background image

 

 

 

ISAAC ASIMOV  

 

 

KONIEC 

WIECZNO CI 

 

 

 

 

 

Przekład: – Adam Kaska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

TECHNIK 

 

Andrew Harlan wszedł do kotła.  ciany kotła były doskonale okr głe i 

przylegały dokładnie do pionowego szybu, sporz dzonego z rzadko 

rozmieszczonych pr tów, które sto osiemdziesi t centymetrów nad głow  Harlana 

przekształcały si  w migotliw , niewyra n  mgiełk . Wł czył zespół sterowania i 

poruszył lekko chodz cy starter. 

Kocioł ani drgn ł. 

Harlan bynajmniej nie spodziewał si  ruchu ani w gór , ani w dół, w prawo 

czy w lewo, naprzód czy w tył. Jednak odst py mi dzy pr tami stopniały w 

szaraw  czer , która była twarda w dotyku, jakkolwiek niematerialna. Przy tym 

czuł lekki niepokój w  oł dku i nieznaczny (psychosomatyczny?) zawrót głowy, 

wskazuj cy,  e wszystko, co kocioł zawiera, ł cznie z samym Harlanem, p dzi 

przez Wieczno . 

Wszedł do kotła w 575 Stuleciu - bazowym stuleciu operacji, przydzielonym 

mu dwa lata wcze niej. Wiek 575 był najodleglejszy ze wszystkich, do których 

podró ował. A teraz przemieszczał si  ku 2456 Stuleciu. 

Normalnie czułby si  nieco zagubiony w tej sytuacji. Jego ojczyste stulecie 

le ało w odległej przeszło ci - mówi c dokładnie był to wiek 95. Wiek 95 surowo 

ograniczaj cy u ycie energii atomowej, do  sielankowy, lubuj cy si  w 

naturalnym drzewie jako materiale konstrukcyjnym, nastawiony na eksport 

pewnych gatunków destylowanych napojów do wszystkich niemal epok i import 

nasienia koniczyny. Jakkolwiek Harlan nie był w 95 wieku od czasu, gdy 

przeszedł specjalne przeszkolenie i jako pi tnastoletni chłopiec został 

Nowicjuszem, to jednak zawsze czuł si  nieco zagubiony, gdy oddalał si  od 

„domu". Wiek 2456 b dzie okr głym dwustu czterdziestym tysi cleciem od 

narodzin Harlana, a jest to szmat czasu, nawet dla zahartowanego 

Wieczno ciowca. 

W normalnych okoliczno ciach wszystko by tak wygl dało. 

Lecz teraz Harlan był w zbyt kiepskim nastroju, by my le  o czymkolwiek, 

poza tym,  e dokumenty ci

 mu w kieszeni, a cały plan działania ci ko le y na 

sercu. Był nieco przestraszony, troch  podniecony i zmieszany. 

Jego r ce odruchowo zatrzymały kocioł na wła ciwym przystanku we 

wła ciwym stuleciu. 

Dziwne,  e Technik mógł czu  si  podniecony czy zdenerwowany 

czymkolwiek. Co to kiedy  mówił Edukator Yarrow? 

„Technik musi by  przede wszystkim beznami tny. Zmiana Rzeczywisto ci, 

jakiej dokonuje, mo e wpływa  na  ycie nawet pi dziesi ciu miliardów ludzi. 

Dla miliona czy wi cej spo ród nich efekty b d  tak drastyczne,  e trzeba ich 

uwa a  za całkowicie nowe jednostki. W tych warunkach emocjonalne podej cie 

do sprawy stanowi powa n  przeszkod ". 

Harlan gwałtownym potrz ni ciem głowy wyrzucił ze swego umysłu 

wspomnienie suchego głosu nauczyciela. W tamtych czasach nawet sobie nie 

wyobra ał,  e zostanie wła nie Technikiem. Ale emocje zacz ł prze ywa  mimo 

background image

 

wszystko. Nie z racji pi dziesi ciu miliardów ludzi. Kto w Czasie troszczy si  o 

pi dziesi t miliardów ludzi? Chodzi tylko o jednego. O jedn  osob . 

U wiadomił sobie,  e kocioł stoi, w króciutkiej przerwie, dla zebrania my li, 

wprawił si  w ten chłodny, rzeczowy nastrój, jaki musi cechowa  Technika. 

Potem wysiadł. Kocioł, który opu cił, nie był oczywi cie tym samym, do którego 

wsiadł - w tym sensie,  e nie składał si  z tych samych atomów. Nie troszczył si  o 

to bardziej ni  inni Wieczno ciowcy. Tylko Nowicjusze i nowi przybysze do 

Wieczno ci interesowali si  bardziej mistyk  podró y w Czasie ni  samym jej 

faktem. 

Znowu zrobił krótk  przerw  przy niesko czenie cienkiej kurtynie z Nie-

Przestrzeni i Nie-Czasu, która z jednej strony oddzielała go od Wieczno ci, a z 

drugiej - od zwykłego Czasu.Znalazł si  w całkiem dla siebie nowej sekcji 

Wieczno ci. Oczywi cie cokolwiek z grubsza o niej wiedział, przejrzawszy 

odpowiedni rozdział Podr cznika Czasu. Jednak nie mogło to zast pi  osobistych 

odwiedzin, wi c przygotował si  na pocz tkowy szok adaptacji. 

Odpowiednio nastawił zespół sterowania (prosta sprawa przy wkraczaniu do 

Wieczno ci, natomiast bardzo skomplikowana w przej  ciu do Czasu, lecz ten typ 

podró y zdarzał si  rzadziej). Przekroczył kurtyn  i przymru ył oczy od blasku. 

Odruchowo podniósł r k , by je osłoni . 

Naprzeciw niego stał tylko jeden człowiek. Z pocz tku Harlan widział go 

bardzo niewyra nie. 

Człowiek odezwał si : 

-  Jestem Socjolog. Kantor Voy. Pan jest pewnie Technikiem Marianem? 

Harlan skin ł głow  i powiedział: 

-  Ojcze Czasie! Czy t  iluminacj  mo na troch  przygasi ? Voy obejrzał si , a 

potem powiedział wyrozumiale: 

-  My li pan o emulsjach cz steczkowych? 

-  Oczywi cie - odparł Harlan. - Podr cznik wspominał o nich, ale nie mówił o 

tak szale czych refleksach  wietlnych. 

Harlan uwa ał swe oburzenie za do  uzasadnione. 2456 Stulecie orientowało 

si  na materi , podobnie jak wi kszo  stuleci, wi c od samego pocz tku miał 

prawo oczekiwa ,  e wszystko b dzie do  podobne. Nie spodziewał si  tu 

straszliwego chaosu (straszliwego dla kogo , kto urodził si  w epoce 

zorientowanej na materi ) wirów energii trzechsetnych stuleci ani dynamiki pola 

sze setnych wieków. W wieku 2456 dla wygody przeci tnego Wieczno ciowca 

materii u ywano do wszystkiego - od  cian do gwo dzi tapicerskich. 

Nawiasem mówi c, jest materia i materia. Obywatel zorientowanego na 

energi  stulecia mo e sobie tego nie u wiadamia . Dla niego wszelka materia 

mo e wygl da  jak drobne odmiany czego  grubego, ci kiego, barbarzy skiego. 

Jednak nastawiony na materi  Harlan rozró niał drzewo, metale (ci kie i 

lekkie), plastik, krzem, wapno, skór  i tak dalej. 

Lecz materia składaj ca si  wył cznie z luster! 

To było pierwsze wra enie z 2456 Stulecia. Ka da powierzchnia odbijała 

wiatło i błyszczała. Wsz dzie była iluzja absolutnej gładko ci: efekt emulsji 

cz steczkowej. W tych nie ko cz cych si  odbiciach samego Harlana i Socjologa 

background image

 

Voya, wszystkiego, co tylko mógł zobaczy  w ułamkach i cało ciach, pod 

wszystkimi k tami, był chaos. Jaskrawy chaos, wywołuj cy obrzydzenie. 

-  Bardzo mi przykro - powiedział Voy. - To obyczaj Stulecia, a odpowiednia 

sekcja uwa a,  e nale y przyjmowa  miejscowe obyczaje, je li s  praktyczne. 

Przyzwyczai si  pan do tego po pewnym czasie. 

Voy ruszył gwałtownie po stopach innego Voya, odwróconego głow  w dół 

pod posadzk , który wraz z nim podszedł do stołu. Przesun ł do punktu 

zerowego cienk  jak włos wskazówk  na spiralnej skali. 

Odbicia znikły, jaskrawe  wiatło zbladło. Harlan poczuł, jakjego  wiat si  

zestala. 

- Prosz  teraz za mn  - rzekł Voy. 

Harlan poszedł za nim przez puste korytarze, które przed paroma chwilami 

musiały jarzy  si  orgi  sztucznego  wiatła i refleksów, po pochylni i przez 

przedpokój do gabinetu. 

Na tej krótkiej drodze nie spotkali nikogo. Harlan tak był do tego 

przyzwyczajony,  e z pewno ci  zaskoczyłoby go i niemal wywołało wstrz s, 

gdyby ujrzał oddalaj c  si  szybko posta  ludzk . Bez w tpienia rozeszły si  ju  

wie ci,  e przybywa Technik. Nawet Voy trzymał si  na dystans, a gdy 

przypadkowo dło  Harlana otarła si  o jego r kaw, Socjolog drgn ł i cofn ł si . 

Harlana nieco zaskoczyła odrobina goryczy, jakiej przy tym wszystkim 

doznawał. My lał,  e muszla, która wyrosła wokół jego duszy, jest grubsza, 

bardziej nieprzenikliwa. Je li si  mylił, je li ten pancerz stał si  cie szy, 

przyczyna mogła by  tylko jedna: 

Noys! 

Socjolog Kantor Voy pochylił si  ku Technikowi niby w do  przyjacielski 

sposób, lecz Harlan zauwa ył,  e siedz  po przeciwnych ko cach podłu nej osi 

do  du ego stołu. 

Voy powiedział: 

-  Ciesz  si ,  e tak słynny Technik interesuje si  naszym drobnym 

problemem. 

-  Tak - odparł Harlan z chłodn  oboj tno ci , jakiej ludzie po nim 

oczekiwali. - Ten problem ma swoje interesuj ce aspekty. (Czy był do  

oboj tny? Z pewno ci jego prawdziwe motywy musz  by  widoczne, a wina 

ujawnia si  w kropelkach potu na czole). 

Wydobył z wewn trznej kieszeni arkusik folii z sumarycznym projektem 

Zmiany Rzeczywisto ci. Była to ta sama kopia, któr  miesi c wcze niej wysłano 

do Rady Wszechczasów. Dzi ki swym kontaktom ze Starszym Kalkulatorem 

Twissellem (samym Twissellem!) Harlan nie miał wiele kłopotu z uzyskaniem 

tego egzemplarza. 

Przed rozwini ciem rolki upu cił j  na powierzchni  stołu, gdzie została 

zatrzymana przez słabe pole paramagnetyczne, i zamy lił si  na chwil . 

Pokrywaj ca stół emulsja cz steczkowa była przygaszona, ale nie ciemna. 

Ruch własnej r ki przyci gn ł na chwil  jego wzrok, odbicie twarzy zdawało si  

patrze  na niego ponuro z blatu stołu. Miał trzydzie ci dwa lata, lecz wygl dał 

starzej. Wiedział o tym. Mo e to wła nie jego długa twarz i czarne brwi nad 

czarnymi oczyma powodowały po cz ci,  e miał ów marsowy wygl d i chłodne 

background image

 

nieruchome spojrzenie, typowe dla karykaturalnego obrazu Technika w 

wyobra eniach Wieczno ciowców. A mo e powodował to fakt,  e Harlan stale 

pami tał o tym, i  jest Technikiem. 

Rozpostarł foli  na stole i wrócił do sprawy. 

-  Nie jestem Socjologiem - rzekł. Voy u miechn ł si . 

-  To brzmi wspaniale. Gdy kto  zaczyna mówi  o braku kompetencji w danej 

dziedzinie, zazwyczaj zaraz potem wyst puje z jak  stanowcz  opini . 

-  Nie - powiedział Harlan. - To nie opinia. Tylko pro ba. Chciałbym,  eby pan 

rzucił okiem na to podsumowanie i sprawdził, czy gdzie  tu nie ma drobnej 

pomyłki. 

Voy natychmiast spowa niał. 

-  Mam nadziej ,  e nie - powiedział. 

Harlan trzymał jedn  r k  na oparciu fotela, drug  na kolanach. Musiał 

uwa a ,  eby nie b bni  palcami. Ani nie zagryza  ust. Nie mógł w  adnym 

wypadku wyjawia  swych uczu . 

Od czasu gdy cała orientacja jego  ycia si  zmieniła, studiował konspekty 

projektowanych Zmian Rzeczywisto ci, które napływały poprzez pracuj cy na 

wysokich obrotach młyn administracyjny do Rady Wszechczasów. Jako 

przyboczny Technik Starszego Kalkulatora Twissella potrafił to zorganizowa , 

lekko tylko naginaj c zasady zawodowej etyki. Szczególnie  e Twissell coraz 

wi cej uwagi po wi cał swemu gigantycznemu przedsi wzi ciu. (Harlan 

gor czkował si . Teraz wiedział co  nieco  o naturze tego przedsi wzi cia). 

Nie miał pewno ci,  e we wła ciwym czasie znajdzie to, czego szukał. Gdy 

pierwszy raz rzucił okiem na projekt Zmiany Rzeczywisto ci 2456-2781, numer 

seryjny V-5, był prawie przekonany,  e pragnienia zm ciły mu umysł. Przez cały 

dzie  sprawdzał równania i zwi zki w przygniataj cej niepewno ci, zmieszanej ze 

wzrastaj cym podnieceniem i gorzk  satysfakcj ,  e nauczył si  przynajmniej 

podstaw psychomatematyki. 

Teraz Voy przegl dał te same perforowane wzory na pół zdumionym, na pół 

gniewnym wzrokiem. 

Powiedział: 

-  Wydaje mi si , powiadam: wydaje mi si ,  e wszystko jest w najlepszym 

porz dku. 

Harlan powiedział: 

-  Polecam panu szczególnie spraw  charakterystyki okresu narzecze stwa w 

bie cej Rzeczywisto ci tego  stulecia. To nale y do socjologii i za to chyba pan 

odpowiada. Dlatego te  chciałem si  spotka  raczej z panem ni  z kimkolwiek 

innym. 

Voy zmarszczył czoło. Nadal był grzeczny, lecz chłodny. Powiedział: 

-  Obserwatorzy przydzieleni do naszej sekcji s  wysoce kompetentni. Mam 

absolutn  pewno ,  e ci, których wyznaczono do tego projektu, dostarczyli 

dokładnych danych. Ma pan powody s dzi ,  e było inaczej? 

-  Bynajmniej, Socjologu. Przyjmuj  ich materiały. Kwestionuj  natomiast 

opracowanie materiałów. Czy nie mo na znale  alternatywnego rozgał zienia w 

tym punkcie, je li we mie si  wła ciwie pod rozwag  dane o narzeczonych? 

Voy spojrzał, a potem odetchn ł z ulg . 

background image

 

-  Oczywi cie, Techniku, oczywi cie, lecz to rozgał zienie przekształca si  w 

to samo . To p tla małych rozmiarów bez  adnych  wiadcze  z którejkolwiek 

strony. S dz ,  e wybaczy mi pan ten malowniczy j zyk zamiast precyzyjnych 

wyra e  matematycznych. 

-  Lubi  go - powiedział Harlan sucho. - Nie jestem bardziej Kalkulatorem ni  

Socjologiem. 

-  Doskonale. Alternatywne rozgał zienie, o którym pan mówi, albo 

rozwidlenie drogi, jak by my powiedzieli, jest nieznaczne. Oba ramiona si  ł cz  i 

powstaje znowu jedna droga. Nie ma nawet potrzeby o tym wspomina  w naszych 

zaleceniach. 

-  Skoro pan tak twierdzi, to przyjmuj ,  e pan ma racj . Jednak nadal 

pozostaje kwestia MPZ. 

Socjolog j kn ł przy tych inicjałach, ale Harlan spodziewał si  tego. MPZ - 

Minimum Potrzebnych Zmian. Tutaj Technik był mistrzem. Socjolog mógł si  

uwa a  za niedost pnego dla krytyki ni szych istot we wszystkim, co dotyczyło 

matematycznej analizy niesko czenie mo liwych Rzeczywisto ci w Czasie, ale w 

sprawach MPZ Technik stał wy ej. 

Mechaniczne komputowanie nie wystarczy. Najwi kszy komputaplex, jaki 

kiedykolwiek zbudowano, obsługiwany przez najm drzejszego i najbardziej 

do wiadczonego Starszego Kalkulatora, potrafi najwy ej wskaza  granice, w 

których mo na ustali  MPZ. Dopiero Technik, przegl daj c dane, wybierał 

okre lony punkt w tym zakresie. Dobry Technik rzadko si  mylił, Technik 

wybitny nie mylił si  nigdy. 

Harlan nie mylił si  nigdy. 

-  Tymczasem zalecane przez wasz  sekcj  MPZ - odezwał si  Harlan - (mówił 

chłodno, oboj tnie, precyzyjnie wymawiaj c zgłoski standardowego j zyka 

mi dzyczasowego) - ł czy si  ze spowodowaniem wypadku w przestrzeni 

kosmicznej i gwałtown , okrutn   mierci  dziesi ciu czy wi cej ludzi. 

-  Nieuniknione - powiedział Voy wzruszaj c ramionami. 

-  Ze swej strony - odparł Harlan - uwa am,  e MPZ mo na zredukowa  do 

zwykłego przeniesienia zasobnika z jednej półki na drug . Prosz ! - Wskazał 

palcem, podkre laj c wypiel gnowanym paznokciem malutki znaczek obok 

kolumny perforacji. 

Voy w milczeniu rozmy lał nad wzorami. Harlan powiedział: 

-  Czy to nie zmienia sytuacji pa skiego nieprzewidzianego rozwidlenia? Czy 

nie zmienia widełek mniejszego prawdopodobie stwa niemal w pewno  i nie 

prowadzi do... 

-  Do MPO - szepn ł Voy. 

-  Wła nie, do Maksymalnie Po danej Odpowiedzi - rzekł Harlan. 

Voy podniósł głow , na jego ciemnej twarzy malowała si  walka mi dzy 

strachem a gniewem. Harlan mimowolnie zauwa ył,  e mi dzy dwoma du ymi 

górnymi siekaczami tego człowieka jest szpara, co nadawało mu króliczy wygl d, 

dziwnie kłóc cy si  z tłumion  energi  j ego słów. 

-  Wi c b d  przesłuchany przez Rad  Wszechczasów? - zapytał Voy. 

background image

 

-  Nie s dz . O ile si  orientuj , Rada Wszechczasów nie wie o tym. W ka dym 

razie projekt Zmiany Rzeczywisto ci przekazano mi bez komentarzy. - Nie 

wyja nił słowa „przekazano", ale Voy nie zadał  adnego pytania. 

-  Wi c to pan wykrył t  pomyłk ? 

-  Ja. 

-  I nie zło ył pan raportu Radzie Wszechczasów? 

-  Nie zło yłem. 

Najpierw ulga, a potem st enie rysów twarzy. 

-  Dlaczego nie? 

-  Mało kto potrafiłby unikn  tej omyłki. Wydawało mi si ,  e mog  j  

naprawi , zanim stanie si  szkoda. Zrobiłem to. Po co ci gn  spraw  dalej? 

-  No có ... dzi kuj . Techniku. Post pił pan jak przyjaciel. Omyłka sekcyjna, 

która, jak pan sam stwierdził, praktycznie była nie do unikni cia, bardzo 

nieprzyjemnie wygl dałaby w raporcie. -Zrobił krótk  przerw  i ci gn ł dalej: - 

Oczywi cie, w obliczu zmian w osobowo ci, jakie zostan  wprowadzone przez t  

Zmian ,  mier  paru ludzi na wst pie nie ma wi kszego znaczenia. 

Harlan my lał oboj tnie: nie wygl da na to,  eby był szczególnie wdzi czny. 

Prawdopodobnie jest zły. Gdy przestanie my le , b dzie jeszcze bardziej zły,  e 

Technik uchronił go przed nagan  słu bow . Gdybym był Socjologiem, 

u ciskałby mi r k , ale Technikowi... Z zimn  krwi  potrafi skaza  dziesi ciu 

ludzi na  mier , lecz nie dotknie Technika. 

A poniewa  czekanie, a  gniew Voya wzro nie, byłoby fatalne, Harlan 

oznajmił bez zwłoki: 

-  My l ,  e pana wdzi czno  si ga tak daleko, i  pa ska sekcja wykona dla 

mnie pewn  mał  robótk . 

-  Robótk ? 

-  Problem Biografii. Mam przy sobie odpowiednie informacje. Mam równie  

dane dotycz ce proponowanej Zmiany Rzeczywisto ci w 482. Chciałbym zna  

wpływ tej zmiany na prawdopodobn  przyszło  pewnej osoby. 

-  Chyba niezupełnie pana rozumiem - powiedział z wolna Socjolog. - Z 

pewno ci  ma pan przecie  mo no  załatwienia tego w swojej sekcji? 

-  Mam. Jestem jednak zaanga owany w prywatne badania, których jeszcze 

nie chciałbym wykazywa  w raportach. Byłoby trudno wykona  to w mojej sekcji 

bez... - Gestem wyraził konkluzj  nie doko czonego zdania. 

Voy powiedział: 

-  Wi c nie chce pan robi  tego oficjalnie? 

-  Chc ,  eby to zostało zrobione poufnie. Pragn  poufnej odpowiedzi. 

-  Hm... to jest wbrew przepisom. Nie mog  si  na to zgodzi . Harlan 

zmarszczył czoło. 

-  Chyba nie bardziej wbrew przepisom ni  moja rezygnacja z zameldowania 

Radzie Wszechczasów o pa skiej omyłce. Przeciwko temu nie zgłosił pan 

zastrze e . Je li mamy post powa   ci le oficjalnie w jednej sprawie, musimy by  

równie  oficjalni w drugiej. S dz ,  e pan mnie rozumie? 

Wystarczyło spojrze  na twarz Voya. Socjolog wyci gn ł r k : 

-  Czy mog  zobaczy  dokumenty? 

background image

 

Harlan poczuł pewn  ulg . Główna przeszkoda została pokonana. Patrzył w 

napi ciu, jak Voy pochyla głow  nad arkuszami. Tylko raz Socjolog si  odezwał: 

-  Och, Czasie, to jest mała Zmiana Rzeczywisto ci. Harlan wykorzystał 

okazj  i zacz ł improwizowa : 

-  Tak jest. Chyba bardzo mała. O to toczy si  cały spór. To Zmiana poni ej 

krytycznej ró nicy, wi c wybrałem pewn  jednostk  na prób . Oczywi cie byłoby 

niedyplomatycznie wykorzystywa   rodki naszej sekcji, póki nie uzyskam 

pewno ci,  e mam racj . 

Voy nie odpowiadał i Harlan urwał. Nie było sensu przeci ga  tego dalej. Voy 

wstał. 

-  Dam to jednemu z naszych Biografistów. Spraw  utrzymamy w tajemnicy. 

Rozumie pan chyba,  e nie mo na tego uwa a  za precedens. 

-  Oczywi cie,  e nie. 

-  I je li nie ma pan nic przeciwko temu, ch tnie poszedłbym popatrze , jak si  

dokonuje Zmiana Rzeczywisto ci. Mam nadziej ,  e zrobi pan nam ten zaszczyt i 

przeprowadzi MPZ osobi cie. 

Harlan skin ł głow . 

-  Przyjmuj  całkowit  odpowiedzialno . 

Kiedy weszli do sali obserwacyjnej, działały tam dwa ekrany. In ynierowie 

ze rodkowali je ju  wedle dokładnych koordynat w Przestrzeni i Czasie, a potem 

wyszli. Harlan i Voy byli sami w błyszcz cej sali. (Urz dzenia z emulsji 

cz steczkowych były widoczne i nawet troch  wi cej ni  widoczne, lecz Harlan 

patrzył na ekrany). 

Oba obrazy tkwiły nieruchomo. Wygl dały na fotografie, poniewa  

przedstawiały matematyczne momenty Czasu. 

Jeden obraz był w ostrych, naturalnych barwach i ukazywał jakie  maszyny; 

Harlan wiedział,  e jest to maszynownia do wiadczalnego statku kosmicznego. 

Zamykały si  wła nie drzwi i w szczelinie tkwił połyskuj cy but z czerwonego, na 

pół przezroczystego materiału. Ale nie poruszał si . Nic si  nie poruszało. Gdyby 

obraz był na tyle ostry,  e byłoby na nim wida  drobiny pyłu w powietrzu, one te  

byłyby nieruchome. 

Voy powiedział: 

-  Przez dwie godziny i trzydzie ci sze  minut od obserwowanego momentu ta 

maszynownia pozostanie pusta. To znaczy - w bie cej Rzeczywisto ci. 

-  Wiem - mrukn ł Harlan. Wkładał r kawiczki i utrwalał sobie w pami ci 

poło enie na półce zasobnika o decyduj cym znaczeniu, mierz c kroki do niego, 

wybieraj c najlepsze miejsce, w które nale ało go przenie . Pospiesznie rzucił 

okiem na drugi ekran. 

Podczas gdy maszynownia znajduj ca si  w polu okre lonym jako 

„tera niejszo " - w odniesieniu do tej sekcji Wieczno ci, w jakiej si  znajdowali - 

była jasna i w naturalnych kolorach, to drugi obraz, pó niejszy o jakie  

dwadzie cia pi  Stuleci, miał bł kitn  po wiat , tak  jak widoki z „przyszło ci". 

To był port kosmiczny. Intensywnie niebieskie niebo, niebieskawo zabarwione 

budynki z surowego metalu na niebieskozielonym gruncie. Niebieski cylinder 

dziwnego kształtu o wybrzuszonym dnie stał na pierwszym planie. Dwa podobne 

background image

 

znajdowały si  w gł bi. Wszystkie trzy wznosiły swe rozdwojone dzioby do góry, 

a rozci cia si gały gł boko w kadłub statku. 

-  Bardzo dziwaczne - powiedział zamy lony Harlan. 

-  Elektrograwitacyjne - odparł Voy. - Tylko 2481 Stulecie ma 

elektrograwitacyjne pojazdy kosmiczne. Bez dysz, bez silników j drowych. 

Konstrukcja, która daje du e prze ycia estetyczne. Wielka szkoda,  e musieli my 

to podda  Zmianie. Wielka szkoda. - Utkwił oczy w Marianie z widoczn  

dezaprobat . 

Harlan zacisn ł wargi. Wyra na dezaprobata! Czemu nie? Przecie  jest 

Technikiem. 

Tak to jest: był kiedy  pewien Obserwator, który stwierdził zjawisko 

narkomanii. Był jaki  Statystyk, który wykazał,  e najnowsze Zmiany pomno yły 

liczb  narkomanów; osi gn ła ona najwi kszy procent w całej bie cej 

Rzeczywisto ci człowieka. Jaki  Socjolog, prawdopodobnie sam Voy, opracował 

ten problem z psychiatrycznego punktu widzenia. Wreszcie jaki  Kalkulator 

udowodnił,  e w celu ograniczenia narkomanii do bezpiecznego poziomu 

konieczna jest Zmiana Rzeczywisto ci, i wykrył,  e w efekcie ubocznym musi na 

tym ucierpie  elektrograwitacyjna komunikacja kosmiczna. Dziesi ciu czy stu 

ludzi w całej Wieczno ci przykładało do tego r k . 

Lecz wreszcie, na koniec, musi wkroczy  Technik, taki jak Harlan. 

Wypełniaj c dyrektywy, jakie wszyscy inni wymy lili i mu przekazali, musi 

zapocz tkowa  aktualn  Zmian  Rzeczywisto ci. A potem wszyscy patrz  na 

niego i oskar aj  wynio le. Ich spojrzenia mówi : „To nie my, to ty zniszczyłe  to 

pi kno". 

I za to b d  go pot pia  i unika . Zrzuca  własn  win  na jego barki i b d  

nim pogardzali. 

Harian powiedział szorstko: 

-  Statki si  nie licz . Jeste my zainteresowani tylko tymi istotami. „Istoty" 

były lud mi, wygl daj cymi karłowato na tle statku kosmicznego, tak jak Ziemia 

i ziemskie społecze stwa wygl daj  na tle Kosmosu. 

Ci ludzie przypominali grup  marionetek. Ich malutkie r czki i nó ki zastygły 

w nienaturalnych pozach uchwyconych w okre lonym momencie Czasu. 

Voy wzruszył ramionami. 

Harian wła nie przymocowywał mały generator pola do swego lewego 

przegubu. 

-  Trzeba wykona  t  robot . 

-  Chwileczk . Chc  si  skontaktowa  z Biografist i dowiedzie , ile czasu 

zajmie mu ta praca dla pana. Chciałbym,  eby i to zostało wykonane. 

Jego r ce manipulowały sprawnie przy małym ruchomym przycisku, a ucho 

słuchało uwa nie serii tykni , które nadeszły w odpowiedzi. (Jeszcze jedna 

charakterystyczna cecha tej sekcji Wieczno ci, my lał Harian - kody d wi kowe. 

M dre, ale afektowane, podobnie jak emulsje cz steczkowe). 

-  Mówi,  e nie zajmie mu to wi cej ni  trzy godziny - rzekł wreszcie Voy. - 

Poza tym podziwia imi  badanej osoby. Noys Lambent. To kobieta, prawda? 

Harlanowi zaschło w gardle. 

-  Tak. 

background image

 

10 

Wargi Voya rozci gn ły si  w u miechu. 

-  To brzmi interesuj co. Chciałbym j  pozna . Od miesi cy nie mieli my 

kobiet w naszej sekcji. 

Harian bał si  odpowiedzie . Przez chwil  wpatrywał si  w Socjologa, a potem 

gwałtownie si  odwrócił. 

Je li istniała jaka  skaza na Wieczno ci, to wła nie w zwi zku z kobietami. 

Wiedział o tym niemal od pierwszego wej cia w Wieczno , lecz osobi cie zacz ł 

odczuwa  dopiero od tego dnia, kiedy spotkał Noys. Od tego momentu była ju  

prosta droga do punktu, w którym si  teraz znalazł, zakłamany wobec swej 

przysi gi Wieczno ciowca i wszystkiego, w co wierzył. 

-  Dla kogo? 

Dla Noys. 

I nie wstydził si . To wła nie było najbardziej wstrz saj ce. Nie wstydził si . 

Nie czuł si  winny lawiny zbrodni, jak  spowodował, zbrodni, wobec których 

ostatnia - nielegalne u ycie poufnego Biografowania - była zaledwie drobnym 

grzechem. 

Je li b dzie trzeba, nie cofnie si  przed najgorszym. 

Po raz pierwszy nasun ła mu si  wyrazi cie pewna my l. I chocia  j  odrzucił 

ze zgroz , wiedział,  e skoro raz ju  si  pojawiła, to na pewno wróci. 

My l była prosta: je li zajdzie potrzeba, zniszczy Wieczno .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

11 

Rozdział 2 

 

OBSERWATOR

 

 

Harlan stał w bramie Czasu i my lał o sobie na nowy sposób. Kiedy  wszystko 

było bardzo proste. Istniało co  takiego jak ideały albo przynajmniej hasła, dla 

których si   yło. Ka de stadium  ycia Wiecz-no ciowca miało swój sens. Jak si  

zaczynaj  „Podstawowe zasady"? 

„ ycie Wieczno ciowca mo na podzieli  na cztery okresy...". 

Wszystko to działało dotychczas gładko, lecz teraz si  zmieniło. A co si  raz 

rozpadło, nie da si  zło y  znowu w jedn  cało . 

Przeszedł jednak wytrwale przez wszystkie cztery stadia  ycia 

Wieczno ciowca. Przez pierwsze pi tna cie lat w ogóle nie był Wieczno ciowcem, 

tylko mieszka cem Czasu. Jedynie istota ludzka istniej ca poza Czasem, 

mianowicie Czasowiec, mogła sta  si  Wiecz-no ciowcem; nikt nie mógł si  

urodzi  w tej roli. 

Maj c lat pi tna cie, po przebyciu starannego procesu eliminacji, o którego 

istocie nie miał wtedy poj cia, został wybrany. Po dramatycznym po egnaniu z 

rodzin  przeniesiono go za kurtyn  Wieczno ci. (Ju  wtedy wyja niono mu,  e 

cokolwiek si  zdarzy, on nigdy nie wróci. Prawdziwego powodu tej zasady miał 

si  dowiedzie  w długi czas potem). 

Znalazłszy si  w Wieczno ci, sp dził dziesi  lat w szkole jako Nowicjusz, a 

potem awansował, by zacz  trzecie stadium w charakterze Obserwatora. 

Dopiero potem miał zosta  Specjalist , prawdziwym Wieczno ciowcem. Było to 

czwarte i ostatnie stadium  ycia w Wieczno ci: Czasowiec, Nowicjusz, 

Obserwator i Specjalista. 

Harlan gładko przeszedł przez to wszystko. Mo na nawet powiedzie ,  e z 

powodzeniem. 

Wyra nie przypomniał sobie chwil , gdy uko czył Nowicjat i wraz ze swymi 

kolegami został niezale nym członkiem Wieczno ci: chwil , gdy nie b d c jeszcze 

Specjalistami, otrzymali ju  tytuł Wieczno ciowca. 

Pami tał to dokładnie. Sko czył szkoł  i Nowicjat i wraz z pi cioma kolegami 

stał słuchaj c ze splecionymi z tyłu r kami. 

Edukator Yarrow przemawiał do nich siedz c przy biurku. -Harlan dobrze 

pami tał Yarrowa: mały, energiczny m czyzna, ze zmierzwion  czupryn , 

piegowatymi r kami i nieprzytomnym wyrazem oczu (ten nieprzytomny wyraz 

oczu nie był u Wieczno ciowca niczym niezwykłym - powodowała go utrata domu 

i rodzinnego otoczenia, utajona i zakazana t sknota za jedynym Stuleciem, 

którego nigdy  aden z nich nie mógł zobaczy ). 

Harlan oczywi cie nie pami tał dokładnie słów Yarrowa, lecz ich tre  ostro 

wryła mu si  w pami . 

Yarrow powiedział mniej wi cej tak: 

- B dziecie teraz Obserwatorami. Nie jest to wysokie stanowisko. Specjali ci 

nie traktuj  go powa nie. Mo liwe,  e wy, Wieczno ciowcy (specjalnie zrobił 

przerw  po tym słowie,  eby ka dy mógł si  wyprostowa  i u miechn ), równie . 

Je li tak, jeste cie głupcami i nie zasługujecie na miano Obserwatorów. 

background image

 

12 

Kalkulatorzy nie mieliby czego kalkulowa . Biografi ci nie mieliby materiału 

do biografii. Socjologowie nie mieliby społecze stw do profilowania.  aden ze 

Specjalistów nie miałby nic do roboty, gdyby nie było Obserwatorów. Wiem,  e 

ju  wam to mówiono, ale chciałbym,  eby cie byli absolutnie przekonani i nie 

mieli  adnej w tpliwo ci w tej sprawie. 

To wy, najmłodsi, b dziecie wychodzili w Czas, w najbardziej niepomy lnych 

warunkach,  eby dostarczy  faktów, suchych, obiektywnych, niezale nych od 

osobistych opinii i upodoba . Faktów wystarczaj co  cisłych, by nakarmi  nimi 

komputery, a do  okre lonych, by mogły posłu y  do rozwi zywania równa  

społecznych. Faktów wystarczaj co uczciwych, by mogły tworzy  podstaw  dla 

Zmian Rzeczywisto ci. 

I jeszcze jedno musicie zapami ta : wasza słu ba w roli Obserwatorów nie 

jest czym , co nale y odb bni  mo liwie szybko i bez kłopotów. Wła nie jako 

Obserwatorzy wyrabiacie sobie mark . Nie to, co cie robili w szkole, lecz to, co 

zrobicie jako Obserwatorzy, b dzie okre lało wasz  specjalizacj  i stopie , do 

jakiego w niej dojdziecie. To b dzie wasz podyplomowy sta , Wieczno ciowcy, a 

niepowodzenie w nim, nawet małe niepowodzenie, zepchnie was do Obsługi, 

niezale nie od tego, jak wygl daj  teraz wasze potencjalne mo liwo ci. To 

wszystko. 

Podał r k  ka demu z nich, a Harlan, powa ny, uroczysty, dumny w swej 

wierze, i  najwi kszym przywilejem Wieczno ciowca jest przywilej 

odpowiedzialno ci za szcz cie wszystkich istot ludzkich, które s  albo b d  w 

zasi gu Wieczno ci, był pełen nabo nego szacunku dla samego siebie. 

Pierwsze zadanie Harlana było drobne i wykonał je pod  cisłym nadzorem, 

lecz potem rozwijał swe talenty w kilkunastu Stuleciach na kilkunastu Zmianach 

Rzeczywisto ci. 

W pi tym roku pracy otrzymał awans na Starszego Obserwatora ze 

skierowaniem do 482 wieku. Po raz pierwszy miał wykona  prac  bez nadzoru i 

gdy sobie to u wiadomił, melduj c si  Kalkulatorowi sekcji, stracił nieco pewno  

siebie. 

Był to zast pca Kalkulatora Hobbe Finge; podejrzliwie  ci gni te usta i 

zmarszczone brwi wygl dały  miesznie w jego twarzy. Brakowało mu tylko 

kolorów i kosmyka siwych włosów, a mógłby uchodzi  za wizerunek  wi tego 

Mikołaja. 

wi ty Mikołaj albo Santa Claus, albo Kriss Kringle. Harlan znał wszystkie 

trzy imiona. W tpił, czy cho by jeden na sto tysi cy Wieczno ciowców słyszał o 

którym  z nich. Harlan czerpał sekretn  wstydliw  dum  ze swej tajemnej 

wiedzy. Od najwcze niejszych dni w szkole je dził na swym koniku historii 

Prymitywu, a Edukator Yarrow zach cał go do tych studiów. Harlan ogromnie 

polubił te dziwaczne, przewrotne Stulecia, które znajdowały si  nie tylko przed 

pocz tkiem Wieczno ci, w wieku 27, lecz nawet przed wynalezieniem Pola 

Czasowego, w 24 wieku. Studiował stare ksi ki i periodyki. Podró ował nawet 

daleko w przeszło , do najwcze niejszych Stuleci, gdy tylko mu na to pozwolono, 

by korzysta  z lepszych  ródeł. Przez pi tna cie z gór  lat zgromadził znaczn  

bibliotek , prawie w cało ci składaj c  si  z ksi ek drukowanych na papierze. 

Miał w niej tom pisarza zwanego H.G. Wells i inny - W. Szekspira, oba do  

background image

 

13 

postrz pione. A najciekawszy był komplet oprawnych tygodników z epoki 

Prymitywu, które zajmowały ogromn  przestrze , lecz Harlan nie miał serca 

zredukowa  ich do mikrofilmu. 

Od czasu do czasu gubił si  w  wiecie, gdzie  ycie było  yciem, a  mier  

mierci ; gdzie człowiek podejmował decyzje nieodwołalne, gdzie nie mo na było 

zapobiec złu ani popiera  dobra i gdzie przegrana bitwa pod Waterloo była 

naprawd  przegrana na zawsze. 

A potem był trudny, niemal szokuj cy powrót my li do Wieczno ci i  wiata, w 

którym Rzeczywisto  jest czym  gi tkim i szybko znikaj cym, czym , co ludzie, 

tacy jak on sam, mog  utrzyma  w dłoniach i ukształtowa  w lepsz  form . 

Skojarzenie ze  wi tym Mikołajem prysło, gdy Hobbe Finge zacz ł mówi  

energicznie i rzeczowo. 

-  Mo e pan rozpocz  jutro od zwykłego przegl du bie cej Rzeczywisto ci. 

Ma to by  zrobione wnikliwie i dokładnie. Nie zezwala si  na  adn  niedbało . 

Pana pierwsza karta przestrzenno-czasowa b dzie gotowa na jutro rano. 

Wszystko jasne? 

-  Tak, Kalkulatorze - powiedział Harlan. Ju  wtedy zorientował si ,  e 

stosunki mi dzy nim a zast pc  Kalkulatora nie uło  si  dobrze, i  ałował tego. 

Nast pnego ranka otrzymał kartk  pokryt  skomplikowanymi 

perforowanymi wzorami, tak jak wyszła z komputapleksu. U ył swego 

kieszonkowego odkodywacza w celu przetłumaczenia ich na standardowy j zyk 

mi dzyczasowy, boj c si ,  eby nie popełni  najdrobniejszej pomyłki na samym 

pocz tku. Oczywi cie osi gn ł ten etap,  e mógł czyta  perforacje bezpo rednio. 

Karta mówiła mu, gdzie i kiedy ma si  znale  w 482 Stuleciu; dok d mo e si  

uda , a dok d nie; czego ma unika  za wszelk  cen . Jego obecno  miała si  

ograniczy  tylko do tych miejsc i czasu, w których nie byłaby niebezpieczna dla 

Rzeczywisto ci. 

Nie lubił 482 Stulecia. Nie było podobne do jego ojczystej, powa nej i 

nonkonformistycznej ery. Były to jego zdaniem czasy bez etyki i bez zasad. 

Stulecie hedonistyczne, materialistyczne i troch  nad miar  matriarchalne. Była 

to jedyna era (sprawdził to w raportach bardzo dokładnie) z ektogenicznymi 

urodzinami, a w okresie ich najwi kszego rozwoju czterdzie ci procent kobiet 

miało dzieci składaj c tylko zapłodnione jajo w owarium. Mał e stwa ł czyły si  

i rozwi zywały za obopóln  zgod , prawo nie uznawało ich za nic wi cej ni  

prywatne porozumienie bez mocy obowi zuj cej. Zwi zek zawarty dla urodzin 

dziecka był oczywi cie  ci le oddzielony od społecznych funkcji mał e stwa i 

działał na czysto eugenicznych zasadach. 

Pod wieloma wzgl dami Harlan uwa ał to społecze stwo za chore i dlatego 

pragn ł Zmiany Rzeczywisto ci. Wielokrotnie przychodziło mu do głowy,  e jego 

obecno  w Stuleciu, jako człowieka z innych czasów, mogłaby rozdwoi  jego 

histori . Je li zakłócenia t  obecno ci  spowodowane byłyby do  silne w pewnym 

kluczowym punkcie, rzeczywisty stałby si  inny nurt prawdopodobie stwa, nurt, 

w którym miliony szukaj cych przygód kobiet przekształciłyby si  w prawdziwe 

matki o czystych sercach. Znalazłyby si  w innej Rzeczywisto ci ze wszystkimi 

wspomnieniami do niej przynale nymi, niezdolne mówi ,  ni , wyobra a  sobie, 

e kiedykolwiek były kim  innym. 

background image

 

14 

Na nieszcz cie,  eby tego dokona , musiałby przekroczy  granice 

wyznaczone mu w karcie przestrzenno-czasowej, a to było nie do pomy lenia. Ale 

nawet gdyby było, wyj cie poza te granice na chybił trafił mogłoby zmieni  

Rzeczywisto  na wiele sposobów. Mogłaby sta  si  jeszcze gorsza. Tylko 

staranna analiza i kalkulacja pozwalały precyzyjnie okre li  charakter Zmiany 

Rzeczywisto ci. 

Zewn trznie, mimo swych osobistych pogl dów, Harlan pozostał 

Obserwatorem, idealny Obserwator za  był jedynie zestawem o rodków 

zmysłowo-percepcyjnych doł czonych do mechanizmu pisz cego raporty. Mi dzy 

percepcj  a raportem nie powinno by  miejsca na uczucia. 

Pod tym wzgl dem raporty Harlana stanowiły szczyt doskonało ci. 

Zast pca Kalkulatora Finge wezwał go po drugim tygodniowym raporcie. 

-  Gratuluj , Obserwatorze - powiedział głosem, w którym nie wyczuwało si  

ciepła - kompozycji i jasno ci pana raportów. Ale co pan wła ciwie my li? 

Harlan przybrał taki wyraz twarzy, jakby była mozolnie wyci ta z 95-

wiecznego drzewa. Powiedział: 

-  Nie mam  adnych własnych my li w tej sprawie. 

-  Ale, ale! Pan jest z 95 Stulecia i obaj wiemy, co to znaczy. Z pewno ci  

tamto stulecie działa panu na nerwy. 

Harlan wzruszył ramionami. 

-  Czy cokolwiek w moich raportach skłania pana do wniosku,  e moje nerwy 

s  nie w porz dku? 

Było to niemal bezczelne pytanie. Finge zacz ł b bni  t pymi paznokciami po 

blacie biurka. 

-  Prosz  odpowiedzie  na pytanie - rzekł. Harlan powiedział: 

-  Socjologicznie wiele aspektów tego stulecia osi gn ło skrajno . 

Spowodowało to ostatnie trzy Zmiany Rzeczywisto ci w tej epoce. S dz ,  e w 

ko cu sprawa zostanie uregulowana. Skrajno ci nigdy nie s  zdrowe. 

-  Wi c zadał pan sobie trud sprawdzenia ostatnich Rzeczywisto ci Stulecia? 

-  Jako Obserwator musz  sprawdzi  wszystkie zasadnicze fakty. 

To był mocny argument. Harlan oczywi cie miał prawo i obowi zek 

sprawdza  te fakty i Finge o tym wiedział. Ka dym Stuleciem wstrz sały ci głe 

Zmiany Rzeczywisto ci.  adne obserwacje, niezale nie od tego jak pracochłonne, 

nie mogły utrzyma  si  długo bez ponownego sprawdzania. W Wieczno ci 

przestrzegano procedury ci głego obserwowania ka dego Stulecia. A  eby 

wła ciwie obserwowa , trzeba było zna  nie tylko fakty bie cych Rzeczywisto ci, 

lecz równie  ich zwi zki z poprzednimi Rzeczywisto ciami. 

Harlan zauwa ył,  e to sprawdzanie przez Finge'a pogl dów Obserwatora to 

nie tylko nie yczliwo . Finge był nastawiony zdecydowanie wrogo. 

Innym razem Finge powiedział do Harlana, wchodz c do jego małego 

gabinetu: 

-  Pa skie raporty robi  doskonałe wra enie na Radzie Wszechczasów. 

Harlan milczał niepewnie, a potem wymamrotał: 

-  Dzi kuj  panu. 

-  Wszyscy si  zgadzaj ,  e wykazuje pan niezwykł  przenikliwo . 

-  Staram si , jak mog . Finge zapytał nagle: 

background image

 

15 

-  Czy pan zna Starszego Kalkulatora Twissella? 

-  Kalkulatora Twissella? - Harlan wytrzeszczył oczy. - Nie. Dlaczego pan 

pyta? 

-  Wydaje si ,  e pa skie raporty szczególnie go interesuj . -Finge zamy lił si  

i zmienił temat. - Wydaje mi si ,  e pan sobie wypracował własn  filozofi , 

pewien punkt widzenia na histori . 

Harlana dr czyła pokusa. Pró no  i ostro no  walczyły ze sob  i wreszcie 

pró no  zwyci yła. 

-  Studiowałem histori  Prymitywu. 

-  Histori  Prymitywu? W szkole? 

-  Niezupełnie, Kalkulatorze. Sam. To jest... mój konik. To jest zupełnie tak, 

jakby si  obserwowało histori  stoj c  nieruchomo, zamro on ! Mo na j   

studiowa  w szczegółach, podczas gdy Stulecia Wieczno ci stale si  zmieniaj . - 

Zapalił si  na my l o tym. - To jest tak, jakby my wzi li seri  kadrów z 

ksi kowego filmu i studiowali uwa nie ka dy kadr. Zobaczymy o wiele wi cej, 

ni  gdyby my po prostu pu cili film. To mi bardzo pomaga w mojej pracy. 

Finge popatrzył rozszerzonymi ze zdziwienia oczyma i wyszedł bez słowa. 

Jednak pó niej, przy jakiej  okazji, wrócił do tematu historii Prymitywu i 

przyj ł pełne skruchy komentarze Harlana bez  adnego zdecydowanego wyrazu 

na swej tłustej twarzy. 

Harlan nie był pewny, czy ma  ałowa  całej sprawy, czy traktowa  j  jako 

szans  przy pieszenia swego awansu. Zdecydował jednak,  e to ostatnie nie 

wchodzi w gr , gdy  mijaj c go pewnego dnia na korytarzu A, Finge odezwał si  

niespodziewanie, tak by inni słyszeli: 

-  Wielki Czasie, Harlan, czy pan si  nigdy nie u miecha? U wiadomił sobie, 

e Finge go nienawidzi. Ale wkrótce jego stosunek do Finge'a zacz ł przypomina  

wstr t. 

W ci gu trzech miesi cy bada  nad 482 sprawdzono wszystko, co było w tym 

Stuleciu ciekawego, i gdy Harlan otrzymał nagłe wezwanie do biura Finge'a, nie 

był zaskoczony. Spodziewał si  zmiany zadania. Jego ostateczny raport był 

gotowy ju  od kilku dni. 482 wiek pragn ł eksportowa  wi cej tekstyliów, 

produkowanych na bazie celulozy, do Stuleci, w których lasy zostały wytrzebione, 

takich jak 1174, lecz nie chciał otrzymywa  w zamian w dzonej ryby. Do tego 

doł czona była długa lista podobnych pozycji z odpowiedni  analiz . 

Wzi ł ze sob  brulion raportu. 

Ale o 482 Stuleciu nawet nie wspomniano. Natomiast Finge przedstawił 

Harlana staremu, pomarszczonemu człowieczkowi o rzadkich, siwych włosach i 

twarzy gnoma. Twarz ta przez cały czas rozmowy była u miechni ta. W 

po ółkłych palcach tkwił zapalony papieros. 

Był to pierwszy papieros, jaki Harlan w  yciu widział; gdyby nie to, 

po wi ciłby wi cej uwagi człowiekowi, a mniej płon cej rurce, i byłby lepiej 

przygotowany na prezentacj  Finge'a. 

Finge powiedział: 

-  Starszy Kalkulatorze, to jest Obserwator Andrew Harlan. Oczy Harlana 

gwałtownie przeskoczyły z papierosa na twarz człowieczka. 

Starszy Kalkulator Twissell odezwał si  piskliwym głosem: 

background image

 

16 

-  Jak si  masz? A wi c to ty jeste  tym młodym człowiekiem, który pisze 

znakomite raporty? 

Harlan nie mógł wykrztusi  słowa. Laban Twissell był legend ,  yj cym 

mitem. Laban Twissell był człowiekiem, którego powinien natychmiast 

rozpozna . Był wybitnym Kalkulatorem w Wieczno ci, innymi słowy - 

najwybitniejszym  yj cym Wieczno ciowcem i dziekanem Rady Wszechczasów. 

Kierował wi ksz  liczb  Zmian Rzeczywisto ci ni  ktokolwiek inny... był... miał... 

Harlana całkiem opu ciła przytomno  umysłu. Skin ł głow  u miechaj c si  

głupio i nie powiedział nic. 

Twissell przyło ył papierosa do ust, zaci gn ł si  szybko i odsun ł go. 

-  Zostaw nas, Finge. Chc  porozmawia  z chłopakiem. Finge wstał, mrukn ł 

co  i wyszedł. 

Twissell powiedział: 

-  Wygl dasz na zdenerwowanego, chłopcze. Nie ma si  co denerwowa . 

Lecz spotkanie z Twissellem było jak wstrz s. Zawsze człowiek jest zbity z 

tropu, gdy stwierdzi,  e kto , kogo uwa ał za olbrzyma, w rzeczywisto ci ma sto 

sze dziesi t pi  centymetrów wzrostu. Czy za cofni tym, gładkim czołem kryje 

si  mózg geniusza? Czy to przenikliwa inteligencja, czy tylko jowialno  

promieniuje z małych oczek otoczonych tysi cem zmarszczek? 

Harlan nie wiedział, co s dzi . Zdawało si ,  e widok papierosa do reszty 

odebrał mu przytomno  umysłu. Wyra nie wzdrygn ł si , gdy dotarł do niego 

kł b dymu. 

Oczy Twissella zw ziły si , jakby próbowały przenikn  dym, i Kalkulator 

powiedział w straszliwym dialekcie dziesi tego tysi clecia: 

-  Czy p dziesz si  czuł lepiej, kdy p d  mówił twój dialekt, chłobcze? 

Harlan omal nie wybuchn ł histerycznym  miechem, lecz powiedział 

ostro nie: 

-  Mówi  do  biegle standardowym mi dzyczasowym, Kalkulatorze. 

Powiedział to w j zyku mi dzyczasowym, którego on i wszyscy inni 

Wieczno ciowcy u ywali od pierwszych miesi cy pobytu w Wieczno ci. 

-  Nonsens - oznajmił władczo Twissell. - Nie obchodzi mnie mi dzyczasowy. 

Mój j zyk dziesi tego tysi clecia jest a  za dobry. 

Harlan domy lał si ,  e musiało min  przynajmniej czterdzie ci lat, od chwili 

gdy Twissell miał w u yciu czasowe dialekty. 

Lecz Kalkulator zrobiwszy t  uwag , najwidoczniej dla własnej satysfakcji, 

przeszedł na mi dzyczasowy i ju  dalej si  nim posługiwał. 

Powiedział: 

-  Zaproponowałbym ci papierosa, ale jestem pewny,  e nie palisz. Rzadko 

kiedy w dziejach przyjmowało si  palenie. Naprawd  dobre papierosy robiono 

jedynie w 72 wieku, a moje s  specjalnie importowane z tej epoki. Daj  ci t  

wskazówk  na wypadek, gdyby  zacz ł pali . To wszystko jest bardzo smutne. W 

ubiegłym tygodniu musiałem na dwa dni wyskoczy  do 123 wieku. Palenie 

wzbronione. Nawet w sekcji Wieczno ci po wi conej 123 wiekowi 

Wieczno ciowcy przyj li tamtowieczne obyczaje. Gdybym zapalił papierosa, 

nast piłoby co  w rodzaju katastrofy kosmicznej. Czasami my l ,  e ch tnie 

skalkulowałbym jedn  wielk  Zmian  Rzeczywisto ci i zniósł zakazy palenia we 

background image

 

17 

wszystkich Stuleciach. Niestety, jakakolwiek Zmiana w tym rodzaju 

spowodowałaby wojny w pi dziesi tym ósmym i niewolnictwo w tysi cznym. 

Zawsze co  przeszkadza. 

Harlan najpierw był zmieszany, potem zaciekawiony. Z pewno ci  w tej 

gadaninie co  si  kryło. 

Czuł lekkie  ciskanie w gardle, gdy zapytał: 

-  Czy mog  wiedzie , dlaczego pan chciał mnie pozna , Kalkulatorze? 

-   Podobaj  mi si  twoje raporty, chłopcze. 

W oczach Harlana pojawił si  błysk przytłumionej rado ci. 

-  Dzi kuj  panu - powiedział. 

-  Jest w nich polot artysty. Masz intuicj . Prze ywasz wszystko silnie. Wiem, 

jaka powinna by  twoja pozycja w Wieczno ci, i przybyłem ci j  zaofiarowa . 

Harlan pomy lał: nie mog  w to uwierzy . 

Starał si , by w jego głosie nie zabrzmiała nuta triumfu. 

-  Czuj  si  bardzo zaszczycony, Kalkulatorze - powiedział. Starszy 

Kalkulator Twissell, sko czywszy jednego papierosa, niedostrzegalnym ruchem 

wyci gn ł i zapalił drugiego, po czym odezwał si  w ród kł bów dymu: 

-  Na miło  Czasu, chłopcze, mówisz tak, jakby  recytował wyuczon  lekcj . 

Bardzo zaszczycony... bzdura. Po prostu mów, co czujesz. Cieszysz si ? 

-  Tak, Kalkulatorze - potwierdził Harlan ostro nie. 

-  W porz dku. Powiniene  si  cieszy . Chciałby  zosta  Technikiem? 

-  Technikiem! - wykrzykn ł Harlan, zrywaj c si  z fotela. 

-  Siadaj. Siadaj. Wygl dasz na zaskoczonego. 

-  Nie spodziewałem si ,  e bada Technikiem, Kalkulatorze. 

-  Dziwnym trafem -- odparł Twissell sucho - nikt si  tego nigdy nie 

spodziewa. Oczekuj  wszystkiego, tylko nie tego. Jednak o Techników jest trudno 

i stale ich potrzebujemy. Ani jedna sekcja w Wieczno ci nie uwa a,  e ma ich 

dosy . 

-  Chyba si  nie nadaj . 

-  Masz na my li,  e nie nadajesz si  do podj cia kłopotliwej roboty? Ale na 

miło  Czasu, je li jeste  oddany Wieczno ci, tak jak przypuszczam, nie b dzie ci 

to przeszkadzało. Owszem, głupcy b d  ci  unikali i spotkasz si  z ostracyzmem. 

Ale przyzwyczaisz si  do tego. A zyskasz satysfakcj ,  e jeste  potrzebny, i to 

bardzo. Wła nie mnie. 

-  Panu? Wła nie panu? 

-  Tak jest. - Stary człowiek u miechn ł si  chytrze. - Nie b dziesz tylko 

Technikiem. B dziesz moim Technikiem osobistym na specjalnych prawach. Jak 

ci si  to podoba? 

-  Nie wiem. Kalkulatorze - odparł Harlan. - Mog  si  nie nadawa . 

Twissell energicznie potrz sn ł głow . 

-  Potrzebuj  ci . Wła nie ciebie. Twoje raporty daj  mi pewno ,  e jeste  

akurat odpowiednim człowiekiem. - Dotkn ł czoła upier cienionym palcem. - 

Jako Nowicjusz zyskałe  dobr  opini . Sekcje, dla których prowadziłe  

obserwacje, oceniły ci  bardzo pozytywnie. Wreszcie raport Finge'a był bardzo 

korzystny. 

To naprawd  poruszyło Harlana. 

background image

 

18 

-  Kalkulator Finge wystawił mi korzystn  opini ? 

-  Nie spodziewałe  si  tego? 

-  Ja... nie wiem. 

-  Dobrze chłopcze. Nie mówi ,  e raport był przychylny. Mówi ,  e był 

korzystny. W gruncie rzeczy raport Finge'a nie był przychylny. Zalecał,  eby ci  

odsuni to od wszelkich zaj  zwi zanych ze Zmianami Rzeczywisto ci. 

Sugerował,  e trzymanie ci  gdziekolwiek poza działem obsługi jest 

niebezpieczne. 

Harlan poczerwieniał. 

-  Jak on to uzasadniał, Kalkulatorze? 

-  Wygl da na to,  e masz hobby, chłopcze. Jeste  zainteresowany histori  

Prymitywu, co? - Zrobił szeroki gest r k  z papierosem, a Harlan, zapominaj c w 

gniewie o kontrolowaniu oddechu, połkn ł haust dymu i rozkaszlał si  

gwałtownie. 

Twissell, dobrodusznie obserwuj c ten atak kaszlu, zapytał: 

-  Czy to prawda? 

-  Kalkulator Finge nie ma prawa... - zacz ł Harlan. 

-  Ale, ale! Powiedziałem ci, co było w raporcie, poniewa  ł czy si  to z celem, 

do którego przede wszystkim ci  potrzebuj . 

Ponadto raport był poufny i musisz zapomnie ,  e ci mówiłem, co w nim jest. 

Raz na zawsze, chłopcze. 

-  A co w tym złego,  e kto  interesuje si  histori  Prymitywu? 

-  Finge uwa a,  e twoje zainteresowanie wskazuje na silny pop d do Czasu. 

Rozumiesz mnie, chłopcze? 

Harlan rozumiał. Nie sposób było nie przyswoi  sobie pewnych okre le  z 

argonu psychiatrycznego, a tego okre lenia przede wszystkim. Przyjmowało si , 

e ka dy członek Wieczno ci ma silny pop d (tym silniejszy,  e oficjalnie 

tłumiony we wszystkich przejawach), by wróci , niekoniecznie do swojej epoki, 

ale przynajmniej do jakiego  okre lonego Czasu: by sta  si  raczej cz ci  

okre lonego Stulecia ni  by  w drowcem po wszystkich Stuleciach. Oczywi cie u 

wi kszo ci Wieczno ciowców pop d ten pozostawał bezpiecznie ukryty w 

pod wiadomo ci 

-  Nie my l ,  eby zachodził ten przypadek - rzekł Harlan. 

-  Ja równie  nie przypuszczam. Uwa am,  e twoje hobby jest interesuj ce i 

cenne. Jak ju  wspomniałem, wła nie dlatego wybieram ciebie. Chc ,  eby  

wszystkiego, co umiesz i czego mo esz si  nauczy  z historii Prymitywu, nauczył 

pewnego Nowicjusza, którego ci przyprowadz . Poza tym b dziesz równie  moim 

osobistym Technikiem. Rozpoczniesz prac  za kilka dni. Jeste  zadowolony? 

Zadowolony? Mie  oficjalne zezwolenie na nauczanie wszystkiego o czasach 

sprzed Wieczno ci? By  osobi cie zwi zanym z najwybitniejszym ze wszystkich 

Wieczno ciowców? Nawet nieprzyjemny status Technika wydawał si  zno ny w 

tych warunkach. 

Lecz ostro no  nie całkowicie opu ciła Harlana. Powiedział: 

-  Je li to jest potrzebne dla dobra Wieczno ci, Kalkulatorze... 

-  Dla dobra Wieczno ci? - wykrzykn ł podobny do gnoma Kalkulator w 

nagłym podnieceniu. Rzucił papierosa tak gwałtownie,  e niedopałek trafił w 

background image

 

19 

przeciwległ   cian  i rozprysn ł si  fontann  iskier. - Potrzebuj  ci  dla istnienia 

Wieczno ci.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

20 

Rozdział 3

 

 

NOWICJUSZ

 

 

Harlan przebywał kilka tygodni w 575 stuleciu, nim poznał Brins-leya 

Sheridana Coopera. Miał czas przyzwyczai  si  do nowego mieszkania i 

antyseptyki szkła i porcelany. Nauczył si  nosi  znaczek Technika nie kurcz c si  

przy tym zbytnio i nie staj c w ten sposób, by znaczek był zwrócony do  ciany 

albo zasłoni ty jakim  przedmiotem. 

Inni bowiem u miechali si  pogardliwie, kiedy to robił, i zaczynali odnosi  si  

do niego z rezerw , jakby podejrzewali prób  zdobycia ich przyja ni pod 

fałszywymi pretekstami. 

Starszy Kalkulator Twissell codziennie przedstawiał mu swe problemy. 

Harlan studiował je, pisał analizy, które przepisywano po cztery razy, i ostatni  

wersj  oddawał te  jeszcze nie bez oporów. 

Twissell chwalił je, kiwał głow , powtarzał: 

-  Dobre. Dobre. 

Potem rzucał szybkie spojrzenie swych starych niebieskich oczu na Harlana, a 

jego u miech przygasał nieco, gdy mówił: 

-  Sprawdz  t  prognoz  na komputapleksie. 

Analiz  zawsze nazywał prognoz . Nigdy nie podawał Harlanowi wyniku 

sprawdzenia na komputapleksie, a Harlan nie  miał pyta . Był przygn biony 

faktem,  e nigdy nie polecono mu zrealizowa  ani jednej z jego analiz. Czy 

oznaczało to,  e komputaplex ich nie potwierdza?  e Harlan wybiera niewła ciwy 

punkt do wprowadzenia Zmiany Rzeczywisto ci?  e braknie mu sprytu do 

wykrycia Minimum Potrzebnych Zmian we wskazanym zakresie? (Dopiero 

pó niej zacz ł swobodnie u ywa  snobistycznego okre lenia „MPZ"). 

Pewnego dnia Twissell przyszedł z jakim  wystraszonym osobnikiem, który 

nie  miał nawet spojrze  Harlanowi w oczy. Twissell powiedział: 

-  Techniku Harlan, to jest Nowicjusz B.S. Cooper. 

Harlan odruchowo powiedział „Cze ". Ale nie był zachwycony tym 

człowiekiem. Facet był niski, o czarnych włosach, z przedziałkiem na  rodku. 

Miał spiczast  brod , oczy jasnobr zowe, uszy nieco za du e, paznokcie 

poogryzane. 

-  To ten chłopak, którego b dziesz uczył historii Prymitywu -powiedział 

Twissell. 

-  Wielki Czasie! - zawołał Harlan z gwałtownie wzrastaj cym 

zainteresowaniem. - Cze ! - Niemal e zapomniał o tym. 

Twissell rzekł: 

-  Ułó  z nim plan, jaki ci odpowiada, Harlan. Je li dasz rad  -dwa popołudnia 

tygodniowo; my l ,  e to wystarczy. Stosuj własn  metod  nauczania. Zostawiam 

to do twego uznania. Je li potrzeba ci mikrofilmów albo starych dokumentów, to 

mi powiedz, dostaniemy je, je li istniej  gdziekolwiek w Wieczno ci czy w 

jakiejkolwiek osi galnej cz ci Czasu. Zgoda, chłopcze? 

background image

 

21 

Wyci gn ł zapalonego papierosa znik d (jak si  zawsze wydawało) i 

zapachniało dymem. Harlan zakaszlał, a zaci ni te usta Nowicjusza  wiadczyły, 

e zrobiłby to samo, gdyby tylko  miał. 

