background image

 

Ewa wzywa 07... Ewa wzywa 

Pierwsza nagroda w konkursie ,,Iskier’’ na opowiadanie sensacyjno- 

kryminalne

 
ZofiaKrajewska—Szukalska 
Zygmunt Bohdanowicz 

BEZPIECZNY ŚWIADEK 

 

background image

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA: REMISJA 

 

Jan Makowicz nie miał już siły pójść do domu. Przyszedł do swojej pracowni 

zaraz po skończeniu zająć na uczelni, a teraz, po blisko dziesięciu godzinach w 
niej spędzonych, zapewne nie wiedział już, w którym roku się urodził. Rysunki 
dzisiaj  skończone  jutro  trafią  do  kreślarki,  która  zawsze  starannie  dopieszczała 
jego  projekty...  Trzeba  pójść  do  domu,  wykąpać  się,  dać  co  nieco  do  zjedzenia 
Ziut—kowi i położyć się choć na dwie, trzy godziny. Potem wstać, przygotować 
„kocią" rybę i znowu wejść w codzienny młyn. Oddać rysunki kreślarce... 

Na  to  wszystko  Jan  nie  miał  siły.  Siedział  przy  stole  założonym  ołówkami, 

farbami, kreślonymi od ręki szkicami i starannie rozrysowanymi planami. Gdzieś 
wśród  tej  sterty  papierzysk  leżał  oficjalny  list,  zawiadamiający  „Szanownego 
Pana Docenta", że wygrał międzynarodowy konkurs architektoniczny. 

Dwa  metry  od  fotela  Jana,  na  wąskim,  pojedynczym  tapczanie,  spał 

Krzysztof.  Od  dwóch  lat  pracowali  razem.  Projekt,  który  właśnie  kończyli,  był 
jednym  z  wielu,  które  powstały  w  pracowni  Makowi—cza.  Dla  Krzysztofa, 
współautora, mógł on stać się początkiem kariery, 

Tymczasem Jan miał w nosie swój tytuł naukowy. Tak naprawdę zależało mu 

od  kilkunastu  lat  jedynie  na  tym,  aby  być  zajętym.  Pracował  „do  zabicia"  i 
wymagał  tego  od  innych.  Przynosiło  to  efekty,  czego  najlepszym dowodem był 
leżący  na  stole  list.  Nie  było  to  jego  pierwsze  zwycięstwo  w  rozlicznych 
konkursach, w których brał udział. 

W dużej, ciemnawej pracowni, rozświetlonej jedynie punktową lampą, której 

blask padał na biurko, w ciszy nadchodzącego poranka zbliżający się do czter-
dziestki Jan zastanawiał się, po co mu to wszystko było. I nie miał komu o tym 
powiedzieć. Chyba że buremu, bezczelnemu kotu, który zamieszkał razem z nim 
w kilka lat po śmierci żony, Nie był jednak przekonany, czy Ziutek to pojmie. 

Przyzwyczajony  do  pracy  w  nocy  nie  rozumiał  zmęczenia,  które  go  nagle 

ogarnęło.  Sięgnął  do  szuflady,  wyciągnął  opakowanie  „Meprobamatu".  Połknął 
jedną  pastylkę,  popił  wystygłą  herbatą.  Czas  obudzić  Krzysztofa.  Wiedział,  że 

background image

 

tamten  wstanie,  razem  wyjdą  z  pracowni,  a  on  sam  zdąży  dojechać  do  domu, 
zanim lekarstwo zacznie działać. 

Wstał,  potrząsnął  ramieniem  śpiącego  i  nic  czekając,  aż  Krzysztof  wstanie, 

wyszedł na balkon, zostawiając za sobą szeroko otwarte drzwi. 

 

Dwa  piętra  niżej  biegła  wzdłuż  nabrzeża  Wisły  wąska,  martwa  uliczka.  Po 

obu jej stronach tkwiły szare, bezbarwne o tej porze samochody, spośród których 
wyróżniał  się  duży,  jasnożółty  furgon.  Z  sąsiedniego  budynku,  typowej  przed-
wojennej  czynszowej  kamienicy,  wyszła  lekko  się  chwiejąc  i  szeroko 
rozstawiając szczupłe nogi młoda dziewczyna. Ubrana była w zapinaną na suwak 
elastyczną, głęboko wydekoltowaną bluzkę i wysoko, niemal do biodra rozciętą 
spódnicę. Przeszła pod jedynym oświetlonym balkonem i już miała zanurzyć się 
w  szarość  ulicy,  gdy  tuż  przed  nią  zatrzymał  się  jakiś  mężczyzna  w  jasnym, 
zasłaniającym twarz kaszkiecie. W pierwszym momencie dziewczyna cofnęła się 
z przestrachem, ale już po chwili uśmiechnęła się zachęcająco. 

Mężczyzna  coś  powiedział,  a  ona  nadal  się  uśmiechając  skinęła  głową, 

rozsunęła  nieco  suwak  bluzki  i  przycisnęła  jego  stopę  swym  złocisto 
połyskującym pantofelkiem, a potem wyciągnęła rękę. Bezmyślnie obserwujący 
tę scenę Jan dostrzegł, jak mężczyzna położył na wyciągniętej dłoni dziewczyny 
zwitek  banknotów,  pochylił  się  do  jej  ucha  i  szeptem  coś  tłumaczył.  Nagłe 
„panienka"  odchyliła  się  gwałtownie  i  z  całej  siły  trzasnęła  go  w  twarz,  a  on 
szybko,  najszybciej  jak  umiał,  sięgnął  do  innej  kieszeni,  wyciągnął  garść 
banknotów  i  nie  licząc  wcisnął  je  dziewczynie  do  ręki.  Ta  spojrzała  na  nie  i 
chwilę  zastanawiała  się.  Potem  wzruszyła  ramionami,  uśmiechnęła  się,  wzięła 
mężczyznę  pod  rękę.  Skierowali  się  w  stronę  rosnących  na  brzegu  pobliskiej 
Wisły krzaków. 

Siedzący na tapczanie Krzysztof półprzytomnym ruchem wetknął do ust pa-

pierosa i sięgnął po leżącą obok popielniczki elegancką zapalniczkę Makowicza. 
Obejrzał  ją,  a  potem  delikatnie  odłożył  z  powrotem,  uważając,  aby  leżała 
dokładnie tak samo, jak poprzednio, Rozejrzał się, znalazł zapałki i kilkakrotnie 
zaciągnął się dymem. Nie stać go było na takie zapalniczki, na taką pracownię 
drogi koniak, którego na wpół opróżniona butelka stała na podłodze obok półki. 

background image

 

Rzucił  w  nią  zapałkami,  a  potem  nalał  sobie  pełen  kieliszek,  wypił,  nalał 
ponownie,  bacząc,  aby  nie  było  w  nim  więcej  niż  połowa.  To  samo  zrobił  z 
drugim. Wziął obydwa i wyszedł na balkon, na którym stał Jan. 

Makowicz  odwrócił  się,  a  zobaczywszy  na  twarzy  Krzysztofa  dobrze  sobie 

znany  grymas  zawiści  ponownie  zaczął  obserwować  pustą  już  i  coraz  jaśniej 
oświetloną  wschodzącym  słońcem  ulicę.  Od  dawna  wiedział,  że  Krzysztof 
zgodził  się  z  nim  współpracować  tylko  dlatego,  aby  ułatwić  sobie  karierę. 
Dlatego  też  nie  zareagował,  gdy  Krzysztof  z  kieliszkami  w  ręku  stanął  obok 
niego. 

— Zobacz — odezwał się w przestrzeń — tam na dole od lat działa melina, 

do której co chwila ktoś zachodzi po wódkę. 

—  Po  takim  dniu  chce  ci  się  jeszcze  obserwować  pijaków?  —  Krzysztof 

poda) mu kieliszek, z którego Jan napił się odruchowo, zapominając o wcześniej 
przyjętym lekarstwie. 

Makowicz nie odpowiedział. Miał twarz steranego wieloma walkami boksera 

wagi  ciężkiej.  Gdyby  nie  to,  że  był  przy  tym  niski,  szczupły  i  z  wyraźnie 
zaznaczoną  łysiną,  można  by  go  nawet  za  takiego  wziąć.  Dzisiaj,  a  właściwie 
wczoraj,  odwalił  z  rektorem  i  wiceministrem  oficjalną  galówkę.  Ku  swemu 
zaskoczeniu  odkrył  w  jej  trakcie,  że  kierowane  pod  jego  adresem  pochwały  i 
gratulacje  sprawiają  mu  autentyczną  przyjemność.  Trwało  to  jednak  do  chwili, 
gdy  zorientował  się,  że  obaj  panowie  nie  wychodzą  poza  utarte  schematy 
urzędowych porzekadeł. Wtedy zaczął ich oszukiwać. Rektor  — jak szybko się 
zorientował  —  oszukiwał  także  udając,  że  jest  szczęśliwy,  że  na  jego  uczelni 
pracuje  tak  wybitny  naukowiec  i  władze  wyższe  to  dostrzegają.  Minister  zaś 
oszukiwał  starając  się  ich  przekonać,  że  w  ogóle  cokolwiek  go  to  obchodzi. 
Wszyscy  byli  bardzo  sympatyczni.  Mieli  poczucie  dobrze  spełnionego 
obowiązku. 

Później odbyło się spotkanie w kawiarni z kolegami, z których każdy był dla 

Jana miły i ujmujący, bowiem wiedział, że to właśnie pan docent będzie decydo-
wał o tym, kto pojedzie za granicę realizować nagrodzony projekt, a kto jeszcze 
długie lata będzie kupował mięso i benzynę na kartki. 

background image

 

—Mało dzisiaj zrobiliśmy... — odezwał się do Krzysztofa, stawiając kieliszek 

na balustradzie balkonu. 

—Naleję ci jeszcze  — zbagatelizował tamten i zanim Makowicz zdążył coś 

powiedzieć zniknął w pokoju. 

Jan poczuł na twarzy pierwsze krople deszczu. To było przyjemne. Rozejrzał 

się z zadowoleniem. I raptem znieruchomiał. 

— Zamordował ją — powiedział po chwili, jeszcze jakby nie wierząc w to, co 

zobaczył. — Morderstwo!!! 

Zaalarmowana milicja zamiast, jak to sobie wyobrażał przyzwyczajony do fil-

mów  kryminalnych  Jan,  przyjechać  z  wyciem  syren  w  kilkanaście  lub  co 
najmniej kilka radiowozów, zjawiła się szarą nyską i fiatem z cywilną rejestracją. 
Z  samochodów  wylazło  kilku  niemiłosiernie  ziewających  facetów,  wściekłych, 
że  każą  im  łazić  po  nadwiślańskich  krzakach.  W  pracowni  Makowicza  oficera 
milicji  zainteresowała  przede  wszystkim  resztka  koniaku  w  butelce.  Starszy  od 
Jana  o  jakieś  dziesięć  lat,  siedział  na  niewygodnym  wysokim  stołku  i  milcząc 
przyglądał się panującemu tu bałaganowi. Jan był mu właściwie wdzięczny za to, 
że nie zasypuje go pytaniami. Patrząc bezmyślnie na twarz oficera czuł łopoczące 
serce,  koszmarną  suchość  w  ustach  i  niczym  nic  uzasadniony  lęk  przed  czymś, 
czego nie potrafił nazwać. „Meprobamat" z koniakiem harcowały w najlepsze w 
jego organizmie. Wiedział, że gdzieś, i dawno temu, spotkał już tego człowieka. 
Wiedział też, że powinien to sobie przypomnieć, ale był całkowicie zobojętniały. 
Nagle  spotkał  się  ze  wzrokiem  milicjanta,  w  którym  także  dostrzegł  za-
interesowanie. Jakby obaj myśleli o tym samym. 

— Co pan pamięta? — głos oficera był znużony, ale jednocześnie było w nim 

coś z uprzejmości. 

Makowicz  odczekał  chwilę,  aż  pytanie  do  niego  dotrze,  a  później  przez 

chwilę starał się skupić nad odpowiedzią. 

— Ja naprawdę widziałem morderstwo — mówił ostrożnie i powoli, jak mó-

wi alkoholik, który stara się ze wszystkich sił nie bełkotać. — Jakiś mężczyzna, 
miody, sądząc po ruchach, wysportowany i silny fizycznie wrzucił do rzeki ciało 
prostytutki... 

background image

 

— Jest pan pewien, że ona nie żyła? Znowu trwało to chwilę, nim Jan zde-

cydował się odpowiedzieć. 

— Ja widziałem ją kilka chwil przedtem, pod domem... Tam, nad rzeką, była 

całkowicie bezwładna. Może była tylko nieprzytomna? Jeśli wtedy żyła, to teraz 
już na pewno nie. Zresztą gdyby była przytomna, toby krzyczała, wypłynęłaby, 
może  śmiała  się,  jak  z  dobrego  żartu,  coś  by  robiła.  On  ją  po  prostu  wrzucił  i 
uciekł — Jan popadł w— zadumę nad tym, co powiedział. 

Oficer pochylił się w jego stronę i przyjrzał mu się dokładniej. 

— Dużo pan chyba nie wypił? 

—Nie...  Nie  pamiętam...  —  I  tonem  usprawiedliwienia  dodał:  —  Wziąłem 

„Meprobamat". 

—Chyba pan wie, że nie wolno tego łączyć z alkoholem? Po tylu latach... 

Makowicz  jakby  uważniej  zaczął  go  słuchać,  a  potem  podniósł  głowę  i  ze 

zdziwieniem spojrzał mu prosto w twarz. 

—Juliusz  Popowicz  —  przedstawił  się  milicjant  i nic  więcej  nie  musiał  już 

mówić. 

—Wiedziałem,  że  skądś  się  znamy  —  stwierdził  Jan,  ale  nadal  siedział 

otępiały. 

Popowicz wstał. 

— Musimy zejść na dół. 

 

O  dziewiątej  rano  Jan  był  już  kompletnie  przemoknięty.  Padająca  od  kilku 

godzin mżawka zmoczyła jego ubranie, a teraz po raz kolejny utworzyła na jego 
włosach  dużą,  ciężką  kroplę,  która  znów  niespodziewanie  wśliznęła  się  za 
kołnierz koszuli. 

Ciągle  jeszcze  trwała  zaimprowizowana  wizja  lokalna.  Popowicz  wraz  z 

Janem  i  Krzysztofem  stali  obok  dużej  żółtej  furgonetki,  parkującej  całą  noc  na 
chodniku,  przy  warzywnej  budzie.  Trochę  dalej  stała  grupka  przygodnych 
gapiów. 

background image

 

Gliniarze  byli  zmęczeni.  Próbowali  zrozumieć  cokolwiek  z  tego,  co  się 

wydarzyło.  Szło  im  to  nad  wyraz  opornie.  Fotograf,  kręcący  się  po  niedalekim 
brzegu, podszedł do Makowicza i Krzysztofa: 

—Panowie, przestańcie już się upierać. Po prostu powiedzmy sobie, że był to 

głupi żart i że nas nabraliście. Dajmy sobie spokój, co? 

—Mam  wam  przypomnieć,  jak  wyglądają  przyzwoite  oględziny?  — 

zmoknięty  Popowicz  wiedział,  że  fotograf  ma  rację,  ale  jeszcze  nie  przerywał 
poszukiwań. — Płetwonurkowie skończyli? 

Fotograf  tylko  machnął  ręką  i  odszedł  pod  daszek  warzywnej  budy,  gdzie 

mniej padało. 

Po  piaszczystej  plaży  w  dalszym  ciągu  snuło  się  kilku  facetów  w 

poszukiwaniu jakichkolwiek śladów. Czegokolwiek, co mogłoby potwierdzić to. 
o  czym  mówił  Makowicz.  Od dłuższego  już  czasu  wiedzieli,  że  niczego  tu nie 
ma  i  dalsze  poszukiwania  nie  mają  sensu.  Byli  to  przecież  jak  by  nie  było 
zawodowcy, którzy doskonale znali się na swojej robocie. Tym bardziej zdziwiło 
ich,  gdy  Popowicz  ściągnął  płetwonurków  i  zamiast  uwierzyć  im wszystkim na 
słowo, z uporem zupaka wymagał wszystkich regulaminowych czynności. On też 
już przecież powinien wiedzieć, że niczego tu nie ma. 

I  rzeczywiście  wiedział.  Tyle  tylko,  że  zanim  to powie  Janowi,  chciał  mieć 

absolutną pewność. Wreszcie zdecydował się. Dał znak ekipie, aby się zwijała, a 
gdy  ludzie  z  ulgą  truchtem  pobiegli  do  samochodów,  odwrócił  się  do 
Makowicza. 

—Nikt prócz pana niczego nie widział. Jedyne, co możemy stwierdzić, to to. 

że obaj panowie pili alkohol i jeden z was fałszywie nas zaalarmował... Niech mi 
pan  nie  przerywa  —  rzucił  dostrzegając,  że  Krzysztof  chce  coś  powiedzieć.  — 
Czy  panowie  się  z  tym  pogodzicie,  czy  też  nie,  dla  nas  sprawa  jest  zupełnie 
jasna.  Nie  ma tutaj  najmniejszych  śladów,  żadnych  zwłok.  Nic.  Dla  nas  sprawa 
nie istnieje. Po prostu jej nie ma. 

—Pan  się  myli  —  Jan  był  spokojny.  —  Padał  deszcz  i  mimo,  że  nie  ma 

żadnego dowodu, że mam rację, to... 

Popowicz zdecydowanie mu przerwał. 

background image

 

— To niech go pan zdobędzie i wtedy wrócimy do tego wszystkiego. Teraz w 

ogóle nie ma o czym gadać. 

Odwrócił się na pięcie i chciał odejść, gdy Krzysztof powiedział: 

— Chcieliśmy wam pomóc. W przyszłości będziemy wiedzieć, że do takich 

spraw nie należy się wtrącać. Nawet gdyby tuż przy mnie mordowano człowieka, 
udam, że tego nie widzę. 

Popowicz uśmiechnął się. 

— Pana kolega jest jedynym świadkiem morderstwa, którego, przynajmniej 

dla nas, nie było — otarł sobie zmoczoną twarz wierzchem dłoni i zaczął 
łagodnie tłumaczyć: — Jeśli ma rację, woda wcześniej czy później wyrzuci 
zwłoki. Wtedy do tego wrócimy. Może mi pan wierzyć, że gdyby nie chodziło o 
pana docenta, nigdy byśmy sobie nie zadali tyle trudu. Ja sam osobiście mu 
wierzę, ale naprawdę nic tu nie możemy zrobić. 

—To nie ma znaczenia, czy pan wierzy, czy nie! — Krzysztof nie dawał za 

wygraną. — Po prostu wasza nieudolność jest poniżej wszelkiej krytyki... 

—Krzysztof,  zostaw  —  nieoczekiwanie  poprosił  Jan.  —  Panowie  naprawdę 

nic nie mogą. 

I podaniem ręki pożegnał się z oficerem. 

 

Żaden  z  trzech  rozmawiających  mężczyzn  nie  zauważył,  że  rozmowie 

przysłuchiwał  się  nisko  osunięty  w  fotelu  mężczyzna,  siedzący  w  dużej,  żółtej 
furgonetce. Niewidoczny z zewnątrz, nie zwracał uwagi na wpadającą do środka 
przez  uchyloną  szybę  mżawkę.  Miał  lepiej, niż pozostali  gapie, trzymani  przez 
mundurowych  milicjantów  w  dość  sporej  odległości:  widział  i  słyszał  o  wiele 
więcej. 

 

Zawiedziony tłum gapiów zaczął się powoli rozchodzić. 

background image

 

Przemoknięty Jan nadal stał nieruchomo jakby zupełnie nie rozumiejąc tego. 

co  się  wydarzyło.  Po  chwili  odwrócił  się  powoli  do  moknącego  obok  niego 
cierpliwie Krzysztofa. 

— Wierzysz mi? 

— Szczerze? — odpowiedział tamten pytaniem. 

— Szczerze. 

— Sam nie wiem. Kiedy tutaj schodziliśmy, wiedziałem, że masz rację. Ale 

teraz... po prostu nie wiem... To znaczy  — inaczej. Wierzę ci, że na pewno coś 
widziałeś,  bo  byś  tak  się  nic  zachowywał,  ale  przecież  nie  mogło  to  być 
morderstwo... Teraz już chyba sam w to nic wierzysz... 

—Tak... — Makowicz chwilę zastanowił się nad tym, co usłyszał. — Wiesz, 

bałem się, że potwierdzisz i powiesz, że ja to naprawdę widziałem. Chyba jednak 
oni mają rację... 

—Jasne  —  teraz  Krzysztof  był  już  pewny  swego  —  musiało  ci  się 

przywidzieć.  Oni  by  przecież  coś  znaleźli.  Nie  ma  co  się  nad  tym  zastanawiać. 
Chciałeś dobrze, każdy by tak zrobił... 

—Jadę do domu — przerwał mu Jan. 

—Dasz sobie radę? Może cię odwieźć? 

— Jakoś dojadę — Jan pożegnał go ruchem ręki. 

 

Po odejściu Krzysztofa Makowicz nie pojechał jednak do domu. Siedział w 

swoim  samochodzie,  a  pracujący  na  wolnych  obrotach  silnik  powoli  nagrzewał 
wnętrze. Papieros smakował zupełnie inaczej niż tam, na deszczu. Komunikat o 
pogodzie  zapowiadał  co  najmniej  trzydniowe  opady,  zimno  i  silne  wiatry. 
Docent  wiedział,  że  najprawdopodobniej  będzie  akurat  odwrotnie.  Nie  wierzył 
komunikatom  o  pogodzie.  Nie  wierzył  także  temu  wszystkiemu,  co  się 
wydarzyło. Temu, co się nie mogło wydarzyć. Starał się pozbyć emocji i jeszcze 
raz chłodno wszystko przeanalizować. Wiedział już, że się musiał pomylić i nie 
to  go  najbardziej  zastanawiało.  Starał  się  odpowiedzieć  sobie  na  pytanie: 
dlaczego tak się stało? Przecież nie pił tego dnia dużo. Był tylko zmęczony i po-

background image

 

denerwowany. Przestawał rozumieć swe postępowanie. Musiał wiedzieć,  jak to 
się stało, że widział to, czego nie było. 

Włączył  wycieraczki  i  poprzez  deszcz  zaczął  wpatrywać  się  jeszcze  raz  w 

krzaki  wikliny  nad  brzegiem  Wisły.  Oddalone  od  niego  o  kilkanaście  metrów 
były teraz mniej widoczne niż wtedy, o czwartej nad ranem, gdy deszcz dopiero 
zaczynał padać. 

Wysiadł z samochodu i jeszcze raz, kuląc się, poszedł na brzeg, gdzie był już 

dzisiaj kilka razy. 

Wiedział, co tam znajdzie. Pordzewiałe garnki, butelki po wypitych bełtach, 

stare stanowiska   wędkarzy,   skutecznie   teraz przepłoszonych przez gliniarzy... 
Kilka razy kopnął jakieś stare buty, puszki, nadpaloną gałąź z ogniska, które ktoś 
tu dawno temu palił. 

Odwrócił się plecami w stronę rzeki chcąc zobaczyć, jak daleko stąd do bu-

dynku, w którym mieściła się jego pracownia. Deszcz jakby przybliżył bryłę do-
mu  i  rozmył  kontury.  Mimo  to  zauważył  w  pewnej  chwili,  że  ktoś  odsłonił 
firankę  na  trzecim  piętrze.  Dostrzegł  to  wyraźnie,  więc  był  jeszcze  zbyt  blisko. 
Cofnął się kilka kroków, idąc w półobrocie, jeszcze raz odwrócił się twarzą do 
ulicy i postąpił tyłem krok w stronę rzeki, a potem jeszcze jeden, i jeszcze. 

Jego prawa noga zapadła się nagle w jakiś porośnięty rzadką trawą dół. Upadł 

na jedno kolano, a potem zaklął i z całej siły szarpnął nogę do góry. Poczuł, jak 
ze stopy zsuwa mu się but. Rozkraczył się i stanął pewnie na twardym kawałku 
ziemi. Przyklęknął i zaczął z wściekłością grzebać jakimś patykiem w grząskim 
dnie.  Wyłowił  coś,  co  na  pewno  nie  było  męskim  półbutem.  Odepchnął  to 
patykiem  jak  najdalej  od  siebie.  Szukał  dalej.  Wreszcie  na  końcu  patyka  ujrzał 
swój  but.  Przez  chwilę  zastanawiał  się,  czy  jest  sens  zakładać  to  coś  na  nogę. 
Wygrzebał z wnętrza trochę błota i wcisnął go jednak na stopę. A potem kopnął 
ze  złością  to  coś,  co  wyłowił  wcześniej.  To  coś  potoczyło  się  zaledwie 
kilkanaście  centymetrów  i  błysnęło  złotem.  Jan  podniósł  to  i  teraz  już  niewiele 
się zastanawiając otarł rękawem marynarki. Trzymał w ręku brokatowy dumski 
pantofel. 

background image

 

Takie  same  pantofle  miała  na  nogach  prostytutka,  którą  widział  z  balkonu. 

Miał teraz dowód, którego żądał od niego oficer milicji, ale jednocześnie był w 
sytuacji księcia z bajki. Musiał znaleźć Kopciuszka. Albo jego ciało. 

Gdzieś tam w jego systemie nerwowym „Moprobamat" skończył wadzić się z 

koniakiem  i  kawą,  i  chociaż  serce  w  dalszym  ciągu  było  niespokojne,  a  ręce 
drżały,  jakby  dzisiejszego  ranka  było  bardzo  zimno,  Makowicz  czuł  się  już 
znacznie lepiej. 

Z brokatowym pantoflem w ręku przebiegł kawałek trawnika, oddzielający go 

od  ulicy,  zatrzymał  się  na  chwilę  przy  żółtej  furgonetce,  przepuszczając  kilka 
przejeżdżających samochodów i wpadł do klatki schodowej. 

Nie  wjeżdżając  do  siebie  schwycił  słuchawkę  rozklekotanego  automatu  i 

wykręcił dwie dziewiątki i siódemkę. 

— Pogotowie milicji, słucham? 

—Mówi  Jan  Makowicz.  Dziś  rano  bytem  świadkiem  morderstwa.  Kapitan 

Popowicz  kazał  mi,  gdy  zajdą  nowe  okoliczności,  natychmiast  z  nim  się 
porozumieć. 

—Rozumiem, ale ja nie mogę połączyć, proszę telefonować na naszą centralę 

i prosić o połączenie z wydziałem kryminalnym. 

—Ale ja muszę natychmiast! 

—Czy panu coś grozi? 

—Nie. 

— Proszę zatelefonować na centralę. Podaję numer... 

Połączenie zostało przerwane. 

Makowicz z trudem wygrzebał w zakamarkach swoich kieszeni jakąś jedną, 

jedyną dwuzłotówkę. Dygocąc z podniecenia nie bardzo mógł zrozumieć to, co 
do niego mówi jakiś milicjant, który po prostu poinformował go, że kapitan Po-
powicz wyjechał w teren i nie wiadomo, kiedy wróci. 

Wiele lat temu ów oficer prowadził sprawę śmierci żony Jana i także począt-

kowo  nie  chciał  mu  wierzyć.  Właśnie  dlatego  dzisiaj  był  taki  skrupulatny  i 

background image

 

Makowicz  miał  prawo  sądzić,  że  jest  to  człowiek,  który  w  ramach  swoich 
możliwości  zrobi  wszystko,  o  co  go  poprosi.  Tyle  tylko,  że  go  nie  było. 
Wiedział, że po dzisiejszym ranku na nikogo innego z milicji nie może liczyć. 

A przecież musiał kogoś znaleźć. 

Przeszedł przez jezdnię i wsiadł do samochodu. Wrzucił but do plastykowej 

torby  i  pieczołowicie  ułożył  go  na  podłodze  w  miejscu,  gdzie  zwykle  trzyma 
nogi pasażer siedzący obok kierowcy. 

Wiedział,  że  ma  rację  i  tylko  kwestią  czasu  jest,  jak  szybko  potrafi  to 

udowodnić. 

Uśmiechnął się do siebie i nieco rozprężony zapalił papierosa. 

A potem włączył silnik i ruszył od krawężnika. 

Zbliżała się godzina jedenasta. 

 

Każdy,  kto  wyobraża  sobie,  że  w  warszawskiej  popołudniówce  o  godzinie 

jedenastej jest gwarno, tłoczno, a dziennikarze przepychają się do naczelnego ze 
swoimi  wystrzałowymi  materiałami,  starając  się  o  umieszczenie  ich  w 
najbliższym  wydaniu,  jest  w  grubym  błędzie.  W  rzeczywistości  o  tej  porze 
redakcja  przypomina  puste  szkolne  korytarze  w  czasie,  gdy  we  wszystkich 
klasach  odbywa  się  klasówka  z  matmy.  W  dużym  pokoju,  za jedynymi  szeroko 
otwartymi na korytarz drzwiami siedziała sekretarka, która starannie smarowała 
sobie  bułkę  i  apatycznie  wpatrywała  się  w  ekran  telewizora.  Emitowano  w 
porannym programie kolejny odcinek serialu, tyleż głośnego, co i głupiego. 

Na ekranie właśnie zapadła cisza, bo bohaterowie się całowali. 

Janowi  udało  się  to  wykorzystać  i  spytać  o  Wojtka.  Jednak  sekretarka  nie 

wiedziała ani kiedy on będzie, ani nawet czy w ogóle dzisiaj przyjdzie. Nie było 
też  z  nim  żadnego  kontaktu,  bo  —  o  czym  zresztą  Jan  dobrze  wiedział  —— 
Wojtek  dostał  właśnie  nowe  mieszkanie  na  Ursynowie  i  nie  miał  telefonu. 
Wreszcie  po  dłuższym  zastanowieniu  dama  z  sekretariatu  poinformowała  go, 
gdzie Wojtek ma swoje biurko i łaskawie zezwoliła, aby tam na niego poczekał. 
Makowicz nie miał innego wyjścia. 

background image

 

Poznał  Wojtka,  gdy  ten  przyszedł  do  niego  po  raz  pierwszy  kilka  lat  temu 

jako  początkujący  dziennikarz  i  nieśmiało  wszedł  do  budynku  politechniki  na 
Wydział  Architektury.  Szukał  jakiegoś  tematu,  który  sam  nie  bardzo  potrafił 
sprecyzować.  Od  tego  czasu  spotykali  się  przy  mniej  lub  bardziej  oficjalnych 
okazjach, i choć dobrze się znali, nigdy ta znajomość nie przeobraziła się ani w 
przyjaźń, ani też w bliższą zażyłość. 

Siedząc w jedynym  wytartym fotelu  w pokoju Wojtka Jan trzymał owiniętą 

dookoła  nadgarstka  foliową  torbę,  w  której  nie  zdążył  jeszcze  wyschnąć 
zabłocony  damski  pantofel.  Był  to  przedmiot,  który  pozbawił  go  lęku  i 
niepewności, czy to, co widział dziś nad ranem, zdarzyło się naprawdę. Starał się 
jeszcze raz wszystko przeanalizować. Jednak zmęczenie i „Meprobamat" wzięły 
górę i zupełnie nieoczekiwanie dla siebie samego zasnął. 

Obudził się, jak sądził, niemal zaraz, potrząsany za ramię przez stojącego na-

przeciw  niego  Wojtka.  W  rzeczywistości  spał  prawie  godzinę.  Była  to  jedyna 
godzina snu, jaką udało mu się złapać od wczorajszego ranka. Nie było to dużo. 

Wojtek,  pochylony  w  plecach,  wysoki,  na  wyraźnie  krzywych  nogach,  z 

wyłysiałą głową i krótką, otaczającą całą twarz starannie utrzymaną rudo—siwą 
brodą miał widocznie wczoraj dobry dzień, bo błyskał przepitym okiem i był w 
szampańskim  humorze.  Skarżył  się  tylko,  że  go  koszmarnie  boli  głowa  i  że 
pewnie  się  przeziębił,  bo  cały  czas  ma  suchość  w  gardle  i  z  trudem  mu  idzie 
przełykanie  śliny.  Przestał  gadać  głupoty  i  usprawiedliwiać  swego  kaca,  gdy 
wreszcie  przyrządził  dwie  szklanki  lurowatej  herbaty  i  usiadł  z  jękiem  na 
twardym krześle naprzeciwko Jana. 

