background image

Stephen King 

Bunt Kaina 

 

 

 

      Garrish  schronił  si

ę

  przed  ostrym  blaskiem  majowego  sło

ń

ca  w  chłód  hallu  akademika. 

Min

ę

ło  kilka  dobrych  chwil,  zanim  jego  oczy  przywykły  do  panuj

ą

cego  wewn

ą

trz  budynku 

półmroku,  dlatego  tez  na  samym  pocz

ą

tku  Harry,  którego  przezywano  Bobrem,  objawił  mu 

si

ę

 jako bezcielesny głos dobiegaj

ą

cy z cienia. 

-    Ale nam zadali bobu, sam powiedz - gor

ą

czkował si

ę

 Bóbr. - To prawdziwe cholerstwo, no 

nie? 
-      Aha - potwierdził Garrish. - Było ci

ęż

ko. 

      Teraz  dopiero  zdołał  dostrzec  Bobra.  Chłopak  tarł  dłoni

ą

  usiane  pryszczami  czoło,  a  pot 

perlił mu si

ę

 nawet pod oczami. Na nogach miał sandały, a ubrany był w sportow

ą

 koszulk

ę

 z 

krótkim r

ę

kawem i numerem 69. Do koszuli miał przypi

ę

ty okr

ą

gły  znaczek z napisem,  który 

głosił, 

ż

e niejaki Pip

ś

ci

ń

ski to szuja i gnojek. Olbrzymie wystaj

ą

ce siekacze Bobra ja

ś

niały w 

ponurym mroku westybulu. 
-    A miałem zamiar da

ć

 sobie z tym spokój jeszcze w styczniu, zamieni

ć

 na cokolwiek innego 

-  zwierzał  si

ę

  Bóbr.  -  Wci

ąż

  mówiłem  sobie:  zdecyduj  si

ę

,  póki  jest  jeszcze  czas.  I  wtedy 

termin na zamian

ę

 min

ą

ł, no i musiałem albo zdawa

ć

 to dziadostwo, albo mie

ć

 tyły. My

ś

l

ę

ż

oblałem, Curt. Jak Boga kocham. 
      Kierowniczka  akademika  stała  na  rogu,  przy  przegródkach  na  poczt

ę

.  Była  to  niezwykle 

wysoka  kobieta,  z  urody  przypominaj

ą

ca  nieco  Rudolfa  Valentino.  Jedn

ą

  dło

ń

  trzymała 

wła

ś

nie w krótkim r

ę

kawie sukienki, usiłuj

ą

c wsun

ąć

 na miejsce rami

ą

czko halki, które jej si

ę

 

zsun

ę

ło,  drug

ą

  za

ś

  w  tym  samym  czasie  przytwierdzała  do  tablicy  ogłosze

ń

  kartk

ę

  z 

ostateczn

ą

 dat

ę

 opuszczenia akademika. 

-      Tak, ci

ęż

ko było - powtórzył Garrish. 

-      Chciałem 

ś

ci

ą

gn

ąć

 troch

ę

 od ciebie, ale zabrakło mi odwagi, jak Boga kocham. Ten facet 

ma sokoli wzrok. My

ś

lisz, 

ż

e zdałe

ś

 na pi

ą

tk

ę

-      By

ć

 mo

ż

e nawet oblałem - powiedział Garrish. 

Bobrowi opadła szcz

ę

ka. 

-      Naprawd

ę

 my

ś

lisz, 

ż

e mogłe

ś

 obla

ć

? Ty? Naprawd

ę

 my

ś

lisz, 

ż

e... 

-      Teraz id

ę

 wzi

ąć

 prysznic, dobra? 

-      Jasne, Curt. No pewnie, id

ź

. Czy to był twój ostatni egzamin? 

