background image

JAMES BLISH 
 
BĘDĄ MI ŚWIECIĆ GWIAZDY 
 
And death shall have no dominion 
Dead men naked they shall be one 
With the man in the wind and the west moon; 
When their bones are picked clean and the 
clean bones gone, 
They shall have stars at elbow andfoot... 
A śmierć utraci swoją władzę. 
Nadzy umarli będą jednym 
Z człowiekiem pod zachodnim księżycem i w wietrze; 
Gdy spróchnieją ich kości do czysta obrane 
Będą im świecić gwiazdy u łokcia i stopy... * 
DYLAN THOMAS 
* Przekład Stanisław Barańczak, w: Dylan Thomas, „ 
wybrane", Kraków 1974. 
„...W czasie gdy cywilizacja Wegi znajdowała się 
u szczytu potęgi politycznej i militarnej, a jej przywód- 
cy nie dopuszczali myśli o jakimkolwiek osłabieniu swej 
uprzywilejowanej pozycji, w zakątku Wszechświata tliła 
się iskra nowego życia. Czytelnik powinien pamiętać, iż 
w owym czasie nikt nawet nie słyszał o Ziemi ani o jej 
Słońcu, które dla astronomów było po prostu jedną 
z wielu nie nazwanych gwiazd typu Go, rozmieszczonych 
w konstelacji Smoka. Istnieje możliwość — choć mało 
prawdopodobna — że mieszkańcy Wegi wiedzieli o czy- 
nionych przez Ziemian próbach lotów kosmicznych już 
przed wypadkami opisanymi w niniejszej pracy, lecz nie 
przywiązywali do tego najmniejszej wagi. Chodziło wyłą- 
cznie o lokalne podróże międzyplanetarne; Ziemia nie 
brała wówczas czynnego udziału w dziejach Galaktyki. 
Nikt nie przypuszczał, iż Ziemianie w krótkim czasie 
dokonają dwóch wiekopomnych odkryć, które wyniosą ich 
statki w głąb przestrzeni. Gdyby rząd Wegi przypuszczał, 
że Ziemia zostanie sukcesorem stworzonej przez niego 
potęgi, bez wątpienia podjąłby odpowiednie kroki zapobiegawcze. Stało się 
inaczej, a to zdecydowanie potwierdza przypuszczenia, że nikt nie miał pojęcia, 
co zaszło na Ziemi..." 
ACREFF-MONALES 
„Droga Mleczna: Pięć portretów kulturowych" 
 

 

 
KSIĘGA PIERWSZA 
PRELUDIUM: Waszyngton 
Nie wierzymy, aby istniała grupa ludzi zdolnych do formułowa- 
nia wniosków bez podjęcia szczegółowych badań i nie posiadających 
choćby odrobiny krytycyzmu. Mamy całkowitą pewność, że jedyną 
metodą eliminacji błędów jest ich rozpoznanie, a jedyną metodą 
rozpoznania błędu jest niczym nie skrępowana dociekliwość. 
J. ROBERT OPPENHEIMER 
Kiedy patrzył w tamtą stronę, tańczące na ścianach 
cienie migotały niczym postacie ludzkie, pospiesznie 
znikające w niewidocznych drzwiach. Nic więc dziwnego, 
że mimo przytłaczającego zmęczenia był coraz bardziej 
zdenerwowany. Chciał zażądać, by doktor Corsi wygasił 
ogień, lecz po chwili zrezygnował z tego zamiaru, tylko 
nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w pomarańczowe 
płomienie. Zmrużył oczy, bo żar bijący z paleniska 
lekko przypiekał mu policzki i rozgrzanym powiewem 

background image

wdzierał się w głąb piersi. 
Siedzący obok Corsi poruszył się niespokojnie. Senator 
Wagoner miał wrażenie, że jego własne ciało przybiera 
na wadze i coraz głębiej zapada się w miękkie poduszki 
sofy. Czuł się krańcowo wyczerpany, senny, ciężki 
niczym głaz i stary, chociaż ukończył dopiero czterdziesty 
ósmy rok życia. Minionego dnia nie mógł zaliczyć do 
udanych; w Waszyngtonie krążyło powiedzenie, że „dob- 
ry dzień to ten, który uda ci się przespać". 
Corsi był niegdyś dyrektorem Głównego Biura Nor- 
malizacyjnego i członkiem zarządu Światowej Organizacji 
Zdrowia, a obecnie piastował funkcję prezesa Amerykań- 
skiego Towarzystwa Rozwoju Nauk (określanego w Wa- 
szyngtonie jako „lewoskrzydłowe ATRN"). Choć dwa- 
dzieścia lat starszy od Wagonera, nadal tryskał energią 
i żywotnością. 
— Zdajesz sobie sprawę, że nasze spotkanie jest 
czymś wyjątkowym —powiedział cichym, szeleszczącym 
głosem. — Nie przyjechałbym do Waszyngtonu, gdybym 
nie zdawał sobie sprawy, że interes ATRN tego wymaga. 
Nie po tym, jak zostałem potraktowany przez MacHi- 
nery'ego. Nie jestem politykiem, a jednak wciąż odnoszę 
wrażenie, że przyszło mi egzystować w ogromnym 
akwarium z napisem „piranie". Zresztą... i tak wiesz, 
o co mi chodzi. 
— Wiem. — Senator skinął głową. Cienie skoczyły 
w przód i zniknęły. — Przez cały czas jestem śledzony. 
Tajniacy MacHinery'ego wciąż usiłują znaleźć na mnie 
jakiś haczyk. Mimo to musiałem z tobą porozmawiać, 
Seppi. Odkąd zostałem powołany na stanowisko prze- 
wodniczącego komisji, dokładałem wszelkich starań, by 
w pełni zrozumieć treść przedstawianych mi dokumen- 
tów. Niestety, nie jestem naukowcem i mam ograniczony 
zasób wiedzy. Nie chcę zadawać pytań swoim współ- 
pracownikom, bo to najlepszy sposób powstawania 
przecieków, które docierają wprost do MacHinery'ego. 
— Najtrafniejsza definicja eksperta rządowego, jaką 
ostatnio słyszałem — skonstatował cierpko Corsi. — 
„Człowiek, któremu nie wolno zadawać istotnych pytań". 
— Lub taki, który uzależnia treść odpowiedzi od 
oczekiwań swego rozmówcy — z ciężkim westchnieniem 
dodał Wagoner. — Zauważyłem. Nie myśl, że życie 
senatora to bułka z masłem. Już nieraz marzyłem, aby 
wyjechać na Alaskę. Na wyspie Kodiak mam chałupkę, 
gdzie mogę cieszyć oczy blaskiem ognia i nie zastanawiać 
się, czy pobliski cień nie kryje ponurego faceta z notat- 
nikiem... Lecz dość próżnych żali. Mam zamiar kierować 
komisją tak dobrze, jak tylko potrafię... 
— ...co w zupełności powinno wystarczyć — nieocze- 
kiwanie wtrącił Corsi. Wyjął z dłoni Wagoner a kieliszek 
z połyskującą resztką bursztynowego płynu i sięgnął po 
butelkę. W powietrzu rozszedł się ciężki, aromatyczny 
zapach alkoholu. — Wierz mi, Bliss, gdy po raz pierwszy 
usłyszałem, że kierownictwo Komisji Połączonych Izb 
Kongresu do Spraw Badań Przestrzeni Kosmicznej 
powierzono nowo mianowanemu senatorowi, który do 
czasu wyborów był jedynie dziennikarzem... 
— Seppi, proszę —jęknął Wagoner, robiąc przesadnie 
zbolałą minę. — Konsultantem do spraw stosunków 
międzyludzkich. 
— Jak wolisz. Tak czy owak, zacząłem podejrzewać, że 

background image

coś tu śmierdzi. Żaden „zasłużony" polityk nie poparłby 
nowicjusza, gdyby sam miał ochotę na stanowisko szefa 
komisji. Fakt, że stało się inaczej, wystawia nie najlepszą 
ocenę obecnemu Kongresowi. I możesz mi wierzyć, że 
każde słowo, które kiedyś wypowiedziałem, będzie prędzej 
czy później wykorzystane przeciwko tobie. Ja, dzięki Bogu, 
mam to już za sobą. Dziś mogę przyznać, że oceniałem cię 
zbyt pochopnie. Wykonałeś kawał niezłej roboty i sporo się 
nauczyłeś. Bez wątpienia zdajesz sobie sprawę, że przycho- 
dząc do mnie po radę, podcinasz gałąź, na której siedzisz. 
Na Boga, w takiej sytuacji nie potrafię ci odmówić pomocy. 
Gwałtownym ruchem wyciągnął napełniony kieliszek 
w stronę senatora. 
— Wszystko, co przed chwilą powiedziałem, dotyczy 
wyłącznie ciebie — dodał. — Za żadne skarby nie 
zgodzę się na rozmowę z innym przestawicielem rządu... 
chyba że na prośbę ATRN. 
— Wiem, Seppi. Niestety, to także część naszych 
kłopotów. W każdym razie, dziękuję. — Wagoner 
delikatnie zamieszał koniak. — Zdradź mi, co twoim 
zdaniem wstrzymuje rozwój komunikacji międzyplane- 
tarnej? 
— Armia — burknął Corsi. 
— Zgoda, lecz musi być coś jeszcze. Coś o wiele 
poważniejszego. Oddziały Służby Kosmicznej są pod- 
porządkowane zazdrosnym, zidiociałym i skłóconym 
dowódcom, lecz dawniej bywało gorzej. Co najmniej pół 
tuzina rządowych agencji pracowało nad przygotowa- 
niami do pierwszych lotów. Biuro meteo, marynarka 
wojenna, twoje stowarzyszenie, sztab sił powietrznych 
i tak dalej... Przejrzałem stos dokumentów z tamtych 
czasów. Program przewidujący umieszczenie satelity na 
orbicie okołoziemskiej został ogłoszony przez Stuarta 
Symingtona już w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwar- 
tym roku, a pierwszy pojazd kosmiczny pilotowany 
przez człowieka został wystrzelony dopiero w tysiąc 
dziewięćset sześćdziesiątym drugim, kiedy całość prac 
znalazła się pod jurysdykcją wojskową. Każdy projekt 
był zawieszony już w fazie wstępnej, ponieważ oficerowie 
co chwila zmieniali szczegóły, mając na względzie wyłącz- 
nie korzyści osobiste. Teraz przynajmniej podróżu- 
je m y w kosmosie. 
Niestety, od dłuższego czasu obserwujemy radykalne 
pogorszenie sytuacji. Gdyby rozwój lotów przebiegał 
prawidłowo, monopol wojska już dawno by zniknął. 
Brakuje statków handlowych; nikt nie wpadł na pomysł, 
aby utworzyć niewielką, lecz ekskluzywną linię pasażer- 
ską, przeznaczoną dla ludzi, którzy chętnie zapłacą 
ciężkie pieniądze za możliwość zwiedzenia kilku ponu- 
rych miejsc i spędzenia kilku tygodni w niezbyt dużej 
kabinie. — Parsknął krótkim, niewesołym śmiechem. — 
Przypomniał mi się opis polowań na lisy, popularnych 
w Anglii jakieś sto lat temu. To chyba Oscar Wilde 
powiedział: „pościg niemoty za niejadalnym". 
— Nie uważasz, że jest zbyt wcześnie na takie pomys- 
ły? — spytał Corsi. 
— Wcześnie? Nic podobnego. Mamy rok dwa tysiące 
trzynasty. Pozwól, że wspomnę jeszcze o paru sprawach. 
Dlaczego od piętnastu lat nie podjęto żadnej poważnej 
ekspedycji naukowej? Byłem przekonany, że z chwilą 
odkrycia dziesiątej planety naszego układu, Prozerpiny, 

background image

jakiś uniwersytet czy fundacja zechce podjąć odpowiednie 
badania jej powierzchni. W pobliżu znajduje się spory 
księżyc, na którym można urządzić całkiem przyzwoitą 
bazę i nie ma co mówić o złych warunkach pogodowych, 
bo słońce jest tak daleko, że na zdjęciach przypomina 
zwykłą gwiazdę... i tak dalej. Prawdziwy raj dla naukow- 
ców. Znajdź milionera pochłoniętego pasją odkrywcy... 
najlepiej takiego, jak stary Hale... tudzież dobrego 
organizatora przypominającego Byrda, a nie będziesz 
musiał zbyt długo czekać na to, żeby powstała „Proser- 
pine II". Tymczasem eksploracja kosmosu została prze- 
rwana tuż po zakończeniu budowy stacji „Titan". 
Dlaczego? — Przez chwilę wpatrywał się w płomienie. — 
Powstaje pytanie o przyszłość nauki, Seppi — dodał. — 
Brakuje inwencji. Nic się nie dzieje. 
— Pamiętam raport przesłany niedawno przez chłop- 
ców z „Titana"... — zaczął Corsi. 
— Dotyczący ksenobakteriologii. Oczywiście. Ale to 
nie ma nic wspólnego z rozwojem lotów! Nie ma wpływu 
ani na zwiększenie ich atrakcyjności, ani na poprawę 
komunikacji. Szczerze mówiąc, ci faceci nie są zaitereso- 
wani wprowadzeniem żadnych zmian. Pozwól, że posłużę 
się prostym przykładem: wciąż używamy rakiet o napę- 
dzie jonowym, opartym na wykorzystaniu stosu atomo- 
wego. System działa, wprowadzono kilka pomniejszych 
innowacji, lecz zasadniczy projekt został opracowany 
przez Couplinga w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym 
czwartym! Pomyśl, Seppi, przez pół wieku nikt nie 
wymyślił nowego silnika! A kadłub? Przecież to kon- 
strukcja von Brauna, jeszcze starsza niż pomysły Coup- 
linga. Czy naprawdę nie można opracować lepszego 
rozwiązania? W dokumentach komisji nie ma na ten 
temat nawet najmniejszej wzmianki. 
— Jesteś pewien, że potrafisz odróżnić mało znaczącą 
modyfikację od istotnych zmian konstrukcyjnych? 
— Sam osądź — mruknął ponuro Wagoner. — Ostat- 
nio dużo mówiło się o nowej, eliptycznie skręconej 
sprężynie, umieszczanej w oparciach siedzeń. Przejrzałem 
kilka raportów. Piloci twierdzą, że „ulepszone" fotele 
przypominają worki ziemniaków. Pomysł prawdopodob- 
nie już wkrótce pójdzie do lamusa. Oczywiście w ścisłej 
tajemnicy. 
— Jeszcze jedna tajemnica, o której nie powinienem 
nic wiedzieć — westchnął Corsi. — Na szczęście, nie 
będę miał kłopotów, żeby o wszystkim zapomnieć. 
— Słuchaj dalej. Pojawił się nowy pojemnik na wodę. 
Wykonany z cienkiej blachy aluminiowej, przypomina 
dużą tubę pasty do zębów i daje się zwijać, co umożliwia 
picie nawet w warunkach nieważkości. 
— Przecież błona z tworzywa sztucznego, uginająca 
się pod wpływem ciśnienia atmosferycznego, byłaby 
dużo poręczniejsza, lżejsza... 
— Masz rację. Aluminiowych tub używano dotychczas 
do przechowywania żywności. Jedyną nowością jest to, że 
wysunięto propozycję, aby magazynować w nich wodę. 
Pomysł wyszedł od przedstawiciela firm., CanAm Metals, 
przy silnym poparciu ze strony kilku senatorów z Zachod- 
niego Wybrzeża. Możesz się domyślać mojej reakcji. 
— Mam wrażenie, że wkrótce zaczniesz dryfować... 
— Póki co, staram się wykorzystać resztki wiatru — 
odparł Wagoner. — Zyskałem całkowitą pewność, że 

background image

obecna struktura badań nad lotami kosmicznymi przypo- 
mina zardzewiałą, przeładowaną pracownikami i rozpa- 
dającą się wieżę wiertniczą stojącą na jałowym gruncie. 
Co gorsza, ów grunt także zaczyna się kruszyć. Dziś nasze 
statki powinny być smukłe, szybkie i zdolne do przenosze- 
nia większych ładunków. Trzeba coś zrobić z tą przeklętą 
dychotomią, która oddziela pojazdy zdolne wylądo- 
wać na planecie od rakiet szybujących w przestrzeni! 
Przede wszystkim musimy pomyśleć o wykorzystaniu 
odkrytych planet. Nie chodzi mi o badania naukowe; 
mówię o kolonizacji. Od wielu lat nie padło na ten temat 
ani jedno słowo, a w miarę upływu czasu nasze szansę 
maleją. Niezwykle trudno przekonać Kongres o realnej 
przydatności prac nad eksploracją kosmosu. Głównym 
powodem jest krótkowzroczność: przedstawiciele Izby 
Reprezentantów stają do wyborów co dwa lata, senato- 
rowie co sześć... więc nic dziwnego, że żaden z nich nie 
snuje perspektywicznych planów. Jesteś zdania, że powin- 
niśmy choćby pobieżnie wyjaśnić im program naszych 
działań? Nie wolno! Ściśle tajne! 
Wiesz, Seppi... być może przemawia przeze mnie 
ignorancja, lecz pamiętaj, że w wielu sprawach jestem 
laikiem. I jako laik uważam, że trzeba przystąpić do 
działania. Znaleźć choćby słaby punkt zaczepienia, 
wiodący nas ku lotom międzygwiezdnym. Sporządzić 
model — nawet tak prymitywny i odległy od rzeczywis- 
tych wymagań jak rakieta wypełniona fajerwerkami 
porównywana z silnikiem Couplinga — lecz widoczny. 
Do tej pory tkwimy w punkcie wyjścia. Zapomnieliśmy 
0 gwiazdach. Wszyscy moi rozmówcy byli przekonani, 
że znajdują się poza naszym zasięgiem. 
Corsi wstał i wolnym krokiem zbliżył się do okna. 
Stanął plecami do pokoju i sprawiał wrażenie, jakby 
chciał przebić wzrokiem szczelnie zaciągnięte zasłony 
1 spojrzeć na opustoszałą ulicę. 
Wagoner zbyt długo wpatrywał się w ogień, więc dla 
jego oczu sylwetka mężczyzny stała się jeszcze jednym 
cieniem wypełniającym pokój. W ciągu minionych sześciu 
miesięcy wielokrotnie przychodziło mu na myśl, że 
Corsi woli pozostawać na uboczu, bo na dobre pogodził 
się z opinią człowieka „niegodnego zaufania". Po raz 
kolejny przypomniał sobie wszystkie pomówienia i plot- 
ki, które ciasną siecią oplątywały starego naukowca. 
Podstawieni świadkowie bez twarzy i tożsamości, napast- 
liwe artykuły, których przybyło w gazetach zwłaszcza 
wówczas, gdy ktoś przypomniał sobie, że podczas stu- 
diów Corsi dzielił pokój z kolegą podejrzanym o przy- 
należność do YPSL. Ludzie MacHinery'ego wywlekli 
całą sprawę na forum Senatu, plotek zaczęło przybywać, 
podobnie jak listów rozpoczynających się słowami: 
„Drogi doktorze Corsetz, ty świnio" i podpisanych: 
„Prawdziwy Amerykanin". Nie każdy potrafił stawić 
czoło zmasowanej nagonce, nawet jeśli miał poparcie 
większości kolegów. 
— Cieszę się, że nie jestem pierwszym, który wyrazi 
podobną opinię — powiedział fizyk, odwracając twarz 
od okna. — Choć nie należę do konserwatywnych 
naukowców, nie wierzę, że dotrzemy do gwiazd, Bliss. 
Ludzie żyją zbyt krótko, by stworzyć rasę kosmicznych 
wędrowców. Nie można przekroczyć prędkości światła, 
więc marzenia o lotach międzygwiezdnych są równie 

background image

nierealne jak przypuszczenie, że ćma może pokonać 
Atlantyk. Przykro mi o tym mówić, ale chciałeś usłyszeć 
moje zdanie. 
Wagoner w milczeniu skinął głową. Prawdę powie- 
dziawszy, był zadowolony, że Corsi w ogóle zdecydował 
się na odpowiedź. 
Fizyk sięgnął po swój kieliszek. 
— Oczywiście, loty międzyplanetarne to cał- 
kiem inna para kaloszy — dodał. — Zgadzam się 
z tobą, że już dawno powinniśmy przystąpić do konkret- 
nego działania. Od dłuższego czasu podejrzewałem, że 
coś tu śmierdzi, a twoja dzisiejsza wizyta w pełni 
potwierdziła moje przypuszczenia. 
— Dlaczego tak się dzieje? — spytał Wagoner. 
— Hmmm... Prawdopodobnie dlatego, że stanęliśmy 
przed problemem, wobec którego nauka jest bezsilna. 
— Co takiego?! Wybacz, Seppi, lecz brzmi to niczym 
oświadczenie arcybiskupa, że chrześcijaństwo okazało 
się niewypałem. Co chciałeś przez to powiedzieć? 
Corsi uśmiechnął się kwaśno. 
— Przyznaję, czasem mam skłonności do dramaty- 
zowania. Chciałem powiedzieć, że... nauka zabrnęła 
w ślepą uliczkę. Rozwój badań jest uzależniony od 
swobodnego przepływu informacji. Żaden z pracowni- 
ków mojego wydziału — w czasach, gdy był to jeszcze 
mój wydział — nie miał pojęcia, nad czym pracują inni. 
Nie wiedzieliśmy nawet, czy ktoś prócz nas próbuje 
rozwiązać to samo zagadnienie. Wyniki eksperymentów 
nagminnie opatrywano pieczątką „tajne", ponieważ 
w ten sposób wielu badaczy zyskiwało podwójne zabez- 
pieczenie — nie tylko przed inwigilacją Rosjan, lecz także 
przed wścibstwem członków rządu. Niestety, bez dostępu 
do odpowiednich danych naukowe metody działań nie 
dają rezultatów. 
Poza tym sprawa kompetencji. Najsłynniejsi nauko- 
wcy — co prawda, jest ich zaledwie kilku — są tak 
skrępowani ciągłą „ochroną" i podejrzeniami, które 
towarzyszą ich działaniom, że potrzebują wielu lat, by 
rozwiązać najmniejszy problem. Jeśli zaś chodzi o pozo- 
stałych... no cóż, nawet w Biurze Normalizacyjnym 
przeważali trzeciorzędni pracownicy. Niektórzy byli 
całkiem mili i oddani swej profesji, ale mieli niewiele 
odwagi, a jeszcze mniej wyobraźni. Ich działalność 
opierała się na rutynowym powielaniu utartych schema- 
tów, toteż każdego roku mieli coraz mniej do pokazania. 
— Wszystko, co przed chwilą powiedziałeś, jak ulał 
pasuje do sytuacji, która panuje w komisji badań nad 
rozwojem lotów — stwierdził Wagoner. — Lecz nadal 
nie rozumiem właściwej przyczyny. Co stoi na prze- 
szkodzie, aby nauka zachowała swą dynamikę? Nawet 
praca trzeciorzędnych naukowców jest jakąś formą 
działania. Dlaczego po wielu latach nieprzerwanych 
sukcesów nastąpił kryzys? 
— Duże znaczenie ma upływ czasu — powiedział 
posępnie Corsi. — Musisz pamiętać, że tak zwana 
metoda naukowa nie ma nic wspólnego z prawami 
natury. Nie istnieje w przyrodzie; jest wyłącznie produk- 
tem naszej inteligencji. Prędzej czy później musiała stać 
się reliktem przeszłości, podobnie jak soryt, paradygmat 
i sylogizm. Działała skutecznie tylko wówczas, gdy 
w zasięgu ręki mieliśmy zbiór tysięcy faktów, które 

background image

mogliśmy sklasyfikować i opisać. Prędkość spadania 
kamienia, kolejność barw tęczy... Im bardziej zagłębialiś- 
my się w świat abstrakcji... w świat rzeczy niepoliczal- 
nych, niewidocznych gołym okiem i niemożliwych do 
zmierzenia... tym droższe i dłuższe stawały się wszelkie 
badania. 
Gdy doszliśmy do punktu, w którym przeprowadzenie 
pojedynczego doświadczenia wiązało się z wydaniem 
kilku milionów dolarów, nie pozostawało nam nic 
innego, jak zwrócić się o pomoc do rządu. A politycy 
wolą korzystać z usług trzeciorzędnych naukowców, 
którym nie w głowie śmiałe, lecz niezbyt pewne eks- 
perymenty. Skutki są widoczne na każdym kroku: 
jałowość, stagnacja, wtórność. 
— Cóż zatem pozostaje? — spytał Wagoner. — W ja- 
kim kierunku powinny iść dalsze działania? Znam cię 
wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że nie lubisz ustę- 
pować bez walki. 
— Nie — odparł Corsi. —Tym razem także nie mam 
zamiaru się poddać, choć nie potrafię zmienić sytuacji. 
Pamiętaj, że zostałem zepchnięty na bok... z czego raczej 
powinienem się cieszyć. — Umilkł, po czym spytał nie- 
oczekiwanie: — Nie ma żadnych szans, aby rząd cał- 
kowicie zlikwidował istniejący system bezpieczeństwa? 
— Całkowicie? 
— Tylko wtedy będzie można liczyć na sukces. 
— Nie — powiedział Wagoner. — Obawiam się, że 
to niemożliwe. Nie zlikwiduje go. Nawet częściowo. 
Corsi usiadł i pochylił się lekko, opierając dłonie na 
kościstych kolanach. Przez chwilę wpatrywał się w przy- 
gasające węgle. 
— Mogę udzielić ci dwóch rad, Bliss. Zresztą... obie 
stanowią strony tego samego medalu. Po pierwsze, 
musisz jak najszybciej zrezygnować z multimilionowych 
badań, choćby takich jak program „Manhattan". Nie 
potrzebujemy ulepszonych metod pomiaru ruchów cząs- 
teczek. Potrzebujemy nowych śladów, nowych obszarów 
wiedzy. Gigantyczny program doświadczeń jest pomyłką. 
Powinniśmy skupić się wyłącznie na dociekaniach teore- 
tycznych. 
— Moich podopiecznych? 
— Wszystko jedno. To właśnie druga część rady. Na 
twoim miejscu poszedłbym nawet do wariatkowa. 
Wagoner milczał. Wiedział, że Corsi dla wzmocnienia 
efektu często używa przesadnych określeń. Cierpliwie 
czekał na wyjaśnienia. 
— Oczywiście, nie mam na myśli zupełnych waria- 
tów — dodał fizyk. — Decyzja, jak daleko się posunąć, 
należy wyłącznie do ciebie. Musisz znaleźć cichych 
współpracowników: naukowców cieszących się dobrą 
opinią i takich, których wywody nie powodują zbytniego 
wrzenia w środowisku. Przypomnij sobie starą teorię 
prądów magnetycznych Ehrenhafta lub kosmologię 
Milne'a. Szukaj czegoś, co będziesz mógł spożytkować. 
Przejrzyj odrzucone pomysły i zastanów się, czy na- 
prawdę należało je odrzucić. A najważniejsze: nigdy 
nie wierz pierwszemu „ekspertowi", który wygłosi swą 
opinię. 
— Innymi słowy, mam szukać szczęścia. 
— To jedyne, co możesz zrobić — odparł Corsi. — 
Szansę są co prawda niewielkie, ponieważ i tak nie uda 

background image

ci się legalnie skorzystać z pomocy naukowców. Musisz 
rozmawiać z hobbystami, dziwakami i wszelkiego ro- 
dzaju pomyleńcami. 
— Od czego zacząć? 
— Hmmm... — mruknął Corsi. — Może od siły 
ciążenia? Nie znam kwestii, która spowodowałaby 
więcej idiotycznych spekulacji. Szczerze mówiąc, żadna 
sensowna teoria nie pasuje do naszych celów. Do 
wyniesienia na orbitę statku kosmicznego nie da się 
wykorzystać grawitacji. Wśród uczonych wciąż brak 
zgodności na temat samej istoty zjawiska. Lata kosz- 
townych doświadczeń nie przyniosły oczekiwanych 
rezultatów, a najnowsze przepisy zahamowały jakikol- 
wiek postęp. 
Wagoner wstał. 
— Nie dajesz mi zbyt wielkiego wyboru — powiedział 
ze smutkiem. 
— Nie — zgodził się Corsi. — Zostawiam cię w pun- 
kcie wyjścia. To i tak dużo, jak na dzisiejsze czasy. 
Wagoner uśmiechnął się gorzko. Podali sobie dłonie. 
W progu senator odwrócił głowę. Corsi siedział plecami 
do drzwi, wpatrując się w ogień. Gdzieś w oddali rozległ 
się huk, ściany ambasady stojącej po przeciwnej stronie 
ulicy odpowiedziały stłumionym echem. Nie było w tym 
nic nadzwyczajnego: prawdopodobnie któryś z setek 
bezimiennych snajperów, jacy krążyli po Waszyngtonie, 
strzelił do obcego agenta, policjanta lub po prostu do 
cienia. 
Corsi nawet nie drgnął. Wagoner cicho zamknął drzwi. 
W drodze do domu był nadal śledzony, lecz nie 
zwracał na to uwagi. Myślał o nieśmiertelnym człowieku 
wędrującym z gwiazdy na gwiazdę szybciej od światła. 
ROZDZIAŁ PIERWSZY: Nowy Jork 
We współczesnych środkach masowego przekazu (...) popula- 
ryzacja nauki została sprowadzona do formy rozrywki. Zamiast 
rzetelnej wiedzy otrzymujemy zgrabnie skrojoną biografię boha- 
terskiego naukowca, który w kulminacyjnej scenie z okrzykiem 
„Eureka!" unosi probówkę ku niczym nie osłoniętej żarówce 
oświetlającej ponure laboratorium. 
GERARD PIEL 
Przez sekretariat koncernu Jno. Pfitzner & Sons 
przewijał się imponujący tłum znakomitości ze świata 
polityki i nauki. Pułkownik Paige Russell, który już 
ponad półtorej godziny zajmował wciąż to samo miejsce 
w fotelu, skracał sobie czas oczekiwania obserwowaniem 
mijających go dostojników. Oto senator Bliss Wagoner 
z Partii Demokratycznej, reprezentant Alaski, przewod- 
niczący Komsji Połączonych Izb Kongresu do Spraw 
Badań Przestrzeni Kosmicznej; doktor Giuseppi Corsi, 
prezes Amerykańskiego Towarzystwa Rozwoju Nauk 
i były członek zarządu Światowej Organizacji Zdrowia; 
oraz Francis Xavier MacHinery, dziedziczny szef Fede- 
ralnego Biura Śledczego. 
Pojawiło się także kilku notabli mniejszego kalibru, 
których obecność w firmie produkującej komponenty 
biologiczne stanowiła swoistą zagadkę. Paige wiercił się 
nerwowo na swoim miejscu. 
Siedząca za biurkiem dziewczyna właśnie rozmawiała 
półgłosem z jakimś generałem. Naramienniki oficera 
były ozdobione siedmioma gwiazdkami, co świadczyło 
o tym, że ich właściciel dotarł niemal na szczyt wojskowej 

background image

kariery. Nie zauważył salutującego Russella, lecz z za- 
aferowaną miną spoglądał w kierunku szklanych drzwi 
wiodących do innych pomieszczeń budynku. Błyszcząca 
tafla uchyliła się nieco i Paige dostrzegł krępego, ciem- 
nowłosego mężczyznę w tradycyjnym urzędowym gar- 
niturze. Twarz nieznajomego zdobił równie tradycyjny 
urzędowy uśmiech. 
— Cieszę się, że pan przyszedł, generale Horsefield. 
Proszę do gabinetu. 
Generał zniknął za drzwiami. Paige westchnął i po raz 
nie wiadomo który wlepił wzrok w wiszący nad wejściem 
napis wykonany czarnymi gotyckimi literami. 
2Btber ben lob tst Ictn ftrautlem geroacljsen! 
Ponieważ nie rozumiał po niemiecku, usiłował dopa- 
sować angielskie słowa o podobnym brzmieniu i ułożyć 
wszystko w logiczną całość. Wyszło mu zdanie: „Grubsza 
ropucha wecuje krowie sałatę", co nie miało nic wspól- 
nego ani z kulinarnymi upodobaniami obu zwierząt, ani 
tym bardziej z dyscypliną pracy. 
Oczywiście mógł także obserwować sekretarkę, lecz już 
po godzinie stwierdził, że nie odczuwa początkowego 
podniecenia. Dziewczyna była dość ładna, choć nie 
błyszczała olśniewającą urodą nawet w oczach astronauty 
powracającego z długotrwałej podróży. Może gdyby 
zdjąć jej te śmieszne okulary w ciemnej drucianej oprawce 
24 
LATAJĄCt MIA&IA 
i rozpuścić upięte w kok włosy dałoby się z nią wy- 
trzymać przy lampie naftowej w igloo podczas szalejącej 
śnieżycy. 
Paige zamyślił się. Farmaceutyczna firma Pfitznerów 
była wystarczająco bogata, by zatrudniać najpiękniejsze 
dziewczęta ubiegające się o pracę sekretarki. Z drugiej 
jednak strony stanowiła tylko niewielką część koncernu 
A.O. LeFevre et Cie, w skład którego wchodziły tak 
potężne zakłady jak LeFevre's Consolidated Welfare 
Service oraz Peacock Carnera and Chemicals. Została 
przyłączona stosunkowo niedawno, po wielu głośnych 
sporach i wprowadzeniu poprawek do ustawy antytrus- 
towej. 
Tak czy owak, Paige powoli tracił cierpliwość. Nie 
dość, że przyszedł tutaj na specjalne zaproszenie i zgodził 
się wyświadczyć pewną przysługę, to jeszcze marnował 
wolny czas na bezczynnym siedzeniu w poczekalni. 
Zdecydowanym ruchem podniósł się z fotela i podszedł 
do biurka. 
— Bardzo panią przepraszam — powiedział — ale 
waszym pracownikom najwyraźniej brakuje znajomości 
elementarnych zasad dobrego wychowania. Zaczynam 
uważać, że robi się tu ze mnie durnia. Czy ktoś ma 
zamiar odebrać wreszcie tę przesyłkę? 
Odpiął kieszeń na prawej piersi i wyjął trzy niewielkie, 
przezroczyste paczuszki przymocowane do plastikowych 
plakietek adresowych opatrzonych napisem „Jno. Pfltz- 
ner & Sons, div. A.O. LeFevre et Cie, the Bronx 153, 
WPO 249920, Ziemia" oraz nie ostemplowanymi znacz- 
kami poczty kosmicznej o nominalnej wartości dwu- 
dziestu pięciu dolarów, za które zapłacił z własnych 
zasobów finansowych. Każde zawiniątko zawierało nie- 
wielką ilość szarego pyłu. 
— Jest mi niezmiernie przykro, pułkowniku Rus- 

background image

sell — odpowiedziała dziewczyna, mierząc go poważnym 
spojrzeniem. Z daleka prezentowała się znacznie lepiej. 
Miała zalotnie zadarty nosek i pełne, karminowe usta, 
o wiele ładniejsze niż większość aktorek występujących 
w programach stereowizji. — Z całą pewnością potrzebu- 
jemy tych próbek. Inaczej nie prosilibyśmy pana o ich 
zdobycie. Niestety, dziś panuje gorączkowa atmosfera... 
— Więc dlaczego nie mam komu ich przekazać? 
— Mógłby pan zostawić przesyłkę u mnie — za- 
proponowała łagodnie. — Dopilnuję, żeby trafiła we 
właściwe ręce. 
Paige potrząsnął głową. 
— Nie. To nie wchodzi w rachubę. Skrupulatnie 
wypełniłem waszą prośbę, a teraz chcę zobaczyć rezul- 
taty. Pobierałem próbki gruntu na każdej planecie, 
nawet jeśli sprawiało mi to sporo kłopotów. Niemal 
wszystkie wysłałem pocztą; ostatnie przywiozłem osobiś- 
cie. Czy wie pani, skąd pochodzą te grudki pyłu? 
— Przepraszam, zapomniałam. Tyle miałam pracy... 
— Dwie są z Ganimeda, trzecia z Jupitera V. Wprost 
z cienia rzucanego przez konstrukcję powstającego 
Mostu. Normalna temperatura na każdym z księżyców 
wynosi ponad sto stopni poniżej zera. Czy wie pani, co 
to znaczy zdobyć pokruszony kawałek skały w takich 
warunkach? Nie mówiąc już o tym, że należy pracować 
w skafandrze próżniowym. A jednak przywiozłem te 
próbki. Teraz chciałbym wiedzieć, do czego były Pfitz- 
nerom potrzebne. 
Dziewczyna wzruszyła ramionami. 
— Jestem pewna, że przed odlotem z Ziemi otrzymał 
pan wszelkie wyjaśnienia. 
— Powiedzmy. Wiem, że używacie minerałów do 
sporządzania lekarstw, lecz chciałbym dowiedzieć się 
czegoś więcej o samym procesie produkcji. Co będzie, 
 
jeśli któraś z tych próbek okaże się prawdziwą żyłą złota 
i w laboratoriach Pfitznera powstanie nowy, cudowny lek 
na wszelkie dolegliwości? Chciałbym kiedyś pochwalić się 
przed wnukami, że miałem w tym swój udział. 
W uchylonych drzwiach ukazała się ugrzeczniona 
twarz krępego mężczyzny. 
— Annę, czy przyszedł już doktor Abbott? 
— Jeszcze nie, panie Gunn. Zawiadomię pana natych- 
miast, gdy się pojawi. 
— Jestem pewien, że nie każecie mi czekać następnych 
dziewięćdziesięciu minut w sekretariacie — mruknął 
cierpko Paige. 
Gunn odwrócił głowę w jego stronę. Zerknął na orła 
zdobiącego kołnierzyk munduru i zatrzymał wzrok na 
uskrzydlonym emblemacie na lewej piersi astronauty. 
— Bardzo pana przepraszam, pułkowniku, lecz do- 
padł nas niewielki kryzys — powiedział z przymilnym 
uśmiechem. — Rozumiem, że przywiózł pan kilka 
próbek. Jeśli byłby pan łaskaw odwiedzić nas jutro, 
chętnie poświęcę panu nieograniczoną ilość czasu. Lecz 
teraz... 
Poruszył głową niczym drewniana kukułka, która 
właśnie odkukała północ i postanowiła kolejną godzinę 
spędzić we wnętrzu zegara. Nim zdążył zamknąć drzwi, 
w głębi budynku rozległ się stłumiony hałas. Paige bez 
trudu rozpoznał źródło dźwięku. 

