background image

JAMES BLISH 

 

 

 

ŻYCIE WŚRÓD GWIAZD 

 

Przełożyła Teresa Tyszowiecka-Tarkowska 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Werbunek 

 

Chris,  siedząc  na  nasypie  nieczynnej  od  wielu  lat  trakcji  kolejowej  Erie  —  Lackawanna  — 

Pensylwania, obserwował w  milczeniu, jak Scranton w stanie Pensylwania przygotowuje się do 

odlotu. W zadumie ssał zerwane z nasypu białe i czerwone kwiaty koniczyny. 

Podobnie  jak samo Scranton,  miał  być świadkiem  startu. Od dziecka  — a  liczył  sobie teraz  lat 

szesnaście  —  wiedział,  że  miasta  opuszczają  Ziemię,  nigdy  jednak  nie  obserwował  żadnego  w 

locie. Niewielu ludzi miało taką okazję; miasta koczownicze odlatywały raz na zawsze. 

Interesujący,  ale  niezbyt  radosny  widok.  Scranton  było  jedynym  miastem,  jakie  Chris  w  życiu 

widział, jedynym, którego dotknął własną stopą. Nie zanosiło się na to, żeby miał kiedykolwiek 

oglądać  inne.  Scranton  stanowiło  ucieleśnienie  wszystkiego,  co  jego  ojcu  i  starszemu  bratu 

udawało  się  wydrzeć  z  gardła  dolinie;  tam  zarabiało  się  pieniądze  i  tam  się  je  wydawało. 

Dziwnym trafem pieniądze zawsze znikały szybciej, niż się pojawiały. 

Zachłanność  Scranton  rosła,  w  miarę  jak  pieniądz  tracił  na  wartości.  Wzorem  innych  miast, 

musiało podjąć desperacką decyzję i wyruszyć w przestrzeń, by jako najemny robotnik wędrować 

pośród gwiazd. 

Dolina omdlewała w  bezlitosnych promieniach  lipcowego  słońca, dym  z  fabrycznych kominów 

szedł prosto do góry. Pracowało ich zaledwie kilka, a i one miały wkrótce zostać wygaszone do 

chwili,  kiedy  miasto  znajdzie  planetę,  na  której  będzie  mogło  zarobić.  Nic  —  nawet  jeden 

papieros  — nie  mogło dymić w ograniczonej  ilości powietrza statku międzygwiezdnego, nawet 

jeśli miał on rozmiary miasta. 

W dole, pod nasypem kolejowym, gdzie tłoczyły się kryte papą baraki, ubrany w podkoszulek  i 

lewisy  mężczyzna  o  spalonym  słońcem  karku  grzebał  motyką  w  warzywnym  ogródku.  Chris 

zastanawiał się, czy ten człowiek wie, co się będzie działo w dolinie. Wyraźnie nie zwracał na nic 

uwagi;  możliwe,  że  start  miasta  zupełnie  go  nie  obchodził.  Ojciec  Chrisa  od  lat  pozostawał  w 

podobnym stanie ponurej rezygnacji. 

A jednak zastanawiające, że Chris był jedynym gapiem. 

Kolisty  pas  wykarczowanej  ziemi,  wyschniętej  i  rdzawej,  otaczał  miasto,  oddzielając  je  od 

drewnianych  walących  się  ruder,  odrapanych  przedmieść  i  całej  reszty  świata.  Poza  tym 

wyglądało tak samo jak zawsze, nawet hałdy żużlu jak zwykle jarzyły się żółtopomarańczowym 

background image

blaskiem.  Scranton  zostawiało  na  Ziemi  połowę  zabudowań,  brało  za  to  ze  sobą  hałdy  żużlu. 

Hałdy  były  częścią  jego  oferty  handlowej.  Gdzieś  na  gwiezdnym  pograniczu  może  się  znaleźć 

planeta  oczekująca  na  obróbkę  swoich  rud;  gdzie  indziej  planeta  mająca  zapotrzebowanie  na 

żużel czy którąś z jego pochodnych. Trudno przewidzieć w szczegółach którą, ale niczego nie 

należy krótkowzrocznie wykluczać. Człowiek natomiast w znacznej mierze był bezużyteczny; w 

ostatecznym rozrachunku żużel miał większą wartość. 

Nadzieje  nadziejami,  tymczasem  jedno  było  pewne:  na  Ziemi  nie  ma  złóż  wartych  obróbki. 

Zachłanne  drugie  tysiąclecie,  w  podręcznikach  określane  mianem  „ery  marnotrawstwa",  zużyło 

wszystkie zasoby żelaza z wyjątkiem sztucznych złóż w rodzaju złomowisk samochodów i tym 

podobnych  pokładów  zardzewiałego  szmelcu.  Scranton  nie  miało  też  co  liczyć  na  złoża 

marsjańskie. Na Marsie wylądował już wyposażony w piece hutnicze i broń Pittsburgh. Poza tym 

Mars  był  za  mały,  żeby  utrzymać  więcej  niż  jeden  ośrodek  metalurgiczny.  Na  Czerwonej 

Planecie rud było pod dostatkiem, ale produkcja stali pochłaniała wielkie ilości tlenu. 

Scranton miało szansę na pracę poza zasięgiem Układu Słonecznego. Pokłady żelaza na Wenus i 

Merkurym  były  nieopłacalne  dla  ośrodków  metalurgicznych.  Pozostałe  sześć  planet,  z  których 

pięć było gazowymi olbrzymami, a odległy Pluton kulą lodu, nie zawierało wcale rud żelaza. 

Mężczyzna w ogródku wyprostował się, oparł motykę o ścianę i wszedł do środka. Z chwilą gdy 

zniknął, dolina za kręgiem gołej ziemi wydała się całkiem bezludna i nagle Chrisowi przyszło do 

głowy, że pozory niekoniecznie muszą mylić. Czyżby nadmierne zbliżanie się do zamkniętego w 

polu  wiratorowym  miasta  kryło  w  sobie  jakieś  niebezpieczeństwo?  Może  obaj  z  samotnym 

ogrodnikiem postępowali lekkomyślnie? 

Na  razie  wokół  panowała  cisza,  zakłócana  jedynie  odległym  buczeniem  samego  Scranton,  Był 

pewien,  że  z  tyłu,  od  strony  nasypu  kolejowego  nic  mu  nie  zagraża.  Zerwane  przed  laty  szyny 

dawno  wylądowały  w  piecach  hutniczych.  Po  dolinie  krążył  legenda  jakoby  w  spokojne  noce 

można było usłyszeć stukot kół Phoebe Snów. Chris śmiał się z ludzkiego bajdurzenia, wiedział 

zresztą  od  ojca,  że  Phoebe  była  pociągiem  dziennym.  Zniknęły  nawet  podkłady,  zużyte  przez 

mieszkańców baraków podczas kolejnych surowych, pensylwańskich zim. 

Grzebał  w  pamięci,  starając  się  przywołać  szczątkowe  wiadomości,  jakie  miał  na  temat  zasad 

działania wiratorów, ale nie mógł sobie przypomnieć nic poza tym, że były to maszyny i potrafiły 

dźwignąć największe ciężary. Choć edukacja Chrisa była nędzna i chaotyczna, czytał namiętnie; 

jeśli pod ręką akurat nie miał nic lepszego, pochłaniał nawet teksty etykiet na puszkach. Fizyka 

background image

lotów międzygwiezdnych jest dziedziną niedostępną nawet dla studentów fizyki, o ile nie pracują 

pod  kierunkiem  pierwszorzędnego  nauczyciela.  A  najlepszą  nauczycielką,  z  jaką  Chris  miał  w 

życiu do czynienia, była pracownica biblioteki publicznej w Scranton, ale ta zacna kobieta mimo 

najszczerszych chęci nie potrafiła mu pomóc. 

Zdecydował się nie ruszać z nasypu. Nie ruszyłby się zapewne również wtedy, gdyby wiedział, 

że  naraża  się  na  niebezpieczeństwo;  w  dolinie  każda  nowość  była  pożądaną  odmianą  —  nawet 

przerażający  fakt,  że  Scranton  na  zawsze  miało  zniknąć  i  stać  się  równie  niedostępne,  jak  na 

przykład  Betelgeusa.  Życie  Chrisa  upływało  dotąd  na  łapaniu  do  worków  wiewiórek, 

podkradaniu  jaj  sąsiadom  równie  ubogim  jak  jego  rodzina,  wynajdywaniu  szmelcu  nadającego 

się  do  sprzedania  hucie.  Poza  tym  pomagał  Bobowi  opiekować  się  ojcem  podczas  nawrotów 

choroby, która, gdyby w Ameryce trzydziestego drugiego wieku istniał ktoś zdolny do 

postawienia  odpowiedniej  diagnozy,  zostałaby  rozpoznana  jako  anemia  złośliwa,  kwasiorkor, 

plaga gnębiąca Afrykę od niepamiętnych czasów. Przeganiał dziewczynki z poletka jagodowego. 

Łowił  maleńkie  pstrągi  i  śledził  ledwie  słyszalny  ryk  rakiet,  którymi  najbogatsi  mknęli  pod 

głuchym na niesprawiedliwość niebem. 

Często myślał o tym, żeby wyjechać, ale nie miał żadnego fachu i nie słyszał o takim miejscu na 

świecie,  gdzie  mógłby  sprzedać  jedyny  towar,  jaki  posiadał:  zdolność  do  ciężkiej  pracy  nie 

wymagającej  żadnych  kwalifikacji.  Zresztą  w  osieroconej  przez  matkę  rodzinie  panowały 

lojalność  i  miłość,  dzięki  którym  niejednokrotnie  udawało  się  przeżyć  nawet  okresy,  kiedy  za 

cały pokarm musiały wystarczyć zielone pomidory i placki, a wigilijne śniegi zastawały starszych 

i  młodszych  skulonych  pod  stertą  łachmanów  pełniących  rolę  ubrania.  Z  czasem  przywiązanie 

Chrisa  do  rodziny  stało  się  równie  silne  jak  oddanie  Boba.  Na  całym  wyludnionym  globie  nie 

znał  miejsca,  z  którym  czułby  się  bardziej  związany,  ani  miejsca,  które  miałoby  mu  więcej  do 

zaoferowania, a to słaba pożywka marzeń o odejściu w świat, nawet dla chłopca o tak pogodnym 

i energicznym usposobieniu jak Chris. Jakież sensowne plany na przyszłość mógł układać syn w 

świecie,  gdzie  ojciec  —  doktor  ekonomii  —  nie  mógł  znaleźć  ani  jednego  studenta  czy 

wykorzystać  wiedzy  o  fluktuacjach  gospodarczych  i  jako  tako  się  urządzić,  w  świecie,  gdzie 

pogoń  za  groszowymi  zajęciami,  z  roku  na  rok  coraz  mniej  popłatnymi,  nie  zostawiała  czasu 

nawet  na  pielęgnowanie  grobu  żony.  Odpowiedź  była,  niestety,  aż  nadto oczywista.  Przyszłość 

małych  sióstr  malowała  się  w  barwach  jeszcze  bardziej  ponurych.  wędrowne  miasta  nie 

background image

oferowały  lepszych  perspektyw.  Chris  czytał,  że  gwiezdni  włóczędzy  głodowali  pozbawieni 

widoku błękitnego nieba, karłowatego lasu, czy choćby zagonka ziemi pod rzepę. 

Gdyby  było  inaczej,  miasta  powracające  na  Ziemię  nie  stanowiłyby  takiej  rzadkości.  Trudno 

zaprzeczyć,  że  Pittsburgh  lądując  na  Marsie  wygrał  los  na  loterii.  Cóż  to  był  jednak  za  los  — 

siedzieć przez całe życie w mieście uwięzionym w sercu rdzawoczerwonej pustyni, pozbawionej 

powietrza,  którym  dałoby  się  oddychać,  na  pustyni,  gdzie  człowiek  zamarzał  na  śmierć  w  parę 

minut  zaledwie  po  zachodzie  malutkiego  Słońca.  Ojciec  twierdził,  że  Pittsburgh  prędzej  czy 

później,  dzieląc  los  wszystkich  miast,  będzie  musiał  opuścić  Układ  Słoneczny.  Nie  z  powodu 

wyczerpania  zasobów  żelaza  i  tlenu,  ale  dlatego,  że  na  Ziemi  nie  znajdzie  dostatecznej  liczby 

odbiorców  stali.  Już  w  tej  chwili  zostało  ich  tak  niewielu,  że  temu  zamrożonemu  miastu  nie 

opłacało  się  wracać  do  dawnego  Złotego  Trójkąta,  z  którego  wyemigrowało  przed  trzydziestu 

laty. Za swoje pieniądze nie mogło już dostać na Ziemi nawet artykułów pierwszej potrzeby. Idea 

koczowniczych miast, jak wszystko, okazała się kolejnym ślepym zaułkiem. 

Chris  przysiadł  na  nasypie  i  śledził  odlot  po  prostu  dlatego,  że  coś  się  działo.  Jeżeli  nawet 

zazdrościł  miastu  decyzji  opuszczenia  doliny,  nie  zdawał  sobie  z  tego  sprawy.  Przyszedł  po 

prostu popatrzeć. 

U stóp zbocza, po drugiej stronie nasypu, pojawiła się psia głowa. Dziwnie niedorzeczna pośród 

kielichów tygrysich lilii, sprawiała wrażenie podanej na tacy. Chris uśmiechnął się. 

— Cześć, Kelly. Uważaj na pszczoły. 

Pies fuknął z niezbyt mądrą miną i podbiegł do 

Chrisa. Wydawał się niezmiernie dumny z siebie, do czego, jako nędzny tropiciel, który z trudem 

znajdował  drogę  do  domu,  miał  pełne  prawo.  Bob,  oficjalny  właściciel  Kelly'ego,  twierdził,  że 

pies  jest  krzyżówką  teriera  kerry  blue  z  owczarkiem  collie  —  stąd  jego  imię.  Chris  wprawdzie 

nie  widział  nigdy  na  własne  oczy  czystej  krwi  przedstawiciela  żadnej  z  tych  ras,  miał  jednak 

dziwne  wrażenie,  że  Kelly  wcale  nie  przypomina  żadnego  psa,  którego  oglądał  na  zdjęciu. 

Prawdę  mówiąc,  wyglądał  jak  kudłaty  kundel  i  tak  się  szczęśliwie  składało,  że  jego  wygląd 

wiernie odpowiadał jego naturze. 

— Co o tym sądzisz, mój miły? Myślisz, że uda im się to oderwać od ziemi? 

Kelly odegrał scenkę pod tytułem: „Pies usiłuje myśleć", ale po chwili uznał tę czynność za zbyt 

uciążliwą.  Dwukrotnie  machnął  ogonem,  kłapnął  pyskiem  na  motyla,  po  czym  usiadł,  ciężko 

zipiąc. Nikt nie  miał  najmniejszych wątpliwości,  że uważa się za własność Chrisa; Bob  mądrze 

background image

nie  próbował  prostować  jego  poglądów  na  ten  temat.  Wyjaśnienie  Kelly'emu  równie 

abstrakcyjnej  kwestii  było  zadaniem  czasochłonnym  i  skomplikowanym,  i  tak  czy  owak 

beznadziejnym.  Kelly  zarabiał  na  swoje  utrzymanie  —  łowił  króliki  —  co  w  pewien  sposób 

rekompensowało  fakt,  że  od  czasu  do  czasu  upolował  jeża,  tak  wiec  poza  Chrisem  nikogo  w 

rodzinie nie obchodziło, za czyją własność pies się uważa. 

Wokół  rozprażonego  miasta  coś  się  nareszcie  zaczynało  dziać.  Niewielkie  grupki  prawie 

niewidocznych  z  powodu  odległości  mężczyzn,  świecąc  jaskrawożółtymi  hutniczymi  kaskami, 

patrolowały pas nagiej ziemi. Zapewne egzekwują jakiś przepis — doszedł do wniosku Chris — 

kto  wie,  czy  nie  ostatni  ziemski  przepis  obowiązujący  w  Scranton,  choć  Bóg  jeden  wie,  ile 

ziemskich  zarządzeń  Ojcowie  Miasta  zabierali  ze  sobą.  Ekipa  wyraźnie  poszukiwała 

ciekawskich, którzy zbliżyli się do strefy na niebezpieczną odległość. 

Chris  wyobraził  sobie  patrol  tak  plastycznie,  że  przez  chwilę  niemal  słyszał  głosy  mężczyzn. 

Nagle zrozumiał, że to wcale nie złudzenie. Zerwał się z miejsca. Błysk żółtych kasków zdradził 

jedną z patrolujących grup, która przeciskając  się  miedzy  barakami u  stóp nasypu, zmierzała w 

jego stronę. 

Głęboko  zakorzeniona,  nabyta  w  kłusowniczym  życiu  ostrożność  kazała  mu  natychmiast 

zanurkować  w  krzaki  po  drugiej  stronie  nasypu.  Był  tam  niewidoczny,  ale  też  sam  nic  nie 

widział, nadal jednak słyszał głosy patrolujących. 

— ...kogokolwiek w tych barakach. Moim zdaniem, 

to strata czasu. 

—  Szef  kazał  szukać,  to  szukamy  i  tyle.  Osobiście  uważam,  że  lepiej  by  nam  poszło  w 

Nixonville. 

— U tych włóczęgów? Uciekają od roboty  jak od ognia. Po tej stronie  miasta  ludzie przywykli 

szukać pracy. Co nie znaczy, że im się to udaje. 

Chris ostrożnie rozchylił zarośla i wyjrzał. Nadal nie widział tych mężczyzn, ale za to z drugiej 

strony, po nasypie kolejowym nadciągała kolejna grupa. Szybko zasunął zarośla. Żałował, że nie 

wspiął  się  wyżej  po  stoku.  Teraz  było  za  późno.  Nowy  patrol  doszedł  tak  blisko,  że  Chris 

wyraźnie słyszał chrzęst kroków. Gdyby się teraz ruszył, wykryliby go z pewnością. 

W  dolinie  rozległo  się  nagle  ciche  buczenie,  podobne  do  bzyczenia  pszczół,  ale  nieskończenie 

bardziej  łagodne  i  niskie  w  brzmieniu.  Chris  w  życiu  nie  słyszał  podobnego  dźwięku,  nie  miał 

jednak najmniejszych wątpliwości, co oznacza: włączono wirator Scranton. Czyżby 

background image

miał w ukryciu przegapić start? Przecież miasto nie odleci, dopóki ostatni patrol nie znajdzie się 

na pokładzie! 

Głosy zbliżały się i Kelly zawarczał cicho za plecami Chrisa. Chłopiec chwycił psa za sierść na 

karku i potrząsnął delikatnie. Nie odważył się otworzyć ust. Kelly umilkł, ale nadal czaił się do 

skoku. 

—  Ej,  patrzcie,  kogo  my  tu  mamy!  Chris  zamarł  jak  królik,  który  wyczuł  lisa.    Zaraz  jednak 

rozległ się inny głos. 

— Wynoście się stąd. To moja ziemia. Nic tu nie macie do roboty. 

—  Doprawdy?  Czyżbyś  nie  słyszał  o  obowiązku  opuszczenia  doliny  dziś  do  dwunastej  w 

południe? Zawiadomienie wisi na drzwiach do twojego domu. Nie umiesz czytać, Jack, czy co? 

—  Nie  będę  się  słuchał  każdego  świstka  papieru.  Mieszkam  tutaj,  rozumiecie?  To  parszywa 

buda, ale moja własna. Ani mi się śni z niej ruszać i tyle. A teraz zjeżdżajcie stąd, dobrze? 

— Nie tak znowu dobrze, Jack. Prawo nakazuje cię wysiedlić. Nam twoja buda niepotrzebna, ale 

takie jest prawo. 

— Obowiązuje chyba prawo własności? 

— Masz tam jakieś kłopoty, Barney? — odezwał się nowy głos jakieś pięć metrów od miejsca, w 

którym kucał Chris z Kellym. 

— Nielegalny lokator. Nie chce się ruszyć, mówi, że jest właścicielem tej ziemi. 

— Dowcipniś. Każ mu pokazać akt własności. 

— E tam, co sobie będę głowę zawracał. Nie ma czasu. Bierzmy go i chodźmy. 

— Nigdzie mnie nie... 

Chris  usłyszał  soczyste  plaśnięcie.—  Te  —  wycharczał  jakiś  głos  z  niedowierzaniem.  — 

Widzieliście tego gbura! W porządku, mój panie... 

Rozległy się odgłosy kolejnych uderzeń, po nich brzęk tłuczonego szkła albo talerzy — domyślił 

się  Chris  —  zresztą  mogły  to  być  też  meble.  Nagle  Kelly  wydał  z  siebie  wysoki  przeciągły 

skowyt. Chris rozpaczliwie usiłował go przytrzymać, ale pies wyrwał się, wyskoczył z krzaków i 

pomknął przez nasyp w stronę szamoczących 

się mężczyzn. 

— Uważaj! Te, skąd się tutaj wziął ten kundel? 

—  Wyskoczył  z  tamtych  krzaków.  Ktoś  lam  jeszcze  jest.  Widzę  rude  włosy.  Dobra  tam,  rudy, 

wyłaź z krzaków i to biegiem! 

background image

Chris  wstał  powoli,  gotów  walczyć  albo  próbować  ucieczki.  Kelly  po  drugiej  stronie  nasypu 

przestał szczekać jak idiota. Uwagę miał podzieloną między bójkę w baraku a grupkę otaczającą 

Chrisa. 

—  Dobra,  rudy,  widzę,  że  z  ciebie  kawał  twardziela.  Domyślam  się,  że  ty  też  nie  słyszałeś  o 

nakazie ewakuacji. 

—  Nie,  nie  słyszałem  —  odpowiedział  Chris  wojowniczo.  —  Mieszkam  w  Lakebranch. 

Chciałem tylko 

popatrzeć... 

—  Lakebranch  —  powtórzył  dowódca  patrolu,  spoglądając  pytająco  na  jednego  z  ogorzałych 

towarzyszy. 

—  To  taka  pipidówka,  kawał  od  miasta.  Kiedyś  to  było  letnisko.  Teraz  siedzą  tam  sami 

kłusownicy i zbieracze szmelcu. 

—  Urocza  miejscowość  —  stwierdził  drugi,  z  uśmiechem  zsuwając  kask  na  tył  głowy.  — 

Wygląda na to, że nikt po tobie nie będzie płakał, rudy. Pójdziesz z nami. 

— Jakie znów „pójdziesz z nami"? — Chris zacisnął pięści. — Muszę być w domu koło piątej. 

— Uważaj, chłopak ma niezłe bicepsy. 

—  Pękasz?  —  roześmiał  się  pogardliwie  drugi  mężczyzna.  Wyraźnie  przejął  dowodzenie.  — 

Przecież  to  jeszcze  dzieciak.  Chodź  już,  rudy,  nie  mam  czasu  na  dyskusje.  Znalazłeś  się  tu  po 

dwunastej w południe, mamy prawo cię wziąć. 

— Powiedziałem przecież, że muszę wracać do domu. 

—  Trzeba  było  pomyśleć  o  tym,  zanim  tu  przyszedłeś.  Rusz  się.  I  nie  próbuj  z  nami  żadnych 

numerów, bo pożałujesz. Zrozumiano? 

W dole trzech mężczyzn wyszło z budy prowadząc mężczyznę, którego Chris widział wcześniej 

z  nasypu.  Wyglądało  na  to,  że  nieźle  oberwali,  ale  teraz  prowadzili  posępnego  prostaka  w 

żelaznym uścisku. 

— Sami złapaliśmy tego tutaj. Obyło się bez waszej łaski. Ładnieście nam pomogli! 

— Złapaliśmy drugiego, Barney. Idziemy, rudy. 

Dowódca oddziału werbunkowego ujął Chrisa za łokieć niezbyt gwałtownym, ale wystarczająco 

nieoczekiwanym  ruchem,  żeby  w  ociężałym  mózgu  Kelly’ego,  który  jak  na  psa  był  niebywale 

głupi,  wreszcie  zapadła  decyzja,  co  go  bardziej  interesuje.  Zawarczał  tak,  że  nawet  Chris  się 

background image

przestraszył — w życiu nie słyszał równie przerażającego warczenia. Kelly śmignął z powrotem 

przez nasyp i doskoczył do nóg wielkiego mężczyzny. 

W  ciągu  następnych  trzydziestu  sekund  zamieszania  Chris  z  łatwością  mógł  uciec  —  przez 

chaszcze prowadziły setki ścieżek, po których patrol nie byłby go w stanie dogonić, ale nie mógł 

przecież  zostawić  Kelly'ego.  Tymczasem  oddział,  posłuszny  starym  jak  sama  ludzkość 

instynktom,  bez  zastanowienia  rzucił  się  w  stronę  zwierzęcia,  pozostawiając  chłopca  swojemu 

losowi. 

Chris nigdy nie trenował walki wręcz, ale w nim również zagrał instynkt. Mężczyzna, w którego 

zębami wczepił się Kelly, miał już pełne ręce roboty, wobec czego Chris zdzielił w szczękę jego 

towarzysza.  Facet,  jakkolwiek  zaskoczony,  nie  upadł,  wiec  chłopak  zdzielił  go  drugą  pięścią. 

Cios nie wylądował dokładnie tam, gdzie chłopiec planował, niemniej mężczyzna zachwiał się, a 

to już było niemałym sukcesem. Potem Chris zatracił się w wirze walki i dalsze ciosy zadawał na 

oślep. 

Po  chwili  leżał  na  granitowych  odłamkach  nasypu  kolejowego  obojętny  na  los  Scranton, 

Kelly'ego,  a  nawet  własny.  Dzwoniło  mu  w  uszach.  Nad  jego  głową  sypały  się  siarczyste 

przekleństwa. 

— ...więcej kłopotu, niż jest tego wart. Przykopać w łeb i w drogę. 

—  Nie,  nie,  żadnego  zabijania.  Mamy  wziąć  na  pokład  całych  i  zdrowych.  Któryś  tam  niech 

wytrzaska Hugginsa po gębie, żeby oprzytomniał. 

— Co tak nagle zacząłeś cykać? 

Dowódca  oddziału  werbunkowego  oddychał  chrapliwie.  Kiedy  Chrisowi  pojaśniało  przed 

oczami, zobaczył, że potężny mężczyzna siedzi, owijając okrwawioną nogę w oddarty od koszuli 

kawałek materiału, mimo to odpowiada z całkowitym spokojem. 

— Chcesz zabić dzieciaka za to, że próbował ci oddać? W życiu nie słyszałem równie wszawej 

wymówki,  żeby  zabić  kogoś,  w  dodatku  dziecko.  Będziesz  mi  ładował  taki  kit,  to  cię  sam 

szturchnę. 

— Stul już pysk, dobrze? — grubiańskim tonem odparował drugi. — Grunt, żeśmy załatwili tego 

psa... 

— Zamknij się, paplo! 

Dwaj mężczyźni z dwóch stron chwycili Chrisa, który zerwał się na nogi. Walczył zażarcie, ale 

siła ducha stanowiła już jego jedyny oręż. 

background image

— Banda pyskaczy! Nic dziwnego, że nie możecie 

sobie poradzić z dzieciakiem. Huggins, zakładaj kask. Rudy, nie słuchaj tego pleciugi, całe życie 

by tylko mielił ozorem. Twój pies uciekł i tyle. 

Jego nieporadne, choć płynące z dobroci kłamstwo na nic się nie zdało. Chris widział wyraźnie 

leżące nie opodal zwłoki Kelly'ego. Pies zrobił, co mógł; teraz szansa ucieczki się nie powtórzy. 

Serce  chłopca,  który  kuśtykając  wlókł  się  z  oddziałem  werbunkowym  w  stronę  Scranton,  było 

ciężkie jak kamień. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Smuga wrzącego pyłu 

 

Miasto w obrębie pasa nagiej ziemi zdawało się nierealnie falować. Buczenie wprawdzie ucichło, 

za  to  miasto  spowił  zagadkowy  cień,  chociaż  lipcowe  słońce  nadal  świeciło  oślepiająco. 

Ciekawość  wzięła  górę  nad  smutkiem  i  gniewem;  Chris  zaczął  się  zastanawiać,  skąd  to 

falowanie. W końcu uznał, że chyba wie. Unosząca się nad Scranton fala cieplna spowiła miasto 

czymś na kształt kopuły. A właściwie nie kopuły, tylko bańki, której część zanurzała się w ziemi, 

przecinając powierzchnię dokładnie na linii wykarczowanego kręgu. 

Nad  miastem  rozpostarło  się  pole  wiratorowe.  Jakkolwiek  niewidzialne,  nie  dopuszczało  już 

ziemskiego powietrza. 

Scranton było gotowe do odlotu. 

Z winy znalezionych maruderów patrol był poważnie spóźniony, toteż dowódca prowadził ludzi 

przez  wyboiste,  bezludne  przedmieście,  nie  oszczędzając  poranionej  nogi.  Chris  z  ponurą 

satysfakcją  obserwował,  jak  twarz  wielkiego  mężczyzny  co  krok  wykrzywia  się  z  bólu,  jednak 

dowódca  nie  dopuszczał  do  tego,  żeby  jego  kontuzja  czy  obrażenia  innych  członków  oddziału 

opóźniały marsz. 

Przejście 

przez 

osłonę 

pola 

odbyło 

się 

niezauważalnie. 

Gdzieś 

połowie 

stupięćdziesięciometrowego pasma gołej ziemi dowódca sięgnął do pasa i wydobył przedmiot, w 

kształcie owocu awokado. Obracał nim tak długo, aż instrument zaczął wydawać jękliwy sygnał. 

Mężczyzna posłał oddział przodem gęsiego, przedłużeniem linii, którą czubkiem buta zakreślił w 

suchej,  rdzawej  ziemi.  Kiedy  obaj  towarzyszący  mu  strażnicy  zostawili  go  w  tyle,  Chris 

instynktownie sprężył się do skoku. Tych dwóch nie musiał się już obawiać, a dowódca wyraźnie 

nie nadążał za resztą. Ale ten nieznaczny ruch nie uszedł uwagi olbrzyma. 

—  Na  twoim  miejscu  bym  tego  nie  robił,  rudy  —  powiedział  cicho.  —  Gdziekolwiek  byś 

uciekał, i tak wylecisz w powietrze, jak tylko wyłączą tę zabawkę. Popatrz za siebie na ten pył. 

Ważysz ciut więcej, to i polecisz odpowiednio wyżej. Radzę ci, daj sobie spokój. 

Chris  obejrzał  się  na  rzekomą  granicę,  którą  dopiero  co  przekroczył.  Faktycznie,  po  horyzont 

biegła  cienka  jak  włos  zakrzywiona  linia.  Wyschnięta  ziemia,  gdzie  indziej  nieruchoma,  tu 

przesypywała się nieustannie. Miał wrażenie, że stoi wewnątrz kręgu kipiącego pyłu. 

background image

—  Właśnie  o  tym  mówię.  A  teraz  popatrz.  —  Dowódca  patrolu  schylił  się  i  podniósł  z  ziemi 

kamień wielkości własnej pięści  — a  była to pięść niecodziennych rozmiarów —  i cisnął go w 

stronę,  z  której  nadeszli.  Gdy  kamień  znalazł  się  nad  granicą  wrzącego  pyłu,  podskoczył  z 

głośnym świstem jak odbita rykoszetem kula. W ułamku sekundy zniknął z pola widzenia. 

— Nieźle śmignął, co? Poleciałbyś jeszcze wyżej. Za parę minut to coś uniesie całe miasto. Jak 

widzisz, pozory mylą. Miejsce, w którym stoisz, już nie należy do Ziemi. 

Chris  posłał  spojrzenie  górom,  po  czym  raz  jeszcze  rzucił  okiem  na  linię  wrzącego  pyłu. 

Odwrócił się i podjął marsz w stronę Scranton. 

Tymczasem mimo wszystko znaleźli się na ulicy, którą Chris przemierzył w życiu mnóstwo razy, 

to  ściskając  w  garści  półdolarówkę  na  ogłoszenie:  „szukam  pracy"  w  niedzielnym  wydaniu 

gazety, to znów pchając przed sobą taczkę, w której telepało się parę zardzewiałych kawałków 

złomu,  czy  wracając  do  domu  z  chudą  paczuszką  końskiej  mielonki  najpodlejszego  gatunku. 

Różnica polegała tylko na tym, że tuż za znajomym  narożnikiem  miasto urywało się, ustępując 

miejsca kręgowi gołej ziemi. Na budynki kładł się zakrzywiony cień, który zresztą nie był wcale 

cieniem. 

Dowódca patrolu przystanął i obejrzał się za siebie. 

— Nie ma szans, żebyśmy zdążyli — zawyrokował w końcu. — Musimy się kryć. Barney, pilnuj 

naszego kmiotka. Ja wezmę chłopaka. Nie sądzę, żeby miał wyciąć jakiś numer. 

Barney zaczął coś mówić, ale jego odpowiedź zagłuszyło wycie o mocy pięćdziesięciu decybeli. 

Ściany domów zatrzęsły się potwornym echem. Był to najstraszliwszy hałas, jaki Chris słyszał w 

życiu; zdawało się, że ryk nie ma końca. Dowódca oddziału wepchnął Chrisa do bramy. 

— To jest alarm. Schylcie głowy, chłopcy. Stój spokojnie, rudy. Nic nam raczej nie grozi, ale coś 

się może obsunąć i spaść, więc lepiej osłońcie głowy. 

Ryk  ustał,  a  jego  miejsce  zajęło  buczenie,  dla  odmiany  tak  przenikliwe,  że  Chrisa  zaczęły 

swędzieć zęby w dziąsłach. Cień pogłębił się, wrzący pył w strefie gołej ziemi zaczął tryskać do 

góry fontannami w kształcie paproci. 

Drzwi  zakołysały  się  i  otwarły  na  oścież.  Chris  w  samą  porę  chwycił  się  framugi.  W  chwilę 

później drzwi poleciały w drugą stronę i jeszcze raz wahnęły się 

z, powrotem. Stopniowo drżenie stało się coraz słabsze i rzadsze. 

Po  pierwszym  wstrząsie  panika  Chrisa  zaczęła  stopniowo  przechodzić  w  osłupienie.  Trzęsienie 

ziemi było niczym w porównaniu z widokiem, jaki teraz się przed nim roztaczał. Miasto kołysało 

background image

się  gwałtownie  jak  okręt  targany  burzą.  W  jednej  sekundzie  ulica  celowała  prosto  w  niebo,  w 

następnej przed oczami Chrisa wyrastała ściana nagiej ziemi, nachylając się stromo nad nowymi 

granicami miasta; zaraz potem z powrotem wyłaniało się gładkie niebo... 

Potężne kołysanie powinno było obrócić miasto z łoskotem w jedno wielkie rumowisko kamienia 

i stali, tymczasem odczuwało się jedynie coraz słabsze drgania gruntu. W gigantycznej zasłonie 

pyłu, przez którą Chris widział przesuwający się statecznie krajobraz, miasto wracało do pionu. 

Wstrząsy ustąpiły bez śladu; a nieodparte wrażenie, że dolina wiruje wokół miasta, przyprawiało 

o zawrót głowy. 

Teraz  wiem,  skąd  bierze  swoją  nazwę  pole  wiratorow

e

  —  pomyślał  Chris.  —  Ciekawe,  czy 

podczas  lotu  cały  czas  będziemy  wirować  dookoła  własnej  osi?  A  jeśli  tak,  to  w  jaki  sposób 

wyznaczymy kierunek lotu? 

W  tej  samej  chwili  krawędź  doliny  zaczęła  się  obniżać.  W  ułamku  sekundy  odległy  nasyp 

kolejowy znalazł się na poziomie ulicy, zaraz potem u jej wylotu wyrosło zbocze góry, mignęły 

wierzchołki drzew... wreszcie zostało jedynie błękitne, ciemniejące gwałtownie niebo. 

Potężny dowódca oddziału odetchnął z nagłą ulgą. 

—  Dźwignęliśmy  je,  do  pioruna  —  oświadczył.  Sprawiał  wrażenie  lekko  oszołomionego.  — 

Nigdy do końca nie wierzyłem, że to naprawdę możliwe. 

—  Ja  i  dotąd  nie  za  bardzo  wierz?  —  oświadczył  mężczyzna  nazywany  Barneyem.  —  Trzeba 

ruszać, korzystając z tego, że nic nam nie leci na głowę. Szef i lak gotów pourywać nam łby za 

spóźnienie. 

— Racja, trzeba ruszać. Miej trochę oleju w głowie, rudy, i nie rób już żadnych numerów. Chyba 

widzisz, że nie ma dokąd uciekać. 

To  ostatnie  nie  ulegało  wątpliwości.  Niebo  u  wylotu  ulicy,  podobnie  jak  niebo  nad  głową, 

spowijała  głęboka  czerń;  na  oczach  Chrisa,  jedna  po  drugiej,  zaczęły  zapalać  się  gwiazdy  — 

najpierw  tylko  garstka  najjaśniejszych,  później  tysiące  innych.  Znajdowały  się  w  tych  samych 

miejscach, z czego Chris wywnioskował, że miasto przestało wirować wokół własnej osi. To go 

trochę uspokoiło. Buczenie też ustało, a może zatonęło w odgłosach miasta. 

Światło słoneczne, o dziwo, nie utraciło nic ze swej intensywności. Od tej chwili „dzień" i „noc" 

miały  być  na  pokładzie  miasta  pojęciami  umownymi.  W  Scranton  zapanował  nie  kończący  się 

dzień. 

background image

Oddział  przemaszerował  dwie  przecznice  i  stanął.  Wielkolud  wypatrzył  automat  do  wzywania 

taksówek. Sięgnął po słuchawkę. Barney sprzeciwił się ostro. 

—  Trzeba  eskadry  taksówek,  żeby  nas  dowieźć  do  ratusza  —  oświadczył  zrzędliwie.  —  Do 

taryfy nie wejdzie tylu, żeby sobie dać radę z jeńcem, jakby mu coś strzeliło do głowy. 

—  Mój  chłopak  nie  będzie  wstawiał  żadnych  numerów.  Możecie  sobie  iść  z  waszym 

człowiekiem na piechotę. Ja nie zrobię kroku więcej na tej nodze. 

Barney  zawahał  się,  ale  chybotliwy  chód  wielkoluda  stanowił  niepodważalny  argument. 

Wzruszył  ramionami  i  zniknął  za  rogiem  z  resztą  oddziału.  Dowódca  posłał  Chrisowi 

porozumiewawczy uśmiech, ale chłopiec odwrócił wzrok. 

Taksówka  spłynęła  z  nieba  na  skrzyżowanie  i  z  niepodważalną  precyzją  wykonała  przy 

krawężniku  manewr  lądowania.  W  środku  nie  było  naturalnie  nikogo;  jak  każde  urządzenie, 

którego  obsługa  wymaga  ilorazu  inteligencji  poniżej  stu  pięćdziesięciu,  była  sterowana 

komputerowo.  Ojciec  Chrisa  często  mawiał,  że  zalew  lego  typu  maszyn  przyczynił  się  do 

powstania  sytuacji  permanentnego  kryzysu;  w  gospodarce  i  technologii  pojawienie  się  maszyn 

obdarzonych  częściową  inteligencją  wywołało  drugą  rewolucję  przemysłową,  w  wyniku  czego 

jedynie twórcze bądź administracyjne uzdolnienia stanowiły towar, za który ktokolwiek skłonny 

był płacić. Chris studiował pojazd z żywym zainteresowaniem. Często widywał taksówki, nigdy 

jednak, oczywiście, nie siedział w żadnej z nich. Okazało się, że w środku nie ma zbyt wiele do 

oglądania.  Taksówka  była  owalną  kapsułą  z  plastiku  i  lekkich  metali  pomalowaną  w  bia-ło-

czerwoną  szachownicę.  Dookoła  pojazdu  biegł  rząd  okien.  W  środku  poza  dwoma  siedzeniami 

dla  czterech  osób  i  siatką  głośnika  nie  było  niczego  —  ani  pulpitu  sterowniczego,  ani  żadnych 

urządzeń, ani nawet czegoś, co wyglądałoby jak otwór do wrzucania pieniędzy. Potężny dowódca 

wskazał  Chrisowi  przednie  siedzenie,  sam  usadowił  się  na  tylnym.  Drzwi  zasunęły  się,  jak 

zamykająca  się  gęba  —  od  góry  i  od  dołu.  Taksówka  zaczęła  wznosić  się  łagodnie,  po  czym 

zawisła dwa metry nad poziomem ulicy. 