-      Aha - potwierdził Garrish. - To był mój ostatni egzamin. 
      Garish  przeci

ą

ł  holl  i  pchn

ą

ł  drzwi  prowadz

ą

ce  na  klatk

ę

  schodow

ą

.  Klatka  pachniała  jak 

bokserski ochraniacz naj

ą

dra po wyj

ą

tkowo zajadłej walce. Który to ju

ż

 raz szedł tymi starymi 

schodami? Jego pokój znajdował si

ę

 na pi

ą

tym pi

ę

trze. 

      Quinn  i  jeszcze  jeden  idiota  z  trzeciego  o  obficie  owłosionych  goleniach  stali  po 
przeciwległych  stronach  klatki  jak  kolumny,  przerzucaj

ą

c  si

ę

  piłk

ą

  do  softballu.  Jaki

ś

  niski 

facecik patrz

ą

c bł

ę

dnym wzrokiem przez szkła okularów w rogowej oprawie, połyskuj

ą

ce nad 

wojownicz

ą

 kozi

ą

 bródk

ą

z tablicami logarytmicznymi przyci

ś

ni

ę

tymi do piersi jak Biblia, min

ą

ł go pomi

ę

dzy czwartym a 

pi

ą

tym,  nieprzerwanie  poruszaj

ą

c  wargami  i  mamrocz

ą

c  pod  nosem  litanie  wzorów.  Oczy 

miał puste jak wytarte tablice. 
      Garrish  zatrzymał  si

ę

,  by  spojrze

ć

  za  nim,  my

ś

l

ą

c  sobie,  czy  dla  chłopaka  nie  byłoby 

lepiej,  gdyby  nie 

ż

ył,  ale  po  małym  go

ś

ciu  pozostał  ju

ż

  tylko  chybocz

ą

cy  i  malej

ą

cy  cie

ń

  na 

ś

cianie. Cie

ń

 zachybotał si

ę

 raz jeszcze i znikn

ą

ł zupełnie. Garrish wspi

ą

ł si

ę

 na pi

ą

te pi

ę

tro i 

ruszał  korytarzem  w  stron

ę

  swojego  pokoju.  Prosiak  wyjechał  ju

ż

  dwa  dni  temu.  Cztery 

ko

ń

cowe  egzaminy  w  trzy  dni  systemem  zaku

ć

-zda

ć

-zapomnie

ć

,  trzaska-prask  i  do  chaty. 

Prosiak umiał si

ę

 urz

ą

dzi

ć

. Pozostało po nim jedynie kilka rozebranych babek przypi

ę

tych do 

ś

ciany,  dwie  brudne  skarpetki  frote',  ka

ż

da  z  innej  pary,  i  fajansowa  karykatura 

Rodinowskiego "My

ś

liciela" siedz

ą

cego w zadumie na klozecie. 

background image

      Garrish wło

ż

ył klucze do dziurki i przekr

ę

cił. 

-      Curt! Hej, Curt! 
      Rollins,  ten  skretyniały  gospodarz  pi

ę

tra,  przez  którego  Jimmy  Brody  znalazł  sie  na 

dywaniku  u  dziekana  za  pija

ń

stwo,  zbli

ż

ał  si

ę

  wła

ś

nie  korytarzem,  machaj

ą

c  do  Garrisha 

r

ę

k

ą

.  Wysoki,  dobrze  zbudowany,  krótko  ostrzy

ż

ony,  symetryczny.  Sprawiał  wra

ż

enie 

wypolerowanego na wysoki połysk. 
-      Zdałe

ś

 ju

ż

 wszystko? - zapytał Rollins. 

-      Aha. 
-      Nie zapomnij zamie

ść

 podłogi w pokoju i wypełnij protokół jego zdania, dobrze? 

-      Aha. 
-      Wsun

ą

łem ci formularz pod drzwi w zeszły czwartek, prawda? 

