background image

MICHAEL PASTOREAU

Życie codzienne we Francji i

Anglii

w czasach rycerzy Okrągłego

Stołu

background image

4

Rozdział pierwszy

1. Rytm życia

Jak się zdaje, człowiek XII wieku dość obojętnie odnosił się do cza su. Liczenie godzin i dni,

wyznaczanie  świąt  ruchomych  i  problemy  ka lendarzowe  to  domena  wyłącznie

duchowieństwa.  Jedynie  obowiązujące  obrzędy  religijne  podkreślają  doniosłość  pewnych

momentów życia, któ rym towarzyszą. Czas należy do Kościoła. Ani rycerze, ani chłopi nie

rządzą  rytmem  swojego  życia.  Biernie  obserwują  bieg  czasu.  Są  bezsil nymi  świadkami

przepływu  dni  i  lat,  które  ich  nieubłaganie  posuwają  ku  starości  i  nieustannie  wyznaczają

każdej  rzeczy  własne  miejsce.  Stąd  zapewne  wynika  rezygnacja,  która  sprawia,  że  ludzie

bardziej się trosz czą o pogodę niż o przemijający czas.

Zaludnienie Francji i Anglii

Interesujący nas okres mieści się w długiej fazie rozkwitu demogra ficznego, ciągnącej

się od początku XI do ostatnich dziesięcioleci XII wie ku. Zjawisko to miało takie rozmiary i

tak  było  doniosłe  dla  historii  Euro py  Zachodniej,  że  historycy  mówią  o  “rewolucji

demograficznej".  Przy czyn  tego  rozkwitu  można  wymienić  wiele:  rozszerzenie  się  pokoju  i

wzrost  bezpieczeństwa,  wzmocnienie  władz  publicznych,  ożywienie  ru chu  handlowego,  a

zwłaszcza zwiększone zasoby płodów rolnych, dzięki postępom techniki i objęciu większych

obszarów  ziemi  pod  uprawę.  Ob licza  się,  że  między  rokiem  1000  i  1300  ludność  Europy

Zachodniej po troiła się.

W  tej  długotrwałej  fazie  lata  1160-1220  stanowią  okres  szczególnie  intensywnego

rozkwitu.  Nie  sposób  zmierzyć  bezpośrednio  tego  przy spieszenia  wzrostu,  lecz  świadczą  o

nim liczne wskaźniki: powiększenie się obszaru upraw, zwyżka ceny ziemi, podział wielkich

majątków  ziem skich,  powstawanie  nowych  wiosek,  parafii,  klasztorów,  przeobrażanie  się

małych wsi w miasteczka, rozrost miast, które, dusząc się w starych murach, zmuszone są -

jak Paryż w latach 1190-1213 - budować so bie nowe, otaczające większy obszar.

Oczywiście,  nie  da  się  ustalić  dokładnie  liczby  ludności  angielskiej  i  francuskiej  w

każdym  momencie  tego  okresu.  Można  wszakże  przyjąć  przybliżone  dane,  zaczerpnięte  w

większości z pracy amerykańskiego hi storyka J. C. Russela. Około roku 1200 liczba ludności

background image

5

Europy  wynosiła  około  60  milionów,  a  cały  świat  miał  350-400  milionów  mieszkańców.

Francja  była  najludniejszym  królestwem  Europy  Zachodniej:  w  jej  ów czesnych  granicach  -

około  420  000  km2  -  żyło  co  najmniej  7  milionów  ludzi.  Znaczy  to,  że  na  jej  dzisiejszym

obszarze,  551  000  km2,  liczba  lud ności  przekroczyłaby  10  milionów.  Uboższe  pod  tym

względem były Wy spy Brytyjskie, liczące tylko 2,8 miliona mieszkańców, z czego 1,9 milio-

na  na  terenie  samej  Anglii.  Jednakże  różnica  w  gęstości  zaludnienia  obu  królestw  była

nieznaczna: 16 mieszkańców na 1 km2 we Francji, 14 - w Anglii.

Dla  porównania  przytoczmy  jeszcze  kilka  liczb:  na  początku  XIII  wieku  Półwysep

Pirenejski (królestwa chrześcijańskie łącznie z teryto riami opanowanymi przez islam) liczył

przypuszczalnie  8  milionów  miesz kańców;  Italia  nieco  mniej;  kraje  germańskie  (Niemcy,

Austria i Szwaj caria) łącznie 7 milionów, Węgry 2 miliony, Polska 1,2 miliona, a Cesar stwo

Bizantyńskie 10-12 milionów.

Około  1200  roku  Paryż  miał  mniej  więcej  25  000  mieszkańców,  roz mieszczonych

bardzo nierównomiernie na 253 hektarach, objętych nowy mi murami, wzniesionymi za Filipa

Augusta. Tyleż, a może nawet nieco więcej ludzi mieszkało w Londynie. Inne “duże" miasta

Francji, Rouen i Tuluza, nie dosięgają nawet połowy ludności Paryża. W Anglii Londyn (już

wtedy!) stanowi wyjątkowe zjawisko urbanistyczne, gdyż pozostałe ważniejsze miasta (York,

Norwich, Lincoln i Bristol) nie przekraczają liczby 5000 mieszkańców.

Ale  Paryż  i  Londyn  nie  były  wcale  największymi  miastami  chrześci jaństwa.  W

pierwszej  połowie  XIII  wieku  Rzym  i  Kolonia  mogły  się  po szczycić  co  najmniej  30  000

mieszkańców,  Wenecja  i  Bolonia  miały  ich  po  40  000,  a  Mediolan  i  Florencja  po  70  000.

Największym  miastem  chrze ścijańskim  pozostawał  Konstantynopol,  gdyż  w  momencie

zdobycia tego miasta przez krzyżowców w 1204 roku żyło tam 150 000 - 200 000 ludzi.

Liczby  te  nie  mogą  jednak  zamaskować  luk  istniejących  w  naszej  wiedzy,

dotyczących takich zagadnień, jak liczbowy stosunek ludności osiadłej w miastach do całej

ludności w kraju. Nie sposób też przedsta wić na mapie gęstości zaludnienia, gdyż była ona

niezmiernie zróżnico wana na obszarze każdego regionu. Nie sposób nade wszystko wyciągać

ogólnych wniosków na podstawie poszczególnych przypadków. Demogra fia końca XII wieku

składa  się  z  mnóstwa  kontrastów:  między  strefami,  gdzie  ludzie  skupiają  się  gromadnie,  a

innymi,  całkowicie  bezludnymi;  między  rodzinami  licznymi  a  małżeństwami  bezdzietnymi;

między wyso kim wskaźnikiem śmiertelności niemowląt a znaczną liczbą osób doży wających

sędziwej starości.

background image

6

Narodziny i chrzest

Ludzie  XII  wieku  mieli  zaufanie  do  życia  i  przestrzegali  biblijnego  nakazu,  aby  się

rozmnażali.  Stopa  narodzin  wynosiła  rocznie  około  35  promile.  Regułą  we  wszystkich

warstwach  społecznych  była  rodzina  liczna.  Zresztą  pary  królewskie  starają  się  pod  tym

względem  świecić  przykładem:  Ludwik  VI  i  Alicja  Sabaudzka,  Henryk  II  i  Alienor  Akwi-

tańska, Ludwik VIII i Blanka Kastylijska - wszyscy ci koronowani małżonkowie spłodzili po

ośmioro dzieci.

Przez  cały  czas  tego  okresu  płodność,  jak  się  zdaje,  wzrasta:  badania  pozwoliły

stwierdzić, że w Pikardii w środowisku arystokratycznym ro dziny liczne (to znaczy mające

8-15 dzieci) stanowiły w 1150 roku 12 procent, w 1180 roku - 33 procent, a w 1210 roku - 42

procent. Mamy więc do czynienia ze znacznym wzrostem.

Na przekór temu, co przez długi czas sądzili historycy, kobiety w XII i XIII wieku nie

różniły  się  od  dzisiejszych  długością  okresu  płod ności.  Jeśli  przypuszczano,  że  był  on

wówczas  krótszy,  to  dlatego  że  nie  brano  pod  uwagę  częstych  wtedy  śmierci  kobiet  przy

porodach  i  wczes nej  utraty  mężów,  zwykle  dużo  starszych  od  swoich  żon.  Poza  środo-

wiskiem arystokracji młode wdowy rzadko bowiem wychodziły powtórnie za mąż. Pierwsze

dziecko  przychodziło  na  świat,  jak  się  zdaje,  stosunko wo  późno,  toteż  odstęp  lat  między

pokoleniami  był  dość  duży,  lecz  mniej  jaskrawy  niż  w  naszej  dobie,  z  powodu  często

znacznej  różnicy  wieku  dwojga  małżonków,  a  także  między  ich  pierwszym  i  ostatnim

dzieckiem.

Znamiennym  przykładem  jest  Alienor  Akwitańska.  Urodzona  w  1122,3  mając

piętnaście lat zaślubiła (1137 r.) dziedzica tronu Francji, późniejszego Ludwika VII, któremu

urodziła dwie córki: Marię w 1145 ro ku i Alicję w 1150. Odtrącona przez męża po piętnastu

latach pożycia wkrótce zaślubiła Henryka Plantageneta, młodszego od niej o dziesięć lat. Z

tego  drugiego  związku  przyszło  na  świat  ośmioro  dzieci:  Wilhelm  (1153  r.),                       

Henryk (1155 r.), Matylda (1156 r.), Ryszard (1157 r.), Gotfryd (1158 r.), Alienor (1161 r.),

Joanna (1165 r.) i Jan (1167 r.). Kolejne ma cierzyństwa przypadają więc na jej wiek 23 i 28

lat,  a  w  drugim  mał żeństwie  -  31,  33,  34,  35,  36,  39,  43  i  45  lat.  Narodziny  pierwszego  i

ostat niego dziecka dzieli okres 22 lat.

background image

7

A  oto  drugi,  bardzo  wymowny  przykład:  Wilhelm  zwany  Marszał kiem,  hrabia

Pembroke, regent Anglii w latach 1216-1219, ożenił się do piero osiągnąwszy 45 lat i wybrał

bogatą  dziedziczkę  Izabelę  de  Clare,  0  30  lat  młodszą  od  niego.  Mimo  różnicy  wieku

małżonkowie  zdążyli  spło dzić  dziewięcioro  dzieci.  Przy  czym  w  obu  przykładach  liczymy

tylko  dzieci,  których  istnienie  potwierdzają  dokumenty,  a  przecież  zmarłych  w

niemowlęctwie nie notują zazwyczaj żadne akta ani kroniki.

Śmiertelność była wśród dzieci ogromna. Na troje tylko jedno prze kraczało wiek 5 lat,

zaś  co  najmniej  10  procent  niemowląt  umierało  w  pierwszym  miesiącu  życia.  Dlatego

chrzczono je bardzo wcześnie, zwykle nazajutrz po przyjściu na świat. Z tej okazji odbywał

się  w  kościele  pa rafialnym  obrzęd  nie  różniący  się  od  dzisiejszej  ceremonii.  W  XII  wieku

prawie powszechnie już zaniechano zwyczaju zanurzania nagiego nowo rodka w chrzcielnicy.

Chrzest  odbywał  się  przez  polewanie.  Kapłan  trzy krotnie  polewał  wodą  święconą  czoło

dziecka, znacząc je znakiem krzyża i wymawiając formułę: “Ego te baptiso in nomine Patris

et Filii et Spi ritus Sancti."

Zwyczaj  każe  zapraszać  kilka  par  rodziców  chrzestnych.  Ponieważ  nie  ma  urzędu

stanu  cywilnego,  warto  się  postarać,  aby  wiele  osób  za chowało  to  wydarzenie  w  pamięci.

Wiemy, że Filip August został ochrz czony 22 sierpnia 1165 roku, nazajutrz po narodzinach,

przez biskupa Pa ryża Maurycego de Sully (tego samego, który w 1163 roku zadecydował o

przebudowie katedry Notre-Dame) i że miał trzy pary rodziców chrzestnych, a byli to Hugon,

proboszcz  kościoła  Saint-Germain-des-Pres,  Herve,  proboszcz  kościoła  Saint-Victor,  Odon

(Eudes), były proboszcz ko ścioła Sainte-Genevieve, ciotka noworodka Konstancja, małżonka

hra biego Tuluzy, oraz dwie wdowy zamieszkałe w Paryżu.

Dziecko  otrzymywało  na  chrzcie  tylko  imię  chrzestne,  nie  było  to  wszakże  imię  w

dzisiejszym rozumieniu, lecz jedynie jego imię praw dziwe, które miało mu służyć przez całe

życie.  To  zaś,  co  dziś  uważamy  za  nazwisko,  było  wówczas  przydomkiem  -  nazwą

miejscowości,  okre śleniem  zawodu  czy  przezwiskiem  -  po  prostu  dodatkiem  wiążącym  się

tylko z danym osobnikiem, nie z całą jego rodziną. Co prawda za pano wania Filipa Augusta

(1180-1223  r.)  przydomki  te  w  niektórych  regionach  (Normandia,  Ile-de-France)  zaczynają

być  dziedziczone,  lecz  proces  ten  rozwijał  się  powoli.  W  ówczesnych  tekstach  oznacza  się

poszczególne  osoby  zazwyczaj  imieniem  chrzestnym,  dodając  miejsce  pochodzenia  czy

zamieszkania, piastowaną funkcję lub rangę.

Na ogół dawano dziecku imię jednego z rodziców chrzestnych. Wsku tek tego moda

background image

8

na imiona niewiele się zmieniała. Najbardziej rozpowszech nione, zarówno we Francji, jak w

Anglii,  imiona  męskie  to  Jan  i  Wil helm.  Później  pojawiają  się  w  Anglii  coraz  częściej

imiona: Robert, Ry szard, Tomasz, Gotfryd, Hugon i Stefan, a we Francji Piotr, Filip, Hen ryk,

Robert  i  Karol.  Pewne  imiona  cieszą  się  powodzeniem  w  poszczegól nych  prowincjach,  a

więc:  Baldwin  we  Flandrii,  Tybald  w  Szampanii,  Ryszard  i  Raul  w  Normandii,  Alan  w

Bretanii,  Odon  w  Burgundii;  nie kiedy  wiąże  się  to  z  kultem  pewnych  świętych  patronów,

rozpowszech nionym  na  bardziej  ograniczonym  terenie,  a  więc  św.  Remi  w  okolicy  Reims,

św.  Medard  w  okolicy  Noyon,  św.  Martial  w  okolicy  Limoges;  a  w  Anglii  najwięcej

Gilbertów spotykało się w diecezji Lincoln.

Trudniej jest ustalić statystykę imion żeńskich. W obu królestwach najpopularniejsze

były  imiona  Maria  i  Joanna;  następne  na  liście  były,  jak  się  zdaje,  Alicja,  Blanka,

Klementyna, Konstancja, Izabela, Małgo rzata, Matylda i Petronela (Perrine). Forma może się

zmieniać  zależnie  od  prowincji  (Elisabeth  w  Artois,  lecz  Isabelle  w  Poitou;  Mahaut  we

Flandrii,  lecz  Mathilde  w  Normandii,  a  Maud  w  Langwedocji)  lub  zależ nie  od  warstwy

społecznej: Perrine, Perrette i Pernelle to zazwyczaj plebejuszki, podczas gdy bardziej uczona

forma,  Petronille,  przystoi  ko bietom  z  arystokracji.  Podobna  relacja  zachodzi  między

formami Jacqui ne, Jacquette i Jacquotte a wykwintniejszą Jacqueline.

Dziecko  przez  sześć,  siedem  pierwszych  lat  życia  pozostawało  pod  opieką  kobiet.

Czas wypełniały mu zabawki i gry. Były to: kulki, klocki, kostki, drewniane koniki, piłki ze

szmat lub ze skóry, lalki rzeźbione z drewna, ze zginającymi się kończynami, miniaturowe

naczynia  stołowe  i  gliniane  garnuszki,  gra  w  chowanego,  w  ślepą  babkę  itp.  Jak  się  zdaje,

dorośli ludzie dość obojętnie odnosili się do małych dzieci. Mało jest tek stów i dzieł sztuki z

tej epoki, które by przedstawiały rodziców zachwy conych, rozczulonych lub zaniepokojonych

jakimś gestem swego potom ka w wieku, gdy nie pora jeszcze na jego edukację.

