background image

MICHAEL PASTOREAU 

 

 

 

 

Życie codzienne we Francji i 

Anglii 

w czasach rycerzy Okrągłego 

Stołu 

background image

Rozdział pierwszy 

 

1. Rytm życia 

 

Jak  się  zdaje,  człowiek  XII  wieku  dość  obojętnie  odnosił  się  do  czasu.  Liczenie  godzin  i  dni, 

wyznaczanie  świąt  ruchomych  i  problemy  kalendarzowe  to  domena  wyłącznie  duchowieństwa. 

Jedynie obowiązujące obrzędy religijne podkreślają doniosłość pewnych momentów życia, którym 

towarzyszą.  Czas  należy  do  Kościoła. Ani  rycerze,  ani  chłopi  nie  rządzą  rytmem  swojego  życia. 

Biernie obserwują bieg czasu. Są bezsilnymi świadkami przepływu dni i lat, które ich nieubłaganie 

posuwają ku starości i nieustannie wyznaczają każdej rzeczy własne miejsce. Stąd zapewne wynika 

rezygnacja, która sprawia, że ludzie bardziej się troszczą o pogodę niż o przemijający czas. 

 

Zaludnienie Francji i Anglii 

 

Interesujący nas okres  mieści  się w długiej fazie rozkwitu  demograficznego, ciągnącej  się 

od początku XI do ostatnich dziesięcioleci XII wieku. Zjawisko to miało takie rozmiary i tak było 

doniosłe dla historii Europy  Zachodniej, że historycy mówią o “rewolucji demograficznej". Przy-

czyn  tego  rozkwitu  można  wymienić  wiele:  rozszerzenie  się  pokoju  i  wzrost  bezpieczeństwa, 

wzmocnienie  władz  publicznych,  ożywienie  ruchu  handlowego,  a  zwłaszcza  zwiększone  zasoby 

płodów rolnych, dzięki postępom techniki i objęciu większych obszarów ziemi pod uprawę. Oblicza 

się, że między rokiem 1000 i 1300 ludność Europy Zachodniej potroiła się. 

W tej długotrwałej fazie lata 1160-1220 stanowią okres szczególnie intensywnego rozkwitu. 

Nie  sposób  zmierzyć  bezpośrednio  tego  przyspieszenia  wzrostu,  lecz  świadczą  o  nim  liczne 

wskaźniki: powiększenie się obszaru upraw, zwyżka ceny ziemi, podział wielkich majątków ziem-

skich,  powstawanie  nowych  wiosek,  parafii,  klasztorów,  przeobrażanie  się  małych  wsi  w 

miasteczka,  rozrost  miast,  które,  dusząc  się  w  starych  murach,  zmuszone  są  -  jak  Paryż  w  latach 

1190-1213 - budować sobie nowe, otaczające większy obszar. 

Oczywiście, nie da się ustalić dokładnie liczby ludności angielskiej i francuskiej w każdym 

momencie  tego  okresu.  Można  wszakże  przyjąć  przybliżone  dane,  zaczerpnięte  w  większości  z 

pracy amerykańskiego historyka J. C. Russela. Około roku 1200 liczba ludności Europy wynosiła 

około 60 milionów, a cały świat miał 350-400 milionów mieszkańców. Francja była najludniejszym 

królestwem  Europy  Zachodniej:  w  jej  ówczesnych  granicach  -  około  420  000  km2  -  żyło  co 

najmniej 7 milionów ludzi. Znaczy to, że na jej dzisiejszym obszarze, 551 000 km2, liczba ludności 

przekroczyłaby 10 milionów. Uboższe pod tym względem były Wyspy Brytyjskie, liczące tylko 2,8 

miliona  mieszkańców,  z  czego  1,9  miliona  na  terenie  samej Anglii.  Jednakże  różnica  w  gęstości 

background image

zaludnienia obu królestw była nieznaczna: 16 mieszkańców na 1 km2 we Francji, 14 - w Anglii. 

Dla  porównania  przytoczmy  jeszcze  kilka  liczb:  na  początku  XIII  wieku  Półwysep 

Pirenejski  (królestwa  chrześcijańskie  łącznie  z  terytoriami  opanowanymi  przez  islam)  liczył 

przypuszczalnie 8 milionów mieszkańców; Italia nieco mniej; kraje germańskie (Niemcy, Austria i 

Szwajcaria)  łącznie  7  milionów,  Węgry  2  miliony,  Polska  1,2  miliona,  a  Cesarstwo  Bizantyńskie 

10-12 milionów. 

Około  1200  roku  Paryż  miał  mniej  więcej  25  000  mieszkańców,  rozmieszczonych  bardzo 

nierównomiernie  na  253  hektarach,  objętych  nowymi  murami,  wzniesionymi  za  Filipa  Augusta. 

Tyleż, a może nawet nieco więcej ludzi mieszkało w Londynie. Inne “duże" miasta Francji, Rouen i 

Tuluza,  nie  dosięgają  nawet  połowy  ludności  Paryża.  W  Anglii  Londyn  (już  wtedy!)  stanowi 

wyjątkowe  zjawisko  urbanistyczne,  gdyż  pozostałe  ważniejsze  miasta  (York,  Norwich,  Lincoln  i 

Bristol) nie przekraczają liczby 5000 mieszkańców. 

Ale  Paryż  i  Londyn  nie  były  wcale  największymi  miastami  chrześcijaństwa. W  pierwszej 

połowie  XIII  wieku  Rzym  i  Kolonia  mogły  się  poszczycić  co  najmniej  30  000  mieszkańców, 

Wenecja i Bolonia miały ich po 40 000, a Mediolan i Florencja po 70 000. Największym miastem 

chrześcijańskim  pozostawał  Konstantynopol,  gdyż  w  momencie  zdobycia  tego  miasta  przez 

krzyżowców w 1204 roku żyło tam 150 000 - 200 000 ludzi. 

Liczby  te  nie  mogą  jednak  zamaskować  luk  istniejących  w  naszej  wiedzy,  dotyczących 

takich zagadnień, jak liczbowy stosunek ludności osiadłej w miastach do całej ludności w kraju. Nie 

sposób też przedstawić na mapie gęstości zaludnienia, gdyż była ona niezmiernie zróżnicowana na 

obszarze każdego regionu. Nie sposób nade wszystko wyciągać ogólnych wniosków na podstawie 

poszczególnych  przypadków.  Demografia  końca  XII  wieku  składa  się  z  mnóstwa  kontrastów: 

między  strefami,  gdzie  ludzie  skupiają  się  gromadnie,  a  innymi,  całkowicie  bezludnymi;  między 

rodzinami  licznymi  a  małżeństwami  bezdzietnymi;  między  wysokim  wskaźnikiem  śmiertelności 

niemowląt a znaczną liczbą osób dożywających sędziwej starości. 

 

 

 

Narodziny i chrzest 

 

Ludzie  XII  wieku  mieli  zaufanie  do  życia  i  przestrzegali  biblijnego  nakazu,  aby  się 

rozmnażali. Stopa narodzin wynosiła rocznie około 35 promile. Regułą we wszystkich warstwach 

społecznych  była  rodzina  liczna.  Zresztą  pary  królewskie  starają  się  pod  tym  względem  świecić 

przykładem: Ludwik VI i Alicja Sabaudzka, Henryk II i Alienor Akwitańska, Ludwik VIII i Blanka 

Kastylijska - wszyscy ci koronowani małżonkowie spłodzili po ośmioro dzieci. 

background image

Przez cały czas tego okresu płodność, jak się zdaje, wzrasta: badania pozwoliły stwierdzić, 

że  w  Pikardii  w  środowisku  arystokratycznym  rodziny  liczne  (to  znaczy  mające  8-15  dzieci) 

stanowiły w 1150 roku 12 procent, w 1180 roku - 33 procent, a w 1210 roku - 42 procent. Mamy 

więc do czynienia ze znacznym wzrostem. 

Na  przekór  temu,  co  przez  długi  czas  sądzili  historycy,  kobiety  w  XII  i  XIII  wieku  nie 

różniły  się  od  dzisiejszych  długością  okresu  płodności.  Jeśli  przypuszczano,  że  był  on  wówczas 

krótszy, to dlatego że nie brano pod uwagę częstych wtedy śmierci kobiet przy porodach i wczesnej 

utraty  mężów,  zwykle  dużo  starszych  od  swoich  żon.  Poza  środowiskiem  arystokracji  młode 

wdowy rzadko bowiem wychodziły powtórnie za mąż. Pierwsze dziecko przychodziło na świat, jak 

się  zdaje,  stosunkowo  późno,  toteż  odstęp  lat  między  pokoleniami  był  dość  duży,  lecz  mniej 

jaskrawy niż w naszej dobie, z powodu często znacznej różnicy wieku dwojga małżonków, a także 

między ich pierwszym i ostatnim dzieckiem. 

Znamiennym przykładem jest Alienor Akwitańska. Urodzona w 1122,3 mając piętnaście lat 

zaślubiła (1137 r.) dziedzica tronu Francji, późniejszego Ludwika VII, któremu urodziła dwie córki: 

Marię  w  1145  roku  i Alicję  w  1150.  Odtrącona  przez  męża  po  piętnastu  latach  pożycia  wkrótce 

zaślubiła Henryka Plantageneta, młodszego od niej o dziesięć lat. Z tego drugiego związku przyszło 

na świat ośmioro dzieci: Wilhelm (1153 r.),                        Henryk (1155 r.), Matylda (1156 r.), 

Ryszard (1157 r.), Gotfryd (1158 r.), Alienor (1161 r.), Joanna (1165 r.) i Jan (1167 r.). Kolejne ma-

cierzyństwa przypadają więc na jej wiek 23 i 28 lat, a w drugim małżeństwie - 31, 33, 34, 35, 36, 

39, 43 i 45 lat. Narodziny pierwszego i ostatniego dziecka dzieli okres 22 lat. 

A  oto  drugi,  bardzo  wymowny  przykład:  Wilhelm  zwany  Marszałkiem,  hrabia  Pembroke, 

regent  Anglii  w  latach  1216-1219,  ożenił  się  dopiero  osiągnąwszy  45  lat  i  wybrał  bogatą 

dziedziczkę Izabelę de Clare, 0 30 lat młodszą od niego. Mimo różnicy wieku małżonkowie zdążyli 

spłodzić dziewięcioro dzieci. Przy czym w obu przykładach liczymy tylko dzieci, których istnienie 

potwierdzają  dokumenty,  a  przecież  zmarłych  w  niemowlęctwie  nie  notują  zazwyczaj  żadne  akta 

ani kroniki. 

Śmiertelność była wśród dzieci ogromna. Na troje tylko jedno przekraczało wiek 5 lat, zaś 

co  najmniej  10  procent  niemowląt  umierało  w  pierwszym  miesiącu  życia.  Dlatego  chrzczono  je 

bardzo wcześnie, zwykle nazajutrz po przyjściu na świat. Z tej okazji odbywał się w kościele pa-

rafialnym obrzęd nie różniący się od dzisiejszej ceremonii. W XII wieku prawie powszechnie już 

zaniechano  zwyczaju  zanurzania  nagiego  noworodka  w  chrzcielnicy.  Chrzest  odbywał  się  przez 

polewanie. Kapłan trzykrotnie polewał wodą święconą czoło dziecka, znacząc je znakiem krzyża i 

wymawiając formułę: “Ego te baptiso in nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti." 

Zwyczaj  każe  zapraszać  kilka  par  rodziców  chrzestnych.  Ponieważ  nie  ma  urzędu  stanu 

cywilnego, warto się postarać, aby wiele osób zachowało to wydarzenie w pamięci. Wiemy, że Filip 

background image

August  został ochrzczony  22 sierpnia 1165 roku, nazajutrz po narodzinach, przez biskupa  Paryża 

Maurycego de Sully (tego samego, który w 1163 roku zadecydował o przebudowie katedry Notre-

Dame)  i  że  miał  trzy  pary  rodziców  chrzestnych,  a  byli  to  Hugon,  proboszcz  kościoła  Saint-

Germain-des-Pres, Herve, proboszcz kościoła Saint-Victor, Odon (Eudes), były proboszcz kościoła 

Sainte-Genevieve,  ciotka  noworodka  Konstancja,  małżonka  hrabiego  Tuluzy,  oraz  dwie  wdowy 

zamieszkałe w Paryżu. 

Dziecko  otrzymywało  na  chrzcie  tylko  imię  chrzestne,  nie  było  to  wszakże  imię  w 

dzisiejszym rozumieniu, lecz jedynie jego imię prawdziwe, które miało mu służyć przez całe życie. 

To zaś, co dziś uważamy za nazwisko, było wówczas przydomkiem  - nazwą miejscowości, okre-

śleniem zawodu czy przezwiskiem - po prostu dodatkiem wiążącym się tylko z danym osobnikiem, 

nie  z  całą  jego  rodziną.  Co  prawda  za  panowania  Filipa Augusta  (1180-1223  r.)  przydomki  te  w 

niektórych  regionach  (Normandia,  Ile-de-France)  zaczynają  być  dziedziczone,  lecz  proces  ten 

rozwijał się powoli. W ówczesnych tekstach oznacza się poszczególne osoby zazwyczaj imieniem 

chrzestnym, dodając miejsce pochodzenia czy zamieszkania, piastowaną funkcję lub rangę. 

Na  ogół  dawano  dziecku  imię  jednego  z  rodziców  chrzestnych.  Wskutek  tego  moda  na 

imiona niewiele się zmieniała. Najbardziej rozpowszechnione, zarówno  we  Francji, jak  w Anglii, 

imiona męskie to Jan i Wilhelm. Później pojawiają się w Anglii coraz częściej imiona: Robert, Ry-

szard, Tomasz, Gotfryd,  Hugon i  Stefan, a we  Francji Piotr, Filip,  Henryk, Robert i  Karol. Pewne 

imiona  cieszą  się  powodzeniem  w  poszczególnych  prowincjach,  a  więc:  Baldwin  we  Flandrii, 

Tybald  w Szampanii, Ryszard i  Raul  w Normandii, Alan w Bretanii,  Odon w Burgundii;  niekiedy 

wiąże się to z kultem pewnych świętych patronów, rozpowszechnionym na bardziej ograniczonym 

terenie,  a więc  św. Remi w okolicy Reims, św.  Medard  w okolicy Noyon, św. Martial  w okolicy 

Limoges; a w Anglii najwięcej Gilbertów spotykało się w diecezji Lincoln. 

Trudniej  jest ustalić statystykę imion  żeńskich. W obu królestwach najpopularniejsze były 

imiona  Maria  i  Joanna;  następne  na  liście  były,  jak  się  zdaje,  Alicja,  Blanka,  Klementyna, 

Konstancja, Izabela, Małgorzata, Matylda i Petronela (Perrine). Forma może się zmieniać zależnie 

od  prowincji  (Elisabeth  w  Artois,  lecz  Isabelle  w  Poitou;  Mahaut  we  Flandrii,  lecz  Mathilde  w 

Normandii, a Maud w Langwedocji) lub zależnie od warstwy społecznej: Perrine, Perrette i Pernelle 

to  zazwyczaj  plebejuszki,  podczas  gdy  bardziej  uczona  forma,  Petronille,  przystoi  kobietom  z 

arystokracji.  Podobna  relacja  zachodzi  między  formami  Jacquine,  Jacquette  i  Jacquotte  a 

wykwintniejszą Jacqueline. 

Dziecko  przez  sześć,  siedem  pierwszych  lat  życia  pozostawało  pod  opieką  kobiet.  Czas 

wypełniały mu zabawki i gry. Były to: kulki, klocki, kostki, drewniane koniki, piłki ze szmat lub ze 

skóry,  lalki  rzeźbione  z  drewna,  ze  zginającymi  się  kończynami,  miniaturowe  naczynia  stołowe  i 

gliniane garnuszki, gra w chowanego, w ślepą babkę itp. Jak się zdaje, dorośli ludzie dość obojętnie 

background image

odnosili się do małych dzieci. Mało jest tekstów i dzieł sztuki z tej epoki, które by przedstawiały 

rodziców  zachwyconych,  rozczulonych  lub  zaniepokojonych  jakimś  gestem  swego  potomka  w 

wieku, gdy nie pora jeszcze na jego edukację. 

 

Małżeństwo 

 

Małżeństwo  ma  doniosłe  znaczenie,  zarazem  rodzinne,  rodowe  i  ekonomiczne.  Jako 

związek  dwóch  rodzin  lub  dwóch  gałęzi  rodu  przyczynia  się  niekiedy  do  zakończenia  dawnych 

waśni.  Oznacza  też  połączenie  dwóch  majątków,  dwóch  potęg.  Toteż  trzeba  wybierać 

współmałżonka rozważnie. Jak wiemy, Wilhelm zwany Marszałkiem  czekał  do ukończenia  czter-

dziestu  pięciu  lat,  zanim  się  ożenił  z  Izabelą  de  Clare;  małżeństwo  to  uczyniło  niezamożnego 

młodszego  syna  jednym  z  najbogatszych  ludzi  Anglii.  Możny  pan  przed  ożenieniem  syna  lub 

wydaniem  za  mąż  córki  zasięgał  rady  nie  tylko  u  najdalszych  nawet  krewnych,  lecz  również  u 

swoich  wasali;  poza  tym  prawo  feudalne  wymaga,  żeby  prosił  o  radę  i  zezwolenie  swojego 

suzerena.  Suzeren  ze  swej  strony  obowiązany  jest  dołożyć  starań,  aby  jak  najprędzej  i  jak 

najkorzystniej wydać za mąż córkę zmarłego wasala. 

Przede wszystkim wszakże małżeństwo jest sakramentem. Polega na wymianie zobowiązań 

w  obecności  księdza.  Władze  świeckie  pozostawiają  Kościołowi  ustalanie  prawnych  przepisów 

małżeństwa. Miejscowy  obyczaj  nie ma wpływu  na te przepisy, które są  mniej  więcej  identyczne 

we  wszystkich  krajach  Europy  Zachodniej.  Kościół  za  istotny  element  małżeństwa  uznaje  zgodę 

obojga małżonków. Zgoda rodziców nie jest konieczna i  teoretycznie zabrania im się wywierania 

przymusu na dzieci, aby wbrew własnej woli zawarły związek małżeński. Jednakże literatura epicka 

dostarcza  mnóstwa  przykładów  łamania  tego  zakazu,  przedstawia  dziewczęta  zmuszane  wbrew 

swojej  woli  przez  ojców,  opiekunów  lub  suzerenów  do  małżeństwa  z  bogatym,  możnym  starcem. 

Rozamunda, bohaterka Chanson d'Elie de Saint-Gilles otwarcie wyraża swój wstręt: 

“Nie chcę starucha z pomarszczoną skórą (...J Ta skóra tylko z pozoru jest zdrowa, od środka zżera 

ją robactwo i nie zniosłabym tego zwiędłego ciała, wolałabym uciec jak branka z niewoli [...]"  

Przepisy wymieniają kilka przeszkód uniemożliwiających zawarcie związku małżeńskiego: 

wiek  poniżej  lat  12  dla  dziewcząt,  poniżej  14  dla  chłopców;  otrzymanie  wyższych  święceń; 

pokrewieństwo zbyt bliskie, a za takie na ogół uważano pokrewieństwo -poniżej siódmego stopnia 

(to znaczy wspólny pradziad dziadków). Można było jednak uzyskać dyspensę od tego ostatniego 

warunku. 

Małżeństwo jest nierozerwalne od chwili, gdy zostało dopełnione. Nie wolno żony odtrącić, 

rozwód  nie  istnieje.  Jedyny  sposób,  żeby  związek  zerwać,  to  unieważnienie,  a  można  je  uzyskać 

powołując się na impotencję lub bezpłodność jednego ze współmałżonków albo też udowadniając 

background image

pokrewieństwo, o którym nie wiedziano w chwili ślubu. Nie jest to więc zerwanie małżeństwa, lecz 

po prostu stwierdzenie, że legalne jego zawarcie było niemożliwe, a zatem ono nie istnieje. Kościół 

wykazywał w tej dziedzinie niekiedy wielką ustępliwość. Wiadomo, że w marcu 1152 roku zostało 

anulowane przez synod w Beaugency małżeństwo Ludwika VII z Alienor. Za pretekst posłużył fakt, 

że  Hugo  Capet,  pradziad  dziada  Ludwika,  był  żonaty  z  siostrą  pra-pra-pradziadka  Alienor.  W 

rzeczywistości  związek  rozpadł  się  z  powodu  niezgody  między  małżonkami  (chociaż  kronikarze 

niewątpliwie  przesadzili  przypisując  królowej  różne  przygody),  a  nade  wszystko  dlatego,  że  w 

ciągu piętnastu lat pożycia Alienor obdarzyła króla tylko dwiema córkami. 

Filip August w podobnej sprawie miał mniej szczęścia niż jego ojciec. Po śmierci (1192 r.) 

pierwszej  żony,  Izabeli  z  Hainaut,  zaślubił  14  sierpnia  1193  roku  Ingeborgę,  siostrę  króla 

duńskiego. Z przyczyn, których historykom nigdy się nie udało dociec, już nazajutrz po ślubie po-

czuł  nieprzezwyciężony  wstręt  do  nowej  małżonki  i  zaczął  starania,  aby  się  jej  pozbyć,  pod 

pretekstem,  że  jest  ona  kuzynką  jego  pierwszej  żony.  Na  żądanie  króla  zgromadzenie  prałatów  i 

baronów  unieważniło  więc  to  małżeństwo.  Lecz  zamknięta  w  jakimś  flamandzkim  opactwie 

królowa zdołała wysłać skargę do papieża, który z kolei anulował unieważnienie. Filip August nie 

przyjął do wiadomości decyzji papieskiej i szukał sobie następnej żony. Napotkał wszakże niemałe 

trudności: wszyscy królowie i książęta Europy odmawiali mu ręki swej siostry lub córki. Znalazł w 

końcu w dalekim Tyrolu córkę skromnego wasala, księcia Bawarii, Agnieszkę z Meranu. klub odbył 

się 14 czerwca 1196 roku. Wtedy konflikt jego z papieżem jeszcze się zaostrzył. W styczniu 1200 

roku Innocenty III zwołał do Wiednia synod biskupów, który obłożył interdyktem królestwo Filipa. 

Nie  wolno  było  tam  odprawiać  nabożeństw  ani  udzielać  sakramentów.  Kara  wymierzona  władcy 

zaciążyła  nad  całym  jego  ludem,  a  była  tak  dotkliwa,  że  król  musiał  się  ugiąć.  (Tymczasem  ślub 

jego  syna,  późniejszego  Ludwika  VIII,  z  Blanką  Kastylijską  trzeba  było  23  maja  1200  roku 

przenieść  do  Port-Mort,  pod  Andelys,  na  terytorium  króla  angielskiego.)  Król  pod  koniec  roku 

odesłał więc Agnieszkę i przyjął z powrotem Ingeborgę, ale dopiero w 1212 roku przywrócono jej 

ostatecznie w pełni prawa królowej. 

• Nie wolno też udzielać ślubów w pewnych okresach roku: od pierwszej niedzieli adwentu 

do  oktawy  po  Trzech  Królach;  od  trzeciej  niedzieli  przed  Wielkim  Postem  do  Niedzieli 

Przewodniej;  od  poniedziałku  przed Wniebowstąpieniem  do  oktawy  Zielonych  Świąt.  Ceremonia 

ślubna, zazwyczaj odbywająca się w soboty, niewiele się różniła od dzisiejszej. Państwo młodzi nie 

występowali w specjalnych ubiorach, lecz po prostu w swoich najpiękniejszych strojach, w welonie 

czy też w koronie na głowie. Wymieniali ślubowania i obrączki w kruchcie - gdzie także odbywały 

się  chrzty  i  zrękowiny  -  gesty  i  formułki  po  dziś  dzień  prawie  nie  zmienione.  Potem  dopiero 

wchodzili  do  kościoła,  aby  uczestniczyć  we  mszy  świętej,  a  po  wyjściu  z  kościoła  udawali  się 

zgodnie ze zwyczajem na cmentarz, na chwilę medytacji. Wreszcie następowało wesele, trwające z 

background image

reguły kilka dni, i to nie tylko w domach bogatych baronów, lecz także w chatach chłopskich. W 

pierwszym przypadku gromadzili się na te uroczystości wszyscy okoliczni arystokraci, w drugim - 

sąsiedzi z całej wioski. Najdłużej trwało wesele, najwspanialsze podarki otrzymywali nowożeńcy i 

najobfitsze były uczty, gdy któryś z możnych panów żenił pierworodnego syna. 

 

Starość i śmierć 

 

Średniowiecze nie znało starości w tym sensie, jaki teraz nadajemy temu słowu; nikt się “nie 

wycofywał" z czynnego życia, chyba że wstępował do klasztoru. Każdy aż do śmierci pozostawał 

człowiekiem dorosłym i jeżeli nie zniedołężniał całkowicie, spełniał swoje powinności. Mężczyzna 

siedemdziesięcio- czy osiemdziesięcioletni brał udział w robotach polnych, regularnych bitwach i 

dalekich pielgrzymkach, nie rezygnował z władzy politycznej. 

Ludzie  tej  epoki  nie  umierali  też  tak  młodo,  jak  mogłoby  się  nam  wydawać.  Przeciętna 

długość życia wynosiła 30-35 lat (niewiele mniej niż w pierwszej połowie XIX wieku), ale trzeba 

pamiętać,  że  na  tę  przeciętną  wpływała  ogromna  śmiertelność  wśród  dzieci;  co  trzeci  noworodek 

nie  przekraczał  pięciu  lat  życia.  W  ten  sposób  dokonywała  się  naturalna  selekcja  i  ci,  którzy 

przeżyli, mieli szansę osiągnąć wiek stosunkowo podeszły. Ocenia się, że w Anglii XIII stulecia na 

1000 dzieci urodzonych w danym roku tylko 650 osiągało wiek 10 lat, 550 dożywało trzydziestki, 

300 - pięćdziesiątki, a 75 - siedemdziesiątki. 

Bardziej wyraziście można to przedstawić na konkretnych przykładach. Niestety wszystkie 

są wybrane z kręgu władców lub książąt Kościoła, ponieważ znamy daty urodzenia i zgonu jedynie 

takich dostojnych osobistości. W XII wieku wielu ludzi nie wiedziało dokładnie, ile mają lat, nie 

znając daty własnego urodzenia. Nawet Wilhelm zwany Marszałkiem uważał się za starszego, niż 

był rzeczywiście, i w 1216 roku, obejmując regenęję królestwa angielskiego, mówił, że ma “z górą 

osiemdziesiąt lat", chociaż można z całą pewnością stwierdzić, że urodził się pomiędzy 1144 a 1146 

rokiem. 

Ludwik VII umarł mając 60 lat. Filip August przeżył lat 58, Ingeborga duńska - 60; Ludwik 

VIII żył tylko 39 lat, lecz jego żona Blanka Kastylijska - 65; cesarz Fryderyk Barbarossa umierając 

miał  lat  68, Wilhelm  Lew,  król  Szkocji  -  71,  Henryk  II  Plantagenet  -  56,  jego  synowie,  Ryszard 

Lwie  Serce  i  Jan  Bez  Ziemi,  dożyli  tylko  do  42  i  49  lat,  natomiast  ich  matka Alienor  doczekała 

osiemdziesiątego trzeciego roku życia i przeżyła ośmioro ze swoich dziesięciorga dzieci. 

Częściej niż inni osiągali dostojny wiek duchowni: święty Bernard przeżył lat 63; tyleż co 

Abelard,  mimo  swoich  nieszczęść;  Wilhelm  o  Białych  Rękach,  arcybiskup  Reims,  żył  lat  67, 

Hugues z Puiset,  biskup Durham  -  70;  Robert Wielkogłowy, biskup  Lincolnu  -  78;  Gilbert  Foliot, 

biskup  Londynu  -  79,  papież  Grzegorz VIII  -  87,  a  następca  jego  następcy,  Celestyn  III  -  92  lata. 

background image

Wiek  XII  pozostawił  nam  pamięć  o  pewnym  stulatku:  był  nim  święty  Gilbert  z  Sempringham, 

założyciel zakonu gilbertynów, urodzony w 1083, zmarły w 1189 roku! 

Jak  widać,  w  kręgach  arystokratycznych  ludzie  nierzadko  przekraczali  sześćdziesiątkę,  a 

życie  po  siedemdziesiątce  nie  uchodziło  za  zjawisko  wyjątkowe.  Dlatego  zapewne  anonimowy 

autor opowieści o śmierci króla Artura - La mort le roi Artu - chcąc podkreślić sędziwy wiek swego 

bohatera, przypisuje mu nie 70 ani 75, lecz 92 lata. 

Trzeba  wszakże  przyznać,  że  długowieczność  jest  przywilejem  pewnych  warstw 

społecznych.  Wśród  pospólstwa  szansa  przeżycia  zmniejsza  się  wskutek  klęsk  głodowych  i 

pomorów,  a  w  niektórych  okolicach  wskutek  chorób  endemicznych.  Wielu  poetów,  jak  między 

innymi Helinant de Froidmont, zastanawia się nad krótkością dni człowieka na ziemskim padole: 

 

O, Śmierci, co znienacka chwyta tych, co długo żyć myśleli [...] 

O, Śmierci, której nigdy się nie sprzykrzy ściągać z wysokości [...]  

Często syna przed ojcem zabierasz i kwiat zrywasz, 

A pozostawiasz owoc [...] 

W dwudziestym ósmym czy trzydziestym roku, w pełni młodości  

Porywasz tego, kto mniemał, że właśnie rozkwita [...] 

 

2 Rytm czasu 

 

Człowiek świecki nie był zdolny ocenić dokładnie czasu. Rzeczy odległe (na przykład data 

własnego  urodzenia)  zacierały  się  w  jego  pamięci,  nie  potrafił  też  sięgać  w  przyszłość,  by  ją 

wykorzystać  w  swoich  planach.  Wyruszając  na  pielgrzymkę  albo  w  dłuższą  podróż  nie  umiał 

przewidzieć,  kiedy  wróci  i  co  będzie  robił  po  powrocie.  Bohaterowie  Okrągłego  Stołu  często  tak 

właśnie wyruszali na poszukiwanie przygód, nie wspominając o terminie czy zamiarze powrotu. Z 

nielicznymi  wyjątkami  kronikarze  i  powieściopisarze  nie  dbają  o  ścisłość  dat  i  chronologii, 

poprzestając  na  takich  mglistych  formułkach,  jak  “za  króla  Henryka  II",  “około  Zielonych 

Świątek",  “gdy  się  dni  wydłużać  zaczynały",  albo  też  po  prostu  przyjmują  za  punkt  odniesienia 

jakieś zdarzenie niezwykłe, wyróżniające się w potoku dni. W praktyce określa się datę zdarzenia w 

odniesieniu  do  uroczystych  świąt  lub  do  innych  zdarzeń,  które  ze  względu  na  swoją  doniosłość 

utkwiły w pamięci. 

Średniowieczna  umysłowość  zdaje  się  szczególnie  uczulona  na  regularny  cykl  dni,  świąt, 

pór  roku,  wieczne  oczekiwanie  i  wieczne  rozpoczynanie  od  początku,  a  jednocześnie  powolne, 

nieubłagane starzenie się. Wszystko jest v, ruchu i zarazem w zawieszeniu. Stąd w literaturze i sztu-

ce  takie  tematy  jak  “pochwała  minionego  czasu"  (świat  się  starzeje,  nie  jest  już  tym,  czym  był 

background image

niegdyś; gdzie się podziały niegdysiejsze radości, cnoty i bogactwa lub “koło Fortuny" (wszystko 

zawsze wraca na swoje miejsc, każdy z nas widzi, jak jego los opada, wznosi się i znowu opada po 

cóż się wysilać aby zmienić bieg rzeczy?). 

Ta  tradycyjna  rezygnacja  prawdopodobnie  wynika  z  tego,  że  człowiek  średniowiecza  - 

rycerz czy chłop - zna pojęcie czasu jedynie z konkretnego doświadczenia. Refleksja intelektualna i 

ścisłe  obliczenia  stanowią  wyłączny  przywilej  garstki  duchownych.  Inni,  wszyscy  inni,  wiedzą 

tylko, że dni się przeplatają z nocami, zima z latem.  Żyją czasem przyrody, któremu  rytm nadają 

coroczne roboty w polu, terminy danin i opłat należnych seniorowi. Na portalach wielkich katedr w 

Amiens,  Chartres,  Paryżu,  Reims,  Saint-Denis,  Senlis,  a  w Anglii  zwłaszcza  na  chrzcielnicach  - 

rzeźbiarze  często  przedstawiali  kalendarz  życia  wiejskiego;  każdy  miesiąc  jest  zilustrowany 

charakterystyczną  dla  niego  scenką,  a  więc  styczeń  to  czas  świąt  i  uciech  stołu,  luty  przynosi 

odpoczynek  przy  domowym  ognisku,  marzec  wymaga  wznowienia  pracy  na  roli,  przekopywania 

ziemi i przycinania winorośli; kwiecień jest najpiękniejszym miesiącem roku, porą odnowy, i bywa 

przedstawiany  w  postaci  dziewczyny  z  naręczem  kwiatów;  maj  to  miesiąc  wielkiego  pana,  który 

wtedy na wspaniałym koniu rusza na polowanie lub na wojnę; czerwiec to czas sianokosów, a lipiec 

-  żniw;  sierpień  -  młócki,  wrzesień  i  październik  -  winobrania,  a  pod  koniec  tego  okresu  także 

siewów; w listopadzie przygotowuje się zapas drew na zimę i prowadzi się do dąbrowy wieprzka, 

aby się utuczył żołędziami, zanim będzie zarżnięty w grudniu, przed styczniowymi ucztami. 

 

Czas krótki: dzień 

 

Rytm  dnia  zależy  przede  wszystkim  od  słońca,  dni  są  w  lecie  długie,  a  zimą  krótkie.  W 

osiedlach  ułatwiają  rachubę  czasu  dzwony  klasztoru  wzywające  mniej  więcej  co  trzy  godziny  na 

modlitwy: o północy na jutrznię, około trzeciej na laudes, około szóstej na prymę, około dziewiątej 

na tercję, a w południe na sekstę, około piętnastej na nonę, około siedemnastej na nieszpory i około 

dwudziestej  pierwszej  -  na  kompletę.  Co  prawda,  nie  wszystkie  te  godziny  kanoniczne  są  równej 

długości, wahają się, zależnie od szerokości geograficznej, pory roku i skrupulatności dzwonnika. 

Zwłaszcza godzina nieszporów była niestała, w Anglii zaś dzwoniono wcześniej niż na kontynencie 

na tercję, sekstę i nonę (i to tak, że w końcu noon w języku angielskim oznacza południe). 

Jak  mierzono  upływ  czasu?  W  niektórych  klasztorach  były  zegary  wodne,  podobne  do 

starożytnych klepsydr, złożone z dwóch pionowo zestawionych naczyń, przy czym woda z górnego 

kapie kropla po kropli do dolnego; dana ilość płynu wymaga zawsze tego samego czasu, aby prze-

lać się z jednego naczynia do drugiego. Ale ten przyrząd, delikatny i skomplikowany, nie był bardzo 

rozpowszechniony.  Chętniej  posługiwano  się  zegarem  słonecznym,  a  do  mierzenia  krótszych 

okresów  czasu  piaskowym,  podobnym,  mimo  różnicy  w  rozmiarach,  do  prostego  przyrządu, 

background image

którego  po  dziś  dzień  używają  gospodynie  w  swoich  kuchniach.  W  nocy  zakonnik  pełniący 

obowiązki dzwonnika orientował się według pozycji gwiazd albo długości wypalonej świeczki. Z 

tekstów  wiemy,  że  w  ciągu  nocy  zużywały  się  trzy  świece,  dzielono  więc  noc  na  trzy  części, 

nazywając  je  pierwszą,  drugą  i  trzecią  świeczką.  Dzwonnik  mógł  też  z  grubsza  liczyć  godziny 

według liczby przeczytanych stronic, odmówionych pacierzy lub psalmów. 

Sposób  spędzania  dnia  jest  oczywiście  różny,  zależnie  od  regionu,  pory  roku  i  pozycji 

społecznej. Można wszakże zauważyć pewne wspólne reguły. Wstawano na ogół wcześnie, bo wraz 

ze świtem rozpoczynały się codzienne czynności, a trzeba było przedtem umyć się, ubrać, odmówić 

pacierz  lub  wysłuchać  mszy  świętej.  Mało  kto  zaraz  po  wstaniu  z  łóżka  zasiadał  do  stołu,  gdyż 

praktyki religijne wymagały, by je wypełniać na czczo. Śniadanie, pierwszy z trzech codziennych 

posiłków, jadano więc stosunkowo późno, w porze tercji;  dzielił on przedpołudnie na dwie mniej 

więcej równe części. Drugi, bardziej obfity posiłek, obiad, wypadał między sekstą a noną. Po nim 

następowała chwila odpoczynku, drzemka lub lektura, przechadzka lub jakieś gry. W porze, którą 

my określilibyśmy jako połowę popołudnia, każdy wracał do swoich obowiązków i zajmował się 

nimi  do  zachodu  słońca.  Zimą  ta  część  dnia  była  stosunkowo  krótka.  Do  kolacji  siadano  między 

nieszporami  a  kompletą  i  ten  posiłek  trwał  dłużej  niż  dwa  poprzednie.  Potem  niekiedy  czuwano 

jeszcze  przez  czas  jakiś,  lecz  -  z  wyjątkiem  wigilii  Bożego  Narodzenia  -  niezbyt  długo.  W  XII 

wieku ludzie wcześnie chodzili spać. Oświetlenie  - świeca łojowa lub woskowa, lampka oliwna - 

kosztowało drogo i nie było bezpieczne, a noc zawsze budziła mniejsze lub większe niepokoje: to w 

nocy  wybuchały  pożary,  czyhały  zdrady  i  nadprzyrodzone  strachy.  Przepisy  prawne  wszędzie 

zakazywały  jakiejkolwiek  pracy  po  zapadnięciu  ciemności  i  surowo  karały  za  przestępstwa  czy 

wykroczenia popełniane między zachodem a wschodem słońca. 

 

Czas długi: rok i kalendarz 

 

Z  datami  było  tak  samo  jak  z  godzinami:  wszyscy  słuchali  dyktanda  Kościoła.  Cykl  roku 

wynikał  z  kalendarza  liturgicznego,  w  którym  główne  akcenty  padały  na  adwent,  Wielki  Post  i 

najważniejsze  święta:  Boże  Narodzenie,  Wielkanoc,  Wniebowstąpienie,  Zielone  Świątki  i  dzień 

Wszystkich  Świętych.  Wniebowzięcie  Matki  Boskiej  (15  sierpnia)  zaczęto  świętować  dopiero  w 

połowie  XIII  wieku.  Datę  Bożego  Narodzenia  wyznaczył  ostatecznie  na  dzień  25  grudnia  sobór 

nicejski w 325 roku, a dopiero w VII wieku ustalono 1 listopada jako dzień Wszystkich Świętych. 

Trzy pozostałe wielkie święta są ruchome. Pierwszym zadaniem rachmistrzów było obliczenie daty 

Wielkanocy,  którą  od  VI  wieku  postanowiono  obchodzić  w  pierwszą  niedzielę  po  pełni  księżyca 

następującej po 21 marca (w praktyce zasada ta wahała się nieco aż do końca VIII wieku). Tak też 

oblicza  się  ją  po  dziś  dzień.  Podobnie  jak  w  średniowieczu, Wielkanoc  w  naszych  czasach  może 

background image

więc  przypaść  najwcześniej  22  marca,  a  najpóźniej  25  kwietnia.  Wniebowstąpienie  święci  się  w 

czterdzieści, a Zesłanie Ducha Świętego w pięćdziesiąt dni po Zmartwychwstaniu. 

Rok kościelny zaczyna się w pierwszą niedzielę adwentu, lecz z rokiem świeckim było i jest 

inaczej. Zrazu ta data była w różnych krajach różna. W Anglii za początek roku przyjmowano dzień 

25 grudnia, później jednak kancelaria episkopalna i królewska przesunęły go stopniowo aż do 25 

marca, na święto Zwiastowania, i ten zwyczaj przeważał od końca XIII wieku aż do 1751 roku. We 

Francji zwyczaje różniły się w poszczególnych jednostkach administracyjnych. Nawet w miastach 

dość  blisko  siebie  położonych  rok  zaczynał  się  kiedy  indziej,  a  więc  w  Beauvais  25  grudnia,  w 

Reims  25  marca,  w  Paryżu  w  Niedzielę  Wielkanocną,  w  Meaux  22  lipca  (dzień  świętej  Marii 

Magdaleny).  Nie  wdając  się  w  szczegóły  powiedzmy,  że  najczęściej  za  początek  roku  uznawano 

Boże  Narodzenie  (regiony  zachodnie  i  południowe),  Zwiastowanie  (Normandia,  Poitou,  część 

środkowej i wschodniej Francji), Wielkanoc (Flandria, Artois, domena królewska). 

Ta  ostatnia  data,  że  względu  na  swoją  ruchomość,  była  szczególnie  niedogodna.  Dla 

kancelarii  królów  Francji  rok  zaczynał  się  w  Niedzielę  Wielkanocną,  toteż  w  pewnych  latach 

zawarte  w  nim  były  prawie  pełne  dwa  kwietnie,  gdy  w  innych  latach  miesiąc  ten  skracał  się  do 

połowy. Na przykład 1209 rok zaczął się 29 marca, a skończył niemal w trzynaście miesięcy potem, 

17 kwietnia, czyli że kwiecień w tym roku liczył 47 dni w dwóch częściach, 30 w pierwszej i 17 w 

drugiej,  natomiast  w  roku  1213,  zaczętym  14  kwietnia  i  zakończonym  29  marca,  zmieściło  się 

zaledwie szesnaście dni kwietnia. 

W aktach i kronikach nie zawsze oznaczano rok licząc od narodzenia Chrystusa. Niekiedy 

wybierano  raczej  takie  formuły  jak:  “w  tym  a  tym  roku  panowania  naszego  króla  (naszego 

hrabiego)  (...)  albo:  gdy  nasz  król  (nasz  hrabia)  panował  od  tylu  a  tylu  lat."  Poza  tym,  chociaż 

nazwy miesięcy brzmiały tak samo jak dzisiaj, dni oznaczano rozmaicie: weźmy dla przykładu 28 

września.  Czasem  pisano:  “dwudziestego  ósmego  dnia  września",  czasem  “na  trzy  dni  przed 

końcem  września"  lub  “trzeciego  dnia  od  końca  września",  a  czasem  “na  cztery  dni  przed 

kalendami października", lecz najczęściej: “w wigilię świętego Michała". 

Dla  ogromnej  bowiem  większości  ludzi  święta  liturgiczne  i  dni  świętych  patronów 

stanowiły jedyne punkty orientacyjne roku. Wynikały z tego niekiedy nieporozumienia. Mogło się 

zdarzyć,  że  w  dwóch  sąsiadujących  ze  sobą  diecezjach  daty  świąt  tych  samych  patronów  były 

różne.  Niektórzy  zaś  święci  powszechnie  czczeni  mieli  nie  jeden,  lecz  kilka  swoich  dni  w  roku. 

Obchodzono rocznicę ich urodzin, nawrócenia, męczeństwa, znalezienia lub przeniesienia relikwii. 

Na przykład świętego Marcina czczono co najmniej trzy razy w roku: 4 lipca (święty Marcin letni) - 

na pamiątkę jego święceń kapłańskich, 11 listopada (święty Marcin zimowy) - dzień jego pogrzebu 

i  13  grudnia  -  w  rocznicę  przeniesienia  jego  relikwii  z Auxerre  do  Tours.  Inne  zwyczaje  jeszcze 

dobitniej świadczą o wpływie życia religijnego na kalendarz: w pewnych porach roku dni tygodnia 

background image

określano  według  tematu  ewangelii  czytanej  tego  dnia  w  kościele,  a  więc  czwartek  w  drugim 

tygodniu  postu  nazywano  “złym  bogaczem",  piątek  -  “robotnikami  winnicy",  a  sobotę 

“jawnogrzesznicą". 

Lecz te problemy kalendarza należą do duchownych. Możni panowie i rycerze, chłopi wolni 

i  niewolni,  mieszkańcy  miasteczek  i  miast  wcale  się  na  tym  nie  znają.  Bardziej  ich  interesują 

terminy  sesji  sądowych  i  zgromadzeń  feudalnych,  uroczystych  pasowań  i  innych  rycerskich  cere-

monii (Wielkanoc, Zielone Świątki), a także płacenia danin (Wszystkich Świętych, Matki Boskiej 

Gromnicznej),  otwarcia  jarmarków  czy  targów.  Odczuwają  rytm  niedziel  i  niezliczonych 

świętowanych dni, powracających regularnie wielkich świąt religijnych i związanych z nimi uciech, 

lecz bardziej jeszcze są wrażliwi na cykl pór roku, na czas przyrody: dla wszystkich są dni piękne i 

dni brzydkie. 

background image

Rozdział drugi 

Społeczeństwo feudalne i społeczeństwo rycerskie 

 

Nie sposób w kilku zdaniach opisać struktur społecznych w wieku XII i w początkach wieku 

XIII.  Jest  to  temat  ogromny,  a  niektóre  jego  aspekty,  na  przykład  stosunek  między  szlachtą  a 

rycerstwem,  należą  do  najbardziej  kontrowersyjnych  dziedzin  dzisiejszych  studiów  nad  historią 

średniowiecza.  Pierwsza  połowa  XII  wieku  to  rzeczywiście  zenit  tego,  co  nazywamy 

społeczeństwem  feudalnym,  lecz  w  ostatnich  dekadach  tego  stulecia  i  pierwszych  następnego 

zaznacza  się  już  jego  powolny,  ale  nieubłagany  zmierzch.  Pomiędzy  dwiema  datami,  które 

wybraliśmy  jako  punkty  graniczne  tematu  tej  książki,  obserwujemy  przyspieszenie  zmian 

społecznych decydujących o dalszych losach Europy Zachodniej, lecz nie tu miejsce na szersze ich 

omawianie.  Spróbujmy  po  prostu  naszkicować  zarysy  różnych  kategorii  społecznych, 

uwzględniając  szczególnie  te  czynniki,  które  z  ekonomicznego  i  społeczno-prawnego  punktu 

widzenia wywarły największy wpływ na życie codzienne. 

Chodzi  jedynie  o  to,  żeby  ułatwić  zrozumienie  następnych  rozdziałów,  toteż  świadomie 

nadajemy  temu  wykładowi  formę  bardzo  zwięzłą,  nie  kusząc  się  o  wyczerpanie  tematu  ani  też  o 

uwzględnienie wszystkich subtelności, zwłaszcza w przedstawieniu różnic między Francją a Anglią. 

 

Ogólna charakterystyka społeczeństwa 

 

Społeczeństwo  XII  wieku  jest  przede  wszystkim  chrześcijańskie.  Aby  do  niego  należeć, 

choćby  tylko  formalnie,  trzeba  być  chrześcijaninem.  Poganie,  żydzi  i  muzułmanie  są  z  niego 

wykluczeni,  nawet  jeśli  się  ich  toleruje.  Europa  Zachodnia  żyje  rytmem  wspólnej  wiary.  Dobra 

wielmożów, miasta, każda jednostka polityczna stanowi raczej cząstkę świata chrześcijańskiego niż 

określonego  królestwa.  Z  tego  wynika  intensywność  wymiany,  elastyczność  granic,  brak 

sprecyzowanego pojęcia narodu i brak nacjonalizmu; z tego też wynika uniwersalny charakter nie 

tylko  obyczajów  i  kultury,  lecz  również  struktur,  a  nawet  instytucji  społecznych.  Nie  istnieją 

odrębne społeczeństwa: francuskie i angielskie. W Burgundii czy w Kornwalii, w Yorkshire czy w 

Andegawenii  życie  toczy  się  tak  samo,  tacy  sami  są  ludzie  i  takie  same  sprawy.  Jeśli  zachodzą 

jakieś istotne różnice, to tylko te, które dyktuje położenie geograficzne i warunki klimatyczne. 

Społeczeństwo to  jest zhierarchizowane. Pod pewnymi względami wydaje się anarchiczne 

(nie  ma  pojęcia  państwa;  prawa  i  pełnomocnictwa.  tak  jak  na  przykład  prawa  do  bicia  monety, 

wymierzania sprawiedliwości, utrzymywania armii są rozproszone na liczne ośrodki władzy), lecz 

jest  zorganizowane  wyraźnie  wokół  dwóch  porządkujących  je  podstaw  ładu:  króla  i  piramidy 

feudalnej. W epoce, która nas interesuje, król zyskuje pewną przewagę nad hierarchią feudalną. Tak 

background image

było w Anglii od wstąpienia na tron Henryka II, a we Francji pod koniec panowania Filipa Augusta. 

Poza  tym  społeczeństwo  we  wszystkich  swoich  warstwach  przejawia  tendencję  do 

tworzenia  grup  i  zrzeszeń,  czy  to  gildii  miejskich,  czy  cechów  rzemieślniczych,  lig  baronów  czy 

gmin wiejskich. Jednostki rzadko działają we własnym imieniu, nigdy ich się nie wyodrębnia z ich 

grupy.  Ludzie  jeszcze  się  nie  dzielą  naprawdę  na  stany,  lecz  już  są  w  znacznym  stopniu 

zorganizowani w swoich warstwach społecznych. 

Jest to już pod wielu względami społeczeństwo prawie klasowe, chociaż te klasy nie grają 

jeszcze  wielkiej  roli  w  organizacji  polityczne-prawnej  ani  w  rozdziale  praw  i  obowiązków.  Są  to 

klasy bardzo płynne i otwarte (czyż Wilhelm z Owernii, biskup Paryża, nie był synem niewolnego 

chłopa?),  jednakże  mamy  do  czynienia  ze  społeczeństwem  klasowym.  W  życiu  codziennym  linie 

podziału nie biegną między duchowieństwem, szlachtą i ludem, lecz między możnym bogaczem i 

biedakiem pozbawionym jakiejkolwiek władzy. 