background image

Gdzieś w laboratorium firmy Jno. Pfitzner & Sons 
płakało dziecko. 
Russell zamrugał oczami. Nadstawił uszu, lecz kwilenie 
ustało. Spojrzał w stronę biurka. Na twarzy sekretarki 
pojawił się wyraz ostrożnej czujności. 
— Chyba nie proszę o zbyt wiele — odezwał się 
Paige. — Nie chcę wiedzieć o niczym, o czym nie 
powinienem. Usiłuję jedynie ustalić, w jaki sposób 
wykorzystacie efekt mojej pracy. Kieruje mną zwykła 
ciekawość... co prawda poparta milionami kilometrów 
spędzonych w kosmosie. Podstawowe pytanie brzmi: 
czy warto było się trudzić? 
— I tak, i nie — ze spokojem odparła dziewczyna. — 
Dostarczone przez pana próbki są niezwykle interesujące, 
ponieważ do tej pory nie mieliśmy okazji badać pyłu 
pochodzącego z rejonu Jowisza. Niestety, nie ma żadnej 
gwarancji, że się do czegoś przydadzą. 
— Żadnej? 
— Żadnej. Pułkowniku Russell, nie jest pan jedynym 
astronautą, którego poprosiliśmy o współpracę, choć 
bez wątpienia pierwszym, który przywiózł coś spoza 
orbity Marsa. Prawdę powiedziawszy, tylko sześć osób, 
łącznie z panem, pokusiło się o zebranie próbek w miejs- 
cach leżących od Ziemi dalej niż Księżyc. Lecz błędem 
byłoby sądzić, że działalność naszej firmy ogranicza się 
wyłącznie do tak szczególnych przypadków. Niemal 
każdy pilot, każdy misjonarz Wyznawców, każdy komi- 
wojażer, robotnik czy dziennikarz powracający z podróży 
dostarcza nam pewną ilość materiału laboratoryjnego. 
Zanim odkryliśmy askomycynę, poddaliśmy badaniom 
sto tysięcy próbek, w tym kilkaset pochodzących 
z Marsa i pięć tysięcy z Księżyca. I wie pan, gdzie był 
organizm wytwarzający askomycynę? W dawno przej- 
rzałej brzoskwini, zabranej ze straganu przekupnia 
handlującego na rynku w Baltimore! 
— Rozumiem — z niechęcią odparł Paige. — A co to 
jest askomycyna? 
Dziewczyna wbiła wzrok w biurko. Starannie przesu- 
nęła czystą kartkę papieru. 
— To nowy antybiotyk — powiedziała. — Niedługo 
zostanie wprowadzony do sprzedaży. Niemal identyczną 
historię mogę opowiedzieć panu o innych lekarstwach. 
— Rozumiem — powtórzył Paige, choć nie był zupeł- 
nie pewien, czy mówi prawdę. 
W ciągu wielomiesięcznej' podróży słyszał nazwę „Pfitz- 
ner" od rozmaitych dziwnych osób, co nasuwało podejrze- 
nia, że co trzeci mieszkaniec Ziemi aktywnie uczestniczy 
w pracach firmy lub przynajmniej zna kogoś, kto zajmuje 
się zbieraniem próbek. Pokątna plotka, którą wielu 
uważało za najpewniejsze źródło informacji, głosiła, że 
chodzi o zamówienia rządowe. Nie było w tym nic 
nadzwyczajnego, zwłaszcza w okresie zwanym Wiekiem 
Defensywy, lecz Paige dowiedział się wystarczająco dużo, 
by przypuszczać, że kontrakt Pfitznera dotyczy naprawdę 
wielkiego... i ściśle tajnego projektu. 
Zza drzwi wysunął się podekscytowany Gunn. 
— Jeszcze go nie ma? — rzucił w stronę dziewczy- 
ny. — Pewnie nie przyjdzie. To niedobrze. — Spojrzał na 
Paige'a. — Skoro zyskałem chwilę czasu, pułkowniku... 
— Russell. Paige Russell. Korpus Sił Kosmicznych. 
— Oczywiście. Bardzo mi miło. Jeśli zechce pan 

background image

przyjąć moje przeprosiny, z radością oprowadzę pana po 
naszym małym laboratorium. Och... prawda, nazywam się 
Harold Gunn. Jestem wiceprezesem do spraw eksportu. 
— Tym razem chodzi raczej o import — powiedział 
Paige, podając mu pakieciki wypełnione pyłem. Gunn 
z należnym szacunkiem wsunął je do kieszeni. 
— Ale z przyjemnością obejrzę pańskie królestwo — 
dodał oficer. 
Skinął głową dziewczynie i w towarzystwie Gunna 
opuścił sekretariat. 
Wnętrze budynku okazało się tak interesujące, jak 
tego oczekiwał. Gunn najpierw zaprowadził Paige'a do 
pomieszczeń, gdzie dostarczane próbki poddawano szcze- 
gółowej klasyfikacji i kierowano do odpowiednich dzia- 
łów laboratorium. W pierwszym pokoju jeden z pracow- 
ników wrzucił właśnie starannie odmierzoną ilość pyłu 
do litrowego naczynia wypełnionego wodą destylowaną, 
dokładnie zamieszał, po czym przystąpił do serii do- 
świadczeń. W końcu wprowadził po parę kropel zawie- 
siny do kilku probówek wypełnionych różnymi glonami, 
a następnie wstawił szkło do inkubatora. 
— W następnym laboratorium... Niestety, doktor 
Aąuino gdzieś wyszedł, więc nie wolno nam niczego 
dotykać... przenosimy próbki organiczne na inny rodzaj 
pożywki — wyjaśniał Gunn. — Proszę spojrzeć przez 
szkło. Każda kultura wzrasta oddzielnie, więc jeśli kryje 
w sobie coś interesującego, materiał do dalszych badań 
nie jest zanieczyszczony. 
— Ten „materiał" musi być bardzo maleńki — za- 
uważył Paige. — W jaki sposób prowadzicie poszu- 
kiwania? 
— Bezpośrednio, poprzez obserwację poszczególnych 
reakcji. Zechce pan rzucić okiem na stojące tu naczynia. 
W każdym znajduje się kółeczko z białego papieru, od 
którego odchodzą cztery niewielkie rowki. Jeśli we 
wszystkich rowkach następuje niczym nie powstrzymany 
rozwój zaszczepionych kolonii bakterii, to znaczy, że 
próbka, którą nasączony jest papier, nie zawiera anty- 
biotyku. Jeżeli jakaś kolonia wymiera lub ulega mutacji, 
zaczyna świtać nadzieja, że trafiliśmy na właściwą 
substancję. 
Odkryte w ten sposób antybiotyki przenoszono do 
przyległego pomieszczenia, gdzie badano ich skuteczność 
w walce z organizmami chorobotwórczymi. Gunn stwier- 
dził, że niemal dziewięćdziesiąt procent próbek zostaje 
odrzucone, ponieważ nie wykazuje wystarczającej ak- 
tywności lub reaguje w podobny sposób jak inne, znane 
już wcześniej preparaty. 
— Określenie „wystarczającej aktywności" wiąże się 
z wieloma czynnikami — dodał. — Każdy antybiotyk, 
który choć w najmniejszym stopniu oddziałuje na prątki 
gruźlicy lub choroby Hansena, czyli trądu, jest dla nas 
niezwykle cenny, nawet jeśli zachowuje się obojętnie 
wobec innych wirusów. 
Produkujące antybiotyki organizmy, które przebrnęły 
przez kolejny etap testów, trafiały do miniaturowej 
cieplarni, gdzie fermentowały w głębokich pojemnikach. 
Z bulgoczącej masy sporządzano odpowiedni wyciąg, 
oczyszczano go, a następnie przekazywano do laborato- 
rium farmakologicznego w celu przeprowadzenia do- 
świadczeń na zwierzętach. 

background image

— Tu także utraciliśmy szereg obiecujących oka- 
zów — powiedział Gunn. — Większość z nich była zbyt 
toksyczna. Tysiące razy niszczyliśmy prątki Hansena, 
lecz w w końcu okazywało się, że preparat powodował 
śmierć szybciej niż postępująca choroba. Z chwilą gdy 
zyskujemy całkowitą pewność, że antybiotyk nie zawiera 
substancji toksycznych, kierujemy farmaceutyk do leka- 
rzy i szpitali na badania kliniczne. Doświadczenia 
w walce z chorobami wirusowymi, takimi jak grypa czy 
zapalenie wątroby, prowadzimy w laboratorium w Ver- 
mont; Bronx jest zbyt przeludniony, by ryzykować 
niebezpieczeństwo epidemii. 
— Nie przypuszczałem, że wasze badania są tak 
skomplikowane — oświadczył Paige. — Choć chyba 
warto się trudzić, gdy w grę wchodzi zdrowie... Czy 
wszystkie metody wymyślono w tutejszym ośrodku? 
— Nie... skądże... — odparł Gunn z pobłażliwym 
uśmiechem. — Główne założenia zostały opracowane 
kilkadziesiąt lat temu przez odkrywcę streptomycyny, 
Waksmana. Nie jesteśmy nawet pierwsi, jeśli chodzi 
o ich wykorzystanie na skalę przemysłową. Początek 
zrobiła jedna z konkurencyjnych firm farmaceutycznych, 
która już po roku eksperymentów wprowadziła do 
sprzedaży chloramphenicol, antybiotyk o bardzo szero- 
kim zastosowaniu. To przekonało nawet najbardziej 
zagorzałych niedowiarków, że jeśli chcą utrzymać się na 
rynku, powinni czym prędzej zmienić dotychczasowy 
tryb prowadzenia badań. Pomysł okazał się trafny; 
w przeciwnym przypadku nigdy nie doszłoby do odkrycia 
tetracykliny, która w chwili obecnej jest jednym z naj- 
częściej stosowanych leków. 
Ktoś otworzył drzwi w końcu korytarza. Rozległ się 
głośniejszy niż za pierwszym razem płacz dziecka. Nie 
było to pochlipywanie rocznego brzdąca, lecz chrapliwy 
wrzask noworodka. 
Paige uniósł brwi. 
— Któreś z doświadczalnych zwierząt? — spytał 
domyślnie. 
— Cha, cha — roześmiał się Gunn. — Przyznaję, 
jesteśmy głęboko zaangażowani w naszą działalność, 
lecz nie do tego stopnia, by prowadzić eksperymenty na 
niemowlętach. Nie... Jedna z naszych laborantek nie 
mogła znaleźć odpowiedniej opiekunki, więc otrzymała 
zezwolenie, aby przez jakiś czas zabierać dziecko do 
pracy. 
Paige musiał przyznać, że jego rozmówca wykazał się 
znakomitym refleksem. Wyjaśnienie nosiło wszelkie 
cechy prawdopodobieństwa i zostało wygłoszone z lekką 
nonszalancją, jakby rzeczywiście chodziło o mało ważną 
sprawę. Gunn nie mógł przewidzieć, że w ciągu pięciu 
lat małżeństwa, zakończonego zresztą rozwodem z chwilą 
rozpoczęcia czynnej służby w przestrzeni kosmicznej, 
Paige zyskał wystarczającą wiedzę, aby bez trudu rozpo- 
znać charakterystyczny krzyk dziecka urodzonego zaled- 
wie przed kilkoma godzinami i wymagającego troskliwej 
opieki pielęgniarki. 
— Nie sądzi pan, że wypełnione rozmaitymi bak- 
teriami i truciznami laboratorium to raczej niebezpieczne 
miejsce dla małego człowieka? 
— Podjęliśmy wszelkie środki ostrożności. Warto 
wspomnieć, że absencja chorobowa wśród naszej załogi 

background image

jest o wiele mniejsza niż w innych zakładach produkcyj- 
nych podobnej wielkości, ponieważ przywiązujemy dużą 
wagę do bezpieczeństwa pracy... Zbliżamy się do końca 
naszej wycieczki, pułkowniku Russell. Za tymi drzwiami 
znajduje się pomieszczenie, w którym przygotowujemy 
lekarstwa do sprzedaży i wysyłki. 
— Wprowadziliście już do produkcji askomycynę? 
Po tym pytaniu Gunn gwałtownie uniósł głowę i nie 
próbował ukryć zainteresowania. 
— Nie — odparł. — W dalszym ciągu znajduje się 
w fazie badań klinicznych. Czy mógłbym spytać, skąd 
pan wie... 
Nie wyjaśnił kłopotliwej kwestii, gdyż w tej samej 
chwili rozległ się nieco skrzekliwy głos zawieszonego na 
ścianie głośnika: 
— Panie Gunn, właśnie przybył doktor Abbott. 
Mężczyzna cofnął się od drzwi wiodących do hali 
produkcyjnej i skrzywił twarz w przepraszającym 
uśmiechu. 
— Niestety, będę musiał pana pożegnać, pułkowniku 
Russell — powiedział. — Na pewno pan zauważył, że 
dzisiaj zaszczyciło nas swą obecnością wiele ważnych 
osobistości. Czekaliśmy tylko na doktora Abbotta, by 
zacząć zebranie. Jeśli pan pozwoli... 
Paige'owi nie pozostawało nic innego, jak mruknąć 
„oczywiście". Gunn odprowadził go do sekretariatu. 
— Zaspokoił pan swoją ciekawość? — spytała siedzą- 
ca za biurkiem dziewczyna. 
— Chyba tak.., — z namysłem odparł Paige. — Choć 
w połowie wycieczki zmieniłem obiekt zainteresowań. 
Panno Annę... czy mógłbym dziś wieczór zaprosić panią 
na kolację? 
— Nie — odpowiedziała sekreterka. — Poznałam już 
kilku astronautów i nie mdleję na widok „przybysza 
z kosmosu". Poza tym myślę, że uzyskał pan już 
wszystkie informacje na temat działalności naszej firmy 
i nie widzę powodu, aby musiał pan marnować na mnie 
swój czas i pieniądze. Żegnam, pułkowniku Russell. 
— Nie tak szybko — zaoponował Paige. — Moje 
zaproszenie ma charakter całkowicie oficjalny. Skoro 
poznała pani innych astronautów, powinna pani wie- 
dzieć, że cenimy niezależność; nie należymy do konfor- 
mistów, którzy potrafią stąpać jedynie po twardo ubitej 
ziemi. Nie mam zamiaru pani oczarować. Potrzebuję 
kilku informacji. 
— Nic z tego — oświadczyła stanowczo. — Szkoda 
pańskiego zachodu. 
— Jest tutaj MacHinery. — Paige zniżył głos. — 
A także senator Wagoner i kilka innych wpływowych 
osób. Co będzie, jeśli do ich uszu dotrze wiadomość, że 
naukowcy z firmy Pfitzner przeprowadzają wiwisekcję 
na niemowlętach? 
Podziałało. Dziewczyna tak mocno zacisnęła dłonie, 
że pobielały jej palce. 
— Nie wiem, o czym pan mówi — wykrztusiła. 
— O denuncjacji. I proszę mi wierzyć, że traktuję tę 
sprawę całkiem serio. Mister Gunn usiłował zbagateli- 
zować niektóre poszlaki, lecz źle ocenił moją spostrzega- 
wczość. Zatem... — zawiesił znacząco głos. — Czy mam 
wystąpić z formalną skargą i doprowadzić do wszczęcia 
śledztwa, czy będzie pani na tyle miła, aby zjeść w moim 

background image

towarzystwie smakowitą fiądrę z niewielkim dodatkiem 
papryki? 
Obdarzyła go wściekłym spojrzeniem. Zdawała się 
dyszeć nienawiścią, co wcale nie wpływało korzystnie na 
jej urodę. Paige zachodził w głowę, co spowodowało, że 
właśnie jej zaproponował wspólną kolację. Według 
spisu ludności przeprowadzonego pod koniec dwa tysiące 
dziesiątego roku w Stanach Zjednoczonych mieszkało 
około pięciu milionów młodych, niezamężnych kobiet. 
Cztery miliony dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć 
tysięcy dziewięćset pięćdziesiąt miało na pewno więcej 
wrodzonego wdzięku i wewnętrznego ciepła. 
— Dobrze — odezwała się dziewczyna. — Pański 
urok jest wprost zniewalający, pułkowniku. To zresztą 
jedyny powód, dla którego zdecydowałam się przyjąć 
zaproszenie. Prawdę powiedziawszy, miałam ochotę 
odmówić i przekonać się, jak daleko pan zabrnie w opo- 
wiastce o wiwisekcji, lecz nie życzę sobie, aby moje 
nazwisko łączono z tak niesmacznym żartem. 
— Oczywiście — odparł Paige. Był nieco zawiedziony, 
że jego mały blef został tak prędko rozszyfrowany. — 
Wpadnę po panią... 
Przerwał na dźwięk głośnej rozmowy dobiegającej 
z korytarza. Po chwili do sekretariatu wpadł generał 
Horsefield. Gunn niemal deptał mu po piętach. 
— Chcę, żebyście raz na zawsze zapamiętali — huczał 
tubalnym głosem Horsefield — że cała operacja musi 
pozostać pod ścisłą kontrolą wojska. Na dalszą ocenę 
rezultatów przyjdzie czas później. W Pentagonie panuje 
opinia, że wasi naukowcy pogubili się w teoriach, zamiast 
solidnie zabrać się do pracy. Jeśli skarb państwa lub 
Kongres zajmą podobne stanowisko, będziecie skoń- 
czeni. Musicie wrócić do źródeł, Gunn. Do źródeł! 
— Wracamy do nich, na ile to możliwe. — Gunn 
mówił uprzejmie, lecz w jego głosie dało się wyczuć 
upór. — Ani jeden preparat nie zostaje skierowany do 
produkcji, jeśli nie jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani 
jego działaniem. Każda inna metoda byłaby równo- 
znaczna z samobójstwem. 
— Dobrze wiesz, że jestem po waszej stronie — odparł 
nieco łagodniej Horsefield. — Generał Alsos także. Lecz 
niezależnie od tego, co sądzi opinia publiczna, bierzemy 
udział w prawdziwej wojnie! A w tak delikatnej sprawie, 
jaką są środki odurzające, nie możemy... 
Gunn, który chwilę wcześniej dostrzegł Paige'a, zna- 
cząco zmarszczył brwi. Horsefield urwał w pół zdania, 
obrócił się na pięcie i groźnym spojrzeniem zmierzył 
intruza. Zapadła krępująca cisza. Gunn chrząknął i naj- 
wyraźniej zamierzał wypowiedzieć kilka uprzejmych 
banałów, lecz Paige nie miał ochoty tego słuchać — 
zwłaszcza po rozmowie z sekretarką. 
Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że Horsefield 
już na pierwszy rzut oka sklasyfikował przypadkowego 
słuchacza jako „osobę nie upoważnioną". Paige nie miał 
nic przeciwko temu, by konsternacja generała trwała 
nieco dłużej, zwłaszcza że wolał uniknąć zbyt natrętnych 
pytań o nazwisko i powód wizyty. Wymruczał pod 
adresem dziewczyny, „o ósmej" i pospiesznie opuścił 
budynek firmy. 
Paige z westchnieniem spojrzał w lusterko. Co mu 
strzeliło do głowy, by bawić się w detektywa? Po jaką 

background image

cholerę narażał się na różne drobne nieprzyjemności? 
Prawdę mówiąc, cała sprawa była mu całkowicie obojęt- 
na. Na pewno została objęta klauzulą „ściśle tajne" 
i każdy, kto próbował ją zgłębić, stawał się potencjalnym 
celem dla anonimowego snajpera. Zbytnia dociekliwość 
budziła podejrzenia zarówno na Zachodzie, jak i w Rosji, 
czyli w dwóch wielkich państwach wielonarodowoś- 
ciowych, które w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat 
doprowadziły pojęcie „bezpieczeństwa" do granic ab- 
surdu. Popełnił dużą nieostrożność, wspominając dziew- 
czynie o Moście powstającym w okolicach Jowisza. 
O budowie słyszeli wszyscy, lecz każdy, kto popisywał 
się swą wiedzą, zyskiwał opinię „niebezpiecznego gadu- 
ły". Paige był w szczególnej sytuacji, ponieważ podczas 
swej podróży nie tylko odwiedził teren prac, lecz także 
rozmawiał z robotnikami, pomagał w rozwiązaniu nie- 
których problemów i przeprowadził kilka narad z głów- 
nym inżynierem, niejakim Dillonem. Poza tym posiadał 
stopień oficerski i mógł ulec pokusie sprzedania paru 
poufnych informacji członkom Kongresu, co stanowiło 
doskonały sposób przyspieszenia kariery wojskowej. 
A przede wszystkim zauważono go, gdy węszył wokół 
nowego projektu, do którego miały dostęp jedynie 
nieliczne, starannie dobrane osoby. 
Z jakiego powodu podejmował tak duże ryzyko? Nie 
był biologiem, więc nic nie wiedział o prawdziwej istocie 
doświadczeń. W oczach laika prace prowadzone w labo- 
ratorium Pfitznera stanowiły po prostu część rutynowych 
badań nad nowym rodzajem antybiotyku. Dlaczego tak 
doświadczony astronauta jak Paige zachowywał się 
niczym ćma lecąca do światła? 
Wytarł policzki w papierowy ręcznik, aby usunąć 
resztki depilującego kremu do golenia i zamyślił się. 
Z wklęsłego lusterka spoglądały na niego duże sowie 
oczy. Lekko zniekształcona twarz nie potrafiła udzielić 
mu żadnej odpowiedzi. 
ROZDZIAŁ DRUGI: Jupiter V 
lir 
..Jmiałek zanurzający się w zakazanych obszarach wiedzy 
doznaje uczucia dziwnego podniecenia. Historia życia zanotowała 
kilka takich przypadków i właśnie za ich przyczyną zostaliśmy 
skazani na samotność. Otworzyliśmy całkiem nowe przejście — 
tunel kulturowy. Wędrujemy samotnie, a przed nami ciągnie się 
pusta przestrzeń. Świadomi własnej osobliwości spoglądamy na 
siebie mówiąc: „to nigdy nie może się powtórzyć". 
LOREN C. EISELEY 
Zabrzęczał alarm. Rozchwiana konstrukcja Mostu 
zgrzytała pod uderzeniami wyjącego wichru. Robert 
Helmuth czuwający w bazie Jupiter V nad postępem 
prac budowlanych zwykle nie zaprzątał sobie tym głowy. 
Most niemal bez przerwy był targany uderzeniami 
szalejącego nad całą planetą huraganu. 
Tym razem czujnik umieszczony na tablicy kontrolnej 
wskazywał, że w sektorze sto czternaście wystąpiły 
jakieś kłopoty. Wspomniany sektor znajdował się na 
północno-wschodnim krańcu estakady, gdzie metalowa 
krawędź zwisała w wirującej chmurze skrystalizowanych 
cząsteczek amoniaku i metanu, czterdzieści pięć ki- 
lometrów nad niewidoczną powierzchnią planety. Obszar 
nie był objęty polem widzenia ultrafonicznych „oczu", 
ponieważ oba końce Mostu nie zostały jeszcze ukoń- 

background image

czone. 
Robert Helmuth westchnął ciężko i uruchomił „chrzą- 
szcza". Niewielki pojazd, płaski niczym pluskwa, rozpo- 
czął powolną wędrówkę po dziesięciu wąskich szynach 
solidnie przymocowanych do dźwigarów. Strumienie 
wypełnionego wodorem powietrza z ogłuszającym świs- 
tem przemykały wąską szczeliną dzielącą spód wehikułu 
od nawierzchni Mostu, a krople amoniaku uderzały 
w lekko zaokrągloną pokrywę z hukiem przypominają- 
cym kanonadę. Z powodu ogromnej siły ciążenia panu- 
jącej na Jowiszu owe „drobiny" miały wagę pocisku 
artyleryjskiego, choć rozmiarami nie przekraczały wiel- 
kości zwykłej kropli wody. Częste wyładowania zalewały 
teren prac potokami mętnego, pomarańczowego światła. 
Most dygotał; towarzysząca każdej eksplozji fala ude- 
rzeniowa parła przez niewiarygodnie gęstą atmosferę 
niczym stalowy kadłub pancernika. 
Mimo to prace przebiegały bez większych przeszkód. 
Na uderzenia piorunów narażona była przede wszystkim 
skorupa planety. Ani budowie, ani tym bardziej Hel- 
muthowi nie groziło żadne poważne niebezpieczeństwo. 
Prawdę powiedziawszy, Helmuth w ogóle nie przeby- 
wał na Jowiszu — choć w miarę upływu czasu coraz 
trudniej przychodziło mu o tym pamiętać. Na Jowiszu 
nie było nikogo, kto mógłby usunąć poważną awarię. 
W ogóle nie było nikogo. Jedynie Most i maszyny, które 
stanowiły część jego konstrukcji. 
Most budował się sam. Ogromny, samotny i bezdusz- 
ny twór człowieka z wolna rosnący nad czarną otchłanią. 
Plan został opracowany niezwykle starannie, lecz 
Helmuth — obserwujący miejsce robót za pomocą 
skanerów umieszczonych na „chrząszczu" — nie był 
w stanie ocenić jego efektów. Trasa pojazdu wiodła 
środkiem przęsła, a ciemności i wiecznie szalejąca burza 
ograniczały widoczność do kilkudziesięciu metrów. Sze- 
rokość Mostu wynosiła siedemnaście kilometrów; wyso- 
kość — dla pracujących przy budowie równie abstrak- 
cyjna, co wysokość drapacza chmur dla spacerującej 
mrówki — czterdzieści pięć. Żaden dokument nie wspo- 
minał o długości, która przekroczyła już osiemdziesiąt 
pięć kilometrów i wciąż rosła... 
Toporny kolos wznoszony przy użyciu najnowocześ- 
niejszych metod, materiałów i narzędzi, których nigdy 
dotąd nie tknęła ludzka ręka. 
Wiele elementów projektu można było zrealizować 
wyłącznie na Jowiszu. Znaczna część Mostu została 
wykonana z lodu, substancji wręcz niezastąpionej przy 
ciśnieniu miliona atmosfer i temperaturze dochodzącej 
do minus siedemdziesięciu stopni Celsjusza, w której lita 
stal zmieniała się w miałki pył, aluminium zaś przybierało 
postać wiotkiej, prześwitującej materii pękającej pod 
najlżejszym dotknięciem. „Lód Cztery", gdyż takim 
terminem określano wodę zamarzniętą w warunkach 
panujących na Jowiszu, stanowił zwartą, nieprzezroczys- 
tą masę stosunkowo łatwą do formowania pod dużym 
naciskiem, lecz możliwą do skruszenia jedynie przy 
użyciu siły zdolnej obrócić w perzynę ziemskie miasto. 
Dla utrzymania ciągłości prac zużywano miliony mega- 
watów energii, ale w tym względzie planeta bez trudu 
zaspokajała wciąż rosnące potrzeby budowniczych. Wie- 
cznie wiejący wicher omiatał powierzchnię z szybkością 

background image

przekraczającą cztery tysiące kilometrów na godzinę 
i nic nie wskazywało na to, aby w ciągu najbliższych 
czterech miliardów lat miała nastąpić poprawa pogody. 
Zapas energii był w pełni wystarczający. 
Helmuth przypomniał sobie plotki mówiące o budowie 
kolejnych mostów na Saturnie, a później może i na 
Uranie. Chodziło wyłącznie o politykę. Tutejszy Most 
znajdował się niemal osiem tysięcy kilometrów poniżej 
widzialnej granicy atmosfery — co było nader szczęśliwą 
okolicznością, ponieważ w górnych warstwach atmosfery 
temperatura spadała o dalsze dwadzieścia cztery stop- 
nie — a już występowały drobne trudności w sprawnym 
funkcjonowaniu niektórych mechanizmów. Jeśli wierzyć 
odczytom radiosondy, powłoka gazów otulających Satur- 
na miała grubość dwustu siedemdziesięciu tysięcy kilo- 
metrów, a temperatura przy powierzchni wynosiła sto 
pięćdziesiąt stopni poniżej zera. W takich warunkach 
zamierały wszelkie maszyny, a lód stawał się twardszy 
od diamentu. 
Most na Uranie... 
Helmuth uważał, że Jowisz jest wystarczająco par- 
szywym miejscem. 
Automat zatrzymał „chrząszcza" na końcu Mostu. 
Helmuth nastawił „oczy" wehikułu na maksymalne 
powiększenie i ogarnął spojrzeniem najbliższą okolicę. 
Tuż przed sobą zobaczył ogromne kolumny. Ich 
wielkość wynikała z tego, że musiały utrzymać nie tylko 
całą budowlę, lecz także własny ciężar. Siła Grawitacji 
na Jowiszu dwuipółkrotnie przekraczała ziemską. 
Mimo gigantycznej masy plątanina dźwigarów, lin 
i połączeń bezustannie drżała, szarpana lodowatymi 
palcami wichru niczym olbrzymia harfa. Helmuth nie 
potrafił patrzeć bez lęku na rozdygotaną konstrukcję, 
choć z doświadczenia wiedział, że nie kryje w sobie 
żadnego niebezpieczeństwa. 
Odłączył automatycznego pilota i przeszedł na stero- 
wanie ręczne. Udało mu się przesunąć pojazd o kilka 
cali. Był dopiero w sektorze sto trzynastym, czujniki 
natomiast wskazywały wyraźnie, że prawdziwe źródło 
kłopotów znajduje się nieco dalej, a do granicy sektorów 
pozostało jeszcze piętnaście metrów. 
Niedobrze. Helmuth nerwowo potarł rudą brodę. Tym 
razem nie chodziło o zwykłe uczucie przygnębienia, jakie 
towarzyszyło mu zawsze podczas pracy na Moście. Powód 
alarmu musiał być poważny, skoro automat kierujący 
„chrząszczem" podjął decyzję o zatrzymaniu wehikułu. 
A może... Może doszło do awarii, której obawiał się 
każdy technik zajmujący miejsce w kabinie kontrolnej? 
Awarii niemożliwej do usunięcia przez maszyny? To 
oznaczałoby sromotną klęskę człowieka i konieczność 
rejterady z Jowisza. 
Zadziałał drugi system bezpieczeństwa; pojazd ponow- 
nie przywarł do szyn i zamarł w bezruchu. Helmuth 
z ponurą miną odciął dopływ energii do spirali mag- 
netycznej i wdusił kilka przycisków. „Chrząszcz" powoli 
wpełzł na teren zagrożenia. Niemal natychmiast prze- 
chylił się w lewo. Świst wiatru przybrał na sile: wskazów- 
ki potencjometru skoczyły do końca skali. Bezgłośny 
pisk ultradźwięków sprawił, że mężczyzna mocno zacis- 
nął zęby. Pojazd podskakiwał i łomotał o twardą 
nawierzchnię Mostu niczym rozszalała zabawka. 

background image

Wokół rozciągała się gruba pokrywa chmur. Grad 
bębnił w osłony skanerów. Światła „chrząszcza" nie 
potrafiły przebić ciemności dalej niż na kilka metrów. 
Czterdzieści pięć kilometrów niżej dudniła kanonada 
eksplozji wodorowych. Na powierzchni planety działo 
się coś szczególnego. Helmuth już dawno nie słyszał tak 
długiej serii wybuchów. 
Rozległ się ostry, głośny trzask i zza krawędzi Mostu 
strzeliły pomarańczowe płomienie, połyskujące na tle 
mrocznego nieba na kształt rozwianej grzywy ognistego 
rumaka. Mężczyzna odruchowo odsunął się od kon- 
solety, choć roziskrzony strumień miał niewiele wyższą 
temperaturę niż przenikliwy podmuch gazowego wichru 
i nie mógł uszkodzić lodowej konstrukcji. 
W nagłym rozbłysku Helmuth dostrzegł coś wśród 
poplątanych i rozedrganych cieni rysujących się na tle 
eksplozji. 
Koniec Mostu. Zniszczony. 
Mężczyzna cofnął „chrząszcza", mruknąwszy coś pod 
nosem. Płomień przygasł. Światło zniknęło, zanurzyło 
się w odległym o dziesiątki kilometrów wzburzonym 
morzu płynnego wodoru. Skaner zaklekotał z aprobatą, 
gdy pojazd wrócił do bezpiecznego sektora sto trzynaście. 
Helmuth obrócił kadłub wehikułu o sto osiemdziesiąt 
stopni. Na razie nie mógł zrobić nic więcej. Przebiegł 
wzrokiem panel sterowania, odnalazł niebieski klawisz 
z napisem „garaż", wcisnął go z furią, a potem 
zdjął hełm. 
Obraz Mostu zniknął. 
ROZDZIAŁ TRZECI: Nowy Jork 
Czy nie może się zdarzyć, że człowiek żyjący w cnocie po 
jednej stronie bolesnego padołu zapała potrzebą zgłębienia zasad 
innej wiary, wyznawanej przez równie cnotliwego mieszkańca 
drugiej strony? 
WILLIAM JAMES 
Annę Abbott, bo tak brzmiało jej pełne imię i nazwis- 
ko, wyglądała zaskakująco ładnie w letniej garsonce, do 
której przyczepiła niewielką broszkę w kształcie cząste- 
czki tetracycliny z syntetycznymi klejnotami imitującymi 
atomy. Paige zjawił się punktualnie i wygłosił kilka 
uprzejmych zdań, lecz jego towarzyszka nie przejawiała 
ochoty do dłuższej konwersacji. Astronauta zaklął w du- 
chu. Nigdy nie był ekspertem od prowadzenia pogawę- 
dek z kobietami, a panna Abbott aż nadto wyraźnie 
objawiała mu swoją niechęć. Postanowił nie silić się na 
gładkie słówka. 
Pięć minut później wszelka rozmowa i tak stała się 
niemożliwa. Droga do restauracji, którą wybrał Paige, 
wiodła przez Foley Sąuare, gdzie właśnie odbywała się 
religijna demonstracja Wyznawców. Wynajęta taksów- 
ka — nawiasem mówiąc, kosztowała go jedną czwartą 
pensji, gdyż napędzane benzyną limuzyny stanowiły 
luksus dostępny tylko nielicznym — niemal natychmiast 
utkwił w rozgadanym, skłębionym tłumie. 
Najgłośniejsze okrzyki dobiegały z dużego, plastiko- 
wego podestu. Megafony tak zniekształcały głos ka- 
płana, że trudno było rozróżnić poszczególne słowa. 
Wyznawcy krążyli wśród przechodniów, podtykając 
im pod nos mikrofony przenośnych magnetofonów 
oraz rozmaite książki, czasopisma, torby z fosfory- 
zującymi hasłami i kartki papieru, na których należało 

background image

spisać wyznanie grzechów. Wszelkie datki chowali do 
obszernych zielonych sakiewek. Co dziesięć metrów 
ulicę przecinały proste, czarne węże podłączone z nie- 
wielkimi sprężarkami. 
Samochód ruszył, lecz w tej samej chwili ktoś wcisnął 
wylot najbliższej rury i przez tylne okienko wpuścił do 
wnętrza rój tęczowych baniek. Każda z nich, pękając, 
wydzielała woń perfum — w tym roku Wyznawcy 
używali nowego aromatu o nazwie „Niebiańska roz- 
kosz" — i rozlegał się słodki głos: 
\ / \ / \ / 
-----Bracia----i-----Siostry---- 
/ N/N/ \ 
-----Czy-------widzieliście-----już-----Światłość? — 
/ Ks v V \ 
Paige bezskutecznie próbował rozpędzić natrętne bąb- 
le. Annę oparła się o poduszki siedzenia i z rozbawionym 
uśmiechem obserwowała jego wysiłki. Ostatnia bańka 
nie zawierała żadnego przesłania, lecz tylko zwiększoną 
dawkę pachnącego obłoku. Usta dziewczyny rozchyliły 
się lekko; perfumy były łagodnie działającym afrodyz- 
jakiem. Wyznawcy używali każdego środka perswazji, 
jaki nawinął im się pod rękę. 
Taksówkarz usiłował wyminąć kolejną grupę. Nagle 
samochód stanął. Nim Paige zdążył zareagować, cztery 
pajęcze ramiona zakończone wielopalczastymi dłońmi 
wywlekły szofera na asfalt i rzuciły go na kolana. 
— WSTYD! WSTYD! — zahuczał robot. — 
SPÓJRZ, JAK PRZYGNIATA CIĘ BRZEMIĘ GRZE- 
CHÓW! ŻAŁUJ, A BĘDZIE CI WYBACZONE! 
Obok samochodu pękła cienka szklana fiolka zawie- 
rająca gaz z syntetycznym narkotykiem. Nieszczęsnym 
kierowcą oraz zgomadzonymi wokół niego osobami — 
wśród których oczywiście przeważały kobiety — wstrząs- 
nął konwulsyjny szloch. 
— ŻAŁUJ! — zaintonował robot, przekrzykując 
chóralne „ach—achach—ach—ach—ch—ch" roz- 
brzmiewające w ciepłym powietrzu wieczoru. — ŻA- 
ŁUJ, GDYŻ WYZNACZONY CZAS JEST CORAZ 
BLIŻEJ! 
Paige przezwyciężył bezsensowne uczucie żalu, otarł 
łzy z policzka i wyskoczył na ulicę ze szczerym po- 
stanowieniem dania paru osobom w nos. Niestety, 
w polu widzenia nie było ani jednego żywego Wyznawcy. 
Członkowie sekty, choć w pełni zobowiązani do szerzenia 
po świecie Dobrej Nowiny, już wiele lat temu nauczyli 
się, że ich moralizatorskie zapędy nie wzbudzają po- 
wszechnej życzliwości, toteż wszędzie, gdzie mogli, wy- 
ręczali się automatami. 
Ich maszyny też się czegoś nauczyły. Robot, na 
którego ruszył Paige, posiadał wystarczająco dużo do- 
świadczenia, aby bez chwili wahania ustąpić pola. 
Zapewne miał zaprogramowany instynkt samozacho- 
wawczy. 
Uratowany taksówkarz energicznie wydmuchał nos, 
po czym powrócił na miejsce za kierownicą. Paige 
szczelnie pozamykał okna. Chór niezrozumiałych po- 
mruków, żywcem przypominający niektóre kompozycje 
Dmitri Tiomkina, z wolna cichł w oddali, lecz wciąż 
było słychać tubalny głos mechanicznego kaznodziei. 
— Powiadam wam — zawodził monotonnie niczym 

background image

hipopotamica czytająca melancholijny wiersz A.E. Hous- 
mana. — Powiadam wam, że świat i wszystkie jego 
przymioty zmierzają ku zagładzie. Szybkiej zagładzie. 
Człowiek, ogarnięty pychą, ważył się nawet gwiazdy 
ruszyć z odwiecznych posad, lecz gwiazdy nie są jego 
własnością i przyjdzie czas, gdy będzie musiał zapłacić 
za swe szaleństwo. Ach, marność nad marnościami 
i wszystko marność (Kaznodziei 1,2.)*. Nawet na 
potężnym Jowiszu człowiek wzniósł Most na wzór wieży 
Babel z czasów, gdy nierozumnie chciał sięgnąć Nieba. 
Lecz to także marność, świadectwo zuchwalstwa i buntu, 
które ściągnie na człowieka nieszczęście. Przetoż uczyńcie 
teraz wyznanie! (1 Ezdraszowa 10,11.). Niech wasza 
pycha obróci się w pokorę i niech zapanuje pokój. Niech 
zapanuje miłość i wzajemne zrozumienie. Powiadam 
wam... 
Entuzjastyczne pienia zgromadzonych na skwerze 
Wyznawców zagłuszyły dalszą część kazania. Samochód, 
w którym jechali Paige i Annę, wpadł w kolejną pułapkę. 
Oślepiająco różowy błysk. Gdy Paige odzyskał zdolność 
widzenia, taksówka zdawała się płynąć w powietrzu, 
otoczona dużą grupą trzepoczących skrzydłami aniołów. 
* Brzmienie tytułów ksiąg oraz następne cytaty z Biblii wg 
wydania: „Biblia Święta to jest całe Pismo Święte Starego i Nowego 
Testamentu z hebrajskiego i greckiego języka pilnie i wiernie prze- 
tłamaczona", Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, War- 
szawa 1964. 
Zza chmur dobiegały dźwięki vox humana wykonywane 
na organach Hammonda. 
Paige domyślił się, że Wyznawcy wykorzystali pulsaqę 
ponaddźwiękową i poddali szyby krótkotrwałej krys- 
talizacji, umożliwiającej projekcję trójwymiarowego na- 
grania, imitującego rzeczywistość za pomocą spolaryzo- 
wanych promieni ultrafioletowych. Zwykłe szkło niezbyt 
dobrze spełniało rolę ekranu i fruwające „anioły" co 
chwila zmieniały kolor. 
Zrozumienie modus operandi powstałej iluzji w niczym 
nie umniejszyło wściekłości astronauty. Na szczęście, 
kierowca zdążył poznać tę sztuczkę podczas ubieg- 
łorocznych obchodów Zmartwychwstania i pospiesznie 
dotknął jakiegoś przycisku. Cukierkowa scena zniknęła, 
hymn umilkł. Samochód wślizgnął się w powstałą w tłu- 
mie lukę; po chwili skwer został z tyłu. 
— Uff! — Paige z westchnieniem ulgi wyprostował 
się w fotelu. — Teraz rozumiem, dlaczego w każdym 
przesiębiorstwie taksówkowym zainstalowano automat 
przyjmujący polisy ubezpieczeniowe na czas przejazdu. 
Podczas poprzedniej wizyty na Ziemi nie widziałem tylu 
Wyznawców. 
— Co dziesiąty mieszkaniec planety jest członkiem 
sekty — odezwała się Annę. — A osiem osób na 
dziewięć pozostałych przyznaje się do podobnych po- 
glądów religijnych. W czasie ceremonii ku czci Zmart- 
wychwstania panuje taki ścisk, że trudno uwierzyć 
w alarmujące doniesienia o upadku wiary i wszelkich 
wartości. 
— Trochę się nad tym zastanawiałem — powiedział 
z namysłem Paige. W głębi serca był zadowolony, że 
rozmowa nabrała rzeczowego charakteru i że mimo woli 
udało mu się przełamać pierwsze lody. — Nie jestem 
religijny, ale wydaje mi się, że wiele osób błędnie 

background image

interpretuje słowo „wiara". Czy można nazwać wiarą 
hałaśliwe okrzyki Wyznawców? Ten skwer przypominał 
targowisko. Pompatyczne ceremonie, agresywność... to 
tylko pozory. Proszę mi pokazać choć jednego Wyznaw- 
cę postępującego ściśle w myśl głoszonych zasad. Praw- 
dziwa wiara jest częścią świata, w którym żyjemy, 
i z tego względu trudno ją zauważyć. Czasem nie ma nic 
wspólnego z religią. Matematycy twierdzą, że ich dzie- 
dzina jest oparta wyłącznie na wierze... 
— Moim zdaniem, raczej na przeciwieństwie wiary — 
wtrąciła Annę. Włączyła klimatyzację. — Czy ma pan 
jakieś doświadczenie w tym względzie, pułkowniku? 
— Owszem — odparł bez cienia urazy. — Nigdy nie 
dostałbym pozwolenia na lot poza orbitę Księżyca, 
gdybym nie znał tensorów. A ponieważ poważnie myślę 
o awansie, musiałem także zgłębić rachunek spinorowy. 
— Och — szepnęła dziewczyna. Wyglądała na za- 
skoczoną. — Przepraszam, że panu przerwałam. Proszę 
mówić dalej. 
— Przerwała pani we właściwym momencie. Źle 
wyraziłem swój punkt widzenia. Chciałem powiedzieć, 
że wielu matematyków w i e r z y we wzajemną zależność 
pomiędzy światem liczb a światem realnym. Oczywiście 
nie sposób tego udowodnić. Człowiek nie znający religii 
wierzy w istnienie otaczającej go rzeczywistości, gdyż 
nauczył się ufać własnym zmysłom, lecz także nie posiada 
dowodu na to, że jego doznania są prawdziwe. Ta wiara 
jest wspólna dla anonimowego przechodnia i najsłyn- 
niejszego naukowa. 
— A mimo to żaden z nich nie tworzy obrzędów i nie 
kształci kapłanów, którzy by głosili tę jego prawdę przez 
cały boży dzień — dodała Annę. 
— Zgadza się. W ten sam sposób „anonimowy prze- 
chodzień" był przekonany, że religia Zachodu ma ścisły, 
choć nieuchwytny związek z rzeczywistością. Dotyczyło 
to także teorii komunizmu, która nawiasem mówiąc, po 
raz pierwszy ujrzała światło dzienne właśnie na Za- 
chodzie. Niestety, wiara zniknęła, i podejrzewam, że 
nawet Wyznawcy głośnymi okrzykami usiłują pokryć 
uczucie pustki, jakie zagnieździło się w ich duszach 
i umysłach. A to oznacza, że autorzy alarmujących 
artykułów mają rację. Już dawno doszedłem do przeko- 
nania, że nie istnieje religia, w której mógłbym znaleźć 
oparcie. 
— Jesteśmy na miejscu — powiedział szofer. 
Paige pomógł dziewczynie wysiąść z samochodu, 
z pozornie beztroską miną opłacił słony rachunek 
i wszedł do restauracji. Od chwili gdy zasiedli przy 
stoliku, Annę nie odezwała się ani słowem. Mężczyzna 
¦powiódł wzrokiem po sali. Zaczął się zastanawiać, skąd 
ściągnąć grupę Wyznawców, by zyskać pretekst do 
dalszej rozmowy. 
— Poświęcił pan dużo uwagi sprawom wiary — nie- 
oczekiwanie przerwała milczenie. — Widocznie jest pan 
żywo zainteresowany tym tematem. Czy mogę spytać 
dlaczego? 
— Spróbuję to pani wyjaśnić — odparł powoli. — 
Najprostszą odpowiedzią byłoby stwierdzenie, że podczas 
długich podróży kosmicznych miałem dużo czasu na 
rozmyślania... Choć właściwy problem tkwi o wiele 
głębiej. Być może jest to chęć samookreślenia. Widzi 