Nie był jednak w stanie spokojnie wysłuchać jego opowieści. To zrywał się i 

już leciał robić materiał z tej historii, to znowu siadał sycząc jak indyk i skarżąc 
się na ból głowy. Wreszcie jednak zrozumiał, czego od niego oczekuje Jan. Po-
grzebał w swoim zniszczonym grubym notatniku i pomrukując coś do siebie wy-
nalazł  potrzebny  numer  telefonu.  Sapiąc  i  krzywiąc  się  niemiłosiernie,  z 
wyrazem  nieskończonego  cierpienia  na  twarzy  podniósł  słuchawkę.  Był  jednak 
wyraźnie  dumny  z  tego,  żo  pan  docent  zwrócił  się  do  niego  o  pomoc  Zanim 
jeszcze zaczął mówić, cały stał się bardzo ważny i oficjalny. Nareszcie on mógł 
coś załatwić. Teraz gulgotał uprzejmie w słuchawkę: 

background image

 

— Z panem prokuratorem Kwiatkowskim... Nie, to prywatna sprawa, ale bar-

dzo pilna... Tak, jestem jego znajomym... — spojrzał na Jana chcąc się upewnić, 
czy  to,  co  mówi,  wystarczająco  dodaje  mu  prestiżu.  —  Andrzej?!...  Mam  dla 
ciebie  nietypową  sprawę!  Świadka  morderstwa  wraz  z  dowodem...  Nie.  on  nie 
może z tym pójść na milicję... Nie, no oczywiście... tak. sam ci to wytłumaczy, 
chodzi o to, żebyś popędził kogo trzeba... No, wiesz... i bardzo przyjemnie, tak., 
już  go  do  ciebie  posyłam...  Co?  Tak...  Będzie  mała  balanżka?  I  bardzo 
przyjemnie — powtórzył jeszcze raz a potem rzucił lekko: — No to cześć. 

Odłożył słuchawkę i jeszcze raz z dumą spojrzał na Makowicza. 

Załatwione — pochwalił się. 

Gdy  Jan  wychodził  na  korytarz,  Wojtek  już  układał  się  na  jego  miejscu  w 

fotelu, pomrukując do siebie: 

— No, masz... i bardzo przyjemnie. 

 

Stojący  na  ulicy  przed  redakcją  samochód  Makowicza  miał  promieniście 

rozbitą  szybkę  bocznego  wywietrznika.  W  tym  mieście  ginie  dziennie 
kilkanaście  samochodów,  a  do  wielu  innych  próbują  się  dobrać  zawodowi 
złodzieje, jak i szczeniaki, które tylko chcą się przejechać. Jan zaklął, usiadł za 
kierownicą  i  położył  torbę  ze  znalezionym  butem  zamordowanej  na  siedzeniu 
obok.  Leżała  tam  też  duża  książka  w  żółtych  okładkach,  poświęcona 
architekturze. 

Niby  nic  się  nie  stało,  ale  jeszcze  zanim  ruszył  poczuł  się,  nic  wiadomo 

dlaczego, nieswojo. 

Miał chwilę czasu do spotkania z prokuratorem. Godzina snu. jaką złapał w 

redakcji  czekając  na  Wojtka,  nie  przyniosła  odpoczynku.    Postanowił    wypić 
kawę. 

Ostrożnie,  mrugając  kierunkowskazem,  włączył  się  w  rząd  jadących 

samochodów. 

Po  kilku  minutach  wjeżdżał  na  mały  parking  naprzeciw  jednej  ze 

śródmiejskich  kawiarń.  Zatrzasnąwszy  starannie  drzwi  wozu  zatrzymał  się  na 

background image

 

chwilę  przy  krawężniku,  przepuszczając  przejeżdżające  jezdnią  samochody. 
Zdążył już zrobić dwa, a może trzy kroki po czarnym, pociętym białymi pasami 
zebry  asfalcie,  gdy  ryczący  wysokimi  obrotami  silnika  żółty  furgon  znalazł  się 
tuż  przy  nim,  Tylko  jakimś  nieprawdopodobnym  skurczem  mięśni,  których 
przecież zupełnie nie kontrolował, nie mając szansy na cofnięcie się, Jan zrobił 
ni  to  piruet,  ni  to  zwrot.  Jego  ręka  trzymająca  torbę  uderzyła  o  karoserię  pę-
dzącego  samochodu.  Rozerwana  torba  zamieniła  się  w  trzepoczącą  szmatę,  a 
zabłocony  damski  but  wylądował  na  tym  samym  trotuarze,  na  którym  przed 
chwilą stał Jan. 

Zanim  zdążył  przestraszyć  się  tego,  co  się  stało,  zanim  zdążył  zrozumieć 

cokolwiek, choćby to, że o włos uniknął śmierci, żółty furgon zniknął. Nikt prócz 
niego niczego nie zauważył. 

Jan cofnął się, podniósł but i wsiadł na powrót do samochodu. 

Dopiero teraz, gdy siedział już za kierownicą i przekręcał kluczyk, dostrzegł, 

że  obie  ręce  dygocą  mu  skurczami,  których  nie  może  opanować.  Zapalił 
papierosa i czekał, aż się uspokoi. Nie potrzebował już kawy. 

Po jakimś czasie przydusił papierosa popielniczce i nie czekając aż zgaśnie 

wyrzucił  niedopałek  przez  okno.  Włączył  bieg  i  ponownie  wcisnął  się  między 
jadące samochody. Teraz jechał już prosto do prokuratury. Chciał jak najszybciej 
oddać  leżący  obok  damski  bul.  jeszcze  raz  wszystko  w'yjaśnić  i  wreszcie,  po 
nieprzespanej nocy, po przygodach  próbą włamania do samochodu i dziwnym 
wypadku  na  jezdni,  mieć  to  wszystko  za  sobą.  Jechał  na  pamięć. 
Jednokierunkowa  ulica  nie  zmuszała  go  ani  do  myślenia  ani  do  zbytniej  uwagi 
przy prowadzeniu. 

Raptem  gdzieś  za  swymi  plecami  usłyszał  ryk  klaksonu,  a  sekundę  później 

dostrzegł  we  wstecznym  lusterku  błyskające  reflektory.  Jadąca  za  nim  żółta 
furgonetka  spędzała  go  na  bok,  wciskając  się  groźnie  z  lewej  strony.  Cham! 
Chcąc  nie  chcąc  Makowicz  musiał  ustąpić.  Wyraźnie  miał  dzisiaj  pecha  do 
żółtych  furgonetek.  Dał  się  wyprzedzić  i  natychmiast  przyśpieszył,  starając  się 
trzymać na ogonie jadącego przed nim samochodu. 

Jednakże  taka  jazda  w  pełnym  ruchu  wielkiego  miasta  nie  była  łatwa.  Po 

chwili między Jana a żółtą furgonetkę wcisnął się jakiś fiat, a potem wtarabaniła 

background image

 

się  stara,  zdezelowana,  choć  dobrze  utrzymana  półciężarówka  renault, 
pamiętająca czasy wojny światowej. 

Jan  dopiero  w  ostatnim  momencie  dostrzegł,  że  samochód,  który  go 

interesował,  zatrzymał  się  przy  krawężniku po prawej  stronic jezdni. Makow

i

cz 

przyhamował i jadąc niespełna 30 kilometrów na godzinę przyglądał się stojącej 
furgonetce.  Nic  mógł  się  sam  zatrzymać,  bo  jak  zwykle  o  tej  porze  w 
śródmieściu było to raczej niewykonalne. Dlatego też przejeżdżając obok opuścił 
lewą  boczną  szybę  i  odwrócił  głowę,  czekając  na  moment,  gdy  będzie  mógł 
puścić soczystą warszawską wiąchę. 

W  ostatnim  momencie  zobaczył  na  szybie  swojego  samochodu  dwie 

rozczapierzone  dłonie  i  usłyszał  przeraźliwy  krzyk.  Odruchowo  naciskając 
hamulec  zdążył  jeszcze  dostrzec  padające  przed  maską  ciało  mężczyzny. 
Samochód  aż  „przysiadł"  zatrzymany  gwałtownie,  a  Jan  uderzył  piersią  o 
kolumnę kierownicy. Widział już tylko nadbiegających ze wszystkich stron ludzi 
i słyszał ryk klaksonów samochodów, które jechały za nim. 

 

Makowicz pochylał się właśnie nad leżącym na jezdni człowiekiem, gdy usły-

szał jego krzyk: 

— To moja wina! Proszę państwa, to moja wina! 

Powtarzał to kilkakrotnie, jakby chciał przeprosić, jakby chciał, aby nikt nic 

miał  do  niego  pretensji  o  to,  że  leżąc  przed  stojącymi  w  karnym  sznurze 
samochodami tamuje ruch całej ulicy. 

Makowicz  nie  zwracał  uwagi  na  jego  wołanie.  Przyklęknął  przy  nim  i 

gorączkowo  chciał  się  dowiedzieć,  co  się  leżącemu  na jezdni mężczyźnie  stało. 
Ale  ten  wyciągając  do  niego  rękę  poprosił  tylko,  aby  pomógł  mu  wstać. 
Wyglądało  to  na  szok  powypadkowy  i  chyba  raczej  należało  wezwać  karetkę, 
lecz gdy mężczyzna sam podniósł się i lekko tylko podkurczając nogę stanął — 
Jan odetchnął z ulgą. 

— Zawiozę pana na pogotowie — zaproponował szybko i otaczając tamtego 

ramieniem pomógł mu wsiąść do swego samochodu. 

background image

 

Ruszał  powoli,  przepychając  się  przez  tłum  niechętnie  ustępujących  mu  z 

drogi  przypadkowych  gapiów,  gdy  dzięki  uchylonej  szybie  usłyszał,  jak  jakiś 
zidiociały staruch waląc trzymaną w ręku laską o trotuar wykrzykiwał: 

— To zbrodniarz! Nie pozwólcie mu odjechać! 

Makowicz miał już przed sobą wolną drogę. Szybko dodał gazu. 

Mężczyzna  milczał  i  tylko  od  czasu  do  czasu  wydawał  z  siebie  ni  to 

westchnienie,  ni  to  jęk.  Zdenerwowany  Jan  w  dalszym  ciągu  obawiał  się,  że 
mimo wszystko jest on bardziej poturbowany, niż mu się na początku wydawało. 
Jadąc ostro co chwila bądź to gwałtownie przyśpieszał, bądź równie gwałtownie 
hamował.  Zarówno  jedno,  jak  i  drugie  za  każdym  razem  wyrywało  z  ust 
mężczyzny  coś  na  kształt  posapywania.  Obserwujący  go  kątem  oka  Makowicz 
widział  jego  nieco  wykrzywioną  bólem  twarz,  ale  musiał  przyznać,  że  chłop 
trzymał  się  całkiem  nieźle.  Miał  krwisty  rumieniec  na  bladej,  a  może  raczej 
wyblakłej  twarzy.  Z  jego  karnacją  harmonizowały  jasnobłękitne,  niemal 
przezroczyste  oczy.  Dziwną  posępność  nadawały  tej  twarzy  nisko  nad  oczyma 
zawieszone  gęste,  zrośnięte  między  sobą  czarne  brwi.  Było  w  nim w  ogóle  coś 
niemiłego i budzącego niechęć. Z pozoru młody, w rzeczywistości był to jednak 
chyba facet dobrze po czterdziestce. 

Raz  tylko,  wchodząc  ostro  w  zakręt  Jan  nie  usłyszał  spodziewanego  jęku. 

Rzuciwszy z ukosa spojrzenie na swego pasażera dostrzegł, jak ten wpatruje się 
w niego swym zimnym i nieprzyjaznym spojrzeniem. Nie zdziwiło go to. Trudno 
przecież  oczekiwać  od  potrąconego  przez  nieuwagę  człowieka  ciepłych  uczuć. 
Makowicz poczuł się jednak na tyle niezręcznie i źle, że musiał wziąć dwa, trzy 
głębokie oddechy, aby to niemiłe uczucie go opuściło. 

Do  samego  pogotowia  starał  się  dyskretnie  obserwować  mężczyznę.  Gdy 

podjeżdżali  na  miejsce,  Jan  był  już  przekonany,  że  w  zachowaniu 
poturbowanego jest więcej udawania niż rzeczywistego bólu. 

Mógł się jednak mylić. 

 

Ujmując  w  pasie  podskakującego  na  jednej  nodze  mężczyznę  Makowicz 

próbował  nie  zauważyć  czekającej  przed  drzwiami  ambulatorium  kolejki. 

background image

 

Hipochondrycy!  Gruba  baba,  które  właśnie  umierała  na  serce,  zerwała  się  z 
krzesła i zastawiwszy swym cielskiem wejście wrzasnęła: 

— Kolejka wszystkich obowiązuje!!! 

— Jesteśmy z wypadku... — próbował tłumaczyć Jan. 

Grubaska  przyjrzała  się  im  dokładniej,  a  gdy  jej  oczy  spotkały  się  z 

rozwodnionym  spojrzeniem  mężczyzny,  którego  podtrzymywał  Makowicz. 
oświadczyła: 

— Wszyscy tu jesteśmy z wypadku. Ja mam zawał... 

Nie była już jednak tak opryskliwa. Stała w dalszym ciągu w drzwiach, gdy 

Jan  usadził  swego  towarzysza  na  jedynym  wolnym  krzesełku,  a  potem  nie 
protestowała, gdy wszedł, prześlizgując się obok niej, do gabinetu lekarskiego. 

—Proszę nic wchodzić — lekarz nawet nie podniósł wzroku od aparatu, któ-

rym mierzył ciśnienie wychudzonemu młodzieniaszkowi, po którym na pierwszy 
rzut oka było widać, że jest naćpany do nieprzyzwoitości. 

—Potrąciłem  samochodem  człowieka  —  powiedział  Jan.  Małoletni  ćpun 

mógł w końcu poczekać. 

—Gdzie  on jest?  —  lekarz  wstał  od stolika i wyprostowany spojrzał po raz 

pierwszy na Jana. 

—Czeka na korytarzu, ale nie bardzo może chodzić, coś z nogą... 

—Idziemy — zdecydował lekarz. Razem wyszli z ambulatorium. 

—Który to? 

Jan rozejrzał się zdziwiony po poczekalni. Uważnie przyjrzał się każdemu z 

siedzących. 

Pomiędzy zgromadzonymi tu ludźmi nie było tego, którego dosłownie przed 

chwilą przywiózł z ulicy. Po prostu nie było go. 

—Panie  doktorze,  panie  doktorze  —  do  ręki  lekarza  przypadła  gruba.  — 

Umieram... Naprawdę! Niech mnie pan ratuje!... 

background image

 

—Pani  Malinowska  —  odezwał  się  beznamiętnie  lekarz  —  ile  razy  pani 

mówiłem, żeby się pani leczyła w rejonie? Nic pani nie jest i proszę tu więcej nie 
przychodzić. No — dodał zwracając się do Jana — który to? 

Jan z trudem przełknął ślinę. 

—Nie  ma  go...  Przecież  posadziłem  go  tutaj...  —  spojrzał  na  czekających 

przed gabinetem, biorąc ich za świadków. 

—Poszedł — stwierdziła gruba. — Nic mu nie było, a ja przez takich jak pan 

umrę... 

Przez chwilę Jan nie wiedział, co powiedzieć. Wreszcie wydukał: 

— Bardzo pana przepraszam. Ja... 

—  Głupie  dowcipy  —  lekarz  nie  słuchając  machnął  ręką  i  zawrócił  do 

otwartych  drzwi  gabinetu.  W  samą  porę.  Zdążył  właśnie  zobaczyć,  jak  z  nagła 
ożywiony ćpun upycha do kieszeni kilka strzykawek jednorazowego użytku. 

 

Wychodząc z budynku pogotowia Makowicz jeszcze nie bardzo rozumiał, co 

się  stało.  Zatrzymał  się  na  ulicy  i  przez  chwilę  rozglądał  się  wokół,  mając 
nadzieję, że gdzieś wśród tłumu ludzi, przewalających się o tej porze dnia przez 
Hożą,  dostrzeże  przywiezionego  tu  przez  siebie  faceta.  Nigdzie  go  jednak  nie 
było. 

W  samochodzie  zapalił  papierosa  i  raptem  spojrzał  na  sąsiednie  siedzenie, 

jakby tam spodziewał się zobaczyć swego niedawnego pasażera. 

Fotel był pusty. 

Nie  było  na  nim  również  brokatowego  pantofla  zamordowanej  dzisiejszego 

poranka  nad  Wisłą  prostytutki.  Nie  było  go  na  podłodze  przed  fotelem,  nic  nie 
leżało pod fotelem, ani na tylnym siedzeniu. 

Ktoś go zabrał. 

I mógł to zrobić tylko jeden człowiek. W ułamku sekundy  Makowicz doznał 

olśnienia. Wszystkie zdarzenia dzisiejszego ranka i przedpołudnia ułożyły się 
nagle w jedną sensowną całość. Zrozumiał, dlaczego ktoś próbował włamać się 

background image

 

do jego samochodu, czemu próbował go przejechać, a potem — ryzykownie, bo 
ryzykownie — sfingował dość udatnie wypadek. Był to morderca. 

Makowicz  poczuł  lęk.  Nie  jakieś  tam  zdenerwowanie  czy  przestrach,  z 

którego  łatwo  się  otrząsnąć.  Bał  się  czując  zagrożenie,  które  mogło  przyjść  w 
każdej chwili nie wiadomo skąd. Bał się nieokreślonego, 

Zwilgotniałe  dłonie  zaciskały  się  na  kierownicy,  a  serce,  które  dostało 

gwałtowny  zastrzyk  wytworzonej  przez  nadnercza  adrenaliny,  rzuciło  się  do 
gwałtownego  łomotu.  Suchość  w  ustach  potęgowały  nie—rytmiczne  hausty 
wciąganego przez wpół—otwarte usta powietrza. 

Głębokie zaciągnięcie się papierosem nic nie dało. Jan włączył silnik i już nic 

wiadomo  który  raz  tego  dnia  —  ruszył.  Brak  bezpośredniego  zagrożenia 
powodował,  iż  zdawał  sobie  sprawę,  że  lęk,  który  go  opanował,  może  pokonać 
tylko wykonując dobrze sobie znane rutynowe czynności i starając się za wszelką 
cenę odwrócić bieg swoich myśli. 

Ruch uliczny nieco mu w tym pomógł. Jadąc pomiędzy innymi samochodami 

cały  czas  miał  nieprzyjemne  wrażenie,  że  ktoś  wpatruje  mu  się  w  potylicę. 
Rozejrzał się raz i drugi, nikogo nie dostrzegł. Nikt go nie śledził. 

Wiedział  już,  że  za  wszelką  cenę  musi  przekonać  się,  czy  ma  rację.  Był 

spóźniony  na  umówioną  rozmowę  z  prokuratorem,  ale  teraz  nie  to  było 
najważniejsze. Jechał tam, gdzie po raz ostatni widział żółtą furgonetkę. 

Było  tak,  jak  się  spodziewał.  Na  jej  miejscu  przy  krawężniku  stal  już  inny 

samochód. 

Nie  zatrzymując  się  Makowicz  pojechał  dalej,  ale  obrzydliwe  mrowienie  w 

kręgosłupie znowu się pojawiło. 

Bał się. 

W  pokoju  prokuratora  nie  było  niczego  prócz  pustego    biurka    i    żelaznej  

szafy. 

W  promieniach  wpadającego  przez  okno  słońca  unosił  się  zestarzały, 

cuchnący  pustką  kurz,  podrywając  się  nieco  do  góry  przy  najmniejszym  geście 
siedzącego  za  biurkiem  mężczyzny.  Nie  miał  on  więcej  jak  trzydzieści  lat.  W 

background image

 

tym  wieku  mężczyźni  w  stolicy  noszą  dżinsy  i  swetry.  Ten  ubrany  był  z 
nienaganną  elegancją,  podpatrzoną  w  tanich  filmach  telewizyjnych.  Na  palcu 
miał  srebrny  sygnet.  Palił  peweksowskie  marlboro.  Był  gotów  na  wszystko. 
Nawet  na  podjęcie  decyzji.  Gestem,  nie  wstając  od  biurka,  wskazał  Janowi 
stojące  naprzeciw  niego  krzesło  i  wielkopańskim  ruchem  poczęstował  go 
papierosem.  Gdy  ten  odmówił,  sięgając  po  swoje  ekstramocne,  był  wyraźnie 
zawiedziony.  Zastanowił  się  chwilę,  a  później  w  powściągliwy  sposób  wyraził 
chęć  wysłuchania  wszystkiego,  co  mu  Jan  ma  do  powiedzenia.  Był  bardzo 
uważny  podczas  jego  monologu,  lecz  od  czasu  do  czasu  wpadał  mu  w  słowo 
krótkim  „wiem"  lub  „lak,  wiem",  co  coraz  bardziej  denerwowało  Jana. 
Makowicz  nie  był  typem  petenta,  który  nie  był  w  stanie  zrozumieć  gry,  którą 
prowadził  prokurator.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  te  „tak,  wiem"  mają  stworzyć 
wrażenie,  że  siedzący  przed  nim  facet  jest  wszystkowiedzący.  Gdy  jednak 
usłyszał  te  słowa  po  raz  kolejny,  zastanowił  się,  czy  przypadkiem  tych  dwóch 
godzin,  jakie  minęły  od  telefonu  Wojtka  do  prokuratora,  ten  ostatni  nie 
wykorzystał na sprawdzenie go wszystkimi sobie dostępnymi kanałami. Zresztą 
to  nie  miało  znaczenia.  Ostatecznie  nie  miał  niczego  do  ukrycia  i  niczego  nie 
musiał się wstydzić. 

—Proszę pokazać mi ten but... — dowód, który był jeszcze niedawno w po-

siadaniu Jana, zainteresował prokuratora na tyle. że po raz pierwszy odezwał się 
do niego w miarę normalnie. 

—Chodzi właśnie o to, że w drodze do pana został mi skradziony — wyjaśnił 

Jan i jednocześnie poczuł się tak, jakby skłamał. 

—Jest pan pewny? — prokurator przygasił peta w popielniczce. 

—Ja wiem — Jan starał się mówić z całym przekonaniem — że to, co teraz 

powiem, może brzmieć trochę dziwnie. Tak jednak właśnie się stało. Skradziono 
mi go z samochodu. 

— Proszę, niech pan mówi dalej — jego rozmówca wstał i podszedł do okna, 

opierając się o nie plecami. 

Był  to  dobrze  opanowany  trik,  bo  Jan  przestał  widzieć  twarz  prokuratora. 

Stuła się ona po prostu plamą, on sam zaś — ciemną sylwetką, fantomem urzędu, 
który reprezentował. 

background image

 

— Od momentu, gdy odjechał kapitan Popowicz  — próbował wytłumaczyć 

Jan — jestem prześladowany przez jakiegoś człowieka... 

— Zna go pan? 

— Skądże! Pojawia się i znika w najmniej oczekiwanych sytuacjach. 

— To znaczy kiedy pan go widział? 

— Tylko jeden raz, gdy rzucił mi się pod samochód. 

— Potrącił go pan? 

—Nie. Po prostu skoczył mi na maskę samochodu fingując wypadek. 

—Po prostu skoczył na maskę... — powtórzył prokurator w zamyśleniu. — I 

ani wcześniej, ani później już go pan nie widział? 

— Nie, nie widziałem. 

— To jak on pana prześladuje? Makowicz westchnął widząc, że nie jest 

rozumiany. 

—Próbował włamać mi się do samochodu, potem chciał mnie przejechać, śle-

dził mnie, prześladował, ukradł but, gdy wiozłem go na pogotowie przed wizytą 
u pana... 

—Ale go pan nie widział? — stwierdziła ciemna postać w oknie. — To skąd 

pan wie, że to cały czas ten sam człowiek? 

—Przecież tłumaczę panu, że to on jest mordercą. Czy pan tego naprawdę nie 

rozumie? Teraz dybie na moje życie. Jestem jedynym świadkiem, który może go 
rozpoznać. 1 on o tym wie. Już próbował i jeszcze na pewno będzie chciał mnie 
zlikwidować.  Niech  pan  zrozumie!  Mnie  już  nie  chodzi  o  dowodzenie  swoich 
racji, mnie chodzi o to, aby ten facet mnie nie zabił! Nożem, łomem, łańcuchem, 
samochodem... — Makowicz raptem zatrzymał 

potok wypowiadanych przez siebie słów, jakby sam się przestraszył lego, co 

powiedział. 

Ciemna sylwetka w oknie długo milczała, nad czymś się zastanawiając. 

background image

 

— No tak... — powiedział wreszcie prokurator. — Dziękuję panu uprzejmie 

za to, że chciał się pan do nas, tutaj, pofatygować. Sprawdzimy to wszystko. Wie 
pan, na pana miejscu nie przejmowałbym się się tym wszystkim tak bardzo. To 
mógł być zwykły zbieg okoliczności. Ale oczywiście — dodał szybko widząc, że 
Jan chce mu przerwać — jeśli tylko wpłynie do nas meldunek o zaginięciu albo 
Wisła  wyrzuci  zwłoki,  natychmiast  się  z  panem  skontaktujemy.  Tak.  I 
podejmiemy wszystkie należne czynności... 

Podszedł do Jana, przyjrzał mu się przez chwilę, a potem  — zmierzając już 

do drzwi — dodał: 

— I niech pan nie myśli cały czas o tym swoim prześladowcy. Na pewno już 

zrozumiał, że nie jest pan dla niego niebezpieczny. Tak... To wszystko. 

I wyszedł z pokoju, zostawiając w nim zupełnie otumanionego docenta. 

 

Blade,  przezroczyste  oczy  kierowcy  furgonetki  z  uwagą  obserwowały 

Makowicza  wchodzącego  do  budynku,  którego  drzwi  były  opatrzone  czerwoną 
urzędową tablicą. Niewidoczny za stojącą przed nim ciężarówką pozwolił sobie 
jeszcze  na  kilka  pociągnięć  papierosa  zanim  wysiadł  i  podszedł  do  drzwi,  za 
którymi zniknął Jan. Zatrzymał się przy nich na krótką chwilę, która potrzebna 
mu była na przeczytanie napisu „Poradnia Zdrowia Psychicznego'’. 

 

Jan  chciał  przejść  obok  przeszklonego  boksu  rejestracji,  ale  siedząca  tam 

kobieta podniósłszy nagle głowę poznała go i zawołała: 

— Panic docencie! 

A  gdy  Makowicz  z  trudem  ukrywając  niezadowolenie  z  tego  spotkania 

zatrzymał się, uśmiechnęła się i nie zważając na jego minę trajkotało dalej: 

— No, jak tam? Wszystko w porządku? Ostatnio rzadko nas pan odwiedza — 

i wcale nie spodziewając się odpowiedzi gadała dalej:  — To dobrze, to bardzo 
dobrze. Zawsze się cieszę, gdy nasi pacjenci nie muszą już do nas przychodzić. 

Spoważniała nagle, gdy Jan — nie odpowiedziawszy nawet uśmiechem na jej 

słowa — niemal oficjalnie spytał: 

background image

 

—Czy pani Halina... — ale zaraz się poprawił — ... czy pani doktor jest u sie-

bie? 

—Jest,  oczywiście,  że  jest  tamta  sięgnęła  ręką  do  telefonu.  —  Zaraz  ją 

uprzedzę, że pan przyszedł. 

I popatrzyła z troską na Jana, który bez słowa, bez jednego gestu, skierował 

się w stronę korytarza, z którego obu stron znajdowały się gabinety lekarskie. 

Nie  zdążył  nawet  wypalić  pół  papierosa,  gdy  drzwi  gabinetu,  obok  którego 

siedział,  otworzyły  się.  Wyszedł  z  nich  mężczyzna.  Za  nim  wychyliła  się 
pięćdziesięcioletnia  może  kobieta  w  lekarskim  fartuchu.  Ujrzawszy  Jana 
uśmiechnęła się. 

— Proszę bardzo, panie docencie. 

Jan  zgasił  papierosa  w  brudnej  popielniczce,  wstał,  uśmiechnął  się  i  po  raz 

pierwszy dzisiejszego dnia poczuł się całkowicie bezpieczny. 

 

Niski,  barczysty  mężczyzna  o  bladej  cerze,  z  twarzą  przekreśloną  czarnymi 

zrośniętymi brwiami, podszedł do recepcji. 

—Przepraszam panią — odezwał się miłym, ciepłym głosem. 

—Słucham  —  recepcjonistka  przybrała  oficjalny  ton  widząc  nieznanego 

sobie  mężczyznę.  Tym  nowym  pacjentom  nigdy  na  początku  nie  pozwalała  na 
zbytnią poufałość. 

—Tutaj  przed  chwilą  wszedł  jeden  pan...  —  w  głosie  mężczyzny  brzmiała 

nieśmiałość. On... zastawił mi samochód... nie mogę wyjechać. Gdzie on jest? 

Mimo  że  takich  informacji  pani  z  recepcji  nie  udzielała,  odruchowo 

powiedziała: 

— Niech pan sobie radzi sam. Ten pacjent szybko nie wyjdzie. 

I powróciła do swych kartotek. 

Nie wiedziała, że udzieliła blademu, nieśmiałemu mężczyźnie najważniejszej 

informacji z tych, które chciał on uzyskać. 

background image

 

 

Gabinet,  do  którego  lekarka  zaprosiła  Jana,  był  podobny  do  wszystkich 

innych  tego  typu.  Tyle  tylko,  że  zamiast  tradycyjnej  leżanki  z  boku  stała 
wersalka,  przed  którą  kurczył  się  niski  stół—jamnik,  przykryty  białostockim 
bieżnikiem. Obok stał równie niski, co niewygodny fotelik. 

Lekarka nie posadziła Makowicza na przygotowanym dla pacjentów krześle, 

znajdującym się naprzeciw biurka, lecz wskazała na fotel, Sama rozpięła dwa gu-
ziki swego białego kitla, a potem trzasnęła pokrywą aparatu do mierzenia ciśnie-
nia, stwarzając tymi gestami atmosferę prywatności. 

—Napijemy się herbaty? — spytała i podeszła do okna, na którym stał elek-

tryczny czajnik i szklanki. — Nawet nie ma pan pojęcia, jak jestem zmęczona ty-
mi wszystkimi... Jak zwykle, panie Janie, pije pan mocną? 

—Nie za bardzo — odparł Makowicz nieruchomo wpatrując się gdzieś poza 

nią w kawałek parku, który było widać za oknem. — Coś mi dzisiaj serce siada... 

—Niech  się  pan  nie  przejmuje.  Taka  pogoda...  Najwyżej  pan  trochę  więcej 

posłodzi i będzie dobrze. 

Ustawiła  szklanki  na  tacce  i  wraz  z  cukiernicą  przeniosła  to  wszystko  na 

stolik.  Siadła  na  wersalce  i  zapaliła  papierosa.  Dopiero  gdy  zaciągnęła  się 
głęboko  i  z  cichym  westchnieniem  ulgi  wypuściła  dym,  spojrzała  uważniej  na 
Jana. 

—No, co tam u pana? Myślałam, że jak się już z panem spotkamy, to gdzieś 

na kawie. Przecież ostatni raz był pan u mnie z pół roku temu... 

—Nie daję rady... — Makowicz w dalszym ciągu nie patrzył na lekarkę.  — 

Nie wiem, może za bardzo się szarpię?.,. 

—Nikomu nie jest łatwo — powiedziała mało odkrywczo lekarka. 

—Pani Halino — Jan jakby nieco się ożywił — wypijmy herbatę i coś pani 

opowiem. Coś, co mi się dzisiaj przydarzyło. 

— Eeee, widzę, że to coś poważnego? Damy sobie z tym radę — uśmiechnęła 

się. 

background image

 

Ale  potem,  gdy  Jan  zaczął  opowiadać,  słuchała  go  z  coraz  bardziej  rosnącą 

uwagą.  Nawet  nie  wypiła  swojej  herbaty.  Po  półgodzinie  stała  ona  nadal 
nietknięta,  w  popielniczce  było  znacznie  więcej  niedopałków,  a  ona  słuchała 
Makowicza  ani  razu  mu  nie  przerywając.  Gdy  skończył,  nalała  mu  z  czajnika 
jeszcze jedną porcję herbaty i dopiero wtedy spytała: 

—Czego pan ode mnie oczekuje? Czy tego, żebym panu powiedziała: „drogi 

panie, niech się pan nie boi", czy też, że ma pan rację i wszystko to się rzeczy-
wiście wydarzyło? 

—Nie, chciałbym jakoś sobie dać z tym wszystkim radę... 

—I co? Jak pan chce to zrobić? Zamiast rozwiązać ten problem tak jak inne, 

przychodzi pan do mnie i mówi „pani Halino, niech pani za mnie to wszystko za-
łatwi". A to przecież trzeba inaczej. To wszystko jest pana problemem i sam pan 
musi to rozwiązać. 

Tego już nie mówiła pani Halina. To mówił psychoterapeuta do swojego pa-

cjenta. 

I Jan od razu dostrzegł tę zmianę. 1 stał się pacjentem. 

—Pani doktor,  widzi  pani, na początku  chciałem,  aby  schwytano  mordercę, 

potem  chciałem  udow

o

dnić  wszystkim,  że  ja  mam  rację  i  że  nic  mi  się  nie 

przywidziało. Teraz zaś boję się i nie mogę sobie dać rady z własnym strachem... 

—Czego pan się boi? Przecież nic panu teraz nie grozi. 

—Nieprawda! — Makowicz zareagował bardziej ostro niż chciał. — Boję się 

dwóch rzeczy. 

— Słucham — to było suche, oficjalne. 