Po wyj ciu Twissella Harlan powiedział: 

-  No, siadaj - zawahał si  chwil , a potem dodał zdecydowanym tonem - synu. 

Siadaj, synu. Mój gabinet jest do  marny, ale nale y równie  do ciebie, ilekro  

jeste my razem. 

Harlana ogarn ła fala zapału. To był jego projekt! Historia Prymitywu to 

było co  całkowicie własnego. Nowicjusz podniósł oczy (po raz pierwszy chyba) i 

powiedział j kaj c si : 

-  Pan jest Technikiem. 

Cz  podniecenia i zapału Harlana od razu si  ulotniła. 

-  Wi c co z tego? 

-  Nic - odparł Nowicjusz. - Ja po prostu... 

-  Słyszałe , jak Kalkulator Twissell tytułował mnie Technikiem? 

-  Tak, prosz  pana. 

-  Czy by  my lał,  e si  pomylił?  e to zbyt złe,  eby było prawdziwe? 

-  Nie, prosz  pana. 

-  Czemu tak bełkoczesz? - zapytał Harlan brutalnie i zawstydził si  tego. 

Cooper zaczerwienił si  gwałtownie. 

-  Niezbyt biegle mówi  standardowym mi dzyczasowym. 

-  Dlaczego? Jak długo jeste  Nowicjuszem? 

-  Mniej ni  rok, prosz  pana. 

-  Mniej ni  rok? Ile ty masz lat, na miło  Czasu? 

-  Dwadzie cia cztery lata fizjologiczne, prosz  pana. Harlan wytrzeszczył 

oczy. 

-  Usiłujesz mi wmówi ,  e wzi li ci  do Wieczno ci, kiedy miałe  dwadzie cia 

trzy lata? 

-  Tak, prosz  pana. 

Harlan usiadł i zatarł r ce. Czego  takiego si  po prostu nie stosowało. Do 

Wieczno ci wchodziło si  w wieku pi tnastu do szesnastu lat. Wi c co to mo e 

znaczy ? Czy Twissell robi z nim jak  now  prób ,  eby go sprawdzi ? 

-  Siadaj i zaczynamy. Twoje pełne nazwisko i epoka? 

Nowicjusz wyst kał: 

- Brinsley Sheridan Cooper z 78 Stulecia. 

Harlan niemal odetchn ł. To było blisko. Zaledwie tysi c siedemset lat od jego 

ojczystego stulecia. Nowicjusz był niemal jego s siadem w Czasie. 

-  Jeste  zainteresowany histori  Prymitywu? - zapytał. 

-  Kalkulator Twissell polecił mi si  uczy . Niewiele wiem na ten temat. 

-  Czego si  jeszcze uczysz? 

-  Matematyki. In ynierii Czasu. Na razie studiuj  podstawy. W 78 Stuleciu 

byłem reperatorem szybkopró ni. 

Nie było sensu pyta  o istot  szybkopró ni. Mógł to by  odkurzacz ss cy, 

komputer albo odmiana pistoletu do malowania. Harla-na niespecjalnie to 

interesowało. 

-  Czy wiesz co  o historii? - zapytał. - O jakiejkolwiek historii? 

background image

 

22 

-  Uczyłem si  historii europejskiej. 

-  Twojej odr bnej jednostki politycznej, jak rozumiem? 

-  Urodziłem si  w Europie. Głównie, oczywi cie, uczono nas historii 

nowo ytnej. Po rewolucjach 54 roku. To znaczy 7554 roku. 

-  Doskonale. Przede wszystkim musisz o tym zapomnie . To zupełnie nic nie 

znaczy. Historia, której próbuj  uczy  Czasowców, zmienia si  z ka d  Zmian  

Rzeczywisto ci. Oni sobie tego nie u wiadamiaj . W ka dej Rzeczywisto ci ich 

historia jest jedyn  histori . Historia Prymitywu wygl da zupełnie inaczej. Na 

tym polega cały jej urok. Niezale nie od tego, co ka dy z nas robi, historia 

Prymitywu istnieje tak, jak zawsze istniała. Kolumb i Waszyngton. Mussolini i 

Hereford, oni wszyscy istniej . 

Cooper u miechn ł si  lekko. Małym palcem potarł górn  warg  i po raz 

pierwszy Harlan dostrzegł nad ni   lad zarostu, jakby Nowicjusz zapuszczał 

w sy. 

Cooper powiedział: 

-  Odk d tu jestem, niezbyt potrafi ... przyzwyczai  si  do tego. 

-  Przyzwyczai  si  do czego? 

-  Do tego,  e jestem pi set Stuleci od mojej rodzinnej epoki. 

-  Znajduj  si  niemal w identycznej sytuacji. Ja pochodz  z 

dziewi dziesi tego pi tego. 

-  To inna sprawa. Pan jest starszy ode mnie, a jednak pod pewnym wzgl dem 

ja jestem starszy od pana. Mógłbym by  pana pra-pra- pr -... i tak dalej, 

dziadkiem. 

-  Co za ró nica? A przypu my,  e tak jest? 

-  No, do tego trzeba si  przyzwyczai . - W tonie Nowicjusza zabrzmiała 

buntownicza nuta. 

-  Wszyscy musimy si  przyzwyczaja  - odparł Harlan bez współczucia i 

zacz ł mówi  o Prymitywie. Po trzech godzinach pochłoni ty był wyja nianiem, 

dlaczego istniały Stulecia przed pierwszym Stuleciem. 

-  Ale czy pierwszy wiek nie był pierwszy? - Zapytał Cooper  ało nie. 

Harlan sko czył, daj c Nowicjuszowi ksi k , niezbyt dobr , co prawda, ale 

na pocz tek mogła uj . 

-  Dam ci lepsze materiały, kiedy si  dalej podkształcisz - powiedział. 

Pod koniec tygodnia w sy Coopera wygl dały jak czarna szczoteczka, która 

postarzała go o dziesi  lat i podkre lała w sko  jego dolnej szcz ki. Harlan 

uznał,  e te w sy nie przydaj  urody Nowicjuszowi. 

-  Sko czyłem pana ksi k  - odezwał si  Cooper. 

-  Co o niej my lisz? 

-  W pewnym sensie... - Nast piła dłu sza przerwa, zanim Cooper zacz ł na 

nowo. - Po cz ci pó ny Prymityw przypomina 78 Stulecie. Wie pan, wskutek tego 

zacz łem my le  o domu. Dwa razy  niła mi si  moja  ona. 

-  Twoja  ona?! - wybuchn ł Harlan. 

-  Byłem  onaty, zanim wzi li mnie tutaj. 

-  Wielki Czasie! Czy twoj   on  równie  tu sprowadzili? Cooper potrz sn ł 

głow . 

background image

 

23 

-  Nie wiem nawet, czy została zmieniona w ubiegłym roku. Je li tak, to nie 

jest wła ciwie moj   on . 

Harlan oprzytomniał. Oczywi cie, je li Nowicjusz miał dwadzie cia trzy lata, 

gdy wzi to go do Wieczno ci, mógł by   onaty. Jedna sprawa bez precedensu 

poci ga za sob  drug . 

Gdy do regulaminu zacznie si  raz wprowadza  modyfikacje, nie potrwa 

długo i wszystko si  zamieni w jeden wielki chaos. Wieczno  jest zbyt subtelnie 

wywa on  konstrukcj , by mogła znie  zmiany. 

Najprawdopodobniej obawa o Wieczno  dodała mimowolnej surowo ci 

głosowi Harlana: 

-  Mam nadziej ,  e nie zamierzasz wraca  do 78 wieku,  eby jej szuka ? 

r.    Nowicjusz podniósł głow , jego wzrok był twardy i nieruchomy. 

-  Nie. 

Harlan poruszył si  niespokojnie. 

-  Wła nie. Nie masz rodziny. Nikogo. Jeste  Wieczno ciowcem i nigdy nie 

my l o nikim, kogo znałe  w Czasie. 

Cooper zacisn ł wargi i powiedział szybko i ostro: 

-  Mówi pan jak Technik. 

Harlan zacisn ł pi ci na biurku. Odezwał si  ochrypłym głosem: 

-  O co chodzi? Jestem Technikiem, wi c przeprowadzam Zmiany. Wi c 

broni  ich i  dam,  eby  je uznawał. Słuchaj, dzieciaku, jeste  tu niecały rok, nie 

potrafisz mówi  po mi dzyczasowemu, nie odró niasz jeszcze Czasu od 

Rzeczywisto ci, ale wydaje ci si ,  e ju  znasz Techników i mo esz ich lekcewa y . 

-  Przepraszam - odezwał si  szybko Cooper. - Nie chciałem pana obrazi . 

-  Nie, nie, dlaczego obrazi ? Po prostu słyszałe ,  e kto  tak mówił, prawda? 

Mówi : „Zimny jak serce Technika", co? Mówi  tak. Mówi : „Bilion osobowo ci 

zmienionych - to jedno ziewni cie Technika". Mówi  jeszcze inne rzeczy. I co z 

tego, panie Cooper? Czy czujesz si  wielkim intelektualist  bior c w tym udział? 

Stajesz si  przez to wielkim człowiekiem? Wielkim kołem Wieczno ci? 

-  Powiedziałem przepraszam. 

-  W porz dku. Chciałbym,  eby  wiedział,  e Technikiem jestem niespełna 

miesi c i osobi cie nie przeprowadzałem nigdy Zmiany Rzeczywisto ci. A teraz 

do roboty. 

Nast pnego dnia Kalkulator Twissell wezwał Andrew Harlana do swego 

biura. 

- Jakby ci si  podobała mała MZR, chłopcze? - zapytał. 

Pytanie padło w sam  por . Przez cały ów ranek Harlan  ałował,  e 

tchórzliwie wyparł si  osobistego zaanga owania w prac  Technika. I ten protest 

zupełnie dziecinny: przecie  ja do tej pory nic złego nie zrobiłem, nie ga cie mnie. 

To było równoznaczne z przyznaniem,  e jest co  złego w pracy Technika, a  e 

on sam nie zasługuje na pot pienie jedynie dlatego,  e jest zbyt nowy w grze. 

Rad był teraz z okazji wycofania si  z tego. To b dzie niemal pokuta. Mo e 

powiedzie  Cooperowi: „Tak, z powodu czego , co ja zrobiłem, te miliony ludzi 

maj  teraz now  osobowo , lecz to było potrzebne i jestem dumny,  e brałem w 

tym udział". Harlan oznajmił wi c z rado ci : 

-  Jestem gotów, Kalkulatorze. 

background image

 

24 

-  Dobrze. Dobrze. Na pewno b dzie ci przyjemnie usłysze , chłopcze (kł b 

dymu i koniec papierosa roz arzył si  rubinowo),  e wszystkie twoje analizy 

potwierdziły si  z bardzo du  dokładno ci . 

-   Dzi kuj  panu. (Teraz to s  ju  analizy, nie prognozy- pomy lał Harlan). 

-  Masz talent. Jakie  wyczucie, chłopcze. Spodziewam si  po tym wielkich 

rzeczy. A mo emy zacz  od 223 wieku. Twoje stwierdzenie,  e zablokowane 

sprz gło stworzy niezb dne widełki czasowe bez niepo danych ubocznych 

skutków, jest całkowicie słuszne. Chcesz zablokowa  to sprz gło? 

-  Tak, Kalkulatorze. 

To było prawdziwe wprowadzenie Harlana w Technik . Teraz był ju  czym  

wi cej ni  człowiekiem z ró owo-czerwon  naszywk . Przekształcał 

Rzeczywisto . Manipulował przy mechanizmie przez kilka krótkich minut 

wyj tych z 223 wieku i wskutek tego pewien młody człowiek nie dotarł na odczyt 

z mechaniki, którego zamierzał wysłucha . W konsekwencji nigdy ju  nie 

studiował in ynierii słonecznej, przez co został zatrzymany rozwój pewnego 

zupełnie prostego urz dzenia na dziesi  kluczowych lat. O dziwo, w rezultacie 

wojna w 224 wieku została usuni ta z Rzeczywisto ci. Czy to jest dobre? Có  

st d,  e zmieniono osobowo ci? Nowe osobowo ci s  tak samo ludzkie jak stare i 

tak samo zasługuj  na to,  eby  y . Je li  ycie niektórych zostało skrócone, za to 

inni  yli dłu ej i byli szcz liwi. Wielkie dzieło literackie, pomnik ludzkiego 

intelektu i uczucia, nie zostało napisane w nowej Rzeczywisto ci, lecz par  

egzemplarzy przechowano w bibliotekach Wieczno ci, prawda? A za to pojawiły 

si  nowe twórcze dzieła. 

Lecz ow  noc Harlan sp dził w m ce bezsenno ci i kiedy wreszcie si  

zdrzemn ł, prze ył co , czego nie prze ywał od lat. 

niła mu si  jego matka. 

Mimo tak trudnego pocz tku wystarczył jeden fizjorok, by Harlan stał si  

znany w Wieczno ci jako Technik Twissella albo - z przek sem - Cudowne 

Dziecko czy Nieomylny. 

Jego kontakty z Cooperem stały si  niemal wygodne. Nigdy si  na dobre nie 

zaprzyja nili. (Gdyby nawet Cooper mógł si  zmusi  do robienia mu awansów. 

Harlan pewnie by nie wiedział, jak na to odpowiedzie ). Mimo to dobrze im si  

razem pracowało, a zainteresowanie Coopera histori  Prymitywu wzrosło do tego 

stopnia,  e niemal rywalizował z Harłanem. 

Pewnego dnia Harlan powiedział do Coopera: 

-  Słuchaj, Cooper, nie miałby  nic przeciwko temu,  eby przyj  jutro? W 

tym tygodniu musz  si  wybra  do wieku trzytysi cznego,  eby sprawdzi  pewn  

obserwacj , a człowiek, z którym chc  si  zobaczy , jest wolny dzi  po południu. 

W oczach Coopera zabłysła ciekawo : 

-   A czyja nie mógłbym pojecha ? 

-  Chcesz? 

-  Pewnie. Nigdy nie byłem w kotle, poza tym, jak mnie tu przywozili z 

siedemdziesi tego ósmego, a wtedy w ogóle nie wiedziałem, co si  dzieje. 

Harlan u ywał kotła w szybie C, który niepisanym zwyczajem na całej swej 

niezmierzonej długo ci przez Stulecia był zarezerwowany dla Techników. Cooper 

background image

 

25 

nie zdradzał  adnego zakłopotania, gdy go tam zaprowadził. Wsiadł do kotła bez 

wahania i zaj ł miejsce w jego wkl słej krzywi nie. 

Gdy jednak Harlan zaktywizował pole i uruchomił kocioł w przyszło  na 

twarzy Coopera odmalował si  niemal komiczny wyraz zaskoczenia. 

-  Nic nie czuj  - powiedział. — Czy co  jest nie w porz dku? 

-  Wszystko w porz dku. Nie czujesz nic, bowiem faktycznie si  nie poruszasz. 

Jeste  przepychany wzdłu  czasowego przedłu enia kotła. W rzeczy samej - 

Harlan wpadł w ton dydaktyczny -w tej chwili ty i ja, mimo pozorów, wcale nie 

jeste my materialni. Stu ludzi mogłoby u ywa  tego samego kotła jednocze nie, 

poruszaj c si  (je li mo na u y  tego słowa) z ró nymi pr dko ciami w 

dowolnych kierunkach Czasu, przechodz c przez siebie nawzajem i tak dalej. 

Prawa zwykłego  wiata nie maj  zastosowania w szybie kotła. 

Cooper skrzywił si  nieco, a Harlan pomy lał zawstydzony: chłopak uczy si  

in ynierii Czasu i wie wi cej na ten temat ni  ja. Gadam i robi  z siebie durnia. 

Zamilkł i patrzył z powag  na Coopera. W sy młodego człowieka urosły w 

ci gu miesi cy i opadły w dół, obramowuj c usta, jak to nazywali 

Wieczno ciowcy - lini  Mallansohna. Jedyna bowiem autentyczna fotografia 

wynalazcy Pola Czasowego (przy tym zła i nieostra) przedstawiała go wła nie z 

takimi w sami. Z tego powodu zyskały one niejak  popularno  w ród 

Wieczno ciowców, jakkolwiek niewielu było z nimi do twarzy. 

Cooper wpatrywał si  z respektem w przesuwaj ce si  liczby oznaczaj ce 

Stulecia. 

-  Jak daleko w przyszło  si ga ten szyb? 

-  Nie uczyli was tego? 

-  Ledwie wspomnieli o kotłach. Harlan wzruszył ramionami. 

-  Wieczno  nie ma ko ca. I ten szyb te . 

-  Jak daleko w przyszło ci pan bywał? 

-  Dzi  jad  najdalej. Doktor Twissell był w 50 000 wieku. 

-  Wielki Czasie! - szepn ł Cooper. 

-  To jeszcze nic. Niektórzy Wieczno ciowcy docierali do 150 000 Stulecia. 

-  No i jak tam wygl da? 

-  Nijak - powiedział Harlan niech tnie. -  ycie rozwija si  bujnie, ale bez 

ludzi. Człowiek znikn ł. 

-  Wszyscy wymarli? Wygin li? 

-  W tpi , czy kto  to wie. 

-  Czy mo na by co  zrobi ,  eby to zmieni ? 

-  Owszem, od wieku 70000... - zacz ł Harlan, a potem urwał nagle. - Och, do 

Czasu z tym. Zmie my temat. 

Je li istniał przedmiot, który Wieczno ciowcy traktowali niemal zabobonnie, 

były to wła nie Ukryte Stulecia, epoka mi dzy 70 000 a 150 000 wiekiem. Ten 

temat poruszało si  rzadko. Tylko dzi ki bliskiemu zwi zkowi z Twissellem 

Harlan wiedział co  nieco  o tej erze. Chodziło o to,  e Wieczno ciowcy nie mogli 

wchodzi  w Czas w tych tysi cach stuleci. Drzwi mi dzy Czasem i Wieczno ci  

były nieprzenikliwe. Dlaczego? Nikt nie wiedział. 

background image

 

26 

Z rzeczowych uwag Twissella Harlan wnioskował,  e próbowano dokona  

Zmiany Rzeczywisto ci w Ukrytych Stuleciach, poczynaj c, od 70 000, lecz bez 

odpowiednich obserwacji w tej erze niewiele mo na było zdziała . 

Raz Twissell powiedział ze  miechem: 

-  I tak którego  dnia si  przedrzemy. Tymczasem 70 000 Stuleci pod opiek  

to a  nadto. 

Nie brzmiało to przekonuj co. 

-  Co stanie si  z Wieczno ci  po 150 000 wieku? - zapytał Cooper. 

Harlan westchn ł. Najwidoczniej nie da si  zmieni  tematu. 

-  Nic - odparł. - Sekcje istniej , lecz po 70 000 Stuleciu nie ma 

Wieczno ciowców. Sekcje trwaj przez miliony wieków, a  zniknie wszelkie  ycie, 

i dalej, a  Sło ce przekształci si  w gwiazd  Nova, i potem równie . Nie ma ko ca 

Wieczno ci. Dlatego przecie  nazywa si  Wieczno ci . 

-  Wi c Sło ce naprawd  przekształci si  w Nov ? 

-  Niew tpliwie. Nie mogłaby istnie  Wieczno , gdyby si  to nie stało. Nova 

Soi jest naszym  ródłem energii. Słuchaj, jak my lisz, ile energii potrzeba, by 

uruchomi  Pole Czasowe? Pierwsze Pole Mallansohna trwało dwie sekundy i nie 

mogło utrzyma  wi cej ni  główk  zapałki, a zu yło całodzienn  produkcj  

elektrowni atomowej. Min ło prawie sto lat, nim stworzono Pole Czasowe 

grubo ci włosa i do  szerokie, by przyj  energi  promienist  Novej, i wtedy 

dało si  rozbudowa  je tak,  e mogło utrzyma  człowieka. 

Cooper westchn ł: 

-  Chciałbym,  eby wreszcie przestali mnie uczy  równa  i mechaniki Pola i 

zacz li mówi  co  interesuj cego. Gdybym  ył w czasach Mallansohna... 

-  To nie nauczyłby  si  niczego. On  ył w wieku 24, a Wieczno  uruchomiono 

dopiero pod koniec 27 Stulecia. Wynalezienie Pola to nie to samo, co 

skonstruowanie Wieczno ci, wiesz przecie , a ludzie 24 wieku nie mieli 

najmniejszego poj cia, co oznacza odkrycie Mallansohna. 

-  Wyprzedził swoje pokolenie? 

-  W du ym stopniu. Nie tylko wynalazł Pole Czasowe, ale opisał podstawowe 

zwi zki, które umo liwiaj  Wieczno , i przepowiedział niemal wszystkie jej 

aspekty, z wyj tkiem Zmiany Rzeczywisto ci. Równie  i tego był ju  blisko... Ale 

zdaje si ,  e si  zaraz zatrzymamy, Cooper. Wysiadaj pierwszy. 

Opu cili pojazd. 

Nigdy przedtem Harlan nie widział,  eby Starszy Kalkulator Laban Twissell 

si  zło cił. Ludzie mówili,  e jest niedost pny jakimkolwiek wzruszeniom,  e jest 

bezdusznym funkcjonariuszem Wieczno ci do tego stopnia, i  zapomniał 

dokładnie numeru swego ojczystego Stulecia. Mówili,  e we wczesnej młodo ci 

cierpiał na atrofi  serca i  e ma zamiast niego malutki komputer, zupełnie 

podobny do modelu, który zawsze nosi w kieszeni spodni. 

Twissell nie robił nic,  eby zdementowa  tego rodzaju pogłoski. Wiele ludzi 

uwa ało,  e sam w gruncie rzeczy w nie wierzy. 

Harlan, je li nawet przeraził si  jego wybuchu, to przede wszystkim był 

zdumiony faktem,  e Twissell mo e okazywa  gniew. My lał, czy Twissell, gdy ju  

nieco dojdzie do siebie, nie b dzie si  czuł upokorzony,  e zawiodło go 

background image

 

27 

komputerowe serce, które okazało si  jedynie n dznym narz dziem z mi ni i 

zastawek, podległym wra eniom. 

Twissell mówił skrzecz cym, starczym głosem: 

-  Ojcze Czasie, chłopcze, czy ty jeste  członkiem Rady Wszechczasów? Ty 

tutaj rz dzisz? Ty mi mówisz, co mam robi , czy ja tobie? Czy ty wydajesz 

dyspozycje na wszystkie podró e w Czasie w tej sekcji? Czy mamy teraz wszyscy 

prosi  ciebie o pozwolenie? 

Przerywał sobie od czasu do czasu okrzykami w rodzaju: „Odpowiadaj!", po 

czym kipi c z gniewu wywrzaskiwał dalsze pytania. Na ostatku powiedział: 

-  Je li jeszcze raz pozwolisz sobie na co  podobnego, skieruj  ci  do łatania 

instalacji, i to raz na zawsze. Zrozumiano? 

Harlan odparł blady ze zdenerwowania: 

-  Nigdy mi nie mówiono,  e Nowicjusza Coopera nie mo na zabiera  do kotła. 

To wyja nienie bynajmniej nie zadowoliło Twissella. 

-  Co to za tłumaczenie oparte na podwójnym przeczeniu, człowieku? Nigdy ci 

nie mówiono,  eby  go nie upijał,  eby  go nie ogolił do łysiny, nigdy ci nie 

mówiono,  eby  go nie kłuł cyrklem. Ojcze Czasie, a co ci powiedziano,  eby  z 

nim robił? 

-  Powiedziano mi,  ebym go uczył historii Prymitywu. 

-  Wi c rób to. I nic wi cej! - Twissell rzucił na ziemi  papierosa i gwałtownie 

zmia d ył go nog , jakby to była twarz jego  miertelnego wroga. 

-  Chciałbym zwróci  uwag , Kalkulatorze - odezwał si  Harlan -  e wiele 

Stuleci poprzedzaj cych bie c  Rzeczywisto  przypomina w pewnym sensie 

specyficzne epoki Prymitywu pod takim czy innym wzgl dem. Moim zamiarem 

było zabra  go do tych Czasów, oczywi cie pod starann  kontrol  przestrzenno-

czasow . Miało to by  co  w rodzaju wycieczki w teren. 

-  Co?! Czy nigdy nie zamierzasz, idioto, pyta  mnie o pozwolenie? Dosy  

tego. Ucz go historii Prymitywu.  adnych wycieczek w teren.  adnych 

do wiadcze  laboratoryjnych. Nast pnym razem jeszcze we miesz si  za Zmiany 

Rzeczywisto ci tylko po to,  eby mu pokaza , jak to si  robi. 

Harlan oblizał suche wargi, wymamrotał z trudem,  e si  zgadza na wszystko, 

i wreszcie pozwolono mu odej ... 

Min ły dwa tygodnie, zanim jako  si  uspokoił po tej awanturze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

28 

Rozdział 4

 

 

KALKULATOR

 

 

Harlan był dwa lata Technikiem, zanim ponownie wst pił w 482 Stulecie, po 

raz pierwszy od chwili, gdy je opu cił z Twissełlem. Ledwie mógł pozna  t  epok . 

Ale epoka si  nie zmieniła. To on si  zmienił. 

Dwuletni sta  Technika to sprawa nie bez znaczenia. W pewnym sensie 

wzrosło jego poczucie stabilizacji. Nie potrzebował ju  uczy  si  nowego j zyka, 

przyzwyczaja  do nowych stylów ubierania i nowych sposobów  ycia przy 

ka dym nowym projekcie Obserwacji. Z drugiej strony wywołało to pewnego 

rodzaju cofni cie si  w rozwoju. Niemal zapomniał, jak wygl da kole e stwo, 

które jednoczyło wszystkich pozostałych Specjalistów w Wieczno ci. 

Ale przede wszystkim rozwin ło si  w nim poczucie siły, wynikaj ce z faktu, 

e jest Technikiem. Trzymał w r ku losy milionów ludzi, a je li musiał z tego 

powodu kroczy  samotnie, to przynajmniej mógł kroczy  dumnie. 

Mógł te , patrz c chłodno na Ł cznika przy biurku w 482 Stuleciu, 

zaanonsowa  samego siebie urywanymi sylabami: 

- Technik Andrew Harlan do Kalkulatora Finge'a w sprawie czasowego 

przydziału do 482 - lekcewa c błysk oczu m czyzny, przed którym stał. 

To było to, co niektórzy nazywali „spojrzeniem technicznym" -szybkie 

mimowolne zerkni cie na ró owo-czerwony emblemat na ramieniu Technika, a 

potem wyra ny wysiłek,  eby nie spojrze  znowu. 

Harlan przypatrzył si  znaczkowi na ramieniu tamtego m czyzny. Nie był to 

ółty emblemat Kalkulatora, zielony - Biografisty, niebieski - Socjologa czy biały - 

Obserwatora. Nie był to  aden jednolity kolor Specjalisty. Po prostu niebieska 

naszywka na białym. 

Ten człowiek był Ł cznikiem, nale ał do pododdziału Obsługi, w ogóle nie był 

Specjalist . 

I on równie  obdarzył go „technicznym spojrzeniem". 

Harlan zapytał z niejakim smutkiem: 

-  No? 

Ł cznik odpowiedział szybko: 

-  Dzwoni  do Kalkulatora Finge'a, Techniku. 

Harlan zapami tał 482 wiek jako solidny i masywny, lecz teraz wydawał mu 

si  niemal  ałosny. 

Przyzwyczaił si  do porcelany i szkła 575 Stulecia, do fetysza czysto ci. 

Przyzwyczaił si  do  wiatła bieli i jasno ci, złamanej sk pymi smugami 

pastelowych barw. 

Ci kie stiukowe ozdoby 482 wieku, rozmazane kolory, płaszczyzny 

barwionego metalu były niemal odpychaj ce. 

Nawet Finge wygl dał inaczej, jakby pomniejszony. Dwa lata temu ka dy jego 

gest wydawał si  Obserwatorowi Harlanowi złowrogi i pot ny. 

Teraz, ogl dany z samotnych wy yn Techniki, ten człowiek robił wra enie 

ało nie zagubionego. Harlan przygl dał mu si , szukał czego  w stosie arkuszy. 

background image

 

29 

Wygl dał tak, jakby miał zaraz podnie  głow , z wyrazem człowieka, który 

uwa a,  e kazał swemu go ciowi czeka  akurat tyle, ile potrzeba. 

Finge pochodził z nastawionego na energi  600 Stulecia. Twissell mówił o tym 

Harlanowi i to wyja niało wiele. Napady złego humoru Finge'a mogły wynika  z 

naturalnej niepewno ci ci kiego m czyzny, przyzwyczajonego do stabilno ci sił 

Pola i speszonego w kontakcie z nietrwał  materi . Jego skradaj cy si  krok 

(Harlan pami tał dobrze koci chód Finge'a - cz sto unosił głow  znad biurka i 

spostrzegał przed sob  Kalkulatora, nie usłyszawszy przedtem,  e nadchodzi) nie 

był ju  teraz taki lekki i podst pny, lecz raczej trwo liwy i niepewny, jakby  ył w 

ci głym pod wiadomym strachu,  e podłoga załamie si  pod jego ci arem. 

Harlan pomy lał z satysfakcj : ten facet jest  le przystosowany do swojej 

sekcji. Prawdopodobnie tylko przekwalifikowanie mogłoby mu pomóc. 

-  Pozdrowienie, Techniku Harlan - powiedział Finge. 

-  Pozdrowienie, Kalkulatorze - odparł Harlan. Finge powiedział: 

-  Zdaje si ,  e w ci gu dwóch lat od chwili... 

-  Dwóch fizjolat - poprawił Harlan. Finge spojrzał ze zdziwieniem: 

-  Dwóch fizjolat, oczywi cie - potwierdził. 

W Wieczno ci nie było czasu w tym sensie, co w  wiecie zewn trznym, lecz 

ciała ludzkie starzały si  i to była nieunikniona miara czasu, nawet gdy nie 

towarzyszyły temu istotne zjawiska fizyczne. Fizjologicznie czas mijał, a w ci gu 

jednego fizjoroku w Wieczno ci człowiek starzał si  tak jak w ci gu zwykłego 

roku w Czasie. 

Lecz nawet najbardziej pedantyczni Wieczno ciowcy rzadko pami tali o tej 

ró nicy. Przyj te były zwroty: „Zobaczymy si  jutro" albo „Nie widziałem si  z 

tob  wczoraj", albo „Spotkamy si  w przyszłym tygodniu" -jak gdyby istniało w 

Wieczno ci jutro czy wczoraj, czy przeszły tydzie  w jakimkolwiek sensie poza 

fizjologicznym. 

Przyj to w Wieczno ci dwudziestoczterogodzinn  „fizjologiczn " dob , z 

uroczystym zało eniem istnienia dnia i nocy, dzi  i jutra. Zaspokajało to 

instynkty ludzkie. 

Finge powiedział: 

-  Od dwóch fizjolat, od chwili gdy pan odszedł, 482 Stuleciu grozi kryzys. 

Do  szczególny. Potrzebujemy teraz tak dokładnej obserwacji, jak nigdy 

dotychczas. 

-  Chcecie,  ebym ja obserwował? 

-  Tak. W pewnym sensie powierzanie Technikowi obserwacji jest 

marnowaniem jego kwalifikacji, lecz pa skie poprzednie obserwacje były 

doskonałe pod wzgl dem jasno ci i wnikliwo ci. Znowu s  nam potrzebne. A 

teraz naszkicuj  tylko par  szczegółów. 

Jakie miały by  te szczegóły, nigdy si  nie dowiedział, bo wła nie drzwi si  

otworzyły i Harlan przestał cokolwiek słysze . 

Patrzył na osob , która weszła. 

Nie to,  eby nigdy przedtem nie widział w Wieczno ci dziewczyny. „Nigdy" 

byłoby zbyt mocnym słowem. Rzadko - owszem, ale nie nigdy. 

Ale taka dziewczyna! I to w Wieczno ci! 

background image

 

30 

Harlan spotykał wiele kobiet w swoich w drówkach przez Czas, lecz w Czasie 

były one dla niego tylko przedmiotami, takimi jak  ciany i sze ciany, brony i 

wrony, koty i płoty. Były faktami, które nale ało obserwowa . 

W Wieczno ci dziewczyna była czym  zupełnie innym. A w dodatku taka 

dziewczyna! Ubrana była wedle mody wy szych klas 482 

Stulecia, to znaczy: od góry niewiele wi cej ni  przezroczysta zasłona i sk pe, 

si gaj ce kolan spodnie poni ej. Spodnie, jakkolwiek nieprzezroczyste, 

podkre lały subtelne okr gło ci sylwetki. 

Włosy miała połyskliwie czarne, si gaj ce ramion, usta czerwono 

uszminkowane, górna warga leciutko, a dolna mocno, w przesadny łuk. Powieki i 

muszle uszne były pomalowane na bladoró owo, reszta za  młodej, niemal 

dziewcz cej twarzy pozostała mleczno-blada. Wysadzone klejnotami breloki 

opadały z barków na zgrabne piersi, zwracaj c na nie uwag . 

Usiadła przy biurku w rogu gabinetu Finge'a raz tylko unosz c powieki, by 

rzuci  powłóczyste spojrzenie ciemnych oczu na Harlana. 

Gdy Harlan znowu usłyszał głos Finge'a, Kalkulator wła nie mówił: 

-  Wszystko to uwzgl dni pan w oficjalnym raporcie, a tymczasem mo e pan 

si  urz dzi  w swoirn dawnym gabinecie i sypialni. 

Harlan znalazł si  poza biurem Finge'a, ale nie pami tał nawet, jak je opu cił. 

Prawdopodobnie wyszedł. 

Uczucie, którego doznawał, mo na było okre li  jako gniew. Na miło  Czasu, 

Finge'owi nie powinno si  na to pozwala . To obra a moralno . To kpiny... 

Zatrzymał si , rozwarł zaci ni t  pi , rozlu nił mi nie twarzy. Ano, 

zobaczymy! Energicznie pomaszerował ku Ł cznikowi. 

Ł cznik nie spojrzał mu w oczy i odezwał si  ostro nie: 

-  Tak, prosz  pana? 

-  W biurze Kalkulatora Finge'a jest jaka  kobieta. Czy ona jest tu nowa? - 

zapytał Harlan. 

Chciał to powiedzie  spokojnie. Zwykłym, oboj tnym tonem. Tymczasem 

zabrzmiało to jak d wi k cymbałów. 

Ale obudziło Ł cznika. W jego oku pojawiło si  co , co brata wszystkich 

m czyzn. Jego spojrzenie było pojednawcze, uznał Technika za swojego chłopa. 

-  My li pan o tej babce... Ale ona jest zbudowana, co? Jak pole siłowe! 

Harlan j kał si  nieco. 

-  Niech pan mi odpowie na pytanie. 

Ł cznik wytrzeszczył oczy i jego o ywienie znikło po cz ci. 

-  To nowa - powiedział. - Czasowa. 

-  Co ona tu robi? 

Powoli na twarz Ł cznika wypełzał u miech, który zamienił si  w kpi cy 

grymas. 

-  Podobno ma by  sekretark  szefa. Nazywa si  Noys Lambent. 

-  W porz dku. - Harlan obrócił si  na pi cie i wyszedł. 

Wyprawa obserwacyjna Harlana do 482 wieku odbyła si  nast pnego dnia, 

lecz trwała tylko trzydzie ci minut. Była to oczywi cie jedynie wycieczka w celu 

zorientowania siew sytuacji. W drugim dniu wyruszył na półtorej godziny, a w 

trzecim w ogóle nie wyje d ał. 

background image

 

31 

Zajmował si  studiowaniem swych dawnych raportów, przypominaniem sobie 

tego, czego si  poprzednio nauczył, szlifował swoj  znajomo  systemu 

j zykowego epoki, od nowa przyzwyczajał do ówczesnych ubra . 

Jedna Zmiana Rzeczywisto ci obj ła ju  482 Stulecie, ale była do  

nieznaczna. Pewna klika, która była u władzy, odeszła, lecz poza tym nie 

wygl dało na to, by w społecze stwie nast piły jakie  zmiany. 

Nawet sobie nie u wiadamiaj c, co robi, zacz ł szuka  w starych raportach 

wiadomo ci o arystokracji. Przecie  z pewno ci  j  obserwował. 

Obserwował, lecz z oddalenia, raporty były ogólnikowe. Jego dane dotyczyły 

arystokracji jako klasy, nie za  poszczególnych jednostek. 

Oczywi cie zlecenia przestrzenno-czasowe nigdy nie wymagały ani nawet nie 

pozwalały mu na obserwowanie arystokracji od wewn trz. Jakie były tego 

przyczyny? Oserwator nie wiedział. Teraz denerwował si  na samego siebie, 

czuj c wzrastaj ce zaciekawienie tym tematem. 

W ci gu trzech wspomnianych dni zdarzyło mu si  przelotnie widzie  Noys 

Lambent cztery razy. Najpierw dostrzegał tylko jej strój i ozdoby. Teraz 

zauwa ył,  e ma sto sze dziesi t pi  centymetrów wzrostu, jest o pół głowy 

ni sza od niego i do  szczupła; nosi si  prosto i zgrabnie, co daje złudzenie,  e 

jest wysoka. Jest starsza, ni  wygl da na pierwszy rzut oka, by  rno e pod 

trzydziestk , w ka dym razie ma z pewno ci  ponad dwadzie cia pi  lat. 

Zachowywała si  spokojnie i z rezerw , raz u miechn ła si  do niego, gdy 

mijał j  w korytarzu, ale szybko spu ciła oczy. Harlan odskoczył, by unikn  

otarcia si  o ni , a potem ruszył dalej, czuj c gniew. 

Pod koniec trzeciego dnia doszedł do przekonania,  e jako Wieczno ciowcowi 

pozostaje mu tylko jedno. Bez w tpienia jej sytuacja była dla niej wygodna. Bez 

w tpienia Finge działał zgodnie z prawem. Lecz jego niedyskrecja w tej materii, 

jego beztroska, pewno  siebie niew tpliwie wykraczały przeciwko duchowi 

prawa i co  nale ało z tym zrobi . 

Harlan zdecydował,  e mimo wszystko nie ma nikogo w Wieczno ci, kogo by 

tak nie lubił jak Finge'a. Usprawiedliwienie, jakie dla niego znajdował jeszcze 

par  dni temu, teraz ju  nie istniało. 

Rankiem czwartego dnia poprosił o prywatne spotkanie z Finge'em i otrzymał 

na to zgod . Wszedł zdecydowanym krokiem i ku swemu zdziwieniu od razu 

przyst pił do rzeczy. 

-  Kalkulatorze Finge, proponuj ,  eby pann  Lambent zwróci  Czasowi. 

Oczy Finge'a zw ziły si . Wskazał Harlanowi krzesło, swój mi kki, okr gły 

podbródek podparł zło onymi dło mi, i zrobił grymas odsłaniaj cy z by. 

-  Prosz  siada . Uwa a pan,  e pannie Lambent brak kwalifikacji? Nie 

nadaje si  na swoje stanowisko? 

-  O jej kwalifikacjach i zdolno ciach, Kalkulatorze, nie mog  nic powiedzie . 

Zale y to od zada , do jakich jest przeznaczona, a ja nie zlecałem jej nic. Ale 

musi pan sobie u wiadomi ,  e oddziałuje ona ujemnie na moralno  tej sekcji. 

Finge wpatrywał si  w niego tak oboj tnie, jakby umysł Kalkulatora rozwa ał 

abstrakcje niedost pne dla zwykłego Wieczno ciowca. 

-  W jaki sposób oddziałuje ujemnie na moralno , Techniku? 

background image

 

32 

-  Nie trzeba nawet pyta  - powiedział Harlan coraz bardziej w ciekły. - Jej 

strój jest ekshibicjonistyczny. Jej... 

-  Chwileczk , chwileczk . Zaraz, Harlan. Był pan Obserwatorem w tej erze. 

Wie pan chyba,  e jej strój jest zupełnie standardowy dla 482 Stulecia. 

-  W jej  rodowisku i w jej kr gu kulturowym nie miałbym o to  adnych 

pretensji, jakkolwiek twierdz ,  e ten strój jest wyzywaj cy nawet jak na 482 

wiek. Pozwoli pan,  e zachowam własne zdanie w tej sprawie. Tutaj, w 

Wieczno ci, taka osoba z pewno ci  jest nie na miejscu. 

Finge wolno pokiwał głow . Wygl dało na to,  e si   wietnie bawi. Harlan 

zesztywniał. Finge powiedział: 

-  Jest tu w okre lonym celu. Spełnia bardzo wa n  funkcj . Przebywa tu 

tylko czasowo. Niech pan tymczasem spróbuje znosi  jej obecno . 

Harlanowi dr ały usta. Zaprotestował, a zbywano go byle czym. Do diabła z 

ostro no ci . Powie, co my li. 

-  Mog  sobie wyobrazi , co jest t  „bardzo wa n  funkcj ". Ale to 

niemo liwe,  eby popisywał si  pan ni  tak jawnie. 

Odwrócił si  sztywno i ruszył ku drzwiom. Zatrzymał go głos Finge'a. 

-  Techniku, pana zwi zek z Twissellem przewrócił panu w głowie. To si  

powinno zmieni . A tymczasem niech mi pan powie, czy miał pan kiedy  (zawahał 

si , szukaj c odpowiedniego słowa) przyjaciółk ? 

Z mozoln  i obra liw  dokładno ci , nie odwracaj c si , Harlan cytował: 

-  „W celu unikni cia uczuciowych komplikacji z Czasem Wieczno ciowiec nie 

mo e si   eni . W celu unikni cia uczuciowych komplikacji rodzinnych 

Wieczno ciowiec nie mo e mie  dzieci". 

Kalkulator powiedział powa nie: 

-  Nie pytałem o mał e stwo ani o dzieci. Harlan cytował dalej: 

-  „Przej ciowe zwi zki z Czasowcami mog  by  zawierane tylko po zło eniu 

w Centralnym Zarz dzie Zlece  Rady Wszechczasów podania o wła ciw  

Biografi  dla wchodz cej w gr  kobiety z Czasu. Te zwi zki wolno utrzymywa  

tylko wedle wymogów okre lonego zlecenia przestrzenno-czasowego". 

- Istotnie. Czy wyst pował pan kiedy o zezwolenie na zwi zek czasowy, 

Techniku? 

-  Nie. Kalkulatorze. 

-  A nie zamierza pan? 

-  Nie, Kalkulatorze. 

-  Mo e jednak nale ałoby to zrobi . Dałoby to panu szerszy pogl d. Mniej by 

si  pan interesował szczegółami stroju kobiety, mniej by si  pan denerwował jej 

stosunkiem osobistym do innych Wieczno ciowców. 

Harlan wyszedł oniemiały z w ciekło ci. 

Doszedł do wniosku,  e dokonanie kolejnej niemal całodniowej wycieczki do 

482 Stulecia jest prawie niemo liwe (najwi kszy limit czasu ci głego wynosił 

około dwóch godzin). 

Był zdenerwowany i wiedział dlaczego. Finge! Finge i jego brutalna rada w 

sprawie zwi zków z kobietami z Czasu. 

Zwi zki istniały. Wszyscy o tym wiedzieli. W Wieczno ci zawsze 

u wiadamiano sobie konieczno  kompromisu na rzecz potrzeb ludzi (ju  to 

background image

 

33 

sformułowanie budziło obrzydzenie Harlana), lecz ograniczenia zwi zane z 

wyborem kochanek powodowały,  e zwi zki te nie były wcale łatwe ani cz ste. A 

od tych, co mieli szcz cie uzyska  zezwolenie na taki zwi zek, wymagano, by 

zachowywali jak naj ci lejsz  dyskrecj  ze zwykłej przyzwoito ci i ze wzgl du na 

innych Wieczno ciowców. 

W ród ni szych klas Wieczno ciowców, szczególnie w Obsłudze, stale kr yły 

pogłoski (nadzieja mieszała si  z oburzeniem) o imporcie kobiet, mniej lub 

bardziej na stałe, w celach oczywistych. Zawsze wymieniano Kalkulatorów i 

Biografistówjako grupy uprzywilejowane. Oni i tylko oni mogli decydowa , które 

kobiety mo na wydoby  z Czasu bez gro by wi kszej Zmiany Rzeczywisto ci. 

Mniej sensacyjne (i w zwi zku z tym mniej godne powtarzania) były plotki o 

kobietach z Czasu anga owanych w ka dej sekcji przej ciowo (je li pozwalała na 

to analiza czasowo-przestrzenna) do  mudnych zada , takich jak gotowanie, 

sprz tanie i ci ka praca. 

Ale zatrudnienie kobiety z Czasu, i to takiej kobiety, w charakterze sekretarki 

mogło oznacza  tylko,  e Finge kicha na ideały, które uczyniły Wieczno  tym, 

czym jest. 

Niezale nie od  yciowych wymogów, którym praktyczni m czy ni 

Wieczno ci chc c nie chc c musieli ulega , nikt nie w tpił,  e idealny 

Wieczno ciowiec jest człowiekiem pełnym po wi cenia, oddanym misji, któr  ma 

spełnia  dla poprawy Rzeczywisto ci i zwi kszenia sumy ludzkiego szcz cia. 

Harlan uwa ał,  e Wieczno  jest czym  w rodzaju klasztorów w czasach 

Prymitywu. 

niło mu si  w nocy,  e rozmawiał w tej sprawie z Twissellem. Twissell, 

idealny Wieczno ciowiec, podzielał jego oburzenie.  nił,  e Finge został złamany, 

pozbawiony znaczenia.  nił o sobie samym,  e ma  ółty znaczek Kalkulatora i 

wprowadza nowy porz dek w 482 wieku, wielkodusznie wyznaczaj c Finge'owi 

stanowisko w Obsłudze. Twissell siedział obok niego, u miechaj c si  z podziwem, 

gdy Harlan wypełniał now  kart  organizacyjn , czy ciutko, porz dnie, 

konsekwentnie i prosił Noys Lambent,  eby rozesłała kopie. 

Lecz Noys Lambent była naga i Harlan obudził si  dr cy i zawstydzony. 

Spotkał dziewczyn  w korytarzu i odwracaj c wzrok cofn ł si , by zrobi  jej 

przej cie. 

Lecz Noys nie ruszyła si ; patrzyła na niego, a  i on spojrzał jej w oczy. Była 

cała barw  i  yciem i Harlan poczuł otaczaj cy j  lekki zapach perfum. 

- Technik Harlan, prawda? - spytała. 

Miał ochot  ofukn  j  i odepchn  z przej cia, lecz pomy lał,  e ona nie jest 

winna temu wszystkiemu. Ponadto,  eby przej  dalej, musiałby jej dotkn . 

Wi c tylko skin ł głow . 

-  Tak. 

-  Mówiono mi,  e jest pan ekspertem od naszego Czasu. 

-  Byłem w nim. 

-  Porozmawiałabym z panem ch tnie na ten temat. 

-  Jestem zaj ty. Nie b d  miał czasu. 

-  Kiedy  chyba znajdzie pan chwilk . U miechn ła si  do niego. 

Harlan szepn ł desperacko: 

background image

 

34 

-  Prosz , niech pani przejdzie. Albo niech si  pani cofnie,  ebym ja mógł 

przej . Prosz ! 

Ruszyła wolno, kołysz c biodrami, a jemu krew napłyn ła do twarzy. 

Był zły na ni ,  e wprawia go w zakłopotanie, zły na siebie,  e jest 

zakłopotany, a z jakiego  niewiadomego powodu najbardziej zły na Finge'a. 

Finge wezwał go po dwóch tygodniach. Na biurku Kalkulatora le ał arkusz 

perforowanej folii. Jej długo  i zawiło  wzorów od razu powiedziały Harlanowi, 

e tym razem nie dotyczy to półgodzinnej wycieczki w Czas. 

Finge zapytał: 

-  Czy zechce pan usi

 i zaraz odczyta  to wszystko? Nie, nie okiem. 

Maszynowo. 

Harlan oboj tnie uniósł brwi i wło ył arkusz w szczelin  komputera na 

biurku Finge'a. Arkusz stopniowo zagł biał si  we wn trze maszyny, a w trakcie 

tego perforacja była tłumaczona na słowa, które ukazywały si  na  nie nobiałym 

prostok cie urz dzenia wizualnego. 

Mniej wi cej w połowie tego procesu Harlan zerwał si  i wył czył komputer. 

Wyszarpn ł arkusz z tak  sił ,  e mocna cellolitowa folia p kła. 

-  Mam drug  kopi  - powiedział Finge spokojnie. 

Lecz Harlan trzymał resztki arkusza w palcach, jakby mogły eksplodowa . 

-  Kalkulatorze, w tym musi by  jaka  pomyłka. Chyba nikt nie oczekuje,  e 

wykorzystam dom tej kobiety jako baz  podczas prawie tygodniowego pobytu w 

Czasie. 

Kalkulator  ci gn ł wargi. 

-  Czemu nie, je li takie s  wymogi karty przestrzenno-czasowej? Je li to si  

ł czy z jakimi  osobistymi sprawami mi dzy panem a pann  Lam... 

-  Nie ma  adnych osobistych spraw - zaprzeczył Harlan gor co. 

-  Co  w tym rodzaju na pewno istnieje. Wyja ni  wi c nawet pewne aspekty 

zagadnienia Obserwacji. Oczywi cie nie nale y tego uwa a  za  aden precedens. 

Harlan siedział bez ruchu. My lał intensywnie i szybko. Normalnie duma 

zawodowa nie pozwoliłaby mu słucha  wyja nie . Obserwator czy powiedzmy 

Technik wykonywał swoj  robot  bez pytania. I zazwyczaj  adnemu 

Kalkulatorowi nawet by si  nie  niło udziela  mu wyja nie . 

Tym razem jednak działo si  co  niezwykłego. Harlan wysun ł zarzuty w 

zwi zku z dziewczyn , tak zwan  sekretark . Finge bał si ,  e jego za alenie 

mo e mie  dalsze skutki („Grzeszny po piech, kiedy nikt nie  ciga" - pomy lał 

Harlan z ponur  satysfakcj  i próbował sobie przypomnie , gdzie wyczytał to 

zdanie). 

Strategia Finge'a były oczywista. Kieruj c Harlana do mieszkania tej kobiety, 

b dzie mógł wysun  kontroskar enie, je li sprawy zajd  do  daleko. Jego 

znaczenie jako  wiadka przeciwko Finge'owi zostanie w ten sposób unicestwione. 

Oczywi cie ma pozornie uzasadnione powody, by tam wła nie skierowa  

Harlana, i zaraz o tym powie. Harlan słuchał niemal nie ukrywaj c lekcewa enia. 

Finge mówił: 

- Jak pan wie, ró ne Stulecia u wiadamiaj   sobie istnienie Wieczno ci. 

Wiedz ,  e nadzorujemy handel mi dzyczasowy. Uwa aj ,  e to nasza główna 

funkcja, i to jest dobrze. Maj  równie  niejasne wyobra enie,  e istniejemy po to, 

background image

 

35 

by uchroni  ludzko  od gro cej katastrofy. To raczej przes d, ale mniej lub 

wi cej zgodny z prawd , a wi c nam to nie szkodzi. Jeste my dla poszczególnych 

pokole  czym  w rodzaju opiekunów i dajemy im pewne poczucie 

bezpiecze stwa. Pan to wszystko rozumie? 

Harlan pomy lał: czy on uwa a,  e nadal jestem Nowicjuszem? Skin ł głow . 

Finge ci gn ł dalej: 

-  Jest jednak kilka spraw, o których nie mog  wiedzie . Przede wszystkim o 

tym, w jaki sposób zmieniamy Rzeczywisto . 

Niepewno  losu, jak  taka  wiadomo  by spowodowała, byłaby szkodliwa. 

Nale y zawsze usuwa  z Rzeczywisto ci wszelkie czynniki, które mogłyby do tego 

prowadzi , i nigdy si  w tej sprawie nie wahali my. Jednak istniej  jeszcze inne 

niepo dane przekonania o Wieczno ci, które powstaj  od czasu do czasu to w 

tym, to w innym Stuleciu. Zazwyczaj niebezpieczne pogl dy reprezentuj  klasy 

rz dz ce danej ery. Te klasy utrzymuj  najwi cej kontaktów z nami, a 

jednocze nie maj  w swych r kach wa ki atut, zwany opini  publiczn . 

Finge urwał, jakby si  spodziewał,  e Harlan to skomentuje albo zada jakie  

pytanie. Ale Harlan milczał. 

Wobec tego podj ł: 

-  Tu  po Zmianie Rzeczywisto ci 433-488; Numer seryjny F-2, która 

dokonała si  jeden rok, fizjorok, temu, pojawiły si  dowody,  e wprowadzono do 

Rzeczywisto ci tego rodzaju niepo dane przekonania. Doszedłem do pewnych 

wniosków o naturze tych przekona  i przedstawiłem je Radzie Wszechczasów. 

Rada wstrzymuje si  od zatwierdzenia ich, póki polegaj  na realizacji 

alternatywy o bardzo małym prawdopodobie stwie w układzie kalkulacyjnym. 

Przed rozpocz ciem działania wedle moich zalece  Rada domaga si  

potwierdzenia ich przez bezpo redni  obserwacj . Jest to ogromnie delikatne 

zadanie. Dlatego te  pana odwołałem i dlatego Kalkulator Twissell pozwolił pana 

odwoła . Ponadto musiałem wyszuka  kogo  ze współczesnej arystokracji, kto by 

uwa ał,  e praca w Wieczno ci b dzie do  emocjonuj ca. T  pani  umie ciłem w 

naszym biurze i trzymałem pod  cisł  obserwacj , by sprawdzi , czy nada si  do 

tego celu... 

Harlan pomy lał: pod  cisł  obserwacj , rzeczywi cie! 

I znowu jego gniew skoncentrował si  raczej na Finge'u ni  na tej kobiecie. 

Finge mówił dalej: 

-  Ona si  nadaje według wszelkich kryteriów. Obecnie zwrócimy j  jej 

Czasowi. U ywaj c jej mieszkania jako bazy b dzie pan mógł studiowa   ycie 

społeczne jej  rodowiska. Czy rozumie pan teraz powód, dla którego trzymam tu 

t  dziewczyn , i dlaczego chc ,  eby pan przebywał w jej domu? 

Harlan powiedział niemal z jawn  ironi : 

-  Rozumiem to bardzo dobrze, zapewniam pana. 

-  W takim razie przyjmie pan t  misj . 

Harlan wyszedł płon c  dz  walki. Finge go nie przechytrzy. Nie da zrobi  z 

siebie głupca. 

Z pewno ci  ta  dza walki, postanowienie,  e ukarze Finge'a, spowodowały, 

e czuł zapał i niemal rado , gdy my lał o swej kolejnej podró y do 482 Stulecia. 

Z pewno ci  nic innego...

 

background image

 

36 

Rozdział 5

 

 

KOBIETA Z CZASU

 

 

Maj tek Noys Lambent był do  izolowany, lecz niezbyt odległy od jednego z 

najwi kszych miast Stulecia. Harlan dobrze znał to miasto; znał je lepiej ni  

wielu jego mieszka ców. W swoich badawczych obserwacjach aktualnej 

Rzeczywisto ci zwiedził ka d  dzielnic  i ka de dziesi ciolecie w zasi gu sekcji. 

Znał to miasto zarówno w Czasie, jak i przestrzeni, potrafił je wyczarowa  w 

wyobra ni, patrzył na nie jak na organizm  yj cy i rosn cy, z jego kl skami i 

odrodzeniami, jego rado ciami i kłopotami. Teraz był w tym mie cie w 

wyznaczonym tygodniu Czasu, jakby w momencie zatrzymania powolnego  ycia 

stali i betonu. 

Co wi cej, wst pne badania Harlana koncentrowały si  coraz bardziej na 

„perioetach" - mieszka cach, którzy odgrywali najwa niejsz  rol  w mie cie, lecz 

yli poza jego granicami w przestrzennej i - w pewnym stopniu - społecznej 

izolacji. 

Wiek 482 był jednym z wielu wieków o nierównomiernym podziale bogactw. 

Socjologowie znali jakie  równanie okre laj ce to zjawisko. (Harlan widział to w 

druku, lecz niezbyt dobrze rozumiał). Mo na je było rozwi za  w dowolnym 

Stuleciu przy zastosowaniu trzech współczynników, a dla wieku 482 

współczynniki te zbli ały si  do granicy tego, co jeszcze było dopuszczalne. 

Socjologowie kr cili głowami, a Harlan słyszał, jak jeden z nich mówił,  e 

jakiekolwiek pogorszenie tego stanu wraz z nowymi Zmianami Rzeczywisto ci 

b dzie wymagało „naj ci lejszej obserwacji". 

Jedno mo na było powiedzie  na temat niekorzystnych współczynników w 

równaniu okre laj cym rozdział bogactw. Wskazywało to na istnienie klasy 

pró niaczej i rozwój atrakcyjnego stylu  ycia, który w najlepszym przypadku 

przyczyniał si  do rozkwitu kultury i wykwintu. Póki druga szala wagi nie 

opadała zbyt nisko, póki klasa pró niacza, korzystaj c z przywilejów, nie 

zapominała o swych obowi zkach, póki jej kultura nie przyjmowała zbyt 

wyra nej linii spadkowej, było to do przyj cia: w Wieczno ci zawsze istniała 

tendencja do tolerowania odchyle  od idealnego wzoru podziału bogactw. 

Wbrew swojej woli Harlan zacz ł to rozumie . Zazwyczaj jego nieco dłu sze 

pobyty w Czasie wymagały korzystania z hoteli w biedniejszych dzielnicach 

miast, gdzie człowiek mo e łatwo przebywa  anonimowo, gdzie nie zwraca si  

uwagi na obcych, gdzie jeden nowy wi cej lub mniej nic nie znaczy i w zwi zku z 

tym tkanka Rzeczywisto ci nie zostaje powa niej naruszona, najwy ej nieco 

zadr y. Kiedy nie było tej pewno ci, kiedy istniało prawdopodobie stwo,  e 

dr enie przekroczy punkt krytyczny i naruszy znaczniejsz  cz  domku z kart 

zwanego Rzeczywisto ci , Harlan nieraz musiał nocowa  gdzie  pod płotem na 

wsi. 

I zwykle ogl dał ró ne płoty, zanim stwierdził, który z nich w ci gu nocy 

b dzie najmniej niepokojony przez wie niaków, włócz gów, a nawet biegaj ce 

samopas psy. 

background image

 

37 

Lecz teraz Harlan znajdował si  na drugim biegunie społecznym i spał w 

łó ku o powierzchni z magnetyzowanej materii; było to szczególne poł czenie 

materii i energii, na któr  mogli sobie pozwoli  tylko najbogatsi w tym 

społecze stwie. W Czasie była ona mniej rozpowszechniona ni  czysta materia, 

lecz cz ciej spotykana ni  czysta energia. Tak czy inaczej, dostosowywała si  do 

ciała: była nieruchoma, gdy człowiek le ał bez ruchu, ust powała, gdy si  

poruszył lub przekr cił. 

Harlan z przykro ci  stwierdził,  e takie rzeczy stanowi  dla niego atrakcj , i 

docenił m dro  zasady, według której ka da sekcja Wieczno ci miała  y  według 

przeci tnej swego Stulecia, a nie na jego najwy szym szczeblu. Dzi ki temu mogła 

utrzymywa  kontakt z problematyk  i „duchem" Stulecia, nie identyfikuj c si  

zbytnio z przedstawicielami elity społecze stwa. 

Łatwo jest  y  jak arystokrata - pomy lał Harlan owego pierwszego wieczora. 

A tu  przed za ni ciem pomy lał o Noys. 

nił,  e znajduje si  w Radzie Wszechczasów. Surowo wskazywał palcem i 

patrzył z góry na malutkiego, bardzo malutkiego Finge'a, który z trwog  słuchał 

werdyktu wykluczaj cego go z Wieczno ci i skazuj cego na stał  obserwacj  

jednego z nieznanych Stuleci w odległej przyszło ci. Uroczyste słowa pot pienia 

wychodziły z ust samego Harlana, a po jego prawicy, tu  przy nim, siedziała Noys 

Lambent. 

Najpierw jej nie zauwa ył, lecz jego oczy stale zerkały w prawo, a słowa 

zamierały na ustach. 

Czy  nikt inny jej nie widzi? Reszta członków Rady, z wyj tkiem Twissella, 

spogl dała nieruchomo przed siebie; Twissell z u miechem odwrócił si  do 

Harlana, patrz c poprzez dziewczyn , jakby jej wcale nie było. 

Harlan chciał jej powiedzie , by odeszła, lecz nie mógł wykrztusi  ani słowa. 

Próbował j  uderzy , lecz za ka dym razem r ka opadała mu bezwładnie, a 

dziewczyna nie ruszała si . Jej ciało było chłodne. 

Finge  miał si ... coraz gło niej, gło niej... ale... to była Noys Lambent. 

Harlan otworzył oczy w jasnym  wietle słonecznym i czas jaki  z 

przera eniem patrzył na dziewczyn , nim sobie przypomniał, gdzie si  oboje 

znajduj . 

-  Pan j czał i tłukł poduszk . Czy miał pan jakie  złe sny? Harlan nie 

odpowiadał. 

Mówiła dalej: 

-  K piel dla pana jest gotowa. Ubranie równie . Zorganizowałam zaproszenie 

na zebranie towarzyskie dzi  wieczorem. Dziwnie si  czuj , wracaj c do 

codziennego  ycia po tak długim pobycie w Wieczno ci. 

Harlan był mocno zakłopotany tym potokiem słów. 

-  Mam nadziej ,  e nie powiedziała im pani, kim jestem. 

-  Oczywi cie,  e nie. 

Oczywi cie,  e nie! Finge powinien był zaj  si  t  drobnostk  i lekko 

przekształci  pod narkoz  pami  dziewczyny - gdyby uznał to za potrzebne. Ale 

mo e nie widział takiej potrzeby Mimo wszystko miał j  „pod  cisł  obserwacj ". 

Ta my l wzburzyła go. 

background image

 

38 

-  Wolałbym by  sam, o ile to mo liwe. Popatrzyła na niego niepewnie i 

wyszła. 

Harlan w złym nastroju poddał si  porannemu rytuałowi mycia i ubierania. 

Nie oczekiwał ciekawego wieczoru. B dzie musiał jak najmniej mówi , jak 

najmniej si  rusza , podpiera   ciany. Wa ne były tylko jego uszy i oczy, mózg 

za  słu ył jedynie do sporz dzenia ko cowego raportu i ideałem byłoby, gdyby 

nie spełniał  adnych innych funkcji. 

Zazwyczaj nie przeszkadzało mu, gdy jako Obserwator nie wiedział, czego 

wła ciwie szuka. Gdy był Nowicjuszem, uczono go,  e Obserwator nie powinien 

mie  z góry wyrobionego pogl du na potrzebne informacje i oczekiwane 

konkluzje. Wpajano mu,  e ta  wiadomo  automatycznie zniekształciłaby jego 

spojrzenie, cho by starał si  pracowa  jak najsumienniej. 

Lecz w obecnych okoliczno ciach ta niewiedza była irytuj ca. Harlan mocno 

podejrzewał,  e nie ma czego szuka ,  e w jaki  sposób bierze udział w grze 

Finge'a. Mi dzy tym a Noys... 

Ze zło ci  spojrzał na swoj  posta  z trójwymiarow  dokładno ci  odbit  w 

reflektorze znajduj cym si  o pół metra od niego. Wydawało mu si ,  e wygl da 

miesznie w stroju z wieku 482, pozbawionym szwów i jaskrawym. 

Gdy samotnie sko czył  niadanie, dostarczone przez mekkano, przybiegła 

Noys Lambent. 

Powiedziała bez tchu: 

-  Jest czerwiec, Techniku Harlan. Przerwał jej szorstko: 

-  Prosz  nie u ywa  tutaj tego tytułu. Co z tego,  e jest czerwiec? 

-  Ale był luty, kiedy si  zjawiłam... - urwała z pow tpiewaniem - .. .w tamtym 

miejscu, a to było zaledwie miesi c temu. 

Harlan zmarszczył czoło. 

-  A jaki jest teraz rok? 

-  Och, rok jest wła ciwy. 

-  Jest pani pewna? 

-  Zupełnie pewna. Czy by tam popełniono omyłk ? - miała kłopotliwy 

zwyczaj zbli ania si  do niego, gdy rozmawiali, a leciutkim seplenieniem (rys 

stulecia raczej ni  jej własny) przypominała małe bezradne dziecko. Ale Harlan 

nie dał si  na to nabra . Cofn ł si . 

-  Nie popełniono omyłki. Została pani przeniesiona do tego miesi ca, 

poniewa  tak jest wygodniej. Faktycznie przebywała pani w Czasie przez cały ten 

okres. 

-  Ale jak mogłam? - Wygl dała na jeszcze bardziej wystraszon . - Nic sobie 

nie przypominam. Czy bym istniała podwójnie? 