Małżeństwo

Małżeństwo ma doniosłe znaczenie, zarazem rodzinne, rodowe i eko nomiczne. Jako

związek  dwóch  rodzin  lub  dwóch  gałęzi  rodu  przyczynia  się  niekiedy  do  zakończenia

dawnych  waśni.  Oznacza  też  połączenie  dwóch  majątków,  dwóch  potęg.  Toteż  trzeba

wybierać  współmałżonka  rozważ nie.  Jak  wiemy,  Wilhelm  zwany  Marszałkiem  czekał  do

ukończenia  czter dziestu  pięciu  lat,  zanim  się  ożenił  z  Izabelą  de  Clare;  małżeństwo  to

uczyniło  niezamożnego  młodszego  syna  jednym  z  najbogatszych  ludzi  Anglii.  Możny  pan

background image

9

przed  ożenieniem  syna  lub  wydaniem  za  mąż  córki  zasięgał  rady  nie  tylko  u  najdalszych

nawet  krewnych,  lecz  również  u  swoich  wasali;  poza  tym  prawo  feudalne  wymaga,  żeby

prosił o radę i zezwolenie swojego suzerena. Suzeren ze swej strony obowiązany jest dołożyć

starań, aby jak najprędzej i jak najkorzystniej wydać za mąż córkę zmarłego wasala.

Przede  wszystkim  wszakże  małżeństwo  jest  sakramentem.  Polega  na  wymianie

zobowiązań  w  obecności  księdza.  Władze  świeckie  pozosta wiają  Kościołowi  ustalanie

prawnych przepisów małżeństwa. Miejscowy obyczaj nie ma wpływu na te przepisy, które są

mniej  więcej  identyczne  we  wszystkich  krajach  Europy  Zachodniej.  Kościół  za  istotny

element małżeństwa uznaje zgodę obojga małżonków. Zgoda rodziców nie jest konieczna i

teoretycznie zabrania im się wywierania przymusu na dzie ci, aby wbrew własnej woli zawarły

związek małżeński. Jednakże litera tura epicka dostarcza mnóstwa przykładów łamania tego

zakazu,  przed stawia  dziewczęta  zmuszane  wbrew  swojej  woli  przez  ojców,  opieku nów  lub

suzerenów  do  małżeństwa  z  bogatym,  możnym  starcem.  Roza munda,  bohaterka  Chanson

d'Elie de Saint-Gilles otwarcie wyraża swój wstręt:

“Nie chcę starucha z pomarszczoną skórą (...J Ta skóra tylko z po zoru jest zdrowa, od środka

zżera  ją  robactwo  i  nie  zniosłabym  tego  zwiędłego  ciała,  wolałabym  uciec  jak  branka  z

niewoli [...]"

Przepisy  wymieniają  kilka  przeszkód  uniemożliwiających  zawarcie  związku

małżeńskiego:  wiek  poniżej  lat  12  dla  dziewcząt,  poniżej  14  dla  chłopców;  otrzymanie

wyższych święceń; pokrewieństwo zbyt bliskie, a za takie na ogół uważano pokrewieństwo

-poniżej  siódmego  stopnia  (to  znaczy  wspólny  pradziad  dziadków).  Można  było  jednak

uzyskać dyspen sę od tego ostatniego warunku.

Małżeństwo  jest  nierozerwalne  od  chwili,  gdy  zostało  dopełnione.  Nie  wolno  żony

odtrącić,  rozwód  nie  istnieje.  Jedyny  sposób,  żeby  związek  zerwać,  to  unieważnienie,  a

można je uzyskać powołując się na impoten cję lub bezpłodność jednego ze współmałżonków

albo  też  udowadniając  pokrewieństwo,  o  którym  nie  wiedziano  w  chwili  ślubu.  Nie  jest  to

więc  zerwanie  małżeństwa,  lecz  po  prostu  stwierdzenie,  że  legalne  jego  zawar cie  było

niemożliwe,  a  zatem  ono  nie  istnieje.  Kościół  wykazywał  w  tej  dziedzinie  niekiedy  wielką

ustępliwość. Wiadomo, że w marcu 1152 roku zostało anulowane przez synod w Beaugency

małżeństwo  Ludwika  VII  z  Alienor.  Za  pretekst  posłużył  fakt,  że  Hugo  Capet,  pradziad

dziada Ludwika, był żonaty z siostrą pra-pra-pradziadka Alienor. W rzeczy wistości związek

rozpadł  się  z  powodu  niezgody  między  małżonkami  (cho ciaż  kronikarze  niewątpliwie

background image

10

przesadzili  przypisując  królowej  różne  przy gody),  a  nade  wszystko  dlatego,  że  w  ciągu

piętnastu lat pożycia Alienor obdarzyła króla tylko dwiema córkami.

Filip  August  w  podobnej  sprawie  miał  mniej  szczęścia  niż  jego  oj ciec.  Po  śmierci

(1192 r.) pierwszej żony, Izabeli z Hainaut, zaślubił 14 sierpnia 1193 roku Ingeborgę, siostrę

króla duńskiego. Z przyczyn, któ rych historykom nigdy się nie udało dociec, już nazajutrz po

ślubie  po czuł  nieprzezwyciężony  wstręt  do  nowej  małżonki  i  zaczął  starania,  aby  się  jej

pozbyć,  pod  pretekstem,  że  jest  ona  kuzynką  jego  pierwszej  żony.  Na  żądanie  króla

zgromadzenie  prałatów  i  baronów  unieważniło  więc  to  małżeństwo.  Lecz  zamknięta  w

jakimś  flamandzkim  opactwie  królowa  zdołała  wysłać  skargę  do  papieża,  który  z  kolei

anulował unieważnienie. Filip August nie przyjął do wiadomości decyzji papieskiej i szukał

sobie  następnej  żony.  Napotkał  wszakże  niemałe  trudności:  wszyscy  królowie  i  książęta

Europy odmawiali mu ręki swej siostry lub córki. Znalazł w końcu w dalekim Tyrolu córkę

skromnego  wasala,  księcia  Bawarii,  Ag nieszkę  z  Meranu.  klub  odbył  się  14  czerwca  1196

roku. Wtedy konflikt jego z papieżem jeszcze się zaostrzył. W styczniu 1200 roku Innocenty

III  zwołał  do  Wiednia  synod  biskupów,  który  obłożył  interdyktem  kró lestwo  Filipa.  Nie

wolno było tam odprawiać nabożeństw ani udzielać sakramentów. Kara wymierzona władcy

zaciążyła nad całym jego lu dem, a była tak dotkliwa, że król musiał się ugiąć. (Tymczasem

ślub jego syna, późniejszego Ludwika VIII, z Blanką Kastylijską trzeba było 23 maja 1200

roku  przenieść  do  Port-Mort,  pod  Andelys,  na  terytorium  kró la  angielskiego.)  Król  pod

koniec roku odesłał więc Agnieszkę i przyjął z powrotem Ingeborgę, ale dopiero w 1212 roku

przywrócono jej ostatecz nie w pełni prawa królowej.

•  Nie  wolno  też  udzielać  ślubów  w  pewnych  okresach  roku:  od  pierw szej  niedzieli

adwentu  do  oktawy  po  Trzech  Królach;  od  trzeciej  niedzieli  przed  Wielkim  Postem  do

Niedzieli  Przewodniej;  od  poniedziałku  przed  Wniebowstąpieniem  do  oktawy  Zielonych

Świąt.  Ceremonia  ślubna,  za zwyczaj  odbywająca  się  w  soboty,  niewiele  się  różniła  od

dzisiejszej.  Pań stwo  młodzi  nie  występowali  w  specjalnych  ubiorach,  lecz  po  prostu  w

swoich  najpiękniejszych  strojach,  w  welonie  czy  też  w  koronie  na  gło wie.  Wymieniali

ślubowania  i  obrączki  w  kruchcie  -  gdzie  także  odby wały  się  chrzty  i  zrękowiny  -  gesty  i

formułki  po  dziś  dzień  prawie  nie  zmienione.  Potem  dopiero  wchodzili  do  kościoła,  aby

uczestniczyć we mszy świętej, a po wyjściu z kościoła udawali się zgodnie ze zwyczajem na

cmentarz, na chwilę medytacji. Wreszcie następowało wesele, trwają ce z reguły kilka dni, i to

nie  tylko  w  domach  bogatych  baronów,  lecz  także  w  chatach  chłopskich.  W  pierwszym

background image

11

przypadku  gromadzili  się  na  te  uroczystości  wszyscy  okoliczni  arystokraci,  w  drugim  -

sąsiedzi  z  całej  wioski.  Najdłużej  trwało  wesele,  najwspanialsze  podarki  otrzymywali  no-

wożeńcy i najobfitsze były uczty, gdy któryś z możnych panów żenił pierworodnego syna.

Starość i śmierć

Średniowiecze nie znało starości w tym sensie, jaki teraz nadajemy temu słowu; nikt

się “nie wycofywał" z czynnego życia, chyba że wstę pował do klasztoru. Każdy aż do śmierci

pozostawał  człowiekiem  do rosłym  i  jeżeli  nie  zniedołężniał  całkowicie,  spełniał  swoje

powinności.  Mężczyzna  siedemdziesięcio-  czy  osiemdziesięcioletni  brał  udział  w  robo tach

polnych, regularnych bitwach i dalekich pielgrzymkach, nie rezyg nował z władzy politycznej.

Ludzie  tej  epoki  nie  umierali  też  tak  młodo,  jak  mogłoby  się  nam  wydawać.

Przeciętna  długość  życia  wynosiła  30-35  lat  (niewiele  mniej  niż  w  pierwszej  połowie  XIX

wieku),  ale  trzeba  pamiętać,  że  na  tę  prze ciętną  wpływała  ogromna  śmiertelność  wśród

dzieci;  co  trzeci  noworodek  nie  przekraczał  pięciu  lat  życia.  W  ten  sposób  dokonywała  się

naturalna  selekcja  i  ci,  którzy  przeżyli,  mieli  szansę  osiągnąć  wiek  stosunkowo  po deszły.

Ocenia  się,  że  w  Anglii  XIII  stulecia  na  1000  dzieci  urodzonych  w  danym  roku  tylko  650

osiągało wiek 10 lat, 550 dożywało trzydziestki, 300 - pięćdziesiątki, a 75 - siedemdziesiątki.

Bardziej  wyraziście  można  to  przedstawić  na  konkretnych  przykła dach.  Niestety

wszystkie są wybrane z kręgu władców lub książąt Ko ścioła, ponieważ znamy daty urodzenia

i  zgonu  jedynie  takich  dostojnych  osobistości.  W  XII  wieku  wielu  ludzi  nie  wiedziało

dokładnie, ile mają lat, nie znając daty własnego urodzenia. Nawet Wilhelm zwany Marszał-

kiem  uważał  się  za  starszego,  niż  był  rzeczywiście,  i  w  1216  roku,  obej mując  regenęję

królestwa  angielskiego,  mówił,  że  ma  “z  górą  osiemdzie siąt  lat",  chociaż  można  z  całą

pewnością stwierdzić, że urodził się po między 1144 a 1146 rokiem.

Ludwik VII umarł mając 60 lat. Filip August przeżył lat 58, Inge borga duńska - 60;

Ludwik  VIII  żył  tylko  39  lat,  lecz  jego  żona  Blanka  Kastylijska  -  65;  cesarz  Fryderyk

Barbarossa umierając miał lat 68, Wilhelm Lew, król Szkocji - 71, Henryk II Plantagenet -

56, jego sy nowie, Ryszard Lwie Serce i Jan Bez Ziemi, dożyli tylko do 42 i 49 lat, natomiast

ich  matka  Alienor  doczekała  osiemdziesiątego  trzeciego  roku  życia  i  przeżyła  ośmioro  ze

swoich dziesięciorga dzieci.

Częściej  niż  inni  osiągali  dostojny  wiek  duchowni:  święty  Bernard  przeżył  lat  63;

tyleż  co  Abelard,  mimo  swoich  nieszczęść;  Wilhelm  o  Bia łych  Rękach,  arcybiskup  Reims,

background image

12

żył lat 67, Hugues z Puiset, biskup Dur ham - 70; Robert Wielkogłowy, biskup Lincolnu - 78;

Gilbert  Foliot,  biskup  Londynu  -  79,  papież  Grzegorz  VIII  -  87,  a  następca  jego  na stępcy,

Celestyn III - 92 lata. Wiek XII pozostawił nam pamięć o pew nym stulatku: był nim święty

Gilbert  z  Sempringham,  założyciel  zakonu  gilbertynów,  urodzony  w  1083,  zmarły  w  1189

roku!

Jak  widać,  w  kręgach  arystokratycznych  ludzie  nierzadko  przekra czali

sześćdziesiątkę, a życie po siedemdziesiątce nie uchodziło za zjawi sko wyjątkowe. Dlatego

zapewne  anonimowy  autor  opowieści  o  śmierci  króla  Artura  -  La  mort  le  roi  Artu  -  chcąc

podkreślić sędziwy wiek swego bohatera, przypisuje mu nie 70 ani 75, lecz 92 lata.

Trzeba  wszakże  przyznać,  że  długowieczność  jest  przywilejem  pew nych  warstw

społecznych.  Wśród  pospólstwa  szansa  przeżycia  zmniejsza  się  wskutek  klęsk  głodowych  i

pomorów,  a  w  niektórych  okolicach  wsku tek  chorób  endemicznych.  Wielu  poetów,  jak

między  innymi  Helinant  de  Froidmont,  zastanawia  się  nad  krótkością  dni  człowieka  na

ziemskim pa dole:

O, Śmierci, co znienacka chwyta tych, co długo żyć myśleli [...]

O, Śmierci, której nigdy się nie sprzykrzy ściągać z wysokości [...]

Często syna przed ojcem zabierasz i kwiat zrywasz,

A pozostawiasz owoc [...]

W dwudziestym ósmym czy trzydziestym roku, w pełni młodości

Porywasz tego, kto mniemał, że właśnie rozkwita [...]

2 Rytm czasu

Człowiek świecki nie był zdolny ocenić dokładnie czasu. Rzeczy od ległe (na przykład

data własnego urodzenia) zacierały się w jego pamięci, nie potrafił też sięgać w przyszłość,

by ją wykorzystać w swoich planach. Wyruszając na pielgrzymkę albo w dłuższą podróż nie

umiał przewidzieć, kiedy wróci i co będzie robił po powrocie. Bohaterowie Okrągłego Stołu

często  tak  właśnie  wyruszali  na  poszukiwanie  przygód,  nie  wspominając  o  terminie  czy

zamiarze  powrotu.  Z  nielicznymi  wyjątkami  kronikarze  i  powieściopisarze  nie  dbają  o

ścisłość dat i chronologii, poprzestając na takich mglistych formułkach, jak “za króla Henryka

II",  “około  Zielo nych  Świątek",  “gdy  się  dni  wydłużać  zaczynały",  albo  też  po  prostu

background image

13

przyjmują za punkt odniesienia jakieś zdarzenie niezwykłe, wyróżniające się w potoku dni.

W  praktyce  określa  się  datę  zdarzenia  w  odniesieniu  do  uroczystych  świąt  lub  do  innych

zdarzeń, które ze względu na swoją doniosłość utkwiły w pamięci.

Średniowieczna  umysłowość  zdaje  się  szczególnie  uczulona  na  regu larny  cykl  dni,

świąt, pór roku, wieczne oczekiwanie i wieczne rozpoczy nanie od początku, a jednocześnie

powolne, nieubłagane starzenie się. Wszystko jest v, ruchu i zarazem w zawieszeniu. Stąd w

literaturze i sztu ce takie tematy jak “pochwała minionego czasu" (świat się starzeje, nie jest

już  tym,  czym  był  niegdyś;  gdzie  się  podziały  niegdysiejsze  radości,  cnoty  i  bogactwa  lub

“koło  Fortuny"  (wszystko  zawsze  wraca  na  swo je  miejsc,  każdy  z  nas  widzi,  jak  jego  los

opada, wznosi się i znowu opa da po cóż się wysilać aby zmienić bieg rzeczy?).

