background image

MARION LENNOX 

 
 
 

Jutro będzie piękny dzień 

 
 
 
 

A Child in Need 

 
 
 
 
 

Tłumaczyła: Jolanta Dobrowolska 

background image

PROLOG 

 
– Idealna Ŝona...?!? 
–  Nick,  spróbuj  to sobie  wyobrazić!  PrzecieŜ nawet  taki  twardziel  jak ty 

kiedyś o tym myślał. ZałóŜmy, Ŝe to konieczne, Ŝe od tego zaleŜy twoja kariera, 
jaką kobietę widziałbyś u swojego boku? 

Nick oparł się o kontuar i spojrzał z namysłem na kolegów. Jak w kaŜdy 

piątkowy  wieczór  prawnicy  z  kancelarii,  w  której  pracował,  przychodzili  do 
tego  baru  na  drinka.  Tym  razem  najwyraźniej  postanowili  zabawić  się  jego 
kosztem.  MałŜeństwo  było ostatnią  rzeczą,  o  jakiej  myślał,  a  oni dobrze o tym 
wiedzieli. Skoro jednak chcieli poŜartować... 

–  Dobrze,  zastanówmy  się...  –  zaczął  powoli.  –  Przede  wszystkim 

powinna  pragnąć  małŜeństwa  równie  gorąco,  jak  ja.  –  Usłyszał  wybuch 
gromkiego  śmiechu,  więc  rozochocony  ciągnął  dalej.  –  Musiałaby  być 
wyjątkowa. Wysoka, piękna i zgrabna, oczywiście. 

– No jasne – zgodzili się przyjaciele, przewracając oczami. – Blondynka o 

kocich ruchach. 

– Pewnie – przyznał Nick. – To wystarczające atuty kandydatki na Ŝonę. 
– Inteligentna? 
– Koniecznie! Powinna mieć takŜe jakiś konkretny zawód. 
Na  przykład  prawnik  albo  lekarz.  Chcę,  Ŝeby  miała  własne  Ŝycie  i  duŜo 

pieniędzy. Nie będę przecieŜ utrzymywał kobiety. 

– No wiesz, to nie w porządku, sporo zarabiasz! 
– I to lubię. Dobrobyt, kariera, podróŜe. Co więcej liczy się w Ŝyciu? 
– A co z dziećmi? – pytali dociekliwie. 
– Chyba Ŝartujecie! W Ŝadnym wypadku! 
– Podsumujmy – rzucił jeden z przyjaciół – wysoka, piękna, inteligentna, 

bogata, niezaleŜna, zimna jak lód. Czyli ktoś taki jak ty? 

–  Ja  jestem  zimny?  –  Nick  udawał  zaskoczenie,  choć  znał  odpowiedź. 

Oczywiście, Ŝe był zimny. Nicholas Daniels zachowywał emocje dla siebie. Nie 
angaŜował się. Nie po tym, co przeszedł. 

A  w  ogóle  cała  ta  rozmowa  była  śmieszna.  Dla  Nicka  małŜeństwo  nie 

wchodziło w grę. 

 
–  Mam  przeczucie,  Ŝe  to  wkrótce  nastąpi  –  Marg  popatrzyła  ciepło  na 

Shanni. – A moŜe John juŜ ci się oświadczył? 

–  Jeszcze  nie.  –  Shanni  McDonald  uśmiechnęła  się  i  wzruszyła  leciutko 

ramionami. 

Były  wyjątkowymi  partnerkami.  Shanni,  dwudziestosiedmioletnia 

kierowniczka przedszkola ciągle wyglądała na nastolatkę. Jej asystentka, Marg, 

background image

miała pięćdziesiąt lat. Mimo róŜnicy wieku świetnie się dogadywały. Był tylko 
jeden  minus  tego  układu.  Marg,  wykorzystując  pozycję  starszej  koleŜanki,  nie 
wahała się zadawać trudnych i kłopotliwych pytań. A Shanni nie wolno było ich 
ignorować. 

–  Zrobi  to  niedługo,  czuję  to.  A  ty  się  zgodzisz,  prawda?  Jest 

wymarzonym kandydatem dla ciebie. 

– Chyba tak. 
– PrzecieŜ zawsze tego chciałaś, czyŜ nie? – dociekała Marg. – Pamiętasz 

listę  swoich  wymagań?  John  spełnia  je  wszystkie.  Pochodzi  z  naszego 
miasteczka  i  chce  tu  zostać,  kocha  dzieci  i  zwierzęta  –  wyliczała  na  palcach  – 
jest rodzinny, uwielbia wieś, ma duŜą stajnię i dom, w którym pomieści się z pół 
tuzina dzieciaków. Jest więc idealny, spełnia wszystkie twoje warunki. 

– Chyba tak – odpowiedziała Shanni bez przekonania. Jednak Marg była 

czujna. 

– Więc co jest nie tak? 
Shanni bezradnie wzruszyła ramionami. 
– Nic, tak myślę... Kiedy się oświadczy, będę najszczęśliwszą dziewczyną 

na  świecie.  On  rzeczywiście  jest  idealnym  kandydatem  dla  mnie.  Gdzie 
mogłabym znaleźć lepszego partnera niŜ John? 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
–  Nie  chcę  zostać  urzędnikiem  magistratu  w  Bay  Beach,  nie  chciałem 

wyjeŜdŜać  z  Melbourne,  więc  co  tu  robię?  –  mruczał  zirytowany  Nick  za 
kierownicą  swego  luksusowego  samochodu.  Ale  doskonale  wiedział,  dlaczego 
zrezygnował z intratnej posady w Melbourne i zgodził się wyjechać na głęboką 
prowincję. 

Nick Daniels miał jedną, jedyną niepohamowaną ambicję – zostać sędzią 

Sądu  NajwyŜszego.  Kiedyś  było  to  duŜo  prostsze.  Teraz  obowiązywały  inne 
zasady.  PoniewaŜ  młodzi  prawnicy  nie  palili  się  do  obejmowania  posad  w 
prowincjonalnych  urzędach  miejskich,  władze  postawiły,  Ŝe  właśnie  taka 
praktyka będzie warunkiem ubiegania się o stanowisko sędziego. 

–  Jeśli  chcesz  otrzymać  dobre  stanowisko,  musisz  na  nie  cięŜko 

zapracować – usłyszał Nick od szefa izby prawniczej. 

–  Nie  ma  innej  drogi.  MoŜesz  objąć  posadę  w  lokalnym  magistracie  w 

Bay  Beach.  To  małe rybackie  miasteczko,  cztery  godziny  drogi od  Melbourne. 
Nie jesteś Ŝonaty, nie masz dzieci, więc nic cię tu nie trzyma. Pracuj tam cięŜko, 
chłopcze, i zobaczymy, co się da zrobić. 

– Jak długo? 
– Dwa lata. 
– Dwa lata!? 
–  Nigdy  nic  nie  wiadomo.  –  Abe  Barry  pykał  fajkę  i  obserwował 

młodszego kolegę z rosnącym rozbawieniem. Nick był zbyt inteligentny. JeŜeli 
nie odstawić go na bok, zostanie prezesem izby, zanim ktokolwiek się połapie, 
odsuwając  w  cień  jego  samego.  –  MoŜe  spodoba  ci  się  wiejska  idylla  i 
zapragniesz zostać lokalnym sędzią do końca Ŝycia. Kto wie? 

– Chyba kpisz! 
– Nie. – Stalowa nuta w głosie Barry’ego powiedziała Nickowi, Ŝe nie ma 

wyjścia.  –  Jest  tylko jedna droga,  Ŝeby  osiągnąć  to,  czego  pragniesz.  Masz  juŜ 
doświadczenie w pracy magistrackiej, znasz zasady. Teraz jedź na wieś i pokaŜ, 
co potrafisz. 

–  Co  potrafię...  –  na  wspomnienie  tych  słów  Nick  ścisnął  kierownicę 

małego sportowego auta tak mocno, Ŝe zbielały mu palce. 

Urząd  miejski  w  Bay  Beach.  Nieciekawa  nazwa  zwiastująca  nieciekawe 

Ŝ

ycie.  Koszmar.  Zamiast  duŜych  spraw  kryminalnych,  mandaty  za  złe 

parkowanie i grzywny za nielegalne wędkowanie. Bay Beach to nie metropolia. 
Niespełna tysiąc mieszkańców. Rybacy i farmy! Akurat znał się na tym! Farmy 
produkowały mleko, mięso i wełnę, którą eksportowano do Włoch, skąd wracała 
w  postaci  doskonale  skrojonych  garniturów  Nicka.  A  rybołówstwo...  dawało 
łososia  i  kawior.  Na  tym  kończyły  się  zainteresowania  Nicka  farmerstwem  i 

background image

rybołówstwem. 

Dwa  lata  w  prowincjonalnym  magistracie...  dwa  lata  czyśćca.  Rozejrzał 

się po okolicy. Bay Beach rozpościerało się przed nim w całej okazałości. Białe 
kamienne domki lśniły w porannym słońcu, a do zatoki wpływały właśnie kutry 
rybackie. 

–  Oszaleję  tutaj  –  powiedział  do  siebie.  Morskie  powietrze  owiewało 

ciepłem jego twarz, ale ledwo to zauwaŜał. Sól, fetor ryb i odór krów! Ludzie, 
do Ŝycia potrzeba mi zapachu spalin i wielkomiejskiego gwaru! 

Jeszcze  jeden  zakręt  i  zobaczył  stację  benzynową  u  wjazdu  do  miasta. 

Skręcił  wiedziony  nagłym  impulsem.  I  tak  musiał  zatankować,  a  dzięki  temu 
zyskiwał  kilka  minut,  zanim  wessie  go  potwór  prowincji.  Zatrzymał  się  przy 
jednym  z  dystrybutorów,  spojrzał  na  człowieka  tankującego  obok  i  jego  Ŝycie 
zmieniło się na zawsze. 

 
– Chcę do łazienki! 
Trzyletni  Hugh  wypowiedział  swoje  Ŝądanie  śmiertelnie  powaŜnym 

tonem.  Shanni  westchnęła  cięŜko  i  przewróciła  oczami.  Był  uroczy  piątkowy 
ranek, koniec tygodnia, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność. 

– Marg, moŜesz zabrać Hugh? – zapytała. 
–  Chodźmy,  Hugh  –  powiedziała  Marg  ze  spokojnym  uśmiechem.  – 

Musimy  się  pośpieszyć,  inaczej  nie  będziesz  wiedział,  jak  się  kończy  ta 
wspaniała historia. 

–  Pani  McDonald  zawsze  czyta  wspaniałe  historie  –  stwierdził  Hugh.  – 

Powiedziałem o tym mojemu tacie, a on zapytał, dlaczego takie fajne rzeczy nie 
zdarzają się w Ŝyciu? 

– Myślę, Ŝe wcale byś się nie ucieszył, gdybyś naprawdę spotkał piratów 

–  powiedziała  wesoło  Shanni.  –  Jak  myślicie  –  zwróciła  się  do  dzieci  –  czy 
podobałoby się wam, gdyby prawdziwi piraci wdarli się do nas przez okno? 

– Nieee! 
Shanni  nie  mogła  powstrzymać  leciutkiego  westchnienia.  MoŜe 

niekoniecznie  prawdziwy  pirat,  ale  ktokolwiek!  Czasami  Bay  Beach  było  tak 
spokojne!  Nie  mam  nic  przeciwko  jednemu,  niezbyt  groźnemu  piratowi, 
pomyślała. Johnie jest miły i łagodny, i tak przewidywalny jak krowy fryzyjskie, 
które  hoduje.  Wkrótce  zostaną  małŜeństwem,  była  pewna.  Wszystko  we 
właściwym  czasie.  John  odbierze  kolejną  wypłatę  z  mleczarni,  wtedy  będzie 
miał  dość  pieniędzy,  aby  wpłacić  zaliczkę  na  nowy  dom.  Wszystko  zgodnie  z 
planem. 

–  Jeden  jedyny  piracik  –  szepnęła  do  siebie  i  wróciła  do  czytania 

„Niegrzecznych uczynków psotnego Krzysia”. 

 
Nick przez chwilę wpatrywał się w młodego człowieka. Len Harris. Tak. 

background image

To on. 

Dzielił ich niecały metr. 
Dwa  tygodnie  temu  koleŜanka  Nicka,  Elisabeth,  występowała w  sprawie 

Lena  jako  obrońca  z  urzędu  i  zwróciła  się  do  Nicka  o  radę.  Chłopak  miał 
zaledwie szesnaście lat i po raz dziewiąty złamał prawo. Elizabeth zastanawiała 
się, jak odesłać go do więzienia, bo tylko przymusowe odosobnienie mogło go 
powstrzymać od popełniania dalszych przestępstw. 

–  Nie  masz  szans  –  powiedział  jej  wtedy  Nick,  przeglądając  akta  i 

zamykając  je  zdecydowanym  gestem.  –  To  beznadziejne.  Oszczędzaj  siły  dla 
lepszej sprawy. 

–  Nawet  nie  dojdzie  do  rozprawy  –  stwierdziła  Elisabeth  zniechęcona.  – 

Jestem pewna, Ŝe wypuszczą go za kaucją. 

I  pewnie  tak  się  stało.  Nick  widział  Lena  na  wstępnym  przesłuchaniu. 

Chłopak  sprawiał  wraŜenie  hardego  i  buntowniczego.  Teraz  teŜ  mierzył 
Nicholasa  wojowniczym  spojrzeniem.  Wpatrywał  się  w  niego  dłuŜszą  chwilę. 
Rozpoznał  mnie,  pomyślał  Nick,  gdy  chłopak  błyskawicznym  ruchem  odrzucił 
końcówkę dystrybutora i wskoczył do, kradzionego zapewne, mercedesa. Ruszył 
z piskiem opon, zostawiając za sobą swąd spalonej gumy. 

 
–  Harry,  nie  chcesz  słuchać  o  piratach?  –  Shanni  kolejny  raz  próbowała 

przyciągnąć  uwagę  chłopca.  Miał  prawie  cztery  lata,  jak  reszta  dzieci,  ale  był 
inny.  Dopiero  niedawno  przyszedł  do  przedszkola.  Mieszkał  w  domu  dziecka, 
bo matkę pozbawiono praw rodzicielskich. Malec doświadczył w swym krótkim 
Ŝ

yciu wiele złego. Był bity i poniŜany. 

– Nie musisz go przyjmować, jeśli masz jakieś obawy. To trudne dziecko 

–  usłyszała  Shanni  w  opiece  społecznej.  Ale  oczywiście  wzięła  chłopca.  Nie 
mogłaby postąpić inaczej. Harry zmiękczyłby najtwardsze serce. 

Wielkie  oczy  patrzyły  nieufnie,  a  gipsowy  opatrunek  na  nodze  sprawiał 

wraŜenie zbyt wielkiego cięŜaru dla tak kruchego ciałka. 

Chłopiec  nie  wyglądał  na  swój  wiek  i  nie  moŜna  było  nawiązać  z  nim 

kontaktu. Chował się pod stół i tam spędzał cały czas. Kiedy Shanni próbowała 
go  wyciągać,  kopał  i  wrzeszczał.  Uspokajał  się  dopiero,  gdy  pozwalano  mu 
wrócić  do kryjówki. Po  miesiącu  jego pobytu  w  przedszkolu, Shanni nadal  nie 
mogła  pochwalić  się  Ŝadnym  sukcesem  pedagogicznym.  WciąŜ  jednak 
próbowała. 

–  To  naprawdę  bardzo  ciekawa  ksiąŜka  –  przekonywała  malca,  ale 

wielkie  oczy,  smutno  patrzące  na  świat,  wycofały  się  w  cień.  Reszta  dzieci 
czekała cierpliwie. Shanni westchnęła i wróciła do lektury. 

 
–  Policja?  Mówi  Nick  Daniels,  jestem  nowym  sędzią  magistratu.  –  Nick 

siedział juŜ za kierownicą i rozmawiał przez telefon komórkowy. – Nastolatek w 

background image

szarym  mercedesie  wjeŜdŜa  do  miasta  od  południa.  Ma  szesnaście  lat,  jest  na 
zwolnieniu  za  kaucją.  To  nieobliczalny  szczeniak.  Poznał  mnie  i  myśli,  Ŝe  go 
ś

cigam. Skręca w stronę wybrzeŜa. Nie...! 

 
Shanni czytała: 
Podniósł  szablę  i  wymachiwał  nią  nad  głową.  „Oddajcie  mi  wszystkie 

moje  skarby”  –  krzyczał  i  panna  Mary  zesztywniała.  „Nie  jesteś  zbyt 
kulturalnym  piratem.  Czy  mamusia  nie  nauczyła  cię  mówić  słowa  proszę?”  – 
Niegrzeczny Krzyś zezłościł się i jeszcze energiczniej wywijał szablą. 

Nagle  rozległ  się  ogłuszający  huk  i  wielki  szary  mercedes  przebił 

ogrodzenie przedszkola. KsiąŜka zsunęła się z kolan Shanni i upadła na podłogę, 
a maska samochodu zatrzymała się kilka centymetrów przed oknem budynku. 

 
–  Miał  wypadek  –  Nick  na  bieŜąco  relacjonował  policji,  co  się  dzieje.  – 

Dobry  BoŜe,  to  przedszkole.  ZjeŜdŜam  na  bok.  Trzymajcie  się  z  dala  i  nie 
dopuszczajcie radiowozów zbyt blisko. Jego stać na wszystko. 

Jeszcze nie skończył, gdy juŜ rozległ się dźwięk syren policyjnych. Nick 

zesztywniał. Wystraszony Len w rozbitym samochodzie na pewno teŜ je słyszał. 
Co  zrobi,  kiedy  wyjdzie  z  auta?  I  nagle  Nick  zrozumiał.  Zjechał  na  bok, 
wyskoczył z samochodu i zaczął biec najszybciej, jak potrafił. 

 
–  Dzieci,  nie  ruszajcie  się.  Marg,  zostań  z  nimi  –  Shanni  wydawała 

komendy spokojnym głosem. – Zadzwonię po pogotowie i policję. 

Widziała  dym  wydobywający  się  spod  maski  samochodu.  Jeśli  kierowca 

został  uwięziony...  Ruszyła  w  stronę  drzwi  i  po  chwili  zamarła.  Z  wraku 
wydostawał  się  młody  chłopak.  Wyglądał  na  piętnaście  lat,  niezbyt  wysoki,  w 
wiatrówce  i  dŜinsach.  Długie  jasne  włosy  opadały  mu  na  oczy.  Miał  rany  na 
czole,  krwawił.  Zachwiał  się,  szedł  z  trudem.  Shanni  otworzyła  drzwi  i  wtedy 
zobaczyła, co trzymał w ręku. Spojrzał na nią. Uniósł dłoń. Mierzył prosto w jej 
serce. 

– Co... – zaczęła zdumiona. 
–  Nie  ruszaj  się,  nie  rób  nic  głupiego  –  usłyszała.  Ale  to  nie  chłopiec 

wypowiedział  te  słowa.  Głos  był  męski,  twardy  i  władczy.  Shanni 
znieruchomiała z ręką na klamce. Obok rozbitego samochodu zobaczyła obcego 
męŜczyznę.  Miał  około  trzydziestu  lat.  Nienagannie  ubrany  prezentował 
wyrafinowany  wielkomiejski  szyk.  ZmruŜone  ciemnobrązowe  oczy,  oliwkowa 
cera i kruczoczarne włosy zaczesane do tyłu. Przystojny i męski. Bardzo męski. 
Wyglądał jak człowiek nawykły do władzy i rozkazywania. 

 
– Len, nie rób głupstw, jesteś ranny. OdłóŜ broń. Chłopak wypręŜył się i 

przyjął postawę pełną buty, ale Shanni wyczuwała jego strach. 

background image

–  Chcecie,  Ŝebym  odszedł.  Ty  i  ten  głupi  prawnik.  Nie  ma  szans.  Nie 

ruszę się stąd. – Pomachał bronią w jej kierunku i ręka mu zadrŜała. – Właź do 
ś

rodka. – Potem machnął na Nicka. – Ty teŜ. Spróbuj czegokolwiek, a paniusia 

oberwie. 

Cały  czas  mierzył  prosto  w  Shanni.  Nie  mogli  nic  zrobić.  Posłusznie 

weszli do budynku. 

 
Teraz  w  przedszkolu  znajdowała  się  gromadka  przeraŜonych  maluchów, 

jedna asystentka o wytrzeszczonych ze strachu oczach, Len, Shanni i Nick. 

–  Rzędem...  rzędem  pod  ścianę  –  głos  Lena  brzmiał  desperacko  i 

niepewnie. – Wszyscy. 

Dźwięk syren był coraz bliŜszy. 
– Dzieci zostaną na podłodze – powiedziała Shanni tonem, który zwrócił 

uwagę Nicka, poniewaŜ nie było w nim cienia histerii. 

Zaintrygowany  przyjrzał  się  dziewczynie  uwaŜnie.  Drobna,  znacznie 

niŜsza od niego, niebieskooka i piegowata. SpręŜyste loki blond włosów opadały 
jej na ramiona. Miała na sobie dŜinsy i męską koszulę, za duŜą o dwa numery i 
wymazaną  farbami.  Wyglądała  na  szesnaście  lat,  ale  jej  głos  był  władczy  i 
pewny, jak u doświadczonego pedagoga. 

–  Usiądziemy  z  dziećmi  na  podłodze  –  powiedziała  do  Lena.  –  Wtedy 

będziesz mógł mieć nas na muszce, a dzieci nie będą się bały. 

Len wziął głośny wdech. Sam był właściwie dzieckiem. 
– Zgo... da – powiedział z wahaniem. Broń w jego ręce poruszyła się. 
Syreny na zewnątrz umilkły. Usłyszeli donośny tupot biegnących ludzi. 
–  Ty...  –  skierował  broń  w  stronę  Nicka  –  wyjdź  przed  drzwi  i  powiedz 

im... 

– Co mam powiedzieć? – Nick starał się mówić spokojnie, choć naprawdę 

nie  był  spokojny.  PrzeraŜone  maluchy,  nabita  broń,  zdeterminowany 
przestępca... Co za koszmar! 

– Powiedz, Ŝeby nie wchodzili, bo kogoś zabiję. 
– Idę. – Nick zrobił krok w stronę drzwi. 
– Nie – Len był tak wystraszony, Ŝe zmienił zdanie. 
–  Muszę  wyjść,  jeśli  chcesz,  Ŝebym  szybko  przekazał  wiadomość  – 

powiedział Nick łagodnie. – Stąd nic nie załatwię. 

– Jeśli wejdą, zacznę zabijać dzieci! 
–  Rozumiem,  ale  aby  to  powiedzieć,  muszę  wyjść.  Natychmiast.  Inaczej 

oni za chwilę tu będą. 

Rzucił szybkie spojrzenie na Shanni, mając desperacką nadzieję, Ŝe pod tą 

burzą blond loków kryje się mózg. Potem znów zwrócił się do Lena. Zmusił się, 
aby mówić spokojnie. 

– Stań za mną. Wtedy cały czas będziesz mnie miał na muszce. 

background image

– Ja... 
– Oni zaraz wejdą, Len. 
– Nie! 
Chłopak był śmiertelnie wystraszony. Wymachiwał bezładnie bronią. 
–  Idź –  rozkazał  w końcu  Nickowi. –  PrzekaŜ  im,  co kazałem.  Pamiętaj, 

Ŝ

e stoję za tobą. A reszta... nie ruszać się albo go zabiję. 

Wcisnął lufę w plecy Nicka i wypchnął go na dwór. 
 
Syreny znów zaczęły wyć. Ich dźwięk dobiegał ze wszystkich stron. Skąd 

w tym mieście tyle glin? Ale to dobrze. Niech hałasują. Jeśli ta nauczycielka ma 
choć trochę rozumu... chociaŜ jedną szarą komórkę... 

 
Miała. Shanni dokładnie wiedziała, co powinna zrobić. Chłopak mógł, co 

prawda,  zastrzelić  obcego,  jeśli  się  poruszą,  ale  musiała  zaryzykować. 
NajwaŜniejsze były dzieci. 

Len  i  jego  zakładnik  wyszli  na  zewnątrz,  a  ona  spojrzała  wymownie  na 

Marg. 

–  Musicie  być  absolutnie  cicho!  –  szepnęła  do  dzieci.  –  Nikt  się  nie 

rozgląda.  To  zabawa  w  piratów.  Zasada  jest  taka:  milczycie  jak  myszki,  aŜ 
któregoś  dotknę.  Dotknięty  wybiega  na  zewnątrz,  do  Marg,  najszybciej  jak 
moŜe.  Ale  ani  mru,  mru.  Cichutko.  Inaczej  niegrzeczny  Krzyś  wygra.  – 
Spojrzała groźnie na dzieci. – Niech tylko ktoś spróbuje być nieposłuszny, to... 

– uśmiechnęła się promiennie, by  nikt  nie  miał  wątpliwości,  Ŝe  chodzi o 

zabawę, po czym wstała, wypchnęła Marg za tylne drzwi i dotknęła Hugh, który 
siedział najbliŜej. 

– Dobrze, Hugh, biegnij pierwszy, teraz ty, Louise, biegnij! Teraz Mary! 

Sam!  Tony!  Szybciej!  Dobrze,  dzieci!  Na  dwór,  a  Marg  zabierze  was  od 
niegrzecznego Krzysia, biegiem! 

 
Nick  wziął  głęboki  oddech.  Policjanci  biegli  prosto  na  nich,  musiał  ich 

powstrzymać. 

– Stop. 
Stanęli.  Z  przeraŜeniem  stwierdził,  Ŝe  dwóch  z  nich  trzyma  broń. 

Wspaniale,  to  zwiastuje  strzelaninę  jak  nic,  a  on  między  stronami,  wciśnięty 
niczym plasterek szynki w kanapkę. Musiał coś zrobić. Podniósł głos i krzyknął: 

–  Nazywam  się  Nick  Daniels,  za  mną  stoi  Len  Harris.  Len  jest  na 

zwolnieniu  za  kaucją  po  oskarŜeniu  o  napady.  Przyciska  pistolet  do  moich 
pleców i zabije mnie, jeśli się zbliŜycie. 

Starał  się  podać  jak  najwięcej  informacji  w  najkrótszym  czasie.  Byle 

tamta zabrała dzieci... 

– Nie kazałem ci mówić, kim jestem. – Broń uderzyła Nicka w plecy, aŜ 

background image

skrzywił się z bólu. – Po prostu powiedz, powiedz... Zrób krok, a zabiję cię! 

W zasięgu głosu było trzech policjantów. Zamarli, słysząc te słowa. 
– Jeden krok, a zginę – powtórzył Nick. 
– Mówię serio! – krzyknął Len. – A teraz cofnij się, juŜ! 
–  Zgoda,  wycofujemy  się!  –  Pierwszy  policjant  uniósł  rękę,  dając 

pozostałym znak, Ŝeby się zatrzymali. – Czego Ŝądasz? 

– Nie wiem! – krzyknął Len. – Myślę. Odsuńcie się. Mam tu dzieci... 
–  Nie  ruszaj  dzieci!  –  w  głosie  policjanta  brzmiał  strach.  Nick  przyjrzał 

się  bacznie  temu  człowiekowi.  Wyglądał  na  jakieś  trzydzieści  lat.  No  tak, 
odpowiedni wiek, Ŝeby być ojcem przedszkolaka. 

–  Wracamy  do  środka.  –  Broń  wbiła się w  plecy  Nicka.  Zabolało. –  Nie 

idźcie za nami. To wszystko. 

– Mówię mu, Ŝeby wypuścił niektóre dzieci – ciągnął Nick, opierając się 

naciskowi Lena. – Nie moŜe trzymać wszystkich. Powiedzcie, Ŝe mam rację. – 
Rozpaczliwie próbował zyskać na czasie. Cała uwaga Lena była skierowana na 
zewnątrz. A co działo się wewnątrz? 

Czy  na  pewno  w  przedszkolu  są  tylne  drzwi?  Miał  nadzieję,  Ŝe 

nauczycielka nie będzie tak głupia, by czekać na powrót szaleńca! Musiał dać jej 
czas. 

–  Nie  dasz  rady  pilnować  dwudziestu  pięciu  dzieciaków!  –  krzyczał 

policjant,  potwierdzając  przypuszczenia  Nicka.  Facet  dobrze  znał  przedszkole. 
Niewątpliwie jedno z dzieci było jego. Świetnie. śaden z jego kumpli nie zechce 
w takim układzie zgrywać bohatera i dzieci nie znajdą się na linii ognia. 

Czy  zdąŜą  wyjść?  Kątem  oka  Nick  uchwycił  ruch.  Kolorowa  plamka 

przesuwająca się za budynkiem. Bardzo dobrze... 

–  Nikogo  nie  wypuszczę!  –  wrzasnął  Len.  –  A  jak  się  zbliŜycie,  zabiję 

wszystkie. Po kolei. – Chwycił Nicka za kołnierz i wepchnął do środka. 

W pierwszym momencie Nick pomyślał, Ŝe maluchy uciekły. Ale co ona 

robiła pod stołem? CzyŜby próbowała się chować? Len wrzasnął zdenerwowany 
i Shanni podniosła się, tuląc do siebie szczupłego chłopca. 

– Powinnaś była pójść z nimi! 
– I zostawić Harry’ego?! 
Siedzieli pod ścianą, z dala od drzwi. Len stał naprzeciw i wyglądał przez 

szparę  w  zasłonach.  Dopiero  niedawno  uspokoił  się  nieco.  Kiedy  zobaczył,  Ŝe 
dzieci uciekły, wpadł w szał. Nick bał się nie na Ŝarty o Ŝycie dziewczyny, ale 
ona wstała i powiedziała odwaŜnie: 

–  Nie  wiem,  kim  jesteś  i  co  robisz,  ale  nie  potrzebujesz  tylu  małych 

zakładników.  Masz  mnie,  tego  człowieka  i  jedno  dziecko.  Uprzedzam  jednak, 
jeśli skrzywdzisz Harry’ego, mnie teŜ będziesz musiał zabić. – W jej głosie było 
tyle determinacji, Ŝe Len jej uwierzył. 

Wygląda  pięknie,  pomyślał  Nick.  Nigdy  nie  spotkał  kogoś  tak 

background image

odwaŜnego.  Dzięki  niej  dwadzieścia  czworo  dzieci  było  juŜ  na  zewnątrz,  z 
rodzicami.  Zostało  tylko  jedno.  Jeden  chłopczyk  z  szeroko  otwartymi  oczami  i 
nogą w gipsie. Siedział teraz obok Shanni, nie wydając Ŝadnego dźwięku. 

Gdyby była trochę szybsza... 
–  Dlaczego  nie  wyprowadziłaś  Harry’ego?  –  zapytał,  spoglądając  na 

dziecko. Na pewno było za małe, aby chodzić do przedszkola. 

– Nie zdąŜyłam – wyszeptała. – Siedział pod stołem. Usłyszał w jej głosie 

oskarŜenie. I z pewnością nie chodziło jej o to, Ŝe nie dał jej dość czasu. Nagle 
pojął. 

– Winisz mnie za to wszystko? 
– Ty go tutaj przyprowadziłeś. To najgłupsza... 
– Ej, wcale nie! – uniósł głos, ale zaraz zagryzł wargi i spojrzał na Lena. 

Chłopak wciąŜ obserwował ruchy policji. – Zobaczył mnie na stacji benzynowej 
i pomyślał, Ŝe go ścigam. 

– Jesteś gliną? 
– Prawnikiem. 
–  Wspaniale!  –  Jej  głos  zdradzał,  co  myślała  o  prawnikach  w  ogóle,  a  o 

jednym w szczególności. 

– To nie moja wina – wycedził przez zaciśnięte zęby. Nie przywykł, aby 

kobiety tak do niego mówiły. 

Shanni przytuliła Harry’ego. 
– Nie chcę tego słuchać. Muszę znaleźć winnego, a wymuskany prawnik 

z  wielkiego  miasta,  wystrojony  w  kosztowny  krawat  i  pachnący  luksusową 
wodą kolońską doskonale się do tego nadaje. Dzięki. 

No nie! Ona... śmiała się z niego. Musiał się mylić. Kobiety nie śmieją się 

z Nicka Danielsa! Znowu skupiła uwagę na dziecku, nie przejmując się reakcją 
Nicka. 

–  JuŜ  dobrze,  Harry,  juŜ  dobrze.  –  Kołysała  chłopca  i  przemawiała  do 

niego czule, ale Nick nie słyszał, by mały wyrzekł choć słowo. Niemowa? Nick 
obserwował kobietę i dziecko. Niewiele wiedział o dzieciach. MoŜe tak reagują, 
gdy się boją? 

– Jego rodzice pewnie się martwią? 
–  Nie  –  Shanni  pokręciła  głową  –  Harry  mieszka  w  domu  dziecka.  Ale 

jego opiekunka, Wendy, czeka na zewnątrz, prawda, Harry? 

Cisza. 
–  Czy  z  nim  wszystko  w  porządku?  –  Nick  pilnie  wpatrywał  się  w 

małego.  Coś  było  nie  tak,  oprócz  nogi.  Nie  znał  się  na  dzieciach,  ale  nie  był 
głupi. 

–  Jest  normalny,  równie  normalny  jak  my  wszyscy  w  tym  koszmarze.  – 

Zagryzła  wargi.  Na  chwilę  wysunęła  rękę  obejmującą  dziecko  i  wyciągnęła  ją 
do Nicka. – Jestem Shanni McDonald. A to jest Harry Laster. 

background image

– Nick Daniels. – Ujął jej dłoń. Zaskoczyło go ciepło i siła, jakie poczuł. 

Dziwne... 

Była zupełnie inna niŜ kobiety, do których przywykł, ale nie uświadamiał 

sobie czemu. Dlaczego sprawia, Ŝe czuję się... dziwnie. CóŜ, dobrze chociaŜ, Ŝe 
nie wpadła w histerię, pomyślał. Zdobył się na uśmiech i zobaczył, Ŝe jej oczy 
rozbłysły. 

– Mogłabym to samo powiedzieć o tobie. 
– Słucham? 
– Mogę sobie wyobrazić, o czym myślisz i, podobnie jak ty, cieszę się, Ŝe 

nie jesteś histerykiem. Potrzeba nam teraz pary chłodnych umysłów. 

Pary  umysłów?  Sugerowała,  Ŝe ona  moŜe  ich  z  tego  wyciągnąć  i niemal 

czytała w jego myślach. 

–  Nic  nie  rób  –  powiedział  szybko.  Aktów  heroizmu  potrzebowali  teraz 

najmniej. 

–  Nie  jestem  głupia  –  odpowiedziała  z  godnością.  –  Harry,  pan  Daniels 

wpędził  pirata  do  naszego  przedszkola,  ale  bądźmy  dla  niego  mili.  MoŜe 
poczęstujemy go mlekiem i owocami? 

– Mleko i owoce? 
– To jadamy w przedszkolu – powiedziała z surową miną. I nagle, zanim 

zdąŜył odpowiedzieć, zapytała głośno: 

– Len? 
Len odskoczył od okna i wycelował w nią pistolet. Ku zdumieniu Nicka 

nie przestraszyła się. Wstała, ciągle trzymając Harry’ego w ramionach. 

– Siadaj – głos Lena załamał się w panice, ale Shanni po prostu pokręciła 

głową. 

– Nie mogę. Muszę iść do łazienki. 
– Nie! 
– W łazience nie ma okien – powiedziała spokojnie. – Idź i sprawdź. Są 

tylko  otwory  wentylacyjne  w  dachu,  ale  nie  jestem  akrobatką.  Nikt  nie  jest.  – 
Uśmiechnęła się ciepło. – Len, jeŜeli mnie nie puścisz, będziemy tego Ŝałowali. 

– Ja... 
–  ZałoŜę  się,  Ŝe  teŜ  chcesz  iść.  Po  co  ten  cały  szum.  Powiem  ci,  co 

zrobimy.  Zabierz pana  Danielsa i  Harry’ego  do  męskiej  łazienki, a  ja  pójdę  do 
damskiej. MoŜesz ich trzymać na muszce, nie ucieknę, przysięgam. 

Wpatrywał się w nią zakłopotany. 
–  MoŜesz  mi  grozić,  ile  ci  się  podoba  –  powiedziała  łagodnie  –  ale  nie 

musisz.  Obiecałam,  Ŝe  nie  będę  próbowała  uciec.  Masz  moje  słowo.  Nie 
zostawię  Harry’ego.  A  jeśli  zaraz  nie  skorzystamy  z  łazienki,  stanie  się  coś 
bardzo niemiłego. 

–  Tak...  –  zastanawiał  się.  –  Jeśli  uciekniesz,  zastrzelę  dzieciaka,  mówię 

powaŜnie. 

background image

–  Mówiłam  ci,  nie  wyjdę  stąd  bez  Harry’ego  –  powiedziała  spokojnie, 

patrząc mu prosto w oczy. Nawet Nick, który nie wierzył nikomu, uwierzył jej. 
– Przyrzekam. 

I, ku zdziwieniu Nicka, Len się zgodził. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Podobnie jak zgadzał się na wszystko, co zaproponowała przez cały długi 

wieczór i noc. Len mógł być kryminalistą z listą wyroków długą na kilometr, ale 
wciąŜ  jeszcze  był  dzieckiem  w  wystarczającym  stopniu,  aby  poddać  się 
pedagogicznemu  autorytetowi  Shanni  i  jej  miłemu  uśmiechowi.  Kiedy  zapadła 
noc  i  dziewczyna  przygotowała  mu  ciepłe  mleko,  zdobył  się  nawet  na  próbę 
nieśmiałego uśmiechu. 

Shanni spojrzała na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. 
–  Myślę,  Ŝe  teraz  wszyscy  powinniśmy  się  przespać.  Tego  juŜ  było  za 

wiele. 

–  Zwariowałaś?!  –  Len  ścisnął  kubek  z  mlekiem  w  jednej  ręce,  a 

rewolwer w drugiej. Wpatrywał się w ciemność jak zaszczute zwierzę. 

Nick  wiedział,  Ŝe  tam,  na  zewnątrz,  stała  spora  grupa  policjantów  i 

psychologów.  Przez  całe  długie  popołudnie  próbowali  nawiązać  kontakt  z 
Lenem,  ale  bezskutecznie.  Chłopak  odłoŜył  słuchawkę  i  po  prostu  ignorował 
głośny sygnał. Zanosiło się na długą noc. 