background image

pani, moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałem cztery lata. 
Matka była zwolenniczką chrześcijaństwa naukowego, 
ojciec interesował się dianetyką. Nie potrafili dojść do 
porozumienia. O to, które z nich ma przejąć nade mną 
opiekę, procesowali się przez kolejne pięć lat. 
Gdy miałem siedemnaście lat, zaciągnąłem się do 
wojska. Szybko zrozumiałem, że koszary nie zastąpią mi 
rodziny i kościoła. Na ochotnika wstąpiłem do Szkoły 
Kadetów Służby Kosmicznej. Tam także nie poświęcano 
zbyt wiele czasu sprawom religii. Jak na ironię, badania 
kosmosu niemal od samego początku znajdowały się 
pod kontrolą sztabu sił lądowych, ponieważ ci wojskowi 
mieli największe doświadczenie w zdobywaniu nowych 
obszarów i nie chcieli się dzielić swoimi przywilejami 
z lotnictwem i marynarką. Powoływali się zresztą na 
historyczne prerogatywy, w myśl których każde wartoś- 
ciowe znalezisko odkryte w miejscu stacjonowania — na 
przykład diamenty lub ruda uranu — zasilało fundusz 
armii przeznaczony do wykorzystania w okresie pokoju, 
zwłaszcza wówczas gdy Kongres zaczynał rozważać 
redukcję wydatków na cele zbrojeniowe. Podstawową 
trudnością była koordynacja działań Wojskowego De- 
partamentu do Spraw Przestrzeni Międzyplanetarnej 
z innymi organizacjami zainteresowanymi eksploracją 
kosmosu. Więcej czasu spędzałem wówczas za biurkiem 
niż w podróżach i przestałem postrzegać wszechświat na 
kształt gigantycznej katedry... 
Zdążyłem się ożenić. Mój syn przyszedł na świat 
w dniu, w którym zostałem astronautą. Dwa lata później 
małżeństwo zostało anulowane. Dziś brzmi to nieco 
zabawnie, lecz wówczas wcale nie miałem ochoty do 
śmiechu. 
Gdy otrzymałem propozycję współpracy z laborato- 
rium Pfitznera, byłem przekonany, że nareszcie znalazłem 
coś, z czym będę mógł się identyfikować. Coś humanitar- 
nego, trwałego i bezinteresownego... Niestety, dziś po 
południu stwierdziłem, że przedstawiciele mego nowego 
kościoła nie witają nawróconych grzeszników z otwar- 
tymi ramionami. W rezultacie znalazłem się tutaj i wy- 
płakuję swoje żale na pani ramieniu. — Uśmiechnął 
się. — Zgoda, nie można tego uznać za komplement. 
Mimo to pomogła mi pani zrozumieć, że powinienem 
wykonać jeszcze jeden krok i przeprosić za moje wcześ- 
niejsze zachowanie. Mam nadzieję, że zechce mi pani 
wybaczyć. 
— Owszem — powiedziała z nieoczekiwanym, lekko 
nieśmiałym uśmiechem. 
Paige poczuł nagły ucisk w piersiach, jakby ciśnienie 
powietrza wzrosło o kilka kilogramów na centymetr 
kwadratowy. Annę Abbott należała do tych rzadko 
spotykanych dziewcząt, które dzięki uśmiechowi rozkwi- 
tają niczym pąk róży obudzony promykiem słońca. Gdy 
zachowywała powagę, nie wyróżniała się niczym szczegól- 
nym, lecz niejeden mężczyzna byłby gotów do najwyższe- 
go poświęcenia, by choć przez chwilę sycić oczy widokiem 
wesołości na jej twarzy. Paige doszedł do wniosku, że 
żadna piękna kobieta nie mogła się z nią równać... 
i żadna inna nie była warta dowodów uwielbienia. 
— Dziękuję — mruknął. — Proszę zamówić coś 
z karty, a potem z chęcią zamienię się w słuch. Obawiam 
się, że zbyt pospiesznie podsunąłem pani księgę pod 

background image

tytułem „Historia mego życia"... 
— Jeśli chodzi o potrawy, całkowicie zdaję się na 
pański wybór — wtrąciła. — Wspominał pan o flądrze, 
więc podejrzewam, że tutejsza kuchnia jest panu dobrze 
znana. Poza tym... wciąż jestem pod wrażeniem kur- 
tuazji, z jaką pomógł mi pan wysiąść z taksówki. Chcę, 
aby ta iluzja potrwała nieco dłużej. 
— Iluzja? 
— Proszę nie domagać się wyjaśnień — powiedziała 
pospiesznie. Jej policzki pokryły się delikatnym rumień- 
cem. — Chociaż... No dobrze. Chodzi mi o złudzenie, 
że w dzisiejszym świecie można jeszcze spotkać kogoś 
tak rycerskiego. Ponieważ nie jest pan kobietą żyjącą na 
planecie pełnej zblazowanych samców, nie potrafi pan 
pojąć prawdziwej wartości pozornie drobnych gestów. 
Niemal wszyscy mężczyźni, z którymi się spotykałam, 
chcieli zaciągnąć mnie do łóżka, nim przyszło im do 
głowy spytać o nazwisko. 
Zaskoczony Paige zachichotał głośno, ściągając na 
siebie powszechną uwagę. Zasłonił usta i z niepokojem 
zerknął na swą towarzyszkę, lecz dziewczyna odpowie- 
działa mu tak promiennym uśmiechem, iż poczuł lekki 
zawrót głowy, jakby przed chwilą wysuszył trzy szkla- 
neczki whisky. 
— Zadziwiająca przemiana — wykrztusił. — Dziś po 
południu byłem tylko nikczemnym szantażystą. Dobrze, 
zamówmy flądrę; to specjalność szefa kuchni. Marzyłem 
o niej podczas pobytu na Ganimedzie, tam mogłem 
przeżuwać jedynie koncentraty. 
— Myślę, że pańska pierwotna opinia o działalności 
Pfitznera zawiera w sobie wiele prawdy — oświadczyła 
Annę, gdy kelner odszedł od stolika. — Nie mogę panu 
powierzyć żadnych tajemnic firmy, mogę natomiast 
przekazać panu kilka informacji znanych ogólnie pra- 
cownikom koncernu, lecz mało dostępnych osobie po- 
stronnej. Nasz najnowszy projekt w pełni odpowiada 
opisowi, jaki przedstawił pan przed chwilą: jest humani- 
tarny, bezinteresowny i zakrojony na bardzo szeroką 
skalę. Tak szeroką, że czasem odczuwam coś w rodzaju 
religijnego skupienia... w pańskim tego słowa znaczeniu. 
Zyskałam wiarę, która nie ma nic wspólnego z prak- 
tykami Wyznawców. Jestem przekonana, że potrafi pan 
zrozumieć moje uczucia znacznie lepiej, niż mogłabym 
przypuszczać na podstawie pańskiej reakcji po spotkaniu 
z Halem Gunnem. 
Paige poczuł się mocno zakłopotany. Z namaszczeniem 
pokrył potrawę grubą warstwą sosu. 
— Po prostu chciałem wiedzieć... 
— W połowie zeszłego wieku nastąpił zasadniczy 
przełom w zachodniej medycynie — powiedziała dziew- 
czyna. — Jeszcze w latach trzydziestych wiele osób 
umierało na skutek infekcji; w latach sześćdziesiątych 
zanotowano jedynie sporadyczne przypadki takich zgo- 
nów. Zmiany rozpoczęły się wraz z odkryciem sulfo- 
namidów, później przyszły doświadczenia Fleminga 
i Floreya oraz masowa produkcja penicyliny podczas 
drugiej wojny światowej. Potem pojawił się cały arsenał 
środków przeciw gruźlicy: streptomycyna, kwas para- 
-aminosalicylowy, izoniazyd, wiomycyna i wiele innych, 
co w konsekwencji doprowadziło do wyodrębnienia 
związków typu TB i wyprodukowania szczepionki 

background image

ochronnej. 
Z czasem zaczęto coraz powszechniej stosować anty- 
biotyki o szerokim spektrum. Terramycyna okazała się 
niezwykle skuteczna w walce z chorobami wywoływany- 
mi przez wirusy, pierwotniaki, a nawet riketsje. W tysiąc 
dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku zredukowaliś- 
my do minimum liczbę zachorowań na schistosomatozę... 
— Lecz nie rozwiązaliśmy całego problemu — za- 
oponował Paige. 
— Oczywiście — odpowiedziała dziewczyna. Pochyliła 
się nad stolikiem. Płomyk świecy błysnął w klejnocikach 
zdobiących jej broszkę. — Zawsze będzie niebezpieczeń- 
stwo infekcji, ponieważ samą kuracją nie uda się znisz- 
czyć wszystkich szkodliwych dla człowieka drobno- 
ustrojów występujących w przyrodzie. Można jednak 
zmniejszyć stopień zagrożenia. Malaria, która w latach 
pięćdziesiątych ubiegłego wieku zbierała śmiertelne żniwo 
na całym świecie, teraz jest równie rzadko spotykana jak 
błonica. Istnieje nadal, lecz chyba pan nie zaprzeczy, że 
już od dawna nikt na nią nie chorował. 
— Kieruje pani pytanie pod niewłaściwy adres. Na 
statkach kosmicznych stosuje się ścisłą profilaktykę. 
Każdy członek załogi, który poskarży się choćby na ból 
głowy, z miejsca ląduje w izolatce. Jednak przyznaję, że 
ma pani rację. Proszę mówić dalej. 
— Całkiem nieoczekiwanie sprawy zaczęły przybierać 
niepokojący obrót — kontynuowała Annę. — Towarzy- 
stwa ubezpieczeniowe jako pierwsze odnotowały wśród 
swych klientów wzrost zachowań związanych z degenera- 
qą komórek. Miażdżyca tętnic, choroba wieńcowa, 
zatory i niemal wszystkie formy raka; choroby, w czasie 
których ten lub inny mechanizm ciała zawodzi bez 
przyczyny. 
— Może powodem jest po prostu starość? 
— Nie — odpowiedziała z przekonaniem. — Starość 
jest tylko określeniem wieku. Nie wszystkie choroby 
atakują w późnym okresie życia. Niektóre, na przykład 
białaczka, czyli rak szpiku, stanowią szczególne za- 
grożenie u dzieci. Gdy doszło do sytuacji, o której 
wspomniałam, pojawił się pogląd, że degeneracja jest 
ubocznym skutkiem zminimalizowania ilości zakażeń. 
Ludzie zaczęli żyć dłużej, lecz wraz z wiekiem stawali się 
bardziej podatni choćby na nowotwory. Lepszy sprzęt 
laboratoryjny i dokładniejsze metody badań spowodo- 
wały, że rozwój medycyny w sposób paradoksalny 
zaowocał obfitością doniesień o nowych, nie znanych 
dotąd chorobach. Niestety, nie wszystkie przypadki dały 
się wytłumaczyć zwodniczą statystyką. Szczególnie rak 
płuc i rak żołądka stanowiły tak powszechne zjawisko, 
że zaczęto je określać mianem „chorób cywilizacyjnych". 
Wciąż rosła liczba osób dotkniętych nadciśnieniem, 
chorobą Parkinsona oraz innymi zaburzeniami central- 
nego układu nerwowego, dystrofią i tak dalej. Wpadliś- 
my z deszczu pod rynnę. Naukowcy nie szczędzili 
wysiłków, by ustalić prawdziwą przyczynę takiego stanu 
rzeczy. Ktoś wysnuł teorię, że nadal chodzi o zwykłą 
infekqę. Ponieważ niektóre nowotwory występujące 
u zwierząt, na przykład przeszczepialny mięsak Rousa, 
powodowane są przez drobnoustroje, podjęto długo- 
trwałe poszukiwania „wirusów raka". Doszło nawet do 
próby wyodrębnienia grupy organizmów zwanych pleu- 

background image

ropneumonidami, rzekomo odpowiedzialnych za choro- 
by układu oddechowego. Winą za choroby układu 
krążenia, takie jak nadciśnienie lub zakrzep, obarczano 
niemal wszystko: od codziennej diety do stanu zdrowia 
babki pacjenta. Wyniki były dość mizerne. Owszem, 
zdołaliśmy ustalić, że pewne typy raka, na przykład 
białaczka, powstają wskutek infekcji wirusowej. Od- 
kryliśmy także, iż najbardziej rozpowszechniona od- 
miana raka płuc jest wywoływana przez niektóre skład- 
niki dymu papierosowego, a zawartość smoły powoduje 
zmiany nowotworowe w ustach i na wargach palacza. 
Końcowe wnioski potwierdzały jednak wcześniejsze 
przypuszczenia: degeneracja tkanki nie może być prze- 
kazana drogą infekcji. Zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. 
Mniej więcej w tym samym czasie do badań przyłączył 
się Pfitzner. Amerykańskie Ministerstwo Zdrowia, za- 
alarmowane wzrostem liczby zachorowań, zwołało pierw- 
szy światowy kongres poświęcony problemom walki 
z rakiem. Rząd Stanów Zjednoczonych zobowiązał się 
do pokrycia części kosztów, ponieważ armia dotkliwie 
odczuwała niedobór ludzi spowodowany ciągłymi od- 
roczeniami poboru i zwolnieniami „ze względu na stan 
zdrowia". 
— O tym akurat słyszałem — wtrącił Paige. — Pierw- 
sze kłopoty pojawiły się wśród kadetów. Przeciętny 
astronauta ma przed sobą zaledwie dziesięć lat czynnej 
służby; później zostaje przeniesiony do prac garnizono- 
wych. Dlatego potrzebne nam były jak najmłodsze 
roczniki. I co się okazało? Większość ochotników posia- 
dała wyraźne objawy „schorzeń podeszłego wieku", 
zwłaszcza wczesnego stadium niedomagań układu krą- 
żenia. Ci młodzi ludzie wyniki badań przyjmowali 
z niedowierzaniem. Czuli się zdrowi i silni jak byki, 
zresztą pewnie tacy byli — w potocznym rozumieniu 
tych słów — lecz nie nadawali się na pilotów. 
— A zatem wcześnie się pan zetknął z tym proble- 
mem — powiedziała Annę. — Dziś ta kwestia dotyczy 
nie tylko astronautów; jest dobrze znana wszystkim 
oddziałom i jednostkom medycznym. Zanim Minister- 
stwo Zdrowia podjęło pierwsze kroki, liczba młodych 
mężczyzn z chorobami podeszłego wieku sięgnęła dzie- 
sięciu procent ogółu poborowych. Po zakończeniu kon- 
gresu lekarzy rząd przeznaczył miliard dolarów na 
szeroko zakrojone badania medyczne. Chyba potrafi 
pan bez trudu obliczyć, że jeśli wziąć pod uwagę inflację, 
jest to zaledwie połowa sumy wydanej na wyproduko- 
wanie pierwszej bomby atomowej. Eksperymenty już 
dawno pochłonęły większość pieniędzy i nadszedł naj- 
wyższy czas, aby upomnieć się o dalszą pomoc. 
Wkrótce po podpisaniu umowy z ministerstwem kon- 
cern Pfitznera zmodernizował laboratorium i zatrudnił 
najlepszych specjalistów. Dotacją objęto jeszcze trzy 
inne zakłady, lecz dwa z nich zajmują się wyłącznie 
produkcją i nie prowadzą prac badawczych, a trzeci — 
jestem tego pewna, bo do niedawna obowiązywała nas 
umowa o wymianie wyników doświadczeń — skierował 
wysiłki w zupełnie niewłaściwym kierunku. W zasadzie 
powinniśmy im zwrócić na to uwagę, lecz przedstawiciele 
komisji rządowej zdecydowali inaczej. Po zapoznaniu 
się z naszym odkryciem uznali, że o całej sprawie 
powinien wiedzieć jak najmniejszy krąg osób. Zarząd 

background image

nie wyraził sprzeciwu, bo nie miało to wpływu na wyniki 
finansowe przedsiębiorstwa, ale od tamtej pory musimy 
znosić ciągłe wizyty polityków. To dlatego dzisiaj widział 
pan u nas tylu ludzi z rządu. 
Przerwała i wyjęła z torebki niewielką puderniczkę. 
Z uwagą spojrzała w lusterko. Ponieważ poza delikatnym 
cieniem na powiekach nie nosiła makijażu, jej nagłe 
zainteresowanie własnym wyglądem wydawało się nieco 
dziwne. Po chwili z lekkim uśmiechem podjęła rozmowę. 
— Łatwo pojąć właściwy powód całego zamieszania. 
Zwłaszcza teraz, gdy zyskał pan nieco wiedzy z historii 
medycyny. Odkryliśmy coś, co może okazać się kluczem 
do rozwiązania problemu. 
— Oooops! — zawołał Paige, może nieelegancko, 
lecz affetuoso. 
— Albo „bing-bang", „hola" lub „Boże dopomóż" — 
ze spokojem uzupełniła Annę. — Jak dotąd, wszystko 
idzie po naszej myśli. Materiał doświadczalny pomyślnie 
przebrnął przez pierwsze testy. Jeżeli zachowa swe 
właściwości, Pfitzner otrzyma całą sumę przewidzianą 
na kolejne dotacje, lecz jeśli nie, nie będzie żadnych 
dotacji nie tylko dla Pfitznera, lecz także dla pozostałych 
firm uczestniczących w programie badań. 
Odpowiedź na podstawowe pytanie, czy uda się 
zahamować rozwój chorób nowotworowych, zależy w tej 
chwili od dwóch czynników: od potwierdzenia słuszności 
naszych przypuszczeń oraz od pieniędzy. Horsefield 
i MacHinery oczekują pełnego raportu, gdyż w tym 
miesiącu upływa termin rozpatrywania wniosków o dal- 
szą pomoc finansową. 
Zerknęła w dół, jakby dopiero teraz zauważyła, że ma 
przed sobą pusty talerz. Z żalem trąciła widelcem 
samotny kawałek zielonej pietruszki. 
— Chyba za dużo mówię. Ostatnia informacja nie 
została jeszcze podana do publicznej wiadomości. 
— Dziękuję — powiedział ponuro Paige. — I tak 
usłyszałem więcej, niż mógłbym się spodziewać. 
— Być może zechce pan teraz odpowiedzieć na moje 
pytanie. Chodzi mi o Most na powierzchni Jowisza. Czy 
wart jest wszystkich wydanych pieniędzy? Nikt nie 
potrafi wyjaśnić prawdziwego powodu podjęcia prac 
konstrukcyjnych, a już słyszałam pogłoski o projekcie 
kolejnej budowy, tym razem na Saturnie! 
— Nie ma powodu do zdenerwowania — odparł 
mężczyzna. — Proszę zrozumieć, znam kilku pracow- 
ników zatrudnionych przy budowie, ale moja wiedza na 
temat Mostu ogranicza się do paru haseł i deklaracji 
dostępnych każdemu, kto, jak pani czy ja, posiada 
pewne doświadczenie w wyszukiwaniu danych. Most na 
Jowiszu jest eksperymentem, który ma odpowiedzieć na 
szereg ważnych pytań. Jakich pytań — nikt mi nie 
wyjaśnił, a ja byłem na tyle mądry, aby trzymać na 
wodzy nadmierną ciekawość. Proszę kiedyś uważnie 
spojrzeć na niebo; zobaczy pani wśród gwiazd posępną 
twarz Francisa X. MacHinery'ego. Lecz wróćmy do 
tematu: okoliczności towarzyszące badaniom wymagają, 
aby konstrukcja powstawała na największej planecie 
Układu Słonecznego. Tą planetą jest Jowisz, więc spe- 
kulacje na temat Saturna nie mają sensu. Budowa 
będzie trwała tak długo, aż postawione problemy zostaną 
rozwiązane, po czym budowa zostanie przerwana, lecz 

background image

nie dlatego, że prace konstrukcyjne „dobiegną końca"; 
Most spełni po prostu swoje zadanie. 
— Wiem, że w pańskich oczach będę uchodzić za 
ignorantkę — stwierdziła dziewczyna — lecz to brzmi 
idiotycznie. Proszę pomyśleć o milionach dolarów, które 
mogliśmy wykorzystać dla ratowania ludzkiego życia! 
— Gdyby to ode mnie zależało, Charity Dillon i jego 
brygada nie dostaliby ani centa. — Paige z powagą pokiwał 
głową. — Całość sumy przekazałbym pani. Niestety, 
obawiam się, że nie mogę wystawić czeku. Teraz kolej na 
moje pytanie. Zostało już tylko jedno. Mało istotne. 
— Słucham — powiedziała Annę, prześlicznie marsz- 
cząc nos w uśmiechu. 
— Podczas wizyty w laboratorium dwukrotnie sły- 
szałem płacz niemowlęcia... właściwie dwóch niemowląt. 
Kiedy wyraziłem swoje zdziwienie, mister Gunn poczęs- 
tował mnie niedorzeczną bajeczką... — urwał. W oczach 
dziewczyny zamigotały dziwne ogniki. 
— Wkracza pan na niebezpieczny teren, pułkowniku 
Russell — powiedziała. 
— Wiem. Mimo to chciałbym znać prawdę. Gdy 
wspomniałem o wiwisekcji, zdawałem sobie sprawę 
z absurdalności takich podejrzeń, lecz coś w pani 
zachowaniu zmusiło mnie do myślenia. Mam prawo 
oczekiwać wyjaśnień. 
Annę ponownie sięgnęła po puderniczkę i przez chwilę 
studiowała twarz w lusterku. 
— Częściowo już panu wybaczyłam — odezwała się 
w końcu. — Dobrze, odpowiem na to pytanie. Sprawa 
jest bardzo prosta: traktujemy dzieci jak zwierzęta 
doświadczalne. Zabieramy je z miejscowego sierocińca. 
Wszystko przebiega zgodnie z obowiązującym prawem, 
więc pańskie oskarżenia o wiwisekcję wzbudziłyby jedy- 
nie powszechną wesołość. 
Filiżanka Paige'a głośno stuknęła o spodek. 
— Na miłość boską! Znamy się zaledwie kilka godzin 
i bez żadnych obaw składa pani podobne oświadczenie? 
Proszę powiedzieć, że to był tylko żart... że chciała pani 
mnie ośmieszyć. 
— Nie mam zamiaru z pana drwić — odpowiedziała 
spokojnie Annę — choć przyznaję, z rozmysłem użyłam 
nieco drastycznego porównania. Mówiłam, że tylko 
częściowo wybaczyłam panu próbę szantażu. Teraz 
jesteśmy kwita. 
— A dzieci? 
— Powiedziałam prawdę. 
— Ale... dlaczego? 
— Posłuchaj, Paige — po raz pierwszy zwróciła się 
do niego po imieniu. — Już pięćdziesiąt lat temu 
zauważono, że niewielkie, wręcz minimalne dawki pew- 
nych antybiotyków zmieszane z paszą powodują przy- 
spieszony rozwój danego stworzenia, nie wywołując 
żadnych szkodliwych skutków ubocznych. Dotyczy to 
zarówno prosiąt, jak i drobiu, cieląt, zwierząt futer- 
kowych i tak dalej. Logicznym następstwem tych do- 
świadczeń był wniosek, że organizm niemowlęcia powi- 
nien zareagować w podobny sposób. 
— I postanowiliście to sprawdzić? — Paige odchylił 
się i nalał sobie kolejną porcję chłodnego wina. — Zatem 
porównanie, jakiego dokonałaś, było w pełni uzasad- 
nione. 

background image

— Powstrzymaj się od uwag i posłuchaj. Pfitzner nie 
wymyślił niczego nowego. Wspomniane eksperymenty 
zostały przeprowadzone już dawno, przez studentów 
Paula Gyórgy'ego oraz kilkudziesięciu innych dietety- 
ków. W trakcie badań używano sprawdzonych, wielo- 
krotnie testowanych lekarstw, którymi wcześniej wykar- 
miono miliony zwierząt, a przeciętna dawka wynosiła 
miligram antybiotyku na kilogram wagi ciała. Dziś 
wiemy, że efekt stymulacyjny jest świadectwem okreś- 
lonej aktywności biologicznej preparatu. Tej aktywności, 
która rokuje nadzieję, że nasze wysiłki zostaną uwień- 
czone powodzeniem. Jest tylko jeden warunek: anty- 
biotyk musi w pełni zachować swe właściwości po 
przedostaniu się do ludzkiego organizmu. Żeby to 
sprawdzić, potrzebujemy dzieci. 
— Rozumiem — powiedział Paige. — Rozumiem... 
— Noworodki są wybierane z sierocińca, toteż w przy- 
padku zbyt pochopnych oskarżeń możemy w pełni 
udowodnić legalność naszego postępowania — dodała 
dziewczyna. — Precedens zaistniał w tysiąc dziewięćset 
pięćdziesiątym drugim roku. Dzieci pracowników labora- 
torium w Pearl River zostały poddane testom na działanie 
nowej szczepionki przeciwko chorobie Heinego-Medina. 
Nawiasem mówiąc, doświadczenie zakończyło się pełnym 
sukcesem. — Mówiła z coraz większym zapałem. — 
Zostawmy na boku paragrafy! Liczy się tylko to, jak 
szybko i jak skutecznie zdołamy zniszczyć nowotwory. 
— Upór, z jakim bronisz swoich poglądów, pozwala 
mi przypuszczać, że zależy ci na tym, co sobie pomyślę — 
cierpko stwierdził Paige. — Dobrze, powiem, co o tym 
sądzę: po raz pierwszy spotykam się z czymś tak 
bezdusznym i wyrachowanym. W ten sposób powstają 
opowieści o czarownicach i wcale nie będę zdziwiony, 
jeśli za dziesięć lat dojdzie do masowego pogromu 
biologów podejrzewanych o dzieciożerstwo. 
— Nonsens — odparła Annę. — Potrzeba kilku 
wieków, by rzeczywistość zmienić w legendę. Jesteś 
przewrażliwiony. 
— Przeciwnie. Odpłacam ci szczerością za szczerość. 
Nie będę ukrywał, że to, co powiedziałeś, wywarło na 
mnie dziwne... i nieco odpychające wrażenie. 
Dziewczyna lekko zacisnęła usta, wytarła dłonie w ser- 
wetkę i sięgnęła po rękawiczki. 
— W takim razie powinniśmy przerwać naszą roz- 
mowę — powiedziała. — Możemy wyjść? 
— Jak tylko ureguluję rachunek. A propos, jak roz- 
począł się twój związek z Pfitznerem? Masz jakiś szcze- 
gólny powód, żeby tam pracować? 
— Pytasz, czy czerpię zyski z dochodów przedsiębior- 
stwa? Nie grzeszysz dobrym wychowaniem. Moje zain- 
teresowanie medycyną wynika z pobudek czysto huma- 
nitarnych. 
— Podejrzewałem, że zareagujesz w ten sposób, choć 
w gruncie rzeczy chodziło mi o coś zupełnie innego. 
Zastanawiałem się, czy nie jesteś spokrewniona z tym 
doktorem Abbottem, na którego czekał Gunn i cała 
reszta szacownego gremium. 
Lusterko ponownie znalazło się w dłoniach dziew- 
czyny. 
— To dość popularne nazwisko. 
— Owszem, lecz niektórzy Abbottowie są spok- 

background image

rewnieni. Mam nawet na ten temat pewną teorię. 
— Z chęcią posłucham; może być interesująca. 
— Jak sobie życzysz — warknął gniewnie Paige. — 
Idealna sekretarka powinna wiedzieć o wszystkim, co 
dzieje się w firmie, żeby umiejętnie spławić zbyt wścibs- 
kich petentów, jak ty to dzisiaj próbowałeś zrobić ze 
mną, i nie dopuścić do przypadkowego przecieku infor- 
macji. Ale osoba obdarzona tak dużym zaufaniem musi 
być lojalna wobec swych mocodawców. Przy przedsię- 
wzięciu otoczonym ścisłą tajemnicą najlepszym sposobem 
zapewnienia sobie jej całkowitej wierności jest zatrud- 
nienie któregoś z członków najbliższej rodziny. W ten 
sposób powstaje podwójne zabezpieczenie, ponieważ 
nieostrożność jednej osoby może wywołać poważne 
konsekwencje wobec drugiej. O ile dobrze pamiętam, 
pierwsi wpadli na tę klasyczną formę szantażu Rosjanie. 
Dość teorii; przejdźmy do faktów. Dzisiejszego wie- 
czoru wyjaśniłaś mi cel oraz kierunek badań podej- 
mowanych w laboratorium Pfitznera i mimo woli udo- 
wodniłaś, że posiadasz wiedzę znacznie przekraczającą 
przygotowanie zawodowe przeciętnej sekretarki. Co 
więcej, zdecydowałaś się podjąć ryzyko i odpowiedzieć 
na moje pytania... a to mógłby uczynić tylko ktoś 
bezpośrednio zaangażowany w doświadczenia. Nasuwa 
się prosty wniosek, że nie jesteś zwykłą sekretarką. 
Nazywasz się Abbott i... to chyba wszystko, co chciałem 
powiedzieć. 
— Wszystko?! — Annę z pobielałą twarzą zerwała się 
z miejsca. — Dlaczego nie dodasz, że jestem zbyt 
brzydka? Koncern Pfitznera mógłby sobie pozwolić na 
zatrudnienie tak pięknej modelki, że do jej biurka stałaby 
długa kolejka facetów błagających o wspólną kolację! 
Dalej, dokończ! Wykrztuś całą prawdę! 
— A mogę? — Paige także wstał od stolika i powoli 
zacisnął pięści. — Gdybym ci szczerze powiedział, co 
sądzę na temat twojego wyglądu... a Bóg mi świadkiem, 
że najpiękniejsza kobieta na świecie powinna co dzień 
zażywać kąpieli w oparach kwasu azotowego, żeby 
zyskać blask rozkwitający w każdym twoim uśmiechu... 
uznałabyś to za kpiny i wściekłabyś się jeszcze bardziej. 
Teraz twoja kolej. Przyznaj, że doktor Abbott jest 
twoim krewnym. 
— I to nawet dość bliskim — odpowiedziała lodowa- 
tym tonem dziewczyna, starannie akcentując każde 
słowo. — Doktor Abbott jest moim ojcem. Chciałabym 
wrócić do domu, pułkowniku Russell. Już teraz. 
ROZDZIAŁ CZWARTY: Jupiter V 
Zwykłe zaangażowanie nie wystarcza do pomyślnego prze- 
prowadzenia eksperymentu. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, 
że jedna z hipotez okaże się błędna lub niedopracowana. Ponieważ 
tworzymy ją nieświadomie, nie mamy możliwości jej odrzucić. 
HENRI POINCARĆ 
Most zniknął z chwilą przerwania łączności. Strumień 
sygnałów nadal płynął z setek nadajników umieszczonych 
na powierzchni satelity, a wiecznie aktywne oczy i uszy 
elektronicznych czujników śledziły postępy budowy, lecz 
obraz nie docierał do kabiny zajmowanej przez pracow- 
ników nadzoru technicznego. 
Helmuth starannie umieścił ciężki hełm na półce 
i przyłożył dłoń do skroni. Pod palcami czuł pulsujące 
żyły. Powoli odwrócił głowę. 

background image

Naczelny inżynier, Dillon, uważnie spojrzał w jego 
stronę. 
— Co się tam dzieje, Bob? — spytał. — Coś nie tak...? 
Helmuth nie odpowiedział od razu. Zawsze szokował 
go nagły powrót z targanego wichurą Mostu w zacisze 
niewielkiego pomieszczenia na piątym księżycu Jowisza. 
Nie umiał przewidzieć swojej reakcji i nie potrafił jej 
kontrolować. Prawdę mówiąc, za każdym razem czuł się 
coraz gorzej. 
Systematycznie zaczął wyciągać wtyczki z gniazdek. 
Sprężyste kable z furkotem chowały się we wnętrzu 
tablicy rozdzielczej. Po chwili wygramolił się z fotela 
i ostrożnie stanął na drżących nogach. Z trudem przy- 
zwyczajał się do zmienionej wagi swego ciała; grawitacja 
w kabinie nie przekraczała swą wartością siły ciążenia 
panującej na przeciętnym skolonizowanym asteroidzie, 
co potęgowało kontrast i zmuszało do szczególnie 
ostrożnych ruchów. 
Podszedł do dużego iluminatora i wyjrzał na zewnątrz. 
Monotonna, lekko pofałdowana powierzchnia pozba- 
wionego atmosfery satelity wydała mu się oazą spokoju 
po szalejącym na Jowiszu piekle. Piekle, którego groź- 
nym przypomnieniem było ogromne oblicze planety 
oddalonej od Jupitera V o sto osiemdziesiąt tysięcy 
kilometrów — mniej niż wynosi połowa odległości 
pomiędzy Ziemią a Księżycem — i zajmującej niemal 
cały widnokrąg. Wyjątek stanowiła niewielka przestrzeń, 
na której uważny obserwator mógł dostrzec kilka gwiazd 
pierwszej wielkości. Resztę nieba przesłaniał wiecznie 
drgający, wielobarwny obłok zimnych i trujących gazów, 
upstrzony smoliście czarnymi plamami cienia rzucanego 
przez pozostałe satelity wirujące bliżej Słońca. 
Gdzieś tam w dole, osiem tysięcy kilometrów pod 
gęstą pokrywą chmur kłębiących się przed twarzą pa- 
trzącego mężczyzny, stał Most. Ogromna, wielokilomet- 
rowa konstrukcja, która tak naprawdę była smukłą 
i delikatną igłą lodu zagubioną w bulgoczącym wirze 
deszczu i wichru. 
Na Ziemi, nawet na Zachodzie, Most byłby pom- 
nikowym przedsięwzięciem ludzkiej myśli technicznej, 
choć należało wątpić, czy krucha skorupa planety zdo- 
5 — Będą im... 
lałaby utrzymać tak gigantyczny ciężar. W warunkach 
panujących na Jowiszu budowla przypominała ulotny 
płatek śniegu. 
— Bob? — odezwał się Dillon. — O co chodzi? Jesteś 
dziś bardziej przygnębiony niż zazwyczaj. Stało się coś 
złego? 
Helmuth uniósł głowę. Na młodej, zatroskanej twarzy 
inżyniera widniały głębokie bruzdy, a wśród gęstej, 
kruczoczarnej czupryny lśniły pierwsze pasemka siwizny. 
Dillon kochał swą pracę, lecz jednocześnie w pełni 
zdawał sobie sprawę z ciążącej na nim odpowiedzialności. 
Zachowaniem przypominał brygadzie, że nawet w bez- 
kresnej otchłani Wszechświata jest miejsce na ludzką 
życzliwość i zaufanie. 
— Wygląda to dość poważnie — powiedział Helmuth. 
Mówił z trudem, gdyż nadal czuł w gardle lodowaty 
powiew Jowisza. —Ale myślę, że jeszcze do najgorszego 
nie doszło. Na powierzchni planety, zwłaszcza w pobliżu 
północno-wschodniego końca konstrukcji, wyraźnie 

background image

wzrosła aktywność wulkanów i musiał nastąpić niezły 
wybuch wodoru. Widziałem coś, co przypominało ostat- 
nią fazę kilku eksplozji. 
Bruzdy na twarzy Dillona poczęły się z wolna wy- 
gładzać. 
— Bomba wulkaniczna — mruknął z ulgą. — Lata- 
jąca bryła. 
— Nazwij to, jak chcesz. Pogoda zrobiła się nie do 
zniesienia. W przyszłym miesiącu Plama przewędruje 
w pobliże Owalu. Nie musiałem patrzeć na odczyt, żeby 
wyraźnie odczuć różnicę. 
— Kawał skalnej masy został poderwany w górę 
i ciśnięty na Most. Możesz określić jego wielkość? 
Helmuth wzruszył ramionami. 
— Koniec przęsła jest mocno przechylony w lewo, 
a z nawierzchni pozostały tylko drzazgi. Rusztowanie 
zniknęło. To musiał być niezły odłamek, Charity. Co 
najmniej trzy kilometry średnicy. 
Dillon westchnął. Powoli zbliżył się do iluminatora. 
Helmuth nie musiał być jasnowidzem, by znać jego 
myśli. Skalna powierzchnia księżyca plus sto osiem- 
dziesiąt tysięcy kilometrów kosmicznej pustki dzieliło 
bazę od gigantycznego cyklonu zwanego Ciemnym 
Owalem, z wolna zmierzającego w stronę Czerwonej 
Plamy. Wirujący lej był wystarczająco duży, by wciągnąć 
w swe lodowate wnętrze planetę trzykrotnie większą od 
Ziemi. Na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego 
wieku już kilkakrotnie „ścierał się" z Plamą, wypychając 
ją ku górnym warstwom atmosfery. 
Nieokreślona siła, uwięziona w rozgrzanym jądrze 
planety okrytym warstwą wiecznej zmarzliny o grubości 
dwudziestu pięciu tysięcy kilometrów, ściągała Plamę 
z powrotem. W tym czasie wiatr szalał z jeszcze większą 
siłą. Konstruktorzy Mostu wykorzystali całą wiedzę 
astronomiczną na temat Jowisza, nim podjęli decyzję 
o przeznaczeniu pod budowę „trwałego" odłamka masy 
skalnej dryfującego we względnie spokojnym obszarze. 
„Trwałego"? Ten cudzysłów był mocno niepokojący, 
choć Helmuth nie potrafił sobie przypomnieć, dlaczego 
w myślach zawsze go używał. To była jedna z tych 
drobnych niedogodności, które wpływały na jego zły 
humor i wzrost napięcia. 
Spoglądał na Dillona ze współczuciem zmieszanym 
z lekką zazdrością. Charity... Miłosierdzie. Niezbyt 
fortunnie dobrane imię dla mężczyzny. Dillon był jedy- 
nym synem wielodzietnej pary Wyznawców, których 
związki z kultem datowały się na wiele lat wcześniej, 
nim sekta zdobyła popularność. Wybrany do grupy 
ekspertów przygotowujących budowę Mostu, całkowicie 
poświęcił się swojej pracy. Nikt nie domyślał się praw- 
dziwych tego powodów, lecz jego pasja graniczyła 
z obsesją. Wśród pracowników nadzoru technicznego 
panowało przekonanie, iż jako jedyny nie został poddany 
procesowi prania mózgu, lecz nie było sposobu, aby to 
sprawdzić. 
Helmuth odwrócił wzrok w stronę okna i łagodnym 
ruchem położył dłoń na ramieniu stojącego obok in- 
żyniera. W milczeniu patrzyli na plątaninę żółtych, 
czerwonych, różowych, pomarańczowych, brązowych, 
niebieskich i zielonych plam rzucanych przez Jowisza na 
zniszczoną powierzchnię księżyca. Na Jupiterze V nawet 

background image

cienie miały swoją barwę. 
Dillon nie wykonał żadnego ruchu. 
— Jesteś zadowolony, Bob? — zapytał półgłosem. 
— Zadowolony? — ze zdumieniem odezwał się Hel- 
muth. — Przeciwnie, jestem przerażony do szpiku kości. 
Mieliśmy dużo szczęścia, że cały Most nie rozleciał się 
w kawałki. 
— Mówisz poważnie? 
Helmuth zdjął rękę z ramienia Dillona i powrócił na 
fotel stojący przed tablicą kontrolną. 
— Nie możesz winić mnie za coś, co jest silniejsze ode 
mnie — powiedział ponuro. — Pracuję na Jowiszu 
cztery godziny dziennie... choć dobrze wiem, że to tylko 
złudzenie. Żadna żywa istota nie wytrzymałaby nawet 
sekundy w tak ekstremalnych warunkach. Niemniej mój 
wzrok, słuch i umysł przez cztery godziny przebywa na 
powierzchni Mostu. Jowisz nie należy do najprzyjem- 
niejszych miejsc, Charity. Nie będę ukrywał, że go nie 
lubię. Jednak lata pracy powodują powstanie pewnej 
więzi, łączącej człowieka nawet z czymś... czymś... czego 
nie sposób opisać. Czasami zaczynam się zastanawiać, 
jak będzie wyglądał mój powrót do Chicago. Czasem 
nie potrafię sobie wyobrazić, jak wygląda życie na 
Ziemi. Chwilami po prostu nie wierzę, że Ziemia istnieje. 
Niby dlaczego miałaby istnieć, skoro reszta kosmosu 
przypomina Jowisza albo jest jeszcze gorsza? 
— Parę razy usiłowałem cię przekonać, że twoje 
dywagacje zmierzają w niebezpiecznym kierunku — 
wtrącił Dillon. 
— Wiem, ale nic na to nie poradzę. Część mojego 
umysłu powtarza w kółko: „Most musi stanąć", bo tak 
została zaprogramowana przez psychotechników. Ale 
w głębi ducha jestem przekonany, że cała konstrukcja 
runie. Runie, ponieważ założenia planu są błędne. Nie 
zrozum mnie źle, nie cz e kam na katastrofę. Ale mam 
tyle rozsądku, by wiedzieć, iż wkrótce nadejdzie dzień, 
w którym Jowisz obróci wniwecz nasze wysiłki. 
Przesunął otwartą dłonią po klawiaturze. Z grzecho- 
tem przypominającym grzechot kamieni po szkle prze- 
stawił wszystkie wyłączniki w pozycję „off'. 
— Spójrz na to, Charity! Zostaniemy pokonani rów- 
nie łatwo. Codziennie pracuję na Moście cztery godziny. 
Codziennie spodziewam się gniewu Jowisza. Pod powie- 
kami mam obraz szybujących w głąb burzy szczątków 
budowli. Jeśli będę na Moście w chwili katastrofy, mój 
umysł odleci wraz z mechanicznymi dłońmi, oczami, 
uszami... i unoszony wśród wiatru, płomieni, deszczu, 
ciemności, ciśnienia, mrozu nadal będzie próbował 
zrozumieć to, co niezrozumiałe... 
— Bob, przestań! Wpadasz w depresję. Przestań! 
Helmuth wzruszył ramionami. Wsparł roztrzęsioną 
dłoń na krawędzi klawiatury. 
— Już dobrze. Nie musisz się martwić, Charity. Jestem 
tutaj, prawda? Bezpieczny w zaciszu bazy. Od Mostu 
dzieli mnie sto osiemdziesiąt tysięcy kilometrów i nie ma 
najmniejszego powodu przypuszczać, żeby ta sytuacja 
miała się zmienić. Lecz w dniu, w którym masywne filary 
zaczną pękać... Wiesz co? Czasami widzę, jak odsyłasz 
moje bezwładne ciało do zacisznej kolebki, z której 
przyszło, a uwolniona dusza skręca się i miota wśród 
milionów ton parującej trucizny... Dobrze, już kończę. 