 

Seniorowie i wasale 

 

Europa  feudalna  to  świat  wiejski,  w  którym  o  bogactwie  decyduje  posiadanie  ziemi.  Nad 

społeczeństwem  dominują  właściciele  ziemscy,  rozporządzający  zarazem  siłą  ekonomiczną  i 

polityczną.  Są  to  możni  panowie.  Feudalizm  to  przede  wszystkim  system  określający  wzajemne 

zależności  między  nimi.  System  opiera  się  na  dwóch  podstawowych  elementach,  na 

zobowiązaniach wasalnych i na nadawaniu lenna. 

Wasal to pan mniej lub bardziej słaby, który na skutek zobowiązań lub we własnym interesie 

związał się z możniejszym od siebie panem i przyrzekł mu wierność. Związek ten jest przedmiotem 

kontraktu  ustalającego  wzajemne  zobowiązania  obu  stron.  Senior  przyrzeka  wasalowi  opiekę  i 

utrzymanie, obronę od wrogów, poparcie w sądach, światłe rady oraz dary i “szczodrość"; zapewnia 

mu byt na swoim dworze lub co częstsze - nadaje mu ziemię, która wyżywi go wraz z rodziną, to 

jest  lenno.  W  zamian  za  to  wasal  zobowiązuje  się  wobec  swego  seniora  do  służby  wojskowej 

(której formę określa kontrakt), uczestniczenia w jego działalności politycznej (narady, poselstwa) 

oraz  pomocy  jurystycznej  (pomoc  w  wymierzaniu  sprawiedliwości,  zasiadanie  w  sądach 

senioralnych);  niekiedy  zobowiązuje  się  do  usług  osobistych,  zawsze  do  okazywania  panu 

należnego  szacunku,  a  w  niektórych  przypadkach  także  do  świadczeń  pieniężnych.  We  Francji 

świadczeń  tych  wymaga  się  od  wasala  w  czterech  przypadkach,  mianowicie  gdy  chodzi  o 

zapłacenie okupu, o wyprawę krzyżową, o zamążpójście najstarszej córki i o pasowanie na rycerza 

najstarszego syna. 

Tylko najwięksi możnowładcy zawierają kontrakty ze swymi wasalami na piśmie. Zawsze 

jednak towarzyszy tej umowie ceremoniał, niemal identyczny we wszystkich regionach. Najpierw 

background image

wasal  na  klęczkach  wypowiada  formułę  hołdowniczą:  “Staję  się  odtąd  twoim  człowiekiem...", 

potem,  już  stojąc,  z  ręką  na  Ewangelii  lub  na  relikwiarzu,  przysięga  swojemu  panu  wierność, 

wreszcie pan nadaje mu lenno, wręczając przedmiot, który jest symbolem tej łaski (gałązkę, ziele, 

grudkę  ziemi)  lub  też  symbolem  użyczonej  władzy  (berło,  pierścień,  laskę,  rękawicę,  sztandar, 

włócznię). Przyklękanie, wymiana pocałunków, liturgiczne gesty składają się na uroczysty obrzęd, 

jednorazowy lub też powtarzany w ustalonych terminach. 

Pierwotnie  lenno  nadawane  było  danej  osobie  i  tylko  dożywotnio,  stopniowo  wszakże 

przyjmowała się zasada dziedziczności, która w końcu XII wieku stała się już regułą, zarówno we 

Francji, jak w Anglii. Gdy lenno przechodziło w inne ręce, senior zadowalał się pobieraniem opłaty 

(relief). Często lenna nie przejmował jeden najstarszy syn, lecz dzielono je między kilku synów i w 

ten sposób pierwotne włości ulegały rozdrobnieniu, a wasale ubożeli. 

Wasal  bowiem  na  swoim  lennie  rozporządza  prawami  politycznymi  i  ekonomicznymi  tak, 

jakby  był  rzeczywistym  właścicielem  tych  dóbr.  Senior  zachowuje  tylko  prawo  skonfiskowania 

lenna,  jeżeli  wasal  nie  dotrzymuje  swoich  zobowiązań.  Wasal  ze  swej  strony,  jeśli  się  czuje 

skrzywdzony  przez  swego  seniora,  może,  nie  oddając  nadanej  ziemi,  wymówić  mu  wierność  i 

odwołać się do suzerena; nazywało się to wyzwaniem (defi). 

System  feudalny  był  zbudowany  rzeczywiście  jak  piramida,  w  której  każdy  senior  był 

wasalem innego, potężniejszego seniora. Miejsce na szczycie zajmował król, który zresztą starał się 

wydobyć  poza  ten  system.  Na  dole  znajdowali  się  najmniejsi  wasale,  zwani  wasalami  niższego 

stopnia  (vavasseurs);  ich  właśnie  poematy  rycerskie  przedstawiają  jako  wzór  wierności,  dobrych 

manier  i  mądrości.  Pomiędzy  szczytem  a  podstawą  mieściła  się  cała  hierarchia  większych  i 

mniejszych baronów, od książąt i hrabiów aż do właścicieli najskromniejszych zamków. O potędze 

seniora  decyduje  rozległość  jego  ziemskich  włości,  liczba  wasali  i  rozmiary  posiadanych  przez 

niego zamków lub zamku. 

 

 

Włości seniora, ramy życia codziennego 

 

Na  włości  seniora  składa  się  całość  dóbr  ziemskich,  w  których  przysługują  mu  prawa 

właściciela  i  suwerena.  Jest  to  podstawowa  polityczna  i  gospodarcza  jednostka  społeczeństwa, 

niemal  wyłącznie  podówczas  wiejskiego.  Wśród  pańskich  włości,  rozmaitych  rozmiarów  i  form, 

typowa  była  kasztelania,  zwykle  niewielka,  dość  jednak  duża,  by  obejmować  kilka  wiosek  i 

posiadać zamek obronny oraz lenna niezbędne, by dostarczyć zamkowi załogi. Księstwa, hrabstwa i 

wielkie  lenna  kościelne  były  podzielone  na  pewną  liczbę  kasztelanii.  Geografię  feudalną  cechuje 

ogromne  rozczłonkowanie  ziemi,  gdyż  włości  pańskie  rzadko  były  scalone  w  jednym  kawałku. 

background image

Wynikało to z tego, że właściciel dochodził do majątku ziemskiego rozmaitymi drogami (spadek, 

kupno, dary, zdobycz wojenna), i z tego, że każda taka posiadłość musiała sama produkować niemal 

wszystko,  czego  potrzebowała.  Wojny  prywatne  często  wybuchały  dlatego,  że  któryś  z  panów 

pragnął połączyć w całość dwie swoje ziemie rozdzielone włościami sąsiada. 

Pomijając  małe  lenna,  które  pan  nadawał  swoim  żołnierzom,  włości  dzieliły  się  na  dwie 

części:  gospodarstwa  chłopskie  i  rezerwę  pańską.  Gospodarstwa  chłopskie  to  małe  działki  ziemi, 

wydzierżawione  przez  pana  chłopom  w  zamian  za  część  plonów  (zapłata  w  naturze  lub  w 

pieniądzach,  zależnie  od  zwyczajów  niezmiernie  zróżnicowanych  w  różnych  regionach)  i  za 

odrobek  na  ziemiach  pańskich;  robocizny  polegały  na  przymusowej  pracy  przy  sianokosach, 

winobraniu,  szarwarkach.  Rezerwą  pańską  nazywa  się  część  włości  eksploatowana  bezpośrednio 

przez pana. Należą do niej: zamek wraz z przyległościami, ziemie orne uprawiane przez niewolną 

ludność lub przez chłopów zobowiązanych do świadczenia robocizny oraz pastwiska, lasy i rzeki, z 

których wszyscy mieszkańcy włości mają prawo czerpać mniejsze lub większe pożytki. 

Na całym obszarze swoich włości, zarówno na części wydzierżawionej czynszownikom, jak 

na  rezerwie  pańskiej,  pan  reprezentuje  władzę  publiczną:  sprawuje  sądy,  pilnuje  porządku  i 

zapewnia obronę militarną. Z tą władzą zarządzania łączy, jako właściciel, władzę gospodarczą, po-

biera  opłaty  od  wszelkiej  działalności  handlowej  (za  przejazd  drogą  lub  mostem,  za  transakcje 

dokonywane  na  targowiskach  i  jarmarkach);  poza  tym  jest  właścicielem  różnych  warsztatów  i 

środków produkcji (kuźnia, młyn, tłocznia do wina, piec piekarski), z których mieszkańcy włości o-

bowiązani  są korzystać  za określoną zapłatą. Ten monopol, zwany banalite, rozciąga się także na 

zwierzęta: niektórzy panowie wymagają, żeby chłopi pod groźbą ciężkiej grzywny przyprowadzali 

swoje krowy i maciory do pańskiego byka czy knura. 

Chłopi niewolni i wolni 

 

Chłopi uprawiający wydzierżawioną im przez pana ziemię dzielili się na dwie grupy mające 

różny status prawny, na chłopów wolnych i niewolnych. 

Pierwsi  cieszyli  się  całkowitą  wolnością  osobistą;  politycznie  byli  zależni  od  pana,  lecz 

mieli  swobodę  poruszania  się,  mogli  mieszkać,  gdzie  chcieli,  a  nawet  niekiedy  zmieniać  pana. 

Drudzy, przeciwnie, byli przywiązani na stale do swojej działki, ograniczeni w prawach i obciążeni 

powinnościami. Płacili większe podatki niż chłopi wolni, nie mogli świadczyć w sądzie w sprawach 

wolnych  ludzi,  wstępować  do  stanu  duchownego,  korzystać  w  pełni  z  dóbr  wspólnych.  Status 

niewolnego  chłopa  nie  ma  jednak  nic  wspólnego  z  niewolnictwem  panującym  w  świecie  sta-

rożytnym.  Średniowieczny  chłop  niewolny  ma  w  pewnym  stopniu  osobowość  prawną,  może 

posiadać jakąś własność dziedziczną. Pan winien mu jest sprawiedliwość i obronę, nie może go bić 

ani zabić, ani też sprzedać. 

background image

Niewolni  chłopi  byli  rzadkością  w  niektórych  regionach  (Bretania,  Normandia, 

Andegawenia),  bardzo  natomiast  często  spotykamy  ich  w  innych,  gdzie  niemal  cała  ludność 

chłopska należała do tej kategorii (Szampania, Nivernais). Warunki ludności niewolnej bardzo się 

też różniły w poszczególnych lennach i włościach. Na ogół pod koniec XII wieku różnica między 

wolnymi a niewolnymi chłopami była niewielka. Jedni i drudzy żyli na co dzień tak samo; zaznacza 

się  tendencja  do  łączenia  obu  grup  w  jedną  kategorię  społeczną  ludzi,  którym  się  narzuca 

ograniczenia  i  powinności  obowiązujące  początkowo  tylko  niewolnych:  podatek,  zwany 

przedślubnym, płacony przez chłopa, jeśli bierze za żonę poddankę innego pana; opłata “martwej 

ręki", obowiązująca przy obejmowaniu dzierżawy w spadku po rodzicach. Różnice wynikały raczej 

z  sytuacji  ekonomicznej  niż  ze  statusu  społecznego.  Chłopstwo  nie  dzieliło  się  w  praktyce  na 

wolnych  i  niewolnych,  lecz  raczej  na  zamożnych  rolników,  posiadających  inwentarz  żywy  i 

narzędzia  pracy,  i  na  hołyszów,  którym  za  cały  majątek  muszą  wystarczyć  dwie  ręce  i  odwaga. 

Wszędzie  też  spotykało  się  wolnych  chłopów  cierpiących  nędzę  i  niewolnych  cieszących  się 

względnym dostatkiem. 

Klasa  chłopska  ma  bowiem  już  wtedy  swoich  notablów,  którzy  służąc  panu  stają  się  jego 

“ministeriałami",  czyli  urzędnikami,  a  także  innych,  którzy  wbrew  pańskiemu  despotyzmowi 

kierują  wspólnotą  wiejską.  Ta  wspólnota,  złożona  z  ogółu  ojców  rodzin,  odgrywa  ważną  rolę  w 

życiu wsi: zarządza ziemią i stadem należącym do gminy, rozstrzyga o płodozmianie, rozkłada na 

poszczególnych  chłopów  ciężar  podatku,  zwanego  taille,  ściąganego  przez  pana  od  wszystkich 

mieszkańców włości należących do niższego stanu. 

 

Ludność miejska 

 

Miasta często były po prostu wielkimi wsiami. Jednakże od wieku XI można zaobserwować 

w  całej  Europie  Zachodniej  niewątpliwy  rozkwit  urbanistyczny,  związany  z  ożywieniem  ruchu 

handlowego,  rozwojem  rzemiosł,  a  nawet  pewnych  form  przemysłu,  oraz  mnożeniem  się 

stowarzyszeń zawodowych i municypalnych. Miasta przyciągają nową ludność, rosną i poszerzają 

swoje mury. Mieszkańcy miast coraz bardziej niechętnie znoszą władzę panów i swoją zależność od 

nich. Niezadowolenie to prowadzi do buntów, określanych jako “ruchy komunalne"; ich przebieg i 

forma bywały w różnych miastach różne, zawsze jednak chodziło o to samo, o uzyskanie przemocą 

lub  w  drodze  ugody  przywilejów,  swobód,  praw  do  samorządu,  spisanych  w  karcie  praw 

komunalnych (charte de commune). Toteż miasta coraz wyraźniej odcinają się od tła całego kraju. 

Dzięki uzyskanym swobodom wyłamują się z systemu feudalnego. W organizacji i statutach miast 

widać  nieskończoną  różnorodność,  lecz  gdy  sytuacja  polityczna  rozwija  się  rozmaicie,  ewolucja 

społeczna jest wszędzie niemal identyczna. 

background image

Kupcy  i  rzemieślnicy  zrzeszają  się  we  wspólnotach  zawodowych  (późniejszych  cechach), 

które  wywierają  coraz  silniejszy  wpływ  na  życie  miasta.  Ustanawiając  monopole,  wyznaczając 

płace  i  godziny  pracy  oraz  warunki  przyjmowania  do  zawodu,  tłumiąc  bunty,  kontrolując  jakość 

towarów, surowo karząc oszustwa i złą robotę, zrzeszenia te w końcu nie tylko całkowicie kierują 

handlem  i  produkcją,  lecz  ujmują  w  swoje  ręce  administrację  miejską.  I  tak  samo  jak  na  wsi, 

hierarchia nie opiera się tu na statusie prawnym, lecz na kryteriach ekonomicznych: są bogaci i są 

biedni.  Z  jednej  strony  patrycjat,  majętni  kupcy,  mistrzowie  rzemiosł,  właściciele  rent  dzierżą 

władzę  polityczną,  wyznaczają  i  zbierają  podatki,  posiadają  domy  i  ziemie,  z  których  czerpią 

dochody  pobierając  czynsze;  z  drugiej  strony  pospólstwo,  drobni  rzemieślnicy,  robotnicy,  ter-

minatorzy, czeladnicy, biedacy różnego autoramentu, którzy, jak tkaczki wyzwolone przez Iwena w 

romansie Chretiena de Troyes Rycerz z lwem, skarżą się na swój los: 

 

“Zawsze  tkać  będziemy  jedwabie,  lecz  same  nigdy  nie  będziemy  lepiej  przyodziane.  Zawsze 

będziemy biedne i nagie, zawsze nas będzie dręczył głód i pragnienie. Nigdy nie będzie nas stać na 

lepszą strawę [...) Kto zarabia dwadzieścia su tygodniowo, nigdy się nie wydobędzie z nędzy [...), a 

gdy my cierpimy niedostatek, ten, dla którego pracujemy, bogaci się naszym trudem [...)” 

 

Duchowieństwo 

 

Środowisko  duchownych  było  niezmiernie  zróżnicowane,  a  granice  spomiędzy  nim  a 

światem ludzi świeckich niekiedy się zacierały. Duchownym nazywano każdego mężczyznę, który 

otrzymał  już  pierwsze  z  niższych  święceń,  miał  wystrzyżoną  tonsurę  i  nosił  długie  szaty, 

wyróżniające  duchownych.  Był  to  status  dość  elastyczny  i  liczne  pośrednie  stopnie  dzieliły  ludzi 

świeckich  od  członków  prawdziwego  duchowieństwa.  Status  duchownego  zdawał  się  bardzo 

pożądany, przynosił bowiem wiele poważnych przywilejów. Duchowny podlegał wyłącznie sądom 

kościelnym,  łagodniejszym  od  sądownictwa  świeckiego.  Stan  duchowny  zwalniał  od  służby 

wojskowej i od większości podatków ściąganych przez seniorów. Osoby duchowne oraz ich mienie 

cieszyły się specjalną opieką, o beneficja kościelne były zastrzeżone tylko dla nich. W zamian za to 

nie  wolno  im  się  było  mieszać  do  spraw  świeckich,  a  zwłaszcza  parać  się  handlem.  Ci,  którzy 

otrzymali wyższe święcenia, nie mieli prawa się żenić, a jeśli złożyli zakonne śluby ubóstwa, tracili 

prawa do spuścizny po rodzicach. 

Duchowni  piastujący  urząd  kościelny  korzystali  ze  związanych  z  nim  dóbr  i  mieli  się 

utrzymywać  z  płynących  stąd  dochodów:  były  to  beneficja.  Odróżniano  beneficja  mniejsze 

(probostwa,  przeorstwa,  kanonikaty)  od  beneficjów  większych  (arcybiskupstwa,  biskupstwa, 

opactwa).  Zarówno  we  Francji,  jak  w  Anglii  Kościół  należał  do  najbogatszych  właścicieli 

background image

ziemskich  królestwa  i  nadawał  część  swoich  dóbr  tym,  którzy  mu  służyli.  Wielkość  beneficjum 

zależała od wagi pełnionych funkcji. 

Biskupa  zazwyczaj  wybierali  księża  należący  do  kapituły  kościoła  katedralnego,  czyli 

kanonicy. Niekiedy zasięgano opinii wiernych, często wszakże któryś z możnych panów, król albo 

papież,  narzucał  swojego  kandydata.  Pod  koniec  XII  wieku  biskupi  stawali  się  coraz  bardziej 

zależni  od  Stolicy  Apostolskiej,  która  dążyła  do  ograniczenia  ich  władzy  sądowniczej  i 

kontrolowała  sposób,  w  jaki  zarządzali  swoimi  diecezjami.  Innocenty  III  zwykł  nawet  wzywać 

każdego biskupa do Rzymu co najmniej raz na cztery lata. 

Arcybiskupowi  podlegało  biskupstwo  metropolitalne.  We  Francji  ówczesnej  było  osiem 

takich archidiecezji (Rouen,  Reims,  Sens, Tours, Bordeaux, Bourges, Narbonne i Auch), w Anglii 

tylko dwie (Canterbury i York). Arcybiskup był ważną osobistością, którą zarówno papież, jak król, 

każdy na swoją rękę, usiłował jak najściślej kontrolować. Dlatego często dochodziło do konfliktów 

z okazji nominacji takiego księcia Kościoła, jak na przykład trwający sześć lat (1207-1213) konflikt 

między Janem Bez Ziemi a Innocentym III, gdy papież ten mianował arcybiskupem Canterbury, a 

tym  samym  prymasem  Anglii,  swojego  przyjaciela  Stephena  Langtona  zamiast  królewskiego 

kandydata. 

W  obrębie  swojej  diecezji  biskup  sam  rozstrzygał  o  przydziale  mniejszych  beneficjów. 

Jednakże panowie zachowali prawa do wysuwania kandydatów na proboszczów w kościołach przez 

siebie fundowanych. Jeżeli kandydat odpowiadał warunkom kanonicznym, biskup go zazwyczaj za-

twierdzał, lecz i w takich sprawach zdarzały się konflikty i nadużycia. 

Olbrzymią większość duchowieństwa stanowili księża obsługujący parafie wiejskie. Byli to na ogół 

ludzie miejscowi, lecz nie zawsze nieskazitelni. Z reguły ksiądz miał się utrzymywać z dochodów, 

jakie  dawało  mu  jego  beneficjum,  obowiązany  był  bezpłatnie  odprawiać  nabożeństwa  i  udzielać 

sakramentów.  Wszędzie  wszakże  pleniła  się  symonia;  opłaty  za  chrzty  i  pogrzeby  były  niemal 

uznaną  praktyką.  Ponadto  nie  zawsze  przestrzegano  obowiązującego  celibatu.  W  niektórych 

parafiach  proboszczowie  jawnie  żyli  z  konkubinami  lub  legalnymi  żonami,  jeśli  się  godzi  tak  je 

nazwać. Nie należy jednak mówiąc o tych praktykach przesadzać;  w wielu  okolicach zaniechano 

ich pod wpływem reformatorskiej działalności wyższego duchowieństwa. Wprawdzie literatura roi 

się  od  przykładów  księży  chciwych,  wyniosłych  i  rozpustnych,  wprawdzie  nurt  antyklerykalizmu 

płynie  przez  całe  średniowiecze  i  nabiera  coraz  większej  agresywności,  lecz  wcale  nie  jest 

dowiedzione, że złych księży było więcej niż dobrych. 

 

Rycerstwo 

 

Instytucja  rycerstwa  zaszczepiona  została  na  pniu  systemu  feudalnego  około  roku  1000. 

background image

Formalnie  rycerzem  jest  każdy  mężczyzna  parający  się  wojennym  rzemiosłem,  który  przeszedł 

specjalną  ceremonię  wtajemniczenia,  zwaną  pasowaniem.  Jednakże  to  nie  wystarczało:  należało 

poza tym przestrzegać pewnych reguł i prowadzić określony tryb życia. Rycerze nie tworzyli więc 

prawnie  zdefiniowanej  klasy,  lecz  kategorię  społeczną,  skupiającą  ludzi  wyspecjalizowanych  w 

walce  konnej  -  w  jedynym  aż  do  końca  XIII  wieku  skutecznym  sposobie  walki  -  i  posiadających 

dostateczne środki, aby prowadzić szczególny tryb życia obowiązujący rycerzy. 

Teoretycznie  może  należeć  do  rycerstwa  każdy  mężczyzna  ochrzczony;  każdy  rycerz  ma 

bowiem  prawo  pasować  na  rycerza  człowieka,  którego  uznał  za  godnego  tego  zaszczytu,  bez 

względu  na  pochodzenie  i  pozycję  społeczną.  Epickie  poematy  -  chansons  de  geste  -  dostarczają 

przykładów  pasowania  na  rycerzy  mężczyzn  pochodzących  z  ludu  (chłopa,  drwala,  świniopasa, 

kupca, żonglera, kucharza, odźwiernego itp.)4 w nagrodę za wyświadczone bohaterowi przysługi. 

Niekiedy zaszczyt ten spotyka nawet ludzi niewolnych. Tak więc w poemacie Ami et Amile  dwaj 

słudzy,  którzy  dochowali  wierności  swojemu  panu  dotkniętemu  trądem,  otrzymują  z  jego  rąk 

godność rycerską. 

“Hrabia Ami [...] nie zapomniał wówczas o swoich dwóch dobrych sługach i obu pasował 

na rycerzy tego samego dnia, w którym został uzdrowiony." 

W rzeczywistości wyglądało  to  inaczej  niż w literaturze. Od połowy  XII wieku rycerstwo 

rekrutuje się niemal wyłącznie spośród synów rycerzy i tworzy tym sposobem warstwę dziedziczną. 

Pasowania ludzi Z gminu stały się zdarzeniami wyjątkowymi, a może całkowicie zniknęły. Złożyły 

się  na  to  dwie  przyczyny.  Po  pierwsze,  procedura  kooptacji  prowadziła  nieuchronnie  do 

opanowania  przez  jedną  klasę,  a  mianowicie  arystokrację  ziemiańską,  tej  instytucji,  której  nie 

określały żadne przepisy prawa. Druga i zapewne ważniejsza przyczyna łączy się z imperatywami 

społeczno-ekonomicznymi:  koń,  rynsztunek  wojenny,  ceremonia  pasowania  i  towarzyszące  jej 

festyny  kosztowały  drogo.  Żeby  sobie  pozwolić  na  życie  bezczynne,  wypełnione  rozrywkami, 

rycerz  musiał  mieć  odpowiedni  majątek,  a  w  tych  czasach  mógł  to  być  tylko  majątek  ziemski. 

Zawód rycerski przynosił jedynie chwałę i zaszczyty, wypadało więc żyć albo ze szczodrobliwości 

bogatego i możnego pana (o co było łatwo w początkach XII wieku, lecz dużo trudniej w sto lat 

potem), albo z dochodów przynoszonych przez dziedziczne dobra. Wielu oczywiście wolało choćby 

najskromniejsze lenno niż stałą zależność od łaski pańskiej i mieszkanie pod pańskim dachem. 

Około  roku  1200  rycerze  rekrutowali  się  przeważnie  z  warstwy  ludzi  szlachetnie 

urodzonych i ich potomstwa. We Francji zjawisko to występuje tak wyraźnie w ciągu całego wieku 

XIII,  że  stopniowo  przynależność  do  rycerstwa  przestaje  uchodzić  za  osiągnięcie  jednostki,  lecz 

zmienia się w dziedziczny przywilej zastrzeżony dla warstw szlachetnie urodzonych. Rycerstwo i 

możni złączyli się w jedną kategorię. 

 

background image

Życie rycerskie 

 

Rycerstwo  było  przede  wszystkim  określonym  sposobem  życia. Wymagało  to  specjalnego 

przygotowania,  uroczystej  inicjacji,  oddawania  się  innym  zajęciom  niż  ludzie  spoza  tego  kręgu. 

Literatura  epicka  i  dworska  odmalowuje  obraz  rycerstwa  szczegółowo,  lecz  zapewne  złudnie,  ze 

względu  na  swój  charakter  ideologicznie  tradycjonalny,  trzeba  więc  ten  wizerunek  korygować, 

sięgając do pamiętników, dokumentów dyplomatycznych i odkryć archeologicznych. 

Życie  przyszłego  rycerza  zaczynało  się  od  długiego  i  trudnego  terminowania,  najpierw  w 

ojcowskim  zamku,  potem,  od  dziesiątego  czy  dwunastego  roku  życia,  pod  okiem  bogatego  ojca 

chrzestnego  lub  możnego  protektora.  W  pierwszym  okresie  wychowania  rodzinnego  i  indy-

widualnego  trzeba  było  sobie  przyswoić  podstawowe  umiejętności  jazdy  konnej,  polowania  i 

władania  bronią.  W  drugim  okresie,  dłuższym  i  zmierzającym  do  większego  wyspecjalizowania, 

dokonywało się prawdziwe wtajemniczenie zawodowe, przeznaczone tylko dla rycerzy. Na tym eta-

pie nauka odbywała się zbiorowo. Na wszystkich bowiem stopniach piramidy feudalnej każdy dwór 

pański był niejako szkołą rycerską, w której synowie wasali, protegowanych i uboższych krewnych 

uczyli  się  wojennego  rzemiosła  i  cnót  rycerskich.  Im  pan  bogatszy  i  możniejszy,  tym  więcej 

gromadzi się wokół niego uczniów. Aż do wieku wahającego się między szesnastym a dwudziestym 

trzecim  rokiem,  młodzieniec  pełni  u  protektora  zarazem  służbę  domową  i  wojskową.  Usługując 

panu  przy  stole  i  uczestnicząc  w  jego  polowaniach  i  innych  zabawach  nabiera  światowej  ogłady. 

Zajmując  się  jego  końmi  i  czyszcząc  zbroję,  a  później  towarzysząc  mu  na  turnieje  i  pole  bitwy, 

poznaje  arkana  sztuki  wojennej.  Od  dnia,  gdy  dopuszczono  go  do  tych  funkcji,  aż  do  dnia 

pasowania młodzieniec nosi miano giermka; niektórzy nigdy nie posuną się w hierarchii wyżej, jeśli 

im  zabraknie  majątku,  zasług  lub  okazji.  Dopiero  bowiem  po  ceremonii  pasowania  wolno  się 

mienić rycerzem. 

Rytuał tej ceremonii ustalił się dopiero później. W epoce, która nas interesuje, formy te były 

bardzo  zróżnicowane,  zarówno  w  rzeczywistości,  jak  w  literaturze.  Szczególnie  różnił  się  obrzęd 

pasowania w czasie wojny i w czasie pokoju. W pierwszym przypadku pasowanie odbywało się na 

polu  bitwy,  przed  starciem  lub  po  zwycięstwie,  i  te  pasowania  były  najwspanialsze,  pomimo  że 

gesty i formuły redukowano wówczas do surowej prostoty, wyrażającej istotny ich sens, na ogół do 

wręczania  miecza  i  do  colee.  W  czasie  pokoju  pasowanie  zazwyczaj  łączono  z  uroczystościami 

wielkich świąt religijnych (Wielkanoc, Zielone Świątki, Wniebowstąpienie) lub festynów świeckich 

(narodziny lub wesele księcia, zawarcie pokoju między dwoma suwerenami). Były to widowiska na 

pół  liturgiczne,  rozgrywające  się  na  dziedzińcu  zamkowym,  w  przedsionku  kościoła,  na  placu 

miejskim  lub  na  błoniach.  Kandydat  musiał  się  uroczyście  przygotować  (spowiedź  i  komunia 

święta), spędzał poprzednią noc na medytacji w kościele lub kaplicy. Po ceremonii przez kilka na-

background image

stępnych dni trwały uczty, turnieje i zabawy. 

Sama ceremonia miała charakter sakralny. Zaczynała się od poświęcenia rynsztunku, potem 

zaś  ojciec  chrzestny  podawał  swemu  chrześniakowi  kolejno  miecz  i  ostrogi,  kolczugę  i  hełm, 

wreszcie  włócznię  i  tarczę.  Giermek  przywdziewał  zbroję,  recytując  modlitwy  i  wymawiając 

przysięgę, która zobowiązywała  go do przestrzegania zwyczajów i  powinności  stanu rycerskiego. 

Na  zakończenie  następowała  colee  -  symboliczny  gest,  którego  pochodzenie  i  sens  pozostały  nie 

wyjaśnione  i  który  przybierał  rozmaite  formy;  najczęściej  celebrujący  ten  obrzęd,  stojąc,  uderzał 

klęczącego  przed  nim  giermka  otwartą  dłonią  w  ramię  lub  w  kark,  i  to  mocno.  W  niektórych 

hrabstwach Anglii i w kilku regionach zachodniej Francji poprzestawano na uściskaniu przyszłego 

rycerza  (accolade)  albo  po  prostu  na  mocnym  uścisku  jego  dłoni.  W  wieku  XIV  gest  co1ee 

wykonywano już nie dłonią, lecz płazem miecza i wymawiano przy tym rytualną formułę: “W imię 

Boga,  świętego  Michała  i  świętego  Jerzego  pasuję  cię  na  rycerza."  Proponowano  rozmaite 

wyjaśnienia,  ostatnio  jednak  przeważa  pogląd,  że  praktyka  ta  jest  reliktem  dawnego  zwyczaju 

germańskiego,  polegającego  na  przekazywaniu  młodzieńcom  przez  starszych  cnót  i  godności 

wojownika. 

Pasowanie, chociaż stanowiło doniosły moment w karierze rycerza, nie zmieniało w niczym 

jego życia codziennego, które w dalszym ciągu wypełniały konne przejażdżki, bitwy, polowania i 

turnieje.  Rej  wiedli  w  tym  wszystkim  najzamożniejsi  panowie,  wasale  mający  skromne  lenna 

musieli się zadowalać okruszynami chwały, przyjemności i łupów. Do wyjątków prawdopodobnie 

należał los Wilhelma zwanego Marszałkiem, który, jako młodszy syn swego rodu, był niezamożny, 

lecz przy padł mu zaszczyt pasowania na rycerza Henryka Młodego, najstarszego syna Henryka II 

Plantageneta. 

“W  dniu  owym  Bóg  obdarzył  Marszałka  niezwykłym  szczęściem:  w  obecności  hrabiów, 

baronów  i  wielu  panów  z  najznamienitszych  rodów  on,  który  nie  posiadał  najmniejszego  nawet 

skrawka lenna i  nie miał nic prócz miana  rycerza, podał  miecz synowi króla angielskiego. Wielu 

zapałało wtedy zazdrością, nikt wszakże nie ośmielił się jawnie jej okazać." 

Równi wobec prawa, rycerze nie byli jednak równi w rzeczywistości. Istniało coś w rodzaju 

“rycerskiego  proletariatu",  zawdzięczającego  uposażenie,  konie,  nawet  zbroję  hojności  możnego 

protektora  (króla, hrabiego, barona) i  wiszącego  u pańskich klamek. Ci  ubodzy rycerze, bogaci  w 

świetne nadzieje, lecz niezasobni w lenna, rekrutowali się często spośród młodzieńców czekających 

na dziedzictwo po ojcu; wskutek braku własnego majątku skazani byli na służbę u wielkich panów. 

Pod wodzą książęcego syna lub  hrabiego tworzyli hałaśliwe bandy, szukali szczęścia ofiarowując 

swoje  służby  bogaczom,  uganiali  się  z  turnieju  na  turniej,  z  wojny  na  wojnę.  Oni  to  pierwsi 

zgłaszali się do udziału w krucjacie lub dalekiej wyprawie, tym bardziej nęcącej, im większe się z 

nią  wiązało  ryzyko.  Starali  się,  jak  Wilhelm  zwany  Marszałkiem,  zdobyć  serce  posażnej 

background image

dziedziczki, aby przez bogaty ożenek uzyskać majątek, którego im urodzenie ani popisy męstwa nie 

przyniosły.  Dlatego  żenili  się  z  reguły  późno,  lecz  nie  wszyscy  w  tych  matrymonialnych  łowach 

mieli takie szczęście jak przyszły regent Anglii. 

Dla  tych  odbiorców,  dla  rzeszy  młodych  rycerzy,  chciwych  miłosnych  i  wojennych 

tryumfów,  przeznaczone  były  zapewne  poematy  rycerskie  i  dworska  literatura.  W  utworach  tych 

znajdowali  obraz  społeczeństwa  nie  istniejącego  w  rzeczywistości,  lecz  upragnionego,  społe-

czeństwa, w którym zalety, obyczaje i aspiracje rycerstwa byłyby jedynym dopuszczalnym ideałem. 

 

Ideał i cnoty rycerskie 

 

Rycerstwo  to  nie  tylko  styl  życia,  lecz  także  określony  etos.  Można  uznać  za  fakt 

historyczny i niewątpliwy, że młody giermek podczas ceremonii pasowania na rycerza podejmował 

pewne zobowiązania moralne, lecz o istnieniu konkretnego kodeksu rycerstwa nie świadczą żadne 

inne dowody prócz literatury. A wiadomo, jak wielki dystans dzielił niekiedy w XII wieku wzorzec 

literacki  od  codziennej  rzeczywistości.  Przy  tym  przepisy  tego  kodeksu  są  w  różnych  utworach 

różne, a duch ich zmienia się wyraźnie w ciągu stulecia. Chretien de Troyes opiewa inne ideały niż 

Pieśń o Rolandzie. Posłuchajmy, jak Gornemant z Goort poucza młodego Parsifala o powinnościach 

rycerza. 

“Drogi  bracie,  jeśli  ci  się  przydarzy  potykać  z  rycerzem,  pomnij  moje  słowa:  jeżeli  go 

pokonasz  [...]  i  jeśli  będzie  musiał  cię  prosić  o  litość,  nie  zabijaj  go  bezmyślnie,  lecz  okaż  mu 

miłosierdzie.  Poza  tym  nie  bądź  zbyt  gadatliwy  ani  ciekawy  [...]  Kto  za  wiele  gada,  grzeszy, 

wystrzegaj się więc gadulstwa. A gdy spotkasz damę albo pannę w ciężkiej opresji, proszę cię, zrób 

wszystko, co w twojej mocy, aby ją wybawić. Na koniec dam ci radę, którą nie godzi się pogardzić: 

zachodź często do kościoła i módl się, aby Stwórca wszelkich rzeczy zmiłował się nad twoją duszą 

i wśród tego ziemskiego świata zachował ciebie jako swego chrześcijanina." W ogólnych zarysach 

kodeks rycerski da się sprowadzić do trzech głównych zasad: wierność danemu słowu i lojalność 

wobec  każdego;  hojność,  opieka  i  pomoc  każdemu,  kto  jest  w  potrzebie;  posłuszeństwo 

Kościołowi, obrona jego kapłanów i jego mienia. 

Pod koniec XII wieku ideałem doskonałego rycerza nie był jeszcze z pewnością Parsifal ani 

sir Galahad, którzy pojawili się dopiero około roku 1220, wraz z Queste del Saint Graal (Opowieść 

o świętym Graalu). Nie mógł też być takim ideałem Lancelot, gdyż jego romans z Ginewrą nie da 

się pogodzić z wymaganiami moralnymi stawianymi rycerzom. “Słońcem wszystkiego rycerstwa" 

jest  siostrzeniec  króla  Artura,  Gawen,  który  wśród  swych  towarzyszy  zasiadających  wokół 

Okrągłego  Stołu  odznacza  się  najwyższym  stopniem  cnót  wymaganych  od  rycerza:  szczerością, 

dobrocią, szlachetnością serca; bogobojnością i wstrzemięźliwością; męstwem i urodą; pogardą dla 

background image

trudów,  cierpienia  i  śmierci;  świadomością  własnej  wartości,  dumą  z  należenia  do  znakomitego 

rodu  i  ze  służby  wielkiemu  panu;  wiernością  złożonej  przysiędze;  wreszcie  i  nade  wszystko 

cnotami, które w starej francuszczyźnie nazywały się largesse i courtoisie, a dla których w języku 

współczesnym  brak  adekwatnych  wyrazów  Largesse  to  hojność,  wielkoduszność  i  rozrzutność 

zarazem. Tę cnotę może posiadać tylko człowiek bogaty. Przeciwieństwem jej jest chciwość, pogoń 

za zyskiem - cechy przypisywane kupcom i rajcom miejskim, zawsze ośmieszanym przez Chretiena 

de Troyes i jego naśladowców. W społeczeństwie, w którym większość rycerzy żyje ubogo z tego, 

co raczą im podarować lub użyczyć protektorzy, zrozumiałe, że literatura sławi podarunki, wydatki, 

rozrzutność i wszelkie przejawy zbytku. 

Courtoisie  to  pojęcie  jeszcze  trudniejsze  do  zdefiniowania.  Składają  się  na  nie  wszystkie 

cechy  poprzednio  wymienione,  ale  z  dodatkiem  jeszcze  kilku,  a  mianowicie  takich  jak  uroda, 

elegancja i chęć podobania się wszystkim, łagodność, świeżość ducha, delikatność serca i manier; 

humor, inteligencja, wytworna grzeczność, a także - by niczego nie zataić - trochę snobizmu. Aby tę 

“kurtuazję"  osiągnąć,  trzeba  być  młodym  i  niczym  nie  skrępowanym,  w  każdej  chwili  gotowym 

wyruszyć na wojnę, wziąć udział w jakiejś zabawie, szukać przygody lub pędzić życie próżniacze. 

Przeciwieństwem tej cechy jest vilainie  - przywara prostaków, gburów, ludzi nisko urodzonych, a 

zwłaszcza  źle  wychowanych. Aby  zasłużyć  bowiem  na  miano  człowieka  “kurtuazyjnego",  dwor-

nego,  nie  wystarcza  dobre  urodzenie;  przyrodzone  dary  muszą  być  rozwinięte  przez  odpowiednią 

edukację  i  utrwalone  przez  codzienne  ich  praktykowanie  na  pańskim  dworze.  Dwór  Artura  jest 

wzorem  takiego  środowiska.  Tam  można  było  poznać  najpiękniejsze  damy,  najmężniejszych 

rycerzy i najgładsze maniery. 

background image

Rozdział trzeci  

Krajobraz. Od ziemi gaste do kwitnącego sadu. 

 

W  końcu  wieku  XII  krajobraz  Europy  Zachodniej  już  się  przedstawiał  inaczej  niż  w  roku 

1000 - gdy był to ogromny obszar landów i puszczy, z rzadka rozjaśniony polanami, skupiającymi 

ludzi,  uprawne  pola  i  cywilizację.  Dzięki  wielkiemu  pędowi  do  wycinania  lasów,  społeczeństwo 

chrześcijańskie  powiększyło  swoje  włości  w  granicach  własnej  domeny,  a  w  wielu  okolicach 

krajobraz wiejski uległ  głębokim przeobrażeniom: polany się rozrosły, wody cofnęły, równiny się 

otwarły  aż  do  wzgórz  i  bagnisk.  Główną  przyczyną  tego  był  gwałtowny  wzrost  demograficzny: 

żeby  wyżywić  zwiększoną  liczbę  ludności,  trzeba  było  zwiększyć  powierzchnię  ziemi  uprawnej, 

skoro nie znano sposobów podniesienia jej wydajności. 

 

Karczowanie lasów  

 

Zjawisko  to,  trwające  od  końca  X  aż  do  końca  XIII  wieku,  mimo  swego  doniosłego 

znaczenia, mało jest dotychczas znane historykom. Trudno je opisać w sposób wyczerpujący, gdyż 

przybierało  różnorodne  formy:  karczowano  lasy,  walczono  z  krzewiącymi  się  uparcie  zaroślami  i 

cierniem,  przygotowywano  karczowiska  pod  uprawę,  osuszano  bagna,  wydzierano  ziemię  morzu. 

Jedno  jest  pewne:  ten  pęd  do  zdobywania  i  zagarniania  pod  uprawę  coraz  większych  terenów 

przejawiał się najsilniej właśnie w XII wieku, chociaż z różnym natężeniem, zależnie od regionu: 

najpotężniej  w  Burgundii,  Owernii  i  Bretanii,  słabiej  w  Normandii,  Artois  oraz  w  centrum  i  na 

południu  Anglii.  Wypada  wszakże  skorygować  tradycyjny  obraz  mnichów  karczujących  lasy  i 

rąbiących  pnie,  aby  powiększyć  uprawne  pola  swojego  klasztoru:  ogromną  większość  tej  roboty 

wykonywali  chłopi  na  rozkaz  pana,  a  najtrudniejszym  do  pokonania  przeciwnikiem  były  nie 

drzewa, lecz zarośla, ciernie i poszycie leśne. 

W okresie wojny stuletniej ugory z powrotem zapanowały na części  tej zdobytej już przez 

ludzi ziemi, ale w ogólnych zarysach krajobraz wiejski północnej i zachodniej Francji ukształtował 

się  w  XII  i  XIII  wieku  taki,  jaki  z  nieznacznymi  zmianami  pozostał  aż  do  połowy  wieku  XVIII. 

Krajobraz landów i lasów, łąk i pól uprawnych, ogrodów i sadów, harmonijnie poprzecinany przez 

bieżące  i  stojące  wody.  Pejzaż  ten,  pomimo  różnic  geograficznych,  przedstawiał  się  wszędzie 

podobnie,  z  powodu  stosowanych  powszechnie  tych  samych  metod  agrarnych,  polegających  na 

intensywnej  hodowli  i  powszechnej  uprawie  roślin  jadalnych,  głównie  zbóż.  W  leśnej  krainie 

pojawiają się rozproszone osiedla ludzkie, nie znane w pierwszym tysiącleciu, a nawet w XI wieku. 

Odosobnione  gospodarstwa  wyrastają  pomiędzy  dawnymi  skupiskami  ludzkimi  i  świeżo 

wykarczowanymi  terenami,  gdzie  powstają  nowe  wioski.  W  ten  sposób  rodzi  się  pewna  forma 

background image

indywidualnego  rolnictwa  na  użytkach  nie  rozdrobnionych  i  nie  podlegających  nakazom  dawnej 

gospodarki zespołowej. Wioski w Normandii, Poitou i  Bretanii  dotychczas  noszą nazwy od imion 

tych pionierów, którzy uzyskali od seniorów prawo do osiedlenia się na swoich karczowiskach: La 

Rogerie,  La  Martinerie,  La  Richardais,  La  Thomassais,  La  Thibaudiere,  La  Guichardiere,  Chez-

Foucher, Chez-Garnier. 

 

Lądy i mokradła 

 

Lądy  zajmowały  jeszcze  więcej  terenów  niż  lasy.  To  właśnie  była  ziemia  gaste 

(opuszczona),  opisywana  w  rycerskich  poematach,  gdzie  gubią  się  ścieżki,  a  zaczyna  przygoda, 

niepewność  i  niebezpieczeństwo.  Rzeczywistość  była  mniej  barwna:  chodziło  po  prostu  o  ziemie 

nie  uprawiane,  raz  na  zawsze  oddane  na  pastwę  cierni  i  zarośli,  lub  też  chwilowo  leżące  ugorem 

(jak tego wymagał system trójpolówki), albo też ugór, po którym mogli swobodnie chodzić ludzie i 

zwierzęta. Ich granice z obsianymi polami były nie zawsze wyraźne, toteż często wybuchały spory 

między rolnikami i pasterzami z powodu szkód wyrządzanych przez stada. 

Bagna i mokradła grały też niemałą rolę w życiu wsi. Wszędzie obfitowały w zwierzynę i 

ryby. Z zalewów morskich wydobywano sól; rzeczne dostarczały trzciny, sitowia, a zwłaszcza torfu 

- cennego paliwa, którego eksploatacja była ograniczona przepisami. Po zdrenowaniu i osuszeniu, 

na przykład na wybrzeżach Flandrii, Bretanii i Poitou oraz na wybrzeżach angielskich, przemieniały 

się w poldery lub służyły początkowo za pastwiska, a z czasem szły pod uprawę. 

Rzeki  stanowiły  naturalne  granice,  a  zarazem  drogi  wodne,  ułatwiające  nie  tylko  ruch 

osobowy  i  towarowy,  lecz  także  przenikanie  idei  i  postępu.  Były  to  jedyne  naprawdę  linearne 

granice pomiędzy włościami dwóch panów, dwoma księstwami, dwiema krainami, ale jednocześnie 

granice  świata  czarów  w  literaturze,  na  której  kartach  przygoda  zwykle  czeka  na  drugim  brzegu 

brodu lub na drugim końcu mostu. 

 

Las  

 

Przygoda czeka też w lesie, który jest nie tylko gaste jak landy, ale w dodatku soltaine - bezludny - 

jak morze i ocean. Literacki las nie ma nic wspólnego z umiłowaniem przyrody. Autorzy czynią zeń 

miejsce  niedostępne,  schronienie  pustelników,  kryjówkę  ściganych  przestępców  lub 

nieszczęśliwych kochanków, jak w historii Tristana i Izoldy. Las sprzyja zasadzkom, łatwo o groźne 

spotkanie w tym  świecie pełnym  grozy i  posępnych przeczuć, gdzie bardzo płynna  granica dzieli 

rzeczywiste niebezpieczeństwa od nadprzyrodzonych. Doskonałym  wzorcem  jest las  Broceliande, 

w  sercu  Bretanii  armorykańskiej,  gdzie  dzikie  zwierzęta  sąsiadują  z  poczwarami,  a  zbójcy  z 

background image

czarodziejami, gdzie rycerze Okrągłego Stołu (między innymi mężny Calogrenant) przybywają w 

poszukiwaniu przygód, spotkań z tajemnicą, cudami i wróżkami. 

“Zdarzyło się to z górą siedem lat temu. Sam jeden wędrowałem w poszukiwaniu przygód, 

uzbrojony od stóp do głów, jak przystało rycerzowi. Przypadek zawiódł mnie w głąb gęstego lasu, 

gdzie  na  ścieżkach  zarośniętych  cierniem  i  kolczastymi  krzewami  czyhały  niezliczone  nie-

bezpieczeństwa.  Nie  bez  trudu  i  szwanku  posuwałem  się  taką  dróżką.  Cwałowałem  przez  dzień 

cały, zanim w końcu wydostałem się z lasu. A był to las Broceliande [...]" 

Szablony poetyckie nie oddają rzeczywistości. W wieku XIII las już nie wyglądał tak jak w 

epoce Karolingów. Poprzecinany był ścieżkami, pracowali w nim ludzie, pasły się stada. Pustelnicy 

i wyrzutki społeczeństwa, zamiast się kryć w najciemniejszych ostępach, osiedlali się na polanach i 

po brzegach puszczy. Ani we Francji, ani nawet w Anglii (bardziej podówczas zalesionej) nie było 

już wielkich, całkowicie dziewiczych puszcz. Większość lasów nie jest już niedostępna i nie zieje 

grozą, lecz stoi otworem dla ludzi czerpiących z nich wiele różnych pożytków. Dzięki temu właśnie 

lasy mają podstawowe znaczenie dla życia gospodarczego. Przede wszystkim dają drewno, główne 

bogactwo zachodniej Europy i  najważniejsze tworzywo ówczesnej cywilizacji, zastępujące często 

kamień, żelazo i węgiel; drzewem ogrzewa się domy, z niego robi się tyczki do winnicy i słupy do 

podpierania  podziemnych  korytarzy,  a  także  sprzęty  domowe,  narzędzia  i  wszelkie  rodzaje 

instrumentów;  z  drzewa  sporządza  się  meble,  buduje  domy,  drogi,  palisady,  statki,  taczki  i  wozy. 

Kora  służy  do  garbowania  skór,  żywica  do  wyrobu  kleju,  świec  i  pochodni;  leśne  rośliny 

dostarczają  leków  i  barwników.  Las  dostarcza  też  żywności,  takich  produktów,  jak  miód,  grzyby, 

zioła, jagody, a wszystko to, zwłaszcza dla chłopów, stanowiło coś więcej niż dodatek i przyprawę. 

