background image

BunT KaInA

BunT KaInA

BunT KaInA

BunT KaInA    

www.StephenKing.one.pl 

 

PrzełoŜył: Rafał Wilkoński

 

 

 
 

   Garrish  schronił  si

ę

  przed  ostrym  blaskiem  majowego  sło

ń

ca  w  chłód  hallu  akademika. 

Min

ę

ło  kilka  dobrych  chwil,  zanim  jego  oczy  przywykły  do  panuj

ą

cego  wewn

ą

trz  budynku 

półmroku, dlatego tez na samym pocz

ą

tku Harry, którego przezywano Bobrem, objawił mu si

ę

 

jako bezcielesny głos dobiegaj

ą

cy z cienia. 

-  Ale nam zadali bobu, sam powiedz - gor

ą

czkował si

ę

 Bóbr. - To prawdziwe cholerstwo, no 

nie? 
-   Aha - potwierdził Garrish. - Było ci

ęŜ

ko. 

   Teraz  dopiero  zdołał  dostrzec  Bobra.  Chłopak  tarł  dłoni

ą

  usiane  pryszczami  czoło,  a  pot 

perlił mu si

ę

 nawet pod oczami. Na nogach miał sandały, a ubrany był w sportow

ą

 koszulk

ę

 z 

krótkim  r

ę

kawem  i numerem  69.  Do koszuli miał  przypi

ę

ty okr

ą

gły znaczek z napisem,  który 

głosił, 

Ŝ

e niejaki Pip

ś

ci

ń

ski  to szuja i gnojek. Olbrzymie wystaj

ą

ce  siekacze Bobra  ja

ś

niały w 

ponurym mroku westybulu. 
-  A miałem zamiar da

ć

 sobie z tym spokój jeszcze w styczniu, zamieni

ć

 na cokolwiek innego - 

zwierzał si

ę

 Bóbr. - Wci

ąŜ

 mówiłem sobie: zdecyduj si

ę

, póki jest jeszcze czas. I wtedy termin 

na  zamian

ę

  min

ą

ł,  no  i  musiałem  albo  zdawa

ć

  to  dziadostwo,  albo  mie

ć

  tyły.  My

ś

l

ę

Ŝ

oblałem, Curt. Jak Boga kocham. 
   Kierowniczka  akademika  stała  na  rogu,  przy  przegródkach  na  poczt

ę

.  Była  to  niezwykle 

wysoka  kobieta,  z  urody  przypominaj

ą

ca  nieco  Rudolfa  Valentino.  Jedn

ą

  dło

ń

  trzymała 

wła

ś

nie w krótkim r

ę

kawie sukienki, usiłuj

ą

c wsun

ąć

 na miejsce rami

ą

czko halki, które jej si

ę

 

zsun

ę

ło,  drug

ą

  za

ś

  w  tym  samym  czasie  przytwierdzała  do  tablicy  ogłosze

ń

  kartk

ę

  z 

ostateczn

ą

 dat

ę

 opuszczenia akademika. 

-   Tak, ci

ęŜ

ko było - powtórzył Garrish. 

-   Chciałem 

ś

ci

ą

gn

ąć

 troch

ę

 od ciebie, ale zabrakło mi odwagi, jak Boga kocham. Ten facet 

ma sokoli wzrok. My

ś

lisz, 

Ŝ

e zdałe

ś

 na pi

ą

tk

ę

-   By

ć

 mo

Ŝ

e nawet oblałem - powiedział Garrish. 

Bobrowi opadła szcz

ę

ka. 

-   Naprawd

ę

 my

ś

lisz, 

Ŝ

e mogłe

ś

 obla

ć

? Ty? Naprawd

ę

 my

ś

lisz, 

Ŝ

e... 

-   Teraz id

ę

 wzi

ąć

 prysznic, dobra? 

-   Jasne, Curt. No pewnie, id

ź

. Czy to był twój ostatni egzamin? 