Harlan zirytował si  bardziej ni  było warto. Jak mógł jej wytłumaczy  

istnienie mikrozmian powodowanych przez ka d  interferencj  w Czasie, które 

mog  przekształci  indywidualne  yciorysy bez wi kszego wpływu na cało  

Stulecia? Nawet Wieczno ciowcy zapominali niekiedy, na czym polega ró nica 

mi dzy mikrozmianami (małe „z") a Zmianami (du e „Z"), przekształcaj cymi 

Rzeczywisto  w sposób widoczny. 

Powiedział: 

-  Wieczno  wie, co robi. Prosz  nie pyta . 

background image

 

39 

' Oznajmił to z dum , jakby był Starszym Kalkulatorem, i osobi cie 

zdecydował,  e czerwiec jest wła ciwym momentem w Czasie i  e mikrozmiana, 

wprowadzona przez opuszczenie trzech miesi cy, nie rozwinie si  w Zmian . 

- Ale w takim razie straciłam trzy miesi ce  ycia. Westchn ł. 

-  Pani podró e w Czasie nie maj  nic wspólnego z pani wiekiem 

fizjologicznym. 

-  Wi c tak czy nie? 

-  Co tak czy nie? 

-  Straciłam trzy miesi ce? 

-  Na miło  Czasu, kobieto, mówi  pani wyra nie. Nie straciła pani  adnego 

okresu w swym  yciu. Nie mo e pani niczego straci . 

Cofn ła si  na jego krzyk, a potem nagle zachichotała. 

-  Ma pan strasznie  mieszny akcent. Szczególnie kiedy si  pan zło ci. 

Zmarszczył brwi. Jaki akcent? Mówił j zykiem pi dziesi tego tysi clecia 

równie dobrze jak wszyscy w sekcji. A mo e nawet lepiej. 

Głupia dziewczyna! 

Znowu stan ł przy reflektorze, wpatruj c si  w swe odbicie, które nawzajem 

wpatrywało si  w niego. Mi dzy jego brwiami rysowały si  gł bokie pionowe 

bruzdy. Wygładził czoło i pomy lał: nie jestem przystojny. Mam za małe oczy, 

uszy mi odstaj , a podbródek jest za du y. 

Dotychczas nigdy si  nad tym nie zastanawiał, lecz teraz, do  

niespodziewanie, wydało mu si ,  e przyjemnie byłoby by  przystojnym. 

Pó no w nocy Harlan uzupełnił notatkami rozmowy, które nagrał, póki 

jeszcze wszystko miał  wie o w pami ci. 

Jak zwykle w takich przypadkach, korzystał z molekularnego magnetofonu 

produkcji 55 Stulecia... W kształcie był to nie odznaczaj cy si  niczym 

szczególnym cylinderek długo ci około dziesi ciu centymetrów i  rednicy niewiele 

wi kszej ni  centymetr. Miał intensywn , ale nie zwracaj c  uwagi br zow  

barw . Mo na go było łatwo umie ci  w spince, kieszeni czy podszewce, w 

zale no ci od stylu ubrania, czy na przykład zawiesi  u paska, guzika czy 

bransolety. 

Niezale nie od tego, w jakim poło eniu i gdzie umieszczony został 

magnetofon, miał on zdolno  utrwalenia jakich  dwudziestu milionów słów na 

ka dym z trzech poziomów energii molekularnej. Jeden koniec cylinderka był 

poł czony z transliteratorem i odtwarzał głos w kuleczce znajduj cej si . w uchu 

Harlana, a drugi koniec, poprzez pole elektromagnetyczne, ł czył si  z małym 

mikrofonem przy ustach - dzi ki temu Harlan mógł słucha  i mówi  

równocze nie. 

Ka dy d wi k, jaki si  rozlegał w czasie „spotkania", powtarzał si  teraz w 

jego uchu, a słuchaj c tego, Harlan wypowiadał słowa komentarza, które 

zapisywały si  na drugim poziomie, skoordynowane z poziomem pierwszym, na 

którym nagrane było spotkanie. Na tym drugim poziomie opisywał swe wra enia, 

omawiał wa niejsze sprawy, wskazywał zwi zki. W ko cu zrobił u ytek z 

rejestratora molekularnego, by sporz dzi  raport - nie tylko zapis d wi kowy, 

lecz równie  streszczenie. 

Weszła Noys Lambent. Nie zasygnalizowała swego wej cia. 

background image

 

40 

Harlan oburzony odło ył mikrofon i słuchawk , schował je do molekularnego 

magnetofonu, umie cił wszystko w futerale i zatrzasn ł go. 

-  Dlaczego pan jest stale taki zły na mnie? - zapytała Noys. Jej ramiona i r ce 

były nagie, a długie nogi majaczyły w lekko promieniuj cym pianolicie. 

Powiedział:. 

-  Nie jestem zły. Nie mam dla pani  adnych uczu . -1 w owej chwili uwa ał,  e 

jest to stwierdzenie absolutnie prawdziwe. 

Spytała: 

-  Pan jeszcze pracuje? Pan musi by  bardzo zm czony. 

-  Nie mog  pracowa , je li pani jest tutaj - powiedział kwa no. 

- Pan gniewa si  na mnie. Przez cały wieczór nie zamienił pan ze mn  ani 

słowa. 

-  Starałem si  w miar  mo no ci nie mówi  z nikim. Nie poszedłem tam,  eby 

mówi . - Czekał, a  Noys wyjdzie. 

Lecz ona powiedziała: 

-  Przyniosłam panu co  do picia. Zauwa yłam,  e ten napój smakował panu 

na przyj ciu, a jedna szklanka nie wystarczy. Szczególnie je li ma pan zamiar 

pracowa . 

Spostrzegł za ni  niewielkie mekkano,  lizgaj ce si  po gładkim polu siłowym. 

Owego wieczora jadł niewiele, kosztuj c tylko potraw, o których obszernie 

meldował w poprzednich obserwacjach, lecz których (z wyj tkiem male kich 

próbek) starał si  wtedy nie je . Wbrew woli smakowały mu. Wbrew woli 

podobał mu si  pienisty, lekko zielony o mi towym smaku napój (raczej nie 

alkoholowy), który ostatnio był w modzie. Nie istniał on w tym Stuleciu przed 

dwoma fizjolatami i przed ostatni  Zmian . Rzeczywisto ci. 

Wzi ł drug  porcj  od mekkano, powa nie skin wszy głow  Noys na znak 

podzi kowania. 

A dlaczego Zmiana Rzeczywisto ci, która nie miała fizycznego wpływu na 

Stulecie, wydała nowy napój? Có , nie jest Kalkulatorem,  eby zadawa  sobie 

takie pytania. Poza tym najbardziej szczegółowo przygotowane Zmiany nie 

mogły całkowicie wyeliminowa  niepewno ci, wszystkich efektów ubocznych. 

Gdyby nie to, niepotrzebni byliby Obserwatorzy. 

Byli sami w domu, Noys i on. Mekkano w ci gu dwóch ostatnich dziesi cioleci 

osi gn ły szczyt popularno ci, której nie traciły jeszcze przez jedno dziesi ciolecie 

w tej Rzeczywisto ci, a wi c Noys nie zatrudniała słu cych. 

Oczywi cie, skoro kobiety tej epoki były równie niezale ne materialnie, jak 

m czy ni, i wedle własnej ochoty mogły mie  dzieci, bez konieczno ci fizycznego 

rodzenia, to wspólny pobyt z nimi nie mógł by  niczym „nieprzyzwoitym", 

przynajmniej według kryteriów 482 Stulecia. 

Lecz Harlan czuł si  skompromitowany. 

Dziewczyna wyci gn ła si  i podparła łokciem na sofie. Wzorzyste obicie 

mebla zapadło si  pod ni , jakby j  chciało obj . Zrzuciła przezroczyste buciki, 

a palce jej nóg zginały si  i rozginały w elastycznym pianolicie mi kko jak łapy 

leniwego kota. 

Potrz sn ła głow , a to, co utrzymywało jej włosy upi te i skr cone w zawiłe 

zwoje w pewnej odległo ci od uszu, teraz rozlu niło si  nagle. Włosy opadły jej na 

background image

 

41 

kark, a nagie kremowe ramiona stały si  jeszcze bardziej kusz ce przez kontrast 

z czerni  włosów. 

-  Ile pan ma lat? - szepn ła. 

To pytanie z pewno ci  powinien był zignorowa . Było to pytanie osobiste, a 

odpowied  nie mogła jej obchodzi . W tym przypadku zamierzał odpowiedzie  z 

uprzejmym zdecydowaniem: „Czy pozwoli mi pani wreszcie pracowa ?". 

Zamiast tego usłyszał własny głos: 

-  Trzydzie ci dwa. - Oczywi cie miał na my li lata fizjologiczne. Powiedziała: 

-  Jestem młodsza od pana. Mam dwadzie cia siedem lat. Ale chyba nie zawsze 

b d  wygl dała młodziej. Pan na pewno pozostanie taki jak teraz, gdy ja stan  si  

ju  star  kobiet . Dlaczego pan si  zdecydował na trzydzie ci dwa lata? Nie mo e 

pan tego zmieni  wedle  yczenia? Nie chce pan by  młodszy? 

-  O czym pani mówi? - Harlan potarł czoło. Powiedziała mi kko: 

-  Pan b dzie  ył zawsze. Jest pan Wieczno ciowcem. Czy to było pytanie, czy 

stwierdzenie? Powiedział: 

-  Pani jest szalona. Starzejemy si  i umieramy jak wszyscy ludzie. 

-  Mo e pan sobie mówi . - Jej głos zabrzmiał nisko, pieszczotliwie. J zyk 

pi dziesi tego tysi clecia, który dla Harlana brzmiał zawsze szorstko i 

nieprzyjemnie, teraz wydawał mu si  melodyjny. Czy te  to tylko pełny  oł dek i 

perfumowane powietrze tak go otumaniły. 

Powiedziała: 

- Mo ecie ogl da  wszystkie epoki, zwiedza  wszystkie rejony. Chciałam 

pracowa  w Wieczno ci. Czekałam bardzo długo,  eby mi pozwolili. My lałam,  e 

mo e zrobi  mnie Wieczno ciowcem, a potem odkryłam,  e tam s  tylko 

m czy ni. Niektórzy nie chcieli nawet ze mn  gada , dlatego  e jestem kobiet . I 

pan nie chciał ze mn  rozmawia . 

-  Wszyscy jeste my zaj ci - wymamrotał Harlan, usiłuj c stłumi  co , co 

mo na by okre li  jedynie jako t p  satysfakcj . - Byłem bardzo zaj ty. 

-  Ale dlaczego w Wieczno ci nie ma kobiet? 

Harlan nie mógł si  odwa y  na odpowied . Co powiedzie ? 

Wieczno ciowców dobierano z niezwykł  staranno ci , poniewa  musieli 

odpowiada  dwóm warunkom: po pierwsze musieli mie  odpowiednie 

uzdolnienia, po drugie - wydobycie tych ludzi z Czasu nie mogło wywiera  

ujemnego wpływu na Rzeczywisto . 

Rzeczywisto ! Oto słowo, którego nie wolno mu wspomnie  w  adnych 

okoliczno ciach. Zdawał sobie spraw  z coraz silniejszego zawrotu głowy i na 

chwil  przymkn ł oczy,  eby si  pozby  tego uczucia. 

Ilu wspaniałych kandydatów pozostało w Czasie, poniewa  ich przesuni cie 

do Wieczno ci oznaczałoby,  e nie przyszłyby na  wiat dzieci, nie zmarliby pewni 

m czy ni i kobiety, nie zostałyby zawarte pewne mał e stwa, nie zaistniałyby 

pewne wydarzenia i okoliczno ci, co spaczyłoby Rzeczywisto  w stopniu, na jaki 

Rada Wszechczasów nie mogła si  zgodzi . 

Czy mo e jej niektóre z tych rzeczy powiedzie ? Oczywi cie,  e nie. Czy  

mo e jej powiedzie ,  e kobiety prawie nigdy nie kwalifikowały si  do Wieczno ci, 

z jakiego  powodu bowiem, którego nie rozumiał (Kalkulatorzy mo e rozumieli, 

background image

 

42 

ale on na pewno nie), wył czenie z Czasu kobiety powodowało dziesi  do stu 

razy wi ksze zniekształcenie Rzeczywisto ci ni  wył czenie m czyzny. 

Wszystkie te my li mieszały mu si  w głowie, gubi c si , wiruj c i ł cz c w 

lu ne skojarzenia, co wywoływało groteskowe, nie całkiem zreszt  nieprzyjemne 

efekty. Noys zbli yła si  do niego z u miechem. 

Słyszał jej głos jak szmer wiatru. 

-  Och, wy, Wieczno ciowcy! Jeste cie tacy tajemniczy. Nie chcecie si  niczym 

dzieli . Zróbcie mnie Wieczno ciowcem. 

Jej głos był teraz d wi kiem, który nie rozpadał si  na poszczególne słowa, 

subtelnie modulowan  melodi , która przenikała do jego umysłu. 

Pragn ł jej powiedzie : w Wieczno ci nie ma nic wesołego. My pracujemy! 

Badamy wszystkie szczegóły wszystkich epok od pocz tku Wieczno ci a  do dnia, 

gdy Ziemia b dzie pusta, próbujemy zbada  wszystkie niesko czone mo liwo ci, 

wszystkie „co by było, gdyby..." i wybra  „co by było", które jest lepsze od 

istniej cego; szukamy momentu w Czasie, kiedy mo na dokona  małej Zmiany, 

by sple  to, co jest, z tym, co mogłoby by , by otrzyma  nowe, jest", a wtedy 

szukamy nowego „mogłoby by ", stale i stale, i tak jest od czasu, gdy Vikkor 

Mallansohn odkrył Pole Czasowe w 24 Stuleciu, ongi , w okresie Prymitywu, co 

umo liwiło rozpocz cie Wieczno ci w dwudziestym siódmym, tajemniczy 

Mallansohn, o którym nikt nic nie wie, a który zapocz tkował Wieczno  i nowe 

„by  mo e" na zawsze, na zawsze i... 

Potrz sn ł głow , lecz nadal trwał zam t my li, coraz bardziej skł bionych, a  

wreszcie wybuchł w gwałtownym błysku  wiatła na jedn  sekund  i zamarł. 

Ta chwila wzmocniła go. Chciał, by si  powtórzyła, lecz na pró no. 

Napój mi towy? 

Noys była jeszcze bli ej, w oszołomieniu widział jej twarz niezbyt wyra nie. 

Czuł jej włosy na swoim policzku, ciepły powiew jej oddechu. Powinien był si  

cofn , lecz - rzecz dziwna - uznał,  e nie chce. 

-  Gdybym została w Wieczno ci... - westchn ła prawie do jego ucha, chocia  

ledwie mógł usłysze  te słowa poprzez bicie własnego serca. Jej wargi były 

wilgotne i rozchylone. - A czy nie chciałby  tego? 

Nie wiedział, co Noys ma na my li, lecz nagle przestał si  o to troszczy . 

Wydawało mu si ,  e jest w płomieniach. Wyci gn ł ramiona niezdarnie, na 

lepo. Nie opierała si , zł czyła si  i zespoliła z nim. 

Wszystko to działo si  jak we  nie, jakby prze ywał to kto  obcy. 

Nie było to w najmniejszym stopniu tak odra aj ce, jak sobie wyobra ał. 

Wstrz s, objawienie - owszem, lecz nic odra aj cego. 

Nawet potem, gdy przytulała si  do niego, z oczyma zamglonymi i z 

u miechem, wiedział,  e musi głaska  jej wilgotne włosy z dr eniem rozkoszy. 

Teraz zmieniła si  całkowicie w jego oczach. Nie była kobiet  ani w ogóle 

jednostk  indywidualn . W dziwny i nieoczekiwany sposób stała si  nagle 

kontynuacj  jego samego, jego cz ci . 

Zlecenie przestrzenno-czasowe nic o tym nie wspominało, lecz Harlan nie czuł 

si  winien. Tylko my l o Finge'u wywołała silne wra enie. Ale to nie było poczucie 

winy. 

To była satysfakcja, nawet triumf. 

background image

 

43 

Harlan nie mógł spa . Zawrót głowy ju  przeszedł, lecz pozostał niezwykły 

fakt,  e po raz pierwszy w jego dojrzałym  yciu dorosła kobieta dzieliła z nim 

łó ko. 

Słuchał jej cichego oddechu, w ultramrocznej po wiacie, do której 

wewn trzne  wiatło  cian i sufitu zostało zredukowane, widział jej ciało jedynie 

jako cie  obok swego ciała. 

Wystarczyło tylko wyci gn  r k , by poczu  ciepło i mi kko , lecz nie 

o mielał si  tego zrobi ,  eby jej nie obudzi , cokolwiek by  niła. Jak gdyby  niła 

o nich obojgu, i o tym wszystkim, co si  zdarzyło, a jej zbudzenie mogło to 

unicestwi . 

Ta my l wydawała si  cz ci  tych dziwnych, niezwykłych my li, jakie mu si  

nasun ły przedtem... 

Były to dziwne my li, mi dzy sensem a bezsensem. Próbował je przywoła  na 

nowo, lecz nie mógł. Ale nagle przypomnienie ich sobie stało si  dla niego bardzo 

wa ne. Bowiem pami tał,  e na chwil  co  zrozumiał. 

Nie miał pewno ci, co to było, i jego niepokój wzrastał. Dlaczego nie mo e 

sobie przypomnie ? Przecie  tyle ju  wie... 

Przez chwil   pi ca obok dziewczyna przestała zaprz ta  jego my li. Zaraz, a 

gdybym poszedł  ladem... My lałem o Rzeczywisto ci i Wieczno ci... tak, i 

Mallansohn, i Nowicjusz! 

Tu urwał. Dlaczego Nowicjusz? Dlaczego Cooper? Przecie  o nim nie my lał. 

Lecz je li nie, to dlaczego my li teraz o Brinsleyu Sheridanie Cooperze? 

Zmarszczył czoło. Jaka prawda ł czy to wszystko? Co wła ciwie próbuje 

wykry ? Co daje mu tak  pewno ,  e co  w ogóle jest do wykrycia? 

Harlan wzdrygn ł si ; zacz ło mu co   wita , tak, ju  prawie wiedział. 

Wstrzymał oddech,  eby tego nie przynagla . Niech si  skrystalizuje. 

Niech si  skrystalizuje. 

I w ciszy owej nocy, nocy tak wyj tkowo doniosłej w jego  yciu, przyszło mu 

do głowy wyja nienie i interpretacja wydarze , które w zwykłym, bardziej 

normalnym czasie nigdy, nawet na chwil , by mu si  nie objawiły. 

Niech my l p czkuje i rozkwita, niech ro nie, a  wyja ni sto dziwacznych 

punktów, które bez tego po prostu pozostałyby dziwaczne. 

Musi to prze ledzi , potwierdzi  w Wieczno ci, lecz w gł bi swego serca był 

ju  przekonany,  e poznał straszliw  tajemnic , której nie dawano mu pozna . 

Tajemnic  obejmuj c  cał  Wieczno !

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

44 

Rozdział 6

 

 

BIOGRAFISTA

 

 

Miesi c fizjoczasu min ł od tej nocy w czterysta osiemdziesi tym drugim, 

kiedy Harlan zaznajomił si  z wieloma sprawami. Teraz, mierz c normalnym 

czasem, znajdował si  niemal dwa tysi ce Stuleci w przyszło ci Noys Lambent, 

usiłuj c za pomoc  kombinacji przekupstwa i pogró ek pozna , co j  oczekuje w 

nowej Rzeczywisto ci. 

Był to czyn bardziej ni  nieetyczny, ale przestał si  o to troszczy . W ci gu 

minionego fizjomiesi ca Harlan we własnym mniemaniu stał si  przest pc . Nie 

było co komentowa  tego faktu. Mno c swe zbrodnie nie staje si  wiele 

wi kszym przest pc , natomiast mo e wiele zyska . 

Teraz w wyniku pewnych zbrodniczych machinacji (nie wysilał si , by u ywa  

łagodniejszego okre lenia) stał przed barier  2456 Stulecia. Wej cie w Czas było o 

wiele bardziej skomplikowane ni  zwykłe przej cie mi dzy Wieczno ci  a 

szybami kotłów. W celu wej cia w Czas nale ało starannie zgra  współrz dne 

okre laj ce dany rejon na powierzchni Ziemi i precyzyjnie wyznaczy  wewn trz 

Stulecia  dany moment Czasu. Jednak mimo wewn trznego napi cia Harlan 

operował sterami z łatwo ci  i pewno ci  siebie człowieka o wielkim 

do wiadczeniu i wielkim talencie. 

Teraz znalazł si  w maszynowni, któr  przedtem widział na ekranie wewn trz 

Wieczno ci. W tym fizjomomencie Socjolog Voy siedział bezpiecznie przed tym 

ekranem, obserwuj c ingerencj  techniczn , która miała nast pi . 

Harlan nie  pieszył si . Maszynownia powinna pozosta  pusta przez nast pne 

sto pi dziesi t sze  minut. Dla wszelkiej pewno ci karta przestrzenno-czasowa 

dawała mu tylko sto dziesi  minut, pozostawiaj c dalsze czterdzie ci sze  jako 

zwyczajowy czterdzie-stoprocentowy „margines". Margines był pomy lany na 

wszelki wypadek, lecz nie spodziewano si ,  e Technik z niego skorzysta. 

„Zjadacz marginesów" nie bywał długo Specjalist . 

Jednak Harlan nie przypuszczał, by mu było potrzeba wi cej ni  dwie minuty 

z tych stu dziesi ciu. Maj c przymocowany na przegubie generator pola, tak by 

otaczała go aura fizjoczasu (mo na powiedzie  „opar Wieczno ci"), chroniony w 

ten sposób przed skutkami Zmiany Rzeczywisto ci, zrobił krok ku  cianie, wzi ł 

mały pojemnik z półki i umie cił go w starannie wybranym miejscu na innej półce 

poni ej. 

Po czym wrócił do Wieczno ci, w sposób, który wydawał mu si  równie 

prozaiczny, jak przej cie przez drzwi. Gdyby tam siedział jaki  Czasowiec, 

zdawałoby mu si ,  e Harlan po prostu znikn ł. 

Mały pojemnik pozostał tam, gdzie go Technik poło ył. Nie odgrywał 

bezpo redniej roli w historii. Pół godziny pó niej r ka człowieka si gn ła po 

niego, lecz go nie znalazła. Odszukano pojemnik za dalsze pół godziny, lecz 

tymczasem pole siłowe wyładowało si , a człowiek szalał z gniewu. Decyzja, której 

by nie podj to w poprzedniej Rzeczywisto ci, została teraz podj ta w gniewie. 

Pewne spotkanie nie doszło do skutku; człowiek, który miał umrze ,  ył o rok 

dłu ej w innych okoliczno ciach; inny, który miał  y , zmarł nieco wcze niej. 

background image

 

45 

Kr gi rozchodziły si  coraz szerzej, osi gaj c maksimum w 2481 Stuleciu - w 

dwadzie cia pi  Stuleci po ingerencji. Potem intensywno  Zmiany 

Rzeczywisto ci słabła. Teoretycy utrzymywali,  e nigdy w niesko czono ci efekty 

Zmiany nie zredukuj  si  do zera, lecz pi dziesi t Stuleci od ingerencji jej skutki 

s  ju  tak nikłe,  e nie wykrywaj  ich najdokładniejsze komputery - i to jest 

praktycznie granica. 

Socjolog Voy wpatrywał si  w niebieskawy obraz 2481 Stulecia, gdzie 

wcze niej panowała gor czkowa ruchliwo  portu kosmicznego. Podniósł głow  

na widok Harlana. Mrukn ł co , co mogło uchodzi  za powitanie. 

Zmiana wła ciwie zniszczyła port. Jego  wietno  znikła: budynki nie były ju  

tymi wspaniałymi budowlami co ongi . Rdzewiał jaki  statek kosmiczny. Nie było 

ludzi. Nie było ruchu. 

Harlan pozwolił sobie na u mieszek, który pojawił si  na chwil  i znikn ł. 

Była to MPO - Maksymalnie Po dana Odpowied . I nast piła od razu. Zmiana 

niekoniecznie nast powała w okre lonym momencie ingerencji Technika. Je li 

obliczenia potrzebne do ingerencji były niedokładne, mogły min  godziny, a 

nawet dni, zanim dochodziło do Zmiany (licz c oczywi cie w fizjoczasie). Zmiana 

miała miejsce tylko wtedy, gdy znikała wszelka dowolno . 

Je li istniała jakakolwiek matematyczna szansa alternatywnych rozwi za , 

Zmiana nie nast powała. 

Harlan był dumny z tego,  e kiedy to on obliczał MPZ, kiedy to jego r ka 

dokonywała ingerencji, wszelka dowolno  znikała od razu i Zmiana nast powała 

natychmiast. 

Voy powiedział mi kko: 

-  To było bardzo pi kne. 

Słowa te zazgrzytały w uszach Harlana, jakby brukały pi kno jego działania. 

-  Nie  ałowałbym - powiedział - gdyby podró e kosmiczne w ogóle usuni to z 

Rzeczywisto ci. 

-  Nie? - spytał Voy. 

-  Jaka z nich korzy ? To wszystko nigdy nie trwa dłu ej ni  jedno czy dwa 

tysi clecia. Ludzie czuj  si  zm czeni. Wracaj  na Ziemi , a kolonie zamieraj . 

Potem znowu po czterech czy pi ciu tysi cleciach zaczynaj  na nowo i znowu 

ko czy si  to fiaskiem. To tylko strata ludzkiego geniuszu i wysiłku. 

-  Pan jest filozofem - o wiadczył Voy sucho. 

Harlan poczerwieniał. Szkoda słów - pomy lał. I zmieniaj c nagle temat 

zapytał gniewnie: 

-  Co z tym Biografist ? 

-  A o co chodzi? 

-  Zechce pan si  porozumie  z tym człowiekiem... Do tej pory powinien mie  

ju  jakie  wyniki. 

Po twarzy Socjologa przemkn ł wyraz dezaprobaty, jakby chciał powiedzie : 

zbytnio si  pan niecierpliwi, ale o wiadczył: 

-  Pan pozwoli ze mn , zobaczymy. 

Tabliczka na drzwiach gabinetu głosiła: Neron Feruk, co uderzyło Harlana 

podobie stwem do imion dwóch władców w rejonie Morza  ródziemnego w 

background image

 

46 

czasach Prymitywu. (Cotygodniowe dyskusje z Cooperem wydatnie zwi kszyły 

jego zainteresowanie Prymitywem). 

Jednak tamten człowiek nie przypominał  adnego z władców, o ile Harlen 

mógł to oceni . Był chudy niemal jak ko ciotrup, skóra opinała ciasno jego 

garbaty nos. Miał długie palce i przeguby - o wystaj cych kostkach. Pieszcz c 

mały sumator, wygl dał jak  mier  wa ca dusz  na szali. 

Harlan stwierdził,  e intensywnie wpatruje si  w sumator. To było serce i 

krew Biografowania, skóra i ko ci,  ci gna, muskuły -wszystko. Naładuj go 

niezb dnymi danymi  ycia osobistego i równaniami Zmiany Rzeczywisto ci; zrób 

to, a on zacznie chichota , jakby szydził - czasem przez minut , czasem cały dzie  

- a potem wypluje mo liwe wersje  ycia dla osoby badanej (w nowej 

Rzeczywisto ci). Ka da taka wersja zaopatrzona jest w wyliczenie 

prawdopodobie stwa. 

Socjolog Voy przedstawił Harlana. Feruk, z jawnym oburzeniem patrz c na 

znaczek Technika, kiwn ł głow  i kontynuował swe zaj cie. 

Harlan zapytał: 

-  Czy Biografia tej młodej kobiety jest ju  gotowa? 

-  Nie. Powiem panu, jak b dzie. - Biografista nale ał do ludzi, którzy pogard  

dla Techników posuwali do jawnego chamstwa. 

-  Spokojnie, Biografisto - rzekł Voy. 

Feruk miał brwi tak jasne,  e niemal niewidoczne. Zwi kszało to 

podobie stwo jego twarzy do czaszki ko ciotrupa. Przewrócił oczami w nagich 

oczodołach i spytał: 

-  Zniszczyli cie statki kosmiczne? Voy skin ł głow : 

-  Na jedno Stulecie. 

Feruk wykrzywił wargi i co  wymamrotał. Harlan skrzy ował ramiona i 

patrzył nieruchomo na Biografi-st , który wreszcie odwrócił głow , uznaj c sw  

pora k . 

Harlan pomy lał: on wie,  e to równie  i jego wina. Feruk odezwał si  do 

Voya: 

-  Je li ju  pan tu jest, niech pan powie, co, u Czasu, dzieje si  z tymi 

wnioskami o szczepionk  przeciwrakow ? Nie jeste my jedynym Stuleciem, które 

ma serum antyrakowe. Dlaczego wła nie do nas wpływaj  wszystkie podania? 

-  Inne Stulecia otrzymuj  wcale nie mniej zgłosze . Przecie  pan wie o tym. 

-  W takim razie powinni w ogóle nie przysyła  poda . 

-  Jak ich do tego zmusimy? 

-  Łatwo. Niech Rada Wszechczasów wstrzyma przyj cia. 

-  Nie mam kontaktów z Rad  Wszechczasów. 

-  Ale ma pan kontakty ze starym. 

Harlan t po, bez zainteresowania, przysłuchiwał si  rozmowie. Przynajmniej 

pomagała mu ona zaj  my li drobiazgami, odwróci  je od chichocz cego 

sumatora. Wiedział,  e „stary" to kieruj cy sekcj  Kalkulator. 

-  Rozmawiałem ze starym - powiedział Socjolog - a on rozmawiał z Rad  

Wszechczasów. 

-  Bzdury. Po prostu przesłał schematyczne pisemko. On powinien o to 

walczy . To przecie  sprawa podstawowej polityki. 

background image

 

47 

-  Rada Wszechczasów nie jest teraz w nastroju do rozwa ania zmian w 

podstawowej polityce. Słyszał pan, jakie kr

 plotki. 

-  Oczywi cie, s  bardzo zaj ci. Gdy tylko trzeba si  postawi , zaraz 

dowiadujemy si ,  e Rada jest zaj ta czym  bardzo wa nym. 

(Gdyby Harłan miał odpowiedni nastrój, z pewno ci  by si  u miechn ł w 

tym miejscu). 

Feruk zastanawiał si  przez chwil , a potem wybuchn ł: 

-  Wi kszo  ludzi nie rozumie tego,  e surowica antyrakowa to nie to samo co 

sadzonki drzew czy maszyny rolnicze. Wiem,  e ka d  gał zk   wierka nale y 

obserwowa  z punktu widzenia niepo danych wpływów na Rzeczywisto , lecz 

serum antyrakowe zawsze ma zwi zek z ludzkim  yciem, a to jest sto razy 

bardziej skomplikowane. 

-  Trzeba si  zastanowi ! Pomy lcie, ile ludzi rocznie umiera na raka w 

ka dym Stuleciu, które nie ma surowicy przeciwrakowej tego czy innego rodzaju. 

Ludzie nie chc  umiera , wi c czasowe rz dy w ka dym Stuleciu bez ko ca 

wystosowuj  do Wieczno ci apele w rodzaju: „Bardzo prosimy o nadesłanie 

siedemdziesi ciu pi ciu tysi cy ampułek surowicy dla ludzi nieuleczalnie chorych, 

którzy s  absolutnie niezb dni dla kultur, dane biograficzne w zał czeniu". 

Voy pokiwał głow : 

-  Wiem, wiem. 

Lecz Feruk był nadal rozgoryczony, 

-  Człowiek czyta te dane, z których wynika,  e ka dy facet jest bohaterem. 

mier  ka dego z nich stanowiłaby niepowetowan  strat  dla  wiata. 

Rozpracowuje si  to. Widzi si , co byłoby z Rzeczywisto ci , gdyby ka dy z nich 

ył, i - na miło  Czasu! - gdyby  yli w ró nych zestawieniach. 

W ubiegłym miesi cu zbadałem pi set siedemdziesi t dwa podania w 

sprawie raka. Siedemna cie, dosłownie siedemna cie Biografii nie poci gało za 

sob  niepo danych zmian w Rzeczywisto ci. Nie było ani jednego przypadku 

prawdopodobie stwa po danej Zmiany Rzeczywisto ci, lecz Rada mówi,  e 

przypadki neutralne mog  otrzyma  surowic . Wzgl dy ludzkie, wie pan. A wi c 

siedemnastu ludzi w wybranych Stuleciach zostało wyleczonych w tym miesi cu. 

I co si  dzieje? Czy Stulecia s  szcz liwe! Nigdy w  yciu! Jeden człowiek 

wyzdrowiał, a dziesi ciu w tym samym Stuleciu, w tym samym Czasie, nie 

wyzdrowiało. Wszyscy pytaj : dlaczego akurat ten? Mo liwe,  e faceci, których 

nie leczymy, s  lepsi, mo e s  to kochani przez wszystkich filantropi, a człowiek, 

którego wyleczyli my, bije i kopie leciw  matk , je li ma akurat wolny czas, bo 

nie maltretuje swoich dzieci. Oni nic nie wiedz  o Zmianach Rzeczywisto ci, a nie 

mo emy im tego powiedzie . 

Sami sobie robimy kłopoty, Voy, póki Rada Wszechczasów nie przesieje 

wszystkich poda  i nie b dzie zatwierdzała tylko tych, które wywołuj  po dan  

Zmian  Rzeczywisto ci. To wszystko. Albo leczenie zdaje si  na co  ludzko ci, 

albo koniec z tym. Dosy  tego gadania w stylu: „No, to nie przynosi szkody...". 

Socjolog słuchał tego z wyrazem łagodnego ubolewania na twarzy, wreszcie 

powiedział: 

-  Gdyby to jednak pan miał raka... 

background image

 

48 

-  Głupia uwaga. Czy na tym opieramy nasze decyzje? Nie byłoby nigdy 

Zmiany Rzeczywisto ci. Jaki  biedny frajer zawsze musi dosta  kopniaka, 

prawda? Przypu my,  e to pan byłby tym frajerem... 

I jeszcze jedna sprawa: Niech pan pami ta,  e ilekro  przeprowadzamy 

Zmian  Rzeczywisto ci, coraz trudniej jest znale  nast pn  dobr  Zmian . 

Ka dego fizjoroku wzrasta prawdopodobie stwo,  e typowa Zmiana b dzie 

gorsza. To oznacza,  e liczba ludzi, których mo emy wyleczy , zmniejsza si  tak 

czy inaczej. I b dzie coraz mniejsza. Którego  dnia b dziemy mogli wyleczy  

jednego pacjenta na fizjorok, nawet licz c neutralne przypadki. Niech pan 

O tym pami ta. 

Harlan całkowicie stracił zainteresowanie. W swej pracy niejednokrotnie 

spotykał si  z tego typu gadaniem. Psychologowie i Socjologowie w swych 

rzadkich introwersyjnych studiach Wieczno ci nazwali to identyfikacj . Ludzie 

identyfikowali si  ze Stuleciem, z którym byli zwi zani zawodowo. Jego konflikty 

zbyt cz sto stawały si  ich konfliktami. 

Wieczno , jak mogła, zwalczała plag  identyfikacji;  eby j  utrudni ,  aden 

pracownik nie mógł zosta  przydzielony do sekcji w obr bie dwóch Stuleci od 

daty swego urodzenia. Wybierano przede wszystkim Stulecia o kulturze wyra nie 

si  ró ni cej od ojczystej (Harlan pomy lał o Finge'u i 482 wieku). Co wi cej, 

przydziały zmieniano, gdy tylko reakcje ludzi zaczynały budzi  podejrzenia. 

(Harlan nie dałby nawet szel ga z 50 Stulecia za to,  e Feruk utrzyma swój 

przydział dłu ej ni  przez nast pny fizjorok). 

A jednak ludzie identyfikowali si  z głupiej t sknoty za miejscem w Czasie 

(pragnienie Czasu; ka dy o nim wiedział). Z jakiego  powodu dotyczyło to 

szczególnie Stuleci o rozwini tej komunikacji kosmicznej. Było to co , co nale ało 

i mo na było zbada , gdyby nie chroniczna niech  Wieczno ci do introspekcji. 

Miesi c wcze niej Harlan pogardzałby Ferukiem jako niedoł nym 

sentymentalist , opryskliwym bałwanem, który cierpi widz c, jak 

elektrograwitacja traci intensywno  w nowej Rzeczywisto ci, 

I rekompensuje to sobie wymy laniem na Stulecia domagaj ce si  szczepionki 

antyrakowej. 

Mo liwe,  e zło yłby na niego raport. Byłoby to jego obowi zkiem. Na 

reakcjach tego człowieka najoczywi ciej nie mo na ju  było polega . 

Teraz nie byłby w stanie tak post pi . Nawet znajdował współczucie dla 

Feruka. Zbrodnia samego Harlana była o wiele ci sza. 

Jak łatwo było znowu skierowa  my li na Noys. 

W ko cu zasn ł owej nocy i obudził si  w  wietle dziennym. Jasno  

przenikała przezroczyste  ciany dokoła; jakby obudził si  w chmurze w ród 

mglistego nieba. 

Noys  miała si  do niego: 

- Bo e, jak trudno ci  zbudzi ! 

Harlan przede wszystkim si gn ł po kołdr , której nie było. Potem wróciła 

pami . Patrzył na Noys pustym wzrokiem, a twarz okryła mu si  gł bok  

czerwieni . Jak powinien si  teraz zachowa ? 

Lecz przypomniało mu si  co  innego i usiadł gwałtownie. 

-  Czy nie jest ju  przypadkiem po pierwszej? Ojcze Czasie! 

background image

 

49 

-  Dopiero jedenasta.  niadanie czeka i masz mnóstwo czasu. 

-  Dzi kuj  - wymamrotał. 

-  Prysznic przygotowany i ubranie równie . Có  miał powiedzie ? 

-  Dzi kuj  - wymamrotał. 

Unikał jej wzroku podczas posiłku. Siedziała naprzeciw niego, nie jedz c, z 

podbródkiem opartym na dłoni: włosy miała sczesane na jeden bok, a rz sy 

nienaturalnie długie. 

ledziła ka dy jego ruch, a on spu cił oczy, zastanawiaj c si , gdzie si  podział 

wstyd, który powinien odczuwa . 

Spytała: 

-  Dok d idziesz o pierwszej? 

-  Na mecz aeropiłki - mrukn ł. - Mam bilet. 

-  To finałowa rozgrywka. Straciłam cały sezon z powodu tego przesuni cia 

czasu, wiesz. Kto wygra mecz, Andrew? 

Poczuł si  dziwnie słabo na d wi k swego imienia. Potrz sn ł głow  i starał 

si  nada  swojej twarzy surowy wygl d. (Do tej pory przychodziło mu to bardzo 

łatwo). 

-  Przecie  na pewno wiesz. Przeprowadzałe  inspekcj  całego tego okresu, 

prawda? 

Wła ciwie powinien wyra nie i chłodno zaprzeczy , lecz zacz ł si  słabo 

tłumaczy : 

-  Miałem du o przestrzeni i czasu do zbadania. Nie znam takich drobnych 

szczegółów jak wyniki meczów. 

-  Och, po prostu nie chcesz mi powiedzie . 

Harlan nie dał  adnej odpowiedzi. Wetkn ł widelczyk w mały, soczysty owoc i 

podniósł go do ust. Po chwili Noys zapytała: 

-  Nie widziałe  przed swoim przybyciem, co si  wydarzyło w s siedztwie? 

-  Nie znam szczegółów. N... Noys - Zmusił si , by wypowiedzie  jej imi . 

Dziewczyna zapytała mi kko: 

-  Nie widziałe  nas? Nie wiedziałe  przez cały czas,  e... Harlan wyj kał: 

-  Nie, nie, nie mog  widzie  samego siebie. Nie jestem w Rze... nie ma mnie 

tutaj, póki nie przyb d . Nie mog  wytłumaczy ... -Był podwójnie zmieszany. Po 

pierwsze,  e ona o tym mówi. Po drugie,  e omal si  nie wygadał. „Rzeczywisto " 

była słowem najbardziej zakazanym w stosunku z Czasowcami. 

Podniosła brwi, a jej oczy stały si  okr głe i nieco zdziwione: 

-  Wstydzisz si ? 

-  To, co my zrobili, nie było wła ciwe. 

-  Dlaczego nie? - W 482 Stuleciu jej pytanie było absolutnie niewinne. - Czy 

Wieczno ciowcom nie wolno? - Pytanie miało odcie   artobliwy, jakby pytała, 

czy Wieczno ciowcom nie wolno je . 

-  Nie u ywaj tego słowa - powiedział Harlan. - Wła ciwie w pewnym sensie 

nie wolno. 

-  Dobrze, wi c nic im nie mów. Ja te  nie powiem. Obeszła stół i usiadła 

Marianowi na kolanach, odsun wszy po drodze mały stolik jednym łagodnym i 

płynnym ruchem biodra. 

background image

 

50 

Momentalnie zesztywniał i podniósł r ce gestem, który miał j  powstrzyma . 

Ale bez skutku. 

Pochyliła si  i pocałowała go w usta, i nic ju  si  mu nie wydawało wstydliwe. 

Nic, co si  wi zało z Noys i z nim. 

Nie był pewny, kiedy zacz ł robi  co , do czego jako Obserwator nie miał 

etycznego prawa. To znaczy, zacz ł zastanawia  si  nad istot  problemu bie cej 

Rzeczywisto ci i Zmiany Rzeczywisto ci, jak  planowano. 

To nie niemoralno  Stulecia, nie ektogeneza, nie matriarchat niepokoiły 

Wieczno . Wszystko to było ju  w poprzedniej Rzeczywisto ci i Rada 

Wszechczasów przygl dała si  temu oboj tnie. Finge powiedział,  e chodzi o co  

bardzo delikatnego. 

A wi c Zmiana ma by  bardzo delikatna i b dzie odnosiła si  do grupy, któr  

obserwował. Przynajmniej to było oczywiste. 

B dzie dotyczyła arystokracji, zamo nych, wy szych klas, które ci gn ły 

korzy ci z istniej cego systemu. 

Niepokoił go fakt,  e z cał  pewno ci  i Noys b dzie w to wmieszana. 

Nast pne trzy dni przewidziane w zleceniu przebył jakby w g stniej cej 

chmurze, tłumi cej nawet rado  płyn c z towarzystwa Noys. 

- Co si  stało? - spytała. - Przez pewien czas wydawałe  si  zupełnie inny ni  w 

Wiecz... w tamtym miejscu. Byłe  swobodny. 

A teraz wydajesz si  czym  zmartwiony. Czy to dlatego,  e masz wróci ? 

-  Cz ciowo - odparł Harlan. 

-  Musisz? 

-  Musz . 

-  No, a co by było, gdyby  si  spó nił? Harlan nieomal si  u miechn ł. 

-  Nie byliby zadowoleni, gdybym si  spó nił - powiedział i z ut sknieniem 

pomy lał o dwudniowym marginesie, dopuszczalnym w jego zleceniu. 

Noys wł czyła jaki  instrument muzyczny, który dobywał słodkie i 

skomplikowane melodie ze swego twórczego wn trza, potr caj c na chybił trafił 

nuty i akordy: przypadkowo  była jednak ograniczona przez skomplikowane 

formuły matematyczne na korzy  kombinacji przyjemnych. Frazy muzyczne nie 

mogły si  powtarza , jak nie mog  si  powtarza  płatki  niegu i jak płatki  niegu 

- nie mogły nie by  pi kne. 

Zahipnotyzowany d wi kiem Harlan wpatrywał si  w Noys, a jego my li 

kr yły wokół niej. Kim b dzie w nowym przeznaczeniu? Kimkolwiek byłaby, nie 

b dzie pami tała Harlana. I kimkolwiek byłaby, nie b dzie Noys. 

On nie tylko kochał t  dziewczyn . (Dziwne, u ywał słowa „kocham" w swych 

my lach po raz pierwszy i nawet nie zatrzymał si  wystarczaj co długo, by 

popatrze  na to dziwo i zaduma  si  nad nim). Kochał kombinacje czynników: jej 

wybór strojów, jej chód, jej sposób mówienia, jej minki. Potrzeba było  wier  

stulecia  ycia i do wiadcze  w okre lonej Rzeczywisto ci, by to wszystko mogło 

powsta . W poprzedniej Rzeczywisto ci, jeden fizjorok wcze niej, nie byłaby t  

sam  Noys. Nie b dzie t  sam  Noys w nast pnej Rzeczywisto ci. 

Nowa Noys b dzie mo e pod niektórymi wzgl dami koncepcyjnie lepsza, ale 

jedno wiedział na pewno: chce mie  t  Noys, t , któr  widzi w tej chwili, t  z 

istniej cej Rzeczywisto ci. Je li miała wady, pragn ł równie  tych wad. 

background image

 

51 

Co robi ? 

Nasuwały mu si  ró ne rozwi zania, wszystkie nielegalne. Jedno z nich 

zakładało,  e dowie si  o charakterze Zmiany i ustali, jak dalece wpłynie ona na 

Noys. Oczywi cie, mimo wszystko, człowiek nie mo e by  pewny,  e... 

Z marze  wyrwała Harlana martwa cisza. Znowu był w gabinecie Biografisty. 

Socjolog Voy obserwował go k tem oka. Trupia czaszka Feruka pochyliła si  ku 

niemu. 

A cisza była przenikliwa. 

Natychmiast u wiadomił sobie jej znaczenie. Trwało to tylko chwil , sumator 

przestał klekota . 

Harlan podskoczył. 

-  Pan ma odpowied , Biografisto. 

Feruk spojrzał na arkusiki folii, które trzymał w r ku. 

-  Tak, pewnie. To dosy  zabawne. 

-  Mog  zobaczy ? - Harlan wyci gn ł r k , która wyra nie dr ała. 

-  Tu nie ma nic do zobaczenia. Wła nie to jest zabawne. 

-  Jak to nic? - Harlan patrzył na Peruka oczyma, które nagle zacz ły go piec, 

a  wreszcie w miejscu, gdzie stał Feruk, pozostała tylko wydłu ona, cienka plama. 

Rzeczowy ton Biografisty otrze wił Harlana. 

-  Ta pani nie istnieje w nowej Rzeczywisto ci. Nie ma Zmiany osobowo ci. Po 

prostu jej nie ma i to wszystko. Znikła. Obliczyłem mo liwe odmiany 

prawdopodobie stwa do 0,0001. Ona nigdzie nie pasuje. Prawd  powiedziawszy - 

długimi palcami potarł podbródek - nie bardzo rozumiem, jak pasowała do starej 

Rzeczywisto ci z t  kombinacj  czynników, jak  mi pan podał. 

Harlan niemal nie słyszał, co do niego mówi . 

-  Ale... przecie  Zmiana była taka mała. 

-  Wiem. Dziwna kombinacja czynników. Prosz , chce pan folie? 

Dło  Harlana zacisn ła si  na foliach, nie czuj c nic. Noys znikła? Noys nie 

istnieje? Jak e to by  mo e? 

Poczuł czyj  r k  na ramieniu i usłyszał głos Voya. 

-   le si  pan czuje, Techniku? - Dło  cofn ła si  nagle, jakby Socjolog 

po ałował nieostro nego zetkni cia z ciałem Technika. 

Harlan przełkn ł  lin  i z wysiłkiem przybrał spokojny wyraz twarzy. 

-  Czuj  si  zupełnie dobrze. Odprowadzi mnie pan do szybu? Nie wolno mu 

okazywa  swoich uczu . Musi działa , jakby to, co tu przedstawił, było czysto 

akademick  kwesti . Musi ukry  fakt,  e wiadomo  o braku Noys w nowej 

Rzeczywisto ci przyj ł z ogromnym podnieceniem i rado ci .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

52 

Rozdział 7

 

 

PRELUDIUM ZBRODNI 

 

Harlan wst pił do kotła w 2456 Stuleciu i spojrzał na siebie, by si  upewni ,  e 

bariera odgradzaj ca szyb od Wieczno ci jest rzeczywi cie bez skazy,  e Socjolog 

Voy nie patrzy. W ostatnich tygodniach stało si  to jego zwyczajem, 

mechanicznym odruchem - to szybkie spojrzenie przez rami ,  eby si  upewni , 

e nikogo poza nim nie ma w przewodach kotła, 

A wtedy, chocia  był ju  w 2456 Stuleciu, nastawił sterowanie kotła na 

przyszło . Patrzył, jak rosn  liczby na temporometrze. Jakkolwiek zmieniały si  

z ogromn  szybko ci , pozostało troch  czasu na rozmy lania. 

Jak e odkrycie Biografisty zmieniło spraw ! Jak e zmieniła si  sama natura 

jego zbrodni! 

Teraz wszystko zale y od Finge'a. To zdanie dudniło rytmicznie w głowie 

Harlana. Wszystko zale y od Finge'a. Wszystko zale y od Finge'a... 

Harlan unikał jakiegokolwiek osobistego kontaktu z Finge'em od chwili swego 

powrotu do Wieczno ci po dniach sp dzonych z Noys w 482 Stuleciu. Wraz z 

Wieczno ci  opanowywało go poczucie winy. Złamanie przysi gi słu bowej, które 

wydawało si  niczym w 482, było czym  potwornym w Wieczno ci. 

Raport wysłał poczt  pneumatyczn  i wycofał si  do swego prywatnego 

mieszkania. Musiał to wszystko przemy le , zyska  na czasie,  eby si  zastanowi  

i przyzwyczai  do nowej, rodz cej si  w nim orientacji. 

Finge przeszkodził temu. Poł czył si  z Harlanem w niecały kwadrans po 

zakodowaniu przez niego adresu raportu i wło eniu go do rury poczty 

pneumatycznej. 

Obraz Kalkulatora pojawił si  na płycie wizjofonu, a głos oznajmił: 

-  Spodziewałem si ,  e jest pan w swoim gabinecie. Harlan powiedział: 

-  Przesłałem raport, Kalkulatorze. Nie ma znaczenia, gdzie czekam na nowe 

dyspozycje. 

-  Tak? - Finge rozwin ł rolk  folii, któr  trzymał w r ku, podniósł do oczu i 

wpatrywał si  z ukosa w jej perforowany wzór. -Raport nie jest kompletny - 

podj ł. - Czy mog  przyj  do pana? 

Harlan zawahał si  przez chwil , Ten człowiek był jego przeło onym i 

odmowa miałaby posmak niesubordynacji. To by wygl dało na jawne przyznanie 

si  do winy, a wra liwe, zm czone sumienie Harlana wzbraniało si  przed tym. 

- Prosz  bardzo, Kalkulatorze - powiedział sucho. 

Pulchna osoba Finge'a wniosła dra ni cy element epikurejski do surowej 

kwatery Harlana. Ojczyste Stulecie Harlana miało skłonno  do sparta skiego 

umeblowania wn trz i Harlan nigdy całkowicie nie stracił upodobania do tego 

stylu. Walcowate metalowe krzesła pokryte były matowym lakierem, sztuczne 

ziarnowanym, tak  e przypominał drewno (jakkolwiek niezbyt udatnie). W 

jednym z rogów pokoju stał niedu y mebel, który jeszcze bardziej nie pasował do 

obyczajów czasu. 

Finge natychmiast zwrócił na niego uwag  i dotkn ł pulchnym palcem, jakby 

chciał sprawdzi  jego kompozycj . 

background image

 

53 

-  Co to za materiał? 

-  Drewno, Kalkulatorze - odparł Harian. 

-  Prawdziwe? Autentyczne drewno? Zdumiewaj ce! U ywali cie drewna w 

waszym Stuleciu? 

-  U ywali my. 

-  No tak. W regulaminach nie ma  adnego zakazu, Techniku -Finge wytarł o 

nogawk  spodni palec, którym dotkn ł przedmiotu. -Nie wiem jednak, czy 

powinno si  pozwala , by oddziaływała na nas kultura naszego Stulecia. 

Prawdziwy Wieczno ciowiec przyjmuje tak  kultur , jaka go otacza. Osobi cie 

w tpi , czy w ci gu ostatnich pi ciu lat jadłem ze dwa razy z energetycznych 

naczy . -Westchn ł. - A jednak zetkni cie pokarmu z materi  zawsze wydawało 

mi si  niehigieniczne. Ale nie pobła am sobie. Nie pobła am. 

Znowu spojrzał na drewniany przedmiot, lecz teraz r ce zało ył do tyłu. 

Zapytał: 

-  Co to jest? Do czego to słu y? 

-  To szafa na ksi ki - odparł Harian. Miał ochot  spyta  Finge'a, jak si  

czuje teraz, z r kami zało onymi do tyłu. Czy nie uwa a,  e higieniczniej byłoby, 

gdyby jego ubranie i całe ciało zrobione było z czystych i nieskalanych pól 

energetycznych? 

Finge uniósł brwi. 

-  Szafa na ksi ki. Wi c te obiekty stoj ce na półkach s  ksi kami? Tak? 

-  Tak jest, Kalkulatorze. 

-  Autentyczne okazy? 

-  Wył cznie, Kalkulatorze. Zebrałem je w 24 Stuleciu. Mam nawet kilka 

sztuk z dwudziestego. Je li... je li pan zamierza je przejrze , prosiłbym o 

ostro no . Kartki zostały zakonserwowane i impregnowane, ale nie s  z folii. 

Trzeba si  z nimi obchodzi  ostro nie. 

-  Nie be.de ich dotykał. Nie mam zamiaru. My l ,  e jest na nich oryginalny 

kurz dwudziestego Stulecia. Prawdziwe ksi ki! -Za miał si . - Kartki z celulozy 

równie ? Tak pan sugerował. 

Harlan skin ł głow . 

-  Celuloza przystosowana dzi ki impregnacji do dłu szego istnienia. 

Tak….Otworzył usta, by gł boko wci gn  powietrze, zmuszaj c si  do 

zachowania spokoju. Byłoby  mieszne identyfikowanie si  z tymi ksi kami, 

jakby plamka na nich była plam  na nim samym. 

-  O mielam si  powiedzie  - Finge nadal trzymał si  tematu - e cała 

zawarto  tych ksi ek zmie ciłaby si  na dwóch metrach filmu, a wi c na czubku 

palca. Co one zawieraj ? 

Harlan powiedział: 

-  S  to oprawne roczniki czasopisma z 20 wieku. 

-  Czytał pan to? 

Harlan o wiadczył dumnie: 

-  To tylko wybrane tomy z pełnej kolekcji, jak  mam.  adna biblioteka w 

Wieczno ci nie posiada duplikatów tych egzemplarzy. 

background image

 

54 

-  Tak, to pana hobby. Przypominam sobie,  e pan mi kiedy  mówił o swoim 

zainteresowaniu Prymitywem. Byłem zdumiony,  e pana Edukator w ogóle panu 

pozwolił na rozwijanie zainteresowa  w tym kierunku. To marnowanie energii. 

Harlan zacisn ł wargi. Uznał,  e ten człowiek  wiadomie usiłuje go zirytowa , 

pozbawi  zdolno ci spokojnego my lenia. Je li tak, nie mo na dopu ci , by mu si  

to udało. 

Harlan odparł sucho: 

-  S dziłem,  e przyszedł pan,  eby porozmawia  o moim raporcie. 

-  Owszem - Kalkulator rozejrzał si , wybrał krzesło i usiadł ostro nie. - 

Raport nie jest kompletny, jak ju  powiedziałem przez wizjofon. 

-  Jak to, Kalkulatorze? - (Spokojnie! Spokojnie!). Twarz Finge'a wykrzywił 

nerwowy u miech. 

-  Co takiego si  zdarzyło, o czym jednak pan nie wspomniał, Harlan? 

-  Nic, Kalkulatorze. - Jakkolwiek powiedział to zdecydowanym tonem, czuł 

si  jak łajdak. 

-  Ale , Techniku! Sp dził pan pewien okres w towarzystwie młodej damy. 

Albo przynajmniej powinien pan sp dzi , je li wykonał pan zalecenia karty 

przestrzenno-czasowej. 

-  Wykonałem je - zdołał tylko powiedzie  Harlan. 

-  I co si  zdarzyło? Nie wspomniał pan nic o swych prywatnych kontaktach z 

kobiet . 

-  Nie zdarzyło si  nic wa nego - powiedział Harlan suchymi wargami. 

-  To  mieszne. Nie musz  mówi ,  e Obserwatorowi nie wypada os dza , co 

jest wa ne, a co nie. Ma pan swoje lata i do wiadczenie. 

Finge przenikliwie wpatrywał si  w Harlana. Jego wzrok był twardszy i 

bardziej natarczywy, ni by mo na s dzi  po łagodnym sposobie zadawania 

pyta . 

Harlan wiedział to doskonale i spokojny ton Finge'a nie mógł go zwie , lecz 

dr czyło go poczucie obowi zku. Jako Obserwator był tylko zmysłowo-

percepcyjnym pseudopodem, wysuni tym przez Wieczno  w Czas. Badał swoje 

otoczenie, po czym  ci gano go z powrotem. Wykonuj c funkcj  Obserwatora nie 

miał własnej osobowo ci, wła ciwie nie był człowiekiem. 

Prawie automatycznie Harlan rozpocz ł opowiadanie o wydarzeniach, które 

opu cił w raporcie. Robił to jak rutynowany Obserwator, dokładnie, co do słowa 

cytuj c rozmowy, rekonstruuj c intonacj  i wyraz twarzy. Robił to z 

przyjemno ci , opowiadaj c bowiem prze ywał wszystko na nowo i niemal 

zapomniał przy tym,  e zadawane przez Finge'a pytania, w poł czeniu z własnym 

uspokajaj cym poczuciem obowi zku, prowadz  wprost do wyznania winy. 

Dopiero gdy zacz ł si  zbli a  do ko cowego rezultatu owej pierwszej długiej 

rozmowy, zawahał si  i na jego obserwatorskim obiektywizmie pojawiły si  rysy. 

Oszcz dzono mu dalszych szczegółów, bo Finge nagle podniósł r k  i oznajmił 

ostro i sucho: 

- Dzi kuj . To wystarczy. Pan zamierza powiedzie ,  e doszło do stosunku 

mi dzy panem a t  kobiet . 

Harlan wpadł w gniew. To, co Finge powiedział, było absolutn  prawd , lecz 

ton jego głosu powodował,  e brzmiało to spro nie, grubia sko, a - co gorsza - 

background image

 

55 

banalnie. A czymkolwiek to było albo mogło by , nie miało nic wspólnego z 

banałem. 

Harlan potrafił wyja ni  zachowanie si  Finge'a, jego dokuczliwe  ledztwo, 

fakt,  e przerwał meldunek akurat w tym momencie. Finge był zazdrosny! 

Mógłby przysi c,  e przynajmniej to jest oczywiste. Technikowi udało si . odbi  

dziewczyn , któr  Finge uwa ał za swoj . 

Harlana ogarn ło słodkie uczucie triumfu. Po raz pierwszy w  yciu widział 

cel, który znaczył dla  wi cej ni  surowe wypełnianie praw Wieczno ci. Chciał, 

eby Finge był zazdrosny, bo Noys Lambent miała teraz na zawsze pozosta  z 

Harlanem. 

W nastroju nagłego uniesienia zgłosił wniosek, który pierwotnie zamierzał 

przedstawi  po odczekaniu czterech czy pi ciu dni. Powiedział: 

-  Mam zamiar poprosi  o zezwolenie na zwi zek z kobiet  z Czasu. 

Wydawało si ,  e Finge obudził si  z zadumy. 

-  Z Noys Lambent, przypuszczam. 

-  Tak jest. Musi to przej  przez pana r ce jako Kalkulatora kieruj cego 

sekcj ... 

Harlan chciał,  eby to przeszło przez r ce Finge'a. Niech cierpi. Je li sam ma 

ochot  na t  dziewczyn , niech to powie, a Harlan b dzie mógł nalega , by Noys 

pozwolono na dokonanie wyboru. Niemal si  przy tym u miechn ł. Miał nadziej , 

e do tego dojdzie. To b dzie jego ostateczny triumf. 

Zazwyczaj, oczywi cie, Technik nie mógł nawet marzy ,  eby wygra  tak  

spraw  z Kalkulatorem, lecz Harlan był pewny,  e mo e liczy  na poparcie 

Twissella, a Finge nie dorósł jeszcze do tego,  eby walczy  z Twissellem. 

Jednak Finge wygl dał na spokojnego. 

-  Wydaje si  - powiedział -  e pan ju  nielegalnie posiadł t  dziewczyn . 

Harlan poczerwieniał i zacz ł si  słabo broni . 

-  Karta przestrzenno-czasowa polecała,  eby my pozostawali sam na sam. 

Poniewa  nic z tego, co si  zdarzyło, nie było wyra nie zabronione, nie czuj  si  

winien. 

Było to kłamstwo, a z wyrazu niemal rozbawienia na twarzy Finge'a mo na 

było wyczu ,  e on o tym wie. 

-  B dzie Zmiana Rzeczywisto ci - powiedział. 

-  Je li tak - rzekł Harlan - poprosz  o zwi zek z pann  Lambent w nowej 

Rzeczywisto ci. 

-Nie s dz ,  eby to było rozs dne. Teraz nic pan nie wie na pewno. W nowej 

Rzeczywisto ci ona mo e by  m atk , mo e by  ułomna. Wła ciwie ona pana nie 

b dzie chciała. Tak, nie b dzie chciała. 

Marian zadr ał. 

-  Pan nic nie wie na ten temat. 

-  Czy by? Pan sobie wyobra a,  e ta pa ska wielka miło  to sprawa dwojga 

dusz?  e przetrwa wszelkie zewn trzne zmiany? Czytuje pan powie ci z Czasu? 

Harlan został zmuszony do szczero ci. 

-  Po pierwsze, nie wierz  panu. 

-  Bardzo mi przykro - o wiadczył Finge chłodno. 

background image

 

56 

-  Pan kłamie. - Harlan nie troszczył si  ju  teraz o to, co mówi. -Pan jest 

zazdrosny. Miał pan plany w stosunku do Noys, lecz ona wybrała mnie. 

Finge powiedział: 

-  Czy pan u wiadamia sobie... 

-  U wiadamiam sobie du o. Nie jestem głupcem. Nie jestem Kalkulatorem, 

ale nie jestem równie  idiot . Mówi pan,  e ona nie b dzie mnie chciała w nowej 

Rzeczywisto ci. Sk d pan wie? Nie wie pan nawet, jaka b dzie ta nowa 

Rzeczywisto . Nie wie pan, czy w ogóle musi nast pi  ta nowa Rzeczywisto . 

Dopiero co otrzymał pan mój raport. Trzeba go przeanalizowa , zanim mo na 

b dzie skalkulowa  Zmian , a có  dopiero wyst pi  o akceptacj . Wi c mówi c, 

e zna pan natur  Zmiany, pan kłamie. 

Finge mógł zareagowa  na kilka ró nych sposobów i podniecony Harlan 

u wiadamiał to sobie. Nie próbował mi dzy nimi wybiera . Finge mógł wyj  

udaj c bardzo obra onego. Mógł wezwa  agenta Bezpiecze stwa i aresztowa  

Technika za niesubordynacj ; mógł zacz  wrzeszcze  tak jak Harlan; mógł 

natychmiast poł czy  si  z Twissellem i zło y  oficjalne za alenie; mógł... mógł... 

Finge nie zrobił nic w tym rodzaju. 

Powiedział spokojnie: 

Siadaj, Harlan, musimy o tym pomówi . 

A poniewa  tego typu reakcja była całkowicie nieoczekiwana, Harlan 

otworzył usta i usiadł zmieszany. Jego zacietrzewienie min ło. Co to mo e by ? 

-  Pami ta pan oczywi cie - powiedział Finge -jak mówiłem,  e zlecony panu 

problem w 482 Stuleciu polega na niepo danym stosunku Czasowców bie cej 

Rzeczywisto ci do Wieczno ci. Przypomina pan sobie, prawda? - Mówił z 

łagodnym naciskiem, jak nauczyciel do nieco ograniczonego ucznia, jednak 

Harlanowi wydawało si ,  e dostrzega twardy błysk w jego oczach. 

-  Niew tpliwie - odparł Harlan. 

-  Pami ta pan, jak mówiłem,  e Rada Wszechczasów nie chciała akceptowa  

mojej analizy sytuacji bez specjalnych obserwacji potwierdzaj cych. Czy nie 

sugeruje to panu,  e ju  skalkulowałem potrzebn  Zmian  Rzeczywisto ci? 

-  A moje obserwacje potwierdzaj  zało enia? 

-  Potwierdzaj . 

-  Wi c wła ciwe ich zanalizowanie wymaga czasu. 

-  Nonsens. Pana raport nie ma  adnego znaczenia. Potwierdzeniem było to, co 

mi pan powiedział przed chwil . 

-  Nie rozumiem. 

-  Niech pan słucha, Harlan, i pozwoli sobie powiedzie , co jest nie w 

porz dku z 482 Stuleciem. W ród wy szych klas społecze stwa, szczególnie 

w ród kobiet, pokutuje mniemanie,  e Wieczno- ciowcy s  naprawd  wieczni; 

dosłownie,  e  yj  wiecznie... Wielki Czasie, człowieku, Noys Lambent ci to 

powiedziała. Powtórzyłe  mi jej o wiadczenie dwadzie cia minut temu. 

