background image

 
 

Wigilijny dyżur 

Marion Lennox

 

 

Tłumaczyła Renata Stasińska 

A MIRACLE OR TWO 

Wigilijny wieczór     

 
 

background image

 
 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Telefon zadzwonił w chwili, gdy pani Roland konty- 

nuowała trzykrotnie już przerywaną opowieść o swojej 
migrenie. Doktor Reiss westchnęła i z przepraszającym 
uśmiechem sięgnęła po słuchawkę. Wiedziała, że Becky 
nie połączyłaby tej rozmowy, gdyby sprawa nie była pilna. 

-    Jana? - w słuchawce rozległ się zafrasowany głos 

miejscowego komendanta straży pożarnej. - Jestem 
w twoim gabinecie. Mogłabyś zajrzeć tu na moment? 

Jana zerknęła na zegarek. Wprawdzie miała półtorej 

godziny opóźnienia, ale jeżeli komendant chce z nią po- 
rozmawiać, to ma widocznie ważny powód. Domyślała się 
zresztą, z czym może mieć związek jego wizyta - przez 
ostatnie pięć dni pożar, który trawił okolicę, rozprzestrze- 
niał się żywiołowo i sytuacja stawała się coraz groźniejsza. 

-    Jasne. Już wychodzę - powiedziała, pospiesznie 

przeprosiła panią Roland, po czym skierowała się do 
drzwi. 

Poczekalnia była zatłoczona. Nie było ani jednego wol- 

nego krzesła, a na podłodze, tuż koło choinki, siedziały 
przerażone dzieci. Wszystkie oczy natychmiast skierowa- 
ły się ku Janie, która natychmiast przeprosiła oczekują- 
cych za opóźnienie. I właśnie wtedy podniósł się z miejsca 

R

 S

background image

wysoki mężczyzna. Uśmiechnął się lekko i zbliżył do niej 
wolnym krokiem. 

-    Czy to pani ma dyżur? - spytał z niedowierzaniem. 

Drobna zielonooka dziewczyna o niewinnym wyglądzie 
wyraźnie nie była tą osobą, którą spodziewał się zobaczyć. 
Nawet jeśli miała na sobie biały kitel. 

W głosie mężczyzny Jana natychmiast rozpoznała ob- 

cy, brytyjski akcent, zaś jego twarz z kilkudniowym jas- 
nym zarostem, nieco niechlujny wygląd oraz plecak rzu- 
cony w pobliżu potwierdziły tylko pierwsze przypuszcze- 
nie - zagraniczny turysta. W parku narodowym w okolicy 
Carrabookna bardzo często można było spotkać ludzi ta- 
kich jak on. 

-    Tak, ja, a o co chodzi? - odparła i podniosła nań 

wzrok. 

-    Chciałbym z panią porozmawiać, jeśli to możliwe. 

Błękitne oczy przybysza, doskonale odznaczające się 

od mocnej opalenizny, wpatrywały się w nią z 

zuchwałym 
zainteresowaniem. Po tym, w jaki sposób na nią spojrzał, 
poznała, że uznał ją za atrakcyjną, i od razu poczuła, że 
się rumieni. 

Szybko przywołała się do porządku. W szczelnie zapię- 

tym kitlu, w okularach i z czarnymi włosami upiętymi 
w kok, była przede wszystkim doktor Reiss, osobą zbyt 
rozważną i zbyt poważną, by myśleć o romantycznych 
bzdurach. Zwłaszcza że Barry'emu bardzo odpowiadała 
ta jej postawa. 

-    Jak pan widzi, nieprędko będzie to możliwe panie... 
-    Carisbrook - podpowiedział pospiesznie. - Chodzi 

mi właściwie o... 

R

 S

background image

-    Czy ma pan jakąś nie cierpiącą zwłoki sprawę, panie 

Carisbrook? - przerwała mu ze zniecierpliwieniem. 

-    Cóż... - Na jego ustach znów zadrgał leciutki 

uśmiech. - Powiedziałbym, że moja osoba zasługuje na 
pani uwagę. 

-    Proszę pana, niektórzy z tych ludzi czekają tu od 

półtorej godziny - powiedziała ostro. - Czy pana sprawa 
jest pilniejsza? 

Carisbrook rozejrzał się wokół. Wszyscy pacjenci ob- 

serwowali całą tę scenę z wyraźnym napięciem. 

-    Nie - przyznał, po czym podniósł dłoń na znak re- 

zygnacji. 

-    W takim razie proponuję, żeby poczekał pan na swo- 

ją kolej, tak jak wszyscy. Jeśli wróci pan na swoje miejsce, 
wkrótce się panem zajmę. 

Usiadł bez słowa protestu, jednak odprowadził ją tym 

samym śmiałym wzrokiem aż do końca korytarza. 

Jana czuła, że policzki wciąż jej płoną. Bezczelny tu- 

rysta, pomyślała ze złością, próbując wymazać z pamięci 
obraz jego błękitnych oczu. Nie powinna się rozpraszać, 
w końcu przed nią jeszcze mnóstwo pracy. Niecierpliwym 
ruchem dłoni odgarnęła z czoła kosmyk włosów i weszła 
do gabinetu. 

Dziesięć minut później pochylała się nad mapą, na którą 

naniesiono kilkadziesiąt małych punkcików, wyznaczają- 
cych linię ognia. Zasięg pożarów był przerażający. 

-    Zbliżają się do nas w zastraszającym tempie - ode- 

zwała się do siedzącego obok komendanta. - Czy nie po- 
winniśmy rozpocząć ewakuacji? 

Charlie Simpkin potrząsnął głową. 

R

 S

background image

-    Jeszcze nie - odparł, ścierając z twarzy ślady dymu 

i sadzy. - Rano byłem w górach. - Wskazał palcem miej- 
sce na mapie. - Ogień przemieszcza się przez dolinę, o, 
tutaj, trawiąc pasmo górskie z drugiej strony. Musiałyby 
spłonąć tysiące hektarów, zanim pożar dotarłby do nas. 
Gasimy na razie ogień wzdłuż tego grzbietu, żeby nie 
mógł rozprzestrzeniać się w kierunku miasta. Jeżeli bę- 
dziemy musieli, ewakuujemy ludność drogą morską, ale 
jestem pewien, że nie będzie takiej potrzeby. 

Jana westchnęła z ulgą i popatrzyła z troską na komen- 

danta. 

-    Musi być panu ciężko patrzeć, jak płoną te piękne 

lasy... 

Simpkin odpowiedział jej smutnym uśmiechem. Im 

częściej widywał tę młodą lekarkę, tym bardziej ją lubił. 
Miała dwadzieścia osiem lat, ale w swoim skromnym 
uczesaniu, prostej spódnicy i zapiętym pod szyję kitlu wy- 
glądała na znacznie starszą. On sam wprawdzie wciąż; 
narzekał na swoje trzpiotowate córki, myślące tylko o no- 
wych strojach i zmieniające chłopaków jak rękawiczki, 
ale chętnie zobaczyłby, jak doktor Reiss folguje swoim 
żelaznym zasadom. 

Ostatnio, jeśli wierzyć plotkom, postanowiła wyjść za 

Barry'ego Fitzsimmonsa, miejscowego aptekarza. Cóż, 
Barry był bez wątpienia wartościowym człowiekiem, ale 
w towarzystwie jego oraz jego despotycznej matki prze- 
padnie gdzieś ta wspaniała spontaniczność doktor Jany, 
tego Charlie był pewien. 

Szkoda, pomyślał, po czym odezwał się do niej: 
-    Prawdę mówiąc, ten pożar lasom nie zaszkodzi. Ros- 

R

 S

background image

ną już pięćdziesiąt lat, więc wiele drzew musi spłonąć, 
żeby mogły pojawić się nowe. 

Jana spojrzała na niego ze zdumieniem. 
-    Pożar nie szkodzi lasom? 
-    Nie zawsze - odparł. -I nie wszystkim. Na przykład 

drzewa eukaliptusowe mają nasiona, które wręcz muszą 
się spalić, aby mogły z nich wyrosnąć nowe rośliny. Wi- 
docznie tak już musi być. A że nam, ludziom, nie zawsze 
się to podoba, to już inna sprawa. 

-    Co wobec tego mamy robić? 
-    Nic. Wszystkie drogi w dolinie są nieprzejezdne, 

a Carrabookna jest całkowicie odcięta od świata. Wygląda 
na to, że ten stan utrzyma się co najmniej do świąt. Na 
razie siedzimy i czekamy. I pewnie na tym się skończy. 
Oby. 

Jana skinęła głową bez entuzjazmu. Komendant miał 

rację. Carrabookna leży na niewielkim cyplu południowo- 
wschodniego wybrzeża; miasteczko oddzielone jest od re- 
szty kraju rozległym pasem parku narodowego, który 
właśnie trawi pożar. Siedzieć i czekać - rzeczywiście je- 
dyne wyjście. 

-    Ma pan za swoje przez te dni - zagadnęła. 
-    Pani także. - Pokiwał ze współczuciem głową. - 

Właśnie dlatego tu jestem. Chciałem panią uprzedzić. 
W mieście roi się od przyjezdnych, którzy przyjechali tu 
na święta. Będzie pani miała mnóstwo pracy, zwłaszcza 
że i moi ludzie mogą potrzebować pomocy. Wie pani, 
poparzenia, udary. Poza tym - zawiesił głos - otrzymali- 
śmy właśnie wiadomość od doktora Howarda... 

-    I? - Jana właściwie nie musiała pytać. Frank Ho- 

R

 S

background image

ward, drugi lekarz w szpitalu w Carrabookna, wyjechał 
kilka dni temu z rodziną na świąteczne zakupy do Mel- 
bourne. Miał wkrótce wrócić, aby odciążyć Janę, jednak 
jako że wybuchł pożar... 

-    Nie jest to dobra wiadomość, Jano. 
-    Nie wpadł na to, że można wrócić łodzią? - spytała, 

choć z góry znała odpowiedź na to pytanie. 

-    Nie może narażać rodziny. - Komendant uśmiechnął 

się znacząco. Na temat Franka Howarda, a zwłaszcza jego 
stosunku do pracy, miał takie samo zdanie, jak Jana. 

-    Nikt nie powiedział, że musi ciągnąć ją ze sobą - 

skomentowała kwaśno Jana, po czym wstała energicznie 
i podeszła do drzwi. - Muszę wracać do pacjentów. Dzię- 
kuję, że znalazł pan dla mnie trochę czasu, komendancie. 
- Spojrzała na niego, kładąc dłoń na klamce. Charlie 
Simpkin miał już swoje lata i od dawna powinien odpo- 
czywać na emeryturze. Poprzedniej nocy, kiedy przyszedł 
na jej oddział, żeby sprawdzić osobiście, jaki jest stan 
strażaków poszkodowanych w czasie akcji, próbowała de- 
likatnie mu to zasugerować. Teraz znów ogarnęła ją troska 
na jego widok. - Niech pan idzie do domu i trochę odpo- 
cznie - poleciła stanowczo. - Co naszemu miastu przyj- 
dzie z tego, że zapracuje się pan na śmierć? 

-    To samo tyczy się pani - odparł Simpkin i popatrzył 

na nią z ojcowskim uśmiechem. - Pracujesz za dwoje, 
dziecko, a w najbliższym czasie tylko przybędzie ci obo- 
wiązków. Nie martw się o mnie. Przy twojej, moja robota 
to pestka. 

Mijając kolejne drzwi korytarza, prowadzącego do kli- 

niki, Jana próbowała się pocieszać. Może nie będzie tak 

R

 S

background image

źle, myślała, może dam sobie radę sama. Jednak nastroju 
nie były w stanie jej poprawić ani te zapewnienia, ani 
nawet świąteczne stroiki, zdobiące niemal wszystkie drzwi 
i okna. Zamiast ją cieszyć, drażniły. Wydawały się zupeł- 
nie nie na miejscu. Myślała, że spędzi Boże Narodzenie 
jak Bóg przykazał - z rodziną w Melbourne - a tymcza- 
sem nie będzie mogła nawet zadzwonić do bliskich i zło- 
żyć im życzenia, gdyż telefony w miasteczku zostały od- 
cięte od reszty kraju. Dlaczego właśnie jej musiał przypaść 
ten przymusowy wigilijny dyżur? 

Spojrzała na zegarek, próbując pozbyć się natrętnych 

myśli. Późno. Do wieczora zostało niewiele czasu, a prze- 
cież po zachodzie słońca mogą pojawić się strażacy. Nie 
ma co biadolić - trzeba brać się do roboty, i to zaraz! 

Poczekalnia była zatłoczona chyba jeszcze bardziej. 

A wysoki mężczyzna, który zagadnął ja przed wyjściem 
- jakby bardziej zainteresowany jej osobą. Czujny i sku- 
piony na każdym jej ruchu. 

Jana odwróciła wzrok i szybko podeszła do recepcjo- 

nistki. 

-    Becky, zadzwoń do pacjentów, którzy byli umówie- 

ni, i zawiadom ich o opóźnieniu. Przeproś i poprzesuwaj 
wszystkie godziny. 

-    Dobrze, pani doktor, przeproszę. 
-    Ja też chciałbym panią przeprosić, pani doktor. 
-    Pan? - Spojrzała na mężczyznę, który znów pod- 

szedł do niej z tym samym niepokojącym uśmieszkiem. 

-    Tak, ja. Myślę, że jednak powinna mnie pani przyjąć 

w pierwszej kolejności. 

Jana poczuła, jak narasta w niej złość. 

R

 S

background image

-    Jest pan... - przez chwilę zastanawiała się, czy nie 

użyć mocniejszego słowa - wyjątkowo niecierpliwy! Ni- 
by z jakiej racji mam robić dla pana wyjątek? Proszę 
usiąść i cierpliwie czekać na swoją kolej! 

Zniknęła za drzwiami gabinetu, jednak później, kiedy 

wychodziła na korytarz, wywołując nazwiska kolejnych 
pacjentów, za każdym razem czuła na sobie jego wzrok. 
Gdy wreszcie po dwóch godzinach wzięła w dłoń jego 
kartę, poczuła prawdziwą ulgę. Wkrótce pozbędzie się 
tego natręta. 

-    Ian Carisbrook, trzydzieści trzy lata... Tylko tyle? 

- Zmarszczyła brwi. Karta nie zawierała żadnych dodat- 
kowych informacji. Owszem, mężczyzna jest zapewne 
w miasteczku tylko gościem, jednak mógł podać więcej 
szczegółów w rejestracji. - Jak mogę panu pomóc? - za- 
pytała z uprzejmym, służbowym uśmiechem. 

Ian Carisbrook zerknął znacząco na zegarek. 
-    Kazała mi pani czekać dwie godziny - rzekł z wy- 

rzutem. 

-    Tak, wiem, panie Carisbrook. Zwykle w naszym 

szpitalu przyjmuje dwóch lekarzy. Niestety, mój kolega 
nie może wrócić do miasta z powodu pożarów. Nawet 
jednak gdyby tu był, oboje mielibyśmy pełne ręce roboty. 
Sam pan widzi, co się dzieje w poczekalni. Chore dzieci, 
ranni strażacy, poparzeni słońcem turyści. Przykro mi, że 
musiał pan czekać, ale... 

-    Wiem, pracuje pani w stresujących warunkach, sytu- 

acja jest wyjątkowa i nie mogę żądać, aby była pani dla 
mnie miła, prawda? - Na jego wargach znów zaigrał lekki 
uśmiech. 

R

 S

background image

-    Właśnie tak - rzuciła ostro. - A teraz do rzeczy. Im 

szybciej powie mi pan, co panu dolega, tym szybciej będę 
mogła zająć się pracą. 

-    A może wspólnie się nią zajmiemy, doktor Reiss 

- zaproponował i tym razem popatrzył na nią poważnie. 

-    Niech pan nie żartuje. 
-    Ani mi to w głowie. Od dwóch godzin bezskutecznie 

usiłuję powiedzieć pani oraz tej zapracowanej recepcjoni- 
stce, że jestem lekarzem. Mieszkam w Anglii, a tu przy- 
jechałem na święta. Podobnie jaki inni turyści zostałem 
zaskoczony przez pożar^ jednak w przeciwieństwie do 
nich, nie zamierzam spędzić reszty urlopu na opalaniu. 
Miejscowi powiedzieli mi, że przydałaby się pani pomoc, 
więc przyszedłem. Krótko mówiąc, jestem do dyspozycji. 

Jana otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 
-    Coś się pani stało? - zapytał uprzejmie. 
-    Lekarz...? 
-    Zgadza się - potwierdził Ian. - Najprawdziwszy na 

świecie, z odpowiednimi kwalifikacjami i wszelkimi 
uprawnieniami. Przyjmuje pani moją pomoc? 

-    Dlaczego nie powiedział mi pan tego od razu? - 

Wciąż nie mogła przezwyciężyć wobec niego złości. 