— Kierunek? — zagadnął pojazd radośnie. Chris aż podskoczył, 

— Ratusz. 

— Numer legitymacji ubezpieczeniowej? 

—  Jeden-pięć-sześć-jeden-jeden-kreska-zero-dziewięć-siedem-pięć-kreska-zero-sześć-dziewięć-

osiem-dwa-jeden-siedem. 

— Dziękuję.— Stul pysk. 

background image

— Witam pana na pokładzie. 

Taksówka  poderwała  się  do  lotu.  Kapitan  rozsiadł  się  wygodnie.  Z  pobłażliwą  przyjemnością 

obserwował,  jak  Chris chłonie przez okno widok ogromnych wieżowców. Mężczyzna rozluźnił 

się wyraźnie, ale nadal pozostawał 

czujny. 

—  Będę  musiał  palnąć  ci  małe  kazanko,  rudy  —  odezwał  się  po  chwili.  —  Nie  wzywałem 

taksówki z powodu mojej nogi, bo nie takie trasy zaliczałem w gorszym stanie. Jesteś w nastroju, 

żeby mnie wysłuchać? 

Chris  zesztywniał.  Chociaż  gubił  się  w  natłoku  nowych  wrażeń,  choć  pochłaniał  go  zew 

nieznanego, uwaga dowódcy oddziału przypomniała mu natychmiast o Kellym. W jednej chwili 

ogarnął  go  wstyd.  Jak  mógł  zapomnieć?  Z  wściekłością  uprzytomnił  sobie,  że  został  uprowa-

dzony  i  teraz  Bob  sam  będzie  musiał  opiekować  się  ojcem  i  siostrami.  Roboty  było  dosyć  dla 

dwóch. Nie dość, że nie miał już nigdy zobaczyć Annie, Kate, Boba i ojca, to jeszcze pozbawiał 

ich swoich rąk, wsparcia i miłości. Najgorsze, że nigdy nie poznają prawdy. 

Dziewczynki  pomyślą  najwyżej,  że  zawieruszył  się  gdzieś  z  Kellym.  Będą  się  gubić  w 

domysłach, pomartwią się trochę, a potem zapomną. Natomiast Bob z ojcem mogą uznać, że ich 

porzucił... najprawdopodobniej  pomyślą, że  sam  zaczepił się w Scranton  i odleciał, zostawiając 

ich samym sobie. 

Nie zrobił tego z własnej woli, ale ani ojciec, ani Bob, ani  malutkie siostry  nigdy  się o tym  nie 

dowiedzą. Swoją drogą nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie jego zgubna ciekawość. Żyłby też 

biedny Kelly, który co gorsza — przypomniał sobie Chris — był psem Boba. 

Olbrzym w kasku dostrzegł zmartwienie na twarzy chłopca. 

—  Posłuchaj,  rudy.—Niecierpliwie  machnął  ręką.  —  Wiem  dobrze,  co  sobie  myślisz.  Moje 

przeprosiny  na  nic się tu nie  zdadzą. Co się stało, to się  nie odstanie.  Lecisz z  nami  i  będziesz 

dalej  leciał.  Nikt  cię  nie  porwał.  Sam  sobie  jesteś  winien,  że  nie  wiedziałeś  o  przymusowym 

werbunku. 

— Zabiłeś mojego psa. 

—  Nie,  nie  zabiłem.  Wprawdzie  pod  tą  szmatą  mam  jedną  czy  dwie  paskudne  rany,  za  które 

miałem prawo go zabić, ale ani tego nie zrobiłem, ani  bym nigdy czegoś takiego nie zrobił. Co 

się jednak stało, to się nie odstanie. Teraz usiłuję ci pomóc i mam na to jeszcze trzy minuty, więc 

lepiej się zamknij i posłuchaj, bo może być za późno. Potrzebujesz pomocy, nie rozumiesz? 

background image

— A cóż to pana obchodzi? — odburknął Chris z goryczą. 

—  Obchodzi,  bo  bystry  z  ciebie  chłopak  i  bitny,  a  ja  takich  lubię.  Ale  to  nie  wystarczy  na 

pokładzie wędrownego miasta, wierz mi na słowo. Znalazłeś się w nowym świecie i jeśli okaże 

się,  że  potrafisz  coś,  co  ma  tutaj  jakąkolwiek  wartość,  będę  tylko  mile  zdziwiony.  Scranton  z 

pewnością nie zafunduje ci wykształcenia. Masz dosyć oleju w głowie, żeby mnie posłuchać? Jak 

nie, to szkoda mojego zachodu. Zostawiam ci minutę do namysłu. 

W  słowach  olbrzyma  kryła  się  gorzka  prawda,  ale  wyglądało  na  to,  że  kapitan  wie,  co  mówi. 

Chyba kierowały  nim uczciwe pobudki...  inaczej, po co by  się wysilał?  Chrisem targały  jednak 

mieszane uczucia. Nie odważył się otworzyć ust, skinął tyko głową w milczeniu. 

—  Zuch  chłopak.  No  więc  najpierw  chcę  cię  wziąć  do  szefa.  Nie  do  burmistrza,  bo  ten  się 

specjalnie  nie  liczy,  tylko  do  Franka  Lutza,  menażera  miasta.  Między  innymi  będzie  chciał 

wiedzieć,  co  robisz  i  co  umiesz.  Zanim  dojdziemy  na  miejsce,  powinieneś  sobie  przemyśleć 

odpowiedź. Obojętne, co mu powiesz, coś musisz wy-mienić. I lepiej, żeby to było coś, na czym 

się naprawdę znasz, bo na pewno solidnie cię przepyta. 

— Nie znam się na niczym poza polowaniem i robotą w ogrodzie — oświadczył ponuro Chris. 

—  Nie,  chodzi  mi  o  wiedze  książkową.  Coś,  co  się  może  przydać  podczas  lotu.  Inaczej  Lutz 

wyśle cię do wygarniania żużlu, a na hałdach długo nie pociągniesz. 

Taksówka zwolniła i zaczęła opadać. 

—  Nie  próbuj  zmieniać  tematu,  jeżeli  nie  wyrazi  zainteresowania.  Przyzwoity  specjalista, 

zwłaszcza  w  twoim  wieku,  zna  się  tylko  na  jednej  dziedzinie.  Trzymaj  się  tego,  co  już 

powiedziałeś, i przekonuj go, że możesz się na coś przydać. Zrozumiałeś? 

— Tak, ale... 

—  Nie  ma  czasu  na  żadne  „ale'*,  l  jeszcze  jedno:  powinieneś  wiedzieć,  do  kogo  się  zwrócić, 

gdybyś wpakował się w jakąś 'kabałę na pokładzie tej mieściny. Nie radzę ci chodzić do Franka 

Lutza. Nazywam się Frad Haskins... nie Fred, tylko Frad, F-R-A-D. 

Taksówka  zakołysała  się,  zaszurała  podwoziem  po  kocich  łbach.  Drzwi  się  rozsunęły.  Chris 

rozmyślał gorączkowo na tyle tematów naraz, że w pierwszej chwili nie zrozumiał, co usiłuje mu 

dać do zrozumienia dowódca, podając  swoje  nazwisko. W końcu do niego dotarło. Nieskładnie 

usiłował jednocześnie wybąkać podziękowania i się przedstawić. 

— Jesteśmy na miejscu, proszę panów — oznajmiła taksówka radośnie. 

— Stul pysk. Chodźmy, rudy. 

background image

Frank  Lutz,  menażer  lecącego  Scranton,  już  na  pierwszy  rzut  oka  nasunął  Chrisowi  myśl  o 

sukcesie. Ale to, co kojarzyło się Chrisowi z sukcesem, odbiegało daleko 

od  wyobrażeń  chłopaków  z  miasta.  Niski,  pulchny,  przystojny,  gładko  ulizany  Lutz  nawet  za 

biurkiem  wyglądał  trochę  niezdarnie.  Słuchał  relacji  Haskinsa  o  obydwu  pojmanych,  wodząc 

krótkowzrocznym  spojrzeniem  poczciwej  pliszki.  Ledwie  jednak  kapitan  skończył,  menażer 

podniósł oczy i Chris nie miał najmniejszych wątpliwości, że siedzi przed nim okaz niebezpiecz-

nego gatunku... tym bardziej niebezpiecznego, im bardziej łagodne sprawiał wrażenie. 

—  Cały  ten  przepis  o  przymusowym  werbunku  to  nawracanie  głowy.  Ale  obawiam  się,  że 

będziemy  musieli  utrzymać  naszych  przygodnych  pasażerów,  dopóki  nie  wydostaniemy  się  w 

rejony słabiej naszpikowane gliniarzami. 

— Nie ma dla nich leków — zauważył Haskins niejasno. 

— To nie jest temat do rozmów w miejscach publicznych — uciął Lutz lodowatym tonem. 

Chris pojął w lot, że mętna uwaga Haskinsa z jakichś powodów przeznaczona była dla jego uszu. 

Z  każdą  chwilą  przekonywał  się,  że  olbrzym  jest  o  wiele  przebieglejszy,  niżby  to  sugerowały 

jego niedźwiedzia postura t prostoduszność. 

— Ci dwaj nie wyglądają na takich, co umieją cokolwiek. Tacy nigdy nic nie umieją. 

Zwodniczo  łagodne  piwne  oczy,  poczciwe  i  załzawione,  spoczęły  nieoczekiwanie  na  twarzy 

wieśniaka. 

— Nazwisko? 

— Kto pyta, jeśli można wiedzieć. Nie macie prawa... 

— Nie stawiaj mi się tutaj, włóczęgo, bo nie mam na to czasu. Rozumiem, że nie masz nazwiska. 

A zawód masz? 

— Ja nie włóczęga, ja pudlarz — oburzył się wieśniak. — Hutnik-pudlarz.— Na jedno wychodzi. 

Coś jeszcze? 

— Robiłem  jako pudlarz dwadzieścia  lat. Jestem mistrzem pudlarskim...  mistrzem pudlarskim  i 

już. Starszym cechu, rozumiesz? Mam zawód i znam go lepiej niż 

kto inny. 

— Pracowałeś ostatnio? — spytał zarządca, nie podnosząc głosu. 

— Nie. Ale jestem starszym cechu. Mam kartę pracy. Nie włóczęga, rzemieślnik, rozumiesz? 

—  Choćbyś  był  arcymistrzem  pudlarstwa,  nie  mógłbym  cię  zatrudnić,  kolego...  nawet  kiedy 

trafimy  na  jakieś  żelazo,  co  wcale  nie  jest  pewne.  W  tym  mieście,  kiedy  byłeś  jeszcze 

background image

czeladnikiem,  stosowało  się  technologię  Bessemera.  Nie  wiedziałeś,  twoja  strata.  Barney, 

Huggins, na hałdy z nim. 

Wykonanie  rozkazu  nie  obyło  się  bez  kolejnej  porcji  wrzasków  i  kuksańców.  Lutz  spuścił  z 

powrotem  wzrok  na  dokumenty.  Wyglądał  jak  nieszkodliwe,  skunksowate  stworzonko,  które 

malutkimi łapkami obmacuje ostrożnie ptasie jajo, żeby sprawdzić, czy zdobycz nie gryzie. 

— Mam nadzieję, że ty miałeś więcej szczęścia, Frad — odezwał się, kiedy hałas ucichł. — Jak 

twoje sprawy stoją? Znasz się na czymś, synu? 

— Tak — odpowiedział błyskawicznie Chris. — Na 

astronomii. 

— Co? W twoim wieku? — Lutz przeniósł wzrok na Haskinsa. — Czy to znów któraś z twoich 

akcji charytatywnych, Frad? Z dnia na dzień masz coraz gorszy gust. 

— Pierwsze słyszę, szefie — bronił się Haskins najzupełniej szczerze. — Myślałem, że to jeden z 

tych zbieraczy złomu. Nic mi nie mówił. 

Menażer zabębnił  leciutko palcami o  blat biurka. Chris wstrzymał oddech. Jego kłamstwo było 

żałosne. 

Zdawał  sobie  z  tego  sprawę,  ale  nie  przychodziło  mu  do  głowy  nic,  czym  miałby  szansę 

zainteresować szefa koczowniczego miasta. Wieczorami, po zachodzie słońca czytywał wszystko 

po trochu. Najlepiej utkwiły mu w pamięci (akty i teorie historyczne, ale Haskins uprzedził go, że 

powinien  wykazać  się  czymś,  co  mogłoby  być  przydatne  na  pokładzie  Scranton.  Historia 

odpadała. Odpowiedniejsze byłyby skąpe elementy ekonomii, z którą zapoznawał go ojciec, zbyt 

nieliczne  niestety  i  nie  powiązane  z  najnowszą  historią,  bo  kiedy  Chris  wkroczył  w  wiek 

młodzieńczej dociekliwości, stan zdrowia nie pozwalał już doktorowi na prowadzenie aktualnych 

badań.  Nie  miał  innego  wyjścia,  jak  tylko  obstawać  przy  astronomii,  której  liznął  trochę  z 

książek, w większości wydanych przed jego urodzeniem, a trochę nauczył się leżąc po nocach w 

pachnącym  koniczyną  polu  i  licząc  meteory.  Frank  Lutz  po  raz  pierwszy  wydawał  się  lekko 

poruszony. 

— Chłopak z Lakebranch podaje się za astronoma! — wycedził powoli. — No, no, tego jeszcze 

nie  było.  Frad, ten dzieciak wcisnął ci chyba swoje  hobby.  Zjem twój kask z  farbą  i czym tam 

jeszcze, jeżeli w ogóle skończył podstawówkę. 

— Słowo daję, szefie, nic nie wiem na ten temat. 

— Hmm. Skoro tak, synu, to wymień wszystkie planety, zaczynając od leżącej najbliżej Słońca. 

background image

Pytanie było łatwe, niemniej należało się spodziewać, że po nim przyjdą trudniejsze. 

— Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun, Pluton, Prozerpina. 

— Wydaje mi się, że coś po drodze zgubiłeś. 

— Owszem, około pięciu tysięcy — odpowiedział Chris najspokojniej, jak potrafił. — Kazał mi 

pan wymienić planety, a nie satelity czy asteroidy.— Zgadza się. Jaki jest wobec tego największy 

satelita? ł największa asteroida? 

— Tytan. I Ceres. 

— Najbliższa gwiazda stała? 

— Słońce. 

— Owszem. — Menażer uśmiechnął się  niewesoło.  — Niestety, tylko do czasu. Przestanie  nią 

być lada chwila. Ile miesięcy ma rok świetlny? 

—  Dwanaście,  jak  każdy  inny.  Rok  świetlny  nie  jest  miarą  czasu,  tylko  miarą  odległości... 

odległości, którą światło przebywa w ciągu roku. Nie  ma  nic wspólnego z  miesiącami. Mógłby 

mnie pan równie dobrze pytać, ile cal ma tygodni. 

— Cal ma pięćdziesiąt dwa tygodnie... sam dojdziesz do tego w moim wieku. — Lutz ponownie 

zabębnił  palcami  o  biurko.  —  Gdzieś  się  nałykał  tych  wiadomości?  Nie  będziesz  mi  chyba 

wmawiać, że chodziłeś w Lakebranch do szkół? 

—  Mój  ojciec  przez  większą  część  życia  wykładał,  dopóki  nie  zamknięto  uniwersytetu  — 

wyjaśnił  Chris.  —  Był  znakomitym  naukowcem.  Większość  tego,  co  wiem,  wiem  od  niego. 

Resztę sam zaobserwowałem i wyliczyłem z ołówkiem i kartką papieru. 

Chris poczuł, że stoi  na pewnym gruncie, o ile uda  mu się przemycić  jedno kłamstwo: zastąpić 

ekonomię astronomią. Nie przejął się następnym pytaniem, bo się go spodziewał. 

— Jak się nazywasz? 

— Crispin deFord — odpowiedział niechętnie. 

Słuchający zarżeli z nagłej uciechy. Chris starał się nie zwracać na nich uwagi. Zapłacił za swoje 

komiczne  imię tyloma bójkami z rówieśnikami z  sąsiedztwa, że nauczył  się znosić  je z pokorą, 

acz bez zachwytu. Zdziwił się jednak, widząc, że Haskins unosi krzaczaste, wypłowiałe 

brwi i przygląda mu się kolejny raz z wyraźnym zainteresowaniem. Chris nie miał pojęcia, co to 

może znaczyć; zdążył już solidnie nadwerężyć moce spekulacyjne swojego umysłu. 

background image

—  Niech  któryś  z  was  to  sprawdzi  —  polecił  menażer.  —  Mamy  przecież  paru  facetów  z 

dawnego  Uniwersytetu  Scranton.  Na  Hoffę,  Boyle  Warner  był  przecież  kiedyś  profesorem, 

prawda? Sprowadźcie go tutaj i skończmy już z tą sprawą. 

—  Co  znowu,  szefie,  czyżbyś  wyczerpał  zasób  podchwytliwych  pytań?  —  pozwolił  sobie  na 

szyderstwo Haskins, uśmiechając się od ucha do ucha. 

Lutz odpowiedział lodowatym uśmiechem. 

— Jakbyś zgadł  — przyznał z zaskakującą  szczerością. — Zobaczymy  jednak, czy chłopakowi 

uda się okpić Warnera. 

— Chociaż raz stary łobuz przyda się na coś—mruknął ktoś za plecami Chrisa. 

Głos  był  cichy,  ale  dotarł  do  uszu  menażera;  mężczyzna  wysunął  szczękę  i  znienacka  walnął 

groźnie pięścią w blat biurka. 

— Przyda się do tego, żeby was dowieźć na miejsce, radziłbym nie zapominać! Stal swoją drogą, 

a gwiazdy swoją... bez Boyle'a możemy w życiu nie zobaczyć więcej ani rudy żelaza, ani sztaby 

stali.  Przy  nim  wszyscy  jesteśmy  pudlarzami,  jak  tamten  kmiotek.  Kto  wie,  czy  to  samo  nie 

odnosi się do tego chłopaka. 

— Dobra tam, szefie, bez przesady. Co taki może wiedzieć? 

—  Właśnie  usiłuję  to  ustalić  —  wycedził  Lutz  z  zimną  furią.  —  Który  z  was  wie,  co  to  jest 

odcinek? Zapadła cisza. 

— A ty wiesz, rudy? 

Chris przełknął ślinę. Znał odpowiedź, ale nie mógł pojąć, dlaczego menażer o taką drobnostkę 

podnosi rwetes. 

— Tak, proszą pana. Jest to najkrótsza odległość między dwoma punktami. 

— Tylko tyle? — spytał ktoś z niedowierzaniem. 

—  Dokładnie  tyle,  ile  dzieli  nas  od  śmierci  głodowej  —  oświadczył  Lutz.  —  Frad,  zabierz 

chłopaka  na  dół  i  zobacz,  co  o  nim  powie  Boyle;  albo  nie,  lepiej  go  nie  wyciągać  z 

obserwatorium.  Ma  teraz  urwanie  głowy  z  nanoszeniem  poprawek  kursu.  Dorwij  go  w  wolnej 

chwili.  Dowiedz  się,  czy  był  jakiś  profesor  deFord  na  Uniwersytecie  Scranton,  i  każ  przepytać 

solidnie chłopaka. Ale to solidnie. Jeżeli da sobie radę, może zostać asystentem Boyle'a. Jak nie, 

to powędruje na hałdy. Dość już tego zawracania głowy. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Wymiana 

 

Nawet  miasto,  które,  strząsnąwszy  z  siebie  slumsy,  odleciało  w  kosmos,  ma  swoje  kryjówki. 

Chris  wiedziony  naturalnym  instynktem  tropionego  zwierzęcia  niezwłocznie  wyszukał  sobie 

własną. Nikt dotąd na niego nie polował. Głos wewnętrzny mówił mu jednak, że to tylko kwestia 

czasu. Astronom miasta, doktor Boyle Warner, przyjął go wprawdzie bardzo miło, nie omieszkał 

jednak starannie zbadać zakresu jego wiadomości; pytania ujawniły aż nadto wyraźnie, że wiedza 

astronomiczna Chrisa, choć zaskakująca u tak słabo wykształconego chłopca, była zbyt skromna, 

żeby  cokolwiek  znaczyć  dla  doktora  Warnera  czy  dla  miasta.  Pełen  skrywanych  wątpliwości, 

przyjął Chrisa na asystenta i zawiadomił o decyzji menażera miasta. 

— Obawiam się, że trudno mi będzie znaleźć dla ciebie coś pożytecznego do roboty, Crispinie — 

uprzedził otwarcie Chrisa. — Jeżeli każę ci tylko zamiatać obserwatorium, któryś z zauszników 

Franka Lutza prędzej czy później  nas nakryje. Frank  może słusznie uznać, że nie potrzebuję do 

tej roboty  aż tak rosłego chłopaka  jak  Ly. Dopóki  jesteś ze  mną,  musi  wyglądać  na to, że cały 

czas się uczysz.— Będę się uczył — zapewnił Chris. — O to mi właśnie chodzi. 

—  Doceniam  twój  zapał  —  pochwalił  doktor  Warner  ze  smutkiem  —  Rozumiem  cię  bardzo 

dobrze. Ale ta sytuacja nie potrwa wiecznie. Ani ja, ani nikt inny w Scranton nie jest w stanie w 

ciągu  dwóch  lat  uzupełnić  dziesięcioletnich  zaległości  w  twoim  wykształceniu;  nie  mogę  ci 

przekazać wiedzy, którą sam zdobywałem przez  lat trzydzieści. Zrobię  co w  mojej  mocy,  czyli 

będę cię krył... ale prędzej czy później nas przyłapią. 

Chris  wiedział,  że  kiedy  nadejdzie  ta  chwila,  wyląduje  na  hałdach  żużlu  —  stąd  zrodził  się 

pomysł  kryjówki.  Zastanawiał  się,  czy  doktora  też  ześlą  na  hałdy.  Nie  wydawało  się  to  zbyt 

prawdopodobne. Wątły, brzuchaty astrofizyk nie pociągnąłby długo przy łopacie, nie mówiąc już 

o  tym,  że  był  jedynym  nawigatorem  miasta.  Chris  napomknął  ostrożnie  Haskinsowi  o  swoich 

wątpliwościach. 

— Nie  masz  się co  łudzić — oświadczył  Haskins cynicznie.  — Prawda  jest taka, że nie  mamy 

żadnego nawigatora. Oczekiwać od astronoma, że będzie nawigatorem, to tak jakbyś spodziewał 

się,  że  kura  usmaży  ci  jajko.  Nasz  doktorek  nadaje  się  najwyżej  na  asystenta  głównego 

nawigatora, o czym Frank Lutz dobrze wie. Jak tylko trafimy na miasto, które będzie miało praw-

background image

dziwego nawigatora na wymianę, Frank może bez mrugnięcia okiem odesłać Warnera na hałdy. 

Nie mówię, że musi, ale może. 

Haskins  niewątpliwie  znał  swojego  szefa.  A  Chrisowi  wystarczyło  jedno  spotkanie  z  Lutzem, 

żeby  w  zupełności  zgodzić  się  z  kapitanem.  Oficjalnie  Chris  zamieszkał  w  malutkim 

jednoosobowym pokoiku w akademiku uniwersyteckim. Zakwaterowano go jako asystenta dok-

tora Warnera. Trzymał tam jednak tylko pożyczone od 

doktora książki, przyrządy matematyczne, wreszcie mapy i wykresy, nad którymi rzekomo miał 

pracować;  do  tego  mniej  więcej  ćwierć  zapasów  prostej  odzieży  i  niewielkiego  przydziału 

żywności,  jaki  wydano  mu  z  chwilą,  gdy  uzyskał  oficjalny  status  mieszkańca.  Pozostałe  trzy 

czwarte zadekował w kryjówce. Nie zamierzał dać się przyłapać pod oficjalnym adresem, kiedy 

szpicle Franka Lutza ruszą w pogoń. 

W  kryjówce  studiował  równie  pilnie  jak  w  obserwatorium  czy  w  akademiku.  Był  absolutnie 

zdecydowany  dołożyć  wszelkich  starań,  żeby  doktor  Warner  nie  musiał  płacić  za  swoją 

ryzykowną dobroć. Frad Haskins, choć rzadko odwiedzał chłopca, bo nie miał żadnych powodów 

bywać na uniwersytecie, od pierwszego wejrzenia przejrzał taktykę Chrisa. 

— Wiedziałem, że nie poddasz się bez walki — powiedział tylko. 

Przez blisko rok Chris był przekonany, że robi postępy. Dzięki ojcu stosunkowo łatwo było mu 

pojąć  zasady  gospodarki  miasta.  Rozumiał  je  zapewne  lepiej  niż  którykolwiek  z  mieszkańców 

Scranton, a już na pewno lepiej niż Frad Haskins czy doktor Warner. Miasto, od kiedy uniosło się 

w  przestworza,  przerzuciło  się  na  typ  gospodarki  charakterystyczny  dla  ściśle  izolowanych 

pasterskich plemion koczowniczych; funkcjonowało teraz jako wspólnota, w której każdy może 

ożywać  wszystkiego,  czego  potrzebuje  w  związku  ze  swoją  pozycją  zawodową.  Kiedy  na 

przykład  Frad  Haskins  musiał  gdzieś  lecieć  taksówką,  wsiadając  podawał  automatowi  numer 

legitymacji ubezpieczeniowej. Gdyby jednak przy rozliczaniu roku finansowego wyszło na jaw, 

że jego konto obciąża więcej przejazdów, niż to wynika z obowiązków służbowych, otrzymałby 

naganę.  A  gdyby  jemu,  czy  komukolwiek,  wpadło  do  głowy  ukrywać  zapasy  —  obojętne 

szampon czy bochenki chleba — nie skończyłoby się to tylko na naganie, gdyż jedno i drugie na 

pokładzie  miasta  koczowniczego  z  konieczności  występowało  tylko  w  ściśle  określonych  i 

ewidencjonowanych  ilościach.  Kary  za  magazynowanie  dóbr  były  surowe  i  wymierzane 

bezzwłocznie. 

background image

Miasto wiozło ze sobą walutę, ale żaden ze zwykłych obywateli nigdy jej nie oglądał, bo też nie 

potrzebował. Waluty używano wyłącznie w handlu zagranicznym, płacąc za prawo postoju i inne 

zezwolenia oraz towary, których ograniczony polem wiratorowym mikrokosmos miasta nie mógł 

pomieścić.  W  tym  samym  celu  pasterze  starożytni  przechowywali  pewną  ilość  złota  i  drogich 

kamieni.  Ekwiwalentem  złota  na  pokładzie  Scranton  był  german,  lecz  w  skarbcu  miejskim 

spoczywały  nieliczne  sztaby  tego  metalu.  Chociaż  w  tej  części  galaktyki  powszechnie  bito 

monety  z  germanu,  miasto  z  chwilą  podjęcia  decyzji  o  odlocie  przerzuciło  się  na  banknoty 

papierowe — „dolar koczowniczy", którym obracano w handlu z koloniami. 

Chociaż  konkretna  sytuacja,  w  której  się  znalazł,  stanowiła  dla  Chrisa  nowość,  ogólnie 

orientował się w zasadach funkcjonowania miasta. Na razie jednak jego pozycja w Scranton była 

zbyt  mało  znacząca,  żeby  mógł  w  jakikolwiek  sposób  wykorzystać  swoją  wiedzę.  Pamiętał 

nędzę, w jakiej przyszło żyć ojcu, i nie miał żadnej pewności, czy kiedykolwiek zrobi ze swoich 

wiadomości użytek, 

Mijał  rok,  mijały  ich  kolejne  gwiazdy.  Haskins  mówił,  że  menażer  zdecydował  wydostać  się  z 

Grupy  Lokalnej  —  umownej  kuli  o  średnicy  pięćdziesięciu  lat  świetlnych,  której  środek 

stanowiło Słońce. Jego systemy planetarne zostały gęsto zasiedlone podczas wielkiego exodusu 

kolonizacyjnego w latach dwa tysiące trzysta 

siedemdziesiąt  pięć  —  dwa  tysiące  czterysta  głównie  przez  przedstawicieli  schyłkowej 

cywilizacji  ziemskiego  Zachodu,  szukających  schronienia  przed  rządami  wszechwładnej 

biurokracji.  Lutz  domyślał  się,  a  jego  domysły  zostały  wkrótce  potwierdzone  wezwaniami 

kierowanymi  do  Scranton  drogą  radiową,  że  starych  miast  wędrownych  jest  zbyt  wiele,  żeby 

mogły dopuścić do konkurencji przybysza. 

Chris  starał   się  rozpoznawać  mijane  gwiazdy  na podstawie ich widma. Był to jedyny sposób 

identyfikacji,  gdyż  ich  położenie  błyskawicznie  się  zmieniało.  Również  konstelacje,  chociaż  o 

wiele wolniej,  znajdowały się w coraz to innym miejscu w stosunku do lecącego miasta. Zadanie 

nie  było  łatwe  i Chris często  miewał poważne  wątpliwości,  czy dobrze określa  mijane obiekty. 

Mimo to był przejęty do głębi  świadomością, że  przepływające obok miasta świetlne punkty to 

legendarne  gwiazdy  epoki  kolonialnej,  a  jeszcze  bardziej  był  przejęty,  kiedy  któreś  z  tych 

słynnych  słońc  udało  mu  się  schwycić  w  obiektyw  niewielkiego  teleskopu.  Nawet  w  nazwach 

kołatały echa zamierzchłej przygody: Alfa Centaura, Wolf 359,  RD-4*  4048,  Altair,  Cygni  61,  

Syriusz,  Kruger  60,  Procjon,  Eridani  40.  Tylko  nieliczne  leżały  w  pobliżu  trajektorii  lotu 

background image

Scranton  —  większość  pozostawała  rozsiana  „w  kilwaterze",  w  tym  wypadku  pod  miastem. 

Część z nich była zresztą widzialna, a przynajmniej dawała się sfotografować. Trzeba przyznać, 

że miasto, cokolwiek by Chris o nim sądził, stanowiło znakomite obserwatorium astronomiczne. 

Jak  to  się  działo,  że  widział  gwiazdy,  było  dla  niego  całkowitą  zagadką.  Uważał,  że  skoro 

Scranton  podróżuje  z  szybkością  wielokrotnie  przewyższającą  prędkość  światła,  gwiazdy 

pozostawiane z tyłu w ogóle nie powinny być widoczne, a widmo gwiazd położonych po bokach 

w  kierunku  lotu  powinno  zostać  poważnie  zakłócone.  Mimo  to  wygląd  nieba  specjalnie  się  nie 

zmienił.  Zrozumienie  tego  zjawiska  wymagało  posiadania  podstawowej  wiedzy  o  zasadach 

funkcjonowania  wiratorów,  tymczasem  teoretyczne  wyjaśnienia  doktora  Warnera  były  jeszcze 

bardziej mgliste niż zwykle... tak mgliste, że Chris podejrzewał, że uczony sam tego zagadnienia 

dobrze nie rozumie, 

Chrisowi  brakowało  podstaw  teoretycznych,  ale  gwiazdy  widziane  z  lecącego  Scranton 

wyglądały  mniej  więcej  tak  samo  jak  z  pola  na  pensylwańskim  pustkowiu,  w  miejscu  gdzie 

Appalachy  zasłaniały  łunę  nad  dawnym,  ziemskim  Scranton.  Wnosił  z  tego,  że  osłona 

wiratorowa,  jakkolwiek  niewidzialna,  redukowała  jasność  gwiazd  mniej  więcej  trzykrotnie, 

podobnie  jak  atmosfera  ziemska  w  okolicy,  z  której  Chris  pochodził.  Choć  po  raz  kolejny  nie 

potrafił  wyjaśnić  przyczyny,  zauważył,  że  zjawisko  to  ma  swoje  zalety.  Część  pomniejszych 

gwiazd  przestawała  być  widoczna  gołym  okiem,  co  znacznie  ułatwiało  obserwację,  bo  nie 

zakłócało  jej  nadmiarem  ciał  niebieskich  widzianych  w  przestrzeni  kosmicznej.  Czy  był  to 

rzeczywiście  nieuchronny  efekt  pola  wiratorowe-go...  czy  też  efekt  wywołany  specjalnie,  żeby 

ułatwić nawigacje? 

— Osobiście zapytam o to Lutza — oświadczył doktor Warner, kiedy Chris przedstawił mu swój 

problem.  —  Efekt,  o  którym  mówisz,  szalenie  mi  przeszkadza;  szczerze  mówiąc,  odbiera  całą 

przyjemność z uprawiania astronomii w otwartym kosmosie. Im prędzej to zrobimy, tym lepiej. 

Pójdziesz ze  mną, Crispinie. Nie  bardzo  mogę cię zostawić samego w obserwatorium,  najlepiej 

będzie, jak Lutz zobaczy nas razem. 

Nagle  dotarło  do  Chrisa,  że  wszyscy  w  Scranton  stale  wydają  mu  polecenia.  Co  miał  jednak 

robić? Poszedł 

7.  doktorem  Warnerem.  Nie  zachwycała  go  perspektywa  ponownego  spotkania  z  menażerem, 

uznał  jednak,  że  pod  skrzydłami  astronoma  będzie  najbezpieczniejszy;  szczerze  mówiąc 

imponowała mu niecodzienna odwaga doktora Warnera. 

background image

Ale nawet jeśli Boyle Warner zadał Lutzowi pytanie, Chris nie usłyszał odpowiedzi. 

Frank Lutz nie uważał za słuszne, żeby petenci wyczekiwali na korytarzach. Jego zdaniem była 

to  dla  obydwu  stron  strata  czasu,  którym  ani  on  nie  dysponował,  ani  podwładni  nie  powinni 

dysponować  w  nadmiarze.  Teraz,  kiedy  jego  ewentualni  oponenci  nie  mieli  dokąd  uciekać,  nie 

ukrywał  też  żadnych  tajemnic  urzędowych.  Od  czasu  do  czasu,  żeby  przypomnieć,  kto  rządzi 

naprawdę  w  tym  mieście,  nie  dopuszczał  do  siebie  burmistrza,  ale  poza  tym  w  godzinach 

urzędowania wszyscy mogli wchodzić i wychodzić bez przeszkód. 

Doktor  Warner  zasiadł  z  Chrisem  w  najdalszej  ławie  —  Lutz  urzędował  w  pomieszczeniach 

dawnego  sądu  —  i  czekał  cierpliwie,  aż  przyjdzie  jego  kolej,  żeby  stanąć  u  stóp  pulpitu 

menażera. Zapadł w  lekką drzemkę; służbowe sprawy  Franka Lutza nie obchodziły go, zresztą, 

jak  to  w  podeszłym  wieku,  słuch  miał  nie  najlepszy.  Chris  miał  natomiast  młodzieńczy  słuch  i 

młodzieńczą  ciekawość;  od  małego  ćwiczył  zmysły,  tropiąc  w  zaroślach  drobną  zwierzynę. 

Wróciło  poczucie  zagrożenia,  jakie  wzbudził  w  nim  Lutz  przy  pierwszym  spotkaniu.  To 

wyostrzyło spostrzegawczość chłopaka i pobudziło jego ciekawość. 

—  Nie  mamy  warunków,  żeby  kręcić  nosem  —  mówił  menażer.  —  To  ogromna  jednostka, 

największa  z  napotkanych,  w  dodatku  proponują  nam  uczciwy  interes.  Kiedy  spotkamy  ich 

następnym  razem,  mogą  już  nie  być  tacy  uprzejmi,  zwłaszcza  jeżeli  teraz  ich  zlekceważymy. 

Zamierzam przyjąć tę propozycję.— Czego chcą? — spytał ktoś. 

Chris wyciągnął  szyję, ale  nie  znal pytającego. Doradcy  Lutza pozostawali zwykle anonimowi, 

chyba że jak Huggins cieszyli się sławą skończonych zbirów. 

— Przeanalizowali nasz kurs i namawiają do zmiany. Twierdzą, że kierujemy się w strony, które 

dawno  spenetrowali.  Zauważcie,  że  jest  to  dla  nas  bardzo  istotna  informacja.  Mają  w  tamtych 

obszarach rozeznanie, którego nam brakuje. Zawsze lecimy w ślepo. Chcą nam zapłacić między 

innymi podaniem nowego kursu, który doprowadzi nas w okolice bardzo niedawno zasiedlonych 

planet rudonośnych, na których powinno się znaleźć dla nas mnóstwo roboty. 

— Tak oni twierdzą. 

—  A  ja  im  wierzę  —  obruszył  się  Lutz.  —  Nie  padło  jedno  zdanie,  którego  by  nie 

przetransmitowali  w  przestrzeń  dirakiem.  Każde  słowo  słyszały  gliny,  nie  tylko  tutaj,  ale 

wszędzie, gdzie są odbiorniki. Są wielką jednostką. Na pewno nie odważą się publicznie zawrzeć 

nieuczciwej transakcji. Mam tylko jeden problem: jakiej żądać zapłaty. — Spuścił wzrok na blat 

biurka.  Zebrani  milczeli.  Lutz  podniósł  wzrok  z  chłodnym  uśmiechem.  —  Miałem  kilka 

background image

pomysłów,  ale  najbardziej  chyba  odpowiadałoby  mi,  żeby  uzupełnili  nasze  zapasy.  Nie  mamy 

dosyć żywności, by dotrzeć do wskazanego przez nich gwiazdozbioru... Liczyłem na to, że zanim 

polecimy  tak  daleko,  wylądujemy  na  jakiejś  bliższej  planecie.  Oni  o  tym  nie  wiedzą,  a  ja  nie 

zamierzam ich informować. 

— Zorientują się, kiedy ich poprosisz o żywność, Frank... 

— Nie jestem aż takim idiotą. Chyba zdajesz sobie sprawę, że żadne miasto wędrowne za ż a d n 

ą  cenę  nie  sprzeda  ci  nigdy  grama  żywności.  Z  równym  powodzeniem  mógłbyś  próbować 

odkupić tlen albo pieniądze. 

Mam zamiar poprosić o parę byle jakich urządzeń technicznych i dwóch czy trzech techników do 

obsługi;  w  podzięce  za  rzekomo  bezcennych  fachowców  przekażę  im  spory  oddział  ludzi,  z 

których  nie  mamy żadnego pożytku. Nie  będzie  ich  aż tak wielu, żeby  miasto tej wielkości  nie 

dało  rady  ich  wchłonąć,  a  dla  nas  w  drodze  do  rudonośnego  gwiazdozbioru,  na  który  Amalfi 

zobowiązał się nas wykierować, byliby tylko dodatkowymi gębami do wykarmienia. Nie padnie 

słowo na temat prowiantu. Zwykła wymiana personelu,  i dokonań  „według uznania", zgodnie z 

koczowniczym zwyczajem. 

Zebrani odpowiedzieli  minutą pełnej  szacunku ciszy. Nawet Chris  musiał przyznać, że plan, na 

tyle, na ile go zrozumiał, był bardzo sprytny. 

—  W  dodatku  w  ten  sposób  pozbędziemy  się  wszystkich  bezużytecznych  włóczęgów  i  całego 

prostactwa, które musieliśmy zabrać na pokład — dorzucił Lutz z uśmiechem. — Policja ziemska 

nigdy się o niczym nie dowie; Amalfi też się nie zorientuje. Mają dosyć żywności, ba, leków dla 

ponadmilionowej  załogi.  Przełknie  trzy  setki  nadliczbowych  kmiotków  gładko  jak  aspirynę  i 

jeszcze  uzna  to  za  uczciwą  cenę  za  dwóch  techników  i  niepotrzebne  do  niczego  urządzenia. 

Najbardziej mi się w tym wszystkim podoba to, że w jakimś sensie zamiana jest uczciwa, z czego 

wniosek... 

Chris już nie słuchał. Z żalem posłał pożegnalne spojrzenie astronomowi, od którego zaznał tak 

wiele  pomocy,  po  czym  cichutko,  jak  na  kłusownika  przystało,  wykradł  się  z  sądu  i  udał  do 

swojej kryjówki. 

Kryjówka znajdowała się w magazynie położonym na obrzeżach miasta, niedaleko uniwersytetu. 

