie mógł mieć pojęcia, że gigantyczne statki kosmiczne -  
tak właśnie będzie w naszych przyszłych stacjach - bezustannie obracają się  
wokół własnej osi. Tylko bowiem za pomocą siły odśrodkowej powstającej w wyniku  
obracania się wokół własnej osi wytworzyć można sztuczne ciążenie. A co powiada  
Apokalipsa Abrahama: "wysokie miejsce, na którym staliśmy, raz stało prosto, to  
znów odwracało się na drugą stronę". Zwykły przypadek? Głupie wymysły? Dlaczego  
zatem Abraham przed swoim lotem obstaje przy tym, że obydwie niebiańskie istoty  
nie były ludźmi ("nie było to tchnienie człowieka"), a ich stroje błyszczały  
"jak szafir"? O nie, drodzy przyjaciele z przeciwnego obozu! Takie teksty są z  
naszego dzisiejszego punktu widzenia jasne jak słońce. Nie ma tu co na siłę  
interpretować i pomijać, i żaden duch przedwczorajszej nauki nie zdoła już  
powstrzymać tej wykładni. Teksty istnieją, a czas dojrzał. Współczesny człowiek  
powoli zaczyna mieć dosyć przymusu wiary w oprawione w religijne ramki bajeczki,  
kiedy nowe spojrzenie na stare przekazy w jednej chwili rozjaśnia sens spornych  
tekstów. Zanim rozpocznę całkowicie nowy rozdział, chciałbym - raz jeszcze -  
podsycić dawny ogień, który przez wszystkie ostatnie lata co chwila wybuchał  
nowym płomieniem. Prawie w żadnej z moich dotychczasowych książek nie brakło  
proroka Henocha, a w Dowodach (34 ) omówiłem go nawet szczegółowo. Tutaj już  
tego nie zrobię. Niemniej jednak chciałbym zasygnalizować kilka spraw, obok  
których nie może przejść obojętnie żadna nowoczesna egzegeza. Nie może być tak,  
że z jednej strony zarzuca mi się, iż w moim wyborze znajdują się tylko takie  
teksty, które są dla mnie przydatne, z drugiej zaś, strona przeciwna z  
zakłopotaniem milczy na temat Henocha. I jeszcze raz Henoch Kimże był ów Henoch?  
W Legendach Żydów o czasach pradawnych (35 ) Henoch jest "królem pośród ludzi",  
który panował dokładnie "dwieście czterdzieści trzy lata". Przepełniony był  
mądrością i wszyscy zasięgali jego rady. Dla starożytnych Egipcjan Henoch był  
budowniczym Wielkiej Piramidy, jak powiada geograf i historyk, Tahi ad-Din Ahmad  
ben'Ali ben'Abd al-Kadir ben Muhammad al-Makrizi (1364-1442 ), w swoim dziele  
Chitat. Podaje przy okazji, że Henoch znany jest wśród narodów pod czterema  
różnymi imionami, jako |Saurid, |Hermes, |Idris i |Henoch. Oto fragment Chitat  
(36 ), rozdział 33 : "Pierwszy Hermes, którego zwano Trzykroć Wielkim w jego  
właściwościach jako proroka, króla i mędrca (on jest tym, którego Hebrajczycy  
zwą Henochem, synem Jareda, syna Mahalalela, syna Kenana, syna Enosza, syna  
Seta, syna Adama - niech mu Allah błogosławi - to jest Idrysem) wyczytał w  
gwiazdach, że przyjdzie potop. Wtedy kazał zbudować piramidy i pomieścić w nich  
skarby, uczone pisma i wszystko, czym się martwił, że przepaść i zginąć może,  
aby było ochronione i zachowane." Dla Arabów imię Idris jest równoznaczne z  
"pramędrzec", "praojciec"; dla teologii żydowskiej i chrześcijańskiej zaś Henoch  
jest siódmym z łącznie dziesięciu patriarchów, jednym z naszych przodków sprzed  
potopu. Henoch był ojcem Matuzalema, który według Biblii miał osiągnąć wiek,  
bagatelka, 969 lat. Stary Testament poświęca Henochowi całe cztery zdania w  
Księdze Rodzaju (Rdz 5, 21-24 ). Można tam przeczytać m.in.: "Żył więc Henoch w  
przyjaźni z Bogiem, a następnie znikł, bo zabrał go Bóg." Zwyczajnie i po prostu  
- trzask-prask i już go nie ma! W hebrajskim słowo Henoch znaczy "wtajemniczony,  

background image

wiedzący", i ów wiedzący, Bogu dzięki, zadbał o to, aby jego wiedza nie zniknęła  
bez śladu, ku wielkiemu niezadowoleniu przedwczorajszych uczonych, którzy  
najbardziej chcieliby, aby Henoch rozpłynął się w powietrzu, ponieważ był on,  
niestety, pilnym skrybą. A to oznacza kłopoty. Istnieją mianowicie dwie księgi,  
które wprawdzie nie weszły do kanonu Starego Testamentu, ale jednak zaliczane są  
do ksiąg apokryficznych. Ojcowie Kościoła, którzy zmajstrowali naszą Biblię, nie  
wiedzieli, co począć z tekstami Henocha, które im także były znane. Nie  
rozumieli ich, więc zostały wykluczone spośród ksiąg biblijnych. Tylko Kościół  
etiopski zignorował nakazy Ojców Kościoła i Księga Henocha od razu znalazła się  
w kanonie świętych ksiąg tego Kościoła. Ponadto pojawiła się jeszcze słowiańska  
wersja tej samej księgi. Przeprowadzone przez najwyższej rangi znakomitości  
analizy porównawcze tekstów wykazały wreszcie, że pierwotna wersja tekstu musi  
być dziełem jednego autora, którego imię było Henoch. Od Xviii w., kiedy to  
Księga Henocha dotarła do Europy, trwa w teologicznych kręgach nużący spór o to,  
kto może być tak naprawdę autorem tej księgi. Wiadomo przynajmniej, że musiał to  
być ktoś żyjący kilkaset lat przed Chrystusem, tyle bowiem bezsprzecznie liczyła  
sobie etiopska Księga Henocha. Kim jednak był jej autor? Bezustannie zadziwia  
mnie jednostronna wiara najrozmaitszych egzegetów. Jeśli tekst pasuje do danego  
kierunku wiary, to zostaje zaklasyfikowany jako "prawdziwy". Jeśli nie pasuje,  
to na pewno musi być falsyfikatem. Zwariować można! Księga Henocha nie tylko  
napisana jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej, ale jeszcze jej autor  
wielokrotnie w samym tekście potwierdza swoje autorstwo, jakby w obawie, że  
umysły przyszłości będą zbyt ograniczone, aby to pojąć. Poniżej przytaczam dwa  
fragmenty tekstu, zaznaczając pismem rozstrzelonym (poprzedzone znakiem kursywy  
w brajlu) miejsca jednoznacznie autorstwa Henocha. Naoczny świadekŃ relacjonuje  
"W pierwszym miesiącu 365 roku życia, pierwszego dnia pierwszego miesiąca, |ja,  
|Henoch, |byłem w domu moim sam [...] i ukazało mi się dwóch nader wielkich  
mężów, jakich nigdy na Ziemi |nie |widziałem." (37 ) "Oto spisana przez Henocha,  
pisarza, pełna nauka mądrości [...] A teraz, |mój |synu Matuzalemie, opowiem ci  
wszystko i zapiszę to dla ciebie; |odkryłem wszystko przed tobą i |przekazałem  
księgi, które tego dotyczą. Zachowaj, |mój |synu Matuzalemie, księgi otrzymane z  
|ręki |ojca i przekaż je przyszłym pokoleniom świata." (38 ) Wyraźniej już  
naprawdę nie można. Pierwotny oryginał Księgi Henocha, jej esencja, pochodzi od  
żyjącego przed potopem Henocha, inaczej nie mógłby on nazwać swego syna imieniem  
Matuzalem. Założenie, że wszystko to jest przedchrześcijańskim fałszerstwem,  
byłoby równoznaczne z zarzuceniem autorowi nieprzerwanego opowiadania kłamstw.  
Taki zabieg nie ma jednak szans powodzenia, ponieważ - tak samo jak w przypadku  
Apokalipsy Abrahama - autor Księgi Henocha podaje takie dane na temat  
Wszechświata i "upadłych aniołów", jakich nikt inny po nim nie mógłby znać, nie  
mówiąc już o tym, że Henoch wielokrotnie powtarza, iż |anioły powiedziały mu to  
czy tamto; to czy tamto wyjaśniły i pokazały. Odmawianie autorstwa Księgi  
Henocha żyjącemu przed potopem Henochowi jest hańbą egzegezy. Jednocześnie  
stanowi to jeżący włosy na głowie przykład manipulacji wiernymi, którzy mają  
łaskawie przełykać wszystko, co inni za nich przeżują. Oczywiście, próbuje się  
też sprzedawać niewygodny tekst Henocha jako wizję. Pod hasłem "wizja" można  
przełknąć wszystko, co wykracza poza możliwości rozumu. Zwolennicy tezy o  
wizyjności tego tekstu przemilczają skwapliwie, że Henoch wyraźnie stwierdza, iż  
nie spał. Ponadto podaje jeszcze rodzinie dokładne wskazówki, co należy zrobić  
podczas jego nieobecności. A już w ogóle nie może być mowy o tym, że Henoch  
doświadczył "wizji śmierci", po swoich rozmowach z |aniołami powraca bowiem  

background image

zdrów jak ryba do krewnych, aby dopiero później definitywnie zniknąć w chmurach  
na ognistym rydwanie. Cóż zatem jest takiego niebezpiecznego w owej Księdze  
Henocha? W gruncie rzeczy potwierdzenie filozofii paleo-SETI. Tak jak Stary  
Testament, tak i Henoch opisuje, co się dzieje, gdy buntują się anioły. Gdy  
buntują się anioły W Księdze Henocha (39 ), rozdział 6, wersety 1 do 5, jest  
napisane: "Kiedy ludzie zaczęli się mnożyć, rodziły im się piękne i miłe córki.  
Gdy aniołowie, synowie nieba, je ujrzeli, poczuli do nich żądzę i rzekli do  
siebie: "Weźmy sobie żony spośród ludzkich córek i płódźmy dzieci." A wtedy  
przemówił do nich wódz ich, Semjasa: "Obawiam się, że wcale nie chcecie tak  
uczynić, a wtedy ja sam musiałbym ponieść karę za ten wielki grzech." Wtedy  
odpowiedzieli mu wszyscy: "Złóżmy wszyscy przysięgę i nakładając na siebie  
nawzajem klątwy zobowiążmy się, że nie zaniechamy tego planu, i go wykonamy." I  
przysięgli wszyscy razem, i zobowiązali się do tego, nakładając na siebie  
nawzajem klątwy. Było ich razem dwustu, którzy za dni Jereda opuścili się na  
górę Hermon." Jeśli nie jest to opis rebelii "synów niebios", to cóż to jest w  
takim razie? Wyznanie miłości obwarowane nakładaniem na siebie klątwy? Sprawa  
jest jasna, ponieważ (Hen 7, 1- 6 ): "Ci i wszyscy pozostali, co byli z nimi,  
wzięli sobie kobiety, każdy z nich wybrał sobie jedną, zaczęli do nich chodzić i  
zaczęli nieczyste z nimi obcowanie. Nauczyli je czarów, zaklęć i przycinania  
korzeni i zapoznali je z roślinami. One poczęły i zrodziły wysokich na 300 łokci  
|gigantów. Ci pochłonęli wszystkie zapasy żywności innych ludzi. Kiedy jednak  
ludzie nie mieli im już co dać, giganci zwrócili się przeciw nim i pożarli ich.  
I zaczęli niszczyć ptaki, dzikie zwierzęta, płazy i ryby, pożerać swoje własne  
mięso i spijać własną krew. A wtedy Ziemia zaczęła się uskarżać na  
niegodziwców." Sceneria czasów sprzed potopu opisana jest bardzo realistycznie,  
jakkolwiek może nam się dzisiaj wydawać mało wiarygodna. Także |dobre |anioły,  
czyli te, które nie wzięły udziału w buncie, przyglądały się z góry wydarzeniom  
na Ziemi. Informowały o nich Najwyższego, który kategorycznie zdecydował: "Cała  
Ziemia zostanie zniszczona, potop spadnie na całą ziemię i zniszczy wszystko, co  
się na niej znajduje." Wręcz fenomenalne są w Księdze Henocha rozliczne  
szczegóły, których próżno szukać w innych przekazach. W rozdziałe 69 Henoch  
wylicza mianowicie imiona przywódców owej rebelii i dodatkowo podaje ich  
specjalności! Ponieważ z korespondencji od moich Czytelników wiem, że w swoich  
bibliotekach osiedlowych i miejskich nie mają szansy znaleźć Księgi Henocha lub  
też brakuje im czasu, by ją sprowadzić skądinąd, przytoczę tutaj ów fragment w  
pełnym brzmieniu. Henoch pragnął, aby jego pisma były szeroko rozpowszechnione.  
Ja także! "A oto są ich imiona: Pierwszy z nich jest Semjasa, drugi Artakisa,  
trzeci Armen, czwarty Kokabeel, piąty Tuarel, szósty Rumjal, siódmy Danjal, ósmy  
Rekael, dziewiąty Barakel, dziesiąty Azazael, jedenasty Armaros, dwunasty  
Batarjal, trzynasty Busasejal, czternasty Hananel, piętnasty Turel, szesnasty  
Simapesjel, siedemnasty Jetrel, osiemnasty Tumael, dziewiętnasty Tarel,  
dwudziesty Rumael, dwudziesty pierwszy Jseseel. A oto są imiona ich wodzów ponad  
100, 50 i 10. Imię pierwszego jest Jekuun; to ten, który uwiódł wszystkie dzieci  
aniołów, opuścił je na ląd i uwiódł przy pomocy ludzkich córek. Drugi nazywa się  
Asbeel; ten udzielał dzieciom aniołów złych rad, aby zbrukali swe ciała z  
ludzkimi córkami. Trzeci nazywa się Gadreel; to ten, który pokazał ludziom  
wszelkie śmiertelne ciosy. On też uwiódł Ewę i pokazał ludziom narzędzia mordu,  
pancerz, tarczę, miecz i w ogóle wszystkie narzędzia mordu. Z jego ręki od tej  
godziny oręż rozprzestrzenił się wśród mieszkańców lądu. Czwarty nazywa się  
Penemue; ten nauczył ludzi rozróżniać co gorzkie, a co słodkie i przekazał im  

background image

wszelkie tajemnice ich wiedzy. On nauczył ludzi pisania inkaustem i na papierze  
[...] Piąty nazywa się Kasdeja; ten nauczył ludzi wszelkich złych ciosów duchów  
i demonów, tak jak i ciosów w zarodek w łonie matki, aby go spędzić, ciosów w  
duszę, ugryzienia węża, ciosów, które powstają od żaru w południe, oraz syna  
węża, Tabat (?)". (To ostatnie w każdym przekładzie opatrzone jest znakiem  
zapytania, poza tym pisownia poszczególnych imion zmienia się w zależności od  
przekładu.) Daruję sobie komentarz do tego tekstu. W końcu, każdy przecież ma  
oczy i widzi. Co się stało z owym Henochem? Gdzie leżą jego doczesne szczątki?  
Gdzie jest jakaś świątynia czy katedra wzniesiona ku jego czci? WniebowzięcieŃ z  
przeszkodami Na pewno nie na Ziemi. Wedle Starego Testamentu Henoch zniknął bez  
śladu - zabrał go do siebie Pan. Albo też czytamy - w zależności od tego, którą  
wersję Biblii weźmiemy do ręki - że Henoch wzniósł się w chmury na ognistym  
rydwanie. Nieco dokładniej odjazd Henocha przedstawiają legendy starożydowskie  
(40 ). Można się z nich mianowicie dowiedzieć, że aniołowie przyrzekli  
Henochowi, iż wezmą go ze sobą do nieba, lecz data odjazdu nie była jeszcze  
widocznie ustalona: "Zawołano do mnie, że pójdę do nieba, lecz nie znam dnia,  
kiedy od was odejdę." W tej sytuacji ludzie siedzieli wokół Henocha, a on  
przekazywał im wszystko, co dotąd usłyszał od aniołów. Szczególnie wkładał im do  
głów, aby nie trzymali jego ksiąg w ukryciu, lecz udostępnili je przyszłym  
pokoleniom na Ziemi. Postępuję zgodnie z tym apelem. Po kilku dniach takiego  
nauczania sytuacja stała się emocjonująca: "Lecz stało się to w tym samym  
czasie, kiedy ludzie siedzieli wokół Henocha, a on do nich mówił. Wtedy unieśli  
ludzie spojrzenia i ujrzeli zniżający się na niebie kształt rumaka, i rumak w  
burzy opuszczał się na ziemię. I powiedzieli ludzie Henochowi, co widzą, a  
Henoch rzekł im: "To z mego powodu opuszcza się ten rumak. Nadszedł czas i  
dzień, że muszę od was odejść i nigdy was już nie zobaczę." A wtedy rumak był  
tuż i wszyscy ludzie widzieli go wyraźnie." Widocznie Henoch został  
poinformowany przez niebian, że start może stanowić zagrożenie dla życia  
zebranych, ponieważ starał się powstrzymać swoich zwolenników. Wielokrotnie  
ostrzegał gapiów, aby nie podążali za nim, "abyście nie pomarli". Niektórzy  
zaczęli się wahać i zostali, lecz najbardziej zagorzali widzowie koniecznie  
chcieli na własne oczy widzieć, jak Henoch idzie do nieba: "Mówili: "Pójdziemy z  
tobą do miejsca, do którego ty idziesz, tylko śmierć może nas rozłączyć."  
Ponieważ obstawali przy tym, by pójść razem z nim, przestał do nich mówić i  
podążali za nim, i nie zawracali. I stało się, że Henoch w burzy wzniósł się do  
nieba na ognistych rumakach i w ognistym rydwanie." Ta podróż w chmury dla  
wszystkich towarzyszących mu osób skończyła się śmiercią. Następnego dnia bowiem  
wyruszono na poszukiwanie tych, którzy poszli za Henochem. "I szukali tego  
miejsca, z którego Henoch poszedł do nieba. I kiedy doszli tam, zobaczyli, że  
cała ziemia pokryta była śniegiem, a na śniegu były duże kamienie jakby też ze  
śniegu. A wtedy rzekli jeden do drugiego: "Dalej, odgarnijmy śnieg, abyśmy  
zobaczyli, czy nie ma pod śniegiem ludzi, którzy przyszli tu z Henochem." I  
odgarnęli śnieg, i ujrzeli ludzi, którzy przyszli tu z Henochem, że leżą martwi.  
Szukali też Henocha, ale nie znaleźli go, albowiem poszedł do nieba [...] Stało  
się w roku sto trzynastym życia Lamecha syna na Matuzalema, że Henoch poszedł do  
nieba." Po grzechu pierworodnym i potopie jest to trzecia niemożliwość, przed  
którą stajemy - w zasadzie nie ma w tym już nic emocjonującego, ponieważ  
dotychczasowe interpretacje starożytnych tekstów wręcz najeżone są rzeczami  
niemożliwymi. Tym razem dobrotliwy Pan Bóg miałby z kolei przyglądać się  
bezczynnie, jak setki, a może nawet tysiące gapiów ginie w płomieniach, kiedy  

background image

ich nauczyciel Henoch wznosi się do nieba? Czym zawinili ci ludzie? Słuchali  
swojego mądrego Henocha, czcili go, byli jego zwolennikami i wreszcie  
towarzyszyli mu na miejsce startu. Henoch "w burzy" unosi się do nieba "na  
ognistych rumakach i w ognistym rydwanie" - lecz na Ziemi ludzie i wszystko pada  
pastwą płomieni, nawet kamienie bieleją od żaru, rozsypując się w biały pył,  
który wygląda jak śnieg. (Pewne odmiany wapieni pod wpływem wysokiej temperatury  
stają się śnieżnobiałe.) I to dobry Pan Bóg miałby pozwolić niewinnym  
towarzyszom Henocha zamienić się w parę? Czyżby nie dysponował odpowiednią mocą,  
aby zabrać Henocha do siebie w sposób nieszkodliwy i mądry? Po co ta dramatyczna  
i męczeńska śmierć w płomieniach wielu ludzi, wyłącznie po to, aby Henoch mógł  
wznieść się do nieba? Wszystko to - grzech pierworodny, potop, wniebowzięcie  
Henocha, ale i kosmiczna podróż Abrahama - w żadnym razie nie pasuje do  
wyobrażenia dobrego Pana Boga. Dlaczego wszechobecny Bóg musi prosić Abrahama do  
siebie, aby móc z nim porozmawiać? Bóg musi przecież wiedzieć, co Abraham myśli  
i czuje, i czyjego ducha jest dziecięciem. Po co w ogóle Panu Bogu statek  
kosmiczny, który wisi nad Ziemią i obraca się wokół własnej osi? Dlaczego Bóg  
musi najpierw wysyłać jakieś dwie postaci, aby sprowadzić Abrahama? Dlaczego  
potrzebne mu są "ogniste rumaki", aby unieść Henocha do nieba? Odpowiedź jest  
zawsze jedna i ta sama: przez opisywaną w owych tekstach osobę |Boga, czy  
|Najwyższego, nigdy nie rozumiano wszechobecnego Stwórcy, którego czczą  
wszystkie religie (i ja też). Jest dla mnie wręcz profanacją prawdziwego Boga  
przypisywanie mu tego rodzaju błędów i okrucieństw. Jeśli natomiast w miejsce  
Boga, czy Najwyższego, wstawimy |pozaziemskich |astronautów, to wszystkie te  
działania, błędy i paradoksy od razu stają się zrozumiałe. Nagle rozumiemy, kim  
były "upadłe anioły" i dlaczego odczuwały taką chęć zaspokojenia swych potrzeb  
seksualnych. Rozumiemy przyczyny potopu, rozumiemy życzenie Najwyższego, by  
rozmawiać z pojedynczymi osobami i pojmujemy, dlaczego zginęło tak wielu ludzi,  
którzy nie posłuchali ostrzeżeń Henocha. W tym kontekście zrozumiały staje się  
też strach człowieka przed |Sądem |Ostatecznym, ów stały lęk przed wielkim sądem  
bożym, bo przecież Najwyższy obiecał, że kiedyś powróci. + Spotkanie na szczycie  
Ojciec Święty, głowa wszystkich katolików na Ziemi i biskup Rzymu, ze zdumieniem  
spoglądał na obcego, który w milczeniu stał po drugiej stronie ciemnego  
błyszczącego biurka. - Kto pana wpuścił? - spytał trochę niepewnie. - Nikt -  
odparł obcy bez cienia wahania, a wokół kącików jego ust igrał leciutki  
uśmieszek. - Kłamie pan - powiedział Ojciec Święty nienaturalnie twardym tonem,  
a jego prawa dłoń powoli sunęła w stronę przycisku alarmu. - Nie chciałby się  
pan najpierw dowiedzieć, co mam panu do zaproponowania? - spytał z uśmiechem  
obcy. Z jego niezwykle ciemnych oczu emanowało coś dziwnie przyjaznego, a  
jednocześnie zniewalającego. Papież zawahał się. - A co takiego chce pan  
zaproponować? - zapytał w końcu, starając się nadać głosowi ton łagodności. Jego  
palce leżały już na przycisku alarmu. Mógł go nacisnąć w ułamku sekundy. -  
Maszynę czasu - odparł swobodnie obcy. W żadnym razie nie wyglądał na  
przestraszonego, raczej na rozbawionego. - To chyba najgłupsza rzecz, jaka mogła  
panu przyjść do głowy - stwierdził papież z uśmiechem. - Maszyny czasu to  
wymysły nadwerężonych mózgów. A po kilkusekundowym namyśle dodał: - No cóż, w  
Piśmie Świętym występują opisy efektów przesunięcia czasu, na przykład w  
historii proroka Jeremiasza i jego młodego przyjaciela Abimelecha. Ale tam  
efekty te są wynikiem działania Boga Wszechmogącego. Kiedy tak na pana patrzę,  
nie wygląda mi pan na anioła. Papież spojrzał na obcego nieomal ze współczuciem.  
Rzeczywiście, obcy wyglądał dość osobliwie. Miał czarną skórę, około dwudziestu  

background image

pięciu lat, metr dziewięćdziesiąt wzrostu i kręcone włosy, jak każdy Murzyn.  
Mógł pochodzić na przykład z Senegalu, gdyż jego skóra była czarna jak sadza.  
Najdziwniejsze wrażenie sprawiała jego odzież. Miał na sobie czarne buty, czarne  
skarpetki, czarne spodnie, czarną koszulę i elegancko skrojoną czarną marynarkę  
z szerokimi klapami. Czarny w czerni. W bardzo sympatycznej twarzy błyszczały  
białe zęby jak dwa sznury egzotycznych pereł. - Czy uwierzy mi pan, jeśli na  
pana oczach rozpłynę się w powietrzu i po piętnastu sekundach zmaterializuję  
ponownie? - spytał obcy z uprzedzająco grzecznym uśmiechem. Ojciec Święty  
zaczerpnął głęboko powietrza. Bóle nerek znowu dawały mu się we znaki. -  
Piętnaście sekund? - upewnił się ironicznie. - Tyle mogę panu dać. Obcy bez  
pośpiechu sięgnął do lewej zewnętrznej kieszeni marynarki i wydobył z niej  
płaski, błyszczący przedmiot. Był on nie większy od portfela, ale wyglądał na  
zrobiony z jakiejś ceramiki lub metalu. - To maszyna czasu - uśmiechnął się  
pojednawczo. - Proszę patrzeć prosto na mnie. Kiedy zniknę, niech pan łaskawie  
obserwuje sekundnik swojego zegarka. Następnie przycisnął matowo połyskujący  
przedmiot do prawej skroni... i już go nie było. Jego Świątobliwość zdumiał się  
tak bardzo, że zapomniał patrzeć na zegarek. Kompletnie zaskoczony podniósł się  
z miejsca, obszedł naokoło swoje ogromne biurko i zaczął się rozglądać po  
wszystkich zakamarkach gabinetu. - Halo, już jestem! - wesoło zawołał obcy,  
chowając płaski przedmiot z powrotem do kieszeni marynarki. Stał teraz za  
biurkiem, tuż obok fotela Ojca Świętego. Papież, ciężko dysząc, oparł się obiema  
rękami na blacie biurka, mamrocząc pod nosem słowa jakiejś łacińskiej modlitwy,  
a następnie wysapał: - To jakiś trik. Pan mnie zahipnotyzował. - Ależ skąd! -  
zaśmiał się obcy z wyrzutem, potrząsając czarną głową. - Jako przywódca  
religijny powinien pan przecież polegać na swoich zmysłach, nawet jeśli są już  
słabe. Papież usiłował pozbierać myśli. Jeśli to wszystko nie było trikiem, to  
niewątpliwie stoi za tym diabeł... albo też obcy był posłańcem, aniołem Pana  
Boga. W końcu aniołowie ukazali się także Abrahamowi, Noemu i Dziewicy Maryi. -  
Kto pana przysłał? Przychodzi pan od Boga Wszechmogącego czy od jego rywala? -  
Nie jestem ani aniołem, ani diabłem, tylko człowiekiem, jak pan - odpowiedział  
miękko obcy. - Przybywam z przyszłości. Papież z trudem zachował zimną krew.  
Wreszcie powiedział: - Wie pan, mam pewne problemy ze zdrowiem, czy mógłbym... -  
wskazał na przycisk interkomu na małym stoliku obok biurka. - Ależ oczywiście! -  
roześmiał się obcy, wykonując zapraszający gest. Ojciec Święty nacisnął przycisk  
i poprosił o przyniesienie lekarstwa. Następnie zaproponował obcemu coś do picia  
i usiadł przy wielkim ciemnym dębowym stole w rogu przestronnego gabinetu.  
Weszła starsza wiekiem zakonnica, ze zdumieniem spojrzała na obcego, nie  
odważyła się jednak o nic zapytać. Kiedy podano herbatę, a papież wypił jakąś  
czerwoną lurę, stwierdził z ulgą: - No, już mi lepiej. Wie pan, od czasu tego  
zamachu jestem trochę nieufny. Bo i jak tu mieć zaufanie do kogoś, kto, jak pan,  
przedostał się tutaj mimo gwardii szwajcarskiej? Zdaje pan sobie sprawę, że po  
naszej rozmowie zostanie pan aresztowany, jeśli się za panem nie wstawię? Murzyn  
pokręcił głową, uśmiechając się łagodnie. - Na pewno do tego nie dojdzie.  
Widział pan przecież przed chwilą, jak zniknąłem. Przekonujące, prawda? - To był  
zwykły trik, którego nie uda się panu powtórzyć - odparł dobrotliwie Ojciec  
Święty. Obcy spojrzał na papieża z politowaniem, a potem powiedział z namysłem,  
ale i pewną stanowczością: - Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które opanowało  
tajniki maszyny czasu działającej tam i z powrotem. Nasz najznakomitszy umysł,  
jeśli idzie o badania nad wymiarami, profesor Clarke, przed kilku laty  
teleportował się w przyszłość. Myśleliśmy już, że nie wróci, ale pewnego dnia  

background image

pojawił się jednak, przynosząc ze sobą to. Obcy położył na stole prostokątny,  
błyszczący przedmiot. - Obsługa jest dziecinnie prosta - ciągnął z lubością. -  
Widzi pan tych sześć mikroskopijnych otworków? Ostrym metalowym sztyfcikiem może  
pan nastawić, poczynając od lewej, liczbę lat, miesięcy, dni, godzin, minut i  
sekund. Wystarczy lekko nacisnąć - tu u góry widać, co się zaprogramowało. Obcy  
szybko, raz za razem, wsunął w otworki niewielki sztyfcik. Na górnej krawędzi  
dziwnego przedmiotu pojawiły się liczby 112, 8, 14, 3, 6, 14. - To czas, z  
którego przybywam: 112 lat, 8 miesięcy, 14 dni, 3 godziny, 6 minut i 14 sekund,  
licząc od teraz. Obcy zamilkł, a papież pogrążył się w zadumie. Po chwili rzekł  
z namysłem: - Cóż, muszę przyjąć, że jest pan agentem któregoś z mocarstw. Z  
pańskiej techniki nic nie rozumiem. Niezapowiedziana audiencja właśnie dobiegła  
końca. Papież szybko nacisnął guzik alarmu i podniósł się z miejsca. - Jeszcze  
tylko jeden drobiazg - rzucił obcy z uśmiechem wyższości. - Aby uruchomić  
maszynę czasu, musi pan przyłożyć ten przedmiot do prawej skroni. Impuls  
wyzwalający stanowią prądy mózgowe. Współrzędne są już nastawione. Jeszcze  
mówiąc te słowa, obcy sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął z niej  
drugi błyszczący przedmiot. Na sekundę przed tym, jak do gabinetu wpadli  
gwardziści, przyłożył go do prawej skroni... i zniknął. Ojciec Święty stał przy  
biurku kompletnie zdezorientowany. Krople potu zrosiły jego pomarszczone czoło.  
Czterej gwardziści rozglądali się bezradnie po pomieszczeniu, na koniec zaczęli  
rozgarniać ciężkie aksamitne kotary i szturchać pod meblami. Wreszcie papież  
przeprosił strażników stwierdzając, że widocznie nacisnął guzik alarmu przez  
pomyłkę. Kiedy gwardziści opuścili gabinet, Ojciec Święty przywołał jeszcze na  
chwilę młodego oficera, wziął do ręki błyszczący przedmiot, który cały czas  
leżał na stole i poprosił: - Czy zechciałby pan przyłożyć ten przedmiot do  
skroni? Zaskoczony oficer spełnił prośbę Ojca Świętego, patrząc nic nie  
rozumiejącym wzrokiem, a po chwili wzruszył ramionami i powiedział krótko i  
zwięźle: - Nic nie słyszę. - Proszę mi to dać - poprosił papież zmęczonym głosem  
i powodowany jakimś mimowolnym impulsem przyłożył przedmiot do prawej skroni.  
Ostatnie, co ujrzał, to okrąglejące ze zdumienia oczy i rozwarte usta  
gwardzisty. `ty * * * `ty Tego dnia, w samym środku Jerozolimy, będącej centrum  
religii żydowskiej, wydarzyło się niemalże to samo. Chociaż religia żydowska nie  
zna w zasadzie żadnych władz kościelnych w zwykłym sensie tego słowa, to jednak  
naczelny rabin Jerozolimy uznawany jest za najwyższy autorytet dla Żydów całego  
świata. Kiedy rozpływał się w powietrzu, nikogo przy nim nie było. Zupełnie  
inaczej miała się rzecz w Mekce, w Arabii Saudyjskiej. Imam z plemienia Koraisz,  
najwyższa instancja religijna dla wielu milionów wyznawców islamu, a zarazem  
prawdziwy namiestnik (kalif) prawodawcy Mahometa, zniknął na oczach czterech  
mułłów i wysokiego urzędnika królewskiego. Szok imama trwał krótko. Przez kilka  
sekund wydawało mu się, jakby spadał w dół przez nie kończący się szyb, by zaraz  
zostać wessanym przez potężny odkurzacz. Potem poczuł pod stopami ziemię,  
otaczał go jasny blask, a skądś dobiegały hałasy i stuki. Pierwsza myśl, jaka  
przyszła imamowi do głowy, to śmierć. Pewnie miał zawał albo udar mózgu. Szybko  
jednak zorientował się, że żyje. Znajdował się w niewielkim, pozbawionym okien  
pomieszczeniu - światło brało się nie wiadomo skąd. Zdumiony imam zaczął się  
szczypać w ręce i w policzki. Gdzie on jest? Czyżby Allah powołał go do siebie?  
A może - tej myśli nie chciał rozwijać - wpadł w pułapkę Szatana? Nagle ściany  
pomieszczenia zniknęły, jakby rozpłynęły się w powietrzu. Imam rozejrzał się  
niepewnie dokoła. Znajdował się teraz w niewielkiej sali. Pośrodku stał  
trójkątny stolik mlecznego koloru, przy każdym z trzech boków stał niebieski  

background image

fotel. Stół był nakryty na trzy osoby, stały na nim cztery butelki różnych  
napojów. Obok stołu leniwie kręcił się wokół własnej osi wielki globus.  
Temperatura była przyjemna, powietrze lekko pachniało ozonem. Imam z wahaniem  
postąpił kilka kroków, kiedy ponownie usłyszał hałasy i stukania, które dobiegły  
go już w momencie przybycia. Pewnie dochodziły z jakiegoś sąsiedniego  
pomieszczenia. - Halo, jest tam kto?! - zawołał odważnie. Hałas momentalnie  
ucichł i w tej samej sekundzie - nie sposób było nadążyć za tym ruchem - w  
ścianie utworzyła się szczelina. Za nią stał spocony staruszek w koszuli z  
podwiniętymi rękawami i rozpiętym kołnierzykiem. - Przecież ja go znam -  
przebiegło imamowi przez głowę, ale jednak nie mógł uwierzyć w to, co  
podpowiadała mu pamięć. Znał papieża ze zdjęć w pełnym stroju - człowiek w  
koszuli z podwiniętymi rękawami był wprawdzie zdumiewająco do papieża podobny,  
ale przypominał raczej robotnika. Obydwaj mężczyźni patrzyli na siebie i zanim  
imam zdążył wyrzucić z siebie potok arabskich słów, ten drugi otarł ręką pot z  
czoła i powiedział po angielsku: - Chyba lepiej będzie od razu zgodzić się na  
angielski. - Czy jest pan tym, kim myślę, że pan jest? - spytał imam opanowanym  
tonem. - Yes. Jestem głową Kościoła rzymskokatolickiego. Z kim mam przyjemność?  
Imam zdumiewająco szybko odzyskał rezon: - Ja jestem głową islamu, imam Ali  
Muhammed Yussuf ben Ibrahim... dajmy lepiej spokój... z Mekki. Gdzie my  
jesteśmy? - Nie mam pojęcia! - odparł papież. - Padłem ofiarą manipulacji  
technicznej. Postąpił krok w stronę imama, wyciągając do niego dłoń. Imam się  
zawahał: - Pan i pańskie zakony na pewno nie macie nic wspólnego z tym, jak by  
to nazwać, |przeniesieniem? Przełożony Kościoła katolickiego zmęczonym ruchem  
pokręcił głową. - Gdybym wiedział, jak się tu dostałem, nie próbowałbym przecież  
wybić dziury w ścianie. - Jak długo już pan tu jest? - Myślę, że z dobrą  
godzinę. Ten budynek to prawdziwe więzienie. Żadnych okien ani drzwi, chyba że  
same otwierają się w niesamowity sposób. Waliłem we wszystkie możliwe miejsca.  
Najpierw pięściami, potem butem. Nic się nie da zrobić. - Niepojęte!  
Niewiarygodne! - mruczał imam w swoją spiczastą bródkę, dodając jeszcze kilka  
słów po arabsku. Następnie ujął dłoń papieża ze słowami: - Chyba jednak będziemy  
musieli współpracować! - Proszę bardzo, ale widzę, że nakryto dla trzech osób.  
Spodziewa się pan kogoś? Z pewną rezerwą obaj niezrównani książęta religii  
siedli do stołu. Obydwaj pogrążyli się w myślach. Nagle tylna część  
pomieszczenia zaczęła migotać i zmaterializowała się tam brodata postać w  
czarnej czapeczce z tyłu głowy. Jedną ręką postać zakrywała sobie oczy, jakby  
nie chciała nic widzieć. - Witamy! - Papież i imam niemal równocześnie skinęli  
głowami. - Zgodziliśmy się już, że będziemy rozmawiać po angielsku. Zechce się  
pan przysiąść? Brodacz odjął rękę od oczu. Po jego reakcji widać było, że  
natychmiast rozpoznał obu siedzących przy stole. - Nie! Nie! - wykrzyknął,  
potrząsając głową i znowu zakrywając oczy. - To niebo czy piekło? Imam  
odchrząknął: - Piekło raczej nie. Ktoś zaprosił nas na kolację! Proszę siadać i  
zaakceptować rzeczywistość. Wy, Żydzi, jak dotąd, raczej nie mieliście z tym  
problemów! Z głębokim westchnieniem brodacz zajął miejsce przy stole. - Pan jest  
najwyższym imamem z Mekki, prawda? A pan papieżem z Rzymu? Ja jestem naczelnym  
rabinem Jerozolimy. - Doborowe towarzystwo - mruknął papież. - Teraz zostaje nam  
tylko dowiedzieć się, kto nas tu zaprosił. - Chciałbym wiedzieć, który z was  
zorganizował to... hm... spotkanie - zaczął rabin. - Zostałem uprowadzony z  
mojego biura w samym środku bardzo ważnych zajęć. Moi współpracownicy na pewno  
dawno już podnieśli alarm. - O, czyżby? - zakpił imam. - A ja zniknąłem w  
obecności pięciu osób. Jak się panu zdaje, co się w tej chwili dzieje w pałacu w  

background image

Mekce? Imam i rabin spojrzeli wyczekująco na papieża. - Bardzo przepraszam,  
drodzy panowie, ale nie mam z tym nic wspólnego. Pojawił się u mnie pewien  
Czarny. Czarniejszy niż czarny. Mówił coś o maszynie czasu, a ja; słaby  
człowiek, posłużyłem się nią bez głębszego zastanowienia. W toku rozmowy okazało  
się, że ten sam Murzyn pojawił się także u rabina. Imam stwierdził, że wydawało  
mu się, jakby jakaś czarna postać wynurzyła się z Nicości i przyłożyła mu coś do  
skroni. Kiedy tak trzech niezrównanych starców rozmawiało ze sobą, nad blatem  
stołu coś zamigotało i niespodziewanie zmaterializowały się tam trzy dymiące  
patelnie, a na nich rozmaite jarzyny, ziemniaki i trzy rodzaje ryby. Stosownie  
do gustu, przyrządzone wedle tradycji danego kraju. Panowie obsłużyli się w  
milczeniu, po czym Ojciec Święty skłonił głowę i zaczął mamrotać łacińskie  
formułki. - Do jakiego Boga się pan modlił? - spytał imam, z wahaniem dotykając  
ramienia papieża. - Do... - papież przesunął wzrokiem po obecnych. - Do |naszego  
Boga. Czyż nie wszyscy mamy na myśli tego samego? - Nie całkiem - wtrącił  
naczelny rabin. - My jesteśmy narodem wybranym. - Stara śpiewka - zauważył  
kąśliwie imam. - Czy wy nigdy nie zrozumiecie, że wielu ludzi dlatego tak was  
nie lubi, bo zawsze uważacie się za coś lepszego? - Ho, ho, ho! - huknął  
niegrzecznie naczelny rabin. - To przecież wy uprawiacie tę waszą agresywną  
politykę i wychowujecie fanatyków religijnych! To przecież wy chcecie narzucić  
reszcie świata waszą wiarę! - Jest faktem, że Mahomet - chwała mu! - był  
ostatnim prorokiem, jakiego zesłał Allah - powiedział chłodno imam, patrząc  
swemu oponentowi prosto w oczy. - A więc my, muzułmanie, uważamy naszą wiarę za  
najnowszy stan woli Allaha... Imam nie zdążył dokończyć, bo nagle w  
pomieszczeniu pojawiły się wielkie trójwymiarowe obrazy. Przedstawiały one kulę  
ziemską, a wokół niej krążyły osobliwe twory: wielopiętrowej wysokości statki  
kosmiczne z dziwacznymi nadbudówkami, groźnie wyglądającymi występami i  
zakamarkami. Niby drobne owady mniejsze obiekty przybijały do wielkich, znikały  
w jasno oświetlonych korytarzach lub grupowały się w nowe formacje. Kamera  
wniknęła do wnętrza kosmicznego osiedla. Trzej przywódcy Kościołów ze zdumieniem  
patrzyli, jak ludzie o różnych kolorach skóry ścigają się biegiem w wielkim  
basenie. Ich stopy poruszały się po nieokreślonej cieczy, która wydawała się  
miękka, a jednak nie pozwalała im zatonąć. Wyścigi w basenie były widać jakąś  
dyscypliną sportową. Od czasu do czasu fale cieczy podnosiły się, biegacze  
wypadali ze swoich torów, przewracali się, znów się podnosili. Inna kamera  
pokazywała wnętrze wysokiej wieży, w której ludzie unosili się w powietrzu z  
szeroko rozpostartymi ramionami. Przypuszczalnie w wieży współistniały różne  
pola grawitacyjne, ponieważ niektórzy z ludzi tańczyli w powietrzu pełnymi  
gracji ruchami, inni spadali pionowo w dół, by potem zatrzymać się i poszybować  
w górę. Następnie utworzył się jeden wielki obraz wypełniający pół  
pomieszczenia. Wielotysięczny tłum ludzi jak pod wpływem zagadkowego rozkazu  
uklęknął na ziemi. Biegacze uklękli na swojej cieczy, fruwający w wieży  
pochylili głowy, widzowie uklękli tam, gdzie stali, na przebitkach widać było  
mniejsze i większe drużyny sportowców, każda klęczała na swoim miejscu ze  
złożonymi rękami. W sekundę później rozbrzmiała muzyka. Dochodziła ze wszystkich  
stron, początkowo miękka i łagodna, później coraz głośniejsza, wzbierająca w  
jeden wielki chorał. Wydawało się, jakby w utworze tym brały udział wszystkie  
instrumenty, jakie kiedykolwiek powstały na Ziemi. Klęczący ludzie zaczęli  
śpiewać, i chociaż żaden z trzech dostojników kościelnych nie rozumiał ich  
języka, to jednak wszyscy byli do głębi poruszeni. Dźwięki muzyki i śpiewu  
wypełniły pomieszczenie, wibrowały nie spotykanymi interwałami i tonacjami,  

background image

przenikały każdą komórkę ciała, napełniały umysł uczuciem niewypowiedzianej  
podniosłości. Zupełnie jakby się umówili, trzej przywódcy religijni podnieśli  
się ze swoich miejsc. Nie skłonił ich do tego żaden przymus, żadna hipnoza, był  
to tylko i wyłącznie wynik wewnętrznego poruszenia. Kamery ukazywały twarze  
pojedynczych ludzi, potem znów Kosmos, gdzie ukazał się jakiś rozmyty  
geometryczny kształt. Papież Kościoła rzymskokatolickiego ukląkł, złożywszy  
dłonie do modlitwy, imam z Mekki padł na twarz z dłońmi odwróconymi ku górze, a  
rabin z Jerozolimy skrzyżował ręce na piersi i pochylił się w głębokim ukłonie.  
Z wielką czcią i przejęciem każdy z nich modlił się do swego Boga. Kiedy ludzie,  
widoczni w trójwymiarowej projekcji, podnieśli się z klęczek i powrócili do  
pracy czy zajęć sportowych, podnieśli się także trzej przywódcy religijni.  
Potem, zupełnie jakby był to jakiś uzgodniony wcześniej ceremoniał, w milczeniu  
ujęli się za ręce, nawet nie zauważając z początku, że w pomieszczeniu jest  
jeszcze czwarta osoba: znany im już Murzyn. - Jak sądzicie, panowie, jak  
zareagują wyznawcy waszych religii, kiedy opublikujemy zdjęcia ukazujące waszą  
wspólną modlitwę oraz przyjazny uścisk dłoni? Przywódcy Kościołów z ociąganiem  
rozłączyli splecione palce. Jako pierwszy przyszedł do siebie imam: - Co to panu  
da? - Mnie nic, ale za to ludzkości wszystko! - uśmiechnął się Murzyn. -  
Energicznie protestuję przeciwko temu uprowadzeniu! - rzucił wściekłym tonem  
naczelny rabin. - Żądam, aby pan natychmiast odesłał nas z powrotem! - Na pewno  
tak się stanie - uspokoił go przyjaźnie Murzyn. - A protestować, panowie, nie ma  
po co, ponieważ nikt nie zauważy waszej nieobecności. Odstawimy was z powrotem w  
tym samym ułamku sekundy, w którym was zabraliśmy. Zadowoleni? - Przypuszczam,  
że nasze uprowadzenie ma jakiś określony cel - włączył się do rozmowy papież  
spokojnym i opanowanym tonem. - Właśnie - potwierdził Murzyn z uprzejmym  
uśmiechem. - Żyjecie panowie w roku 1995. My, z przyszłości, wiemy, że w  
najbliższych latach pojawią się dowody na istnienie rozumnego życia poza Ziemią.  
A jeszcze kilka lat później nawiązany zostanie kontakt z istotami pozaziemskimi.  
Wkrótce potem na orbicie okołoziemskiej zaroi się od obcych statków kosmicznych.  
Widzieliście to, panowie, na naszym trójwymiarowym hologramie. Był to przekaz na  
żywo, transmitowany zaledwie kilka minut temu... - Zaczynam rozumieć -  
powiedział papież. - Musimy się zgodzić na globalną religię... - Na Allaha! -  
przerwał mu imam. - Nie, na Jahwe! - zakrzyczał go rabin. - Ależ, drodzy  
panowie, bardzo proszę! - uspokajał Murzyn z miłym uśmiechem. - Czy Allah, czy  
Jahwe, czy Pan Bóg, zawsze chodzi o jedno i to samo: o wielkiego ducha wiecznego  
Stworzenia. Do niego modlić się będą ludzie przyszłości, jego czcić będą  
żarliwie i z wdzięcznością. Widzieliście to przecież na własne oczy na  
trójwymiarowych obrazach, a nawet wspólnie z nimi się modliliście. Musicie się  
jakoś pogodzić, nie ma innego wyboru. Jeśli tego nie uczynicie, będzie to  
oznaczało nieuchronny zmierzch religii, które reprezentujecie. `ty * * * `ty  
Papież pojawił się ponownie w swoim gabinecie równie niespodziewanie, jak  
zniknął. Gwardzista gwardii szwajcarskiej zamrugał ze zdziwienia powiekami,  
pokręcił głową i złapał się za czoło. - Źle się pan czuje? - spytał z uśmiechem  
papież. - Albo miałem właśnie halucynacje, albo z moimi oczami jest coś nie w  
porządku. - Jest pan przemęczony. Proponuję, aby wziął pan kilka dni urlopu i  
pojechał w góry - rzekł papież i uśmiechnął się dobrotliwie. Kiedy gwardzista  
opuścił gabinet, Ojciec Święty z ciężkim westchnieniem odchylił się na skórzane  
oparcie fotela. Czy on też miał halucynacje? Spotkanie z imamem i naczelnym  
rabinem Jerozolimy... to przecież nie mogło być naprawdę! Papież przejechał  
dłonią po oczach i patrzył na papiery rozłożone na biurku. Dopiero teraz  