-   Aha - potwierdził Garrish. - To był mój ostatni egzamin. 
   Garish  przeci

ą

ł  holl  i  pchn

ą

ł  drzwi  prowadz

ą

ce  na  klatk

ę

  schodow

ą

.  Klatka  pachniała  jak 

bokserski ochraniacz naj

ą

dra po wyj

ą

tkowo zajadłej walce. Który to ju

Ŝ

 raz szedł tymi starymi 

schodami? Jego pokój znajdował si

ę

 na pi

ą

tym pi

ę

trze. 

   Quinn  i  jeszcze  jeden  idiota  z  trzeciego  o  obficie  owłosionych  goleniach  stali  po 
przeciwległych  stronach  klatki  jak  kolumny,  przerzucaj

ą

c  si

ę

  piłk

ą

  do  softballu.  Jaki

ś

  niski 

facecik patrz

ą

c bł

ę

dnym wzrokiem przez szkła okularów w rogowej oprawie, połyskuj

ą

ce nad 

wojownicz

ą

 kozi

ą

 bródk

ą

z tablicami logarytmicznymi przyci

ś

ni

ę

tymi do piersi jak Biblia, min

ą

ł go pomi

ę

dzy czwartym a 

pi

ą

tym, nieprzerwanie poruszaj

ą

c wargami i mamrocz

ą

c pod nosem litanie wzorów. Oczy miał 

puste jak wytarte tablice. 
   Garrish zatrzymał si

ę

, by spojrze

ć

 za nim, my

ś

l

ą

c sobie, czy dla chłopaka nie byłoby lepiej, 

gdyby nie 

Ŝ

ył,  ale po  małym go

ś

ciu pozostał ju

Ŝ

 tylko chybocz

ą

cy i malej

ą

cy cie

ń

 na 

ś

cianie. 

Cie

ń

  zachybotał  si

ę

  raz  jeszcze  i  znikn

ą

ł  zupełnie.  Garrish  wspi

ą

ł  si

ę

  na  pi

ą

te  pi

ę

tro  i  ruszał 

korytarzem  w  stron

ę

  swojego  pokoju.  Prosiak  wyjechał  ju

Ŝ

  dwa  dni  temu.  Cztery  ko

ń

cowe 

egzaminy  w  trzy  dni  systemem  zaku

ć

-zda

ć

-zapomnie

ć

,  trzaska-prask  i  do  chaty.  Prosiak 

umiał  si

ę

 urz

ą

dzi

ć

.  Pozostało po nim  jedynie kilka  rozebranych  babek przypi

ę

tych do 

ś

ciany, 

dwie  brudne  skarpetki  frote',  ka

Ŝ

da  z  innej  pary,  i  fajansowa  karykatura  Rodinowskiego 

"My

ś

liciela" siedz

ą

cego w zadumie na klozecie. 

   Garrish wło

Ŝ

ył klucze do dziurki i przekr

ę

cił. 

-   Curt! Hej, Curt! 
   Rollins,  ten  skretyniały  gospodarz  pi

ę

tra,  przez  którego  Jimmy  Brody  znalazł  sie  na 

dywaniku u dziekana za pija

ń

stwo, zbli

Ŝ

ał si

ę

 wła

ś

nie korytarzem, machaj

ą

c do Garrisha r

ę

k

ą

background image

Wysoki, 

dobrze 

zbudowany, 

krótko 

ostrzy

Ŝ

ony, 

symetryczny. 

Sprawiał 

wra

Ŝ

enie 

wypolerowanego na wysoki połysk. 
-   Zdałe

ś

 ju

Ŝ

 wszystko? - zapytał Rollins. 

-   Aha. 
-   Nie zapomnij zamie

ść

 podłogi w pokoju i wypełnij protokół jego zdania, dobrze? 

-   Aha. 
-   Wsun

ą

łem ci formularz pod drzwi w zeszły czwartek, prawda? 

-   Aha. 
-  Je

ś

li  nie  b

ę

dzie  mnie  w  pokoju,  to  wsu

ń

  wypełniony  protokół  pod  moje  drzwi  razem  z 

kluczem. 
-   Dobra. 
   Rollins  u

ś

cisn

ą

ł  mu  dło

ń

  i  energicznie  ni

ą

  potrz

ą

sn

ą

ł.  Dło

ń

  Rollins  była  sucha,  pokryta 

szorstk

ą

 skór

ą

Ś

ciskaj

ą

c j

ą

, mo

Ŝ

na było odnie

ść

 wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e nabrało si

ę

 pełn

ą

 gar

ść

 soli.  