Była  dziełem  przypadku.  Piramida  ogromnych  skrzyń  musiała  rozsunąć  się  w  pierwszych 

sekundach  po  starcie,  tworząc  rozległy,  nieprzebyty  labirynt,  o  którym  milczały  mapy  miasta. 

Chris wydłubał scyzorykiem dziurę w ścianie jednej ze skrzyń i odkrył, że w środku znajdują się 

background image

urządzenia  górnicze.  (Oznaczenia  na  pozostałych  sugerowały,  że  zawierają  sprzęt  podobnego 

typu).  Nie  było  specjalnych  powodów  do obaw,  że  ktoś  rozpakuje  skrzynie  przed  lądowaniem. 

Miasto w locie raczej nie ma okazji do prowadzenia prac górniczych. 

Na  razie  nie  musiał  opuszczać  kryjówki.  W  magazynie  znajdowała  się  również  toaleta,  która 

wyglądała  na  nie  uczęszczaną.  Magazyn  nie  wymagał  strażnika  —  kto  połasiłby  się  na  ciężkie 

maszyny  górnicze  i  dokąd  by  z  nimi  uciekł?  Był  dobrze  wentylowany,  lecz  w  labiryncie  Chris 

musiał  uważać,  żeby  nie  zaprószyć  ognia.  Dopóki  miał  zapasy  żywności,  raczej  nic  mu  nie 

groziło. Później będzie musiał podjąć ryzyko... ale w końcu był już w życiu kłusownikiem. 

Najmniej  spodziewał  się  gości.  Na  odgłos  kroków  natychmiast  zgasił  świecę.  Mógł  to  być 

przypadkowy  patrol  czy  zabłąkane  dziecko  —  w  najgorszym  przypadku  taki  sam  jak  on 

uciekinier szukający schronienia przed planowaną wymianą żywego towaru. Labirynt miał wiele 

zakamarków,  a  kryjówka  Chrisa  znajdowała  się  tak  głęboko,  że  tygodniami  mogliby  mieszkać 

we dwóch w magazynie, a ich drogi nigdy by się nie skrzyżowały. 

Serce  skoczyło  mu  do  gardła,  kiedy  zdał  sobie  sprawę,  jak  bezszelestnie  stąpa  nieznajomy. 

Przybysz pokonywał labirynt na pamięć. 

Ktoś wiedział, gdzie go szukać — a przynajmniej wiedział o istnieniu jego schronienia. 

Kroki  stały  się  teraz  głośniejsze.  Nadchodzący  zwolnił,  a  potem  się  zatrzymał.  Chris  wyraźnie 

dosłyszał czyjś oddech. 

Nagle oślepił go strumień światła z latarki. 

— Do diabła. Chris, zapal światło. 

Głos należał do Frada Haskinsa. Chris poczuł jednocześnie przypływ gniewu i ulgi. Olbrzym był 

jego  pierwszym  przyjacielem  i  imiennikiem  nieomal  —  cokolwiek  by  mówić,  Fradley  O. 

Haskins  brzmi  równie  komicznie  jak  Crispin  deFord  —  jednak  wizytę  odebrał  jako  dowód 

zdrady. 

— - Mam tylko świece. 

—  W  porządku.  —  Haskins  siadł  na  podłodze  i  postawił  latarkę  pionowo  na  niewielkiej 

skrzynce, której Chris używał jako stołu. Światło tworzyło jasny krąg na deskach skrzyni nad ich 

głowami. — Czy mógłbyś mi powiedzieć, co tu właściwie robisz? 

— Ukrywam się — oświadczył Chris dosyć ponuro. 

——  Tyle  to  sam  widzę.  Od  razu  się  domyśliłem,  jak  tylko  zobaczyłem,  że  wynosisz  książki. 

Zawsze  mam oko na dekowników; to  mój zawód, przyda  mi  się  na  następnej  planecie.  Ale  nie 

background image

widzę  powodu,  dla  którego  akurat  ty  miałbyś  się  ukrywać.  Nie  chcesz  być  przeniesiony  do 

większego miasta? 

—  Nie,  nie  chcę.  Nie  będę  nikomu  wmawiał,  że  mi  tu  było  dobrze.  Nienawidzę  Scranton. 

Chciałbym  wrócić  do  domu.  Ale  przynajmniej  jako  tako  się  tutaj  orientuję,  Frad.  Poznałem 

Scranton,  jeszcze  kiedy  byliśmy  na  Ziemi.  Nie  mam  zamiaru  dać  się  porwać  drugi  raz  i 

przechodzić  przez  to  wszystko  od  nowa  po  to  tylko,  żeby  znaleźć  się  na  pokładzie  kolejnego 

znienawidzonego  miasta,  którego  w  dodatku  nie  znam.  Poza  tym  nie  lubię,  kiedy  się  mną 

frymarczy jak kawałkiem złomu. 

— Zupełnie zrozumiałe, chociaż tego rodzaju wymiany należą do tradycji miast-wędrowców; ten 

pomysł  nie  zrodził  się  w  głowie  Lutza.  Czy  wiesz,  skąd  się  wzięły  wymiany  „według 

uznania"?— Nie wiem. 

—  Z  tradycji  wymian  graczy  między  drużynami  baseballowymi.  Zasada  ma  z  górą  tysiąc  lat. 

Prawo konsensowe, na którym się opiera, jest jeszcze starsze, 

— To wiem. Może nawet datować się z czasów rzymskich. Ale, Frad, nie życzę sobie, żeby mnie 

wymieniano jak kupę złomu. 

— To, co teraz mówisz, to skończona głupota — stwierdził spokojnie olbrzym. — Zdążyłeś się 

już chyba zorientować, że w Scranton nie ma dla ciebie żadnej przyszłości. W dużym mieście na 

pewno  znalazłbyś  coś  do  roboty,  a  przynajmniej  mógłbyś  się  czegoś  nauczyć.  U  nas  szkoły 

pozamykano na dobre. Druga sprawa: lecimy dopiero od roku i czeka nas jeszcze niejedna ciężka 

chwila.  Żadne  miasto  koczownicze  nie  jest  miejscem  całkiem  bezpiecznym,  ale  stare  są 

bezpieczniejsze od nowych. 

— Też się tam wybierasz? 

— Nie mam po co — roześmiał się Haskins. — Amalfi ma pewnie z dziesięć tysięcy takich jak 

ja. Poza tym Lutz mnie potrzebuje, chociaż sam jeszcze o tym nie wie. 

— W takim razie... raczej... zostanę z tobą, 

— Posłuchaj, rudy. — Zdesperowany Haskins walnął pięścią we własną dłoń. — Rany, jak mam 

przemówić do rozumu temu dzieciakowi? Chris... nigdy ci tego nie zapomnę. Może kiedyś los się 

do mnie uśmiechnie  i  będę  miał własnego syna,  choć  na razie  się  na to nie zanosi.  Możesz  nie 

mieć już drugi raz takiej okazji, jeżeli w tej chwili nie spojrzysz prawdzie w oczy. Posłuchaj, jak 

dotąd  jestem  jedyną  osobą,  która  wie,  gdzie  się  ukrywasz,  ale  to  tylko  kwestia  czasu.  Zdajesz 

background image

sobie sprawę, co może zrobić Frank, kiedy dopadnie cię w kryjówce pełnej zapasów? Spróbuj o 

tym pomyśleć przez chwilę. 

Chris poczuł ucisk w żołądku. 

— Chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałem. 

—  Jesteś  widać  mało  doświadczony,  o  co trudno  cię  winić.  Ale  ja  ci  powiem,  co  zrobi  Frank: 

każe  cię  rozstrzelać.  I  nikt  w  całym  mieście  nie  kiwnie  palcem  w  twojej  obronie.  W  kodeksie 

miast-wedrowców  dekowanie  żywności  podpada  pod  najcięższy  paragraf;  zagrożenie  dla 

przetrwania miasta. Za coś takiego dostaje się kulę w łeb nie tylko w Scranton. 

Zapadła długa cisza. Wreszcie Chris odezwał się cicho: 

— Dobra, idę. Może tak będzie nawet lepiej. Idę. 

— No, wreszcie przemówiłem  ci do rozsądku  — pochwalił  go szorstko Haskins.  — Chodźmy. 

Powiem Frankowi, że byłeś chory. Zresztą wyglądasz na chorego. Musimy pędzić... odbijają za 

dwie godziny. 

— Czy mogę wziąć moje książki? 

—  To  nie  są  twoje  książki,  tylko  Boyle'a  Warnera  —  niecierpliwie  zwrócił  uwagę  Frad.  — 

Oddam mu je później. Bierz latarkę i idziemy. W nowym mieście będziesz miał książek w bród. 

—  Przystanął  nagle  i  posłał  Chrisowi  w  półmroku  gniewne  spojrzenie.  —  Oczywiście  w  ogóle 

cię nie obchodzi, dokąd lecisz. Nie spytałeś nawet, co to za miasto. 

Frad  miał rację: Chris  nie  spytał.  A teraz pomyślał  nad tym przez chwilę  i  musiał przyznać, że 

rzeczywiście  mało  go  to  obchodzi.  Kiedy  jednak  brnęli  upiornym  labiryntem,  ciekawość 

zwyciężyła przygnębienie. 

— Nie spytałem, no i co z tego? Co to za miasto? 

—  Nowy Jork. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Podniebna szkoła 

 

Ze  statku  ewakuacyjnego  rozciągał  się  niebywale  piękny  widok:  w  bezdennym  oceanie  gwiazd 

unosiła  się  wyspa  wysokich  jak  szczyty  górskie  wieżowców.  Statek  wyposażony  był  w  silnik 

rakietowy.  Chris  po  raz  pierwszy  w  życiu  oglądał  gwiazdy  migocące  dostojnie  jak  klejnoty 

rozrzucone  w  przestworzach.  Ale  jeszcze  większe  wrażenie  wywarł  na  nim  milczący  majestat 

wzniesionej  ludzką  ręką  metropolii  chronionej  niedostrzegalną  z  zewnątrz,  sferyczną  powłoką 

pola wiratorowego. Pozostające z tyłu Scranton w porównaniu z Nowym Jorkiem wyglądało jak 

sterta złomu. 

Imigrantów  przywitał  na  powłoce  czterdziestoletni,  barczysty,  krótko  ostrzyżony  mężczyzna  w 

mundurze. Chris wzdrygnął się. Tutaj, jak wszędzie, gliniarz był dla niego naturalnym wrogiem. 

Tymczasem  sierżant  powłokowy,  który  przedstawił  się  jako  Andersen,  skierował  tylko 

przybyłych do oddzielnych kabin, gdzie mieli zostać przesłuchani. 

Chris został sam w swojej kabinie. Kazano mu usiąść na wąskiej, wystającej ze ściany ławeczce, 

naprzeciwko kratki komunikatora. Stamtąd płynęły pytania i tam należało kierować odpowiedzi. 

Większość pytań dotyczyła najprostszych danych, takich jak nazwisko, wiek, miejsce urodzenia, 

data  zaokrętowania  na  Scranton  i  tym  podobne.  Chris  odpowiadał  chętnie;  nikt  dotąd  nie 

zainteresował się nim na tyle, żeby pytać o podobne szczegóły. Szczerze mówiąc, nie znał nawet 

wszystkich odpowiedzi. 

Snuł  interesujące  rozważania  na  temat  tożsamości  swojego  rozmówcy,  który  prawie  na  pewno 

był  automatem,  a  w  dodatku  mówiąc  nie  wybierał  wyrazów  z  nagranego  ludzkim  głosem 

słownika,  lecz  składał  je  z  gotowych  zgłosek.  Rezultatem  był  w  pełni  zrozumiały, 

niemechaniczny,  noszący  wszelkie  znamiona  ludzkiej  mowy  dźwięk  —  zdania  padały  w 

naturalnych  kadencjach  z  intonacją  na  tyle  wyrazistą,  że  można  było  wyczuć  ich  tryb  i 

akcentowane  wyrazy  —  mimo  to  Chris  nie  miał  wątpliwości,  że  głos  jest  mechaniczny.  Nie 

wiedząc czemu, miał wrażenie, że urządzenie przemawia dużymi literami. 

Nawet  w  epoce  od  lat  zdominowanej  przez  komputery,  wspierające  człowieka  w  wielu 

dziedzinach, Chris nie słyszał nigdy o urządzeniu, którego inteligencja pozwalałaby konstruować 

mowę  na  podobnych  zasadach,  czy  też  o  takim,  które  by  posiadało  dostateczną  zdolność 

background image

analizowania  danych,  żeby  prowadzić  taki  wywiad.  Nie  spotkał  się  też  nigdy  z  maszyną,  która 

mówiłaby o sobie „my". 

— 

CZY 

POBIERAŁ 

PAN 

JAKĄŚ 

EDUKACJĘ 

PRZED 

PRZYMUSOWYM 

ZAOKRĘTOWANIEM, PANIE DEFORD? 

— Prawie żadnej. 

— CZY BYŁ PAN KSZTAŁCONY NA POKŁADZIE SCRANTON? 

— Trochę. Właściwie pracowałem tylko pod kierunkiem pewnej osoby... podobnie jak z ojcem, 

dopóki zdrowie mu na to pozwalało. 

— WPRAWDZIE JEST JUŻ DOSYĆ PÓŹNO, ŻEBY ZACZYNAĆ, JEŻELI JEDNAK ŻYCZY 

PAN SOBIE, MOŻEMY PANU ZORGANIZOWAĆ JAKĄŚ EDUKACJĘ... 

— Marzę o tyra! 

— 

RZECZ 

TYM, 

ŻE 

ZDOBYCIE 

WYKSZTAŁCENIA 

ŚREDNIEGO 

PRZYSPIESZONYM  TRYBIE  WIĄŻE  SIĘ  Z  BARDZO  DUŻYM  WYSIŁKIEM 

FIZYCZNYM.  OD  PAŃSKICH  ZAMIARÓW  ZALEŻY,  CZY  TAKIE  WYKSZTAŁCENIE 

BĘDZIE PANU POTRZEBNE. CHCE PAN ZOSTAĆ PASAŻEREM CZY OBYWATELEM? 

W przestrzeni kosmicznej odpowiedź była pozornie bardzo prosta. Najbardziej w świecie chciał 

wrócić  do  domu  i  zostać  pasażerem  czegoś  nie  bardziej  skomplikowanego  niż  Wspólnota 

Pensylwanii podległa Zachodniemu Wspólnemu Rynkowi Konferencji Ziemskiej. Wiele ciężkich 

nocy strawił na rozmyślaniach o tym, jak sobie jego najbliżsi dają bez niego radę i co myślą na 

temat  jego  zniknięcia.  Wiedział,  że  czeka  go  wiele  podobnych  nocy.  Niemniej  zdawał  sobie 

sprawę, że rodzina musiała się już jakoś bez niego urządzić, tymczasem wszystko wskazywało na 

to, że znajduje się o dobre dwadzieścia lat świetlnych od Słońca, na pokładzie ponadmilionowej 

metropolii, i leci nie wiadomo dokąd. Ta gigantyczna konstrukcja nie odwiezie go na życzenie do 

domu jak latająca taksówka. 

Skoro więc i tak skazany jest na to miasto, równie dobrze może przyjąć jego obywatelstwo. Nie 

warto  było  zostawać  pasażerem,  skoro  nie  miał  pojęcia  ani  dokąd  leci,  ani  czy  miejsce 

przeznaczenia będzie warte opłaty 

za  przejazd.  Podejrzewał,  że  status  obywatela  niesie  z  sobą  pewne  przywileje;  postanowił 

dowiedzieć  się  jakie.  Względy  ostrożności  nakazywały  się  też  zorientować,  jak  urządzenie 

definiuje pasażerów i obywateli. 

— Z kim rozmawiam? 

background image

— Z OJCAMI MIASTA. 

Odpowiedź zbiła go z pantałyku; z trudem powstrzymał się od zadawania pytań. Najważniejsze, 

że rozmawiał z kompetentną osobą —jeżeli nawet termin „osoba" nie był całkiem na miejscu w 

stosunku do urządzenia obdarzonego zbiorową osobowością. 

— Czy wolno mi zadawać pytania? 

—  TAK,  O  ILE  UZNAMY,  ŻE  MIESZCZĄ  SIĘ  W  GRANICACH  CZASOWYCH 

NINIEJSZEGO PRZESŁUCHANIA. KIEDY NAM PAN ZADA PYTANIE, ZDECYDUJEMY, 

CZY MOŻEMY NA NIE ODPOWIEDZIEĆ. 

Chris  namyślał  się  głęboko.  Mimo  wzmianki  o  ograniczeniach  czasowych  Ojcowie  Miasta 

czekali bez żadnych oznak zniecierpliwienia. 

— Prosiłbym o wymienienie najistotniejszej różnicy między pasażerem a obywatelem. 

— ŻYCIE OBYWATELA JEST PRZEDŁUŻANE W NIESKOŃCZONOŚĆ. 

Wszystkiego  mógł się  spodziewać, ale  nie takiej  odpowiedzi. Tak dalece wykraczała poza  jego 

dotychczasowe  rozmyślania  czy  lektury,  że  w  pierwszej  chwili  nie  zorientował  się,  o  czym 

mowa. 

— W nieskończoność, to znaczy jak długo? — zdobył się wreszcie na ostrożne pytanie. 

—  NIESKOŃCZENIE  DŁUGO.  OBECNY  BURMISTRZ  URODZIŁ  SIĘ  W  DWA  TYSIĄCE 

DZIEWIĘĆSET DZIEWIĘĆDZIESIĄTYM ÓSMYM RO-KU. UDOKUMENTOWANY WIEK 

NAJSTARSZEGO  MIESZKAŃCA  MIASTA  WYNOSI  PIĘĆSET  TRZYNAŚCIE  LAT, 

JEDNAK  ISTNIEJĄ  STATYSTYCZNE  PODSTAWY  DO  PRZYPUSZCZEŃ,  ŻE  NA 

POKŁADZIE  PRZEBYWA  KILKU  JESZCZE  STARSZYCH  OBYWATELI,  PONIEWAŻ 

ŚRODKI  PRZECIWŚMIERTNE  ZOSTAŁY  WPROWADZONE  JUŻ  W  ROKU  DWA 

TYSIĄCE OSIEMNASTYM. 

Środki  przeciwśmiertne!  Tego  już  było  za  wiele.  Chris  poczuł,  że  jest  w  stanie  strawić  jedynie 

mikroskopijną  cząsteczkę  tych  rewelacji.  Jeżeli  będzie  żył  długo  —  bardzo  długo  —  może 

doczeka  dnia,  kiedy  uda  mu  się  wrócić  do  domu,  choćby  w  tym  czasie  zawędrował  na  koniec 

świata. Resztę będzie musiał przemyśleć później. 

— Chce być obywatelem — oświadczył. 

—  MAMY  OBOWIĄZEK  POINFORMOWAĆ  PANA,  ŻE  PRZYSŁUGUJE  PANU  PRAWO 

DO  ZMIANY  DECYZJI  PRZED  UKOŃCZENIEM  OSIEMNASTU  LAT,  JEDNAK  PO  TYM 

TERMINIE DECYZJA MOŻE ZOSTAĆ ODWOŁANA TYLKO NA MOCY SPECJALNEGO 

background image

DEKRETU  BURMISTRZA.  —  Z  wąskiego  otworu,  którego  dotąd  nie  zauważył,  wypadła  na 

ławeczkę  podłużna  biała  karta.  —  TO  JEST  PAŃSKA  KARTA  MIEJSKA  UPRAWNIAJĄCA 

DO KORZYSTANIA Z ŻYWNOŚCI, ODZIEŻY, MIESZKANIA I INNYCH NIEZBĘDNYCH 

ŚWIADCZEŃ. NIEPRZYJĘCIE KARTY OZNACZA, ŻE TOWAR BĄDŹ USŁUGA NALEŻĄ 

DO  KATEGORII  NIEDOZWOLONYCH.  KARTA  MOŻE  ZOSTAĆ  ZNISZCZONA  TYLKO 

PRZY  ZASTOSOWANIU  SPECJALNYCH  TECHNIK.  RADZILIBYŚMY  JEDNAK  JEJ  NIE 

GUBIĆ, PONIEWAŻ WYDANIE 

DUPLIKATU  ZAJMUJE  OD  CZTERECH  DO  SZEŚCIU  GODZIN.  W  CHWILI  OBECNEJ 

PAŃSKA KARTA UPRAWNIA DO PRZYSPIESZONEGO KSZTAŁCENIA. JEŻELI NIE MA 

PAN DALSZYCH PYTAŃ, PROSZĘ WYJŚĆ. 

W pierwszej chwili Chrisowi trudno było sobie wyobrazić, że przyspieszone kształcenie, na które 

został  skierowany  przez  Ojców  Miasta,  naprawdę  może  być  wyczerpujące  fizycznie;  sądził,  że 

będzie  wymagało  nie  więcej  wysiłku  niż  przespanie  całego  dnia.  Naturalnie  rozumował 

teoretycznie. (Nigdy dotąd nie miał okazji zaznać snu kształceniowego, więc też nie miał pojęcia, 

jak straszliwie męczące jest to zajęcie). 

„Klasa" okazała się wielkim, szarym, nijakim pomieszczeniem pozbawionym tablicy czy ławek. 

Jedyne  wyposażenie  stanowiło  kilka  leżanek.  Nie  było  również  nauczycieli;  dorośli  nosili  tytuł 

monitorów,  a  ich  obowiązki  sprowadzały  się  częściowo  do  obowiązków  woźnych,  częściowo 

pielęgniarzy  i  nie  miały  nic  wspólnego  z  tym,  co  Chris  rozumiał  jako  nauczanie.  Monitorzy 

prowadzili  uczniów  do  leżanek  i  pomagali  dopasować  do  głowy  lśniący  metalowy  hełm 

wyposażony  wewnątrz  w  setki  maleńkich,  niezmiernie  ostrych  zakończeń,  które  wbijały  się  w 

skórę  dostatecznie  mocno,  żeby  ją  podrażnić,  ale  nie  zranić.  Po  założeniu  urządzenia  zwanego 

toposkopem monitorzy wychodzili z klasy. Pomieszczenie wypełniało się siwym oparem gazu. 

Gaz  przypominał  mgłę,  ale  był  suchy.  Miał  delikatny  aromat  liści  laurowych,  których  szczyptą 

Bob lubił przyprawiać potrawkę z królika. Gaz gęstniał. Widoczność wracała dopiero po lekcji, 

kiedy ze stłumionym warkotem ruszały wyciągi. Po lekcji Chris nigdy nie umiał powiedzieć, czy 

spał,  czy  nie.  Nauczanie  przebiegało  za  pośrednictwem  hipnopedii.  To  starożytne  słowo  o 

autentycznym  greckim  rdzeniu  w  dosłownym  tłumaczeniu  znaczyło  „naukę  przez  sen".  I 

rzeczywiście,  głowy  uczniów  wypełniały  się  dziwnymi  głosami  i  obrazami,  które  do  złudzenia 

przypominały  sny.  Chris  podejrzewał,  że  siwy  gaz  nie  tylko  pozbawia  go  wzroku,  ale  również 

pozostałych zmysłów; gdyby było inaczej, odbierałby z pewnością różne przypadkowe dźwięki, 

background image

takie  jak pokasływanie uczniów, kroki  monitorów, warczenie wentylatorów, słyszalne od czasu 

do  czasu  buczenie  napędu  miasta,  czy  nawet  uderzenia  własnego  serca;  nigdy  jednak  nie 

docierały  do  niego  odgłosy  tego  typu,  a  jeśli  nawet  —  to  potem  ich  nie  pamiętał.  Sen 

kształceniowy nie był zwyczajnym snem, lecz odcięciem umysłu od rozpraszających zakłóceń ze 

strony świata sensorycznego. Poprzez lśniący hełm toposkopu dźwięk i obraz sączyły się wprost 

do mózgu. 

Nietrudno  pojąć,  dlaczego  wrażenia  zmysłowe  były  niepożądane.  Z  komórek  pamięci  Ojców 

Miasta do ostrych zakończeń hełmu przelewała się niepowstrzymana, bezlitosna  lawina  faktów. 

Chris parokrotnie  widział starszych od siebie  byłych scrantończyków wyprowadzanych z  lekcji 

przez  monitorów w stanie do złudzenia przypominającym  atak padaczki.  Petit mai...  żadnego z 

nich nie widział potem na leżance. On sam opuszczał klasę chwiejnym krokiem, skrajnie otępiały 

i wyczerpany; stan ten pogłębiał się z dnia na dzień mimo kubka napoju regeneracyjnego, który 

stanowił obowiązkowe antidotum na siwy gaz, słabł i nie pomagała mu już żadna ilość snu. 

Napój  miał  dziwny  smak  i  drażnił  śluzówki  w  nosie.  Kiedy  jednak  Chris  któregoś  dnia  go  nie 

wypił, bank 

pamięci przelał  mu do mózgu podwójną dawkę geometrii rzutowej Riemanniana  i  Chris ocknął 

się  przytrzymywany  na  leżance  przez  czterech  monitorów  w  ostatniej  fazie  klasycznego  ataku 

padaczki. 

O  mały  włos  nie  zakończył  wtedy  edukacji.  Na  szczęście  miał  dosyć  oleju  w  głowie,  żeby  się 

przyznać,  że  poprzedniego  dnia  nie  zażył  swojej  dawki  środka  przeciwkonwulsyjnego;  w  jego 

przypadku toposkopowy pomiar aktywności elektrycznej mózgu rokował pomyślnie. Zezwolono 

mu na powrót do kolegium — po tym wydarzeniu nie miał już wątpliwości, że nauka może być 

pracą cięższą od wymachiwania łopatą. 

I znów w zbolałej głowie Chrisa zaroiło się od głosów 

i obrazów. 

Chris  stwierdził, że  najłatwiej  mu  idzie  historia  miast wędrownych, ponieważ znał  ich wczesne 

dzieje,  zwłaszcza  wydarzenia  poprzedzające  bezpośrednio  odlot  z  Ziemi.  Tym  razem  jednak 

poznawał  ją  z punktu widzenia wędrownego  miasta. Optyka ta pomijała  spore wycinki dziejów 

istotne dla Ziemianina, natomiast koncentrowała się na wydarzeniach, o których Chris nigdy nie 

słyszał,  wydarzeniach  ewidentnie  nieodzownych  dla  zrozumienia,  jakim  cudem  miasta  mogły 

background image

odlecieć  w  kosmos  i  tam  nadal  funkcjonować.  Odnosił  nieodparte  wrażenie,  że  przeszłe  dzieje 

Ziemi ogląda przez teleskop nie z tego końca, co trzeba. 

Choć obrazy, głosy  i  inne doznania  były tak realne, że  natychmiast stały się  częścią osobistych 

doświadczeń Chrisa, historię bank pamięci przekazał w następujących 

słowach: 

„Początkowo podbój Układu Słonecznego był dziełem wojskowych, gdyż tylko oni mieli szansę 

uzyskania  ogromnych  kwot  koniecznych  do  podjęcia  podróży  kosmicznej  w  pojazdach 

rakietowych o ciekłym napędzie chemicznym. Na tym etapie rozwoju najwyższym osiągnięciem 

było  wzniesienie  stacji  obserwacyjno  badawczej  na  Prozerpinie  II,  drugim  satelicie  planety 

najdalej  położonej  od  Słońca.  Jej  budowę  rozpoczęto  w  dwa  tysiące  szesnastym  roku,  ale  w 

dwadzieścia  osiem  lat  później,  kiedy  stacja  została  okresowo  opuszczona,  jej  budowa  jeszcze 

trwała. 

Przyczyny  opuszczenia  stacji  na  Prozerpinie  oraz  pozostałych  kolonii  w  Układzie  Słonecznym 

wiążą  się  z  kierunkiem  ówczesnej  polityki  ziemskiej.  Ulegając  nieubłaganym  naciskom 

rywalizacji  z  Rosją  i  jej  sprzymierzeńcami,  przedstawiciele  kultury  ziemskiego  Zachodu 

wypowiedzieli obozowi  wschodniemu permanentną wojnę ekonomiczną. Pod jej  naporem stop-

niowo  legły  w  gruzach  tradycyjne  liberalne  instytucje  polityczne.  Na  progu  dwudziestego 

pierwszego stulecia różnica miedzy rywalizującymi kulturami praktycznie zanikła, chociaż formy 

ich  rządów  nosiły  odmienne  nazwy.  W  obydwu  obozach  powstawały  państwa  policyjne,  w 

których pojedynczy obywatel nie miał żadnej ochrony prawnej, W obydwu funkcjonował w pełni 

totalitarny system ekonomiczny, w obydwu gospodarka była ściśle kontrolowana przez państwo. 

Ta  forma  polityki  społecznej  na  Zachodzie  nosiła  nazwę  anty-komunizmu,  natomiast  na 

Wschodzie  nazywano ją antyfaszyzmem. Oba określenia wzbudzały gorące emocje pospólstwa. 

W  rzeczywistości  jednak  ekonomia  w  żadnym  obozie  nie  była  ani  komunistyczna,  ani 

faszystowska i w udokumentowanej historii Ziemi ani faszyzm, ani komunizm nigdy nie istniały 

jako systemy gospodarcze. 

W tym właśnie okresie na Zachodzie na zlecenie senatora Alaski, Blissa Wagonera, zrealizowano 

dwa  programy  badawcze.  W  trakcie  prac  dokonano  wynalazków,  które  stworzyły  podstawę 

rozwoju  drugiego  etapu  lotów  kosmicznych.  Pierwszym  z  nich  był  grawitonowy  generator 

polaryzacji  Dillona-Wagonera,  znany  obecnie  pod  nazwą  wiratora,  natychmiast  wykorzystany 

jako napęd w lotach kosmicznych. Drugim była askomycyna, pierwszy z antyagatyków, inaczej 

background image

mówiąc  leków  przeciwśmiertnych.  Pierwsza  ekspedycja  wystartowała  z  układu  satelitarnego 

Jowisza w dwa tysiące dwudziestym pierwszym roku pod osobistym nadzorem Wagonera, który 

został  później  osadzony  w  więzieniu  i  stracony  za  współudział  w  owym  »zdradzieckim« 

posunięciu. Chociaż nie istnieją żadne zapiski dotyczące losów ekspedycji, wiadomo na pewno, 

że  jej uczestnicy przeżyli, ponieważ druga wyprawa, która miała  miejsce w trzysta pięćdziesiąt 

lat  później,  natrafiła  w  Grupie  Lokalnej  na  gwiazdy  zasiedlone  gęsto  przez  ludzkie  istoty.  Ich 

języki były wyraźnie ziemskiego pochodzenia. 

W  tym  czasie  dokonano  kolejnej  próby  powstrzymania  wyścigu  zbrojeń  poprzez  pakt  zawarty 

przez  przywódców  obu  bloków,  prezydenta  zachodniego  Wspólnego  Rynku  MacHinery'ego  i 

premiera Rosji Erdsenowa. Pakt podpisano w dwa tysiące dwudziestym drugim roku, lecz okres 

Zimnego  Pokoju,  który  po  nim  nastąpił,  nie  sprzyjał  specjalnie  lotom  kosmicznym.  Macliinery 

został  zamordowany  w  dwa  tysiące  dwudziestym  siódmym  roku  i  Erdsenow  ogłosił  się  wtedy 

premierem i prezydentem Zjednoczonej Ziemi, jednak w pięć lat później sam również padł ofiarą 

zamachu.  W  tym  samym  roku  członkom  podziemnej  organizacji  działającej  na  Zachodzie, 

niejakim  hamiltonianom,  powiodła  się  ucieczka  z  Układu  Słonecznego  we  flotylli  malutkich 

stateczków o napędzie wiratorowym, zbudowanej z funduszy gromadzonych potajemnie na rzecz 

nowej  rewolucji  amerykańskiej.  Hamikonianie  osierocili  grono  swoich  wyznawców;  jak  dotąd 

nie odnaleziono żadnych uczestników  hamiltomańskiego exodusu, którym,  bądź co bądź, udało 

się umknąć Terrorowi, jak nazywano rządy sprawowane przez reżim Zjednoczonej Ziemi. 

Jednym z pierwszych dekretów owego rządu, który mianował się Państwem Monopolistycznym, 

była  ustawa  z  dwa  tysiące  trzydziestego  dziewiątego  roku,  zakazująca  lotów  kosmicznych  i 

uprawiania  związanych  z  nimi  dziedzin  nauki.  Mieszkańcy  kolonii  na  planetach  i  satelitach 

Układu  Słonecznego  nie  zostali  przesiedleni  z  powrotem  na  Ziemie,  lecz  po  prostu  odcięci 

komunikacyjnie i pozostawieni własnemu losowi. Państwo Monopolistyczne gwałtownie rosło w 

siłę.  Historycy  powszechnie  zgadzają  się,  że  upadek  Zachodu  datuje  się  najpóźniej  na  rok  dwa 

tysiące  sto  piąty.  Nastąpił  okres  rosnącego  ucisku  i  wyzysku,  z  którym  w  historii  Ziemi  nie 

mogły się równać nawet najczarniejsze dekady Cesarstwa Rzymskiego, 

Tymczasem  gwiezdni  uciekinierzy,  przerzucając  się  z  układu  do  układu,  opanowywali  kolejne 

planety.  W  dwa  tysiące  dwieście  osiemdziesiątym  dziewiątym  roku  jedna  z  takich  ekspedycji 

nawiązała kontakt z planetą podległą, jak się okazało, Tyranii Wegańskiej, cywilizacji, która, jak 

nam  dzisiaj  wiadomo,  władała  od  ośmiu  czy  dziesięciu  tysięcy  lat  znaczną  częścią  naszego 

background image

sektora  galaktyki  i  nadal  przeżywała  okres  ekspansji.  Weganie  bardzo  prędko  w  nie 

zorganizowanych  i  nędznie  wyposażonych  kolonistach  zwęszyli  potencjalnych  rywali  i, 

połączywszy siły, wyruszyli z zamiarem zrównania 

kolonii z ziemią. W rachubę wchodziły jednak olbrzymie 

odległości, tak więc do bitwy o Altair, pierwszego starcia w wojnie wegańskiej, doszło dopiero w 

dwa  tysiące  trzysta  dziesiątym  roku.  Siły  kolonistów  zostały  rozgromione  i  rozproszone, 

przedtem  jednak  udało  im  się  poczynić  wystarczające  szkody  w  szeregach  wegańskich,  by 

Weganie zrezygnowali ze swojego zamiaru —jak się okazało — na zawsze. 

W  dwa  tysiące  trzysta  siedemdziesiątym  piątym  roku  na  Ziemi  odkryto  ponownie  wirator  i 

Zakład  Metalurgiczny  Numer  Osiem  Zjednoczenia  Obróbki  Toru  oderwał  się  od  Ziemi  jako 

samodzielny statek kosmiczny. Wkrótce jego śladem ruszyły inne kompleksy przemysłowe, a w 

końcu całe miasta. Wiele z nich zmusił do tego kroku zarówno nieustanny kryzys na Ziemi, jak i 

wieloletnie represje polityczne ze strony Państwa Monopolistycznego. Uciekające miasta szybko 

odnalazły  wśród  pobliskich  gwiazd  dawne  ziemskie  kolonie.  Uciekinierzy  uzupełnili  luki  w 

wiedzy na temat technologii oraz techniczne wyposażenie kolonistów, utworzyli z nimi wspólny 

front  przeciwko  Weganom.  W  dalszych  dziejach  nie  brakło  zarówno  kart  chwalebnych,  jak  i 

wstydliwych.  W  dwa  tysiące  trzysta  dziewięćdziesiątym  czwartym  roku  jedno  z  uciekających 

miast,  Grawitogorsk-Mars,  które  później  przemianowało  się  na  Gwiezdnego  Mistrza  Handlu, 

splądrowało nowo powstałą kolonię ziemską na Thorze V; ten akt barbarzyństwa, który pozyskał 

miastu  przezwisko  »Wściekłych  Psów«,  z  czasem  stał  się  wzorem  postępowania  z  planetami 

Wegan.  Główna  planeta  Tyranii,  Wega  II,  została  w  dwa  tysiące  czterysta  trzynastym  roku 

oblężona przez armadę uzbrojonych miast. Jednym z nich był Gwiezdny Mistrz Handlu. Miasto 

otrzymało  zadanie  zniszczenia  osłaniającego  szczelnie  planetę  systemu  fortyfikacji  orbitalnej. 

Nadlatywała również, dowodzona przez admirała Aloisa Hruntę, Trzecia Flota Kolonialna, której 

zadaniem  było w razie upadku  Wegi  II przeprowadzenie okupacji planety. Tymczasem admirał 

Hrunta  zrównał  Wegę  z  ziemią  i  skierował  Trzecią  Flotę  do  nieznanego  sektora  Galaktyki  z 

zamiarem  założenia  własnego  imperium  gwiezdnego.  W  dwa  tysiące  czterysta  pięćdziesiątym 

pierwszym  roku  jurysdykcja  kolonialna  uznała  Hruntę  m  absenłia  winnym  bestialskiego  lu-

dobójstwa z premedytacją. Kulminacją wysiłków zmierzających do ukarania Hrunty była bitwa o 

BD40°  4048'  w  dwa  tysiące  czterysta  sześćdziesiątym  czwartym  roku.  Mimo  ogromnych  strat 

background image

obu  stron  dla  żadnej  bitwa  ta  nie  okazała  się  rozstrzygająca.  Jeszcze  tego  samego  roku  Alois 

Hrunta ogłosił się Imperatorem Kosmosu. 

Exodus  przemysłu  ziemskiego  stał  się  w  tym  czasie  tak  powszechny,  że  Państwo 

Monopolistyczne utraciło swoją bazę produkcyjną; za datę upadku systemu przyjęło się uważać 

rok  dwa  tysiące  pięćset  dwudziesty  drugi.  W  tym  samym  roku  rozpoczęło  się  interregnum 

dyktatury  policyjnej,  rządu  o  ograniczonych  uprawnieniach,  powstałego  w  oparciu  o  luźną 

konfederację państw spadkobierców niegdysiejszych Narodów Zjednoczonych, Reżim z powodu 

słabego  poparcia  ludności  i  braku  bazy  przemysłowej  nie  był  w  stanie  roztoczyć  kontroli  nad 

gospodarką.  Konfederacja  zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  cała  nadzieja  na  uzdrowienie 

gospodarki  ziemskiej  spoczywa  w  kolonistach  i  wolnych  miastach;  ogłoszono  amnestię  dla 

przebywających  w  kosmosie,  a  jednocześnie  rozpoczęto  wdrażanie  programu  systematycznej 

pacyfikacji  koczowniczych  miast  napadających  na  planety  osadników  bądź  atakujących  bratnie 

miasta wędrowne. 

W  naszym  sektorze  Galaktyki  konfederacja  w  dalszym  ciągu  jest  jedyną  faktyczną  władzą.  Po 

otruciu  Aloisa  Hrunty  w  trzy  tysiące  osiemdziesiątym  dziewiątym  roku  nastąpiła  gwałtowna 

bałkanizacja  jego  imperium,  które  nie  było  specjalnie  skonsolidowane  nawet  w  czasach  swojej 

największej świetności. 

Mimo że  Alois Hrunta samozwańczo obwołał  się Imperatorem  Kosmosu,  jego państwo wydaje 

się  pozbawione  większych  wpływów.  W  chwili  obecnej  prawo  i  porządek  w  Sektorze  II  są 

praktycznie  egzekwowane  przez  policję  ziemską,  gospodarka  zaś  opiera  się  na  miastach 

wędrownych.  Oba  systemy  cechuje  chaos  i  niewydolność,  często  dochodzi  do  sprzeczności 

interesów. 

Nie  sposób  przewidzieć,  kiedy  sytuacja  dojrzeje  do  przeprowadzenia  pozytywnych  zmian  i  jak 

będą wyglądać konkretne rozwiązania". 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

„O święta naiwności!" 

 

Trajkoczące  niestrudzenie  obwody  komórek  banku  pamięci  wzbudzały  kolejne  sny,  miasto-

gigant parło przed siebie wśród gwiazd z szybkością zawrotną w porównaniu z tempem, z jakim 

Scranton  prowadziło  swój  nieśmiały  rekonesans  w  obrębie  Grupy  Lokalnej.  Przez  dwadzieścia 

cztery godziny na dobę na ulicach Nowego Jorku kłębił się gęsty tłum kupujących, nad głowami 

śmigały  taksówki,  spod  ziemi  wydobywał  się  odległy,  niemniej  wyraźny  łoskot  metra 

kursującego tunelami wywierconymi w granitowym dnie miasta. Ten radosny i nie pozbawiony 

swoistej logiki młyn wprawiał Chrisa w stan oszołomienia. 