– Ale nie masz nic przeciwko temu, abyśmy my się przespali? – zapytała, 

siadając na matach. Miała koce i poduszki, wszystko, czego potrzebowali. 

–  Rób,  co  chcesz  –  powiedział  Len,  prawie  warcząc.  On  teŜ  padał  ze 

zmęczenia. 

Shanni  urządzała  posłanie,  dwa  legowiska  z  mat,  oddalone  od  siebie  o 

około metr. Nick zsunął je razem. 

– Będzie cieplej – szepnął. 
Shanni popatrzyła uwaŜnie, ale nie zaprotestowała. 
–  Chodź,  Harry  –  powiedziała  i  wsunęła  się  pod  koce,  przytulając 

dziecko, jakby naprawdę zamierzała spać. 

Nick wpatrywał się w nich dłuŜszą chwilę, po czym poszedł w jej ślady. 
 
Coś takiego! 
Len  wyłączył  światła.  W  ten  sposób  widział  dokładnie,  co  dzieje  się  na 

zewnątrz.  Nick  leŜał,  wpatrując  się  w  ciemność.  Usiłował  usnąć,  o  zgrozo,  na 
przedszkolnych  matach,  z  kobietą  i  dzieckiem  u  boku.  Czuł  ciepło  Shanni.  Jej 
ramię  ocierało  się  o  jego  bark.  Starał  się  nie  ruszać.  Nigdy  jeszcze  nie  spał  z 
kobietą w taki sposób! Dziwne, ale nigdy teŜ nie czuł takiej bliskości. 

Wyjątkowa dziewczyna. Czuł się przy niej... 
Nie!  Z  pewnością  to  nie  czas  na  podobne  myśli!  Zajmij  umysł  czym 

innym! Dziecko... 

Harry nie powiedział ani słowa przez cały dzień, przypomniał sobie nagle. 

Ale bliskość Shanni wciąŜ go niepokoiła... 

background image

Stop! Weź się w garść, Daniels! Myśl o dziecku. Harry... 
Harry zjadł banana i wypił mleko. Poszedł do łazienki i był grzeczny, gdy 

Shanni go myła. Cały czas wyglądał na bezwolnego, chociaŜ jego oczy uwaŜnie 
ś

ledziły  kaŜdy  ruch.  Teraz,  w  ciemnościach,  Nick  stale  czuł,  Ŝe  jest 

obserwowany. Malec leŜał między nimi, w ramionach Shanni... 

– Wygodnie? – zamruczała, a Nick się skrzywił. 
–  Powiedzmy.  Nie  mogli  zrobić  pełno-wymiarowych  kocy?  –  Aby  się 

okryć, musiał wziąć aŜ cztery. 

–  Rzadko  trafiają  się  nam  dzieci,  które  mają  po  metr  osiemdziesiąt  – 

zachichotała.  –  Pan  Daniels  jest  za  duŜy  na  nasze  łóŜeczka,  prawda  Harry?  – 
zapytała miękko. 

Harry nie odpowiedział, chociaŜ nie spał. 
– Czy on w ogóle mówi? 
– Kto? Harry? Tylko kiedy chce, co nie zdarza się często. Harry jest nowy 

w naszym przedszkolu. Jeszcze się nie przekonał, Ŝe jesteśmy jego przyjaciółmi 
i nigdy go nie skrzywdzimy. 

Więc  to  tak...  Dzieciak  mieszkał  w  sierocińcu  i  bał  się  dorosłych.  Nick 

znieruchomiał, ogarnięty nagłym współczuciem dla małego. 

To  było  głupie,  niepodobne  do  niego.  Nie  angaŜował  się  emocjonalnie. 

Nigdy. 

– Chodź tutaj, Harry, kochany – szepnęła Shanni – UłóŜ się wygodnie. 
Nie drgnął. Obserwował wszystko nieufnie... 
– Śpij pierwszy – zaproponowała. – Jedno z nas powinno czuwać. 
– Masz rację. Porozumiewali się szeptem. 
–  To  nie  film.  Policja  wie,  co  robić.  Nie  obawiaj  się,  nie  zaczną 

strzelaniny. Jeśli Len nie zrobi jakiegoś głupstwa, do jutra nic się nie wydarzy. 

– Skąd wiesz? – spytała. 
Po  raz  pierwszy  Nick  usłyszał  nutę  strachu  w  jej  głosie.  Nie  jest  taka 

twarda, pomyślał. Tak samo jak on. To nie zabawa. 

–  Jestem  prawnikiem.  Widziałem  akta  podobnych  spraw,  gdy  teŜ  brano 

zakładników. Policja nie zaatakuje nagle i z zaskoczenia. Będą negocjować. 

Uśmiechnął się do niej w ciemności. W skupieniu rozwaŜała jego słowa. 

Czuł jednak, Ŝe jej lęk osłabł. 

– Dzisiaj Len nie zaśnie, a jutro do jego strachu dołączy się przemęczenie 

– ciągnął. – Zatem my śpijmy. Jutro musimy być w pełni sił. 

– Brzmi bardzo sensownie – zgodziła się Shanni. – Słyszysz, Harry? 
– Tatusiu – wyszeptał chłopiec. Shanni poczuła ucisk w gardle. 
– Wendy czeka na ciebie, kochanie. 
– Tatusiu – powtórzył Harry, a jego głos przeszedł w cichy, Ŝałosny jęk. 
– Gdzie jego ojciec? – zapytał Nick. 
– Nie Ŝyje – odpowiedziała Shanni krótko. – Wypadek samochodowy. 

background image

O,  nie.  Nie  angaŜował  się.  Ale  ten  jeden  cichy  jęk...  Chłopiec  leŜał 

pomiędzy nimi. Nick nigdy przedtem nie zbliŜył się tak do Ŝadnego dziecka. 

Wyciągnął rękę i delikatnie dotknął twarzy malca. 
– Tatusia tutaj nie ma, ale ja jestem – powiedział, nie mogąc uwierzyć w 

to, co się działo. – MoŜe to wystarczy, choćby na chwilę? 

Nastała długa, długa cisza. Harry patrzył pytająco i Nick odwrócił wzrok. 
Wtedy,  nagle,  jakby  nie  mógł  tego  dłuŜej  wytrzymać,  Harry  wyciągnął 

rękę i objął Nicka za szyję. Westchnął głęboko i oparł główkę na jego piersi. A 
potem zasnął. 

 
Co to za facet? 
Shanni  nie  mogła  zasnąć.  Chłopcy  spali.  Wielkomiejski  prawnik  i 

dziecko.  Ten  kontrast  aŜ  śmieszył.  Harry,  drobny  i  kruchy,  z  nogą  w  gipsie,  i 
Nick  Daniels...  kimkolwiek  był.  Wyglądał  na  twardego  i  bezwzględnego.  Len 
obawiał się go i Shanni to nie dziwiło. Gdyby jej los zaleŜał od Nicka Danielsa, 
teŜ by próbowała uciec. 

Wygląda  jak  jastrząb,  zdecydowała.  Silny,  muskularny,  o  ostrych,  jakby 

wyrzeźbionych  rysach  twarzy,  z  silną  szczęką  i  mocno  zarysowanymi  kośćmi 
policzkowymi.  Głęboko  osadzone  oczy  przywodziły  na  myśl  orła.  Teraz...  z 
rozwiązanym krawatem i szczupłym chłopcem uwieszonym na szyi wydawał się 
tak bezbronny jak to dziecko w jego ramionach. 

Co za szalona myśl, stwierdziła Shanni. Bezbronny? Nie! Ten człowiek to 

prawnik  z  wielkiego  miasta,  ubrany  tak,  Ŝe  zwracałby  na  siebie  uwagę  całego 
Bay Beach. Thelma z miejscowej pralni załamałaby się, gdyby miała uprać jego 
garnitur.  A  ten  krawat...  Miejscowi  juŜ  dawno  przyzwyczaili  się,  Ŝe  lepsze 
materiały  po  prostu  znikały,  gdy  dostały  się  w  ręce  Thelmy.  Gdyby 
kiedykolwiek dorwała taki krawat, Nick musiałby uŜyć wszystkich prawniczych 
sztuczek, aby go odzyskać, a i tak Shanni postawiłaby na Thelmę. 

Wyobraziła  sobie  walkę  Nicka  z  Thelmą  o  jedwabny  krawat  i 

zachichotała.  Dziwne,  Ŝe  w  tych  warunkach  potrafiła  się  śmiać.  Ale  to  dobrze, 
stwierdziła.  Lepiej  tak,  niŜ  rozmyślać  bez  końca  o  tym,  na  co  stać 
zdeterminowanego  porywacza  z  rewolwerem.  Zamknęła  oczy  i  zasnęła  z 
uśmiechem na twarzy. 

 
Nick przebudził się i spojrzał na Shanni. Ciągle spała. W świetle brzasku 

dostrzegł,  Ŝe  jej  usta  rozchylały  się  w  uśmiechu,  jakby  śniła  o  czymś 
przyjemnym.  Harry  spał  między  nimi,  ale  jego  ramię  cały  czas  mocno 
obejmowało Nicka. LeŜeli spleceni uściskiem. 

Jak... rodzina? 
Ta  myśl  wywołała  bolesny  skurcz.  Co  to  jest  rodzina?  Skąd  miał  to 

wiedzieć?  A  jednak...  Harry  ciągle  ściskał  go  za  szyję.  Kark  bolał  okropnie. 

background image

Spróbował  uwolnić  się,  ale  chłopiec  zamruczał  przez  sen  i  wzmocnił  uścisk. 
Powinien  odsunąć  dziecko,  ale  nie  potrafił  tego  zrobić.  Wrócił  myślami  do 
Shanni.  Tłumaczył  sobie,  Ŝe  musi  czymś  zająć  umysł,  by  zapomnieć  o 
zdrętwiałym karku. 

A  moŜe...  moŜe  naprawdę  chciał  jeszcze  patrzeć  na  Shanni  i  ciągnąć  tę 

fantazję o rodzinie? 

Zupełnie nie w moim typie, stwierdził, obserwując ją uwaŜnie. Owszem, 

bardzo miła, ale brak jej wyrafinowania. Ubrana jak prawdziwa przedszkolanka, 
w  strój  dostosowany  do  zabawy  z  dziećmi.  Jej  blond  loki  rozrzucone  były  po 
całej  poduszce.  Miała  zdumiewająco  ciemne  rzęsy,  długie,  zawinięte  do  góry, 
ale naturalne, bez śladu tuszu. Zadarty, wyzywający nosek... Zupełnie nie w jego 
typie, więc czemu tak się w nią wpatruje? 

Otworzyła oczy i uśmiechnęła się. Jej uśmiech rozświetlił cały pokój. 
–  Cześć  –  wyszeptała  i  rozejrzała  się  bystro.  –  Ciągle  jesteśmy 

zakładnikami?  –  Kąciki  jej  ust  opadły  nieco  w  dół.  Czuł  jej  rozgrzane  snem 
ciało i podobało mu się to. 

– Tak – odparł krótko. 
– Ale Ŝyjemy – przeciągnęła się jak kotka. – To juŜ coś! 
– Rzeczywiście wspaniale – mruknął sarkastycznie. 
–  Naprawdę!  Spróbuj  na  to  spojrzeć  z  innej  strony.  Nawet  prawnik 

powinien wykazać się czasami optymizmem. 

– Masz coś przeciwko temu zawodowi? 
–  CóŜ,  spotkałam  nawet  miłych  prawników,  ale  wszyscy  byli  po 

osiemdziesiątce.  Widocznie  w  tym  fachu  trzeba  bardzo  duŜo  czasu,  by 
zrozumieć, Ŝe mimo wszystko jest się człowiekiem. Dziwne... 

– Bardzo dziękuję. 
– Nie ma za co. – Spojrzała uwaŜnie. – Wygodnie ci? 
– Nie bardzo – przyznał. – Za chwilę odpadnie mi ramię. 
–  Na  to  wygląda  –  zgodziła  się.  –  Ale  jaki  to  miły  widok.  Harry  nie 

przytulał się do nikogo, odkąd go znam. 

– Jestem wprost zaszczycony – powiedział z ironią, ale zignorowała to. 
–  Naprawdę  –  powiedziała  powaŜnie.  –  Gdybyś  wiedział,  jak  cięŜko 

pracowaliśmy, Ŝeby mu pomóc... – Nagle przerwała. – Nie jesteś stąd, prawda? 

– Nie, ale.. 
–  Po  prostu  przejeŜdŜałeś  przez  miasteczko.  –  W  jej  głosie  słychać  było 

rozczarowanie  i  Nick  poczuł  ciepło  rozlewające  się  po  całym  ciele.  –  A  juŜ 
miałam nadzieję, Ŝe zaprzyjaźnisz się z nim. 

Poczuł  się  zawiedziony.  Chodziło  jej  o  Harry’ego.  Oczywiście.  CóŜ 

innego mogła mieć na myśli? 

– Chciałabyś, abym został ze względu na dziecko? 
– Kobiety zazwyczaj usiłują zatrzymać męŜczyzn ze względu na dziecko, 

background image

czyŜ nie? – zachichotała. 

Ciągle  rozmawiali  szeptem,  w  półmroku,  niemal  twarzą  w  twarz.  Len 

tkwił przy oknie i nie zwracał na nich uwagi, jakby nic nie słyszał. 

– A myślałeś, Ŝe o co mi chodzi? Nie umiał odpowiedzieć. 
– Wiec... jesteś z Melbourne? 
Miał  ogromną  ochotę  pocałować  ją.  Jej  twarz  była  tak  blisko,  a  ona 

prowadziła towarzyską konwersację. Ledwie rozumiał, o co pyta. 

– Ja... tak. 
–  I  przyjechałeś  do  Bay  Beach  w  interesach?  –  Głos  Shanni  brzmiał 

uprzejmym zainteresowaniem, nic więcej. 

–  Tak  –  odpowiedział  krótko,  ale  po  chwili  zmiękł.  PrzecieŜ  mógł  jej 

powiedzieć.  Wkrótce  wszyscy  będą  wiedzieli.  –  Przejmuję  obowiązki  sędziego 
Andrewsa. Zmiany w magistracie. 

–  Zmiany  w  magistracie?  –  Jej  oczy  rozświetliły  się  z  radości,  a  miły 

uśmiech rozjaśnił twarz. 

– Więc nie wyjeŜdŜasz od razu. Zostaniesz tu na dwa lata. Fantastycznie. 
Przez chwilę milczał. 
– Dlaczego fantastycznie? 
– Bo Harry cię lubi. 
– Naprawdę? 
–  Tak.  –  Jej  oczy  pociemniały.  –  Musisz  to  zrozumieć.  –  Dotknęła 

miękkich  włosów  chłopca.  Harry  spał  głęboko,  wtulony  między  nich.  Nie  ufał 
nikomu,  ale  w  ramionach  Nicka  czuł  się  bezpiecznie.  –  Harry  przeŜył  straszne 
rzeczy – powiedziała po prostu. 

– Nie musisz... 
–  Był  niechciany  –  ciągnęła,  ignorując  jego  protest.  –  Jego  matka  miała 

dwójkę  dzieci  z  poprzedniego  małŜeństwa  i  nie  kochała  ojca  Harry’ego.  To 
Peter zajmował się chłopcem od urodzenia. 

– Peter, czyli... ojciec? 
–  Tak.  Na  początku  jakoś  się  układało.  Peter  był  dobrym  ojcem,  kochał 

małego  do  szaleństwa.  Ale  rok  temu  on  i  Harry  mieli  wypadek  samochodowy. 
Peter zginął. Pieniądze ze sprzedaŜy domu ulokowano na koncie Harry’ego. Ze 
względu na to Bernadette, jego matka, zdecydowała się zabrać chłopca. Ale nie 
kochała go i okazywała mu swą niechęć. 

– Źle go traktowała? 
–  Strasznie.  –  Świetliste  oczy  wypełniły  się  łzami.  –  W  wypadku  Harry 

złamał nogę, ale odkąd matka zabrała go do domu, nigdy więcej nie zgłosiła się 
z  nim  do  lekarza.  Gdybyś  widział,  w  jakim  był  stanie,  kiedy  sprawą  zajęła  się 
opieka społeczna... – Wzięła głęboki oddech. – Dobrze, Ŝe to przeszłość. Teraz 
jest  bezpieczny,  umieszczono  go  w  domu  dziecka.  A  z  tobą  chyba  ma  jakiś 
kontakt. 

background image

– Raczej nie jestem zbyt kontaktowy – powiedział Nick zakłopotany. 
– Dlaczego tak mówisz? 
– Nie lubię dzieci. 
– Daj spokój. – Spojrzała łagodnie. – Nie ruszasz się, choć zdrętwiało ci 

ramię. 

– Tylko dlatego, Ŝe nie chcę, by płakał i draŜnił Lena. 
– Kłamca. 
– To prawda. 
–  Pewnie  –  powiedziała  kpiąco.  Spojrzała  na  zegarek  i  gwałtownie 

cofnęła  ramię.  Poczuł  dziwną pustkę. – JuŜ szósta.  Zastanawiam  się,  jak  długo 
to potrwa. 

– Cierpliwości. 
– Oni zaczekają? 
–  Nawet  tygodniami,  jeśli  będzie  trzeba.  Znam  naszą  policję.  Będą 

czekali. 

–  Tydzień!  Nie  moŜemy  Ŝyć  tutaj  na  mleku  i  owocach!  –  Shanni 

odgarnęła loki z twarzy i wstała, a cała jej postawa wyraŜała zdecydowanie. 

– Dzień dobry, Len – powiedziała ciepło. 
Len  odwrócił  się.  Wyglądał  strasznie.  Dłoń  trzymająca  rewolwer  drŜała 

ze zmęczenia i strachu. 

– Jesteś wyczerpany – stwierdziła. – Musisz się wyspać. 
– Ja tu decyduję. – Len usiłował mówić groźnie, ale głos załamał mu się 

w połowie zdania. 

–  W  porządku.  –  Shanni  uspokoiła  go  gestem  i  usiadła  z  powrotem  na 

matach. – Len, jestem naprawdę głodna. MoŜe zamówimy naleśniki? 

– Naleśniki? 
– Na skraju miasta jest bar szybkiej obsługi. Przywiozą nam. 
– Chyba Ŝartujesz – powiedział Nick, a Len patrzył z niedowierzaniem. – 

Proponujesz, Ŝebyśmy zamówili naleśniki? 

–  Czemu  nie?  –  Shanni  uśmiechnęła  się  do  Lena  swoim  najmilszym 

uśmiechem. 

Nick  nabrał  podejrzeń.  Taki  uśmiech  mógł  zmusić  męŜczyznę  do 

zrobienia czegoś dziwnego. 

– Mój brat jest policjantem. Jeśli porozmawiam z nim, załatwimy sprawę. 
– Nie. 
–  Naleśniki,  syrop  klonowy  i  gorąca  czekolada...  –  kusiła.  Len  takŜe  nic 

nie jadł od wczoraj, uświadomił sobie Nick. 

Pewnie ukradł samochód w czwartkową noc i od tego czasu był w drodze. 

Wypił szklankę mleka, a teraz zostały tylko owoce. 

–  Mogę  to  załatwić  –  zapewniła  Shanni.  Przerwała,  kichnęła,  wyjęła 

chusteczkę i kichnęła znowu. 

background image

–  Przepraszam,  chłopcy.  Katar  sienny.  Jak  co  roku.  W  kaŜdym  razie...  – 

kichnięcie – pozwól mi zadzwonić, będziesz słyszał kaŜde słowo. 

Uśmiechnęła się do Lena, jakby był jej najlepszym przyjacielem i znowu 

kichnęła. 

– Zgódź się Len, jeśli nie spodoba ci się to, co mówię, moŜesz odstrzelić 

mi palec u nogi, a rzadko składam taką ofertę. 

Len spojrzał nerwowo. 
Shanni  znowu  kichnęła.  Pociągnęła  nosem  i  uśmiechnęła  się  swoim 

najsłodszym uśmiechem. 

– Len, jestem tylko przedszkolanką z katarem siennym – powiedziała, a w 

Nicku  obudził  się  prawnik.  Kiedy  słyszał  taki  niewinny  głosik,  od  razu 
wyczuwał  kłamstwo.  –  Nie  nerwowym  prawnikiem,  jak  niektórzy  tutaj. 
Jesteśmy  głodni,  a  ja  mogę  zorganizować  wspaniałe  śniadanie.  Ale  musicie  mi 
zaufać. 

Kichnęła. Nie uczesane włosy okalały jej  twarz, ciepłą i zaróŜowioną od 

snu.  Wyglądała  tak  niewinnie.  Kichnęła  znowu.  Zastanawiał  się,  jak  dostała  tę 
pracę. Kierowniczka przedszkola. Nie wyglądała na osobę, która moŜe kierować 
czymkolwiek. No i... ten błysk w oczach, który go niepokoił. 

–  Przepraszam.  Niech  licho  weźmie  katar  –  powiedziała  słabo.  –  Późna 

wiosna  to  najgorsza  pora.  Koszą  trawy  wokół  miasta  i  ranki  są  straszne.  W 
dodatku  jestem  taka  głodna.  Len,  proszę,  pozwól  mi  zadzwonić  do  brata. 
Będziesz kontrolował kaŜde słowo. 

W  pokoju  zaległa  pełna  napięcia  cisza.  Wreszcie  Len  zgodził  się.  Jakby 

zaczarowały go te kichnięcia i uśmiechy. Nick takŜe czuł się odurzony. 

– Zgoda, ale szybko. 
Shanni  uśmiechnęła  się.  Kichnęła  jeszcze  raz  i  z  błyskiem  w  oczach 

podeszła do telefonu. 

– Halo? 
– Policja, słucham. 
– Mówi Shanni McDonald. 
–  Shanni...  –  rozpoznała  zaniepokojony  głos  miejscowego  inspektora 

policji. – Wszystko w porządku? 

– Tak, mamy się dobrze. – Len celował do niej, a na matach siedział Nick, 

trzymając  w  ramionach  Harry’ego.  Ładnie  wyglądają,  pomyślała.  Kichnęła 
ponownie  i  oderwała  wzrok  od  Nicka.  Są  sprawy  waŜniejsze  od  przystojnych 
prawników. A i cierpliwość Lena wyczerpywała się. 

– Inspektorze, jesteśmy głodni – powiedziała. – Wszyscy. 
– Rozumiem. Powiedz, czego chcecie. Wzięła głęboki oddech. 
–  Naleśniki  –  powiedziała.  –  DuŜe  i  gorące.  Marzymy  o  naleśnikach, 

syropie klonowym i gorącej czekoladzie z cukierni Doris. 

– Załatwione. Jak przekazać jedzenie? 

background image

– Niech ktoś podejdzie do drzwi. Len nie będzie strzelał, prawda? – Len 

wsłuchiwał się uwaŜnie w kaŜde słowo, a lufa rewolweru boleśnie wbijała się jej 
w Ŝebra. Kichnęła. 

– Inspektorze... 
– Tak? 
–  Potrzebne  są  mi  takŜe  proszki  na  katar  sienny  –  dodała.  –  Rob  będzie 

wiedział. Te mocne, na noc. 

– Nie było mowy o Ŝadnych... – zaczął Len, ale Shanni kichnęła znowu. 

Posłała mu przepraszający uśmiech. 

– Proszę – powiedziała przymilnym grymasem. 
– Dobra. I powiedz, Ŝe chcę helikopter. 
–  Z  tym  moŜe  być  trudniej  –  powiedziała  łagodnie,  ale  Len  wyrwał  jej 

słuchawkę. 

– Chcę helikopter! – krzyknął. 
– Wypuścisz zakładników? – Shanni słyszała spokojny głos inspektora. 
– Pojadą ze mną. Potem ich uwolnię. 
–  Potrzebuję  czasu.  MoŜe  nawet  całego  dnia.  Na  północy  był  sztorm  i 

słuŜby ratownicze mają duŜo pracy. 

– Helikopter do wieczora albo ktoś oberwie! 
– Spróbuję. 
–  I  naleśniki.  –  Len  trzasnął  słuchawką  o  widełki.  I  znowu  spojrzał  w 

okno. A Nick obserwował Shanni. Przestała kichać. 

–  Dostaniemy  naleśniki?  –  zapytał  zaspany  Harry,  a  Nick  przytaknął  i 

odruchowo przytulił chłopca. A tak naprawdę chciał przytulić Shanni. 

– Dzięki twojej mądrej pani będziemy jedli naleśniki – a gdy siadła obok, 

zniŜając głos dodał: – i proszki. Jeśli dobrze się domyślam, Shanni, to wszyscy 
poczujemy się po nich znacznie lepiej. 

 
Naleśniki  były  pyszne,  tylko  Nick  nie  mógł  uwolnić  się  od  Harry’ego. 

Shanni  karmiła  dziecko  małymi  kawałkami,  jak  ptaszka.  Kiedy  jednak  Nick 
próbował się odsunąć, mały przestawał jeść i obejmował go z całej siły. 

– Nie lubię dzieci – wycedził Nick przez zęby. 
– Właśnie widzę – zauwaŜyła Shanni, chichocząc. 
Len jadł łapczywie w swoim kącie. Rzucił się na jedzenie jak na prezenty 

gwiazdkowe. 

–  Są  wspaniałe  –  powiedziała  Shanni  po  trzecim  naleśniku.  Wzięła 

dzbanek i nalała do kubka gorącej czekolady. 

–  A  najlepsze  jeszcze  przed  nami.  –  Sięgnęła  po  pigułki  –  O!  Teraz 

przestanę kichać. 

Zaniosła kubek do okna, gdzie stał Len. 
–  Dziękuję,  Ŝe  zgodziłeś  się  na  zamówienie  naleśników  –  powiedziała  z 

background image

uśmiechem. – To było bardzo miłe. 

–  W  porządku.  –  Len  zajrzał  do  kubka  z  czekoladą.  Napój  był  gęsty, 

kremowy, z apetyczną pianką. – Wolałbym kawę. 

–  Przepraszam  –  powiedziała  niewinnie.  –  Jeśli  nie  chcesz,  Harry  z 

pewnością wypije podwójną porcję. 

– Dobra, daj to! 
 
– Gorąca czekolada – z namysłem powiedział Nick. – Właściwie dlaczego 

nie zamówiłaś kawy? 

– Mam tu swoją kawę. 
– Pewnie rozpuszczalną? – rzucił pogardliwie. 
–  To  nie  Melbourne  –  odcięła  się.  –  I  towarzystwo  nieodpowiednie  do 

picia cappuccino. 

– Rozumiem. Ale przypuszczam, Ŝe moŜna tu dostać dobrą kawę. Nie aŜ 

tak słodką jak to. Albo... 

– Pij i siedź cicho – przerwała mu. 
– Mam patrzeć i czekać? 
– Właśnie. 
– Przestałaś kichać. Te pigułki muszą być bardzo mocne. 
– Mam nadzieję – powiedziała. 
 
Minęła godzina. 
Len  kręcił  się  przy  oknie.  Zasłony  były  zaciągnięte  i  Shanni  zapaliła 

ś

wiatło. 

–  Tak  jest  lepiej  –  powiedziała,  połoŜyła  się  i  zaczęła  opowiadać 

Harry’emu historię o „Bardzo głodnej koparce”. 

Harry, bezpieczny w ramionach Nicka, słuchał uwaŜnie. 
Shanni  przyszło  na  myśl,  Ŝe  chłopiec  po  raz  pierwszy  słucha 

czegokolwiek. 

 
To  dziwne,  pomyślał  Nick.  Nierzeczywiste.  On,  przywykły  do  Ŝycia  na 

pełnych obrotach, leŜał z dzieckiem w ramionach i słuchał bajki. Nigdy w Ŝyciu 
tego nie robił. 

 
Shanni  czuła,  Ŝe  Len  takŜe  słucha  jej  opowieści.  Mówiła  ciepłym, 

miękkim głosem i Harry wkrótce zasnął. 

Nick  łagodnie  uwolnił  się  z  objęć  chłopca,  ułoŜył  go  delikatnie  na 

poduszce,  po  czym  wstał  i  podszedł  do  Lena.  Shanni  obserwowała  kaŜdy  jego 
krok. 

– Len – powiedział Nick miękko. Chłopak powoli odwrócił głowę. Prawie 

spał... 

background image

– Tak? 
– Chyba jest ci zimno. 
Nick przysunął fotel, jedyny wygodny mebel w przedszkolu. 
– To moŜe jeszcze potrwać parę godzin, zanim przyślą helikopter. Musisz 

wypocząć. 

Ustawił fotel przy oknie. 
– Usiądź wygodnie – zasugerował. 
– Czemu to robisz? – Len patrzył podejrzliwie. 
– JeŜeli się przewrócisz, broń moŜe wypalić. Wtedy policja zaatakuje. A 

tego  nikt  z  nas  nie  chce.  No  i  pozwoliłeś  nam  zjeść  naleśniki  –  powiedział  z 
uśmiechem. 

Len nie wyrzekł ani słowa, ale osunął się na fotel. Kiedy Nick podał mu 

koce i okrył kolana, prawie uśmiechnął się w podzięce. 

–  Będzie  dobrze  –  powiedział  Nick,  a  Shanni  zamarła,  słysząc  tyle 

współczucia w jego głosie. – To jeszcze nie koniec świata. 

– Co ty o tym wiesz? 
–  Wiem,  Ŝe  jeszcze  nikogo  nie  zabiłeś.  Jesteś  młody,  a  młodociani 

przestępcy  trafiają  do  poprawczaka.  Tam,  jeśli  chcą,  uczą  się  zawodu.  Gdybyś 
chciał... 

– Nie mogę... 
–  Kochasz  samochody  –  powiedział  miękko.  –  Widzę  to.  –  Spojrzał  na 

szarego  mercedesa  na  trawniku.  –  Kiedy  juŜ  musisz  kraść,  kradniesz  wozy  z 
klasą. Trudniej ukraść takie cacko niŜ zwykły wóz. 

Shanni zaniemówiła. Ujrzała Nicka w zupełnie nowym świetle. 
– Gdybyś chciał uczyć się mechaniki samochodowej, na pewno znalazłby 

się ktoś, kto postawiłby na ciebie... 

– Ciekawe kto? 
– Na przykład mój wujek – przerwała Shanni, uśmiechając się do Nicka. – 

Ma warsztat samochodowy. Wiem, Ŝe jeden z jego pracowników był notowany. 
Wujek nie dba o takie rzeczy. Wystarczy, Ŝe wszystko jest w porządku, a facet 
umie naprawiać silniki. 

– Nie zatrudniłby mnie. 
–  Kiedyś  musisz  spróbować.  Gdybyś  dobrze  wykorzystał  czas  w 

poprawczaku... 

– Nie pójdę do poprawczaka. 
– W porządku, Len, po prostu pomyśl o tym. A my się prześpimy. 
Wrócił na matę i poprosił Shanni: 
– Opowiedz nam jeszcze jakąś historię. 
Ta  kobieta  jest  nadzwyczajna,  pomyślał.  On  usadowił  Lena  wygodnie  i 

stłumił  jego  agresję,  ale  ona  dała  mu  nadzieję,  której  potrzebował.  Len  był 
ś

miertelnie  zmęczony  i,  jak  przypuszczał  Nick,  nafaszerowany  tabletkami 

background image

nasennymi. Teraz musieli podtrzymać senny nastrój, a Shanni była w tym dobra. 

– MoŜe poczytam bajki – zaproponowała. 
– Harry śpi. – Nick znowu trzymał chłopca w ramionach. Powoli zaczynał 

się do tego przyzwyczajać. 

– Ale przebudzi się, jeśli przestanę mówić. 
Nick miał nadzieję, Ŝe spokojny, ciepły głos Shanni uśpi teŜ Lena. Czekał 

na to niecierpliwie. 

Shanni  włączyła  ogrzewanie  i  w  pomieszczeniu  zrobiło  się  ciepło.  Po 

obfitym  posiłku  Nick  czuł  się  ocięŜały  i  chętnie  by  się  zdrzemnął.  Niski  głos 
Shanni  brzmiał  słodko  i  zachęcał  do  relaksu.  Ale  trzeba  zachować  czujność  i 
obserwować Lena... Patrzył, jak lufa rewolweru powoli opada. 

Tylko  Ŝeby  ci  na  zewnątrz  nie  uŜyli  megafonu,  pomyślał.  Ale  jeśli  brat 

Shanni zrozumiał wiadomość o tabletkach, to chyba nie będą tacy głupi. 

Nie byli. 
Shanni czytała, a Nick obserwował i Lena, i ją. Wsłuchiwał się w słodkie 

brzmienie  głosu.  Gdybym  miał  trzy  latka,  chciałbym  chodzić  do  tego 
przedszkola,  pomyślał  i  to  nim  wstrząsnęło.  Nikt  nigdy  nie  czytał  mu  bajek. 
Nigdy! 

Na  litość  boską,  miał  trzydzieści  dwa  lata.  Jakie  to  głupie.  Doświadczał 

zupełnie nieznanych odczuć. Ta nieprzewidziana sytuacja, Shanni... 

Nigdy nie spotkał kogoś takiego. Jej głos usypiał. 
Skutecznie. 
– Śpi – powiedziała cicho. 
Głowa Lena opadła na ramię, ręka z rewolwerem osunęła się bezwładnie, 

a pierś unosiła się w wolnym, równym rytmie. 

– Len? – szepnęła łagodnie Shanni. 
– Zaczekaj – powiedział Nick. – Sporo nas to kosztowało. Nie śpieszmy 

się, by czegoś nie zepsuć. 

– Nas? 
Uśmiechnął się, napięcie opadało. 
– Masz rację, spryciaro, to twoja zasługa. Ile mu dałaś? 
– Cztery tabletki po dwadzieścia miligramów. 
– Wystarczy na najcięŜszy katar. 
– Mnie wystarczyło. – Pociągnęła nosem. – Widzisz, ani śladu kataru. 
– Ekstra! Ile wzięłaś? 
–  Och,  nie  pamiętam  dokładnie  –  uśmiechnęła  się  szelmowsko.  Czekali 

spokojnie,  pewni,  Ŝe  odkąd  Len  zasnął,  nic  im  nie  grozi.  Dziesięć  minut, 
piętnaście. 

– Martwię się o niego – powiedziała Shanni w przestrzeń. 
– O kogo? 
– O Harry’ego, oczywiście. – PołoŜyła rękę na jasnych włosach dziecka. – 

background image

Chcą umieścić go w szpitalu na obserwacji psychiatrycznej. 

– Dlaczego? Ma jakieś problemy? 
–  A  ty  byś  nie  miał,  gdyby  twój  ojciec  zginął,  a  matka  i  ojczym 

nienawidzili cię? – Zobaczyła wyraz twarzy Nicka i zesztywniała. – Co takiego 
powiedziałam? 

– Nic. – Wziął się w garść i kiwnął głową. – Ale ty nie moŜesz wziąć na 

swoje  barki  wszystkich  problemów  świata.  To  tylko  jeden  z  twoich 
podopiecznych. 

– Chcesz powiedzieć, Ŝe w ogóle nie powinnam próbować? 
– MoŜe. 
Rzuciła mu długie, badawcze spojrzenie. 
–  Nie,  nie  myślisz  tak.  Byłeś  zbyt  dobry  dla  Lena,  choć  jesteś 

prawnikiem. 

– Jestem pracownikiem magistratu. Muszę być miły. 
– Nie Ŝartuj. To nie była gra! Zastanawiał się, skąd miała taką pewność. 
–  A  ty  co?  –  zmienił  temat.  –  PrzecieŜ  ten  twój  wujek  z  warsztatem 

samochodowym z pewnością nie zatrudniłby takiego dzieciaka. 

– Jeśli ktoś tego nie zrobi, nie ma dla niego nadziei – powiedziała smutno. 

– Więc moŜe dobrze, Ŝe są na świecie tacy ludzie jak moja rodzina. W kaŜdym 
razie...  –  Spojrzała  przeciągle  na  Lena,  potem  na  Harry’ego.  –  Chyba 
powinniśmy się ewakuować, nie sądzisz? 

– Masz rację. Wezwę policję. 
Obydwoje  dziwnie  się  ociągali.  Harry  mocno  zaciskał  rączki  na  szyi 

Nicka. 

Gdy  drzwi  przedszkola  otworzyły  się,  ukazała  się  w  nich  Shanni  z 

rewolwerem  w  dłoni  i  nowy  sędzia  magistratu  ze  śpiącym  dzieckiem  w 
ramionach. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Potem sprawy potoczyły się szybko. Policjanci wkroczyli do przedszkola 

i po chwili pojawili się z rozespanym i zdezorientowanym szesnastolatkiem. 

– Proszę, zadbajcie o niego – powiedziała Shanni. – To tylko wystraszony 

dzieciak. 

Lena wsadzono do radiowozu, zawyły syreny, a mały Harry w ramionach 

Nicka zaczął płakać. 

Przez tłum gapiów przedarła się wystraszona kobieta około trzydziestki i 

próbowała wziąć Harry’ego na ręce. 

– Harry, biedne maleństwo. Chodź do Wendy. 
Była to opiekunka Harry’ego, ale jej pojawienie się nie zrobiło na chłopcu 

Ŝ

adnego wraŜenia. Przywarł do Nicka i krzyczał, gdy próbowała go zabrać. Nick 

miał  dość.  Nic  więcej  nie  mógł  zrobić.  Rozerwał  zaciśnięte  kurczowo  palce  i 
oddał dziecko opiekunce. 

– Teraz jest twój. 
– Nie! Chcę zostać z moim Nickiem! – Harry krzyczał rozpaczliwie. 
Shanni podeszła do niego. 
– Harry, nie martw się. Nick zostaje tutaj na dwa lata. MoŜe moglibyśmy 

odwiedzić cię kiedyś, co Nick? 

– Nie sądzę. 
– Dlaczego? 
Musiał z tego jakoś wybrnąć. 
– Harry, widzisz te góry? Spójrz na nie! 
Harry  przestał  płakać  i  popatrzył  na  górujący  nad  miasteczkiem  szczyt 

Mount Borrowah. 

– Tam mieszkam – powiedział twardo. – Przykro mi, kolego, nie moŜesz 

mnie  tam  odwiedzić.  –  Jego  głos  trochę  zmiękł.  –  Ale  cieszę  się,  Ŝe  cię 
poznałem. Teraz bądź dobry dla Wendy. 