—Po pierwsze, proszę mi powiedzieć, czy jedna pastylka „Meprobamatu" ż 

koniakiem może wywołać halucynacje? 

—Nie  powinna.  Meprobamat  działa  nasennie  i  uspokajająco.  Koniak  ma 

działanie podobne. Rozszerza nieco tętnice i działa rozluźnia ją co. Ale tylko w 
małych dawkach. Zatem o halucynacjach nie ma 

mowy. Chyba że ta dawka koniaku... — uśmiechnęła się. 

background image

 

—  W  takim  razie  boję  się,  że  wszystko  to  wydarzyło  się  naprawdę  i  teraz 

jestem ścigany przez mordercę. 

—Chyba sam pan w to nie wierzy! 

—Nie chcę wierzyć, ale się tego boję. 

—A druga ewentualność? 

— Przypadkowe zdarzenia ułożyły się w koszmarna całość. I, co gorsza, ja w 

to uwierzyłem. Boję się tej wiary. Bo to znaczy, że sam stworzyłem coś, co nie 
istnieje. 

 

Wystarczyło włożyć zwykły śrubokręt w zamek i lekko przekręcić, aby drzwi 

samochodu  Makowicza  ustąpiły.  Mężczyzna  o  czarnych  brwiach  skrupulatnie 
przejrzał wszystko, co się znajdowało na półkach, siedzeniach i za fotelami. W 
skrytce znalazł niefrasobliwie tam schowany komplet kluczy do mieszkania, a w 
dużej  brązowej  torbie,  którą  Jan  miał  zwyczaj  nosić  na  ramieniu,  dowód 
osobisty,  prawo  jazdy  i  całą  kupę  legitymacji,  które  w  ogóle  go  nic  zaintereso-
wały.  Przez  chwilę  siedział  bez  ruchu  zastanawiając  się,  co  teraz  zrobić.  Jego 
wzrok padł jeszcze raz na tabliczkę z napisem „Poradnia Zdrowia Psychicznego". 
I wtedy już wiedział. Po prostu ten świadek nie powinien być normalny. 

Zostało mu jeszcze jakieś czterdzieści pięć minut, w najgorszym wypadku pół 

godziny.  Zostawił  samochód  Makowicza  nie  zamknięty,  a  sam  przeszedł 
kilkanaście metrów i wsiadł do swojej półciężarówki. 

Furgonetka wystartowała ostro, z piskiem opon. Droga do mieszkania Mako-

wicza  zabrała  człowiekowi  o  przezroczystych  oczach  dokładnie  dwanaście 
minut,  cztery  minuty  zajęło  mu  wjechanie  winda,  na  trzecie  piętro  i  otwarcie 
mieszkania. Spędził w nim dziesięć minut. 

Dokładnie w trzydzieści cztery minuty od momentu odjazdu spod przychodni 

żółty samochód znów hamował przy jej wejściu. Mężczyzna wysiadł i podszedł 
do  wozu  Jana.  Był  on  nadal  otwarty.  Usiadł  za  jego  kierownicą  i  przestawił  go 
maską w odwrotnym kierunku. Wysiadł i skrupulatnie zamknął drzwi za pomocą 
tego samego śrubokręta. W ogóle nie przejmował się odciskami palców. 

background image

 

Wsiadł do żółtej furgonetki i nie czekając już na nic odjechał. 

 

Lekarka sięgnęła po aparat do mierzenia ciśnienia. 

— Niech pan odwinie rękaw. Dwukrotnie pompowała gruszką powietrze i 

dopiero wtedy powiedziała: 

— W normie. 

Potem ujęła go za przegub i chwilę cicho liczyła. 

—Nic panu nie jest. Najwyżej trochę się pan zdenerwował. 

—Tylko tyle ma mi pani do powiedzenia? — Jan był chyba bardziej rozdraż-

niony, niż się to wydawało lekarce.  — A ten damski pantofel? Przecież to była 
rzeczywistość. 

—No, wie pan... Nie może pan być pewny, że to ten człowiek go panu ukradł. 

Może  w  tym  rozgardiaszu  na  ulicy  po  prostu  wypadł  z  samochodu,  albo  zgu-
biliście  go  pod pogotowiem?  A  on  sam  zwiał,  bo  się  przestraszył.  Znam wielu 
takich, co jak ognia unikają wizyty u lekarza. 

— Chciałbym pani wierzyć... 

— Wie pan — lekarka starała się znowu mówić ciepło i zupełnie prywatnie, 

ale  w  jej  głosie  Jan  wyczuwał  zawodowy  fałsz  —  wydaje  mi  się,  że  jest  to 
sprawa przede wszystkim milicji. Jeśli nawet to wszystko, o czym pan opowiada, 
zdarzyło się naprawdę, to i tak nic jest pan teraz mordercy do niczego potrzebny. 
To raczej on pana będzie unikał. 

— Przecież wie, że mogę go rozpoznać. 

—Kogo?  Przypadkowego  przechodnia,  który  dostał  się  niechcący  pod  pana 

samochód? 

—Więc jednak pani sądzi, że mi się to wszystko wydawało... Tak samo jak 

milicja nie chce mi pani uwierzyć.. 

— Milicja... 

background image

 

—  Pani  Halino  —  głos  Makowicza  był  teraz  stanowczy  —  milicja  jest 

przekonana, że wprowadziłem ją w błąd, prokurator myśli tak samo, pani także. 
Lekarka zesztywniała. 

— Chciałby pan, żebym do nich zatelefonowała, żebym za pana to wszystko 

rozwiązała.  To  niemożliwe.  Każdy,  komu  powiedziałabym  oficjalnie,  że  panu 
wierzę, zarzuciłby mi błąd w sztuce lekarskiej. Po prostu nie mogę tego zrobić. 

— Nie potrzebuję tego... 

— Powiem panu więcej — głos lekarki stał się odrobinę cieplejszy. — Teraz 

też panu wierzę. Jednak jedyne, co mogę zrobić, to przepisać panu leki i prosić, 
aby pan starał się o tym wszystkim jak najmniej myśleć... 

Zamilkła nagle, gdy Makowicz nie żegnając się wyszedł z gabinetu. 

Pierwszą rzeczą, którą Makowicz zobaczył po wyjściu z przychodni, był jego 

własny samochód, który stał zwrócony w przeciwnym kierunku. Przez sekundę 
chciał cofnąć się i zawołać lekarkę, aby jej to pokazać, ale jeszcze szybciej zdał 
sobie  sprawę,  że  jest  to  kolejny  przypadek,  którego  nikomu  nie  potrafi 
udowodnić. 

Podszedł  do  swego  auta  ostrożnie,  jakby  spodziewał  się  złapać  w  nim 

złodzieja. Nikogo nie było. Szarpnął klamkę przekonany, że wóz jest otwarty, a 
gdy ta nie puściła i drzwiczki nawet nie drgnęły, odszedł kilka kroków i powoli 
obszedł samochód dookoła, uważnie go oglądając, jakby się spodziewał znaleźć 
na nim jakikolwiek ślad, mówiący o tym, że był on używany przez kogoś innego. 
Nie było żadnego śladu. 

Jan  otworzył  samochód  i  ciężko  siadł  za  kierownicą.  Coś  działo  się  wokół 

niego.  Coś,  czego  nie  potrafił  wyjaśnić  ani  zrozumieć.  Była  tylko  jedna 
możliwość: morderca był na miejscu, gdy Jan wraz z milicją przeszukiwał brzeg 
Wisły.  Dostrzegł  moment  znalezienia  buta  i  teraz  go  ściga.  Zaraz,  zaraz,  co  w 
tym wszystkim było najważniejsze? Co?! 

Kolejny  papieros  tylko  pobudził  go  do  kaszlu,  nie  dając  uspokojenia.  Ręce 

nadal  trzęsły  mu  się  jak  w  febrze  i  tylko  wielkim  wysiłkiem  woli  mógł 
powstrzymać to drżenie. Gdy przestawał  o tym myśleć, ręka, a sekundę później 

background image

 

mięśnie  lewej  nogi,  znowu  zaczynały  swą  tremolkę.  Nie    można      przez    cały 
czas  myśleć o własnym drżeniu. 

Nie na tym polega życie. 

Najważniejsze było dzisiaj to, że jakiś człowiek zabił kobietę. Najważniejsze 

było to, że pokazał swoją twarz Janowi, kradnąc dowód rzeczowy. Tylko to było 
ważne. Reszta nie ma znaczenia. Chryste! Tylko te dwie rzeczy trzeba pamiętać! 
Jak  ten  facet  wyglądał?  Jak?  Miał  ciemne  brwi...  Co  drugi  w  tym  mieście  ma 
ciemne brwi. Miał bladą cerę. Co drugi v/ tym mieście... Makowicz sięgnął po 
swoją  torbę  i  wyciągnąwszy  z  niej  duży  notatnik  kilkoma  ruchami  flamastra 
naszkicował  portret  swego  prześladowcy.  Był  podobny.  Trochę.  Poprawił, 
pogrubił jego zrośnięte brwi. Z kartki papieru patrzył nienawistnym spojrzeniem 
jego niecodzienny pasażer. Jan wyrwał ją z notesu i chwilę przyglądał się, chcąc 
zapamiętać  nawet  to,  czego  nie  narysował.  A  potem  włożył  ją  starannie  do 
książki, którą woził ze sobą, Co jest w tym wszystkim ważne? 

Nic. 

Po prostu nic. Trzeba o tym zapomnieć, uspokoić się.  Trzeba pracować, nie 

myśleć.  Co  miałem  zrobić?  Oddać  rysunki  kreślarce,  Gdzie  są  rysunki?  Są  w 
pracowni. Trzeba tam jechać. 

Teraz. 

Zaraz. 

Jan podniósł głowę znad kierownicy. Obok niego przesuwał się tłum śpieszą-

cych się ludzi. Była piąta po południu. Szczyt. Przechodnie gadali, śmiali się, tło-
czyli  w autobusach i w kolejkach. Kłócili się. Mieli swoje sprawy. Nikogo nie 
obchodził Jan. Nikt nie martwił się zamordowaną dzisiejszego ranka dziewczyną. 
Nie było  nikogo,   kto  by  wysłuchał  Jana i współczuł mu. Zresztą nie było po 
co. Docent Jan Makowicz ruszył i przez całą drogę do swojej pracowni nie pa-
miętał o tym, że dzisiaj chciał być sprawiedliwym, co  — jak się okazało  — w 
tym mieście jest zupełnie niemożliwe. Miał to gdzieś. 

 

Gdy  samochód  zatrzymał  się  na  uliczce  przy  brzegu  Wisły,  z  jego  wnętrza 

wysiadł  około  czterdziestoletni  mężczyzna,  który  mimo  przekrwionych  oczu, 

background image

 

które świadczyły o nieprzespanej nocy, poruszał się sprężyście i zdecydowanie. 
Trzasnął  lekceważąco  drzwiami  samochodu  i  pochylił  się,  aby  zamknąć  je  na 
kluczyk. 

W tym momencie ktoś położył mu rękę na ramieniu. 

Jan zamarł w bezruchu. 

Paniczny strach wrócił ze zdwojona siłą. 

Wpierw  spojrzał  na  brzeg,  gdzie  dzisiaj  rano  została  zamordowana  kobieta. 

Nikogo tam nie było. 

Rozejrzał się wokół, ale prócz dwojga dziesięciolatków grających w „Zośkę", 

grę zapomnianą już dawno w innych dzielnicach miasta, ulica była pusta. 

Przez  te  ułamki  sekund cały  czas  na  jego  ramieniu  spoczywała  silna  męska 

dłoń. Jan wyprostował się spięty i przygotowany na najgorsze odwrócił się, go-
tów na odparcie każdego, nawet najbardziej niespodziewanego ciosu. 

Naprzeciwko stał Krzysztof. 

—Niepotrzebnie jechałeś — powiedział uśmiechając się. — Rysunki oddałem 

zaraz po południu. Nasza królowa powiedziała, że narysuje to wszystko, ale bę-
dzie gotowa dopiero za tydzień. Podwieziesz mnie? 

—Boże — powiedział Jan cicho, a potem wrzasnął: — Nie możesz trzymać 

tych swoich łap przy sobie?!! 

—Co? — nie zrozumiał zaskoczony Krzysztof. 

— Nic. 

Makowicz  ciężko  oparł  się  o  samochód.  Chwilę  patrzył  na  Krzysztofa  z 

nienawiścią. 

— Wsiadaj. Podwiozę cię — powiedział już spokojniej. — Pokażę ci coś. 

We  wnętrzu  samochodu  Jan  sięgnął  po  leżącą  z  tyłu  książkę  i  podał 

Krzysztofowi włożony w nią rysunek. 

—Kto to? 

background image

 

—Morderca. 

Krzysztof przez chwilę przyglądał się uważnie Janowi, nie rysunkowi. 

— Przecież nie mogłeś go widzieć. Jan wyrwał mu z rąk rysunek i schował 

do książki, którą wepchnął do torby. 

— Prześladuje mnie przez cały dzień. 

—Poważnie? — w głosie Krzysztofa znać było niedowierzanie. — To trzeba 

coś z tym zrobić. Byłeś na milicji, u prokuratora? 

—Byłem  —  odpowiedział  Makowicz  patrząc  mu  w  oczy.  —  Byłem  na 

milicji, byłem u prokuratora. Byłem wszędzie. Nikt mi nie chce pomóc, wszyscy 
dają tylko dobre rady. 

—To co z tym wszystkim chcesz zrobić? 

—Nie wiem! Nie wiem! Chcę zapomnieć!! — krzyczał. — Rozumiesz, chcę 

o tym wszystkim zapomnieć, kurwa! 

—Spokojnie — Krzysztof był bardziej przerażony niż zdziwiony. 

—Co  spokojnie!!  —  wrzeszczał  dalej  Jan.  —  Co  spokojnie!  Wszyscy  mi 

mówią; spokojnie! 

Złapał oddech 

— Przepraszam cię, stary. Mam tego dość. 

Włączył silnik i ruszył. 

— Gdzie cię podwieźć? 

—  Chciałem  jechać  na  wydział  —  Krzysztof  uspokojony  poprawił  się  w 

fotelu.  —  Nie  denerwuj  się.  Zrobiłeś  przecież  wszystko,  co  do  ciebie  należało. 
Zostaw to w cholerę. Niech się inni tym zajmują. 

Lecz Makowicz go nie słuchał, zapatrzony w lusterko. 

—Patrz, znowu  jedzie za  mną. 

—Kto? 

background image

 

—Morderca — Jan obejrzał się do tyłu — w tej żółtej furgonetce. 

—Gdzie? — Krzysztof mimo wykręcenia głowy aż do bólu szyi niczego nie 

zauważył. 

— Za nami. 

Krzysztof  dostrzegł  jadącą  z  tyłu  zwalistą  ciężarówkę,  jakich  pełno  było  w 

mieście, ale nigdzie w okolicy nie było niczego, co by mogło budzić podejrzenie. 

— Nie widzę żadnej żółtej furgonetki — powiedział spokojnie odwracając się 

twarzą do kierunku jazdy — za nami jest tylko jakiś star... 

Ale  Jan  nadal  spoglądał  w  lusterko  i  widział  coś  innego.  Star  przejechał. 

Furgon znowu się pojawił. 

— Zobacz, jest za nami. 

Zanim  zirytowany  Krzysztof  znowu  całym  ciałem  obrócił  się  na  siedzeniu, 

furgonetka skręciła w boczną ulicę. 

— Nie ma jej. Zwariowałeś, czy co? Masz halucynacje? 

Hamowanie, urządzone przez Makowicza, godne było najlepszego kierowcy 

rajdowego, nie bojącego się wejść w zbyt gwałtowny poślizg. Jednoczesny skręt 
kierownicą  w  stronę  krawężnika  uchronił  go  przed  najechaniem  przez  jadące  z 
tyłu samochody. Doceni przechylił się gwałtownie przez kolana swego asystenta 
i otworzył jednym szarpnięciem drzwiczki z jego strony. 

— Wysiadaj. Nie będziesz robił ze mnie wariata. 

Krzysztof siedział bez ruchu. 

— Zobacz. Nikt za nami nie jedzie — starał się mówić spokojnie. — Stary, 

zostaw samochód, przejdziemy się 

Lecz Makowicz już na niego nie patrzył. 

— Wynoś się — powiedział przez zaciśnięte zęby — ale już. 

I nie czekając, aż chłopak zamknie za sobą drzwi, ruszył zostawiając go na 

chodniku. 

background image

 

Krzysztof  przez  chwilę  stał  nieruchomo,  zanim  zrozumiał,  co  się  właściwie 

stało Był już spóźniony i wiedział, że żona zrobi mu awanturę, tym bardziej, że 
nie było go przez całą noc w domu. Rozmowa telefoniczna zamiast ją uspokoić, 
tylko zaostrzyła jej podejrzliwość. Doszedł do wniosku, że może w takim razie 
jeszcze trochę poczekać. Nic jej się nie stanie. 

Teraz musiał coś zrobić z Janem. 

Zanim  złapał  taksówkę,  minęło  prawie  dziesięć  minut.  I  tak  mu  się  udało. 

Powiedział kierowcy, że bardzo się śpieszy i podał adres Makowicza. 

Jadąc niecierpliwił się, zastanawiając się, czy zdąży. 

Zdenerwowany  rozmową  z  Krzysztofem  Jan  sam  już  nie  był  pewien,  czy 

rzeczywiście jechał za nim jego prześladowca. W momencie, gdy  Krzysztofowi 
udało się złapać taksówkę, otwierał właśnie drzwi swego mieszkania. 

Zwykle  gdy  Jan  wracał,  stary,  tłusty  Ziutek  stawał  w  drzwiach do  pokoju  i 

ocierając się o framugę mruczał, radując się z jego powrotu. 

Teraz go nie było. 

Zaskoczony  lenistwem  kota  Jan  wszedł  do  pokoju.  Niby  nic  w  nim  się  nie 

zmieniło.  Pokój,  wyglądający  tak  samo  jak  wiele  innych  w  inteligenckich 
mieszkaniach Warszawy, wyróżniał się tylko tym, że było w nim wiele portretów 
olejnych,  grafik,  akwarel  i  zdjęć  przedstawiających  nieżyjącą  żonę  Makowicza. 
Teraz  wszystkie  one,  porozcinane,  porwane,  szczerzyły  się  spoza  rozbitych 
szkieł. Nie było ani jednego całego. 

Nie było żony Jana. 

Pierwszą  rzeczą,  jaką  zrobił  Makowicz,  było  cofnięcie  się  do  drzwi  i 

założenie  grubego  łańcucha.  Nie  wchodząc  ani  do  kuchni,  ani  do  drugiego 
pokoju  przyciągnął  do  siebie  telefon  i  nakręcił  numer  centrali  komendy 
stołecznej.  Ściszonym  głosem,  jakby  bojąc  się,  że  usłyszy  go  ukryty  gdzieś  w 
mieszkaniu  sprawca  tego,  co  zastał,  Jan  poprosił  o  połączenie  z  kapitanem 
Popowiczem. 

Nie było go jeszcze. 

background image

 

Po odłożeniu słuchawki Jan podszedł powoli do okna. otworzył je i wyjrzał. 

Nie  mylił  się,  Z  boku,  za  załomem  domu,  nieco  wysunięta  zza  niego  stała 

żółta  furgonetka.  Był  jeszcze  na  wpół  wychylony,  gdy  usłyszał  odgłos 
otwierających  się  drzwi  wejściowych.  Znowu  przyciągnął  do  siebie  telefon,  ale 
tym  razem  wykręcił  numer  pogotowia  MO.  Automat  powiedział:  „Pogotowie 
milicji,  proszę  czekać  na  przyjęcie  zgłoszenia.  Pogotowie..."  Pchnięte 
podmuchem  przeciągu drzwi  trzasnęły  lekko  kilka  razy  opierając  się  o  łańcuch. 
Zupełnie  jakby  ktoś  wypróbowywał  ich  wytrzymałość,  zanim  zdecyduje  się 
naprzeć  na  nie  całym  ramieniem.  Jan  nie  kryjąc  się  już  zupełnie  doskoczył  do 
nich  i  zatrzasnął,  przekręcając  zasuwę.  Teraz  był  już  bezpieczny.  Troszkę 
spokojniej podszedł  do  telefonu  tylko  po  to,  by  usłyszeć  „Pogotowie  milicji...". 
Był sam, zdany na łaskę faceta prawdopodobnie stojącego na klatce schodowej. 
Ale  Jan  był  nieźle  wysportowanym  mężczyzną  w  średnim  wieku.  W  łazience 
miał schowany duży ciężki klucz francuski. Teraz właśnie przyszedł czas, aby go 
użyć. 

 

Na  piętrze  obok  mieszkania  Makowicza  zatrzymała  się  winda.  Krzysztof, 

który z niej wysiadł, stanął przed drzwiami Jana zastanawiając się przez chwilę, 
czy dobrze zrobił przychodząc tutaj. 

 

W łazience na rurze rezerwuaru wisiał Ziutek. Ktoś, kto to zrobił, zanim go 

powiesił, wydłubał mu oczy. Z pustych oczodołów wyciekały dwa strumienie za-
schniętej krwi. 

 

Gdy  Krzysztof  zdecydował  się  wreszcie  i  zastukał  do  drzwi,  odpowiedziało 

mu z  wnętrza przeraźliwe  wycie śmiertelnie przestraszonego człowieka. Zaczął 
bić pięścią w drzwi, kopać, krzyczeć, błagać, aby Jan go wpuścił. 

 

Słuchając,  jak  morderca  coraz  mocniej  wali  w  drzwi,  które  za  chwilę 

rozpadną się na kawałki, Jan stał nieruchomo wpatrując się w krwawe oczodoły 

background image

 

Ziutka.  Powoli,  delikatnie,  aby  nie  sprawić  kotu  bólu,  zdjął  z  jego  szyi  pętlę  i 
trzymając go, jak to zwykle robił, na rękach, schował się za szafę. 

Łomot i krzyki za drzwiami nie ustawały. Przez moment Janowi wydało się, 

że  słyszy  głos  Krzysztofa,  ale  szybko  zdał  sobie  sprawę,  że  morderca,  który 
potrafi  tak  bezwzględnie  działać,  może  także  podrobić  głos  jego  przyjaciela,  a 
nawet stać się nim, gdy tylko zechce. 

Szafa  nie  dawała  pewnego  schronienia.  Jan  położył  kota  na  tapczanie, 

otworzył  okno  i  klejąc  się  do  szorstkiej  powierzchni  muru  przeszedł  kilka 
kroków,  stając  się  niewidoczny  z  wnętrza  mieszkania.  Pod  nim  rozciągała  się 
siedmiopiętrowa przepaść. 

Krzysztofowi  udało  się  wreszcie  przy  pomocy  sąsiadów  dodzwonić  na 

pogotowie i wezwać milicję. 

 

Pod oknem, obok którego stał Jan, zaczął się zbierać tłum ciekawskich. Poka-

zywali go sobie wzajemnie, wyciągając w górę ramiona. Zupełnie jakby go poz-
drawiali. Jan widział, jak pod dom podjeżdżają wozy straży pożarnej, milicji, jak 
sprawnie ustawia się kordon, odpychający ludzi, jak z karetki wysiadają lekarz z 
pielęgniarzem.  Dopóki  za  rogiem  stała  żółta  furgonetka,  wszyscy  ci  ludzie  byli 
jego wrogami. Chcieli go wydać na śmierć. 

 

Wyważenie  drzwi  mieszkania,  którego  oknem  szaleniec  wydostał  się  na 

wąski  gzyms,  było  sprawą  jednej  chwili.  Mężczyźni  weszli  do  mieszkania, 
zatrzymując się w progu pokoju. Każdy z nich bał się pierwszy podejść do okna. 
Krzysztof dostrzegł leżące przy szafie zwłoki kota. poczuł, jak robi mu się słabo i 
zwymiotował. 

Na  stojącym  obok  niego  sierżancie  ciało  zamęczonego  okrutnie  kota  także 

zrobiło wrażenie. 

— Boże — wyszeptał. — Po co... on... — A potem przeżegnał się, wszedł do 

pokoju i podszedł do okna. 

background image

 

Po półtorej godzinie nieprzerwanego gadania na tyle zdobył zaufanie Jana, że 

ten podał mu rękę. 

Reszta była sprawą jednej chwili. 

Oczywiste było, że sierżant go oszukał. Jan chciał się z nim tylko pożegnać, 

wymienić uścisk dłoni jak mężczyzna z mężczyzną i skoczyć w dół. 

Teraz, mimo że szarpał się próbując gryźć, prowadzony z obu stron przez nie-

nawistnych mu mężczyzn  w białych kitlach, zobaczył jeszcze gdzieś  w otacza-
jącym go tłumie bladą twarz swego prześladowcy. Jego oczy były rozświetlone 
niesamowitym  blaskiem.  Za  rogiem stała  żółta  furgonetka,  lizana  przez  stale  na 
niej obecne ognie piekielne. Jan szarpnął się w pragnieniu ucieczki. 

Najbliższe  schronienie  mogły  dać  otwarte  tylne  drzwiczki  dużej  karetki 

pogotowia. Nie trzeba go było tam wpychać. Sam niemal wskoczył do środka i 
położył się na podłodze. 

Karetka  pogotowia,  wioząca  zgłuszonego  już  zastrzykami  Jana  wjechała  w 

bramę  szpitala  psychiatrycznego.  Stojący  przy  niej  portier  zamykał  ją  właśnie, 
gdy żółta furgonetka przejechała ulicą, zwalniając, a potem dodając gazu. 

Siedzący w niej mężczyzna wiedział już, gdzie znajdzie Jana. Nie musiał się 

spieszyć.  Czul  się  prawie  całkiem  bezpieczny.  Prawie.  Bo  Jan  mimo  wszystko 
żył  i  istniała  szansa,  że  kiedyś  stamtąd  wyjdzie.  Ale  wtedy  być  może  będzie 
pamiętał nie to, co trzeba. 

Jeśli będzie inaczej — znajdzie się wyjście i z tej sytuacji. 

 

 

 

CZĘŚĆ DRUGA: CHOROBA 

 

 

background image

 

Jan  zgrabił  już  pół  ścieżki  i  właśnie  układał  zgarnięte  zielsko  w  niewielką 

pryzmę  przy  drzewie.  Ostatnio  spędzał  wiele  czasu  na  świeżym  powietrzu, 
znajdując  w  starym  parku  i  w  pracy  fizycznej  większe  zadowolenie  niż  lo, 
którego zaznawał przygotowując swoje projekty. Ubrany był w zbyt obszerne dla 
siebie  ogrodniczki  i  duży,  z  grubej  słomy  wypleciony  kapelusz,  który  kupiono 
mu na straganie przy kościele w pobliskim miasteczku. Zdążył się przyzwyczaić 
do  swojej  roli  ogrodnika,  a  i  inni  pogodzili  się  z  tym  jego  w  końcu  nic  tak 
dziwnym upodobaniem. W miarę upływu czasu żałował nawet niekiedy, że już 
niedługo będzie musiał stąd odejść i wrócić do swojej pracowni i na wydział. 

Z tyłu za jego plecami rozległo się wołanie: 

— Wariat! Zaraz koniec terapii... 

Jan wyprostował się i powoli odwrócił. 

— Wariat! — odkrzyknął — pomogła ci ona kiedyś? 

Naprzeciwko niego stał wysoki, barczysty mężczyzna z twarzą okoloną rudą 

brodą. Na nosie miał małe szkła, oprawione w cienki srebrny drucik. W starych, 
znoszonych  dżinsach  i  kraciastej  flanelowej  koszuli  robił  wrażenie 
kontestującego intelektualisty. 

Obaj mężczyźni uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo. 

—Skończyłeś, Docent? — spytał rudy opierając grackę o ławkę. 

—Jeszcze  trochę  zostało  —  Jan  wytarł  dłonie  o  wyciągniętą  z  kieszeni  na 

piersiach  chustkę.  —  Miałem  dzisiaj  rozmowę  z  ordynatorem,  zabrało  mi  to 
trochę czasu. 

— Siostra Elżbieta mówiła  mi, że cię wezwał — w tonie rudego brzmiało py-

tanie. 

—  Chodź.  Powiem  ci  po  drodze  —  Jan  ruszył  w  stronę  widniejącego  za 

drzewami budynku, a gdy szli już obok siebie dodał: — Za dwa, trzy tygodnie 
chcą  mnie  wypisać  do  domu.  Pan  ordynator  zechciał  łaskawie  sam  mi  o  tym 
powiedzieć  i  namawia  mnie  teraz,  abym  zaczął  już  jeździć  do  Warszawy,  na 
takie, no, przepustki. 

— A ty? 

background image

 

—Wiesz, Marek jak to jest... Nie wiem, czy sobie dam z tym radę. 

—Dasz na pewno. Widziałem niejednego, który wychodził stąd śpiewając. 

—Cienkim  głosem  —  dopowiedział  Jan  i  zamilkł,  coś  w  sobie  ważąc. 

Wreszcie spytał: 

—Nigdy mi nie mówiłeś, dlaczego tu jesteś... 

Marek aż zatrzymał się. zdumiony. Niepisane prawo mówiło, że tego pytania 

nikt tutaj nikomu nie zadaje. 

—A ty mi powiesz? — odpowiedział pytaniem. 

—Tak,  oczywiście  —  Jan  czuł,  że  musi  to  komuś  wreszcie  powiedzieć.  — 

Teraz, gdy wychodzę, nie ma to już znaczenia. Wydawało mi się, że ściga mnie 
morderca i nikt mi nie chciał uwierzyć. 

—Poważnie? — Marek aż się uśmiechnął. 

Jan  odpowiedział  także  uśmiechem  i  nagle,  sam  się  sobie  dziwiąc,  zaczął 

opowiadać.  Marek  słuchał  uważnie,  mimo  że  historia  Jana  była  jedną  z  wielu, 
jakie  słyszał,  odkąd  go  tu  zamknięto.  Była  tak  samo  logiczna,  zwarta  i 
prawdopodobna. 

— Normalny świr — stwierdził, gdy Jan skończył. 

Jan nie obraził się. 

— Teraz twoja kolej. 

— W porządku. Jak mnie tutaj nazywają? 

— Jak to jak? Defraudant. 

— No właśnie. Wolę być tutaj i gracować ścieżki na świeżym powietrzu, niż 

siedzieć pod celą. Proste, nie? 

—Naprawdę? — w głosie Jana zabrzmiało zdziwienie. — Chodź, lecimy na 

obiad. Kto pierwszy? 

—No to już — Defraudant poderwał się do biegu i będąc kilka metrów przed 

Janem wrzasnął: — Wariaci się ganiają! 

background image

 

Jan pobiegł także, starając się go dogonić. 

 

Kończyli  wydłubywać  kisiel,  który  tutejszym  zwyczajem  podano  im  w 

wysokich  barowych  kubkach,  gdy  w  drzwiach  jadalni  stanął  lekko  posiwiały 
mężczyzna  w  rozpiętej  letniej  koszuli.  Odszukał  wzrokiem  Jana  i  upewniwszy 
się, że ten zaraz skończy jeść, wrócił do holu, zapalając papierosa. 

Wychodząc  wraz  z  Defraudantem  ze  stołówki  Jan  prawie  się  o  niego  otarł. 

Spojrzał na mężczyznę i przepraszając gestem pożegnał Defraudanta. 

— Dzień dobry — przywitał się. 

—Dzień dobry — kapitan Popowicz uśmiechnął się przyjaźnie. — Chciałem 

pana zaprosić na kawę u pani Lusi. Teraz tam chyba nikogo nie ma. 

—Znalazł mnie pan? — Jan nawet nie był zdziwiony, w jego głosie słychać 

było raczej zaciekawienie. 

—Musiałem.  Czekałem  blisko  dwa  miesiące,  aby  z  panem  porozmawiać. 

Lekarze  pozwolili  mi  na  to  dopiero  dziesięć  dni  temu,  ale  byłem  zajęty  — 
usprawiedliwiał się Popowicz schodząc wraz z Janem po schodach. 

W  wysokiej  suterenie  budynku  sanatoryjnego  mieściła  się  dobrze  znana 

wszystkim pacjentom i ich rodzinom kawiarnia, prowadzona przez niejaką panią 
Lu—się.  Może  dlatego,  że  z  wyglądu  przypominała  ona  starą  niedźwiedzicę, 
kawiarnię od niepamiętnych czasów nazywano „Gawra". 

 

Siedzieli  przy  stoliku  i  zdążyli  już  wymienić  między  sobą  wszystkie 

obowiązujące  grzeczności  i  komplementy.  Dopiero  wtedy  kapitan  Popowicz 
powiedział: 

—Panie  docencie,  chciałbym  z  panem  porozmawiać  o  tym,  co  się  zdarzyło 

przed tym, jak pana tutaj przywieziono. Mogę? 