Ponieważ  się  uczył,  miał  niewiele  czasu  na  zwiedzanie.  Zdobywał  wiedzę  nie  tylko 

mechanicznie; powoli zaczął dostrzegać fakt, że hipnopedia w rzeczywistości niczego nie uczy. 

Kształcenie  mechaniczne  w  najlepszym  przypadku  pozwala  na  przyswojenie  pewnych  faktów, 

natomiast  nie  pokazuje,  jak  je  ze  sobą  wiązać  ani  też  wykorzystywać.  Żeby  wykształcić 

inteligencję — nie samą tylko pamięć — niezbędny jest żywy nauczyciel. 

Wyznaczony dla Chrisa opiekun naukowy, korpulentna, siwowłosa, nieustępliwa doktor Helena 

Braziller była zdecydowanie najlepszą i najbardziej wymagającą nauczycielką, jaką Chris spotkał 

w życiu. Ojcowie Miasta zamęczali go, obciążając mu jedynie pamięć; doktor Braziller zmuszała 

go do p r a c y. 

— Podstawowe równanie przyczynku do teorii Blacketta-Diraca brzmi następująco: 

 

gdzie P oznacza moment magnetyczny, U moment pędu, C i G zachowują swoją zwykłą wartość, 

a B jest stałą, której wielkość wynosi w przybliżeniu 0,25. Przez proste przekształcenie równania 

uzyskujemy następujący wzór: 

 

stanowiący  ogólnie  przyjęty  zapis  podstawowego  równania  ujmującego  zasadę  działania 

wiratorów, znanego również pod nazwą pochodnej Locke'a. Blackett, Dirac i Locke zakładali, że 

równanie będzie również prawdziwe dla większych ciał w rodzaju olbrzymich planet gazowych 

background image

czy  słońc.  Drogą  analizy  wymiarowej  przeprowadź  na  tablicy  dowód,  obalający  słuszność  ich 

założenia. 

Chris wolałby poznać odpowiedź na to pytanie w sposób o wiele prostszy; doktor Braziller mogła 

mu  zwyczajnie  powiedzieć,  że  związki  między  grawitacją  a  ruchem  wirowym  ciał  dotyczyły 

jedynie  elektronów  i  cząstek  submikroskopowych,  natomiast  w  makroskali  nie  miały  żadnego 

praktycznego zastosowania. Ale doktor nie uznawała takiego trybu postępowania. Informację po-

daną  wprost  jego  umysł  wchłonąłby  jak  wiele  innych  faktów  sączonych  nieustannie  do  jego 

pamięci  przez  Ojców  Miasta,  a  to  w  pojęciu  nauczycielki  znaczyłoby,  że  Chris  niczego  nie 

zrozumiał. Chciała, żeby nie tylko umiał powtórzyć rozumowanie Blacketta, Diraca i Locke'a, ale 

również  sam  doszedł  do  tego,  w  którym  momencie  uczeni  się  pomylili  i  dlaczego  prawo 

ogłoszone w świetle lamp naftowych prehistorycznego roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego 

pierwszego,  a  doprecyzowane  jako  współczynnik  Landego  w  roku  tysiąc  dziewięćset 

czterdziestym,  do  roku  dwa  tysiące  dziewiętnastego  nie  potrafiło  oderwać  od  Ziemi  nawet 

ziarnka piasku. 

— Ależ, pani doktor, czy nie wystarczy nam wiadomość, że popełnili błąd? Wiemy już jaki. Po 

co odtwarzać ich tok rozumowania? 

—  Dlatego  że  wszyscy  ci  wielcy  ludzie  trudzili  się  po  to,  żebyś  teraz  mógł  rozumować 

poprawnie. Aż do trzynastego wieku, dopóki Fibonacci nie przyswoił Zachodowi cyfr arabskich, 

na  całym  świecie  nikt,  z  wyjątkiem  paru  gorliwych  uczonych,  nie  potrafił  przeprowadzić 

dzielenia  pod  kreską.  Teraz  byle  dureń  umie  zrobić  to,  do  czego  zdolne  były  tylko  największe 

umysły  tamtej  epoki.  Czy  uważasz  się  za  pokrzywdzonego,  bo  wymaga  się  od  ciebie  wiedzy, 

dlaczego  dzielenie  metodą  Fibonacciego  jest  w  nauce  postępem?  Albo  sądzisz,  że  skoro  tak 

wielki  wynalazca  jak  Locke  nie  znał  się  na  analizie  wymiarowej,  to  tobie  też  wolno,  po  tylu 

latach,  nie  znać  jej  zasad?  Poświęcili  swoje  życie,  żeby  uprzystępnić  ci  niezmiernie  dla  nich 

zawiłe problemy,  i  nie  będziesz w stanie skorzystać z tych ułatwień, dopóki nie  zrozumiesz, na 

czym polega trudność. Wracaj do tablicy i próbuj od nowa. 

Ale  nauka  w  „żywej"  klasie  miała  też  swoje  dobre  strony  w  rodzaju    na  przykład  Piggy'ego 

Kingston-Throopa. Piggy — naprawdę nazywał się George, jednak nikt, nawet doktor Braziller, 

nie zwracał się do niego tym imieniem — nie był specjalnie bliskim przyjacielem Chrisa, ale w 

niewielkiej  klasie  okazał  się  jedynym  uczniem  w  jego  wieku.  Resztę  klasy  stanowili  o  wiele 

młodsi od nich uczniowie. Chris, jak się okazało, słusznie odgadł, że Piggy nie należał do orłów. 

background image

Piggy  wydawał  się  zachwycony  posiadaniem  kolegi,  który  z  jakichś  powodów  był  równie 

spóźniony  jak  on  i  który  znał  się  gorzej  nawet  na  przedmiotach  elementarnie  łatwych  dla 

Piggy'ego. 

Pod  wieloma  względami  okazał  się  całkiem  miłym  chłopakiem.  Grzeczny,  pulchny,  dowcipny 

blondynek  niewiele  sobie  robił  z  rzeczy,  do  których  inni  przywiązywali  wielką  wagę.  Pod tym 

ostatnim  względem  stanowił  korzystne  zaprzeczenie  Chrisa,  który,  z  braku  rozeznania  nowej 

sytuacji, często byle drobiazg brał sobie do serca. 

Co  nie  znaczy,  że  zawsze  przyznawał  Piggy'emu  rację;  od  początku  znajomości  toczyli  nie 

kończące się spory. Pierwsze typowe nieporozumienie dotyczyło anty agatyków. 

— Zostaniesz obywatelem, prawda, Piggy? 

— O, tak. Z pewnością. 

—  Zazdroszczę  ci.  Ja  nie  wiem,  co  bym  chciał  robić,  nie  mówiąc  już  o  tym,  że  nie  wiem,  do 

czego mógłbym się nadać. 

Piggy  odwrócił  się  i  obrzucił  Chrisa  bacznym  spojrzeniem.  W  drodze  do  szkoły  przystanęli  na 

przerzuconym  nad  Czterdziestą  Drugą  Ulicą  moście  Tudor  Tower  Place.  W  przeszłości  widok 

przez  Pierwszą  Aleję  na  East  River  zasłaniał  budynek  ONZ;  ale  gmach  zburzono  w  czasach 

Terroru i został po nim jedynie pusty plac, za którym rozpościerała się rozgwieżdżona pustka. 

— Jak to: robić? — zdziwił się Piggy. — No tak, możesz mieć pewne kłopoty, bo nie urodziłeś 

się tutaj, ale myślę, że da się to jakoś przeskoczyć. Nie wierz we wszystko, co ci będą wmawiać, 

Chris jak zwykle zrozumiał jedną piątą tego, co kolega miał do powiedzenia. 

— Jesteś  lepiej  zorientowany  —  bronił się.  — Ale prawo precyzuje  bardzo wyraźnie, że zanim 

dostaniesz  obywatelstwo  i  zezwolenie  na  przyjmowanie  środków,  musisz  wykazać  się  jakąś 

umiejętnością.  Istnieją  trzy  podstawy  do  uzyskania  zezwolenia;  pamiętam  dokładnie,  bo 

wkuwałem to parę dni temu. 

Skoncentrował  się.  Odkrył  bardzo  dobry  sposób  na  odgrzebywanie  w  pamięci  implantowanych 

informacji:  przymykał  oczy  i  wyobrażał  sobie  siwy  gaz.  Po  chwili  ogarniała  go  senność,  czy 

może wspomnienie senności, jaką odczuwał podczas lekcji na dany temat. Informacja powracała 

niemal w identycznej postaci. Tym razem też jego sposób nie zawiódł; po krótkiej chwili usłyszał 

swój własny głos, zaskakująco podobny do głosu Ojców Miasta, Recytował monotonnie: 

—  Istnieją  trojakie  podstawy  uzyskania  obywatelstwa,  mianowicie:  (1)  Wykazanie  się 

niepodważalnie  użytecznym  talentem  w  rodzaju  umiejętności  do  programowania  komputerów, 

background image

posiadania  zdolności  administracyjnych  lub  innych  uzdolnień,  które  warto  podtrzymywać 

zamiast oczekiwać, że w następnych pokoleniach dzięki przypadkowi genetycznemu przyjdzie na 

świat  odpowiednia  liczba  osób  o  tych  predyspozycjach.  (2)  Wyraźne  upodobania  intelektualne 

oraz  zamiłowanie  do  badań  naukowych,  filozofii  i  sztuki,  ponieważ  są  dziedziny,  w  których 

trudno jest uzyskać w ciągu jednego życia doskonałość, nie mówiąc już o zastosowaniu własnych 

odkryć. (3) Zdanie Testów Obywatelskich ukierunkowanych na 

wykrycie rezerw i potencjalnych uzdolnień u wolniej rozwijających się osiemnastolatków, którzy 

nie  uzyskali  dotąd  zadowalających  wyników  w  żadnej  dziedzinie.  Z  którejkolwiek  strony  byś 

tknął, sprawa nie wygląda różowo! 

—  Gadanie  Ojców  Miasta!  —  prychnął  Piggy  pogardliwie.  —  Co  oni  wiedzą?  Są  tylko  kupą 

złomu. Nic nie wiedzą o ludziach. Te przepisy zupełnie nie mają sensu. 

—  Dla  mnie  mają  —  sprzeciwił  się  Chris.  —  Wiadomo,  że  nie  można  wszystkim  podać 

antyagatyków...  słyszałem,  że  są  trudniej  osiągalne  niż  german.  Na  Scranton  dowództwo 

zabroniło nawet głośno o nich wspominać. W tej sytuacji konieczne jest jakieś kryterium, kto ma 

je dostać, a kto nie. 

— Dlaczego? 

— Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że to miasto jest czymś w rodzaju wyspy położonej na środku 

niewyobrażalnie wielkiego oceanu. Poza rzadkimi wypadkami nikt nie może wejść na pokład ani 

z niego zejść. Gdyby wszystkim podano specyfik przedłużający życie w nieskończoność, wkrótce 

zrobiłby się tu taki tłok, że ludzie zaczęliby sobie deptać po głowach. 

— Nie przesadzaj. Popatrz dokoła. Nie powiesz chyba, że stoimy sobie na głowach? 

—  Nie  stoimy,  bo  antyagatyk  jest  wydawany  tylko  niektórym,  do  tego  nie  wszyscy  mają 

pozwolenie na posiadanie dzieci. Spójrz choćby na siebie, Piggy. Mimo że twój ojciec i matka są 

w tym  mieście kimś,  jesteś  ich  jedynym dzieckiem, a pozwolenie  na posiadanie ciebie uzyskali 

dopiero po stu pięćdziesięciu latach. 

— Zostaw moich rodziców w spokoju — mruknął Piggy. — Nie umieli zadbać o swój interes  i 

tyle. 

— W  porządku.  Wobec  tego  weź  na  przykład mnie. Jeżeli do osiemnastych urodzin nie okaże 

się, że mam jakieś specjalne uzdolnienia... a nie wiem, czym mógłbym się wykazać... nie zostanę 

obywatelem  i  nie dadzą  mi  środków. A  jeśli  nawet uzyskam obywatelstwo, dajmy  na to zdając 

testy, to i tak zanim pozwolą mi na posiadanie chociaż jednego dziecka, będę musiał udowodnić 

background image

swoją przydatność genetyczną. Tak się dzieje tam, gdzie  istnieje konieczność zachowania stałej 

liczby ludności; prosty rachunek ekonomiczny, czyli akurat coś, na czym się znam, Hggy. 

Piggy  splunął  w  zadumie  przez  balustradę.  Trudno  orzec,  czy  chciał  w  ten  sposób  dać  wyraz 

swoim  obawom,  a  jeśli  tak,  czy  miał  na  myśli  tylko  ekonomię,  czy  również  inne  zagadnienia 

poruszone w rozmowie. 

— No dobra — oświadczył w końcu. — Załóżmy, że podają ci środek i zezwalają na posiadanie 

dziecka. Dlaczego dziecku też nie mieliby podać antyagatyku? 

— Powinni, o ile się zakwalifikuje. 

— O święta naiwności! Nie rozumiesz, że po to właśnie istnieją Testy Obywatelskie? To właśnie 

jest  ta  furtka.  Jeżeli  nie  załapałeś  się  inaczej,  możesz  załapać  się  przy  testach,  zwłaszcza  jeśli 

masz  jakieś  znajomości.  Jeżeli  jesteś  nikim,  Ojcowie  Miasta  zapewne  sfałszują  wyniki  i  to  na 

twoją niekorzyść. Ale jeśli jesteś kimś, nie będą zbyt surowi. A jeśli będą zbyt surowi, mój ojciec 

może  ich  zawsze  podregulować.  On  ich  programuje.  Tak  czy  siak,  do  testów  nie  sposób  się 

przygotować, co znaczy, że są zwyczajnym oszustwem, 

Chris był wstrząśnięty, ale dalej bronił swego. 

—  No  bo  to  nie  jest  ten  rodzaj  testów.  To  znaczy,  nie  chodzi  w  nich  o  to,  czy  jesteś  dobry  z 

analizy wymiarowej, historii czy z czegokolwiek innego. Są po to, żeby 

wykazać zdolności wrodzone, a nie nabyte w ten czy inny sposób umiejętności. 

— Bujda na wiratorach! Test, do którego nie sposób się przygotować, to test, który można zdać 

oszukując. Nie widzę innej możliwości. Jeżeli się tak upierasz, że trzeba być supermózgiem, żeby 

otrzymać środek przeciwśmiertny, to przyjrzyj się opiekunowi, którego ci przydzielono. Nie ma 

własnych dzieci i jest zwykłym gliną... a ma prawie tyle lat co burmistrz! 

Aż do tej chwili Chris nie dawał za wygraną. To był jednak cios poniżej pasa. 

Z  początku  był  przerażony,  kiedy  się  zorientował,  że  jego  dowód  tożsamości  przewiduje 

zakwaterowanie przy rodzinie, a przerażenie przeszło w panikę, kiedy dowiedział się, że numer 

na  skierowaniu  jest  numerem  nie  kogo  innego  tylko  sierżanta  Andersona.  Przez  pierwsze 

tygodnie  spędzone  w  mieszkaniu  Andersonów  w  dawnym  Chelsea  Chris  był  podejrzliwy  i 

nastroszony,  co  maskował  taką  dawką  uprzejmości,  na  jaką  pozwalało  mu  nikłe  obycie 

towarzyskie. 

Wkrótce jednak przekonał się, że poznany na powłoce sierżant nie jest żadnym ludojadem, a jego 

żona, Carla, była  najbardziej  ciepłą  i  uroczą kobietą, jaką Chris w życiu poznał.  Andersenowie 

background image

nie  mieli  dzieci,  przyjęli  więc  Chrisa  serdecznie,  jakby  był  ich  własnym  synem.  W  dodatku, 

zgodnie  z  przewidywaniami  Ojców  Miasta,  Anderson  okazał  się  idealnym  opiekunem  dla 

młodziutkiego, nowo przybyłego pasażera, ponieważ nikt, nie wyłączając samego burmistrza, nie 

znał miasta tak dobrze jak on. 

W istocie rzeczy jego funkcje znacznie przekraczały kompetencje policjanta — gdyby zaistniała 

konieczność  przedostania  się  na  pokład  statku  nieprzyjaciela,  oddziały  policyjne  mogły  być 

przekształcone  w  jednostki  obrony  miasta  i  oddziały  desantowe.  Chociaż  w  siłach  zbrojnych 

Nowego  Jorku  wielu  mężczyzn  nominalnie  miało  wyższe  stopnie  od  sierżanta  powłokowego 

Andersena,  jednak  opiekun  Chrisa  i  jego  milczący,  śniady  kolega  Dulany  stali  na  czele 

ochotniczych  oddziałów,  praktycznie  niezależnych  od  hierarchii  policyjnej  i  podległych  bezpo-

średnio burmistrzowi Amalfiemu. 

Właśnie  ten  fakt  zapoczątkował  nić  przyjacielskiego  porozumienia  miedzy  Chrisem  a  jego 

opiekunem.  Chris  nigdy  jeszcze  nie  widział  na  własne  oczy  Amalfiego,  chociaż  wszyscy  w 

mieście  mówili  o  burmistrzu  tak,  jakby  był  ich  osobistym  znajomym.  Nareszcie  spotkał  kogoś, 

kto  rzeczywiście  znał  burmistrza  i  widywał  go  parę  razy  na  tydzień,  Chris  nie  był  w  stanie 

zapanować nad ciekawością. 

— Ludzie tak tylko gadają, Chris. Mało kto widuje Amalfiego, jest na to zbyt zajęty. Amalfi od 

dawna  kieruje  wszystkim  i  robi  to  dobrze,  więc  ludzie  uważają  go  za  przyjaciela.  Wiedzą,  że 

można mu zaufać. 

— Ale jaki on jest? 

—— Skomplikowany... ale to chyba  można powiedzieć o wszystkich. Będę  najbliższy prawdy, 

jeśli  powiem,  że  jest  niezwykle  przenikliwy.  Potrafi  doszukać  się  związków  między 

wydarzeniami, które uchodzą uwagi innych. Umie ocenić sytuację i natychmiast wypatrzyć nitkę, 

od  której  pruje  się  cały  płaszcz.  Musi  posiadać  taką  umiejętność,  bo  jest  zbyt  przeciążony 

obowiązkami,  żeby  pozwolić  sobie  na  sprawdzanie  każdego  ściegu  z  osobna.  Moim  zdaniem  i 

tak zaharowuje się na śmierć. 

Do tej właśnie sprawy powrócił Chris po przygnębiającej dyskusji z Piggym. 

— Powiedział mi pan  kiedyś,  sierżancie, że nasz 

burmistrz zapracowuje się na śmierć. Od Ojców Miasta wiem, że ma kilkaset lat. Przecież każdy, 

kto zażywa antyagatyki, może żyć wiecznie, prawda? 

background image

—  Nic  podobnego  —  zaprzeczył  Anderson  z  przekonaniem.  —  Nikomu  nie  jest  pisane  żyć 

wiecznie. Zawsze, prędzej czy później ulegnie jakiemuś wypadkowi. Środki przeciwśmiertne nie 

są zresztą „lekarstwem" na śmierć w ścisłym tego słowa znaczeniu. Czy wiesz, na jakiej zasadzie 

działają? 

— Nie — przyznał się Chris. — Nie braliśmy tego 

jeszcze w szkole. 

—  Z  banku  pamięci  dowiesz  się  wszystkiego  ze  szczegółami,  ja  pamiętam  tylko  piąte  przez 

dziesiąte.  Ogólnie  rzecz  biorąc,  istnieje  kilka  odmian  antyagatyków,  z  których  każda  ma  inne 

działanie.  Najważniejsza  askomycyna  pobudza  działanie  komórek  układu  siateczkowo-

śródbłonkowego, do którego należą ciałka białe.  Obdarza organizm tak zwaną odpornością  nie-

swoistą, co znaczy, że przez następne siedemdziesiąt lat nie grozi ci żadna choroba zakaźna. Po 

upływie  tego  okresu  dostajesz  następną  szczepionkę  i  tak  dalej.  Askomycyna  nie  jest,  jakby 

sugerowała  jej  nazwa,  antybiotykiem,  tylko  pochodną  endotoksyny,  cukrem  złożonym  zwanym 

mannozą. Askomycyna swoją nazwę zawdzięcza faktowi, że podobnie jak antybiotyki, powstaje 

drogą fermentacji. 

Kolejnym  antyagatykiem  jest  TATP  —  triacetyl-triparanol,  którego  działanie  polega  na 

powstrzymywaniu  w  organizmie  syntezy  substancji  tłuszczowej  zwanej  cholesterolem. 

Cholesterol  ma tendencję do gromadzenia się w arteriach  i wywoływania wylewów, apopleksji, 

nadciśnienia  i  tym  podobnych.  TATP  musi  być  zażywany  codziennie,  ponieważ  organizm 

każdego  dnia  od  nowa  zabiera  się  do  wytwarzania  cholesterolu.—  Czy  nie  jest  to  dowód,  że 

cholesterol czemuś służy? — spytał Chris ostrożnie. 

— Oczywiście. Jest absolutnie nieodzowny dla rozwoju płodu, tak więc kobiety w ciąży muszą 

odstawić TATP. Mężczyznom cholesterol nie jest do niczego potrzebny, a mężczyźni są o wiele 

podatniejsi na choroby krążenia niż kobiety. 

Obecnie  stosuje  się  jeszcze  dwa  rodzaje  antyagatyków  o  pomniejszym  znaczeniu.  Jeden  z  nich 

powstrzymuje  syntez?  hormonu  snu,  który  również  jest  niezbędny  w  ciąży,  poza  tym  jednak 

przysparza  wyłącznie  kłopotów.  Substancję  tę  wyodrębniono  z  krwi  przeżuwaczy,  na  przykład 

krów, których krwiobieg jest tak dziwnie skonstruowany, że drugi sen grozi im śmiercią. 

— Chce pan powiedzieć, że pan n i g d y nie sypia? 

— Nie mam na to czasu — oświadczył Anderson z najgłębszą powagą. — Ani też, chwała Bogu, 

najmniejszej  potrzeby.  Ale  już  sama  askomycyna  w  połączeniu  z  TATP-em  znosi  dwie 

background image

najczęściej  spotykane  przyczyny  śmierci:  infekcje  i  choroby  układu  krążenia.  Powstrzymanie 

tych dwóch czynników tylko przedłuża średnią długość życia co najmniej o dwa wieki. 

Ale śmierć nadal jest nieuchronna, mój chłopcze... Jeżeli nie zginiesz w wypadku, dopadnie cię 

rak, na którego nie mamy jeszcze remedium... owszem, askomycyna atakuje zwyrodniałe tkanki 

z  taką  siłą,  że  rak  przestaje  być  zabójczy...  środek  ten  chroni  nawet  przed  promieniowaniem" 

twardym,  jednak  rak  potrafi  tak  zbrzydzić  życie,  że  śmierć  bywa  jedynym  humanitarnym 

wyjściem.  Można  też  umrzeć  z  wycieńczenia  albo  z  braku  dostępu  do  antyagatyków.  Można 

zginąć od kuli... i z przepracowania. Nie przeczę, że w naszym mieście żyje się dosyć długo, ale 

nic takiego jak nieśmiertelność 

nie istnieje. Nieśmiertelność, podobnie jak jednorożec, jest tylko mitem. Nawet wszechświat nie 

będzie trwał wiecznie. 

Wreszcie nadeszła okazja, na którą Chris czekał, chociaż nie bardzo wiedział, od czego zacząć. 

—  Czy...  czy  komuś,  kto  został  obywatelem,  kiedyś  przestaje  się  podawać  środki 

przeciwśmiertne? 

—  Specjalnie?  Nigdy  o  takim  przypadku  nie  słyszałem  —  powiedział  Anderson,  marszcząc 

czoło. — W każdym razie nie w Nowym Jorku, Jeżeli Ojcowie Miasta wydadzą na kogoś wyrok 

śmierci,  zostaje  rozstrzelany.  Po  co  ma  wegetować  do  końca  siedemdziesięcioletniego  okresu? 

Byłoby to karygodnym wręcz okrucieństwem. Po co ktoś miałby komuś odstawiać leki? 

— No... testy nie zawsze są wiarygodne. To znaczy, jeżeli, dajmy na to, ktoś został obywatelem, 

a potem odkryto, że nie jest... eee... tak genialny, jak sądzono... 

Sierżant powłokowy obrzucił Chrisa uważnym spojrzeniem. Zapadła długa cisza, w czasie której 

Chris wyraźnie słyszał pulsowanie krwi we własnych skroniach. 

— Chyba rozumiem — powiedział wreszcie powoli Anderson. — Ktoś nieźle nawiratorował ci 

w głowie. Jak długo, twoim zdaniem, przetrwałoby miasto, gdyby tylko geniusze mieli prawo do 

obywatelstwa? Ani byś się obejrzał, jak by się wyludniło. To wszystko nie funkcjonuje na takich 

zasadach. Środki przeciwśmiertne stosowane są po to, żeby podtrzymywać umiejętności. Rodzaj 

umiejętności  nie  ma  najmniejszego  znaczenia.  Pod  uwagę  bierze  się  jedynie  to,  czy  bardziej 

logiczne  jest  przedłużanie  życia  danego  osobnika,  czy  też  kształcenie  jego  następców  co 

czterdzieści,  pięćdziesiąt  lat.  Popatrz  się  na  mnie,  Chris.  Nie  jestem  żadnym  geniuszem,  tylko 

zwykłym sierżantem policji, ale znam się na mojej robocie na tyle, że Ojcom Miasta nie opłaca 

się kształcić mojego następcy w młodszym pokoleniu. Zdecydowali zachować dotychczasowego 

background image

policjanta, czyli mnie, chociaż jestem tylko zwykłym gliną. Czemu nie? Nie mam nic przeciwko 

temu, robota mi odpowiada, a kiedy Amalfi potrzebuje doświadczonego policjanta, wzywa albo 

mnie,  albo  Dulany'ego,  a  nie  któregoś  z  oficerów,  bo  żaden  z  nich  nie  ma  za  sobą  tylu  lat 

doświadczeń  co  my dwaj.  Kiedy  burmistrz potrzebuje  sierżanta powłokowego  — wzywa  mnie; 

kiedy  musi  wysłać  patrol  na  inny  statek  —  wzywa  Dula-ny'ego;  a  kiedy  chce  mieć  pod  ręką 

mistrza jakiejś specjalności — to też go sobie zaprasza. Na pokładzie miasta, również dlatego, że 

miasto  jest  tak  wielkie,  można  znaleźć  przedstawiciela  każdej  specjalności.  Dopóki  ten  system 

działa,  nie  ma  potrzeby,  żeby  po  mieście  chodziło  więcej  takich  jak  ja.  Albo  więcej  niż  n 

specjalistów innej dziedziny^ jeśli zapotrzebowanie wynosi n. 

— Wygląda na to, że wykuł pan tę lekcję na blachę — uśmiechnął się Chris. 

—  Każdą  lekcję  wykułem  —  potwierdził  Anderson.  — To  znaczy  wszystko,  co  mi  przekazali. 

Kiedy Ojcowie Miasta raz włożą ci coś do głowy, to już na dobre. 

Jego  słowa  przerwał  klarowny,  melodyjny  gwizd  dochodzący  z  głębi  mieszkania.  Powłokowy 

zadarł wielką głowę i uśmiechnął się. 

—  Zaraz  się  przekonasz  —  zapowiedział.  Był  wyraźnie  czymś  ucieszony.  Dotknął  guzika  na 

poręczy fotela. 

— Anderson? — odezwał się ktoś zmęczonym głosem. Chrisowi natychmiast przemknęło przez 

myśl, że taki 

głos musiał mieć tata niedźwiedź w starożytnym micie o Złotowłosej. 

— Tak... Słucham pana. 

— Decydujemy się na kontrakt. I mnie, i Ojcom Miasta w miarę odpowiadają warunki. Za chwilę 

przystąpię  do  podpisania  umowy.  Wolałbym,  żebyś  się  tutaj  zjawił  i  na  wszelki  wypadek 

zapoznał z jej treścią. Coś mi się widzi, Josel, że tym razem idziemy na całość. 

— Zaraz będę.  — Anderson dotknął guzika. Uśmiechnął  się szerokim, chłopięcym uśmiechem, 

jakiego Chris nigdy u niego nie widział. 

— Burmistrz! — wykrzyknął Chris podniecony. 

— No. 

— O czym mówił? 

—  Znalazł dla nas robotę. O ile nie będzie przeszkód, powinniśmy wylądować za parę dni. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Planeta zwana Niebiosa 

 

Planeta,  miotana  burzą,  była  całkiem  niewidoczna.  W  miarę  jak  miasto  ostrożnie  obniżało  lot, 

coraz wyraźniej występował zarys pola wiratorowego, które przybrało wygląd czaszy kipiącej od 

czarnych  chmur  poprzecinanych  błekitnozielonym  światłem  błyskawic.  Czasza  spływała 

strugami deszczu i gradu. Kiedy opadli niżej, grad ustąpił, ale deszcz przybrał na sile. 

Po  niezliczonych  miesiącach  mijania  kolejnych  słońc  w  rozgwieżdżonych  przestworzach 

dobywający  się z ciemności  niski pomruk grzmotów miał w  sobie coś przygnębiającego, wręcz 

przerażającego. 

Chris  siedział  z  Piggym  na  molo  u  wylotu  Gansevoort  Street,  z  którego  Herman  Melville 

odpływał na spotkanie dalekich Mórz Południowych. 

Wpatrywał  się w świetlistą kulę przelatującego nad  miastem pioruna tak, jakby pierwszy raz w 

życiu oglądał tego rodzaju zjawisko atmosferyczne. Równie  nietęga była  mina Piggy'ego, który 

nigdy  w  życiu  niczego  podobnego  nie  widział.  Nowy  Jork  miał  lądować  na  planecie  po  raz 

pierwszy, od kiedy chłopak przyszedł na świat. 

Skąd  Amalii  wiedział,  jak  zejść  do  lądowania  —  nie  pogróżka  nie  była  zbyt  niepokojąca,  bo 

chociaż Piggy ważył więcej od Chrisa o jakieś dziesięć kilogramów, były to głównie kilogramy 

tłuszczu.  Rozochocony  burzą  Chris  już  miał  wyśmiać  kolegę,  kiedy  antyczne  deski  molo 

zadrżały  pod  krokami  stalowych  buciorów.  Zaskoczony  spojrzał  przez  ramię  i  zerwał  się  na 

równe nogi. 

Za plecami chłopców stało dwudziestu pozbawionych twarzy ludzi w skafandrach kosmicznych. 

Najeżeni bronią, wyglądali jak falanga gigantycznych robotów. Deski zaskrzypiały i ugięły się z 

jękiem, kiedy jeden z nich wystąpił naprzód i nieoczekiwanie przemówił do Chrisa. 

Głos  był  gromki  i  metaliczny,  wzmacniacz  wyraźnie  podregulowano  do  przekrzykiwania 

kanonady piorunów na wielkich przestrzeniach, mimo to Chris rozpoznał go bez trudu. Zakuty w 

zbroję mężczyzna był jego opiekunem. 

— CHRIS! — Głos nagle stracił na sile. — Chris, co ty tu robisz? I chłopak Kingstona-Throopa 

z  tobą?!  Piggy,  powinieneś  mieć  więcej  oleju  w  głowie!  Lądujemy  za  dwadzieścia  minut,  tu 

mamy właśnie bramę wypadową. Zmiatajcie obaj. 

— Przyszliśmy tylko popatrzeć — zaczął się bronić Piggy. — Każdemu wolno patrzeć. 

background image

— Nie mam czasu na dyskusje. Idziesz stąd, czy nie? Chris szarpnął kolegę za łokieć. 

— Chodź, Piggy. Po co mamy komuś zawadzać? 

— Puszczaj mnie. Nikomu nie zawadzam. Jak chcą, mogą po mnie przejść. Nie będę stąd szedł 

tylko dlatego, że jemu się tak podoba. On nie jest moim opiekunem, tylko zwykłym gliną. 

Stalowe ramię wyciągnęło się w stronę chłopca. Na końcu rozwarła się para szczypców. 

— Poproszę o kartę — szorstko zażądał Anderson. — 

Później się dowiesz, o co zostałeś oskarżony. Jeżeli  nie ruszysz  się  stąd natychmiast, wyznaczę 

dwóch  ludzi,  żeby  ci  w  tym  pomogli,  chociaż  w  tej  chwili  potrzebny  mi  jest  każdy  człowiek. 

Zrobimy ci takiego haka w karcie, że do końca życia będziesz żałował. 

— Już dobra. Po co się tak zaraz ciskać? Idę. Pękate, stalowe ramię z rozwartymi groźnie szczyp-

cami nadal wysuwało się do przodu. 

— Poproszę kartę. 

— Powiedziałem przecież, że idę. 

— No to zjeżdżaj! 

Piggy  nagle  spokorniał.  Rzucił  się  do  ucieczki.  Chris  posłał  swojemu  opiekunowi  zdumione 

spojrzenie,  po  czym  poszedł  w  ślady  kolegi,  jak  najstaranniej  omijając  nieruchome  posągi  z 

błękitnej stali rozstawione na całej długości molo. 

Piggy zdążył już zniknąć. Kiedy oszołomiony Chris puścił się pędem w stronę domu, miasto, w 

feerii błyskawic, wylądowało. 

Na  nieszczęście  Chrisa  Ojcowie  Miasta  nie  wzięli  poprawki  na  lądowanie:  nauka  przebiegała 

jakby  nigdy  nic,  tak  że  chłopiec  miał  tylko  bardzo  mętny  obraz  najświeższych  wydarzeń. 

Wprawdzie  nowojorskie  biuro  informacji  podawało  co  godzinę  pięciominutowe  bloki 

informacyjne,  jednak  dziesięciolecia  jałowej  rutyny  lotu  sprawiły,  że  serwis  sieci  kablowej 

składał  się  z  komunałów.  Funkcja  biura  w  czasie  lotu  sprowadzała  się  do  transmitowania 

programów  z  ogromnych  zbiorów  muzycznych  i  teatralnych  miasta.  Chris  podejrzewał,  że 

większość  obywateli  podziela  jego  zdanie,  iż  nadawane  wiadomości  są  mętne  i  niewiele 

mówiące. Nieliczne informacje, jakie miał, zawdzięczał sierżantowi Andersenowi. Nie było tego 

wiele,  bo  sierżant  rzadko  pojawiał  się  w  domu,  pochłonięty  organizacją  przyczółka  na 

Niebiosach.  Chrisowi  udało  się  podsłuchać  zaledwie  parę  zdań,  głównie  z  rozmów 

prowadzonych przez sierżanta z Carlą. 

background image

— Chcą, żebyśmy im pomogli rozwinąć przemysł na planecie. To pozornie proste, rzecz jednak 

w  tym,  że  ich  społeczeństwo  ma  strukturę  feudalną.  Sześćdziesiąt  sześć  tysięcy  tak  zwanych 

elektorów,  czyli  zwykłych  wolnych  posiadaczy  ziemskich,  ma  pod  sobą  ogromną  liczbę 

poddanych.  Nikt  nigdy  nie  zadał  sobie  trudu,  żeby  ich  przeliczyć.  Archaniołowie  życzą  sobie 

utrzymać ten stan rzeczy nawet po uruchomieniu przemysłu ciężkiego. 

— Nie wydaje mi się to możliwe — oświadczyła Carla. 

—  Bo  też  nie  jest  możliwe,  o  czym  przekonają  się,  kiedy  skończymy  naszą  robotę.  W  tym 

właśnie cały sęk. Nie wolno nam ingerować w system społeczny planety, tymczasem wywiązując 

się z kontraktu, zainicjujemy  rewolucję... długą  i  powolną,  niemniej  jednak rewolucję.  A kiedy 

gliniarze  wyładują  po  naszym  odlocie  i  zorientują  się,  co  jest  grane,  będziemy  odpowiadać  za 

pogwałcenie status quo. 

— Gliniarze! — zaśmiała się Carla melodyjnie. — Kochanie, to słowo brzmi w twoich ustach jak 

obelga.  A  kimże  ty  jesteś?  Ile  jeszcze  trzeba  stuleci,  żebyś  pogodził  się  z  tym,  że  sam  jesteś 

gliną? 

— Wiesz, o co mi chodzi  — oświadczył chmurnie Anderson.  — Niech ci  będzie,  jestem gliną. 

Ale  nie  jestem  ziemskim  gliną,  tylko  m  i  e  j  s  k  i  m,  a  to  wielka  różnica.  Cóż,  pożyjemy, 

zobaczymy. Co jest na lunch? Muszę wyjść za pół godziny. 

Burza,  zgodnie  z  przepowiedniami,  nie  ustawała.  Chris  przy  każdej  okazji  chodził  oglądać 

rozpakowywanie i montaż maszyn, których śladem następnie wędrował 

do  przemysłowych  sektorów,  gdzie  mógł  podziwiać  sforę  rozchybotanych,  gąsienicowych 

łazików bagiennych. Pojazdy osadników, chociaż różnej wielkości,  były skonstruowane według 

podobnych zasad: opasłe cylindry z przejrzystego tworzywa wzmocniono stalowymi obręczami i 

zaopatrzono po obu bokach w gąsienice o tak wielkich ogniwach, że  mogły  funkcjonować  jako 

koła  łopatkowe  w  szczególnie  grząskim  terenie.  Kadłub  pojazdu  był  wodoszczelny,  jednak  na 

oko  Chrisa  maszyny  nie  potrafiły  pływać,  choćby  nawet  zostały  wyposażone  w  ukryte  śruby 

napędowe; w razie awarii  mogły  najwyżej  liczyć na zachowanie równowagi  i wzywać pomocy 

drogą  radiową,  o  czym  świadczyły  liczne  anteny.  Wyglądały  bardziej  na  polewaczki  niż 

jednostki pływające. 

Czy  na  takich  mokradłach  mógł  powstać  jakikolwiek  przemysł?  Chris  nie  potrafił  sobie  nawet 

wyobrazić,  jakim  cudem  rolnicze  społeczeństwo  mogłoby  przeżyć  pośród  nieprzerwanych 

strumieni  ulewy,  zwłaszcza  w  sytuacji,  gdy  tylko  skąpe  fragmenty  planety  znajdowały  się  nad 

background image

powierzchnią wody. Potem jednak przypomniał sobie to i owo na temat kolonizacji Wenus, która 

odbywała  się  w  podobnie  trudnych  warunkach.  Tam  skończyło  się  rolnictwem  podmorskim; 

jednak rolnictwo też wymagało wielkich ilości energii, w dodatku mieszkańcy Niebios nie doszli 

nawet do etapu Wenus — wyglądało na to, że ich główne pożywienie stanowi zielsko bagienne i 

ryby. 

Chris z  najwyższą uwagą przysłuchiwał  się rozmowom osadników w dokach  —  nie tym, które 

toczyli  z  mieszkańcami  wędrownego  miasta  po  angielsku  skomplikowanym  językiem 

technicznym,  lecz  rozmowom,  które  prowadzili  między  sobą.  Język  osadników  był  dziwną 

cmoktaną  wersją  rosyjskiego,  niegdyś  języka  uniwersalnego,  obecnie  właściwie  martwego, 

używanego  tylko  w  zapadłych  kątach  wszechświata.  Banki  pamięci  od  pierwszych  dni  nauki 

bezlitośnie  tłoczyły  Chrisowi  rosyjski  do  głowy.  Był  to  jeżyk  bardzo  trudny  do  opanowania, 

zwłaszcza  na  pokładzie  miasta,  w  którym  nikt  prawie  go  nie  używał.  Archaniołom,  którzy 

zachowywali ostrożność nawet w prywatnych rozmowach, nigdy nie przyszło do głowy, że ktoś z 

wędrowców mógł operować ich mową. Fakt, że sami mówią po rosyjsku, był dla nich dowodem, 

że ich historia wyprzedza historię miast koczowniczych. Z pewnością, nie zaświtało im nawet w 

głowach, że ich słowa mogą być chociaż w części rozumiane przez nastolatka, który włóczy się 

po nabrzeżach, gapiąc się na łodzie motorowe. 