I odwrócił się, by nie widzieć łez malca. 
Potem  odbyło  się  przesłuchanie.  Pytanie  po  pytaniu,  wydarzenia  kaŜdej 

godziny. Nicka i Shanni przesłuchiwano razem i osobno. Kiedy skończyli, Nick 
stwierdził, Ŝe miejscowa policja zna się na robocie. 

To powaŜna sprawa, pomyślał. Cholera, powaŜna sprawa w Bay Beach, a 

on jako świadek nie mógł jej prowadzić! 

Pozostała  mu  jedynie  perspektywa  tropienia  amatorów  nielegalnego 

wędkowania. Straszne! 

Nick ruszył na spotkanie z inspektorem policji, który czekał, aby powitać 

nowego sędziego. 

–  Panie  Daniels  –  mocno  uścisnął  wyciągniętą  dłoń  –  witamy  w  Bay 

background image

Beach. Na szczęście, nie zawsze jest tu tak gorąco. 

Wspaniale.  Nick  wybąkał  kilka  zdawkowych  uprzejmości  i  nagle  ujrzał 

Shanni.  Towarzyszył  jej  niezły  tłumek.  Gdy  tylko  Nick  skończył  rozmowę  z 
inspektorem,  cały  ten  orszak,  który  według  Nicka  mógł  stanowić  przynajmniej 
połowę  populacji  miasteczka,  wybuchnął  pochwałami  na  cześć  dzielnej 
kierowniczki przedszkola. 

Shanni  wyglądała  na  wyczerpaną.  Odkąd  powiedział  Harry’emu,  Ŝe  nie 

moŜe  go  odwiedzić,  wyczuwał  w  niej  chłód,  choć  nadal  była  uprzejma.  Teraz 
dokonała prezentacji towarzyszących jej osób. 

–  Nick,  to  moi  rodzice.  Mój  brat  Rob,  jest  starszym  posterunkowym. 

Mary, moja siostra, pracuje jako urzędniczka w sądzie. A to Sam, Hatty, Will i 
Louise  –  moje  młodsze  rodzeństwo.  Babcia,  dziadek,  ciocia  Merle,  wujek 
Simon,  ten  z  warsztatem  samochodowym.  A  to  Nick  Daniels,  nowy  sędzia 
magistratu. 

Miał wraŜenie, Ŝe od ściskania tych wszystkich dłoni odpadnie mu ramię. 
– Jesteśmy wdzięczni, Ŝe zaopiekował się pan naszą Shanni – powiedziała 

matka dziewczyny, a jej rodzeństwo zaniosło się śmiechem.  Widząc zdziwioną 
minę Nicka, Guy McDonald, ojciec Shanni, klepnął go po ramieniu: 

–  Nie  przejmuj  się  –  powiedział.  –  Jestem  pewien,  Ŝe  dobrze  sobie 

radziłeś, ale wiemy teŜ, Ŝe Shanni to twarda sztuka. Kiedy przez całą noc reszta 
miasta martwiła się o was, matka Shanni i ja zastanawialiśmy się, czy porywacz 
wyjdzie z tego Ŝywy. 

– Nie zamierzałam go zastrzelić. 
–  Tak,  ale  mogłaś  go  namówić,  by  sam  to  zrobił  –  odparła  matka  z 

uśmiechem. – A kiedy Rob zadzwonił i zapytał, co Louise bierze na noc na katar 
sienny... 

– Więc... nie masz kataru? 
– Nie, Louise ma. Kichałam przekonująco? Kiedy Louise ma katar, bierze 

te proszki i chrapie, aŜ się dach unosi. 

– Wcale nie! – zaprotestowała Louise. 
– Właśnie, Ŝe tak! 
W pokoju wybuchła kolejna salwa śmiechu. Nagle drzwi otworzyły się i 

stanął w nich wysoki młody człowiek. Wyglądał jak typowy farmer – ogorzała 
twarz,  flanelowa  koszula,  kapelusz  z  szerokim  rondem.  Gdyby  jeszcze  gryzł 
słomkę, obrazek byłby kompletny. Rozejrzał się bacznie. Widać było, Ŝe nie jest 
w nastroju do Ŝartów ani do powitań. Szukał swojej kobiety. 

–  Kochanie!  –  Podszedł  prosto  do  Shanni  i  zamknął  ją  w  mocnym 

uścisku. 

A ona poddała się temu, jakby do niego naleŜała. 
–  Shanni,  kochana  –  mówił  nieznajomy.  –  Odprowadzałem  bydło  na 

sprzedaŜ do Warrbook i dopiero po powrocie dowiedziałem się o wszystkim. Do 

background image

diabła! Wszystko w porządku? Zabiję... 

Nagle  podniósł  ją  do  góry.  Uśmiechnęła  się,  spoglądając  mu  prosto  w 

oczy i Nick poczuł dziwne ukłucie. Nie, to śmieszne. Na litość boską, nie mógł 
być przecieŜ o nią zazdrosny! 

–  Wszystko  dobrze  –  powiedziała  Shanni,  gdy  stanęła  z  powrotem  na 

ziemi.  –  Nick,  to  John  Blainey.  John,  to  Nick,  nasz  nowy  sędzia.  TeŜ  był 
zakładnikiem. 

–  Opiekowałeś  się  moją  małą  dziewczynką.  –  John  ścisnął  rękę  Nicka, 

niemal  łamiąc  mu  przy  tym  palce.  –  Dzięki,  Ŝe  ją  z  tego  wyciągnąłeś.  Jestem 
twoim dłuŜnikiem. 

– To raczej Shanni nas wyciągnęła. Ja tylko pilnowałem dziecka. 
–  No,  proszę,  masz  jeszcze  siłę  Ŝartować,  to  świetnie.  –  Obrócił  się  i 

znowu objął Shanni silnym uściskiem. – Dość tego, kochanie, nie pozwolę, abyś 
nadal tak ryzykowała. Pobieramy się. Wprawdzie dom nie jest jeszcze gotowy, 
ale nie chcę, byś naraŜała się na podobne awantury. 

–  I  co,  będziesz  chodził  ze  mną  do  pracy?  –  spytała  Shanni  zaskoczona 

jego deklaracją. 

– Umiem ochronić siebie i swoją rodzinę. Będę stale nad tobą czuwał. 
Nick miał dość. ZauwaŜył, Ŝe rodzina Shanni takŜe obserwuje gruchającą 

parę z lekkim niesmakiem. 

– Muszę odebrać samochód – powiedział. 
–  Podwiozę  cię  –  zaproponował  szybko  Rob,  najwyraźniej  zadowolony, 

Ŝ

e moŜe się stąd wyrwać. 

Shanni wyzwoliła się z objęć Johna. 
– Nick, dziękuję ci. 
–  Za  co?  Za  to,  Ŝe  naraziłem  cię  na  niebezpieczeństwo  i  sprowadziłem 

Lena do przedszkola? 

–  To  juŜ  ci  wybaczyłam.  –  Zaśmiała  się  figlarnie.  –  Musiałam  trochę 

pozrzędzić,  bo  to  rzadka  okazja  widzieć  prawnika  wijącego  się  pod  wpływem 
wyrzutów  sumienia.  Nie  mogłam  sobie  tego  odmówić.  W  kaŜdym  razie, 
dziękuję ci. 

– To ja powinienem ci podziękować. 
– I Louise. W końcu to jej tabletki – zaŜartowała Shanni. Po chwili jednak 

spowaŜniała. – Jeśli chodzi o Harry’ego... 

– Nic nie zrobiłem. 
–  Zrobiłeś  –  powiedziała  zdecydowanie.  –  Ale  moŜesz  zrobić  więcej. 

MoŜesz nam pomóc przełamać jego nieufność. 

– Nie jestem na to przygotowany. 
– Dlaczego nie? 
– Mówiłem ci juŜ, nie lubię dzieci. 
– Nie lubisz Harry’ego? 

background image

–  Shanni,  przyjechałem  tu  do  pracy.  Zamierzam  się  jej  poświęcić  i  nie 

sądzę, bym miał czas na cokolwiek innego. 

– Dobre sobie – zaśmiała się. – Posada sędziego w Bay Beach, to dopiero 

praca na cały etat! 

– Przestań mu wiercić dziurę w brzuchu – powiedziała łagodnie jej matka. 

–  Dopiero  co  przyjechał  do  miasta.  Daj  mu  kilka  dni,  zanim  zaczniesz  go 
wciągać w swoją kampanię ratowania świata. 

–  Kilka  dni?  –  Shanni  zmarszczyła  nosek.  –  W  porządku,  Nicholasie 

Daniels, masz kilka dni łaski. Ach, Nick, jeszcze jedno... 

– Tak? 
– Moja babcia jest świetną krawcową. 
– I...? – był zupełnie zbity z tropu. 
–  Będziesz  chciał  przecieŜ  poszerzyć  krawat.  Urzędnicy  w  naszym 

miasteczku  to  powaŜni  ludzie,  wzbudzają  szacunek  i  noszą  krawaty,  a  nie 
sznurówki. Babciu, czy to jest porządny krawat? 

Babcia  spojrzała  posłusznie  na  włoski  jedwab  zawiązany  wokół  szyi 

Nicka i mruknęła z dezaprobatą. 

–  Tak,  babciu,  to  właściwa  odpowiedź  –  zaśmiała  się  Shanni.  Powinien 

być szerszy, w tym miasteczku to się liczy, a nie metka projektanta. 

 
Shanni  dotrzymała  obietnicy.  Nick  nie  widział  jej  przez  pięć  dni.  Przez 

ten  czas  organizował  sobie  Ŝycie.  Mieszkanie,  które  dostał,  bardzo  mu 
odpowiadało.  Nie  miało  ogródka  do  pielęgnacji,  a  duŜe  okna  wychodziły  na 
ocean. 

Gmach sądu był majestatyczny i senny, jak wszystko w tym miasteczku. 

Mary,  starsza  siostra  Shanni,  prowadziła  sekretariat.  Szczęśliwa  Ŝona 
miejscowego  agenta  nieruchomości,  matka  dwóch  chłopców,  wiedziała 
wszystko i znała wszystkich w Bay Beach. 

– Sprawa Reda Barringa. Łowił bez licencji – relacjonowała przy drugiej 

sprawie.  –  Zaklina  się,  Ŝe  to  na  uroczystość  rodzinną,  ale  nie  wierz  mu.  Za 
kaŜdym razem tak mówi. Wszyscy wiedzą, Ŝe ryby sprzedaje na czarnym rynku. 

– Nie powinnaś mi tego mówić – zaoponował Nick nieśmiało, na co Mary 

tylko się zaśmiała. 

–  Szkoda  by  było,  gdybyś  dał  się  nabrać  na  niewinne  oczka  Reda.  To 

złodziej.  Inni  rybacy  muszą  płacić  za  kartę.  W  dodatku,  kiedy  w  zeszłym 
miesiącu zatonęła łódź Sama Netherfielda i rybacy zrobili składkę, Red nie dał 
ani centa. Ani jednego centa! WyobraŜasz to sobie?! ChociaŜ Sam świadczył na 
jego korzyść w ostatnim procesie. 

I mimo Ŝe było to zupełnie niewłaściwe, kiedy Red stanął przed sądem i 

przysięgał, Ŝe złowił tylko kilka rybek na urodziny Ŝony, a zapłacenie wysokiej 
grzywny  przekracza  jego  moŜliwości,  Nick  nie  potrafił  podejść  do  sprawy 

background image

obiektywnie  i  nakazał  policji  dokładne  sprawdzenie  finansów  Reda.  Widok 
niezbyt  tęgiej  miny  podejrzanego  przekonał  go,  Ŝe  ignorowanie  dobrych  rad 
Mary byłoby głupotą. 

Czasami jednak jej ciekawość wykraczała daleko poza sprawy zawodowe. 
– Czym się interesujesz? – zapytała pewnego dnia. 
– Proszę? 
– No, jakie jest twoje hobby? – tłumaczyła jak dziecku. – PrzecieŜ jakieś 

musisz mieć. Tylko praca i Ŝadnej zabawy? Nie moŜna tak Ŝyć! 

–  Wiesz,  Ŝe  czasami  jesteś  równie  nieznośna,  jak  twoja  siostra!  Ty  teŜ 

próbujesz zorganizować mi Ŝycie? 

– Staram się. Właściwie jestem w tym lepsza, mam więcej praktyki. Teraz 

na  przykład  potrzebujemy  nowych  członków  do  naszego  zespołu  teatralnego. 
Umiesz śpiewać? 

– Nie. 
–  Nie  szkodzi.  –  Nie  zniechęcała  się  łatwo.  –  MoŜesz  występować  w 

skeczach. Potrzebujemy teŜ kogoś do robienia dekoracji. 

– Nie! 
– W porządku. – Przyjęła to wzruszeniem ramion. – Jest jeszcze szkółka 

Ŝ

eglarska, klub szachowy... 

–  Mary  –  westchnął  zniecierpliwiony.  –  Nie  bawią  mnie  wasze  kółka 

zainteresowań. 

– Dlaczego? – zdumiała się. 
– Mam mnóstwo roboty. 
– Na przykład co? – Wbiła w niego świdrujące spojrzenie. – Nie moŜesz 

przecieŜ cały czas siedzieć w sądzie. Co poza tym zamierzasz robić? 

Rzeczywiście, zamyślił się, wchodząc do swojego gabinetu, co będzie tu 

robił?  W  mieście  pracował  prawie  osiemdziesiąt  godzin  tygodniowo,  lubił  to. 
Wolny  czas  wypełniały  mu  kina,  kluby,  teatry.  Za  kaŜdym  razem  z  inną 
kobietą...  Co  będzie  tutaj  robił?  Przy  takim  deficycie  teatrów  i  klubów.  I 
pięknych kobiet. 

– Nick? – Pukanie do drzwi zakłóciło mu chwilowy spokój. 
– Jestem zajęty. 
– Nonsens. – Drzwi otworzyły się szeroko i weszła Mary, za nią Shanni, a 

potem jeszcze Harry. Na ich widok poczuł dziwny skurcz w gardle. 

Shanni  miała  na  sobie  błękitną  sukienkę  z  odkrytymi  ramionami,  która 

podkreślała kolor jej oczu. Włosy związała z tyłu niebieską wstąŜką. Wyglądała 
na szczęśliwą, wypoczętą i beztroską, a jej uśmiech rozjaśniał świat wokół. 

–  Cześć  –  powiedziała,  spoglądając  na  niego  pogodnie.  –  Mary 

powiedziała, Ŝe nie jesteś zajęty, więc... 

– Mary powiedziała...! – Musi coś zrobić z tą Mary! I to szybko. 
–  Tak,  powiedziała,  Ŝe  masz  czas  do  trzeciej,  więc  postanowiliśmy  z 

background image

Harrym zabrać cię na obiad. 

Harry stał spokojnie obok niej. Nie odzywał się. Patrzył na Nicka szeroko 

otwartymi oczami i wyglądał, jakby czekał na uderzenie. 

–  Raczej  nie  mogę...  –  Nawet  on  słyszał,  jak  mało  wiarygodnie  to 

zabrzmiało.  Jęknął  w  duchu,  nie  chciał  się  przecieŜ  w  nic  angaŜować.  Ale  nie 
chciał teŜ ranić dziecka... 

–  Myśleliśmy  o  miłym  wypadzie  gdzieś  niedaleko,  prawda,  Harry?  – 

Shanni  nie  przejęła  się  odmową.  –  Mam  dzisiaj  wolne,  a  Harry  chciał  cię 
zobaczyć, więc skoro Mary powiedziała, Ŝe masz czas... 

– Jestem zajęty. 
–  Nie  mów  głupstw.  Poradzę  sobie  sama  –  stwierdziła  Mary 

autorytatywnie.  –  Idź  i  baw  się  dobrze.  Trochę  świeŜego  powietrza  dobrze  ci 
zrobi. 

– Nie potrzebuję świeŜego powietrza. 
– Nick, przestań nudzić i ubieraj się! – Mary spojrzała na niego surowo. – 

Mówisz, jakbyś się bał wyjść za próg. Nie ma czego, Shanni zadba o ciebie. 

Obie uśmiechnęły się promiennie. 
– Poddaję się – powiedział z rezygnacją. 
– To rozsądna decyzja – stwierdziła Mary. – W tym siostry McDonald są 

dobre.  Byłyśmy  trenowane  od  dzieciństwa  przez  bardzo  przekonującą  mamę.  I 
babcię. Shanni, zmuś go jeszcze, Ŝeby zdjął krawat. 

– Zdejmij krawat. Nie moŜesz jeść ryby na plaŜy z tą markową sznurówką 

na szyi. 

– Ja nie... 
–  AleŜ  tak – ucięła Mary.  –  Powinieneś wiedzieć, kiedy  nie masz  szans. 

Idź i nie wracaj przed trzecią. To rozkaz. 

Co  mógł  zrobić?  Shanni  uśmiechała  się  niewinnie,  a  Harry  stał  i  patrzył 

wyczekująco. 

– JuŜ zamówiłam rybę i frytki. Będą do odebrania za pięć minut. Chodź, 

przejdziemy się – paplała radośnie. – I proszę, zdejmij krawat. 

– Nie. 
–  Wyglądasz  głupio.  –  Spojrzała  na  niego  uwaŜnie.  –  To  ten,  w  którym 

cię widziałam pierwszy raz, prawda? Nie masz ubrań na zmianę? 

–  Przywiozłem  tylko  jeden  garnitur.  I  tak  na  weekend  wracam  do 

Melbourne. Inaczej zwariowałbym z nudów. 

–  To  będzie  najnudniejszy  weekend,  o  jakim  słyszałam.  Spędzony  w 

mieście na zmienianiu garniturów. 

Uśmiechnęła się radośnie, a on, chcąc nie chcąc, odwzajemnił uśmiech i 

juŜ po chwili szedł wraz z nią i chłopcem w stronę zatoki. 

–  Nigdy  nie  bywasz  w  Melbourne?  –  zapytał,  próbując  powiedzieć 

cokolwiek, co nie brzmiałoby Ŝałośnie. 

background image

–  Studiowałam  w  Melbourne,  ale  nienawidziłam  miasta.  Co  tydzień 

przyjeŜdŜałam do domu. Tęskniłam za morskim powietrzem i wiejskim Ŝyciem. 

– No widzisz, a ja tęsknię za spalinami i wielkomiejskim gwarem. Oboje 

jesteśmy od czegoś uzaleŜnieni, panno McDonald. 

– MoŜe – zgodziła się z wahaniem. – Co o tym myślisz, Harry? Sądzisz, 

Ŝ

e jesteśmy zwariowani? 

Harry szedł między  nimi, nie odzywając  się. Teraz zastanawiał się przez 

chwilę nad odpowiedzią. 

– Nie – odparł w końcu. Shanni zaśmiała się radośnie. 
–  Jesteś  wspaniały,  Harry!  –  powiedziała,  spoglądając  na  niego  ciepło. 

Cały  czas  dzielnie  maszerował,  choć  noga  z  pewnością  go  bolała.  –  Znasz 
zabawę w raz, dwa, trzy, skok? 

Pokręcił  głową.  Mała  twarzyczka  uniosła  się  i  wpatrywała  w  Shanni  z 

ciekawością. 

– Musimy go nauczyć – zwróciła się do Nicka, ale ten potrząsnął głową. 
– Niestety. 
–  Niestety,  co?  –  Patrzyła  z  niedowierzaniem  to  na  jednego,  to  na 

drugiego. – To znaczy... Ŝaden z was nie zna raz, dwa, trzy, skok?! 

–  Oświeć  nas  –  powiedział  Nick  cierpko,  wiedząc,  Ŝe  i  tak  nie  uniknie 

zabawy. 

– To proste – tłumaczyła Shanni, machając jednocześnie ręką do kobiety 

po drugiej stronie ulicy. Przez cały czas kogoś pozdrawiała. Wyglądało na to, Ŝe 
zna  tu  wszystkich.  –  Ta  zabawa  wymaga  dwojga  dorosłych  i  jednego  dziecka. 
Mamy więc wszystko, czego potrzeba. Nick, weź Harry’ego za rękę, ja za drugą 
i jesteśmy gotowi. 

Dyrygowała  nimi  jak  dziećmi  w  przedszkolu,  a  oni  obaj  grzecznie 

wykonywali jej polecenia. Co ja robię, zastanawiał się Nick? Chyba oszalałem. 

– Gotowi? – Spojrzała na Harry’ego, który kurczowo ściskał ich ręce. 
Nickowi  zdawało  się,  Ŝe  na  jej  policzku  błysnęła  łza.  Musiał  się  mylić, 

dlaczego miałaby płakać? Rozhuśtała rękę Harry’ego i zawołała: 

– Raz... dwa... trzy... i... hop! 
Chłopiec pofrunął wysoko, po czym wylądował bezpiecznie między nimi. 

Spojrzał z zachwytem i ufnością na Nicka, a ten poczuł się nieswojo. 

Do  licha,  mogły  mu  się  przewidzieć  łzy  na  policzku  Shanni,  ale  co 

ś

ciskało jego krtań? 

Przez całą drogę na plaŜę bawili się w raz, dwa trzy, skok. Harry był po 

prostu  zachwycony,  ściskał  mocno  rękę  Nicka  i  za  kaŜdym  razem,  kiedy  miał 
pofrunąć do góry, spoglądał na niego nieśmiało. 

Po drodze odebrali rybę i napoje. 
Po godzinie Nick rozejrzał się wokoło. Siedział na piasku, wpatrywał się 

w grzywy fal, dookoła leŜały resztki ryby, a on ciągle nie rozumiał, jak dał się 

background image

na to namówić. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Jedli w milczeniu. 
Nick  spodziewał  się  wszystkiego  po  tej  dziewczynie,  ale  nie  milczenia. 

Przez  całą  drogę  śmiała  się  i  mówiła,  a  teraz  siedziała  cicho  z  Harrym  na 
kolanach.  Ta  cisza  działała  na  niego  bardziej  deprymująco  niŜ  nieustanne 
paplanie. 

Rozkoszował  się  nagrzanym  piaskiem  i  łagodnym  szumem  fal.  Miał 

uczucie, jakby byli pierwszymi ludźmi na świecie. 

Zastanawiał  się,  kiedy  ostatnio  siedział  beztrosko  na  plaŜy  i  wystawiał 

twarz  do  słońca?  Nigdy,  stwierdził.  Był  dzieckiem  miasta  i  nie  miał  rodziców, 
którzy zabieraliby go gdziekolwiek. 

Był jak Harry. 
Nie! Nie zamierzał angaŜować się w cokolwiek, choć wiedział, Ŝe Shanni 

próbuje stworzyć więź między nim a dzieckiem. Był pewien, Ŝe właśnie dlatego 
zorganizowała ten piknik. Ale on nie zamierzał jej ulec. 

–  Nie  jesz  juŜ  frytek?  –  uśmiechnęła  się  do  niego  z  tym  dziwnym 

błyskiem w oczach. 

– Nie, dziękuję. 
– Mogę je wziąć i nakarmić mewy? – zapytał Harry, i było to najdłuŜsze 

zdanie, jakie Nick od niego usłyszał. 

– Świetny pomysł! – Shanni kiwnęła głową. 
Chłopiec pobiegł na brzeg morza. Rozrzucał frytki wokół siebie i juŜ po 

chwili  otoczyła  go  chmara  mew.  Machały  skrzydłami  i  piszczały  donośnie. 
Wyglądało to tak, jakby Harry chciał się ukryć za parawanem ptasich skrzydeł i 
kakofonią dźwięków. Ten widok obudził w Nicku bolesne wspomnienia. On teŜ 
kiedyś musiał wybrać samotność. 

–  Harry’ego  czekają  badania  psychiatryczne  –  głos  Shanni  przerwał  te 

wspomnienia i Nick wrócił do rzeczywistości. 

– W związku z tą historią w przedszkolu? – spytał nieco zdziwiony. 
– Nie, z powodu tego, co przeŜył wcześniej. 
– Nie rozumiem... 
– Teraz jest juŜ w miarę dobrze – mówiła zgaszonym głosem. – Wendy i 

ja  staramy  się  mu  pomóc.  Ale  wobec  większości  ludzi  nadal  jest  nieufny, 
zamyka  się,  krzyczy,  kiedy  próbują  podejść.  Często  śnią  mu  się  koszmary. 
Potrafi płakać przez pół nocy, budzi inne dzieci. 

– Więc? 
–  Jeśli  nie  dotrzemy  jakoś  do  niego,  umieszczą  go  w  ośrodku 

psychiatrycznym.  W  rodzinach  zastępczych  wytrzymuje  nie  dłuŜej  niŜ  jedną 
noc.  Dopóki  będzie  w  takim  stanie,  adopcja  nie  wchodzi  w  grę.  Musimy  mu 

background image

pomóc. 

–  My?  –  spytał  Nick  niepewnie,  rysując  wzorki  na  piasku.  –  Masz  na 

myśli siebie i Wendy? 

– Oczywiście – spojrzała na niego niewinnie. 
–  Nie  obraź  się,  ale  dlaczego  to  robisz?  To  wykracza  poza  twoje 

obowiązki zawodowe. 

– Słucham?! 
– Jako przedszkolanka nie musisz angaŜować się aŜ tak bardzo w kłopoty 

Harry’ego. 

Cisza. 
–  Nie  jesteś  za  niego  odpowiedzialna  –  ciągnął  Nick.  –  Jeśli  Harry 

potrzebuje fachowej pomocy, powinien się znaleźć w ośrodku psychiatrycznym, 
to właściwe miejsce dla niego. 

– On potrzebuje miłości. 
– Tym bardziej naleŜy go leczyć. To da mu większą szansę na adopcję. 
–  Tak,  wyleczyć  i  adoptować.  Ale  to  błędne  koło.  Musi  być  wyleczony, 

Ŝ

eby  mógł  być  adoptowany,  i  musi  być  adoptowany,  Ŝeby  moŜna  go  było 

wyleczyć! 

– Sądziłem, Ŝe to rozsądne – powiedział nieco uraŜonym tonem. 
–  Nie! –  Wstała gwałtownie.  W  jej  oczach dojrzał  Ŝal i...  pogardę?  –  Tu 

nie  chodzi  o  rozsądek  i  naukowe  teorie!  Mówimy  o  Ŝyciu  małego  chłopca! 
Gdybym  mogła,  wzięłabym  go  do  siebie,  ale  jemu  potrzebny  jest  kontakt  z 
męŜczyzną. Wszyscy to widzą! 

– Dlaczego ty się w to angaŜujesz? Czy to naleŜy do twoich obowiązków? 
– Oczywiście, Ŝe nie! Ale przynajmniej się staram, w przeciwieństwie do 

innych, którzy opowiadają, Ŝe mieszkają wysoko w górach! 

–  Dla  niego  równie  dobrze  mógłbym  tam  mieszkać!  –  powiedział 

podniesionym  głosem.  On  takŜe  zaczynał  mieć  dość.  Jak  śmiała  krzyczeć  na 
niego? 

– Co chcesz przez to powiedzieć? 
– śe nie będę się w nic angaŜować! To nie jest dobry pomysł. Mam go do 

siebie przywiązać, by potem wyjechać? 

–  Ale  przez  te  dwa  lata  mógłbyś  duŜo  dla  niego  zrobić  –  powiedziała 

błagalnym tonem. 

– Chyba Ŝartujesz?! 
– Wcale nie. Nie musisz się wysilać, po prostu bądź jego przyjacielem. 
– Nie mam pojęcia, jak być przyjacielem trzylatka. 
–  Nauczę  cię  –  powiedziała  ochoczo.  –  Wendy  i  ja  uwaŜamy,  Ŝe  on 

rozpaczliwie potrzebuje kontaktu z męŜczyzną. Był bardzo związany z ojcem. Z 
kobietami miał złe i bolesne doświadczenia. Musi być z męŜczyzną. 

–  śartujesz! –  Pokręcił głową  z  niedowierzaniem.  Po  co  w  ogóle dał  się 

background image

wciągnąć w tę absurdalną rozmowę? 

Stała  przed  nim  z  proszącym  uśmiechem,  ale  jej  oczy  patrzyły  z 

wyczekiwaniem.  Czuł,  Ŝe  usiłuje  wymusić  na  nim  decyzję.  Jest  przecieŜ 
porządnym  człowiekiem,  moŜe  dać  trochę  ciepła  i  uczucia  małemu, 
opuszczonemu chłopcu... 

Pragnęła  niemoŜliwego.  Nick  Daniels  nie  potrafił  nikogo  obdarzyć 

miłością. 

– Nie – powiedział twardo. – Nie wiesz, o co prosisz. – Zrobił krok w tył. 
Chciała zaprotestować, ale powstrzymała się. Spojrzała na niego uwaŜnie 

i nagle jej gniew zniknął. 

–  Co się  stało,  Nick?  –  zapytała  miękko. –  Kto  cię  wygonił tak  wysoko, 

na szczyt góry? 

– Ja... 
– Nie chcesz o tym mówić? W porządku, rozumiem. – Nagle uśmiechnęła 

się  i  napięcie  znikło.  Zdobyła  się  nawet  na  Ŝart:  –  Nick,  dlaczego  nie  chcesz 
zdjąć tego głupiego krawata  i czeszesz się  jak  prawnik z  miasta?  Tutaj  to  razi, 
wyglądasz jak mafioso. I nie znasz raz, dwa, trzy, skok... 

– Shanni... 
– Tak? 
– Nie wtrącaj się. 
–  To  przecieŜ  nie  w  moim  stylu.  Wiem,  kiedy  naleŜy  się  wycofać  – 

powiedziała z niewinnym uśmieszkiem i juŜ nie wiedział, czy mówi powaŜnie, 
czy nie. 

Było  dopiero  po  drugiej,  wciąŜ  jeszcze  miał  trochę  czasu.  Zamierzał 

wprawdzie  wrócić  i  przejrzeć  papiery,  ale  Shanni  zaproponowała  plac  zabaw. 
Musiał się poddać. 

–  Chodźmy  na  karuzelę  –  powiedział  Harry,  patrząc  z  zachwytem  na 

kolorowe konie ustawione rzędami na niewielkiej platformie. 

– Świetny pomysł. Nick pomoŜe ci wsiąść, prawda? 
–  Oczywiście.  –  Wskoczył  na  karuzelę  i  podniósł  Harry’ego  do  góry. 

Ledwo zdąŜył posadzić chłopca na koniu, a karuzela zaczęła się kręcić. 

–  Ej!  –  Zacisnął  kurczowo  ręce  na  uchwytach,  przytrzymując 

jednocześnie  małe  rączki  Harry’ego.  –  Stop!  Przestań  kręcić!  –  krzyczał  do 
Shanni, ale ona śmiała się w najlepsze. 

–  W  porządku,  Nick,  dam  radę  wam  obu!  –  odkrzyknęła  radośnie. 

Karuzela wirowała coraz szybciej. – Trzymaj się, Harry! 

Harry? A co z nim? 
– Shanni, pozwól mi zejść! 
– Trzymaj się mocno, to nie spadniesz. – Harry uśmiechnął się nieśmiało. 

– Fajna zabawa, prawda? 

Był odmiennego zdania, ale śmiech. Harry’ego działał zaraźliwie. Shanni 

background image

teŜ nie przestawała się śmiać, obracając koło coraz szybciej. 

– Wrobiłaś mnie, podstępna kobieto! 
– CóŜ, poznałeś w końcu moją prawdziwą naturę! 
Nie  zwalniała  i  Nick  rad  nie  rad  dał  za  wygraną.  Starał  się  utrzymać 

równowagę  i  ubezpieczać  Harry’ego.  Chłopiec  ściskał  jego  ręce  tak  mocno, 
jakby od tego zaleŜało jego Ŝycie. Nie bał się. Wiedział, Ŝe dopóki Nick stoi za 
nim, nic złego mu się nie stanie. 

Karuzela wirowała, promienie słońca ślizgały się po ich twarzach, Shanni 

zaśmiewała się i biegała wkoło, Nick trzymał Harry’ego i czuł się... 

–  Shanni!  –  rozległo  się  gdzieś  z  tyłu.  Dopiero  gdy  karuzela  wykonała 

kolejny obrót, Nick zobaczył śpieszącego ku nim Johna. 

Stary,  poczciwy  John,  pomyślał,  widząc  zamaszysty  krok  narzeczonego 

Shanni. 

Wyglądał,  jakby  nadciągał  z  odsieczą.  Ale  z  czyjej  strony  mogłoby 

zagraŜać  niebezpieczeństwo  jego  narzeczonej,  zastanawiał  się  Nick. 
Neurotycznego trzylatka, czy sprytnego, wielkomiejskiego prawnika? Tak, John 
najwyraźniej przybył tu, by uratować Shanni. Nick poczuł dziwną gorycz. 

– Shanni, kochanie... 
Karuzela  zwolniła  i  Nick  wreszcie  zeskoczył  na  ziemię.  W  samą  porę, 

pomyślał, próbując uspokoić ciągle wirujący świat. 

–  Cześć,  John. – Shanni uśmiechnęła się, ale patrzyła na niego  pytająco, 

jakby nie wiedziała, czego ma się spodziewać. Ciekawe... 

– Mary powiedziała, Ŝe tu jesteś. – John był zdyszany, jakby pędził tu od 

budynku sądu. – Myślałem, Ŝe skoro masz wolne, wybierasz kafelki do łazienki. 

–  Wiem,  powiedziałeś,  Ŝebym  wybrała  glazurę,  ale  to  nie  ma  sensu, 

dopóki  nie  wybraliśmy  planów  domu.  Pamiętasz  Nicka?  –  spytała,  próbując 
zmienić temat. 

– Oczywiście, Ŝe pamiętam – powiedział John i włoŜył ręce do kieszeni. 

Kiwnął głową w jego stronę, nie zmieniając wyrazu twarzy. I  dobrze, Nick teŜ 
nie był w nastroju do towarzyskich uprzejmości. – Dlaczego nie jesteś w sklepie 
z glazurą? Zostawiłem zwózkę siana i przyjechałem do ciebie. 

– Pchaj – domagał się Harry. – Nick, dlaczego zszedłeś? 
– Za duŜo dobrego naraz. – Nick machnął ręką. – Ale baw się dalej. 
– Pchaj, Shanni – powtórzył Harry. Shanni zaczęła obracać karuzelę. 
–  John,  jutro  moŜe  padać –  powiedziała,  chodząc  w  kółko  z metalowym 

drąŜkiem. – Nie powinieneś zostawiać zwózki, siano ci zmoknie. 

–  Tym  bardziej  nie  rozumiem,  dlaczego  tracisz  czas,  zamiast  zająć  się 

tym, czym powinnaś. 

– Chyba nie przyszedłeś mnie kontrolować? 
– Po prostu chciałem zobaczyć, czy wszystko w porządku. 
–  To  miło  z  twojej  strony  –  powiedziała  łagodnie.  –  Ale,  jak  widzisz, 

background image

mam  się  dobrze.  Piknik  na  plaŜy  i  zabawa  na  karuzeli  nie  naleŜą  do 
niebezpiecznych zajęć. Nie chcę, Ŝeby z mojego powodu zmarnowało się siano. 

– Dlaczego właściwie jesteś tutaj, z nim? – John rzucił krótkie spojrzenie 

na  Nicka,  a  ten  uniósł  brwi  i  uśmiechnął  się  grzecznie,  choć  ziemia  ciągle 
kręciła mu się pod stopami. 

– Nick i ja zabraliśmy Harry’ego na obiad. – Spojrzała na chłopca, który 

wpatrywał się w morze. – To jest John, Harry. Chcesz się przywitać? 

– Nie – powiedział Harry i Nick nie miał mu tego za złe. 
–  Shanni,  chodźmy  –  nalegał  John.  –  Jeśli  się  pospieszymy,  zdąŜymy 

wybrać kafelki. 

–  To  szaleństwo  –  pokręciła  głową.  –  PrzecieŜ  jeszcze  nie 

zdecydowaliśmy, Ŝe się pobieramy. 

– Oczywiście, Ŝe się pobieramy! 
– Właściwie nie zapytałeś mnie, czy się zgadzam. 
– PrzecieŜ zawsze wiedzieliśmy... 
–  John,  powinniśmy  porozmawiać  na  osobności  –  powiedziała,  rzucając 

spojrzenie  na  Nicka, który  takŜe  wpatrywał  się  w  morze.  –  Spotkajmy  się  dziś 
wieczorem, dobrze? 

–  To  śmieszne.  –  John  nie  dawał  za  wygraną.  –  Przyjechałem  tu,  Ŝeby 

wybierać z tobą kafelki. 

– Jestem teraz z Harrym! 
– To zostaw dzieciaka z prawnikiem! 
– Ej! – Zaczął Nick, ale jego protest był zbędny. Shanni wybuchła: 
– Dzieciak ma na imię Harry! I jest moim przyjacielem. Zaprosiłam jego i 

Nicka, który jest sędzią w tym miasteczku, na piknik. Kiedy skończymy zabawę, 
nie wcześniej, odprowadzę Harry’ego do Wendy. 

–  Do  Wendy?  –  spytał  John  z  niedowierzaniem.  –  Więc  on  jest  z  domu 

dziecka? 

– Tak – potwierdziła lodowatym tonem. 
Uuu,  cofnij  się  stary,  pomyślał  Nick,  widząc  wyraz  twarzy  Shanni.  Ale 

John nie zamierzał przestać. 

– Shanni, to śmieszne – wycedził przez zęby. – Całe miasteczko widziało 

cię w towarzystwie tego faceta i dzieciaka. Malcolm Taylor zadzwonił do mnie i 
powiedział... 

–  Aha!  Więc  to  jest  prawdziwy  powód  twojej  obecności  tutaj!  –  Gniew 

Shanni  rósł  z  minuty  na  minutę  i  Nick  dziwił  się,  Ŝe  John  jeszcze  nie  zwiał.  – 
Przyjechałeś, bo Malcolm widział mnie z obcym męŜczyzną i doniósł na mnie! 

– Wszyscy pomyślą, Ŝe mnie zdradzasz. 
–  Dlatego,  Ŝe  siedzę  na  plaŜy  i  jem  frytki  z  tutejszym  sędzią?  W  samo 

południe, w towarzystwie małego chłopca na dodatek? 

