background image

Ewa wzywa 07... Ewa wzywa 07... 

Aleksander Gabrusiewicz 

POŻYCZYĆ 

NARZECZONĄ 

I UMRZEĆ 

 

background image

Wczesna jesień tego roku była wyjątkowo ciepła, jak gdyby przyroda chciała potwierdzić 

dobrą  opinię  o  polskim  babim  lecie.  Mimo  popołudnia  na  lotnisku  było  prawie  upalnie  i 

mechanikom  bardzo  już  nie  chciało  się  pracować.  Sezon  trwał  w  pełni,  a  do  zmierzchu 

pozostało jeszcze trochę czasu. 

- To co, panie inżynierze, dzisiaj szykujemy „jaka"? 

Szef  mechaników  -  Bartkowiak  zwrócił  się  do  mężczyzny,  który  właśnie  wszedł  do 

hangaru. Ubrany  był  w krótką, podniszczoną  skórzaną kurtkę  lotniczą  z przewieszoną przez 

ramię raportówką. 

-  Tak. Dawno już  co  prawda na tym truposzu nie  latałem, ale potrenować  lądowanie  na 

punkt akurat na nim można. 

Wkrótce  zbliżały  się  okręgowe  zawody  samolotowe  i  inżynier  Ryszard  Wolniak  kilka 

razy w tygodniu zjawiał się na lotnisku. Pomimo dobiegającej czterdziestki ciągle zaliczał się 

do „ścisłej czołówki krajowych pilotów", jak określał to pewien dziennikarz sportowy. 

Samolot  wytoczono  z  hangaru.  Bartkowiak  sprawdzał  jeszcze  iskrownik,  więc  Wolniak 

zapalił papierosa, niecierpliwym gestem gasząc zapałkę. 

- Może pan kołować na start - rzekł mechanik zeskakując ze skrzydła. 

-  Dzisiaj  to  kawałek  drogi  -  Wolniak  spojrzał  na  rękaw  -  wieje  z  przeciwnej  strony. 

Trzeba będzie podjechać aż pod tamta kępę brzózek... 

- Po co tak daleko, miejsca starczy i z połowy lotniska. 

Wolniak  w kabinie  starannie dopinał  hełmofon.  Na  moment schylił  się poniżej owiewki 

kabiny,  widocznie  poprawiał  coś  przy  orczyku.  Szef  chwycił  za  śmigło  i  po  chwili  silnik 

pulsował rytmicznie. Przez pewien czas trwało rozgrzewanie motoru, zanim maszyna z wolna 

ruszyła na przeciwległy skraj lotniska. Mimo sugestii szefa mechaników „jak” podkołował aż 

pod brzezinę, gdzie powoli obrócił się dziobem pod wiatr i zatrzymał. 

- Czemu on nie startuje? - zdziwiony szef zwrócił się do swego pomocnika. 

- Pewnie czeka na pozwolenie z wieży. 

- Tak długo? 

Rozległ się wreszcie głośniejszy warkot i samolot ruszył nabierając szybkości. Poderwał 

ogon i po chwili był już w powietrzu. 

- Coś musiało zdenerwować Wolniaka - pokiwał głową pan Janek - ostro idzie w górę. 

- Moim zdaniem takie świece mogą się źle skończyć. 

Maszyna dochodziła gdzieś do dwustu metrów i przechyliła się na prawe skrzydło, żeby 

okrążyć lotnisko, kiedy nagle, jakby napotkawszy jakąś niewidzialną przeszkodę, bezwładnie 

zwaliła się na plecy. Mechanicy stali z otwartymi ustami nie mogąc wykrztusić słowa. „Jak" 

background image

zrobił dwie zwitki i pół trzeciej, gdy rozległ się huk eksplozji i płomień wystrzelił w górę na 

kilkanaście metrów. 

- Rany boskie, Janek, po samochód, prędko! 

Kiedy  mechanicy  wraz  z  dyżurnym  lotniska  dojechali  na  miejsce  wypadku  terenowym 

gazikiem - wóz strażacki musiał pokonać kawał świeżo zaoranego pola  -  nie było już co ani 

tym  bardziej  kogo  ratować.  Pogruchotane  szczątki  kadłuba  i  prawego  skrzydła  paliły  się 

jeszcze - lewe leżało o kilka metrów dalej - a żar bił taki, że nie można było bliżej podejść. 

* * *  

W  „Niespodziance"  było  jak  zwykle  tłoczno  o  tej  porze,  ale  nie  przeszkadzało  to 

efektownej, długonogiej i jasnowłosej dziewczynie powszechnie zwanej Panonią. Przezwisko 

to wzięło się ponoć stąd,  że zawsze skwapliwie  podkreślała swój panieński stan, wyrażając 

tym samym dezaprobatę dla łatwych do zdobycia mężatek. 

Panonia  siedziała przy służbowym stoliku kelnerek  i denerwowała się  bardzo. Należała 

bowiem do osób, którym brak pieniędzy bardzo przeszkadza żyć. Wprawdzie letnia eskapada 

na  Wybrzeże,  a  potem  do  Zakopanego  z  pewnym  zasobnym,  finansowo  obywatelem  USA 

polskiego pochodzenia przyniosła jej profit w postaci paru wąskich banknotów z wizerunkami 

różnych prezydentów Stanów Zjednoczonych, ale to było mało. 

Już niedługo powinien zjawić się tu Wiesiek, zwany Długim, wraz z kumplami, a Izy nie 

ma. Panonia niecierpliwiła się oczekując na swą dawną koleżankę, Izę Kamińską. Po półtorej 

godzinie  podeszła  do  automatu  w  szatni  i  zatelefonowała  do  szpitala,  w  którym  pracowała 

Kamińska, ale okazało że dzisiaj ona nie ma dyżuru. 

* * *  

Porządek  posiedzenia  Rady  Wydziału  Humanistycznego  przewidywał  referat  adiunkta 

katedry  literatury  Janusza  Wilmańskiego.  Ponieważ  adiunkt  w  ogóle  na  posiedzenie  nie 

przyszedł,  dziekan  Hering  zainteresował  się  jego  nieobecnością,  wysyłając  jednego  ze 

studentów  na  poszukiwanie.  Wyszło  wówczas  na  jaw,  że  od  dwóch  dni  Wilmańskiego  nie 

widziano na uczelni,  mimo  iż  miał zajęcia programowe  z drugim  i trzecim rokiem  filologii, 

do  których  zazwyczaj  podchodził  bardzo  sumiennie.  Indagowana  telefonicznie  o  niego 

właścicielka  mieszkania,  u  której  Wilmański  wynajmował  pokój,  również  nie  potrafiła  nic 

powiedzieć.  Sama  zaniepokojona  była  jego  nieobecnością,  zwykle  bowiem  informował  ją  o 

każdym wyjeździe (bez przeszkód mogła wtedy sprzątnąć pokój swego sublokatora). 

Ktoś  z  zebranych  zastanawiał  się  nad  możliwością  wyjazdu  Wilmańskiego  w  góry  - 

background image

wycieczki wysokogórskie były ulubioną formą wypoczynku adiunkta - ktoś inny wspomniał o 

jego  niedawnym  rozwodzie,  związanych  z  nim  przeżyciach  i  w  konsekwencji  (co  było 

tajemnicą poliszynela) skłonnością do kieliszka. 

Dziekan jednak wykluczył pijaństwo twierdząc,  że od pewnego czasu nie wchodzi to w 

rachubę. 

Postanowiono  rozpocząć  poszukiwania  po  szpitalach,  skontaktować  się  z  rodziną,  a  w 

ostateczności powiadomić władze. 

Po krótkiej przerwie zajęto się następnym punktem porządku dziennego. 

* * *  

Śmierć  inżyniera  Wolniaka  wywołała  wielkie  poruszenie  w  Fabryce  Aparatury 

Precyzyjnej! 

Całe biuro następnego dnia po wypadku o niczym innym nie  mówiło, czemu trudno się 

dziwić. W gabinecie dyrektora Kaczmarka zebrał się aktyw zakładowy. 

Rozpoczął dyrektor: 

- Przykro mi, towarzysze, że taka okoliczność zmusiła nas do zebrania się w tym gronie. 

Znaliśmy wszyscy dobrze inżyniera Wolniaka, chociaż pracował u nas dopiero dwa  lata. Ale 

już w tym  czasie dał się poznać  jako ofiarny pracownik. uczynny kolega... (w tym  miejscu 

Kaczmarek  uświadomił  sobie,  że  nie  przemawia  na  pogrzebie,  tylko  wśród  swego  aktywu). 

Czy znalazł się ktoś z jego rodziny? 

Kadrowiec zerknął do teczki osobowej: 

-  Po  długich  poszukiwaniach  telefonicznych  odnaleźliśmy  jedynie  ciotkę  mieszkającą  o 

trzysta  kilometrów  stąd.  Jest  to  staruszka,  niestety  częściowo  sparaliżowana  i  w  dodatku 

przebywająca w domu opieki. 

-  Tak  przypuszczałem.  Na  nas  więc  spoczywa  obowiązek  organizacji  pogrzebu. 

Zreferujcie koleżanko Wcisła, co postanowiono w tej sprawie. 

Przewodnicząca rady zakładowej zaczęła swoim wysokim, dziewczęcym głosikiem: 

-  A  więc  tak.  Miejsce  na  cmentarzu  komunalnym  załatwione.  Trumna  na  samochodzie 

ciężarowym  z  opuszczonymi  burtami.  Przed  samochodem  orkiestra  zakładowa  i  poczet 

sztandarowy.  Oczywiście  wieńce  od  dyrekcji  i  organizacji  społecznych,  które  poniesie 

młodzież z naszej szkoły przyzakładowej. Również poduszki z odznaczeniami... 

- No, tak wiele to on tych odznaczeń nie miał zauważył prezes NOT-u. 

- Miał srebrny krzyż zasługi - stwierdził dyrektor. 

- Ja bardzo przepraszam - w uchylonych drzwiach ukazała się głowa asystenta dyrektora, 

background image

magistra Piaska - ale sprawa jest pilna, panie dyrektorze... 

- Czy aż tak pilna, że musi pan nam przerywać ważne zebranie? 

- Niestety tak... 

Gdy  obydwaj  znaleźli  się  w  przyległej  sali  konferencyjnej,  magister  Piasek  aż  płonął  z 

podniecenia: 

- Nie ma, panie dyrektorze, nigdzie nie ma! 

- O cóż, na Boga Ojca, chodzi? 

-  No, jak to o co? O projekt tego wynalazku. Przecież  Wolniak był w zespole  inżyniera 

Kutrzeby, który opracowywał nowy typ leledefektoskopu. Dziś pan Kutrzeba zajrzał do szafy 

pancernej, potrzebny mu był jakiś rysunek. Otwiera szafę, a rysunków nie ma. Ani rysunków, 

ani  dokumentacji  ze  wszystkimi  wyliczeniami.  Sekretarka  mówi,  że  przedwczoraj  Wolniak 

prosił ją o klucz od szafy, bo chciał sprawdzić jeszcze jakieś wyliczenia. Potem ona wyszła, a 

kiedy wróciła, to klucz leżał w jej szufladzie. 

- Takie sprawy - zasępił się dyrektor. 

- Więc co robimy? 

- A Wolniak nie zostawił gdzieś u siebie zapasowego klucza do swojej kawalerki? 

-  Pomyślałem  już  o tym,  panie  dyrektorze.  Nigdzie  go  nie  zauważyłem,  w  sekretariacie 

też nie zostawił. 

- Czy miał taki zwyczaj? 

- Owszem. Czasami, kiedy wyjeżdżał w delegację, zostawiał klucz, po który zgłaszał się 

jego przyjaciel. 

- Trudno. Trzeba zawiadomić milicję i jak najszybciej dostać się do jego mieszkania. Ta 

dokumentacja  powinna  tam  być,  bo  przecież  kradzież  z  biura  nie  wchodzi  w  rachubę, 

prawda? 

- Absolutnie nie, panie dyrektorze. 

- No to niech pan dzwoni, gdzie trzeba. 

* * *  

Prokurator  Marcisz,  uważnie  studiował  kilkunastostronicowy  protokół  komisji 

powypadkowej,  wnosząc  tu  ówdzie  poprawki;  dokument  w  dniu  dzisiejszym  miał  być 

doręczony prokuratorowi rejonowemu. 

„Zwłoki całkiem zwęglone... Zachowały się jedynie fragmenty skórzanej kurtki lotniczej 

denata  i  kilka  metalowych  przedmiotów:  długopis,  scyzoryk,  zapalniczka,  klucz...  Samolot 

spłonął  niemal  doszczętnie  z  wyjątkiem  lewego  płatu,  który  leżał  o  dziewięć  metrów  od 

background image

kadłuba  prawdopodobnie  odrzucony  na  tę  odległość  przy  uderzeniu  prawym  skrzydłem  i 

dziobem  o  ziemię.  Z  zeznania  mechaników  wynika,  że  maszyna  zbyt  szybko  nabierała 

wysokości,  co  mogło  spowodować  przekroczenie  siły  uciągu  silnika,  a  w  związku  z  tym 

wpadnięcie  w  korkociąg...  Zastanawia  jedynie  fakt,  dlaczego  tak  doświadczony  pilot,  jak 

Wolniak,  nie  wyprowadził  samolotu  po  pierwszej  zwitce  do  lotu  poziomego...  Można  to 

tłumaczyć  nagłym  zasłabnięciem  pilota  albo  zablokowaniem  sterów.  Faktu  tego  nie  da  się 

jednak stwierdzić ze względu na stopień zniszczenia maszyny... Identyfikacji zwłok dokonali 

pracownicy Aeroklubu. 

Szef mechaników Tadeusz Bartkowiak i starszy mechanik Jan Czuła...” 

* * *  

Kapitan  Skrobot  siedział  w  komendzie  w  jednym  pokoju  z  porucznikiem  Żywieckim  i 

choć formalnie był jego zwierzchnikiem, to nawet najbystrzejszy obserwator nie domyśliłby 

się rodzaju współzależności służbowej między nimi, pracowali bowiem ze sobą od wielu lat i 

łączyły ich więzy przyjaźni. Skrobot był niezbyt wysoki, lecz dobrze zbudowany i żywy jak 

iskra. Żywiecki stanowił  jego przeciwieństwo:  wysoki  i chudy,  a z usposobienia  flegmatyk. 

Rozmowę przyjaciół przerwał dzwonek telefonu: 

-  Kapitan  Skrobot,  słucham.  Tak  jest,  obywatelu  pułkowniku.  Tak.  Rozumiem,  pilne. 

Zaraz  tam  pojedzie  porucznik  Żywiecki.  Jaka  fabryka?  Aha,  Aparatury  Precyzyjnej, 

rozumiem. 

- Już mnie w coś wrobiłeś? 

-  Głupstwo, staruszku. W FAP-ie zginęły  jakieś  ważne dokumenty. Pojedziesz tam  i od 

dyrektora dowiesz się szczegółów. Po wczorajszych imieninach jazda samochodem raczej by 

mi nie służyła. Rozumiesz? 

Żywiecki wyjechał, a Skrobot poszedł do sekretariatu załatwić jakieś papierkowe sprawy. 

Gdy wrócił po dwu godzinach, telefon dzwonił jak oszalały: 

- Tu Żywiecki. Słuchaj Witek, zbieraj ekipę i przyjeżdżaj natychmiast, chociaż nie lubisz 

dziś samochodu. 

- A co się stało? 

- Śmiertelny wypadek. I to dość zagadkowy. Aha, zamelduj staremu, może zajmie się tym 

kto inny. 

- Marne szanse, ale zamelduję. Jaki adres? 

- Konopnickiej 26a, wieżowiec, trochę cofnięty od ulicy, czwarte piętro, mieszkania 39. 

- W porządku. 

background image

Wizyta  w  gabinecie  szefa  i  zebranie  ekipy  dochodzeniowej  nie  trwało  dłużej  niż  15 

minut. Nyska z trudem przeciskała się zatłoczonymi o tej porze ulicami miasta. 

Żywiecki przywitał go w przedpokoju: 

-  Stary,  historia  jak  w  kiepskim  kryminale.  Trup  w  wannie,  przystojna,  młoda 

dziewczyna... 

- Chwileczkę, po kolei, bo nic do mnie nie dociera... 

- Dobra, zobacz najpierw denatkę i niech technicy i fotograf przystąpią do roboty, a ja ci 

zreferuję sprawę. 

Skrobot  obejrzał  zwłoki.  Dziewczyna  o  krótkich,  ciemnych  włosach  zanurzona  była  w 

wodzie po oczy. Lewa ręka spoczywała na brzegu wanny, prawa natomiast, luźno zanurzona 

była w wodzie. Długie nogi miała podkurczone, tak że kolana wystawały nad obrzeże wanny. 

Cała  sylwetka,  niewielkie,  lecz  kształtne  piersi  i  płaski  brzuch  świadczyły,  że  musiała  być 

bardzo  zgrabna.  Zanurzył  rękę  w  wodzie:  była  chłodna,  chociaż  nie  tak  zimna,  jak  świeżo 

puszczona z kranu. 

Technik  zbierał  odciski  palców  z  kranu,  klamek  i  różnych  przedmiotów  w  pokoju. 

Fotograf błyskał fleszem. 

-  No  dobra,  jak  to  skończycie,  wracajcie  do  firmy  i  przyślijcie  karetkę,  żeby  zabrała 

zwłoki do Zakładu Medycyny Sądowej. A ty, Romek, mów po kolei. 

-  Przyjechałem do tego FAP-u, to znaczy  Fabryki  Aparatury Precyzyjnej. Tam dyrektor 

Kaczmarek  poinformował  mnie,  że  wczoraj  około  godziny  16:30  zdarzył  się  wypadek 

lotniczy.  W  katastrofie  zginął  ich  pracownik,  pilot  amator,  magister  inżynier  Ryszard 

Wolniak,  lat  38,  kawaler  nie  mający  żadnej  bliższej  rodziny.  Od  swego  asystenta,  magistra 

Piaska,  dyrektor  dowiedział  się  o  zaginięciu  dokumentacji  pewnego  wynalazku.  Chodzi  o 

jakiś  supernowoczesny  przyrząd  do  wykrywania  ukrytych  wad  metali.  Pracował  nad  tym 

czteroosobowy  zespół,  którego  członkiem  był  miedzy  innymi  Wolniak.  Wypytywali 

wszystkich  mogących  mieć  styczność z tymi dokumentami, ale  nikt o niczym  nie  wiedział. 

Sekretarka oświadczyła, iż dala kilka dni temu klucze od szafy z dokumentami Wolniakowi. 

Pod koniec pracy klucze leżały w jej szufladzie, ale wtedy nikt nie sprawdzał, czy nic w niej 

nie zabrakło... 

- Streszczaj się. Więc jesteśmy w tej chwili w mieszkaniu Wolniaka? 

-  Oczywiście.  A  streszczać  się  nie  mogę,  bo  to  wszystko  jest  ważne.  Więc  postanowili 

dostać się do tej kawalerki przy pomocy milicji. Proponowałem dzielnicowego, ale przekonali 

mnie,  że  skoro  już  jestem,  to  mogę  pojechać.  No  i  dobrze  się  stało.  Przyjeżdżamy  tutaj, 

wchodzimy  na  górę,  ślusarz  chce  przystępować  do  roboty,  bo  zabrali  ze  sobą  ślusarza  do 

background image

sforsowania  drzwi,  ten  łapie  za  klamkę...  I  okazuje  się,  że  mieszkanie  jest  otwarte! 

Zaczęliśmy przetrząsać ten pokój, a dyrektor zajrzał do łazienki i tam doznał szoku, czemu się 

specjalnie nie dziwię. Ale do rzeczy.  W kuchence na stole  leżała torebka denatki. Z dowodu 

wynika,  że  nazywa  się  Izabela  Kamińska,  ma  22  lata,  wzrost  163  cm,  bez  znaków 

szczególnych. Urodzona i zameldowana na stałe we wsi Zawady Dolne, ojciec Józef, matka 

Zofia z domu Mariańska. Adres obecny - Szpital Wojewódzki, ulica Moniuszki. 

- Mieszka w szpitalu? 

- Tak. W legitymacji służbowej stwierdza się, że pracuje tam jako laborantka medyczna. 

Widocznie szpital dysponuje jakimiś mieszkaniami. 

- Czy to dziewczyna Wolniaka? 

-  Niewykluczone.  W  każdym  razie  przed  znalezieniem  torebki  Kaczmarek  dziewczynę 

rozpoznał,  „to  przecież  panna  Iza"  wystękał,  kiedy  po  szoku  przyszedł  trochę  do  siebie. 

Pytam więc, skąd ją zna. Otóż poznał ją w towarzystwie Wolniaka i jego kolegi, kiedy raz w 

restauracji przysiadł się do nich, żeby zjeść obiad. Zamienili wówczas tylko parę zdań, ale w 

jakiś czas potem, znów ją widział na ulicy, tym razem w towarzystwie samego Wolniaka. A. 

w  biurze,  przy  jakiejś  okazji,  zwierzył  się  Kaczmarkowi,  że  czasem  wypożycza  swoje 

mieszkanie  Izie  i  jej  sympatii,  czyli  swemu  przyjacielowi...  Zaraz,  gdzieś  zanotowałem  to 

nazwisko... Aha, jest. Janusz Wilmański. 