background image

zauważył pewien przedmiot, którego wcześniej tu nie było. Sięgnął po niego z  
wahaniem. Była to srebrzyście połyskująca ramka, bardzo podobna do tych, w  
których trzyma się fotografie, tylko nieco grubsza. Najpierw z otwartymi ze  
zdziwienia ustami, potem z pełnym zrozumienia uśmiechem najwyższy dostojnik  
Kościoła rzymskokatolickiego wpatrywał się w zdjęcie. Był to hologram o żywych  
barwach, przedstawiający przyjaźnie objętych trzech przywódców Kościołów. Kiedy  
rozległ się dzwonek telefonu, papież instynktownie przeczuł, kto dzwoni. - It's  
me - powiedział donośny głos z arabskim akcentem. - Czy pan też ma na biurku  
trójwymiarowe zdjęcie? Krótko potem to samo pytanie zadał naczelny rabin  
Jerozolimy. + Powrót Bogów Nie jesteśmy oszukiwani,@ sami siebie oszukujemy. `rp  
Johann Wolfgang Goethe, 1749-1832 `rp Od kiedy Homo sapiens nauczył się myśleć,  
boi się śmierci. Jest świadkiem umierania i odradzania się wiosną w przyrodzie.  
Widzi, jak bledną gwiazdy i jak rozbłyskują ponownie następnej nocy. Co leży  
między życiem a śmiercią? Jakaś zagadkowa płaszczyzna, stan oczekiwania na  
przyszłe odrodzenie. Przeświadczenie o dalszym życiu daje człowiekowi siłę, by  
spokojnie patrzeć w oczy śmierci. A jednak lęk przed śmiercią nie znika,  
ponieważ, jak dowodzą tego własne doświadczenia życiowe każdego z nas, każda  
nadzieja jest jedynie mgiełką. Lęk jednostki jest także obawą mas. Narody  
obawiają się wojny, błysku bomby atomowej, szalejących obcych żołnierzy,  
załamania się równowagi środowiska naturalnego. Z przerażeniem myślą o  
straszliwym wydarzeniu, jakim grożą święte księgi: o Dniu Sądu Ostatecznego. W  
Nowym Testamencie jego nadejście zapowiada na przykład Ewangelista Marek (Mk 13,  
24-25 ): "W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego  
blasku. Gwiazdy będą spadać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte." Jego  
kolega Łukasz jest nieco dokładniejszy, wymienia nawet wstępne oznaki, które  
będą stanowiły zapowiedź Sądu Ostatecznego (Łk 21, 10-11, 25-26 ): "Powstanie  
naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia  
ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na  
niebie. [...] Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na Ziemi trwoga  
narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze  
strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających Ziemi. Albowiem moce niebios  
zostaną wstrząśnięte." Nie mniej dramatycznie opisują Sąd Ostateczny liczne sury  
Koranu (42 ): "W imię Allaha Miłosiernego, Litościwego! Kiedy słońce będzie  
spowite ciemnością i kiedy gwiazdy będą zamglone; kiedy góry będą z miejsca  
poruszone; kiedy wielbłądzice w dziesiątym miesiącu będą całkowicie opuszczone;  
kiedy dzikie zwierzęta będą zebrane; kiedy morza będą wzburzone [...]" (Sura 81  
). "W imię Allaha Miłosiernego, Litościwego! Kiedy niebo rozdzieli się i kiedy  
gwiazdy zostaną rozproszane; kiedy morza się wzburzą i kiedy groby zostaną  
wywrócone, wtedy każda dusza się dowie, co sobie przygotowała i co zaniedbała"  
(Sura 82 ). Sąd Ostateczny nad ludzkością opiewany jest nawet w chorałach  
gregoriańskich, w owych prostych, a przecież jakże cudownych pieśniach, które  
przenikają do szpiku kości i po dziś dzień śpiewane są w katolickich  
klasztorach. Hymn "Dies irae" intonuje się w czasie liturgii za zmarłych: Dies  
irae, dies illa@ Solvet saeclum in favilla:@ Teste David cum Sybilla. Quantus  
tremor est futurus,@ Quando judex est venturus,@ Cuncta stricte discussurus! (W  
gniewu dzień, w tę pomsty chwilę,@ Świat w popielnym legnie pyle:@ Zważ Dawida i  
Sybillę. Jakiż będzie płacz i łkanie,@ Gdy dzieł naszych sędzia stanie,@  
Odpowiedzieć każąc za nie.) Wraz ze zniszczeniem obwieszcza się, że przybędzie  
judex, Sędzia, jak na przykład w Ewangelii według św. Marka (Mk 13, 26-27 ):  
"Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i  

background image

chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron  
świata, od krańca ziemi do szczytu nieba." Ewangelista Łukasz dodaje jeszcze  
jedno zdanie (Łk 21, 28 ): "A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i  
podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie." Apokalipsa - kiedy?  
Odkupieni zostaną oczywiście tylko sprawiedliwi, tylko i wyłącznie wierzący, ci,  
którzy kurczowo i ślepo trzymają się słów Pisma Świętego. Jeśli zaś ktoś mnie  
zapyta |jakich słów |jakiego Pisma Świętego, to odpowiem, że nie wiem, ponieważ,  
jak wiadomo, każda religia w tym ziemskim domu wariatów twierdzi, że to |jej  
Pismo Święte jest tym jedynym prawdziwym. Zapowiada się nadejście niebiańskiego  
Sędziego, który "mieszka na wysokościach" i który wreszcie zmierzy ludzkie czyny  
i przewinienia właściwą miarą. Lecz zanim się to stanie, zanim wybrańcom wolno  
będzie nareszcie wejść do królestwa niebieskiego, pozostała część ludzkości  
będzie bita, męczona, torturowana, smażona. Najbardziej plastycznie przedstawia  
to apostoł Jan w swojej tzw. Apokalipsie, ostatnim tekście Nowego Testamentu.  
Mowa tam o złamaniu siedmiu pieczęci; z chwilą łamania kolejnych na ludzkość  
spadają coraz to nowe plagi. Rozlegają się głosy trąb, a za każdym razem, gdy  
zatrąbią, dzieją się rzeczy straszliwe. Przy pierwszym dźwięku trąb na ziemię  
spadają "grad i ogień - pomieszane z krwią", przy drugim "wielka góra płonąca  
ogniem" zostaje rzucona w morze i "trzecia część morza stała się krwią".  
Oczywiście, przy okazji "wyginęła w morzu trzecia część stworzeń", a "trzecia  
część okrętów uległa zniszczeniu" (Ap 8, 6-9 ). Udręczoną Ziemię czekają rzeczy  
jeszcze straszliwsze, albowiem gdy dźwięk trąb rozległ się po raz trzeci,  
"spadła z niebia wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia, a spadła na trzecią  
część rzek i na źródła wód. A imię gwiazdy brzmi Piołun. I trzecia część wód  
stała się piołunem, i wielu ludzi pomarło od wód, bo stały się gorzkie" (Ap 8,  
10-11 ). Wreszcie zaćmi się nawet Słońce i Księżyc, a ludzi dręczyć zacznie  
wszelkie możliwe robactwo - szarańcza, skorpiony i inne - nie zabijając ich  
jednak. Straszliwościom nie ma końca: pojawiają się konie o lwich łbach, z  
których pysków wychodzi ogień, dym i siarka. Choć tymczasem już od dawna więcej  
niż jedna trzecia ludzkości została wyniszczona i na dobrą sprawę nikogo już nie  
powinno być, ludzie nadal nie są skłonni okazać skruchy. Nie wiem, jaki to mózg  
wyprodukował te koszmary, czy też jakie to |wizje dręczyły apostoła Jana - wiem  
natomiast, że pewne elementy tej apokalipsy odnaleźć można nie tylko u Henocha,  
lecz także u młodszego z proroków, Daniela (Dn 7, 1 nn). Tak czy inaczej, tym  
razem Ojcom Kościoła, redaktorom Biblii, udało się uzgodnić mniej więcej  
jednolitą wersję. I tak na przykład w Apokalipsie św. Jana czytamy (Ap 6, 12-16  
), podobnie jak u Ewangelistów Marka i Łukasza: "[...] stało się wielkie  
trzęsienie ziemi i słońce stało się czarne jak włosienny wór, a cały księżyc  
stał się jak krew. I gwiazdy spadły z nieba na ziemię, podobnie jak drzewo  
figowe wstrząsane silnym wiatrem zrzuca na ziemię swe niedojrzałe owoce. Niebo  
zostało usunięte jak księga, którą się zwija, a każda góra i wyspa z miejsc  
swych poruszone. A królowie ziemscy, wielmoże i wodzowie, bogacze i możni, i  
każdy niewolnik i wolny ukryli się do jaskiń i górskich skał. I mówią do gór i  
do skał: "Padnijcie na nas i zakryjcie nas przed obliczem Zasiadającego na  
tronie [...]"." W dotychczasowych dziejach ludzkości bywało raczej stosunkowo  
skromnie, wszystkie ludzkie wojny rozgrywały się bowiem na dość ograniczonym  
geograficznie obszarze. Apokalipsa św. Jana natomiast obwieszcza nadejście  
ogólnoświatowego zniszczenia, ostatecznego wyroku tego, który "mieszka na  
wysokościach", czyli właśnie "dzień sądu", "sądny dzień", albo inaczej "Sąd  
Ostateczny". Skąd właściwie wzięło się to dziedzictwo myślowe? Obrazy  

background image

straszliwego sądu zakończonego |odkupieniem dla wierzących? Kto wymyślił anioły  
zemsty dmące w trąby, kto wymyślił wylewanie czasz zawierających najohydniejsze  
plagi? W czyim umyśle czy nawet - niech tam - w czyjej |wizji narodził się  
ostateczny Sędzia? A tak w ogóle, cóż to może być za dobrotliwy, by nie  
powiedzieć "wszechmiłosierny", Bóg, który niejako etapami torturuje i zabija  
niewierzących, aby na koniec kazać im po wieczne czasy smażyć się w ogniu  
piekielnym? Niewątpliwe jest właściwie tylko to, że ludzka wyobraźnia potrafi  
wytwarzać rzeczy nie tylko piękne, ale także przerażające. W gniewie ludzie  
potrafią wysyłać swoich przeciwników do piekła, wyobrażając sobie w dodatku to  
piekło ze wszystkimi szczegółami. Niewątpliwa jest także nadzieja cierpiącego  
człowieka na piękniejszy świat, w którym będzie mu się lepiej wiodło. No i  
wreszcie, niech w końcu przeżywają teraz udręki inni, niesprawiedliwi i źli,  
bogaci, grzesznicy i wątpiący, podczas kiedy my siedzimy sobie w raju, popijając  
ambrozję. Ach, jaki świat jest niesprawiedliwy,@ twój los wspaniały, a mój  
parszywy.@ Gdyby na świecie było sprawiedliwiej,@ to mnie byłoby wspanialej, a  
tobie parszywiej. Im bardziej parszywe czasy, tym żarliwsze nadzieje na złoty  
wiek, w którym zapanuje absolutna sprawiedliwość i nikt nie będzie  
uprzywilejowany. Ponieważ nigdy nic nie bierze się z niczego, nawet złoty wiek,  
niezbędny jest król, władca, zmartwychwstaniec, odkupiciel, prorok albo, jeśli  
to tylko możliwe, ktoś, kto dysponuje mocą zaprowadzenia porządku na tym padole.  
To jakże łatwo zrozumiałe z psychologicznego punktu widzenia pragnienie  
sprawiło, że przez wszystkie wieki mnożyły się cudowne reinkarnacje, mnożyli się  
Mesjasze i prorocy. Poniżej kilka zdumiewających przykładów. Prorocy naszych dni  
5 stycznia 1945 r. zmarł w Virginia Beach w USA 65-letni jasnowidz Edgar Cayce.  
W stanie transu ten "śpiący prorok", jak go nazywano, uleczył niezliczone rzesze  
ludzi, nie przeczytawszy w życiu ani jednej książki medycznej. W swoich  
liczących ponad dwa tysiące stron "Readings" przekazał zdumiewające informacje  
na temat przeszłości i przyszłości, a także o swoich wielokrotnych  
reinkarnacjach, poczynając od starożytnego Egiptu, a na współczesności kończąc.  
O Edgarze Cayce napisano wiele książek, na całym świecie są miliony jego  
zwolenników (42 ). W listopadzie 1926 r. w Puttaparthi w Indiach (stan Andhra- 
Pradesz) przyszedł na świat chłopiec o imieniu Satyanarayana Raju. Jego imię  
znaczy mniej więcej tyle, co "bóg-człowiek". Jako czternastolatek został  
ugryziony przez skorpiona i kiedy ocknął się po wielodniowej śpiączce,  
oświadczył, że jest reinkarnacją Sai Baby. Był to wielki indyjski święty z  
zeszłego stulecia. W wieku lat trzydziestu Satyanarayana Raju po raz pierwszy  
wystąpił publicznie, mając zaś trzydzieści sześć, założył własny aśram. Dziś Sai  
Baba ma w swoim rodzinnym mieście, 250 km na północny wschód od Bangaluru,  
największy aśram w Indiach, ponadto uniwersytet i znakomity szpital. Liczbę jego  
zwolenników ocenia się na sto milionów ludzi. Na jego temat napisano niezliczoną  
liczbę książek (43 ). Dzień w dzień dokonuje on na oczach zdumionych wiernych i  
przed kamerami |materializacji i wszelkiego rodzaju cudownych uleczeń.  
Utrzymuje, że jest |wszechmocny, |wszechwiedzący i |wszechobecny, twierdzi też z  
przekonaniem, że jest inkarnacją Buddy, Kriszny, Ramy i Chrystusa. O tym, że nie  
gardzi też fizycznym seksem, informował tygodnik "Der Spiegel" (44 ). Własną  
śmierć zapowiedział na rok 2022, ale umrze tylko po to, aby wkrótce potem  
odrodzić się w indyjskiej krainie Karnataka. W Grazu w Austrii 15 marca 1840 r.  
miało miejsce osobliwe zdarzenie. Wtedy to czterdziestoletni wówczas nauczyciel  
muzyki, Jakob Lorber, "jasno i wyraźnie" usłyszał głos, który nakazał mu pisać.  
Posłusznie, choć z początku z pewnym przestrachem, nauczyciel chwycił pióro i  

background image

przez następne lata zapełniał tom po tomie pod dyktando głosu rozlegającego się  
"w okolicy serca". Dziś łączna liczba wydanych tomów proroka Jakoba Lorbera  
wynosi ni mniej, ni więcej, tylko 25 i liczy sobie 10 tysięcy stron (45 ).  
Lorber zawarł w nich różne szczegóły przyrodoznawcze i astronomiczne, które  
dopiero zostaną odkryte, podał też zdumiewające komentarze zarówno do Starego,  
jak i Nowego Testamentu. Liczba jego zwolenników wynosi przypuszczalnie kilkaset  
tysięcy osób święcie przekonanych o prawdziwości słów swego proroka. Również w  
ostatnim stuleciu urodził się w Qadianie, wiosce na północny wschód od Lahore w  
Pakistanie, prorok Hazrat Mirza Chulam Ahmad. Dał się on poznać jako łagodny,  
miły, umiejący doskonale pisać i mówić człowiek, i wreszcie założył ruch  
Ahmadiyya. Jest to islamska wspólnota po dziś dzień mająca jeszcze wielu  
zwolenników. Twórcy tej religii przypisywano nawet cuda. Jego zwolennicy  
przysięgają, że Bóg Wszechmogący "obudził go do życia w szatach wszystkich  
poprzednich proroków" i że jego przeznaczeniem jest być "mesjaszem i Mahdim dla  
chrześcijan i muzułmanów", ale także "Kriszną dla Hindusów, Buddą dla buddystów  
oraz odbiciem wszystkich poprzednich proroków. Odkupicielem całej ludzkości" (46  
). To tylko cztery postacie proroków z ostatnich 150 lat, mających w najwyższym  
stopniu zdumiewające dokonania. Obok takich |pozytywnych proroków i  
uzdrowicieli, którzy nikomu nie wyrządzili krzywdy, aż roi się od postaci  
|negatywnych, proroków końca świata, którzy od niepamiętnych czasów zapowiadają,  
że właściwie dawno już powinniśmy być martwi. Koniec świata to stały temat, od  
kiedy istnieje człowiek (47 ). Tyle tylko, że, jak dotąd, świat nie chciał tego  
posłuchać. O wierzącychŃ i niewierzących Jeśli idzie o szarlatanów, także tych  
kryjących się pod płaszczykiem naukowości, to nie mam żadnych problemów z  
demaskowaniem ich prognoz. Zawsze są one zbyt przejrzyste, zbyt związane z  
teraźniejszością i zbyt ideologicznie zabarwione. Nie mam problemów nawet z  
prorokami, takimi jak Jakob Lorber, Hazrat Mirza Chulam Ahmad, Edgar Cayce czy  
Sai Baba, chociaż ten ostatni wręcz nazywa siebie "Bogiem". Dla ich  
zdumiewającej, powiedzmy nawet |uniwersalnej, wiedzy już dziś istnieje rozsądna,  
dająca się matematycznie dowieść teoria. Jej autorem jest francuski fizyk  
atomowy Jean E. Charon, a powiada ona, ni mniej, ni więcej, że materia i duch są  
nierozerwalnie ze sobą związane. W każdym atomie - a dokładniej w elektronie -  
zawarta jest cała inteligencja Wszechświata (48 ). Wyjaśnia to sprawę |wiedzy  
proroków, nawet jeśli oni sami nie wiedzą, skąd ona się wzięła. Sprzeczność sama  
w sobie! Problemy zaczynają się dla mnie natomiast na zupełnie innej  
płaszczyźnie, a mianowicie religijnej. Religie zapowiadają bowiem, że w Dzień  
Sądu Ostatecznego niewierzący zostaną spaleni, utopieni, zabici, zakłuci,  
zatruci ("gorzką wodą"), zastrzeleni, zmiażdżeni trzęsieniem ziemi lub zmieceni  
z powierzchni przez inne plagi. Przepraszam za wyrażenie, ale Bogu dzięki  
dotyczy to tylko niewierzących. Tylko |których niewierzących, ja się pytam?  
Tych, którzy nie wierzą w dogmaty katolickie? A może tych, którzy mieli pecha  
wyrastać w ramach sekty chrześcijańskiej? Tych, którzy jak na złość nie  
wychowali się w którymś z krajów arabskich bądź azjatyckich i nie znają ani  
świętego Koranu, ani którejś z innych nauk buddyjskich bądź hinduistycznych? A  
może tych, którzy w Japonii przyznają się do szintoizmu, albo tych, którzy  
trzymają się przykazań Księgi Mormona? W tej sytuacji człowiekowi samo narzuca  
się pytanie: Dobry Boże, cóżeś ty najlepszego uczynił? Ludzie czekają na  
|Odkupiciela i na |Zbawiciela, na |Zmartwychwstałego i na |Mesjasza. Kto to może  
być? Istnieje spisana w roku 1573 "Saga o Kyffhäuser. Nigdy Państwo o niej nie  
słyszeli? W sadze tej opiewa się powrót niemieckiego cesarza Fryderyka I  

background image

Barbarossy. Tylko jego nam jeszcze brakowało (49 ): Niemiecki Cesarzu! Niemiecki  
Cesarzu!@ Śpisz? Nie widzisz? Wstawać czas!@ Pora kary, zemsty wraz! Cóż, nie  
jest to nic nowego pod słońcem, już starożytni Rzymianie wyczekiwali powrotu  
swych |boskich |cesarzy, Augusta, Klaudiusza i Wespazjana. Nazywano ich  
"zbawcami świata" (50 ). Nawet o okrutniku Neronie jeszcze przez lata po jego  
śmierci powiadano, że odrodził się na Cyprze i przejął we władanie wyspę. Od  
tego rodzaju |zmartwychwstańców, którzy wszyscy razem wzięci nie byli Mesjaszami  
i nikogo nie zbawili, wprost roi się w dziejach świata. Można ich pominąć. Nie  
można natomiast pominąć postaci Mesjasza z wielkich religii. W końcu wywierają  
one wpływ na myślenie całych społeczeństw aż po dzień dzisiejszy. Dla całego  
świata chrześcijańskiego Jezus Chrystus jest |Odkupicielem, |Zbawicielem, który  
wprawdzie już dwa tysiące lat temu zbawił nas od tajemniczego grzechu  
pierworodnego, ale jednak ma powrócić, aby "mieszkać na wysokościach" i wydać na  
nas wyrok. Jak to się właściwie stało, że Jezus stał się Mesjaszem dla  
chrześcijan, natomiast dla Żydów, z których przecież się wywodził, nie ma  
żadnego Mesjasza o imieniu Jezus? Sprawa ta jest tak zawikłana i narosło wokół  
niej - jakże by inaczej - tyle dziesiątków tysięcy tasiemcowych komentarzy, że  
muszę się tutaj skupić tylko na rzeczach najistotniejszych. Ale i to  
dostatecznie dużo wyjaśnia! "Najstarsze pisemne świadectwo nadziei  
mesjanistycznej, które równie dobrze mogło powstać jeszcze wcześniej, spotykamy  
w tzw. napomnieniach z Księgi Izajasza", powiada teolog Ulrich Kellermann, który  
gruntownie przestudiował ten temat (51 ). U Izajasza znaleźć można wprawdzie  
wszystko, co się chce, ale na pewno nic jasnego. Tak więc sięga się po tego  
proroka, aby wyczarować Mesjasza. Czytamy tam (Iz 9, 5-6 ): "Albowiem Dziecię  
nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano  
Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju.  
Wielkie będzie Jego panowanie w pokoju bez granic na tronie Dawida i nad Jego  
królestwem, które On utwierdzi i umocni prawem i sprawiedliwością, odtąd i na  
wieki." Czy Jezus był Mesjaszem? Próba wyprowadzenia z tych słów idei  
chrześcijańskiego czy żydowskiego Odkupiciela to już szczyt wszystkiego! Nie  
tylko dlatego, że, jak wiadomo, po Jezusie wcale nie nastał pokój ("w pokoju bez  
granic"), ale też dlatego, że mowa jest o "królestwie Dawida", w którym ma on  
rządzić "odtąd i na wieki" - a tymczasem po królestwie tym nie ma dzisiaj śladu!  
U Izajasza zdania raz pisane są w czasie teraźniejszym ("Dziecię nam się  
narodziło"), raz w czasie przyszłym ("wielkie będzie Jego panowanie") i tak  
dalej. Oczekiwanego Dziecięcia nie mogło jeszcze oczywiście być na świecie w  
czasach Izajasza. Trzeba tu nadto wiedzieć, że pismo hebrajskie, w którym  
napisana jest księga tego proroka, to pismo spółgłoskowe, nie znające  
samogłosek. W każdym podręczniku hebrajskiego można też przeczytać, że w tej  
formie pisma nie ma gramatycznej formy czasu przyszłego (52 ). Tylko i wyłącznie  
dla ułatwienia lektury samogłoski zaznaczano małymi kropkami umieszczanymi  
między spółgłoskami. W tekście pierwotnym używano czasu imperfectum (jako czas  
przeszły niedokonany) lub perfectum (jako czas teraźniejszy). Futurum (forma  
czasu przyszłego) jako samodzielnej formy gramatycznej w ogóle nie było. W  
zależności od woli i interpretacji tłumacza można z tymi formami zrobić, co się  
chce. W ten właśnie sposób z perfectum consecutivum (następstwo czasów) robi się  
nagle - futerum! Oczywiście, w przypadku Izajasza uczeni ani razu nie doszli do  
porozumienia, które zdania to |prawdziwy |Izajasz, a które nie. Gdy jeden znawca  
pisze, iż pierwotna Księga Izajasza została "niezwykle silnie zniekształcona w  
drodze przegrupowywania tekstu, opustek i wtrętów", to drugi twierdzi coś  

background image

dokładnie odwrotnego, trzeci zaś "zdecydowanie" zaprzecza, jakoby mowy prorockie  
Izajasza w ogóle kiedykolwiek istniały "jako samodzielny zbiór" (53 ). Są to  
jednak wszystko roztrząsania teologiczne, do których od dawna już przywykłem.  
Nikt nie wie, jak było naprawdę. Mimo to nie ma chyba innych mesjanistycznych  
proroctw, które uzyskałyby takie znaczenie w dziejach świata, jak te z Księgi  
Izajasza 9, 5 i Daniela 7, 9. Także inne fragmenty niezwykle spornego tekstu  
Izajasza przywołuje się, by przekształcić Jezusa w |Mesjasza. Ponieważ nie  
chciałbym zanudzać moich Czytelników cytatami z Biblii, ograniczę się jedynie do  
podania odpowiednich miejsc. Kto jest zainteresowany, niech sobie łaskawie  
sięgnie do Księgi Izajasza 8, 23 ; 9, 1-6 ; 11, 1-10 ; 35, 4-10 ; 40, 1-5 ; 42,  
1-7 ; 49, 1-12. Ani odrobinę nie przesadzam stwierdzając, że nigdzie nie ma  
choćby minimalnie przekonującej wskazówki, która z Jezusa czyniłaby Mesjasza,  
nie mówiąc już o tym, by gdziekolwiek pojawiło się imię Jezus. Warunkiem jest  
jednak neutralne tłumaczenie Biblii, nie zaś to sporządzone na zamówienie danego  
Kościoła, gdzie słowa "Jezus" i "Chrystus" wstawia się zgodnie z potrzebą tam,  
gdzie to wygodne. Inne fragmenty Starego Testamentu w niczym tej konkluzji nie  
zmieniają. Cytuje się na przykład zdania z Księgi Psalmów, w których wprawdzie  
często jest mowa o przyszłym królestwie Izraela lub o dynastii Dawida, a także o  
oczekiwanym Zbawicielu i wielkim królu, ale nigdzie nie pojawia się imię Jezus.  
Zaprzęga się nawet proroka Daniela, aby tylko możliwy był cud, że to Jezus jest  
tym oczekiwanym Mesjaszem. Tyle tylko, że Daniel wyraża się równie mgliście jak  
jego koledzy. Jako najbardziej charakterystyczny przytacza się fragment z  
rozdziału 7, gdzie czytamy (Dn 7, 13-14 ): "Patrzałem w nocnych widzeniach: a  
oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego  
i wprowadzają Go przed Niego. Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę  
królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest  
wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie  
zagładzie." Sam prorok Daniel mówi w tym kontekście o "nocnych widzeniach",  
które miał. Widzi różne osobliwe zwierzęta z dziwacznymi rogami, a ponieważ nie  
rozumie tych "nocnych widzeń", przychodzi jakiś anioł i mu je wyjaśnia. Dlaczego  
nie od razu? Wszystkie te proroctwa - jeśli w ogóle nimi są - w żadnym momencie  
nie zapowiadają przyjścia Jezusa. A jeśli ktoś w tych niejasnych sformułowaniach  
chce za wszelką cenę odnaleźć postać Jezusa jako Mesjasza, będzie musiał  
nieuchronnie skapitulować wobec faktów historycznych. Tak się składa, że po  
Jezusie nie nastała ani jakaś wyjątkowa władza, ani królestwo, które "nigdy nie  
ulegnie zagładzie". Wiedzą o tym oczywiście także teologowie, toteż wymyślono  
"wieczne królestwo" po Dniu Sądu Ostatecznego. Bo przecież skoro coś jeszcze nie  
nastąpiło, to musi przyjść później. Prawda, jakie to proste. Grunt, żeby  
pozostała nadzieja. Jeśli o mnie chodzi, to bardzo chętnie zakończyłbym już spór  
o to, czy Jezus był Mesjaszem, czy też nie, lecz wówczas zakuta w pancerz  
krytyka z pewnością zarzuciłaby mi, że zwyczajnie i po prostu pominąłem  
najważniejsze fragmenty wskazujące na Jezusa. Bo rzeczywiście, ktoś, kto szuka w  
Starym Testamencie Jezusa jako Mesjasza, znajdzie wieloznaczne fragmenty nie  
tylko w tekstach Daniela, Salomona czy Izajasza, ale także u proroka Micheasza,  
młodszego współczesnego Izajasza, oraz u Ezechiela. Teologowie powołują się na  
rozdział 34, gdzie jest mowa o przyszłej "trzodzie owiec", nad którą ustanowiony  
zostanie "jeden pasterz" z rodu Dawida. U tego samego Ezechiela na przykład  
czytamy w rozdziale 37 (Ez 37, 21-28 ) te same obietnice (nadzieje) powstania  
zwycięskiego Izraela, któremu inne narody będą niejako leżały u stóp. Królestwo  
dla Dawida "Tak mówi Pan Bóg: Oto wybieram Izraelitów spośród ludów, do których  

background image

pociągnęli, i zbieram ich ze wszystkich stron, i prowadzę ich do ich kraju. I  
uczynię ich jednym ludem w kraju, na górach Izraela, i jeden król będzie nimi  
wszystkimi rządził [...] Sługa mój, Dawid, będzie królem nad nimi [...]  
Mieszkanie moje będzie pośród nich, a Ja będę ich Bogiem, oni zaś będą moim  
ludem. Ludy zaś pogańskie poznają, że Ja jestem Pan, który uświęca Izraela, gdy  
mój przybytek będzie wśród nich na zawsze." Wszystko to są całkiem zrozumiałe,  
jakkolwiek tylko pobożne życzenia, sformułowane w czasie, gdy z Izraelem było  
bardzo niedobrze. W swych pełnych cierpienia dziejach Izraelici cały czas żywili  
nadzieję na jakiś odległy czas, kiedy to ich królestwo odnowi się z "dynastii  
Dawida", a ich Bóg zamieszka między nimi. Na te fragmenty zresztą powołują się  
współcześni ortodoksyjni Żydzi, tak wiele niedoli przysparzający swemu  
politycznemu kierownictwu. Wskazywałem już na to, że teksty Ezechiela stanowią  
mieszaninę redakcyjnych przeróbek i aż roją się od wtrętów różnych autorów z  
różnych epok. W jaki sposób można z tego wszystkiego wyprowadzić mesjanizm  
Jezusa, nigdy nie udało mi się pojąć i przypuszczalnie na zawsze już pozostanie  
to niedostępną tajemnicą dla mojego udręczonego rozumu. Pozostają jeszcze  
apokryficzne księgi Henocha, Barucha oraz 9 Księga Ezdrasza, w których również  
pojawiają się zapowiedzi przybycia |Odkupiciela. Za część mesjanistyczną Księgi  
Henocha uważa się Przypowieści zawarte w rozdziałach 38-71. Prorok przekazuje w  
nich dane i tajniki astronomiczne, na koniec zaś (Hen 46, 3 nn) mówi o przybyciu  
"Syna Człowieczego" (54 ): "On odpowiedział mi i rzekł: Oto Syn Człowieczy,  
który ma sprawiedliwość, u którego mieszka sprawiedliwość i który objawia  
wszelkie skarby tego, co jest ukryte; albowiem Bóg Duchów wybrał go i jego los  
wszystko przewyższył przed Panem Duchów prawością na wieki. Ten Syn Człowieczy,  
którego widziałeś, podniesie królów i wielmożów z ich miejsc spoczynku, a  
mocarzy z ich tronów; rozluźni cugle mocarzy i pomiażdży zęby grzeszników.  
Wypędzi królów z ich tronów i ich królestw [...]." Są to wprawdzie jednoznaczne  
obietnice dotyczące przyszłych czasów i przyszłego |Zbawiciela, który jest  
"Synem Człowieczym", tyle tylko, że choćbym przeczytał Henocha dziesięć razy tam  
i z powrotem, nigdzie nie znajdę ani słowa o Jezusie. Dokładnie tak samo rzecz  
się ma z apokryficzną Księgą Barucha oraz 9 Księgą Ezdrasza: oczekiwanie  
Mesjasza - tak; jakiekolwiek sygnały, że będzie nim Jezus - nie. Na koniec tego  
chaosu jako świadectwa na korzyść Jezusa teologia wymienia Testamenty dwunastu  
patriarchów. Są to również teksty apokryficzne, zredagowane bezsprzecznie w  
okresie wczesnochrześcijańskim. Zwieńczeniem tego wszystkiego są jeszcze  
zaliczane do ksiąg prorockich Księgi Sybilińskie - mieszanka jest już wtedy nie  
do pobicia - tylko o Jezusie jako Mesjaszu nie ma w nich ani słowa. Ktoś, kto  
przekopie się przez zwarty gąszcz teologicznych rozpraw, dostrzeże w  
starożytnych tekstach żywione przez ich autorów przeczucie i żarliwą nadzieję na  
jakieś niesłychane wydarzenie, które będzie miało miejsce w przyszłości. W  
tekstach proroków oraz w Testamentach dwunastu patriarchów miejscem tego  
wydarzenia jest jednoznacznie Ziemia, natomiast w tekstach apokaliptycznych  
dzieje się ono gdzieś nad Ziemią. Dlatego też teolog dr Werner Küppers zauważa  
bardzo słusznie (55 ): "Światło nadziei błyszczy na ciemnym tle, a w jego  
ognisku pojawia się pod różnymi kształtami osobliwa postać: Istota Człowiecza,  
Syn Człowieczy, Wybraniec Sprawiedliwości, Gwiazda Pokoju, Nowy Kapłan,  
Człowiek, Mesjasz - element czysto przypadkowy, więcej niż człowiek, a jednak  
nie po prostu anioł czy Bóg [...] W jaki sposób pojąć postać o tak dziwacznych  
konturach?" W kręgu teologii żydowskiej Mesjasz pozostaje "człowiekiem ludzkiego  
pochodzenia" (56 ), a często nawet nie osobą, lecz całym ludem Izraelskim jako  

background image

takim. Inaczej dzieje się w teologii chrześcijańskiej. Tam postać Mesjasza  
utożsamiana jest z "Synem Bożym". Tyle tylko, że w obu teologiach pozostaje bez  
odpowiedzi parę pytań. Skąd wzięło się czekanie na Mesjasza? Ile liczy sobie  
lat? W końcu nie wystarczy wskazać na proroków, takich jak Izajasz, Daniel czy  
Ezechiel, skoro dokładnie przecież wiadomo, że ich teksty były fałszowane i  
modyfikowane. Również odnoszące się do tych proroków datowanie jest bezsensowne  
z tego samego powodu - idea Mesjasza jest zdecydowanie znacznie starsza niż  
wszyscy ci prorocy razem wzięci. To, co zapowiadają prorocy, to tylko formy tego  
oczekiwania, które w swym ludowym sednie istniało już od momentu wypędzenia z  
Raju. Cała barwność proroczych opisów funkcjonuje na podobnych zasadach. Prorocy  
i ich późniejsi redaktorzy pracowali na odziedziczonej spuściźnie myślowej  
obejmującej wspólną wielką nadzieję całego narodu. A nadzieja ta była już stałą  
składową, jeśli nie wręcz gwarantem przetrwania pewnej grupy ludzkiej, zanim  
jeszcze zapisano pierwsze słowo. Oczekiwanie zbawienia "jest prastare i sięga  
znacznie dalej, poza czas życia proroków" (57 ). Teolog Leo Landmann pisze, że  
"Izraelici pozostawili światu trzy prezenty: monoteizm, zasady moralne oraz  
prawdziwych proroków. Trzeba do tego dodać prezent czwarty: wiarę w Mesjasza"  
(58 ). Stwierdzeniu temu można z całym przekonaniem zaprzeczyć. Wiele innych  
starożytnych ludów, zarówno tych cywilizowanych, jak i prymitywnych, także znało  
ideę czekania na Mesjasza. Jeszcze w roku 1919 teolog H. W. Schomerns pisał (59  
): "Do elementów służących umocnieniu i pokrzepieniu gminy chrześcijańskiej  
należy przeświadczenie o wyższości chrześcijaństwa nad wszelkimi innymi  
religiami, ba, o absolutności tegoż." Uważam, iż tego rodzaju twierdzenia  
wymagają uprzedniego poznania innych religii. Trzeba się wczytać i wczuć, a  
jeśli po takich studiach ktoś nadal twierdzi, że chrześcijaństwo "absolutnie  
przewyższa" wszystko inne, czyni to z potężną dawką wiary. Wiara jest sprawą  
indywidualną. Niemniej jednak przestrzegam przed niedocenianiem innych religii.  
Przez całe tysiąclecia - niejednokrotnie dłużej niż chrześcijaństwo - nie  
straciły nic ze swej mocy i nadal są źródłem fascynacji. Wszystkie religie, czy  
to przedchrześcijańskie, czy też pochrześcijańskie, znają ideę odkupienia.  
Wszystkie bez wyjątku z utęsknieniem czekają na znaki na niebie i na obiecany  
powrót swojego Mesjasza. Największą i niewątpliwie najdynamiczniejszą wspólnotą  
religijną z czasów pochrześcijańskich jest islam. W świętej księdze muzułmanów -  
Koranie - Jezusa czci się wyraźnie jako proroka, nigdy jednak jako Mesjasza czy  
wręcz Bożego Syna. Islamski Mesjasz Sura 19 mówi o tym jednoznacznie: "Oni  
[niewierni] powiedzieli: "Miłosierny wziął Sobie syna!" Popełniliście rzecz  
potworną! Niebiosa omal nie rozrywają się [...] od tego, iż oni przypisali  
Miłosiernemu syna. A nie godzi się Miłosiernemu, aby wziął sobie syna!" (wersety  
88-92 ). Wcześniej zaś w wersecie 34 tej samej sury czytamy: "To jest Jezus, syn  
Marii, słowo Prawdy, w którą powątpiewają." Tylko i wyłącznie chrześcijaństwo  
wierzy w Jezusa jako Mesjasza i Odkupiciela. Wszystkie inne wielkie religie  
światowe nie chcą o tym słyszeć - ani islam, ani religia żydowska, nie  
wspominając już o religiach daleko-wschodnich. Oczywiście, wszystkie wielkie  
światowe religie mają wspaniałych religioznawców, mądrych myślicieli i  
analityków. We wszystkich światowych religiach istniały i istnieją znakomite  
wyższe szkoły teologiczne z całą armią wielojęzycznych uczonych. Jako laika w  
sprawach teologii zawsze zdumiewa mnie fakt, że wszyscy ci nieprzeciętnie mądrzy  
jajogłowi, mający do dyspozycji |ten |sam |materiał |bazowy, dochodzą do  
całkowicie odmiennych wniosków. Zarówno religia żydowska, jak i islam czy  
chrześcijaństwo powołują się w swoich egzegezach na |tych |samych proroków  

background image

starożytności. I niech mi ktoś teraz powie, że egzegeza (objaśnianie) to nauka  
ścisła! Gdyby tak było, ze wszystkich zakątków świata nadchodzić powinny te same  
wyniki. Ponieważ jednak, pomimo tych wszystkich wyższych uczelni teologicznych  
różnych religii, najwyraźniej tak nie jest, twierdzę, że żaden z tych naukowców  
nie ma już prawdziwej orientacji. Każdy służy tylko swojej religii, czy w nią  
wierzy, czy nie. Islam także zna pojęcie Sądu Ostatecznego i Sądnego Dnia.  
Zacytowałem już sury 81 i 82. Podobnie jak Apokalipsa wg. Jana, także Koran  
powiada (Sura Xxi, werset 104 ): "Tego Dnia My zwiniemy niebo, tak jak się zwija  
zwoje ksiąg. I tak jak zaczęliśmy pierwsze stworzenie, My je powtórzymy [...]."  
To samo dotyczy "trąb" z Apokalipsy, bo w Koranie (Sura Xx, werset 102 )  
czytamy: "W tym Dniu zadmą w trąbę i My zbierzemy grzeszników, niebieskookich!"  
Sura Xvii, werset 59 powiada nawet: "O, nie ma miasta, którego byśmy nie  
zniszczyli przed Dniem Zmartwychwstania, lub którego byśmy nie ukarali karą  
okrutną." A kiedy ma się to wydarzyć? Pozostaje to tajemnicą Allaha: "Przyjdzie  
ona [obietnica] do nich niespodzianie i wprawi ich w zdumienie; i nie będą w  
stanie jej odwrócić ani nie będzie im dana żadna zwłoka!" (Sura Xxi, werset 40.)  
Islamski Mesjasz nosi imię "Mahdi". Zarówno prorok Mahomet, jak i najróżniejsi  
imamowie po nim zapowiadali przyjście |Mahdiego. Imamowie, czyli najwyżsi  
przywódcy duchowi islamu, bezustannie zapewniali, że błędem jest spekulowanie na  
temat ewentualnego momentu ponownego przybycia Mahdiego, jest to bowiem  
tajemnica znana tylko i wyłącznie Allahowi. Podobnie jak to się dzieje w religii  
żydowskiej i w chrześcijaństwie, literatura poświęcona ponownemu przybyciu  
Mahdiego zapełnia całe biblioteki. Nie ma już ewentualności, której by nie  
rozważono na wszystkie sposoby. Pewnego razu jakiś obcy zapytał imama al-Baqira  
o znaki zapowiadające przybycie. Imam odparł (60 ): "Będzie to wtedy, gdy  
kobiety zaczną się zachowywać jak mężczyźni, a mężczyźni jak kobiety; i kiedy  
kobiety zasiądą z rozłożonymi nogami na osiodłanych koniach. Będzie to wtedy,  
gdy przyjmowane będą fałszywe wypowiedzi świadków, a prawdziwe wypowiedzi  
świadków będą odrzucane; wtedy, gdy mężowie przelewać będą z niskich pobudek  
krew innych mężów, gdy popełniać będą czyny nierządne i marnować pieniądze  
biedaków." Jeśliby trzymać się tych kryteriów, to Mahdi powinien był przybyć już  
dawno temu. Lecz, jak twierdzi ów islamski uczony, zanim przybędzie Mahdi, musi  
"wystąpić sześćdziesięciu fałszywych mężów podających się za proroków". Nie  
dysponuję dokładną wiedzą, ilu już było fałszywych proroków, ale ich liczbę  
szacuję na znacznie ponad sześć tysięcy. W teologicznej literaturze islamu  
panuje taki sam chaos na temat oczekiwanego Mahdiego, co w żydowskiej i  
chrześcijańskiej na temat Mesjasza. Raz ma on być dwunastym imamem, który  
powróci jako Mahdi, aby odnowić czyste społeczeństwo islamskie, to znów - w  
zależności od dogmatyki - dwunasty imam, który powróci jako Mahdi, w ogóle nigdy  
nie umarł. Także na temat "kiedy" i "gdzie" panuje całkowita niezgodność. Mahdi  
jest najwyższym przywódcą ostatnich dni. Przybędzie "dwudziestej trzeciej nocy  
Ramadanu" (61 ), która to noc jest "nocą potęgi, w której odsłonięty zostanie  
święty Koran i w której zstąpią na ziemię aniołowie Allaha". Na koniec pozostaje  
jeszcze stwierdzenie, że wprawdzie wszystkie wielkie światowe religie oczekują  
nadejścia Mesjasza, nikt jednak nie wie, kiedy to ma nastąpić. Generalnie można  
powiedzieć, że postać Mesjasza wiąże się z gwiazdami, firmamentem i wielkim,  
ostatecznym sądem nad ludzkością. Mają mu towarzyszyć zastępy aniołów, ma on  
dysponować niesłychaną mocą i mieszkać na wysokościach. Czy to właśnie jest  
jądro ludowego przekazu? Esencja prastarej obietnicy: "Powrócimy"? Aby można  
było skonkretyzować tę nieśmiałą na razie myśl, potrzebne są dodatkowe przekazy,  

background image

starsze niż Koran czy chrześcijańskie apokalipsy. Teksty z innych kręgów  
kulturowych niż te omówione powyżej. Słowo "awesta" pochodzi z języka  
środkowoperskiego i znaczy tyle, co "główny tekst" lub "pouczenie". Księga  
Awesta zawiera wszystkie teksty religijne Parsów, czyli dzisiejszych zwolenników  
Zaratustry. Sam Zaratustra miał się narodzić z |dziewicy. Tradycja powiada, że z  
nieba opuściła się góra oblana czystym światłem. Z góry wyszedł młodzieniec,  
który wszczepił embrion Zaratustry do brzucha jego matki. Ponieważ religia  
Parsów była starsza od islamu, odmówili oni uznania Koranu za świętą księgę.  
Wywędrowali do Iranu i do Indii. Chociaż ich językiem jest gudżarati, jeden z  
języków nowoindyjskich, w liturgii nadal posługują się starożytnym językiem  
awestańskim, spełniającym funkcję podobną do kościelnej łaciny w katolicyzmie.  
Parsowie stoją przed takim samym dylematem, co wyznawcy innych religii -  
mianowicie zachowała się tylko jedna czwarta pierwotnych tekstów Awesty. Składa  
się ona z księgi Jasna, zawierającej hymny recytacyjne, Jaszt, będących hymnami  
do 21 bogów, zbioru staroirańskich mitów z późniejszymi uzupełnieniami zwanego  
Wisprat wraz z inwokacjami do wyższych istot oraz Widewdat, księgi zawierającej  
przepisy dotyczące zachowania czystości. Zachowały się one częściowo w  
przekazach zapisanych pismem klinowym, które sporządzić kazali król Dariusz  
Wielki (550-486 przed Chr.), jego syn Kserkses (ok. 519-465 przed Chr.) oraz  
wnuk Artakserkses (ok. 425 przed Chr.). Najwyższy bóg, stwórca Nieba i Ziemi,  
zwał się Ahura Mazda. Pochwalone niechŃ będą gwiazdy! Jeśli wierzyć pismom  
Parsów, niebo gwiazdowe podzielone jest na różne gromady gwiazd, prowadzone  
przez różnych dowódców. Niebiańskie hufce poczynają sobie dość wojowniczo. Mowa  
tam o żołnierzach systemów gwiezdnych i bardzo wyraźnie o bitwach, jakie  
odbywają się we Wszechświecie. W najwyższych rejestrach głosi się też pochwałę  
poszczególnych gwiazd (Afrigan Rapithwin, werset 13 nn) (62 ): "Gwiazdę Tistrya,  
błyszczącą,@ majestatyczną, wychwalamy.@ Gwiazdę Catavaeca, której podlega  
woda,@ [...] wychwalamy.@ Wszystkie gwiazdy, które zawierają nasienie wody,@  
wychwalamy. [...]@ Wszystkie gwiazdy, które zawierają nasienie drzewa,@  
wychwalamy.@ Wychwalamy te gwiazdy, które nazywają się Haptoiringa,@ [...]  
dające zbawienie, stawiające opór Yatu, wychwalamy [...]" Hymny pochwalne wydają  
się być czymś więcej niż tylko arabeskowymi wytworami wyobraźni, dla Parsów  
bowiem planety od samego początku były "zwykłymi ciałami o kulistym kształcie".  
Na marginesie wspomnijmy: Galileo Galilei dopiero w roku 1610 swoim dyskursem o  
ruchu planet wywołał rewolucję w astronomii. Od najwcześniejszych czasów  
Parsowie wznosili świątynie na cześć różnych bóstw i ich ojczystych światów.  
Atrakcyjna osobliwość: w każdej z tych świątyń istniał kulisty model planety,  
której była poświęcona. Ponadto w każdej świątyni obowiązywały inne szaty, a  
także odmienne rytuały. W świątyni Jowisza można się było pokazać jedynie w  
szatach uczonego lub sędziego, w sanktuarium Marsa natomiast Parsowie nosili  
szaty w barwach wojennej czerwieni i rozmawiali ze sobą "dumnym tonem!" W  
świątyni Wenus śmiano się i żartowano, w świątyni Merkurego zaś przemawiano na  
modłę retorów i filozofów. Za to w świątyni Księżyca kapłani Parsów zachowywali  
się jak dziecinni zapaśnicy fikający koziołki, natomiast w świątyni Słońca  
noszono brokaty, zachowując się "jak przystało na królów Iranu". Quadriga solis,  
rydwan zaprzężony w cztery skrzydlate konie, wywodzi się z irańskiego kręgu  
kulturowego (63 ), w którym bogowie z danej planety kierują słonecznym rydwanem.  
W tekstach Awesty zaś pojawiają się hymny na cześć niebiańskich wozów i ich  
woźniców (Jasna 57, 27 nn): "Cztery rumaki,@ białe, leciutkie, błyszczące,@  
mądre, wiedzące, bez cienia@ pędzą przez niebiańskie regiony [...]@ szybciej od  