Z zasłyszanych rozmów i coraz rzadszych wizyt opiekuna w domu Chris stworzył sobie mglisty 

obraz  oczekiwań  kolonistów.  Gdyby  był  obywatelem,  mógłby  zwrócić  się  wprost  do  Ojców 

Miasta o przedstawienie mu tekstu umowy, jako pasażer nie miał jednak tego rodzaju uprawnień. 

Ogólnie  wywnioskował,  że  Archaniołowie  zamierzają  zaprowadzić  u  siebie  gospodarkę 

wzorowaną  bez  reszty  na  gospodarce  Wenus,  z  jej  podmorskim  rolnictwem  i  hodowlą  oraz 

zastosowaniem  napędu  radiotransmisyjnego,  podobnego  do  napędu,  który  utrzymywał  miejskie 

taksówki  w  powietrzu.  Wędrowcy  mieli  w  grząskim,  osuwającym  się  terenie  wykopać 

fundamenty  pod  generatory  stacji  przekaźnikowej.  Mieli  również,  korzystając  z  własnych 

urządzeń,  oczyścić  rudy  niezbędnych  dla  przedsięwzięć  energetycznych  metali,  głównie  toru, 

który występował  na Niebiosach w  ilościach znacznie przewyższających  moce przerobowe pla-

nety.  Po  reorganizacji  gospodarki  Archaniołowie  zamierzali  uruchomić  własne  rafinerie  i 

sprzedawać oczyszczony tor innym planetom. Co ciekawsze, mieli również 

wystarczająco  dużo  germanu  i  byli  skłonni  płacić  nim  za  usługi  miasta,  mimo  że  był  metalem 

niezmiernie  trudnym  do  uzyskania.  Dla  osadników  tego  rodzaju  umowa  była  korzystna, 

background image

ponieważ  nie  uczestnicząc  w  handlu  międzygwiezdnym,  odczuwali  dotkliwy  deficyt  dolarów 

koczowniczych. 

Kiedy  tabor  maszyn,  człapiąc  gąsienicami,  wytoczył  się  w  teren,  gdzie  zniknął  spowity 

nieustającą  nawałnicą,  odwiedziny  sierżanta  Andersena  zrobiły  się  jeszcze  rzadsze,  a  liczba 

kolonistów w dokach gwałtownie zmalała. Teraz  stało tam tylko kilka pojazdów  bagiennych,  z 

nie wyjaśnionych przyczyn nazywanych łabę-ziówkami, które Chris chodził podziwiać każdego 

dnia  po  szkole.  Były  to  zwykle  niewielkie  jednostki;  ich  właściciele  usiłowali  wytargować  od 

wędrowców  egzotyczne  kurioza  dla  swoich  dam,  wyglądało  jednak  na  to,  że ten  rodzaj  handlu 

ugrzązł w  martwym  punkcie, podobnie  jak wszystko na tej planecie. Obywatele Nowego Jorku 

nie  potrzebowali  pieniędzy,  a  niebiańscy  feudałowie  i  wolni  władycy  nie  mieli  zbyt  wielu 

towarów  na  wymianę.  Wkrótce  wszelki  dopływ  informacji  ustał  prawie  zupełnie.  Bardzo  to 

Chrisa zmartwiło. 

Doprowadzony  do  ostateczności,  wpadł  na  pomysł.  Zawsze  nosił  przy  sobie  niewielki,  tani 

scyzoryk  z  wbudowanym  w  rękojeść  kompasem.  Ten  jeden  z  niewielu  prezentów,  na  jaki  było 

stać jego ojca, mógłby przehandlować jako egzotyczną ciekawostkę. W pierwszej chwili odrzucił 

pomysł, zły na siebie, że coś takiego w ogóle mogło mu przyjść do głowy, kiedy jednak sierżant 

Dulany,  a  następnie  sierżant  Anderson,  zostali  oficjalnie  wciągnięci  na  listę  „zaginionych", 

przestał  się  wahać.  Jego  ostatnie  wątpliwości  dotyczyły  już  tylko  tego,  czy  kompas  zadziała  w 

warunkach silnie wzmożonej aktywności elektrycznej, ale w końcu na Ziemi też nie spisywał się 

zbyt dobrze. Wyczekał na moment, kiedy jeden z feudałów po nieudanym targu kroczył sztywno 

do swojej sześcioosobowej łabędziówki. Chris podszedł ze scyzorykiem na wyciągniętej dłoni. 

— Gospodin... 

Zatrzymany  —  wielkie,  krzepkie  chłopisko  o  twarzy  pochmurnej  jak:  burzowe  niebo  jego 

ojczystej planety — przystanął i spojrzał z góry na chłopca. 

— Tak, chłopcze? Mówiłeś coś? 

— Tak, panie. Za pozwoleniem, mam tutaj bardzo pożyteczny przyrząd pochodzenia ziemskiego. 

Czy chcielibyście go obejrzeć? 

— Mówisz w naszym jeżyku? — zdziwił się mężczyzna, w dalszym ciągu zachmurzony. Wziął 

scyzoryk  z  roztargnieniem.  Przedmiot  wyraźnie  go  zaciekawił,  ale  jeszcze  bardziej 

zainteresowała go łamana ruszczyzna Chrisa. — Skąd znasz rosyjski? 

background image

—  Ze  słyszenia,  panie.  To  bardzo  trudny  język,  ale  staram  się,  jak  mogę.  Spójrzcie,  prosto  z 

Ziemi, z kołchozu Pensylwania. Prawdziwy staroć, składany ręcznie. 

— No, no. Jak też to działa? 

Chris  pokazał,  jak  otworzyć  oba  ostrza,  natomiast  próby  objaśnienia  mechanizmu 

funkcjonowania  kompasu  Archanioł  zbył  machnięciem  ręki.  Albo  słaba  znajomość  języka 

czyniła  wywód  niezrozumiałym,  albo  feudał  zdążył  się  już  zorientować,  że  tego  rodzaju 

urządzenie musi być bezużyteczne w gęsto naszpikowanej błyskawicami atmosferze Niebios. 

— Hmm, widać, że to tandeta, ale może żona zechce to nosić na szyi. Ile za to chcesz? 

— Panie, chciałbym pokierować jeden, jedyny raz pańską łodzią. O nic więcej nie proszę. 

Osadnik przyglądał mu się przez dłuższą chwile, po czym wybuchnął śmiechem. 

— Proszę bardzo, proszę bardzo — powiedział, kiedy opanował już pierwszą wesołość. — Wy, 

włóczędzy,  lubicie  targować  na  całego,  ale  czegoś  takiego  jeszcze  nie  widziałem.,,  tę  historię 

będę opowiadać latami! Zgoda, dobiliśmy targu. 

Nie przestając chichotać, ruszył przodem do doku, gdzie zostali zatrzymani przez powłokowego, 

który  rozpoznał  Chrisa.  Obie  strony  wyjaśniły  policjantowi,  jakiego  dobiły  targu.  Wartownik  z 

koczowniczego miasta niechętnie pozwolił chłopcu wsiąść na pokład łabędziówki. 

Dwaj osadnicy  siedzący w kabinie położonej  na  dziobie chybotliwego walca zerwali  się  na  ich 

widok  z  gniewem  i  przestrachem,  ale  właściciel  uspokoił  ich  zdecydowanym  ruchem  dłoni. 

Ciągle wydawał się nieźle ubawiony. 

— Spokojnie. To tylko dzieciak. Dał mi błyskotkę za to, że mu pokażę, jak człapie nasza łajba. 

Idźcie na rufę, za chwilę do was przyjdę. 

Sądząc  z  wyrazu  twarzy,  jego  towarzysze  nadal  nie  byli  zachwyceni,  ale  posłusznie  opuścili 

kabinę.  Wielki  mężczyzna  usadził  Chrisa  twarzą  do  panoramicznej  szyby  i  pokazał,  jak  ma 

trzymać manetki przepustnicy położone po obu stronach koła sterowego. 

—  Samo  kręcenie  kołem  nie  wystarczy,  musisz  regulować  tempo  poszczególnych  gąsienic. 

Przesuwać  tę  wajchę  do  przodu  albo  do  tyłu.  Za  czerwoną  kreską  masz  wsteczny  bieg.  Jakby 

zaczęło buksować, zrób pełen obrót kołem. Silnik zgaśnie i łódź osiądzie w błocie. Kiedy trafi na 

twardsze  podłoże,  sama  z  siebie  zacznie  pełznąć  do  przodu,  uruchamiając  tłoki;  ciśnienie  w 

zbiorniku podniesie się i koło automatycznie odkręci się do pozycji wyjściowej. Zrozumiałeś? 

background image

— A czy mógłbym spróbować?— Hmm, sądzę, że tak. Wycofam pojazd z doku i będziesz mógł 

pojeździć sobie w kółko zaraz za powłoką. Musisz tylko pilnować, żeby nie stracić z oczu latarni 

sygnalizacyjnej Nowego Jorku. 

— Czy pozwolisz, panie, żebym sam wyprowadził pojazd? 

—  Dobra  —  łaskawie  zgodził  się  ubawiony  olbrzym.  —  Tylko  bez  szaleństw.  Oba  drążki 

spokojnie  przesuń  za  czerwoną  kreskę,  W  porządku.  Nie  tak  szybko.  Powolutku!  Spokojnie! 

Teraz lewy drążek na luz. W porządku; widzisz, jak się zaczęła obracać? 

Gdzieś  z  tyłu  łabędziówki  rozległo  się  nawoływanie.  Olbrzym  w  odpowiedzi  wybuchnął 

potokiem mowy, z którego Chris zrozumiał zaledwie parę słów. 

—  Mam  coś  do  obgadania  na  rufie.  Wrócę  za  chwilę  —  zwrócił  się  do  Chrisa.  —  Pamiętaj, 

żadnych wygłupów i nie trać z oczu latarni. 

— Tak jest, panie. 

Właściciel  łodzi  opuścił  sterówkę.  Chris  dosłyszał  jeszcze,  jak  z  rozbawieniem  relacjonuje 

historię  chłopaka  z  doków,  który  potrafi  wydukać  parę  słów  po  rosyjsku,  w  związku  z  czym 

uważa, że potrafi kierować łodzią. Potem mężczyźni zaczęli rozmawiać przytłumionym szeptem. 

Parę  minut  Chris  spędził,  starając  się  możliwie  niezgrabnie  obchodzić  ze  sterami,  chociaż 

prowadzenie  łodzi  nie  wymagało  specjalnej  wprawy.  Następnie  zgodnie  z  poleceniem,  puścił 

pojazd  w  kółko  przeciwnie  do  ruchu  wskazówek  zegara,  podniósł  się  z  przedniego  siedzenia  i 

ostrożnie wycofał pod drzwi prowadzące do sąsiedniej kabiny. 

Prawdę  mówiąc,  chciał  się  dowiedzieć  czegokolwiek  —  ostatnio  odczuwał  dojmujący  niedosyt 

informacji. To, co usłyszał, zaskoczyło go bezgranicznie. 

Mężczyźni szwargotali pośpiesznie w dialekcie, który w nikłym tylko stopniu przypominał język 

uniwersalny,  wpojony  Chrisowi  przez  bank  pamięci;  mimo  to  fragmenty  rozmowy  były  jasne  i 

zrozumiałe. 

— ...Sęk w tym, że nie da się tego zrobić bez miasta... 

— ...opanować miasto?... Nie mamy nawet planu, nie mówiąc już o porządnej mapie. 

—  To  się  załatwi  później,  jak  już  będzie  po  wszystkim...  Możemy  rzucić  do  walki  tysiące 

pospólstwa,  ale  ich  system  obronny...  najpierw  musimy  obezwładnić  ich  Huaku,  czy  jak  to  się 

tam u nich nazywa, bo nie stać nas na to, żeby walczyć jak równy z równym. 

background image

— No to w czym rzecz? Wzięliśmy dwóch głównodowodzących ich wojsk do niewoli. W razie 

czego możemy  ich przetrzymywać w nieskończoność... W życiu  nie słyszeli o twierdzy  Wilczy 

Bicz ani nie mają pojęcia, gdzie... 

Rozmowa gwałtownie się urwała. Łabędziówka grzmotnęła o coś zgrzytliwie i niezdarnie zaczęła 

pokonywać przeszkodę. Chris upadł na pokład. Ktoś zaczął się dobijać do drzwi, wrzeszcząc ze 

złością. Dźwięki ucichły, kiedy siłą bezwładu opadła grodź między kabinami, 

Walcząc o utrzymanie równowagi podczas wściekłych przechyłów łodzi, Chris stanął na nogach i 

starannie obadał grodź z wszystkich stron, sprawdzając, czy nie dałoby się jej zamknąć na amen. 

Owszem, natrafił na wielką zasuwę, która byłaby w stanie utrzymać sforę niebiańskich psów na 

dystans, nie dawała się odsunąć z drugiej strony. Cóż, będzie musiał zaryzykować, chociaż lepiej 

by  się  czuł,  mając  solidną  kłódkę  na  podorędziu.  Po  zadartym,  rozchybotanym  pokładzie 

dogramolił się z powrotem do fotela pilota. Puszczona samopas łódź starała się posłusznie krążyć 

w  kółko,  ale  błoto  jest  zbyt  płynnym  i  ruchomym  podłożem,  żeby  pojazd  sam  zdołał  utrzymać 

kierunek.  Łódź  zataczała  coraz  większe  kręgi,  wreszcie  wpakowała  się  w  nabrzeże.  Policja 

wędrownego miasta pędziła już w ich stronę. 

Chris wrzucił wsteczny bieg i wycofał się z miasta najszybciej, jak tylko się dało, chociaż ani w 

połowie  tak  szybko,  jak  by  chciał.  Potem  zawrócił  łabędziówką  o  sto  osiemdziesiąt  stopni  i 

rzężącą,  ślizgającą  się  łódź  skierował  prosto  w  paszczę  nawałnicy.  Prowadził  wpatrzony  w 

świetlisty punkcik  na przecięciu dwóch  linii  na ekranie radaru, który zapewne  był oznaczeniem 

bazy. 

Nie miał pojęcia, dokąd tym sposobem dojedzie. Mógł tylko mieć nadzieję, że trafi do twierdzy 

Wilczy Bicz i zastanie tam Andersena i Dulany'ego oraz że szóstce rozwścieczonych osadników 

po drugiej stronie grodzi nie uda się wcześniej sforsować drzwi palnikiem. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Demon w potrzasku 

 

Łabędziówką zaledwie od pięciu minut brnęła, ślizgając się, do przodu, a już żółty blask latarni w 

dokach  zdążył  zgasnąć,  jakby  go  ktoś  zdmuchnął.  Jeśli  nie  liczyć  uwięzionych  osadników,  o 

których starał się nie myśleć, Chris w cylindrze łodzi tkwił sam, jak pisklak w jajku, skazany na 

wyłączne  towarzystwo  nie  znanych  sobie  urządzeń,  pomruk  silników,  trzask  piorunów  i 

błyskawice nie kończącej się burzy. 

Z  natężeniem  wpatrywał  się  w  pulpit  sterowniczy,  ale  nie  był  w  stanie  wywnioskować  nic 

ponadto,  co  już  i  tak  wiedział.  Wszystkie  instrumenty  były  opisane  cyrylicą.  Chociaż  Ojcowie 

Miasta życzyli sobie, żeby obywatele posługiwali się uniwersalnym, jak na razie Chris nie odbył 

ani jednej lekcji czytania w tym języku. Nie był w stanie ustalić zasad obsługi nawet tak prostego 

urządzenia  jak  radiostacja;  po  chwili  poszukiwań  zrezygnował  z  pomysłu  odnalezienia  pod-

stawowej  długości  fali,  na  której  utrzymywano  łączność  w  Nowym  Jorku  i  wezwania  tą  drogą 

pościgu  i  pomocy.  Nie  był  nawet  w  stanie  stwierdzić,  czy  ma  do  czynienia  z  nadajnikiem 

ferromagnetycznym czy magnetycznym, nie mówiąc już o odczytaniu oznakowań skali. 

A  przecież  musiał  skontaktować  się  z  miastem.  Przede  wszystkim  przekazać  podsłuchane 

szczegóły  zamachu.  Na  ucieczkę  ze  spiskowcami  ich  własną  łabędziówką  zdecydował  się  w 

przypływie desperacji, której z chwili  na chwilę coraz bardziej  żałował.  Zastanawiał  się, w  jaki 

sposób wrócić na brzeg i jak najszybciej zrelacjonować urzędnikom Amalfiego wszystko, czego 

się dowiedział. 

Pytanie jednak, czyby go wysłuchali, a jeśli nawet tak, czy daliby mu wiarę? Nikt, kto się chociaż 

trochę  liczył  na  pokładzie  miasta,  nie  miał  zwyczaju  zawracać  sobie  głowy  młodymi  ludźmi, 

dopóki nie nabyli statusu obywateli. Dorośli obywatele byli z kolei tak starzy, że strach się było 

do nich zbliżyć, a poza tym z powodu różnicy wieku nie lubili sobie zawracać głowy pasażerami. 

Naturalnie  mógł  bez  trudu  przekazać  wszystkie  informacje  Ojcom  Miasta.  Informacje  te 

powędrowałyby  jednak  do  banku  pamięci,  co  było  równoznaczne  z  odstawieniem  ich  na 

bocznicę.  Ojcowie  Miasta  nigdy  nie  podejmowali  żadnych  działań  na  podstawie  posiadanych 

danych,  a  nawet  nie  przekazywali  informacji  z  własnej  inicjatywy;  informacje  wydawali 

wyłącznie na żądanie, które z powodzeniem mogło nie nastąpić w ciągu najbliższych stuleci. 

background image

W każdym razie kości zostały rzucone. Teraz ktoś w mieście musi się dowiedzieć, dokąd Chris 

jedzie., i wysłać za nim pościg. Ale żaden z zagadkowych, połyskliwych instrumentów nie chciał 

zdradzić  swoich  tajemnic.  Nie  wiedział  też,  jakimi  środkami  dysponowało  miasto.  Taksówki 

sterowane były drogą radiową, ale to za powłoką miasta przestawało działać, a o ile Chris się 

orientował,  Nowy  Jork  nie  dysponował  pojazdami  naziemnymi  zdolnymi  do  poruszania  się  po 

słabo  oświetlonym,  grząskim,  niepewnym  podłożu  planety.  Wprawdzie  gdzieś  w  hangarach 

miasta  spoczywało  kilka  większych  samolotów  bojowych,  lecz  któryż  pilot  podjąłby  się  ich 

prowadzenia pośród nieustających  burz?  A zresztą  nawet gdyby, to czego szukać w świecie,  w 

którym  nawet  największe  wsie  i  zamki  produkowały  i  zużywały  tak  niewiele  energii,  że 

pokładowe  instrumenty  wykrywające  nie  mogły  odróżnić  ludzkich  siedzib  od  byle  rozbłysku 

pioruna. 

Łabędziówka z chlupotem parła w wyznaczonym kierunku. Po jakimś czasie Chris zauważył, że 

od kilku minut nie koryguje już kursu, a mimo to zielone światełko nadal tkwi na przecięciu linii. 

Zaryzykował i na chwilę puścił stery. Zielony punkcik nie znikał ze środka ekranu. Coś — być 

może  po  prostu  to,  że  przez  dłuższy  czas  utrzymywał  punkcik  na  środku  ekranu  —  włączyło 

autopilota. 

Było to pewne ułatwienie, ale teraz mógł za to zupełnie spokojnie zamartwiać się, przy czym do 

listy trosk przybyła mu jeszcze jedna: jak w razie czego odłączy autopilota? Odpowiedni guzik z 

pewnością znajdował się w zasięgu ręki, lecz Chris nie potrafił przeczytać oznaczeń. Uwięzieni 

osadnicy  zachowywali  się  podejrzanie  cicho.  W  tyle  głowy  kołatało  mu  podejrzanie,  że  będą 

próbowali przepalić drzwi — musieli też mieć gdzieś na pokładzie jakąś broń. Dotąd ograniczyli 

się do walenia w grodź. 

Modlił  się  gorąco,  żeby  powodem  tej  ciszy  było  pogodzenie  się  więźniów  z  losem.  Gorzej  by 

było,  gdyby  okazali  się  zadowoleni  z  rozwoju  wydarzeń.  Jego  sytuacja  była  już  dostatecznie 

nieciekawa:  nie  miał  pojęcia,  co  robić  z  ludźmi  i  łodzią,  kiedy  już  dotrą  do  twierdzy  Wilczy 

Bicz... 

Nie  miał  również  czasu  na  snucie  jakichkolwiek  dalszych  planów  —  w  świetle  kolejnej 

błyskawicy wyrosły przed nim mury twierdzy. 

Chociaż dzieliło go od nich jeszcze kilka kilometrów, budowla nawet z tej odległości wyglądała 

imponująco.  Chris  nie  mógł  tego  teraz  porównać,  ale  było  jasne,  że  wieże  są  wyższe  od 

background image

niektórych  nowojorskich  drapaczy  chmur.  Na  oko  czarna,  pozbawiona  okien  bryła  o  ślepych 

ścianach liczyła sobie co najmniej trzydzieści pięter. 

W  pierwszej  chwili  odniósł  wrażenie,  że  twierdzę  otacza  fosa,  było  to  jednak  złudzenie 

wywołane  odległością  —  w  rzeczywistości  stała  pośrodku  wielkiego  targanego  burzą  jeziora. 

Chris  w  żaden  sposób  nie  mógł  uwierzyć,  że  nieporadna  konstrukcja  łodzi  wytrzyma  takie 

przechyły, nie mówiąc już o tym, by zdołała posuwać się do przodu. 

Poruszył manetkami; tak jak przypuszczał,  łódź przestała reagować na ręczne sterowanie i parła 

uparcie w stronę wody. Po chwili z ogłuszającym sykiem ruszyły pompy wtłaczające do kabiny 

sprężone powietrze; nad łodzią zamknęła się tafla jeziora. Pojazd pełznął po dnie. 

Teraz  już  nawet  błyskawice  nie  oświetlały  drogi  —  Chris  był  zdany  wyłącznie  na  światła  w 

kabinie, zbyt słabe, żeby przebić się przez ciemny odmęt. Miał wrażenie, że przezroczyste ściany 

łodzi zmętniały nagle. 

Po  dziesięciu  długich  jak  wieczność  minutach  gąsienice  zgrzytnęły,  jakby  trafiły  na  kamień,  i 

pojazd powoli stanął. Chris jeszcze raz spróbował ręcznego sterowania, ale bez skutku. 

Wokół łodzi zapłonęły światła. 

Łabędziówka  stała  bezpiecznie  na  redzie  w  grocie  sporych  rozmiarów.  Przez  ściekające  z 

kadłuba  strumyczki  żółtawej  wody  Chris  zobaczył  komitet  powitalny  złożony  z  czterech 

uzbrojonych w strzelby mężczyzn, którzy przypatrywali mu się niemile uśmiechnięci. Mógł tylko 

odpowiedzieć bezsilnym spojrzeniem. Silnik zgasł... 

...Waz do łodzi rozsunął się na oścież. 

Wsadzili  go  do  celi,  w  której  zastał  już  Andersona  i  Dulany'ego.  Sierżant  osłupiał  na  widok 

chłopaka. 

—  Na  gwiezdnych  bogów!  Irish,  wzięli  się  teraz  za  uprowadzanie  nieletnich!  —  oświadczył  z 

niesmakiem po wysłuchaniu całej opowieści. 

Dulany, jak zwykle, mówił niewiele, ale nie wyglądał na specjalnie zachwyconego sytuacją. 

—  Z  pewnością  istnieje  standardowy  sygnał  wywoławczy,  który  należało  wysłać,  ale  skąd 

mogłeś  wiedzieć,  jak  to  zrobić  —  ciągnął  Andersen.  —  Te  szlachetki  przed  naszym  przylotem 

nieustannie  tłukły  się  miedzy  sobą...  Od  kiedy  osiedli  na  tej  kuli  błota,  uprowadzenie  nas  to 

chyba pierwsze wspólne przedsięwzięcie uwieńczone sukcesem. 

— Banda awanturników — skomentował Dulany. 

background image

—  Owszem,  awanturnictwo  należało  zawsze  do  etosu  feudalnego.  Chris,  faceci  z  twojej  łodzi 

niezłe  oberwą  od  swoich  kumpli,  chociaż  tak  naprawdę  nie  ściągnąłeś  na  nich  żadnego 

niebezpieczeństwa, a na dodatek mieli dość rozumu, żeby pozwolić ci się samemu wpakować w 

pułapkę.  Prawdopodobnie  będą  się  chcieli  odegrać  na  tobie  podczas  przesłuchania.—  Już  mnie 

przesłuchiwali — stwierdził ponuro Chris. — I było tak, jak pan mówi. 

— Naprawdę? Zbrodniarze! Wobec tego, Irish, ta szansa odpada. 

— Drobna komplikacja — zgodził się Dulany. 

Anderson  umilkł.  Chris  natomiast  zaczął  się  gubić  w  domysłach,  co  mogły  oznaczać  słowa 

dowódców.  Musieli  mieć  jakiś  plan,  który  upadł,  gdy  dowiedzieli  się,  że  go  przesłuchiwano... 

Chociaż  trudno  mu  było  sobie  wyobrazić,  jak  ci  dwaj  mogli  snuć  jakiekolwiek  plany,  skoro 

oprawcy w uzasadnionym uznaniu dla policjantów wędrownego miasta nie zostawili im nic poza 

bielizną na grzbiecie. 

— Co mógłbym zrobić, gdybym dopiero teraz miał być przesłuchany? 

— Zlokalizować nasze skafandry kosmiczne — odpowiedział ponuro Anderson. — Oczywiście 

nie ma szans, żeby ci dali przeczesać całą twierdzę, ale może coś wpadłoby ci w oko albo oni by 

się z czymś wygadali. Zdarza się, że  nawet najostrożniejsi  ludzie  nie doceniają  młodych. Teraz 

będziemy musieli wymyślić coś innego. 

— Pod ścianami wielkiej sali audiencyjnej stoją dziesiątki skafandrów — oświadczył Chris. -— 

Jestem pewien, że dopasowalibyście sobie coś na miejscu. 

Dulany ograniczył się do słabego uśmieszku. 

—  To  nie  są  skafandry,  Chris,  to  są  zbroje...  zbroje  rycerskie  —  wyjaśnił  Anderson.  —  Na  tej 

planecie  są  bezużyteczne,  ich  wartość  jest  wyłącznie  heraldyczna;  podejrzewam,  że  nasi 

baronowie kolekcjonowali je jak skalpy wroga. 

—  Niewykluczone  —  nie  ustępował  Chris  —  ale  głowę  daję,  że  byty  tam  co  najmniej  dwa 

prawdziwe skafandry kosmiczne. 

Sierżanci wymienili spojrzenia. 

— Czy to możliwe?... — zaczął Anderson. — Faktycznie, są na to dosyć bezczelni. 

— Możliwe. 

—- Na Syriusza, wytniemy im numer! Bierz się za ten zamek, Irish. 

— W bieliźnie? Mowy nie ma. 

background image

— A  cóż to za różnica?... Aha, rozumiem.  —  Anderson skrzywił się  niecierpliwie.  —  Musimy 

czekać, aż pogaszą światła, a to na szczęście nastąpi niedługo. 

—  Jak  pan  ma  zamiar  wyważyć  zamek,  sierżancie  Dulany?  —  zaciekawił  się  Chris.  —  Jest 

prawie wielkości mojej głowy! 

— To prosty typ — wyjaśnił Dulany, zużywając przy tym, jak na siebie, bardzo dużo słów. 

Chris nigdy nie dowiedział się, co Dulany zrobił z zamkiem, ponieważ cała operacja przebiegła 

w ciemnościach. Stojąc posłusznie w głębi celi  nie  słyszał  najlżejszego szmeru, dopóki wielkie 

drzwi nie otworzyły się z głuchym łoskotem. 

Łoskot  zagłuszył  jeden  jedyny  okrzyk,  jaki  zdążył  wydać  strażnik  na  korytarzu.  W  fortecy 

bombardowanej  nieustannie  gradem  piorunów  każdy  hałas  przechodził  nie  zauważony.  Rozległ 

się  brzęk  kluczy  i  dwa  głośne  szczęknięcia,  kiedy  nieszczęsnego  strażnika  zakuwano  w  jego 

własne kajdanki. Więźniowie wepchnęli go do celi. 

— Co będzie, jak odzyska przytomność? — schrypniętym szeptem dopytywał się Chris. 

— To nastąpi  nieprędko  — odpowiedział  mu głos Dulany'ego.  — Zamknij drzwi.  Wrócimy po 

ciebie.  Osiem  słów  w  ustach  sierżanta  brygady  desantowej  to  tyle,  co  długa  przemowa.  Chris 

uśmiechnął się i zamknął drzwi. 

Przez następne parę godzin nic się nie wydarzyło poza tym, że pioruny waliły coraz głośniej. Na 

Niebiosach  nie  było  to  żadnym  zaskoczeniem.  Czy  jednak  najpotężniejsze  nawet  uderzenie 

pioruna  mogło  do  tego  stopnia  wstrząsnąć  murami  budowli  równie  solidnej  i  masywnej  jak 

twierdza Wilczy Bicz? Gdyby tak było, nie zostałby z niej już kamień na kamieniu, tymczasem 

stała w tym miejscu co najmniej od stu lat. 

Czwarty grzmot rozwiał wszelkie wątpliwości. Zdecydowanie był to wybuch, wybuch wewnątrz 

twierdzy. Jak na dany znak zapłonęły wszystkie światła; Chris zobaczył, że drzwi celi otwarte są 

na oścież. 

Podszedł, żeby  je zamknąć,  i znalazł się  na skraju niewielkiego zapadliska. Posadzka korytarza 

runęła. Piętro niżej, wśród gruzów, siedziało kilku oszołomionych ludzi. Mieli wielkie szczęście, 

że przeżyli. 

Nastąpił  kolejny  wybuch,  po  którym  światła  znów  zgasły.  Wśród  stalowych  zbroi,  które  Chris 

widział w sali audiencyjnej, musiały znajdować się skafandry Andersena i Dulany'ego. Cóż, ten 

incydent powinien władcę twierdzy Wilczy Bicz oduczyć pysznienia się zdobycznymi skalpami. 

Powinno  go  to  również  oduczyć  porywania  mieszkańców  wędrownych  miast.  Chris  pojął,  że 

background image

próba  użycia  Andersena  i  Dulany'ego  jako  zakładników,  nawet  po  rozebraniu  ich  do  bielizny 

miała takie mniej więcej szansę powodzenia, jak próba uwięzienia w stodole dwóch demonów. 

Wreszcie  zjawili  się.  Widząc,  jak  szybują  nad  korytarzem,  lampkami  u  hełmów  znacząc  na 

ścianach  zagmatwane  desenie,  Chris  zrozumiał,  jaki  pojazd  wysłałoby  za  nim  miasto,  gdyby 

udało mu się przesłać wołanie o pomoc. 

— Nic ci nie jest? — odezwał się Anderson przez wzmacniacz. — To całe szczęście. 

— No to dobrze. Nie przyszło mi do głowy, że się podłoga zapadnie. 

Weszli do celi. Strażnik, który właśnie odzyskał przytomność, na widok dwóch zakutych w stal 

postaci wczołgał się w najdalszy kąt. 

—  Mamy  pewien  problem.  Twierdza  zaopatrzyła  nas  w  list  żelazny,  ale  nie  mamy  odwagi 

wystawiać cię na taką nawałnicę ani też ryzykować lotu w którejś z ich zbroi. 

— Łódź — zawyrokował Dulany, wskazując na Chris a. 

—  Racja,  zapomniałem,  że  on  potrafi  kierować  łodzią.  W  porządku,  chłopcze,  weźmiemy  cię 

teraz pod pachy i przeniesiemy przez wyrwę. Lecimy, Irish. 

—  Chwileczkę.  —Dulany  odczepił  od  pasa  pęk  kluczy  i  rzucił  w  kąt  celi,  gdzie  kulił  się 

przerażony strażnik. — Dobra, lecimy. 

Do łodzi wsiadł z Chrisem Anderson nie zdejmując skafandra; Dulany pozostał w powietrzu i co 

jakiś  czas  komunikował  się  z  sierżantem  przez  krótkofalówkę  na  wypadek,  gdyby  osadnicy 

wpadli  na  pomysł,  żeby  autopilotem  zawrócić  łabędziówkę  do  bazy.  Wprawdzie  było  mało 

prawdopodobne,  żeby  coś  takiego  mogło  im  jeszcze  przyjść  do  głowy  po  obejrzeniu  wyrwy 

autorstwa obu policjantów, jednak nie należało bez potrzeby ryzykować. 

Kiedy  łódź  zaczęła  pełznąć  po  dnie  jeziora,  Anderson  zdjął  hełm  i  pospiesznie  przystąpił  do 

studiowania  tablicy  rozdzielczej.  Pokiwał  głową  i  przestawił  trzy  pokrętła.—  Powinno 

wystarczyć. 

— Do czego? 

— Do tego, żeby nie mogli automatycznie sterować tą landarą. Od tej chwili nie będą jej w stanie 

nawet zlokalizować. Irish może wyrywać do przodu i złożyć meldunek burmistrzowi. — Założył 

hełm  i  powiedział  parę  stów,  a  potem  zsunął  go  z  powrotem  z  głowy.  —  A  teraz,  Chris  — 

zapowiedział posępnie — będziemy rozstawiać po kątach niegrzeczne dzieciaki. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Upiory gwiezdnych szlaków 

 

Rozstawianie po kątach, tak jak Chris podejrzewał, okazało się zajęciem bardzo nieprzyjemnym. 

Zniósł to jednak dzielnie, powtarzając sobie w duchu, że sam wpakował się w tę kabałę. Nawet 

gdyby  okoliczności  w  pełni  go  usprawiedliwiały,  to  zagarnięcie  mienia  ludzi,  którzy  wynajęli 

miasto do robót, przekreślało szansę otrzymania obywatelstwa. 

Najgorsze  w  tym  wszystkim  było  to,  że  zaszkodził  miastu.  Nowy  Jork  tak  czy  owak 

dowiedziałby  się  niebawem,  że  Andersen  i  Dulany  zostali  wzięci  do  niewoli,  ponieważ 

Archaniołowie  nie  mogli  szantażować  Amalfiego,  nie  zdradzając,  że  obaj  sierżanci  są  ich 

zakładnikami;  Chris  nie  miał  najmniejszych  wątpliwości,  że  policjanci  wydostaliby  się  z 

Wilczego  Bicza  bez  jego  pomocy,  kto  wie  czy  nie  o  wiele  szybciej.  Przede  wszystkim  mogli 

zostać uwolnieni dzięki pokojowej interwencji Amalfiego; a więc bez naruszania reguł kontraktu. 

Chris w charakterze trzeciego więźnia był niewygodny dla obu stron, więc zaognił sytuację, która 

była zaledwie napięta. 

Chociaż  na  końcu  zebrał  pochwały  za  odwagę  i  wyobraźnię,  a  także  umiejętność  zachowania 

zimnej krwi w trudnych okolicznościach, lecz w tym czasie zdążył na tyle dobrze zorientować się 

w  całej  sytuacji,  żeby  wiedzieć,  iż  jego  szansę  na  zostanie  obywatelem  nie  są  warte 

koczowniczego dolara. Nowy kontrakt był o wiele  mniej  korzystny,  Archaniołowie żądali  poza 

tym  finansowej  rekompensaty  szkód,  które  obaj  sierżanci  poczynili  w  twierdzy  Wilczy  Bicz. 

Zyski miasta miały zostać zatem poważnie okrojone. 

Wiadomość o nowym kontrakcie zaskoczyła Chrisa, do czego z pewnym wahaniem przyznał się. 

—  Konflikty  między  pracodawcą  a  pracownikiem  są  stare  jak  sama  ludzkość  —  uspokoił  go 

Anderson  —  a  raz  zaczętą  robotę  trzeba  skończyć.  Osadnicy  jako  społeczność  pozbawią 

własności  barona,,  który  nas  uprowadził,  po  czym  wymierzą  mu  sprawiedliwość  zgodnie  z 

lokalnym  kodeksem  praw,  jaki  zmuszeni  jesteśmy  respektować.  Od  nas  żądają  natomiast  od-

szkodowania za uszkodzenie majątku trwałego planety, ale miasto nie może obarczyć ani Irisha, 

ani mnie kosztami, ponieważ jesteśmy oficerami w służbie miejskiej. 

— A spisek zmierzający do opanowania miasta? 

background image

—  Wiemy  na  ten  temat  tylko  tyle,  ile  podsłuchałeś.  Twoje  zeznania  nie  są  wystarczającym 

dowodem dla Sądu Kolonialnego i nie byłyby nawet, gdybyś był obywatelem... inaczej mówiąc, 

dorosłym. 

Znów wypłynął dręczący Chrisa temat. 

—  Zastanawiałem  się  nad  jednym  —  przyznał.  —Dlaczego  leki  przeciwśmiertne  podaje  się 

osiem  nastolatkom?  Czy  tylko  na  nich  działają?  Co  by  było,  gdybyśmy  wzięli  na  pokład 

czterdziestolatka,  który  akurat  okazałby  się  wybitnym  specjalistą  w  jakiejś  bardzo  ważnej 

dziedzinie? Czy byłoby za późno na kurację? 

— Nie byłoby i z pewnością byśmy ją przeprowadzi- 

li  —  wyjaśnił  Anderson.  —  Osiemnaście  lat  to  po  prostu  wiek  optymalny,  wiek,  w  którym  z 

pewnością mamy do czynienia z osobnikiem fizycznie dojrzałym. Widzisz, antyagatyki nie są w 

stanie odwrócić biegu zegara. Ich zaaplikowanie zatrzymuje po prostu proces starzenia. Powiedz 

mi, czy zetknąłeś się kiedyś z legendą o Tytonie? 

— Chyba nie. 

— Sam nie znam jej zbyt dobrze; o szczegóły spytaj Ojców Miasta. W skrócie: Tytonowi udało 

się  wkraść  w  łaski  bogini  jutrzenki  Eos  i  wyprosić  dar  nieśmiertelności...  Eos  spełniła  jego 

życzenie,  ale  Tytoń  był  już  w  dość  podeszłym  wieku.  Kiedy  pojął,  że  pozostanie  wiecznym 

starcem,  poprosił  boginkę,  żeby  cofnęła  swój  dar.  Eos  zmieniła  go  w  konika  polnego,  a  każdy 

wie, ile trwa życie koników polnych. 

— No tak. Wieczny siedemdziesięciopięciolatek nie miałby chyba zbyt wiele pożytku ze swojej 

nieśmiertelności. Miasto też nie. 

—  Teoretycznie  tak  —  zgodził  się  sierżant.  —  Niemniej  każdego  bierze  się  takim,  jaki  jest. 

Amalfi  rozpoczął  kurację  w  wieku  lat  pięćdziesięciu.  Jak  się  okazało  w  jego  przypadku,  w 

kwiecie wieku. 

Edukacja  Chrisa  posuwała  się  dawnym  trybem,  z  tym  że  teraz  omijał  doki  z  daleka.  Nowy 

kontrakt  został  skrócony  do  trzech  miesięcy,  więc  i  tak  w  dokach  nie  mogło  się  dziać  nic 

ciekawego — w każdym razie tak sobie wmawiał. W dodatku wiele sympatii i wsparcia otrzymał 

z całkiem nieoczekiwanej strony, mianowicie od Piggy'ego Kingston-Throopa. 

—  Sam  widzisz  teraz,  ile  prawdy  tkwi  w  tym  całym  gadaniu  o obywatelstwie  —  oświadczył  z 

zawziętością  Piggy,  kiedy,  jak  zwykle,  spotkali  się  po  lekcjach.  —  Wyświadczasz  miastu 

background image

nieocenioną  przysługę,  a  oni  ci  odpłacają  kazaniem,  że  niby  wszedłeś  im  w  paradę.  Więcej, 

pędzą na wyprzódki dogadywać się z facetami, którzy mieli zamiar przechwycić nasze miasto. 

— No tak, ale coś trzeba jeść. 

—  Niby  tak,  ale  to  są  brudne  pieniądze.  Poza  tym  myślę,  że  na  twoim  miejscu  inaczej  bym  to 

rozegrał. 