- Kto jeszcze był tu z wami? 

- Sekretarz POP i asystent dyrektora. 

- Gdzie oni są teraz? 

- Kazałem im wracać do fabryki, żeby tu nie przeszkadzali i nie pozacierali śladów, jeśli 

jeszcze są jakieś. Mają czekać na telefon od nas. 

-  Słusznie.  Ale  dziś  już  za  późno  na  rozmowę,  więc  zadzwoń  i  umów  się  na  jutro.  My 

tymczasem,  zanim  przyjedzie  karetka,  rozejrzymy  się  trochę  po  mieszkaniu.  Może  uda  się 

trafić na ślad tej dokumentacji. 

-  Kiedy  znaleźliśmy  zwłoki,  to  już  po  telefonie  do  ciebie,  nie  bardzo  miałem  czas  na 

poszukiwania, w każdym razie na pierwszy rzut oka nic nie było widać. O, tu jest zawartość 

torebki  Kamińskiej.  Portmonetka,  230  złotych  -  setka  papierowa,  a  reszta  w  bilonie, 

chusteczka, napoczęta paczka klubowych, klucze na kółku... 

- Zobacz, czy któryś z nich przypadkiem nie pasuje do tego mieszkania. 

Porucznik Żywiecki chwilę manipulował przy zamku. 

- Zgadza się. Jeden „yalowski" jest od tych drzwi. 

- Zatem panienka musiała być tu częstym gościem. 

background image

- Tak by wyglądało. 

Tymczasem dwaj sanitariusze zabrali szczelnie okryte prześcieradłem zwłoki do karetki, 

a  kierownik  Zakładu  Medycyny  Sądowej,  po  telefonie  Skrobota,  obiecał  dostarczyć  wynik 

sekcji następnego dnia po południu. 

W  mieszkaniu  był  bałagan.  Różne  części  męskiej  garderoby  leżały  porozrzucane  po 

całym pokoju. Pokój miał powierzchnię nie większą niż 20 metrów kwadratowych - łącznie z 

wnęką na tapczan. Naprzeciw wejścia z przedpokoju - okno i drzwi balkonowe. Po lewej ich 

stronie kuchnia klitka, z której następnie wchodziło się do łazienki. Umeblowanie było raczej 

skromne.  Na  całej  długości  jedynej  „ustawnej"  ściany,  regał  z  odkładanym  blatem  biurka, 

niski stół, dwa fotele i dwa taborety-pufy. We wnęce dwuosobowa wygodna wersalka, a pod 

oknem telewizor. 

Poszukiwania  nie dały  żadnego wyniku. Poza owymi kluczami  nie  natrafiono na żadne 

ślady. Nie było ani rysunków czy opisu projektu wynalazku, ani żadnych notatek związanych 

z  pracą,  zawodową  Wolniaka.  Na  półce  regału  znajdowało  się  natomiast  sporo  literatury 

lotniczej, zarówno beletrystyki, jak i książek fachowych. 

Dochodziła 9 wieczór, kiedy zakładali plombę na drzwiach, mieszkania Wolniaka. 

* * *  

Podpułkownik  Biskupski,  bezpośredni  przełożony  Skrobota  i  Żywieckiego,  był 

mężczyzną  pokaźnej  postury.  Ponieważ  poruszał  się  wyjątkowo  zwinnie,  zwano  go 

powszechnie „Szeryfem". Co do jego charakteru zaś, to zdania były podzielone - podwładni 

lubili go bardzo, bo miał gołębie serce, a przełożeni mieli mu często za złe, że jest za miękki. 

Niemniej  jednak  z  jego  wydziału  prokuratura  zazwyczaj  otrzymywała  takie  materiały,  że 

proces sądowy nie miał charakteru poszlakowego. 

W  gabinecie  Szeryfa  kapitan  Skrobot  i  porucznik  Żywiecki  zdawali  właśnie  relacje  z 

ostatnich wydarzeń. Słuchał ich uważnie nie przerywając ani słowem. 

- To rzeczywiście dziwna historia - powiedział, kiedy skończyli. - Jednego dnia katastrofa 

lotnicza, w której ginie facet, a w tym samym dniu, w jego mieszkaniu, umiera dziewczyna, 

jego hm... dobra znajoma.  Wypadek? Zasłabnięcie podczas kąpieli?  Jakiś przedziwny zbieg 

okoliczności? A ja w takie zbiegi okoliczności nie bardzo wierzę. No bo przede wszystkim, 

kto wchodzi do wanny nie zamykając drzwi mieszkania? I to w dodatku cudzego mieszkania. 

Roztargnienie? 

- Trudno o tym coś powiedzieć przed wynikiem sekcji - wtrącił Skrobot. 

- Kiedy ma być wynik? 

background image

- Najwcześniej dziś po południu. 

- Pozostaje jeszcze Wilmański. Dać wam kogoś do pomocy? 

Skrobot i Żywiecki spojrzeli po sobie, a pułkownik zrozumiał intencje tych spojrzeń. 

- W porządku. Uważacie, że najlepiej pracuje się w tandemie. Dobrze. Spotkamy się więc 

o piętnastej trzydzieści, powiedzmy, z wynikami sekcji i wstępnymi ustaleniami... 

- Tak jest, obywatelu pułkowniku. 

- Aha, dobrze byłoby poprosić też prokuratora Marcisza. On był przecież po wypadku na 

lotnisku. 

* * *  

Skrobot  rozpoczął  dochodzenie  nie  od  otoczenia  Kamińskiej,  lecz  od  osoby 

Wilmańskiego.  Bezpośrednio  po  rannej  konferencji  udał  się  na  uniwersytet,  do  dziekana 

wydziału humanistycznego. 

„Okrąglutki,  jak  pączek  w  maśle"  -  pomyślał  Skrobot  na  widok  zażywnego,  starszego 

pana, który zamówiwszy w sekretariacie dwie kawy, nie czekając na pytania sam rozpoczął: 

- Pan kapitan zapewne w sprawie Wilmańskiego? 

- Tak. 

- No właśnie. Moi pracownicy zupełnie niepotrzebnie pośpieszyli się z tym meldunkiem, 

w dodatku bez uzgodnienia go ze mną. Więc stokrotnie przepraszam kapitana za fatygę, bo 

całe  nieporozumienie  z  „zaginięciem"  adiunkta  wyjaśniło  się  dziś  rano.  Otrzymałem 

mianowicie list od niego, w którym przeprasza za nagły wyjazd bez uprzedzenia, ale jego brat 

cioteczny poważnie zaniemógł i poprosił go o niezwłoczny przyjazd, więc... 

-  Przepraszam,  panie  dziekanie,  ale  niewiele  z  tego  rozumiem.  Owszem,  przyszedłem 

porozmawiać  z  panem  o  Wilmańskim  i  ewentualnie  z  którymś  z  jego  kolegów  lub 

przełożonych, ale o żadnym meldunku nic nie wiem. 

- Więc nie otrzymaliście doniesienia o zaginięciu adiunkta? 

- Nic mi w każdym razie o tym nie wiadomo. 

- Przeproszę pana na moment - podniósł słuchawkę telefonu. - Z magistrem Derkaczem. 

Tu  Hering.  Czy  zawiadamiał  pan  władze  o  nieobecności  adiunkta  Wilmańskiego?  Nie?  W 

porządku, dziękuję. 

-  Nie  wiem  wobec  tego,  czym  kapitanowi  mogę  służyć?  -  Teraz  w  głosie  dziekana 

zabrzmiały chłodniejsze nutki, które nie uszły uwagi Skrobota. 

- Och, drobiazg, panie dziekanie. Chciałbym porozmawiać o adiunkcie Wilmańskim. 

- Dobrze. Mam teraz akurat wolną godzinę, więc słucham. 

background image

- Jak dawno znał pan adiunkta? 

- Jakieś dziewięć czy dziesięć lat, jeszcze z czasów studiów. Był na trzecim roku, gdy ja 

zostałem asystentem. 

- Czy może mi pan pokazać ten list od niego? 

- Oczywiście, proszę bardzo. 

Była  to  połówka  kartki  papieru  formatu  A4  zapisana  kilkoma  linijkami  maszynopisu. 

Czcionka  prawdopodobnie  „Eriki"  -  z  zawodowego  przyzwyczajenia  skonstatował  Skrobot. 

Zaczął czytać: 

„Drogi szefie! Bardzo przepraszam, że usprawiedliwiam się dziś dopiero, ale wczoraj nie 

mogłem  się  dodzwonić  z  automatu.  Otóż  mój  cioteczny  brat,  o  którym  Ci  chyba 

wspominałem, a który mieszka w Zakopanem, bo od lat choruje na gruźlicę, poczuł się w tych 

dniach  bardzo  źle  i  poprosił  mnie  o  natychmiastowy  przyjazd.  Chodzi  tu  o  jakieś  kwestie 

majątkowe, na których nie bardzo się wyznaję. Bardzo Cię proszę, załatw zastępstwo na moje 

zajęcia, a po przyjeździe za jakieś dwa, trzy dni odrobię. Ukłony. J. Wilmański". 

- Ten list, panie dziekanie, jest chyba autentyczny? 

- Z pewnością. Podpis w każdym razie na to wskazuje. 

- A sama treść? Styl listu? 

- Janusz w korespondencji zawsze był lakoniczny. Chociaż... 

- Co pan chciał powiedzieć? 

-  Nic,  drobiazg  właściwie,  tylko  nie  przypominam  sobie,  żeby  wspominał  mi  o  jakimś 

kuzynie w Zakopanem. Wiem tylko, że dość często jeździł w tamte okolice, bo bardzo lubił 

włóczyć się po górach. Ale ostatnio zatrzymywał się chyba u jakiejś gaździny w Murzasichlu. 

- Nie pozostawił adresu, nazwiska tej gaździny? 

- Nie. 

- A w jaki sposób przyszedł ten list, przez pocztę? 

- A wie pan, pojęcia nie mam, spytam sekretarki. 

Wrócił po chwili do gabinetu. 

-  Nie  przez pocztę. O, tu jest koperta. Adres dziekanatu, brak nadawcy.  A  list  przyniósł 

jakiś  młody  człowiek,  sekretarka  nie  zapamiętała  go,  bo  akurat  rozmawiała  przez  telefon, 

kiedy wszedł, list pozostawił na biurku. 

-  Będziemy  musieli  go  jakoś  odszukać.  A  jak  ogólnie  mógłby  pan  scharakteryzować 

Wilmańskiego? 

Hering zastanowił się chwilę. 

- Żeby ująć rzecz krótko, to trzeba by określić go jako człowieka żyjącego nerwami, co w 

background image

połączeniu z dolegliwościami wątroby nie czyni, go łatwym we współżyciu. Dochodziło więc 

do coraz większych nieporozumień małżeńskich, zakończonych gdzieś mniej więcej pól roku 

temu oficjalnym rozwodem. W tym czasie zaczął też pić ponad miarę, co oczywiście miało 

wpływ na jego pracę. Odbyłem z nim kilka przyjacielskich rozmów, wielokrotnie wraz z moją 

żoną zapraszaliśmy go do nas, ale widać  było, że  źle się czuje w  mieszanym towarzystwie. 

Wilmański od początku swej pracy na uniwersytecie cieszył się ogólną sympatią. 

- Mają dzieci? 

-  Tak,  dorastającą  córkę,  do  której  Janusz  jest  bardzo  przywiązany.  Ale  była  żona 

nastawiła ją zdecydowanie przeciw ojcu, i o ile mi wiadomo, nie ma obecnie z córką żadnych 

kontaktów,  nad  czym  bardzo  boleje.  Zresztą  wydaje  mi  się,  ale  to  są  tylko  moje 

przypuszczenia,  że  mimo  wzajemnych  krzywd,  awantur  i  tym  podobnych,  nigdy  tak 

naprawdę nie przestał kochać żony. 

- A ta obecna sympatia? 

-  Panna  Iza?  Nie  znam  jej,  ale  z  postępowania  Janusza  wnoszę,  że  ma  na  niego  dobry 

wpływ.  Przestał  pić  zupełnie.  Chociaż,  bo  ja  wiem...  czasem  zupełnie  po  trzeźwemu 

zachowuje się jakoś dziwnie. 

- To znaczy? 

- Nawet nie wiem, jak to określić. Niekiedy odnoszę wrażenie, że w czasie rozmowy ze 

mną myślami jest zupełnie gdzie indziej. Zdarza się nawet, że niezbyt dorzecznie odpowiada 

na pytania. 

- Jako nerwicowiec musi być zapewne bardzo impulsywny? 

- Określiłbym go nawet jako choleryka. 

- A czy zdaniem pana Wilmański mógłby kogoś zamordować? 

- Zamordować? 

- Tak, utopić na przykład. 

- Pan żartuje, kapitanie, i są to raczej niewczesne żarty. Zresztą o czym my tu mówimy? 

-  Ot,  dałem  taki  skrajny  przykład.  Ale  wracając  do  wyjazdu  Wilmańskiego,  czy  nikt  z 

jego kolegów nie może pomóc w ustaleniu tego zakopiańskiego adresu? 

- Chyba nie. Oprócz mnie z nikim na uczelni nie  utrzymuje bliższych, kontaktów. Może 

dowie  się  pan  czegoś  od  jego  sympatii?  O  ile  oczywiście  kuzyn  nie  jest  pretekstem  i  nie 

wyjechali  razem.  Przyznam  się,  że  nie  miałbym  do  Janusza  o  to  wielkich,  pretensji.  Widzi 

pan, jesteśmy tak zapracowani, że kilka dni wolnych poza urlopem jest po prostu niezbędne. 

„Iza Kamińska nic już, niestety, nie powie" - pomyślał Skrobot, ale nie poinformował o 

tym  dziekana,  którego  wkrótce  pożegnał.  Przedtem  jednak  poprosił  go,  by  z  działu  kadr 

background image

uczelni pomógł mu uzyskać zdjęcie Wilmańskiego, co ten chętnie i dosyć szybko załatwił. 

* * *  

Żywiecki zapukał do gabinetu prokuratora Marcisza. 

- Proszę. A, to wy! Siadajcie, poruczniku. Sporta? Aha, ograniczacie palenie. Właściwie 

ja  też  powinienem,  ale  nie  wychodzi.  Cóż,  ta  katastrofa  Wolniaka...  W  swej  karierze 

napatrzyłem  się  na  niejedno,  ale to był  wyjątkowo przykry widok. Nic z  niego nie zostało, 

prócz  kości,  kawałków  skóry  z  kurtki,  które  nie  zdążyły  się  spalić,  no  i  paru  metalowych 

przedmiotów - scyzoryka, zapalniczki, klucza... 

- Jaki to był klucz? 

- Zwykły, standardowy. 

W tym momencie rozmowę przerwał dzwonek telefonu. Rozmowa trwała krótko: 

- Przepraszam, poruczniku, ale szef ma jakąś pilną sprawę do mnie. Tutaj macie gazety, 

bo to może potrwać. 

Żywiecki jednak nie sięgnął po nie. Zamyślił się głęboko. Przy nieboszczce Izie znaleźli 

pęk kluczy, w tym  jeden do  mieszkania  Wolniaka;  Natomiast nie  było  tam  żadnego klucza 

standardowego.  Czyżby  więc  Wolniak  zabezpieczał  się  w  ten  sposób,  że  sobie  pozostawił 

klucz od dolnego zamka? Dlaczego więc nie zachował duplikatu yalowskiego? 

Prokurator Marcisz wrócił z zielonym skoroszytem pod pachą. 

- A więc tak, poruczniku. My tu sobie gadu-gadu, a o śmierci Kamińskiej ani słowa? 

- Chciałem zreferować, ale pan prokurator nie dał mi dojść do słowa. 

-  W  porządku.  Sprawę  tę  miał  prowadzić  kto  inny,  szef  przekazał  ją  mnie,  kiedy 

dowiedział  się,  że  ma  ona  związek  z  Wolniakiem.  Na  razie  znam  ją  pobieżnie,  ale  zaraz 

zapoznam się ze szczegółami. 

Chwilę czytał protokół, podkreślając niektóre fragmenty. 

- Zatem ustalmy podstawowe fakty. Wolniak, jak stwierdziliśmy, zginął około szesnastej 

trzydzieści. Mówię około, bo mechanicy z lotniska podają czas z tolerancją dwudziestu minut, 

nikt wtedy nie spojrzał na zegarek. O której zatem nastąpił zgon Kamińskiej? 

- Trudno zgadywać przed wynikiem sekcji, ale profesor Krotowicz i tak nam dokładnego 

czasu  nie  poda.  Zawsze  wyśmiewa  autorów  powieści  kryminalnych,  w  których  dokonujący 

sekcji zwłok lekarze określają czas śmierci z przesadną dokładnością. Napisze  z pewnością: 

„nie  wcześniej  niż...  nie  później  niż...”.  Zresztą  zobaczymy  po  wizycie  Skrobota  u 

Krotowicza. 

- Kiedy to nastąpi? 

background image

- Obiecał pułkownikowi Biskupskiemu, że dziś jeszcze. 

-  Przyślijcie  mi  go  zaraz  albo  lepiej  zadzwońcie.  To  raczej  ja  przyjadę  do  was,  do 

komendy, jak dokument będzie gotowy. Dobrze? 

- Dobrze. Do widzenia, prokuratorze. 

- Na razie. 

* * *  

- To jest trudne pytanie, proszę pana. Jaka jest Iza? Na pewno skryta. Właściwie z nikim 

tu w pracowni nie utrzymuje bliższych stosunków. Jedynie w ostatnim czasie z Wandą. Ale 

dlaczego pan tak o nią wypytuje, czy coś przeskrobała? 

-  Nie,  nic  nie  przeskrobała,  a  w  każdym  razie  nic  o  tym  nie  wiemy.  Zdarzył  się 

nieszczęśliwy wypadek, więc prowadzimy dochodzenie w tej sprawie. 

Skrobot siedział na obrotowym zydelku w pracowni analitycznej miejscowego szpitala i 

nie  widział  powodów,  żeby  ukrywać  przed  koleżankami  Kamińskiej,  z  którymi  rozmawiał, 

faktu  jej  zgonu.  Wiadomość  o  tym  podziałała  jak  grom  z  jasnego  nieba  na  obie 

współpracowniczki Izy. 

- Czy możecie mnie panie skontaktować z tą Wandą? 

- Ona nie pracuje u nas, tylko w aptece szpitalnej, ale o tej porze jej nie ma. 

- Co możecie jeszcze powiedzieć o Izie? 

- Bo ja wiem? - zastanowiła się bardziej opanowana blondynka.  - Spokojna dziewczyna. 

Mimo  niewątpliwej urody  nie  było do niej dużo „męskich" telefonów, jak to zwykle  bywa. 

Robiła  wrażenie  dziewczyny  trochę  tajemniczej.  Czasem  jej  zachowanie  wydawało  się 

dziwne... 

- Co pani przez to rozumie? 

-  Trudno  mi  powiedzieć,  właściwie  sama  nie  wiem.  Coś  miała  takiego  w oczach,  może 

smutnego. Jakby to, co robiła, wcale jej nie interesowało. No i ostatnio ta przyjaźń z Wandą... 

-  Kryśka,  czemu  nie  mówisz  panu  wszystkiego!  -  wyższa,  szatynka  zdążyła  ochłonąć.  - 

Może to jest ważne w wypadku Izy? 

-  Proszę  tylko  spokojnie,  panienki,  po  kolei.  Pani  Krystyno,  co  pani  ma  jeszcze  za 

tajemnice? 

-  Fakt.  Pytał  pan  o  Wandę.  Więc  podobno  wczoraj  została  zatrzymana  przez  milicję, 

przez  was.  Bo  remanent  w  aptece  wykazał  brak  jakichś  specyfików.  Zdaje  się,  że  dziś  ją 

wypuszczono, ale tutaj nie wróciła. 

- Dobrze, sprawdzę to. Jak ona się nazywa? 

background image

- Wanda Chocimska. 

- A jaki to ma, według pań, związek z Kamińską? 

Laborantki spojrzały po sobie. Odezwała się blondynka: 

- Z Izą bezpośrednio może nie, tylko z jej dawną koleżanką. 

- Kto to taki? 

- Jakaś niewyraźna. Z takich „panienek", wie pan... 

- Domyślam się. 

-  Więc  wczoraj  dzwoniła  tutaj.  Przedstawiła  się  jakoś  tak  dziwnie...  Palmira?  Nie, 

Panonia!  Koniecznie  chciała  się  dowiedzieć,  gdzie  jest  Iza,  więc  w  końcu  spytałam,  kto 

mówi. 

- No i co? 