Ta tradycyjna rezygnacja prawdopodobnie wynika z tego, że czło wiek średniowiecza -

rycerz  czy  chłop  -  zna  pojęcie  czasu  jedynie  z  konkretnego  doświadczenia.  Refleksja

intelektualna  i  ścisłe  obliczenia  stanowią  wyłączny  przywilej  garstki  duchownych.  Inni,

wszyscy  inni,  wiedzą  tylko,  że  dni  się  przeplatają  z  nocami,  zima  z  latem.  Żyją  czasem

przyrody,  któremu  rytm  nadają  coroczne  roboty  w  polu,  terminy  danin  i  opłat  należnych

seniorowi.  Na  portalach  wielkich  katedr  w  Amiens,  Chartres,  Paryżu,  Reims,  Saint-Denis,

Senlis,  a  w  Anglii  zwłaszcza  na  chrzcielnicach  -  rzeźbiarze  często  przedstawiali  kalendarz

życia wiej skiego; każdy miesiąc jest zilustrowany charakterystyczną dla niego scen ką, a więc

styczeń  to  czas  świąt  i  uciech  stołu,  luty  przynosi  odpoczynek  przy  domowym  ognisku,

marzec  wymaga  wznowienia  pracy  na  roli,  prze kopywania  ziemi  i  przycinania  winorośli;

kwiecień jest najpiękniejszym miesiącem roku, porą odnowy, i bywa przedstawiany w postaci

dziew czyny z naręczem kwiatów; maj to miesiąc wielkiego pana, który wtedy na wspaniałym

koniu rusza na polowanie lub na wojnę; czerwiec to czas sianokosów, a lipiec - żniw; sierpień

-  młócki,  wrzesień  i  paździer nik  -  winobrania,  a  pod  koniec  tego  okresu  także  siewów;  w

listopadzie przygotowuje się zapas drew na zimę i prowadzi się do dąbrowy wieprz ka, aby się

utuczył żołędziami, zanim będzie zarżnięty w grudniu, przed styczniowymi ucztami.

Czas krótki: dzień

Rytm dnia zależy przede wszystkim od słońca, dni są w lecie długie, a zimą krótkie.

W  osiedlach  ułatwiają  rachubę  czasu  dzwony  klasztoru  wzywające  mniej  więcej  co  trzy

godziny na modlitwy: o północy na jutrz nię, około trzeciej na laudes, około szóstej na prymę,

około dziewiątej na tercję, a w południe na sekstę, około piętnastej na nonę, około siedemna-

background image

14

stej na nieszpory i około dwudziestej pierwszej - na kompletę. Co praw da, nie wszystkie te

godziny  kanoniczne  są  równej  długości,  wahają  się,  zależnie  od  szerokości  geograficznej,

pory roku i skrupulatności dzwon nika. Zwłaszcza godzina nieszporów była niestała, w Anglii

zaś  dzwo niono  wcześniej  niż  na  kontynencie  na  tercję,  sekstę  i  nonę  (i  to  tak,  że  w  końcu

noon w języku angielskim oznacza południe).

Jak mierzono upływ czasu? W niektórych klasztorach były zegary wodne, podobne do

starożytnych  klepsydr,  złożone  z  dwóch  pionowo  ze stawionych  naczyń,  przy  czym  woda  z

górnego  kapie  kropla  po  kropli  do  dolnego;  dana  ilość  płynu  wymaga  zawsze  tego  samego

czasu,  aby  prze lać  się  z  jednego  naczynia  do  drugiego.  Ale  ten  przyrząd,  delikatny  i

skomplikowany,  nie  był  bardzo  rozpowszechniony.  Chętniej  posługiwa no  się  zegarem

słonecznym, a do mierzenia krótszych okresów czasu  piaskowym, podobnym, mimo różnicy

w rozmiarach, do prostego przyrzą du, którego po dziś dzień używają gospodynie w swoich

kuchniach. W no cy zakonnik pełniący obowiązki dzwonnika orientował się według po zycji

gwiazd albo długości wypalonej świeczki. Z tekstów wiemy, że w ciągu nocy zużywały się

trzy  świece,  dzielono  więc  noc  na  trzy  części,  nazywając  je  pierwszą,  drugą  i  trzecią

świeczką. Dzwonnik mógł też z grubsza liczyć godziny według liczby przeczytanych stronic,

odmówio nych pacierzy lub psalmów.

Sposób spędzania dnia jest oczywiście różny, zależnie od regionu, pory roku i pozycji

społecznej. Można wszakże zauważyć pewne wspólne reguły. Wstawano na ogół wcześnie,

bo wraz ze świtem rozpoczynały się codzienne czynności, a trzeba było przedtem umyć się,

ubrać,  odmó wić  pacierz  lub  wysłuchać  mszy  świętej.  Mało  kto  zaraz  po  wstaniu  z  łóż ka

zasiadał  do  stołu,  gdyż  praktyki  religijne  wymagały,  by  je  wypełniać  na  czczo.  Śniadanie,

pierwszy  z  trzech  codziennych  posiłków,  jadano  więc  stosunkowo  późno,  w  porze  tercji;

dzielił on przedpołudnie na dwie mniej więcej równe części. Drugi, bardziej obfity posiłek,

obiad, wypadał mię dzy sekstą a noną. Po nim następowała chwila odpoczynku, drzemka lub

lektura,  przechadzka  lub  jakieś  gry.  W  porze,  którą  my  określilibyśmy  jako  połowę

popołudnia,  każdy  wracał  do  swoich  obowiązków  i  zajmował  się  nimi  do  zachodu  słońca.

Zimą  ta  część  dnia  była  stosunkowo  krótka.  Do  kolacji  siadano  między  nieszporami  a

kompletą  i  ten  posiłek  trwał  dłu żej  niż  dwa  poprzednie.  Potem  niekiedy  czuwano  jeszcze

przez czas jakiś, lecz - z wyjątkiem wigilii Bożego Narodzenia - niezbyt długo. W XII wieku

ludzie  wcześnie  chodzili  spać.  Oświetlenie  -  świeca  łojowa  lub  woskowa,  lampka  oliwna  -

kosztowało  drogo  i  nie  było  bezpieczne,  a  noc  zawsze  budziła  mniejsze  lub  większe

background image

15

niepokoje: to w nocy wybuchały pożary, czyhały zdrady i nadprzyrodzone strachy. Przepisy

prawne wszę dzie zakazywały jakiejkolwiek pracy po zapadnięciu ciemności i surowo karały

za przestępstwa czy wykroczenia popełniane między zachodem a wschodem słońca.

Czas długi: rok i kalendarz

Z datami było tak samo jak z godzinami: wszyscy słuchali dyktanda Kościoła. Cykl

roku wynikał z kalendarza liturgicznego, w którym głów ne akcenty padały na adwent, Wielki

Post  i  najważniejsze  święta:  Boże  Narodzenie,  Wielkanoc,  Wniebowstąpienie,  Zielone

Świątki  i  dzień  Wszy stkich  Świętych.  Wniebowzięcie  Matki  Boskiej  (15  sierpnia)  zaczęto

świę tować dopiero w połowie XIII wieku. Datę Bożego Narodzenia wyznaczył ostatecznie na

dzień 25 grudnia sobór nicejski w 325 roku, a dopiero w VII wieku ustalono 1 listopada jako

dzień Wszystkich Świętych. Trzy po zostałe wielkie święta są ruchome. Pierwszym zadaniem

rachmistrzów było obliczenie daty Wielkanocy, którą od VI wieku postanowiono ob chodzić

w  pierwszą  niedzielę  po  pełni  księżyca  następującej  po  21  marca  (w  praktyce  zasada  ta

wahała się nieco aż do końca VIII wieku). Tak też oblicza się ją po dziś dzień. Podobnie jak

w średniowieczu, Wielkanoc w naszych czasach może więc przypaść najwcześniej 22 marca,

a  najpóź niej  25  kwietnia.  Wniebowstąpienie  święci  się  w  czterdzieści,  a  Zesłanie  Ducha

Świętego w pięćdziesiąt dni po Zmartwychwstaniu.

Rok  kościelny  zaczyna  się  w  pierwszą  niedzielę  adwentu,  lecz  z  ro kiem  świeckim

było i jest inaczej. Zrazu ta data była w różnych krajach różna. W Anglii za początek roku

przyjmowano dzień 25 grudnia, później jednak kancelaria episkopalna i królewska przesunęły

go  stopniowo  aż  do  25  marca,  na  święto  Zwiastowania,  i  ten  zwyczaj  przeważał  od  końca

XIII wieku aż do 1751 roku. We Francji zwyczaje różniły się w poszcze gólnych jednostkach

administracyjnych. Nawet w miastach dość blisko siebie położonych rok zaczynał się kiedy

indziej,  a  więc  w  Beauvais  25  grudnia,  w  Reims  25  marca,  w  Paryżu  w  Niedzielę

Wielkanocną,  w  Meaux  22  lipca  (dzień  świętej  Marii  Magdaleny).  Nie  wdając  się  w

szczegóły powiedzmy, że najczęściej za początek roku uznawano Boże Narodzenie (regiony

zachodnie  i  południowe),  Zwiastowanie  (Normandia,  Poitou,  część  środkowej  i  wschodniej

Francji), Wielkanoc (Flandria, Ar tois, domena królewska).

Ta ostatnia data, że względu na swoją ruchomość, była szczególnie niedogodna. Dla

kancelarii królów Francji rok zaczynał się w Niedzielę Wielkanocną, toteż w pewnych latach

zawarte w nim były prawie pełne dwa kwietnie, gdy w innych latach miesiąc ten skracał się

background image

16

do  połowy.  Na  przykład  1209  rok  zaczął  się  29  marca,  a  skończył  niemal  w  trzyna ście

miesięcy potem, 17 kwietnia, czyli że kwiecień w tym roku liczył 47 dni w dwóch częściach,

30 w pierwszej i 17 w drugiej, natomiast w roku 1213, zaczętym 14 kwietnia i zakończonym

29 marca, zmieściło się zaledwie szesnaście dni kwietnia.

W  aktach  i  kronikach  nie  zawsze  oznaczano  rok  licząc  od  narodzenia  Chrystusa.

Niekiedy  wybierano  raczej  takie  formuły  jak:  “w  tym  a  tym  roku  panowania  naszego  króla

(naszego  hrabiego)  (...)  albo:  gdy  nasz  król  (nasz  hrabia)  panował  od  tylu  a  tylu  lat."  Poza

tym, chociaż nazwy mie sięcy brzmiały tak samo jak dzisiaj, dni oznaczano rozmaicie: weźmy

dla  przykładu  28  września.  Czasem  pisano:  “dwudziestego  ósmego  dnia  wrześ nia",  czasem

“na trzy dni przed końcem września" lub “trzeciego dnia od końca września", a czasem “na

cztery dni przed kalendami paździer nika", lecz najczęściej: “w wigilię świętego Michała".

Dla  ogromnej  bowiem  większości  ludzi  święta  liturgiczne  i  dni  świę tych  patronów

stanowiły  jedyne  punkty  orientacyjne  roku.  Wynikały  z  tego  niekiedy  nieporozumienia.

Mogło  się  zdarzyć,  że  w  dwóch  sąsiadu jących  ze  sobą  diecezjach  daty  świąt  tych  samych

patronów  były  różne.  Niektórzy  zaś  święci  powszechnie  czczeni  mieli  nie  jeden,  lecz  kilka

swoich dni w roku. Obchodzono rocznicę ich urodzin, nawrócenia, mę czeństwa, znalezienia

lub  przeniesienia  relikwii.  Na  przykład  świętego  Marcina  czczono  co  najmniej  trzy  razy  w

roku:  4  lipca  (święty  Marcin  letni)  -  na  pamiątkę  jego  święceń  kapłańskich,  11  listopada

(święty Mar cin zimowy) - dzień jego pogrzebu i 13 grudnia - w rocznicę przenie sienia jego

relikwii  z  Auxerre  do  Tours.  Inne  zwyczaje  jeszcze  dobitniej  świadczą  o  wpływie  życia

religijnego  na  kalendarz:  w  pewnych  porach  roku  dni  tygodnia  określano  według  tematu

ewangelii czytanej tego dnia w kościele, a więc czwartek w drugim tygodniu postu nazywano

“złym bo gaczem", piątek - “robotnikami winnicy", a sobotę “jawnogrzesznicą".

Lecz te problemy kalendarza należą do duchownych. Możni panowie i rycerze, chłopi

wolni  i  niewolni,  mieszkańcy  miasteczek  i  miast  wcale  się  na  tym  nie  znają.  Bardziej  ich

interesują  terminy  sesji  sądowych  i  zgromadzeń  feudalnych,  uroczystych  pasowań  i  innych

rycerskich  cere monii  (Wielkanoc,  Zielone  Świątki),  a  także  płacenia  danin  (Wszystkich

Świętych,  Matki  Boskiej  Gromnicznej),  otwarcia  jarmarków  czy  targów.  Odczuwają  rytm

niedziel  i  niezliczonych  świętowanych  dni,  powracają cych  regularnie  wielkich  świąt

religijnych i związanych z nimi uciech, lecz bardziej jeszcze są wrażliwi na cykl pór roku, na

czas przyrody: dla wszystkich są dni piękne i dni brzydkie.

background image

17

Rozdział drugi

Społeczeństwo feudalne i społeczeństwo rycerskie

Nie sposób w kilku zdaniach opisać struktur społecznych w wieku XII i w początkach

wieku  XIII.  Jest  to  temat  ogromny,  a  niektóre  jego  aspekty,  na  przykład  stosunek  między

szlachtą a rycerstwem, należą do najbardziej kontrowersyjnych dziedzin dzisiejszych studiów

nad  historią  średniowiecza.  Pierwsza  połowa  XII  wieku  to  rzeczywiście  zenit  tego,  co

nazywamy społeczeństwem feudalnym, lecz w ostatnich dekadach tego stulecia i pierwszych

następnego  zaznacza  się  już  jego  powolny,  ale  nie ubłagany  zmierzch.  Pomiędzy  dwiema

datami,  które  wybraliśmy  jako  punkty  graniczne  tematu  tej  książki,  obserwujemy

przyspieszenie zmian społecznych decydujących o dalszych losach Europy Zachodniej, lecz

nie tu miejsce na szersze ich omawianie. Spróbujmy po prostu naszkicować zarysy różnych

kategorii  społecznych,  uwzględniając  szczególnie  te  czyn niki,  które  z  ekonomicznego  i

społeczno-prawnego punktu widzenia wy warły największy wpływ na życie codzienne.

Chodzi  jedynie  o  to,  żeby  ułatwić  zrozumienie  następnych  rozdzia łów,  toteż

świadomie  nadajemy  temu  wykładowi  formę  bardzo  zwięzłą,  nie  kusząc  się  o  wyczerpanie

tematu  ani  też  o  uwzględnienie  wszystkich  subtelności,  zwłaszcza  w  przedstawieniu  różnic

między Francją a An glią.

Ogólna charakterystyka społeczeństwa

Społeczeństwo  XII  wieku  jest  przede  wszystkim  chrześcijańskie.  Aby  do  niego

należeć, choćby tylko formalnie, trzeba być chrześcijaninem. Poganie, żydzi i muzułmanie są

z  niego  wykluczeni,  nawet  jeśli  się  ich  toleruje.  Europa  Zachodnia  żyje  rytmem  wspólnej

wiary. Dobra wielmo żów, miasta, każda jednostka polityczna stanowi raczej cząstkę świata

chrześcijańskiego  niż  określonego  królestwa.  Z  tego  wynika  intensyw ność  wymiany,

elastyczność  granic,  brak  sprecyzowanego  pojęcia  narodu  i  brak  nacjonalizmu;  z  tego  też

wynika uniwersalny charakter nie tylko obyczajów i kultury, lecz również struktur, a nawet

instytucji  społecz nych.  Nie  istnieją  odrębne  społeczeństwa:  francuskie  i  angielskie.  W  Bur-

gundii czy w Kornwalii, w Yorkshire czy w Andegawenii życie toczy się tak samo, tacy sami

są ludzie i takie same sprawy. Jeśli zachodzą jakieś istotne różnice, to tylko te, które dyktuje

background image

18

położenie geograficzne i warunki klimatyczne.

Społeczeństwo  to  jest  zhierarchizowane.  Pod  pewnymi  względami  wydaje  się

anarchiczne (nie ma pojęcia państwa; prawa i pełnomocnic twa. tak jak na przykład prawa do

bicia  monety,  wymierzania  sprawied liwości,  utrzymywania  armii  są  rozproszone  na  liczne

ośrodki władzy), lecz jest zorganizowane wyraźnie wokół dwóch porządkujących je pod staw

ładu: króla i piramidy feudalnej. W epoce, która nas interesuje, król zyskuje pewną przewagę

nad hierarchią feudalną. Tak było w An glii od wstąpienia na tron Henryka II, a we Francji

pod koniec panowa nia Filipa Augusta.