-    Przecież próbowałem! 
-    Mógł pan powiedzieć o tym Becky. 
-    I zrobiłem to - odparł. - Musiała ją pani nieźle wy- 

szkolić w sztuce spławiania akwizytorów. Wystarczyło, że 
powiedziałem: „Nazywam się doktor Carisbrook i chciał- 
bym porozmawiać z tutejszym lekarzem", gdy odparła 
urzędowym tonem: „Dobrze. Doktor Reiss spotka się z pa- 
nem, ale nie wcześniej niż o piątej." 

R

 S

background image

Jana uśmiechnęła się mimo woli. Cała Becky. Zawsze 

dba o to, aby nikt niepotrzebnie nie zakłócał spokoju „jej" 
lekarzom. 

Spojrzała na mężczyznę z zaciekawieniem. Jeśli napra- 

wdę jest lekarzem... 

-    Naprawdę jestem - zapewnił, jakby zgadując jej myśli. 
-    Ale bez prawa stałego pobytu. I bez pozwolenia na 

pracę... 

-    Zaskoczę panią - odparł przekornie. - Mam i jedno, 

i drugie. Szczerze mówiąc, nie przyjechałem tu tylko po 
to, by odpocząć. Odbyłem praktykę w Londynie, miałem 
jednak dość miasta, więc postanowiłem poszukać zajęcia 
na prowincji. Kiedy zaś zastanawiałem się, w którą część 
Anglii wyjechać, wpadłem na pomysł, żeby znaleźć po- 
sadę zupełnie gdzie indziej, w innym kraju. Wybrałem 
Australię. 

Jana z niedowierzaniem potrząsnęła głową. 
-    W takim razie z nieba mi pan spada. 
-    Fakt, przyleciałem samolotem. 
-    Marzyłam o fachowej pomocy. 
-    Wiedziałem, że w końcu się doczekam i zostanę 

spełnionym marzeniem pięknej kobiety. 

Zaczerwieniła się. 
-    Jeśli mówi pan poważnie - zaczęła rzeczowym to- 

nem, by pokryć nagłe zmieszanie - to doceniam pańską 
propozycję i chętnie z niej skorzystam. Kiedy może pan 
zacząć? 

-    Od zaraz. - Widząc pełne zdumienia spojrzenie Jany, 

zmitygował się szybko i dodał: - To znaczy... może naj- 
pierw wezmę kąpiel. Od kilku dni jestem w drodze. Do 

R

 S

background image

miasta przyjechałem dzisiaj, kiedy w buszu zaczęło robić 
się gorąco. 

Jana skinęła głową. 
-    Dobrze. Na tyłach szpitala jest akurat wolne miesz- 

kanie. Może się pan tam rozgościć. Powiem tylko Becky, 
żeby wskazała panu drogę. Kiedy skończę dyżur, wszystko 
panu pokażę, zgoda? 

-    Jest pani wspaniała, doktor Reiss! 
 
Kiedy zamknęły się drzwi za ostatnim pacjentem, Jana 

westchnęła z ulgą i przetarła zmęczone oczy. Na dzisiaj 
koniec. Gdyby nie ten lekarz, którego na pocieszenie ze- 
słał jej chyba Święty Mikołaj, pewnie nie podołałaby 
wszystkim obowiązkom i szybko zabrakłoby jej sił. Cie- 
kawe tylko, jakiej klasy fachowcem okaże się ów gwiazd- 
kowy prezent, bo mężczyzną był dość przystojnym. 

„Gwiazdkowy prezent" czekał na nią cierpliwie w po- 

czekalni. Na jej widok wstał z miejsca, a wówczas Jana 
zrozumiała, że określenie „dość przystojny" to zaledwie 
żałosny eufemizm. Wcześniej, z kilkudniowym zarostem 
i ubrany byle jak, Ian prezentował się wprawdzie całkiem 
korzystnie, jednak teraz, ogolony i ubrany w czystą ko- 
szulę, wyglądał wprost olśniewająco. Sylwetkę miał smu- 
kłą, ramiona szerokie, twarz ujmującą i intrygującą. Jego 
lśniące włosy układały się w miękkie fale i nadawały ob- 
liczu młodzieńczego blasku. Gdyby nie to, że Jana miała 
swoje lata i sprecyzowane życiowe plany, natychmiast by 
się w nim zakochała. 

-    Jak się panu podoba pokój? - zagadnęła. - Może 

zechciałby pan pójść ze mną na obchód? 

R

 S

background image

Spojrzał na nią przyjaźnie. 
-    Dziękuję. Bardzo chętnie. 
Podeszli do drzwi, które nagle otworzyły się tuż przed 

nimi, i w progu ukazał się Barry, jej narzeczony. 

No tak... Jak mogła zapomnieć? W każdą środę jada 

kolację z nim i jego matką. Miała tyle pracy, że na śmierć 

0 tym zapomniała, a żadnemu z nich nie przyszło do gło- 

wy, że taki drobiazg, jak pożar lasu może zakłócić coty- 
godniowy rytuał. 

Pośpiesznie wytłumaczyła Barry'emu powody swego 

opóźnienia, a potem przedstawiła sobie obu panów, świa- 
doma tego, że porównuje ich mimo woli. Obaj byli wyso- 
cy, różnili się zaś przede wszystkim kolorem włosów i bu- 
dową ciała. Poza tym jej narzeczony miał w przeciwień- 
stwie do Anglika ciemne, poważne oczy. 

Zawsze poważne, przemknęło jej przez myśl. 
-    Miło mi pana poznać. - Barry uścisnął dłoń Iana. - 
I cieszę się, że może pan pomóc Janie. Ona za dużo pra- 

cuje, sam pan zresztą widzi. W tym tygodniu już dwa razy 
spóźniła się na lunch, a dziś pewnie od rana nie miała nic 
w ustach. 

-    To straszne - powiedział Ian, doskonale naśladując 

przejęty troską głos Barry'ego. - Zrobię wszystko, co 
w mojej mocy, żeby ta sytuacja się zmieniła - dorzucił 
z miną niewiniątka. 

-    Będziemy bardzo wdzięczni - odparł Barry, po czym 

zwrócił się do Jany: - Jesteś gotowa, kochanie? Mama 
kazała ci przypomnieć, że kolacja będzie gotowa za kwa- 
drans. 

-    Przykro mi, Barry. Powinnam była cię uprzedzić, że 

R

 S

background image

mam jeszcze dużo pracy, ale kompletnie o tym zapomnia- 
łam. Za godzinę zjeżdżają wozy strażackie, a ja obiecałam 
Charlie'emu Simpkinowi, że będę tu w razie potrzeby. 

-    Nie ma chyba żadnych ofiar? 
-    Nie, na szczęście nie było poważnych wypadków, ale 

po całym dniu gaszenia strażacy na pewno będą mieli 
zaprószone oczy i niewielkie oparzenia. 

-    A doktor Carisbrook nie mógłby cię zastąpić? 
-    Nie. - Jana zmierzyła Barry'ego lodowatym spojrze- 

niem. 

-    Ależ dlaczego? - wtrącił się Ian z niewinnym uśmie- 

chem. - Nie chciałbym, żeby przeze mnie nie mogła pani 
spędzić tego wieczoru w towarzystwie narzeczonego i je- 
go mamy. 

Jana zacisnęła usta ze złości. 
-    Nie ma mowy - powiedziała dobitnie. - Przykro mi, 

Barry, ale musisz przeprosić matkę w moim imieniu. Nie 
mogę przyjść. Nie zostawię wszystkiego w rękach czło- 
wieka, o którym... Przepraszam - zerknęła na Iana - chy- 
ba pan rozumie, że... 

-    Oczywiście - przerwał jej szybko. - Rozumiem. 

Barry skinął głową i bezradnie rozłożył ręce. 

-    W porządku, kochanie. Wygrałaś. Mama będzie za- 

wiedziona, ale trudno. I tak zobaczycie się w sobotę. 

-    W sobotę? 
-    W sobotę jest wigilia. - Barry uśmiechnął się czule. 

- Chyba nie zapomniałaś? 

-    Ja... nie, pewnie, że nie. Powiedz mamie, ze już nie 

mogę się doczekać - zapewniła szybko, jednak jej serce 
skurczyło się z niepokoju. Święta zawsze spędzała z ro- 

R

 S

background image

dziną, teraz zaś po raz pierwszy miało być inaczej. Zale- 
żało jej na Barrym i była niemal całkowicie pewna, że za 
niego wyjdzie, lecz myśl o tym, że miałaby spędzić z nim 
Święta Bożego Narodzenia, te oraz wszystkie kolejne, 
przeraziła ją nagle i napełniła trudną do wytłumaczenia 
niechęcią. 

-    Wychodzi pani za niego? - spytał Ian, gdy Barry 

wyszedł, by „mama nie musiała dłużej czekać". 

-    Najprawdopodobniej - odparła. - Jeśli tylko mi się 

oświadczy - dodała, a potem odwróciła się gwałtownie 
i powiedziała szybko, żeby zmienić temat: - Możemy za- 
cząć obchód? 

-    Co, u licha, pani w nim widzi? 

Spojrzała na niego lodowato. 

-    To nie pańska sprawa, doktorze Carisbrook. Bardzo 

doceniam pana pomoc, ale musimy sobie coś wyjaśnić: 
moje życie prywatne nie powinno pana interesować. 

Na chwilę zapadło kłopotliwe milczenie, wreszcie Ian 

odezwał się podejrzanie zgodnym głosem: 

-    Oczywiście. Jak sobie pani, życzy, pani doktor. 

R

 S

background image

 
 
 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Jeszcze zanim zakończyli obchód, Jana wiedziała już, 

że Święty Mikołaj nie sprezentował jej byle czego. Doktor 
Carisbrook okazał się znakomitym praktykiem i człowie- 
kiem obdarzonym zadziwiającą medyczną intuicją. Ze 
sposobu, w jaki rozmawiał z pacjentami, z pytań, które im 
zadawał, łatwo było rozpoznać lekarza o doskonałym 
przygotowaniu i rozległej wiedzy. Ten człowiek nie tylko 
mógł odciążyć ją w najprostszych, najbardziej rutyno- 
wych pracach - miał szansę zostać jej partnerem, prawą 
ręką. 

-    Możemy zjeść w kuchni - powiedziała, kiedy opu- 

ścili ostatni oddział. - Wprawdzie kolacja była dwie go- 
dziny temu, ale znajdziemy coś do kanapek. 

-    Jadła pani lunch? - zainteresował się Ian. 
-    Tak. 
-    Niech zgadnę. Kanapkę? 
-    Chyba tak. - Zmarszczyła czoło. - Nie pamiętam. 
-    A śniadanie? 
Pokręciła głową i uśmiechnęła się z zakłopotaniem. 
-    Nie zdążyłam. Poranny obchód... 
Weszli do pustej jadalni. Na jednym z ogromnych sto- 

łów leżał owinięty folią półmisek wędlin, ser, sałata 
i chleb - wszystko przygotowane już do śniadania. 

R

 S

background image

-    Jeżeli w tym szpitalu tak karmi się lekarzy, to ja 

rezygnuję z posady - powiedział Ian. - Mamy jeszcze coś 
do roboty? 

-    Wozy strażackie są już w drodze. Na pewno trzeba 

będzie opatrzyć kilku strażaków. Wczoraj zajęło mi to 
kilka godzin. 

-    W takim razie nie możemy wybrać się do pubu? 
-    Nawet nie ma mowy - odparła Jana z uśmiechem. 
-    Dobrze, poradzimy sobie inaczej. - Ian otworzył lo- 

dówkę. - Proszę, proszę... Parówki, bekon, pomidory, jaj- 
ka. Nie jest tak żłe. 

-    To dla pacjentów, na jutro - zaprotestowała Jana. 
-    O pacjentów niech się martwi personel kuchni - od- 

parł, zdejmując z haka dużą patelnię. - Przecież w pani 
rękach jest zdrowie tylu ludzi, doktor Reiss. Ich obowiąz- 
kiem jest troszczyć się o panią. Praca z pustym żołądkiem 
nikomu nie wyjdzie na dobre. 

-    Od dzisiaj mam pomocnika - przypomniała. - Moja 

ciągła obecność w szpitalu nie jest już niezbędna. 

-    Z tego wynika, że niezbędna jest obecność tego po- 

mocnika - odparował. - A on zamierza zjeść cztery pa- 
rówki, dwa jajka i tyle bekonu, ile zmieści mu się na 
talerzu. Jeżeli zaś pani zamierza poprzestać na skromnej 
kanapce, to już pani sprawa, doktor Reiss. 

 
Kolacja była wyśmienita i obfita. Jana nie zdawała so- 

bie nawet sprawy z tego, jaka była głodna. Odkąd wyje- 
chał doktor Howard, jadała w pośpiechu byle co, za- 
pomniała więc, jaką przyjemnością może być zwykła ko- 
lacja. 

R

 S

background image

-    Dlaczego zdecydował się pan wyjechać z Londynu? 

- spytała, popijając herbatę. - To bardzo odważny krok. 
Wyjechać w nieznane, bez pewności, że znajdzie się coś 
dla siebie... 

Ian milczał. Jana uznała już, że w ogóle nie ma zamiaru 

odpowiedzieć na jej pytanie, gdy wreszcie się odezwał: 

-    Nigdy nie chciałem pracować w Londynie. Musiałem 

tam mieszkać ze względu na rodziców, a właściwie ze wzglę- 
du na matkę. Zaraz po tym, jak skończyłem studia, umarł 
ojciec, ona zaś, jako osoba niepełnosprawna, była 
całkowicie 
od niego zależna. Po jego śmierci miałem dwa wyjścia: albo 
oddać ją do domu opieki i wyjechać, albo zostać z nią 
w Londynie. Bardzo ją kochałem - powiedział ze smutnym 
uśmiechem. - Zmarła trzy miesiące temu. 

Znów zapadło milczenie. Tym razem postanowiła prze- 

rwać je Jana. 

-    Więc wyruszył pan zwiedzić świat - powiedziała. 
-    I wyszumieć się - dorzucił, a w jego oku znów po- 

jawił się szelmowski błysk. 

-    Tak pan nazywa pracę w szpitalu? 
Nie odpowiedział na ten żart. Po chwili usłyszeli za 

oknem łoskot ciężkiego samochodu oraz zgrzyt żwiru na 
parkingu i oboje się domyślili, że to strażacy powrócili 
właśnie z akcji. 

-    Chodźmy, będziemy im potrzebni - powiedziała Jana. 

Spojrzała na stertę brudnych naczyń złożonych w zlewie 
i dodała z ciężkim westchnieniem: - Posprzątamy później. 

-    Nie - zaprotestował Ian. - Jest późno. Niech kuchar- 

ka pomyśli jutro, że w kuchni grasują myszy. Myszy, które 
do jedzenia używają sztućców. 

R

 S

background image

Roześmiała się cicho, a on popatrzył na nią z zacieka- 

wieniem. 

-    O, już lepiej - rzekł z zadowoleniem. - Nareszcie nie 

jest pani taka śmiertelnie poważna, doktor Reiss. Niech mi 
pani powie, czy życie naprawdę trzeba traktować tak serio? 

-    Nie rozumiem... co pan ma na myśli? - spytała nie- 

pewnie. 

-    Na przykład to. - Delikatnie dotknął jej włosów. - 

To uczesanie dodaje pani co najmniej dziesięć lat. 

Zanim zdążyła go powstrzymać, szybkim ruchem wyjął 

spinki podtrzymujące kok i gęsta fala kruczoczarnych 
włosów opadła na jej ramiona. 

Błyskawicznie zwinęła je wokół dłoni. 
-    Co... co pan zrobił? 
-    Nic strasznego. Niech je pani tak zostawi - powie- 

dział, patrząc na nią z zachwytem. - Koniecznie chce pani 
je spiąć? 

-    Lubię to uczesanie - odparła nienaturalnie szorstko, 

wyciągając dłoń po spinki. - Niech pan odda. 

Ian delikatnie rozluźnił jej palce, kurczowo zaciśnięte 

wokół zwiniętych włosów. Roześmiał się, widząc wście- 
kłość w jej oczach, ale posłusznie zwrócił spinki. 

-    Proszę. Ale niech pani pamięta, doktor Reiss, że w 

rozpuszczonych włosach jest pani... hm, bardziej seksy! 

Jana nie powiedziała ani słowa. Energicznie spięła wło- 

sy i czym prędzej wyszła z kuchni. 

 
Strażaków było więcej niż poprzedniej nocy. Ian naty- 

chmiast włożył fartuch i zajął się opatrywaniem poparzeń, 
podczas gdy Jana oglądała poważniejsze rany. I znów ude- 

R

 S

background image

rzył ją u niego ten sam co podczas obchodu spokój, połą- 
czony ze swobodą bycia, Ian rozmawiał ze strażakami, 
żartował z pielęgniarkami, one zaś najwyraźniej zadowo- 
lone były z jego obecności, gdyż co jakiś czas w gabinecie 
rozlegały się wybuchy śmiechu. 