- Nic. U nas dyżury są jednoosobowe, jak byłam ja, to nie było Izy.  Ale ta cała Panonia 

prosiła, że ma bardzo pilną sprawę, więc jakbym widziała Izę, to niech koniecznie wpadnie do 

„Niespodzianki",  bo  ona  tam  na  nią  czeka.  Nic  jej  na  to  nie  odpowiedziałam,  ale  Iza 

zazwyczaj nie przychodziła do pracowni, kiedy nie miała dyżuru. 

- No dobrze, ale wróćmy do Chocimskiej. Ona znała tę Panonię? 

Znów spojrzały po sobie. 

-  Nie  wiadomo,  ale  Iza  jakoś  przedtem  z  nikim  się  specjalnie  nie  zadawała,  dopiero  w 

ostatnim czasie z tą Wandą. I akurat teraz ta kradzież... 

Kapitan Skrobot pożegnał laborantki i jadąc do Zakładu Medycyny Sądowej myślał: „Że 

też nas jest tylko dwóch, skoro ciągle wychodzi coś nowego. Trzeba się koniecznie zająć tą 

Panonią;  w  »Niespodziance«  powinna  być  znana,  bo  to  z  pewnością  jej  rewir.  Sprawa 

przypomina  kłębek  różnokolorowych  nitek,  które  trzeba  po  kolei  rozplątywać.  A  Panonią 

niech się zajmie Żywiecki. No i jeszcze ta Chocimska, niech to diabli"! 

* * *  

Po wyjściu z prokuratury Żywiecki udał się na umówione spotkanie do FAP-u. Dyrektor 

Kaczmarek  już  czekał  na  porucznika  wraz  z  sekretarzem  POP-u,  Domińskim,  i  inżynierem 

Kutrzebą. 

- To był dla wszystkich, poruczniku, prawdziwy wstrząs - zaczął Kaczmarek. - Jeśli ktoś 

długo choruje, to powoli oswajamy się z myślą o jego śmierci. A tu człowiek w sile wieku, 

trzydzieści osiem lat, doskonały fachowiec... 

- Był inżynierem mechanikiem, prawda? 

-  Tak,  ale  zainteresowania  jego  wykraczały  poza  ścisłą  specjalizację,  czego  dowodem 

background image

choćby jego ostatnio ujawniony niepospolity talent wynalazczy w dziedzinie elektroniki... 

- Przepraszam, niedawno? - To pytanie Żywiecki skierował do inżyniera Kutrzeby. 

-  No,  można  powiedzieć,  że  niedawno,  ponieważ  inżynier  Wolniak  dopiero  przed 

kilkoma miesiącami przystąpił do naszego zespołu badawczego nad teledefektoskopem. 

- A jak długo pracował w zakładzie? 

-  Blisko  dwa  lata.  Właściwie  ja  go  do tego  namówiłem.  Kiedyś  podczas  cokwartalnego 

zebrania naszego stowarzyszenia inżynierów referowałem postępy prac nad urządzeniem do 

wykrywania  ukrytych  wad  metali.  Wolniak  zabrał  wówczas  głos  w  dyskusji,  zgłaszając 

szereg istotnych propozycji co do dalszych poczynań. Zaprosiłem go więc do współpracy, nie 

bez pewnych oporów przystał na nią. 

- A teraz dokumentacja zginęła? 

- Raczej tylko część dokumentacji. Rysunki z ostatniej fazy pracy. Całość znajduje się w 

innej kasie. Te rysunki były jednak najistotniejsze. I nie jest powiedziane, czy on miał z tym 

coś wspólnego. 

- Więc co się z nimi stało? 

Po tym pytaniu zapanowała cisza. Przerwał ją dopiero Kaczmarek: 

-  W  każdym  razie  wykluczam  możliwość  kradzieży.  Tak,  celowo  użyłem  tego  słowa, 

kradzieży przez nieboszczyka Wolniaka. To był naprawdę... 

-  Tak  -  wtrącił  sekretarz  Domiński.  -  Uczciwy  pracownik,  aktywny  członek  partii. 

Wszyscy go bardzo żałujemy. 

-  Może  miał  jakichś  osobistych  wrogów,  jakieś  nieporozumienia  na  tle  zawodowym,  o 

kobietę, czy ja wiem zresztą? 

- Absolutnie o niczym takim nam nie wiadomo, prawda koledzy? 

Nic o tym również nie wiedzieli Domiński i Kutrzeba. 

-  Sprawą  dokumentacji  wynalazku  być  może  zajmie  się  kto  inny.  Ale  proszę  mi 

powiedzieć, jak ją przechowywano? 

-  W  dwóch  kasach  pancernych  -  odpowiedział  Kutrzeba.  Jedna  stała  w  sekretariacie,  z 

tymi  wyliczeniami  i  rysunkami,  które  na  bieżąco  mogły  być  potrzebne  członkom  zespołu. 

Klucze  od  niej  pozostawiałem  w  ciągu  dnia  sekretarce.  Natomiast  rysunki  i  wyliczenia  już 

ukończone są w mojej kasie pancernej, to znaczy stojącej w moim pokoju. Klucze są u mnie. 

- I tam nic nie zginęło? 

- Nie. 

* * *  

background image

-  Witam  kapitana  -  Skrobot  stał  przed  profesorem  Krotowiczem,  który  chcąc,  nie  chcąc 

musiał patrzeć na swego rozmówcę z góry, ponieważ był od niego znacznie wyższy. 

- Tu macie wynik sekcji. 

-  Dziękuję.  Chodziłoby  głównie  o  to,  czy  może  pan  profesor  pomóc  nam  w  ustaleniu 

czasu zgonu? 

-  Owszem,  ale  nie  precyzyjnie.  Stopień  stężenia  pośmiertnego  zwłok  i  utrwalenie  plam 

opadowych  wskazywałyby,  że  upłynęło  nie  mniej  niż  12  godzin  do  czasu  sekcji,  a  na 

podstawie reakcji źrenic na środki farmakologiczne, chlorek gazowy i azotyn sodowy można 

założyć, że zgon nie nastąpił wcześniej niż przed 19 godzinami. 

- A o której była sekcja? 

- O trzynastej. 

- Zatem zmarła przedwczoraj, między dziewiętnastą a pierwszą w nocy? 

- Tak by wypadało. 

- Przyczyna śmierci - utonięcie, prawda? 

- Na to wskazuje ostra rozedma płuc. Zagłębiam się w szczegóły, bo pamiętam jeszcze z 

moich wykładów na wydziale prawa, że zagadnienia te pana interesują. I zwrócę pana uwagę 

na pewną poszlakę, ale może zejdziemy do prosektorium. 

Po  chwili,  gdy  znaleźli  się  w  zimnej,  białym:  kaflami  wyłożonej  sali  i  stanęli  przed 

kamiennym stołem, profesor odkrył nogi denatki. 

- O, widzi pan, tu po wewnętrznej stronie lewej nogi? Owalny, słaby siniec, można by go 

nie  zauważyć.  Taki  siniec  może  powstać  wskutek  uderzenia,  na  przykład  prawym  butem  o 

lewą nogę, gdyby nie był zbyt wysoko. 

- A zatem? 

- Albo jakiś ślad przypadkowy, albo... odcisk męskiego kciuka. 

- Ale ciało znaleziono z podkurczonymi nogami... 

- No to co z tego? Nogi potem można zgiąć w kolanach. 

- A treść żołądka? 

- Nic specjalnie ciekawego. Nikłe ślady spożytego alkoholu. 

- Serce? 

-  Żadnych  widocznych  zmian.  Na  waszym  miejscu  dobrze  bym  przestudiował  jej 

książeczkę zdrowia. 

„Słusznie  twierdzi  Szeryf,  że  profesor  Krotowicz  minął  się  z  powołaniem.  Powinien 

pracować u nas" - pomyślał Skrobot żegnając się. 

background image

* * *  

Siedzieli przy podłużnym stole w gabinecie Biskupskiego. Prócz Skrobota, Żywieckiego i 

Marcisza był jeszcze wysoki, szczupły facet, którego obaj funkcjonariusze nie znali. Sprawę 

wyjaśnił Szeryf. 

-  Przedstawiam wam  majora  Lipińskiego z Komendy Głównej. Centrala zainteresowana 

jest zaginięciem tej dokumentacji wynalazku. Proszę, referujcie. Zaczynaj, Skrobot. 

Kapitan zrelacjonował swoją rozmowę z dziekanem Heringiem na temat Wilmańskiego, a 

potem wywiad o Kamińskiej w jej miejscu pracy. Biskupski nie przerywał ani słowem, tylko 

od czasu do czasu notował coś w swoim brulionie. Następnie przedstawił wynik sekcji zwłok, 

zatrzymując się dłużej nad sugestiami profesora Krotowicza na temat możliwości zabójstwa. 

Żywiecki opowiedział o swojej wizycie w FAP-ie. Tutaj  już dodatkowe pytania stawiał 

major  z  centrali;  pytania  dotyczące  składu  zespołu  badawczego  i  zabezpieczenia 

dokumentacji. 

Wreszcie głos zabrał pułkownik Biskupski. 

-  Daleko,  prawdę  mówiąc,  nie  zaszliśmy,  ale  przynajmniej  wiemy,  na  czym  stoimy, 

głównie  dzięki  wynikom  sekcji.  Wiemy  już,  że  Kamińska  zginęła  między  dziewiętnastą  a 

pierwszą  w  nocy,  a  więc  wtedy,  kiedy  Wolniak  już  nie  żył.  Zatem  nie  on  jest  zabójcą.  Bo 

skłaniałbym się do teorii Krotowicza, że nie była to śmierć przypadkowa. Choć teoretycznie 

mogło nastąpić jakieś zasłabnięcie w trakcie, powiedzmy, zbyt gorącej kąpieli. Zajmiesz się, 

Skrobot, tą książeczką zdrowia. Skontaktuj się też z jej rodzicami, to gdzieś na wsi, prawda? 

Powiadomisz o wypadku, niech przyjadą po ciało. No i porozmawiaj z nimi. Następna sprawa 

to Wilmański. Trzeba go za wszelką cenę odnaleźć. Tu może się kryć klucz do całości. Ale o 

adiunkcie mało wiemy. Tylko uczelnia? A dom? Myślę o kawalerce i o byłej żonie.  No i w 

końcu jak ostatnio układały się stosunki z jego przyjaciółką - Kamińską. 

- Przepraszam pułkowniku, kiedy mieliśmy to zrobić? 

-  To  prawda,  czasu  było  niewiele.  -  (Twarz  wydziału  przed  gościem  z  Warszawy  była 

uratowana). - Ale tak czy inaczej trzeba się z tym pośpieszyć, słyszysz, Skrobot? 

- Tak jest, obywatelu pułkowniku. 

- No i poza tym powiązania Kamińskiej z... jak jej tam... 

- Panonią. 

- Właśnie. Coś mi się ta przyjaźń nie podoba. No i ta druga ze szpitala - Szeryf zajrzał do 

notatek  -  Chocimska.  Sprawdzić  czy  zatrzymana  i  za  co,  dobrze  przepytać.  Co  się  tyczy 

Wolniaka  -  tu  się  zwrócił  do  Żywieckiego  i  siedzącego  obok  Marcisza  -  to  protokół  jak 

background image

protokół. Innym może wystarczy, nam nie. Trzeba, Żywiecki, jeszcze raz być na lotnisku. No 

i kontakty prywatne. Czy on, do licha, w ogóle  nie  miał życia osobistego? Niczego między 

pracą a  lotniskiem?  Żadnych dziewczyn, knajp, wycieczek? Co się zaś tyczy wynalazku, to 

znaczy  zaginionej  dokumentacji...  Uzgodniliśmy  z  majorem  Lipińskim,  że  sprawę 

poprowadzimy  dwutorowo.  Jeśli  w  trakcie  dochodzenia  uzyskacie  na  ten  temat  jakieś 

informacje,  to  zawiadomicie  niezwłocznie  majora.  Major  zaś  nam  przekaże  wiadomości 

interesujące nas, jeśli będzie miał jakieś, tak majorze? 

-  Oczywiście.  Myślę  cały  czas,  co  z  tym  fantem  zrobić.  Chyba  zdecyduję  się 

zaangażować do FAP-u. Tak się składa, że z wykształcenia jestem inżynierem mechanikiem, 

więc to ułatwi sprawę. Formalnie ją załatwię przez komendę i resort. Bo tak: Zabezpieczenie 

wynalazku,  a  przynajmniej  jego  zasadniczej  części,  było  prawie  żadne.  Znając  nasze 

sekretarki, praktycznie do kasy mógł się dostać każdy. A wcale nie jest wykluczone, że ktoś 

mógł  wykorzystać  śmierć  Wolniaka,  ktoś,  kto  wiedział,  że  miał  te  rysunki,  żeby  potem 

sprytnie je sprzątnąć. Wiadomo nam  skądinąd, że tego rodzaju urządzenia bardzo interesują 

zagranicę.  Na  miejscu  będę  mógł  stwierdzić,  kto  tam  miał  jakieś  zagraniczne  kontakty. 

Musimy też wspólnie pomyśleć, czy przypadkiem śmierć Kamińskiej i zagadkowa katastrofa 

doświadczonego  bądź  co  bądź  pilota,  jakim  był  Wolniak,  to  nie  skutki  chęci  zdobycia 

dokumentacji? 

- Słusznie, mamy to cały czas na uwadze - wtrącił Biskupski. - A co do Wilmańskiego, to 

poproście o pomoc kolegów z Krakowa. Jeśli to nie da efektu - należałoby dać ogłoszenie do 

prasy  i  telewizji,  oczywiście  odpowiednio  zredagowane.  Mamy  szukać  nie  podejrzanego, 

tylko zaginionego. Macie jego zdjęcie? 

-  Owszem,  pomyślałem  o  tym  -  powiedział  Skrobot  wręczając  pułkownikowi  fotografię 

legitymacyjną. 

-  W  porządku.  Na  razie  dziękuję  i  proszę  informować  mnie  na  bieżąco.  Z  majorem  też 

będziemy w kontakcie. W jaki sposób, to uzgodnimy potem. 

* * *  

-  Zatem ustalmy plan  na  jutro -  zwrócił się Skrobot do Żywieckiego, gdy znów znaleźli 

się w swoim pokoju. 

-  Dobra.  Przede  wszystkim  zaopiekuję  się  półświatkiem  w  „Niespodziance",  ze 

szczególnym uwzględnieniem panny Panonii, a potem rozejrzę się po ludziach na lotnisku. 

-  W  porządku.  Ja  zaś  zabiorę  się  do  Wilmańskiego.  Aha,  już  teraz  wyślę  teleks  do 

Krakowa. 

background image

-  Pozostaje  jeszcze  Chocimska  i  rodzice  Kamińskiej.  To  będzie  przykra  rozmowa,  ale 

odbyć ją trzeba. Myślę, że zdążę jutro. 

- Nie zapominaj, że jutro jest też pogrzeb Wolniaka. 

- No to co z tego? 

- Nic, myślałem, że może miałbyś ochotę pójść. 

-  Wolałbym  oddelegować  ciebie,  ale  nie  sądzę,  żebyś  się  dobrze  bawił.  Mówiąc 

poważnie, postaram się jednak przyjść, chociaż właściwie sam nie wiem po co. 

- Może masz skrytą nadzieję, że na pogrzebie zjawi się Wilmański? 

- Może. 

* * *  

Była dziewiąta rano i w „Niespodziance" dzień się dopiero rozpoczynał. Składała się ta 

kawiarnia  z  dwóch  sal,  dosyć  ponurych.  Lokal  mieścił  się  w  zabytkowej,  renesansowej 

kamienicy.  W  pierwszej  sali  Żywiecki  dostrzegł  znanego  w  mieście  plastyka,  który  jak  co 

dzień  rozpoczynał  pracę  twórczą  od  dużej  kawy  i  kieliszka  koniaku.  Nie  opodal  siedziało 

dwóch  młodych  osobników  w  milczeniu  spełniając  halby  piwa.  Ich  czerwone  jak  u  angory 

oczy świadczyły, że leczą się intensywnie po wczorajszym dniu. W drugiej sali, pod oknem, 

trzy  jaskrawo  umalowane  panie  zawzięcie  nad  czymś  dyskutowały,  a  sprawa  dotyczyła 

jakiegoś Ziutka, który nawalił, a który jest „starym cwelem". Bufetowa rozmawiała z  jedną z 

kelnerek,  podczas  gdy  druga  leniwie  snuła  się  po  sali  roznosząc  po  stolikach  papierowe 

serwetki. 

Żywiecki  usiadł  i  zamówił  herbatę  bez  cytryny,  co  zostało  skwitowane  niewyraźnym 

mruknięciem  niezadowolonej  z  przerwanej  rozmowy  kelnerki.  Gdy  wyjaśnił  jej  cel  wizyty 

szybko poprosiła w sukurs bufetową. 

-  Panonia?  Oczywiście,  że  znamy,  któż  by  jej  nie  znał.  -  Okrągłolica  bufetowa,  nie 

wiadomo  czemu,  dostała  wypieków.  -  Ale  my  z  tą  awanturą  nie  mamy  nic  wspólnego.  To 

znaczy,  chciałam  powiedzieć,  że  właściwie  nic  się  nie  stało,  zaraz  sobie  poszli.  My  mamy 

swoje  zarządzenia  z  dyrekcji,  a  tam  nie  ma  przepisu,  jak  trzeba  postępować  w  takich 

wypadkach. 

- Przepraszam, ale ja nie wiem, o czym panie mówią. 

- Jak to o czym? O tej awanturze z Panonią. 

- Wczoraj zawiadomiłyśmy dzielnicowego, jak tu wpadł, pewnie on pana przysłał. 

- Dobrze. Proszę opowiedzieć wszystko od początku. 

-  Było  ich  dwie,  Panonia  i  jeszcze  jakaś,  która  tu  nie  przychodziła,  taka  mała,  czarna. 

background image

Potem  do  nich  dosiadło  się  trzech  hipisów.  Też  jacyś  obcy.  Chyba  już  byli  na  bani,  kiedy 

przyszli.  U  nas  zamówili  po  lampce  wina.  Koleżanka  nawet  nie  chciała  podać,  ale  Panonia 

przyszła tu do mnie i powiedziała, że oni wcale nie są pijani, tylko tak się zachowują. Że niby 

taka  u  nich  moda,  i  że  to  przyjezdni  z  Krakowa.  No  i,  potem  nastąpiła  ta  draka.  Najpierw 

zaczęli się zawzięcie o coś kłócić... 

- Nie słyszały panie, o co chodziło? 

-  Niewiele  -  powiedziała  kelnerka  -  na  rewirze  miałam  sporo  gości,  wychodziłam  do 

kuchni... 

-  Ja  tam  trochę  słyszałam  wtrąciła  bufetowa  -  mówili,  że  Panonia  nawaliła,  bo  nie 

przyprowadziła kogoś, kogo miała przyprowadzić i jak oni teraz przed Jasiem wyglądają. To 

wtedy jeden z nich wyjął brzytwę. 

- Brzytwę? 

-  Tak.  I  chyba  coś  musiał  powiedzieć  im,  że  się  porżnie,  bo  odwinął  rękaw  koszuli  i 

ciachnął się po przedramieniu, aż krew trysnęła. Chciałam dzwonić na pogotowie i po milicję, 

ale Panonia coś im powiedziała, dała swoją chustkę skaleczonemu i zaraz się wynieśli. 

- I nie zapłacili rachunku? 

- Owszem, skasowałam od razu, u nas przeważnie tak się robi, bo różni tu przychodzą... a 

jeden z nich to Niemiec dodała po chwili. 

- Niemiec? Skąd pani wie? 

-  Bo  jak  przechodziłam  obok  ich  stolika,  a  on  był  tyłem  i  nie  widział  mnie,  to 

wymamrotał coś, z czego zrozumiałam słowo „schweine", a to znaczy świnia - pochwaliła się 

swoją znajomością języków. 

- A on jak wyglądał? 

-  Normalnie.  Długowłosy,  blondyn,  tylko  może  z  nich  wszystkich  najczyściejszy.  Na 

sobie miał skórzaną kamizelkę i dżinsy. Całe w łatach jak oberwaniec, ale to specjalnie, bo 

taka u nich moda. 

- No i co dalej? 

-  Nic.  Starłam  ślady  krwi  ze  stolika.  Tutaj  już  różnie  bywało.  Niedawno  jednemu  na 

głowie butelkę rozbili, wtedy to była jatka! 

- A co z Panonią? 

- Więcej się nie pokazała. 

- A nie wiecie panie, jak ją znaleźć i jak się naprawdę nazywa? 

- A kto ją tam wie. 

background image

* * *  

Ledwo  Skrobot  usiadł  za  swoim  biurkiem,  kiedy  zgodnie  z  wczorajszym  poleceniem 

kapitana  dyżurny  sierżant  zameldował,  że  przyjechali  rodzice  Kamińskiej.  Byli  już  w 

kostnicy, załatwili formalności związane z pogrzebem, a teraz pojechali do pokoiku Izy przy 

szpitalu  wojewódzkim.  Skrobot  podziękował  i  poprosił  o  podstawienie  samochodu.  Był 

jednak kłopot z wozami, potem trzeba było podpisać jakieś zaległe papierki, tak że w „domu 

pielęgniarki" - jak popularnie zwano przyszpitalny hotel - znalazł się dopiero o dziesiątej. 