Poza  tym  społeczeństwo  we  wszystkich  swoich  warstwach  przeja wia  tendencję  do

tworzenia grup i zrzeszeń, czy to gildii miejskich, czy cechów rzemieślniczych, lig baronów

czy  gmin  wiejskich.  Jednostki  rzad ko  działają  we  własnym  imieniu,  nigdy  ich  się  nie

wyodrębnia z ich gru py. Ludzie jeszcze się nie dzielą naprawdę na stany, lecz już są w znacz-

nym stopniu zorganizowani w swoich warstwach społecznych.

Jest to już pod wielu względami społeczeństwo prawie klasowe, cho ciaż te klasy nie

grają  jeszcze  wielkiej  roli  w  organizacji  polityczne-praw nej  ani  w  rozdziale  praw  i

obowiązków. Są to klasy bardzo płynne i o twarte (czyż Wilhelm z Owernii, biskup Paryża,

nie był synem niewol nego chłopa?), jednakże mamy do czynienia ze społeczeństwem klaso-

wym.  W  życiu  codziennym  linie  podziału  nie  biegną  między  duchowień stwem,  szlachtą  i

ludem, lecz między możnym bogaczem i biedakiem pozbawionym jakiejkolwiek władzy.

Seniorowie i wasale

Europa feudalna to świat wiejski, w którym o bogactwie decyduje posiadanie ziemi.

Nad  społeczeństwem  dominują  właściciele  ziemscy,  roz porządzający  zarazem  siłą

ekonomiczną  i  polityczną.  Są  to  możni  pano wie.  Feudalizm  to  przede  wszystkim  system

określający  wzajemne  zależ ności  między  nimi.  System  opiera  się  na  dwóch  podstawowych

elemen tach, na zobowiązaniach wasalnych i na nadawaniu lenna.

Wasal to pan mniej lub bardziej słaby, który na skutek zobowiązań lub we własnym

interesie związał się z możniejszym od siebie panem i przyrzekł mu wierność. Związek ten

jest przedmiotem kontraktu usta lającego wzajemne zobowiązania obu stron. Senior przyrzeka

wasalowi opiekę i utrzymanie, obronę od wrogów, poparcie w sądach, światłe ra dy oraz dary

i “szczodrość"; zapewnia mu byt na swoim dworze lub  co częstsze - nadaje mu ziemię, która

wyżywi go wraz z rodziną, to jest lenno. W zamian za to wasal zobowiązuje się wobec swego

background image

19

seniora  do  służby  wojskowej  (której  formę  określa  kontrakt),  uczestniczenia  w  jego

działalności  politycznej  (narady,  poselstwa)  oraz  pomocy  jury stycznej  (pomoc  w

wymierzaniu sprawiedliwości, zasiadanie w sądach senioralnych); niekiedy zobowiązuje się

do  usług  osobistych,  zawsze  do  okazywania  panu  należnego  szacunku,  a  w  niektórych

przypadkach  tak że  do  świadczeń  pieniężnych.  We  Francji  świadczeń  tych  wymaga  się  od

wasala  w  czterech  przypadkach,  mianowicie  gdy  chodzi  o  zapłacenie  okupu,  o  wyprawę

krzyżową, o zamążpójście najstarszej córki i o paso wanie na rycerza najstarszego syna.

Tylko  najwięksi  możnowładcy  zawierają  kontrakty  ze  swymi  wasa lami  na  piśmie.

Zawsze  jednak  towarzyszy  tej  umowie  ceremoniał,  nie mal  identyczny  we  wszystkich

regionach.  Najpierw  wasal  na  klęczkach  wypowiada  formułę  hołdowniczą:  “Staję  się  odtąd

twoim człowiekiem...", potem, już stojąc, z ręką na Ewangelii lub na relikwiarzu, przysięga

swojemu  panu  wierność,  wreszcie  pan  nadaje  mu  lenno,  wręczając  przed miot,  który  jest

symbolem tej łaski (gałązkę, ziele, grudkę ziemi) lub też symbolem użyczonej władzy (berło,

pierścień,  laskę,  rękawicę,  sztan dar,  włócznię).  Przyklękanie,  wymiana  pocałunków,

liturgiczne  gesty  składają  się  na  uroczysty  obrzęd,  jednorazowy  lub  też  powtarzany  w

ustalonych terminach.

Pierwotnie lenno nadawane było danej osobie i tylko dożywotnio, stopniowo wszakże

przyjmowała  się  zasada  dziedziczności,  która  w  koń cu  XII  wieku  stała  się  już  regułą,

zarówno we Francji, jak w Anglii. Gdy lenno przechodziło w inne ręce, senior zadowalał się

pobieraniem opłaty (relief). Często lenna nie przejmował jeden najstarszy syn, lecz dzielono

je  między  kilku  synów  i  w  ten  sposób  pierwotne  włości  ulegały  rozdrobnieniu,  a  wasale

ubożeli.

Wasal bowiem na swoim lennie rozporządza prawami politycznymi i ekonomicznymi

tak,  jakby  był  rzeczywistym  właścicielem  tych  dóbr.  Senior  zachowuje  tylko  prawo

skonfiskowania lenna, jeżeli wasal nie dotrzymuje swoich zobowiązań. Wasal ze swej strony,

jeśli się czuje skrzywdzony przez swego seniora, może, nie oddając nadanej ziemi, wy mówić

mu wierność i odwołać się do suzerena; nazywało się to wyzwa niem (defi).

System feudalny był zbudowany rzeczywiście jak piramida, w któ rej każdy senior był

wasalem  innego,  potężniejszego  seniora.  Miejsce  na  szczycie  zajmował  król,  który  zresztą

starał  się  wydobyć  poza  ten  sy stem.  Na  dole  znajdowali  się  najmniejsi  wasale,  zwani

wasalami  niższe go  stopnia  (vavasseurs);  ich  właśnie  poematy  rycerskie  przedstawiają  jako

wzór wierności, dobrych manier i mądrości. Pomiędzy szczytem a pod stawą mieściła się cała

background image

20

hierarchia  większych  i  mniejszych  baronów,  od  książąt  i  hrabiów  aż  do  właścicieli

najskromniejszych  zamków.  O  potę dze  seniora  decyduje  rozległość  jego  ziemskich  włości,

liczba wasali i roz miary posiadanych przez niego zamków lub zamku.

Włości seniora, ramy życia codziennego

Na włości seniora składa się całość dóbr ziemskich, w których przy sługują mu prawa

właściciela  i  suwerena.  Jest  to  podstawowa  polityczna  i  gospodarcza  jednostka

społeczeństwa, niemal wyłącznie podówczas wiej skiego. Wśród pańskich włości, rozmaitych

rozmiarów  i  form,  typowa  była  kasztelania,  zwykle  niewielka,  dość  jednak  duża,  by

obejmować  kil ka  wiosek  i  posiadać  zamek  obronny  oraz  lenna  niezbędne,  by  dostar czyć

zamkowi  załogi.  Księstwa,  hrabstwa  i  wielkie  lenna  kościelne  były  podzielone  na  pewną

liczbę kasztelanii. Geografię feudalną cechuje ogromne rozczłonkowanie ziemi, gdyż włości

pańskie rzadko były scalone w jednym kawałku. Wynikało to z tego, że właściciel dochodził

do  ma jątku  ziemskiego  rozmaitymi  drogami  (spadek,  kupno,  dary,  zdobycz  wo jenna),  i  z

tego,  że  każda  taka  posiadłość  musiała  sama  produkować  nie mal  wszystko,  czego

potrzebowała.  Wojny  prywatne  często  wybuchały  dlatego,  że  któryś  z  panów  pragnął

połączyć w całość dwie swoje ziemie rozdzielone włościami sąsiada.

Pomijając  małe  lenna,  które  pan  nadawał  swoim  żołnierzom,  włości  dzieliły  się  na

dwie  części:  gospodarstwa  chłopskie  i  rezerwę  pańską.  Go spodarstwa  chłopskie  to  małe

działki  ziemi,  wydzierżawione  przez  pana  chłopom  w  zamian  za  część  plonów  (zapłata  w

naturze  lub  w  pieniądzach,  zależnie  od  zwyczajów  niezmiernie  zróżnicowanych  w  różnych

regio nach)  i  za  odrobek  na  ziemiach  pańskich;  robocizny  polegały  na  przymu sowej  pracy

przy  sianokosach,  winobraniu,  szarwarkach.  Rezerwą  pań ską  nazywa  się  część  włości

eksploatowana  bezpośrednio  przez  pana.  Na leżą  do  niej:  zamek  wraz  z  przyległościami,

ziemie  orne  uprawiane  przez  niewolną  ludność  lub  przez  chłopów  zobowiązanych  do

świadczenia  robo cizny  oraz  pastwiska,  lasy  i  rzeki,  z  których  wszyscy  mieszkańcy  włoś ci

mają prawo czerpać mniejsze lub większe pożytki.

Na  całym  obszarze  swoich  włości,  zarówno  na  części  wydzierżawio nej

czynszownikom, jak na rezerwie pańskiej, pan reprezentuje władzę publiczną: sprawuje sądy,

pilnuje porządku i zapewnia obronę militarną. Z tą władzą zarządzania łączy, jako właściciel,

władzę gospodarczą, po biera opłaty od wszelkiej działalności handlowej (za przejazd drogą

background image

21

lub  mostem,  za  transakcje  dokonywane  na  targowiskach  i  jarmarkach);  poza  tym  jest

właścicielem różnych warsztatów i środków produkcji (kuźnia, młyn, tłocznia do wina, piec

piekarski), z których mieszkańcy włości o bowiązani są korzystać za określoną zapłatą. Ten

monopol, zwany bana lite, rozciąga się także na zwierzęta: niektórzy panowie wymagają, żeby

chłopi  pod  groźbą  ciężkiej  grzywny  przyprowadzali  swoje  krowy  i  macio ry  do  pańskiego

byka czy knura.

Chłopi niewolni i wolni

Chłopi uprawiający wydzierżawioną im przez pana ziemię dzielili się na dwie grupy

mające różny status prawny, na chłopów wolnych i niewolnych.

Pierwsi  cieszyli  się  całkowitą  wolnością  osobistą;  politycznie  byli  zależni  od  pana,

lecz mieli swobodę poruszania się, mogli mieszkać, gdzie chcieli, a nawet niekiedy zmieniać

pana. Drudzy, przeciwnie, byli przy wiązani na stale do swojej działki, ograniczeni w prawach

i obciążeni powinnościami. Płacili większe podatki niż chłopi wolni, nie mogli świad czyć w

sądzie w sprawach wolnych ludzi, wstępować do stanu duchow nego, korzystać w pełni z dóbr

wspólnych.  Status  niewolnego  chłopa  nie  ma  jednak  nic  wspólnego  z  niewolnictwem

panującym  w  świecie  sta rożytnym.  Średniowieczny  chłop  niewolny  ma  w  pewnym  stopniu

osobo wość  prawną,  może  posiadać  jakąś  własność  dziedziczną.  Pan  winien  mu  jest

sprawiedliwość i obronę, nie może go bić ani zabić, ani też sprzedać.

Niewolni  chłopi  byli  rzadkością  w  niektórych  regionach  (Bretania,  Normandia,

Andegawenia), bardzo natomiast często spotykamy ich w innych, gdzie niemal cała ludność

chłopska  należała  do  tej  kategorii  (Szam pania,  Nivernais).  Warunki  ludności  niewolnej

bardzo się też różniły w poszczególnych lennach i włościach. Na ogół pod koniec XII wieku

róż nica  między  wolnymi  a  niewolnymi  chłopami  była  niewielka.  Jedni  i  dru dzy  żyli  na  co

dzień  tak  samo;  zaznacza  się  tendencja  do  łączenia  obu  grup  w  jedną  kategorię  społeczną

ludzi,  którym  się  narzuca  ogranicze nia  i  powinności  obowiązujące  początkowo  tylko

niewolnych:  podatek,  zwany  przedślubnym,  płacony  przez  chłopa,  jeśli  bierze  za  żonę

poddan kę innego pana; opłata “martwej ręki", obowiązująca przy obejmowaniu dzierżawy w

spadku  po  rodzicach.  Różnice  wynikały  raczej  z  sytuacji  ekonomicznej  niż  ze  statusu

społecznego. Chłopstwo nie dzieliło się w praktyce na wolnych i niewolnych, lecz raczej na

zamożnych rolników, posiadających inwentarz żywy i narzędzia pracy, i na hołyszów, którym

za cały majątek muszą wystarczyć dwie ręce i odwaga. Wszędzie też spotykało się wolnych

chłopów cierpiących nędzę i niewolnych cieszą cych się względnym dostatkiem.

background image

22

Klasa chłopska ma bowiem już wtedy swoich notablów, którzy słu żąc panu stają się

jego  “ministeriałami",  czyli  urzędnikami,  a  także  in nych,  którzy  wbrew  pańskiemu

despotyzmowi  kierują  wspólnotą  wiej ską.  Ta  wspólnota,  złożona  z  ogółu  ojców  rodzin,

odgrywa ważną rolę w życiu wsi: zarządza ziemią i stadem należącym do gminy, rozstrzyga o

płodozmianie,  rozkłada  na  poszczególnych  chłopów  ciężar  podatku,  zwanego  taille,

ściąganego przez pana od wszystkich mieszkańców wło ści należących do niższego stanu.

Ludność miejska

Miasta  często  były  po  prostu  wielkimi  wsiami.  Jednakże  od  wieku  XI  można

zaobserwować  w  całej  Europie  Zachodniej  niewątpliwy  roz kwit  urbanistyczny,  związany  z

ożywieniem ruchu handlowego, rozwojem rzemiosł, a nawet pewnych form przemysłu, oraz

mnożeniem  się  stowarzyszeń  zawodowych  i  municypalnych.  Miasta  przyciągają  nową

ludność, rosną i poszerzają swoje mury. Mieszkańcy miast coraz bardziej niechętnie znoszą

władzę  panów  i  swoją  zależność  od  nich.  Niezadowo lenie  to  prowadzi  do  buntów,

określanych jako “ruchy komunalne"; ich przebieg i forma bywały w różnych miastach różne,

zawsze jednak cho dziło o to samo, o uzyskanie przemocą lub w drodze ugody przywilejów,

swobód,  praw  do  samorządu,  spisanych  w  karcie  praw  komunalnych  (charte  de  commune).

Toteż miasta coraz wyraźniej odcinają się od tła całego kraju. Dzięki uzyskanym swobodom

wyłamują  się  z  systemu  feu dalnego.  W  organizacji  i  statutach  miast  widać  nieskończoną

różnorod ność,  lecz  gdy  sytuacja  polityczna  rozwija  się  rozmaicie,  ewolucja  spo łeczna  jest

wszędzie niemal identyczna.

Kupcy  i  rzemieślnicy  zrzeszają  się  we  wspólnotach  zawodowych  (póź niejszych

cechach), które wywierają coraz silniejszy wpływ na życie mia sta. Ustanawiając monopole,

wyznaczając  płace  i  godziny  pracy  oraz  wa runki  przyjmowania  do  zawodu,  tłumiąc  bunty,

kontrolując jakość towa rów, surowo karząc oszustwa i złą robotę, zrzeszenia te w końcu nie

tylko  całkowicie  kierują  handlem  i  produkcją,  lecz  ujmują  w  swoje  ręce  administrację

miejską.  I  tak  samo  jak  na  wsi,  hierarchia  nie  opiera  się  tu  na  statusie  prawnym,  lecz  na

kryteriach  ekonomicznych:  są  bogaci  i  są  biedni.  Z  jednej  strony  patrycjat,  majętni  kupcy,

mistrzowie  rze miosł,  właściciele  rent  dzierżą  władzę  polityczną,  wyznaczają  i  zbierają

podatki,  posiadają  domy  i  ziemie,  z  których  czerpią  dochody  pobierając  czynsze;  z  drugiej

strony pospólstwo, drobni rzemieślnicy, robotnicy, ter minatorzy, czeladnicy, biedacy różnego

autoramentu,  którzy,  jak  tkacz ki  wyzwolone  przez  Iwena  w  romansie  Chretiena  de  Troyes

background image

23

Rycerz z lwem, skarżą się na swój los:

“Zawsze tkać będziemy jedwabie, lecz same nigdy nie będziemy le piej przyodziane. Zawsze

będziemy biedne i nagie, zawsze nas będzie dręczył głód i pragnienie. Nigdy nie będzie nas

stać na lepszą strawę [...) Kto zarabia dwadzieścia su tygodniowo, nigdy się nie wydobędzie z

nę dzy  [...),  a  gdy  my  cierpimy  niedostatek,  ten,  dla  którego  pracujemy,  bogaci  się  naszym

trudem [...)”