Początkowo irytowało ją to, później jednak Jana poczu- 

ła, że i jej udziela się ogólna wesołość. Gdy zaś uświado- 
miła sobie po raz kolejny, jak wielką pomocą będzie dla 
niej doktor Carisbrook, całkiem się odprężyła. Miała za 
sobą kilka zarwanych nocy; teraz wreszcie będzie mogła 
je odespać. Minie kilka dni, a i ona będzie tryskać humo- 
rem niczym szczygieł na wiosnę. 

Miała nadzieję skończyć pracę przed dziewiątą, a po- 

tem wrócić do domu i odespać wreszcie wszystkie ostatnie 
dyżury, przeliczyła się jednak w swych rachubach. Oto 
wśród strażaków znalazł się Ron Harvey, właściciel sklepu 
z narzędziami. Tak jak wielu mieszkańców miasteczka 
zgłosił się do gaszenia ognia jako ochotnik. Miał już pra- 
wie sześćdziesiąt lat i w swoim życiu rzadko pracował 
fizycznie, więc mimo najlepszych chęci walka z żywiołem 
była dla niego zadaniem ponad siły. 

I rzeczywiście. Kiedy wszedł do sali, Jana zamarła na 

jego widok. Ron szedł powoli, niemal słaniając się na 
nogach. Twarz miał wykrzywioną bólem, dyszał ciężko, 
kiedy zaś opadł bezwładnie na krzesło, zaraz zamknął 
oczy, jakby chciał pogrążyć się w niebyt. 

-    Co się stało? - Jana natychmiast uklękła obok niego. 
-    Pachwina... - jęknął Ron. - Jest coraz gorzej... - 

Zacisnął zęby, przeszyty kolejnym atakiem bólu. 

Jana i jedna z pielęgniarek pomogły mu przejść do są- 

R

 S

background image

siedniego pokoju, po czym ułożyły go na leżance, Ian 
przyszedł za nimi, lecz odesłała go z powrotem, zapew- 
niając, że sama da sobie radę. 

Przyczynę bólu wykryła w ciągu kilku sekund. 
-    Od jak dawna cierpi pan na przepuklinę? - spytała 

cicho. 

-    Od jakichś trzech lat, o ile dobrze pamiętam. 

Skinęła głową. To było do przewidzenia. Ron niewiele 

się ruszał, dużo palił. Przepuklina daje o sobie znać po 

intensywnym wysiłku. Ron nie forsował się wcześniej, 
więc dopiero teraz ból stał się nie do zniesienia. 

Po godzinie wiadomo już było, że nie obejdzie się bez 

zabiegu, Ian i Jana szybko przygotowali salę operacyjną. 
Nie zamierzali czekać. Jelito mogłoby obumrzeć, a wtedy 
niezbędna byłaby resekcja. I tak Ron może dziękować 
Bogu (albo Świętemu Mikołajowi), że zesłał tu w kryty- 
cznym momencie doktora Carisbrooka, myślała. Gdyby 
nie on, nie mogłaby operować sama i pacjenta trzeba by 
było przewieźć do szpitala w Bairnsdale, a wtedy szansa 
uratowania jelita byłaby niewielka. Nie mówiąc już o tym, 
że wcale nie wiadomo, czy udałoby się bezpiecznie doje- 
chać do Bairnsdale. 

Jana milczała, myjąc ręce przed operacją. Rzadko ope- 

rowała. Zwykle wykonywała tylko znieczulenie, ogólne 
lub miejscowe, podczas gdy wszystkie ważniejsze czyn- 
ności zostawiał dla siebie doktor Howard. Mogłaby teraz 
powierzyć to zadanie łanowi, nie wiedziała jednak, czy 
ma on odpowiednie doświadczenie. 

-    Chce pani, abym operował? - spytał nagle, obserwu- 

jąc ją bacznie spod oka. 

R

 S

background image

-    Dziękuję. Poradzę sobie - odparła niepewnie. 
-    Robiłem to wiele razy, doktor Reiss. 

Jana odetchnęła z ulgą. 

-    Prawdę mówiąc... No dobrze, dziękuję. Ja wpraw- 

dzie... mogę operować, jeśli trzeba, ale nie mam jeszcze 
zbyt dużego doświadczenia. 

-    W tym szpitalu powinno się chyba zatrudnić dodat- 

kowego chirurga. 

-    Teraz i tak nie jest najgorzej - odparła cicho. - 

Wkrótce odejdzie doktor Howard i dopiero wtedy zaczną 
się kłopoty. Dobrze, że przynajmniej ja zostaję na stałe. 

-    Bo wychodzi pani za Barry'ego. 
-    Zgadza się. 
-    Ale jeszcze się pani nie oświadczył. 
-    Nie, ale oboje wiemy, że będziemy razem. Jesteśmy 

dla siebie stworzeni. 

-    Tak, rzeczywiście. -W jego głosie zabrzmiała leciut- 

ka drwina. 

Jana rzuciła mu zimne spojrzenie, po czym wydała 

polecenia instrumentariuszkom i zajęła się przygotowa- 
niem do podania narkozy. 

Ian przeprowadził operację bardzo sprawnie. Jana znów 

musiała przyznać w duchu, że choć bywa bezczelny 
i wścibski, to jako lekarz zasługuje na najwyższe uznanie. 

-    Teraz będzie się czuł o wiele lepiej - powiedział, 

kiedy było już po wszystkim. - Nie rozumiem, dlaczego 
wcześniej nic z tym nie zrobił? 

Jana uśmiechnęła się ze zrozumieniem. 
-    Bo rzadko mu to dokuczało. Ron spędza całe dnie, 

opierając się o ladę w swoim sklepie i zbierając okolicz- 

R

 S

background image

ne plotki. Do podnoszenia ciężkich skrzynek ma pomoc- 
nika. 

Upewnili się oboje, czy pacjent został właściwie wybu- 

dzony, później zaś, gdy pielęgniarki wywiozły Rona z sali, 
Jana zerknęła na zegarek. 

-    Już prawie północ. Pójdę się położyć, jeśli pan po- 

zwoli. I proszę mnie wezwać, gdybym była do czegoś 
potrzebna. 

-    Dziękuję, myślę, że wszystko będzie w porządku. 

Niech mi tylko pani powie, jak to się stało, że mieszkanie, 
w którym się zatrzymałem, jest wolne? 

-    Doktor Howard z niego zrezygnował. Wolał zamie- 

szkać dalej od szpitala - wyjaśniła. - Jego żonę denerwo- 
wało to, że ciągle wzywają go pielęgniarki. 

-    Aha, więc teraz wzywają panią, prawda? To trochę 

niesprawiedliwe. 

-    Może. Ale doktor Howard gotów jest wyjechać, jeśli 

nie pójdziemy mu na rękę. A wtedy byłby kłopot. 

Ian nie odezwał się już więcej. Spoglądał tylko w za- 

myśleniu na stojącą obok dziewczynę, gdy zaś ta postano- 
wiła wreszcie przerwać niezręczną ciszę i powiedziała 
„dobranoc", położył ciepłą dłoń na jej ramieniu i uścisnął 
je serdecznie. 

-    Dobranoc, Jano. Niech się pani wyśpi - powiedział, 

po czym zwolnił uścisk i odszedł. 

 
Pomimo zmęczenia sen długo nie chciał nadejść. Jana 

leżała z otwartymi oczami i rozważała w pamięci wszy- 
stkie sceny i epizody minionego dnia. To nie był zwykły 
dzień. Nigdy wcześniej nie spotkała nikogo takiego jak 

R

 S

background image

Ian. No właśnie - jakiego? Był opanowany i spokojny 
- inni też byli; doświadczony - spotkała wielu doświad- 
czonych lekarzy; wesoły - takich jeszcze więcej. 

Przystojny? Hm, a Barry? 
Niestety, w obecności Barry'ego nie ogarniało ją to 

dziwne, niepokojące, a jednak wcale nie nieprzyjemne 
ciepło. Podniecenie. Tak, podniecenie, była podniecona. 
Oczywiście, nie tak, żeby od razu... wiadomo co. 

Po prostu jej serce, dusza i ciało ożywiały się na jego 

widok. Gdy zaś Ian się odezwał, uśmiechnął, dotknął jej 
ramienia, czuła, że... że nie mogłaby się mu oprzeć. 

Przeciągnęła palcami wzdłuż kosmyka włosów, tak 

samo jak on zrobił to wcześniej. Nie bądź głupia, skar- 
ciła się w duchu. Zachowujesz się jak nastolatka. 

Westchnęła z udręką, po czym ześlizgnęła się z łóżka 

i podeszła do okna. W ciemnościach majaczyło pasmo 
gór. Światło księżyca ledwo przebijało przez gęstą smugę 
dymu. 

- Wychodzę za Barry'ego - powiedziała cicho do sie- 

bie. - Nie powinnam myśleć o nikim innym. Wychodzę 
za Barry'ego... 

Ależ to twoja ostatnia szansa, podpowiadał wewnętrzny 

głos. Kiedy zostaniesz jego żoną, nie będzie ci wolno 
nawet spojrzeć na Iana. 

Nie będę chciała tego robić, odpowiedziała sobie naty- 

chmiast. Będę żoną Barry'ego. 

Tak, tylko że bliskość Barry'ego nie przyprawia cię 

o dreszcz emocji, nie odbiera ci tchu, przekonywał uparcie 
natrętny głos z głębi serca. 

To prawda. A jednak Barry jest godny zaufania i odpo- 

R

 S

background image

wiedzialny. Tego oczekujemy od kogoś, z kim zamierza- 
my spędzić całe życie. 

I w istocie tego właśnie Jana spodziewała się po przy- 

szłym mężu - żeby w odpowiedzialny sposób zapewnił 
jej rodzinie godny byt. Zbyt dobrze pamiętała, jak jej 
ojciec bał się wierzycieli. Kiedy miała piętnaście lat i kie- 
dy jej rodzina, po trzeciej w ciągu zaledwie trzech miesię- 
cy przeprowadzce, została eksmitowana z kolejnego mie- 
szkania, postanowiła, że ona nie będzie żyć w ten sposób. 
Potrzebowała poczucia bezpieczeństwa, życiowej stabili- 
zacji. A Barry mógł jej to zapewnić. 

Spojrzała na fotografię z ostatniego balu, stojącą na 

stoliku obok nocnej lampki - ona uśmiecha się do obie- 
ktywu, a Barry patrzy na nią z czułością. Przycisnęła opra- 
wione w ramkę zdjęcie niczym talizman do piersi i wró- 
ciła do łóżka. Po chwili zapadła w sen. 

R

 S

background image

 
 
 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
O szóstej była już gotowa do pracy. Szpital prawie 

pękał w szwach. Upał sprawił, że wiele osób zasłabło, 
a przepełnione dymem powietrze spowodowało u innych 
dolegliwości związane z układem oddechowym. Najbar- 
dziej poszkodowani byli oczywiście staruszkowie i dzieci. 

Jana postanowiła rozpocząć dzień od wizyty na oddzia- 

le dziecięcym. Gdy jednak tylko otworzyła drzwi, stanęła 
w miejscu jak wryta. Przy łóżku małego chłopca siedział 
Ian, próbując namówić go do zjedzenia płatków na mleku. 
Na widok Jany uśmiechnął się, po czym znów zwrócił 
twarz do chłopca. 

-    Przyszła pani doktor - usłyszała. - No, zjedz coś, nie 

rób mi wstydu. 

Pokręciła głową z niedowierzaniem i rozejrzała się po 

sali, zazwyczaj cichej, teraz zaś wypełnionej radosnym 
gwarem. Poza chłopcem, którego osobiście namawiał do 
posiłku doktor Carisbrook, wszystkie pozostałe dzieci po- 
słusznie zjadały swoje porcje. 

-    Doktor obiecał, że jeśli zjedzą śniadanie, to przepisze 

im pani deser czekoladowy - wyjaśniła ze śmiechem dy- 
żurna pielęgniarka. - Dawno nie widziałam, żeby jadły 
z takim apetytem. 

Jana jeszcze raz spojrzała na Iana. Pomimo usilnych 

R

 S

background image

starań personelu, którego zadaniem było ułatwić dzieciom 
pobyt w szpitalu w czasie Bożego Narodzenia, nie zawsze 
udawało się je rozbawić. Tymczasem on dokonał tego 
w ciągu zaledwie kilku minut. 

-    Deser czekoladowy? 
-    Na drugie śniadanie. Doktor powiedział, że zapisze 

to pani w ich kartach. 

-    Aha. - Jana z trudem powstrzymała się od śmiechu. 

Podeszła do chłopca i odpięła kartę przyczepioną do jego 
łóżka. - Zmieniamy kurację, Bobby. Jedna porcja deseru 
czekoladowego doustnie - powiedziała poważnym tonem. 

Obchód trwał nadzwyczaj krótko. Kiedy opuścili salę, 

Jana zwróciła się do Iana: 

-    Mam nadzieję, że sprawdził pan, czy w kuchni mają 

deser czekoladowy. 

-    Nie mają - odparł. 
-    Nie? Jak pan mógł! - wykrzyknęła z oburzeniem. 
-    Spokojnie, doktor Reiss, u tego małego chłopca by- 

łem już w nocy. Bardzo się bał. Udało mi się go uspokoić, 
ale dopiero gdy zadzwoniłem do pobliskiej cukierni...        . 

Jana spojrzała wymownie na zegarek. Dochodziła siód- 

ma. Siódma rano! 

-    Była piąta trzydzieści - wyjaśnił, domyślając się, 

o co chce zapytać. 

-    Świetnie. Właściciel cukierni na pewno pomyślał, że 

nowemu lekarzowi zupełnie odbiło. 

-    Być może. W każdym razie tuż przed dziesiątą pan 

Lanzo osobiście dostarczy dwa duże pojemniki deseru 
czekoladowego z bitą śmietaną. Gratis. 

Jana zaniemówiła z wrażenia. Ten człowiek był na naj- 

R

 S

background image

lepszej drodze, aby zaprowadzić nowe porządki w jej szpi- 
talu. 

 
Ron Harvey powoli wracał do zdrowia, a jego jedynym 

zmartwieniem było to, kiedy opuści szpital. Znów chciał 
dołączyć do walczących z pożarem strażaków. 

-    Chyba pan żartuje - powiedziała surowo Jana. - 

Przez najbliższe kilka tygodni będzie pan mógł co najwy- 
żej opierać się na ladzie w swoim sklepie. 

Przez cały ranek świadoma była obecności Iana w są- 

siednim pomieszczeniu. Czasami prosił ją o konsultację 
przez interkom, gdyż nie znał niektórych nazw australij- 
skich leków. Jana po raz kolejny musiała przyznać, że jest 
naprawdę dobrym specjalistą, i zastanawiała się, jak ona 
sama radziłaby sobie w jego sytuacji. 

Kiedy później wychodziła z oddziału, zauważyła cu- 

kiernika Nicka Lanzo, rozmawiającego z Becky. Wzięła 
z recepcji kartę następnego pacjenta, po czym podeszła do 
nich z zaciekawieniem. Lanzo miał czterdzieści lat, był 
niewysoki i krępy. Mimo że od wielu lat mieszkał w Au- 
stralii, wciąż mówił z silnym włoskim akcentem. 

-    Dzień dobry, panie Lanzo - wyciągnęła do niego 

dłoń na powitanie - jesteśmy panu bardzo wdzięczni za 
deser. Przykro mi tylko, że doktor Carisbrook obudził pana 
tak rano. 

-    Nic nie szkodzi. Sophie i ja już nie spaliśmy - Lanzo 

uśmiechnął się w odpowiedzi. - Pani doktor, ja... skoro 
już tu jestem, chciałbym chwilę z panią porozmawiać. Czy 
można? - Spojrzał na nią, jak gdyby brakowało mu od- 
wagi. 

R

 S

background image

Jana obejrzała się przez ramię. W kolejce czekało jesz- 

cze trzech pacjentów. Potem spojrzała jeszcze raz na Nicka 
Lanzo, dostrzegła na jego czole kropelki potu, po czym 
odłożyła na bok trzymaną kartę i zaprosiła go do gabinetu. 

-    Co się stało? - spytała, gdy usiadł naprzeciw niej. 
-    Chodzi o Sophie. 
Jana skinęła głową. Znała żonę Nicka. Właściwie znali 

ich wszyscy w miasteczku. Choć sami nie mieli dzieci, 
zawsze chętnie angażowali się we wszelkie akcje dobro- 
czynne dla sierot, a ich humor i energia sprawiały, że byli 
powszechnie bardzo lubiani. 

-    Dawno jej nie widziałam - odezwała się. - Czy stało 

się coś złego? 

-    Widzi pani, matka Sophie zmarła na raka w wieku 

czterdziestu trzech lat - rzekł. - Sophie ma teraz czter- 
dzieści. .. - Ciężko usiadł na krześle i ukrył twarz w dło- 
niach. - Jest pewna, że ona też ma raka. 