          -   

ś

ycz

ę

 ci miłych wakacji. 

          -   Dzi

ę

ki. 

-   Tylko si

ę

 nie przepracowywuj. 

-   Nie ma obaw. 
-   Pou

Ŝ

ywaj sobie, ale nie nadu

Ŝ

ywaj. 

          -   Z ch

ę

ci

ą

 i bro

ń

 Bo

Ŝ

e. 

   Przez  chwil

ę

  Rollins  stał  zmieszany,  nic  nie  rozumiej

ą

c,  ale  zaraz  potem  wybuchn

ą

ł 

ś

miechem. 

   -  No,  to  trzymaj  si

ę

.  -  Poklepał  Garrisha  po  ramieniu,  a  nast

ę

pnie  odszedł  korytarzem, 

zatrzymuj

ą

c si

ę

 tylko raz, aby upomnie

ć

 Rona Frane,a, by 

ś

ciszy

ć

 magnetofon. Garrish był w 

stanie wyobrazi

ć

 sobie Rollinsa martwego w przydro

Ŝ

nym rowie z larwami much wy

Ŝ

eraj

ą

cymi 

mu oczy. Albo my po

Ŝ

remy 

ś

wiat, albo 

ś

wiat po

Ŝ

re nas. Niezale

Ŝ

nie  

od tego, kto kogo, wszystko jest w najlepszym porzadku. 
   Garrish  stał  zamy

ś

lony,  patrz

ą

c  w 

ś

lady  za  Rollinsem,  dopóki  ten  nie  znikn

ą

ł  z  pola 

widzenia, a nast

ę

pnie wszedł do swojego pokoju. 

   Teraz,  kiedy  wszystkie  klamoty  Prosiaka-  na  ogół  rozwłóczone  w  straszliwym  nieładzie  jak 
po  przej

ś

ciu  tornadoznikn

ą

łe  wraz  ze  swoim  wła

ś

cicielem,  pokój  wydawał  si

ę

  ogołocony  i 

sterylny.  Na  łó

Ŝ

ku  współlokatora  po  skołtunionym  barłogu  ze  zmi

ę

tej  i  pokr

ę

conej  po

ś

cieli 

pozostał  jedynie  goły  i  czysty  materac,  je

ś

li  nie  liczy

ć

  kilku  plam  po  nocnych  polucjach.  Nad 

łó

Ŝ

kiem  dwa  kociaki  na  rozkładówkach  z  "Playboya"  spogl

ą

dały  zalotnie,  unieruchomione  w 

kusz

ą

cych dwuwymiarowych pozach. 

   W  cz

ęś

ci  pokuj  nale

Ŝą

cy  do  Garrisha,  zazwyczaj  bij

ą

cej  w  oczy  koszarowym  porz

ą

dkiem, 

nie  wida

ć

  było  wi

ę

kszych  zmian.  Gdyby  spu

ś

ci

ć

 

ć

wier

ć

dolarow

ą

  monet

ę

  na  równiutko 

naci

ą

gni

ę

ty  koc  przykrywaj

ą

cy  porz

ą

dnie  zasłanie  łó

Ŝ

ko,  z  pewno

ś

ci

ą

  odbiłaby  si

ę

  jak  od 

gimnastycznej  batut.  Cał

ą

  ta  schludno

ść

  nie

ź

le  działała  Prosiakowi  na  nerwy.  Nazywał 

Garrisha pedancikiem. Jedyn

ą

 rzecz

ą

 zajmuj

ą

c

ą

 

ś

cian

ę

  

nad  łó

Ŝ

kiem  Garrisha  było  olbrzymie  zdj

ę

cie  Humphreya  Bogarta,  które  kupił  w 

uniwersyteckiej  ksi

ę

garni.  Bogie  miał  spodnie  na  szelkach  i  w  ka

Ŝ

dej  z  dłoni  trzymał  pistolet 

automatyczny.  Prosiak  twierdził, 

Ŝ

e  zarówno  pistolety,  jak  i  szelki  to  symbol  impotencji. 