—Właśnie przed chwilą powiedziałem znajomemu, że już do tego nabrałem 

dystansu. Chyba nie ma to dla mnie większego znaczenia. 

background image

 

—Mimo to — Popowicz wyglądał jakby z trudem mógł się zdobyć na to, co 

chciał powiedzieć — powiem panu wprost. Gdyby to o kogo innego chodziło, w 
ogóle  nie  zawracałbym  sobie  tym  wszystkim  głowy.  Poznałem  pana  kiedyś  na 
tyle dobrze i mam dla pana tyle szacunku, że czułem się niejako zobowiązany. 
Sprawdziłem wszystko. Rozumie mnie pan? Wszystko, co tylko było możliwe. 

—Dziękuję — Jan nie był już tym zaskoczony. — Wiem o tym. 

—Naprawdę? — Popowicz chciał uspokoić sam siebie. 

—Oczywiście.  To  były  tylko  nerwy.  Może  ten  „Meprobamat"  i  koniak?... 

Sam nie wiem. To właściwie ja powinienem pana przeprosić za kłopoty, których 
narobiłem. Teraz już będzie dobrze. 

—Wie  pan...  —  Popowicz  był  już  rozluźniony.  —  Gdyby  rzeka  wyrzuciła 

zwłoki...  a  przecież  powinna...  gdyby  ktoś  zgłosił  zaginięcie  kobiety...  gdyby 
były jakieś ślady... A tu nic, pustka. 

—Proszę  przestać  —  Jan  uśmiechnął  się  szeroko.  —  Nie  chcę  do  tego 

wracać, nawet w rozmowie z panem. 

Potem  wyszli  z  pustej  kawiarenki  i  długo  chodzili  po  ścieżkach  parku 

rozmawiając o wszystkim, tylko nie o tym, co ich obu przestało już na szczęście 
interesować. 

 

Przeszło trzydzieści kilometrów dalej, na niewielkim placu w centrum miasta 

zatrzymała  się  tego  samego  wieczoru  duża  żółta  furgonetka.  Siedzący  w  niej 
mężczyzna  tak  samo  jak  wczoraj,  przedwczoraj,  trzy  dni  temu  i  jeszcze 
wcześniej w ogóle się nie poruszył. Żadna z urzędujących tu dziwek nie zwróciła 
na  niego  uwagi.  Przez  ostatnie  tygodnie  przyzwyczaiły  się  do  jego  milczącej 
asysty i przestały zaczepiać. 

Tymczasem  mężczyzna  o  bladej  twarzy  z  uwagą  obserwował  zatrzymujące 

się  samochody,  które  błyskiem  reflektorów  zapraszały  prostytutki  do  siebie. 
Niektóre  z  nich  były  odwożone,  często  już  po  kilkudziesięciu  minutach,  z 
powrotem. To były te, które jeździły z klientami na pobocza Wisłostrady albo na 
Wybrzeże Helskie. Inne, te, które nie wracały, chwytały klienta na całą noc. 

background image

 

Mężczyzna  w  kabinie  furgonetki  patrząc  na  spacerujące  kobiety,  przeglądał 

jednocześnie leżący na desce rozdzielczej jego samochodu duński „świerszczyk". 
Kształty  nagich  kobiet  ze  zdjęć  starał  się  nałożyć  w  wyobraźni  na  sylwetki 
chodzących  po  placyku  prostytutek, myśląc  uparcie  o  tym,  jak  która  z  nich  jest 
zbudowana.  Przywoływał  w  wyobraźni  najdrobniejsze  szczegóły  kobiecego 
ciała. Od dwóch miesięcy nie miał kobiety, a żadna z tych, które spacerowały po 
skwerze, nie mogła być teraz jego.  Wiedział, że  większość z nich zgodzi się na 
wszystko, czego od nich zażąda, ale wiedział również, że dopóki nie będzie miał 
absolutnego bezpieczeństwa, nic mu nie wyjdzie. 

Nie był pewien, czy ktoś gdzieś przypadkiem nie uwierzył docentowi. 

Czy sam docent go jeszcze pamięta? 

Musiał to sprawdzić.  

Cztery  dni  później  do  Jana,  który  jak  zwykle  zajęty  był  porządkowaniem 

parku, podszedł trzymający się sztywno mężczyzna i delikatnie, lecz stanowczo 
wyjął mu grabie z ręki. 

— Dasz mi? — spytał niepewnie. Jan przez chwilę się wahał. 

— Daj — opalający się na sąsiedniej ławce Marek zauważył, co się stało, — 

On dzisiaj przeszedł z zamkniętego. 

Jan  puścił  grabie.  Mężczyzna  podniósł  je  do  oczu  i  dokładnie  obejrzał,  tak 

jakby był to zupełnie mu nie znany, nigdy nie widziany przedmiot. 

— Mogę, naprawdę mogę? Rozwalony na ławce Marek wzruszył obojętnie 

ramionami, a Jan pokazując trawnik powiedział: 

— Proszę bardzo. 

A  potem,  gdy  dopiero  co  wypuszczony  z  oddziału  zamkniętego  mężczyzna 

zaczął grabić oczyszczony przed chwilą klomb, Jan usiadł obok Marka i zapalił 
papierosa. 

—Chodźmy  stąd  — Marek usiadł  prosto  —  nie  mogę  patrzeć  na to,  co  oni 

tam robią z ludźmi. 

—Przecież jeśli go wypuścili, to znaczy, że jest z nim lepiej... 

background image

 

—Gówno  prawda  —  bluznął  nieoczekiwanie  Marek,  odwrócił  się  i 

zagarniając szerokim gestem ramienia Jana ruszył w stronę bramy wjazdowej. 

—Co się stało? — Jan nie rozumiał zachowania kolegi. 

—Co,  nie  wiesz?  Widziałeś  tego  faceta?...  Oni  tam  z  ludzi  robią  żywe 

kadłuby.  Rozumiesz?  Puste,  chodzące  atrapy.  A  potem  wypuszczają  ich  na 
zewnątrz, gdy nie są już niebezpieczni i uważają, że leczenie jest skończone. 

— Sam nie wierzysz w to, co mówisz. 

—Aha, nie wierzę. Masz rację, to problem wiary. Boga i absolutu — zakpił, a 

poważniejąc dodał: — Tobie nikt nie wierzył, jak sam mówiłeś, i ciebie tu trzy-
mali. A mnie, zobacz, nikt nie wierzy i dlatego chcą mnie stąd wyrzucić. Rozu-
miesz teraz? 

—No... — Jan uśmiechnął się — ... to zakrawa na dialektykę. 

—Otóż to właśnie — zgodził się skwapliwie Defraudant. 

Przechodzili  wolno,  pogadując,  obok  płotu,  gdy  stojący  za  nim  mężczyzna 

przywołał ich, pokazując nie zapalonego papierosa. 

— Dajcie przypalić... 

Odruchowo podeszli dwa kroki przez wąski trawniczek, dzielący ich od męż-

czyzny. 

— Daj mu — burknął zdawkowo Marek stwierdziwszy, że nie ma zapałek. 

Jan  pomacał  się  po  kieszeniach  i  dopiero  z  tylnej  wydobył  zapalniczkę. 

Pstryknął  nią,  lecz  płomyk  zgasł  zdmuchnięty  powiewem  wiatru.  Pstryknął  po 
raz drugi i osłaniając zapalniczkę ręką podniósł ją na wysokość twarzy stojącego 
przy prętach ogrodzenia mężczyzny. 

Serce Jana dostało w tej chwili potężnego kopa i rzuciło się do galopu. Poczuł 

uderzenie krwi do głowy i na chwilę pociemniało mu w oczach. W gardle miał 
już suchą, dławiącą go szmatę. Udało mu się Jednak pohamować drżenie rąk. 

Przed  nim  z  papierosem  w  ustach  stał  facet,  którego  nie  było.  Nigdy  go  nie 

było. Rozumiesz stary, on nic istnieje. Nie ma go. Nie może go być. Przecież, na 

background image

 

litość  boską,  sam  go  sobie  wymyśliłeś.  Boże!  To  się  nie  może  powtórzyć.  Na 
rany Chrystusa, przecież ja sam go wymyśliłem! Przecież jestem zdrowy! 

Mężczyzna z drugiej strony przypalił papierosa i patrząc na Jana swoimi wod-

nistymi oczami, osadzonymi głęboko pod czarnymi zrośniętymi brwiami, kiwnął 
w podzięce głową, zaciągając się dymem. 

— Ty — spytał — czy my się nie znamy? 

Jan cofnął rękę z zapalniczką i spokojnie stwierdził: 

— Nic przypominam sobie. 

A potem odszedł wraz z Markiem, dla którego cała ta scena zupełnie nic nie 

znaczyła. 

Mężczyzna palący papierosa na drodze przy szpitalnym ogrodzeniu nie zyskał 

nic. W dalszym ciągu nie wiedział, czy został rozpoznany. 

A przecież musiał to wiedzieć. 

 

Siedzący  w  swoim  gabinecie  ordynator  słysząc  trzask  drzwi  podniósł  łysą 

głowę  znad  papierów.  Przed  nim  stał  spocony,  rozedrgany,  przerażony 
Makowicz. Lekarz wiedział, że musi zrobić coś, aby pacjent nawet w takim złym 
stanie nie narzucił mu swojej woli. 

— Pan mi przeszkadza  — powiedział odkładając długopis — proszę chwilę 

poczekać w sekretariacie. 

Makowicz  jednak  zamiast  wyjść  podszedł  do  biurka  i  nachylił  się  nad  leka-

rzem. 

—Proszę  wezwać  milicję  —  zażądał.  —  Ten  człowiek  przyszedł  za  mną. 

Poznał mnie i teraz zabije. 

—Niech pan siada — lekarz wskazał Janowi krzesło. — Proszę powiedzieć, 

dlaczego znalazł się pan w szpitalu. 

Mimo że ordynator nie leczył Jana osobiście, wiedział wystarczająco dużo o 

jego manii prześladowczej i przyczynach, dla których docent Makowicz  znalazł 

background image

 

się  w  jego  szpitalu.  Dlatego  też  pytanie  to  nie  miało  wcale  na  celu  zdobycia 
informacji o Makowiczu, a tylko przypomnienie pacjentowi tych jego objawów, 
z  którymi  —  jak  należało  przypuszczać  —  nauczył  się  już  sam,  bez  pomocy 
lekarza, dawać sobie radę. 

Ale Jan także o tym wiedział. 

— Dlatego, że uważano, iż jestem chory. 

Nie była to odpowiedź, która by satysfakcjonowała ordynatora. 

—A co panu było? — pytał nadal cierpliwie. 

—Teraz wiem, że nic mi nie było. Zamknęliście mnie tu zupełnie niesłusznie. 

Lekarz próbował nadal: 

— Na czym więc polegała pana choroba? 

Makowicz zrozumiał, że tak do niczego nie dojdą. Spróbował inaczej. 

—Do dziś sądziłem, że zwidziało mi się morderstwo. To znaczy, że miałem 

urojenia,  ale  ten  człowiek  przy  płocie  —  podniósł  nieco  głos  —  nie  był 
urojeniem i nie ja jeden go widziałem. 

—Proszę pana — lekarz był pewny swego — to się zdarza. Niechże się pan 

tak tym nie przejmuje. Po prostu zatrzymamy pana tutaj nieco dłużej. 

Uśmiechając się miło lekarz  wstał, obszedł biurko dookoła i wziąwszy Jana 

pod rękę zaczął go prowadzić w stronę drzwi. 

— Dawaliśmy sobie radę z trudniejszymi przypadkami... 

Teraz Makowicz musiał zagrać va banque 

— Zgadza się więc pan. aby mnie zamordował? 

Lekarz popatrzył na niego ze zrozumieniem. 

—Jak  przyjdę  na  oddział,  poproszę  lekarza,  który  pana  prowadzi,  aby  dał 

panu coś na uspokojenie... 

—Panie doktorze — Jan zatrzymał się gwałtownie — ja pana bardzo proszę... 

Niech mi pan pomoże... 

background image

 

— Proszę się uspokoić. 

— Niech mnie pan tak nie zostawia. Ktoś mi musi pomóc... 

Ale lekarz widząc, że Jan nie chce wyjść z jego gabinetu, spytał: 

— Chce pan. żebym wezwał pielęgniarzy? 

 

Po telefonie do Krzysztofa Makowicz  wiedział, że ma blisko dwie godziny, 

zanim tamten  zdąży  przyjechać  z  Warszawy.  Początkowo  starał  się  spędzić  ten 
czas  na  spacerze  po  parku.  Nakarmił  nawet  łabędzie  pływające  po  stawie.  Po 
półgodzinie  wrócił  do  budynku  i  zszedł  do  „Gawry".  Usiadł  przy  stoliku,  pił 
kawę i palił papierosa. Starał się ułożyć sobie wszystko, co ma Krzysztofowi do 
powiedzenia,  gdy  jednak  wstał  od  stolika  i  spojrzał  na  zegarek,  okazało  się,  że 
minęło zaledwie kolejne pół godziny. 

Teraz od blisko godziny krążył spacerując obok bramy. Przeklinał siebie sa-

mego za swą niecierpliwość, wiedział, że są to tylko nerwy, ale nie mógł czekać 
spokojnie. 

Gdy maluch Krzysztofa zajechał na maleńki parking po lewej stronie klombu, 

Jan musiał powstrzymać się całą siłą woli, aby za nim nie pobiec. 

Spotkali się w połowie drogi między parkingiem a bramą. 

Krzysztof nawet nie starał się kryć swego rozdrażnienia, 

—  Co  się  stało?  —  spytał  bez  zbędnych  wstępów.  —  Słuchaj,  ja  pojutrze 

wyjeżdżam do Stanów i doprawdy nie bardzo mam czas w tej chwili... 

—Jedziesz na moje miejsce — Makowicz nie widział powodu, aby pominąć 

tę sprawę milczeniem. 

—Tak  —  odruchowo  przytaknął  Krzysztof,  ale  przerwał  swoje  żale,  jakby 

uprzytomnił sobie coś nieprzyjemnego. 

—No właśnie. Myślę, że ci się powiedzie — mówiąc to Jan poczuł do siebie 

obrzydzenie, ale kłamstwo to było mu potrzebne, i wcale się tego nie wstydził. 

background image

 

—Wiesz  —  Krzysztof  czuł  się  dalej  niepewnie  —  bardzo  starannie  się  do 

tego przygotowałem i sądzę... 

—To nie jest teraz ważne — przerwał mu Jan. — Chodźmy stąd, przecież nie 

będziemy przez cały czas stali pod bramą. 

Skierował  się  w  stronę  parku,  a  Krzysztof  chcąc  nie  chcąc  musiał  pójść  za 

nim. 

Pochylony nieco do przodu, z założonymi do tyłu rękami Makowicz wyglądał 

na pogrążonego w swoich myślach faceta, który wyszedł na spacer. Przez jakiś 
czas  milczeli.  W  rzeczywistości  Jan  trzymając  ręce  z  tyłu  ściskał  z  całych  sił 
swoje nadgarstki, starając się zapanować nad drżeniem, które znowu opanowało 
jego  dłonie.  Gdy  mu  się  to  udało,  zatrzymał  się  i  patrząc  prosto  w  oczy 
Krzysztofa zaczął mówić: 

—Chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobił... 

—Oczywiście — burknięcie Krzysztofa było nie najgrzeczniejsze, ale już nie 

śmiał odmawiać. 

—Posłuchaj.  Widziałem  tego  mordercę.  Tak...  —  widząc  zaskoczenie 

Krzysztofa Makowicz wiedział, że teraz zaczyna się najtrudniejsze, ale przecież 
tak musiało być. — Tego samego, który zamordował tę dziewczynę nad Wisłą. 
Miałem wtedy rację. 

—Jan — Krzysztof był wyraźnie spanikowany — przecież wiesz... 

— Wiem, że miałem wtedy rację. 

— Nie, Janie — Krzysztof próbował protestować — przecież byłem wtedy z 

tobą.  Pamiętam,  jak  to  było.  Nic  nie  widziałem  ani  nad  Wisłą,  ani  potem  w 
samochodzie.  Nie  było  żadnej  dziewczyny,  żadnego  morderstwa,  żadnej  żółtej 
furgonetki. 

— Wszystko to było. 

—  Przepraszam  cię  —  tym  razem  Krzysztof  się  zniecierpliwił  — 

rozmawialiśmy  o  tym  wiele  razy,  jak  tutaj  do  ciebie  przyjeżdżałem.  Sam 
mówiłeś, że to wszystko nieprawda. 

background image

 

— Myliłem się. 

Krzysztof podszedł do stojącej w otoczeniu forsycji ławki. 

—Siądźmy.  Pogadamy  —  zaproponował  wiedząc,  że  tak  łatwo  nie  wybije 

Janowi z głowy jego pomysłów. 

—Nie tutaj — zaprotestował Jan, który wiedział, że pacjenci mają niezdrową 

właściwość podsłuchiwania rozmów i później głośnego ich komentowania. 

Przeszli kilkanaście metrów i dopiero znalazłszy ławkę, która stała samotnic, 

a wokół niej nie było ani drzew ani krzaków, Jan usiadł. Poczęstował Krzysztofa 
papierosem,   a   potem   podał   mu   ogień i sam zapalił. Zauważył, że jego 
palce stały się już żółte od nikotyny. Tak samo jak palce wielu innych pacjentów, 
którzy  przykrywają  swą  nerwowość  ciągłym  paleniem  jednego  papierosa  za 
drugim. Trzeba coś z tym zrobić, ale na to będzie miał jeszcze czas. 

— Posłuchaj mnie i nie przerywaj — zaczął z góry uprzedzając reakcję Krzy-

sztofa. — Poprosiłem cię, żebyś przyjechał, bo widziałem mordercę.  I muszę ci 
powiedzieć, że mało mnie interesuje, czy mi wierzysz, czy nie. Ja, rozumiesz, ja 
wiem, że to jest morderca. I to mi w zupełności wystarcza. Od ciebie chcę, żebyś 
złożył fałszywe doniesienie na milicję. 

— Co? — Krzysztof podniósł się z ławki, 

—  Miałeś  nie  przerywać  —  przypomniał  mu  spokojnie  Makowicz,  — 

Chciałbym, żebyś zrobił tak: zadzwonisz na milicję i zgłosisz zaginięcie swojej 
siostry. Wiem, że nie ma jej w Warszawie i siedzi gdzieś u tej swojej koleżanki 
na wsi. Sam diabeł jej nie znajdzie. To nie wczasy i nie kurort. Nigdzie się nie 
melduje. Poza tym jest plastyczką. Nigdzie nie pracuje na etacie i nie można jej 
sprawdzić  w  pracy.  Zapamiętaj  sobie.  Kiedy  ją  widziałeś  ostatni  raz,  była 
umówiona na spotkanie z jakimś facetem, którego ty nie znasz. 

Byłeś w jej domu, gdy wychodziła. Miała na sobie niebieską bluzkę zapinaną 

na  ekler,  czarną  rozciętą  spódnicę.  Butów  nie  pamiętasz.  To  nie  jest  ważne. 
Facet,  który  po  nią  przyszedł,  jest  troszkę  niższy  ode  mnie.  Silny,  taki  wiesz, 
nabity  w  sobie,  barczysty.  Ma  jasną  cerę,  kruczoczarne  brwi,  ciemne  włosy  i 
prawic białe  oczy.  Więcej  nie  musisz  pamiętać.  Wsiedli do  żółtego  mercedesa, 

background image

 

furgonetki.  Od  tego  czasu  jej  nie  widziałeś.  Zeznanie  złożysz  w  komendzie 
dzielnicowej. Chodzi o to, żeby jak najdalej od Popowicza. Rozumiesz? 

—Nie mogę tego zrobić  — Krzysztof wyglądał na zdecydowanego i całą ta 

sytuacja, w jakiej się znalazł, była dla niego wyraźnie przykra. 

—Możesz — Makowicz również był pewny swego.  — Pojutrze wyjeżdżasz 

na dwa lata. Nikt nic ci nie zrobi za to zeznanie i nie będą cię przecież ganiać za 
taki drobiazg po całym świecie. Gdy zaś wrócisz tutaj, wszystko będzie już wyja-
śnione. 

—Nie o to chodzi... — próbował jeszcze Krzysztof. 

—O  to  właśnie  chodzi.  Jesteś  bezpieczny  i  nic  ci  nie  grozi.  Powiem  ci  to 

inaczej.  Możesz  tego  nie  zrobić  i  będąc  przekonanym,  że  jestem  wariatem, 
zostawić  wszystko  swojemu  biegowi.  Tyle  tylko,  że  on  mnie  wtedy  zabije.  To 
wszystko właśnie się do tego sprowadza. Albo ty złożysz ten fałszywy donos i 
faceta  zatrzymają,  chociażby  do  wyjaśnienia,  co  mi  da  kilka  dni  na  działanie, 
albo nie zrobisz nic, a on — wiedząc gdzie jestem — zabije mnie. 

Krzysztof wstał i nie podając Makowiczowi ręki powiedział: 

— Do widzenia. 

A potem odwrócił się i ruszył w stronę bramy. 

Zatrzymał się jednak po kilkunastu metrach, cofnął i spytał: 

— To był mercedes, tak? 

— Duży żółty furgon dostawczy — potwierdził Makowicz i wiedział już, że 

wygrał. 

O  siódmej  rano  warsztat  zaczynał  pracę,  ale  szef  wymagał,  aby  jego 

pracownicy  przychodzili  kilkanaście  minut  wcześniej.  Mężczyzna  o  czarnych 
brwiach  już  zza  płotu  zobaczył,  jak  przy  żółtej  furgonetce  szefa,  którą  często 
jeździł  bez  jego  zgody,  stoi  dzielnicowy  zaglądając  do  jej  wnętrza.  Coś 
zapisywał w notesie, o coś wypytywał pokornie z nim rozmawiającego szefa, coś 
się  działo.  Obserwujący  to  wszystko  z  ulicy  mężczyzna  zawrócił  i  odszedł  nie 
odwracając się. 

background image

 

Nie  wiedział,  że  tego  dnia  milicja  podjęła  akcję  sprawdzania  wszystkich 

warsztatów w całym mieście, i nie ma to z nim nic wspólnego. 

Dlatego szef będzie musiał poszukać sobie innego mechanika. 

A Jan Makowicz musi umrzeć jak najszybciej. 

 

Portierka obsługująca także centralkę telefoniczną musiała długo szukać Jana, 

który  nie  siedział na  ganku,  jak  zwykł  to  robić po kolacji.  Dopiero  Defraudant 
znalazł  go  w  jego  sypialni  dziwnie  zasępionego  i  milczącego.  Był  zdziwiony 
telefonem.  Nie  spodziewał  się,  że  ktoś  może  jeszcze  czegokolwiek  od  niego 
chcieć. 

Zszedł na dół i podniósł słuchawkę. 

—Słucham — brzmiało to pusto i obojętnie. 

—Popowicz — przedstawił się jego rozmówca wyraźnie zniecierpliwiony. 

Janowi błysnęła na sekundę myśl, że wreszcie wszystko się wyjaśniło, ale już 

pierwsze słowa Popowicza rozwiały te nadzieje. 

—Panie  docencie  —  głos  był  suchy  i  oficjalny  —  co  to  za  dowcipy  chciał 

nam pan urządzić? 

—Przecież ja jestem w domu wariatów... — spróbował Jan. 

—Nie  żartujmy  —  Popowicz  nie  miał  rzeczywiście  ochoty  na  dowcipy.  — 

Pański  kolega  telefonował  do  mnie  przed  odlotem,  uprzedzając  o  pana 
pomysłach.  Niech pan  więcej  nie  próbuje, nikt się  na to  nie  nabierze  —  głos  w 
słuchawce na chwilę umilkł.  — A swoją drogą ma pan rzeczywiście przyjaciół 
godnych zaufania Ja bym takiego... 

Brzdęk słuchawki skończył rozmowę. 

Jan został zupełnie sam. 

 

background image

 

Dział  kadr  szpitala  psychiatrycznego  nie  miał  tego  dnia  zbyt  wiele  roboty, 

Dwie z urzędniczek pytlowały przy oknie, przyrządzając sobie herbatę, a trzecia, 
wyraźnie z tego niezadowolona, musiała załatwiać sprawę nowego pracownika. 

—Jak pan się nazywa? — nie mogła doczytać się w ankiecie personalnej, —

Paweł Wojtas? 

—Wojtys  —  poprawił  stojący  przy  jej  biurku  mężczyzna,  podnosząc  nieco 

głowę. 

Urzędniczka uśmiechnęła się mimo woli. Facet był przystojny. Odwzajemnił 

jej  uśmiech.  Jego  czarne  zrośnięte  brwi  uniosły  się  do  góry,  a  wargi  odsłoniły 
białe zęby. Wyglądał trochę drapieżnie. Mógł się podobać dziewczynom i dobrze 
o tym wiedział. 

—Gdzie jest pana zdjęcie? — spytała urzędniczka. 

—Nie  zdążyłem  zrobić...  —  bąknął  tonem  usprawiedliwienia,  —  Dostarczę 

później. Na pewno... 

— Gdzie pan pracował? 

Na to pytanie Wojtys musiał odpowiadać wiele razy i wiedział, jak to się robi. 

Uśmiechnął się nieco szerzej i zrobił rozbrajającą minę. 

— Wie pani... — przymrużył cwaniacko oko — ... ja tak trochę prywatnie... 

Dużo chorowałem. 

To się urzędniczce nie podobało. 

—I  tak  prawie  dwadzieścia  lat!  Od  podstawówki  —  klasnęła  ręką  w  leżące 

przed nią świadectwa szkolne. 

—No, pracowałem, ale często zmieniałem... 

— Tutaj też na krótko? 

— Teraz to nie — Paweł znowu się uśmiechnął.  — Wie pani, jak to jest. Z 

czasem człowiek się musi ustatkować, no nie? 

Zabrzmiało to tak, jakby sam nie wierzył w to, co mówi. Przestał się już tro-

chę podobać rozmawiającej z nim dziewczynie. 

background image

 

—To niech pamięta. A teraz zgłosić się na rozmowę do ordynatora. 

—To już jestem przyjęty? 

—Lekarz powie, jak ma się obchodzić z pacjentami — w głosie dziewczyny 

nie było już zalotności, a i traktowanie Pawła w trzeciej osobie świadczyło o jej 
niezadowoleniu. Coś jej w tym facecie przeszkadzało. Nie wiedziała co, ale już 
go nie lubiła. Na pewno. 

—Jutro ma przyjść do pracy. Jasne? — skończyła rozmowę. 

 

Wędrujący jak wielu innych pacjentów wokół klombu Makowicz nie zwrócił 

uwagi  na  pielęgniarza,  który  stanąwszy  na  jego  drodze  spokojnie  czekał,  aż  do 
niego podejdzie. Dopiero gdy był tuż obok niego, Jan podniósł głowę. Obaj nie 
mieli już żadnych wątpliwości. 

—  Mam  cię  —  powiedział  Wojtys  półgłosem  i  nie  czekając  na  odpowiedź 

ruszył w stronę budynku kuchni. 

 

W ciągu ostatnich trzech dni palce Makowicza stały się zupełnie brązowe od 

niezliczonych papierosów, które wypalał w ciągu dnia. 

Zaciągnął się jeszcze raz malutkim ogarkiem i dopiero gdy nie mógł go już 

utrzymać, przygasił w stojącej obok okna popielniczce. 

—Nie mam żadnej szansy — powiedział cicho i bez emocji, tak że oparty o 

framugę otwartego okna Defraudant wzdrygnął się mimo woli. 

—Tak  —  wiedział,  że  nie  ma  potrzeby  oszukiwać  Jana.  —  Będzie  krążył  i 

czekał. Dorwie cię, gdy będziesz się tego najmniej spodziewał. 

Makowicz uderzył zaciśniętą pięścią w swoją otwartą dłoń. 

— Nie mam żadnego pomysłu. Cholera, nic nie mogę... 

Otwarte  okno  ratowało  ich  przed  przykrym  smrodem,  dobiegającym  z 

pootwieranych kabin ubikacji. Było to jedyne miejsce, gdzie mogli porozmawiać 
wieczorem wiedząc, że nie są podsłuchiwani. 

background image

 

—Musisz spieprzać — wymyślił wreszcie Marek. 

—Myślisz, że na zewnątrz będę miał większą szansę? 

—Nie,  kochany  —  Marek  był  pewien  swego.  —  Tam  cię  zawsze  spotka. 

Szansę możesz mieć tylko tutaj. 

—Gdzie? — Janowi ten pomysł wydał się całkiem poroniony. — W ogrodzie, 

na korytarzu, w sali, a może tu, pod prysznicami? Nic. nie rozumiem. 

Defraudant uśmiechnął się szeroko. Już wiedział. 

—  Musisz  się  dostać  na  oddział  zamknięty.  Wtedy  zyskasz  na  czasie,  a  on 

tam nie ma wejścia. 

—No i co? 

—Nie wiem. Coś wymyślimy... 

Była to rzeczywiście jakaś szansa, ale Jan miał jeszcze wątpliwości. 

— Nie przyjmą mnie na zamknięty... 

— W tym jest trudność — potwierdził Marek. 

Chwilę stali milcząc. Nagle Marek odbił się od framugi, o którą był oparty i 

stając z lekka napiętymi mięśniami przed Janem zażądał: 

—Uderz mnie! Jan nie zrozumiał. 

—Coś ty...? 

— No — Marek popchnął go lekko. — Wal mnie, mówię ci — wal. 

W dalszym ciągu nic nie rozumiejąc Makowicz trącił go w ramię. 

—  Nie  tak  —  Marek  uśmiechnął  się.  —  Wal  w  nos,  żeby  było  dużo  krwi. 

Przecież ty jesteś niebezpieczny! 

Wreszcie  Jan  zrozumiał.  Zamachnął się  i trzasnął Marka  w  twarz,  a  ten nie 

został mu dłużny. Obaj zaczęli głośno krzyczeć. 

Pielęgniarze,  którzy  wpadli  do  ubikacji,  przez  dobrą  chwilę  nie  mogli  ich 

rozdzielić. 

background image

 

 

 

CZĘŚĆ TRZECIA: LECZENIE 

 

 

 

Gdy nadbiegający pacjenci i pielęgniarki wreszcie rozdzielili obu walczących 

mężczyzn,  Defraudant  był  bardzo  zdziwiony  niespodziewanym  atakiem  Jana. 
Stał  nad  nim  rozmazując  sobie  krew  na  twarzy,  co  było  tym  łatwiejsze,  że 
przewracając  się  wyrżnął  głową  o  kant  kamiennego  parapetu,  rozcinając  łuk 
brwiowy. Niby nic groźnego, ale krwawiło jak należy. Tymczasem leżący już w 
kaftanie bezpieczeństwa Jan powtarzał z uporem, że go zabije, że musi go zabić i 
że  tak  trzeba.  Dopiero  po  dobrej  chwili,  gdy  część  ciekawskich  się  rozeszła, 
obydwu udało się wymienić uśmiechy porozumienia, 

 

Oddział  zamknięty  mieścił  się  na  pierwszym  piętrze  i  wejścia  do  niego 

broniły drzwi pozbawione klamki. Z ich boku wystawał przycisk, nad którym dla 
wszelkiej  pewności  ktoś  przykleił  karteczkę  „DZWONEK".  Za  drzwiami  zaś 
dyżurował  potężny  pan  Kazio,  który  dzięki  wieloletniej  praktyce  nawet  nie 
denerwował się na swych podopiecznych. 

Dyżurka pielęgniarek znajdowała się po lewej stronie korytarza, a później po 

obu jego stronach były drzwi sal, na poły szpitalnych, na poły przypominających 
wieloosobowe pokoje  w gorszych domach wycieczkowych. Na końcu korytarza 
była separatka. 

Dyżurna pielęgniarka wrąbała Janowi zastrzyk, a potem Kazio przewiózł go 

na  wózku  do  owej  separatki.  Sflaczałego  ułożył  na  łóżku  i  mocno  spoprężył 
pasami. 

background image

 

Wpadający  przez  okno  promień  słońca  świecił  prosto  w  twarz  Jana  i  raził 

jego oczy. Jedyną przed nim obroną było odwrócenie głowy, aż do bólu szyi, w 
stronę drzwi. W tej pozycji co prawda nie raziło go słońce, ale w dalszym ciągu 
nie  mógł  uciec  przed  jego  ciepłem.  Chciało  mu  się  pić.  Była  to  reakcja  po 
narkotyku,  jaki  mu  wczoraj  zaserwowano,  a  słońce  jeszcze  bardziej  to  uczucie 
potęgowało.  Chciał  kogoś  zawołać,  ale  szybko  pomyślał,  że  lepiej  być 
całkowicie  spokojnym,  bo  przecież  i  tak  ktoś  w  końcu  przyjdzie.  Zresztą  ta 
niewygoda  była  przejściowa.  Doskonale  wiedział,  że  dzięki  pomysłowi  Marka 
udało mu się skutecznie, choć na krótki czas, uciec przed prześladowcą i to było 
najważniejsze. 

Czuł się bezpieczny. 