Jana milczała, próbując przypomnieć sobie, kiedy 

ostatnio widziała Sophie Lanzo. 

-    Dlaczego tak uważa? - spytała wreszcie. 
-    Od paru miesięcy źle się czuje. Ma nudności. Kilka 

dni temu powiedziała, że wyczuła guz... Pokazała mi. Ja 
też go czułem. Jest bardzo duży. 

Zapadła cisza. Jana chciała powiedzieć coś, co mogłoby 

dodać mu otuchy, ale przez kilka sekund nie była w stanie 
wykrztusić ani słowa. 

-    Dlaczego sama do mnie nie przyszła? - spytała 

w końcu. 

-    Jej matka umierała powoli - odparł. - Przez ostatnie 

kilka tygodni była podłączona do kroplówki. Bardzo cier- 

R

 S

background image

piała, ale podtrzymywano ją przy życiu. Sophie... - Nic- 
kowi zadrżał głos - Sophie nie chce lekarzy. 

-    W takim razie dlaczego pan do mnie przyszedł? - 

spytała delikatnie. 

-    Obiecałem jej, że tego nie zrobię, ale dziś rano znowu 

miała atak bólu. Poza tym i tak musiałem przynieść ten 
deser, więc pomyślałem... - Spojrzał na Janę błagalnie. 
- Ona bardzo cierpi, pani doktor. Nie mogę już na to 
patrzeć. 

-    Bardzo ją pan kocha. 
-    Jest dla mnie wszystkim. Nie dorobiliśmy się dzieci, 

choć bardzo chcieliśmy je mieć. Bóg chciał inaczej i teraz 
mamy tylko siebie. Nie skarżymy się, ale... Po prostu nie 
mogę patrzeć, jak ona umiera. Patrzeć i nie robić nic. 

Jana podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. 
-    Ja też nie będę mogła nic zrobić, dopóki sama się do 

mnie nie zgłosi. Musi ją pan przekonać, a wtedy zrobimy 
wszystko, żeby jej pomóc. A może to wcale nie rak? Guzki 
mogą być różne, nie wszystkie trzeba traktować jak wyrok 
śmierci. 

-    Ona nie przyjdzie. - Nick pokręcił głową. - A mo- 

że... może pani doktor zajrzałaby do nas? Na przykład 
żeby... żeby podziękować za deser. Może wtedy Sophie 
zacznie mówić? 

-    Dobrze, przyjdę - uśmiechnęła się Jana. - Około 

wpół do drugiej, zgoda? 

Nick skwapliwie przytaknął, ona zaś uświadomiła sobie 

w tej samej chwili, że znowu nie zje lunchu z Barrym. 
Trudno. Będzie musiał przeżyć i to. 

R

 S

background image

Zaraz po dwunastej Jana zadzwoniła do Barry'ego. 
-    Czy w takim razie zobaczymy się wieczorem? - spy- 

tał, gdy poinformowała go o swej decyzji. 

Dlaczego nie, pomyślała. Dzięki pomocy Iana będzie 

mogła skończyć koło szóstej i wyjść na kilka godzin, za- 
nim zjadą strażacy. 

-    Ale nie u twojej matki, dobrze? - zaproponowała. 
-    Jasne. Musimy mieć wreszcie trochę czasu dla siebie 

- zgodził się łatwo. - Wpadnę po ciebie o szóstej. 

Jana odłożyła słuchawkę, po raz kolejny w ciągu ostat- 

niej doby zaniepokojona swoim brakiem entuzjazmu wo- 
bec perspektywy spotkania z narzeczonym. Prawdę mó- 
wiąc, wolałaby mieć te kilka godzin dla siebie. Posiedzieć 
w fotelu w samotności, zastanowić się raz jeszcze nad so- 
bą i swoim życiem - tego właśnie jej było trzeba. Z dru- 
giej jednak strony, nie mogła znowu zawieść Barry'ego. 
Zwłaszcza, że wkrótce miała zostać jego żoną. 

W takim to nastroju spotkał ją Ian, gdy szła do jadalni. 
-    Co się stało? - spytał od razu, widząc jej zafrasowane 

oblicze. 

Nie chciała, by się domyślił, że nurtują ją sprawy oso- 

biste, toteż opowiedziała mu o Sophie Lanzo. 

-    Zaraz muszę tam iść - dodała i przelotnie spojrzała 

na zegarek. - Wypiję tylko kawę i lecę. Umówiłam się na 
wpół do drugiej. 

-    Masz jakiś plan? - spytał, odsuwając jej krzesło. 
-    Żadnego. Nie mogę jej zmusić, aby zwróciła się do 

mnie o pomoc. Nawet nie mogę się przyznać, że Nick 
powiedział mi o jej chorobie. 

-    Masz więc nadzieję, że sama ci powie? 

R

 S

background image

-    Właśnie na to liczę. - Jana bez apetytu ugryzła kęs 

kanapki. - Boję się jednak, że jeśli nowotwór pojawił się 
dawno temu, może być za późno na operację. 

-    Może nie. 
-    Masz rację - uśmiechnęła się smutno - w takich 

wypadkach lepiej być optymistą. No nic, czas na mnie 
- powiedziała i podniosła się z miejsca. - Pogadamy, jak 
wrócę. 

Pół godziny później Jana zaparkowała samochód na 

tyłach cukierni, weszła po. schodkach do drzwi i nacisnęła 
dzwonek. 

-    Nick? Jesteś tam? - usłyszała ze środka kobiecy głos. 

Pytanie pozostało bez odpowiedzi i po chwili w drzwiach 

ukazała się Sophie Lanzo. Była to postawna kobieta, 

wyższa 
od swojego męża. Jasne włosy nosiła upięte w luźny kok. 

-    Dzień dobry. - Jana uśmiechnęła się do niej na po- 

witanie. 

Sophie starała się odpowiedzieć tym samym, ale kąci- 

ki jej ust drgnęły zaledwie, a w oczach odmalował się 
strach. 

-    Przyszłam podziękować za deser - wyjaśniła Jana. - 

I przeprosić za doktora Carisbrooka. Wyjątkowo wcześnie 
was dziś obudził. 

Sophie skinęła głową. Jana zauważyła, że przez cały 

czas trzyma dłoń na brzuchu, zasłoniętym luźnym fartu- 
chem. 

-    Cała przyjemność po naszej stronie. Cieszę się, że 

mogliśmy zrobić coś dla dzieci - odparła Sophie i nagle 
skrzywiła się z bólu. 

-    Co się pani stało? - spytała zaniepokojona Jana. 

R

 S

background image

-    Nic, nic... - Sophie próbowała przybrać obojętny 

wyraz twarzy. - To tylko zwykła niestrawność. 

-    Boże, to prawdziwy pech cierpieć na niestrawność 

przed samym Bożym Narodzeniem - rzekła Jana z uśmie- 
chem. - Czy przyjeżdża do was na święta ktoś z rodziny? 
- zagadnęła, licząc na to, że uda się namówić ją na roz- 
mowę. 

-    Nie, nie mamy żadnej rodziny w Carrabookna. Ro- 

dzina Nicka mieszka w Melbourne, ale i tak nie dojecha- 
liby tutaj przez te pożary. Będziemy sami. Wejdzie pani 
do środka? - spytała Sophie, w taki jednak sposób, że Jana 
nie miała wątpliwości, iż cierpiąca kobieta wolałaby zo- 
stać sama. 

-    Nie - westchnęła - mam jeszcze mnóstwo pracy 

w szpitalu. Lepiej już sobie pójdę. - Na chwilę zamilkła, 
jakby szukała właściwych słów. - A jeśli ta... niestraw- 
ność dokuczałaby pani bardziej, proszę się ze mną skon- 
taktować. Postaram się pani pomóc. 

-    Dziękuję, nie potrzebuję pomocy - ucięła Sophie i 

z mdłym uśmiechem zamknęła drzwi. 

 
-    I co? - spytał Ian, kiedy wróciła. 
-    Nic z tego. Nie pozwala się nawet do siebie zbliżyć. 
-    A czy widać, że jest chora? 
-    Hm... Prawdę mówiąc, nie wygląda na osobę wyni- 

szczoną przez raka. - Jana wzruszyła ramionami. - Tro- 
szkę zmieniła się na twarzy, ale w zasadzie to wszystko. 

-    W takim razie może to tylko zwykła cysta? 
-    Chciałabym, żeby tak było. Nick wspominał jednak, 

że Sophie ma nudności. A to nie idzie w parze z cystą. 

R

 S

background image

-    Nieprawda. Jeśli jest na tyle duża, żeby uciskać inne 

organy, może powodować i takie dolegliwości. 

-    Nick mówił, że ten stan trwa od kilku miesięcy. 

Umilkli. Każde z nich myślało o możliwych nastę- 
pstwach długo nie leczonego guza. 

-    Obawiam się, że nie możemy nic zrobić - powiedział 

wreszcie Ian. - Dopóki pacjent nie poprosi nas o pomoc, 
to nie nasza sprawa. 

 
Po południu w szpitalu panował niezwykły spokój, Ian 

przyjął kilku pacjentów, a Jana zajęła się od dawna odkła- 
daną papierkową robotą. Wciąż jednak wracała myślami 
do Sophie i zastanawiała się, w jaki sposób mogłaby jej 
pomóc. Niestety, nic sensownego nie przychodziło jej do 
głowy. 

O wpół do szóstej do jej gabinetu zajrzał Ian. 
-    Może miałabyś ochotę wybrać się na kolację? - za- 

proponował ostrożnie. - Dziś znowu ominął nas szpitalny 
posiłek. 

-    Przykro mi. Jestem umówiona z Barrym - odparła 

krótko. 

-    Rozumiem. W takim razie baw się dobrze. Jakoś so- 

bie poradzę. W kuchni znajdę na pewno trochę kanapek. 

-    Nie byłabym taka pewna. Po wczorajszej nocy ku- 

charka uznała pewnie, że w szpitalu grasują myszy, i scho- 
wała przed nimi jedzenie - zażartowała Jana. 

-    Tak sądzisz? - spytał zrezygnowany, otwierając sze- 

rzej drzwi. - Nie dość że samotny, to jeszcze głodny... 
Ech, ciężkie jest życie lekarza w Carrabookna. Cóż, ktoś 
musi cierpieć, by bawić mógł się ktoś. Idź dziewczyno, 

R

 S

background image

idź poszaleć ze swoim wspaniałym chłopakiem. A o mnie 
się nie martw - uśmiechnął się na pożegnanie. - Jeśli sy- 
tuacja będzie tragiczna, zawsze mogę zamówić deser u Ni- 
cka Lanzo. 

 
Barry jak zwykle czekał na nią przy wyjściu. Na jego 

widok Jana przyspieszyła kroku, pragnąc zagłuszyć wy- 
rzuty sumienia, jakie zawsze odczuwała na myśl, że na 
kilka godzin opuszcza szpital i swoich pacjentów. Po- 
za tym, gdyby miała być ze sobą szczera, to mając do 
wyboru wykwintną kolację w restauracji w towarzystwie 
Barry'ego albo deser czekoladowy w szpitalnym pokoiku 
z łanem... 

Nie, nie! 
To chyba jakiś zły duch podpowiada jej takie myśli! 
Nie może myśleć w ten sposób o lanie. W ogóle nie 

powinna o nim myśleć. Jej ojciec był zupełnie taki sam. 
Brał życie lekko i wesoło, nawet gdy rzucało mu kłody 
pod nogi. Nie przejmował się ani długami, ani tym że jego 
żona w wieku trzydziestu lat wyglądała z przepracowania 
jak staruszka, a dzieci często nie miały co jeść. 

Życie jest zbyt poważne, by traktować je jak zabawę, 

żart, przekonywała siebie, sadowiąc się w samochodzie 
obok Barry'ego. 

-    Jesteś zmęczona, kochanie? - spytał z troską w głosie. 
-    Tak, trochę. 
Chciała opowiedzieć mu o Nicku, o Sophie i wszy- 

stkich innych kłopotach, ale po chwili zastanowienia zre- 
zygnowała z tego zamiaru. Nawet gdyby wolno jej było 
rozmawiać z nim o pacjentach, na pewno szybko znudzi- 

R

 S

background image

łyby go te „szpitalne opowieści". Przyzwyczaiła się już, 
że kiedy byli razem, rozmawiali wyłącznie o nim. 
Barry uruchomił silnik i ruszył powoli sprzed szpitala. 

-    Jedźmy na plażę - zaproponowała nagle. Przez cały 

dzień uwięziona w dusznym pomieszczeniu, teraz zapra- 
gnęła odpocząć na świeżym powietrzu. 

-    Zamówiłem stolik w restauracji. - Barry spojrzał na 

nią zdumiony. - Nie możemy tak po prostu nie przyjść. 

-    Moglibyśmy odwołać rezerwację. Kupmy hambur- 

gery i zjedzmy je na plaży, dobrze? 

Barry potrząsnął głową z niedowierzaniem, zerkając na 

swoje idealnie wyprasowane spodnie, nieskazitelnie czy- 
stą koszulę i starannie wywiązany krawat. 

-    Nie jestem odpowiednio ubrany - zaprotestował. - 

Ty zresztą też. Słona woda zniszczy moje nowe buty. 

-    Możesz je zdjąć. 
-    Zdjąć? Wyglądałbym komicznie! - Skręcił w bok 

i po kilku minutach jazdy zatrzymał się przed budynkiem 
restauracji. - A poza tym jak możesz mieć ochotę na ham- 
burgery, kiedy zapraszam cię do francuskiej restauracji, 
gdzie podają gęsie wątróbki i najlepsze wino? 

Jana nie próbowała go więcej przekonywać. Westchnę- 

ła tylko, posłusznie wysiadła z samochodu i podążyła za 
Barrym, by pokosztować gęsich wątróbek, których szcze- 
rze nie znosiła. 

 
Dwie godziny później znów stali przed szpitalem. 
-    Za dwa dni wigilia, kochanie. - Barry pochylił się 

i delikatnie pocałował ją w czoło. - Zobaczymy się przed- 
tem? 

R

 S

background image

-    Raczej nie. Nie mogę zostawić Iana samego. To nie 

byłoby w porządku. 

-    Masz rację - zgodził się. - Powinniśmy być mu 

wdzięczni, że zechciał trochę cię odciążyć. Przekaż mu, 
że bardzo doceniam jego pomoc. 

-    Dobrze - odparła, obiecując sobie w duchu, że na 

pewno tego nie zrobi. Znała już Iana na tyle, że wiedziała, 
jak mógłby zareagować. - Dobranoc. - Pocałowała Bar- 
ry'ego na pożegnanie i weszła do szpitalnego budynku, 
doznając zaraz za progiem uczucia dziwnej ulgi. 

Szybko się zorientowała, że wróciła w sama porę - 

w poczekalni czekało już kilku strażaków, Ian pracował 
intensywnie w sali zabiegowej. 

-    Jadłeś coś? - spytała ze skruchą w głosie, dołączając 

do niego. 

-    Owszem, dzięki za troskę. 
-    Resztki deseru? 
-    Nie - odrzekł. - Zastałem jeszcze kucharkę, która 

zlitowała się nade mną i usmażyła mi omlet. 

-    Wybaczyła ci zabawę w myszy? 
-    Powiedziałem jej, że to był twój pomysł. 

Roześmiała się. 

-    Od kłamania będziesz miał nos jak Pinokio. 
-    A ty, dobrze się bawiłaś? Odetchnęłaś trochę świeżym 

powietrzem? 

-    Barry wolał kolację w restauracji. 
-    Siedzieliście w restauracji w taki wieczór? - Ian 

podniósł na nią wzrok. - Chyba zwariowaliście... Kiedy 
ostatnio zażywała pani ruchu na świeżym powietrzu, pani 
doktor? 

R

 S

background image

-    To nie pańska sprawa, doktorze. 
Pracowali zgodnie i sprawnie do końca wieczoru. Na 

szczęście tego dnia nie było poważnych przypadków. Stra- 
żacy, senni i znużeni, czekali po prostu na zwykłe opa- 
trunki. Nietrudno było jednak spostrzec, że gaszenie po- 
żaru wyczerpuje ich coraz bardziej. 

Dziwne, myślała Jana, to dzięki nim miasteczko było 

bezpieczne, lecz jednocześnie to poczucie bezpieczeństwa, 
w jakim żyli mieszkańcy Carrabookna, sprawiało, że nadlu- 
dzkie wysiłki tych dzielnych mężczyzn powszedniały i prze- 
stawały być w oczach ludzi czymś niezwykłym. 

Ostatnim pacjentem był Charlie Simpkin. Jana przed- 

stawiła mu Iana i obaj mężczyźni serdecznie uścisnęli so- 
bie dłonie. 