Rodzice  Kamińskiej  byli  wstrząśnięci  śmiercią  córki,  zwłaszcza  matka  ocierająca,  co 

chwilę  zapuchłe  od  płaczu  oczy.  Ojciec  przypominał  Skrobotowi  sycylijskiego  chłopa  z 

włoskich  filmów.  Wysuszona  słońcem,  pomarszczona  kamienna  twarz,  czarny  garnitur, 

zapięta pod szyją biała koszula. 

Mówiła matka: 

-  To  miasto,  miasto  ją  zabiło.  A  prosiliśmy:  „Izunia,  skończyłaś  szkołę,  wracaj  do 

swoich". Mogła dostać pracę w ośrodku zdrowia w gminie. Miała chłopaka, świata poza nią 

nie widział, wyszłaby za mąż, miała dom własny, jak się patrzy, ale ona nie. Bez miasta żyć 

nie mogła. I na co jej przyszło! 

- Czy córka chorowała w dzieciństwie? 

-  Ależ  skąd,  panie.  Ona  z  trójki  środkowa,  a  najlepiej  się  chowała.  Nigdy  nawet  ani 

kaszlu, ani  nic.  A za  młodu do pierwszych  śniegów mogła  chodzić  boso. Najstarszy,  Józek, 

też  zdrowy,  po  wojsku  jest  i  na  Śląsku  pracuje,  a  najmłodsza  jeszcze  do  szkoły.  Ta  to 

chorowita zawsze  była.  Ale Iza...  - tu łzy  napłynęły  znowu Kamińskiej  do  oczu  -  i zdrowa 

taka i zdolna do nauki, za cóż to mój Boże, za co... 

- Jak to się stało? - cicho spytał ojciec. 

-  Sami  jeszcze  nic pewnego nie wiemy. Możliwe,  że to nieszczęśliwy wypadek podczas 

kąpieli... aha, tu gdzieś powinna być jej książeczka zdrowia... 

W  wąziutkim,  skromnym  pokoiku  z  trudem  mieściła  się  leżanka,  szafa  i  mały  stolik  z 

dwoma  krzesłami.  Dobytek  Izy  Kamińskiej  nie  był  pokaźny.  W  szufladzie  stolika  kapitan 

znalazł  książeczkę  ubezpieczeniową.  Wpisów  lekarskich  było  mało.  Ostatni  z  16  lutego 

bieżącego  roku.  Z  niewyraźnie  odbitej  pieczątki  lekarskiej  nazwiska  nie  dało  się  odczytać, 

jedynie imię Stanisław i pod spodem „laryngolog". Poza tym w szpargałach zmarłej nie było 

nic  interesującego.  Normalne,  kobiece  drobiazgi;  trochę  kosmetyków,  przyborów 

krawieckich.  W  szafie  porządnie  ułożona,  wyprasowana  bielizna,  kilka  letnich  sukienek, 

zimowe palto z „misia", kilka par butów. Wszystko to zmieściło się do jednej dużej walizki, 

background image

którą  znaleźli  pod  kozetką.  Stara  Kamińska  metodycznie  pakowała  rzeczy,  Kamiński  stał 

nieruchomo patrząc w okno. 

- Więc mówi pan, że wypadek? 

- Jeszcze nie wiemy. Czy córka często was odwiedzała? 

-  Ostatnio  nie.  Maryśka,  kiedy  to  Iza  była?  Chyba  na  Wielkanoc,  prawda?  Ano  tak. 

Pamiętam,  na  drugi  dzień  Świąt  dopiero  przyjechała.  Elegancka  taka,  w  jasnoniebieskim 

sweterku zagranicznym i granatowych spodniach. Ale, ale.... Tych spodni i sweterka nie ma w 

rzeczach! 

- Może to nie były jej, tylko pożyczone? 

-  Ech,  panie,  ona  od  nikogo  szpilki  by  nie  pożyczyła,  taka  honorowa  była.  Chyba  że 

komuś dała? 

Skrobot na odchodnym coś sobie przypomniał: 

-  Czy  córka  pomagała  państwu  finansowo?  To  znaczy,  czy  przysyłała  wam  jakieś 

pieniądze? 

-  Gdzieżbyśmy  tam  od  niej  brali,  panie.  Po  co  nam.  Gospodarkę  mamy  niewielką,  ale 

starzy my i niewiele nam potrzeba. 

- A dużo zarabiała? 

- Dużo nie dużo. Z dodatkami wychodziło jej, jak mówiła, dwa i pół miesięcznie. 

* * *  

Był  to  piękny,  jesienny  dzień.  Słońce  przezierało  przez  zielono-złote  liście  klonu  na 

skwerze  przed  Instytutem  Matematyki.  Dochodziło  południe  i  było  ciepło  jak  w  lipcu. 

Kapitan Wincenty Skrobot siedział na jednej z trzech ławek pod klonami i czekał na nadejście 

Ewy Wilmańskiej. Doktor Ewy Wilmańskiej, adiunkta tegoż Instytutu, z którą był umówiony 

telefonicznie. Na spotkanie zgodziła się bardzo niechętnie, ale przekonał  ją argumentem, że 

będzie  to  lepsze  miejsce  do  rozmowy  niż  Instytut,  jej  mieszkanie  czy  urzędowy  pokój  w 

komendzie.  Oczekiwanie  przedłużało  się.  Dwie  studentki  siedzące  na  sąsiedniej  ławce 

pochowały  podręczniki  do  siatek  i  poszły  w  stronę  pobliskiego  miasteczka  akademickiego. 

Skrobot z przyjemnością oglądał ich zgrabne sylwetki w niezbyt długich spódnicach, kiedy na 

ławkę padł cień. 

- Przepraszam, kapitan Skrobot, prawda? 

- O, przepraszam zerwał się z ławki - nie zauważyłem... 

- Oczywiście, zapatrzył się pan - uśmiechnęła się nieco ironicznie. 

Usiadła na ławce i wyciągnęła z torebki papierosy. Staranny makijaż nie ukrył „kurzych 

background image

łapek" wokół oczu. Mimo dobiegającej czterdziestki - jak można się było domyślać - doktor 

Wilmańska była niepospolitej urody. Smagła cera, czarne, na pazia ostrzyżone włosy i figura 

dwudziestolatki.  Uderzające  były  zwłaszcza  jej  oczy.  Niebiesko-zielone  przypominały 

jeziorną wodę o piaskowym dnie w słoneczny dzień. Patrzyły one na Skrobota nie wyrażając 

nic.  Oczy  naukowca  -  pomyślał  -  oglądające  przez  mikroskop  niezbyt  ciekawy  okaz  dawno 

zbadanego mikroba. 

- Właściwie o czym pan chciał ze mną mówić? 

- O Januszu Wilmańskim, tak jak wspomniałem przez telefon. 

- Pan go zna? Czy on pana tu przysłał? 

- Nigdy na oczy go nie widziałem. 

- A więc? 

- Wyjaśnię to pani za chwilę, ale najpierw parę pytań. Chciałbym się dowiedzieć przede 

wszystkim czegoś o waszym małżeństwie. 

- Och, proszę pana, ten rozdział jest już zdecydowanie zamknięty. 

- Wiem. 

- Naprawdę, nie chcę do tego wracać. 

- Rozumiem, ale może mimo to, w jakimś skrócie... 

-  Poznaliśmy  się  na  studiach.  „Odbił"  mnie  swemu koledze z roku. Wcześniej  skończył 

studia, pobraliśmy się nie mając mieszkania. Zegarek kupowaliśmy na raty. W drugim roku 

małżeństwa urodziła się Monika, wtedy już „dorobiliśmy się" kawalerki. W tym czasie Janusz 

zaczął  pić.  Nie,  nie  nałogowo.  Miał  jakieś  kłopoty  w  poprzedniej  pracy,  ale  miał  też 

towarzystwo do knajpy. Potem pomógł mu jego dawny asystent, obecny dziekan - Hering. No 

i tak to się potoczyło, aż do maja tego roku, to znaczy do rozwodu. 

- A jak długo trwało? 

- Piętnaście lat. 

- I dopiero teraz zdecydowała się pani? 

- Z pewnością powinnam to była zrobić przynajmniej dziesięć lat temu. Sama się dziwię, 

jak  mogłam  pracować  naukowo  mając  dwoje  dzieci  na  głowie.  Bo  Janusz  był  tym  drugim 

dzieckiem,  jeszcze  bardziej  kłopotliwym  niż  Monika,  z  którą  biedziłam  się  od  jej 

najmłodszych lat, od jednej choroby do drugiej. Ale to już na szczęście poza mną. 

- Czy zna pani niejaką Izabelę Kamińską? 

- Nie, a kto to taki? 

- Coś w rodzaju sympatii pani byłego męża. 

Uśmiechnęła się, ale nie był to uśmiech sympatyczny. 

background image

- A skądżeż mogłabym znać. Nigdy nie interesowałam się jego... przygodami. 

- A mówi coś pani nazwisko Ryszard Wolniak? 

- Owszem. Kolega Janusza. Pilot - sięgnęła po kolejnego papierosa. 

- Dawno się znają? 

-  Chyba  nie.  Od  jakichś  dwóch,  trzech  lat.  Nie  wiem  dokładnie.  Ale  to  było  w  okresie, 

kiedy Januszek w przerwach cyklu: wino - kobiety - śpiew zaczął bawić się lotnictwem. 

- Lotnictwem? 

- Ano tak. Opowiadał mi, że jeszcze w szkole średniej interesował się szybownictwem  i 

chodził na jakieś kursy. Ale do samodzielnego latania nie doszło, bo komisja lekarska go nie 

dopuściła.  Gdzie  poznał  tego  Wolniaka,  tego  nie  wiem.  Ale  wiem,  że  mu  imponował  tym 

lataniem. Czasem też zabierał go na jakieś przeloty i dawał potrzymać stery w powietrzu, co 

oczywiście  Janusza  szalenie  fascynowało.  Mówił,  że  Rysiek  z  czasem  „wylaszuje"  go  na 

pilota. Ale to mu już z pewnością przeszło jak wszystko w jego życiu. 

- Czy on ma jakichś bliskich krewnych? 

- Bliskich nie. Rodzice oboje nie żyją, a rodzeństwa nie miał. 

- A dalszych? 

- Ma ciotecznego brata. 

- W Zakopanem? 

- Skąd. W Austrii. Nie utrzymuje z nim jednak stosunków. Jest to jego rówieśnik, którego 

nie widział od czasów wojny. To znaczy od swego wczesnego dzieciństwa. Wymienili tylko 

kilka okolicznościowych listów. 

- A w Zakopanem? 

-  Jak  było  między  nami  dobrze,  to  czasem  podrzucaliśmy  córkę  do  mojej  mamy  i 

Wyskakiwaliśmy  na  parę  dni  w  góry.  Zawsze  był  kłopot  z  noclegami.  -  Więc  gdyby  tam 

mieszkał ktoś z rodziny, to na pewno bym o tym wiedziała. No, ale miał mi pan powiedzieć, 

skąd to zainteresowanie Wilmańskim. Czyżby coś przeskrobał? 

- Tego niestety nie wiemy, ponieważ go nie ma. 

-  Jak  to  nie  ma?  -  W  głosie  zabrzmiała  jakaś  nutka  zaniepokojenia,  czy  może  tylko 

zniecierpliwienia. 

- Ano tak. Od trzech dni nie można go znaleźć. Do Heringa napisał, że jedzie do jakiegoś 

krewnego w Zakopanem. 

-  Bzdura,  zwyczajny  wykręt.  Urwał  się  gdzieś  na  parę  dni  z  jakąś...  Izą  albo  jej 

następczynią, jak to już nieraz bywało. 

- O ile wiemy, Iza była ostatnią. 

background image

- W takim razie z nią. 

- To jest niestety niemożliwe, ponieważ Izabela Kamińska od trzech dni nie żyje. 

- Nie żyje? Jakiś wypadek? 

- Z pewnością był jakiś wypadek. W wannie, w czasie kąpieli... 

Chwilę trwało milczenie. 

- Pan powiedział, że przed trzema dniami... i od trzech dni nie ma Janusza? 

- Tak. 

- Czy to należy... czy wy sądzicie, że to ma jakiś związek ze sobą? 

- A pani jakby uważała? Że nie ma? 

- Mój Boże. Czy ja wiem? 

- Nie przypuszcza pani, żeby Janusz mógł... 

-  Nie.  Nie  przypuszczam.  -  Uspokoiła  się  już  wyraźnie.  -  Ale  jeśli  miał  z  tym  coś 

wspólnego, to tylko wódka... - urwała. - Mój Boże... 

- Dziękuję pani bardzo. Może zechce pani zostawić mi swój telefon do pracy? Być może 

będę musiał jeszcze z panią porozmawiać. 

- Dobrze. Na podanej kartce nakreśliła kilka cyfr. 

- Do widzenia pani i jeszcze raz dziękuję. 

Odeszła  energicznym,  zdecydowanym  krokiem  kobiety  przekonanej  w  każdym  calu  o 

słuszności swego postępowania. 

* * *  

Po  spotkaniu  z  Wilmańską  kapitan  Skrobot  pojechał  do  swego  kolegi  z  czasów 

akademickich - Leszka Czernika, który był zastępcą komendanta w Komendzie Miejskiej. Po 

wstępnych powitaniach, wyrzutach z powodu rzadkich odwiedzin i tradycyjnym „co słychać", 

Skrobot wyjaśnił cel wizyty. 

-  Wanda  Chocimska,  powiadasz,  owszem,  było  coś  takiego,  pamiętam.  Czekaj,  zaraz 

przyniosę ci akta sprawy. 

Po chwili już wertowali dokumenty, zeznania świadków, ale nie było tego wiele. 

-  Mówił  mi sierżant, który prowadził to  dochodzenie, że w tej  aptece szpitalnej  bałagan 

jak się patrzy. Nie wiadomo nawet, kiedy ostatni raz mieli remanent, nie  licząc tego sprzed 

kilku  lat.  Wtedy  właśnie  zauważyli  brak  pewnych  specyfików.  Rzecz  jednak  w  tym,  że  tu 

trudno połapać się w sytuacji. Łącznie z personelem pomocniczym tzw. „fasowaczkami", w 

tej aptece pracuje pięć  bab. Stary, czy ty wyobrażasz  sobie w pracy pięć  bab  i  ani  jednego 

chłopa?  Każda  gada  co  innego,  płacze,  histeria  -  urwać  się  można.  A  Chocimską 

background image

zatrzymaliśmy,  bo  dwie  z  nich,  w  tym  kierowniczka,  zeznały,  że  właśnie  po  jej  dyżurze 

zauważyły braki. 

- Ta Chocimska jest farmaceutką? 

-  Nie, technikiem  farmaceutycznym. Tu są  jej zeznania.  Nie  przyznaje się do niczego. I 

nie było też żadnych dowodów, więc wypuściliśmy. Kazano jej tylko nie wyjeżdżać z miasta. 

* * *  

Zbliżała  się  godzina  pogrzebu  Wolniaka  i  żeby  zdążyć  trzeba  było  do  szpitala  posłać 

Żywieckiego.  Skrobot  miał  szczęście,  jego  personel  był  w  komendzie  na  spóźnionym 

śniadaniu.  Pokrótce  powiedział  Żywieckiemu,  o  co  chodzi.  Z  początku  porucznik  nie  był 

zachwycony  perspektywą  wstępowania  „gdzieś  po  drodze"  na  lotnisko,  ale  w  pewnym 

momencie jakby coś sobie przypomniał i zgodził się bardzo chętnie. Na pytanie Skrobota o tę 

nagłą  zmianę  dawał  odpowiedzi  niezbyt  jasne,  ale  uzgodnili,  że  spotkają  się  u  siebie  o 

szesnastej. Wiadomości z Krakowa na temat Wilmańskiego jeszcze nie było. 

W  trakcie  pogrzebu  mimo  pilnej  obserwacji  (zdjęcie  Wilmańskiego  kapitan  miał  w 

kieszeni) nikogo podobnego doń nie dostrzegł. 

* * *  

Dochodziła druga. Żywiecki poprosił o gazika  i  dostał go od razu. Do szpitala  jechał  z 

dziwnym przeświadczeniem, że tym razem intuicja go nie zawiedzie. Opis niby to zalanych 

młodych  ludzi  przedstawiony  przez  pracownicę  „Niespodzianki”  jakoś  nie  pasował  mu  do 

nazbyt dobrze znanych przykładów nadużycia alkoholu. Wskazywałoby to raczej na leki, co z 

kolei miałoby związek z Chocimską. Żeby jednak wykazać związek tych dwóch spraw, trzeba 

koniecznie ustalić personalia tej cholernej Panonii. Ale jak to zrobić? Żywiecki nie wierzył w 

szczęśliwe  przypadki,  jakoś  w  jego  dwunastoletniej  karierze  dochodzeniowej  nigdy  taki 

przypadek  nie  pomógł  mu  w  pracy.  Czasem  wydawało  mu  się,  że  już,  już  szczęśliwy  traf 

naprowadza go na właściwy trop, by potem okazywało się, że prowadził, ale w przeciwnym 

kierunku. Tym razem jednak efekty dwugodzinnych rozmów z dyrektorem administracyjnym 

szpitala,  w  dziale  osobowym  jak  również  w  szkole  laborantów  medycznych,  a  w  powrotnej 

drodze po raz drugi w „Niespodziance", pozwalały przypuszczać, że tym razem szczęście mu 

dopisało.  Toteż  był  w  zupełnie  dobrym  nastroju,  kiedy  spotkał  się  o  umówionej  porze  ze 

Skrobotem. 

- No i co? - powitał go zwierzchnik. 

- Może i niezbyt dużo, ale w każdym razie coś się ruszyło z miejsca. 

background image

- A więc słucham. 

Żywiecki  zaczął  od  swojej  wizyty  w  kawiarni,  a  potem  przeszedł  do  niedawnych 

odwiedzin w „kombinacie zdrowia". 

-  Sprawa  wygląda  tak,  że  Chocimska  zniknęła.  Po  przesłuchaniu  i  wyjściu  z  Komendy 

Miejskiej  ani  w  pracy,  ani  w  hotelu  już  się  nie  pojawiła.  Kamień  w  wodę.  Ustaliłem,  że 

podobnie jak Kamińska nie jest tutejsza; córka farmaceuty z byłego powiatowego miasteczka, 

która nie dostała się  na studia, więc poszła do pomaturalnej szkoły  laborantów medycznych 

na wydział farmaceutyczny. Chyba w ramach zachowania rodzinnych tradycji... 

- I obeznana trochę z pracą... 

-  Na  pewno.  A  kiedy  mi  powiedziałeś  przez  telefon,  że  kazali  jej  zostać  w  mieście  do 

dyspozycji  milicji,  coś  mnie  tknęło.  Połączyłem  te  fakty  z  opowiadaniem  kelnerek  o  tej 

paczce  „szprycerów"  i  domyśliłem  się,  że  jeśli  ma  coś  na  sumieniu,  to  pewnie  dała  nogę. 

Zaopatrzyłem się w jej zdjęcie - o zobacz, zupełnie ładna czarnula... 

- Ostatnio jakoś zaczynamy zbierać fotosy, ale mów dalej. 

- No i pojechałem z tym zdjęciem do „Niespodzianki". I kelnerka, i bufetowa rozpoznały 

ją. To ona była z Panonią i z tymi gówniarzami. 

- I razem z nimi prysnęła. 

- Chyba tak, bo do domu nie pojechała. Zadzwoniłem „błyskawicą" do tatusia, ale tam jej 

nie ma. Mam jeszcze jeden numerek. Otóż pod tym dobrotliwym przezwiskiem Panonia kryje 

się niejaka Aniela Kucyk lat dwadzieścia trzy... 

- A Chocimska, ile ma? 

- Również tyle i nie ma w tym nic dziwnego, bo razem rozpoczynały naukę w tej szkole. 

Z  tym,  że  pannę  Kucykównę  wylali  już  po  pierwszym  semestrze,  gdyż  atmosfera  knajp 

bardziej odpowiadała jej niż cisza bibliotek... 

- A jak do tego doszedłeś? 

- Niemal przypadkowo. Obecny rocznik uczennic nie pamięta tamtego, ale w rozmowie w 

szkole,  podczas  indagowania  na  temat  koleżanek  Chocimskiej  wspomniałem  o  Panonii  i 

wtedy  jedna  z  wykładowczyń  przypomniała  sobie,  że  niegdyś  była  dziewczyna,  którą  tak 

nazywano. 

- A więc wszystkie trzy panienki znały się ze sobą? 

- Na pewno. 

- A skoro już tak zbierasz fotosy, to może masz także zdjęcie tej Panonii-Kucyk? 

- Niestety. W archiwum szkolnym się nie zachowało. 

- To nic. Weźmiemy możliwie jak najdokładniejsze rysopisy pozostałej czwórki i razem z 

background image

tym zdjęciem roześle się w Polskę. 