-      Aha. 
-  Je

ś

li  nie  b

ę

dzie  mnie  w  pokoju,  to  wsu

ń

  wypełniony  protokół  pod  moje  drzwi  razem  z 

kluczem. 
-      Dobra. 
      Rollins  u

ś

cisn

ą

ł  mu  dło

ń

  i  energicznie  ni

ą

  potrz

ą

sn

ą

ł.  Dło

ń

  Rollins  była  sucha,  pokryta 

szorstk

ą

 skór

ą

Ś

ciskaj

ą

c j

ą

, mo

ż

na było odnie

ść

 wra

ż

enie, 

ż

e nabrało si

ę

 pełn

ą

 gar

ść

 soli.   

                    -     

Ż

ycz

ę

 ci miłych wakacji. 

                    -      Dzi

ę

ki. 

-      Tylko si

ę

 nie przepracowywuj. 

-      Nie ma obaw. 
-      Pou

ż

ywaj sobie, ale nie nadu

ż

ywaj. 

                    -      Z ch

ę

ci

ą

 i bro

ń

 Bo

ż

e. 

      Przez  chwil

ę

  Rollins  stał  zmieszany,  nic  nie  rozumiej

ą

c,  ale  zaraz  potem  wybuchn

ą

ł 

ś

miechem. 

      -  No,  to  trzymaj  si

ę

.  -  Poklepał  Garrisha  po  ramieniu,  a  nast

ę

pnie  odszedł  korytarzem, 

zatrzymuj

ą

c si

ę

 tylko raz, aby upomnie

ć

 Rona Frane,a, by 

ś

ciszy

ć

 magnetofon. Garrish był w 

stanie  wyobrazi

ć

  sobie  Rollinsa  martwego  w  przydro

ż

nym  rowie  z  larwami  much 

wy

ż

eraj

ą

cymi mu oczy. Albo my po

ż

remy 

ś

wiat, albo 

ś

wiat po

ż

re nas. Niezale

ż

nie   

od tego, kto kogo, wszystko jest w najlepszym porzadku. 
      Garrish  stał  zamy

ś

lony,  patrz

ą

c  w 

ś

lady  za  Rollinsem,  dopóki  ten  nie  znikn

ą

ł  z  pola 

widzenia, a nast

ę

pnie wszedł do swojego pokoju. 

      Teraz, kiedy wszystkie klamoty Prosiaka- na ogół rozwłóczone w straszliwym nieładzie jak 
po  przej

ś

ciu  tornadoznikn

ą

łe  wraz  ze  swoim  wła

ś

cicielem,  pokój  wydawał  si

ę

  ogołocony  i 

sterylny.  Na  łó

ż

ku  współlokatora  po  skołtunionym  barłogu  ze  zmi

ę

tej  i  pokr

ę

conej  po

ś

cieli 

pozostał  jedynie  goły  i  czysty  materac,  je

ś

li  nie  liczy

ć

 kilku  plam  po  nocnych  polucjach.  Nad 

łó

ż

kiem  dwa  kociaki  na  rozkładówkach  z  "Playboya"  spogl

ą

dały  zalotnie,  unieruchomione  w 

kusz

ą

cych dwuwymiarowych pozach. 

      W cz

ęś

ci pokuj nale

żą

cy do Garrisha, zazwyczaj bij

ą

cej  w oczy koszarowym porz

ą

dkiem, 

nie  wida

ć

  było  wi

ę

kszych  zmian.  Gdyby  spu

ś

ci

ć

 

ć

wier

ć

dolarow

ą

  monet

ę

  na  równiutko 

naci

ą

gni

ę

ty  koc  przykrywaj

ą

cy  porz

ą

dnie  zasłanie  łó

ż

ko,  z  pewno

ś

ci

ą

  odbiłaby  si

ę

  jak  od 

gimnastycznej  batut.  Cał

ą

  ta  schludno

ść

  nie

ź

le  działała  Prosiakowi  na  nerwy.  Nazywał 

Garrisha pedancikiem. Jedyn

ą

 rzecz

ą

 zajmuj

ą

c

ą

 

ś

cian

ę

   

nad  łó

ż

kiem  Garrisha  było  olbrzymie  zdj

ę

cie  Humphreya  Bogarta,  które  kupił  w 

uniwersyteckiej  ksi

ę

garni.  Bogie  miał  spodnie  na  szelkach  i  w  ka

ż

dej  z  dłoni  trzymał  pistolet 

automatyczny.  Prosiak  twierdził, 

ż

e  zarówno  pistolety,  jak  i  szelki  to  symbol  impotencji. 