background image

obłoków,@ szybciej od ptaków,@ szybciej od strzały,@ które wyprzedzają  
wszystkich,@ za którymi pędzą [...]@ Gdy któryś jest we wschodnich Indiach,@  
atakuje go,@ gdy któryś jest w zachodnich Indiach,@ pokonuje go." W Jasztach,  
rozdział 10, werset 67nn, czytamy: "Który frunie uczynionym w niebiosach wozem,  
z kraju Arzahi do kraju Xanira [...] Białe, leciutkie, błyszczące, mądre,  
wiedzące, bez cienia pędzą przez niebiańskie regiony". Jaszty zaś w rozdziale  
10, werset 125 powiadają: "Wóz ten ciągną cztery rumaki, białe, jednobarwne,  
spożywające niebiańskie pożywienie, nieśmiertelne." Wszechświat pełen jest tego  
rodzaju pojazdów latających, rozgraniczenie zaś elementów, takich jak "strzała",  
"ptak", "obłoki", "niebiańskie pożywienie" itd. świadczy o tym, że Parsowie  
doskonale wiedzieli, o czym mówią. I, oczywiście, także Parsowie oczekują  
powtórnego przybycia swoich bogów. Z nieba mają zstąpić "istoty ze światła" (64  
) i zbawić umęczonych ludzi. Zaratustra osobiście zadaje swemu bogu Ahurze  
Maździe pytanie na temat czasów ostatecznych, a ten mówi o końcowej walce  
dobrych z nikczemnymi. Z nieba opuści się mnóstwo towarzyszów zwanych Pogromcami  
Wszechświata. Są nieśmiertelni, ich umysł jest doskonałością. Zanim ci pomocnicy  
pojawią się na firmamencie, zaciemni się Słońce, zaczną się trzęsienia ziemi,  
podniosą się straszliwe wichry i z nieba spadnie gwiazda. Po straszliwej bitwie,  
w której wezmą udział przybywające całymi zastępami wojska, rozpocznie się nowy  
złoty wiek. Ludzkość nabierze takiego doświadczenia w uzdrawianiu i tak  
znakomicie będzie umiała stosować lekarstwa, że ludzie "nawet o krok od śmierci  
nie będą umierać". Różnica w stosunku do |Odkupicieli z innych religii na  
pierwszy rzut oka nie wydaje się istotna - z jednym może zastrzeżeniem, że tym  
razem w roli zbawców pojawiają się "Pogromcy Wszechświata". To na nich się  
czeka, na bogów z gwiezdnego namiotu. Złoty Wiek W hinduizmie wszystko jest  
jeszcze bardziej skomplikowane ze względu na mnogość bóstw. Tam u początku  
czterech Wieków Świata jest Wiek Bogów, zwany |Krtayuga lub |Devayuga. Wiek ten  
pod każdym względem był idealny, nie istniały bowiem choroby ani nieżyczliwość,  
kłótnia ani złośliwość, lęk ani ból. Wtedy - jak powiada hinduska tradycja -  
celem ludzi był tylko najwyższy brahman, nawet członkowie czterech kast żyli  
razem. "Wszyscy mieli to samo umieranie, ten sam obyczaj, tę samą wiedzę,  
albowiem wtedy kasty wypełniały swoje obowiązki jednym i tym samym  
postępowaniem." Życie ludzi było po prostu idealne. Głównym zajęciem była asceza  
i studiowanie pism. Nie istniała żadna materialna żądza. Ludzie kochali  
prawdziwą mowę i prawdziwe nauki, nie było żadnego bezprawia, nikt bowiem nie  
odczuwał ziemskich pragnień. Bhagavata-Purana, jedno z wielu dzieł  
hinduistycznej literatury religijnej, przedstawia ludzi owego Złotego Wieku jako  
zadowolonych, przyjaznych, cierpliwych, łagodnych i pełnych miłosierdzia. Byli  
szczęśliwi, ponieważ nosili pokój we własnych sercach i na nic się nie skarżyli.  
Był to świat, jakiego nawet nie umiemy sobie wyobrazić, ponieważ człowiek  
współczesny miotany jest na wszystkie strony żądzami i pragnieniami. Co komu po  
wieku absolutnego szczęścia, skoro nie ma się żadnych pragnień? Lecz ów Złoty  
Wiek hinduizmu służy tylko jakby za podstawę pewnego wyobrażenia, którego  
projekcja usytuowana jest w odległej przyszłości. Tak samo jak było w  
"wymarzonym wieku", ma być także w przyszłości. Toteż w rozdziale 4  
Brahmavaivarty-Purany przedstawiony jest idealny stan wedle nauki brahmańskiej:  
świat, w którym wszyscy ludzie są "porządni", wierni, szanują wiek i naturę, nie  
znają złośliwości ani niegodziwości. W Złotym Wieku hinduizmu ludzie byli  
piękni, mocni i cieszyli się nieprzemijającą młodością. Ten czas powróci.  
Hinduizm nie zna też pary prarodziców, takich jak Adam i Ewa, ponieważ Brahma  

background image

stworzył na podobieństwo istot boskich osiem tysięcy ludzi, po tysiąc par z  
każdej z czterech kast. Pary te kochały się wprawdzie i odbywały ze sobą  
stosunki, ale nie mogły mieć dzieci. Dopiero pod koniec życia każda para wydała  
na świat po dwoje dzieci, z tym że nie stało się tak bynajmniej za pośrednictwem  
seksu i bólów porodowych, lecz na drodze czysto myślowej. W ten sposób powstały  
istoty duchowe, które zaludniły Ziemię. Ów stan ogólnej szczęśliwości trwał tak  
długo, dopóki negatywne duchy, ale także wszelkiego rodzaju bogowie, nie  
zamącili ludziom w głowach. W bogach widziano wprawdzie przepotężne i  
nieśmiertelne istoty, jednakże większość z nich była bardzo podobna do ludzi i  
miała zindywidualizowaną naturę. Na czele ich wszystkich stał "Książę  
Wszechświata, który wszystkim rządził" (65 ). Świat bogów hinduizmu jest jednak  
tak zróżnicowany i powiązany tak ścisłymi związkami pokrewieństwa, że nie  
wystarczyłoby tu miejsca, aby tym wszystkim się zająć. Tak czy inaczej  
najróżniejsi bogowie opanowali nie tylko podróże kosmiczne, ale przeróżnego typu  
pojazdami przemierzali także ziemskie przestworza. Wszystkie te latające obiekty  
były materialne, nie były tworami ducha ani też nie powstały w niczyjej  
wyobraźni. Latające aparaty wyposażone w dokonujące straszliwych zniszczeń  
systemy broni są opisane ze wszystkimi szczegółami w indyjskich tekstach  
religijnych, zwłaszcza w Wedach, uważanych za najstarsze źródło języka i  
religii. Słowo weda znaczy "święta wiedza". Wśród nich jest Rigweda, zbiór  
tysiąca dwudziestu ośmiu hymnów skierowanych do bogów. W Rigwedzie stwierdza się  
jasno i wyraźnie, że owe obiekty latające przybyły na Ziemię z kosmosu i że to  
bogowie osobiście wpoili ludziom wiedzę. W hinduistycznych tekstach występują,  
porównywalne |z |wojną |w |niebie z żydowskich legend, bitwy między bogami. Nie  
odbywają się one zresztą w jakimś niezdefiniowanym niebie duchowej  
szczęśliwości, lecz "na firmamencie", "nad Ziemią". Gwiezdne wojny W księdze  
Wanaparwan na przykład, będącej składową staroindyjskiego eposu Mahabharata,  
jako miejsce zamieszkania tych bogów wymienia się (w rozdziałach 168-173 ) wręcz  
dosłownie miasta kosmiczne, krążące wysoko nad Ziemią. To samo mamy w rozdziale  
3, wersety 6-10, księgi Sabhaparwan. Owe gigantyczne twory nosiły nazwy  
"Waihajasi", "Gagankara" czy "Kekara". Były one tak potężne, że promy kosmiczne  
- wimana - mogły wygodnie wlatywać przez wielkie wrota do ich wnętrza. W dodatku  
nie mamy tu do czynienia z jakimiś mglistymi szczątkami tekstów, których nie ma  
jak zweryfikować, tylko ze staroindyjskimi przekazami dostępnymi w każdej  
większej bibliotece. Tyle, że wyłącznie po angielsku. Nieliczne tłumaczenia na  
niemiecki są wszystkie bez wyjątku znacznie okrojone. W tomie Drona Parwa z  
Mahabharaty, strona 690, werset 62, można przeczytać, jak to trzy wspaniałej  
budowy wielkie miasta okrążały Ziemię. Siały one zamęt na Ziemi, ale także wśród  
bogów. Doszło do Gwiezdnej Wojny (str. 691, werset 77 ) (66 ): "Śiwa, który  
leciał tym wspaniałym pojazdem, składającym się ze wszystkich niebiańskich mocy,  
przygotował się do zniszczenia trzech miast. Sthanu zaś, ten pierwszy  
[najgłówniejszy] z Niszczycieli, ten pogromca Asurów, ten znamienity wojownik o  
niezmierzonej dzielności, którego podziwiają niebianie [...], wydał rozkaz  
zajęcia znakomitej i jedynej w swoim rodzaju pozycji bojowej [...]. Kiedy potem  
trzy miasta zeszły się na |firmamencie [ustawiły się w korzystnej pozycji do  
strzału], Mahadewa (Śiwa) przeszył je straszliwym promieniem z potrójnych  
[rażących] pasów. Danawowie nie byli zdolni przeciwstawić się temu promieniowi,  
który natchniony był ogniem juga i składał się z Wisznu i Somy. Kiedy wszystkie  
trzy miasta poczęły płonąć, Parwati pośpieszyła tam, by napawać się tym  
widokiem." Bogowie hinduizmu walczyli między sobą "na firmamencie", dokładnie  

background image

tak samo jak Samael (Lucyfer) w starożytnej legendzie. Przypominacie sobie  
Państwo? "Samael był największym księciem pośród nich w niebie [...]. I poszedł  
Samael i sprzymierzył się ze wszystkimi najwyższymi zastępami przeciwko swemu  
Panu, i zebrał wokół siebie swe hufce, i opuścił się z nimi na Ziemię, i zaczął  
szukać sobie towarzysza." A co mieliśmy u Henocha? Opisał on bunt wśród aniołów,  
wyliczając nawet imiona ich przywódców. To właśnie jądro starożytnej tradycji -  
bitwa na niebie, walka między bogami - jest najistotniejszym elementem, który  
sprawia, że naiwne wyobrażenie nieba zadomowione w religiach okazuje się farsą.  
W hinduizmie człowiek osiąga szczęście absolutne poprzez siebie samego, przez  
własne bezustanne odradzanie się, oczyszczanie i ulepszanie swojej karmy aż po  
najwyższy stopień. Pomoce do tego służące pochodzą jednak od bogów, a w  
ostatecznej instancji od uniwersalnego boga Brahmy. Również Hindusi znają ideę  
wielokrotnych narodzin. I tak, na przykład, Wisznu narodził się kiedyś jako  
Kriszna i wybawił Ziemię z tarapatów. Sprawa karmy, czyli przeznaczenia i  
reinkarnacji, to dla nas, ludzi kultury Zachodu, kompletna abrakadabra. Jak w  
ogóle Hindusi wpadli na to, żeby wierzyć w bezustanne odradzanie się w nowych  
postaciach, z jednoczesnym taszczeniem z jednego życia w drugie wszystkich  
zasług i przewinień? Niesłychanie skomplikowana nauka o karmie została niezwykle  
precyzyjnie i szczegółowo opisana w pismach dżinizmu. Dżinizm jest trzecią co do  
wielkości religią w Indiach, obok hinduizmu i buddyzmu. Dżinizm wykształcił się  
w północnych Indiach na wiele stuleci przed buddyzmem i do V w. rozprzestrzenił  
się na obszarze całego subkontynentu indyjskiego. Wyznawcy dżinizmu powiadają  
jednak, że właściwy moment powstania tej religii sięga tysiące lat w głąb  
dziejów. Uważają oni swoją religię za wieczną i nieprzemijającą, nawet pomimo  
to, że na jakiś czas popadła w zapomnienie. Zawarta jest ona w całym szeregu  
pism przedbuddyjskich, mających - nie da się tego inaczej określić - charakter  
legendarny. Nauka w starożytności Teologiczno-filozoficzna literatura  
dżinistyczna obejmuje żywoty świętych, pieśni mówiące o pradawnych stwórcach,  
jak też wszelkiego rodzaju przepisy. Dzieła te - porównywalne z Biblią - znane  
są pod zbiorczą nazwą Śwetambar i dzielą się na 45 głównych grup o wręcz  
niemożliwych do wymówienia nazwach. |Wjahjaprajnaptjanga wykłada całą naukę  
dżinizmu w formie dialogów i legend. |Anuttaraupapatikadaśanga opowiada historie  
o pradawnych świętych, którzy wznieśli się na koniec do najwyższych istot  
niebiańskich. W grupie |Purwagata znajdujemy księgi naukowe i pouczenia. I tak,  
na przykład, Utpada-Purwa traktuje o najróżniejszych substancjach, ich  
powstawaniu i przemijaniu (chemia). |Wirjaprawada-Purwa opisuje moce substancji  
bogów i wielkich mężów. W Pranawada-Purwa mamy medycynę, w Lokabindusara-Purwa  
wykłada się matematykę i mówi o zbawieniu. Nie dość na tym. W religii  
dżinistycznej są też Upangi w liczbie dwunastu, z których dowiadujemy się  
różnych szczegółów na temat Słońca, Księżyca i innych ciał niebieskich, a także  
o istotach żywych je zamieszkujących. W ramach specjalnego dodatku można się  
nauczyć - z dzieła Aupatika, w jaki sposób dostąpić istnienia w światach bogów.  
Nie brakuje też, oczywiście, wyliczenia boskich królów (grupa |Prakirna, księga  
7 ). Poza tymi pismami są jeszcze podobno prastare księgi, które kiedyś  
istniały, ale zaginęły. Wyznawcy dżinizmu wierzą w każdym razie, że pisma te  
przekazywały sobie ustnie kolejne pokolenia kapłanów. Utrata tych ksiąg nie jest  
dla nich rzeczą specjalnie bolesną, ponieważ bezustannie pojawiają się nowe  
inkarnacje dawnych proroków, którzy - jeśli tylko czas i ludzie odpowiednio  
dojrzeją - ogłoszą treść owych zaginionych tekstów. Z pism tych przetrwały  
jedynie szczątki, traktujące jednak o rzeczach zdumiewających, a mianowicie: `ts  

background image

* jak przenosić się za pomocą magicznych środków do odległych krajów, * jak  
dokonywać cudów, * jak przemieniać rośliny i metale, * jak pokonywać  
przestworza. `tn Jeśli chodzi o to ostatnie, czyli pokonywanie przestworzy, to  
zjawisko znane jest także z indyjskiej literatury sanskryckiej. Zainteresowanych  
odsyłam do mojej książki |Szok po przybyciu bogów (67 ). Według nauki dżinizmu  
obecna epoka, ta, w której żyjemy, jest zaledwie jedną z wielu. Wcześniej były  
już inne okresy dziejów świata, wkrótce zaś - mniej więcej w roku 2000 wedle  
chrześcijańskiej rachuby czasu - nastać ma nowa epoka. Takie nowe epoki  
obwieszczane są zawsze przez 24 proroków, tzw. tirthankarów. Prorok lub prorocy  
nowej dla nas epoki dopiero się narodzą lub też żyją już na świecie jako osoby  
dorosłe. Religijni przywódcy dżinizmu twierdzą nawet, że znają już ich nazwiska  
i inne szczegóły z ich życia. Nieprawdopodobne daty Pierwszym z owych  
tirthankarów był Riszabha, który wędrował po ziemi legendarne 8400000 lat temu.  
Riszabha był gigantem i dożył podobno niesłychanie sędziwego wieku. Wszyscy  
kolejni patriarchowie byli coraz mniejsi wzrostem i dożywali coraz krótszego  
wieku. Mimo wszystko jednak jeszcze dwudziesty pierwszy z nich - jego imię  
brzmiało Arisztanemi - dożył 1000 lat, a wysoki był na dziesięć długości łuku.  
Dopiero dwóch ostatnich z minionej epoki (Parśwa i Mahawira) osiągnęło  
"rozsądny" z naszego punktu widzenia wiek. Parśwa dożył lat stu i miał już tylko  
9 łokci wzrostu, a Mahawira, 24 tirthankara, dociągnął zaledwie do 74 wiosen  
przy wzroście 7 łokci. Pojawienie się tirthankarów dżiniści umiejscawiają w  
epokach tak odległych, że można dostać zawrotu głowy. I tak, na przykład, dwaj  
ostatni prorocy mieli podobno umrzeć odpowiednio w roku 500 i 750 przed Chr.,  
natomiast okres działalności poprzednich można oszacować mniej więcej po tym, że  
Arisztanemi (drugi w kolejności) uszczęśliwił swoją obecnością naszą staruszkę  
Ziemię przed 84000 lat. Te rzucone ot tak sobie liczby powinny właściwie skłonić  
naszych badaczy mitów, a także teologów, do nadstawienia uszu. Dlaczego? Otóż  
dlatego, że po raz kolejny pojawia się tu, opakowane w dziedzictwo religijne,  
zasadnicze i wspólne jądro tradycyjnych przekazów ludowych, które rozpoznać  
można także w wielu innych świętych i mniej świętych księgach. Oto w  
telegraficznym skrócie próba odświeżenia pamięci Czytelników: Starobabilońska  
Lista królów (WB 444 ) wymienia w okresie od stworzenia Ziemi do potopu 10  
królów. W sumie mieli oni panować ni mniej, ni więcej, tylko 456000 lat. Po  
potopie "królestwo po raz kolejny zeszło z nieba" (68 ) i 23 królów, którzy  
objęli teraz panowanie, rządziło łącznie 24500 lat, trzy miesiące i trzy i pół  
dnia. Równie fantastyczne dane mamy na temat wieku biblijnych patriarchów. Adam  
miał żyć ponad 900 lat, Henoch miał lat 365, gdy uniósł się do chmur, jego syn  
zaś Matuzalem dociągnął do 969 lat. Na Ziemi. Nie inaczej jest w starożytnym  
Egipcie. Kapłan Manethon donosi, że pierwszym boskim władcą Egiptu był  
Hefajstos, który zresztą przyniósł ze sobą ogień. Następni to Kronos, Ozyrys,  
Tyfon i Horus, syn Ozyrysa i Izydy. "Po bogach przez 1255 lat rządził ród  
boskich potomków. I znowu inni królowie rządzili 1817 lat. Po nich trzydziestu  
innych królów memfickich, przez lat 1790. Po nich jeszcze innych dziesięciu -  
tynickich, przez lat 350. Rządy duchów zmarłych i boskich potomków trwały 5813  
lat." (69 ) Takie właśnie niemożliwe daty potwierdza także starożytny  
historiograf Diodor Sycylijski, który prawie dwa tysiące lat temu zostawił po  
sobie liczącą 40 tomów bibliotekę dzieł historycznych (70 ): "Powiadają, że od  
Ozyrysa i Izydy aż do panowania Aleksandra, który założył w Egipcie miasto  
nazwane jego imieniem, upłynęło ponad 10000 lat - niektórzy jednak podają, że  
niewiele mniej niż 23000 [...]." Jako ostatniego świadka, potwierdzającego  

background image

niemożliwe daty, wymieńmy Hezjoda. Około roku 700 przed Chr. napisał on w swoim  
dziele Prace i dnie (71 ), iż na początku ludzi stworzyli nieśmiertelni bogowie,  
Kronos i jego towarzysze. "Boski to ród bohaterów, półbogów miano noszący, 8¦  
Ród już ostatni na Ziemi szerokiej przed nami żyjący." `nv Tak więc, cytując  
daty podawane przez dżinizm, nie znajduję się bynajmniej w splendid isolation,  
lecz raczej w całkiem dobrym towarzystwie, i nie muszę nawet powoływać się na  
okresy dziejów świata i niemożliwe daty znane u ludów Ameryki Środkowej. Wiele  
przekazów dżinistycznych - z punktu widzenia dzisiejszej wiedzy naukowej -  
wydaje się wręcz rewolucyjnych. Na przykład kala, czyli czas, odgrywa w nich  
taką rolę, jakby sformułował ją Albert Einstein. Najmniejszą jednostką czasu  
jest |ramaya, co odpowiada okresowi, jakiego potrzebuje atom, aby przy  
najwolniejszym ruchu przesunąć się o własną długość. Dopiero niezliczone |samaya  
tworzą 1 |awalika, 1677216 zaś - nareszcie coś policzalnego! - owych awalika  
tworzy 1 |muhurta. Odpowiada to 48 naszym minutom. 30 muhurta stanowi 1  
|ahoratra, co wynosi dokładnie jeden dzień i jedną noc - zupełnie jak u nas! Co,  
niejasne? Jeśli pomnożyć 48 minut (= 1 muhurta) przez 30 (ponieważ 30 muhurta  
daje 1 noc i 1 dzień), otrzymamy 1440 naszych minut. Dokładnie taki sam wynik  
daje pomnożenie 24 godzin przez 60 minut: 1440. Istotne jest to, że rachuba  
czasu dżinizmu liczy sobie tysiące lat i została pierwotnie przekazana przez  
|niebiańskie |istoty. 15 |ahoratra daje - tak jak u nas - 1 |paksza, czyli pół  
miesiąca, 2 paksza zaś stanowią 1 |masa, czyli miesiąc. Dwa miesiące odpowiadają  
jednej porze roku, 3 pory roku dają 1 |ayana (semestr), 2 ayana to 1 rok,  
8400000 lat to 1 |purwanga. Na tym jeszcze nie koniec. Dwie takie purwanga dają  
w sumie 1 |purwa (16800000 lat). Liczby w rachubie czasu dżinizmu potrafią mieć  
do 77 cyfr. Ponadto własne określenia otrzymują wartości czasowe porównywalne z  
naszym rokiem świetlnym, czyli odległością, jaką światło pokonuje w ciągu roku  
(94610000000000007¦km). Niesamowite, chciałoby się powiedzieć, gdybyśmy nie  
wiedzieli, że Majowie z Ameryki Środkowej operowali równie zwariowanymi liczbami  
i tak samo łączyli je z czasem we Wszechświecie jak wyznawcy dżinizmu w dalekiej  
Azji. Dżiniści przejęli od swoich niebiańskich Nauczycieli także definicje  
przestrzeni, które nas zdumiewają i ostatecznie - a może nareszcie? - pozwalają  
zrozumieć w tym kontekście istotę tajemniczej |karmy (ponownych narodzin). Mogę  
w tym miejscu zaprezentować jedynie skrótowe streszczenie tej nadzwyczaj  
bulwersującej i zagmatwanej nauki, które zawdzięczam podręcznikowi napisanemu  
przez teologa Helmutha von Glasenappa (72 ). W naukowych dziełach dżinistów  
czytamy, że atom zajmuje jeden punkt w przestrzeni. Atom ten może łączyć się z  
innymi atomami w |skandha, które wówczas zajmuje kilka bądź nieskończoną liczbę  
punktów w przestrzeni. Dokładnie to samo mówi nasza wiedza. Dwa atomy tworzą  
najmniejszy model cząsteczki, lecz istnieją także łańcuchy cząstek liczące  
miliony milionów atomów. Wskutek łączenia się poszczególnych atomów powstają  
substancje o różnorodnej gęstości. Nauka dżinistyczna rozróżnia sześć głównych  
typów takich powiązań: `ts * drobne-drobne = niewidoczne * drobne = jeszcze  
niewidoczne * drobne-grube = niewidoczne, ale postrzegalne węchowo i słuchowo *  
grube-drobne = rzeczy, które można zobaczyć, ale nie można ich dotknąć (np.  
cień, mrok) * grube = rzeczy; które mogą się złączyć samodzielnie (np. woda,  
olej) * grube-grube = rzeczy, które nie złączą się same bez pomocy z zewnątrz  
(np. kamień, metal). `tn W nauce dżinistycznej również cień i odbicie w lustrze  
uznawane są za coś materialnego, ponieważ zostały wywołane przez rzecz. W takim  
ujęciu nawet dźwięk nie zalicza się do kategorii "drobne-drobne", lecz tylko  
"drobne": "Powstaje on wskutek tego, że zbiory atomów trą o siebie." Nauka ta  

background image

powiada, że substancje z kategorii "drobne-drobne" potrafią przeniknąć wszystko,  
a zatem są w stanie zmieniać inne substancje. Substancja, która wnika w duszę,  
objawia się jako karma, i w taki oto sposób doszliśmy do sprawy ponownych  
narodzin? Że co, proszę? Karma na wieki Truizmem jest twierdzenie, że każdy  
rodzaj materii - czy to będzie stół, czy okruch kości - można rozłożyć na  
czynniki pierwsze aż do poziomu atomowego. Atom z kolei zna jeszcze cząstki  
subatomowe, niejako podcząsteczki. Jedną z nich jest elektron drgający w  
niewyobrażalnym rytmie 10 do potęgi 23 drgań na sekundę. W ujęciu |dżinistycznym  
materia tego elektronu byłaby z kategorii "drobne-drobne". Nie jest już  
uchwytna, a w dodatku jest |nieśmiertelna. Atomy mogą wchodzić we wszelkie  
możliwe związki - zawsze jest przy tym elektron. Elektron oddziałuje jak "duch w  
materii" (73 ), zupełnie jak pole magnetyczne czy fala radiowa, przenikające  
określone substancje. Myśli każdej istoty żywej wpływają na jej czyny. "Materią  
świata jest materia ducha" - powiadał angielski astronom i fizyk Arthur  
Eddington (1882-1944 ). Laureat Nagrody Nobla zaś, Max Planck (1858-1947 ),  
stwierdził: "Nie istnieje materia sama w sobie! Wszelka materia powstaje i  
istnieje tylko dzięki sile, która wprawia w drgania cząsteczki atomowe." Nasz  
byt jest następstwem wcześniejszego czynu. W końcu przecież musiało nas  
poprzedzać inne życie, z którego zostaliśmy zrodzeni. (Nawet gdybyśmy w  
przyszłości potrafili stwarzać życie sztucznie, nie zmienia to istoty tej  
reguły.) Z tego wynika, że każde istnienie stanowi jedynie ogniwo długiego  
łańcucha istnień przeszłych i przyszłych. Ponieważ nasze myśli kierują czynami,  
czyny z kolei pozostawiają ślady w naszym |duchu. Dla lepszego porównania możemy  
sobie wyobrazić, że |duch jest jakby polem magnetycznym, które przecież wpływa  
na materię. Dla dźinistów to, co u nas popularnie nazywa się "duszą", jest  
zbudowaną z substancji "drobne-drobne" częścią materialnego ciała. Część ta jest  
tak samo odseparowana od ciała, jak elektron od jądra atomu. Elektron wprawdzie  
zawsze należy do atomu, lecz nigdy nie wchodzą one ze sobą w styczność. Atomy  
mogą zmieniać swoje położenie, mogą skupiać się w gigantyczne łańcuchy  
cząsteczkowe, i zawsze towarzyszą im elektrony. Dziwnym trafem nie są to wciąż  
|te |same elektrony, ponieważ elektron skacze od atomu do atomu, na przykład  
kiedy do układu zostanie doprowadzona energia w postaci, powiedzmy, ciepła. W  
bilionowym ułamku sekundy, kiedy elektron przeskakuje z atomu do atomu, puste  
miejsce po nim zostaje zajęte przez inny elektron. Jest to wieczne,  
nieśmiertelne "drobne-drobne", drganie poza |materialnym obrębem atomu.  
Dokładnie tak samo widzą dżiniści karmę - swoją duszę. Obojętnie, dokąd udaje  
się ciało, czy zostanie ostatecznie spalone, czy zjedzone przez robaki, karma  
pozostaje nieśmiertelna. Owa karma zawiera wszystkie informacje dotyczące istoty  
żywej, do której należy. Żyjąc bowiem, człowiek myśli i czuje. To myślenie i  
odczuwanie zostaje przeniesione na substancję "drobne-drobne" karmy niby  
grawiura. Kiedy karma stanie się nowym ciałem, zawiera już informacje z każdego  
poprzedniego życia, aż po kres wieczności. Ponieważ sens życia polega jednak  
ostatecznie na dążeniu do osiągnięcia szczęścia absolutnego - zlania się w jedno  
z Brahmanem - karma wiedzie nas ku temu celowi poprzez niezliczone kolejne  
inkarnacje. Ten sposób myślenia wcale nie jest tak znów odległy od naszej  
filozofii ani od stanu wiedzy współczesnej fizyki. Zdumiewać powinno właściwie  
tylko to, że tego rodzaju spójnych teorii nauczano już przed tysiącami lat, i że  
wszyscy bez wyjątku nauczyciele pochodzili z Kosmosu. Również nauczyciele  
dżinistów. Ostatnia epoka dziejów według rachuby dżinizmu (ta, która właśnie  
teraz trwa) zapoczątkowana została około roku 600 przed Chr. przez ostatniego z  

background image

24 tirthankarów. Ów tirthankara nazywał się Mahawira. Kim był? Królewskim synem,  
który w stadium embrionalnym został przeszczepiony przez istoty niebiańskie do  
macicy młodej królowej (74 ). Wszyscy niebiańscy Nauczyciele dawnych epok mają  
kiedyś powrócić, narodzeni w nowych ciałach. Dżiniści mają nawet wiele dawnych  
rycin przedstawiających 24 tirthankarę, proroka Mahawirę. |Nad procesją ku jego  
czci unosi się aż pięć niebiańskich statków. Pomiędzy ideą oczekiwania na  
ponowne przybycie boga u dżinistów a tą samą ideą u chrześcijan, muzułmanów i  
Żydów istnieje pewna zdecydowana różnica. Otóż ci ostatni oczekują Mesjasza i  
najwyższego sędziego. Po jego przybyciu wierzących czeka niebiańska  
szczęśliwość, niewierzących wieczne piekło. W dżinizmie jest inaczej. Oni nie  
czekają na jednego jedynego |Mesjasza i |Odkupiciela, lecz na wielu. Owi znani  
jako tirthankara prorocy powracają w kolejnych epokach dziejów. Po ich  
pojawieniu się nie następuje żaden koniec, nie jest tak, że panuje radość i  
obfitość, ale też nie ma wiecznego piekła - po prostu zaczyna się nowa runda w  
grze Wszechświata. Tirthankarowie są bardziej pomocnikami niż odkupicielami.  
Przygotowują ludzkość do każdej następnej epoki. Dlatego rodzą się jako ludzie  
(przypomnijmy sobie Syna Człowieczego z przepowiedni Henocha), ich substancja  
jednak, ich karmiczna wiedza, pochodzą z Wszechświata. To nie ziemskie, lecz  
pozaziemskie moce wszczepiają nasienie lub embrion do macicy kobiety. Chciałbym  
zauważyć tu na marginesie, że ta koncepcja myślowa istniała już na setki, jeśli  
nie tysiące, lat przed narodzinami Chrystusa, więc nikt nie może sugerować, że  
dżinizm zapożyczył pomysł od chrześcijaństwa, znającego |niepokalane |poczęcie.  
Było raczej odwrotnie! Kosmiczni Nauczyciele, jakimi są tirthankarowie, mogli  
być w posiadaniu wiedzy astronomicznej i astrofizycznej. Dlatego dżinizm operuje  
danymi astronomicznymi, które nas zdumiewają. Nauka ta powiada, że rozmiary  
Wszechświata można zmierzyć. Jednostką miary jest w tym przypadku |rajju, czyli  
odległość, jaką Bóg przemierza w ciągu sześciu miesięcy, pokonując w jednym  
mgnieniu oka 2057152 |jojana. Ziemię otulają trzy warstwy, różnie oznaczane  
zależnie od swej gęstości: jedna gęsta jak woda, druga gęsta jak wiatr, a  
trzecia gęsta jak rzadki wiatr. Powyżej znajduje się absolutna pustka. Zupełnie  
tak samo mówi nasza współczesna wiedza: atmosfera, troposfera z tlenem i azotem  
oraz stratosfera z warstwą ozonową. Powyżej rozciąga się przestrzeń  
międzyplanetarna. O ile u nas powoli zaczyna zwyciężać pogląd, iż we  
Wszechświecie muszą istnieć jeszcze inne formy życia, nie tylko człowiek, o tyle  
taka wiedza w dżinizmie nie jest czymś nowym: cały Wszechświat zapełniony jest  
najróżniejszymi formami życia. Są one rozsiane nierównomiernie po gwiaździstym  
niebie. Ciekawe, że wprawdzie na wszelkich możliwych planetach istnieją rośliny  
i najprostsze organizmy żywe, lecz tylko na określonych "istoty o swobodnych  
ruchach" (75 ). Dżinistyczni filozofowie religii opisują nawet różnorodne  
właściwości mieszkańców poszczególnych światów. Nawet |niebo |bogów ma swą  
odrębną nazwę - nazywa się |kalpa. Mają się tam znajdować wspaniałe latające  
pałace, ruchome budowle, niejednokrotnie dorównujące wielkością całemu miastu.  
Te niebiańskie miasta usytuowane są piętrowo jedne nad drugimi, mianowicie tak,  
że z centrum każdego piętra we wszystkich kierunkach wylatywać mogą |wimana  
(niebiańskie pojazdy). Kiedy jakaś epoka dobiegła końca i mają się narodzić nowi  
tirthankarowie, w głównym pałacu nieba bogów rozbrzmiewa dzwon. Jego dźwięk  
sprawia, że we wszystkich pozostałych 3199999 niebiańskich pałacach również  
rozbrzmiewają dzwony. Wówczas bogowie zbierają się na naradę, jedni z miłości do  
tirthankarów, inni z ciekawości, i w jednym z latających pałaców odwiedzają nasz  
Układ Słoneczny. Wtedy na Ziemi zaczyna się nowa epoka. Czekanie na super-Buddę  

background image

W buddyzmie zasadnicza idea odkupienia jest dokładnie taka sama jak w dżinizmie.  
Tyle tylko, że dżinizm istniał już |przed Buddą (560-480 przed Chr.). Słowo  
Budda oznacza w sanskrycie "oświecony, przebudzony". Właściwe imię Buddy  
brzmiało Siddharta. Pochodził on z arystokratycznego rodu i dorastał w luksusie  
książęcego pałacu swojego ojca u podnóża nepalskiej części Himalajów. W wieku 29  
lat znużyła go taka bezużyteczna egzystencja. Opuścił ojczystą krainę i przez  
siedem lat uprawiał sztukę medytacji, poszukując drogi do prawdy. Lecz już w  
czasach Buddy od dawna znani byli bogowie z podań, mitów i legend. Doznawszy  
oświecenia, Budda sam poczuł się inkarnacją istoty boskiej. Od tej chwili zaczął  
głosić swoim uczniom |cztery |prawdy, drogę, dzięki której każdy może stać się  
Buddą, czyli Oświeconym. Uważał on istnienie przyszłych Buddów za coś  
oczywistego. Opowiada o nich w swoich mowach pożegnalnych (Mahaparinibbana- 
Sutta). Jeden z nich, jak przepowiadał Budda swoim zwolennikom, przybędzie w  
czasach, kiedy Indie będą pękać w szwach od ludności. Wioski i miasta będą  
zapchane ludźmi jak kurniki. W całych Indiach będzie 84 tysiące miast. W mieście  
Ketumati (dzisiejsze Benares) będzie mieszkał król o imieniu Sankha, który  
opanuje cały świat, i to nie przemocą, ale samą tylko sprawiedliwością. Lecz za  
panowania tego króla pojawi się też na świecie wyniosły Metteyya (zwany też  
Maitreya), pod każdym względem jedyny w swoim rodzaju "woźnica i znawca  
światów", nauczyciel bogów i ludzi - idealny Budda. Przepowiednia Buddy o  
przyjściu super-Buddy przypomina dżinistyczną koncepcję powrotu tirthankarów.  
Także buddyzm zna najrozmaitsze epoki, które przyrównuje się do obracającego się  
koła. Tyle, że owe buddyjskie epoki są niezmierzonej długości. Bardzo  
plastycznie unaocznia to zapis z Anguttara-nikaya (Iv, 156 ) (76 ): "Są cztery  
niezmierzone okresy świata, mnisi - jakie cztery? Jak długo trwa koniec świata,  
bardzo trudno to, mnisi, wyliczyć, czy tyle to lat, czy tyle, albo czy tyle to  
tysiącleci albo setek tysiącleci. To, mnisi, bardzo trudno wyliczyć [...] Jak  
długo utrzyma się chaos, bardzo trudno to, mnisi, wyliczyć [...] Jak długo  
potrwa istnienie świata, bardzo trudno to, mnisi, wyliczyć [...] Jak długo trwać  
będzie nowo powstały świat, bardzo trudno to, mnisi, wyliczyć [...] Takie są  
cztery niezmierzone okresy świata, mnisi." Koncepcja czterech - w dżinizmie  
sześciu - epok przewija się także przez mitologię sumeryjsko-babilońską. Zdarza  
się wręcz, że bardzo odległe od siebie kultury posługują się tą samą liczbą. Już  
65 lat temu taka właśnie zgodność zwróciła uwagę historyka religii, profesora  
Alfreda Jeremiasa. Oto przykład (77 ): Wedle zapisków babilońskich, ale też  
wedle Berossosa, kapłana Baala, pradawni królowie (Władcy Nieba) mieli rządzić  
przez tysiące lat. Zarazem liczby lat odnoszące się do bogów Anu, Enlila, Ea,  
Sina i Szamasza zgadzają się z liczbami lat w odpowiednich jugach (epokach)  
staroindyjskich. Anu 4320 - kali-juga 432000 Enlil 3600 - kali-juga 360000 Ea  
2880 - dewa-juga 288000 Sin 2160 - treta-juga 216000 Szamasz 440 - dwapara-juga  
144000 Adad 432 - maha-juga 4320000 Nie bez powodu dwa razy z rzędu powtarza się  
kali-juga. Tak się bowiem składa, że kali-juga "bez zmierzchu" liczy mniej lat  
niż ta "ze zmierzchem". Nie chodzi też o liczbę zer, lecz o zgodność  
zasadniczych liczb. Te zgodności wskazują na wspólne jądro tych przekazów.  
Liczba 4320000 w odniesieniu do maha-jugi ("wielka epoka") jest taka sama, jak  
ta odnosząca się do EN-ME-EN-LU-AN-NA, trzeciego prakróla sprzed potopu. Panował  
on 12 sar, a jest to 43200 lat. Albo weźmy liczbę 288000 lat dewa-jugi. Pokrywa  
się to z liczbą lat panowania szóstego prakróla o pięknym imieniu EN-SIB-ZI-AN- 
NA. Dociągnął on do bądź co bądź 8 sar, a jest to 28800 lat. W Grecji najstarszą  
wzmiankę o epoce świata znajdujemy u Heraklita. Wymienia on liczbę 10800000 lat.  