–  PlaŜa  znajduje  się  na  uboczu!  Nie  powinien  zabierać  cię  na  obiad  w 

background image

takie miejsce! 

– To ja go zabrałam, nie on mnie! 
–  To  prawda  –  dodał  Nick  potulnie.  –  Nie  miałem  wyboru,  zapytaj 

Harry’ego. Weszli do sądu i prawie mnie porwali. 

John zignorował te wyjaśnienia. 
– Słuchaj – zaczął po nabraniu głębszego oddechu. – Chodźmy wybierać 

kafelki i zapomnijmy o wszystkim. Ludzie teŜ zapomną... 

– śe cię zwodzę? 
– Tego nie powiedziałem... 
– Nie musiałeś. John, bardzo cię lubię, jesteś prawdziwym przyjacielem, 

ale nie pozwolę, aby ktoś narzucał mi, co mam robić. 

– Czyli nie chcesz wyjść za mnie? 
Nastała długa chwila  ciszy.  Karuzela  zwolniła  i  w  końcu  zatrzymała  się. 

Nick i Harry patrzyli w napięciu. 

–  Myślę...  –  Shanni  zamknęła  na  chwilę  oczy,  a  kiedy  je  otworzyła, 

patrzyła  z  mocą  i  determinacją.  –  Myślę,  Ŝe  to  właśnie  chciałam  powiedzieć. 
Dziękuję, Ŝe zapytałeś. 

– śartujesz! 
– Nie. Przykro mi. 
– Rozumiem. – Znowu zaległa cisza, a potem John odwrócił się do Nicka 

i  rzucił  mu  gniewne  spojrzenie.  –  Mam  nadzieję,  Ŝe  on  jest  tego  wart.  śeby 
rzucić mnie dla jakiegoś wymuskanego lalusia w drogim garniturze... 

Odwrócił się i odszedł, stawiając długie kroki. 
– Pchaj – zaŜądał Harry. 
Nick złapał za drąŜek, przynajmniej tyle mógł zrobić. Shanni patrzyła na 

oddalającą się postać i Nick miał wraŜenie, Ŝe dziewczyna waha się. 

– Idź za nim – powiedział łagodnie. – Zajmę się Harrym. 
– Dziękuję, nie musisz. – Odwróciła się do niego z wyrazem zaciętości na 

twarzy,  dowodzącym,  Ŝe  jej  decyzja  jest  nieodwołalna.  –  Mam  dość  facetów, 
którzy mi rozkazują! 

–  Zwłaszcza  wymuskanych  lalusiów  w  drogich  garniturach?  To 

rozładowało napięcie. 

–  Przepraszam.  –  Uśmiechnęła  się  z  trudem.  –  Choć  to  John  powinien 

przepraszać. Zachował się okropnie. 

–  CóŜ...  jeśli  rzeczywiście  całe  miasteczko  myśli,  Ŝe  my...  MoŜe  John 

miał rację, moŜe nie powinniśmy... 

– Co!? – Jej oczy znowu miotały iskry. – Martwisz się, bo ludzie mogliby 

pomyśleć,  Ŝe  oszalałam  i  dla  ciebie  rzuciłam  Johna?  I  to  tylko  dlatego,  Ŝe 
zjedliśmy  razem  obiad  na  plaŜy?  Ty  durniu!  Jesteś  tak  samo  zarozumiały  jak 
John! 

–  Pchaj  –  powiedział  Harry  zniecierpliwiony.  Nudziła  go  ta  rozmowa, 

background image

chciał, Ŝeby wrócili do zabawy. 

Zaczęli więc kręcić karuzelę oboje, ale emocje Shanni nie opadały. 
– Przepraszam – powiedział w końcu Nick. 
MoŜe  rzeczywiście  przesadził.  Nie  znał  małomiasteczkowych  zasad,  ale 

nie chciał być w cokolwiek zamieszany. Zerknął na zegarek i z ulgą stwierdził, 
Ŝ

e dochodzi trzecia. 

– Muszę wracać. 
– Oczywiście. Nie będziemy cię zatrzymywać. 
– Ty nie idziesz? 
– Ja i Harry bawimy się na karuzeli – mówiła, nie patrząc na niego. – Ty 

rób, co chcesz. 

– Dobrze. Idę więc. 
Wziął głęboki oddech, popatrzył na nich przez chwilę i kiwnął głową. 
– Do zobaczenia, Harry – powiedział. 
– Kiedy? – dopytywał się chłopiec. – Kiedy mnie zobaczysz? Niedługo? 
– Nie jestem pewien... 
–  Harry,  pan  Daniels  ma  bardzo  duŜo  pracy  i  jest  niezwykle  zajęty  – 

przerwała Shanni lodowato. – Pewnie musi kupić kafelki. 

– Muszę poprowadzić kilka spraw... 
– Więc nie zatrzymujemy – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Harry i ja 

ś

wietnie  radziliśmy  sobie  bez  ciebie.  Poradzimy  sobie  bez  męŜczyzn,  a 

zwłaszcza bez takich dwóch. 

 
– Co się stało? Czemu tak patrzycie? 
–  Myślałam,  Ŝe  wrócisz  co  najmniej  z  podbitym  okiem  –  powiedziała 

Mary, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Na to się zanosiło, prawda? 

Rob przełknął łyk kawy i pokiwał energicznie głową. 
Nick  spojrzał  na  nich  z  niesmakiem.  Jego  Ŝołądek  ciągle  nie  mógł 

odnaleźć  swojego  miejsca.  Perspektywa  przesłuchania  zdawała  mu  się  w  tej 
chwili mało pociągająca. 

– Co ty tutaj robisz? – napadł na Roba. 
–  Ja  tylko  przyprowadziłem  więźnia.  Choć  moŜe  niepotrzebnie.  To  Bart 

Commin,  znowu  złapany  na  kradzieŜy  w  sklepie.  Bart  kradnie  cztery  puszki 
fasolki co drugą środę, bo to dzień przed wypłatą. Sklepikarz mało przez to nie 
oszaleje. Chciał nawet dawać Bartowi te cztery puszki, ale wtedy Bart zmienia 
sklep i kradnie gdzie indziej. Najwyraźniej lubi silne emocje. 

– Świetnie, o takich sprawach marzy kaŜdy ambitny prawnik – powiedział 

Nick z ironią. 

– 

Masz 

przekrzywiony 

krawat. 

– 

Oczy 

Mary 

błysnęły 

zainteresowaniem. – To coś nowego. 

–  To  sprawka  twojej  siostry.  Ciągała  mnie  przez  dwie  godziny  po 

background image

wydmach. Chcesz dać o tym ogłoszenie w miejscowej prasie? 

– Nie musi – powiedział Rob, leniwie szczerząc zęby. – John juŜ to zrobił. 
Nick zamarł. 
– O czym ty mówisz? 
–  Rozpowiada  to  po  całym  mieście.  Kiedy  tu  szedłem,  słyszałem  od  co 

najmniej trzech osób, Ŝe Shanni rzuciła go dla ciebie. To świetnie. 

–  Ale  włosy  masz  w  porządku  –  ciągnęła  Mary  niezmąconym  tonem.  – 

Zatem twój wizerunek zbytnio nie ucierpiał. 

–  W  końcu  mieli  ze  sobą  małego  –  dodał  Rob.  –  Nic  nie  mogło  się 

wydarzyć. 

– Mówisz to jako policjant? – zapytał Nick ironicznie. – Gratuluję, kawał 

dobrej  detektywistycznej  roboty.  Mogę  ci  przerwać?  Mam  sprawę  do 
poprowadzenia. 

– Bart się nie obrazi, jeśli się spóźnisz. Ja oskarŜam, on się broni, prosta 

sprawa. 

–  Powiedz  –  przerwała  im  Mary  –  naprawdę  rzuciła  Johna?  To  chyba 

mógł im powiedzieć, i tak wkrótce się wyda. 

– Tak. 
Spojrzeli na siebie z wyraźnym zadowoleniem. 
– MoŜecie mi wyjaśnić, o co chodzi? 
– Nie znosiliśmy go – powiedział po prostu Rob. – Nikt z nas go nie lubił. 

JuŜ się baliśmy, Ŝe wyjdzie za niego z braku innego kandydata. 

– I wtedy pojawiłeś się ty... – dodała Mary rozmarzonym tonem. 
– Rob – powiedział Nick ostro. 
– Tak jest! – Rob wypręŜył się i stuknął obcasami. 
– Na biurku stoi dzbanek wody. Wylej trochę na siostrę. Zaczyna bredzić. 
– Wedle rozkazu – ucieszył się Rob, a Mary skrzywiła się. 
– No dobrze. Wiem, Ŝe gadam głupstwa. Po prostu... myślałam, Ŝe jesteś 

całkiem do rzeczy. Nawet nieźle wyglądasz, jeśli nie liczyć... 

– Czego? – spytał Nick z zainteresowaniem. 
–  Tej  wypieszczonej  fryzury  i  ciemnych  garniturów.  Wyglądasz  w  nich 

jak gangster. 

– Dzięki. 
– Albo taki cwany miejski prawnik – dodała. – A przecieŜ tak nie jest. 
– Nie. A szkoda. 
– Nie gniewasz się? 
– Czemu? Masz jakiś ciekawy pomysł na ulepszenie mojej osoby? 
–  Przestań  nosić  te  głupie  krawaty  –  ciągnęła,  nie  wyczuwając  ironii  w 

jego pytaniu. – I garnitury. Nie pasują tutaj. 

– Stary sędzia Andrews nosił tweedowe marynarki – dodał nagle Rob. 
–  Sędzia  Andrews  nie  zmieniał  nawet  roboczych  buciorów.  Miał 

background image

niedaleko  farmę  i  przyjeŜdŜał  tutaj,  zalatując  krowami.  Był  przez  to  bardziej 
swojski. 

–  Mam  przychodzić  do  pracy  nie  uczesany,  w  tweedowej  marynarce, 

cuchnący krowami, wtedy będziecie się lepiej czuć w moim towarzystwie, tak? 

– Musisz coś zrobić. Nie zdobędziesz naszej Shanni z takim wyglądem – 

powiedział  Rob,  a  potem,  widząc  minę  Nicka,  dodał  szybko:  –  Lepiej 
przyprowadzę juŜ więźnia, powinniśmy chyba zaczynać. 

 
Nie będzie się tym przejmować. Co go w ogóle obchodzi ich opinia? 
Sprawa Barta była prosta i nie wymagała skupienia. Nick mógł myśleć o 

czym innym. Na przykład o Shanni. 

O  nie,  stwierdził  zdecydowanie,  mam  tego  dość,  na  weekend  jadę  do 

miasta.  Spotkanie  z  przyjaciółmi,  wypad  do  klubu,  w  sobotę  jest  otwarcie 
wystawy... 

– Czterysta dolarów grzywny lub dziesięć dni aresztu – usłyszał swój głos 

i zobaczył zdziwione spojrzenia pozostałych. 

– Ale... – wyjąkała zaskoczona Mary i szybko zagryzła wargi. 
– Co? 
–  Pięćdziesiąt  dolarów  i  noc  w  areszcie  –  wyręczył  ją  Bart.  Wionął  od 

niego zapach alkoholu, który dotarł aŜ do Nicka. 

– Jedna noc wystarcza, Ŝeby go umyć i nakarmić – wyjaśniał Rob. 
– W dziesięć nocy zrobicie to lepiej i dokładniej. Następna sprawa... 
 
Wyszedł  z  sądu  dopiero  po  kilku  godzinach.  Od  razu  natknął  się  na 

Shanni.  Czekała  na  niego  i  najwyraźniej  nie  była  w  najlepszym  nastroju. 
Szczerze mówiąc, była wściekła. 

– Mam nadzieję, Ŝe wiesz, co zrobiłeś! 
– Niech pomyślę – zaczął znuŜonym głosem. – Jak niesie wieść gminna, 

uwiodłem  cię  nad  rybą  i  frytkami,  zerwałem  twoje  zaręczyny  i  niestosownym 
strojem  naruszyłem  niepisany  kodeks  ubierania  się  do  sądu  w  Bay  Beach.  Coś 
jeszcze? 

– Zmusiłeś Emmę, Ŝeby Ŝywiła Barta przez dziesięć dni. 
– Emmę? 
– śonę Roba. Ona przygotowuje posiłki dla więźniów. W dodatku Bart na 

głodzie alkoholowym krzyczy na cały areszt. 

– MoŜe w końcu wytrzeźwieje. 
–  Mary  cię  nie  ostrzegła?  Bart  trzeźwieje  za  kaŜdym  razem,  kiedy  go 

zamykają,  wrzeszczy  wtedy  na  całe  gardło  i  nie  daje  spać  Emmie.  A  jak  tylko 
wyjdzie, znów sięga po butelkę. Ale co tam, zamknij go. 

– JuŜ to zrobiłem. 
– Wiem. – Spojrzała na niego z ironią. – Sprytny prawnik z miasta... 

background image

– To ja jestem sędzią! 
– Więc moŜe przestań zapełniać cele więzienia i zrób coś poŜytecznego. 
Coś poŜytecznego... Najwyraźniej ludzie w tym miasteczku nie słyszeli o 

szacunku  dla  urzędników.  Był  sędzią!  Ale  słowa  respekt  nie  było  w  słowniku 
Shanni. 

– Jutro do domu dziecka przychodzi psycholog, Ŝeby zbadać Harry’ego – 

podjęła  po  chwili.  –  Dlatego  tu  jestem.  śebyś  nie  pomyślał  przypadkiem,  Ŝe 
chciałam cię zobaczyć. Wendy potrzebuje oświadczenia, w którym stwierdzisz, 
Ŝ

e masz dobry kontakt z dzieckiem. 

– Ja? 
Shanni  ciągle  jeszcze  nie  ochłonęła  po  wydarzeniach  tego  dnia.  Była 

wciąŜ  wzburzona  i  wyglądała  niesamowicie,  jakby  iskrzyła  od  ustawicznych 
wewnętrznych wyładowań. 

–  Tak  –  odparła,  tracąc  nieco  cierpliwość.  –  Masz  oświadczyć,  Ŝe  Harry 

nawiązał z tobą kontakt i okazał ci uczucia. W przeciwnym razie zdiagnozują go 
jako  dziecko  autystyczne,  zabiorą  do  ośrodka  psychiatrycznego  i  juŜ  zupełnie 
pozbawią szans na adopcję. 

– Shanni, to... 
– To nie jest moja sprawa, wiem. – Przerwała mu zirytowana. – Bart teŜ 

nie  jest  moją  sprawą.  Ale  to  moje  miasto,  tutaj  wszyscy  dbają  o  wszystkich. 
Wątpię jednak, czy potrafisz to zrozumieć. Ty nie dbasz o nikogo. – Potrząsnęła 
energicznie lokami. – Więc nie rób nic. Zamkną go w ośrodku psychiatrycznym 
i... 

– Shanni, nie powiedziałem... 
– Jeśli choć trochę ci na nim zaleŜy, to idź tam i porozmawiaj z Wendy. 
– Z Wendy? 
–  Jest  opiekunką  Harry’ego.  Jeśli  masz  odrobinę  przyzwoitości,  pomóŜ 

jej. Tyle chyba moŜesz zrobić. 

– A ty... 
– I nie martw się – nie pozwoliła mu skończyć. – Nie spotkasz mnie tam, 

twoja reputacja nie ucierpi. Idę z mamą do kina. Coś o ucieczce i pannie młodej. 
To  sprowadzi  mnie  na  ziemię.  Uciekająca  panna  młoda!  Ha!  Jeśli  wszyscy 
męŜczyźni  są  tacy  jak  ty  i  John,  dziwię  się,  Ŝe  są  takie,  które  udaje  się 
doprowadzić do ołtarza! 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Wspaniale! 
Nick  wrócił  do  swojego  mieszkania  i  wytrząsnął  piasek  z  butów.  Do 

diabła,  ile  tego  jest!  Umył  twarz  i  nalał  sobie  kieliszek  wina.  Nie  pomogło. 
Rozmowa z Shanni wytrąciła go z równowagi. Nie wiedział, co zrobić. Czuł się 
jak szczur. 

Odgrzał  stek  i  przyrządził  sałatkę.  Usiadł  przed  telewizorem,  Ŝeby 

obejrzeć  wiadomości.  WciąŜ  miał  uczucie,  jakby  znalazł  się  w  pułapce  bez 
wyjścia. 

Wziął  długi,  gorący  prysznic.  Przebrał  się  w  lniane  spodnie  i  koszulę. 

Spojrzał w lustro. I proszę – wyglądam swobodnie, kiedy zechcę. 

Ta myśl była tak Ŝałosna, Ŝe aŜ się roześmiał. Wyczesał piasek z włosów. 

Kiedy  je  wysuszył,  skręciły  się  w  gęstą  czuprynę.  Teraz  nie  wyglądał  jak 
ulizany sędzia. Skrzywił się, próbując wymodelować fryzurę. Nagle przerwał. 

To  głupie,  ale  staranne  uczesanie  nie  pasowało  do  luźnej  koszulki. 

Dobrze, zostawi czuprynę w spokoju. Choćby tylko na dziś. 

W  sumie  nie  miał  nic  do  roboty  poza  lekturą  koszmarnie  nudnych 

dokumentów  prawnych.  Przeczytał  jeden  i  przerwał.  Harry...  jutro  badanie 
psychiatryczne. Harry... 

To nie moja sprawa, pomyślał rozpaczliwie. Nie mogę mu pomóc. Jednak 

w głębi serca wiedział, Ŝe jest inaczej. 

Uczestniczył juŜ w rozprawach sądowych, które decydowały, czy dziecko 

moŜna  skierować  do  adopcji.  Ten  mały  nie  jest  zdolny  do  nawiązania  więzi. 
Ograniczony  autyzm.  Nie  ma  podstaw  do  adopcji.  Jedyne  wyjście  to  opieka  w 
ośrodku  psychiatrycznym.  Harry  ma  zaledwie  trzy  latka.  A  jeśli  Shanni  ma 
rację... jeśli on moŜe pomóc... 

Ten dzieciak po prostu potrzebuje ojca. 
Tak jak on. 
To  nie  ma  nic  do  rzeczy,  uznał.  Powinien  myśleć  racjonalnie. 

Przypomniał sobie, jak zachowywał się Harry, kiedy był razem z nim, wtedy w 
przedszkolu i dzisiaj, na plaŜy. Właściwie nie działo się nic nienormalnego. 

To nie twoja sprawa, upomniał się surowo. 
No tak, ale chodzi jedynie o rozmowę z Wendy. To przecieŜ nic takiego. 

MoŜe  podpisać  oświadczenie.  Nic  się  nie  stanie,  a  on  będzie  miał  czyste 
sumienie.  Jest dziewiąta.  Chyba  nie  jest  za  późno?  Chwycił  kurtkę  i  wybiegł z 
domu. O fryzurze nawet nie pomyślał. 

 
– Jeśli to pomoŜe, przedstawię wszystko na piśmie. 
–  PomoŜe.  –  Wendy  wpatrywała  się  w  gościa  przez  stół.  Sprawiała 

background image

wraŜenie zakłopotanej. – Jedyny problem to... 

– Mmmm? 
–  UwaŜasz,  Ŝe  nie  powinien  być  hospitalizowany,  bo  jest  w  stanie 

nawiązać z tobą kontakt. Ale nie zamierzasz tego kontaktu podtrzymywać. 

– Ja... nie. 
– Nie chcesz mu pomóc? 
– Co masz na myśli? 
Wendy długo nie odpowiadała, wyglądała na zakłopotaną. 
– Mógłbyś zostać kimś w rodzaju starszego brata, zabierać Harry’ego na 

wycieczki, odwiedzać go... 

– To nie wchodzi w grę. 
– Hm... – skomentowała i popatrzyła ze zrozumieniem. 
Była  młoda,  około  trzydziestki,  ale  Nick  wyczuwał  instynktownie,  Ŝe  to 

wspaniała  opiekunka.  Jej  łagodne  oczy  otaczała  siateczka  zmarszczek  –  efekt 
ciągłego  uśmiechania  się.  Te oczy  wyraŜały  akceptację dla  kaŜdego, nawet dla 
niego. 

– Sam wiele przeszedłeś – powiedziała miękko. Zesztywniał. 
– Skąd... 
– Skąd wiem? – RozłoŜyła ręce. – Trzeba umieć patrzeć, no i Shanni mi 

mówiła. 

– A Shanni, skąd ona wie? 
– Ona teŜ umie patrzeć. – Wendy uśmiechnęła się i przeciągnęła palcami 

po  włosach.  Wprawdzie  spinała  je  w  kok,  ale  wymykały  się  niesfornie  na 
wszystkie strony. – To naprawdę wyjątkowa dziewczyna. Jeśli to wszystko... 

– Czy Harry śpi? – Sam nie wiedział, dlaczego o to spytał. 
–  Wątpię  –  zawahała  się.  –  Trudno  ułoŜyć  go  do  snu.  LeŜy  godzinami  i 

wpatruje  się  w  ciemność.  Ale  zastanów  się.  Lepiej  nie  potęgować  jego 
cierpienia. 

– Cierpienia? 
– Harry tęskni za tobą – powiedziała zwyczajnie. – Rozpaczliwie tęskni. 

Ciągle  krzyczy  i  domaga  się  spotkania  z  tobą.  Dlatego  Shanni  wymyśliła  ten 
piknik. 

Przerwała,  słysząc  warkot  samochodu.  Trzasnęły  drzwiczki.  Po  chwili 

dobiegł ich niski śmiech. 

– O wilku mowa... właśnie przyjechała. 
 
Najpierw zobaczyła jego fryzurę. 
Weszła  do  pokoju  i  zamarła.  Ubrany  w  miękkie  spodnie  i  koszulkę  bez 

kołnierzyka z krótkim rękawem, w dodatku ze zmierzwionymi i nie uczesanymi 
włosami.  Ten  obraz  kłócił  się  z  zapamiętanym  przez  nią  wizerunkiem 
eleganckiego i szykownego męŜczyzny. 

background image

Zrozumiała, dlaczego zawsze czesał się gładko. Ulizana fryzura pasowała 

idealnie  do  adwokata  najwyŜszej  klasy.  Teraz  wyglądał  młodziej  i...  miło.  Ale 
wcale  nie  jest  miły,  pomyślała,  dziwnie  wytrącona  z  równowagi.  Samiec. 
Wszyscy  męŜczyźni  to  wstrętne  samce.  John  –  samiec  numer  jeden,  a  Nick 
plasuje się tuŜ za nim, na drugim miejscu. 

– Jak ci się podobał film? – spytał uprzejmie. 
– śałosny. 
– Ten o uciekającej pannie młodej? – Wendy nalała jej świeŜo zaparzonej 

kawy. 

– Tak. Skończył się głupio. W końcu przestała uciekać. Wendy zaśmiała 

się i wręczyła przyjaciółce kubek. 

– Hej, będzie dobrze. MoŜe ty i John jakoś się pogodzicie. 
– Nie – powiedziała Shanni ponuro. – On chce mieć własny gabinet. 
– A co w tym złego? – zapytał Nick zdumiony. 
–  Wczoraj  wieczorem  projektowaliśmy  dom  –  wyjaśniła  mu,  jakby  był 

dzieckiem.  –  John  wszystko  drobiazgowo  zaplanował.  Trzy  sypialnie,  salon, 
kuchnia dla mnie i gabinet dla niego. Nieźle, co? 

– MęŜczyzna powinien mieć własny kąt – zauwaŜył od niechcenia Nick i 

natychmiast poczuł na sobie cięŜki wzrok obu kobiet. Pomocy... 

– Ja mam własny pokój – powiedziała Wendy. 
– Więc dlaczego ja nie mogę? – dopytywała się Shanni. – To szowinizm. 

Ale kiedy to powiedziałam, John roześmiał się. Jakie to zabawne! Mała kobietka 
chce mieć swój pokój! I po co? Potem kazał mi iść wybierać kafelki. A dziś... 

–  Wiem  juŜ,  co  się  zdarzyło  –  przerwała  Wendy.  Oboje  spojrzeli  na  nią 

zaskoczeni.  –  Skutki  omawiania  spraw  osobistych  na  przystani  –  wyjaśniła 
krótko. – Połowa emerytów z miasta was słuchała. 

– Wspaniale – jęknął Nick. 
–  Tobie to nie  powinno przeszkadzać. Jesteś  tu  tylko  przelotem.  Za  dwa 

lata wyjedziesz, a ja spędzę tu resztę Ŝycia – powiedziała Shanni. 

Dolała sobie kawy, usiadła i spojrzała na niego pytająco. 
– A właściwie co ty tu robisz? 
– Nie chce być starszym bratem. 
– Hej, podpisałem przecieŜ oświadczenie. Czego wy jeszcze chcecie? 
–  Idź,  przytul  Harry’ego  na  dobranoc  i  obiecaj  mu,  Ŝe  jutro  zrobisz  to 

samo – powiedziała szybko Wendy. 

Cisza. 
– Widzisz – mruknęła Shanni znad kawy. – Oni wszyscy są bezuŜyteczni. 
–  Wiesz  przecieŜ,  dlaczego  taki  jest  –  powiedziała  Wendy  łagodnie.  – 

Miał cięŜkie przeŜycia w przeszłości. 

– Tak, ale gdyby był naprawdę odwaŜny... 
–  Mówicie  o  mnie?  –  zapytał  Nick  ostroŜnie.  –  To  moŜe  i  ja  bym  się 

background image

przyłączył? 

–  Ty  nie  przyłączasz  się  do  nikogo.  Siedź  w  swojej  skorupie,  a  my  nie 

będziemy się do ciebie odzywały. PrzecieŜ tak lubisz. 

– Shanni... 
–  Jeśli  się  odezwę, moŜe  mnie  oskarŜyć  –  wyjaśniła  uprzejmie,  zupełnie 

go ignorując. – Bohaterka mojego filmu miała dobry pomysł. I co z tego? śeby 
w końcu poddać się i poślubić jakiegoś samca – o nie! 

–  A  moŜe  powinnaś  spróbować  –  powiedziała  Wendy  z  namysłem.  – 

Mam na myśli rozmowę. Spójrz, bez tych gogusiowatych garniturów prezentuje 
się nawet pociągająco. 

Miał dość. 
–  Bo  jest  ładny  –  przyznała  Shanni.  –  Ale  wiesz...  prawnik  i  do  tego 

przystojny. Uch! 

–  I  zarozumiały  –  powiedziała  Wendy  smutno.  –  Wynosi  się  ponad 

wszystkich w miasteczku. Pewnie uwaŜa się za wielkiego intelektualistę. 

– Hej... 
– ZałoŜę się, Ŝe nigdy nie spędzi u nas weekendu – ciągnęła Wendy. – O 

co  zakład,  Ŝe  jutro  wsiądzie  do  swojego  ładniutkiego  autka  i  pojedzie  do 
Melbourne tak szybko, jak potrafi? Bay Beach go przeraŜa. 

– Mmm – przytaknęła Shanni. – Za to akurat nie mogę go winić. 
–  Shanni,  ciągnij  swoją  część  konwersacji.  To  jest  prawnik!  Sama  nie 

dam mu rady. 

Ale  Shanni  nie  patrzyła  juŜ  na  Nicka.  Zajęta  własnymi  problemami 

wpatrywała się w dno kubka. Wreszcie wyjaśniła: 

–  W  niedzielę  urządzamy  na  plaŜy  rodzinny  piknik.  Siedemdziesiąte 

urodziny  dziadka.  Jedni  będą  mi  współczuć,  inni  zachowają  dyskretne 
milczenie, co jest jeszcze gorsze. 

– Z powodu Johna? 
– Całe miasto wiedziało, Ŝe mamy się pobrać. 
– A zatem potrzebujesz nowego faceta. 
– Nie potrzebuję. Przestaniesz wreszcie? I tak wszyscy są przekonani, Ŝe 

to przez niego rzuciłam Johna. 

–  A  co  ty  na  to?  –  ciągnęła  Wendy  niezmieszana.  –  Jesteś 

zainteresowany? 

– Nie! 
–  Więc  tak  –  podsumowała,  składając  ręce.  –  śadne  z  was  nie  jest 

zainteresowane związkiem, ale oboje jesteście zainteresowani losem Harry’ego. 
Dlatego więc... 

– Więc...? – Ta kobieta go przeraŜała. W razie sprzeciwu wytarłaby nim 

podłogę w barze. 

–  Więc  powiem  jutro  kuratorowi,  Ŝe  Harry  nawiązuje  kontakty  z 

background image

otoczeniem, a wy dwoje zabieracie go w niedzielę na rodzinny piknik. 

– Nie! – zaprotestowali zgodnie. 
Wendy spojrzała na nich z udanym zaskoczeniem. 
–  Dlaczego?  Dzięki  takiej  obietnicy  uda  mi  się  uśpić  Harry’ego,  a  to  z 

kolei przyniesie mi chwilę wytchnienia. Nie zawaham się, nawet jeśli odbędzie 
się to waszym kosztem... 

– Wendy... 
–  Słuchajcie!  –  SpowaŜniała.  Walczyła  o  szansę  dla  Harry’ego.  Nick  to 

zrozumiał. Tak samo walczyłaby o kaŜde inne dziecko powierzone jej opiece. – 
Nie  mogę  poradzić  sobie  z  Harrym  –  przyznała.  –  Krzyczy,  nie  pozwala  mi 
zbliŜyć się do siebie. Próbuję róŜnych metod, Ŝeby go uspokoić, ale nie słucha. 
Jestem pewna, Ŝe jeśli powiem: „Jeśli nie będziesz krzyczał i pójdziesz spać, to 
w niedzielę Shanni i Nick zabiorą cię na piknik”... 

– Na weekend jadę do Melbourne. 
–  Więc  co  jest  waŜniejsze?  –  Wendy  walczyła  wszystkimi  sposobami.  – 

Twój weekend czy przyszłość małego chłopca? 

Gdyby uspokoił się, moŜna by przekonać psychiatrę, Ŝe jest szansa... 
– Wendy, wiesz, Ŝe to nie takie proste – wtrąciła się Shanni. 
– Jeśli Harry zbytnio się przywiąŜe... 
–  Próbowałam  tylko  namówić  Nicka,  by  przyjął  na  siebie  rolę  kogoś  w 

rodzaju  starszego  brata.  Ale  od  razu  widać,  Ŝe  on  boi  się  nawet  takiej 
odpowiedzialności. MoŜe ty go przekonasz? To niezły pomysł – brat i siostra. 

– MoŜe... – powiedziała Shanni z wahaniem. 
–  Układ  byłby  zupełnie  niewinny  –  ciągnęła  Wendy  triumfalnie.  – 

ś

adnego seksu. W kaŜdym razie nie przy dziecku. 

– Zerknęła na Nicka, a ten jęknął. 
Do licha, rozporządzały jego weekendami! Nie ma mowy! 
Naraz  otworzyły  się  drzwi  i  ukazała  się  w  nich  przestraszona  buzia.  Na 

progu  stanął  Harry.  Ubrany  w  za  duŜą  co  najmniej  o  dwa  numery  piŜamę,  z 
cięŜkim i niezgrabnym opatrunkiem na cienkiej nóŜce, patrzył w napięciu, jakby 
oczekiwał na uderzenie. 

–  Mój  Nick  jest  tutaj  –  wyszeptał  z  niedowierzaniem.  Serce  Nicka 

ś

cisnęło się boleśnie. 

–  Powinieneś  być  w  łóŜku,  młody  człowieku  –  powiedziała  Wendy, 

próbując wziąć go na ręce. 

WypręŜył się i wygiął do tyłu. 
– Po co Nick przyszedł? – zapytał. 
– Chciał cię zaprosić na piknik w niedzielę. Masz ochotę pójść? 
Harry spojrzał na Nicka z bolesnym pytaniem w oczach. Nie wierzył ani 

jednemu słowu Wendy. 

–  To prawda –  potwierdził niezbyt  pewnym  tonem  Nick.  Nic  innego nie 

background image

mógł  przecieŜ  powiedzieć.  –  Niedzielny  piknik.  Z  panną  McDonald  z  okazji 
urodzin jej dziadka. 

–  Z  Shanni  –  powiedziała  Shanni.  –  Kiedy  nie  jesteśmy  w  przedszkolu, 

moŜesz mówić do mnie Shanni. Chciałbyś iść z nami na plaŜę, Harry? 

– Tak – oświadczył krótko, lecz z wielką ulgą. 
– Ale obiecaj, Ŝe teraz pójdziesz prosto do łóŜka. Jeszcze tylko trzy noce. 

Jeśli będziesz grzeczny, spotkamy się w niedzielę. 

– Trzy noce i potem przyjdziesz? – upewniał się Harry. 
– Tak. – Nick nie miał pojęcia, jak dał się w to wrobić. 
–  Zaprowadzisz  go  do  łóŜka?  –  zapytała  Wendy  i  łagodnie  popchnęła 

Harry’ego w jego kierunku. 

Nick zamarł. Sam nigdy by nie wpadł na taki pomysł! 
Trzy  pary  oczu  wpatrywały  się  w  niego  w  napięciu.  Co  ma  robić?  Miał 

wraŜenie,  Ŝe  jeśli  odprowadzi  Harry’ego,  wkroczy  na  jakąś  nową,  nieznaną 
drogę. A tego co nieznane bał się najbardziej. 

Smutne  spojrzenie  Harry’ego  mówiło,  Ŝe  malec  niczego  nie  oczekuje. 

ś

ycie skrzywdziło go zbyt mocno, by wierzył w szczęśliwe zakończenia. 

– W porządku, mały – odezwał się w końcu Nick z rezygnacją w głosie. – 

PokaŜ mi, gdzie śpisz. 

W  tym  momencie  szczupłe  ramionka  otoczyły  jego  szyję  i  zacisnęły  się 

kurczowo. 

 
– Fajny facet. 
– Kto? Mówisz o Johnie? 
– Co ty! John to barania głowa. Miły, łagodny, ale trochę... wiesz, światła 

się palą, ale nikogo nie ma w domu. 

– A Nick? 
– Światła zgaszone i drzwi zamknięte, ale na pewno jest w domu. Jest tam 

cały czas, chociaŜ się nie pokazuje. Boi się. 

–  Nie  zamierzam  go  upolować.  Nie  potrzebuję  miejskiego  prawnika  z 

powikłaniami emocjonalnymi. 

– Poczekaj, poczekaj – mitygowała Wendy łagodnie. – Teraz skoncentruj 

się na Harrym. Ale jeśli chcesz upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu... 

– Nie rozumiem, o czym mówisz? 
– On był bardzo zraniony w przeszłości, trzyma się na dystans. Boi się, Ŝe 

ktoś  go  skrzywdzi.  –  Wendy  zamyśliła  się.  –  Wydaje  mi  się,  Ŝe  nasz  sędzia 
potrzebuje Harry’ego tak samo, jak Harry potrzebuje jego. 

– Mam nadzieję, Ŝe się nie mylisz. – Shanni spojrzała z powątpiewaniem. 

– I mam nadzieję, Ŝe on to wie. 

 
Przed domem dziecka stał tylko jeden samochód. Nick spojrzał na Shanni 

background image

pytająco. 

– Jak się tu dostałaś? 
–  Mama  mnie  podwiozła.  W  moim  wozie  pękła  głowica  czy  coś  w  tym 

stylu. Pewnie holują go właśnie na złomowisko. Wrócę na piechotę. 

– Daleko mieszkasz? 
– Jakieś trzy kilometry stąd. 
– Trzy kilometry! 
Nie  mógł  uwierzyć,  Ŝe  naprawdę  chce  iść  pieszo,  w  dodatku  w 

ciemnościach. 

– śartujesz chyba! 
–  Ej,  jesteśmy  w  Bay  Beach.  To  bezpieczna  okolica.  Mam  ochotę  na 

spacer. Muszę spokojnie pomyśleć. 

– Sama, o tej porze? Wykluczone! Odwiozę cię. 
– Dzięki, jestem duŜą dziewczynką. 
– A ja prawnikiem i niejedno widziałem. 
– Nie strasz mnie! 
–  Shanni,  wsiadaj  do  samochodu  i  nie  dyskutuj  –  powiedział  twardo.  – 

Nie  pozwolę  ci  wracać  samej  o  tej  porze.  Rozmyślaj  sobie,  ile  chcesz,  we 
własnym łóŜku, a teraz wskakuj. 

Patrzyła  na  niego  przez  chwilę  zaskoczona  tonem  jego  głosu.  W  końcu 

otworzyła drzwiczki i posłusznie wsiadła do auta. 

 
Farma McDonaldów leŜała obok drogi, w łagodnej dolinie nad brzegiem 

morza.  Cała  okolica  była  zalana  blaskiem  księŜyca.  Nick  podziwiał  wspaniały 
widok – wzgórza, drzewa i stada bydła stojące spokojnie na pastwisku. 

– Dlaczego tutaj przyjechałeś? – zapytała w końcu Shanni. Milczeli całą 

drogę, ale teraz, kiedy zatrzymali się przed werandą, chciała się jeszcze czegoś 
dowiedzieć. 

– To pierwszy i niezbędny krok, by zostać sędzią okręgowym – wyjaśnił, 

a ona niespodziewanie uśmiechnęła się.. 

– Szybko się zaaklimatyzowałeś. Zrzuciłeś garnitur i krawat. Gratuluję. 
– To chwilowy brak samokontroli, jutro do nich wrócę – odpowiedział ze 

ś

miechem. 

–  Po  co?  W  magistracie  najbardziej  potrzeba...  sama  nie  wiem.  Wiedzy. 

Mądrości. Współczucia. 

– Z braku powyŜszych, muszę nadrabiać strojem. 
– Hmm. – Odwróciła się do niego. 
Zgasił  silnik.  Powinna  juŜ  iść,  ale  noc  była  taka  spokojna  i  ciepła,  a  oni 

musieli przecieŜ coś sobie wyjaśnić. 

–  Szkoda.  I  niepotrzebnie  przygładzasz  takie  wspaniałe  włosy  – 

powiedziała  miękko.  Wyciągnęła  rękę  i  przebiegła  palcami  po  jego 

background image

rozwichrzonej fryzurze. – Są bardzo ładne. Masz je po matce czy po ojcu? 