Garrish w

ą

tpił, 

Ŝ

eby Bogart był impotentem, aczkolwiek nigdy nic o nim nie czytał. 

   Podszedł  do  szafy,  wło

Ŝ

ył  kluczyk  w  drzwi  i  otworzył  je,  po  czym  wyj

ą

ł  ze 

ś

rodka  wielki 

sztucer  magnum,  kalibru  .325  z  orzechow

ą

  kolb

ą

,  który  jego  ojciec,  kapłan  ko

ś

cioła 

metodystów,  sprezentował  mu  na  gwiazdk

ę

.  W  marcu  sam  dokupił  do  niego  celownik 

teleskopowy. 
   Trzymanie  broni  w  pokoju  było  surowo  zabronione,  dotyczyło  to  tak

Ŝ

e  strzelb  my

ś

liwskich, 

ale  nie  było  z  tym  wi

ę

kszych  problemów.  Odebrał  sztucer  z  uniwersyteckiej  przechowalni na 

podstawie sfałszowanej obiegówki. Schował go do nieprzemakalnego skórzanego pokrowca i 
ukrył  w  lasku  za  boiskiem  do  futbolu.  Tej  nocy,  o  trzeciej  nad  ranem  wyszedł  z  akademika  i 
wniósł go na pi

ę

tro przez u

ś

pione korytarze. 

   Usiadł na łó

Ŝ

ku z broni

ą

 na kolanach i przez chwil

ę

 popłakał. „My

ś

liciel” przypatrywał mu si

ę

 

ze swojego sedesu. Garrish uło

Ŝ

ył sztucer na łó

Ŝ

ku, przeszedł przez pokój i zwalił figurk

ę

 ze 

stolika  Prosiaka  na  podłog

ę

,  gdzie  roztrzaskała  si

ę

  na  drobne  kawałeczki.  Wtedy  usłyszał 

pukanie do drzwi. 
   Szybkim ruchem wsun

ą

ł strzelb

ę

 pod łó

Ŝ

ko. 

   - Prosz

ę

   W  drzwiach  stan

ą

ł  Bailey  ubrany  w 

ś

mieszn

ą

  jednocz

ęś

ciow

ą

  pid

Ŝ

am

ę

  zapinan

ą

  z  przodu 

na  guziki.  Oczywi

ś

cie  był  porozpinany,  a  z  p

ę

pka  wystawał  mu  kł

ę

bek  waty.  Bailey  nie  miał 

przed sob

ą

 

Ŝ

adnej przyszło

ś

ci. Na pewno o

Ŝ

eni si

ę

 z głupi

ą

 g

ę

si

ą

 i b

ę

dzie miał głupie dzieci. 

ź

niej umrze na raka lub niewydolno

ść

 nerek. 

background image

-

 

Jak tam ko

ń

cowy z chemy, Curt? 

-

 

W porz

ą

siu. 

-

 

Mógłby

ś

 mi po

Ŝ

yczy

ć

 swoich notatek. Podchodz

ę

 jutro. 

-

 

Spaliłem je dzi

ś

 rano ze wszystkimi 

ś

mieciami. 

-

 

Aha. O Jezu! Czy prosiak sam to zrobił?- Wskazał palcem na resztki po „My

ś

licielu”. 

-

 

Chyba tak. 

-

 

Ciekawe, co mu odbiło? Podobał mi si

ę

 ta figurka. Chciałem ja od niego odkupi

ć

. – Baily 

miał  ostre,  szczurze  rysy.  Jego  pid

Ŝ

ama  była  cała w strz

ę

pach  i miała mocno wypchane 

siedzenie.  Garrish  mógł  go  sobie  wyobrazi

ć

  umieraj

ą

cego  na  rozedm

ę

  płuc  lub  inne 

choróbsko w namiocie tlenowym. Niemal widział jego po

Ŝ

ółkł

ą

 twarz. Mógłbym ci pomóc, 

pomy

ś

lał Garrish. 