background image

Ta sama zasadnicza liczba odpowiada drugiemu okresowi panowania sumeryjskich  
prakrólów - 30 sar, czyli 108000 lat. Te liczbowe igraszki nie mają wprawdzie  
bezpośrednio żadnego związku z koncepcjami ponownego przybycia tego czy innego  
Odkupiciela, potwierdzają jednak przynajmniej wspólnotę elementów leżących u  
podstaw przedstawionych tu koncepcji. Wszystko wskazuje na to, że w  
zamierzchłych czasach musiała istnieć jakaś jednolita pranauka, inaczej bowiem  
nie da się wyjaśnić pokrewieństwa koncepcji i liczb. To wspólne źródło musiało  
leżeć w bardzo odległej przeszłości, bo gdyby było inaczej, na pewno znalazłaby  
się jakaś wzmianka w księgach historycznych. |Anu to w języku sumeryjskim  
"niebo". Jednocześnie jednak Anu to istota boska, ponieważ zasiada na tronie w  
"trzeciej sferze nieba". W babilońskim micie o potopie nawet bogowie uciekają  
przed potopem, chroniąc się na rampie niebiańskiego pałacu Anu. W micie o  
Etanie, gdzie znajdujemy opis pierwszego lotu człowieka nad Ziemią, Anu jest  
królem wszystkich bogów. Jego koroną miał być Aldebaran, najjaśniejsza gwiazda  
gwiazdozbioru Byka. Ludzie bali się go, ponieważ Anu co jakiś czas opuszcza się  
na Ziemię, aby ich ukarać. PsychologicznaŃ taktyka kamuflażu W mojej analizie  
koncepcji ponownego przybycia Odkupiciela psychologia nie jest pomocna w  
najmniejszym nawet stopniu. Stwierdzam nie tylko to, że wszystkie kultury znały  
tę koncepcję, ale też to, iż zawsze wiązała się ona z gwiazdami i |Zbawicielami  
spoza Ziemi. Dotyczy to również idei sztucznego zapłodnienia lub wszczepienia  
embrionu pochodzącego od |bogów. Nie ma innej możliwości - to dziedzictwo  
myślowe musi mieć jakiś wspólny mianownik, a psychologicznie nie da się go  
uchwycić. Wprawdzie samo pragnienie wielkiego Zbawiciela i Sędziego, króla czy  
super-Buddy, jest całkowicie zrozumiałe, wystarczy bowiem, aby danemu ludowi  
odpowiednio źle się wiodło, niezrozumiałe natomiast pozostają powiązania i  
wspólne szczegóły w poszczególnych koncepcjach. Pragnienie takie nie wyjaśnia  
również pisanych w pierwszej osobie tekstów, a przede wszystkim szczegółów,  
takich jak daty i imiona. A może ktoś będzie na serio twierdził, że Henoch po  
prostu wymyślił sobie imiona i funkcje zbuntowanych aniołów? A może podstawowa  
jednostka miary do pomiarów Wszechświata, wynosząca 2057125 jojana, przyszła ot  
tak sobie do głowy jakiemuś marzycielowi pod drzewem figowym? Równie mało nadają  
się do psychologicznego wyjaśnienia powtarzające się szeregi cyfr u różnych  
ludów. Nie pomoże tu żaden schemat wyjęty z psychologicznych szuflad, to samo  
dotyczy sztucznych zapłodnień i wszczepiania embrionów, w dodatku opisanych w  
pierwszej osobie. To, że wykształcone na tej bazie religie gloryfikują później  
swego Zbawcę jako narodzonego również w wyniku niepokalanego poczęcia, to już  
całkiem inna sprawa, jak najbardziej uzasadniona z psychologicznego punktu  
widzenia. Do dziś chrześcijanie wyznania katolickiego wierzą, iż Maria zrodziła  
Jezusa, pozostając dziewicą. Muszą w to wierzyć, albowiem jest to jeden z  
dogmatów tego Kościoła. Dla porządku trzeba wspomnieć, że nie da się dowieść  
twierdzenia przeciwnego - bo i jak? Skąd mamy - z naukową ścisłością! -  
wiedzieć, że Jezus czy, powiedzmy, żyjący aktualnie indyjski prorok Sai Baba  
|nie |zostali zrodzeni z kosmicznego nasienia? W starożytności było dokładnie  
tak samo. Wszyscy wielcy bogowie i boscy królowie musieli narodzić się w ten sam  
sposób. W końcu nie mogli być gorsi od swych poprzedników. Nasienie z nieba I  
tak na przykład babiloński władca Hammurabi (1726-1686 przed Chr.) miał się  
narodzić z nasienia złożonego w łonie jego matki przez Boga Słońca. Hammurabi  
został później wielkim prawodawcą. To on jest autorem najstarszych pisanych  
reguł współżycia społecznego, tzw. Kodeksu Hammurabiego. Mierzącą ponad dwa  
metry wysokości diorytową stelę z wyrytym na niej tekstem prawa wykopano na  

background image

początku naszego stulecia w Suzie. Dziś znajduje się ona w paryskim Luwrze.  
Kodeks Hammurabiego składa się z 282 paragrafów, które król-prawodawca, jak sam  
twierdzi, otrzymał od boga niebios. Zupełnie jak Mojżesz, który swoje tablice z  
dziesięciorgiem przykazań otrzymał na świętej górze bezpośrednio z rąk Boga. W  
przedmowie do swego zbioru praw Hammurabi pisze wyraźnie, że to "Pan Nieba i  
Ziemi" Bel powołał go i przeznaczył do tego, by "zaprowadził w kraju  
sprawiedliwość, zniszczył nikczemnych i złych i zapobiegł uciskaniu słabych  
przez silnych" (78 ). No i oczywiście ludzie oczekują powrotu swego prawodawcy.  
Patrząc wstecz, możemy jedynie stwierdzić, że Hammurabi dokonał czegoś  
szczególnego i wyróżniał się w masie swoich współczesnych niezwykłymi  
działaniami. Oczywiście, możliwy byłby argument, że Hammurabiego dopiero  
|później wyniesiono do rangi |syna |bożego - gdyby nie to, że istnieje stela z  
jego zbiorem praw, na której on sam, i to za swego życia, zapewnia, iż to  
bogowie niebiescy go powołali. Najwyższy prawodawca jako arcykłamca? To zupełnie  
tak, jakby zarzucić kłamstwo Mojżeszowi, kiedy ten twierdzi, że tablice z  
dziesięciorgiem przykazań otrzymał na świętej górze osobiście od Boga. My,  
ludzie współcześni, przemądrzali i zarozumiali, "wiemy" oczywiście, że nasienie,  
z którego narodził się Hammurabi, w żadnym razie nie może pochodzić od Boga  
Słońca. A tak właściwie, to skąd się bierze ta nasza pewność? Nikogo z nas przy  
tym nie było, nigdy też nie przebadano szkieletu Hammurabiego pod kątem  
genetycznym. Znamienne dla ludzkiej logiki jest tylko to, że z taką samą  
oczywistością, z jaką Hammurabiemu odmawiamy kontaktów z istotami pozaziemskimi,  
takie same kontakty Mojżesza i innych proroków akceptujemy. No tak, ale to  
przecież co innego, prawda? Także asyryjski władca Assurbanipal (668-662 przed  
Chr.), ten sam, w którego bibliotece glinianych tabliczek odkryto epos o  
Gilgameszu, narodził się z dziewicy. Był synem bogini Isztar, która karmiła go  
piersią w dzieciństwie. Isztar musiała być raczej spoza Ziemi, gdyż w jednym z  
tekstów klinowych czytamy (79 ): "Jej cztery piersi leżały na twoich ustach; z  
dwóch ssałeś, w dwóch skrywałeś twarz." Nie, nie mylą się Państwo: |cztery  
|piersi. Niejeden mógłby pozazdrościć. W swoich decyzjach król Assurbanipal  
powoływał się na "boskie wyroki" bogów, takich jak Bel, Marduk i Nabu. Ten  
ostatni był wszechwiedzący - od niego ludzkość nauczyła się pisma. Na jednej z  
pieczęci cylindrycznych przechowywanych w paryskim Luwrze przedstawiono Nabu  
obok Marduka. Główna świątynia Nabu znajdowała się w mieście Borsippa i nosiła  
nazwę "Świątynia Siedmiu Przekazujących polecenia Nieba i Ziemi". Dziwne. Czy to  
wszystko była tylko gra, zarozumialstwo królewskich rodów, które musiały  
powoływać się na "boskie nasienie", by w ogóle znaleźć posłuch u kapłanów i  
ludu? Moim osobistym zdaniem - i tak, i nie. Na pewno nie każdy król i nie każdy  
twórca religii powstał za sprawą boskiego nasienia - ale byli tacy w owej nie  
dającej się datować przeszłości, którzy mieli przeświadczenie, iż przekazują  
potomstwu specjalny kod genetyczny. To głębokie przeświadczenie brało się z  
przekazywanej w obrębie rodziny i przez kapłanów wiedzy, kryjącej w sobie  
tradycję będącą echem dawnej rzeczywistości. Przypomnijmy sobie: także dynastie  
egipskich władców miały swój boski początek. Dawni dziejopisarze, ci, którzy  
pracowali dwa i więcej tysięcy lat temu, wszyscy bez wyjątku podają, że pierwsi  
królowie wyszli z rodu bogów. Dopiero od bogów ludzie nauczyli się sztuki,  
astronomii, sporządzania narzędzi czy uprawy ziemi. Również język i pismo  
pochodziły od tych uczynnych niebiańskich istot (80 ): "Oni to bowiem jako  
pierwsi podzielili i ułożyli zrozumiały dla wszystkich język i obdarzyli nazwami  
wiele rzeczy, dla których nie było dotychczas określeń." Nie można przecież  

background image

ignorować faktu, że podobne historie występują także w innych tekstach, których  
wieku nie da się określić. Weźmy Henocha! Berossosa z opowieścią o Oannesie!  
Naukę dżinistów! No i, oczywiście, także apokryfy Starego Testamentu! Tam  
również mowa jest o niebiańskich Nauczycielach, nawet jeśli określa się ich  
mianem "upadłych aniołów", i tam również, w kręgu tradycyjnych przekazów  
żydowskich, wręcz roi się od wybrańców, którzy nie z ziemskiego zrodzili się  
nasienia. Takie dziedzictwo myślowe nie budzi zbytnich sympatii i podchodzi się  
do niego z dużą niechęcią. I zaraz zaczyna się łączyć Ericha von Dänikena z  
jakimiś idiotycznymi rasistami, zupełnie jakbym to ja był autorem pomysłu |o  
|boskim |nasieniu |i |wybrańcach. A przecież wcale nie wzięło się to z mojego  
ogródka - koncepcja pochodzi w prostej linii właśnie z ksiąg, które dla wielu  
narodów są księgami świętymi. Na przykład Noe, który przeżył potop, wcale nie  
był byle kim. Wprawdzie jako jego ziemskiego ojca wymienia się Lamecha, ale ten  
wcale nie spłodził swego syna. Każdy może to sobie przeczytać w tekstach ze  
zwojów znad Morza Martwego (81 ). Jest tam napisane, że pewnego dnia Lamech  
powrócił z podróży trwającej dłużej niż dziewięć miesięcy. Wszedłszy do namiotu,  
zastał tam chłopczyka, który wyglądem nie pasował do jego rodziny. Miał inne  
oczy, inny kolor włosów i na dodatek inną skórę. Wściekły poszedł Lamech do  
żony, która zaklinała się na wszystkie świętości, że nie odbyła stosunku  
płciowego z żadnym obcym, nie mówiąc już o strażniku czy o którymś z |Synów  
|Nieba. Zatroskany Lamech udał się po radę do swego ojca, którym był ni mniej,  
ni więcej, tylko Matuzalem. Ten również nie znał odpowiedzi i udał się z kolei  
do swojego ojca, dziadka Lamecha. Gdyby to był teleturniej, wolno byłoby  
zgadywać do trzech razy, kto nim był. Otóż właśnie - mój przyjaciel Henoch.  
Henoch mówi swemu synowi Matuzalemowi, aby Lamech uznał chłopczyka za swojego i  
nie złościł się na żonę, ponieważ to "Strażnicy Nieba" włożyli nasienie do jej  
łona. A to dlatego, że ów kukułczy podrzutek ma zostać praojcem nowej ludzkości  
po potopie. Nakazał Lamechowi nadać chłopcu imię Noe, co ten uczynił. Epizod ten  
pokazuje, że już Henoch - ten sam, który potem odleciał ognistym rydwanem do  
nieba - był poinformowany o nadciągającej katastrofie potopu. Przez kogo? Przez  
przybyłych na ziemię "Strażników Nieba". A kto przeprowadził sztuczne  
zapłodnienie żony Lamecha? Ci sami kosmonauci. Tego rodzaju przykładami  
chciałbym podbudować koncepcję, która w podobnej formie zapisana została we  
wszystkich zakątkach świata. I to co najmniej tysiące lat temu! Prawdziwy krzyż  
pański z tymi niezliczonymi bożymi synami, których tabuny przewalają się po  
mitologiach Egiptu, Grecji i Indii - boska elita jest obecna dosłownie wszędzie.  
Bogowie wczorajŃ - bogowie jutra Tybetańczycy żyjący w wysokogórskich dolinach,  
odgrodzeni od reszty świata, znają "Najwyższego Króla Nieba" lub inaczej  
"Świętego z Góry" (82 ). Jednocześnie bardzo dokładnie odróżniają oni  
trascendentalne niebo od fizycznego firmamentu. "Najstarszych tybetańskich  
królów zwano Niebiańskimi Tronami. Na polecenie boga zeszli oni na Ziemię i po  
okresie panowania powrócili do nieba, nie zaznawszy śmierci." Dysponowali  
niewyobrażalnym orężem, którym dawali nauczkę wrogom lub ich niszczyli. Wygląd  
tej miotającej broni po dziś dzień zachował się w ludowej tradycji. Zalicza się  
do niej Klin Grzmotu, do dziś czczony w tybetańskich świątyniach. Musi się za  
tym kryć coś więcej niż tylko głupia fantazja, bo przecież owe Kliny Grzmotu są  
realnymi przedmiotami, chociaż nie potrafmy sobie wyobrazić ich działania.  
Legenda o wielkim tybetańskim królu Gesarze powiada, że został przyjęty przez  
"Niebiańską Światłość". Zaprowadziwszy w kraju porządek, oddalił się do swej  
niebiańskiej ojczyzny, oczywiście obiecując, że kiedyś powróci. Król Gesar  

background image

uważany był za jednego z niebiańskich władców, tak samo jak pierwsi mityczni  
cesarze chińscy czy boscy królowie Egiptu. Wszyscy oni byli nauczycielami  
ludzkości i wszyscy uważani byli za właściwych stworzycieli człowieka. Przed ich  
przybyciem ludzie żyli jeszcze jak zwierzęta. W genealogii królów Tybetu, tzw.  
Gyelrap, wymienia się 27 władców. Siedmiu z nich zeszło po drabinie z firmamentu  
niebieskiego. Najstarsze pisma także sfrunęły z nieba w szkatułce. Również  
Wielki Nauczyciel tybetański o niemożliwym do wymówienia imieniu Padmasambhava  
(inaczej: U-Rgyan Pad-Ma) przyniósł ze sobą z nieba niezrozumiałe pisma. Przed  
jego odejściem uczniowie zdeponowali owe pisma w jaskini, aby poczekały na  
późniejsze czasy, "kiedy ktoś będzie umiał je zrozumieć" (83 ). Tenże Nauczyciel  
zniknął potem w chmurach na oczach swoich uczniów. I to nie tak, że po prostu  
zabrał go statek kosmiczny, ale "pośród chmur ukazał się rumak ze złota i  
srebra". Wszyscy mogli zobaczyć na własne oczy, jak Wielki Nauczyciel znika w  
chmurach na swoim metalowym wierzchowcu. Kłania się kolega Henoch ze swoimi  
rumakami i wniebowzięciem! Aż nieprzyjemnie mi dodawać, że, oczywiście, także  
święte księgi Tybetu operują |niemożliwymi |liczbami. Wymienia się w nich na  
przykład czterech wielkich królów nieba, a długość życia każdego z tych królów  
wynosi całe dziewięć milionów ziemskich lat. W różnych rejonach nieba są różne  
miejsca mieszkalne, do których dostać można się po długiej podróży przez Kosmos.  
Poszczególne lata boskie przelicza się na ziemskie - człowiek czuje się, jakby  
miał do czynienia z teorią względności Einsteina. Jest tylko drobna różnica w  
czasie: Einstein żył w naszym stuleciu, tybetańskie zaś księgi |Kandżur i  
|Tandżur liczą tysiące lat (84 ). Występowanie powyższych koncepcji nie  
ogranicza się do rejonu geograficznego, który dziś określamy mianem Bliskiego i  
Dalekiego Wschodu. W Ameryce Indianie myśleli podobnie. Z kręgu mitów plemienia  
Wabanaki znamy legendę o Gluskabe. Działał on na Ziemi jako Nauczyciel i nauczył  
Indian dosłownie wszystkiego: rybołówstwa, myślistwa, budowania chat, wyrabiania  
broni, medycyny, chemii, no i, oczywiście, także astronomii. Zanim zakończył  
swoją ziemską działalność i odleciał do gwiazd, obiecał powrócić w dalekiej  
przyszłości (85 ). Miejmy nadzieję! Na temat boga Majów, Kukulcana, wypowiadałem  
się obszernie w osobnej książce (86 ). Tutaj powiedzmy tylko jedno: "Lud jednak  
wierzył, iż uniósł się do nieba" (87 ). No i - jakżeby inaczej - obiecał, że  
powróci. I tak właśnie okruchy z religii poszczególnych ludów pasują do siebie  
jak fragmenty łamigłówki z klasycznego kryminału. Nazwiska są inne, treść  
podobna. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby poskładać je w całość. W moim  
osobistym przekonaniu próby wmówienia nam, że różne ludy w różnych miejscach  
naszego globu przejęły swoje czekanie na powrót boga od chrześcijańskich  
misjonarzy, są co najwyżej żałosne. Panie Boże, ratuj! Co w końcu było najpierw?  
Księgi chrześcijańskie czy te inne? "Fakty są wrogiem prawdy" (Miguel de  
Cervantes, 1547-1616 ). Można dowolnie skakać po globusie, grzebać w przeszłości  
i wertować religijne teksty, a i tak zawsze i wszędzie odnajdziemy ideę powrotu.  
W Chinach Konfucjusz ma być tym, który przyjdzie ponownie, aby na nowo stworzyć  
"harmonię między niebem a ziemią" (88 ), u aborygenów zaś w dalekiej Australii  
"pradawni niebiańscy bohaterowie" (89 ) nazywają się "Ngumyari" i "Wandina".  
Tubylcy z utęsknieniem czekają na ich powrót. Teraz brakuje w zasadzie tylko  
teologa lub psychologa, który wmówi nam, że Chińczycy przejęli swoje koncepcje  
od pierwotnych mieszkańców Australii - lub na odwrót. No właśnie. A z dala od  
Chin i Australii ta sama tęskna myśl o powrocie bogów opanowała umysły  
preinkaskich kapłanów. Wedle ich przekazów, Ziemię odwiedził niejaki Wirakocza z  
trzema braćmi. Uczyli oni Indian, zakładali osiedla i na koniec swej ziemskiej  

background image

kariery powrócili w Kosmos. Oczywiście z obietnicą powrotu w przyszłości (90 ).  
No bo jakżeby inaczej? Ich potomkowie - władcy Inków - nazywali siebie "Synami  
Słońca". Pierwsi chrześcijańscy zdobywcy, czy to Pizarro w Peru, czy Cortez w  
Meksyku, na początku witani byli z zachwytem jako "powracający bogowie". Nie, to  
wykluczone, by Indianie dowiedzieli się tego od chrześcijańskich mnichów,  
wierzenia były już wcześniej. Bogowie z biletem powrotnym działali na całym  
globie, powiązane zaś ze sobą przykłady, które przedstawiłem w tym rozdziale, w  
najlepszym wypadku są co najwyżej wierzchołkiem góry lodowej. W poprzednich  
książkach przytaczałem tradycje Indian Hopi i brazylijskich Kayapó, sprawę  
japońskich figurek |dogu, treść świętej japońskiej księgi |Nihongi, legendy  
Eskimosów i plemienia Dogonów z Mali. Wszystkie te ludy znają niebiańskich  
Nauczycieli i wszystkie czekają na ich powrót. Majowie wyrazili to najzwięźlej,  
co można przeczytać w Księdze Kapłanów Jaguara (91 ): "Zstąpili z drogi gwiazd  
[...]. Mówili magicznym językiem gwiazd nieba [...]. Ich znakiem jest nasza  
pewność, że przybyli z nieba [...]. A kiedy znów zstąpią, trzynastu bogów i  
dziewięciu bogów, uporządkują znowu, co niegdyś stworzyli." Kto ma przybyć?  
Oczekiwanie ponownego przybycia jakichś bogów było i pozostanie niepodważalnym  
faktem. Sporne pozostają tylko kwestie, |kto tak naprawdę ma przybyć i |kiedy.  
Chrześcijanie i Żydzi czekają na Mesjasza, muzułmanie na Mahdiego - po prostu  
inne imię osoby Mesjasza. Słowo "Mesjasz" oznaczało pierwotnie "namaszczony".  
Pochodzi od hebrajskiego masziah (gr. christos), którym określano namaszczonego  
króla. W kręgu religii żydowskiej oczekiwany jest potomek rodu Dawida, lecz  
substancjalnie on także ma przybyć z chmur. Zwyczajny człowiek, który zdobywa  
później władzę królewską, nie może zostać Mesjaszem, ponieważ już samo słowo  
"człowiek" zupełnie nie nadaje się do wyjaśnienia terminu "Mesjasz". Słynny  
profesor Hugo Gressmann napisał w swej analizie (92 ): "I jedno, i drugie jest  
raczej wykluczone, albowiem Mesjasz wydaje się być istotą niebiańską. Ponadto  
przypisuje mu się preegzystencję." Czyli że istniał już wtedy, kiedy nie było  
jeszcze ludzi. A oto wspólne elementy wszystkich wyobrażeń Mesjasza: `ts *  
dysponuje wielką potęgą, * zaprowadzi nowy ład, * jest ucieleśnieniem  
sprawiedliwości * jest zainspirowany, powołany i wykreowany przez Boga. `tn W  
zależności od religii Mesjasz jest: `ts * synem człowieczym, spłodzonym przez  
niebo (nasienie, embrion, karma niebian); mógł już raz przebywać na Ziemi,  
zostać "wzięty do nieba" i powrócić, * istotą pozaziemską, jedną lub wieloma;  
podobnymi bogom istotami, które już wcześniej przebywały na Ziemi. `tn W  
wyobrażeniu chrześcijańskim (Ewangelie i Apokalipsa św. Jana), ale też żydowskim  
(Henoch i apokryfy) oraz w muzułmańskim Koranie ponowne przybycie Mesjasza  
związane jest z Sądem Ostatecznym. Na niebie pojawi się jakaś |potęga, której  
towarzyszą wielkie liczebnie |hufce |niebieskie. Parsowie nazywają tę potęgę  
"Pogromcami Wszechświata)¦; Sumerowie mówią o bogu "Anu", który powróci z  
gwiazdy Aldebaran; Tybetańczycy o "Świętych z Góry", którzy tu, na dole,  
przywrócą dawny porządek; Majowie wspominają o "trzynastu bogach", którzy także  
powrócą i "uporządkują znowu, co niegdyś stworzyli". Z pojawieniem się tej  
potęgi wiążą się zagadkowe wydarzenia "na niebie". Z firmamentu spadnie gwiazda  
lub "góra świecąca ogniem", pokażą się "znaki na niebie", Księżyc się zaćmi,  
ludzie zaczną drżeć i znajdą się na skraju wytrzymałości nerwowej. Na Ziemi  
nastąpią niespotykane klęski żywiołowe. Będzie dygotała i kołysała się, wody  
mórz "wpłyną w siebie", zaczną wybuchać wulkany i nad chmurami ukaże się |Ultimo  
|judex, czyli Ostateczny Sędzia. I co tak dokładnie będzie osądzone? Wierzący i  
niewierzący. Czym jest wiara? W |co ludzie powinni wierzyć? W to, co przed  

background image

tysiącami lat przeżyli ich przodkowie i zawierzyli swoim księgom, czy też w to,  
co ludzki ród sprokurował sobie z tego później w swej zarozumiałej próżności?  
Każda ze współczesnych religii odnosi ideę mesjańską do |swoich świętych ksiąg.  
Jest to niezaprzeczalny fakt, czy nam się to podoba, czy nie. A więc, co  
logiczne, nie wszystkie te religie mogą mieć rację. Któreś z nich muszą być w  
błędzie. A co by było, gdyby tak |wszystkie były w błędzie? W końcu idea  
Mesjasza jest znacznie starsza od Koranu, starsza od Nowego Testamentu, starsza  
od buddyzmu, a także od biblijnych proroków z okresu po potopie. Obietnica  
powrotu plącze się po ludzkich umysłach już od czasu patriarchów sprzed potopu,  
od czasu dżinistycznych epok i "prakrólów" najróżniejszych ludów. Gdzie to się  
zaczęło? I raz jeszcze: W |co ludzie mają wierzyć? |Kogo mają oczekiwać? |Kogo  
mają się lękać? |Kto powróci "z wielką mocą i chwałą)¦? Z "niebiańskimi  
zastępami", przy akompaniamencie straszliwych zjawisk na niebie? |Kim mają być  
te skamieniałe ludzkie masy, które mimo takiej demonstracji siły "nadal nie  
wierzą)¦? Filozofia paleo-SETI potrafi zaproponować odpowiedź, która będzie  
zgodna z przekazami. Teorię, która rozwiązuje wiele kwestii szczegółowych i  
potwierdza prawdziwość niejednego tekstu. W przeciwieństwie do religii filozofia  
paleo-SETI w najmniejszym nawet stopniu nie wymaga wiary. Jej koncepcje można  
weryfikować i odrzucać, weryfikować i przyjmować jako poprawne. A mimo to  
filozofia ta i tak przewyższa czymś wszelkie religijne idee powrotu Mesjasza:  
daje się racjonalnie uzasadnić. Good bye, tatusiu! Obcy kosmonauci, którzy  
tysiące lat temu przebywali na Ziemi, nadając ludzkości genetyczne  
przyśpieszenie, ci sami kosmonauci, którzy przewijają się przez starożytną  
literaturę pod postaciami |bogów, |aniołów, |upadłych |aniołów i innych, w  
którymś momencie wypowiedzieli słowa pożegnania i odlecieli. |Wraz |z |nimi  
odlecieli ponadto pojedynczy uprzywilejowani ludzie. Oni także wypowiedzieli  
słowa pożegnania. Co się mówi tym, którzy pozostają? Tym, którzy właściwie  
również chętnie udaliby się w wielką podróż? Poniżej wyimaginowany dialog  
pożegnalny między Henochem a jego synem Matuzalemem: Henoch: Już czas, mój synu.  
Oni przybędą o świtaniu, aby mnie ze sobą zabrać. Matuzalem: Ojcze, czy jeszcze  
cię zobaczymy? Henoch: Nie. A przynajmniej nie twoje pokolenie. Oni powiedzieli  
mi, że przez czas ich nieobecności upłyną na Ziemi tysiące lat. Matuzalem: Jakże  
to możliwe? Czyż nie wszyscy jesteśmy przeznaczeni śmierci? Henoch: Jesteśmy.  
Ale we Wszechświecie panują inne prawa czasu. Kiedy Strażnicy powrócą tu po  
tysiącach lat, Ziemia i ludzie będą zupełnie inni. Matuzalem: Hm... nie  
rozumiem. Ale cóż, tak powiedzieli ci Strażnicy. A dokąd lecisz? Henoch: Czy  
widzisz ten jasny pas gwiazd w gwiazdozbiorze Oriona? Teraz przedłuż tę linię o  
sześć łokci. Tam świeci gwiazdka, nie za jasna i trochę żółtawa. To jest  
ojczyste słońce Strażników. Tam jest inna Ziemia, piękniejsza od naszej. Tam się  
udaję. Matuzalem: Ojcze, zostałeś wybrany, aby jako żywy człowiek cieleśnie iść  
do nieba. Zazdroszczę ci. Henoch: Nie jest tak, mój synu: Ja nie idę do nieba.  
Niebo, tak wytęsknione przez ludzi, to miejsce absolutnego szczęścia. Dobra  
dusza trafia do nieba dopiero po śmierci. Ja natomiast lecę w Kosmos. Matuzalem:  
Nie dostrzegam różnicy między niebem a "Kosmosem", jak ty to nazywasz. Spójrz na  
cudowną wspaniałość gwiazd. Tam w górze panuje spokój i piękno. Strażnicy  
poruszają się po niebie na ognistych barkach. Ich potęga jest niezmierzona. W  
naszych oczach są nieśmiertelni. Musi tam być jak w niebie, nawet jeśli ty  
nazywasz to "Kosmosem". Henoch: Zbliża się pora pożegnania, mój synu  
Matuzalemie. Słyszysz gwar ludu? Zbiera się, aby wysłuchać mojej mowy  
pożegnalnej. Strażnicy ostrzegli mnie, że nikomu nie wolno zbliżyć się do  

background image

miejsca, gdzie opuści się ognisty rumak. To samo dotyczy ciebie i twojej  
rodziny. A więc, mój synu Matuzalemie, wyjaśniłem ci wszystko i przekazałem  
wszystkie księgi. Przechowaj te księgi spisane ręką twego ojca, każ je  
bezustannie przepisywać i zważaj, by nie zmieniono ani słowa. Nawet jeśli ty,  
twoi synowie i wnukowie nie pojmiecie ich treści, to zrozumieją ją przyszłe  
pokolenia i będą wdzięczne, że niczego nie zmieniliście. Strażnicy polecili mi,  
aby nie trzymać tych ksiąg w tajemnicy. Dlatego przekaż je następnym pokoleniom  
świata. Nawet gdyby podobna rozmowa rzeczywiście miała miejsce, i nawet gdyby  
Henoch osobiście oświadczył tysiącom ludzi, którzy się zebrali, by go pożegnać,  
że nie idzie do |nieba, tylko leci w |Kosmos, to następne pokolenia nie umiałyby  
tego zrozumieć. Skoro ktoś potrafił ulecieć w górę, wmieszać się między cudownie  
świecące gwiazdy i znaleźć tam ojczyznę, to |musiał "pójść do nieba". Przybysze  
niedwuznacznie dali ludziom do zrozumienia, że |nie |są bogami ("Nie uczynisz  
żadnego posągu Boga swego!"). I tak nie pomogło. Następne pokolenia, ci, którzy  
już nie widzieli |wizyty |bogów na własne oczy, siedzieli nad tekstami, które  
dla nich nie miały żadnego sensu. Czytali tam, że za czasów prapradziadów z  
nieba zstąpiły jakieś istoty "z wielką mocą i chwałą". Dla nich było już jasne,  
że |mogli |to |być |tylko |bogowie lub wysłannicy i słudzy jednego boga. Istoty  
te przyleciały od Najwyższego na Ziemię i pouczały ludzi. I już w żądnych  
interpretacji umysłach ludzi narodziły się anioły. Ludzie zawsze szukają sensu -  
nawet jeśli powstaje przy tym bezsens. Już wkrótce od reszty oddzielili się  
bardziej myślący ludzie. Nazywano ich "mędrcami". Zupełnie jak w przykładzie z  
Kamieniem Świętego Berlitza, mędrcy z pokolenia na pokolenie zmieniali odpisy  
tekstów, dostosowywali je do ducha czasu. Na przykład tacy mędrcy czytali  
opowieści o czymś, co błyszczało, a w dodatku sapało, miało cztery nogi i mimo  
wszystko potrafiło latać. Oczywiste, że mogło chodzić tylko o konia. Latającego.  
Czytali opowieści o istotach, które opuściły się z nieba i robili z nich anioły.  
Wkrótce zorientowali się, że mowa jest o różnorodnych rodzajach aniołów. Raz  
były dobre, raz złe, to znów takie, które służyły Najwyższemu i strzegły jego  
tronu, i jeszcze inne, które wyklinały na Najwyższego, zeszły na Ziemię i  
oddawały się uciechom seksualnym. Aby niezrozumiałe uczynić zrozumiałym, nazwano  
te istoty "złymi" lub "upadłymi aniołami". Nadano im nazwy, takie jak  
"uwodziciele" albo "synowie boga". Teksty praojców mówiły także o tym, że  
niektórzy wybrani ludzie odlatywali z aniołami do Najwyższego. I tak powstało  
|wniebowzięcie. Jeśli pojawił się opis wyglądu statku kosmicznego od zewnątrz i  
od środka, to wiadomo, że mogło chodzić tylko i wyłącznie o siedzibę aniołów i  
tron Najwyższego. Poniżej staram się przedstawić taki właśnie proces  
reinterpretacji, zestawiając ze sobą dwa teksty: Hipotetyczny oryginał: "Opiszę  
teraz moje przeżycie: Najpierw widziałem chmury, a potem, kiedy wznieśliśmy się  
jeszcze wyżej, zauważyłem coraz delikatniejszą mgiełkę. I nagle pojawiły się  
gwiazdy, lecz wokół nas coś błyszczało. Byłem do tego stopnia sparaliżowany, że  
musieli mnie podnieść z fotela. Wszedłem w korytarz, aż zbliżyłem się do ściany  
składającej się z błyszczących kamieni. W dodatku zauważyłem czerwonawe  
światełka przemykające po tej ścianie. Potem wszedłem do gwiezdnego statku. We  
wnętrzu wszystko błyskało tak samo jak na zewnątrz, tylko podłoga była z płytek,  
spod których wydobywał się słaby blask. Najpiękniejsza jednak była powała.  
Zupełnie jak przez przezroczystą kopułę widziałem rozgwieżdżone niebo, a na nim  
Strażników w mniejszych pojazdach, którzy przybijali i odbijali, i wykonywali  
najrozmaitsze prace. Raz jeszcze musieliśmy się przesiąść do większego  
gwiezdnego statku. We wnętrzu wszystkie drzwi stały otworem, ale przed każdymi  

background image

dostrzegłem niezliczone światełka. Strażnicy wyjaśnili, że to czujniki i osłony  
drzwi. Centralna sterownia okazała się olbrzymia i nie do opisania. Pośrodku na  
podeście stał fotel, a wokół niego matowo świecące, duże szkło. Rozpoznałem na  
nim błyszczące słońce i strażników pracujących na zewnątrz statku. Na fotelu  
siedział Dowódca, okryty śnieżnobiałą szatą. Padłem przed nim na twarz, lecz on  
podszedł do mnie, wypowiedział słowa pozdrowienia i rzekł: "A więc to ty jesteś  
tym człowiekiem, który tam na dole ma zadbać o sprawiedliwość?"" Oryginalny  
tekst z Księgi Henocha (14, 8 nn; 71, 11 nn): "I miałem następujące widzenie:  
Oto zaprosiły mnie w widzeniu chmury, i mgła uniosła mnie w górę, bieg gwiazd i  
błyskawice podnosiły i popychały mnie, i wichry dały mi skrzydła w widzeniu i  
unosiły mnie w górę. Zaniosły mnie do nieba. Wstąpiłem, aż zbliżyłem się do  
muru, który zbudowany był z kryształów i otoczony językami płomieni; i zaczął  
napawać mnie lękiem. Wstąpiłem w języki płomieni i zbliżyłem się do wielkiego  
domu, zbudowanego z kryształu. Ściany owego domu były takie same jak wyłożona  
kryształem podłoga, a jego podstawą był kryształ. Jego powała była jako drogi  
gwiazd i błyskawic, pośród nich ogniste cheruby [...]. I był inny dom, większy  
od poprzedniego; wszystkie jego drzwi stały przede mną otworem, i zbudowany był  
z języków płomieni. Odznaczał się on pod każdym względem wspaniałością,  
przepychem i wielkością, tak że nie potrafię opisać wam jego wspaniałości i  
wielkości. [...] dostrzegłem wysoki tron. A wyglądał jak obręcz; wokół niego  
było coś podobnego do świecącego słońca i co miało wygląd cherubów [...].  
Siedział na nim wielki dostojnik; jego szata błyszczała bardziej niźli słońce i  
była bielsza niźli sam śnieg. [...] I padłem na twarz, całe moje ciało topiło  
się, a moje oblicze się zmieniło [...]. Podszedł do mnie, wypowiedział słowa  
pozdrowienia i rzekł: "Tyś jest syn człowieczy, który narodził się dla  
sprawiedliwości."" Egzegeza naŃ przestrzeni czasu Cóż za tragedia, kiedy  
kosmonauci stają się "aniołami" i "cherubami", oficerowie "archaniołami",  
dowódca zaś |Najwyższym czy jeszcze gorzej: |Bogiem! Cóż za chaos, gdy zwykłe  
wyładowania elektryczne stają się "językami płomieni", a z mostka dowódcy robi  
się "nieopisana wspaniałość)¦! Jasne, że fotel dowódcy musiał się stać "wysokim  
tronem, sam dowódca zaś "wielkim dostojnikiem". Wręcz kojący wydaje się w tej  
sytuacji fakt, że w cytowanym fragmencie nie występuje sam "Pan Bóg". Byłoby to  
zresztą co najmniej niestosowne, bo przecież Henoch pisze: "Podszedł do mnie,  
wypowiedział słowa pozdrowienia." Obraz Boga, który wita swego ziemskiego  
gościa, podając mu prawicę, to widać nawet dla zatwardziałych egzegetów trochę  
za wiele. No więc poprzestano na "wielkim dostojniku". Dobre i to. Znam  
argumenty, dlaczego tego rodzaju porównanie tekstów jest niedopuszczalne - mówi  
się, że trzeba to widzieć inaczej. A ja uważam, że wcale nic nie "trzeba", a już  
zwłaszcza gdy chodzi o egzegezę, jeśli zaś idzie o sens tekstów, to nie należy  
zapominać, że jądro ich treści powtarza się w tekstach hinduskich. I nie tylko w  
hinduskich. Pozaziemscy przybysze z czasów Henocha znali ogromne odległości  
międzygwiezdne. Wiedzieli przecież, że podróż do domu i z powrotem do naszego  
Układu Słonecznego pochłonie kilka tysięcy lat. W jaki sposób mieli to  
uzmysłowić ludziom? Pewnie pokazali rozgwieżdżone niebo i powiedzieli: "Teraz  
odchodzimy - ale wrócimy tu. Zapiszcie to w swoich księgach, przekażcie to swoim  
potomkom, niech wszystkie pokolenia o tym pamiętają: Wrócimy!" A kiedy ludzie  
zaczęli się dopytywać, |kiedy to obcy pojawią się ponownie, czy po upływie  
miesięcy, lat, czy tysiącleci, pozaziemscy przybysze nie udzielili zapewne  
odpowiedzi. Po prostu sami dokładnie nie wiedzieli. "Przybędziemy ponownie -  
kiedyś! Cały czas bądźcie na to przygotowani i trzymajcie się przykazań, abyśmy  

background image

nie musieli ponownie niszczyć rodzaju ludzkiego." A kiedy ludzie pytali, po czym  
poznają moment ich powrotu, przybysze wskazali na Księżyc i gwiazdy i odrzekli:  
"Na nocnej półkuli będzie to wyglądało tak, jakby Księżyc się zaćmił, jakby na  
Ziemię spadały świecące gwiazdy. Dla ludzi po dziennej stronie będzie to  
wyglądało tak, jakby z nieba spadały złote góry. Ludzie, którzy są na to  
przygotowani i oczekują nas, ci, którzy rozumieją znaki na niebie, będą się  
cieszyć. Będą tańczyć i wydawać okrzyki radości, i będą przepełnieni szczęściem,  
ponieważ przyniesiemy im nowy ład. Inni jednak, którzy deformowali i fałszowali  
teksty, ci, którzy zmuszali swoich bliźnich, by im wierzyli, ci wpadną w panikę.  
Będą czuli strach przed nami i swoimi własnymi zwolennikami. Ukryją się i zaczną  
wzywać fałszywych bogów. Będzie to daremne, albowiem bogów nie ma." Ale,  
oczywiście, przybysze zdawali sobie sprawę, że przez tysiąclecia przekazy te  
zestarzeją się i będą stale reinterpretowane. Dlatego zadbali o pozostawienie  
swoich śladów w wielu miejscach na Ziemi. Także inne ludy w innych częściach  
globu sporządziły zapisy tych wydarzeń. Reszta zrobi się sama. Kiedyś musi  
nadejść taki moment, że ludzkość zacznie wymieniać informacje w skali globalnej.  
Najpóźniej wtedy ujawnić się musi wspólne jądro wszystkich tych różnorodnych  
przekazów. Ludzie będą musieli zacząć porównywać. Dwa dodać dwa po prostu zawsze  
jest cztery. Na tej właśnie zasadzie myślenie w duchu filozofii paleo-SETI  
wprowadza przewartościowanie wartości. Ma to swoje uzasadnienie. Zasadniczo są  
dwa rodzaje ludzi: wierzący i niewierzący. Każda z tych grup została inaczej  
wychowana, lecz w jednym punkcie wszyscy przedstawiciele obydwu grup są zgodni:  
jesteśmy jedynymi istotami rozumnymi we Wszechświecie. Jak doszło do tego  
milczącego sprzysiężenia dwóch tak bardzo odmiennych od siebie grup jak wierzący  
i niewierzący? Wierzącym wbito do głów, że Pan Bóg stworzył Ziemię w ciągu  
(symbolicznych) sześciu dni (siódmego odpoczywał). Kiedy już stworzył rośliny i  
zwierzęta, jako ukoronowanie swego dzieła stworzył człowieka. A zatem jesteśmy  
koroną stworzenia! Alleluja! Niewierzącym wpojono teorię ewolucji. W toku  
trwającego miliony lat procesu z aminokwasów powstały komórki, proste formy  
żywe, następnie formy bardziej złożone i wreszcie - jako szczytowa forma - |Homo  
|sapiens. Jesteśmy szczytową formą ewolucji! Alleluja! W obydwu przypadkach  
jesteśmy najwięksi. Jedyni w swoim rodzaju i nie do pobicia w całym  
Wszechświecie. Superosobniki stanowiące koronę stworzenia i szczytową formę  
ewolucji. Istoty pozaziemskie nie są tu nikomu potrzebne, nawet jeśli opisami  
ich działań ociekają wszystkie istniejące święte księgi. PrzewartościowanieŃ  
wartości A teraz nagle się pojawiają! Na firmamencie wiszą całe grona  
najrozmaitszych statków kosmicznych: wielopiętrowe, płaskie, świecące złotym  
blaskiem i błyszczące jak miedź, mniejsze |wimana i gigantyczne twory  
wyglądające jak nakładające się na siebie miasta. Przesuwają się na tle księżyca  
w pełni, wzburzają nasze oceany. Ludzkość jest przerażona, zaszokowana,  
zalękniona. Na |coś |takiego nie była przygotowana. Ani wierzący, ani  
niewierzący. A właściwie dlaczego? Chrześcijanie pognają do swoich kościołów i  
będą pytać księży: "Czy to Sąd Ostateczny?" Muzułmanie będą wznosić modły do  
Allaha i żarliwie wierzyć, że to wraca Mahdi: nareszcie zrobi porządek z  
niewiernymi, nareszcie skończył się czas oczekiwania! Żydzi z kolei zapełnią  
synagogi, będą zasypywać pytaniami swych rabinów, cała Jerozolima będzie jednym  
wielkim ludzkim morzem, ponieważ tradycja uczy, że Mesjasz opuści się z nieba w  
Jeruzalem. Tylko naukowcy będą spoglądali ku chmurom, zacierając ręce, i wytoczą  
swoje czujniki i teleskopy, aby w którymś momencie ugiąć się przed faktami:  
statki kosmiczne istot pozaziemskich zajęły pozycje wokół Ziemi. Wierzący będą  

background image

wypełnieni żarliwą nadzieją, że to właśnie |ich Mesjasz jest tym, który  
powrócił, że to, co rozgrywa się nad chmurami, jest jedynie przygrywką, że to  
jedynie zapowiadane niebiańskie hufce, i że już wkrótce pojawi się Najwyższy  
Sędzia i wynagrodzi im ich wiarę! A ponieważ |wszyscy wierzący |wszystkich  
religii oczekują każdy |swojego Mesjasza, są gotowi przysiąc, że jest właśnie  
tak, a nie inaczej, ponieważ każde zdanie i każde słowo wykładają na swoją  
korzyść, zatracając widzenie rzeczywistości. Oni |nie |chcą sobie uświadomić, co  
tak naprawdę rozgrywa się na firmamencie, a nawet |nie |mogą. I nagle, nawet nie  
wiedząc kiedy, stają się niewierzącymi. Okazują się zbyt zakamieniali, aby  
poradzić sobie z nowymi (a przecież zarazem starymi jak świat!) faktami. Nie  
potrafią ich przetrawić, są niezdolni do prowadzenia zgodnej z duchem czasu  
globalnej polityki, nie mówiąc już o tym, by byli dojrzali do przyjęcia nowej,  
uniwersalnej religii. I tak wierzący w religię stają się niewierzącymi w realia.  
Nie potrafią już cieszyć się życiem, zbyt głęboka jest ich frustracja. A w  
istotach pozaziemskich - bo przecież w końcu jednak będą musieli uznać ten fakt  
- widzą w najlepszym razie uosobienie Szatana czy Lucyfera, który tylko dlatego  
pojawił się nad chmurami, aby zachwiać podstawami ich wiary, aby poddać ich  
próbie. Umrą zgorzkniali i zdezorientowani, ponieważ nic nie zrozumieli. Z kolei  
dla wierzących w realia, czyli dla tych, którzy doskonale godzą się z nowymi  
faktami i w zasadzie wcale nie muszą już wierzyć, ponieważ teraz już wiedzą,  
zaczynają się wspaniałe czasy. Dotychczas ludzkość czerpała wiedzę  
jednokierunkową drogą wiodącą z przeszłości. Uczono się z historii, z  
doświadczeń ojców, z książek i komputerów. Lecz wszystko to pochodziło z  
przeszłości. Teraz dochodzi do tego wiedza z przyszłości: wiedza istot  
pozaziemskich. One mają nasze problemy za sobą. Nasza przyszłość jest dla nich  
przeszłością. Ludzkość z zachwytem będzie czerpać z tej skarbnicy. Jak  
rozwiązaliście problem zanieczyszczenia środowiska? Jak zapobiegliście groźbie  
eksplozji demograficznej? Jaka religia panuje we Wszechświecie i jak powstała?  
Jak napędzacie swoje statki kosmiczne i jak działa międzygwiezdne radio? Jak  
powstrzymać raka i jak przedłużyć życie? Jaki system polityczny jest  
najsprawiedliwszy i jak karzecie swoich przestępców? W ten sposób opuszczamy  
jednokierunkową drogę wiedzy i wjeżdżamy na ośmiopasmową autostradę. Kiedy  
Wszechświat otworzy przed nami swoje wrota, rozpocznie się prawdziwie  
|niebiańska epoka. Ale, jak mówię, tylko dla wierzących, przepraszam, dla tych,  
którzy potrafią pogodzić się z realiami. Przewartościowanie wartości - nowa  
filozofia idei ponownego przybycia - już rysuje się na horyzoncie. Religie będą  
się buntowały, nazwą mnie heretykiem, bałamutem i pseudoprorokiem, ale za nic  
nie przyznają, że to właśnie one przez tysiąclecia podtrzymywały w ludziach ten  
stan oczekiwania, że to one właśnie bezustannie majstrowały i dłubały przy  
osobie Mesjasza - czy jak tam nazwiemy tego, który ma przybyć - aż wreszcie  
nadawał się do ustawienia w szklanej gablocie. Wszystkie inne szklane gabloty  
zostały strzaskane. Religia przeciw religii. Zawsze w interesie danej religii  
leżało uznawanie własnej nauki za jedynie prawdziwą i sprzedawanie jej jako  
mającą wyższość nad pozostałymi. Nigdy nie brałem udziału w tym festiwalu  
zarozumialstwa. To nie moja branża. Jak to mówi przysłowie? "Wielkie rzeczy  
pomału... zaczynają wychodzić nosem)¦! W scenariuszu ponownego przybycia istot  
pozaziemskich byłoby nawet miejsce dla starożytnych proroków. Tych oczekiwanych  
przez dżinistów, przez wyznawców hinduizmu, a nawet buddystów z ich super-Buddą.  
Co to miałoby znaczyć? Co może przyjść istotom pozaziemskim z tego, że podeślą  
nam tzw. proroków? Wschodzi ziarno Bardzo niewiele wiemy o rzeczywistej potędze  

background image

i genetycznych możliwościach pozaziemskich przybyszów. W każdym razie na pewno  
wyprzedzają nas o całe tysiąclecia, bo inaczej nie mogliby (oni lub ich  
przodkowie) odwiedzić nas w zamierzchłych czasach. Współczesna historia nauki i  
techniki uczy, że wszystko staje się coraz bardziej doskonałe, coraz mniejsze i  
bardziej skuteczne. Dowodzi tego technika komputerowa z jej coraz bardziej  
miniaturowymi procesorami, miliardami bitów przetwarzanymi w ciągu sekundy i  
coraz większymi mocami obliczeniowymi. Dla porównania: w połowie lat  
osiemdziesiątych najlepsze komputery klasy PC osiągały szybkość przetwarzania  
danych wynoszącą kilka megaFLOPS (FLOPS = Floating Point Operations per Second;  
megaFLOPS = 1 milion FLOPS). Wielkie komputery, takie jak Cray-2, osiągały na  
początku lat dziewięćdziesiątych szybkość mierzoną w gigaFLOPS (gigaFLOPS = 1  
miliard FLOPS). W rok później osiągnięto szybkość 10 gigaFLOPS, a dzisiaj, kiedy  
piszę te słowa, w literaturze fachowej mówi się już o komputerze C-5, pracującym  
z szybkością 100 gigaFLOPS. Trwają prace nad komputerem o szybkości mierzonej w  
teraFLOPS (= 1 bilion FLOPS) i prowadzi się całkiem poważne rozważania nad  
komputerami o szybkości 10 teraFLOPS. To się nazywa błyskawiczny postęp. Lecz  
cóż znaczy dziesięć lat w procesie rozwoju? Zaledwie drobna kropka na linii  
dziejów. Co będą umiały komputery za 50 lat? Będą samodzielnie myśleć,  
samodzielnie się programować i będzie można z nimi rozmawiać. Będą błyskawicznie  
i bezbłędnie tłumaczyć z dowolnego języka świata na inny język. Będą komputery  
sądowe, które wydadzą wyrok szybciej, lepiej, bardziej prawidłowo i  
sprawiedliwiej niż ludzie. Komputery będą budować komputery, a telewizor w  
pokoju ustąpi miejsca trójwymiarowemu obrazowi holograficznemu. Z kolei genetycy  
osiągnęli postępy, o jakich biologowie starej szkoły nie śmieli nawet marzyć. W  
ciągu następnych dwudziestu lat zdołają oni unieszkodliwić wszystkie choroby  
dziedziczne u noworodków, dzieci w łonie matki czy wręcz przed zapłodnieniem.  
Będą mogli - jeśli prawo i etyka dopuszczą do tego rodzaju badań - konstruować  
ludzi o ściśle określonych właściwościach, prawdziwe dzieła sztuki tworzone  
według genetycznych projektów. Nazywa się to "zabawą w Boga", zapominając przy  
tym jednak o dwóch rzeczach: Bóg (a raczej bogowie) Starego Testamentu stworzył  
człowieka "na swój obraz i podobieństwo". A więc |zaprogramował go takim, jakim  
chciał go mieć, a wszystko wskazuje na to, że potem zrobił to samo z jeszcze  
paroma jego potomkami. Dziś powinno być już raczej jasne, że taki bóg nie może  
mieć nic wspólnego z Bogiem, który stworzył Wszechświat. Genetycy zaś, którzy  
"bawią się w Boga", są równie mało tożsami ze Stworzeniem i duchem Wszechświata,  
co bogowie z mitologii. Dla małpy komputer może być czymś niemal boskim - a  
przecież wcale tak naprawdę nie jest. Czymże zatem jest prognoza przyszłości w  
perspektywie lat pięćdziesięciu wobec rozwoju naukowo-technicznego trwającego  
tysiące lat? Nie ja to wymyśliłem - to tradycyjne przekazy ludzkości mówią o  
ingerencjach genetycznych mających miejsce tysiące lat temu. Na jakim etapie te  
istoty pozaziemskie są dzisiaj, skoro już wówczas potrafiły "wdrukować"  
zarodkowi przed narodzinami określone właściwości? Może umieją podłączać się  
bezpośrednio do mózgów? Może już przed tysiącami lat tak zakodowali nasz  
materiał genetyczny, że po tylu a tylu pokoleniach uwolni on prastare  
informacje, udostępni je mózgowi? Może od niepamiętnych czasów drzemią w nas  
informacje, które obudzą do życia dopiero konkretne bodźce przenikające do  
świadomości? Jak by to mogło wyglądać? Każdy współczesny genetyk wie o istnieniu  
tzw. odpadków genetycznych (junk). Rozumiemy przez to bezsensowne i bezużyteczne  
odcinki DNA (kwasu dezoksyrybonukleinowego). Wydają się bezsensowne dlatego,  
ponieważ nie mają prawidłowego początku ani końca. Normalnie łańcuchy DNA  