– Nie wiem. 
Czuł, jak jej palce delikatnie pieszczą jego loki, dotyk ten poruszał w nim 

kaŜdy  nerw.  Zacisnął  ręce  na  kierownicy  i  próbował  opanować  przebiegające 
przez ciało dreszcze. 

– Rozumiem... – wyszeptała. – Więc Wendy miała rację. 
– Wendy wtyka nos w nie swoje sprawy – powiedział ostro. 
–  MoŜliwe  –  zgodziła  się.  –  Przypomina  sędziego  –  wszystkowiedząca, 

mądra i łaskawa. Sądzę, Ŝe mógłbyś się od niej wiele nauczyć. 

–  Być  moŜe.  –  Patrzył  przed  siebie  nie  widzącym  wzrokiem  i  wciąŜ 

ś

ciskał kierownicę. 

– Dlaczego nic nie wiesz o rodzicach? 
– Mam  mgliste wspomnienie matki, ale ona miała inny kolor włosów za 

kaŜdym razem, kiedy mnie odwiedzała. 

– Nie mieszkałeś z nią? 
–  Rzadko.  Najczęściej  w  rodzinach  zastępczych,  ale  nie  pozwoliła  mnie 

adoptować. 

– Och, Nick... 
–  Przestań.  Nie  musisz  się  nade  mną  rozczulać  –  powiedział  twardo.  – 

Miałem cudowne dzieciństwo. Kilka wspaniałych rodzin zastępczych. Czasami 
matka  przyjeŜdŜała  i  zabierała  mnie  do  siebie.  Na  tydzień  albo  krócej.  Szybko 
jej się nudziłem. śycie rodzinne nie jest więc moją najmocniejszą stroną. 

–  A  teraz  chcesz  zostać  sędzią  –  stwierdziła  zamyślona,  jakby  składała 

jakąś układankę. 

– Wspaniałe, nieprawdaŜ? Dziecko ulicy chce naprawiać świat. 
– O to walczyłeś? 
–  KaŜdym  znanym  mi  sposobem  –  odparł  z  determinacją  w  głosie.  – 

Pamiętam... 

– Co? 
I powiedział jej. MoŜe sprawiła to noc, ciepło wieczoru, zapachy ogrodu i 

ś

wiecące  gwiazdy  albo...  poczucie  nieokreślonej  więzi,  jaka  powstała  między 

nimi. Wiedział, Ŝe moŜe jej powiedzieć wszystko, nawet to, czego jeszcze nigdy 
w Ŝyciu nikomu nie zdradził. 

–  Siedziałem  kiedyś  z  matką  na  podwórku  –  mówił  cicho,  patrząc  przed 

siebie.  –  Miałem  sześć  lat,  zabrała  mnie  na  kilka  dni  do  siebie,  ale  juŜ  jej  się 
znudziłem.  Byłem,  najdelikatniej  mówiąc,  trochę  zaniedbany.  Wtedy  przyszli 
pracownicy  opieki  społecznej,  Ŝeby  mnie  odebrać.  Staliśmy  tak  wszyscy,  moja 
matka, jej facet, sąsiedzi, opieka społeczna. Zastanawiali się, co ze mną zrobić. 

– I co? 
–  Pamiętam,  Ŝe  spojrzałem  w  górę,  na  sędziego,  który  był  z  nimi,  a  on 

powiedział  wprost,  co  ze  mną  będzie.  Krótko  i  zdecydowanie.  I  wtedy  po  raz 

background image

pierwszy od dłuŜszego czasu poczułem się pewnie. Decyzja sędziego oznaczała, 
Ŝ

e będę najedzony i pójdę do szkoły. Pomyślałem sobie... właśnie tam i wtedy... 

Ŝ

e kimś takim chciałbym być. Kimś, kto mówi, co jest słuszne i co ma się stać. 

– Nick... 
–  Niezły  powód,  Ŝeby  zostać  sędzią,  prawda?  –  zapytał  i  pomyślał,  Ŝe 

musiało to zabrzmieć Ŝałośnie. 

Ale  Shanni  tak  nie  uwaŜała.  Siedziała  z  błyszczącymi  oczami  i  miał 

wraŜenie, Ŝe na jej rzęsach połyskują łzy. 

–  To  najlepszy  powód,  jaki  kiedykolwiek  słyszałam  –  powiedziała  w 

końcu. – I udało ci się, dokonałeś tego. 

– Jeszcze nie. Chcę być sędzią Sądu NajwyŜszego. 
– A nie wystarczy ci, jeśli będziesz mówił, co jest słuszne w sądzie w Bay 

Beach? Poprzedni sędzia pracował tu trzydzieści lat. 

– Trzydzieści lat!? 
Ton tego okrzyku wystarczył, by zrozumiała, Ŝe Bay Beach to dla Nicka 

zesłanie. 

– Nie ma szans. Dwa lata i uciekam stąd. 
–  CzyŜby  prowincjonalne  Ŝycie  juŜ  tak  bardzo  zaszło  ci  za  skórę?  – 

spytała cierpko. – ChociaŜ muszę przyznać, Ŝe ja teŜ czasami mam dość. 

– Nawet ty? 
–  Tak,  zdarza  się,  Ŝe  chciałabym  wyrwać  się  stąd  –  przyznała.  –  A  ten 

tydzień był cięŜki. 

– Dlaczego? 
–  CzyŜbyś  nie  zauwaŜył,  Ŝe  dziś  po  południu  odrzuciłam  bardzo  dobrą 

propozycję małŜeństwa? Do tej pory ta wiadomość z pewnością obiegła juŜ całe 
miasto.  Teraz  wszyscy  wieszają  na  mnie  psy,  bo  uwaŜają,  Ŝe  skrzywdziłam 
porządnego  chłopaka,  rzucając  go  bez  powodu.  Wszyscy  poza  moją  rodziną. 
Oni się cieszą. 

– Dlaczego? 
– Bo nigdy... No nie, mogłam to przewidzieć. 
– Co? 
– Spójrz – chwyciła torebkę i połoŜyła rękę na klamce – widzisz te twarze 

w  oknie?  To  moje  wścibskie  siostry.  Stoją  tam  i  szpiegują  nas.  Są 
zdezorientowane. Nie wiedzą, co mają robić – pocieszać mnie z powodu Johna, 
czy wypytywać o ciebie. 

–  Nigdy  nie  chciałaś  się  wyprowadzić?  –  spytał  zaskoczony.  Nie 

wyobraŜał  sobie  Ŝycia  z  rodziną,  która  śledzi  kaŜdy  jego  krok  i  wypytuje  o 
wszystko. 

– O, tak – zadrwiła. – W Bay Beach człowiek nie wyprowadza się z domu 

tylko  dlatego,  Ŝe  skończył  dwadzieścia  lat.  To  by  oznaczało,  Ŝe  jestem 
konfliktowa, mama poczułaby się zraniona, a ja... tęskniłabym za nimi. 

background image

– Cieszę się, Ŝe nie mam tych problemów. 
– Nick, nie wiesz, co mówisz! – zaprotestowała gwałtownie. Obróciła się 

do niego i chwyciła za ręce. – Nie chcieć rodziny... Nick, nie wyobraŜam sobie... 
–  nie  skończyła.  Wzięła  głęboki  oddech  i  zamierzała  wysiąść  z  auta.  Nie 
wiedziała,  jak  mu  pomóc,  ale  na  pewno  nie  powinna  pokazywać  mu  jego 
własnych ran. – Dziękuję za podwiezienie. Zobaczymy się w niedzielę? 

–  Tak  sądzę  –  uśmiechnął  się  odpręŜony.  –  Przyjadę  po  ciebie  rano  i 

razem odbierzemy Harry’ego. 

– Spodoba mu się. 
Mnie teŜ, pomyślał Nick. Nie wyobraŜał sobie, Ŝe mógłby stąd odjechać, 

nie umawiając się na następne spotkanie. Oczywiście, nie była w jego typie. Ani 
piękna,  ani  wyrafinowana,  nie  przypominała  kobiet,  z  którymi  spotykał  się 
dotychczas. Ale... była ciepła, łagodna i czuł się przy niej odpręŜony. 

– Lepiej juŜ idź – powiedział, zerkając na ruszające się firanki. – Stracisz 

reputację. 

– Zawsze mnie podglądają. Jakbym kiedykolwiek robiła coś ciekawego... 
Wydawało mu się, Ŝe usłyszał nutkę Ŝalu w jej głosie. O co jej chodzi? 
I  nagle  zrozumiał.  TeŜ  tego  chciał,  chociaŜ  jeszcze  przed  chwilą  nie 

wiedział  o  tym.  Zaśmiał  się  miękkim,  beztroskim  śmiechem,  który  zupełnie  ją 
zaskoczył. 

–  CóŜ,  panno  McDonald...  zróbmy  coś,  Ŝeby  nasza  publiczność  nie 

poczuła się zawiedziona... 

Ciemne  oczy  błyszczały  figlarnie  w  blasku  księŜyca  i  zanim  zdąŜyła  się 

zorientować, wziął ją w ramiona i pocałował. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Ale co to był za pocałunek! 
Ani  poŜegnalny,  ani  przyjacielski,  ani  nawet  pierwszy  pocałunek 

zakochanych.  To  był  pocałunek  widowiskowy!  Nick  dostrzegł  trzy  pary 
ciekawskich oczu i dał im to, czego pragnęły. A nawet więcej. 

Sportowy  wóz  źle  chronił  przed  ludzkim  wzrokiem.  Siedzenia  były 

miękkie  i  wygodne,  a  kierowcę  od  pasaŜera  dzieliło  najwyŜej  trzydzieści 
centymetrów. Nick zaczerpnął tchu, odwrócił się do Shanni i... 

Zaskoczona,  odchyliła  się  do  tyłu.  PodąŜył  za  nią  i  oboje  opadli  na 

miękkie skórzane oparcie. Pisnęła zdumiona. 

– Dajmy spektakl – szepnął Nick nagląco. – Niech widownia ma uciechę. 

Dalej, Shanni, niech mają, czego chcą. 

W  pierwszej  chwili  myślał,  Ŝe  nie  zrozumiała.  Znieruchomiała  w  jego 

ramionach, ale nie na długo. Właściwie ocenił jej poczucie humoru. 

Roześmiała się  cicho,  dźwięcznie.  Otoczyła  jego  szyję  ramionami.  Grała 

swoją rolę z wielkim zaangaŜowaniem. 

– Och, Nick – jęknęła głośno, Ŝeby jej słowa dotarły do otwartych okien. 

– Nick, kochany... 

–  Shanni....  –  Ich  usta  dzieliły  zaledwie  centymetry.  Jemu  takŜe  chciało 

się śmiać. – Pomachaj nogą – zaproponował. 

Posłuchała.  Przesunęła  się  lekko  i  uniosła  nogę  nad  deskę  rozdzielczą. 

Jedwabna  sukienka  zsunęła  się,  odsłaniając  udo.  Rodzeństwu  pewnie  oczy 
wyłaŜą z orbit. 

– Och, Nick – jęczała głośno. – Nick, Nick, pocałuj mnie... Krztusił się ze 

ś

miechu. Spojrzał w jej rozbawione oczy. 

I to był błąd. 
Te oczy były śliczne. 
Ich pocałunek  miał  być  Ŝartem!  Śmiała  się  do  niego,  machała nogami  w 

powietrzu,  obejmowała  go.  Czuł  jej  ciało  przy  sobie,  jej  piersi...  Roześmiane 
usta, zaledwie centymetry od jego warg... 

I  nagle  przekroczył  tę  granicę.  Całował  ją  z  nie  udawaną  namiętnością. 

Jakby  była  najpiękniejszą  kobietą  świata,  a  nie  śmieszną  przedszkolanką  z 
małego miasteczka, która płata figla młodszemu rodzeństwu. 

Shanni znowu znieruchomiała – ale tylko na moment. 
Więc takŜe to poczuła, przemknęło mu przez głowę. Oboje doświadczają 

tego samego. PotęŜnej siły popychającej ich ku sobie. 

Noc,  kobieta,  namiętność  –  Nick  całował  tak,  jakby  chciał  na  zawsze 

zatrzymać ją w swych ramionach. 

Shanni! 

background image

Oczywiście, to nie mogło trwać. Drzwi frontowe otworzyły się szeroko i 

męski głos rozdarł wieczorną ciszę. 

– Shanni, to ty? 
Nie odepchnęła go, nie od razu. Jeszcze przez ułamek sekundy byli razem 

i ta chwila zdradziła mu, Ŝe Shanni pragnęła go tak samo jak on jej. 

W  końcu  odsunęła  się,  szukając  wzrokiem  jego  oczu  w  mdłym  świetle. 

Uśmiechnęła się, a jeśli przez sekundę dostrzegł w jej wzroku cień niepewności, 
to zniknął on wraz z uśmiechem. 

– Och, Nick... Co ty narobiłeś! Moja reputacja właśnie legła w gruzach... 
–  Co  narobiłem?  Ja?  –  Jakimś  cudem  zdobył  się  na  Ŝartobliwy  ton.  – 

WróŜka i wiedźma na dodatek. 

Usiadła prosto i poprawiła sukienkę. Podglądacze znowu ich widzieli. 
–  To  ty  mnie  uwiodłeś  –  stwierdziła  ze  skromną  minką.  –  JuŜ  sobie 

wyobraŜam  nagłówki  w  prasie:  Sędzia  uwodzi  niewinną  nauczycielkę  w 
sportowym wozie. Wytarzają cię w smole i w pierzu i wygnają z miasta. 

– Oby tak było! 
Shanni wychwyciła w jego głosie ledwo wyczuwalną nutę goryczy. Więc 

naprawdę chce wyjechać, i to bardzo, pomyślała. Ale nie mogła dalej myśleć o 
Nicku. Na werandzie stał ojciec i bacznie przyglądał się parze w samochodzie. 
TuŜ za nim pojawiła się matka. 

– Cześć – wykrztusiła w ich stronę z uśmiechem. – To ja, tato. Nick mnie 

podwiózł. 

– Widzę. 
Sądząc z tonu, jakim zostało to powiedziane, moŜna było się spodziewać, 

Ŝ

e ojciec chowa za plecami dubeltówkę i nie zawaha się jej uŜyć. 

Ku  zdumieniu  Nicka  Shanni  nie  zmieszała  się  i  nie  próbowała  się 

tłumaczyć. Zachichotała i wysiadła z samochodu. 

–  Nie  oburzaj  się,  tato.  Mieliśmy  publiczność.  –  Wskazała  okno,  w 

którym zza firanki wyzierały trzy twarze. – Nick stwierdził, Ŝe nie moŜemy ich 
zawieść. 

– Och... – Guy McDonald zerknął w kierunku okna i rozchmurzył się. Od 

razu  stało  się  jasne,  po  kim  Shanni  odziedziczyła  poczucie  humoru.  – 
Rozumiem.  AŜ  ich  zamurowało.  Dobra  robota.  Wejdziesz  na  kawę,  młody 
człowieku? 

–  Ja...  dziękuję.  Muszę  jechać.  –  W  przeciwieństwie  do  Shanni,  Nick 

jeszcze  nie oprzytomniał.  Ten  pocałunek...  Musi  wrócić  do  miasta  i  uporać  się 
ze swoimi uczuciami. A raczej przekonać samego siebie, Ŝe nadal nic nie czuje. 

– Nick wybiera się z nami w niedzielę, tato – poinformowała Shanni. 
Wbiegła  na  werandę,  stanęła  między  rodzicami  i  uśmiechnęła  się  do 

Nicka. 

– Na urodzinowy piknik dziadka. Zabieramy Harry’ego. 

background image

–  To  dobrze,  kochanie  –  ucieszyła  się  matka.  Czy  tych  ludzi  nic  nie 

dziwi? 

Chyba  nie.  Nick  przyglądał  się  im  z  samochodu.  Guy  McDonald 

obejmujący  córkę  ramieniem,  obok  kochająca  matka,  w  oknie  trzy  radosne 
buzie... I Nick nagle zrozumiał, co widzi. Rodzina kocha Shanni, kocha ją całym 
sercem. Cokolwiek zrobi, zaakceptują to. 

Ta świadomość dusiła go. Nigdy nie zaznał takiej miłości. Nigdy! Shanni 

i jej bliscy są jak istoty z kosmosu, z innego świata. 

– No, to do niedzieli – powiedział krótko, przekręcił kluczyk w stacyjce i 

ruszył.  W  tej  samej  chwili  szczeniak  collie  wyskoczył  mu  przed  maskę.  Nick 
wyhamował  w  ostatnim  momencie.  Ten  przykry  incydent  popsuł  mu  odjazd  z 
godnością. 

Ale i tak odjechał. Nie obejrzał się, choć czuł na sobie wzrok Shanni i jej 

rodziców. 

 
–  Nie  jest  w  twoim  typie,  kochanie?  –  Ledwie  weszły  do  domu  i  matka 

Shanni nastawiła wodę na herbatę, zaczęło się przesłuchanie. Nick się nie mylił. 
Rodzice  akceptowali  wszystkie  wybory  Shanni,  co  nie  znaczy,  Ŝe  nie  byli 
ciekawi. 

– To był Ŝart, mamo – tłumaczyła Shanni cierpliwie, ale matka spojrzała 

na nią znacząco. 

–  Twój  John  rozpowiada  na  lewo  i  prawo,  Ŝe  rzuciłaś  go  dla  nowego 

sędziego. 

– John to męska szowinistyczna świnia, i nie jest mój. 
– To wartościowy człowiek – zauwaŜyła matka sucho. Jednak zaraz w jej 

oczach  pojawiły  się  wesołe  iskierki.  –  Ale  masz  rację.  Biedaczysko  nie  ma  za 
grosz  poczucia  humoru.  Ojcu  i  mnie  ulŜyło,  Ŝe  wreszcie  przejrzałaś  na  oczy. 
Tylko... 

– Myślisz, Ŝe skaczę z deszczu pod rynnę? 
– Nie wiem, moŜe... 
– śadne moŜe. – Shanni głęboko zaczerpnęła tchu. – Mamo, mam dosyć 

romansów,  a  ktoś  taki  jak  Nick  nie  wchodzi  w  rachubę.  Ale  Harry  uwaŜa,  Ŝe 
Nick  jest  wspaniały  i  jeśli  uda  mi  się  zbliŜyć  ich  do  siebie...  Ten  dzieciak 
potrzebuje miłości. 

– Ty go kochasz. 
– Harry chce męŜczyzny. 
– Chce ojca, a tam, gdzie jest ojciec, zazwyczaj jest i mama. 
– Na rany boskie... – Shanni nie wiedziała, czy śmiać się, czy oburzyć. – 

Mamo, nie podoba mi się Nick Daniels, jasne? 

– Tak, kochanie – zgodziła się matka. 
Shanni wyczuła, Ŝe nie uwierzyli w ani jedno jej słowo. A ona? Wierzyła 

background image

w to? 

 
Nick wracał do domu przeraŜony jak nigdy dotąd. Najchętniej wyjechałby 

stąd i nigdy nie wracał. 

Ale  czy  na  pewno?  A  moŜe  wolałby  wrócić  do  Shanni?  Nie!  Chce 

wyjechać! 

Co  za  głupota.  Miał  zostać  w  tym  miasteczku  dwa  lata,  a  minął  dopiero 

tydzień. Świetnie! W Melbourne nie powitają go z otwartymi ramionami. 

Wyjazd  oznacza  poraŜkę.  Co  wtedy  z  marzeniem  o  karierze  sędziego  w 

Sądzie NajwyŜszym? Nie moŜe się wycofać. 

Ale nie chce tu zostać. Nie chce się wiązać! Ani z chłopcem, ani z... z tą 

dziewczyną. 

Chyba  Ŝe  wykazałbym  się  jako  adwokat,  rozwaŜał  rozpaczliwie,  moŜe 

wtedy udałoby mi się zasiąść na ławie, wśród szacownych sędziów.... 

Ha! Brał juŜ pod uwagę tę moŜliwość i wiedział, Ŝe tu wszystko zaleŜy od 

szczęścia.  Praktyka w  Bay  Beach to najpewniejsza droga.  Pracuj  cięŜko,  radził 
Abe. I miał rację. 

A  to  oznacza  prowincjonalne  Ŝycie  –  plotki  i  nudę.  Do  tego  potrzeba 

dystansu.  On  jest  tu  zaledwie  kilka  dni,  a  juŜ  zaangaŜował  się  jak  rzadko! 
Powinien zadzwonić do Shanni i odwołać niedzielne spotkanie. 

Nie  mam  ochoty  iść  na  rodzinny  piknik  z  dzieciakiem,  piękną 

dziewczyną, jej dziadkiem, babką, rodzeństwem... 

Czy naprawdę? 
W porządku, pójdzie, ale później chciałby odejść. Wolny i beztroski. 
Obawiał się jednak, Ŝe tak się nie stanie i na samą myśl o tym wpadał w 

panikę. 

 
Piątek  i  sobota  ciągnęły  się  bez  końca.  Miał  wraŜenie,  Ŝe  nawet 

ś

wiadkowie i podsądni widzą, co się z nim dzieje. 

–  CóŜ,  wygląda  to  tak,  jakbyś  wywrócił  do  góry  nogami  Ŝycie  w 

miasteczku  –  zauwaŜyła  Mary  podczas  przerwy  w  nudnej  rozprawie,  w  której 
miał  rozstrzygnąć,  czy  krowy  pewnego  farmera  niszczą  drogę  publiczną.  – 
Ledwo  się  zjawiłeś,  od  razu  mieliśmy  napad  na  przedszkole,  następnie 
kierowniczka przedszkola zerwała z narzeczonym... 

– Jeszcze się nie zaręczyli. 
– CóŜ, John tak uwaŜał, nawet jeśli Shanni była innego zdania. A teraz... 

dzieciaki rozgadały w całym mieście, Ŝe ich siostra kocha się w tobie. 

To ten pokaz w samochodzie, pomyślał i uśmiechnął się pod nosem. 
– Nie pojmuję, czemu wszyscy wtykają nos w nie swoje sprawy. 
– To Bay Beach – odparła Mary. – Tutaj kaŜdy interesuje się wszystkim. 

A skoro o tym mowa... 

background image

– Tylko nie... Ale nie przerwała. 
–  Miałam  ci  to  powiedzieć  jeszcze  przed  rozprawą.  Bill  Nuggins  moŜe 

spokojnie  przepędzać  krowy  przez  własne  pastwisko.  Nie  musi  korzystać  z 
drogi. Robi to z czystej złośliwości. Ostrzył sobie zęby na sąsiednią posiadłość, 
ale  kupił  ją  ktoś  inny,  więc  teraz  ma  satysfakcję,  kiedy  sąsiedzi  wpadają  w 
krowie placki. 

– No, ładnie. 
To cenna informacja, ale nie powie jej tego. 
– Nie ma sprawy – zignorowała jego niewdzięczność. – To mili ludzie, a 

on utrudnia im Ŝycie. Uznałam, Ŝe powinieneś o tym wiedzieć. Wychodzę zaraz 
po rozprawie, więc do zobaczenia w niedzielę, na pikniku. I jeszcze jedno, lepiej 
się zdecyduj co do Shanni. Ona nigdy nie zwleka. 

O co jej chodziło? 
Właściwie nic mnie to nie obchodzi, wmawiał sobie. 
Ale  obchodziło.  I  nie  tylko  to.  Nakazał  farmerowi  pędzić  krowy  inną 

trasą. A po pracy wybrał się na samotny spacer na plaŜę i ani się spostrzegł, jak 
zawędrował do domu dziecka. 

– Czeka na ciebie – powitała go Wendy. 
– Nie mówiłem, Ŝe przyjdę. 
– Widocznie intuicja. Nick zignorował jej słowa. 
– Jak dzisiejsze badanie? 
–  Damy  mu  jeszcze  dwa  tygodnie  –  odparła.  –  Jeśli  do  tego  czasu  nie 

nawiąŜe  więzi...  –  Urwała,  ale  i  tak  wiedział,  co  chciała  powiedzieć.  Jeśli  on, 
Nick, nie dokona cudu... 

Co ja tu robię? 
Jednak,  mimo  wewnętrznego  oporu,  siedział  przy  łóŜku  małego  i  czytał 

mu  bajkę  o  „Bardzo  niegrzecznym  piesku”,  W  końcu  Harry  zmęczył  się, 
zamknął oczy i zasnął. CóŜ, nie ma innego wyjścia. Harry go potrzebuje... 

–  Jest  taki  delikatny,  ciągle  choruje  –  zaczęła  Wendy,  gdy  wyszedł  z 

pokoju chłopca. – Powinien spać po południu, ale choć pada ze zmęczenia, nie 
chce zasnąć. 

Nick znał to uczucie. Jeśli zamknie się oczy, z pewnością wydarzy się coś 

złego.  O  tak,  pamiętał  doskonale!  Świat  jest  zbyt  groźny,  by  móc  spokojnie 
zasnąć. 

– Shanni zabiera go jutro po zakupy – ciągnęła Wendy. Trzymała na ręku 

małą  dziewczynkę,  w  kuchni  dwaj  chłopcy  przyrządzali  sobie  kakao.  Pewnie 
lubi Harry’ego, ale czy moŜe mu poświęcić wystarczająco duŜo czasu? – myślał 
Nick. 

– Przyjedzie po niego o dziesiątej. MoŜe wybierzesz się z nimi? – spytała. 
– Jestem zajęty. 
Ale  następnego  dnia  tylko  dzięki  Ŝelaznej  woli  wytrwał  za  biurkiem,  z 

background image

nosem utkwionym w nudnych aktach. Musi je przejrzeć, jeśli nie chce zmienić 
się  w  wiejskiego  nieuka.  Jednak  z  niewiadomych  powodów  draŜniła  go 
ś

wiadomość, Ŝe Shanni i Harry biegają po sklepach bez niego. 

To szaleństwo! Traci rozum. 
A minął dopiero jeden tydzień ze stu czterech... 
 
Piknik na plaŜy. Urodziny dziadka. 
Nick obudził się o szóstej i przez godzinę wymyślał powody, dla których 

powinien  natychmiast  pojechać  do  Melbourne.  Pobiegał  po  plaŜy,  wymyślił 
kilka nowych pretekstów, wziął prysznic, wymyślił jeszcze parę... 

Zaczesał gładko włosy. OdłoŜył szczotkę. 
Wrócił do łazienki, zmoczył głowę. Ubrał się. Wytarł włosy ręcznikiem i 

pozwolił, by loki skręciły się niesfornie. 

Pojechał po Shanni. 
 
– Bałam się, Ŝe się rozmyślisz. 
– Naprawdę? – Zerknął na nią kątem oka. Czekała na niego na werandzie, 

jeszcze ładniejsza niŜ zwykle. Miała na sobie róŜową koszulkę na ramiączkach, 
króciutkie  szorty  i  sandały.  Włosy  związała  na  czubku  głowy.  Wyglądała 
zupełnie inaczej niŜ kobiety, z którymi spotykał się w mieście. Zabójczo. 

Chryste, przecieŜ ona nie jest w jego typie. Zupełnie! 
–  Miałem  taki  zamiar  –  przyznał.  –  To  nie  dla  mnie.  Uśmiechnęła  się 

lekko. 

– Tchórz. – ZaŜartowała, ale wiedziała, co go gryzie. Przyglądała mu się 

przez dłuŜszą chwilę, nim dodała cicho: – Nie jesteśmy tacy straszni. W końcu 
sędzia  musi  stawać  twarzą  w  twarz  z  gangsterami,  handlarzami  narkotyków  i 
mordercami, prawda? A to tylko rodzinny piknik. 

No  właśnie.  Więc  dlaczego  instynkt  ostrzega  go,  Ŝe  to  o  wiele 

straszniejsze? 

 
Harry teŜ stał na werandzie i spokojnie czekał. Bez cienia emocji, jakby w 

ogóle  nie  wierzył,  Ŝe  przyjadą.  Nie  uśmiechnął  się  na  ich  widok,  choć  wyraz 
jego  twarzy  stał  się  odrobinę  mniej  posępny.  Nie  ociągał  się,  kiedy  Wendy 
prowadziła  go  do  samochodu.  Patrzył  prosto  przed  siebie,  na  Nicka,  jakby  w 
obawie, Ŝe ten lada chwila odjedzie. 

Nagle zatrzymał się. 
– Nie chcę jechać... – szepnął. 
– Harry nie lubi samochodów – wyjaśniła Wendy. Szybko wzięła chłopca 

na  ręce  i  usadziła  na  tylnym  siedzeniu.  –  Ale  czasami  to  jedyny  sposób,  Ŝeby 
dotrzeć tam, gdzie się chce. Prawda, Nick? 

– Prawda. – Nick odwrócił się i obdarzył ciepłym uśmiechem malca. 

background image

Więc  obaj  w  tym  tkwią.  Dwaj  faceci  przeraŜeni  do  szaleństwa.  Nie  ma 

wyjścia, muszą przez to przebrnąć. Trzeba zająć czymś myśli... 

– Fajna koszulka – zauwaŜył Nick. 
Przekręcił  kluczyk  w  stacyjce  i  posłał  Shanni  błagalne  spojrzenie. 

Niepotrzebnie. Chyba trafił w dziesiątkę. 

– Mhm. – Harry opuścił głowę, starając się ukryć zadowolenie. 
–  Kupiliśmy  ją  wczoraj  –  wyjaśniła  Shanni.  –  Byliśmy  z  Harrym  po 

zakupy, prawda? To koszulka na plaŜę. 

– Widzę. 
Na koszulce chłopca były rekiny, ośmiornice i róŜne ryby. Nick pokiwał 

głową. 

– Doskonały wybór. 
– Masz dziwne włosy – zauwaŜył Harry. 
–  No  –  mruknął  Nick  i  nerwowo  przeczesał  loki  palcami.  Czuł  się 

dziwnie, jakby... obnaŜony. 

– To teŜ doskonały wybór – stwierdziła Shanni powaŜnie. Nick zerknął na 

nią i uśmiechnął się. MoŜe nie będzie aŜ tak źle. 

– Ale koszulę ma strasznie nudną, prawda? – zwróciła się do Harry’ego. 
– Ej... 
– Moja jest w róŜowe groszki, twoja w ryby – ciągnęła. – A Nicka? Mógł 

poszukać fajniejszej. 

– Ma krótki rękaw – zaprotestował. 
– Jest biała. Czy sędziowie zawsze noszą białe koszule? 
– Zawsze. – Tak naprawdę, nie miał innych. 
–  Na  pewno  nie  –  zamyśliła  się.  –  Wiesz  co,  Harry?  Moim  zdaniem 

Nickowi byłoby do twarzy w koszuli w róŜowe kropki. Co ty na to? 

Cisza. 
A potem, ku zdumieniu Nicka, Harry zachichotał. 
Początkowo  myślał,  Ŝe  się  przesłyszał,  ale  mały  roześmiał  się  jeszcze 

głośniej. 

Spojrzeli  na  siebie  porozumiewawczo.  Nick  i  Shanni...  Spiskowcy 

walczący o uśmiech małego chłopca. 

I nagle Shanni rozpromieniła się, jakby niespodziewanie nadeszły święta 

BoŜego Narodzenia. 

–  RóŜowa  –  orzekła  głosem  nabrzmiałym  emocjami.  –  Jutro  kupię 

naszemu Nickowi róŜową koszulę w kropki i nic mnie nie powstrzyma. 

Później  nie  pozostało  mu  nic  innego,  jak  rozkoszować  się  tym  dniem  i 

pogodzić się z faktem, Ŝe nie ma wpływu na przebieg wydarzeń. 

Rodzina  Shanni  była  ogromna.  Rozmaite  ciotki,  kuzyni,  dawni 

narzeczeni, a na przyczepkę kilkoro obcych, jak on, ale wszyscy witani równie 
serdecznie.  Mnóstwo  dzieci,  psów  i  jedzenia.  Siatkówka  plaŜowa,  budowanie 

background image

zamków z piasku, kąpiele. 

Zaraz  po  przyjeździe  zdarli  z  niego  ubranie.  Całe  szczęście,  Ŝe  miał  na 

sobie  kąpielówki.  Wylali  na  niego  pół  butelki  olejku  do  opalania,  owinęli  gips 
Harry’ego folią i mianowali ich obu sędziami w meczu siatkówki. 

Sędzia do sędziowania – mruknął Rob. 
Shanni zachichotała i pobiegła do wody. 
– Tak jest, przynajmniej do czegoś się przyda. 
Nick chętnie pobiegłby za nią, ale nawet się nie obejrzała. Potem Nick z 

Harrym zostali jurorami w konkursie na najpiękniejszy zamek z piasku. 

–  Największy  nie  znaczy  najlepszy.  –  Tylko  tyle  usłyszał,  zanim  Shanni 

znów przepadła w tłumie gości. 

Miał wraŜenie, Ŝe go unika. 
I tak przez cały czas. 
Po  lunchu  usadzili  Harry’ego  na  materacu,  wcisnęli  Nickowi  sznurek  w 

dłoń i wysłali ich do wody. Zupełnie, jakby uznali, Ŝe Harry jest tu wyłącznie z 
nim. Czuł się z tym dziwnie. Nie źle, tylko dziwnie. 

Zazwyczaj kobiety nie odstępowały go, ale nie Shanni. Widocznie był dla 

niej  tylko  jednym  z  gości.  Bawiła  się  z  dziećmi  Mary,  pływała,  nurkowała, 
ś

miała się, organizowała coraz to nowe konkursy. 

Potem  zbudowała  własny  zamek  z  piasku  –  kiedy  on  i  Harry  grali  w 

krykieta. 

Nigdy nie robiła tego co on. 
W końcu zaczęło go to denerwować. Po południu miał juŜ pewność, Ŝe to 

nie przypadek. Mógł na nią patrzeć, ale z daleka. A była taka śliczna... 

– Musisz się pospieszyć – szepnęła mu Mary do ucha, aŜ podskoczył. 
Myślami  był  daleko  stąd.  Harry  leŜał  na  ręczniku,  oparty  o  niego. 

Drzemał zmęczony, ale zadowolony. ZnuŜyło ich słońce, plaŜa i zabawa, i obaj 
mieli kłopoty z koncentracją. 

Tylko Ŝe Harry nie mógł się skupić na niczym, Nick zaś – na niczym poza 

Shanni. 

– Ja... nie rozumiem. – Nie wiadomo dlaczego głos uwiązł mu w gardle. 
–  To  proste.  –  Mary  usadowiła  się  obok  i  czule  spojrzała  na  siostrę.  – 

Shanni nie będzie długo sama. 

– Co to ma wspólnego... 
–  śadna  dziewczyna  McDonaldów  nie  jest  długo  sama  –  ciągnęła  Mary 

zadowolona.  –  MęŜczyźni  je  sobie  wyrywają,  i  to  sami  najlepsi.  Na  przykład 
mój Mike. 

– Mary... 
– Popatrz na mnie – mówiła. – Wyszłam za mąŜ jako dziewiętnastolatka, 

a  mogłam  wcześniej,  tylko byłam  bardzo,  ale to  bardzo  wybredna.  –  Wskazała 
Louise i jej chłopaka. 

background image

– Idę o zakład, Ŝe ta mała zaraz pójdzie w moje ślady, ona i Alastair nie 

mogą  oderwać  od  siebie  oczu.  Hatty  teŜ  złapała  juŜ  chłopaka,  chociaŜ  ma 
dopiero piętnaście lat. Jedynie Shanni się ociąga, i tylko dlatego, Ŝe nie moŜe się 
zdecydować. 

– Ja nie... 
–  Oświadczano  się  jej  jedenaście  razy  –  ciągnęła  Mary,  kręcąc  z 

podziwem głową. – Sami powaŜni konkurenci. Teraz znowu się zacznie. Wiem 
od mamy, Ŝe odkąd zerwała z Johnem, telefon się urywa. 

– Twoja siostra jest bardzo ładna – zauwaŜył. 
– To prawda. 
– Ja nie... – zaczął. Pokręciła głową. 
–  Owszem,  tak,  czemu  się  wypierasz?  –  zapytała.  Wstała,  otrzepała 

ręcznik z piasku. Posłała Nickowi surowe spojrzenie. – Ale decyduj się szybko. 
Pamiętaj, jest kolejka. 

 
Shanni unikała Nicka. 
Czuła na sobie wzrok bliskich. Zainspirowani niewinnym Ŝartem śledzili 

kaŜdy jej krok. BoŜe, przecieŜ ona nie jest nim zainteresowana! 

Nie, naprawdę nie. 
Tylko Ŝe Nick jest taki... inny. 
Nie potrafiła określić, na czym ta inność polega. Pod wieloma względami 

nie róŜnił się wcale od męŜczyzn, z którymi dorastała. Ładnie się uśmiecha, to 
fakt, ale to nic szczególnego. Jest silny, chyba pływał od dziecka. Ma wspaniałe 
mięśnie. Widziała, jak grały pod skórą, gdy ciągnął Harry’ego na materacu. Ale 
inni teŜ są silni. 

Jest  czuły...  zadziwiająco  czuły.  Jak  delikatnie  podnosił  Harry’ego, 

smarował  go  olejkiem.  A  w  konkursie  na  piaskowy  zamek?  KaŜdemu  dziecku 
powiedział coś miłego... 

Inni męŜczyźni teŜ umieją zajmować się dziećmi. 
Chodzi o coś więcej. Nick to po prostu... Nick. 
Widziała  rzeczy,  które,  jak  się  zorientowała,  chciał  ukryć  przed 

wszystkimi. Sposób, w jaki patrzył na Harry’ego, jakby sam sobie nie wierzył, 
Ŝ

e stać go na cieplejsze uczucia. Albo na jej krewnych – jakby tęsknił za czymś, 

czego nigdy nie zaznał, choć bardzo tego pragnął. A na nią... 

Miała wraŜenie, Ŝe wie, co się dzieje w jego sercu. 
Co ją to obchodzi! Nic a nic! 
Unikała go jak ognia. 
 
Zmierzchało,  kiedy  wracali.  Zjedli  podwieczorek  na  plaŜy  –  dziadek 

Shanni zamówił pizzę. Nick na długo zapamięta biednego dostawcę, z mozołem 
taszczącego przez wydmy tuzin pudeł z pizzą. 

background image

Potem  matka  Shanni  wyczarowała  skądś  tort  urodzinowy,  dziadek 

zdmuchnął świeczki, wszyscy odśpiewali „Sto lat” i piknik się skończył. 