W lesie wreszcie żyje zwierzyna, potrójnie cenna, bo dostarcza mięsa, skór i futer, lecz polowanie 

było ograniczone przepisami i zastrzeżone dla możnych. 

Ponadto  las  stanowił  olbrzymi  obszar  pastwisk  dla  stada  pańskiego  i  całej  gminy.  Konie, 

krowy, owce i kozy skubały trawę pod drzewami i liście z krzewów; nierogaciznę przyprowadzano 

pod buki i dęby, aby się tuczyła bukwiami i żołędziami, a zwyczaj ten był tak zakorzeniony w życiu 

wsi,  że  niemal  we  wszystkich  regionach  Anglii  oceniano  wielkość  zalesionego  obszaru  według 

liczby świń, które można tam wypaść w ciągu roku. Tak więc wiemy, że las Pakenham (obecnie w 

Suffolk)  mógł  wyżywić  pod  koniec  XI  wieku  100  świń,  lecz  zaledwie  połowę  tej  liczby  w  roku 

1217. 

Las,  bogaty  w  rozliczne  i  niezbędne  produkty,  był  wszędzie  podporządkowany 

zwyczajowym  ścisłym  przepisom,  ograniczającym  prawa  chłopów  do  drewna,  zwierzyny  i 

owoców.  Kłusownictwo  i  potajemne  zbieranie  runa  leśnego  było  często  jedynym  sposobem,  aby 

obejść ustawodawstwo krzywdzące chłopa na rzecz pana i jednostkę na rzecz gminy. Na wszystkich 

poziomach  stosunków  feudalnych,  z  najwyższym  włącznie,  dochodziło  do  niezliczonych  waśni  i 

background image

konfliktów  z  powodu  przywilejów  leśnych.  Do  tego  stopnia,  że  król  Anglii,  Jan  Bez  Ziemi, 

właściciel  prawie  wszystkich  lasów  w  królestwie,  musiał  w  roku  1216  przyznać  swoim 

zbuntowanym baronom Kartę Leśną, na wzór sławnej Wielkiej Karty z roku 1215, zgadzając się na 

zmniejszenie obszaru własnych dóbr leśnych i ograniczenie swoich praw do polowania w nich. 

 

Ogrody zamkowe  

 

Ziemiom  gastes,  landom  i  lasom  przeciwstawić  można  ucywilizowaną  przyrodę  ogrodów. 

Tym  mianem  -  verger  -  określano  pańskie  ogrody,  zakładane  w  cieniu  zamku,  poza  obronnym 

murem, lecz w pobliżu donżonu. Wchodziło się tam przez furtę i kładkę przerzuconą nad fosą. W 

utworach  literackich  jest  to  miejsce  przechadzek,  wypoczynku,  rozrywek  arystokracji  i  spotkań 

kochanków.  Strumienie,  zielone  trawniki,  drzewa  rzadkich  odmian  i  melodyjny  świergot 

rozmaitego  ptactwa  w  ich  gałęziach  -  wszystka  to  składa  się  na  istny  raj  ziemski,  gdzie  ko-

chankowie znajdują bezpieczne i  piękne schronienie, a pan zamku  wraz  ze swoją świtą może się 

napawać urokami przyrody z dala od tłumu i jego pospolitych rozrywek. 

Rzeczywistość była bardziej prozaiczna. Ogród z pewnością sprzyjał spacerom i lekkiej rozmowie, lecz przede 

wszystkim  dostarczał  mieszkańcom  zamku  owoców,  warzyw,  wina,  świeżej  wody,  aromatycznych  ziół,  roślin  na 

włókna i leczniczych. Co prawda, z braku szczegółowych opisów i realistycznej ikonografii niewiele nam wiadomo o 

XII-  i  XIII-wiecznych  ogrodach.  W  końcu  średniowiecza  były  to  w  najbogatszych  włościach  parki  skomponowane  z 

trawników i symetrycznych masywów zieleni, poprzecinane prostokątną siecią alei, zraszane wodą ze źródeł i basenów, 

ozdobione  motywami  architektonicznymi.  Znajdowały  się  w  nich  cieplarnie  i  szpalery,  a  także  ptaszarnie,  niekiedy 

zwierzyniec;  przyjemne  górowało  nad  pożytecznym.  Możliwe,  że  przy  książęcych  rezydencjach  już  w  XIII  wieku 

urządzano takie ogrody. W skromniejszych zamkach jednak ogród pełnił głównie funkcję użytkową. Ogród pański, tak 

samo  jak  chłopski,  był  przede  wszystkim  warzywnikiem,  uszlachetnionym,  ładnie  ogrodzonym,  z  mnóstwem  drzew 

owocowych, z  altaną  porośniętą  winem, ze studnią  lub źródłem dostarczającym  wody, niekiedy z  kwietnikami (róże, 

lilie, fiołki), ale jednak warzywnikiem. Jarzyny i owoce były ważniejsze niż trawniki i kwiaty. Były to miejsca wcale 

nie podobne do ogrodów z literatury dworskiej z ich idyllicznym pejzażem, czarodziejską florą i egzotyczną fauną, jak 

ogród olbrzyma Maboagrena opisany przez Chretiena de Troyes w zakończeniu romansu o Eryku i Enidzie: 

“Ogród ten nie był otoczony murem ani płotem, lecz tylko warstwą powietrza, które wokół niego 

tworzyło magiczną zaporę. Było w niej jedno tylko wejście, a w ten sposób ogród był tak dobrze 

zamknięty, jakby go opasywała żelazna ściana. Zimą i latem kwitły tu kwiaty i dojrzewały owoce; 

owoce  tak  zaczarowane,  że  każdy  mógł  ich  skosztować  w  obrębie  ogrodu,  lecz  nie  mógł  ich 

wynieść  i  zjeść  poza  nim,  a  kto  by  tego  spróbował,  nie  znalazłby  wyjścia,  póki  by  owoców  nie 

odniósł na miejsce, z którego je wziął. Żyły tam wszystkie ptaki, jakie latają po niebie, a śpiew ich 

rozweselał i zachwycał ludzi, i każdy gatunek był licznie reprezentowany. W ogrodzie tym rosły też 

w  wielkiej  obfitości  wszystkie  aromatyczne  korzenie  i  wszystkie  rośliny  lecznicze,  jakie  można 

spotkać ' w różnych najdalszych krajach [...]" 

background image

Rozdział czwarty  

Jaki pan taki dom: Zamek i otoczenie 

 

Na okres, o którym w tej książce mowa, przypada apogeum klasycznego feudalnego zamku 

romańskiego, zbudowanego wokół donżonu i otoczonego kilkoma pierścieniami murów obronnych. 

Pierwsze zamki pojawiły się w epoce Karolingów i były to po prostu budowle drewniane na 

wzgórzu, otoczone pojedynczą lub podwójną palisadą oraz fosą. Lecz od końca X wieku systemy 

fortyfikacyjne  stale  udoskonalano:  mury  piętrzyły  się  coraz  wyżej,  fosy  się  pogłębiały;  na  naroż-

nikach powstawały wysunięte umocnienia, a przede wszystkim kamień stopniowo wypierał drewno, 

najpierw  przy  budowie  donżonu,  potem  we  wszystkich  umocnieniach  flankowych  i  kurtynach. 

Arcydziełem fortyfikacji romańskiej jest Chateau-Gaillard, zamek zbudowany przez Ryszarda Lwie 

Serce  w  meandrach  Sekwany  między  1196  a  1198  rokiem.  W  pierwszych  dekadach  następnego 

stulecia  zarysowuje  się  nowy  etap  wraz  z  pojawieniem  się  zamków  typu  gotyckiego,  który 

charakteryzuje się zmniejszonym obwodem pierścienia obronnego, większą liczbą wież i umocnień 

flankowych,  bogatszym  krenelażem  i  bardziej  niespokojną  sylwetą  ogólną;  donżon  traci  na 

znaczeniu i rozmiarach, jego funkcję militarną przejmuje potężna narożna baszta, a rolę mieszkalną 

- lepiej do tego celu przystosowany zamek mieszkalny. 

Opiszemy  tutaj  typowy  zamek  z  końca  XII  wieku.  Zakładamy,  że  jest  on  zbudowany  z 

kamienia,  chociaż  w  tym  czasie  najbardziej  rozpowszechnione  były  ufortyfikowane  budowle 

drewniane  lub  na  pół  z  drewna,  a  na  pół  z  kamienia,  zwłaszcza  w  Anglii,  gdzie  postęp  w  tej 

dziedzinie dokonywał się wolniej niż we Francji. Kamień na ogół uchodził za materiał luksusowy, 

zastrzeżony dla najmożniejszych panów, dla królów, książąt i hrabiów. Mało kto z ich wasali mógł 

się szczycić, że odziedziczywszy  po ojcu dom  drewniany, zostawił swemu synowi murowany. W 

opisie,  mimo  że  z  konieczności  schematycznym,  dążyć  będziemy  do  jak  najściślejszej  wierności. 

Zamki ówczesne, niezależnie od różnic położenia, indywidualności budowniczych i przeznaczenia, 

były wszędzie bardzo do siebie podobne, a to z dwóch powodów: po pierwsze technika oblężnicza 

wszystkich  armii  była  identyczna  (przy  tym  znacznie  opóźniona  w  stosunku  do  techniki 

fortyfikacji), a po drugie istniały rygorystyczne przepisy normatywne (dotyczące miejsca, kształtu, 

rozmiarów), narzucane przez Kościół lub suwerenów. 

 

Zamek: mury zewnętrzne 

 

Pierwszy  pierścień  obronny  zamku  był  chroniony  przez  umocnienie  zewnętrzne,  mające  osłabiać  zbyt 

gwałtowny  impet  napastnika:  żywopłoty,  rzędy  kołków  wkopane  w  ziemię,  wały,  palisady,  wysunięte  forty,  jak  na 

przykład  tradycyjny  barbakan  -  mały  fort  drewniany  osłaniający  wejście  na  most  zwodzony.  Fosa  była  możliwie 

background image

najgłębsza u stóp muru (niekiedy sięgała ponad 10 m, na przykład w Trematon i w Lassay) i z reguły bardzo szeroka: 

10  m  w  Loches,  12  w  Dourdan,  15  w  Tremworth,  22  w  Coucy;  rzadko  wypełniona  wodą,  zwykle  sucha,  częściej  o 

przekroju w kształcie litery V niż U. Jeśli fosa znajdowała się w dostatecznej odległości od muru, skarpę jej wieńczyła 

palisada  (braie),  osłaniająca  drogę,  która  okrążała  twierdzę  po  zewnętrznym  kole  i  służyła  patrolom.  Ten  pas  ziemi 

zwano  szrankami  (lices).  Właściwy  pierścień  obronny  tworzą  grube,  ciągły  mury,  zwane  kurtynami,  oraz  rozmaite 

umocnienia  flanków,  objęte  ogólną  nazwą  wież  (tours).  Pierścień  murów  zazwyczaj  wznosi  się  tuż  nad  fosą;  jego 

fundamenty  wpuszczone  są  głęboko  w  ziemię,  a  dolną  część  wzmacniają  przypory,  które  utrudniały  oblegającym 

podkopy  i  odbijały  pociski  miotane  z  wysokości  szańca.  Zarys  murów  obronnych  bywa  rozmaity,  zależnie  od 

właściwości  terenu,  zawsze  jednak  otaczają  one  znaczny  obszar.  W  Coucy  mury  są  wzniesione  na  planie  trapezu  o 

bokach długości 285 m; w Freteval mają kształt koła o średnicy przeszło 140 m; w Gisors tworzą wielokąt o 24 bokach 

i obwodzie ponad 1 km. 

 

Warowny  zamek  nie  przypominał  w  niczym  zwykłego  domu  mieszkalnego.  Wysokość 

kurtyn waha się od 6 do 10 m, a grubość od 1,5 do 3 m; jednakże w niektórych warowniach, jak na 

przykład  w  Chateau  -  Gaillard,  grubość  muru  miejscami  przekracza  4,5  m.  Wieże,  najczęściej 

koliste,  niekiedy  czworo-  lub  wieloboczne,  są  na  ogół  o  piętro  wyższe  niż  kurtyny.  Średnica  ich 

bywa różna (od 6 do 20 m), zależnie od miejsca, w którym je ulokowano; najpotężniejsze stawiano 

w  wysuniętych  narożnikach  i  przy  bramie.  W  środku  są  puste,  podzielone  na  kondygnacje 

drewnianymi podłogami, w których pośrodku lub z boku zostawiono otwory, aby przez nie na linie 

wciągać aż na najwyższą platformę pociski, potrzebne do obrony fortecy. Schody natomiast biegły 

ukryte w grubości muru. Każda kondygnacja stanowiła więc izbę obsadzoną przez zbrojną załogę. 

Komin,  wpuszczony  w  mur,  umożliwiał  rozpalenie  ognia.  Nie  ma  okien  lecz  strzelnice  -  wąskie 

wysokie prześwity, wyraźnie poszerzające się ku wnętrzu. Na przykład w Freteval strzelnice mają 1 

m  wysokości  i  30  cm  szerokości  po  stronie  zewnętrznej,  a  1,3  m  po  wewnętrznej;  utrudniało  to 

przedostanie się strzał napastnika, obrońcom zaś umożliwiało strzelanie w różnych kierunkach. 

Po  szczycie  obronnego  muru  biegła  aleoir  -  ścieżka  dla  patroli,  chroniona  od  zewnątrz 

blankowanym  parapetem.  Służyła  wartownikom,  a  także  do  komunikacji  między  wieżami  i  jako 

miejsce,  z  którego  broniono  fortecy.  Przerwy  pomiędzy  zębami  blankowania  osłaniano  niekiedy 

grubą drewnianą klapą, odchyloną w osi poziomej; za tą klapą mógł kryć się kusznik, gdy nabijał 

broń. Podczas wojny ścieżkę poszerzano niekiedy w kierunku zewnętrznym muru, montując rodzaj 

ruchomego drewnianego ganku, wysuniętego poza parapet. Te konstrukcje o różnorodnych formach 

nazwano hurdycjami. W podłodze ganku były otwory pozwalające obrońcom na rzucanie pionowo 

w dół pocisków na napastników znajdujących się u stóp muru. Od końca XII wieku, zwłaszcza w 

południowych  regionach  Francji,  zaczęto  drewniane  hurdycje,  niezbyt  mocne  i  łatwo  zapalne, 

zastępować  przez  stałe  kamienne  konstrukcje,  budowane  łącznie  z  parapetem  i  nazwane 

machikułami. Pełniły one te same funkcje co hurdycje, lecz miały nad nimi tę przewagę, że były 

solidniejsze i umożliwiały miotanie pionowo pocisków, które się odbijały od skarp kurtyny. 

W pierścieniu murów było zwykle kilka furt, tak wąskich, że mógł przez nie przejść tylko 

background image

pieszy człowiek, i tylko jedna wielka brama, ufortyfikowana ze szczególnym staraniem, ponieważ 

na niej z reguły skupiała się siła nieprzyjacielskiego natarcia. Po obu stronach bramy  wznoszono 

wieże, na których czuwały straże, a dostępu broniła fosa i wysunięty przed nią barbakan. Skrzydła 

bramy,  zrobione  z  twardych  desek  i  okute  żelazem,  podpierano  dodatkowo  w  czasie  natarcia 

olbrzymimi belkami, aby brama mogła wytrzymać ciosy taranów. Przed bramą opuszczano bronę - 

kratę z drewnianych drążków  wzmocnioną żelaznymi okuciami.  Bronę nakrywała ruchoma  część 

mostu  zwodzonego,  gdy  był  on  podniesiony.  W  latach,  o  których  mowa,  nie  była  to  jeszcze 

skomplikowana  konstrukcja,  lecz  po  prostu  kładka  opuszczana  pionowo  za  pomocą  łańcuchów  i 

kołowrotu.  Pomimo tych środków obronnych,  główna brama była najsłabszym  punktem  fortecy  i 

przez nią nieprzyjaciel jeśli miał dość sił - mógł się wedrzeć do zamku. 

 

Zamek: mury wewnętrzne 

 

Tak  się  przedstawiał  pierwszy  pierścień  obronny.  Każdy  godny  uwagi  zamek  posiadał  co 

najmniej  jeszcze  dwa  pierścienie,  mniejsze,  lecz  zbudowane  według  tych  samych  zasad  sztuki 

fortyfikacji (fosy, palisady, kurtyny, wieże, parapety, bramy i mosty). Odległość między nimi była 

znaczna, toteż zespół zamkowy stanowił małe warowne miasto. 

Wróćmy  do  przykładu  Freteval,  gdzie  mury  są  doskonale  koncentryczne:  średnica 

pierwszego  pierścienia  mierzy  140  m,  drugiego  70,  a  trzeciego  30.  Ten  ostatni,  nazywany 

“koszulą", znajduje się z reguły tuż obok donżonu, broniąc do niego dostępu. 

Przestrzeń  między  pierwszym  a  drugim  pierścieniem  murów  zajmował  dziedziniec 

gospodarczy,  czyli  baille  (“szaflik").  Tu  mieściła  się  prawdziwa  osada,  a  w  niej  domy  chłopów 

pracujących  na  pańskiej  rezerwie,  warsztaty  i  mieszkania  nadwornych  rzemieślników  (kowali, 

cieśli,  murarzy,  krawców,  stelmachów),  spichlerze,  stajnie,  piekarnia,  młyn,  tłocznia,  studnia, 

źródło,  niekiedy  rybna  sadzawka,  pralnia  i  kramy  kupców.  Układ  uliczek  i  zabudowy  był,  jak  w 

innych  ówczesnych  miasteczkach,  chaotyczny,  ale  pod  koniec  panowania  Filipa  Augusta,  gdy 

zespoły  zamkowe  planuje  się  bardziej  metodycznie,  pojawia  się  tendencja  do  odsuwania  tej 

zabudowy  podgrodzia  pod  wewnętrzne  ściany  kurtyn,  aby  usprawnić  ruch.  Stopniowo  też  to 

przyzamkowe  miasteczko  przenosi  się  poza  fosę,  a  jego  mieszkańcy,  podobnie  zresztą  jak  cała 

ludność pańskich włości, chroni się za mury tylko w razie poważnego zagrożenia. 

Między drugim a trzecim pierścieniem obronnym znajduje się wyższy dziedziniec, również 

zabudowany; tu bowiem ma swoje kwatery załoga, tu stoi pańska kaplica, pańska stajnia, psiarnie, 

gołębniki i sokolarnie, składy żywności, kuchnie i cysterny. 

Stojący  za  “koszulą"  donżon,  rzadko  umieszczony  pośrodku,  zazwyczaj  w  głębi,  na 

najbardziej  niedostępnym  miejscu,  służył  za  mieszkanie  pana  i  zarazem  był  militarnym  jądrem 

background image

fortecy; góruje nad całością, przekraczając często wysokość 25 m: w Etampes wynosi ona 27, w Gi-

sors  28,  w  Houdan,  Dourdan  i  Freteval  30,  w  Chateaudun  31,  w  Tonquedec  35,  w  Loches  40,  w 

Provins  45.  Bywa  zbudowany  na  planie  kwadratu  (Tower  w  Londynie),  prostokąta  -  (Loches), 

sześciokąta (Tournoel), ośmiokąta (Gisors), lub jest czteroczęściowy (Etampes). Najczęściej jednak 

ma kształt cylindryczny o średnicy od 15 do 20 m i murach grubości 3 do 4 m. 

Podobnie  jak  wieże,  donżon  był  podzielony  na  kondygnacje  drewnianymi  podłogami.  Ze 

względów  bezpieczeństwa  donżon  miał  tylko  jedne  drzwi  wejściowe  na  wysokości  pierwszego 

piętra, czyli co najmniej 5 m ponad ziemią. Wchodziło się po drabinie, po rusztowaniu czy też po 

kładce  przerzuconej  z  przedpiersia  najbliższego  muru. W  każdym  razie  było  to  urządzenie,  które 

dawało  się  łatwo  i  szybko  usunąć  w  razie  napaści.  Na  pierwszym  piętrze  znajdowała  się  wielka 

sala,  niekiedy  sklepiona,  stanowiąca  ośrodek  domowego  życia.  Tam  pan  zasiadał  do  stołu, 

przyjmował  gości  i  wasali,  a  nawet  zimą  sprawował  sądy.  Na  wyższym  piętrze  mieściły  się 

sypialnie  pana  i  jego  żony;  prowadzą  do  nich  wąskie  schody,  wpuszczone  w  grubość  muru.  Na 

trzecim  piętrze  były  zbiorowe  sypialnie  pańskich  synów  i  córek,  sług  i  domowników. Tam  także 

mogli  nocować  goście.  Szczyt  donżonu  podobny  jest  do  szczytów  murów  obronnych,  osłonięty 

parapetem,  z  gankiem,  hurdycjami  lub  machikułami.  Wznosi  się  nad  nim  wieżyczka,  z  której 

wartownik  nieustannie  przepatruje  okolicę.  Parter  pod  wielką  salą  jest  ciemny,  bez  okien  i  bez 

drzwi,  tak  że  nikt  nie  mógł  wejść  tam  z  zewnątrz.  Jednakże  nie  pełnił  on  funkcji  więzienia  czy 

lochu, jak mniemali niektórzy dziewiętnastowieczni archeologowie, lecz służył za magazyn, gdzie 

trzymano  wino,  drwa,  ziarno  i  broń.  W  niektórych  donżonach  tę  samą  rolę  grała  podziemna 

komora;  niekiedy  znajdowała  się  tam  studnia  i  łaźnia,  niekiedy  zamaskowane  wejście  do  tunelu 

prowadzącego  z  zamku  daleko  na  równinę,  lecz  taki  tunel  należał  do  rzadkości,  a  jeśli  nawet  w 

którymś zamku istniał, służył raczej do przechowywania w chłodzie prowiantu dla wojska niż jako 

tajemna droga ucieczki, romantycznej lub rozpaczliwej. 

 

Donżon: dekoracje wnętrza i umeblowanie  

 

Żeby  opisać  wnętrze  wielkopańskiego  mieszkania,  wystarczy  wymienić  jego  trzy 

charakterystyczne  cechy:  prostota  rozplanowania,  skromność  ozdób,  niewielka  liczba  mebli. 

Mówiliśmy już, jaki był rozkład izb we wnętrzu donżonu. Wypada dodać, że nie inaczej wyglądało 

wielkopańskie  mieszkanie  w  miejskim  pałacu  (książęcym  lub  biskupim)  lub  też  w  nie 

ufortyfikowanych rezydencjach, które się rozpowszechniły w południowej Anglii już w początkach 

XIII wieku: budynek stawiano na planie wydłużonego prostokąta, nie zaś kwadratu lub koła, lecz 

główna  sala  w  dalszym  ciągu  znajdowała  się  na  pierwszym  piętrze;  z  zewnętrznym  otoczeniem 

łączą ją kamienne schody, a z kaplicą i innymi częściami mieszkania (na tym samym lub wyższym 

background image

piętrze) liczne korytarze. Parter, sklepiony i słabo oświetlony, służył za skład lub pomieszczenie dla 

straży. 

Wróćmy  wszakże  do  donżonu  i  jego  wielkiej  sali.  Chociaż  bardzo  wysoka  (7  do  12  m)  i 

przestronna (50 do 150 m2), jest to zawsze jedna izba. Niekiedy dzielono ją zasłonami na mniejsze 

izby,  ale  było  to  urządzenie  prowizoryczne,  stosowane  w  określonych  okolicznościach. 

Trapezoidalne  framugi  okien  i  głębokie  wnęki  w  ścianach  mogą  po  odgrodzeniu  stworzyć  małe 

pomieszczenia.  Okna  to  wnęki,  bardziej  wysokie  niż  szerokie,  sklepione  pośrodku,  wycięte  w 

grubości  muru  niczym  strzelnice  i  wyposażone  w  kamienną  ławę,  na  której  można  siedzieć 

rozmawiając  lub  wyglądając  na  dwór.  Okno  rzadko  było  oszklone;  na  szkło,  bardzo  kosztowne, 

pozwalały sobie tylko kościoły. W pańskiej rezydencji wstawiano w otwór okienny kratę trzcinową 

czy  metalową,  przesłaniano  go  woskowanym  płótnem  albo  nasyconym  oliwą  pergaminem, 

rozpiętym na osobnej ramie, a dodatkowo zabezpieczano okiennicą drewnianą, częściej wewnętrzną 

niż zewnętrzną, którą zresztą nie zawsze zamykano na noc, jeśli w wielkiej sali nikt nie spał. Okna 

te,  mimo  że  nieliczne  i  stosunkowo  niewielkie,  przepuszczały  dostateczną  ilość  światła,  by 

rozjaśnić  salę  w  dni  letnie.  Wieczorami  i  zimą  oświetlenie  to  uzupełniano  nie  tylko  ogniem  na 

kominku, lecz także smolnym łuczywem, łojowymi świeczkami i lampami oliwnymi zawieszonymi 

u sufitu i na ścianach. Tak więc oświetlenie wnętrza było zarazem źródłem ciepła i dymu, nie mogło 

wszakże  zwalczyć  wilgoci,  tej  plagi  średniowiecznych  mieszkań.  Podobnie  jak  szyby,  świece 

woskowe były przywilejem tylko najbogatszych domów i kościołów. 

Podłogi, czy to drewnianej, czy z ubitej ziemi, czy - co rzadsze z płyt kamiennych, nigdy nie 

pozostawiano  nagiej.  W  zimie  zaściełano  ją  słomą,  posiekaną  na  sieczkę  lub  splecioną  w  grube 

maty. Wiosną i latem słomę zastępowało sitowie, gałązki lub kwiaty (lilie, mieczyki, kaczeńce). Pod 

ścianami  rozkładano  pachnące  zioła  i  aromatyczne  rośliny,  jak  mięta  czy  werwena.  Wełniane 

kobierce i haftowane makaty, którymi okrywano ławy, na ogół znajdowały się tylko w sypialniach, 

w wielkiej sali rozkładano na podłodze skóry zwierzęce i futra. 

Sufit, stanowiący jednocześnie podłogę górnej kondygnacji, zostawiano zazwyczaj w stanie 

surowym,  ale  w  XIII  wieku  zaczęto  go  niekiedy  malować,  wykorzystując  belki  i  kasetony,  by 

stworzyć  geometryczny  deseń,  fryz  heraldyczny  czy  też  dekoracje  z  rozsianymi  motywami 

zwierzęcymi.  Podobne  motywy  stosowano  również  na  ścianach,  lecz  te  najczęściej  malowano  na 

jednolity kolor (ze szczególnym upodobaniem do żółtej i czerwonej ochry) albo zdobiono deseniem 

linearnym,  naśladującym  mur  z  kamienia  ciosanego,  lub  kwadratami  na  wzór  szachownicy. 

Jednakże w domach książęcych nie należały do rzadkości freski, przedstawiające sceny alegoryczne 

i historyczne, zaczerpnięte z legend, Biblii lub współczesnej literatury. Wiemy, na przykład, że król 

Anglii  Henryk  III  lubił  sypiać  w  pokoju,  którego  ściany  ozdobione  były  epizodami  z  życia 

Aleksandra  Wielkiego,  bohatera  szczególnie  w  średniowieczu  podziwianego.  Ale  był  to  luksus 

background image

dostępny monarsze. Wasal niższego stopnia w swoim drewnianym donżonie musiał się zadowolić 

ścianą prostą i nagą, a chcąc ją przyozdobić wieszał na niej włócznię i tarczę. 

Tkaniny, podobnie jak malowane ściany, najczęściej były jednobarwne, niekiedy zdobione 

deseniem  geometrycznym,  roślinnym  lub  scenami  figuralnymi.  Nie  były  to  jeszcze  prawdziwe 

makaty  (na ogół  sprowadzane ze wschodu), lecz hafty  wyszywane na  grubym  płótnie, jak słynna 

“tkanina  królowej  Matyldy",  przechowywana  po  dziś  dzień  w  Bayeux.  Służyły  do  rozmaitych 

celów:  aby  zamaskować  jakieś  drzwi  lub  okno,  podzielić  wielką  salę  na  kilka  “sypialni".  Toteż 

często używano wyrazu chambre nie jako nazwy pokoju sypialnego, lecz dla określenia zbioru tych 

makat,  haftów  i  tkanin,  którymi  zdobiono  wnętrza,  nadając  im  przez  to  indywidualne  znamię,  i 

które zabierano ze sobą wyruszając w podróż. Był to podstawowy element dekoracji i wyposażenia 

wielkopańskich mieszkań. 

Meble robiono w XII wieku wyłącznie z drewna. Przesuwano je ustawicznie z miejsca na 

miejsce, gdyż - z wyjątkiem łóżka - żaden z nich nie miał określonej i tylko jednej funkcji: tak więc 

skrzynia, zasadniczy ówczesny mebel, mogła służyć za szafę, za stół i za ławę, przy czym w tym 

ostatnim przypadku dodawano do niej niekiedy oparcie lub nawet poręcze. 

Lecz  skrzynia  pełniła  funkcję  ławy  tylko  przygodnie,  meblami  przeznaczonymi  specjalnie 

do  siedzenia  były  wieloosobowe  ławy,  nieraz  podzielone  na  stalle,  i  jednoosobowe  stołki  bez 

oparcia (sellettes). Fotel był zastrzeżony dla pana domu lub najdostojniejszego gościa. Giermkowie 

i  panny  siadywali  na  snopkach  słomy,  niekiedy  nakrytych  haftowaną  tkaniną,  albo  wprost  na 

podłodze,  podobnie  jak  służące  i  służący.  Kilka  desek  położonych  na  kozłach  zastępowało  stół, 

ustawiany  pośrodku  wielkiej  sali  w  godzinach  posiłków.  Stół  ten  był  długi,  wąski  i  wyższy  niż 

nasze dzisiejsze stoły. Biesiadnicy zasiadali po jednej tylko stronie, druga pozostawała wolna, aby 

usługujący mieli swobodę ruchów. Prócz skrzyń, w które się wrzucało byle jak zastawę stołową, na-

czynia,  odzież,  srebro  i  mapy,  bardzo  mało  było  mebli  do  przechowywania  rzeczy:  czasem  jakaś 

szafa, jakiś kredens, rzadziej pomocnik z nadstawą otwartych półek, na  których zamożni  mogli z 

dumą wystawiać cenną porcelanę lub dzieła kunsztu złotniczego. Często rolę mebli pełniły nisze w 

murach, zasłonięte kawałkiem tkaniny lub okiennicą. Odzieży nie układano płasko, lecz zwijano w 

rulon  i  przesypywano  aromatycznymi  ziołami.  W  rulon  zwijano  też  mapy  sporządzane  na 

pergaminie,  a  potem  wsuwano  je  do  płóciennych  worków,  które  spełniały  niejako  funkcje  kasy 

ogniotrwałej i zawierały prócz map kilka skórzanych sakiewek. 

Jeśli do tej listy dodamy kilka szkatułek, kilka bibelotów, kilka przedmiotów związanych z 

praktykami religijnymi (relikwiarz, kropielnica), będziemy mieli mniej więcej pełny obraz sprzętów 

zdobiących wielką salę donżonu. Jak widać, nie było to bogate umeblowanie, ale jeszcze skromniej 

przedstawiały się sypialnie: łóżko i skrzynia w pokoju mężczyzny, łóżko i coś w rodzaju toalety w 

pokoju  kobiety.  Nie  było  tam  ani  ław,  ani  foteli,  siadało  się  na  wypełnionych  słomą  płóciennych 

background image

workach,  na  podłodze  albo  na  łóżku.  Łóżko  było  olbrzymie,  kwadratowe,  niekiedy  bardziej 

szerokie  niż  długie;  nie  było  w  zwyczaju  sypianie  samotnie.  Nawet  jeśli  właściciel  zamku  i  jego 

małżonka  mieli  osobne  sypialnie,  dzielili  na  ogół  wspólne  łoże. W  sypialniach  ich  synów,  córek, 

sług i  gości łoża również były zbiorowe. Kładziono  się do nich po dwie, po cztery  czy nawet  po 

sześć osób razem. 

Łóżko  możnego  pana  stało  na  wzniesieniu,  głowami  do  ściany,  nogami  w  kierunku 

kominka.  Drewniana  konstrukcja  tworzyła  rodzaj  baldachimu,  z  którego  zwisały  kotary, 

odgradzające  śpiących.  Pościel  niewiele  się  różniła  od  naszej  dzisiejszej.  Na  siennik  lub  materac 

kładziono  puchowy  piernat  i  okrywano  go  prześcieradłem.  Drugie  prześcieradło,  podłożone  pod 

przykrycie,  zwisało  luźno,  nie  obtykano  go  po  bokach.  Wszystko  to  nakrywano  kapą  bawełnianą 

lub  puchową,  pikowaną  jak  nasze  kołdry  puchowe.  Wałek  i  poduszki,  obciągnięte  powłoczkami, 

przypominały te, które dziś są w użyciu. Bielizna pościelowa, lniana lub jedwabna, zdobiona była 

haftami,  kołdra  wełniana  podbita  futrem  gronostajów  lub  popielic.  U  mniej  zamożnych  jedwab 

zastępowano zgrzebnym płótnem, a wełnę - szerszą (serge). 

W  tym  miękkim  i  przestronnym  łożu  (tak  szerokim,  że  przy  prześciełaniu  trzeba  się  było 

posługiwać  kijkiem)  sypiali  ludzie  zazwyczaj  nago,  głowę  tylko  osłaniając  czepkiem.  Przed 

położeniem  się  rozwieszano  odzież  na  wieszaku,  utworzonym  z  pręta  sterczącego  ze  ściany 

pośrodku  sypialni  równolegle  do  łóżka. Ale  koszulę  zdejmowano  dopiero  później,  już  w  łóżku,  i 

wsuwano  ją  zwiniętą  pod  poduszkę,  aby  natychmiast  po  przebudzeniu  o  świcie  włożyć  ją  przed 

wstaniem. 

Na  kominku  w  sypialni  ogień  nie  palił  się  stale.  Rozpalano  go  tylko  w  te  wieczory,  gdy 

zamierzano czuwać do późna i zabawiać się w rodzinnym gronie w tym pokoju, przytulniejszym od 

wielkiej sali. Tam bowiem kominek był olbrzymi, palenisko przystosowane do wielkich kłód, a sto-

jące przy nim ławy mogły pomieścić kilkanaście czy nawet dwadzieścia osób. Stożkowaty okap i 

wysunięte  z  węgarów  wsporniki  tworzyły  jak  gdyby  chatę  we  wnętrzu  sali.  Ogromnej  nadstawy 

komina  nie  ozdabiano  niczym,  dopiero  w  początkach  XIV  wieku  przyjmie  się  zwyczaj  umiesz-

czania na niej rodzinnych herbów. Niektóre sale, szczególnie wielkich rozmiarów, miały aż dwa (a 

czasem nawet trzy) kominki, ulokowane nie przy dwóch odległych od siebie ścianach, lecz oba przy 

tej  samej.  W  Anglii,  w  najskromniejszych  donżonach  kominek  nie  wspierał  się  o  ścianę,  lecz 

znajdował się pośrodku sali: duży płaski kamień służył za palenisko, a piramida z cegieł i drewna 

tworzyła prymitywny okap. 

 

Życie codzienne na zamku  

 

Życie  w  obrębie  zamku  znamionowała  monotonia.  Twierdza  ożywiała  się  tylko  w  kilku 

background image

dniach,  rozproszonych  pomiędzy  Wielkanocą  a  Zaduszkami,  gdy  pełniła  swoją  funkcję  ośrodka 

militarnego,  politycznego  i  ekonomicznego,  a  więc  z  okazji  jarmarku  lub  święta,  po  żniwach  i 

winobraniu  albo  gdy  nadchodził  termin  płacenia  daniny,  zwołania  wyprawy  wojennej  (ost)  albo 

sesji sądowej. Okazje te były nieczęste, większość dni upływała smutno i bez wydarzeń. Mężczyźni 

nudzili się, spędzali więc jak najwięcej czasu poza domem, na polowaniach, turniejach czy w polu. 

Wyładowywali energię w nieustannych kłótniach z sąsiadami, w oczekiwaniu na daleką wyprawę, 

która  otworzyłaby  im  nowe,  cudowne  horyzonty.  Kobiety  czekały  na  powrót  mężczyzn  w 

niewygodnej sali donżonu, zabijając czas haftem lub przy kądzieli. 

Wobec  jednostajności  codziennego  życia  łatwo  zrozumieć,  że  każdego  gościa  witano  z 

radością, czy był to pielgrzym, który opowieściami o swoich wędrówkach pobudzał do marzeń, czy 

żongler zabawiający widzów akrobatycznymi sztuczkami, czy trubadur, który zachwycał słuchaczy 

poematami o przygodach króla Artura i jego rycerzy, a tym bardziej, gdy się trafił gość dostojny, 

godny noclegu w najokazalszej sypialni, przytykającej do sypialni właściciela zamku i ozdobionej 

tym wszystkim, czym  gospodarz szczyci się w swoim dobytku. Wiek XII znał cnotę gościnności. 

Na zamku  czy w chłopskiej chacie każdy  gość znajdował  miłe przyjęcie. Posłuchajmy opowieści 

Chretiena de Troyes o tym, jak przyjęto Lancelota i dwóch jego towarzyszy w domu pewnego wa-

sala niższego stopnia: 

 “Wyjechawszy z lasu zobaczyli dwór rycerski. Pani domu siedząca przed wejściem wydawała się 

bardzo  przyjazna.  Na  widok  przybyszów  zerwała  się  z  miejsca,  wybiegła  na  ich  spotkanie, 

przywitała z radością i rzekła: «Witajcie! Chętnie was przyjmę w swoim domu. Zsiądźcie z koni, 

znajdziecie  u  nas  gościnę.»  «Dziękujemy  ci,  o, pani.  Skoro  taka  twoja wola,  zsiądziemy  z  koni  i 

spędzimy tę noc u ciebie w gościnie.» 

Zeskoczyli  z  siodeł,  pani  zaś,  mając  licznych  domowników.  kazała  odprowadzić  konie  do 

stajni.  Przywołała  synów  i  córki;  wszyscy  przybiegli  natychmiast:  rycerze,  dworki,  uprzejmi 

panicze,  prześliczne  panny.  Pani  nakazała  synom,  żeby  rozsiodłali  wierzchowce  i  zajęli  się  nimi 

troskliwie, co też chętnie zaraz uczynili. Córkom zaś poleciła, aby odebrały od gości broń, co też 

niezwłocznie  uczyniły,  po  czym  każdemu  z  nich  podały  krótki  kaftan  do  włożenia  przez  głowę. 

Zaprowadzono ich do domu,  pięknie urządzonego. Pana nie zastali,  gdyż polował  wraz z dwoma 

synami  w  lasach,  lecz  wkrótce  potem  powrócił.  Jak  przystało  dobrze  wychowanym  dzieciom, 

wszystkie wyszły witać ojca i odebrać od niego upolowaną zwierzynę. Powiedziały mu też: «Panie 

ojcze, masz w domu gości, dwóch rycerzy. «Bogu niech będą za to dzięki!» - odparł. 

Podczas  gdy  ojciec  i  dwaj  synowie  witali  się  z  gośćmi,  reszta  domowników  krzątała  się 

żwawo.  Każdy  miał  wyznaczoną  część  pracy  przy  przygotowaniach  do  posiłku;  jedni  zapalali 

łojówki, drudzy podawali ręczniki i miski do mycia rąk, a przyniósłszy wodę nie szczędzili jej i na-

lewali hojnie. Wszyscy się obmyli, zanim siedli do stołu. Prawdziwie niczego nie brakowało w tym 

background image

domu i wszystko tam było bardzo miłe." 

 

 

 

Dom chłopski 

 

Dom chłopski to najczęściej nędzna chata, mniej więcej taka sama we wszystkich regionach. 

Jedynie  w  materiale,  jakim  się  posługiwano,  występowały  pewne  różnice,  zależne  od  lokalnych 

warunków.  Ściany  były  albo  całe  z  drewna,  albo  z  łat,  tworzących  jak  gdyby  prymitywną 

konstrukcję  strychulcową,  i  z  polepy,  sporządzonej  z  mieszaniny  gliniastej  ziemi  i  sieczki.  W 

środkowej i południowej Francji polepę zastępowała często zwykła ubita ziemia. Dach, z otworem 

dającym ujście dymowi, kryto zwykle strzechą, rzadziej gontem lub dachówką. Otwory w ścianach 

nieliczne  i  małe,  zazwyczaj  jedne  tylko  drzwi  i  jedno  okno  z  drewnianą  okiennicą  zamykaną  od 

wewnątrz. 

Mieszkanie  składało  się  z  jednej  izby,  z  wnękami  na  łóżka  i  prymitywną  kuchnią,  ściany 

były  nagie,  sufit  niski,  a  podłogę  stanowiło  klepisko  przysypane  trocinami  lub  sianem.  Tam 

chłopska  rodzina  pracowała,  przyjmowała  gości,  gotowała  posiłki,  jadała  i  sypiała.  Umeblowanie 

było równie liche i niewygodne jak budynek: wielka dzieża  - jej rozmiary świadczą o zasobności 

rodziny - jedna czy dwie ławy, kilka stołków, jedno lub kilka łóżek, na których sypiało od dwóch do 

ośmiu osób. Stół, jeśli w ogóle był, składał się ze starych drzwi położonych na kozłach. Ale sprzęty 

te, chociaż toporne, wyciosane z dębowych desek siekierą, były bardzo mocne i przekazywano je z 

pokolenia na pokolenie. 

Dom  rzadko  podpiwniczano,  częściej  do  jednej  z  jego  ścian  zewnętrznych  przytykała 

płytka,  na  pół  w  ziemi  zagłębiona  piwnica,  natomiast  nad  izbą  z  reguły  był  strych,  na  .który 

wchodziło  się  po  drabinie  z  zewnątrz.  Tam  rolnik  przechowywał  to,  co  miał  najcenniejszego: 

ziarno.  Liczba  i  rozmiary  zabudowań  gospodarczych  otaczających  chatę  bywały  różne,  podobnie 

jak rozmiary dzieży, zależnie od zamożności właściciela. Zamożny rolnik, pierwszy w swojej wsi, 

miał  stodołę  na  zboże,  słomę  i  siano,  szopę,  gdzie  przechowywał  pług  i  inne  narzędzia,  oborę, 

owczarnię, chlew lub kilka chlewów, niekiedy także stajnię. Prosty wyrobnik nie miał nic takiego, a 

skąpy zbiór siana, kilka narzędzi, kilka kur trzymał w tej samej izbie, w której jadał, sypiał i żył z 

całą rodziną. Tak samo różniły się cottiers - małe ogródki za chatami. Najbiedniejsi poprzestawali 

na  grządce  rzepy  i  ziół,  zamożniejsi  hodowali  piękne  warzywa,  owoce,  winorośl  i  rośliny 

włókiennicze. 

Chłop,  tak  samo  jak  właściciel  zamku,  nie  spędzał  wiele  czasu  w  domu.  Latem  i  zimą 

przebywał  najczęściej  w  polu,  w  ogrodzie,  na  rzece,  w  młynie,  na  targu  czy  w  drodze.  Chłop, 

background image

podobnie jak pan, nie był zbytnio do swojego domu przywiązany i nie starał się go upiększyć ani 

urządzić  wygodniej.  Zresztą  zdobywanie  nowych  gruntów  pod  uprawę  i  konieczność  stosowania 

systemu  trójpolowego  zmuszały  rolnika  do  niemal  wędrownego  trybu  życia.  Nawet  w  obrębie 

włości  swojego  seniora  czynszownik  często  zmieniał  działkę  i  w  związku  z  tym  miejsce 

zamieszkania. 

background image

Rozdział Piąty 

Pora siadać do stołu 

 

O  tym,  jak  się  ludzie  średniowiecza  odżywiali,  wiemy  niewiele,  gdyż  znamy  niemal 

wyłącznie  jadłospisy  wspaniałych  książęcych  uczt  z  XIV  wieku  oraz  malownicze  przepisy 

kulinarne, zawarte w licznych rozprawach i przeznaczone dla bogatych mieszczan, nie wcześniejsze 

jednak niż z połowy XIII wieku. Prawie nic nam nie wiadomo o sposobach odżywiania się w latach 

poprzedzających  tę  datę,  zwłaszcza  jeśli  chodzi  o  chłopstwo.  Wobec  braku  źródeł  dotyczących 

specjalnie tych zagadnień, trzeba je studiować pośrednio, wyciągając wnioski z danych o metodach 

rolniczych i o wymianie handlowej. Nawet wtedy, gdy chcemy się dowiedzieć czegoś o sposobie 

życia  arystokracji,  badania  aspektów  ekonomicznych  systemu  feudalnego  okazują  się  bardziej 

pouczające niż ściśle techniczne informacje zawarte w tekstach narracyjnych i literackich. Poematy 

dworskie,  tak  bogate  w  opisy  rytuałów  związanych  z  posiłkami,  skąpią  szczegółów  co  do 

podawanych  dań  i  sposobu  ich  przyrządzania.  Jakaś  niepojęta  literacka  pruderia  powstrzymuje 

często autorów od opowiadania, czym ich bohaterowie się posilali. Wiemy tylko, że “jedli obficie i 

smacznie". Oto charakterystyczny przykład: 

“Służba  ustawiła  stół  i  przygotowała,  co  trzeba,  do  posiłku.  Umywszy  ręce  trzej  biesiadnicy  nie 

zwlekając  siedli  za  stołem.  Znudziłbym  was  wszakże  wyliczaniem  mięsiwa,  które  im  podawano. 

Lepiej więc uczynię pomijając to milczeniem. Oszczędzę słuchaczom nudy, a sobie niepotrzebnego 

trudu. Nie skłamię wszakże, jeśli wam powiem, że mięsiwa było w bród, a przednich win tyle, ile 

kto zapragnął."  

Powściągliwość  autorów  jest  tym  bardziej  godna  ubolewania,  że  na  omawiany  okres 

przypada przełom w sposobie odżywiania się, spowodowany postępem rolnictwa, wprowadzeniem 

nowych  upraw  i  wzrostem  wydajności;  rozwój  hodowli  umożliwia  większe  spożycie  mięsa; 

produkty zbożowe przestają być jedynym pożywieniem klas niższych; obsesyjny lęk przed głodem 

słabnie,  ożywia  się  cyrkulacja  produktów,  zmieniają  się  gusta,  wysubtelniają  obowiązujące  przy 

stole obyczaje. 

Mimo luk w dokumentacji można odtworzyć niemal kompletny obraz tego, co się pojawiało 

na  stołach  pańskich  i  chłopskich  pod  koniec  XII  wieku.  Najmniej  wiemy  nie  o  rodzaju 

spożywanych  produktów,  lecz  o  sposobie  ich  przyrządzania  (literatura  często  na  ten  temat 

fantazjuje),  a  zwłaszcza  o  ilościach  spożywanych  przy  każdym  posiłku;  nie  chodzi  nam  o  dni 

obżarstwa i ucztowania, lecz o rzeczywistość dni powszednich. 

Pożywienie chłopów 

 

Podstawą pożywienia chłopów, zarówno wolnych, jak niewolnych, były produkty zbożowe, 

background image

nie  zawsze  spożywane  w  postaci  chleba;  nie  wszystkie  zresztą  do  tego  się  nadają.  Najczęściej 

gotowano  z  nich  polewki  lub  pieczono  podpłomyki.  Najbardziej  rozpowszechnione  były  żyto, 

jęczmień i pszenica, często siane i zbierane razem, tak by otrzymać mieszankę na ciemny, szarawy 

chleb.  W  okolicach  górskich  uprawiano  orkisz,  a  w  prowincjach  południowych  różne  odmiany 

prosa.  Owies  używany  był  głównie  jako  składnik  zupy,  obok  siemienia  konopnego,  jarzyn 

ogrodowych  (bób,  groch,  purchawki,  kapusta)  i  owoców  drzew  rosnących  dziko  (kasztany, 

żołędzie). Dopiero w końcu średniowiecza zaczęto pewne odmiany zbóż przeznaczać na paszę dla 

zwierząt. 

Jednakże  już  w  XII  wieku  poprawa  warunków  bytu  i  względny  wzrost  zamożności 

pozwalały  chłopu  żywić  się  nie  tylko  chlebem,  podpłomykami  i  polewkami.  Duży  pożytek  dawał 

drób, dostarczając jaj (które spożywano w dużych ilościach) oraz mięsa (kurczaki, kapłony, gęsi); 

umożliwiało  to  płacenie  w  naturze  należnych  panu  świadczeń.  Wyrabiano  też  sery,  ostre  lub 

łagodne,  przyprawiane  ziołami  lub  nie,  przeważnie  nie  z  krowiego,  lecz  z  owczego  mleka.  Ryby 

kupowano  solone  albo  wędzone  (głównie  śledzie)  czy  też  łowiono  -  zwykle  potajemnie  w 

najbliższej rzece lub w jeziorze. Oprócz jarzyn już wyżej wymienionych, uprawiano w skromnych 

ogródkach za chatą soczewicę, fasolę, cebulę, czosnek, rzepę i pory. Nie tylko sady, lecz również 

żywopłoty,  łąki  i  lasy  dostarczały  mnóstwa  owoców,  jabłek  i  gruszek,  a  także  morw,  śliwek, 

niespliku, jarzębin, orzechów włoskich i laskowych, borówek i przeróżnych jagód. Warto zwrócić 

uwagę  na  pewną  zabawną  ciekawostkę:  gdy  w  tekście  jest  mowa  o  owocu  bez  podania  bliższej 

nazwy, oznaczało to we Francji jabłko, lecz w Anglii - gruszkę. Wreszcie, oprócz drobiu i drobnej 

zwierzyny, zdobywanej kłusowniczymi sposobami, jadano wieprzowinę. Świniobicie odbywało się 

w grudniu, ale mięso solono, aby się nim żywić przez czas możliwie jak najdłuższy. 