Harlan patrzył t po na Finge'a. Przypominał sobie słodki, pieszczotliwy głos 

Noys; gdy pochyliła si  ku niemu i patrzyła mu w oczy. „Pan  yje wiecznie. Jest 

pan Wieczno ciowcem?". 

Finge kontynuował: 

background image

 

57 

-  Takie przekonanie jest niedobre, ale jeszcze nie tak bardzo gro ne. Mo e 

sprawia  pewne kłopoty, zwi kszy  trudno ci sekcji, lecz kalkulacja wyka e,  e 

Zmiana byłaby potrzebna jedynie w niewielu przypadkach. Je li jednak Zmiana 

jest po dana, czy nie jest dla pana oczywiste,  e musz  si  zmieni , i to zmieni  

maksymalnie, przede wszystkim ci mieszka cy Stulecia, którzy ulegli 

przes dowi? Innymi słowy - kobiety z arystokracji. Noys. 

-  Mo e by , ale spróbuj  swojej szansy. 

-  Nie ma pan  adnej szansy. My li pan,  e to pana urok i wdzi ki przekonały 

t  mi kk  arystokratk , by padła w ramiona skromnego Technika? Harlan, 

b d my realistami. 

Harlan zacisn ł wargi. Nie powiedział nic. Finge mówił: 

-  Nie domy la si  pan,  e istnieje jeszcze inny przes d, który ci ludzie 

poł czyli ze sw  wiar  w wieczne  ycie Wieczno ciowców? Wielki Czasie, Harlan! 

Wi kszo  kobiet wierzy,  e intymne stosunki z Wieczno ciowcem zapewniaj  

miertelnej (jak my l  o sobie) kobiecie  ycie wieczne! 

Harlan zawahał si . Znowu bardzo wyra nie słyszał głos Noys: „Gdyby mnie 

wzi to do Wieczno ci...". 

A potem jej pocałunki. Finge ci gn ł dalej: 

-  W istnienie takiego przes du trudno było uwierzy , Harlan. To nie miało 

precedensu. Mie ciło si  to w granicach marginesowego bł du, tak  e 

kalkulowanie poprzedniej Zmiany w ogóle nie dało informacji na ten temat. Rada 

Wszechczasów chciała wi c mocnych dowodów, chciała konkretów. Wobec tego 

wybrałem pann  Lambent jako typow  przedstawicielk  jej klasy, a pana 

wybrałem jako drugi obiekt... 

Harlan zerwał si : 

-  Pan wybrał mnie? Jako obiekt? 

-  Bardzo przepraszam - powiedział Finge sztywno - ale to było konieczne. Pan 

był bardzo dobrym obiektem. 

Harlan patrzył na  nieruchomo. 

Finge kr cił si  pod tym spojrzeniem. Powiedział: 

-  Rozumie pan? Nie, nadal pan nie rozumie. Pan nigdy nie zwracał uwagi na 

kobiety. Uwa ał pan kobiety i wszystko, co ich dotyczy, za nieetyczne. Nie, istnieje 

lepsze okre lenie: uwa ał pan to za grzeszne. Tego rodzaju pogl dy odbijaj  si  

na pana powierzchowno ci i dla ka dej kobiety ma pan tyle seksu, co zdechła 

przed miesi cem makrela. Ale otó  i mamy kobiet : pi kny, wypieszczony 

produkt hedonistycznej kultury, kobiet , która płomiennie uwodzi ci  w pierwszy 

wspólny wieczór, dosłownie  ebrz c o twój u cisk. Nie rozumie pan,  e jest to 

mieszne, niemo liwe, chyba  e... no có , chyba  e jest to potwierdzenie, którego 

szukamy. 

Harlan wykrztusił z trudem: 

-  Mówi pan,  e ona si  sprzedała... 

-  Po co takie okre lenia? W tym Stuleciu seks nie ł czy si  z  adnym 

wstydem. Jedynie dziwne jest to,  e wybrała pana jako partnera. Zrobiła to dla 

ycia wiecznego. To jasne. 

background image

 

58 

Harlan, ze wzniesionymi ramionami, zakrzywionymi jak szpony palcami, bez 

adnej rozs dnej my li ani  adnej nierozs dnej, poza tym, by zdusi  i stratowa  

Finge'a, rzucił si  naprzód. 

Finge cofn ł si  szybko. Błyskawicznym gestem, cho  dr cymi r koma, 

wydobył eksploder. 

-  R ce przy sobie! W tył! 

Harlan zachował do  rozs dku, by si  zatrzyma . Włosy miał potargane, 

koszul  mokr  od potu. Oddychał ze  wistem przez nozdrza. Finge odezwał si  

urywanym głosem: 

-  Jak widzisz, znam ci  bardzo dobrze i spodziewałem si ,  e mo esz 

gwałtownie zareagowa . B d  strzelał w razie potrzeby. 

-  Wyjd ! - powiedział Harlan. 

-  Owszem, wyjd . Tylko najpierw musisz mnie wysłucha . Za zaatakowanie 

Kalkulatora zostałby  zdegradowany, ale nie b dziemy si  tym zajmowali. 

Zrozumiesz jednak,  e ja nie kłamałem. Noys Lambent, kimkolwiek b dzie albo 

nie b dzie w nowej Rzeczywisto ci, zostanie uwolniona od swego przes du. Bo 

taki jest cel Zmiany. A bez tego przes du, Harlan - głos Finge'a przekształcił si  

niemal w warczenie -jak kobieta taka jak Noys mogłaby kocha  m czyzn  

takiego jak ty? 

Pulchny Kalkulator cofn ł si  ku drzwiom, nie opuszczaj c jednak 

eksplodera. 

Zatrzymał si  i dodał szyderczo: 

-  Oczywi cie, gdyby  j  miał teraz, Harlan, gdyby  j  miał teraz, mógłby  si  

ni  cieszy . Mógłby  utrzyma  ten zwi zek i zalegalizowa  go. Ale teraz. Bo 

Zmiana nast pi szybko, Harlan, a potem nie b dziesz jej ju  miał. Jaka szkoda, 

e „teraz" nie trwa długo, nawet w Wieczno ci, co? 

Harlan nie patrzył ju  na niego. Wi c jednak Finge zwyci ył. Nic nie widz c 

patrzył w ziemi , a kiedy podniósł głow , Finge'a ju  nie było - a czy znikn ł pi  

sekund, czy pi tna cie minut temu, Harlan nie umiał powiedzie , 

Godziny wlokły si  upiornie, a Harlan czuł si  jak zamkni ty w wi zieniu 

własnej wyobra ni. Wszystko, co Finge mówił, było prawd , oczywist  prawd . 

Obserwatorski umysł Harlana mógł patrze  wstecz na zwi zek mi dzy nim a 

Noys, na ten krótki, niezwykły zwi zek, który nabrał teraz zupełnie innego 

znaczenia w jego oczach. 

To nie był przypadek miło ci od pierwszego wejrzenia. Jak e mógł w to 

uwierzy ? Miło  od pierwszego wejrzenia do człowieka takiego jak on? 

Jasne,  e nie. Łzy piekły go pod powiekami i czuł wstyd. Oczywi cie,  e to 

sprawa chłodnej kalkulacji. Dziewczyna ma niezaprzeczalne walory fizyczne i nie 

uznaje  adnych zasad etycznych, które by j  powstrzymały od wykorzystania 

tych walorów. Wykorzystała je i nie miało to nic wspólnego z Andrew Harlanem 

jako m czyzn . Był po prostu uosobieniem jej wypaczonego pogl du na 

Wieczno  i wszystkiego, co st d wynikało. Odruchowo Harlan pie cił swymi 

długimi palcami ksi ki na półce. Wyj ł jeden tom i nie patrz c otworzył go. 

Litery migotały. Wyblakłe ilustracje były brzydkimi bezsensownymi 

plamami. 

background image

 

59 

Dlaczego Finge fatygował si , by mu to wszystko powiedzie ? W 

najdokładniejszym sensie tego słowa - nie powinien. Obserwator czy kto  

pracuj cy jako Obserwator nie powinien nigdy zna  wniosków płyn cych z jego 

obserwacji. Dzi ki temu wła nie mógł idealnie odgrywa  rol  obiektywnego, 

nieludzkiego narz dzia. 

Ale Finge powiedział mu to, by go zmia d y ,  eby mie  okazj  do podłej, 

płyn cej z uczucia zazdro ci zemsty. 

Harlan dotykał palcami otwartej strony czasopisma. Zauwa ył,  e wpatruje 

si  w jaskrawoczerwon  podobizn  pojazdu naziemnego, przypominaj cego 

wehikuły charakterystyczne dla 45, 182, 590 i 984 Stulecia, podobnie jak dla 

okresu pó nego Prymitywu. Była to bardzo popularna odmiana pojazdu z 

wewn trznym silnikiem spalinowym. W erze Prymitywu  ródłem energii były 

zwi zki naftowe, a koła amortyzowano naturalnym kauczukiem. W pó niejszych 

Stuleciach nap d był oczywi cie inny. 

Harlan pokazywał t  ilustracj  Cooperowi. Kładł na ni  szczególny nacisk, a 

teraz jego umysł, jakby pragn ł odej  od nieszcz snej tera niejszo ci, cofn ł si  

do tego momentu. 

-  Ogłoszenia w pismach - mówił - ucz  nas wi cej o czasach Prymitywu ni  

tak zwane artykuły. Autorzy arykułów zakładaj  pod-stawow  wiedz  o  wiecie, 

o którym pisz . U ywaj   pewnych okre le , których nie widz  potrzeby 

wyja nia . Na przykład, co to jest takiego piłka golfowa? 

Cooper ch tnie przyznał si  do swej ignorancji. Harlan kontynuował 

dydaktycznym tonem, jakiego nie potrafił unikn  w podobnych okoliczno ciach. 

-  Ze wzmianek na ten temat mogliby my wydedukowa ,  e jest to jaka  mała 

kulka. Wiemy,  e była u ywana do gry, cho by z tego powodu,  e wspomina si  o 

niej pod nagłówkiem „Sport". Mo emy nawet wyprowadzi  dalsze wnioski:  e 

odbijano j  jakim  długim kijem i  e celem gry było wprowadzenie piłki do dołka 

w ziemi. Ale po co si  m czy  dedukcj  i rozumowaniem? Popatrz na to 

ogłoszenie. Jego celem jest tylko zach cenie czytelników do kupna piłki, lecz przy 

okazji pokazuj  nam wspaniały portret tej piłki w zbli eniu, wraz z wycinkiem 

dla wyja nienia jej konstrukcji. 

Cooper, który pochodził z ery o mniej rozwini tej reklamie, nie bardzo mógł 

si  z tym pogodzi . Powiedział: 

- Czy to nie jest niesmaczne,  e ci ludzie tyle hałasuj ? Nikt nie jest taki głupi, 

eby wierzy  w czyje  przechwałki na temat własnych wyrobów. Czy producent 

przyzna si  do usterek? Czy powstrzyma si  od przesady? 

Lecz teraz pod wpływem wrzaskliwych, tromtadrackich ogłosze  w 

czasopi mie umysł Harlana wrócił do obecnej sytuacji i znów był w 

tera niejszo ci. Pytał samego siebie w nagłym podnieceniu: Czy te my li, które 

miał przed chwil , rzeczywi cie nic nie znacz ? Czy te  w bolesny sposób usiłuje 

znale  drog  w ciemno ci z powrotem do Noys? 

Ogłoszenie! Sposób zmuszania niech tnych do posłuchu. Czy fabrykantowi 

pojazdów naziemnych zale y, by okre lony osobnik czuł spontaniczn  potrzeb  

nabycia jego produktu? Je li obiekt (to było wła ciwe słowo) mo na sztucznie 

przekona  lub wmówi  mu,  e odczuwa potrzeb , i skłoni , by odpowiednio do 

tego post pił -to co za ró nica? 

background image

 

60 

Co za ró nica, czy Noys kocha go z nami tno ci, czy z wyrachowania? Niech 

tylko oboje pozostan  wystarczaj co długo razem, na pewno go pokocha 

naprawd . On j  zmusi do miło ci, a ostatecznie liczy si  tylko miło , a nie jej 

motywy.  ałował teraz,  e nie przeczytał paru powie ci z Czasu, o których Finge 

wspominał ironicznie. 

Harlan zacisn ł pi ci pod wpływem nagłej my li. Je eli Noys przyszła do 

niego, do Harlana, chc c zyska  nie miertelno , oznacza to,  e do tej pory nie 

uzyskała tego daru. Znaczy to,  e nie miała przedtem stosunku z  adnym 

Wieczno ciowcem, a co za tym idzie, jej zwi zek z Finge'em nie był niczym innym 

jak tylko zwi zkiem sekretarki i pracodawcy. Gdyby było inaczej, po co byłby jej 

potrzebny Harlan? 

Jednak Finge musiał próbowa ... na pewno miał zamiar... (Harlan nie mógł 

doko czy  tej my li nawet wobec samego siebie). Finge mógł przecie  przekona  

si  o istnieniu przes du na własnej osobie. Z pewno ci  przychodziło mu to do 

głowy, gdy miał stał  pokus  w postaci Noys. A wi c na pewno mu odmówiła. 

U ył wi c Harlana i Harlanowi si  powiodło. To z tego powodu Finge m ci si  

zazdro nie, torturuj c Harlana u wiadamianiem mu przyziemnych motywów 

Noys. Lecz Noys odrzuciła Finge'a nawet za cen  wiecznego  ycia, akceptowała 

za  Harlana. Miała mo no  wyboru i zdecydowała na jego korzy . A wi c nie 

było to tylko wyrachowanie. Uczucie równie  odgrywało rol . 

Poczuł chaos w głowie i z ka d  chwil  rosn ce podniecenie. 

Musi j  mie , i to zaraz. Przed jak kolwiek Zmian  Rzeczywisto ci. Finge 

powiedział szyderczo...”Teraz nie trwa długo, nawet w Wieczno ci”. 

Czy jednak rzeczywi cie nie trwa? 

Harlan wiedział dokładnie, co powinien zrobi . Gniewne kpiny Finge'a 

wprowadziły go w taki stan umysłu,  e był gotów do zbrodni, a ostatnie 

szyderstwo u wiadomiło mu, jaki czyn musi popełni . 

Nie mo e straci  teraz ani chwili. Z podnieceniem, a nawet rado ci , niemal 

biegiem, opu cił swoj  kwater , by popełni  ci k  zbrodni  przeciwko 

Wieczno ci.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

61 

Rozdział 8

 

 

ZBRODNIA 

 

Nikt go o nic nie pytał. Nikt go nie zatrzymywał. Tak czy inaczej, społeczna 

izolacja Technika była do  korzystna. Przez kanały kotłów dotarł do drzwi 

Czasu i wł czył sterowanie. Oczywi cie, mogło si  zdarzy ,  e kto  si  zjawi z 

legalnym poleceniem i zdziwi si , dlaczego drzwi były u ywane. Zawahał si  i 

postanowił opiecz towa  je swoj  piecz tk . Opiecz towane drzwi nie wzbudzały 

zainteresowania. Nieopiecz towane drzwi w u yciu wywołałyby zdziwienie. 

Oczywi cie mogło si  zdarzy ,  e to Finge trafi na te drzwi. Ale Harlan musiał 

ryzykowa . 

Noys stała nadal tak, jak j  zostawił. Upłyn ły koszmarne godziny 

(fizjogodziny) od chwili, gdy Harlan opu cił 482 Stulecie dla samotnej 

Wieczno ci, lecz wrócił teraz do tego samego Czasu po kilku sekundach. Nawet 

włos na głowie Noys si  nie poruszył. 

Spojrzała na niego zaskoczona: 

-  Zapomniałe  czego , Andrew? 

Harlan patrzył na ni  głodnym wzrokiem, lecz nawet nie próbował jej 

dotkn . Pami tał słowa Finge'a i nie  miał ryzykowa  odmowy. Powiedział 

sztywno: 

-  Musisz robi  to, co ci powiem. Zapytała: 

-  Stało si  co  złego? Przecie  przed chwil  odszedłe . Nie min ła nawet 

minuta. 

-  Nie martw si  - powiedział Harlan. Nie uj ł jej za r k , nie próbował 

uspokoi . Zamiast tego mówił szorstko. Było to tak, jakby jaki  demon zmuszał 

go, by robił wszystko niewła ciwie. Dlaczego wrócił w pierwszej mo liwej chwili? 

Tylko j  niepokoił prawie natychmiastowym powrotem. 

Oczywi cie mógł to uzasadni . Dysponował dwudniowym marginesem 

uwzgl dnianym przez kart  przestrzenno-czasow . Wcze niejsze godziny tego 

okresu łaski były bezpieczniejsze, bo wykrycie ich wykorzystania niemal nie 

wchodziło w rachub . Naturaln  tendencj  było wi c cofanie si  jak najbardziej 

w przeszło . A jednak to było głupie ryzyko. Mógł si  łatwo przeliczy  i wej  w 

Czas przed momentem opuszczenia go przed kilku fizjogodzinami. Co wtedy? 

Jedna z pierwszych zasad, jakich uczono Obserwatora, brzmiała: „Osoba 

zajmuj ca dwa punkty w tym samym Czasie tej samej Rzeczywisto ci nara a si  

na ryzyko spotkania siebie samej". 

Z jakiego  powodu nale ało tego unikn . Dlaczego? Harlan wiedział,  e nie 

chce spotka  samego siebie. Nie chciał patrzy  w oczy innego, wcze niejszego albo 

pó niejszego Harlana. Poza tym byłby to paradoks. Twissell za  cz sto powtarzał: 

„Nie ma paradoksów w Czasie, ale tylko dlatego,  e Czas  wiadomie unika 

paradoksów". 

Gdy Harlan rozmy lał m tnie o tym wszystkim, Noys patrzyła na niego 

du ymi  wietlistymi oczyma. 

Potem podeszła bli ej, przyło yła swe chłodne dłonie do jego płon cych 

policzków i powiedziała mi kko: 

background image

 

62 

-  Masz kłopoty. 

Harlanowi jej spojrzenie wydawało si   yczliwe, kochaj ce. Jak to by  mogło? 

Osi gn ła przecie , co chciała. Co si  jeszcze za tym kryje? Chwycił j  za r ce i 

zapytał ochrypłym głosem: 

-  Chcesz wyjecha  ze mn ? Teraz? Nie zadaj c  adnych pyta ? Zrobisz 

dokładnie to, co powiem? 

-  Czy musz ? - zapytała. 

-  Musisz, Noys. To bardzo wa ne. 

-  W takim razie jad . - Powiedziała to rzeczowo, jakby w tym  daniu nie 

było nic osobliwego. 

U wylotu kotła zawahała si  na chwil , a potem weszła do  rodka. Harlan 

powiedział: 

-  Jedziemy naprzód, Noys. 

-  To oznacza przyszło , prawda? 

Kocioł pomrukiwał ju  delikatnie, gdy do niego weszła, i ledwie zd yła 

usi

, Harlan nieznacznie poruszył kontakt koło swego łokcia. 

Nie miała  adnych mdło ci na pocz tku tej nie daj cej si  opisa  Jazdy w 

Czasie. Ale bał si ,  e tego nie uniknie. 

Siedziała spokojnie, tak pi kna i swobodna,  e czuł bół, gdy na ni  patrzył, i 

nie troszczył si  w ogóle,  e bez pozwolenia zabieraj c j  w Wieczno  popełnia 

przest pstwo. 

Zapytała: 

-  Czy ta podziałka wskazuje lata, Andrew? 

-  Stulecia. 

-  Czy to znaczy,  e jeste my o tysi c lat w przyszło ci? Ju ? 

-  Tak jest. 

-  Nie czuj  tego. 

-  Wiem. 

Rozejrzała si  dokoła. 

-  Ale jak si  poruszamy? 

-  Nie wiem. Noys. 

-  Nie wiesz? 

-  Wiele spraw w Wieczno ci trudno zrozumie . 

Liczby na temporometrze maszerowały dalej. Poruszały si  coraz szybciej, a  

stały si  niewyra n  smug . Harlan łokciem przesun ł przyspieszacz w gór . 

Zu ycie energii mogło stanowi  pewne zaskoczenie dla zakładów energetycznych, 

lecz w tpił w to. Nikt na niego nie czekał w Wieczno ci teraz, gdy wracał z Noys, 

a to stanowiło ju  dziewi  dziesi tych wygranej. Teraz trzeba j  było ulokowa  

w bezpiecznym miejscu. 

Harlan znowu spojrzał na dziewczyn . 

-  Wieczno ciowcy nie wiedz  wszystkiego. 

-  Ale ja nie jestem Wieczno ciowcem - mrukn ła. - Wiem bardzo mało. 

Puls Harlana przy pieszył tempo. Jeszcze nie jest Wieczno ciowcem? Lecz 

Finge powiedział... 

Daj spokój - błagał samego siebie. - Daj spokój. Ona jest z tob . U miecha si  

do ciebie. Czegó  chcesz wi cej? 

background image

 

63 

A jednak odezwał si : 

-  Ty my lisz,  e Wieczno ciowiec  yje wiecznie? 

-  Owszem, wszyscy uwa aj ,  e st d pochodzi ta nazwa. -U miechn ła si  do 

niego promiennie. - Ale tak nie jest, prawda? 

-  Wi c ty tak nie uwa asz? 

-  Od kiedy byłam troch  w Wieczno ci - przestałam. Ludzie nie wygl dali 

tam tak, jakby mieli  y  wiecznie. I s  tam równie  starcy. 

-  A jednak powiedziała  mi,  e  yj  wiecznie... wtedy w nocy. Przysun ła si  

bli ej, nadal si  u miechaj c: 

-  Pomy lałam sobie: kto wie? 

Nie mógł zapanowa  nad napi ciem w swoim głosie: 

-  Jak Czasowiec zostaje Wieczno ciowcem? 

Jej u miech znikn ł i albo to była wyobra nia Harlana, albo rzeczywi cie na 

jej policzkach pojawił si  nikły rumieniec. Powiedziała: 

-  Czemu o to pytasz? 

-   eby si  dowiedzie . 

-  To głupie - rzekła. - Wol  o tym nie mówi . - Popatrzyła na swe pi kne 

palce, zako czone paznokciami, które połyskiwały bezbarwnie w przy mionym 

wietle szybu. Harlan pomy lał, wła ciwie bez zwi zku,  e na wieczornym 

przyj ciu przy lekkim ultrafiolecie w iluminacji  ciennej, te paznokcie b d  

połyskiwały jasn  zieleni  albo intensywn  purpur , w zale no ci od k ta, pod 

jakim b dzie trzymała dłonie. Dziewczyna tak sprytna jak Noys potrafi wydoby  

z nich kilka odcieni, daj c do zrozumienia,  e barwy odbijaj  jej nastroje: 

niebieski - naiwno , jasno ółty - wesoło , fiolet - trosk , a szkarłat - nami tno . 

Zapytał: 

-  Dlaczego mi si  oddała ? 

Odrzuciła w tył włosy i popatrzyła na niego. Twarz jej pobladła i spowa niała. 

Odparła: 

-  Je li koniecznie musisz wiedzie , po cz ci przyczyn  była teoria,  e 

dziewczyna w ten sposób mo e wej  do Wieczno ci. Nie szkodziłoby, gdybym 

yła wiecznie. 

-  Mówiła , zdaje si ,  e w to nie wierzysz. 

-  Nie wierz , ale nie zaszkodzi spróbowa . Szczególnie,  e... 

Patrzył na ni  powa nie, znajduj c ucieczk  od bólu i rozczarowania w 

chłodnym spojrzeniu dezaprobaty z wy yn moralno ci swojego Stulecia. 

-  No? 

-  Szczególnie,  e tak czy inaczej tego chciałam. 

-  Chciała ? 

-  Tak. 

-  Dlaczego wybrała  akurat mnie? 

-  Bo ci  lubi . Bo sobie pomy lałam,  e jeste  zabawny. 

-  Zabawny! 

-  No, dziwny... je li wolisz to słowo. Zawsze tak si  wysilałe ,  eby na mnie nie 

spojrze , ale zawsze mimo to spogl dałe . Próbowałe  mnie nienawidzi , a ja 

widziałam,  e mnie pragniesz. Było mi ci . troszk   al. 

-  Dlaczego  al? - Czuł, jak płon  mu policzki. 

background image

 

64 

-  Bo tyle miałe  z tym kłopotów. Przecie  to taka prosta sprawa. Wystarczy 

zapyta . Co za problem? Po co cierpie ? 

Harlan skin ł głow . Moralno  482 Stulecia. 

-  Wystarczy zapyta ! -wymamrotał. - Takie proste. Nie potrzeba nic wi cej. 

-  Oczywi cie, dziewczyna musi by  ch tna. Przewa nie bywa, je li nie jest 

zaanga owana w inny sposób. Czemu nie? Przecie  to proste. 

Teraz Harlan musiał z kolei spu ci  oczy. Istotnie, to takie proste. I nie ma w 

tym równie  nic złego. Przynajmniej w 482 wieku. Któ  w Wieczno ci mo e 

wiedzie  o tym lepiej? Byłby głupcem, oczywistym i sko czonym głupcem, gdyby 

j  spytał o jej wcze niejsze przygody. Mógłby równie dobrze zapyta  dziewczyn  

ze swoich czasów, czy kiedykolwiek jadła w obecno ci m czyzny i jak  miała to 

robi . 

Zamiast tego zapytał pokornie: 

-  A co sobie teraz o mnie my lisz? 

-   e jeste  bardzo ładny - powiedziała mi kko. - I gdyby  był swobodniejszy... 

Nie mógłby  si  u miechn ? 

-  Nie ma powodu. Noys. 

-  Prosz  ci . Chc  zobaczy , czy twoje policzki marszcz  si  wła ciwie. 

Zobaczymy. - Uniosła palcami k ciki jego warg. 

Zaskoczony szarpn ł głow , ale nie mógł si  powstrzyma  od  miechu. 

-  Widzisz. Nawet nie masz zmarszczek na policzkach. Jeste  niemal pi kny. 

Gdyby  troch  popraktykował, postał troch  przed lustrem i pou miechał si , i 

popuszczał oko... mógłby  by  naprawd  pi kny. 

Lecz w tły u miech znikn ł, ledwie si  pojawił. Noys spytała: 

-  Mamy kłopoty, prawda? 

-  Owszem. Powa ne kłopoty. 

-  Z powodu tego, co zrobili my? Ty i ja? Tamtego wieczora? 

-  Niezupełnie. 

-  To była moja wina, naprawd . Powiem im to, je li chcesz. 

- Nigdy — zaprotestował Harlan energicznie. - Nie bierz na siebie  adnej 

winy. Nie zrobiła  nic takiego,  eby czu  si  winn . Chodzi o co  innego. 

Noys spojrzała niepewnie na temporometr. 

-  Gdzie jeste my? Nie mog  nawet rozró ni  cyfr. 

-  Kiedy jeste my - automatycznie poprawił j  Harlan. Zmniejszył pr dko  i 

mo na ju  było odcyfrowa  Stulecia. 

Jej pi kne oczy zaokr gliły si , a rz sy odcinały si  wyra nie od bladej cery. 

-  Czy to mo liwe? 

Harlan oboj tnie zerkn ł na licznik, który pokazywał liczb  72 000. 

Z pewno ci  mo liwe. 

- Ale dok d jedziemy? 

-  Do kiedy jedziemy. W dalek  przyszło  - powiedział powa nie. - Dobr  i 

dalek . Tam, gdzie ci  nie znajd . 

W milczeniu patrzyli na zwi kszaj ce si  liczby. W milczeniu Harlan 

powtarzał sobie,  e dziewczyna nie jest winna temu, o co oskar ał j  Finge. 

Przyznała si  szczerze do tego, co było prawd , i równie szczerze stwierdziła,  e 

istniało z jej strony tak e osobiste zainteresowanie. 

background image

 

65 

Podniósł głow , gdy Noys zmieniła pozycj . Przesun ła si  na t  stron , gdzie 

siedział, i zdecydowanym ruchem zatrzymała kocioł, w nieprzyjemny sposób 

wyhamowuj c pr dko  czasow . Harlan przełkn ł  lin  i przymkn ł oczy, by 

powstrzyma  mdło ci. 

-  Co si  stało? - zapytał. 

Miała popielat  twarz i przez chwil  nie odpowiadała. Potem rzekła: 

-  Nie chc  jecha  dalej. Numery s  ju  bardzo wysokie. Temporometr 

wskazywał 111 394. 

Powiedział: 

-  Wystarczy. 

A potem z powag  wyci gn ł dło . 

-  Chod , Noys. Tu przez pewien czas b dzie twój dom. 

W drowali przez korytarze, jak dzieci trzymaj c si  za r ce. Główne przej cia 

były o wietlone, a ciemne pokoje rozbłyskiwały po dotkni ciu wył cznika. 

Powietrze było  wie e i jakby poruszało si  lekko, cho  nie czuło si  przeci gu. 

Wskazywało to na obecno  wentylacji. 

Noys szepn ła: 

-  Czy tu nikogo nie ma? 

-  Nikogo - odparł Harlan. Usiłował powiedzie  to mocno i gło no. Chciał 

przełama  czar Ukrytych Stuleci, lecz mimo wszystko odezwał si  tylko szeptem. 

Nie wiedział nawet, jak okre li  tak dalek  przyszło . Nazywa  to sto 

jedena cie tysi cy trzysta dziewi dziesi tym czwartym Stuleciem byłoby 

mieszne. Nale ało mówi  w sposób prosty, nie precyzuj c: wieki stutysi czne. 

Wła ciwie nie nale ało si  zastanawia  nad tak głupim problemem, lecz teraz, 

gdy emocje ucieczki ju  si  sko czyły, znalazł si  w pozbawionym  ladów  ycia 

rejonie Wieczno ci i wcale mu si  to nie podobało. Wstydził si , i to tym bardziej, 

e Noys widziała dreszcz, jaki go przenikn ł, dreszcz strachu. Noys powiedziała: 

-  Jak tu czysto. Nie ma kurzu. 

-  Samoodkurzanie - odparł Harlan. Z wysiłkiem, niemal zrywaj cym struny 

głosowe, podniósł głos do prawie normalnej tonacji. Ale nikogo tu nie ma. Ani 

ladu w przód, ani wstecz przez tysi ce Stuleci. 

Wydawało si ,  e Noys to akceptuje. 

-  I wszystko jest tak urz dzone? Mijali my magazyny  ywno ciowe i 

filmoteki. Widziałe ? 

-  Widziałem. Och, s  całkowicie wyekwipowane. Ka da sekcja. 

-  Ale po co, skoro tu nikogo nie ma? 

-  To logiczne - odparł Harlan. Rozmowa na ten temat rozładowywała nieco 

nastrój niesamowito ci. Wypowiedzenie tego, co ju  teoretycznie wiedział, u ci li 

spraw , sprowadzi j  do normalnych wymiarów. - We wczesnej historii 

Wieczno ci, w trzechsetnych wiekach, pojawił si  powielacz masy. Wiesz, o co 

chodzi? Umieszczona na polu rezonuj cym energia mogła by  przekształcona w 

materi , przy czym drobiny subatomowe przyjmowały dokładnie taki układ jak 

we wzorcowym modelu. W rezultacie powstawała dokładna kopia. 

My, w Wieczno ci, u yli my tego instrumentu dla własnych celów. W tym 

czasie było rozbudowanych zaledwie sze set czy osiemset sekcji. Oczywi cie 

mieli my powa ne plany rozwojowe. „Dziesi  nowych sekcji w fizjoroku" było 

background image

 

66 

jednym z haseł owego okresu. Powielacz masy sprawił,  e wszystko to stało si  

zb dne. Zbudowali my jedn  now  sekcj  w cało ci, zaopatrzon  w jedzenie, 

zapas mocy, zapas wody i najlepsze urz dzenia automatyczne; uruchomili my 

maszyn  i powielali my t  sekcj , po jednej na ka de Stulecie, przez cał  

Wieczno . Nie wiem, jak daleko dotarli, prawdopodobnie do milionów Stuleci. 

-  I wszystkie s  takie jak ta, Andrew? 

-  Dokładnie takie same. A gdy Wieczno  organizuje nowe sekcje, po prostu 

wyprowadzamy si , adaptuj c konstrukcje mody panuj cej w danym stuleciu. 

My... my nie dotarli my jeszcze do tej sekcji. (Nie było sensu mówi  jej,  e 

Wieczno ciowcy nie mog  przenikn  w Czas tutaj, w Ukrytych Stuleciach. 

Niczego by to nie zmieniło). 

Spojrzał na ni  i stwierdził,  e Noys wygl da na zakłopotan . Powiedział 

szybko: 

-  Nie ma  adnego marnotrawstwa w budowaniu sekcji. Zu yło si  tylko 

energi , nic wi cej, a maj c do dyspozycji gwiazd  Nova... 

Przerwała. 

-  Nie, po prostu nie pami tam. 

-  Czego nie pami tasz? 

-  Mówisz,  e powielacz wynaleziono w trzechsetnych wiekach. Nie mieli my 

go w 482. Nie przypominam sobie,  ebym czytała o czym  takim w historii. 

Harlan zamy lił si . Jakkolwiek była od niego ni sza tylko o jakie  pi  

centymetrów, nagle przez porównanie poczuł si  olbrzymem. Ona była dzieckiem, 

niemowl ciem, a on półbogiem Wieczno ci, który musi j  uczy  i ostro nie 

prowadzi  ku prawdzie. 

Powiedział: 

-  Noys, kochanie, usi d my gdzie ... co  ci wytłumacz . 

Poj cie zmiennej Rzeczywisto ci, Rzeczywisto ci, która nie jest ustalona, 

wieczna i niezmienna, nie nale y do spraw, które ka demu da si  łatwo wyja ni . 

Harlan niekiedy przypominał sobie wczesne dni Nowicjatu i odtwarzał 

rozpaczliwe próby odci cia si  od swego Stulecia i Czasu. 

Przeci tny Nowicjusz potrzebował sze ciu miesi cy, by pozna  prawd , by 

odkry ,  e nigdy nie wróci do domu w dosłownym sensie tego słowa. Nie tylko 

prawo Wieczno ci mu to uniemo liwiało, lecz równie  fakt,  e dom i rodzina, 

takie, jakimi je znał, mogły ju  nie istnie , mogły w pewnym sensie nie istnie  

nigdy. 

Ró nie to oddziaływało na Nowicjuszy. Harlan przypominał sobie blad  i 

ci gni t  twarz Bonky'ego Latourette'a w tym dniu, gdy Edukator Yarrow 

ostatecznie i jednoznacznie wyja nił im problem Rzeczywisto ci. 

aden z Nowicjuszy nie mógł je  tego wieczora. Skupili si  razem, szukaj c 

czego  w rodzaju psychicznego ciepła, z wyj tkiem La-tóurette'a, który znikn ł. 

miali si  fałszywie i próbowali  artowa . 

Kto  powiedział dr cym i niepewnym głosem: 

- Przypuszczam,  e nigdy nie miałem matki. Je li wróc  do 

dziewi dziesi tego pi tego, powiedz  mi: „Kto ty jeste ? Nie znamy ci . Nie 

mamy  adnych dokumentów. Ty nie istniejesz". 

background image

 

67 

U miechali si  słabo i kiwali głowami, samotni chłopcy, którym nie zostało nic 

prócz Wieczno ci. 

Gdy poszli do sypialni, zastali tam Latourette'a, który spał mocno i szybko 

oddychał. W zagł bieniu jego r ki widniało lekkie zaczerwienienie od zastrzyku; 

na szcz cie zauwa ono je w por . 

Wezwano Yarrowa i przez pewien czas wydawało si ,  e kurs straci jednego 

Nowicjusza, jednak w ko cu wykurowano go. W tydzie  pó niej siedział ju  na 

swoim miejscu. Ale pi tno tej złej nocy pozostało na zawsze na jego osobowo ci. 

A teraz Harlan miał wytłumaczy  Rzeczywisto  Noys Lambent, dziewczynie 

niewiele starszej ni  tamci Nowicjusze, wytłumaczy  jej od razu i całkowicie. 

Musiał. Nie miał wyboru. Ona musi dowiedzie  si  dokładnie, co im grozi i co 

powinna robi . 

Powiedział jej. Jedli mi so z puszki, mro one owoce i pili mleko przy stole 

konferencyjnym na dwana cie osób. I tam jej powiedział. 

Wyja niał jej jak najostro niej, lecz szybko przekonał si ,  e ostro no  jest 

niepotrzebna. Chwytała szybko ka d  informacj  i zanim znalazł si  w połowie, 

ku swemu wielkiemu zdumieniu przekonywał si ,  e reaguje nie najgorzej. Nie 

bała si . Nie miała poczucia utraty wszystkiego. Wygl dała tylko na 

rozzłoszczon . 

Gniew ubarwił jej twarz gł bokim rumie cem, a jej ciemne oczy jakim  

sposobem wydawały si  jeszcze ciemniejsze. 

-  Ale  to zbrodnia - powiedziała. - Jakim prawem Wieczno ciowcy to robi ? 

-  Robi si  to dla dobra ludzko ci - powiedział Harlan. Oczywi cie, ona nie 

mogła tego naprawd  rozumie . Było mu przykro,  e sposób my lenia 

Czasowców jest ograniczony ich wyobra eniem o Czasie. 

-  Naprawd ? To i powielacz masy został stracony? 

-  Mamy jeszcze jego kopie. Nie martw si  o to. Zachowali my go. 

-  Zachowali cie go! A co z nami? To my z 482 powinni my go mie . - 

Wymachiwała zaci ni tymi pi ciami. 

-  To by nie przyniosło wam nic dobrego. Nie denerwuj si , kochanie, i 

słuchaj. - Niemal kurczowym gestem (miał si  jeszcze nauczy , jak dotyka  jej 

naturalnie) uj ł jej r ce i przytrzymał. 

Przez chwil  próbowała je wyswobodzi , a potem zrezygnowała, a nawet 

roze miała si . 

-  Och, mów dalej, głuptasku, i nie rób takiej powa nej miny. Nie mam do 

ciebie  alu. 

-  Nie mo esz mie   alu do nikogo. Robimy to, co trzeba. Ten powielacz 

stanowi klasyczny przykład. Uczyłem si  tego w szkole. Je li powielasz mas , 

mo esz powiela  równie  osoby. Wynikaj  z tego bardzo skomplikowane 

problemy. 

-  Czy społecze stwo nie powinno samo rozwi zywa  swoich problemów? 

-  Powinno, lecz uczyli my si ,  e społecze stwo w Czasie nie rozwi zywało 

swoich problemów zadowalaj co. Pami taj,  e bł dy społecze stwa obci aj  nie 

tylko je samo, ale wszystkie nast pne pokolenia. Wła ciwie nie ma 

zadowalaj cego rozwi zania problemu duplikatom masy. Nale y do tej kategorii, 

background image

 

68 

co wojny atomowe i narkotyki, na które po prostu nie mo na pozwoli . Ich 

rozwój nigdy nie jest korzystny. 

-  Sk d jeste  taki pewny? 

-  Mamy komputery, Noys. Komputapleksy o wiele dokładniejsze ni  

wszystkie wynalezione kiedykolwiek w jednej Rzeczywisto ci. One przeliczaj  

mo liwe Rzeczywisto ci i układaj  najbardziej po dane z milionów zmiennych 

warto ci. 

-  Maszyny! - powiedziała szyderczo. Harlan zmarszczył czoło, lecz zaraz 

złagodniał. 

-  Nie b d  taka. Oczywi cie, nie znosisz my li,  e  ycie nie jest tak konkretne, 

jak si  spodziewała . Ty i  wiat, w jakim  yjesz, mógł by  tylko cieniem 

prawdopodobie stwa rok wcze niej, ale co za ró nica? Masz przecie  wszystkie 

wspomnienia, niezale nie od tego, czy s  cieniem prawdopodobie stwa, czy nie, 

prawda? Pami tasz swoje dzieci stwo i rodziców, prawda? 

-  Oczywi cie. 

-  A wi c tak, jakby  naprawd  to prze yła. Niezale nie od tego, czy tak było, 

czy nie. 

-  Nie wiem. B d  musiała to przemy le . A co - je li jutro znowu powstanie 

ten  wiat ze snu czy cie , czy jak ty to nazywasz? 

-  Wtedy b dzie nowa Rzeczywisto  i nowa ty z nowymi wspomnieniami. 

B dzie po prostu tak, jakby nic si  nie zdarzyło, z wyj tkiem tego,  e suma 

szcz cia znowu wzro nie. 

-  Jednak jako  nie bardzo mi si  to podoba. 

- Ponadto - dodał szybko Harlan - teraz nic ci si  nie stanie. B dzie nowa 

Rzeczywisto , ale ty jeste  w Wieczno ci. Nie zostaniesz zmieniona. 

-  Powiedziałe  przecie  - odezwała si  Noys smutno -  e nie robi to  adnej 

ró nicy. Po co si  nara a  na te wszystkie kłopoty? 

Z nagł  nami tno ci  Harlan powiedział: 

-  Poniewa  chc ,  eby  była taka, jaka jeste . Dokładnie taka, jaka jeste . Nie 

chc ,  eby  si  zmieniła. W  aden sposób. 

O mały włos, a byłby wykrztusił prawd ,  e gdyby nie przes d 

Wieczno ciowcach i wiecznym  yciu, nigdy by nie miała do niego skłonno ci. 

Odparła nieco zamy lona: 

-  Czy b d  musiała tu zosta  na zawsze? B d  si  czuła... samotna. 

-  Nie, nie. Nie my l o tym - zaprotestował gwałtownie, chwytaj c j  za r ce 

tak silnie,  e pisn ła. - Dowiem si , czym b dziesz w nowej Rzeczywisto ci 482 

Stulecia, i wrócisz tam,  e tak powiem, w przebraniu. Zaopiekuj  si  tob . 

Wyst pi  o zezwolenie na formalny zwi zek 

1 b d  pilnował,  eby  przetrwała bezpiecznie przyszłe Zmiany. Jestem 

Technikiem, i to dobrym Technikiem, i znam si  na Zmianach. - Dodał ponuro: - 

A wiem równie  o paru innych sprawach. - Urwał. 

Noys spytała: 

-  Czy to wszystko jest dozwolone? Chodzi o to, czy mo esz bra  ludzi do 

Wieczno ci i chroni  ich przed Zmianami? To nie wygl da legalnie, s dz c z tego, 

co mi opowiadałe . 

background image

 

69 

Przez chwil  Harlan czuł si  nagle malutki i słaby w wielkiej pustce tysi cy 

Stuleci, które go otaczały w przeszło ci i przyszło ci. Przez chwil  czuł si  odci ty 

nawet od Wieczno ci, która była jego jedynym domem i jedyn  wiar . Był 

podwójnym wyrzutkiem: z Czasu i z Wieczno ci. Została u jego boku tylko 

kobieta, dla której opu cił to wszystko. 

Odczuwał gł boko to, co powiedział: 

-  Tak, to jest zbrodnia. To bardzo ci ka zbrodnia, a ja wstydz  si  bardzo. 

Ale zrobiłbym to jeszcze raz, gdyby było potrzeba, a nawet nie raz. 

-  Dla mnie, Andrew? Dla mnie? Nie spojrzał jej w oczy. 

-  Nie, Noys, dla siebie. Nie mógłbym  y , gdybym ci  stracił. Powiedziała: 

-  A je li nas złapi ... 

Harlan znał na to odpowied . Znał odpowied  od czasu, kiedy rozmy lał 

wtedy w 482 Stuleciu le c razem z Noys. Ale nawet teraz nie  miał my le  o 

ponurej prawdzie. 

Powiedział: 

- Nie boj  si  nikogo. Mam swoje sposoby. Oni sobie nawet nie wyobra aj , 

jak wiele wiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

70 

Rozdział 9

 

 

INTERLUDIUM

 

 

Gdy si  patrzy wstecz, mo na powiedzie ,  e rozpocz ł si  potem idylliczy 

okres. Sto wydarze  nast piło w tych fizjotygodniach, a pó niej wszystko to 

spl tało si  w pami ci Harlana i wydawało mu si ,  e ten okres trwał o wiele 

dłu ej ni  w rzeczywisto ci. Najpi kniejsze były niew tpliwie godziny, które mógł 

sp dzi  z Noys, one upi kszały wszystko inne. 

Po pierwsze: W 482 Stuleciu pakował powoli swe rzeczy osobiste - ubranie, 

filmy, a przede wszystkim ukochane i wypieszczone roczniki czasopism z 

Prymitywu. Pieczołowicie dogl dał ich powrotu do swojej stałej siedziby w 575 

wieku. 

Finge stał obok, gdy ludzie z Obsługi przenosili baga e do kotła towarowego. 

Powiedział, z najwi ksz  staranno ci  dobieraj c słów: 

-  Widz ,  e pan nas opuszcza. 

U miechał si  szeroko, starannie jednak  ci gaj c wargi, tak  e wida  było 

ko ce z bów. R ce miał zło one za plecami, a jego pulchna posta  kołysała si  na 

pi tach. 

Harlan nie patrzył na swego przeło onego. Mrukn ł oboj tnie: 

-  Tak, Kalkulatorze. Finge powiedział: 

-  Zło  raport Starszemu Kalkulatorowi Twissellowi w sprawie całkowicie 

zadowalaj cego wypełnienia obowi zków obserwacyjnych w 482 Stuleciu. 

Harlan nie mógł si  zdoby  nawet na słowo podzi kowania. Milczał. Finge 

podj ł, nagle zni aj c głos: 

-  Na razie nie zamelduj  o pana niedawnej próbie u ycia siły wobec mnie. - I 

chocia  u miech nadal pozostawał na jego twarzy, a Kalkulator spogl dał 

łagodnym wzrokiem, był w nim jaki  odcie  okrutnej satysfakcji. 

Harlan spojrzał ostro i powiedział: - Jak pan uwa a. 

Po drugie: Urz dził si  znowu w 575. 

Prawie natychmiast spotkał Twissella. Ucieszył si  na widok tego człowieka z 

pomarszczon  twarz  gnoma. Ucieszył si  nawet widz c, jak Twissell podnosi do 

ust biał  rurk , dymi c  mi dzy dwoma poplamionymi palcami. 

Harlan powiedział: 

-  Kalkulatorze. 

Twissell wynurzywszy si  ze swego gabinetu patrzył przez chwil , nie widz c i 

nie poznaj c Harlana. Twarz miał wychudł , a oczy przymru one ze znu enia. 

Powiedział: 

-  Ach, Technik Harlan. Sko czyłe  robot  w 482? 

-  Tak, Starszy Kalkulatorze. 

Reakcja Twissella była dziwaczna. Popatrzył na zegarek, który, jak ka dy 

zegarek w Wieczno ci, wskazywał czas fizjologiczny, podaj c zarówno dni, jak i 

godziny: 

-  Pod nosem, mój chłopcze. Cudowne. Cudowne. 

Serce Harlana drgn ło. Jeszcze nie tak dawno nie potrafiłby znale  sensu w 

tych słowach. Teraz zdawało mu si ,  e je rozumie. Twissell musiał by  zm czony, 

background image

 

71 

bo inaczej mo e nie zdradzałby tak łatwo istoty rzeczy. Albo mo e Kalkulator 

uwa ał t  uwag  za tak tajemnicz ,  e a  zupełnie bezpieczn , mimo  e tak blisk  

prawdy. 

Harlan zapytał w miar  mo no ci oboj tnie, tak aby nie było widoczne,  e 

jego uwaga ma jakikolwiek zwi zek z tym, co Twissell powiedział przed chwil : 

-  Jak si  ma mój Nowicjusz? 

-  Dobrze, dobrze - Twissell najwidoczniej miał co  innego na głowie. Possał 

szybko tl c  si  rurk  z tytoniem, kiwn ł głow  i wyszedł spiesznie. 

Po trzecie: Nowicjusz. 

Wygl dał starzej. Wydawało si ,  e jest dojrzalszy. Wyci gn ł dło  i 

powiedział: 

- Ciesz  si ,  e pan wrócił, Harlan. 

By  mo e wynikało to z tego,  e Harlan przyzwyczaił si  do Coopera jako do 

ucznia, a tymczasem wygl dał on teraz na kogo  wi cej ni  na Nowicjusza. 

Obecnie wydawało si ,  e jest instrumentem w r kach Wieczno ciowców. 

Naturalnie, musiał w zwi zku z tym przybra  now  posta  w oczach Harlana. 

Harlan usiłował nie pokazywa  tego po sobie. Znajdowali si  obaj w nowej 

kwaterze Harlana, a Technik rozkoszował si  porcelanowymi płaszczyznami 

mietankowej barwy, zadowolony,  e wyzwolił si  z ozdobnej tandety wieku 482. 

Jakkolwiek usiłował kojarzy  sobie barok tego wieku z Noys, ł czył go jedynie z 

Finge'em. Z Noys kojarzył sobie ró owy aksamitny półmrok i - co dziwne -nag  

surowo  sekcji Ukrytych Stuleci. 

Mówił gwałtownie, zupełnie jakby pragn ł ukry  swe niebezpieczne my li: 

-  Cooper, co oni z tob  wyrabiali, gdy mnie nie było? Cooper roze miał si , 

musn ł mimowolnie swój długi, opadaj cy w s i powiedział: 

-  Brali my jeszcze matematyk . Ci gle matematyk . 

-  Tak? Teraz pewnie ju  do  specjalistyczny materiał? 

-  Do  specjalistyczny. 

-  No i jak idzie? 

-  Zno nie. Przychodzi mi to całkiem łatwo, wie pan. Lubi  to. Ale teraz 

wprost mi ju  ładuj  do głowy. 

Harlan poczuł niejakie zadowolenie: 

-  Wzory Pola Czasowego i tym podobne? 

Lecz Cooper, poczerwieniawszy nieco, zwrócił si  do półek załadowanych 

ksi kami i powiedział: 

-  Wracajmy do Prymitywu. Mam kilka pyta . 

-  W zwi zku z czym? 

-   ycie miejskie w 23 Stuleciu. Szczególnie w Los Angeles. 

-  Dlaczego Los Angeles? 

-  To ciekawe miasto. Nie s dzi pan? 

-  Tak, ale zajmijmy si  nim w 21. Wtedy było u szczytu rozwoju. 

-  Och, spróbujmy w 23. 

-  Dobrze, czemu nie? - odparł Harlan. 

Twarz miał nieruchom , lecz gdyby t  nieruchomo  mo na było zdj  jak 

skór , byłaby pod ni  zaci to . Jego wielkie intuicyjne przypuszczenie było 

czym  wi cej ni  przypuszczeniem. Wszystko sprawdzało si  dokładnie. 

background image

 

72 

Po czwarte: Badania. Podwójne badania. 

Najpierw dla siebie. Codziennie czujnie przegl dał raporty na biurku 

Twissella. Raporty dotyczyły ró nych postanowionych albo proponowanych 

Zmian Rzeczywisto ci. Kopie normaln  drog  przesyłano do Twissella, poniewa  

był członkiem Rady Wszechczasów, i Harlan wiedział,  e materiały s  kompletne. 

Najpierw szukał nadchodz cej Zmiany w 482. Nast pnie szukał Zmian, wszelkich 

innych Zmian, z jak  skaz , jak  niedokładno ci , jakim  odchyleniem od 

maksymalnej doskonało ci, które mógłby dostrzec swymi wyszkolonymi i 

utalentowanymi oczyma Technika. 

Prawd  mówi c studiowanie raportów nie nale ało do niego, lecz w owych 

dniach Twissell rzadko bywał w swoim biurze, a nikt inny nie  miał przeszkadza  

osobistemu Technikowi Twissella. 

To była tylko jedna cz  jego poszukiwa . Druga odbywała si  w 575-

wiecznej sekcji biblioteki. 

Po raz pierwszy opu cił te działy biblioteki, które zazwyczaj przykuwały jego 

uwag . Przedtem odwiedzał dział historii Prymitywu (bardzo n dzny zreszt , tak 

e wi kszo  jego bibliografii i materiałów  ródłowych nale ało wyci gn  z 

odległej przeszło ci trzeciego tysi clecia). Jeszcze dokładniej przeszukiwał półki 

po wi cone Zmianie Rzeczywisto ci, jej teorii, technice i historii: znakomita 

kolekcja, poza centralnym wydziałem (najlepsza w Wieczno ci dzi ki 

Twissellowi), której stał si  niemal wył cznym wła cicielem. 

Teraz spacerował z zaciekawieniem w ród innych półek z filmami. Po raz 

pierwszy Obserwował (przez du e O) stoiska po wi cone samemu 575 Stuleciu: 

jego geografi , która mało zmieniała si  od Rzeczywisto ci do Rzeczywisto ci, 

jego histori , która zmieniała si  wi cej, i socjologi , która zmieniała si  

najbardziej. Nie były to ksi ki czy raporty pisane o Stuleciu przez 

obserwuj cych i kalkuluj cych Wieczno ciowców (te znał doskonale), lecz przez 

samych Czasowców. 

Były tam dzieła literatury 575 wieku, które przypominały o gor cych sporach 

na temat warto ci poszczególnych zmian. Czy to arcydzieło nale y zmieni , czy 

nie? A je li nale y, to jak? W jaki sposób Zmiany wpływaj  na dzieła sztuki? 

I czy kiedykolwiek nast pi powszechna zgoda na temat sztuki? Czy uda siej  

sprowadzi  do terminów ilo ciowych, dost pnych dla mechanicznej oceny przez 

maszyny matematyczne? 

Pewien Kalkulator nazwiskiem August Sennor był głównym oponentem 

Twissella w tych sprawach. Harlan zainteresowany nami tn  krytyk , jakiej 

Twissell poddawał tego człowieka i jego pogl dy, przeczytał niektóre z dzieł 

Sennora i uznał je za zaskakuj ce. 

Sennor pytał otwarcie, a dla Harlana niepokoj co, czy nowa Rzeczywisto  

nie mo e zawiera  osobowo ci analogicznej do człowieka, którego poprzednio 

przeniesiono w Wieczno . Nast pnie analizował mo liwo  spotkania przez 

Wieczno ciowca jego odpowiednika w Czasie, podczas gdy obaj o tym wiedz  

albo nie wiedz , i zastanawiał si , jakie byłyby rezultaty w ka dym z tych 

przypadków. Był to jeden z najbardziej przera aj cych problemów Wieczno ci. 

Harlan zadr ał i szybko przerzucił klatk  filmu po wi conego dyskusji. 

background image

 

73 

Oczywi cie Sennor dyskutował obszernie losy literatury i sztuki w 

najró norodniejszych typach i klasyfikacjach Zmian Rzeczywisto ci. 

Lecz Twissell nie chciał si  zajmowa  tym problemem. „Je li walorów sztuki 

nie mo na komputowa  - krzyczał do Harlana - to po co nam dyskusje na ten 

temat?". 

Harlan wiedział,  e pogl dy Twissella podziela wi kszo  Rady 

Wszechczasów. 

Lecz teraz stał przed półkami po wi conymi powie ciom Eryka Linkollewa, 

zazwyczaj przedstawianego jako wybitnego pisarza 575 Stulecia, i dziwił si . 

Naliczył pi tna cie ró nych kompletów Dziel zebranych, niew tpliwie wyj tych z 

ró nych Rzeczywisto ci. Był pewny,  e ka dy z nich jest nieco inny ni  pozostałe. 

Na przykład jeden komplet był znacznie cie szy. Wyobra ał sobie,  e ze stu 

Socjologów musiało analizowa  ró nice mi dzy tymi dziełami w warunkach 

socjologicznego tła ka dej Rzeczywisto ci, zyskuj c sobie w ten sposób pozycj . 

Harlan przeszedł do skrzydła biblioteki po wi conego technice i wynalazkom 

ró nych Stuleci pi set siedemdziesi tych pi tych. Wiedział,  e wiele z tych 

urz dze  zostało wyeliminowanych z Czasu i pozostawało jedynie w Wieczno ci 

jako dzieła ludzkiej pomysłowo ci. Człowieka nale ało chroni  przed produktami 

jego zbyt wybujałych uzdolnie  technicznych. I to bardziej ni  przed 

czymkolwiek innym. Niemal ka dego fizjoroku gdzie  w Czasie technika j drowa 

zbytnio zbli ała si  ku niebezpiecze stwu i nale ało j  hamowa . 

Wrócił do głównej cz ci biblioteki i półek po wi conych matematyce i jej 

dziejom. Dotykał palcami poszczególnych tomów i po pewnym namy le wyci gn ł 

kilka i wpisał je na swoje nazwisko. 

Po pi te: Noys. 

Była to naprawd  wa na cz  interludium i jedyna cz  liryczna. W 

wolnych godzinach, po wyj ciu Coopera, kiedy zazwyczaj jadał samotnie, czytał 

samotnie, spał samotnie, czekał samotnie na nast pny dzie  - Harlan ruszał do 

kotłów. 

Całym sercem był wdzi czny Twissellowi za pozycj  Technika. Był wdzi czny 

jak nigdy za to,  e go unikano. 

Nikt go nie pytał, czy ma prawo przebywa  w kotle, nikt nie troszczył si , 

dok d zmierza - w przyszło  czy przeszło . Nie  cigał go ciekawy wzrok,  adne 

ch tne r ce nie ofiarowywały mu pomocy, gadatliwe usta nie rozmawiały o tej 

sprawie. 

Mógł jecha , dok d i kiedy tylko mu si  podobało. 

Noys mówiła: 

-  Zmieniłe  si , Andrew. O Nieba, jak si  zmieniłe ! Patrzył na ni  i 

u miechał si : 

-  W jaki sposób, Noys? 

-  U miechasz si ! Oto jeden z dowodów. Czy czasem spogl dasz do lustra i 

widzisz swój u miech? 

-  Boj  si . Powiedziałbym: nie mog  by  szcz liwy. Jestem chory. Jestem 

pomylony. Zamkni to mnie w domu wariatów, gdzie  ni  na jawie, nie wiedz c o 

tym. 

Noys pochyliła si  i uszczypn ła go. 

background image

 

74 

-  Czujesz co ? 

Przyci gn ł jej głow  ku swojej, zanurzył twarz w jej mi kkich, pachn cych 

włosach. Kiedy si  rozdzielili, powiedziała bez tchu: 

-  Pod tym wzgl dem równie  si  zmieniłe . Stałe  si  bardzo dobry w tych 

sprawach. 

-  Mam dobr  nauczycielk  - zacz ł Harlan i urwał nagle, boj c si ,  e mo e to 

by  zrozumiane jako wyrzut:  e to inni j  wykształcili. 

Lecz w jej u miechu nie było  ladu zakłopotania. Zjedli posiłek, a ona 

wygl dała bardzo pi knie w stroju, który jej dostarczył. 

Zauwa yła jego spojrzenie i lekko uniosła spódnic , w tym miejscu, gdzie 

mi kko obejmowała jej uda. 

Powiedziała: 

-  Wolałabym,  eby  tego nie robił, Andrew. Naprawd  wolałabym. 

-  Nie ma niebezpiecze stwa - odparł beztrosko. 

-  Jest niebezpiecze stwo. Nie b d  głupi. Wystarczy mi to, co mam tutaj, 

póki... póki nie urz dzisz wszystkiego. 

-  Dlaczego nie masz mie  własnych ubra  i ozdób? 

-  Poniewa  nie s  warte tego, by  przybywał do mojego domu w Czasie i by 

ci  na tym złapano. A co, je li przeprowadz  Zmian , gdy tam b dziesz? 

-  Nie złapi  mnie - wykr cał si  niepewnie. A potem przypomniał sobie: - 

Poza tym mój generator nar czny utrzymuje mnie w fizjoczasie, tak  e Zmiana 

nie mo e na mnie wpłyn , rozumiesz? 

Noys westchn ła: 

-  Nie rozumiem. My l ,  e nigdy nie zrozumiem tego wszystkiego. 

-  Przecie  to proste. -I Harlan tłumaczył i tłumaczył z wielkim zapałem, a 

Noys słuchała z iskrz cymi oczyma, które nigdy nie zdradzały, czy jest naprawd  

zainteresowana, czy rozbawiona, czy jedno i drugie po trosze. 

ycie Harlana przekształciło si  całkowicie. Był kto , z kim mógł rozmawia , 

dyskutowa  o sobie, swoich czynach i my lach. Było to tak, jakby ona stanowiła 

jego cz , lecz cz  wystarczaj co odr bn , by dla porozumiewania si  z ni  

u ywa  raczej słów ni  my li. Stanowiła cz  do  samodzieln , a eby 

odpowiedzie  w sposób nieoczekiwany w wyniku niezale nych procesów 

my lowych. Dziwne, my lał Harlan, jak kto  mo e obserwowa  zjawisko takie jak 

mał e stwo omijaj c tak zasadnicz  prawd  z tym zwi zan . Czy on, Harlan, na 

przykład, mógłby z góry przepowiedzie ,  e tak uło y si  jego współ ycie z Noys, 

e nami tno  b dzie si  w nim ł czyła z sielank ? 

W lizn ła si  w jego obj cia i powiedziała: 

-  Jak tam idzie z twoj  matematyk ? Harlan zapytał: 

- Chcesz zerkn  na jedn  rzecz? 

-  Nie mów mi,  e nosisz to ze sob . 

-  Czemu nie? Podró  kotłem zajmuje sporo czasu. Nie ma sensu go 

marnowa . 

Odsun ł si  od niej, wyci gn ł z kieszeni mały czytacz, wło ył film i 

u miechn ł si  czule, gdy podniosła to do oczu. Zwróciła mu czytacz, potrz sn ła 

głow : 

background image

 

75 

-  Nigdy nie widziałam tylu zakr tasów. Chciałabym umie  czyta  wasz 

standardowy mi dzyczasowy. 

-  Je li chodzi o  cisło  - powiedział Harlan - wi kszo  zakr tasów, o których 

wspominasz, nie jest wła ciwie standardowym mi dzyczasowym, lecz wła nie 

zapisem matematycznym, 

-  A jednak ty to rozumiesz, prawda? 

Harlan nie chciał pozbawia  si  szczerego podziwu w jej oczach, lecz teraz 

musiał powiedzie : 

-  Nie tyle, ile bym sobie  yczył. Ale na moje potrzeby wystarczy. Nie musz  

rozumie  wszystkiego, by zobaczy  dziur  w  cianie, do  du , by przepchn  

przez ni  kocioł towarowy. 

Podrzucił czytacz do góry, chwycił go szybkim ruchem r ki i poło ył na 

stoliku. 

Oczy Noys spocz ły na nim z zaciekawieniem i Harlana ol niła nagle my l. 

-  Wielki Czasie! - zawołał. - Przecie  ty nie znasz mi dzyczasowego! 

-  Nie. Oczywi cie,  e nie. 

-  Wi c tutejsza filmoteka sekcyjna jest dla ciebie bezu yteczna. Nigdy o tym 

nie pomy lałem. Powinna  mie  tu swoje filmy z 482. 

-  Nie - zaprotestowała szybko. - Nie potrzeba. 

-  B dziesz je miała. 

-  Nie. Nie chc . Nie ma sensu ryzykowa ... 

-  B dziesz je miała! - powtórzył. 

Po raz ostatni stał przed niematerialn  granic  oddzielaj c  Wieczno  od 

domu Noys w 482. Poprzednim razem zdecydował,  e jest ju  po raz ostatni. 

Niebawem miała nast pi  Zmiana fakt, o którym nie powiedział Noys z respektu, 

jaki miał zawsze dla uczu  innych ludzi, a có  dopiero dla swojej ukochanej. 

Jednak postanowienie,  eby zrobi  jeszcze jeden dodatkowy wypad, nie było 

trudne. Podj ł je po cz ci z brawury,  eby zabłysn  przed Noys, przynosz c jej 

ksi kowe filmy z paszczy lwa, je li w ten sposób mo na było nazwa  

gładkolicego Finge'a. 

A ponadto miałby okazj  jeszcze raz zasmakowa  niesamowitej atmosfery 

skazanego na zagład  domu. 

Odczuwał j  przedtem, gdy wchodził tam podczas „okresu łaski", 

dopuszczanego przez karty przestrzenno-czasowe. Czuł j , gdy w drował przez 

pokoje, zbieraj c ubrania, ozdoby, dzieła sztuki, dziwne naczy ka i przybory 

toaletowe Noys. 

Panowała tam uroczysta cisza skazanej na zagład  Rzeczywisto ci, cisza, 

która była czym  wi cej ni  brakiem fizycznego hałasu. Harlan nie mógł z góry 

wiedzie , jaki b dzie odpowiednik tego domu w nowej Rzeczywisto ci. Mo e 

stanie si  małym domkiem podmiejskim albo kamienic  w  ródmie ciu. Mo e 

wcale nie istnie , a dzikie zaro la zajm  miejsce parku, w którym teraz stoi. 

Oczywi cie, mo e równie  pozosta  niemal nie zmieniony i (Harlan ostro nie 

wracał do tej my li) zamieszkany przez odpowiednik Noys albo przez kogo  

innego. 

background image

 

76 

Dla Harlana dom był ju  upiorem, widmem, które zacz ło straszy  jeszcze 

przed swym zgonem. A poniewa  taki, jaki był, miał dla niego ogromne 

znaczenie, nie chciał,  eby przemin ł, i  ałował go. 