- Oczywiście najpierw trzeba tych „kucyków" poszukać w mieście, ale wątpię, czy to coś 

da, bo pewnie prysnęli dalej. A. Panonia gdzieś pracowała, z czego żyła? 

- Chyba z powietrza i miłości. Myślę, że może bardziej jednak z miłości. 

- Tak, taka piątka nie może być niezauważalna. Jak myślisz, o tej porze roku gdzie mogli 

się zamelinować? Chyba nie nad morzem? 

-  Już prędzej w górach. Ale tacy  mogli zapaść gdziekolwiek,  jeśli  mają zapas gotówki  i 

jak to oni mówią „prochów". 

- O „prochy" już się pewnie Chocimska postarała. Czy sądzisz, że są lekomanami? 

- Nie wiadomo. Kamińska w każdym razie nie. Gdyby było inaczej, Krotowicz wykryłby 

to w sekcji. 

-  Powiem  ci  Romek,  że  ta  Kamińska  coraz  bardziej  mnie  zastanawia.  Czyja  to  była  w 

końcu  dziewczyna?  Naszego  drogiego  nieobecnego  Wilmańskiego,  czy  zupełnie  już 

nieobecnego Wolniaka? Bo po pierwsze, klucz od jego mieszkania ma ona, chociaż Wolniak 

u siebie w biurze, bywało, zostawiał klucz, po który przychodził Wilmański. Po drugie: stara 

Kamińska  stwierdziła,  że  nie  ma  w  pokoiku  córki  tych  ciuchów,  w  których  u  nich  była 

ostatnio, a więc pekaowskiego sweterka i spodni. A ja bym postawił flaszkę koniaku przeciw 

małemu ciepłemu piwu, że coś takiego zauważyłem w szafie Wolniaka. 

- Zgadza się, ja też pamiętam. A co do kluczy, to chcę ci przypomnieć jeszcze tę dziwną 

sprawę,  że  wśród  przedmiotów  znalezionych  przy  nieboszczyku  Wolniaku,  które  się  nie 

spaliły, znaleziono klucz, ale nie yalowski, tylko zwykły. 

-  Istotnie,  zapomniałem  o  tym.  Trzeba  koniecznie  sprawdzić,  czy  pasuje  on  do  dolnego 

zamka w mieszkaniu Wolniaka. 

-  Dobra, jutro to  zrobię. Poza tym dziś nie  zdążyłem  na  lotnisko, ale z tymi chłopakami 

warto jeszcze pogadać. 

-  O,  i  jeszcze  jedno.  Ciekawostka  warta  zastanowienia.  Kamińska  zginęła  dziesiątego 

wieczorem. I dziewczyna zarabiająca dwa i pół tysiąca ma w torebce tylko dwieście złotych? 

- Dwieście trzydzieści. 

- No właśnie. A gdzie reszta? Skoro rodzicom nie wysłała, niczego sobie nie kupiła, co na 

pewno zauważyłaby matka? Powiedzmy, że wykupiła jakiś abonament na obiady, chociaż nic 

takiego nie znaleźliśmy, więc mogło to kosztować 500-800 złotych. 

- Skąd, za dużo. 

- Ale powiedzmy, a gdzie reszta? 

- Czy myślisz, że ten, co ją załatwił... 

background image

-  Z danych,  jakie  mamy,  wynika, że  mógł to zrobić  albo  Wilmański, albo któryś z tych 

chłoptysiów. Chyba że jest jeszcze jakiś ślad, na który nie wpadliśmy. 

- Romek, już po szóstej. Moja stara z domu mnie wymelduje. 

- Zaczekaj, zadzwonię tylko do dyżurki, czy nie ma odpowiedzi z Krakowa. 

-  Dobrze,  a  ja  w  domu  wszystko  sobie  jeszcze  przemyślę,  zapiszę  w  punktach  i  z  rana 

meldujemy się u Szeryfa. 

Odpowiedzi z Krakowa nie było. 

* * *  

Podpułkownik  Marian  Biskupski  był  w  dobrym  humorze,  którego  z  pewnością  nie 

uzasadniały  meldunki  jego  podwładnych.  Również  odpowiedź  z  komendy  krakowskiej  nie 

dawała  powodów  do  radości.  Mianowicie  teleks  donosił,  że  mimo  usilnych  poszukiwań  w 

rejonie Zakopanego nie natrafiono na ślad Janusza Wilmańskiego. Gaździna z Murzasichla, u 

której  się  zazwyczaj  zatrzymywał,  nie  widziała  go od  roku.  Wykluczyła  też  możliwość,  że 

mógł się zatrzymać gdzie indziej. Twierdziła, że zawsze, nawet w pełni sezonu, przyjeżdżał 

tylko do niej, czasem bez uprzedzenia, bo pewny był, że się pokój dla niego znajdzie.. 

Przeczytał  im  ten  meldunek  po  wysłuchaniu,  relacji  z  dotychczasowych  ustaleń,  nie 

wyrażając jednak swojej opinii o ich wartości. 

- No i co wy o tym wszystkim myślicie? 

-  Rzecz  w  tym  -  zaczął  Skrobot  że  cały  czas  mamy  za  mało  danych,  za  mało  faktów. 

Błądzimy, może niezupełnie po omacku, nitka, po której chcemy dojść do kłębka, wciąż się 

ury... 

-  To  prawda  -  przerwał  Biskupski.  Odnieść  można  wrażenie,  że  ludzie,  o  których  nam 

chodzi  -  myślę  zwłaszcza  o  Kamińskiej,  Wilmańskim  i  Wolniaku  w  niewielkim  stopniu 

udzielali się otoczeniu. Można jeszcze zrozumieć Wilmańskiego - przeżywał okres załamania 

po rozwodzie z żoną, odsunął się od ludzi. Ale pozostała dwójka? Młoda, ładna dziewczyna - 

Kamińska, ograniczała swoje kontakty towarzyskie do Wilmańskiego i Wolniaka? Nie miała 

żadnych koleżanek, przyjaciółek? 

- Chocimska i Panonia-Kucyk - wtrącił Żywiecki. 

-  I  obie  gdzieś  nikną.  Ale  te  znajdziemy  i  to  raczej  prędzej  niż  później.  Rozesłałeś  już 

Skrobot rysopisy? 

- Z samego rana. 

-  Dobrze.  Pozostaje  jeszcze  sprawa  Wolniaka.  Chociaż  ten  ślad  daleko  nas  nie 

zaprowadzi, bo jak wiadomo umarli raczej nie mówią, to jednak... 

background image

- Przepraszam, obywatelu pułkowniku - znów głos zabrał Żywiecki - ale mnie się zdaje, 

że jest inaczej. 

- Co przez to rozumiesz? 

-  Sądzę,  że  rozwiązania  zagadki  należy  szukać  właśnie  w  okolicznościach  śmierci 

Wolniaka. 

- Chodzi ci o te klucze? - spytał Skrobot. 

-  Nie tylko. Czy  jak wypożyczasz  swemu kumplowi  mieszkanie na parę godzin, to jego 

panienka zostawia swoje ciuchy w szafie? No pomyśl tylko... 

Ale porucznik nie mógł rozwinąć swojej myśli, bo odezwał się dzwonek telefonu. 

- Tak, Biskupski, słucham. Oczywiście, zaprowadźcie do mego gabinetu, już tam idę. 

Pułkownik przeprosił oficerów. 

-  Musicie  zaczekać  z  tą  dyskusją.  Na  dole  jest  major  Lipiński,  przepraszam,  inżynier 

Lipiński. Chyba niedługo do was wrócę. 

- Do czego ty właściwie zmierzasz? - spytał Skrobot po wyjściu Szeryfa? 

-  Dokładnie  sam  nie  wiem,  ale  tu  za  dużo  elementów  do  siebie  nie  pasuje,  jak  w  takiej 

układance  obrazkowej  z  klocków  dla  maluchów:  kilka  klocków  jest  zupełnie  z  innego 

obrazka. Weźmy choćby sprawę braku forsy u Kamińskiej. Pół nocy dziś myślałem o tym. 

- To przez sen też myślisz? 

- W przeciwieństwie do ciebie, któremu nawet w dzień to przychodzi z trudem. 

- W porządku. Jeden zero dla ciebie. 

- Załóżmy, że zrobił to Wilmański po jakiejś kłótni. Czy taki więc choleryk - jak mówili o 

nim po zamordowaniu będzie grzebał w torebce i wyciągał forsę? 

-  Mógł z premedytacją  i w takim wypadku upozorować rabunek.  Ale ci, co go znają, w 

ogóle wykluczają taką możliwość. 

-  A  do  czego  tu  przypasować  kradzież  dokumentacji?  I  sprawę  narkotyków,  o  ile  są  z 

sobą powiązane? 

-  Widzisz,  Romek,  jest  to  zasadnicza  sprawa,  której  głośno  nie  powiedzieliśmy,  ale  o 

której myślimy wszyscy trzej. Brak nam ciągle motywu zabójstwa Kamińskiej. 

-  Ba,  gdybyśmy  go  znali,  to  sprawę  w  dziewięćdziesięciu  procentach  mamy  z  głowy. 

Chyba że jest jeszcze jakaś „komórka do wynajęcia" w jej życiorysie, na którą nie trafiliśmy. 

Wrócił pułkownik. 

- Na coście to nie trafili, Żywiecki? 

- Mówiliśmy o śmierci Kamińskiej, że nam brak... 

-  Wiem,  wiem,  czego  -  przerwał  mu  w  pół  słowa  pułkownik.  -  Ale  jak  wy  sobie  to 

background image

wyobrażacie?  Że  w  pewnym  momencie  odezwie  się  telefon,  a  jakiś  głos  powie  coś  mniej 

więcej  w  tym  rodzaju:  „Przyjmijcie  łaskawie  do  wiadomości,  że  panna  Kamińska  musiała 

zginąć, ponieważ znała pewną tajemnicę pewnego pana  i groziła  jej ujawnieniem, co by go 

skompromitowało do końca życia”. Tak? Nie, koledzy, takich cudów nie było i nie będzie. Do 

motywu  musimy  dojść  sami.  I  to  dojść  poprzez  różnego  rodzaju,  zdawałoby  się,  drobiazgi. 

Jednym  z  takich  jest  fakt  ustalony  przez  majora  Lipińskiego,  że  Wolniak  był  właścicielem 

samochodu. Warto zastanowić się, co się z tym samochodem stało. Jest to jasnobeżowy fiat 

125p.  Numer  łatwy  do  ustalenia  w  wydziale  komunikacji..  Ostatniej  zimy  trzymał  go  w 

fabryce, gdzie mają takie osłonięte wiaty, a wszystkich znajomych wypytywał o jakiś garaż, 

bo narzekał, że mu się na powietrzu wóz całkiem zmarnuje. 

- Wynika z tego, że garażu nie miał, a przy Konopnickiej 26 żaden samochód nie stał, bo 

byśmy go zauważyli, to przecież zaułek... 

- Istotnie, nie było tam żadnego wozu. 

- A więc? 

Zapanowało milczenie, które przerwał Żywiecki: 

- Skoro Wolniak pożyczał swoje mieszkanie Wilmańskiemu... 

- To mógł mu również pożyczyć samochód, chciałeś powiedzieć? - wtrącił pułkownik. - 

Jak ty mało znasz samochodziarzy. Taki ci prędzej własną narzeczoną pożyczy niż wóz. 

-  Pozostaje  jeszcze  możliwość,  że  samochód  stoi  koło  hangaru  na  lotnisku  -  próbował 

wycofać się Żywiecki. 

-  Tak,  a  obsługa  lotniska  nie  zauważyła  tego  drobnego  szczegółu  i  nie  poinformowała 

komisji, która zjawiła się tam po wypadku - drwił pułkownik. 

-  Komisji  w  takim  zamieszaniu  mogli  nie  powiedzieć,  ale  w  ciągu  tych  paru  dni 

powiadomiliby  albo  kierownictwo  zakładu,  albo  nas,  względnie  prokuratora  Marcisza,  że 

pozostał wcale nielichy spadek po Wolniaku - włączył się do dyskusji Skrobot. 

- Zdaje mi się, towarzysze, że za stołem nic mądrego nie wymyślimy. Proponuję więc: do 

roboty. Porucznik Żywiecki? 

- Tak, obywatelu pułkowniku. Zaraz jadę na lotnisko. 

-  No  i  miejcie  kontrolę  nad  poszukiwaniem  tych...  jak  to  nazywacie  tych  szczeniaków? 

„Szprycerzy"? 

- Tak, od „szprycy" czyli strzykawki. 

- Trzeba wyłapać  ich  jak najszybciej. No bo na przykład, czego taka Panonia  mogła tak 

gwałtownie  potrzebować  od  Kamińskiej?  Chyba  nie  narkotyków  dla  swoich  kumpli,  gdyż 

prostszą drogę miała do Chocimskiej, którą też dobrze znała. Coś nam wyśpiewają chyba. 

background image

- Ja też na to liczę. 

-  A  ja,  pułkowniku,  muszę  jeszcze  zajrzeć  do  tej  kawalerki  Wilmańskiego,  warto  ją 

ponownie przetrząsnąć. 

- Czas teraz pomyśleć o nadaniu komunikatu radiowego, na przykład: „proszony o powrót 

do domu w pilnej sprawie rodzinnej". 

Szeryf-Biskupski opuścił wkrótce pokój swego personelu, przypominając o konieczności 

systematycznego informowania go o postępach dochodzenia. 

- Słuchaj Witek - zaczął Żywiecki, kiedy za pułkownikiem zamknęły się drzwi - powiedz 

no jeszcze raz, co ci mówiła Wilmańska na temat rodziny byłego męża? 

- Niewiele. Że w Polsce nikogo bliskiego nie ma. 

- No właśnie, a nie w Polsce? 

- Jakiś kuzyn w Austrii, z którym nie utrzymuje stosunków. 

-  Bo widzisz, przyszła  mi do głowy pewna  myśl. Może są to skojarzenia dość odległe  i 

trochę ryzykowne, ale... 

- Nie usprawiedliwiaj się z góry, tylko mów. 

-  Chciałbym  ci  przypomnieć,  czego  się  dowiedziałem  od  personelu  „Niespodzianki"? 

Kelnerce się wydawało, że jeden z tych hipisów jest Niemcem,  bo zaklął coś po niemiecku. 

Otóż można by z powodzeniem przyjąć, że to nie Niemiec, tylko Austriak. 

- Spowinowacony z tym krewnym Wilmańskiego... 

- Albo przez niego przysłany. W takim wypadku i Panonia, i Kamińska mogłyby spełniać 

rolę łączniczek. 

- Co masz na myśli? 

- Skradzioną Wolniakowi dokumentację wynalazku. 

- Zakładasz, że działa spółka Kamińska-Wilmański poprzez Kucykównę... 

- ...która mogła nawet o niczym nie wiedzieć. 

- Powiedzmy. A jaką wobec tego rolę wyznaczysz Chocimskiej? 

-  Dostarczycielki  specyfików.  Nie  trudno  było  tę  aferę  zakamuflować  handlem 

narkotykami. 

- To dość logiczne. Ale czemu w takim razie wykończyli Kamińską? 

- Może jakieś nieporozumienia na tle podziału forsy, trudno odpowiedzieć. 

* * *  

W  biurze  meldunkowym szybko ustalono adres Anieli  Kucyk, ale wizyta w walącej się 

ruderze na przedmieściu  nic  nie dała.  W  mieszkaniu Skrobot zastał  jak pień głuchą  babinę, 

background image

której każde pytanie trzeba było wykrzykiwać do ucha po dwa razy. Dowiedział się tylko, że 

Anieli  nie  ma  i  nie  wiadomo  kiedy  będzie.  Więcej  od  babci  nie  można  było  wyciągnąć. 

Pojechał  więc  do  osiedla.  Ogrody.  Tam  w  starej  przedwojennej  jeszcze  willi  wynajmował 

pokój  Wilmański.  Gospodyni  adiunkta  była  zażywną,  starszą  panią,  której  z  oczu  dobrze 

patrzyło. Pokoik zaś był raczej skromny, kwadrat o boku nie dłuższym niż 4 metry. Stała w 

nim wersalka, szafa na wysoki połysk, stół i dwa zwykłe krzesła. 

-  Dobrze,  że  pan przyszedł  -  powitała go, gdy wyjaśnił cel swojej wizyty.  - Ja sama  już 

miałam zawiadomić milicję z obawy, czy panu Januszowi coś się nie stało. 

- Dlaczego pani tak myśli? 

- Proszę pana, jak długo mieszkał u mnie, a będzie już pół roku, nigdy nie wyjeżdżał na 

kilka dni, żeby mnie o tym nie zawiadomić. Na co dzień to nie chciał, żeby u niego sprzątać, 

bo mówił, że w swoim bałaganie prędzej może znaleźć  potrzebną rzecz, gdyż wie, gdzie co 

leży. Ale jak wyjeżdżał, to chował swoje szpargały, a ja wtedy porządnie sprzątałam pokój. 

Czy tu teraz wygląda na to, że szykował się do wyjazdu? 

Istotnie, nic  na to  nie  wskazywało. Na poręczy krzesła wisiała tweedowa marynarka, na 

stole porozrzucane były długopisy i flamastry, a obok zwykłej biurowej lampy walał się stos 

zapisanych  arkuszy  papieru  podaniowego.  Skrobot  przeczytał  nagłówek  leżącego  na 

wierzchu:  „Alicja Musiał II r. filologii polskiej  - wpływ zmian społeczno-gospodarczych na 

rozwój literatury pozytywistycznej w Polsce - praca seminaryjna". Przerzucił sześć maczkiem 

zapisanych  stron  nie  znajdując  żadnych  uwag  świadczących,  że  praca  ta  była  sprawdzana. 

Pośrodku stołu stała duża, wypełniona po brzegi niedopałkami popielniczka. 

- Pani lokator dużo palił. 

-  Nawet za dużo. I to sporty, a one zostawiają taki  nieprzyjemny  zapach w pokoju.  Nie 

można potem tego wywietrzyć. 

W szafie było niewiele rzeczy. Zimowa kurtka ortalionowa, trzy pary spodni, dwa swetry, 

trochę bielizny, koszul, a na dole kilka par butów. 

- Jak pan Wilmański był ubrany, gdy widziała go pani po raz ostatni? 

-  Ostatni  raz?  Zaraz,  to  było  cztery  dni  temu.  Wychodził  z  domu  gdzieś  koło  dziesiątej 

rano.  A  ubrany  był  tak  jak  zwykle  -  czarna  skórzana  marynarka  i  popielate  spodnie. 

Przeważnie tak chodził. 

- A wierzchnie okrycie? 

- Jeśli  wisi ta kurtka, to na pewno wyszedł w popielatym prochowcu, bo go tu w szafie 

nie widzę. I zawsze nosił czarny beret. Raczej rzadko się przebierał. 

- Wilmański nie miał samochodu, prawda? 

background image

- Nie. 

- A nie wie pani, czy miał może prawo jazdy? 

- Nie wiem, ale chyba tak, skoro mówił, że jak już wypłaci się po rozwodzie, to chciałby 

kupić nawet jakiegoś używanego grata. Miewa sporo zaproszeń na różne odczyty w terenie i 

samochód bardzo by mu się przydał. 

-  Gdyby  zjawił  się  w  domu,  to  proszę  mu  powiedzieć,  żeby  natychmiast  z  nami  się 

skontaktował. O, tu zapiszę numer telefonu. 

* * *  

W tym samym czasie porucznik Żywiecki dojeżdżał autobusem na lotnisko. Do samego 

lotniska  nie  można było dojechać, trzeba było od pętli autobusowej  z osiedla Serowo dojść 

boczną  drogą  jeszcze  około  trzystu  metrów,  zanim  ukazały  się  dwa  hangary  i  piętrowy 

budynek,  w  którym,  mieściło  się  biuro  lotniska  i  stacja  meteo.  Po  krótkiej  rozmowie  z 

kierownikiem,  od  którego  niewiele  się  można  było  dowiedzieć,  gdyż  nie  było  go  tu  w 

krytycznym  dniu,  porucznik  skontaktował  się  z  mechanikami  -  świadkami  wypadku, 

Bartkowiakiem i Czułą. Na parterze budynku znajdowała się kawiarnia, gdzie można było ich 

zaprosić  na  pogawędkę.  Wkrótce  też  zasiedli  przy  stoliku.  Żywiecki  nie  był  biegły  w 

problematyce  lotniczej,  więc  przezornie  zabrał  ze  sobą  niewielki  magnetofon  kasetowy, 

ukryty  teraz  w  wewnętrznej  kieszeni  marynarki,  który  niepostrzeżenie  włączył  przed 

rozmową. 

-  Interesuje  mnie  wszystko,  co  poprzedziło  katastrofę.  Nawet  najdrobniejsze  szczegóły 

zaczął, kiedy przyniesiono dwie duże kawy i jedną herbatę. 

Obaj mechanicy milczeli chwilę, jakby się nad czymś zastanawiali. 