Zarówno  do  potraw  zbożowych,  jak  do  mięsa  i  ryb  ówczesna  kuchnia  chłopska  stosuje 

mnóstwo przypraw i ziół aromatycznych (czosnek, gorczyca, mięta, pietruszka, macierzanka itp.). 

Potrawy smażone, pieczone lub z rożna, należały do rzadkości, najczęściej występowały w postaci 

pośrednie j między zupą a potrawką, mocno przyprawione, w sosach robionych z miąższu chleba, 

soku zielonych winogron, cebuli i orzechów; niekiedy dodawano też ziarnko pieprzu lub odrobinę 

cynamonu, kupowane na wagę złota u kupców korzennych. 

Oczywiście na takie dania mógł sobie pozwolić tylko zamożny rolnik. Dla rzeszy wolnych i 

niewolnych chłopów podstawowym  pożywieniem był  chleb i  polewka,  a inne wymienione  wyżej 

produkty stanowiły dodatek lub  też pożywienie odświętne.  Lud  w XII  wieku żył  wciąż jeszcze w 

lęku  przed  nieurodzajem  zbóż.  Z  powodu  niskiej  wydajności  rolnictwa  i  nieznajomości  lepszych 

sposobów przechowywania produktów nie mógł się zaopatrzyć w zapasy większe niż na jeden rok, 

toteż zawsze był zdany na łaskę lub niełaskę warunków klimatycznych. Niedostatek i głód, chociaż 

mniej dotkliwe niż w XI, a nawet w XIV wieku, zdarzały się wszędzie dość często. Mimo pewnych 

background image

postępów, lęk przed głodem i obsesyjna troska o żywność nie zniknęły. Świadczą o tym chłopskie 

baśnie,  w  których  zazwyczaj  młynarz  występuje  jako  zdrajca  gnębiący  lud  głodem,  rzeźnik  jest 

postacią urzekającą, a rozmaite wersje opowieści o rozmnożeniu chleba zajmują wiele miejsca. W 

folklorze  i  w  literaturze  roi  się  od  historyjek  o  kradzieży  produktów  żywnościowych,  .,  od  scen 

obżarstwa lub legend o przemienianiu różnych najpospolitszych substancji w cudowne jadło. Tak na 

przykład w Roman de renart (Opowieści o lisie) głód jest głównym bodźcem pobudzającym lisa do 

występków, a większość jego przygód zaczyna się od stwierdzenia pustek w spiżarni. 

“Było to w porze, kiedy lato się kończy, a zima już nadchodzi. Lis doznał gorzkiego zawodu, kiedy 

stwierdził,  że  zapasy  w  jego  domu  już  się  wyczerpały.  Nie  miał  nic,  czym  by  się  pożywić,  i  ani 

grosza  żeby  kupić  prowiant,  nic,  czym  by  mógł  pokrzepić  siły.  Z  konieczności  więc  wyruszył  w 

drogę..." 

 

Pożywienie panów 

 

Pożywienie panów, tak samo jak chłopów, bardziej zależało od stanu majątkowego niż od 

okolicy, w której mieszkali. Pan na skromnym zamku w Maine lub w Poitou żywił się nie inaczej 

niż niezamożny rycerz w Kent. U jednych i drugich trzy zasadnicze posiłki codzienne podobniejsze 

były  do  posiłków  dostatniego  rolnika  niż  do  tego,  co  podawano  na  stołach  ich  suzerena,  króla 

Anglii. 

Nie trzeba jednak przesadzać, jak często  czynią  autorzy rycerskich poematów epickich,  w 

opisach  wspaniałości  królewskich  uczt  w  interesującym  ras  okresie. Tak  bywało  dopiero  później. 

Najstarsze, niepodważalne świadectwo historyczne, zawierające opis wielkiego bankietu wydanego 

przez króla Francji, przekazał nam Joinville, opowiadając, jak Ludwik Święty podejmował swojego 

brata Alfonsa z Poitiers w murach miasta Saumur w 1241 roku. Wprawdzie zbytkowne jadło było 

już. “pierwszym z luksusów" - jak to pięknie wyraził Jacques Le Goff  lecz w omawianej tu epoce 

nie  istniał  jeszcze  snobizm  każący'  się  prze  ścigać  w  kulinarnym  wyrafinowaniu.  Oczywiście, 

grzechy  obżarstwa  i  łakomstwa  mnożyły  się  na  wszystkich  szczeblach  arystokratycznego  śro-

dowiska,  które  przynajmniej  raz  na  tydzień  (albo  i  dwa  razy)  oddawało  się  uciechom  stołu,  lecz 

prawdziwa  sztuka  gastronomiczna  nie  grała  wielkiej  roli.  Rozkwitnie  dopiero  w  drugiej  połowie 

XIII wieku w związku ze wzrostem znaczenia bogatego mieszczaństwa, które wcześniej niż szla-

chetnie urodzeni zaczęło traktować wyszukaną kuchnię jako dowód społecznego awansu, a nawet 

swoistej  etyki.  Możni  panowie  XII  wieku  nie  komplikowali  uciech  stołu  subtelnościami  ani 

motywami  ideologicznymi.  Z  równą  łatwością  poprzestają  na  najskromniejszym  posiłku,  jak 

objadają się, gdy los tak zdarzy. Rycerze Okrągłego Stołu na przemian to ucztowali na dworze króla 

Artura, to wędrowali o pustym żołądku w poszukiwaniu przygód i wdzięcznie przyjmowali kromkę 

background image

chleba  i  kubek  wody  od  gościnnego  pustelnika.  To  są  jednak  literackie  skrajności.  Co  naprawdę 

jadał zacny pan i jego świta w wielkiej sali donżonu, który nie był ani zamkiem Camelot, ani chatą 

anachorety? 

W  porównaniu  z  chłopskim,  pożywienie  panów  różni  się  przede  wszystkim  tym,  że 

podstawą  jego  nie  są  produkty  zbożowe,  lecz  mięso.  Panowie  nie  żywią  się  więc  polewkami  ani 

podpłomykami, jadają niewiele chleba, za to mnóstwo rozmaitego mięsa. Ponieważ do nich należy 

przywilej  polowania,  mają  pod  dostatkiem  zwierzyny:  jelenie,  sarny,  daniele,  dziki,  zające, 

przepiórki,  kuropatwy,  bażanty;  w  niektórych  regionach  także  kormorany,  głuszce,  koziorożce,  a 

nawet  niedźwiedzie.  Poza  tym  drób  specjalnie  hodowany  w  tym  celu:  gęsi,  kapłony,  kurczęta, 

gołębie, ale także pawie, łabędzie, siewki, czaple, żurawie, bąki podawane od wielkiego święta (do 

kaczek  odnoszono  się  pogardliwie).  Wreszcie  było  mięso  zwierząt  rzeźnych,  przede  wszystkim 

wieprzowe. Koniny nie jadano nigdy, a woły aż do połowy XIII wieku hodowano głównie do pracy 

w polu, owce zaś na wełnę. 

Nie  brak  też  na  pańskim  stole  ryb.  Jada  się  je  świeże,  jeśli  pochodzą  z  wód  słodkich 

(specjalnie  ceniono  łososia,  węgorza,  minoga  i  szczupaka)  lub,  mniej  chętnie,  suszone,  solone  i 

wędzone,  jeśli  pochodzą  z  morza.  Natomiast  raczono  się  mięsem  niektórych  waleni  (wieloryby, 

morświnie),  a  nawet  rekinów  -  rzadko,  ze  względu  na  ich  zły  smak.  Z  wyjątkiem  ostryg 

(gotowanych) spożywano niewiele mięczaków, podobnie jak i skorupiaków. Ryby i mięso  - czy to 

smażone, gotowane czy przerobione na pasztet - podaje się zawsze w sosie lub nadziewane farszem, 

komponowanym  z  mnóstwa  przypraw  korzennych  i  aromatycznych,  czy  to  uprawianych  w 

ogrodach  (cebula,  czosnek,  pietruszka,  koper,  szczaw,  trybula),  czy  rosnących  dziko  (tymianek, 

mięta,  majeranek,  rozmaryn,  grzyby)  lub  sprowadzanych  ze Wschodu  (pieprz,  cynamon,  kminek, 

goździki). Głównymi składnikami wszystkich sosów był pieprz, mięta i wino zaprawione miodem. 

“Ziele"  (herbes,  jak  nazywano  wszystkie  warzywa),  którego  wiele  odmian  uprawiano  w 

ogrodach, nie cieszyło się powodzeniem w dni mięsne. Jadano je za to w dni postne lub jako lekkie 

dietetyczne  danie.  Do  mięsa  nie  podawano  zazwyczaj  nic  prócz  kilku  listków  sałaty  (zwłaszcza 

sałaty  liściastej  i  rzeżuchy)  lub  gotowane  owoce  (gruszki,  morele,  śliwki).  Po  serach,  które 

niezależnie  od  regionu  były  takie  same  (wszędzie  wyrabiano  zarówno  ostre,  jak  łagodne, 

aromatyzowane lub nie), wiele miejsca w jadłospisie zajmowały desery, przeważnie słodkie ciasta 

(placki, torty, pączki, pierniki) lub smakołyki z miodu, migdałów i miąższu owocowego. Najbogatsi 

sprowadzali  z  Ziemi  Świętej  cukier  trzcinowy  i  wyśmienite  egzotyczne  owoce:  brzoskwinie, 

melony,  daktyle,  pomarańcze,  figi.  Inni  poprzestawali  na  jabłkach,  gruszkach,  wiśniach, 

porzeczkach  i  malinach  (poziomki  nie  były  cenione),  orzechach  włoskich  i  laskowych.  Na  ogół 

jednak krajowe surowe owoce jadano raczej między posiłkami, na przechadzce, w ogrodzie lub w 

lesie. 

background image

 

Napoje i wino 

 

Co do napojów, to różnice społeczne odzwierciedlają się raczej w ich jakości niż w rodzaju. 

Szlachetnie  urodzeni  i  pospólstwo  upijają  się  tym  samym  trunkiem,  a  mianowicie  winem, 

podstawowym napojem średniowiecznej Europy Zachodniej. 

Piwo było rozpowszechnione tylko w pewnych regionach: we Flandrii, Artois, Szampanii, w 

południowej i środkowej Anglii; w innych, gdzie go nie produkowano, nie cieszyło się uznaniem. 

W  Andegawenii,  Saintonge,  Burgundii,  a  nawet  w  Paryżu  picie  piwa  uważano  za  pokutę:  Co 

prawda nie nadawało się do dłuższego przechowywania i źle znosiło transport, przeznaczone więc 

było  do  natychmiastowego  spożycia  na  miejscu.  Uchodziło  za  napój  stosowny  dla  kobiet,  a 

mężczyźni sięgali po nie tylko wtedy, gdy brakowało wina. Warzono je nie tylko z przetworzonego 

na słód jęczmienia, lecz także z pszenicy, owsa lub orkiszu. Aż do XV wieku nie było w zwyczaju 

przyprawianie  piwa  chmielem,  toteż  przypominało  raczej  napój  starożytnych  Galów,  zwany 

cervoise, niż to piwo, które dzisiaj znamy. Były jednakże rozmaite gatunki piwa: mocne lub słabe, 

słodzone miodem lub zaprawiane korzeniami albo nawet miętą. 

Jabłecznik,  niegodny  wybredniejszego  podniebienia,  pozostawiano  najuboższym  chłopom 

ze  wschodniej  Francji.  Nieco  mniej  kwaśne  wino  z  gruszek  bardziej  było  rozpowszechnione; 

rozcieńczone wodą dawano je dzieciom w wielu wioskach. Dzieci do siedmiu, ośmiu lat pijały rów-

nież  mleko.  Dorosły  człowiek  nie  brał  go  do  ust,  chyba  w  stanie  krańcowego  osłabienia  czy  też 

przytępienia  umysłu.  Bardziej  popularny  był  miód  pitny,  podawany  na  zakończenie  posiłków, 

czysty lub zmieszany z winem. Używano go też w kuchni do zaprawiania wielu różnych potraw i 

sosów. Z owoców drzew i krzewów rosnących dziko - morwa, tarnina, orzechy - wyrabiano lekko 

sfermentowane  wina,  silnie  aromatyzowane,  które,  przede  wszystkim  dla  chłopów,  spełniały  rolę 

naszych  likierów.  Wódki  z  owoców  nie  znano,  lecz  pędzono  ją  z  ziarna  zbożowego,  zwłaszcza 

jęczmienia.  Wytwarzanego  alkoholu  używano  raczej  jako  lekarstwa  niż  jako  “środka 

przyspieszającego  trawienie".  Wreszcie  przed  położeniem  się  do  snu  pijano  napar  z  ziół  (mięta, 

werbena, rozmaryn, niekiedy z dodatkiem korzeni i miodu). 

Ale głównym napojem, który się piło przy każdej okazji i o każdej  porze dnia, było wino, 

uważane  za  eliksir  zdrowia,  radość  życia,  dar  natury,  zasługujący  na  religijny  niemal  szacunek. 

Toteż wszędzie uprawiano winorośl. Od roku 1000 jej uprawa rozszerza się coraz bardziej wzdłuż 

biegu rzek, na przedmieściach, wokół klasztorów i zamków. Winnice rozrastały się raczej kosztem 

pól  uprawnych  niż  na  nowych  karczowiskach,  co  stwarzało  niemało  problemów,  tym  bardziej  że 

każdy,  od  najbogatszego  pana  do  najbiedniejszego  chłopa,  chciał  mieć  chociaż  piędź  własnej 

winnicy i wierzył, że jego wino jest najlepsze w świecie. Uprawa winorośli sięgała wówczas daleko 

background image

poza  dzisiejsze  swoje  granice  klimatyczne,  aż  do  Fryzji  i  Skanii.  W Anglii  winnice  skupiały  się 

głównie  w  Kent,  Suffolk  i  w  hrabstwie  Gloucester,  lecz  aż  po  Lincoln  i  York  nie  spotykało  się 

katedry  ani  opactwa,  które  nie  hodowałyby  własnego  wina  na  potrzeby  kultu.  We  Francji  tereny 

rodzące  winorośl  były  bardziej  rozproszone.  Trzy  ogromne  winnice  to:  Auxerrois-Tonnerrois, 

dostarczające znaczną część wina spożywanego przez Paryż; Aunis i Saintonge, które przez port La 

Rochelle eksportowało wino do Anglii; wreszcie region Beaune, którego rozkwit przypada na czas 

panowania Ludwika Świętego. Były wszakże inne regiony, nie tak rozległe, lecz nie mniej sławne i 

ważne  dla  życia  gospodarczego:  na  północy  Laonnois,  Szampania,  dolna  część  doliny  Sekwany, 

okolice  Paryża  i  Beauvais.  Nad  Loarą  okolice  Nevers,  Sancerre,  Orleanu,  Tours,  a  zwłaszcza 

Angers.  Dalej  na  południu  okolice  Issoudun,  Sant-Pouręain,  Clermont  i  Cahors. Wokół  Bordeaux 

uprawa winorośli rozwinęła się nieco później. Stało się to dopiero za króla Henryka III, gdy jego 

kontynentalne  posiadłości  skurczyły  się  do  jednego  księstwa  Guyenne,  co  przyczyniło  się  do 

zniknięcia winnic angielskich. 

Większość tych terenów specjalizowała się już wówczas w poszczególnych gatunkach win. 

Na północy dominowało lekkie wino białe, w Burgundii  - czerwone, ciężkie i mocne. Na stołach 

arystokracji te pierwsze cieszyły się większą estymą aż do połowy XIII wieku. Później, może pod 

wpływem  zamożnego  mieszczaństwa,  gusta  się  zmienią  i  w  wyższej  cenie  będą  cięższe  wina  z 

Beaune, wina likierowe z Langwedocji, Katalonii i z Bliskiego Wschodu. Oprócz różnic wynikłych 

z  warunków  geograficznych  wchodziły  w  grę  różnice  społeczne.  Kościół,  książęta  i  bogaci 

mieszczanie dbali o jakość swoich win, chłopom zależało przede wszystkim na ilości. 

Podobnie  jak  piwo,  wino  ówczesne  nie  nadawało  się  do  dłuższego  przechowywania. 

Należało je pić w ciągu roku, najpóźniej w następnym roku po wyprodukowaniu. Metody uprawy 

winorośli były już dość wysoko rozwinięte (niewiele się zmieniły aż do XIX wieku), lecz technika 

wytwarzania win dość prymitywna. Stare mogło być tylko wino dojrzałe. Pito go zresztą sporo, tak 

samo  jak  win  zaprawionych  ziołami,  korzennych,  pikantnych,  z  domieszką  miodu, 

aromatyzowanych. Można by sądzić, że czyste, naturalne wino nie miało dość wyrazistego smaku. 

W każdym razie tylko kobiety, dzieci i chorzy rozcieńczali je wodą. Oto, jakich rad udziela Guivret 

swemu powracającemu do zdrowia przyjacielowi Erykowi: 

“Będziesz  pił  wino,  do  którego  dolano  wody.  Mam  wprawdzie  siedem  beczek  pełnych 

najzacniejszego wina, ale czyste zaszkodziłoby ci, dopóki rany całkiem się nie zagoją."  

I rozważny Eryk przestrzega tych zaleceń. 

Chociaż nieurodzaje i klęski głodu powtarzały się periodycznie, ludzie XII i XIII wieku byli 

nie  tyle  niedożywieni,  ile  niewłaściwie  odżywiani:  w  chłopskiej  diecie  było  za  mało  składników 

białkowych,  a  szlachetnie  urodzeni  jadali  za  tłusto  i  nadużywali  pikantnych  przypraw.  Toteż 

ograniczenia nakazujące powściągliwość w tej dziedzinie miały niewątpliwie znaczenie dietetyczne 

background image

(czy zdawano sobie z tego sprawę, czy też nie). 

Kościół narzucał  wiernym  mnóstwo dni postnych.  Liczba ich wzrosła jeszcze po reformie 

gregoriańskiej:  dwa  dni  w  tygodniu  (środa  i  piątek)  w  czasie  zwykłym,  trzy  albo  cztery  w 

tygodniach adwentu i wszystkie dni oprócz niedziel w okresie Wielkiego Postu; poza tym w wigilię 

każdego ważniejszego święta. Do tych postów, obowiązujących wszystkich wiernych, dodać należy 

posty i półposty nakazywane z różnych okazji przez poszczególnych biskupów. W sumie należało 

pościć  przez  co  najmniej  trzecią  część  dni  w  roku.  W  praktyce  jednak  działo  się  inaczej.  Tym 

bardziej, że posty były nie tylko liczne, lecz obwarowane bardzo surowymi wymaganiami. W dzień 

postny dozwolony był tylko jeden posiłek, wieczorem po nieszporach, i to bez wina, mięsa, słoniny, 

zwierzyny,  jaj,  ciast  i  wszelkich  produktów  pochodzenia  zwierzęcego,  z  wyjątkiem  ryb.  Każdy 

pościł  na  miarę  swoich  możliwości:  najbiedniejszy  musiał  poprzestawać  na  chlebie,  wodzie  i 

jarzynach,  najbogatszy  korzystał  z  pretekstu,  by  się  raczyć  łososiem,  węgorzem,  szczupakiem  i 

serami  (jedynym  dopuszczalnym  rodzajem  nabiału),  i  rzadkimi  owocami.  Ale  nakazy 

wstrzemięźliwości  dotyczyły  nie  tylko  jedzenia.  Należało  się  powstrzymać  również  od  zabaw, 

polowań  i  wszelkich  uciech,  oddawać  się  w  skupieniu  medytacji  i  modlitwie,  oszczędności  zaś 

poczynione na rozrywkach i ucztach przeznaczać na jałmużnę. 

Oczywiście wszystkie te ograniczenia pozostawały najczęściej teorią. Trzeba by mieć cnoty 

Ludwika  Świętego,  żeby  skrupulatnie  wykonywać  te  przepisy  Kościoła.  W  praktyce  więc  każdy 

pościł na swój sposób. Starano się na ogół unikać przesady. Najmniej uprzywilejowani najbardziej 

narzekali na posty i najdotkliwiej je odczuwali: 

“Kto  tego  doświadczył,  ten  wie,  że  Wielki  Post,  ten  niecnota,  nie  przynosi  nic  prócz  smutku  i 

przykrości. Nienawidzą go biedacy, brzydzi się nim ubogi lud."  

Tak  mówi  anonimowy  autor  osobliwego  poematu  z  pierwszej  połowy  XIII  wieku  Bitwa 

Postu  z  Mięsopustem.  Ten  satyryczny  tekst  opisuje  z  epicką  weną  walkę  dwóch  alegorycznych 

postaci:  Postu,  który  jest  uosobieniem  ascezy  i  powściągliwości,  i  Mięsopusta,  który  ucieleśnia 

obfitość  i  rozkosze  życia.  Pierwszy  ma  armię  złożoną  z  ryb,  warzyw  i  owoców,  w  szeregach 

drugiego  walczy  zwierzyna,  drób,  ciasta  i  wszelkie  tłuste  potrawy.  Po  homeryckich  bojach  i 

ostatniej  bitwie  “srogiej,  okrutnej  i  podstępnej"  zwyciężony  Post  uchodzi,  skazany  na  wieczne 

wygnanie,  i  będzie  mu  wolno  powracać  tylko  raz  w  roku  na  około  sześć  tygodni  od  Środy 

Popielcowej do Wielkiej Soboty. 

 

Maniery przy arystokratycznym stole 

 

O  zwyczajach  i  konwenansach  związanych  z  posiłkiem  więcej  mamy  wiadomości  niż  o 

samym  jadłospisie.  Mimo  to  nie  znamy  ich  dokładnie.  Literatura  wprawdzie  nie  skąpi  w  tej 

background image

dziedzinie  szczegółów,  lecz  często  operuje  stereotypami,  autorzy  zaś  bardziej  się  troszczą  o  swój 

kunszt niż o realizm opisów. Przy tym zajmują się tylko arystokracją. Dokumentacja ikonograficzna 

niestety  nie  pomaga  w  wypełnieniu  tej  luki  i  poznaniu  obyczajów  innych  warstw  społecznych. 

Zarówno obrazy, jak opowieści przedstawiają wyłącznie świat wielkich panów, chłop pojawia się w 

nim bardzo rzadko. 

Nie  jest  to  jeszcze  epoka  wyrafinowanej  sztuki  kulinarnej  i  nie  istnieje  też  w  ostatnich 

dekadach XII i pierwszych XIII wieku ścisła etykieta przy stole. W tym zakresie, podobnie jak w 

dziedzinie ubiorów, przełom dokonał się we Francji za panowania Filipa III Śmiałego (1270-1285). 

Jednakże nie są to już prostackie czasy pierwszego wieku feudalnego, a dworskie poematy, które, 

być  może,  wyprzedzają  rzeczywistość,  dają  świadectwo  wielkiej  ogładzie  panujących  manier. 

Gościa  przyjmowano  zawsze  z  zachowaniem  tego  samego  ceremoniału.  Właściciel  zamku 

wychodził  na  jego  spotkanie  przed  swoją  siedzibę,  prosił,  aby  zsiadł  z  konia,  polecał  odebrać  od 

niego  broń,  zaopiekować  się  wierzchowcem;  jedna  z  jego  córek  podawała  przybyszowi  płaszcz. 

Głosem rogu zwoływano biesiadników, zapraszano gościa, żeby sobie umył ręce w umywalni, albo 

też  przynoszono  mu  do  wielkiej  sali  wspaniałą  misę  z  wodą  i  ręcznik  -  toaille  -  aby  je  mógł 

starannie wytrzeć. Wszyscy podchodzili do stołu, nakrytego śnieżnobiałym obrusem i zastawionego 

srebrnymi  i  złotymi  naczyniami.  Pan  domu  wskazywał  gościowi  miejsce  po  swej  prawej  ręce, 

zachęcał,  aby  jadł  z  nim  razem  z  jednej  miski  i  pił  z  jednego  kubka.  Dania  były  liczne,  obfite  i 

smaczne, wina wyśmienite. Uczta trwała długo, lecz głośne czytanie, pieśni i widowiska pozwalały 

biesiadnikom  zapomnieć  o  upływie  czasu.  W  końcu  wstawano  od  stołu  z  pełnym  żołądkiem  i 

wesołym umysłem. Służba zdejmowała obrus i nakrycia, wszyscy znowu myli ręce, zanim przeszli 

do innej komnaty, aby się zabawiać rozmową, lub też do ogrodu, zażyć spaceru. 

Takich  opisów  jest  wiele  i  tak  się  mało  między  sobą  różnią,  że  budzą  się  podejrzenia,  czy 

autorzy  starali  się  naprawdę  odtworzyć  rzeczywistość.  Gdzie  się  tu  kończy  poetycka  konwencja? 

Gdzie się zaczyna świadectwo obserwatora? 

Powitalne  grzeczności  nie  są  literackim  szablonem.  Społeczeństwo  średniowieczne  było 

niezmiernie ruchliwe, a ludzie przebywający chwilowo w domu zawsze bardzo chętnie przyjmowali 

podróżnych.  Przy  stołach  bogaczy  zawsze  było  miejsce  dla  licznych  gości.  Obrządku  mycia  rąk 

przed i po jedzeniu także nie zmyślili autorzy. Z zasady czy z konieczności arystokracja ówczesna 

dbała o czystość i zachowała te zwyczaje aż do XVI wieku. Literatura przesadza nie tyle w opisie 

zachowania  się  ludzi,  ile  w  obrazie  ich  otoczenia.  Już  mówiliśmy,  jak  naprawdę  wyglądał  stół  w 

wielkiej sali donżonu: kilka desek opartych na kozłach, sprzęt wcale nieokazały. Cała wytworność 

polegała  na  bieli  obrusa,  używanego  tylko  od  wielkiego  święta.  Serwetek  jeszcze  nie  znano. 

Srebrne  i  złote  naczynia,  jeśli  je  ktoś  posiadał,  paradowały  na  kredensie,  nie  na  stole.  Nawet 

książęta  zadowalali  się  naczyniami  z  cyny  lub  z  wypalonej  gliny.  Nie  używano  widelców,  łyżek 

background image

było  niewiele,  a  jeden  nóż  zwykle  służył  dwóm  osobom.  Napoje  i  potrawy  na  pół  płynne  służba 

podawała w misach opatrzonych uchwytami i - podobnie jak nożem - jedną taką miską dzielili się 

dwaj biesiadnicy, pijąc z niej kolejno. Ryby, mięsiwa i inne produkty w stanie stałym podawano na 

dużych kromkach chleba, tranchoirs, które nasiąkały sokiem lub sosem. Kromkę krajano nożem na 

spore kęsy, które w palcach podnoszono do ust. Wino pito z czaszy, napełnianej przed posiłkiem i 

służącej  dwóm  czy  nawet  kilku  biesiadnikom,.  albo  z  kubka,  dla  każdego  osobnego,  który 

podczaszy  na  życzenie  gościa  napełniał  z  beczki.  Potrawy  przynoszono  z  kuchni,  zanim  goście 

rozsiedli  się  przy  stole,  okryte  płachtą,  którą  zdejmowano  dopiero  w  ostatniej  chwili.  Autorzy 

tekstów  literackich  komentując  ten  zwyczaj  twierdzą,  że  chodziło  nie  tylko  o  to,  by  dania  nie 

ostygły, lecz również by zapobiec jakimś zakusom trucicielskim; wprowadzają na scenę zaufanego 

sługę, którego obowiązkiem jest kosztowanie potraw, nim inni biesiadnicy wezmą je do ust; opisują 

też czarodziejskie sposoby badania każdej potrawy za pomocą rogu jednorożca lub zęba węża, co 

miało nieomylnie wykrywać zawartą w niej truciznę. 

Brak nam informacji o przebiegu uczty i kolejności spożywanych dań. Teksty nie są w tej 

kwestii  zgodne.  Wynika  z  nich,  że  niekiedy  zaczynano  od  zupy,  a  niekiedy  od  ciast,  serów  lub 

nawet owoców. Zdarzało się, że owoce, wraz z ciastami i słodyczami pozostawiano na zakończenie, 

lecz nie było to wcale powszechnym zwyczajem. W niektórych przypadkach ostatnim daniem były 

pasztety. Na miniaturach widzimy stoły zastawione mnóstwem  różnych dań, gorących i  zimnych, 

płynnych i stałych, słonych i słodkich. Może kosztowano wielu z nich jednocześnie? To pewne, że z 

dań  mięsnych  podawano  najpierw  dziczyznę,  potem  drób,  a  w  końcu  rozmaite  ryby.  Po  jedzeniu 

zazwyczaj raczono się likierami, czyli gęstym i słodkim winem - a więc odmiennym od tych, które 

pito przy jedzeniu - lub też naparami z ziół, mocno zaprawionymi korzeniami. 

Nie  wiemy  też  nic  pewnego  o  tym,  jak  długo  trwały  te  posiłki;  z  pewnością  długo,  lecz 

chyba nie przez pięć, sześć czy nawet osiem godzin, jak nam wmawiają rycerskie poematy epickie. 

Może najtrafniej byłoby przyjąć jakąś średnią miarę, przypuśćmy półtorej godziny na obiad, dwie i 

pół na wieczerzę, niewątpliwie dłuższą niż południowy posiłek. Przy wieczornym bowiem, bardziej 

obfitym, zabawiali biesiadników żonglerzy, popisując się swymi sztuczkami, trubadurzy śpiewając 

pieśni, a pielgrzymi opowiadając o swoich podróżach. 

background image

Rozdział szósty  

W dążeniu do zewnętrznej okazałości: ubiory, barwy, godła

.  

 

Kultura  średniowieczna  to  kultura  znaków.  Słowa,  gesty,  zwyczaje  wszystko  ma  prócz 

zewnętrznego  sens  ukryty.  Podobnie  jak  mieszkanie  i  pożywienie,  a  może  nawet  w  większym 

jeszcze stopniu, ubiór wiąże się z pozycją społeczną. Ludzie ubierają się stosownie do swego stanu 

lub  zamożności.  Liczba  różnych  części  garderoby,  jakość  tkanin,  rozmaitość  akcesoriów  i  ozdób 

może  świadczyć  o  miejscu  danej  osoby  w  łonie  swojej  grupy  i  o  miejscu  tej  grupy  w 

społeczeństwie.  Ubieranie  się  bardziej  bogato  lub  też  skromniej,  niż  to  jest  przyjęte  w  danym 

środowisku, uchodzi albo za grzech pychy, albo za oznakę upadku. Zwłaszcza arystokracja, której 

siła ekonomiczna maleje na rzecz bogacącego się mieszczaństwa, dbać musi o podkreślanie różnic i 

przywilejów należnych szlachetnie urodzonym przedstawicielom najwyższej kasty. 

Zależność  ubioru  od  szczebla  w  hierarchii  społecznej,  podkreślana  dodatkowo  przez 

używanie  godeł  i  insygniów  godności,  nie  wyklucza  jednak  regularnych  zmian  w  sposobie 

ubierania się, a nawet pojawiania się różnych mód, rozsądnych lub dziwacznych, przelotnych lub 

trwałych. 

 

Narodziny mody 

 

W  XII  wieku  obserwujemy  zjawisko,  które  można  by  nazwać  narodzinami  mody.  Co 

prawda  już  wcześniej  ubiór  mieszkańców  zachodniej  Europy  uległ  od  czasów  inwazji 

barbarzyńców  przeobrażeniu,  lecz  była  to  raczej  powolna  ewolucja  niż  seria  głębokich  zmian. 

Niekiedy  zapalano  się  przelotnie  do  jakiegoś  szczegółu  stroju,  lecz  przypadki  takie  zdarzały  się 

tylko  sporadycznie  i  nie  powtarzały  się  tak  często,  jak  w  drugiej  połowie  XII  wieku.  Wraz  z 

rozpowszechnieniem  się  ideałów  dworskich  zbudziła  się  w  kręgach  arystokratycznych  większa 

dbałość o wygląd. Ogłada manier wymagała także elegancji ubioru, który nabierał coraz większego 

znaczenia  w  życiu  ekonomicznym  i  towarzyskim;  należał  do  zbytkownych  przedmiotów,  które 

sprowadzano  niekiedy  z  odległych  krajów,  ofiarowywano  w  prezencie,  a  nawet  używano  jako 

środka płatniczego. Utrwala się reguła osądzania ludzi według ich stroju; świadczy o tym literatura 

dworska,  poświęcająca  wiele  miejsca  opisom  ubiorów  i  toalet,  strojąca  swoich  bohaterów  tak 

wspaniale,  że  aż  się  stają  wskutek  tego  nierealni.  Na  przykład,  królowa  Ginewra  obdarza  Enidę, 

córkę ubogiego wasala, “przepięknym płaszczem, uszytym z doskonałego materiału; kołnierz był z 

dwóch  sobolowych  skórek,  z  zapinką  ozdobioną  po  jednej  stronie  hiacyntem,  po  drugiej  zaś 

rubinem,  błyszczącymi  jaśniej  niż  diamenty.  Płaszcz  był  podbity  białymi  gronostajami  i  nikt  w 

świecie  nie  widział  nic  piękniejszego  ani  delikatniejszego.  Rąbek  mienił  się  kolorami  haftów, 

background image

błękitem, czerwienią, fioletem, bielą, zielenią, turkusem i złotem..." 

Studiowany  przez  nas  okres  mieści  się  pomiędzy  dwiema  dekadami,  które  w  dziedzinie 

ubiorów  przyniosły  zasadnicze  zmiany,  czyli  pomiędzy  latami  czterdziestymi  XII  i  dwudziestymi 

XIII wieku. W pierwszym z wymienionych dziesięcioleci zaszła w sposobie ubierania się istna re-

wolucja.  Około  bowiem  1140  znikły  ostatnie  relikty  ubioru  germańskiego,  przyniesionego  w  V 

wieku przez barbarzyńskich najeźdźców i zachowanego bez większych zmian w ciągu panowania 

Merowingów  i  Karolingów.  Ku  wielkiemu  zgorszeniu  Kościoła,  który  dopatruje  się  w  nowej 

modzie nieprzyzwoitości i oznak zniewieścienia, mężczyźni zaczynają wzorem kobiet nosić długie 

stroje. Na dobitkę przestają strzyc się krótko i golić twarze, zapuszczają brody i długie włosy, które 

fryzują  żelazkiem.  Wszyscy,  niezależnie  od  płci,  ubierają  się  teraz  w  długie  'aż  do  ziemi  bliaud 

(rodzaj kaftana) i w płaszcze z szerokimi u dołu rękawami opadającymi aż na dłonie; obuwają się 

zaś  dziwacznie  w  trzewiki  z  wydłużonymi  i  zawiniętymi  do  góry  spiczastymi  nosami,  zwanymi 

pigaches; moda na nie utrzyma się aż do końca panowania Ludwika VII Szerzy się też powszechne 

upodobanie  do  dodatków,  do  miękkich  i  jedwabistych  tkanin,  do  żywych  kolorów  i  do  kroju 

uwydatniającego  kształty  ciała.  Myśli  o  wyszukanych  strojach  zaprzątają  możnych  natrętnie, 

pomimo gromów rzucanych z ambon przez kaznodziejów, między innymi przez świętego Bernarda, 

oburzonego  tym  zbytnim  przywiązaniem  do  światowych  marności  i  frywolnością  graniczącą  z 

rozpustą. 

Około roku 1220, a może jeszcze wcześniej, w południowych regio nach kraju dokonała się 

inna doniosła zmiana: zniknął kaftan (bliaud), a na jego miejscu pojawił się surcot, rodzaj kamizeli 

bez rękawów, noszonej  na szacie lub  na tunice  (cotte). Ubiór dla  wszystkich jednakowy  ustępuje 

bardziej  zindywidualizowanemu.  Powrócimy  jeszcze  do  tej  sprawy.  Zmianie  tej  towarzyszą  nowe 

mody:  dla kobiet  -  obcisłe staniki, piersi  wysoko osadzone i  małe, włosy zakryte; dla mężczyzn  - 

głowy  krótko  ostrzyżone,  twarze  bez  zarostu,  grzywki  na  czole,  włosy  kunsztownie  ułożone  w 

pukle na skroniach  y zwinięte w rurki na karku. Wojownicy pozbywają się nadmiaru owłosienia, 

ponieważ od czasu bitwy pod Bouvines przyjęły się wielkie hełmy zamknięte przyłbicami. 

W XII i XIII wieku, podobnie jak w naszych czasach, moda wiąże się raczej z chronologią 

niż z geografią. Jeśli pominąć konieczności narzucane przez klimat, ludzie ubierali się mniej więcej 

tak samo w Londynie jak w Paryżu, w Yorku czy w Bordeaux. Różnice regionalne, jeśli, w ogóle 

istniały,  dotyczyły  koloru  i  faktury  tkanin,  lecz  nie  zasadniczego  kroju  ubiorów.  Nie  było  też  w 

sposobie ubierania się różnic zależnych od wieku; z wyjątkiem niemowląt, okręconych w powijaki 

tak szczelnie, że wystawała tylko twarz, dzieci nosiły identyczne stroje jak dorośli. Ubiór różnił się 

jedynie  w  zależności  od  płci,  ale  i  to  nieznacznie.  Zajmiemy  się  wszakże  osobno  męskimi  i 

kobiecymi  ubiorami,  ograniczając  się  zresztą  do  strojów  arystokracji,  gdyż  chłopska  odzież  nie 

nadaje się do szczegółowych studiów, nie tylko z powodu braku dokumentacji, lecz także dlatego, 

background image

że  lud  na  sposób  uproszczony  i  zgrzebny  starał  się  pod  tym  względem  naśladować  szlachetnie 

urodzonych. 

 

Tkaniny i kolor 

 

O społecznym  znaczeniu  odzieży świadczy liczba związanych z nią rodzajów działalności 

ludzkiej oraz wielka różnorodność tkanin. W ich wytwarzaniu znaczny udział miały kobiety. To one 

w środowisku  chłopskim zbierały len, strzygły owce,  czesały i  farbowały wełnę, a w środowisku 

rycerskim wypełniały nadmiar wolnego czasu przędzeniem, tkaniem i haftem. 

Najbardziej rozpowszechnione były tkaniny z włókien rodzimych, wytwarzane na miejscu: 

cainsil - cienkie płótno lniane na koszule i bieliznę pościelową; coutil, czyli drelich - grube płótno 

konopne  na  podbicia  i  odzież  roboczą;  futaine,  czyli  barchan  -  tkanina  o  osnowie  lnianej  i  wątku 

bawełnianym  (bawełnę  sprowadzano  z  Egiptu  lub  z  Włoch)  na  odzież  i  obicia  mebli.  Natomiast 

sukiennictwo  i  produkcja  innych  tkanin  wełnianych  skupiała  się  w  kilku  ośrodkach  (Flandria, 

Szampania,  Normandia  i  środkowo-wschodnia Anglia),  a  różnorodność  gatunków  była  ogromna, 

zaczynając od zwykłego sukna tkanego różnymi splotami (serge lub tiralaine) do wysoko cenionego 

stanfortu - sukna wyrabianego w Stanford - i wspaniałego kamlotu z miękkiej wełny, zbliżonej do 

wielbłądziej.  Każde  miasto  specjalizowało  się  w  innych  tkaninach,  kolorach  i  ornamencie.  Mogły 

one być jednobarwne, z połyskliwą apreturą, wzorzyste, a więc tkane w kwiaty i gałązki, w pasy lub 

nakrapiane. 

Równie  wielką  różnorodność  spotykamy  w  tkaninach  jedwabnych,  sprowadzanych  ze 

Wschodu, z Egiptu lub z Sycylii, na które popyt wzrósł gwałtownie w Europie Zachodniej w XII 

wieku. Są więc diasporowe (różnokolorowe) adamaszki, fioletowe osterliny, siglaton wyrabiany na 

Cykladach,  bofu  z  Bizancjum,  baudequin  z  Bagdadu.  Najbardziej  poszukiwany  był  samit  -  gruba 

luksusowa tkanina; a także paile, broszowana wzorzysta tkanina z Aleksandrii, i cendal zbliżony do 

naszej tafty. 

Moda na futra, tak samo jak popyt na jedwabie, łączyła się z rozwojem handlu. Najbardziej 

kosztowne  skóry  sprowadzano  z  Syberii,  Armenii,  Norwegii  i  z  Niemiec:  kuny,  bobry,  sobole, 

niedźwiedzie, gronostaje i popielice. Zwłaszcza cenione były dwa ostatnie gatunki futer. Na białych 

gronostajach  naszywano  czarne  kosmyki,  zdobiące  końce  ogonów  tych  zwierzątek,  a  skórki 

popielic  układano  na  przemian,  szaroniebieskawe  z  grzbietów  i  białe  z  brzuchów  popielatych 

wiewiórek.  Z  obu  tych  futer  robiono  kołnierze  i  podbicia  do  strojów  paradnych.  Mniej  cenione 

skóry zwierząt krajowych (wydry, borsuki, kuny, lisy, zające, króliki) wszywano w rękawy lub pod 

podszewkę płaszczy. Najpospolitsze z nich, jak futerka królicze, farbowano na czerwono, aby nimi 

lamować mankiety i brzegi bliaud. 

background image

Moda bowiem ma w tej dziedzinie swoje wymagania, a wyborem kolorów kierują względy 

hierarchiczne: największym szacunkiem cieszy się czerwień - kolor nad kolorami - produkowana w 

niezliczonych  odcieniach,  czy  to  za  pomocą  barwników  roślinnych  (marzanna),  czy  też 

zwierzęcych (koszenila). Poza tym na ubrania używano chętnie kolorów białego i zielonego. Żółty 

nie  różni  się  od  złota  i  nie  stosuje  się  go  na  dużych  powierzchniach.  Niebieski  dopiero  za 

panowania Ludwika Świętego zyskał uznanie w wytwornym świecie, przedtem uważano, że nadaje 

się jedynie na skromną codzienną odzież, podobnie jak szary i brązowy. 

Na  ogół  średniowiecze  wykazuje  bardziej  rozwiniętą  wrażliwość  na  barwy  niż  epoka 

starożytna  i  nowoczesna.  Oceniano  je  zależnie  od  stopnia  ich  świetlistości.  Największym 

powodzeniem  cieszyły  się  te,  które  emanują  najwięcej  światła  (czerwony,  zielony,  biały,  żółty), 

najmniej  lubiono  te,  którym  nie  umiano,  z  braku  wiedzy  technicznej,  nadać  blasku.  Dowodów 

dostarczają studia semantyczne, wykazując, że ludność średniowiecznej Francji widziała w kolorze 

niebieskim nade wszystko nijaką bladość, w szarym - coś brudnego lub zamazanego, w brązowym -

barwę bardzo ciemną, a w czarnym - matowy, niepokojący brak światła.' 

 

Ubiór męski 

 

Możny  pan  ubierając  się  kładł  na  siebie  kolejno  braies  (rodzaj  kalesonów),  koszulę, 

nogawice,  trzewiki,  kamizelę  i  bliaud.  Jeśli  zamierzał  wyjść  na  dwór,  zarzucał  płaszcz,  nakrywał 

głowę i wzuwał buty. Jeśli czekała go walka, wkładał na zwykłe ubranie swój bojowy rynsztunek. 

Braies to jedyna część garderoby używana wyłącznie przez mężczyzn. Były to kalesony z 

cienkiego  płótna,  z  prostymi  nogawkami,  bufiastymi  lub  marszczonymi,  sięgającymi  prawie  do 

kostek. Bardzo dawny zwyczaj farbowania ich na kolor czerwony zanikł w XII wieku, gdy przyjęła 

się  moda  szycia  ich  z  jedwabiu  lub  ze  skóry.  Z  wyjątkiem  skórzanych,  braies  były  odtąd  białe, 

nawet jeżeli ktoś w dalszym ciągu poprzestawał na płóciennych. Przytrzymywano je w talii pasem z 

materiału lub ze skóry, u pasa zaś zawieszano sakiewkę i klucze; niekiedy noszono rodzaj szelek, na 

których  umocowywano  nogawice.  Najczęściej  wszakże  nogawice,  u  góry  wsunięte  za  kalesony, 

trzymały  się  na  okrągłych  podwiązkach,  służących  również  do  podwijania  nogawek.  Nogawice 

podobne były do pończoch i sięgały do połowy ud. Elastyczne, obciskające łydki, zrobione były z 

płótna,  dzianej  włóczki  lub  nawet  z  jedwabiu,  niekiedy  zakończone  stopą.  Zazwyczaj  noszono 

ciemne  (brązowe,  karminowe,  zielone),  a  tylko  do  bardzo  uroczystego  stroju  w  poziome, 

różnokolorowe pasy. 

Koszula,  noszona  na  gołe  ciało,  miała  krój  tuniki  zapiętej  pod  szyją,  w  dole  rozciętej  z 

przodu  i  z  tyłu,  opadającej  do  pół  łydki  i  nakrywającej  braies  i  nogawice,  z  długimi  rękawami, 

przewiązanymi  na  przegubach  rąk.  Koszula  bywała  biała  lub  kremowa,  chłopska  ze  zgrzebnego 

background image

płótna, a zakonna - z włosiennicy, aby umartwiać grzeszne ciało. Dla osób zaś ze stanu rycerskiego 

szyto  ją  z  cienkiego  lnianego  płótna  lub  z  jedwabiu;  najpiękniejsze  ozdabiano  haftem  -  wokół 

wycięcia szyi i napięstków, w miejscach widocznych spod kaftana (bliaud) - oraz marszczeniami na 

gorsie. W XIII wieku koszule z lnianego płótna, rozpowszechniającego się coraz szerzej, skraca się 

i dopasowuje bardziej do kształtu ciała. Zazwyczaj zdejmowano ją kładąc się do snu, a zmieniano 

raz  na  tydzień  lub  co  dwa  tygodnie.  Zimą  pomiędzy  koszulą  a  kaftanem  noszono  coś  w  rodzaju 

długiej  kamizeli  bez  rękawów,  nazywanej  pelisson;  była  to  odzież  luksusowa,  ciepła  i  wygodna, 

sporządzona z futra wszytego pomiędzy dwie warstwy tkaniny. Dzięki haftom złotymi nićmi i futru 

wysuwającemu  się  wokół  szyi  i  przegubów  rąk,  kamizela  ta  wyglądała  elegancko  i  wypadało 

występować w niej na intymnych zebraniach towarzyskich. 

Bliaud, najważniejsza część ubioru, to wełniana lub jedwabna szata wkładana przez głowę, 

szeroko  pod  szyją  wycięta,  z  półdługimi,  bardzo  szerokimi  rękawami,  u  dołu  suto  sfałdowana, 

rozcięta z przodu i z tyłu. Ubiór ten w talii przewiązywano pasem, tak że tworzyła się opadająca 

nań  bluza.  Pod  koniec  XIII  wieku,  za  Filipa  Augusta,  bliaud  zaczyna  ustępować  miejsca  szacie 

wełnianej  innego  kroju,  zwanej  cotte  (rodzaj  tuniki),  krótszej,  bardziej  dopasowanej,  z  długimi, 

wąskimi  rękawami.  Wychodząc  z  domu  wkładano  surcot,  podobnego  kroju  jak  cotte,  lecz  bez 

rękawów i sięgający tylko do kolan. Tę zwierzchnią część garderoby szyto z luksusowych tkanin 

(paile,  cendal,  samit)  w  żywym  kolorze  kontrastującym  z  kolorem  cotte.Podobnie  jak  bliaud, 

płaszcz  był  noszony  wyłącznie  przez  możnych.  Fasony  bywały  rozmaite,  lecz  najczęściej  była  to 

jakby peleryna, skrojona kloszowo, niemal z pełnego koła, półdługa, bez rękawów, zwykle z boku 

rozcięta, zarzucana na prawe ramię i spięta klamrą albo zawiązana tasiemką. Płaszcz taki był uszyty 

z sukna, podbity futrem, zdobny we frędzle i hafty. W podróży i w dni dżdżyste zamiast płaszcza 

służyła  chape,  obfita  peleryna  bez  rozcięcia,  z  kapturem,  wkładana  przez  głowę  jak  ornat, 

sporządzona z nieodtłuszczonej wełny. 

Obuwie,  pomimo  wielkiej  różnorodności,  można  z  grubsza  podzielić  na  dwie  kategorie: 

pantofle  i  trzewiki  wysokie.  Pierwsze,  zrobione  z  tkaniny  lub  skóry,  niewiele  się  różniły  od 

naszych,  a  noszono  je  tylko  w  domu  lub  też  wzuwano  na  nie  buty.  Drugie,  z  grubej  hiszpańskiej 

skóry, przypominają nasze buty narciarskie; ich cholewka obciskała nogę w kostce i zapinała się na 

mnóstwo  sprzączek  lub  też  wiązano  ją  sznurowadłami.  Rycerze  jednak  woleli  nosić  buty  z 

cholewkami (heusses), nieprzemakalne, z miękkiej  skóry, czerwonej  lub  czarnej.  Mężczyźni  przy-

wiązywali  wielką  wagę  do  wytworności  obuwia.  W  tej  właśnie  dziedzinie  można  zaobserwować 

najwięcej  dziwactw  i  kaprysów  mody.  Na  ogół  za  piękne  uchodziły  stopy  małe.  Noszono  więc 

obuwie dopasowane, bez obcasów, niezwykle bogato  zdobione (hafty, żywe kolory, desenie ukła-

dane ze skór różnobarwnych) i z mnóstwem dodatków, takich jak kordonki, guziki, patki, wiązadła. 