Garrish w

ą

tpił, 

ż

eby Bogart był impotentem, aczkolwiek nigdy nic o nim nie czytał. 

      Podszedł  do  szafy,  wło

ż

ył  kluczyk  w  drzwi  i  otworzył  je,  po  czym  wyj

ą

ł  ze 

ś

rodka  wielki 

sztucer  magnum,  kalibru  .325  z  orzechow

ą

  kolb

ą

,  który  jego  ojciec,  kapłan  ko

ś

cioła 

metodystów,  sprezentował  mu  na  gwiazdk

ę

.  W  marcu  sam  dokupił  do  niego  celownik 

teleskopowy. 
      Trzymanie broni w pokoju było surowo zabronione, dotyczyło to tak

ż

e strzelb my

ś

liwskich, 

ale nie było  z tym wi

ę

kszych problemów. Odebrał sztucer z uniwersyteckiej przechowalni na 

podstawie sfałszowanej obiegówki. Schował go do nieprzemakalnego skórzanego pokrowca i 
ukrył  w  lasku  za  boiskiem  do  futbolu.  Tej  nocy,  o trzeciej  nad  ranem  wyszedł  z  akademika  i 
wniósł go na pi

ę

tro przez u

ś

pione korytarze. 

background image

      Usiadł na łó

ż

ku  z broni

ą

 na  kolanach i przez  chwil

ę

  popłakał. „My

ś

liciel” przypatrywał mu 

si

ę

 ze swojego sedesu. Garrish uło

ż

ył sztucer na łó

ż

ku, przeszedł przez pokój i zwalił figurk

ę

 

ze stolika Prosiaka na podłog

ę

, gdzie roztrzaskała si

ę

 na drobne kawałeczki. Wtedy usłyszał 

pukanie do drzwi. 
      Szybkim ruchem wsun

ą

ł strzelb

ę

 pod łó

ż

ko. 

      - Prosz

ę

      W drzwiach stan

ą

ł Bailey ubrany w 

ś

mieszn

ą

 jednocz

ęś

ciow

ą

 pid

ż

am

ę

 zapinan

ą

 z przodu 

na  guziki.  Oczywi

ś

cie  był  porozpinany,  a  z  p

ę

pka  wystawał  mu  kł

ę

bek  waty.  Bailey  nie  miał 

przed sob

ą

 

ż

adnej przyszło

ś

ci. Na pewno o

ż

eni si

ę

 z głupi

ą

 g

ę

si

ą

 i b

ę

dzie miał głupie dzieci. 

ź

niej umrze na raka lub niewydolno

ść

 nerek. 

Jak tam ko

ń

cowy z chemy, Curt? 

W porz

ą

siu. 

Mógłby

ś

 mi po

ż

yczy

ć

 swoich notatek. Podchodz

ę

 jutro. 

Spaliłem je dzi

ś

 rano ze wszystkimi 

ś

mieciami. 

Aha. O Jezu! Czy prosiak sam to zrobił?- Wskazał palcem na resztki po „My

ś

licielu”. 

Chyba tak. 

Ciekawe, co mu odbiło? Podobał mi si

ę

 ta figurka. Chciałem ja od niego odkupi

ć

. - Baily 

miał ostre, szczurze rysy. Jego pid

ż

ama była cała w strz

ę

pach  i miała mocno wypchane 

siedzenie.  Garrish  mógł  go  sobie  wyobrazi

ć

  umieraj

ą

cego  na  rozedm

ę

  płuc  lub  inne 

choróbsko w namiocie tlenowym. Niemal widział jego po

ż

ółkł

ą

 twarz. Mógłbym ci pomóc, 

pomy

ś

lał Garrish. 