— Wiem — przyznał Chris. — Wszyscy mi to mówią. Po pierwsze — w ogóle nie powinienem 

był się pakować do tej łodzi. 

— To akurat było w porządku — oświadczył z wyższością Piggy. — Gdybyś nie wsiadł do łodzi, 

nie  wiedzieliby  nic  o  całej  intrydze.  Nie  zapominaj,  że  wyświadczyłeś  im  sporą  uprzejmość. 

Teraz będą się mieć na baczności. Chodzi mi o to, co się działo, kiedy zatrzasnąłeś tych typów na 

rufie. O ile dobrze zrozumiałem, łódź ładowała się w dok i próbowała wypełznąć na brzeg, tak? 

__ Talr J. aA.. 

— I nadleciała cała masa gliniarzy? 

—  Nie  powiedziałem,  że  masa  —  sprostował  Chris  ostrożnie.  —  Wydaje  mi  się,  że  było  ich 

trzech czy czterech. 

— Niech ci będzie. No więc, gdybym ja był na twoim miejscu, zaraz zatrzymałbym łódź, wysiadł 

i powiedział gliniarzom, co podsłuchałem. Niech oni wyduszą całą prawdę z facetów, których ty 

schwytałeś.  Widziałeś,  jak  Ojcowie  Miasta  wpychają  nam  ten  cały  chłam  podczas  lekcji?  Otóż 

tak samo potrafią wydostać z twojej głowy, co tylko zechcą. Tato mówi, że to cholernie przykry 

zabieg, ale skuteczny. 

Chris ograniczył się do bezradnego wzruszenia ramion. 

— Masz rację, chyba tak powinienem był zrobić. W twoich ustach to brzmi jak oczywistość. Po 

prostu nie przyszło mi to do głowy... Ale w pewnym sensie nie 

żałuję  —  dorzucił  po  namyśle.  —  Gdybym  tak  zrobił,  nigdy  bym  się  nie  znalazł  w  twierdzy 

Wilczy Bicz. Jasne, że nie powinienem tam w ogóle trafić, jednak to było strasznie podniecające. 

—  No  pewnie!  Żałuję,  że  mnie  tam  nie  było!  —  Piggy  zaczął  zadawać  wyimaginowanemu 

przeciwnikowi  niezdarne  ciosy.  —  Słowo  daję,  nie  czekałbym  w  żadnej  celi,  tylko  dałbym  im 

popalić! 

Chris z trudem powstrzymywał się od śmiechu. 

— O ile wiem, gdybyś poszedł za sierżantami, jeśliby ci na to pozwolili, zginąłbyś z ich ręki. Oni 

tam nie rzucali zgniłymi jajkami. 

background image

— Mimo wszystko, możesz być pewien... ej, startujemy. 

Miasto  nie  poruszyło  się  jeszcze,  ale  Chris  wiedział,  o  co  chodzi  Piggy'emu;  do  jego  uszu  też 

dotarło pogłębiające się buczenie wiratorów. 

— Faktycznie. Szybko zleciały te trzy miesiące. 

— Trzy miesiące w kosmosie to niewiele. Ani się obejrzymy, jak pokończymy osiemnaście lat. 

— Tego  właśnie  się  obawiam  — przyznał  Chris 

ponuro. 

—  Ja  tam  się  niczym  nie  przejmuje.  Afera  z  porwaniem  łodzi  stanowi  dowód  na  to  że 

obywatelstwo  jest  jednym  wielkim  oszustwem.  Mówię  ci,  że  to  wszystko  służy  utrzymaniu 

dzieciaków  w  ryzach.  Nie  muszą  sobie  zawracać  głowy  pilnowaniem  nas,  a  kiedy  naprawdę 

zrobisz coś dla miasta, bach, obrywasz po głowie. Nie liczy się, że ocaliłeś miasto, nie liczy się, 

że wykazałeś się odwagą... Narobiłeś im kłopotu, a tego właśnie system unika, jak może. 

Chris musiał przyznać, że choć Piggy przesadzał, to w jego słowach tkwiło ziarno prawdy. Sam 

czuł  się  tak  głęboko  rozczarowany,  że  z  łatwością  mógł  się  wczuć  w  punkt  widzenia  kolegi.— 

Wiesz, Piggy, chciałbym wiedzieć, co zrobisz, jeśli okaże się, że się pomyliłeś? To znaczy, jeżeli 

Ojcowie Miasta nie zechcą ci przyznać obywatelstwa, a nie będzie można ich podregulować. Do 

końca życia zostaniesz pasażerem, a będzie to życie zwykłej długości. 

—  Pasażerowie  nie  są  tak  bezradni,  jak  im  się  wydaje  —  zauważył  zagadkowo  Piggy.  — 

Nadejdzie dzień, kiedy odnajdzie się Zaginione Miasto, i wtedy okaże się, kto tu jest górą. 

— Zaginione Miasto? Nigdy o takim nie słyszałem. 

— Oczywiście, że nie słyszałeś. Od Ojców Miasta też się o tym nie dowiesz, ale ludzie wiedzą 

swoje. 

— Dobra, skończ już z tymi niedomówieniami. Co to za historia? 

Piggy zniżył głos do ochrypłego szeptu, 

— Przysięgasz, że nie powiesz nikomu, kto nie jest pasażerem? 

— Jasne. 

Piggy z namaszczeniem obejrzał się przez jedno, potem przez drugie ramię, chociaż na ulicy, jak 

zwykle, znajdowały się same dzieciaki, których nikt nie pilnował. 

—  No  więc  —  ciągnął  równie  tajemniczo,  jak  zaczął  —  historia  brzmi  następująco.  Jedno  z 

pierwszych miast, które oderwały się od ziemi, było wielką metropolią. Nikt już nie pamięta jego 

nazwy, ale ja podejrzewam, że to było Los Angeles. Dość, że miasto zbłądziło, potem skończyły 

background image

się  środki  przeciwśmiertne,  a  potem  żywność.  Ponieważ  zabłąkali  się  w  jakimś  odległym,  nie 

skolonizowanym zakątku wszechświata, nie mogli złapać żadnej pracy. I wtedy właśnie wylądo-

wali  na  dziewiczej  planecie,  gdzie  przed  nimi  ludzka  noga  nie  postała.  Planeta  przypominała 

Ziemię. Była większa, ale miała takie samo ciążenie, troszkę więcej tlenu w atmosferze i idealny 

klimat — wiosna trwała 

przez  okrągły  rok,  nawet  na  biegunach.  Wsadziłeś  ziarno  w  glebę  i  dawałeś  nogę,  żeby  nie 

oberwać w szczękę łodygą. To jeszcze nie wszystko. 

— Powiedziałbym, że i tak dosyć sporo. 

— Już było nieźle, ale wtedy odkryli coś jeszcze lepszego. Na planecie rosła dzika odmiana zbóż. 

Kiedy zaczęli sprawdzać, czy jest jadalna, okazało się, że zawiera antyagatyki... Inne, silniejsze 

od  wszystkich  naszych  razem  wziętych.  Nie  trzeba  ich  było  nawet  ekstrahować,  wystarczyło 

upiec chleb z ziarna rośliny. 

— O rany, Piggy, to chyba bujda. 

— No cóż, nie mogę przysiąc. — Piggy był urażony. — Mam opowiedzieć do końca czy nie? 

— Opowiadaj —- ponaglił go Chris niecierpliwie. 

— Pojawiło się pytanie, co zrobić z miastem. Było już zbędne. Wszystko, czego było trzeba jego 

mieszkańcom, wystrzelało z ziemi za ich plecami. Postanowili więc zaopatrzyć miasto w zapasy 

żywności  i  wysłać  je  z  powrotem  w  kosmos  na  poszukiwanie  innych  miast.  Ilekroć  Zaginione 

Miasto natknie się na nomadę, bierze wszystkich pasażerów na pokład, tylko pasażerów, i zawozi 

na planetę, gdzie każdy może dostać środki przeciwśmiertne. bo jest ich w bród. 

— A gdyby jakieś miasto nie chciało się pozbyć swoich pasażerów? 

—  A  jakiż  z  nich  pożytek?  Gdyby  się  do  czegoś  nadawali,  dostaliby  przecież  obywatelstwo, 

prawda? 

— Niby tak, ale wszystko może się zdarzyć. 

— Tak czy owak, można się ich pozbyć. Jak już mówiłem, Zaginione Miasto jest ogromne. 

Pół  miliona  pytań  cisnęło  się  na  usta  Chrisa,  ale  w  powietrzu  rozległo  się  łagodne  zawodzenie 

syren. Należało poszukać schronienia. Chłopcy rozstali się w pośpiechu. Chris po chwili namysłu 

zamiast  biec  do  domu,  zaszył  się  w  budce  publicznego  informatora.  Wsunął  swoją  kartę  w 

szczelinę i zażądał połączenia z Bibliotekarzem. 

Obietnica,  że  nie  wspomni  o  Zaginionym  Mieście  nikomu,  kto  sam  nie  jest  pasażerem, 

wykluczała  zadawanie  bezpośrednich  pytań  opiekunowi  czy  Ojcom  Miasta.  Wymyślił  jednak 

background image

pewien  sposób,  żeby  zadać  pytanie  nie  wprost.  Bibliotekarz  był  jednym  ze  stu  trzydziestu 

czterech  zaopatrzonych  w  banki  pamięci  komputerów,  wchodzących  w  skład  Ojców  Miasta. 

Bibliotekarz dodatkowo posiadał zdolność przekazywania informacji, nie przetwarzał ich, a tylko 

czerpał z katalogów. Interpretacja nie należała do jego funkcji 

— KARTA PRZYJĘTA. MOŻNA PYTAĆ. 

—  Pytanie:  Czy  jakiekolwiek  antyagatyki  występują  w  przyrodzie,  a  dokładnie  w  roślinach 

nadających się do uprawy? 

Zapadła krótka cisza. 

— AKTYWNYM SKŁADNIKIEM ŚRODKA PRZECIWŚMIERTNEGO JEST SUBSTANCJA 

STERYDOWA  WYSTĘPUJĄCA  W  PRZYRODZIE  W  WIELU  ODMIANACH  ZIEMSKICH 

ROŚLIN 

BULWIASTYCH, 

GŁÓWNIE 

ŚRODKOWO- 

PO-

ŁUDNIOWOAMERYKAŃSKICH.  SAPOGEN1N  ZOSTAJE  ANTYAGATYKIEM  DOPIERO 

PO  PODDANIU  GO  SPECJALNEJ  OBRÓBCE:  Z  TEGO  SAMEGO  MATERIAŁU 

WYJŚCIOWEGO WYTWARZA SIĘ SETKI ODMIAN ROZMAITYCH STERYDÓW. 

ASKOMYCYNĘ  OTRZYMUJE  SIĘ  DROGĄ  FERMENTACJI  GŁĘBINOWEJ  PEWNEGO 

MIKROORGANIZMU  HODOWANEGO  W  ZBIORNIKACH  Z  PIWEM.  PROCES  TEN  W 

NAJSZERSZYM SENSIE MOŻNA NAZYWAĆ UPRAWĄ. 

RESZTA ZNANYCH NAM ANTYAGATYKÓW TO ŚRODKI WYTWARZANE DROGĄ  W 

PEŁNI SYNTETYCZNĄ. 

Chris usiadł i zasępiony podrapał się w głowę. Spodziewał się jasnej odpowiedzi „tak" lub „nie", 

tymczasem  otrzymał  ni  to,  ni  owo.  Wprawdzie  antyagatyków  nie  uzyskiwano  bezpośrednio  z 

roślin,  skoro  jednak  istniały  uprawy,  z  których  można  było  wytwarzać  antyagatyki, 

zdumiewająca  opowieść  Piggy'ego  nabierała  pewnych  znamion  autentyczności.  Mimo  naj-

lepszych  starań  nie  potrafił  wpaść  na  inne  dostatecznie  ogólnikowe  pytanie,  żeby  nie  zdradzić 

prawdziwego przedmiotu jego zainteresowań. 

Nagle zauważył, że  automat nie zwrócił  mu karty. Nie  było w tym  nic  niezwykłego; po  prostu 

Bibliotekarz,  który  przez  całe  swoje  mechaniczne  życie  zamiast  myśleć  stosował  wolne 

skojarzenia,  musiał  znaleźć  jakiś  pokrewny  temat,  który  chciałby  omówić  za  zgodą  Chrisa. 

Zwykle  nie  warto  było  się  w  to  wdawać;  Bibliotekarz  tematy  pokrewne  potrafił  ciągnąć  w 

nieskończoność.  Gdyby  Chris  powiedział  teraz:  „zwrot",  otrzymałby  swoją  kartę  i  mógłby 

spokojnie odejść. Ale alarm trwał nadal, wobec czego powiedział: „Kontynuuj". 

background image

— TEMAT: ANTYAGATYKI JAKO POCHODNE PRODUKTÓW ROLNYCH. PODTEMAT: 

MITYCZNE  PLANETY  OBIECANE.  —  Chris  wyprostował  się.  —  ANTYAGATYKI  JAKO 

POCHODNE  PRODUKTÓW  ROLNYCH,  ZWŁASZCZA  PODAWANE  W  POSTACI 

CHLEBA, TO JEDEN Z NAJBARDZIEJ ROZPOWSZECHNIONYCH MOTYWÓW l WYRÓ-

ŻNIKÓW 

LEGENDARNYCH 

PLANET 

MITOLOGII 

MIAST 

NOMADYCZNYCH. 

POZOSTAŁE  WĄTKI  TO:  ZIEMSKA  GRAWITACJA  PRZY  WIĘKSZEJ  POWIERZCHNI; 

ZIEMSKA  ATMOSFERAO  WYŻSZYM  STĘŻENIU  TLENU;  ZIEMSKI  KLIMAT  BEZ 

ZMIAN  PÓR  ROKU  I  CAŁKOWITA  IZOLACJA  OD  WSZELKICH  ISTNIEJĄCYCH 

SZLAKÓW  HANDLOWYCH.  JAK  DOTĄD  NIE  NATRAFIONO  JESZCZE  NA  PLANETĘ 

ODPOWIADAJĄCĄ  POWYŻSZYM  OPISOM.  KRAINY  TEGO  RODZAJU  WYSTĘPUJĄ 

POD NAZWĄ: ARKADIA, BRADBURY, CELEPHAIS... 

Chris  był  tak  zaskoczony,  że  pozwolił  Bibliotekarzowi  dojść  do  „ZIMAMYIA"  i  napocząć 

kolejny katalog alfabetyczny. Pytanie, które zadał, nie było zbyt zgrabnie sformułowane. 

Kiedy  wychynął  z  budki,  zanim  poprosił  o  zwrot  karty,  sztormy  Niebios  mieli  już  za  sobą  i 

miasto kolejny raz płynęło pośród gwiazd. Najgorsze, że spóźnił się na obiad. 

Koniec końców, okazało się, że tajemnica nie  jest tajemnicą. Chris opowiedział  Andersenowi o 

swojej  próbie  przechytrzenia  Bibliotekarza;  uznał  to  za  najlepszy  sposób,  żeby  wyjaśnić 

spóźnienie.  Carla  popłakała  się  ze  śmiechu.  Sierżant  powłokowy  był  również  rozbawiony,  ale 

pod jego rozbawieniem dało się słyszeć poważniejszą nutę. 

— Masz teraz okazję przekonać się o różnych rzeczach, Chris. Łatwo uznać, że skoro Ojcowie 

Miasta są martwi, są również głupi. Miałeś możliwość stwierdzić, że tak nie jest. W przeciwnym 

wypadku nie powierzono by im tak wielkiej, w niektórych dziedzinach wręcz absolutnej władzy. 

— Są ważniejsi nawet od burmistrza? 

—  Tak  i  nie.  Nie  mogą  burmistrzowi  niczego  zabronić,  jeśli  jednak  zbyt  często  będzie 

postępować wbrew 

Ich  opinii,  mogą  odwołać  go  ze  stanowiska.  Coś takiego  nigdy  się  jeszcze  nie  zdarzyło,  gdyby 

jednak do tego doszło, nie mamy nic do gadania, bo jeżeli będziemy się stawiać, mogą zatrzymać 

miasto. 

— Ale czy to bezpiecznie oddawać tyle władzy w ręce automatów? Co będzie, jeśli w obwodach 

coś się zepsuje? 

background image

—  Niebezpieczeństwo  takie  istniałoby,  gdyby  było  ich  tylko  kilka,  ale  jest  ich  ponad  setka,  w 

dodatku kontrolują się i naprawiają nawzajem, tak więc nie ma obaw, żeby coś takiego mogło się 

stać. Reprezentują logikę i zdrowy rozsądek, dlatego mają prawo zatwierdzić lub odrzucić wyniki 

naszych wyborów. Wola tłumu bywa ślepa, jednostka z nią nie wygra nie ryzykując życia. Lecz 

to, co niemożliwe dla człowieka, może zrobić maszyna. 

Naturalnie  krążą  opowieści  o  miastach,  których  Ojcowie  popadli  w  obłęd,  są  to  historyjki  z 

gatunku  bajań  Piggy'ego  o  Zaginionym  Mieście  —  zmyślone,  niemniej  znaczące.  Ilekroć  we 

wszechświecie pojawia się nowa forma życia zbiorowego, jej uczestnicy przekonują się wkrótce, 

że  nie  jest wolna od niedoskonałości. Oczywiście starają  się ulepszyć  co się da, zawsze  jednak 

znajdzie się coś, na co nie ma rady. Zogniskowane wokół nieprzezwyciężonych trudności obawy 

i nadzieje stają się pożywką baśni. 

Weźmy  na  przykład  tę  legendę  Piggy'ego.  Mieszkańcy  miast  żyją  długo,  ale  przywilej  ten  nie 

obejmuje  wszystkich.  To  niemożliwe,  bo  wszechświat  nie  jest  dostatecznie  pojemny,  żeby 

pomieścić tylu ludzi, ilu by się pojawiło, byśmy wszyscy żyli i rozmnażali się tak długo, jak się 

nam podoba. W świetle legendy Piggy'ego jest to możliwe, w rzeczywistości nie. Jednak legenda 

jest prawdziwa o tyle, że wskazuje na realne, głębokie źródło niezadowolenia przypisane naszej 

formie bytu zbiorowe-go, niezadowolenia, na które nie ma żadnego lekarstwa. 

Historia o zbuntowanych Ojcach Miasta to kolejny przykład. O ile mi wiadomo, nic takiego się 

nigdy  nie  wydarzyło,  i  nie  wydaje  się  to  możliwe,  jednak  człowiek  nie  lubi  żyć  pod  dyktando 

maszyn ani  nie chce godzić  się  na to, że  mógłby  stracić życie  na  mocy  ich decyzji. Ojcowie w 

większości  miast  sprawują  również  władzę  sądowniczą.  Człowiek  tworzy  więc  ostrzegawcze 

opowieści o obłąkanych Ojcach Miasta, chociaż historie te w rzeczywistości nie traktują wcale o 

komputerach,  lecz  stanowią  ostrzeżenie,  że  ich  twórca  może  popaść  w  obłęd,  jeśli  zostanie  do 

tego popchnięty. 

Świat  miast  roi  się  od  tego  rodzaju  upiorów.  Prędzej  czy  później  dotrze  do  ciebie  opowieść  o 

miastach pinklarskich. 

— Już słyszałem. — przyznał Chris. — Nie mam jednak pojęcia, co to znaczy. 

—  Pinklarz  to  stare  ziemskie  określenie.  Zwykły  hobo  był  uczciwym  robotnikiem  najemnym, 

który swój styl życia uprawiał z wyboru. Tramp prowadził podobny, z tą różnicą, że unikał pracy, 

bo wolał kraść i żebrać od osiedleńców. W społeczności hobo oba typy egzystencji cieszyły się 

mniej więcej równym uznaniem. Pinklarz natomiast był włóczęgą, który okradał innych włóczę-

background image

gów:  rabował  ich  pinkle,  czyli  tobołki,  w  których  nosili  swój  skromny  dobytek.  W  oczach 

wszystkich ta odmiana włóczęgostwa zasługiwała na najwyższe potępienie. 

Krążą opowieści o miastach, które znalazły się w nędzy, spinkliły się, i zaczęły napadać na inne. 

Kolejny  raz  napotykamy  brak  jakichkolwiek  dowodów.  Najczęściej  w  tych  opowieściach 

występuje Międzygwiezdny Mistrz Handlu. Z moich ostatnich informacji na ten temat wynika, że 

miasto właśnie zostało skazane na banicję 

z  powodu  ciężkiego  przestępstwa,  jakiego  dopuściło  się  na  planecie  osadniczej...  W  dalszym 

ciągu  jednak  posiada  status  trampa.  Teoretycznie  rzecz  biorąc.  Międzygwiezdny  Mistrz  jest 

trampem, niegodziwym przedstawicielem tego gatunku, niemniej trampem. 

—  Rozumiem  —  powiedział  z  namysłem  Chris.  —To  coś  w  rodzaju  historii  o  obłąkanych 

Ojcach  Miasta.  Miasta  niekiedy,  jak  wiadomo,  głodują;  opowieści  o  pinklarzach  należy 

odczytywać tak: „Jakbyśmy my się zachowywali, gdyby przyszła na nas czarna godzina?" 

Andersen sprawiał wrażenie zadowolonego. 

— Popatrz, popatrz — zwrócił się do żony. — Może powinienem był zostać nauczycielem? 

— To nie twoja zasługa  — zgasiła go Carla.  — Chris  sam do tego doszedł. Poza tym wolę cię 

jako glinę. 

—  No  dobrze,  niech  ci  będzie  —  powłokowy  westchnął  z  lekkim  smutkiem.  —  Wobec  tego 

opowiem wam już tylko jedną historię. Czy słyszałeś o orbitalnym forcie Wegan? 

— Oczywiście. Uczyliśmy się o tym na historii. 

—  Świetnie.  No  więc  tym  razem  mamy  do  czynienia  z  opowieścią  prawdziwą.  Orbitalny  fort 

Wegan  istniał  kiedyś,  po  czym  odpłynął  w  nieznanym  kierunku.  Ojcowie  Miasta  twierdzą,  że 

najprawdopodobniej załodze skończyły się zapasy, ale fort był całkiem spory i mógł przetrwać w 

warunkach, w których zwyczajne miasto by nie przeżyło. Proszeni o ocenę szans fortu, Ojcowie 

Miasta odmawiają podania jakichkolwiek liczb, co samo w sobie dobrze nie wróży. 

Tyle, jak chodzi o fakty. Z całą historią wiąże się jednak pewna legenda. Legenda głosi, że fort 

grasuje  po  szlakach  handlowych,  w  locie  pożerając  miasta  jak  ważka  połyka  komara.  Od  dni 

zagłady  Wegi  nikt  nie  widział  fortu,  legenda  jednak  nadal  żyje;  zawsze,  kiedy  znika  jakieś 

miasto, pojawiają się plotki, że padło łupem pinklarzy albo dopadł je fort. O co w tym wszystkim 

chodzi, Chris? Potrafisz mi powiedzieć? 

Chłopak zastanawiał się przez dłuższą chwilę. 

background image

—  Nie  jestem  pewien,  ale  wydaje  mi  się,  że  to  historia  tego  samego  rodzaju  co  poprzednie, 

historia o czymś, czego  ludzie się  boją. Może boimy  się, że któregoś dnia, podobnie  jak kiedyś 

trafiliśmy na Wegę, natkniemy się na planetę wyżej rozwiniętą od naszej i ona nas unicestwi, tak 

jak my nie zostawiliśmy z Wegi kamienia na kamieniu... 

Andersen walnął wielką pięścią w stół, aż zadrżała zastawa obiadowa. 

— Dokładnie tak! — wykrzyknął triumfalnie. — Sama widzisz, Carlo... 

—  Nasz  drogi  Chris  jeszcze  nie  skończył.  —  Carla  delikatnie  nakryła  pięść  sierżanta  własną 

dłonią. — Przerywasz mu. 

— Ja mu przerywam? Przecież... no nic, przepraszam, Chris. Mów dalej. 

— Sam nie wiem, czy mam jeszcze coś do powiedzenia — wymamrotał Chris speszony. — Poza 

tym, że ta historia nie wydaje mi się równie jasna i prosta jak tamte. 

— Wal śmiało. 

— No więc, obawa przed spotkaniem kogoś silniejszego  jest chyba uzasadniona. Coś takiego z 

pewnością  może  się  zdarzyć.  W  dodatku  fort  wegański  naprawdę  istnieje,  a  w  każdym  razie 

istniał.  To  jedyna  historia,  w  której  tkwi  ziarno  prawdy,  jeśli  nie  liczyć  faktu,  że  wszystkie 

legendy  dotyczą  prawdziwych  lęków  i  w  tym  sensie  opowiadają  o  rzeczach  istniejących.  Czy 

dobrze mówię? 

— Dobrze. Chodzi ci o symboliczną wymowę opowieści. 

— Właśnie, tego słowa szukałem. Lęk przed fortem jest natomiast lękiem przed czymś realnym. 

Jaką  symboliczną  wymowę  posiada  ta  opowieść?  Zawsze  wszystko  wraca  do  tego  samego 

punktu: ludzie obawiają się samych siebie. Ta historia mówi: „Zmęczyło mnie  już wysilanie się, 

żeby być obywatelem, posłuszeństwo wobec ziemskich gliniarzy, chronienie miasta, życie przez 

tysiąc lat pod dyktando komputerów, przyjmowanie za dobrą monetę impertynencji osadników i 

co  tam  jeszcze.  Gdybym  miał  olbrzymie  miasto  i  mógł  nim  sam  pokierować,  obracałbym  to 

wszystko w perzynę przez następne tysiąc lat". 

Kiedy skończył, zapadła bardzo długa cisza, w czasie której w Chrisie wzbierało przekonanie, że 

wyrwał  się z czymś  niestosownym,  w dodatku powiedział o wiele za dużo. Carli  nie poruszyły 

jego słowa, sierżant natomiast był chyba niezmiernie zaskoczony. 

—  Coś  chyba  nawala  w  naszym  systemie  szkolnictwa  —  warknął  gniewnie  pod  nosem.  — 

Najpierw  ten  chłopak  Kingston-Throopa,  a  teraz  to.  Carla!  Ty  jesteś  mózgiem  naszej  rodziny. 

Czy przyszło ci kiedyś do głowy, że legenda o forcie posiada walory wychowawcze? 

background image

— Tak, kochanie. Już dawno temu. 

— To dlaczego nic mi nie mówiłaś? 

— Gdybyśmy mieli dzieci, to bym ci powiedziała. Na razie te sprawy mnie nie dotyczą. Zresztą 

Chris wszystko za mnie powiedział. 

— Mam z tobą niezły ambaras. — Powłokowy zwrócił się chmurnie do Chrisa. — Kazali mi, to 

wziąłem się za uczenie ciebie, tymczasem wychodzi na to, że to ty mógłbyś mnie uczyć. Założę 

się,  że  nawet  Amalfiemu  nie  przyszła  do  głowy  taka  interpretacja  legendy  o  forcie...  Kiedy  się 

dowie, to będzie początek rewolucji w szkolnictwie.— Przepraszam — wybąkał Chris żałośnie. 

Nie wiedział, co powiedzieć. 

— Nie masz za co przepraszać! — zagrzmiał Andersen, zrywając się od stołu. — Niech inni boją 

się upiorów, ty wiesz  swoje! Choćby ci  przyszło  obcować z Bóg wie  jakimi  upiorami, wiesz o 

nich  najważniejszą  rzecz:  nie  są  to  żadne  duchy  zmarłych.  Ludzie  boją  się  tylko  i  wyłącznie 

samych  siebie.  —  Powiódł  nieprzytomnym  wzrokiem.  —  Muszę  lecieć  na  mostek.  Do  diabła, 

gdzie się podział mój hełm? — zagrzmiał. 

Silnym  pchnięciem  otworzył  drzwi  i  wypadł  na  zewnątrz,  pozostawiając  Chrisa  zastygłego  z 

przerażenia. 

Carla kolejny raz wybuchnęła śmiechem. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Tramp 

 

Jeśli  nawet  słoniowa  szarża  sierżanta  Andersena  na  drzwi  miała  cokolwiek  wspólnego  ze 

sprawami  uzdrowienia  systemu  oświaty,  Chris  nie  odczuł  jej  skutków  w  żaden  sposób.  Wręcz 

przeciwnie,  wymagania  wobec  niego  rosły.  Ślepe,  bezduszne  mechanizmy  Ojców  Miasta, 

wychodząc  z  założenia,  że  zdążył  wchłonąć  wszystko,  co  dotąd  wtłaczano  mu  do  głowy, 

postanowiły doprowadzić zasób  jego wiadomości do poziomu, na którym  byłby pożyteczny dla 

przetrwania  miasta.  W  miarę  jak  postępował  ten  proces,  dawne  bóle  głowy  Chrisa  można  było 

uznać  za  przelotne  migreny;  bywało  teraz,  że  czuł  się  ciężko,  fizycznie  chory,  ponieważ  ilość 

materiału,  którą  mu  wtłaczano,  przekraczała  jego  zdolności  percepcji.  W  chwili  przelotnej 

poprawy samopoczucia zwierzył się Ojcom Miasta z tego, co przeżywa. 

— TO MINIE. CZŁOWIEK ODCZUWA PRZECIĘTNIE DWADZIEŚCIA UKŁUĆ BÓLU NA 

GODZINĘ.  GDYBY  KTÓREŚ  Z  OBJAWÓW  NIE  USTĘPOWAŁY,  PROSZĘ  ZGŁOSIĆ  SIĘ 

DO LEKARZA. 

Co  to,  to  nie.  Za  żadne  skarby  nie  zamierzał  dać  się  pozbawić  obywatelstwa.  Mimo  to  trudno 

było mu uznać to, co przeżywał, za „ukłucia bólu". Co robić? Obawiał się, że oddanie się w ręce 

lekarzy  może okazać się gorsze od samej choroby. Nie chciał  niepokoić  Andersenów  — za  ich 

dobroć odpłacił im już dostateczną porcją kłopotów. W tej sytuacji jedyną osobą, do której mógł 

się zwrócić,  była doktor Brazilier,  bezlitosna,  nieustraszona starsza pani, która rzadko zwracała 

się  do  niego  językiem  innym  niż  język  logarytmów  i  logiki  symbolicznej.  Chris  tygodniami 

wzdragał  się  przed  tego  rodzaju  ostatecznością,  w  końcu  jednak  uznał,  że  lepsze  to  niż  nic. 

Chociaż  nie  miał  żadnych  niepokojących  objawów  fizycznych,  dręczyło  go  irracjonalne 

przekonanie,  że  Ojcowie  Miasta  uwzięli  się,  żeby  go  wykończyć.  Odrobina  informacji  więcej  i 

głowa mu pęknie. 

—  Nie  jest to  wykluczone  —  potwierdziła  jego  obawy  doktor  Brazilier  w  swoim  gabinecie  po 

lekcjach. — Chris, Ojców Miasta nie obchodzi, jak się czujesz; to już chyba zdążyłeś zauważyć. 

Interesuje ich wyłącznie jedna rzecz: przetrwanie miasta, bo to jest dla nich wartością nadrzędną. 

Poza tym ludzie nie interesują ich wcale. Sarni w końcu są tylko automatami. 

— Zgoda — powiedział Chris, drżącą ręką przecierając czoło. — Ale niech mi pani powie, jaki 

pożytek będzie miało ze mnie miasto, kiedy wysiądą mi korki? Staram się ze wszystkich sił, lecz 

background image

im  nie  sposób  dogodzić.  Ciągle  tłoczą  mi  do  głowy  nowe  rzeczy,  chociaż  ja  przestałem 

cokolwiek z tego rozumieć. 

— Owszem, nie uszło to mojej uwagi. Ale też robią to nie bez powodu, Chris. Masz już prawie 

osiemnaście lat. Starają się rozbudzić w tobie uzdolnienia, wykrzesać iskrę czegoś, co z czasem 

może okazać się użyteczną specjalizacją. 

— Nie sądzę, żebym miał coś takiego — stwierdził Chris matowym głosem, 

— Możliwe. Przekonamy się o tym. Ale jeżeli masz chociaż odrobinę jakichś zdolności, Ojcowie 

Miasta ją 

wykryją. Specjalne uzdolnienia nie ujdą nigdy ich uwagi. Tylko, drogi chłopcze, nie oczekuj, że 

przyjdzie ci to bez trudu. Niełatwo zdobyć prawdziwą wiedzę... A teraz, kiedy komputery uznały, 

że mógłbyś być przydatny dla miasta... 

— To niemożliwe! Nie znalazły przecież u mnie żadnych uzdolnień! 

—  Nie  jestem  w  stanie  przeniknąć  ich  umysłów,  bo  ich  nie  mają  —  powiedziała  cicho  doktor 

Braziller.  —  Widywałam  je  już  jednak  niejednokrotnie  w  akcji.  Nie  forsowałyby  cię  tak  ostro, 

gdyby  nie  podejrzewały,  że  się  do  czegoś  przydasz.  Próbują  teraz  ustalić  do  czego.  O  ile  nie 

zamierzasz poddać się od razu, będziesz musiał czekać cierpliwie, aż to coś znajdą. Wcale mnie 

nie dziwi, że czujesz się chory. Ja też czułam się od tego chora. Na samo wspomnienie robi mi 

się słabo, a przecież od tego czasu minęło osiemdziesiąt lat. 

Zamilkła  nagle  i  przez  chwilę  wyglądała  starzej  niż  zwykle...  wydawała  się  Chrisowi  stara  i 

krucha i — choć graniczyło to z niemożliwością — piękna. 

— Czasem zastanawiam się, czy oni mieli rację  — doktor Braziller zwracała się teraz do sterty 

papierów na swoim biurku. — Chciałam zostać kompozytorem, ale Ojcowie Miasta nie zetknęli 

się  z  przypadkiem  żadnej  wybitnej  kompozytorki,  a  to  jest  argument,  z  którym  trudno 

polemizować.  Widzisz,  Chris,  kiedy  komputer  raz  cię  wytypował,  musisz  przyjąć  jego  decyzję 

lub zostać pasażerem, a to znaczy nikim. Nic dziwnego, że czujesz się chory od tego, co z tobą 

robią. Ale nie poddawaj się, nie poddawaj! Musisz to przetrzymać. Komputery usiłują cię tylko 

wysondować. Jak tylko zorientujemy się, o co im chodzi, będziemy mieli jakiś punkt zaczepienia. 

Pomogę  ci,  w  czym  się  da,  bo  nienawidzę  tej  procedury.  Najpierw  jednak  musimy  stwierdzić, 

czego one chcą. Starczy ci wytrwałości?— Sam nie wiem. Będę się stara!, ale nie wiem. 

— Jeszcze nikt tego nie wie. One też nie wiedzą, w tym cala nasza nadzieja. Starają się ustalić, 

do  czego  masz  predyspozycje.  Musisz  im  swoich  zdolności  dowieść.  Kiedy  znajdą  to  coś, 

background image

zostaniesz obywatelem, ale do tej chwili będzie ci ciężko i nikt nie zdoła pomóc, Będziesz zdany 

wyłącznie na własne siły. 

Chociaż  posiadanie  nowego  sprzymierzeńca  pokrzepiło  Chrisa  na  duchu,  to  argumenty  doktor 

Braziller  bardziej  by  go  przekonały,  gdyby  odniósł  wrażenie,  że  niezbyt  delikatne  zabiegi 

komputerów  ujawniają  w  nim  choćby  iskrę  jakichkolwiek  zdolności.  Fakt,  że ostatnio  Ojcowie 

Miasta  koncentrowali  się  bardzo  na  jego  zainteresowaniach  historycznych,  ale  jaki  może  być 

pożytek  z  historii  na  pokładzie  koczowniczego  miasta!  Ojcowie  sami  pełnili  funkcję 

dziejopisarzy, zastępowali biblioteki, rachunkowość, szkolnictwo i, w znacznym stopniu, władzę. 

Ani  do  rejestrowania,  ani  do  wykładania  historii  żywi  ludzie  nie  byli  potrzebni.  Z  tego,  co 

widział,  wnosił,  że  dla  obywatela  wędrownego  miasta  historia  w  najlepszym  wypadku  mogła 

stanowić coś w rodzaju hobby. 

A  przecież  nawet  teraz  od  Chrisa  nie  wymagano  z  zakresu  historii  niczego  specjalnego  poza 

obowiązkiem  zdawania  niezliczonych  testów,  polegających  głównie  na  wykazaniu  się  lawiną 

informacji,  którymi  wcześniej  został  zasypany.  Wiadomości  nie  ograniczały  się  już  do  dziejów 

miasta.  W  oparach  szarego  gazu  ziemskie  i  między-galaktyczne  systemy  historiozoficzne  — 

Machiavelli,  Plutarch,  Tukidydes,  Gibbon,  Marks,  Pareto,  Spengler,  Sarton,  Toynbee,  Durant  i 

dziesiątki  innych  —  bezlitośnie  paradowały  przez  głowę  Chrisa  niepomne  na  fakt,  że  w 

najistotniejszych punktach przeczą sobie nawzajem. 

Błędy  nie  były  karane,  ponieważ  pedagogiczna  metoda  Ojców  Miasta  pomyłki  wykluczała. 

Wyglądało na to, że Ojcowie testują jedynie pamięć Chrisa. Karą była wyłącznie świadomość, że 

chociaż otrzymał szatańską dawkę wiedzy, jutrzejsza porcja będzie nieporównanie większa. 

—  Tu  się  mylisz  —  oświadczyła  doktor  Braziller.  —  Chociaż  komputery  są  maszynami,  mają 

całkiem  dobre  rozeznanie  ludzkiej  psychiki.  Doskonale  orientują  się,  że  niektórzy  uczniowie 

lepiej  reagują  na  nagrody  niż  na  kary,  a  innych  trzeba  postraszyć,  żeby  się  zmobilizowali.  Ta 

druga  kategoria  jest  zwykle  mniej  inteligentna  i  o  tym  również  wiedzą.  Jakżeż  mogliby  nie 

wiedzieć po tylu pokoleniach doświadczeń? Masz szczęście, że zakwalifikowali cię do pierwszej 

kategorii. 

— Chce pani powiedzieć, że jestem nagradzany? — zaperzył się Chris. 

— Naturalnie. 

— W jaki sposób? 

background image

—  Pozwalają  ci  kontynuować  naukę,  chociaż  nie  robisz  zadowalających  postępów.  To  wielkie 

ustępstwo, Chris. 

— Możliwe — przystał kwaśno. — Łatwiej bym się w tym połapał, gdyby wręczali mi lizaki. 

Doktor  Braziller  w  życiu  nie  słyszała  o  lizakach;  była  rdzennym  mieszkańcem  wędrownego 

miasta. 

— Połapałbyś się natychmiast, gdyby zaczęli stosować system kar — oświadczyła ostrzegawczo. 

—  Ojcowie  są  bezwzględnie  sprawiedliwi,  nie  znają  litości,  a  już  pobłażliwość  w  stosunku  do 

dzieci jest im całkowicie obca. Dlatego jestem tutaj, gdzie mnie widzisz. 

Miasto mrucząc mknęło przed siebie. Dni mijały jeden za drugim, niepostrzeżenie przelatywały 

miesiące.  Tylko  Chris  wydawał  się  nie  posuwać  w  żadnym  kierunku.  No,  może  nie  on  jeden. 

Piggy też, na oko Chrisa, dreptał w miejscu. Jego sytuacja wydawała się jednak o wiele bardziej 

skomplikowana i niecodzienna. Od początku znajomości Piggy zarzekał się, że nie obchodzi go, 

co  z  nim  zrobią,  kiedy  skończy  osiemnaście  lat,  teraz  jednak  —  co  dla  nikogo  nie  było 

specjalnym zaskoczeniem — wyszło na jaw, że martwi się o własny los. Tak wiec, chociaż jego 

sytuacja  przedstawiała  się  raczej  beznadziejnie,  Piggy  zachowywał  się  z  hałaśliwą  pewnością 

siebie, której w następnej sekundzie zaprzeczały niejasne aluzje na temat załatwiania czegoś, co 

praktycznie było już załatwione, i jeszcze bardziej zawoalowane aluzje dotyczące ewentualnego 

niepowodzenia. Chris nie mógł się w tym połapać, zwłaszcza że własna przyszłość stanowiła dla 

niego całkowitą zagadkę. Chwilami czuł się tak, jakby miał ognistymi literami wypisany na czole 

okrzyk Piggy'ego: „O święta naiwności!" 