Nie  mniej  różnorodne  były  nakrycia  głowy.  Na  pierwszym  miejscu  wypada  wymienić  małą 

background image

czapeczkę z włóczki lub płótna, używaną po domu, przypominającą czepek pływacki i nazywaną 

cale. Zimą wkładano na nią grubą czapkę kształtu stożka z zawiniętym czubkiem lub kwadratową z 

nausznikami.  Latem używano czapki bawełnianej, podobnej do beretu, lub kapelusza filcowego z 

szerokim  opuszczonym  rondem.  Od  święta  opasywano  głowę  szeroką  wstążką  z  kosztownej 

materii,  ozdobioną  złotymi  galonami,  perłami,  kwiatami  albo  pawimi  piórami.  Powszechnie 

przyjęte  uzupełnienie  stroju  stanowiły  rękawice.  Rycerze  używali  rękawic  włóczkowych, 

skórkowych  albo  futrzanych.  Obciskały  one  dłoń,  lecz  powyżej  nadgarstka  rozszerzały  się  i 

okrywały  znaczną  część  przedramienia.  Często  ofiarowywano  je  w  podarunku  i  nadawano  im 

wartość  symbolu:  wręczając  panu  swoją  rękawicę  rycerz  składał  mu  hołd,  natomiast  rzucając  ją 

komuś  pod  nogi  wyzywał  go  do  walki.  Podobnie  dziś  zwyczaj  każe  zdejmować  rękawiczki  przy 

wejściu  do  kościoła  i  przed  podaniem  komuś  ręki.  Myśliwi  używali  skórzanych  mitenek, 

rzemieślnicy rękawic z grubego płótna, chłopi rękawic z jednym palcem, sporządzonych z grubej 

skóry chroniącej od ukłuć przy wyrywaniu kolczastych krzaków. 

 

Ubiór kobiecy 

 

Prawie wszystkie części garderoby składające się na ubiór kobiecy niczym się nie różniły w 

swej  istocie  i  kroju  od  męskich.  Można  wszakże  zauważyć  większą  rozmaitość  tkanin  i  kolorów 

oraz mnogość dodatków i ozdób. 

Kobiety  nie  nosiły  braies,  za  to  niekiedy  spowijały  tors  muślinowym  welonem,  pełniącym 

funkcje  stanika.  Na  to  wkładały  fałdzistą  koszulę  sięgającą  do  kostek;  koszula,  czy  to  płócienna, 

czy jedwabna, była z reguły biała i tak samo jak męska ozdobiona haftem wokół szyi i nadgarstków 

oraz wzdłuż zapięcia, to znaczy w miejscach widocznych spod sukni lub kaftana (bliaud). Jeśli po 

ukończeniu  toalety  dama  pozostaje  w  swojej  komnacie,  narzuca  coś  w  rodzaju  peniuaru  czy 

naszego  szlafroka,  obszerniejszego  niż  koszula,  lecz  uszytego  z  tego  samego  materiału,  a  na-

zywanego  chainse.  Zimą  na  ten  intymny  strój  kładła  pelisson,  kamizelę-narzutkę  z  gronostajów, 

podobną do męskiej, ale dłuższą i bogaciej ozdobioną. 

Na  koszuli  noszono  suknię-kaftan,  przy  czym  wypada  rozróżnić  dwie  odmiany:  zwykłą, 

prostą tunikę opadającą do połowy łydek, i bardziej wymyślną, która pojawiła się około roku 1180 i 

była  złożona  z  mocno  obcisłego  stanika,  szerokiej  szarfy  uwydatniającej  talię  i  długiej  spódnicy 

rozciętej  po  bokach.  Ten  ubiór  wysmuklał  sylwetkę,  obciskając  tors,  brzuch  i  biodra.  W  obu 

odmianach wycięcie było szerokie i krągłe, a długie rękawy rozszerzały się poniżej łokcia. Ale w 

dziedzinie  rękawów  moda  wydaje  się  szczególnie  zmienna  w  latach  1185-1190.  Końce  rękawów 

przybierają formę jak gdyby olbrzymiego lejka, niemal zamiatającego ziemię. W początkach XIII 

wieku  obserwujemy  przesadę  w  odwrotnym  kierunku:  rękawy  tak  ciasno  przylegają  do 

background image

przedramion, że trzeba je sznurować albo też nawet zaszywać po włożeniu. Najpiękniejsze bliauds 

szyto  z  paile  albo  samitu,  ze  stanikiem  z  przodu  marszczonym,  z  dołem  spódnicy  sfałdowanym, 

lamowanym złotymi galonami i haftami, z których najcenniejsze sprowadzano z Anglii lub z Cypru. 

Niekiedy zamiast bliaud noszono suknię z cendalu czy kamlotu, nie tak ściśle do ciała dopasowaną i 

opatrzoną trenem (co Kościół ganił jako modę bezwstydną); krój takiej sukni, mniej ujednolicony, 

pozwalał na uwydatnienie indywidualnych cech figury. Podobnie jak cotte w stroju męskim, suknia 

w  połączeniu  z  surcot  z  wolna  wypiera  dawniejszy  bliaud  i  ostatecznie  zwycięża  w  latach 

panowania Ludwika Świętego. W każdym razie dama, czy jest ubrana w bliaud, czy w suknię, jeśli 

chce wyglądać elegancko, musi okręcać się niezmiernie długim paskiem (z plecionych rzemyków, z 

jedwabnego czy też lnianego sznura), i to według ściśle ustalonych, kunsztownych reguł: paskiem 

otacza się talię, zawiązuje go z tyłu na plecach, potem zaś opasuje się biodra, zasupłując pasek z 

przodu i puszczając luźno w dół dwa końce równej długości aż do ziemi. 

Kobiece  chausses  (pończochy  bez  stopek)  różnią  się  od  męskich  tylko  tym,  że  są  umocowane 

zawsze  podwiązkami,  skoro  niewiasta  nie  nosi  braies  (długich  majtek).  Trzewiki  mają  fasony 

bardzo rozmaite; z cholewką lub bez niej, zamknięte lub otwarte, z języczkiem lub bez, a sporządza 

się  je  ze  skóry,  z  filcu  lub  z  sukna  i  niekiedy  wyścieła  futrem.  Moda  faworyzuje  stopę  jak 

najmniejszą, obcasy nieco podwyższone i chód kołyszący się, starannie wyćwiczony. 

Płaszcz  kobiecy  ma  formę  kloszowej  peleryny,  zapinanej  nie  tak  jak  męski  na  prawym 

ramieniu,  lecz  z  przodu  na  rozmaite  agrafy  i  zapinki,  do  których  wytworności  przywiązuje  się 

wielką  wagę.  O  wartości  bowiem  płaszcza  rozstrzyga  panne  (futro,  którym  jest  on  podbity)  oraz 

właśnie attaches, czyli zapinki. W ubraniach z miękkich tkanin stosuje się również szpilki, podobne 

do  naszych,  lecz  znacznie  większe,  albo  guziki,  które  weszły  w  szersze  użycie  pod  koniec  XII 

wieku  w  postaci  złączonych  par  przesuwanych  przez  dwie  dziurki.  Guziki  bywają  kuliste  lub 

płaskie, a robi się je ze skóry, z tkaniny, z kości, z rogu, z kości słoniowej lub z metalu. 

Zwyczaj  każe  wszystkim  niewiastom  zapuszczać  włosy  jak  najdłuższe,  lecz  uczesanie 

zmieniało  się  w  zależności  od  wieku.  Dziewczęta  i  młode  kobiety  rozdzielały  włosy  pośrodku  i 

splatały w dwa warkocze, które spadały im na piersi; jeśli wierzyć dokumentom ikonograficznym, 

warkocze  te  często  sięgały  do  kolan.  Można  je  było  też  przedłużać  przyczepiając  na  końcach 

wisiorki.  Panie,  którym  natura  poskąpiła  włosów,  sztukowały  je  zręcznie  treskami.  Po  roku  1200 

zanika  moda  na  wspaniałe  warkocze,  a  pojawiają  się  włosy  krótsze,  sczesane  do  tyłu,  podtrzy-

mywane opaską na czole i spływające swobodnie na kark i plecy. Wychodząc z domu lub wchodząc 

do kościoła niewiasty nakrywały głowy woalem z lnianego lub jedwabnego muślinu. Starsze panie 

zwijały włosy w duży kok (w razie potrzeby wypychając go sztucznie do pożądanych rozmiarów) i 

spowijały  go  tak  zwanym  couvre-chef  -  podwójnie  złożoną  chustą,  zawiązaną  pod  brodą  i 

przytrzymywaną opaską na czole. Wdowy i zakonnice nosiły guimpe, duży kwef z lekkiej tkaniny, 

background image

zasłaniający całkowicie włosy, skronie, szyję, a nawet górną część torsu. 

 

Herby 

 

Ubiór  nie  był  jedynym  środkiem  uzewnętrznienia  osobowości  i  określenia  miejsca 

zajmowanego  w  społeczeństwie.  Temu  celowi  służyły  liczne  akcesoria,  emblematy  i  insygnia,  a 

wśród nich szczególnie na uwagę zasługują tarcze herbowe, które pojawiły się w XII wieku i które 

są dla historyka jednym z najwierniejszych zwierciadeł średniowiecznej mentalności. 

Wszyscy  wiedzą,  czym  były  herby:  barwnymi  emblematami,  związanymi  z  określoną 

osobą,  rodziną  lub  społecznością,  podległymi  w  swej  kompozycji  ścisłym  regułom  i  na  ogół 

przedstawianymi na tarczy. Mniej wszakże rozpowszechniona jest wiedza, że herby nigdy nie były 

wyłącznym przywilejem szlachty, że całkowicie różniły się od godeł używanych w starożytności, że 

nie  miały,  można  by  rzec,  nic  wspólnego  z  tajemniczym  światem  symboli  i  że  ich  pojawienie  się 

wcale  nie  wiąże  się  z  wyprawami  krzyżowymi.  Pierwszym  posiadaczem  tarczy  herbowej  -  sześć 

złotych  lwów  na  lazurowym  polu  -  był  Gotfryd  Plantagenet,  późniejszy  hrabia  Andegawenii,  a 

otrzymał  ją  rzekomo,  według  kwestionowanej  dzisiaj  tradycji,  w  roku  1127  z  rąk  teścia,  króla 

Anglii  Henryka  I  z  okazji  swego  ślubu  z  królewną  Matyldą,  wdową  po  cesarzu  Henryku  V. 

Niezależnie od tego, czy ta informacja jest ścisła, czy nie, stwierdzić można, że w drugiej ćwierci 

wieku XII herby pojawiły się w różnych regionach Europy Zachodniej, w Andegawenii, Normandii, 

Pikardii,  Ile-de-France,  w  południowej Anglii  i  w  dolinie  Renu.  Po  roku  1150  zwyczaj  używania 

herbów  rozszerzył  się  nie  tylko  w  sensie  geograficznym,  lecz  również  społecznym.  Początkowo 

służyły  tylko  przywódcom  wojennym,  później  zaczęli  je  przyjmować  wasale  wodzów  i  wasale 

wasalów,  tak  że  w  początkach  XIII  wieku  posiadała  je  zarówno  średnia,  jak  i  drobna  szlachta. 

Zwyczaj  rozpowszechnił  się  i  wkrótce  już  prawo  do  herbu  nie  było  zastrzeżone  tylko  dla 

wojowników. 

Przybierają więc takie godła kobiety (przed 1156 r.), miasta (od 1190 r.), duchowni (około 

1200 r.), mieszczanie (ok. 1225 r.), a nawet chłopi (po 1234 r.). Sytuacja ta trwała do XV wieku. 

Nigdy  bowiem  w  średniowieczu  posiadanie  herbu  nie  było  ograniczone  do  jednej,  określonej 

kategorii społecznej. 

Nie  pochodził  też  ten  zwyczaj  ze  Wschodu  ani  też  nie  wiązał  się  ze  szczególnym 

wtajemniczeniem, lecz był wynikiem ewolucji rynsztunku wojennego, a zwłaszcza przyjęcia przez 

rycerzy zamkniętych przyłbicą hełmów. W początkach XII wieku odziani w zbroję wojownicy stali 

się  nierozpoznawalni,  zaczęli  więc  nosić  malowane  na  dużej  płaskiej  powierzchni  tarcz  znaki 

rozpoznawcze,  zrazu  nie  stałe,  zmieniane  zależnie  od  fantazji,  z  czasem  coraz  częściej 

utrzymywane w ustalonej formie. Dopiero z chwilą, gdy dana osoba posługuje się stale tym samym 

background image

znakiem, można go nazwać jej herbem. Forma pochodziła z różnych źródeł: kolor i podział na pola 

zaczerpnięto z chorągwi, repertuar figur (zwierzęta, rośliny, przedmioty) oraz charakter dziedziczny 

-  z  pieczęci;  wreszcie  kształt  trójkątny  oraz  ogólny  układ  -  z  tarczy.  Herby  nie  zrodziły  się  więc 

spontanicznie, lecz powstawały z połączenia w pewien system różnych wcześniej już istniejących 

elementów. Nie dokonało się to nagle i za jednym zamachem, lecz w drodze stopniowego rozwoju. 

Na przykład, zasada dziedziczności kształtowała się bardzo powoli. Jeszcze za panowania Ludwika 

Świętego  liczne  były  przypadki,  że  synowie  używali  zupełnie  innej  tarczy  herbowej  niż  ich 

ojcowie. Podobnie też reguły kompozycji utrwaliły się na dobre dopiero w połowie XIII wieku. Jed-

nej wszakże zasady przestrzegano od początku (prawdopodobnie przejęto ją z chorągwi), tej samej, 

która  obowiązywała  w  emalierstwie  i  zakazywała  zestawiania  obok  siebie  pewnych  metali  i 

kolorów. Metale te to złoto (żółty) i srebro (biały), a barwy to czarna (sable), czerwona (gueules), 

błękitna (l'azur), zielona (sinople), a później także brunatnofioletowa (pourpre). Reguła nie pozwala 

więc umieszczać złota obok srebra, czerwieni  obok błękitu,  czerni obok  zieleni  itd. Terminologia 

heraldyczna  rozwinęła  się  stopniowo  na  gruncie  języka  ogólnego.  Jeszcze  w  XII  i  XIII  wieku 

nazywano zieleń po prostu zielenią, zanim się przyjął klasyczny w heraldyce termin sinople. 

Ale  te  aspekty  techniczne  nie  są  w  herbach  najważniejsze.  Dla  historyka  najbardziej 

interesujące jest dociekanie motywów, którymi kierował się dany osobnik lub dany ród wybierając 

sobie  takie,  a  nie  inne  godło.  Mogły  to  być  względy  polityczne:  przyjmowano  niekiedy  figury 

heraldyczne  używane  przez  seniora  lub  przywódcę  stronnictwa,  do  którego  się  należało.  Liczne 

tego  przykłady  widzimy  we  Flandrii,  gdzie  rodziny  flamandzkie  umieszczały  w  swoich  herbach 

lwy,  na  wzór  herbów  poszczególnych  hrabstw.  Niekiedy  figury  herbowe  nawiązują  do  jakiejś 

paranteli  lub  do  wydarzenia  historycznego,  pochodzenia  geograficznego  czy  też  zawodu.  Murarz 

malował  więc  na  swej  tarczy  kielnię,  rzeźnik  wołu,  rybak  -  rybę,  a  rycerz,  który  uczestniczył  w 

krucjacie,  zachowywał  w  herbie  krzyż,  inny  zaś  pragnął  upamiętnić  miasto,  z  którego  pochodził, 

umieszczając na swojej tarczy przedmiot kojarzący się z tym miejscem rodzinnym. Bardzo często 

herby  zawierały  aluzje  do  patronimicum,  imienia  chrzestnego  lub  przydomka.  Tak  więc  Jehan 

Lecocq  miał  w  herbie  koguta,  a  Wilhelm  Legoupil  -  lisa.  Od  połowy  XII  wieku  znakomity  ród 

Lucy,  posiadający  włości  zarówno  w  Anglii,  jak  na  kontynencie,  przybrał  jako  swe  godło 

szczupaka, ponieważ w starej francuszczyźnie ryba ta nazywała się lus. Figury w herbie mogły też 

być  po  prostu  kwestią  gustu,  a  niekiedy  przywiązywano  do  nich  jakieś  mniej  lub  bardziej 

symboliczne  znaczenie.  Lecz  symbolika  heraldyczna,  jeśli  w  ogóle  wchodzi  w  grę,  jest  zawsze 

zupełnie prosta: lew oznacza siłę, baranek niewinność, dzik - odwagę, krzyż - chrześcijanina itp. 

Repertuar figur, początkowo ograniczony do kilku zwierząt  (lew, orzeł,  niedźwiedź, jeleń, 

dzik, wilk, kruk) i kilku podziałów geometrycznych, różnicuje się, w miarę jak zwyczaj używania 

herbów  rozszerza  się  na  drobną  szlachtę  i  ludzi  nie  trudniących  się  wojennym  rzemiosłem,  a 

background image

jednocześnie  znaki  herbowe  zaczyna  się  umieszczać  nie  tylko  na  rynsztunku  wojennym  (tarcze, 

hełmy,  pancerze,  czapraki  końskie),  lecz  także  na  rozmaitych  sprzętach,  meblach,  odzieży  i 

przedmiotach codziennego użytku, na pieczęciach, monetach, odważnikach, rękopisach, witrażach, 

nagrobkach,  kaflach,  szatach,  rękawicach,  płaszczach,  narzędziach  i  rozmaitych  przyborach. 

Inwazja  ta  nie  ominęła  też  literatury.  Od  początku  XIII  wieku  bohaterowie  eposów  chlubią  się 

tarczami  herbowymi  skopiowanymi  z  rzeczywistych.  Autorzy  przypisują  królowi  Arturowi  “trzy 

pasy  czerwone  na  srebrnym  polu",  jego  krewniak  Bohort  ma  tarczę  podobną,  lecz  z  polem 

gronostajowym  (naśladującym  szczerby  na  tarczy),  a  szlachetny  Galahad,  pierwszy  poszukiwacz 

Graala,  “na  srebrnym  polu  czerwony  krzyż"  -  godło  chrześcijańskich  rycerzy  wyruszających  do 

Ziemi Świętej. 

background image

Rozdział siódmy  

Czas wojny, czas pokoju 

 

Racją bytu rycerza jest walka. Oczywiście z chwilą pasowania stawał się żołnierzem Boga, 

co  go  zobowiązywało  do  poskramiania  wojowniczych  zapałów  i  podporządkowania  ich  nakazom 

religii. Ale ten zapał, namiętne upodobanie do wojaczki tkwiło w jego sercu.  Podsycała je zresztą 

literatura,  gdy wysławiała i  opisywała heroiczne boje, wspaniałych rycerzy  w lśniących zbrojach, 

niezliczone  wyczyny  ich  męstwa  i  w  końcu  chwalebną  śmierć  albo  najświetniejsze  zwycięstwa. 

Była  to  literatura  wojownicza,  mówiąca  o  sprawiedliwej  wojnie  i  wspaniałomyślnym  pokoju, 

opiewająca  szlachetną  odwagę  tych,  którzy  walczą  c  słuszną  sprawę  swojego  seniora,  bronią 

duchowieństwa  i  dóbr  Kościoła,  spieszą  na  ratunek  wszystkim  słabym  i  nieszczęśliwym 

potrzebującym pomocy. 

Rzeczywistość wszakże wyglądała zupełnie inaczej. Niewielu spotykało się w niej mężnych 

Gawenów  czy  Lancelotów  bez  skazy.  Nie  było  kolczug,  których  żadne  ostrze  nie  mogło  przebić, 

hełmów wysadzanych drogimi kamieniami ani zaczarowanych mieczy zapewniających niezawodne 

zwycięstwo  swoim  właścicielom.  Wojny  nie  były  chwalebne,  lecz  prowadzono  je  dla  interesu,  a 

pokój był nie wspaniałomyślny, lecz upokarzający i często zrywany. Rzadko staczano wielkie bitwy 

i  nie  by?y  one  zbyt  mordercze,  śmierć  nie  miała  aureoli  wzniosłości.  Raz  jeszcze  blask  marzeń 

okazuje się bardzo daleki od pospolitej szarzyzny codziennego życia. 

 

Wojny prywatne i pokój boży  

 

W  połowie  XIII  wieku  każdemu  jeszcze  przysługiwało  prawo  do  prowadzenia  prywatnej 

wojny. Człowiek miał poza wojną jeden tylko sposób, żeby dochodzić swoich praw, a mianowicie 

mógł  się  odwołać  do  sądu  swego  seniora.  Przysługiwał  mu  niejako  wybór  między  drogą  faktów 

dokonanych  a  drogą  prawa.  Pojęcie  prywatnej  wojny,  odziedziczone  po  starożytnej  faida 

(germańskim prawie zemsty), w praktyce zanikało w latach panowania Karola Wielkiego, lecz w X 

wieku, wraz z upadkiem władzy  centralnej, pojawiło się znowu i przetrwało  aż do początku  XIII 

wieku jako jedna z podstawowych cech społeczeństwa feudalnego. Wojna prywatna rozgrywała się 

według  własnych  reguł,  wymagających  formalnego  wypowiedzenia,  a  toczono  ją  aż  do  zawarcia 

rozejmu  lub  paktu  pokojowego.  Rozciągała  się  na  wszystkich  krewnych  walczących  stron,  za-

zwyczaj  aż  do  stopnia,  w  którym  dozwolone  są  związki  małżeńskie  bez  dyspensy.  W  praktyce 

jednak nie każdy mógł  na własną rękę wszczynać wojnę, gdyż na to trzeba pewnej siły, zarówno 

finansowej,  jak  politycznej.  Toteż  wojowali  głównie  posiadacze  włości  lennych,  i  to  wielkich, 

walcząc w obronie własnych interesów, rzadziej - interesów swoich . wasali. 

background image

Z  wyjątkiem  wypraw  krzyżowych,  o  których  będziemy  szerzej  mówili  na  następnych 

stronicach, nie było  wojen między narodami. Były tylko  walki między seniorem  a jego wasalem, 

rywalizacje  dwóch  lenn  lub  dwóch  rodów.  Na  przykład  nieustanne  spory  króla  Francji  z  królem 

Anglii nie były konfliktem między ich krajami, lecz prywatną wojną między potężnym wasalem a 

jego suzerenem, przy czym każdy z nich używał wojny jako uznanego prawem środka, by wymusić 

poszanowanie dla swoich słusznych - jak sądził - roszczeń. Gdy w 1214 roku Filip August wyruszał 

do północnych krain  Francji na chlubną kampanię wojenną, która miała się zakończyć bitwą pod 

Bouvines,  nie  tyle  zamierzał  stawiać  czoło  koalicji  międzynarodowej  (chociaż  na  jej  czele  stał 

cesarz i król Niemiec, Otton brunszwicki), ile chciał ukarać niewiernego wasala i spustoszyć włości 

człowieka nie dopełniającego swych feudalnych zobowiązań, Ferdynanda, hrabiego Flandrii. 

Oczywiście,  nie  był  to  jedyny  aspekt  wojny;  będąc  legalnym  środkiem  utwierdzenia 

własnych  praw,  wojna  była  również  (należałoby  może  napisać:  przede  wszystkim)  skutecznym 

sposobem powiększenia swoich posiadłości i swojej potęgi. W XII wieku wojny zawsze zmierzały 

do  zdobyczy.  Ze  strony  możnych  panów,  którzy  wojny  prowadzili,  nie  był  to  przejaw  pospolitej 

chciwości,  lecz  konieczność:  potrzebowali  zdobyczy,  żeby  opłacić  najemników,  ufortyfikować 

zamki,  wynagrodzić  wasali,  którzy  przyczynili  się  do  zwycięstwa,  i  zapewnić  sobie  ich  wierną 

pomoc  w  następnych  wojennych  okazjach.  Było  to  tym  bardziej  ważne,  że  według  wszelkiego 

prawdopodobieństwa  następna  okazja  będzie  miała  charakter  wojny  obronnej,  gdyż  zwycięstwo 

odniesione  przez  jedną  z  walczących  stron  wywoływało  z  reguły  odwetową  reakcję  pokonanego 

przeciwnika.  Rycerze  walczący  u  boku  swego  pana  traktowali  zdobycze  jako  należne 

odszkodowanie za udział w wojnie, gdyż, jak zobaczymy, zbrojna pomoc, do której zobowiązywały 

ich  instytucje  feudalne,  kosztowała  nie  tylko  dużo  czasu,  lecz  również  dużo  pieniędzy,  każdy 

bowiem  musiał  ekwipować  się  własnym  sumptem.  Wszystkim  też  -  arystokratom  czy  ludowi, 

wasalom czy wojownikom - nieobca była chęć zysku i łupów, a zapewne ta chęć stanowiła główny 

bodziec do walki, skoro był im obojętny przedmiot walki podjętej w imię spraw nie mających wiele 

wspólnego z ich osobistymi interesami. 

Tak  więc  wojna  miała  na  celu  pokonanie,  zabicie  lub  wzięcie  do  niewoli  przeciwnika, 

ograbienie  go  i  ściągnięcie  z  niego  okupu.  Rzadko  podejmowano  działania  na  większą  skalę, 

wielkie  rozstrzygające  bitwy  nieczęsto  się  zdarzały,  wojna  polegała  głównie  na  wypadach, 

zasadzkach,  oblężeniach,  grabieżach  i  podpalaniach.  Wlokła  się  długo,  przerywana  nietrwałymi 

rozejmami,  wybuchała  na  nowo  co  roku,  tocząc  się  od  końca  marca  do  początku  listopada  i 

właściwie nigdy niczego nie załatwiała. 

Toteż ludzie, którzy chcieli osiągnąć jakiś określony cel polityczny lub prawny, chętniej niż 

do wojny uciekali się do negocjacji. Przybierały one różne formy: spotkania dwóch przeciwników 

na  granicy  lub  na  neutralnym  terenie  czy  w  czasie  pielgrzymki;  wymiana  posłów,  osobistości 

background image

duchownych lub świeckich wysokiej rangi, korzystających z przywileju nietykalności, otoczonych 

liczną  świtą,  wyposażonych  w  listy  uwierzytelniające  i  wiozących  ze  sobą  podarki,  wręczane  z 

reguły  bardzo  uroczyście;  mniej  oficjalni  wysłannicy,  najczęściej  duchowni,  wyposażeni  w 

pełnomocnictwa  do  rokowań;  niekiedy  odwoływano  się  do  arbitrażu  lub  do  pośrednictwa  czy  to 

jakiejś cieszącej się autorytetem osobistości (jak papież, reprezentowany przez któregoś ze swoich 

legatów),  czy  to  możnego  pana  skoligaconego  z  obu  spierającymi  się  stronami,  jak  na  przykład 

hrabia  Flandrii  Filip  alzacki,  który  w  ciągu  całego  swego  “panowania"  (1168-1191)  pragnął  być 

“wielkim  mediatorem  Zachodu",  czy  wreszcie  zespołu  arbitrów  wyznaczonych  w  drodze 

porozumienia. Często zawierano traktaty i starano się je zagwarantować różnymi sposobami: przez 

zaprzysiężenie na Biblię lub na relikwie, przez mianowanie zakładników, to znaczy wasali, którzy 

mieli  być  uwięzieni  w  razie,  gdyby  ich  senior  nie  dotrzymał  zobowiązań  przyjętych  w  traktacie; 

wreszcie  przez  groźbę  sankcji  religijnych  (ekskomunika)  lub  prawnych  (unieważnienie  związku 

feudalnego i odebranie lenna). Mimo to traktaty bywały niezbyt skuteczne. 

Prywatne  wojny,  czy  to  między  skromnymi  wasalami,  czy  to  między  wielkimi  feudałami, 

wlokły  się  bez  końca,  niszcząc  kraj  i  wyradzając  się  niekiedy  w  bandycki  proceder.  Kościół 

pierwszy wystąpił do walki z tą plagą. Prócz wezwań na krucjatę i stworzenia stanu rycerskiego - 

dwóch instytucji, “które miały skierować wojownicze zapały na służbę Bożą" - Kościół w XI wieku 

podejmował  rozmaite  kroki  zmierzające  do  złagodzenia  okrutnych  konsekwencji  tych  wojen.  W 

połowie XII wieku można już te środki sprowadzić do dwóch podstawowych zasad: pokój Boży i 

rozejm  Boży.  Pokój  Boży  miał  chronić  ludzi  nie  uczestniczących  w  walce  (duchownych,  kobiety, 

dzieci,  rolników,  pielgrzymów  i  kupców)  oraz  pewne  dobra  użyteczności  publicznej  (kościoły, 

młyny, płody rolne, inwentarz żywy gospodarstw rolnych), obejmując je pokojem Bożym, aby nie 

było  wolno  ich  niszczyć  i  napastować.  Rozejm  Boży  zakazywał  działań  wojennych  w  pewnych 

okresach  roku  (adwent,  Wielki  Post,  Wielkanoc)  lub  w  określone  dni  tygodnia  (od  piątku 

wieczorem  do  poniedziałku  rano),  które  powinny  być  poświęcone  bardziej  intensywnemu  życiu 

religijnemu. Pogwałcenie pokoju lub rozejmu Bożego uważano za wyjątkowo ciężkie przestępstwo, 

karane ekskomuniką i osądzane przez “sąd pokoju", składający się z możnych panów i dostojników 

Kościoła. Sankcje stosowane przez ten sąd były zawsze niezwykle surowe. 

Zasady te, początkowo szanowane i skuteczne, stopniowo traciły znaczenie, gdyż Kościół w 

początkach  XIII  wieku  nadmiernie  rozszerzył  zwłaszcza  rozejm  Boży,  próbując  objąć  nim 

wszystkie  dni  od  środy  wieczór  do  poniedziałku  rano  każdego  tygodnia.  Przy  tej  okazji  warto 

odnotować  znamienny  fakt:  bitwa  pod  Bouvines  (27  lipca  1214  r.),  w  której  starły  się  siły 

najpotężniejszych książąt Europy Zachodniej, rozegrała się w niedzielę. 

Jednakże  władze  świeckie,  a  w  szczególności  władcy  przejęli  od  Kościoła  misję 

ograniczania  wojen  prywatnych.  Pierwszy  Filip  August  zakazał  prowadzenia  takich  wojen 

background image

pospólstwu.  Poza  tym  ustanowił  różne  zmierzające  do  tego  celu  prawa,  naśladowane  później  w 

różnych  formach  w  sąsiednich  królestwach:  słynna  “kwarantanna  królewska",  która  zabraniała 

napadać  na  krewnych  przeciwnika  w  ciągu  czterdziestu  dni  po  wypowiedzeniu  wojny  (miało  to 

zapobiegać  częstym  wówczas  napadom  zaskakującym  ludzi  nie  przygotowanych);  królewski  list 

żelazny, zapewniający nietykalność danej osobie, grupie lub instytucji, otoczonych specjalną opieką 

monarchy; kto by tego przywileju nie uszanował, winien był przestępstwa napaści na samego króla; 

wreszcie “królewska rękojmia", poręczająca pakt o nieagresji zawarty przez możnego pana z okreś-

lona społecznością. 

Około lat 1220-1230 wojny stały się więc mniej częste. Do ograniczeń wynikających z pór 

roku  (nie  toczy  się  walki  w  zimie),  warunków  atmosferycznych  (przerywa  się  bitwę,  jeśli  pada 

deszcz),  pory  dnia  (nie  ma  zwyczaju  bić  się  w  ciemnościach  nocnych)  i  dawnych  kościelnych 

zakazów  (pokój  i  rozejm  Boży)  przybyły  teraz  restrykcje  nałożone  przez  coraz  silniejszą  władzę 

suwerena.  Odtąd  głównym  polem  działania  staje  się  dla  rycerzy  już  nie  plac  boju,  lecz  szranki 

turniejów. 

 

Feudalna służba wojskowa 

 

W  drugiej  połowie  XII  wieku  obserwujemy  pewną  dekadencję  instytucji  wojskowych. 

Bardzo  surowym  zasadom  feudalnym  przeciwstawiają  się  praktyki  o  wiele  bardziej  elastyczne, 

dające sile pieniądza z każdym dniem większą przewagę nad zobowiązaniami wasalnymi. 

Wasal  w  zamian  za  otrzymaną  w  lenno  ziemię  był  wobec  swego  pana  między  innymi 

powinnościami zobowiązany do służby wojskowej. Może ona przybierać trojaką formę: wyprawy 

wojennej  (ost),  krótkiego  wypadu  konnego  (chevauchee)  i  stróży  (garde).  Pierwszej  z 

wymienionych  form  służby  mógł  od  swoich  wasali  żądać  tylko  pan  postawiony  na  szczycie 

piramidy  feudalnej,  a  więc  król,  książę  lub  hrabia.  Chodziło  tu  bowiem  o  wyprawę  ofensywną, 

daleką,  na  którą  można  powołać  wasala  nie  częściej  niż  raz  do  roku  i  na  czas  nie  dłuższy  niż 

czterdzieści dni; każdy wasal musi stawić się z określoną liczbą swoich wasali (proporcjonalną do 

wielkości  posiadanego  lenna)  i  wyekwipować  się  własnym  sumptem  (oręż,  prowiant,  konie).  Po 

upływie  czterdziestu  dni  senior  może  służbę  na  wyprawie  wojennej  przedłużyć,  lecz  wówczas 

przejmuje  na  siebie  koszta  uzbrojenia  i  zaprowiantowania,  a  na  dodatek  wypłaca  odszkodowanie 

tym,  którzy  się  zgodzą  służyć  dłużej.  Druga  forma  -  krótki  wypad  konny  -  stawiała  mniejsze 

wymagania  zarówno  w  czasie  (na  ogół  trwała  tydzień),  jak  i  w  przestrzeni  (odległość  dająca  się 

pokonać w ciągu jednego dnia marszu). Takiej służby żądano najczęściej, gdyż potrzebna była pod-

czas  wojen  z  sąsiadami,  polegających  na  szybkich  wypadach  do  włości  przeciwnika  i  próbach 

zdobycia  jego  zamku.  Panu  wolno  wzywać  wasala  na  krótki  wypad,  ilekroć  mu  się  spodoba. 

background image

Wreszcie trzecia forma służby, stróża, dostarczała dowódców załogi w zamku seniora; ta służba, z 

natury defensywna, przypadała wasalom podeszłego wieku, inwalidom lub mężczyznom chwilowo 

niezdolnym do uczestnictwa w wojnie. 

Wszystkie te formy służby dotyczą jedynie ludzi, którym nadano dobra ziemskie. Trudniej 

jest  ustalić  powinności  wojskowe  ludu  (roturiers),  gdyż  różniły  się  one  znacznie,  zależnie  od 

regionu. W północnej Francji chłopi byli zobowiązani tylko do służby obronnej w załodze zamku 

lub w obronie włości pana, w razie najazdu. Często zresztą wykupywali się od pierwszego z tych 

obowiązków  płacąc  pewną  sumę  pieniędzy  na  utrzymanie  w  załodze  zamku  swego  zastępcy, 

profesjonalisty.  W  obronie  włości  pana  grali  jedynie  rolę  pomocniczą  (czaty,  roboty  ziemne, 

konwoje). Król Francji wszakże w swojej osobistej domenie wymagał niekiedy usług wojskowych 

od  ludu;  każda  jednostka  administracyjna  (obszar  zarządzany  przez  prewota,  gmina,  opactwo 

królewskie)  dostarczać  miała  kontyngentu  piechurów  proporcjonalnego  do  liczby  dymów,  jaką 

obejmuje. Wszyscy mieszkańcy danej jednostki musieli płacić składkę na wojskowy ekwipunek dla 

tych,  którzy  się  zgłoszą  do  służby  na  ochotnika  lub  zostaną  do  niej  przez  los  wyznaczeni.  Prócz 

tych  zwykłych  form  świadczeń  wojskowych  król  i  wielcy  panowie  feudalni  mogli  w  sytuacji 

szczególnego zagrożenia powoływać pod broń wszystkich swoich poddanych, zarówno wasali, jak 

chłopów,  i  to  na  czas  nieograniczony:  było  to  pospolite  ruszenie,  pozostałość  dawnej  służby 

publicznej,  obowiązującej  każdego  wolnego  człowieka  w  okresie  Karolingów.  Jednakże  w  XII 

wieku pospolite ruszenie ogłoszono we Francji tylko raz, za Ludwika VI, gdy w sierpniu 1124 roku 

cesarz Henryk V próbował, zresztą bez skutku, zagarnąć Szampanię. 

Cała  ta  organizacja  pozostała  jednak  niemal  całkowicie  teoretyczna.  W  praktyce  feudalna 

służba  wojskowa  funkcjonowała  dość  słabo.  Ludzie  ze  wszystkich  szczebli  wykręcali  się  od  tej 

powinności. Wzywani na wyprawę wojenną drobni wasale niechętnie oddalali się od własnych po-

siadłości ziemskich i często odmawiali udziału w walkach poza granicami domeny swojego seniora. 

Wielcy  panowie  zawsze  z  reguły  ociągali  się  z  dopełnieniem  obowiązku  wyprawy  wojennej 

ogłoszonej  przez  suzerena.  W Anglii  wielu  z  nich  wręcz  odmawiało  uczestnictwa  w  wyprawach 

wojennych króla na kontynent. We Francji  Ludwik VII, a później Filip August  także mogli liczyć 

tylko  na  pomoc  kilku  spośród  swoich  możnych  wasali,  a  uzyskiwali  ją  dopiero  po  trudnych 

pertraktacjach, w których stosować musieli na przemian obietnice i groźby. Na ogół służbę wypra-

wy wojennej pełnili jedynie ci, którzy mieszkali w pobliżu terenu działań wojennych. 

Słabość tej organizacji potęgowały jeszcze opieszałość, brak dyscypliny i załamywanie się 

szeregów  w  momencie  bitwy  oraz  szczupłość  armii.  Każdy  bowiem  z  lenników  przyprowadzał 

tylko  garstkę  swoich  wasali,  których  sam  z  kolei  musiał  mozolnie  do  udziału  w  wojnie 

przekonywać,  obiecując  nagrody  i  grożąc  karami.  Podobnie  działo  się  na  wszystkich  stopniach 

piramidy feudalnej. Na przykład Filip August w początkach XIII wieku rozporządzał armią złożoną 

background image

zaledwie  z  3000  ludzi,  w  tym  2000  piechurów  dostarczonych  przez  domeny  królewskie,  300 

najemników brabanckich i 200 kuszników. Nawet podczas wojny rzadko mu się udało zgromadzić 

więcej  niż  350-400  rycerzy.  Z  dokumentu  Miles  regni  Francie  (Rycerze  królestwa  francuskiego) 

dowiadujemy się, że w roku 1216, czyli w dwa lata po wielkim zwycięstwie pod Bouvines, armia 

królewska liczyła zaledwie 436 rycerzy, wszystkich pochodzących z północnej części Francji. Tak 

więc książę Bretanii, Piotr I Mauclerc, przywiódł ze sobą tylko 36 rycerzy, chociaż mógł ich skupić 

dziesięćkroć  tylu  powołując  własnych  wasali  obowiązanych  wobec  niego  do  służby  na  wyprawę 

wojenną.  Hrabia  Flandrii  dostarczył  46,  a  najpotężniejsze  z  księstw  chrześcijaństwa,  księstwo 

Normandii, zaledwie 60 rycerzy. 

 

Najemnicy  

 

Niedostatki  wasalnej  służby  wojskowej  spowodowały  wprowadzenie  żołdu.  Stopniowo 

prawdziwym “motorem" wojny stał się pieniądz. Bardzo wcześnie przyjął się zwyczaj, że pomniejsi 

wasale, starzy, chorzy lub nieobecni (na przykład odbywający właśnie pielgrzymkę), mogli wnieść 

określoną  opłatę  na  wynajęcie  swego  zastępcy.  Z  biegiem  czasu  ta  praktyka  rozpowszechniła  się 

tak, że w Anglii od połowy XII wieku każdy wasal mógł się wykupić od obowiązku stawienia się na 

wyprawę  wojenną;  pojawiła  się  nawet  tendencja  ściągania  od  wszystkich  wolnych  mężczyzn 

podatku na koszty utrzymania armii królewskiej. We Franeji nieco później Filip August wprowadził 

“lenna pieniężne", nadając zamiast ziemi rentę, w zamian za którą korzystający z tego beneficjum 

zobowiązywał się do służby wojskowej, często jako łucznik lub kusznik. Praktyki te pozwoliły obu 

monarchom  lepiej  wynagradzać  ludzi  zgadzających  się  walczyć  u  ich  boku,  werbować 

prawdziwych zawodowców wojny i tym sposobem położyć podwaliny pod stałą armię. 

Wprawdzie  można  wskazać  przykłady  rycerzy,  którzy  sprzedawali  swoje  usługi  więcej 

płacącemu, w zasadzie wszakże najemnicy nie rekrutowali się spośród szlachty. W większości byli 

to  plebejusze  z  najbiedniejszych  i  najgęściej  zaludnionych  krain  Europy  Zachodniej  (Walia, 

Brabant,  Flandria,  Aragonia,  Nawarra).  Nazywano  ich  od  kraju  pochodzenia  (Aragończykami, 

Brabantczykami  itp.)  albo  określano  terminami  ogólniejszymi:  najemnicy,  wędrowni  żołdacy 

(routiers, cottereaux). W początkach XII wieku było ich niewielu, lecz po 1160-1170 bardzo się roz-

plenili  i  stali  się  istną  plagą  całego  Zachodu.  Dokonali  przewrotu  w  ówczesnej  sztuce  wojennej 

używając  nowych  rodzajów  broni,  które  zabijały  zamiast,  jak  wcześniejsze,  tylko  obezwładniać 

(noże,  kusze,  haki),  a  co  gorsza,  tworzyli  groźne  bandy,  niemal  niemożliwe  do  pokonania.  Z  ich 

przywódcami,  gotowymi  działać  na  własny  rachunek,  trzeba  się  nieustannie  targować  i  rokować. 

Jak  się  zdaje,  byli  bardziej  jeszcze  niebezpieczni  w  czasie  pokoju  niż  podczas  wojny,  gdyż  w 

oczekiwaniu na akcję zbrojną żyli na koszt okolicy, dopuszczając się nadużyć i różnych  rodzajów 

background image

świętokradztwa. Od czasu do czasu urządzano na nich obławy, istne krucjaty, lecz mimo surowości 

stosowanych  kar  (w  1182  r.  Ryszard  Lwie  Serce  kazał  uśmiercić  połowę  bandy  Brabantczyków, 

którą  zdołał  ująć,  resztę  zaś  wypuścić  na  wolność  wyłupiwszy  im  przedtem  oczy),  Europa 

Zachodnia aż do połowy XV wieku nękana była przez bandy tego żołdactwa. 

 

Ekwipunek wojenny 

 

O ekwipunku wojowników mamy stosunkowo dokładne wiadomości. Wprawdzie niewiele 

się  z  niego  zachowało  do  naszych  czasów,  gdyż  ze  względu  na  rzadkość  surowców,  zwłaszcza 

żelaza,  zniszczone  lub  uszkodzone  części  uzbrojenia  przekuwano  lub  przetapiano  na  nowo,  ale 

rozporządzamy  obfitym  materiałem  ikonograficznym  (miniatury,  a  zwłaszcza  pieczęcie)  oraz 

opisami  literackimi  (epopeje  i  poematy  rycerskie).  Nade  wszystko  zwraca  uwagę  wielka 

różnorodność  broni  i  ubrań,  zarówno  tych,  którzy  walczyli  konno,  jak  i  tych,  którzy  wojowali 

pieszo. Jedni  byli ubrani tak jak wojownicy  przedstawieni na sławnej  tkaninie królowej  Matyldy, 

zabytku  przechowywanym  w  Bayeux,  inni  mieli  już  ekwipunek  taki,  jakiego  używał  Ludwik 

Święty i jego towarzysze. Główną przyczyną. tej różnorodności był fakt, że każdy musiał uzbroić 

się własnym sumptem, a kosztowało to bardzo drogo. Mało kto mógł sobie pozwolić na kompletne 

wyposażenie  wojenne.  Jak  już  mówiliśmy,  niektórzy  kandydaci  do  stanu  rycerskiego  musieli 

odraczać  datę  pasowania,  gdyż  majątek  ich  lub  majątek  ich  ojców  nie  wystarczał  na  opłacenie 

odpowiedniego ekwipunku. Musiał on dla rycerza obejmować co najmniej kolczugę, hełm, tarczę, 

miecz i włócznię; żołnierz konny musiał mieć krótką kolczugę albo gambison wzmocniony, żelazny 

kapelusz, miecz lub oszczep, łuk lub kuszę. Pieszy zaś miał kurtę ze skóry (broigne) albo skórzany 

kaftan, nakrycie głowy z żelaza lub twardej skóry, łuk lub kuszę i rozmaite bronie ofensywne, takie 

jak  proca,  maczuga,  kij,  nóż,  haki  wszelkich  odmian.  Przyjrzyjmy  się  dokładniej  poszczególnym 

elementom tego rynsztunku. 

Kolczuga,  czyli  zbroja  kolcza,  stanowiła  najważniejszą  obronę  rycerza.  Był  to  rodzaj 

metalowej tuniki, sporządzonej z żelaznych lub stalowych pierścieni (wkłada się ją przez głowę jak 

koszulę,  ściska  w  talii  pasem),  sięgającej  do  kolan,  a  przeciętej  z  przodu  i  z  tyłu,  by  umożliwić 

dosiadanie  konia,  przedłużonej  u  góry  kapturem  osłaniającym  szyję,  kark  i  brodę.  Rękawy 

początkowo sięgały nieco poniżej łokci, później przedłużyły się tak, że około roku 1200 zakrywały 

dłonie jak rękawica bez palców. Kolczuga ukształtowała się z dawnej broigne - kurty ze skóry lub 

grubego  płótna  noszonej  przez  wojowników  w  X  i  XI  wieku,  którą  z  czasem  zaczęto  naszywać 

metalowymi  pierścieniami.  Właściwa  kolczuga  narodziła  się,  gdy  ktoś  wpadł  na  pomysł,  żeby 

pierścienie  przewlekać  jeden  przez  drugi,  tworząc  jak  gdyby  metalową  tkaninę,  która  już  nie 

wymaga płóciennej  czy skórzanej podszewki. W końcu XII wieku solidna kolczuga składała się z 

background image

około 30 000 pierścieni i ważyła od 10 do 12 kilogramów. Przybrała bardziej jeszcze na wadze w 

następnym  stuleciu,  gdy niektóre jej  części  lub  nawet  całość zaczęto sporządzać z podwójnej  lub 

nawet potrójnej warstwy pierścieni, a w niektórych miejscach (na ramionach, łokciach i kolanach) 

wzmacniano  siatkę  płytkami  z  żelaza  lub  mosiądzu  nakładanymi  bezpośrednio  na  kółka.  W  ten 

sposób kolczuga stała się mocniejsza, ale mniej elastyczna. Pierścienie powlekano lakierem w róż-

nych kolorach, najczęściej  zielonym; wielcy panowie niekiedy kazali je dla siebie posrebrzać lub 

pozłacać,  a  także  ozdabiać  brzegi  rękawów  i  rąbek  tuniki  haftami.  Chretien  de  Troyes  obdarza 

swego  bohatera  Eryka  kolczugą  ze  szczerego  srebra,  uplecioną  z  potrójnych  maleńkich  pierścion-

ków,  których  nie  imała  się  rdza;  kolczuga  ta  wydawała  się  lżejsza  i  miększa  od  jedwabnego 

płaszcza. 

W rzeczywistości takie wspaniałości nie istniały. Zwykła kolczuga była tak droga, że tylko 

nieliczni  bogaci  rycerze  mogli  ją  sobie  zafundować.  Inni  musieli  poprzestawać  na  krótkiej 

kolczudze, czyli koszuli z metalowej siatki z krótkimi rękawami, niekiedy nawet zredukowanej do 

napierśnika.  Dla  ochrony  stóp  i  łydek  rycerz  nosił  nogawice  z  takiej  samej  metalowej  siatki, 

nazywane chausses. Od wciągania tych nogawic zaczynał też mozolne ubieranie się w strój bojowy. 

Trzymały się one dzięki sznurowadłom zawiązywanym wysoko wokół ud. 

Pod  kolczugą  rycerz  miał  na  sobie  zwykłą  “cywilną"  odzież  (kalesony  -  braies,  koszulę, 

kaftan  -  bliaud,  opisane  w  poprzednim  rozdziale),  niekiedy  także  rodzaj  odzienia  ze  skóry  lub 

płótna, podbitego przędzą lub pakułami i pikowanego jak nasze puchowe kołdry: był to gambison, 

służący  do  łagodzenia  ciosów  czy  zadraśnięć  i  w  tym  celu  spowijający  często  ramiona  oraz  uda. 

Żołnierze konni  zamiast  kolczugi  nosili taki właśnie  gambison, niekiedy wzmocniony kawałkami 

skóry albo płytkami metalu. 

W końcu XII wieku pojawiła się cotte d'armes - suta tunika z lnianego płótna lub jedwabiu, 

którą rycerz wkładał na kolczugę, by ją osłonić od słońca i deszczu. Początkowo była jednolita albo 

fantazyjnie  barwiona,  ale  już  w  pierwszych  latach  XIII  wieku  zaczęto  na  niej  umieszczać  znaki 

herbowe. 