-

 

My

ś

lisz, 

Ŝ

e miałby co

ś

 przeciwko temu, 

Ŝ

ebym przyj

ą

ł te laski? 

-

 

Chyba nie. 

-

 

To  fajnie.-  Baily  przeszedł  przez  pokój,  ostro

Ŝ

nie  stawiaj

ą

c  na  podłodze  gołe  stopy,  aby 

nie wdepn

ąć

 w ceramiczne okruchy, odczepił rozkładówki. 

-

 

Ten plakat Bogarta te

Ŝ

 jest ekstra. Niby nie ma tu 

Ŝ

adnych cycków, ale mimo to klasa, co 

nie?-  Bailey  spojrzał  na  Garrisha,  czekaj

ą

c,  czy  si

ę

  roze

ś

mieje.  Nie  doczekawszy  si

ę

ci

ą

gn

ą

ł dalej: - Mam nadziej

ę

Ŝ

e nie planujesz wyrzuci

ć

 go do 

ś

mieci? 

-

 

Nie. Planuj

ę

 wła

ś

nie wzi

ąć

 prysznic. 

-

 

Jasne, jasne. No to miłych wakacji, je

ś

li si

ę

 ju

Ŝ

 nie zobaczymy. 

-

 

Dzi

ę

ki. 

Bailey  ruszył  z  powrotem  do  drzwi,  obracaj

ą

c  ku  Garrishowi  obwisłe  siedzenie  swojej 

jednocz

ęś

ciowej pi

Ŝ

amy. W drzwiach zatrzymał si

ę

-

 

Znów 

ś

rednia powy

Ŝ

ej czterech w tym semestrze? 

-

 

Co najmniej. 

-

 

Nie

ź

le. No to do nast

ę

pnego roku. 

Wyszedł,  zamykaj

ą

c  za  sob

ą

  drzwi.  Garrish  siedział  przez  chwil

ę

  na  skraju  łó

Ŝ

ka,  potem 

wyci

ą

gn

ą

ł spod niego bro

ń

, wyj

ą

ł z pokrowca, rozło

Ŝ

ył i wyczy

ś

cił. Po chwili uniósł wylot lufy na 

wysoko

ść

 oka i spojrzał na malutki kr

ąŜ

ek 

ś

wiatła po jej drugiej stronie. Lufa była czy

ś

ciutka. 

Z powrotem zło

Ŝ

ył sztucer. 

   W  trzeciej  szufladzie  jego  biurka  znajdowały  si

ę

  trzy  ci

ęŜ

kie  pudełka  amunicji  do 

winchestera. Uło

Ŝ

ył je na parapecie. Zamkn

ą

ł drzwi pokoju na klucz i wrócił do okna. Podniósł 

Ŝ

aluzje. 

   Po  zalanym  sło

ń

cem  i  obro

ś

ni

ę

tym  soczyst

ą

  zieleni

ą

  deptaku  przechadzały  si

ę

  tłumy 

studentów.  Quinn  wraz  ze  swym  matołkowatym  przyjacielem  markowali  na  trawie  co

ś

  w 

rodzaju  dwuosobowego  softballu.  Biegali  bezładnie  tam  i  z  powrotem  jak  pokiereszowane 
mrówki umykaj

ą

ce z zawalonego korytarza mrowiska. 

-

 

Powiem ci co

ś

 – Garrish zwrócił si

ę

 do Bogiego. – Bóg w

ś

ciekł si

ę

 na  

Kaina,  poniewa

Ŝ

  Kainowi  wydawało  si

ę

Ŝ

e  Bóg  jest  wegetarianinem.  Jego  brat  był  lepiej 

zorientowany.  Bóg stworzył 

ś

wiat na swój obraz i podobie

ń

stwo, wi

ę

c je

ś

li  ty nie jesz 

ś

wiata, 

ś

wiat je ciebie. Wi

ę

c Kain zapytał brata: „Czemu

ś

 mi nic nie powiedział?”. A na to braciszek: 

„Czemu

ś

 nie słuchał?”. Wtedy Kain rzekł: „Dobra, teraz posłucham”. Po czym załatwił swego 

braciszka  i  mówi:  „Hej,  Bo

Ŝ

e?  Chcesz  mi

ę

ska!  To  masz,  cz

ę

stuj  si

ę

!  Wolisz  gulasz  czy 

Ŝ

eberka,  a  mo

Ŝ

e  abelburgery?”.  A  wtedy  Bóg  powiedział  mu, 

Ŝ

eby  spadał.  Wiec...  co  o  tym 

my

ś

lisz ? 