Tylko raz w ci gu pi ciu wycieczek Harlana cisz  przerwał d wi k. Był wtedy 

w spi arni, zadowolony,  e technologia owej Rzeczywisto ci i Stulecia uczyniła 

słu b  niemodn  i usun ła ten problem. Przypomniał sobie,  e dokonał wyboru 

spo ród puszek z gotowym jedzeniem, i wła nie zdecydował,  e na razie starczy, a 

Noys b dzie zadowolona z odmiany w posilnym, lecz monotonnym po ywieniu z 

zasobów pustej sekcji. Roze miał si  nawet na my l,  e nie tak dawno uwa ał jej 

diet  za dekadenck . 

Nagle usłyszał odległy klapi cy d wi k. Zamarł. 

D wi k dochodził z tyłu i w chwili zaskoczenia, kiedy stał bez ruchu, pomy lał 

najpierw o mniejszym niebezpiecze stwie - o tym,  e to włamanie, a dopiero 

potem o innym, wi kszym -  e to  ledz cy go Wieczno ciowiec. 

Ale to nie mógł by  włamywacz. Cały okres karty przestrzen-no-czasowej, 

wraz z marginesem tolerancji, był starannie oczyszczony i wybrany spo ród 

innych podobnych okresów Czasu wła nie ze wzgl du na brak czynników 

komplikuj cych. Z drugiej strony, wprowadził mikrozmian  (a mo e nawet wcale 

nie tak  „mikro") zabieraj c st d Noys. 

Z bij cym sercem zmusił si  do zwrotu. Zdawało mu si ,  e drzwi za nim 

wła nie si  zamkn ły, przesuwaj c si  o ostatni milimetr, potrzebny, by zrównały 

si  ze  cian . Miał ochot  otworzy  te drzwi i przeszuka  dom. 

Zabrawszy przysmaki dla Noys, wrócił do Wieczno ci i dwa pełne dni czekał 

na reperkusje, zanim odwa ył si  wyruszy  w dalek  przyszło . Nie było 

adnych reperkusji i w ko cu zapomniał o incydencie. 

Lecz teraz, gdy nastawiał urz dzenia sterownicze, by po raz ostatni wej  w 

Czas, znowu o tym pomy lał. Albo raczej była to my l o gro cej mu bliskiej 

Zmianie. Rozpami tuj c pó niej ten moment, doszedł do wniosku,  e wła nie 

wskutek tego  le ustawił urz dzenie sterownicze. Nie mógł znale  innego 

wyja nienia. 

Bł d nie od razu dał si  zauwa y . Harlan z ogromn  dokładno ci  dotarł do 

wła ciwego pomieszczenia i wszedł do biblioteki Noys. 

Teraz stał si  ju  w tym stopniu dekadentem,  e nie odstr czały go bynajmniej 

kunsztowne ozdoby zasobników z filmami. Litery tytułów, splatały si  ze 

skomplikowanym filigranem, były bardzo ładne, lecz niemal nieczytelne. Estetyka 

triumfowała nad u yteczno ci . 

Harlan wyj ł kilka pierwszych z brzegu zasobników i zdziwił si . Tytuł 

jednego z nich brzmiał: Społeczne i ekonomiczne dzieje naszych czasów. 

Tak, o tym rzeczywi cie nie pomy lał. Noys z pewno ci  nie była głupia, lecz 

nigdy nie przyszło mu do głowy,  e mogłaby si  interesowa  powa n  literatur . 

W pierwszym odruchu chciał przejrze  te Społeczne i ekonomiczne dzieje, lecz 

zrezygnował. Z pewno ci  znajdzie to dzieło w bibliotece 482 Stulecia. Finge 

niew tpliwie ju  par  miesi cy temu ograbił biblioteki istniej cej Rzeczywisto ci 

dla archiwów Wieczno ci. 

background image

 

77 

Odło ył ten film na bok i przejrzał reszt , wybieraj c literatur  pi kn  i to, co 

wygl dało na lekk  literatur  popularnonaukow . Wzi ł filmy i dwa czytniki 

kieszonkowe. Ostro nie umie cił je w plecaku. 

Wła nie w tej chwili znowu usłyszał jaki  d wi k. Tym razem nie mogło by  

mowy o pomyłce. Był to d wi k  ci le okre lony - miech, m ski  miech. Harlan 

nie był sam w domu. 

Nie u wiadamiał sobie nawet,  e rzucił plecak. Przez jedn  oszałamiaj c  

sekund  mógł my le  tylko o tym,  e znalazł si  w pułapce.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

78 

Rozdział 10

 

 

W PUŁAPCE ! 

 

Naraz wszystko to wydało si  nieuniknione. Najstraszliwsza ironia losu. 

Wszedł w Czas po raz ostami, po raz ostami dał Finge'owi prztyczka w nos. I to 

wła nie wtedy go złapano. 

Czy to Finge si   miał? 

Któ  inny  ledziłby go tutaj, czatował w zasadzce, siedział w s siednim pokoju 

i wybuchał  miechem? 

Czy by wszystko było stracone? I poniewa  w owej przera liwej chwili miał 

pewno ,  e tak, nie przyszło mu do głowy, by si  cofn , by jeszcze raz próbowa  

ucieczki do Wieczno ci. Stanie przed Finge'em. 

Zabije go w razie potrzeby. 

Harłan ruszył ku drzwiom, za którymi rozległ si   miech, podszedł do nich 

cichym, lecz zdecydowanym krokiem człowieka maj cego popełni  morderstwo z 

premedytacj . Wył czył automat drzwi i otworzył je r k . Dwa centymetry, trzy. 

Otwierały si  bezszelestnie. 

M czyzna w s siednim pokoju był odwrócony plecami. Wydawał si  zbyt 

wysoki na Finge'a i ten fakt przenikn ł do rozgor czkowanego umysłu Harlana, 

powstrzymuj c go na miejscu. 

Odr twienie, które parali owało niejako obu m czyzn, ust powało powoli i 

tamten zacz ł si  odwraca  centymetr po centymetrze. 

Harłan nie czekał. Jeszcze nie zobaczył profilu tamtego m czyzny, gdy 

hamuj c wybuch paniki, resztk  sił odskoczył od drzwi. Mechanizm zamkn ł je 

bezd wi cznie. 

Harłan cofał si  na  lepo. Oddychał z trudem, walcz c gwałtownie z 

atmosfer , z wysiłkiem wci gaj c powietrze i wydmuchuj c je. Serce biło mu 

szale czo, jakby chciało si  wyrwa  z ciała. 

Finge, Twissell i cała Rada nie wyprowadziły Harlana z równowagi w tym 

stopniu. To nie strach przed czym  materialnym obezwładnił go. Raczej był to 

instynktowny wstr t do samej istoty wydarzenia, które go spotkało. 

Pochwycił stos kaset z filmami, niezdarnie je zawin ł i po dwóch daremnych 

próbach udało mu si  przywróci  drzwi do Wieczno ci. Przeszedł przez nie jak 

nie na swoich nogach. Jako  dotarł do 575 Stulecia, a potem do swojej kwatery. 

Jego technicyzm, na nowo doceniony, na nowo uznany, jeszcze raz go ocalił. 

Kilku Wieczno ciowców, których spotkał, od razu zeszło na bok i jak zwykle 

uporczywie patrzyło ponad jego głow . 

Całe szcz cie, bo w  aden sposób nie mógł pozby  si  grymasu, jaki pozostał 

mu na twarzy, ani odzyska  normalnego kolorytu. Lecz oni nie patrzyli, a on 

dzi kował Czasowi i Wieczno ci, i wszelkim  lepym losom, które tym rz dziły. 

Nie zd ył rozpozna  m czyzny w domu Noys, lecz z absolutn  pewno ci  

wiedział, kto to był. 

Gdy po raz pierwszy Harłan usłyszał hałas w domu, był to własny  miech, a 

d wi k, który ten  miech przerwał, był spowodowany upadkiem czego  ci kiego 

w s siednim pokoju. Gdy po raz drugi kto   miał si  w s siednim pokoju, on, 

background image

 

79 

Harłan, upu cił plecak z kasetami. Za pierwszym razem Harłan odwrócił si  i 

zobaczył,  e drzwi si  zamykaj . Za drugim Harłan zamykał drzwi, gdy obcy 

m czyzna si  odwracał. 

Spotkał samego siebie! 

W tym samym Czasie i niemal w tym samym miejscu on i jego wcze niejsze 

wcielenie sprzed kilku dni fizjologicznych prawie si  spotkali.  le nastawił 

urz dzenie sterownicze, skierował je na ten moment w Czasie, który ju  

wykorzystał, i spotkał samego siebie. 

Wzi ł si  do pracy, jakkolwiek cie  grozy wisiał jeszcze nad nim przez wiele 

dni. Wymy lał samemu sobie od tchórzy, ale to nie pomagało. 

Istotnie, od owej chwili wszystko zacz ło si  nie udawa . Mógł dotkn  

palcem granicy nieszcz cia. Kluczowym momentem była chwila, gdy nastawiał 

sterowanie drzwi do swego ostatniego wej cia w 482 Stulecie i jakim  sposobem 

nastawił je  le. Od tej pory wszystko szło coraz gorzej. 

Zmiana Rzeczywisto ci w 482 Stuleciu odbyła si  w tym okresie przygn bienia 

i jeszcze je pogł biła. W ubiegłych dwóch tygodniach wynalazł trzy projektowane 

Zmiany Rzeczywisto ci, które zawierały drobniejsze bł dy, dokonał spo ród nich 

wyboru, lecz nie mógł si  zmusi  do działania. 

Wybrał Zmian  Rzeczywisto ci 2456-2781 V-5 z wielu przyczyn. Z trzech 

proponowanych była najodleglejsza, działa si  w najdalszej przyszło ci. Omyłka 

była drobna, lecz wa na z punktu widzenia warto ci  ycia ludzkiego. Potrzebny 

był wi c tylko szybki wypad do 456 Stulecia, by drog  małego szanta u wykry  

odpowiednik Noys w nowej Rzeczywisto ci. 

Lecz hamował go strach po niedawnym prze yciu. Zastosowanie lekkiej 

gro by nie wydawało mu si  ju  spraw  prost . A je li odnajdzie odpowiednik 

Noys, to co wtedy? Zostawi  j  jako sprz taczk , krawcow , robotnic  czy 

kogokolwiek, kim b dzie? Z pewno ci . Ale co wtedy robi  z samym 

odpowiednikiem? Z m em, którego mo e mie ? Rodzin ? Dzie mi? 

Przedtem nigdy o tym nie my lał. Unikał my li na ten tamat. „Wystarczy a  

do dnia...". 

Ale teraz nie potrafi my le  o niczym innym. 

Le ał wi c ponuro zadumany w swoim pokoju, nienawidz c samego siebie, 

gdy poł czył si  z nim Twissell. W jego zm czonym głosie brzmiało pytanie, a 

nawet zdziwienie. 

- Harlan, jeste  chory? Cooper mówił,  e opu ciłe  sporo dyskusji. 

Harlan próbował rozpogodzi  twarz. 

-  Nie, Kalkulatorze. Jestem nieco zm czony. 

-  No có , to w ka dym razie mo na wybaczy , chłopcze. - A potem u miech 

na jego twarzy zacz ł znika . - Słyszałe ,  e dokonano Zmiany 482 Stulecia? 

-  Tak - powiedział Harlan krótko. 

-  Poł czył si  ze mn  Finge - mówił Twissell - i prosił, by ci przekaza ,  e 

Zmiana była całkowicie udana. 

Harlan wzruszył ramionami; przypomniały mu si  oczy Twissella, patrz ce 

na niego twardo z ekranu wizjofonu. Poczuł si  niepewnie i powiedział: 

-  Tak, Kalkulatorze? 

background image

 

80 

-  Nic - odparł Twissell i by  mo e przytłaczaj cy go ci ar wieku 

spowodował,  e w jego głosie zabrzmiał bezgraniczny smutek. -My lałem,  e 

chciałe  co  powiedzie . 

-  Nie - odparł Harlan. - Nie mam nic do powiedzenia. 

-  Dobrze. Wi c spotkam si  z tob  pó niej w sali komputacyjnej, chłopcze. Ja 

mam ci du o do powiedzenia. 

-  Tak, Kalkulatorze - rzekł Harlan. A gdy ekran  ciemniał, wpatrywał si  w 

niego jeszcze długo. 

To brzmiało niemal jak gro ba. Czy Finge naprawd  ł czył si  z Twissellem? 

Co powiedział, czego Twissell nie powtórzył? 

Lecz zewn trzne zagro enie było mu potrzebne. Bo zwalczanie słabo ci ducha 

wygl dało tak, jakby kto  stał w ród ruchomych piasków i bił je kijem. Lecz 

Finge to zupełnie inna sprawa. Harlan przypomniał sobie bro , któr  miał do 

dyspozycji, i po raz pierwszy od kilku dni poczuł,  e wróciła mu cz stka wiary w 

siebie. 

Było to tak, jakby jedne drzwi si  zamkn ły, a drugie otworzyły. Harlan stał 

si  równie gor czkowo aktywny, jak przedtem był apatyczny. Zrobił wypad do 

2456 Stulecia i zmusił Socjologa Voya do posłusze stwa. 

Zrobił to doskonale. Uzyskał informacje, jakich szukał. 

I wi cej, ni  szukał. O wiele wi cej. 

Pewno  siebie najwidoczniej popłaca. W jego ojczystym Stuleciu istniało 

przysłowie: „Mocno chwy  pokrzyw , a stanie si  ona kijem, którym pobijesz 

swojego wroga". 

Mówi c pokrótce, Noys nie miała odpowiednika w nowej Rzeczywisto ci. W 

ogóle  adnego odpowiednika. Mogła zaj  pozycj  w nowym społecze stwie w 

najbardziej nie rzucaj cy si  w oczy i wygodny sposób albo mogła pozosta  w 

Wieczno ci. Nie było powodu zabrania  Harlanowi zwi zku z Noys poza czysto 

teoretycznym -  e złamał prawo, a wiedział bardzo dobrze, jak obali  ten 

argument. 

Pop dził wi c, by powiedzie  Noys wielk  nowin  i rozkoszowa  si  sukcesem 

po kilku dniach kl ski. 

I w tym momencie kocioł zatrzymał si . 

Nie zwalniał - po prostu stan ł. Gdyby ruch odbywał si  w przestrzeni, 

gwałtowne zahamowanie zmia d yłoby kocioł, rozpaliło metal, zmieniło Harlana 

w kupk  połamanych ko ci i poszarpanego ciała. 

Poczuł mdło ci i jaki  wewn trzny ból. 

Gdy ju  mógł widzie , niezgrabnie uj ł temporometr i wybałuszył na  

zamglone oczy. Odczytał liczb  100 000. 

To go przeraziło. Liczba była zbyt okr gła. Gor czkowo odwrócił si  ku 

urz dzeniom steruj cym. Czy by co  si  zepsuło? 

Przeraził go równie  fakt,  e nie widział  adnego defektu. Nic nie blokowało 

d wigni ruchu. Stała mocno na kierunku przyszło ci. Nie było zwarcia. 

Wskazówki wszystkich aparatów znajdowały si  w czarnym pasie 

bezpiecze stwa. Nie ustał dopływ pr du. Cienka igiełka wskazuj ca stałe zu ycie 

mega-megaculombów mocy  wiadczyła spokojnie,  e pr d jest pobierany 

normalnie. 

background image

 

81 

Wi c có  zatrzymało kocioł? 

Powoli, ostro nie, Harlan dotkn ł d wigni ruchu i zacisn ł na niej palce. 

Przesun ł j  na pozycj  neutraln , a wtedy wskazówka zu ycia mocy przesun ła 

si  na zero. 

Przestawił d wigni  ruchu w odwrotnym kierunku. Wskazówka zu ycia mocy 

ruszyła znowu, a temporometr błyskał numerami mijanych Stuleci. 

W przeszło ... w przeszło  99983, 99972, 99959... 

Harlan znowu przesun ł d wigni . Znowu w przyszło . Powoli. Bardzo 

powoli. 

A wi c: 99985, 99993, 99997, 99998, 99999, 100 000... 

Trzask! Ani kroku poza sto tysi cy. Energia Nova Soi szła w olbrzymich 

ilo ciach bez  adnego skutku. 

Znowu pojechał wstecz, i to dalej. Pop dził naprzód. Stop! 

Zacisn ł z by, dyszał. Tłukł si  jak wi zie  o kraty celi. 

Kiedy zatrzymał si  po kolejnych dziesi ciu próbach, kocioł stał twardo na 

100 000. Tylko dot d, nic dalej. 

Zmieni kotły. (Lecz w tej my li nie było zbyt wiele nadziei). 

W pustej ciszy 100 000 Stulecia Andrew Harlan wysiadł z kotła i wybrał sobie 

inny szyb komunikacyjny. 

W minut  pó niej,  ciskaj c w r ku d wigni  ruchu, wpatrywał si  w liczb  

100 000 i wiedział,  e i t dy si  nie przedostanie. 

Szalał. Teraz, gdy sprawy tak nieoczekiwanie zmieniły si  na jego korzy  - 

takie nagłe nieszcz cie! Przekle stwo omyłki przy wej ciu do 482 Stulecia nadal 

na nim ci yło. 

W ciekły, przy dusił d wigni  w dół, a  do maksimum, i utrzymał na tym 

poziomie. Przynajmniej na jeden sposób był teraz wolny, mógł robi , co chce. 

Gdy Noys była odci ta za barier  Czasu i niedost pna, có  mogli mu jeszcze 

uczyni ? Czegó  jeszcze mógł si  ba ? 

Przeniósł si  do 575 Stulecia i wyskoczył z kotła z nie znanym mu dot d 

uczuciem bezwzgl dnego lekcewa enia otoczenia. Poszedł do biblioteki sekcyjnej, 

nie odzywaj c si  do nikogo, nie patrz c. Wzi ł, co mu było potrzebne, nie 

zwa aj c, czy jest obserwowany. Có  mogło go to obchodzi ? 

Wrócił do kotła i pojechał wstecz. Dokładnie wiedział, co zrobi. Przedtem 

spojrzał na wielki zegar odmierzaj cy standardowy fizjoczas, licz cy dnie i 

dziel cy je na trzy robocze zmiany fizjodoby. Finge b dzie znajdował si  teraz w 

swym prywatnym mieszkaniu, a wi c jeszcze lepiej. 

Harlan czuł wzbieraj c  gor czk , gdy przybył do 482 Stulecia. Usta miał 

suche i obrzmiałe, kłuło go w piersi, lecz wyczuwał twardy kształt broni pod 

ubraniem, przyciskał j  mocno łokciem i tylko to miało znaczenie. 

Zast pca Kalkulatora Hobbe Finge spojrzał na Harlana, a zaskoczenie w jego 

oczach ust powało stopniowo zainteresowaniu. 

Harlan przez chwil  obserwował go w ciszy, pozwalaj c, by zainteresowanie 

wzrosło, i czekaj c, a  si  przemieni w strach. Powoli wszedł mi dzy Finge'a a 

ekran wizjofonu. 

Finge był goły do pasa. Pier  miał rzadko owłosion , pulchn , niemal kobiec . 

Brzuch mu zwisał. 

background image

 

82 

Zupełnie bez godno ci, pomy lał Harlan z satysfakcj . Wygl da idiotycznie. 

Tym lepiej. 

Wsun ł praw  dło  za koszul  i uj ł uchwyt broni. 

Powiedział 

- Nikt mnie nie widział, Finge, wi c nie patrz na drzwi. Nikt tu nie przyjdzie. 

Musisz zrozumie , Finge,  e masz do czynienia z Technikiem. Wiesz, co to 

znaczy? 

Głos jego brzmiał głucho. Był zły,  e w oczach Finge'a nie pojawia si  strach, 

a tylko zainteresowanie. Finge si gn ł nawet po koszul  i bez słowa zacz ł j  

wkłada . 

Harlan kontynuował: 

-  Znasz przywileje Technika, Finge? Nigdy nie byłe  Technikiem, wi c nie 

mo esz tego oceni . Oznacza to,  e nikt nie patrzy, dok d idziesz i co robisz. 

Wszyscy patrz  w inn  stron  i tak si  wysilaj ,  eby ci  nie widzie ,  e istotnie 

im si  to udaje. Na przykład, mog  i  do biblioteki sekcyjnej i wybra  sobie 

dowolnie ciekawe dzieło, podczas gdy bibliotekarz pilnie zajmuje si  swymi 

katalogami i nic nie widzi. Mog  przespacerowa  si  korytarzami cz ci 

mieszkalnej 482 Stulecia, a wszyscy b d  mi schodzili z drogi i przysi gali 

pó niej,  e nikt mnie nie widział. Dzieje si  to automatycznie. Wi c widzisz,  e 

mog  robi , co zechc , i i , dok d mi si  podoba. Mog  wej  do prywatnego 

apartamentu Zast pcy Kalkulatora Sekcji i zmusi  go do powiedzenia prawdy 

pod gro b  u ycia broni, i nie znajdzie si  nikt, kto by mnie powstrzymał. 

Finge odezwał si  po raz pierwszy: 

-  Co tam masz? 

-  Bro  - powiedział Harlan i wyci gn ł j . - Poznajesz to? -Wylot lufy 

połyskiwał lekko i ko czył si  małym zgrubieniem. 

-  Je li mnie zabijesz... - zacz ł Finge. 

-  Nie zabij  ci  - powiedział Harlan. - Podczas ostatniego spotkania miałe  ze 

sob eksploder. To nie jest eksploder. To wynalazek jednej z ostatnich 

Rzeczywisto ci 575 Stulecia. Mo liwe,  e tego nie znasz. Został wydobyty z 

Rzeczywisto ci. Paskudna bro . Mo e zabi , lecz przy małym napi ciu 

aktywizuje o rodki bólu w systemie nerwowym i powoduje parali . Nazywa si  to 

albo było nazywane biczem neuronowym. Działa. Jest naładowany. Sprawdzałem 

na palcu. - Podniósł lew  dło  z zesztywniałym małym palcem. - To bardzo 

nieprzyjemne. 

Finge poruszył si  niespokojnie,. 

-  O co chodzi, na miło  Czasu? 

-  Powstało co  w rodzaju blokady w szybie kotła koło 100 000 wieku. Chc , 

eby to usuni to. 

-  Blokada w szybie kotła? 

-  Nie udawaj,  e ci  to zaskoczyło. Wczoraj rozmawiałe  z Twissellem. Dzisiaj 

powstała blokada. Chc  wiedzie , co powiedziałe  Twisselowi. Chc  wiedzie , co 

w tej sprawie zrobiono i co jeszcze zostanie zrobione. Na miło  Czasu, 

Kalkulatorze, je li mi nie powiesz, u yj  bicza. Spróbuj, je li mi nie wierzysz. 

background image

 

83 

-  Wi c słuchaj - słowa Finge'a były niezbyt wyra ne i wida  było po nim 

pierwsze oznaki strachu, a jednocze nie rodzaj desperackiego gniewu. - Je li 

chcesz wiedzie  prawd , b dziesz j  znał. Wiemy o tobie i o Noys. 

Harlan zamrugał oczyma. 

-  Co o mnie i o Noys? Finge powiedział: 

-  My lisz,  e zawsze uda ci si  ze wszystkiego wykr ci ? - Kalkulator 

wpatrywał si  w bicz neuronowy, a jego czoło zacz ło błyszcze . - Na miło  

Czasu, po tym, jakie uczucia okazywałe  po swoim okresie Obserwacji, po tym, 

co robiłe  podczas Obserwacji, my lisz,  e mogliby my ci  nie  ledzi ? 

Zasługiwałbym na zdj cie ze stanowiska, gdybym tego nie zrobił. Wiem,  e 

sprowadziłe  Noys do Wieczno ci. Wiedzieli my o tym od pocz tku. Chciałe  

prawdy. Oto ona. 

W owej chwili Harlan pogardzał własn  głupot . 

-  Wiedzieli cie? 

-  Tak. Wiemy,  e wywiozłe  j  do Ukrytych Stuleci. Wiedzieli my za ka dym 

razem, gdy wst powałe  w 482 Stulecie, by j  zaopatrzy  w odpowiednie artykuły 

zbytku, robi c z siebie durnia, zapominaj c o przysi dze Wieczno ciowca. 

-  Wi c dlaczego mnie nie zatrzymali cie? - Harlan prze ywał teraz gorzki 

smak upokorzenia. 

-  Nadal chcesz zna  prawd ? - Finge cofn ł si  i wygl dało na to,  e 

odzyskuje odwag , w miar  jak Harlan pogr a si  w bezsilnym gniewie. 

-  Mów! 

-  Otó  wiedz,  e nigdy nie uwa ałem ci  za prawdziwego Wieczno ciowca. 

Mo e za błyskotliwego Obserwatora i Technika. Ale nie Wieczno ciowca. Kiedy 

sprowadziłem ci  tutaj do tej ostatniej roboty, chodziło o to, by dowie  tego 

równie  Twissellowi, który ceni ci  z jakiego  podejrzanego powodu. Ja nie tylko 

badałem społecze stwo w osobie Noys. Badałem równie  ciebie, a ty zawiodłe  na 

całej linii, tak zreszt  jak si  spodziewałem. A teraz odłó  t  bro , ten bicz, czy 

jak on si  tam nazywa, i wyjd  st d. 

-  I przyszedłe  wtedy do mojego mieszkania - powiedział Harlan bez tchu, 

wyt aj c wszystkie siły, by zachowa  twarz, i czuj c,  e mu si  to nie udaje, jak 

gdyby jego umysł i duch były równie dr twe i nieczułe, jak mały palec pora ony 

neuronowym biczem -przyszedłe , by skłoni  mnie do robienia tego, co zrobiłem? 

-  Oczywi cie. Je li mam by   cisły - kusiłem ci . Powiedziałem ci prawd :  e 

mo esz utrzyma  Noys tylko w istniej cej wtedy Rzeczywisto ci. A ty post piłe  

nie jak Wieczno ciowiec, lecz jak smarkacz. Zreszt  spodziewałem si  tego. 

-  Zrobiłbym to samo raz jeszcze - odparł Harlan szorstko - a poniewa  

wszystko jest ju  znane, widzisz,  e nie mam nic do stracenia. - Skierował bicz w 

brzuch Finge'a i zapytał przez zaci ni te z by: - Co si  stało z Noys? 

-  Nie mam poj cia. 

-  Bzdura. Co si  stało z Noys? 

-  Mówi  przecie ,  e nie wiem. Harlan mocniej  cisn ł bicz i zni ył głos. 

-  Zaczniemy od nogi. To b dzie bolało. 

-  Na miło  Czasu, słuchaj. Czekaj! 

-  W porz dku. Co si  z ni  stało? 

background image

 

84 

-  Nie, słuchaj! Jak do tej pory, to jest tylko złamanie dyscypliny. Bez wpływu 

na Rzeczywisto . Sprawdziłem to. Sko czy si  dla ciebie tylko degradacj . Je li 

mnie zabijesz albo zranisz w zamiarze popełnienia zabójstwa, b dzie to 

oznaczało,  e zaatakowałe  starszego rang . Za to jest kara  mierci. 

Harlan u miechn ł si  na t  czcz  gro b . W obliczu tego, co si  ju  zdarzyło, 

mier  stanowiłaby tylko rozwi zanie, ostateczne i proste. 

Finge najwidoczniej  le zrozumiał powód u miechu, bo dodał szybko: 

-  Nie my l,  e w Wieczno ci nie istnieje kara  mierci dlatego tylko,  e nigdy 

si  z ni  nie spotkałe . Ale my znamy takie wypadki, my, Kalkulatorzy. Co 

wi cej, odbywały si  równie  egzekucje. To proste. W ka dej Rzeczywisto ci 

zdarza si  mnóstwo  miertelnych wypadków i ciała nie zostaj odnalezione. 

Rakiety eksploduj  w stratosferze, samoloty ton  w gł biach oceanów albo 

rozbijaj  si  w górach. Morderc  mo na umie ci  w jednym z tych statków na 

kilka minut czy sekund przed katastrof . Czy warto ci ryzykowa ? 

Harlan poruszył si  i powiedział: 

-  Je li próbujesz si  ratowa , ta metoda nie podziała. O wiadczam ci: nie boj  

si  kary. Ponadto chc  mie  Noys. Chc  mie  j  zaraz. Ona nie istnieje w bie cej 

Rzeczywisto ci. Nie ma odpowiednika. Nie ma wi c przyczyn, dla których nie 

mogliby my zawrze  formalnego zwi zku. 

-  To jest niezgodne z przepisami. Technik bowiem... 

-  Zostawimy t  decyzj  Radzie Wszechczasów - powiedział Harlan i jego 

duma wreszcie doszła do głosu. - Nie boj  si  odmowy, podobnie jak nie boj  si  

zabi  ciebie. Nie jestem zwykłym Technikiem. 

-  Dlatego,  e jeste  Technikiem Twissella? - Na okr głej, spoconej twarzy 

Finge'a pojawił si  dziwny wyraz: nienawi ci albo triumfu, albo jednego i 

drugiego naraz. 

Harlan powiedział: 

-  Z przyczyn o wiele wa niejszych ni  ta. A teraz... 

Z ponur  determinacj  dotkn ł palcem aktywatora broni. Finge wrzasn ł. 

-  Wi c id  do Rady. Do Rady Wszechczasów. Oni wiedz . Je li jeste  taki 

wa ny... - urwał chwytaj c powietrze. 

Palec Harlana zatrzymał si  w pół ruchu. 

-  No wi c? 

-  My lisz,  e w podobnym przypadku podj łbym akcj  sam? O całym 

incydencie zło yłem raport do Rady Wszechczasów jednocze nie ze Zmian  

Rzeczywisto ci. Prosz ! Tu s  kopie. 

-  Nie ruszaj si ! 

Lecz Finge zlekcewa ył rozkaz. Błyskawicznie rzucił si  do swoich akt. Gdy 

palcem jednej r ki przyciskał szyfrowy zamek szafki, druga si gn ła do teczki. Z 

biurka wysun ł si  srebrny j zyk folii, jego perforacja była widoczna nawet 

gołym okiem. 

-  Chcesz,  eby to ud wi kowi ? - zapytał Finge i nie czekaj c wło ył ta m  do 

ud wi kowiacza. 

Harlan słuchał jak sparali owany. Wszystko było jasne. Finge zło ył raport. 

Opisywał ka dy ruch Harlana w szybach komunikacyjnych. Nie opu cił ani 

jednego. 

background image

 

85 

Gdy raport si  sko czył, Finge wrzasn ł: 

-  A wi c id  do Rady. Nie zało yłem zapory w Czasie. Nie wiedziałbym, jak to 

zrobi . I nie my l,  e ich ta sprawa nie obchodzi. Mówiłe ,  e wczoraj 

rozmawiałem z Twissellem. Masz racj . Ale nie ja si  z nim ł czyłem, to on mnie 

wzywał. Wi c id , zapytaj Twissella. Powiedz im, jaki to z ciebie wa ny Technik. 

A je li chcesz mnie przedtem zastrzeli , to strzelaj i do Czasu z tob ! - Harlan nie 

mógł nie dostrzec uniesienia w głosie Kalkulatora. W tej chwili Finge czuł si  na 

tyle silny, by wierzy ,  e nawet neuronowa chłosta przyniesie mu korzy . 

Dlaczego? Czy złamanie Harlana było tak drogie jego sercu? Czy zazdro  o 

Noys była tak siln  nami tno ci ? 

Ledwie Harlan zd ył sformułowa  te pytania w swoim umy le, a ju  Finge i 

cała sprawa nagle wydała mu si  bez znaczenia. 

Schował bro  do kieszeni, szybko wyszedł i skierował si  ku najbli szemu 

szybowi komunikacyjnemu. 

A wi c to była Rada albo co najmniej Twissell. Nie bał si  ich ani pojedynczo, 

ani wszystkich razem. 

Z ka dym mijaj cym dniem ostatniego niewiarygodnego miesi ca utwierdzał 

si  w przekonaniu,  e jest niezast piony. Rada, nawet sama Rada Wszechczasów, 

nie mo e post pi  inaczej, jak tylko próbowa  doj  z nim do porozumienia, 

skoro stawk  za jedn  dziewczyn  jest istnienie całej Wieczno ci.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

86 

Rozdział 11

 

 

PEŁNY KR G 

 

Technik Andrew Harlan wskakuj c w 575 Stulecie znalazł si  na nocnej 

zmianie, co go bardzo zdziwiło. Przemijanie fizjogodzin było niedostrzegalne 

podczas jego dzikich w drówek szybami komunikacyjnymi. Patrzył t po na 

przy mione  wiatła w korytarzach -oczywisty dowód,  e pracuje nieliczna nocna 

załoga. 

Lecz Harlan był tak w ciekły,  e nie mógł długo siedzie  bezczynnie. Ruszył 

ku kwaterom prywatnym. Odnajdzie mieszkanie Twissella w kondygnacji 

Kalkulatorów, tak samo jak odnalazł mieszkanie Finge'a; wcale si  nie boi,  e go 

kto  zauwa y lub zatrzyma. 

Nadal wyczuwał łokciem tward  r koje  bicza neuronowego. Zatrzymał si  

przed drzwiami Twissella (nazwisko na tabliczce było wypisane prostymi 

grawerowanymi literami). 

Obcesowo zaktywizował sygnał drzwiowy. Przydusił go wilgotn  dłoni , tak 

e d wi k stał si  ci gły, jednak słabo słyszalny przez drzwi. 

Usłyszał za sob  lekkie kroki, lecz zignorował je w przekonaniu,  e tamten 

człowiek, kimkolwiek jest, równie  go zignoruje (to ta ró owo-czerwona 

naszywka Technika!). 

Lecz kroki zatrzymały si  i jaki  głos spytał: 

- Technik Harlan? 

Harlan odwrócił si  błyskawicznie. Był to Młodszy Kalkulator, stosunkowo 

nowy w sekcji. Harlana ogarn ł gniew. Tu znajdował si  w innej sytuacji ni  w 

452 Stuleciu. Był nie tylko Technikiem, lecz Technikiem Twissella, a Młodsi 

Kalkulatorzy ze strachu, by si  nie narazi  wielkiemu Twissellowi, potrafili 

zdoby  si  na minimum grzeczno ci wobec niego, Technika. Kalkulator zapytał: 

-  Chce pan widzie  si  ze Starszym Kalkulatorem Twissellem? Harlan 

poruszył si  nerwowo. 

-  Tak, Kalkulatorze (A to głupiec! Co on sobie my li: po co si  dzwoni do 

czyich  drzwi!  eby złapa  kocioł?). 

-  Obawiam si ,  e to niemo liwe - o wiadczył Kalkulator. 

-  Sprawa jest tak wa na,  e trzeba go obudzi  - odparł Harlan. 

-  Mo liwe - zgodził si  tamten. - Ale on jest w podró y. Nie ma go w 575 

Stuleciu. 

-  Wi c dokładnie kiedy jest? - zapytał Harlan. Kalkulator spojrzał wynio le. 

-  Nie wiem - powiedział. 

-  Aleja mam wa ne spotkanie z samego rana. 

-  Pan ma spotkanie - rzekł Kalkulator, a Harlan omal nie wyszedł z siebie 

widz c rozbawienie na jego twarzy. 

Kalkulator mówił dalej, z u miechem: 

-  Przyszedł pan nieco za wcze nie, prawda? 

-  Musz  si  z nim widzie . 

-  Jestem pewny,  e rano si  zjawi. - Kalkulator u miechn ł si  jeszcze szerzej. 

-  Ale... 

background image

 

87 

Kalkulator min ł Harlana uwa aj c, by go nie dotkn  nawet ubraniem. 

Harlan zaciskał i otwierał dłonie. Patrzył bezradnie za Kalkulatorem, a 

potem, poniewa  nie pozostało mu nic innego, wolno i nie całkiem przytomnie 

wrócił do swego mieszkania. 

Spał niespokojnie. Mówił sobie,  e potrzebuje snu. Na sił  próbował wypocz  

i oczywi cie nie udało mu si  to. Sen przyszedł dopiero po nerwowych 

rozmy laniach. 

Przede wszystkim była Noys. 

My lał gor czkowo,  e nie o miel  si  zrobi  jej krzywdy. Nie mog  odesła  

jej znowu w Czas, bez analizy oddziaływania na Rzeczywisto , a to potrwa wiele 

dni, a mo e nawet tygodni. Ewentualnie mogliby zrobi  jej to, czym groził mu 

Finge: spowodowa  wypadek. 

Ale wła ciwie nie brał tego pod uwag . Tak drastyczna akcja nie była 

potrzebna. Rada nie chciałaby si  nara a  na gwałtown  reakcj  Harlana. (W 

spokoju zaciemnionej sypialni i pół nie niektóre sprawy stawały si  dziwacznie 

nieproporcjonalne, lecz Harlan nie znajdował nic groteskowego w swej pewno ci, 

e Rada Wszechczasów nie o mieli si  narazi  na niezadowolenie Technika). 

Bez w tpienia kobieta w niewoli mo e by  wykorzystywana na ró ne sposoby. 

Pi kna kobieta z hedonistycznej Rzeczywisto ci. Harlan zdecydowanie odrzucił t  

my l, ilekro  powracała. Było to bardziej nieprawdopodobne ni   mier , której 

nie mógł przecie  bra  pod uwag . 

Pomy lał o Twissellu. 

Starego człowieka nie było w 575 Stuleciu. Gdzie si  podziewał w tych 

godzinach, kiedy powinien spa ? Stary potrzebuje snu. Harlan wiedział,  e 

odbywaj  si  dyskusje Rady. O nim. O Noys. O tym, co robi  z niezast pionym 

Technikiem, którego nikt nie  mie ruszy . 

ci gn ł wargi. Je li nawet Finge zło ył raport o dzisiejszym zamachu, w 

najmniejszym stopniu nie wpłynie to na ich rozwa ania. Harlan b dzie równie 

niezb dny jak przedtem. 

A Harlan bynajmniej nie był pewny, czy Finge zło y meldunek. Gdyby si  

przyznał,  e musiał si  płaszczy  przed Technikiem, postawiłoby go to jako 

Zast pc  Kalkulatora w złym  wietle, wi c mo e si  na to nie zdecydował. 

Harlan my lał teraz o Technikach jako o grupie, co ostatnio rzadko robił. 

Jego nieco wyj tkowa pozycja jako człowieka Twissella i na pół Edukatora 

utrzymywała go z dala od innych Techników. Lecz tak czy inaczej, Technikom 

brakowało solidarno ci. Dlaczego tak było? 

Czy musi w drowa  przez 575 i 482 Stulecia prawie nie widuj c innych 

Techników i nie rozmawiaj c z nimi? Czy musz  unika  siebie nawzajem? Czy 

musz  post powa  tak, jakby akceptowali stan, do którego przes dy innych ich 

zmusiły? 

W swej wyobra ni zmusił ju  do kapitulacji Rad  w sprawie Noys, a teraz 

stawiał dalsze  dania. Technikom trzeba pozwoli  na stworzenie własnej 

organizacji, regularne odbywanie zebra  - wi cej przyja ni, lepsze traktowanie 

ze strony innych Wieczno ciowców. 

Gdy wreszcie zapadł w sen, widział siebie jako bohaterskiego rewolucjonist  z 

Noys u boku... 

background image

 

88 

Obudził go sygnał drzwiowy. Szeptał do niego ochryple, z niecierpliwo ci . 

Zebrał my li na tyle,  e mógł spojrze  na mały zegar obok łó ka i j kn ł. 

Ojcze Czasie! Mimo wszystko zaspał. 

Udało mu si  si gn  z łó ka do wła ciwego guzika i płyta wizyjna wysoko na 

drzwiach stała si  przezroczysta. Nie znał twarzy, która si  pojawiła, ale do 

kogokolwiek nale ała, miała na sobie pi tno władzy. 

Otworzył drzwi i m czyzna z pomara czow  naszywk  Administracji wszedł 

do pokoju. 

-  Technik Andrew Harlan? 

-  Tak, Administratorze. Ma pan do mnie interes? Administrator nie wygl dał 

na speszonego wyra n  wojowniczo ci  tego pytania. Powiedział: 

-  Pan był umówiony ze Starszym Kalkulatorem Twissellem? 

-  Wi c? 

-  Mam pana poinformowa ,  e si  pan spó nił. Harlan wytrzeszczył oczy. 

-  O co chodzi? Pan jest z 575? 

-  Mój  baz  jest 222-odparł tamten lodowato. -Zast pca Administratora 

Arbut Lemm. Mam nadzór nad przygotowaniami i próbuj  oszcz dzi  

niepotrzebnego zdenerwowania zwi zanego z oficjalnymi zawiadomieniami przez 

wizjofon. 

-  Jakie przygotowania? Jakie zdenerwowanie? O co tu chodzi? Miewałem ju  

konferencje z Twissellem. To mój przeło ony. Nie mam powodu si  denerwowa . 

Wyraz zdziwienia przebił si  na krótk  chwil  poprzez wystudiowan  

oboj tno  na twarzy Administratora. 

-  Wi c pana nie poinformowano? 

-  O czym? 

-  Komitet Rady Wszechczasów odbywa posiedzenie wła nie w 575. Podobno 

od wielu godzin ten rejon a  si  trz sie od plotek. 

-  I chc  si  ze mn  zobaczy ? 

Zadaj c to pytanie Harlan my lał: oczywi cie,  e chc  si  ze mn  zobaczy . O 

czym mogliby radzi , jak nie o mnie? 

Zrozumiał rozbawienie na twarzy Młodego Kalkulatora, którego spotkał 

przed drzwiami Twissella ubiegłego wieczoru. Kalkulator wiedział o 

projektowanym posiedzeniu komitetu i bawiła go my l,  e Technik spodziewa si  

spotka  z Twissellem wła nie w tym czasie. Bardzo zabawne - pomy lał gorzko 

Harlan. 

Administrator powiedział: 

-  Otrzymałem rozkazy. Nic wi cej nie wiem. - A potem spytał, nadal 

zdziwiony: - Wi c pan nic o tym nie słyszał? 

-  Technicy - odparł Harlan sarkastycznie -  yj  w izolacji. 

Pi ciu, nie licz c Twissella! Wszystko Starsi Kalkulatorzy, ka dy z nich miał 

za sob  co najmniej trzydzie ci pi  lat w Wieczno ci. Jeszcze sze  tygodni temu 

Harlan byłby zaszczycony jedz c obiad w takim towarzystwie, oszołomiony 

poł czeniem odpowiedzialno ci i siły, jak  reprezentowali. Wydawaliby mu si  

olbrzymami. 

Teraz byli przeciwnikami, gorzej nawet - s dziami. Nie miał czasu na 

poddawanie si  wra eniom. Musiał planowa  swoj  strategi . 

background image

 

89 

Mogli jeszcze nie wiedzie ,  e on u wiadamia sobie, i  oni maj  Noys. Mogli 

nie wiedzie , je li Finge nie opowiedział im o swym ostatnim spotkaniu z 

Harlanem. A w jasnym  wietle dnia Harlan był jeszcze bardziej ni  dotychczas 

przekonany o jednym: Finge nie jest człowiekiem, który rozgłaszałby,  e został 

sterroryzowany i zniewa ony przez Technika. 

Harlan uznał za wskazane nie ujawnia  na razie tego bardzo korzystnego 

faktu, pozwoli  im na zrobienie pierwszego posuni cia, wypowiedzenie 

pierwszego zdania, które rozpocznie potyczk . 

Ale im si  najwyra niej nie  pieszyło. Spogl dali na niego łagodnie, 

spo ywaj c abstynencki obiad, jakby Harlan był interesuj cym obiektem bada  

naukowych. Harlan w desperacji przygl dał im si  równie . 

Znał ich wszystkich ze słyszenia i z trójwymiarowych zdj  w comiesi cznych 

filmach informacyjnych. Filmy koordynowały działalno  ró nych sekcji 

Wieczno ci i były obowi zkowe dla wszystkich Wieczno ciowców, poczynaj c od 

stopnia Obserwatora. 

August Sennor, ten łysy (nawet bez brwi i rz s), niew tpliwie interesował 

Harlana najbardziej. Po pierwsze, z powodu niesamowitych ciemnych, 

nieruchomych oczu pod nagimi powiekami i czołem. Był wyra nie wy szy, ni  si  

wydawał w trymensji. Po drugie, ze wzgl du na dawniejsze ró nice pogl dów 

mi dzy nim a Twissellem.. Wreszcie dlatego,  e nie ograniczał si  do patrzenia. 

Rzucał mu pytania ostrym tonem. 

W wi kszo ci były to pytania retoryczne w rodzaju: 

-  Jak doszło do tego,  e si  zainteresowałe  czasami Prymitywu, młody 

człowieku? Uwa asz,  e te studia ci si  opłacaj , młody człowieku? 

Wreszcie usadowił si  na dobre w swoim fotelu. Oboj tnie popchn ł talerz do 

przewodu dyspozycyjnego, lekko splótł przed sob  grube palce (r ce miał równie  

nieowłosione, jak zauwa ył Harlan) i powiedział: 

-  Jest co , co zawsze chciałem wiedzie . Mo e pan mi w tym pomo e. 

Harlan pomy lał: no, teraz si  zacznie. 

A gło no odparł: 

-  Je li b d  mógł, Kalkulatorze. 

-  Niektórzy z nas w Wieczno ci... nie powiedziałbym,  e wszyscy albo nawet, 

e wielu (rzucił szybkie spojrzenie na zm czon  twarz Twissella, podczas gdy inni 

przysun li si  bli ej,  eby słucha ), ale w ka dym razie kilku z nas -jest 

zainteresowanych w filozofii Czasu. S dz ,  e rozumie pan, co mam na my li. 

-  Paradoksy podró y w Czasie? 

-  Owszem, je li chce pan to uj  tak melodramatycznie. Lecz oczywi cie to 

nie wszystko. Istnieje kwestia prawdziwej natury Rzeczywisto ci, kwestia 

zachowania energii masy podczas jej Zmiany i tak dalej. No có , na nas w 

Wieczno ci, na nasze pogl dy w tych sprawach wywiera wpływ znajomo  

podró y w Czasie. Jednak pa skie istoty z ery Prymitywu nie wiedziały nic o 

podró ach w Czasie. Jakie były ich pogl dy na te sprawy? 

Harlan powiedział: 

-  Ludzie Prymitywu w ogóle nie my leli o podró ach w Czasie, Kalkulatorze. 

-  Nie uwa ali ich za mo liwe, co? 

-  S dz ,  e nie. 

background image

 

90 

-  Nawet nie zastanawiali si  nad tym? 

-  Có , je li o to chodzi - powiedział Harlan niepewnie - wydaje mi si ,  e były 

spekulacje tego rodzaju w niektórych dziełach literatury eskapistycznej. Nie 

znam jej zbyt dokładnie, lecz s dz ,  e najcz ciej spotykanym tematem był 

temat człowieka, który wraca w Czasie, by zabi  swego dziadka, b d cego jeszcze 

dzieckiem. 

Sennor wygl dał na zachwyconego: 

-  Cudownie! Cudownie! Mimo wszystko jest to przynajmniej wyraz 

podstawowego paradoksu podró y w Czasie, je li przyjmiemy,  e Rzeczywisto  

jest niezmienna, co? Wi c pana Prymitywni, pozwalam sobie stwierdzi , nigdy 

nie przypuszczali,  e istnieje cokolwiek innego, jak niezmienna Rzeczywisto , 

tak? 

Harlan zwlekał z odpowiedzi . Nie wiedział, dok d zmierza rozmowa, ani jaki 

cel ma Sennor, i to go denerwowało. Powiedział: 

-  Za mało wiem, by odpowiedzie  z cał  pewno ci , Kalkulatorze. S dz ,  e 

rozwa ano zmiany dróg Czasu albo plany egzystencji. 

Sennor wysun ł doln  warg : 

-  Jestem pewny,  e si  pan myli. Czytaj c, podkłada pan sw  wiedz  pod 

ró ne niejasno ci i to wprowadza pana w bł d. Nie, bez rzeczywistego 

do wiadczenia w podró ach w Czasie filozoficzne zawiło ci Rzeczywisto ci 

przekraczałyby zdolno  pojmowania ludzkiego umysłu. Na przykład, dlaczego 

Rzeczywisto  ma inercj ? Ka da poprawka musi osi gn  pewn  wielko  w 

swoim przebiegu, zanim da si  spowodowa  Zmian , prawdziw  Zmian . A 

nawet wtedy Rzeczywisto  ma tendencj  do odpływu wstecznego do swej 

pierwotnej pozycji. 

Na przykład przypu my,  e teraz w 575 Rzeczywisto  zmieni si  i efekty 

zmiany b d  wzrastały do by  mo e 600 Stulecia. Od 600 do 650 Stulecia efekty 

b d  coraz mniejsze. Potem Rzeczywisto  pozostanie nie zmieniona. Wszyscy 

wiemy,  e tak jest, ale czy kto  z nas wie, dlaczego tak jest? Intuicyjne 

rozumowanie wskazywałoby,  e skutki ka dej Zmiany Rzeczywisto ci b d  si  

zwi ksza  bez granic, w miar  jak mijaj  Stulecia, ale tak nie jest. 

Rozwa my co innego. Mówiono mi,  e Technik Harlan jest znakomity, je li 

chodzi o wybór wymaganego Minimum Zmian dla ka dej sytuacji. Jestem 

pewny,  e nie potrafi wytłumaczy , w jaki sposób dokonuje tego wyboru. 

Pomy lcie, jak bezsilni musieli by  Prymitywni. Martwi  si  o człowieka 

zabijaj cego własnego dziadka, poniewa  nie rozumiej  prawdy o Rzeczywisto ci. 

We my bardziej prawdopodobny i łatwiejszy do zanalizowania przypadek 

człowieka, który podró uje w Czasie i spotyka samego siebie... 

-  Wi c co z człowiekiem, który spotyka samego siebie? - zapytał Harlan ostro. 

Ju  sam fakt,  e Harlan przerwał Kalkulatorowi, był naruszeniem dobrych 

manier. Ale jego ton uczynił to naruszenie wr cz skandalicznym i oczy wszystkich 

zwróciły si  z wyrzutem na Technika. 

Sennor był ura ony, lecz mówił dalej tonem człowieka, który chce by  

grzeczny, mimo  e partner zachowuje si  grubia sko. Powiedział, kontynuuj c 

przerwan  wypowied  i unikaj c w ten sposób pozorów,  e odpowiada na zadane 

mu niegrzeczne pytanie: 

background image

 

91 

-  S  cztery podgrupy, do których mo na wł czy  takie wydarzenie. Nazwijmy 

człowieka wcze niejszego w fizjoczasie A, pó niejszego za  B. Podgrupa pierwsza: 

A i B mog  si  nie widzie  ani nie robi  nic, co by w znaczniejszym stopniu 

wpływało na nich wzajemnie. A wi c praktycznie wła ciwie si  nie spotkali i 

mo emy odrzuci  ten przypadek jako banalny. 

Albo B mo e widzie  A, podczas gdy A nie widzi B. W tym wypadku równie  

nie nale y si  spodziewa  powa niejszych konsekwencji. B widz c A, widzi go w 

znanej ju  sytuacji i działaniu. Nie wchodzi w gr  nic nowego. 

Mo liwo ci trzecia i czwarta wyst puj  wtedy, gdy A widzi B, podczas gdy B 

nie widzi A, oraz gdy A i B widz  si  wzajemnie. Człowiek we wcze niejszym 

stadium swej egzystencji psychologicznej widzi siebie samego w pó niejszym 

stadium. Zwró cie uwag ,  e si  dowiedział, i  b dzie jeszcze  ył w wieku B. Wie, 

e b dzie  ył do  długo, a eby dokona  czynu, którego był  wiadkiem. A wi c 

człowiek, znaj cy sw  przyszło  nawet w najdrobniejszych szczegółach, mo e 

działa  na podstawie tej wiedzy i w ten sposób zmienia sw  przyszło . St d 

wniosek,  e Rzeczywisto  musi by  zmieniona w tym zakresie, by nie dopu ci , 

eby A i B si  spotkali, albo przynajmniej nie dopu ci ,  eby A widział B. Wi c 

skoro nic w Rzeczywisto ci, co zostało odrealnione, nie da si  wykry , A nigdy nie 

spotka B. Podobnie w ka dym innym przypadku paradoksu w podró y w Czasie 

Rzeczywisto  zawsze si  zmienia tak, by unikn  paradoksu, a my dochodzimy 

do wniosku,  e nie ma paradoksów w podró y i nie mo e ich by . 

Sennor wygl dał na bardzo zadowolonego z siebie i swego wykładu, lecz 

Twissell wstał od stołu i powiedział: 

-  No, panowie, czas upływa. 

Zanim Harlan zd ył pomy le , obiad si  sko czył. Pi ciu członków komitetu 

wyszło, przy czym ka dy skin ł mu głow  z wyrazem człowieka, którego 

ciekawo , na pocz tku umiarkowana, teraz wzrosła. Tylko Sennor wyci gn ł 

r k , skin ł głow  i powiedział szorstko: 

-  Do widzenia, młody człowieku. 

Harlan z mieszanymi uczuciami patrzył, jak wychodz . Jaki był cel obiadu? A 

przede wszystkim, co znaczyła ta aluzja do ludzi spotykaj cych samych siebie? 

aden nie wspomniał o Noys. Czy tylko chcieli go zobaczy ? Obejrze  go od stóp 

do głów, a wyci gni cie wniosków zostawi  Twissellowi? 

Twissell wrócił do stołu, ju  teraz opró nionego z potraw i nakry . Był sam z 

Harlanem i jakby chciał to podkre li , wzi ł nowego papierosa. Powiedział: 

-  A teraz do roboty, Harlan. Mamy bardzo wiele do zrobienia. Ale Harlan nie 

chciał i nie mógł dłu ej czeka . Oznajmił oboj tnie: 

-  Zanim we miemy si  do roboty, mam co  do powiedzenia. Twissell wygl dał 

na zaskoczonego. Zmarszczki koło jego zm czonych oczu pogł biły si , str cił 

popiół z papierosa. 

-  Ale  mów, je li chcesz, lecz najpierw usi d , usi d , chłopcze. Technik 

Andrew Harlan nie usiadł. Chodził tam i z powrotem wzdłu  stołu, twardo 

wyr buj c zdania,  eby nie wpa  w niezrozumiały bełkot. Łysa jak jabłko, 

po ółkła od staro ci głowa Starszego Kalkulatora Twissella obracała si  to w 

jedn , to w drug  stron , w miar  jak tamten nerwowo spacerował. Harlan 

powiedział: 

background image

 

92 

-  Od tygodni studiowałem filmy z zakresu historii matematyki. Ksi ki z 

ró nych Rzeczywisto ci 575 Stulecia. Rzeczywisto ci nie maj  zreszt  wi kszego 

znaczenia. Matematyka nie podlega zmianom. Równie  nie zmieniaj  si  dzieje 

jej rozwoju. Niezale nie od tego, jak zmieniały si  Rzeczywisto ci, historia 

matematyki pozostała mniej wi cej taka sama. Matematycy si  zmieniali, ró ni 

ludzie robili ró ne odkrycia, lecz rezultaty... W ka dym razie bardzo du o si  

nauczyłem. Co pan o tym s dzi? 

Twissell zmarszczył czoło i powiedział: 

-  Dziwne zaj cie jak na Technika... 

-  Lecz ja nie jestem jedynie Technikiem - powiedział Harlan. -Pan o tym wie. 

-  Mów dalej - powiedział Twissell i zerkn ł na swój czasomierz. Nerwowo 

bawił si  papierosem. 

Harlan powiedział: 

-  Był człowiek nazwiskiem Yikkor Mallansohn, który  ył w 24 Stuleciu. To 

była cz  ery Prymitywu, wie pan. Najbardziej znany jest z tego,  e jemu 

pierwszemu udało si  zbudowa  Pole Czasowe. To oznacza, oczywi cie,  e 

wynalazł Wieczno , skoro Wieczno  jest tylko jednym olbrzymim Polem 

Czasowym, wytwarzaj cym zwarcia zwykłego Czasu i wolnym od ogranicze  

zwykłego Czasu. 

-  Uczyli ci  tego, gdy byłe  Nowicjuszem, chłopcze. 

-  Ale nie uczyli mnie,  e Yikkor Mallansohn nie mógł wynale  Pola 

Czasowego w 24 Stuleciu. Ani nikt inny nie mógł. Nie istniała wtedy baza 

matematyczna do tego odkrycia. Nie istniały podstawowe równania Lefebvre'a; 

nie mogły istnie  a  do bada  Jana Yerdeera w 27 Stuleciu. 

Wiadomo było wszystkim,  e je li Starszy Kalkulator Twissell jest zdumiony, 

wtedy rzuca papierosa. I teraz wła nie rzucił papierosa. Nawet u miech znikł z 

jego twarzy. 

Zapytał: 

-  Czy uczono ci  równa  Lefebvre'a, chłopcze? 

- Nie. I nie mówi ,  e je rozumiem. Ale one s  potrzebne do Pola Czasowego. 

Tego si  uczyłem. A nie istniały przed 27 Stuleciem. Tego mnie równie  uczono. 

Twissell pochylił si , by podnie  papierosa, i ogl dał go z pow tpiewaniem. 

-  No, a mo e Mallansohn trafił na Pole Czasowe nie znaj c jego 

matematycznego uzasadnienia? A mo e to było po prostu odkrycie 

empirystyczne? Zdarzało si  przecie  wiele takich przypadków. 

-  My lałem o tym. Lecz od wynalezienia Pola Czasowego min ły trzy Stulecia, 

zanim nauczono si  je praktycznie stosowa , a w ci gu tych trzech Stuleci nie 

było sposobu,  eby zrealizowa  Pole Mallansohna. To nie mógł by  przypadek. Z 

której strony spojrze , projekt Mallansohna wskazuje,  e musiał on zastosowa  

równania Lefebvre'a. Je li je znał albo wynalazł je przed dziełem Verdeera, 

czemu tego nie powiedział? 

Twissell: 

-  Upierasz si ,  eby mówi  jak matematyk. Kto ci to wszystko powiedział? 

-  Przegl dałem filmy. 

-  Nic wi cej? 

-  I my lałem. 

background image

 

93 

-  Bez zaawansowanych studiów matematycznych? Obserwowałem ci  

uwa nie od lat, chłopcze, i nie odgadłbym tego twojego talentu. Mów dalej. 

-  Wieczno  nigdy nie zostałaby skonstruowana, gdyby Mallansohn nie 

odkrył Pola Czasowego. A Mallansohn nigdy by tego nie dokonał bez znajomo ci 

praw matematycznych, które odkryto dopiero w przyszło ci. To jedno. 

Tymczasem tu, w Wieczno ci, jest w tym momencie Nowicjusz, którego wybrano 

na Wieczno ciowca wbrew zasadom, bowiem jest za stary i do tego  onaty. To 

drugie. 

-  No wi c? 

-  Rozumiem,  e ma pan zamiar wysła  go z powrotem do Czasu, poza 

najni sz  stacj  Wieczno ci, do 24 Stulecia. Chce pan,  eby Nowicjusz Cooper 

nauczył Mallansohna równa  Lefebvre'a. Widzi pan wi c - dodał Harlan z pasj - 

jakie jest moje znaczenie jako eksperta w sprawach Prymitywu, a ponadto ja 

wiem o tym znaczeniu i wobec tego powinienem by  specjalnie traktowany. 

Bardzo specjalnie. 

-  Ojcze Czasie! - wymamrotał Twissell. 

-  A czy to nie jest prawda? Kr g si  zamknie z moj  pomoc . Bez niej... - nie 

doko czył zdania. 

-  Doszedłe  bardzo blisko prawdy - oznajmił Twissell. - A przysi głbym,  e 

nic nie wskazywało... - Zagł bił si  w rozmy laniach, w których, jak si  zdawało 

ani Harlan, ani  wiat zewn trzny nie odgrywał  adnej roli. 

Harlan zaprotestował szybko: 

-  Tylko blisko prawdy? To jest prawda. - Nie potrafiłby powiedzie , dlaczego 

był taki pewny, poza tym,  e rozpaczliwie pragn ł,  eby to była prawda. 

Twissell: 

-  Nie, niezupełnie prawda. Nowicjusz Cooper nie wyruszy do 24 Stulecia, 

eby czegokolwiek uczy  Mallansohna. 

-  Nie wierze, panu. 

-  Ale musisz wierzy . Musisz dostrzega  wag  tej sprawy. Pragn  twojej 

współpracy przy zako czeniu całego przedsi wzi cia. Widzisz, Harlan, to jest 

bardziej zamkni ty kr g, ni  sobie wyobra asz. Nowicjusz Brinsley Sheridan 

Cooper jest Yikkorem Mallansohnem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

94 

Rozdział 12

 

 

POCZ TEK WIECZNO CI 

 

Harlan nie spodziewał si ,  e Twissell w owej chwili powie co , co by go 

zaskoczyło. Mylił si . Wyj kał: 

-  Mallansohnem... On... 

Twissell, wypaliwszy papierosa do ko ca, wyci gn ł nowego i powiedział: 

-  Tak. Jest Mallansohnem. Chcesz zna  krótk  biografi  Mallansohna? 

Prosz . Urodził si  w 78 Stuleciu, sp dził pewien okres w Wieczno ci i zmarł w 

dwudziestym czwartym. - Twissell poło ył lekko dło  na łokciu Harlana, a jego 

twarz zmarszczyła si  w charakterystycznym u miechu. - Ale chłopcze, fizjoczas 

ucieka nawet nam, i nie jeste my jeszcze całkowicie panami siebie. Mo e 

przeszedłby  do mego biura? 

Ruszył pierwszy, a Harlan za nim, nie u wiadamiaj c sobie nawet,  e 

otwieraj  si  drzwi i poruszaj  rampy. 

Uzyskan  wiadomo  dopasowywał do swoich osobistych problemów i planu 

działania. Po pierwszej chwili dezorientacji wróciło mu zdecydowanie. Mimo 

wszystko nic si  nie zmieniło, poza tym,  e znaczenie Harlana w Wieczno ci 

stawało si  jeszcze bardziej zasadnicze, jego warto  wi ksza, zaspokojenie jego 

da  tym pewniejsze, odzyskanie Noys bardziej prawdopodobne. 

Noys! 

Ojcze Czasie, oni nie mog  jej zrobi  krzywdy! Noys wydawała si  jedyn  

realn  cz ci  jego  ycia. Cała Rzeczywisto  poza ni  była tylko mglist  fantazj , 

nic niewart . 

Kiedy znalazł si  w biurze Kalkulatora, nie mógł sobie przypomnie , jak to si  

stało,  e przeszedł tu z sali obiadowej. Chocia  rozgl dał si  dokoła i usiłował 

doprowadzi  do tego,  eby biuro stało si  dla  realne, cho by dzi ki 

zgromadzonym tu materialnym przedmiotom, wydawało mu si  nadal tylko 

kolejn  cz ci  snu, który przestał ju  by  u yteczny. 

Biuro Twissella było czystym, długim pomieszczeniem z aseptycznej 

porcelany. Jedna  ciana gabinetu była od podłogi do sufitu zapchana 

mikrojednostkami komputuj cymi, które w sumie składały si  na najwi kszy 

prywatny komputaplex w Wieczno ci, a w istocie jeden z najwi kszych w ogóle. 

cian  przeciwległ  zajmowały półki z filmami naukowymi. Całe pomieszczenie 

nie było wiele szersze ni  korytarz i mie ciło: biurko, dwa fotele, sprz t do 

rejestrowania i projektowania. Był tu równie  jaki  niezwykły przedmiot, którego 

u ytku Harlan nie znał, i odkrył go dopiero, gdy Twissell wrzucił tam resztki 

papierosa. 

Papieros błysn ł i zgasł, a Twissell jak zwykle gestem prestidigitatora ju  

trzymał nast pnego w r ku. 

Harlan pomy lał: a teraz do rzeczy. 

Zacz ł troch  za gło no i troch  zbyt zaczepnie: 

-  Jest w wieku 482 pewna dziewczyna... 

Twissell zmarszczył czoło i szybko pomachał r k , jakby chciał w ten sposób 

odsun  od siebie nieprzyjemn  spraw . 

background image

 

95 

-  Wiem, wiem. Nikt jej nie b dzie niepokoił. Ani jej, ani ciebie. Wszystko 

b dzie dobrze. Dopilnuj  tego. 

-  Czy s dzi pan... 

-  Mówi  ci,  e znam t  histori . Je li ta sprawa ci  niepokoiła, nie 

potrzebujesz si  o ni  martwi . 

Harlan patrzył na starego człowieka ogłupiały. Czy to wszystko? Jakkolwiek 

wysoko oceniał swoje mo liwo ci, nie spodziewał si  tak wyra nego ich 

potwierdzenia. 

Lecz Twissell mówił dalej: 

-  Pozwól,  e opowiem ci cał  histori  - zacz ł niemal takim tonem, jakim 

zwracałby si  do Nowicjusza. - Nie my lałem,  e b dzie to potrzebne, i by  mo e 

wcale nie jest, lecz twoje poszukiwania i wnikliwo  zasługuj  na to. 