background image

Nie będę myślał głośno, lecz nie możesz wymagać, bym 
nie myślał w ogóle. Za bardzo kłębi mi się pod czaszką. 
— Wiem — odparł cierpko Dillon. — Właśnie dlatego 
usiłuję ci pomóc. Most sam w sobie nie jest niczym 
strasznym. Nie powinieneś z jego powodu mieć kosz- 
marnych snów. 
— Nie dlatego krzyczę przez sen. — Helmuth z gorz- 
kim uśmiechem potrząsnął głową. — Jeszcze nie zwario- 
wałem. Most przeraża mnie tylko na jawie; w nocy 
trzęsę się ze strachu przed sobą. 
— To całkiem normalne — z naciskiem stwierdził 
Dillon. — Niczym nie różnisz się od pozostałych pracow- 
ników. Posłuchaj mnie uważnie, Bob. Niepotrzebnie 
traktujesz Most jak krwiożercze monstrum. Pomyśl, że 
w ten sposób badamy właściwości pewnych materiałów 
poddanych działaniom określonej siły grawitacji, tem- 
peratury i ciśnienia. Jowisz nie ma nic wspólnego 
z piekłem; jest po prostu ogromnym laboratorium, 
w którym przeprowadzamy doświadczenia. 
— To do niczego nie prowadzi. To most donikąd. 
— Niewiele jest miejsc na Jowiszu, do których mógłby 
prowadzić — odpowiedział Dillon, błędnie interpretując 
słowa Helmutha. — Postawiliśmy go na lodowej wysep- 
ce, bo potrzebowaliśmy solidnego wsparcia dla fun- 
damentów. W innym przypadku lokalizaqa nie miałby 
najmniejszego znaczenia. Równie dobrze mógłby dryfo- 
wać po oceanie. Pamiętaj jednak, że stały plac budowy 
umożliwia nam prowadzenie szczegółowych pomiarów 
prędkości wiatru i tym podobne rzeczy. 
— Wiem — mruknął Helmuth. 
— Lecz w żaden sposób nie dajesz tego po sobie 
poznać. Dlaczego upierasz się, że Most musi dokądś 
prowadzić? Prawdę powiedziwaszy, nasz „Most" wcale 
nie jest mostem. Tak go nazwaliśmy, bo w czasie pracy 
skorzystaliśmy z kilku rozwiązań stosowanych przez 
saperów. Bardziej przypomina olbrzymią suwnicę. Wie- 
dzie donikąd, ponieważ takie było założenie. Co innego, 
gdybyśmy budowali połączenie między Dover a Calais. 
Tu nasze wysiłki prowadzą w zupełnie innym kierunku. 
To most do wiedzy, Bob. Dlaczego nie chcesz tego 
zrozumieć? 
— Rozumiem doskonale i przed chwilą właśnie o tym 
mówiłem — odparł Helmuth. Z trudem panował nad 
zniecierpliwieniem. — Mam dość rozumu, by wiedzieć 
tak podstawowe rzeczy. Próbuję ci zwrócić uwagę, że 
próba konfrontacji dwóch kolosów — ziemskiego i kos- 
micznego — z góry skazuje nas na przegraną. Jowisz 
zwycięży bez trudu. Posłużę się twoim porównaniem. 
Załóżmy, że konstruktorzy mostu pomiędzy Dover 
i Calais dysponują do jego budowy wyłącznie drewnem. 
Owszem, kosztem wielu wysiłków wznoszą na tyle trwałe 
przęsła, że w pogodny dzień można przedostać się na 
drugi brzeg. Lecz co się stanie, gdy nad kanał nadciągnie 
sztorm z Morza Północnego? Przecież to pomysł idioty! 
— Dobrze — z niezmąconym spokojem powiedział 
Dillon. — Przedstawiłeś swój punkt widzenia. Czy jesteś 
gotów zaproponować jakieś rozwiązanie? Czy powinniś- 
my zaniechać wszelkich działań, ponieważ Jowisz jest 
zbyt wielki? 
— Nie — odparł Helmuth. — A może tak. Nie wiem. 
Nie znam odpowiedzi. Po prostu czuję, że nasza praca 

background image

do niczego nie doprowadzi. 
Dillon uśmiechnął się. 
— Dzisiejszy dzień kosztował cię sporo nerwów. 
Spróbuj się zdrzemnąć; czasem podczas snu przychodzą 
do głowy najlepsze rozwiązania. I przestań myśleć 
o zagrożeniach. Pozornie uśpiony księżyc, na którym 
się znajdujemy, jest równie niebezpieczny jak powie- 
rzchnia Jowisza. Czy pomyślałeś kiedyś, że jeśli wyj- 
dziesz z bazy bez skafandra, przed upływem sekundy 
padniesz martwy? 
— Tak. Teraz — odpowiedział Helmuth. 
Wiedział, że nadchodząca noc nie przyniesie mu 
ukojenia. 
KSIĘGA DRUGA 
INTERMEZZO: Waszyngton 
Afazja semantyczna niszczy właściwe znaczenie zdań i wyra- 
zów. Poszczególne słowa bądź symbole są nadal zrozumiałe, lecz 
umyka koncepcja całości. Wszelka forma działania zostaje 
sprowadzona do rutynowego wykonywania poleceń i nikt nie 
pyta o powody (...) Nikt nie potrafi sformułować ogólnych 
założeń, choć każdy umie mówić o szczegółach. 
HENRI PIERON 
Po zakończeniu szczegółowych badań nad jedynką jesteśmy 
przekonani, że wiemy wszystko o dwójce; wszak „dwa" to 
Jeden i jeden". Zapominamy, że „i" nie zostało poddane analizie. 
A. S. EDDINGTON 
Raport podkomisji śledczej powołanej przez senacką 
komisję nadzoru nad przebiegiem realizacji programu 
„Jowisz" był opasłą księgą, zwłaszcza że trafił na biurko 
Wagonera w pierwotnej, nie poprawionej formie. Za 
dwa tygodnia miała ukazać się wersja oficjalna — ładnie 
zredagowana i wydrukowana, lecz mniej czytelna i pełna 
ogólników. Wagoner nie miał ochoty na zabawy stylis- 
tyczne; chciał poznać prawdziwą opinię siedmiu autorów 
sprawozdania, przeznaczoną wyłącznie „do użytku we- 
wnętrznego". 
Co prawda raport w ostatecznym kształcie również 
nie był adresowany do szerokiego kręgu czytelników. 
Na pierwszej stronie maszynopisu widniał stempel „ściśle 
tajne". Rządowy system klasyfikacji danych już od 
dawna nie śmieszył Wagonera, choć tym razem na 
twarzy senatora pojawił się cierpki uśmiech. Most 
niewątpliwie był tajnym przedsięwzięciem, lecz dokument 
sporządzono ponad rok temu, a wiele zawartych w nim 
informacji zdążyło już dotrzeć do opinii publicznej. 
Skąpe fragmenty pojawiły się nawet w prasie. Senator 
wiedział też, że co najmniej dziesięciu przedstawicieli 
opozycji oraz dwóch, może trzech członków jego własnej 
partii próbowało wykorzystać niektóre punkty sprawo- 
zdania i nie dopuścić, by Wagoner powtórnie zasiadł 
w ławach Senatu. Na ich nieszczęście do dnia wyborów 
wykonano zaledwie jedną trzecią prac redakcyjnych, 
toteż mieszkańcy Alaski nie mieli żadnych wątpliwości, 
kto nadal powinien reprezentować ich stan w Waszyng- 
tonie. 
Wagoner przewrócił kolejną stronicę. W miarę le- 
ktury coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, 
że treść raportu i tak nie nadawała się do wyko- 
rzystania podczas kampanii wyborczej. Zasadniczą 
część dokumentu stanowiły opisy techniczne, dosta- 
rczone członkom podkomisji przez doradców zatru- 

background image

dnionych bezpośrednio przy budowie. Był to im- 
ponujący, lecz niezrozumiały dla przeciętnego czy- 
telnika popis erudycji. W gąszczu słów trudno było 
odnaleźć jasno sformułowany wniosek; rozważania 
na temat budowy ograniczały się do kilku powie- 
rzchownych stwierdzeń i deklaracji. W większości 
podobnych przypadków Wagoner mógł jedynie wes- 
tchnąć, że ignorancja i partykularyzm brały górę 
nad rozsądkiem. 
Żaden z autorów sprawozdania nie potrafił znaleźć 
uchybień w kosztorysie. Nawet opozycjoniści, prze- 
świadczeni, iż decyzja o wyłożeniu ogromnych sum 
pieniędzy na budowę Mostu została podjęta (oczywiście 
przez Wagonera) bez konsultacji z podatnikami, musieli 
przyznać, że prace były i są prowadzone zgodnie z wszel- 
kimi zasadami ekonomii. 
Oczywiście, zdarzyło się kilka czekających na wyjaś- 
nienie przypadków, które zostały pieczołowicie odnale- 
zione i opisane przez senatorów zasiadających w pod- 
komisji. Szyper jednego z niewielkich statków transpor- 
towych, działając w porozumieniu z kierownikiem miej- 
scowego sklepu, sprzedał po paskarskich cenach dostawę 
mydła przeznaczonego dla bazy wybudowanej na Gani- 
medzie. Oszustwo wykryto w księgach rachunkowych. 
Wagoner w głębi ducha czuł podziw dla wspomnianego 
kapitana — a może pomysłodawcą był sklepikarz? — 
który wykorzystał koniunkturę i potrafił znaleźć towar 
poszukiwany na księżycach Jowisza, a jednocześnie na 
tyle mały i lekki, by część ładunku po prostu przemycić. 
Większą część poborów pracowników nadzoru technicz- 
nego przekazywano bezpośrednio na ich konta w ban- 
kach na Ziemi, toteż ludzi tych rzadko udawało się 
skłonić do dokonania zakupów na księżycach Jowisza. 
Nie odnotowano śladów poważniejszego przestępstwa. 
Żadna stalownia nie dostarczyła na plac budowy mate- 
riału niższej jakości, ponieważ projekt Mostu nie prze- 
widywał wykorzystania stali. Mieszkaniec Jowisza mógł- 
by ubić niezły interes sprzedając wybrakowany „Lód 
Cztery", lecz jak dotąd na olbrzymiej planecie nie 
zauważono śladów życia, więc bryły zmarzliny wydoby- 
wano za darmo. Podwładni Wagonera śledzili wszelkie 
pomniejsze transakcje — dostawę baraków mieszkalnych 
oraz przydział paliwa i ekwipunku — z jednakową 
uwagą podchodząc do działań własnego departamentu, 
jak i kontraktów zawieranych przez dowództwo Korpusu 
Sił Kosmicznych. 
Wyjątkowo pochlebnej oceny doczekali się Charity 
Dillon i Bob Helmuth, co częściowo wynikało z ich 
szczególnego zamiłowania do wykonywanej pracy, a czę- 
ściowo było efektem intensywnego przygotowania, jakie- 
mu zostali poddani przed podróżą. Wagoner nie widział 
potrzeby kwestionowania zasadności ich poczynań, gdyż 
nawet jeśli popełnili jakąś omyłkę, żaden „ziemski" 
inżynier nie zdołałby tego odkryć. Zasady rządzące 
budową Mostu sprawdzały się wyłącznie na Jowiszu. 
Okoliczności towarzyszące największym stratom finan- 
sowym spowodowały, że członkowie Senatu rozpatrywali 
je w kategoriach „działań bojowych". Zgon żołnierza na 
polu bitwy nie wywołuje pytań o wartość utraconego 
wyposażenia. Fragment raportu opisujący przebieg prac 
związanych z założeniem fundamentów pod przyszłą 

background image

konstrukcję Mostu z szacunkiem wspominał o heroicznej 
śmierci dwustu trzydziestu jeden astronautów, lecz po- 
mijał milczeniem koszt dziewięciu specjalnie przygoto- 
wanych statków spłaszczonych ciśnieniem pięciu milio- 
nów atmosfer do grubości cynowej blachy i szybujących 
teraz w dolnych warstwach trującego gazu, niemal 
dwanaście tysięcy kilometrów pod gęstą pokrywą wiecz- 
nie skłębionych obłoków. 
Czy ludzie zasiadający za sterami owych statków 
w pełni zasłużyli na miano bohaterów? Zostali wyselek- 
cjonowani przez sztab Korpusu Sił Kosmicznych i po- 
stępowali zgodnie z otrzymanymi rozkazami. Ponieśli 
śmierć w trakcie wypełniania obowiązków. Wagoner nie 
przypominał sobie, aby ci, którzy szczęśliwie powrócili 
do bazy, doczekali się równie wielkiego zaszczytu. Och, 
bez wątpienia zostali udekorowani orderami — genera- 
łowię twierdzili, że widok munduru upstrzonego baretka- 
mi budzi zaufanie i podziw wśród dużej części społeczeńs- 
twa — lecz raport nie wspominał o nich ani słowem. 
Jedno nie ulegało wątpliwości: zginęli znakomici 
fachowcy, ludzie pełni odwagi i poświęcenia. Zginęli na 
polecenie Wagonera. Senator zdawał sobie sprawę, że 
jego decyzja pociągnie za sobą śmierć wielu osób. 
Przyszłość mogła okazać się jeszcze gorsza, a mimo to 
trwał przy podjętym postanowieniu. Choć nie należał do 
zwolenników teorii, że cel uświęca środki, wierzył, iż 
efekt okaże się wart poniesionych ofiar... innego sposobu 
po prostu nie było. 
Od czasu do czasu myślał o Dostojewskim i Wielkim 
Inkwizytorze. Czy będzie umiał się cieszyć, jeśli Millenium 
zostanie okupione cierpieniem i śmiercią niemowląt? 
Noworodki przebywające w laboratorium koncernu Jno. 
Pfitzner & Sons nie były co prawda poddawane torturom, 
lecz ich dalsze życie znacznie różniło się od normalnego... 
I dwieście trzydzieści jeden zmrożonych ciał zatopionych 
w bezdennej otchłani Jowisza. Ciał, które niegdyś należały 
do ludzi obowiązanych bez sprzeciwu wypełnić każdy 
rozkaz, co czyniło ich bardziej bezbronnymi od dzieci. 
Senator Wagoner nie był stworzony na generała. 
Raport rozwodził się nad męstwem astronautów 
poległych w czasie służby. Wagoner przerzucił kilka 
kartek w poszukiwaniu choćby paru słów wyjaśniających 
znaczenie ich misji. Nie znalazł nic poza konwencjonal- 
nymi zwrotami w rodzaju: „zginęli za ojczyznę", 
„w walce o pokój", „za naszą przyszłość". Bełkot. 
Członkowie Senatu nie mieli pojęcia, czemu służy budo- 
wa Mostu. Patrzyli, lecz nic nie widzieli. W ciągu 
czterech lat wytężonej pracy nad sprawozdaniem nie 
nauczyli się niczego. Wielkość i kształt konstrukcji 
utwierdziły ich w przekonaniu, że chodzi o doświadczenia 
z nowym rodzajem broni — stąd frazesy związane 
z „walką o pokój" — i postanowili nie zagłębiać się 
w szczegóły przed ogłoszeniem oficjalnego komunikatu. 
W zasadzie... mieli rację. Most rzeczywiście był orę- 
żem, lecz żaden z senatorów nie kwapił się z pytaniem, 
przeciw komu zostało skierowane lodowe ostrze. Wago- 
ner czuł głębokie zadowolenie z takiego obrotu sprawy. 
Leżący na biurku dokument nic nie mówił o dwóch 
latach zaciekłych poszukiwań, o pogoni za wartościo- 
wym, rokującym nadzieje projektem i o badaniach, które 
poprzedzały sam pomysł wzniesienia Mostu. Wagoner 

background image

zatrudnił czterech zaufanych ludzi i wydał im polecenie, 
by poświęcili każdą minutę na sprawdzenie opatentowa- 
nych, lecz nie wdrożonych do produkcji rozwiązań, by 
przejrzeli pisma naukowe w poszukiwaniu teorii, które 
nie zyskały powszechnego uznania, doniesienia prasowe 
o domniemanych „cudownych" odkryciach i wynalaz- 
kach, powieści science-fiction pisane przez naukowców. 
Słowem — by znaleźli wszystko, co mogło dać inspiraq'ę 
do dalszych działań. Cel poszukiwań był objęty ścisłą 
tajemnicą, a wspomniana czwórka mężczyzn otrzymała 
zakaz utrzymywania kontaktów z osobami i instytucjami 
należącymi do kręgu „oficjalnej" nauki. 
Niestety, żadna tajemnica nie daje się utrzymać w nie- 
skończoność, ponieważ natura nie znosi sekretów; gdzieś 
w archiwach FBI znajduje się taśma z nagraniem 
rozmowy, jaką przeprowadził Wagoner z szefem swej 
grupy wywiadowczej w dniu, w którym nastąpił przełom. 
Spotkanie odbyło się w gabinecie senatora, a obaj 
rozmówcy zdawali sobie sprawę, że każde ich słowo jest 
rejestrowane przez czułe mikrofony. 
— To wygląda nieźle, Bliss — stwierdził półgłosem 
przybysz. — Temat G. (Znaleźliśmy coś o grawitacji, 
szefie.) 
— Trzymaj się sedna sprawy. (Przypomnienie: Skoro 
musisz o tym mówić w pomieszczeniu nafaszerowanym 
podsłuchem, posługuj się naukowym żargonem, aby nie 
wzbudzić zbytniego zainteresowania.) 
— Jasne. Chodzi o tak zwane równanie Blacketta, 
zakładające związek między ruchem elektronów a mo- 
mentem magnetycznym. Teoria była swego czasu roz- 
patrywana przez Diraca. W równaniu występuje G. Po 
przeprowadzeniu kilku prostych działań algebraicznych 
można wspomnianą wartość umieścić po jednej stronie 
znaku równości, a pozostałe elementy po drugiej. (Tym 
razem mamy do czynienia z czymś poważnym, co 
wzbudziło zainteresowanie innych naukowców. Koniecz- 
na ekspertyza matematyczna.) 
— Poziom? (Dlaczego poniechano dalszych badań?) 
— Podstawowe równanie mieści się na poziomie siód- 
mym, lecz nie mamy pewności, czy może być rozpatrywane 
jako wstęp do doświadczeń. Po przekształceniu nosi nazwę 
pochodnej Locke'a i nasi chłopcy uważają, że wystarczy 
głębsza analiza, by wykazać błąd w założeniach. Oczywiś- 
cie, jeśli przystąpimy do testów, należy się liczyć z pewnymi 
wydatkami. (Do tej pory nikt nie ustalił prawdziwego 
znaczenia tej informacji. Być może prowadzi w ślepy 
zaułek. Doświadczenia będą kosztować kupę forsy.) 
— Mamy jakieś oszczędności? (To znaczy ile?) 
— Na początek wystarczy. (Około czterech miliardów 
dolarów.) 
— Jesteś o tym przekonany? (Dlaczego tak dużo?) 
— Tak. Chodzi o siłę pola. 
(W ten sposób, w dużym skrócie, można było ująć 
podstawowy problem związany z badaniami nad grawita- 
cją. I niezależnie od tego, czy wzorem Newtona uważano ją 
za siłę, czy tak jak Faraday zakładano, iż jest polem, czy 
w myśl teorii Einsteina traktowano ją jako stan przestrzeni, 
nie ulegało wątpliwości, że jest niewiarygodnie słaba. Choć 
istniała w każdym, nawet najmniejszym kawałku materii, 
nie można było jej uzyskać w warunkach laboratoryjnych. 
Każdy uczeń wiedział, że dwie namagnesowane igły 

background image

zbliżały się do siebie z odległości kilku centymetrów; 
podobnie reagowały dwie metalowe kulki wielkości 
ziaren grochu, jeśli zostały „wyposażone" w ładunek 
elektromagnetyczny, a cermetaliczne magnesy nie większe 
od orzechów laskowych przywierały do siebie tak mocno, 
że najsilniejszy człowiek nie potrafił ich rozłączyć. 
Z grawitacją — teoretycznie należącą do tej samej grupy 
zjawisk co siła magnetyczna i elektryczność — sprawa 
się miała zupełnie inaczej. Nie można było jej przekazać 
ani izolować. Nie powodowała iskrzenia. W przed- 
miotach wielkości orzechów lub ziaren grochu stawała 
się po prostu niewykrywalna. Dwa obiekty o rozmiarach 
drapaczy chmur i masie litego ołowiu, by się połączyć, 
potrzebowały stuleci, jeśli jedynym powodem ich wzajem- 
nego zbliżenia było prawo Newtona; nawet miłość potrafi 
działać szybciej. Skalna bryła o średnicy dwunastu tysięcy 
ośmiuset kilometrów — Ziemia — miała pole grawitacyj- 
ne tak słabe, że skoczek o tyczce mógł poszybować na 
wysokość czterokrotnie przekraczającą jego własny 
wzrost, używając to tego wyłącznie siły mięśni.) 
— Przygotuj odpowiednie sprawozdanie. Jeśli sprawa 
okaże się interesująca, pomyślimy o funduszach. (Warto 
wydać tyle pieniędzy?) 
— Przyniosę raport jeszcze w tym tygodniu. (Tak!) 
W ten sposób narodził się Most, choć nikt, nie 
wyłączając Wagonera, nie miał pojęcia, jak brzemienna 
w skutki okaże się przytoczona wyżej rozmowa. Człon- 
kowie senackiej podkomisji nie wiedzieli tego do dzisiaj. 
Eksperci Federalnego Biura Śledczego usiłowali się 
przebić przez gąszcz niezrozumiałych zwrotów, lecz nie 
znaleźli żadnych śladów umożliwiających dalszą inwigila- 
cję Wagonera. Senator z Alaski nie należał do grona 
ulubieńców Francisa X. MacHinery'ego; był zbyt spryt- 
ny, by dać się złapać, i uparcie odmawiał współpracy. 
Wywiadowcom FBI tylko raz udało się zbliżyć do 
rozwiązania zagadki i skłonić doktora Corsi do złożenia 
zeznań przed komisją Senatu. 
Rzecznik komisji: Doktorze Corsi, zgodnie z posiada- 
nymi przez nas informacjami, pańskie ostatnie spotkanie 
z senatorem Wagonerem miało miejsce zimą dwa tysiące 
trzynastego roku. Czy tematem rozmowy był program 
„Jowisz"? 
Corsi: Jak pan sobie to wyobraża? W dwa tysiące 
trzynastym nie istniał żaden program o takim kryptonimie. 
Rzecznik: Senator Wagoner nie wspominał panu, że 
nosi się z zamiarem podjęcia szeroko zakrojonych badań? 
Corsi: Nie. 
Rzecznik: A może taka sugestia wyszła od pana? 
Corsi: Nie. Komunikat o rozpoczęciu doświadczeń 
był dla mnie całkowitym zaskoczeniem. 
Rzecznik: Mimo to przypuszczam, że zna pan cel 
eksperymentu. 
Corsi: Wiem tylko tyle, ile zostało podane do publicz- 
nej wiadomości. Dużym nakładem kosztów wznosimy 
Most na Jowiszu. Właściwy powód całego przedsię- 
wzięcia jest otoczony ścisłą tajemnicą. To wszystko. 
Rzecznik: A pańskim zdaniem czemu służy budowa? 
Corsi: Badaniom naukowym. 
Rzecznik: Oczywiście, lecz jakim badaniom? Chyba 
ma pan jakąś hipotezę. 
Corsi: Nie, nie mam. Senator Wagoner nie udzielił mi 

background image

żadnych informacji. Miałem dostęp jedynie do prasy, 
więc moje domysły są oparte na oficjalnych doniesieniach 
zawierających sugestię, że chodzi o nowy typ broni. 
6 — Będą im... 
Rzecznik: Uważa pan, że cel badań może być inny? 
Corsi: Nie... Nie czuję się kompetentny do rozmów 
o projekcie rządowym, o którym nic nie wiem. 
Rzecznik: Lecz może pan zapoznać komisję ze swoją 
opinią. 
Corsi: Jeśli mam wystąpić w charakterze eksperta, muszę 
się skontaktować z biurem i ustalić koszt konsultacji. 
Senator Billings: Doktorze Corsi, czy mamy przez to 
rozumieć, że odmawia pan odpowiedzi na ostatnie pyta- 
nie? Biorąc pod uwagę pańską przeszłość, byłoby lepiej... 
Corsi: Nie odmówiłem odpowiedzi, senatorze. Proszę 
pamiętać, że jestem naukowcem. Konsultacje stanowią 
część mojego zawodu, więc jeśli czynniki rządowe chcą 
ją u mnie zamówić, mam prawo domagać się odpowied- 
niego wynagrodzenia. 
Senator Croft: Rząd już dawno zrezygnował z pań- 
skich usług. W pełni popieram to stanowisko... 
Corsi: Nie mam zamiaru podważać decyzji rządu. 
Senator Croft: ...jednak w tej chwili składa pan 
zeznania przed komisją Senatu Stanów Zjednoczonych. 
Chyba nie muszę wyjaśniać, że odmowa odpowiedzi 
może mieć dla pana przykre konsekwencje. 
Corsi: Powstrzymałem się jedynie od wygłoszenia opinii. 
Rzecznik: Zechce mi pan wybaczyć, senatorze Croft, 
lecz świadek może odmówić ekspertyzy lub zażądać 
odpowiedniego honorarium, jeśli dana sprawa dotyczy 
jego dziedziny. Wspomniane przez pana konsekwencje 
grożą za ukrywanie faktów. 
Senator Croft: Więc przejdźmy do faktów i przestańmy 
żonglować słowami. 
Rzecznik: Doktorze Corsi, czy w czasie ostatniego 
spotkania z senatorem Wagonerem powiedział pan coś, 
co mogło jakoś łączyć się z programem „Jowisz"? 
Corsi: Owszem, choć w sensie negatywnym. Radziłem 
mu, by zrezygnował z tak kosztownych doświadczeń. 
O ile pamiętam, mówiłem dość kategorycznym tonem. 
Rzecznik: Przed chwilą twierdził pan, że nie padło ani 
jedno słowo na temat Mostu. 
Corsi: Bo nie padło. Dyskutowaliśmy nad ogólnymi 
założeniami prowadzenia badań naukowych. Moim 
zdaniem eksperymenty na skalę planetarną od dawna 
nie przynoszą zamierzonych korzyści. 
Senator Billings: Czy pobrał pan honorarium za tę 
opinię? 
Corsi: Nie. Czasem udzielam darmowych porad. 
Senator Billings: Tym razem poniósł pan stratę, gdyż 
senator Wagoner puścił pańskie uwagi mimo uszu. 
Senator Croft: Być może nie chciał korzystać z niepew- 
nego źródła. 
Corsi: Nie musiał. Powiedziałem tylko to, co w danej 
chwili uważałem za słuszne. Decyzja należała do niego. 
Rzecznik: A jakie jest dzisiaj pańskie zdanie? Czy 
nadal pan uważa, że — jeśli dobrze cytuję pańskie 
słowa — „podobne eksperymenty nie przynoszą zamie- 
rzonych korzyści"? 
Corsi: Tak. Podtrzymuję tę opinię. 
Senator Billings: I nie żąda pan od nas wynagrodzenia? 

background image

Corsi: Wszyscy znani mi naukowcy są tego samego 
zdania. Nawet ci, którzy pracują dla rządu. Mam dość 
rozsądku, by nie domagać się pieniędzy za ogólnie 
dostępną wiedzę. 
Niewiele brakowało. Czy Corsi rzeczywiście zapomniał 
o słowach wypowiedzianych przy szczelnie zasłoniętym 
oknie swego gabinetu, czy nie chciał zdradzić tej części 
rozmowy członkom komisji? Wagoner skłaniał się ku 
pierwszemu przypuszczeniu. Prawdopodobnie stary nau- 

kowiec po prostu nie pamiętał tych kilku zdań podyk- 
towanych chwilową emocją. 
Z drugiej strony nie ulegało wątpliwości, że przynaj- 
mniej częściowo zdawał sobie sprawę ze znaczenia 
budowy Mostu. Musiał zachować w pamięci rozważania 
na temat grawitacji, a więc mógł odtworzyć ciąg wyda- 
rzeń; nie było to zbyt trudne dla kogoś obdarzonego tak 
wysoką inteligencją. A mimo wszystko nie zdradził. 
Jego milczenie miało istotny wpływ na dalszy przebieg 
doświadczeń. 
Wagoner zastanawiał się, czy kiedyś będzie mógł 
podziękować wiekowemu fizykowi. Jeszcze nie teraz. Być 
może nigdy. Nawet beznamiętna forma zapisu przesłucha- 
nia nie ukrywała faktu, że z każdej wypowiedzi naukowca 
przebijał ból i zakłopotanie. Mimo szczerych chęci 
Wagoner nie umiał mu pomóc. Pocieszał się nadzieją, iż 
gdy nadejdzie właściwa chwila, Corsi jako jeden z pierw- 
szych pojmie prawdziwą wartość wyników eksperymentu. 
Należało znaleźć odpowiedź na jeszcze jedno pytanie. 
Czy w liczącym ponad tysiąc sześćset stron elaboracie 
znajdował się jakiś ślad łączący budowę Mostu z doświa- 
dczeniami prowadzonymi przez koncern Pfitznerów?... 
Nie. Wagoner z mimowolnym westchnieniem ulgi 
odłożył opasły dokument. Sięgnął po teczkę zawierającą 
akta personalne pułkownika Paige'a Russella. Czuł się 
zmęczony i nie miał najmniejszej ochoty decydować 
o dalszych losach oficera Korpusu Sił Kosmicznych, 
lecz na tym polegała jego praca. 
Senator Wagoner nie był stworzony na generała. Tym 
bardziej nie posiadał cech boga. 
ROZDZIAŁ PIĄTY: Nowy Jork 

Pochodzenie zjawiska określanego nazwą „duszy" nadal czeka 
na wyjaśnienie. Homo sapiens bez wątpienia różni się od 
pozostałych gatunków zwierząt i choć jego cechy biologiczne 
zostały szczegółowo opisane, pojęcia „moralności", „duszy" 
i „nieśmiertelności" wciąż wymykają się próbom jednoznacznej 
interpretacji (...) Człowiecza „nieśmiertelność" (całkiem od- 
mienna niż nieśmiertelność zalążków plazmy) zawarta jest 
w ponadczasowym systemie wartości, języka oraz kultury — 
i w niczym innym. 
WESTON LA BARRE 
Paige w ponurym nastroju kończył śniadanie. Nie 
potrzebował zbyt wiele czasu, by zrozumieć, że powinien 
czym prędzej opuścić stołówkę kosmodromu i udać się 
do zakładów Pfitznera z przeprosinami. Nadal nie miał 
pojęcia, dlaczego spotkanie z panną Abbott zakończyło 
się totalną katastrofą. Obwiniał się za brak odpowiednich 
manier i obcesowość. 
Z westchnieniem spojrzał na całkiem zimną jajecznicę. 
Nagle zdał sobie sprawę, że minionego wieczoru natręt- 

background image

nymi pytaniami skruszył delikatną skorupkę nastroju 
i rozsypał odłamki po całym obrusie. Zachował się jak 
głupek. Niepotrzebnie porzucił bezpieczny obszar i wdał 
się w rozważania na temat etyki zawodowej. Najpierw 
wygłosił mowę w obronie krzywdzonych noworodków, 
a później zaczął dociekać prawdziwych związków łączą- 
cych Annę z firmą, w której pracowała. 
Na zramolałym globie zwanym Ziemią, pełnym zwąt- 
pienia, dręczonym upadkiem ideałów, unikano rozmów 
o moralności. Postępowanie w myśl określonych zasad 
kosztowało zbyt wiele bólu i wyrzeczeń. Wiara, która 
niegdyś budziła wzniosłe uczucia, dziś była aktem de- 
speracji. Ci, co ją zachowali — lub usiłowali odtworzyć 
z zachowanych gdzieś w głębi duszy fragmentów — 
pragnęli tylko jednego: spokoju. 
Paige zaczął się zastanawiać, dlaczego tak bardzo 
zależało mu na poprawieniu stosunków z panną Ab- 
bott. Urlop mijał, a on tracił czas na wizyty w jakimś 
zakichanym laboratorium. Nie było to zbyt szczęśliwe 
posunięcie, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę fakt, że 
dwa poprzednie urlopy —już po rozwodzie — także nie 
należały do udanych i nadal był sam. A po powrocie do 
macierzystej jednostki czekał go prawdopodobnie lot na 
Prozerpinę, gdzie właśnie zakończono budowę bazy, 
która śmiało mogła konkurować do tytułu najwięk- 
szego zadupia w Układzie Słonecznym — oczywiście do 
czasu, póki ktoś nie ulegnie pokusie odkrycia jedenastej 
planety. 
Tak czy inaczej, był gotów ponownie zawitać u Pfitz- 
nera, zerknąć na malowniczy Bronx i otrzeć się o kilku 
znanych naukowców, biznesmenów, polityków i parę 
nadętych dziewcząt o figurze przypominającej deskę do 
prasowania. Prawda, był jeszcze fotel w sekretariacie, 
dobrze już dopasowany do jego ciała, i tabliczka z cie- 
kawym napisem; chyba po dionizyjsku. Cudownie. Po 
prostu wspaniale. Jeśli dobrze rozegra tę partię, będzie 
miał co wspominać na Prozerpinie... A może wiceprezes 
do spraw eksportu przystanie na małą poufałość i po- 
zwoli mówić do siebie „Hal" lub nawet „Bubbles"? 
Może zresztą mimo wszystko chodziło o religię. Jak 
chyba wszyscy na świecie, Paige poszukiwał czegoś, co 
byłoby większe niż on sam, niż rodzina, wojsko, małżeń- 
stwo, ojcostwo, cały kosmos i nocne włóczęgi po barach 
lub beznadziejna pogoń za seksem w czasie przepustki. 
Doświadczenia prowadzone w laboratorium Pfitznera 
przyciągały go aurą tajemniczości i samospełnienia. 
Z niekłamanym podziwem słuchał wypowiedzi Annę 
Abbott. W jej słowach dźwięczała prawdziwa pasja, 
która mogła stanowić klucz... nie, to niewłaściwe słowo. 
Nie potrafił zdefiniować własnych uczuć. Wiedział tylko, 
że zapał dziewczyny wypełnił poszarpaną dziurę w jego 
duszy niczym... niczym... o, właśnie. Niczym dobrze 
dopasowany kawałek układanki. 
A poza tym, chciał jeszcze raz zobaczyć ten promienny 
uśmiech. 
Dostrzegł Annę tuż po przekroczeniu progu sek- 
retariatu. Zdziwił się, gdy na jego widok wykonała kilka 
ukradkowych ruchów, jakby końcami palców strzepy- 
wała niewidoczny kurz z powierzchni biurka. Coraz 
wolniejszym krokiem dotarł na środek pomieszczenia 
i stanął. Nie bardzo wiedział, od czego zacząć. 

background image

Ktoś podniósł się z fotela stojącego obok wejścia. 
Ciężkie kroki zaszurały po dywanie. Paige kątem oka 
dostrzegł niewielką, nieco skuloną postać. Odwrócił się, 
nieświadomie zaciskając pięści. 
— Panno Abbott, wydaje mi się, że już widziałem tu 
tego oficera. Czy coś go łączy z waszym koncernem? 
Przygarbionym mężczyzną okazał się nie kto inny, jak 
Francis X. MacHinery. Gdy nie przybierał oskarżyciel- 
skiej postawy, świadczącej o tym, że właśnie się namyślał, 
mógł w pełni uchodzić za tego, kim był w istocie — 
dumnego potomka bostońskiej arystokracji. Niezbyt 
wysoki, lecz szczupły i posiwiały w dwudziestym szóstym 
roku życia, roztaczał wokół siebie atmosferę chłodnej 
mądrości. Orli nos i wystające kości policzkowe potęgo- 
wały to wrażenie. Godność zwierzchnika FBI otrzymał 
po swoim dziadku, który zdołał przekonać ówczesnego 
prezydenta — obdarzonego dużą charyzmą, lecz nie 
posiadającego rozsądku nawet za pół miedziaka — że 
tak ważny urząd powinien być dziedziczony, co pomoże 
uniknąć przedwyborczych sporów i kłótni o kompe- 
tencje. 
Doświadczenie uczyło, że godności piastowane „z ojca 
na syna" z biegiem lat traciły swe pierwotne znaczenie, 
gdyż wystarczył jeden słaby pęd, by zniszczyć budowaną 
przez kilka pokoleń reputację. Rodzina MacHinery'ego 
jak dotąd uniknęła podobnych kłopotów, a Francis 
mógłby niejednej rzeczy nauczyć swego dziadka. Drapież- 
ny niczym rosomak, zawsze lądował na cztery łapy, nie 
bacząc na afery i kolejne kryzysy polityczne. Gdy 
podniósł wzrok, Paige odkrył prawdziwe znaczenie 
powiedzenia o „świdrującym spojrzeniu". 
— Panno Abbott? 
— Pułkownik Russell odwiedził nas wczoraj — po- 
wiedziała Annę. — Przypuszczam, że widział go pan 
tutaj, w sekretariacie. 
W drzwiach pojawili się Gunn i Horsefield. MacHinery 
nie zwrócił na nich uwagi. 
— Jak się nazywasz, żołnierzu? — spytał. 
— Jestem astronautą — odparł sztywno Paige. — 
Pułkownik Paige Russell, Korpus Sił Kosmicznych. 
— Co tu robisz? 
— Korzystam z urlopu. 
— Chciałbym otrzymać odpowiedź na zadane pyta- 
nie — powiedział MacHinery. Przez cały czas patrzył 
ponad ramieniem Paige'a, jakby nie przywiązywał więk- 
szej wagi do prowadzonej rozmowy. — Co robisz 
w zakładach Pfitznera? 
-— Jestem po uszy zakochany w pannie Abbott — 
stwierdził Paige ku swemu najwyższemu zdziwieniu. — 
Przyszedłem z nią porozmawiać. Wczorajszego wieczoru 
mieliśmy małą sprzeczkę i chciałem przeprosić. To 
wszystko. 
Annę gwałtownie wyprostowała się za biurkiem i z nie- 
wyraźną miną wlepiła w mówiącego oszołomione spoj- 
rzenie. Nawet Gunn z trudem powstrzymywał się od 
uśmiechu. Wodził wzrokiem od dziewczyny do Paige'a, 
jakby zobaczył ich pierwszy raz w życiu. 
MacHinery przez krótką chwilę patrzył na Annę, po 
czym znów przybrał obojętny wyraz twarzy. 
— Nie jestem zainteresowany twoim prywatnym ży- 
ciem, żołnierzu — powiedział tonem sugerującym naj- 

background image

wyższe znudzenie. — Postawię pytanie w inny sposób, 
byś nie mógł udzielić kolejnej wykrętnej odpowiedzi. 
Z jakiego powodu po raz pierwszy przyszedłeś do 
laboratorium? Co cię ł ą c z y z koncernem Pfitznera? 
Paige postanowił staranniej dobierać słowa. Co praw- 
da, jeśli naprawdę wzbudził zainteresowanie MacHine- 
ry'ego, nie na wiele mogło się to zdać. Oskarżenie ze 
strony FBI działało z mocą prawa. Jak większość astro- 
nautów, Paige nie doświadczył dotąd — na szczęście — 
„przyjemności" rozmowy z przedstawicielami Biura. 
— Na zlecenie koncernu przywiozłem kilka próbek 
gruntu pochodzącego z okolic Jowisza — oświadczył. — 
Miały być poddane jakimś badaniom. 
— Przed chwilą wspomniałeś, że dostarczyłeś je już 
wczoraj. 
— Nic takiego nie powiedziałem, ale rzeczywiście 
dostarczyłem je już wczoraj. 
— Domyślam się, że dzisiaj przyniosłeś je ponow- 
nie. — MacHinery zerknął przez ramię na Horsefielda, 
który zbladł jak kreda z chwilą, gdy domyślił się 
właściwego sensu rozmowy. 
— Jak tam, Horsefield? Czy to jeden z twoich żoł- 
nierzy, o którym zapomniałeś mi powiedzieć? 
— Nie — odparł generał, choć w jego głosie dźwię- 
czała nuta wątpliwości, jakby chciał zapewnić sobie 
drogę bezpiecznej ucieczki w razie nieoczekiwanego 
oskarżenia. — Jeśli mogę ufać swej pamięci, wczoraj 
widziałem go pierwszy raz w życiu. 
— Rozumiem. Czy chce pan przez to powiedzieć, że 
ten człowiek nie należy do oddziałów, którym powierzo- 
no ochronę programu badań? 
— Wolałbym w tej chwili powstrzymać się od tak 
kategorycznych stwierdzeń. — Tym razem Horsefield 
zachował więcej pewności siebie, gdyż zdołał oddalić 
bezpośrednie niebezpieczeństwo. — Musiałbym porozu- 
mieć się z dowództwem. Może to ktoś nowy z grupy 
Alsosa... Nie słyszałem, by twierdził, że pozostaje pod 
moją komendą. 
— Gunn, co wiesz o tym człowieku? Przyjęliście go 
do pracy bez porozumienia ze mną? Został spraw- 
dzony? 
— W pewnym sensie tak, choć nie potrzebowaliśmy 
trudzić FBI — odparł zapytany. — Jest zwykłym 
zbieraczem próbek i nie uczestniczy bezpośrednio w do- 
świadczeniach. Nie ma żadnych ścisłych powiązań z na- 
szym laboratorium. Jak panu wiadomo, zbieracze zgła- 
szają się na ochotnika. 
MacHinery z wolna marszczył brwi. Paige czerpał 
wiedzę o działalności FBI jedynie z gazet, jakie od czasu 
do czasu docierały na pokład statku kosmicznego, lecz 
był przekonany, że wystarczą jeszcze dwa, trzy pytania 
i już niedługo inni czytelnicy dowiedzą się o sensacyjnym 
aresztowaniu astronauty, zamknięciu koncernu Pfitznera, 
wdrożeniu śledztwa przeciwko osobom współpracującym 
z wyżej wymienionym koncernem, kilku procesach przed 
sądem wojskowym oraz dymisji polityków powiązanych 
z programem badań. Jeśli MacHinery przechowywał 
gdzieś teczkę z artykułami na swój temat, z pewnością 
będzie miał okazję, aby dorzucić do niej stos wycinków 
grubości co najmniej dwóch centymetrów. Być może 
tylko o to mu chodziło; zniszczenie kosztownego eks- 