-    Mieszkańcy miasteczka są panu bardzo wdzięczni 
- rzekł Charlie. - Bardzo doceniamy pańską pomoc. Na- 

sza doktor Reiss pracuje tak ciężko. 

-    Skoro o tym mowa, panu też przydałaby się pomoc 
- wtrąciła Jana. - Musi się pan oszczędzać. 
-    Jutro spróbuję zwerbować do pomocy turystów. Moi 

ludzie są już wykończeni, a przecież robią to wszystko 
także dla przyjezdnych. 

-    Bardzo słusznie. Może uda się panu wreszcie trochę 

odpocząć. 

-    Odpocząć? Ależ doktor Reiss, zanudziłbym się na 

śmierć! 

 
O wpół do dziesiątej Jana i Ian byli wreszcie wolni. 
-    Naprawdę powinnaś wyjść na świeże powietrze - za- 

proponował. 

R

 S

background image

-    Nie ma mowy - sprzeciwiła się stanowczo. - W tej 

chwili marzę tylko o tym, żeby się położyć. 

-    Położysz się. Ale za godzinę. Teraz idziemy na spa- 

cer. Bez dyskusji. 

-    Nie możemy. Nie razem. 
-    Niby dlaczego? 
-    Gdyby któryś z pacjentów... 
-    Nie wykręcisz się - przerwał jej szybko. - Przed 

chwilą ustaliłem z pielęgniarką trasę naszego spaceru 
i obiecałem jej nie zbaczać z wytyczonego szlaku. Gdyby 
nas potrzebowała, przyśle karetkę. A teraz proszę robić to, 
co każe starszy lekarz, doktor Reiss. 

-    Tak jest, panie doktorze - odparła z uśmiechem, za- 

skoczona i zdziwiona tym, jak łatwo dała się przekonać. 

Szli w milczeniu. Ulice były opustoszałe. Wszyscy za- 

jęci byli ostatnimi przygotowaniami do świąt. 

Gdy Jana odważyła się podnieść głowę, spostrzegła, że 

Ian patrzy na nią przez cały czas. Szybko odwróciła wzrok, 
czując, że się czerwiem. 

-    Jutro wigilia - powiedziała, chcąc przerwać niezrę- 

czną ciszę. - Ale ten czas szybko płynie. Kiedy byłam 
mała, wydawało mi się, że na Boże Narodzenie trzeba 
czekać całe wieki. 

-    Ale warto było czekać. - Ian uśmiechnął się w za- 

myśleniu. - Choinka, prezenty, Święty Mikołaj... Szcze- 
rze mówiąc, Boże Narodzenie straciło dla mnie pewien 
magiczny urok, kiedy Mikołaj przestał mnie odwiedzać. 
Nie ma chyba w życiu dziecka nic bardziej emocjonują- 
cego niż zastanawianie się, co dostanie w prezencie. 

-    Albo czy w ogóle coś dostanie - dodała smutno Jana. 

R

 S

background image

- Święta w moim domu były trochę... nieprzewidywalne. 

My, dzieci, często byłyśmy zawiedzione. 

Na przykład wtedy, dodała w myślach, kiedy matka 

zaprowadziła ją i jej rodzeństwo na wigilijną kolacje orga- 
nizowaną przez miejscowy oddział opieki socjalnej. 

Nie chciała wracać do smutnych wspomnień. Schyliła 

się, zsunęła z nóg buty i zbiegła szybko nad brzeg wzbu- 
rzonego morza, Ian również zdjął buty, podwinął nogawki 
spodni i po chwili dołączył do niej, kroczącej boso po 
wilgotnym piasku, zalewanym raz po raz przez zimne, 
spienione fale. 

-    Uważaj na rozgwiazdy - ostrzegła go. 
-    A ty się ich nie boisz? 
-    Któregoś dnia przez przypadek złapałam jedną, kie- 

dy łowiłam ryby. Wpuściłam ją z powrotem do wody. Od 
tego czasu nie muszę się ich obawiać. 

Ian roześmiał się, chwycił jej rękę i zawołał głośno, 

wchodząc głębiej między fale. 

-    Hej, rozgwiazdy! Słyszycie? Jestem z nią! Mnie też 

nie ruszajcie! 

Jana roześmiała się i próbowała uwolnić rękę, ale Ian 

nie zwolnił uścisku. 

-    Łowisz ryby? - spytał, prowadząc ją wzdłuż brzegu. 
-    Kiedyś przychodziłam tu i zarzucałam wędkę. Jed- 

nak nigdy nie złowiłam niczego oprócz tej rozgwiazdy. 
Łowienie było chyba tylko pretekstem, żeby trochę tu 
posiedzieć. 

-    Nie robisz już tego, prawda? - spytał cicho. 
-    Nie, od jakiegoś czasu. 
-    Czy to przez Barry'ego? 

R

 S

background image

-    Może? On nie lubi plaży. 
-    Jana, powiedz mi szczerze, co cię w nim tak pociąga? 

Gwałtownie wyszarpnęła dłoń z uścisku i odeszła kilka 

kroków naprzód, nie zważając na to, że dół jej spódnicy 

zanurzony jest w wodzie. 

-    Gdybyś go kochała, wiedziałabyś, jak go bronić - 

stwierdził Ian. - Ten facet to napuszony nudziarz, a ty 
nawet nie możesz temu zaprzeczyć! 

-    Zaprzeczam! - wykrzyknęła, przyspieszając kroku. 

- Nic o nim nie wiesz! 

-    Wiem - Ian odparł spokojnie. - Zabrał cię do dusz- 

nej restauracji w fantastyczny, ciepły wieczór. I nie lubi 
plaży. Sama powiedz, czy pozwoliłby, aby piasek brudził 
mu stopy? Czy wszedłby do morza pełnego rozgwiazd za 
dziewczyną, którą kocha? 

Jana przystanęła, zastanawiając się nad tymi słowami. 

Rzeczywiście, Barry nie zdobyłby się na to nigdy w życiu. 
Starała się tego nie zauważać, ale w istocie drażnił ją ten 
jego poprawny i sztywny sposób bycia. 

-    Jana, przejrzyj wreszcie na oczy - mówił tymczasem 

Ian. - Przebudź się, ocknij. - Pochylił się, nabrał w dłoń 
wody i delikatnie polał nią jej kark. 

Zadrżała. Odwróciła się w jego stronę. 
-    Jak śmiesz?! - wykrzyknęła ze złością. - Zostaw 

mnie w spokoju! 

-    W spokoju? - droczył się. - Naprawdę będziesz spo- 

kojna, jeśli cię zostawię? 

Jana zaczerpnęła tchu i odważnie spojrzała mu 

w twarz. Kpił z niej w jawny sposób. Cofnęła stopę, wzię- 
ła mocny zamach i po chwili Ian ociekał wodą z góry na 

R

 S

background image

dół. Przerażona tym, co zrobiła, odsunęła się na wszelki 
wypadek, on jednak przetarł tylko twarz i wybuchnął 
gromkim śmiechem. 

-    Chcesz wojny? - spytał zaczepnie, zagradzając jej 

drogę. 

-    Przepuść mnie - zażądała stanowczo. - Jesteś dzie- 

cinny. Wracam do szpitala. 

-    Po tym, jak przemoczyłaś mnie do suchej nitki? Nie 

możesz mnie tak zostawić! - Delikatnie zdjął jej okulary 
i ostrożnie schował je do kieszeni przemoczonej koszuli. 
Później zaś, zanim Jana zdążyła zaprotestować, chwycił 
ją na ręce i ruszył z nią w stronę wzburzonych fal. 

-    Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła przerażona. - Puść 

mnie! 

-    Jak sobie pani doktor życzy! - Uniósł ją, stojąc już 

w wodzie po pas, po czym puścił w momencie, gdy nade- 
szła kolejna fala. 

Jana szybko wynurzyła się z wody i natychmiast za- 

niosła kaszlem. Mokre włosy przylgnęły jej do twarzy, do 
ubrania przyczepiły się wodorosty. 

-    Ty... ty...! - Zabrakło jej słów, więc po prostu rzu- 

ciła się nań z pięściami. 

-    Przecież sama chciałaś, żebym cię puścił! - powie- 

dział i w tej samej chwili poczuł, jak traci równowagę. 
Teraz on był cały oblepiony wodorostami. Zrobił groźną 
minę i chlapnął słoną wodą prosto w jej twarz. 

Tym razem Jana dała za wygraną. Wybuchnęła śmie- 

chem i podjęła zabawę, która z początku zdawała się jej 
dziecinna i prymitywna. Rozpryskiwała z zapałem kaska- 
dy wody, chcąc obronić się przed łanem, który zbliżał się 

R

 S

background image

do niej, parskając i chlapiąc, aż wreszcie chwycił ją wpół 
i objął mocno. 

-    Wystarczy... Poddaję się - wydyszał jej wprost do 

ucha. 

-    Tak? Nawet nie jest ci przykro! 
-    Ależ jest! Naprawdę jest mi bardzo przykro, że je- 

stem cały mokry. 

-    A ja? - spytała Jana z oburzeniem. 
Odsunął ją od siebie i popatrzył na jej smukłe ciało, 

wyraźnie rysujące się pod przemoczonym ubraniem. 

-    Nie - powiedział z przekonaniem. - Przykro mi, ale 

nie jest mi przykro, że ty jesteś mokra. 

Szarpnęła się, chcąc uwolnić się z jego uścisku. 
-    Ian, nie... 
-    Posłuchaj, Jana - rzekł łagodnie i przytrzymał ją 

mocno. - Jesteś zbyt wartościową kobietą, aby wiązać się 
z kimś takim, jak ten twój Barry. Spójrz na siebie! Czy 
sądzisz, że gdybyś była moją narzeczoną, zabierałbym cię 
na posiłek do zatłoczonej restauracji, jeśli nie widziałbym 
się z tobą przez kilka kolejnych dni? Ciekaw jestem, czy 
pocałował cię na dobranoc. Nie? No widzisz... Pewnie 
tylko cmoknął w czoło od niechcenia. A czy ty wiesz, 
czym może być prawdziwy pocałunek? 

Zamilkł, zniżył usta do jej warg, a przez ciało Jany 

przebiegł wówczas niepokojący dreszcz. Nie protesto- 
wała jednak. Nie protestowała, bowiem nigdy przed- 
tem nie czuła podobnego dreszczu podniecenia. Dotyk 
silnych, męskich dłoni na jej talii palił ją i oszałamiał. 
Gdy zaś Ian dotknął ustami jej warg, niemal straciła nad 
sobą    panowanie.      Poczuła,    jak    jej      napięte     
mięśnie 

R

 S

background image

rozluźniają się pod wpływem pieszczoty. Westchnęła, roz- 
chyliła usta... 

Wtedy jednak Ian oderwał wargi od jej ust, ujął twarz 

Jany w dłonie i cofnął się o krok. Chyba po raz pierwszy, 
odkąd go ujrzała, patrzył na nią z taką powagą. 

-    A teraz powtórz to, co powiedziałaś - polecił. 
-    Co... co takiego? 
-    Powtórz z czystym sumieniem, że naprawdę chcesz 

wyjść za Barry'ego Fitzsimmonsa. 

-    Nie... nie wiem... - Odepchnęła go lekko. - Proszę 

cię, nie chcę... Ja i Barry... jesteśmy zaręczeni. 

Ian zaśmiał się gorzko. 
-    Czy nie rozumiesz tego, co mówi ci twoje ciało? 
- Mocno przyciągnął ją do siebie. - Tylko posłuchaj! 
Kolejny pocałunek nie był czuły i delikatny jak pier- 

wszy. Wargi Iana pożądliwie objęły jej usta, a dłoń wślizg- 
nęła się pod bluzkę, wprawnie pieszcząc łaknące dotyku 
piersi. Naparł biodrami na jej biodra i mogła teraz poczuć, 
jak bardzo jest spragniony. 

I znów zakręciło się jej w głowie. Nawet nie wiedziała, 

kiedy Ian wyniósł ją z wody i ułożył na miękkim suchym 
piasku. Nie panowała już nad sobą. Jej ciało prężyło się 
z rozkoszy pod jego dotykiem i pragnęło tylko jednego 

- połączyć się czym prędzej z ciałem Iana. 
-    Pragniesz mnie, przyznaj - szepnął jej do ucha 

ochrypłym głosem. 

-    Ian... 
-    Tak? Powiedz, kochanie. 
Potrząsnęła głową, bezradna wobec własnej namięt- 

ności. 

R

 S

background image

-    Dobrze, chodźmy już - powiedział z żalem. - Nie 

chcę, żeby pielęgniarki zastały nas w takiej sytuacji. 

-    No jasne! - Jana roześmiała się nerwowo. 
-    W takim razie do wody! To, że mamy mokre ubrania, 

można wytłumaczyć tym, że w przypływie szalonego im- 
pulsu postanowiliśmy się wykąpać. Ale jak wytłumaczę 
to, że od stóp do głów jesteśmy oblepieni piaskiem? 

-    Do wody! - podchwyciła, a on pociągnął ją za rękę 

i pobiegli na spotkanie spienionych fal. 

 
W drodze powrotnej nie odzywali się do siebie. Jana 

była zbyt oszołomiona tym, co się zdarzyło; Ian zastana- 
wiał się, czy nie posunął się za daleko. 

-    Możemy wejść tylnymi drzwiami - odezwała się, 

kiedy dochodzili do szpitala. 

-    Oczywiście. Rozumiem, że pani doktor nie raz prze- 

mykała tędy po upojnych randkach z Barrym. 

Jana z trudem pohamowała śmiech. Gdyby Ian wie- 

dział, jak wyglądały te jej randki. 

-    Dobranoc - rzekła z powagą. - Wracam do siebie. 
-    Zaczekaj. - Przytrzymał jej rękę. - Wiesz, że nie 

zawsze musi być tak jak teraz? 

-    Owszem, musi - odparła z powagą. 
-    W porządku, doktor Reiss - westchnął, po czym de- 

likatnie uniósł jej podbródek i pocałował ją w usta. Po 
chwili wyjął z kieszeni oblepione piaskiem okulary i za- 
łożył je na czubek jej nosa. - To twoja osłona - powiedział 
łagodnie. - Pilnuj ich dobrze. 

R

 S

background image

 
 
 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Dwudziestego czwartego grudnia Jana obudziła się 

przed świtem i wpatrywała się tępo w powoli blednący 
mrok. Uczucia, które towarzyszyły jej, gdy zasypiała, po- 
wracały teraz ze zdwojoną siłą. To szaleństwo, myślała. 
Zakochała się w ciągu dwudziestu czterech godzin 
w mężczyźnie, o którym jeszcze kilka dni temu nie wie- 
działa, że istnieje! Zakochała się w nim i cały jej bezpie- 
czny, starannie poukładany świat legł w gruzach. 

A przecież Ian Carisbrook to zaledwie epizod w jej 

życiu, co do tego nie miała wątpliwości. Lada dzień 
wróci doktor Howard i Ian będzie mógł stąd wyjechać. 
Nic go tu nie trzyma. A ona? Ona zostanie sama, jak 
kiedyś... 

Ian był taki sam, jak jej ojciec. Miał to samo wesołe 

spojrzenie, ten sam wdzięk, fantazję, poczucie humoru. 
Kiedy widziała go po raz ostatni, była piętnastoletnią 
dziewczynką. Dowiedział się, że może zrobić „świetny 
interes" gdzieś na północy kraju i postanowił wyjechać, 
lecz ani matka, ani dzieci nie miały mu tego za złe. Do- 
piero potem, gdy nie dał więcej znaku życia, przekonały 
się, kim był w istocie - nieodpowiedzialnym lekkodu- 
chem, nigdy nie dorosłym chłopcem. 

Matce zależało na tym, aby Jana studiowała, wiedziała 

R

 S

background image

bowiem, że jako osoba wykształcona będzie bardziej 
niezależna i być może uniknie losu, jaki jej przypadł 
w udziale. I rzeczywiście - choć studia były ciężkie i Jana 
musiała chwytać się rozmaitych zajęć, aby zarobić na czes- 
ne, to teraz sama była w stanie pokryć koszty nauki swo- 
jego młodszego rodzeństwa, a matka, po raz pierwszy 
od dwudziestu lat, nie musiała już zarabiać na życie pra- 
niem. 

Janie dawało to ogromną satysfakcję i nie chciała, aby 

cokolwiek zmieniło się, gdy wyjdzie za mąż i będzie mu- 
siała na jakiś czas zostawić pracę, by zająć się wychowy- 
waniem dzieci. Wiele razy rozmawiała o tym z Barrym 
i wiedziała, że może na niego liczyć, jeśli chodzi o pomoc 
jej młodszemu rodzeństwu. Barry bardzo poważnie trakto- 
wał swoje zobowiązania finansowe. 

I gdy wszystko zmierzało bezpiecznym torem ku ry- 

chłemu małżeństwu, pojawił się Ian i wywrócił wszystko 
do góry nogami. 