background image

zakończone są rodzajem "gniazdka" i "wtyczki", do których pasują końcówki  
odpowiedniej pary. Profesor Beda Stadler, genetyk z uniwersytetu w Bernie, jako  
doskonałe porównanie proponuje klocki lego. Człowiek ma w zasobach swego DNA  
ponad 110000 aktywnych genów, wśród nich mnóstwo odcinków "odpadków  
genetycznych". Ale czy naprawdę są to odpadki? A może te porozrywane odcinki  
mają jakieś ściśle określone zadanie, którego genetykom nie udało się dotąd  
poznać? Trudno sobie wyobrazić, po co ewolucja przez całe miliony lat miałaby  
reprodukować nie nadające się do niczego "genetyczne odpadki". Chociaż coraz  
więcej zagadek udaje nam się rozwikłać i dokonujemy coraz to nowych odkryć, to  
jednak nasza wiedza na temat współzależności we Wszechświecie jest żadna. A mimo  
to zachowujemy się tak, jakbyśmy wiedzieli wszystko. Dlatego też nie  
przeszkadzają mi zapowiadani przez dżinizm prorocy, tirthankarowie, tak jak nie  
przeszkadza mi super-Budda. Również żyjący (jeszcze) Sai Baba dokonujący swoich  
cudów w Indiach nie złości mnie w najmniejszym stopniu. Może po prostu  
zakodowana w nim informacja odrobinę za wcześnie ujrzała światło dzienne? Wiemy  
przecież z doświadczenia, że niektóre geny w człowieku uruchamiają określone  
procesy dopiero w odpowiednim czasie. Sześcioletni chłopiec nie będzie miał  
brody, nie osiąga też dojrzałości płciowej. Dopiero kiedy organizm spełni  
określone warunki fizjologiczne; uaktywnione zostają za pomocą genów określone  
hormony, które dopiero teraz sterują pojawieniem się zarostu i osiągnięciem  
dojrzałości płciowej. Informacja o zaroście była jednak zawarta w genach przez  
cały czas. Drzemała już w organizmie noworodka, a nawet, w chwili zapłodnienia,  
w każdej pojedynczej komórce. Informacja istniała przez cały czas - tylko  
organizm musiał dojrzeć. Może z "genetycznymi odpadkami" jest tak samo? Może  
spoczywają w nich informacje, które czekają tylko na odpowiedni sygnał - jakiś  
bodziec - aby się uaktywnić? W technologii komputerowiej wypróbowuje się już  
"atomowe przełączniki", w których wykorzystuje się pojedyncze elektrony do  
inicjowania procesu binarnego. Te zdumiewające, pracujące z prędkością światła  
przełączniki odkryli radzieccy fizycy Konstantin Lichariew i Aleksander Zorin.  
Efekt zwany SET (Single Eleciron Tunneling) został już dowiedziony  
eksperymentalnie i uważany jest za "czynnik umożliwiający osiągnięcie granicy  
miniaturyzacji w elektronice" (94 ). Skoro jednak elektron może służyć jako  
"przełącznik" w procesie przetwarzania danych, równie dobrze może posłużyć do  
uaktywnienia drzemiącej dotąd informacji genetycznej. Ponieważ, z jednej strony,  
nie wiemy, według jakich reguł toczy się kosmiczna gra, z drugiej zaś  
dysponujemy dość pokaźną liczbą bardzo dawnych informacji, zapowiadających  
zarówno pojawienie się |proroków, jak i |powrót |bogów, to niejako samo nasuwa  
się pytanie, jak, w jaki sposób, możliwe będzie jedno i drugie? Oczywiście,  
możemy sobie tych pytań w ogóle nie zadawać, lecz jest to sprzeczne z naturą  
naszej inteligencji, ponieważ oznaczałoby ni mniej, ni więcej, tylko nierozumne  
odrzucenie wszystkich istniejących tekstów i świadectw wielkich, starych  
religii. Obojętne odsunięcie na bok czegoś, co od tysięcy lat wywiera na nas  
potężny wpływ - to bardzo nienaukowe. Nie tylko dlatego, że stare przekazy po  
prostu istnieją i nie da się ich tak zwyczajnie zanegować, lecz także z tego  
powodu, iż my, ludzie, jesteśmy przecież cząstką Wszechświata. Stanowimy element  
pewnej kosmicznej gry i naszym przeznaczeniem jest odkryć, jaka jest nasza rola,  
i tę rolę odegrać. Inaczej bardzo szybko wylądujemy na śmietniku. Powrót w  
innychŃ kształtach Filozofia paleo-SETI interpretuje ideę mesjańską jako powrót  
tych istot pozaziemskich, które w zamierzchłych czasach zaszczyciły wizytą  
naszych praojców. Aby złagodzić szok wywołany tym powrotem, jako forpoczta  

background image

wysłani zostaną ludzkości |prorocy, z zadaniem przeprowadzenia akcji  
uświadamiającej. Prorocy ci mogą czerpać swoją wiedzę w najrozmaitszy sposób, na  
przykład: `ts 1. Sami są istotami pozaziemskimi w ludzkim przebraniu. 2. Są  
ludźmi, którzy w fazie zarodka zostali odpowiednio zaprogramowani od zewnątrz  
("synowie człowieczy"). 3. Cała ludzkość nosi w sobie genetyczną informację,  
przy czym uaktywni się ona dopiero wówczas, gdy spełnione zostaną określone  
warunki (przykład: zarost). U różnych osobników dzieje się to w różnym czasie.  
4. Albo też cała ludzkość nosi w sobie genetyczną informację, ale bodziec  
wyzwalający przyjdzie tym razem spoza Ziemi i będzie dotyczył tylko określonych  
osobników (przykład: "przełącznik atomowy"). 5. Od samego początku tylko  
pojedynczy ludzie noszą w sobie informację zaprogramowaną przez istoty  
pozaziemskie. 6. Genetyczna informacja zawierająca wiedzę o istotach  
pozaziemskich zostanie wszczepiona pojedynczym osobnikom dopiero w czasie, który  
kosmici uznają za stosowny. `tn `ty * * * `ty Wariant piąty wydaje mi się  
najmniej prawdopodobny, ponieważ w końcu wszyscy pochodzimy od tych samych  
rodziców, obojętnie, czy przyjmiemy, że byli to symboliczni Adam i Ewa, czy też  
prarodzice z okresu po potopie. Wariant szósty nie jest wprawdzie wykluczony,  
ale wysoce hipotetyczny. W Księdze Henocha (Hen 39, 1 ) czytamy: "W owe dni  
wybrane i święte dzieci zstąpią z wysokiego nieba na Ziemię i ich ród połączy  
się z dziećmi człowieczymi." Czyżby Henoch zapowiadał tutaj realizację wariantu  
drugiego? Jeśli tak, to skąd o tym wiedział? Od |Strażników |Nieba? A od kogóż  
by innego? I w ogóle jak to się dzieje, że prorocy serwują nam w swoich  
liczących tysiące lat księgach historie, które wyglądają jak żywcem wzięte z  
science fiction? I tak, na przykład, w Apokalipsie św. Jana (Ap 9, 1-10 )  
czytamy: "I piąty anioł zatrąbił: i ujrzałem gwiazdę, która z nieba spadła na  
Ziemię, i dano jej klucz od studni Czeluści. [...] A z dymu wyszła szarańcza na  
Ziemię, [...]. A wygląd szarańczy: podobnie do koni uszykowanych do boju [...] i  
przody tułowi miały jakby pancerze żelazne, a łoskot ich skrzydeł jak łoskot  
wielokonnych wozów pędzących do boju. I mają ogony podobne do skorpionowych oraz  
żądła; a w ich ogonach jest ich moc szkodzenia ludziom [...]." Trzy rozdziały  
dalej z kolei (Ap 12, 7-9 ): "I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego  
aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie,  
ale nie przemógł, i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło. I został  
strącony wielki Smok, Wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan, zwodzący  
całą zamieszkaną Ziemię, został strącony na Ziemię, a z nim strąceni zostali  
jego aniołowie." |Apokalipsa, z której pochodzi cytowany fragment, miała być  
podobno napisana przez apostoła Jana. Każdy specjalista wie, że to nieprawda.  
Jak można wyczytać w artykule w tygodniku "Der Spiegel", "większość  
ewangelickich i wielu katolickich speców od Nowego Testamentu jest co do tego  
zgodnych" (95 ). "Tajne objawienie" nie pochodzi od Jana Ewangelisty, lecz od  
jakiegoś zespołu redakcyjnego z lat 90-100 po Chrystusie. Oczywiście, zespół ów  
nie wziął sobie tego tekstu z sufitu, tylko skompilował na podstawie znacznie  
starszych dokumentów. Podobne opisy, jak w Apokalipsie, spotykamy w apokryfach,  
głównie (ale nie tylko) u Henocha, krótkie ich fragmenty także w Starym  
Testamencie, na przykład w Księdze Daniela. Po raz kolejny wskazuje to na  
istnienie jakiegoś wspólnego starszego źródła, z którego tak wielu zaczerpnęło  
swoje informacje. Gdzieś kiedyś ktoś musiał jednak napisać pierwszy tekst i  
przeżyć okropną wizję. Czy na pewno musiał? Nie będę tu sięgał do psychologii,  
ponieważ niezbyt ją cenię, a ponadto wiem, że za jej pomocą można dowieść  
wszystkiego, a więc niczego. Zależy to od tego, czy się w psychologię wierzy,  

background image

czy też nie. O wiele bliższa rzeczywistości wydaje mi się myśl następująca: Otóż  
wszyscy widzieliśmy filmy |Gwiezdne |wojny oraz |Star |Trek. Dziś już wiemy, ile  
można wyczarować za pomocą techniki i trików filmowych. Po istotach  
pozaziemskich spodziewam się jeszcze bardziej zaawansowanej technologii  
wizyjnej. Może pokazują oni swoje filmy trójwymiarowo i to bez konieczności  
stosowania jakichś okularów? Technika filmowa sprzęgnięta z technologią laserową  
umożliwia stworzenie pełnej iluzji. A zatem "Strażnicy Nieba" pozostawali z  
Henochem w najlepszych stosunkach. Pod koniec swego pobytu na Ziemi wzięli go  
nawet w wielką podróż. Czemuż by więc nie mieli pokazać paru swoim ziemskim  
pupilom filmów? Nieznane roboty bojowe zmieniły się w opisach w podobną do koni  
"szarańczę" mającą "pancerze żelazne", a "łoskot ich skrzydeł jak łoskot  
wielokonnych wozów". Biedny archanioł Michał zaś, który oczywiście w pokazywanym  
przez kosmitów filmie wcale się tak nie nazywał, a imię otrzymał dopiero od  
późniejszych interpretatorów, musiał "walczyć" ze Smokiem, który z kolei wraz ze  
swoimi aniołami wystąpił do walki z nim i jego aniołami, wreszcie jedna strona  
zwycięża, a przegrany zostaje strącony do otchłani. Ktoś to kiedyś zapisał,  
nawet jeśli wydawało mu się, że miał wizję. Wydarzenie to miało miejsce w  
czasach prehistorycznych. Następne pokolenia zrobiły z tego "widzenie" ("i  
ujrzałem"), wreszcie okruchy tego rzekomego "widzenia" dostały się do pism  
rozmaitych proroków. Potem jakiś zespół zmajstrował z tego Apokalipsę, "tajne  
objawienie", które znajdujemy pośród świętych tekstów. Najlogiczniejsze  
wyjaśnienie bardzo często okazuje się całkiem banalne. Wystarczy spojrzeć na  
sprawę z nowej perspektywy. + Relacja obserwatora Yaxlipoo wysłana na  
macierzystą planetę Podziwiani Bracia i Siostry! Czas obserwacji planety Szeba,  
nazywanej przez mieszkańców Ziemią, dobiega końca. Oto streszczenie mojego  
obszernego raportu, który przesłałem sondą nr 4332. Mieszkańcy tej planety  
nazywają się |ludzie. Większość z nich to zakłamane i fałszywe istoty, które  
uważają się na nieskończenie ważne. Walczą ze sobą nawzajem z niskich pobudek,  
nie cofając się nawet przed torturowaniem swoich pobratymców w najokrutniejszy  
sposób. W kraju zwanym przez nich |Afryką żył kilka ziemskich lat temu niski  
rangą żołnierz, który chytrością i przemocą zdobył stanowisko przywódcy państwa.  
Stworzył rządy terroru pozbawionego godności i sprawiedliwości, kazał mordować i  
torturować, i bogacił się kosztem swoich ofiar, ale też kosztem innych państw.  
Obecnie ludzie dysponują siecią przekazywania informacji, oplatającą całą  
planetę. Dlatego wszyscy wykształceni mieszkańci Szeby wiedzieli, co się dzieje.  
Nie przeszkadzało im to utrzymywać z tym rzeźnikiem stosunków handlowych i  
dyplomatycznych. Przykład ów odnosi się także do innych państw i nie stracił na  
aktualności do ostatniego dnia moich obserwacji. Służebnicy kierownictwa państwa  
nazywają się tu |politykami. Bezustannie podróżują w różne strony i składają  
obietnice, których często nie mogą dotrzymać. Ich mózg funkcjonuje  
jednostronnie, chociaż na zewnątrz sprawiają wrażenie, jakby było wprost  
przeciwnie. Wszyscy ci politycy należą mianowicie do jednej partii, która ma za  
cel tylko i wyłącznie przeforsowanie własnej ideologii. Ideologia to w zasadzie  
coś zbliżonego do prymitywnej religii. Politycy wymyślają coraz to nowe zadania,  
żeby podkopać osiągnięcia swoich narodów. Z poważnymi i wyrażającymi  
odpowiedzialność minami wmawiają tym narodom, że państwo potrzebuje |pieniędzy  
(pieniądz jest równowartością pracy). Wymyślają coraz to nowe przepisy, nakazy i  
zakazy, a ponieważ przepisy te wymagają wciąż nowych organów kontroli i  
zarządzania, państwo potrzebuje coraz więcej owych pieniędzy. Jednocześnie żaden  
z tych polityków nie ma odwagi unieważnić przepisów, nakazów i zakazów od dawna  

background image

już przestarzałych, ponieważ wiązałoby się to z koniecznością rozwiązania  
jakichś tam organów kontroli i zarządzania. Do tego zaś nie chcą dopuścić  
partie, ponieważ nie pasuje to do ideologii. W ten sposób powstają wymagające  
ogromnej ilości pieniądza molochy, które w ostatecznym rozrachunku pożerają  
środki wypracowane przez poszczególne osobniki. Osobniki te są zmęczone,  
zapadają na choroby, nie mogą i nie chcą już więcej pracować na pożerające  
wszystko molochy. Na planecie Szeba dochodzi do rozpadu struktur państw, a  
dzieje się tak dlatego, że na krótki czas łączą się one w jeszcze większe  
molochy albo te mniejsze państwa wchłaniane są przez silniejsze. Trzecia  
możliwość to |rewolucja, jak określa się tutaj bunt przeciwko kierownictwu  
państwa. Wiele państw przeżyło rewolucje, z tym że rewolucje te jedynie odsuwają  
w czasie pierwotne zło, ponieważ każdy rewolucyjny rząd bardzo szybko wprowadza  
nowe molochy pożerające pieniądze i karuzela kręci się aż do następnej  
rewolucji. Także rewolucje są prymitywnymi ideologiami, ponieważ przemocą  
nakłaniają inaczej myślących do nowych rozwiązań. Ludzie wynaleźli nowe rodzaje  
broni, którymi mogą rozsadzić całą planetę. Mimo swej siły niszczenia nie  
stanowią one żadnego zagrożenia dla naszych ekranów ochronnych. Mieszkańcy Szeby  
uzasadniają produkcję straszliwej broni dwojako, jedni tym, że muszą krzewić  
ideologię, inni - koniecznością obrony przed obcą ideologią. Przywódcy  
poszczególnych ideologii zawsze są fanatykami. Myślą tylko o jednym i w głowie  
mają |sieczkę. Przez sieczkę rozumie się drobno pokrojone, wysuszone i  
łatwopalne źdźbła zboża. Od ponad stu lat ludzie produkują najróżniejsze  
pożyteczne oraz bezsensowne rzeczy. Przy okazji dokonali wielu rozsądnych odkryć  
i wynalazków ułatwiających im życie. Wszystkie te rzeczy nazywają |dobrami, a  
ponieważ dobra te powstają tylko w wyniku pracy pojedynczych ludzi lub ich grup,  
muszą być |sprzedane. Sprzedaż przynosi wspomniane wcześniej pieniądze -  
równowartość pracy. Pieniądze dlatego stanowią nader pożądane dobro, ponieważ za  
pieniądze można |zakupić inną pracę. Wielu ludzi, także słudzy państwa oraz  
członkowie ugrupowań religijnych, zdobywają te pieniądze bez pracy. Odbierają je  
po prostu tym, którzy otrzymali je za pracę. Robią to za pomocą oszustw,  
machinacji, kradzieży, rabunku, zabójstw i w bardzo dużym zakresie za pomocą  
ideologii. Każda ideologia stawia sobie za cel dobranie się do pieniędzy innych,  
aby podzielić je między swoich zwolenników. Oczywiście, politycy reprezentujący  
poszczególne ideologie wmawiają ludziom, że to, co robią, jest uczciwe. Mam  
nadzieję, że lepiej teraz rozumiecie, iż takie zachowanie bliskie jest zachowań  
osobników umysłowo chorych. Wytwarzając dobra, ludzie zanieczyszczają swoją  
planetę w taki sposób, że budzi to poważne obawy. Nie dość, że metalami ciężkimi  
i wszelkiego rodzaju trującymi substancjami niszczą struktury chemiczne swojej  
bazy życiowej, to jeszcze są do tego stopnia bezczelni, iż sprzedają produkty,  
które ze swej strony wytwarzają nowe trucizny. Wprawdzie trucizny te można by  
łatwo już wcześniej zneutralizować lub odfiltrować, lecz wielu ludzi na  
najwyższych stanowiskach wzbrania się to uczynić, bo żeby potem oczyścić z  
zanieczyszczeń, znowu trzeba wykonać pracę, a praca przynosi wspomniane  
wcześniej pieniądze. Dokładnie tak samo bezsensowny jest ludzki brak logiki w  
odniesieniu do własnego gatunku. Wykształceni spośród nich wiedzą doskonale, w  
czym tkwi przyczyna wszystkich problemów z zanieczyszczeniem środowiska. Im  
więcej ludzi zamieszkuje planetę, tym więcej trzeba wyprodukować dóbr. Wszyscy w  
końcu potrzebują mieszkań, mebli, naczyń i tak dalej. Ludzie potrzebują też  
bezustannie pożywienia. I powodują powstawanie coraz większej ilości śmieci,  
zarówno z pożywienia, jak i z dóbr. Wszystko to oznacza więcej pracy i więcej  

background image

energii. W ten sposób zużywają zasoby surowców. Wprawdzie mieszkańcy Szeby  
wspięli się na całkiem przyzwoity poziom, jeśli idzie o wykorzystanie energii  
jądrowej, lecz w wielu rejonach zakazane jest jej stosowanie. A to ze względu na  
ideologię. Ludzie nie wiedzą mianowicie, co zrobić z odpadami radioaktywnymi i  
twierdzą, że pozostawiliby swoim potomkom groźny spadek. Nie przychodzi im do  
głowy, że przyszłe pokolenia będą o wiele mądrzejsze od nich i dlatego z  
wdzięcznością skorzystają z możliwości przetworzenia radioaktywnych odpadów.  
Ludzką karuzelę szaleństwa można by regulować, stosując kontrolę urodzeń.  
Mądrzejsi spośród polityków i przywódców religijnych zdają sobie z tego sprawę.  
Niemniej jednak nie podejmują żadnych wspólnych kroków, aby powstrzymać  
eksplozję demograficzną, także poszczególni przywódcy wielkich ugrupowań nigdy  
nie mówią publicznie o nadciągającej katastrofie. W tej sprawie liczy się tylko  
korzyść własna. Żadna ideologia i żadna religia nigdy nie ma dość bezrozumnych  
owiec - tak mówi się tutaj o stadzie, które ślepo za czymś podąża - nad którymi  
chciałaby panować. Dlatego kontrola urodzin ma dotyczyć innych, nigdy własnej  
grupy. Niektóre ugrupowania godzą się nawet na ewentualność wojny spowodowanej  
eksplozją demograficzną. Niewypowiedzianie głupi przywódcy tych ugrupowań  
uważają mianowicie, że ich ideologia wyjdzie z takiego konfliktu umocniona.  
Wręcz niezrozumiale zachowują się ludzie w ramach swojej wiary, którą nazywa się  
tutaj |religią. Musicie wiedzieć, że na Ziemi są religie wielkie, które  
przeważnie są też stare, oraz mniejsze wspólnoty religijne, które oderwały się  
od wielkich. Każda religia bez wyjątku twierdzi o sobie, że jest jedynie  
prawdziwą. Zwolennicy poszczególnych religii przeklinają siebie nawzajem jako  
|niewierzących. Powołują się przy tym na teksty, które oni sami lub ich  
przodkowie sfałszowali, lub których nie zrozumieli. Nawet wizyty naszych  
przodków, którzy, jak wszystkim wiadomo, wielokrotnie już odwiedzali planetę  
Szeba, ludzie wykorzystali do stworzenia różnych religii. W dawnych dziejach  
Ziemi - a jest tak jeszcze dziś - religie te były przyczyną wielu straszliwych  
wojen. Ponieważ w swym braku logiki i bezgranicznym zadufaniu ludzie uważają  
każdego, kto nie wyznaje ich religii, za |niewiernego, a tym samym za osobę  
niegodną miana |dziecięcia |Bożego, wyrzynanie takich osób nie budzi żadnych  
moralnych sprzeciwów. Jednocześnie - co dla nas wyjątkowo trudne do zrozumienia  
- ludzie wysyłają swych żołnierzy do walki, każdy w imię swojego Boga czy  
Zbawiciela. Oczywiście, ludzie tak długo się na to godzą, jak długo wierzą w  
daną religię. Aby zaś wierzyli jak najdłużej, czyni się wszystko, aby ludność  
całych państw utrzymywać w stanie niewiedzy. Uświadomienie jest zabronione.  
Prześlę wam kilka ujęć, które zrobiłem w czasie uroczystości religijnych. Widać  
na nich ludzi czczących święte kamienie, klęczących przed wielkimi rzeźbami  
świętych z wystającymi brzuchami; jeszcze inni przebijają sobie igłami miękkie  
części ciała albo z modlitwą i śpiewem noszą ulicami rzeźby kobiet. Przeważająca  
część mieszkańców Ziemi czci ludzkie zwłoki wiszące na drewnianym krzyżu.  
Powiadają, że jest to syn ich najwyższego Boga. Jak sami widzicie, w czasie  
ceremonii religijnych przywdziewają najrozmaitsze szaty i barwy, wykonując przy  
tym najróżniejsze dziwaczne i absurdalne czynności. Wszystko to robią z  
niepojętą powagą i zawsze z wiarą w słowa swego Zbawiciela. Stan planety, jak i  
jej mieszkańców, jest wstrząsający. Wprawdzie nadal jeszcze mogliby poradzić  
sobie z zanieczyszczeniem środowiska, ponieważ dysponują znakomitymi środkami  
technicznymi, ale jeśli w ogóle zajmują się tą sprawą, to w najlepszym razie  
tylko w krajach o wyższym standardzie. Na planecie Szeba nie ma żadnej  
uporządkowanej jedności. Rząd każdego państwa robi, co chce, i wyprasza sobie,  

background image

aby obcy mężowie stanu mieszali się do jego spraw. Wprawdzie rządy utworzyły  
ogólnoplanetarny sztuczny twór, zwany Organizacją Narodów Zjednoczonych, ale nie  
dysponuje on żadną władzą prawodawczą. Organizacja ta nie ma też władzy, która  
umożliwiałaby natychmiastowe zażegnywanie niesprawiedliwości czy konfliktów  
wojennych. Politycy Organizacji Narodów Zjednoczonych wysyłani są przez swoje  
rządy do wielkiej sali zgromadzeń. Ponieważ z kolei każde państwo postępuje  
zgodnie z własną ideologią, problemy naświetlane są wyłącznie ideologicznie.  
Samolubne stanowiska poszczególnych przedstawicieli znane są już przed  
rozpoczęciem każdego zgromadzenia. Doskonale potrafię sobie wyobrazić,  
podziwiani Bracia i Siostry, jak bardzo zdumiewa was postępowanie mieszkańców  
Szeby. Zalecałbym skuteczną, choć dyskretną pomoc dla tej planety, którą jej  
mieszkańcy zwą Ziemią. Każda bezpośrednia ingerencja wywołałaby u ludzi szok.  
Większość mieszkańców Szeby, zwłaszcza jej duchowi przywódcy, uważają bowiem, że  
człowiek jest jedyną istotą rozumną we Wszechświecie. Ściskam Was, podziwiani  
Bracia i Siostry. Obserwację planety Szeba przekazuję teraz dobrotliwemu Uptilo.  
+ Droga do poznania Szyderstwo kończy się tam,@ gdzie zaczyna się zrozumienie.  
`rp Marie von Ebner- -Eschenbach, 1830-1916 `rp Gdzie są ślady istot  
pozaziemskich? Wszędzie. Wszędzie? Większość ludzi nie dostrzega żadnych śladów.  
Co najwyżej poszlaki, a te dają się podważyć. Kto nie rozpoznaje śladów w  
legendarnych przekazach ludzkości, ten musi być ślepy na jedno oko. Być może  
tacy jednoocy nie czytają książek, a przynajmniej tych traktujących o hipotezie  
paleo-SETI. Po każdym wykładzie spotykam się z pytaniem, dlaczego w takim razie  
pozaziemscy przybysze nie zostawili nic lepszego? Co komu po pismach religijnych  
i historiach z dawnych czasów, co komu po "niebiańskich Nauczycielach" i  
osobliwych ciągach liczbowych, skoro każdy może je sobie zinterpretować, jak mu  
się żywnie podoba? Wszyscy chcą dowodów. Niepodważalnych i powtarzalnych.  
Dopiero wówczas nauka nadstawi ucha. Czy aby na pewno? Ileż to już razy nauka  
dostarczyła dowodów, które później znowu zostały rozmydlone, ponieważ nie  
pasowały do narzuconego przez religię obrazu świata? Albo ileż to razy jakaś  
gałąź nauki przedstawiła dowody, które innej gałęzi nauki zupełnie nie pasowały?  
Albo - powiedzmy to z ręką na sercu - ile razy w jakiejś dziedzinie wiedzy  
wypracowano niepodważalne dowody, które z przyczyn ideologicznych storpedowano  
na całej linii? Genetycy wszystkich laboratoriów świata mogliby wyśpiewać na ten  
temat cały chorał! Mogą sobie bez zarzutu i w sposób nie ulegający wątpliwości  
dla zainteresowanych dowieść, jak bardzo rozsądne, ważne i przyszłościowe są  
badania genetyczne! A jakie jest echo w mediach? Precz z łapami! To  
niebezpieczne! Straszne! Trzeba natychmiast zakazać! Jak to powiedział Albert  
Einstein: "Są dwie rzeczy nieskończone: Wszechświat i ludzka głupota" (przy czym  
jeśli idzie o to pierwsze uczony żywił nawet pewne wątpliwości). Jakiego rodzaju  
niepodważalne dowody musieliby zatem pozostawić pozaziemscy przybysze? Jakieś  
rzeźby na skałach i szczytach? Nie. Przez tysiąclecia wszystko ulega  
zniszczeniu. Czy powinni wznieść jakieś budowle, powiedzmy piramidy? Nie, z  
powodów jak wyżej. Jeśli bowiem nie zniszczą ich bakterie, wpływy środowiska,  
termity czy zadufani w sobie ludzie, to na pewno zrobią to trzęsienia ziemi,  
potopy, wybuchy wulkanów i inne zjawiska przyrodnicze. Mogliby przecież  
zdeponować gdzieś niezniszczalne napisy. Świetnie! A gdzie, że pozwolę sobie  
zapytać? W jakiej budowli? Na jakiej górze? Zastrzeżenia jak wyżej! A dlaczego w  
ogóle budowla? Przecież można i bez tego. Istoty pozaziemskie mogłyby przecież  
zdeponować w paru świątyniach czy królewskich pałacach metale lub tworzywa  
sztuczne, zdolne przetrwać wszystkie epoki. I rzeczywiście, pozostałości takie  

background image

istnieją, tyle, że religie, w obrębie których one funkcjonują, nie zezwalają na  
naukowe badania (96 ). Zresztą, z jakiego to niezniszczalnego materiału miałyby  
być sporządzone takie boskie tablice? Ze srebra, złota, platyny? Wszystko to są  
materiały, które łatwo można stopić. Ze stali? Z jakiejś superstali? A gdzie w  
takim razie podziały się grube płyty pancerne z pierwszej wojny światowej?  
Pordzewiały! A gdzie są szczątki dziesiątków tysięcy samolotów strąconych w  
czasie drugiej wojny światowej? Przecież to było zaledwie wczoraj! A te  
nieliczne egzemplarze, które przetrwały w muzeach, za tysiąc lat nie będą już  
istnieć. Ale "Strażnicy Nieba" musieli przecież zostawić jakieś odpadki. Chyba  
powinno być możliwe ich odnalezienie - czyż nie? Absurdem jest szukanie jakichś  
porzuconych przedmiotów po upływie tak długiego czasu. Przyroda dokonała ich  
rozkładu. A cenniejsze rzeczy, te, których nie zżarłyby bakterie czy rdza,  
przybysze zabrali z powrotem. Musi jednak istnieć jakaś droga, aby można było  
przekazać informacje z przeszłości w przyszłość. Jestem tego samego zdania. W  
tym celu - i nie ma tu innego wyboru - muszą być spełnione dwa warunki: `ts 1.  
Informacja musi być niezniszczalna. 2. Informacja w żadnym razie nie może się  
dostać w ręce nieodpowiedniego pokolenia. `tn Jakież będzie to nieodpowiednie  
pokolenie? Otóż każde, które nie potrafiłoby w sposób sensowny spożytkować  
takiej informacji od istot pozaziemskich. Zniszczyłoby ono takie przesłanie, nie  
odszyfrowawszy go. Gdyby informacja ubrana była w formę wyższej matematyki, to  
mogłaby zostać odcyfrowana jedynie przez bardzo zaawansowaną w tej dziedzinie  
społeczność. Gdyby składała się z mikrofilmów, to w grę wchodziłaby tylko  
społeczność umiejąca odczytywać mikrofilmy. Gdyby zapisana była w języku  
komputerowym, skorzystać mogłaby tylko społeczność zaawansowana komputerowo.  
Gdyby informacja była zdeponowana na jałowym Księżycu czy też (prawie) jałowym  
Marsie albo, powiedzmy, na satelicie okołoziemskim, to mogłaby zostać  
przechwycona jedynie przez społeczność dokonującą lotów kosmicznych. A jeśli  
zawarta jest w obrębie genów, to dobierze się do niej dopiero ta społeczność,  
która zdoła do końca rozszyfrować DNA. |Aby |jednak dana społeczność w ogóle  
wpadła na pomysł szukania takiej informacji, trzeba powykładać ślady, poszlaki.  
Wiadomo, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Jeśli nikomu nie przyjdzie  
na myśl, iż istoty pozaziemskie mogły wywrzeć wpływ na rozwój młodej ludzkości,  
to nikt nie będzie szukał żadnych dowodów. Proste, prawda? Przesłanie genów Z  
dzisiejszego stanu badań paleo-SETI wynika, że sensownym byłoby powierzenie  
przesłania istot pozaziemskich zarówno genom ludzkim, jak i określonym genom  
roślin. Istoty pozaziemskie sprzed tysięcy lat postawiły na ludzką, czy raczej  
naukową, ciekawość. "Bogowie stworzyli człowieka na swój obraz i podobieństwo" -  
powiadają starożytne przekazy. Ale jak wynika ze starożytnych legend, stworzyli  
oni nie tylko człowieka, lecz także wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju rośliny.  
Wszystko, co pozaziemscy przybysze musieli zrobić w przeszłości, to wszczepienie  
określonych sekwencji genów (zmiana w DNA, nazywana także "sztuczną mutacją") w  
ludzkim genomie i wybranych |boskich |roślinach. Ponieważ od momentu  
przeprowadzenia owej sztucznej mutacji człowiek wyodrębnił się spośród hominidów  
jako jedyny gatunek rozumny, stał się także ciekawy. Ciekawość jest składnikiem  
inteligencji. Ciekawości zawdzięczamy całą naszą wiedzę. Naukowa ciekawość  
sprawiła, że zaczęliśmy szukać cząstek subatomowych, badać początki  
Wszechświata, przeprowadzać sekcję naszego własnego ciała aż po najmniejsze  
odcinki w obrębie DNA. Ponieważ ludzie i rośliny bezustannie się rozmnażają i za  
każdym razem taka genetyczna informacja przekazywana jest następnemu pokoleniu,  
przesłanie istot pozaziemskich powinno znajdować się w nas samych i ewentualnie  

background image

w kilku gatunkach boskich roślin. Tym samym spełnione zostałyby obydwa warunki  
minimum: `ts 1. Przesłanie byłoby niezniszczalne tak długo, jak długo istnieją  
rośliny i rodzaj ludzki. 2. Dopiero to pokolenie, które opanuje tajniki biologii  
molekularnej (genetyki), będzie w stanie wytropić je i odcyfrować. `tn Druga  
przesłanka pociąga za sobą automatycznie konieczność znajomości całego szeregu  
innych zdobyczy nauki i dysponowania możliwościami technicznymi. Na przykład,  
nikt nie może uprawiać biologii molekularnej, nie mając mikroskopów o wysokiej  
rozdzielczości. W końcu trzeba przecież poznać wnętrze komórki. Jeśli ktoś nie  
zna struktury podwójnej helisy, nie może rozwikłać |genomu. Do tego dochodzą  
określone urządzenia techniczne i procedury, które opanować może jedynie  
społeczność na pewnym poziomie technologicznym. Mikroskop elektronowy jest nie  
do pomyślenia bez energii elektrycznej, tak samo jak nie do pomyślenia jest  
dokonanie analizy miliardów możliwości w obrębie DNA bez udziału komputerów.  
Jedno nie może działać bez drugiego. Refleksje te ujawniają jeszcze jeden aspekt  
sprawy, który tak drażni wielu krytyków hipotezy paleo-SETI. Brzmi on: Dlaczego  
właśnie teraz? Dlaczego |właśnie |teraz miałoby nam przyjść do głowy, aby szukać  
śladów istot pozaziemskich w naszej przeszłości? Mówiąc dosadnie: Kosmosowi jest  
absolutnie obojętne, |kiedy zaczniemy szukać istot pozaziemskich. Wiadomo  
bowiem, że zaczniemy szukać |wtedy, gdy przyjdzie właściwy moment - obojętne,  
kiedy on przyjdzie. Gdyby nasi naukowcy nie prowadzili badań genetycznych i  
zaczęli je prowadzić dopiero za sto lat, to najwcześniej |wtedy właśnie  
moglibyśmy zacząć poszukiwać śladów istot pozaziemskich w naszych genach.  
Syndrom "dlaczego właśnie teraz" jest rozciągliwy jak guma, ponieważ "teraz"  
zależy od warunków zewnętrznych. Jasne? Sprawą wyodrębnienia się człowieka  
spośród hominidów zajmowałem się już w kilku książkach (97 ). Najnowsze tezy  
konserwatywnej antropologii przyjąć mogę, co najwyżej pobłażliwie kręcąc głową.  
Oto w prasie zaczynają pojawiać się głosy, że badania nad skamielinami "stawiają  
pod znakiem zapytania powszechnie uznaną teorię o pochodzeniu człowieka" (98 ).  
A to dlatego, że chińscy naukowcy zbadali przedludzką czaszkę o 200 tysięcy lat  
starszą, niż powinna być wedle dotychczasowej teorii. Ledwie to przełknęliśmy, a  
tu amerykańscy antropologowie ogłaszają, że za pomocą najnowszych metod  
przeprowadzili datowania aż trzech czaszek naraz, i że są one aż o 800 tysięcy  
lat starsze niż |Homo |erectus ("człowiek wyprostowany") (99 ). Naukowcy  
spierają się teraz, czy człowiek pochodzi z Afryki (teoria tzw. out of Africa),  
czy z Jawy. A może praczłowiek pochodzi z Chin, chyba że wkrótce światło dzienne  
ujrzą jakieś znaleziska z Japonii, które po raz kolejny przewrócą do góry nogami  
wszystkie dotychczasowe teorie? Teoria Darwina nadal stanowi credo antropologii.  
W kręgach naukowych za bluźnierstwo uważa się, jeśli ktoś w nią |nie |wierzy. A  
przecież nie ma roku, żeby na jakiejś konferencji prasowej nie ogłaszano nowego  
znaleziska, przy czym każda taka skamielina uznawana jest za szczątki już  
absolutnie najstarszego praczłowieka. Aż do wykopania czegoś nowego. W dodatku  
skamieliny znajduje się w różnych krajach, oddalonych od siebie niekiedy o  
dziesiątki tysięcy kilometrów. Także jeśli idzie o daty, nic się nie zgadza. W  
końcu przecież już w obrębie 50 pokoleń mogą zajść mutacje pociągające za sobą  
powstanie decydujących różnic. Jeśli dla życia jednego pokolenia przyjąć czas 50  
lat, to 50 pokoleń daje okres 2500 lat. Ale w antropologii liczy się z  
rozmachem: 10 tysięcy lat w jedną czy w drugą stronę nie odgrywa żadnej roli. I  
zaraz skleja się ze sobą techniką fotograficzną kości z różnych kontynentów,  
zupełnie jakby wszystkie pochodziły od jednego i tego samego egzemplarza  
tajemniczego |praczłowieka. Na moje wyczucie antropologia nie prowadzi badań  

background image

prehistorii |człowieka |rozumnego, lecz studiuje mutacje i odgałęzienia w  
obrębie małp. Jaka to różnica, czy jakieś małpie kości liczą sobie 1,8 czy 3  
miliony lat? Zupełnie nie obchodzi mnie też, kiedy jakiś gatunek małp stanął na  
tylnych kończynach i od kiedy potrafi prostować palce stóp. Nie neguję  
bynajmniej, że w ciągu ostatnich 20 milionów lat całe odgałęzienia małpiego  
drzewa genealogicznego przechodziły najróżniejsze zmiany i że także nasi  
praprzodkowie wywodzą się z tego samego drzewa. Tyle tylko, że cały ten małpi  
gaj nie ma nic wspólnego z rozwojem inteligencji u |Homo |sapiens. Po prostu to  
tzw. bogowie stworzyli człowieka rozumnego. Pochodził on oczywiście z pnia  
hominidów - bo i skądże indziej? I to właśnie te wszczepione przez bogów geny  
odkryją nasi genetycy. Pytanie tylko, czy będzie im wtedy wolno opublikować  
wyniki badań? Byłby to bowiem dowód potwierdzający hipotezę paleo-SETI.  
Dostarczą go łebscy i przeważnie niezbyt religijni genetycy. Sygnał do startu na  
bieżni poznania dano już dawno. Maszyny dlaŃ człowieka z probówki Już pod koniec  
1987 r. w naukowym magazynie "Nature" (nr 325 ) podano, iż japońscy genetycy  
zbudowali supersekwencer - aparaturę zdolną do rozszyfrowania miliona "liter"  
DNA dziennie. Od tamtego dnia czas nie stał w miejscu. Program badawczy, nazwany  
"Human Genome Project", idzie pełną parą. Jeśli państwo zastopuje środki  
finansowe, ponieważ ideologiczne klapki na oczach nie pozwolą dostrzec  
perspektyw, włączy się przemysł. W samych Stanach Zjednoczonych jest ponad 300  
prywatnych i na wpół państwowych firm zajmujących się genetyką. Kilka kilometrów  
od Waszyngtonu przez 24 godziny na dobę pracują sekwencery - maszyny do  
rozszyfrowywania DNA. W podwaszyngtońskim Gaithersburgu ma swoją siedzibę The  
Institute for Genomic Research, w skrócie TIGR. W sterylnie czystym  
pomieszczeniu pracuje jednocześnie trzydzieści sekwencerów. Dyrektor TIGR, dr  
Craig Venter, okazuje się człowiekiem szerokich horyzontów: swoje maszyny nazwał  
imionami mitologicznych bohaterów: "Herkules", "Thor", "Jowisz" czy "Bachus".  
Starożytni bogowie znów są w akcji. "Każdego dnia maszyny Instytutu odszyfrowują  
sekwencje prawie 600 genów, w pamięci zachowuje się struktury do 500 tysięcy  
cząstek zasadowych" (100 ). Najpóźniej za 10 lat każdy genetyk będzie miał  
dostęp do pełnego ludzkiego genomu. Człowiek z probówki stanie się  
rzeczywistością. A przecież TIGR jest zaledwie jednym oczkiem w sieci "Human  
Genome Project". Liczne uczelnie na całym świecie włączone są w badania  
cząstkowe programu rozszyfrowania DNA. To samo dotyczy laboratoriów wielkich  
firm farmaceutycznych. W krajach, w których zacofana polityka uniemożliwia  
przyzwoite badania genetyczne, potentaci dawno już zlecili badania genetyczne  
swoim zagranicznym filiom. Dysponują one ogromnymi środkami finansowymi,  
najlepszym personelem oraz aparaturą i zupełnie nie przejmują się zacofańcami na  
ojczystej ziemi (we Francji będzie to paryska firma Genethon, w Japonii  
podtokijskie Sagami Center). W sektorze badań genetycznych obowiązuje stara  
zasada specjalistów od zbrojeń: "Jeśli my tego nie zrobimy, zrobią to tamci, a  
to byłoby jeszcze gorsze" (101 ). A |co tak właściwie oni robią? Człowiek ma  
około 110 tysięcy genów podzielonych na 3 miliardy odcinków DNA ("klocki lego").  
Do chwili ukazania się tej książki (koniec 1995 r.) odkodowano już ok. 10  
tysięcy genów. Oznacza to, że wiadomo, |czym one kierują. Komuś może się  
wydawać, że 10 tysięcy rozszyfrowanych genów wobec 110 tysięcy zawartych w  
ludzkim genomie to niewiele, ale po pierwsze, na świecie pracuje nad tym coraz  
więcej supersekwencerów, które zajmują się zapamiętywaniem i porównywaniem  
"genowych skrawków", a po drugie, wybór jest coraz łatwiejszy, bo coraz więcej  
genów już znamy i z góry wiadomo, do czego taki nowy gen na pewno nie może  

background image

służyć. Jak przybliżyć laikowi taki proces dekodowania genów? Jak on się odbywa?  
Geny to mikroskopijne odcinki podwójnej helisy DNA (helisa to coś w rodzaju  
skręconej "drabinki sznurowej"). Można ją sobie wyobrazić jako rodzaj zamka  
błyskawicznego, którego zaczepy składają się z łańcuchów kwasu rybonukleinowego  
(RNA). |Każda komórka ludzkiego ciała zawiera nić DNA. Drabinka sznurowa ma  
szczebelki, w DNA są one również i to od razu w czterech rodzajach, bo stanowią  
je cztery podstawowe zasady organiczne: adenina, guanina, cytozyna i tymina.  
Wraz ze związkami fosfocukrowymi owe "szczebelki drabinki sznurowej " tworzą  
|sekwencje |nukleotydowe, czyli niejako "litery" kodu genetycznego. "Szczebelki"  
te nie przyczepiają się do "drabinki" byle jak, ponieważ zawierająca azot  
adenina "myśli" tylko o związaniu się z tyminą, guanina zaś czuje magnetyczny  
"pociąg" do cytozyny (jak w klockach lego, gdzie |nie |wszystko do wszystkiego  
pasuje). Teraz wystarczy sobie wyobrazić te cztery podstawowe zasady w czterech  
różnych kolorach i rozciągnąć "drabinkę sznurową" na długość jakichś stu metrów.  
W modelu tym drabinką sznurową byłby łańcuch DNA, barwy zaś stanowiłyby litery  
kodu genetycznego. Co się teraz dzieje? DNA w obrębie komórki kawałek o kawałku,  
"szczebelek" po "szczebelku", otwiera swój "zamek błyskawiczny" i zaczyna się  
reduplikować (podwajać). Nukleotyd po nukleotydzie "podłącza się" niejako do  
odpowiedniej zasady. Zasady te to związki chemiczne, które przez cały czas  
swobodnie "pływają" sobie we wnętrzu komórki. Pobieramy je z pożywienia, nasz  
układ trawienny przerabia je i rozkłada na podstawowe składniki. W ten sposób  
powstaje nowa nić DNA, absolutnie identyczna z poprzednią. Teraz dochodzi do  
podziału komórki i w nowej komórce znów skręcony łańcuch DNA dzieli się i  
reduplikuje. Tak właśnie rozrastają się komórki, tak wreszcie rozrasta się ciało  
- i w każdej komórce znajduje się pełny program rozwoju całego ciała. Ciało  
człowieka liczy prawie 50 bilionów komórek i w tyluż egzemplarzach powielony  
jest w nich jego program. Każda "litera" kodu genetycznego odpowiada w ludzkim  
ciele za wzrost czego innego. Na przykład może być tak, że sekwencja czerwony- 
niebieski-żółty odpowiada za porost włosów, sekwencja żółty-czerwony-niebieski  
za kolor włosów, sekwencja zielony-niebieski-zielony za rośnięcie paznokci,  
sekwencja zaś zielony-czerwony-żółty za brązowe oczy. Załóżmy, że w modelu  
długiej na sto metrów drabinki sznurowej na 14,6 metrze znajduje się kombinacja  
zielony-niebieski-czerwony i że odpowiada ona za rozwój zdrowej wątroby. Wskutek  
mutacji (zmiany) sekwencja ta nagle "oszalała" i zreduplikowała się jako  
zielony-zielony-zielony. A to prowadzi do raka wątroby. Co trzeba zrobić?  
Wycinamy błędną sekwencję barw zielony-zielony-zielony i wstawiamy w to miejsce  
prawidłową kombinację zielony-niebieski-czerwony. Dalej komórka będzie już  
przekazywać prawidłową informację genetyczną i wątroba będzie się rozwijać  
normalnie. Aby móc tego dokonać, genetyk musi najpierw wiedzieć, jaka kombinacja  
kolorów za co odpowiada. Dokładnie temu właśnie służy rozszyfrowywanie DNA za  
pomocą supersekwencerów. A po cóż nam, tak na dobrą sprawę, taka genetyczna  
wiedza? Czy aby nie próbujemy tu wyręczyć Pan Boga? Czyż nie powinniśmy zostać  
tacy, jacy jesteśmy? Wskutek wpływów środowiska, promieniowania, chemikaliów,  
które poprzez skażone pożywienie dostają się do komórek, powstają defekty w  
łańcuchu DNA. Nagle pojawia się rakowy guz, który może zaatakować wszystkie  
komórki. Tego rodzaju defekty dziedziczone są potem przez kolejne pokolenia.  
Jeśli chcemy wyleczyć dotkniętą rakiem osobę i zapobiec przekazaniu  
zdefektowanego genu potomstwu, musimy ze stuprocentową pewnością wiedzieć, który  
odcinek "drabinki sznurowej" powoduje wyrastanie nieprawidłowych "szczebelków".  
Wtedy można dokonać reperacji - podobne manipulacje genami są już dziś niemal na  