- Było akurat tak, jak zeznaliśmy przed komisją - zaczął szef, Bartkowiak. 

- Ja wiem, i wcale nie chcę kwestionować waszych zeznań. Chodzi mi tylko o takie różne 

drobiazgi, które komisji nie interesowały, a nam mogą więcej powiedzieć o Wolniaku... 

- No cóż, trzeźwy był, to wiem na pewno, bo z nim rozmawiałem. 

- A dlaczego pan to tak podkreśla? 

- Bo widzi pan, panie poruczniku: jak tylko jakaś katastrofa, to ludzie od razu kojarzą ją z 

pijaństwem... 

- Ale nie tylko dlatego pan o tym mówi. 

- Ano nie. Zaraz po starcie zauważyłem, że coś niedobrego się z inżynierem dzieje. Widzi 

pan, on miał trenować lądowanie na punkt. Wie pan, jak to jest? 

Żywiecki przecząco pokręcił głową. 

background image

-  A  więc  są  trzy  takie  prostokąty  połączone  ze  sobą  liniami.  I  chodzi  o  to,  że  samolot 

powinien usiąść w środkowym nie robiąc przy tym „kangurów", to jest nie podskakiwać przy 

dotknięciu  kołami  ziemi.  Za  to  jest  najwięcej  punktów.  No  i  na  to  wcale  nie  trzeba  dużej 

wysokości.  A  w  ten  dzień  Wolniak  wyrywał  do  góry,  jakby  żywcem  do  nieba  chciał  się 

dostać.. 

- A przed startem o czym rozmawialiście? 

-  Normalnie,  jak  to  przed  startem,  coś  o  maszynie,  o  kierunku  wiatru.  Wypalił  chyba 

połówkę papierosa i wsiadł do „jaka". Nie był specjalnie zdenerwowany. 

-  Chyba  był,  szefie  -  wtrącił  po  raz  pierwszy  Czuła.  Nerwowo  przypalał  papierosa  i 

wyrzucił zapałkę na ziemię. 

- Czy Wolniak przyjechał na lotnisko samochodem? 

- Czasami przyjeżdżał, ale wtenczas nie. 

- To znaczy przyjechał autobusem? 

- Chyba tak. 

- A pamiętacie może panowie, która dokładnie była godzina, kiedy zjawił się na lotnisku? 

-  Ja  pamiętam  -  rzekł  Czuła  -  bo  akurat  miałem  włączony  tranzystor  i  kiedy  go 

zobaczyłem w bramie, to zapowiadali, że minęła szesnasta trzydzieści. 

„Niczego  więcej  ciekawego  się  nie  dowiem"  -  pomyślał  Żywiecki  i  pożegnał  swoich 

rozmówców.  Znów  znalazł  się  na  pętli  autobusowej.  Do  centrum  miasta  było  stąd  dość 

daleko, około siedmiu kilometrów, a autobus kursował rzadko - co godzinę. Zaczął studiować 

rozkład jazdy. W dnie powszednie autobus 12-bis przychodził o pełnej godzinie, a odchodził 

10  minut  po.  Spojrzał  na  zegarek:  miał  jeszcze  15  mimu.  Potem  jeszcze  raz  przyjrzał  się 

rozkładowi i aż zagwizdał pod nosem: „Ciekawe! Skoro Wolniak był na lotnisku o szesnastej 

trzydzieści, to jakim autobusem przyjechał, jeśli stąd do hangarów wolnym krokiem idzie się 

pięć minut?" 

* * *  

Kiedy wszedł do komendy, Skrobot siedział za swoim biurkiem i pałaszował olbrzymią 

kanapkę z jakąś wędliną popijając herbatę. 

- I jak ci poszło? - powitał Żywieckiego od progu. 

- Jest jedna ciekawostka, ale objaśnię ci ją, jak przesłucham taśmę. 

-  Dobrze,  to  potem.  Na  razie  mam  inną,  pilniejszą  „ciekawostkę".  Szykuję  ci  właśnie 

atrakcyjną wycieczkę. Pojedziesz mianowicie na Mazury. 

- Zwariowałeś? O tej porze? 

background image

- Nie, nie zwariowałem, bo „wycieczka" będzie służbowa. Otóż wyobraź sobie,  że nasza 

młodzież  się  znalazła  i  to  aż  w  sejneńskim,  nad  jeziorami.  Przed  godziną  miałem  stamtąd 

telefon. Pomógł trochę przypadek. Dziś rano gajowy z osady Pomorze obchodząc swój rewir 

natknął się w jakimś zacisznym kąciku pola biwakowego na namiot. Oczywiście zdziwiło go 

to,  bo  o  tej  porze  pusto  tam  już,  co  najwyżej  bywają  wędkarze,  ale  ci  nie  mieszkają  w 

namiotach. Ponieważ nie zgłosili swego pobytu, poprosił o dowody i na wszelki wypadek - tu 

właśnie  nasze  szczęście  -  poinformował  o  tym  miejscowy  posterunek.  Tam  znali  treść 

naszego teleksu i zadzwonili. Poprosiłem. żeby pod pozorem meldunku zatrzymali te cztery 

dowody, ale ich samych nie ruszali z namiotu. 

- Jak to cztery? 

-  Ano  tak.  Dwie  dziewczyny  i  dwóch  chłopaków.  Aniela  Kucyk,  Wanda  Chocimska  i 

jakiś Jarosław Wilk. Czwarty z nich nie ma żadnych dokumentów, ale Polak. 

- Czyli ten niby-Niemiec się urwał? 

- Tak by wyglądało. Teraz cały dowcip polega na tym, że musisz ich delikatnie zwinąć i 

tak przetransportować, żeby po drodze nie kontaktowali się że sobą. Jak to zrobisz, to twoja w 

tym  głowa,  dostaniesz  samochód  i  kilku  funkcjonariuszy.  Jedyny  sposób,  żeby  się  czegoś 

sensownego  dowiedzieć,  to  ich  zaskoczyć.  A  teraz  idź  do  starego  po  papierki  i 

błogosławieństwo na drogę. Jeśli wieczorem wyjedziesz, to wczesnym rankiem  będziesz  na 

miejscu, a po drodze zastanowisz się, jak przeprowadzić akcję. 

-  Rozkaz, obywatelu  kapitanie.  Tu  masz  taśmę,  z  której  się  miedzy  innymi  dowiesz,  że 

Wolniak samochodem w dniu wypadku na lotnisko nie przyjechał. Przy hangarach był o wpół 

do  piątej,  a  o  tej  porze  autobus  nie  przychodził.  Można  więc  wnioskować,  że  ktoś  go  na 

lotnisko podwiózł. 

- Ciekawe tylko, czy jego własnym samochodem? 

- Właśnie o tym samym myślałem. 

-  No  nic,  na  razie  przygotuj  się  do  wyjazdu,  a  ja  tymczasem  posłucham  sobie  twojej 

rozmowy. 

* * *  

Skrobot  dwukrotnie  przesłuchał  taśmę  i  zamyślił  się  głęboko,  wykonując  jak  mawiał 

używając terminologii wojskowej - „pracę myślową pojedynczego strzelca". Po jakiejś chwili 

zabrał magnetofon, swój brulion z notatkami i udał się do gabinetu pułkownika. Tu sekretarka 

kazała  mu  czekać,  bo  Szeryf  kończył  rozmowę  z  majorem  Lipińskim  i  nie  wolno  jej  było 

nikogo  wpuszczać.  Ale  kiedy  wnosiła  kawę,  przez  uchylone  drzwi  Biskupski  dostrzegł 

background image

kapitana i przywołał go swym tubalnym głosem: 

- Wejdź, Skrobot. Ciebie zakaz nie dotyczy. Jeszcze jedną kawę, pani Aniu. 

Przywitali się z majorem. 

- Czy masz coś, co interesowałoby towarzysza majora? 

- Niestety, na ślad dokumentacji  nie trafiliśmy jak dotąd. Chyba że  materiał dostarczony 

przez Żywieckiego coś nam na ten temat powie... 

- Wspomniał mi pułkownik Biskupski - zaczął Lipiński - że nie jest wykluczone, że w tej 

młodzieżowej kompanii jest, a raczej był jakiś Niemiec? 

-  Trudno  powiedzieć,  czy  akurat  Niemiec.  Równie  dobrze  mógł  to  być  Austriak  lub 

Szwajcar z niemieckiej strefy językowej. 

-  Po  tym,  co  mi  powiedziano  -  wtrącił  pułkownik  -  można  przypuszczać,  że  on  i  jego 

kompani byli pod wpływem jakichś leków odurzających. 

-  No  więc  to  jest  interesujące  -  kontynuował  major.  -  Otóż  niedawno  FAP  obchodził 

swoje dwudziestolecie  i z tej okazji  przybyły  delegacje zakładów kooperujących z  fabryką, 

między  innymi  z  Austrii  i  RFN.  Po  „części  oficjalnej"  odbył  się  oczywiście  bankiet,  na 

którym był również Wolniak jako działacz NOT-u. Podobno popili sobie nieźle, a zwłaszcza 

Wolniak... 

-  To  ciekawe.  Z  tego  co  o  nim  mówili  w  dyrekcji,  to  pił  mało  i  nieczęsto  -  wyraził 

zdziwienie pułkownik. 

- Myślę - powiedział major - że w najbliższym czasie, kiedy lepiej się poznam z kimś, kto 

był  na  bankiecie,  uda  mi  się  stwierdzić,  czy  była tam  mowa  o tym  wynalazku  i  czy  ktoś  z 

gości się nim interesował. 

-  Dla  nas  najważniejsze  -  odezwał  się  pułkownik  -  jest  w  tej  chwili  odnalezienie 

Wilmańskiego. 

- Nie potrzebuję dodawać, że i mnie na tym zależy dodał Lipiński. 

- Czy jest coś nowego, kapilarne? 

-  Niestety,  niewiele.  Byłem  w  jego  obecnym  mieszkaniu.  Nic  tam  nie  wskazuje  na 

przygotowywanie się gospodarza do podróży. Jeśli gdzieś wyjechał, to musiał się zdecydować 

w  ostatniej  chwili.  A  tutaj  mam  taśmę  z  nagraną  rozmową  Żywieckiego  na  lotnisku.  Z 

wypowiedzi  mechaników  wynika,  że  Wolniak  przy  samolocie  był  punktualnie  o  szesnastej 

trzydzieści,  a  w  tym  czasie  nie  ma  żadnego  autobusu.  Musiał  go  więc  ktoś  podwieźć. 

Ponieważ nie znaleźliśmy jego samochodu, można założyć, że podwiózł go Wilmański - nie 

pod samo lotnisko, ale na przykład do pętli autobusowej - a potem odjechał. 

- I nie widział katastrofy samolotu? 

background image

-  Mógł  nie  widzieć  i  nie  słyszeć.  Od  przyjazdu  Wolniaka  do  momentu  startu  upłynęło 

trochę czasu. - A wtedy samochód mógł być już w mieście. Lotnisko, jak wiadomo, jest za 

lesistym  wzgórzem  i  wypadek  nie  był  zauważony  nawet  przez  mieszkańców  pobliskiego 

osiedla, co stwierdziła komisja. 

-  No  tak  -  pułkownik  zastanowił  się  chwilę  nie  ma  innej  rady,  musimy  zaryzykować 

komunikat.  Pisz  Witek,  potem  poprawimy:  „Obywatel  Janusz  Wilmański,  zamieszkały  tu 

adres - podróżujący prawdopodobnie samochodem fiat 125p, numer"... - ustaliłeś w wydziale 

komunikacji? 

- Oczywiście. 

-  No  to  wstaw  go  tam  -  „proszony  jest  o  niezwłoczne  skontaktowanie  się  z  Komendą 

Wojewódzką  Milicji  Obywatelskiej  lub  najbliższym  posterunkiem  w  pilnej  sprawie 

służbowej". O  ile  sam  nie  będzie słyszał komunikatu, to zawsze  jest szansa,  że ktoś zwróci 

uwagę na numer wozu. 

- Może warto jeszcze podać kolor samochodu? 

- Oczywiście. Wstaw to gdzieś do tekstu. Poproś Rozgłośnię Centralną, niech dają przez 

dwa dni. Jeśli to nie poskutkuje, zwrócimy się do telewizji z komunikatem o zaginięciu! 

- W porządku, zrozumiałem. 

* * *  

Następnego dnia była niedziela. Komunikaty przez radio szły w odstępach co dwie, trzy 

godziny.  W  poniedziałek,  o  ósmej  rano,  gdy  Skrobot  zjawił  się  w  komendzie,  zastał  już 

Żywieckiego. Porucznik miał zaczerwienione oczy z niewyspania, ale minę zadowoloną. 

- Cześć, szefie. Melduję ci uprzejmie, że cała ferajna elegancko zapudłowana w naszym 

areszcie, a po drodze żadne ze sobą nawet słowa nie zamieniło. 

- Pierwszorzędnie. Jakeś to załatwił? 

-  Nie  było  to  specjalnie  trudne,  tylko  w  sumie  dość  męczące.  Najpierw  chciałem  ich 

zgarniać po kolei, żeby każdy  myślał,  iż tylko  jego  zatrzymujemy, ale potem postanowiłem 

inaczej. Jeżeli mają coś na sumieniu, to niech wiedzą o generalnej klapie. Siedzą wszyscy  i 

nie wiadomo, co kto zeznaje. A uzgodnić jakiejś wersji nie mieli kiedy, bo zaskoczyliśmy ich 

całkowicie.  Siedzieliśmy  w  gajówce,  a  gajowy  przyprowadził  całą  czwórkę  „w  celach 

meldunkowych". Zbaranieli widząc nas. Odseparowałem ich od siebie. Przy rewizji żadnych 

leków ani opakowań nie znalazłem. W namiocie walały się tylko cztery butelki po wódce, bo 

-  jak  mówili  -  było  zimno  i  musieli  się  rozgrzewać.  Panonią,  jako  najważniejszą  dla  nas, 

zaopiekowałem  się  osobiście  zabierając  do  samochodu,  a  pozostałą  trójkę  przewiózł 

background image

pociągiem sierżant Ochański, oczywiście każdego w oddzielnym przedziale. 

- Żywiec! Czeka cię pochwala przed frontem kompanii, niech skonam. 

-  Ku  chwale  ojczyzny,  obywatelu  kapitanie.  A  co  tu  nowego?  Słyszałem  przez  radio 

komunikat o Wilmańskim. 

-  No  więc  i  tyle  nowego.  Teraz  trzeba  załatwić  formalności  u  Marcisza.  Nasza  ferajna 

dojrzewa  już  od  wczoraj  rana,  najpierw  w  areszcie  w  Sejnach,  potem  w  drodze  i  tutaj. 

Zaczniemy chyba od przesłuchania chłopaków. 

* * *  

Zatrzymany  Jarosław  Wilk  liczy  sobie  23  lata,  ma  postawę  kulturysty  z  gębą  oprycha. 

Zameldowany na stałe w Krakowie, według zeznań z zawodu był zegarmistrzem, „chwilowo 

nigdzie niepracującym, bo właśnie się za czymś rozgląda". Na pytanie, czy to pracy szukał w 

sejneńskim nad jeziorami, odparł, że nie, tam pojechali odpocząć, ale po czym - nie potrafił 

powiedzieć.  Żadnej  kłótni  w  „Niespodziance"  nie  przypomina  sobie.  Owszem,  kolega 

Wiesiek  skaleczył  się  przypadkowo  brzytwą  w  rękę.  Jak  do tego  doszło  nie  wie,  bo  akurat 

wychodził  do  ubikacji.  Oczywiście  o  narkotykach  pierwszy  raz  słyszy,  nigdy  żadnych 

proszków  nie  zażywał.  Wypić  owszem,  czasem  wypije,  ale  co  się  tyczy  tego,  to  nie.  Nic 

również nie potrafi powiedzieć na temat trzeciego chłopaka. Kiedy już wyjeżdżali z Krakowa, 

to  Wiesiek  go  przyprowadził.  Mówił,  że  to  student  z  NRD,  który  podróżuje  po  Polsce 

autostopem i chciałby się z nimi zabrać. Dlaczego przyjechali tu właśnie? Bo tu mieszka ich 

znajoma,  Panonia,  którą  poznali  w  lipcu  nad  morzem  i  zaprosiła,  ot  tak,  bez  specjalnych 

celów.  Oczywiście  -  poprawił  się  -  on  miał  nadzieję  znaleźć  jakieś  atrakcyjne  zajęcie  w 

swoim  zawodzie,  albo  niekoniecznie  w  swoim,  byłe  dobrze  płatne.  Skąd  miał  pieniądze  na 

drogę? W czasie wakacji pomagał przy  budowie  domku  jednorodzinnego, za co dostał dwa 

tysiące. Nie, nazwisko Wolniak nic mu nie mówi, nigdy takiego nie słyszał. Wilmański - też 

nie.  Zawahał  się  przez  chwilę  przy  nazwisku  Kamińskiej  -  ale  również  nie  wie,  o  kogo 

chodzi. 

Z kolei oficerowie przystąpili do przesłuchania „Długiego", jak zwali go koledzy. 

Wiesław Porębski a tę i inne informacje personalne trzeba było przyjąć na wiarę, gdyż, 

jak  oświadczył,  zginęły  mu  w  drodze  wszystkie  dokumenty  -  był  studentem  trzeciego  roku 

AGH,  obecnie  ze  względu  na  stan  zdrowia  przebywającym  na  urlopie  dziekańskim. 

Utrzymują go rodzice, dobrze sytuowani, bo ojciec jest dyrektorem w jednym z krakowskich 

przedsiębiorstw. Jak dawno zna  Wilka  nie pamięta, ale dawno, bo  mieszkali przy tej  samej 

ulicy. To właśnie Jarek namówił go na tę podróż, bo on podróżować nie lubi, najlepiej czuje 

background image

się w Krakowie. 

Wysoki chudy blondyn miał dość inteligentną twarz w przeciwieństwie do Wilka. Przez 

cały czas przesłuchania trzęsły mu się ręce. 

-  Od  dawna  musisz  ładować  w  siebie  to  świństwo?  -  zaskoczył  go  pytaniem  kapitan 

Skrobot. 

Próbował początkowo udawać, że nie wie, o co chodzi. Kiedy usłyszał od kapitana, że ma 

to  wypisane  na  twarzy  i  że  go  oddadzą  na  obserwację  do  szpitala  psychiatrycznego,  jeśli 

będzie  kręcił,  wtedy  „pękł".  Owszem,  od  dwóch  lat  zażywa  różne  „leki",  co  się  stało 

przyczyną wylania go ze studiów. Tak. Wanda Chocimska dostarczyła im trochę specyfików. 

Czy pozostali też zażywali? Nie, Wanda i Panonia nie. A ten piąty z ich paczki? On też nie. 

Kto to jest? Nazywa się Johan. Nazwiska nie zna. Jest studentem w Wiedniu. Poznali się w 

klubie  studenckim  w  Krakowie,  a  w  jaki  sposób  nie  bardzo  pamięta,  bo  był  lekko 

napompowany.  Jak  się  porozumiewali?  Johan  mówi  trochę  po  polsku,  ale  z  wyraźnym 

akcentem  niemieckim.  Nieco  wtedy  wypili  i  chyba  musiał  mu  powiedzieć,  że  jadą  w  te 

strony, bo następnego dnia rano Johan przyszedł do niego do domu z propozycją, że pojedzie 

z nimi. Był wtedy Wilk, wypili kilka butelek wina, które postawił Johan i zgodzili się, żeby z 

nimi jechał. Czemu tutaj? Bo zaprosiła ich Panonia. Pisała nawet do niego z pytaniem, kiedy 

przyjadą.  Owszem,  odpisał.  Awantura  w  „Niespodziance"?  Nie  było  żadnej  awantury, 

owszem,  Johan  z  Panonią  o  coś  się  tam  posprzeczali,  ale  on  nie  pamięta  o  co,  bo  był 

„nabuzowany", tak że  nawet nie wie, czemu pokaleczył sobie rękę. Co było potem, też  nie 

bardzo  jest świadom, rano obudzili się na tapczanie w mieszkaniu Panonii. Nie, jej nie było, 

tylko jakaś głucha babcia. Potem przyszła Panonia i powiedziała, że Johan obraził się na nich 

i  pojechał  do  Warszawy.  O  co  się  obraził  nie  wiadomo,  on  w  każdym  razie  nie  wie.  No  a 

potem przyszła Wanda Chocimska, zapłakana strasznie, że wylali  ją z roboty za te leki i że 

nie  pojedzie  do  domu,  bo  się  boi.  No  to  rada  w  radę,  przeliczyli  pieniądze  i  postanowili 

podróżować  po  Polsce.  Za  przewodniczkę  była  Panonia  i  ona  też  trzymała  kasę.  Nazwisko 

Kamińska nic mu nie mówi, a jak ma na imię? A tak, coś sobie przypomina: imię Izy padło 

chyba podczas kłótni Panonii z Johanem. Nie, nazwiska  Wolniaka ani  Wilmańskiego nigdy 

nie słyszał. 