Dwa  pozostałe  zasadnicze  elementy  ekwipunku  obronnego  to  hełm  i  tarcza.  Hełm  w 

omawianym  okresie  uległ  znacznej  ewolucji.  Około  połowy  XII  stulecia  był  jeszcze  po  prostu 

żelaznym kaskiem w kształcie półkulistym lub stożkowatym, wzmocnionym na obwodzie szeroką 

obręczą,  od  której  zwisał  nosal  -  prostokątna  żelazna  sztabka  chroniąca  nos.  Stopniowo  kask  ten 

wydłużał się z tyłu na kark, a jednocześnie nosal rozszerzał się, by osłonić także policzki. Około 

1210-1220 całość przybrała już formę walcowatą, dzięki dodaniu bocznych płytek okrywających u-

szy  i  skronie. Tak  wyglądał  klasyczny  hełm  w  XIII  wieku,  całkowicie  zamknięty,  z  otworami  na 

oczy  i  kilku  dziurkami  wentylacyjnymi.  Był  ciężki  i  niewygodny,  toteż  rycerz  kładł  go  tylko  do 

walki, poza tym wolał małą żelazną osłonę, okrywającą tylko górną część czaszki, zwaną chapel. 

background image

Hełm, chociaż od spodu wyściełany, noszono nie bezpośrednio na głowie, lecz na kapturze 

kolczugi,  do  którego  przymocowywano  go  za  pomocą  kilkunastu  skórzanych  sznurowadeł, 

przewlekanych  przez  oka  metalowej  siatki.  Często  pomiędzy  kaptur  a  hełm  wkładano  dodatkowo 

coś  w  rodzaju  czepka  z  płótna  lub  włóczki,  zwanego  coiffe  i  amortyzującego  wstrząsy.  Niekiedy 

hełmy  malowano,  podobnie  jak  kolczugę,  najczęściej  na  kolor  zielony,  jak  się  zdaje  szczególnie 

lubiany.  Niektóre  części  --szczyt,  nosal,  obręcz  wzmacniającą  obwód  -  rzeźbiono  mniej  lub  bar 

dziej bogato  albo  wysadzano kolorowymi szkiełkami, które w poematach rycerskich przeobraziły 

się we wspaniałe drogie kamienie lub brylanty, rozświetlające swoim blaskiem ciemności. 

Tarcza  miała  kształt  ogromnego  migdała  zagiętego  wzdłuż  osi  pionowej  i  zakończonego 

szpicem,  aby  można  było  wbić  tarczę  w  ziemię  i  skryć  się  za  nią.  Rozmiary  jej  były  dość 

imponujące:  około  1,5 metra  wysokości,  od  50 do  70  centymetrów  szerokości;  mogła  całkowicie 

zasłonić walczącego mężczyznę od stóp pod brodę, a po bitwie służyła za nosze. Sporządzano ją z 

deszczułek, połączonych i wzmocnionych podwójnym metalowym okuciem, które ściskało środek, 

tworząc jak gdyby ośmioramienną gwiazdę. Tarcza była od spodu wyścielona, z wierzchu zaś obita 

futrem,  płótnem,  albo  skórą,  przymocowanymi  za  pomocą  gwoździ. W miejscu,  gdzie  tarcza  jest 

najbardziej  wypukła,  uwydatniano  tę  wypukłość  cieńszym  lub  grubszym  metalowym  okuciem, 

zwanym  boucle  (stąd  nazwa  tarczy  bouclier  -  puklerz),  delikatnie  rzeźbionym,  niekiedy 

wysadzonym  szkiełkami  albo  drobnymi  kamykami.  Rycerz,  gdy  nie  walczył,  mógł  tarczę 

przewiesić przez ramię lub na szyi za pomocą rzemienia, skracanego lub przedłużanego, zależnie 

od potrzeby, i zwanego guiche. W czasie bitwy mógł wsunąć rękę trzymającą wodze wierzchowca 

między skrzyżowane pod tarczą krótsze rzemienie i w ten sposób trzymać ją na przedramieniu lub 

nadgarstku. Posługiwanie się tarczą było trudną sztuką, która wymagała długiej nauki, jeśli wierzyć 

tekstom z tamtych czasów. 

Jeśli  tarcza  była  obita  płótnem  albo  skórą,  malowano  na  jej  zewnętrznej  powierzchni 

motywy  roślinne,  zwierzęce  lub  geometryczne,  które  -  jak  to  już  mówiliśmy  -  stopniowo 

przeobrażały  się  w  prawdziwe  znaki  heraldyczne.  W  miarę  jak  kolczuga  wzmacniała  się 

metalowymi  płytkami  (zwłaszcza  skrzydłami  osłaniającymi  ramiona),  tarcza  traciła  funkcje 

ochronne i służyła w coraz większym stopniu tylko do noszenia godła. Toteż w pierwszej ćwierci 

XIII wieku zmalała, przybrała kształt równoboczny i pozbyła się boucle. 

Oprócz  takiej  tarczy  o  kształcie  migdała,  istniały  również  inne.  Nie  wyszła  jeszcze 

całkowicie  z  użycia  w  XII  wieku  dawna  okrągła  tarcza  jeźdźców  karolińskich.  Rzadko  wszakże 

posługują  się  nią  rycerze,  częściej  żołnierze  konni  i  piesi.  Tyle  o  uzbrojeniu  ochronnym. 

Przyjrzyjmy się z kolei broni ofensywnej. 

Najważniejszym rycerskim orężem był miecz. Składał się z trzech części: klingi, rękojeści i 

gałki.  Rozmiary  i  kształt  bywały  rozmaite,  lecz  najczęściej  używano  miecza  “normandzkiego", 

background image

długości  metra  i  wagi  2  kg.  Klinga  była  szeroka  (7-9  cm)  z  mocnej  stali,  z  ,  jednym  lub  dwoma 

żłobieniami na obu płazach, co ją czyniło nieco lżejszą, niekiedy zdobiona na modłę damasceńską, 

obosieczna, z ostrymi, twardymi brzegami. Miecz służył do sieczenia raczej niż do kłucia; chodziło 

bardziej o ogłuszenie przeciwnika niż o zadanie mu śmierci. Jeśli używano końca ostrza, to tylko do 

rozpruwania  kolczugi.  Najbogaciej  zdobioną  częścią  miecza  jest  rękojeść,  wąska  i  długa  -  gdyż 

często  trzymano  ją  oburącz  -  osłonięta  dwoma  ramionami  krzyżowego  jelca,  prostymi  albo 

wygiętymi  kabłąkowato  w  stronę  klingi.  Gałka  miała  kształt  opływowy  o  średnicy  6-10  cm, 

niekiedy robiono ją ze szlachetnych metali i mogła służyć za relikwiarz - tak przynajmniej czytamy 

w rycerskich epopejach. Miecz Rolanda, “Durendal", opatrzony był złotą głowicą, która zawierała 

liczne relikwie: 

 

Zęby Piotrowe i krew Bazylego,  

I włosy święte u Dyjonizego, 

I nitkę z szaty samej Marii Świętej... 

 

Miecz  był  bowiem  przedmiotem  specjalnej  liturgii.  Uchodził  za  najszlachetniejszą  z 

wszystkich broni, symbol sprawiedliwości i władzy. Każdy rycerz starał się zachować swój miecz 

jak najdłużej, aby w końcu przekazać w spuściźnie synowi lub młodzieńcowi przez siebie pasowa-

nemu. 

Miecze  bohaterów  literackich  mają  własne  imiona:  miecz  króla  Artura  nazywał  się 

“Escalibour",  miecz  Karola  Wlielkiego  -  “Joyeuse",  miecz  Oliviera  -  “Hauteclaire",  a  Ogiera 

Duńczyka - “Courtain". Pochwa zwisała od pasa na rapciach u lewego boku; robiono ją z drewna 

obitego skórą czy też mniej lub bardziej kosztownym suknem. Jeżeli rycerz używa dwóch mieczy - 

jednego do walki konnej, a drugiego do walki pieszej - ten drugi nie ma pochwy, jest dłuższy i cięż-

szy, i powierza się go do noszenia giermkowi. Ostrze ma też węższe, bo walka piesza jest bardzo 

niebezpieczna.  Trzeba  możliwie  jak  najprędzej  zranić  przeciwnika  dosięgając  go  tym  drugim 

mieczem  przez  otwór  w  hełmie  osłaniający  oczy  albo  ugodzić  w  pachwinę  pomiędzy  kolczugą  a 

nogawicami (chausses). 

Włócznia  należy  do  broni  drzewcowych.  Jej  długość  (ok.  3  m)  i  waga  (2-5  kg)  nie 

pozwalały jej używać jako dzirytu. Drzewce malowano, a wybierano na nie gatunki drewna twarde, 

odporne na ciosy, najczęściej jesionowe, rzadziej grabowe, jabłoniowe albo świerkowe. Na jednym 

końcu opatrzona była żelaznym kolcem, aby wojownik mógł ją wbić w ziemię (podczas boju gest 

ten  oznaczał  gotowość  do  parlamentowania);  na  drugim  końcu  nasadzony  był  grot,  krótki,  ostro 

zakończony, w formie stożka, rombu lub liścia. W miejscu gdzie jeździec ujmował drzewce, było 

ono nacięte, a niekiedy pokryte skórą; w takim przypadku nazywano je quamois. W drodze jeździec 

background image

trzymał włócznię pionowo, w boju pochylał ją poziomo (na ramieniu lub spod pachy; na wysokości 

głowy  albo  bioder)  albo  ukośnie;  w  tym  ostatnim  przypadku  drzewce  było  zaklinowane  przez 

filcowy wałek umieszczony na przednim łęku siodła. Chodziło o to, żeby jeździec mógł stawić opór 

w  starciu  i  wykorzystując  impet  szarży  wysadzić  z  siodła  przeciwnika,  przebić  jego  tarczę  i 

rozedrzeć kolczugę. 

Wysoko na drzewcu, tuż pod grotem, przybijano za pomocą gwoździ różne kawałki tkaniny 

pełniące  funkcje  godła.  W  pierwszej  połowie  XII  wieku  był  to  gonfanon,  mały  prostokątny 

proporczyk wycięty na brzegu w kilka zębów. Około roku 1150 na miejscu proporczyka pojawia się 

chorągiew,  płat  materiału  również  w  formie  prostokąta,  lecz  przybity  tak,  że  główna  oś  była 

równoległa do drzewca. Sztandar taki stanozvił przywilej dowódców, którzy na wyprawę wojenną 

(ost) przyprowadzali zastęp mniejszych wasali; przysługiwał im tytuł rycerzy “chorągwianych". Na 

chorągwi widniały emblematy dowódcy, aby się mogła stać w wirze bitwy znakiem, wokół którego 

skupiali się podkomendni. Poszczególni, szeregowi rycerze nie używali chorągwi, poprzestając na 

skromnym trójkątnym proporczyku z dwustronnej tkaniny w barwach domeny swojego suwerena. 

Uzbrojenie  zaczepne  konnicy  i  piechurów  było  znacznie  bardziej  różnorodne  od 

rycerskiego.  Wśród  broni  ręcznych  trzeba  na  pierwszym  miejscu  wymienić  topór,  jako 

najpowszechniej używany; nazywano go danoise - duńskim toporem (złożony z drzewca długości 1 

m i żeleźca o powierzchni 30 X 15 cm). Prócz topora, bicz bez trzonka - pęk rzemieni; maczuga - 

gruba  pałka  z  głowicą  zjeżoną  kolcami;  nóż  -  broń  szczególnie  groźna  w  walce  wręcz;  rozmaite 

pałki,  w  które  się  zbroją  najbiedniejsi  chłopi  i  prostacy;  zamiast  włóczni  -  piki  lub  prymitywne 

oszczepy,  o  długim  drzewcu  z  szerokim  ostrym  hakiem  na  końcu,  niekiedy  podwójnym  lub 

potrójnym, służącym do powalania wierzchowców i ściągania z siodeł jeźdźców. 

Z broni miotających były w użyciu proce, złożone z drzewca, mieszka i dwóch rzemyków, 

oraz łuk i kusza. Łuki sporządzano ze sprężystego drewna (najczęściej cisowego lub jesionowego), 

rzadziej z metalu lub rogu; rozmiary wahały się od jednego do dwóch metrów, lecz, jak się zdaje, 

lepszą sławą cieszyły się krótsze. Strzałą długości około 90 cm można było z takiego łuku dosięg-

nąć  celu  odległego  0  200  metrów;  strzałę,  podobnie  jak  włócznię,  opatrywano  niekiedy 

proporczykiem.  Kusza,  chociaż  znana  w  Europie  Zachodniej  od  najdawniejszych  czasów,  weszła 

naprawdę  w  użycie  dopiero  w  drugiej  połowie  XII  wieku.  Uchodziła  za  broń  nikczemną,  zbyt 

morderczą, niegodną chrześcijanina, toteż Kościół przez długi czas zakazywał używania jej. Jeszcze 

w 1139 r. sobór laterański zezwolił na posługiwanie się kuszą jedynie w walce z niewiernymi. Ale 

wojownicy zachodniej  Europy zlekceważyli te zakazy, a za Henryka  II armia angielska liczyła w 

swoich szeregach stały oddział kuszników. Później Ryszard Lwie Serce powiększył ich liczbę (los 

zrządził, że zginął potem od śmiertelnej rany zadanej bełtem wystrzelonym z kuszy). Przykład ten 

we Francji naśladował Filip August, który utworzył nawet kompanię kuszników konnych. 

background image

Dwunastowieczna kusza składała się z małego sztywnego łuku osadzonego poprzecznie na 

drewnianej  podporze.  Z  kuszy  miotało  się  bełty,  grubsze  i  krótsze  niż  strzały  z  łuku.  Zarówno 

kuszę, jak łuk opatrywano niekiedy strzemieniem, w które żołnierz wsuwał stopę, by ułatwić sobie 

naciągnięcie  cięciwy;  naciągał  ją  oburącz  i  aż  do  momentu  wypuszczenia  bełtu  pozostawała 

naciągnięta,  zaczepiona  w  specjalnym  nacięciu  łoża,  dzięki  czemu  kusza  górowała  nad  łukiem, 

gdyż  człowiek  po  naciągnięciu  cięciwy  nie  musiał  już  wysilać  mięśni  ramienia  i  mógł  staranniej 

celować.  Jednakże  nie  miała  większego  zasięgu  ani  większej  siły  rażenia  niż  łuk,  a  manipulacje 

przy jej obsłudze trwały dłużej: w tym samym czasie, gdy kusznik wypuszczał dwa bełty, łucznik 

mógł wypuścić dziesięć, dwanaście lub nawet piętnaście strzał. 

 

Konie 

 

Koń  oczywiście  grał  ważną  rolę  w  wojennych  działaniach  rycerskich.  W  przeciwieństwie  do 

dworskich  romansów,  epopeje  rycerskie  przedstawiają  konia  jako  najważniejszego  towarzysza 

bohatera i obdarzają go osobowością, nadając każdemu jakieś imię. Tak więc wierzchowiec Karola 

Wielkiego nazywał się “Tencedor", koń Rolanda - “Veil lantif", a Ganelona - “Tachebrun"; Wilhelm 

Drański  dosiadał  “Beaucenta",  Renaud  de  Montauban  -  “Bayarda",  a  Ogier  Duńczyk  -  “Broie 

forta",  wzruszającego  konia,  który  płakał  z  radości,  gdy  po  siedmiolet  niej  rozłące  ujrzał  znów 

swojego pana. 

Drobiazgowi  kazuiści,  ówcześni  autorzy,  rozróżniają  odmiany  koni  zależnie  od 

wyznaczonych  im  funkcji:  palefroi  to  koń  arystokratyczny,  rumak,  służy  damom  i  dostojnikom 

Kościoła przy wszelkich okazjach, panom zaś tylko na wielkie uroczystości; destrier to koń bojowy, 

rycerz  dosiada  go  dopiero  w  chwili,  gdy  ma  rozpocząć  walkę;  w  podróży  konia  tego  prowadzi 

luzem giermek, sam jadąc na krzepkim koniu roboczym, używanym w czas pokoju do pracy w polu 

albo w zaprzęgu i nazywanym roncin; wreszcie jest też sommier - koń juczny dźwigający bagaże i 

sprzęt, gdy rycerz podróżuje. 

W  rzeczywistości,  jak  się  zdaje,  nie  istniały  tak  subtelne  rozróżnienia.  Studiując  materiał 

ikonograficzny  zachowany  na  pieczęciach  obrazowych,  przedstawiających  jeźdźców,  można 

zauważyć, że w ciągu XII i XIII wieku za wierzchowce bojowe służyły konie różnego typu. Wydaje 

się jednak, że rycerz należycie wyekwipowany musiał posiadać co najmniej trzy albo cztery konie: 

jednego  do  podróży,  jednego  jucznego  do  dźwigania  zbroi  i  sprzętu  i  jednego  lub  dwa  konie 

zarezerwowane  wyłącznie  do  bitwy.  Warto  zanotować,  że  klacze  uchodziły  za  niezdatne  do 

bojowego użytku. 

Poeci i powieściopisarze opisują też bardzo dokładnie maść występujących w tekstach koni. 

Najwyżej  ceniono  konie  jednolicie  białe  albo  kare;  następne  w  hierarchii  były  bułanki, 

background image

jakiejkolwiek  maści,  byle  z  licznymi  białymi  plamami.  Potem  siwe,  na  rozmaite  sposoby 

jabłkowite. 

Mniejszym uznaniem cieszyły się gniade i kasztany o sierści brunatnej czy płowej. Rzędy 

końskie  uległy  w  drugiej  połowie  XII  wieku  znacznym  zmianom.  Łęki  siodła  podwyższono, 

zwłaszcza tylny łęk tak się rozrósł, że można by go niemal nazwać oparciem dla pleców jeźdźca. 

Siodło  w  tekstach  literackich,  zawsze  bogato  zdobione  i  kunsztownie  wykończone,  leży  na 

prostokątnym czapraku, niekiedy haftowanym w heraldyczne znaki. Z końcem stulecia czaprak ten 

rozrasta  się  w  kapę  chroniącą  szyję,  tułów  i  nogi  zwierzęcia.  Dostosowując  się  do  płaszcza 

okrywającego rycerza, kapa bywa także znaczona godłami heraldycznymi, które widnieją również 

na naczółku  - wąskim pasie ze skóry lub  metalu ochraniającym  łeb konia. Strzemiona półkoliste, 

takie, jakie można oglądać na tkaninie królowej Matyldy w Bayeux, ustępują miejsca trójkątnym. 

Strzemiona wiszą na szerokich rzemiennych puśliskach, wsuniętych pod  czaprak lub  kapę po obu 

bokach konia, blisko przednich kończyn. Dlatego ostrogi musiały być bardzo długie i miały formę 

metalowego  bodźca  zakończonego  stożkowatym  kolcem.  Inne  ostrogi,  zakończone  ruchomym 

kółkiem, mniej bolesne dla zwierzęcia, pojawiły się już w początkach XIII wieku, lecz wchodziły w 

użycie bardzo powoli. 

Wbrew  rozpowszechnionemu  mniemaniu,  ostrogi  nigdy  nie  były  wyłącznym  przywilejem 

stanu rycerskiego. Miały jednak pewne symboliczne znaczenie, gdyż wręczano je - zaraz po mieczu 

-  młodemu  rycerzowi  w  dniu  jego  pasowania;  odbierano  je  też  na  ostatku,  jeśli  ktoś  stał  się 

niegodny  miana  rycerza,  popełniwszy  jakieś  ciężkie  przestępstwo  (zdradę  przede  wszystkim); 

rozrąbywano je wówczas toporem i miażdżono wkopując w ziemię. 

 

Oblężenie  

 

Wojny w XII wieku nie rozwijały się w pełni, działania wojenne polegały głównie - a często 

wyłącznie - na pustoszeniu ziemi sąsiada i na próbach zdobycia jego zamku. Podobnie jak wielkie 

bitwy,  wielkie  oblężenia  zdarzały  się  rzadko,  lecz  sztuka  zdobywania  grodów,  chociaż  kapryśna, 

stanowiła ważną część techniki bojowej i grała dużą rolę w życiu codziennym armii i na wszystkich 

szczeblach feudalnych sporów. 

Przystępując do oblężenia wiedziano z góry, że potrwa ono długo, z reguły kilka tygodni, a 

niekiedy  kilka  lat.  Sławny  Chateau-Gaillard  opierał  się  wojskom  Filipa  Augusta  przez  osiem 

miesięcy  (od  września  1203  do  kwietnia  1204  r.), Akra  zaś  poddała  się  krzyżowcom  dopiero  po 

niespełna  dwóch  latach  (od  października  1189  do  lipca  1191  r.).  Tym  się  tłumaczy  liczba  i 

różnorodność  budowli  wznoszonych  przez  oblegających  wokół  obleganej  fortecy:  stawiano 

namioty,  szopy,  baraki  mieszkalne  dla  ludzi  i  zwierząt,  składy  na  prowiant  i  wszelaki  sprzęt; 

background image

prowadzono  też  roboty  ziemne,  kopano  fosy  i  budowano  ostrokoły,  by  zagrodzić  drogę  e-

wentualnym  posiłkom,  które  by  mogły  przybyć  na  odsiecz  oblężonym;  sporządzano  drabiny, 

budowano wieże i galerie na kołach, aby ułatwić sobie podejście do murów. 

Mury te musiały stawić opór nie tylko ludziom, lecz także pociskom, niemal tak groźnym 

jak  prawdziwy  ostrzał  artyleryjski.  Dzięki  bowiem  doświadczeniom  nabytym  w  wyprawach 

krzyżowych  udoskonalono  machiny  wojenne,  wzorując  się  na  wynalazkach  stosowanych  przez 

Arabów i Bizantyjczyków. Mimo wielkiej różnorodności można te machiny z grubsza podzielić na 

dwie  kategorie:  machiny  sprężynowe  i  machiny  wahadłowe.  Pierwsze  to  olbrzymie  katapulty, 

których ze względu na rozmiary i złożoną konstrukcję nie można montować na miejscu, lecz trzeba 

je  transportować  już  zmontowane  ze  składów.  Najbardziej  rozpowszechniony  był  typ  katapulty 

podobnej  do  gigantycznej  kuszy,  zdolnej  miotać  dziryty,  belki  i  pociski  zapalające.  Prostszą 

machiną była balista, przypominająca broń używaną już w starożytności. Montowali ją na miejscu 

cieśle pod kierunkiem fachowców i miotano z niej ogromne kamienie lub odłamki skalne, a także 

pociski  wzniecające  pożary  i  duszące  (np.  siarkę)  albo  nawet  padlinę,  żeby  szerzyć  zarazę  w 

oblężonej  fortecy.  Najczęściej  używany  był  trebuchet,  rodzaj  olbrzymiej  procy,  wyrzucającej 

pociski wagi 20-30 kg na odległość 200 metrów z górą. 

Bombardowanie  to  nie  miało  na  celu  zburzenia  murów  ani  tym  bardziej  miażdżenia 

obrońców, lecz stanowiło osłonę dla żołnierzy oblegającej armii, którzy działali pod murami.   Nie 

celowano do jakiegoś ściśle określonego punktu, lecz koncentrowano ostrzał na wybranym odcinku 

umocnień,  aby  tam  obezwładnić  przeciwnika.  Tymczasem  robotnicy  ziemni  zasypywali  fosy,  a 

saperzy,  pod  osłoną  dachu  galerii  na  kołach,  zbliżali  się  do  samych  podnóży  muru  i  próbowali 

wyrywać  z  niego  kamienie.  Niekiedy  woleli  pracować  w  korytarzach  podziemnych,  drążąc  ol-

brzymie  jamy  w  fundamentach  fortecy  i  podkładając  pod  nie  ogień.  Takie  podkopy  i  roboty 

saperskie w większym stopniu niż machiny wojenne przyczyniały się do kruszenia murów i czyniły 

w nich wyłomy, przez które napastnicy mogli wtargnąć do fortecy. Niekiedy zresztą dostawali się 

do  niej  po  prostu  przez  bramę,  jeśli  ta  załamała  się  pod  ciosami  taranów  -  potężnych  belek  z 

twardego  drewna  (opatrzonych  często  metalową  głowicą),  długich  na  6-10  m,  zawieszonych  za 

pomocą  lin  na  specjalnym  rusztowaniu  i  wprawianych  w  ruch  wahadłowy  przez  kilkunastu 

mężczyzn. Bywało też, że oblegający wdzierali się na mury po przystawionych drabinach i staczali 

walkę  wręcz  z  ich  obrońcami.  Wiele  takich  scen  batalistycznych  oglądamy  na  ówczesnych 

miniaturach,  lecz  w  rzeczywistości,  jak  się  zdaje,  rzadko  stosowano  ten  sposób  zdobywania  zam-

ków. 

Oblężeni  bowiem  także  rozporządzali  skutecznymi  środkami,  by  odpierać  napastników. 

Służyły  im  w  tym  celu  nie  tylko  haki  i  cebry  wrzątku,  którym  oblewali  wspinających  się  po 

drabinach na mury nieprzyjaciół, nie tylko budowane naprędce drewniane wieże, z których łucznicy 

background image

i kusznicy górowali nad nacierającymi, ale, co ważniejsze, mieli katapulty i balisty, nie gorsze od 

machin armii oblegającej zamek. Oblegani starali się przede wszystkim jak najprędzej zniszczyć za 

pomocą  własnych  machin  machiny  przeciwnika.  Bombardowanie  jest  więc  obustronne,  podobnie 

jak będzie się to odbywało w następnych wiekach, gdy już wejdzie w użycie prawdziwa ciężka broń 

palna. 

Podczas  oblężenia  Tuluzy  z  1218  roku  sławny  Szymon  IV  de  Montfort,  jeden  z  wodzów 

krucjaty przeciw albigensom, padł od kuli wystrzelonej przez obrońców miasta z trebuchet, chociaż 

znajdował się w owym momencie o 200 metrów od murów grodu. 

Wszystkie  te  machiny,  mimo  groźnych  pozorów,  nie  były  zbyt  skuteczne  w  działaniu. 

Ładowanie ich wymagało długiego czasu i niemałego trudu, na przykład z trebuchet nie można było 

wystrzelać pocisków częściej niż co dwie, trzy godziny. Przy tym podczas przeciętnego oblężenia 

rzadko  używano  więcej  niż  jednej  takiej  machiny.  Dodać  wypada,  że  zapał  bojowy  oblegających 

rzadko zasługiwał na gloryfikację, jakiej im nie szczędzą rycerskie romanse. Jak się zdaje, większą 

rolę niż męstwo odgrywała cierpliwość, trzeba bowiem stwierdzić, że w XII wieku fortece rzadko 

bywały zdobywane szturmem, częściej do kapitulacji zmuszały je takie przyczyny, jak zmęczenie, 

głód, zaraza lub zdrada. 

 

Bitwa  

 

Aż do XIV wieku wojna i bitwa to dwa pojęcia z dziedziny militarnej zasadniczo różne. W 

wydanej niedawno książce George Duby dobitnie wykazał, że wojna kończyła się z chwilą, gdy się 

zaczynała bitwa, która stanowiła “procedurę pokojową", była prawdziwym “sądem Bożym", czyli 

“ordaliami".  Wyzywać  do  bitwy  lub  przyjmować  bitwę,  to  znaczy  okazać  wolę  zakończenia 

konfliktu,  który  się  przewleka  i  wyrodnieje  z  czasem,  znaczy  to  także  ryzykować  utratę  w  ciągu 

kilku godzin skąpych korzyści uzyskanych w ciągu miesięcy, czy nawet lat starań; wreszcie znaczy 

to  wnieść  sprawę  przed  sąd  Boży,  od  którego  wyroków  nie  ma  apelacji. W  tym  sensie  bitwa  ma 

charakter  sakralny,  posiada  własny,  niemal  liturgiczny  rytuał,  który  każe  wybrać  odpowiedni, 

rozległy i  płaski teren i  przygotować się do rozprawy bardzo uroczyście  (przemówienia wodzów, 

spowiedź i komunia święta wojowników). W obu obozach duchowni przez cały czas trwania walki 

zagrzewają do boju śpiewem i modłami. Całkowita klęska jednej ze stron przekonuje świat o nie-

podważalnej  słuszności  praw  zwycięzcy.  Zwycięstwo  bowiem  uświęca  wszystko,  cokolwiek  się 

działo przed bitwą i cokolwiek po niej nastąpi. 

W  okresie,  którym  się  w  tej  książce  zajmujemy,  wielkie  bitwy  między  chrześcijańskimi 

władcami  były  rzadkie,  bardzo  rzadkie.  Można  by  nawet  rzec,  iż  rozegrała  się  jedna  tylko  taka 

bitwa, mianowicie pod Bouvines, w niedzielę 27 lipca 1214 roku. Warto przy tym podkreślić, że by-

background image

ła to  pierwsza naprawdę doniosła bitwa, wydana przez króla Francji od bez mała stu  lat, od dnia 

klęski pod Bremule w 1119 roku, kiedy to król Anglii Henryk I Beauclerc pobił na głowę Ludwika 

VI. Ten stan rzeczy znajduje odzwierciedlenie w rycerskich poematach: ich autorzy, a między nimi 

Chretien  de  Troyes,  wolą  opisywać  pojedynki,  turnieje,  potyczki  małych  oddziałów  niż  wielkie 

masowe  batalie.  Dopiero  około  roku  1230  powstał  poemat  La  mort  le  roi  Artu  (Śmierć  króla 

Artura), zawierający szczegółowy opis starcia dwóch potężnych armii, bitwy pod Salisbury. Warto 

było  wszakże  czekać  tak  długo  na  tę  relację,  gdyż  mówi  ona  o  tytanicznych  zaiste  zmaganiach, 

jakich  nigdy  przedtem  świat  nie  widział,  o  bitwie,  która  położyła  kres  przygodom  króla Artura  i 

jego rycerzy, powodując unicestwienie królestwa Okrągłego Stołu. 

Ale to jest literatura. Przyjrzyjmy się raczej, jak się rozgrywała rzeczywista bitwa. Taktyka 

była  stosunkowo  prosta.  Każda  armia  przed  bitwą  ustawiała  się  w  trzy  szeregi.  W  pierwszym 

ustawiali  się  piesi  pikownicy  z  oszczepami  i  hakami,  opisywanymi  już  wyżej,  w  drugim  stali 

łucznicy  i  kusznicy;  w  trzecim  konni,  przy  czym  ci,  którzy  nosili  ciężkie  uzbrojenie  (rycerze), 

skupiali się pośrodku, zaś lżej zbrojni na skrzydłach. Konnym, i tylko im, przypadała rola zaczepna. 

Posuwając  się  pojedynczą  linią,  mieli  nękać  nieprzyjaciela  kolejnymi  natarciami,  wymijając  od 

flanków  własną  piechotę  i  wracając  pod  jej  osłonę  po  każdym  natarciu,  które  nie  przyniosło 

ostatecznego  rozstrzygnięcia.  Łucznicy  i  pikownicy  nie  opuszczali  swego  miejsca;  ich  zadanie 

polegało na wstrzymywaniu impetu nieprzyjacielskiej jazdy i osłanianiu własnej. Jeśli wykonywali 

jakiś  manewr,  to  tylko  po  to,  by  rozszerzyć  skrzydła  (niekiedy  aż  do  utworzenia  zamkniętego 

pierścienia), gdy jeźdźcom groziło niebezpieczeństwo z kilku stron. 

Po  kilku  manewrach  jazdy  obu  stron  wywiązywała  się  ogólna  walka  i  wśród  zamętu 

wyradzała się w serię pojedynków lub utarczek między małymi grupami, przy czym każdy wasal i 

każdy  giermek  starał  się  trzymać  w  pobliżu  chorągwi  swojego  pana  i  walczyć  u  jego  boku.  Nie 

zawsze  było  to  łatwe.  Bywało,  że  już  w  pierwszym  starciu  przeciwnik  obalił  lub  zniszczył  znaki 

rozpoznawcze (chorągwie, tarcze i płaszcze znaczone herbami). Często więc zdarzały się pomyłki. 

Trzeba było używać okrzyków wojennych, które ponadto miały siać postrach wśród nieprzyjaciół, a 

zarazem  pobudzać  wśród  swoich  męstwo  i  skupiać  ich,  jeśli  się  rozpierzchli  w  zamęcie  walki. 

Okrzyki  te  miały  niekiedy  sens  haseł  politycznych  lub  religijnych,  jak  na  przykład  sławne 

zawołanie krzyżowców  Diex  aie (“Boże wspomóż"). Niekiedy  były to po prostu  nazwy lenn, nie 

zawsze  nawet  uzupełnione  jakimś  określeniem.  Tak  więc  podwładni  hrabiego  z  Hainaut 

wykrzykiwali  z  dumą:  “Szlachetne  Hainaut!",  podczas  gdy  przywódcy  flamandzcy  wrzeszczeli: 

“Flandria w imię lwa!", nawiązując do heraldycznego znaku swojego pana. 

Nawet  wówczas,  gdy  zamęt  bitewny  sięgał  szczytu,  każdy  rycerz  miał  prawo  spodziewać 

się,  że  będzie  walczył  tylko  z  pojedynczym  rycerzem  przeciwnego  obozu.  Nie  działo  się  tak  na 

mocy  reguł  rycerskiego  honoru,  gdyż  nic  podobnego  nie  istniało,  lecz  z  niskich  pobudek  ma-

background image

terialnych:  chodziło  o  wzięcie  jeńców,  aby  ściągnąć  z  nich  okup,  czyli  o  możliwie  największe 

wzbogacenie  się  na  wojnie.  Nie  zabijano  przeciwnika,  brano  go  żywcem  do  niewoli,  po  czym 

zaczynały  się  przetargi.  Toteż  nawet  w  momentach  zaciętych  zmagań  wręcz  toczyły  się  rozmaite 

pertraktacje;  jeniec,  z  chwilą  gdy  dał  słowo,  że  zapłaci  okup,  odzyskiwał  wolność  i  co  prędzej 

rzucał  się znów w wir walki z nadzieją, że teraz jemu z kolei uda się pojmać kogoś w niewolę  i 

ściągnąć okup, aby sobie powetować stratę. W dodatku zbyt zacięte walki były niebezpieczne dla 

najsolidniejszych  nawet  sojuszów  i  w  ogniu  bitwy  chwiała  się  niejedna  zaprzysiężona  wierność. 

Kiedy więc bój zanadto się rozpalał, a szale zwycięstwa przechylały się na stronę przeciwną, każdy 

senior  musiał  zabiegać  o  lojalność  swoich  pomocników.  I  w  tym  przypadku  także  pieniądz 

okazywał  się  ważnym  elementem  bitwy.  Rzeczywistość  wojenna  nie  znała  bezinteresownego 

bohaterstwa  Gawena,  Lancelota  i  ich  towarzyszy.  Oczywiście  nie  brakowało  męstwa  (zresztą 

kolczuga  zabezpieczała  na  ogół  od  ran),  lecz  nieustraszona  odwaga  nie  należała  jeszcze  wówczas 

do  najwyżej  cenionych  cnót.  Rycerz  starał  się  wyjść  z  bitwy  bez  uszczerbku  na  ciele  i  majątku, 

uniknąć bełtów, pocisków z kusz (jedynych naprawdę morderczych), nie dać się wysadzić z siodła 

piechurowi, którego rola w bitwie polegała na obalaniu koni i ściąganiu z nich jeźdźców na ziemię. 

Nawet  ówcześni  kronikarze  mówią  o  wielkiej  ostrożności  (czytaj:  lękliwości)  rycerzy,  którzy 

usiłowali się chronić za plecami towarzyszy. 

W  tak  prowadzonych  bitwach  najczęstszymi  ofiarami  byli  piechurzy,  kaleczeni  przez 

jeźdźców,  tratowani  przez  konie,  dobijani  w  zamęcie  odwrotu.  Łucznik  lub  pikownik  wzięty  do 

niewoli przez piechura z nieprzyjacielskiej armii nie mógł ratować się przyrzeczeniem okupu; zwy-

cięzca  mordował  go  i  obdzierał  z  rynsztunku. Wśród  rycerzy  było  po  bitwie  wielu  rannych,  lecz 

bardzo nieliczni zabici. Jeśli wierzyć pewnemu kronikarzowi, w bitwie pod Bouvines poległ tylko 

jeden  rycerz.  W  każdym  razie  według  najbardziej  wiarygodnego  szacunku  zginęło  w  tej  bitwie 

mniej niż 2 na 100 spośród jej uczestników. Co prawda bitwa trwała tylko dwie godziny, a liczba 

walczących była stosunkowo niewielka: według najnowszych badań, armia Filipa Augusta liczyła 

1300.  rycerzy,  1200  lekkiej  jazdy  i  około  5000  pieszych,  armia  zaś  koalicji  angielsko-cesarskiej, 

prowadzona  przez  Ottona  brunszwickiego,  obejmowała  tyleż  samo  jeźdźców  i  o  1000  lub  2000 

więcej  piechurów.  Liczby  skromne,  jeśli  zważyć,  że  mowa  o  największej  bitwie  tego  okresu. 

Rzeczywistość daleka od tego, co według Wace'a rozgrywało się na równinie Salisbury o zmierzchu 

królestwa rycerzy Okrągłego Stołu, gdy do walki miało stanąć przeszło 100 000 wojowników i gdy 

- jeśli wierzyć anonimowemu autorowi relacji o śmierci króla Artura - po całym dniu bratobójczej 

walki zginęło niemal całe Arturowe rycerstwo. 

background image

Rozdział ósmy  

Szlachetne rozrywki

  

 

Społeczeństwo średniowieczne, pędząc życie uregulowane i monotonne, miało jednak swoje 

święta  i  zabawy.  Jedno  szło  w  parze  z  drugim  i  dla  wszystkich,  nawet  stojących  najniżej  w 

hierarchii  społecznej,  był  czas  pracy  i  czas  rozrywki.  Rozrywce  poświęcano  chwile  wczesnego 

popołudnia i kilka godzin wieczornych, a także całe niedziele, gdy obowiązywało wstrzymanie się 

od  wszelkiej  pracy.  Poza  tym  każdej  ważniejszej  uroczystości  towarzyszyły  zabawy  zbiorowe, 

jednoczące  rycerzy  i  lud,  ludzi  z  miast  i  ludzi  ze  wsi.  Literatura  maluje  te  sceny  nieco  zbyt  sie-

lankowo, daje nam wszakże dość dobre wyobrażenie o festynach urządzanych w XII wieku z okazji 

zaślubin Eryka i Enidy: 

“[...]  zebrali  się  na  dworze  króla  Artura  wszyscy  minstrele  z  okolicy  i  wszyscy  ludzie  biegli  w 

sztuce zabawiania innych. W wielkiej  sali panował  nastrój  weselny. Każdy się popisywał  swoimi 

talentami. Ten skakał, ów fikał koziołki, inny pokazywał sztuczki kuglarskie; jeden gwizdał, drugi 

śpiewał, trzeci grał na fujarce, czwarty na flecie lub na guigne czy też na wioli. Dziewczęta pląsały 

w tanecznym korowodzie. Wszyscy uczestniczyli w powszechnej radości. Nie brakowało niczego, 

co mogło pobudzić wesele [...] Bramy i furty stały przez cały dzień otworem zarówno dla bogatych, 

jak dla ubogich. Król Artur okazał się szczodry. Kazał swoim kucharzom, piekarzom i podczaszym, 

aby rozdawali chleb, wino i dziczyznę, każdemu, ile zapragnie. Nikomu więc nie odmawiano tego, 

czego sobie życzył. A wszystko było w wielkiej obfitości (...]"  

Większość  rozrywek  -  przechadzki,  widowiska  (teatr,  popisy  żonglerów,  tresowane 

zwierzęta),  taniec,  który  był,  jak  się  zdaje,  najbardziej  lubianą  w  średniowieczu  zabawą,  gry 

hazardowe  i  towarzyskie  -  była  wspólna,  niezależnie  od  pozycji  społecznej.  Nie  będziemy  tych 

zabaw  szerzej  omawiali,  gdyż  są  dobrze  znane.  Istniały  wszakże  inne  rozrywki,  zastrzeżone  dla 

arystokracji  i  nie  zawsze  przez  historyków  prawdziwie  rozumiane.  Trzy  formy  rozrywek 

średniowiecznej elity wypada więc nam omówić. 

 

Turnieje  

 

Turnieje  stanowiły  główną  rozrywkę  rycerza.  W  większym  stopniu  niż  wojna,  podczas 

której zresztą rzadko dochodziło do bezpośredniego starcia, turnieje wypełniały życie wojownika i 

dostarczały mu najlepszych sposobności do zdobycia sławy oraz majątku. Toteż poematy rycerskie, 

a  zwłaszcza  opowieści  o  rycerzach  Okrągłego  Stołu,  poświęcają  turniejom  co  najmniej  połowę 

tekstu. Pochodzenie turnieju nie jest jasne, prawdopodobnie sięga on daleko w przeszłość i wiąże 

się  z  tradycjami  starożytnych  germańskich  wojowników. W  swej  średniowiecznej  formie  turnieje 

background image

przyjęły się między Loarą a Mozelą już w drugiej połowie XI wieku, co potwierdzają dokumenty. 

Od tej daty rozpowszechniają się coraz szerzej, pomimo wielokrotnych zakazów ze strony Kościoła 

i  niektórych  władców.  W  regionach,  z  których  pokój  Boży  wyrugował  wojny  prywatne,  turnieje 

stały  się  rzeczywiście  dla  rycerstwa  jedynym  sposobem  wyładowania  nadmiaru  agresywnych 

popędów  i  jedną  z  rzadkich  okazji  do  opuszczenia  zamku  i  wyrwania  się  z  nudy  bezczynnego 

monotonnego życia. Jednakże w XII i XIII wieku Kościół nieustannie potępiał te czcze spotkania 

towarzyskie, na których mężczyźni bawią się walką, hazardową grą o sławę i pieniądze, w której 

nieraz stawką jest życie człowieka i która rodzi najbardziej zawzięte urazy i bezużytecznie trwoni 

siły  chrześcijańskiego  rycerstwa,  zamiast  je  oszczędzać  dla  jedynej  godnej  sprawy,  obrony  Ziemi 

Świętej.  Wszystkie  zakazy  były  jednak  bezskuteczne.  Co  prawda,  nieliczni  tylko  królowie  -  jak 

Henryk II Plantagenet i Ludwik Święty - sami stawali w szranki; większość monarchów tolerowała 

turnieje, nawet  jeśli  nie  pochwalali  ich, jak na przykład  Ludwik VII lub  Filip August.  Ich wielcy 

wasale byli przecież inicjatorami, organizatorami, a niekiedy też uczestnikami turniejów. W drugiej 

połowie XII wieku właśnie Francja, jej północna i zachodnia część, stała się rajem dla miłośników 

tych rycerskich zawodów. 

Kim  byli  ci  miłośnicy?  Przede  wszystkim  to  młodzi,  świeżo  pasowani  rycerze,  jeszcze 

nieżonaci, włóczący się hałaśliwymi bandami po kraju w poszukiwaniu przygód i bogatego ożenku. 

Mówiliśmy  już  o  nich.  Pod  przewodem  książęcego  lub  hrabiowskiego  syna  jeździli  z  turnieju  na 

turniej przez pięć, dziesięć, piętnaście lat, zanim się ustatkowali i osiedli na rodzinnym lennie. Taki 

Wilhelm zwany Marszałkiem przedłużył sobie pełną podróży i sportową “młodość" o całe ćwierć 

wieku. 

Turniej można istotnie uznać za grę sportową, a przy tym grę zespołową, gdyż pojedynki, w 

których współzawodniczyli tylko dwaj rycerze, weszły w zwyczaj dopiero w XIV wieku. W wieku 

XII  turniej  polegał  na  walkach  dwóch  drużyn,  złożonych  z  uzbrojonych  mężczyzn,  zarówno 

konnych,  jak  pieszych;  wzorowy  porządek,  panujący  w  momencie  rozpoczynania  zawodów, 

zmieniał się szybko w ogólną bezładną walkę, przy czym, podobnie jak na polach bitew, ścierały się 

ze  sobą  małe  grupki  wojowników,  orientujące  się  według  znaków  rozpoznawczych.  Turnieje  z 

pewnością  bardziej  niż  wojny  przyczyniły  się  w  XII  wieku  do  rozpowszechnienia  zwyczaju 

używania herbów wśród szlachetnie urodzonych. 

Ten  sport  zespołowy  był  jednocześnie  grą  o  stawkę  pieniężną.  Pojawili  się  prawdziwi 

zawodowcy,  którzy  na  turniejach  sprzedawali  swoje  usługi  grupie  gotowej  zapłacić  wyższą  cenę. 

Niektórzy  z  nich  tworzyli  wraz  z  jednym  lub  dwoma  wspólnikami  ekipę  wyspecjalizowaną  w 

określonym typie walki; cieszyli się oni wielkim wzięciem. Ale nie tylko dla płatnych najemników 

turniej był źródłem zysku, i to obfitszego zapewne niż wojna. Uczestniczący w turnieju rycerz starał 

się bowiem wziąć przeciwnika do niewoli, ściągnąć z niego okup, odebrać mu zbroję i konia wraz z 

background image

rzędem. Toteż liczne negocjacje i wymiany obietnic dokonywały się zarówno już w toku walk, jak i 

po  ich  zakończeniu.  Można  było  tym  sposobem  zdobyć  fortunę.  Z  historii  Wilhelma  zwanego 

Marszałkiem  dowiadujemy  się,  że  ten  późniejszy  regent  Anglii,  objeżdżając  turnieje,  wraz  z 

groźnym towarzyszem, Flamandem Rogerem z Gangi, zgarnął w ciągu dziesięciu miesięcy okup od 

103 pokonanych rycerzy. Co prawda wyczyny te łączyły się z poważnym ryzykiem. Turniej należał 

do  sportów  niebezpiecznych.  Bywało  wielu  rannych,  a  nierzadko  zdarzały  się  ofiary  śmiertelne, 

którym Kościół niekiedy odmawiał chrześcijańskiego pogrzebu. Z wielkim opóźnieniem wszedł w 

użycie  oręż  “kurtuazyjny"  ze  stępionym  ostrzem  czy  wręcz  z  drewna.  Dopiero  w  połowie  XIII 

wieku  uzbrojenie  turniejowe  zaczęło  się  różnić  od  wojennego,  jakim  się  posługiwano  w 

prawdziwych bitwach. 

A jednak turniej, chociaż podobny do wojny, był czymś innym niż ona, był bowiem wydarzeniem 

radosnym. Z wyjątkiem okresu Wielkiego Postu i adwentu, urządzano te zabawy co dwa tygodnie, 

od  lutego  do  listopada,  na  obszarze  tej  samej  prowincji,  nie  w  dużych  miastach,  lecz  gdzieś  w 

pobliżu  odosobnionej  fortecy,  na  granicy  dwóch  ziem  lennych  czy  dwóch  księstw.  Turniej  nie 

rozgrywał  się  na  placu  miejskim  ani  też  w  szrankach  zamku,  lecz  na  otwartym  polu,  na  landach 

albo  na  łące,  w  otwartej  przestrzeni.  Turnieju  nie  improwizowano.  Możny  pan,  który  mu 

patronował,  musiał  na  kilka  tygodni  wcześniej  ogłosić  w  całej  okolicy,  w  jakim  terminie  i  gdzie 

odbędą  się  zawody.  Powinien  też  był  wyprawić  posłów  z  tą  wieścią  do  sąsiednich  prowincji, 

przygotować kwatery dla uczestników turnieju (zjeżdżało ich niekiedy kilkuset) i dla towarzyszą-

cych  im  osób,  zgromadzić  zapasy  żywności,  zbudować  trybuny,  namioty  i  stajnie,  zorganizować 

rozrywki dla szlachetnie urodzonych i zabawy dla ludu. Turniej bowiem przyciągał zawsze tłumy. 

W  walkach  uczestniczyli  tylko  rycerze,  lecz  widzowie  rekrutowali  się  ze  wszystkich  warstw 

społeczeństwa.  Ten  wielki  festyn  był  zarazem  jarmarkiem  i  zapewniał  byt  rzeszom  żonglerów, 

kucharzy, kupców, kuglarzy, żebraków i rzezimieszków. 

Turniej  trwał  co  najmniej  trzy  dni,  niekiedy  dłużej.  Walka  rozpoczynała  się  o  świcie,  po 

mszy  świętej  i  ciągnęła  się  bez  przerwy  do  nieszporów.  Różne  grupy,  związane  wspólnotą 

pochodzenia geograficznego lub przynależności feudalnej, zmagały się ze sobą, z początku kolejno, 

potem wszystkie naraz. Zamęt był taki, że heroldowie musieli wobec publiczności odgrywać rolę 

dzisiejszych  sprawozdawców  sportowych:  opisywali  najwspanialsze  wyczyny  i  wykrzykiwali 

imiona bohaterów. Wieczór spędzano na opatrywaniu ran, na ucztach, muzyce i tańcach, a także na 

miłosnych igraszkach. Nazajutrz wszystko to powtarzało się na nowo. Wieczorem ostatniego dnia, 

gdy  każdy  obliczał  swoje  zyski  i  straty,  najdostojniejsza  z  obecnych  dam  wręczała  symboliczną 

nagrodę  rycerzowi;  który  okazał  się  najmężniejszy  w  walce  i  najdworniejszy.  W  utworach 

literackich nagrodę stanowi często szczupak, gdyż tej rybie przypisywano wartość talizmanu. Jeżeli 

w turnieju brał udział Lancelot, on zawsze zwyciężał wszystkich rywali. W nieobecności Lancelota 

background image

nagrodę otrzymuje jego krewniak Bohort, rzadziej Gawen. Na ogół literatura arturiańska zdaje się 

wyprzedzać  rzeczywistość:  już  pod  koniec  XII  wieku  opisuje  pojedynki  i  wysławia  męstwo 

poszczególnych  rycerzy  walczących  sam  na  sam  z  przeciwnikiem,  przyznaje  kobietom  prawo 

decydowania  o  postępowaniu  wojowników.  W  rzeczywistości  dopiero  w  sto  lat  później  turnieje 

nabiorą takiego dworskiego poloru, blasku i wykwintu. 