Duchowieństwo

Środowisko duchownych było niezmiernie zróżnicowane, a granice spomiędzy nim a

światem ludzi świeckich niekiedy się zacierały. Duchow nym nazywano każdego mężczyznę,

który  otrzymał  już  pierwsze  z  niż szych  święceń,  miał  wystrzyżoną  tonsurę  i  nosił  długie

szaty,  wyróżniające  duchownych.  Był  to  status  dość  elastyczny  i  liczne  pośrednie  stop nie

dzieliły  ludzi  świeckich  od  członków  prawdziwego  duchowieństwa.  Status  duchownego

zdawał  się  bardzo  pożądany,  przynosił  bowiem  wiele  poważnych  przywilejów.  Duchowny

podlegał  wyłącznie  sądom  koś cielnym,  łagodniejszym  od  sądownictwa  świeckiego.  Stan

duchowny  zwal niał  od  służby  wojskowej  i  od  większości  podatków  ściąganych  przez  se-

niorów. Osoby duchowne oraz ich mienie cieszyły się specjalną opieką, o beneficja kościelne

były  zastrzeżone  tylko  dla  nich.  W  zamian  za  to  nie  wolno  im  się  było  mieszać  do  spraw

świeckich, a zwłaszcza parać się handlem. Ci, którzy otrzymali wyższe święcenia, nie mieli

prawa  się  żenić,  a  jeśli  złożyli  zakonne  śluby  ubóstwa,  tracili  prawa  do  spuścizny  po

rodzicach.

Duchowni piastujący urząd kościelny korzystali ze związanych z nim dóbr i mieli się

utrzymywać  z  płynących  stąd  dochodów:  były  to  bene ficja.  Odróżniano  beneficja  mniejsze

(probostwa, przeorstwa, kanonikaty) od beneficjów większych (arcybiskupstwa, biskupstwa,

opactwa).  Zarów no  we  Francji,  jak  w  Anglii  Kościół  należał  do  najbogatszych  właścicieli

ziemskich  królestwa  i  nadawał  część  swoich  dóbr  tym,  którzy  mu  służyli.  Wielkość

beneficjum zależała od wagi pełnionych funkcji.

Biskupa zazwyczaj wybierali księża należący do kapituły kościoła katedralnego, czyli

kanonicy. Niekiedy zasięgano opinii wiernych, czę sto wszakże któryś z możnych panów, król

albo  papież,  narzucał  swo jego  kandydata.  Pod  koniec  XII  wieku  biskupi  stawali  się  coraz

bardziej  zależni  od  Stolicy  Apostolskiej,  która  dążyła  do  ograniczenia  ich  wła dzy

background image

24

sądowniczej i kontrolowała sposób, w jaki zarządzali swoimi diece zjami. Innocenty III zwykł

nawet wzywać każdego biskupa do Rzymu co najmniej raz na cztery lata.

Arcybiskupowi  podlegało  biskupstwo  metropolitalne.  We  Francji  ów czesnej  było

osiem  takich  archidiecezji  (Rouen,  Reims,  Sens,  Tours,  Bor deaux,  Bourges,  Narbonne  i

Auch), w Anglii tylko dwie (Canterbury i York). Arcybiskup był ważną osobistością, którą

zarówno papież, jak król, każdy na swoją rękę, usiłował jak najściślej kontrolować. Dlatego

często dochodziło do konfliktów z okazji nominacji takiego księcia Koś cioła, jak na przykład

trwający  sześć  lat  (1207-1213)  konflikt  między  Janem  Bez  Ziemi  a  Innocentym  III,  gdy

papież  ten  mianował  arcybi skupem  Canterbury,  a  tym  samym  prymasem  Anglii,  swojego

przyjaciela Stephena Langtona zamiast królewskiego kandydata.

W  obrębie  swojej  diecezji  biskup  sam  rozstrzygał  o  przydziale  mniej szych

beneficjów. Jednakże panowie zachowali prawa do wysuwania kan dydatów na proboszczów

w  kościołach  przez  siebie  fundowanych.  Jeżeli  kandydat  odpowiadał  warunkom

kanonicznym,  biskup  go  zazwyczaj  za twierdzał,  lecz  i  w  takich  sprawach  zdarzały  się

konflikty i nadużycia.

Olbrzymią  większość  duchowieństwa  stanowili  księża  obsługujący  parafie  wiejskie.  Byli  to

na ogół ludzie miejscowi, lecz nie zawsze nie skazitelni. Z reguły ksiądz miał się utrzymywać

z dochodów, jakie da wało mu jego beneficjum, obowiązany był bezpłatnie odprawiać nabo-

żeństwa i udzielać sakramentów. Wszędzie wszakże pleniła się symonia; opłaty za chrzty i

pogrzeby  były  niemal  uznaną  praktyką.  Ponadto  nie  zawsze  przestrzegano  obowiązującego

celibatu.  W  niektórych  parafiach  proboszczowie  jawnie  żyli  z  konkubinami  lub  legalnymi

żonami,  jeśli  się  godzi  tak  je  nazwać.  Nie  należy  jednak  mówiąc  o  tych  praktykach  prze-

sadzać;  w  wielu  okolicach  zaniechano  ich  pod  wpływem  reformatorskiej  działalności

wyższego  duchowieństwa.  Wprawdzie  literatura  roi  się  od  przykładów  księży  chciwych,

wyniosłych i rozpustnych, wprawdzie nurt antyklerykalizmu płynie przez całe średniowiecze i

nabiera coraz więk szej agresywności, lecz wcale nie jest dowiedzione, że złych księży było

więcej niż dobrych.

Rycerstwo

Instytucja  rycerstwa  zaszczepiona  została  na  pniu  systemu  feudal nego  około  roku

1000.  Formalnie  rycerzem  jest  każdy  mężczyzna  para jący  się  wojennym  rzemiosłem,  który

przeszedł  specjalną  ceremonię  wta jemniczenia,  zwaną  pasowaniem.  Jednakże  to  nie

background image

25

wystarczało: należało poza tym przestrzegać pewnych reguł i prowadzić określony tryb życia.

Rycerze nie tworzyli więc prawnie zdefiniowanej klasy, lecz kategorię społeczną, skupiającą

ludzi wyspecjalizowanych w walce konnej - w je dynym aż do końca XIII wieku skutecznym

sposobie  walki  -  i  posiada jących  dostateczne  środki,  aby  prowadzić  szczególny  tryb  życia

obowią zujący rycerzy.

Teoretycznie może należeć do rycerstwa każdy mężczyzna ochrzczo ny; każdy rycerz

ma bowiem prawo pasować na rycerza człowieka, któ rego uznał za godnego tego zaszczytu,

bez  względu  na  pochodzenie  i  po zycję  społeczną.  Epickie  poematy  -  chansons  de  geste  -

dostarczają  przykładów  pasowania  na  rycerzy  mężczyzn  pochodzących  z  ludu  (chło pa,

drwala,  świniopasa,  kupca,  żonglera,  kucharza,  odźwiernego  itp.)4  w  nagrodę  za

wyświadczone bohaterowi przysługi. Niekiedy zaszczyt ten spotyka nawet ludzi niewolnych.

Tak więc w poemacie Ami et Amile dwaj słudzy, którzy dochowali wierności swojemu panu

dotkniętemu trą dem, otrzymują z jego rąk godność rycerską.

“Hrabia  Ami  [...]  nie  zapomniał  wówczas  o  swoich  dwóch  dobrych  sługach  i  obu

pasował na rycerzy tego samego dnia, w którym został uzdrowiony."

W  rzeczywistości  wyglądało  to  inaczej  niż  w  literaturze.  Od  połowy  XII  wieku

rycerstwo  rekrutuje  się  niemal  wyłącznie  spośród  synów  ry cerzy  i  tworzy  tym  sposobem

warstwę dziedziczną. Pasowania ludzi Z gminu stały się zdarzeniami wyjątkowymi, a może

całkowicie zniknęły. Złożyły się na to dwie przyczyny. Po pierwsze, procedura kooptacji pro-

wadziła  nieuchronnie  do  opanowania  przez  jedną  klasę,  a  mianowicie  a rystokrację

ziemiańską,  tej  instytucji,  której  nie  określały  żadne  prze pisy  prawa.  Druga  i  zapewne

ważniejsza przyczyna łączy się z imperaty wami społeczno-ekonomicznymi: koń, rynsztunek

wojenny,  ceremonia  pa sowania  i  towarzyszące  jej  festyny  kosztowały  drogo.  Żeby  sobie

pozwo lić  na  życie  bezczynne,  wypełnione  rozrywkami,  rycerz  musiał  mieć  od powiedni

majątek,  a  w  tych  czasach  mógł  to  być  tylko  majątek  ziemski.  Zawód  rycerski  przynosił

jedynie chwałę i zaszczyty, wypadało więc żyć albo ze szczodrobliwości bogatego i możnego

pana (o co było łatwo w po czątkach XII wieku, lecz dużo trudniej w sto lat potem), albo z

docho dów  przynoszonych  przez  dziedziczne  dobra.  Wielu  oczywiście  wolało  choćby

najskromniejsze  lenno  niż  stałą  zależność  od  łaski  pańskiej  i  mieszkanie  pod  pańskim

dachem.

Około  roku  1200  rycerze  rekrutowali  się  przeważnie  z  warstwy  lu dzi  szlachetnie

urodzonych i ich potomstwa. We Francji zjawisko to występuje tak wyraźnie w ciągu całego

background image

26

wieku  XIII,  że  stopniowo  przynależność  do  rycerstwa  przestaje  uchodzić  za  osiągnięcie

jednostki,  lecz  zmienia  się  w  dziedziczny  przywilej  zastrzeżony  dla  warstw  szlachetnie

urodzonych. Rycerstwo i możni złączyli się w jedną kategorię.

Życie rycerskie

Rycerstwo  było  przede  wszystkim  określonym  sposobem  życia.  Wy magało  to

specjalnego  przygotowania,  uroczystej  inicjacji,  oddawania  się  innym  zajęciom  niż  ludzie

spoza tego kręgu. Literatura epicka i dwor ska odmalowuje obraz rycerstwa szczegółowo, lecz

zapewne złudnie, ze względu na swój charakter ideologicznie tradycjonalny, trzeba więc ten

wizerunek  korygować,  sięgając  do  pamiętników,  dokumentów  dyploma tycznych  i  odkryć

archeologicznych.

Życie przyszłego rycerza zaczynało się od długiego i trudnego ter minowania, najpierw

w ojcowskim zamku, potem, od dziesiątego czy dwunastego roku życia, pod okiem bogatego

ojca  chrzestnego  lub  moż nego  protektora.  W  pierwszym  okresie  wychowania  rodzinnego  i

indy widualnego  trzeba  było  sobie  przyswoić  podstawowe  umiejętności  jazdy  konnej,

polowania  i  władania  bronią.  W  drugim  okresie,  dłuższym  i  zmie rzającym  do  większego

wyspecjalizowania,  dokonywało  się  prawdziwe  wtajemniczenie  zawodowe,  przeznaczone

tylko  dla  rycerzy.  Na  tym  eta pie  nauka  odbywała  się  zbiorowo.  Na  wszystkich  bowiem

stopniach  pi ramidy  feudalnej  każdy  dwór  pański  był  niejako  szkołą  rycerską,  w  któ rej

synowie wasali, protegowanych i uboższych krewnych uczyli się wo jennego rzemiosła i cnót

rycerskich. Im pan bogatszy i możniejszy, tym więcej gromadzi się wokół niego uczniów.

Aż  do  wieku  wahającego  się  między  szesnastym  a  dwudziestym  trzecim  rokiem,

młodzieniec  pełni  u  protektora  zarazem  służbę  domową  i  wojskową.  Usługując  panu  przy

stole  i  uczestnicząc  w  jego  polowa niach  i  innych  zabawach  nabiera  światowej  ogłady.

Zajmując  się  jego  końmi  i  czyszcząc  zbroję,  a  później  towarzysząc  mu  na  turnieje  i  pole

bitwy, poznaje arkana sztuki wojennej. Od dnia, gdy dopuszczono go do tych funkcji, aż do

dnia pasowania młodzieniec nosi miano giermka; niektórzy nigdy nie posuną się w hierarchii

wyżej,  jeśli  im  zabraknie  majątku,  zasług  lub  okazji.  Dopiero  bowiem  po  ceremonii

pasowania wolno się mienić rycerzem.

Rytuał tej ceremonii ustalił się dopiero później. W epoce, która nas interesuje, formy

te były bardzo zróżnicowane, zarówno w rzeczywistoś ci, jak w literaturze. Szczególnie różnił

background image

27

się obrzęd pasowania w czasie wojny i w czasie pokoju. W pierwszym przypadku pasowanie

odbywało  się  na  polu  bitwy,  przed  starciem  lub  po  zwycięstwie,  i  te  pasowania  były

najwspanialsze,  pomimo  że  gesty  i  formuły  redukowano  wówczas  do  surowej  prostoty,

wyrażającej  istotny  ich  sens,  na  ogół  do  wręczania  miecza  i  do  colee.  W  czasie  pokoju

pasowanie  zazwyczaj  łączono  z  uro czystościami  wielkich  świąt  religijnych  (Wielkanoc,

Zielone  Świątki,  Wniebowstąpienie)  lub  festynów  świeckich  (narodziny  lub  wesele  księ cia,

zawarcie  pokoju  między  dwoma  suwerenami).  Były  to  widowiska  na  pół  liturgiczne,

rozgrywające się na dziedzińcu zamkowym, w przedsion ku kościoła, na placu miejskim lub

na  błoniach.  Kandydat  musiał  się  uroczyście  przygotować  (spowiedź  i  komunia  święta),

spędzał  poprzednią  noc  na  medytacji  w  kościele  lub  kaplicy.  Po  ceremonii  przez  kilka  na-

stępnych dni trwały uczty, turnieje i zabawy.

Sama ceremonia miała charakter sakralny. Zaczynała się od poświę cenia rynsztunku,

potem zaś ojciec chrzestny podawał swemu chrześ niakowi kolejno miecz i ostrogi, kolczugę i

hełm,  wreszcie  włócznię  i  tar czę.  Giermek  przywdziewał  zbroję,  recytując  modlitwy  i

wymawiając przysięgę, która zobowiązywała go do przestrzegania zwyczajów i po winności

stanu  rycerskiego.  Na  zakończenie  następowała  colee  -  sym boliczny  gest,  którego

pochodzenie  i  sens  pozostały  nie  wyjaśnione  i  któ ry  przybierał  rozmaite  formy;  najczęściej

celebrujący ten obrzęd, stojąc, uderzał klęczącego przed nim giermka otwartą dłonią w ramię

lub  w  kark,  i  to  mocno.  W  niektórych  hrabstwach  Anglii  i  w  kilku  regionach  zachodniej

Francji  poprzestawano  na  uściskaniu  przyszłego  rycerza  (ac colade)  albo  po  prostu  na

mocnym  uścisku  jego  dłoni.  W  wieku  XIV  gest  co1ee  wykonywano  już  nie  dłonią,  lecz

płazem miecza i wymawiano przy tym rytualną formułę: “W imię Boga, świętego Michała i

świętego Jerzego pasuję cię na rycerza." Proponowano rozmaite wyjaśnienia, o statnio jednak

przeważa pogląd, że praktyka ta jest reliktem dawnego zwyczaju germańskiego, polegającego

na przekazywaniu młodzieńcom przez starszych cnót i godności wojownika.