A Nick poczuł... pustkę? 
Myślał,  Ŝe  będą  wracali  z  Harrym  we  dwóch,  ale  kiedy  ułoŜył  śpiącego 

chłopca w samochodzie, Shanni cisnęła torbę na tylne siedzenie. 

A więc jest jej szoferem. No tak, po tym, co usłyszał od Mary, powinien 

czuć się zaszczycony. 

Ale tak nie było. Poczuł... jeszcze większą pustkę. 
– Zamurowało cię? – Uśmiechnęła się, gdy ruszyli. 
Była  potargana,  cała  w  piasku,  miała  czerwony  od  słońca  nos.  A  on  z 

trudem powstrzymywał się, by jej nie pocałować. Udało mu się. CóŜ, pustka to 
jego Ŝycie. Przywykł do niej. Nie umiałby Ŝyć inaczej. 

Prowadził  w  milczeniu,  tylko  coraz  mocniej  zaciskał  dłonie  na 

kierownicy. 

Przez chwilę obserwowała go. 
– Nick, co jest? – zapytała w końcu powaŜnym tonem. 
– Nic. 
–  Kiedy  dzieci  w  przedszkolu  odpowiadają  mi  w  ten  sposób,  zwykle 

oznacza to, Ŝe mają mokre majteczki. 

Uśmiechnął się. 
– Panno McDonald, daję słowo, Ŝe się nie zsiusiałem. 
–  To  bardzo  dobrze.  –  Przyglądała  mu  się  przez  dłuŜszą  chwilę,  potem 

spojrzała  na  śpiącego  Harry’ego.  –  Miał  dzisiaj  cudowny  dzień  –  zauwaŜyła 
miękko. 

– Tak. 
– A ty? Dobrze się bawiłeś? 
– Ja... tak. 
–  Świetnie  –  stwierdziła  krótko.  –  Moi  krewni  uznali,  Ŝe  jesteś  w 

porządku. 

– Bo nie jestem Johnem? 
– To teŜ. – Zachichotała. – O BoŜe, aleŜ byłam głupia! 
– Znajdzie się inny kandydat. 
– Na pewno... – Umilkła nagle. – Nick? 
– Tak? 
Chyba chciała go o coś poprosić, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie i 

zacisnęła usta w wąską kreskę. Znowu milczenie. A potem w oddali pojawiły się 
pierwsze budynki miasteczka. Jeśli nie spyta teraz, nie zrobi tego nigdy. 

– Spotkasz się jeszcze z Harrym? 
– Nie wiem, nie w najbliŜszym czasie. 
– Jesteś bardzo zajęty. – Skinęła głową ze zrozumieniem. 
– W przyszły weekend muszę jechać do Melbourne. 

background image

– Po zapas krawatów i garniturów? A juŜ myślałam, Ŝe dałeś sobie z tym 

spokój. 

Uśmiechnął się. 
– Fakt. Ale mam tam swoje Ŝycie. 
– Dziewczynę? 
– Nie. 
– Rozumiem. 
Nie  rozumiała  nic  a  nic.  Patrzyła  przed  siebie.  Samochód  skręcił  w 

uliczkę, przy której stał dom dziecka. Czas ucieka. Teraz albo nigdy... 

–  Wiesz  Nick,  ojciec  Harry’ego  zabierał  go  w  kaŜdy  weekend  do 

Melbourne – powiedziała nerwowo. – Pracował tutaj, w tartaku, ale co tydzień 
wyruszali z Harrym do miasta, do babci. 

– Harry ma babcię? 
–  Umarła  krótko  przed  wypadkiem  Petera.  Ale  Harry  nadal  pamięta 

wyjazdy do miasta. 

–  Sugerujesz  –  Nick  mówił  powoli,  z  namysłem  –  Ŝebym  zabrał  małego 

do Melbourne? 

– Czemu nie? Na pewno mu się spodoba. 
–  Nie  dam  sobie  rady,  sam  z  dzieckiem.  Przemyślała  to  i  pokręciła 

przecząco głową. 

– Oczywiście, Ŝe dasz. – W jej głosie pojawił się znany  mu juŜ władczy 

ton,  który  Nick,  szczerze  mówiąc,  zdąŜył  polubić.  –  Jesteś  mądry  i  sprytny, 
Nicku  Danielsie,  a  Harry  to  tylko  mały  chłopczyk.  Jeśli  zechcesz,  na  pewno 
sobie poradzisz. 

–  W  takim  razie  nie  chcę  –  odparł  szczerze.  Harry  w  jego  ulubionej 

eleganckiej restauracji? Wśród jego przyjaciół? O nie! 

Tylko, czemu Shanni ma taką minę, jakby ją zdradził. 
NiewaŜne,  powtarzał  sobie  desperacko.  Nie  da  się  w  to  wciągnąć,  nie 

zaangaŜuje się. 

Tak, ale... kiedy wziął śpiące dziecko na ręce, zabolało go serce. 
Harry  jest  taki  malutki.  Gips  na  pewno  bardzo  mu  ciąŜy.  I  te  sińce  pod 

oczami.  Poruszył  się  przez  sen,  na  chwilę  otworzył  oczy  i  uśmiechnął  się, 
widząc, kto go niesie. OdpręŜył się i mocno przywarł do Nicka. 

MoŜe Nick nie chciał się angaŜować, ale było juŜ za późno. 
Musi stąd uciec. 
 
Harry  został  pod  troskliwą  opieką  Wendy.  Teraz  wystarczy  odwieźć 

Shanni  do  domu.  Jeszcze  pięć  minut  w  samochodzie.  Załatw  to  szybko, 
upominał się. 

Ale kiedy zatrzymał samochód przed jej domem, poczuł znajome ukłucie 

– chciał, Ŝeby została jeszcze przez chwilę. 

background image

–  Ja...  podobno  w  przyszły  piątek  jest  bal  w  ratuszu  –  zaczął.  Mówił 

szybko,  nerwowo,  co  bardzo  go  deprymowało.  Na  Boga,  nigdy  nie  miał 
kłopotów,  umawiając  się  z  kobietami.  Gdzie  się  podział  wygadany  Nick 
Daniels? – Powinienem się tam pokazać. MoŜe byś ze mną poszła? 

Przyglądała mu się przez dłuŜszą chwilę. 
– Czy to aby bezpieczne – zapytała w końcu drwiąco. – Musiałbyś ze mną 

zatańczyć. 

– To nic strasznego. 
– O tak, zwłaszcza taniec wyłącznie towarzyski. 
– Właśnie. 
Westchnęła, teraz juŜ powaŜna. 
– Nie. Nic z tego. Obawiasz się nawet dziecka. 
–  Jezu,  przecieŜ  nie  proszę  cię  o  rękę  –  obruszył  się.  –  Zapraszam  cię 

tylko na bal. 

– Wiem. Chyba była zła. 
– O co ci chodzi? Złościsz się, Ŝe nie zabiorę Harry’ego do Melbourne? 
Uniosła brodę. 
– Tak – odparła. – Masz okazję zrobić coś dobrego, ale uciekasz, bo Ŝal ci 

niezaleŜności. Boisz się ryzyka, a Harry na tym ucierpi. 

– A gdybym zabrał Harry’ego do Melbourne, poszłabyś ze mną na bal? 
Od  razu  zorientował  się,  Ŝe  nie  powinien  był  tego  mówić.  Za  późno. 

Odetchnęła głęboko. W wieczornej ciszy jej gniew stał się niemal namacalny. 

Szukała odpowiednich słów. Zdołała wykrztusić tylko: 
– Jak śmiesz? Uniósł brwi. 
– Jak śmiem? Kipiała z oburzenia. 
– Czy to wymiana handlowa? 
– Tego nie powiedziałem. 
–  Owszem.  –  Wysiadła  i  zatrzasnęła  drzwi.  Obrzuciła  go  gniewnym 

spojrzeniem. 

– Ty arogancki, samolubny.... wieprzu! – syknęła. – Wiesz, czego pragnie 

Harry.  Potrzebuje  przyjaciela, tylko tyle.  Nie  prosi  cię  o nic  więcej.  Ale  ty  nie 
chcesz  mu  dać  nawet  tego.  Siedzisz  na  tej  swojej  górze  i  nic  więcej  cię  nie 
obchodzi.  W  twoim  świecie  nie  ma  miejsca  na  poświęcenie,  wszystko  trzeba 
skalkulować i wycenić. Kilka lat w zabitej dechami dziurze w zamian za szybki 
awans i  karierę.  Kupować  i sprzedawać, ale nade  wszystko nie  angaŜować  się. 
Wiesz co? Niedobrze mi się robi, kiedy na ciebie patrzę, Nicku Danielsie. 

Zatrzasnęła za sobą drzwi do domu. 
Nick nie wiedział, Ŝe za tymi drzwiami rozszlochała się. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
– Skomplikowało ci się Ŝycie uczuciowe, co? 
–  Słucham?  –  Starannie  ubrany  i  elegancki,  jeśli  nie  liczyć  niesfornych 

włosów, Nick był gotów do pracy w poniedziałkowy ranek. Podobnie jak Mary. 

–  Wyglądasz,  jakbyś  się  dowiedział,  Ŝe  przez  rok  nie  dostaniesz  urlopu. 

Zupełnie jak Shanni. 

– Nie obchodzi mnie, jak wygląda Shanni. 
– Zabawne. – Mary uśmiechnęła się złośliwie. – Shanni mówi to samo o 

tobie. Zobaczymy, co będzie dalej. 

– Mary... 
– Tak? 
–  Daj  sobie  spokój.  –  Nagle  jego  uwagę  przykuło  coś  w  planie  dnia.  – 

Mary, co Bart Commin robi dzisiaj w sądzie? O ile pamiętam, skazałem go na 
dziesięć dni... 

–  Składamy  apelację  –  powiadomiła  go  radośnie.  –  Rob  to  załatwił. 

Emma traci rozum. 

– Jaka apelacja? PrzecieŜ nie ma adwokata. 
– Rob będzie go reprezentował. 
– Policjant – zaczął Nick powoli – nie moŜe wnioskować o apelację. 
– A gdzie to jest powiedziane? 
– Ja... 
–  Często  tak  bywa  –  wyjaśniła  mu  wielkodusznie.  Urzędniczka 

pouczająca  sędziego.  –  Chyba  o  tym  wiesz.  Prokurator  ma  prawo  wnieść 
apelację,  jeśli  uzna,  Ŝe  wyrok  jest  zbyt  łagodny.  Więc  pomyśleliśmy,  Ŝe  jeśli 
wyrok jest za surowy, takŜe. Co za róŜnica? 

– Mary... 
– A wyrok jest naprawdę za surowy – skarciła go. – Bart drze się na całe 

gardło. Ma dreszcze, szlocha. Wypuść go, to stary doktor Harris weźmie go na 
kilka  dni  do  szpitala.  PomoŜe  mu  stanąć  na  nogi  i  wszyscy  będziemy 
zadowoleni. 

– Załatwię mu szpital, jak odsiedzi wyrok. 
– Nie, Wysoki Sądzie, nie załatwisz. – Mary skromnie spuściła oczy. – W 

Bay Beach mamy mały szpitalik, nieprzystosowany dla więźniów. Musiałbyś go 
wysłać do Warrbook, a to mu się nie spodoba. 

–  Bomba.  Sąd  uwzględniający  osobiste  preferencje  skazanego!  –  Nick 

przeczesał włosy palcami. – Mary, to recydywista. 

– Kradnie tylko fasolkę, poza tym to miły staruszek – skarciła go. – MoŜe 

pijak, ale wszyscy go lubią. No, dalej, Nick. Udowodnij, Ŝe masz serce. 

Kwadrans później Nick zmniejszył wyrok Barta o sześć dni. Ciekawe, ile 

background image

jeszcze serca będzie musiał włoŜyć w tę pracę? I ile zostawi w tym miasteczku. 

 
Harry potrzebował miłości. 
Nick  myślał  o  nim  przez  cały  poniedziałek.  Wspomnienie  chłopca  nie 

dawało mu spokoju. Podobnie było we wtorek. 

Myślał takŜe o Shanni – ale tutaj nic nie poradzi, tłumaczył sobie. Shanni 

go nie potrzebuje. 

Niestety, nawet nie przyszło mu na myśl, Ŝe moŜe to on potrzebuje jej. 
Nie.  Niech  Shanni  wybiera  spośród  licznych  wielbicieli...  On musi  zająć 

się Harrym. 

We  wtorek  wieczorem  był  juŜ  na  progu  domu  dziecka,  ale  w  ostatniej 

chwili  zawrócił. Poszedł na plaŜę, przebiegł  kilka  kilometrów, wrócił pod  dom 
dziecka, przeklinając samego siebie, wrócił do siebie. I myślał... 

Shanni, Harry, Shanni. 
Harry!  W  środę  znowu  znalazł  się  pod  domem  dziecka.  Tym  razem 

zapukał. 

– Nick. – Wendy obserwowała go czujnie. Za jej plecami dostrzegł dwie 

dziewczynki bawiące się w korytarzu. Nie zaprosiła go do środka. – Słucham? 

– Przyszedłem do Harry’ego. 
– Doprawdy? – Nie była juŜ tak przyjacielska jak w zeszłym tygodniu. 
Co Shanni jej naopowiadała? 
Po chwili zrozumiał, skąd ta czujność. 
–  W  niedzielę  Harry  bawił  się  wspaniale  –  zaczęła.  –  Wspaniale.  Ale 

potem...  w  poniedziałek  czekał  na  ciebie.  Zadzwoniłam  do  sądu.  Mary 
powiedziała, Ŝe się odezwiesz. Przekazała ci, Ŝe telefonowałam? 

A jakŜe. Tylko on cały czas zmagał się sam ze sobą. 
– Przepraszam. 
–  Harry’emu  nie  przeszkadza,  Ŝe  rzadko  go  odwiedzasz  –  wyjaśniła 

Wendy. – To znaczy, przeszkadza mu, ale to nie problem. On nie poradzi sobie 
z czym innym – z niepewnością. Nie wie, czy moŜe na ciebie liczyć. Czy jesteś 
jego przyjacielem. 

No  właśnie.  Albo  wszystko,  albo  nic.  To  nie  znajomość  z  dorosłym,  z 

której łatwo moŜna się wykręcić. Jak z Shanni... 

Na Boga, myśleć o Harrym! Tylko o Harrym! 
– MoŜemy porozmawiać? 
– Jasne. – Wendy uchyliła drzwi szerzej, ale wciąŜ nie wpuszczała go do 

ś

rodka. – Harry jest w kuchni. Porozmawiajmy tutaj. 

– Wendy, nie adoptuję Harry’ego – zaczął. – Nie mogę tego zrobić. 
–  Nikt  cię  o  to  nie  prosi.  –  Nadal  obserwowała  go  czujnie.  –  A  juŜ  na 

pewno  nie  Harry.  On  w  ogóle  o  nic  nie  prosi.  Ale  potrzebuje  przyjaciela,  i  to 
bardzo. Przyjaciela na stałe, który dotrzymuje słowa – jeśli obieca, Ŝe odwiedzi 

background image

go raz w tygodniu, to tak będzie. A jeśli kiedyś nie przyjdzie, będzie miał dobry 
powód, który zrozumie takŜe Harry. 

– Raz w tygodniu... 
–  Rzadziej  nie  ma  sensu  –  powiedziała  szczerze.  –  To  mały  chłopczyk. 

Tak, raz w tygodniu albo nic z tego. 

Głęboko zaczerpnął tchu. I skoczył na głęboką wodę. 
– Dobrze. 
Stało się. Ale... to nie takie straszne uczucie. Poza tym, Ŝe mało nie umarł 

ze strachu. Wendy to widziała. 

– Czy kiedy byłeś mały, miałeś kogoś bliskiego? – zapytała cicho. 
– Ja... nie. Pokręciła głową. Jej czujność zniknęła. Pojawiło się ciepło. 
I troska. 
– A więc Bay Beach ma wyjątkowego sędziego. Jeśli uporasz się z tym... 
– Ej, ja wcale nie... 
– Owszem – przerwała mu i otworzyła drzwi na ościeŜ. – Dzisiaj zrobiłeś 

pierwszy krok. Zobaczymy, co będzie dalej. 

I  tak  muszę  pojechać  do  Melbourne,  przemknęło  mu  przez  głowę.  Nie 

tylko  po  krawaty.  Zabrał  jedynie  najniezbędniejsze  rzeczy,  myśląc,  Ŝe  co 
weekend będzie wracał do miasta. 

Powiedział to na głos przy Wendy i Harrym. 
–  Lubię  Melbourne  –  odezwał  się  mały.  Podniósł  głowę  znad  pucharka 

lodów czekoladowych. Starał się nie okazywać szalonej radości z powodu wizyt 
Nicka. – Jeździłem tam czasem z tatusiem. 

W słowach chłopca zadźwięczała delikatna nuta tęsknoty. 
– Naprawdę? 
Nick  trzymał  się  dzielnie,  ale  Wendy  obserwowała  go  bacznie.  Rzucała 

mu wyzwanie. 

Harry  takŜe  go  obserwował,  ale  nie  oczekiwał  niczego.  Największy 

twardziel nie wytrzymałby takiego napięcia. 

– Masz ochotę pojechać ze mną? 
– Tak. 
Odpowiedź  padła  tak  szybko,  Ŝe  Nickowi  lody  stanęły  w  gardle.  Rany 

boskie, co on zrobił? Ale było juŜ za późno. 

–  Przyjadę  po  ciebie  w  piątek  po  południu  –  mruknął,  posyłając  Wendy 

rozpaczliwie spojrzenie. W odpowiedzi uśmiechnęła się szeroko. 

– Widzisz? To nie boli. 
– Nie wiem, jak się nim zająć... jego noga... 
–  Wszystko  ci  napiszę  –  obiecała  beztrosko.  –  To  naprawdę  pestka. 

Załatwię ci nawet fotelik samochodowy. 

I tu pojawił się problem, ale nie ze strony Nicka. 
– Ja... nie chcę jechać samochodem – odezwał się Harry. Był przeraŜony, 

background image

przestał jeść. 

Wendy  westchnęła,  posadziła  go  sobie  na  kolanach.  Rozumiała  jego 

strach. 

– Harry, mieliście z tatusiem okropny wypadek, ale to się nie powtórzy. 
Chłopczyk  czuł  się  rozdarty,  Nick  to  widział.  Z  jednej  strony  bardzo 

chciał  jechać  do  Melbourne  z  Nickiem,  z  drugiej  –  straszne  –  wspomnienia 
przytłaczały go. 

– No, skoro tak... 
– Pojedziemy pociągiem – zadecydował Nick. Mało brakowało, a Wendy 

upuściłaby chłopca. 

– śartujesz. 
– Nigdy nie Ŝartuję – mruknął Nick. – Tym gorzej dla mnie. Pojedziemy 

popołudniowym pociągiem, w piątek. Będziesz gotowy, Harry? 

– Tak – szepnął, zsunął się z kolan Wendy i z ogromnym apetytem zabrał 

się do lodów. 

 
Co on narobił? Nie do wiary! Przez następne dni Nick Ŝył w odrętwieniu. 

Zabierać  małe  dziecko  do  Melbourne...  Zrezygnować  z  samochodu  na  cały 
weekend... 

Jego przyjaciele umrą ze śmiechu. 
Nie zobaczą tego, zdecydował. PrzecieŜ nie zabierze Harry’ego do pubu. 
Dokąd z nim pójdzie? 
–  Jesteś  jakiś  dziwny  –  zauwaŜyła  Mary  w  piątek  rano.  Bóg  jeden  wie, 

czy  znała  jego  weekendowe  plany.  Chyba  nie,  bo  z  pewnością  nie 
powstrzymałaby  się  od  komentarza.  Ale  tajemnicy  nie  da  się  długo  utrzymać. 
Wendy o to zadba... 

Mary czekała na odpowiedź. Musi coś wymyślić. 
– Ja... nie mogę się doczekać weekendu. 
– O, na pewno – odparła z miną, której zupełnie nie umiał rozszyfrować. 
 
Spóźni  się!  śe  teŜ  rozprawy  nigdy  nie  kończą  się  punktualnie,  myślał  z 

goryczą, biegnąc na stację. Do odjazdu pociągu została kilka minut. BoŜe, Ŝeby 
Wendy i Harry byli juŜ na peronie. 

Czekali.  Dzięki  ci,  BoŜe!  Wendy  wcisnęła  mu  bilety,  bagaŜ  Harry’ego  i 

uśmiechnęła się ciepło. 

– Bawcie się dobrze, chłopcy! – krzyknęła, gdy wsiadali. – I ty, Shanni – 

dodała cicho, zaciskając kciuki. 

Piąty wagon, trzeci przedział... 
Pociąg ruszył. Harry kurczowo ściskał Nicka za rękę. Wreszcie dotarli do 

przedziału. 

– Ciekawe, czy będziemy sami – zagaił Nick i nagle zatrzymał się w pół 

background image

korku. 

W przedziale ktoś siedział. 
 
Przyglądali się sobie zdumieni. W końcu Harry przerwał ciszę. Roześmiał 

się. 

– Jedziesz z nami do Melbourne? – spytał, wyraźnie zadowolony. 
– Tak, ale... 
Nick widział, Ŝe Shanni jest równie zdziwiona, jak on. 
–  Dlaczego  jedziecie  pociągiem?  Harry  wdrapał  się  na  siedzenie  obok 

niej. 

–  Dlaczego  nie  jedziecie  samochodem  Nicka?  –  zapytała  delikatnie, 

patrząc na chłopca. 

– Nie lubię samochodów – oznajmił mały. 
Nick umieścił bagaŜe na półce i zastanawiał się, co powinien powiedzieć. 
Ona  takŜe  nie  mogła  znaleźć  właściwych słów.  W  końcu odezwała  się z 

goryczą w głosie: 

– Chyba mnie wrobiono. 
– Nie ja – zastrzegł Nick i usiadł naprzeciwko niej. Wyglądał, jakby był 

zły.  Harry  patrzył  zdumiony.  A  pociąg  nabierał  tempa  i  po  chwili  Bay  Beach 
zostało daleko w tyle. 

–  Właściwie  powinnam  wysiąść  na  następnej  stacji.  –  Shanni  sprawiała 

wraŜenie, Ŝe najchętniej wyskoczyłaby z pędzącego pociągu. 

Ś

wietnie.  Tylko...  Nick  zagryzł  usta  i spojrzał  na  Harry’ego.  Tak  bardzo 

się cieszył! 

– Po co jedziesz do Melbourne? – zapytał w końcu. 
– Do ciotki Adele. Jest chora, mama martwi się o nią. 
– Rozumiem. 
–  Tak,  ale...  –  Zamyśliła  się,  nie  patrzyła  na  niego,  mówiła  jakby  do 

siebie. – Moja rodzina dziwnie się ostatnio zachowuje. Mary w kółko opowiada, 
jak to mama martwi się o ciotkę Adele. Mama tylko kiwa głową i nic nie mówi. 
Więc  zaproponowałam,  Ŝe  do  niej  zadzwonię,  ale  Rob  powiedział,  Ŝe  Emma 
dzwoniła i Adele jest w depresji. A potem Mary wpadła na pomysł, by kupić mi 
bilet. Jako wkład rodziny... 

– Myślisz, Ŝe to ukartowali? 
Nie  widział  innego  wytłumaczenia.  Zresztą  po  Mary  moŜna  się 

wszystkiego spodziewać. 

– Wcale bym się nie zdziwiła – odparła Shanni ze złością. 
–  Wczoraj  wieczorem  przyszedł  do  nas  John  i  Louise  powiedziała  mu, 

słyszałam  na  własne  uszy,  Ŝe  nie  jest  mile  widziany,  bo  ja  zakochałam  się  w 
tobie! Nawet nie zdąŜyłam mu niczego wyjaśnić! Zakochać się w tobie, teŜ coś! 

Ostatnie  słowa  rzuciła  z  obrzydzeniem,  jakby  był  paskudnym  robalem. 

background image

Nick mimo woli się uśmiechnął. 

– Co za bzdura! – dopowiedział uprzejmie. 
– Właśnie – zgodziła się, nadal zła. 
– Więc co robimy? 
– Jedziemy do Melbourne – odezwał się Harry. – Ty, ja i Nick. 
–  Chyba  jakoś  zniesiemy  tę  podróŜ  –  dodał  Nick.  –  Nigdy  nic  nie 

wiadomo, moŜe twoja ciotka naprawdę jest chora. 

–  A  moŜe  nie  –  westchnęła  Shanni  znuŜona.  –  W  takim  razie  pójdę  po 

zakupy. 

– Ze mną? – zainteresował się Harry i Shanni uśmiechnęła się blado. 
–  Ej,  przecieŜ  wybraliśmy  się  razem  po  zakupy  w  sobotę.  JuŜ  zuŜyłeś 

wszystkie ubranka? 

– Nie, ale... 
– Ty i Nick jedziecie na męski weekend – wyjaśniła mu. – Niepotrzebna 

wam kobieta. 

– Nie jesteś kobietą – sprostował Harry. – Ty to ty. 
–  To  chyba  najmilszy  komplement,  jaki  kiedykolwiek  słyszałam  – 

uśmiechnęła się. – Ale nic z tego, Harry. To męski weekend, nie mam z tym nic 
wspólnego. 

Dojechali zgodnie do Melbourne i zamierzali się poŜegnać, ale Harry miał 

inne plany. 

– Gdzie mieszka twoja ciocia? – zainteresował się. 
– W Brighton. 
– Czy my teŜ tam jedziemy? Co za bystry dzieciak. I uparty. 
Nick skinął głową. 
– Tak, w tym samym kierunku. – A potem dodał, nie miał przecieŜ innego 

wyjścia: – MoŜe pojedziemy jedną taksówką? 

– Fajnie – Shanni uśmiechała się do Harry’ego, ale czujnie obserwowała 

Nicka. – A potem kaŜde pójdzie w swoją stronę, jasne? 

– Jasne. 
 
Gdy  tylko  wsiedli  do  taksówki,  Harry  zaczął  mówić.  W  pociągu  prawie 

cały czas milczał, ale teraz chyba wyczuł, Ŝe trzeba działać, bo czasu jest coraz 
mniej. 

– Co będziesz robiła z ciocią? – dopytywał się. 
–  Jeśli  jest  chora,  zaopiekuję  się  nią.  A  wy,  chłopcy?  Nick  wzruszył 

ramionami. 

– Nie wiem, coś wymyślimy. 
– Spotkasz się z nami? – Głosik Harry’ego zadrŜał. Niepewnie spojrzał na 

Nicka, jakby dotarło do niego, Ŝe właściwie prawie go nie zna. A co, jeśli Nick 
ma w planach same nudne, dorosłe rzeczy? Za to panna McDonald jest bardzo 

background image

fajna. 

– Ja... – Shanni nie wiedziała, co odpowiedzieć. 
–  Chodź  z  nami  po  zakupy  –  zaproponował  Harry.  Zerknęła  na  Nicka  i 

szybko odwróciła twarz. 

– Nie wiem, czy będę mogła. 
Nick  westchnął.  Znów  ktoś  wywiera  na  niego  presję.  Ale  Harry  poczuje 

się pewniej, wiedząc, Ŝe zobaczy się z Shanni, więc właściwie nie miał wyjścia. 

–  Jutro  rano  będziemy  w  cukierni  przy  Auckland  Street  –  oznajmił 

zrezygnowany.  –  Przyłącz  się  do  nas,  wypijemy  kawę.  Jeśli  ciotka  nie  będzie 
miała nic przeciwko temu... 

– Albo ja – mruknęła i spojrzała na Harry’ego. – W porządku, niczego nie 

obiecuję, ale moŜe spotkamy się jutro. 

Nie  było  czasu  na  nic  więcej.  Taksówka  zatrzymała  się,  Nick  i  Harry 

zaraz  wysiądą.  Zdumiona  patrzyła  na  dom,  w  którym  mieściło  się  mieszkanie 
Nicka. Z pięknym widokiem na ocean... Domyślała się, Ŝe kosztowało fortunę. 

Nic  dziwnego,  Ŝe  widok  na  ocean  w  Bay  Beach  nie  zrobił  na  nim 

wraŜenia. Tutaj ma to samo, i do tego wszystkie uroki wielkiego miasta. 

– Jejku! – skomentował Harry. 
– Jejku, jejku – zawtórowała Shanni. 
Dzięki temu, Ŝe ciotka mieszka dalej od centrum, wie przynajmniej, gdzie 

mieszka Nick – a jego bogactwo wcale nie ułatwia sprawy. Jeśli juŜ, to wszystko 
komplikuje.  Łączy  ich  jeszcze  mniej,  niŜ  myślała.  Jest  prawnikiem.  Ma 
pieniądze.  I  nie  chce  zobowiązań.  Nie  jej  liga.  W  milczeniu  obserwowała,  jak 
wręcza  pieniądze  taksówkarzowi...  Skrzywiła  się,  kiedy  nie  chciał  przyjąć 
reszty. 

– Nie, nie, płacę takŜe za panią. 
– Nick, nie musisz... – zaczęła, ale nie dał jej dokończyć. 
– Będę spokojniejszy, wiedząc, Ŝe bezpiecznie dotarłaś na miejsce. 
Byle  jak  najdalej  od  ciebie,  przemknęło  jej  przez  myśl.  Ale  dlaczego 

zrobiło się jej tak przykro? 

 
Nie  tylko  Shanni  nie  mogła  uporać  się  ze  swoimi  uczuciami.  Być  moŜe 

Nick lubił swoją niezaleŜność, ale nie jest to coś, za czym przepadają trzylatki. 

Nick  zaprowadził  Harry’ego  do  pokoju  gościnnego.  Mały  popatrzył  na 

wielkie łoŜe i w jego oczach pojawiła się znajoma pustka – znak, Ŝe zamyka się 
w sobie. 

–  To  świetne  łóŜko  –  zachęcał  Nick.  Umieścił  podwójne  łoŜe  w  pokoju 

gościnnym,  bo  jego  znajomi  nocowali  zazwyczaj  parami.  –  MoŜesz  spać  na 
samym środku i wiercić się, ile dusza zapragnie. 

– A ty gdzie śpisz? – zapytał Harry cichutkim głosikiem. Nick przeczuwał 

kłopoty. 

background image

– Obok, chcesz zobaczyć? 
Chciał. Nick otworzył drzwi. Harry jęknął. 
– Śpisz w tym łóŜku sam? 
– Tak. 
CóŜ, zazwyczaj, ale takich rzeczy nie opowiada się przecieŜ trzylatkom. 
– Jest ogromniaste. 
–  No.  –  Nick  uśmiechnął  się  pod  nosem.  –  Właściwie  to  dwa  łóŜka, 

wiesz? Zsunięte razem. Widzisz. – Podniósł narzutę. 

Harry ukląkł i obejrzał osiem drewnianych nóg. 
– To dwa łóŜka – orzekł. – Czemu śpisz na dwóch łóŜkach? 
– Bo... bo się wiercę. 
– Jeśli je rozsuniemy, kaŜdy będzie miał swoje – zauwaŜył mały. 
Czekał. 
Tego nie było w planach! Spać z nim w tym samym pokoju? 
Ale Harry patrzył tak smutno... W jego wzroku był strach przed samotną 

nocą w obcym, wielkim łóŜku. Świetnie... Nie ma wyboru! 

–  Chyba...  chyba  moŜemy  tak  zrobić  –  zgodził  się  i  obserwował,  jak 

uśmiech powraca na twarz chłopczyka. 

– Spodoba ci się – zapewniał Harry. – Będziemy mogli rozmawiać. 
– Tak jest. – śe teŜ na to nie wpadł. 
– Wendy kaŜe mi chodzić spać o ósmej? Ty teŜ? Nie do wiary! PowaŜnie 

skinął głową. 

 
Harry nie mógł zasnąć. Nick czytał mu bajkę, a on leŜał i gapił się w sufit. 

Kiedy Nick chciał wyjść, chłopiec nie poruszył się, ale nadal miał otwarte oczy. 

Znam  to  wszystko,  mówił  jego  wzrok.  Obcy  dom,  obcy  ludzie.  Obce 

cienie. 

Znajomy strach... 
Nick nie mógł tego znieść. 
– Wiesz co, jestem zmęczony – powiedział. – Chyba teŜ się połoŜę. 
–  Fajnie  –  mruknął  Harry.  Bał  się  okazać  radość,  bo  moŜe  jeszcze  Nick 

zmieni zdanie? 

I  tak  Nick  połoŜył  się,  zanim  wieczór  zapadł  na  dobre.  Harry  zasnął,  a 

Nick dumał, co teŜ teraz porabia Shanni. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Kawiarnia na Auckland Street to tradycja. Od wielu pokoleń mieszkańcy 

Melbourne przychodzą tu na ciastko i kawę. 

Nick  i  Harry  wędrowali  od  pół  godziny,  podziwiali  wystawy  i  wciągali 

nosem  zapachy,  aŜ  wreszcie  Harry  zdecydował  się  na  ciastko.  Nick  chętnie 
spełniał jego Ŝyczenia. Dwa tygodnie temu uznałby taki spacer za straszną nudę, 
teraz cieszyło go to, co sprawiało przyjemność Harry’emu. 

Harry wybrał biszkopt z truskawkami, czekoladą i bitą śmietaną. Do tego 

zaŜyczył  sobie  lemoniadę.  Obaj  panowie  usiedli  przy  stoliku  na  dworze,  jak 
starzy znajomi. 

–  Podoba  mi  się  tutaj  –  oznajmił  Harry  cichutko,  z  pełną  buzią.  Nagle 

zamyślił  się  i  spochmurniał.  –  Nie  wiem,  czy  tatuś  tu  ze  mną  przychodził  – 
szepnął. – Nie pamiętam, czy lubił ciastka. 

– Uwielbiał! 
Oto ona! Nick odwrócił się. Shanni uśmiechała się ciepło. Miała na sobie 

luźną lnianą sukienkę, rozpuściła włosy i taszczyła co najmniej tuzin toreb! 

–  Cześć,  chłopcy.  –  Z  ulgą  odstawiła siatki i  opadła na  wolne  krzesło.  – 

Harry, twój tatuś był największym łakomczuchem w Bay Beach. Chyba idziesz 
w jego ślady, co? Jakie apetyczne ciastko. Czy ja teŜ takie dostanę? 

Zamówili kawę i ciastka dla Shanni. 
Nick  wyszedł  na  chwilę  do  łazienki,  a  kiedy  wrócił,  Harry  i  Shanni 

buszowali w siatkach z zakupami. Harry skrzywił się z niesmakiem. 

– Same ciuchy – stwierdził rozczarowany. 
– Kobiety tak lubią – wyjaśnił Nick z powaŜną miną. 
– Tak, a panowie kochają krawaty i białe koszule – odcięła się Shanni. 
Nick trochę się speszył, ale nie było mu przykro. Właściwie miło jest tak 

sobie  siedzieć  w  słoneczny  dzień,  z  pogodnym  dzieciakiem  i  piękną  kobietą, 
sączyć kawę i Ŝartować... 

– Jak się ma twoja ciotka? – zapytał. 
–  W  ogóle  jej  nie  ma.  Pojechała  do  przyjaciółki  ze  szkolnej  ławy, 

wyobraŜasz  sobie?  –  Shanni  pokręciła  głową  z  dezaprobatą.  –  Ma  dom 
zabezpieczony  jak  najlepszy  bank,  nie  mogłam  się  dostać  do  środka  i 
nocowałam w tanim, obskurnym hotelu... 

– MoŜesz mieszkać u Nicka – wtrącił Harry. Nie wszystko rozumiał, ale 

jedno  było  jasne:  Shanni  nie  ma  gdzie  spać.  –  Nick  ma  wielki  pusty  pokój  i 
ogromne łóŜko! My śpimy w takim rozwalonym, a ty moŜesz w tym duŜym. 

–  Zaraz,  zaraz...  –  Zerknęła  na  Nicka.  Uśmiechał  się,  ale  co  właściwie 

miał zrobić? 

–  Tak,  Shanni,  mam  wolny  pokój.  –  Rany  boskie,  co  on  opowiada?  Te 

background image

słowa padły,  zanim  zdąŜył  ugryźć  się  w  język.  A  moŜe...  Tak!  To  jest  myśl! – 
Ty i Harry prześpicie się na moim podwójnym łóŜku, a ja w pokoju gościnnym. 

– Nie – zaprotestował Harry. – Ty i ja, Nick. Wendy mówi, Ŝe chłopcy i 

dziewczynki nie śpią razem. 

W  rzeczy  samej,  pomyślał  zrezygnowany  Nick,  widząc,  jak  Shanni 

uśmiecha się szeroko. 

 
Później spędzili uroczy dzień. 
Najpierw  Shanni  zaproponowała  jazdę  na  rolkach.  PoniewaŜ  Harry  nie 

mógłby jeździć z gipsem, usadzili go w specjalnym wózeczku i pchali, śmigając 
po promenadzie, aŜ rozbolały ich mięśnie. 

Zgłodnieli,  więc  zjedli  pyszny  lunch  –  hot  dogi,  lody  i  duŜo,  duŜo 

lemoniady.  A  potem  włóczyli  się  po  ogrodzie  botanicznym,  karmili  kaczki, 
Ŝ

artowali, rozmawiali. 

Harry  zasnął,  znuŜony  i  szczęśliwy,  a  Nick  i  Shanni  rozkoszowali  się 

nowym nieznanym poczuciem bliskości. Mieli wraŜenie, Ŝe stanowią jedność. 

Później  poszli  do  kina.  Harry  koniecznie  chciał  zobaczyć  „101 

Dalmatyńczyków”.  Nick  nie  spodziewał  się,  Ŝe  z  taką  przyjemnością  będzie 
ś

ledził perypetie małych piesków. 

A wieczorem... 
Wrócili  do  mieszkania  Nicka  i  zjedli  kolację.  Harry  umył  się,  obejrzał 

bajkę na dobranoc, uściskał Shanni i Nicka, połoŜył się i zasnął. 

I  co  teraz?  Nick  nie  wiedział.  Bliskość  Shanni  zapierała  mu  dech  w 

piersiach.  Ale  dlaczego?  To  tylko  kobieta.  Wiejska  przedszkolanka.  Dlaczego 
przy niej zasycha mu w ustach? 

–  TeŜ  jestem  zmęczona  –  ziewnęła.  Wspięła  się  na  palce  i  lekko,  po 

przyjacielsku, pocałowała go w policzek. – Idę spać. Dobranoc, Nick. 