background image

porządku dziennym. Dziś wytwarza się na drodze genetycznej hormony, jest  
wyprodukowana tą metodą insulina, są enzymy, proteiny (białka) i najróżniejsze  
bakterie, które na przykład neutralizują rozlaną na morzu ropę naftową albo  
niszczą szkodliwe mikroby. Na bazie genetycznej powstają już najróżniejsze  
preparaty medyczne, np. środki hamujące procesy zapalne, witaminy, środki  
antydepresyjne czy regenerujące. Przemysł spożywczy i środków do prania od dawna  
posługuje się syntetycznymi enzymami, z czego konsument nie zdaje sobie nawet  
sprawy. Który nastolatek, z dumą noszący swoje sprane dżinsy, domyśla się, że  
efekt ten zawdzięcza syntetycznie wytworzonym enzymom? Proces powstawania |rynku  
|genów postępuje na całego, wkrótce pojawi się też nowy zawód - lekarz genów.  
Nie z tego świata Jakie pytania zaczną sobie jednak zadawać genetycy, odkrywając  
na "drabince sznurowej" DNA coraz więcej genetycznych informacji, które w żadnym  
razie nie mogą pochodzić od naszych przodków? Bo przecież istnieje materiał  
porównawczy, w końcu wciąż jeszcze żyją nasi krewniacy: goryle, szympansy,  
orangutany i inne gatunki małp. Co zrobimy, kiedy pewnego dnia zostanie  
dokładnie ustalone, który odcinek DNA odpowiedzialny jest za ludzki ośrodek mowy  
i na podstawie badań materiału porównawczego stwierdzimy, że odcinki takie  
pojawiły się |nagle? Że nie powstały w toku ciągłego, ewolucyjnego rozwoju tylko  
ot tak, jakby z dnia na dzień zostały wbudowane w "drabinkę sznurową" DNA?  
Materiałem porównawczym mogą być nie tylko żyjące do dziś gatunki małp, ale  
także mumie z najróżniejszych stron świata. Jak się zachowamy, jeśli  
odszyfrowanie ludzkiego DNA wydobędzie na światło dzienne informacje, jakie  
nigdy nie mogły się rozwinąć u człowieka czy jakiegokolwiek praczłowieka,  
ponieważ nie były mu one do niczego potrzebne? Co wyjąkamy, kiedy wyłonią się  
"zahibernowane" odcinki DNA, które w żadnym razie |nie |będą |mogły być  
ziemskiego pochodzenia, ponieważ nie będą pasowały do żadnej ziemskiej formy  
życia? Jak zareagujemy, kiedy genetycy w sposób niepodważalny i możliwy do  
odtworzenia przez każdego fachowca stwierdzą, że najstarsi faraonowie Egiptu, ci  
o nienaturalnie wielkich czaszkach, ci, którzy mówili o sobie, że są "synami  
bogów", noszą w sobie materiał genetyczny absolutnie nie ziemskiego pochodzenia?  
Materiał, który w rozumieniu teorii ewolucji nie wykazuje żadnych |stopni  
|pośrednich? I co zaczniemy wygadywać, jeśli |ten |sam materiał genetyczny  
zlokalizowany zostanie u żyjących na drugim końcu świata preinkaskich władców -  
|Synów |Słońca? Stoimy na ruchomych schodach procesu poznawania i nie możemy z  
nich zeskoczyć. Jeszcze przed dotarciem do celu będzie miał miejsce Wielki  
Wybuch: pojawi się wiedza o nabyciu inteligencji przez człowieka, nadejdzie  
Dzień Sądu Ostatecznego dla dotychczasowego sposobu pojmowania. Lecz przecież  
to, co możliwe jest w przypadku genomu człowieka, sprawdza się także u zwierząt.  
Od kilku lat wiele hałasu robi się wokół |dinozaurów. Jednocześnie większość  
ludzi nie wie nawet, co znaczy słowo "dinozaur". Nazwa powstała w roku 1841,  
kiedy angielskiemu zoologowi Richardowi Owenowi (1804-1892 ) po raz kolejny  
wpadły w ręce szczątki kostne przypominające wyglądem kości jaszczurki. Owen  
utworzył tę nazwę, wykorzystując dwa greckie słowa: |deinos (straszny, potężny)  
oraz |sauros (jaszczurka). Od momentu nakręcenia przez Stevena Spielberga filmu  
Park jurajski bez przerwy czytamy w prasie o coraz to nowych "dowodach" na to,  
jak i dlaczego wyginęły dinozaury. Prawdziwa nie kończąca się historia. Jakieś  
200 milionów lat temu na Ziemi istniały najróżniejsze gatunki jaszczurów. Był na  
obszarze Egiptu długi na 127¦m mięsożerny potwór spinozaur i kentrozaur w  
kolczastym pancerzu. Były szybko pływające plezjozaury o małej czaszce i silnej  
płetwie ogonowej, a także trzydziestometrowej długości, wysokie na 127¦m  

background image

brachiozaury. Żyło około setki gatunków, łącznie z gadami latającymi. Aż tu  
nagle, jakieś 64 mln lat temu, ni stąd, ni zowąd, wszystkie te dinozaury  
wymarły. I to na wszystkich kontynentach, zupełnie jakby wybuchła jakaś choroba  
zakaźna atakująca wyłącznie dinozaury. Wokół tego Wielkiego Wymierania  
jaszczurów powstają coraz to nowe teorie (102 ) - najnowsza z nich powiada, że  
przyczyną było uderzenie meteorytu. Może i tak - tylko dlaczego w jego wyniku  
zginęły tylko dinozaury, a inne pradawne zwierzęta nie? W filmie |Park |Jurajski  
widzimy, jak naukowcy pobierają zawartość żołądka komara zamkniętego w kawałku  
bursztynu. Ponieważ komar tuż przed śmiercią ssał krew dinozaura, w jego żołądku  
znaleziono też kilka fragmentów łańcucha DNA tego gada. Tą drogą, przy  
zastosowaniu paru dodatkowych procedur, naukowcom udaje się - abrakadabra! -  
wyhodować żywe okazy najróżniejszych dinozaurów. W fantazji, a nawet w teorii,  
proces taki jest możliwy, tyle, że do jego urzeczywistnienia potrzebny jest  
materiał wyjściowy znacznie bogatszy niż parę fragmentów DNA z komarzego  
żołądka. Do odtworzenia dinozaura potrzeba byłoby pięćdziesiąt tysięcy genów po  
tysiąc "cegiełek" każdy. A taką ilością materiału nikt jeszcze nie dysponuje,  
chyba że zostanie znaleziony w żołądku jakiegoś ptaszka. Ptak jurajski  
Paleontolog z Monachium, dr Peter Wellnhofer, przeprowadził badania  
skamieniałych resztek prehistorycznego ptaka archeopteryksa. Liczy on sobie  
około 150 mln lat, mierzy 407¦cm długości i wyceniony jest na 8 mln marek. Jest  
tylko siedem takich egzemplarzy na całym świecie, a to podnosi cenę. Dr  
Wellnhofer odkrył, że archeopteryks ma między zębami trójkątne płytki kostne,  
które właściwie są typowe dla zupełnie innego gatunku - mianowicie dla  
mięsożernego allozaura. Tak więc dr Wellnhofer jest przeświadczony, że wszystkie  
gatunki ptaków "od wróbla po kondora - pochodzą od dinozaurów" (103 ). Według  
dotąd obowiązującego dogmatu ptaki pochodzą od gadów. Nie potrafię ocenić, która  
z teorii okaże się prawdziwa, lecz skoro ptaki wywodzą się od dinozaurów, to  
powinno być możliwe wykrycie właściwego dla nich materiału genetycznego w każdym  
wróblu. Być może łebscy genetycy odkryją wówczas, dlaczego wszystkie bez wyjątku  
gatunki dinozaurów |musiały zniknąć z powierzchni Ziemi. Jak to musiały?  
Przecież mogło być tak, że te olbrzymie przedpotopowe potwory stanowiły jakieś  
zagrożenie dla Ziemi, może przez to, że wyżarłyby wszystko do czysta - rośliny i  
zwierzęta - uniemożliwiając jakąkolwiek ewolucję form przedludzkich? Może |ktoś  
zapobiegł sytuacji, aby planeta tak idealna jak Ziemia - nie za gorąca i nie za  
zimna - dostała się w szpony gigantycznych i głupich stworzeń, nie rokujących  
najmniejszych nadziei, że kiedykolwiek staną się rozumne i będą zdolne wytwarzać  
narzędzia. Może, może... Osiągnięcia w dziedzinie genetyki można porównać z  
książką do historii pokazywaną dziesięcioletniemu chłopcu. Chłopiec widzi  
obrazki i wyjaśnienia, o których dotychczas nie miał pojęcia, które nigdy nawet  
nie przyszłyby mu do głowy. I nagle ma już jasne jak słońce odpowiedzi na nigdy  
nie zadane pytania. W jaki właściwie sposób powstała ludzka świadomość?  
Siedemnaście lat temu pytanie takie rzucił dr Julian Jaynes, profesor  
psychologii uniwersytetu w Princeton w USA, wywołując wśród swoich kolegów po  
fachu pełne politowania kręcenie głowami. Świadomość? No jak to, przecież  
powstała sama na którymś tam etapie ewolucji! Czy na pewno? |Co |sprawiło, iż  
uświadomiliśmy sobie, że istniejemy? Czy ryba ma |świadomość istnienia innych  
osobników tego samego gatunku, czy też może większa ryba pożera mniejszą, nawet  
sobie tego nie |uświadamiając? Świadomość nie ma nic wspólnego z odruchami, ze  
strachem czy merdaniem ogonem, nie jest też sumą procesów pamięciowych. Równie  
mało wspólnego ze świadomością ma także doświadczenie i uczenie się. Żebyśmy nie  

background image

wiadomo ile informacji wprowadzili do mózgu elektronowego, to nadal nie uzyska  
on świadomości. Jaynes powiada (105 ): "Okresy naszej świadomości są w gruncie  
rzeczy o wiele krótsze, niż nam się wydaje. Trudno to sobie uzmysłowić, bo  
przecież momentów, w których |nie |jesteśmy świadomi, nie uświadamiamy sobie w  
najdosłowniejszym tego słowa sensie. I właśnie nad tymi lukami rozciąga się niby  
sieć o szerokich okach nasza świadomość, stwarzając jedynie złudzenie gęstości i  
ciągłości. Nieświadomość porównać można do wszystkich tych przedmiotów w ciemnym  
pomieszczeniu, na które w danym momencie |nie |pada snop światła latarki." Co  
zatem stanowi o świadomości? Jak ona powstała? To pytanie pozostaje bez  
odpowiedzi, dokładnie tak samo jak pytanie o zdolności matematyczne. Spośród  
wszystkich zwierząt na kuli ziemskiej tylko człowiek wykazuje znajomość  
matematyki. Stwierdzenie, że to przecież logiczne, bo w końcu musieliśmy umieć  
liczyć, aby rozliczać się między sobą albo wymieniać towary, odwraca logiczny  
porządek rzeczy. |Najpierw musiała istnieć sama zdolność, dopiero |potem  
przyszło liczenie. W końcu zwierzęta też mają nogi i narządy chwytne zakończone  
szponami, a przecież, jak dotąd, żadnemu psu nie przyszło do głowy, by policzyć  
na pazurach zjedzone kiełbaski. Zdolności matematyczne stanowią warunek  
wszelkiej wiedzy. Bez matematyki nie da się nic wyliczyć i nic porównać. Dr Max  
Flindt, który zajął się tym zagadnieniem, wyjaśnia rzecz na przykładzie (106 ):  
"Bez zdolności matematycznych nie moglibyśmy wylądować na żadnym ciele  
niebieskim. W życiu codziennym człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, że bez  
najwyższej matematycznej precyzji niemożliwe jest wysłanie statku kosmicznego na  
Księżyc lub Marsa i z powrotem. To samo dotyczy lotów wahadłowców i każdego  
wystrzelonego satelity. Wyliczenie właściwego kąta wejścia wahadłowca w  
atmosferę to jeden z najdobitniejszych przykładów, ponieważ od tego wyliczenia  
zależy, bądź co bądź, ludzkie życie. Jeśli kąt byłby zbyt rozwarty, i to  
zaledwie o ułamek stopnia - statek spłonąłby wraz z załogą. Jeśli natomiast  
byłby zbyt ostry, statek kosmiczny odbiłby się od powłoki atmosferycznej i  
został wykatapultowany w przestrzeń. I znów załoga straciłaby życie. Wszystko to  
łączy się w pewien sposób z ewolucją, zasadą ewolucji bowiem jest, że żadne ze  
zdolności nie rozwijają się |same |z |siebie, zawsze musi być tak, że w którymś  
momencie rozwoju są one niezbędnie konieczne. Nie ma jednak żadnego powodu, dla  
którego matematyka miałaby być nieodzowna dla przeżycia człowieka pierwotnego.  
Najróżniejsze gatunki zwierząt przeżywają przecież w końcu także bez znajomości  
matematyki (węch tak - matematyka nie!). W Kosmosie natomiast przeżycie bez  
matematyki jest niemożliwe. Co się zaś tyczy ziemskich kosmonautów, w równym  
stopniu dotyczy pozaziemskich. Jeśli istoty pozaziemskie rzeczywiście odwiedziły  
kiedyś Ziemię, to z pewnością opanowały matematykę. Dlatego drzemiące w nas  
zdolności matematyczne uważam za dowód na to, że nie jesteśmy tworem |tylko  
ziemskim." Tak pewnie właśnie jest. Bogowie stworzyli ludzi na |swój obraz i  
podobieństwo. I nagle, nawet nie zadając takiego pytania, odnajdujemy odpowiedź  
w naszych genach. Sztuczna inteligencja Wczesnym latem 1993 r. w stolicy Górnej  
Austrii, Linzu, zebrało się dość osobliwe towarzystwo. Kilkuset specjalistów  
komputerowych spotkało się tam z okazji Ars Electronica - i nie chodziło o  
jakieś tam kolejne targi komputerowe, jakich co roku mnóstwo odbywa się na całym  
świecie. W Linzu chodziło o sztuczną inteligencję (po angielsku AI - od  
|artificial |intelligence). Pani Ulrike Gabriel z frankfurckiego Instytutu  
Nowych Mediów zaprezentowała na przykład karaluchy na baterie słoneczne.  
Sterowane światłoczułymi sensorami sztuczne owady obmacywały teren wokół siebie,  
zbierały się w grupki, "obwąchiwały się" nawzajem lub cofały gwałtownie po  

background image

napotkaniu przeszkody. Po co to wszystko? Elektronika zamontowana w karaluchach  
służy do |zbierania doświadczeń. Na czym to polega, zademonstrował Tom Ray na  
swoim programie komputerowym |Tierra. Ze stu poleceń uformował elektroniczną  
nić, podobną do nici DNA, która sama się powielała. Po 24 godzinach powstało coś  
w rodzaju biotopu na ekranie komputera. "Początkowo nić szybko się rozmnażała,  
błyskawicznie rozrastając się w pamięci. Następnie pojawiły się pierwsze  
mutanty, również dysponujące zdolnością powielania się i obrony przed swymi  
przodkami." Wreszcie - jak czytamy w tygodniku "Der Spiegel" (107 ) - wytworzyły  
się komputerowe zarazki, które przekazywały dalej tylko połowę poleceń. Zarazki  
te wskakiwały w programy swoich poprzedników i wykorzystywały ich kod  
reprodukujący. Elektronika odpowiedziała niewidzialnymi reakcjami obronnymi,  
podobnymi do tych, jakie stosuje system immunologiczny człowieka, dzięki czemu  
zablokowała komputerowe wirusy, zanim zdążyły zniszczyć pierwotny program.  
Zupełnie jak w prawdziwym życiu, populacja zarazków uległa zagładzie i cała  
zabawa zaczęła się od początku - tym razem wzbogacona już o doświadczenia z  
zarazkami. Komputer sam siebie zaszczepił. Eksperymenty dowodzą, że sztuczna  
inteligencja i sztuczne życie są możliwe - ale gdzie jest świadomość? Wygląda na  
to, że jest ona zarezerwowana dla tych form żywych, które operują także  
uczuciami. Uczucia z kolei sprzężone są ze stanami fizjologicznymi organizmu  
sterowanymi przez hormony. Hormony zaś uaktywniane są przez nasze doznania,  
mieszaninę składającą się z impulsów płynących z receptorów oraz osobistego  
doświadczenia. Sztuczna inteligencja natomiast nie zna hormonów. Potrafi  
wprawdzie z błyskawiczną prędkością wymieniać informacje (doświadczenia) i  
wyciągać z nich poprawne wnioski (uczyć się), ale nie potrafi |odczuwać. Chyba  
że zaopatrzymy ją dodatkowo w |odczuwające |ciało. No, ale wtedy mielibyśmy już  
żywą istotę jako taką. |Mózg komputera z przerasowionymi mikroprocesorami jest  
do tego stopnia wrażliwy na wpływy środowiska zewnętrznego, na dym, wilgoć,  
wahania temperatury, wstrząsy, wtargnięcie obcych ciał czy zwierząt (mrówka  
mogłaby doprowadzić do zwarcia w obwodach scalonych), że musi być chroniony  
przez |ciało, czyli obudowę. Nie inaczej jest u istot żywych. Mózg umieszczony  
jest w kostnej osłonie czaszki. Za pomocą wprowadzania i wymiany informacji  
zarówno mózg komputera, jak i mózg istoty żywej mnoży swoją wiedzę. I to przez  
tysiące lat. Dowodem niech będzie kilka liczb zaczerpniętych z historii. Ludzka  
mowa powstała, jak się szacuje, około 30 tysięcy lat temu. Była pierwszym  
środkiem porozumiewania się. Mniej więcej 13 tysięcy lat liczą najstarsze  
malowidła naskalne - pierwsza forma |wizualnego porozumiewania się. Ledwie 5  
tysięcy lat mają najstarsze znaki pisma, a 3 tysiące lat temu ludzie wynaleźli  
pierwszą transmisję na odległość za pomocą znaków dymnych, ognia i odbłysków  
światła. 500 lat minęło od chwili wynalezienia druku, a dopiero w zeszłym  
stuleciu rozpoczął pracę telegraf. Od 100 lat istnieją ruchome obrazy filmowe, a  
od trzydziestu komputery, które dziś są już dostępne dla każdego. Sławny uczony  
w Xviii w. mógł się poszczycić znajomością 200 książek i wystarczyło, że  
przejrzał nieliczne fachowe czasopisma, by cały czas być na bieżąco w swojej  
dziedzinie wiedzy. Dzisiaj na całym świecie ukazuje się ponad 300 tysięcy gazet  
i czasopism, do tego dochodzi jeszcze nieprzeliczone mnóstwo audycji radiowych i  
telewizyjnych, nie mówiąc już o corocznym zalewie fachowych czasopism,  
dysertacji doktorskich i książek. W samej tylko Bibliotece Kongresu jest 100  
milionów tomów, wszystkie zaś pozostałe biblioteki na świecie dorzucają do tego  
dalszy miliard. Dla każdego staje się jasne, że przy takim zalewie informacji  
nie ma człowieka, który zachowałby pełną orientację. A ponieważ zarówno długość  

background image

ludzkiego życia, jak i pojemność stu miliardów komórek mózgu, jakimi każdy z nas  
dysponuje, nie wystarczą, gromadzimy ludzką wiedzę poza mózgiem. Przyszłe  
pokolenia będą się musiały przypuszczalnie mniej uczyć - za to więcej wiedzieć  
na temat tego, gdzie i jak znaleźć interesujące je informacje. U pozaziemskich  
istot rozumnych dzieje się z pewnością nie inaczej. Albo mają one komórki  
mózgowe, tak jak my - i ich zdolność magazynowania informacji jest ograniczona -  
albo są czymś w rodzaju skomputeryzowanych robotów, które w każdej chwili mogą  
uzyskać dostęp do potrzebnej im właśnie informacji poprzez jeszcze większy  
komputer. Trzeci wariant to synteza dwóch poprzednich. W trakcie rozwoju żywej  
istoty organicznej od samego początku zapewnia się jej na drodze genetycznej  
niesłychaną pojemność mózgu, wykorzystaną jednak tylko w minimalnym stopniu. A  
to dlaczego? Ponieważ pracujący na niewielkim obciążeniu program komputera ma  
wolne miejsce na nowe informacje. Wykorzystany zaledwie w 20 procentach mózg  
człowieka można "zatankować" odpowiednią wiedzą. Kiedy zechcą tego bogowie.  
Wygląda na to, że właśnie zechcieli, i tym samym docieram do jądra moich  
rozważań. W ostatniej książce (108 ) przedstawiłem do dyskusji kilka przypadków  
UFO, zahaczając na marginesie o temat "porwań". Chcąc nie chcąc, muszę teraz w  
maksymalnym skrócie powtórzyć, w czym rzecz. Nie po kolei w głowie? Od dobrych  
30 lat, jak podaje literatura ufologiczna, zgłaszają się osoby twierdzące z  
maniackim wręcz uporem, że zostały uprowadzone przez istoty pozaziemskie,  
poddane badaniom medycznym i że dobierano się do ich stref genitalnych. Nie w  
sensie seksualnym czy gwałtu, lecz metodami laboratoryjnymi. Ofiary płci męskiej  
twierdziły, że pobierano od nich próbki spermy, ofiary płci żeńskiej mówiły o  
przeprowadzaniu testów ciążowych, o "odsysaniu", a nawet o sztucznym  
zapłodnieniu. Po kilku tygodniach operacyjnie wydobywano podrośnięty płód.  
Oczywiście, nikt rozsądny nie brał tych opowieści poważnie, w końcu wiadomo  
przecież, jakie to seksualne fantazje, będące projekcjami skrywanych marzeń,  
potrafią tworzyć w wyobraźni ludzie. W dodatku medycyna zna przecież zjawisko  
ciąży urojonej. Z ludzkiego punktu widzenia zrozumiałe jest też, że trafiają się  
kobiety, które zaszły w ciążę w najzupełniej naturalny sposób, ale za nic w  
świecie nie chcą zdradzić, kto jest ojcem. Wtedy taka opowiastka o porwaniu  
przez UFO jest doskonałą wymówką - nawet jeśli nikt w nią nie wierzy. Taka  
kobieta może się wtedy czuć |niezwykła, |wybrana, może jej się nawet wydawać, że  
poczęła w sposób niepokalany. Przez ostatnie trzy dziesięciolecia zbywałem takie  
opowieści lekceważącym uśmieszkiem. W ciąży z kosmitą? Ha, ha! Próbki spermy dla  
kosmitów? Ha, ha, ha! Ani przez chwilę nie zawracałem sobie tym wszystkim głowy,  
nie zadawałem sobie pytania, na cóż to, u diabła, potrzebny może być kosmitom  
materiał genetyczny człowieka? Wydawało mi się to po prostu zbyt idiotyczne,  
abym miał się tym zajmować. Prawdopodobnie taka wyniosła postawa była z mojej  
strony błędem, ponieważ to, co wydawało się takim idiotyzmem, nabrało w  
ostatnich latach znamion metody. W roku 1987 amerykański autor Budd Hopkins  
opublikował rezultaty swoich wieloletnich badań, w których wspomagało go wielu  
naukowców (109 ). Badane osoby - częściowo pod hipnozą - opisywały, w jaki  
sposób "pobierano" od nich materiał genetyczny. Bywały przypadki, że jedna i ta  
sama osoba w ciągu kilku lat została "uprowadzona" trzykrotnie: w okresie  
dojrzewania w wieku młodzieńczym oraz w wieku lat trzydziestukilku. |Jeśli to  
rzeczywiście prawda - pisałem to z takim właśnie zastrzeżeniem - można by mówić  
o |znakowaniu konkretnych osób przez istoty pozaziemskie. Dokładnie tak samo jak  
my znakujemy ptaki wędrowne, delfiny czy niedźwiedzie. `nv Zaraz po Hopkinsie z  
podobnymi przerażającymi rewelacjami wystąpili także inni autorzy (110 ). Podają  

background image

oni, że nie tylko pojedyncze osoby, ale całe rodziny wywabiane były z domu przez  
"dziwne światła". Ofiary, unosząc się w powietrzu, "wpływały" do jasno  
oświetlonych pomieszczeń, mężczyznom zakładano na całe genitalia (nie tylko na  
samego penisa) coś "gumowego" i odczuwali "ssące ruchy". W innych przypadkach  
byli seksualnie stymulowani przez "bardzo piękną kobietę", która nawet odbywała  
z nimi stosunek płciowy w pozycji "na jeźdźca". Gdy tylko w gronie znajomych  
poruszałem temat "uprowadzeń" czy "wzięć", zaraz wybuchał gromki śmiech. Nasz  
rozum po prostu nie dopuszcza myśli o możliwości uprowadzenia przez istoty  
pozaziemskie, a tym bardziej sztucznego zapłodnienia czy pobierania spermy.  
Wszystko to wydaje się zbyt zwariowane i zbyt naciągane. Ludzi, którzy  
generalnie nie wierzą w UFO, i tak nie sposób przekonać żadną argumentacją. Nie  
mają oni ochoty zaśmiecać sobie szarych komórek tego rodzaju "odpadkami". Znają  
tradycyjne argumenty |przeciwko UFO i z lunatyczną wręcz pewnością siebie  
|wiedzą, że żadnego UFO nie ma i być nie może. Indoktrynowana odporność na UFO  
jest pełna, blokada całkowita. Ludzie zaś, którzy nawet w pewien sposób oswoili  
się z myślą o istnieniu UFO, uważają przypadki takie jak wzięcia za groteskowe,  
wydumane i całkowicie chybione. Nie widzą powodów, dlaczego załogi UFO miałyby  
tak postępować, jeśli już w ogóle UFO istnieje. Obawiam się, że znów będziemy  
zmuszeni zmienić nasz sposób myślenia i zmiana ta w znacznym stopniu łączy się z  
naszym mózgiem, z pojemnością naszych szarych komórek, z ingerencjami  
genetycznymi i z powrotem |bogów wraz z ich |prorokami. Dr Johannes Fiebag,  
przyrodoznawca z profesji, zbadał najnowsze przypadki uprowadzeń na terenie  
Niemiec, Austrii i Szwajcarii (111 ), w tym historię mieszkanki Berlina, Marii  
Struwe. Fiebag tak pisze o pani Struwe: "Kobieta ładna, inteligentna, uważna,  
krytyczna. Pozbawiona nieśmiałości, nigdy nie traci jednak dystansu do  
wszystkich tych rzeczy." Maria Struwe opisała swój sen, co do którego wiedziała  
zarazem, że wcale nie jest snem. Leżała na czymś w rodzaju stołu operacyjnego,  
po lewej i prawej stronie zaś stały obce istoty niskiego wzrostu, o wielkich  
głowach i oczach. W tym okresie pani Struwe była w ciąży z trzecim dzieckiem, a  
przynajmniej tak jej się zdawało. Ponieważ nie była to pierwsza ciąża, symptomy  
były jej znajome, ponadto konsultowała się z ginekologiem. A potem miał miejsce  
ów przerażający "sen" z obcymi istotami. Wielkogłowe postacie wydobyły embrion z  
łona pani Struwe, która obudziła się we własnym łóżku cała zlana potem, zupełnie  
jakby przeżyła jakiś senny koszmar. Wkrótce potem była u swojego ginekologa,  
który ze zdumieniem stwierdził, że ciąży już |nie |ma. Jednocześnie ustały  
wszystkie oznaki odmiennego stanu. W dwa tygodnie później pani Struwe wydaliła  
dwa "strzępki ciała". Uważając, że to pewnie resztki łożyska, spuściła je z wodą  
w toalecie. Po jakimś czasie państwo Struwe odczuli chęć posiadania trzeciego  
dziecka. Ponieważ jednak, w przeciwieństwie do poprzednich ciąż, tym razem  
wszelkie naturalne metody poczęcia okazały się zawodne, państwo Struwe  
zdecydowali się na sztuczne zapłodnienie. "Próba jego dokonania została podjęta  
22 lutego 1988 roku. Zabieg ginekologiczny z niewyjaśnionych powodów okazał się  
dla pani Struwe niesłychanie bolesny, więc go przerwano." Jednak w dwa tygodnie  
później pacjentka wydala dwa przezroczyste fragmenty tkanki niewiadomego  
pochodzenia. I nagle, zupełnie jakby za sprawą czarodziejskiego zaklęcia, w maju  
1988 r. zachodzi w ciążę i 9 stycznia 1989 r. wydaje na świat syna, Sebastiana.  
Dr Fiebag daje w przypadku pani Struwe różne propozycje rozwiązań, między innymi  
ułożył następujący scenariusz: `ts * latem 1986 pani Struwe jest w ciąży, * w  
trzecim miesiącu ciąży istoty pozaziemskie pobierają od niej płód, * wszczepiają  
jej tkankę uniemożliwiającą ponowne zapłodnienie, * tak też się dzieje: ani  

background image

normalny akt płciowy, ani próby sztucznego zapłodnienia nie dają wyników, *  
jakieś "nieplanowane wydarzenie" prowadzi do wydalenia tej bariery z organizmu,  
* teraz nic już nie stoi na przeszkodzie zapłodnieniu i dochodzi do poczęcia  
Sebastiana. `tn Można by odłożyć ten przypadek na półkę z napisem "niezwykłe  
ciąże", gdyby nie Sebastian. Chłopiec opowiada coś o dziwnych snach, w których  
występują potwory o wielkich głowach i wielkich oczach. Mówi, że widział "małe  
dzieci w pudełkach", ponadto "unosił się w powietrzu", a obce istoty wlewały w  
niego "jakieś płyny". Rozmawiały z nim "przez płuca", co przypuszczalnie  
oznacza, że |od |środka. Kiedy dr Fiebag pokazuje chłopcu kilka rysunków  
przedstawiających różne warianty ufoludków, Sebastian natychmiast identyfikuje  
te małe o wielkich głowach i wielkich oczach. Pani Struwe ze swej strony  
zapewnia, że nigdy nie rozmawiała z synem o swoim "śnie" ani istotach  
pozaziemskich o wielkich głowach i nieproporcjonalnie dużych oczach. O co tu  
właściwie chodzi? Sprawą, którą dr Fiebag analizował na obszarze niemieckim,  
profesor David Jacobs zajął się w USA. Dla Jacobsa pobieranie spermy i sztuczne  
zapłodnienia stanowią zasadniczy powód wszystkich uprowadzeń. Celem miałoby być  
wyhodowanie na poły ludzkiej, na poły kosmicznej istoty żywej (112 ). Przypadki  
takie wciąż się mnożą, idą już nie w setki, lecz w tysiące. Przytoczone pod  
numerami od 109 do 112 tytuły stanowią zaledwie wierzchołek góry lodowej. Czy to  
wszystko jest tylko zwykłą modą? Jaki to duch czasu straszy w mózgach naszych  
wpółczesnych? Czy to możliwe, aby nagle tysiące ludzi, nie znających się  
nawzajem, mieszkających na odległych od siebie kontynentach, zaraziły się tym  
samym wirusem? Czy wszystkie te przypadki mają swoje psychologiczne wyjaśnienie?  
A może jednak po kolei? Nie - powiada pewien ktoś, którego musimy wysłuchać. W  
końcu nie możemy się chować za stwierdzeniem, że przypadki uprowadzeń mają  
"wyjaśnienie psychologiczne", i zamykać oczy i uszy, kiedy w tej sprawie zabiera  
głos wybitny psycholog. Dr John E. Mack jest profesorem psychiatrii na  
uniwersytecie Harvarda w Bostonie. Jest nie tylko psychiatrą i psychologiem,  
lecz także dyplomowanym lekarzem w Cambridge Hospital oraz laureatem prestiżowej  
amerykańskiej Nagrody Pulitzera. Licząc sobie już 34 lata, nie jest jednym z  
tych młodych zapaleńców, którzy gonią za jakimiś przemijającymi modami. Zna  
swoją profesję i bardzo szybko potrafi zdemaskować sztuczki, kłamstwa i  
fantasmagorie badanych. Jesienią 1989 r. zapytano go, czy chciałby poznać ludzi  
uprowadzonych przez UFO. Jego pierwsza reakcja była jednoznaczna: "To jacyś  
wariaci". Później doszło jednak do jego spotkania z Buddem Hopkinsem,  
wspomnianym już autorem książki |Intruzi. Spotkanie to całkowicie zmieniło życie  
profesora Macka. Przez następne lata profesor Mack poznał setki osób, które  
"pochodziły z najróżniejszych części USA i nigdy wcześniej się ze sobą nie  
spotkały". Ponieważ ludzie ci okazali się jak najbardziej rozsądni i wiarygodni,  
obudziło to zawodowe zainteresowanie profesora. Wreszcie przystąpił do  
studiowania konkretnych przypadków 78 osób, prześwietlając je wedle wszelkich  
zasad swojej profesji. Dziś mamy już liczące 400 stron tomiszcze z rezultatami  
jego badań. Tytuł tej książki brzmi Abduction (Wzięcie), w podtytule czytamy  
Spotkania ludzi z istotami pozaziemskimi (113 ). Odpowiedź profesora Macka  
skierowana do wszystkich jego kolegów po fachu i w ogóle wszystkich sceptyków na  
świecie nie mogłaby być bardziej druzgocąca. Brzmi ona bowiem: tak, istoty  
pozaziemskie penetrują naszą planetę, ofiary wzięć nie fantazjują, odsysanie  
spermy, sztuczne zapłodnienia i pobieranie płodów miały miejsce naprawdę i nie  
jest to bynajmniej psychologicznie jak najbardziej zrozumiałe myślenie  
życzeniowe ofiar. Jak pisze harvardzki uczony: "Najwidoczniej funkcjonujemy we  

background image

Wszechświecie, w którym aż roi się od istot rozumnych, od których sami się  
odcięliśmy." Wzięcia przebiegają zawsze według tego samego schematu.  
Niewielkiego wzrostu istoty o nieproporcjonalnie wielkich lekko skośnych oczach  
i szarej skórze pojawiają się nagle w sypialni ofiary, zupełnie jakby przeszły  
przez ścianę. (Znane są też przypadki uprowadzenia z samochodu.) Obce istoty  
mają niewielkie nozdrza i mikroskopijne usta o wąskich wargach. Często na  
zewnątrz domu widać dziwaczne światła. Ofiary odczuwają strach, wpadają w  
panikę, dręczą je straszliwe obawy. Zostają jednak uspokojone, unieruchomione,  
psychicznie sparaliżowane. Wówczas zaczyna się upiorny lot przez okno albo drzwi  
balkonowe i chociaż niektóre ofiary mają wrażenie, jakby zostały "wyemitowane" w  
przestrzeń, czują jednak pęd powietrza i rześkość nocy. Docierają do czekającego  
gdzieś statku kosmicznego, oczywiście niewykrywalnego dla naszych  
elektronicznych czujników. Niektórzy z uprowadzonych mieli wrażenie, że weszli  
do obcego obiektu przez ścianę. W środku jest jasno, uprowadzeni zostają  
położeni na czymś w rodzaju stołu operacyjnego i poddani badaniu za pomocą  
bliżej nie sprecyzowanych przyrządów. Pobiera im się próbki włosów i skóry,  
wprowadza cienkie igły i inne instrumenty przez naturalne otwory ciała. Wokół  
stołu operacyjnego stoi kilka szaroskórych istot, ale zawsze tylko jedna z nich  
spełnia funkcję "lekarza naczelnego", podczas kiedy inna przejmuje obowiązki  
"tłumacza". Bardzo rzadko komunikacja odbywa się tradycyjną drogą głosową -  
najczęściej jest to przekaz telepatyczny bezpośrednio do mózgu. Zabiegi  
wykonywane na uprowadzonych potrafią być bardzo nieprzyjemne i bywają opisywane  
jako obrzydliwe. Ból fizyczny w zasadzie nie występuje, ponieważ obce istoty  
neutralizują ośrodek bólowy w mózgu. Po zakończeniu nieprzyjemnej procedury  
badań obcy bardzo często podejmują rozmowę, w trakcie której starają się  
przynajmniej częściowo wyjaśnić ofierze powód swojego postępowania. Niektórym z  
uprowadzonych pokazano półki pełne żywych embrionów pływających w jakiejś  
cieczy. Ofiary udają się następnie do domu tą samą drogą, jaką je stamtąd  
uprowadzono. Zdarzały się przy tej okazji omyłki, kiedy to uprowadzeni budzili  
się w zupełnie obcym miejscu albo nawet zostali przeniesieni razem z samochodem  
o setki kilometrów od miejsca porwania. Upiorne - chciałoby się powiedzieć; coś  
takiego może być |tylko wytworem czyjejś wyobraźni. No, dobrze, ale czy  
kiedykolwiek zastanawialiśmy się, co musi odczuwać jakieś średnio inteligentne  
zwierzę poddawane podobnym zabiegom przez nas - ludzi? Czy przedstawiciele jego  
gatunku uwierzyliby temu zwierzęciu, gdyby potrafiło opowiedzieć o swoich  
przeżyciach? Opisy podawane przez ofiary uprowadzeń rzeczywiście mają w sobie  
coś upiornego. Są dla nas wręcz nie do zniesienia, toteż sięgamy po pełny  
asortyment środków logiki i rozsądku, aby tylko utopić je w powodzi słów. Aż za  
łatwo zapominamy przy tym, że wszelka logika i wszelki rozsądek warunkowane są  
daną rzeczywistością. Samolot ponaddźwiękowy, nadajnik radiowy, aparat  
rentgenowski, którym można prześwietlić ciało, bomba wodorowa zdolna w jednej  
chwili zniszczyć całe miasta - wszystko to było w czasach naszych prapradziadków  
sprzeczne z logiką i zdrowym rozsądkiem. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu  
bezsensownym byłoby próbować przybliżyć jakiemukolwiek uczonemu ideę bomby  
neutronowej. To niemożliwe, musiałby odpowiedzieć, ponieważ broń zawsze wyzwala  
energię, niekontrolowane zaś wyzwolenie energii prowadzi do zniszczenia całego  
otoczenia. Bomba neutronowa natomiast niszczy tylko organiczną (żywą) tkankę,  
pozostawiając nietknięte inne materiały, takie jak płyty pancerne czy betonowe  
budowle. Nie, środkami uwarunkowanego naszą obecną rzeczywistością rozsądku i  
logiki na pewno nie uda się nam rozwikłać fenomenu uprowadzeń. Zaobrączkowani  

background image

ludzie Co każe nam domniemywać, że przynajmniej niektóre z przypadków uprowadzeń  
miały miejsce naprawdę? Otóż właśnie wielka liczba ludzi, którzy przeszli  
podobne cierpienia, nie znając się nawzajem, nie znając żadnych dotyczących tego  
tematu książek czy filmów. Właśnie jednobrzmiące wypowiedzi ludzi z  
najróżniejszych krajów i kontynentów, tysiące okaleczonych kobiet, którym w  
upiorny sposób pobrano płód, bo nie utraciły go w sposób naturalny ani nie  
został spędzony. Właśnie blizny po niewyjaśnionych zabiegach, których nie  
wykonał żaden ziemski lekarz, wreszcie mikroskopijne obce implanty, operacyjnie  
usunięte różnym osobom, które przeżyły uprowadzenie. Że co, proszę? Profesor  
Mack na str. 42 amerykańskiego wydania swojej książki wymienia wiele takich  
przedmiotów, wykonanych z metalu lub tworzywa przypominającego włókno szklane,  
które trzeba było usuwać z ciał uprowadzonych: niewielkie implanty w kształcie  
igieł, umieszczone u pewnego mężczyzny w penisie oraz u pewnej  
dwudziestoczteroletniej kobiety w jamie nosowej, w bezpośredniej okolicy  
podstawy mózgu. Chociaż zdumiewające implanty poddano analizie chemicznej i  
fizycznej, niewiele to dało, ponieważ nadal nie znamy ich |przeznaczenia.  
Analizy pokazały tylko tyle, że mamy do czynienia z zadziwiającymi tworzywami  
lub stopami metali, nie zawierającymi jednak nic, co wskazywałoby na ich  
wewnętrzne właściwości. Zupełnie tak samo jak wtedy, gdy my znakujemy dziko  
żyjącego niedźwiedzia, umieszczając w jego uchu kolczyk, a inne zwierzęta widzą  
ten kolczyk i obwąchują go - nie mają jednak pojęcia, do czego on służy. Muszą  
się pogodzić z faktem jego istnienia, chociaż wiedzą tyle samo, co przedtem. I  
my również. A może jednak nie? Jeśli odrzucimy rodzące się przerażenie i  
zasięgniemy opinii naszego rozsądku oraz uwarunkowanej teraźniejszością logiki,  
to jednak stać nas przynajmniej na ograniczoną analizę wydarzeń. W końcu  
przecież istoty pozaziemskie rozmawiały z uprowadzonymi, dając im przynajmniej  
jakieś punkty zaczepienia pomagające zrozumieć ich okrutne postępowanie. Jest  
mowa o tym, że nasza planeta zostanie dotknięta jakąś katastrofą. Informacje na  
temat tej katastrofy są sprzeczne i niejasne. Dalej mowa jest też o tym, że  
postępowanie nas, ludzi, wypacza się. (Patrz wcześniejsza relacja pozaziemskiego  
obserwatora Yaxlipoo.) Wreszcie kosmici powiadają, że naszą naukę zdominowała  
całkowicie błędna "zasada przyczynowo-skutkowa" - czyli dokładnie to, co my,  
zwykli zjadacze chleba, uważamy za "logikę" - że obraz wiedzy przekazywany nam  
przez uczonych jest po części rozpaczliwie fałszywy. (To mnie akurat nie dziwi,  
zwłaszcza jeśli sobie pomyślę o teorii ewolucji czy o naukach teologicznych!)  
Wskutek fałszywego obrazu wiedzy wytwarza się w nas opaczna świadomość:  
małostkowa, egocentryczna, z nami i tylko z nami jako pępkiem Wszechświata. Koń  
trojański Na wszystko to brzydcy kosmici o gruszkowatych głowach i czarnych  
oczach w kształcie owoców kiwi mają jedną tylko receptę: ponieważ człowiek  
współczesny do niczego się nie nadaje, trzeba stworzyć hybrydę! Nasza baza  
genetyczna wprawdzie przetrwa - ale tylko jako domieszka do ich własnego  
materiału genetycznego. Przerażająca wizja. To co obcy przybysze o rozcięciu  
zamiast ust i o przypominającej gumę szarej skórze robią z uprowadzonymi ludźmi,  
to w naszym pojęciu przestępstwo. Uprowadzenie to jedno z groźniejszych  
przestępstw, podobnie jak masowo przeprowadzane gwałty. Dochodzi do brutalnego  
złamania praw człowieka, wykonuje się niedozwolone zabiegi chirurgiczne,  
uprowadzonych poddaje się kontroli umysłu i praniu mózgów. Szaroskórych kosmitów  
guzik obchodzą nasze uczucia, traktują nas jak podrzędne zwierzęta. "Obrączkują"  
nas za pomocą implantów, kontrolują tak oznakowane osoby, nie podają żadnych  
logicznych wyjaśnień (nie mówiąc już o uzasadnieniu) swojego postępowania,  

background image

swoich motywów ani pochodzenia. Amerykański autor John White (114 ) tak to  
podsumował: "Uprowadzający ludzi Obcy (aliens) zawsze zjawiają się u nas pod  
osłoną ciemności. Nigdy nie mówią dokładnie, dlaczego nas porywają. Cała sprawa  
jest dla mnie tak samo podejrzana jak koń trojański, muszę więc dać wyraz swoim  
niepokojom. Jeśli Obcy się zmienią, jeśli ukażą się w biały dzień, jednoznacznie  
określą swoje zamiary, aby przekonać nas o swych dobrych intencjach, wtedy z  
radością powitam ich w ludzkiej społeczności. Jeśli tak się nie stanie, nadal  
uważać ich będę za sprytne, przestępcze kreatury z podziemnego świata,  
skłaniające się do złego, chociaż przebierają się za dobrych. To, czy  
ostatecznie okażą się być tworami fizycznymi, parafizycznymi czy metafizycznymi,  
nie ma żadnego wpływu na tę konkluzję." Rzeczywiście jest tak, że obcy nie  
pomagają nam uwierzyć w ich dobre zamiary. Od co najmniej 30 lat mają miejsce  
udokumentowane uprowadzenia, lecz przebieg i rodzaj badań nie uległy żadnej  
zmianie. Ofiary uprowadzeń traktowane są niemalże rutynowo, pobieranie spermy i  
embrionów przebiega stereotypowo. Żadna ziemska uczelnia medyczna nie  
przeprowadza jednych i tych samych badań na dziesiątkach tysięcy osób.  
Najpóźniej po setnym osobniku znamy już rezultaty - chyba że szukamy czegoś  
bardzo specjalnego, co u każdego człowieka przybiera |inną postać. Gatunek  
ludzki rzeczywiście nie składa się z robotów, |wszyscy jesteśmy unikatami,  
|wszyscy się od siebie różnimy. Żaden z nas nie ma dokładnie takich samych  
wspomnień czy odczuć, jak jego sąsiad. Mogą być podobne - a jednak nie są takie  
same, tak jak nie są takie same indywidualne odciski palców. Udziałem każdego  
człowieka są inne doświadczenia osobiste, każdy inaczej cierpi, inaczej kocha,  
zachwyca się innym rodzajem muzyki, czyta inne gazety, słucha innych programów  
radiowych, każdy jest gotów co innego przyjąć, a co innego odrzucić, co innego  
uznać za dobre, a co innego za złe. I wszystko to odnosi się do czegoś więcej  
niż tylko do smaku potraw. Chociaż człowiek jest towarem masowym, to jednak  
każdy egzemplarz pozostaje indywidualnością. Czy to właśnie tego szukają istoty  
pozaziemskie? Naszych różnorodnych upodobań? Czy potrzebują tysięcy, dziesiątków  
tysięcy osobników, dziesiątków tysięcy odmian spermy i embrionów, aby stworzyć  
nową |rasę? A może starają się odfiltrować z tego olbrzymiego materiału  
porównawczego to, co w ich rozumieniu |najlepsze? Odpowiedzieć na to pytanie nie  
potrafię, tak jak nie potrafią inni badacze, w niczym jednak nie zmienia to  
przestępczego charakteru działania obcych. Na Ziemi każdy człowiek musi  
przestrzegać praw kraju, w którym przebywa. Czyżby podobne zasady nie  
obowiązywały we Wszechświecie? Nawet jeśli założę, iż szaroskórzy kosmici  
pochodzą z jakiejś zdegenerowanej rasy, która wprawdzie przewyższa nas pod  
względem możliwości technicznych i telepatycznych, ale potrzebuje genetycznego  
odświeżenia, to nie możemy dopuścić, aby robili to, nie pytając nas o zgodę. W  
końcu my także jesteśmy istotami rozumnymi, także my znamy arkana matematyki,  
możemy wykazać się sukcesami w nauce, stworzyliśmy wspaniałe dzieła sztuki. Nie  
jesteśmy byle kim i wcale mi się nie uśmiecha, aby ktoś traktował nas jak jakieś  
tępe bydlęta. Doceniam wprawdzie, że kosmici nie manifestują swojej obecności w  
sposób kojarzący się z najazdem i biorą pod uwagę nasz poziom rozwoju oraz  
schematy myślowe, i jestem nawet wdzięczny, że nie zaszokowali nas i nie  
spłoszyli jak stada zdziczałych kurcząt (szok po przybyciu bogów (115 )) - tylko  
że od pierwszych uprowadzeń minęło już kilka dziesięcioleci, więc czas najwyższy  
zakończyć ten koszmar i udzielić ludzkości wyjaśnień. Czas przestać się liczyć z  
naszą próżnością - okres ochronny minął. My, ludzie, nie chcemy, aby ktoś przez  
dziesiątki lat wodził nas za nos i traktował jak nie umiejące samodzielnie  