 

Gdy do separatki weszła siostra Elżbieta, zobaczyła, że leżący w pasach chory 

wygięty  jest  w  jakiejś  zupełnie  nieprawdopodobnej  pozycji.  Cały  zroszony 
potem, leżąc z zamkniętymi oczyma uśmiechał się. naprawdę uszczęśliwiony. 

— No, kotek, jak się czujemy? — spytała głośno. 

Jan otworzył oczy i zobaczył przed sobą kobietę po czterdziestce, z włosami, 

w których migotały już srebrne nitki, a mimo to kobiecą, ze śladami urody, która 
nie zdążyła jeszcze przeminąć. Jej głos był ciepły i budzący zaufanie. 

—  Już  dobrze  —  starał  się,  aby  to,  co  mówił,  zabrzmiało  jak  najbardziej 

naturalnie. 

Dzięki temu, że pielęgniarka stanęła pomiędzy nim a oknem, mógł wreszcie 

wy 

prostować  głową  i  mimo  że  po  karku  natychmiast  zaczęły  wędrować  całe 

stada mrówek, nie czuł już tak palącego ciepła. 

—Masz  jeszcze  ochotę  się  boksować?  —  nieoczekiwanie  pielęgniarka 

uśmiechnęła się. 

—Nie  wiem,  co  mi  się  stało.  Przepraszam  — Makowicz  oddał  jej uśmiech, 

ale  widać  wyglądał  on  niezbyt  szczerze,  bo  siostra  Elżbieta  nie  bardzo  weń 
uwierzyła. 

background image

 

—No, kotek — zabrzmiało to jak groźba — tylko bez kawałów, bo szpila w 

tyłek i z powrotem w pasy. 

Nagle nieoczekiwanie czule pogłaskała go po włosach i wprawnie wyzwoliła 

z pasów. Patrzyła przez chwilę, jak rozciera obolałe ręce i nogi. 

— Pomieszkasz trochę tutaj z nami — weslchnęła — przyzwyczajaj się. Po 

obiedzie przeniesiesz się do sali ogólnej, pod dziewiątkę. Tam są twoje rzeczy. 

Nie czekając na to, co może powiedzieć jej Jan, wyszła z sali. 

 

Siedząc na łóżku z odwalonymi na boki pasami Makowicz czuł, jak mrówki z 

jego  karku  przechodzą  do  rąk  i  nóg.  Jednak  ból  już  ustąpił.  Czekał,  aż  te 
zwierzątka  pójdą  sobie  gdzieś  dalej.  Był  zadowolony  z  siebie  i  z  tego,  co  go 
otacza. 

 

W  parku  pod  oknem  separatki  oddziału  zamkniętego  stał  Defraudant.  Od 

czasu do  czasu  pogwizdywał  pierwsze  takty  Strasznego du>oru pilnie  przy  tym 
uważając, aby go tutaj nikt nie dostrzegł. Po kolejnym wygwizdaniu umówionej 
melodyjki  w  oknie  zobaczył  Jana.  Wiedział,  że  wszystko  się  udało.  Podniósł 
zaciśniętą  pięść  z  wystającym  do  góry  kciukiem.  Zza  okna  tym  samym  gestem 
zwycięstwa odpowiedział mu Makowicz. 

Po odejściu Defraudanta Janowi nie pozostało nic innego, jak po raz pierwszy 

wyjść na oddział i spotkać się oko w oko z tymi, których uważano powszechnie 
bądź  to  za  chroników,  bądź  też  za  niebezpiecznych  dla  siebie  i  innych.  Sam 
zresztą miał być jednym z nich, 

Szarobury, welwetowy szlafrok, który Makowicz naciągnął na piżamę, mimo 

swojej szorstkości miał też i zalety. Zawinięty ciasno wokół ciała, pozwalał stać 
się  anonimowym  w  tłumie  podobnych,  a  poza  tym  poprzez  swoją  bliskość 
stwarzał 

poczucie  bezpieczeństwa,  jakie  zapewniał  chyba  pancerz 

średniowiecznym rycerzom. 

Jan wychylił się na korytarz i chwilę tkwił w drzwiach separatki, uważnie ob-

serwując  innych  chorych.  Marek  miał  jednak  rację,  Wszyscy  oni  byli 

background image

 

spowolniały—mi  od  leków  psychotropowych  kukłami,  snującymi  się  wzdłuż 
ścian  korytarza.  Przygarbieni,  bezmyślni,  lecz  nie  bezproblemowi,  dreptali, 
dreptali, dreptali. Żaden z nich nie posuwał się normalnym krokiem. Były w nich 
niemoc i rezygnacja. 

Zanim dotarł do świetlicy, do której wejście było tuż przy dyżurce, Makowicz 

sam  złapał  się  na  tym,  że  zupełnie  bezwiednie  jego  krok  staje  się  również 
drepczący. Otrząsnął się i przeszedł kilka kroków normalnie. 

W  dużym  pokoju,  służącym  za  świetlicę,  zestawione  w  podkowę  stoły, 

przykryte  czerwonym  suknem,  przypominały  salę  konferencyjną.  Kilku 
pacjentów grzebało niemrawo w stosie rozrzuconych na nich białych, wyciętych 
według szablonu, liter. Ich pracą kierowała młoda dziewczyna w pielęgniarskim 
kitlu.  Za  jej  plecami  dwóch  mężczyzn  w  rozchełstanych  piżamach  zdejmowało 
znad  ryczącego  telewizora  szopkę  betlejemską,  wiszącą  tu  najwyraźniej  od 
czasów* Bożego Narodzenia. Ponad pół roku. 

Wszystkiemu  temu  z  napiętą  uwagą,  jakby  od  tego  zależały  ich  losy, 

przypatrywało się kilku innych pacjentów. 

Jeden z pracujących przy zdejmowaniu szopki stęknął i rzucił przez ramię: 

— Gubernator, pomóż! 

Drobny, sztywny, ale mile uśmiechający się mężczyzna poprawił sobie swete-

rek, który miał założony na piżamę. 

—  Jestem  na  wczasach  —  wyjaśnił  —  bez  służby.  Nie  mogę  wydać 

dyspozycji. 

A  potem  godnie  odszedł  korytarzem.  Siedzący  jego  kroki  bezzębny,  chudy 

drągal dostrzegł Makowicza i w podrygach, podskakując, podszedł do niego. Sta-
n ą ł  naprzeciwko i wyciągając ręce jakby chciał go objąć, sam sit; zapowiedział: 

— Nagrywam. — A potem zaśpiewał: — ,,Rumba, rumba negra..." 

Zdezorientowany  Jan  cofnął  się  nieco,  ale  zostało  to  odczytane  jako 

prowokacja.  Bezzębny  drągal  uniósł  obie  ręce  do  pozycji  bokserskiej  i  spytał 
groźnie: 

— Chcesz się, kurwa, napierdalać? 

background image

 

Jan  podniósł  otwarte  dłonie  demonstrując  tym  gestem,  że  jest  to 

nieporozumienie, a on sam nie ma złych zamiarów. W tej samej chwili pojawiła 
się między nimi siostra Elżbieta. 

— Magnetofon — to było do bezzębnego chudzielca — ma być spokój! 

Ale len nie słuchał jej, śpiewając „Rumba, rumba negra" i wędrując gdzieś w 

stronę telewizora, 

—Chcesz iść w pasy? — tym razem groźba pielęgniarki skierowana była do 

Jana. 

—Zaatakował  mnie  —  stwierdził  Ma—kowicz,  ale  to  pielęgniarki  nie 

interesowało. 

—To pamiętaj, ma być spokój — powtórzyła odruchowo. 

—Będę pamiętał — zdążył odpowiedzieć za odchodzącą. — Przepraszam — 

niemal krzyknął. 

Nikt  jednak  nie  zwrócił  na  niego  uwagi.  To  zdarzenie  było  codzienne, 

zwykłe,  normalne.  Po  prostu  nic  się  nie  stało.  To  tylko  Makowicz  odebrał 
pierwszą lekcję zachowania się na oddziale zamkniętym. 

W  szmer  rozmów  i  klapanie  papci  wdarł  się  nagle  ostry  dzwonek  u  drzwi 

wejściowych.  Jan,  dla  którego  wszystko  tu  było  nowe,  dopiero  teraz  zauważył 
tkwiącego  przy  nich  masywnego  pielęgniarza.  Trzeba  go  było  lepiej  poznać, 
oswoić, przyzwyczaić do siebie. To kiedyś mogło się przy—dać. 

Podchodząc  bliżej  dostrzegł  jeszcze,  jak  pielęgniarz  wyciąga  z  kieszeni 

specjalny  klucz  i  otwiera  drzwi.  Był  już  cztery,  pięć  kroków  przed  nim,  gdy 
odwrócony plecami pielęgniarz spytał kogoś, kogo Jan nie widział: 

— Nowy? Od kiedy pracujesz? 

A zza drzwi zabrzmiał głos, który by? dobrze Janowi znany: 

— Krótko. 

Nie  dowierzając  sobie  samemu  Makowicz  przybliżył  się  jeszcze  trochę  do 

drzwi.  Właśnie  wjeżdżały  przez  nie  stojące  na  wózku  termosy  z  jedzeniem, 
dostarczanym tu z centralnej kuchni szpitalnej. 

background image

 

—  Daj,  ja  wezmę  —  pielęgniarz  wciągnął  wózek  do  środka  i  już  zamykał 

drzwi, gdy spojrzenia Jana i stojącego na zewnątrz Wojtysa skrzyżowały się na 
ułamek sekundy. 

To wystarczyło. Cały spokój, całe poczucie bezpieczeństwa, wspaniały wczo-

rajszy pomysł Marka — to wszystko okazało się kompletną bzdurą. 

Jan odwrócił się gwałtownie, cofając się jednocześnie w głąb świellicy. 

Nad  telewizorem  wisiało  już  nowe  hasło:  „Służba  zdrowia  twoim 

przyjacielem". 

 

Makowicz, który przeniósł po obiedzie swoje rzeczy na ogólną salę, siedział 

teraz  na  taborecie  obok  łóżka.  To,  co  dziś  się  wydarzyło,  było  dla  niego 
sygnałem, który jakby wbrew jemu samemu miast go rozkojarzyć, zdenerwować 
i przestraszyć — zmobilizował i zmusił do myślenia. Morderca teraz jeszcze nic 
zaatakuje.  To  był  pewnik.  Nawet  jeśli  miał  jakimś  cudem  dokładnie 
rozpracowany cały szpital, to i tak kilka dni zajmie mu konfrontacja tego, czego 
się mógł dowiedzieć z zewnątrz, z tym, jak jest tutaj w rzeczywistości. Było więc 
nieco czasu, aby coś zrobić. Co? Nie dać się zabić. To proste. Jak? Ustawiając 
przeciwnika w sytuacji bez wyjścia i zdobywając broń. Skąd? Jak kierować tym, 
co  może  zrobić  facet,  który  tu  przyszedł  zabić?  Jaką  mogę  mieć  broń?  Jak  się 
bronić? Czy rzeczywiście zginę? Czy będę musiał go zabić? 

Pytań było zbyt wiele, aby na nie jednocześnie odpowiedzieć. Jedno było ja-

sne. Nie można dać się zarżnąć. 

Tyle wiedział Jan. 

Nie  jest  łatwo  zabić  człowieka,  który  przez  dwadzieścia  cztery  godziny 

pozostaje  pod  opieką  lekarzy,  pielęgniarek,  a  poza  tym  przebywa  cały  czas  w 
tłumie innych ludzi. Aby to  zrobić, trzeba  wiedzieć  wszystko o tym, czym jest 
oddział  zamknięty  w  szpitalu  psychiatrycznym.  Kto  na  nim  pracuje?  Jakie  są 
słabe  punkty  organizacji  pracy  na  tym  oddziale  i  ludzi  na  nim  zatrudnionych. 
Należy  wiedzieć,  jak  jest  skonstruowany  sam budynek.  Jak tam  można  wejść i 
jakie są możliwości ucieczki? I wreszcie najważniejsze: konieczna jest wiedza o 
tym, czym jest choroba, na którą cierpią przebywający na tym oddziale ludzie. 

background image

 

Tego wszystkiego brakowało Pawiowi. 

Wiedział jednak, że jest to tylko kwestia czasu. 

Siedzący  naprzeciwko  Wojtysa  Kazio  nie  był  nawet  zdziwiony,  gdy  ten 

zaproponował  mu  dwie  godziny  temu  wypicie,  jak  to  nazywał,  „wkupnego". 
Taka  sama  dobra  okazja,  jak  każda  inna.  Właśnie  kończyli  trzecią  ćwiartkę,  a 
knajpiany  gwar  wcale  nie  przeszkadzał,  aby  temu  nowemu  wytłumaczyć,  jak 
bardzo odpowiedzialna jest praca pielęgniarza. Bo przecież gdyby nie on, Kazio, 
ten  cały  oddział  zamknięty  dawno  już  by  się  rozleciał,  zdemolowany  przez 
wariatów. Ani lekarz, ani siostra Elżbieta, nie mówiąc już o tej siksie terapeutce, 
na niczym się nie znają. Praktyka. To jest właśnie najważniejsze. A Kazio to ma. 
Kazio wie wszystko. Każdemu potrafi poradzić i nie raz, nie dwa lekarze go się 
słuchali. Nie trzeba się tylko przejmować pacjentami. Ani tymi głupotami, które 
gadają. 

—Wierzysz w to, co oni pieprzą? — spytał przechylając się na oparciu krze-

sła Wojtys. 

—Coś ty, Paweł! — Kazio potraktował to jako dobry żart. — W życiu! 

—A gdyby takiego postawić na świadka przed sądem...? 

—Nie  —  wyższość  wiedzy  Kazia  była  druzgocąca.  —  Sąd  nie  dopuściłby 

takiego  świadka.  Wiesz,  co  taki  może  narozrabiać  na  sali?  Weź  na  przykład 
Megnetofona... 

— A co, napieprzyłby sędziego? Kazio wlał w siebie kieliszek, przegryzł 

korniszonkiem, chuchnął i wytłumaczył: 

—Takiemu to wszystko jedno. Im większy świr, tym częściej się leje. 

—Nie mów? — zdziwienie Pawła było prawie prawdziwe. 

—Masz — powiedział Kazio. — Jak ja widzę, że ktoś startuje cały czas z pia-

chami, to wiem, że długo pokibluje. 

—Nie boisz się, że ci dołożą? — w głosie Pawła więcej było podziwu niż cie-

kawości. 

Kazio o mało nie zakrztusił się dymem papierosa. 

background image

 

— Mnie? Zaraz się klienta unieruchamia, szpila w tyłek i spokój. 

Więcej Pawła już nic nie interesowało. To mu w zupełności wystarczało. 

Jeśli Makowicz nie zginie, musi pozostać na tym oddziale na stałe.  I Paweł 

wiedział już. jak ma to zrobić. 

 

W  powieszonym  niedawno  napisie  „Służba  zdrowia  twoim  przyjacielem" 

brakowało  już  kilku  liter.  Stojąca  obok  ściany  terapeutka  wyglądała  wręcz 
anielsko w porównaniu ze stojącym obok zniszczonym mężczyzną. Niski, lekko 
łysawy, w starannie dopranej piżamie, miał powód do strachu. 

—Święty — mówiła dziewczyna z wyrzutem  — znowu nie pilnujesz innych! 

—Zaraz poprawię — zadeklarował się, a potem spytał, chcąc się upewnić: — 

Proszę pani, chyba za to nie mogę pójść do piekła? 

Dziewczyna była sroga. 

—  To  tak  wisi  od  dwóch  dni.  Zobaczysz,  że  aniołowie  niebiescy  wcale  po 

ciebie nie przyjdą. 

Mężczyzna skulił się. jakby go ktoś niespodziewanie uderzył. 

— Zaraz przyniosę klej i litery... Odwrócił się i pobiegł w głąb świetlicy. 

W  pośpiechu  i  panice  potrącił  Jana,  przyglądającego  się  z  uwagą  pracy 

fryzjera, który przyszedł ze swą kolejną wizytą, 

     —  Wybacz,  bracie!  —  wykrzyknął  Święty.  —  Gdy  będę  w  niebie, 

pomodlę się za ciebie. 

Jan wiedział już, że na takie słowa nie należy w ogóle reagować. Dlatego też 

nawet nie uśmiechnął się, pozwalając odejść Świętemu, Bardziej interesował go 
fryzjer.  A  ten  miał  akurat  wyjątkowo  ciężkiego  klienta.  Co  chwila  musiał 
zwracać mu uwagę. 

—Nie kręć się — powtórzył właśnie po raz nie wiadomo który. 

—Pan mnie źle strzyże — klient był wyraźnie niezadowolony. 

background image

 

—Aha — fryzjer był przyzwyczajony do takich tekstów — już cztery lata cie-

bie źle strzygę... 

—Muszę iść do fryzjera na miasto — zakomunikował mu strzyżony. 

Fryzjer  w  ogóle  nie  zareagował.  Flegmatycznie  schował  do  kieszeni  ręczną 

maszynkę do strzyżenia, wyciągnął nożyczki. 

— Doktor nie puści mnie na wigilię do domu — skarżył się znowu pacjent — 

jeśli będę źle ostrzyżony... 

Dalszego  ciągu  tej  rozmowy  Jan  już  nie  słyszał,  bo  właśnie——rozległ  się 

dzwonek do drzwi. Wystarczyło kilka kroków, by stanąć z boku Kazia. Nie było 
co się ukrywać. W biały dzień ostatecznie nic się nie mogło zdarzyć. 

Gdy  Kazio  otworzył  drzwi  i  na  oddział  wjechał  wózek  z  jedzeniem,  Paweł 

próbował wsunąć się za nim w głąb korytarza. 

— Gdzie to wstawić? 

Wszedł  chyba  o  krok  za  daleko,  bo  w  tej  samej  sekundzie  dopadł  go 

Magnetofon. 

—Nagrywam — wrzeszczał uszczęśliwiony. — „Rumba, rumba negra, rumba 

negra..." 

—Idź ty, świnia jedna  — Kazio opędził się od niego szerokim gestem ręki. 

Nigdy  nie  był  w  stanie  zrozumieć  słów  piosenki,  śpiewanej  nieustannie  przez 
Magnetofona, ale podejrzewał w nich jakąś wielką nieprzyzwoitość. Magnetofon 
zniknął. 

—Nie właź — Kazio wiedział, że Paweł nic powinien wchodzić na oddział. 

Tę  chwilę  nieuwagi  Kazia  ponownie  wykorzystał  Magnetofon.  Zza  pleców 

pielęgniarza pokazał Pawłowi „wała", krzywiąc się niemiłosiernie. 

—To  taki, jak  mówiłeś  —  Paweł  popchnął  wózek  z  jedzeniem  o  pół  kroku 

głębiej, nie zwracając uwagi na słowa Kazia. 

—Zaraz go uspokoję — Kazio bez pośpiechu odwrócił się plecami do Pawła: 

— Zobacz, jak to się robi. 

background image

 

Nie  mógł  widzieć  spojrzenia  Pawła,  gdy  ten  dostrzegł  stojącego  tuż  obok 

Jana.  Ten  chciał  się  cofnąć,  ale  w  lej  samej  sekundzie,  gdy  wyciągnął  przed 
siebie prawą nogę i cały ciężar ciała był oparty na lewej, Wojtys kopnął w nią i o 
pół kroku popchnął wózek. 

Próbujący utrzymać równowagę Mako—wicz zrobił półobrót, przyginając się 

jednocześnie  w  uniku  do  ziemi.  Chciał  uniknąć  spodziewanego  ciosu  w  głowę. 
Pech  sprawił,  że  półobrót  ten  skończył  się  naprzeciwko  Kazia,  a  wyglądało  to 
tak,  jakby  chciał  go  uderzyć  głową  w  brzuch.  Popchnięty  w  tym  momencie 
wózkiem rzeczywiście to zrobił. 

— Co mnie bijesz! — zdążył jeszcze krzyknąć zdziwiony Kazio, gdy stojące 

na  wózku  ciężkie  gary  zsunęły  się,  przewracając  Jana  i  zbijając  z  nóg 
pielęgniarza. 

Leżący  na  podłodze  Kazio  schwycił  rękawy  szlafroka  Jana,  krępując  jego 

ruchy. 

—Nie  dam  się  zabić  —  Jan  chciał,  aby  Wojtys  wiedział,  że  jest  gotów  na 

wszystko.  A  potem  nie  zwracając  uwagi  na  ból  w  wykręconych  rękach,  leżąc 
obok  Kazia próbował  jeszcze  kilka  razy  szarpnąć  się,  choć  nie  miał  już żadnej 
szansy. 

—No,  no  —  powiedział  z  podziwem  przypatrujący  się  ze  spokojem  temu 

wszystkiemu Paweł. — Ten to jest ostry. 

Bo  przecież  taki  właśnie  miał  być.  Wojtys  wiedział,  że  jeśli  dobrze  o  to 

zadba, jeszcze kilka takich numerów i leżący na ziemi człowiek nie wyjdzie stąd 
przez  długie  lata.  Jemu  —  Pawłowi,  nie  powinno  to  zająć  więcej  niż  kilka 
tygodni. 

Pochylił się i pomógł Kaziowi podnieść Jana. 

Ani w tej chwili, ani potem, gdy Janowi dawano zastrzyk i ponownie wiązano 

w pasy, nikt nie zwracał żadnej uwagi na to, co wykrzykiwał on pod adresem no-
wego pielęgniarza. Był po prostu człowiekiem, z którym można tu było zrobić 
wszystko. Nikt się z nim nie liczył. Musiał się wszystkiemu i wszystkim 
podporządkować. Zwyczajnie — nie miał żadnej szansy. Dlaczego? Dlaczego 
nie ma żadnej szansy? Gdzieś popełnił błąd. Kiedy? Nawet pięć minut temu. Nie. 

background image

 

Od początku. Od samego początku poddaję się temu, co robi morderca. Nie dać 
się zabić! To on musi robić to, co ja chcę, a nie odwrotnie. Co on teraz zrobi? 
Zabije mnie dzisiejszej nocy. Nie, nie wpuszczają go tutaj. Znajdzie sposób. Nie, 
jest tutaj za krótko. Aha, będzie działał tak, jak dziś. Nie musi mnie zabijać. 
Będzie mnie podpuszczał na takie zachowania jak dzisiaj. Zachowałem się nie 
jak wariat, tylko jak idiota. To znaczy, że jeszcze mam czas. Teraz będą mnie 
leczyć. Nie mogę stać się wariatem. Tylko tyle. A potem zaczął działać zastrzyk. 

 

Nawet grzejące przez okno słońce nie było jeszcze w stanie przebudzić Jana, 

śpiącego ciężkim narkotycznym snem. Nie przeszkadzało to w niczym stojącemu 
przy  jego  łóżku  Ordynatorowi.  Studentów,  którzy  go  otaczali,  traktował  jako 
dopust boży i wolał, gdy nie trzeba było wdawać się w rozmowę z pacjentem. 

— Panie kolego — zwrócił się do jednego ze studentów — zapoznał się pan z 

tym przypadkiem. Proszę przedstawić go innym. 

Student poprawił nerwowo druciane oprawki okularów i nieoczekiwanie oblał 

się rumieńcem. 

— No... Właśnie... Tak... — powiedział. 

—Nic rozumiem, co pan mówi — przynaglił go ordynator. 

—Przepraszam...  Tak...  —  student  się  ukłonił.  —  Właśnie  mamy  tutaj 

przypadek  nawrotu  choroby  z  wyraźną  manią  prześladowczą  —  popatrzył  na 
kolegów, których to, co on mówił, wcale nie interesowało. Każdy z nich miał do 
zreferowania  swój  przypadek  i  myślał  o  tym,  jak  zrobić  to  w  taki  sposób,  aby 
dostać  zaliczenie.  Makowicz  nikogo  nie  obchodził.  To,  co  mówił  student,  nie 
interesowało  też  ordynatora,  który  znał  doskonale  całą  historię  choroby  Jana. 
Patrzył teraz przez okno. 

—Pierwszy raz choroba wystąpiła u pacjenta piętnaście lat temu. gdy została 

zamordowana jego żona. Był wówczas podejrzany o dokonanie zabójstwa — stu-
dent spojrzał na ordynatora, chcąc sprawdzić, czy dobrze mu idzie. Nic nie zoba-
czył, ani potakującego gestu głową, ani zaprzeczenia. Nic. Brnął więc dalej. 

—Pierwsze symptomy choroby wystąpiły jeszcze podczas aresztu śledczego. 

Przeniesiony na obserwację do szpitala psychiatrycznego spędził w nim trzy mie-

background image

 

siące.  Gdy  znaleziono  prawdziwego  mordercę,  choroba  wyraźnie  ustąpiła, 
niemniej  od  tego  czasu  pacjent  był  stale  pod  opieką  poradni  zdrowia 
psychicznego... 

Gdzieś za oknem ktoś zagwizdał pierwsze takty Strasznego dworu. 

—  Tak...  —  powiedział  okularnik  —  ...  właśnie...  Rozpoznanie  — 

schizofrenia paranoidalna. Obecnie,.. 

Chyba  nie  był  melomanem,  bo  Straszny  dwór  za  oknem  wyraźnie  go 

denerwował. 

—No... Tak... — zamilkł, dając do zrozumienia, że skończył. 

—Co jeszcze? — ordynator chciał mu pomóc. 

—No...  Tak..  Właśnie...  —  rumieniec  na  policzkach  odpytywanego  biedaka 

stał się głębszy, ale delikwent nic już z siebie nie wydusił. 

Ordynator westchnął i zaczął odwalać swoje: 

— Kolega nie powiedział, że pacjent jest przekonany, że niedawno był świad-

kiem morderstwa.  Wszystkich  stara    się  o  tym przekonać.  Swego  prześladowcę 
widzi w różnych osobach. Nawet  wśród personelu szpitalnego — zmienił nieco 
ton i zaczął mówić jakby stał na katedrze: — Proszę państwa, w tym przypadku 
liczymy  się  z  długotrwałym  leczeniem  i  podawaniem  silnych  leków 
psychotropowych  w  rodzaju  neuroleptyków—  o  przedłużonym  działaniu,  ale 
rokowania nie są korzystne. Są pytania? Nie? Idziemy dalej... 

Ruszył  w  stronę  drzwi,  nie  oglądając  się  na  spłoszoną  gromadkę,  karnie 

podążającą za nim. 

Tylko student, który referował przypadek Jana, został chwilę dłużej, przyglą-

dając się „swemu" pacjentowi. Jego kolega zatrzymał się już przy drzwiach. 

— Co jest? — spytał. 

—Słuchaj — okularnik był pełen wątpliwości — może on naprawdę coś wi-

dział? 

background image

 

—Coś ty, to wariat — kolega interesował się laryngologią i na takie sprawy 

jak psychiatria zawsze mu było szkoda czasu. — A ci. co się zajmują psychiatrią 
też nie są lepsi... 

 

W ciągu kilku następnych dni siostra Elżbieta musiała, jak zwykle, gdy któryś 

z pacjentów był ostro tłumiony lekami, ściągać Jana na siłę z łóżka. Było normą, 
że  starali  się  przesypiać  cały  dzień.  Na  to  jednak  nie  można  było  im  nigdy 
pozwalać. 

Teraz  weszła  energicznym  krokiem  do  sali,  w  której  wśród  pieczołowicie 

posłanych  przez  Świętego  łóżek  na  jednym  rozkopanym  leżał  Jan.  Zwinięty  w 
kłębek przykrył się cały kocem. Wyglądało to. jakby ktoś w pośpiechu rzucił na 
łóżko wielką poduszkę. 

— Wstawaj, Doceni — siostra Elżbieta zerwała koc głowy Jana. 

Gwałtownie  obudzony,  odwrócił  się  na  bok  i  chwilę  patrzył  na  Elżbietę 

zdezorientowany. Był nie ogolony, wyglądał niechlujnie. 

— Wstawaj, wstawaj  — powtórzyła  pielęgniarka.  — Jazda do świetlicy.  W 

nocy będziesz spał, 

Jan  posłusznie  zaczął  wstawać.  Każdy  jego  ruch  był  powolny,  długi, 

wymagający namysłu. Wreszcie siadł na łóżku spuszczając nogi, i w tej pozycji 
zamarł w bezruchu. 

— Coś ci to nie bardzo idzie — Elżbieta wzięła go pod ramię. — Poczekaj, 

pomogę ci. 

Podnieść pacjenta z łóżka — to nie była trudna sztuka. Jan stał teraz opierając 

się jedną ręką o poręcz. 

—No  —  pielęgniarka  uśmiechnęła  się  zachęcająco.  —  Teraz  szybko  do 

świetlicy. Dasz już sobie radę, prawda? 

—Tak — powiedzenie tego jednego słowa kosztowało Jana dużo wysiłku. 

— Żebym cię zaraz tam zobaczyła... — Elżbieta wiedziała, że Jan już się nie 

położy, więc obróciła się na pięcie i wyszła z sali. 

background image

 

Tymczasem  Jan  próbował  skupić  się  na  wykonaniu  otrzymanego  polecenia. 

Kilkakrotnie  kiwnął  się  do  przodu  całym  tułowiem,  starając  się  ułatwić  sobie 
zrobienie  pierwszego  kroku,  ale  znowu  znieruchomiał,  gdy  zza  okna  usłyszał 
pierwsze takty Strasznego dworu. Bardziej pochylił się, oderwał rękę od poręczy 
łóżka i wysunął nogę. Zaraz jednak przystawił drugą, jakby bał się upaść. Potem 
znowu  to  samo.  Dreptał.  Powoli,  z  wysiłkiem,  z  zastanowieniem.  Jak  wielu 
innych  pacjentów  na  tym  oddziale.  Niczego  już  nic  musiał  udawać.  Był  to  po 
prostu jedyny sposób jego poruszania się. 

Melodia ze Strasznego dworu z niczym mu się już nie kojarzyła. 

W  świetlicy  usiadł  ciężko  przed  wiecznie  włączonym  telewizorem, 

odwracając się plecami do wejścia na oddział. Złożył razem dłonie i  wetknął je 
między kolana, powoli kiwając się w przód i w tył. Obok niego siedziało kilku 
tak samo zachowujących się mężczyzn. 

Nie  wszyscy  byli  jednak  tak  stłumieni.  Siedzący  przy  końcu  stołu  pacjent, 

który przed wigilią chciał się dobrze ostrzyc, przytrzymał za rękę przechodzącą 
obok Elżbietę. 

— Siostro, muszę iść na miasto do fryzjera — poinformował ją. 

To był jego stary numer i nie trzeba było na to zwracać specjalnej uwagi. 

—Przestań,  Zbyszek,  bo  dostaniesz  zastrzyk  —  zagroziła  półżartem 

pielęgniarka. 

—Myślisz,  że  nie  wytrzymam?  —  Zbyszek  wstał  z  krzesła  trzymając  w 

dalszym ciągu jej rękę. — Dostałem już osiemdziesiąt dwa zastrzyki. Wszystkie 
mam zanotowane. Osiemdziesiąty trzeci też wytrzymam. 

Elżbieta próbowała uwolnić rękę. Niezbyt silnie, aby nie wywołać agresji, ale 

stanowczo. Udało się. 

—Notuj  sobie,  notuj  —  powiedziała  spokojnie,  bo  to,  że  Zbyszek 

rzeczywiście ma notes, w którym zapisuje zastrzyki, każdy dobrze wiedział. 

—Wytrzymam, ile chcesz — powiedział teraz — ale muszę być ostrzyżony. 

Zobacz, jak wyglądam. 

Potargał sobie włosy, a potem wskazał na siedzącego Jana. 

background image

 

— On też musi iść do fryzjera. Dzwonek do drzwi dał pielęgniarce pretekst 

do przerwania rozmowy. 

— Przestań już. Obiad przyjechał. 

Wpychający  na  oddział  wózek  z  jedzeniem  Wojtys  szukał  wzrokiem  Jana. 

Przebiegł  oczyma  po  świetlicy,  ale  w  kiwającej  się  przed  telewizorem  kukle, 
odwróconej  do  niego  plecami,  nie  poznał  swej  ofiary.  Przywitał  się  z  Kaziem i 
raptem cały się rozjaśnił na widok Elżbiety. 

—No to co? — spytała ta podchodząc bliżej. — Zrobi pan to dzisiaj? 

—Już gotowe — Wojtys był z siebie zadowolony. — Zrobiłem zapłon i prze-

dmuchałem gaźnik. 

—Będzie teraz w porządku? — uśmiechnęła się Elżbieta zachwycona tym, że 

nowy  pielęgniarz  zna  się  na  silnikach  samochodowych  i  teraz  nie  trzeba  już  z 
każdym drobiazgiem jeździć do warsztatów. 

—Musi. 

—To ile jestem winna? 

Wojtys poznał w tym momencie Jana, który podniósł się właśnie z krzesła i 

ruszył w stronę łazienki. 

—Eee,  nic,  to  drobiazg...  Co  z  tym  zawodnikiem?  —  zmienił  temat, 

wskazując ruchem głowy Jana. 

—Kiepsko. Zapowiada się na stałego klienta. Ale... pan się napracował przy 

tym samochodzie... To nie był taki drobiazg, w ogóle przecież nic mogłam jeź-
dzić... 