I  poszła  do  pokoju  gościnnego,  a  Nick  został  sam,  z  uczuciem,  Ŝe  przed 

czymś uciekła. 

 
I  nie  mylił  się.  Shanni  wydawało  się,  Ŝe  nie  zmruŜy  oka.  Nie  miała 

pojęcia,  co  się  z  nią  dzieje.  A  moŜe...  a  moŜe  właśnie  wiedziała  i  umierała  ze 
strachu. 

Nie znam go, tłumaczyła sobie. To obcy facet. 
Podobali  się  jej  męŜczyźni  z  prowincji  –  rodzinni,  swobodni,  otwarci. 

Wiedziała,  czego  chce  od  Ŝycia.  W  jej  planach  nie  było  miejsca  dla  Nicka 
Danielsa. 

– Nosi drogie garnitury – powiedziała na głos. – Nie pasujemy do siebie. 
Postanowiła  spać  i  nie  zaprzątać  sobie  głowy  prawnikiem  z  wielkiego 

miasta. 

 

background image

– Nie! 
Krzyk dziecka przerwał nocną ciszę. Shanni zerwała się na równe nogi. 
– Nie, nie, nie bij mnie! 
Wybiegła  ze  swojego  pokoju.  Błyskawicznie  wpadła  do  sypialni  Nicka, 

zapaliła światło. 

Harry’emu przyśnił się koszmar. 
Siedział  sztywno,  blady  i  spocony  jak  w  gorączce  wpatrywał  się  w  dal 

niewidzącym wzrokiem. Nick, równie przeraŜony, tulił go do siebie. 

– Rzucał się przez sen – wyjaśnił. – A teraz... 
– Nie! 
Krzyki Harry’ego co chwila przerywały ciszę. Shanni podbiegła do łóŜka. 
– Harry – zaczęła stanowczo. – Obudź się, Harry. Miałeś zły sen. Widzisz 

mnie, Harry? 

Powoli, stopniowo, chłopiec wracał do siebie. 
– Spójrz na mnie, spójrz w tej chwili! Harry obudził się. Spojrzał bystro 

na Shanni. 

– Zobacz, nikogo tu nie ma, tylko ja i Nick. Zobacz! Nikt cię nie uderzy! 

JuŜ  dobrze,  kochany  –  szepnęła  ciszej  i  patrzyła,  jak  mały  uspokaja  się.  – 
Jesteśmy z tobą. Kochamy cię. Nie ma czego się bać... 

Uwierzył.  Najpierw  nieśmiało,  potem  juŜ  swobodniej  przytulił  się  do 

Nicka... i znowu zasnął. 

–  Rano  nie  będzie  o  tym  pamiętał  –  zapewniła  Shanni.  Nie  ruszali  się 

przez kilka minut. 

– Śpi – szepnęła cichutko. Nick uśmiechnął się blado. 
– Świetnie sobie poradziłaś. 
– Lata praktyki – mruknęła. – Wracajmy do łóŜek. 
–  Tak  –  Nick  nie  patrzył  na  nią,  spoglądał  na  Harry’ego,  ale  gdzieś  w 

głębi duszy nie chciał, Ŝeby Shanni odeszła. 

On  teŜ  to  zna,  pomyślała,  widząc,  jakim  wzrokiem  Nick  patrzy  na 

Harry’ego. Tylko Ŝe miał mniej szczęścia. 

– Bito cię w dzieciństwie? – zapytała cicho. 
JuŜ myślała, Ŝe nie odpowie. W końcu doczekała się. 
– Tak – szepnął ochryple. – Zwłaszcza wtedy, gdy matka zabrała mnie do 

siebie ostatni raz. Ojczym mnie nie lubił. Dał mi to odczuć, zanim wróciłem do 
domu dziecka. 

– Ile miałeś wtedy lat? 
– Siedem. 
Nie był w stanie powiedzieć nic więcej, ale to wystarczyło. 
– Nick... 
–  Nie  waŜ  się  mi  współczuć  –  burknął.  –  To  było  dwadzieścia  pięć  lat 

temu, jeśli dotąd się z tym nie uporałem, niech tak juŜ zostanie. 

background image

– Z czymś takim nie moŜna się uporać. 
– Z biciem? To nie takie rzadkie, jak ci się zdaje. 
–  Z brakiem  miłości – poprawiła  cicho.  – Bicie przestaje boleć,  ale  brak 

miłości... 

– Harry da sobie radę – zapewnił ją. 
Nie  miała  na  myśli  Harry’ego,  ale  posłusznie  spojrzała  na  chłopca, 

malutkiego i bezbronnego w wielkim łóŜku. 

– Pewnie tak... jeśli przy nim zostaniesz... 
– Niczego nie obiecuję. 
– JuŜ obiecałeś – poprawiła go. – Wiesz o tym, tylko się boisz. 
– Nie mogę go adoptować. 
– Wiem, Harry teŜ wie. – Wzięła go za rękę. – Ale to nie zmienia faktu, 

Ŝ

e oboje go kochamy. Przyznaj się do tego, Nick. 

I  zanim  zrozumiała,  co  robi,  wspięła  się  na  palce  i  pocałowała  go 

delikatnie. Ryzykowała, wiedziała, co jest stawką w tej grze. Stała nieruchomo, 
trzymała  go  za  ręce,  miała  wraŜenie,  Ŝe  jej  serce  przestało  bić.  Cały  świat 
wstrzymał oddech. 

Otworzyła przed nim serce. Nic więcej nie. mogła zrobić. 
Czuła na sobie jego ciemne, niespokojne oczy. Wiedziała, Ŝe jest rozdarty 

jak ona. 

Ale ona podjęła juŜ decyzję. 
– Nick – szepnęła – Nick, kochany... 
– Shanni... 
Stała tuŜ przy  nim,  w  śmiesznej piŜamie,  z uczuciem  w  oczach i sercem 

na dłoni. 

Nikt  nie  oprze  się  takiej  kobiecie.  To  szaleństwo,  ale  czy  cały  ten  dzień 

nie był jednym wielkim szaleństwem? 

Z jękiem, nie wiadomo, rozpaczy czy ulgi, Nick wziął ją w ramiona. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Shanni  całowała  wiele  razy,  odkąd  skończyła  dwanaście  lat.  A  moŜe 

wcześniej.  Mary  miała  rację,  kiedy  powiedziała  Nickowi,  Ŝe  dziewczęta 
McDonaldów cieszyły się powodzeniem, gdy tylko zaczynały raczkować. 

Jednak  ten  pocałunek  był  zupełnie  inny.  Nie  była  przygotowana  na  tak 

intensywne  doznania.  Jakby  jakaś  potęŜna  siła  przebiegła  dreszczem  przez  jej 
ciało, wstrząsnęła Nickiem i powróciła do niej. 

Czuła się cudownie. Chciała, by ten stan trwał wiecznie. Miała wraŜenie, 

Ŝ

e tu, w ramionach Nicka, jest jej miejsce. On czuł to samo, przytulał ją mocno 

do siebie, jego język czule pieścił jej usta. Było tak, jakby wreszcie, po długiej 
podróŜy, odszukali cel swojej drogi i odnaleźli przeznaczenie. 

Coś  podobnego  nie  przydarzyło  się  jej  nigdy  przedtem.  Ten  męŜczyzna 

rozpalał ją i sprawiał, Ŝe zapominała o całym świecie. Intuicja podpowiadała jej, 
Ŝ

e on czuje to samo. 

Ręce  Nicka  nie  przestawały  błądzić  po  jej  ciele,  przesuwał  głowę  coraz 

niŜej. Czuła jego szorstki policzek przez materiał piŜamy. Przylgnęła do niego, 
pragnęła być coraz bliŜej i bliŜej... 

Miała wraŜenie, Ŝe topnieje w jego objęciach. Chwilami wydawało się jej, 

Ŝ

e  rozsypuje  się  na  małe  kawałeczki  i  tylko  dłonie  Nicka  spajają  ją  w  jedną 

całość. 

To przejmujące uczucie rozkoszy i poŜądania miało źródło gdzieś w sercu 

i  rozpływało  się  po  całym  ciele.  Nick  był  wyjątkowym  męŜczyzną,  pełnym 
uroku,  pociągającej  siły  i  wraŜliwości.  Nigdy  wcześniej  nie  spotkała  nikogo 
takiego.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  jego  pocałunek  zerwał  niewidzialne  tamy. 
Przyciągała ich do siebie nieodparta siła. 

– Och, Nick – wyszeptała. 
Odchyliła  głowę,  czując  usta  Nicka  na  swojej  szyi  i  jej  spojrzenie  padło 

na  Harry’ego.  Znieruchomiała  przeraŜona.  Jak  mogli  zapomnieć,  Ŝe  mały  jest 
tutaj! 

Nick  odsunął  ją  delikatnie  od  siebie,  jego  zamglone  oczy  patrzyły  z 

poŜądaniem. 

– Shanni... kochanie, poczekaj... 
Jego  oczy  pieściły  kaŜdy  fragment  jej  ciała,  obejmował  ją  spojrzeniem 

pełnym namiętności. Oboje wiedzieli, Ŝe to pragnienie musi zostać zaspokojone. 

Spojrzeli  na  łóŜko,  Harry  spał  spokojnie,  oddychał  głęboko  i  uśmiechał 

się słodko. Wygląda jak mały, szczęśliwy chłopiec, który wie, Ŝe jest kochany, 
pomyślała Shanni. 

– Nie obudzi się – powiedziała cicho. 
Nick uśmiechnął się uwodzicielsko, wziął ją na ręce i ostroŜnie wyniósł z 

background image

pokoju. Pchnął drzwi sąsiedniej sypialni, na środku której stało ogromne łóŜko, 
a atłasowa pościel lśniła zachęcająco. 

Wiedziała, co się stanie, i pragnęła tego równie gorąco, jak on. Objęła go 

mocno za szyję i spojrzała mu głęboko w oczy. 

– Kochany... 
Pochylił  się  nad  nią  z  czułością.  Pokój  oświetlały  tylko  uliczne  latarnie, 

ale nawet w półmroku widziała jego roziskrzone oczy, pełne miłości i tęsknoty. 
Jakby nie mógł uwierzyć, Ŝe w końcu znalazł to, czego tak długo szukał... 

Wyciągnęła ręce w geście pełnym namiętności. 
– Chodź do mnie, Nick, kochaj mnie... 
On  jednak  nie  poruszył  się.  Sam  się  podziwiał,  Ŝe  jest  w  stanie  nad  tym 

zapanować,  ale  nie  chciał  działać  zbyt  szybko.  Nie  chciał,  aby  jutro  Ŝałowała 
tego, co się stało. 

– Shanni... jesteś pewna, Ŝe tego chcesz? 
Czy była pewna?! Jak mogłaby mieć jakiekolwiek wątpliwości! Nigdy! 
Nick był męŜczyzną jej Ŝycia! 
–  Kocham  cię,  Nick  –  powiedziała,  patrząc  mu  prosto  w  oczy.  – 

Kochałam cię juŜ wtedy, kiedy nosiłeś ten straszny krawat. Kocham cię, chociaŜ 
jesteś  prawnikiem,  chcesz  zrobić  karierę  i  masz  wielkomiejskie  nawyki.  Ale 
teraz  jesteś  tu  ze  mną,  całowałeś  mnie  tak,  Ŝe  ziemia  kręciła  się  jak  szalona,  i 
tylko to się liczy. Pragnę cię jak nikogo przedtem. Chodź do mnie... 

Wyciągnęła  ręce  i  przyciągnęła  go  powoli  do  siebie.  Przylgnął  do  niej 

całym  ciałem,  czuła,  jak  wzbiera  w  nim  poŜądanie.  Jej  ręce  błądziły  po  jego 
zmierzwionych włosach, a przez ciało przebiegały tysiące dreszczy. 

Nick czuł, jak ogarnia go coraz większy ogień. Miał wraŜenie, Ŝe topnieje 

pod czułym dotykiem Shanni. Tak bardzo jej pragnął... Było juŜ za późno, aby 
się  wycofać.  Zresztą  wcale  nie  miał  na  to  ochoty.  Nie  chciał  myśleć  o 
konsekwencjach tego, co robili. Teraz liczyła się tylko ona... 

 
Kiedy  promienie  porannego  słońca  leniwie  wsunęły  się  do  pokoju,  Nick 

dawno  juŜ  nie  spał.  Od  dłuŜszego  czasu  leŜał  i  myślał,  wpatrując  się  tępo  w 
sufit. 

Shanni ciągle spała z głową wtuloną w jego pierś, a jej rozrzucone włosy 

łaskotały  go  leciutko.  Spojrzał  na  jej  nagie,  rozgrzane  snem  ciało  i  poczuł,  Ŝe 
znowu ogarnia go podniecenie. Nigdy jeszcze Ŝadna kobieta nie zrobiła na nim 
takiego  wraŜenia.  Shanni  była  wyjątkowa,  najwspanialsza,  nigdy  dotąd  nie 
spotkał nikogo takiego. 

Dlaczego więc czuł się tak dziwnie? Jak... w pułapce? 
Shanni  przeciągnęła  się  leniwie  i  powoli  otworzyła  oczy.  Spojrzała  na 

niego z uśmiechem i pogładziła zmarszczkę między jego brwiami. 

– Nick, kochany, co się stało? 

background image

Podparł się na łokciu i spojrzał na nią uwaŜnie. 
–  Dlaczego  mi  nie  powiedziałaś,  Ŝe  to  twój  pierwszy  raz?  Ziewnęła 

przeciągle i skrzywiła się zabawnie. 

– Nie wiem. Po prostu nie powiedziałam. 
– Byłaś zaręczona, myślałem... 
–  Nie  byłam  zaręczona!  –  Zaprotestowała  gwałtownie  i  posłała  mu 

piorunujące  spojrzenie.  –  CzyŜbyś  chciał  powiedzieć,  Ŝe  skoro  nie  spałam  z 
Johnem, coś jest ze mną nie tak? 

– Nie, tylko... 
– Tylko co? 
– Dlaczego ja? – zapytał cicho i zobaczył, Ŝe jej uśmiech powoli blednie. 
–  Po  prostu...  –  zaczęła  po  chwili.  –  Po  prostu  chciałam,  Ŝeby  ten 

pierwszy raz był wyjątkowy. 

– I? 
– I był. – Spojrzała na niego niepewnie. – A dla ciebie? 
– RównieŜ. Shanni... 
–  Oczywiście  nie  pytam,  czy  to  był  twój  pierwszy  raz  –  przerwała  z 

figlarnym uśmiechem. – Teraz to nie ma znaczenia. 

Nie  dla  mnie,  pomyślał  gorzko.  Ciągle  dręczyły  go  zmory  przeszłości  i 

wątpił, czy kiedykolwiek uwolni się od nich. 

– Nie jestem spełnieniem twoich marzeń, Shanni – powiedział po chwili 

bezbarwnym głosem. 

– Skąd wiesz, o czym marzę? 
– Chyba tak. Pewnie o męŜu... 
– śartujesz! – Oparła się na łokciu i spojrzała na niego uwaŜnie. – Nick, 

chciałam,  Ŝeby  to  było  coś  wyjątkowego,  i  było.  Ale  nie  zamierzam  zaciągnąć 
cię od razu do ołtarza. Kochałeś się ze mną, ale nie musisz natychmiast biec do 
ojca  i  prosić  o  moją  rękę.  Nie  patrz  więc  ciągle  w  sufit  jak  zaszczute  zwierzę, 
tylko  mnie  obejmij  i  pokaŜ  mi  jeszcze  raz  to  wszystko,  czego  mnie  nauczyłeś 
ostatniej nocy! 

– Ja... 
– Odmawiasz? 
– Nie! Skąd! Ja tylko... 
–  Nick,  przestań,  przytul  mnie!  MęŜczyźni  nie  powinni  w  ogóle  myśleć, 

bo  stają  się  niebezpieczni.  Kocham  cię,  ale  to  nie  jest  pułapka.  Niczego  nie 
planuję  i  nie  chcę  cię  do  niczego  zmuszać.  Mam  zamiar  smakować  kaŜdą 
chwilę, jaką wspólnie spędzimy i chciałabym, Ŝebyś czuł się tak samo. A teraz 
przestań się zamartwiać i kochaj się ze mną! 

 
Oczywiście spełnił jej Ŝądanie. 
Kochali  się  tak  namiętnie,  jakby  chcieli  ofiarować  sobie  całą  miłość 

background image

ś

wiata,  z  takim  zapamiętaniem,  jakby  nie  było  jutra.  Kiedy  odpoczywali 

wyczerpani,  Nick  uświadomił  sobie,  Ŝe  kocha  tę  kobietę,  jak  jeszcze  nigdy 
nikogo. Tak, jakby jej oddanie odsłoniło w nim pokłady tkliwości, z których nie 
zdawał sobie sprawy. Kochał ją, ale co z tego? Nie nadawał się do rodzinnego 
Ŝ

ycia i dobrze o tym wiedział. 

 
Ranek minął im na rozkosznych pieszczotach, a kiedy obudził się Harry, 

zjedli śniadanie. 

Potem  poszli  do  zoo.  Harry  był  tu  pierwszy  raz.  Biegał  zachwycony  po 

alejkach  i  co  chwila  odkrywał  coś  niezwykłego.  Oglądali  słonie  i  kangury, 
bawili  się  z  fokami,  próbowali naśladować  chód  Ŝyrafy,  jedli kukurydzę,  leŜeli 
na trawniku i wygrzewali się w słońcu. 

A Nick cały czas zastanawiał się, czy potrafi kochać Shanni tak, jak na to 

zasługiwała.  Nie  wiedział,  czy  jest  w  stanie  zaangaŜować  się  w  jakikolwiek 
związek.  Zaplanował  juŜ  swoje  Ŝycie  i  nie  było  w  nim  miejsca  na  rodzinę. 
Spojrzał  na  nią  zamyślony.  Jadła  lody,  zlizując  najpierw  dokładnie  polewę 
czekoladową. Wyglądała tak ślicznie, młodo i pociągająco. 

– Zawsze tak robię – powiedziała, widząc jego uwaŜne spojrzenie. Potem 

mrugnęła do Harry’ego i zachichotali obydwoje. Kpili z Nicka, Ŝe wybrał lody o 
spokojnych,  tradycyjnych  smakach  i  jadł  je  małą  łyŜeczką,  zamiast  łapczywie, 
jak oni, wylizać wafel. 

Później  Shanni  wypatrzyła  kolorowe  koszulki  z  kangurem  i  natychmiast 

kupiła trzy. Nalegała, Ŝeby przebrali się w nie od razu, więc po chwili wszyscy 
troje przypominali strojem wycieczkę ze szkółki niedzielnej. 

Potem zobaczyli ogłoszenie, Ŝe zoo szuka sponsora dla pieska preriowego 

Tima  i,  oczywiście,  musieli  go  adoptować.  Zwierzę  miało  chorą  łapkę  i  Harry 
natychmiast poczuł do niego ogromną sympatię. 

–  Spójrz,  ma  urodziny  w  przyszłym  miesiącu  –  krzyczał  do  Shanni 

podniecony. – Przyjedziemy do niego, Ŝeby to uczcić, proszę! 

–  Oczywiście,  stał  się  przecieŜ  naszym  przyjacielem  –  odpowiedziała  z 

uśmiechem i spojrzała na Nicka roziskrzonymi oczami. 

Niewiarygodne,  miał  wraŜenie,  Ŝe  z  kaŜdą  minutą  zakochuje  się  w  niej 

coraz  mocniej,  ale  nadal  nie  wiedział,  jak  pogodzić  to  ze  swoimi  Ŝyciowymi 
planami. 

Wieczorem  wsiedli  do  pociągu,  który  miał  ich  zawieźć  do  Bay  Beach  i 

cudowna  bajka  musiała  się  skończyć.  Trzeba  wrócić  do  zwykłego  Ŝycia, 
cokolwiek to oznaczało... 

 
–  Shanni,  jestem  zaręczona!  Shanni!  To  takie  cudowne!  –  Louise,  jej 

młodsza  siostra,  podskakiwała  na  peronie  i  wykrzykiwała  radosne  nowiny, 
ledwie  zdąŜyli  wysiąść.  Ściskała  Shanni,  przytulała  Harry’ego,  nawet  Nickowi 

background image

dostał się serdeczny całus. 

–  Wyszłam  po  was,  bo  chciałam  sama  obwieścić  ci  tę  nowinę,  a  ciocia 

Adele  nie  odbierała  telefonu  przez  cały  weekend.  Gdzie  się  podziewałyście? 
Zresztą,  niewaŜne.  Shanni,  Alastair  oświadczył  mi  się!  Oczywiście, 
powiedziałam  „tak”!  Czekaliśmy  na  was,  Ŝeby  to  uczcić!  Chodźmy  prędko  do 
domu! 

Shanni co chwila spoglądała bezradnie na Nicka. Pośród paplaniny Louise 

zdawał  się  odpływać  coraz  dalej  i  miała  wraŜenie,  Ŝe  za  chwilę  znów  załoŜy 
maskę zimnego, zdystansowanego prawnika. 

–  Idź  –  powiedział  tylko.  –  Mój  samochód  stoi  na  parkingu,  odwiozę 

Harry’ego. 

Zrozumiała. Chciał juŜ wrócić do swojego świata. Zrobiło się jej przykro, 

ale nie zamierzała go zatrzymywać na siłę. Louise nie poddawała się. 

– śartujesz! Musisz jechać z nami! 
– Nie. To rodzinne święto – powiedział Nick. 
– Ale... 
–  Zostaw  go,  Louise  –  przerwała  Shanni  i  westchnęła  cięŜko.  Nick 

najwyraźniej  nie  miał  ochoty  uczestniczyć  w  uroczystościach  rodzinnych 
McDonaldów.  –  Przy  okazji,  ciocia  Adele  wcale  nie  jest  chora.  Twierdzi,  Ŝe 
nigdy  nie  czuła  się  lepiej.  To  miał  być  pretekst,  Ŝeby  wysłać  mnie  do 
Melbourne? 

– CóŜ... – Louise stropiła się na chwilę, ale zaraz odzyskała rezon. – To w 

zasadzie pomysł Mary. 

– Ale po co? – spytała zdumiona. 
Zerknęła na Nicka, chciała zobaczyć, jak zareagował na wieść o podstępie 

jej  sióstr.  Jednak  niewiele  mogła  wyczytać  z  jego  twarzy.  Powoli  stawał  się 
znów sztywnym prawnikiem. Jeszcze chwila, a załoŜy ten swój głupi krawat! 

–  Takie  tam  rodzinne  rozgrywki  –  zwróciła  się  Louise  do  Nicka  z 

uśmiechem.  –  Mary  stwierdziła,  Ŝe  powinnaś  wyjechać  i  odpocząć.  Poza  tym, 
miałyśmy  nadzieję,  Ŝe  będziecie  się  dobrze  bawić  we  trójkę.  I  co,  udało  nam 
się? 

– Tak, ale... 
– Więc o co chodzi? – Najwyraźniej w świecie Louise nie było miejsca na 

zaŜenowanie i widać nie miała zamiaru psuć sobie humoru wyrzutami sumienia. 
Uśmiechnęła  się  promiennie  i  ciągnęła  beztrosko:  –  Będziecie,  oczywiście, 
naszymi świadkami. Chcesz mieć róŜową sukienkę, czy... 

–  Nie  przesadzaj,  Louise!  –  Shanni  zastanawiała  się,  jak  daleko  posunie 

się jej siostra w swoich radosnych planach uszczęśliwiania wszystkich wokół. 

–  Przesadzam?  –  Louise  zerknęła  na  Nicka  kokieteryjnie.  –  Będziesz 

naszym świadkiem? 

–  Nie  sądzę,  Ŝebym  się  nadawał  –  odpowiedział,  uśmiechając  się 

background image

półgębkiem.  Wyglądał  tak,  jakby  chciał  powiedzieć,  Ŝe  wprawdzie  świat,  do 
którego go zapraszają, jest bardzo miły, ale on woli trzymać się od niego z dala. 

– Dlaczego? 
–  Louise,  dość!  –  Shanni  umierała  z  zaŜenowania.  Młodsze  siostry 

powinno się zamykać w klasztorach zaraz po urodzeniu, pomyślała z rozpaczą. 

–  Bawcie  się  dobrze  na  przyjęciu.  –  Nick  najwyraźniej  nie  zamierzał 

zaspokoić ciekawości Louise. Stał z Harrym na rękach i zbierał się do odejścia. 
– Musimy juŜ lecieć. Do widzenia, Shanni, spotkamy się kiedyś. 

Odwrócił  się  i  ruszył  wzdłuŜ  peronu,  a  jego  ostatnie  słowa  dźwięczały 

Ŝ

ałośnie w głowie Shanni. 

–  Do  zobaczenia,  Shanni!  Będę  jutro  w  przedszkolu!  –  zawołał  Harry, 

wychylając się zza ramienia Nicka. – I nie zapomnij o urodzinach Tima! 

–  Nie  zapomnę  –  obiecała.  –  Adoptowaliśmy  go,  jest  teraz  częścią 

rodziny. 

Spojrzała na Nicka ciekawa, jak zareaguje na te słowa, ale zaraz spuściła 

wzrok. Twarz Nicka wyraŜała bowiem to, czego wolałaby nie widzieć. On nigdy 
nie będzie częścią Ŝadnej rodziny... 

 
Jest idiotą. 
Odwiózł  Harrego  do  domu  dziecka,  obiecał,  Ŝe  wkrótce  się  zobaczą,  i 

kiedy rozradowany chłopiec opowiadał o Timie kaŜdemu, kto chciał go słuchać, 
zostawił go. Zamierzał wrócić do domu. 

Ale  nie  potrafił.  Po  prostu  nie  potrafił  skręcić  w  stronę  swojego 

mieszkania. 

Zastanawiał  się,  co  teraz  robi  Shanni.  Pewnie  bawi  się  na  rodzinnym 

przyjęciu, świętując zaręczyny Louise. On teŜ mógłby tam być. Mógłbym zostać 
częścią klanu McDonald, częścią rodziny... 

Zwolnił.  ZauwaŜył,  Ŝe  znajduje  się  na  drodze  prowadzącej  do  farmy. 

Cholera,  co  ja  najlepszego  robię,  pomyślał.  Nie  powinien  tam  jechać!  Jeśli  to 
zrobi,  nie  będzie  juŜ  potrafił  się  wycofać.  Pragnął  być  z  Shanni  najbardziej  na 
ś

wiecie, ale wiedział, Ŝe to niemoŜliwe. 

Zacisnął zęby i zawrócił. Po godzinie zatrzymał się na skrawku skalistego 

wybrzeŜa Siedział tam do zmroku, wpatrując się w ocean, jakby stamtąd miała 
nadejść odpowiedź na wszystkie jego wątpliwości. Był rozdarty. Kochał Shanni 
i  nie  wyobraŜał  sobie  bez  niej  Ŝycia,  a  jednocześnie  nie  był  w  stanie  zrobić 
następnego kroku. PrzeraŜało go to. 

Przypomniał  sobie  wyraz  jej  twarzy  na  dworcu i  serce ścisnęło  mu  się z 

bólu.  Wiedział,  Ŝe  bardzo  ją  zranił.  Przyjęła  jego  słowa  bez  drgnienia,  z 
kamienną twarzą, ale wiedział, ile musiało ją to kosztować. 

Oczywiście,  Ŝe  ją  zraniłeś,  idioto,  pomyślał  gorzko.  Byłeś  pierwszym 

męŜczyzną, któremu pozwoliła się kochać, oddała ci się tak szczerze i otwarcie, 

background image

jak nikt inny, nie Ŝądając niczego w zamian. 

Nie był jednak naiwny. Do kobiety takiej jak Shanni nie pasował krótki, 

niezobowiązujący  romans.  A  co  innego  mógł  jej  zaoferować?  On,  ze  swoim 
skrywanym głodem uczucia i duchami przeszłości. 

Zamyślił  się  głęboko,  próbując  spojrzeć  we  wszystkie,  nawet  najdalsze 

zakamarki swojej duszy. Nie, pokręcił głową, nie był w stanie dać jej nic poza 
własną niepewnością. Shanni zasługiwała na coś lepszego. 

Wiedział,  Ŝe  gdyby  pojechał  z  nią,  cała  rodzina  powitałaby  go  z 

otwartymi  ramionami.  Ale  wiedział  teŜ,  Ŝe  to  nie  miejsce  dla  niego.  Musiałby 
otworzyć serce, tak jak ona otworzyła swoje dla niego, a tego nie potrafił zrobić. 

Bardzo ją zranił, ale jeśli nie chciał brnąć w ten związek, musiał to zrobić, 

później  mógłby  ją  zranić  jeszcze  boleśniej.  Nie  potrafił  dać  jej  tego,  na  co 
zasługiwała, dlatego powinien to przerwać. Im szybciej, tym lepiej. 

Pozostawało jeszcze powiedzieć o tym Shanni. 
 
– Shanni! 
Wrzawa  przyjęcia  powoli  cichła.  Rodzina  porozchodziła  się  po  róŜnych 

zakamarkach.  Louise  i  Mary  planowały  juŜ  przyjęcie  weselne,  męŜczyźni  stali 
na  werandzie,  uciekając  od  rozmów  o  fasonie  sukni  i  liście  gości,  dzieci 
niechętnie dawały się zapędzać do łóŜek. Shanni pomyślała, Ŝe powinna szybko 
pójść w ich ślady. Od dłuŜszego czasu czuła na sobie baczne spojrzenie matki i 
chciała  przed  nim  uciec.  Wiedziała,  Ŝe  niewiele  jest  rzeczy,  które  da  się  przed 
nią ukryć, a nie miała teraz ochoty na osobiste rozmowy. 

– Shanni! Telefon! – usłyszała wołanie młodszej siostry. – Twój prawnik 

do ciebie! 

Gwar  ucichł  natychmiast.  Wszystkie  oczy  zwróciły  się  w  jej  stronę. 

Poczuła, Ŝe się czerwieni. Do diabła z nimi! „Twój prawnik”. Hatty darła się tak 
głośno, Ŝe Nick na pewno to słyszał. 

Podeszła do telefonu, czując na sobie spojrzenia wszystkich. 
– Shanni... – Kiedy tylko usłyszała jego głos, od razu wiedziała, co powie. 

W zasadzie wiedziała to juŜ na dworcu, ale wolała sobie tego nie uświadamiać. 
Tak bardzo chciała mieć nadzieję... 

– Shanni, tak mi przykro... 
Odwróciła  się  plecami  do  reszty  rodziny,  Ŝeby  mieć  choć  odrobinę 

intymności. 

–  Nick,  moŜe  spotkamy  się  i  porozmawiamy  osobiście?  –  spytała 

błagalnie, ale wiedziała, co usłyszy. 

– To chyba nie ma sensu. 
– Nick... 
–  Wiem,  zachowuję się  jak najgorszy  tchórz.  Nigdy  nie  powinienem  był 

pozwolić ci zbliŜyć się do siebie. śałuję, Ŝe nie potrafiłem... 

background image

– Nick, to nie twoja wina. Chciałam tego tak samo jak ty! 
–  Shanni,  to  nie  powinno  się  zdarzyć  –  ciągnął  twardo.  Słyszała  ból  w 

jego głosie i wiedziała, Ŝe musi walczyć ze sobą, by to powiedzieć. Miała ochotę 
odłoŜyć  słuchawkę  i  uciec  od  tego,  co  mówił.  –  Jesteś  cudowną  kobietą. 
Wyjątkową. Zasługujesz na kogoś lepszego niŜ ja. 

–  Nick,  sama  decyduję  o  tym,  z  kim  chcę  być  i  na  kogo  zasługuję!  – 

OdłoŜyła na bok dumę i próbowała walczyć o niego. – Wybrałam ciebie i... 

– Shanni, nie znasz mnie. Nie potrafię zbliŜyć się do nikogo, tak jak byś 

tego pragnęła. Długo byłem sam. 

– Za długo! 
– Być moŜe. Ale juŜ nie potrafię inaczej. 
– A moŜe nie chcesz? MoŜe po prostu boisz się otworzyć? 
– Tak – przyznał brutalnie. – To prawda. Ale taki juŜ jestem, nie potrafię 

być z nikim blisko. 

–  Nawet  z  Harrym?  –  Stała  oparta  o  ścianę  i  desperacko  szukała 

argumentów, które mogłyby złamać jego opór. 

– Nie zostawię Harry’ego – powiedział po chwili ciszy. – MoŜe na mnie 

liczyć, kiedy będzie mnie potrzebował. 

–  A  ja?  –  Czuła,  Ŝe  głos  jej  się  łamie.  Nick  musiał  słyszeć  jej  ból, 

podobnie jak ona cały czas słyszała jego nierówny, przyspieszony oddech. 

–  Nie  –  odpowiedział  po  długiej,  pełnej  napięcia  ciszy.  –  Zapomnij  o 

mnie, Shanni. Nie mogę ci dać tego, czego pragniesz. 

 
Wszystko  zostało  powiedziane.  Teraz  kaŜde  z  nich  mogło  juŜ  tylko 

wrócić do swojego świata i próbować Ŝyć jak dawniej. Bez miłości. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Przez następne tygodnie Nick pracował jak szalony. 
Stary,  poczciwy  sąd  w  Bay  Beach  jeszcze  nigdy  nie  przeŜył  takiej 

rewolucji. 

Nick 

wprowadził 

nowy 

system 

katalogowania 

danych, 

zreorganizował sieć komputerową, uporządkował wszystkie zaległe sprawy i co 
noc  pracował  do  późna,  jakby  nie  było  na  świecie  waŜniejszych  spraw  niŜ 
porządek w bazie danych. 

Nie  znalazł  za  to  czasu,  Ŝeby  pójść  na  bal  do  burmistrza  i  potem  musiał 

wysłuchiwać  od  wszystkich,  jaka  szkoda,  Ŝe  go  tam  nie  było,  jak  świetnie  się 
wszyscy bawili, jak pięknie wyglądała Shanni... 

Rozprawy, które prowadził, trwały coraz dłuŜej, a dowody rozpatrywano 

niezwykle  skrupulatnie,  nawet  jeśli  chodziło  tylko  o  parkowanie  w 
niedozwolonych  miejscach.  Jego  współpracownicy  wzdychali  cięŜko, 
rezygnowali z przerw na obiad i zastanawiali się, jak długo jeszcze to potrwa. 

–  Słuchaj,  najwyraźniej  masz  zamiar  siedzieć  tu,  dopóki  nie  zabiorą  cię 

prosto do szpitala, ale nie chcielibyśmy ci towarzyszyć – powiedziała w końcu 
zirytowana Mary, kiedy znów musiała zostać po godzinach. – To, Ŝe nie radzisz 
sobie z własnymi uczuciami i spaprałeś swoją szansę na... 

–  Niczego  nie  spaprałem!  –  Przerwał  jej,  zrzucając  togę.  –  Nie  masz 

pojęcia o moim prywatnym Ŝyciu, więc nie wydawaj wyroków! 

– Nie mam pojęcia?! Nie zapominaj, Ŝe jestem siostrą drugiej strony tego 

dramatu,  więc  nie  mów  mi,  co  wiem,  a  czego  nie!  Jestem  jedyną  osobą,  która 
ma  pojęcie  o  wszystkim,  co  się  tu  dzieje.  Widzę  przecieŜ,  Ŝe  próbujesz 
zapomnieć i kaŜdą wolną minutę wypełniasz pracą. I widzę Shanni, która nic nie 
mówi i wygląda, jakby nie spała od tygodni! 

Zastanowił  się  przez  chwilę  nad  tym,  co  usłyszał.  Więc  Shanni  teŜ 

cierpiała... Trudno, pomyślał brutalnie, musi sobie z tym poradzić. Wiedział, Ŝe 
nie jest jej łatwo, ale tak było lepiej. Cierpiałaby bardziej, gdyby byli razem, a 
potem rozstali się, bo on nie mógłby przystosować się do takiego Ŝycia, jakiego 
pragnęła. Do ciepła, rodziny i dzieci... 

–  Kochasz  ją,  nie  udawaj  –  powiedziała  Mary  otwarcie.  –  Dlaczego  nie 

przyznasz się do tego? 

W tym właśnie tkwił problem. Kochał ją i przyznał się do tego juŜ dawno. 

Ale  to  w  niczym  nie  pomagało.  Gdyby  jej  nie  kochał,  nie  martwiłby  się  tak 
bardzo, Ŝe ją zranił. Ani tym, Ŝe nie moŜe dać jej tego, na co zasługiwała. 

 
Jedynym jasnym punktem w jego Ŝyciu był ostatnio Harry. Odwiedzał go 

tak często, jak tylko mógł. Czytał mu bajki na dobranoc, zabierał na spacery nad 
brzegiem  morza,  wędrowali  kilometrami,  trzymając  się  za  ręce,  rozmawiając 

background image

albo milcząc, jeśli mieli ochotę. 

Wendy  cieszyła  się,  widząc,  Ŝe  chłopiec  staje  się  coraz  bardziej  ufny  i 

patrzyła na ich związek z nadzieją. To go trochę niepokoiło, nie chciał przecieŜ 
angaŜować  się  w  cokolwiek,  ale  dopóki  Harry  niczego  od  niego  nie  Ŝądał,  nie 
widział powodów, by z tego rezygnować. 

Im  mniej  Harry  oczekiwał,  tym  on  więcej  chciał  mu  dać.  I  tak,  po  kilku 

tygodniach  złapał  się  na  tym,  Ŝe  kaŜdego  popołudnia,  niemal  automatycznie 
idzie  do  domu  dziecka.  Za  kaŜdym  razem  twarz  Harry’ego  rozświetlała  się 
radością. 

To nieprawdopodobne. Nigdy wcześniej nie przywiązał się tak bardzo do 

Ŝ

adnego  dziecka.  W  ciągu  dnia  wymyślał,  gdzie  zabrać  Harry’ego  i  szperał  w 

księgarniach, szukając ksiąŜek, które mogłyby zainteresować chłopca. 

Dziwne, Nick Daniels nie zachowywał się w ten sposób... 
Skończył  czytać  bajkę  na  dobranoc  Harry’emu  i  wyszedł  z  jego  pokoju, 

Ŝ

eby odszukać Wendy. Zaproponowała mu kawę. 