My

ś

lisz, 

ż

e miałby co

ś

 przeciwko temu, 

ż

ebym przyj

ą

ł te laski? 

Chyba nie. 

10  To  fajnie.-  Baily  przeszedł  przez  pokój,  ostro

ż

nie  stawiaj

ą

c  na  podłodze  gołe  stopy,  aby 

nie wdepn

ąć

 w ceramiczne okruchy, odczepił rozkładówki. 

11  Ten plakat Bogarta te

ż

 jest ekstra. Niby nie ma tu 

ż

adnych cycków, ale mimo to klasa, co 

nie?-  Bailey  spojrzał  na  Garrisha,  czekaj

ą

c,  czy  si

ę

  roze

ś

mieje.  Nie  doczekawszy  si

ę

ci

ą

gn

ą

ł dalej: - Mam nadziej

ę

ż

e nie planujesz wyrzuci

ć

 go do 

ś

mieci? 

12  Nie. Planuj

ę

 wła

ś

nie wzi

ąć

 prysznic. 

13  Jasne, jasne. No to miłych wakacji, je

ś

li si

ę

 ju

ż

 nie zobaczymy. 

14  Dzi

ę

ki. 

Bailey  ruszył  z  powrotem  do  drzwi,  obracaj

ą

c  ku  Garrishowi  obwisłe  siedzenie  swojej 

jednocz

ęś

ciowej pi

ż

amy. W drzwiach zatrzymał si

ę

20  Znów 

ś

rednia powy

ż

ej czterech w tym semestrze? 

21  Co najmniej. 
22  Nie

ź

le. No to do nast

ę

pnego roku. 

Wyszedł,  zamykaj

ą

c  za  sob

ą

  drzwi.  Garrish  siedział  przez  chwil

ę

  na  skraju  łó

ż

ka,  potem 

wyci

ą

gn

ą

ł spod niego bro

ń

, wyj

ą

ł z pokrowca, rozło

ż

ył i wyczy

ś

cił. Po chwili uniósł wylot lufy 

na  wysoko

ść

  oka  i  spojrzał  na  malutki  kr

ąż

ek 

ś

wiatła  po  jej  drugiej  stronie.  Lufa  była 

czy

ś

ciutka. Z powrotem zło

ż

ył sztucer. 

      W  trzeciej  szufladzie  jego  biurka  znajdowały  si

ę

  trzy  ci

ęż

kie  pudełka  amunicji  do 

winchestera.  Uło

ż

ył  je  na  parapecie.  Zamkn

ą

ł  drzwi  pokoju  na  klucz  i  wrócił  do  okna. 

Podniósł 

ż

aluzje. 

      Po  zalanym  sło

ń

cem  i  obro

ś

ni

ę

tym  soczyst

ą

  zieleni

ą

  deptaku  przechadzały  si

ę

  tłumy 

studentów.  Quinn  wraz  ze  swym  matołkowatym  przyjacielem  markowali  na  trawie  co

ś

  w 

rodzaju  dwuosobowego  softballu.  Biegali  bezładnie  tam  i  z  powrotem  jak  pokiereszowane 
mrówki umykaj

ą

ce z zawalonego korytarza mrowiska. 

23  Powiem ci co

ś

 - Garrish zwrócił si

ę

 do Bogiego. - Bóg w

ś

ciekł si

ę

 na   

Kaina,  poniewa

ż

  Kainowi  wydawało  si

ę

ż

e  Bóg  jest  wegetarianinem.  Jego  brat  był  lepiej 

zorientowany. Bóg stworzył 

ś

wiat na swój obraz i podobie

ń

stwo, wi

ę

c je

ś

li ty nie jesz 

ś

wiata, 

ś

wiat je ciebie. Wi

ę

c Kain zapytał brata: „Czemu

ś

 mi nic nie powiedział?”. A na to braciszek: 

„Czemu

ś

 nie słuchał?”. Wtedy Kain rzekł: „Dobra, teraz posłucham”. Po czym załatwił swego 

braciszka  i  mówi:  „Hej,  Bo

ż

e?  Chcesz  mi

ę

ska!  To  masz,  cz

ę

stuj  si

ę

!  Wolisz  gulasz  czy 

ż

eberka,  a  mo

ż

e  abelburgery?”.  A  wtedy  Bóg  powiedział  mu, 

ż

eby  spadał. Wiec...  co  o  tym 

my

ś

lisz ? 