Popatrzył zagadkowo na Harlana i powiedział: 

- Wiesz, nadal nie mog  uwierzy ,  e ty sam to wszystko wykryłe . - A potem 

dodał: - Człowiek, którego wi ksza cz  Wieczno ci zna jako Yikkora 

Mallansohna, pozostawił po  mierci sprawozdanie ze swego  ycia. Nie był to 

wła ciwie dziennik ani biografia w  cisłym sensie tego słowa. Raczej przewodnik 

przekazany w spu ci nie Wieczno ciowcom, o których wiedział,  e pewnego dnia 

b d  istnieli. Ten dokument był zamkni ty w czym  w rodzaju sejfu czasowego, 

który mogli otworzy  tylko Kalkulatorzy Wieczno ci, a który w zwi zku z tym 

pozostał nie tkni ty przez trzy Stulecia po  mierci Mallansohna, a  została 

skonstruowana Wieczno . Wtedy Starszy Kalkulator Henry Wadsman, pierwszy 

z wielkich Wieczno ciowców, otworzył go. Dokument przekazywano odt d jako 

naj ci lej tajny wielu Starszym Kalkulatorom, ko cz c na mnie. Nazywamy go 

Pami tnikiem Mallansohna. 

Pami tnik przedstawia dzieje człowieka nazwiskiem Brinsley Sheridan 

Cooper, urodzonego w 78 wieku, wprowadzonego jako Nowicjusza do Wieczno ci 

w 23 roku  ycia, niewiele ponad rok po  lubie, ale do tej pory bezdzietnego. 

Po wej ciu do Wieczno ci Cooper studiował matematyk  pod kierunkiem 

Kalkulatora nazwiskiem Laban Twissell i socjologi  Prymitywu, któr  mu 

wykładał Technik Andrew Harlan. Po dokładnym przyswojeniu sobie obu 

dyscyplin i innych przedmiotów, jak na przykład in ynieria czasowa, został 

wysłany do 24 Stulecia, aby nauczył pewnych niezb dnych rzeczy naukowca z 

okresu Prymitywu nazwiskiem Yikkor Mallansohn. 

Osi gn wszy 24 Stulecie poddał si  najpierw powolnemu procesowi adaptacji 

do społecze stwa. Bardzo mu si  do tego przydały wiadomo ci, jakie uzyskał od 

Technika Harlana, i szczegółowe wskazówki Kalkulatora Twissella, który, jak si  

wydaje, miał znakomite rozeznanie we wszystkich problemach. 

Po upływie dwóch lat Cooper odszukał niejakiego Yikkora Mallansohna, 

ekscentrycznego pustelnika, w lasach Kalifornii, pozbawionego krewnych i 

przyjaciół, lecz obdarzonego  miałym i niekonwencjonalnym spojrzeniem na 

wiat. Cooper stopniowo si  z nim zaprzyja nił, przyzwyczaił go do my li,  e 

spotkał w drowca z przyszło ci, i zacz ł uczy  tego człowieka zasad matematyki. 

W miar  upływu czasu Cooper przyswoił sobie zwyczaje tamtego, nauczył si  

wykorzystywa  niezdarny generator elektryczny nap dzany silnikiem Diesla i 

kable, które uniezale niały ich od elektrowni. 

background image

 

96 

Lecz post p był powolny, a Cooper stwierdził,  e nie jest zbyt zdolnym 

nauczycielem. Mallansohn coraz bardziej tetryczał, nie chciał pracowa , a potem 

pewnego jesiennego dnia zmarł nagle w kanionie dzikiego górzystego kraju, gdzie 

mieszkali. Cooper po tygodniach rozpaczy nad ruin  dzieła swego  ycia i 

prawdopodobnie całej Wieczno ci podj ł rozpaczliw  decyzj . Nie zawiadomił 

nikogo 

O  mierci Mallansohna. Zamiast tego powoli rozpocz ł budow  Pola 

Czasowego z podr cznych materiałów. 

Szczegóły nie maj  znaczenia. Haruj c ci ko i improwizuj c odniósł w ko cu 

sukces i zawiózł swój generator do Kalifornijskiego Instytutu Technologii. Par  

lat wcze niej spodziewał si ,  e zrobi to Mallansohn. 

Znasz t  histori  z własnych studiów. Znasz niedowierzanie i szorstkie 

odmowy, z jakimi si  najpierw spotkał, okres, kiedy był pod obserwacj , jego 

ucieczk , w czasie której o mało nie stracił generatora, wiesz o pomocy, jak  

otrzymał od m czyzny w barze, m czyzny, którego nazwiska nigdy si  nie 

dowiedział, a który jest teraz jednym z bohaterów Wieczno ci, i o ko cowym 

pokazie przed profesorem Zimbalistem, kiedy to demonstrował biał  mysz, 

poruszaj c  si  wstecz i naprzód w Czasie. Nie chc  ci  tym nudzi . 

Cooper u ywał nazwiska Yikkora Mallansohna, poniewa  czyniło go ono 

autentycznym produktem 24 Stulecia. Ciała prawdziwego Mallansohna nigdy nie 

odnaleziono. 

Przez reszt   ycia Cooper cieszył si  ze swego generatora i współpracował z 

naukowcami Instytutu przy konstruowaniu nast pnych. Nie o mielił si  robi  nic 

wi cej. Nie mógł nauczy  ich równa  Lefebvre'a, nie przeskakuj c trzech 

nast pnych Stuleci rozwoju matematyki. Nie mógł, nie o mielił si  przyzna , do 

swego prawdziwego pochodzenia. Nie o mielił si  robi  nic wi cej, ni  zgodnie z 

tym, co wiedział, robiłby Yikkor Mallansohn. 

Ci, co z nim pracowali, nie mogli si  pogodzi  z tym,  e człowiek, który potrafi 

działa  tak genialnie, nie umie wytłumaczy  zasad swego działania. Ale on 

równie  si  denerwował, poniewa  przewidywał, nie b d c w stanie przy pieszy  

pracy, rozwój prowadz cy stopniowo do klasycznych do wiadcze  Jana 

Yerdeera, w oparciu o które wielki Antoine Lefebvre sformułuje podstawowe 

równania Rzeczywisto ci. I przewidywał równie , jak potem zostanie 

skonstruowana Wieczno . 

Dopiero pod koniec swego długiego  ycia Cooper, przygl daj c si  zachodowi 

sło ca nad Pacyfikiem (opisuje t  scen  ze szczegółami w swym pami tniku), 

u wiadomił sobie,  e jest Yikkorem Mallansohnem, a nie jego substytutem. 

Nazwisko mogło by  inne, lecz człowiek, którego historia nazwała Mallansohnem, 

to był naprawd . Brinsley Sheridan Cooper. 

Rozpalony t  my l  i wszystkim, co z niej wynikało, pragn c jako  

przy pieszy  proces budowy Wieczno ci, ulepszy  go i zabezpieczy , napisał swój 

pami tnik i umie cił go w sze cianie sejfu czasowego, w jednym z pokoi swego 

domu. 

I w ten sposób kr g został zamkni ty, intencje Coopera-Mallansohna, gdy 

pisał swój pami tnik, zostały oczywi cie zlekcewa one. Cooper musi przej  przez 

ycie, dokładnie tak, jak przez nie przechodził. Rzeczywisto  Prymitywu nie 

background image

 

97 

pozwala na  adne Zmiany. W tym momencie fizjoczasu Cooper, którego znasz, 

nie jest  wiadom tego, co go ma spotka . Wierzy,  e ma tylko poinstruowa  

Mallansohna i wróci . I b dzie w to wierzył, a  po latach zrozumie,  e powinno 

by  inaczej, i zasi dzie do pisania pami tnika. 

Celem kr gu w Czasie jest wiedza o podró ach w Czasie i o naturze 

Rzeczywisto ci, zbudowanie Wieczno ci, wyprzedzaj cej jej naturalny czas. 

Pozostawiona samej sobie ludzko  nie nauczyłaby si  prawdy o Czasie, bo 

przedtem rozwój technologiczny w innych kierunkach uczyniłby samobójstwo 

gatunku ludzkiego nieuniknionym. 

Harlan słuchał w napi ciu, maj c przed oczyma wizj  pot nego kr gu w 

Czasie, zamkni tego w sobie i przecinaj cego Wieczno  w cz ci swego biegu. 

Był w owej chwili bliski zapomnienia o Noys na tyle, na ile było to mo liwe. 

Zapytał: 

-  A wi c przez cały czas wiedział pan wszystko, co pan ma robi , wszystko, co 

ja miałem robi , wszystko, co robiłem? 

Twissell, który jakby zatracił si  w swym opowiadaniu, tak  e tylko oczy 

błyskały mu poprzez bł kitn  chmur  dymu tytoniowego, teraz z wolna wracał do 

przytomno ci. Jego stare, m dre oczy zatrzymały si  na Harlanie, a potem 

powiedział z wyrzutem: 

-  Nie. Oczywi cie,  e nie. Mi dzy pobytem Coopera w Wieczno ci a chwil , 

gdy zacz ł pisa  swój pami tnik, min ły dziesi ciolecia fizjoczasu. Mógł 

zapami ta  tylko tyle i tylko to, czego sam był  wiadkiem. Powiniene  to sobie 

u wiadomi . 

Twissell westchn ł i swoim s katym palcem przeci gn ł po smudze płyn cego 

ku górze dymu, przecinaj c j na małe wiruj ce chmurki. 

-  Wszystko si  zgadza. Najpierw znaleziono mnie i sprowadzono do 

Wieczno ci. Kiedy w pełni fizjoczasu stałem si  Starszym Kalkulatorem, 

otrzymałem pami tnik i powierzono mi całe to zadanie. Byłem opisany jako 

kieruj cy akcj , wi c powierzono mi kierowanie. Znowu w odpowiednim 

fizjoczasie pojawiłe  si  ty w Zmianie Rzeczywisto ci (dokładnie obserwowali my 

twoje wcze niejsze odpowiedniki), nast pnie Cooper. 

Uzupełniłem detale, posługuj c si  zdrowym rozs dkiem i komputapleksem. 

Jak starannie, na przykład, instruowali my Edukatora Yarrowa w sprawie jego 

roli, nie zdradzaj c jednak ani jednego istotnego szczegółu. Jak starannie on ze 

swej strony podniecał twoje zainteresowanie Prymitywem ! 

Jak musieli my czuwa  nad Cooperem, by nie nauczył si  niczego, o czym nie 

wspominał w swym pami tniku. - Twissell u miechn ł si  smutno. - Sennor bawi 

si  takimi rzeczami. Nazywa to odwróceniem przyczyny i skutku. Znaj c skutek, 

dopasowuje si  przyczyn . Na szcz cie, nie jestem takim teoretykiem jak Sennor. 

Byłem zadowolony, chłopcze,  e okazałe  si  tak znakomitym Obserwatorem i 

Technikiem. Pami tnik o tym nie wspominał. Cooper bowiem nie miał mo liwo ci 

obserwowania twej pracy ani oceniania jej. To mi odpowiadało. Mogłem ci  

wykorzysta  do zada  drobniejszych, które odwracały uwag  od zadania 

zasadniczego. Nawet twój ostatni pobyt u Kalkulatora Finge'a pasował do 

pami tnika. Cooper wspominał o okresie twojej nieobecno ci, podczas której 

background image

 

98 

program jego studiów matematycznych został tak rozszerzony,  e t sknił za 

twoim powrotem. Raz jednak mnie przeraziłe . 

Harlan zapytał od razu: 

-  Jak wzi łem wtedy Coopera w podró  w Czasie? 

-  W jaki sposób to odgadłe ? - zapytał Twissell. 

-  To był jedyny raz, kiedy si  pan naprawd  na mnie rozgniewał. 

Przypuszczam,  e kolidowało to z pami tnikiem Mallansohna. 

-  Niezupełnie. Chodziło po prostu o to,  e pami tnik nie wspominał o kotłach. 

Wydawało mi si ,  e brak wzmianki o tak istotnym aspekcie Wieczno ci oznaczał, 

e Cooper mało miał z tym do czynienia. Dlatego moj  intencj  było trzyma  go 

w miar  mo no ci z dala od kotłów. Fakt,  e zabrałe  go w przyszło , bardzo 

mnie zmartwił, ale szcz liwie nic si  nie stało. Wszystko rozwija si  tak, jak 

powinno, a wi c w porz dku. 

Stary Kalkulator zatarł r ce, wpatruj c si  w młodego Technika ze 

zdziwieniem i z ciekawo ci . 

-  A jednak ty to wszystko odgadłe . To mnie po prostu zdumiewa. 

Przysi głbym,  e nawet całkowicie wyedukowany Kalkulator nie mógłby 

wyci gn  wła ciwych wniosków, maj c tylko te informacje co ty. Niesamowite, 

e doszedł do tego Technik. - Pochylił si  i poklepał Mariana po kolanie. - 

Pami tnik Mallansohna, oczywi cie, nie mówi nic o twoim  yciu po wyje dzie 

Coopera. 

-  Rozumiem, Kalkulatorze - powiedział Harlan. 

-  Wi c,  e tak powiem, b dziemy mieli swobod  działania w tej sprawie. 

Wykazujesz zdumiewaj cy talent, którego nie mo na zmarnowa . S dz ,  e czeka 

ci  awans. Niczego teraz nie obiecuj , lecz przypuszczam,  e mo esz si  

spodziewa  stanowiska Kalkulatora. 

Harlan bez trudu utrzymał oboj tny wyraz twarzy. Miał w tym wiele 

praktyki. 

Pomy lał: dodatkowa łapówka. 

Lecz niczego nie wolno było pozostawi  przypadkowi. Jego przypuszczenia, 

na pocz tku chaotyczne i pozbawione uzasadnienia, dzi ki jego przenikliwo ci w 

ci gu tej niezwykłej i podniecaj cej nocy nabrały sensu -jak wyniki 

systematycznych bada  bibliotecznych. Teraz, gdy Twissell opowiedział mu cał  

histori , stały si  one pewnikami. Ale przynajmniej w jednym przypadku istniała 

ró nica. Cooper był Mallansohnem. 

Po prostu wzmocnił sw  pozycj , lecz, myl c si  w jednym punkcie, mógł 

myli  si  i w innych. Wi c niczego nie wolno pozostawi  przypadkowi. Wyja ni  

to! Upewni  si ! 

Powiedział spokojnie, niemal oboj tnie: 

-  Ci y wi c na mnie wielka odpowiedzialno  teraz, gdy znam prawd . 

-  Tak. 

-  Jak bardzo napi ta jest sytuacja? Przypu my,  e zdarzy si  co  

nieoczekiwanego i b d  musiał opu ci  dzie , w którym powinienem uczy  

Coopera czego  wa nego? 

-  Nie rozumiem ci . 

background image

 

99 

(Czy to tylko złudzenie, czy rzeczywi cie w starych, zm czonych oczach 

pojawił si  błysk przera enia?). 

-  Chodzi mi o to, czy kr g mo e p kn ? Mo e ujm  to w ten sposób: je li 

nieoczekiwany cios w głow  wył czyłby mnie z akcji w tym czasie, gdy pami tnik 

wyra nie stwierdzi,  e jestem w dobrym zdrowiu, czy cały plan załamałby si ? 

Albo przypu my,  e z jakiego  powodu  wiadomie postanowi  nie stosowa  si  

do pami tnika. Co wtedy? 

-  Sk d ci to przyszło do głowy? 

-  Wygl da to całkiem logicznie. Wydaje mi si ,  e przez nieostro no  albo 

wiadomie mog  przerwa  kr g. I co z tego wyniknie? Zniszczenie Wieczno ci? 

Na to mi wygl da. Je li tak jest - dodał Harlan spokojnie - powinienem o tym 

wiedzie ,  ebym był ostro ny, i nie zrobił nic niewła ciwego. Jakkolwiek chyba 

tylko jakie  niezwykłe okoliczno ci mogłyby mnie do tego zmusi . 

Twissell  miał si , lecz ten  miech brzmiał fałszywie i pusto w uszach Harlana. 

-  To s  wszystko czysto akademickie rozwa ania, chłopcze. Nic podobnego. 

Nic podobnego si  nie zdarzy, skoro si  dot d nie zdarzyło. Kr g si  nie przerwie. 

-  Mo e - powiedział Harlan. - Dziewczyna z 482... 

-  Jest bezpieczna - odparł Twissell. Podniósł si  niecierpliwie. -W ten sposób 

mo na by gada  bez ko ca, a ju  mam dosy  rozszczepiania włosa na czworo 

przez komitet do spraw tego projektu. Musz  ci powiedzie , po co wła ciwie ci  

wezwałem, fizjoczas ucieka. Mo esz i  ze mn ? 

Harlan był zadowolony. Sytuacja si  wyja niła, a jego pozycja była 

niew tpliwie silna. Twissell wiedział,  e mo e powiedzie , je li tylko przyjdzie mu 

ochota: „Nie chc  mie  dalej nic do czynienia z Cooperem". Twissell wiedział,  e 

Harlan w ka dej chwili mo e zniszczy  Wieczno , dostarczaj c Cooperowi 

zasadniczych informacji w sprawie pami tnika. 

Harlan wiedział dosy , by zrobi  to wczoraj. Twissell zamierzał przytłoczy  

go wag  jego zadania, lecz je eli my li,  e w ten sposób zmusi go do 

posłusze stwa, to si  grubo myli. 

Harlan sformułował sw  gro b  wystarczaj co jasno, maj c na uwadze 

bezpiecze stwo Noys, a wyraz twarzy Twissella, gdy warkn ł: , Jest bezpieczna", 

wskazywał,  e u wiadamia sobie istot  gro by. 

Podniósł si  i poszedł za Starszym Kalkulatorem. 

Harlan nigdy dotychczas nie widział sali, do której weszli. Była ona du a i 

wygl dało na to,  e usuni to  ciany, by uzyska  przestrze . Wchodziło si  do niej 

przez w ski korytarz, zamkni ty kurtyn  siłow , która nie ust powała, póki 

automatyczne urz dzenie nie sprawdziło dokładnie twarzy Twissella. 

Wi ksz  cz  sali wypełniała kula, która si gała niemal sufitu. Otwarte drzwi 

ukazywały cztery schodki, prowadz ce na dobrze o wietlon  platform  wewn trz 

kuli. 

Dochodziły stamt d jakie  głosy, a gdy Harlan spojrzał, w otworze ukazały si  

nogi. Wynurzył si  jaki  człowiek, a za nim ukazała si  nast pna para nóg. Był to 

Sennor z Rady Wszechczasów i kto  z grupy, z któr  Harlan spotkał si  na 

obiedzie. 

Twissell nie był zachwycony. Zapytał jednak uprzejmie: 

-  Czy komitet jeszcze tu jest? 

background image

 

100 

-  Tylko my dwaj - o wiadczył Sennor. - Rice i ja. Bardzo pi kny instrument. 

Równie skomplikowany jak statek kosmiczny. 

Rice był brzuchatym m czyzn  o udr czonym wygl dzie człowieka, który ma 

racj , lecz w sposób nieoczekiwany przegrywa w dyskusji. Potarł swój kartoflany 

nos i powiedział: 

-  Sennor ostatnio du o rozmy la o podró ach kosmicznych. Łysa głowa 

Sennora połyskiwała w  wietle. 

-  Ciekawy problem, Twissell - rzekł. - Jak my lisz: czy podró e kosmiczne s  

pozytywnym czy negatywnym czynnikiem z punktu widzenia Rzeczywisto ci? 

-  Pytanie jest bez sensu - odparł Twissell niecierpliwie. - Jakiego rodzaju 

podró e kosmiczne, w jakich okoliczno ciach? 

-  Ale, ale! Z pewno ci  mo na powiedzie  co  o podró ach kosmicznych w 

ogóle. 

-  Tylko tyle,  e s  samoograniczone, same si  wyczerpuj  i zamieraj . 

-  S  wi c bezu yteczne - podchwycił Sennor z satysfakcj . A w zwi zku z tym 

stanowi  czynnik negatywny. To pokrywa si  z moim pogl dem. 

-  Przepraszam - powiedział Twissell. - Zaraz tu przyjdzie Cooper. Potrzebna 

nam jest platforma. 

-  Oczywi cie - Sennor uj ł Rice'a pod r k  i wyprowadził go z pomieszczenia. 

Słycha  było, jak peroruje: - Okresowo, mój drogi Rice, cały umysłowy wysiłek 

ludzko ci koncentruje si  na podró ach kosmicznych, które z natury rzeczy 

skazane s  na niesławny koniec. Przedstawiłbym odpowiednie dowody 

statystyczne, gdybym nie był pewny,  e dla pana jest to oczywiste. Gdy ludzie 

koncentruj  si  na przestrzeni kosmicznej, lekcewa y si  wła ciwy rozwój spraw 

ziemskich. Przygotowuj  teraz dla Rady tez , by zmieniano Rzeczywisto ci w ten 

sposób, aby ery podró y kosmicznych zostały całkowicie wyeliminowane. 

Rozległ si  głos Rice'a: 

-  Ale nie mo e pan robi  tak drastycznych posuni . Podró e kosmiczne s  

wa n  klap  bezpiecze stwa w niektórych cywilizacjach. 

We my Rzeczywisto  nr 54 z 290 Stulecia, któr  przypadkowo doskonale 

pami tam. Wtedy... 

Głosy ucichły, a Twissell powiedział: 

-  To dziwny człowiek ten Sennor. Intelektualnie wart jest tyle, co jakikolwiek 

z dwóch spo ród nas, ale jego warto  gubi si  w słomianym zapale. 

Harlan zapytał: 

-  Uwa a pan,  e on ma racj ? Chodzi mi o podró e kosmiczne. 

-  W tpi . Mieliby my lepsz  kazj  oceni  to, gdyby Sennor przedło ył nam t  

tez , o której wspominał. Ale nie zrobi tego. Zanim j  sko czy opracowywa , 

zapali si  do czego  nowego, a tamt  prac  rzuci. Ale mniejsza o to... - Klepn ł 

dłoni  kul , tak  e zabrz czała, a potem wyj ł papierosa z ust. - Mo esz 

odgadn , co to jest, Techniku? 

Harlan odpowiedział: 

-  Wygl da to jak bardzo wielki kocioł z przykryw . 

-  Wła nie. Masz racj . Trafnie to uj łe . Wejd  do  rodka. Harlan wszedł za 

Twissellem do kuli, do  du ej, by pomie ci  czterech lub pi ciu m czyzn. Jej 

background image

 

101 

wn trze było puste. Podłoga gładka, dwa okna we wkl słych  cianach. To 

wszystko. 

-  Nie ma sterowania? - zapytał Harlan. 

-  Zdalne sterowanie - odparł Twissell. Przesun ł dłoni  po gładkiej  cianie i 

powiedział: - Podwójne  ciany. Wn trze stanowi zamkni te w sobie Pole Czasowe. 

To urz dzenie to kocioł, który nie jest ograniczony do tras szybów 

komunikacyjnych, lecz mo e przekroczy  najni szy próg Wieczno ci. Jego 

projekt i mo liwo  skonstruowania zawdzi czamy cennym wskazówkom z 

pami tnika Mallansohna. Chod  ze mn . 

Sterownia znajdowała si  w małym pomieszczeniu w jednym z rogów du ej 

sali. Harlan wszedł do  rodka i patrzył ponuro na olbrzymie d wignie. 

Twissell zapytał: 

-  Słyszysz mnie, chłopcze? 

Harlan drgn ł i rozejrzał si  dokoła. Nie u wiadomił sobie,  e Twissell nie 

wszedł za nim. Odruchowo przesun ł si  w stron  okna, a Twissell pomachał mu 

r k . 

Harlan powiedział: 

-  Słysz , Kalkulatorze. Chce pan,  ebym wyszedł? 

-  Bynajmniej. Jeste  zamkni ty. 

Harlan skoczył do drzwi, a  oł dek podjechał mu do gardła. Twissell mówił 

prawd , ale co, u Czasu, tu si  dzieje? 

Twissell powiedział: 

-  Zostaniesz st d wypuszczony, chłopcze, gdy twoja odpowiedzialno  si  

sko czy. Martwiłe  si  o t  odpowiedzialno , chciałe  si  czego  wi cej o niej 

dowiedzie  i chyba domy lam si , o co ci chodziło. Ta odpowiedzialno  nie 

powinna ci  obci a . To wył cznie moja sprawa. Niestety, musimy ci  trzyma  w 

sterowni, poniewa  zostało stwierdzone,  e byłe  w sterowni i obsługiwałe  

aparatur . Tak mówi pami tnik Mallansohna. Cooper zobaczy ci  przez okno i to 

wystarczy. 

Ponadto poprosz  ci , by  dokonał ostatniego kontaktu - stosownie do 

instrukcji, jakich ci udziel . Je li uwa asz,  e to równie  jest zbyt odpowiedzialne 

zadanie dla ciebie, mo esz nic nie robi . Mamy tu drugi, równoległy, obwód, 

obsługiwany przez kogo  innego. Je li z jakichkolwiek powodów jeste  niezdolny 

do obsłu enia tego kontaktu, on to zrobi. Ponadto przerw  ł czno  radiow  z 

wn trza sterowni. B dziesz mógł nas słysze , ale nie b dziesz mógł mówi . A wi c 

nie bój si ,  e jaki  mimowolny twój okrzyk przerwie kr g. 

Harlan bezradnie wygl dał przez okno. 

Twissell kontynuował: 

-  Za chwil  przyjdzie tu Cooper, a jego wyprawa do Prymitywu zamknie si  

w granicach dwóch fizjogodzin. Potem, chłopcze, całe zadanie b dzie zako czone, 

a my wolni. 

Dla Harlana było to jak zmora. Dusił si  i wszystko wirowało mu przed 

oczyma. Czy Twissell go oszukał? Czy to, co robił, było ukartowane jedynie w 

tym celu, by zwabi  go do zamkni tej sterowni? A mo e stwierdziwszy,  e Harlan 

zdaje sobie spraw  ze swojej niezb dno ci, improwizował przebiegle, zajmuj c go 

background image

 

102 

rozmow , ukrywaj c swe prawdziwe uczucia, prowadz c go to tu, to tam, a  

wreszcie go zamkn ł? 

Ta szybka i łatwa kapitulacja w sprawie Noys! „Nikt jej nie zrobi krzywdy"! - 

powiedział Twissell. Wszystko b dzie dobrze. 

Jak mógł w to uwierzy ! Je li nie zamierzaj  jej skrzywdzi  ani nawet tkn , 

to po co ta bariera czasowa w szybie na stutysi cznym Stuleciu? Ju  samo to 

całkowicie zdemaskowało Twissella. 

Ale on (głupiec!) pragn ł wierzy , i dlatego pozwolił si   lepo prowadzi  przez 

ostatnie dwie fizjogodziny i wsadzi  do zamkni tego pomieszczenia, gdzie ju  nie 

był potrzebny nawet po to, by nacisn  ostatni kontakt. 

Za jednym zamachem pozbawiono go całego znaczenia. Umiej tnie wyj to mu 

z r ki wszystkie atuty, raz na zawsze utracił Noys. 

Jakkolwiek jeszcze zechc  go ukara , nie było ju  wa ne. Na zawsze utracił 

Noys. 

Nie przyszło mu do głowy,  e projekt ju  dobiega ko ca. To oczywi cie 

umo liwiło jego pora k . 

Głos Twissella dochodził go niewyra nie. 

- Teraz ci  odł czymy, chłopcze. 

Harlan pozostał sam, bezradny, bezu yteczny...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

103 

Rozdział 13

 

 

PONI EJ DOLNEJ GRANICY 

 

Wszedł Brinsley Cooper. Na jego szczupłej twarzy malowało si  podniecenie, 

dzi ki czemu wygl dał młodzie czo mimo sumiastego mallansohnowskiego w sa, 

który zdobił górn  warg . 

(Harlan widział go przez okno i słyszał wyra nie przez radio. My lał z 

rozgoryczeniem: mallansohnowski w s! Oczywi cie!). Cooper podszedł do 

Twissella. 

-  Nie chcieli mnie do tej pory wypu ci , Kalkulatorze. 

-  Bardzo słusznie - powiedział Twissell. - Mieli takie instrukcje. 

-  A teraz jest ju  pora? Wyjad ? 

-  Ju  niedługo. 

-  I wróc ? Zobacz  znowu Wieczno ? 

Mimo  e Cooper usiłował trzyma  si  dzielnie, w jego głosie brzmiała 

niepewno . 

(Wewn trz sterówki Harlan zbli ył zaci ni te pi ci do pancernego szkła w 

oknie; pragn ł je rozbi  i krzykn : „Przerwa  to! Przyjmijcie moje warunki 

albo ja...". Ale to byłoby daremne). 

Cooper rozejrzał si  po sali, najwidoczniej nie u wiadamiaj c sobie,  e 

Twissell nie odpowiedział na jego pytanie. Zobaczył Harlana w oknie sterówki. 

Podniecony, pomachał r k . 

-  Techniku Harlan! Niech pan wyjdzie. Chc  si  z panem po egna  przed 

wyjazdem. 

-  Nie teraz, chłopcze, nie teraz. On siedzi przy sterach -wtr cił Twissell. 

Cooper: 

-  Jako  kiepsko wygl da. Twissell: 

-  Przedstawiłem mu nasz projekt. My l ,  e ka dego mogłoby to 

wyprowadzi  z równowagi. 

Cooper: 

-  Wielki Czasie, tak! Wiem o tym od tygodni, a jeszcze si  nie 

przyzwyczaiłem. - Jego  miech zabrzmiał histerycznie. - Do tej pory jako  nie 

mog  przekona  samego siebie,  e naprawd  mam w tym swój udział. Ja... Ja si  

troch  boj . 

-  Nie mog  ci mie  tego za złe. 

-  Szczególnie w  oł dku, wie pan... To najbardziej niespokojny organ mego 

ciała. 

Twissell: 

-  Có , to bardzo naturalne. Przejdzie. Tymczasem został ustalony termin 

twego odjazdu w standardowym mi dzyczasowym i musisz jeszcze otrzyma  

nieco informacji. Na przykład, do tej pory nie widziałe  kotła, którego b dziesz 

u ywał. 

Przez dwie godziny Harlan przysłuchiwał si  temu wszystkiemu, niezale nie 

od tego, czy ich widział, czy nie. Twissell pouczał Coopera w dziwacznie 

background image

 

104 

wyrywkowy sposób; Harlan wiedział dlaczego. Coopera informowano tylko o 

tym, o czym miał wspomnie  w pami tniku Mallansohna. 

(Zamkni ty kr g. Zamkni ty kr g. I nie ma sposobu, by przerwa  ten kr g 

jednym pot nym szarpni ciem Samsona. Kr g wiruje, ci gle wiruje). 

Słyszał, jak Twissell mówi: 

- Zwykłe kotły s  zarówno popychane, jak i ci gni te, je li mo emy u y  

takich okre le  w stosunku do sił mi dzyczasowych. W podró y ze Stulecia X do 

Stulecia Y wewn trz Wieczno ci nie ma całkowicie naładowanego energi  punktu 

pocz tkowego i punktu ko cowego. 

Mamy tutaj kocioł z naładowanym energi  punktem pocz tkowym, lecz nie 

naładowanym punktem przeznaczenia. Mo e wi c by  tylko popychany, nie za  

ci gni ty. Wskutek tego musi zu ywa  energi  w ilo ci o wiele wi kszej ni  

zwyczajne kotły. Trzeba było zało y  specjalne jednostki przekazu mocy wzdłu  

szybów, by uzyska  odpowiedni  koncentracj  energii z Nova Soi. 

Ten specjalny kocioł, jego sterowanie i zaopatrzenie w energi  stanowi  

skomplikowany aparat. Przez wiele fizjodziesi cioleci przeszukiwano mijaj ce 

Rzeczywisto ci, by znale  specjalne aparaty i specjalne techniki. Trzynasta 

Rzeczywisto  wieku 222 stanowiła klucz. 

Wynaleziono wtedy kondensator czasowy, bez którego nie mo na byłoby 

zbudowa  tego kotła. Trzynasta Rzeczywisto  222 Stulecia. 

Wymówił to z przesadnym naciskiem. 

(Harlan pomy lał: zapami taj to, Cooper! Zapami taj - trzynasta 

Rzeczywisto  222 Stulecia -  eby  mógł to napisa  w pami tniku Mallansohna, 

eby Wieczno ciowcy wiedzieli, gdzie zajrze ,  eby wiedzieli, co ci powiedzie ... 

Zamkni ty kr g. Zamkni ty kr g...). 

Twissell: 

-  Oczywi cie kocioł nie został sprawdzony poni ej dolnej granicy Wieczno ci, 

ale odbywał liczne podró e wewn trz niej. Jeste my przekonani,  e nie wyst pi  

adne niepo dane efekty. 

-  Czy rzeczywi cie nic takiego nie mo e si  zdarzy ? - zapytał Cooper. - 

Chodzi mi o to,  e ja musz  si  tam dosta , bo inaczej Mallansohnowi nie uda si  

zbudowa  Pola. A przecie  mu si  udało. 

-  Wła nie. Znajdziesz si  w do  odosobnionym miejscu w słabo zaludnionym 

rejonie południowo-zachodnim Stanów Zjednoczonych Ammelliki... 

-  Ameryki - poprawił Cooper. 

-  Niech b dzie Ameryki. B dzie to 24 Stulecie albo, mówi c dokładnie, 

dwudzieste trzecie i siedemna cie setnych. S dz ,  e mo emy nawet nazywa  ten 

okres rokiem 2317, je li mamy ochot . Jak widziałe , kocioł jest du y, o wiele 

wi kszy ni  ci potrzeba. Jest w nim pod dostatkiem jedzenia, wody, s  urz dzenia 

słu ce do kamufla u i obrony. Otrzymasz szczegółowe instrukcje, które 

oczywi cie nie b d  zrozumiałe dla nikogo prócz ciebie. Przede wszystkim 

pami taj,  eby nikt z pierwotnych mieszka ców ci  nie odkrył, zanim si  nie 

przygotujesz do spotkania z nimi. Otrzymasz specjalne kopaczki energetyczne, 

które pozwol  ci wkopa  si  gł boko w skał  i wybudowa  kryjówk . Musisz 

bardzo szybko wyładowa  zawarto  kotła. B dzie ona w tym celu specjalnie 

uło ona. 

background image

 

105 

(Harlan pomy lał: powtórz! powtórz! Na pewno ju  mu to wszystko przedtem 

mówili, ale musi powtórzy ,  eby mu si  utrwaliło w pami ci. Jeszcze raz i jeszcze 

raz...). 

Twissell: 

-  B dziesz musiał wyładowa  to wszystko w pi tna cie minut. Potem kocioł 

wróci automatycznie do punktu startu, zabieraj c ze sob  te narz dzia, które 

s zbyt nowoczesne jak na tamto Stulecie. B dziesz miał ich list . Po odej ciu kotła 

mo esz liczy  tylko na własne siły. 

Cooper: 

-  Czy kocioł musi wraca  tak szybko? 

Twissell: 

-  Szybki powrót powi ksza prawdopodobie stwo sukcesu. (Harlan pomy lał: 

kocioł musi powróci  za pi tna cie minut, poniewa  powrócił za pi tna cie minut. 

Wszystko tak samo...)-Twissell mówił szybko: 

-  Nie mo emy fałszowa  ich  rodków wymiany, ich banknotów. Otrzymasz 

złoto w formie małych bryłek. B dziesz mógł wytłumaczy , sk d je wzi łe , wedle 

zał czonej szczegółowo instrukcji. Otrzymasz ubrania z tamtej epoki, a 

przynajmniej takie, które mog  uchodzi  za tubylcze. 

-  Słusznie - powiedział Cooper. 

-  Ale pami taj: powoli. Czekaj tygodniami, je li b dzie potrzeba. 

Przygotowuj si  psychicznie do tego okresu. Instrukcje Technika Harlana 

stanowi  dobr  podstaw , lecz nie s  wyczerpuj ce. Otrzymasz odbiornik 

radiowy zbudowany na zasadach 24 Stulecia, który umo liwi ci  ledzenie 

bie cych wydarze  i - co wa niejsze - nauczy ci  wła ciwej wymowy i intonacji 

j zyka tamtych czasów. Staraj si  na ladowa  to dokładnie. Jestem pewny,  e 

Harlan zna angielski bardzo dobrze, lecz nic nie zast pi miejscowej wymowy. 

Cooper: 

-  A co b dzie, je li nie trafi  na wła ciwe miejsce? To znaczy w rok 2317? 

-  Oczywi cie sprawd  to starannie. Ale wszystko b dzie dobrze. Wszystko si  

zgodzi. 

(Harlan pomy lał: wszystko si  zgodzi, poniewa  si  zgodziło). Cooper musiał 

wygl da  na nieprzekonanego. Twissell bowiem powiedział: 

-  Cała aparatura została dokładnie zogniskowana w Czasie. Zamierzałem 

wyja ni  ci nasze metody i akurat teraz trafiła si  okazja. Ponadto pomo e to 

Harlanowi zrozumie  urz dzenie sterownicze. 

(Nagle Harlan odwrócił si  od okna i utkwił oczy w sterownicy. Zauwa ył,  e 

istnieje luka w zasłonie. A co b dzie, je li...). 

Twissell nadal pouczał Coopera z przesadn  belfersk  precyzj . Harlan 

słuchał go jeszcze jednym uchem. 

Twissell: 

- Niew tpliwie powa nym problemem było ustalenie, jak daleko w Prymityw 

mo na posła  dany obiekt przy okre lonej dawce energii. Najprostsz  metod  

byłoby wysłanie człowieka w przeszło  za pomoc  tego kotła, przy jednoczesnym 

starannym stopniowaniu ładunku energii napadu. Jednak zastosowanie tej 

metody w ka dym przypadku wymagałoby pewnego czasu, tak by wysłany 

człowiek mógł okre li  poszczególne lata Stulecia wedle obserwacji 

background image

 

106 

astronomicznych lub odpowiednich informacji uzyskiwanych przez radio. 

Trwałoby to długo i byłoby niebezpieczne, poniewa  ten człowiek mógłby zosta  

wykryty przez ówczesnych tubylców, co prawdopodobnie miałoby katastrofalne 

skutki dla całej naszej akcji. 

Zastosowali my wi c inn metod : Wysłali my w przeszło  okre lon  mas  

izotopu radioaktywnego, niobium 94, który rozkłada si  przez wydzielanie 

cz steczki meta tworz c izotop stały, molibden 94. Proces ten trwa niemal 

dokładnie pi set Stuleci. Pierwotna intensywno  radiacji tej masy była znana. 

Ta intensywno  maleje wraz z upływem czasu, wedle prostego wzoru 

wynikaj cego z kinetyki pierwszego stopnia, i oczywi cie mo na to mierzy  z 

wielk  precyzj . 

Gdy kocioł osi gnie swe przeznaczenie w czasach Prymitywu, ampułk  

zawieraj c  izotop wstrzeliwuje si  w zbocze góry, a kocioł powraca potem do 

Wieczno ci. W tym momencie fizjoczasu, kiedy ampułka zostaje wystrzelona, 

pojawia si  ona natychmiast we wszystkich pó niejszych epokach, tylko 

odpowiednio starsza. W miejscu wstrzelenia w 575 Stuleciu (w normalnym 

Czasie, a nie w Wieczno ci) Technik wykrywa ampułk  dzi ki jej 

promieniowaniu i wydobywaj . 

Nast pnie mierzy si  intensywno  promieniowania, dzi ki czemu 

dowiadujemy si , jak długo ampułka przebywała w zboczu góry, a wi c Stulecie, 

do którego zaw drował kocioł, mo na okre li  z dokładno ci  do dwóch miejsc 

dziesi tnych. W ten sposób za pomoc  eksplozji energetycznych o ró nej sile, w 

przeszło  wysłano dziesi tki ampułek, sporz dzaj c ich krzyw  balistyczn . 

Krzywa słu yła do sprawdzenia ampułek wysyłanych nie tylko do Prymitywu, ale 

i do wczesnych Stuleci Wieczno ci, gdzie równie  mo na było poczyni  

bezpo rednie obserwacje. 

Niekiedy zdarzały si  pora ki. Pierwsze ampułki stracili my, nim nauczyli my 

si  uwzgl dnia  niezbyt wielkie zmiany geologiczne mi dzy Prymitywem a 575 

Stuleciem. Kiedy  znów trzy kolejne ampułki nie pojawiły si  w ogóle w 575. 

Prawdopodobnie zawiódł mechanizm miotaj cy i utkwiły zbyt gł boko w skale. 

Przerwali my nasze eksperymenty, gdy intensywno  promieniowania wzrosła 

tak,  e obawiali my si , i  ampułk  mo e wykry  który  z mieszka ców 

Prymitywu i zacz  si  zastanawia , co robi  sztuczne wyroby tego rodzaju w 

tym rejonie. Ale uzyskali my do  danych dla naszych celów i jeste my pewni,  e 

potrafimy wysła  człowieka w dowolne Stulecie Prymitywu. Rozumiesz to, 

Cooper, prawda? Cooper powiedział: 

-  Doskonale, Kalkulatorze. Widziałem krzyw  balistyczn , nie rozumiej c 

wtedy jej celu. Teraz ju  rozumiem. 

Harlan zainteresował si  nagle. Patrzył na odmierzony łuk, podzielony na 

Stulecia. Łuk był z połyskuj cej porcelany, na metalowej podkładce, a delikatne 

kreski dzieliły go na wieki, decywieki i centywieki. Srebrzysty metal połyskiwał w 

przecinaj cych porcelan  kreskach. Liczby były wykonane równie subtelnie, a 

pochylaj c si , Harlan mógł odczyta  Stulecia od 17 do 27. Strzałka wskazywała 

liczb  23,17. 

background image

 

107 

Widywał ju  podobne urz dzenia czasowe i niemal odruchowo si gn ł do 

d wigni sterowania ci nieniowego. D wignia nie zareagowała. Strzałka pozostała 

na miejscu). 

Nagle odezwał si  głos Twissella: 

-  Techniku Harlan! 

-  Tak jest, Kalkulatorze! - krzykn ł i przypomniał sobie,  e tamten go i tak 

nie usłyszy. Podszedł do okna i skin ł głow . 

Twissel powiedział, jakby odgaduj c jego my li: 

-  Ster czasowy nastawiony jest na 23,17 wstecz. Nie trzeba go rusza . Twoim 

zadaniem jest tylko wł czenie energii w odpowiednim momencie fizjoczasu. 

Chronometr jest po prawej stronie podziałki. Daj znak, czy go widzisz. 

Harlan skin ł głow . 

-  Cofa si  do punktu zerowego. W momencie minus pi tna cie sekund zł cz 

ko cówki kontaktu. To proste. Wiesz jak? 

Harlan znowu skin ł głow . Twissell kontynuował: 

-  Synchronizacja nie jest spraw  zasadnicz . Mo esz to zrobi  w momencie 

minus czterna cie, trzyna cie czy nawet minus pi  sekund, lecz prosz  ci , dołó  

wszelkich stara ,  eby ze wzgl dów bezpiecze stwa nie przekroczy  minus 

dziesi ciu. Gdy tylko zamkniesz obwód, zsynchronizowane urz dzenie siłowe 

dokona reszty i ostateczny udar energetyczny nast pi precyzyjnie w punkcie zero. 

Zrozumiałe ? 

Harlan jeszcze raz skin ł głow . Rozumiał wi cej ni  Twissell wyjawił. Gdyby 

nie poł czył ko cówek w momencie minus dziesi  sekund, zostanie to wykonane 

przez kogo  z zewn trz. 

Harlan pomy lał ponuro: pomocnicy nie b d  potrzebni. 

Twissell powiedział: 

- Zostało nam jeszcze trzydzie ci fizjominut. Pójdziemy z Cooperem 

sprawdzi  zapasy. 

Wyszli. Drzwi si  za nimi zamkn ły, a Harlan pozostał sam razem z d wigni  

wyrzutni, czasem (cofaj cym si ju  powoli ku zeru) i całkowit   wiadomo ci , co 

ma zrobi . 

Odwrócił si  od okna. Wsun ł r k  do kieszeni i wyci gn ł do połowy 

neuronowy bicz. Przez cały czas miał bicz przy sobie. Dło  dr ała mu lekko. 

Powróciła ta my l: Samson obala dom! Ilu Wieczno ciowców słyszało 

kiedykolwiek o Samsonie? Ilu wie, jak umarł? 

Zostało zaledwie dwadzie cia pi  minut. Nie był pewny, ile czasu potrwa cała 

operacja. Nie był wła ciwie pewny, czy w ogóle si  uda. 

Ale czy miał wybór? Wilgotne palce omal nie upu ciły broni, zanim udało mu 

si  odł czy  kolb . 

Pracował szybko i w zupełnej koncentracji. Ze wszystkiego, co mogło si  

wydarzy  na skutek jego działania, mo liwo  przej cia do niebytu zajmowała go 

najmniej i w ogóle nie przera ała. 

O minus jedna minuta Harlan stał przy sterownicy. 

My lał oboj tnie: ostatnia minuta  ycia? 

Nie widział nic poza cofaj c  si  czerwon  kresk , która znaczyła upływaj ce 

sekundy. 

background image

 

108 

Minus trzydzie ci sekund. 

My lał: to nie b dzie bolało. To nie  mier . 

Próbował my le  tylko o Noys. 

Minus pi tna cie sekund. 

Noys! 

Lewa dło  Harlana przesun ła si  ku kontaktowi. Nie  pieszy  si ! 

Minus dwana cie sekund! 

Kontakt! 

Teraz zacznie działa  urz dzenie nap dowe. Ruszy w momencie zerowym. A 

to pozostawiało Marianowi czas na ostatni  czynno . Chwyt Samsona. 

Prawa r ka Harlana poruszyła si . Nie patrzył na ni . 

Minus pi  sekund. 

Noys! 

Prawa r ka znowu po - ZERO - ruszyła si . Nie patrzył na ni . Czy by ju  

niebyt? 

Nie. Jeszcze nie. 

Harlan patrzył przez okno. Nie poruszał si . Czas upływał, a on nie był tego 

wiadom. 

Sala była pusta. Tam, gdzie stał gigantyczny, zamkni ty kocioł, nie było teraz 

nic. Metalowe bloki, które stanowiły jego ło ysko, ziały pustk . 

Twissell, dziwacznie malutki i skarlały w sali, która stała si  teraz 

poczekalni , stanowił jedyny poruszaj cy si  element. Spacerował sztywno tam i 

z powrotem. 

Harlan towarzyszył mu wzrokiem przez chwil . 

A potem bez  adnego d wi ku czy ruchu kocioł znalazł si  w tym samym 

miejscu, które opu cił. Przekroczył nieuchwytn  granic  mi dzy czasem 

przeszłym a obecnym nie poruszywszy nawet drobiny powietrza. 

Na chwil  Twissell znikn ł Harlanowi z oczu za kotłem, ale potem okr ył 

pojazd i pokazał si  znowu. Biegł. 

Jeden ruch r ki wystarczył, by uruchomi  mechanizm otwieraj cy drzwi 

sterowni. Kalkulator wpadł do  rodka, krzycz c z niemal histerycznym 

podnieceniem. 

-  Gotowe! Koniec! Zamkn li my kr g! Brakło mu tchu. Harlan milczał. 

Twissell patrzył przez okno, przykładaj c dłonie do szyby. Harlan widział, 

jak dr , widział na nich starcze plamy. Wydawało si ,  e jego mózg nie umie ju  

odró nia  rzeczy wa nych od niewa nych, lecz selekcjonuje materiał 

obserwacyjny w sposób czysto przypadkowy. Zm czony my lał: co to ma za 

znaczenie? Czy teraz cokolwiek ma znaczenie? 

Twissell powiedział (Harlan słyszał go niewyra nie): 

-  Powiadam ci,  e bałem si  bardziej ni  si  przyznawałem. Sennor mówił 

kiedy ,  e cała sprawa jest niemo liwa, Twierdził,  e musi si  zdarzy  co , co j  

udaremni... O co chodzi? 

Odwrócił si  na dziwne chrz kni cie Harlana. Harlan potrz sn ł głow , 

wykrztusił: 

-  O nic. 

background image

 

109 

Twissell zadowolił si  tym i odwrócił znowu. Nie wiadomo było, czy mówi do 

Harlana, czy w powietrze. Wydawało si ,  e obawy tłumione przez długie lata 

znajd  uj cie w potoku słów: 

-  Sennor - mówił - stale w tpił. Rozmawiali my z nim, dyskutowali my. 

Przedstawiali my dowody matematyczne i wyniki całych pokole  badaczy, którzy 

nas poprzedzali w fizjoczasie Wieczno ci. Odrzucał to wszystko i bronił swego 

pogl du, cytuj c paradoks o człowieku spotykaj cym samego siebie. Słyszałe , 

jak o tym mówił. To jego ulubiony temat. 

Sennor powiada,  e znamy nasz  przyszło . Na przykład ja, Twissell, 

wiedziałem,  e cho  ju  b d  stary, prze yj  wyjazd Coopera poni ej dolnego 

progu Wieczno ci. Znałem inne szczegóły z mojej przyszło ci, wiedziałem, co 

zrobi . 

Niemo liwe - on na to. Rzeczywisto  musi si  zmienia , by korygowa  twoj  

wiedz , nawet je li to oznacza,  e kr g nigdy si  nie zamknie i nigdy nie 

powstanie Wieczno . 

Dlaczego tak si  upierał, nie wiem. Mo liwe,  e szczerze w to wierzył, mo liwe, 

e była to dla niego intelektualna gra, a mo e tylko chciał nas wszystkich 

szokowa  niepopularnym pogl dem. Tak czy inaczej, przygotowania post powały 

naprzód, a niektóre dane pami tnika zacz ły si  sprawdza . Na przykład, 

umiejscowili my Coopera w tym Stuleciu i tej Rzeczywisto ci, które podane były 

w pami tniku. Ju  samo to obalało pogl d Sennora, ale on wcale si  tym nie 

martwił. Tymczasem zainteresował si  innym problemem. 

A jednak... - Twissell za miał si  cicho z odcieniem zakłopotania, papieros 

wypalił mu si  niemal do samych palców - w gł bi duszy nigdy nie byłem 

spokojny. Co  mogło si  zdarzy . Rzeczywisto , w której Wieczno  została 

ustanowiona, mogła si  zmieni  w jaki  sposób i umo liwi  to, co Sennor nazywał 

paradoksem. Mogła si  zmieni  na tak , w której Wieczno  by nie istniała. 

Czasami, le c bezsennie, byłem niemal pewny,  e to prawda... a teraz ju  jest po 

wszystkim i  miej  si  z samego siebie. Stetryczały głupiec. 

Harlan powiedział zni aj c głos: 

-  Kalkulator Sennor miał racj . Twissel odwrócił si  gwałtownie. 

-  Co? 

-  Akcja si  nie udała. - Umysł Harlana wydobywał si  z mroku (dlaczego i w 

jakim celu, nie był pewny). - Kr g nie jest zamkni ty. 

-  O czym ty mówisz? - Starcze dłonie Twissella opadły na barki Harlana ze 

zdumiewaj c  sił . - Jeste  chory, chłopcze. Nerwowo wyczerpany. 

-  Nie jestem chory. Po prostu wszystko mi obmierzło. Pan. Ja sam. To nie 

moja choroba, to skala. Niech pan spojrzy. 

-  Skala? - Kreska wska nika stała na 27 Stuleciu, na prawym ko cu skali. - 

Co si  stało? - Rado  znikn ła z twarzy Twissella. Zast piła j  groza. 

Harlan mówił oboj tnie: 

-  Stopiłem mechanizm blokuj cy, zwolniłem sterowanie mocy. 

-  Jak mogłe  to... 

-  Miałem bicz neuronowy. Rozłamałem go i jego mikroogniwo zu yłem w 

jednym pojedynczym wyładowaniu w charakterze palnika. Oto, co z tego zostało. 

- Kopn ł w róg mał  kupk  odłamków metalu. 

background image

 

110 

Twissell nie zwrócił na to uwagi. 

-  W 27 Stuleciu? Mówisz,  e Cooper jest w 27? 

-  Nie wiem, gdzie on jest - odparł Harlan głucho. - D wigni  mocy 

przesun łem w przeszło  dalej ni  w 24 Stulecie. Nie wiem, do jakiego wieku. Nie 

patrzyłem. Potem cofn łem jaz powrotem, te  nie patrz c. 

Twissell wytrzeszczał na niego oczy, był blady na twarzy niezdrow ,  ółtaw  

blado ci , r ce mu dr ały. 

-  Nie wiem, gdzie on jest teraz - powtórzył Harlan. - Zgin ł w Prymitywie. 

Kr g jest przerwany. My lałem,  e wszystko si  sko czy, gdy przesun łem 

d wigni  do chwili zerowej. To głupie. B dziemy musieli czeka . Nast pi taki 

moment w fizjoczasie, w którym Cooper zorientuje si ,  e jest w niewła ciwym 

Stuleciu, i zrobi co  niezgodnego z pami tnikiem, kiedy... - Urwał, a potem 

wybuchn ł wymuszonym, chrapliwym  miechem. - Co za ró nica? Po prostu 

troch  si  wszystko odwlecze, nim Cooper dokona ostatniego wyłomu w kr gu. 

Nie ma sposobu,  eby tego unikn . Minuty, godziny, dnie. Co za ró nica... 

Niebawem nie b dzie ju  Wieczno ci. Słyszy mnie pan? Nast pi koniec 

Wieczno ci.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

111 

Rozdział 14

 

 

WCZE NIEJSZA ZBRODNIA 

 

Dlaczego? Dlaczego? Twissell patrzył całkowicie bezradnie to na skal , to na 

Technika; w jego oczach odbijał si  ten sam bezsilny i pełen zdumienia gniew co 

w jego głosie. 

Harlan podniósł głow . Miał do powiedzenia tylko jedno: - Noys! 

Twissell: 

-  My lisz o tej kobiecie, któr  wzi łe  do Wieczno ci? Harlan u miechn ł si  

gorzko i nie powiedział nic. Twissell: 

-  Co ona ma z tym wspólnego? Wielki Czasie, nie rozumiem, chłopcze. 

-  Co tu jest do zrozumienia? - wybuchn ł Harlan. - Dlaczego udaje pan 

naiwnego? Miałem kobiet . Byłem szcz liwy i ona te . Nikomu nie 

przeszkadzali my. Ona nie istniała w nowej Rzeczywisto ci. Kogo to kłuło w 

oczy? 

Twissel na pró no próbował przerwa . Harlan krzyczał: 

-  Ale w Wieczno ci s  zasady, prawda? Znam je wszystkie. Zawarcie zwi zku 

wymaga zezwolenia; zawarcie zwi zku wymaga kalkulacji; wymaga wreszcie 

zatwierdzenia - to sprawy delikatne. Co przeznaczyli cie dla Noys, kiedy to 

wszystko si  sko czy? Fotel w eksploduj cej rakiecie? Czy mo e bardziej 

atrakcyjn  rol  - wspólnej kochanki szanownych Kalkulatorów? My l ,  e nie 

b dziecie ju  snu   adnych planów. 

Zako czył niemal z rozpacz , a Twissell podszedł szybko do płyty wizjofonu. 

Jej funkcja transmisyjna najwidocznie została przywrócona. 

Kalkulator krzyczał do niej, a  wreszcie usłyszał odpowied . Potem 

powiedział: 

-  Mówi Twissell. Nikogo tu nie wpuszcza . Rozumiecie?... Wi c uwa ajcie. 

Dotyczy to równie  członków Rady Wszechczasów. A nawet szczególnie ich. 

Zwrócił si  z roztargnieniem do Harlana: 

-  Zastosuj  si  do tego, bo jestem starym człowiekiem i starszym członkiem 

Rady i poniewa  uwa aj  mnie za stetryczałego dziwaka. Tak, ulegaj  mi, bo 

jestem stetryczałym dziwakiem. - Na chwil  pogr ył si  w milczeniu. Potem 

dodał: - My lisz,  e jestem pomylony? - Szybko zwrócił ku Harlanowi sw  

pomarszczon  małpi  twarz. 

Harlan pomy lał: Wielki Czasie, to wariat. Pod wpływem wstrz su postradał 

zmysły. 

Odruchowo cofn ł si  o krok, ale opanował si  szybko. Cho by nawet wpadł 

w szał, to jest słaby, a zreszt  jego szale stwo nie potrwa długo. 

Niedługo? A dlaczego w ogóle miałoby trwa ? Co odwleka koniec 

Wieczno ci? 

Twissell powiedział (nie miał papierosa w palcach ani nie si gał po papierosa) 

natarczywym tonem: 

-  Nie odpowiedziałe  mi. Uwa asz,  e jestem pomylony? Przypuszczam,  e 

tak my lisz: zbyt pomylony, by z nim gada . Gdyby  traktował mnie jak 

background image

 

112 

przyjaciela, a nie jak zgrzybiałego staruszka, kapry nego i nieobliczalnego, 

otwarcie wyznałby  mi swoje w tpliwo ci. Nie post piłby  tak, jak post piłe . 

Harlan zastanowił si . Ten człowiek uwa a,  e to on jest wariatem. Otó  

wła nie! Odparł gniewnie: 

-  Mój post pek był słuszny. Jestem przy zdrowych zmysłach. Twissell: 

-  Mówiłem ci,  e dziewczynie nie grozi  adne niebezpiecze stwo. Pami tasz? 

-  Byłem głupcem,  e wierzyłem w to cho by przez chwil . Byłem głupcem, 

my l c,  e Rada oka e si  sprawiedliwa wobec Technika. 

-  Kto ci mówił,  e R.ada co  o tym wie? 

-  Finge wiedział i wysłał odpowiedni raport do Rady. 

-  A sk d o tym wiesz? 

-  Wyci gn łem to z Finge'a pod gro b  u ycia neuronowego bicza. Bicz 

unicestwia hierarchi  słu bow . 

-  Tego samego bicza, którym dokonałe  tego? - Twissell wskazał przeł cznik 

z grudkami stopionego metalu na powierzchni skali. 

-  Tak. 

-  Bardzo przydatny bicz. - A potem ostro: - Wiesz, dlaczego Finge przedło ył 

to Radzie zamiast załatwi  spraw  samemu? 

-  Poniewa  mnie nienawidzi i chciał, bym utracił swe stanowisko. Pragn ł 

Noys. 

Twissell: 

-  Jeste  naiwny! Gdyby pragn ł tej dziewczyny, łatwo mógłby załatwi  

zwi zek. Technik nie stanowi przeszkody. Ten człowiek nienawidził mnie, 

chłopcze. (Nadal nie miał papierosa. Bez niego sprawiał dziwne wra enie, a 

poplamiony palec, który przyło ył Harlanowi do piersi, gdy wygłaszał ostatnie 

zdanie, wygl dał niemal nieprzyzwoicie nago). 

-  Pana? 

-  Istnieje co  takiego, chłopcze, jak polityka Rady. Nie ka dy Kalkulator jest 

jej członkiem. Finge chciał by  w Radzie. Jest ambitny, bardzo tego pragn ł. 

Przeszkodziłem temu, poniewa  uwa am,  e jest niezrównowa ony. O Czasie, 

nigdy nie doceniałem, jak dalece miałem racj ... Słuchaj, chłopcze. On wiedział, 

e jeste  moim protegowanym. Przecie  z Obserwatora zrobiłem ci  znakomitym 

Technikiem. 

Wiedział,  e stale dla mnie pracujesz. W jaki sposób najłatwiej mógł mi 

zaszkodzi  i zniszczy  moje wpływy? Gdyby zdołał udowodni ,  e mój ulubiony 

Technik popełnił okropn  zbrodni  przeciwko Wieczno ci, trafiłoby to we mnie. 

Mogłoby zmusi  mnie do rezygnacji z Rady Wszechczasów, a kto, jak s dzisz, 

byłby najprawdopodobniej moim nast pc ? 

R ce bez papierosa zrobiły ruch ku ustom, Twissell popatrzył t po na pust  

przestrze  mi dzy palcem wskazuj cym i serdecznym. 

Harlan pomy lał: nie jest taki spokojny, jakiego udaje. Nie mo e by . Ale po 

co mówi teraz te wszystkie nonsensy? Teraz, kiedy Wieczno  si  ko czy? 

A potem w ostatecznym napi ciu: Ale dlaczego ona sienie sko czyła? 

Twissell: 

-  Kiedy ostatnio pozwoliłem ci jecha  do Finge'a, podejrzewałem 

niebezpiecze stwo. Lecz pami tnik Mallansohna stwierdzał,  e nie było ci  przez 

background image

 

113 

ostatni miesi c, a nie istniał  aden inny naturalny powód twojej nieobecno ci. Na 

szcz cie Finge sfuszerował gr . 

-  W jaki sposób? - zapytał Harlan ze zm czeniem w głosie. Wła ciwie nie 

interesowało go to, lecz Twissell gadał i gadał, a łatwiej było wzi  w tym udział 

ni  nie przyjmowa  do wiadomo ci tego, co mówił. 

Twissel: 

-  Finge zatytułował swój raport: „W sprawie wykroczenia słu bowego 

Technika Harlana". On jest idealnym Wieczno ciowcem, uwa asz; jest 

beznami tny, bezstronny, nie denerwuje si . My lał,  e Rada wpadnie we 

w ciekło  i zaatakuje mnie. Na nieszcz cie dla siebie nie był  wiadom twojego 

prawdziwego znaczenia. Nie wiedział,  e ka dy raport dotycz cy ciebie zostanie 

natychmiast przekazany mnie, je li nie jest wyra nie zaznaczone w nagłówku,  e 

ma go otrzyma  kto  inny. 

-  Nigdy pan ze mn  o tym nie mówił. 

-  Jak mogłem mówi ? Bałem si  zrobi  cokolwiek, co mogłoby ci  

zdenerwowa  i wywoła  kryzys naszego planu. Dałem ci wszelkie mo liwo ci, 

aby  si  sam do mnie zwracał ze swoimi problemami. 

Wszelkie mo liwo ci? Harlan wykrzywił usta w grymasie niedowierzania, lecz 

przypomniał sobie zm czon  twarz Twissella na ekranie wizjofonu i spytał, czy 

nie ma mu nic do powiedzenia. To było wczoraj. Nie dalej jak wczoraj. 

Harlan potrz sn ł głow , lecz odwrócił twarz. 

Twissell powiedział mi kko: 

-  Od razu zrozumiałem,  e  wiadomie sprowokował ci  do twojej... szybkiej 

akcji. 

Harlan podniósł głow : 

-  Pan o tym wie? 

-  Czy to ci  dziwi? Wiedziałem,  e Finge na mnie czyha. Wiedziałem o tym od 

dawna. Jestem stary, chłopcze. Znam si  na tych sprawach. Ale s  sposoby, 

którymi mo na sprawdza  w tpliwych Kalkulatorów. Zawsze istniej  pewne 

urz dzenia ochronne, wydobyte z Czasu, których nie wystawia si  w muzeach. 

Jest kilka, o których wie jedynie Rada. 

Harlan pomy lał gorzko o blokadzie w 100 000 Stuleciu. 

-  Z raportu i posiadanych przeze mnie informacji łatwo było wydedukowa , 

co si  stanie. 

Harlan powiedział nagle: 

-  Przypuszczam,  e Finge podejrzewał pana o szpiegowanie. 

-  Mo liwe. Wcale by mnie to nie zdziwiło. 

Harlan pomy lał o pierwszych dniach u Finge'a, kiedy Twissell okazał 

niezwykłe zainteresowanie młodym Obserwatorem. Finge nic nie wiedział o 

projekcie Mallansohna i zaniepokoił si  wyst pieniem Twissella. „Czy 

kiedykolwiek widziałe  si  ze Starszym Kalkulatorem Twissellem?" - zapytał. 

Harlan wyczuwał wyra nie niepewno  w głosie Finge'a. Ju  wówczas Finge 

musiał podejrzewa ,  e Harlan jest człowiekiem Twissella. St d jego wrogo  i 

nienawi . 

-  Wi c gdyby  przyszedł do mnie... 

-  Przyj  do pana? - krzykn ł Harlan. - A co z Rad ? 

background image

 

114 

-  Z całej Rady tylko ja jeden wiedziałem. 

-  I nic pan im nie powiedział? - Harlan próbował szydzi . 

-  Nic. 

Harlanowi zrobiło si  gor co. Ubranie go dusiło. Czy ta zmora b dzie trwała 

wiecznie? Bzdurne, idiotyczne gadanie. Po co? Dlaczego? 

Czemu Wieczno  si  nie sko czyła? Dlaczego nie ogarn ł ich wielki spokój 

Niewieczno ci? Co si  tu nie udało? 

Twissell: 

-  Nie wierzysz mi? 

-  Dlaczego miałbym wierzy ?! - krzykn ł Harlan. - Zebrali si ,  eby mnie 

obejrze , prawda? Po co by to mieli robi , gdyby nie znali raportu? Przyszli 

obejrze  dziwacznego faceta, który złamał prawa Wieczno ci, ale którego nie 

mo na ruszy  jeszcze przez jeden dzie . Nazajutrz projekt b dzie sko czony. 

Wybałuszali oczy, my l c o jutrze, którego oczekiwali. 

-  Nic podobnego, chłopcze. Chcieli ci  zobaczy  tylko dlatego,  e s  lud mi. 

Członkowie Rady s  równie  lud mi. Nie mogli by   wiadkami ostatniego startu 

kotła, bo pami tnik Mallansohna ich nie przewidział. Nie mogli rozmawia  z 

Cooperem, poniewa  pami tnik równie  o tym nie wspomina. A jednak co  

chcieli zobaczy . Ojcze Czasie, chłopcze, nie wiedziałe ,  e oni chc  co  zobaczy ? 