–  To  niebywałe,  udało  ci  się  dokonać  cudu  –  powiedziała,  patrząc  na 

niego z uśmiechem. – Harry jeszcze nigdy nie był tak pogodny. Nie sądziłam, Ŝe 
będzie potrafił jeszcze komuś zaufać. 

– Nic takiego nie zrobiłem... – zaoponował. 
– Zrobiłeś. Ofiarowałeś mu przyjaźń. To bardzo duŜo. 
– On mi teŜ – powiedział Nick, ze zdumieniem odkrywając, Ŝe to prawda. 

Nick Daniels nie miał zbyt wielu przyjaciół. 

– Więc moŜe zrobił to samo dla ciebie, co ty dla niego. – Wendy patrzyła 

uwaŜnie, uśmiechając się leciutko. 

– Co masz na myśli? 
– Dotąd byłeś równie samotny, jak Harry. Ale przecieŜ nie musi tak być. 

Mógłbyś poświęcić się i spróbować zaufać komuś, kogo kochasz. 

Miał wraŜenie, Ŝe Wendy mówi nie tylko o Harrym... 
To  absurd,  pomyślał.  Poświęcić  się  i  zaufać  komuś...  Nigdy  tego  nie 

zrobi.  Ale  kiedy  tak  siedział  pod  uwaŜnym  spojrzeniem  Wendy,  uświadomił 
sobie,  Ŝe  to  nieprawda.  Właśnie  zaufał  i  pokochał  dziecko,  które  niczego  od 
niego nie Ŝądało. 

Ta  myśl  przeszyła  go  jak  piorun.  Do  tej  pory  bez  namysłu  rozcinał 

wszelkie  więzy,  starannie  chronił  się  przed  jakąkolwiek  bliskością.  Ale  Harry 
nie pytał, czy chce się zaangaŜować. Po prostu ofiarował mu ufność, a Nick, nie 
wiedząc, jak to się stało, odpowiedział tym samym. 

A Shanni... 
Dotąd  myślał,  Ŝe  to,  co  nim  powodowało,  to  obawa,  by  nie  zranić  jej 

jeszcze bardziej. Nagle odkrył, Ŝe to coś więcej. Jeśli zbliŜyłby się do niej tak, 
jak  tego  chciała,  jeśli  otworzyłby  przed  nią  swoje  serce,  a  potem  coś  by  się 
stało... 

background image

WciąŜ nie był na to przygotowany. Bał się. 
–  Nick  –  łagodny  głos  Wendy  przerwał  te  rozwaŜania.  –  Nie  musisz  się 

niczego obawiać. Po prostu zaufaj sercu. 

– Ale Shanni... 
– Shanni na pewno rozumie, Ŝe potrzebujesz czasu. I umie czekać. 
–  Nie,  to  głupie.  –  Potrząsnął  głową  zdumiony,  Ŝe  w  ogóle  o  tym 

rozmawia. – Nie jestem... 

– Gotowy, Ŝeby o tym mówić? Nie ma sprawy. – Wzięła od niego pusty 

kubek i podeszła do zlewu. – Ale musimy porozmawiać o Harrym – powiedziała 
cicho. 

– O Harrym? – zdziwił się. – Dlaczego? 
– Myślę, Ŝe czas pomyśleć o adopcji. 
– O adopcji? 
– Tak, nie moŜe zostać tu zbyt długo, to wcale nie byłoby dobre. – Wendy 

odwróciła się i Nick zobaczył smutek w jej oczach. – Powinien mieć normalny 
dom i rodzinę, którą mógłby pokochać. I tak jest juŜ u nas za długo. Znaleźli się 
ludzie, którzy chcą być dla niego rodziną zastępczą. Harry to trudny przypadek, 
do tej pory mieliśmy wątpliwości, ale ostatnio... 

– Co? – zapytał, przełykając ślinę. 
– Ostatnio bardzo się zmienił. Dzięki tobie. Na pewno na początku będzie 

trochę  trudności,  wciąŜ  nie  jest  zbyt  ufny,  ale  przecieŜ  tobie  zaufał.  Jeśli  nam 
pomoŜesz... 

– Jak to sobie wyobraŜasz? 
– Mógłbyś go odwiedzać, a potem powoli wycofywać się, tak Ŝeby  miał 

czas  pokochać  nowych  rodziców  i  nie  poczuł  się  opuszczony.  Potem,  gdy 
wyjedziesz z miasta, Harry nie będzie cierpiał tak bardzo, a nowi rodzice zajmą 
twoje miejsce. 

–  Brzmi  rozsądnie.  –  Nick  odchrząknął  i  próbował  zapanować  nad 

emocjami. Musiał się bardzo starać... 

– Jeszcze kilka tygodni temu nie pomyślałabym, Ŝe to w ogóle moŜliwe. 

Ale  tobie  udało  się  dokonać  cudu.  Harry  jest  teraz  radosnym,  pełnym  energii 
dzieckiem.  Nasz  psycholog  stwierdził,  Ŝe  jest  gotowy  do  adopcji.  I  trzeba  to 
zrobić jak najszybciej, inaczej chłopiec przywiąŜe się do mnie. 

– I do mnie? – spojrzał jej w oczy z napięciem. 
– Tak. – Kiwnęła głową. 
– Nie rozumiem – szepnął, widząc smutek w jej oczach. 
– Jak ty to znosisz? 
– To moja praca – powiedziała, próbując się uśmiechnąć. 
–  Musiałam  się  tego  nauczyć.  To  trudne,  ale  wiem,  Ŝe  tak  musi  być. 

Przyzwyczaiłam się. Ciągle przychodzą nowe dzieci. Mam nadzieję, Ŝe ty teŜ... 

– Nie potrzebuję nikogo. 

background image

–  Nie?  –  Uniosła  brwi  i  spojrzała  na  niego  pytająco.  Chyba  mu  nie 

uwierzyła. 

Postanowił zmienić temat. 
– Kiedy to nastąpi? 
– Jak najszybciej. Jutro jest sobota, moŜe w poniedziałek... Porozmawiam 

z Harrym, przygotuję go. 

– A jeśli się nie zgodzi? 
– Ma trzy lata, nie będziemy pytać go o zgodę. Teraz na pewno wolałby 

zostać  w  domu  dziecka,  ze  mną  i  z  tobą,  ale  my  nie  zapewnimy  mu  opieki  na 
lata.  Musimy  się  usunąć  i  pozwolić,  Ŝeby  pokochał  ludzi,  którzy  chcą  się  mu 
poświęcić. To najlepsze, co moŜe go spotkać. 

Miała  rację.  To  było  rozsądne,  tylko  w  ten  sposób  Harry  mógł  mieć 

normalną  przyszłość.  Dlaczego  więc  czuł  taką  pustkę?  Był  zupełnie  rozbity, 
jakby znów stracił coś cennego. PoŜegnał się z Wendy i wyszedł. Miał nadzieję, 
Ŝ

e spacer pomoŜe mu się trochę pozbierać. 

W  bramie  przy  wejściu  spotkał  Shanni.  Była  równie  zaskoczona  jak  on, 

ale zaraz uśmiechnęła się uprzejmie. 

– Witaj, Nick – powiedziała spokojnie. – Odwiedzałeś Harry’ego? 
– Tak, obiecałem mu przecieŜ. 
–  To  wspaniale.  –  Nie  wiedział,  jak  to  rozumieć.  Zabrzmiało  niemal 

złośliwie.  Stała  naprzeciwko  i  widział,  jak  zmaga  się,  by  prowadzić  z  nim 
towarzyską rozmowę. 

Sam nie wiedział, dlaczego po prostu nie poŜegnał się i nie odszedł. 
– Harry śpi. – Nawet dla niego brzmiało to głupio. 
–  Nie  przyszłam  do  Harry’ego.  Muszę  pocieszyć  Wendy,  bardzo  to 

przeŜywa. 

– Co? 
– Nie udawaj, Ŝe nie wiesz. Odejście Harry’ego, oczywiście. Mówiła ci na 

pewno, Ŝe znalazła się rodzina, która chce go adoptować. 

–  Tak,  ale  myślałem,  Ŝe  Wendy  cieszy  się  z  tego.  Sama  mówiła,  Ŝe  to 

najlepsze wyjście. 

–  I  myślisz,  Ŝe  nie  będzie  za  nim  tęskniła?  Harry  mieszka  tu  od  roku, 

Wendy opiekowała się nim najczulej, jak mogła. 

– Myślałem... 
–  Co?  śe  jest  twarda  i  tak  po  prostu  oddaje  jedne  dzieci,  a  przyjmuje 

kolejne? Nie Ŝartuj, przecieŜ ona teŜ ma serce! 

– To jej zawód. 
–  Tak.  –  Shanni  skinęła  głową.  –  To  jej  zawód.  Ciągle  dawać  i  dawać. 

Przyjmować  biedne,  okaleczone  psychicznie  i  fizycznie  dzieci  i  powoli 
zdobywać  ich  zaufanie.  A  kiedy  wreszcie  trochę  się  otworzą  i  nauczą  się 
kochać, oddawać je innym. Wendy walczy o to, Ŝeby przywrócić tym dzieciom 

background image

normalne dzieciństwo, ale nigdy nie widzi ich szczęścia, tym cieszą się juŜ nowi 
rodzice. 

–  To  musi  boleć.  Dlaczego  to  robi?  –  zapytał  cicho.  –  Dlaczego  tak  się 

otwiera i pozwala ranić? 

– Bo jest odwaŜna – powiedziała Shanni krótko. – Wie, Ŝe tylko ona moŜe 

pomóc tym malcom odnaleźć miłość i zaufanie do świata. Nawet jeśli to boli. 

– Nie wiedziałem... 
– Czego nie wiedziałeś? – przerwała mu gwałtownie. – śe są na świecie 

ludzie,  którzy  teŜ  się  boją,  ale  mają  odwagę,  by  zaryzykować  i  kochać,  nawet, 
jeŜeli to moŜe zranić! 

– Ja... 
–  Dobranoc,  Nick.  Ty  tego  nie  próbuj.  To  przecieŜ  niebezpieczne,  moŜe 

boleć. 

 
Przez całą noc nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok i rozmyślał. 
A kiedy nadszedł ranek, wiedział juŜ, co powinien zrobić. 
Shanni  miała  rację.  Bał  się  otworzyć  na  ból,  jaki  niosła  ze  sobą  miłość. 

Nie umiał ryzykować w ten sposób. Był tchórzem i wiedział o tym. 

W  takim  razie...  Harry  nie  powinien  przywiązywać  się  do  niego  tak 

bardzo,  a  Shanni...  Musi  stąd  wyjechać  i  wrócić  do  miasta,  tam,  gdzie  jego 
miejsce. 

Trudno,  nie  zostanie  sędzią  Sądu  NajwyŜszego,  ale  to  nie  było  juŜ  takie 

waŜne.  Wielkomiejska  dŜungla  ze  swoją  anonimowością  i  tysiącami  równie 
samotnych ludzi to najlepsze miejsce dla niego. Tam nikt nie będzie przez niego 
cierpiał. 

W  poniedziałek  złoŜy  rezygnację  i  za  kilka  tygodni  juŜ  go  tutaj  nie 

będzie. Na szczęście. 

 
Przez  cały  następny  ranek  próbował  czytać  materiały  z  przesłuchań,  ale 

nie  mógł  się  na  nich  skupić.  Słowa  tańczyły  mu  przed  oczami.  Przewracał 
kolejne strony i nic nie rozumiał. 

Ciekawe, czy Wendy powiedziała juŜ Harry’emu o nowej rodzinie. Jak to 

przyjął? MoŜe juŜ go odwiedzili? A jak Wendy sobie z tym poradziła? 

Shanni  troszczyła  się  o  wszystkich.  Kochała  Harry’ego  i  martwiła  się  o 

Wendy.  Otwierała  swoje  serce  i  próbowała  pomieścić  w  nim  cały  ból  i 
wszystkie troski przyjaciół. 

Jego myśli krąŜyły wciąŜ wokół tej trójki. Harry. Wendy. I Shanni... Czuł, 

Ŝ

e zaraz zwariuje! Musiał wyjść. 

 
Przez całe popołudnie spacerował wzdłuŜ wybrzeŜa, ale to nie pomogło. 
Gdy  otwierał  drzwi  mieszkania,  usłyszał  dzwonek  telefonu.  Z  jakiegoś 

background image

powodu, zanim zdąŜył podnieść słuchawkę, poczuł nagły lęk. 

– Nick? 
–  Tak,  Shanni?  Co  się  stało?  –  Jej  głos  brzmiał  strasznie.  Musiało  się 

przydarzyć coś okropnego. 

– Harry jest z tobą? 
– Nie. Dlaczego pytasz? 
– BoŜe... Nick, on zaginął! Wendy powiedziała mu, Ŝe wkrótce pojedzie 

do rodziny zastępczej.  Wiesz, jak on reaguje. Nic nie powiedział, patrzył tylko 
tym  swoim  powaŜnym  wzrokiem.  A  potem,  kiedy  Wendy  zajmowała  się 
dziewczynką z rozbitym kolanem, po prostu zniknął. 

– Gdzie jest teraz? 
–  Nie  wiem.  Szukaliśmy  go  wszędzie.  Dzwonię  do  ciebie  od  godziny, 

choć  przypuszczałam,  Ŝe  gdyby  był  z  tobą,  dałbyś  znać  Wendy.  –  Głos  jej  się 
łamał,  chwilami  miał  wraŜenie,  Ŝe  zacznie  płakać.  –  Nick,  czy  Harry  wiedział, 
gdzie  mieszkasz?  Zabierałeś  go  kiedyś  do  siebie?  Myślałam,  Ŝe  moŜe  szukać 
schronienia u ciebie. 

– Nie. – Nick zmarszczył brwi, próbując się skupić. – Nigdy tu nie był. 
– Nie mówiłeś mu, gdzie mieszkasz? 
– Nie przypominam sobie – powiedział z namysłem. 
– Szukaliśmy juŜ wszędzie – dodała głosem pełnym bólu. Nagle zamilkła 

i Nick wiedział, Ŝe stało się coś złego. – O BoŜe! Nie! 

– Co się stało? 
– Pamiętasz ten dzień, kiedy wyszliśmy z przedszkola, po tym, jak złapali 

Lena? Wtedy mu powiedziałeś. 

– NiemoŜliwe. PrzecieŜ sam jeszcze nie wiedziałem. 
–  Owszem,  powiedziałeś.  Pokazałeś  mu  Borrowah  Mountain  i 

powiedziałeś, Ŝe tam jest twój dom. Jeśli chciał cię odnaleźć i poszedł w góry... 
Zaraz  za  miastem  jest  teren  Parku  Narodowego  i  wszystko  porasta  gęsty  busz. 
Nick, on moŜe być juŜ daleko stąd... 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
Przez  całą  resztę  dnia  i  długą  noc  przeszukiwali  teren,  skrawek  po 

skrawku.  Pomagali  im  niemal  wszyscy  ludzie  z  miasteczka  i  okolicy.  Policja 
podzieliła ich na ekipy.  Wśród poszukiwaczy widział wiele znajomych twarzy: 
rodzina  Shanni,  niektóre  starsze  dzieci  z  domu  dziecka,  sklepikarz,  właściciel 
stacji  benzynowej,  Thelma  z  pralni,  harcerze.  Nawet  panie  z  miejscowego 
chóru, które roznosiły gorącą herbatę podczas odpoczynków. Wszyscy robili, co 
mogli,  by  odnaleźć  małego  chłopca,  który  nagle  stał  się  dla  wszystkich  tak 
waŜny. 

Nick zachowywał się jak szalony. Był niezmordowany, chociaŜ wiedział, 

Ŝ

e  przypomina  to  szukanie  igły  w  stogu  siana.  Jak  moŜna  znaleźć  małego 

chłopca  w  buszu  tak  gęstym,  Ŝe  kolce  na  kaŜdym  kroku  ranią  ciało,  a  ścieŜkę 
trzeba wyrąbywać maczetą? 

Shanni  została  na  polanie  pod  lasem,  gdzie  urządzono  prowizoryczną 

bazę.  Miała  siedzieć  i  czekać,  na  wypadek,  gdyby  Harry  się  odnalazł.  Nick 
spojrzał na jej pełną bólu twarz i wiedział, Ŝe to jedna z najtrudniejszych rzeczy, 
jakie kiedykolwiek musiała zrobić. Siedzieć i czekać... 

Dlaczego  w  ogóle  powiedziałem  mu  coś  takiego,  wyrzucał  sobie, 

przedzierając się przez gęste zarośla. 

Shanni musi go nienawidzić. Nie dziwił się jej. Sam nienawidził się z taką 

mocą, Ŝe starczyłoby jej dla obojga. 

Dlaczego  wymyślił  coś  tak  idiotycznego?  Jak  mógł  powiedzieć  dziecku, 

Ŝ

e mieszka w tak koszmarnym miejscu? 

Wiedział,  dlaczego  to  zrobił.  Chciał  być  niedostępny.  Wtedy  liczyła  się 

dla niego niezaleŜność i samotność. 

Teraz  to  juŜ  nie  ma  znaczenia,  uświadomił  sobie.  Teraz  zaleŜało  mu 

jedynie na małym chłopcu błąkającym się gdzieś w tej gęstwinie. I na Shanni. 

Podczas  jednej  z  przerw,  do  której  zmusili  go  siłą,  zobaczył  Shanni 

stojącą  nieruchomo  i  wpatrzoną  gdzieś  w  dal.  Jej  wzrok  był  pusty,  a  twarz 
zastygła  w  bólu.  Harry  stał  się  częścią  jej  samej.  Jeśli  go  nie  odnajdą...  BoŜe, 
modlił się rozpaczliwie, pomóŜ mi. 

Kiedy na nią patrzył, ściskało mu się serce. Czuł się winny i nie wiedział, 

jak  jej  pomóc.  Ta  bezradność  przeraŜała.  Błagam,  niech  wszystko  dobrze  się 
skończy,  bo  jeśli  nie...  Czy  będzie  mógł  spojrzeć  jej  w  twarz?  BoŜe,  jak  on  to 
zniesie?  Nie  wyobraŜał  sobie  tego.  Nie  miał  nikogo,  kto  mógłby  mu  pomóc.  I 
sam był sobie winien. Sam wybrał przecieŜ taką drogę. 

O  drugiej  nad  ranem  wrócili  na  polanę.  KsięŜyc  skrył  się  za  chmurami, 

wszystko tonęło w ciemnościach. Nick ledwo trzymał się na nogach. Usiadł na 
zwalonym pniu i patrzył bezradnie na ludzi wokół. Wszyscy byli zmęczeni jak 

background image

on,  ale  nie  poddawali  się,  chociaŜ  większość  z  nich  nigdy  nie  widziała 
Harry’ego  na  oczy.  Potrafili  poświęcić  się  dla  obcego  dziecka.  A  on...  on 
powiedział temu dziecku, Ŝe mieszka w górach. Zwiesił głowę, zamknął oczy i 
zacisnął  zęby  w  rozpaczy.  Jeśli  Harry  się  nie  odnajdzie...  jeśli  coś  mu  się 
stanie... 

– Nick? – Usłyszał obok niepewny szept i poczuł delikatne dotknięcie. 
Co mógł jej powiedzieć? To on był przyczyną jej bólu. 
– Shanni, wiem, co myślisz. Nie musisz nic mówić. 
– Nick, przestań. 
–  Jak  mogłem  powiedzieć  mu  coś  takiego?  –  Jego  głos  rwał  się 

rozpaczliwie  –  Nie  wiedziałeś  przecieŜ,  co  się  stanie  –  mówiła  łagodnie,  a 
potem, zanim zdąŜył odpowiedzieć, objęła go i przytuliła. Trzymała go mocno i 
kołysała leciutko, a on siedział załamany ze świadomością, Ŝe nie zasłuŜył na to 
pocieszenie. 

– Znajdziemy go. Uwierz mi, Nick. Musi gdzieś tu być. Nie zadręczaj się. 

PrzecieŜ robisz wszystko, by go odnaleźć, proszę cię, Nick... 

Pochyliła się i pocałowała leciutko jego włosy. Tuliła go jak małe dziecko 

i próbowała przelać na niego całą swoją miłość. Miał wraŜenie, Ŝe jej dotyk daje 
mu siłę, jakiej nigdy wcześniej nie miał. 

Podniósł się i spojrzał na nią z taką determinacją, jakiej nigdy u niego nie 

widziała.  Więc  zrozumiał  to,  co  najwaŜniejsze  –  razem  mieli  siłę,  która  mogła 
zdziałać cuda. 

–  Znajdziemy  go.  Musimy.  Wierzę,  Ŝe  razem  nam  się  uda  –  powtarzała 

Shanni z mocą. 

Nagle  zobaczył  rzeczy  z  zaskakującą  jasnością.  Wypełniały  go  nowe, 

niezwykłe uczucia. Miłość. Poczucie więzi. I wiedział juŜ, jak ma wyglądać jego 
ś

wiat. Harry to jego dziecko, a Shanni była jego kobietą. Oboje mu zaufali. 

Zrozumiał,  Ŝe  szukając  w  ten  sposób,  nie  znajdą  chłopca.  Kiedy  Wendy 

powiedziała Harry’emu o nowej rodzinie, malec poczuł się oszukany. Uciekł do 
człowieka,  który  był  dla niego  jedyną  ostoją  w  tym  dziwnym  świecie.  Dlatego 
tylko Nickowi pozwoli się odnaleźć. 

Pewnie próbował przedzierać się przez gęste zarośla, ale z chorą nogą nie 

da rady zajść daleko. śeby tylko się nie skaleczył, myślał Nick gorączkowo, w 
kaŜdej  chwili  mógł  upaść  i  coś  sobie  zrobić.  Na  pewno  był  śmiertelnie 
wystraszony w tych ciemnościach. 

Wokół  rozlegały  się  okrzyki  poszukiwaczy.  Nawet  jeŜeli  chłopiec  je 

słyszy,  na  pewno nie  odpowie.  Bardziej  niŜ  ciemności  Harry  bał  się ludzi.  Nie 
ufał im. Odpowie jedynie jemu. Czy na to zasłuŜył, czy nie, Harry go kochał i to 
do niego starał się tak rozpaczliwie dotrzeć. 

Ta  świadomość  boleśnie  ścisnęła  mu  serce.  Odnajdzie  go,  nawet  jeśli 

będzie musiał przeczesywać metr po metrze! 

background image

–  Musimy  to  zrobić  inaczej  –  powiedział  do  oficera  koordynującego 

akcję. Spojrzał na Shanni, szukając poparcia w jej oczach. PomoŜe mu, był tego 
pewien,  chodzi  tylko  o  to,  Ŝeby  policja  się  zgodziła.  –  On  nie  wyjdzie,  boi  się 
ludzi. Pozwólcie iść tam tylko nam, we dwójkę – wskazał na siebie i Shanni. 

– Zgubicie się. – Policjant pokręcił głową. Wątpił, czy miejski elegancik 

przetrwa w buszu. Nie chciał organizować kolejnej akcji ratunkowej. 

–  W  porządku,  więc  zróbmy  inaczej,  idźcie  za  nami,  ale  z  tyłu.  I  nie 

odzywajcie  się,  niech  nikt  go  nie  woła.  On  się  przed  wami  ukrywa.  Wyjdzie 
tylko do mnie. 

Policjant  popatrzył  na  niego  uwaŜnie,  a  potem  przeniósł  spojrzenie  na 

Shanni. Znał ją, była stąd. 

– Co o tym myślisz? – zapytał z powątpiewaniem. Shanni nie spuszczała 

wzroku  z  twarzy  Nicka,  widziała,  Ŝe  nabrał  niezwykłej  siły.  Przestał  się 
obwiniać, zaczął działać zdecydowanie, miała pewność, Ŝe moŜe mu zaufać. 

Nick czekał w napięciu. Wiedział, Ŝe gdyby nie Shanni nie miałby tej siły 

i  jasności  umysłu.  To  jej  miłość  sprawiła,  Ŝe  zaczął  działać  i  uwierzył,  Ŝe 
odnajdzie Harry’ego. 

– Jeśli Harry będzie chciał wyjść, zrobi to tylko dla Nicka. On ma rację, 

to nasza jedyna szansa. Niech Nick wybiera drogę. Nie zna buszu, podobnie jak 
Harry, będzie więc intuicyjnie wybierał te same ścieŜki. Jeśli ktokolwiek moŜe 
odnaleźć Harry’ego, to tylko Nick. 

 
Policja  odwołała  wszystkie  ekipy.  Została  tylko  mała  grupa  policjantów 

wyszkolonych  w  przeszukiwaniu  buszu.  Mieli  iść  krok  w  krok  za  Nickiem  i 
Shanni, zachowując absolutną ciszę. 

–  Pójdziemy  w  górę  tą  ścieŜką  –  wskazał  Nick.  –  MoŜe  jestem 

mieszczuchem,  ale  Harry  tak  jak  ja  nie  ma  pojęcia,  jak  się  zachować  w  tych 
warunkach.  Gdybym  był  małym  chłopcem,  poszedłbym  właśnie  tędy.  –  Wziął 
rękę Shanni i ścisnął ją mocno. – Gotowa, kochanie? 

Pieszczotliwe  słowo  wymknęło  mu  się  mimowolnie.  Przypieczętowało 

wszystko,  co zrozumiał  tego dnia.  Nie są juŜ dwójką samotnych ludzi.  Tworzą 
jedność. Są kobietą i męŜczyzną, których połączyła miłość. 

–  MoŜemy  iść  –  odparła.  Potem  odwróciła  się  do  ekipy.  –  Odnajdziemy 

go.  Nick  to  zrobi.  –  Posłała  mu  spokojne  i  pełne  ufności  spojrzenie.  –  Jestem 
pewna. On go kocha. 

 
Prawie  cztery  godziny  później  nadal  krąŜyli  po  buszu.  Wszyscy  byli  juŜ 

wyczerpani  morderczym  marszem,  a  Nick  ochrypł  od  ciągłego  nawoływania. 
Nieustannie  pięli  się  w  górę,  niektórzy  zastanawiali  się  nawet,  czy  nie  weszli 
zbyt  wysoko.  Nick  wołał  Harry’ego  po  raz  tysięczny  i  w  pewnym  momencie 
wydało mu się, Ŝe usłyszał nikły odzew. 

background image

Zatrzymał  się  gwałtownie.  Serce  podskoczyło  mu  do  gardła.  Shanni 

poczuła, jak jego ręka  mocno zaciska się na jej dłoni. Oboje mieli nadzieję, Ŝe 
się nie przesłyszeli. 

Policjanci  za  nimi  teŜ  przystanęli.  Oni  równieŜ  coś  usłyszeli.  Dzięki 

Bogu, pomyślał Nick, więc to nie złudzenie... 

Shanni  chciała  natychmiast  pobiec  w  kierunku,  skąd,  jak  sądziła, 

dochodziło  ciche  wołanie.  Jednak  Nick  trzymał  mocno  jej  rękę,  nie  mógł 
pozwolić jej odejść. Nie teraz. 

–  Harry!!!  –  Jego  głos  odbijał  się  głośnym  echem  od  okolicznych 

szczytów i wracał do nich zwielokrotniony. – Harry! To ja, Nick! 

Znów  usłyszeli  słabą  odpowiedź.  Rzucili  się  w  tym  kierunku  i  po  kilku 

minutach  zobaczyli  chłopca.  Uwięziony  w  kępie  gęstych  zarośli,  nie  miałby 
szans wyjść sam. Pewnie wczołgał się tam, szukając drogi i utknął. 

– Harry! – Nick rzucił się w jego stronę z okrzykiem ulgi i radości. 
Przedzierał się przez krzaki, nie zwaŜając na kolce wbijające się w ciało. 

Chciał  jak  najszybciej  chwycić  Harry’ego  w  ramiona,  przytulić  go  mocno  i 
uspokoić  drŜące  z  przemęczenia  i  strachu  ciałko.  JuŜ  nigdy  nie  pozwoli  mu 
odejść. 

Shanni przeciskała się przez splątane zarośla tuŜ za nim. Po chwili dotarli 

do dziecka. Nick złapał go mocno w objęcia i tulił jak największy skarb. Shanni 
objęła  ich  obu  ramionami.  Nick  poczuł,  Ŝe  po  twarzy  spływają  mu  łzy,  ale  nie 
wstydził  się.  Trwał  w  uścisku  z  uczuciem  mocnej  pewności,  Ŝe  to  jest  jego 
miejsce. Na zawsze. 

 
– Myślałem, Ŝe tam mieszkasz. 
Pozostali  członkowie  ekipy  wyrąbali  w  gąszczu  drogę,  aby  ułatwić 

powrót. Teraz stali, pozwalając całej trójce nacieszyć się szczęściem, pełni ulgi, 
Ŝ

e koszmar się skończył. 

Harry  był  wyczerpany,  ale  jego  rączki  kurczowo  obejmowały  szyję 

Nicka. Wpatrywał się w męŜczyznę z napięciem. 

–  Myślałem,  Ŝe  mieszkasz  tam,  na  górze  –  powtórzył.  –  Dlatego  cię 

szukałem. 

–  Nie  mieszkam  tam,  Harry.  –  Głos  Nicka  był  ochrypły  z  napięcia  i 

zmęczenia. WciąŜ nie mógł uwierzyć, Ŝe trzyma Harry’ego w ramionach. 

– JuŜ nie? 
– Nie. – Znad głowy Harry’ego spojrzał na Shanni, po twarzy spływały jej 

łzy, ale w oczach dostrzegł radość. I miłość. 

–  To  gdzie  mieszkasz?  –  pytał  uparcie  Harry.  Ledwo  mówił  z 

wyczerpania, ale koniecznie chciał to wiedzieć. I Nick rozumiał, dlaczego to dla 
chłopca takie waŜne. Harry musiał upewnić się, Ŝe został odnaleziony naprawdę. 
W przeciwnym razie znów wyruszy na poszukiwanie swojego Nicka. 

background image

Ale teraz Nick potrafił juŜ odpowiedzieć. 
–  Mieszkam  z  tobą  –  powiedział,  przytulając  Harry’ego  mocno.  –  Od 

dzisiaj, Harry, od dzisiaj mieszkam z tobą. I z Shanni, jeśli się zgodzi. 

– Shanni... – Harry popatrzył pytająco. Jej oczy błyszczały miłością. 
– Wendy powiedziała ci, Ŝe potrzebujesz mamy i taty, prawda? – Spojrzał 

na Shanni, wpatrującą się w Harry’ego z uczuciem. I wtedy jego serce zadrŜało. 
– Co byś powiedział, gdybyśmy Shanni i ja zostali twoimi rodzicami? 

Chłopiec  zesztywniał.  Wzrokiem  pełnym  napięcia  próbował  wybadać, 

czy moŜe wierzyć, w to, co usłyszał. 

– Będziesz moim tatą? 
Nick usłyszał to proste pytanie i wzruszenie ścisnęło mu gardło. Jeśli się 

nie opanuje, za chwilę wybuchnie płaczem. Odchrząknął i przypomniał sobie, Ŝe 
tacy twardzi faceci jak Nick Daniels nie płaczą. 

– Jeśli zechcesz. Ja pragnę tego najbardziej na świecie. 
– Dlaczego? 
Właśnie, dlaczego? Odpowiedź jest tylko jedna. 
– Bo cię kocham – powiedział ochrypłym głosem. Objął Shanni i przytulił 

ją  do  siebie.  –  Kocham  was  oboje.  I  dlatego  nie  chcę  juŜ  mieszkać  sam  w 
górach. Chcę mieszkać z wami. 

 
Późnym  popołudniem  Harry  dokładnie  przebadany,  z  opatrzonymi 

zranieniami,  nasmarowanymi  zadrapaniami,  zmęczony  przeŜyciami  leŜał  w 
łóŜku. 

Nick obiecał, Ŝe to jego ostatnia noc w domu dziecka. Kiedy się obudzi, 

spakują wszystkie rzeczy i przeniosą je do domu Nicka. 

Dorośli stali i patrzyli na śpiącego chłopca. 
–  Jestem  juŜ  na  to  za  stara  –  powiedziała  Wendy  z  odrobiną  smutku  w 

głosie. – Powinnam chyba sama pomyśleć o adopcji. 

–  Nie  moŜesz  ciągle  tak  Ŝyć.  Przywiązywać  się do dziecka,  kochać  je,  a 

potem  oddawać  komuś  innemu  –  odpowiedziała  Shanni,  spoglądając  ciepło  na 
przyjaciółkę. 

Nick  nawet  nie  mógł  sobie  tego  wyobrazić.  Kochać  kogoś  i  oddać  go 

innym?  Nigdy.  Dopiero  co  sam  nauczył  się  miłości  i  za  nic  na  świecie  nie 
wyrzekłby się jej. 

– Zrób tak – powiedział cicho. – Nie rezygnuj z nikogo, kogo kochasz. 
Wendy  spojrzała  na  niego  i  na  Harry’ego  i  uśmiechnęła  się  ze 

wzruszeniem. 

–  Tak...  są  dzieci, które potrafią skruszyć  kaŜde serce.  I  wtedy  wszystko 

kończy się dobrze. Idźcie juŜ. Wrócicie rano. Będę na niego uwaŜać. 

Otworzyła im drzwi i z uśmiechem patrzyła, jak odchodzą. 
 

background image

Przez  całą  drogę  do  samochodu  Ŝadne  z  nich  nie  odezwało  się  ani 

słowem. Jakby się umówili, Ŝe nie będą zakłócać ciszy banalnymi słowami. 

Nick  zaparkował  nad  brzegiem  morza  i  przez  chwilę  oboje  patrzyli  w 

milczeniu na tańczące fale. 

Shanni siedziała pełna napięcia. Wiedziała, Ŝe stało się coś waŜnego. Nick 

poŜegnał się właśnie z przeszłością, z niezaleŜnością, której tak pilnie strzegł, z 
wizją samotnej przyszłości. 

Po chwili odwrócił się do niej. 
– Shanni... – zaczął niepewnie. – To, co mówiłem wtedy Harry’emu.... Ŝe 

my... – przerwał zmieszany. 

Zamarła.  CzyŜby  się  myliła?  MoŜe  wcale  nie  chciał  rozstać  się  z 

samotnością? 

– Rozumiem... – powiedziała, nie patrząc na niego. – Mówiłeś tak tylko... 

Chciałeś,  Ŝebyśmy  byli  dla  niego  rodzicami...  Nick,  nie  zostanę  z  tobą  przez 
wzgląd na Harry’ego. 

– Wcale cię o to nie proszę. 
Poczuł na sobie jej wzrok i zobaczył w jej twarzy ślad dawnej Ŝywiołowej 

Shanni. 

– Więc o co chodzi? 
–  Wyjdź  za  mnie.  Nie  ze  względu  na  Harry’ego,  ale  dlatego,  Ŝe  kocham 

cię  jak  nikogo  na  świecie.  Obdarowałaś  mnie  miłością,  a  ja  byłem  zbyt  ślepy, 
zbyt  głupi,  by  to  dostrzec.  Ale  nie  mogę  bez  tego  Ŝyć,  Shanni.  Jesteś  częścią 
mnie. Ty i Harry. 

– Ja i Harry? 
– Tak. Chcę, Ŝebyście byli rodziną – powiedział cicho. – Moją rodziną. 
–  Ty,  ja  i  Harry?  –  powtórzyła  głosem  pełnym  radosnego  uniesienia,  – 

Och, Nick, to wszystko, czego pragnę. Ty, ja i Harry... Kochany! 

Pochylił  się  i  pocałował  ją  w  ciepłym  świetle  zachodzącego  słońca. 

Chciał jej przekazać całą swoją radość, miłość i ufność. Nie mógł oczekiwać od 
Ŝ

ycia więcej niŜ to, co właśnie dostał. 

Kochał i był kochany. Wszedł na szczyt swojej góry... 
Trwali  spleceni  w  czułym  uścisku  i  cieszyli  się  swoją  bliskością.  Po 

chwili Shanni z dawnym błyskiem w oku zapytała: 

– Ty, ja i Harry? 
– Mhmm – mruknął wtulony w jej włosy. 
–  To  za  mało.  Chcę coś ustalić,  póki  jeszcze  mogę negocjować  –  starała 

się mówić powaŜnie. 

– Co chcesz negocjować? 
– Nasz kontrakt, oczywiście. Wszystko musi być jasne. 
– Jak sobie Ŝyczysz, kochanie. Z góry się zgadzam. Zaśmiała się słodko. 

Pomyślał, Ŝe mógłby wsłuchiwać się w ten dźwięk do końca Ŝycia. 

background image

– Więc po pierwsze dwa psy i koń. 
– Jasne, od razu. 
– I czworo dzieci. Co najmniej. 
– Czworo... – jęknął z udanym przeraŜeniem. 
– A Wendy i jej przybrane dziecko będą u nas zawsze mile widziani. 
–  Oczywiście.  Widzę,  Ŝe  to  transakcja  wiązana.  Razem  z  tobą  mam 

poślubić połowę miasteczka. Jeszcze jakieś Ŝyczenia? 

–  Mnóstwo,  ale  zostawię  je  sobie  na  później,  nie  chcę  cię  spłoszyć.  – 

Ujęła jego głowę w dłonie i spojrzała mu w oczy. 

Nie potrzebowała Ŝadnej umowy, zawsze będzie go kochać. Oswoiła go, 

jest więc za niego odpowiedzialna. 

–  Podsumujmy,  Wysoki  Sądzie.  Przy  okazji,  nadal  chcesz  być  sędzią 

Sądu NajwyŜszego? 

– Jakoś nie wyobraŜam sobie dwóch psów, konia, pięciorga dzieci i całej 

reszty w moim mieszkaniu w Melbourne. Ten poprzedni sędzia, ile lat tu był? 

– Trzydzieści – odpowiedziała, patrząc czule. 
– Trzydzieści lat... – spojrzał z na nią zachwytem. Była wszystkim, czego 

pragnął. ZłoŜy jej kaŜde przyrzeczenie. – Trzydzieści – powtórzył zamyślony. – 
CóŜ, kochanie, wydaje mi się... 

–  Co?  –  przerwała  mu  jak  zwykle.  Chyba  musi do  tego przywyknąć.  Na 

szczęście ma bardzo duŜo czasu. 

– Dla nas to i tak za mało.