   Ze strony Bogiego nie padła 

Ŝ

adna odpowied

ź

   Garrish otworzył podnoszone do góry okno i uło

Ŝ

ył łokcie na parapecie, nie pozwalaj

ą

c, aby 

lufa jego trzystapi

ęć

dziesi

ą

tkidwójki wysun

ę

ła si

ę

 na 

ś

wiatło dzienne. Spojrzał w celownik. 

   Mierzył  w 

Ŝ

e

ń

ski akademik  znajduj

ą

cy si

ę

 po  drugiej stronie  deptaka. Akademik ten znano 

powszechnie pod nazw

ą

 „psiarnia”. Na przeci

ę

ciu linii celownika znalazł si

ę

 du

Ŝ

y ford kombi. 

Jaka

ś

  blondyneczka  wbita  w  d

Ŝ

insy  i  niebiesk

ą

  bluzeczk

ę

  na  rami

ą

czkach  rozmawiała  ze 

swoj

ą

  mam

ą

,  podczas  gdy  ojczulek,  łysiej

ą

cy  m

ęŜ

czyzna  cały  czerwony  na  twarzy,  ładował 

walizki do tylnej cz

ęś

ci samochodu. 

   Kto

ś

 zapukał do drzwi. 

   Garrish odczekał w ciszy. 
   Pukanie powtórzyło si

ę

-

 

Curt? Dam ci pół brudasa za ten poster z Bogartem. 

           Bailey. 
           Garrish nie odpowiedział. Dziewczyna i jej matka z czego

ś

 si

ę

 rado

ś

nie 

ś

miały, nie zdaj

ą

c    

         sobie sprawy, 

Ŝ

e w ich jelitach kr

ąŜą

 mikroby, od

Ŝ

ywiaj

ą

ce si

ę

, dziel

ą

ce, rozmna

Ŝ

aj

ą

ce.   

         Ojciec studentki podszedł do nich i tak stali razem w sło

ń

cu, tworz

ą

c sielankowy rodzinny   

background image

         portret w okr

ą

głych ramach celownika.

 PrzełoŜył: ZBIGNIEW A. KRÓLICKI

 

-

 

Do diabła!- zakl

ą

ł Bailey. Odgłos jego kroków zacz

ą

ł oddala

ć

 si

ę

 korytarzem. 

   Garrish nacisn

ą

ł spust. 

   Poczuł  silne  uderzenie  w  rami

ę

-  przyjemne,  gwałtowne  szarpniecie,  jakie  zawsze  czuje 

strzelec,  gdy  precyzyjne  uło

Ŝ

y  kolb

ę

  broni  we  wła

ś

ciwym  miejscu.  Roze

ś

miana  twarz 

blondynki znikn

ę

ła, jakby nagle co

ś

 obci

ę

ło jej głow

ę

   Jej  mama 

ś

miała  si

ę

  jeszcze  przez  moment,  lecz  po  chwili  jej  dło

ń

  pow

ę

drował  do  ust. 

Przez  palce  przes

ą

czył  si

ę

  okropny  krzyk  przera

Ŝ

enia.  Garrish  strzelił  w  miejsce,  sk

ą

d  si

ę

 

wydobywał. Dło

ń

 i głowa znikn

ę

ły w czerwonym rozbryzgu. M

ęŜ

czyzna, który ładował baga

Ŝ

e, 

rzucił si

ę

 do niezdarnej, panicznej ucieczki. 