 

Polowanie  

 

W przeciwieństwie do wojen i turniejów, polowania odbywały się o każdej porze roku. Dla 

tej rozrywki wielu rycerzy nie wahało się narażać na srogie chłody, deszcze i wichry, a nawet na 

najgorsze  niebezpieczeństwa.  Wielu  bowiem  ówczesnych  mężczyzn  rozmiłowanych  było  w 

polowaniu, uczestnicząc w nim z namiętnością graniczącą z szaleństwem. Na przykład Filip August 

-  którego  niemal  wszystkie  inne  rozrywki  nudziły  -  lubił  polować  prawie  co  dzień  po  obiedzie, 

zarówno  podczas  wojny,  jak  w  czasie  pokoju,  we  Francji  czy  poza  jej  granicami,  nawet  w  Ziemi 

Świętej. 

Ale  polowanie  było  nie  tylko  pasją,  było  też  koniecznością  życiową.  Chodziło  o 

dostarczenie  na  pański  stół  zwierzyny  i  ptactwa,  produktów  niezbędnych,  skoro  żywiono  się 

głównie mięsem. Toteż istniały w tej dziedzinie ścisłe przepisy. Tylko właściciel dóbr miał prawo 

polować na grubego zwierza w lasach i na króliki i zające w obrębie określonych terenów. Lud, dla 

którego  zwierzyna  stanowiła  tylko  uzupełnienie  wiktu,  mógł  zastawiać  sidła  jedynie  w  szczerym 

polu  albo  na  skrajach  lasu.  Jednakże  celem  polowań  nie  zawsze  było  zdobycie  mięsa.  Niekiedy 

polowano,  żeby  wytępić  drapieżniki  niebezpieczne  dla  plonów,  drobiu  czy  nawet  dla  ludzi  (lisy, 

wilki,  niedźwiedzie).  W  takich  przypadkach  polowanie  nabierało  w  pełni  charakteru  dzikiego  i 

groźnego sportu. 

Na  szczególną  uwagę  zasługuje  polowanie  z  sokołem.  Wprowadzono  je  na  zachodzie 

Europy w początkach XI wieku i wkrótce stało się ono ulubioną rozrywką arystokracji. A była to 

zaiste szlachetna zabawa, okrutna i wykwintna zarazem, tak że nie gardziły nią  nawet damy. Jed-

nocześnie  była  to  trudna  sztuka.  Młodzieniec  przygotowujący  się  do  rycerskiego  zawodu  musiał 

poświęcić  wiele  czasu,  aby  opanować  wszystkie  jej  arkana.  Musiał  wiedzieć,  jak  się  ptaka  łowi, 

karmi,  hoduje,  uczy  posłuszeństwa  gestom  i  głosowi  myśliwego,  ćwiczy  w  rozpoznawaniu  i  ści-

ganiu zwierzyny. Była to wiedza subtelna, bardziej wyrafinowana niż wszystkie inne, należące do 

edukacji młodego rycerza, a czerpać ją mógł z licznych rozpraw poświęconych temu przedmiotowi, 

kompilowanych  przeważnie  na  Sycylii  i  do  dziś  w  większości  zachowanych.  Znajdujemy  w  nich 

dokładny  przepis,  jak  powinno  przebiegać  układanie,  czyli  tresura  sokoła  do  polowania.  Ptaka 

należy  wziąć  z  gniazda  możliwie  jak  najwcześniej  po  jego  wykluciu  się  z  jaja;  gdy  się  opierzy, 

background image

trzeba  mu  przyciąć  szpony,  uwiązać  u  nogi  dzwoneczek  (aby  łatwo  było  go  odnaleźć,  jeśli  się 

zgubi) i zaszyć powieki, bo dobrze wytresować da się tylko ślepy sokół. Dopiero wtedy zaczyna się 

właściwa  tresura:  przyzwyczajanie  ptaka  do  trzymania  się  na  grzędzie,  siadania  na  pięści 

myśliwego,  rozróżniania  różnych  tonów  gwizdu,  któremu  ma  być  posłuszny.  Potem  trzeba  go  z 

powrotem oswoić ze światłem, rozpruwszy powieki, i wyćwiczyć w łowach, używając w tym celu 

sztucznych  przynęt.  Ta  nauka  trwa  niemal  cały  rok.  Wreszcie  można  wziąć  ptaka  na  pierwsze 

polowanie. Myśliwy sadza go sobie na pięści i zakrywa mu głowę kapturem, który zdejmuje, gdy 

pojawia  się  zwierzyna.  Sokół  wzlatuje  wówczas  w  powietrze,  wypatruje  ofiarę,  rzuca  się  na  nią, 

wbija w nią szpony i szarpie, dopóki gwizdek nie przywoła go z powrotem na rękę pana. 

Rycerze  w  XII  wieku  kochali  swoje  sokoły  bardziej  niż  konie  i  psy.  Ptak  ten  uchodził  za 

najszlachetniejsze  ze  stworzeń.  Chłopu  nie  wolno  było  go  posiadać.  Zresztą  kosztował  bardzo 

drogo,  a  ofiarowanie  sokoła  w  podarunku  uważano  za  gest  książęcy.  Śmierć  sokoła  była  dla 

właściciela  dotkliwą  stratą.  Toteż  traktaty  o  sztuce  sokolniczej  zawierają  mnóstwo  rad,  jak 

postępować  z  ptakiem,  aby  żył  długo.  Rady  te  wszakże  wydają  się  znacznie  mniej  poważne  niż 

instrukcje dotyczące tresury, a w dodatku mistrzowie nie są między sobą zgodni. Oto trzy zalecane 

sposoby kuracji na wypadek, gdyby sokół się przeziębił. 

Pierwszy brzmi niemal rozsądnie: 

“Weź  grzane  wino,  przyprawione  zmielonym  pieprzem,  wlej  mu  do  gardła  i  trzymaj  dziób 

zamknięty, dopóki ptak nie przełknie leku. To go uzdrowi."  

Drugi zaleca bardziej mięsną dietę: 

“Zmieszaj  ciepłą  wodę  z  popiołem  winorośli.  Wlej  mu  do  gardła,  a  kiedy  przełknie,  daj  mu  do 

zjedzenia jaszczurkę. Będzie zdrów." Wreszcie trzeci przepisuje dłuższą kurację: 

“Weź cztery kęsy słoniny namoczone w miodzie i posypane opiłkami żelaza, wetknij je sokołowi do 

gardła. Tak czyń przez trzy dni, nie dając mu nic innego do jedzenia. Czwartego dnia przymuś, żeby 

połknął małe kurczę, które przedtem napoisz obficie winem. Potem rozgrzejesz sokołowi pierś przy 

ogniu,  skropiwszy  ją  gorącym  mlekiem.  Przez  następne  dni  będziesz  go  karmił  wróblami  albo 

innym drobnym ptactwem. Wyzdrowieje niezawodnie." 

 

Szachy 

 

Ze  wszystkich  niezliczonych  gier  towarzyskich  największą  popularnością  cieszyło  się 

rzucanie kości. Pełniły one tę funkcję, którą później przejęły karty. Grano w kości we wszystkich 

środowiskach społecznych, w wiejskiej chacie i  na zamku, w gospodzie i w klasztorze, i to z tak 

zgubnym zapamiętaniem, że nikt nie słuchał gniewnych napomnień z ust 

królów czy też dążących do naprawy moralnej duchownych. Grano o pieniądze, o części garderoby, 

background image

o konia czy o dom. Niejeden, a między innymi późniejszy poeta Rutebeuf skarżył się, że grając w 

kości  utracił  cały  dobytek.  Pomimo  że  kostki  wyrzucano  z  rogowego  kubka,  często  zdarzały  się 

oszustwa,  głównie  przez  wprowadzanie  do  gry  spreparowanych  kostek:  longnez,  czyli  z 

namagnesowaną jedną ścianką; nompers z dwiema ściankami oznaczonymi tą samą wysoką liczbą 

punktów;  plommez  -  obciążone  z  jednej  strony  ołowiem.  Dlatego  też  wybuchało  wiele  kłótni, 

niekiedy tak zaciekłych, że doprowadzały w końcu do wojen prywatnych. 

Bardziej niewinna była marelle, gra niehazardowa, lecz wymagająca uwagi i zastanowienia: 

zwyciężał  ten,  kto  pierwszy  ustawił  trzy  pionki  (niekiedy  pięć  pionków)  na  planie  figury 

geometrycznej,  utworzonej  z  linii  prostopadłych  i  ukośnych.  Nie  było  to  zbyt  trudne.  Bardziej 

wyszukana  i  zagadkowa  wydaje  się  gra  zwana  tables,  którą  wysławia  ówczesna  literatura,  lecz 

której  reguł  dobrze  dziś  nie  znamy;  było  to  coś  w  rodzaju  trik-traka,  rozgrywanego  przez  dwie, 

cztery  lub  więcej  osób,  przy  użyciu  kilku  kostek  i  mnóstwa  żetonów.  Niekiedy  tą  samą  nazwą 

określano  po  prostu  grę  w  warcaby,  w  której  obowiązywały  już  w  XII  wieku  te  same  reguły  co 

dzisiaj. 

Lecz żadna gra nie mogła się równać z szachami; literatura jest niestrudzona w sławieniu tej 

gry.  Wbrew  temu,  co  się  często  słyszy,  we  Francji  szachy  nie  były  jeszcze  znane  za  Karola 

Wielkiego, lecz pojawiły się dopiero w XI wieku i wkrótce stały się ulubioną rozrywką arystokracji. 

Nauka gry w szachy była ważną częścią rycerskiej edukacji. Według poematu Chanson de Gui de 

Nanteuil (Pieśń o Gwidonie z Nanteuil), aby nabrać biegłości w tej sztuce, trzeba sobie przyswoić 

jej zasady już w wieku sześciu lat. Tak wcześnie zapewne rozpoczął naukę konetabl króla Artura, 

Bedoier, którego  wszystkie poematy Okrągłego  Stołu zgodnie wychwalają jako najdoskonalszego 

szachistę epoki. 

Literatura  bowiem  poświęca  wiele  miejsca  rozgrywkom  szachowym.  Ich  opisy  służą 

autorom nie tylko do urozmaicenia tekstu anegdotą, ale również jako element dramatycznej akcji. 

Stawką w grze mogą być ważne sprawy: los kobiety, jeńca, armii, a nawet całego królestwa. Poko-

nany, rozgniewany poniesioną klęską, nieraz ranił lub zabijał zwycięzcę. 

W  Chevalerie  Ogier  syn  Karola  Wielkiego,  Charlot,  zwyciężony  przez  syna  Ogiera 

Duńczyka, Baudineta, chwyta oburącz szachownicę i ciska nią w głowę zwycięzcy tak gwałtownie, 

że mózg tryska z rozłupanej czaszki. Rzeczywistość była mniej brutalna. Nie grano o życie ludzkie 

ani  o  królestwo,  ani  nawet  o  pieniądze.  Zresztą  Kościół  tego  zakazywał.  Panie  i  panny  nie 

wzbraniały  się  siadać  do  szachownicy  i  nieraz  okazywały  się  nie  gorsze  od  mężczyzn.  Jak  głosi 

legenda, Alienor zwyciężała w szachach najznakomitszych książąt Francji i Anglii. 

Ale jak grano? Jak wyglądały bierki? Czym się różniła ówczesna gra od dzisiejszej?  

Szachownica,  drewniana  lub  metalowa,  była  przedmiotem  zbytkownym,  który  właściciel 

pokazywał z dumą, nawet jeżeli nie umiał się nią posługiwać. Była duża, często stanowiła wieko 

background image

bogato zdobionej szkatuł w której wnętrzu mieściły się przybory do gry w trik-traka (tables), a na 

odwrotnej stronie - pole do gry w marelle. Aż do końca XII wieku szachownicy nie pokrywały na 

przemian kwadraty czarne i białe. Była jednobarwna (najczęściej biała), podzielona na sześćdziesiąt 

cztery  pola  żłobionymi  liniami  (niekiedy  pomalowanymi  dodatkowo  czerwoną  farbą).  Postać,  w 

jakiej ją obecnie znamy, przybrała dopiero  w początkach panowania Filipa Augusta. Nie miało to 

wpływu  na  reguły  gry  -  wszak  nawet  dziś  można  bez  trudu  grać  na  jednobarwnej  szachownicy  - 

lecz ułatwiało ogarnięcie wzrokiem sytuacji i sprawdzanie posunięć. Różniły się one znacznie od 

dzisiejszych, ponieważ figury były inne i przysługiwały im inne ruchy. Przede wszystkim nie było 

figury  królowej,  którą  zastępował  hetman  (nazywany  fierce,  od  perskiego  słowa  oznaczającego 

wezyra), nie mający prawa przesuwać się we wszystkich kierunkach, lecz tylko ukośnie i tylko o 

jedno  pole  na  raz.  Figura  ta  nie  miała  więc  w  grze  większego  znaczenia.  Podobnie  alfin, 

odpowiednik naszego gońca, mniej był od niego ważny, chociaż posuwał się ukośnie po dwa pola 

na  raz  i  mógł  przeskakiwać  przez  inne  figury.  Za  to  król  i  wieże  (nazywane  roc),  skoczek 

(wyobrażany jako rycerz) i pionki miały te same ruchy co w naszych czasach, jeśli pominąć kilka 

szczegółów,  na  przykład  ten,  że  królowi  i  wieżom  wolno  było  wykonywać  roszadę  w  każdej 

pozycji, pionki zaś nie mogły wysuwać się w pierwszym ruchu dalej niż o jedno pole ani zabierać 

po drodze pionków przeciwnika. Cel gry, tak jak dziś, polegał na zadaniu mata królowi przeciwnika 

i tak samo mówiono “szach królowi", gdy był on bezpośrednio zagrożony. 

Bierki  miały  formy  rozmaite,  zależnie  od  regionu  i  od  gatunku.  W  szachach  zwykłych 

istniały  już  bierki  mocno  stylizowane,  rzeźbione  z  kawałka  kości  lub  drewna,  lecz,  jak  się  zdaje, 

wytwarzaniem ich nie rządziły żadne reguły. Szachy paradne wyrabiano z kości słoniowej, hebanu, 

bursztynu lub jaspisu, w kształcie figurek. Trzy z nich miały postać ustaloną i prawie niezmienną: 

król  zawsze  nosił  koronę,  skoczka  wyobrażał  rycerz  na  koniu,  pionki  miały  postać  piechurów  w 

lekkim  uzbrojeniu.  Co  do  innych  figur  panowała  dowolność  i  rozmaitość.  Hetmana  mógł 

wyobrażać  siedzący  mężczyzna,  podobny  do  króla,  lecz  bez  korony,  albo  też  -  pod  wpływem 

kultury dworskiej - przemieniał się w damę. Goniec w Anglii i zachodniej Francji przybierał postać 

biskupa, a we Flandrii i krajach nadreńskich - hrabiego, w innych stronach pojawiał się jako starzec, 

drzewo, zwierzę. Wieża mogła niekiedy przybierać postać pieszego żołnierza w pełnym uzbrojeniu, 

zwierzęcia  dźwigającego  wieżę  na  grzbiecie,  a  jeszcze  częściej  całej  scenki,  w  której  występują 

dwie  postacie: Adam  i  Ewa,  święty  Michał  zabijający  smoka,  dwie  zmagające  się  ze  sobą  bestie, 

dwóch  rycerzy  walczących  na  kopie.  Każdy  z  graczy  dysponował  szesnastu  bierkami,  które 

przystępując do gry rozstawiał w podobny sposób jak szachiści w naszych czasach. Ale jeśli jeden 

gracz miał bierki białe, drugi zamiast czarnych, jak to jest dzisiaj, miał czerwone. W szachach, tak 

samo  jak  w  całym  świecie  symboli,  zachodnioeuropejska  mentalność  aż  do  XIV  wieku  bieli 

przeciwstawiała nie czerń - która jest też brakiem koloru - lecz czerwień, najbardziej intensywną z 

background image

wszystkich barw. 

background image

Rozdział dziewiąty 

Dworna miłość i rzeczywiste uczucia  

 

W  pierwszym  rozdziale  tej  książki  mówiliśmy  o  małżeństwie,  o  jego  swoistym  znaczeniu 

religijnym  i  ponadto  ekonomicznym  oraz prawnym.  Świadomie  nie wspomnieliśmy o miłości. W 

czasach romansów Okrągłego Stołu, jak w każdej innej epoce, pożycie małżeńskie i porywy serca 

to dwa różne zjawiska, niekiedy doskonale ze sobą zharmonizowane, niekiedy skłócone. 

Nie  nożna  mówić  o  miłości  w  końcu  XII  wieku,  nie  mówiąc  o  miłości  dwornej,  o  tym 

nowym  stylu  miłości,  pod  wielu  względami  niezwykle  nowoczesnym,  opiewanym  przez 

trubadurów  i  truwerów,  przedstawianym  w  romansach.  Literatura  ofiarowuje  historykowi  obraz 

życia uczuciowego najpełniejszy i najbardziej uroczy. Ale czy jest to wizerunek wierny? 

 

Zjawisko literackie 

 

Autorzy  średniowieczni  nie  używali  wyrażenia:  dworna  miłość;  woleli  inne  terminy,  jak: 

miłość  dobra  (bone  amor),  prawdziwa  (vraie  amor),  a  zwłaszcza  subtelna  (  fin'  amor).  “Miłość 

dworna" jest wynalazkiem nowoczesnych krytyków, pojęciem trudnym do zdefiniowania, tym bar-

dziej  że  obejmujemy  nim  kilka  różnych  zjawisk.  Godząc  się  na  znaczne  uproszczenie,  można  by 

powiedzieć,  że  termin  ten  oznacza  miłość  opartą  na  sublimacji  kobiety,  na  jej  idealizacji, 

odzwierciedlonej  w  poezji  lirycznej  i  romansach  z  XII  i  XIII  wieku.  Ale  problem  literacki  jest, 

oczywiście,  o  wiele  bardziej  skomplikowany.  Trzeba  bowiem  wziąć  pod  uwagę  i  różne  epoki, 

środowiska  i  rodzaje  literackie,  uwzględnić  skalę  talentów  i  zamierzeń  autorskich,  a  przede 

wszystkim spod powierzchni utartych formułek i banałów wyłuskać teorię mieniącą się subtelnymi 

odcieniami, zmienną i wielopostaciową. 

Nie  znamy  jeszcze  dokładnie  odległych  źródeł  tej  teorii,  ale  to  pewne,  że  jej  pierwsze 

przejawy  w  literaturze  na  samym  początku  XII  wieku  były  reakcją  przeciw  moralności 

nakazywanej  przez  religię  i  wyrazem  dążeń  do  zmiany  obyczajów,  a  może  także  wrażliwości. 

Kościół uważał miłość za uczucie, którego należy się wystrzegać, gdyż kusi ono do cudzołóstwa, 

zagraża  świętości  sakramentu  małżeństwa  i  zbawieniu  dusz;  nawet  między  współmałżonkami 

zaleca się jak największą rozwagę i  powściągliwość. Kościół  w XII  wieku podzielał  przekonanie 

świętego  Bernarda,  który  za  dewizę  przyjął  sławny  cytat  z  pism  świętego  Hieronima:  “Wszelka 

miłość  do  cudzej  żony  jest  haniebna;  a  w  miłości  do  własnej  żony  należy  zachować  umiar; 

cudzołoży, kto zbyt gorąco kocha swoją małżonkę." 

Pierwsi  zbuntowali  się  przeciw  tym  naukom  poeci  używający  języka  d'oc,  z  południa 

Francji.  W  ich  oczach  miłość  nie  była  szaleństwem,  lecz  mądrością.  Nie  może  istoty  ludzkiej 

background image

zhańbić,  przeciwnie,  potęguje  wszystkie  zalety  jej  serca  i  umysłu.  Od  roku  1100  do  około  1280 

sześć  pokoleń  trubadurów  opiewało  miłość  jako  pierwiastek  życiodajny,  źródło  wszelkich  cnót, 

uczucie  czyniące  człowieka  delikatnym  i  wspaniałomyślnym,  pokornym  i  zarazem  zdobywczym, 

szczerym i radosnym. 

Miłość  fin'  amor  trubadurów,  chociaż  wcale  nie  platoniczna,  wymaga  doskonałego 

panowania nad żądzą. Kochanek, całkowicie uległy damie swego serca, musi jej służyć długo i bez 

zastrzeżeń, nie mając pewności, czy zostanie w  końcu wynagrodzony.  Dla tej niepewnej  nagrody 

musi  poświęcić  wszystkie  swoje  siły  życiowe,  doskonali  się  moralnie,  narzucając  sobie 

powściągliwość  i  walcząc  z  przeszkodami  spiętrzonymi  na  drodze  do  celu.  Tę  etykę 

usprawiedliwiają  i  uzasadniają  jedynie  zalety  damy,  zawsze  wysławianej  jako  najpiękniejsza  i 

najszlachetniejsza.  Niektórzy  poeci  przypisują  jej  wręcz  transcendentalne  znamiona;  wielbiciel 

popada w stan bliski religijnej kontemplacji, jest zakochany w swoim zakochaniu; w przypadkach 

krańcowych  zadowala  go  samo  pragnienie  i  niczego  poza  nim  nie  pragnie.  Inni  kochankowie 

zatracają wolę i całą osobowość, stają się dzieckiem, z którego uwielbiana kobieta może uczynić, 

co zechce: 

 

Przez nią się stanę kłamcą albo szczerym, 

Wiernym albo zdradzieckim,  

Prostackim albo dwornym,  

Pracowitym albo próżniakiem, 

Albowiem ona ma nade mną moc, 

Aby mnie podnieśli lub poniżyć 

 

Romansopisarze  z  północnej  Francji  przedstawiali  dworną  miłość  w  mniej  odcieleśnionej 

postaci.  Rozkosz zmysłowa, chociaż nie zawsze stanowi jej najbardziej istotny element,  odgrywa 

większą  rolę.  Nieco  anemiczna  zmysłowość  poetów  lirycznych  nabiera  pod  piórem  epików  ru-

mieńców  życia.  Ponadto  studium  psychologiczne  wysubtelnia  się  i  pogłębia,  zwłaszcza  w 

odniesieniu  do  postaci  kobiecych,  charaktery  bohaterów  i  bohaterek  zarysowują  się  bardziej 

wyraziście. Trubadurzy wynaleźli nowy styl miłości, lecz zasługą pisarzy z Północy jest podniesie-

nie rangi kobiety w literaturze. 

Jednakże miłość opisywana w poematach rycerskich zachowuje wiele podobieństwa do tej, 

którą opiewają poeci z Południa. Jest także źródłem radości, cnót i męstwa. Nie zawsze wchodzi w 

konflikt  z  małżeństwem  (Eryk  lub  Iwen  Chretiena  de  Troyes),  lecz  często  bywa  cudzołożna. 

Rzadko się wielbi to, co się posiada. W romansach, tak samo jak w liryce, kochanek gotów jest do 

bezgranicznych poświęceń dla damy swego serca. W późniejszych utworach często przeciwstawia 

background image

się doskonałego kochanka Lancelota, który nie opuści Ginewry nawet  w pohańbieniu; niestałemu 

Gawenowi,  galantowi  i  uwodzicielowi,  który  przeżywa  niezliczone  miłosne  przygody.  Wreszcie, 

podobnie jak miłość prowansalska miłość rycerska rozpłomienia się tym żywiej, im więcej spotyka 

na swojej drodze przeszkód, gdy ukochana jest zamężna, jej małżonek zazdrosny, gdy wielbiciela 

dzieli  od niej różnica rangi  społecznej  (przy czym  z reguły mężczyzna stoi niżej  w hierarchii niż 

kobieta)  i  odległość  w  przestrzeni,  gdy  trzeba  zwalczać  obmowę  złośliwców  i  nie  znajduje  się 

zrozumienia nawet u przyjaciół. _ 

Ale moda na ten styl miłości w literaturze trwała stosunkowo krótko. Już. w pierwszej połowie XIII 

wieku zaczyna przemijać. Romance skłaniają się do realizmu, aby zadowolić nową publiczność, o 

mentalności bardziej mieszczańskiej, ceniącej sobie, jak się zdaje, wyżej domowe cnoty pracowitej 

małżonki niż mgliste uroki kapryśnej, niedostępnej kochanki. 

 

Pociąg fizyczny i kryteria urody 

 

Dama  ubóstwiana  przez  trubadurów  to  istota  zwiewna,  wyidealizowana  i  uwznioślona, 

natomiast bohaterka romansów z północnej Francji zamsze jest kobietą z krwi i kości. Jej cielesna 

piękność czaruje rycerza co najmniej równie mocno jak przymioty jej ducha. Miłość rodzi się naj-

pierw z pociągu fizycznego. Nawet Gawen, słońce wszystkiego rycerstwa, woli, jak się zdaje, ładną 

buzię  od  pięknej  duszy.  Co  prawda  w  drugiej  połowie  XII  wieku  większość  autorów,  a  zapewne 

także  większa  część  publiczności,  wierzy  w  tożsamość  Piękna  i  Dobra.  Piękna  powierzchowność 

odzwierciedla z pewnością głębokie wewnętrzne zalety. Dopiero po 1220 czy 1230 roku ta idea, na 

wskroś platońska, znika z romansów dworskich. Pojawia się na jej miejscu coś wręcz przeciwnego, 

co  można  by  nazwać  motywem  piękności  diabelskiej.  Odtąd  uwodzicielski  czar  idzie  w  parze  z 

występkiem  i  obłudą. W  Lancelot  en  prose,  na  przykład,  wspaniali  rycerze  postępują  tchórzliwie 

lub  przewrotnie,  a  prześliczne  panny  okazują  się  “diabelskimi  dziwkami";  pół  wieku  wcześniej 

takie  połączenia  były  niemożliwe?  Zmiana  ta  prawdopodobnie  miała  związek  z  odrodzeniem  się 

monastycznego  antyfeminizmu  i  z  rozwojem  kultu  Dziewicy-Marii.  Ideał  kobiecy  nabiera  cech 

mistycznych,  wyzbywa  się  cielesności.  Jednocześnie,  w  miarę  postępów  teologii  małżeństwa, 

romansopisarze, przedtem odnoszący się z czułą pobłażliwością do wiarołomnej kobiety, zaczynają 

traktować ją z cnotliwą surowością. 

Ale  to  zaprowadziło  nas  daleko,  w  późniejsze  dekady  XIII  wieku.  Wróćmy  do  naszych 

czasów,  gdy  na  ogół  piękność  kojarzy  się  z  dobrocią,  w  sposób  zresztą  nieco  zwodniczy  dla 

historyka. Autorzy  bowiem  malują  portrety  swoich  postaci  bardzo  konwencjonalnie.  Publiczność 

ówczesna  nie  wymagała  dokładnych  opisów,  aby  wyobrażać  sobie  urodę  rycerzy  i  dam  z  tych 

romansów.  Postacie  budzą  sympatię,  skoro  są  piękne,  a  są  piękne,  jeśli  odpowiadają 

background image

ukształtowanym przez modę stereotypom. Bohaterki dworskich romansów z reguły mają jasną cerę, 

twarz owalną, włosy blond, usta małe, oczy niebieskie i brwi wyraźnie zarysowane. Oto jak Marie 

de France przedstawia w jednej ze swoich lais najpiękniejszą pod słońcem dziewczynę: 

“Figurę  ma  zgrabną,  biodra  wąskie,  a  szyję  bielszą  niźli  okiść  śniegu  na  gałęzi.  Jej  oczy  są 

szaroniebieskie,  lica  bardzo  jasne,  usta  miłe,  a  nos  regularny.  Brwi  ma  ciemne,  czoło  wysokie, 

włosy kędzierzawe, jasnoblond. W dziennym świetle od tych jej włosów bije blask mocniejszy niż 

od złotych nici."  

Podobne opisy, złożone wyłącznie z samych szablonów, spotyka się w utworach Chretiena 

de Troyes i jego naśladowców. Nasuwa się pytanie, w jakim stopniu banały te odzwierciedlają gust 

epoki. Jeżeli - jak można przypuszczać - są z tym gustem zgodne, to znów powstaje wątpliwość, 

czy  obowiązujące  w  rzeczywistości  kryteria  wywarły  wpływ  na  literaturę,  czy  też  przeciwnie, 

literatura podyktowała taką modę. Oczywiście bardzo trudno odpowiedzieć na te pytania. Poeci  i 

romansopisarze zawsze są twórcami i świadkami jednocześnie. 

O  innych  wdziękach  kobiety,  poza  twarzą,  rzadko  spotykamy  wzmianki.  Autorzy  wolą 

dyskretnie  pomijać  wszystko,  co  się  znajduje  poniżej  szyi.  Z  nielicznych  wyjątków  od  tej  reguły 

można wszakże wnioskować, że mężczyznom tamtej epoki podobały się kobiety smukłe, cienkie w 

pasie, o długich nogach i małych, wysoko osadzonych piersiach. Ale romanse z następnego stulecia, 

które nam dostarczają więcej i bardziej realistycznych szczegółów, świadczą już o zmianie gustu: 

wyżej się ceni obfitsze kształty, “bardziej zdatne do uciech łoża". 

Jeszcze  trudniej  ustalić  kanony  męskiej  urody.  Rycerz  z  romansu  dworskiego  nie  jest  już 

bohaterem  epopei,  zasługującym  na  podziw  wyłącznie  siłą  fizyczną,  pogardą  cierpień  i  śmierci. 

Gawen  i  Lancelot  niewiele  mają  wspólnego  z  Rolandem  i  Wilhelmem.  Urodę  zawdzięczają  nie 

wspaniale wyrobionym mięśniom, ale wdziękowi młodości i elegancji stroju. Zamiast opisywać ich 

krzepę  fizyczną,  autor  zachwala  wytworność  ich  ubiorów.  Rycerz,  aby  podbijać  serca,  musi  być 

młody, grzeczny, pełen wdzięku i wspaniale przyodziany. Niczego więcej o jego powierzchowności 

nie dowiadujemy się z tekstu. 

Lecz  autorzy  tak  rzadko  opisujący  realistycznie  piękność,  hojnie  szafują  niebanalnymi  i 

dosadnymi szczegółami, gdy chcą odmalować brzydotę. Najczęściej w ten sposób portretują ludzi 

niskiego stanu. Tak więc, chociaż nie znamy dokładnie norm estetycznych, według których ocenia-

no  wówczas  urodę  ludzką,  wiemy,  jakich  wad  cielesnych  nie  mógł  mieć  rycerz,  jeśli  chciał  się 

podobać  damom:  wielkiej  głowy,  odstających  uszu,  rudych  lub  bardzo  czarnych  włosów, 

krzaczastych brwi, bujnego zarostu na całej twarzy, oczu zapadniętych, nosa krótkiego i płaskiego, 

dużych  nozdrzy,  ust  od  ucha  do  ucha,  warg  grubych,  zębów  żółtych  i  krzywych,  szyi  grubej  i 

krótkiej,  pleców  zgarbionych,  brzucha  wydętego,  ramion  krótkich,  łydek  chudych,  palców 

szponiastych i nóg opuchniętych. Nie są to zresztą cechy wyłącznie męskiej brzydoty. Chretien w 

background image

swojej opowieści o Graalu (Conte du Graal) opisuje pannę najszpetniejszą pod słońcem: 

“Jej szyja i ręce czarniejsze były od najciemniejszego metalu [...] Oczy niby szparki, małe jak ślepia 

kocura. Nos zarazem  małpi i  koci,  uszy trochę  jak u osła, a trochę jak u wołu. Zęby miały kolor 

żółtka  w  jaju,  a  dolną  szczękę  zdobiła  kitka  włosów  niby  kozia  bródka.  Na  jej  piersiach  sterczał 

garb, a jego bliźniego brata nosiła na plecach. Biodra i barki doprawdy miała w sam raz do tańca w 

pierwszej parze!"  

 

Rozkosze zmysłowe 

 

Miłość  dworna,  rodząca  się  z  pociągu  fizycznego,  nie  mogła  być  czysto  duchowa  i 

platoniczna.  Wspólnotę  dusz  powinno  uwieńczyć  zespolenie  ciał.  Dwie  wydane  ostatnio  prace 

naukowe  wykazały,  że  nawet  w  najbardziej  eterycznej  liryce  trubadurów  wielbiciel,  służąc 

ubóstwianej, dążył do cielesnego z nią zbliżenia. Niektórzy poeci, jak Bernard de Ventadour, wcale 

zresztą tego nie ukrywają: 

 

“Gdybyż tylko była dość śmiała, 

By mnie pewnej nocy zaprosić do komnatki,  

Gdzie się rozdziewa, 

I w tym miejscu tajemnym  

Zarzucić mi ramiona na szyję." 

 

Inni  bardziej  dyskretnie  mówią  o  upragnionej  nagrodzie.  Peire  de  Valeria  śpiewa  o  tym.  bardzo 

ładnie: 

 

“Skoro ją oczy moje podziwiały, 

Oby mi Bóg dał doczekać tej chwili,  

Gdy będę służył jej pięknemu ciału."  

 

Inaczej  wyrażona,  nadzieja  jest  w  obu  przypadkach  ta  sama.  Jednakże  oryginalność  -  a 

zarazem  trudność  -  poetów  prowansalskich  na  tym  polega,  że  przywiązują  oni,  jak  się  zdaje, 

większą wagę do samego pragnienia niż do jego realizacji. Jak gdyby woleli marzyć o rozkoszy niż 

ją przeżywać. Stosując zręczną i zbijającą z tropu dialektykę, niektórzy teoretycy posuwają się do 

tego, że akceptują wszystkie zmysłowe uciechy miłosne z wyjątkiem ostatecznego spełnienia, gdyż 

nie dałoby się ono pogodzić z prawdziwie subtelną miłością - fin' amor. 

Autorzy  z  Północy  nie  rozumują  tak  wykrętnie.  Truwer  Conon  de  Bethune  otwarcie 

background image

wyznaje, że jego ciało “zawsze pragnie grzeszyć". Romansopisarze nie boją się częstych aluzji do 

cielesnego  nasycenia  namiętności,  które  opisują.  Co  prawda  większość  poprzestaje  na  opisie 

pocałunków wymienianych przez pary kochanków i wstydliwie albo ironicznie przemilcza dalszy 

ciąg. Autor  romansu  Joufrois  udaje  niewiedzę:  po  wprowadzeniu  królowej Anglii  do  łoża  swego 

bohatera, z tymi słowy zwraca się do słuchaczy: 

 

“Nic wam nie powiem o tym,  

Co hrabia czynił ze swą miłą. 

Nie byłem pod łóżkiem ani w jego pobliżu 

I nic nie słyszałem."  

 

 

Są  wszakże  inni,  zwłaszcza  w  XIII  wieku,  którzy  się  nie  wzdragają  przed  konkretnymi 

szczegółami  scen  erotycznych  w  swoich  utworach.  Za  przykład  niech  posłuży  fragment  z  Livre 

d'Artus (Księgi Artura), lecz przyzwoitość nie pozwala mi tłumaczyć tekstu z języka d'oc na współ-

czesny: 

 

“Il  li met la main sor le piz et sor les mameles et  sor le ventre, et  li manoie la charqu' elle avoit 

tendre et blanche."  

 

Jest  to  wszakże  przykład  wyjątkowy.  W  romansach  dworskich  autorzy  rzadko  naruszają 

granice  przyzwoitości.  Rozkosze  zmysłowe,  chociaż  często  się  o  nich  wspomina,  nigdy  nie  są 

wulgarne, rozwiązłe lub dwuznaczne. Tym bardziej że prawie zawsze zbliżenie cielesne jest uwień-

czeniem związku dwóch serc. 

 

Rzeczywiste uczucia  

 

Dworna  miłość  to  temat  literacki,  przeznaczony  dla  ograniczonego  kręgu  odbiorców.  Jest 

też, według oświadczeń samych poetów, wyrazem uczuciowości zastrzeżonej dla elity. Trudno więc 

się zgodzić z opinią, którą się niekiedy słyszy, że ludzie ówcześni tak właśnie przeżywali miłość. 

Nawet  w  środowisku  arystokratycznym  była  to  jedynie  gra  towarzyska.  Toteż  historyk  nie  może 

uznać  literatury  dworskiej  za  źródło,  z  którego  bezpośrednio  można  czerpać  materiał  do  studiów 

nad rzeczywistym stosunkiem do miłości ludzi z końca XII i początków XIII wieku. W literaturze 

tej  bowiem  wyobraźnia  dominuje  nad  świadectwem.  Trzeba  więc  obraz  uzupełniać  i  korygować, 

sięgając do innych źródeł, takich jak kroniki, fabliaux, akta publiczne i prywatne, teksty prawnicze i 

background image

teologiczne, dzieła sztuki, dokumenty demograficzne itp. Studia nad tymi materiałami dadzą nam 

pewne pojęcie o zewnętrznych przejawach życia miłosnego, nie powiedzą nam jednak prawie nic o 

prawdzie uczuć. Jak zawsze, gdy historyk chce poznać prawdę dusz i serc, dokumenty nic mu o tym 

nie mówią. W tej dziedzinie cenniejszym źródłem jest literatura, gdyż podsuwa przynajmniej pewne 

hipotezy, chociaż niestety są to tylko hipotezy. 

Pozostaje wiele realiów nieuchwytnych. Nie dowiemy się, jaka była w rzeczywistości więź 

uczuciowa między małżonkami. Z jednej bowiem strony liczne wskazówki zdają się świadczyć, że 

nie  łączyło  ich  wcale  wzajemne  przywiązanie,  skoro  o  doborze  pary  decydowali  rodzice,  w  kon-

trakcie ślubnym główną rolę odgrywały pieniądze, dziećmi zrodzonymi z takiego związku mało się 

rodzice  interesowali,  a  wdowcy  i  wdowy  prawie  zawsze  zawierali  po  raz  drugi,  czy  nawet  trzeci 

nowe małżeństwa. 

Z drugiej wszakże strony  dokumenty świadczą, że wszędzie było  bardzo wiele małżeństw 

potajemnych,  zawieranych  bez  zgody  rodziców,  krewnych  lub  seniora.  Z  tego  właśnie  powodu  w 

1215 roku czwarty sobór laterański nakazał ogłaszanie zapowiedzi przed ceremonią ślubną. A więc 

żeniono się i wychodzono za mąż nie tylko dla interesu, ale również z miłości. Czemuż więc nie 

mielibyśmy uznać, że w XII wieku, tak samo jak w naszych czasach, małżeństwa bywały różne; że 

istniały rodziny, które stanowiły sztucznie utworzone grupy ekonomiczne lub prawne, a także inne, 

zespolone  więzią  prawdziwych  uczuć.  Czemuż  w  tych  drugich  nie  miałyby  panować  między 

małżonkami takie same stosunki jak zawsze i wszędzie? Ludowe bajki i fabliaux często szydzą z 

małżeństw  chłopskich,  w  których  albo  mąż  traktuje  żonę  jak  zwierzę  robocze,  albo  też  żona 

wszystkim w domu despotycznie rządzi. Oczywiście trzeba się wystrzegać anachronizmów, brać w 

rachubę  odmienne  warunki  materialne,  krótkość  życia  ówczesnych  ludzi,  szczególną  ich 

mentalność,  lecz  nie  ma  powodu,  by  sądzić,  że  w  XII  wieku  pożycie  małżeńskie  i  uczucia  mał-

żonków  były  inne  niż  we  wszystkich  epokach  i  krajach,  że  nie  istniała  namiętność  lub  chłód, 

czułość lub obojętność, miłość albo pogarda. 

Obyczaje,  o  których  wiemy  więcej  niż  o  porywach  serc,  składają  się  na  obraz  życia 

erotycznego  niezbyt  zgodny  z  moralnością  głoszoną  przez  świętego  Hieronima.  Wbrew 

napomnieniom  Kościoła,  zasada  wierności  małżeńskiej  nie  była,  jak  się  zdaje,  powszechnie 

przestrzegana.  We  wszystkich  środowiskach  społecznych  mamy  niezliczone  przykłady  cudzo-

łóstwa.  W  związku  z  tym  przychodziły  na  świat  niezliczone  rzesze  bastardów,  którym  wszakże 

społeczeństwo odmawiało miejsca w swoim łonie. Rodzina opierała się wyłącznie na małżeństwie, 

toteż  dzieci  poza  nimi  zrodzone  nie  należały  de  jure  do  żadnej  rodziny,  żadnego  rodu,  żadnego 

stanu (na przykład nieprawy syn poddanki był człowiekiem wolnym). W teorii takie potomstwo nie 

miało prawa do dziedziczenia po rodzicach, nie mogło wstąpić do stanu duchownego ani zajmować 

urzędów.  W  niektórych  krajach  obyczaj  zabrania  mu  też  przekazywać  swoim  dzieciom  nabytego 

background image

przez  siebie  mienia.  W  praktyce  jednak  sytuacja  bastardów  zależała  od  ich  pochodzenia.  Bastard 

królewski  nie był  traktowany tak jak chłopski,  a w rodzinach książęcych często  miał  pozycję nie 

gorszą  niż  dzieci  z  prawego  łoża.  Nie  odmawia  mu  się  nawet  takich  samych  honorów:  Wilhelm 

Długi  Miecz,  domniemany  syn  Henryka  II  [Plantageneta]  i  jego  oficjalnej  kochanki,  pięknej  i 

zagadkowej  Rozamundy  Clifford,  został  hrabią  Salisbury  i  jednym  z  najmożniejszych  baronów 

Anglii;  Piotr  Charlot,  syn  Filipa  Augusta  i  pewnej  panny  z  Arras,  otrzymał  biskupstwo  Noyon, 

zaliczane do najważniejszych w królestwie. 

Wstrzemięźliwość nie była więc cnotą powszechnie praktykowaną. Nikt jej nie lubił, wbrew 

naukom Kościoła. Mimo reformy gregoriańskiej, nieliczni tylko, jak się zdaje, świeccy duchowni 

dotrzymywali  ślubów  czystości.  Jeszcze  w  końcu  XII  wieku  z  podziwem  cytuje  się  przykłady 

księży, którzy do śmierci wytrwali nie zadając się z kobietą. Ale nikt dotychczas nie zbadał jeszcze 

problemów tej powszechnej swobody obyczajów, jej przyczyn i konsekwencji, zakresu i granic. W 

czułości  trubadurów,  zmysłowości  romansów  rycerskich,  sprośnościach  goliardów,  a  z  drugiej 

strony  w  gniewie  kaznodziejów  i  pogróżkach  teologów  zbyt  wiele  jest  komunałów,  aby  historyk 

mógł na ich podstawie stworzyć sobie dokładny obraz. Mamy już możność rozpoczęcia badań nad 

praktykami antykoncepcyjnymi i przerywaniem ciąży w XIV i XV wieku, lecz okres omawiany w 

naszej  książce jest pod tym względem  całkowicie nie znany. Podobnie też nikt nie przestudiował 

poważnie zjawiska homoseksualizmu, uznawanego przez prawo kanoniczne za grzech śmiertelny. 

Spotyka się w ówczesnej literaturze pewne aluzje na ten temat, lecz wydaje się, że homoseksualizm 

nie był szerzej rozpowszechniony. Byłoby jednak ciekawe dowiedzieć się, dlaczego. Czy z powodu 

struktur  rodzinnych?  Czy  tak  silnie  działały  zakazy  religijne?  W  każdym  razie,  chociaż  był  to  w 

oczach  teologów  najokropniejszy  występek,  nie  da  się  zaprzeczyć,  że  nigdy  nie  zastosowano 

żadnych  sankcji  w  stosunku  do  książąt  znanych  z  homoseksualnych  skłonności  i  praktyk,  jak  na 

przykład królowie Anglii Wilhelm Rudy, a prawdopodobnie także Ryszard Lwie Serce. Obojętność 

czy nietykalność uprzywilejowanych? 

background image

Rozdział dziesiąty  

Marzenia  

 

Mężczyźni XII wieku, zarówno duchowni, jak rycerze czy chłopi, rzadko czuli się ze swego trybu 

życia  zadowoleni.  Powszednia  rzeczywistość  była  posępna,  czcza,  niewdzięczna  i  zwodnicza. 

Świat, który ich otaczał, nie spełniał oczekiwań. Wszyscy łaknęli jakiegoś innego świata, nowego 

królestwa, w którym człowiek nie podlegałby kaprysom przyrody ani przymusom wynikającym z 

pozycji  społecznej;  tęsknili  do  nowej  ziemskiej  Jeruzalem,  gdzie  pokój  i  bezpieczeństwo  byłyby 

zapewnione na tysiąc lat, do jakiejś dalekiej, sielankowej krainy, gdzie słowa, istoty ludzkie i rzeczy 

odzyskałyby prawdziwe znaczenie, oczyściwszy się z fałszu, który do nich przylgnął na tym padole. 

Każdy na swój sposób odczuwa tę potrzebę prawdy, chęć zapomnienia, tęsknotę do złotego 

wieku.  Nie  brak  możliwości  ucieczki  od  monotonii  dnia  powszedniego.  Zarówno  literatura 

tworzona przez autorów  wykształconych, jak i  legendy  ludowe opowiadają o cudownych krajach, 

gdzie żyją dziwne zwierzęta i bajeczne istoty, gdzie każdy może zdobyć bogactwa i władzę, a jeśli 

zechce,  stanie  się  bohaterem,  cesarzem  lub  cudotwórcą.  Zresztą  czarodzieje  i  czarownicy  istnieją 

nie  tylko  w  literaturze;  przeróżni  szarlatani,  kacerze  i  nawiedzeni  przebiegają  Europę  Zachodnią, 

ofiarowując chłopom, mnichom i panom eliksiry, relikwie, idee i marzenia. Społeczeństwo w swej 

masie gotowe jest uwierzyć każdemu, kto je potrafi wzruszyć. Wszyscy, od szczytu aż po najniższy 

szczebel drabiny społecznej, szukają drogi ucieczki od zakłamanej rzeczywistości, aby szukać poza 

nią ukrytego sensu własnego życia. 

 

Przenosiny i podróże 

 

Pierwsze  miejsce  wśród  marzeń  zajmują  podróże,  zarazem  najłatwiejsze  do 

urzeczywistnienia w społeczeństwie, które jeszcze nie osiadło na dobre. Bardzo by się mylił, kto by 

sobie  wyobrażał,  że  ludzie  XII  wieku  byli  przykuci  do  swoich  działek  ziemi,  wiosek  i  zamków. 

Wszyscy ustawicznie przenoszą się z miejsca na miejsce. Największymi  podróżnikami  w Europie 

Zachodniej  byli  podówczas  monarchowie.  Panowanie  każdego  króla  było  długą,  bardzo  długą 

wędrówką po własnej domenie, włościach swoich wielkich feudałów, po sąsiednich królestwach, a 

niekiedy  dalej  jeszcze,  poza  granicami  chrześcijaństwa.  Pod  tym  względem  najwymowniejszym 

przykładem może być Ryszard Lwie Serce: panowanie jego trwało 117 miesięcy (od 6 lipca 1189 

do 6 kwietnia 1199 r.), z czego 6 spędził w Anglii, 7 na Sycylii, 1 na Cyprze, 3 na różnych morzach, 

15 w Ziemi Świętej, 16 w więzieniach Austrii i Niemiec, a 69 we Francji - z tego 61 we własnych 

domenach  lennych.  Dwór  angielski  nie  znajdował  się  więc  w  Londynie  czy  w  Yorku,  lecz  tam, 

gdzie  właśnie  przebywał  król,  czy  to  w  Bordeaux,  w  Lincoln,  w  Canterbury  czy  w  Rouen.  W 

background image

literaturze  królestwo  arturiańskie  nie  stanowi  wyjątku  od  tej  wędrowniczej  reguły.  Artur  i  jego 

rycerze  nieustannie  podróżują  po  królestwie  Logres,  przenoszą  się  z  Carlion  do  Winchesteru,  z 

Carduel do Escalot, z Tintagel do Camalot. 

Ale  nie  tylko  królowie  tak  się  błąkają  od  miasta  do  miasta,  od  zamku  do  zamku.  Wielcy 

feudałowie  towarzyszą  suzerenowi  albo  go  naśladują,  a  z  kolei  ich  wasale  przemierzają  teren 

własnego  lenna  lub  włości  swojego  pana. W  obrębie  tych  włości  chłopi  też  nie  są  raz  na  zawsze 

przykuci  do  przydzielonej  im  dzierżawy,  mogą  ją  zmieniać,  przenosić  się  na  świeże  karczowisko 

lub  do  nowej  wioski,  a  niekiedy  nawet  do  domeny  innego  pana.  Ruchliwość  ta  nie  wynikała  z 

fantazji  poszczególnych  osób,  lecz  z  wymagań  działalności  gospodarczej  lub  politycznej  w 

systemie,  w  którym  na  wszystkich  stopniach  feudalnej  hierarchii  dobra  ziemskie  pozostawały 

własnością potężniejszego pana, nadawaną tylko podwładnym na określony czas. 

Do  tych  przenosin  na  nowe  miejsca  zamieszkania,  przedzielonych  dłuższymi  okresami 

czasu,  doliczyć  wypada  ruch  codzienny.  Drogi  i  trakty,  chociaż  w  złym  stanie,  były  bardzo 

uczęszczane  i  widziało  się  na  nich  wciąż  pojazdy  książęce,  urzędników  i  posłańców,  wodzów  na 

czele zbrojnych oddziałów, rycerzy goniących za przygodą, chłopów w poszukiwaniu nowych pól 

do  uprawy,  karawany  kupieckie,  gromadki  rzemieślników,  murarzy,  cieśli,  robotników  rolnych, 

drwali,  studentów,  zakonników  i  kleryków,  którzy  opuścili  swoje  klasztory  czy  kościoły,  włóczę-

gów  i  zbójów,  trędowatych,  żebraków,  wyrzutków  społeczeństwa  i  wykolejeńców  rozmaitego 

autoramentu, a wszyscy ci ludzie nieustannie przemierzali obszary świata chrześcijańskiego to w tę, 

to  w  przeciwną  stronę.  Niedbale  wyznaczone  granice  nie  stanowiły  dla  nich  przeszkody,  rzadko 

bowiem  ciągnęły  się  nieprzerwaną  wyraźną  linią  wzdłuż  biegu  rzeki;  najczęściej  były  to  otwarte 

strefy, w których zasięgi władzy dwóch krain przeplatały się ze sobą. Niekiedy w ogóle nie można 

było  określić  granic, z powodu mnóstwa enklaw i zawiłych współzależności feudalno-wasalnych, 

jak na przykład pomiędzy księstwem i hrabstwem Burgundii. Niekiedy granice się zmieniały wraz z 

przeobrażeniem  środowiska  naturalnego,  a  więc  wskutek  wykarczowania  lasu,  osuszenia  stawów, 

wykopania  kanałów.  Na  dobitkę  granice  królestwa  nie  zawsze  się  zgadzały  z  podziałem  na 

prowincje  kościelne,  a  zwłaszcza  na  ziemie  lenne  i  domeny  pańskie.  Na  przykład  hrabiowie 

Flandrii i Szampanii posiadali włości zarówno we Francji, jak w Cesarstwie. 