background image

myśleć istoty. Ponadto przez trzydzieści lat nasza świadomość uległa dużym  
zmianom. W pierwszym okresie utrzymywanie, że istoty pozaziemskie istnieją  
naprawdę, było czymś nierozsądnym, by nie powiedzieć obłąkanym. Dzisiaj co drugi  
Amerykanin wierzy w UFO, w Brazylii zaś aż dwie trzecie ludności. W otwartej na  
świat Francji już trzy lata temu 45% młodzieży uznawało realność istnienia UFO  
(116 ) i nawet w kraju tak nieprzychylnym wobec UFO jak Niemcy, gdzie tzw.  
poważna prasa przemilcza bądź ośmiesza wszystko, co z tym związane, co piąta  
osoba wierzy w istnienie istot pozaziemskich. Według najnowszych badań Instytutu  
Badań Demoskopowych, udział ten w grupie wiekowej od szesnastu do dwudziestu lat  
jest jeszcze wyższy i wynosi prawie 30 procent (117 ). Poszerzyły się horyzonty  
myślowe człowieka, lądowanie na Księżycu i niezliczone seriale science fiction w  
telewizji nie pozostały bez wpływu na naszą świadomość. Także olbrzymia liczba  
książek zajmujących się tematem istot pozaziemskich wcale nie nadawała się  
wyłącznie do kosza - przynajmniej dla połowy ludzkości. Według naszego  
rozumienia demokracji, jakże wychwalanej w wolnym świecie, środki masowego  
przekazu powinny w zasadzie codziennie przynośić najnowsze doniesienia z frontu  
spotkań z kosmitami. Tymczasem nic takiego się nie dzieje, i w tym momencie  
zaczynam rozumieć obcych o gruszkowatych głowach i czarnych oczach w kształcie  
owoców kiwi. Każdy człowiek choć raz w życiu próbował coś wyjaśnić drugiemu  
człowiekowi czy grupie ludzi. Ci jednak nie słuchali, nie interesowało ich to,  
przerywali rozmowę, ucinali ją niegrzecznie albo za pomocą pozamerytorycznych  
argumentów, zaczynali zachowywać się obraźliwie. Także druga i trzecia próba  
wyjaśnienia sprawy spełzła na niczym, podobnie czwarta i piąta. Jak my, ludzie,  
zachowujemy się w takiej sytuacji? Wycofujemy się, myślimy, że nie ma sensu  
podejmować prób rozsądnego przedstawienia naszego stanowiska. Czyżby z kosmitami  
było tak samo? Może nie mają już ochoty podejmować z nami dialogu, skoro  
jesteśmy zbyt wyniośli, aby słuchać? W uprowadzeniach, które badał profesor  
Mack, poruszano dokładnie tę właśnie kwestię. Kosmici mówili do uprowadzonych,  
że my, ludzie, nie jesteśmy jeszcze gotowi, by się z nimi spotkać i zaakceptować  
ich istnienie. Gdyby otwarcie się pokazali, zareagowalibyśmy agresją, traktując  
ich jak wrogów. Twierdzili, że nasze zachowanie w ogóle nie dopuszcza otwarcia z  
ich strony, ponieważ nasze działania nadal dyktowane byłyby strachem. Nasza  
ukształtowana przez religię i błędne intrepretacje nauki świadomość jest ich  
zdaniem do tego stopnia zdeformowana, że oni wręcz |nie |mogą otwarcie się do  
nas zbliżyć. Nawet gdyby to uczynili w indywidualnych przypadkach, to  
społeczeństwo i tak nie zaakceptowałoby takiego świadectwa danej osoby, choćby  
stała nie wiadomo jak wysoko w ludzkiej hierarchii władzy. Bardzo słuszne  
spostrzeżenie. Wyobraźmy sobie, że papież albo szef rządu Xy - obydwaj na samym  
szczycie w ludzkiej hierarchii władzy - oświadczają publicznie, iż rozmawiali z  
istotami pozaziemskimi. Z miejsca usunięto by ich z urzędu. To samo dotyczy  
dziennikarzy, redaktorów naczelnych wielkich gazet czy wybitnych naukowców.  
Żaden z nich nie zdołałby się przebić w swoim gremium. Istoty pozaziemskie?  
Tutaj? I akurat ty miałbyś z nimi rozmawiać? Człowieku, chyba masz nie po kolei  
w głowie! Taka właśnie jest nasza typowa reakcja. Jak długo jeszcze? Hybrydy  
przyszłości Szpetne istoty pozaziemskie łamiące ludzkie prawa informowały ofiary  
uprowadzeń o jakiejś nadciągającej katastrofie. |Ją |właśnie podawały jako  
główny powód swoich działań. Pocieszające w tym wszystkim jest przynajmniej to,  
że gatunek ludzki przeżyje - chociaż już w formie hybrydy (mieszańca) nas i ich.  
|Kiedy ma nadejść ów Dzień Sądu Ostatecznego? Kosmici nie wymienili żadnej daty,  
widocznie sami jej nie znają. Czy nie brzmi to znajomo? Czyż wszystkie religie  

background image

nie podkreślają, że nikt nie zna dnia ani godziny nadejścia Sądu Ostatecznego?  
Może kosmici dysponują poszlakami podobnymi do tych, które geologów informują o  
groźbie trzęsienia ziemi i wybuchu wulkanu? Naukowcy wprawdzie wiedzą na tej  
podstawie, że uskok San Andreas w Kalifornii znów da znać o sobie, tyle, że nie  
potrafią wypowiedzieć się wiążąco, kiedy to dokładnie nastąpi. Czyżby z tymi  
pozaziemskimi karzełkami o mikroskopijnych dziurkach od nosa było tak samo? Może  
ich przyrządy pomiarowe, o których funkcjonowaniu nie mamy bladego pojęcia,  
rejestrują nadciągającą katastrofę, ale nie pozwalają na precyzyjną prognozę? W  
tym przypadku można by podać wiarygodne usprawiedliwienie dla ich nieetycznego  
zachowania: `ts * Ludzi i tak nie da się do niczego przekonać, są na to zbyt  
egocentryczni. * Nie wiadomo dokładnie, ile zostało czasu, dlatego niezbędne  
jest szybkie działanie. Późniejsze pokolenia wykażą zrozumienie dla bezprawnych  
poczynań. `tn W całym tym nieetycznym i - według naszych norm - bezprawnym  
działaniu istot pozaziemskich zawsze jedno szczególnie dawało mi do myślenia:  
mianowicie, obcym nigdy nie zdarzało się okaleczyć czy wręcz zamordować  
uprowadzonej osoby. Wszystkich całych i zdrowych troskliwie odstawiali do  
sypialni czy do samochodu. Nasze postępowanie wobec zwierząt jest o wiele  
bardziej bezwzględne i barbarzyńskie. Ostatnio zaczęto rozważać koncepcję, że  
owe niewielkie stworki o gruszkowatych głowach to nie żadne tam istoty  
pozaziemskie, tylko podróżujący w czasie przedstawiciele cywilizacji ludzkiej z  
dalekiej przyszłości. Jak w ostatnich latach stwierdzili fachowcy w dziedzinie  
fizyki, wprawdzie podróże w czasie w |zasadzie nie są wykluczone, ale my, ludzie  
współcześni, nie mamy pojęcia, jak miałyby one wyglądać w |praktyce (118 ). Mimo  
całej fascynacji tym pomysłem nie sądzę, aby podróże w czasie mogły stanowić  
rozwiązanie fenomenu małych kosmitów o nieproporcjonalnie wielkich migdałowych  
oczach. Wyobraźmy sobie bowiem taką sytuację: W roku 3000 ziemskiej rachuby  
czasu pojawia się maszyna czasu. Istoty rozumne zamieszkujące Ziemię są  
niewielkiego wzrostu, mają szarą skórę, wielkie czaszki i opanowały tajniki  
telepatii. Za pomocą maszyny czasu podróżują do naszej epoki i stwierdzają, że  
ludzkość roku 2000 znajduje się o krok od katastrofy. Pilnie kompletują więc  
materiał genetyczny, wszczepiając go |swojemu |gatunkowi - temu z przyszłości.  
Gdyby tego nie uczynili, to ich gatunek w ogóle |nie |zaistniałby w przyszłości,  
ponieważ dopiero genetyczny zrąb pobrany od ludzi z przeszłości umożliwia ich  
przyszłe istnienie. Porywające i zarazem idiotyczne! Z jakiej bowiem linii  
ewolucyjnej pochodzą w takim razie owe małe szare istoty o ogromnych sarnich  
oczach? Nie, jak dla mnie model z podróżnikami w czasie na nic się nie zda.  
Kosmici są mi bliżsi, nawet przestrzennie. Źle zaprogramowane? Liczne ofiary  
uprowadzeń, zwłaszcza te, którym przytrafiło się to kilkakrotnie, mają poczucie  
bycia "nie tylko z Ziemi". Mimo całkowicie normalnego i nietkniętego ludzkiego  
ciała nie potrafią pozbyć się wrażenia, że posiadły zupełnie nową świadomość.  
Dysponują jakąś ukrytą wiedzą wykraczającą poza sprawy Ziemi i teraźniejszości.  
Ta grupa uprowadzonych zadaje sobie ogromny trud, by przełożyć swoje nowe  
odczucia na nasz język. Nagle pojawia się w nich gotowa wiedza, wiedza z  
przestrzeni i czasu, wypełniająca całą czaszkę, zupełnie jakby wolne moce mózgu  
otrzymały dodatkowe informacje. Osoby te mają wrażenie, jakby znajdowały się w  
wyniosłej katedrze pełnej milionów fresków i fragmentów, której pomieszczenia  
rozbrzmiewają dodatkowo łagodnymi melodiami z odległych tysiącleci.  
Niewypowiedziane. W ludzkim języku brakuje słów i pojęć pozwalających przekazać  
to, co widzą i czują w jakiejś zrozumiałej kolejności. Wszystko wydaje się  
istnieć jednocześnie: z jednej strony jest realne, rozsądne i z punktu widzenia  

background image

danej osoby oczywiste, z drugiej zaś jest tego za dużo, o wiele za dużo na raz,  
wszystko zazębia się i wchodzi jedno w drugie, usytuowane nad i pod sobą, a  
przecież wciąż połączone jedno z drugim szybkimi jak światło drogami. Czy tak  
wygląda stan u progu obłędu? Poczucie niemożliwości wchłonięcia nawału  
informacji? A może umyślnie zalewa się ludzkie szare komórki danymi, aby w ten  
sposób powstała świadomość kosmiczna? Czy owa kosmiczna świadomość, inny sposób  
widzenia spraw, ma umożliwić owym ludziom wskazanie współczesnym |nowej |drogi  
(patrz: zapowiadani prorocy)? Czy ten "rozszerzający się rozum", że tak to  
nazwę, ma sprawić, aby ludzie ci otworzyli oczy na inne rzeczywistości? To, że  
nasz świat składa się nie tylko z tego, co widzimy i postrzegamy naszymi  
zmysłami, nie podlega już raczej dyskusji. Czytelnik niniejszej książki zdaje  
już sobie sprawę, że każda komórka jego organizmu zawiera pełną informację (DNA)  
o budowie całego ciała. Z drugiej strony w DNA znajdują się niezliczone  
fragmenty odpadków genetycznych (junk), niejako "białych plam" do niczego się  
nie nadających. Nie dadzą się one do niczego "dopasować" (zasada klocków lego).  
Wiadomo też powszechnie, że nasz mózg wykorzystany jest tylko w minimalnym  
stopniu. Tajemnicza ewolucja stworzyła tu coś, czego (jak dotąd) w ogóle nie  
potrzebowała. Do tych naukowo ugruntowanych faktów dodajmy teraz informacje  
zawarte w dawnych przekazach religijnych: `ts * Bogowie stworzyli ludzi na swój  
obraz i podobieństwo. * Człowiek, który przeżył potop - obojętne, czy jego imię  
będzie brzmiało Noe, Utnapisztim, czy jeszcze inaczej - jest nieśmiertelny i był  
hybrydą człowieka i "Strażników Nieba" (patrz cytowany wcześniej Zwój Lamecha).  
`tn A więc nasz materiał genetyczny |już |zawiera odcinki rodem spoza Ziemi.  
Małe szare istoty o skośnych oczach o tym |wiedzą. Jedyne, co muszą zrobić, to  
sprawić, aby "klocki" stały się kompatybilne, obudzić do życia |junk, zalać  
informacjami na wpół pusty ludzki mózg. Wszystkie tego przesłanki już w nas  
istnieją. Istota ludzka nigdy nie była |tylko ziemskiego pochodzenia. My się  
tylko rozwinęliśmy odpowiednio do ziemskich warunków, przez całe pokolenia  
hodowaliśmy w sobie religijną, polityczną i naukową wyniosłość, radykalnie  
stłumiliśmy w nas składnik pozaziemski i postawiliśmy siebie w centrum  
Wszechświata. A teraz zbliża się |Sądny |Dzień, gong obwieszczający przebudzenie  
świadomości. Nie dziwią mnie wypowiedzi wielu uprowadzonych, którzy - nigdy  
wcześniej nie czytając Ericha von Dänikena - zapewniają, że istoty pozaziemskie  
od niepamiętnych czasów wielokrotnie odwiedzały Ziemię, aby popchnąć naprzód  
ewolucję człowieka. Co się zaś tyczy odwiedzin mieszkańców odległych krańców  
Wszechświata, to astronom James R. Wertz już dwadzieścia lat temu obliczył, że  
kosmici bez problemu mogli odwiedzić nasz Układ Słoneczny w odstępach 7,5 razy  
105 lat, czyli w ciągu ostatnich 500 milionów lat mniej więcej 640 razy (119 ).  
Dr Martyn Fogg z uniwersytetu w Londynie zaś wskazał dziesięć lat później na  
fakt, że cała Galaktyka była już przypuszczalnie skolonizowana, kiedy nasza  
Ziemia dopiero się narodziła (120 ). A przecież: "To, że coś jest nowe i dlatego  
powinno zostać powiedziane, zauważamy dopiero wówczas, gdy natrafimy na silny  
opór" (Konrad Lorenz, 1903-1989 ). SETI bez Europy Każdego roku, nie zauważone  
przez szeroką opinię publiczną, odbywają się coraz liczniejsze międzynarodowe  
konferencje SETI. Na ostatnim spotkaniu SETI, zorganizowanym przez Uniwersytet  
Kalifornijski, wygłoszono ponad siedemdziesiąt referatów naukowych. Poruszano w  
nich takie tematy, jak: `ts * "Kosmici, klingony i Biblioteka Galaktyczna: SETI  
i wychowanie naukowe" (Andrew Fraknoi, astronom, Foothill College); * W  
poszukiwaniu życia na Marsie. "Stan obecny" (Michael Klein, Jet Propulsion  
Laboratory oraz Jack Farmer, Ames Research Center NASA); * "SETI zaczyna się od  

background image

siebie. Czy da się zmierzyć i zdefiniować poziom inteligencji na |naszej  
planecie?" (Lori Marino, University of New York); * W poszukiwaniu pozaziemskich  
technologii w naszym "Układzie Słonecznym" (Michael Papagiannis University of  
Boston). `tn `ty * * * `ty Większość wykładowców mówiła o technicznych  
możliwościach wykrywania śladów życia za pomocą najróżniejszych detektorów albo  
o tym, w którym paśmie częstotliwości radiowej należałoby szukać wiadomości o  
kosmitach. Były też jednak głosy krytyczne, domagające się, aby naukowe badania  
SETI odseparowały się od przedsięwzięć amatorskich, bo tylko w ten sposób można  
uwiarygodnić SETI w oczach szerokiej opinii publicznej. Za pozwoleniem, ale to  
przesąd stary jak świat, elitarne przeświadczenie z cyklu "Tylko my to możemy",  
"Tylko my jesteśmy świadomi odpowiedzialności", które wciąż zapędzało nas w  
ślepy zaułek ciasnoty umysłowej, czy to w dziedzinie religijnej, czy  
politycznej, czy w dziedzinie pomyłek naukowych. Przez całe dzieje ludzkości  
zawsze było tak, że wszelkiego rodzaju ustabilizowane kręgi starały się  
ubezwłasnowolnić bliźnich, trzymać ich z dala od |wiedzy, niezależnie czy  
prawdziwej, czy błędnej. Religie praktykują to jeszcze po dziś dzień,  
ugrupowania polityczne zaś tak długo duszą w sobie swoje głupawe tajemnice, aż  
wreszcie zaczynają je po kawałku zwracać. Myślenie w kategoriach "Tylko my to  
możemy", "Tylko my jesteśmy świadomi odpowiedzialności" to nic innego, jak tylko  
egoistyczna cenzura służąca temu, by odseparować innych i zdobyć przywileje dla  
siebie. |Jak zatem - proszę mi powiedzieć - rozpowszechniać się mają nowe myśli?  
Za |czyim pośrednictwem przedostają się do świadomości ogółu? |Kto po raz  
pierwszy je wypowiada, nadstawia dla nich głowę, narażając się nierzadko na rugi  
ze strony właśnie elitarnej gwardii? |Od |kogo pochodzą przecierające nierzadko  
nowe drogi koncepcje? No i wreszcie: |Kto właściwie finansuje całą działalność  
naukową, poczynając od archeologii, a na astronomii kończąc? Takie odgradzanie  
nigdy jeszcze nie zapobiegło poznaniu, niejednokrotnie jednak je opóźniło.  
Prowadzi też do stłumienia świadomości ogółu, zduszenia w zarodku świeżych  
myśli. To właśnie forum publiczne wprowadza takie myśli w obieg, umożliwiając  
powstanie nowego. Forum publiczne jest przeciwieństwem niepotrzebnego utajniania  
wszystkiego, a tym samym cenzury. "Kto dobija się ważności, już ją stracił" (Max  
Rychner, 1897-1965 ). Jednocześnie jestem oczywiście zdania, że specjaliści  
muszą być w swej pracy wolni od społecznego nacisku, muszą prowadzić swoje  
dyskusje bez pseudowiedzy różnych amatorów. Tyle tylko, że nie wolno im ukrywać  
rezultatów swoich badań, nie wolno trzymać pod korcem wytworów swych umysłów.  
"Nawet sąd wojskowy nie zdoła uciszyć plotki" (Johann Nestroy, 1801-1862 ).  
Wyobraźmy sobie bowiem, że ludzkość składałaby się z telepatów, tak jak to się  
domniemywa o tych małych szarych kosmitach. W społeczeństwie dysponującym  
zdolnościami telepatycznymi nie mogą istnieć żadne tajemnice i żadna |elitarna  
|wiedza. Najwyraźniej w niczym to społeczeństwu kosmitów nie zaszkodziło. Na  
ostatniej międzynarodowej konferencji SETI wygłoszono wprawdzie 73 inteligentne  
referaty, ale nie było wśród nich ani jednego na temat UFO czy wzięć, nie mówiąc  
już o hipotezie paleo-SETI. Tematy te uważane są za niepoważne, niegodne  
"prawdziwych" naukowców, zupełnie jakby w sektorze ufologicznym brakowało prac  
naukowych napisanych rzeczowo i z wykorzystaniem bogatego materiału przez  
najwyższej klasy fachowców (na obszarze niemieckojęzycznym np. książka Der Stand  
der UFO-Forschung napisana przez fizyka Illobranda von Ludwigera (121 )). A może  
profesor Mack z Uniwersytetu Harvarda nie jest naukowcem? Dlaczego ludzie,  
którzy poświęcili się poszukiwaniu pozaziemskiego życia, wyłączają z zakresu  
swoich zainteresowań najaktualniejsze tematy i osoby? Jak uznana już gałąź  

background image

nauki, taka jak SETI, może sobie pozwolić na odrzucanie z góry pewnych  
określonych dziedzin badań? Czyż nauka nie wymaga wręcz korzystania z jak  
najobszerniejszych informacji? SETI bez UFO i bez paleo-SETI jest niepełna.  
Omówione, opublikowane i przekazane do rozpowszechnienia środkom masowego  
przekazu rezultaty są niekompletne, sprawiają wrażenie robionych na pół gwizdka,  
a nawet wręcz pachną amatorszczyzną. Bo przecież amatorom właśnie zarzuca nauka,  
iż nie uwzględniają wszystkich możliwych aspektów danego zjawiska. To oni mają  
być podobno jednostronni, to oni nie wyważają i to im - w przeciwieństwie do  
specjalistów - brakuje ogólnej orientacji. Bardzo mi przykro, drodzy  
przyjaciele, badacze SETI: To właśnie |wam brakuje ogólnej orientacji. To  
właśnie |wy odcinacie się od wszystkich, powtarzając stary błąd polegający na  
zapędach elitarnych. Doskonale zdaję sobie sprawę, dlaczego na międzynarodowych  
konferencjach SETI nie wolno mówić o UFO czy o paleo-SETI. Mam w tym zakresie  
osobiste doświadczenia. Kiedy w roku 1969 moja pierwsza książka ukazała się na  
rynku amerykańskim po tytułem "Chariots of the Gods", robiąc furorę, niemal  
natychmiast rzuciły się na nią rzesze znanych i mniej znanych krytyków. I bardzo  
dobrze - krytyka jest elementem nie tylko demokracji, lecz także działalności  
naukowej. Oprócz krytycznych artykułów były też obrzydliwe paszkwile, a nawet  
całe książki napisane |przeciwko moim pracom. Najczęściej pochodziły z kącika  
religijnego lub też ze strony konserwatywnych gałęzi nauki, takich jak  
archeologia czy antropologia. Do tego doszły zwykłe wierutne kłamstwa,  
wypichcone w kuchni dezinformacji i świadomie wprowadzone do środków masowego  
przekazu. Stopniowo powstawał coraz bardziej negatywny obraz Dänikena, bo  
dziennikarze przejmują opinie od dziennikarzy. Stary sposób. Typowy ping-pong.  
Po pewnym czasie nie było naukowca, który odważyłby się powiedzieć coś  
pozytywnego o moich książkach. Powstała kuriozalna sytuacja - moje koncepcje  
zaczęły się pojawiać we wszystkich możliwych publikacjach, nigdy jednak z  
podaniem pierwotnego ich źródła. Nauka dała się wciągnąć w nieczystą grę,  
utraciła niewinność. Potem zabrakło odwagi cywilnej, by skorygować błąd. Brakuje  
jej zresztą do dziś. W ciągu niemal ćwierć wieku od ukazania się "Wspomnień z  
przyszłości" udokumentowałem i umocniłem hipotezę paleo-SETI w dalszych  
dziewiętnastu książkach i dwudziestopięcioodcinkowym telewizyjnym serialu  
dokumentalnym (Śladami Wszechmogących). Przytoczyłem ogrom liczących sobie  
tysiące lat materiałów pisanych i przesłanek archeologicznych, do tego dochodzą  
leksykony i książki innych autorów z wielu krajów - ale to badaczy SETI zupełnie  
nie obchodzi. Nie może ich obchodzić. Grunt to elitarne zadufanie. Steven  
Beckwith, dyrektor Wydziału Astronomicznego Instytutu Maxa Plancka w  
Heidelbergu, reprezentuje dziś pogląd, "że w naszej Galaktyce jest ogromne  
mnóstwo planet", wśród nich wiele o "warunkach dogodnych dla powstania życia". Z  
kolei brytyjski astronom, David Huges, dodaje: "Przynajmniej według obliczeń  
modelowych w samej tylko Drodze Mlecznej powinno krążyć sześćdziesiąt miliardów  
planet". Cztery miliardy spośród nich, zdaniem Hugesa, "przypominają Ziemię, są  
wilgotne i panują na nich umiarkowane temperatury" (122 ). W Kosmosie aż roi się  
od różnych form życia, także tych podobnych do ludzkiej. I co najmniej jedna z  
owych pozaziemskich cywilizacji już wiele tysięcy lat temu złożyła wizytę na  
naszej starej, dobrej Ziemi. Można tego dowieść w sposób niezbity. Dlaczego  
naukowcom zajmującym się SETI nie wolno tego wiedzieć? Tak na marginesie dodam,  
że różnica między naukowcami a amatorami często polega na jednej drobnej  
sprawie: otóż amatorzy to ludzie, którzy zrobią dużo za nic, profesjonaliści  
zaś, to ludzie, którzy za nic nie zrobią nic. O tym, jak bardzo naukowcy  

background image

skupieni wokół programu SETI dali się już skrępować ciasnym gorsetem, świadczy  
Deklaracja postępowania z chwilą odkrycia pozaziemskich istot rozumnych (123 ).  
Jest to dokument, któremu podporządkować się muszą wszyscy naukowcy  
uczestniczący w badaniach SETI. Zawiera zbiór przepisów, jak należy postępować,  
kiedy zostanie odkryta cywilizacja pozaziemska. Chciałbym przynajmniej wyrywkowo  
zapoznać moich Czytelników z zalecanymi tam zasadami. W ten sposób łatwiej się  
Państwo zorientujecie, w jaki sposób podchodzi się w tym międzynarodowym gronie  
do sprawy odkrycia kosmitów. Uzgodnienia cenzuralne "My, instytucje i osoby  
prywatne, uczestniczący w poszukiwaniu istot rozumnych we Wszechświecie,  
uznajemy, że poszukiwania takie stanowią istotny element składowy badań  
przestrzeni kosmicznej i że prowadzić je należy w celach pokojowych oraz w  
ogólnym interesie całej ludzkości. Inspiracją jest dla nas absolutna konieczność  
dostarczenia dowodów na istnienie życia poza Ziemią, nawet jeśli  
prawdopodobieństwo takiego odkrycia wydaje się bardzo małe. Przypominamy układ  
regulujący działania państw odnośnie do badania i wykorzystania przestrzeni  
kosmicznej [...], któremu podlega również strona państwowa [...] (art. Xi).  
Potwierdzamy, że jeśli idzie o rozpowszechnianie informacji o cywilizacjach  
pozaziemskich, będziemy się stosować do następujących zasad: 1. Każda osoba i  
każda państwowa bądź prywatna placówka badawcza lub instytucja rządowa, która  
uzna, że odkryła sygnał |lub |inny |dowód świadczący o istnieniu życia  
pozaziemskiego, |przed oficjalnym ogłoszeniem tego odkrycia powinna sprawdzić,  
czy jego najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie rzeczywiście stanowi dowód na  
istnienie cywilizacji pozaziemskiej, a nie wskazuje na jakieś inne zjawisko  
naturalne. Jeśli nie można jednoznacznie wnioskować o istnieniu cywilizacji  
pozaziemskiej, odkrywca ma możliwość zinterpretowania swojego odkrycia jako  
nieznanego zjawiska. 2. Zanim odkrywca ogłosi oficjalnie, że zdobyto dowód na  
istnienie cywilizacji pozaziemskiej, ma obowiązek niezwłocznego powiadomienia  
następujących instytucji: wszystkich pozostałych badaczy i placówek badawczych  
będących stronami niniejszej Deklaracji [...] Strony niniejszej deklaracji  
|powstrzymają |się |od |oficjalnego |ogłoszenia |odkrycia dopóty, dopóki nie ma  
absolutnej pewności, że odnosi się ono do cywilizacji pozaziemskiej. Odkrywca  
powinien poinformować odnośne władze państwowe [...] 8. Po otrzymaniu  
pozaziemskiego sygnału radiowego lub innego dowodu na istnienie cywilizacji  
pozaziemskiej nie wolno odpowiadać dopóty, dopóki nie odbędą się niezbędne  
konsultacje międzynarodowe [...] 9. Komitet SETI międzynarodowej Akademii Lotów  
Kosmicznych w porozumieniu z Komisją Nr 51 IAU (International Astronomical  
Union) będzie prowadził stałą kontrolę procedury postępowania i przedstawiał  
propozycje dalszego wykorzystania danych. Jeśli znaleziony zostanie wiarygodny  
dowód na istnienie cywilizacji pozaziemskiej, nastąpi |powołanie  
|międzynarodowego komitetu ekspertów, który stanie się centralnym ośrodkiem  
dalszych analiz i obserwacji. Komitet ten będzie również decydował o  
udostępnieniu |informacji |opinii |publicznej. Komitet powinien składać się z  
członków wszystkich wymienionych wcześniej instytucji międzynarodowych; mogą też  
zostać powołani inni członkowie [...] Międzynarodowa Akademia Lotów Kosmicznych  
będzie służyła jako centrum wykonawcze niniejszej deklaracji i każdego roku  
dostarczy wszystkim stronom listę jej zaleceń." `ty * * * `ty Co sądzić o tej  
deklaracji? Naukowcy i tak |nie |mają w zwyczaju obnoszenia się z sensacjami.  
Każde wielkie odkrycie przed ogłoszeniem jest weryfikowane i raz jeszcze  
sprawdzane. W końcu nikt nie chce się zblamować przed kolegami z branży, gdyby  
przyszło mu potem odwoływać odkrycie. Całkiem rozsądne jest też, że IAU czy  

background image

Komisja Nr 51, przed poinformowaniem światowej opinii publicznej, chcą mieć  
absolutną pewność, że dysponują niezbitymi dowodami na istnienie cywilizacji  
pozaziemskiej. Zastanawiać zaczynają dopiero najróżniejsze komisje, które  
odkrywca musi poinformować, |zanim zwróci się do opinii. Oznacza to bowiem ni  
mniej, ni więcej, tylko cenzurę, ponieważ nawet jeśli odkrywca ma stuprocentową  
pewność, że udało mu się dowieść istnienia cywilizacji pozaziemskiej, to |nie  
|wolno mu o tym poinformować opinii publicznej. Mamy tu do czynienia z  
manipulowaniem informacją. Jakaś instytucja rości sobie prawa do decydowania o  
tym, co można po kawałku udostępniać. Trzeba postawić sobie pytanie, jak takie  
sterowanie opinią publiczną pogodzić z zagwarantowaną w każdym wolnym państwie  
świata swobodą dostępu do informacji? W gruncie rzeczy jednak wszystkie passusy  
w tej Deklaracji odnoszące się do sprawy informowania opinii publicznej okazują  
się pustosłowiem, ponieważ szerokie masy - to my stanowimy naród - i tak już od  
dawna wiedzą o istnieniu istot pozaziemskich! + Dodatek uwzględniającyŃ  
najnowsze zdobycze wiedzy:Ń wielkie oszustwo Im więcej ktoś wie,@ tym bardziej  
wątpi. `rp Wolter, 1694-1778 `rp Przed czterema laty ukazała się moja książka  
"Oczy Sfinksa". Omawiałem w niej nie rozwiązane zagadki starożytnego Egiptu,  
zaprezentowałem też kilka teorii na temat budowy Wielkiej Piramidy. Od tego  
czasu doszły nowe odkrycia, o których nie mogę nie wspomnieć. Co one mają  
wspólnego z tematem niniejszej książki, czyli z Dniem Sądu Ostatecznego i  
ponownym przybyciem istot pozaziemskich? Dla starożytnych Egipcjan budowniczym  
Wielkiej Piramidy był Henoch. (W tradycji arabskiej Henoch, Idris i Saurid to  
jedna i ta sama postać.) Henoch napisał ponad trzysta ksiąg. Powierzył je swemu  
synowi Matuzalemowi, aby przekazał je "przyszłym pokoleniom tego świata". Jak  
dotąd żadna z tych ksiąg nie ujrzała światła dziennego. Może leżą dobrze ukryte  
gdzieś w hermetycznych komorach Wielkiej Piramidy? Czy znajdziemy tam odpowiedzi  
na nasze pytania dotyczące Sądu Ostatecznego i ponownego przybycia istot  
pozaziemskich? Czy ktoś próbuje zataić tę tajemnicę przed światową opinią  
publiczną? Jak nisko niektórzy naukowcy oceniają opinię publiczną i w jak  
wielkim stopniu manipuluje się opinią mediów, okazało się w ciągu ostatnich  
dwóch lat na przykładzie piramidy Cheopsa. Tam właśnie, 22 marca 1993 r.,  
dokładnie o godzinie #11#/05 , doszło do sensacji najwyższej rangi. Zdarzyło się  
coś nieoczekiwanego, niepojętego, niemożliwego i nie do pomyślenia dla  
przedstawicieli klasycznej egiptologii. Nawet wybuch bomby nie poczyniłby  
większych zniszczeń w egiptologicznym obrazie świata. A jednak nawet tak wielki  
wstrząs wyciszono, skanalizowano, zbagatelizowano, sensację zaś przypuszczalnie  
jeszcze większą - wydarzenie tysiąclecia, porównywalne z odkryciem pozaziemskiej  
cywilizacji - zablokowano. Co takiego właściwie zaszło? Niemieckiemu inżynierowi  
Rudolfowi Gantenbrinkowi, urodzonemu 24 grudnia 1950 r. w Menden, udał się  
majstersztyk. Niewielki, nader wyrafinowany technicznie robocik, pokonawszy 60- 
metrową trasę przez nie znany dotąd szyb wewnątrz piramidy, natrafił na drzwi z  
dwoma metalowymi okuciami. Przez dwa tygodnie robot przeciskał się przez wąski  
szyb, co chwila trzeba było pokonywać nowe przeszkody. Wielokrotnie specjalnymi  
kablami elektrycznymi przekazywano robotowi rozkaz powrotu do punktu wyjścia.  
Tam dokonywano drobnych zmian w tym cudzie techniki i minimaszyna ponownie  
ruszała w głąb liczącego tysiące lat szybu. Robot Gantenbrinka to ważący 67¦kg  
pojazd gąsienicowy długości zaledwie 377¦cm. Napędza go siedem niezależnych  
silniczków elektrycznych sterowanych mikroprocesorami. Z przodu pojazdu znajdują  
się dwa małe reflektorki halogenowe oraz ruchoma wideokamera CCD firmy Sony.  
Mimo lekkiej aluminiowej konstrukcji robot ma siłę uciągu 407¦kg, a to dzięki  

background image

specjalnie zaprojektowanym gumowym gąsienicom, które opierają się zarówno na  
podłożu szybu, jak i na jego suficie. Wszystkie najważniejsze rozwiązania tego  
jedynego w swoim rodzaju aparatu pochodzą od Rudolfa Gantenbrinka. Ten  
wyspecjalizowany pojazd zbudował własnoręcznie, przez wiele miesięcy wykonując  
prace z zakresu mechaniki precyzyjnej. Zainwestował w konstrukcję tego cudeńka  
niewiarygodnie dużo pracy i potu oraz ponad 400 tysięcy marek. Wsparcie  
techniczne otrzymał od szwajcarskiej firmy ESCAP (silniki specjalistyczne), od  
HILTI AG z Vaduz (narzędzia wiertnicze) oraz od firmy GORE z Monachium  
(specjalizowane kable). Robot inżyniera Gantenbrinka to modelowy przykład dla  
tych wszystkich wiecznie niezadowolonych, którzy bez ustanku jęczą: "To się nie  
może udać!" Udaje się - wystarczy połączyć ze sobą inteligencję, technikę i  
jasno określone chęci. Co w ogóle naprowadziło Rudolfa Gantenbrinka na pomysł  
wyprawy w głąb Wielkiej Piramidy? Przecież wszyscy od dawna wiedzą, że nic tam  
już więcej nie da się znaleźć! Dziennikarz radiowo-telewizyjny Torsten Sasse z  
Berlina przeprowadził z Rudolfem Gantenbrinkiem wywiad (124 ): "Cała historia  
zaczęła się od tego, że w czasie wojny w Zatoce Perskiej przebywałem w Egipcie.  
Zaproponowałem profesorowi Stadelmannowi z DAI (Deutsches Archäologischer  
Institut) w Kairze bliższe przyjrzenie się szybom wentylacyjnym - wtedy jeszcze  
mówiło się o szybach wentylacyjnych - ponieważ dysponujemy już technologią,  
która to umożliwia, a w dodatku chodzi przecież o naprawdę ostatnie nie zbadane  
fragmenty piramidy Cheopsa. W 1992 r. zamontowaliśmy w tej piramidzie urządzenia  
wentylacyjne, przebadaliśmy górne szyby za pomocą kamer wideo, szukaliśmy też  
wszelkich możliwych wylotów szybów dolnych. Przy tej okazji, już w 1992 r.,  
ustaliliśmy definitywnie, że szyby te mają gdzieś swoje ujście. Oczywiście,  
nadal otwarte pozostawało pytanie, gdzie i jak kończą się dolne szyby? Stanowiło  
to punkt wyjścia całego przedsięwzięcia. Nasz projekt nazwaliśmy UPUAUT-2, i  
muszę w tym miejscu wyjaśnić tę nazwę. Otóż naszego robota ochrzciliśmy imieniem  
UPUAUT, co było pomysłem profesora Stadelmanna. Upuaut mianowicie to egipski  
bóg, którego imię w przekładzie znaczy mniej więcej tyle, co "otwierający  
drogi". Jedynym celem prac nad skonstruowanie robota UPUAUT-2 było przebadanie  
obydwu dolnych szybów." O jakich to "górnych" i "dolnych" szybach tu mowa? Otóż  
w Wielkiej Piramidzie są trzy komory i, jak uważa profesor Rainer Stadelmann,  
jest to cecha charakterystyczna wszystkich egipskich piramid. Profesor  
Stadelmann uważany jest za "wynalazcę" |teorii |trzech |komór. Każdy turysta,  
który w pocie czoła wczołguje się do piramidy Cheopsa, ma okazję obejrzeć dwie z  
tych komór: górną, nazywaną szumnie "komorą królewską", chociaż nigdy nie  
znaleziono w niej żadnej mumii, oraz dolną, nieco mniejszą, nazywaną "komorą  
królowej". Z górnej komory prowadzą w górę pod ostrym kątem dwa szyby. W  
literaturze nazywane są one "szybami wentylacyjnymi". Dokładnie tam właśnie  
Rudolf Gantenbrink zamontował swoje urządzenie wentylacyjne. Nie mający o niczym  
pojęcia turyści dowiedzieli się o tym, czując świeże powietrze, które wreszcie  
zaczęło docierać do "komory królewskiej". Niestety, tylko przez krótki czas.  
Obecnie system już nie działa. Nie jest to wina Rudolfa Gantenbrinka, lecz  
strażników piramid, którzy z nieodgadnionych powodów ciągle zapominają włączyć  
prąd. Dolna komora jest nieco mniejsza od "komory królewskiej": ma długość  
5,767¦m i szerokość 5,237¦m. Jej wysokość wynosi 6,267¦m. Także z tej komory  
prowadzą dwa szyby: jeden dokładnie w kierunku południowym, drugi na północ.  
Otwory tych szybów leżą zatem naprzeciwko siebie - i to na tej samej wysokości,  
co wylot prowadzącej do komory sztolni. Robot Rudolfa Gantenbrinka wspiął się do  
|południowego szybu. Trzecia komora znajduje się w skale pod piramidą. Nazywa  

background image

się ją "niedokończoną komorą". Co mówią fachowcy na temat szybów w "komorze  
królowej". Zdania uczonych są podzielone. Raz dopatrywano się w nich "szybów,  
którymi ulatywały dusze zmarłych" potem "modelowych korytarzy", wreszcie  
"wylotów kanałów napowietrzających" (125 ) lub zwyczajnie "szybów  
wentylacyjnych". To ostatnie było zupełnie pozbawione sensu już choćby dlatego,  
że wyloty tych "szybów wentylacyjnych" wykuto w ścianach dopiero w zeszłym  
stuleciu. W roku 1872 niejaki Brite W. Dixon opukiwał ściany komory. Miał  
nadzieję, że w ten sposób uda mu się zlokalizować inne ukryte komory. Kiedy  
odgłos stał się głuchy, mister Dixon sięgnął po kilof. Po przebiciu  
kilkucentymetrowej warstwy kamienia natrafił na otwory "szybów wentylacyjnych".  
Notabene, obydwa te szyby mają przekrój kwadratu o boku 207¦cm. W tej sytuacji  
jasne są dwie rzeczy: po pierwsze, nie może być mowy o szybach wentylacyjnych,  
ponieważ te musiałyby mieć wyloty w komorze, po drugie zaś, kanały te musiały  
być od samego początku zaplanowane przez budowniczych piramidy. Nikt nie mógł  
ich wykuć czy wywiercić w czasie budowy ani tym bardziej po jej zakończeniu.  
Proszę sobie narysować kwadratowy otwór o boku długości 207¦cm: przecież nie  
przeciśnie się nim nawet dziecko! I jeszcze coś: obydwa szyby prowadzące z  
komory królowej nie biegną ukosem w górę, jak to jest w przypadku szybów z  
komory królewskiej. Najpierw wchodzą poziomo w głąb ściany, a dopiero potem  
zaczynają się wznosić pod kątem 39 stopni, 36 minut i 28 sekund. Większość  
egiptologów była zgodna co do tego, że szyby te "kończą się ślepo po niewielkim  
odcinku" (126 ). Aż do czasu, kiedy UPUAUT, robot inżyniera Rudolfa  
Gantenbrinka, w jednej chwili obalił wszystkie te poglądy. "Otwierający drogi"  
22 marca 1993 r. na płaskowzgórzu w Gizie, gdzie stoją piramidy, było gorąco jak  
zwykle, we wnętrzu zaś Wielkiej Piramidy panowała dokładnie taka sama duchota  
jak każdego innego dnia. Rudolf Gantenbrink zaimprowizował w komorze królowej  
stół z desek opartych na drewnianych kozłach. Stały na nim elektroniczne  
urządzenia sterujące oraz monitor przekazujący krystalicznie czysty obraz z  
wideokamery robota. Wszystkie obrazy rejestrowano jednocześnie na taśmie  
magnetowidu. Jeden ze współpracowników delikatnie wprowadzał do szybu wyjątkowo  
cienki i lekki specjalny kabel, egiptolog zaś z Egipskiego Zarządu Starożytności  
z wzrastającym zdumieniem wpatrywał się w ekran monitora. Rudolf Gantenbrink z  
pełną napięcia koncentracją kierował robotem, poruszając niewielkimi  
dźwigienkami zdalnego sterowania. Cały zespół pracował pod dużą presją, ponieważ  
Egipski Zarząd Starożytności właśnie tego dnia zamierzał przerwać badania. Zbyt  
wiele biur podróży składało reklamacje, gdyż nie wolno im było oprowadzać  
turystów po Wielkiej Piramidzie. Ponadto Zarządowi Starożytności zmniejszyły się  
wpływy gotówki: wejście do piramidy Cheopsa nie jest przecież gratis. Metr po  
metrze miniaturowy robot inżyniera Gantenbrinka wspina się stromym korytarzem w  
górę. Zamocowane z przodu reflektorki oświetlają zakamarki, których oko ludzkie  
nie widziało od co najmniej czterech i pół tysiąca lat. Cheops, budowniczy  
(rzekomy) Wielkiej Piramidy, panował w latach 2551-2528 przed Chrystusem.  
Mozolna wędrówka wiedzie wzdłuż gładko wypolerowanych ścianek, następnie robot  
pokonuje niewielkie pagórki nawianego piasku i zręcznie przeciska się przez  
okruchy kamienia, które odpadły od powały. Wreszcie, po pokonaniu 607¦m we  
wnętrzu piramidy, pierwsza niespodzianka: na drodze pojazdu leży odłamany  
kawałek metalu. Wkrótce potem wielka sensacja: kamera robota ukazuje element  
zamykający, coś w rodzaju przesuwanych drzwiczek zasłaniających całkowicie  
prześwit szybu. W górnej części drzwiczek widać dwa niewielkie metalowe uchwyty,  
z których lewy jest częściowo odłamany. Rudolf Gantenbrink doprowadza robota  

background image

bliżej drzwiczek, celuje promieniem lasera w dolną ich krawędź.  
Pięciomilimetrowej średnicy czerwony promień lasera znika w szparze u dołu  
drzwi. Dowodzi to, że drzwi nie dotykają do samego podłoża. W prawym dolnym rogu  
brakuje kawałeczka kamienia. Kamera robota ukazuje ciemny pył, wywiany pewnie w  
ciągu tysiącleci przez ten maleńki otworek. Na tym musiała się zakończyć wyprawa  
robota. Michael Haase, matematyk z Berlina, dokładnie wyliczył, w którym miejscu  
piramidy znajdują się tajemnicze drzwiczki (127 ). Otóż jest to w południowej  
części piramidy, na wysokości około 597¦m nad poziomem gruntu, między 74 i 75  
warstwą kamieni. Gdyby przegrodzony drzwiczkami szyb ciągnął się dalej pod tym  
samym kątem, musiałby dotrzeć do zewnętrznej ściany piramidy mniej więcej na  
wysokości 687¦m. Odległość od zewnętrznej powierzchni piramidy mierzona w  
poziomie wynosi 187¦m. Oczywiście, Rudolf Gantenbrink wdrapał się na południową  
stronę piramidy i dokładnie ją przeszukał. Nie widać tam jednak żadnego wylotu  
szybu. Zatajona sensacja Odkrycie 60-metrowego szybu w piramidzie to jedna  
sensacja, przegradzające go drzwiczki zaś to sensacja druga. Można by sądzić, że  
wkład Gantenbrinka i jego osobiste osiągnięcia zostaną przez egiptologów  
odpowiednio uhonorowane i - jak przystało na odkrycie stulecia - uroczyście  
uczczone. Kiedy dzisiaj jakiś astronom odkryje nową gwiazdę czy kometę,  
nierzadko takie ciało niebieskie zostaje nazwane imieniem swego odkrywcy.  
Dlatego od tej chwili będę nazywał ten nowy szyb "szybem Gantenbrinka". I  
dziękuję moim kolegom, którzy uważają tak samo. Zadufanie i zawiść egiptologów  
nakazuje im widzieć to zupełnie inaczej. W ich mniemaniu szyb istniał tam od  
zawsze i inni fachowcy także przypuszczali, że tam się znajduje. Jest to tylko  
ćwierć prawdy. Wprawdzie znano otwory szybów przebiegających poziomo,  
prowadzących z komory królowej na północ i na południe, ale żaden z egiptologów  
nie miał pojęcia, że biegną one 607¦m we wnętrzu piramidy. Wprost przeciwnie:  
bredzono coś o "ślepo kończących się tuż za wylotem szybach, którymi ulatywały  
dusze zmarłych" (128 ). Ponadto przypuszczenia to nie odkrycia. Przypuszcza się  
wiele różnych rzeczy, ale 60-metrowej długości szyb z zamykającymi go  
drzwiczkami odkrył nie kto inny, jak właśnie niemiecki inżynier Rudolf  
Gantenbrink. Sam Gantenbrink nie goni za sensacją. Jego główną troską jest  
konserwacja starożytnych zabytków. Ponadto chciałby dostarczyć archeologii  
świeżych impulsów, chciałby ją uatrakcyjnić poprzez zastosowanie nowoczesnej  
technologii. Jest to pilny i z gruntu uczciwy pracuś, który oddaje swoje  
doświadczenie i geniusz w służbę fascynującej nauki. Druga strona widocznie  
sobie tego jednak nie życzyła, bo Gantenbrink poszedł w odstawkę. Po odkryciu  
szybu przez Gantenbrinka najpierw nie działo się w ogóle nic. Chociaż sensacja z  
22 marca 1993 r. była absolutna i zarówno specjaliści w Kairze, jak i niemieccy  
uczeni z DAI dokładnie o wszystkim wiedzieli, zapanowało nieprzeniknione  
milczenie. Nie opublikowano żadnego komunikatu. Nikomu nie wolno było wydać  
żadnego oświadczenia. I pewnie do dziś opinia publiczna o niczym by się nie  
dowiedziała - albo w najlepszym razie skończyłoby się na nic nie mówiącej  
notatce prasowej - gdyby nie przypadek i sam Rudolf Gantenbrink. Otóż inżynier  
Gantenbrink pokazał kilku fachowcom kopię fenomenalnego filmu nakręconego kamerą  
robota. Wiadomość dotarła do prasy brytyjskiej i w dwa tygodnie (!) po odkryciu  
pojawił się mikroskopijny artykulik zatytułowany Portcullis Blocks Robot in  
Pyramid (Robot zablokowany w piramidzie) (129 ). Drogą faksową doniesienie to  
dotarło do Kairu. Jaka była reakcja? DAI w Kairze zdementowało brytyjskie  
doniesienie. "To kompletna bzdura!" oświadczyła Agencji Reutera pani rzecznik  
Instytutu, Christel Egorov (130 ), mówiąc jeszcze, że szyby o których mowa, to  