   Garrish przez chwil

ę

 wodził za nim luf

ą

, po czy strzelił mu w plecy. Nast

ę

pnie uniósł głow

ę

 i 

rozejrzał si

ę

 ponad celownik. Quinn 

ś

ciskał w r

ę

ce piłk

ę

 do softballu, wpatruj

ą

c si

ę

 w mózg w 

mózg  blondynki  rozchlapany  na  znaku  zakazu  parkowania,  wymalowanym  na  betonie  za  jej 
rozci

ą

gni

ę

tym  horyzontalnie  ciałem,  le

Ŝą

cym  twarz

ą

  do  ziemi.  Quinn  nie  był  w  stanie  si

ę

 

poruszy

ć

. Wszyscy ludzie na deptaku zamarli, niczym dzieci bawi

ą

ce si

ę

 w „pomnik”. 

   Kto

ś

 załomotał do drzwi, a nast

ę

pnie zacz

ą

ł op

ę

ta

ń

czo szarpa

ć

 za klamk

ę

.  

-

 

Curt? Nic ci si

ę

 nie stało, Curt? Chyba kto

ś

... 

-

 

Jest napitek, jest mi

ę

siwo! Dobry Bo

Ŝ

e, jedz, a 

Ŝ

ywo!- zawołał Garrish  

na  cały głos i wymierzył  w Quinna.  Szarpn

ą

ł za spust, zamiast go  powoli  przycisn

ąć

 i pocisk 

chybił  celu.  Quinn  rzucił  si

ę

  do  ucieczki.  Co  za  problem.  Drugi  strzał  trafił  Quinna  w  kark  z 

tak

ą

 sił

ą

Ŝ

e chłopak przeleciał z sze

ść

 metrów, zanim upadł na ziemi

ę

.  

-

 

Curt Garrish strzela do siebie!- wrzeszczał Bailey. – Rollins! Rollins!  

Chod

ź

 tu pr

ę

dko! 

   Ponownie tupot jego stóp ucichł w gł

ę

bi korytarza. 

   Teraz  ju

Ŝ

  wszyscy  rozbiegli  si

ę

  w  panice.  Garrish  słyszał  ich  przera

Ŝ

one  krzyki.  Słyszał 

gor

ą

czkowe tupanie w alejkach. 

   Spojrzał  na  Bogiego.  Bogie  trzymał  w  dłoniach  swoje  pistolety  i  patrzył  gdzie

ś

  ponad  nim. 

Garrish  spojrzał  na  pokruszone  resztki  „My

ś

liciela”,  który  nale

Ŝ

ał  do  Prosiaka,  i  zastanawiał 

si

ę

, co te

Ŝ

 jego współlokator mo

Ŝ

e robi

ć

 w tej chwil, czy jeszcze odsypia sesj

ę

, czy ogl

ą

da co

ś

 

w  telewizji,  czy te

Ŝ

 zafundował sobie jakie

ś

 wspaniałe 

Ŝ

arcie. Jedz 

ś

wiat, Prosiaku, pomy

ś

lał 

w duchu Garrish. Łykaj go wielkimi k

ę

sam. 

-

 

Garrish!- tym razem był to Rollins, wal

ą

cy pi

ęś

ciami w drzwi. – Otwieraj, Garrish! 

-

 

Zamkni

ę

te na klucz- dyszał Bailey. – Wygl

ą

dał dzi

ś

 okropnie, zabił si

ę

  

jak nic, jestem tego pewny. 
   Garrish  znów  wysun

ą

ł  luf

ę

  przez  okno.  Jaki

ś

  chłopak  w madrasowej koszuli przykucn

ą

ł za 

krzakiem, rozbieganymi oczami z desperacj

ą

 omiataj

ą

c okna akademiku. Garrish wiedział, 

Ŝ

tamten ma ochot

ę

 ucieka

ć

 stamt

ą

d jak najdalej, ale nogi odmawiały mu posłusze

ń

stwa. 

-

 

Dobra Bo

Ŝ

e, jedz, a 

Ŝ

ywo- wymruczał Garrish i ponownie nacisn

ą

ł spust. 

 
 
 

Przepisywał: PAVEL 
www.StephenKing.one.pl