Ian... Na samą myśl o jego gorących ustach, delikat- 

nym dotyku jego dłoni Jana poruszyła się niespokojnie. 
Zacisnęła wargi, a po jej policzku spłynęła łza. 

Czemu życie jest takie niesprawiedliwe? 
 
Tego ranka zmieniła plan porannego obchodu, by 

uniknąć 
spotkania z doktorem Carisbrookiem. Rozmowy z pacjenta- 
mi pozwoliły jej zapomnieć o porannych rozterkach, gdy 
więc później szła do swego gabinetu, jej myśli były całkowite 
zaprzątnięte ich, a nie własnymi problemami. 

Z zamyślenia wyrwał ją głos Iana. 
- Dzień dobry, pani doktor. - Zatrzymał ją w szpital- 

R

 S

background image

nym korytarzu. - Wysypała już pani piasek ze wszystkich 
kieszeni? 

Jana starała się na niego nie patrzeć. Wiedziała, że jeśli 

spojrzy mu w oczy, będzie zgubiona. 

-    Dzień dobry - odparła cicho. - Chciałabym cię prze- 

prosić za wczoraj... za moje zachowanie na plaży. Byłam 
przemęczona, a ty być może wyciągnąłeś mylne wnioski 
z tego, co zaszło. 

Dopiero teraz odważyła się podnieść głowę. Uśmiech, 

z którym Ian ją powitał, zniknął w jednej chwil z jego 
oblicza. 

-    Jana... - zaczął, lecz ona, widząc pielęgniarkę wy- 

chodzącą z oddziału dziecięcego, zawołała: 

-    Siostro, proszę poczekać! - po czym dodała, despe- 

racko szukając pretekstu do ucieczki: - Chcę się zapoznać 
z wynikami badań małego Bobby'ego. Mogłaby mi siostra 
je teraz pokazać? 

Pielęgniarka skinęła głową, Ian usunął się, aby przepu- 

ścić Janę. Uciekła, a on nie próbował jej zatrzymać. 

Dzień dłużył się w nieskończoność. Jana starała się za- 

pomnieć o obecności doktora Carisbrooka, ale było to nie- 
zwykle trudne, gdy z sąsiedniej sali nieustannie dochodził 
jego głos. Jakby tego było mało, kilka razy zadzwonił do 
niej z pytaniem o nazwę czy dawkowanie jakiegoś leku. 
Już sam jego głos w słuchawce przyprawiał ją o dreszcze 
i musiała naprawdę się zmuszać, by oficjalnym tonem 
udzielać mu wyczerpujących odpowiedzi. 

Było jej duszno, cały czas bolała ją głowa. Tłumaczyła 

sobie, że to z powodu upału, ale w głębi duszy wiedziała, 
że przyczyna tych przykrych doznań jest inna. 

R

 S

background image

Niemniej jednak skwar był niemiłosierny. Gdyby tylko 

mogła zakazać turystom przebywania na plaży przed 
czternastą, miałaby o połowę mniej pracy. Temperatura 
o dwunastej przekraczała czterdzieści stopni, a mimo to 
plaża była zatłoczona. W południe słońce paliło tak moc- 
no, że żadna ilość kremu ochronnego nie była w stanie 
zapobiec poważnym oparzeniom. 

Oboje mieli więc mnóstwo pracy, przez co w ogóle się 

nie widzieli. Wieczorem zaś zadzwonił Barry, ona zaś tym 
razem nad wyraz chętnie poszła z nim na wigilijną ko- 
lację. 

 
Przez cały wieczór była spięta i milcząca. 
-    Co się dzieje, kochanie? - zatroszczył się Barry, kie- 

dy skończyli posiłek. 

Popatrzyła na niego nieobecnym wzrokiem. 
-    Przepraszam - powiedziała, uświadamiając sobie, że 

w ogóle nie słuchała, o czym mówił. Zdaje się, że o ju- 
trzejszym świątecznym obiedzie w towarzystwie jego 
matki. - Jestem po prostu przemęczona. 

-    Czy ten nowy lekarz sobie nie radzi? 
Poruszyła się niespokojnie, jakby dotknęła ją ta uwaga. 
-    Nie można tak mówić. Jest tu dopiero od niedawna, 

a zna już prawie wszystkich pacjentów. Zresztą, nie zapo- 
minaj, że pracuje jako ochotnik. 

Barry pokiwał głową. 
-    Uważasz więc, że jest dobry? - spytał z rozmysłem. 
-    Bardzo dobry - odparła cicho. 
-    A co myślisz o tym, aby zarząd szpitala zapropono- 

wał mu etat? 

R

 S

background image

Jana otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. 
-    Etat? O czym ty mówisz? 
Pochylił się w jej kierunku, zadowolony, że nieco się 

ożywiła. 

-    Frank Howard zamierza odejść. Wszyscy wiedzą, że 

nie podchodził poważnie do swoich obowiązków. - Popa- 
trzył na nią z uznaniem i dodał: - W przeciwieństwie do 
ciebie, kochanie. 

Zlekceważyła te słowa. 
-    I co? - pytała dalej. 
-    Cóż... Mogę ci zdradzić, że prezes zarządu zastana- 

wiał się dzisiaj, czy nie powinniśmy zaoferować pracy 
temu młodemu człowiekowi. 

-    Och, Barry... - przerwała mu z pobłażliwym uśmie- 

chem. - Mówisz, jakbyś sam był staruszkiem, Ian Caris- 
bróok jest chyba starszy od ciebie. 

-    Widzisz... W moim przypadku liczy się nie wiek, ale 

doświadczenie i poważny stosunek do życia. 

Jana omal nie udusiła się ze śmiechu, ale dyplomaty- 

cznie udała atak kaszlu. 

-    No i co o tym myślisz? - nalegał tymczasem Barry. 

- Zarząd miałby satysfakcję, gdyby mógł wysłać Howar- 
dowi wymówienie. Howard był leniwy, niekompetentny 
i zarozumiały. Tolerowaliśmy go tylko dlatego, że nie było 
innego na jego miejsce. 

-    Skąd wiecie, że Carisbrook zechce tu zostać? 
-    Myślę, że powinniśmy go o to zapytać. Porozmawiaj 

z nim może. - Zawahał się przez chwilę. - Albo ja to 
zrobię, jeśli chcesz. Może lepiej będzie, kiedy usłyszy tę 
propozycję od członka zarządu. 

R

 S

background image

-    Nie, nie, sama to zrobię, skoro ci na tym zależy 

- rzekła pospiesznie i zaraz potem ogarnęło ją przeraże- 
nie. Jeżeli Ian się zgodzi... 

Nie, na pewno nie. Nie po to wyjechał z Londynu, aby 

osiedlić się w miejscu takim jak Carrabookna. 

A może właśnie po to? Kto go tam wie? 
Poczuła, że powoli wpada w panikę. W pierwszej 

chwili chciała powiedzieć Barry'emu, że ten człowiek 
jednak nie do końca sprawdza się w roli lekarza. Nie zro- 
biła tego jednak. Doskonale zdawała sobie sprawę, że 
miasteczko mogłoby wiele skorzystać na obecności Iana. 

A ona? Zostałaby żoną Barry'ego, ale musiałaby pra- 

cować z łanem. Patrzeć, jak zakochuje się w innej, żeni 
się z nią, niesie do chrztu swoje dzieci. Z inną... 

Przełknęła ślinę przez ściśnięte gardło i podniosła się 

z miejsca. 

-    Wybacz, Barry, muszę już wracać - powiedziała nie- 

pewnie. - Wiem, że dzisiaj wigilia, ale zaraz zjadą straża- 
cy. Ktoś musi mieć wigilijny dyżur. 

Barry nie protestował i szybko wyszli na zewnątrz. 

W oddali, za warstwą dymu, przez którą ledwo przebijało 
światło księżyca, majaczyły góry. 

-    Wiatr chyba zmieni kierunek... 
-    Oby. Strażacy są wykończeni - westchnęła Jana. - 

Nie chcę myśleć, jak będą wyglądały lasy, kiedy to wszy- 
stko się skończy. 

-    Pomyśl lepiej, ile na tym stracimy. Turyści przynoszą 

niezły dochód, ale ci, którzy zostali uwięzieni przez pożar, 
na pewno nie mają już pieniędzy, a inni prędko tu nie 
przyjadą. 

R

 S

background image

Pieniądze, pomyślała gorzko Jana. To było w tej chwili 

jedyne zmartwienie Barry'ego. W tej chwili? A może za- 
wsze taki był, tylko ona tego nie widziała? 

 
Godzinę później Jana w skupieniu wyjmowała niewiel- 

ki odłamek szkła z oka jednego ze strażaków. Natrętne 
myśli o Ianie i o Barrym odpłynęły w siną dal. 

Ech, kochana praca... 
-    Będzie pana bolało przez kilka dni - zwróciła się do 

strażaka. - Jutro nie powinien pan wyjeżdżać do pożaru. 

Rozejrzała się po sali. To był ostatni pacjent. 
-    A gdzie jest Charlie? - zaniepokoiła się nagle. Tego 

wieczoru komendant nie pojawił się w ogóle. 

-    Nie widziałem go - odparł mężczyzna. - Myślałem, 

że wrócił wcześniej. 

-    Gdyby przyjechał wcześniej, na pewno przyszedłby 

dowiedzieć się, czy wszystko w porządku - powiedziała 
Jana, po czym zwróciła się do pielęgniarki, siedzącej przy 
biurku: - Zadzwoń do niego. Trzeba to sprawdzić. 

Po chwili pielęgniarka połączyła się z domem Charlie'ego 

Simpkina i po krótkiej rozmowie odłożyła słuchawkę. 

-    Nie ma go w domu. Jego żona jest przerażona - po- 

wiedziała. - Myślała, że jest tutaj. 

W sali zaległa głucha cisza, Ian pierwszy otrząsnął się 

z szoku. Podszedł do biurka i sięgnął po telefon. 

-    Zadzwonię na policję. Mają łączność radiową z miej- 

scem pożaru. 

Policja też nic nie wiedziała o Simpkinie, ale obiecała 

go znaleźć i oddzwonić. Nikt ze strażaków nie opuścił 
szpitala. Wszyscy w napięciu czekali na wiadomość 

R

 S

background image

o swoim komendancie, wierząc, że po prostu zagubił się 
gdzieś w całym tym zamieszaniu. Może wrócił do bazy? 
A może wstąpił po prostu do pubu na piwo? Niezbyt to 
do niego podobne, ale w końcu mogło być i tak. 

I chyba tylko Jana zdawała sobie sprawę z prawdziwe- 

go niebezpieczeństwa. Od kilku dni oglądała jego posza- 
rzałą ze zmęczenia twarz i wiedziała, czym ryzykuje ten 
niemłody już mężczyzna. 

Wreszcie zadzwonił telefon, Ian podniósł słuchawkę. 

W milczeniu wysłuchał wiadomości, po czym zwrócił się 
do wszystkich: 

-    Nie ma go wśród ludzi z ekipy i na pewno nie wrócił 

do miasteczka. Policja sprawdziła wszystkie wozy. 

-    Chyba nie postanowił przejść przez przełęcz? - za- 

niepokoił się jeden ze strażaków. - Przy obiedzie mówił, 
że jeśli wiatr nie zmieni się do rana, będziemy musieli tam 
przenieść akcję. Chciał się dowiedzieć, czy da się tamtędy 
przejść. Trasa jest nieuczęszczana od lat. 

-    Myśli pan, że postanowił sam ją sprawdzić? 
-    Cholera, teraz obawiam się, że tak. Rano pożyczył 

samochód terenowy od Bruce'a Hogga. Mogę zadzwonić 
do niego i spytać, czy wrócił. 

W chwilę potem wiedzieli, że samochodu wciąż nie ma. 
-    Dzwonię na policję jeszcze raz - zdecydował Ian. 

- Muszą dokładnie to sprawdzić. My nie możemy na razie 
zrobić nic. A wy - zwrócił się do strażaków - idźcie na 
piwo, chłopaki. Nie ma sensu tu siedzieć. Zadzwonimy, 
gdy tylko czegoś się dowiemy. Wolałbym nie być w jego 
skórze, jeśli okaże się, że po prostu wybrał się na świąte- 
czne zakupy. 

R

 S

background image

Strażacy roześmiali się niewesoło i powoli opuścili 

szpital. Wiedzieli, że musiało stać się coś złego. Zbyt 
dobrze znali swojego komendanta. 

-    Powinnaś się położyć - powiedział Ian do Jany, gdy 

zostali sami. - Ledwie żyjesz. 

Pokręciła głową. 
-    I tak nie mogłabym zasnąć. - Spojrzała na niego 

niepewnie. Nie chciała po prostu iść spać, ale też nie mogła 
zostać z łanem w jednym pomieszczeniu. - Pójdę do swo- 
jego gabinetu - powiedziała. - Muszę zrobić porządek 
w dokumentach. 

-    Świetny sposób na spędzenie ostatniego wieczoru 

przed Bożym Narodzeniem - zakopać się w papierkowej 
robocie, czekając na złe wieści i skutecznie unikając swo- 
jego przyszłego męża. 

-    Przecież wcale nie zamierzam za ciebie wychodzić! 

- wykrzyknęła z oburzeniem. - Nawet cię nie znam! Je- 
steś śmieszny. 

-    Naprawdę? Ja też cię nie znam, ale wiem, co czułem 

wczoTaj wieczorem. - Położył dłonie na jej ramionach. - 
I to samo czuję teraz. Nie wiem, ile dokładnie masz lat, 
nie wiem, czy sypiasz w wałkach na głowie i czy jadasz 
szpinak, ale... - urwał na chwilę - ale wiem, że cię ko- 
cham. 

-    Co ty opowiadasz!? - wykrzyknęła. - Chyba jesteś 

szalony! 

-    Być może, ale mam oczy i umiem patrzeć. Widzę, 

co się dzieje między nami. 

-    Czyżby? Ciekawa jestem, ilu kobietom przede mną 

mówiłeś to samo? 

R

 S

background image

Ian spochmurniał. 
-    Posłuchaj, Jana, nie odpowiem ci wprost na to pyta- 

nie. Jeśli pytasz, czy jesteś pierwszą kobietą, na jaką kie- 
dykolwiek spojrzałem, odpowiadam, że mam trzydzieści 
lat, a ty zadajesz dziecinne pytania. Jeśli jednak prosisz, 
abym ci powiedział, że możesz mi zaufać, to odpowiem 
ci bardzo krótko: doskonale wiem, co czuję i co ci mogę 
zaoferować. Teraz wszystko zależy od tego, czy znajdziesz 
w sobie odwagę i uwierzysz, że coś takiego jak teraz nie 
zdarzyło mi się nigdy przedtem i już nigdy się nie zdarzy. 

Jana nie była w stanie wydusić ani słowa. Niezręczną 

ciszę przerwał dopiero Ian. 

-    Powiedz, co tak bardzo urzekło cię w Barrym? Na- 

prawdę go kochasz? Jeżeli z ręką na sercu powiesz mi, że 
tak, na zawsze wyniosę się z twego życia. 

-    On... troszczy się o mnie - odparła słabym głosem. 

- To prawda, żadne z nas nie wierzy w romantyczną mi- 
łość. Ona przynosi tylko rozczarowania. A na Barrym... 
po prostu zawsze mogę polegać. Będzie dobrym mężem, 
pomoże mi utrzymać moją rodzinę... 

-    Twoją rodzinę? 
-    Tak. Matkę, brata i siostry. 
-    Czy ja nie mógłbym tego robić? 
-    Nie wiem. - Gwałtownie wyszarpnęła się z jego ob- 

jęć. -Wiem, że póki żyję, muszę im pomagać. Mój ojciec 
odszedł dawno temu. - Westchnęła głęboko. - Kochał 
nas, oczywiście. Przynajmniej tak twierdził. Zawsze po- 
trafił nas rozbawić, często przytulał matkę... A mimo to 
nas opuścił. To właśnie była romantyczna miłość. 

-    I dlatego uznałaś, że w twoim życiu będzie inaczej? 

R

 S

background image

Wybuchnęła płaczem. 
-    Ian, nie wiem, co się ze mną dzieje... Nigdy jeszcze 

tak się nie czułam. - Odwróciła się do niego. - Wiem, że 
to samo przytrafiło się mojej matce. Dlatego nie chcę tego! 

-    Nie chcesz mnie? 
-    Nie.         
Umilkł. Przez chwilę patrzył na jej opuszczoną głowę. 

Wyciągnął dłoń i delikatnie dotknął jej włosów. 

-    Za kilka dni wróci doktor Howard i wtedy będę mógł 

zniknąć ci z oczu. Czy wtedy będziesz szczęśliwsza? 

Odsunęła się nieznacznie. 
-    Proszę cię, Ian... Nie wiem - odparła, łkając. Było 

jeszcze coś, o czym musiała mu powiedzieć. - Poza 
tym... nie musisz odchodzić. 