background image

perymentu uważał za mało istotny szczegół. 
— Przepraszam, panie Gunn — półgłosem odezwała 
się Annę. — Jestem nieco lepiej zorientowana w referen- 
cjach pułkownika Russella. Właśnie przybył z odległej 
części Układu, a jego dossier zostało już dawno poddane 
szczegółowej kontroli. Nie należy do grupy zwykłych 
zbieraczy próbek. 
— Słusznie! — zawołał Gunn. — Zupełnie o tym 
zapomniałem. 
Annę miała rację, lecz Paige czuł się nieco zdziwiony 
nagłym entuzjazmem wiceprezesa. Czyżby podejrzewał, 
że słowa dziewczyny zawierają ukryte znaczenie? 
— Pułkownik Russell jest ekologiem planetarnym, 
wyspecjalizowanym w badaniu księżyców — ciągnęła 
spokojnie Annę. — Swoją pracą przyczynił się do 
rozwiązania wielu istotnych problemów i jest dość dobrze 
znany załogom stacji kosmicznych. Ma wielu przyjaciół 
wśród pracowników nadzoru technicznego budowy Mos- 
tu, a także w kilku innych miejscach. Czy zechce pan 
potwierdzić moje słowa, pułkowniku? 
— Znam niemal wszystkich z obsługi Mostu — mruk- 
nął Paige, choć słowa z trudem przechodziły mu przez 
ściśnięte gardło. 
Wypowiedź dziewczyny niemal na kilometr pachniała 
oszustwem. A MacHinery nie cackał się z oszustami. 
Tylko on mógł kłamać; świadkom nie przysługiwał ten 
przywilej. 
— Pył, który otrzymaliśmy wczoraj, okazał się nie- 
zwykle interesujący i właśnie z tego powodu poprosiłam 
pułkownika Russella o powtórną wizytę. Potrzebujemy 
kilku wyjaśnień. Jeśli dalsze badania potwierdzą wartość 
próbek, zaoszczędzimy podatnikom wielu wydatków. 
Istnieje możliwość, że doświadczenia zostaną ukończone 
przed planowanym terminem. Podstawowym warunkiem 
jest jednak osobisty udział pułkownika w końcowym 
etapie eksperymentu, ponieważ tylko on posiada wy- 
starczającą wiedzę o mikroflorze obszaru Jowisza, aby 
odpowiednio zinterpretować wyniki. 
MacHinery pustym wzrokiem spoglądał nad ramie- 
niem Paige'a. Zdawał się nie słyszeć ani słowa, lecz 
Annę we właściwy sposób zakończyła swą wypowiedź. 
Achillesową piętą działań Federalnego Biura Śledczego 
były olbrzymie koszty związane z każdym dochodzeniem. 
Ostatnio szef FBI stał się równie czuły na punkcie 
„marnotrawienia rządowych pieniędzy", czego dowiódł 
w sprawie „wywrotowców". 
— Muszę stwierdzić, że zakończona przed chwilą 
rozmowa przebiegała chaotycznie — odezwał się w koń- 
cu. — Dlaczego ten człowiek nie chciał od razu udzielić 
wyjaśnień? 
— Wszystko, co powiedziałem, było prawdą — stwier- 
dził krótko Paige. 
MacHinery nie zwrócił na niego uwagi. 
— Sprawdzimy raporty i wezwiemy, kogo trzeba. 
Chodź, Horsefield. 
Wyprostowany jak świeca generał posłusznie wysunął 
się z pokoju, choć przedtem zdążył jeszcze obrzucić Paige'a 
spojrzeniem pełnym podejrzliwości i łobuzersko mrugnąć 
w kierunku Annę. Gdy zamknął drzwi, ścianami sekreta- 
riatu wstrząsnął gwałtowny wybuch furii. Gunn zbliżył się 
do dziewczyny z drapieżną zwinnością, która była czymś 

background image

zgoła niespodziewanym u mężczyzny, mającego zwyczaj 
przymilać się każdemu rozmówcy. Annę, równie zagniewa- 
na, wstała zza biurka. Oboje zaczęli krzyczeć jednocześnie. 
— Zobacz, do czego doprowadziła twoja cholerna 
ostrożność... 
— Co ci przyszło do głowy, żeby opowiadać MacHi- 
nery'emu takie bzdury... 
— Nawet astronauta powinien mieć dość oleju w gło- 
wie, aby nie pętać się po terenie objętym ochroną... 
— Dobrze wiesz, że próbki z Ganimeda nadają się 
tylko na śmietnik... 
— Przez twój brak wyobraźni obetną nam dotację... 
— Od początku programu nie zatrudniliśmy nikogo, 
kto byłby poddany szczegółowej inwigilacji... 
— Czujesz satysfakcję z takiego obrotu sprawy?... 
— Gdzie się podział twój rozsądek?... 
— Cisza! — ryknął na całe gardło Paige, niczym 
podoficer na placu do musztry. 
W przestrzeni kosmicznej nie miał okazji popisywać 
się swymi umiejętnościami, lecz efekt przeszedł jego 
najśmielsze oczekiwania. Gniewne okrzyki zamarły w pół 
słowa. Gunn stał z otwartymi ustami. Paige rzucił okiem 
na ściągniętą, pobladłą twarz dziewczyny. 
— Zachowujecie się jak para rozhisteryzowanych 
ciotek! — powiedział ostro. — Przykro mi, że ściągnąłem 
na was kłopoty, lecz nie prosiłem o obronę. Skończcie 
z wzajemnymi oskarżeniami i spróbujcie znaleźć jakieś 
rozwiązanie. Chętnie pomogę... pod warunkiem, że 
przestaniecie wrzeszczeć i skakać sobie do oczu. 
Annę obnażyła zęby i wydała gniewny, głuchy po- 
mruk, po czym posłusznie usiadła za biurkiem i obtarła 
policzki papierową chusteczką. Paige patrzył na nią ze 
zdumieniem. Nie przypuszczał, że ludzkie gardło może 
wydawać tak zwierzęce dźwięki. Gunn wlepił wzrok 
w dywan. Złożył dłonie na wysokości ust i wykonał 
kilka głębokich oddechów. 
— Ma pan rację — powiedział po chwili zupełnie 
spokojnie. — Jak najszybciej powinniśmy przystąpić do 
działania. Annę, dlaczego powiedziałaś, że pułkownik 
Russell weźmie udział w końcowym etapie doświadczeń? 
O nic cię nie oskarżam; próbuję jedynie ustalić fakty. 
— Zeszłego wieczoru pan Russell zaprosił mnie na 
kolację — odpowiedziała dziewczyna. — W trakcie 
spotkania popełniłam małą niedyskrecję i wspomniałam 
o niektórych szczegółach programu. Niestety, dalsza 
rozmowa przerodziła się w sprzeczkę, której świadkami 
byli dwaj informatorzy MacHinery'ego. Musiałam kła- 
mać także we własnej obronie. 
— Masz przecież mikroczujnik! Skoro sądziłaś, że 
jesteś podsłuchiwana... 
— Wiem. Po prostu uległam emocjom. Czasem mi się 
to zdarza. 
Mówiła suchym, pozornie beznamiętnym głosem. 
Paige spojrzał w jej stronę. Miał niemiłe wrażenie, że 
przysłuchuje się urzędowemu sprawozdaniu z wydarzeń, 
w których uczestniczył ktoś obcy. Jedynie łzy błyszczące 
w kącikach zaczerwienionych oczu dziewczyny stanowiły 
dowód, że wspomnienia minionego wieczoru nie były jej 
obojętne. 
— Taaaak — z namysłem powiedział Gunn. — Puł- 
kowniku Russell, czy rzeczywiście pozostaje pan w za- 

background image

żyłych stosunkach z obsługą Mostu? 
— Niektórych ludzi znam bardzo dobrze; zwłaszcza 
Charity Dillona. Dość długo stacjonowałem w rejonie 
Jowisza, lecz dochodzenie prowadzone przez MacHine- 
ry'ego wykaże niezbicie, że nie mam żadnych oficjalnych 
powiązań z budową. 
— Dobrze... dobrze... — stwierdził Gunn z nieocze- 
kiwaną wesołością. — Pracownicy nadzoru technicznego 
zostaną także objęci śledztwem, a to z punktu widzenia 
interesów Pfitznera oznacza nader korzystną zwłokę. 
Zyskamy nieco czasu... choć oczywiście, żal mi chłopców 
zatrudnionych przy budowie. Most i program Pfitznera... 
zbyt duży kąsek nawet dla MacHinery'ego. Dochodzenie 
potrwa co najmniej kilka miesięcy. FBI musi postępować 
niezwykle ostrożnie, gdyż Most jest oczkiem w głowie 
senatora Wagonera, a jego nie tak łatwo ruszyć jak 
innych członków rządu. Hmmmm... Powstaje pytanie, 
w jaki sposób wykorzystać tę szansę... 
— Nie przypuszczałem, że potrafi pan tak szybko 
odzyskać spokój — z kwaśnym uśmiechem odezwał się 
Paige. 
— Jestem handlowcem — odparł Gunn. — Może 
nieco szczególnym, lecz mimo wszystko handlowcem. 
Umiejętności aktorskie stanowią istotną część mego 
zawodu. Jeśli zaś chodzi o próbki, które pan przywiózł... 
— Niepotrzebnie o nich wspomniałam — wtrąciła 
Annę. — To może przynieść więcej szkody niż pożytku. 
— Przeciwnie, dzięki temu mamy drogę ucieczki. 
MacHinery jest niesłychanie „praktycznym" człowie- 
kiem. Uznaje tylko fakty. Pył dostarczony przez puł- 
kownika Russella musimy natychmiast poddać pieczo- 
łowitym badaniom z pominięciem obowiązującej proce- 
dury. Chcę wiedzieć o każdym interesującym śladzie... 
niekoniecznie w pełni prawdziwym. 
— Pracownicy laboratorium nie będą kłamać — na- 
stroszyła się Annę. 
— Moja droga Annę, kto mówi o kłamstwie? We 
wszystkich próbkach można znaleźć ciekawe mikroor- 
ganiany, nawet jeśli nie pasują do naszego profilu 
badań. Rozumiesz? MacHinery będzie zadowolony, jeśli 
przedstawimy mu wyniki doświadczeń nadzorowanych 
przez pułkownika Russella; zaoszczędzi sumę, którą 
musiałby wyłożyć na powołanie zespołu ekspertów. 
Nieprędko zrozumie, że pan Russell nie posiada rządo- 
wych uprawnień. 
— Zapomniałeś o najważniejszym — powiedziała 
dziewczyna. — Jeśli chcesz, by całe przedstawienie 
wypadło przekonująco, musimy zmienić obecnego tu 
pułkownika w ekologa i powiedzieć mu, czym na- 
prą w d ę się zajmujemy. 
Gunn spoważniał. 
— Bądź łaskawa pamiętać, że to właśnie on jest 
główną przyczyną naszych obecnych kłopotów — stwier- 
dził oschle. — Usiłowaliśmy zapewnić programowi 
badań szczególne warunki bezpieczeństwa... stało się to 
niemożliwe z chwilą, gdy MacHinery zaczął deptać nam 
po piętach. 
— Święte słowa — odparła Annę z kamienną twarzą, 
lecz Paige podejrzewał, że w głębi duszy bawi ją za- 
kłopotanie Gunna. 
Wiceprezes koncernu nie należał do osób, którym 

background image

można było zarzucić nielojalność wobec macierzystej 
firmy. 
— Pułkowniku Russell, na pewno nie miał pan nic 
wspólnego z ekologią? Wielu oficerów interesuje się 
nauką. 
— Niestety. Moją specjalnością jest balistyka. 
— Hmmmm... Jako astronauta przynajmniej wie pan 
coś o planetach. Annę, powierzam ci opiekę nad naszym 
gościem; skorzystaj z pomocy ojca. Ja zajmę się ludźmi 
MacHinery'ego. — Ponownie spojrzał na Paige'a. — 
Powinien pan wiedzieć, pułkowniku, że każda informa- 
cja, która trafi w niepowołane ręce, może stać się 
przyczyną pańskiej śmierci lub aresztowania. 
— Będę milczał — obiecał Paige. — Wystarczy mi 
świadomość, ile narozrabiałem. I tak kiedyś zginę przez 
swoją ciekawość... Prawda, jest jeszcze jedna sprawa, 
o której nie wspomniałem. 
— Mianowicie? 
— Źle pan obliczył czas, jaki mamy do dyspozycji. 
Za dziesięć dni kończę urlop. To dość krótko, by stać 
się wykwalifikowanym ekologiem. 
— Ufff... — jęknął Gunn. — Annę, bierz się do 
roboty. 
Zniknął za drzwiami. 
Paige spojrzał na dziewczynę. Przez chwilę stali w mil- 
czeniu, potem na ustach Annę pojawił się cień uśmiechu. 
Paige poczuł, że wstępują w niego nowe siły. 
— Czy to prawda... co powiedziałeś? — spytała 
nieśmiało. 
— Tak, choć zdałem sobie z tego sprawę dopiero 
wówczas, gdy zacząłem mówić. Przykro mi, że wybrałem 
niezbyt fortunną chwilę. Chciałem przeprosić za wczoraj- 
szą awanturę, a wyszło na to, że przysporzyłem ci 
dodatkowych kłopotów. 
— Masz talent do wtykania nosa w nie swoje spra- 
wy — odpowiedziała z uśmiechem. — W ciągu dwóch 
dni poznałeś najpilniej strzeżony sekret światowej nauki. 
— Tyle że nadal nic nie wiem. Możesz mi o tym 
opowiedzieć? — Rozejrzał się po pomieszczeniu. — Nie 
ma podsłuchu? 
Tym razem wybuchnęła głośnym śmiechem. 
— Myślisz, że wdałabym się w kłótnię z Halem 
w pokoju naszpikowanym mikrofonami? Nie musisz się 
obawiać, co dzień przeprowadzamy staranną kontrolę. 
Skupię się na najważniejszych faktach, a ojciec zapozna 
7 — Będą im... 
cię ze szczegółami. Badania chorób nowotworowych to 
tylko część działalności koncernu. Zasięg doświadczeń 
jest o wiele szerszy. Szukamy odpowiedzi na 
zagadkę śmierci. 
Paige powoli opadł na stojące w pobliżu krzesło. 
— Nie wierzę — wyszeptał po chwili. 
— Wszyscy kiedyś rozumowali w ten sposób. Oto 
najlepszy dowód. — Wskazała gotycki napis nad drzwia- 
mi. — Wider den Tod ist kein Krautlein gewachsen: „Nie 
rosną zioła przeciw Śmierci". Niemieccy zielarze byli 
przekonani, że takie jest prawo natury. Teraz uważamy 
to za kolejne wyzwanie. Gdzieś we wszechświecie i s t- 
n i e j ą odpowiednie „zioła"; trzeba je tylko odnaleźć. 
Doktor Abbott wyglądał na lekko przestraszonego 
wizytą obcego mężczyzny, lecz mimo wielu zajęć znalazł 

background image

czas, by w ciągu jednego dnia wprowadzić Paige'a 
w szczegóły eksperymentu. Mówił jasno i zrozumiale. 
Następny dzień spędzili w laboratorium. Paige asystował 
przy doświadczeniach, choć jego praca polegała głównie 
na myciu probówek i przygotowywaniu roztworów. 
Z wolna zaczynał pojmować teorię, która legła u podstaw 
programu badań. W czasie kolacji z Annę postanowił 
wypróbować wartość swoich spostrzeżeń. 
— Wszystko zależy od naszego sposobu myślenia — 
zauważył. Dziewczyna słuchała jego wywodów z niekła- 
manym zainteresowaniem, choć nie potrafiła powstrzy- 
mać lekko drwiącego uśmiechu. — Co wywołuje aktyw- 
ność antybiotyków? Jakie korzyści czerpią mikroorganiz- 
my, które je produkują? Zakładamy, że komórka wydziela 
określony rodzaj antybiotyku, by zabić lub unieszkodliwić 
inną komórkę, lecz nigdy nie zdołaliśmy udowodnić, że 
właściwą zasługę należy przypisać środowisku, w którym 
rozwija się dany organizm. Innymi słowy: im większa 
rozmaitość, tym bezpieczniejszy „producent". 
— Uważaj na teleologię — ostrzegawczo wtrąciła 
Annę. — Mówisz orezultatach, nie o przyczynach 
działania. 
— Zgoda. Lecz w tym miejscu docieramy do granic 
naszych rozważań. A gdyby tak odwrócić zagadnienie? 
Czym jest antybiotyk dla organizmu, który ginie pod 
wpływem jego działania? Oczywiście toksyną, trucizną. 
Są jednak bakterie mające szczególną odporność i właś- 
nie te bakterie przez... Jak to ujął twój ojciec?... Przez 
klonowanie i selekcję mogą zdominować całą kolonię. 
Równie oczywisty jest fakt, że uodpornione komórki 
produkują jakiś rodzaj przeciwciała. Weźmy na przykład 
bakterię wydzielającą penicylinazę, czyli enzym niszczący 
penicylinę. Dla wspomnianej bakterii penicylina jest 
jadem, a penicylinaza — antytoksyną. Mam rację? 
— Całkowicie. Mów dalej. 
— Teraz dodajmy niezbity fakt, że penicylina i tetra- 
cyklina są nie tylko antybiotykami, czyli toksynami dla 
dużej ilości bakterii, lecz także antytoksynami. 
Oba leki neutralizują działanie substancji wywołujących 
tak zwaną rzucawkę w czasie zatrucia ciążowego. Tetra- 
cyklina jest środkiem o bardzo dużym zasięgu działania. 
Czy istnieje coś takiego jak antytoksyną o podobnych 
cechach? Czy rozmaite bakterie odporne na tetracyklinę 
czerpią swe właściwości z jednego źródła? Dziś wiemy, 
że odpowiedź na oba pytania brzmi „tak". Odkryliśmy 
również inny typ antytoksyny, chroniący organizm przed 
działaniem wielu antybiotyków. Słyszałem, że jest to 
niemal dziewiczy obszar badań, wciąż czekający na 
swego Fleminga. 
Ergo: należy znaleźć taki rodzaj przeciwciała, który 
pozwoli unieszkodliwić związki pojawiające się w ludz- 
kim organizmie po zakończeniu jego rozwoju... i otrzy- 
mamy magiczny środek zwalczający degeneragę komo- 
rek oraz nowotwory. Poszukiwania prowadzone w labo- 
ratorium Pfitznera zostały uwieńczone pełnym sukcesem. 
Nowej substancji nadano nazwę askomycyny... Jak mi 
poszło? — zapytał, z niepokojem wstrzymując oddech. 
— Cudownie. MacHinery będzie miał kłopoty ze 
zrozumieniem niektórych sformułowań, ale to dobrze. 
Musisz w jego oczach uchodzić za prawdziwego fachow- 
ca. Postaraj się mówić nieco rozwlekle, z większym 

background image

namysłem. — Wyjęła puderniczkę i z uwagą popatrzyła 
w lusterko. — Walka z nowotworami stanowi tylko wstęp 
do właściwego zagadnienia. Opowiedz mi teraz o śmierci. 
Paige wlepił w nią zdumione spojrzenie. 
— Jeśli chcesz... —powiedział powoli. Annę siedziała 
z niewzruszoną miną. — Co prawda, twój ojciec stwier- 
dził, że o tej części doświadczeń nie wiedzą nawet 
członkowie rządu... Nie zapomniałaś, że jesteśmy w re- 
stauracji? 
Wyciągnęła puderniczkę w jego stronę i wówczas 
zobaczył, że domniemane lusterko było w rzeczywistości 
niewielkim ekranem, na którym połyskiwały jakieś cyfry. 
Odczyt plasował się w okolicach zera. 
— Najbliższy mikrofon jest poza zasięgiem twojego 
głosu — oświadczyła Annę, po czym wsunęła „puder- 
niczkę" do torebki. — Możesz mówić. 
— Dobrze. Kiedyś poproszę cię o wyjaśnienie, dla- 
czego nie zachowałaś dostatecznej ostrożności podczas 
naszej pierwszej wspólnej kolacji. Na razie jestem zbyt 
pochłonięty udawaniem ekologa. 
Zniżył głos. 
— Badania nad przyczynami śmierci zostały zapocząt- 
kowane w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku. 
Anatom nazwiskiem Lansing wykazał, że najmniejsze 
tkankowce, wrotki, posiadają w swych organizmach 
substancję powodującą proces starzenia. W trakcie 
dalszych doświadczeń udało mu się przedłużyć życie 
każdego pokolenia. Po pięćdziesięciu generacjach osiąg- 
nął stadium, w którym pojedynczy osobnik żył sto 
cztery dni, zamiast początkowych dwudziestu czterech. 
Wówczas odwrócił proces. Okazało się, że bezkręgowce 
pochodzące od najstarszych matek z każdą generacją 
żyły krócej. Pod koniec eksperymentu ginęły szybciej niż 
te, które przebywały w warunkach naturalnych. 
— Teraz już wiesz, skąd wzięła się obecność niemow- 
ląt w naszym laboratorium — wtrąciła dziewczyna. — 
Sierociniec przekazuje nam dzieci, których matkami są 
nieletnie dziewczęta. Im młodsi rodzice, tym lepiej. 
— Nie musisz mi dokuczać, Annę. Poza tym uważam, 
że ta droga wiedzie w kolejny ślepy zaułek. „Hodowla" 
długowiecznych ludzi jest niepraktyczna. Dzieci mogą 
być co najwyżej poddane badaniom porównawczym na 
zawartość „toksyny śmierci" w krwiobiegu. Potrzebuje- 
my konkretu: substancji zdolnej zahamować proces 
starzenia. Wiemy już, że każde zwierzę wielokomórkowe 
posiada w organizmie substancje powodujące stopniowe 
obumieranie tkanki. Wiemy, że jest to prosta, specyficzna 
substancja, całkowicie odmienna od tych wywołujących 
chorobę nowotworową. Wiemy wreszcie, że można ją 
zneutralizować. Zwierzę zaszczepione askomycyną staje 
się odporne na wszelkie odmiany raka, lecz mimo to 
zdycha w określonym wieku, bo w jego komórkach 
działa swoisty „zegar biologiczny" przekazany mu przez 
matkę w chwili narodzin wraz z odpowiednią ilością 
wspomnianego związku. 
To, czego szukamy, nie jest antybiotykiem, czyli 
środkiem działającym „przeciw życiu", lecz antyagaty- 
kiem, środkiem „przeciw śmierci". Prowadzimy do- 
świadczenia niejako na kredyt, ponieważ odkrycie asko- 
mycyny wyczerpuje warunki kontraktu zawartego z rzą- 
dem i z chwilą gdy informacja o nowym leku zostanie 

background image

podana do wiadomości publicznej, ustaną wszelkie 
dotaqe. Jeśli przeciągniemy sprawę dostatecznie długo, 
będziemy mieli dość funduszy, aby pomyślnie zakończyć 
poszukiwania antyagatyku. 
— Brawo — powiedziała Annę. — Mówisz zupełnie 
jak mój ojciec. Zwróć szczególną uwagę na ostatni 
z poruszanych tematów i postaraj się zapamiętać, że 
nawet najmniejsza wzmianka o askomycynie może wzbu- 
dzić podejrzenia przedstawicieli rządu. Gdy dojdą do 
wniosku, że gramy na zwłokę, a ich dotacja jest wyko- 
rzystywana w bliżej nie określonym celu, rozpęta się 
prawdziwe piekło. Jesteśmy o krok od sukcesu i nie 
możemy przerwać doświadczeń. Nasza porażka będzie 
oznaczać porażkę całej ludzkości. 
— Cel uświęca środki — mruknął Paige. 
— W tym przypadku tak. Wiem, że w naszym społe- 
czeństwie zasady „bezpieczeństwa i obrony" stały się 
formą kultu, lecz tym razem chodzi o przyszłość całej 
planety. 
— Jakoś przeżyję — powiedział Paige. 
Nie chodziło mu o tajemnicę, tylko o wyłudzanie 
pieniędzy od rządu, lecz nie miał zamiaru rozwijać tego 
zagadnienia. Nie wierzył w sekrety; szczególnie teraz, 
gdy naocznie poznał ich kruchość. 
W ciągu następnych dwóch dni podczas pracy w la- 
boratorium przekonał się, że program badań już dawno 
został poddany inwigilacji. 
ROZDZIAŁ SZÓSTY: Jupiter V 
Ci barbarzyńcy, których nie dzieli tradycyjna rywalizacja, 
z niezwykłą zaciętością walczą o żywność i przestrzeń. Ludzie 
nie darzą miłością swych bliźnich, jeśli wyznają odmienne ideały. 
GEORGE SANTAYANA 
Trzy żółte światła alarmu połyskiwały na długiej konso- 
lecie w pomieszczeniu nadzoru. Spieszący na swoje stano- 
wisko Helmuth obrzucił je przelotnym spojrzeniem. Panel 
dziewiąty. Jak zwykle. Tam, gdzie pracowała Eva Chavez. 
Eva — mimo latynoskiego nazwiska, które od dawna 
straciło pierwotne znaczenie w mieszance ras i narodowo- 
ści stanowiących populaq'ę Zachodu — była postawną 
blondynką z całej duszy oddaną budowie. Niestety, 
w sytuacjach wymagających rozwagi i opamiętania 
ogarniało ją przerażenie przed Wszechogarniającym 
Wszechświatem. 
Helmuth sięgnął nad ramieniem dziewczyny, wcisną) 
klawisz sprowadzający ją do funkcji biernego obser- 
watora, po czym włożył hełm drugiego mechanika. 
Znalazł się w nowym, jeszcze nie ukończonym wnętrzu 
kesonu fundamentowego. Za ukośnymi ścianami wzno- 
siły się wysokie na kilkaset metrów fale wrzącego 
wodoru. Fale, których spienione grzbiety nigdy nie 
opadały, lecz były odrywane w postaci strumienia pary. 
W górnej części pomieszczenia, na północnej ścianie 
widniała bladopomaranczowa plama z wolna pełznąca 
w stronę podstawy najbliższego węzła. Kataliza... 
Lub rak. Helmuth częściej używał tego drugiego 
określenia. Na drapieżnej, gigantycznej planecie-potwo- 
rze nawet niewielka ilość węglanu wapnia stanowiła 
śmiertelne zagrożenie, choć dwa wieki temu ten sam 
węglan był wykorzystywany na Ziemi do produkcji 
acetylenu stosowanego w lampach gazowych. Wicher, 
wiejący na Jowiszu z oszałamiającą prędkością, wciskał 

background image

cząsteczki soli w każdą napotkaną przeszkodę. Pod 
ciśnieniem dziesięciu milionów atmosfer oraz w obecości 
katalizatora sodowego lód używany do budowy Mostu 
reagował z amoniakiem oraz dwutlenkiem węgla, two- 
rząc proteinowy związek, co powodowało gwałtownie 
postępujący rozpad substancji wyjściowych: 
O H H O H H 
 O 
 II 
 CH 
 I 
CHN C CHN C 
/\l/\/\ /\l/\/l\ /\ 
' C CHN C CHN C 
cas 
CHN 
II I 
O H 


O H 
H O 


II 
N H C C NHC 
/l\/\l/\/l\/\l/\. 
/HC C NHC C NH 
II I I II I I 
O H H O H H 
H O 
Ul 


O H H 

Helmuth przez chwilę obserwował zjawisko. Most 
stanął właśnie po to, by dać ludziom możliwość studio- 
wania tak niecodziennych przypadków. Na Ziemi podob- 
na narośl byłaby porowatą masą, twardą niczym róg 
nosorożca... o ile w ogóle mogłaby powstać. Tu, gdzie 
siła ciążenia niemal trzykrotnie przekraczała ziemską, 
cząsteczki układały się w porządku właściwym dla 
związków alifatycznych, lecz miały strukturę heksagonal- 
ną, charakterystyczną dla związków aromatycznych. 
Długa oś łańcucha powodowała, że substancja przypo- 
minała grafit, atomy wapnia i siarki porzucały jeden 
atom węgla, by z nadzieją uchwycić się następnego lub 
tworzyły dość dziwne wiązanie dwusiarczkowe przypo- 
minające cystynę... 
Porównanie z nowotworem okazało się całkiem trafne. 
Substancja była bliska endemicznej formie życia, która 
mogła się rozwijać wyłącznie w warunkach panujących 
na Jowiszu. Rosła, pobierała pokarm, rozmnażała się 
i miała budowę zbliżoną do niektórych ziemskich drob- 
noustrojów, takich jak wirus choroby mozaikowej tyto- 
niu. Oczywiście w odróżnieniu od normalnej komórki 
powiększała swą objętość, przez narastanie, niczym 
martwy kryształ — choć wirusy też potrafiły tego 
dokonać, przynajmniej in vitro. 
Mimo swej niezwykłości twór był niepożądanym 

background image

zjawiskiem na budowie największego przedsięwzięcia 
ludzkiej myśli technicznej. Być może stanowił właściwy 
składnik organizmu jakiejś zenoidalnej * meduzy, lecz 
we wnętrzu kesonu stawał się chorobotwórczym liszajem. 
Na skraju plamy pracował niewielki mechanizm, który 
zdrapywał warstwę aminokwasu i okładał „ranę" świe- 
* Termin używany dla określenia niektórych zjawisk występują- 
cych na Jowiszu, utworzony od greckiego imienia tego samego boga — 
Zeus, w dopełniaczu Zenon. 
żym lodem, co w niczym nie zakłócało przebiegu reakcji. 
Prawdziwym źródłem kłopotów nie był pylisty węglan 
wapnia, który do granic możliwości przesycał atmosferę, 
lecz niewielka ilość cząsteczek sodu występująca wyłącz- 
nie w roli katalizatora. Automat działał zbyt wolno, by 
nadążyć za postępującym dziełem zniszczenia. 
Nałożenie nowej warstwy lodu niczego nie załatwiało. 
Obciążony konstrukgą keson w ciągu niecałej godziny 
roztopiłby się niczym kostka masła rzucona na rozgrzaną 
patelnię. 
Helmuth odsunął na bok mechanizm czyszczący. 
Zaryzykować wiercenie? Nie. Cząteczki metalu były 
zbyt małe i zbyt głęboko osadzone w lodowej ścianie. 
W dodatku nie wiedział, gdzie ich szukać. 
Pospiesznie wezwał dwa „krety", które pracowały na 
dole, gdzie nieprzerwane pasmo wybuchów torowało 
kesonowi drogę przez górne warstwy niepewnej „gleby" 
Jowisza. Skierował ślepe maszyny wprost na nowotwór. 
Plama sięgała już trzydzieści metrów w głąb lodu. 
Helmuth bez wahania nakrył dłonią czerwony przycisk. 
Z umieszczonych na „kretach" miotaczy strzeliły 
niewidzialne, niszczące promienie. W ścianie kesonu 
pojawiła się dziura. 
Najbliższy węzeł się odkształcił. Początkowo stawiał 
opór, lecz po chwili wygiął się jeszcze bardziej. Nagle 
uwolniony z zamocowań, wirując poleciał w czarną 
otchłań. W świetle błyskawic wyglądał niczym olbrzymi 
nietoperz szybujący z połamanymi skrzydłami we wnę- 
trzu cyklonu. 
Mechanizm naprawczy zaczął wpełniać lodem spód 
otworu. Helmuth polecił otoczyć rusztowaniem miejsce 
zniszczenia i wstawić nowy węzeł. Taka naprawa musiała 
trochę potrwać. Patrzył, jak ciąg powietrza odrywa 
kawałki zmarzliny od poszarpanych krawędzi ściany. Po 
chwili upewnił się, że kataliza ustała, i poczuł nagłe, 
przedwczesne zmęczenie. Zdjął hełm. 
Ze zdziwieniem stwierdził, że ładna twarz Evy była 
wykrzywiona wściekłością. 
— Chciałeś wysadzić całą konstrukcję? — syknęła 
dziewczyna. — Od dawna szukasz pretekstu, żeby to 
zrobić! 
Odwrócił głowę całkiem zbity z tropu. Jeszcze gorzej. 
Zza szyb iluminatora połyskiwała gigantyczna tarcza 
Jowisza. 
Helmuth, Eva, Charity... Wszyscy członkowie załogi 
stawali się niewolnikami olbrzymiej planety. Leniwa 
egzystencja, jaką prowadzili na księżycu numer pięć*, 
w niczym nie przystawała do czterech godzin spędzanych 
na Moście. Każdy nowy dzień wciągał ich dryfujące 
umysły coraz głębiej w piekielną czeluść. 
Nie było na to rady. Dla osób przebywających w bazie 
widok Jowisza przesłaniającego cztery piąte nieboskłonu 

background image

stawał się swoistą obsesją, powodującą wrażenie gwał- 
townego spadania ku skłębionej mieszaninie trujących 
gazów. Coraz szybciej, i szybciej... 
— Nie mam zamiaru niczego niszczyć. — W głosie 
Helmutha brzmiało znużenie. — Wbij sobie do głowy, 
że chcę, aby nasze doświadczenia zakończyły się pomyśl- 
nie, choć mam tyle rozumu, by zdawać sobie sprawę 
z beznadziejności naszych dalekich od kompetencji 
poczynań. Przypuszczałaś, że ta plama zgnilizny po 
prostu zniknie, jeśli ją posypać szczyptą śniegu? Nie 
przyszło ci na myśl... 
* W polskiej literaturze astronomicznej najbliższy (choć ozna- 
czony numerem piątym) księżyc Jowisza nosi nazwę Amaltea (por. 
„Astronomia popularna", Warszawa 1972, str. 26—27), lecz w tłuma- 
czeniu zachowano określenie „Jupiter V" traktując je jako rtazwę bazy 
(przyp. tłumacza). 
Kilka twarzy skrytych za matowymi szybami hełmów 
obróciło się bezwiednie w stronę głosu. Helmuth umilkł; 
w centrum kontrolnym obowiązywał niepisany zakaz 
prowadzenia głośnych rozmów zakłócających przebieg 
pracy. Ruchem dłoni nakazał Evie powrót do konsolety. 
Posłusznie spełniła polecenie, choć jej nadąsana mina 
i lekko wydęte usta wyraźnie świadczyły o tym, iż 
podejrzewała, że Helmuth tylko dlatego przerwał dysku- 
sję, by mieć ostatnie słowo. 
Mężczyzna podszedł do grubej kolumny stojącej 
pośrodku pomieszczenia i po spiralnych schodkach 
wspiął się do własnej kabiny. Już czuł na skroniach 
dokuczliwy ciężar hełmu. 
Fotel głównego operatora zajmował Charity Dillon. 
Helmuth obrzucił inżyniera uważnym spojrzeniem.- 
Charity oczywiście nie zauważył jego przybycia. Każdy 
pracownik musiał posiąść umiejętność całkowitego „wy- 
ciszenia" świadomości, musiał nauczyć się zachowania 
czujności zmysłów, które rejestrowały przebieg wydarzeń 
odległych o setki tysięcy kilometrów. 
Helmuth patrzył w milczeniu, jak szczupłe, białe 
dłonie Dillona z niezachwianą pewnością poruszały się 
po klawiaturze. Inżynier kończył przegląd całej kon- 
strukcji — nie tylko nawierzchni, lecz także dźwigarów, 
przęseł, przyczółków i Bóg wie czego jeszcze. Połyskujące 
światełka czujników wskazywały, że zaktywizował niemal 
połowę elektronicznych „oczu". Musiał pracować przez 
całą noc; na pewno zasiadł do konsolety wtedy, gdy 
poprzednia zmiana udała się na spoczynek. 
Dlaczego? 
Helmuth z nagłym niepokojem zerknął na kabel 
łączący hełm operatora przybywającego w tej kabinie 
z urządzeniem umożliwiającym bezpośrednią łączność 
z innymi pracownikami. 
Komunikator był włączony. 
Dillon westchnął głośno, ściągnął hełm i odwrócił 
głowę. 
— Cześć, Bob — powiedział. — Wiesz, co jest 
zabawnego w tej pracy? Nic nie widzisz, nic nie słyszysz, 
lecz gdy ktoś stanie z tyłu, czujesz dziwny ucisk między 
łopatkami. Postrzeganie pozazmysłowe. Zdarzyło ci się 
to kiedyś? 
— Nawet dość często. Dlaczego wybrałeś się na tak 
długą przechadzkę? 
— Spodziewam się inspekcji — odparł Dillon. Wyraz 

background image

jego oczu wskazywał, że mówi zupełnie szczerze. —Dwaj 
członkowie Senatu zamierzają sprawdzić, czy nie zmar- 
nowaliśmy rządowej dotacji w wysokości ośmiu miliar- 
dów dolarów. Chciałem się upewnić, czy zastaną wszyst- 
ko w porządku. 
— Rozumiem — mruknął Helmuth. — Od pięciu lat 
nikt tu nie zaglądał. 
— Mniej więcej. Co to był za wybuch na dolnym 
poziomie? Ktoś, na pewno ty, sądząc po drastycznych 
metodach, wybawił Evę z niezłej opresji. Słyszałem 
przez komunikator, jak cię oskarżała o próbę sabotażu. 
Trochę przesadziła, ale... o co właściwie poszło? 
Dillon nie należał do ludzi lubiących zabawę w kotka 
i myszkę ze swymi pracownikami. Na jego twarzy 
pojawiła się troska, lecz Helmuth mimo wszystko po- 
stanowił zachować ostrożność. 
— Eva była w nie najlepszym humorze. Wszyscy na 
swój sposób mamy świra z powodu Jowisza. Uznałem, 
że jej metoda walki z katalizą nie jest właściwa; ot, mała 
różnica poglądów. Skorzystałem zatem z przywileju, 
jaki mi daje stanowisko, i załatwiłem sprawę po swojemu. 
Koniec. 
— Taka „różnica poglądów" może nas sporo kosz- 
tować, Bob. Nie lubię się wymądrzać, lecz jeśli dojdzie 
do podobnej sytuacji w obecności członków komisji... 
— Rachunek jest prosty — wtrącił Helmuth. — Albo 
zapłacą dziesięć tysięcy ekstra za wymianę węzła i na- 
prawę ściany kesonu, albo stracimy cały keson i jedną 
trzecią Mostu. 
— Prawda. Masz rację — odparł Dillon. — Taki 
argument powinien dotrzeć do senatorów, choć z drugiej 
strony... nie możemy wykorzystywać go zbyt często. 
Zwalniam fotel; wracaj do pracy. Jak będziesz miał czas, 
sprawdź parę punktów, które pominąłem. 
Wstał. Widać było, że coś go dręczy. Nieoczekiwanie 
zaczął mówić: 
— Bob, od wielu dni usiłuję zrozumieć, co się z tobą 
dzieje. Ze słów Evy można wnioskować, że wszyscy zdają 
sobie sprawę z tego, że to coś niedobrego. Ja... ja... Moim 
zdaniem, pesymizm może źle wpłynąć na załogę. Nie 
chcę, żeby zaczęli lekceważyć swoją pracę. Wiem... Wiem, 
że jesteś znakomitym fachowcem i harujesz w pocie czoła 
niezależnie od tego, co myślisz... ale... twój otwarcie 
negatywny stosunek do Mostu przysparza ci złych opinii. 
Może powinieneś odpocząć. Wziąć urlop. Tydzień na 
Ganimedzie czy coś takiego... Jesteś moim najlepszym 
pracownikiem, Bob. Nie chcę, żeby zastąpił cię ktoś inny. 
— To groźba? — półgłosem spytał Helmuth. 
— Nie. Nie pozwolę ci odejść, póki zachowasz choć 
krztynę rozsądku, a twoje lęki dobitnie świadczą o tym, 
że wciąż jesteś przy zdrowych zmysłach. Wiesz dobrze, 
że tylko rozumni ludzie powątpiewają w swój rozsądek. 
— Błąd w myśleniu, Charity. Większość psychoz 
zaczyna się od zwykłej depresji, której nie można 
zwalczyć. 
Dillon wykonał ruch dłonią, jakby odganiał niebez- 
pieczny temat. 
— Powtarzam: nie mam zamiaru ci grozić. Przeciwnie, 
chcę zrobić wszystko, żebyś mógł pozostać na swoim 
stanowisku. Ale moje kompetencje obejmują jedynie 
obszar Jupitera V i Mostu. Mam nad sobą urzędników 