Pasowanie, chociaż stanowiło doniosły moment w karierze rycerza, nie zmieniało w

niczym jego życia codziennego, które w dalszym ciągu wypełniały konne przejażdżki, bitwy,

polowania  i  turnieje.  Rej  wiedli  w  tym  wszystkim  najzamożniejsi  panowie,  wasale  mający

skromne  len na  musieli  się  zadowalać  okruszynami  chwały,  przyjemności  i  łupów.  Do

wyjątków prawdopodobnie należał los Wilhelma zwanego Marszał kiem, który, jako młodszy

syn swego rodu, był niezamożny, lecz przy  padł mu zaszczyt pasowania na rycerza Henryka

Młodego, najstarszego syna Henryka II Plantageneta.

background image

28

“W  dniu  owym  Bóg  obdarzył  Marszałka  niezwykłym  szczęściem:  w  obecności

hrabiów,  baronów  i  wielu  panów  z  najznamienitszych  ro dów  on,  który  nie  posiadał

najmniejszego nawet skrawka lenna i nie miał nic prócz miana rycerza, podał miecz synowi

króla angielskiego. Wielu zapałało wtedy zazdrością, nikt wszakże nie ośmielił się jawnie jej

okazać."

Równi wobec prawa, rycerze nie byli jednak równi w rzeczywistoś ci. Istniało coś w

rodzaju  “rycerskiego  proletariatu",  zawdzięczającego  uposażenie,  konie,  nawet  zbroję

hojności  możnego  protektora  (króla,  hra biego,  barona)  i  wiszącego  u  pańskich  klamek.  Ci

ubodzy rycerze, bogaci w świetne nadzieje, lecz niezasobni w lenna, rekrutowali się często

spo śród młodzieńców czekających na dziedzictwo po ojcu; wskutek braku własnego majątku

skazani byli na służbę u wielkich panów. Pod wodzą książęcego syna lub hrabiego tworzyli

hałaśliwe  bandy,  szukali  szczę ścia  ofiarowując  swoje  służby  bogaczom,  uganiali  się  z

turnieju na tur niej, z wojny na wojnę. Oni to pierwsi zgłaszali się do udziału w krucja cie lub

dalekiej wyprawie, tym bardziej nęcącej, im większe się z nią wiązało ryzyko. Starali się, jak

Wilhelm  zwany  Marszałkiem,  zdobyć  ser ce  posażnej  dziedziczki,  aby  przez  bogaty  ożenek

uzyskać majątek, któ rego im urodzenie ani popisy męstwa nie przyniosły. Dlatego żenili się z

reguły  późno,  lecz  nie  wszyscy  w  tych  matrymonialnych  łowach  mieli  takie  szczęście  jak

przyszły regent Anglii.

Dla  tych  odbiorców,  dla  rzeszy  młodych  rycerzy,  chciwych  miłos nych  i  wojennych

tryumfów, przeznaczone były zapewne poematy ry cerskie i dworska literatura. W utworach

tych  znajdowali  obraz  spo łeczeństwa  nie  istniejącego  w  rzeczywistości,  lecz  upragnionego,

społe czeństwa,  w  którym  zalety,  obyczaje  i  aspiracje  rycerstwa  byłyby  jedy nym

dopuszczalnym ideałem.

Ideał i cnoty rycerskie

Rycerstwo  to  nie  tylko  styl  życia,  lecz  także  określony  etos.  Można  uznać  za  fakt

historyczny  i  niewątpliwy,  że  młody  giermek  podczas  ce remonii  pasowania  na  rycerza

podejmował  pewne  zobowiązania  moralne,  lecz  o  istnieniu  konkretnego  kodeksu  rycerstwa

nie  świadczą  żadne  inne  dowody  prócz  literatury.  A  wiadomo,  jak  wielki  dystans  dzielił

niekiedy w XII wieku wzorzec literacki od codziennej rzeczywistości. Przy tym przepisy tego

kodeksu  są  w  różnych  utworach  różne,  a  duch  ich  zmie nia  się  wyraźnie  w  ciągu  stulecia.

Chretien de Troyes opiewa inne ideały niż Pieśń o Rolandzie. Posłuchajmy, jak Gornemant z

background image

29

Goort poucza mło dego Parsifala o powinnościach rycerza.

“Drogi bracie, jeśli ci się przydarzy potykać z rycerzem, pomnij mo je słowa: jeżeli go

pokonasz [...] i jeśli będzie musiał cię prosić o litość, nie zabijaj go bezmyślnie, lecz okaż mu

miłosierdzie. Poza tym nie bądź zbyt gadatliwy ani ciekawy [...] Kto za wiele gada, grzeszy,

wystrzegaj  się  więc  gadulstwa.  A  gdy  spotkasz  damę  albo  pannę  w  ciężkiej  opresji,  proszę

cię,  zrób  wszystko,  co  w  twojej  mocy,  aby  ją  wybawić.  Na  koniec  dam  ci  radę,  którą  nie

godzi  się  pogardzić:  zachodź  często  do  kościoła  i  módl  się,  aby  Stwórca  wszelkich  rzeczy

zmiłował  się  nad  twoją  duszą  i  wśród  tego  ziemskiego  świata  zachował  ciebie  jako  swego

chrześcija nina." W ogólnych zarysach kodeks rycerski da się sprowadzić do trzech głównych

zasad:  wierność  danemu  słowu  i  lojalność  wobec  każdego;  hojność,  opieka  i  pomoc

każdemu,  kto  jest  w  potrzebie;  posłuszeństwo  Kościołowi,  obrona  jego  kapłanów  i  jego

mienia.

Pod  koniec  XII  wieku  ideałem  doskonałego  rycerza  nie  był  jeszcze  z  pewnością

Parsifal ani sir Galahad, którzy pojawili się dopiero około roku 1220, wraz z Queste del Saint

Graal  (Opowieść  o  świętym  Graalu).  Nie  mógł  też  być  takim  ideałem  Lancelot,  gdyż  jego

romans  z  Ginewrą  nie  da  się  pogodzić  z  wymaganiami  moralnymi  stawianymi  rycerzom.

“Słońcem wszystkiego rycerstwa" jest siostrzeniec króla Artura, Gawen, który wśród swych

towarzyszy  zasiadających  wokół  Okrągłego  Stołu  od znacza  się  najwyższym  stopniem  cnót

wymaganych  od  rycerza:  szczero ścią,  dobrocią,  szlachetnością  serca;  bogobojnością  i

wstrzemięźliwością; męstwem i urodą; pogardą dla trudów, cierpienia i śmierci; świadomo-

ścią  własnej  wartości,  dumą  z  należenia  do  znakomitego  rodu  i  ze  służby  wielkiemu  panu;

wiernością  złożonej  przysiędze;  wreszcie  i  nade  wszy stko  cnotami,  które  w  starej

francuszczyźnie  nazywały  się  largesse  i  cour toisie,  a  dla  których  w  języku  współczesnym

brak adekwatnych wyra zów Largesse to hojność, wielkoduszność i rozrzutność zarazem. Tę

cnotę  może  posiadać  tylko  człowiek  bogaty.  Przeciwieństwem  jej  jest  chciwość,  pogoń  za

zyskiem  -  cechy  przypisywane  kupcom  i  rajcom  miejskim,  zawsze  ośmieszanym  przez

Chretiena  de  Troyes  i  jego  naśladowców.  W  społeczeństwie,  w  którym  większość  rycerzy

żyje ubogo z tego, co raczą im podarować lub użyczyć protektorzy, zrozumiałe, że literatura

sławi podarunki, wydatki, rozrzutność i wszelkie przejawy zbytku.

Courtoisie  to  pojęcie  jeszcze  trudniejsze  do  zdefiniowania.  Składają  się  na  nie

wszystkie cechy poprzednio wymienione, ale z dodatkiem jeszcze kilku, a mianowicie takich

jak uroda, elegancja i chęć podobania się wszystkim, łagodność, świeżość ducha, delikatność

background image

30

serca i manier; humor, inteligencja, wytworna grzeczność, a także - by niczego nie zataić -

trochę  snobizmu.  Aby  tę  “kurtuazję"  osiągnąć,  trzeba  być  mło dym  i  niczym  nie

skrępowanym, w każdej chwili gotowym wyruszyć na wojnę, wziąć udział w jakiejś zabawie,

szukać  przygody  lub  pędzić  życie  próżniacze.  Przeciwieństwem  tej  cechy  jest  vilainie  -

przywara  prostaków,  gburów,  ludzi  nisko  urodzonych,  a  zwłaszcza  źle  wychowa nych.  Aby

zasłużyć  bowiem  na  miano  człowieka  “kurtuazyjnego",  dwor nego,  nie  wystarcza  dobre

urodzenie; przyrodzone dary muszą być roz winięte przez odpowiednią edukację i utrwalone

przez  codzienne  ich  praktykowanie  na  pańskim  dworze.  Dwór  Artura  jest  wzorem  takiego

środowiska.  Tam  można  było  poznać  najpiękniejsze  damy,  najmężniej szych  rycerzy  i

najgładsze maniery.

background image

31

Rozdział trzeci

Krajobraz. Od ziemi gaste do kwitnącego sadu.

W końcu wieku XII krajobraz Europy Zachodniej już się przedsta wiał inaczej niż w

roku  1000  -  gdy  był  to  ogromny  obszar  landów  i  puszczy,  z  rzadka  rozjaśniony  polanami,

skupiającymi  ludzi,  uprawne  pola  i  cywilizację.  Dzięki  wielkiemu  pędowi  do  wycinania

lasów,  spo łeczeństwo  chrześcijańskie  powiększyło  swoje  włości  w  granicach  włas nej

domeny, a w wielu okolicach krajobraz wiejski uległ głębokim prze obrażeniom: polany się

rozrosły, wody cofnęły, równiny się otwarły aż do wzgórz i bagnisk. Główną przyczyną tego

był gwałtowny wzrost demo graficzny: żeby wyżywić zwiększoną liczbę ludności, trzeba było

zwięk szyć  powierzchnię  ziemi  uprawnej,  skoro  nie  znano  sposobów  podnie sienia  jej

wydajności.

Karczowanie lasów

Zjawisko to, trwające od końca X aż do końca XIII wieku, mimo swego doniosłego

znaczenia, mało jest dotychczas znane historykom. Trud no je opisać w sposób wyczerpujący,

gdyż  przybierało  różnorodne  for my:  karczowano  lasy,  walczono  z  krzewiącymi  się  uparcie

zaroślami  i  cierniem,  przygotowywano  karczowiska  pod  uprawę,  osuszano  bagna,

wydzierano  ziemię  morzu.  Jedno  jest  pewne:  ten  pęd  do  zdobywania  i  zagarniania  pod

uprawę  coraz  większych  terenów  przejawiał  się  naj silniej  właśnie  w  XII  wieku,  chociaż  z

różnym  natężeniem,  zależnie  od  regionu:  najpotężniej  w  Burgundii,  Owernii  i  Bretanii,

słabiej  w  Nor mandii,  Artois  oraz  w  centrum  i  na  południu  Anglii.  Wypada  wszakże

skorygować  tradycyjny  obraz  mnichów  karczujących  lasy  i  rąbiących  pnie,  aby  powiększyć

uprawne pola swojego klasztoru: ogromną większość tej roboty wykonywali chłopi na rozkaz

pana, a najtrudniejszym do po konania przeciwnikiem były nie drzewa, lecz zarośla, ciernie i

poszycie leśne.

W okresie wojny stuletniej ugory z powrotem zapanowały na części tej zdobytej już

przez ludzi ziemi, ale w ogólnych zarysach krajobraz wiejski północnej i zachodniej Francji

ukształtował  się  w  XII  i  XIII  wie ku  taki,  jaki  z  nieznacznymi  zmianami  pozostał  aż  do

połowy  wieku  XVIII.  Krajobraz  landów  i  lasów,  łąk  i  pól  uprawnych,  ogrodów  i  sa dów,

harmonijnie  poprzecinany  przez  bieżące  i  stojące  wody.  Pejzaż  ten,  pomimo  różnic

background image

32

geograficznych,  przedstawiał  się  wszędzie  podobnie,  z  po wodu  stosowanych  powszechnie

tych samych metod agrarnych, polega jących na intensywnej hodowli i powszechnej uprawie

roślin jadalnych, głównie zbóż. W leśnej krainie pojawiają się rozproszone osiedla ludzkie,

nie  znane  w  pierwszym  tysiącleciu,  a  nawet  w  XI  wieku.  Odosobnione  gospodarstwa

wyrastają  pomiędzy  dawnymi  skupiskami  ludzkimi  i  świe żo  wykarczowanymi  terenami,

gdzie powstają nowe wioski. W ten spo sób rodzi się pewna forma indywidualnego rolnictwa

na użytkach nie rozdrobnionych i nie podlegających nakazom dawnej gospodarki zespo łowej.

Wioski  w  Normandii,  Poitou  i  Bretanii  dotychczas  noszą  nazwy  od  imion  tych  pionierów,

którzy uzyskali od seniorów prawo do osiedle nia się na swoich karczowiskach: La Rogerie,

La  Martinerie,  La  Richar dais,  La  Thomassais,  La  Thibaudiere,  La  Guichardiere,

Chez-Foucher, Chez-Garnier.

Lądy i mokradła

Lądy  zajmowały  jeszcze  więcej  terenów  niż  lasy.  To  właśnie  była  ziemia  gaste

(opuszczona),  opisywana  w  rycerskich  poematach,  gdzie  gu bią  się  ścieżki,  a  zaczyna

przygoda,  niepewność  i  niebezpieczeństwo.  Rze czywistość  była  mniej  barwna:  chodziło  po

prostu  o  ziemie  nie  uprawia ne,  raz  na  zawsze  oddane  na  pastwę  cierni  i  zarośli,  lub  też

chwilowo  le żące  ugorem  (jak  tego  wymagał  system  trójpolówki),  albo  też  ugór,  po  którym

mogli swobodnie chodzić ludzie i zwierzęta. Ich granice z obsia nymi polami były nie zawsze

wyraźne,  toteż  często  wybuchały  spory  między  rolnikami  i  pasterzami  z  powodu  szkód

wyrządzanych przez stada.

Bagna  i  mokradła  grały  też  niemałą  rolę  w  życiu  wsi.  Wszędzie  obfitowały  w

zwierzynę i ryby. Z zalewów morskich wydobywano sól; rzeczne dostarczały trzciny, sitowia,

a  zwłaszcza  torfu  -  cennego  paliwa,  którego  eksploatacja  była  ograniczona  przepisami.  Po

zdrenowaniu  i  osu szeniu,  na  przykład  na  wybrzeżach  Flandrii,  Bretanii  i  Poitou  oraz  na

wybrzeżach angielskich, przemieniały się w poldery lub służyły począt kowo za pastwiska, a z

czasem szły pod uprawę.

Rzeki stanowiły naturalne granice, a zarazem drogi wodne, ułatwia jące nie tylko ruch

osobowy i towarowy, lecz także przenikanie idei i postępu. Były to jedyne naprawdę linearne

granice pomiędzy włościa mi dwóch panów, dwoma księstwami, dwiema krainami, ale jedno-

cześnie  granice  świata  czarów  w  literaturze,  na  której  kartach  przygoda  zwykle  czeka  na

background image

33

drugim brzegu brodu lub na drugim końcu mostu.

Las

Przygoda  czeka  też  w  lesie,  który  jest  nie  tylko  gaste  jak  landy,  ale  w  dodatku  soltaine  -

bezludny - jak morze i ocean. Literacki las nie ma nic wspólnego z umiłowaniem przyrody.

Autorzy  czynią  zeń  miejsce  niedostępne,  schronienie  pustelników,  kryjówkę  ściganych

przestępców  lub  nieszczęśliwych  kochanków,  jak  w  historii  Tristana  i  Izoldy.  Las  sprzyja

zasadzkom,  łatwo  o  groźne  spotkanie  w  tym  świecie  pełnym  gro zy  i  posępnych  przeczuć,

gdzie  bardzo  płynna  granica  dzieli  rzeczywiste  niebezpieczeństwa  od  nadprzyrodzonych.

Doskonałym  wzorcem  jest  las  Broceliande,  w  sercu  Bretanii  armorykańskiej,  gdzie  dzikie

zwierzęta są siadują z poczwarami, a zbójcy z czarodziejami, gdzie rycerze Okrągłego Stołu

(między  innymi  mężny  Calogrenant)  przybywają  w  poszukiwaniu  przygód,  spotkań  z

tajemnicą, cudami i wróżkami.

“Zdarzyło  się  to  z  górą  siedem  lat  temu.  Sam  jeden  wędrowałem  w  poszukiwaniu

przygód, uzbrojony od stóp do głów, jak przystało ry cerzowi. Przypadek zawiódł mnie w głąb

gęstego  lasu,  gdzie  na  ścieżkach  zarośniętych  cierniem  i  kolczastymi  krzewami  czyhały

niezliczone  nie bezpieczeństwa.  Nie  bez  trudu  i  szwanku  posuwałem  się  taką  dróżką.