Chwiejąc  się  na  swych  długich  nogach,  z  zaciśniętymi  do  białości  nadgarstkami  rąk 

wychodził za milicjantem z pokoju. 

O ile Porębski był zdenerwowany, to Chocimska trzęsła się dosłownie jak galareta, kiedy 

do pokoju wprowadził ją funkcjonariusz. Na wszelkie pytania odpowiadała potokami łez i z 

pewnością nie był to płacz udawany. W końcu Skrobot stracił cierpliwość: 

background image

- Proszę pani, jeśli pani źle się czuje, to odłóżmy przesłuchanie do jutra. 

Pokiwała przecząco głową. 

-  No  więc  proszę  odpowiadać  -  imię.  nazwisko,  data,  miejsce  urodzenia,  imiona 

rodziców... 

Tu znowu Chocimska wybuchnęła płaczem, tak że dalsze przesłuchanie było niemożliwe. 

Kiedy w towarzystwie milicjanta wracała do celi, dochodziła już czwarta. Skrobot i Żywiecki 

mieli cienie pod oczyma ze zmęczenia, zwłaszcza porucznik po nieprzespanej nocy. 

-  Wiesz  co,  idź  do  domu  i  kładź  się  spać  poradził  Skrobot  Żywieckiemu.  Ja  też  pójdę 

odpocząć i wrócę około ósmej pogadać z Kucykówną. 

-  W  porządku,  ja  do  ósmej  akurat  zdążę  się  zdrzemnąć  i  też  tu  wpadnę.  Chcę  być  przy 

rozmowie z Panonią. 

- Jak uważasz. No to na razie. 

* * *  

Początek  przesłuchania  Anieli  Kucyk  wskazywał,  że  postanowiła  „pójść  w  zaparte". 

Przez blisko godzinę na wszelkie pytania odpowiadała „tak", „nie", „nie wiem" z bezczelną 

intonacją głosu. 

-  Proszę  posłuchać,  panno  Kucyk  -  Skrobot  był  spokojny,  ale  w  jego  głosie  brzmiały 

jakieś  niedobre  nutki  -  w  ten  sposób  nic  pani  nie  zwojuje.  Wasi  przyjaciele  byli  już 

przesłuchiwani i bynajmniej nie milczeli. Chocimska zasłabła, ale jutro będzie mówić. Myślę, 

że jak sprowadzimy tu jej ojca, to powie wszystko, co wie, a może nawet więcej. Toteż dla 

własnego dobra, nie radzę odpowiadać w ten sposób jak dotychczas. Jeśli będzie pani mówić 

prawdę, to  wyjdzie  pani  na  tym  lepiej,  a  nam  zaoszczędzi  czasu.  Nie  sądzi,  pani  chyba,  że 

prokurator podpisuje nakaz aresztowania ot tak sobie. Narkotyki narkotykami, a morderstwo 

morderstwem. 

W tym momencie Panonia zmieniła się na twarzy i zbladła. 

- Dobrze, będę mówiła jak było, proszę pytać. 

- Chcemy usłyszeć wszystko od początku. Jak poznaliście się z Kamińską i Chocimską? 

-  Normalnie,  w  szkole.  Ja  z  Izą  chodziłam  do  laborantów  medycznych,  a  Wanda  na 

farmaceutyczny. Z początku nawet we trzy mieszkałyśmy w pokoju. A potem mnie wylali  i 

straciłam z nimi kontakt. Wtedy przeprowadziłam się do tej nory u babki. 

- A rodzice? 

- Oboje nie żyją. Zginęli w katastrofie samochodowej. 

- Dobrze. Dalej. 

background image

- Nie wiem, co dalej... Potem Iza skończyła szkolę na rok przed Wandą i dostała pokoik 

przy szpitalu. 

- Za co nienawidziła pani Kamińską, co wam zrobiła? 

- Nie, nie, to nieprawda. Ja jej nie zabiłam, nie wrobicie mnie w to! 

- Uspokój się proszę. Kto tu mówi o morderstwie? 

- Ja wiem, że wy wiecie. Inaczej byście nas nie ciągnęli z drugiego końca Polski. Byłam 

w tym mieszkaniu, ale to nie ja ją zabiłam. 

- A kto? 

- Nie wiem. 

- Dobrze, dojdziemy jeszcze do tego. Gdzie poznała pani tych trzech chłystków? 

-  Dwóch  nie  trzech.  Poznałam  w  zeszłym  roku  nad  morzem.  Ten  Jarek  dowalał  się  do 

mnie, ale mnie się podobał Wiesiek. Pisywaliśmy często do siebie, a jak miałam trochę forsy, 

to  wyskakiwałam  do  Krakowa.  Chciałam  wyciągnąć  go  z  tych  „prochów",  marnował  się 

chłopak... 

- A ten Austriak? Przecież to nie przypadek, że wszedł w zażyłość z tymi dwoma. Jak to 

było? 

-  A  więc  tak.  W  zeszłym  miesiącu  spotkałam  Izę.  Dawnośmy  się  nie  widziały,  więc 

wpadłyśmy na kawę poplotkować. Opowiadałam jej, że byłam w lipcu nad morzem, ale ona 

nie  bardzo  chciała  słuchać,  jakby  myślała  o  czymś  innym.  Mówiłam,  że  poznałam  dwóch 

takich  fajnych  zgrywusów  z  Krakowa  i  że  pisujemy  do  siebie.  Na  to  ona  się  ożywiła  i  do 

mnie, że to się dobrze składa. Mówi tak: „Wiesz, do mnie ma ktoś przyjechać z Austrii i coś 

mi przywieźć. Ja nie mogę jechać na jego spotkanie do Krakowa, nie mam urlopu, więc może 

byś namówiła swoich kumpli, żeby tu przyjechali, a ten mój »kuzyn« dołączy do nich. On nie 

zna kraju, słabo mówi po polsku, a jak we trzech przyjadą autostopem, to nie zwróci na siebie 

uwagi”. Przestraszyłam się trochę, czy to nie jakaś trefna  sprawa, ale Iza uspokoiła  mnie, że 

nie, chodzi tylko o „zielone", żeby nie przez PEKAO, tylko na wolnym rynku, to się więcej 

zarobi. Obiecała, że swoją dolę też dostanę, no więc się zgodziłam. Na to ona, czy nie mam 

ich zdjęć. Miałam akurat zdjęcie z. Wieśkiem na plaży, które nam zrobił Jarek. Wzięła go ode 

mnie, mówi, że pożycza i wyśle do Wiednia, żeby ten Austriak go poznał, a jak przyjedzie, to 

odda.  Potem  spytała,  gdzie  Wiesiek  bywa,  powiedziałam  jej,  że  w  takim  jednym  klubie 

studenckim.  Miała  więc  tego  Austriaka  tam  skierować,  jak  tylko  przyjedzie  i  dać  mi  znać. 

żebym mogła od razu napisać do Wieśka i na ten dzień się z nim umówić. A ten kuzyn trochę 

mówi po polsku i sam już się z nim zapozna. No i tak się stało. Zadzwoniła pewnego dnia do 

„Niespodzianki",  że spotkanie odbędzie  się ósmego,  między  szesnastą a osiemnastą, żebym 

background image

dała znać Wieśkowi. A my następnego dnia o szóstej zaczekamy na nich w „Niespodziance". 

Więc zadzwoniłam do domu państwa Porębskich i umówiłam się z Wieśkiem, z tym że jeśli 

nie  będę  mogła  przyjechać,  to  niech  następnego  dnia  łapią  okazję  na  północ.  Będę  na  nich 

czekać  w  „Niespodziance",  łatwo  trafić,  bo  to  przy  głównej  ulicy.  Do  kawiarni  przyszłam 

wcześniej,  wypiłam  dwie  kawy.  Minęła  szósta,  a  Iza  nie  przychodziła.  Chłopcy  też  się 

spóźniali.  Wówczas  napatoczyła  się  Wanda.  Z  początku  byłam  zła,  bo  ona  takie  ciepłe 

kluchy,  nie  do  życia  dziewczyna.  Co  przez  to  rozumiem?  No,  zwyczajnie  nie  wypije, 

mazgajowata i charakter ma z plasteliny. Kto z nią ostatni rozmawia, ten ma rację. Ale potem 

sobie pomyślałam, że może dobrze się składa, bo ona jest w aptece, więc może skombinować 

trochę „napędu" dla chłopaków. Bo nie wątpiłam, że oni przyjadą. Więc namówiłam Wandę 

do  tego  i  dałam  na  taryfę.  Znowu  czekałam.  I  tak  koło  wpół  do  ósmej  weszli  oni,  a  zaraz 

potem Wanda. Trzech ich było - ten trzeci to właśnie „kuzyn" Izy - Johan. Od razu o nią pyta, 

więc mówię, że powinna już być, ale zaczekamy trochę. Jarek z Wieśkiem jak dostali prezent, 

to od razu polecieli do ubikacji, a ja wzięłam wino z bufetu. Jak chłopcy pomieszali sobie te 

dwie przyjemności, to nieźle im zaszumiało,  a Wiesiek zaczął się wygłupiać z brzytwą. Nie, 

Johan nie pił, ale ciągle pytał o Izę, że musi się z nią zobaczyć. No to zaproponowałam, żeby 

mi  dał  to,  co  ma  dla  niej,  ja  jej  zaraz  zawiozę,  bo  wiem,  gdzie  może  być.  On  się  tylko  w 

głowę postukał i coś tam przeklinał po niemiecku i mówi, że musi się z nią sam widzieć... 

- A skąd pani wiedziała, gdzie Kamińska będzie? 

- Ja nie wiedziałam, ale Wanda, która słuchała naszej sprzeczki, powiedziała, że Iza teraz 

u  siebie  rzadko  bywa  i  najprędzej  ją  znajdę  na  Konopnickiej  26,  mieszkania  39.  Potem  się 

przestraszyła, że mi to powiedziała, bo to była wielka tajemnica. Ale przyrzekłam jej, że do 

jutra  już  nie  będę  pamiętała  tego  adresu,  a  dziś  muszę  zawieźć  tam  Johana.  A  w  tedy  ten 

głuptas Wiesiek - oczy miał już zupełnie nieprzytomne - ciachnął się brzytwą w łapę. No więc 

szybko zwinęliśmy się stamtąd. Zawieźliśmy Jarka i Wieśka taryfą do mojej babki i tą samą 

pojechaliśmy z Johanem na Konopnicką... 

- Która to była godzina? 

- Chyba gdzieś przed dziesiątą. 

- Dobrze, dalej. 

-  Johan  nie  chciał  iść  na  górę,  kazał  mi  sprowadzić  Izę.  Weszłam  na  czwarte  piętro, 

dzwonię  -  nic.  Jeszcze  kilka  razy  spróbowałam  -  też  nic.  Z  przyzwyczajenia  chwyciłam  za 

klamkę  -  a  tu  drzwi  otwarte.  Weszłam,  wszędzie  pusto,  w  pokoju  rzeczy  porozrzucane, 

wchodzę do kuchenki, a w łazience się świeci. Więc zajrzałam i widzę jej wystające kolana i 

włosy  pływające  w  wodzie.  Zrobiło  mi  się  niedobrze,  myślałam,  że  pierwszy  raz  w  życiu 

background image

zemdleję... 

- Chwileczkę. Podeszła pani bliżej? 

-  O  Jezu,  a  gdzieżby!  Jak  zobaczyłam  tę  twarz  pod  wodą,  to  kroku  do  łazienki  nie 

zrobiłam. 

- No i co dalej? 

- Dalej? Zleciałam po schodach, mało nóg nie połamałam... 

- Kucykówna - przerwał Skrobot - miała pani mówić całą prawdę! 

- Toż mówię. 

- Nie. A pieniądze 

- No tak. To też już wiecie. Więc jak wychodziłam z łazienki do kuchni, to tam na stole 

leżała torebka Izy. Pieniądze były na wierzchu, dwa tysiące. Wzięłam, bo myślałam, że może 

Johan mnie to sprzeda, co miał dla Izy. Jak zeszłam na dół, to musiałam fatalnie wyglądać, bo 

Johan  spytał,  co  mi  jest  Powiedziałam,  że  stało  się  nieszczęście  -  że  Iza  nie  żyje.  Wtedy 

mruknął  coś  po  niemiecku,  zrobił  w  tył  zwrot  i  biegiem  prawie  dobiegł  do  czekającej 

taksówki. I tylem go widziała. Może myślał, że ja ją zabiłam i się przestraszył? 

- A wie pani, czyje jest to mieszkanie na Konopnickiej? 

-  Nie  wiem.  Przypuszczam,  że  jakiegoś  jej  faceta.  W  pokoju  poniewierało  się  pełno 

męskich, rzeczy, w przedpokoju też... 

- Było ciemno, jak wchodziliście, prawda? 

- Tak, znalazłam kontakt i zapaliłam światło. 

Żywiecki szepnął coś Skrobotowi do ucha. 

- Dobrze. Proszę podejść tu bliżej. Którą ręką zapalała pani światło? 

- Zaraz. Kontakt był po lewej... tak, tą - prawą. 

-  Proszę  dać  prawą  rękę  -  Skrobot  zdjął  odciski  z  każdego  palca.  A  były  one  starannie 

utrzymane, z długimi polakierowanymi paznokciami. 

- No i co było dalej? 

-  Do  domu  przyjechałam  autobusem.  Chłopcy  spali,  a  ja  się  położyłam  w  kuchni  na 

kozetce, ale prawie całą noc nie mogłam usnąć, tylko myślałam, kto tę biedną Izę tak urządził. 

- A wam się zdaje, że kto? 

-  Nie  wiem,  przysięgam,  że  nie  wiem.  Rano  przyleciała  Wanda,  zapłakana,  bo 

dowiedziała się, że szykują jej dyscyplinarkę... 

- Czy kiedyś przedtem Chocimska dostarczała wam te lekarstwa? - przerwał Skrobot. 

- Nie, to było pierwszy raz. 

-  I  jak  to,  po  południu  przyniosła,  a  wieczorem  już  zdążyli  zrobić  remanent  i  podać 

background image

wniosek o zwolnienie? 

-  No  nie  wiem...  Mnie  naprawdę  nigdy  tego  nie  dawała,  zresztą  nie  widywałam  jej 

prawie. Ona może to potwierdzić! Chyba że swoim zwyczajem coś zełga. 

- Dobrze, wyjaśnimy to sobie z Chocimską. 

- Wanda powiada, że do domu nie wróci, chłopaki języki mają skołowaciałe  i milczą, ja 

się cała trzęsę po nieprzespanej nocy i z nerwów. Przeliczyliśmy nasz majątek i wyszło trzy 

patyki z groszami, więc zaproponowałam zmianę klimatu. Bałam się, że dowiecie się o mojej 

obecności w tym mieszkaniu i podejrzenie padnie na mnie. Znałam to miejsce nad jeziorami, 

bo  kiedyś  byłam  tam  na  wakacjach  ze  znajomym.  Myślałam,  że  w  takiej  głuszy,  gdzie  do 

najbliższego sklepu, trzy kilometry, będzie można dobrze się zamelinować. 

- O tym, co się stało na Konopnickiej, oczywiście nie powiedziała pani nikomu? 

- Jasne, że nie. Wanda wypytywała mnie o Izę, ale powiedziałam, że wyjechała na wieś. 

do rodziców. 

- No to na dzisiaj wystarczy. W nocy, jeśli już tak źle pani śpi, proszę sobie przypomnieć, 

czy wszystko już zostało powiedziane i czy zgodnie z prawdą - zakończył Skrobot wyłączając 

magnetofon - bo dalszy ciąg nastąpi. Sierżancie, odprowadzić. 

Zbliżała się jedenasta, kiedy dochodzili z Żywieckim do postoju taksówek. 

* * *  

Rano  jak  zwykle  spotkali  się  w  swoim  pokoju.  Skrobot  zastał  Żywieckiego  siedzącego 

już za biurkiem z gazetą w ręku. 

- Czy wiesz. Witek, że dziś mija równy tydzień od dnia wypadków? 

-  Rzeczywiście.  Szybko  to  zleciało.  Trzeba  spisać  te  wczorajsze  zeznania,  dać 

Kucykównie do podpisania, a potem do Szeryfa. 

- Nic z tego, starego nie ma. Skoro świt musiał wyjechać do Warszawy. 

- Trudno, napisać trzeba i tak. 

- Jak trzeba, to trzeba. Zaraz to zrobię. 

- A ja wezmę na warsztat Chocimską. 

- Też niewypał. W nocy przewieziono ją do szpitala, bo miała jakąś zapaść. 

-  Co  myślisz  o  zeznaniach  Panonii?  -  zapytał  Skrobot.  -  Wydaje  mi  się,  że  nie  kłamie, 

mówiąc, że nie utopiła Kamińskiej. 

- Tobie się wydaje, a ja jestem niemal tego pewny. 

- Na jakiej podstawie? 

- Raczej na jakich przesłankach się opieram? Po pierwsze: Zauważyłeś, że w mieszkaniu 

background image

Wolniaka jest tak zwany „judasz"? 

- Owszem. 

-  Zatem:  Kamińska  swoją  obecność  tam  trzymała  w  tajemnicy  i  wpuścić  mogła 

Chocimską, Wilmańskiego albo jakiegoś „iksa”, o którym nie wiemy, ale nie Panonię. A poza 

tym zauważyłeś pewnie, jakie Kucykówna ma paznokcie? 

- To już nie paznokcie, a szpony! - zaśmiał: się Żywiecki. 

-  Właśnie.  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  ona  mogła  mocno  chwycić  za  nogę  i  nie  zostawić 

śladów na delikatnej kobiecej skórze. 

-  To  mnie  przekonuje.  A  teraz  z  innej  beczki.  Co  sądzisz  o  Austriaku?  Czy  on  ma 

związek z dokumentacją? 

- W zasadzie można by założyć, że przysłano go w celu „zakupu” dokumentacji. Ale czy 

Wolniak byłby takim frajerem, żeby zabierać z kasy oryginał, kiedy miał dziesiątki okazji do 

zrobienia  fotokopii?  Mógłby  je  opchnąć  za  grube  dolary  nie  wzbudzając  cienia  podejrzeń. 

Mógłby też prysnąć z kraju... 

- No a Chocimska? 

-  Źle  cię  wtedy  poinformowano  w  hotelu,  że  się  nie  zjawiła,  skoro  nocowała  z 

dziewiątego na dziesiąty, ale nie to jest najważniejsze. Z dochodzenia w szpitalu wiadomo, że 

specyfiki ginęły stamtąd wcześniej, nie tylko w krytycznym dniu. 

- Czy uważasz, że chcą ją wrobić na zasadzie kozła ofiarnego, bo to takie cielę? 

- Coś mi się zdaje, że ona nie takie cielę, jak ją przedstawiła Kucykówna. Ale jeśli kradła, 

to dla kogo? Kamińskiej, Wolniaka czy może Wilmańskiego? 

-  Wilmański  ciągłe  nam  tu  nie  pasuje,  jak  klucz  nie  z  tego  zamka...  Zaraz,  zaraz, 

wspomniałeś parę dni temu o kluczu znalezionym we wraku samolotu? Gdzie te przedmioty 

są teraz? 

- Pojęcia nie mam, zresztą może Marcisz będzie wiedział. 

- Dzwoń w te pędy do niego! Bo wiesz, co mi zaświtało w głowie? 

Upłynęło ze trzy godziny z okładem na zażartej dyskusji dwóch oficerów. Zapomnieli o 

drugim śniadaniu, minęła też pora obiadowa, a oni rozprawiali dalej. Efektem tego był telefon 

Skrobota do polikliniki: 

- Nie, panie doktorze, słowo daję, że nie będę jej męczył. Dwa, trzy pytania, nie więcej... 

Będę za pół godziny. 

- Stary - zasępił się Żywiecki - chcę zauważyć, że się narażasz. Pułkownik wraca dopiero 

pojutrze, a w razie niewypału, sam rozumiesz... 

- Trudno, musimy jutro. O ile już i tak nie jest za późno. 

background image

- Miejmy nadzieję, że nie. 

-  Wiec  idź  do  Marcisza  po  klucz,  sprawdź  go,  oczywiście  klucz,  nie  Marcisza,  a  za 

godzinę spotykamy się tu i zobaczymy, co dalej. 

* * *  

Szedł długim korytarzem polikliniki mijając po drodze szereg drzwi do sal chorych. Przez 

cały czas  myślał, w  jaki sposób zadać  te dwa pytania, które być  może rozwiążą ostatecznie 

sprawę.  Pielęgniarka, uprzedzona o  jego wizycie, zaprowadziła go do bocznego korytarza  i 

otworzyła kluczem drzwi pokoju, w którym  nie  było klamki, tylko metalowa gałka. Pokoik 

był niewielki, a obok jedynego łóżka stał elektrokardiograf. 

-  Proszę  tu  nacisnąć  dzwonek,  jak  będzie  pan  wychodził  -  powiedziała  opuszczając 

izolatkę. 

-  Dobrze,  dziękuję  -  Skrobot  rozpiął  płaszcz  i  usiadł  na  krześle.  -  Myślę,  że  możemy 

chwilkę porozmawiać spokojnie, prawda? 