background image

z Ganimeda, jeszcze wyższych urzędników z Waszyng- 
tonu oraz inspekcję. Dlaczego nie chcesz spojrzeć na 
jaśniejszą stronę zagadnienia? Jeśli masz dość Mostu, 
pomyśl o pieniądzach, które płyną na twoje konto za 
każdą godzinę pracy. O innych, zwykłych mostach 
i statkach, które zbudujesz po powrocie na Ziemię. To 
ty będziesz wówczas dyktować warunki, w każdym 
przedsiębiorstwie witany słowami: „Mamy przed sobą 
człowieka, który wzniósł Most na Jowiszu!" 
Zarumieniona twarz inżyniera wyrażała entuzjazm 
zmieszany z zakłopotaniem. Helmuth uśmiechnął się. 
— Spróbuję o tym pamiętać, Charity. I pójdę na 
urlop w odpowiednim czasie. Kiedy nastąpi najazd 
senatorów? 
— Trudno powiedzieć. Przybyli na Ganimeda bez 
zapowiedzi, bezpośrednio z Waszyngtonu. Zatrzymali 
się tam tylko na chwilę, lecz podejrzewam, że przed 
przylotem do nas odwiedzą Kalisto. Ich statek jest 
wyposażony w nowe urządzenie, umożliwiające podróż 
szybszą niż tradycyjnymi środkami transportu... 
Helmuth poczuł gwałtowny skurcz żołądka. Lodowate 
palce strachu zaczęły pełznąć mu wzdłuż kręgosłupa; 
wróciły wspomnienia nocnych koszmarów. 
— Nowe... urządzenie? — powtórzył jak echo. Starał 
się mówić rzeczowym, pozbawionym emocji tonem. — 
Wiesz na ten temat coś więcej? 
— Nooo... tak, lecz wolałbym milczeć, dopóki... 
— Charity, siedzimy na złomku zwietrzałej skały, na 
którym nie znajdziesz ani śladu rosyjskiego szpiega. 
Zasady „bezpieczeństwa" są pomysłem idioty. Powiedz 
mi to teraz i zaoszczędź kłopotliwej rozmowy z senato- 
rami. Powiedz mi chociaż to, o czym obaj dobrze 
wiemy: odkryto antygrawitację, prawda? 
Jedno słowo Dillona i koszmar stanie się rzeczywis- 
tością. 
— Tak — skinął głową inżynier. — Jak się domyśliłeś? 
Rzecz jasna nie jest to jeszcze właściwy ekran grawitacyj- 
ny, lecz z moich informacji wynika, że badania idą we 
właściwym kierunku. Czekaliśmy tak długo na spełnienie 
naszych marzeń... — przerwał. — Prawda, jesteś ostat- 
nim człowiekiem na świecie, który mógłby być dumny 
z tego osiągnięcia. Wkrótce podam ci dokładną datę 
inspekcji. Czy mógłbyś do tego czasu przemyśleć dzisiej- 
szą rozmowę? 
— Oczywiście. — Helmuth zajął miejsce przed kon- 
soletą. 
— Dzięki. Jeśli chodzi o ciebie, potrafię się cieszyć 
nawet z najmniejszych zwycięstw. Dobrej zmiany, Bob. 
— Dobrej zmiany, Charity. 
ROZDZIAŁ SIÓDMY: Nowy Jork 
Gdy Nietsche po raz pierwszy opisał „przewartościowanie 
obowiązujących wartości", moraliści naszego wieku odkryli wresz- 
cie właściwą definicję zasad postępowania. Przewartościowanie 
obowiązujących wartości jest podstawową cechą każdej cywilizacji; 
jest początkiem Cywilizacji, która zmienia formę zastanej Kultury, 
usiłuje odczytać ją na nowo i praktykować w odmienny sposób. 
OSWALD SPENGLER 
Szczególna zdolność Paige'a, który potrafił dodać dwa 
do dwóch i otrzymać dwadzieścia dwa, pozwoliła mu 
odkryć obecność szpiega. Facet tak nie pasował do 
otoczenia, że aż dziw brał, iż nikt do tej pory nie zwrócił na 

background image

niego uwagi. Należał co prawda do sporej grupy laboran- 
tów pracujących w głównym budynku, lecz jego zwyczaj 
robienia notatek na wewnętrznej stronie fartucha oraz 
niezwykła czujność, z jaką opuszczał wieczorem gmach 
koncernu, już dawno powinny wbudzić podejrzenia. 
Zdaniem Paige'a był to najlepszy przykład na poparcie 
twierdzenia, iż metody bezpieczeństwa preferowane przez 
Waszyngton stwarzają ludziom naprawdę niebezpiecz- 
nym wiele okazji do pozostawienia w bezpiecznym cieniu. 
Wśród naukowców i pracowników laboratorium pano- 
8 — 
wała swoista „zmowa milczenia", zabraniająca wszelkich 
form donosicielstwa, co w równym stopniu chroniło 
niewinnych, jak winnych oraz świadczyło o głębokim 
braku zaufania do wymiaru sprawiedliwości. 
Paige początkowo nie miał pojęcia, co zrobić z ptasz- 
kiem, którego miał w garści. Po dniu, w którym nastąpił 
istotny postęp w badaniach, z żalem zrezygnował ze 
spędzenia wieczoru w towarzystwie Annę i postanowił 
ruszyć tropem szpiega. Był pewien, że fałszywy laborant 
zechce powiadomić swych mocodawców o najnowszych 
wynikach doświadczeń. 
Zdanie okazało się łatwiejsze, niż przypuszczał. Śle- 
dzony mężczyzna miał nawyk ciągłego spoglądania przez 
ramię, co ułatwiało odnalezienie go nawet w dużym 
tłumie i ze sporej odległości. Wsiadł do pociągu zdąża- 
jącego do Hoboken. Na stacji końcowej wypożyczył 
skuter i ruszył w stronę Seacaucus, miasteczka położo- 
nego na skrzyżowaniu kilku autostrad. Paige nie stracił 
go z oczu ani przez chwilę. 
Pierwsze kłopoty zaczęły się tuż za granicami osady. 
W miejscu gdzie autostrada numer czterdzieści sześć 
przecinała drogę wiodącą do Tunelu Lincolna, powstało 
tymczasowe osiedle Wyznawców. W przyczepach cam- 
pingowych mieszkało trzysta tysięcy osób — niemal 
połowa siedmiusettysięcznej grupy, która przybyła do 
Nowego Jorku na dwutygodniowe obrzędy związane ze 
świętem Zmartwychwstania. Paige zauważył kilka pojaz- 
dów z tablicami rejestracyjnymi odległej o kilka tysięcy 
kilometrów Erytrei. 
Osiedle na kółkach zajmowało większy obszar niż 
jakiekolwiek pobliskie miasto, z wyjątkiem Passaic. 
Posiadało kilka supermaketów rzęsiście oświetlonych 
mimo późnej pory i tę samą liczbę publicznych pralni 
otwartych przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. 
Do dyspozycji wiernych pozostawało także niemal sto 
łaźni oraz trzysta sześćdziesiąt toalet. Paige doliczył się 
dziesięciu barów szybkiej obsługi i dwudziestu stoisk 
z hamburgerami. Zatrzymał się przy jednym, żeby kupić 
„teksaską parówkę" długość przedramienia, pokrytą 
musztardą, sosem, kiszoną kapustą, przyprawą z kuku- 
rydzy i piccalilli. Zobaczył także dziesięć okazałych 
namiotów szpitalnych, z których każdy mógł z powo- 
dzeniem pełnić rolę cyrku; po zjedzeniu parówki zaczął 
się domyślać, co było powodem ich rozmiarów. 
Liczba przyczep mieszkalnych sięgała sześćdziesięciu 
tysięcy — od prostej dwukółki do błyszczącego chromem 
packarda. Na szczęście oświetlenie funkcjonowało bez 
zarzutu, a ponieważ wszyscy uczestnicy zjazdu byli 
Wyznawcami, nikt nie zawracał sobie głowy ustawianiem 
pułapek i robotów-kaznodziei. Mężczyzna śledzony przez 

background image

Paige'a kilkakrotnie usiłował zmylić ślad, zawracał i krą- 
żył, lecz w końcu zniknął w pokaźnej przyczepie z łotews- 
ką rejestracją. Po półgodzinie — dokładnie o drugiej 
w nocy — nad dachem pojazdu ukazała się gruba jak 
nadgarstek dorosłego mężczyzny antena nadajnika. 
Reszta należy do FBI — pomyślał ponuro Paige, na 
powrót dosiadając wynajętego skutera. 
Ale co miał im powiedzieć? Istniało co najmniej tuzin 
powodów, by on sam trzymał się z dala od agentów 
Federalnego Biura Śledczego. Podjęcie dochodzenia 
oznaczało ujawnienie doświadczeń związanych z po- 
szukiwaniem antyagatyku i nadużycie zaufania, któ- 
rym — z pewnymi oporami — obdarzyli go Gunn 
i Annę. Z drugiej strony, brak odpowiednich działań 
mógł doprowadzić do przejęcia technologii produkq'i 
leku przez Rosjan, co nasuwało nieuchronne pytanie 
o zasady lojalności i wierności wobec własnego kraju... 
oraz mogło wzbudzić podejrzenia MacHinery'ego. 
Nim nastał świt, Paige znalazł właściwe rozwiązanie. 
Po skończonej pracy przeszukał szafkę domniemanego 
szpiega i odkrył niezbite dowody na potwierdzenie swych 
podejrzeń. Agent musiał być niezłym idiotą, skoro niemal 
na wierzchu trzymał mikrofilmy, negatywy, informacje 
zakodowane w sposób tak prymitywny, że przypominały 
szyfr używany przez Toma Mixa w dawnych westernach, 
oraz kilkanaście zdjęć przedstawiających krok po kroku 
drogę do osiedla Wyznawców. Nie brakowało nawet 
fotografii uwieczniającej przyczepę z nadajnikiem. Paige 
zamknął teczkę, po czym pomaszerował wprost do 
gabinetu Gunna i złożył na kolana wiceprezesa plik 
dokumentów. 
— Boże... — jęknął Gunn. — Pułkowniku Russell, 
pańska ciekawość posiada wszelkie symptomy choroby, 
wobec której koncern Pfitznera jest całkowicie bezradny. 
— To nie ma nic wspólnego z ciekawością. Jak pan 
widzi, ten facet to amator. Partyjny aktywista, raczej 
współczesny Rosenberg niż dobrze opłacany agent. 
Zostawił za sobą ślad widoczny jak na świeżym śniegu. 
— Tak, to prawda, jest wyjątkowo nieostrożny — 
zgodził się Gunn. — Już o nim słyszałem. Prawdę 
mówiąc, kilkakrotnie musieliśmy go chronić przed skut- 
kami jego własnej niefrasobliwości. 
— Dlaczego? — spytał ze zdumieniem Paige. — 
Osłaniacie szpiega? 
— Tak naskazują wymogi chwili — powiedział 
Gunn. — Skandal w laboratorium mógłby spowodować 
natychmiastowe przerwanie doświadczeń. Wcześniej czy 
później złożymy odpowiedni raport, a wówczas wszelkie 
materiały, łącznie ze zdobytymi przez pana, będą miały 
istotne znaczenie. Ale na razie nie ma pośpiechu. 
— Nie ma pośpiechu?! 
— Owszem — padła odpowiedź. — Informacje uzys- 
kane przez szpiega są bezwartościowe. Gdy w pełni 
poznamy formułę leku... 
— Metoda produkcji przestanie być tajemnicą! — 
wtrącił Paige. — Doktor Agnew wspomniał mi, że pierwszy 
lepszy chemik może dokonać odpowiedniej analizy. 
— Owszem... — mruknął Gunn. — Przemyślę pańskie 
słowa, pułkowniku. Proszę się nie martwić. Jeśli sprawy 
przybiorą zły obrót, podejmiemy właściwe kroki. 
Rozmowa dobiegła końca. Słaba rekompensata za 

background image

nieprzespaną noc i dwie opuszczone randki — pomyślał 
Paige. Niełatwo mu było zapomnieć o własnym bez- 
pieczeństwie i obowiązkach oficera, lecz mimo to uznał, 
że najważniejsze jest dobro programu badań. W czasie 
spotkania z Annę dał upust swemu rozżaleniu. 
— Uspokój się — powiedziała dziewczyna. —Wpad- 
niesz w depresję, jeśli wciąż będziesz łączył naukę z polity- 
ką. Nasz sukces wywoła największą polityczną eksplozję 
w historii świata. Lepiej trzymaj się od tego z daleka. 
— Obawiam się, że to niemożliwe — z uporem 
stwierdził Paige. — Już zaszedłem zbyt daleko, by się 
wycofać. Tolerowanie działalności szpiegowskiej nie ma 
nic wspólnego z polityką. To zdrada. Z rozmysłem 
zakładacie swoim pracownikom pętlę na szyję. 
— Nieprawda. Paige, nasz program skierowany jest 
do wszystkich: do mężczyzn, kobiet i dzieci przebywają- 
cych na Ziemi i w kosmosie. Zupełnie przypadkowo 
powstał akurat na Zachodzie. Praca w laboratorium 
Pfitznera jest w tym samym stopniu antyzachodnia co 
antyrosyjska. Chcemy ocalić od śmierci miliony istnień, 
nie tylko żołnierzy należących do jednego lub drugiego 
paktu militarnego. Nie obchodzi nas, kto zdobędzie 
formułę; jest dostępna dla wszystkich. 
— Gunn wie o tym? 
— To decyzja zarządu. Hal mógł być jednym z ini- 
q'atorów pomysłu, choć nie twierdzę, że działał wyłącznie 
z pobudek humanitarnych. Wiesz, co się stanie, kiedy 
dostępny jedynie w ograniczonych ilościach lek przeciw 
śmierci dotrze do krajów objętych totalitaryzmem? 
Wyobrażasz sobie, jak wewnętrzna walka o władzę 
osłabi ich pozycję w skali światowej? Jestem przekonana, 
że Hal rozumuje właśnie w ten sposób. 
— W odróżnieniu od ciebie — mruknął ponuro. 
— W odróżnieniu ode mnie. Paige, wystarczy mi 
świadomość przemian, jakie nastąpią w naszym własnym 
społeczeństwie! Pomyśl choć przez chwilę o ludziach, 
którzy pokładają nadzieję w religii. Po co „żyć wiecznie 
w Królestwie Niebieskim", skoro nie trzeba porzucać 
ziemskiego? Spójrz na Wyznawców. Są przekonani 
o nieomylności Biblii i co roku usiłują na nowo odczytać 
jej słowa. Nasze doświadczenia dobiegną końca jeszcze 
przed zakończeniem Roku Bożego. Znasz hasło Wy- 
znawców? „Lud pełen wiary nie lęka się śmierci". Co 
stanie się z tą „wiarą", gdy zginie strach przed nieubła- 
ganym końcem życia? 
To tylko początek. Pomyśl o towarzystwach ubez- 
pieczeniowych. O systemie bankowości. Przypomnij sobie 
starą powieść Wellsa... chyba pod tytułem „Gdy śpiący 
się zbudzi"... Opisywała historię człowieka, który żył 
dostatecznie długo, by jego oszczędności zdominowały 
całą strukturę finansową światowej gospodarki. Teraz 
w podobnej sytuacji znajdzie się każdy, kto będzie 
miał dość pieniędzy i cierpliwości. Pomyśl o problemach 
z sukcesją i prawem do spadku. Paige, to będzie ogromna 
rewolucja społeczna, której prawdziwych skutków nie 
jesteśmy w stanie przewidzieć. Pochłonięci naszymi 
sprawami, nawet nie zapytamy, co się dzieje na Kremlu. 
— Uważam, że i tak przejawiasz przesadną troskę 
o interes Kremla... albo o to, co Kreml uznaje za swój 
interes... — oschle odparł Paige. — Lepiej zachować sekret, 
niż świadomie dopuszczać do przecieku informacji. 

background image

— Znów się mylisz — powiedziała Annę. — Nie da 
się utrzymać w tajemnicy praw natury. Myśl, że jakiś cel 
jest w zasięgu ręki, stanowi dla naukowca połowę 
sukcesu. Jeśli mu powiesz, że można zwalczyć śmierć, 
nie ustanie w wysiłkach, póki nie odkryje właściwego 
sposobu. Tak zwany „know-how", wokół którego robi- 
my tyle szumu, stanowi mało znaczący fragment badań... 
i nie ma wpływu na podstawową część zagadnienia. 
— Nie rozumiem. 
— Wróćmy na chwilę do pierwszej bomby atomowej. 
Jedynym sposobem na powstrzymanie wyścigu zbrojeń 
była całkowita rezygnacja z projektu, nawet z wybuchów 
próbnych. Z chwilą gdy ogłosiliśmy światu, że bomba 
istnieje, a zrobiliśmy to z udziałem setek tysięcy miesz- 
kańców Hiroszimy, drzwi do sekretu stanęły otworem. 
Tajny raport Smytha zawierał tylko jedną istotną infor- 
mację: opis postępowania z prętami uranu podczas 
wkładania ich do powłoki ochronnej. Główny problem 
konstruktorów okazał się w rzeczywistości problemem 
technicznym możliwym do rozwiązania w ciągu roku. 
Sęk w tym, że wszelkie tajemnice hamują rozwój nauki. 
Nie pozwalają, by inni badacze wzięli udział w rozwiąza- 
niu danego zagadnienia. Idźmy dalej. Jeśli chcesz zmie- 
nić, wykorzystać lub tylko zrozumieć prawa natury, nie 
możesz działać samotnie. Zginiesz, jeśli będziesz próbo- 
wał zachować posiadane informacje wyłącznie dla siebie. 
Pozwól, że cię o coś spytam, Paige. Czy Rosjanie nie 
powinni mieć chwilowej szansy życia bez antyagatyku? 
Lek spowoduje więcej zamieszania na Zachodzie niż na 
Wschodzie. Przeciętny mieszkaniec Rosji nie zdobędzie 
ani majątku, ani władzy nawet po osiągnięciu nieśmier- 
telności. Jeśli wystartujemy ze Wschodem ku nowej 
epoce, postawi to Zachód w niekorzystnej sytuacji... — 
przerwała na chwilę. — Jeśli udostępnimy preparat 
tylko mieszkańcom Zachodu, też dokonamy sobotażu 
wymierzonego w naszą własną cywilizację, ale bez 
wciągania w to Rosji. Spróbuj to przemyśleć. 
Paige doszedł do wniosku, że obraz nakreślony przez 
dziewczynę jest nieco mętny. Wyczuwał w tym rękę 
Gunna. Postać „wiceprezesa do spraw eksportu" jawiła 
mu się w zupełnie nowych kształtach. 
— Co ci mam powiedzieć? — mruknął z niechęcią. — 
Im dłużej przebywam z tobą, tym głębiej wpadam 
w kłopoty. Najpierw usiłowałem oszukać FBI, teraz 
mam dostęp do informacji, o których istnieniu nie 
powinienem nic wiedzieć... na koniec przyjdzie mi 
uczestniczyć w przestępstwie pierwszego stopnia. Czasem 
mam wrażenie, że mój udział w całej sprawie był z góry 
zaplanowany. 
— Pierwszy ruch należał do ciebie. 
— Nie zaprzeczam — odparł. — Ale z twojej od- 
powiedzi wynika, że rozmyślnie wciągnęłaś mnie w pu- 
łapkę. 
— To prawda. Myślałam, że wcześniej dojdziesz do 
tego wniosku. Nie próbuj pytać o powody. Nie mogę ci 
nic powiedzieć. Znajdziesz odpowiedź sam. Już niedługo. 
— Ty i Gunn... 
— Nie. Hal nie ma z tym nic wspólnego. Wyraził 
jedynie zgodę na mój pomysł, choć właściwa decyzja 
została podjęta o wiele wyżej. 
— Bez najmniejszych skrupułów ingerujecie w losy 

background image

postronnych obserwatorów. — Paige mówił przez zaciś- 
nięte zęby, niemal nie poruszając ustami. — Koncern 
Pfitznera znalazł się w rękach idealistów, którzy nie 
cofną się przed niczym, żeby dowieść własnych racji. 
— Można to tak określić — westchnęła Annę. 
¦ 
ROZDZIAŁ ÓSMY: Jupiter V 
Brak nowych, zaskakujących elementów w zachowaniu jedno- 
stki świadczy o zaniku inteligencji. 
C. E. COGHILL 
Helmuth nie czul się śpiący; miał poważne powody do 
niepokoju. Po skończonej pracy wrócił do kabiny miesz- 
kalnej i zasiadł przed pulpitem czytelniczym. Na wmon- 
towanym w ścianę ekranie pojawił się tekst książki 
zapisanej na mikrofilmie. Wyrazy przesuwały się z pręd- 
kością dopasowaną do szybkości czytania, a w zasięgu 
ręki stał nie rozpieczętowany od kilku tygodni zapas 
alkoholu i papierosów. 
Mężczyzna odchylił głowę i przymknął powieki. Nawet 
nie spojrzał na tekst, który posłusznie zamarł na zdaniu, 
na którym ostatnio przerwał czytanie. Słuchał radia. 
W obszarze Jowisza pracowało wiele prywatnych 
nadajników. Duży zapas mocy, brak zakłóceń oraz 
całkowita nieobecność komercyjnych stacji radiowych 
sprzyjały rozwojowi tej formy łączności, tym bardziej że 
niemal wszystkim „mieszkańcom" kosmosu towarzyszyło 
dokuczliwe poczucie osamotnienia. 
— ...kto wie coś bliższego o wizycie senatorów? Doktor 
Barth opisał w swym sprawozdaniu odkrycie skamienia- 
łych śladów roślinności. Może przyjechali to sprawdzić? 
— Przede wszystkim chcą się spotkać z obsługą 
Mostu. — Silny głos, płynący z nadajnika dużej mocy. 
Bez wątpienia Sweeney. Z Ganimeda. — Nie podniecaj- 
cie się, chłopcy. Rządowi przylatują tu tylko we własnym 
interesie. Nic ich nie obchodzą kamyki, na których 
siedzimy. Za trzy dni się wyniosą. 
Na Kalisto spędzili tylko jeden wieczór — pomyślał 
ponuro Helmuth. 
— To ty, Sweeney? Kto dziś siedzi na Moście? 
— Dillon ma dyżur — odparł inny głos. — Spróbuj 
złapać Helmutha. 
— Helmuth! Helmuth, stary sukinsynu! Obudź się! 
— Bob, złaź z łóżka. Wszyscy mają szampański 
nastrój, przyda im się trochę smęcenia. 
Helmuth powoli wyciągnął dłoń w stronę mikrofonu 
przyczepionego do poręczy fotela. Nim zdążył się ode- 
zwać, usłyszał szelest otwieranych drzwi. 
Weszła Eva. 
— Bob, chciałam ci coś powiedzieć. 
— Zmienił głos! — wrzasnął operator z Kalisto. — 
Sweeney, zapytaj go, co pije. 
Wyłączył radio. Eva miała na sobie świeży kombine- 
zon — na Jupiterze V nie używano innych ubrań — 
i wyglądała na nieco zakłopotaną. Dlaczego nie spała? 
Powinna solidnie wypocząć przed kolejną zmianą. Światło 
padające z korytarza połyskiwało w jej włosach. W czasie 
pracy niczym nie wyróżniała się z grupy otaczających ją 
mężczyzn, lecz teraz przypominała Helmuthowi tę samą 
dziewczynę, która niegdyś co noc spoczywała w jego 
w ramionach. Dawne dzieje... Most zniszczył rozkwitające 
uczucie. Nie było czego wspominać. 

background image

— Wejdź — powiedział. — Chcesz drinka? Sok 
cytrynowy, cukier i resztę znajdziesz w szafce... Wiesz, 
gdzie szukać. Zostało jeszcze kilka puszek. 
Dziewczyna zamknęła drzwi i przysiadła na skraju 
łóżka. Zrobiła to niemal z wdziękiem, lecz z jej ruchów 
emanowała determinacja, świadcząca o tym, że Eva 
właśnie podjęła decyzję, iż z jakiś istotnych powodów 
zrobi coś głupiego. 
— Nie będę piła — powiedziała. — Ostatni przydział 
zwróciłam do magazynu. Masz w tym swoją zasługę, bo 
zobaczyłam, co może stać się z człowiekiem ulegającym 
podszeptom wyobraźni. 
— Przestań prawić kazania, Evito. Wiem, jesteś w peł- 
ni przygotowana do przejścia na wyższy, kosmiczny 
stopień egzystencji, ale nie zapominaj o własnym meta- 
bolizmie. Nie potrzebujesz niewielkiej ilości witamin? 
— Usiłujesz grać rolę mentora? Alkohol nie zawiera 
witamin, a ja nie mam ochoty rozmawiać na ten temat. 
Przyszłam zawiadomić cię o czymś, co moim zdaniem 
powinieneś wiedzieć. 
— To znaczy? 
— Chcę mieć dziecko. 
Helmuth wybuchnął głośnym, histerycznym śmiechem. 
Bez przerwy chichocząc zwinął się w fotelu. Na ściennym 
ekranie widniała czerwona strzałka wskazująca zdanie, 
na którym przerwał lekturę. Eva pospiesznie zerknęła 
w tamtą stronę, lecz obraz przygasł i znikną). 
— Kobiety! — wykrztusił Helmuth. Z trudem łapał 
oddech. — Evito, tylko ty potrafisz przywrócić mi 
dobry humor. Widzę, że żadne okoliczności nie mogą 
zmienić ludzkiej natury. 
— A muszą? — spytała podejrzliwie. — Nie rozumiem 
powodów twojej wesołości. Czy kobieta nie powinna 
chcieć mieć dziecka? 
— Oczywiście — powiedział, prostując plecy. Tekst 
książki ponownie zajaśniał na ekranie. — To całkiem 
normalne. Wszystkie kobiety pragną zostać matkami. 
Wszystkie kobiety pragną, żeby nadszedł ten wymarzony 
dzień, kiedy ich dzieci będą się mogły bawić na po- 
zbawionym powietrza okruchu kosmicznej skały, wyko- 
pywać skamieniałości, stawiać zamki z pyłu i opalać się 
w świetle odległych gwiazdozbiorów. Jak miło będzie 
wieczorem zaciągnąć zsiniałego malucha do kabiny 
i nakarmić go odżywczym tlenem! A wszystko w takt 
dzwonków wzywających kolejną zmianę do pracy. Ach, 
Jowisz... Jowisz... — Wlepił wzrok w ścianę. — Gratu- 
luję. Teraz, jeśli łaska, idź do kogoś innego ze swoimi 
rewelacjami. 
Eva z furią zerwała się na równe nogi. Chwyciła 
Helmutha za brodę i spojrzała mu prosto w oczy. 
— Ty nędzna imitacjo mężczyzny! — warknęła głu- 
cho. — Niczego nie potrafisz zrozumieć? „Kobiety", co? 
Doszedłeś do wniosku, że przyszłam do ciebie ze skruchą, 
żeby w łóżku rozwiązać problemy, które mamy w pracy! 
Złapał dziewczynę za przegub i oderwał jej dłoń od 
swojej twarzy. 
— Czego się spodziewałaś? — spytał. Nie umiał sobie 
wyobrazić rozsądnej dyskusji z „ludźmi-robotami" za- 
trudnionymi przy budowie Mostu. — Nie musisz szukać 
wymówek. Zostaliśmy w y b r a n i do tego, żeby przeby- 
wać tutaj, w zupełnej izolacji. Powody? Proszę bardzo. 

background image

Nie potrafimy tworzyć stałych związków emocjonalnych 
i nie popadamy w frustrację, jeśli jakiś romans okaże się 
niewypałem. Wszyscy mamy świadomość, że nasz styl 
życia zostałby potępiony przez ławę przysięgłych sądu 
w Bostonie, lecz z drugiej strony jesteśmy zadowoleni 
z odrzucenia ziemskich konwenansów. 
Eva milczała. 
— Uważasz, że to nieprawda? — spytał półgłosem. 
— Tak — odpowiedziała ze smutkiem. Helmuth miał 
absurdalne wrażenie, że swym zachowaniem wzbudzał 
jej litość. — Gdyby choć jedno słowo z tego, co 
powiedziałeś, było prawdą, nie mielibyśmy szans opuścić 
Ziemi. „Nie potrafimy tworzyć stałych związków emo- 
cjonalnych?" Bzdura! Byłby to dowód choroby umys- 
łowej i zaprzeczenie podstawowych zasad instynktu 
samozachowawczego. Zachowujemy się inaczej niż zwy- 
kli ludzie, bo odmieniło nas pranie mózgów. Nie wie- 
działeś o tym? 
Nie wiedział. A może wiedział, lecz pranie mózgu 
wymazało tę wiedzę z jego pamięci. Mocno ścisnął 
poręcze fotela. 
— No, w każdym razie tacy właśnie jesteśmy — 
wymruczał. 
— Słusznie. To i tak nie ma nic do rzeczy. 
— Naprawdę? Nadal uważasz mnie za głupca? Nic 
mnie nie obchodzi, czy chcesz mieć tutaj dziecko, czy nie! 
— Wyraziłeś się dostatecznie jasno — odpowiedziała 
lekko drżącym głosem. — Moja decyzja nie ma dla 
ciebie najmniejszego znaczenia. 
— Może... gdybym lubił dzieci... umiałbym się zdobyć 
na wyrazy współczucia dla niewinnej, nie narodzonej 
jeszcze istoty, której przyjdzie żyć w tak idiotycznych 
warunkach. Tak się jednak składa, że ich nie cierpię. 
Może to także wynik prania mózgu. Krótko mówiąc, 
czy zajdziesz w ciążę, czy nie, w moich oczach pozo- 
staniesz najgorszym pracownikiem nadzoru budowy. 
— Postaram się to zapamiętać — odpowiedziała. Jej 
postać przez chwilę przypominała posąg wykuty z lo- 
du. — Pozwól, że nim zostaniesz sam ze swoją cenną 
książką, powiem ci coś jeszcze... — Spojrzała na ek- 
ran. — „Pani Bovary"? A cóż ty możesz wiedzieć 
o uczuciach? Pomyśl lepiej o człowieku, który uważa, że 
dzieci powinny się zawsze rodzić w ciepłych, przytulnych 
kącikach i że wszyscy ludzie mogą żyć wyłącznie na 
pięknych, obdarzonych łagodnym klimatem planetach. 
O człowieku pozbawionym oczu, uszu, nawet głowy... 
0 mężczyźnie, który dzień i noc woła z przerażeniem: 
„Mamo!" 
— Puste słowa. 
— Pusta odpowiedź! Dobrej zmiany, Bob. Owiń 
ciepły wełniany kocyk wokół tego, co nazywasz głową, 
1 uważaj, żebyś się nie przeziębił. 
Drzwi zamknęły się z głuchym stuknięciem. 
Ciężkie brzemię zmęczenia runęło na pochylone ra- 
miona mężczyzny. Helmuth z jękiem wtulił się w fotel. 
Bolała go broda, a pod zamkniętymi powiekami jask- 
rawo płonęła rozedrgana tarcza Jowisza. 
Skulonym ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Hel- 
muth zasnął. 
Niemal od razu wpadł w sidła koszmaru. 
Sen, jak zwykle, zaczął się widokiem dobrze znanych 

background image

sytuacji, odtworzonych z niezwykłą dokładnością. Przez 
chwilę przypominał film, lecz w miarę upływu czasu 
potęgowało się uczucie presji towarzyszące nowym 
wizjom i wydarzeniom. 
Zatopienie pierwszego kesonu. Najgorsza część wstęp- 
nego etapu budowy. Zadanie wymagające niezwykłej 
precyzji, co zdecydowało o wysłaniu statków załogowych 
w głąb atmosfery Jowisza. Pracujący w przestrzeni 
technicy starannie wymierzyli i ociosali asteroid o wadze 
pięciu milionów ton, a dwadzieścia potężnych statków 
transportowych — największych, jakie wyszły spod ręki 
człowieka — poniosło gotowy keson ku planecie. 
Eskadra czterokrotnie nurkowała w kłębowisku 
chmur; w uszach Helmutha brzęczały zduszone głosy 
pilotów. Usta śpiącego mężczyzny poruszały się bezgłos- 
nie: z Jupitera V obserwował zjawiska zachodzące na 
Jowiszu i usiłował przekazać swą wiedzę lecącym niemal 
po omacku załogom. Czterokrotnie słuchał wybuchów, 
trzasków i rozpaczliwych krzyków z wolna niknących 
w groźnym pomruku rozgniewanej planety. 
Zginęło dziewięć statków i dwustu trzydziestu jeden 
ludzi. Wszystko po to, by umieścić pierwszy z ob- 
robionych asteroidów w półpłynnej masie, która stano- 
wiła powierzchnię Jowisza. Póki nie wykonano tej pracy, 
Most pozostawał jedynie w sferze marzeń. Obserwacja 
Czerwonej Plamy potwierdziła wcześniejsze przypusz- 
czenia niektórych astronomów, że na Jowiszu istnieją 
„stałe" obszary — przynajmniej na tyle stałe, by mogły 
służyć jako przedmiot badań dla kilku pokoleń naukow- 
ców — choć generalnie rzecz biorąc, obraz planety 
ciągle cię zmieniał. Jowisz nie posiadał „powierzchni" 
w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Gazy atmosferycz- 
ne w miarę opadania wywierały coraz większe ciśnienie, 
aż stawały się tak zagęszczone, że skraplały się i zamar- 
zały. Nie było litej skorupy oddzielającej jedną warstwę 
od drugiej, lecz kilka dryfujących kontynentów, które 
mogły przetrwać zarówno dwa lata, jak i dwa wieki. 
Właśnie na takiej lodowej ości usiłowano ustawić aste- 
roid. Po czterech próbach misja została uwieńczona 
powodzeniem. 
Helmuth brał bezpośredni udział w nadzorowaniu 
wszystkich pięciu operacji, w tym tej zakończonej suk- 
cesem. Choć nigdy nie opuścił Jupitera V, w snach 
wychodził z kabiny operatora i przenosił się na pokład 
statku transportowego. Jednego z tych, które nigdy nie 
wróciły... 
Chwilę później, bez najmniejszego ostrzeżenia, poja- 
wiał się na Moście. Nie łn absentia jako pilot zdalnie 
sterowanego „chrząszcza", lecz osobiście — ubrany 
w dziwny skafander o obłym, nieokreślonym kształcie. 
Ktoś odkrył antygrawitację i poszukiwał ochotników do 
przeprowadzenia rekonesansu na Moście. Helmuth zgło- 
sił się pierwszy. 
Gdy próbował analizować swój sen, nie potrafił 
znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego podał swoją 
kandydaturę. Po prostu wiedział, że wszyscy tego ocze- 
kują... i nie potrafił się wycofać. Chociaż go nienawidził, 
należał do Mostu... został na to skazany od początku. 
Z antygrawitacją było coś... nie tak. Poszukiwania 
ochotników rozpoczęto jeszcze przed zakończeniem 
badań. Działanie pól czasem słabło, a i w samej teorii 

background image

znaleziono kilka istotnych uchybień. Generatory prze- 
stawały działać po krótkim okresie użytkowania; zda- 
rzało się, że przepalały się tuż po pomyślnym przejściu 
ostatniej serii testów. Podobnie zachowywały się niektóre 
maszyny pracujące na Jowiszu: wybuchały w temperatu- 
rze, która w mgnieniu oka zamieniała żywą tkankę 
w twardy odłamek skały. 
Helmuth przewidywał, że jego wizyta na Moście 
skończy się katastrofą. Zwinięty we wnętrzu obszernego 
skafandra, gdzieś wysoko nad skłębionym morzem pary, 
czuł dotyk chmur zmienionych w szeleszczący pył drob- 
nych kryształków i zimny powiew bijący od płomieni 
wodoru. Czekał. Czekał, aż jego ciało trzykrotnie zwięk- 
szy swój ciężar, aż otaczające go ciśnienie wzrośnie do 
kilku milionów atmosfer, aż powietrze wypełni odór 
trucizny... Czekał, aż Jowisz zrzuci na jego barki swe 
brzemię. 
Nie musiał długo myśleć, by wiedzieć, co się stanie. 
Już. 
Chrapliwym krzykiem przywitał „poranek" w bazie. 
KSIĘGA TRZECIA 
ANTRAKT: Waszyngton 
Laik, „realista", człowiek z ulicy, zadaje zwykle pytanie: 
„Czy to ma dla mnie jakieś znaczenie?" Odpowiedz brzmi: 
„Tak, bardzo wielkie". Całe nasze życie jest uzależnione od 
określonych zasad etyki, socjologii, ekonomi politycznej, prawa, 
zarządzania, nauk medycznych i tak dalej. Świadomie lub nie, 
wszyscy ulegamy ich wpływom; „człowiek z ulicy" najbardziej, 
gdyż jest całkiem bezbronny. 
ALFRED KORZYBSKI 
Czwarty stycznia, 2020 
Drogi Seppi, 
Jeden Bóg wie, czy powinienem ten list wysłać Ci 
pocztą, czy przez posłańca, czy też zostawić go gdzieś 
wśród dokumentów lub planów komisji. W dzisiejszych 
czasach niebezpiecznie jest przelewać na papier swe 
myśli, lecz ktoś, kto rozumuje w ten sposób, w ogóle nie 
powinien się brać za pisanie. Wybrałem kompromis 
i dołączę niniejsze pismo do moich osobistych papierów 
z nadzieją, że zostanie odnalezione, otworzone i przesłane 
Tobie, gdy ja będę już poza zasięgiem represji. 
Nie chciałem, by moje słowa brzmiały złowieszczo; 
spostrzegłem, że tak jest, dopiero podczas czytania 
poprzedniego akapitu. Nim dostaniesz mój list, z pew- 
nością już będziesz znał kilka szczegółów, nie tylko 
z notatek prasowych, lecz także z doniesień świadków. 
Poznasz racjonalne wytłumaczenie moich poczynań od 
czasu powtórnej elekcji na fotel senatora (prawdę mó- 
wiąc, niektóre z moich poprzednich działań też dotyczą 
tej sprawy) i mam nadzieję, że zrozumiesz, co wbrew 
Twoim radom pchnęło mnie do stworzenia kolosalnego 
Mostu. 
Na pewno zdajesz sobie sprawę, że informacje, które 
docierają do opinii publicznej, są tylko wierzchołkiem 
góry lodowej (od razu nasuwa się porównanie z Jowi- 
szem, lecz o tym później). Brak mi czasu na pełne 
rozwinięcie tego tematu. Chcę Ci pozostawić raczej 
zbiór przemyśleń ukazujący przydatność zaproponowa- 
nej przez Ciebie metody badań. 
Powinieneś wiedzieć, iż tylko pozornie odrzuciłem 
Twoją sugestię. Od razu przystąpiłem do działania. 