Ty byłe  najbli ej, wi c ci  sprowadzili,  eby si  na ciebie pogapi . 

-  Nie wierz  panu. 

-  A jednak to prawda. 

-  Czy by? Przecie  przy obiedzie Radca Sennor mówił o człowieku, który 

spotyka samego siebie. Musiał wiedzie  o moich nielegalnych wycieczkach w 482 

Stulecie i o tym,  e omal nie spotkałem samego siebie. W ten sposób dr czył mnie, 

bawił si  sprytnie moim kosztem. 

-  Sennor? Martwisz si  Sennorem? Wiesz, co to za  ałosna posta ? Pochodzi 

z 803, z czasów jednej z nielicznych kultur, kiedy ciało ludzkie  wiadomie 

zniekształcano, by odpowiadało estetycznym wymogom tego okresu. Pozbawiono 

go wszystkich włosów ju  w młodo ci. 

Wiesz, co to znaczy z punktu widzenia rozwoju gatunku ludzkiego? Z 

pewno ci  wiesz. Zniekształcenie takie izoluje człowieka od jego przodków i jego 

potomstwa. Ludzie z 803 s  kiepskimi kandydatami na Wieczno ciowców, 

poniewa  tak bardzo si  ró ni  od reszty z nas. Bardzo niewielu z nich si  

wybiera. Z tego Stulecia jedyny Sennor znalazł si  w Radzie. 

Nie wiesz, jak to na niego wpływa? Na pewno rozumiesz, co to znaczy 

niepewno . Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy,  e członek Rady mo e czu  

si  niepewnie? Dlatego Sennor przysłuchuje si  wszelkim dyskusjom na temat 

zlikwidowania jego Rzeczywisto ci. A usuni cie tej Rzeczywisto ci oznaczałoby, 

e tylko on i paru innych z całego pokolenia pozostanie nadal tak 

zniekształconych. Ale którego  dnia tak si  to sko czy. 

Znajduje ucieczk  w filozofii. Kompensuje to sobie graj c pierwsze skrzypce 

w dyskusji,  wiadomie reprezentuj c niepopularne albo nie akceptowane 

pogl dy. Paradoks o człowieku spotykaj cym samego siebie jest jego ulubionym 

tematem. Mówiłem ci,  e prorokował kl sk  projektu i to nam, członkom Rady, a 

nie tobie chciał dokuczy . To nie ma nic wspólnego z tob . Nic! 

background image

 

115 

Twissell podniecał si . W powodzi słów zapomniał, gdzie jest, zapomniał o 

kryzysie, jaki groził, stał si  na nowo szybko gestykuluj cym, niezdarnym 

gnomem, którego Harlan tak dobrze znał. Wyci gn ł nawet papierosa z kieszonki 

w r kawie i połamał go na kawałki. 

Nagle przerwał, odwrócił si  na pi cie i znowu popatrzył na Harlana, jak 

gdyby dopiero teraz przypominaj c sobie, co Technik ostatnio powiedział. 

-  Co miałe  na my li mówi c,  e o mało nie spotkałe  samego siebie? 

Harlan opowiedział mu krótko i spytał: 

-  Pan o tym nie wiedział? 

-  Nie. 

Nast piła chwila ciszy, która dla rozgor czkowanego Harlana była jak łyk 

wody, po czym Twissell powiedział: 

-  Czy by to było to? A gdyby  tak istotnie spotkał samego siebie? 

-  Ale nie spotkałem. Twissell zignorował to. 

-  Zawsze pozostaje jaki  margines. Przy niesko czonej liczbie Rzeczywisto ci 

nie mo e istnie  co  takiego jak determinizm. Przypu my,  e w Rzeczywisto ci 

Mallansohnowskiej, w poprzednim cyklu... 

-  Czy kr g obraca si  wiecznie? - zapytał Harlan z tym odcieniem zdziwienia, 

na jaki jeszcze potrafił si  zdoby . 

-  A my lałe ,  e tylko dwa razy? My lisz,  e dwa jest magiczn  liczb ? To 

ci głe obroty koła w okre lonym fizjoczasie. Zupełnie jakby  prowadził ołówek 

po obwodzie koła niesko czon  ilo  razy, zamykaj c jednak okre lon  

przestrze . W poprzednim cyklu nie spotkałe  samego siebie. W tym konkretnym 

przypadku statystyczne prawdopodobie stwo zdarze  pozwoliło ci na to. 

Rzeczywisto  musiała si  zmieni , by uniemo liwi  spotkanie, i w nowej 

Rzeczywisto ci nie wysłałe  Coopera do 24, lecz... 

Harlan krzykn ł: 

-  Po co to całe gadanie? Do czego pan zmierza? Wszystko sko czone. 

Wszystko! Teraz prosz  mnie zostawi  samego! Prosz  mnie zostawi ! 

-  Chciałbym,  eby  wiedział,  e post piłe   le.  eby  sobie u wiadomił,  e 

popełniłe  bł d. 

-  Nie popełniłem. A je li nawet, to jest ju  po wszystkim. 

-  Nie jest po wszystkim. B d  łaskaw jeszcze troch  mnie posłucha . - 

Twissell kr cił si , niemal szczebioc c z nerwow  uprzejmo ci . - B dziesz miał 

swoj  dziewczyn . Obiecałem ci to. I obietnic  ponawiam. Nikt jej nie zrobi 

krzywdy. Daj  ci moj  osobist  gwarancj . 

Harlan patrzył na niego rozszerzonymi oczami. 

-  Przecie  jest za pó no. Po co to? 

-  Nie jest za pó no. Wszystko da si  naprawi . Z twoj  pomoc  mo e nam si  

jeszcze uda. Musisz mi pomóc. Musisz zrozumie ,  e zrobiłe   le. Musisz 

naprawi  to, co zepsułe . 

Harlan oblizał suche wargi suchym j zykiem i pomy lał: on oszalał. Jego 

umysł nie potrafi poj  prawdy... czy te  mo e Rada wie co  wi cej? 

A mo e? Mo e? Mo e Rada potrafi odwróci  kolejno  Zmian? Potrafi 

zatrzyma  Czas albo go cofn ? 

background image

 

116 

-  Zamkn ł mnie pan w sterówce, chciał mnie pan obezwładni , póki si  

wszystko nie sko czy. 

-  Powiedziałe ,  e boisz si ,  eby  nie popełnił jakiej  omyłki,  e mo e nie uda 

ci si  odegra  twojej roli. 

-  To miała by  pogró ka. 

-  Wzi łem to dosłownie. Przepraszam. Musisz mi pomóc. 

Do tego doszło. Potrzebna jest pomoc Harlana, Twissell oszalał? Czy Harlan 

oszalał? Czy to zreszt  ma jakiekolwiek znaczenie? Czy cokolwiek ma teraz 

znaczenie? 

Radzie potrzebna jest jego pomoc. Za t  pomoc obiecuj  mu wszystko. Noys. 

Godno  Kalkulatora. Na wszystko si  zgodz . A gdy ju  im pomo e, co wtedy? 

Nie da zrobi  z siebie durnia po raz drugi. 

-  Nie! - powiedział. 

-  B dziesz miał Noys. 

-  Uwa a pan,  e Rada zechce złama  prawa Wieczno ci, gdy minie 

niebezpiecze stwo? Nie mog  w to uwierzy . (Jak mo e min  niebezpiecze stwo 

- zastanawiał si  przy tym. Po co to wszystko?) 

-  Rada nigdy si  nie dowie. 

-  W takim razie pan b dzie łamał te prawa? Pan jest ideałem 

Wieczno ciowca. Gdy minie niebezpiecze stwo, b dzie pan posłuszny prawom. 

Nie mo e pan post pi  inaczej. 

Na policzkach Twissella wyst piły czerwone plamy. Ze starej

 

twarzy znikn ł 

wyraz chytro ci i siły. Pozostała tylko troska. 

-  Dotrzymam danego ci słowa i złami  prawo - rzekł Twissell i to z powodu, 

którego sobie nie mo esz nawet wyobrazi . Nie wiem, ile nam czasu zostało do 

znikni cia Wieczno ci. Mo e godziny, mo e miesi ce. Lecz straciłem go ju  tyle, 

eby ci przemówi  do rozs dku,  e mog  straci  jeszcze troch . Wysłuchasz 

mnie? 

Harlan zawahał si . Nast pnie, bardziej z przekonania,  e to i tak wszystko 

jest daremne, ni  z jakiegokolwiek innego powodu, powiedział ze zm czeniem. 

- Niech pan mówi. 

- Słyszałem - zacz ł Twissell -  e ju  urodziłem si  stary,  e gdy wyrzynały mi 

si  z by, obgryzałem mikrokomputaplex,  e podczas snu trzymam podr czny 

komputer w kieszeni pi amy,  e mój mózg jest zrobiony z małych ogniw 

elektrycznych, poł czonych równolegle, i  e ka da cz steczka mojej krwi jest 

mikroskopijn  kart  przestrzenno-czasow , pływaj c  w oliwie do komputerów. 

Wszystkie te teorie dotarły w ko cu do mnie i chyba nawet byłem z nich po 

trosze dumny. Mo liwe,  e nawet w nie wierz . To głupie, jak na takiego starego 

człowieka, ale jest mi z tym odrobin  l ej. 

Czy to ci  nie dziwi?  e ja mam równie  ci kie  ycie? Ja, Starszy Kalkulator 

Twissell, starszy członek Rady Wszechczasów? 

Mo e dlatego pal . Czy kiedy  si  nad tym zastanawiałe ? Musz  przecie  

mie  do tego jaki  powód. Wieczno  jest w zasadzie społecze stwem niepal cym, 

a wi ksza cz  Czasu równie . Niekiedy my l ,  e to bunt przeciwko Wieczno ci. 

Co , co jest namiastk  wi kszego buntu, który si  nie udał... 

background image

 

117 

Nie, w porz dku. Jedna czy dwie łzy nie zaszkodz . Ja nie udaj , wierz mi. Po 

prostu od dawna o tym nie my lałem. Dlatego mi smutno. 

Oczywi cie, w cał  spraw  była zamieszana kobieta, podobnie jak w twoim 

przypadku. To nie przypadek. To prawie nieuniknione. Wieczno ciowiec, który 

musi sprzeda  normalne przyjemno ci rodzinnego  ycia za kolumny perforacji 

na folii, łatwo ulega infekcji. Dlatego, mi dzy innymi, Wieczno  musi stosowa  

rodki zapobiegawcze. I prawdopodobnie z tego samego powodu Wieczno ciowcy 

s  tak pomysłowi w omijaniu tych  rodków, je li zajdzie potrzeba. 

Pami tam moj  kobiet . Mo liwe,  e to głupie, ale nie pami tam nic poza ni  

z tamtego fizjoczasu. Moi dawni koledzy s  dla mnie tylko nazwiskami w 

ksi gach dokumentów. Zmiany, jakie nadzorowałem poza jedn  jedynie pozycj  

w zasobnikach pami ciowych komputapleksu. A jednak j  pami tam bardzo 

dobrze. Chyba potrafisz to zrozumie . 

Miałem w aktach od bardzo dawna podanie o zwi zek, a gdy potem 

osi gn łem stanowisko Młodszego Kalkulatora, wyznaczono mi j . Była to 

dziewczyna z tego samego Stulecia, z 575. Nie widziałem jej, oczywi cie, a  do 

zawarcia zwi zku. Była inteligentna i miła. Ani pi kna, ani nawet ładna, ale 

wtedy, nawet gdy byłem młody (tak, byłem kiedy  młody wbrew wszelkim 

mitom), nie uchodziłem za przystojnego. Bardzo odpowiadali my sobie 

temperamentem, a jako człowiek Czasu byłbym dumny, gdyby została moj   on . 

Powtarzałem jej to wiele razy. My l ,  e jej si  to podobało. Nie wszyscy 

Wieczno ciowcy, którzy musz  wybiera  sobie takie  ony, na jakie pozwala 

kalkulacja, maj  podobne szcz cie. 

W tamtej okre lonej Rzeczywisto ci miała umrze  młodo, a z  adnym z jej 

odpowiedników nie mogłem zawrze  zwi zku. Najpierw przyjmowałem to 

filozoficznie. Przecie  to wła nie dzi ki jej krótkiemu  yciu mogłem  y  z ni  bez 

szkodliwego oddziaływania na Rzeczywisto . 

Wstydz  si  tego teraz, wstydz  si  faktu,  e cieszyłem si , i  niewiele  ycia jej 

pozostało. Cieszyłem si  tylko na pocz tku. Tylko na pocz tku. 

Odwiedzałem j  tak cz sto, jak na to pozwalał plan czasowo-przestrzenny. 

Wykorzystałem go co do minuty, rezygnuj c z posiłków i snu, je li było trzeba, 

bezwstydnie wykr caj c si  od roboty. Jej słodycz przeszła moje oczekiwania, 

byłem zakochany. Mówi  to otwarcie. Moje do wiadczenie w miło ci jest bardzo 

niewielkie, a zrozumienie jej przez obserwacj  w Czasie - bardziej ni  w tpliwe. 

Lecz, o ile si  orientuj , byłem zakochany. 

To, co zacz ło si  jako zaspokojenie potrzeby uczuciowej i fizycznej, stało si  

czym  o wiele powa niejszym. Jej rychła  mier  przestała by  spraw  oczywist , 

a stała si  kl sk . Przebadałem jej Biografi , ale sam, bez pomocy Wydziału 

Biografowania. Jeste  pewnie zaskoczony. To było wykroczenie, ale zupełnie 

błahe w porównaniu ze zbrodniami, jakie popełniłem pó niej. 

Tak, wła nie ja, Laban Twissell. Starszy Kalkulator Twissell. 

Trzy razy przychodził i mijał ten moment w fizjoczasie, w którym przez 

pewne proste posuni cie mogłem zmieni  jej osobist  Rzeczywisto . Wiedziałem, 

e  adna tego rodzaju Zmiana, przeprowadzona z powodów osobistych, nie zyska 

akceptu Rady. Za łem si  jednak czu  osobi cie odpowiedzialny za jej  mier . 

Widzisz, to był jeden z motywów mojego pó niejszego działania. 

background image

 

118 

Zaszła w ci

. Nie przeciwdziałałem tego, chocia  powinienem. Znałem jej 

Biografi , o tyle zmodyfikowan , by mie cił si  w niej jej zwi zek ze mn , i 

wiedziałem,  e prawdopodobie stwo ci y b dzie du e. Mo e wiesz, a mo e nie 

wiesz,  e kobiety z Czasu niekiedy zachodz  w ci

 z Wieczno ciowcami mimo 

rodków zapobiegawczych. Takie rzeczy si  zdarzaj . Poniewa  jednak  aden 

Wieczno ciowiec nie ma prawa mie  dzieci, ewentualne ci e przerywa si  

bezbole nie i bezpiecznie, istnieje wiele metod. 

Moja analiza Biografii wskazywała,  e dziewczyna umrze przed porodem, a 

wi c nie uczyniłem nic, by ci

 przerwa . Była szcz liwa i chciałem,  eby taka 

pozostała. Patrzyłem wi c tylko i próbowałem si  u miecha , gdy powiadała mi, 

e czuje, jak budzi si  w niej  ycie. 

Lecz nast pił przedwczesny poród... 

Nie dziwi  si ,  e tak patrzysz. Miałem dziecko. Własne dziecko. 

Prawdopodobnie nie znajdziesz innego Wieczno ciowca, który mógłby to o sobie 

powiedzie . Popełniłem wi cej ni  wykroczenie, powa ne przest pstwo, ale to 

jeszcze nic. 

Nie spodziewałem si  tego. Urodziny i zwi zane z nim problemy stanowiły 

dziedzin , w której miałem niewielkie do wiadczenie. 

W panice przestudiowałem na nowo Biografi  i odkryłem,  e dziecko mo e 

y  w rezultacie mało prawdopodobnego rozdwojenia w tku, którego przedtem 

nie dostrzegłem. Zawodowy Biografista nie przeoczyłby tego, ja za  popełniłem 

bł d, ufaj c zbytnio w swoje umiej tno ci. 

Ale co mogłem teraz zrobi ? 

Matka zmarła, jak przewidziano i w przewidziany sposób. Siedziałem w jej 

pokoju przez cały czas dozwolony przez kart  przestrzenno-czasow , skr caj c 

si  z bólu, tym silniejszego,  e przecie  przez rok z gór  z cał   wiadomo ci  

czekałem na jej  mier . W ramionach trzymałem swego i jej syna. 

Tak, pozostawiłem go przy  yciu. Czemu tak krzyczysz? Ty masz zamiar 

mnie pot pi ? 

Sk d mo esz wiedzie , co to znaczy trzyma  w ramionach atom własnego 

ycia? Mo e masz komputaplex zamiast nerwów i karty przestrzenno-czasowe 

zamiast krwiobiegu? 

Pozostawiłem dziecko przy  yciu. Popełniłem i t  zbrodni . Oddałem je pod 

opiek  wła ciwej organizacji i wracałem, kiedy si  dało (w  cisłym nast pstwie 

czasowym, zsynchronizowanym z fizjoczasem), by dokonywa  niezb dnych wpłat 

i patrze , jak chłopiec ro nie. 

W ten sposób min ły dwa lata. Regularnie sprawdzałem Biografi  chłopca 

(teraz przyzwyczaiłem si  ju  do łamania tego wła nie prawa) i byłem 

zadowolony, widz c,  e nie ma oznak szkodliwego wpływu na istniej c  wówczas 

Rzeczywisto  z prawdopodobie stwem do około 0,0001. Chłopiec nauczył si  

chodzi , poznał kilka słów. Nie uczono go, by mnie nazywał „tat ". Co my leli 

sobie czasowi ludzie z Instytutu Opieki nad Dzieckiem - tego nie wiem. Brali 

pieni dze i nie mówili nic. 

Po upływie dwóch lat Radzie Wszechczasów przedstawiono konieczno  

Zmiany, która zahaczała o 575 Stulecie. Mnie, jako promowanemu ostatnio na 

background image

 

119 

Zast pc  Kalkulatora, polecono przeprowadzenie Zmiany. Była to pierwsza 

Zmiana, któr  powierzono wył cznie mnie. 

Oczywi cie byłem dumny, ale jednocze nie bałem si . Mój syn był obcy w 

Rzeczywisto ci. Trudno było oczekiwa , by miał odpowiedniki. Przygn biała 

mnie ta my l o jego przej ciu do niebytu. 

Pracowałem przy Zmianie i pochlebiałem sobie,  e wykonałem zadanie bez 

zarzutu. Pierwsze w  yciu. Ale uległem pokusie. Uległem tym łatwiej,  e ju  nie 

było to dla mnie nic nowego. Stałem si  zatwardziałym przest pc , recydywist . 

Badałem now  Biografi  mego syna w nowej Rzeczywisto ci, pewny tego, co 

znajd . 

Lecz wtedy, przez dwadzie cia cztery godziny bez jedzenia i bez snu, 

siedziałem w swoim gabinecie, walcz c z zamkni t  Biografi , szarpi c jaw 

rozpaczliwym wysiłku, by znale  bł d. 

Nie było bł du. 

Nast pnego dnia, odkładaj c decyzj  Zmiany, przygotowałem kart  

przestrzenno-czasow , u ywaj c prymitywnej metody przybli enia (mimo 

wszystko Rzeczywisto  nie miała trwa  długo) i wszedłem w Czas w punkcie 

odległym o trzydzie ci lat od urodzin mojego syna. 

Miał wtedy trzydzie ci cztery lata, czyli tyle co ja. Przedstawiłem si  jako 

daleki krewny, wykorzystuj c sw  znajomo  rodziny jego matki. Nic nie 

wiedział o swoim ojcu, nie pami tał z dzieci stwa moich odwiedzin. 

Pracował jako in ynier aeronautyczny. Wiek 575 specjalizował si  w kilku 

rodzajach podró y powietrznych (i nadal si  specjalizuje w bie cej 

Rzeczywisto ci), a mój syn był szcz liwym i warto ciowym członkiem tego 

społecze stwa. O enił si  z gor co zakochan  w nim dziewczyn , lecz nie mieli 

dzieci. Dziewczyna ta nie wyszłaby w ogóle za m  w Rzeczywisto ci, w której 

mój syn by nie istniał. Wiedziałem o tym od pocz tku. Wiedziałem,  e nie b dzie 

szkodliwego oddziaływania na Rzeczywisto . W przeciwnym wypadku mo e nie 

zdobyłbym si  na to, by mego syna zostawi  przy  yciu. Bo nie jestem całkowicie 

wyzuty z zasad. 

Sp dziłem z nim jeden dzie . Rozmawiałem oficjalnie, u miechałem si  

grzecznie, po egnałem si  chłodno, w chwili gdy nakazywała to karta 

przestrzenno-czasowa. Ale obserwowałem i pochłaniałem wszystko, usiłuj c 

prze y  przynajmniej jeden dzie  poza Rzeczywisto ci , jakby nast pny dzie  (w 

fizjoczasie) miał nigdy nie nadej . 

Jak e pragn łem odwiedzi  moj   on  po raz drugi, w tym okresie, kiedy 

jeszcze  yła, ale zu yłem ostatni  woln  sekund . Nie o mieliłem si  nawet wej  

do Czasu, by j  zobaczy , samemu pozostaj c niewidzialnym. Nast pnego dnia 

zło yłem wyliczenia wraz z moimi zaleceniami Zmiany. 

Twissell zni ył głos do szeptu i wreszcie zamilkł. Siedział oklapni ty, 

utkwiwszy oczy w podłog , splataj c i rozplataj c palce. 

Harlan pró no czekał na dalszy ci g. Odchrz kn ł. Stwierdził,  e współczuje 

temu człowiekowi, współczuje mu mimo wielu zbrodni, jakie popełnił. Zapytał: 

-  To wszystko? Twissell szepn ł: 

-  Nie, najgorsze... najgorsze,  e... odpowiednik mego syna istniał. W nowej 

Rzeczywisto ci istniał jako paralityk od czwartego roku  ycia. Czterdzie ci dwa 

background image

 

120 

lata w łó ku, w okoliczno ciach, które uniemo liwiały mi zastosowanie techniki 

regeneracji nerwów z 900 Stulecia albo nawet bezbolesne zako czenie jego  ycia. 

Nowa Rzeczywisto  istnieje. Mój syn znajduje si  w niej nadal w 

odpowiedniej cz ci Stulecia. To ja mu to zrobiłem. To mój umysł i mój 

komputaplex odkrył dla niego to nowe  ycie i moje słowo zarz dziło Zmian . 

Popełniłem dla niego i dla jego matki wiele zbrodni, lecz ten ostatni czyn, 

jakkolwiek  ci le zwi zany z moj  przysi g  Wieczno ciowca, zawsze wydawał mi 

si  mój  najwi ksz  zbrodni , prawdziw  zbrodni . 

Harlan milczał. 

Twissell podj ł: 

-  Ale teraz widzisz,  e rozumiem twój przypadek, i dlatego ch tnie pozostawi  

ci t  dziewczyn . To nie zaszkodzi Wieczno ci i w pewnym sensie b dzie 

zado uczynieniem za moj  zbrodni . 

I Harlan uwierzył. W jednej chwili całkowicie zmienił pogl dy i uwierzył! 

Osun ł si  na kolana i podniósł zaci ni te pi ci do skroni. Pochylił głow . 

Ogarn ła go dzika rozpacz. 

Porzucił Wieczno  i stracił Noys, a gdyby nie ów chwyt Samsona - mógł 

ocali  jedno i zachowa  drugie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

121 

Rozdział 15

 

 

POSZYKIWANIA W PRYMITYWIE 

 

Twissell, potrz saj c Harlana za ramiona, wołał niecierpliwie: - Harlan! 

Harlan! Na miło  Czasu, człowieku! Harlan powoli budził si  z odr twienia. 

-  Co mamy robi ? 

-  Z pewno ci  nie to. Nie rozpacza . Na pocz tek słuchaj. Zapomnij o swym 

technicznym pogl dzie na Wieczno  i spojrzyj na ni  oczyma Kalkulatora. Ten 

pogl d jest bardziej skomplikowany. Kiedy wprowadzasz pewne odchylenie w 

Czasie i tworzysz Zmian  Rzeczywisto ci, Zmiana mo e nast pi  natychmiast. 

Dlaczego tak powinno by ? 

Harlan zapytał roztrz sionym głosem: 

-  Bo to odchylenie uczyniło Zmian  nieuniknion ? 

-  Czy by? Mo esz przecie  si  cofn  i odwróci  odchylenie. 

-  S dz ,  e tak. Jednak nigdy tego nie próbowałem. Ani nie słyszałem,  eby 

kto  to robił. 

-  Słusznie. Nie ma intencji cofni cia odchylenia, wi c wszystko odbywa si  

tak, jak planowano. Ale tu mamy co  innego. Niezamierzone odchylenie. Posłałe  

Coopera do niewła ciwego Stulecia, a teraz ja koniecznie chc  odwróci  to 

odchylenie i sprowadzi  go z powrotem. 

-  Na miło  Czasu, jak? 

-  Nie jestem jeszcze pewny, ale musi istnie  jaki  sposób. W przeciwnym razie 

odchylenie byłoby nieodwracalne. Zmiana nast piłaby natychmiast. A przecie  

nie nast piła. Pozostajemy nadal w Rzeczywisto ci pami tnika Mallansohna. 

Oznacza to,  e odhylenie jest odwracalne i zostanie odwrócone. 

-  Co? - prze laduj ca Harlana zmora pot niała, stawała si  coraz bardziej 

dokuczliwa. 

-  Musi istnie  sposób ponownego poł czenia kr gu w Czasie, a to,  e 

wpadniemy na wła ciwy sposób, jest wysoce prawdopodobne. Oczywi cie póki 

istnieje nasza Rzeczywisto . Je li w którejkolwiek chwili ty czyja podejmiemy 

zł  decyzj , je li prawdopodobie stwo poł czenia kr gu spadnie poni ej pewnej 

krytycznej wielko ci, Wieczno  zniknie. Rozumiesz? 

Harlan niezupełnie rozumiał, ale nawet si  o to zbytnio nie starał. Powoli 

wstał i powlókł si  do krzesła. 

-  Uwa a pan,  e mo emy odzyska  Coopera?... 

-  I posła  go we wła ciwe miejsce. Tak. Wystarczy złapa  go w chwili, gdy 

opuszcza kocioł, a b dzie mógł si  znale  we wła ciwym miejscu w 24 Stuleciu, 

starszy zaledwie o kilka godzin fizjoczasu. Oczywi cie, b dzie to odchylenie, lecz 

niew tpliwie niezbyt wa ne. Rzeczywisto  si  zachwieje, człowieku, ale nie runie. 

-  Ale jak go  ci gniemy? 

-  Wiemy,  e jest sposób, bo inaczej Rzeczywisto  ju  by nie istniała. I wła nie 

do znalezienia tego sposobu potrzebuj  ciebie, dlatego walczyłem, by ci  

pozyska . Jeste  ekspertem w sprawach Prymitywu. Powiedz mi. 

-  Nie mog  -j kn ł Harlan. 

-  Mo esz - nalegał Twissell. 

background image

 

122 

Nagle z twarzy starca znikły wszelkie  lady wieku czy zm czenia. Jego oczy 

płon ły ogniem walki, wymachiwał papierosem jak lanc . Nawet otumaniony 

rozpacz  Harlan widział,  e Kalkulator si  cieszy, cieszy si  w tej wła nie chwili, 

gdy trzeba przyst pi  do boju. 

-  Mo emy zrekonstruowa  wydarzenia - powiedział Twissell. Tu masz 

d wigni  rozruchu. Stoisz przy niej czekaj c na sygnał. Wł czasz kontakt i 

jednocze nie naciskasz w dół d wigni  mocy. Jak daleko? 

-  Nie wiem, mówi  panu. Nie wiem. 

-  Ty nie wiesz, ale twoje mi nie wiedz . Sta  tam i we  do r ki d wigni . 

Skup si . Bierz d wigni . Czekasz na sygnał. Nienawidzisz mnie. Nienawidzisz 

Rady. Nienawidzisz Wieczno ci. P ka ci serce z  alu po Noys. Cofnij si  do tej 

chwili. Czuj si  tak, jak si  wtedy czułe . A teraz ja znowu wł cz  zegar. Dam ci 

minut , chłopcze, by  sobie przypomniał swoje uczucia i zmusił si  do działania. 

Nast pnie, gdy b dzie si  zbli ało zero, niech twoja r ka szarpnie d wigni , tak 

jak zrobiła to przedtem. A teraz cofnij r k . Nie przesuwaj d wigni z powrotem. 

Jeste  gotów? 

-  Chyba nie dam rady. 

-  Chyba?... Ojcze Czasie, nie masz przecie  wyboru. Czy w inny sposób 

mo esz odzyska  swoj  dziewczyn ? 

Nie było sposobu. Harlan zmusił si , by podej  do steru, a gdy to uczynił, 

uczucia napłyn ły z powrotem. Nie potrzebował ich wywoływa . Powtarzanie 

fizycznych ruchów obudziło je znowu. Czerwony włosek na zegarze zacz ł si  

porusza . 

Z rozpacz  my lał: ostatnia minuta  ycia? 

Minus trzydzie ci sekund. 

To nie b dzie bolało. To nie  mier . 

Próbował my le  wył cznie o Noys. 

Minus pi tna cie sekund. 

Noys! 

Lewa r ka Harlana pu ciła przeł cznik. 

Minus dwana cie sekund. 

Kontakt! 

Prawa r ka poruszyła si . 

Minus pi  sekund. 

Noys! 

Prawa r ka po - ZERO - ruszyła si  kurczowo. 

Odskoczył oddychaj c ci ko. 

Podszedł Twissell i popatrzył na skal . 

-  Dwudzieste Stulecie - powiedział. - Dokładnie 19,38. Harlan wykrztusił: 

-  Nie wiem. Starałem si  odczuwa  to samo, ale to było co innego. 

Wiedziałem, co robi , i to zmieniało posta  rzeczy. 

-  Wiem, wiem. Mo liwe,  e to wszystko jest bł dne. Nazwijmy to pierwszym 

przybli eniem. - Urwał na chwil  rachuj c w pami ci, wyj ł kieszonkowy 

komputer, do połowy wyci gn ł go z pojemnika i schował znowu, nie próbuj c 

uruchomi . - Do Czasu, z dziesi tnymi. Powiedzmy,  e prawdopodobie stwo 

background image

 

123 

wynosi 0,99,  e posłałe  go do drugiej  wierci dwudziestego Stulecia. Gdzie  mi -

dzy 19,25 a 19,50. W porz dku? 

-  Nie wiem. 

-  No, to teraz słuchaj. Je li podejm  mocn  decyzj  skoncentrowania si  na 

tej cz ci Prymitywu, wykluczaj c wszystko inne, i je li si  myl , to 

prawdopodobnie strac  ostatni  mo liwo  zamkni cia kr gu w Czasie i 

Wieczno  zniknie. Sama decyzja b dzie kluczowym punktem. Minimum 

Potrzebnych Zmian, MPZ, aby umo liwi  Zmian . Teraz podejmuj  decyzj . 

Decyduj  definitywnie... 

Harlan rozejrzał si  ostro nie dokoła, jakby Rzeczywisto  stała si  tak 

krucha,  e gwałtowny ruch głow  mógł j  zniweczy , i powiedział: 

-  Jestem całkowicie  wiadom Wieczno ci. (Zdecydowanie Twissella wpłyn ło 

na niego do tego stopnia,  e własny głos zabrzmiał mu mocno w uszach). 

- A wi c Wieczno  istnieje nadal - powiedział Twissell rzeczowo - to znaczy, 

e podj li my wła ciw  decyzj . Na razie nie mamy tu nic do roboty. Chod my do 

mego gabinetu i pozwólmy, by komitet Rady przybiegł do tej sali, je li to mu 

potrzebne do szcz cia. Dla nich akcja zako czyła si  pomy lnie. A je li nie, to 

nigdy si  o tym nie dowiedz , bo nie b d   yli. Ani my. 

Twissell uwa nie przygl dał si  swemu papierosowi. 

-  Teraz powinni my sobie odpowiedzie  na pytanie: Co zrobi Cooper, gdy 

znajdzie si  w niewła ciwym Stuleciu? 

-  Nie wiem. 

-  Jedno jest oczywiste. To bardzo bystry chłopak, inteligentny, z wyobra ni , 

nie uwa asz? 

-  No có , przecie  on jest Mallansohnem. 

-  Otó  wła nie. I zastanawiał si , czy si  nic złego nie stanie. Jedno z jego 

ostatnich pyta  brzmiało: „A co b dzie, je li nie wyl duj  we wła ciwym 

miejscu"? Pami tasz? 

Harlan nie miał poj cia, dok d to prowadzi. 

-  Jest wi c psychicznie przygotowany na przesuni cie w czasie. Co  zrobi. 

Spróbuje si  z nami skomunikowa . B dzie próbował zostawi  dla nas jakie  

lady. Pami taj,  e przez cz  swego  ycia był Wieczno ciowcem. To wa na 

sprawa. - Twissell wydmuchn ł kółko dymu, zahaczył o nie palcem i patrzył, jak 

si  zwija i rozpada. - Jest przyzwyczajony do poj cia ł czno ci w Czasie. W tpi , 

czy pogodzi si  z my l ,  e został wystrychni ty na dudka. B dzie wiedział,  e go 

szukamy. 

Harlan rzekł: 

-  Bez kotłów i bez Wieczno ci, w 20 Stuleciu, jak uda mu si  z nami 

skomunikowa ? 

-  Z tob , Techniku, z tob . U ywaj liczby pojedynczej. Jeste  ekspertem w 

sprawach Prymitywu. Udzielałe  Cooperowi lekcji Prymitywu. Tylko po tobie 

mo e si  spodziewa ,  e potrafisz odnale  jego  lady. 

-  Jakie  lady, Kalkulatorze? 

Stara twarz Twissella przybrała chytry wyraz, zmarszczki pogł biły si . 

-  Zamierzali my pozostawi  Coopera w Prymitywie. Brak mu ochronnej 

tarczy fizjoczasu. Całe jego  ycie jest wplecione w tkank  Czasu i pozostanie 

background image

 

124 

takie, a  ty i ja zmienimy odchylenie. Podobnie wpleciony w tkank  Czasu jest 

ka dy przedmiot, znak czy wiadomo , jakie on mo e nam zostawi . Z pewno ci  

musz  istnie  okre lone  ródła, jakimi si  posługiwałe  studiuj c 20 Stulecie. 

Dokumenty, archiwa, filmy, dzieła sztuki, podr czniki. Chodzi mi o pierwotne 

ródła pochodz ce z tego wła nie Czasu. 

-  Owszem, s  takie  ródła. 

-  I on je z tob  studiował? 

-  Tak. 

-  Czy jest w ród nich jakie  szczególnie przez ciebie cenione, o którym 

wiedział,  e je znasz doskonale, tak  eby  rozpoznał w nim wiadomo  od niego? 

-  Ju  widz , do czego pan zmierza - powiedział Harlan. Zamy lił si . 

-  Wi c? - zapytał Twissell z odcieniem niecierpliwo ci. 

-  Prawie na pewno czasopisma. Czasopisma s  zjawiskiem wczesnych lat 20 

Stulecia. Jedno z nich, którego mam niemal cały komplet, zaczyna si  w 

pocz tkach 20 i wychodzi niemal do ko ca 22 wieku. 

-  Dobrze. A teraz, czy przypuszczasz,  e istnieje jaki  sposób, by Cooper u ył 

tego tygodnika do przekazania wiadomo ci? Pami taj,  e on wie, i  b dziesz 

czytał ten periodyk,  e jeste  z nim obznajomiony,  e b dziesz wiedział, jak w nim 

szuka . 

-  Trudno powiedzie  - Harlan potrz sn ł głow . - Tygodnik posługiwał si  

wymy lnym stylem. Stosował  cisł  selekcj  materiału, 

I to w sposób do  zaskakuj cy. Trudno si  spodziewa ,  e wydrukuje co , co 

kto  zaproponuje. Nawet gdyby Cooperowi udało si  uzyska  prac  w redakcji, 

co jest bardzo mało prawdopodobne, to i tak nie miałby pewno ci,  e dokładnie 

to, co napisał, przejdzie przez ró ne komórki. Nie widz  mo liwo ci, 

Kalkulatorze. 

-  Na miło  Czasu, my l! Skoncentruj si  na tym tygodniku. Jeste  w 20 

Stuleciu, jeste  Cooperem, z jego wykształceniem i wychowaniem. Uczyłe  tego 

chłopaka, Harlan. Kształtowałe  jego umysł. Wi c co według ciebie powinien 

zrobi ? Jakby post pił, by umie ci  co  w tygodniku? Co , co zawierałoby 

dokładnie te sformułowania, jakie mu s  potrzebne? 

Oczy Harlana rozszerzyły si . 

-  Ogłoszenie. 

-  Co? 

-  Ogłoszenie. Płatna notatka, któr  musz  wydrukowa  dokładnie tak, jak si  

da. Od czasu do czasu dyskutowali my na ten temat. 

-  Ach tak. W 186 Stuleciu mieli co  w tym rodzaju - powiedział Twissell. 

-  To nie to, co w wieku dwudziestym. Wtedy ogłoszenia osi gn ły swój szczyt. 

rodowisko kulturalne... 

-  Wracaj c do ogłosze  - przerwał szybko Twissell - jakiego rodzaju byłoby 

to ogłoszenie? 

-  Sam chciałbym wiedzie . 

Twissell wpatrzył si  w roz arzony koniuszek papierosa, jakby szukaj c 

natchnienia. - Nie mo e nic powiedzie  bezpo rednio. Nie mo e napisa : „Cooper 

z 78 wyl dował w 20 i wzywa Wieczno ". 

-  Sk d pan ma t  pewno ? 

background image

 

125 

-  To niemo liwe! Podanie dwudziestemu Stuleciu informacji, której ówcze ni 

ludzie nie powinni uzyska , byłoby równie szkodliwe dla kr gu Mallansohna, jak 

niewła ciwa akcja z naszej strony. My istniejemy nadal, a wi c przez całe swoje 

ycie w bie cej Rzeczywisto ci Prymitywu Cooper nie wyrz dził szkody tego 

rodzaju. 

-  Poza tym - powiedział Harlan, wycofuj c si  z kontemplacji problemów 

kr gu Wieczno ci, o które Twissell wyra nie mało si  troszczył - tygodnik 

najprawdopodobniej nie zgodziłby si  na opublikowanie czegokolwiek, co 

wydawałoby si  redakcji majaczeniem wariata albo czego by nie rozumiała. 

Podejrzewałaby oszustwo albo jak  nielegaln  działalno , do której nie 

chciałaby si  miesza . Wi c Cooper nie mo e u y  standardowego 

mi dzyczasowego w swoim ogłoszeniu. 

-  To musi by  co  finezyjnego - rzekł Twissell. - Musi nas zawiadomi  

po rednio. Zamie ci  ogłoszenie, które b dzie si  wydawało całkowicie normalne 

ludziom Prymitywu. Absolutnie normalne! A jednak musi by  to co  oczywistego 

dla nas. Bardzo oczywistego na pierwszy rzut oka, poniewa  musimy to znale  

w ród niezliczonych ogłosze . Jak wielkie powinno ono by ? Czy te ogłoszenia s  

kosztowne? 

-  S dz ,  e do  kosztowne, 

-  A Cooper musi oszcz dza  pieni dze. Poza tym,  eby nie wzbudzi  

nadmiernego zainteresowania, powinno by  jednak małe. Ale jakie? 

Harlan rozło ył r ce. 

-  Pół szpalty? 

-  Szpalty? 

-  To s  drukowane tygodniki, wie pan. Na papierze. Druk uło ony jest w 

szpalty. 

-  Och, tak. Jako  nie potrafi  odró ni  literatury od filmu... Dobrze, mamy 

wi c pierwsz  wskazówk . Musimy szuka  półszpaltowego ogłoszenia, które 

praktycznie na pierwszy rzut oka powinno  wiadczy ,  e człowiek, który je 

zamie cił, pochodzi z innego Stulecia (oczywi cie z przyszło ci), a które jednak 

jest na tyle normalnym ogłoszeniem,  e  aden człowiek z tamtego Stulecia nie 

dostrze e w nim nic podejrzanego. 

-  A co b dzie, je li go nie znajd ? 

-  Znajdziesz. Wieczno  istnieje, prawda? A jak długo istnieje, jeste my na 

wła ciwym tropie. Powiedz mi, nie przypominasz sobie takiego ogłoszenia z 

czasów twojej pracy z Cooperem? Czego , co ci  uderzyło, cho by tylko na 

chwil , jako dziwaczne, zwariowane, niesamowite, w jaki  sposób fałszywe? 

-  Nie. 

-  Nie chc ,  eby  odpowiadał tak szybko. Namy l si  pi  minut. 

-  Nie ma potrzeby. Kiedy przerabiałem z Cooperem czasopisma, on nie był w 

20 Stuleciu. 

-  Prosz , chłopcze. Rusz głow . Wysłanie Coopera w 20 Stulecie wprowadziło 

odchylenie. To nie jest Zmiana, to nie jest odchylenie nieodwołalne. Ale bywaj  

pewne zmiany przez małe „z", albo mikrozmiany, jak sieje zwykle okre la w 

komputacji. W chwili gdy Cooper został wysłany w 20 wiek, w odpowiednim 

numerze magazynu ukazało si  ogłoszenie. Nasza Rzeczywisto  zmieniła si  

background image

 

126 

minimalnie, w tym sensie,  e mogłe  patrze  na stron  z tym ogłoszeniem, cho  

nie robiłe  tego w poprzedniej Rzeczywisto ci. Rozumiesz? 

Harlan znowu zdumiał si  łatwo ci , z jak Twissell torował sobie drog  przez 

d ungl  logiki czasowej i „paradoks" Czasu. Potrz sn ł głow . 

-  Nie przypominam sobie nic w rym rodzaju. 

-  A gdzie trzymasz roczniki tego periodyku? 

Mam specjaln  bibliotek  zbudowan  na poziomie drugim, specjalnie z my l  

o Cooperze. 

-  Doskonale - powiedział Twissell. - Idziemy tam. Natychmiast. 

Twissell wpatrywał si  z zaciekawieniem w stare oprawne tomy w bibliotece, a 

nast pnie wzi ł jeden z nich. Były tak stare,  e papier nale ało konserwowa  

specjalnymi metodami. Zatrzeszczał przy niezbyt delikatnym dotkni ciu. 

Harlan j kn ł. W lepszych czasach kazałby Twissellowi odej  od ksi ek, 

mimo  e był on Starszym Kalkulatorem. 

Stary człowiek ogl dał pomarszczone stronice i poruszał wargami czytaj c 

archaiczne słowa. 

-  To jest ten angielski, o którym zawsze mówi  filologowie, prawda? - zapytał 

stukaj c palcem w kart . 

-  Tak, angielski - mrukn ł Harlan. Twissell odło ył tom. 

-  Ci ki i niezgrabny. 

Harlan wzruszył ramionami. Dla wyja nienia: wi kszo  Stuleci Wieczno ci 

była to era filmu. Znaczna mniejszo  - era zapisu cz stkowego. Jednak druk i 

papier nie nale ały do rzeczy zupełnie nieznanych. 

Powiedział: 

-  Ksi ki nie wymagaj  takiego rozwoju technologii jak filmy. Twissell potarł 

podbródek. 

-  Wła nie. Mo emy zaczyna ? 

Wyci gn ł inny tom z półki, otworzył na samym pocz tku i wpatrywał si  w 

stron  w niezwykłym skupieniu. 

Harlan pomy lał: czy on s dzi,  e znajdzie rozwi zanie przez szcz liwy 

przypadek? 

Twissell, widz c dezaprobat  we wzroku Technika, poczerwieniał i odło ył 

ksi k . 

Harlan wzi ł pierwszy tom z 19,25 centycenturii i zacz ł systematycznie 

przewraca  strony. Siedział sztywno, tylko jego r ka i oczy si  poruszały. 

Od czasu do czasu wstawał po nowy tom i wtedy robili przerw  na kaw  i na 

posiłki. 

Wreszcie powiedział ci ko: 

-  Nie ma sensu,  eby pan tu siedział. Twissell spytał: 

-  Czy ci przeszkadzam? 

-  Nie. 

-  A wi c zostan  - mrukn ł Kalkulator. 

Niekiedy podchodził do półek z ksi kami, wpatruj c si  bezradnie w ich 

okładki. Dopalaj ce si  papierosy od czasu do czasu parzyły mu palce, ale me 

zwracał na to uwagi. 

Jeden fizjodzie  dobiegł ko ca. 

background image

 

127 

Spali kiepsko i krótko. Rano, mi dzy jednym a drugim tomem, Twissell wypił 

ostatni łyk kawy i powiedział: 

-  Czasami zastanawiam si , czemu nie rzuciłem Kalkulacji po tej sprawie 

mojego... wiesz... 

Harlan skin ł głow . 

-  Ale mam na to ochot  - kontynuował stary. - Mam na to ochot . Całe 

fizjomiesi ce marzyłem rozpaczliwie,  eby nie mie  do czynienia z  adnymi 

Zmianami. Miałem ich dosy . Zacz łem si . zastanawia , czy Zmiany s  słuszne. 

Zabawne, jakie kawały mog  człowiekowi płata  uczucia natury osobistej. 

Znasz histori  Prymitywu, Harlan. Wiesz, jak wygl dał. Rzeczywisto  

płyn ła  lepo wzdłu  linii maksymalnego prawdopodobie stwa. Je li w tym 

maksimum mie ciło si  dziesi  Stuleci niewolniczej ekonomii, upadek techniki 

albo nawet... nawet wojna atomowa, o ile była wtedy mo liwa, no to có , u Czasu, 

to dochodziło do tych wydarze . Nic nie mogło ich powstrzyma . 

Ale tam, gdzie istnieje Wieczno , poczynaj c od 28 Stulecia, rzeczy tego 

rodzaju si  nie zdarzaj . Ojcze Czasie, podnie li my nasz  Rzeczywisto  do 

poziomu dobrobytu, jaki w czasach Prymitywu trudno sobie nawet wyobrazi ; do 

poziomu, którego osi gni cie bez ingerencji Wieczno ci byłoby wr cz niemo liwe. 

Harlan my lał ze wstydem: O co mu chodzi?  ebym jeszcze wi cej pracował? 

Robi , co mog . 

Twissell: 

-  Je li nie wykorzystamy okazji, Wieczno  zniknie, prawdopodobnie w 

całym flzjoczasie. I w jednej ogromnej Zmianie cała Rzeczywisto  wróci do 

maksymalnego prawdopodobie stwa, wraz -jestem tego pewny - z atomowymi 

wojnami i zagład  człowieka. 

Harlan: 

-  Lepiej wezm  si  za nast pny tom. 

Podczas kolejnej przerwy Twissell powiedział bezradnie: 

-  Tyle roboty... Czy nie ma jakiego  szybszego sposobu? Harlan: 

-  Niech go pan wymy li. Mnie si  wydaje,  e musz  obejrze  ka d  stron  z 

osobna. Jak mog  robi  to szybciej? 

Metodycznie przewracał kartki. 

-  Druk zaczyna miga  mi przed oczyma, a to oznacza,  e pora na sen. 

Min ł drugi fizjodzie . 

O 10.20 rano wedle standardowego fizjoczasu, trzeciego dnia poszukiwa , 

Harlan, ze zdumieniem wpatruj c si  w jedn  ze stronic, powiedział: 

-  Jest! 

Twissell nie zrozumiał okrzyku. 

-  Co? - zapytał. 

Harlan spojrzał na niego, był oszołomiony. 

-  A ja nie wierzyłem! Na Czas, ja nigdy naprawd  w to nie wierzyłem, nawet 

jak pan opowiadał historie nie z tej ziemi o czasopismach i ogłoszeniach. 

Twissell poj ł dopiero teraz: 

-  Znalazłe ! 

Podskoczył do tomu, który trzymał Harlan, i chwycił go dr cymi palcami. 

Harlan cofn ł ksi k , i zatrzasn ł j . 

background image

 

128 

-  Chwileczk .. Pan tego nie znajdzie, nawet gdybym panu pokazał stronice,. 

-  Co robisz? - wrzasn ł Twissell. - Zgubiłe  to. 

-  Nie zgubiłem. Wiem, gdzie to jest. Ale najpierw... 

-  Co najpierw? 

-  Pozostał jeszcze jeden punkt, Kalkulatorze. Mówił pan,  e mog  mie  Noys. 

Wi c niech mi pan j  sprowadzi. Chc  j  zobaczy . 

Twissell wytrzeszczył oczy, jego białe włosy były zmierzwione. 

-   artujesz. 

-  Nie - odparł Harlan ostro. - Nie  artuj . Zapewniał mnie pan,  e poczyni 

odpowiednie kroki... A mo e to pan  artuje? Noys i ja mieli my by  razem. Pan 

mi obiecał. 

-  Obiecałem. To sprawa załatwiona. 

-  Wi c niech j  pan sprowadzi  yw  i zdrow . 

-  Nie rozumiem ci . Przecie  ja jej nie mam. Ani nikt. Ona nadal pozostaje w 

dalekiej przyszło ci, jak meldował Finge. Nikt jej nie ruszał. Wielki Czasie, 

mówiłem ci,  e jest bezpieczna. 

Harlan patrzył na starca z rosn cym napi ciem. 

-  Pan igra ze mn - wykrztusił. - Oczywi cie,  e jest w dalekiej przyszło ci, ale 

co mi z tego? Zdejmijcie barier  z wieku stutysi cznego. 

-  Zdejmijcie co? 

-  Barier . Kocioł nie przechodzi. 

-  Nic mi o tym nie mówiłe ! - zawołał Twissell gwałtownie. 

-  Nie mówiłem? - zapytał Harlan zdziwiony. 

Czy by rzeczywi cie nie mówił? My lał o tym bez przerwy. Nigdy nie mówił o 

tym ani słowa? Nie mógł sobie przypomnie . Ale natychmiast podj ł decyzj . 

-  Dobrze. Wi c mówi  teraz. Usu cie blokad . 

-  Przecie  cała ta historia jest niemo liwa. Blokada kotłowa? Bariera 

czasowa? 

-  Czy pan chce przez to powiedzie ,  e wy cie jej nie zało yli? 

-  Ja nie. Przysi gam. 

-  Wi c... wi c... - Harlan poczuł,  e blednie. - Wi c zrobiła to Rada. Oni 

wiedz  o wszystkim, podj li akcj  niezale nie od pana... i kln  si  na wszelki Czas 

i Rzeczywisto ,  e mog  si  po egna  ze swoim ogłoszeniem, Cooperem, 

Mallansohnem i cał  Rzeczywisto ci . Nic z tego nie zobacz . Nie zobacz . 

-  Czekaj. Czekaj. - Twissell rozpaczliwie chwycił Harlana za łokie . - Opanuj 

si . My l, chłopcze, my l. Rada nie zało yła  adnej bariery. 

-  Ale bariera jest. 

-  Przecie  oni nie mogli wznie  takiej bariery. Nikt nie mógł. To jest 

teoretycznie niemo liwe. 

- Pan nie wie wszystkiego. Bariera istnieje. 

-  Wiem wi cej ni  inni w Radzie i taka rzecz nie wchodzi w rachub . 

-  Ale istnieje. 

-  Wi c je li istnieje... 

Harlan zwracał ju  teraz uwag  na otoczenie i spostrzegł,  e w oczach 

Twissella pojawiło si  co  w rodzaju panicznego strachu; strachu, którego nie 

background image

 

129 

było nawet wtedy, gdy dowiedział si  o bł dnym skierowaniu Coopera i gro bie 

ko ca Wieczno ci.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

130 

Rozdział 16

 

 

UKRYTE STULECIA 

 

Andrew Harlan patrzył pustym wzrokiem na pracuj cych ludzi. Ignorowali 

go grzecznie, poniewa  był Technikiem. Normalnie to on by ich ignorował, i to nie 

tak grzecznie, poniewa  byli lud mi z Obsługi. Lecz teraz patrzył na nich i w swej 

rozpaczy stwierdził,  e nawet im zazdro ci. 

Byli to pracownicy Wydziału Transportu Mi dzyczasowego w ciemnoszarych 

uniformach z naramiennikami, na których widniała czerwona strzała o dwóch 

grotach na czarnym tle. U ywali skomplikowanego sprz tu pola siłowego, by 

zbada  silniki kotłów i stopnie hiperprzelotowo ci w szybach kotłów. Tak jak 

sobie Harlan wyobra ał, mieli niewielk  wiedz  teoretyczn  w zakresie in ynierii 

Czasu, lecz rzucało si  w oczy,  e maj  ogromn  wiedz  praktyczn  w tej 

dziedzinie. 

Jako Nowicjusz Harlan nie nauczył si  wiele o Obsłudze. Albo,  eby uj  to 

ci lej, nie miał zbytniej ch ci si  uczy . Nowicjuszy, którzy nie uzyskali 

dyplomów, przenoszono do Obsługi. „Zawód bez specjalizacji", jak go 

eufemistycznie okre lano, stanowił symbol pora ki  yciowej i przeci tny 

Nowicjusz odruchowo unikał tego tematu. Lecz teraz, gdy obserwował ludzi z 

Obsługi przy pracy, wydawali mu si  spokojni, rzeczowi i - szcz liwi. 

Czemu by nie? Ich liczba dziesi ciokrotnie przewy szała liczb  Specjalistów - 

„prawdziwych Wieczno ciowców". Mieli własne  rodowisko, własne kondygnacje 

mieszkalne, własne rozrywki, ich praca ograniczała si  do okre lonej liczby 

godzin na fizjodzie  i nie wywierano na nich nacisku, by wolne chwile po wi cali 

swemu zawodowi. Mieli czas, którego brakło Specjalistom, na to, by zajmowa  si  

literatur i dramatyzacjami filmowymi, wydobytymi z ró nych Rzeczywisto ci. 

To mimo wszystko oni byli lud mi o pełniejszej osobowo ci. To  ycie 

Specjalisty było przeci one prac , skomplikowane i nienaturalne w porównaniu 

ze spokojnym i prostym  yciem w Obsłudze. 

Obsługa stanowiła fundament Wieczno ci. Dziwne,  e tak oczywisty fakt nie 

uderzył go wcze niej. Obsługa zapewniała transport  ywno ci i wody z Czasu, 

dbała o usuwanie odpadów, o funkcjonowanie siłowni. Utrzymywała w ruchu 

cał  machin  Wieczno ci. Gdyby wszystkich Specjalistów nagle trafił na miejscu 

szlag, Wieczno  działałaby dalej dzi ki Obsłudze. Lecz gdyby Obsługa znikn ła, 

Specjali ci musieliby porzuci  Wieczno  w ci gu kilku dni, bo inaczej zgin liby 

marnie. 

Czy ludziom z Obsługi brakowało ich rodzimych epok, kobiet, dzieci? Czy 

zabezpieczenie przed n dz , chorobami i Zmianami Rzeczywisto ci było wy 

starczaj c  rekompensat ? Czy w ogóle brano pod uwag  ich pogl dy? Harlan 

poczuł w sobie zapał reformatora społecznego. 

Starszy Kalkulator Twissell, który wła nie nadbiegł, przerwał tok my lenia 

Technika. Wygl dał na jeszcze bardziej wystraszonego ni  godzin  temu, gdy 

odchodził, zostawiaj c Obsług  przy pracy. 

Harlan my lał: jak on to wytrzymuje? To przecie  starzec. 

background image

 

131 

Twissell rozejrzał si  czujnie dokoła, a ludzie odruchowo przyj li pełn  

szacunku postaw  zasadnicz . 

- Co z szybami? 

Jeden z Obsługowców odpowiedział: 

-  Nic złego, Starszy Kalkulatorze. Szlaki s  czyste, pola sczepione. 

-  Sprawdzili cie wszystko? 

-  Tak, Starszy Kalkulatorze. Dok d tylko si gaj  stacje Wydziału. 

-  Mo ecie odej . 

Nie było w tpliwo ci co do intencji tej szorstkiej odprawy. Skłonili si , 

odwrócili i szybko odeszli. 

Twissell i Harlan pozostali sami w ród szybów, Twissell zwrócił si  do 

Harlana: 

-  Ty tu zostaniesz. Prosz . Harlan potrz sn ł głow . 

-  Musz  jecha . 

-  Nie rozumiesz, o co chodzi. Je li co  mi si  stanie, ty jeden wiesz, jak znale  

Coopera. Je li co  stanie si  tobie, ani ja, ani  aden inny Wieczno ciowiec nic nie 

poradzi. 

Harlan znowu potrz sn ł głow . Twissell wło ył papierosa do ust. 

-  Sennor jest podejrzliwy. W ci gu dwóch dni wzywał mnie kilka razy. Chce 

wiedzie , dlaczego si  izoluj . Kiedy si  dowie,  e zarz dziłem generalny przegl d 

maszynerii... Musz  i , Harlan. Nie mog  zwleka . 

-  Nie musimy zwleka . Jestem gotów. 

-  Koniecznie chcesz jecha ? 

-  Je li nie ma bariery, to nie ma niebezpiecze stwa. A nawet je li jest, to ja 

ju  tam byłem i wróciłem. Czego si  pan boi, Kalkulatorze? 

-  Nie lubi  ryzykowa , je li nie musz . 

-  Niech pan pomy li logicznie, Kalkulatorze. Niech pan podejmie decyzj ,  e 

mam z panem jecha . Je li Wieczno  nadal b dzie istnie , to znaczy,  e kr g 

mo na jeszcze zamkn . Czyli  e prze yjemy. A je li to decyzja niewła ciwa, 

wtedy Wieczno  przejdzie do niebytu, ale i tak przejdzie, je li ja nie pojad , bez 

Noys bowiem nie kiwn  palcem, by odszuka  Coopera. Przysi gam. 

-  Przy wioz  ci j . 

-  Je li to takie proste i bezpieczne, nie zaszkodzi, je li i ja po ni  pojad . 

Wida  było wahanie Twissella. Wreszcie o wiadczył szorstko: 

-  Dobrze wi c, jedziemy! I Wieczno  przetrwała. 

Wystraszony wyraz twarzy Twissella nie znikał, nawet gdy znale li si  w 

kotle. Patrzył na przesuwaj ce si  liczby temporometru. Nawet wi ksza skala, 

która wskazywała kilocenturie i któr  Obsługa przystosowała do tego specjalnego 

celu, stukała w minutowych odst pach. Powiedział: 

-  Nie powiniene  jecha . Harlan wzruszył ramionami. 

-  Dlaczego nie? 

-  To mnie niepokoi. Nie ma sensownego powodu. Mo esz to nazwa  

przes dem, ale to budzi we mnie niepokój. - Zło ył dłonie i zacisn ł je mocno. 

-  Nie rozumiem pana. Twissell zapalił si . 

-  Mo liwe,  e si  z tym zgodzisz. Jeste  ekspertem w sprawach Prymitywu. 

Jak długo istniał człowiek w Prymitywie? 

background image

 

132 

-  Dziesi  tysi cy Stuleci. Mo e pi tna cie. 

-  Tak. Powstał jako co  w rodzaju prymitywnej małpiatki i sko czył jako 

homo sapiens! Prawda? 

-  To wszyscy wiedz . Tak. 

-  W takim razie wszyscy musz  wiedzie ,  e ewolucja post puje do  szybkim 

krokiem. Pi tna cie tysi cy Stuleci od małpy do homo sapiens. 

-  Wi c? 

-  Ja pochodz  z 30 000 Stulecia... 

-  (Harlan nie mógł si  powstrzyma ,  eby na niego nie spojrze . Nie wiedział 

dotychczas, jaka jest macierzysta epoka Twissella, ani nie znał nikogo, kto by to 

wiedział). 

-  Jestem z 30 000 Stulecia - powtórzył znowu Twissell - a ty z 95. Czas mi dzy 

naszymi macierzystymi epokami jest dwa razy dłu szy ni  istnienie człowieka w 

Prymitywie, a jakie s  mi dzy nami ró nice? Mam o cztery z by mniej ni  ty i 

brak mi wyrostka robaczkowego. Ró nice fizjologiczne na tym si  ko cz . Mamy 

prawie taki sam metabolizm. Najwi ksza ró nica polega na tym,  e twoje ciało 

mo e syntetyzowa  steroidalne j dra, a moje ciało nie, tak  e w mojej diecie 

powinien by  cholesterol, a w twojej nie. Mog  mie  stosunek z kobiet  z wieku 

575. Oto jak zmienił si  w Czasie nasz gatunek. 

Na Harlanie nie zrobiło to wra enia. Nigdy nie kwestionował zasadniczej 

identyczno ci człowieka w ci gu Stuleci. Była to jedna z tych spraw, w ród 

których si   yje i przyjmuje sieje za oczywiste. 

-  Były przypadki,  e gatunki  yły nie zmieniaj c si . przez miliony Stuleci. 

-  Ale nieliczne. A jest faktem,  e koniec ewolucji człowieka wydaje si  zbiega  

z rozwojem Wieczno ci. Czy to tylko przypadek? Nikt nie zastanawia si  nad tym 

problemem, poza kilkoma lud mi w rodzaju Sennora, a ja nigdy nie byłem 

Sennorem. Nie uwa am,  eby rozmy lania były rzecz  wła ciw . To, czego nie 

mo na sprawdzi  w komputapleksie, nie powinno zajmowa  czasu 

Kalkulatorowi. A jednak, w dniach młodo ci, my lałem niekiedy... 

-  O czym? - spytał Harlan i pomy lał: có , tego warto posłucha . 

-  Niekiedy my lałem, jak wygl dała Wieczno , gdy tylko j  ustanowiono. 

Obejmowała zaledwie kilka Stuleci w wiekach trzydziestych i czterdziestych, a jej 

główn  funkcj  stanowiła wymiana handlowa. Przeprowadzano ponowne 

zalesianie obszarów bezdrzewnych, handluj c próchnic ,  wie  wod , 

chemikaliami. To były nieskomplikowane czasy. 

Lecz wtedy odkryli my Zmiany Rzeczywisto ci. Jak wiadomo, Starszy 

Kalkulator Henry Wadsman w dramatyczny sposób zapobiegł wojnie usuwaj c 

hamulec bezpiecze stwa w poje dzie naziemnym pewnego kongresmana. Potem 

Wieczno  coraz bardziej zacz ła si  przestawia  z wymiany handlowej na 

Zmiany Rzeczywisto ci. Dlaczego? 

Harlan powiedział: 

-  Powód jest oczywisty. Ulepszenie ludzko ci. 

-  Tak, tak. Normalnie ja równie  tak my l . Ale teraz mówi  o tym, co mnie 

dr czy po nocach. A mo e istnieje jaki  inny powód, nie wyra ony, 

pod wiadomy... Człowiek, który potrafi przenosi  si  w przyszło  bez  adnych 

background image

 

133 

ogranicze , mo e spotka  ludzi tak dalece góruj cych nad nim w rozwoju, jak on 

sam góruje nad małp . Czemu nie? 

-  Mo liwe. Lecz ludzie s  lud mi... 

- Nawet w wiekach 70 000. Wiem. A czy nasze Zmiany Rzeczywisto ci maj  z 

tym co  wspólnego? Wykluczamy niezwykło . Nawet macierzysta epoka 

Sennora, z jej bezwłosymi istotami, nie przerywa ci gło ci i mało si  ró ni od 

innych. Mo e, mówi c uczciwie i szczerze, zapobiegli my ewolucji człowieka, 

poniewa  nie chcieli my spotka  si  z nadlud mi. 

Harlana i to nie poruszyło. 

-  No to co? Czy to wa ne? 

-  A je li człowiek istnieje mimo wszystko w dalszej przyszło ci, gdzie ju  nie 

mo emy si gn ? Nasze mo liwo ci si gaj  tylko do 70 000 wieku. Dalej s  

Ukryte Stulecia. A dlaczego one s  ukryte? Poniewa  wysoko zorganizowany 

człowiek nie chce mie  z nami do czynienia i odcina si  od nas w ten sposób. 

Dlaczego mu na to pozwalamy? Bo te  nie chcemy si  z nim spotka , i skoro nie 

powiodła nam si  pierwsza próba sforsowania Ukrytych Stuleci, nie chcemy robi  

dalszych. Nie powiem,  eby to był  wiadomy powód, lecz  wiadomy czy 

pod wiadomy - pozostaje powodem. 

-  W porz dku - o wiadczył Harlan ponuro. - My ich nie mo emy dosi gn , a 

oni nas. Trzeba  y  i pozwoli   y  innym. 

To zdanie uderzyło Twissella. 

-   y  i pozwoli   y  innym. Lecz my nie pozwalamy. Przeprowadzamy 

Zmiany. Zmiany rozci gaj  si  tylko na kilka Stuleci, bo inercja Czasu powoduje 

zanikni cie ich skutków. Pami tasz, Sennor poruszył t  spraw  wtedy podczas 

niadania jako jeden z nierozwi zanych problemów Czasu. Mógłby powiedzie , 

e to wszystko zale y od statystyki. Niektóre Zmiany wpływaj  na wi cej Stuleci 

ni  inne. Teoretycznie dowolna liczba Stuleci powinna ulega  wpływowi 

odpowiedniej Zmiany: sto Stuleci, tysi c, dziesi  tysi cy. Rozwini ty człowiek w 

Ukrytych Stuleciach mo e o tym wiedzie . Przypu my,  e jest zaniepokojony, i  

którego  dnia Zmiana mo e dosi gn  a  200 000 wieku. 