Z  niedomówień  Piggy'ego  wywnioskował,  że  kolega  próbował  namówić  tatę  do  sfałszowania 

werdyktu  Ojców  Miasta  po testach  obywatelskich,  ale  rodzic  uniósł  się  straszliwym  gniewem  i 

dopiero  matce  udało  się  go  zmitygować.  Wiadomo  było,  że  nie  sposób  przygotować  się  do 

sprawdzianu,  który  interesował  się  gołębiem  uzdolnień,  lekceważąc  wróbla  umiejętności 

nabytych. 

Piggy  ciągle  przeżywał  od  nowa  przygodę  Chrisa  na  Niebiosach.  Z  jego  pytań  nietrudno  było 

odgadnąć, że chłopiec rozgląda się za okazją do spełnienia bohaterskiego czynu, którym mógłby 

zaćmić  Chrisa.  Chris  był  tylko  człowiekiem,  nie  mógł  zatem  wykrzesać  z  siebie  wiary,  że 

Piggy'emu  powiedzie  się  jeszcze  bardziej  spektakularny  wyczyn,  zresztą  miasto  stale 

podróżowało, w związku z czym nie nadarzała się odpowiednia okazja. 

Bywało też, że Piggy przez kilka dni z rzędu ulatniał 

background image

się  zaraz  po  lekcjach.  Utrzymywał,  że  krąży  po  ulicach,  podsłuchując  dorosłych  pasażerów. 

Zdaniem  Piggy'ego,  pasażerowie  szykowali  się  do  czegoś  —  niewykluczone,  że  potajemnie 

budowali  nadajnik Diraca, którym  zamierzali porozumieć  się z  Zaginionym Miastem. Chris  nie 

wierzył  ani  trochę  w  opowieści  Piggy'ego,  nie  przypuszczał  zresztą,  żeby  Piggy  sam  w  nie 

wierzył. 

Prawda, prosta i niewzruszona jak granitowy kil miasta, była taka, że czas uciekał nieubłaganie 

dla obu chłopców i powoli zaczynała ogarniać  ich rozpacz: Piggy'ego, bo nikt go nie poddawał 

próbom,  Chrisa,  bo  wszelkie  próby  zdawały  się  prowadzić  donikąd.  U  młodszych  kolegów 

talenty  pojawiały  się  i  rozwijały  gwałtownie  i  nieoczekiwanie,  jak  popcorn.  Chociaż  Ojcowie 

bezustannie  podnosili  temperaturę  wymagań,  uczniowie  z  elegancją  i  smakiem  serwowali 

wiadomości,  którymi  faszerował  ich  bank  pamięci.  Chris  w  porównaniu  z  nimi  czuł  się 

zapóźniony  niczym  dinozaur  i  podobnie  jak  przedpotopowy  gad  niezdarny  i  pozbawiony 

wdzięku, 

—  Chris,  burmistrz  chciałby  z  tobą  porozmawiać  —  zwrócił  się  do  niego  pewnego  wieczoru 

sierżant Anderson, gdy Chris nadal trwał w poczuciu nadciągającej nieuchronnie klęski. 

Gdyby  Chris  usłyszał  te  słowa  z  ust  kogokolwiek  innego,  uznałby  je  za  złośliwy  żart,  zbyt 

absurdalny, żeby  mógł  mu  naprawdę dokuczyć.  Ale sierżant  Anderson, to coś  innego, Chris ze 

zdumieniem podniósł wzrok na opiekuna. 

— Spokojnie, to nic ważnego, poza tym, wcale nie powiedziałem, że burmistrz chce cię widzieć. 

Usiądź, zaraz ci wyjaśnię, o co chodzi. 

Oszołomiony Chris usiadł. 

—  Widzisz,  sprawy  wyglądają  następująco:  dolatuje-my  do  następnej  roboty.  Kiedy 

dogadywaliśmy się z tą planetą, wszystko wydawało się jasne i proste, co się oczywiście w życiu 

nie  zdarza.  (Amalfi  twierdzi,  że  nie  ma  w  języku  angielskim  kłamstwa  większego  niż 

stwierdzenie,  że  coś  jest  banalnie  proste.)  Prawdopodobnie  mieliśmy  być  wynajęci  do 

nieskomplikowanych  robót  górniczych  i  odkrywkowych...  żadne  tam  przebudowy  gospodarki 

całej planety; zwykła, standardowa praca. Widziałeś motto na naszym ratuszu? 

Chris  znał  ten  napis:  CZY  PRZYSTRZYC  PANI  TRAWĘ?  Napis  nigdy  nie  wydawał  mu  się 

tchnąć specjalnym dostojeństwem, teraz jednak zaczynał rozumieć, co oznacza. Skinął głową. 

— Tak właśnie mamy zwyczaj postępować: lądujemy, wykonujemy usługę i ulatniamy się. Nie 

wnikamy w żadne konflikty  lokalne. Byliśmy  już bliscy podpisania umowy z planetą... nazywa 

background image

się  Argus  III...  kiedy  doszły  nas  pogłoski,  że  nie  będziemy  tam  pierwszymi  gośćmi.  Argus 

wynajął  przed  nami  jakieś  inne  miasto,  które  nie  wywiązało  się  należycie  z  umów.  Naturalnie, 

zaczęliśmy  rozpytywać  na  lewo  i  prawo,  żeby  sprawdzić,  czy  kontrahenci  mówią  nam  całą 

prawdę... Nie mieliśmy ochoty wdepnąć w cudzy kontrakt. Ale osadnicy unikali rozmów na ten 

temat i częstowali nas mglistymi informacjami. W końcu wygadali się, że to drugie miasto dalej 

siedzi na ich planecie i udaje, że robi swoje, chociaż termin realizacji kontraktu dawno już minął. 

Powiedz, co byś w tej sytuacji zrobił na miejscu Amalfi ego? 

— Cała moja wiedza na ten temat pochodzi z książek — odparł Chris, marszcząc czoło. — Kiedy 

miasto po upływie terminu kontraktu zagnieździ się na planecie, planeta ma obowiązek wezwać 

policję. Pozostałe miasta 

powinny trzymać się z daleka, bo mogą zostać wciągnięte w ewentualne działania wojenne. 

—  Dokładnie.  Właśnie  mamy  do  czynienia  z  takim  klasycznym  przypadkiem.  Osadnicy  nie 

mogą  powiedzieć  wszystkiego  wprost,  ponieważ  wiedzą,  że  każde  słowo,  które  do  nas 

transmitują,  jest podsłuchiwane, niemniej Ojcowie Miasta przeanalizowali dotychczas przesłane 

informacje  i  twierdzą,  że  miasto  musiało  siąść  na  planecie  na  dobre...  jednym  słowem,  że 

zamierza przejąć władzę. Władze Argusa III z niewiadomych przyczyn nie chcą wzywać policji, 

a  wręcz  przeciwnie,  wygląda  na  to,  że  próbują  wynająć  nas,  żebyśmy  przepędzili  trampa.  Jeśli 

damy się na to namówić, z pewnością dojdzie do strzelaniny, a wtedy zjawi się policja ziemska i 

zostaniemy przyłapani na gorącym uczynku. 

Słusznie  zauważyłeś,  że  należałoby  jak  najprędzej  stąd  wyrywać.  Miasta  nie  powinny  ze  sobą 

walczyć,  a  tym  bardziej  dawać  się  wciągać  w  jakiekolwiek  naruszanie  kodeksu 

międzygwiezdnego.  Jednak  Argus  III  proponuje  nam  sześćdziesiąt  trzy  miliony  dolarów  w 

kruszcu,  jeśli  uwolnimy  ich  od  trampa,  zanim  zjawią  się  policaje,  a  burmistrz  uważa,  że 

poradzimy  sobie  z  tą  robotą.  On  nie  cierpi  trampów...  Myślę,  że  i  za  darmo  podjąłby  się  tej 

roboty. Fakt faktem, że się jej podjął. 

Powłokowy umilkł i spojrzał na Chrisa, wyraźnie oczekując jakiegoś komentarza. 

— Co na to Ojcowie Miasta? — spytał w końcu Chris. 

— Głośno krzyczeli: NIE, dopóki nie było mowy o pieniądzach. Wtedy sprawdzili stan skarbca i 

dali Amalfiemu wolną rękę. Oparli się dodatkowo na kilku przesłankach, o których ci dotąd nie 

wspomniałem,  a  które  wskazują  na  to,  że  zapewne  jesteśmy  w  stanie  wysiedlić  trampa  bez 

zbytnich szkód dla naszego miasta, zanim policaje coś zwęszą. Nie można jednak zapominać, że 

background image

Ojcowie  mają  na  uwadze  interes  miasta.  Jeśli  ono  jako  całość  wyjdzie  z  tego  na  czysto,  nie 

wzrusza ich to, że ktoś z nas może stracić życie. Nie są ani za grosz sentymentalni. 

—  Zdążyłem  to  już  zauważyć  —  potwierdził  z  goryczą  Chris.  —  Ale  co  to  ma  ze  mną 

wspólnego?  Dlaczego  burmistrz  chce  ze  mną  rozmawiać?  Wiem  tyle  tylko,  ile  mi  pan 

powiedział, poza tym już się przecież zdecydował. 

—  Zgadza  się  —  przyznał  Andersen  —  ale  ty  posiadasz  wiele  informacji  dla  niego 

niedostępnych.  Chce,  żebyś  podsłuchiwał  rozmowy  z  Argusem,  kiedy  będziemy  dolatywać  do 

planety,  życzy  sobie  też,  żebyś  podsłuchał  wszystko,  co  nam  się  uda  przechwycić  z  rozmów 

prowadzonych na trampie i żebyś pomógł mu rozszyfrowywać ich komunikaty. 

— Ale dlaczego? 

—  Ponieważ  jesteś  jedyną  osobą  na  pokładzie,  która  widziała  tego  trampa  na  własne  oczy  — 

powiedział  powłokowy  z  wyraźnym  naciskiem.  —  Mamy  do  czynienia  z  naszym  starym 

znajomym... ze Scranton. 

— To... to niemożliwe! Załadowano na pokład setki mieszkańców Scranton... z wyjątkiem mnie 

wszyscy byli dorośli... 

—  Żniwo  przymusowego  werbunku...  —  powiedział  Anderson  chłodno  i  z  obrzydzeniem.  — 

Owszem,  udało  się  nam  wyłowić  jednego  czy  dwóch  w  miarę  przydatnych  specjalistów,  ale 

żaden  z  nich  nigdy  nie  interesował  się  polityką  miasta.  Reszta  to  nieprzystosowani  fizole,  z 

poważną domieszką psychotyków. Poddaliśmy ich terapii, ale nie byliśmy w stanie podnieść ich 

ilorazu  inteligencji;  kiedy  nie  mają  z  kim  handlować  i  przestają  oglądać  igrzyska 

międzyplanetarne, wegetują pochłonięci wyłącznie sobą. Z tego stanu wyrywa ich jedynie ciężka 

praca. My — to znaczy Irish i ja — nie potrafiliśmy 

wyłowić  nikogo,  kto  nadawałby  się  do  naszych  brygad.  Trójce  dobrych  specjalistów 

przyznaliśmy obywatelstwo, reszta dożyje swoich dni w charakterze pasażerów. 

Ty  jednak, Chris,  jesteś szczęśliwym wyjątkiem  wśród tej  ekipy.  Zdaniem Ojców Miasta twoje 

doświadczenia na pokładzie Scranton sprawiają, że trochę znasz to miasto. Amalfi chce zadać ci 

parę pytań. Zgadzasz się? 

— Mogę... mogę spróbować. 

—  Świetnie.  —  Sierżant  spuścił  wzrok  na  przytwierdzony  w  zgięciu  łokcia  miniaturowy 

magnetofon. — Tu masz przegrane wszystkie dotychczasowe rozmowy z Argusem Ul. Kiedy je 

background image

przesłuchasz i powiesz nam, jakie wnioski wyciągasz, Amalfi zacznie nam przekazywać depesze 

z mostka kapitańskiego na żywo. I co... decydujesz się? 

— Nie — oświadczył Chris rozpaczliwym tonem, jakiego nigdy u siebie nie podejrzewał. — Nie 

teraz.  Wydaje  mi  się,  że  moja  głowa  lada  chwila  pęknie.  Czy  na  ten  czas  będę  zwolniony  z 

nauki? Inaczej nie mogę się tego podjąć. 

— Nie będziesz zwolniony — oświadczył Anderson. — Jeśli transmisja na żywo zacznie się w 

czasie zajęć, zwolnimy cię z lekcji. Ale później  — wracasz od razu pod toposkop. Będziesz się 

normalnie  uczył,  a  jeśli  nie  zdołasz  sprostać  nowym  zadaniom,  twoja  strata.  Postawmy  sprawy 

jasno  na  wstępie,  Chris.  To  nie  są  wakacje  ani  żadna  nagroda,  tylko  zwykła  robota  na  rzecz 

przetrwania miasta. Czy się podejmiesz, czy nie, nie będzie dla ciebie żadnej taryfy ulgowej. A 

więc? 

Przez chwile, która zdawała się trwać wieczność, Chris siedział wsłuchując się we własną głowę, 

po której kołatał się ból.— Podejmuję się — oświadczył w końcu z rezygnacją. Anderson dotknął 

przycisku i taśma zaczęła się przesuwać. 

Andersen  miał  rację,  że  pierwsze  wiadomości  okazały  się  krótkie  i  niejasne.  Następne  były 

dłuższe, ale za to jeszcze bardziej zawoalowane. Chris nie potrafił wywnioskować z nich więcej 

niż  Ojcowie  Miasta  i  Amalfi.  Z  mieszkania  Andersena  odbył  zapowiedzianą  rozmowę  z 

burmistrzem, transmitowaną przez dodatkowe łącze do komputerów. 

Komputery  zadały  Chrisowi  pytania  dotyczące  liczby  ludności,  zasobów  energetycznych, 

bogactw  mineralnych  i  innych  istotnych  zagadnień,  na  temat  których  nie  umiał  powiedzieć  ani 

słowa.  Amalfi  głównie  przysłuchiwał  się,  a  kiedy  parę  razy  grubym  głosem  włączył  się  do 

rozmowy, Chris nie mógł zorientować się, do czego zmierza. 

—  Ta  linia  kolejowa,  o  której  wspomniałeś,  Chris...  Jak  długo  przed  twoim  urodzeniem  ją 

zbudowano? 

—  Myślę,  że  jakieś  sto  lat.  Jak  pan  wie,  na  Ziemi  wróciliśmy  do  transportu  kolejowego  w 

połowie  trzeciego  tysiąclecia,  kiedy  wyczerpały  się  pokłady  ropy  naftowej,  co  sparaliżowało 

transport samochodowy na terenach rolniczych. 

— O tym nie wiedziałem. W porządku, możecie rozmawiać dalej. 

Teraz Ojcowie Miasta zaczęli go wypytywać o uzbrojenie. Znowu nie potrafił im nic powiedzieć. 

background image

Nadszedł  jednak  dzień,  kiedy  wszystko  się  zmieniło.  Zgodnie  z  zapowiedzią  wyrwano  go 

znienacka  z  klasy  i  pospiesznie  przeprowadzono  do  maleńkiego  gabineciku,  w  którym  zastał 

tylko krzesło i dwa ekrany 

telewizyjne. Na jednym zobaczył twarz sierżanta Andersona, na drugim obraz kontrolny. 

—  Witaj,  Chris.  Siadaj  i  słuchaj...  Zaraz  się  tu  będą  działy  bardzo  ważne  rzeczy.  Mamy 

transmisję  z  trampa.  Nie  wiemy,  czy  tylko  sygnalizują  swoją  obecność,  czy  chcą  z  nami 

rozmawiać.  Amalfi  sądzi,  że  w  ich  sytuacji  to  pierwsze  jest  mało  prawdopodobne,  choć 

oczywiście  mają  do  tego  prawo. Tyle  że  sami  naruszyli  zbyt  wiele  przepisów,  żeby  ściągać  na 

siebie uwagę. Chce, żebyś posłuchał tej rozmowy. Postara się coś z nich wyciągnąć. 

— Dobrze, proszę pana. 

Nie słyszał wezwań Nowego Jorku, niemniej po paru minutach — byli już niedaleko Argusa III 

— z drugiego monitora zniknął obraz kontrolny, a jego miejsce zajęła dobrze znana twarz, twarz, 

której widok napełnił Chrisa wstrętem. 

— Halo. Tu mówi Argus III. 

—  Żaden  Argus  III  niczego  tutaj  nie  mówi  —  włączył  się  niespodziewanie  Amalfi  głębokim 

basem. — Dobrze wiemy, że mówi miasto Scranton z Pensylwanii. Dajcie mi waszego szefa. 

— Chwileczkę, za kogo pan się... 

— Tu mówi Nowy Jork. Nowy Jork na linii. Właśnie chciałem rozmawiać z waszym szefem i to 

migiem. 

Twarz na ekranie przybrała wyraz ponurego zakłopotania. Po chwili zniknęła. Ekran zamigotał, 

na  moment  znów  pojawił  się  obraz  kontrolny,  po  czym  z  monitora  spojrzała  kolejna  znajoma 

twarz. Wprost nie chciało się wierzyć, że jej właściciel go nie widzi. Chrisowi ze strachu ścierpła 

skóra. 

—  Witajcie,  Nowy  Jork  —  powiedział  mężczyzna,  siląc  się  na  uprzejmość.  —  A  więc 

namierzyliście  nas.  My  też  was  namierzyliśmy.  Uprzedzamy,  że  planeta  jest  związana  z  nami 

kontraktem.—  Przyjmujemy  do  wiadomości  —  oświadczył  Amalfi.  —  Podobnie  jak  fakt,  że 

aktualnie dopuszczacie się wykroczenia, Argus III podpisał z nami nowy kontrakt. Szczerze bym 

wam radził wykarczować pas i spływać stąd. 

Mężczyzna  nawet  okiem  nie  mrugnął.  Dopiero  w  tym  momencie  Chris  zrozumiał,  że  twarz  na 

ekranie nie patrzy na niego, tylko na monitor z Amalfim. 

background image

— To wy stąd spływajcie — powiedział beznamiętnie. — To sprawa miedzy nami a osadnikami; 

nic wam do tego. Nie odlecimy bez policyjnego nakazu eksmisji. Uprzedzam lojalnie, że jeśli się 

w to wplączecie, to wcale nie tak łatwo będzie się wam wyplątać. 

—  Na  waszym  miejscu  nie  byłbym  tak  pewny  siebie  —  stwierdził  Amalfi  —  co  zresztą 

odnotowujemy. 

Obraz z Scranton skurczył się do rozmiarów świetlistego punktu, następnie zniknął. 

— Znasz któregoś z tych typów, Chris? — odezwał się burmistrz. 

— Obydwu, proszę pana. Pierwszy z nich to podrzędny zbir nazwiskiem Barney. Przypuszczam, 

że kiedy mnie brali, to właśnie on zabił psa mojego brata, chociaż tego nie widziałem. 

— Znam ten typ. Mów dalej. 

— Następny to Frank Lutz. Był menażerem miasta, kiedy leciałem na Scranton. Wygląda na to, 

że dalej pełni swoją funkcję. 

— Co to znaczy: menażer miasta? Zresztą, nieważne, zapytam komputerów. Wracając do rzeczy; 

wygląda na niebezpiecznego gościa. Dobrze mówię? 

— Dobrze, proszę pana. Jest bystry i przebiegły, a do tego zimny jak gad. 

— Socjopata — podsumował Amalfi. — Tak właśnie myślałem. Jeszcze jedno: czy myślisz, że 

by cię poznał? 

Chris zastanowił się. Lutz widział go tyle razy na oczy, lecz dzięki interwencji Frada Haskinsa, 

która ocaliła mu życie, nie musiał już o nim myśleć i pamiętać, że Chris istnieje. 

— Niewykluczone, proszę pana, ale raczej mało prawdopodobne. 

— W porządku. Przekażesz szczegóły Ojcom Miasta, a oni skalkulują prawdopodobieństwo. Na 

razie nie będziemy ryzykować. Dzięki, Chris. Josel, czy mogę cię prosić na mostek? 

— Już idę, panie burmistrzu. — Anderson odczekał, aż obraz przełożonego zniknie z wizji. Teraz 

z ekranu wpatrywał się w Chrisa sierżant. 

— Chris, czy zrozumiałeś, co miał na myśli Amalfi, kiedy powiedział, że nie będzie ryzykować? 

— Nno... nie całkiem. 

—  Miał  na  myśli,  że  będziemy  schodzić  Lutzowi  z  oczu.  Inaczej  mówiąc,  tym  razem  ma  się 

odbyć bez deFordowskich eskapad. Zrozumiano? 

Niestety, zrozumiano. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Argus uśpiony 

 

Układ Argusa nie bez powodu nosił swoją nazwę. Ponieważ leżał na obrzeżach gęstej mgławicy 

stosunkowo  młodych  gwiazd,  noc  na  planecie  świeciła  rzeczywiście  setkami  oczu  jak  twarz 

mitycznego Argusa. Młody wiek mgławicy w znacznym stopniu wyjaśniał obecność Scranton —

jak każda gwiazda trzeciej generacji słońce Argusa oraz pozostałe planety układu, obfitowały w 

metale. 

Planet  było  niewiele,  bo  tylko  siedem.  Numerami  opatrzono trzy  możliwe  do  zasiedlenia,  przy 

czym  osadnictwo  rozwinęło  się  wyłącznie  na  Argusie  III;  Argus  II  nadawał  się  jedynie  dla 

Arabów, a IV dla Eskimosów. Pozostałe cztery planety teoretycznie wprawdzie zaliczały się do 

kategorii  gazowych  olbrzymów,  były  to  jednak  olbrzymy  mocno  wymizerowane;  największy  z 

trudem dorównywał rozmiarami Neptunowi w Układzie Słonecznym. Zanim na dobre zaczęło się 

formowanie  planet,  wzajemna  bliskość  gwiazd  w  mgławicy  spowodowała  powstanie  wiele 

pierwotnego gazu, dzięki czemu Układ Argusa okazał się największym układem w mgławicy. 

Argus  III,  oglądany  z  pokładu  nadlatującego  z  buczeniem  wiratorów  miasta,  do  złudzenia 

przypominał  Pensylwanię.  Chris  poczuł  lekkie  współczucie  dla  Scranton,  które  z  pewnością 

będzie  musiało  ustąpić.  Dla  Scranton  ta  planeta  musiała  stanowić  szczególną  pokusę.  Pokaźne 

kontynenty  pokrywały  łańcuchy  górskie;  woda  zebrana  była  w  tysiącach  jezior  i  kilku 

niewielkich, bardzo za to zasolonych morzach. Wody porastały gęste lasy, pełne drzew iglastych 

i  skrzypów,  bo  ewolucja  na  Argusie  nie  wypracowała  jeszcze  roślin  kwiatowych.  Podobne  do 

jodeł  drzewa  o  potężnych  pniach  wznosiły  się  na  wysokość  dziesiątek  metrów.  Były  to 

szlachetne  olbrzymy  o  gęsto  porośniętych  konarach,  poprzeginanych  do  gruntu  siłą  grawitacji 

rzędu 2G, na przekór której musiały dźwigać własny ciężar. Pierwszym dźwiękiem, jaki dotarł do 

uszu  Chrisa  po  wylądowaniu  na  obfitującym  w  metale  ciężkie  Argusie  III,  byk  grzmiąca 

eksplozja  szyszki  jednego  z  pobliskich  drzew.  Któreś  z  nasion  wybiło  szybę  na  trzydziestym 

piętrze  szklanego  wieżowca  McGraw-Hill;  zaskoczony  personel  rąbał  nasienie  strażackimi 

toporkami, żeby nie dopuścić do wykiełkowania na dywanie. 

To,  gdzie  miasto  wyląduje,  nie  miało  większego  znaczenia,  bo  żelaza  wszędzie  było  pod 

dostatkiem.  Z  drugiej  strony  na  planecie  nie  istniało  miejsce,  które  byłoby  poza  zasięgiem 

podsłuchu czy ostrzału pocisków rakietowych Scranton. To stanowiło niedogodność zarówno dla 

background image

Nowego Jorku,  jak dla  mieszkańców  Argusa.  Amalfi  mimo to bardzo starannie wybrał  miejsce 

lądowania.  W  oddali  widniała  wielka  szrama  w  ziemi  wygrzebana  przez  Scranton  w  czasie 

nieudolnych  przedsięwzięć  górniczych;  między  oboma  wędrownymi  miastami  ciągnął  się 

łańcuch  gór  przypominających  pensylwańskie  Allegheny.  Maszyny  górnicze  z  łoskotem 

wytoczyły się do lasów. 

Chris  próbował  zrozumieć  tok  myślenia  Amalfiego,  ale  nie  szło  mu  najlepiej,  bo  w  życiu  nie 

widział  burmistrza  na  oczy,  W  sumie  była  to  jednak  jakaś  rozrywka.  Miejsce  lądowania  — 

wywnioskował  ostrożnie  —  zostało  wybrane  tak  a  nie  inaczej  po  to,  żeby  Scranton  nie  mogło 

obserwować  poczynań  Nowego  Jorku  bez  wysyłania  samolotów  oraz  żeby  wykluczyć 

komunikację pieszą miedzy oboma miastami. Działań zbrojnych Amalfi nie brał pod uwagę, bo 

wymiana ognia z pewnością ściągnęłaby policje, a historia Nowego Jorku wyraźnie świadczyła o 

tym,  że  burmistrz  nienawidził  wszystkiego,  co  mogłoby  zaszkodzić  miastu,  czy  była  to  tylko 

rdza, czy bomby. 

W przeszłości jego strategia polegała zwykle na przetrzymywaniu przeciwnika. Jeśli metoda nie 

odnosiła  skutków, próbował  nieprzyjaciela prześcignąć w wykonywaniu robót. W ostateczności 

starał  się  skłócić  jego  szeregi.  Żaden  z  udokumentowanych  przypadków  nie  prezentował 

zastosowania którejś z tych metod w czystej postaci — Amalfi, jak kucharz, mieszał je zawsze w 

skomplikowanych  proporcjach  —  w  każdym  przypadku  jednak  stosowano  którąś  z  jego 

ulubionych przypraw, przy czym zwykle jeden smak dominował. Kiedy Amalfi przesolił, ledwie 

wyczuwałeś pieprz czy musztardę. 

Nie  dla  wszystkich  jego  kompozycje  były  strawne.  Chris  podejrzewał,  że  istnieją  o  wiele 

wykwintniejsze odmiany koczowniczej kuchni. Cóż, kiedy Amalfi przyprawiał tak, a nie inaczej, 

przy tym był jedynym kuchmistrzem Nowego Jorku. Jak dotąd miasto przeżyło jego rządy, co w 

oczach obywateli i Ojców Miasta stanowiło dostateczny sprawdzian kompetencji, 

Wyglądało  na to, że na  Argusie III  Amalfi zamierza zagłodzić Scranton, pracując  lepiej. Nowy 

Jork posiadał kontrakt, Scranton kontrakt utraciło. Nowy Jork był w stanie wykonać powierzone 

mu prace, podczas gdy 

Scranton tylko rozgrzebało wszystko wokół, zostawiając po sobie wielką żółtawą szramę, która 

przez najbliższe sto lat mogła się nie zabliźnić. Dopóki Nowy Jork pracował, a tramp głodował 

—  tutaj  burmistrz  zaprawiał  miksturę  szczyptą  przeczekania  —  Scranton  nie  mogło  wcielić  w 

czyn  desperackiego  zamiaru  opanowania  siłą  Argusa  III,  chociaż  w  pierwszym  starciu,  które 

background image

zapewne okazałoby  się ostatnim,  mieszkańcy planety  nie  zdążyliby  nawet zwrócić się o pomoc 

do policji ziemskiej. Nowy Jork z pewnością wezwałby pomoc bez wahania. Mimo całej mocno 

podbarwionej nienawiścią do służb ziemskich solidarności koczowniczej, nie zamierzał dopuścić 

do kolejnego incydentu w rodzaju tego, do jakiego doszło na Thorze V, ani napuszczać policajów 

na  inne  miasto,  jak to zrobił kiedyś  Międzygwiezdny  Mistrz Handlu. Nawet włóczęga  musi się 

schronić przed niepoczytalnością swoich współbraci. 

No  cóż,  skoro  Amalfi  tak  to  zaplanował,  to  tak  miało  być.  Chris  nie  miał  w  mieście  nic  do 

gadania.  Amalfi  to  burmistrz,  który  ma  za  sobą  obywateli  i  Ojców  Miasta.  Chris  był  tylko 

młokosem, w dodatku pasażerem. 

Wiedział jednak o planach Amalfiego coś, czego on sam ani nikt inny w Nowym Jorku nie mógł 

wiedzieć — były skazane na niepowodzenie. 

Chris,  w  przeciwieństwie  do  nowojorczyków,  znał  Scranton.  Jeżeli  Amalfi  w  ten  sposób 

zamierzał  rozegrać  sprawę  z  Frankiem  Lutzem,  jak  przewidywał  Chris,  to  czekała  go  przykra 

niespodzianka. Czy  jednak trafnie przejrzał zamysł  Amalfiego? Od tego chyba  należało zacząć. 

Po  kilku  dniach,  targany  wątpliwościami,  wyraźnie  opuścił  się  w  nauce.  Zwrócił  się  wtedy  do 

jedynej ze znanych mu osób, która miała dostęp do Amalfiego — do sierżanta Andersena.— Nie 

mogę  ci  zdradzić  planów  Amalfiego,  nie  jesteś  upoważniony  do  posiadania  tego  rodzaju 

informacji — łagodnie wyjaśnił sierżant powłokowy. — Ale twoje domysły są niezwykle trafne. 

Muszę przyznać, że jesteś bardzo bliski prawdy. 

—  Bliski  prawdy?  —  Carla  z  gniewnym  stukotem  odstawiła  filiżankę  na  spodek.  —  Całe  te 

męskie  stopnie  wtajemniczenia  to  jedno  wielkie  zawracanie  głowy.  Chris  ma  rację  i  ty  o  tym 

wiesz. Dlaczego nie ulżysz chłopcu i mu tego nie powiesz? 

—  Nie  jestem  upoważniony  —  upierał  się  Andersen.  Ale  w  jego  ustach  takie  stwierdzenie 

znaczyło zgodę. — Poza tym Chris myli się co do jednego. Nie możemy siedzieć tutaj bez końca 

tylko  po  to,  żeby  uniemożliwić  trampowi  zawładnięcie  Argusem  III.  Prędzej  czy  później 

będziemy musieli ruszyć w drogę, bo nam również nie wolno przeciągać kontraktu. Mamy już na 

naszym  koncie  parę  wykroczeń  i  bez  względu  na  to,  czy  Scranton  dba,  czy  też  nie  dba  o takie 

drobiazgi, chcielibyśmy uniknąć dalszych.  Musimy przestrzegać daty wygaśnięcia umowy,  a to 

nas poważnie ogranicza. 

— No tak — przyznał nieśmiało Chris. — Teraz przynajmniej częściowo rozumiem wasz punkt 

widzenia. Ale wydaje mi się, że są w nim dwie poważne luki... Obym się mylił. 

background image

— Luki? Gdzie je widzisz? 

— Po pierwsze, oni muszą być nieźle zdesperowani, a jeżeli jeszcze nie są, to lada chwila będą. 

Sam  fakt,  że  w  ogóle  są  w  tej  części  Galaktyki,  a  nie  tam,  gdzie  skierował  ich  nasz  burmistrz, 

kiedy przesiadałem się na wasz pokład, wskazuje, że w pierwszej robocie też im coś nie wyszło. 

Andersen wcisnął przycisk na oparciu fotela. 

— Prawdopodobieństwo? — rzucił w przestrzeń. 

—  SIEDEMDZIESIĄT  DWA  PROCENT  —  odpowiedziała  przestrzeń,  wprawiając  Chrisa  w 

osłupienie. 

Wciąż mnie mógł oswoić się z myślą, że Ojcowie Miasta słyszą każde słowo, bez względu na to, 

gdzie  i  kiedy  zostało  wypowiedziane;  miasto,  między  innymi,  służyło  im  jako  pole  badań 

psychologii  człowieka,  dzięki  czemu  byli  w  stanie  odpowiadać  na  takie  pytania,  jak  to,  które 

Andersen zadał przed chwilą. 

—- Cóż, kolejny punkt dla ciebie — stwierdził zafrasowany sierżant. 

—  Jeszcze,  proszę  pana,  nie  dotarłem  do  sedna  sprawy.  Rzecz  w  tym,  że  ta  robota  też  im  nie 

wyszła,  wobec  czego  muszą  mieć  bardzo  mało  zapasów.  Nawet  najlepsza  strategia  zakłada,  że 

druga  strona  reaguje  logicznie.  Tymczasem  ludzie  zdesperowani  rzadko  posługują  się  logiką... 

Weźmy na przykład strategię Niemiec w ostatnim roku drugiej wojny światowej. 

—  Nigdy  o  tym  nie  słyszałem  —  przyznał  się  Anderson  —  ale  wydaje  mi  się,  że  mówisz 

rozsądnie. A druga luka? 

—  Druga  luka  jest  tylko  hipotetyczna.  Moje  domysły  opierają  się  na  tym,  co  wiem  o  Franku 

Lutzu.  Widziałem  go  raptem  dwa  razy  w  życiu,  ale  wiem,  jaką  opinię  o  nim  ma  jeden  z  jego 

współpracowników.  Nie  sądzę,  żeby  Frank  miał  się  dać  komukolwiek  zastraszyć,  prędzej 

pierwszy  stanie  do  walki.  Zawsze  musi  pokazać,  że  jest  najsilniejszy.  Byłby  skończony,  gdyby 

się  okazało,  że  ktoś  inny  panuje  nad  sytuacją.  To  bardzo  typowe  dla  społeczności  rządzonych 

przez najemnych zbirów. Wystarczy spojrzeć na historię Neapolu czy Florencję Machiavellego. 

—  Zaczynam  podejrzewać,  że  twoje  przykłady  są  wyssane  z  palca  —  wyznał  pochmurnie 

Anderson.  —  Kolejny  raz  jednak  to,  co  mówisz,  brzmi  rozsądnie,  a  poza  tym  tylko  ty  wiesz 

cokolwiek  na  temat  tego  całego  Lutza.  Załóżmy,  że  się  nie  mylisz.  Co  jeszcze  moglibyśmy 

zrobić? 

— Oczywiście wykorzystać ich desperację — powiedział z zapałem Chris. — Skoro Lutz i jego 

banda  czują  się  zapędzeni  w  kozi  róg, to  przeciętny  obywatel  musi  znajdować  się  na  krawędzi 

background image

szaleństwa. Przy czym  nie  sądzę, żeby  byli tam  „obywatele" w  naszym rozumieniu tego słowa, 

ponieważ wspomniany człowiek Franka mówił, że skończyły się im leki. Myślę, że chciał, żeby 

te słowa dotarły do moich uszu, ale wtedy nie rozumiałem jeszcze, o co chodzi. Szary obywatel 

nawet  w  pomyślnych  okresach  musi  zdrowo  nienawidzić  tej  zgrai.  Moglibyśmy  usunąć  Lutza 

rękami jego własnych podwładnych. 

— W jaki sposób? — spytał Anderson tonem człowieka świadomego, że zadaje pytanie, na które 

nie ma odpowiedzi. 

—  Nie  wiem  dokładnie  jak.  W  znacznym  stopniu  trzeba  by  działać  na  wyczucie.  Miałem  w 

Scranton dwóch przyjaciół, z których jeden był w stałym kontakcie z Lutzem. Jeżeli nadal jest w 

mieście, mógłbym się tam zakraść i spróbować nawiązać z nim kontakt. 

—  Cały  czas  się  bałem,  że  z  czymś  takim  wyskoczysz  —  westchnął  sierżant  Anderson, 

powstrzymując go ruchem dłoni. — Chris, czy ty się kiedyś wyleczysz z turystycznych zapędów 

na koszt miasta? Znasz opinię Amalfiego w tej sprawie. 

— Okoliczności się zmieniały — wtrąciła Carla. 

— Tak, ale... no dobrze, dobrze, mogę zaryzykować przynajmniej ten jeden krok. — Jeszcze raz 

nacisnął przycisk,. — Są jakieś uwagi? — rzucił w przestrzeń. 

—  ODRADZAMY  TEGO  RODZAJU  WYPAD,  SIERŻANCIE  ANDERSON.  SZANSĘ,  ŻE 

PAN DE-FORD ZOSTANIE ROZPOZNANY, SĄ ZBYT DUŻE. 

—  Widzisz?  —  zatriumfował  Anderson,  —  Amalfi  zada  im  takie  samo  pytanie.  Zwykle  nie 

stosuje się zaleceń Ojców, ale tym razem na własną rękę doszedł do identycznych wniosków. 

— Może to nie najlepszy pomysł, po prostu nic innego nie przyszło mi do głowy. 

— To, co mówisz, nie jest pozbawione racji. Muszę przedstawić burmistrzowi obie twoje uwagi i 

zasugerować  podjęcie  akcji,  która  wywołałaby  w  Scranton  odpowiednie  nastroje.  Może  on 

wpadnie  na  jakiś  lepszy pomysł. Głowa do góry,  Chris; dobrze, że  mi wszystko opowiedziałeś. 

Nie powinieneś się martwić, że odrzuciliśmy drobny fragment twojego planu. Nie zawsze można 

wygrywać ze wszystkimi. 

— Zgoda, ale próbować zawsze trzeba. 

Jeśli nawet Amalfi wpadł na lepszy sposób „wywołania nastrojów" w Scranton, nikt o tym Chrisa 

nie powiadamiał. Być  może  burmistrz podjął  jakieś kroki w tym kierunku, ale  najwyraźniej  nie 

odniosły one poważniejszych skutków. Podczas gdy Nowy Jork uwijał się przy robocie, Scranton 

siedziało  ponuro  na  miejscu,  w  złowrogim  milczeniu  wyczekując  zbliżającej  się  nieuchronnie 

background image

daty  wygaśnięcia  konkurencyjnego  kontraktu.  Mimo  ubóstwa  i  głodu  nie  zamierzało  dać  za 

wygraną  w  grze,  w  której  stawką  była  planeta tak  zamożna  jak  Argus  III.  Wyglądało  na  to,  że 

Amalfi  będzie  musiał  usunąć  Scranton  siłą  albo  wezwać  ziemską  policję,  żeby  zrobiła  to  za 

niego. Jak dotąd Frank Lutz zachowywał się zgodnie z przewidywaniami Chrisa. 

Aż nagle, w ostatnim tygodniu kontraktu, bomba wybuchła. Chris jak zwykle o tym dowiedział 

się  od  swojego  opiekuna.—  Ten  twój  przyjaciel,  Piggy  —  zżymał  się  Andersen.  —  Wpadł  na 

pomysł, że wkręci się do władz  miejskich Scranton  i  zmontuje coś w rodzaju puczu przeciwko 

Lutzowi. Oczywiście Lutz mu nie uwierzył i teraz jesteśmy ugotowani. 

— Jak on się tam dostał? — Chris był zaszokowany, a zarazem rozbawiony. 

— To właśnie najgorsza część tej historii. W jakiś sposób udało mu się przekonać dwie kobiety, 

że  mogłyby  użyć  swoich  wdzięków  jako  tajne  agentki,  tak  jakby  tym  zbirom  tam  u  sterów 

kiedykolwiek  zabrakło  kobiet,  zwłaszcza  w  czasach  głodu!  Jedną  z  nich  jest  szesnastoletnia 

dziewczyna. Jej rodzina, ze zrozumiałych względów, szaleje. Drugą, trzydziestoletnia pasażerka, 

siostra obywatela, jednego z pilotów bojowych Irisha Dulany'ego. Siostra, jak nas poinformowali 

właśnie Ojcowie Miasta, oscyluje na krawędzi psychozy, dlatego nigdy nie udało jej się uzyskać 

obywatelstwa:  pozwolono  jednak  bratu  wprowadzić  ją  w  tajniki  pilotażu,  ponieważ  wydawało 

się,  że  latanie  wpływa  korzystnie  na  jej  samopoczucie.  Żeby  wcielić  plan  Piggy'ego  w  życie, 

uprowadziła  samolot  brygady  desantowej  i  zanim  wydobyliśmy  całą  tę  historię  z  komputerów, 

było po wszystkim. 