Wojtys  podniósł  swoje  czarne  brwi.  Zawsze  robiło  to  na  dziewczynach 

wrażenie. 

Jednocześnie włożył rękę do kieszeni fartucha i wyciągnął lekko tylko zmięty 

bukiecik fiołków, 

— Mam tu taki drobiazg dla pani... 

background image

 

I  uśmiechnął  się,  a  Elżbieta  rozbrojona  jego  gestem  odwzajemniła  mu 

uśmiech. 

 

Mimo  późnej  pory  i  ciemności  Wojtys  nie  zapalił  światła  w  swoim 

mieszkaniu.  Po  przyjeździe  ze  szpitala  położył  się  na  łóżku  i  ani  razu,  leżąc  na 
wznak, nic zmienił pozycji. Makowicz nie był już dla niego niebezpieczny. Stało 
się  to  szybciej,  niż  mogło  się  na  początku  wydawać.  Niepotrzebne  więc  było 
podrywanie pielęgniarki, niepotrzebna też była jego dalsza praca w szpitalu. Miał 
to  już  za  sobą.  Pamiętał  dokładnie  każde  słowo  Elżbiety.  „Zapowiada  się  na 
stałego  klienta".  Tak  właśnie  powiedziała.  To  była  prawie  gwarancja 
bezpieczeństwa.  Ulga,  jaką  odczuł  w  tamtym  momencie  Paweł,  była  niemal 
fizyczna.  Stojąca  obok  niego  pielęgniarka  na  pewno  w  ogóle  nie  zdała  sobie 
sprawy z tego. że przyjmując chwilę później od niego kwiaty dotknęła na ułamek 
sekundy  jego  dłoni.  W  tym  samym  momencie  Paweł  poczuł  gwałtowne 
podniecenie. Zdarzyło się tak po raz pierwszy od czasu zamordowania nad Wisłą 
prostytutki. Elżbieta stała mu się bardzo potrzebna. 

Teraz, leżąc na tapczanie dokładnie wiedział, dlaczego, po co. Nigdy nikomu 

o tym nie mówił, nigdy tego nie opowiadał, ale też nie odczuwał żadnego wstydu 
czy  zażenowania.  To,  że  nie  mając  damskiej  bielizny  nie  mógł  uzyskać  pełnej 
satysfakcji,  było  tylko  jego  sprawą.  Uważał  to  za  naturalne.  Zwykłe,  Ludzkie. 
Musiał  mieć  bieliznę  świeżo  zdjętą  z  ciała  kobiety.  Jeszcze  ciepłą,  pachnącą, 
miękką w dotyku. Tego nie mogły zastąpić jakieś tam gacie, kupione w sklepie. 
Musiał mieć bieliznę. 

Elżbieta mu się bardzo podobała. Musiał mieć jej bieliznę. 

 

Prosta czynność podawania leków na oddziale psychiatrycznym  wymaga od 

wykonujących ją pielęgniarek szczególnej uwagi i dużego doświadczenia. Mniej 
tu chodzi o to, aby nie pomylić leków i każdemu dać to, co przepisał lekarz. Cała 
sztuka polega na dopilnowaniu, aby leki te były rzeczywiście przyjęte. Dlatego 
też  stosuje  się  kilka  metod.  Chorym,  którzy  są  posłuszni  i  grzeczni,  lekarstwa 
podaje  się  w  niewielkich  kieliszeczkach.  Tym,  którzy  mimo  dobrej  chęci  nie 
mogą  ich  przełknąć,  rozgniata  się  i  miesza  z  wodą.  Łatwiej  przechodzą. 

background image

 

Najbardziej  opornych  załatwia  się  zastrzykami.  W  każdym  przypadku  lek  musi 
wniknąć do organizmu chorego. Na tym polega leczenie. To jest szpital. 

 

Potulnie  ustawieni  w  kolejkę  pacjenci  oddziału  zamkniętego  poddawali  się 

codziennemu  rytuałowi.  Gubernator  połknął  leki  i  tylko  nieco  się  krzywiąc 
odszedł  na  bok.  Stojący  za  nim  Kadłubek,  od  którego  nikt  nigdy  jeszcze  nie 
usłyszał ani słowa, nie mógł tego zrobić. Pigułki wrzucone przez Elżbietę do ust 
ułożył sobie ruchem policzków na języku i teraz patrzył pokornie prosząc o coś 
do  popicia.  Pół  szklanki  wody  załatwiło  sprawę.  Elżbieta  pogłaskała  go  po 
głowie. 

— Bardzo jesteś grzeczny. Następny w kolejce był Makowicz. 

— Tylko uczciwie, bo sprawdzę — uprzedziła. 

Jan nie zwracając uwagi na jej słowa wziął podany mu kieliszek i bez słowa 

przełknął  całą  porcję.  Gdy  jednak  pielęgniarka  odwróciła  się  po  drewnianą 
szpatułkę,  połknięte  przed  chwilą  lekarstwa  dziwnym  sposobem  znalazły  się  w 
kieszeni  piżamy,  mimo  że  była  ona  ciasno  opięta  szlafrokiem.  Gdy  Elżbieta 
odwróciła się do niego ponownie, stał już spokojnie z szeroko otwartymi ustami. 
Drewniana  szpatułka  powędrowała  do  ust,  odchyliła  oba  policzki,  zajrzała  pod 
język. 

—No widzisz, jak bierzesz leki, to cię nikt nie prześladuje. 

—Wyraźnie  lepiej  się  czuję  —  Jan  promieniał  zadowoleniem  więźnia, 

któremu  wolno  napisać  w  liście,  że  jest  mu  dobrze,  że  jest  zdrów  i  nic  mu  nic 
potrzeba. 

—W każdym razie nic jesteś agresywny — pielęgniarka odstawiła tackę z pu-

stymi kieliszkami. — Chcesz coś, Docent? 

—Mam  do  siostry  prośbę  —  Makowicz  nauczył  się,  jak  rozmawiać  z 

Klżbietą. 

— No? 

—Nudzę się tutaj. Teraz, gdy czuję się lepiej — przymilał się —— chciałbym 

popracować. Choć trochę. Brakuje mi książek i magnetofonu. 

background image

 

—Jutro  ci  przywiozę  jakiś  kryminał  —  powiedziała  na  odczepnego 

pielęgniarka, zajęta już rozpisywaniem zleceń lekarskich. 

—Nie — Makowicz był cały w przepraszających uśmiechach. — Kryminały 

mnie nie interesują. Jeśliby siostra mogła zajechać do mnie do domu... 

—Zwariowałeś?  Gdybym  dla  każdego  chciała  tak  jeździć,  tobym  własnym 

domem nie miała czasu się zająć. 

—Czuję, że to by mi pomogło... — Makowicz próbował dalej. 

Pielęgniarka zastanowiła się przez chwilę. 

—  No...  dobrze  —  zdecydowała  się  nagle  —  ale  nie  obiecuję,  że  będzie  to 

błyskawicznie.  Na  razie  muszą  ci  wystarczyć  gazety.  Zapisz,  jakie  książki, 
dopisz  adres,  klucze  wezmę  z  depozytu.  Chyba  rzeczywiście  poprawiasz  się  — 
przyjrzała  się  Janowi  dokładniej.  —  Ciągle  zapominam,  że  pan  jest  naprawdę 
docentem — usprawiedliwiła wyjątek, jaki postanowiła zrobić. 

 

Dni na oddziale zamkniętym mają swój niezmienny rytm. Dokładnie  wiado-

mo, co kiedy się stanie i gdyby nie U>, że pacjenci wpadają na różne pomysły, 
jeden dzień szpitalny nie różniłby się od drugiego. W tę monotonię leczenia psy-
chiatrycznego Jan wprowadził pewną innowację. Każdego dnia po południu, gdy 
na oddziale zostawał już tylko lekarz dyżurny (którego nic oprócz nagiej śmierci 
pacjenta  nie  mogło  wywabić  z  jogo  pokoju  w  porze,  kiedy  pielęgniarka 
rozkładała do  kieliszków kolejną  porcję  tabletek, przeznaczonych na wieczór), 
spotykał się z Defraudantem. 

Trudno  to  zresztą  nazwać  spotkaniami.  Zawsze  o  tej  samej  godzinie 

Makowicz  niepostrzeżenie  przedostawał  się  do  wolnej  sali  sypialnej.  Pobyt  w 
niej w ciągu dnia był bardzo źle  widziany tak przez lekarzy, jak i pielęgniarki, 
ale  jednocześnie  było  to  jedyne  miejsce,  gdzie  Jan  mógł  spokojnie  „pogadać"  z 
Markiem. 

Na wygwizdany pod oknem sygnał podchodził do szyby. Niżej, na trawniku, 

stał  Marek.  Ich  system  porozumiewania  się  był  daleki  od  semafora,  jakim 
posługują się marynarze i harcerze.  Nie miał też nic wspólnego ani z językiem 
głuchoniemych,  ani  też  z  migotaniem  więźniów.  Był  jednak  skuteczny, i  to im 

background image

 

obu  wystarczało.  Dzięki  niemu  Marek  zawsze  był  na  bieżąco  informowany  o 
wydarzeniach  na  oddziale.  Makowicz  zaś  zyskiwał  nieco  banalne,  ale  zawsze 
interesujące wieści spoza oddziału. 

Dzisiaj  Marek  pokazał  Janowi  paczkę,  a  potem  wskazał  go  palcem.  Potem 

machnął  ręką  w  stronę  drzwi  wejściowych  i  wskazawszy  ręką  na  Jana  zrobił 
palcami  jednej  ręki  kilka  „kroków"  na  dłoni.  Następnie  dotknął  palcem  swych 
piersi  i  znowu  machnął  ręką  w  stronę  drzwi.  Wreszcie  wyciągnął  do  góry 
rozcapierzoną dłoń. Wszystko było jasne. 

Marek miał coś dla Makowicza i prosił go, aby za pięć minut spotkali się przy 

drzwiach wejściowych. 

 

Wędrujący  w  stronę  wejścia  na  oddział  Jan  mijał  właśnie  wychodzącą  ze 

świetlicy terapeutkę, gdy stało się kilka rzeczy naraz. 

Biały fartuch terapeutki zawadził o oparcie krzesła, zaczepił się i gdy dziew-

czyna zrobiła krok naprzód — uniósł się do góry, odsłaniając do połowy jej udo. 
W  tej  samej  niemal  sekundzie  przechodzący  obok  Makowicz  wylądował  na 
podłodze,  odepchnięty  z  całej  siły  przez  Magnetofona,  który  dopadł  terapeutkę, 
chwycił  ją  za  kolano i  jadąc dłonią po  zewnętrznej  stronie  jej  uda  odsłonił  całą 
nogę i półprzezroczyste majtki. 

—  Przestań  —  dziewczyna  szarpnęła  się,  ale  w  jej  głosie  więcej  było 

zdecydowania niż przestrachu. 

Magnetofon puścił jej biodro, tylko po to, by obróciwszy dziewczynę, objąć z 

tyłu jej ramiona jedną ręką, drugą zaś zacisnąć jej usta. A potem zaczął potrząsać 
jej ramionami i biustem wrzeszcząc na całe gardło: 

— Rumba, rumba, negra, rumba!— Jego schrypnięty głos padł w absolutną 

ciszę, jaka nagle zapanowała w świetlicy. Makowicz jeszcze nie zdążył podnieść 
się z podłogi, gdy wszyscy, dokładnie wszyscy pacjenci ruszyli w stronę 
trzymanej przez Magnetofona terapeutki. W ich gestach, ruchach widać było 
zdecydowanie, celowość, żądzę. Przy stolo został tylko tkwiący nieruchomo 
Kadłubek, który i tak w ogóle nie wiedział, co się wokół dzieje. Wśród 
atakujących był nawet Święty, który tym razem jakoś nie bał się swoich aniołów 

background image

 

niebieskich. Wszystko to trwało ułamki sekund. Gdy Jan stanął na nogi, mógł 
dostrzec trzymaną przez Magnetofona dziewczynę tylko poprzez plecy tłumu 
otaczających ją mężczyzn. 

Pierwszy  zaatakował  Gubernator.  Przypadł  do  piersi  dziewczyny  próbując 

uwolnić je z fartucha i stanika. Nie dał sobie z tym rady, ale mimo iż dziewczyna 
kurczowo  zaciskała  nogi,  udało  mu  się  w  następnej  chwili  wsunąć  jej  rękę  za 
majtki.  Próbował  je  rozerwać,  ale  sztuczne  tworzywo  okazało  się 
nadspodziewanie  mocne.  Na  tyle  spodobało  się  to  Magnetofonowi,  że  znów 
potrząsnął ramionami dziewczyny i ryknął swoje „rumba". To otrzeźwiło Jana. 

— Siostro!!! — krzyknął na całe gardło i było w tym głosie jednocześnie tyle 

przestrachu i nakazu, że Elżbieta w jednej chwili znalazła się w świetlicy. 

Nie potrzebowała nawet pół sekundy, aby zorientować się w sytuacji. Całym 

ciężarem  ciała  wpadła  między  skupionych  wokół  terapeutki  mężczyzn  i 
dosłownie dwoma ruchami uwolniła ją z objęć Magnetofona. W ciszy, jaka znów 
zapadła,  obie  kobiety  stały  przez  chwile,  twarzą  w  twarz  z  otaczającymi  je 
pacjentami Raptem Elżbieta nagłym ruchem chwyciła terapeutkę za rękę, drugą z 
całej siły trzasnęła w twarz najbliżej stojącego mężczyznę. Potem już biła kogo 
popadło, na ślepo, ciągnąc za sobą przerażoną dziewczynę. 

— Won! Won! — jej głos, podobnie jak przed chwilą głos Makowicza, miał 

najwyższe natężenie. 

Wystarczyły dwa, trzy uderzenia zadane otwartą dłonią i mogło się wydawać, 

że na oddziale zamkniętym nic się nie stało. Każdy zajął się swoimi sprawami. 
Na  miejscu  pozostał  tylko  trzęsący  się  jak  galareta  Gubernator.  Elżbieta 
popchnęła go łagodnie w ramię. 

— Idź, zobacz czy służba poprawiła ci łóżko. 

Pielęgniarka odczekała, aż odszedł kilka kroków i z nie skrywaną złością od-

wróciła się do terapeutki: 

—Szkoda, że cię nie zgwałcili! Przestałabyś wtedy świecić majtkami... 

—Ja nie chciałam... — dziewczyna wciąż jeszcze była przestraszona. Elżbieta 

jednak dokładnie wiedziała, o co tu chodzi. 

background image

 

—Możesz spać z szefem, kiedy zechcesz — stwierdziła niby to spokojnie. — 

Ale po oddziale masz chodzić przyzwoicie ubrana i zapięta po samą szyję. 

W tym właśnie momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Elżbieta nie dostrze-

gając nigdzie stojącego zwykłe przy nich Kazia podeszła, by je otworzyć. Wtedy 
zobaczyła stojącego na korytarzu Jana. 

— Dziękuję ci — powiedziała kładąc na moment rękę na jego ramieniu.  — 

Jutro pojadę po te książki i magnetofon. 

I odeszła ,nim Jan zdążył cokolwiek powiedzieć. 

Otworzyła drzwi specjalnym kluczem. Za nimi stał Defraudant. 

—Po  co  przyszedłeś?  —  Elżbieta  widziała  w  tej  wizycie  przede  wszystkim 

naruszenie szpitalnego regulaminu. 

—To do mnie — odezwał się zza jej pleców Makowicz. 

—Przyniosłem mu papierosy — wyjaśnił szybko Defraudant. 

—To daj i już cię tu nie ma — gest przymykania drzwi był więcej niż jedno-

znaczny.  I  pewnie  rzeczywiście  by  je  zamknęła,  gdyby  nie  pojawił  się  w  nich 
zdyszany Kazio. 

—Przepraszam, musiałem wyjść... — usprawiedliwiał się przed Elżbietą. 

—Po  tych  usypiaczach  nie  palę  —  bardziej  przeprosił  niż  podziękował 

Markowi Makowicz. 

—Czyś ty zwariował?! Gdzie się włóczysz? — napadła na Kazia pielęgniar-

ka, — Tej gówniary mało nie zgwałcili, a ty łazisz diabli wiedzą gdzie. Masz tu 
sterczeć! Na tym polega twoja praca! 

I nie słuchając jakichś niewyraźnych pomruków Kazia, który próbował się je-

szcze tłumaczyć, odeszła do swojej dyżurki. 

—Weź — Marek nadal wciskał w ręce paczkę z papierosami — na pewno ci 

się przydadzą. 

background image

 

—Ale  kurwa  —  westchnął  z  głębi  serca  Kazio,  który  raptem  odzyskał 

zdolność mówienia. — A wy co tu sterczycie? — zwrócił się do Jana i Marka. — 
Nie wolno. 

—Już uciekam — przeprosił go Marek, a potem zwracając się do Jana dodał 

raz jeszcze: — Weź, przyda ci się. 

W chwili, gdy Jan brał papierosy' z rąk Marka, dopadł go Magnetofon. 

— Daj, daj mnie. Słowo daję, jutro oddam... 

Ale w Kaziu Magnetofon zawsze budził obrzydzenie. Teraz też go odepchnął. 

— Idź ty, świnia jedna — ofuknął go i zatrzasnął drzwi. 

 

Nie ma nic nudniejszego niż terapia grupowa na oddziale zamkniętym szpita-

la  psychiatrycznego.  W  zasadzie  powinna  się  ona  odwoływać  do  społeczności 
pacjentów, która reguluje nie tylko wszystkie swoje sprawy bytowe, lecz także, a 
właściwie przede wszystkim, pozwala im odnaleźć swoją zachwianą osobowość. 
Tymczasem najczęściej ogranicza się zajęcia terapeutyczne do wspólnego ogląda 

nia telewizji, głośnego czytania książek, do gier świetlicowych, wyklejanek z 

dartego papieru lub szmatek, czy też do malowania. 

Gdy  Makowicz  wrócił  do  świetlicy,  trwały  właśnie  malowanki.  Pacjenci 

mimo swego stanu znudzeni byli śmiertelnie monotonią zajęcia, którym nikt ich 
tutaj  nie  potrafił  zainteresować,  ani  też  przekonać  o  jego  celowości.  Młoda 
terapeutka  wiedziała  doskonale,  że  jej  głównym  zadaniem  jest  wykonywanie 
wszystkiego,  czego  zażąda  od  niej...  nocą  ordynator.  W  ciągu  dnia  była 
niewyspana  i  tak  samo  jak  pacjentom  nie  zależało  jej  na  tym,  co  robiła. 
Ujrzawszy  nadchodzącego  Makowi—cza  leniwie  wypowiedziała  standardową 
formułkę: 

— Siadaj i bierz się do roboty, bo poskarżę siostrze Elżbiecie. 

I  Jan  posłusznie  usiadł,  wziął  jakiś  ołówek  i  rysował  bohomazy,  bo  cóż 

innego miał robić? 

background image

 

—  Wiesz,  że  jesteś  moim  wujem,  który  zginął  w  powstaniu?  —  spytał  go 

cichcem Gubernator. 

Takie odzywki należały tu do normalnych i Jan nauczył się już odpowiadać 

na nic byle co. 

— Tak, wiem. Walczyłem na Mokotowie. Tym razem jednak się nie udało. 

Oburzony Gubernator chwycił go za łokieć i odwrócił do siebie. 

— Nieprawda! — krzyknął prawie. — Walczyłeś w „Parasolu" na Woli. 

Wczorajsza  gazeta,  leżąca  na  stole,  była  ciekawsza  niż  bełkot  Gubernatora. 

Makowicz wziął ją do ręki i powiedział spokojnie, bez złości: 

— Daj mi spokój. 

Na drugiej stronie gazety umieszczono komunikat milicji zaczynający się od 

słów W dniu... odnaleziono zwłoki Marzeny KUŚ... 

To była zamordowana nad Wisłą prostytutka. 

 

Makowiczowi nie pozostawało nic innego, jak czekać. Anons prasowy to był 

znak, że milicja rozpocznie wreszcie działania. 

Kapitan  Popowicz  i  prokurator  Kwiatkowski  mieli  wreszcie  swego 

upragnionego trupa. Tyle tylko, że mogli nie wiedzieć, iż to ten, o którym mówił 
im  Jan.  A  on  będąc  w  szpitalu  nie  mógł  zdradzić  się,  że  jeszcze  cokolwiek 
pamięta. Każda próba rozmowy na ten temat z kimkolwiek z personelu szpitala 
zawsze  groziła  zwiększeniem  dawek  neuroleptyków.  Makowicz  i  tak  starał  się 
ich nie brać, ale nie zawsze się to udawało. Gdyby się zdradził, mogliby zacząć 
podawać  mu  leki  w  zastrzykach.  Wtedy  byłby  całkowicie  bezbronny.  A  Paweł 
zacznie działać. On także na pewno widział ten komunikat. 

 

Paweł leżał jak zwykle na swym tapczanie. Wpatrywał się w zdjęcie kobiety, 

którą zamordował. Nie było innego wyjścia, a zresztą słusznie jej się należało i 
nie ma czego żałować. Gliniarze zaczną teraz węszyć. Ale nic nie mogą zrobić. 
Groźny był tylko Jan, ale nie teraz, gdy jest w wariatkowie. Zresztą każdy papu-

background image

 

ga,  nawet  na  sali  sądowej  —  gdyby  już  do  tego  doszło  —  podważy  zeznania 
wariata. To bezpieczny świadek, innych nie ma. No, może jeszcze ta gruba baba 
z  pogotowia...  ale  ona  na  pewno  już  niczego  nic  pamięta.  Więc  do  niczego  nie 
dojdą. 

Wojtys  spróbował  wyobrazić  sobie,  jak  wygląda  Elżbieta  zdejmująca 

bieliznę. 

Teraz tylko to było ważne. 

 

Dwa  dni  później,  nocą,  jeden  Jan  w  całej  sali  nie  spał.  Taka  bezsenna  noc 

zdarzała mu się coraz rzadziej. Na początku, gdy oszukując lekarzy i pielęgniarki 
przestał brać lekarstwa, nie spał przez kilka nocy z rzędu. Wolał być niewyspany 
niż zgłuszony i otumaniony lekarstwami. Zresztą nocne, spokojne godziny były 
dla niego swego rodzaju relaksem po całym dniu hałasu, sprzeczek i wrzasków. 
W takie bezsenne noce jego nerwy odpoczywały bardziej niż podczas snu. Czul 
się tak, jakby tkwiące gdzieś w nim akumulatory zasilano na nowo energią. 

Gdzieś za otwartym, choć zakratowanym 

oknem  słychać  było  stukot  drewniaków,  jakich  używał  tu  personel,  i  coraz 

bardziej  wzmagający  się  szmer  rozmowy,  przerywany  od  czasu  do  czasu 
kobiecym chichotem. 

—To  jak  będzie,  zaprosisz  mnie  na  herbatę?  —  całkiem  już  blisko  spytał 

mężczyzna. Jan poznał głos Wojtysa. 

—Teraz? — kobieta była pełna obaw. — Ordynator może być na oddziale... 

To była Elżbieta. Jan wstał z łóżka i podszedł do okna tak, aby nie być wi-

dzianym z zewnątrz. Przechodzili właśnie obok sali trzymając się pod rękę. 

Makowicz drgnął. 

Po raz drugi ujrzał Pawła z góry. Dokładnie tak. jak wtedy, gdy stał na bal-

konie nad Wisłą. Tamtemu brakowało tylko kaszkietu. 

— Na pewno śpi w budynku dyrekcji  — głos Pawła brzmiał pewnością.  — 

Zresztą nie sam. 

background image

 

Elżbieta, by zmienić temat, spytała: 

—Widziałeś kiedyś swój portret? 

—Jaki portret? 

—  Docent  cię  namalował...  Znalazłam  to  u  niego  w  domu.  gdy  byłam  po 

książki. 

Paweł zatrzymał się i przez chwilę stał jak skamieniały. 

—Gdzie to masz? 

—W dyżurce. 

— Możesz mi go teraz pokazać? — Wojtys objął ją delikatnie za szyję ramie-

niem. 

— No... — zawahała się pielęgniarka. 

—Tylko  popatrzę.  Nawet  nie  będę  wchodził  na  oddział  —  poprosił  Paweł 

uśmiechając się. 

—Eee, co tam, chodź — zdecydowała się Elżbieta. 

Objęci, przytuleni do siebie poszli w stronę wejścia do budynku. Po drodze 

mieli  do  przebycia  niewielki,  może  tylko  dwudziestometrowy  odcinek  drogi, 
która  była  zacieniona  gęstymi  drzewami.  W  nocy  szło  się  tamtędy  zupełnie  po 
omacku. 

 

Przez okno sali szpitalnej Jan niewiele już mógł zobaczyć. Musiał przebiec do 

komórki, w której składano brudną bieliznę, bo z jej okna można było  widzieć 
wejście do budynku. 

To,  co  było  niezrozumiałe  dla  Elżbiety,  dla  Jana  było  aż  nadto  jasne.  Ta 

kobieta  w  tej  chwili  ryzykowała  życiem!  Była  sam  na  sam  z  mordercą  który 
wiedział,  że  w  jej  posiadaniu  jest  dowód,  który  może  być  wykorzystany 
przeciwko niemu. I gdy położył swoją rękę na jej ramieniu, Jan wiedział, że nie 
zrobił tego bez powodu. 

background image

 

Wybiegł  ze  swojej  sali  kierując pierwsze  kroki do  gabinetu  lekarskiego, ale 

zatrzymał się już w pół drogi. Żadne jego argumenty nie przekonałyby lekarza o 
tym, że ma rację, a zresztą nie ma go, bo swój dyżur pełni z terapeutką w innym 
budynku. 

Coś jednak trzeba zrobić. Co? 

W  tak  zwanym  brudowniku  nawet  szyba  okienna  była  brudna  i  Jan  nie 

widząc  przez  nią  dobrze  musiał  przytulić  się  do  szkła  rozpłaszczając  sobie 
niemal nos. 

Byli. 

Szli  obok  siebie  jakby  nigdy  nic.  Widocznie  Paweł  nie  zdecydował  się 

jeszcze  na  atak.  Elżbieta  bezpiecznie  przeszła  najgroźniejszy  odcinek.  Teraz 
właśnie  byli  na  skraju  plamy  światła,  padającego  z  lampy  zawieszonej  nad 
wejściem, ale nadal pozostawali w cieniu. 

Zatrzymali  się  i  Jan  zobaczył,  jak  druga  ręka  Pawła  wędruje  w  stronę  szyi 

Elżbiety. Nie było na co czekać. 

Brzęk rozbijanej szyby być może nie obudził wszystkich pacjentów, ale prze-

raźliwy krzyk Jana wzywającego ratunku był słyszany chyba w piekle. 

Widział,  jak  Paweł  i  Elżbieta  odskakują  od  siebie  speszeni  tym.  że  ktoś 

podglądał ich pocałunek. Zdążył jeszcze zdać sobie sprawę z tego, że się pomylił 
i  w  sekundę  później,  widząc  pełen  satysfakcji  wzrok  Wojtysa  patrzącego  w 
stronę rozbitego okna, zrozumiał, że popełnił poważny błąd. 

Elżbieta odwróciła się i pobiegła w stronę drzwi budynku. Gdzieś nu oddziale 

trzasnęły drzwi. Janowi zrobiło się słabo. Poczuł, że nogi ma dziwnie miękkie i 
osunął się na ziemię. 

W  kilka  chwil  później  otworzyły  się  drzwi  do  brudownika i  stanęła  w  nich 

Elżbieta. 

— Chryste — powiedziała. — Co ty tu robisz? 

Za jej plecami stał dopiero co obudzony Kazio. 

 

background image

 

Po  tym,  jak  rozbił  szybę  i  narobił  szumu  na  cały  oddział,  Jan  już  zupełnie 

przestał istnieć dla Pawła. Był wariatem, po prostu zwykłym wariatem. Niebez-
piecznym dla innych, a także dla siebie. 

Skończyło się na zastrzyku. Nawet nie wiązali go w pasy. Wojtys był ciągle 

niebezpieczny. Już nie dla niego. Dla Elżbiety. Miała zginąć i cała energia Jana 
skierowana była przede wszystkim na to, w jaki sposób ją od tego uchronić. Nie 
mógł nic. Nie miał broni. Musiał coś zrobić. Co? 

Grzebień  nabierał  mniej  więcej  połowę  długości  włosów  strzyżonego  i 

kierowany  wprawną  ręką  szybko  zbliżał  się  do  ich  końca.  Gdy  część  krótszych 
włosów spadała, wystarczyło błyskawiczne ciachnięcie nożyczkami, aby kolejna 
kępka  była  wyrównana.  I  znów  zagarnięcie,  szybka  droga  grzebienia  i 
ciachnięcie.  I  jeszcze  raz,  i  jeszcze.  Były  to  już  ostatnie  ruchy  fryzjera,  teraz 
kilka szybkich przyczesań i można było gestem spędzić pacjenta z fotela. 

— Zbyszek — powiedział fryzjer — teraz twoja kolej. 

Zbyszek był jednak ostrożny. 

— Nie będziesz mnie strzygł — poinformował fryzjera. — Do fryzjera muszę 

iść na miasto, 

I aby go nikt przypadkiem nie zatrzymał, uciekł na wszelki wypadek ze świe-

tlicy. Fryzjer wiedział, że i tak zaraz wróci. Nie musiał zwracać na niego uwagi. 

— No, siadaj, Docent — powiedział do Jana, który czekając na swoją kolejkę 

uważnie przypatrywał się jego pracy. 

Ten chciał już usiąść na wskazanym krześle, gdy ubiegł go Magnetofon, który 

jak zwykle pojawił się nie wiadomo skąd. 

— Teraz ja — oznajmił dumnie usadzając się i poprawiając na  krześle.  Sam 

o tym nie wiedząc dał Janowi szansę, na którą ten czekał już od dłuższej chwili. 
Zasłonił nieopatrznie pozostawione przez fryzjera na stole nożyczki. Wystarczył 
ułamek sekundy, aby znalazły się one w kieszeni szlafroka Jana. 

— Nie wpychaj się — powiedział fryzjer do Magnetofona, bo przecież nawet 

w domu wariatów musi być jakaś sprawiedliwość. Ale Janowi już się nie śpie-
szyło. 

background image

 

— Poczekam  —   powiedział  spokojnie i odszedł na bok, czekając na okazję 

bezpiecznego wyjścia ze świetlicy. 

—A  co,  kurwa!  —  wrzasnął  Magnetofon  zrywając  się  z  krzesła  i  stając 

twarzą w twarz z fryzjerem. — Chcesz się napierdalać? 

—Już  dobrze,  siadaj  —  fryzjer  wiedział,  że  nie  należy  zbytnio  przejmować 

się straszeniem Magnetofona. Sięgnął ręką do stołu, na którym przed chwilą le-
żały nożyczki. 

—Oddaj nożyczki — zażądał stanowczym głosem. 

—Nie  mam  —  Magnetofon  wyglądał  na  oburzonego  tak  brzydkim 

posądzeniem. 

Fryzjer  wiedział  jednak,  że  to  nie  są  przelewki:  przytrzymał  jedną  ręką  na 

krześle Magnetofona i krzyknął: 

— Siostro, Kaziu, chodźcie tutaj! 

—Co  mnie  szarpiesz?  —  próbował  się  bronić  Magnetofon.  —  Nie  brałem 

twoich pieprzonych nożyczek. 

—Lepiej będzie, jak sam oddasz — powiedziała nadchodząca Elżbieta, która 

słyszała ostatnie słowa chorego. Prócz niej i Kazia, który właśnie podchodził od 
strony drzwi, żaden z pacjentów będących w świetlicy nie zareagował. Nie mieli 
tego w zwyczaju. 

— Co się stało? — chciał wiedzieć Kazio. 

— Nożyczki mi skurwiel podpieprzył — poskarżył się fryzjer. 

Kaziowi to wystarczyło. Zaszedł przytrzymywanego cały czas przez fryzjera 

Magnetofona z tyłu, chwycił go za rękę i przekręcając ją aż do bólu spytał: 

— Mam je znaleźć? 

— „Rumba, rumba" — spróbował się wykpić Magnetofon. Ale nic zdążył już 

zaśpiewać „negrą',', zamiast tego syknął z bólu. To nie była zabawa. 

Elżbieta także była przeciw niemu. 

—Przestań się wygłupiać. Oddaj te nożyczki. 

background image

 

—To  nie  ja  —  Magnetofon  widząc,  że  nie  da  się  nikogo  oszukać,  szybko 

spokorniał.  —  Nie  szarpcie  mnie.  To  pewnie  tamten,  co  był  strzyżony  przede 
mną. 

Fryzjer  i  Kazio  byli  nieufni.  Podczas,  gdy  Kazio  w  dalszym  ciągu 

przytrzymywał  Magnetofona,  fryzjer  podszedł  do  swego  poprzedniego  klienta  i 
skrupulatnie  przejrzał  jego  kieszenie.  Potem  zajrzał  za  koszulę,  obmacał  go  i 
wetknął palce za skarpetki. Niczego tam nie było. Fryzjer wrócił do Magnetofona 
i zwracając się do Elżbiety i Kazia poinformował całą trójkę: 

— Tamten nic nie ma. 