      Ze strony Bogiego nie padła 

ż

adna odpowied

ź

background image

      Garrish  otworzył  podnoszone  do  góry  okno  i  uło

ż

ył  łokcie  na  parapecie,  nie  pozwalaj

ą

c, 

aby  lufa  jego  trzystapi

ęć

dziesi

ą

tkidwójki  wysun

ę

ła  si

ę

  na 

ś

wiatło  dzienne.  Spojrzał  w 

celownik. 
      Mierzył w 

ż

e

ń

ski akademik znajduj

ą

cy si

ę

 po drugiej stronie deptaka. Akademik ten znano 

powszechnie pod nazw

ą

 „psiarnia”. Na przeci

ę

ciu linii celownika znalazł si

ę

 du

ż

y ford kombi. 

Jaka

ś

  blondyneczka  wbita  w  d

ż

insy  i  niebiesk

ą

  bluzeczk

ę

  na  rami

ą

czkach  rozmawiała  ze 

swoj

ą

  mam

ą

,  podczas  gdy  ojczulek,  łysiej

ą

cy  m

ęż

czyzna  cały  czerwony  na  twarzy,  ładował 

walizki do tylnej cz

ęś

ci samochodu. 

      Kto

ś

 zapukał do drzwi. 

      Garrish odczekał w ciszy. 
      Pukanie powtórzyło si

ę

24  Curt? Dam ci pół brudasa za ten poster z Bogartem. 

                      Bailey. 
                      Garrish  nie  odpowiedział.  Dziewczyna  i  jej  matka  z  czego

ś

  si

ę

  rado

ś

nie 

ś

miały,  nie 

zdaj

ą

c       

                  sobie sprawy, 

ż

e w ich jelitach kr

ążą

 mikroby, od

ż

ywiaj

ą

ce si

ę

, dziel

ą

ce, rozmna

ż

aj

ą

ce.     

                  Ojciec studentki podszedł do nich i tak stali razem w sło

ń

cu, tworz

ą

c sielankowy rodzinny     

                  portret w okr

ą

głych ramach celownika.

 Przełożył: ZBIGNIEW A. KRÓLICKI

 

26  Do diabła!- zakl

ą

ł Bailey. Odgłos jego kroków zacz

ą

ł oddala

ć

 si

ę

 korytarzem. 

      Garrish nacisn

ą

ł spust. 

      Poczuł  silne  uderzenie  w  rami

ę

-  przyjemne,  gwałtowne  szarpniecie,  jakie  zawsze  czuje 

strzelec,  gdy  precyzyjne  uło

ż

y  kolb

ę

  broni  we  wła

ś

ciwym  miejscu.  Roze

ś

miana  twarz 

blondynki znikn

ę

ła, jakby nagle co

ś

 obci

ę

ło jej głow

ę

      Jej  mama 

ś

miała  si

ę

  jeszcze  przez  moment,  lecz  po  chwili  jej  dło

ń

  pow

ę

drował  do  ust. 

Przez  palce  przes

ą

czył  si

ę

  okropny  krzyk  przera

ż

enia.  Garrish  strzelił  w  miejsce,  sk

ą

d  si

ę

 

wydobywał.  Dło

ń

  i  głowa  znikn

ę

ły  w  czerwonym  rozbryzgu.  M

ęż

czyzna,  który  ładował 

baga

ż

e, rzucił si

ę

 do niezdarnej, panicznej ucieczki. 