Spojrzał na nią pytająco. 
-    Zarząd chce zaproponować ci pracę - wyjaśniła 

szybko. - Howardowi kończy się kontrakt, więc potrzeb- 
ny będzie nowy lekarz. Poprosili, żebym ci o tym powie- 
działa. 

-    A więc chcesz, żebym został? 
-    Nie! 
Ian uśmiechnął się mimo woli. 
-    Wydaje mi się, że mógłbym być szczęśliwy w Cara- 

bookna. Uwielbiam morze i wolną przestrzeń. Wiesz do- 
brze, że nie potrafiłem odnaleźć się w dużym mieście. 
Poza tym świetnie mi się tu współpracuje z koleżanką po 
fachu. 

-    Jeżeli masz na myśli mnie, to się mylisz - wtrąciła 

pospiesznie. - Zbyt lekko podchodzisz do życia. A medy- 
cyna to nie zabawa. 

R

 S

background image

-    Czy to źle, że lubię się śmiać? Mógłbym cię wiele 

nauczyć. 

-    Nie chcę. 
-    A ja uważam, że to bardzo atrakcyjna propozycja. 
-    Nie chcę już o tym rozmawiać. - Podeszła do drzwi. 

- Będę w swoim gabinecie. 

 
Ze snu wyrwało ją pukanie do drzwi. Półprzytomnym 

wzrokiem spojrzała na zegarek. Druga w nocy. 

-    Proszę! - zawołała. 
Do gabinetu zajrzała pielęgniarka. 
-    Doktor Carisbrook panią wzywa. Znaleźli Charlie'e- 

go. Są w drodze. 

-    Co się stało? - Jana błyskawicznie zerwała się 

z miejsca. 

-    Dokładnie nie wiadomo. Znaleźli go półprzytomne- 

go na szlaku. Leżał obok samochodu. 

Pospiesznie przygotowali wszystkie narzędzia i apara- 

turę do reanimacji. Jana modliła się w duchu, aby ta ostat- 
nia nie okazała się potrzebna. W chwilę później nadjechała 
karetka. 

Charlie był przytomny, Ian obnażył jego ramię, szyb- 

kim ruchem rozrywając rękaw koszuli, a Jana zapytała od 
razu: 

-    Charlie, gdzie pana boli? 
-    Klatka piersiowa - wycedził z grymasem bólu na 

twarzy. - Czuję się, jakby ktoś mi ją miażdżył. 

Jana zaordynowała dawkę morfiny i zaczęła przygoto- 

wywać pacjenta do badania EKG. 

-    To serce? - spytał słabym głosem. 

R

 S

background image

-    Chyba tak. Zaraz damy panu coś, co przyniesie ulgę 

Potrząsnął głową, a po jego policzku spłynęła pojedyn- 
cza łza. 

-    Nie przyniesie, doktor Reiss. Ja... umieram. Czuję to. 
-    Wszystko będzie dobrze. Nie wolno się poddawać. 

Musi pan walczyć. 

-    Niech pani walczy za mnie. - Jego głos stał się da- 

leki, obcy. - Jestem już zmęczony. Bardzo zmęczony - 
powtórzył, po czym zamknął spokojnie oczy. 

-    Charlie! - krzyknęła rozdzierająco Jana. - Ian! On 

nam odpływa! 

Ian wypuścił z rąk kroplówkę i bez namysłu zabrał się 

do podłączania monitora. Jana rozpoczęła reanimację. 
Miarowo uderzała w klatkę piersiową Simpkina, próbując 
przywrócić akcję serca. Bez skutku. Nie chciało ruszyć ani 
na moment. Było głuche i martwe. 

Ian wstrzyknął choremu dożylnie dawkę adrenaliny 

i znów podjęli reanimację. Pot na twarzy Jany mieszał się 
ze łzami, modliła się o ratunek dla tego dzielnego czło- 
wieka, jednak po piętnastu minutach rozpaczliwych prób 
przywrócenia życia Charlie'emu Simpkinowi, musieli 
skapitulować. Szansy na ratunek już nie było. 

W tym czasie pojawiła się żona Charlie'ego. Szlochając 

z rozpaczy, stała teraz z boku, podtrzymywana przez córki. 

Ian położył rękę na dłoni Jany. 
-    Wystarczy - powiedział. - Pozwólmy mu odejść. 

Delikatnie dotknęła twarzy komendanta. 

-    Żegnaj, Charlie - szepnęła, po czym odwróciła się, 

aby przekazać tragiczną wiadomość jego rodzinie. 

R

 S

background image

Godzinę później, gdy odprowadziła już zrozpaczone 

kobiety do samochodu, a ciało Charlie'ego zostało wywie- 
zione do kostnicy, Jana wróciła do sali zabiegowej. Kiedy 
weszła do środka, Ian objął ją z czułością i pocałował 
lekko w czoło. Nie miała siły, aby protestować. 

-    Był moim przyjacielem - powiedziała, podnosząc 

głowę. 

-    Wiem. Ja rozmawiałem z nim tylko raz. Żałuję, że 

nie poznałem go bliżej. 

Były to proste, zwyczajne słowa, ale Jana doskonale 

wiedziała, co się za nimi kryje. Wiedziała także coś jeszcze 
- że z tym człowiekiem, z którym przed chwilą próbowa- 
ła ratować Charlie'ego Simpkina, mogłaby spędzić całe 
życie. 

R

 S

background image

 
 
 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Rano obudził ją dzwonek telefonu. 
-    Halo? - odezwała się zaspanym głosem. 
-    Wesołych świąt, kochanie! - Po drugiej stronie roz- 

legł się radosny głos Barry'ego. 

Boże Narodzenie? No tak! 
Zerknęła na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał ós- 

mą. Święta świętami, a ona miała przed sobą kolejny pra- 
cowity dzień... 

-    Jesteś tam, Jana? - Długa cisza wyraźnie zaniepokoi- 

ła Barry'ego. 

-    Tak, przepraszam. Mieliśmy okropną noc. Umarł 

Charlie Simpkin. 

-    Wiem - odparł poważnie Barry. - To wielka strata 

dla miasta. 

-    Będzie nam go brakowało - dodała cicho i usiadła 

na łóżku. - Muszę kończyć. Jeżeli mam zdążyć do was na 
obiad, powinnam za moment być w szpitalu. 

-    Wpadnę po ciebie o dwunastej. - W głosie Barry'e- 

go nie było już ani odrobiny smutku. - Wesołych świąt 
~ powtórzył i szybko się rozłączył 

Jana włożyła ciemną spódnicę za kolana i białą bluzkę. 

Gotowa do wyjścia, przejrzała się w lustrze. Czy tak bę- 
dzie wyglądać przez resztę życia? 

R

 S

background image

Sięgnęła po stojące na szafie pudło. Zdjęła wieczko 

i wyjęła purpurową suknię na cieniutkich ramiączkach, 
prezent od matki. Sukienka, dopasowana u góry, rozsze- 
rzała się od pasa. Obszyta była szeroką lamówką we wzór 
przedstawiający renifery, maleńkie Mikołaje i gałązki 
ostrokrzewu. Kiedy ją dostała, pomyślała, że matka chyba 
jest szalona. Włożyła tę sukienkę tylko raz, a zrobiła to po 
to, aby nie zranić uczuć rodzicielki. Potem schowała su- 
kienkę do pudełka i odstawiła na szafę. Teraz, pod wpły- 
wem dziwnego impulsu, zdjęła bluzkę i spódnicę i prze- 
brała się w tę niecodzienną kreację. 

Z odkrytymi ramionami czuła się nieswojo. Zdjęła oku- 

lary; właściwie potrzebowała ich tylko do czytania. Potem 
wyciągnęła z włosów wsuwki podtrzymujące kok. Czarne 
loki miękko opadły na ramiona. Ze zdumieniem popatrzy- 
ła w lustro - sukienka doskonale podkreślała jej zgrabną 
figurę. Włożyła białe sandały na niewielkim obcasie i wy- 
szła z mieszkania, zanim zdążyła zmienić zdanie co do 
swojego stroju. 

W szpitalu były już tłumy. Panował niezwykły, świąte- 

czny gwar. Wszędzie kręciły się rodziny odwiedzające 
pacjentów, jednak nigdzie nie mogła znaleźć Iana. Z bi- 
ciem serca otworzyła drzwi oddziału dziecięcego. Po- 
środku sali stała choinka, a chore dzieci, ich rodzice, ro- 
dzeństwo i liczni krewni bawili się jak na najlepszym 
przyjęciu. 

Z trudem przecisnęła się między łóżkami, a zanim do- 

szła do końca sali, miała już w rękach kilka paczuszek, 
które wręczyły jej dzieci w prezencie. Największą radość 
sprawiło jej jednak to, że podobała im się nowa sukienka. 

R

 S

background image

Niestety, tutaj też nie zastała Iana. Czyżby odszedł, 

poczuł się obrażony i odrzucony? Nie, to do niego niepo- 
dobne. Dlaczego wciąż porównuje go do swego ojca? Bo 
go kocha, tak jak kochała ojca? 

Tak, kocha Iana... Mój Boże, co to naprawdę znaczy? 
Przymknęła powieki. Była zmęczona tym wszystkim, 

co zdarzyło się przez ostatnie kilka dni, a wczorajsza 
śmierć Charlie'ego ostatecznie wytrąciła ją z równowagi. 
Sprawdzi jeszcze tylko pokój Bena McKenzie, a potem 
wróci do gabinetu i spróbuje jakoś dojść do siebie. 

Ben McKenzie był niezbyt sympatycznym staruszkiem, 

który powoli umierał na raka. Niezwykle energiczny 
i przekorny przez całe życie, teraz kategorycznie odma- 
wiał jakiejkolwiek współpracy. Podczas pobytu w szpitalu 
zasłynął tym, że potrafił rzucić pełnym talerzem w pielęg- 
niarkę, która przyniosła mu posiłek. Nie miał rodziny, 
więc teraz, niemal zupełnie pozbawiony kontaktów 
z ludźmi, zdziwaczał i stał się zgorzkniały. 

Jana z drżeniem serca nacisnęła klamkę. Przyzwyczaiła 

się już do jego uszczypliwych uwag, ale tym razem wolała 
uniknąć docinków. Muszę być pogodna, pomyślała. Nie 
mogę pozwolić, aby jeszcze bardziej popsuł mi humor. 
Lekko popchnęła drzwi i... zamarła. Przy łóżku Bena 
siedział Ian. 

-    Proszę, proszę. Oto nasza doktor Reiss - zwrócił się 

do staruszka. - Nareszcie! Myślę jednak, że powinniśmy 
wybaczyć jej spóźnienie. 

Ku zdumieniu Jany, na wargach Bena zaigrał życzliwy 

uśmiech. 

-    Wesołych świąt - wybąkała, patrząc na nowiutką 

R

 S

background image

szachownicę rozłożoną na jego łóżku. Obok leżał ozdobny 
papier i wstążka. - Czy nie przeszkadzam? 

-    Ależ skąd! - odparł Ian. - Spróbuj zagadać pana 

McKenzie, bo inaczej nie uda mi się wygrać tej partii. 

Staruszek roześmiał się głośno. 
-    Przyszła mu pani z odsieczą, doktor Reiss? 
-    Ani mi się śni! - odparła z naciskiem. - Doktor Ca- 

risbrook powinien dostać za swoje. Proszę go zmieść 
z szachownicy, panie McKenzie! - Odpięła kartę przypię- 
tą do łóżka. - Mógłbyś potem na to zerknąć? - spytała 
Iana. 

Skinął głową. 
-    Właściwie to rozmawialiśmy z panem McKenzie na 

temat zmiany lekarza - powiedział nieśmiało. 

-    Nie rozumiem... 
-    Ten młody człowiek chce, żebym mu pokazał, co to 

znaczy prawdziwa gra w szachy - pospieszył z wyjaśnie- 
niem McKenzie. - Jeśli to on by się mną opiekował, mo- 
glibyśmy w ogóle nie przerywać gry. Oczywiście, bardzo 
doceniam wszystko, co dla mnie zrobiłaś, dziewczyno 
- dodał. - Nie chciałbym zranić twoich uczuć. 

Jana nie wierzyła własnym uszom. Jeszcze wczoraj 

rano ten człowiek nazwał ją głupią gęsią. 

-    Czy to znaczy, że zdecydował się pan zostać w szpi- 

talu? - spytała, starając się zachować powagę. 

-    Tak, pani doktor. Rzeczywiście, postanowiłem zo- 

stać. Długo się nad tym zastanawiałem i doszedłem do 
wniosku, że to dla mnie idealne miejsce. 

Zapadła cisza. Po chwili staruszek odezwał się znowu: 
-    Uważaj, kolego - rzucił ostrzegawczym tonem. - 

R

 S

background image

Powiem ci coś, choć nie powinienem tego robić. Jeśli 

ruszysz tego pionka, będziesz skończony. 
Jana wycofała się dyskretnie. 

 
Po godzinie Ian przyszedł do jej gabinetu. 
-    Skończyłaś? - spytał niepewnie. - Przepraszam, 

strasznie mnie wciągnęła ta partia. 

-    Nie szkodzi. Cieszę się, że pan McKenzie wreszcie 

się uśmiecha. A tak na marginesie, jak wpadłeś na ten 
pomysł z szachami? 

-    Czary! - roześmiał się. - A tak naprawdę to zapyta- 

łem kilku starszych mieszkańców, czy nie wiedzą, co naj- 
bardziej interesuje Bena. Jeden ze strażaków powiedział 
mi, że jego ojciec często grywał z nim w szachy. 

-    Bardzo doceniam twoją troskę - rzekła cicho. - 

Sprawiał mi wiele kłopotu. 

-    Wiem. 
-    Dobrze sobie tu radzisz... 
-    Ale? 
-    Skąd wiesz, że będzie „ale"? 
-    Czuję. Widzę. 
-    No dobrze - westchnęła. -Ale nie możesz tu zostać. 
-    Mogę - odparł stanowczo. - Zarząd zaproponował 

mi posadę, a ja zamierzam ją przyjąć. 

-    Popełniasz błąd. 
-    Dlaczego? - Położył dłonie na jej odsłoniętych ra- 

mionach. - Ponieważ jesteś spięta w mojej obecności? - 
wyrzucał z siebie jednym tchem. - Bo nie potrafisz uda- 
wać obojętnej, kiedy jestem w pobliżu? Bo nie będziesz 
mogła wyjść za Barry'ego, jeśli zostanę? 

R

 S

background image

Gwałtownie odepchnęła jego ręce. 
-    Nie bądź śmieszny. - Odwróciła się, aby móc spoj- 

rzeć mu w oczy. - Oczywiście, że będę mogła za niego 
wyjść. Poza tym kto ci dał prawo, by mnie osądzać? 

-    Miłość. Kocham cię, Jana - odrzekł, nie zrażony. - Nie 

chcę być z tobą dlatego, że będziesz odpowiednią żoną, albo 
dlatego, że pieczesz doskonałe torty. Ani dlatego że... - za- 
wahał się - że jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykol- 
wiek spotkałem. Chcę być z tobą, bo chcę. Po prostu. 

-    Jesteś szalony. To w ogóle nie ma sensu. 
-    Ma - zaprzeczył łagodnie, biorąc ją w ramiona. 
I znów nie miała siły protestować. Zamknęła oczy 

w oczekiwaniu na pocałunek, gdy nagle z korytarza do- 
biegł głośny stukot kroków na posadzce i po chwili do 
gabinetu wszedł Barry. Jana zdążyła odskoczyć od Iana 
dosłownie w ostatniej chwili. 

-    O, tu jesteś! - ucieszył się, zaraz jednak spoważniał, 

patrząc na jej niezwykły strój. - Co ty masz na sobie, Jana? 

-    To moja świąteczna sukienka. - Uśmiechnęła się nie- 

pewnie. - Nie podoba ci się? 

-    Zbyt frywolna - orzekł krótko. - Kobieta na takim 

stanowisku nie powinna ubierać się w ten sposób. - 
Uśmiechnął się pobłażliwie. - Zresztą nieważne. Przecież 
są święta. - Pocałował ją w policzek. - Jesteś gotowa, ko- 
chanie? Mama nakrywa już do stołu. 

Jana rzuciła łanowi przelotne spojrzenie. 
-    Tak, już idę - odparła. 
-    To świetnie. Zbieraj się. Ja wpadnę jeszcze na oddział 

dziecięcy. Chcesz zobaczyć, jak bawię się w Świętego 
Mikołaja? 

R

 S

background image

Z zaniepokojeniem spojrzała na pudełko czekoladek, 

które Barry trzymał pod pachą. Dzieci od rana opychały 
się słodyczami. 

-    Barry, to chyba nie jest najlepszy pomysł - zaopo- 

nowała łagodnie. - Dzisiaj wszyscy przynoszą im cukierki 
i czekoladki Obawiam się, że następna porcja słodyczy 
mogłaby im zaszkodzić. Powinieneś podarować je komuś 
innemu. 