A potem nie czekając już na nic chwycił wolną ręką Magnetofona i sięgnął do 

kieszeni jego szlafroka. 

W  ruchu  ręki  fryzjera  było  coś  takiego,  co  dla  Magnetofona  stanowiło 

straszliwe zagrożenie. 

—  Boję  się  —  powiedział  i  rzeczywiście  przestrach  jego  wcale  nie  był 

udawany. Obezwładniony, trzymany  za ręce przez dwóch silnych mężczyzn nie 
mógł się bronić. Jogo usta wykrzywiły się w podkowę, a z oczu popłynęły łzy. 
Wyglądał jak małe dziecko. 

Fryzjer nie zwracając uwagi na jego coraz bardziej rozpaczliwy płacz dokład-

nie  go  obszukał.  Gdy  skończył,  spojrzał  bezradnie  na  Kazia.  Puszczony 
Magnetofon  odszedł  w  kąt  świetlicy,  ciągle  wstrząsany  paroksyzmami  płaczu. 
Nikt nie pomyślał o tym, aby go uspokoić czy przeprosić. Dla nikogo nie było to 
ważne. Nie był teraz przecież niebezpieczny. 

Wzrok Kazia padł na Jana, w milczeniu przyglądającego się całej tej scenie. 

— Ten też tu był — przypomniał sobie pielęgniarz. 

I to wystarczyło. Jan sięgnął do kieszeni, wyjął nożyczki i wolno, delikatnie, 

jakby z żalem, położył je na brzeżku stołu. Nie patrząc na nikogo, nie mówiąc 
ani słowa, odwrócił się i odszedł. Nawet nie zatrzymał się, przechodząc obok w 
dalszym ciągu płaczącego Magnetofona. 

—  Zawsze  ci  mówiłem  —  powiedział  fryzjer  Kaziowi  —  że  najgorsi  to  ci 

cholerni inteligenci. 

background image

 

— Uhum — potwierdził Kazio. Inaczej zareagowała Elżbieta. Dogoniła Jana 

i miękko, delikatnie spytała, obserwując uważnie każde drgnienie jego twarzy: 

— Znowu cię męczy? 

Jan  zwlekał  z  odpowiedzią  jakby  coś  w  sobie  ważył.  Wreszcie  zdecydował 

się. Podniósł głowę i spojrzał pielęgniarce prosto w oczy. 

—On teraz będzie chciał zabić siostrę — powiedział spokojnie, bez emocji, 

pragnąc, aby Elżbieta rzeczywiście mu uwierzyła. 

—Kto?  —  nie  zrozumiała  pielęgniarka,  ale  wyraźnie  ją  to  poruszyło.  Na 

oddziale można się było spodziewać wszystkiego. 

— Morderca. Salowy... no, Paweł... 

Elżbieta  chwyciła  lekko  powietrze  ustami.  Była  już  rozluźniona. Ruszyła  w 

stronę dyżurki. Makowicz chcąc nie chcąc szedł obok niej. 

— Powiem lekarzowi — zdecydowała — on ci pomoże. Wiesz, przywiozłam 

ci książki i ten twój magnetofon. Zaraz ci dam. Ale pięknie malujesz — znowu 
się  zatrzymała.  —  Widziałam  te  obrazy  w  twoim  mieszkaniu,  to  nic,  że 
zniszczone.. 

Ruszyła z miejsca i była już w drzwiach dyżurki, gdy Jan chwycił ją za rękę. 

—  Siostro  —  spróbował  jeszcze  raz  —  czy  pani  nic  nie  rozumie?  Przecież 

widziałem,  co  się  stało  wtedy  w  nocy,  na  dole.  Dlatego  rozbiłem  tę  szybę.  On 
naprawdę chciał panią zamordować. Ten rysunek... 

Ale Elżbieta już go nie słuchała. Weszła do dyżurki i zaraz od progu zwróciła 

się do terapeutki: 

— Rozłożyłaś lekarstwa? 

A gdy tamta skinęła głową, chwyciła wiszącą na oparciu krzesła torbę, wyjęła 

z niej książki i magnetofon, i wpychając to wszystko w ręce Jana, powiedziała: 

—  Nie  przywiozłam  sznura  do  kontaktu  tylko  kupiłam  baterio,  żeby  pana 

broń boże nie kusiło. A teraz już cię nie ma, bo zastrzyk — zagroziła żartobliwie. 

background image

 

Makowiczowi  nie  pozostało  nic  innego,  jak  tylko  podziękować.  Przy 

terapeutce nie mógł przecież rozmawiać z Elżbieta, o tym najważniejszym... 

 

Siedzący naprzeciwko ordynatora Popowicz chciał dowiedzieć się prawdy o 

stanie zdrowia Jana. 

— Wydaje mi się — mówił ordynator zza swego biurka że w tej chwili stan 

pana Makowicza nie pozwala na poważne traktowanie tego, co mówi. Być może 
rzeczywiście był świadkiem morderstwa, ale obecnie doprawdy nie nadaje się do 
tego, aby składać zeznania. 

Wszystko,  co  mówił  lekarz,  było  wypowiadane  tonem,  jakim  babcia 

Popowicza zwracała się do służby. Uprzejmym, ale jeśli nie pogardliwym, to na 
pewno bardzo lekceważącym. Kapitan zdawał się tego nie dostrzegać. 

— Sądząc po jego zachowaniu się podczas wizji lokalnej — mówił spokojnie 

— docent Makowicz dokładnie wszystko zaobserwował. Co więcej — twierdzi, 
że zna mordercę. 

Lekarz uśmiechnął się z politowaniem. 

—Kapitanie, pan Makowicz widzi tego mordercę niemal wszędzie. W czasie 

swego  pobytu  tutaj  zaatakował  już  wiele  osób,  uważając,  że  to  właśnie  oni  są 
tymi wyimaginowanymi mordercami. 

—Znaleźliśmy ciało... — zaczął Popowicz, ale lekarz mu przerwał: 

—Więc powinniście działać swoimi metodami. Pan Makowicz jest w ciężkim 

stanie i doprawdy wolałbym, aby pan go nie niepokoił i nie przypominał mu tych 
wszystkich wydarzeń, które stały się przyczyną jego pobytu tutaj... 

Nie było o czym dalej rozmawiać. Jan mógł mieć rację. Ale był 

niebezpiecznym wariatem. To proste. 

W pół godziny po rozmowie z Popowiczem ordynator wszedł na oddział za-

mknięty.  W  sali  chorych  przy  oknie  zobaczył  Jana  gestykulującego  z 
ożywieniem. 

background image

 

— Co pan robi? — spytał, a Jan odwrócił się gwałtownie robiąc jednocześnie 

ruch ręką, jakby opędzał się od uprzykrzonej muchy. 

Stojący na dole Defraudant zdążył to zauważyć i uskoczył za róg budynku. 

— Nic, nic — zbagatelizował Jan uśmiechając się z przymusem. 

Ordynator wszedł do sali, przeszedł między łóżkami i przysiadł na parapecie. 

— Jak samopoczucie? — spytał z troską w głosie, ale Jan wiedział, że jest to 

tylko zawodowe zainteresowanie przypadkiem, który ma na swoim oddziale. 

Dokładnie  na  słowa  wypowiadane  przez  lekarza  nałożył  się  turkot  wózka. 

Takim wózkiem rozwożono jedzenie. Jan już dawno nauczył się identyfikować 
ten  dźwięk.  Wiedział,  że  wózek  popychany  jest  przez  Wojtysa.  Udało  mu  się 
jednak opanować i nie spojrzeć przez ramię ordynatora na podwórko. 

—Coraz  lepiej.  Właściwie  już  dobrze  —  jego  słowa  zabrzmiały  zupełnie 

naturalnie  i  choć  wiedział,  że  tak  właśnie  na  ogół  odpowiadają  na  to  pytanie 
wszyscy  pacjenci,  najważniejsze  było  ukrycie  w  tonie  głosu  pewnego  napięcia, 
jakie zawsze odczuwał, gdy Paweł znajdował się w pobliżu. 

—Pana ktoś prześladuje? — chciał wiedzieć ordynator. 

—Nie, nikt — odpowiedź Jana była szybka i padła pozornie bez zastanowie-

nia, ale jednocześnie nie mógł się on już opanować i spojrzał w okno. 

—A jak tam pański morderca? — lekarz zdecydował się na pytanie wprost. 

Za  oknem  właśnie  przeciągał  swój  wózek  Paweł  i  jakby  wiedząc,  że  jest 

obserwowany, spojrzał górę. Prosto w okno, w którym stali ordynator z Janem. 

— Na szczęście mam to już za sobą — Janowi w dalszym ciągu udawało się 

zachować  spokój,  ale  jednocześnie  czuł,  jak  cała  jego  twarz  pokrywa  się 
drobnym potem. 

Lekarz zauważył to. 

— Czym pan się teraz denerwuje? 

—Cholera, serce mi dokucza, tak jak w nocy — zełgał Jan i spojrzał na ordy-

natora, starając się wyglądać zupełnie niewinnie. 

background image

 

—To w nocy to było serce? — powątpiewanie w glosie lekarza było niemal 

namacalne. 

—Tak  —  w  miarę  jak  oddalał  się  turkot  wózka,  Jan  rozmawiał  coraz 

swobodniej.  —  Wie  pan,  wydawało  mi  się,  że  po  prostu  umieram.  To  było 
obrzydliwe uczucie. 

—Tak,  to  bywa  nieprzyjemne  —  ordynator  uderzył  się  dłonią  po  kolanie  i 

wstał z parapetu. — Zrobimy panu EKG i poproszę internistę, aby dobrze pana 
obejrzał. 

Wychodząc szybko z sali chyba nie słyszał, jak Jan powiedział „dziękuję". 

 

Elżbieta  przytulała  do  swojej  twarzy  bukiecik  kwiatów,  skrywając  tym 

uśmiech. Siedziała z Pawłem w ogródku śródmiejskiej kawiarni. Było jej dobrze. 
Paweł  nigdy  jeszcze  nie  zjawił  się  na  umówione  spotkanie  bez  kwiatów,  ale 
nigdy  też  Elżbieta  nie  pozwoliła  —  mimo  jego  próśb  —  odprowadzić  się  do 
domu.  Podobał  się  jej  i  właśnie  dlatego  starała  się  trzymać  go  na  dystans. 
Przynajmniej  przez  jakiś  czas  Był  naprawdę  miły,  dowcipny,  opiekuńczy.  Po 
prostu  dobry.  Trzymał  jej  rękę  w  swojej  dłoni.  To  było  wszystko,  na  co  sobie 
pozwalał w stosunku do niej. Nie licząc tego niefortunnego pocałunku, którego 
świadkiem był Docent. 

—Wiesz  —  powiedziała  —  dzisiaj  była  na  oddziale  milicja.  Pytali  o  tego 

docenta. Wiesz którego, prawda? 

—Nie... — Paweł nie mógł sobie przypomnieć, 

— No, tego, co pobił się z Kaziem... 

—Aaa..  —  głos  Pawła  nie  zdradzał  specjalnego  zainteresowania.  — Czymś 

się im naraził? 

—Nie.  To  przecież  jednak  człowiek  na  stanowisku  —  tytuł  docenta  mimo 

wszystko imponował Elżbiecie. — Ordynator mi mówił, że on widział podobno 
morderstwo, a teraz w Wiśle znaleziono zwłoki i milicja chciała go przesłuchać... 

Paweł patrzył na ulicę niewidzącym spojrzeniem. 

background image

 

—Ej! — Elżbieta pomachała mu ręką przed oczyma. — Co jest?! Obudź się. 

Nad czym tak się zamyśliłeś? 

—Nie,  nic  —  potrząsnął  głową,  a  potem  uśmiechnął  się  do  niej  i  ledwo, 

ledwo wyczuwalnie nieco mocniej ścisnął jej rękę, która cały czas tkwiła w jego 
dłoni. 

 

Była tylko jedna droga postępowania. Elżbieta miała jego portret i nic trzeba 

było  już  wiele  czasu,  aby  skojarzyła  sobie,  że  Jan  poznał  go  wcześniej,  przed 
swoim  pobytem  w  szpitalu.  Niedługo  się  tego  domyśli.  Trzeba  zapobiec  za 
wszelką cenę... Nawet za cenę życia, które przecież i tak nie ma żadnej specjalnej 
wartości. 

Wojtys  podniósł  się  gwałtownie  ze  swego  tapczanu.  Przyszła  mu  do  głowy 

zbawienna myśl. 

Makowicz jest szaleńcem, o czym wszyscy dobrze wiedzą. Niebezpiecznym. 

I  bardzo  dobrze.  Elżbieta  zginie.  Umrze.  Zostanie  zamordowana.  A  kto  będzie 
mordercą? 

Przecież to proste. 

Makowicz. 

 

Głupi przypadek pozwolił Elżbiecie zorientować się, że Jan nie przyjmuje le-

karstw. Po prostu Święty szukając zapałek  włożył mu rękę do kieszeni i wycią-
gnął  zamiast  tekturowego  pudełeczka  kilka  tabletek,  których  Jan  nie  zdążył 
jeszcze  wyrzucić  do  ubikacji.  Stał  i  zastanawiał  się  nad  swoim  odkryciem,  gdy 
dostrzegła to  wszystkowidząca pielęgniarka. Od tego czasu Makowicz dostawał 
lekarstwo rozgniecione i rozpuszczone w wodzie. 

Teraz  też  Elżbieta  podniosła  kieliszek  z  lekarstwem  prosto  do  jego  ust  w 

ogóle nie pozwalając dotknąć go rękoma. A gdy Jan odchylił z niechęcią głowę 
powiedziała ze złością: 

— Ten morderca nie zostawi cię nigdy w spokoju, jak będziesz nas oszukiwał 

i wrzucał lekarstwa do klozetu... 

background image

 

Makowicz musiał jej powiedzieć to, co było najważniejsze. 

—Siostro, ten rysunek... — przytrzymał jej rękę z lekarstwami. 

—Zabierz ręce, bo dostaniesz zastrzyk  — Elżbieta nie patyczkowała się.  — 

Przecież chcemy ci pomóc. 

Ale  Makowicz  ciągle  trzymał  ją  za  rękę,  próbując coś  powiedzieć.  Elżbieta 

nie dała mu jednak dojść do słowa. 

— Panie Kaziu, niech pan pomoże. 

I zanim Jan zorientował się, co się dzieje, z tyłu chwycił go pielęgniarz, który 

silnym pociągnięciem za włosy przechylił mu głowę do tyłu. Nie chcąc się zadła-
wić,  musiał  połknąć  niesmaczną,  kleistą,  nieco  gruzełkowatą  od  źle 
rozgniecionych tabletek, papkę, którą Elżbieta wrzuciła mu do ust. 

 

Dwie  minuty  później  Jan  stał  nisko  pochylony  nad  miską  klozetową, 

wpychając  sobie  do  gardła  niemal  całą  dłoń.  Bolesne  wymioty,  jakie  po  chwili 
przyszły,  wydawały  mu  się  niemal  zbawieniem,  ale  spróbował  jeszcze  raz,  i 
jeszcze. Dopiero gdy był pewien, że żołądek ma zupełnie pusty, wyprostował się 
i  wyszedł  z  kabiny.  Wypłukał  usta  nad  umywalką,  a  potem  ciężko  oparł  się  o 
parapet okna i chwilę odpoczywał. Musiał to zrobić. Po raz pierwszy podano mu 
w  ten  sposób  lekarstwa,  a  przyjęcie  ich  znaczyło  dla  niego  zwiększenie 
zagrożenia.  Czuł  się  upodlony  i  poniżony.  Nawet  nie  tym,  co  z  nim  zrobiono. 
Raczej tym, co on musiał później zrobić z samym sobą. 

Przypomniał  sobie  o  papierosach,  które  dostał  od  Defraudanta  i  cały  czas 

nosił przy sobie w kieszeni szlafroka. Oparty w dalszym ciągu o parapet sięgnął 
do  kieszeni,  wyjął  paczkę  i  nie  patrząc  na  nią  rozerwał  opakowanie  na  całej 
szerokości.  Trzymając  paczkę  prawą  ręką  włożył  dwa  palce  lewej  dłoni  do 
środka, próbując wygrzebać papierosa. Ból, jaki przy tym poczuł, spowodował, 
że wyszarpnął oba palce z paczki i ze zdziwieniem zobaczył, jak spływają krwią. 

Wystarczyło delikatnie odchylić bibułkę, którą wewnątrz paczki otulone były 

papierosy,  aby  zobaczyć  tkwiącą  pomiędzy  nimi  żyletkę.  To  był  ten  właściwy 
prezent  od  Defraudanta,  który  potrafił,  jak  się  okazuje,  wszystko  przewidzieć. 
Nawet to, że Janowi będzie potrzebna choćby najbardziej prymitywna broń. 

background image

 

Patrząc  na  papierosy  Jan  roześmiał  się  głośno.  Wiedział  już,  że  mimo 

wszystko  w  tym,  co  robi, nie  jest  zupełnie  sam.  To  była  szansa i  trzeba było  ją 
wykorzystać. 

Krwawiący palec troszkę piekł i Jan przez chwilę zastanawiał się, co z nim 

zrobić. Cięte rany na dwóch palcach jednej dłoni były zbyt podejrzane. 

Podszedł do drzwi kabiny toaletowej i lekko nimi poruszył.  Wydały mu  się 

lekkie  i  wiotkie.  Znacznie  cięższe  i  masyw—niejsze  były  drzwi  ogólne  do 
ubikacji. Wystarczyło otworzyć je. położyć oba zakrwawione palce na framudze 
i zacisnąwszy zęby szerokim zamachem całego ramienia zatrzasnąć. 

Ból  był  przejmujący  i  Janowi  zrobiło  się  aż  słabo,  ale  chwilę  później  mógł 

pójść do dyżurki pielęgniarek prośbą o opatrunek. 

Siedząca  w  dyżurce  pielęgniarek  tera—peutka  była  wyraźnie  poruszona 

stojącymi na szklanym blacie stolika bratkami włożonymi w słoiczek po dżemie. 
Niby  to  piłowała  paznokcie,  niby  to  popijała  kawę,  ale  kwiatki  cały  czas  ją 
złościły. 

— Kwiatki, telefony, spotkania na korytarzu — mówiła do palącego obok pa-

pierosa  Kazia.  —  Zobaczy  pan,  że  to  się  jeszcze  źle  skończy...  Stara  baba 
zwariowała,., Przecież ten Paweł ma co najmniej dziesięć lat mniej od niej. 

Zapaliła  papierosa  i  ze  złością  dmuchnęła  dymem  w  Bogu  ducha  winny 

bukiecik. 

W drzwiach stanął Jan. 

— Co się stało? — spytała z nie ukrywaną niechęcią. 

 — Wychodziłem z łazienki, a ktoś trzasnął drzwiami — Jan pokazał 

zakrwawione palce. 

— Nic ci nie będzie, poczekaj chwilę... Jan cofnął się troszkę i nie wychodząc 

oparł  się  o  framugę  drzwi.  Nie  zrażona  jego  obecnością  lerapeutka 

kontynuowała: 

— Łazi za nią cały czas. Nawet się w mieście umawiają. Opowiadała mi. że 

chciał ją odwiedzić w domu. Ale ona też nie głupia. Po co ma mu mówić, gdzie 

background image

 

mieszka.  Jeszcze  go  przytrzyma.  Spokojna  głowa.  Jak  się  napali,  to  będzie 
łatwiejszy. Umówiła się z nim na spacer dzisiaj wieczorem. O dziesiątej... 

Ani terapeutka ani Kazio nie zauważyli, jak bardzo wiadomość ta poruszyła 

Makowicza. 

Kazio raczej był znudzony. 

—Nie plotkuj — powiedział leniwie popijając swoją herbatę — zawiń mu ten 

palec, bo ci zaraz zemdleje. 

—No, pokaż — rozkazała dziewczyna Janowi odkładając papierosa, a gdy ten 

podszedł z wyciągniętą ręką, położyła na palce po kawałku gazy i obandażowała 
całą dłoń nie bardzo kłopocząc się o wygodę. 

Jan  jednak  miał  swoje  wymagania.  Co  prawda  terapeutka  zawiązała  koniec 

bandaża na kokardkę tak,  że czuł, jak węzeł tamuje mu obieg krwi  w dłoni, ale 
mimo to poprosił z przymilnym uśmiechem: 

— Może mi pani dać jeszcze kawałek plastra? Tu — wskazał palcem zdrowej 

ręki — nie będzie trzymać... 

I  terapeutka  przykleiła  mu  kawałek  plastra.  Dla  świętego  spokoju,  przecież 

nie będzie się kłócić z wariatem. 

 

Terapeutka była tylko głupio, po babsku zaciekawiona tym, co dzieje się mię-

dzy Pawłem a Elżbietą. Nie mogła przypuszczać, co rzeczywiście może się kryć 
pod płaszczykiem wieczornego spaceru. 

Za to Jan doskonale wiedział, co to oznacza. 

Dokładnie tylko tyle, że Wojtys przystąpił do działania. I teraz już Makowicz 

nie miał czasu. 

 

Ubikacja na oddziale zamkniętym jest jedynym miejscem, gdzie chory może 

być  chociaż  przez  chwilę  sam.  Tylko  czasami,  gdy  za  długo  tara  siedział, 
rozlegało  się  mocne  walenie  do  drzwi  i  ostry  głos  kogoś  z  personelu  kazał  się 
śpieszyć. 

background image

 

Jan  wszedł  do  kabinki  o  cienkich  ściankach,  spuścił  spodnie  od  piżamy  i 

usiadł  na  sedesie.  Z  kieszeni  kurtki  wyjął  paczkę  papierosów,  wydobył  z  niej 
żyletkę,  przełamał  ją  na  pół.  Jedną  połówkę  przy—kleił  sobie  kawałkiem 
zdobytego  plastra  do  stopy  pod  skarpetką,  drugą  zaś  —  z  tyłu  głowy,  tak,  aby 
przykryły ją włosy, które starannie sobie na nią nagarnął. 

Poprawił skarpetkę, włożył spodnie i przejechał ręką po włosach. Niczego nie 

poczuł, i wiedział, że nikt też nie jest w stanie zobaczyć tego, co ma pod włosa-
mi. Poszeleścił papierem, spuścił wodę i spokojnie wyszedł z kabiny. 

Wszystko to trwało zbyt krótko, aby ktoś mógł zauważyć nieobecność Jana w 

świetlicy. 

Teraz już powinny były zacząć działać leki, które udało się Janowi zwymioto-

wać. Aby nikt nie nabrał żadnych podejrzeń, wystarczyło wzorem innych pacjen-
tów usiąść obok wiecznie włączonego telewizora i jednostajnym miarowym ru-
chem kiwać się w przód i w tył. Dobrze było palić przy tym jednego papierosa za 
drugim ze wzrokiem wlepionym ciągle w ten sam punkt na ścianie. 

Po  ścianie  łaziła  ospała  mucha,  która  w  ogóle  nie  zdawała  sobie  sprawy  z 

tego. że jest w domu wariatów. Zresztą jej było wszystko jedno. 

Makowiczowi wszystko jedno nie było. Możliwość koncentracji, którą zyskał 

przed telewizorem, była najważniejsza. 

Co zrobi Wojtys? 

Portret  zapewnia  Janowi  bezpieczeństwo  przez  czas,  kiedy  będzie  w 

posiadaniu  Elżbiety.  Przez  ten  czas  Wojtys  nie  może  go  zabić  pozorując 
samobójstwo  lub  nieszczęśliwy  wypadek.  Wystarczy,  aby  Elżbieta  skojarzyła 
fakty, a nikt i nic nie uchroni go od stryczka. 

Zaraz... Wystarczy go przecież ukraść i sprawa z punktu widzenia mordercy 

zostanie rozwiązana. Jan wtedy może zginąć, a Elżbiecie nikt nie uwierzy. Tyle 
tylko, że Wojtys nie ma wstępu na oddział... 

Zostaje  tylko  jedno.  Zginąć  musi  Elżbieta,  a  winą  za  to  morderstwo  trzeba 

obarczyć Jana. 

Nie ma innej ewentualności. 

background image

 

Gdy  Makowicz  sobie  to  uświadomił,  cały  jego  dotychczasowy  strach  przed 

Wojtysem  zniknął.  Niebezpieczeństwo  jasne  i  uświadomione  przestało  być 
niebezpieczeństwem.  Wystarczyło  teraz  pomyśleć,  jak  się  przed  nim 
zabezpieczyć. 

 

Makowicz wstał z krzesła i pochylony ruszył drepczącym krokiem w stronę 

sali chorych. 

Wystarczyło kilka chwil, aby przygotować sobie wszystko do eksperymentu, 

jaki chciał przeprowadzić. Cofnął się na korytarz i zawołał głośno: 

— Magnetofon, chodź tutaj! Chudzielec pojawił się jak zwykle nic 

wiadomo skąd. 

—Czego chcesz? — spytał nieufnie stając kilka kroków przed Janem, w każ-

dej chwili gotów do ucieczki. 

—Będziemy się napierdalać? — spytał Makowicz. 

—Eee... — Magnetofon nie wiedział, o co chodzi. 

—To zaśpiewaj — zażądał Jan. — Tylko dla mnie, wiesz, żeby nikt nie sły-

szał... 

Zrobił krok w stronę Magnetofona, a gdy ten się nie cofnął, wziął go pod rękę 

i skierował w stronę sali chorych. 

— Śpiewaj — kusił go — śpiewaj, ale po cichu, posłucham, naprawdę posłu-

cham... 

I Magnetofon zaczął swoje ,.rumba, rumba negra...". Szli pomiędzy łóżkami 

w stronę okna. Tam zawrócili i skierowali się do drzwi. 

— „Rumba, rumba negra..."  — powtarzał swoje Magnetofon, jakby śpiewał 

najczulszą pieśń najwspanialszej z dziewczyn świata. 

— Ładnie śpiewasz — kadził mu Makowicz. — Jak to idzie dalej? 

— „Rumba, rumba negra..." — Magnetofon zatrzymał się nagle. — Kurwa! 

Nie znam dalej. Rozumiesz, nie znam... 

background image

 

Odepchnął Jana i uciekł na korytarz. 

Makowicz  odczekał  chwilę  i  podszedł  do  swego  łóżka.  Nacisnął  wyłącznik 

bateryjnego  magnetofonu,  który  mu  przyniosła  z  jego  mieszkania  Elżbieta. 
Cofnął, przesłuchał. Mikrofon zbierał dokładnie każdy szelest, każdy dźwięk. Jak 
na  takie  popularne,  tanie  pudełko,  zapis  był  bardzo  wyraźny  i  selektywny.  Jan 
wyjął ze swojej szafki gazety i koperty. Z gazety wydarł zdjęcie zamordowanej 
prostytutki,  uważając,  by  nie  zniszczyć  białego  marginesu,  który  biegł  obok. 
Grubym flamastrem napisał z boku zdjęcia: Teraz już ja mam portret i u> każdej 
chwili  mogę uświadomić siostrze  Elżbiecie, kiedy  go  rysowałem.  Godz.  22  dziś 
dyżurka  pielęgniarek.  
Nie  była  to  prawda,  ale  od  kiedy  to  trzeba  wierzyć 
wariatowi? Włożył zdjęcie do koperty. Zaadresował. Ten. kto ją otrzyma, będzie 
musiał uwierzyć w to, co lam było napisane. 

Teraz  wystarczyło  doczekać  momentu,  gdy  Kazio  na  chwilę  odejdzie  od 

drzwi.  Położona  obok  nich  koperta  niczym  nie  różniła  się  od  innych,  które 
wsuwano pod drzwi, aby dotarły do pacjentów. Odwiedziny były przecież tylko 
w określone dni. 

 

Gdy Wojtys jak zwykle przywiózł obiadKazio podał mu zaklejoną kopertę. 

— Ktoś zostawił dla ciebie. 

— Daj — Paweł wstawił wózek z jedzeniem na oddział. 

Koperta nie miała znaczka, co znaczyło, że adresował ją ktoś tutejszy. Kazio 

by się nie wygłupiał. Mogła to zrobić tylko Elżbieta, jeśli chciała mu coś prze-
kazać,  czego  sama  się  wstydziła,  albo  nie  mogła  powiedzieć.  Z  rozerwanej 
koperty wypadł kawałek gazety. Kazio tego nie zauważył. 

— Słyszałem — powiedział do Wojtysa — że wybierasz się dzisiaj na nocny 

spacer z siostrą Elżbietą? 

W jego głosie było mimo wszystko trochę podziwu i zazdrości. 

— Gówno! — krzyknął Paweł. Odwrócił się na pięcie i trzasnął drzwiami. 

W złości nie dostrzegł Jana, który całą tę scenę obserwował z głębi świetlicy. 

background image

 

 

Trzeba  było  jednak  odczekać  dalszych  kilkanaście  minut  zanim  przyszedł 

moment, kiedy Elżbieta zawołała Kazia i wiadome było, że przez kilka chwil ni-
kogo nie będzie przy zamkniętych drzwiach. 

Makowicz oparł się o nie i przytulił twarz do szpary pomiędzy drzwiami a fu-

tryną.  Mówił  szybko  i  gorączkowo  przez  dwie,  może  trzy  minuty.  Defraudant 
tylko słuchał. 

— Wynoś się spod drzwi — zabrzmiał nagle głos nadchodzącego Kazia. 

Jan zdążył jeszcze głośno powiedzieć: 

— Załatw to koniecznie przed dziesiątą i potem zaraz przyjdź po nią... 

Kazio  szarpał  go  za  ramię,  odciągając  od  drzwi.  Bał  się  trochę  mimo 

wszystko Makowicza, gdy ten jednym skrętem ciała uwolnił się od jego ciężkiej 
ręki. Ale były to obawy zupełnie niepotrzebne, Jan zrobił minę a la Magnetofon i 
wesoło, niefrasobliwie krzyknął: 

— A co to za zachowanie! Pogadać już sobie nie można, czy co? 

A  potem  zrobił  wdzięczne  taneczne  pas  i  cofnął  się  w  głąb  korytarza 

pozostawiając Kazia z rozdziawioną ze zdumienia gębą. 

 

I znowu ubikacja stała się miejscem schronienia. Makowicz stał zamknięty w 

kabinie. Wyjął spod włosów połówkę żyletki, a potem ułożył ją między wskazu-
jącym a środkowym palcem prawej dłoni w taki sposób, że ostrze było skierowa-
ne do wnętrza dłoni, W tym położeniu żyletka była zupełnie niewidoczna. Teraz 
odwinął  kilka  zwitków  papieru  toaletowego  i  lekko  uderzył  otwartą  dłonią  w 
swobodnie  zwisającą  końcówkę  rolki.  Papier  został  rozcięty  na  całej  długości 
uderzenia. 

Kolejna  próba  była  bardziej  skomplikowana.  Makowicz  wyjął  połówkę 

żyletki spomiędzy palców i trzymając ją ostrożnie ostrzem do góry na prawym 
jej  koniuszku  przymocował  kawałek  plastra.  Potem  przykleił  żyletkę  pod 
włosami  pilnie  bacząc,  żeby  była  ona  całkowicie  poziomo  i  ostrzem  do  góry. 
Jeszcze przeciągnął dłonią po włosach sprawdzając, jak poprzednio, czy żyletka 

background image

 

nie  jest  przypadkiem  widoczna.  Nie  była.  Trudno  ją  także  było  wyczuć 
dotykiem. 

Gdy  ręka  znalazła  się  z  tyłu  głowy,  Jan  wyrzucił  ją  gwałtownie  do  przodu. 

Wskazujący palec ręki poziomo przyciskany przy tym ruchu do potylicy zaczepił 
przez  ułamek  sekundy  o  tępą  krawędź  żyletki,  odrywając  ją  od  skóry  głowy. 
Jednocześnie zamykający się środkowy palec unieruchomił ją i cała dłoń wraz z 
żyletką  zafurkotała  nad  głową  rozcinając  gwałtownie  powietrze  przed  Janem. 
Opuściwszy  dłoń  Makowicz  stał  zupełnie  nieruchomo.  Tylko  z  rozwiniętego 
papieru toaletowego zrobiły się teraz długie warkocze. 

Spokojnie umocował żyletkę w poprzedniej pozycji. Oderwał pocięty papier, 

wrzucił go do klozetu i spuścił wodę. 

Był gotów. 

 

Oficer  dyżurny  podniósł  słuchawkę,  wcisnął  przycisk,  gdy  rozległ  się 

dzwonek telefonu, i przysunął sobie mikrofon bliżej twarzy. 

—Oficer dyżurny — zgłosił się stereotypowo. 

—Chciałem rozmawiać z kapitanem Popowiczem — głos z drugiej strony był 

odległy, jakby ktoś telefonował spoza miasta. 