background image

Szczególnie dużo uwagi poświęciłem zagadnieniom zwią- 
zanym z siłą ciążenia, bo wspomniałeś, że właśnie tam 
mogą tkwić „spekulaqe" wymagające dokładniejszej 
ekspertyzy. Jeśli mam być szczery, nie oczekiwałem zbyt 
wiele i mocno się zdziwiłem, gdy szef grupy prowadzącej 
poszukiwania przyniósł mi wiadomość o pochodnej 
Locke'a. 
Raport opisujący przebieg dalszych poczynań nadal 
znajduje się w archiwalnej krypcie i nie podejrzewam, 
by w najbliższej przyszłości został udostępniony nau- 
kowcom spoza organizacji rządowych. Nikt poza mną 
nie udzieli Ci wyjaśnień, a ja popełniłem już dość 
wykroczeń, żeby wspominać o czymś tak nieistotnym, 
jak złamanie zasad narzuconych przez czynniki od- 
powiedzialne za bezpieczeństwo. Poza tym ów „sekret" 
przez wiele lat był dostępny niemal każdemu. Niejaki 
Schuster — bez wątpienia wiesz o nim więcej ode 
mnie — podjął pierwsze rozważania na ten temat 
już w roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym pierwszym, 
a więc wówczas, gdy nikt nie robił tajemnicy z przebiegu 
badań. Chciał się dowiedzieć, czy każda wirująca masa 
o dużej wielkości, na przykład Słońce, jest naturalnym 
magnesem (było to jeszcze przed odkryciem słonecznego 
pola magnetycznego). W latach czterdziestych dwu- 
dziestego wieku stało się jasne, że taką właściwość 
posiadają m a łe cząstki, na przykład elektrony. (Chodzi 
mi o tak zwany czynnik Landego, nad którym głowił 
się także Dirac. Na pewno sporo o nim wiesz, ja 
nie rozumiem ani słowa.) W końcu W. H. Babcock, 
pracujący w obserwatorium na górze Wilsona, wykazał, 
że czynnik Landego posiada identyczną bądź cholernie 
zbliżoną wartość dla Słońca, Ziemi i gwiazdy określanej 
nazwą 78 Virginius. 
Moim zdaniem, nie miało to nic wspólnego z grawita- 
cją i nie kryłem swych wątpliwości podczas rozmów 
w gronie najbliżych współpracowników. Okazało się, że 
byłem w błędzie (podejrzewam, że Ty od razu wiedział- 
byś, o co chodzi). Profesor P. M. S. Blackett, o którym 
nawet j a co nieco słyszałem, wskazał na ścisły związek 
pomiędzy tymi zjawiskami, wyrażony wzorem (dalszą 
część listu przepisuję z notatek): 
2C 
gdzie P oznacza siłę magnetyczną — domyślam się, że 
chodzi tu o siłę, z jaką odpychają się, względnie przycią- 
gają, dwa bieguny, U—moment pędu (charakteryzujący 
ruch obrotowy), C — prędkość światła, a G — stałą 
grawitacyjną (słyszałem, że zawsze używa się tych samych 
symboli). Litera B oznacza stałą wartość 0,25, ale 
dalibóg, nie pytaj mnie, skąd się wzięła. I tak cały 
wywód oparto wyłącznie na przypuszczeniach; można 
go było sprawdzić w polu magnetycznym stukrotnie 
większym od ziemskiego. Dobrym obiektem doświad- 
czalnym okazał się Jowisz, posiadający niezwykle szybką 
rotację (w pobliżu równika wykonuje jeden obrót wokół 
własnej osi w ciągu dziewięciu godzin i pięćdziesięciu 
sześciu minut), lecz z powodów czysto technicznych był 
po prostu nieosiągalny. 
Na pewno? Przyznam Ci się, że w najśmielszych snach 
nie marzyłem o wykorzystaniu powierzchni Jowisza do 
eksperymentów z grawitacją, póki nie usłyszałem o po- 
chodnej Locke'a. Wystarczy przeprowadzić prostą opera- 

background image

cję algebraiczną, by umieścić G po jednej stronie znaku 
równości, a pozostałe elementy wzoru — po drugiej. 
Wynik końcowy brzmi: 
BU J 
i jest możliwy do weryfikacji w polu grawitacyjnym 
nieco przewyższającym dwukrotną wartość ziemskiego. 
Znów Jowisz. Moi eksperci kręcili nosami. Twierdzili 
między innymi (i mieli rację), że nikt nie wie, kim 
był Locke i że jego matematyczna sztuczka jest 
tylko pozornie słuszna, co także okazało się prawdą, 
lecz nie miało najmniejszego wpływu na dalszy prze- 
bieg badań (choć musieliśmy nieco zmienić wzór 
po pierwszych wynikach doświadczeń). Dla mnie 
liczyło się przede wszystkim praktyczne zastosowanie 
teorii. 
Powinienem w tym miejscu dodać, że największe 
zdumienie budziły efekty uboczne, na przykład zniesienie 
kontrakcji Lorentza-Fitzgeralda wewnątrz pola. Nie 
tylko występowały — choć nie były przewidziane w twier- 
dzeniu — lecz zachodziły w określonym porządku. 
Mówiono mi, że gdy cała sprawa ujrzy światło dzienne, 
analiza funkcjonalna w swej obecnej postaci odejdzie do 
lamusa, a naukowcy obudzą się z największym bólem 
głowy od czasu ogłoszenia teorii Einsteina; nie wiem, 
czy czujesz się zadowolony z takiego obrotu sprawy. 
Niezły efekt zwykłej „spekulacji". 
Stało się jasne, że musimy podjąć budowę Mostu. Nie 
mieliśmy innego wyjścia, skoro jedynym terenem do- 
świadczalnym w pełni odpowiadającym naszym wyma- 
ganiom był Jowisz. Wiedzieliśmy także, że prace kon- 
strukcyjne powinny trwać bez przerwy. Z chwilą zakoń- 
czenia robót Most zostałby rozerwany na strzępy, zatem 
musiał rosnąć — nie tylko opierać się Jowiszowi, lecz 
atakować. W tej chwili jest dwa razy większy, niż było 
to konieczne do praktycznego sprawdzenia pochodnej 
Locke'a. Nie mam pojęcia, jak długo będziemy go 
rozbudowywać. Pocieszam się nadzieją, że niedługo; 
Most już dziś jest prawdziwym potworem. 
Drogi Seppi, radziłeś mi rezygnację z ogromnych 
i niebotycznie kosztownych programów badań. Pozwól, że 
zadam Ci pewne pytanie: czy Most rzeczywiście zalicza się 
do tej grupy? Jest gigantyczny — to prawda. Ale „giganty- 
czny" na Jowiszu? Nie... Jest tyci jak orzeszek. 
Kawałek ażurowej konstrukcji, nic więcej. Poza tym nie 
mogliśmy przenieść doświadczeń na żadną inną planetę. 
Całe bogactwo Ormuzu, Indu czy innych bajecznych 
skarbców ludzkości nie wystarczyłoby na pokrycie kosz- 
tów projektu „Manhattan", gdyby go realizować w skali 
Jowisza. 
W dodatku — choć zupełnie przypadkowo — pozorna 
gigantomania pozwoliła mi wprowadzić w błąd wszyst- 
kich przeciwników. Skarb państwa przyjął decyzję z cał- 
kowitym zrozumieniem, a członkowie Komisji obudzili 
się z wieloletniego letargu i nareszcie mieli o czym 
dyskutować. Jak zwykle bywa w podobnych przy- 
padkach, nikt nie próbował dociekać istotnego zna- 
czenia doświadczeń, gdyż z góry zakładano, że chodzi 
o nowy, oczywiście tajny, typ broni. Na koniec — 
wybacz, że to piszę, lecz czasem nauka miesza się 
z polityką — mogłem jasno wykazać, że nie po- 
pieram podejrzanych poglądów podejrzanego do- 

background image

ktora Corsi. I za to jestem Ci winien cholerną wdzię- 
czność. 
Dobrze, kończę już z polityką i wracam do konkretów. 
Chciałbym Cię ostrzec, że nasza metoda ma kilka słabych 
punktów. 
Na pewno wiesz, do czego doprowadziły poszukiwania 
antyagatyku. Rozmawiałem z kilkoma naukowcami, 
którzy mieli jakie takie pojęcie o całej sprawie, i doszli- 
śmy do wniosku, że badania powinny być kontynuowa- 
ne. Konsekwentne metody doświadczeń prowadzonych 
w laboratorium Pfitznera od samego początku budziły 
moje zaufanie. 
Praca ruszyła pełną parą, ponieważ Pfitzner posiadał 
zgodę Ministerstwa Zdrowia na eksperymenty z nowy- 
mi antybiotykami i nikt w rządzie nie zwrócił uwagi, 
gdy zamiast chorobami wieku starczego zaczęliśmy 
zajmować się śmiercią. Nie zwracaliśmy uwagi na 
„spekulacje", póki nie trafiliśmy na coś naprawdę 
interesującego. 
Niejaki Lyons stwierdził, że hipoteza Lansinga za- 
kładająca istnienie „toksyny śmierci" jest całkowitą 
odwrotnością zjawisk zachodzących w przyrodzie. (Prze- 
chodzę do tego tematu z dużym zadowoleniem, gdyż 
podejrzewam, że wiesz o biologii równie mało jak ja. 
Rzadko inam okazję znaleźć się w podobnej sytuacji.) 
To m ł o d e matki przekazywały potomstwu substancję 
zapewniającą długowieczność. Zdaniem Lyonsa nie było 
dowodów potwierdzających przypuszczenie, że potom- 
stwo starszych rodziców zostaje „zainfekowane toksyną 
śmierci". 
Znaleźliśmy się w zamkniętym kręgu. Prawo Lansinga: 
„Starość nadchodzi, gdy ustają procesy wzrostu" przez 
dziesięciolecia stanowiło naczelne hasło gerontologii. 
Lyons upierał się przy swoim. Wskazał miedzy innymi, 
że długowieczne wrotki Lansinga miały cechy charak- 
terystyczne dla poliploidów. Nie tylko były mocniejsze 
i dłużej żyły, lecz stawały się większe i mniej płodne, co 
z kolei budziło podejrzenie, że substancja przekazywana 
z pokolenia na pokolenie zawierała mutagen, na przykład 
kolchicynę. 
Postawiliśmy to pytanie ostatniemu z żyjących asys- 
tentów Lansinga, wiekowemu uczonemu nazwiskiem 
MacDougal. Nic nie słyszał o takiej możliwości; słowa 
mistrza były dla niego świętością. Poza tym spytał: „Jak 
chcecie sprawdzić, czy Lyons ma rację?" Wrotki to 
mikroskopijne stworzenia. Z wyjątkiem jaj, komórki 
tworzące ich tkankę są niewidoczne nawet przy silnym 
powiększeniu. Z anatomicznego punktu widzenia dorosłe 
osobniki nawet nie posiadają komórek, lecz zbudowane 
są z protoplazmy, w której krążą jądra. Przypominają 
nieco plazmodium, czyli zarodziec wywołujący malarię. 
Znalezienie chromosomów z pewnością zajęłoby nam 
kilka niedziel. 
Lyons znalazł odpowiedź i na to. Zaproponował, by 
udoskonalić sposób przygotowywania preparatów i uzys- 
kać nie jeden, lecz kilka wycinków jaja pochodzącego 
od wrotka. Przy odrobinie szczęścia, twierdził, udałoby 
się zastosować wspomnianą technikę do badań nad 
dorosłymi osobnikami. 
Spróbowaliśmy. Nic nie mówiąc pracownikom Pfi- 
tznera, obarczyliśmy całym bałaganem laboratorium 

background image

w Pearl River. Lyons objął nadzór nad doświad- 
czeniami, a MacDougal występował w roli konsultanta 
(szydził i drwił całymi dniami, aż został znienawidzony 
przez wszystkich pracowników). Szło nam jak z ka- 
mienia. Wrotki są niesłychanie delikatnymi zwierzę- 
tami i niezależnie od stopnia rozwoju nie można 
ich utrzymać po śmierci w formie preparatu. Lyons 
od czasu do czasu wypadał z laboratorium i ogłaszał, 
że właśnie trzyma w ręku dowód, potwierdzający 
tezę, iż długowieczne osobniki są triploidami — po- 
siadają w jądrach komórek somatycznych trzy zespoły 
chromosomów — lub nawet tetraploidami. Eksperci 
z Pearl River spoglądali w mikroskop i widzieli 
jedynie plamę, która równie dobrze mogła być ze- 
społem chromosomów, jak i gazetowym zdjęciem 
przedstawiającym szarego kota spacerującego podczas 
mgły po płocie. Testy porównawcze — hodowla po- 
liploidalnej odmiany wrotków karmionych kolchicyną 
obok kolonii prowadzonej tradycyjną metodą Lan- 
singa i MacDougala — nie przynosiły jednoznacznych 
wyników. Lyons oświadczył w końcu, że dla udo- 
wodnienia swej teorii potrzebuje największego i naj- 
droższego mikroskopu wykorzystującego promienie 
Roentgena i w tym momencie kazałem mu wybić 
sobie z głowy całą sprawę. 
Rację miał MacDougal. Lyons potrafił zarazić ludzi 
swym entuzjazmem, darem przekonywania i niezaprze- 
czalną ilością wiedzy, lecz jego teoria okazała się kolejną 
spekulacją — tym razem bez cudzysłowu. MacDougal 
sprawiał wrażenie upartego starca, ślepo zapatrzonego 
w nauki mistrza; człowieka, który od czasów, gdy był 
studentem, nie przeprowadził żadnego istotnego do- 
świadczenia. A mimo wszystko wiedział — choć polegał 
wyłącznie na intuicji — że każda próba odrzucenia 
prawa Lansinga jest z góry skazana na niepowodzenie. 
Fortuna nie zawsze sprzyja zuchwałym; przynajmniej 
w nauce. Cieszę się z takiego obrotu sprawy — zawsze 
odczuwałem satysfakcję na widok ludzi, którzy nie 
ulegali czczej paplaninie i wybujałej retoryce. 
Gdy u Pfitznera odkryto askomycynę, Ministerstwo 
Zdrowia zamknęło laboratorium w Pearl River. 
Mówiono mi, że negatywne wyniki badań mają swój 
wpływ na rozwój nauki. Jaki będzie Twój stosunek do 
moich metod po tym, co opisałem — nie wiem. Mogę 
Ci tylko powiedzieć, że w przyszłości powinniśmy 
z większą ostrożnością odrzucać „niewczesne" pomysły 
i „nic nie znaczące" teorie. Niezaprzeczalna wartość 
owych spekulacji — jeśli naprawdę są spekulacjami — 
polega na tym, że zmuszają nas do działania. Cenna 
rzecz, zwłaszcza w świecie, w którym operuje się tak 
abstrakcyjnymi pojęciami, że nawet ich twórcy nie 
umieją dokonać właściwej weryfikacji. Blackett po- 
święcił bez wątpienia więcej czasu na rozważania 
o grawitacji niż Locke, a jednak nie potrafił wskazać 
miejsca (Jowisza), gdzie istniała możliwość przeprowa- 
dzenia odpowiednich doświadczeń. Lyons popełnił 
błąd, co wykazały zaproponowane przez niego eks- 
perymenty, lecz mimo woli udowodnił, że Lansing miał 
słuszność, i dzięki temu znacznie rozszerzył naszą 
wiedzę. 
Pomału zbliżam się do końca mojej pisaniny. Chciałem 

background image

tym listem chociaż w części spłacić dług wdzięczności, 
jaki zaciągnąłem wobec Ciebie. Nie będę wspominał 
o aspektach politycznych. Polityka to śmierć. Chcę Cię 
prosić —jeśli czujesz się usatysfakcjonowany niniejszym 
sprawozdaniem — abyś nie przejmował się moim losem. 
Przeze mnie straciłeś dobrą opinię. Bezlitośnie ingero- 
wałem w życie innych osób. Bez zmrużenia oka wysłałem 
setki ludzi w objęcia nieuchronnej śmierci; innych, w tym 
dużą liczbę dzieci, naraziłem na poważne niebezpieczeń- 
stwo. Z takim brzemieniem nie mogę oczekiwać wyba- 
czenia. 
To wszystko. Za kilka minut mam ważne spotkanie. 
Z całego serca dziękuję Ci za przyjaźń i pomoc. 
BLISS WAGONER 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY: Nowy Jork 
Istnieje pogląd, że nietolerancja jest dowodem szczerości 
•wyznania. Ktoś całkowicie przekonany o słuszności swych 
poglądów czuje się zobowiązany do napiętnowania grzechów 
popełnianych przez sąsiadów. Moim zdaniem, fanatyzm religijny 
nie ma nic wspólnego z wiarą; jest raczej wynikiem zwątpienia 
i poczucia zagrożenia. 
GEORGE SEATON 
Paige dość długo zastanawiał się nad słowami dziew- 
czyny. Kto miał rację? 
Czy wiara była wystarczającym usprawiedliwieniem 
gwałtu? Na pewno kierowała postępowaniem wielu 
osób, lecz choć jej założenia przepełniał głęboki huma- 
nitaryzm, okazywała się niehumanitarnym narzędziem 
w rękach jednostki. Gdzieś tkwił błąd. Czy należało tak 
mocno bić w dzwony, by wzbudzić trwogę w sercach 
wiernych? 
Cisza. Brak odpowiedzi. A może źródło zła tkwiło nie 
w samym wyznaniu, lecz w ludziach? W słabych istotach 
orgarniętych fanatyzmem, w rodzaju Wyznawców i nie- 
których filantropów. 
Nie miał czasu na filozoficzne debaty z samym sobą. 
Musiał się zająć przygotowaniami do ucieczki. Próbki, 
które przywiózł z okolic Jowisza, były bezwartościowe. 
Pył pokrywający powierzchnię księżyców stanowił słabą 
pożywkę dla bakterii i przetrwało w nim tylko kilka 
ogólnie znanych odmian, jak Bacillus subtilis, żyjących 
na każdym globie choć trochę przypominającym Ziemię, 
a sporadycznie spotykanych nawet na meteorach. Wyniki 
doświadczeń — zgodnie z oczekiwaniami specjalistów — 
nie przyniosły niczego nowego. 
Zarząd koncernu usiłował zmniejszyć zamieszanie 
wywołane wiadomością, że program badań objęto 
dochodzeniem, lecz wydarzenia postępowały zbyt szyb- 
ko, by można było podjąć zdecydowane działania. Na- 
tablicy ogłoszeń pojawiał się biuletyn nadsyłany co- 
dziennie przez oddział Pfitznera w Waszyngtonie — 
ściśle mówiąc, z biura agencji Interplanet Press wcho- 
dzącej w skład koncernu. Na szczęście zawarte w nim 
informacje ograniczały się do kilku ogólników. Paige 
upierał się, że śledztwo przebiega w dość dziwny sposób; 
Annę i Gunn nie potrafili znaleźć rozsądnego wyjaś- 
nienia. 
Urlop Paige'a dobiegał końca. Pozostawała perspek- 
tywa wyjazdu na Prozerpinę i cierpliwe oczekiwanie na 
kolejne rozkazy. Astronauta nie wątpił, że po zamknięciu 
dochodzenia będzie do końca życia tkwił na odległej 

background image

placówce. 
Warto było się poświęcać? 
Natrętne pytanie powracało niczym bumerang. Annę 
i Gunn z pewnością zdawali sobie sprawę z ryzyka, lecz 
uznali, że dla dobra sprawy wolno im kłamać, oszukiwać 
i manipulować życiem innych osób. Po wyłożeniu ostat- 
niej karty Paige stwierdził, że mimo wszystko nie czuje 
się zbyt mocno związany z projektem. Próbował w życiu 
chodzić różnymi drogami — każda z nich, łącznie 
z ostatnią, okazywała się ślepą uliczką, zmuszającą do 
ucieczki w obronie własnej skóry. 
Wiedział, że gdy śledztwo przekroczy mury laborato- 
rium, wyzna wszystko, i czuł pogardę dla swej słabości. 
Zgodnie z pokątnie rozpowszechnianą plotką głównym 
inkwizytorem miał być Wagoner, co dawało powód do 
rozmaitych domysłów, gdyż wszyscy wiedzieli, że Mac- 
Hinery uważa senatora za swego politycznego wroga. 
Pierwsze przesłuchania miały się zacząć już jutro. Paige 
postanowił wyliczyć czas w ten sposób, by bez pośpiechu 
złożyć zeznania, opuścić gmach koncernu i poszybować 
w przestrzeń, nim Hal Gunn i Annę Abbott zauważą 
jego nieobecność. Lot na Prozerpinę trwał ponad trzy 
miesiące; nim dotrze do celu, sprawa Pfitznera będzie 
już dawno rozwiązana. 
A on zdoła się uwolnić od poczucia winy. 
Gdy następnego ranka stanął przed drzwiami prowa- 
dzącymi do gabinetu Gunna, gdzie tymczasowo urzędo- 
wał Wagoner, miał minę człowieka idącego na spotkanie 
z plutonem egzekucyjnym. 
 
Chwilę później usłyszał kilka słów, które zabrzmiały 
jak echo strzału. Nim spostrzegł siedzącą w fotelu Annę, 
dobiegł go głos senatora: 
— Proszę spocząć, pułkowniku Russell. Cieszę się 
z naszego spotkania. Mam tu dokument oczyszczający 
pana z wszelkich zarzutów oraz kilka nowych roz- 
kazów. Może pan zapomnieć o Prozerpinie. Dziś 
wieczór leci pan na Jowisza. Panna Abbott i ja 
również. 
Reszta dnia upłynęła mu niczym we śnie. Podczas 
jazdy na kosmodrom Wagoner nie odezwał się ani 
słowem. Annę wyglądała na lekko zaszokowaną. Paige 
w dalszym ciągu uważał, iż zna ją zbyt mało, by 
wygłaszać autorytatywne opinie, lecz miał prawo przy- 
puszczać, że była zdumiona takim obrotem sprawy. 
W gabinecie Gunna siedziała z posępną, ściągniętą 
twarzą, jakby znała na pamięć tekst oskarżenia. Gdy 
Wagoner wspomniał o Jowiszu, z zaskoczeniem zwróciła 
wzrok w jego stronę, choć nic nie wskazywało na to, by 
senator zamierzał zmienić się w kangura. Coś było nie 
tak... lecz w obszernym katalogu zdarzeń, wobec których 
nie obowiązywały prawa logiki, powyższe stwierdzenie 
nie miało znaczenia. 
Nad południową częścią miasta, po prawej stronie 
samochodu, w którym siedział Paige, rozbłyskiwały 
ogniste pióropusze fajerwerków. Gdy pojazd skręcił na 
wschód, zdawały się tryskać z samego serca Manhattanu. 
Paige przyglądał im się ze zdziwieniem, aż uświadomił 
sobie, że to ostatnia noc obchodów Zmartwychwstania 
kończąca się wielkim festynem na stadionie na Randalls 
Island. Parada sztucznych ogni miała uświetnić powtórne 

background image

przyjście Zbawiciela. 
Gewiss, gewiss, es naht nocht heut' 
und kann nicht lang mehr saeumen... 
Przypomniał sobie fragment „Tristana" wielokrotnie 
nucony przez ojca, który był zagorzałym wielbicielem 
Wagnera. Jak na ironię, zobaczył pod powiekami 
jeden z przerażających, średniowiecznych obrazów 
przedstawiających Drugie Przyjście opuszczonego 
przez wszystkich Chrystusa i tłum grzeszników klę- 
czących przed złowieszczą postacią Antychrysta ob- 
darzonego twarzą, na której w dziwny sposób stopiły 
się rysy Francisa X. MacHinery'ego i Blissa Wa- 
gonera. 
Słowa, niczym gwiazdy, połyskiwały na tle czarnego 
nieba: 
\i/\i/\iA!XiXi/\i / 
— Lud — pełen — wiary — nie — lęka — się — śmierci! — 
/iv!\/iviyvv i 
Niewątpliwie — pomyślał Paige. Oni uważali, że Ziemia 
jest płaska, on zaś wyruszał w stronę Jowisza: planety 
niezbyt kulistej, lecz bardziej wybrzuszonej niż świat 
Wyznawców. Miał tam, jeśli łaska, szukać nieśmiertel- 
ności. Wiara góry przenosi — powiedział sobie z goryczą. 
Ostatnia gwiazda, tak ogromna, że nawet z dużej 
odległości jej światło połyskiwało pełnym blaskiem, 
bezgłośnie eksplodowała białoniebieskim płomieniem. 
Zawierała tylko jedno słowo: 
JUTRO 
Gwałtownie odwrócił głowę. Twarz dziewczyny była 
skąpana w wolno gasnącej poświacie. Szeroko rozwar- 
tymi oczami wpatrywała się w okno. Paige pochylił się 
i złożył delikatny pocałunek na jej lekko rozwartych 
ustach. Zupełnie zapomniał o Wagonerze. Po chwili 
poczuł, że wargi Annę ułożyły się w radosnym uśmiechu. 
Tym samym uśmiechu, którego widok wprawił go 
w zdumienie podczas pierwszej wspólnej kolacji. Choć 
teraz... Świat przez krótką chwilę rozpłynął się w nicość. 
Poczuł palce dziewczyny na swoim policzku. Annę 
odchyliła głowę. Samochód wjechał na podjazd wiodący 
do kosmodromu. Gwiazda Wyznawców po raz ostatni 
strzeliła iskrami, przypominając nieco obraz Słońca lub 
Jowisza oglądany przez barwne filtry. 
Dziewczyna nie miała pojęcia, że siedzący obok Paige 
przed kilkoma godzinami był gotów ją porzucić i uciec na 
Prozerpinc. Och, Annę... Annę... chcę wierzyć we wszyst- 
ko, co powiedziałaś. Pomóż mi zwalczyć moją niewiarę. 
Kierowca przyciszonym głosem zamienił kilka słów ze 
strażnikami, po czym wjechał na teren kosmodromu. 
Zamiast skierować samochód w stronę hali odlotów, 
skręcił w lewo i ruszył wzdłuż długiego ogrodzenia 
z drutu kolczastego, wiodącego na powrót w kierunku 
miasta oraz ciemnej plamy lądowiska awaryjnego. W od- 
dali pojawiło się światło migające kilkanaście metrów 
nad ziemią. 
Paige pochylił się i zerknął przez podwójną szklaną 
barierę: jedna szyba oddzielała go od kierowcy, a dru- 
ga — kierowcę od świata. Jasny punkt okazał się 
niewielką rakietą. Paige zmarszczył czoło. Nie potrafił 
rozpoznać typu, lecz wiedział, że jest zbyt mała, by 
polecieć gdzieś dalej. Na pewno zabierze ich na Satellite 
Vehicle One, gdzie będzie czekał prom międzyplanetarny. 

background image

— Jak się panu podoba, pułkowniku? — zabrzmiał 
nagle z kąta głos Wagonera. 
— W porządku — mruknął Paige. — Trochę mała. 
— Owszem, mała — mruknął senator. 
Paige z niepokojem spojrzał na Annę, lecz w mroku 
nie mógł dostrzec jej twarzy. Po omacku wyciągnął 
dłoń; palce dziewczyny kurczowo zacisnęły się na jego 
przegubie. 
Samochód znów skręcił. Zostawił za sobą ogrodzenie 
i wyjechał na oświetlony teren. Paige zobaczył stojących 
w pobliżu pojazdu kilku żołnierzy z oddziałów desan- 
towych. Miał absurdalne wrażenie, że z bliska rakieta 
jest jeszcze mniejsza. 
— Jesteśmy na miejscu — oświadczył Wagoner. — 
Wysiadajcie. Start nastąpi za dziesięć minut. Jeden 
z członków załogi pokaże wam drogę do kabin. 
— Załogi? — powtórzył Paige. — Senatorze, do tego 
pojazdu nie zmieszczą się więcej niż cztery osoby, razem 
z łącznościowcem. Tylko ja mogę być pilotem. 
— Nie tym razem — odparł Wagoner. — Polecimy 
jako pasażerowie. Pan, ja, panna Abbott i oczywiście 
żołnierze. „Per Aspera" posiada własną załogę, złożoną 
z pięciu osób. Nie traćmy czasu. 
To było niemożliwe. Gdy stanęli na wąskich schod- 
kach, Paige miał wrażenie, że zmierzają do wnętrza 
naboju karabinowego kalibru 22. Aby umieścić dziesięć 
osób w tej skorupie, należało przyrządzić coś w rodzaju 
ludzkiego koncentratu i rozsypać go po zakamarkach. 
Jeden z żołnierzy czekał przy śluzie. Po chwili Paige 
znalazł się w obszernej, pozbawionej iluminatorów 
kabinie, jakiej nie powstydziłby się międzyplanetarny 
liniowiec. Z głośnika umieszczonego nad hamakiem 
dobiegały odgłosy ostatnich przygotowań przed startem. 
— Zapiąć pasy. Za minutę nastąpi odpalenie. 
Co się stało z Annę? Był pewien, że weszła na pokład 
tuż za nim... 
— Gotowe. Pasażerowie, uwaga na przeciążenie. 
...lecz potem stracił ją z oczu. Nie zdążył się nawet 
obejrzeć. Coś było nie tak. Czyżby Wagoner... 
— Trzydzieści sekund. Uwaga na przeciążenie. 
...próbował ucieczki? Przed kim? Dlaczego postanowił 
zabrać ze sobą dwie dodatkowe osoby? Przecież jako 
zakładnicy... 
— Dwadzieścia sekund. 
10 — Będą im... 
...nie przedstawiali żadnej wartości. Nie uczestniczyli 
w pracach rządu, nie mieli pieniędzy, nie posiadali 
kompromitujących informacji... 
— Piętnaście sekund. 
...Chwileczkę. Annę mogła coś wiedzieć o Wagonerze. 
— Dziesięć sekund. Zapłon. 
Odruchowo rozluźnił mięśnie. Teraz nie miał czasu na 
domysły. 
— Pięć sekund. 
...Podczas startu... 
— Cztery. 
...należy... 
— Trzy. 
...myśleć... 
— Dwie. 
...wyłącznie... 

background image

— Jedna. 
...o... 
— Zero. 
...starcieeeee! Dobrze znana siła wtłoczyła go w fotel, 
gniotąc żebra i wywracając wnętrzności. Jedyne, co 
mógł zrobić, to zezwolić, by mięśnie rąk, nóg i pleców 
przejęły funkcję amortyzatorów, oraz utrzymać głowę 
i brzuch w pozycji neutralnej do kierunku przyspieszenia. 
Mięśnie używane do wykonania ostatniego z wymienio- 
nych zadań są rzadko zaprzęgane do pracy na Ziemi, 
nawet przez ciężarowców, lecz każdy astronauta, który 
nie umie ich wykorzystać, w krótkim czasie musi pożeg- 
nać się ze służbą. Prawdziwi „ludzie kosmosu" potrafią 
podrzucać na brzuchu ciężki kamień i nikt nie zdoła 
obrócić im głowy, jeśli mięśnie karku mówią „nie". 
Krzyk także pomaga przetrzymać start rakiety. Płuca 
„zapadają się" podczas krzyku — podręczniki określają 
ten stan jako acceleratio pneumothorax — i pozostają 
w tej pozycji do zakończenia pierwszego etapu lotu. 
W tym czasie we krwi wzrasta wyraźnie poziom dwu- 
tlenku węgla, co z głośnym sapnięciem przywraca funkcję 
oddychania, nawet gdy mięśnie klatki piersiowej zostaną 
uszkodzone. Krzyk daje pewność, że kiedy zaczniesz 
oddychać, będziesz oddychał. 
Poza tym, podobnie jak inni astronauci, Paige uważał 
wrzask za jedyną formę protestu przeciwko dziewięciu 
morderczym sekundom przyspieszania. Pozwalał za- 
chować lepsze samopoczucie. Paige darł się tak głośno, 
jak potrafił. 
Gdy akceleracja ustała, wciąż jeszcze krzyczał. 
Ze zdumieniem zamknął usta i zaczął się mocować 
z uprzężą. Na chwilę stracił wyćwiczoną latami orienta- 
cję. Pierwsza część podróży minęła zbyt szybko. Nikomu 
nie udawało się wrzeszczeć dłużej, niż trwał ciąg przy- 
spieszania. Nadstawił ucha. Huk jonowych silników 
ucichł. Wszystko stało się jasne. Zawiódł napęd i mały 
stateczek opadał teraz ku macierzystej planecie... 
— Proszę o uwagę — odezwał się głos z interkomu. — 
Wchodzimy we właściwą fazę lotu. Stan nieważkości 
potrwa tylko kilka sekund. Za chwilę powróci normalna 
grawitacja. 
A później... Hamak, na którym wciąż leżał Paige, 
powrócił do pierwotnej pozycji, jakby pojazd nadal 
pozostawał na Ziemi. Niemożliwe. Nie przekroczyli 
jeszcze górnej granicy atmosfery. A nawet gdyby tak 
było, stan nieważkości trwałby do końca podróży. Na 
promach międzyplanetarnych — nie wspominając 
o mniejszych jednostkach — siłę ciążenia uzyskiwano 
jedynie poprzez ciągły obrót statku wokół osi. Niewielu 
kapitanów zadawało sobie fatygę, by wykonać ten 
manewr; kosztował zbyt wiele zachodu i paliwa, a wśród 
pasażerów i tak przeważali weterani kosmicznych szła- 
ków. Rakieta, którą leciał Paige — „Per Aspera" — nie 
miała zamiaru wirować, choć w kabinie panowało 
normalne ziemskie ciążenie. 
— Proszę o uwagę. Za jedną koma dwie minuty 
miniemy Księżyc. Kabina obserwacyjna została otwarta 
dla pasażerów. Senator Wagoner oczekuje, że pani 
Abbott i pułkownik Russell zechcą mu towarzyszyć. 
W dalszym ciągu nie słychać było silników, które 
zostały z niewiadomych powodów wyłączone, gdy „Per 

background image

Aspera" znalazła się — według obliczeń Paige'a — na 
wysokości nie większej niż czterysta kilometrów. Teraz 
przelatywali obok Księżyca, choć rakieta zdawała się 
tkwić w miejscu. Co ją napędzało? Do uszu pułkownika 
docierał tylko cichy pomruk generatorów energii elek- 
trycznej. Paige z ponurą miną odpiął ostatnią klamrę 
i zsunął się z hamaka. Jasno zdawał sobie sprawę 
z własnej niewiedzy. 
Podłoga korytarza posiadała nienaturalną w prze- 
strzeni kosmicznej stabilność, siła ciążenia nie uległa 
najmniejszej zmianie. Paige musiał wykorzystać cały 
zapas nabytego w trakcie długoletniej służby opanowa- 
nia, żeby nie popędzić co sił w nogach do kabiny 
obserwacyjnej. 
Annę i Wagoner już tam byli. Spoglądali w prze- 
strzeń, oświetleni wyblakłym blaskiem Księżyca. Jesz- 
cze odczuwali lekkie oszołomienie wywołane startem 
rakiety, lecz w miarę upływu czasu powracał im na- 
strój podniecenia związany z niecodzienną podróżą. 
Gdyby wszystkie loty przebiegały w ten sposób, kos- 
mos stałby otworem dla normalnego ruchu pasażer- 
skiego. 
Paige niepewnym krokiem wszedł do kabiny i za- 
trzymał się tuż za progiem. W głębi serca czuł dziwną 
pokorę. Pomiędzy ciemnymi sylwetkami patrzących, za 
grubą barierą szyby, połyskiwała niewielka kula jasno- 
żółtego światła. Tkwiła w miejscu, podobnie jak odległe 
gwiazdy widoczne na tle czarnego nieba, co potwierdzało 
przypuszczenie, że panująca na pokładzie siła ciążenia 
nie jest wywoływana ruchem obrotowym. Paige zmarsz- 
czył brwi. Ta żółta plama jaśniejąca miedzy łokciem 
Wagonera i ramieniem Annę... 
Jowisz. 
Po obu stronach planety błyszczały mniejsze punkty; 
cztery księżyce, odkryte jeszcze przez Galileusza, widocz- 
ne teraz gołym okiem, bez pomocy teleskopu. 
Paige wciąż stał przy drzwiach. Plamki księżyców 
wyraźnie odsuwały się od siebie, jedna z nich zdążyła już 
zniknąć za prawym ramieniem dziewczyny. „Per Aspera" 
nadal leciała pełnym ciągiem; pędziła w stronę Jowisza 
z szybkością przekraczającą zdolność pojmowania prze- 
ciętnego człowieka. W głowie Paige'a huczało od natłoku 
myśli. Jeszcze raz spojrzał na niebo i zaczął dokonywać 
pospiesznych obliczeń. 
Prędkość maleńkiej rakiety, buczącej nie głośniej niż 
zwykły prom przystosowany do przewozu na pokład 
Space Vehicle One pięciu osób — no, niech będzie 
dziesięciu — wynosiła jedną czwartą prędkości światła. 
Co najmniej siedemdziesiąt pięć tysięcy kilometrów 
na sekundę. 
Ciemniejąca plama Jowisza świadczyła, że szybkość 
„Per Aspery" wciąż rosła. 
— Proszę do nas, pułkowniku Russell. — Głos Wa- 
gonera wypełnił echem pomieszczenie. — Czekaliśmy na 
pana. Prawda, że to piękny widok? 
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY: Jupiter V 
Zdrowy rozsądek istnieje wyłącznie po to, byśmy mogli 
cieszyć się jego brakiem. Matematycy oddali ludzkości ogromną 
przysługę udowodniwszy, że „zdrowy rozsądek" powinien po- 
wrócić na swoje miejsce, czyli na najwyższą półkę piwnicy, tuż 
obok zakurzonego pojemnika opatrzonego napisem „bezwartoś- 

background image

ciowe bzdury". 
ERIC TEMPLE BELL 
Widok statku lądującego w chwili, gdy Helmuth 
rozpoczynał swoją zmianę, nie umniejszył ciężaru spo- 
czywającego na sercu mężczyzny. Na pierwszy rzut oka 
rakieta przypominała jeden z promów rozwożących po 
satelitach Jowisza prowiant i stare listy dostarczone 
przez trasportowiec kursujący regularną trasą Space 
Vehicle One — Mars — Pas Asteroidów — Jupiter X, 
lecz była o wiele większa i osiadła na powierzchni 
księżyca z krótkim kaszlnięciem silników hamujących. 
Ten sposób lądowania uprzytomnił Helmuthowi, że 
jego sen zaczynał się spełniać. Odkrycie antygrawitacji 
wyeliminowało konieczność używania napędu jonowego. 
Rodzaj ekranu grawitacyjnego zapewniał statkowi stabil- 
ność, w niczym nie ograniczając zdolności manewrowych. 
Z drugiej strony, mimo wszelkich udoskonaleń, pojazd 
nadal był narażony na działanie ułamka siły G obecnej 
w każdym zakątku Wszechświata. 
Jedynie pełny, ściśle kontrolowany ekran grawitacyjny 
mógł udowodnić swą przydatność w warunkach panu- 
jących na Jowiszu. 
Niestety, w myśl teorii taki ekran nie istniał. Nawet 
przy absurdalnym założeniu, że mógłby powstać, stano- 
wiłby zwartą, nieprzepuszczalną barierę. Przekroczenie 
linii granicznej między polem G oraz obszarem cał- 
kowicie pozbawionym jej działania przypominałoby 
próbę wykonania skoku wzwyż nad poprzeczką zawie- 
szoną w nieskończoności. Powtórzenie tego wyczynu 
w odwrotnym kierunku równałoby się upadkowi z Księ- 
życa; ściśle mówiąc, siła zetknięcia z podłożem byłaby 
nieco większa. 
Helmuth machinalnie wykonywał swoje czynności, lecz 
nie potrafił odpędzić myśli. Charity zniknął. Co prawda, 
nie było powodu, aby właśnie w tej chwili tkwił na 
mostku. Praca posuwała się bez żadnych przeszkód. 
Inżynier bez wątpienia brał udział w spotkaniu z senato- 
rami i z radością słuchał doniesień o nowych odkryciach. 
Helmuth zrozumiał nagle, że jego zadanie dobiegło 
końca. Powinien uciekać. 
Nie widział potrzeby, aby kolejny raz, scena po scenie 
uczestniczyć w koszmarnym spektaklu. Nie był aktorem 
przypisanym do jednej roli. Uwolnił się z objęć zmory, 
miał pełną świadomość konsekwencji swego postępowa- 
nia i — przynajmniej częściowo — zachował zdrowy 
rozsądek. Człowiek ze snu był ochotnikiem. Ale ten 
człowiek nie był Robertem Helmuthem. Już nie. 
Mógł wykorzystać obecność przedstawicieli Senatu 
i z pominięciem drogi służbowej, czyli Charity'ego, 
złożyć rezygnację. 
Poczuł obezwładniające uczucie ulgi. Roztrzęsionymi 
rękami podłączył kable umożliwiające mu sterowanie 
budową. Nie miał siły unieść ciężkiego hełmu; oparł go 
o blat tablicy rozdzielczej, a potem dopiero włożył na 
głowę. Zrozumiał, że przez cały czas czekał na tę 
chwilę, w której będzie mógł opuścić stanowisko pracy. 
Postanowił spełnić prośbę Dillona i dokończyć peł- 
nego przeglądu konstrukcji. Później będzie wolny. Nikt 
go nie zmusi do ponownego oglądania Mostu nawet 
przez wizjer hełmu. Runda pożegnalna, a potem wyjazd 
do Chicago, jeśli nadal istnieje miasto, które się tak 

background image

nazywa... 
Odczekał chwilę, by uspokoić oddech, zaktywizował 
hełm i... 
...zewsząd otoczyły go fragmenty lodowej budowli. 
Pandemonium kształtów niweczących resztki nadziei na 
przetrwanie. Ogłuszający huk deszczu bijącego o po- 
krywę „chrząszcza" przyprawiał o ból głowy, choć 
nagłośnienie hełmu było o połowę zredukowane. Nie 
mógł pracować w całkowitej ciszy; jedynie za pomocą 
słuchu potrafił określić, w jaki sposób Most reaguje na 
warunki pogodowe Jowisza. Przy niemal zerowej widocz- 
ności oczy stawały się tyle warte, co organ wzroku 
ślimaka. 
A Most jak zwykle jęczał przenikliwą kakofonią 
dźwięków: kreeek... kreeek... ziiiii... grrrr... kreeek... 
grrrr... Każdy trzask był nośnikiem informacji, skład- 
nikiem swoistej polifonii, która przyciągała uwagę ope- 
ratora. Pozostałe elementy — fiorytura wiatru, werbel 
deszczu, posępny diapazon gromu i odległy pomruk 
wulkanów tworzących i niszczących kontynenty — były 
jedynie ozdobnikami. 
Tym razem należało wysłuchać całej orkiestry. Naras- 
tający grzmot miał w sobie coś groźnego, nieuchwytnego, 
niewiarygodnego nawet w warunkach Jowisza i o tej 
porze roku. Helmuth od razu wiedział, że zbyt długo 
zwlekał z podjęciem ostatecznej decyzji. 
Koniec. Zbliżał się koniec pracy i koniec Mostu. 
Wysiłki kobiet i mężczyzn pochylonych nad tablicą 
kontrolną w bazie Jupiter V wydawały się niczym... 
...wobec furii żywiołów wywołanej starciem Czerwonej 
Plamy i Ciemnego Owalu. Odległy ryk dobiegający przez 
mgłę targaną wściekłymi podmuchami wichru stawał się 
coraz głębszy, wstrząsany spazmatycznym drganiem. 
Planeta trzeszczała w posadach. Nawierzchnia Mostu 
zaczęła lekko unosić się i opadać, jakby wprawiały ją 
w ruch zmarznięte, niewidzialne fale, biegnące między nie 
ukończonymi przyczółkami. Nos „chrząszcza" powędro- 
wał ku niebu, po czym zjechał tak gwałtownie, że Helmuth 
musiał zwiększyć moc elektromagnesów utrzymujących 
pojazd na szynach. Jazda była niemożliwa; magnesy 
zużywały cały zapas energii niemal do ostatniego erga. 
Mimo wszystko Helmuth zamierzał skończyć obchód. 
Pozostawał mu jeden kierunek — prosto w dół. 
W dół, do samego lodu; do dziewiątego kręgu, gdzie 
zamierała wszelka aktywność. 
Wąska plątanina szyn znikała za krawędzią wielkiego 
filara zlokalizowanego w dziewięćdziesiątym czwartym 
sektorze. Helmuth zmniejszył moc magnesów i uruchomił 
„chrząszcza". Po chwili pojazd pełznął nosem w dół 
w stronę powierzchni planety. 
Odczyt z wizjera hełmu wskazywał, że na siedemnas- 
tym kilometrze poniżej nawierzchni mostu prędkość 
wichru wyraźnie zmalała. Pojazd zbliżał się do górnej 
czapy Lodowca — długiego żebra zmarzliny, sterczącego 
w pobliżu Mostu. Helmuth był nie przygotowany na tak 
gwałtowną zmianę pogody. Wiatr, oczywiście, dął w dal- 
szym ciągu, jak przystało na tę porę roku, lecz w naj- 
mocniejszych porywach jego prędkość nie przekraczała 
kilkuset kilometrów na godzinę. 
Wokół roztaczał się świat sennych marzeń. 
„Chrząszcz" sunął niczym płetwonurek, który już dawno 