—  Chce  pan  powiedzieć,  że  Ojcowie  Miasta  słyszeli,  jak  Piggy  namawiał  się  ze  swoimi 

towarzyszkami? 

— Naturalnie. Wiesz przecież, że oni wszystko słyszą. 

— To dlaczego nikogo o tym nie powiadomili? 

—  Mają  zakaz  udzielania  informacji  z  własnej  inicjatywy.  Zazwyczaj  jest  to  korzystne;  bez 

zakazu trajkotaliby dniem i nocą na wszystkich kanałach. Nie są całkiem bezkrytyczni. Lutz żąda 

okupu.  Zapłacilibyśmy  mu  sporą  sumę,  ale  on  żąda  planety.  Znów  sprawdziły  się  twoje 

przewidywania, Chris. Wszelką logikę diabli 

wzięli. Nie możemy  mu dać czegoś, co do nas nie należy, a nawet gdybyśmy mogli, też byśmy 

nie dali. Piggy wpakował  nas w wojnę, której konsekwencji  nie są w  stanie przewidzieć  nawet 

komputery. Chris westchnął ciężko. 

— Co wobec tego zrobimy? 

background image

— Nie mogę ci tego zdradzić. 

— Ja  nie pytam o żadne  szczegóły dotyczące waszych poczynań taktycznych. Chciałbym  mieć 

jakieś ogólne wyobrażenie. Piggy jest przecież moim przyjacielem, może w tych okolicznościach 

zabrzmi to głupio, ale naprawdę go lubię. 

— Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie — skwitował refleksyjnie powłokowy. — Cóż, 

tak czy owak nie mogę ci wiele więcej powiedzieć. Ogólnie rzecz biorąc, Amalfi gra na zwłokę, 

Ucząc  na to, że Lutz zrozumie to jako przyjęcie  jego warunków, a Argus III wręcz przeciwnie. 

Komputery  sporządziły  mu  szyfr  specjalnych  wyrazów,  które  inaczej  zostaną  odczytane  przez 

osadników, a inaczej przez Scranton. Nasz kontrakt kończy się za tydzień. Być może uda nam się 

zwodzić Lutza aż do przedostatniego dnia. Nie wolno  mi  zdradzić, co planujemy dalej.  W każ-

dym razie wkroczymy tam i postaramy się wytrącić mu zabawki z ręki. To nam zostawi dzień na 

wydostanie się z Układu Argusa, a jeśli nawet dorwą nas policaje, będziemy mogli przynajmniej 

mydlić  im oczy tym, że wywiązaliśmy się  z kontraktu. Tak się w dodatku składa, że  będziemy 

mieli dzień na pobranie naszej należności... 

—  PRZEKROCZENIE  —  przemówili  znienacka  Ojcowie  Miasta,  chociaż  nikt  ich  o  nic  nie 

pytał. 

— Ojej, przepraszam! Chyba się zagalopowałem. Nic więcej nie mogę ci już powiedzieć, Chris! 

— Myślałem, że oni nigdy nie odzywają się z własnej woli!— Słusznie myślałeś — potwierdził 

Andersen.  —  To  nie  było  z  własnej  inicjatywy.  Amalfi  dał  im  polecenie  śledzenia  wszystkich 

rozmów dotyczących tej historii i przerywania ich, jeśli pojawi się zbyt wiele szczegółów. Tyle 

tylko mogę powiedzieć na ten temat, szkoda, że nie przynoszę pomyślniej szych wiadomości, 

Został już tylko tydzień do odlotu. Chris nagle zauważył, że data wygaśnięcia kontraktu przypada 

na  dzień  poprzedzający  jego  osiemnaste  urodziny.  Nadchodzące  dni  miałyby  się  okazać 

rozstrzygające  dla  niego,  dla  Piggy'ego,  dla  jego  dwóch  ofiar,  dla  Scranton,  dla  Argusa  III, 

wreszcie dla Nowego Jorku. Znowu widział jasno jak na dłoni, że plan Amalfiego skazany jest na 

niepowodzenie. 

I znowu wiedział, że ten plan rozbije się o osobę Franka Lutza. 

Nie  miał  wątpliwości, że  Amalfi spokojnie  byłby w stanie przechytrzyć  Lutza w  bezpośrednim 

starciu,  ale  tym  razem  mieli  do  czynienia  z  inną  sytuacją.  Głęboko  wątpił,  czy  lista 

zakodowanych  słów,  którą  przygotowują  Ojcowie  Miasta,  nawet  jeśli  zwiedzie  setkę 

Argusowych  uszu,  wywiedzie  Lutza  w  pole;  zarządca  Scranton  był  wykształconym, 

background image

doświadczonym, kutym  na cztery  nogi politykiem  i  biurokratą, a teraz, na domiar złego, nabrał 

maniakalnej  wręcz  podejrzliwości.  Nawet  w  pomyślnych  czasach  cechowała  go  nieufność; 

trudno  oczekiwać  od  kogoś,  kto  podejrzewał  swoich  przyjaciół,  kiedy  wszystko  szło  tak  jak 

trzeba, że w przededniu ostatecznej kieski okaże więcej zaufania wobec wrogów. 

Chris  wiedział  bardzo  niewiele  o  polityce  miast  wędrownych,  znał  jednak  ich  historie.  Znał 

również  skunksy.  Nieraz  zastanawia!  się,  jakim  cudem  biedny  Kelly,  tarmosząc  te  zwierzątka, 

nigdy żadnemu z nich nie zrobił krzywdy. Może pies po prostu czuł do nich 

sympatię. Skunksy potrafią być uroczą maskotką dla ostrożnego właściciela. Ale ludzka odmiana 

skunksów nie zachęcała do ryzyka. Wystarczyło jedno spojrzenie na Franka Lutza. 

Założywszy nawet, że Lutz nie ostrzela znienacka Nowego Jorku gradem pocisków rakietowych, 

czy  czymś  tam,  na  co  Scranton  będzie  stać,  założywszy,  że  Lutz  da  się  podejść  Amalfiemu  i 

burmistrz  w  ostatniej  chwili  wytrąci  mu  władzę  z  ręki  bez  jednego  wystrzału  i  jednej  ofiary  w 

ludziach,  nawet  wtedy  Piggy  i  obie  wzięte  do  niewoli  kobiety  nie  przeżyją  całej  operacji.  W 

całym  Nowym  Jorku  tylko  jeden  Chris  orientował  się.  z  jaką  pogardą  Lutz  traktował  zbędne 

osoby  na  pokładzie  swojego  miasta,  jeden  Chris  domyślał  się,  jak  błyskawicznie  pozbędzie  się 

trójki rzekomych uciekinierów z miasta, które tolerowało pasażerów. 

Żałosna ekipa Piggy'ego zapewne przegarniała już łopatami żużel. Jeśli nawet Lutz pozwoli im w 

jako takich warunkach przeżyć następny tydzień, z pewnością każe ich natychmiast wykończyć, 

kiedy  odkryje,  że  jego  królestwo  chwieje  się  w  posadach.  Choćby  Amalfi  natychmiast  zajął 

Scranton, żeby wydać wyrok śmierci na jeńców, nie trzeba więcej niż pięć sekund. To był jeden z 

powodów,  dla  których  wojny  w  średniowiecznej  Europie  ciągnęły  się  latami,  chociaż  wszyscy 

uczestnicy  dawno  już  zapomnieli  albo  nie  dbali,  o  co  walczą:  okup  za  jeńców  bywał  niezłym 

zarobkiem. 

Ale  opiekun  Chrisa  zżymał  się  na  przykłady  w  tym  stylu.  Jeśli  chodzi  o  Amalfiego  i  Ojców 

Miasta, to wystarczająco wyraźnie zaznaczyli swoje stanowisko w tej sprawie, by nie warto było 

się  do  nich  zwracać.  Gdyby  Chris  się  do  nich  udał,  ponownie  ich  reakcja  z  pewnością  nie 

ograniczyłaby się do kolejnego NIE; prośba dałaby murowany pretekst, żeby zastosować nad nim 

permanentny nadzór. 

A  jednak tym razem  miał p e w  n o ś ć, że się  mylą. Układał  wiec swój plan  bardzo ostrożnie, 

nękany  nieustannie obawami, czy  prastarzy  mężowie  i  ich komputery  nie okażą się kolejny raz 

wszechwiedzący... i nie zatrzymają go w ostatniej chwili. 

background image

Jeśli nawet Ojcowie przejrzeli jego zamiary, nie dali tego po sobie poznać. Następnego wieczora 

opuścił miasto. Nikt nie próbował go zatrzymywać. Wyglądało na to, że nikt nawet nie zauważył 

jego ucieczki. 

Prawdę  mówiąc,  na to liczył.  A  jednak dręczyły  go wyrzuty sumienia  i poczucie, że  jest zdany 

wyłącznie na własne siły. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Kryjówka 

 

W normalnych okolicznościach Chris nie wyprawiałby się po nocy w dziki, nieznany teren. Tym 

razem również wyszedłby zapewne godzinę przed świtem, co pozwoliłoby  mu w ciemnościach 

oddalić  się  od  Nowego  Jorku.  Ale  na  Argusie  111  warunki  do  poruszania  się  w  nocy  były 

wyjątkowo korzystne. 

Chris miał przy sobie kompas, którego igła pokazywała zawsze najsilniejsze pole wiratorowe w 

okolicy.  Było  to  standardowe  wyposażenie  mieszkańca  wędrownego  miasta.  Na  większości 

planet  koczownicze  metropolie  utrzymywały  szczątkową  postać  pola,  żeby  nie  dopuścić  do 

atmosfery powietrza planety. Kiedy miasto wkraczało na wojenną ścieżkę, generatory pracowały 

bez przerwy na wypadek, gdyby trzeba było szybko odlecieć. Przez pół drogi igła zwrócona była 

w  stronę  Nowego  Jorku,  więc  Chris  posuwał  się  według  nakazów  zwyczajnego  kompasu 

magnetycznego, później kompas wędrowca wyznaczał kierunek na Scranton. 

Drugim  ułatwieniem  było  światło.  Argus  nie  posiadał  własnego  księżyca,  za  to  olbrzymie 

białobłękitne  słońca  setką  oczu  oświetlały  planetę.  W  tej  połowie  roku  zza  tarcz  słonecznych 

sączyło  się  światło  pozostałej  części  mgławicy,  dwakroć  jaśniejsze  niż  światło  ziemskiego 

księżyca. W tym  blasku z  łatwością dawało się czytać, choć ludzkie oko nie rozróżniało w nim 

kolorów. 

Najważniejsze, że Chris znał lasy iglaste i góry, gdyż wychował się w Aileghenach. 

Bagaż miał lekki — niewielki plecak z dwiema wojskowymi konserwami, manierkę i ubranie na 

zmianę, czyli to, które miał na sobie, kiedy przeniesiono go na Nowy Jork; chociaż wiedział, że 

komputery  same  się  z  niczym  nie  zdradzą,  musiał  się  zebrać  na  odwagę,  żeby  poprosić  Ojców 

Miasta o wydanie odzieży z depozytu. 

Prośba  z  pewnością  mogła  naprowadzić  na  jego  trop,  nie  miało  to  jednak  żadnego  znaczenia. 

Kiedy sierżant Andersen zauważy zniknięcie Chrisa, nie będzie miał najmniejszych wątpliwości, 

dokąd chłopak się udał. 

Przed  świtem  dotarł  na  grzbiet  górskiego  łańcucha.  W  południe  po  drugiej  stronie  gór  znalazł 

niewielką grotę, z której sączył się lodowaty strumyk. Na czworakach ostrożnie wczołgał się do 

środka  najdalej  jak  się  dało,  rozejrzał  się  na  wszystkie  strony,  czy  nie  znajdzie  starych  kości, 

odpadków,  śladów  legowiska  i  innych  oznak,  że  trafił  do  nory  miejscowej  zwierzyny.  Jak 

background image

przypuszczał,  niczego  nie  znalazł,  bo  niewiele  zwierząt  zakłada  gniazda  tuż  przy  ciekach 

wodnych  —  w  nocy  jest  zbyt  wilgotno,  a  w  dodatku  woda  przyciąga  wielu  potencjalnych 

wrogów. Po raz pierwszy od wymarszu pożywił się i zasnął. 

O  zmierzchu  wstał,  napełnił  manierkę  wodą  ze  strumienia  i  powoli  zaczął  schodzić  zboczem. 

Ścieżka,  którą  z  konieczności  obrał,  była  niebywale  kręta,  jednak  dzięki  obu  kompasom  jego 

wątpliwości  na  temat  kierunku  nie  trwały  nigdy  dłużej  niż  parę  minut.  Do  północy  brakowało 

jeszcze kilka godzin, kiedy dostrzegł wreszcie  miasto, migoczące w dolinie posępnie,  jak garść 

rozrzuconych  po  pajęczej  sieci  kropel  rosy.  O  świcie  zakopał  plecak  z  nowojorskim  ubraniem, 

solidnie  podartym  i  zabrudzonym,  i  nie  tracąc  pogody  ducha,  powlókł  się  przez  wygolony  pas 

wokół  Scranton  w  stronę  tej  samej  ulicy,  którą  przed  laty  pod  przymusem  wkroczył  na  pokład 

odlatującego miasta. Tym razem jego wejście przebiegało zupełnie inaczej, w czym niebagatelną 

rolę  odegrał  fakt,  że  miał  przy  sobie  przyrząd  umożliwiający  przekroczenie  granicy  pola 

wiratora. 

Jego obecność została naturalnie natychmiast wykryta. Dwóch strażników ziewając i przecierając 

zaczerwienione oczy, wybiegło mu na przeciw; najwyraźniej kończyli nocną wartę. 

— Co tu robisz? 

—  Byłem  na  grzybach  —  odparł  Chris,  wykrzywiając  twarz  w  najbardziej  idiotycznym 

uśmiechu, na jaki go było stać. — Nic nie ma. Dziwne jakieś mają tu te lasy. 

Zaspany  strażnik  zlustrował  go od  stóp  do  głów, lecz  nic  poza  zniszczonym  ubraniem  Chrisa  i 

jego niewątpliwą młodością nie rzuciło mu się w oczy. Dla zasady zbeształ chłopaka. 

— Gdzie pracujesz? 

— Przy piecach wgłębnych. 

Strażnicy wymienili spojrzenia. Piece wgłębne były to głębokie, podgrzewane elektrycznie doły, 

w  których  ostrożnie  stopniowo  schładzano  sztaby  stali.  Doły  wymagały  regularnego 

oczyszczania, lecz nie opłacało się wyłączać na ten czas ogrzewania. Czyścicieli w azbestowych 

kombinezonach  spuszczano  do  środka  na  cztery  minuty.  Gdyby  zostali  dłużej,  ich  izolowane 

drewnem  buty  stanęłyby  w  płomieniach.  Po  wyciągnięciu  z  pieca  zmieniano  im  obuwie  i  z 

powrotem  opuszczano  do  dołu.  Czynność  tę  powtarzano  przez  całą  szychtę.  Tylko  skończony 

półgłówek był w stanie znieść podobne piekło.— Dobra, głupku, wracaj do roboty. I żebym cię 

tu więcej nie widział. Zrozumiano? Masz szczęście, żeśmy cię nie postrzelili. 

background image

Chris schylił pokornie głowę i z głupawym uśmiechem rzucił się do ucieczki. W chwilę później 

kluczył  już  labiryntem  odrapanych  uliczek.  Był  pewien,  że  trafi.  A  jednak  łatwość,  z  jaką 

znajdował drogę, trochę go zaskoczyła. 

Jego  kryjówka  pośród  skrzyń  stalą  nietknięta.  Wyglądała  dokładnie  tak,  jak  w  dniu,  kiedy 

opuszczali  ją  z  Fradem  —  został  nawet  ogarek  świeczki.  Chris  zjadł  drugą  puszkę  wojskowej 

konserwy i zasiadł w ciemnościach. Czekał. 

Nie  musiał  czekać długo, chociaż  czas  zdawał się wlec w  nieskończoność.  W  jakąś godzinę po 

zakończeniu  dnia  pracy  usłyszał  w  labiryncie  odgłos  stąpania.  Oślepiła  .go  struga  światła  z 

latarki. 

— Cześć, Frad —powitał przybysza. — Cieszę się, że cię widzę, a raczej cieszyłbym się, gdybyś 

przestał mi świecić prosto w oczy. 

Snop światła wylądował na suficie. 

— To ty, Chris? — spytał glos Frada. — Dobra, już widzę, że to ty. Urosłeś chyba z pół metra. 

— Możliwe. Głupio mi, że nie zjawiłem się wcześniej. 

— Nigdy do końca nie wierzyłem, że się zjawisz. — Olbrzym odchrząknął i usiadł. — Po prostu 

coś  mnie  tknęło,  kiedy  usłyszałem,  z  kim  mamy  na  pieńku.  Mam  nadzieję,  że  nie  usiłujesz 

przejść na naszą stronę jak tamta trójka głupków. 

— Żyją? — spytał Chris, ogarnięty nagłą trwogą. 

— Owszem. Przynajmniej żyli przed godziną. Ale centa bym  nie dal za to, że ocaleją. Frank  z 

dnia 

na  dzień  traci  rozum...  Kiedyś  myślałem,  że  go  rozumiem,  ale  to  już  przeszłość.  Czy  po  to  tu 

przyszedłeś, żeby spróbować wydostać tę bandę dzieciaków? Nie uda ci się. 

— Wiem — przyznał Chris. — Ale nie jest tak, jak myślisz. Nie będę próbował przejść na waszą 

stronę. Zastanawialiśmy się, jakim cudem dopuściliście do tego, żeby menażer wpakował was w 

taką  kabałę?  Nasi  Ojcowie  Miasta  twierdzą,  że  brak  mu  piątej  klepki,  a  jeśli  już  komputery  to 

widzą, to wy tym bardziej powinniście zdawać sobie z tego sprawę. Sam zresztą mówiłeś coś w 

tym rodzaju. 

— Słyszałem trochę o waszych komputerach  —  powiedział z  namysłem.  — Czy to prawda, co 

ludzie mówią, że one rządzą waszym miastem? 

— Do pewnego stopnia. Jednak najwyższą władzę sprawuje burmistrz. 

background image

— Amalfi. Hmm. Prawdę mówiąc, Chris, wszyscy wiedzą, że Frank nie panuje nad sytuacją. Nie 

ma na to rady. Co nam to da, że go zrzucimy ze stołka? Poza tym nie byłoby to wcale takie łatwe. 

Dalej będziemy po uszy tkwić w tym samym bagnie. 

— Nie musielibyście wtedy walczyć z moim miastem — zauważył Chris. 

—  Ano,  nie,  i  to  byłoby  niewątpliwie  korzystne.  Ale  pozostaniemy  w  matni.  Zmiana  paru 

nazwisk  w  zarządzie  nie  napełni  nam  brzuchów  ani  kieszeni.  —  Umilkł  na  chwilę,  po  czym 

podjął z goryczą. — Chyba wiesz, że głodujemy. Ja mam co jeść, bo Frank dba o swoich ludzi, 

ale wszystko staje mi w gardle, kiedy patrzę na twarze ludzi na ulicach. Gra Franka w stosunku 

do Amalfiego trąci szaleństwem, ale nie ma innego wyjścia. 

Chris  milczał. Sprawy wyglądały tak,  jak  się tego spodziewał, co wcale  nie ułatwiało realizacji 

jego  zamiarów.—  Nie  odpowiedziałeś  na  moje  pytanie  —  podjął  Frad.  —Jakie  masz  plany? 

Chcesz tylko zorientować się w sytuacji? Może nie powinienem ci tyle mówić? 

—  Chcę  wywołać  rewolucję  —  oświadczył  Chris.  Jego  słowa  brzmiały  zawstydzająco 

górnolotnie, ale żadne inne nie przyszły mu do głowy. Starał się przy tym unikać wszystkiego, co 

byłoby  jawnym  kłamstwem,  lecz  wiedział,  że  z  każdą  chwilą  coraz  trudniej  będzie  mu 

zrealizować to postanowienie. — Nasz burmistrz twierdzi, że pozawalaliście wasze kontrakty, bo 

nie macie odpowiedniej aparatury badawczej, coś takiego często przydarza się małym miastom, 

które  nie  prowadzą  pomiarów  komputerowych.  Ojcowie  Miasta  uważają,  że  jesteście  w  stanie 

wykonać tę robotę. 

—  Chwileczkę.  Nie  wszystko  naraz.  Powiedzmy,  że  pozbędziemy  się  Franka  i  dogadamy  z 

Amalfim. Czy wasi Ojcowie Miasta pomogliby nam jakoś w zorganizowaniu robót? 

Przyszła pora improwizacji, potem już musiał zacząć kłamać w żywe oczy. 

—  Jasne,  że  tak.  Najpierw  jednak  musielibyśmy  dostać  z  powrotem  naszych  ludzi:  Piggy'ego 

Kingston-Throopa i obie kobiety. 

Frad machnął niecierpliwie ręką w półmroku. 

—  Natychmiast.  To  jest  poza  wszelką  umową.  Widzisz  jednak,  Chris,  sprawa  jest  dosyć 

skomplikowana. Twoje miasto przyleciało tutaj wykonać robotę, w której my nawaliliśmy. Jeżeli 

mimo wszystko my  skończymy  pracę, ktoś odejdzie z pustymi rękami. Nie sądzę, żeby  Amalfi 

zgodził się na takie warunki. 

background image

— Jak dotąd nie postawił żadnych warunków. Wiesz chyba, Frad, jak wygląda nasz kontrakt z tą 

planetą.  Połowa  umowy  to  przeprowadzenie  robót,  które  wy  mieliście  wykonać.  Druga  to 

uwolnienie Argusa od 

Scranton. Jeżeli zaczniecie zachowywać się jak przyzwoite miasto, a nie jak pinklarz, otrzymamy 

część naszej zapłaty i to większą część całej sumy. Nasz burmistrz, oczywiście, wolałby załatwić 

sprawę sposobem, a nie na drodze zbrojnej, bo jeśli dojdzie do walki, obie strony będą musiały 

płacić za wyrządzone szkody. Dobrze mówię, prawda? 

—  Hmm,  chyba  tak.  Nie  wyzywaj  nas  od  pinklarzy,  bo  się  wścieknę.  Zasłużyliśmy  na  to 

przezwisko, ale tak czy owak doprowadza mnie to do szału. Albo będziemy ze sobą rozmawiać 

jak równy z równym, albo nie 

rozmawiamy wcale. 

— Przepraszam, nie mam specjalnego rozeznania w tych 

sprawach.  Gdyby  Amalfi  miał  wybór,  przysłałby  tu  kogoś  lepiej  zorientowanego.  Nie  było 

jednak nikogo poza mną. 

—  Już  dobrze.  Jestem  rozdrażniony  i  tyle.  Czeka  nas  rozwiązanie  jeszcze  jednego  problemu, 

mianowicie:  osadników.  Nie  zaufają  nam  tylko  dlatego,  że  usuniemy  Franka.  Osadnicy  nie 

orientują się, że coś z nim jest nie tak, więc nie będą mieli powodów, żeby uwierzyć następnemu 

menażerowi Scranton. Jeżeli  mamy odzyskać kontrakt na prace górnicze,  Amalfi  będzie  musiał 

złożyć za nas poręczenie. Myślisz, że by się na to zgodził? 

Chris  zabrnął  już  o  wiele  dalej,  niż  pozwalała  uczciwość.  Poczuł  nagle,  że  nie  powinien  dalej 

posuwać kłamstw i spekulacji. 

— Nie wiem, Frad. Nigdy z nim o tym  nie rozmawiałem. Przypuszczam, że najpierw  musiałby 

spytać o zdanie Ojców Miasta. A ich odpowiedzi nigdy nie da się przewidzieć. 

Frad przysiadł na piętach i zaczął rozmyślać, rytmicznie uderzając pięścią w otwartą dłoń drugiej 

ręki. Przez chwilę zdawało się, że chciał o coś spytać, ale widocznie zmienił zamiar.— No cóż — 

odezwał  się  w  końcu  przytłumionym  głosem  —  wszystko  ma  swoje  wady  i  zalety.  Myślę,  że 

jednak  zaryzykujemy.  Będziesz  musiał  zostać  tutaj,  Chris.  Mogę  dać  po  łbie  Barneyowi  i 

Hugginsowi, ale z Frankiem będzie gorsza sprawa. Jeśli dojdzie do prawdziwej strzelaniny, może 

okazać  się  o  wiele  szybszy  ode  mnie.  W  dodatku  nie  będzie  sobie  zawracał  głowy  tym,  kto 

oberwie  przy  tej  okazji.  Jeśli  zamach  na  Franka  się  uda,  niebawem  przyjdę  po  ciebie.  Do tego 

czasu lepiej nie wystawiaj stąd nosa. 

background image

Chris  spodziewał  się  takiego  polecenia,  jednak  perspektywa,  że  kolejny  raz  będzie  czekał 

bezczynnie  i  przegapi  najciekawsze  wydarzenia,  wcale  go  nie  zachwyciła.  W  ostatniej  chwili 

przypomniał sobie o czymś. 

—  Zostanę  tutaj.  Ale,  Frad,  jeżeli  coś  zacznie  wyglądać  nie  tak,  nie  czekaj,  aż  będzie  po 

wszystkim. Daj mi znać, a ja spróbuję sprowadzić pomoc. 

—  Nno...  zgoda.  Lepiej  jednak,  żeby  nie  kręcił  się  tutaj  nikt  obcy.  Jeśli  ktokolwiek  w  tym 

mieście  nabierze  podejrzeń,  że  Nowy  Jork  macza  w  zamachu  palce,  nawet  ludzie,  którzy 

nienawidzą  Franka,  przejdą  z  powrotem  na  jego  stronę.  Wszyscy  tutaj  ostatnio  troszkę 

powariowaliśmy. — Podniósł się z ponurą miną. Sięgnął po latarkę. — Mam nadzieję, że masz 

sprawdzone informacje. Frank mi ufa. Jestem ostatnim człowiekiem, któremu ufa, dlatego wcale 

się nie palę do tej roboty. Sam nie wiem czemu, ale zawsze lubiłem Franka, chociaż od początku 

wiedziałem,  że  to  podła  gnida.  Niektórzy  mają  w  sobie  coś  takiego.  To  dla  mnie  żadna  frajda 

wsadzić  mu  nóż  w  plecy.  Musiał  się  tego  doigrać  prędzej  czy  później,  ale  nigdy  bym  się  nie 

podjął takiej roboty, gdybym tobie nie ufał bardziej niż jemu. 

Ruszył w stronę wylotu labiryntu. 

_ Dzięki, Frad. Powodzenia — powiedział Chris przez zaciśnięte gardło. — Siedź i nie ruszaj się 

stąd. Przyjdę po ciebie. 

Nie mógł siedzieć w swojej kryjówce bez przerwy, mimo to stracił wkrótce poczucie czasu. Jadł, 

kiedy  czuł  się  głodny  —  większość  zapasów  zniknęła,  ale  Frad  przeoczył  jeden  z  ukrytych 

pojemników — spał, ile tylko mógł. Czyli nie za wiele, bo dopiero teraz, w czasie bezczynności 

dopadły go niepokój i nerwy, które pogarszał brak jakichkolwiek wiadomości. 

W końcu doszedł do wniosku, że wszystko trwa zbyt długo. Nie był w stanie już zdrzemnąć się 

nawet  sekundę.  Nieustannie  oczekiwał,  że  dotrą  do  niego  odgłosy  walki  albo  pogłębiające  się 

buczenie da  mu znać, że Scranton kolejny raz unosi go w dal. Ciasne pomieszczenie zmieniało 

niepokój  w  istną  torturę. Pierwszy  szelest  w  labiryncie  poderwał  go  gwałtownie  na  nogi.  Chris 

rzuciłby się na oślep do ucieczki, gdyby miał dokąd. 

W  migotliwym  świetle  latarki  Frad  wyglądał  jak  upiór.  Na  twarzy  miał  kilkudniowy  zarost, 

spojrzenie błędne z wyczerpania. Oko zdobił mu potężny siniec. 

—- Wychodź — powiedział krótko. — Już jest prawie po wszystkim. 

background image

Chris wkroczył śladem Frada w półmrok magazynu, który wydawał mu się oślepiająco jasny po 

nieprzeniknionych  ciemnościach  kryjówki.  Potem  wyszli  na  światło  przedwieczornego  słońca, 

którego jasność była już całkiem nieznośna dla oczu. 

— Co stało się z Frankiem Lutzem? — spytał bez 

tchu. 

Frad zapatrzył się daleko przed siebie. Kiedy przemówił, w jego głosie nie było śladu emocji.— 

Pozbyliśmy się go. Wolałbym nie wracać do tej sprawy. 

— Co się teraz dzieje? — Chris pospiesznie zmienił temat. 

—  Trzeba  jeszcze  to  i  owo  uprzątnąć.  Przydałaby  się  nam  jakaś  pomoc.  Gdybyś  teraz  wezwał 

swoich przyjaciół, wpuścilibyśmy  ich do miasta pod warunkiem, że  Amalfi  nie posadzi nam  na 

karku całej brygady desantowej. 

— Przyśle tylko dwóch ludzi. Frad skinął głową. 

— Dwóch dobrych, uzbrojonych po zęby ludzi powinno dokończyć roboty w dzień czy dwa. — 

Machnął  ręką  na  przelatującą  taksówkę.  Kiedy  sadowiła  się  posłusznie  przy  krawężniku,  Chris 

wypatrzył  w  karoserii  kilka  dziur,  niewątpliwie  pochodzących  od  kuł.  Trudno  było  określić, 

kiedy zostały zrobione, ale Chris domyślał się, że nie mają więcej niż tydzień. — Zawiozę cię do 

radiostacji, tam ci się pewnie nieźle dostanie po uszach. Potem przystąpimy do negocjacji. 

Nadeszła  chwila,  której  Chris  bał  się  najbardziej.  Miał  się  wyspowiadać  ze  swoich  uczynków 

przed Andersenem i Amalfim, przyznać, co rozpętał i w co ich wszystkich wpakował. 

Nie miał złudzeń co do stanu swojego ducha. Trząsł się ze strachu. 

— No, wskakuj — ponaglił Frad. — Na co czekasz. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Audiencja 

 

Miastem  z  szacunku  dla  tradycji  administrowano  z  ratusza,  jednak  sterownia  znajdowała  się  w 

iglicy  Empire  State  Building.  Tutaj  też  Amalfi  przyjął  wszystkich  zebranych:  Chrisa,  Frada, 

sierżanta Andersena i Dulany

'

ego. Na czas alarmu nie ruszał się ani na krok z pomieszczenia — a 

alarm oficjalnie trwał nadal. 

Sterownia  zachwyciła  Chrisa.  Ściany  aż  po  sufit  wypełniały  ekrany,  zegary,  wykresy,  lampki 

sygnalizacyjne  i  dziesiątki  przyrządów,  których  Chris  nie  znał  nawet  z  nazwy.  Jednak  uwagę 

chłopca przykuwała przede wszystkim osoba samego burmistrza, Amalfi pogrążony był właśnie 

w rozmowie z Prądem, w związku z czym Chris miał okazję przyjrzeć mu się spokojnie. 

Mityczny Amalfi zaskoczył go swym wyglądem. Chris nie umiałby dokładnie powiedzieć, jak go 

sobie wyobrażał, z pewnością jednak myślał o szczupłym, barczystym mężczyźnie o heroicznych 

rysach,  tymczasem  zastał  niskiego,  pękatego  jegomościa  z  byczym  karkiem,  wielką  łysiną  i 

dłońmi ogromnymi jak bochny. Najdziwniej w tym wszystkim wyglądało cygaro, delikatnie, po 

kobiecemu trzymane w grubych paluchach. Burmistrz raz po raz zaciągał się z błogim wyrazem 

twarzy.  W  mieście  nikt  poza  nim  nie  miał  prawa  palić;  nie  wystarczało  miejsca  na  uprawę 

tytoniu.  W  tej  sytuacji  cygaro  było  czymś  więcej  niż  tylko  oznaką  piastowanej  godności;  jak 

śnieg  sprowadzany  z  gór  przez  rzymskich  cesarzy  było  symbolem  zamożności  miasta  i  Amalfi 

trzymał  je w palcach z pietyzmem,  bez cienia pazerności.  Miał dziwny  zwyczaj.  Kiedy  się  nad 

czymś zastanawiał, podnosił cygaro do oczu i studiował z taką miną, jakby rozżarzony koniuszek 

wyświetlał wszystkie jego myśli. 

— Jest problem z komputerami, ale to się da załatwić — zwrócił się do Frada. — Możemy wam 

pożyczyć  nasz  komputer-matkę  na  czas  potrzebny  mu  do  wykonania  własnej  repliki.  Kiedy 

będzie  gotowa,  włożycie  odpowiedni  program,  nafaszerujecie  danymi  i  będziecie  produkować 

sobie kolejnych Ojców Miasta. Tylu, ilu będzie wam trzeba... Myślę, że z jedna trzecia tego, co 

my  mamy,  wam  wystarczy...  Potrwa  to  z  dziesięć  lat.  Ten  czas  możecie  wykorzystać 

wprowadzając dane, ponieważ na początku będziecie mieli do czynienia z idiotą zdolnym jedynie 

do  operacji  logicznych.  Na  razie  badania  dotyczące  waszych  robót  będziemy  prowadzić  na 

naszych  komputerach.  Ufamy  ich  werdyktom,  a  Chris  twierdzi,  że  jest  pan  człowiekiem 

słownym, więc podżyrujemy wasz kontrakt z Argusem. 

background image

— Bardzo dziękujemy — oświadczył Frad. 

— Nie ma za co — zagrzmiał Amalfi. — Cała przyjemność po naszej stronie. Prawdę mówiąc, 

dostajemy  więcej  niż  dajemy,  bo  dzięki  wam  nauczyliśmy  się  czegoś  nowego.  Tym  samym 

wracamy do sprawy młodego awanturnika, pana deForda. — Odwrócił się gwałtownie w stronę 

Chrisa,  któremu  serce  uciekło  w  pięty.  —  Chyba  zdajesz  sobie  sprawę,  Chris,  że  wybiła  dla 

ciebie godzina zero? Kończysz osiemnaście lat. 

— Tak, proszę pana, zdaję sobie sprawę. 

— Otóż mam dla ciebie stanowisko, które chyba będzie ci odpowiadać. Od kiedy wspomniano 

mi o takiej możliwości, cały czas o tym myślę i mam wrażenie, że to byłoby coś dla ciebie. 

Chrisowi serce podskoczyło go gardła. Burmistrz obejrzał z uwagą własne cygaro. 

— Praca wymaga niecodziennej kombinacji wiedzy z przedsiębiorczością, wyobraźnią, odwagą, 

zdolnością  do  improwizacji  i  szybkich  rozwiązań  oraz  umiejętnością  błyskawicznej  oceny 

sytuacji.  Z  drugiej  strony  jednak  potrzebny  jest  instynkt  samozachowawczy,  dzięki  któremu 

najśmielsze  nawet  przedsięwzięcia  będą  prowadzone  w  sposób  gospodarujący  oszczędnie  lu-

dźmi, materiałami, pieniędzmi, czasem. Jaki zawód przychodzi ci na myśl? 

— GENERAŁ  —  odparli  niezwłocznie  Ojcowie 

Miasta. 

— Nic do was  mówię — ofuknął  ich  Amalfi. Był  niewątpliwie rozdrażniony, ale Chris odniósł 

wrażenie, że jest to raczej poza. 

— Chris? 

— No cóż, proszę pana, Ojcowie  mają rację. Trudno mi przysiąc, ale pewnie sam  bym doszedł 

do  podobnych  wniosków.  W  każdym  razie  wszyscy  wielcy  generałowie  odpowiadają  tej 

charakterystyce. 

— W porządku. Idźmy dalej. Chociaż wymagane są liczne uzdolnienia, jedno z nich wybija się 

na plan pierwszy; człowiek na tym stanowisku musi być pierwszorzędnym kulturoznawcą. 

Chris  poznał  ten  termin,  kiedy  przymusowo  faszerowano  go  Spenglerem.  Kulturoznawcą  był 

naukowcem  zdolnym  ocenić  etap  rozwoju  danej  kultury,  porównać  z  podobnymi  stadiami  w 

innych, a następnie nakreślić prognozy dotyczące reakcji przedstawicieli badanej społeczności na 

planowaną zmianę czy konkretne wydarzenie. Mało który generał miałby okazję zrobić użytek z 

takich umiejętności, o ile w ogóle znalazłby czas, żeby je rozwinąć. 

background image

— To, że posiadasz wymagane cechy charakteru z kulturoznawczymi predyspozycjami włącznie, 

widać  gołym  okiem.  Nie  są  to  cechy  obce  naturze  wędrowca  —  u  ciebie  jednak  występują  w 

stopniu ponadprzeciętnym. Naturalnie rozwinięcie uzdolnień będzie wymagało czasu i praktyki... 

ale czasu nie powinno ci zabraknąć. Ojcowie Miasta orzekli pięcioletni okres próbny. W służbach 

miejskich  nie  było  dotąd  takiej  funkcji,  jednak  bliższe  spojrzenie  na  Scranton  i  parę  miast, 

którym  się  lepiej  powiodło,  przekonuje  nas,  że  jest  to  funkcja  pożyteczna.  Czy  przyjmujesz 

stanowisko? 

Chris poczuł szum w uszach. W głowie zakręciło mu się z dumy i oszołomienia. 

— Pan wybaczy... O jaką funkcję chodzi? 

— Funkcję menażera miasta. 

Chris wlepił wzrok w sierżanta Andersona, ale jego opiekun wydawał się równie zaskoczony jak 

on.  Po  chwili  jednak  z  grobową  miną  mrugnął  zachęcająco  do  Chrisa.  Chris  zaniemówił;  mógł 

tylko skinąć głową. Był to jedyny gest w jego repertuarze służbowym, na jaki chwilowo było go 

stać. 

—  Znakomicie.  Ojcowie  Miasta  przewidzieli  twoją  zgodę,  więc  w  śniadaniu  dostałeś  już 

pierwszą dawkę leków. Witamy w szeregach obywateli, panie deFord. 

Nawet w tak podniosłej chwili  myśli Chrisa szybowały  daleko od Nowego Jorku. Rozmyślał o 

rzeczywistych powodach, dla których pragnął żyć jak najdłużej: nadziei, że przyjdzie taki dzień, 

kiedy jakimś cudem uda mu się wrócić do domu. Nie przyszło mu nigdy do głowy, że kiedy ta 

chwila nastąpi, może nie odnaleźć ani bliskich 

miejsc, ani osób. Już teraz, tak w przestrzeni, jak w sercu, między nim a Ziemią wyrastał mur nie 

do przebycia. 

„Dom"  przestał  być  dla  niego  tym  samym,  czym  był  w  przeszłości.  Wywalczył  długie  życie, 

któremu  przypisana  była  nowa  lojalność  i  nowe  zobowiązania.  Nie  czekało  go  wieczne 

dzieciństwo na Ziemi, lecz życie pośród gwiazd. 

Z trudem oprzytomniał. 

— Co będzie z Piggym? — zainteresował się. — Rozmawiałem z nim w drodze powrotnej. Mam 

wrażenie, że wiele zrozumiał. 

—  Za  późno  —  oświadczył  Amalfi  z  surową  niewzruszonością.  —  Sam  sobie  wypisał  bilet... 

bilet pasażerski. To prawda, że nie brak mu odwagi i przedsiębiorczości. Niestety w najgorszym 

wydaniu, a w dodatku nie popartych ani krytycyzmem, ani wyobraźnią. Te same pułapki zawsze 

background image

będą  czyhać  na  ciebie,  Chris;  na  tym  polega  jedno  z  niebezpieczeństw  związane  z  twoim 

stanowiskiem. Warto, żebyś o tym pamiętał. 

Chris  skinął  głową,  ale  ostrzeżenie  burmistrza  nie  było  w  stanie  zepsuć  mu  humoru,  bo  oto 

nadeszła  najdonioślejsza  chwila  w  jego  życiu  —  chwila,  kiedy  Frad  Haskins,  nowy  menażer 

Scranton, potrząsnął jego dłonią. 

— Musimy omówić służbowe sprawy, kolego — oświadczył dobitnie.