Cwałowałem  przez  dzień  cały,  zanim  w  końcu  wydostałem  się  z  lasu.  A  był  to  las

Broceliande [...]"

Szablony poetyckie nie oddają rzeczywistości. W wieku XIII las już nie wyglądał tak

jak  w  epoce  Karolingów.  Poprzecinany  był  ścieżkami,  pracowali  w  nim  ludzie,  pasły  się

stada.  Pustelnicy  i  wyrzutki  społe czeństwa,  zamiast  się  kryć  w  najciemniejszych  ostępach,

osiedlali się na polanach i po brzegach puszczy. Ani we Francji, ani nawet w Anglii (bar dziej

podówczas  zalesionej)  nie  było  już  wielkich,  całkowicie  dziewiczych  puszcz.  Większość

lasów nie jest już niedostępna i nie zieje grozą, lecz stoi otworem dla ludzi czerpiących z nich

wiele  różnych  pożytków.  Dzię ki  temu  właśnie  lasy  mają  podstawowe  znaczenie  dla  życia

gospodarcze go.  Przede  wszystkim  dają  drewno,  główne  bogactwo  zachodniej  Europy  i

najważniejsze tworzywo ówczesnej cywilizacji, zastępujące często ka mień, żelazo i węgiel;

drzewem  ogrzewa  się  domy,  z  niego  robi  się  tycz ki  do  winnicy  i  słupy  do  podpierania

podziemnych korytarzy, a także sprzęty domowe, narzędzia i wszelkie rodzaje instrumentów;

z drzewa sporządza się meble, buduje domy, drogi, palisady, statki, taczki i wozy. Kora służy

background image

34

do  garbowania  skór,  żywica  do  wyrobu  kleju,  świec  i  pochod ni;  leśne  rośliny  dostarczają

leków i barwników. Las dostarcza też żyw ności, takich produktów, jak miód, grzyby, zioła,

jagody, a wszystko to, zwłaszcza dla chłopów, stanowiło coś więcej niż dodatek i przyprawę.

W  lesie  wreszcie  żyje  zwierzyna,  potrójnie  cenna,  bo  dostarcza  mięsa,  skór  i  futer,  lecz

polowanie było ograniczone przepisami i zastrzeżone dla możnych.

Ponadto  las  stanowił  olbrzymi  obszar  pastwisk  dla  stada  pańskiego  i  całej  gminy.

Konie,  krowy,  owce  i  kozy  skubały  trawę  pod  drzewami  i  li ście  z  krzewów;  nierogaciznę

przyprowadzano pod buki i dęby, aby się tuczyła bukwiami i żołędziami, a zwyczaj ten był

tak zakorzeniony w życiu wsi, że niemal we wszystkich regionach Anglii oceniano wielkość

zalesionego  obszaru  według  liczby  świń,  które  można  tam  wypaść  w  cią gu  roku.  Tak  więc

wiemy, że las Pakenham (obecnie w Suffolk) mógł wyżywić pod koniec XI wieku 100 świń,

lecz zaledwie połowę tej liczby w roku 1217.

Las,  bogaty  w  rozliczne  i  niezbędne  produkty,  był  wszędzie  podpo rządkowany

zwyczajowym  ścisłym  przepisom,  ograniczającym  prawa  chłopów  do  drewna,  zwierzyny  i

owoców. Kłusownictwo i potajemne zbie ranie runa leśnego było często jedynym sposobem,

aby obejść ustawo dawstwo krzywdzące chłopa na rzecz pana i jednostkę na rzecz gminy. Na

wszystkich  poziomach  stosunków  feudalnych,  z  najwyższym  włącznie,  dochodziło  do

niezliczonych  waśni  i  konfliktów  z  powodu  przywilejów  leśnych.  Do  tego  stopnia,  że  król

Anglii, Jan Bez Ziemi, właściciel pra wie wszystkich lasów w królestwie, musiał w roku 1216

przyznać swoim zbuntowanym baronom Kartę Leśną, na wzór sławnej Wielkiej Karty z roku

1215,  zgadzając  się  na  zmniejszenie  obszaru  własnych  dóbr  leś nych  i  ograniczenie  swoich

praw do polowania w nich.

Ogrody zamkowe

Ziemiom  gastes,  landom  i  lasom  przeciwstawić  można  ucywilizowa ną  przyrodę

ogrodów. Tym mianem - verger - określano pańskie ogro dy, zakładane w cieniu zamku, poza

obronnym  murem,  lecz  w  pobliżu  donżonu.  Wchodziło  się  tam  przez  furtę  i  kładkę

przerzuconą nad fosą. W utworach literackich jest to miejsce przechadzek, wypoczynku, roz-

rywek  arystokracji  i  spotkań  kochanków.  Strumienie,  zielone  trawniki,  drzewa  rzadkich

odmian i melodyjny świergot rozmaitego ptactwa w ich gałęziach - wszystka to składa się na

istny raj ziemski, gdzie ko chankowie znajdują bezpieczne i piękne schronienie, a pan zamku

background image

35

wraz ze swoją świtą może się napawać urokami przyrody z dala od tłumu i je go pospolitych

rozrywek.

Rzeczywistość była bardziej prozaiczna. Ogród z pewnością sprzyjał spacerom i lekkiej rozmowie, lecz

przede wszystkim dostarczał mieszkań com zamku owoców, warzyw, wina, świeżej wody, aromatycznych ziół,

roślin na włókna i leczniczych. Co prawda, z braku szczegółowych opi sów i realistycznej ikonografii niewiele

nam wiadomo o XII- i XIII -wiecznych ogrodach. W końcu średniowiecza były to w najbogatszych włościach

parki  skomponowane  z  trawników  i  symetrycznych  masywów  zieleni,  poprzecinane  prostokątną  siecią  alei,

zraszane wodą ze źródeł i basenów, ozdobione motywami architektonicznymi. Znajdowały się w nich cieplarnie

i szpalery, a także ptaszarnie, niekiedy zwierzyniec; przy jemne górowało nad pożytecznym. Możliwe, że przy

książęcych rezy dencjach już w XIII wieku urządzano takie ogrody. W skromniejszych zamkach jednak ogród

pełnił  głównie  funkcję  użytkową.  Ogród  pański,  tak  samo  jak  chłopski,  był  przede  wszystkim  warzywnikiem,

uszlachet nionym, ładnie ogrodzonym, z mnóstwem drzew owocowych, z altaną porośniętą winem, ze studnią lub

źródłem dostarczającym wody, niekie dy z kwietnikami (róże, lilie, fiołki), ale jednak warzywnikiem. Jarzyny i

owoce  były  ważniejsze  niż  trawniki  i  kwiaty.  Były  to  miejsca  wcale  nie  podobne  do  ogrodów  z  literatury

dworskiej z ich idyllicznym pejza żem, czarodziejską florą i egzotyczną fauną, jak ogród olbrzyma Mabo agrena

opisany przez Chretiena de Troyes w zakończeniu romansu o Ery ku i Enidzie:

“Ogród ten nie był otoczony murem ani płotem, lecz tylko warstwą powietrza, które wokół

niego tworzyło magiczną zaporę. Było w niej jed no tylko wejście, a w ten sposób ogród był

tak  dobrze  zamknięty,  jakby  go  opasywała  żelazna  ściana.  Zimą  i  latem  kwitły  tu  kwiaty  i

dojrzewały owoce; owoce tak zaczarowane, że każdy mógł ich skosztować w obrębie ogrodu,

lecz nie mógł ich wynieść i zjeść poza nim, a kto by tego spró bował, nie znalazłby wyjścia,

póki by owoców nie odniósł na miejsce, z którego je wziął. Żyły tam wszystkie ptaki, jakie

latają  po  niebie,  a  śpiew  ich  rozweselał  i  zachwycał  ludzi,  i  każdy  gatunek  był  licznie

reprezentowany.  W  ogrodzie  tym  rosły  też  w  wielkiej  obfitości  wszystkie  aromatyczne

korzenie i wszystkie rośliny lecznicze, jakie można spotkać ' w różnych najdalszych krajach

[...]"

background image

36

Rozdział czwarty

Jaki pan taki dom: Zamek i otoczenie

Na okres, o którym w tej książce mowa, przypada apogeum kla sycznego feudalnego

zamku  romańskiego,  zbudowanego  wokół  donżonu  i  otoczonego  kilkoma  pierścieniami

murów obronnych.

Pierwsze  zamki  pojawiły  się  w  epoce  Karolingów  i  były  to  po  prostu  budowle

drewniane na wzgórzu, otoczone pojedynczą lub podwójną pali sadą oraz fosą. Lecz od końca

X wieku systemy fortyfikacyjne stale udo skonalano: mury piętrzyły się coraz wyżej, fosy się

pogłębiały;  na  naroż nikach  powstawały  wysunięte  umocnienia,  a  przede  wszystkim  kamień

stopniowo  wypierał  drewno,  najpierw  przy  budowie  donżonu,  potem  we  wszystkich

umocnieniach  flankowych  i  kurtynach.  Arcydziełem  fortyfi kacji  romańskiej  jest

Chateau-Gaillard,  zamek  zbudowany  przez  Ryszar da  Lwie  Serce  w  meandrach  Sekwany

między  1196  a  1198  rokiem.  W  pierwszych  dekadach  następnego  stulecia  zarysowuje  się

nowy  etap  wraz  z  pojawieniem  się  zamków  typu  gotyckiego,  który  charakteryzuje  się

zmniejszonym obwodem pierścienia obronnego, większą liczbą wież i u mocnień flankowych,

bogatszym  krenelażem  i  bardziej  niespokojną  syl wetą  ogólną;  donżon  traci  na  znaczeniu  i

rozmiarach,  jego  funkcję  mili tarną  przejmuje  potężna  narożna  baszta,  a  rolę  mieszkalną  -

lepiej do tego celu przystosowany zamek mieszkalny.

Opiszemy tutaj typowy zamek z końca XII wieku. Zakładamy, że jest on zbudowany z

kamienia, chociaż w tym czasie najbardziej rozpo wszechnione były ufortyfikowane budowle

drewniane lub na pół z drew na, a na pół z kamienia, zwłaszcza w Anglii, gdzie postęp w tej

dziedzinie  dokonywał  się  wolniej  niż  we  Francji.  Kamień  na  ogół  uchodził  za  materiał

luksusowy, zastrzeżony dla najmożniejszych panów, dla kró lów, książąt i hrabiów. Mało kto

z ich wasali mógł się szczycić, że odzie dziczywszy po ojcu dom drewniany, zostawił swemu

synowi murowany. W opisie, mimo że z konieczności schematycznym, dążyć będziemy do

jak  najściślejszej  wierności.  Zamki  ówczesne,  niezależnie  od  różnic  po łożenia,

indywidualności budowniczych i przeznaczenia, były wszędzie bardzo do siebie podobne, a

to  z  dwóch  powodów:  po  pierwsze  technika  oblężnicza  wszystkich  armii  była  identyczna

(przy  tym  znacznie  opóźnio na  w  stosunku  do  techniki  fortyfikacji),  a  po  drugie  istniały

rygorystycz ne  przepisy  normatywne  (dotyczące  miejsca,  kształtu,  rozmiarów),  narzu cane

przez Kościół lub suwerenów.

background image

37

Zamek: mury zewnętrzne

Pierwszy pierścień obronny zamku był chroniony przez umocnienie zewnętrzne, mające osłabiać zbyt

gwałtowny impet napastnika: żywo płoty, rzędy kołków wkopane w ziemię, wały, palisady, wysunięte forty, jak

na  przykład  tradycyjny  barbakan  -  mały  fort  drewniany  osłania jący  wejście  na  most  zwodzony.  Fosa  była

możliwie najgłębsza u stóp muru (niekiedy sięgała ponad 10 m, na przykład w Trematon i w Lassay) i z reguły

bardzo  szeroka:  10  m  w  Loches,  12  w  Dourdan,  15  w  Trem worth,  22  w  Coucy;  rzadko  wypełniona  wodą,

zwykle sucha, częściej o przekroju w kształcie litery V niż U. Jeśli fosa znajdowała się w do statecznej odległości

od muru, skarpę jej wieńczyła palisada (braie), osłaniająca drogę, która okrążała twierdzę po zewnętrznym kole i

służy ła  patrolom.  Ten  pas  ziemi  zwano  szrankami  (lices).  Właściwy  pierścień  obronny  tworzą  grube,  ciągły

mury, zwane kur tynami, oraz rozmaite umocnienia flanków, objęte ogólną nazwą wież (tours). Pierścień murów

zazwyczaj wznosi się tuż nad fosą; jego funda menty wpuszczone są głęboko w ziemię, a dolną część wzmacniają

przy pory, które utrudniały oblegającym podkopy i odbijały pociski miotane z wysokości szańca. Zarys murów

obronnych bywa rozmaity, zależnie od właściwości terenu, zawsze jednak otaczają one znaczny obszar. W Cou-

cy  mury  są  wzniesione  na  planie  trapezu  o  bokach  długości  285  m;  w  Freteval  mają  kształt  koła  o  średnicy

przeszło 140 m; w Gisors tworzą wielokąt o 24 bokach i obwodzie ponad 1 km.

 

Warowny  zamek  nie  przypominał  w  niczym  zwykłego  domu  miesz kalnego.

Wysokość kurtyn waha się od 6 do 10 m, a grubość od 1,5 do 3 m; jednakże w niektórych

warowniach, jak na przykład w Chateau  - Gaillard, grubość muru miejscami przekracza 4,5

m. Wieże, najczęściej koliste, niekiedy czworo- lub wieloboczne, są na ogół o piętro wyższe

niż  kurtyny.  Średnica  ich  bywa  różna  (od  6  do  20  m),  zależnie  od  miejsca,  w  którym  je

ulokowano; najpotężniejsze stawiano w wysuniętych narożnikach i przy bramie. W środku są

puste, podzielone na kondygna cje drewnianymi podłogami, w których pośrodku lub z boku

zostawiono  otwory,  aby  przez  nie  na  linie  wciągać  aż  na  najwyższą  platformę  po ciski,

potrzebne  do  obrony  fortecy.  Schody  natomiast  biegły  ukryte  w  grubości  muru.  Każda

kondygnacja  stanowiła  więc  izbę  obsadzoną  przez  zbrojną  załogę.  Komin,  wpuszczony  w

mur, umożliwiał rozpalenie ognia. Nie ma okien lecz strzelnice - wąskie wysokie prześwity,

wyraźnie po szerzające się ku wnętrzu. Na przykład w Freteval strzelnice mają 1 m wysokości

i  30  cm  szerokości  po  stronie  zewnętrznej,  a  1,3  m  po  wewnętrz nej;  utrudniało  to

przedostanie  się  strzał  napastnika,  obrońcom  zaś  umoż liwiało  strzelanie  w  różnych

kierunkach.

Po szczycie obronnego muru biegła aleoir - ścieżka dla patroli, chro niona od zewnątrz

blankowanym  parapetem.  Służyła  wartownikom,  a  także  do  komunikacji  między  wieżami  i

jako miejsce, z którego bronio no fortecy. Przerwy pomiędzy zębami blankowania osłaniano

background image

38

niekiedy  grubą  drewnianą  klapą,  odchyloną  w  osi  poziomej;  za  tą  klapą  mógł  kryć  się

kusznik,  gdy  nabijał  broń.  Podczas  wojny  ścieżkę  poszerzano  niekiedy  w  kierunku

zewnętrznym  muru,  montując  rodzaj  ruchomego  drewniane go  ganku,  wysuniętego  poza

parapet.  Te  konstrukcje  o  różnorodnych  for mach  nazwano  hurdycjami.  W  podłodze  ganku

były  otwory  pozwalające  obrońcom  na  rzucanie  pionowo  w  dół  pocisków  na  napastników

znajdują cych  się  u  stóp  muru.  Od  końca  XII  wieku,  zwłaszcza  w  południowych  regionach

Francji, zaczęto drewniane hurdycje, niezbyt mocne i łatwo zapalne, zastępować przez stałe

kamienne konstrukcje, budowane łącznie z parapetem i nazwane machikułami. Pełniły one te

same  funkcje  co  hurdycje,  lecz  miały  nad  nimi  tę  przewagę,  że  były  solidniejsze  i  umoż-

liwiały miotanie pionowo pocisków, które się odbijały od skarp kurtyny.