Zachodnia  Europa  tworzyła  jedną  rozległą  całość,  której  wewnętrzne  granice  nie  stawiały 

przeszkód  ruchowi  ludzi,  towarów  czy  też  idei.  Prawdziwa  przygoda  zaczynała  się  dopiero  poza 

granicami chrześcijańskiego świata. 

Trudności  wszakże zaczynały się wcześniej: wszędzie, pomimo  wielkiej ruchliwości  ludzi, 

warunki  komunikacji  były  bardzo  uciążliwe.  Podróż  zmieniała  się  często  w  pasmo  kłopotów, 

niebezpieczeństw i przeciwności. Sieć dróg, niedostatecznie rozwinięta, nie mogła sprostać potrze-

bom  ożywionego  ruchu,  chociaż  pod  koniec  XII  wieku  nieco  się  poprawia,  zwłaszcza  dzięki 

background image

budowie  licznych  kamiennych  mostów.  We  Francji  świetne  drogi  rzymskie,  już  pod  koniec 

pierwszego  tysiąclecia  w  większości  zaniedbane,  zastąpiono  drogami  powstałymi  dla  potrzeb 

religijnych, handlowych lub feudalnych, rozbiegającymi się na kształt wachlarza z Paryża, a nie jak 

przedtem  z  Lyonu.  Były  to  przeważnie  ścieżki  lub  polne  drogi,  bez  żadnej  nawierzchni, 

nieprzejezdne  zimą,  źle  zaplanowane,  wąskie,  kręte  i  niewyraźne.  Były  wszakże  i  lepsze  drogi, 

szerokie,  prostsze,  na  pewnych  odcinkach  brukowane  -  gościńce,  które  powstały  w  czasie 

wznoszenia  wielkich  katedr,  służące  do  transportu  budulca  z  kamieniołomów,  odległych  o  20,  30 

lub nawet 50 km od miejsca budowy: lecz były to drogi nieliczne i wymagały nieustannych napraw, 

ściągano  więc  na  koszty  ich  utrzymania  wysokie  opłaty  od  użytkowników   W Anglii,  gdzie  sieć 

rzymskich traktów zachowała się w lepszym stanie, brakowało mniejszych dróg i podróżni musieli 

się posuwać na chybił trafił przez łąki, wrzosowiska lub lasy. 

Prócz  złego  stanu  dróg  dokuczały  podróżnym  czyhające  na  nich  niebezpieczeństwa  i 

niezliczone opłaty drogowe. Żądano ich przy każdej okazji, za przeprawę przez rzekę brodem czy 

po moście, na przełęczy, na granicy włości pańskich, u wejścia w dolinę, do miasta lub nawet do 

lasu.  Tym  się  tłumaczy  rozmaitość  i  zawiłość  marszruty:  starano  się  omijać  drogi,  na  których 

.obowiązywały  zbyt  wygórowane  opłaty,  haracze  narzucane  przez  mniej  lub  bardziej  chciwego 

pana, lub gdzie grasowały bandy zbójów. Dla bezpieczeństwa podróżowano tylko za dnia, gromad-

kami,  klucząc  i  zbaczając  często  z  traktu.  Ludzie  wędrowali  piechotą  lub  konno,  towary 

transportowano na grzbietach jucznych zwierząt lub na wozach. Między XI a XII wiekiem weszły 

w powszechne użycie chomąta i podkowy oraz wozy na czterech kołach, a to nie tyle przyspieszyło 

transport, ile pozwoliło na przewóz większych ciężarów na raz. 

Tam,  gdzie  umożliwiały  to  warunki  geograficzne  i  jeśli  klimat  temu  sprzyjał,  starano  się 

maksymalnie wykorzystywać drogi  wodne, pewniejsze i  tańsze od lądowych. Większe i  mniejsze 

rzeki stały się więc najważniejszymi szlakami handlowymi do przewozu najcięższych produktów, 

jak zboże, sól, wino, budulec, wełna. Przy transporcie tego rodzaju towarów droga lądowa służyła 

jedynie jako połączenie między dwiema rzekami, a i tę funkcję we Flandrii pełniły kanały. W miarę 

możliwości używało się też dróg morskich, mających tę zaletę, że nikt na nich nie pobierał myta. Po 

kanale  La  Manche  i  Morzu  Północnym  statki  kursowały  tam  i  z  powrotem  swobodnie,  lecz  na 

innych wodach, bardziej niebezpiecznych, uprawiano tylko żeglugę przybrzeżną, nawet na dużych 

dystansach.  Dopóki  około  roku  1220  nie  pojawiły  się  duże,  płaskodenne  fryzyjskie  kogi, 

rozporządzano statkami o małym tonażu, czy były to żaglowce spotykane na Kanale La Manche i 

Atlantyku, czy galery na żagle i wiosła, pływające po Morzu Śródziemnym. 

Tak  więc  panował  ruch  osobowy  i  towarowy  bardzo  ożywiony,  lecz  zarazem  bardzo 

powolny.  Drogą  lądową  konwój  mógł  przebyć  25-40  km  dziennie,  zależnie  od  rodzaju  terenu  i 

napotykanych  przeszkód.  Z  dokumentu  pochodzącego  z  końca  XII  wieku  dowiadujemy  się,  że 

background image

pewien przewoźnik na transport towarów z Troyes do Montpellier potrzebował 23 dni. Szybszy od 

konwoju samotny goniec mógł pokonywać dziennie 60-70 km. Wiemy też, że w 1197 roku konny 

posłaniec  Filipa  Augusta  w  ciągu  jednego  dnia  przejechał  z  Paryża  do  Orleanu,  ale  to  było 

wyjątkowe osiągnięcie. Około 1200 roku normalnie podróż z Paryża do Rouen trwała co najmniej 3 

dni, z Paryża do Londynu - około 10 dni, do Bordeaux - około 14 dni, do Tuluzy - z górą dni 20; z 

Yorku do  Londynu  -  około  tygodnia, z  Londynu do Rzymu  więcej  niż miesiąc;  a drogą morską z 

Wenecji  do  Ziemi  Świętej  20-50  dni,  zależnie  od  mniej  lub  bardziej  przychylnych  wiatrów. 

Jednakże nie ostudzało to zapału podróżnych. Ludzie XII i XIII wieku nigdzie się na ogół nie spie-

szyli, a jeśli naprawdę im zależało na pośpiechu, mieli sposoby, żeby skrócić czas podróży. Trzeba 

zresztą zauważyć, że przeciętny czas trwania tych podróży niewiele się zmienił aż do połowy XVII 

wieku. 

 

Pielgrzymki i kult relikwii 

 

Pielgrzymka to najlepszy pretekst, by wyruszyć w drogę, opuścić codzienny widnokrąg i na 

innym,  mniej  lub  bardziej  odległym,  szukać  ziszczenia  marzeń,  których  nie  zaspokoi  rodzinna 

wioska czy zamek. Rzadko wszakże wyjawiano ten skryty motyw. Częściej mówiono o pokutnym 

niż  rozrywkowym  charakterze  tej  wędrówki.  Człowiek  średniowieczny  wybierał  się  bowiem  na 

pielgrzymkę przede wszystkim w intencji pokutnej, nie w celu nasycenia głodu wrażeń. Nawet jeśli 

nie nakazał mu tego żaden sąd, powodował się mniej lub bardziej jawną chęcią zadośćuczynienia za 

jakieś winy, obawiając się o zbawienie swej duszy. Im dalej się pielgrzymuje, tym większe można 

zyskać  korzyści  duchowe.  Do  sanktuariów  znajdujących  się  w  pobliżu  miejsca  zamieszkania 

wędruje  się  na  ogół  tylko  po  to,  żeby  zjednać  sobie  przychylność  jakiegoś  świętego  dla 

zamierzonego przedsięwzięcia, uprosić cudowny ratunek w sytuacji bez wyjścia. 

Kształtująca  się  stopniowo  sieć  pielgrzymich  szlaków  pokrywała  w  XII  wieku  cały  świat 

chrześcijański. We Francji najtłumniej nawiedzane były sanktuaria Najświętszej Panny i patronów 

cieszących się szczególną czcią: Święty Marcin z Tours, Sainte-Foy z Conques, Matka Boska z Puy, 

święta Magdalena z Vezelay, Madonna z Rocamadour, święty Michał z Mont-Saint-Michel, święty 

Hilary z Poitiers, święty Martial z Limoges, święty Sernin z Tuluzy. W Anglii pielgrzymi najliczniej 

nawiedzają  grób  świętego  Cuthberta  w  Durham,  Edwarda Wyznawcy  w  Westminsterze, Tomasza 

Becketa  -  po  jego  kanonizacji  w  1173  roku  -  w  Canterbury.  Pod  koniec  stulecia  przybyło  nowe 

miejsce przyciągające wiernych: opactwo Glastonbury, na pograniczu Walii, gdzie w 1191 roku od-

kryto rzekome groby króla Artura i królowej Ginewry. 

Oprócz  tych  sławnych  sanktuariów  istniały  niezliczone  mniejsze,  przyciągające 

pielgrzymów  z  danego  regionu  lub  najbliższej  okolicy.  Dla  rzesz  ludu  kult  świętych  stanowił,  jak 

background image

się zdaje, istotny element życia religijnego. W każdej diecezji największe uroczystości urządzano z 

okazji przeniesienia relikwii. Wszystkie kościoły zabiegają o relikwie i nie przebierają w środkach, 

gdy  chodzi  o  ich  zdobycie,  co  im  zarzucali  już  niektórzy  współcześni.  Po  złupieniu  przez 

krzyżowców  Konstantynopola  w  1204  roku  chrześcijanie  osiedleni  na  Wschodzie  przysyłają 

regularnie na Zachód przeróżne relikwie mocno podejrzanej autentyczności. Cesarz Baldwin I, na 

przykład,  ofiarował  Filipowi  Augustowi  drzazgę  z  Krzyża,  pukiel  włosów  Chrystusa,  strzępek 

płótna z pieluszek Dzieciątka oraz ząb i żebro świętego Filipa. 

Wiadomo też, że Baldwin II w 1239 roku sprzedał Ludwikowi Świętemu za 20 000 liwrów 

w  srebrze  “prawdziwą"  koronę  cierniową,  podczas  gdy  dwa  inne  egzemplarze  tej  pseudorelikwii 

przechowywano  już  pod  Paryżem,  jedną  w  Saint-Germain-des-Pres,  a  drugą  w  Saint-Denis.  Jeśli 

wierzyć Rigordowi, ten drugi egzemplarz był dobrze znany paryżanom, gdyż za panowania Filipa 

Augusta posłużono się nim przy bardzo osobliwej ceremonii: 

“W  miesiąc  później,  23  lipca  [1191],  syn  króla  Francji  Ludwik  zapadł  na  ciężką  chorobę,  którą 

uczeni nazywali dyzenterią. Gdy już nie było żadnej nadziei, oto do jakich ucieczono się sposobów. 

Mnisi z Saint-Denis po długich modłach i poście wzięli gwóźdź i koronę cierniową Pana Naszego, a 

także ramię świętego Symeona i wyruszyli boso, z płaczem, na czele tłumnej procesji duchownych i 

wiernych  do  kościoła  Świętego  Łazarza,  znajdującego  się  pod  Paryżem.  Tam  odprawili  nabożeń-

stwo  i  pobłogosławili  zgromadzony  lud.  Po  czym  zebrali  się  wszyscy  paryscy  zakonnicy,  z 

biskupem  Maurycym,  duchowieństwem,  kanonikami  i  mieszkańcami  miasta,  którzy  przybiegli, 

także boso i z płaczem, niosąc ciała lub szczątki wielu różnych świętych. Wszyscy się połączyli w 

jedną ogromną procesję i na przemian to śpiewając, to lamentując przybyli do pałacu królewskiego, 

gdzie Ludwik dogorywał. Lud wysłuchał kazania i począł się modlić lejąc łzy obfite, by uprosić u 

Boga uzdrowienie młodego książęcia. Podawano dziecku do dotknięcia gwóźdź, koronę cierniową i 

ramię świętego Symeona, przeżegnano mu tymi relikwiami brzuch. Tak chory książę został prędko 

uratowany od grożącego mu niebezpieczeństwa. Co jeszcze osobliwsze, ojciec jego, król Filip, bę-

dący wówczas w Ziemi Świętej, tegoż dnia i o tejże godzinie wyzdrowiał z tej samej choroby."  

Lecz prawdziwa pielgrzymka to ta, która wymaga bardzo niekiedy bolesnych, heroicznych 

wyrzeczeń,  a  prowadzi  daleko,  bardzo  daleko,  do  Rzymu,  do  Composteli  albo  do  Ziemi  Świętej. 

Niektórzy  teologowie  twierdzili,  że  każdy,  kto  chce  być  godny  miana  chrześcijanina,  powinien 

dołożyć  starań,  aby  przynajmniej  raz  w  życiu  odbyć  taką  drogę.  W  wielu  przypadkach  sądy 

nakazywały  przestępcom  w  ten  sposób  pokutować  za  ciężkie  zbrodnie.  Compostela,  gdzie  w  X 

wieku  znaleziono  szczątki  świętego  Jakuba  Starszego,  była  najbardziej  uczęszczanym  miejscem 

kultu,  gdyż  wszystko  tam  doskonale  w  tym  celu  zorganizowano.  Rzym  także  przyciągał  wielu 

wędrowców pragnących pomodlić się u grobu świętych apostołów Piotra i Pawła oraz pierwszych 

chrześcijańskich męczenników. 

background image

Pielgrzymi wędrowali w małych grupach. Można ich było rozpoznać po dużych filcowych 

kapeluszach,  sakwach  na  chleb  przerzuconych  przez  ramię  i  wysokich  laskach  zakończonych 

gałkami, do podpierania się w marszu. Przed wyruszeniem w drogę zgłaszali się do kapana, żeby 

pobłogosławił ich strój pielgrzymi, uzupełniony naszytym na kapturze i kapeluszu znakiem z sukna 

lub z metalu, przedstawiającym krzyż, muszlę albo jakiś drogi ich sercu przedmiot, który zamierzali 

otrzeć o święte relikwie u celu swej podróży. W drodze przyjmowano ich bezpłatnie w klasztorach i 

hospicjach rozsianych wzdłuż szlaku. Nierzadko gościnny pan zamku udzielał im noclegu prosząc, 

aby urozmaicili wieczorne zebranie rodzinne opowieściami o krajach, które w podróży poznali, i o 

niebezpiecznych przygodach, które ich spotykały. Chociaż bowiem ich osoby i mienie są pod Bożą 

opieką,  pielgrzymi,  tak  samo  jak  wszyscy  podróżni,  narażeni  byli  na  czyhające  w  drodze 

niebezpieczeństwa. Spotykali więc złych ludzi i zdarzały im się różne przypadki, tym częstsze, że 

do  ich  gromadki  przyłączali  się  zwykle  awanturnicy  różnego  autoramentu,  zaczynając  od 

nieszkodliwych wagabundów, klerków i niedoszłych zakonników zbiegłych z klasztoru, a kończąc 

na groźnych zbójcach grasujących po gościńcach? 

Najniebezpieczniejszą,  lecz  zarazem  “najskuteczniejszą"  z  wszystkich  pielgrzymek  jest 

wędrówka do Jerozolimy. Wymaga wszakże czasu, pieniędzy i środków ochrony, a nie każdego na 

to wszystko stać. Toteż do Ziemi Świętej pielgrzymowali głównie arystokraci, chociaż w Anglii i 

Francji,  a  zwłaszcza  we  Włoszech  istniały  już  instytucje  podejmujące  się  wysyłania  do  Ziemi 

Świętej  pielgrzymów  wszelkiego  stanu.  Takie  pielgrzymki,  podejmowane  indywidualnie  lub  w 

małych  grupach,  zaprowadziły  w  ciągu  XII  wieku  większą  liczbę  rycerzy  do  Ziemi  Świętej  niż 

właściwe wyprawy krzyżowe. W tej dalekiej zamorskiej, tajemniczej krainie spodziewali się spełnić 

swoje  przeznaczenie,  znaleźć  sens  własnego  życia,  opromienionego  w  marzeniach  blaskiem, 

którego nie mogła im dać monotonna powszednia egzystencja w rodzinnych stronach. Idea krucjat 

uległa już skarleniu, wielkie wyprawy wojenne pod wodzą królów i książąt nie przyniosły niczego 

prócz  sromotnych  porażek,  lecz  Wschód  nie  przestał  fascynować  rycerstwa,  wywołując  niemal 

zbiorową psychozę. 

 

Uroki wschodu i cuda geografii  

 

Fascynacji tej ulegali również ci, którzy nie mogli odbyć  wielkiej podróży. Odzwierciedla 

się  ona  we  wszystkich  dziedzinach  twórczości  literackiej  i  artystycznej,  folklorze  i  w  dziełach 

naukowych. Pod jej wpływem ukształtowało się ówczesne wyobrażenie o ziemi. Zachowało się po 

dziś  dzień  kilka  map  świata,  sporządzonych  w  Europie  Zachodniej  i  przedstawiających  ziemię  w 

kształcie koła z Jeruzalem pośrodku. U góry, tam gdzie my umieszczamy biegun północny, według 

średniowiecznych  geografów  znajdowało  się  miejsce,  skąd  promieniuje  światło,  wschód 

background image

wyobrażony jako wysoka góra, na której szczycie leży ziemski raj. Świat w tej wizji jest, podobnie 

jak  społeczeństwo,  trójdzielny.  Mamy  więc  trzy  kontynety:  Europę, Afrykę  i Azję,  przy  czym  ta 

ostatnia jest większa od dwóch pozostałych części świata razem wziętych. Mamy też trzy wielkie 

obszary wód: Morze Śródziemne w centrum, Ocean Indyjski pomiędzy Azją i Afryką, oraz ocean 

“kolisty",  opływający  planetę  ziemską  ze  wszystkich  stron.  Oczywiście  jako  tako  poprawnie 

zarysowane są na tek mapie jedynie kontury Europy Zachodniej i basenu śródziemnomorskiego. 

Zwłaszcza  literatura  geograficzna  o  charakterze  popularyzatorskim,  jak  liczne  Obrazy 

świata kompilowane w XII i XIII wieku, świadczy o zakresie tej wiedzy. Wszystko, co się znajduje 

poza Danią z jednej strony, Saharą z drugiej i Kaukazem oraz Morzem Kaspijskim z trzeciej, jest 

światem  nieznanym,  dającym  autorom  sposobność  do  najbardziej  fantastycznych  opisów  i 

nieprawdopodobnych  legend.  Upodobanie  czytelników  do  cudowności  sprzyja  ignorancji  i 

łatwowierności tych pisarzy, pobudzając ich do ciągłego rozbudowywania niezwykłych opowieści, 

zmyślonych przez poprzedników. 

Z  wszystkich  dalekich  krajów  do  najbardziej  dziwacznych  pomysłów  kuszą  wyobraźnię 

tajemnicze  Indie.  Jest  to  kraina,  gdzie  dwa  razy  do  roku  powraca  lato  i  zima.  Lasy  są  tam  tak 

strzeliste, że sięgają obłoków, a rosną w nich zdumiewające drzewa: jedne mają liście większe niż 

domy, drugie rodzą olbrzymie, wspaniałe owoce, w środku wszakże wypełnione popiołem; trzecie 

dostarczają węgla, który raz zapalony nie wygasa przez cały rok. Orzechy są tam wielkości ludzkiej 

głowy,  a  grona  winne  tak  ogromne,  że  więcej  niż  jednego  na  raz  człowiek  nie  może  udźwignąć. 

Węże  mają  oczy  z  drogich  kamieni.  Rzeki  wszystkie  toczą  w  swoich  wodach  grudki  złota,  z 

wyjątkiem Gangesu, w którym za to łowi się węgorze na trzysta stóp (ok. 100 m) długie. W Indiach 

mieszkają  rozmaite  ludy,  a  jeden  od  drugiego  dziwniejszy.  Są  wśród  nich  ludożercy  zjadający 

własnych  rodziców,  gdy  się  zbytnio  postarzeją;  są  inni,  owłosieni  na  całym  ciele,  żywiący  się 

wyłącznie surowymi rybami i pijący słoną wodę; jeszcze inni, aby się utrzymać przy życiu, muszą 

bez przerwy wdychać zapach jabłek. Są tam ludzie, którzy mają jedno tylko oko pośrodku czoła, 

inni zaś mają po sześć palców u nóg, jeszcze inni usta na piersi, a uszy na ramionach; są wreszcie 

tacy, którzy mają tylko jedną stopę, ale tak wielką, że może im służyć za tarczę albo za parasol. 

Etiopia, którą większość autorów umieszcza w południowej Azji, między Indiami a Egiptem 

(należącym  do  kontynentu  azjatyckiego),  zamieszkana  jest  przez  nie  mniej  osobliwe  stworzenia. 

Zwierzęta tamtejsze są pozbawione uszu, a niekiedy także oczu; drogie kamienie znajdują się nie w 

oczach  wężów,  lecz  w  mózgach  smoków,  które  wszakże  bardzo  trudno  złowić.  Ludzie  żywią  się 

mięsem lwów i panter, wskutek czego pomrukują jak drapieżne bestie; chodzą całkiem nago i nic 

nie robią. Niektórzy za króla mają psa, inni olbrzymiego cyklopa. Ci zaś, co mieszkają na pustyni, 

w pobliżu antypodów, nie jedzą nic prócz suszonej szarańczy, dlatego żaden nie żyje dłużej niż 40 

lat. 

background image

Bardziej  rozpowszechnione  od  tych  dydaktycznych  kompilacji,  przeznaczonych  dla 

odbiorców mniej lub więcej wykształconych, były legendy osnute na mitach geograficznych, lecz 

ubarwione  i  przeobrażone  przez  ludową  kulturę.  Na  przykład  legenda  o  księdzu  Janie  -  o  której 

pierwsze  wzmianki  pojawiają  się  w  połowie  XI,I  wieku.  Według  niej  gdzieś  w  Azji  centralnej 

znajduje  się  bajeczny  kraj,  rządzony  przez  króla-kapłana  imieniem  Jan,  chrześcijanina  obrządku 

nestoriańskiego, zawziętego wroga islamu; król ten mógłby więc się stać cennym sojusznikiem w 

wojnach o odzyskanie Grobu Pańskiego. W XIII wieku władcy zachodniej Europy wyprawili kilka 

poselstw na poszukiwanie tego nie istniejącego królestwa,  a ponieważ nie udało  się  go znaleźć w 

Azji, wyobraźnia przeniosła je w następnym stuleciu do Afryki. 

Inna,  bardzo  rozpowszechniona  legenda,  pokutująca  w  tradycjach  geograficznych  aż  do 

końca  średniowiecza,  opowiada  o  świętym  Brendanie.  Nie  dotyczy  dalekiej  Azji,  lecz  bierze 

początek  z  folkloru  celtycko-chrześcijańskiego  pierwotnej  Irlandii.  Święty  Brendan,  opat  irlandz-

kiego  klasztoru,  w  VI  wieku  wyruszył  wraz  z  czternastoma  zakonnymi  braćmi  w  podróż,  aby 

znaleźć za morzami ziemski raj. Przez siedem lat żeglował na wątłym statku bez steru i podczas tej 

swojej  Odysei  zaznał  wielu  przygód  cudowniejszych  niż  przygody  samego  Ulissesa.  Kiedyś  na 

przykład  spotkał  olbrzymiego  wieloryba,  a  myśląc,  że  to  wyspa,  wylądował  ze  swymi 

towarzyszami na jego grzbiecie, aby tam w niedzielę wielkanocną odprawić uroczystą mszę świętą. 

W  końcu  odkrył  Wyspę  Szczęścia  w  tej  części  świata,  gdzie  słońce  nigdy  nie  zachodzi,  wtedy 

jednak  ukazał  mu  się  anioł  i  kazał  zawrócić,  popłynąć  znów  do  rodzinnego  kraju  i  opowiedzieć 

tamtejszym  ludziom  o  wszystkich  dziwach,  jakie  w  podróży  oglądał.  La  Navigation  de  saint 

Brendan  (Podróże  morskie  świętego  Brendana)  była  z  pewnością  najpopularniejszą  książką 

podróżniczą  średniowiecza.  Łaciński  tekst  skomponowany  w  X  wieku  przetłumaczono  z  biegiem 

czasu na wszystkie języki używane w Europie Zachodniej. 

 

Zwierzęta i zwierzyńce 

 

Prócz cudów geografii istniały dziwy świata zwierzęcego, pobudzające w różnych formach 

wyobraźnię  wszystkich  warstw  społecznych.  Ten  świat  znakomicie  nadawał  się,  by  w  nim 

pomieścić  bez  ryzyka  przeróżne  wierzenia,  nadzieje  i  fantastyczne  wizje  ludzi,  którym  potrzebne 

były marzenia. 

A  przecież  człowiek  XII  wieku  codziennie  i  z  bliska  stykał  się  ze  zwierzętami,  a  w 

otaczającej go faunie nie było nic fantastycznego. Ówczesne zwierzęta domowe niewiele się różniły 

od dzisiejszych. Koty rzadko trzymano w mieszkaniach, lecz do tępienia myszy i szczurów wyko-

rzystywano niekiedy łasice, mniej lub bardziej oswojone. Oswajano też kruki, wrony i kawki, tak 

jak  później  papugi. Aż  do  połowy  XIII  wieku,  jak  się  zdaje,  pies  nie  był  obiektem  przyjaznych 

background image

uczuć,  nie  wpuszczano  go  do  domów  i  często  wyznaczano  mu  niechlubną  rolę  w  okrutnych 

egzekucjach, przyjętych w ówczesnej obyczajowości. Suger opowiada, że zabójcę hrabiego Flandrii 

Karola  Dobrego  przywiązano  do  pręgierza  razem  z  psem,  którego  torturowano,  żeby  wściekły  z 

bólu  rozszarpywał  twarz  skazańca.  Najwyżej  ceniono  konia  i  sokoła,  a  najlepiej  znanym  z 

naukowego punktu  widzenia zwierzęciem była świnia; ponieważ Kościół zakazywał  sekcji zwłok 

ludzkich,  lekarze  studiowali  anatomię  na  świniach,  uważanych  za  zwierzęta  najbardziej  do 

człowieka podobne. Dzikie zwierzęta nie były też obce doświadczeniu ludzi. W Anglii wprawdzie 

w  X  wieku  wytępiono  wilki,  lecz  na  kontynencie  nie  brakowało  ich  nawet  w  najbliższym 

sąsiedztwie miast. Podobnie też pełno było w lasach Europy niedźwiedzi i dzików. Znano również 

wielkie drapieżne zwierzęta egzotyczne. Władcy utrzymywali menażerie, do których sprowadzano 

okazy z Azji i Afryki, a w dni festynów każdy mógł je tam podziwiać. Największą sławą cieszyły 

się  zwierzyńce  królów Anglii  w  Caen  i  Filipa Augusta  w Vincennes.  Chodzili  też  od  wsi  do  wsi 

ludzie pokazujący za opłatą gepardy, małpy, węże i egzotyczne ptaki. 

Tak  konkretna  znajomość  fauny  nie  umniejszała  jednak  bardzo  żywego  i  szeroko 

rozpowszechnionego  upodobania  do  dzieł  zoologicznych,  w  których  więcej  było  cudowności  niż 

realizmu, do gatunku literackiego “bestiariuszy". Są to rozprawy, w których pod pretekstem opisów 

zwyczajów  różnych  swojskich  lub  egzotycznych  zwierząt  autorzy  wysnuwają  z  badań  przyrody 

symbole  religijne  i  nauki  moralne.  Mimo  braku  oryginalności  -  gdyż  większą  część  wiadomości 

czerpali autorzy z pism starożytnych i swoich poprzedników z wczesnego średniowiecza - dzieła te 

cieszyły  się  ogromnym  powodzeniem  i  wywarły  wpływ  zarówno  na  najwyszukańsze  formy 

twórczości artystycznej,  jak i na bardzo naiwną mitologię ludową. O każdym bowiem zwierzęciu 

opowiadają historie zdolne oszołomić chłopa, zachwycić rycerza, oczarować artystę i natchnąć kaz-

nodzieję. 

Oto kwiatki wybrane z traktatu: De bestiis (O zwierzętach) Hugona z Saint-Victor i Hugona 

z Fouilloy, z powieści zwierzęcych Filipa z Thaun, Wilhelma le Clerc, Piotra z Beauvais i z Liber 

de proprietatibus rerum Barthelemy'ego Anglika. 

Zacznijmy  od  wilka,  najokrutniejszego  i  najprzebieglejszego  ze  zwierząt  -  w  oczach  ludzi 

średniowiecza. Wilk zawsze posuwa się nie pod wiatr, lecz z wiatrem, aby ścigające psy nie mogły 

go zwęszyć; gdy wyje, osłania pysk łapą, aby słyszącym zdawało się, że to głos całej hordy wilków. 

Rany od jego ukąszeń są tym bardziej niebezpieczne, że wilk żywi się jadowitymi ropuchami, a w 

dodatku,  tak  samo  jak  pies,  bywa  wściekły.  To  stwór  tak  szatański,  że  trawa  raz  przez  niego 

zdeptana  nigdy  nie  odrasta.  Jednakże  człowiek  ma  szansę  ocaleć  ze  spotkania  z  nim  pod 

warunkiem, że pierwszy go spostrzeże: wilk wtedy traci swą napastliwość i ucieka. Jeśli wszakże 

wilk pierwszy spostrzeże człowieka, sparaliżuje go spojrzeniem i pożre niechybnie. Kto by jakimś 

niezwykłym  przypadkiem  wyszedł  żywy  z  takiej  przygody,  pozostanie  już  do  końca  dni  swoich 

background image

niemową.  

Z kolei niedźwiedź, jeden z dobrze przecież znanych ssaków. Ten ogromny zwierz całą swą 

siłę ma skupioną w łapach. Samica jest mocniejsza od samca i prawie nie sposób jej złowić, a na 

dobitkę cuchnie okropnie. Samca natomiast da się oswoić, ale trzeba mu wykłuć oczy i karmić go 

obficie miodem. Im więcej go bić, tym więcej nabierze sadła i krzepy, nadaje się wtedy nawet jako 

zwierzę pociągowe. Kiedy zdechnie, warto wyciąć mu sadło i smarować nim głowę, bo to najlepsze 

lekarstwo przeciw łysieniu. Ciąża u niedźwiedzicy trwa tylko trzy miesiące, toteż młode rodzą się 

nieżywe, mniejsze niż szczury, ślepe i bez sierści. Dopiero matka przywraca je do życia, nadaje im 

należyty wzrost i wygląd, wylizując je energicznie i bez ustanku przez kilka dni. 

To wskrzeszenie miało niewątpliwie znaczenie symbolu chrystologicznego. Odnajdujemy je 

w  podobnej  wersji  w  rozdziałach  o lwie  i  o  pelikanie.  Lwica  budzi  z  martwych  nowo  narodzone 

lwięta własnym tchnieniem, a samica pelikana wskrzesza zabite przez samca pisklęta rozdzierając 

sobie dziobem piersi i skrapiając małe własną krwią. 

Ale  najczęściej  symbol  Chrystusa  upatrywano  w  jeleniu.  Jeleń  nienawidzi  węży,  które  są 

stworami  demona,  toteż  tropi  je  i  zjada.  Jest  wtedy  skazany  na  niechybną  śmierć,  jeżeli  w  ciągu 

trzech godzin po przełknięciu jadowitego węża nie wykąpie się w źródlanej wodzie. Jeśli uda mu 

się  to  zrobić,  nie  umrze,  lecz  przeciwnie,  odmłodnieje.  Tym  się  tłumaczy  jego  długowieczność. 

Wszyscy autorzy przypisują jeleniowi bardzo długie życie, lecz różnią się między sobą co do liczby 

lat tego życia: Hugon z Saint-Victor, najhojniejszy, przyznaje mu aż dziewięćset. Jeleń nigdy też nie 

choruje  i  nigdy  nie  miewa  gorączki,  a  więc  człowiek,  który  zjada  codziennie  kawałek  jeleniego 

mięsa, zyskuje taką samą odporność na wszelkie choroby. Zwierz ten bardzo lubi muzykę. Można 

go obłaskawić i schwytać gwiżdżąc melodyjnie. Ale sposób ten jest skuteczny jedynie wtedy, gdy 

jeleń nastawia uszu,  bo gdy je opuści,  głuchnie  całkowicie. Osaczony przez myśliwych nie broni 

się, lecz płacze rzęsistymi łzami i temu nieraz zawdzięcza ocalenie. 

Spośród  zwierząt  egzotycznych  najbardziej  niezwykły  jest  niewątpliwie  kameleon.  Ma 

tułów  jaszczurki,  łuski  i  grzbiet  ryby,  głowę  małpy  i  łapy  sokoła.  Z  wielkiej  bojaźliwości  często 

zmienia barwę, a umie przybrać każdą, oprócz białej i czerwonej. Nie je ani nie pije nic, żywi się 

samym  powietrzem.  Toteż  w  ciele  jego  nie  ma  ani  kropli  krwi.  Żołądek  jego  odznacza  się 

magicznymi właściwościami, wystarczy go spalić, żeby spowodować deszcz albo burzę. 

Krokodylowi,  lepiej  znanemu,  przypisują  autorzy  osobliwe  stany  psychice.  Jest  to  wielki 

żółty  wąż  wyposażony  w  cztery  olbrzymie  łapy,  pozbawiony  natomiast  języka.  Charakter  ma 

dziwaczny, pełen sprzeczności. Gdy je, nie może powściągnąć łakomstwa i obżera się tak, że potem 

choruje. Zwala się wtedy na piasek i leży bez ruchu, dopóki nie strawi wszystkiego, co połknął, a 

trwa to nieraz kilka dni. Podobnie też na widok człowieka nie umie się opanować, chwyta ofiarę i 

pożera, chociaż poza tym jest dobrym i czułym stworzeniem. Dlatego ukończywszy tę ponurą ucztę 

background image

żałuje swego nikczemnego postępku i przez kilka godzin płacze. 

Bestiariusze  opisują  nie  tylko  zwierzęta  istniejące  w  rzeczywistości.  Poświęcają  długie 

rozdziały  potworom  i  istotom  chimerycznym.  Pominiemy  smoka,  gryfa,  bazyliszka  i  syreny, 

których  fantastyczne  wyobrażenia  już  się  w  XIII  wieku  nieco  spospolitowały.  Wymienimy 

natomiast na zakończenie kilka innych, mniej znanych, lecz równie cudacznych stworzeń. 

Najbardziej  krwiożercza  ze  wszystkich  bestii  jest  mantykora,  co  widać  nawet  po  jej 

czerwonym  jak  krew  ubarwieniu.  Ma  tors  lwa,  ogon  skorpiona,  a  głowę  człowieka.  Każda  z  jej 

szczęk uzbrojona jest trzema rzędami zębów. Żadne stworzenie na ziemi przed nią nie ucieknie, bo 

mantykora  biega  od  wszystkich  szybciej.  Jeden  tylko  lew  jej  się  nie  boi.  Za  to  lęka  się  ona 

leontofona, najmniejszego z gryzoni, który największego zwierza może uśmiercić samym smrodem 

swojego  moczu.  Mniej  groźna  jest  taranda,  wielki  wół  z  głową  jelenia  i  skórą  niedźwiedzia. 

Zamieszkuje  strefę  zimną  i  jest  bardzo  płochliwa,  toteż  podobnie  jak  kameleon  często  zmienia 

kolor. Leonkrokita pochodzi ze skrzyżowania lwicy z wilko-jeleniem, co nie przeszkadza jej mieć 

tułowia osła, nóg jelenia, grzywy lwa, głowy wielbłąda i niekiedy człowieczego głosu. Najosobliw-

szy  ze  wszystkich  monstrów  jest  ponad  wszelką  wątpliwość  morski  mnich,  bestia  czyhająca  u 

wybrzeży Norwegii; ma bowiem tułów ryby, a głowę człowieka z wygoloną tonsurą, na karku jej 

zaś zwisa kaptur podobny do tego, jaki noszą zakonnicy. 

 

Cudowności bretońskie i świat graala 

 

W  przeciwieństwie  do  bestiariuszy  i  dzieł  dydaktycznych,  literatura  powieściowa  jest 

bardziej feeryczna niż fantastyczna. Potworność ustępuje tu miejsca cudowności. Przenosi nas ona 

w  świat  częściowo  tylko  obcy.  Tajemnicze  istoty  i  nadprzyrodzone  zjawiska  raczej  urzekają,  niż 

niepokoją,  bo  mimo  swej  niezwykłości  zachowują  z  reguły  pewne  pozory  realizmu.  Przy  tym 

wkraczając  często  w  codzienne  ludzkie  życie,  nie  czynią  tego  nigdy  bez  powodu:  są  to  znaki, 

przestrogi i wieści przysyłane z innego świata. Średniowieczna mentalność kazała bowiem ludziom 

wierzyć  w  istnienie  pośredników  między  światem  Boga  a  naszym  padołem;  są  nimi  dusze 

zmarłych,  aniołowie  i  demony,  geniusze  i  wróżki,  objawiają  się  zaś  znakami  mającymi  zawsze 

znaczenie  wróżebne.  Dlatego  kronikarze  i  historycy  średniowieczni  nie  omieszkali  nigdy  wspo-

mnieć  o  poprzedzających  wielkie  wydarzenia  zjawiskach  sprzecznych  ze  zwykłym  porządkiem 

rzeczy, o cudach, snach, zjawach, kometach i zaćmieniach słońca. Na przykład: 

 

“Roku od Wcielenia Pańskiego 1187, dnia 4 września słońce zaćmiło się, wchodząc w osiemnasty 

stopień  znaku  Panny,  na  całe  dwie  godziny.  Nazajutrz  zaś,  w  sobotę  5  września  o  godzinie 

jedenastej  przed  południem,  urodził  się  Ludwik,  syn  Filipa  Augusta,  przesławnego  króla  fran-

background image

cuskiego."  

 

W  dziełach  literackich  interpretację  znaków  wróżebnych  pozostawia  się  specjalistom. 

Wśród  nich  autorzy  skrupulatnie  odróżniają  czarodziejów,  takich  jak  Merlin  używających  swego 

daru tylko do najszlachetniejszych celów, od czarowników i wiedźm, zaprzedanych diabłu i stara-

jących  się  zawsze  szkodzić  człowiekowi.  Jedni  i  drudzy  są  mistrzami  nie.  tylko  astrologii,  lecz 

także wiedzy lekarskiej; znają przymioty różnych ziół i umieją przyrządzać czarodziejskie napoje. 

Podobnie  jak Thesalla,  sprawna  i  oddana  piastunka  Fenicji,  zgłębili  arkana  nigromancji  (magii)  i 

mogą o sobie powiedzieć: 

 

“Potrafię leczyć puchlinę wodną i podagrę, astmę i zapalenie gardła; umiem rozpoznawać chorobę 

po urynie i mierzyć. tętno. Znam też sposoby zamawiania i formuły zaklęć, o których skuteczności 

nie można wątpić. Nawet sama Medea nie znała lepszych [...]" 

 

Ale  romanse  Okrągłego  Stołu  nie  poprzestają  na  tej  formie  cudowności,  dość  w  gruncie 

rzeczy  banalnej  i  spotykanej  w  bardzo  wielu  utworach  literackich.  Zawierają  szczególny,  sobie 

tylko  właściwy  rodzaj  niezwykłości,  zaczerpnięty  głównie  z  celtyckich  baśni  Irlandii  i  Walii.  Z 

połączenia  tych  różnych  elementów  powstała  cudowność  cyklu  bretońskich  romansów,  ich 

niezwykła,  wieloznaczna  i  fascynująca  atmosfera,  która  nadaje  literaturze  arturiańskiej  urok 

niezrównany i w swoim rodzaju jedyny. Mało w niej superlatywów, wiele zaś półtonów i znaków 

zapytania. To, co się w niej przemilcza, zdaje się ważniejsze od tego, co zostało powiedziane. Nie 

chodzi  o  to,  by  wzbudzić  podziw  słuchacza;  lecz  by  zachęcić  jego  wyobraźnię  do  swobodnych 

wędrówek.  Nie  trzeba.  podróżować  do  odległych  Indii,  żeby  spotkać  niezwykłe  istoty;  w  tych  o-

powieściach  świat  umarłych  sąsiaduje  ze  światem  żywych,  a  dzieląca  je.  granica  nie  jest  wcale 

niemożliwa do przekroczenia. Wystarczy, że błędny rycerz przebędzie wrzosowisko, rzekę czy las, 

aby  niepostrzeżenie.  wkroczył  do  królestwa  bóstw  i  wróżek.  Wystarczy,  żeby  wszedł  na  pokład 

opuszczonego  statku,  a  poniesie  go  on  do  tajemniczej  krainy,  gdzie.  czeka  przeznaczenie.  Na 

drodze przygód spotka przewrotne, swarliwe karły albo szpetne, despotyczne olbrzymy, z którymi 

będzie  się  musiał  bić,  żeby  wyzwolić  młodą  dziewczynę,  lubieżną  zresztą  i  kapryśną,  jak  się 

później  okaże.  Rycerz  zatrzymuje  się  w  nawiedzonym  zamku  i  spędza  tam  noc  na  walce  z 

magicznymi  mieczami,  które  o  świcie  znikają,  jedzie.  przez  las,  gdzie  zwierzęta  do  niego 

przemawiają,  nakłaniając,  by  wyznał  swoje  grzechy;  potem  natrafia  na  cmentarz  i  widzi  już  dla 

siebie  wykopany  grób,  a  na  kamieniu  nagrobnym  odczytuje  opowieść  o  czekające  j  go  w 

przyszłości śmierci. 

Urok tej literatury płynie zarówno z jej niedomówień, jak i ze sprzeczności. Autorzy czerpią 

background image

z legend irlandzkich i walijskich tematy i motywy należące do celtyckiej mitologii i najoczywiściej 

sami ich nie rozumieją. Pragnąc je upiększyć lub usiłując je wyjaśnić, zniekształcają i okaleczają te 

mity,  lecz  jednocześnie  zdobią  aureolą  tajemnicy  i  są  nią  sami  urzeczeni  nie  mniej  niż  ówcześni 

słuchacze i niż my, dzisiejsi ich czytelnicy. Niekiedy wydaje się, że twory ich własnej wyobraźni 

przerosły autorów, którzy są przez nie zafascynowani tak samo jak ich publiczność. 

Najlepszym  przykładem  jest  Opowieść  o  Graalu,  rozpoczęta  przez  Chretiena  de Troyes  na 

prośbę  hrabiego  Flandrii  Filipa  z  Alzacji  i  nie  ukończona,  gdyż  śmierć  przerwała  poecie  pracę. 

Czytając  pewne  fragmenty  mamy  wrażenie,  że  Chretien  był  olśniony,  oślepiony  tym  dziwnym, 

wspaniałym tematem, który podjął nie z własnego wyboru i którego wszystkich blasków nie może 

opanować.  Tym  bardziej  nie  mogli  temu  podołać  liczni  naśladowcy  i  kontynuatorzy  Chretiena, 

próbujący przerabiać lub ciągnąć dalej nie ukończoną opowieść, której tajemniczość niepokoiła w 

najwyższym stopniu samego autora. 

Po  śmierci  Chretiena  de  Troyes  cała  społeczność  rycerska  była  jak  gdyby  urzeczona 

tematem  Graala,  który,  chociaż  wciąż  na  nowo  podejmowany,  przystosowywany  i  przetwarzany 

przez kilka pokoleń postów i  romansopisarzy, nigdy nie wyjawił  wszystkich swoich tajemnic.  Ich 

punktem  wyjścia  jest  główna  scena  romansu  Chretiena.  Młody,  dopiero  co  pasowany  na  rycerza 

Parsifal  przybywa  pewnego  wieczora  do  zamku,  gdzie  przyjmuje  go  pan  szlachetnie  urodzony  i 

dwornych  manier,  lecz  ułomny.  Gdy  w  oczekiwaniu  na  wieczerzę  rozmawiają,  przez  wielką  salę 

przeciąga dziwny orszak: 

“Do komnaty wszedł młodzieniec trzymając w połowie drzewca wspaniałą włócznię. Posuwał się 

między kominkiem a łożem, na którym siedzieli biesiadnicy. Wszyscy obecni zobaczyli, że kropla 

krwi  ścieka  z  żelaznego  grotu  po  drzewcu  aż  na  rękę  chłopca  [...)  Potem  zjawili  się  dwaj  inni 

młodzieńcy, bardzo piękni, a każdy niósł złoty, bogato zdobiony świecznik z dwunastu płonącymi 

świecami. Potem panna szlachetna, prześliczna i wspaniale ubrana, wniosła Graala. Kiedy weszła z 

tym Graalem, w sali zrobiło się tak jasno, że wszystkie świece przygasły jak księżyc i gwiazdy, gdy 

słońce  wstanie.  Za  pierwszą  kroczyła  druga  panna  ze  srebrną  płytą  do  dzielenia  mięsa.  Graal 

niesiony  przez  pierwszą  pannę  był  z  najszczerszego  złota,  wysadzany  drogimi  kamieniami, 

najcenniejszymi i najrozmaitszymi, jakie znajdują się na ziemi czy w głębi mórz. Potem włócznia, 

Graal i srebrna płyta, przesunąwszy się przed łożem, zniknęły w przyległej komnacie."  

Ten  niezwykły  widok  wzbudził  wielką  ciekawość  w  młodym  Parsifalu.  Miał  ochotę 

zagadnąć  gospodarza  i  poprosić,  by  mu  wyjaśnił,  co  znaczy  brocząca  krwią  włócznia  i  komu 

zaniesiono Graala wraz z jego zawartością. Ale  nie ośmielił się pytać: zacny Gornemant z Goort, 

pod którego opieką przez czas jakiś przebywał, nauczył go bowiem, że rycerz doskonały nie zadaje 

nigdy niedyskretnych pytań. Tak więc Parsifal zmilczał i wcale sobie nie zdawał sprawy, że ominął 

nadarzającą się niezrównaną przygodę, najcudowniejszą, jaką kiedykolwiek ofiarowano młodemu 

background image

rycerzowi.  Gdyby  był  zadał  pytanie,  które  mu  się  cisnęło  na  usta,  gospodarz  zamku  zostałby 

uzdrowiony, kraj cały wyzwolony z okropnych nieszczęść, on zaś sam otrzymałby najwspanialszą 

nagrodę. Ale o tym wszystkim miał się dowiedzieć dopiero poniewczasie, podobnie jak o tym, że 

ułomny pan zamku nazywa się Królem Rybakiem (przezwano go tak, gdyż z powodu kalectwa nie 

mógł zażywać innych rozrywek niż łowienie ryb), że w Graalu nie znajdowało się nic prócz hostii, 

jedynego pokarmu utrzymującego przy życiu starca, rodzonego ojca Króla Rybaka. 

Chretien  nic  więcej  o  Graalu  nie  napisał,  lecz  zostawił  potomnym  coś  więcej  niż  nie 

dokończoną  opowieść:  nieskazitelny  mit,  wokół  którego  będą  się  krystalizowały  marzenia  i 

aspiracje  wielu  pokoleń  znacznej  części  zachodnioeuropejskiego  społeczeństwa.  Narodzi  się  cała 

literatura  wyjaśniająca,  w  jaki  sposób  Król  Rybak  stał  się  kaleką,  kim  był  jego  sędziwy  ojciec, 

dlaczego włócznia krwawiła i co oznaczał Graal. W tekście Chretiena jest to po prostu talerz, lecz w 

innych  utworach  Graal  przeobrazi  się  kolejno  w  wazę,  puchar,  cyborium,  talerz,  z  którego  Jezus 

jadł  podczas  wielkoczwartkowej  wieczerzy,  misę,  w  którą  nazajutrz  po  Męce  Józef  z  Arymatei 

zebrał  krew  płynącą  z  ran  Ukrzyżowanego,  a  nawet  według  niemieckiego  poety  Wolframa  von 

Eschenbach - w drogocenny kamień, darzący mocą i bogactwem i chroniący od śmierci. 

Z zawrotnej pustki, którą pozostawiło milczenie Parsifala, poeci i autorzy średniowiecznych 

romansów będą mogli wyczarowywać własne wizje świata i społeczeństwa, a czytelnicy i słuchacze 

pozwolą  rozkwitać  swoim  nadziejom  i  złudzeniom.  Gdyby  młody  rycerz  odezwał  się  wówczas, 

gdyby  był  postawił  pytanie  przesądzające  o  jego  losie,  literatura  średniowieczna  straciłaby  swoją 

najgłębiej poruszającą legendę, a literatura światowa wszystkich czasów - najbardziej poetyczne i 

najprzedziwniejsze  swoje  tematy.  Parsifal  owego  dnia  został  wezwany  na  schadzkę  z 

przeznaczeniem, lecz geniusz autora sprawił, że do tego spotkania nie doszło.