background image

zwykłe szyby odpowietrzające, minirobot zaś miał za zadanie tylko zmierzyć  
wilgotność, ponieważ wiadomo, że w Wielkiej Piramidzie nie ma żadnych  
dodatkowych komór. Można nie tylko poczuć się oszukanym, nas się |naprawdę  
oszukuje! Archeolodzy z DAI w Kairze doskonale wiedzieli, że ta wypowiedź to  
zwykłe kłamstwo. Poza tym wędrujący szybem Gantenbrinka robot w ogóle nie miał  
żadnego przyrządu do pomiarów wilgotności. To jeszcze nie wszystko! Profesor  
Rainer Stadelmann, wielka znakomitość niemieckiej archeologii i dyrektor DAI,  
absolutnie wykluczył możliwość istnienia za drzwiczkami szybu jakiejś ukrytej  
komory. Dziennikarzom oświadczył: "Wszyscy doskonale wiedzą, że wszystkie skarby  
tej piramidy dawno już zostały zrabowane" (131 ). Współpracownik profesora,  
egiptolog dr Günter Dreyer, dorzucił jeszcze dobitniej: "Za tymi drzwiami nic  
nie ma. To wszystko urojenia" (132 ). Zanim pokażę moim Czytelnikom, w jaki  
sposób krąg szanownych panów egiptologów z Kairu wyślizgał Rudolfa Gantenbrinka,  
muszę nieco naświetlić poglądy na temat wnętrza piramid. Twierdzenie, że w  
piramidzie mogą być tylko znane już trzy komory i że za nowo odkrytymi  
drzwiczkami nie może się nic znajdować, jest kompletnie pozbawione sensu.  
Archeolodzy z DAI niewątpliwie mieliby rację, gdyby stwierdzili, że |nie  
|wiadomo, czy za tajemniczymi drzwiczkami coś jest, czy też nie. Jednakże  
kategoryczne twierdzenie, że za nimi na pewno nic nie ma, to nie tylko przejaw  
dogmatyzmu i nienaukowości, ale też - by posłużyć się słowami DAI - "kompletna  
bzdura". Wiedza starożytnych Co nieco na temat historii. W Xiv w. w Bibliotece  
Kairskiej znajdowały się jeszcze fragmenty staroarabskich i koptyjskich tekstów,  
które geograf i historyk Tahi ad-Din Ahmad ben'Ali ben'Abd al-Kadir ben Muhammad  
al-Makrizi zebrał w swoim dziele Chitat. Czytamy tam m.in.: "Następnie kazał  
[twórca piramidy - E.v.D.] wybudować w piramidzie zachodniej trzydzieści  
skarbców z barwnego granitu i wypełniono je bogatymi skarbami, różnymi  
przyrządami i pokrytymi mnogością rysunków kolumnami z kosztownych kamieni  
szlachetnych, z przyrządami ze znakomitego żelaza, takimi jak broń, która nigdy  
nie rdzewieje, ze szkłem, które daje się składać i nie pęka, z dziwnymi  
talizmanami, z różnego rodzaju prostymi i złożonymi lekami i śmiertelnymi  
truciznami. We wschodniej piramidzie kazał umieścić przedstawienia różnych  
sklepień niebieskich i planet, a także wizerunki, jakie kazali sporządzić  
przodkowie; do tego doszło kadzidło, które poświęcono gwiazdom i |księgi |o  
|tychże. Są tam również gwiazdy stałe i to, co się z nimi od czasu do czasu  
dzieje [...]. Wreszcie do kolorowej piramidy kazał wnieść ciała proroków w  
trumnach z czarnego granitu; obok każdego proroka leżała księga, w której  
opisane były jego cudowne czyny, dzieje jego życia oraz dzieła, których za życia  
dokonał [...]." I któż to miał wznieść tę potężną budowlę? Cheops, jak twierdzą  
egiptolodzy? Cytowana powyżej księga Chitat tak o tym mówi: "Pierwszy Hermes,  
którego zwano Trzykroć Wielkim w jego właściwościach jako proroka, króla i  
mędrca (|on |jest |tym, którego Hebrajczycy zwą Henochem, synem Jareda, syna  
Mahalaleela, syna Kenana, syna Enosza, syna Seta, syna Adama - niech mu Allah  
błogosławi - to jest Idrysem), wyczytał w gwiazdach, że przyjdzie potop. |Wtedy  
|kazał |zbudować |piramidy i pomieścić w nich skarby, uczone pisma i wszystko,  
czym się martwił, że przepaść i zginąć może, aby było ochronione i zachowane."  
Nie tylko w księdze Chitat wymienia się Henocha jako budowniczego Wielkiej  
Piramidy. To samo czyni w Xiv w. arabski badacz, podróżnik i pisarz Ibn Battuta  
(134 ): "Dowodzą oni, że wszelkie znane przed potopem nauki pochodzą od Hermesa  
[...], który zwał się także Chunuch albo Idris [...]. To on zaprawdę  
przepowiedział ludziom potop, a powodowany troską, aby nie zaginęły nauki i nie  

background image

przepadły dzieła sztuki, wzniósł piramidy [...]." Nie muszę chyba dodawać, że  
egiptolodzy za nic mają te staroarabskie przekazy. Dla nich budowniczy Wielkiej  
Piramidy będzie nazywał się "Cheops", żeby nie wiedzieć ile przekonujących  
argumentów przeciwko temu przemawiało. Dokładniej omówiłem tę sprawę w mojej  
książce Oczy Sfinksa (135 ). Tak się składa, że egiptolodzy zachowują się w tym  
momencie dokładnie tak, jak słynne małpie trio: nic nie słyszeć, nic nie  
widzieć, nic nie mówić. To, że nie chcą dać wiary czternastowiecznym przekazom,  
potrafię jeszcze, choć z oporami, zrozumieć. Ale oni nie wierzą także w ani  
jedno słowo nowoczesnej nauki, jeśli tylko mówi ona rzeczy sprzeczne z ich  
świętymi dogmatami. Poniższe przykłady z okresu ostatnich 25 lat mówią same za  
siebie: W latach 19688¦69 laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, dr Luis  
Alvarez, przeprowadził na Wielkiej Piramidzie doświadczenie z promieniowaniem  
kosmicznym. Alvarez i jego zespół wyszli od znanego fizyce faktu, że naszą  
planetę przez 24 godziny na dobę bombardują promienie kosmiczne i przy  
przechodzeniu przez gęstą materię tracą ułamek swej energii. Za pomocą  
precyzyjnych pomiarów można ustalić, ile protonów zdoła przejść przez jedną  
warstwę kamieni. Jeśli kamienna budowla zawiera jakieś puste przestrzenie, to  
promieniowanie, przechodząc przez nie, utraci nieco mniej energii protonów.  
Alvarez zmierzył przy użyciu komory iskrowej i komputera IBM tory ponad 2,5  
miliona cząstek. Lecz oscylografy pokazały chaotyczny wzór, zupełnie jakby  
cząsteczki pokonywały jakieś zakręty. Kompletna rozpacz. Bardzo kosztowny  
eksperyment, w którym brały udział różne instytuty amerykańskie, firma IBM oraz  
kairski uniwersytet Ain-Shams, nie przyniósł żadnych jednoznacznych rezultatów.  
Doktor Amr Gohed powiedział dziennikarzom, iż wyniki są z "naukowego punktu  
widzenia niemożliwe" i dodał, że albo struktura piramidy jest jedną wielką  
gmatwaniną, albo jest w tym "jakaś zagadka, której nie potrafimy wyjaśnić" (136  
). Archeologowie nie wyciągnęli żadnych wniosków ze zdumiewających wyników  
pomiarów piramid. Miary psu na budę W roku 1986 podjęto próbę poszukiwania  
ukrytych komór w piramidzie Cheopsa za pomocą nowych przyrządów i nowych metod.  
Dwaj francuscy architekci, Jean-Patrice Dormion i Gilles Goidin, za pomocą  
detektorów elektronicznych odkryli w piramidzie puste przestrzenie. Dogmaty  
egiptologów nie zmieniły się ani na jotę. Ponieważ pośród sponsorów eksperymentu  
znajdowało się też francuskie towarzystwo Electricite de France, zbyto odkrycie  
stwierdzeniem, że to zwykły "chwyt reklamowy" tego towarzystwa. Następny wielki  
eksperyment przeprowadził zespół japońskich naukowców z tokijskiego Uniwersytetu  
Waseda. Wyposażeni w najnowocześniejszą aparaturę elektroniczną specjaliści tego  
uniwersytetu prześwietlili zarówno wnętrze Wielkiej Piramidy, jak i teren wokół  
niej aż do Sfinksa. Japończycy znaleźli jednoznaczne dowody na istnienie całego  
labiryntu korytarzy i pustych przestrzeni. W precyzyjnym naukowym raporcie różni  
profesorowie biorący udział w eksperymencie przedstawili wyniki swoich badań  
(135 ). A reakcja egiptologów? Eee, to tylko element kampanii reklamowej  
japońskiego przemysłu elektronicznego! Zespół kairskiego DAI kompletnie nie  
interesuje się takimi badaniami. A ich koledzy w Europie i w innych krajach  
często nawet nie wiedzą, co się dzieje na płaskowzgórzu w Gizie. Gdyby to  
zależało od samych egiptologów, w ogóle nic by się tam nie działo - bo przecież  
od dawna już wszystko wiadomo! W roku 1992 geolog dr Robert M. Schoch z wydziału  
College of Basic Studies uniwersytetu w Bostonie, wspólnie z innymi naukowcami,  
dokonał geologicznych pomiarów Sfinksa. Wynik: Sfinks liczy sobie co najmniej 5  
tysięcy lat więcej niż dotychczas przyjmowano (138 ). Według powszechnego  
mniemania, Sfinksa miał wybudować faraon Chefren (2520-2494 przed Chr.). Sądzi  

background image

się tak nie dlatego, że istnieją po temu jakieś niepodważalne dowody, lecz  
dlatego, iż imię "Chefren" było jedynym słowem, jakie udało się odcyfrować na  
zerodowanym kartuszu, oczywiście jeśli się człowiek uprze, że było to właśnie to  
słowo. W dodatku nie był to kartusz przynależny do samego Sfinksa, lecz  
znajdujący się na steli faraona Tutmosisa Iv, a ten panował ponad tysiąc lat po  
Chefrenie, mianowicie w latach 1401-1391 przed Chrystusem. Na jakiej zatem  
podstawie Robert Schoch doszedł do przekonania, że Sfinks jest o co najmniej 5  
tysięcy lat starszy od Chefrena? Zespół Schocha umieścił głęboko w podłożu cały  
szereg czujników sejsmicznych. Następnie wytworzono fale dźwiękowe, co  
umożliwiło wgląd w strukturę gruntu - metoda doskonale zdająca egzamin w  
geologii. Dane z pomiarów zostały przetworzone przez komputery, które wypluły  
długie kolumny cyfr opisujących dokładny obrys Sfinksa. Na głębokości 2,47¦m  
całkiem wyraźnie uwidoczniły się ślady erozji, których nie było na powierzchni  
Sfinksa. Ale powierzchnię Sfinksa poddano renowacji w długi czas po wzniesieniu  
tego posągu, mianowicie za czasów faraona Tutmosisa Iv, który kazał odkopać go z  
piasku i odnowić. Pomiary geologiczne i analizy chemiczne pozwalały sformułować  
tylko jeden narzucający się wniosek: otóż silne ślady erozji były wynikiem  
długiego okresu opadów, którego w czasie panowania faraona Chefrena w ogóle nie  
było. Podobnie jak pierścienie przyrostu pnia drzewa, erozja pozwala na dokładne  
datowania: w tym przypadku musiało to być co najmniej 7 tysięcy lat przed  
Chrystusem. Reakcja archeologów na wyniki pomiarów dr. Schocha? Wybuch  
oburzenia. Na kongresie w Bostonie archeolog Mark Lehner z uniwersytetu w  
Chicago nazwał swego kolegę Schocha "pseudonaukowcem". Główny argument Lehnera:  
"Gdyby Sfinks rzeczywiście był aż tak stary, to w owym czasie musiałaby także  
istnieć cywilizacja zdolna wznieść takie dzieło sztuki. A wówczas ludzie byli  
jeszcze myśliwymi i zbieraczami - więc nie ma mowy, aby potrafili wznieść  
Sfinksa." Koniec, kropka! Za każdym razem, gdy nie wystarcza rozsądnych  
argumentów, zapędzeni w kozi róg ludzie sięgają po błoto. Boją się coś stracić.  
To samo miało miejsce w wystąpieniu archeologa dr. Marka Lehnera skierowanym  
przeciwko dr. Robertowi Schochowi. Lehner zarzucił np. swojemu koledze  
naukowcowi "podejrzaną wiarygodność". Skąd taki atak poniżej pasa? Jednym ze  
sponsorów geologicznych badań prowadzonych przez Schocha był niejaki John  
Anthony West. A tak się składa, że ów mister West popełnił dwa śmiertelne  
grzechy: po pierwsze, nie był naukowcem, a po drugie, zdążył już opublikować  
dwie książki, w których uważał za możliwe istnienie w Egipcie cywilizacji  
"starszej od znanej dotychczas". A to już dla "prawdziwego" archeologa  
niewybaczalne bluźnierstwo. Egiptologów zupełnie nie interesowało, że dr Robert  
Schoch nie był bynajmniej jedynym geologiem uczestniczącym w pomiarach  
sejsmicznych na płaskowzgórzu w Gizie. Do zepołu należeli także dr Thomas L.  
Dobecki, dwóch innych geologów, architekt oraz oceanograf. Także ich  
przekonanie, że w najniższych partiach Sfinksa bezsprzecznie występują "kanaliki  
wodne", jakie powstają w wyniku długiego oddziaływania wody na kamień, nie  
zrobiło na nikim wrażenia. Geologiczne analizy dr. Schocha ostatecznie  
zdyskredytowała wypowiedź aktualnego dyrektora starożytności w Gizie,  
Egipcjanina dr. Zahi Hawassy. Cały program badań i wyciągnięte na jego podstawie  
wnioski określił mianem "amerykańskich halucynacji", stwierdzając, że nie ma  
"najmniejszych naukowych podstaw" dla nowego datowania Sfinksa, zaproponowanego  
przez Schocha. Jak widać, do egiptologów najzwyczajniej nie przemawiają naukowe  
wnioski uzyskane w drodze sprawdzonych naukowo metod pomiaru, jeśli nie pasuje  
im to do tradycyjnego schematu. To |oni ustalają, w co ma wierzyć świat. I nie  

background image

zauważają, że sami z zapałem podcinają gałąź, na której siedzą. Opinia publiczna  
od dawna już ma dość ślepego wierzenia naukowcom. Nauka zaś, która uznaje wyniki  
uzyskane przez inne gałęzie nauk tylko wówczas, gdy pasują do jej własnego  
modelu - na niewielką zasługuje wiarę. Kolejną nauką ścisłą jest fizyka, a na  
Politechnice Federalnej (ETH) w Zurychu profesor W. Wölfli uznawany jest za  
znakomitość. Do perfekcji udoskonalił on dyskusyjną przez długi czas metodę  
datowania izotopem węgla 14-c, służącą do ustalania wieku materii organicznej.  
Profesor Wölfli wraz z kilkoma kolegami z innych uczelni dokonał analizy  
szesnastu próbek pochodzących z piramidy Cheopsa, m.in. szczątków węgla  
drzewnego, drzazg drewnianych, okruchów źdźbeł słomy i traw. Wynik? Wszystkie  
próbki okazały się mieć przeciętnie o całe 380 lat więcej od wartości, jakie  
ustalili archeologowie na podstawie Listy Królów. Jedna z próbek pochodząca z  
piramidy Cheopsa była nawet o 843 lata starsza niż "miała prawo" być (140 ).  
Ogólnie rzecz biorąc, fizycy przebadali 64 próbki z okresu Starego Państwa,  
przeprowadzając datowania najróżniejszymi metodami, między innymi spektroskopii  
masowej. Wszystkie bez wyjątku próbki wykazywały wiek o setki lat starszy od  
tego, jaki pasowałby archeologom. Wniosków z tych faktów nie wyciągnięto -  
przeciwnie: znaleziono nowe wykręty dla podbudowania dawnych, niemożliwych do  
utrzymania pozycji. Wykręty? Czy to aby nie za mocne słowo? Nie, właściwie jest  
nawet zbyt szlachetne jak na bzdury, które usiłuje się nam wmówić. Dyskredytacja  
człowieka Egiptolodzy z DAI chcą się pozbyć Rudolfa Gantenbrinka. Właściwie  
dlaczego? Czyż nie dokonał za pomocą swojego robota epokowego odkrycia? Czyż nie  
zainwestował mnóstwa czasu i 400 tysięcy marek, aby wyświadczyć szlachetnej  
archeologii przysługę, pomóc jej pójść dalej w badaniach? Może pracował  
nienaukowo? Nie, Gantenbrink zrobił wszystko wręcz perfekcyjnie, uzyskane przez  
niego wyniki można w każdej chwili zweryfikować. A więc może był nieuprzejmy,  
niemiły? Nic z tych rzeczy! Gantenbrink należy do gatunku bardzo przyjemnych  
osób. A może zaczął rozgłaszać jakieś nienaukowe spekulacje? Po raz kolejny  
trzeba zaprzeczyć. Rudolf Gantenbrink z wielką rezerwą odnosił się do środków  
masowego przekazu. Właśnie on, inżynier kierujący misją UPUAUT w Wielkiej  
Piramidzie, zawsze był zdania, że nie wiadomo, czy za kamienną przegrodą nowo  
odkrytego szybu w ogóle coś się znajduje. Z jego strony nie było  
najdrobniejszych nawet spekulacji na temat szybu i drzwiczek. Cóż zatem - na  
miły Bóg - zrobił nie tak? Dlaczego egiptolodzy z DAI chcą się go pozbyć? Otóż  
rozmawiał z prasą. Ale nie było tak, że on sam pobiegł do dziennikarzy, żeby  
roztrąbić o swoim odkryciu. Było dokładnie odwrotnie. To dziennikarze dobijali  
się do Gantenbrinka, kiedy brytyjscy naukowcy dostali cynk o jego fenomenalnym  
odkryciu. Tak się składa, że praca dziennikarza polega na tym, aby iść tropem  
interesującyeh informacji, sprawdzać je. Rudolf Gantenbrink zachował się  
swobodnie, skromnie i przyzwoicie. Czy powinien ich okłamywać, zwodzić?  
Gantenbrink nie jest politykiem. W depeszy niemieckiej agencji prasowej dpa z 27  
czerwca 1994 Jörg Fischer pisze (141 ): "Już od setek lat gigantyczne piramidy z  
Gizy prowokują do snucia owianych mgiełką tajemnicy mistycznych fantazji [...]  
Dyskusja rozgorzała przed rokiem [...] Specjalista od robotów, Rudolf  
Gantenbrink z Monachium, samowolnie podał do prasy wiadomość o swoim odkryciu i  
wyraził przypuszczenie, iż za |drzwiami znajduje się komora grobowa. Jedna z  
niemieckich gazet bulwarowych pisała już nawet o odnalezieniu prochów faraona i  
złotych |skarbów, przypomina sobie dyrektor DAI, profesor Rainer Stadelmann,  
mówiąc o bzdurach, jakie w tym kontekście nawypisywano." To, co się tutaj  
przypisuje panu Gantenbrinkowi, jest typowym wyrazem złej woli. Gantenbrink  

background image

nigdy nie wyrażał przypuszczeń, "iż za drzwiami znajduje się komora grobowa". Za  
pomocą środków masowego przekazu, które nie znają prawdziwej wersji wydarzeń i  
zobowiązane są wierzyć w słowa panów profesorów, dokonuje się dyskredytacji  
człowieka i usuwa w cień jego dokonania. Gantenbrink nie podał też "samowolnie"  
żadnych informacji, ponieważ ani przez chwilę nie był pracownikiem DAI i nie  
obowiązywały go żadne restrykcje związane z polityką informacyjną tego  
instytutu. Depesza dpa, która poszła w świat i została przedrukowana w serwisach  
wielu gazet, służyła dezinformacji. Ludzie mieli uwierzyć, że inżynier  
Gantenbrink rozsiewa nienaukowe przypuszczenia. To z kolei do tego stopnia  
rozsierdziło rząd egipski, iż na dalsze badania szybów piramidy nie wydano  
pozwolenia. Oto jak nieprawdopodobnie można zdeformować rzeczywiste wydarzenla.  
Uczona pomyłka Dalsza część depeszy agencji dpa wyraźnie zdradza cel całej  
machinacji: "Archeolog (profesor Rainer Stadelmann - E.v.D.) kategorycznie  
wyklucza możliwość istnienia komory. Po dokonaniu analizy przekazanych przez  
zdalnie sterowaną kamerę wideo obrazów i porównaniu z trzema innymi szybami tej  
piramidy uważa, iż w pełni potwierdza to jego pogląd; że szyb ten to jedynie  
modelowy korytarz. Wedle wierzeń starożytnych Egipcjan przez otwór prowadzący od  
tzw. komory królowej w górę miała wydostawać się dusza faraona. Widoczny przed  
kamiennym blokiem czarny pył to, zdaniem profesora Stadelmanna, resztki  
skorodowanych metalowych okuć modelowych drzwi. Zdroworozsądkowa teoria  
profesora i wielokrotne wskazywanie na fakt, że przez niezwykle wąski szyb nie  
przeciśnie się żaden człowiek, nie mówiąc już o sarkofagu czy skarbach,  
niewielkie jednak wzbudza zrozumienie [...]." Kto nie podziela tego dogmatu lub  
nie chce się z nim zgodzić z innych powodów, na pewno jest niespełna rozumu.  
Domyślam się nawet, dlaczego uczony profesor "kategorycznie wyklucza możliwość  
istnienia kolejnej komory" - w końcu to właśnie Rainer Stadelmann jest  
"wynalazcą" teorii trzech komór. Nie ma w niej miejsca na czwartą, nie mówiąc  
już o piątej. Dziwne to trochę. Odkryte dotąd w Wielkiej Piramidzie  
pomieszczenia mają łączną objętość około 2000 metrów sześciennych. Na te metry  
pustych przestrzeni składają się trzy komory, prowadzące do nich korytarze oraz  
Wielka Galeria. Jednak sama tylko Wielka Galeria zajmuje 18007¦mó:¦. Inaczej  
mówiąc, objętość Wielkiej Galerii stanowi wielokrotność objętości wszystkich  
trzech komór razem wziętych. Mimo to Wielkiej Galerii nie traktuje się jako,  
powiedzmy, czwartej komory. Nie pozwala na to święta |teoria |trzech |komór.  
Zdaniem profesora, szyb Gantenbrinka miałby być "modelowym korytarzem", ponieważ  
"wedle wierzeń starożytnych Egipcjan przez otwór prowadzący od tzw. komory  
królowej w górę miała wydostawać się dusza faraona". Warto pozwolić  
przeanalizować swoim szarym komórkom sprawę "modelowego korytarza". Oto  
Egipcjanie stawiają najwspanialszą budowlę świata. Składa się ona z prawie 2,5  
miliona kamiennych bloków. Poprzedzające budowę planowanie musiało być  
fenomenalne, wszystkie kamienie ciosowe, wszystkie występy pasują co do  
milimetra, mają przetrwać wieczność. We wnętrzu piramidy powstaje korytarz,  
który dziś nazywamy Wielką Galerią. Prowadzi ukosem w górę do komory  
królewskiej, ma 46,617¦m długości, 2,097¦m szerokości i 8,537¦m wysokości.  
Ponieważ przeciwległe ściany schodzą się ku sobie, utworzone z poziomych płyt  
sklepienie mierzy tylko 1,047¦m szerokości. Granitowe belki sklepienia nie leżą  
bynajmniej poziomo, lecz - zupełnie jakby chciano nam, zarozumialcom, dać  
dodatkowego prztyczka w nos - biegną ukosem w górę zgodnie z kątem nachylenia  
Wielkiej Galerii. Obróbka belek i kamiennych płyt jest tak idealna, że z trudem  
dostrzec dziś można fugi i szczeliny łączeń. Zanim turysta dojdzie do Wielkiej  

background image

Galerii, musi przecisnąć się wiodącym w górę korytarzem, idąc w kucki, ze  
zgiętym grzbietem. Do dziś nie potrafimy się domyślić, dlaczego budowniczy  
najpierw wybudowali ten niski korytarz, który przechodzi potem w Wielką Galerię.  
Za to profesor Stadelmann z godną lunatyka pewnością twierdzi, że szyb  
Gantenbrinka to "modelowy korytarz", w dodatku nabierając tego przekonania po  
"porównaniu z trzema innymi szybami tej piramidy". O święty Ozyrysie! Gdzież to  
w Wielkiej Piramidzie istnieją jakieś inne "modelowe korytarze" pozwalające na  
"porównanie)¦? Jak dotąd wszystkie inne szyby nazywały się |szybami  
|wentylacyjnymi! Ponadto szyb Gantenbrinka ma mieć za małe wymiary, aby można  
było przezeń przetransportować sarkofag, "nie mówiąc już o [...] skarbach". Jak  
to możliwe zatem, że w komorze królewskiej znajduje się sarkofag o wymiarach  
większych od wymiarów prowadzącego do |niej |korytarza? W świetle logiki  
profesora Stadelmanna sarkofag ten nie miał prawa znaleźć się w komorze  
królewskiej, albowiem - podobnie jak szyb Gantenbrinka - prowadzący do niej  
korytarz również jest o wiele za mały, aby przetransportować przezeń "sarkofag  
czy skarb". Budowniczowie starożytnego Egiptu mieliby zatem umieścić we  
wspaniałym dziele, mającym przetrwać wieczność, "modelowy korytarz". Lecz ten  
"modelowy korytarz" jest przecież niewidoczny i w dodatku wcale nie wychodzi na  
komorę królowej. Otwory wybił dopiero 120 lat temu mister W. Dixon. Przez ten  
"modelowy korytarz" miałaby ulecieć ku gwiazdom dusza faraona - tyle, że w  
komorze królowej nigdy nie było żadnego faraona, którego dusza mogłaby  
dokądkolwiek ulecieć. Zresztą, nawet gdyby znajdowały się tam jakieś zwłoki i  
szyby od samego początku były otwarte, to dusza faraona nie miałaby wolnej drogi  
ku niebu. Przecież za pewnik uważa się, że szyb Gantenbrinka zamknięty jest  
kamienną przegrodą, za którą nie ma nic więcej. Biedny faraon! "Zdroworozsądkowa  
teoria" szacownych egiptologów oraz "wielokrotne wskazywanie na fakt, że przez  
niezwykle wąski szyb [chodzi o szyb Gantenbrinka - E.v.D.] nie przeciśnie się  
żaden człowiek, nie mówiąc już o sarkofagu czy skarbach" stanowią niemalże  
kropkę nad "i" w słowie "idiotyzm". Spróbujmy rozważyć sytuację następującą.  
Załóżmy, że kalif Abdullah AI-Ma'mun - to ten, któremu w 827 r. przed Chr. udało  
się wyrąbać wejście do piramidy - wybił otwór w |innym miejscu niż w  
rzeczywistości, na poziomie 74 warstwy kamiennych bloków natrafił na wejście i w  
końcu dotarł do komory. I patrzcie państwo, oto z komory prowadzi w dół pod  
kątem 20 st. szyb o przekroju kwadratu z bokiem długości 207¦cm. Późniejsi  
egiptolodzy ochrzciliby tę komorę mianem "komory Ma'muna". Oni także zauważyliby  
kwadratowy otwór i obdarzyliby prowadzący od niego szyb mianem "otworu, którym  
ulatuje dusza faraona", "korytarza modelowego" czy, powiedzmy, "szybu  
wentylacyjnego". A potem pewnego dnia zjawia się inny Rudolf Gantenbrink i  
wysyła miniaturowy pojazd gąsienicowy 607¦m w głąb piramidy. Tam robot zostaje  
zatrzymany przez kamienny blok uniemożliwiający dalszą jazdę. Wedle zastałego  
sposobu myślenia fachowców nowo odkryty szyb żadną miarą nie może prowadzić do  
komory, ponieważ "nie przeciśnie się nim żaden człowiek, nie mówiąc już o  
sarkofagu czy skarbach". Wybaczcie, szanowni panowie, ale faktem jest przecież,  
że szyb ten - patrząc od góry - prowadzi wprost do komory królowej. Jakiż to  
brak rozsądku zabrania spojrzenia od drugiej strony? Nikt, kto nie jest  
obciążony wiedzą fachową, nie wpadł nigdy na zwariowany pomysł, że ktoś mógłby  
przecisnąć jakieś skarby czy sarkofag przez kwadratowy szyb o długości boku  
207¦cm. Za tajemniczymi drzwiczkami szybu Gantenbrinka jak najbardziej |może  
(co nie znaczy, że musi) znajdować się komora mająca jeszcze inne wejście,  
dokładnie tak samo jak komora królowej. W zależności od tego, z której strony  

background image

patrzymy, szyb Gantenbrinka może prowadzić równie dobrze z komory królowej, jak  
też do komory królowej. Niezależnie od niego istnieje jeszcze inne przejście,  
przez które można się dostać |do komory królowej. Na końcu szybu Gantenbrinka  
może znajdować się jakaś komora nawet wtedy, jeśli drzwiczki czy też kamień  
zamykający są na stałe zamurowane. Bardzo przepraszam, ale obydwa szyby  
prowadzące z komory królowej (ten południowy to właśnie szyb Gantenbrinka) aż do  
zeszłego wieku |również były zamurowane. Gdyby mister Dixon nie puścił w ruch  
kilofa, do dziś nie mielibyśmy pojęcia o istnieniu obydwu szybów i robot  
inżyniera Gantenbrinka nie mógłby wspiąć się jednym z nich. I odwrotnie: gdyby  
robot Gantenbrinka wjechał do tego szybu |od |góry, zostałby zatrzymany  
dokładnie tak samo jak dzisiaj, kiedy poruszał się od dołu do góry. No i  
oczywiście wszyscy mądrzy fachowcy byliby zgodni: to koniec szybu, dalej nic nie  
ma. I żaden nie zadałby sobie trudu, by przewiercić rzekomo ostatni kamienny  
blok albo rozpuścić go kwasami. Czy można tu jeszcze mówić o nauce? A gdzie  
ciekawość, gdzie żądza poznania, skoro a priori i definitywnie stwierdza się, że  
za drzwiczkami w szybie Gantenbrinka nic nie ma, a każdego, kto uważa inaczej,  
natychmiast dyskredytuje się jako szaleńca i niepoprawnego fantastę? Na końcu  
szybu robot Gantenbrinka sfilmował dwa metalowe uchwyty umieszczone bezpośrednio  
na drzwiczkach. Nie da się zaprzeczyć, że chodzi tu o metal, ponieważ, Bogu  
dzięki, jeden kawałek się odłamał i leży przy drzwiczkach. Jako że w czasach  
Cheopsa wytapiano co najwyżej miedź, naukowcy z wielką pewnością siebie mówią o  
"miedzianych okuciach". Mogłoby się okazać, że i teoria o miedzi jest trafiona  
jak kulą w płot. Lecz profesor Stadelmann i jego dzielna trzódka  
egiptologicznych znakomitości mają "naturalne" i z pewnością "rozsądne"  
wyjaśnienie. Oto jak je przedstawił dziennikarzowi Torstenowi Sassemu (143 ):  
"Do czego służy [miedziany fragment - E.v.D.]? Na początku zakładaliśmy, że jest  
to jakiś element techniczny. Zważywszy jego cienkość, wykluczyłbym jednak  
dzisiaj taką możliwość i uznałbym raczej, że chodzi o hieroglify. O znaki  
hieroglificzne umieszczone tam jako ozdoby. Jeśli zaś były to hieroglify, to  
miały oczywiście treść symboliczną. Musimy zatem dojść, co mogły oznaczać.  
Nasuwają się tutaj znaki przypominające kwiat lotosu. Kwiat lotosu symbolizuje  
południe, południową część kraju - to by mogło być to. Albo może jeszcze  
wyraźniej - staroegipski znak |shuut, czyli coś w rodzaju parasola  
przeciwsłonecznego, który noszono za władcą w czasie uroczystych procesji.  
Mogłoby być czymś zupełnie naturalnym, że te parasole przeciwsłoneczne  
przygotowano dla duszy władcy, aby mogła je ze sobą zabrać, ulatując do nieba."  
Wielkie nieba! Cała Wielka Piramida to jeden olbrzymi znak zapytania. Ani zespół  
projektanów i architektów, ani prowadzący budowę kapłan czy faraon, nie  
pozostawili najmniejszego słówka na temat prac przy wznoszeniu tego dzieła. Nie  
ma ani jednej inskrypcji głoszącej, w jaki sposób je wykonano. Żaden z nich nie  
pozostawił najmniejszej notki, która pozwoliłaby odpowiedzieć choćby na jedno  
jedyne pytanie dotyczące sposobu, w jaki zbudowano Wielką Piramidę. W samej  
piramidzie nie ma żadnych hieroglifów. Nigdzie nie spotkamy ścian pełnych znaków  
pisma, jakie znajdowano w innych starożytnych egipskich grobowcach. Cheops,  
rzekomy budowniczy Wielkiej Piramidy, miał być podobno despotą, który wbił sobie  
do głowy, że pozostawi po sobie największą budowlę wszystkich czasów. Ale  
zarówno on sam, jak i jego słudzy zapomnieli jakoś zawrzeć w samym dziele imię  
jego twórcy. Nie ma najmniejszego znaczka upamiętniającego imię faraona Cheopsa,  
nigdzie ani śladu inskrypcji gloryfikujących choćby jeden jego bohaterski czyn.  
Nie ma nic ku czci jakiegoś boga czy bogini, nie opiewa się żadnych przodków, na  

background image

żadnej powale nie znajdziemy tekstów modłów. Wszystkie ściany, korytarze i  
komory piramidy Cheopsa są gładko wypolerowane, także w przeszłości nie  
zawierały najmniejszych nawet glifów. Anonimowość wręcz perfekcyjna. Ale stop!  
Oto na końcu szybu Gantenbrinka mają się znajdować hieroglify oznaczające shuut,  
aby faraon mógł udać się do swych zmarłych przodków z parasolem  
przeciwsłonecznym chroniącym od udaru. Naprawdę trzeba mieć głowę, żeby na coś  
takiego wpaść! Mnie w każdym razie nie starcza konceptu, żeby to skomentować! W  
prawym dolnym rogu drzwiczek w szybie Gantenbrinka brakuje niewielkiego  
trójkątnego kawałka. Oko kamery zarejestrowało w tym miejscu wąską smugę  
czarnego pyłu. Dla profesora Stadelmanna jest to "pył ze skorodowanych  
metalowych okuć modelowych drzwiczek". Jeśli pójdziemy śladem interpretacji  
uczonego, że szyb Gantenbrinka to jedynie "modelowy korytarz", w dodatku  
zamknięty na głucho kamiennym blokiem, to w szybie tym nie ma prawa być  
najmniejszego powiewu, musi tam panować całkowity bezruch powietrza, jak w  
hermetycznym grobie. Z dwóch metalowych okuć drzwiczek |lewe jest częściowo  
odłamane. Czarny pył natomiast jest widoczny w |prawym rogu. Czyżby dzieło  
jakichś pyłowych duszków? Gdyby obydwa metalowe okucia jednocześnie i bez ruchu  
rdzewiały sobie przez tysiąclecia, to czarny pył musiałby być widoczny przy  
dolnej krawędzi drzwiczek, bezpośrednio pod okuciami. Tak jednak nie jest. Pył  
wysypuje się z małego trójkątnego otworu, zupełnie jakby wywiewał go stamtąd  
słabiutki prąd powietrza. Jednakże najmniejszy nawet prąd powietrza świadczy o  
tym, iż szyb Gantenbrinka ma swoje przedłużenie. Albo o tym, że za drzwiczkami  
istnieje komora, do której prowadzi inne wejście. W dodatku pięciomilimetrowej  
średnicy laserowy promień UPUAUTA zniknął |pod dolną krawędzią drzwiczek.  
Niezależnie od tego, czy są to drzwiczki, czy kamień zamykający - na pewno nie  
jest oparty o podłoże. Czy nie powinno to dać do myślenia? Najwidoczniej nie, w  
końcu przecież egiptolodzy zgodzili się, że chodzi o "modelowy korytarz", więc  
jakiekolwiek dogłębne badania są po prostu zbędne. ZaprzepaszczonaŃ wiarygodność  
5 sierpnia 1993 r. dyrektor Muzeum Egipskiego w Berlinie, profesor Dietrich  
Wildung, napisał w artykule dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung" (143 ): "Jest  
to wystarczający powód dla egiptologa, aby złożyć serdeczne podziękowania  
inżynierowi [Rudolfowi Gantenbrinkowi - E.v.D.]. Ten jednak nie potrafi oprzeć  
się pokusie taniej sensacji i nie zdając sobie z tego sprawy, wchodzi na grząski  
teren fantasmagorii na temat piramid i zawartych w nich skarbów. Zaraz też  
oczywiście na scenie pojawia się pan von Däniken i z miejsca interpretuje ciemną  
smugę pyłu przy dolnej krawędzi kamiennej płytki jako sygnał, że za nią leży  
mumia faraona Cheopsa. Skoro zaś mamy nienaruszoną mumię egipskiego władcy, to w  
pobliżu muszą być też niezmierzone skarby, od czasów Herodota poruszające  
wyobraźnię potomnych. W ten sposób puszczono w ruch machinę trywialnej  
archeologii, a nawołujących do umiaru fachowców dyskredytuje się jako  
skostniałych konserwatystów nie umiejących wyzwolić się z pęt tradycyjnej  
akademickiej nauki." Z takiej właśnie materii utkane są egiptologiczne  
wyobrażenia i tak dyskredytuje się inaczej myślących. Nigdy w życiu nie  
przyszłoby mi do głowy interpretować czarnego pyłu jako sygnału, że za  
kamiennymi drzwiczkami "leży mumia faraona Cheopsa". Na taki pomysł wpadł David  
Keys, archeologiczny korespondent brytyjskiej gazety "The Independent" (144 ).  
Jeśli idzie o piramidę Cheopsa, to już choćby dlatego nie strzępiłbym sobie  
języka na temat jakichś grobów faraona i rzekomych złotych skarbów, że moim  
zdaniem piramida Cheopsa wcale nie jest Cheopsa, nie mówiąc już o tym, by  
zawierała jakiś grób. Cóż więc takiego może się ewentualnie znajdować za  

background image

kamiennymi drzwiczkami przegradzającymi szyb Gantenbrinka? Przypuszczalnie to  
samo, co w innych, nie odkrytych jeszcze komorach: wszelkiego rodzaju pisma i  
dokumenty, o których pisali arabscy historycy z Xiv wieku. David Keys zwrócił  
uwagę na jeszcze jedną osobliwość: otóż różnica poziomów między komorą królowej  
a komorą królewską wynosi 21,57¦m, a więc dokładnie tyle samo, co między komorą  
królewską a drzwiczkami na końcu szybu Gantenbrinka. Przypadek czy wyraźny  
sygnał mówiący o istnieniu kolejnej komory? Profesor Dietrich Wildung, który w  
artykule dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung" kłamliwie przypisał mi coś, czego  
nigdy nie powiedziałem, jest zarazem prezydentem Międzynarodowego Stowarzyszenia  
Egiptologów. W wywiadzie dla pewnej rozgłośni radiowej wygłosił następujący  
pogląd: "Nie łudzimy się, że naszymi materiałami, naszymi produktami musimy  
zadowolić każdego [...] Zadowalająca wszystkich wizja pełnej archeologii dla  
każdego to bzdura, to po prostu coś źle pomyślanego" (145 ). Skoro sami szefowie  
gildii egiptologów tak właśnie myślą, to nic dziwnego, że za nic sobie mają  
opinię publiczną. I tak wiedzą, że w piramidzie Cheopsa nie ma prawa niczego być  
- więc po co jeszcze czytać i wysłuchiwać opinii jakichś tam niespecjalistów? W  
zasadzie, z jakiej racji finansuje się ze środków publicznych poczynania tych  
udzielnych książąt? Książęta również nigdy nie zdawali poddanym relacji z tego,  
co robią. Eksperci DAI zamierzają obecnie zbadać szyb północny odchodzący od  
komory królowej. O tym samym myślał także Rudolf Gantenbrink. Ja jednak  
chciałbym zapytać, czemu nikt nie pomyśli o tym, żeby najpierw dokończyć to, co  
już rozpoczęto? Istnieje wiele propozycji, w jaki sposób otworzyć, przewiercić  
czy nawet rozpuścić kwasem odkryte przez robota drzwiczki. Dlaczego nagle  
odrzuca się opinię, współpracę i fachową wiedzę Rudolfa Gantenbrinka? Jak to  
możliwe, by uczeni, którzy zazwyczaj są przecież całkiem rozsądni i nie  
pozbawieni poczucia humoru, zachowali się do tego stopnia dziwacznie i z taką  
niechęcią? Wydaje mi się, że chodzi tu o coś więcej niż o zwykłą zawiść.  
Przedstawiciele dumnej egiptologii czują się w głębi duszy urażeni, ponieważ oto  
komuś spoza kręgu archeologów udało się dokonać niespodziewanego odkrycia. Są  
wściekli, ponieważ Gantenbrink rozmawiał z prasą. Czy dorośli mogą zachowywać  
się jak krnąbrne dzieciuchy? A może tak naprawdę próbuje się po prostu zataić  
to, co mogłoby się ukazać za tymi drzwiczkami? Czyżby chodziło o to, by na razie  
uchronić dotychczasowy dogmat przed niedowiarkami i najpierw potajemnie  
posortować to, co przez tysiące lat leżało w ukryciu? Nic nie pomoże reagowanie  
złością na taki zarzut. Fakt pozostaje faktem - kompetentni naukowcy z Egiptu  
nie życzą sobie publicznych wystąpień, chyba że będą to ocenzurowane komentarze  
kogoś z ich własnego obozu. Żaden dziennikarz, żaden neutralny obserwator nie  
może być obecny przy dalszych badaniach szybu Gantenbrinka, przy przebijaniu czy  
przewiercaniu tajemniczych drzwiczek. Żadna kamera telewizyjna nie może wysyłać  
w świat obrazów ani pokazać ścian szybu ze wszystkimi szczegółami. Żadna grupa  
naukowców z innych dziedzin nie ma prawa sprawdzić wyników analiz metalu okuć. A  
cała ta dziecinna zabawa w tajemnice ma rzekomo służyć tylko temu, by  
egiptolodzy mogli spokojnie i nie nagabywani przez nikogo pracować. Jak  
najbardziej rozumiem takie pragnienie, lecz przecież tym razem nie chodzi o  
jakiś tam pozbawiony znaczenia grobowiec, lecz o Wielką Piramidę, która od  
tysięcy lat fascynuje ludzkość. Chodzi o najpotężniejszą budowlę na naszej  
planecie, o jeden z cudów świata, o monument, wokół którego przez tysiąclecia  
narosły niezliczone legendy i przekazy. Nawet bez zbiegowiska i ciżby  
dziennikarzy egiptologia zaprzepaszcza właśnie jedyną w swoim rodzaju szansę, by  
zademonstrować światowej opinii publicznej swoje precyzyjne i nieskazitelne pod  

background image

względem naukowym podejście. Marnuje okazję, by raz na zawsze jasno i wyraźnie  
zademonstrować wszystkim fantastom i kombinatorom, wietrzącym wszędzie tajemnice  
i spiski, co jest faktem, a co nie. A może ktoś się obawia, że na końcu szybu  
Gantenbrinka mogłoby się jednak coś znajdować? Dawni archeologowie nie byli pod  
tym względem aż tak małostkowi. Kiedy otwierano grobowiec Tutenchamona czy  
królowej Sechemchet, jednak dopuszczono obecność dziennikarzy. Dziś istnieją  
globalne sieci informacyjne, więc przekazywane "na żywo" przez kamerę robota  
obrazy z Wielkiej Piramidy dotarłyby jednocześnie do wszystkich domów. Wcale nie  
potrzeba do tego hordy dziennikarzy w komorze królowej, specjaliści mogą  
spokojnie i rzetelnie wykonywać swoją pracę. Ale muszą to być obrazy  
przekazywane |na |żywo, dokładnie w momencie dokonywania odkrycia, a nie  
pokazane dopiero w parę dni, tygodni czy miesięcy później, przycięte i opatrzone  
gładkim komentarzem. Wyobraźmy sobie, że Amerykanie trzymaliby w tajemnicy  
wydarzenie takie, jak lądowanie na Księżycu i dopiero w parę tygodni później  
NASA udostępniłaby ocenzurowaną relację. Okrzyki oburzenia byłyby jak  
najbardziej uzasadnione. Co wy chcecie przed nami zataić? Dlaczego nie gracie od  
samego początku w otwarte karty? Dlaczego podatnicy mają finansować organizację,  
która traktuje ich jak smarkaczy? Egiptolodzy z DAI i Egipskiego Zarządu  
Starożytności unikają otwartości. Kto się boi otwartości i okrywa swoje  
działania płaszczykiem milczenia - ten ma coś do zatajenia. Jeśli zaś ktoś chce  
coś przemilczeć, to musi potem czymś zamydlić oczy. Dopóki "polityka  
informacyjna" egiptologów ograniczać się będzie do stwarzania atmosfery  
tajemnicy i rzucania od czasu do czasu ochłapów informacji, opinia publiczna nie  
ma najmniejszych powodów, by dawać wiarę ich oświadczeniom. Żeby wystąpiło nie  
wiadomo ilu szacownych uczonych obwieszczających z poważnymi minami, że za  
drzwiczkami zamykającymi szyb Gantenbrinka, tak jak się tego spodziewano, nic  
nie ma, to krytyczna opinia publiczna i tak w to nie uwierzy. Szansa została  
zaprzepaszczona. Już zresztą starożytny rzymski historyk Cornelius Tacitus (55- 
120 po Chr.) powiadał: "Kto złości się z powodu krytyki, przyznaje, że na nią  
zasłużył."