background image

minął zawiązany na linie węzeł bezpieczeństwa, lecz 
ogarnięty ekstazą głębinową nie zwrócił na to najmniej- 
szej uwagi. Na dwudziestym czwartym kilometrze 
w światłach reflektorów mignęła jasna plama. Potem 
następna. I jeszcze jedna. Cały strumień. 
Helmuth zatrzymał pojazd i wytężył wzrok, lecz zjawy 
nie zniknęły. Nie, nadciągało ich więcej. Powoli przesu- 
wały się w poprzek jasnego kręgu. W podmuchach 
słabego wiatru zdawały się lekko pulsować... 
Mężczyzna jęknął ze zdumienia. Przez krótką chwilę 
miał wrażenie, że ogląda zenoidalne meduzy. Szybujące 
w powietrzu kształty rzeczywiście przypominały jamo- 
chłony. Ciało o budowie promienistej, prześwitujące... 
Najmniejsze miały wielkość pięści, największe nie prze- 
kraczały rozmiarów piłki futbolowej. Były piękne — 
i kruche. Zagubione na rozszalałej planecie. 
Helmuth sięgnął do przełącznika, aby podsycić blask 
reflektorów, lecz w tej samej chwili nagły podmuch 
wiatru rozpędził stadko „meduz". W dole ukazała się 
duża, obudowana platforma przyczepiona do filaru tuż 
obok szyn, po których jechał pojazd. Pod przezroczystym 
dachem coś się poruszało. 
Kształt kabiny nie pasował do reszty konstrukcji; bez 
wątpienia powstała stosunkowo niedawno. Helmuth 
nigdy dotąd nie bywał w tym sektorze, lecz znał plany 
Mostu i był przekonany, że nie uwzględniały takich 
niespodzianek. 
Nagle przyszło mu na myśl, że wbrew wszelkim 
przeciwnościom jacyś ludzie dotarli aa powierzchnię 
Jowisza. „Chrząszcz" przysunął się już niemal do dachu 
platformy. Mężczyzna odetchnął z ulgą. Ruchomy kształt 
okazał się robotem: topornym, wieloramiennym auto- 
matem dwukrotnie większym od człowieka. Mechanizm 
pospiesznie uwijał się wśród półek zawalonych dziesiąt- 
kami rozmaitych pojemników. Między regałami stał stół 
zatłoczony jakąś aparaturą oraz duży przedmiot przy- 
pominający mikroskop. 
Robot spojrzał w górę i trzema mackami wykonał kilka 
gestów. Helmuth początkowo nie pojął ich znaczenia, lecz 
po chwili domyślił się, o co chodzi, i posłusznie zgasił 
reflektory. Przyćmiony blask rozjaśniający mrok Jowisza 
świadczył o tym, że laboratorium —gdyż kabina niewątp- 
liwie pełniła taką funkcję—posiadało własne oświetlenie. 
Nie było sposobu, aby nawiązać bezpośrednią łączność 
z robotem. Należało poszukać kogoś, kto nim kierował. 
Helmuth znał wszystkich operatorów zakwaterowanych 
na Jupiterze V. Żaden z nich nie miał przygotowania do 
prowadzenia testów laboratoryjnych. Wyposażenie bazy 
nie pozwalało... 
W wizjerze hełmu zamigotało białe światełko. Trans- 
misja z Europy*. Czyżby ktoś na tej kulce śniegu 
wydawał polecenia sterujące pracą automatu? Z pew- 
nością wykorzystywał przekaźnik Jupitera V do wzmoc- 
nienia sygnałów. Helmuth wdusił przycisk odbioru. 
— Hej tam, na Moście! Kto pełni służbę? 
— Cześć, Europa. Tu Bob Helmuth. Kto umieścił 
robota w sektorze dziewięćdziesiąt cztery? 
— Ja — odparł głos. Helmuth przez chwilę miał 
wrażenie, że rozmawia z automatem. — Tu doktor 
Barth. Jak ci się podoba moje małe laboratorium? 
* Drugi z księżyców Jowisza, odkryty przez Galileusza w 1610 

background image

roku (przyp. tłumacza). 
— Przytulne — odpowiedział. — Nawet nie wiedzia- 
łem, że istnieje. Co w nim robisz? 
— Platformę postawiliśmy dopiero w tym roku. Ma 
służyć badaniom nad występującymi na Jowiszu formami 
życia. Widziałeś je może? 
— Masz na myśli meduzy? Naprawdę żyją? 
— Tak — odparł robot. — Uchylimy rąbka tajem- 
nicy, kiedy zbierzemy większą ilość danych. Wtedy 
każdy z was będzie mógł je obejrzeć. Posiadają złożony 
układ koloidowy, przypominają protoplazmę, lecz za- 
miast wody zawierają płynny amoniak. 
— Czym się odżywiają? — spytał Helmuth. 
— Tego jeszcze nie wiemy. Jakimś powietrznym 
planktonem. W ciałach meduz znaleźliśmy resztki pokar- 
mu, lecz jak dotąd nie ustaliliśmy jego pochodzenia. 
Zachowane szczątki niewiele mówią. A czym odżywia 
się tutejszy plankton? Boże, chciałbym to wiedzieć... 
Helmuth popadł w głęboką zadumę. Życie na Jowiszu. 
Nieważne, że prymitywne i bezbronne wobec szalejącej 
wichury. Jednak życie. Nawet tutaj, w mroźnym piekle 
niedostępnym dla człowieka. Co dalej? Skoro w powietrzu 
pląsały meduzy, jaki Lewiatan krył się w otchłani oceanu? 
— Zdaje się, że nie jesteś zbyt przejęty tym odkry- 
ciem — odezwał się robot. — Meduzy i plankton nie 
znajdują uznania w oczach laików. Lecz pomyśl o konsek- 
wenq'ach! Wiesz, jaka wrzawa wybuchnie wśród biologów? 
— Wiem — odparł Helmuth. — Przepraszam, zamyś- 
liłem się. Wszyscy uważali, że Jowisz jest martwy... 
— Teraz poszerzyliśmy naszą wiedzę. No, czas wracać 
do pracy. Jeszcze pogadamy. — Robot zamachał mac- 
kami i odwrócił się w stronę półki. 
Helmuth cofnął pojazd, po czym skierował go ku 
nawierzchni. Przypomniał sobie, że nazwisko Bartna 
łączono z jakimiś skamieniałościami znalezionymi na 
Europie. Przedtem był tu jeszcze oficer, który spędzał 
sporo czasu na pobieraniu próbek gruntu stanowiących 
rzekomo pożywkę dla bakterii. Na pewno coś odkrył; 
nawet na meteorytach występowały ślady drobnoustro- 
jów. Ziemia i Mars nie były jedynym zakątkami wszech- 
świata, w których rozwinęły się formy egzystencji. Życie 
mogło istnieć... wszędzie. Skoro niegościnny Jowisz 
posiadał własną odmianę protoplazmy, kto mógł zarę- 
czyć, że i na Słońcu... Drgający płomyk, przez wszystkich 
uważany za martwy, a jednak żywy... 
„Chrząszcz" wypełzł na powierzchnię Mostu. Helmuth 
zaczął szukać rozjazdu; musiał zmienić tor, by od- 
prowadzić wehikuł do garażu. Podczas rozmowy uzmys- 
łowił sobie, że nigdy nie widział doktora Bartna ani 
innych osób, z którymi wielokrotnie gawędził przez 
radio. Spotykał się tylko z pracownikami z Jupitera V. 
Obszar Jowisza jawił mu się jako pusta przestrzeń, 
zamieszkana wyłącznie przez głosy. 
— Obudź się, Helmuth — usłyszał tuż nad uchem. — 
Jeszcze chwila i zwalisz się z Mostu. Wyłączyłeś auto- 
matyczny system bezpieczeństwa. 
Zbyt późno sięgnął w stronę przełączników. Eva przejęła 
sterowanie i wycofała pojazd z niebezpiecznego obszaru. 
— Przepraszam — wymruczał, zdejmując hełm. — 
I dziękuję. 
— Nie ma potrzeby. Nie kiwnęłabym nawet palcem, 

background image

gdybyś naprawdę siedział w kabinie „chrząszcza". Po- 
winieneś mniej czytać, a więcej sypiać. 
— Zachowaj dobre rady dla siebie — warknął. 
Bieg zdarzeń skłonił go do nowych, mniej wesołych 
rozmyślań. Jeśli już dziś złoży rezygnację, będzie czekał 
rok, nim zyska możliwość powrotu do Chicago. Anty- 
grawitacja czy nie, na promie senatorów nie było miejsca 
dla dodatkowego pasażera. Wysłanie faceta do domu 
wymagało długotrwałych przygotowań: kabina, pro- 
wiant, bagaż odpowiadający wagą wyposażeniu, jakie 
zabrał ze sobą w podróż na Jupitera V... 
Rok pobytu w bazie bez żadnego zajęcia... Nieee... 
Tym bardziej że w dalszym ciągu musiałby korzystać 
z racji żywnościowych i wody. Rok bezczynności pod 
niechętnym spojrzeniem Evy, Dillona oraz innych osób 
spędzających każdy dzień przy pracy. Oni bez wahania 
dadzą mu do zrozumienia, co o nim myślą. 
Rok biernej obserwacji jednego z największych eks- 
perymentów w dziejach ludzkości: bezpośrednich badań 
powierzchni Jowisza. Rok patrzenia w ekran i słuchania 
zamierających krzyków... Rok, w którym Robert Hel- 
muth stanie się najbardziej znienawidzoną osobą w ob- 
szarze tej planety. 
A gdy powróci do Chicago i zacznie szukać pracy — 
po opuszczeniu Mostu nie będzie mógł liczyć na to, że 
rząd nadal będzie go zatrudniał — pojawi się nieunik- 
nione pytanie: dlaczego odszedł, kiedy budowa wchodziła 
w decydującą fazę? 
Powoli zaczynał rozumieć motywy kierujące postępo- 
waniem mężczyzny z nocnych koszmarów. 
Rozległ się dzwonek oznajmiający koniec zmiany. 
Helmuth nadal był gotów zrezygnować z dalszej pracy, 
choć z goryczą zdawał sobie sprawę, że prócz Jowisza 
istnieją inne rodzaje piekła. 
Gdy odczepiał ostatni kabel, na mostku pojawił się 
Charity. Miał w oczach blask nieba obsypanego setkami 
komet. Helmuth bezbłędnie przewidział jego zachowanie 
po rozmowie z gośćmi. 
— Senator Wagoner chciałby zamienić z tobą kilka 
słów, Bob — powiedział. — Nie jesteś za bardzo 
zmęczony? Idź już. Dokończę za ciebie. 
— Wagoner? — nachmurzył się Helmuth. 
Powróciło wspomnienie koszmaru. N i e. Nie zmuszą 
go do szybszego działania. Będzie trzymał się własnego 
planu. 
— O co mu chodzi? O jakieś nowe zadanie? Chyba 
mu powiedziałeś, że ze mną nie najlepiej. 
— Oczywiście — w głosie Dillona brzmiała nieza- 
chwiana pewność. — Doszliśmy do wniosku, że ta 
rozmowa może ci pomóc. Wagoner jest jeszcze na 
pokładzie rakiety. Zostawiłem w śluzie twój skafander. 
Wcisnął na głowę hełm, uniemożliwiając tym samym 
dalszą dyskusję lub próby protestu. 
Helmuth obrzucił przeciągłym spojrzeniem ślepą bańkę 
spoczywającą na ramionach inżyniera, po czym powlókł 
się w stronę śluzy. 
Trzy minuty później szedł ciężkim krokiem po oświet- 
lonej blaskiem Jowisza powierzchni księżyca. 
Żołnierz piechoty morskiej uprzejmie pomógł mu się 
wgramolić na pokład statku. Zatrzasnął drzwi włazu 
i odebrał ciężki kombinezon. Mimo mocnego postano- 

background image

wienia, że nie będzie się interesował szczegółami budowy 
nowego statku, Helmuth z ciekawością powiódł wzro- 
kiem po wnętrzu. Żołnierz wskazał mu drogę do kabiny 
Wagonera. 
Korytarz nie wyróżniał się niczym szczególnym. Po- 
dobne przejścia można było znaleźć na każdym promie 
kursującym między Chicago a Jowiszem. Minęli kilka 
par drzwi prowadzących do grodzi, aż dotarli na miejsce. 
Wygląd senatora był dla Helmutha dużym zaskocze- 
niem. Młodzieńcza sylwetka — senator dopiero dobiegał 
szcześćdziesiątki — sprężyste ruchy i przenikliwe spojrze- 
nie błękitnych oczu. Wagoner zajmował przestronne 
pomieszczenie, wyposażone komfortowo, lecz pozbawio- 
ne jakichkolwiek śladów luksusu. Zarówno kabina, jak 
i jej właściciel nie pasowali do obiegowego wyobrażenia 
o członkach obecnego Senatu, o których krążyły plotki, 
że stylem życia naśladowali starożytnych Rzymian. 
Prócz Wagonera w kabinie przebywały jeszcze dwie 
osoby: młoda dziewczyna o dość przeciętnej urodzie, 
prawdopodobnie sekretarka, oraz wysoki mężczyzna 
w mundurze Korpusu Sił Kosmicznych z dystynkcjami 
pułkownika. Helmuth ze zdziwieniem przypomniał sobie 
twarz oficera — Russell, ekspert od balistyki, który 
całkiem niedawno odwiedził bazę. Kolekcjoner pyłu. 
Paige uśmiechnął się kwaśno na widok zdumionej miny 
wchodzącego. 
Helmuth przeniósł spojrzenie na Wagonera. 
— Myślałem, że zjawi się tu cała podkomisja — 
mruknął. 
— Spotkaliśmy ich po drodze, na Ganimedzie. Pewnie 
tkwią tam nadal. Nie chciałem, żeby nasza rozmowa 
przypominała przesłuchanie. — Na twarzy Wagonera 
pojawił się przyjazny uśmiech. — Musiałem uczestniczyć 
w niejednym dochodzeniu, lecz nie widzę powodu, żeby 
tę ceremonię eksportować w przestrzeń. Proszę usiąść, 
steward zaraz poda nam coś do picia. Zdaje pan sobie 
sprawę, że mamy wiele do omówienia. 
Helmuth niechętnie zajął miejsce w fotelu. 
— Pułkownika Russella zdążył pan już poznać — 
ciągnął Wagoner, siadając naprzeciw gościa. —Ta młoda 
dama to panna Annę Abbott. Za chwilę powiem o niej 
nieco więcej, a teraz przystąpmy do rzeczy: słyszałem od 
Dillona, że z coraz większą niechęcią odnosi się pan do 
pracy na Moście. Przykro mi to słyszeć, bo uważałem pana 
za jednego z naszych najlepszych brygadzistów. Z drugiej 
strony muszę przyznać, że jestem z tego zadowolony. 
Potrzebuję pana do innych, o wiele ważniejszych zadań. 
— Na przykład? 
— Pozwoli pan, że nie odpowiem od razu na to 
pytanie. Najpierw chciałbym porozmawiać o Moście. 
Oczywiście, z chęcią udzielę wyjaśnień, jeśli czegoś nie 
będzie pan rozumiał. Ma pan także pełne prawo uznać 
naszą rozmowę za niebyłą. Krótko mówiąc, uważam 
nasze spotkanie za nieoficjalne. 
— Dziękuję. 
— Robię to we własnym interesie, bo liczę na pańską 
szczerość. W zamian chcę panu powiedzieć o kilku 
poufnych sprawach, które inaczej być może nigdy nie 
dotarłyby do pańskich uszu. Paige i Annę będą naszymi 
świadkami. Zgoda? 
Steward przyniósł napoje i cicho opuścił kabinę. 

background image

Helmuth sięgnął po szklankę. Alkohol przypominał mu 
smakiem miksturę, którą samodzielnie przyrządzał 
z trunków dostarczanych na Jupitera V w ramach 
przydziału, był jednak zmrożony, co po pierwszym łyku 
sprawiało dość przyjemne wrażenie. 
— Zobaczę, co da się zrobić — powiedział. Poczuł, że 
początkowe napięcie minęło. 
— Dobrze. To mi zupełnie wystarczy. Charity twier- 
dzi, że w pańskim pojęciu Most stał się potworem. 
Przejrzałem wnikliwie pańskie dossier; prawdę mówiąc, 
poddałem równie dokładnym oględzinom akta Dillona 
i Paige'a i doszedłem do wniosku, że się pomylił. 
Chciałbym usłyszeć od pana, o co chodzi. 
— Nigdy nie uważałem naszej budowli za potwora — 
odparł z namysłem Helmuth. — Widzi pan, Charity 
przyjmuje postawę obronną. Postrzega Most jako nama- 
calny dowód, że człowiek jest w stanie pokonać wszystkie 
przeszkody. Tu się z nim zgadzam. Ale z drugiej strony 
nie mogę zaakceptować lodowej konstrukcji jako uoso- 
bienia Postępu. — Przerwał na chwilę. — Chciał pan, 
żebym mówił szczerze, senatorze... Otóż Charity nie 
dopuszcza do siebie myśli, że kultura Zachodu przezywa 
11 — Bedaim 
okres dekadencji i chyli się ku upadkowi. Uważa, że 
Most zadaje kłam tym twierdzeniom. 
— Za kilka lat Zachód będzie tylko wspomnieniem — 
nieoczekiwanie stwierdził Wagoner. 
Paige Russell przetarł dłonią czoło. 
— Nadal nie mogę spokojnie słuchać takich roz- 
mów — wtrącił. — Mam ochotę skryć się pod stołem. 
MacHinery jest już na Ganimedzie... 
— MacHinery dostanie apopleksji, kiedy dowie się 
prawdy, ale nie będę go żałował — spokojnie odparł 
senator. — Pieczołowicie ustawione domino też czasem 
się przewraca, a odkrycie panny Abbott jest tą kostką, 
która popchnie następne. Musi pan jednak przyznać — 
zwrócił się do Helmutha — że Zachód miał kilka 
spektakularnych osiągnięć. Most może być uważany za 
ostatni i największy triumf ginącej kultury. 
— Praca dla pracy — powiedział Helmuth. — Budo- 
wanie gigantycznych konstrukcji dla samego budowania 
jest ostatnim przedsięwzięciem kultury od dawna mart- 
wej, mającym wszelkie cechy rytuału. Proszę spojrzeć na 
piramidy... albo na jeszcze większy, idiotyczny przykład 
megalomanii: „diagram mocy" pokrywający całą po- 
wierzchnię Marsa. Gdyby Marsjanie włożyli więcej 
energii w próby przetrwania, prawdopodobnie do dziś 
byliby naszymi sąsiadami. 
— Zgadzam się z panem — odparł Wagoner — choć 
z pewnymi zastrzeżeniami. Ma pan słuszność, jeśli chodzi 
o Marsa, lecz piramidy powstały w czasach, gdy cywili- 
zacja Egiptu znajdowała się w pełnym rozkwicie. A praca 
dla pracy nie jest określeniem rytuału. To raczej definicja 
nauki. 
— Jak pan woli. Zasadnicza część mojej teorii pozo- 
staje bez zmiany. Jedną z oznak żywotności narodu jest 
jego umiejętność obrony. Zachód o pół wieku wyprzedza 
resztę świata, lecz Most przypomina wspomniany „dia- 
gram mocy", piramidy czy coś w tym rodzaju. Jest 
pokazem potęgi, za którą nie kryje się prawdziwa siła. 
Wszystkie pieniądze, jakie pochłonęła jego budowa, 

background image

mogą okazać się potrzebne w chwili prawdziwego ataku 
ze strony Rosji. 
— Poprawka: atak już nastąpił — powiedział Wago- 
ner. — I został uwieńczony pełnym powodzeniem. 
Moskwa lepiej od nas rozegrała plan von Neumanna, 
bo odrzuciła twierdzenie, że każda ze stron konfliktu 
używa najlepszej strategii. Pięćdziesiąt lat nieustannej 
presji spowodowało osłabienie działań obronnych Za- 
chodu. Ulegliśmy „sowietyzacji" i wszelkie nasze posu- 
nięcia są tak oczywiste, że Rosjanie przestali myśleć 
o podjęciu bezpośredniej akcji zbrojnej. 
Ale zgadzam się z panem. Całą energię i pieniądze 
powinniśmy zużyć na badania socjologiczne... w czasie 
gdy poziom zagrożenia można było jeszcze rozpatrywać 
w tych kategoriach. Niestety, w zamian przystąpiliśmy 
do bezprecedensowego przedsięwzięcia, które wspaniale 
pasowało do teorii gier strategicznych. Jak na człowieka 
tyle lat przebywającego z dala od Ziemi, ma pan lepsze 
pojęcie o sytuacji niż niektórzy Ziemianie. 
— Zainteresowanie Ziemią wzrasta wraz z odległością, 
jaka nas od niej dzieli — odparł Helmuth. — Poza tym 
sporo czasu poświęcam na czytanie. 
Czuł lekkie zawroty głowy. Albo trunek okazał się 
mocniejszy, niż przypuszczał — co nie byłoby niczym 
dziwnym, wziąwszy pod uwagę fakt, że już od dawna 
nie miał w ustach kropli alkoholu — albo była to 
reakcja wywołana świadomością, że świat, do którego 
chciał wrócić, legł w gruzach. 
Wagoner dostrzegł jego zakłopotanie. Nagle pochylił 
się i powiedział stanowczo: 
— Mimo wszystko jestem przeciwny twierdzeniu, 
że Most służy lub służył jakimś rytuałom. Powstał dla 
czysto praktycznych celów i co więcej, spełnił swoje 
zadanie. Zakończyliśmy program badań. 
— Zakończyliście? — słabo spytał Helmuth. 
— Definitywnie. Oczywiście, niektóre prace będą nadal 
trwały; nie można w ciągu kilku godzin zatrzymać rozpę- 
dzonego molocha. Pozostaje też aspekt psychologiczny. 
Rosjanie spodziewali się, że przystąpimy do nowego 
programu „Manhattan" lub „Lincoln" i nie możemy 
zawieść ich oczekiwań. Wyniki tym razem pozostaną 
tajemnicą. Most musi trwać; fizycznie i oficjalnie. Na 
szczęście są tacy ludzie jak Dillon, emocjonalnie związani 
z budową w stopniu przekracającym uwarunkowanie 
psychologiczne wywołane praniem mózgu. Pan jest jedy- 
nym pracownikiem głównego nadzoru, który stracił zainte- 
resowanie przebiegiem eksperymentów. Dzięki temu spo- 
kojnie mogłem pana poinformować o ich zakończeniu. 
— Ale... dlaczego? 
— Ponieważ Most — ciągnął półgłosem Wagoner — 
dał nam dowód potwierdzający teorię o tak pierwszo- 
rzędnym znaczeniu, że wobec niej upadek cywilizacji 
Zachodu wydaje się mało znaczącym epizodem. Dowód, 
który w ostatecznym rozrachunku przypieczętuje klęskę 
Rosjan, choć przez najbliższe kilkaset lat będzie im się 
wydawać, że osiągnęli zwycięstwo. 
— Mówi pan o antygrawitacji? — zapytał osłupiały 
Helmuth. 
Po raz pierwszy od początku rozmowy na twarzy 
senatora pojawił się wyraz zaskoczenia. 
— Chłopcze... czy wiesz o wszystkim, co chcę ci 

background image

powiedzieć? — spytał w końcu. — Mam nadzieję, że nie, 
bo w przeciwnym przypadku mógłbym dojść do całkiem 
niemiłego wniosku. Czy słyszałeś także o antyagatyku? 
— Nie — odparł Helmuth. — Nie znam nawet 
takiego słowa. 
— Ufff... Ulżyło mi. Skąd wiesz o antygrawitacji? 
Dillon otrzymał polecenie zachowania ścisłej tajemnicy. 
— Pomysł zrodził się wyłącznie w mojej głowie. Mimo 
to nadal nie rozumiem, jaka była rola Mostu i dlaczego 
wiadomość o tym odkryciu mogłaby wstrząsnąć światem. 
Myślałem, że zlikwidujecie bazę Jupiter V i wykorzystacie 
antygrawitację do przeniesienia nadzoru nad budową 
bezpośrednio na plac robót. 
— Nic podobnego. Nikt przy zdrowych zmysłach 
nie wysłałby ludzi na Jowisza. Poza tym na powierz- 
chni planety grawitaqa nie stanowi najważniejszego 
problemu. Przez moment jesteśmy w stanie wytrzymać 
siłę ciążenia ośmiokrotnie większą niż na Ziemi, lecz 
nawet w skafandrze ciśnieniowym nikt nie zdołałby 
zejść do poziomu ośmiuset kilometrów w głąb atmo- 
sfery Jowisza. 
— Nie można zastosować ekranów osłaniających? 
— Można, ale koszt jednego ekranu przekroczyłby 
wartość całego przedsięwzięcia — odparł Wagoner. — 
Nie ma sensu dalej drążyć tego tematu. Most spełnił swą 
funkcję. Dał nam tysiące ważnych informacji z różnych 
dziedzin i tylko na nim mogliśmy sprawdzić równanie 
Blackett—Diraca. 
— To znaczy...? 
— Hipotezę zakładającą bezpośrednią zależność mię- 
dzy zjawiskami magnetycznymi i momentem pędu każ- 
dego dużego ciała. Tę część zagadnienia rozważał Dirac. 
Z równania Blacketta wynika, że podobna zależność 
dotyczy grawitacji: 
G = ( 
\ BU 
gdzie C oznacza prędkość światła, U — moment pędu, 
a P — moment magnetyczny. B oznacza stałą wartość 
0,25. 
Gdyby okazało się, że równanie jest nieprawdziwe, 
pozostała część zebranych informacji nawet w najmniej- 
szym stopniu nie mogłaby zrekompensować kosztów 
eksperymentu. Z drugiej strony, Jowisz jest jedynym 
ciałem w Układzie Słonecznym posiadającym wielkość 
odpowiednią do przeprowadzenia wspomnianych badań. 
Test wykazał, że Dirac miał rację. Co więcej, Blackett 
również miał rację. Magnetyzm i grawitacja 
zależą od momentu pędu. 
Nie będę szczegółowo opisywał następnych kroków, 
bo jestem przekonany, że sam pan się tego domyśli. 
Wystarczy powiedzieć, że na pokładzie tego statku 
znajduje się generator będący efektem wieloletnich 
wysiłków wszystkich osób pracujących przy budowie 
Mostu. Nosi długą techniczną nazwę: „grawitonowy 
generator polaryzacji Dillona—Wagonera", którą 
z oczywistych względów jestem zachwycony. Technicy 
określają go mianem wiratora, bo właśnie wirowo 
kształtuje moment magnetyczny każdego—każdego — 
atomu wewnątrz pola. Po uruchomieniu wirator „nie 
widzi" żadnych atomów pozostających poza jego wpły- 
wem. Co więcej, nie zwraca uwagi na inne źródła siły. 

background image

Ekran jest tak mocny, że aby bez przeszkód wylądować, 
trzeba go wyłączać w pobliżu planety. Lecz w przestrzeni... 
nie przepuszcza meteorów ani innych kosmicznych śmieci. 
Jest nieprzenikalny dla grawitacji... i nie uznaje limitów 
prędkości. Porusza się we własnym continuum. 
— Wolne żarty — bąknął Helmuth. 
— Naprawdę? Rakieta, w której się znajdujemy, 
przyleciała na Ganimeda wprost z Ziemi, co zajęło jej 
niecałe dwie godziny, łącznie z manewrem lądowania. 
Łatwo obliczyć, że przez większą część drogi leciała 
z szybkością przekraczającą osiemdziesiąt tysięcy kilo- 
metrów na sekundę. Wirator zużył w tym czasie pięć wat 
energii pobieranej z trzech zwykłych akumulatorów. 
Helmuth pociągnął głęboki łyk trunku. 
— Nie uznaje ograniczeń prędkości? — spytał wojow- 
niczo. — Na pewno? 
— Tego nie wiem — przyznał Wagoner. — Formuły 
matematyczne mają tę nieprzyjemną właściwość, że nie 
zawierają informacji, w którym miejscu kończy się ich 
zasadność. Podobne przypadki zdarzają się nawet w me- 
chanice kwantowej. Mimo to jestem przekonany, że już 
niedługo dostarczy mi pan właściwą odpowiedź. 
— Ja? 
— Tak. Pan, pułkownik Russell i panna Abbott. 
Helmuth spojrzał w kierunku siedzącej obok pary. Na 
twarzach Paige'a i Annę widniało głębokie zdumienie. 
— Przewidywany kataklizm zmusza nas, to znaczy 
Zachód, do natychmiastowego podjęcia lotów między- 
gwiezdnych. Księżycowe obserwatorium Richardsona 
odkryło dwa układy odpowiadające naszym celom: jeden 
wokół gwiazdy Wolf 359, drugi wokół 61 Cygni, lecz na 
pewno są jeszcze setki innych miejsc, gdzie moglibyśmy 
znaleźć planety przypominające Ziemię. To, co zamie- 
rzamy zrobić, jest po prostu ewakuacją... oczywiście, nie 
w sensie fizycznym, lecz w założeniach. Poszukujemy 
odważnych, nawet nieco zuchwałych ludzi obdarzonych 
silnym pragnieniem wolności, zdolnych ponieść nasze 
ideały w odległą część galaktyki. Z chwilą rozpoczęcia 
misji będą wolni od wszelkiej ingerencji z Ziemi. Rosjanie 
nie posiadają wiratora, a gdyby nawet udało im się go 
skonstruować, w obawie przed masową emigracją za- 
wiedzionych w nadziejach obywateli nigdy nie pozwolą 
na jego wykorzystanie. — Wagoner obrzucił Helmutha 
uważnym spojrzeniem. — Oczekuję od pana... jak pan 
widzi, przechodzę już do sedna sprawy... a wiec, oczekuję 
od pana, że wraz z pułkownikiem Russellem przejmiecie 
dowództwo nad przebiegiem całej operacji. Pańska ocena 
wydarzeń zachodzących na Ziemi jest ostatecznym do- 
wodem, że dokonałem właściwego wyboru. Poza tym... 
nie ma pan dokąd wracać. 
— Proszę o małą przerwę — odezwał się Helmuth 
martwym głosem. — W tej chwili nie jestem w stanie 
udzielić rozsądnej odpowiedzi. Czuję się oszołomiony 
nadmiarem informacji... i nie potrafię się zdecydować. 
Czy mógłbym... mieć nieco czasu... Powiedzmy, trzy 
godziny? 
— Oczywiście — odparł senator. 
Po wyjściu Helmutha w kabinie Wagonera przez długi 
czas panowała cisza. Pierwszy odezwał się Paige: 
— Przez cały czas szukaliście sposobu, jak przedłużyć 
życie astronautom. Ludziom podobnym do mnie. 

background image

Wagoner skinął głową. 
— W gabinecie Gunna nie mogłem panu wyjaśnić 
wszystkiego. Dopiero widok rakiety, lot w przestrzeni 
i wiedza, czym naprawdę dysponujemy, mogły pana 
przekonać, że moje plany nie są bujaniem w obłokach. 
Helmuth uwierzył od razu, bo sam wyciągnął stosowne 
wnioski, ale z podobnych powodów nie mogłem roz- 
mawiać z nim o antyagatyku. Na razie tylko wy dwoje 
jesteście dostatecznie przygotowani, by wysłuchać reszty 
tego, co mam do powiedzenia. 
Teraz pan widzi, że pogoń za szpiegiem nie miała 
większego znaczenia. Ziemia należy do Rosjan. Nie 
potrzebują naszej zgody, by nią w pełni zawładnąć. 
Chcemy rozsypać Zachód po gwiazdach; zapełnić kos- 
II 
mos nieśmiertelnymi ludźmi, głoszącymi nieśmiertelne 
ideały. Ludźmi takimi jak pan i miss Abbott. 
Paige zerknął na dziewczynę. Annę wpatrywała się 
w pustą przestrzeń nad głową Wagonera, jakby szukała 
wzrokiem ozdobionej bokobrodami twarzy Pfitznera, 
którego wizerunek wisiał w gabinecie Gunna. Uśmiechała 
się tajemniczo. 
— Dlaczego ja? — pytanie Paige'a było skierowane 
do senatora. 
— Ponieważ w pełni odpowiada pan naszym wyma- 
ganiom. Od pierwszej chwili uważałem pana wizytę 
w laboratorium za prawdziwe zrządzenie opatrzności. 
Gdy Annę powiedziała mi o pańskich kwalifikacjach, 
byłem gotów sądzić, że zmyśla. Od dziś będzie pan 
pełnił funkqę oficera łącznikowego koordynującego 
działania załogi Mostu i osób zajmujących się pracą 
w laboratorium Pfitznerów. W ładowniach „Per Aspery" 
znajduje się pełny zestaw próbek i preperatów potrzeb- 
nych do kontynuacji badań nad askomycyną i anty- 
agatykiem. Annę pokaże panu, jak się z tym obchodzić 
i czego wymagać od ludzi. Później, kiedy będziecie 
mogli ustalić szczegóły z Helmuthem, droga do gwiazd 
stanie otworem. 
— Annę... — odezwał się Paige. Powoli odwróciła 
głowę. — Jesteś z nami? 
— Jestem — odpowiedziała. — Wiem też, że moje 
prawdziwe zadanie polegało na tym, żeby cię wciągnąć 
w tę całą sprawę. 
Paige zamyślił się. Nagle na jego twarzy pojawił się 
niepokój. 
— Senatorze, ściągnie pan na siebie poważne kłopo- 
ty — powiedział — a mam niejasne przeczucie, że mimo 
to nie zamierza pan lecieć z nami. 
— Nie. Nie zamierzam. Po pierwsze, MacHinery 
uzna nasze plany za zdradę stanu. Jeśli chcemy osiągnąć 
sukces, ktoś musi spełnić rolę kozła ofiarnego, a ponie- 
waż pomysł wyszedł ode mnie... — Umilkł na chwilę, 
po czym dodał burkliwie: — Chłopcy z rządu mają 
uzasadnione powody do zadowolenia. W państwie kie- 
rowanym przez prawo, a nie przez ludzi, realizacja 
takiego projektu byłaby niemożliwa. Upłynęło już wiele 
lat, odkąd niektórzy urzędnicy — między innymi dziadek 
MacHinery'ego — zaczęli decydować, jakich zasad 
należy przestrzegać, a jakie wolno omijać. Stworzyli 
niebezpieczny precedens, którego skutki odczuwamy do 
dzisiaj. Lecz z drugiej strony, to właśnie ich działalność 

background image

dała Zachodowi szansę, przed którą stoimy... — Uśmie- 
chnął się. — Wykorzystam ten argument podczas roz- 
prawy. 
Annę ze łzami w oczach zerwała się z miejsca. 
W trakcie długiej znajomości i współpracy z Wagonerem 
nie przyszło jej do głowy, że senator zrezygnuje z obrony. 
— To nic nie da! — powiedziała cicho. — Wie pan 
równie dobrze jak ja, że nie będą słuchać. Za zdradę 
grozi najwyższy wymiar kary i powolna śmierć we 
wnętrzu reaktora jądrowego. Musi pan uciekać! 
— Przesada. Chemiczna trucizna zawarta w śmieciach 
ze stosu atomowego działa tak szybko, że na strach nie 
starcza czasu. A poza tym jest tam raczej dość ciepło — 
odparł Wagoner. — Moja praca dobiegła końca. Nikt 
i nic nie może zrobić mi krzywdy. 
Annę zakryła twarz dłońmi. 
— Poza tym, moja droga — łagodnie ciągnął sena- 
tor — gwiazdy należą do młodych. Do wiecznie 
młodych ludzi. Nieśmiertelny starzec byłby anachro- 
nizmem. 
— To... dlaczego pan to robił? — spytał Paige lekko 
drżącym głosem. 
—¦ Dlaczego? — westchnął Wagoner. — Znasz od- 
powiedź, Paige. Znałeś ją przez całe życie. Obserwowałem 
wyraz twojej twarzy, gdy usłyszałeś, że wyruszamy ku 
gwiazdom. Jestem przekonany, że właśnie ty najlepiej 
znasz powody, którymi się kierowałem. 
Paige poczuł na sobie wzrok Annę. Znał odpowiedź, 
jakiej oczekiwała; przeprowadzili wiele dyskusji na ten 
temat i były chwile, kiedy przyznawał jej rację. Lecz 
teraz czuł działanie innej, ogromnej, choć nie nazwanej 
siły, która przez całe życie nim kierowała. Siły, którą 
promieniowało oblicze Wagonera i którą kilka chwil 
wcześniej dostrzegł w uśmiechu Annę. 
— Ta sama siła wciąga małpę do klatki — powiedział 
powoli. — Powoduje, że kot włazi do otwartej szafki 
albo siada wysoko na słupie telefonicznym. Popycha 
ludzi do walki ze śmiercią i wyciąga nasze ręce ku 
gwiazdom. Można ją nazwać Ciekawością. 
Wagoner uniósł brwi ze zdziwieniem. 
— Uważasz, że to właściwa nazwa? — spytał. — 
Spróbuj poszukać lepszej. Być może znajdziesz ją później, 
gdzieś w okolicach Aldebarana. 
Podniósł się z fotela i przez chwilę patrzył na nich 
w milczeniu. Później się uśmiechnął. 
— Teraz — powiedział łagodnie — nunc dimittis... 
pozwól Panie swym sługom ruszać w pokoju. 
ROZDZIAŁ JEDENASTY: Jupiter V 
...działalność naukowa nie przynosi wymiernych, ekonomicz- 
nych korzyści intelektualistom i badaczom, choć posiada nieza- 
przeczalną wartość moralną: skłania do podjęcia decyzji, czy 
lepiej mieć, czy wiedzieć. Prawdziwymi zwycięzcami są ci, 
którzy wiedzą i kochają. 
WESTON LA BARRE 
¦fr 
— Tak to wygląda — powiedział Helmuth. 
Eva przez chwilę siedziała w milczeniu. 
— Nie rozumiem jednego — powiedziała w końcu. — 
Dlaczego przyszedłeś z tym do mnie? Jestem pewna, że 
przeraziło cię to, co powiedział Wagoner. 
— Masz rację — odparł. Ale w jego głosie po- 

background image

brzmiewały nutki triumfu. — Lecz ostatnio odkryłem, 
że przerażenie i strach to dwa całkiem różne pojęcia. 
Pomyliliśmy się oboje, Evito. Ja, ponieważ uważałem, że 
należy przerwać budowę Mostu, ty, bo byłaś przekonana, 
że należy ją skończyć. 
— Nie rozumiem. 
— Sam siebie nie rozumiem. Irracjonalny strach przed 
podjęciem pracy na powierzchni Jowisza był częścią 
sennego koszmaru. Nie ma najmniejszej szansy, żeby 
człowiek dotarł do samego środka tego piekła, ale ja 
chciałem tam dotrzeć. Po części, to wynik tego 
cholernego prania mózgu. Wiedziałem... wszyscy wie- 
dzieliśmy... że Most nie będzie stał wiecznie, lecz zo- 
staliśmy tak zaprogramowani, aby wierzyć w sens na- 
szych poczynań. Nic innego nie mogłoby skłonić nas do 
pracy. Rezultat: klasyczny dylemat powodujący szaleń- 
stwo. Twoja reakcja, choć zupełnie różna od mojej, była 
powodowana tym samym: chciałaś na Jupiterze V wy- 
chować dziecko. Teraz wszystko się zmieniło. Most 
okazał się naprawdę potrzebny i nie miałem racji mówiąc, 
że jest mostem, który wiedzie donikąd. Prowadzi do 
setek miejsc, gdzie będziemy mogli stworzyć nową 
Ziemię. Kiedy Rosjanie przejmą całą władzę, jakaś 
odległa planeta stanie się Nową Ziemią i zaowocuje 
nowym życiem. 
— Dlaczego mi to mówisz? — spytała. — Chcesz, 
żebym ci przebaczyła? 
— Zgodzę się na propozycję Wagonera... pod warun- 
kiem, że polecisz ze mną. 
Eva zerwała się z fotela. Helmuth z zachwytem 
obserwował gibkość jej ruchów. W tej samej chwili 
rozległ się przenikliwy terkot dzwonków alarmowych. 
— Wszyscy na stanowiska! — ryczał z głośnika 
karykaturalnie zmieniony głos Dillona. — Nastąpiło 
przesilenie! Owal mija Plamę! Prędkość wichru wykracza 
poza skalę! Alarm pierwszego stopnia! 
Krzyk inżyniera mieszał się z nieustannym, ponurym 
wyciem wiatru i głośnymi trzaskami. Most jęczał w ago- 
nii. Rozległ się kolejny dźwięk: kakofonia ostrych, 
charakterystycznych tonów przywodzących na myśl 
dinozaura przedzierającego się przez poszycie pierwotnej 
dżungli. Helmuth od razu wiedział, co zaszło. 
Nawierzchnia Mostu poczęła pękać. 
Po chwili rumor ustał, a Dillon odezwał się nieco 
spokojniej: 
— Gdzie jesteś, Evo? Jak najszybciej zamelduj się 
przy swoim pulpicie. Jeśli nic nie zrobimy, Most przetrwa 
najwyżej godzinę. 
— Niech się wali — odpowiedziała cicho. 
Nastąpiło pełne zdumienia milczenie przerwane po 
chwili krótkim parsknięciem śmiechu. Helmuth rozpo- 
znał głos Wagonera. 
Połączenie z kabiną zostało przerwane, choć z głośnika 
nadal płynęły gromowe pomruki towarzyszące śmierci 
Mostu. 
Bob i Eva stanęli przy oknie. Spoglądali w przestrzeń, 
dalej niż sięgała ogromna tarcza Jowisza, tam, gdzie nad 
horyzontem zawsze świeciły gwiazdy. 
 
 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CODA: Państwowe Laboratorium 
w Brookhaven (reaktor jądrowy) 
ir 
Aleć Ja wam powiadam: Miłujcie nieprzyjacioły wasze; 
błogosławcie tym, którzy was przeklinają, dobrze czyńcie tym, 
którzy was mają w nienawiści i módlcie się za tymi, którzy wam 
złość wyrządzają i prześladują was: Abyście byli synami Ojca 
waszego, który jest w niebiesiech; bo on to czyni, że słońce jego 
wschodzi na złe i na dobre, i deszcz spuszcza na sprawiedliwe 
i niesprawiedliwe. Albowiem jeźli miłujecie te, którzy was miłują, 
jakąż zapłatę macie? azaż i celnicy tego nie nie czynią? 
A jeźlibyście tylko braci waszych pozdrawiali, cóż osobliwego 
czynicie? azaż i celnicy tego nie czynią? 
„Każdy koniec" — napisał Wagoner na ścianie swej 
celi — „jest jednocześnie początkiem. Być może za 
tysiąc lat moi Ziemianie powrócą na ojczystą planetę. 
Może za dwa lub cztery tysiące... jeśli nadal będą 
pamiętać, gdzie stały ich domy. Powrócą, lecz mam 
nadzieję, że nie pozostaną. Modlę się o to, by ruszyli 
w dalszą drogę". 
Przez chwilę zastanawiał się, czy umieścić pod spodem 
swoje nazwisko. Skreślił w kalendarzu ostatnią datę. 
Grafit pękł i na końcu ołówka pojawił się maleńki 
wianuszek drzazg z jasnego drewna. Wagoner wiedział, 
że wystarczy wysunąć przedmiot za parapet wysoko 
umieszczonego okna, aby promieniowanie cieplne od- 
słoniło kawałek grafitu, lecz tylko wzruszył ramionami 
i wrzucił ołówek do kosza. 
To, co miał naprawdę do powiedzenia, zdążył zapisać 
w gwiazdach. Cała konstelacja nosiła jego imię, więc 
mógł uznać, że dobrze spełnił swoje zadanie. 
Nieco później, tego samego dnia, człowiek nazwiskiem 
MacHinery stwierdził: 
— Bliss Wagoner nie żyje. 
Jak zwykle się mylił. 
• 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image