-    Komu? - spytał podejrzliwie. 
-    Na przykład starszym ludziom w domu opieki. - 

Ostrożnie wsunęła rękę pod jego ramię. - Wielu z nich nie 
ma nawet kto odwiedzić. Ucieszą się. 

-    No cóż... - westchnął. Niechętnie rezygnował z roli 

Świętego Mikołaja. - Skoro tak mówisz... - Wcisnął cze- 
koladki pielęgniarce. - Niech je pani tam zaniesie - po- 
wiedział znudzonym głosem, po czym zwrócił się do Iana: 
- Czy Jana mówiła już panu o naszej propozycji? 

-    Jeśli mówi pan o propozycji pracy, to tak, oczywi- 

ście. Bardzo dziękuję, jestem zainteresowany. 

-    Wspaniale! - Barry zatarł ręce z zadowoleniem. - 

A co pan robi teraz? Zamierza pan zjeść świąteczny obiad 
w szpitalu? 

-    Cóż, taki mój los. 
-    W takim razie zapraszam do siebie. Mama na pewno 

się ucieszy. Przyjdzie pan? 

Jana otworzyła usta, chcąc zaprotestować, ale Ian był 

szybszy. 

-    Dziękuję - powiedział - z największą przyjem- 

nością. 

R

 S

background image

Dla Jany był to najdłuższy obiad w życiu. Była potwor- 

nie spięta, a na dodatek było jej duszno, gdyż w salonie 
Fitzsimmorisów panował niemiłosierny zaduch - wszy- 
stkie okna szczelnie pozamykano w obawie przed dymem. 

-    Nie znoszę zapachu dymu - wyjaśniła pani Fitzsim- 

mons. - Jest dosłownie wszędzie. Nawet ubrania Barry'e- 
go są nim przesiąknięte. Poza tym, w mieszkaniu jest peł- 
no sadzy. 

Jana z rozrzewnieniem pomyślała o swojej matce, bra- 

cie i siostrach. Tam na stole stoi na pewno półmisek z mię- 
sem, prosta sałatka i lekki pudding, a w wiaderku mrozi 
się butelka szampana; tutaj - gorąca zupa, wytrawne sher- 
ry i gigantyczny indyk. Na szczęście dzięki temu, że Barry 
dużo mówił, sama mogła milczeć. Utkwiła wzrok w tale- 
rzu, starając się unikać spojrzenia rozbawionych, lekko 
kpiących oczu Iana. 

-    Czy coś się stało, kochanie? - zatroskał się Barry. 
- Mało jesz. Trzymasz miejsce na pudding? 
W tym momencie na stoi: wjechał ogromnych rozmia- 

rów deser. Jana pociągnęła niewielki łyk sherry i bohater- 
sko zabrała się do jedzenia. 

Gdy rozległ się dzwonek telefonu, a poproszony do 

aparatu Ian oznajmił, że zablokowała się kroplówka jed- 
nego z dzieci, w związku z czym musi wrócić do szpitala, 
zaproponowała natychmiast: 

-    Pójdę z tobą. 
-    Nie trzeba. To mój pacjent - odparł z uśmiechem. 
- Baw się dobrze. Jeśli będę cię potrzebował, dam ci znać. 
Czy jej się tylko zdawało, czy też powiedział to ze 

złośliwą satysfakcją? 

R

 S

background image

Po kolacji Barry zmywał naczynia, Jana wycierała je, 

a pani Fitzsimmons uważnie oglądała swoje drogocenne 
porcelanowe filiżanki, sprawdzając, czy któraś z nich nie 
została przypadkiem uszkodzona. 

-    Muszę się zdrzemnąć - oznajmiła wreszcie po skoń- 

czeniu pracy. — A wy powinniście się przejść, moje dzieci. 

-    Pójdziemy? - zwrócił się Barry do Jany. - A może 

wolisz zostać i posłuchać kolęd? 

O, nie! Jana nade wszystko pragnęła wyjść na świeże 

powietrze, jak najdalej z tego nudnego, zatęchłego salonu. 

Na zewnątrz wiał silny wiatr, a w powietrzu unosił się 

kurz. Słońce było całkowicie schowane za chmurami. Mi- 
mo to czuła się tu o niebo lepiej niż w strzeżonym przed 
zapachem dymu królestwie pani Fitzsimmons. 

-    Chyba będzie zmiana pogody - zagadnęła, patrząc 

w niebo. 

-    Kto wie? - Barry wzruszył ramionami. - Znając na- 

sze szczęście, wiatr z północy będzie wiał przez następne 
dwa tygodnie i w ten sposób nie zarobimy na turystach 
ani centa. To chyba najgorszy sezon. 

Jana skrzywiła się z niesmakiem. Dla Barry'ego na- 

prawdę liczą się tylko pieniądze. Jak dotąd tego nie do- 
strzegła? 

Weszli na keję, do której przycumowanych było kilka 

łódek. 

-    Nie dałem ci prezentu - powiedział. - Właściwie to 

pożar pokrzyżował moje plany. Zamierzałem poprosić cię 
o rękę i zaplanowałem już nawet wszystko, ale wtedy oka- 
zało się, że przez ten cholerny ogień nie mogę dostać się 
do Melbourne, żeby kupić ci pierścionek. 

R

 S

background image

-    Nie mogłeś się oświadczyć bez pierścionka? - spy- 

tała z uśmiechem niedowierzania. 

-    W żadnym wypadku! - oburzył się. - To byłoby nie- 

zgodne z moimi zasadami. 

Janę ogarnęła czarna rozpacz. Och, nie, czy on nie 

widzi, jak pogrąża się w jej oczach? Jeszcze trzy dni temu 
była pewna, że doskonale zaplanowała swoją przyszłość, 
teraz zaś targały nią nie dające się zbagatelizować wątpli- 
wości. Czy może wikłać się w pozbawiony namiętności 
związek z Barrym? Nie, oczywiście, że nie może! To by- 
łoby nieuczciwe wobec wszystkich. 

Delikatnie, najdelikatniej, jak tylko umiała, dała Bar- 

ry'emu do zrozumienia, że nie powinien niczego od niej 
oczekiwać 

Ku jej zaskoczeniu, przyjął to bardzo dobrze i nawet 

się nie zdziwił. Najwyraźniej nie zależało mu na niej tak 
bardzo. 

-    Widzisz? Dobrze, że nie kupiłem tego pierścionka 

- odezwał się praktycznym tonem. - Szkoda tylko, że ma- 
ma się zmartwi. 

-    Nie sądzę - odparła. - Wydaje mi się, że nie chcia- 

łaby, aby inna kobieta zamieszkała w jej domu. 

Barry pokiwał głową. 
-    Masz rację. Mimo to cieszę się, że ją mam. Gdyby 

nie ona, nie wiem, jak przyjąłbym twoją decyzję. 

-    Jak to? 
-    Cóż... Mężczyzna potrzebuje kobiety, żeby o niego 

dbała - wyjaśnił z powagą w głosie. - Muszę powiedzieć, 
że na razie mama świetnie sobie radzi. 

-    Jestem pewna, że będzie pełnić swoją funkcję jeszcze 

R

 S

background image

przez wiele lat - zapewniła go, tłumiąc śmiech. - Powiedz 
jej, że zawsze może liczyć na najlepszą opiekę medyczną. 
Z wdzięcznością uścisnął jej dłonie. 

-    Jakże się cieszę! - rzekł z entuzjazmem. -I chcę ci 

powiedzieć, że pomimo tego, że nie możemy być małżeń- 
stwem, zawsze będę cenił naszą znajomość na grancie 
zawodowym. 

Gdy wrócili, pani Fitzsimmons czekała już na nich na 

werandzie. 

-    Dzwonił doktor Carisbrook - zwróciła się do Jany. 

- Kazał ci przekazać, że jakaś Sophie Lanzo jest w cięż- 
kim stanie. Karetka wiezie ją do szpitala. Pytał, czy nie 
mogłabyś przyjść. 

R

 S

background image

 
 
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Gorączkowe myśli bezładnie kłębiły się w głowie Jany. 

Wiedziała, że bez względu na to, czy to rak, czy tylko 
cysta, u Sophie Lanzo konieczna będzie operacja. 

Tylko czy pacjentka zgodzi się na zabieg? 
Wysiadła z samochodu. Karetka przyjechała tuż przed 

nią. Ian otworzył tylne drzwi i pomógł umieścić nosze na 
wózku. 

Sophie zwijała się z bólu. Bezzwłocznie zawieziono ją 

do sali operacyjnej. Nick szedł obok. Pielęgniarka, widząc, 
że jest bliski załamania, zaprowadziła go do małego po- 
koiku, dała środki uspokajające i poczęstowała kawą. 

Ian przeciął przepaścisty fartuch Sophie, a wówczas 

oczom pary lekarzy ukazał się ogromny brzuch, skryty 
dotychczas pod fałdami materiału. 

Cysta? Rak? Jeśli już, to raczej... 
Nie, to niemożliwe. 
Ian przyłożył stetoskop do brzucha Sophie i przez chwilę 

nasłuchiwał. Zaraz jednak jego wargi rozciągnęły się w sze- 
rokim uśmiechu i bez słowa przekazał narzędzie Janie. 

I oto niemożliwe okazało się możliwe. Słuchała z nie- 

dowierzaniem, lecz faktom trudno było zaprzeczyć - So- 
phie wyglądała niczym ciężarna, a ze środka jej potężnego 
brzucha dochodziło rytmiczne pikanie malutkiego 
serduszka. 

R

 S

background image

-    Tak, to z całą pewnością nowotwór - odezwał się 

Ian, wciąż nie mogąc dojść do siebie. - Sophie ma naj- 
szybciej powiększający się guz na świecie: dziecko. 

Jana zamknęła oczy. Zmęczenie i przykre emocje na- 

gromadzone w ciągu ostatnich kilku dni opadły z niej 
w jednej chwili. 

-    Ona nie uwierzy. Ja nie mogę uwierzyć... 

Ian stanął obok ciężarnej i wziął ją za rękę. 

-    Sophie, leż spokojnie - rzekł łagodnie. - Nie masz 

żadnego raka. Jesteś po prostu w ciąży. Zaraz urodzisz. 

Zapadła cisza. Sophie płakała, Jana zaś, patrząc, jak Ian 

próbuje dodać jej otuchy przed porodem, pozbyła się naraz 
wszelkich wątpliwości, W ciągu zaledwie dwudziestu 
czterech godzin poznała cud śmierci i cud narodzin. I je- 
szcze jeden - cud miłości. 

-    Dziecko... - wyszeptała słabym głosem Sophie. - 

Przyprowadźcie Nicka. 

Potem zaczęły się gwałtowne skurcze i w ciągu kilku 

minut państwo Lanzo zostali rodzicami. Nick zjawił się 
w samą porę, aby zobaczyć, jak jego maleńka córeczka 
przychodzi na świat. 

-    Wciąż nie mogę w to uwierzyć - odezwała się Jana 

pół godziny później, gdy składała wraz z łanem narzędzia 
po zabiegu. - Jak to możliwe, że niczego się nie domyśli- 
ła? W jej wieku? 

-    Właśnie dlatego - odparł. - Po dwudziestu latach 

nieudanych prób nawet nie przyszło jej to do głowy. Bała 
się raka, więc na podstawie kilku charakterystycznych 
objawów sama postawiła diagnozę. Może myślała, że to 
jakaś opuchlizna? 

R

 S

background image

-    Opuchlizna! - Jana roześmiała się serdecznie. - Nig- 

dy takiej nie widziałam! 

-    Więc nie żałujesz, że ominęła cię popołudniowa her- 

batka? 

-    Daj spokój. Chyba przez tydzień nie wezmę nic do 

ust. Ale jeśli chodzi o ciebie, gorąco polecam zimnego 
indyka. Jestem pewna, że pani Fitzsimmons bardzo chęt- 
nie cię ugości. 

-    Wracasz tam jeszcze? - spytał poważnie, a ona po- 

kręciła głową. - Czy Barry ci się oświadczył? 

-    Sądziłeś, że to zrobi? 
-    To praktyczny człowiek. Mógł chcieć połączyć świą- 

teczny prezent z zaręczynami. 

Jana zagryzła wargi, tłumiąc śmiech. 
-    Nie dostałam żadnego prezentu - wyznała, udając 

zawiedzioną. - Pożary uniemożliwiły mu kupno pier- 
ścionka, więc nie mógł poprosić mnie o rękę. To byłoby 
niezgodne z jego zasadami. 

Ian spojrzał na nią podejrzliwie. 
-    Chyba żartujesz... 
-    Nie. 
-    Boże, ten facet to dureń. 

Nie odezwała się. 

-    Jana, nie możesz za niego wyjść. 
-    Wiem - przyznała szczerze, patrząc na zegarek. Do 

przyjazdu strażaków została jeszcze godzina. - Idę popły- 
wać - oznajmiła. - Zostaje pan sam, doktorze. 

 
Wiatr zmienił kierunek. Jana odczuła to zaraz po wyj- 

ściu ze szpitala. Upał ustąpił miejsca chłodnej bryzie 

R

 S

background image

i dym powoli przemieszczał się za miasto. Po raz pierwszy 
od dłuższego czasu mogła nabrać w płuca czystego, świe- 
żego powietrza. Wkrótce drogi znów staną się przejezdne 
i wszystko będzie tak jak przedtem, pomyślała. 

Tak jak przedtem? Nagle zdała sobie sprawę, że nic już 

nie będzie takie jak przedtem. W jej życiu zmieniło się 
bowiem wszystko. 

Plaża była pusta. Słońce chyliło się ku zachodowi. Jana 

zsunęła sukienkę i z rozkoszą zanurzyła się w chłodnej 
wodzie. 

Miała już wracać do brzegu, gdy nagle poczuła z prze- 

rażeniem, jak coś przepływa tuż pod nią. Obróciła się 
szybko na brzuch. Obok niej płynął Ian, rozradowany, że 
udało mu się ją zaskoczyć. 

-    Jesteś nieostrożna! - Roześmiał się. - Równie do- 

brze mógłbym być rekinem. 

-    Ale jesteś lekarzem, który lekceważy swoje obowiąz- 

ki - powiedziała surowo. - Kto zajmuje się chorymi? 

-    Powiedziałem pielęgniarkom, gdzie mogą nas znaleźć. 

Poza tym dowiedziałem się, że w razie potrzeby można po- 
życzyć megafon od trenera tutejszej drużyny koszykówki. 

Janie ścierpła skóra na samą myśl, że pielęgniarka mo- 

głaby nawoływać ich w ten sposób. 

-    W ogóle nie masz poczucia odpowiedzialności - 

mruknęła. 

-    Myślałem, że udowodniłem ci, że jest inaczej. - Pod- 

płynął bliżej. Teraz jego twarz znajdowała się zaledwie 
kilka centymetrów od jej twarzy. - Jestem bardzo odpo- 
wiedzialny. Potrafię zaopiekować się każdym. Nawet gro- 
madą zwierzaków. Pod warunkiem, że nie ma wśród nich 
kotów. Mam alergię na kocią sierść. 

R

 S

background image

Jana wybuchnęła śmiechem. Potem odwróciła się i po- 

płynęła w kierunku plaży. Była naprawdę szczęśliwa, Ian 
podążył za nią, doskonale dopasowując się do rytmu jej 
ruchów. W płytkiej wodzie wynurzyła się do połowy 
z wody, by po chwili poczuć na plecach szeroki tors Iana, 
a na talii jego silne dłonie. 

-    Czy to są oświadczyny? - spytała, udając zaskoczenie. 
-    Oczywiście. - Ostrożnie obrócił ją do siebie. 
-    A pierścionek? 
-    Potrzymaj to. - Wyciągnął spod wody ogromny wo- 

dorost, po czym wyrwał trzy cieniutkie łodyżki i związał 
je razem. Odwrócił się tyłem, aby nie widziała, co robi, 
a potem przyciągnął ją do siebie. - Proszę - rzekł z dumą. 

Na jego dłoni leżał pleciony pierścionek. Gruby i po- 

kryty mułem, ale jednak pierścionek. Wziął ją za rękę 
i wsunął go na jej serdeczny palec. 

-    Nie możesz mi zarzucić, że nie potrafię zachować się 

odpowiednio do sytuacji. Czy teraz wyjdziesz za mnie, 
Jana? 

Popatrzył jej prosto w oczy, a ona dostrzegła w nich 

miłość, dobro i ciepło. Znała go zaledwie kilka dni, lecz 
już wiedziała, że może być z nim przez resztę życia. 

Że to on jest jej życiem. 
-    Tak - szepnęła, a on wziął ją w ramiona i miękko 

pocałował jej usta. To zaś, co chciała jeszcze dodać, 
pozostało na zawsze niewypowiedziane. 

R

 S


Document Outline