      Garrish przez chwil

ę

 wodził za nim luf

ą

, po czy strzelił mu w plecy. Nast

ę

pnie uniósł głow

ę

 

i rozejrzał si

ę

 ponad celownik. Quinn 

ś

ciskał w r

ę

ce piłk

ę

 do softballu, wpatruj

ą

c si

ę

 w mózg 

w  mózg  blondynki  rozchlapany  na  znaku  zakazu  parkowania,  wymalowanym  na  betonie  za 
jej  rozci

ą

gni

ę

tym  horyzontalnie  ciałem,  le

żą

cym  twarz

ą

  do  ziemi.  Quinn  nie  był  w  stanie  si

ę

 

poruszy

ć

. Wszyscy ludzie na deptaku zamarli, niczym dzieci bawi

ą

ce si

ę

 w „pomnik”. 

      Kto

ś

 załomotał do drzwi, a nast

ę

pnie zacz

ą

ł op

ę

ta

ń

czo szarpa

ć

 za klamk

ę

.   

27  Curt? Nic ci si

ę

 nie stało, Curt? Chyba kto

ś

... 

28  Jest napitek, jest mi

ę

siwo! Dobry Bo

ż

e, jedz, a 

ż

ywo!- zawołał Garrish   

na cały głos i wymierzył w Quinna. Szarpn

ą

ł za spust, zamiast go powoli przycisn

ąć

 i pocisk 

chybił  celu.  Quinn  rzucił  si

ę

  do  ucieczki.  Co  za  problem.  Drugi  strzał  trafił  Quinna  w  kark  z 

tak

ą

 sił

ą

ż

e chłopak przeleciał z sze

ść

 metrów, zanim upadł na ziemi

ę

.   

29  Curt Garrish strzela do siebie!- wrzeszczał Bailey. - Rollins! Rollins!   
Chod

ź

 tu pr

ę

dko! 

      Ponownie tupot jego stóp ucichł w gł

ę

bi korytarza. 

      Teraz  ju

ż

  wszyscy  rozbiegli  si

ę

  w  panice.  Garrish  słyszał  ich  przera

ż

one  krzyki.  Słyszał 

gor

ą

czkowe tupanie w alejkach. 

      Spojrzał na Bogiego. Bogie trzymał w dłoniach swoje pistolety i patrzył gdzie

ś

 ponad nim. 

Garrish  spojrzał  na  pokruszone  resztki  „My

ś

liciela”,  który  nale

ż

ał  do  Prosiaka,  i  zastanawiał 

si

ę

,  co  te

ż

  jego  współlokator  mo

ż

e  robi

ć

  w  tej  chwil,  czy  jeszcze  odsypia  sesj

ę

,  czy  ogl

ą

da 

co

ś

  w  telewizji,  czy  te

ż

  zafundował  sobie  jakie

ś

  wspaniałe 

ż

arcie.  Jedz 

ś

wiat,  Prosiaku, 

pomy

ś

lał w duchu Garrish. Łykaj go wielkimi k

ę

sam. 

30  Garrish!- tym razem był to Rollins, wal

ą

cy pi

ęś

ciami w drzwi. - Otwieraj, Garrish! 

31  Zamkni

ę

te na klucz- dyszał Bailey. - Wygl

ą

dał dzi

ś

 okropnie, zabił si

ę

   

jak nic, jestem tego pewny. 
      Garrish znów wysun

ą

ł luf

ę

 przez okno. Jaki

ś

 chłopak w madrasowej koszuli przykucn

ą

ł za 

krzakiem, rozbieganymi oczami z desperacj

ą

 omiataj

ą

c okna akademiku. Garrish wiedział, 

ż

tamten ma ochot

ę

 ucieka

ć

 stamt

ą

d jak najdalej, ale nogi odmawiały mu posłusze

ń

stwa. 

32  Dobra Bo

ż

e, jedz, a 

ż

ywo- wymruczał Garrish i ponownie nacisn

ą

ł spust. 

 

background image