-  Nie ma sensu martwi  si  o takie rzeczy - powiedział Harlan tonem 

człowieka, który ma o wiele powa niejsze kłopoty. 

-  Lecz przypu my - mówił Twissell szeptem -  e oni s  spokojni, póki sekcje 

Ukrytych Stuleci pozostawiamy puste. Oznacza to,  e nie jeste my agresywni. 

Przypu my,  e to zawieszenie broni, czy jak to nazwa , zostaje zerwane,  e kto  

urz dza sobie stał  rezydencj  poza 70 000 wiekiem. Mog  pomy le ,  e to wst p 

do powa nej inwazji, i odci  nas od swego Czasu, skoro ich wiedza jest o tyle 

bardziej rozwini ta od naszej. Mog  pój  dalej i zrobi  to, co nam zdaje si  

niemo liwe, mianowicie poło y  zapor  w szybach kotłów, odgradzaj c nas od... 

Harlan zerwał si , ogarni ty zgroz : 

-  Oni maj Noys? 

-   Nie wiem. To tylko teoretyczne rozwa ania. Mo e nie ma bariery. Mo e po 

prostu co  si  zepsuło w naszych kot... 

-  Byłabariera! - wrzasn ł Harlan. -Czy istnieje jakie  inne wytłumaczenie? 

Dlaczego nie powiedział mi pan tego wcze niej? 

background image

 

134 

- Nie wierz  w to -j kn ł Twissell. - Nadal nie wierz . Nie powinienem mówi  

ani słowa o tych bzdurnych rojeniach. Ja si  obawiam... problem Coopera... to 

wszystko... Ale poczekaj jeszcze kilka minut. 

Wskazał na temporometr. Instrument mówił,  e znajduj  si  mi dzy 95 000 a 

96 000 Stuleciem. 

Dło  Twissella na sterownicy zwolniła bieg kotła. Min li 99 000 wiek. 

Kilocenturie przestały si  pojawia . Mo na było odczytywa  poszczególne 

Stulecia. 

99 726... 99 727... 99 728... 

-  Co zrobimy? - mrukn ł Harlan, Twissell potrz sn ł głow  gestem, który 

wiadczył wymownie o cierpliwo ci i nadziei, ale mo e równie  o bezradno ci. 

99 851...99 852... 99853... 

Harlan napr ył mi nie w oczekiwaniu wstrz su przy barierze i my lał 

rozpaczliwie: czy tylko przez ocalenie Wieczno ci znale liby my czas na 

zwalczanie istot z Ukrytych Stuleci? Jak w inny sposób odzyska  Noys? Pop dzi  

z powrotem do 575, i pracowa  jak szaleniec, by... 

99938... 99939... 99940... 

Harlan wstrzymał oddech. Twissell dalej hamował kocioł, który doskonale 

reagował na stery. 

99984... 99985... 99986... 

-  Teraz, teraz, teraz... - szeptał Harlan, zupełnie sobie tego nie 

u wiadamiaj c. 

99998... 99999... 100000... 100001... 100002... Liczby wzrastały, a dwaj 

m czy ni patrzyli na nie w parali uj cej ciszy. 

Wreszcie Twissell powiedział: 

-  Nie ma bariery. 

-  Była! Była! - odparł Harlan i dodał z rozpacz : - Mo e złapali Noys i 

niepotrzebna im ju  bariera. 

111 394! 

Harlan wyskoczył z kotła i zacz ł krzycze : - Noys! Noys! 

Echo odbijało si  od  cian pustej sekcji. Twissell, wysiadłszy spokojnie, 

zawołał za młodym człowiekiem: 

-  Czekaj, Harlan... 

Ale na pró no. Harlan p dził korytarzami do tej cz ci sekcji, gdzie urz dzili 

sobie z Noys co  w rodzaju mieszkania. 

My lał o mo liwo ci spotkania jednego z „wysoko zorganizowanych ludzi" 

Twissella i przeszły go ciarki, ale tylko na chwil . Gwałtowne pragnienie 

odnalezienia Noys stłumiło wszystkie inne uczucia. 

-  Noys! 

I nagle - nim zdołał zda  sobie z tego spraw  - znalazła si  w jego ramionach; 

obejmowała go r kami, jej policzek dotykał jego barku, a ciemne włosy muskały 

mi kko jego twarz. 

-  Andrew? - spytała stłumionym głosem. - Gdzie byłe ? Min ło tyle dni,  e 

zaczynałam si  ba . 

Harlan odsun ł j  na długo  ramienia, wpatruj c si  w ni  po dliwie i 

rado nie. 

background image

 

135 

-  Nic ci si  nie stało? 

-  Mnie nic. My lałam,  e mo e tobie... My lałam... - urwała, a w jej oczach 

pojawiło si  przera enie. - Andrew! 

Harlan odwrócił si  gwałtownie. Ale był to tylko zasapany Twissell. 

Noys odzyskała równowag  ducha, widz c wyraz twarzy Harlana. Zapytała 

spokojnie: 

-  Znasz go, Andrew? Wszystko w porz dku? 

-  W porz dku. To mój zwierzchnik, Starszy Kalkulator Laban Twissell. Wie 

o tobie. 

-  Starszy Kalkulator? - Noys odskoczyła ze strachem. Twissell podszedł 

powoli. 

-  Pomog  ci, moje dziecko. Chc  wam pomóc obojgu. Obiecałem to 

Technikowi, tylko nie bardzo chciał mi uwierzy . 

-  Przepraszam, Kalkulatorze - powiedział Harlan sztywno i wcale nie 

skruszonym tonem. 

-  Wybaczam ci - odparł Twissell. Wyci gn ł r k  i uj ł niepewn  dło  Noys. - 

Powiedz mi, nie miała  tu kłopotów? 

-  Martwiłam si . 

-  Czy nie było tu nikogo od czasu, jak Harlan odjechał? 

-  Nie, prosz  pana. 

-  Nikogo w ogóle? 

Potrz sn ła głow . Jej ciemne oczy spotkały si  z oczyma Harlana. 

-  Dlaczego pan pyta? 

-  Nic, to tylko grupie przywidzenia. Chod , zabierzemy ci  do 575 Stulecia. 

Wróciwszy do kotła Andrew Harlan zamy lił si  i coraz bardziej pogr ał w 

milczeniu. Nie podniósł głowy, gdy mijali 100 000 Stulecie, a Twissell odetchn ł z 

wyra n  ulg , jakby si  obawiał,  e wpadn  w pułapk  po tej stronie przyszło ci. 

Prawie si  nie poruszył, gdy dło  Noys w lizn ła si  w jego dło , i niemal 

oboj tnie odpowiedział na jej u cisk. 

Noys spała w s siednim pomieszczeniu, ale teraz niepokój Twissella osi gn ł 

szczyt. 

-  Ogłoszenie, chłopcze! Masz teraz swoj  dziewczyn . Ja dotrzymałem 

umowy. 

W milczeniu, nadal roztargniony, Harlan przewracał stronice tomu na 

biurku. Znalazł odpowiednie miejsce. 

-  To bardzo proste - powiedział - ale po angielsku. Przeczytam to panu, a 

potem przetłumacz . 

Pokazał małe ogłoszenie w górnym lewym rogu kolumny, oznaczonej 

numerem 30. Na tle szkicowego rysunku zwykłymi wersalikami był 

wydrukowany tekst: 

A TY 

TEZ POWINIENE  WIEDZIE  O CZYM MÓWI  MILIONERZY NA 

GIEŁDZIE 

Pod spodem, mniejszymi literami, widniał napis: „Biuletyn Inwestycji, 

Denver, Colorado, Skrytka pocztowa 14". 

background image

 

136 

Twissell słuchał w napi ciu tłumaczenia Harlana i najwidoczniej był 

rozczarowany. 

-  Co to jest giełda? Co oni przez to rozumiej ? 

-  Rynek akcyjny - odparł Harlan niecierpliwie. - System, poprzez który 

prywatny kapitał inwestowano w przedsi biorstwa. Ale to nie ma znaczenia. 

Widzi pan rysunek stanowi cy tło tego ogłoszenia? 

-  Tak. Grzyb wybuchu atomowego.  eby zwróci  uwag . No to co? 

-  Harlan wybuchn ł: 

- Wielki Czasie, Kalkulatorze, co jest z panem? Niech pan spojrzy na dat  

tygodnika. 

Wskazał u góry strony, na lewo od numeru: 28 marca 1932, i powiedział: 

-  To nie wymaga nawet tłumaczenia. Cyfry przypominaj  standardowy 

mi dzyczasowy i widzi pan,  e jest 19,32 Stulecia. Nie wie pan,  e  aden człowiek, 

który wtedy  ył, nie widział jeszcze chmury wybuchu atomowego? Nikt nie mógł 

narysowa  jej tak dokładnie, z wyj tkiem... 

-  Nie, czekaj. To tylko kreski - zaprotestował Twissell, usiłuj c zachowa  

równowag . - To mo e zupełnie przypadkowo przypomina  grzyb eksplozji. 

-  Czy by? Zechce pan spojrze  jeszcze raz na tekst - Harlan wskazywał 

palcem poszczególne wiersze: 

A TY 

TE  POWINIENE  WIEDZIE  

O CZYM MÓWI  

MILIONERZY... 

-  Pocz tkowe litery układaj  si  w słowo ATOM. Czy to równie  

przypadkowa zbie no ? Wykluczone! 

Nie widzi pan, Kalkulatorze, i  ogłoszenie to spełnia pana warunki? 

Natychmiast przyci gn ło mój wzrok. Cooper wiedział,  e tak b dzie, bo to czysty 

anachronizm. Jednocze nie nie ma znaczenia, poza czysto formalnym, dla 

czytelników z 19,32 Stulecia, nie ma w ogóle  adnego znaczenia. 

To musiał zamie ci  Cooper. To wiadomo  od niego. Mamy dat  z 

dokładno ci  do jednego tygodnia Stulecia. Mamy adres pocztowy. Trzeba tylko 

jecha  do niego, a ja jestem jedynym człowiekiem, który do  wie o Prymitywie, 

by tego dokona . 

-  I pojedziesz? - Twarz Twissella promieniała pod wpływem ulgi i szcz cia. 

-  Pojad ... pod jednym warunkiem. Twissell zmarszczył czoło. 

-  Znowu warunki? 

-  Warunek jest ten sam. Nie dodaj  nowych. Noys musi by  bezpieczna. Musi 

jecha  ze mn . Nie zostawi  jej tutaj. 

-  Nadal mi nie wierzysz? Czy pod jakimkolwiek wzgl dem ci  zawiodłem? Co 

ci  jeszcze niepokoi? 

-  Jedna sprawa, Kalkulatorze - powiedział Harlan powa nie. -Ta sama 

sprawa. W 100 000 była jednak bariera. Dlaczego? To mnie wła nie niepokoi.

 

 

 

 

 

background image

 

137 

Rozdział 17

 

 

KR G SI  ZAMYKA 

 

I niepokoiło go coraz bardziej. Ta sprawa nabierała dla  coraz wi kszego 

znaczenia w dniach gor czkowych przygotowa , kładła si . mi dzy nim a 

Twissellem, mi dzy nim a Noys. Kiedy nadszedł dzie  odjazdu, ledwie 

u wiadamiał sobie ten fakt. 

Z trudem potrafił wzbudzi  w sobie cie  zainteresowania, gdy Twissell wrócił 

z posiedzenia komitetu Rady. 

-  Jak poszło? 

Twissell odpowiedział ze zm czeniem: 

-  To nie była najprzyjemniejsza rozmowa. 

Harlan o mało na tym nie poprzestał, lecz po chwili mrukn ł: 

- My l ,  e nic pan nie powiedział o... 

-  Nie, nie - odburkn ł Twissell rozdra niony. - Nic nie powiedziałem o 

dziewczynie ani o twojej roli w złym skierowaniu Coopera. Była to nieszcz liwa 

omyłka, usterka mechanizmu. Przyj łem pełn  odpowiedzialno . 

W sumieniu Harlana, jakkolwiek obci onym, znalazło si  miejsce na 

wyrzuty. 

-  To mo e  le wpłyn  na pana pozycj  - powiedział. 

-  Co mi zrobi ? Musz  czeka  na korektur , zanim b d  mogli wzi  si  za 

mnie. Je li nam si  nie uda, nikt nie zdoła tu nic pomóc ani zaszkodzi . A je li 

nam si  uda, to samo powodzenie prawdopodobnie mnie osłoni... - Stary człowiek 

wzruszył ramionami. - Mam zamiar tak czy inaczej wycofa  si  potem z czynnego 

udziału w Wieczno ci. - Bawił si  najpierw papierosem, a potem wyrzucił go, nie 

wypaliwszy nawet do połowy. 

-  Wolałbym im nie mówi  tego wszystkiego, ale nie było innego sposobu, by 

otrzyma  specjalny kocioł do kolejnej podró y poza najbli sz  stacj . 

Harlan odwrócił si . My lami był daleko. Poprzedni  wypowied  Twissella 

usłyszał niewyra nie, dopiero kiedy Kalkulator powtórzył, wzdrygn ł si  i 

zapytał: 

-  Prosz ? 

-  Pytałem, czy twoja dziewczyna jest gotowa, chłopcze? Czy rozumie, co ma 

robi ? 

-  Gotowa. Powiedziałem jej wszystko. 

- Jak to przyj ła? 

-  Co?... Aach, tak... hm, tak jak si  spodziewałem. Nie boi si . 

-  Pozotały niecałe trzy fizjogodziny. 

-  Wiem. 

Na tym si  na razie sko czyło i Harlan został sam ze swymi my lami i 

wiadomo ci  tego, co musi zrobi . 

Gdy załadowano kocioł i wyregulowano stery, Harlan i Noys przebrali si  w 

kostiumy najbardziej zbli one do tych, jakich u ywano na obszarach miejskich w 

pierwszej połowie 20 Stulecia. 

background image

 

138 

Noys zmieniła nieco propozycje Harlana w sprawach garderoby, kieruj c si  

wyczuciem, jakie, jej zdaniem, kobiety wykazuj  w sprawach ubrania i estetyki. 

Wybierała z namysłem wzory z fotografii i ogłosze  w tygodnikach i 

błyskawicznie zbadała obiekty importowane z dziesi tka ró nych Stuleci. 

Od czasu do czasu pytała Harlana: 

-  Co my lisz o tym? Wzruszył ramionami. 

-  To sprawa instynktu. Pozostawiam to tobie. 

-  Zły znak, Andrew - o wiadczyła z pozorn  beztrosk . - Jeste  zbyt zgodny. 

A wła ciwie o co chodzi? Przestałe  by  sob . I to ju  od wielu dni. 

-  Wszystko jest w porz dku - odparł sucho Harlan. 

Gdy Twissell ujrzał ich po raz pierwszy w roli tubylców z 20 Stulecia, pozwolił 

sobie na  artobliwy ton. 

-  Ojcze Czasie! - zawołał. - Jakie  to brzydkie stroje były w Prymitywie, ale 

nawet one nie potrafi  ukry  twojej pi kno ci, moja... moja droga. 

Noys u miechn ła si  do niego ciepło, a Harlan stoj c w milczeniu i bezruchu 

musiał przyzna ,  e staromodna galanteria Twissella jest przynajmniej szczera. 

Makija  Noys ograniczał si  do mu ni  ró u na wargach i policzkach i brzydkiej 

linii brwi. Jej wspaniałe włosy (i to było najgorsze ze wszystkiego) bezlito nie 

obci to. A jednak pozostała pi kna. 

Harlan ju  si  przyzwyczaił do niewygodnego pasa, do garnituru za ciasnego 

pod pachami i w kroku i do szarzyzny grubej tkaniny. Noszenie dziwacznych 

ubra , by dostosowa  si  do odpowiedniego Stulecia, nie było dla niego niczym 

nowym. 

-  Bardzo chciałem zainstalowa  w kotle ster, jak o tym mówili my - 

powiedział Twissell. - Niestety, nie ma sposobu. In ynierowie po prostu musz  

mie  wystarczaj ce  ródło energii, by móc przeciwdziała  odkształceniu 

czasowemu, a to nie jest osi galne poza Wieczno ci . 

Wszystko, co da si  osi gn , to napi cie czasowe w chwili wej cia do 

Prymitywu. Wmontowali my jednak d wigni  powrotu. 

Odprowadził ich do kotła wymijaj c stosy zapasów i wskazał na metalowy 

pr t wystaj cy z gładkich wewn trznych  cian kotła. 

-  To działa na zasadzie prostego przeł cznika - o wiadczył. -Zamiast wraca  

automatycznie do Wieczno ci, kocioł pozostałby w Prymitywie w niesko czono . 

Je li jednak przesuniecie d wigni  na wsteczny bieg, to wrócicie. Potem b dzie 

jeszcze sprawa nast pnej i, mam nadziej , ostatniej podró y... 

-  Druga podró ? - zapytała Noys. Harlan: 

-  Nie wyja niłem ci tego. Widzisz, zadaniem pierwszej podró y jest tylko 

precyzyjnie ustali  moment przybycia Coopera. Nie wiemy, jak długi okres min ł 

mi dzy jego zjawieniem si  tam a umieszczeniem tego ogłoszenia. Odnajdziemy 

go przez poczt  i dowiemy si , mo liwie dokładnie, co do minuty, daty jego 

przybycia. Wtedy mo emy wróci  do tego momentu plus pi tna cie minut 

tolerancji dla kotła, by zd ył pozostawi  Coopera... 

Wtr cił si  Twissell: 

-  Kocioł nie mo e by  w tym samym miejscu w ró nych fizjoczasach, wiesz. - 

Próbował si  u miechn . 

-  Rozumiem - powiedziała, ale niezbyt pewnie. Twissel: 

background image

 

139 

-  Ale uchwycenie Coopera w czasie jego przybycia odwróci wszystkie 

mikrozmiany. Ogłoszenie z bomb  atomow  zniknie, a Cooper b dzie tylko 

wiedział,  e kocioł odleciał, tak jak zapowiadali my, lecz  e nieoczekiwanie 

pojawił si  znowu. Nie b dzie wiedział,  e znalazł si  w niewła ciwym Stuleciu, i 

nie powiemy mu o tym. Powiemy tylko,  e zapomnieli my mu udzieli  pewnych 

wa nych instrukcji (co  tam wymy limy). Pozostaje nam jedynie mie  nadziej ,  e 

Cooper potraktuje spraw  jako błah  i nie wspomni w swym pami tniku,  e 

wysyłano go dwa razy. 

Noys uniosła wyskubane brwi: 

-  To bardzo skomplikowane. 

-  Tak. Niestety. - Twissell zatarł r ce i popatrzył tak, jakby dr czyła go jaka  

my l. Potem wyprostował si , wyci gn ł nowego papierosa i nawet zdobył si  na 

artobliwy ton: - A teraz, chłopcze, powodzenia. - Dotkn ł dłoni Harlana, skin ł 

Noys i wyszedł z kotła. 

-  Ju  odje d amy? - zapytała Noys Harlana, gdy znale li si  sami. - Za kilka 

minut - odparł. 

Zerkn ł z ukosa na dziewczyn . Patrzyła na niego, u miechni ta, wcale si  nie 

boj c. Natychmiast jego nastrój dostosował si  do jej nastroju. Ale było to tylko 

przelotne wra enie, nie przejaw rozs dku, instynkt, a nie my l. Odwrócił oczy. 

Podró  nie odznaczała si  niczym szczególnym; nie ró niła si  wcale od 

zwykłej jazdy kotłem. Po drodze prze yli co  w rodzaju wewn trznego wstrz su - 

mo e przy mijaniu najni szej stacji, a mo e było to zjawisko wył cznie 

psychosomatyczne. Wstrz s był ledwie zauwa alny. 

A potem znale li si  w Prymitywie i wyszli w skalisty  wiat, rozja niony 

blaskiem popołudniowego sło ca. Wiał słaby, ale do  chłodny wietrzyk i 

panowała cisza. 

Dokoła wznosiły si  skały, spi trzone i pot ne, zabarwione t cz  z warstw 

elaza, miedzi i chromu. Rozległo  bezludnego i pozbawionego  ycia krajobrazu 

przytłaczała Harlana. Wieczno , która nie nale ała do  wiata materii, nie miała 

sło ca i tylko importowane powietrze. Jego wspomnienia o macierzystej epoce 

były m tne. Jego obserwacje w ró nych Stuleciach ograniczały si  do ludzi i 

miast. Nigdy nie prze ywał czego  podobnego. 

Noys dotkn ła jego łokcia. 

-  Andrew! Zimno mi. Wzdrygn ł si  i obrócił ku niej. Spytała: 

-  Czy nie nale ałoby wł czy  radianta? Odparł: 

-  Owszem. Jest w jaskini Coopera. 

-  Wiesz, gdzie mie ci si  ta jaskinia? 

-  Na prawo - powiedział krótko. 

Nie miał w tpliwo ci. Pami tnik dokładnie okre lał poło enie groty i najpierw 

Cooper, a teraz oni zostali naprowadzeni na ni  z wielk  dokładno ci . 

Od czasów swego Nowicjatu nigdy nie w tpił w dokładno  nawigacji w 

podró ach w Czasie. Pami tał, jak powa nie stał przed Edukatorem Yarrowem, 

pytaj c: 

-  Lecz Ziemia obraca si  wokół Sło ca, Sło ce obraca si  wokół centrum 

Galaktyki, a Galaktyka równie  si  przesuwa? Je li wi c kto  wyruszy z jakiego  

background image

 

140 

punktu na Ziemi i znajdzie si  o sto lat w przyszło ci, trafi na pust  przestrze , 

albo trzeba b dzie stu lat,  eby Ziemia osi gn ła ten punkt. 

A Edukator Yarrow uci ł w odpowiedzi: 

-  Nie odró niasz Czasu od przestrzeni. Poruszaj c si  przez Czas, bierzesz 

udział w ruchach Ziemi. Czy mo e uwa asz,  e ptak lec cy w powietrzu wyskoczy 

w Kosmos, poniewa  Ziemia p dzi wokół Sło ca z pr dko ci  dwudziestu 

dziewi ciu kilometrów na sekund  i zniknie spod ptaka? 

Argumentowanie za pomoc  porównania jest ryzykowne, lecz Harlan 

otrzymał bardziej konkretny dowód w pó niejszym okresie; teraz, po nie 

maj cym niemal precedensu wypadzie w Prymityw, mógł si  odwróci , pewny,  e 

znajdzie wej cie do jaskini dokładnie w tym miejscu, gdzie by  powinno. 

Usun ł maskowanie, składaj ce si  z usypiska kamieni i odłamków skał, i 

wszedł do  rodka. 

Zbadał ciemno , u ywaj c białego promienia swej latarki niemal jak 

skalpela. Centymetr po centymetrze obmacywał  ciany, sklepienie i dno jaskini. 

Noys, id c tu  za nim, szepn ła: 

-  Czego szukasz? Powiedział: 

-  Czego . Wszystkiego. 

Znalazł to co  w samym k cie jaskini, w postaci płaskiego kamienia 

przykrywaj cego zielonkawe papierki. 

Odrzucił kamie  i przesun ł kciukiem po papierkach. 

-  Co to jest? - zapytała Noys. 

-  Banknoty.  rodki wymiany. Pieni dze. 

-  Wiedziałe ,  e tu b d ? 

-  Nie wiedziałem. Spodziewałem si  tylko. 

Nale ało si  tylko posłu y  odwrócon  logik  Twissella, by wykalkulowa  

przyczyn  ze skutku. Było naturalne,  e je li po ogłoszeniu Harlan trafił do 

wła ciwej epoki, to jaskinia musi stanowi  dodatkowy punkt ł czno ci. 

Wszystko układało si  lepiej ni  o mielał si  oczekiwa . Nieraz podczas 

przygotowa  do podró y w Prymityw my lał,  e id c do miasta bez pieni dzy, z 

samymi tylko kosztowno ciami, wywoła podejrzenia i spowoduje zwłok . 

Cooperowi si  powiodło, lecz Cooper miał czas. (Harlan zebrał banknoty). Musiał 

mie  czas, by zgromadzi  a  tyle. Doskonale sobie radził ten dzieciak, cudownie. 

A kr g si  zamykał! 

Zapasy przenie li do jaskini, kocioł pokryli dyfuzyjno-odbijaj -c  błon , 

która maskowała go przed oczami ciekawskich, a Harlan miał eksploder, aby si  

z nimi rozprawi , gdyby było potrzeba. Radiant umie cił w k cie jaskini, a 

latark  w szczelinie, tak  e mieli ciepło i jasno. 

Na dworze panowała chłodna noc marcowa. 

Noys, zamy lona, wpatrywała si  w gładkie paraboidalne wn trze radiantu, 

który obracał si  wolno. 

-  Co my lisz dalej robi , Andrew? - spytała. 

-  Jutro rano - powiedział - wyrusz  do najbli szego miasta. Wiem, gdzie ono 

jest... albo gdzie powinno by . (W my li zmienił znowu to „by " na, jest"). Nie 

b dzie kłopotów. (Znowu logika Twissella). 

-  Pójd  z tob , dobrze? Potrz sn ł głow . 

background image

 

141 

-  Po pierwsze, nie znasz j zyka, po drugie, droga b dzie dla ciebie zbyt 

ci ka. 

Noys wygl dała dziwnie archaicznie ze swymi krótkimi włosami. Nagły gniew 

w jej oczach zmusił Harlana do niepewnego odwrócenia głowy. 

Powiedziała: 

-  Nie jestem idiotk , Andrew. Prawie si  do mnie nie odzywasz. Co to znaczy? 

Czy by znowu wróciła ci moralno  z twojej epoki? Uwa asz,  e zdradziłe  

Wieczno  i  e to wła nie ja jestem temu winna? Uwa asz,  e ci  

zdemoralizowałam? O co ci chodzi? 

-  Nie mo esz wiedzie , co czuj  - rzekł Harlan. 

-  Wi c opisz to - odparła. - Mo esz to zrobi . Nigdy nie miałe  lepszej okazji. 

Jeste  zakochany? We mnie? Nie mo esz i nie b dziesz robił ze mnie kozła 

ofiarnego. Po co mnie tu przywiozłe ? Powiedz. Dlaczego nie zostałam w 

Wieczno ci, je li tu nie jestem ci na nic potrzebna i skoro, jak mi si  zdaje, nie 

mo esz nawet na mnie patrze ? 

Harlan mrukn ł: 

-  Grozi nam niebezpiecze stwo. 

-  Co ty mówisz?... 

-  To wi cej ni  niebezpiecze stwo. To zmora. Zmora Kalkulatora Twissella - 

powiedział. - Podczas naszego ostatniego szale czego wyskoku do Ukrytych 

Stuleci opowiedział mi, co my li o tych Stuleciach. Dopuszczał mo liwo  istnienia 

rozwini tych odmian człowieka, nowych ras, mo e nawet nadludzi, ukrywaj cych 

si  w dalekiej przyszło ci, odcinaj cych si  od nas. Przypuszczał,  e knuj  co , by 

sko czy  z naszym ulepszaniem Rzeczywisto ci. Uwa ał,  e to oni umie cili 

zapor  w 100 000 Stuleciu. Kiedy odnale li my ciebie, 

Kalkulator Twissell przestał si  ba . Zdecydował,  e nie było zapory. Wrócił 

do bardziej aktualnego problemu ratowania Wieczno ci. 

Ale widzisz, zaraził mnie swoim strachem. Natkn łem si  na t  zapor  i wiem, 

e istniała. Nie zbudował jej  aden Wieczno ciowiec; Twissell mówi,  e byłoby to 

niemo liwe. A zapora była. Kto  j  tam umie cił. 

Oczywi cie - podj ł z namysłem - Twissell mylił si  pod niektórymi 

wzgl dami. Uwa ał,  e człowiek musi si  rozwija , a wcale nie musi tak by . 

Paleontologia nie nale y do nauk interesuj cych Wieczno ciowców, lecz 

interesowała pó nych Prymitywnych, wi c troszk  jej lizn łem. Wiem 

przynajmniej tyle: gatunki rozwijaj  si , by sprosta  naciskowi nowego 

rodowiska. W stałym  rodowisku gatunek mo e pozosta  nie zmieniony przez 

miliony Stuleci. Człowiek prymitywny rozwijał si  gwałtownie, poniewa  jego 

rodowisko było surowe i zmienne. Wreszcie jednak ludzko  nauczyła si  

tworzy  własne  rodowiska, wygodne i trwałe, tak  e ewolucja zanikła. 

-  Nie wiem, o czym mówisz - przerwała Noys tonem, który wskazywał,  e nie 

przestała si  boczy . - Ponadto nie mówisz nic o nas, a tylko to mnie interesuje. 

Harlanowi udało si  zachowa  zewn trzny spokój. Powiedział: 

-  A wi c po co ta bariera w 100 000? Jakiemu celowi słu yła? Tobie nic si  nie 

stało. Jaki mogła mie  inny sens? Pytałem samego siebie: Co si  w zwi zku z ni  

zdarzyło; do czego by nie doszło, gdyby nie istniała? 

background image

 

142 

Urwał, patrz c na swe niezdarne i ci kie buty z naturalnej skóry. Przyszło 

mu do głowy,  e dla wygody powinien je zdj  na noc, ale nie teraz, nie teraz... 

Mówił: 

-  Była tylko jedna odpowied  na to pytanie. Istnienie zapory wprawiło mnie 

w taki szał,  e pop dziłem z powrotem, chwyciłem neuronowy bicz i zagroziłem 

nim Finge'owi. Rozw cieczyło mnie to do tego stopnia,  e chciałem zaryzykowa  

utrat  Wieczno ci, by ciebie odzyska , i rozwali  Wieczno , gdy doszedłem do 

wniosku,  e ci  nie odzyskam. Rozumiesz? 

Noys wpatrywała si  w niego z groz  i niedowierzaniem. 

-  Uwa asz,  e ci ludzie z przyszło ci chcieli,  eby  to wszystko zrobił?  e to 

planowali? 

-  Tak. Nie patrz na mnie w ten sposób. Nie rozumiesz jak to zmienia cał  

sytuacj ? Póki działałem na własny rachunek i z osobistych powodów, mogłem 

przyj  wszelkie konsekwencje materialne i duchowe. Ale robiono ze mnie 

durnia, wci gni to mnie w to podst pem, kierowano mn , jakbym bł 

komputapleksem, do którego nale y tylko wło y  odpowiednio perforowane 

arkusze... 

Harlan u wiadomił sobie,  e krzyczy, i urwał nagle. Odczekał kilka chwil, a 

potem powiedział: 

-  Musz  teraz naprawi  to, co zrobiłem kierowany jak marionetka. A kiedy to 

zrobi , b d  mógł znowu odpocz . 

I uda mu si  to... prawdopodobnie. Miał poczucie nieosobistego triumfu, 

niezale nego od osobistej tragedii, która była przedtem i b dzie potem. Kr g si  

zamykał! 

Noys wyci gn ła r k , jakby chciała uj  dło  Harlana. 

Odsun ł si , unikał jej współczucia. Powiedział: 

-  To wszystko było wyre yserowane. Moje spotkanie z tob , wszystko. 

Analizowano napi cia moich uczu . Niew tpliwie. Akcje i reakcje. Naci nij ten 

guzik, a facet zrobi to. Naci nij inny guzik, a facet zrobi tamto. 

Harlan mówił z trudno ci , ze wstydem. Potrz sał głow , jakby chciał pozby  

si  uczucia grozy, jak pies, który wytrz sa wod  z uszu. 

-  Jednego pocz tkowo nie rozumiałem. Jak odgadłem,  e Coopera maj  

posła  do Prymitywu? Było to zupełnie nieprawdopodobne. Twissell nawet tego 

nie rozumiał. Nieraz wyra ał zdumienie,  e potrafiłem rozszyfrowa  cał  spraw  

tak mało znaj c matematyk . 

A jednak odgadłem. Miałem poczucie,  e istnieje co , co musz  pami ta : 

jaka  uwaga, jaka  my l, co , co dostrzegłem w chwili podniecenia i upojenia. 

Gdy pomy lałem dłu ej, za witało mi w głowie, jakie jest faktyczne znaczenie 

Coopera, i wraz z tym zrozumiałem,  e mam mo no  zniszczenia Wieczno ci. 

Nast pnie przejrzałem histori  matematyki, lecz to naprawd  nie było potrzebne. 

Ja ju  wiedziałem. Miałem pewno . Ale jak si  dowiedziałem? Jak? 

Noys patrzyła na niego. Teraz nie próbowała go dotyka . 

-  My lisz,  e ludzie z Ukrytych Stuleci równie  to wyre yserowali?  e wło yli 

ci do głowy, a potem odpowiednio tob  manewrowali? 

-  Tak. Tak. I nie tylko manewrowali. To jeszcze nie koniec. Kr g mo e si  

zamyka, lecz si  nie zamkn ł. 

background image

 

143 

-  Jak oni mog  teraz cokolwiek zrobi ? Przecie  nie ma ich tu z nami. 

-  Czy by? - Wypowiedział to słowo głuchym głosem. 

-  Niewidoczni nadludzie? - szepn ła. 

-  Nie nadludzie. Nie niewidoczni. Mówiłem ci,  e człowiek nie ulega ewolucji, 

je li panuje nad swym otoczeniem. Człowiek z Ukrytych Stuleci to homo sapiens. 

Zwykły człowiek. 

-  W takim razie z pewno ci  ich tu nie ma. Harlan powiedział ze smutkiem: 

-  Ty tu jeste , Noys. 

-  Tak. I ty. I nikogo poza nami. 

-  Ty i ja - zgodził si  Harlan. - Nikogo wi cej. Kobieta z Ukrytych Stuleci i 

ja... Przesta  gra , Noys. Prosz . 

Patrzyła na niego ze zgroz . 

-  Co ty mówisz, Andrew? 

-  To, co musz  powiedzie . A co ty mówiła  owego wieczora, kiedy dawała  mi 

ten mi towy napój? Mówiła  do mnie. Twój subtelny głos... subtelne słowa... Nie 

słyszałem nic, w ka dym razie  wiadomie, lecz pami tam, jak szeptała . O czym? 

O podró y Coopera w przeszło . O Samsonie. Pami tasz? 

Noys: 

-  Nawet nie wiem, kto to był Samson. 

-  Lecz mo esz si  domy li , Noys. Powiedz mi, kiedy weszła  w 482 wiek? 

Kogo zast piła ? Czy te  po prostu si  wcisn ła ? Dałem do zbadania twoj  

Biografi  pewnemu ekspertowi w 2456. W nowej Rzeczywisto ci nie miała  

istnie . Nie miała  odpowiednika. Niezwykłe, jak na tak  mał  Zmian , lecz nie 

niemo liwe. A potem Biografista powiedział mi co , co usłyszałem tylko uszami, 

ale nie dotarło to do mojej  wiadomo ci. Dziwne,  e to pami tam. Mo liwe,  e 

wtedy co  za witało mi w głowie, lecz byłem zbyt... pełen ciebie, by słucha . On 

powiedział: „Przy tej kombinacji czynników, jakie mi pan dał, nie rozumiem, jak 

ona wła ciwie pasowała do starej Rzeczywisto ci". 

Miał racj . Nie pasowała . Była  obcym przybyszem z dalekiej przyszło ci, 

kr ciła  Finge'em i mn , jak ci było wygodnie. Noys przerwała gwałtownie: 

-  Andrew... 

-  Gdybym tylko potrafił patrze , wszystko bym przejrzał. Ksi kofilm w 

twoim domu, zatytułowany Społeczne i ekonomiczne dzieje, zaskoczył mnie, gdy 

go po raz pierwszy ujrzałem. A tobie był potrzebny, prawda,  eby  si  mogła 

nauczy , jak najlepiej udawa  kobiet  z tego Stulecia. Inny fakt: pami tasz nasz  

pierwsz  wypraw  do Ukrytych Stuleci? To ty zatrzymała  kocioł w 111 394 

wieku. Zatrzymała  go precyzyjnie, nie szukaj c odpowiedniej d wigni. Gdzie 

nauczyła  si  sterowa  kotłem? Gdyby  była tym, za kogo si  podawała , byłaby 

to twoja pierwsza podró  kotłem, i czemu wła nie 111 394 wiek? Czy to twoja 

ojczysta epoka? 

Zapytała mi kko: 

-  Dlaczego sprowadziłe  mnie do Prymitywu, Andrew? Wrzasn ł nagle: 

-  By ochroni  Wieczno . Nie potrafi , nawet przewidzie , jakie szkody by  

tam jeszcze mogła wyrz dzi . Tutaj jeste  bezsilna, poniewa  ja ci  znam. 

Przyznaj si .,  e wszystko, co mówiłem, jest prawd ! Przyznaj si ! 

background image

 

144 

Zerwał si  w paroksyzmie w ciekło ci, podnosz c r k . Noys nie cofn ła si . 

Była tak spokojna, jakby j  zlepiono z ciepłego, pi knego wosku. R ka Harlana 

zawisła w powietrzu. 

Powtórzył: 

-  Przyznaj si ! Powiedziała: 

-  Czy by  był nadal niepewny po wszystkich swoich dedukcjach? Robi ci to 

jak  ró nic , czy si  przyznam, czy nie? 

Harlan czuł,  e jego w ciekło  wzrasta. 

-  Przyznaj si  tak czy inaczej,  ebym ju  nie czuł bólu.  ebym w ogóle nie 

czuł nic. 

-  Bólu? 

-  Poniewa  mam eksploder, Noys, i zamierzam ci  zabi .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

145 

Rozdział 18

 

 

POCZ TEK NIESKO CZONO CI 

 

Jednak w gł bi serca Harlan nie był pewny, ogarn ło go niezdecydowanie. W 

r ku trzymał eksploder, wycelowany w Noys. 

Lecz czemu nic nie mówiła? Dlaczego zachowywała t  uporczyw  bierno ? 

Jak mo e j  zabi ? Jak mo e jej nie zabija ? Powiedział ochryple: 

-  Wi c? 

Poruszyła si , lecz tylko po to, by opu ci  r ce na kolana, by wygl da  jeszcze 

bardziej swobodnie, bardziej wynio le. Gdy zacz ła mówi , jej głos niemal nie 

przypominał głosu istoty ludzkiej. I cho  patrzyła na muszk  eksplodera, głos 

brzmiał pewnie, miał w sobie jak  mistyczn  sił . 

-  Nie dlatego chcesz mnie zabi ,  eby ochroni  Wieczno . Gdyby tylko to 

było twoim zamiarem, mógłby  mnie ogłuszy , mocno zwi za , zamkn  w tej 

jaskini, a potem rano wyruszy  w drog . 

Mógłby  poprosi  Kalkulatora Twissella, by trzymał mnie w zamkni ciu 

podczas twego pobytu w Prymitywie. Mógłby  zabra  mnie ze sob  do miasta i po 

drodze zgubi  na pustkowiu. Ale nie - tylko moja  mier  mo e ci  zadowoli , a to 

dlatego,  e ci  wywiodłam w pole,  e ró nymi sztuczkami skłoniłam ci  do 

miło ci, wył cznie po to, by ci  pó niej skłoni  do zbrodni. Byłoby to morderstwo 

z powodu zranionej dumy, nie za  wymiar sprawiedliwo ci, jak sobie wmawiasz. 

Harlan szalał z gniewu. 

-  Czy jeste  z Ukrytych Stuleci? Mów! Noys powiedziała: 

-  Jestem. I có  - b dziesz teraz strzelał? 

Palec Harlana dr ał na guziczku kontaktowym eksplodera. Jednak wahał si . 

Co  irracjonalnego w jego duszy nadal broniło sprawy Noys, o ywiaj c resztki 

jego miło ci i t sknoty. Czy była zrozpaczona,  e j  odrzucił? Czy  wiadomie 

kusiła  mier  przez kłamstwo? Czy smakowała w głupim bohaterstwie, 

zrodzonym z rozpaczy, wynikaj cej z jego zw tpienia? 

Nie! 

To dobre dla ksi kofllmów wyrosłych z ckliwych tradycji literackich 289 

Stulecia, lecz nie dla takiej dziewczyny, jak Noys. Ona nie nale ała do tych, co 

przyjmuj    mier  z r ki fałszywego kochanka pokornie. 

Czy te  kpiła sobie z niego wiedz c,  e nie b dzie w stanie jej zabi ? Czy 

całkowicie polegała na tym,  e jest dla niego tak atrakcyjna,  e to go 

zdemobilizuje i obezwładni? 

To było bardzo prawdopodobne. Jego palec nieco mocniej dotkn ł kontaktu. 

Noys odezwała si  znowu: 

-  Czekasz. Czy to oznacza,  e chcesz,  ebym zacz ła si  broni ? 

-  Jak broni ? - Harlan próbował szydzi , lecz był w gruncie rzeczy 

zadowolony z tej zwłoki. Mógł odwlec chwil , kiedy b dzie musiał patrze  na jej 

rozszarpane ciało, na krwawe resztki, wiedz c,  e to była pi kna Noys i  e on 

dokonał tego zniszczenia własn  r k . 

Miał przynajmniej pretekst. Rozmy lał gor czkowo: Niech mówi. Niech mówi 

wszystko, co wie o Ukrytych Stuleciach. Dzi ki temu on obroni Wieczno . 

background image

 

146 

Nadawało to jego działaniu pozory  wiadomej polityki i przez chwil  mógł 

patrze  na Noys z tak spokojn  twarz , jak ona na niego. 

Noys jakby czytała w jego my lach. Zapytała: 

-  Chcesz si  czego  dowiedzie  o Ukrytych Stuleciach? Próbujesz si  

zabezpieczy ? Nie mam nic przeciwko temu. Chciałby , na przykład, wiedzie , 

czy po 150 000 na Ziemi nie ma ju  ludzi? To ci  interesuje? 

Harlan nie miał zamiaru prosi  o t  wiadomo  ani jej kupowa . Miał 

eksploder. Bardzo pragn ł nie okazywa  słabo ci. Powtórzył: 

-  Mów! - i poczerwieniał na widok u mieszku, jakim odpowiedziała na jego 

okrzyk. 

-   W pewnym momencie fizjoczasu, zanim Wieczno  si gn ła bardzo daleko 

w przyszło , zanim si gn ła nawet do l0 000 wieku, my z naszego Stulecia - a 

miałe  racj ,  e to jest 111 394 Stulecie - dowiedzieli my si  o jej istnieniu. 

Widzisz, my równie  mieli my podró e w Czasie, lecz były one oparte na 

całkowicie innych przesłankach ni  wasze. Woleli my raczej ogl da  Czas, ni  

przekształca  mas . Ponadto zajmowali my si  tylko nasz  przeszło ci . 

Odkryli my Wieczno  po rednio. Najpierw opracowali my rachunek 

Rzeczywisto ci i t  metod  zbadali my nasz  Rzeczywisto . Ze zdumieniem 

odkryli my,  e  yjemy w Rzeczywisto ci do  niskiego stopnia 

prawdopodobie stwa. Powstało powa ne pytanie: sk d taka nieprawdopodobna 

Rzeczywisto ?... Nie słuchasz, Andrew! Czy ci  to w ogóle interesuje? 

Harlan usłyszał,  e wypowiada jego imi  z intymn  czuło ci  minionych 

tygodni. Ta jej cyniczna przewrotno  powinna go była rozdra ni , rozzło ci . A 

jednak nie rozdra niła. 

Powiedział rozpaczliwie: 

-   Mów i ko cz to, kobieto. 

Usiłował zrównowa y  jej ciepłe „Andrew", chłodnym „kobieto", ale Noys 

tylko u miechn ła si  blado. 

-  Przebadali my Czas w przeszło ci i trafili my na rozwijaj c  si  Wieczno . 

Niemal od razu stało si  dla nas oczywiste,  e w pewnym punkcie fizjoczasu 

(znamy równie  to poj cie, lecz pod inn  nazw ) istniała inna Rzeczywisto . Inn  

Rzeczywisto , o najwi kszym prawdopodobie stwie, nazywamy Stanem 

Podstawowym. W tym Stanie Podstawowym mie cili my si  kiedy  my albo 

przynajmniej nasze odpowiedniki. Na razie nie mogli my powiedzie  nic o istocie 

Stanu Podstawowego. 

Wiedzieli my jednak,  e pewna Zmiana, przeprowadzona przez Wieczno  w 

dalekiej przeszło ci, zdołała zmieni  Stan Podstawowy a  do naszego Stulecia i 

dalej. Zabrali my si  do badania natury Stanu Podstawowego, zamierzaj c 

zaradzi  złu, je li to było zło. Najpierw musieli my ustanowi  rejon kwarantanny, 

który nazywacie Ukrytymi Stuleciami, izoluj c Wieczno ciowców od przyszło ci 

dalszej ni  70 000 Stulecie. Ta izolacja mogła nas osłoni  niemal przed wszystkimi 

dokonywanymi Zmianami. Nie zapewniało nam to całkowitego bezpiecze stwa, 

lecz dawało czas. 

Nast pnie dokonali my czego , na co w zasadzie nie pozwalała nam nasza 

kultura i etyka. Zbadali my nasz  przyszło . Zbadali my przeznaczenie 

człowieka w Rzeczywisto ci, która aktualnie istniała, zamierzaj c j  w ko cu 

background image

 

147 

porówna  ze Stanem Podstawowym. Gdzie  po wieku 125 000 ludzko  pozna 

tajemnic  komunikacji mi dzygwiezdnej. Nauczy si , jak dokona  skoku przez 

hiperkosmos. W ko cu osi gnie gwiazd. 

Harlan przysłuchiwał si  jej słowom ze wzrastaj c  uwag . Ile prawdy było w 

tym wszystkim? A ile wyrachowanej ch ci oszukania go? Usiłował wyzwoli  si  

spod uroku, przerywaj c strumie  jej wymowy. Powiedział: 

-  A skoro mog  osi gn  gwiazd, zrobi  to i opuszcz  Ziemi . Niektórzy z nas 

to odgadli. 

-  W takim razie niektórzy z was odgadli bł dnie. Ludzie próbowali opu ci  

Ziemi . Jednak, na nieszcz cie, nie jeste my sami w Galaktyce. Wiesz,  e istniej  

inne gwiazdy, inne planety. Istniej  równie  inne skupiska inteligentnych istot. 

Co prawda  adne z nich, przynajmniej w Galaktyce, nie jest tak stare jak 

ludzko , lecz przez 125 000 Stuleci człowiek pozostawał na Ziemi, a młodsze 

istoty dop dziły nas i wymin ły, rozwin ły komunikacj  mi dzygwiezdn  i 

zasiedliły Galaktyk . 

Gdy wyruszyli my w kosmos, wsz dzie spotykali my tablice ostrzegawcze: 

„Zaj te", „Wst p wzbroniony", „Nie zbli a  si !" Ludzko  cofn ła swe 

badawcze czułki i została na miejscu. Lecz teraz wiedziała ju , czym naprawd  

jest Ziemia: wi zieniem otoczonym przez niesko czon  wolno ... I ludzko  

wymarła! 

Harlan powiedział: 

-  Po prostu wymarła. Nonsens! 

-  Wymarła nie po prostu. To trwało tysi ce Stuleci. Ten proces przebiegał z 

ró nym nasileniem, lecz najwa niejsz  przyczyn  było poczucie utraty celu, 

poczucie zb dno ci, beznadziejno ci, których nie dało si  przezwyci y . Wreszcie 

nast pił kra cowy spadek liczby urodze  i ostateczna zagłada. To rezultat 

działa  twojej Wieczno ci. 

Harlan mógł ju  teraz broni  Wieczno ci, tym bardziej gor co i zawzi cie,  e 

niedawno atakował j  tak szczerze. Powiedział: 

-  Wpu cie nas do Ukrytych Stuleci, a wszystko naprawimy. Potrafili my 

osi gn  najwy sze dobro w tych Stuleciach, do których mamy dost p. 

-  Najwy sze dobro? - zapytała Noys wyra nie szyderczym tonem. - A co to 

jest? To wasze maszyny wam to mówi . Wasze komputapleksy. Ale kto 

przygotowuje te maszyny, kto mówi im, co maj  wa y  na szalach? Maszyny nie 

rozwi zuj  problemów bardziej wnikliwie ni  ludzie, tylko szybciej. Tylko 

szybciej! A co Wieczno ciowcy uwa aj  za dobro? Powiem ci: spokój i 

bezpiecze stwo. Umiarkowanie.  adnych ekscesów.  adnego ryzyka bez 

stuprocentowej pewno ci,  e wszystko si  uda. 

Harlan przełkn ł  lin . Nagle przypomniał sobie bardzo wyra nie słowa 

Twissella o rozwini tych ludziach z Ukrytych Stuleci. Kalkulator powiedział: 

„Wykluczamy niezwykło ". I czy  tak nie było? 

-  Wydaje si  - podj ła Noys -  e my lisz. Pomy l wi c o tym. Dlaczego w 

obecnie istniej cej Rzeczywisto ci człowiek ustawicznie próbuje podró y 

kosmicznych i ustawicznie ko czy si  to fiaskiem? Z pewno ci  ka da era 

podró y kosmicznych musi wiedzie  o poprzednich rozczarowaniach. Dlaczego 

wi c próbuj  na nowo? 

background image

 

148 

-  Nie studiowałem tego - rzekł Harlan. Lecz pomy lał niepewnie o koloniach 

na Marsie, ci gle zakładanych od nowa i zawsze rozpadaj cych si . Pomy lał o 

dziwnej atrakcji, jak  zawsze stanowiły loty kosmiczne, nawet dla 

Wieczno ciowców. Słyszał głos Socjologa Kantora Voya z 2456 Stulecia, który 

obserwuj c koniec elektrograwitacyjnego lotu kosmicznego w jednym Stuleciu, 

o wiadczył z  alem: „To było bardzo pi kne". A Biografista Neron Feruk, widz c 

to, kl ł i wymy lał na metody załatwiania surowicy antyrakowej przez 

Wieczno . 

Czy istnieje co  takiego jak instynktowna t sknota inteligentnych istot za 

ekspansj , za osi gni ciem gwiazd, za uwolnieniem si  od działania prawa 

grawitacji? Czy to wła nie zmusiło człowieka, by dziesi tki razy opracowywał 

system podró y mi dzyplanetarnych i wyprawiał si  ci gle na nowo mi dzy 

martwe  wiaty systemu słonecznego, gdzie jedynie Ziemia nadaje si  do  ycia? 

Czy to ostateczna kl ska,  wiadomo ,  e trzeba wraca  do starego wi zienia, 

powodowała te stale zwalczane przez Wieczno  frustracje? Harlan my lał o 

rozpowszechnieniu si  narkomanii wła nie w tych Stuleciach, które przyniosły 

fiasko elektrograwitacji. 

Noys mówiła: 

-  T pi c kl ski Rzeczywisto ci, Wieczno  wyklucza równie  triumfy. To 

wła nie najbardziej ryzykowne próby mog  podnie  ludzko  na szczyty. Z 

niebezpiecze stwa i niepewno ci wypływa siła, która popycha ludzko  do 

nowych i wi kszych zdobyczy. Rozumiesz to? Czy mo esz zrozumie ,  e usuwaj c 

pułapki i niebezpiecze stwa gro ce człowiekowi, Wieczno  przeszkadza mu 

znajdowa  własne, lepsze, prawdziwe rozwi zania? 

Harlan zacz ł dr two: 

-  Najwi kszym dobrem najwi kszej liczby... Noys przerwała: 

-  Przypu my,  e Wieczno  nigdy nie powstała. 

-  Co wtedy? 

-  Powiem ci, co by wtedy było. Energia zu ywana na in ynieri  Czasu 

zostałaby zamiast tego obrócona na rozwój nukleoniki. Wieczno ci by nie 

stworzono, lecz podró e mi dzygwiezdne na pewno. Człowiek osi gn łby gwiazdy 

o przeszło sto tysi cy Stuleci wcze niej ni  w bie cej Rzeczywisto ci. Systemy 

gwiezdne byłyby wtedy jeszcze nie obsadzone i ludzko  osiedliłaby si  w całej 

Galaktyce. My byliby my pierwsi. 

-  I co by my na tym zyskali? - zapytał Harlan uparcie. - Byliby my 

szcz liwsi? 

-  Kogo rozumiesz przez „my"? Ludzko  nie miałaby jednego  wiata, lecz 

miliony  wiatów, miliardy  wiatów. Trzymaliby my w r ku Niesko czono . 

Ka dy  wiat miałby swe własne Stulecia, własne warto ci, okazj  do szukania 

szcz cia na swój sposób we własnym  rodowisku. S  ró ne szcz cia, ró ne 

dobra, niesko czona ich ró norodno ... To jest Stan Podstawowy ludzko ci. 

-  Zgadujesz - powiedział Harlan i był zły na siebie,  e go poci ga ten obraz, 

który Noys odmalowała. - Jak mo esz powiedzie , co by było? 

Noys: 

background image

 

149 

-   mieszy ci  ignorancja Czasowców, którzy znaj  tylko jedn  Rzeczywisto . 

Nas  mieszy ignorancja Wieczno ciowców, którzy my l ,  e istnieje wiele 

Rzeczywisto ci, lecz tylko jedna w jednym Czasie. 

-  Co znacz  te brednie? 

-  My nie kalkulujemy ró nych wariantów Rzeczywisto ci. My je ogl damy. 

Widzimy je w ich stanie Nierzeczywisto ci. 

-  Upiorny kraj, gdzie wszystko by  mo e, gdyby... 

-  Tak. Ale twoja ironia jest zupełnie niepotrzebna. 

-  A jak wy to robicie? 

Noys milczała chwil , a potem rzekła: 

-  Jak ci to wytłumaczy , Andrew... Nauczono mnie pewnych rzeczy, które, 

prawd  mówi c, niecałkowicie rozumiem, zupełnie tak jak ty. Czy potrafisz 

wytłumaczy  działanie komputapleksu? A jednak wiesz,  e istnieje i działa. 

Harlan zaczerwienił si . 

-  No wi c? Noys: 

-  Nauczyli my si  przygl da  Rzeczywisto ci i znale li my Stan Podstawowy, 

tak jak ci mówiłam. Odnale li my równie  Zmian , która zniszczyła Stan 

Podstawowy. Nie była to  adna Zmiana przeprowadzona przez Wieczno  - to 

sam fakt istnienia Wieczno ci. Ka dy system podobny do Wieczno ci, który 

pozwala ludziom wybiera  sobie przyszło , sko czy si  wyborem bezpiecze stwa 

i przeci tno ci, wykluczaj cych zdobycie gwiazd. Samo istnienie Wieczno ci 

unicestwiło Imperium Galaktyczne.  eby je odbudowa , trzeba sko czy  z 

Wieczno ci . 

Liczba Rzeczywisto ci jest niesko czona. Liczba ró nych podgrup 

Rzeczywisto ci jest równie  niesko czona. Na przykład, liczba Rzeczywisto ci 

zawieraj cych Wieczno  jest niesko czona; liczba Rzeczywisto ci, w których 

Wieczno  nie istnieje, jest równie  niesko czona. Lecz moi ludzie wybrali 

spo ród niesko czono ci t  grup , która zawierała mnie. 

Nie miałam z tym nic wspólnego. Nauczyli mnie mojej pracy, tak jak Twissell 

i ty nauczyli cie Coopera. Lecz liczba Rzeczywisto ci, w których pozostawałam 

agentk  niszcz c  Wieczno , była równie  niesko czona. Ale ja wybrałam t  

wła nie, która zawiera ciebie. 

Harlan spytał: 

-  Dlaczego j  wybrała ? Noys odwróciła oczy. 

-  Poniewa  ci  kochałam. Kochałam ci  na długo przedtem, nim ci  

poznałam. 

Harlan był wstrz ni ty. Wypowiedziała to z gł bok  szczero ci . Pomy lał z 

mdl cym uczuciem: aktorka... i powiedział: 

-  To  mieszne. 

-  Czy by? Przestudiowałam Rzeczywisto ci b d ce do mojej dyspozycji. 

Zanalizowałam Rzeczywisto , w której przybywałam do 482, spotykałam 

najpierw Finge'a, a potem ciebie... T , w której odwiedzałe  mnie i kochałe , z 

której zabrałe  mnie do Wieczno ci i w dalek  przyszło  do mego Stulecia, w 

której  le skierowałe  Coopera, a potem ty i ja wracali my do Prymitywu. 

yli my w Prymitywie przez reszt , dni. Widziałam, jak  yjemy razem i jeste my 

background image

 

150 

szcz liwi, a ja ci . kochałam. To nic  miesznego. Wybrałam te. wła nie 

Rzeczywisto , by nasza miło  mogła by  prawdziwa. Harlan: 

-  Fałsz. Wszystko fałsz. Jak mo esz si  spodziewa ,  e ci uwierz ? - Urwał, a 

potem dodał nagle: - Czekaj! Mówisz,  e ju  to wszystko z góry wiedziała . 

Wszystko, co si  zdarzy? 

-  Tak. 

-  Wi c kłamiesz. Wiedziałaby ,  e b d  ci  trzymał na muszce. Wiedziałaby , 

e ci  zdemaskuj . Co na to odpowiesz? 

Westchn ła lekko: 

-  Powiedziałam ci,  e istnieje niesko czona liczba podgrup Rzeczywisto ci. 

Oboj tne, jak dokładnie ogniskujemy okre lon  Rzeczywisto , zawsze 

przedstawia si  ona jako niesko czona liczba bardzo podobnych Rzeczywisto ci. 

Trafiaj  si  m tne obrazy. Im dokładniej ogniskujemy, tym mniej niewyra nych 

miejsc, lecz doskonałej ostro ci nie udaje si  nigdy osi gn . Jedna mała plamka 

potrafi zniszczy  wszystko. 

-  Co takiego na przykład? 

-  Musiałe  przyby  w dalek  przyszło , gdy zapora przy 100 000 Stuleciu 

zostanie usuni ta, i zrobiłe  to. Lecz miałe  wróci  sam. Dlatego byłam tak 

zaskoczona, gdy zobaczyłam z tob  Kalkulatora Twissella. 

Znowu Harlan si  zmieszał. Jak ona potrafiła logicznie wszystko ł czy ! Noys: 

-  Byłabym jeszcze bardziej zaskoczona, gdybym w pełni u wiadomiła sobie 

znaczenie tej odmiany. Gdyby  przybył sam, zabrałby  mnie do Prymitywu, tak 

jak to zrobiłe . Tam z miło ci do ludzko ci, z miło ci do mnie, zostawiłby  

Coopera. Wasz kr g zostałby przerwany. Wieczno  sko czyłaby si ,  yliby my 

tu razem bezpiecznie. 

Lecz ty przybyłe  z Twissellem, wprowadzaj c przypadkowe odchylenie. Po 

drodze Kalkulator podzielił si  z tob  swoimi my lami na temat Ukrytych Stuleci 

i zapocz tkował w tobie ła cuch dedukcji, który sko czył si  twoim zw tpieniem 

w moj  szczero . Sko czył si  eksploderem wycelowanym we mnie... To byłoby 

wszystko, Andrew. Mo esz mnie zastrzeli . Nic nie stoi na przeszkodzie. 

Harlana bolała dło  od kurczowego  ciskania uchwytu broni. W oszołomieniu 

przeło ył eksploder do drugiej raki. Czy w opowie ci Noys była jaka  skaza? 

Potwierdzenie faktu,  e Noys pochodzi z Ukrytych Stuleci, miało go skłoni  do 

decyzji. Tymczasem jeszcze bardziej był rozdarty konfliktem, a  wit si  zbli ał. 

Zapytał: 

-  Po co a  dwie próby zniszczenia Wieczno ci? Dlaczego Wieczno  nie mogła 

si  sko czy  na zawsze, gdy wysłałem Coopera do 20 Stulecia? Wszystko by 

wtedy znikło. 

-  Poniewa  - powiedziała Noys - zniszczenie Wieczno ci nie wystarczy. 

Musimy zredukowa  do zera prawdopodobie stwo odrodzenia Wieczno ci w 

jakiejkolwiek formie. Wi c jeszcze czego  musimy dokona  tu, w Prymitywie: 

małej Zmiany. Wiesz, jak wygl da Minimum Potrzebnych Zmian. Musz  tylko 

wysła  list na półwysep zwany Itali , teraz w 20 Stuleciu. Obecnie mamy 19,32 

Stulecia. Za par  centycenturii, zakładaj c,  e wy l  list, pewien człowiek zacznie 

eksperymenty nad bombardowaniem uranu neutronami. 

Harlana ogarn ła groza. 

background image

 

151 

-  Chcesz zmieni  histori  Prymitywu? 

-  Tak. Mamy ten zamiar. W nowej Rzeczywisto ci pierwsza nuklearna 

eksplozja odb dzie si  nie w 30 Stuleciu, lecz w 19,45. 

-  Ale czy znacie niebezpiecze stwo? Potraficie je oceni ? 

-  Znamy niebezpiecze stwo. Przegl dałam arkusz pochodnych 

Rzeczywisto ci. Istnieje prawdopodobie stwo,  e  ycie na Ziemi sko czy si  pod 

radioaktywn  skorup , lecz przedtem... 

-  Uwa asz,  e jest jakie  wyj cie? 

-  Imperium Galaktyczne. Intensyfikacja Stanu Podstawowego. 

-  A jednak oskar asz Wieczno ciowców o interwencj ... 

-  Oskar amy ich o wielokrotne interwencje zmierzaj ce do utrzymania 

ludzko ci w bezpiecznym wi zieniu. My wkraczamy raz, jedyny, by skierowa  

uwag  ludzko ci przedwcze nie ku nukleonice, tak aby nigdy, przenigdy nie 

stworzyła Wieczno ci. 

-  Nie - zaprotestował Harlan. - Musi by  Wieczno . 

-  Jak wolisz. Od ciebie to zale y. Je li chcesz, by psychopaci dyktowali 

przyszło  człowieka... 

-  Psychopaci! - wybuchn ł Harlan. 

-  A czy jest inaczej? Znasz ich. Pomy l! 

Harlan patrzył na ni  pełen oburzenia, lecz musiał my le . My lał o 

Nowicjuszach ucz cych si  prawdy o Rzeczywisto ci i o Nowicjuszu Latourette, 

który w rezultacie próbował popełni  samobójstwo. 

Latourette  ył i został Wieczno ciowcem, ze wszystkimi obci eniami, których 

nikt nie potrafi okre li . Tacy ludzie brali udział w zmienianiu Rzeczywisto ci. 

My lał o kastowym systemie w Wieczno ci, o nienormalnym  yciu, w którym 

poczucie winy przekształcało si  w gniew i nienawi  do Techników. My lał o 

walcz cych mi dzy sob  Kalkulatorach, o Finge'u intryguj cym przeciwko 

Twissellowi, i Twissellu szpieguj cym Finge'a. Pomy lał o sobie. O Starszym 

Kalkulatorze, który równie  łamał prawa Wieczno ci. 

Wydało mu si ,  e zawsze o tym wszystkim wiedział. Je li nie -to dlaczego tak 

bardzo chciał zniszczy  Wieczno ? Jednak nigdy całkowicie nie przyznawał si  

do tego przed sob : nigdy nie spojrzał otwarcie na ten problem, dopiero teraz. 

I z wielk  jasno ci  ujrzał Wieczno  jako wyl garni  najrozmaitszych 

psychoz, kł bowisko nienormalnych istot, wyrwanych brutalnie z ich rodzimych 

rodowisk. 

Popatrzył bezmy lnie na Noys, która powiedziała mi kko: 

-  Widzisz? Wyjd my razem z tej jaskini, Andrew. 

Poszedł za ni , zahipnotyzowany, oszołomiony tym, jak całkowicie zmienił si  

jego punkt widzenia. Jego eksploder po raz pierwszy odchylił si  od linii ł cz cej 

go z sercem Noys. 

Blady przed wit powlókł szaro ci  niebo, a p katy kocioł tu  przy jaskini 

wygl dał jak ogromny cie . Jego zarysy były zamazane i zniekształcone przez 

narzucon  na niego błon . 

Noys powiedziała: 

-  Oto Ziemia. Nie wieczny i jedyny dom ludzko ci, lecz punkt startu do 

nieko cz cej si  nigdy przygody. Musisz tylko podj  decyzj . To twoja sprawa. 

background image

 

152 

Ciebie, mnie i zawarto  tej jaskini ochroni przed Zmian  pole fizjoczasu. Cooper 

zniknie wraz ze swym ogłoszeniem, Wieczno  sko czy si  wraz z Rzeczywisto ci  

mojego Stulecia, lecz my zostaniemy, b dziemy mieli dzieci i wnuki, i zostanie 

ludzko , by si gn  gwiazd. 

Odwrócił si ,  eby na ni  spojrze : u miechała si  do niego. To była Noys, 

taka jak zawsze, i jego serce biło tak jak zawsze. 

Nie u wiadamiała sobie nawet,  e podj ł decyzj , a  szaro  ogarn ła całe 

niebo i znikn ł zarys kotła. Noys podeszła powoli i znalazła si  w ramionach 

Harlana, a on wiedział,  e nast pił koniec, ostateczny koniec Wieczno ci... 

...i  e zacz ła si  Niesko czono .