—W  jakiej  sprawie?  —  chciał  wiedzieć  dyżurny,  ale  w  tym  samym 

momencie  siedzący  obok  kolega  zamachał  gwałtownie  ręką  i  rzucił 
rozkazującym tonem: 

—Łącz! 

Oficer odruchowo powiedział:  „Proszę poczekać, łączą" — i rzeczywiście 

przełączył rozmowę do gabinetu kapitana Popowicza. 

— Co jest? — spytał swego kolegę. 

—Nie pamiętasz? Kapitan kazał bezwzględnie łączyć natychmiast wszystkie 

rozmowy, jakie będą do niego z miasta. 

background image

 

—Kurcze  —  jęknął  oficer  dyżurny  —  mam  to  zapisane  tutaj  na  kurtce  i 

zupełnie  zapomniałem  —  uderzył  ręką  w  kawałek  papieru,  który  leżał  obok 
tarczy telefonu. 

 

Popowicz praktycznie rzecz biorąc mieszkał w swoim gabinecie już od chwili 

pojawienia się w gazecie zdjęcia zamordowanej. W ciągu dnia niby to pracował, 
starał  się  jednak  ani  na  krok  nie  ruszać  ze  swego  pokoju.  Nie  przemęczał  się. 
Niektórzy się z niego śmieli, inni mieli mu to za złe. Popowicz nie zwracał na to 
uwagi. 

Czekał. 

Teraz podniósł słuchawkę. 

— Popowicz, słucham. 

Ktoś z drugiej strony chciał się jednak upewnić. 

— Kapitan Popowicz? 

 — Tak — potwierdził. — Słucham. 

—  Dzwonię  z  polecenia  pana  Jana  Makowicza.  Docent  powiedział,  że  pan 

czeka na ten telefon... 

— Tak, słucham... 

—Polecił, aby pan przyjechał do niego dziś wieczorem o godzinie dziesiątej. 

—Dziś wieczór o dziesiątej — powtórzył Popowicz jakby chciał zapamiętać. 

— Proszę mu przekazać, że będę. 

Brzdęknęła  odkładana  słuchawka.  Rozmówca  nie  powiedział  nawet 

„dziękuję". 

 

Defraudant  odszedł  od  automatu,  który  wisiał  na  ścianie  przy  wejściu  do 

„Gawry" i poprosił panią Lusię o kawę. 

Miał jeszcze trochę czasu. 

background image

 

Popowicz wezwał ekipę. Nakazał powiadomić obstawę, jaką utrzymywał od 

kilku dni wokół szpitalu psychiatrycznego, że wszyscy, którzy chcieliby od tego 
momentu wejść lub wyjść ze szpitala, mieli być bezwzględnie zatrzymywani. 

Na  terenie  samego  szpitala  nie  wolno  było  do  pojawienia  się  kapitana 

Popowicza wraz z ekipą wykonywać żadnych działań. 

Była godzina dwudziesta trzydzieści. 

 

Na oddziale zamkniętym obowiązywała już cisza nocna. Zmywanie korytarza 

nie jest sztuką trudną, wymaga jednak pewnej dokładności, a nawet pedanterii. 
Szczególnie od tego, który myjąc korytarz myśli zupełnie o czym innym. 

Elżbieta  dostrzegłszy  przez  otwarte  drzwi  dyżurki  Makowicza  szorującego 

podłogę była tym widokiem co najmniej zaskoczona. 

—Co się stało, że pan dzisiaj zastępuje Świętego? — spytała. Zawsze gdy Jan 

był w lepszej formie, mówiła do niego per „pan", wtedy zaś, gdy jego stan pogar-
szał się. wracała forma „Docent". 

—Muszę się trochę poruszać — Jan wyżął ścierkę, rzucił ją do kubła, wstał z 

czworaków, wszedł do dyżurki. — Mogę już tu myć? 

Elżbieta,  która  skończyła  właśnie  rozkładanie  lekarstw  na  jutrzejsze 

śniadanie, zaprosiła go gestem do środka. 

— Proszę bardzo. Tylko szybko kończ i do łóżka. 

Siadła przy stoliku, na którym miała przygotowaną herbatę. 

—Jak tak dalej pójdzie, przejdzie pan na oddział otwarty. 

—Nie wiem, czy ordynator tak szybko się zgodzi — odpowiedział z podłogi 

Jan. 

Na korytarzu rozległ się ostry dzwonek. Jan popatrzył na duży ścienny zegar. 

Było wpół do dziesiątej. 

—Kaziu! — krzyknęła Elżbieta. — Jesteś tam? 

—Już, już — Kazio o tej porze prawie zawsze już spał. 

background image

 

Myjący  podłogę  Makowicz tarł   przez 

chwilę szmatą w jednym miejscu uważnie nasłuchując. 

Z  korytarza  dobiegły  głosy  coraz  gwałtowniejszej  rozmowy.  Raptem  w 

drzwiach dyżurki stanął Kazio. 

—Włamali się do siostry samochodu! — krzyknął. 

—Nie?! — Elżbieta spojrzała w okno. skąd widać było parking. — O Hoże! 

Wybiegając z dyżurki razem z Kaziem nawet nie zauważyła, jak potrąciwszy 

wiadro  rozlała  wodę  po  całej  podłodze.  Makowicz  kilka  razy  zamoczył  w  niej 
szmatę, za każdym razem wyżymając ją starannie, ale me pozbierał całej wody. 
Nie przejmując się nią więcej wstał i podszedł do biurka, na którym obok teczek 
z  historiami  chorób,  szklanki  z  kwiatkami  i  ciężkiej  popielniczki  leżał  —  co 
wcześniej podpatrzył — jego rysunek przedstawiający Wojlysa. Wziął go, złożył 
starannie, wepchnął do kieszeni piżamy, ciasno opinając się szlafrokiem. Potem 
odwrócił  się  do  ściany,  w  której  widniały  metalowe  drzwiczki  sejfu,  gdzie 
trzymane były narkotyki. Z kieszeni kurtki od piżamy wydobył ułamany trzonek 
aluminiowej łyżki do zupy i włożył w zamek sejfu. Wyrzucił do kubła niedopałki 
z  ciężkiej  metalowej  popielniczki,  której  używały  pielęgniarki.  Wystarczyło 
kilka  uderzeń  w  wystający  trzonek  łyżki,  aby  zamek  szafki  od  narkotyków  był 
zagwożdżony równie skutecznie jak średniowieczne działo. Bez pomocy ślusarza 
na pewno nikt nigdy go już nie otworzy. 

Kilkanaście kroków dzielących dyżurkę pielęgniarek od separatki Makowicz 

przebył  biegiem.  Wyciągnięta  zza  skarpetki  żyletka  łatwo  dała  sobie  radę  z 
pasami, zamocowanymi do stojącego w separatce łóżka. 

Teraz już nikt nie mógł go zniewolić. Był bezpieczny. 

W swojej sali sypialnej wyjął z szafki magnetofon i zaniósł go do dyżurki pie-

lęgniarek.  Jeszcze  upewnił  się,  że  jest  w  nim  kaseta  i przez  chwilę  szukał  naj-
lepszego miejsca na jego ukrycie. W końcu postawił go na szafie tuż obok drzwi, 
spojrzał na zegarek, na którym była za dziesięć minut dziesiąta, włączył nagry-
wanie  i  lekko  przykrył  magnetofon  gazetą.  Nogą  odsunął  szmatę  i  kubeł  pod 
stolik pielęgniarek. Podłoga była prawie sucha. Pozostało mu tylko czekać. 

 

background image

 

Elżbieta  wybiegła  wraz  z  Kaziem.  Ani  ordynator,  ani  terapeutka  nie  mieli 

obowiązku  już  być  na  oddziale.  Ich  dyżur  zaczynał  się  za  dziesięć  minut. 
Spędzali te minuty w gabinecie ordynatora w budynku dyrekcji. Jedynym, który 
czuwał na „zamkniętym", był Makowicz. 

Siedział na krześle w świetlicy, mogąc z tego miejsca obserwować zarówno 

drzwi wejściowe jak i dyżurkę pielęgniarek. 

Czekał. 

Był przygotowany. 

Wiedział, że Wojtys przyjdzie. Przyjdzie go zabić albo zabrać  portret, który 

był dla niego śmiertelnym zagrożeniem. Przyjdzie przygotowany. Tyle tylko, że 
nie wie o tym, że Jan także nie jest bezbronny. To właśnie pomagało mu zacho-
wać spokój. Był górą. 

Potworny cios, jaki spadł nieoczekiwanie z tyłu na jego głowę, rzucił go do 

przodu, zwalił z krzesła i na chwilę niemal pozbawił przytomności. Bezwładny, 
mógł tylko jak przez mgłę przypatrywać się. Widział, jak mężczyzna, który stał 
nad nim. wyciąga kaftan bezpieczeństwa, jak mu go nakłada i usadza na wózku. 
Przygotowany widocznie wcześniej kawałek szerokiego plastra teraz przyklejony 
do  ust  Makowicza  pozbawił  go  możliwości  wydania  jakiegokolwiek  dźwięku. 
Trochę  utrudniał  oddychanie.  Wszystko  to  wydarzyło  się  w  koszmarnej  ciszy, 
szybko, sprawnie i z okrutną bezwzględnością. 

Mężczyzną,  który  to  wszystko  zrobił,  był  Wojtys.  Teraz  czekał  on.  aż  Jan 

oprzytomnieje na tyle. aby go poznać. Nie spieszył się, 

 

Trzysta metrów od dyżurki pielęgniarek, do stojącej na szpitalnym parkingu 

bezradnie przy otwartym samochodzie Elżbiety  i  towarzyszącej  jej niewielkiej 

grupki  ludzi  podszedł  mężczyzna  w  niemodnych  spodniach  i  koszuli  z 

krótkimi rękawami. Milcząc przyglądał się chwilę temu. co się tu działo, starając 
się zorientować w sytuacji, a potem zwrócił się do pielęgniarki i z nie ukrywaną 
agresją w głosie spytał: 

— Co pani tutaj robi? 

background image

 

—To mój samochód... — usprawiedliwiła się zaskoczona Elżbieta. 

—To co z tego — mężczyzna nie przyjmował tej argumentacji. — Kto jest na 

oddziale? 

—Co  to  pana  obchodzi?!  —  Elżbieta  zdała  sobie  sprawę  z  tego.  że 

mężczyzna, który przypomina jej o obowiązkach, jest zupełnie obcy. 

—Milicja — mężczyzna nie bawił się w uprzejmości. — Kapitan Popowicz. 

—To  Ja  do  pana  telefonowałem  —  odezwał  się  z  boku  mężczyzna  w 

dżinsach, z brodą i w okularach. 

— Kim pan jest? 

—Wariatem  —  z  agresją  w  tonie  odpowiedział  Defraudant.  —  To  ja 

rozpieprzyłem len samochód. Niech pan mnie za to zamknie. 

—Rozumiem — Popowicz myślał szybciej niż Marek mógł się spodziewać— 

— Proszę państwa ze mną. 

Odszedł kilka kroków od grupy zgromadzonych przy samochodzie. Po drodze 

kiwnął  ręką  na  brodatego  mężczyznę.  Stali  teraz  we  czwórkę  w  ciemnościach. 
Nikt nie zwracał uwagi na ciągle biadolącego i odgrażającego się Bóg wie komu 
Kazia,  który  właśnie  rozpoczynał  swoje  prywatne  śledztwo,  mające  na  celu 
ustalenie, kto włamał się do samochodu siostry Elżbiety. 

—Na oddziale nie ma nikogo? — stwierdził raczej niż spytał kapitan. 

—Nie — potwierdziła odruchowo pielęgniarka. 

—No właśnie... — Popowicz nie był zdziwiony. — Poruczniku — zwrócił się 

do przywołanego gestem cywila. — Nasi ludzie za chwilę mają być na korytarzu 
pod drzwiami oddziału zamkniętego! 

—Tak jest — cywil wyprostował się. 

—To jeszcze nie wszystko — zatrzymał go kapitan widząc, że tamten zamie-

rza odejść. — Natychmiast wezwie pan straż pożarną z dźwigiem i naszą grupę 
specjalną. Powie im pan. co będzie celem ataku. Głośniki, reflektory, cały ten 
cyrk... to chyba nie będzie potrzebne, ale kto wie... 

background image

 

—Tak jest — porucznik chyba nie potrafił powiedzieć nic innego. Zresztą nie 

była to pora na wygłaszanie komentarzy. 

—Jeszcze jedno — Popowicz starał się być przewidujący. — Tam w środku 

są  chorzy.  Poważnie  chorzy  —  powtórzył,  chcąc,  aby  to  dokładnie  dotarło  do 
jego współpracownika. — Nie wiadomo, jak zareagują na nasze działania. Macic 
być  w  ogóle  niewidoczni.  Bardziej  niż  kiedykolwiek.  Inaczej...  Pan  za  to 
odpowiada. Jasne? 

Było to aż zbył jasne. Atakowanie domu wariatów pełnego pacjentów to było 

to, o czym porucznik zawsze marzył, od kiedy zaczął pracować w milicji. 

Elżbieta  słuchała  wydawanych  przy  niej  poleceń  z  coraz  większym 

zdumieniem. 

—Co się stało? — spróbowała dowiedzieć się. 

—Pani zna pacjenta Makowicza? — odpowiedział pytaniem Popowicz. 

— Oczywiście! 

— Podobno był agresywny w stosunku do kilku osób? 

—Tak. 

—Wobec kogo? 

—Pielęgniarzy, pacjentów... — starała się sobie przypomnieć Elżbieta. 

—Czy był ktoś taki, kto był zawsze obecny podczas ataków Makowicza? 

—No... — zastanowiła się — Kazio, ja, raz był Wojtys, ordynator... 

—Panie kapitanie... — spróbował przerwać Marek. 

—Za chwilę. Czy któraś z tych osób, które pani wymieniła, zaczęła pracę w 

szpitalu po przyjęciu tutaj pana Makowicza? 

—Tak: Paweł Wojtys. 

—To on — udało się wtrącić Markowi. 

— Tak. Chciała pani wiedzieć, co się stało? W lej chwili na oddziale pani pa-

cjent, docent Jan  Makowicz, najbardziej normalny z normalnych, ma spotkanie z 

background image

 

mordercą.  A  ja  nie  mogę  interweniować,  bo  jakakolwiek  interwencja  z  mojej 
strony  oznaczałaby  śmierć  jednego  z  nich.  Teraz  ma  pani  pełny  obraz  sytuacji. 
To proste, prawda? 

 

Wojtys przetoczył wózek ze skrępowanym Janem do dyżurki pielęgniarek. 

—  Cześć,  gnojku  —  uderzył  związanego  w  twarz.  Nawet  nie  mocno,  po 

prostu tak sobie, od niechcenia. — Chciałeś się ze mną tutaj spotkać. To jestem. 

Przysiadł na brzegu stołu kiwając jedną nogą w powietrzu 

— No...? 

Nie podobał mu się brak reakcji ze strony Jana. Kopnął go w goleń. Boleśnie. 

Nic ma nic gorszego niż kopniak w piszczel. Zza plastra, zaklejającego usta Jana 
wydobył się jęk. 

— Chcesz coś powiedzieć? 

Ból  po  drugim  kopniaku  w  to  samo  miejsce  był  tak  potworny,  że  Janowi 

pociemniało w oczach. Poczuł, że się poci. 

Wojtys był panem sytuacji i dobrze o tym wiedział. 

— Gówno na mnie masz — poinformował Makowicza. — Myślisz, że o tym 

nie wiem? Daj mi mój portret, dobrze...? 

Jan pokręcił głową. 

— Nie chcesz?  — Paweł uderzył go w twarz.  — Daj...  — uśmiechnął się i 

uderzył po raz drugi. 

Jan odwrócił głowę dając tym znak, że nie odda. 

Morderca  przypatrzył  mu  się  uważniej.  Do  tej  pory  bił  otwartą  dłonią, 

bardziej  chcąc  upokorzyć  Makowicza  niż  zadać  mu  ból.  Teraz  zwinął  rękę  w 
pięść i uderzył z półobrotu silnym, szybko wyprowadzonym hakiem. 

—  Zakatuję  ciebie  tutaj,  skurwysynu  —  Wojtys  mówił  spokojnie,  nie 

denerwując się. Na jego ustach błąkał się cały czas uśmieszek. Władza, jaką teraz 
posiadał, sprawiała mu wyraźną przyjemność. 

background image

 

— Powiesz, no nie? 

Kolejny policzek nie zrobił na Janie żadnego wrażenia. 

Wojtys postanowił zmienić taktykę. 

—  Popatrz  —    podniósł  się  ze  stołu  i  podszedł  do  ściany,  w  której  tkwiły 

drzwiczki pancernej szafki na narkotyki — niepotrzebnie się fatygowałeś. 

Skubnął paznokciem zaklinowany zamek, a potem wyjął z kieszeni ampułkę 

zastrzyku i delikatnie postawił ją na stole. 

— Mógłbym ci to wstrzyknąć. Powiedziałbyś wtedy nawet imię pierwszego 

kochanka swojej matki. Widzisz? Przygotowałem to dla ciebie, mój mały. 

I  znowu jakby od niechcenia zdzielił Jana w twarz, a potem pochylił się do 

jego nóg. Ściągnął mu skarpetki, odkleił przylepioną pod stopą połówkę żyletki i 
rzucił ją niedbale na stół obok ampułki. 

— Tym mnie chciałeś przestraszyć? — głos jego był pełen politowania. — Za 

mały jesteś. Popatrz. 

Podszedł do szafy, zdjął z niej przykryty gazetą magnetofon i postawił go na 

stole. 

— Na co ty mnie nabierasz? — niemal użalał się. — Na takie gówno? Po co 

ci to? Ale niech sobie chodzi. Będę miał pamiątkę. 

Znowu uderzył Jana. 

— Powiesz, gdzie masz portret?... Nie?... Sam go sobie wezmę... 

Podciągnął  kaftan  bezpieczeństwa  i  sięgnął  do  kieszeni  piżamy  Jana. 

Wyciągnął stamtąd pogniecioną kartkę ze swoim portretem. 

—  Po  co  ci  to  było?  Tak  to  byś  nie  zarobił  po  pysku.  Kochany,  jestem 

cwańszy  od  ciebie.  Wszystkie  te  twoje  kombinacje  spokojnie  sobie  oglądałem. 
Masz mnie za durnia, czy co? To ty nie masz żadnej szansy, nie ja. Jesteś nikim. 
Nie będę przez takie gówno jak ty ryzykował. Elżbiety też nie ruszę. Teraz, gdy 
mam  portret,  nic  mi  z  jej  strony  nie grozi.  Rozumiesz?...  Nie  bój  się, nic ci nie 
zrobię. 

background image

 

Niemal  wszyscy  pacjenci  pawilonów  szpitala  dla  psychicznie  chorych  nie 

spali.  Stali  w  ciemnych  oknach  swoich  pokoi.  Od  środka  byli  pilnowani  przez 
zdenerwowany  personel,  pielęgniarki  i  lekarzy  Wyciągnięty  z  wanny  naczelny 
dyrektor  właśnie  jechał  radiowozem  na  sygnale  do  szpitala.  W  żadnym 
pomieszczeniu  nic  wolno  było  zapalać  światła.  Nigdzie.  Nic  wolno  też  było 
otwierać okien. Pilnowali tego milicjanci, okrążający miarowym krokiem każdy 
z  budynków.  Świeciły  tylko,  jak  co  noc.  pojedyncze  okna  dyżurek  pie-
lęgniarskich.  Na parkingu nie było  nikogo.  Można  było  przejść  obok  szpitala i 
nie  domyślić  się  ani  przez  chwilę  napięcia,  jakie  w  nim  panowało.  Uwagę 
zwracał tylko przytulony do muru otaczającego cały teren duży wóz pożarniczy z 
kilkoma  strażakami,  leniwie  palącymi  papierosy.  7,  zewnątrz  byli  oni  jednak 
zupełnie  niewidoczni.  Wszyscy  czekali  na  rozkaz  rozpoczęcia  akcji.  Popowicz 
naradzał się z szefem grupy specjalnej. Wiedzieli, że muszą decydować szybko. 
Ale nie znaczyło to wcale, że bezmyślnie. Była godzina dziesiąta dziesięć. 

Z boku budynku, w którym znajdował się oddział zamknięty, pod jego ślepą 

ścianą,  stali  bezradnie  czekając  na  rozwój  wypadków  Elżbieta  i  Marek.  Tutaj 
mogli  pozwolić  sobie,  tak  jak  i  strażacy,  na  luksus  palenia  papierosów. 
Defraudant próbował rozładować zdenerwowanie Elżbiety. 

—Ten  samochód  pani  to  ja...  No,  mówiłem.  Ale  naprawdę  nic  nie 

uszkodziłem, tylko otworzyłem i narobiłem bałaganu, żeby groźnie wyglądało... 
Nic tam się nie stało. 

—Ale po co? — wszystko to jakoś jeszcze do tej pory było dla niej niezrozu-

miałe. 

—Żeby panią wywabić z oddziału, Jan tak chciał... 

—Ale po co? — powtórzyła bezwiednie Elżbieta. — Przecież wystarczyłoby, 

żeby mi powiedział.., 

—Przecież on kilka razy panią uprzedzał, ale pani nie chciała go słuchać. 

— Jak to? 

—  Nie  mówił  o  Pawle?  Nie  mówił,  że  on  chce  panią  zabić,  nie  mówił  o 

portrecie  Wojtysa,  który  narysował  przed  zapakowaniem  go  do  szpitala  jako 

background image

 

wariata?  —  Defraudantowi  raptem  stało  się  wszystko  jedno.  —  Gdyby  go  pani 
wtedy wysłuchała, nie byłoby tego wszystkiego tutaj. Rozumie pani? 

—Ja... — Elżbieta suma nie wiedziała, co chciała powiedzieć. 

—Tak, pani. Gdyby nie pani, Jan nie musiałby tak ryzykować. Ale gdyby nie 

zrobił tego, co teraz się właśnie dzieje, Wojtys mógłby panią zabić. Bał się, że 
pani skojarzy ten portret... 

—Zaraz...  —  Elżbieta  stojąc  z  pochyloną  głową  starała  się  zebrać  myśli  — 

aha,  to  znaczy,  że  gdybym  go  posłuchała,  no...  tok...  rozumiem...  tak...  — 
podniosła głowę.  — Ja tam muszę iść — ruszyła w stronę drzwi oddziału. 

—Siostro... — półgłosem zawołał za nią Marek. 

—Muszę — odpowiedziała i przyspieszyła kroku. 

Widział jeszcze, jak chwilę rozmawia z milicjantem, który stał przy wejściu, 

a  potem znika we wnętrzu  budynku. 

Dwóm milicjantom, którzy stali pod drzwiami oddziału zamkniętego, powie-

działa to samo co temu na dole. Że jeśli nie pozwolą jej wejść, to narobi takiego 
wrzasku, że zarówno docent jak i Wojtys na pewno ją usłyszą. Zresztą mówiła to 
trzymając  już  swój  specjalny  klucz  w  zamku  drzwi  wejściowych.  Milicjanci 
mieli zachowywać się cicho. Klęli w duchu, ale wiedzieli, że wejście tam Elżbie-
ty  jest  mniejszym  ryzykiem  dla  Makowicza  niż  gdyby  Wojtys  dowiedział  się  o 
ich obecności tutaj. Nie mieli wyboru. 

Jan krztusił się pod plastrem ciągle przylepionym do jego ust. Po policzkach 

ciekły mu łzy. Ciałem wstrząsały nierytmiczne drgawki. 

Śmiał się. 

Śmiał  się  z  własnej  głupoty,  z  własnego  zarozumialstwa,  z  własnej  pseudo 

przebiegłości,  która  okazała  się  zupełnym  idiotyzem  w  porównaniu  z 
prymitywną  skutecznością  działania  psychopaty.  Ten  telefon  do  Popowicza... 
dlaczego  tamten  miałby  mu  uwierzyć?  Dlaczego  ktokolwiek  miałby  uwierzyć 
skretyniałemu wariatowi? 

background image

 

To było naprawdę śmieszne. 

Dostał  w  twarz,  raz,  drugi,  trzeci.  Coś  się  stało,  coś,  czego  przez  ułamek 

sekundy nie rozumiał. 

Pastwiący się nad nim Wojtys stał w rozkroku i niemal na oślep, nic patrząc 

na to, gdzie trafiają jego ciosy, zapamiętale go bił. Był cały czerwony na twarzy, 
spocony, w kącikach ust pokazała się piana. 

—Nie śmiej się  — charczał między jednym ciosem a drugim.  — Nie śmiej 

się... Nie znoszę, kiedy ktoś się ze mnie śmieje... Słyszysz, nie śmiej się! Tamta 
też  się  śmiała.  Też  się  śmiała  i  dlatego  ją  zabiłem...  Nie  śmiej  się!...  — 
skowyczał. 

—Przestań  —  ostry  głos  Elżbiety  przerwał  wrzaski  Wojtysa.  W  milczeniu, 

które  nagle  zapadło,  Elżbieta  zdała  sobie  sprawę,  że  przekroczyła  wszelkie 
granice ryzyka. Sparaliżowana strachem stała, patrząc, jak Paweł nie spuszczając 
z  niej  wzroku  powoli  prostuje  się  i  obraca  w  jej  stronę.  Dopiero  gdy 
wyprostowany  na  całą  wysokość  stanął  przed  nią,  zrozumiała,  że  jedyną  jej 
szansą jest ucieczka. Odwróciła się, aby wybiec na zbawczy korytarz, lecz w tym 
samym  momencie  Wojtys  chwycił  stojącą  na  stole  ciężką,  metalową 
popielniczkę  i  z  całej  siły  rzucił  w  jej  głowę.  Upadła  w  progu  nie  zdążywszy 
nawet krzyknąć. 

Kapitan  Popowicz  znalazł  się  pod  drzwiami  oddziału  zamkniętego  w  mo-

mencie, gdy Elżbieta była już za nimi. Moment nieuwagi z jego strony i opraco-
wany z szefem służby specjalnej plan przestał istnieć. Do tego te cholerne drzwi! 
Jak mógł zapomnieć, że są bez klamki i do ich otwarcia potrzebny jest specjalny 
klucz! Nie miał go. 

Nagle  z  oddziału  doszedł  przeraźliwy  krzyk.  Stojący  pod  drzwiami 

mężczyźni wiedzieli, że nie ma na co czekać. Hałas wyważanych drzwi nic już 
nie zmieni. 

— Morderstwo! Na pomoc! — to krzyczał Paweł, zdzierając jednocześnie z 

ust Jana plaster i zdejmując zeń kaftan bezpieczeństwa. 

— To ty ją zabiłeś — powiedział mu cicho. 

background image

 

W tym momencie w progu stanął Popowicz ze swoimi ludźmi, a za nim wdarł 

się ordynator i inni podekscytowani pracownicy szpitala. 

—  Zabił  ją  —  powiedział  z  dobrze  udany  przerażeniem  w  głosie  Wojtys, 

odwracając się do nich. 

I to był jego błąd. 

Nie mógł bowiem dostrzec, jak Makowicz zerwał się z wózka, na którym sie-

dział. Co prawda wyczuł to jakimś zmysłem i już zaczął się do niego odwracać z 
powrotem, ale spóźnił się o ułamki sekundy. 

Wydobyta spod włosów połówka żyletki trzymana przez Jana tkwiła niemal 

dokładnie na tętnicy szyjnej Wojtysa. Nie mógł on nawet drgnąć. 

Makowicz ruchem głowy wskazał leżącą Elżbietę. 

— Zajmijcie się nią... 

Nikt  się  nie  ruszył  i  tylko  ordynator,  dla  którego  Jan  nadal  był 

niebezpiecznym  pacjentem,  zrobił  pół  kroku  do  przodu  i  z  tą  swoją  cholerną, 
pełną zawodowego współczucia miną wyciągnął rękę mówiąc: 

— Panie docencie... 

— Nie ruszaj się — ostrzegł go Makowicz — bo poderżnę mu gardło. 

I ordynator posłusznie się cofnął. 

— Panie Janie — głos Popowicza był spokojny — proszę go puścić. On już 

jest nasz. 

Jan patrząc mu prosto w oczy pokręcił przecząco głową. 

A  potem  odwrócił  wzrok  i  z  zainteresowaniem  zaczął  przyglądać  się 

pulsującej, przyciśniętej żyletką tętnicy Wojtysa. 

Popowicz poczuł przelatujące po plecach mrówki. 

Zdał  sobie  sprawę,  że  ten  człowiek  za  chwilę  stanie  się  mordercą.  Nie  z 

własnej  winy.  Winien  był  on  sam  —  Popowicz.  Winien  był  prokurator 
Kwiatkowski,  lekarka,  która  przez  tyle  lat  leczyła  Jana,  Krzysztof  i  ci  wszyscy 
zgromadzeni wokół lekarze i pielęgniarki. 

background image

 

Każdy z nich miał w tym swój udział. 

Każdy chciał mu pomóc. 

Dlatego Jan ciągle trzymał przyciśniętą żyletkę. 

Dlatego zdobył ostateczny dowód, którym była nagrana rozmowa z Pawłem. 

Ciągle pracujący na stole magnetofon nagrywał teraz już tylko ciszę. 

Ten człowiek miał prawo nikomu nic wierzyć i Popowicz rozumiał jego chęć 

doprowadzenia wszystkiego do końca. 

Ale niewiara Jana mogła być zbyt kosztowna. 

A  Popowicz  nie  chciał,  aby  ktokolwiek  dzisiaj  umarł  i  dlatego  satysfakcja 

Jana przestała go obchodzić. 

Dostrzegł  kryjących  się  za  oknem  dwóch  facetów  z  grupy  specjalnej.  Nie 

miał już po co dłużej czekać. 

Spokojnym ruchem wyciągnął pistolet, jednocześnie dostrzegając, jak robi to 

samo obok niego na wpół opancerzony szturmowiec. 

— Puść go! — krzyknął, chcąc odwrócić uwagę Makowicza zarówno od szyi 

Pawła, jak i od okna. 

Jan odruchowo spojrzał na niego, a widząc wycelowane w siebie lufy zasłonił 

się potulnym Wojtysem. Nie puścił żyletki. 

W tej samej chwili krótka bojowa gumowa gruszka spadła na jego potylicę, a 

ręka trzymająca żyletkę została niemal wyrwana z barku. 

Stracił przytomność tak szybko, że nie zauważył, jak ułamek sekundy później 

przystawiono lufę do głowy Pawła, a potem — już spokojnie — skuto go kajdan-
kami. 

Nie widział też ani tego, jak wynoszono ciężko ranną Elżbietę, ani tego, jak 

Popowicz wyjmuje z jego magnetofonu kasetę. 

 

background image

 

 

 

CZĘŚĆ CZWARTA; O Z D R O W I E N I E 

 

Jan  Makowicz  przeżył  zbyt  dużo.  Był  jeszcze  pacjentem  szpitala 

psychiatrycznego  przez  blisko  rok.  Nie  wrócił  na  uczelnię  i  nie  zajmuje  się 
architekturą. Żyje z renty i hoduje koty. 

Krzysztof pozostał na stałe za granicą. Podobno ma tam dostać profesurę. 

Siostra Elżbieta przeżyła kilkugodzinną operację, jaką zrobiono jej jeszcze tej 

samej nocy. Nigdy jednak nie wróciła do pracy w szpitalu. Zarabia na życie jako 
higienistka w szkole. 

Paweł Wojtys nigdy nie został skazany, Uznano go za chorego psychicznie i 

ciągle jeszcze cieszy się z życia. 

Marek  Defraudant  odbywa  za  kradzieże  dwunastoletni  wyrok.  Ma  nadzieję, 

że kiedyś może obejmie go amnestia. 

 

Zatrzasnąwszy  starannie  drzwi  samochodu  zatrzymał  się  przy  krawężniku, 

przepuszczając przejeżdżające pojazdy. Zdążył już zrobić dwa, a może trzy kroki 
po  czarnym,  pociętym  białymi  pasami  zebry  asfalcie,  gdy  ryczący  wysokimi 

background image

 

obrotami  silnika  żółty  furgon  znalazł  się  tuż  przy  nim.  Tylko  jakimś 
nieprawdopodobnym  skurczem  mięśni,  których  przecież  zupełnie  nie 
kontrolował,  nie  mając  szansy  na  cofnięcie  się.  Jan  zrobił  ni  to  piruet,  ni  to 
zwrot.  Jego  ręka  trzymająca  torbę  uderzyła  o  karoserię  pędzącego  samochodu. 
Rozerwana  torba  zamieniła  się  w  trzepoczącą  szmatę,  a  zabłocony  damski  but 
wylądował  na  tym  samym  trotuarze,  na  którym  przed  chwilą  stał  Jan.  Zanim 
zdążył  przestraszyć  się  tego,  co  się  stanie  zanim  zdążył  zrozumieć  cokolwiek, 
choćby to, że o włos uniknął śmierci, żółta furgonetka zniknęła. 

Nikt prócz niego niczego nie zauważył.