Chocimska skinęła głową. Była blada, ale wydawała się dość spokojna. 

-  Cóż,  zabrnęła  pani  w  nieliche  tarapaty.  Wielkiej  tragedii  jednak  nie  ma  i  myślę,  że 

będziemy mogli pani pomóc, o ile pani zechce pomóc nam. 

Oczy jej się zaszkliły, ale opanowała płacz. 

- Dobrze, powiem wszystko, co wiem. 

- Od jak dawna pani brała te leki dla kogo? 

-  Od  kilku  tygodni.  Nie  ma  jeszcze  miesiąca,  w  sumie  kilka  opakowań...  Dla  Izy 

Kamińskiej. Powiedziała mi wtedy, że już definitywnie zrywa z Ryśkiem... 

- Z Wolniakiem? 

- Tak, bo zakochała się w jego koledze, Wilmańskim. Ale Janusz miał ciężkie  przejścia i 

zaczął  dużo  pić.  A  to  jest  porządny  człowiek,  którego  ona  chce  z  tego  wyciągnąć.  Więc 

pewien  lekarz  poradził  jej,  żeby  przez  jakiś  czas  podawała  mu  ten  specyfik,  który 

zrekompensuje mu głód alkoholowy. Ja.. ja... nie zrobiłam tego dla pieniędzy! 

-  Pani  Wando,  wierzę  pani.  Ale  jeszcze  jedno.  Czy  zna  pani  może  takie  miejsce,  gdzie 

Wolniak jeździł, powiedzmy na sobotę i niedzielę, może z Izą, może sam... 

-  Gdzie  wyjeżdżali  na  weekend?  Nie,  chyba  nie.  Chociaż...  zaraz,  niech  sobie 

przypomnę... Kiedyś opowiadała mi, że na początku znajomości Rysiek zawiózł ją do takiej 

rybakówki, bo lubił wędkować. Las i rzeka - mówiła Iza, głusza zupełna. 

- Jak się nazwała ta miejscowość, to bardzo ważne, niech pani sobie przypomni! 

- Jakoś tak śmiesznie... Aha. już wiem; Grzebienie! 

background image

- Dziękuję, pani Wando. 

- Czy ja... czy panowie... 

- Wiem, co chce pani powiedzieć. Będę się starał pani pomóc. Ale z ojcem trzeba będzie 

porozmawiać. Straty w aptece muszą być pokryte. 

- Oczywiście, bardzo panu dziękuję! 

Gdy kapitan wrócił do komendy, Żywiecki już czekał: 

- Miałeś rację z tym kluczem! Że też wcześniej na to nie wpadliśmy! 

- Cóż, błędne założenie. Czy mówi ci coś nazwa Grzebienie? 

- Wydaje mi się, że to będzie na północny wschód, ale możemy sprawdzić. 

Pochylili się nad mapą. 

- Tak, to tu, w zakolu rzeki. Od szosy jakieś dwanaście, trzynaście kilometrów. 

- Wobec tego, mimo nieobecności pułkownika, ustalamy plan operacyjny. 

* * *  

Wczesny  ranek  nie  zapowiadał  pogodnego  dnia.  Miejscami,  gdy  szosa  schodziła  w  dół, 

samochody  zapadały  w  rozrzedzoną  watę  mgły.  Jechali  dwoma  gazikami:  w  pierwszym 

Żywiecki z trzema funkcjonariuszami, w drogim z taką samą obstawą Skrobot. 

- To będzie gdzieś tutaj - zwrócił się do porucznika kierowca, zwalniając nieco szybkość. 

Istotnie,  po  chwili  z  prawej  strony,  przy  bocznej  drodze  dostrzegli  żółtą  tabliczkę  w 

kształcie Strzałki z napisem:  „Grzebienie 12”. Zatrzymali  się przed zakrętem. Po niedługim 

czasie stanął za nimi wóz Skrobota. Kapitan podszedł do pierwszego samochodu. 

- Tam, według mapy, prowadzą dwie drogi, druga nieco dalej. Proponuję, żebyś pojechał 

tą drugą aż do zakrętu, i wtedy daj  znać przez radio. Jedź wolno w stronę rybakówki,  no  i 

ostrożnie może mieć broń. Jeśli wszystko pójdzie gładko, to zaczekamy na was. 

Pierwszy  samochód  ruszył  prosto.  Po  pięciu  minutach.  porucznik  zameldował,  że 

skręcają. Wóz Skrobota ruszył wówczas krętą leśną dróżką, miejscami piaszczystą. Po chwili 

zobaczyli w dole, niemal nad samą rzeką zabudowania. Zwykły wiejski dom z facjatką. Płot. 

okalał  niewidoczne  stąd  podwórze  i  po  lewej  stronie  okazałą  stodołę.  Wrota  do  niej  były 

otwarte. Samochód zatrzymał się na górze, a Skrobot z jednym z milicjantów zaczęli schodzić 

w stronę zabudowań. Nie uszli jeszcze pięćdziesięciu metrów, a ze dwa razy tyle dzieliło ich 

od  obejścia,  kiedy  usłyszeli,  głośny  warkot  silnika  i  z  otwartych  drzwi  stodoły  dosłownie 

wyprysnął  jasny  fiat.  Wziął  ostry  wiraż  na  dziedzińcu  i  wypadł  przez  otwartą  bramę.  Nie 

skręcił jednak w lewo, gdzie u wylotu drogi czekał gazik, lecz w prawo. Przez mgnienie oka 

widać  było  za  kierownicą  skulonego  mężczyznę  w  czarnej  kurtce,  a  samochód  znikł  w 

background image

sosnowym  młodniaku,  gdzie  również  musiała  być  jakaś  droga.  Kierowca  gazika  nie  stracił 

głowy  -  milicyjny  wóz  wyskoczył  zza  drzew  i  przyhamował  przy  kapitanie.  Wskoczyli  do 

środka. Na przełaj przez łąkę dopadli dróżki w młodniaku. Była kręta i fiata nie było widać. 

Tutaj koleiny, którymi  jechali, były twarde, co fiatowi dawało pewne szanse. Na prostszym 

odcinku  zobaczyli  uciekający  samochód  w  odległości  150-200  metrów.  Siedzący  obok 

kierowcy plutonowy odbezpieczył pistolet: 

- Rąbiemy po kołach, panie kapitanie? 

- Jak dam rozkaz. - Skrobot sięgnął po słuchawkę radiotelefonu, ale nie zdążył wywołać 

Żywieckiego, kiedy potężna siła odśrodkowa rzuciła go na kolana siedzącego obok milicjanta. 

Potem przód gazika  -  został  wyrzucony w powietrze,  a w tej samej chwili usłyszeli trzask  - 

odgłos łamanego drzewa i dartej blachy. Gdy podjechali jeszcze kilkadziesiąt metrów, ujrzeli 

za zakrętem, fiata. Mocno przechylony na prawy bok, wbity był dosłownie w złamana sosnę. 

Podbiegli  do  samochodu.  Lewe  drzwi  można  było otworzyć.  Mężczyzna  leżał  na  siedzeniu 

głową w dół, opartą o prawe drzwi. Z rozciętego policzka ciekła mu strużka krwi. Wyciągnęli 

go na zewnątrz. W odległości jakichś sześciu metrów od rozbitego samochodu słała furmanka 

wyładowana drewnem, a obok, jak wrośnięty w ziemię, woźnica z otwartymi ustami i batem 

w ręku. Nie ruszył się z miejsca jeszcze wówczas, gdy kierowca fiata otworzył oczy i usiadł 

na trawie. Rozglądał się dookoła,  jakby przed chwilą obudził  się z głębokiego snu. Skrobot 

podszedł do siedzącego: 

- Ryszard Wolniak, prawda? 

- Tak. 

- Dobrze się pan czuje? 

Skinął głową i nie bez trudności wstał. 

- No to proszę z nami. Jest pan aresztowany. 

W tym momencie nadjechał samochód z Żywieckim. 

- Załatwione. Roman, zostaw kogoś do pilnowania tego wraka, nim przyślemy samochód. 

Wracamy. 

* * *  

Trzeciego  dnia  po  tych  wypadkach  siedzieli  we  czwórkę  w  gabinecie  pułkownika 

Biskupskiego. Z uczestników poprzedniego spotkania brak było tylko prokuratora Marcisza, 

który  miał  jakieś  pilne  zajęcia.  Na  stole  stały  trzy  kawy  i  jedna  słaba  herbata,  a  gdy 

pułkownik  sięgnął  do  biurka  po  butelkę  koniaku  -  co  zdarzało  się  od  wielkiego  dzwonu 

Skrobot zwrócił się do Żywieckiego: 

background image

- No widzisz, dzisiaj, okazuje się, urodziny szefa, a my tak bez kwiatka... 

-  Nie  kpij,  Skrobot.  W  końcu  należy  wam  się  jakaś  satysfakcja  za  to,  że  chytrze 

wykorzystaliście moją nieobecność i zamknęliście sprawę. 

-  To  był  ostatni  dzwonek,  pułkowniku.  Gdybyśmy  nie  załatwili  tego  od  razu,  śledztwo 

potrwałoby jeszcze sporo czasu i nie wiadomo, czy nie zakończyłoby się umorzeniem sprawy. 

-  Mam  tu  wprawdzie  protokoły  z  przesłuchania  Wolniaka,  ale  lepiej  opowiedzcie  rzecz 

własnymi słowami, bo major niektórych szczegółów nie zna. 

- Oczywiście - przytaknął Lipiński. 

-  No  cóż,  sprawa  byłaby  dziecinnie  prosta,  gdyby  nie  to,  że  Wolniakowi  udało  się 

skutecznie  zasugerować  własną  śmierć.  To  była  przesłanka,  która  prowadziła  donikąd.  A 

pracował nad wyreżyserowaniem tej śmierci długo i dokładnie. 

- Dobrze, ale zacznijcie od początku. 

- Z tego, co wynika, z przesłuchań, sprawa mniej więcej wyglądała tak: myśl o sprzedaży 

wynalazku  na  zachód  zrodziła  się  podczas  jubileuszu  fabryki,  ściślej  w  trakcie  jej  części 

nieoficjalnej.  Kto  z  propozycją  wyszedł  -  nie  wiadomo.  W  każdym  razie  Wolniak  musiał 

swemu  kontrahentowi  sporo  powiedzieć,  żeby  ten  zainteresował  się  pomysłem.  Kiedy 

rozmowa  przedłużała  się,  Wolniak  zaczął  udawać,  że  jest  na  rauszu,  żeby  nie  wzbudzić 

podejrzeń. Jak ustalono w określonym dniu miał się zjawić jego człowiek, żeby zapoznać się 

z dokumentacją, ocenić jej przydatność i ewentualnie kupić. Cena - książeczka z odpowiednią 

sumą  w  banku  szwajcarskim  i  komplet  potrzebnych  dokumentów  do  wyjazdu  z  Polski, 

Urządzało to Wolniaka, bo nie tylko zapewniało start na zachodzie, ale zdejmowało ryzyko 

przewozu dokumentacji przez granicę. 

- To ten hipis? - zdziwił się pułkownik. 

- Jaki hipis? - wtrącił Lipiński. - Szpieg przemysłowy. Zresztą fachowiec wysokiej klasy 

w tej branży. 

-  Oczywiście  -  kontynuował  Skrobot  -  nie  interesowały  go  żadne  fotokopie,  tylko 

oryginał. W jaki sposób mógł go zdobyć Wolniak? Kradzież. „tradycyjna"  nie wchodziła w 

grę,  bo  zdawał  sobie  sprawę,  że  wtedy  wszyscy  mający  dostęp  do  dokumentów  będą  pod 

ścisłą  obserwacją  i  o  przekroczeniu  granicy  nie  ma  co  marzyć.  Ale  okoliczności  były 

sprzyjające.  Poznany  mniej  więcej  przed  rokiem  Wilmański  marzył  za  młodu  o  karierze 

lotnika. Tę jego pasję do latania wykorzystał Wolniak. Zabierał go często na loty ucząc trochę 

pilotażu, a nawet oddając stery w powietrzu. Potem, kiedy zrodził się pomysł własnej śmierci, 

miał już gotowego, dublera do tej roli. Ale żeby sprawę doprowadzić do określonego epilogu, 

trzeba było „podkarmiać" Wilmańskiego: takimi środkami psychotropowymi, które rozluźnią 

background image

jego  wolę,  uczynią  podatnym  na  sugestię,  a  po  odpowiedniej  dawce  w  decydującym  dniu 

wyzwolą brawurę. Tu nieoceniona okazała się zarówno Kamińska, jak i Chocimska, która w 

niczym  się  nie  orientowała.  Izę  Kamińską  znał  od  dawna  -  w  każdym  razie  nie  potrafił 

powiedzieć od kiedy. Żyli z sobą. Namówił  ją  do  „organizowania"  leków przez Chocimską. 

bo  to  pozwoli  Wilmańskiemu  skończyć  z  wódką.  Jednocześnie  kazał  jej  opiekować  się 

Januszem,  okazywać  mu  dużo  serdeczności.  Jemu  zaś  z  kolei,  tłumaczył,  że  Iza  jest  nim 

autentycznie  zainteresowana,  a  on,  prawdę  mówiąc,  ma  jej  dość.  Wilmański,  rozbity 

psychicznie po rozwodzie, wierzył w szczerość okazywanego mu czułego serca. Zwłaszcza że 

po „herbatach" u Izy wracała mu ochota do życia, a alkohol nie był niezbędny. Na tym etapie 

Kamińska  była  przekonana,  że  chodzi  głównie  o  zdobycie  dokumentów  Wilmańskiego,  na 

podstawie których Wolniak opuści kraj, oczywiście razem z nią. 

Wreszcie nadszedł dzień X. Sygnał z zachodu, że przyjeżdża kurier. I tu pomyślny zbieg 

okoliczności: Kamińska poprzez Kucykównę może „dostarczyć" niepostrzeżenie wysłannika 

do naszego miasta, a sama spełniać rolę łączniczki, bo on po swym wypadku musi pozostać w 

cieniu,  przynajmniej  na  tym  terenie.  Rano  zabiera  z  kasy  dokumentację  i  telefonicznie 

umawia  się  z  Wilmańskim.  O  piętnastej  spotykają  się  w  domu  Wolniaka,  piją  herbatę. 

Wilmański oczywiście odpowiednio przyprawioną, potem jadą na lotnisko. Ale nie pod same 

hangary.  Na  pętli  Wolniak  wysiada,  a  Wilmański,  okrążając  lotnisko  zatrzymuje  się  z  jego 

drugiej  strony,  pod  kępą  brzóz,  skąd  nie  widać  ani  jego,  ani  samochodu.  Ta  ostrożność  - 

wytłumaczył  Wilmańskiemu  -  jest  konieczna,  bo  dzisiaj  odbędzie  się  jego  pierwszy, 

samodzielny  lot.  Będzie  wylaszowany  na  pilota.  Potem  było  polanie  benzyną  kabiny,  a 

wcześniej  nasycenie  własnej  kurtki  środkiem  łatwopalnym,  gdyż  dokładne  spalenie  było 

warunkiem  koniecznym  do  pełnej  realizacji  planu.  Mimo  sugestii  mechaników,  że  krótszy 

rozbieg  wystarczy,  podkołowuje  „jakiem"  aż  pod  kępę,  ustawia  samolot  bokiem,  tak  że  od 

hangarów nie widać, jak z kabiny wysiada Wolniak, a na jego miejsce i w jego kurtce wsiada 

Wilmański.  No  i  katastrofa.  Po  wybuchu  orientuje  się,  że  plan  się  powiódł.  Wraca 

samochodem  do  miasta,  ale  zostawia  go  na  wszelki  wypadek  nie  pod  domem,  lecz  o  jedną 

przecznicę  dalej.  Tymczasem  Iza  Kamińska  zaczyna  pakować  rzeczy  do  torby  lotniczej  i 

przypadkowo znajduje list z Austrii, z którego wynika, że paszport, wiza, bilet itp. będą dla 

jednej  osoby  -  dla  Wolniaka.  Jest  w  kąpieli,  kiedy  wraca  pan  inżynier.  Dochodzi  do  ostrej 

scysji.  Szantażuje  Wolniaka,  że  jeśli  jej  nie  zabierze,  to  doniesie  o  wszystkim  władzom. 

Wpada w histerię, krzyczy, więc Wolniak  łapie  ją za nogi  i podciąga do siebie. Gdy głowa 

Kamińskiej  znalazła  się  pod  wodą,  przytrzymuje  ją  w  tej  pozycji,  potem  zgina  nogi  w 

kolanach,  wyciera  ślady  wody.  Swoich  rzeczy  zabiera  niewiele,  tylko  tyle  co  niezbędne, 

background image

resztę rozrzuca po pokoju, zabiera torbę Izy, nie wiedząc, że nie skończyła pakowania, bo w 

szafie zostały spodnie i sweterek. Wychodząc celowo nie zamyka drzwi na klucz. Cóż, sam 

nie żyje, a wszystkie ślady wskazują na Wilmańskiego. A jego - szukaj wiatru w polu. 

- A dokumentacja? - przerwał Biskupski. 

- Cały czas spoczywa w przemyślnym schowku w bagażniku samochodu. 

- Była tam zresztą po ujęciu Wolniaka - dodał major Lipiński. 

- W gardle mi zaschło, opowiedz Romek dalej... 

Żywiecki streścił przygody Panonii i jej kompanów, a potem kończył Skrobot: 

- Wolniak początkowo wpadł w panikę, urwał się kontakt, na którym wszystko budował. 

Zaryzykował jazdę do „Niespodzianki", bo wiedział, że tam Iza ma się spotkać ze znajomymi, 

wśród  których  był  i  kurier,  ale  takiego  towarzystwa  nie  było,  bo  nasi  hipisi  się  spóźnili. 

Wobec  tego  postanowił  zamelinować  się  u  znajomego  leśnika,  do  którego  często  jeździł  na 

ryby.  Czuje  się  tu  bezpiecznie,  bo  prócz  nieżyjącej  Kamińskiej,  nikt  tego  miejsca  nie  zna. 

Następnego dnia, poprzez syna swego gospodarza, który tu chodzi do szkoły, wysyła list od 

Wilmańskiego do dziekana Heringa. 

- Na maszynie? 

-  Nie  opodal  jest  gajówka,  gdzie  pozwalają  mu  napisać  „podanie”.  Dość  zręcznie 

naśladuje podpis, kto się zresztą temu przygląda. Ale sytuacja  jest kiepska. Nic tylko trzeba 

samemu przewieźć dokumentację, ale  nawet na  wycieczkę do  Wiednia  nie  ma dostatecznej 

ilości  pieniędzy.  Postanawia  więc  sprzedać  samochód.  Najbezpieczniej  oczywiście  w 

Warszawie na giełdzie. I byłby to zrobił, gdyby nie nasz komunikat przez radio z podaniem 

numeru  wozu.  U  swego  gospodarza  szybko  popsuł  radioodbiornik,  żeby  nikt  nie  skojarzył 

numerów. Potem, przez niego znalazł kupca, rolnika. I właśnie wyjeżdżał do niego, kiedy my 

wkroczyliśmy. I to byłoby wszystko. 

- No dobrze, ale jak do tego doszliście? 

- Cały czas zastanawialiśmy się nad dwuznaczną rolą Kamińskiej - to był punkt wyjścia. 

A  kiedy  pułkownik  w  jakiejś  rozmowie  użył  sformułowania  o  „pożyczonej  narzeczonej", 

zadałem sobie pytanie, kto komu ją „pożycza" i za co, ewentualnie dlaczego? Faktem jest, że 

w  jej  życiu  najpierw  był  Wolniak,  a  potem  Wilmański,  więc  pierwszy  musiał  „pożyczyć" 

drugiemu. Tylko po co? A potem pomógł mi Romek zwracając uwagę na klucze. Znaleziony 

przy zwłokach na lotnisku klucz - zwyczajny, standardowy nie miał żadnego zastosowania w 

mieszkaniu  Wolniaka.  Natomiast  -  co  potem  stwierdziliśmy  -  pasował  do  drzwi  w  starym 

budownictwie, a wiec do pokoju zajmowanego przez  Wilmańskiego. On po prostu nosił ten 

klucz w kieszeni spodni, a zamienili się tylko kurtkami. 

background image

- A jak już doszliśmy do klucza - dodał Żywiecki - to potwierdzeniem był jeszcze jeden 

szczegół.  Mianowicie  na  lotnisku  Wolniak  zapalał  papierosa  zapałkami  -  o  czym  mówił  w 

nagranej  na  taśmie  rozmowie  mechanik  Czuła  -  natomiast  wśród  drobiazgów  znalezionych 

przy zwłokach była zapalniczka. Ktoś, kto stale używa zapalniczki nie będzie nagle sięgał po 

zapałki, nawet jeśli je ma przy sobie... 

- No to moje gratulacje, koledzy - pułkownik Biskupski wziął w rękę butelkę koniaku. Po 

chwili uniosły się w górę cztery kieliszki.