W pierścieniu murów było zwykle kilka furt, tak wąskich, że mógł przez nie przejść

tylko pieszy człowiek, i tylko jedna wielka brama, u fortyfikowana ze szczególnym staraniem,

ponieważ  na  niej  z  reguły  sku piała  się  siła  nieprzyjacielskiego  natarcia.  Po  obu  stronach

bramy wzno szono wieże, na których czuwały straże, a dostępu broniła fosa i wysu nięty przed

nią  barbakan.  Skrzydła  bramy,  zrobione  z  twardych  desek  i  okute  żelazem,  podpierano

dodatkowo  w  czasie  natarcia  olbrzymimi  bel kami,  aby  brama  mogła  wytrzymać  ciosy

taranów.  Przed  bramą  opusz czano  bronę  -  kratę  z  drewnianych  drążków  wzmocnioną

żelaznymi  oku ciami.  Bronę  nakrywała  ruchoma  część  mostu  zwodzonego,  gdy  był  on

podniesiony. W latach, o których mowa, nie była to jeszcze skompli kowana konstrukcja, lecz

po  prostu  kładka  opuszczana  pionowo  za  po mocą  łańcuchów  i  kołowrotu.  Pomimo  tych

środków  obronnych,  główna  brama  była  najsłabszym  punktem  fortecy  i  przez  nią

nieprzyjaciel  jeśli miał dość sił - mógł się wedrzeć do zamku.

Zamek: mury wewnętrzne

Tak się przedstawiał pierwszy pierścień obronny. Każdy godny uwa gi zamek posiadał

co  najmniej  jeszcze  dwa  pierścienie,  mniejsze,  lecz  zbu dowane  według  tych  samych  zasad

sztuki  fortyfikacji  (fosy,  palisady,  kurtyny,  wieże,  parapety,  bramy  i  mosty).  Odległość

między nimi była znaczna, toteż zespół zamkowy stanowił małe warowne miasto.

Wróćmy  do  przykładu  Freteval,  gdzie  mury  są  doskonale  koncen tryczne:  średnica

pierwszego  pierścienia  mierzy  140  m,  drugiego  70,  a  trzeciego  30.  Ten  ostatni,  nazywany

“koszulą", znajduje się z reguły tuż obok donżonu, broniąc do niego dostępu.

background image

39

Przestrzeń  między  pierwszym  a  drugim  pierścieniem  murów  zajmo wał  dziedziniec

gospodarczy,  czyli  baille  (“szaflik").  Tu  mieściła  się  praw dziwa  osada,  a  w  niej  domy

chłopów  pracujących  na  pańskiej  rezerwie,  warsztaty  i  mieszkania  nadwornych

rzemieślników (kowali, cieśli, mura rzy, krawców, stelmachów), spichlerze, stajnie, piekarnia,

młyn,  tłocznia,  studnia,  źródło,  niekiedy  rybna  sadzawka,  pralnia  i  kramy  kupców.  Układ

uliczek i zabudowy był, jak w innych ówczesnych miasteczkach, chaotycz ny, ale pod koniec

panowania Filipa Augusta, gdy zespoły zamkowe pla nuje się bardziej metodycznie, pojawia

się  tendencja  do  odsuwania  tej  zabudowy  podgrodzia  pod  wewnętrzne  ściany  kurtyn,  aby

usprawnić  ruch.  Stopniowo  też  to  przyzamkowe  miasteczko  przenosi  się  poza  fosę,  a  jego

mieszkańcy, podobnie zresztą jak cała ludność pańskich włości, chroni się za mury tylko w

razie poważnego zagrożenia.

Między  drugim  a  trzecim  pierścieniem  obronnym  znajduje  się  wyż szy  dziedziniec,

również  zabudowany;  tu  bowiem  ma  swoje  kwatery  za łoga,  tu  stoi  pańska  kaplica,  pańska

stajnia, psiarnie, gołębniki i soko larnie, składy żywności, kuchnie i cysterny.

Stojący  za  “koszulą"  donżon,  rzadko  umieszczony  pośrodku,  zazwy czaj  w  głębi,  na

najbardziej  niedostępnym  miejscu,  służył  za  mieszka nie  pana  i  zarazem  był  militarnym

jądrem fortecy; góruje nad całością, przekraczając często wysokość 25 m: w Etampes wynosi

ona 27, w Gi sors 28, w Houdan, Dourdan i Freteval 30, w Chateaudun 31, w Tonque dec 35,

w  Loches  40,  w  Provins  45.  Bywa  zbudowany  na  planie  kwa dratu  (Tower  w  Londynie),

prostokąta  -  (Loches),  sześciokąta  (Tour noel),  ośmiokąta  (Gisors),  lub  jest  czteroczęściowy

(Etampes).  Najczęściej  jednak  ma  kształt  cylindryczny  o  średnicy  od  15  do  20  m  i  murach

gru bości 3 do 4 m.

Podobnie jak wieże, donżon był podzielony na kondygnacje drew nianymi podłogami.

Ze  względów  bezpieczeństwa  donżon  miał  tylko  jedne  drzwi  wejściowe  na  wysokości

pierwszego  piętra,  czyli  co  najmniej  5  m  ponad  ziemią.  Wchodziło  się  po  drabinie,  po

rusztowaniu  czy  też  po  kładce  przerzuconej  z  przedpiersia  najbliższego  muru.  W  każdym

razie  było  to  urządzenie,  które  dawało  się  łatwo  i  szybko  usunąć  w  razie  na paści.  Na

pierwszym  piętrze  znajdowała  się  wielka  sala,  niekiedy  sklepio na,  stanowiąca  ośrodek

domowego  życia.  Tam  pan  zasiadał  do  stołu,  przyjmował  gości  i  wasali,  a  nawet  zimą

sprawował sądy. Na wyższym piętrze mieściły się sypialnie pana i jego żony; prowadzą do

nich wąskie schody, wpuszczone w grubość muru. Na trzecim piętrze były zbiorowe sypialnie

pańskich  synów  i  córek,  sług  i  domowników.  Tam  także  mogli  nocować  goście.  Szczyt

background image

40

donżonu  podobny  jest  do  szczytów  murów  obron nych,  osłonięty  parapetem,  z  gankiem,

hurdycjami lub machikułami. Wznosi się nad nim wieżyczka, z której wartownik nieustannie

prze patruje okolicę. Parter pod wielką salą jest ciemny, bez okien i bez drzwi, tak że nikt nie

mógł wejść tam z zewnątrz. Jednakże nie pełnił on funkcji więzienia czy lochu, jak mniemali

niektórzy dziewiętnasto wieczni archeologowie, lecz służył za magazyn, gdzie trzymano wino,

drwa, ziarno i broń. W niektórych donżonach tę samą rolę grała pod ziemna komora; niekiedy

znajdowała się tam studnia i łaźnia, niekiedy zamaskowane wejście do tunelu prowadzącego

z  zamku  daleko  na  równi nę,  lecz  taki  tunel  należał  do  rzadkości,  a  jeśli  nawet  w  którymś

zamku  istniał,  służył  raczej  do  przechowywania  w  chłodzie  prowiantu  dla  woj ska  niż  jako

tajemna droga ucieczki, romantycznej lub rozpaczliwej.

Donżon: dekoracje wnętrza i umeblowanie

Żeby  opisać  wnętrze  wielkopańskiego  mieszkania,  wystarczy  wy mienić  jego  trzy

charakterystyczne cechy: prostota rozplanowania, skrom ność ozdób, niewielka liczba mebli.

Mówiliśmy  już,  jaki  był  rozkład  izb  we  wnętrzu  donżonu.  Wypada  dodać,  że  nie  inaczej

wyglądało wielkopań skie mieszkanie w miejskim pałacu (książęcym lub biskupim) lub też w

nie  ufortyfikowanych  rezydencjach,  które  się  rozpowszechniły  w  połud niowej  Anglii  już  w

początkach  XIII  wieku:  budynek  stawiano  na  planie  wydłużonego  prostokąta,  nie  zaś

kwadratu lub koła, lecz główna sala w dalszym ciągu znajdowała się na pierwszym piętrze; z

zewnętrznym  otoczeniem  łączą  ją  kamienne  schody,  a  z  kaplicą  i  innymi  częściami

mieszkania (na tym samym lub wyższym piętrze) liczne korytarze. Par ter, sklepiony i słabo

oświetlony, służył za skład lub pomieszczenie dla straży.

Wróćmy wszakże do donżonu i jego wielkiej sali. Chociaż bardzo wy soka (7 do 12

m) i przestronna (50 do 150 m2), jest to zawsze jedna izba. Niekiedy dzielono ją zasłonami

na  mniejsze  izby,  ale  było  to  urządzenie  prowizoryczne,  stosowane  w  określonych

okolicznościach.  Trapezoidalne  framugi  okien  i  głębokie  wnęki  w  ścianach  mogą  po

odgrodzeniu  stwo rzyć  małe  pomieszczenia.  Okna  to  wnęki,  bardziej  wysokie  niż  szerokie,

sklepione pośrodku, wycięte w grubości muru niczym strzelnice i wypo sażone w kamienną

ławę,  na  której  można  siedzieć  rozmawiając  lub  wy glądając  na  dwór.  Okno  rzadko  było

oszklone; na szkło, bardzo kosztow ne, pozwalały sobie tylko kościoły. W pańskiej rezydencji

wstawiano  w  otwór  okienny  kratę  trzcinową  czy  metalową,  przesłaniano  go  woskowa nym

background image

41

płótnem  albo  nasyconym  oliwą  pergaminem,  rozpiętym  na  osobnej  ramie,  a  dodatkowo

zabezpieczano  okiennicą  drewnianą,  częściej  we wnętrzną  niż  zewnętrzną,  którą  zresztą  nie

zawsze  zamykano  na  noc,  jeśli  w  wielkiej  sali  nikt  nie  spał.  Okna  te,  mimo  że  nieliczne  i

stosun kowo  niewielkie,  przepuszczały  dostateczną  ilość  światła,  by  rozjaśnić  salę  w  dni

letnie.  Wieczorami  i  zimą  oświetlenie  to  uzupełniano  nie  tylko  ogniem  na  kominku,  lecz

także smolnym łuczywem, łojowymi świeczka mi i lampami oliwnymi zawieszonymi u sufitu

i na ścianach. Tak więc oświetlenie wnętrza było zarazem źródłem ciepła i dymu, nie mogło

wszakże zwalczyć wilgoci, tej plagi średniowiecznych mieszkań. Podob nie jak szyby, świece

woskowe były przywilejem tylko najbogatszych domów i kościołów.

Podłogi,  czy  to  drewnianej,  czy  z  ubitej  ziemi,  czy  -  co  rzadsze   z  płyt  kamiennych,

nigdy  nie  pozostawiano  nagiej.  W  zimie  zaściełano  ją  słomą,  posiekaną  na  sieczkę  lub

splecioną w grube maty. Wiosną i la tem słomę zastępowało sitowie, gałązki lub kwiaty (lilie,

mieczyki,  ka czeńce).  Pod  ścianami  rozkładano  pachnące  zioła  i  aromatyczne  rośliny,  jak

mięta czy werwena. Wełniane kobierce i haftowane makaty, którymi okrywano ławy, na ogół

znajdowały się tylko w sypialniach, w wielkiej sali rozkładano na podłodze skóry zwierzęce i

futra.

Sufit, stanowiący jednocześnie podłogę górnej kondygnacji, zosta wiano zazwyczaj w

stanie  surowym,  ale  w  XIII  wieku  zaczęto  go  nie kiedy  malować,  wykorzystując  belki  i

kasetony, by stworzyć geometrycz ny deseń, fryz heraldyczny czy też dekoracje z rozsianymi

motywami zwierzęcymi. Podobne motywy stosowano również na ścianach, lecz te najczęściej

malowano na jednolity kolor (ze szczególnym upodobaniem do żółtej i czerwonej ochry) albo

zdobiono deseniem linearnym, naśladu jącym mur z kamienia ciosanego, lub kwadratami na

wzór szachownicy. Jednakże w domach książęcych nie należały do rzadkości freski, przed-

stawiające  sceny  alegoryczne  i  historyczne,  zaczerpnięte  z  legend,  Biblii  lub  współczesnej

literatury.  Wiemy,  na  przykład,  że  król  Anglii  Hen ryk  III  lubił  sypiać  w  pokoju,  którego

ściany  ozdobione  były  epizodami  z  życia  Aleksandra  Wielkiego,  bohatera  szczególnie  w

średniowieczu po dziwianego. Ale był to luksus dostępny monarsze. Wasal niższego stop nia

w  swoim  drewnianym  donżonie  musiał  się  zadowolić  ścianą  prostą  i  nagą,  a  chcąc  ją

przyozdobić wieszał na niej włócznię i tarczę.

Tkaniny,  podobnie  jak  malowane  ściany,  najczęściej  były  jednobarw ne,  niekiedy

zdobione deseniem geometrycznym, roślinnym lub scenami figuralnymi. Nie były to jeszcze

prawdziwe  makaty  (na  ogół  sprowadzane  ze  wschodu),  lecz  hafty  wyszywane  na  grubym

background image

42

płótnie,  jak  słynna  “tka nina  królowej  Matyldy",  przechowywana  po  dziś  dzień  w  Bayeux.

Słu żyły do rozmaitych celów: aby zamaskować jakieś drzwi lub okno, po dzielić wielką salę

na  kilka  “sypialni".  Toteż  często  używano  wyrazu  chambre  nie  jako  nazwy  pokoju

sypialnego, lecz dla określenia zbioru tych makat, haftów i tkanin, którymi zdobiono wnętrza,

nadając  im  przez  to  indywidualne  znamię,  i  które  zabierano  ze  sobą  wyruszając  w  podróż.

Był to podstawowy element dekoracji i wyposażenia wielko pańskich mieszkań.

Meble robiono w XII wieku wyłącznie z drewna. Przesuwano je usta wicznie z miejsca

na miejsce, gdyż - z wyjątkiem łóżka - żaden z nich nie miał określonej i tylko jednej funkcji:

tak więc skrzynia, zasadniczy ówczesny mebel, mogła służyć za szafę, za stół i za ławę, przy

czym w tym ostatnim przypadku dodawano do niej niekiedy oparcie lub nawet poręcze.

Lecz  skrzynia  pełniła  funkcję  ławy  tylko  przygodnie,  meblami  prze znaczonymi

specjalnie do siedzenia były wieloosobowe ławy, nieraz po dzielone na stalle, i jednoosobowe

stołki  bez  oparcia  (sellettes).  Fotel  był  zastrzeżony  dla  pana  domu  lub  najdostojniejszego

gościa.  Giermkowie  i  panny  siadywali  na  snopkach  słomy,  niekiedy  nakrytych  haftowaną

tkaniną, albo wprost na podłodze, podobnie jak służące i służący. Kilka desek położonych na

kozłach zastępowało stół, ustawiany pośrodku wiel kiej sali w godzinach posiłków. Stół ten

był  długi,  wąski  i  wyższy  niż  nasze  dzisiejsze  stoły.  Biesiadnicy  zasiadali  po  jednej  tylko

stronie,  dru ga  pozostawała  wolna,  aby  usługujący  mieli  swobodę  ruchów.  Prócz  skrzyń,  w

które  się  wrzucało  byle  jak  zastawę  stołową,  na czynia,  odzież,  srebro  i  mapy,  bardzo  mało

było mebli do przechowywania rzeczy: czasem jakaś szafa, jakiś kredens, rzadziej pomocnik

z nad stawą otwartych półek, na których zamożni mogli z dumą wystawiać cenną porcelanę

lub  dzieła  kunsztu  złotniczego.  Często  rolę  mebli  pełniły  nisze  w  murach,  zasłonięte

kawałkiem  tkaniny  lub  okiennicą.  Odzieży  nie  układano  płasko,  lecz  zwijano  w  rulon  i

przesypywano  aromatyczny mi  ziołami.  W  rulon  zwijano  też  mapy  sporządzane  na

pergaminie,  a  po tem  wsuwano  je  do  płóciennych  worków,  które  spełniały  niejako  funkcje

kasy ogniotrwałej i zawierały prócz map kilka skórzanych sakiewek.

Jeśli  do  tej  listy  dodamy  kilka  szkatułek,  kilka  bibelotów,  kilka  przedmiotów

związanych z praktykami religijnymi (relikwiarz, kropielni ca), będziemy mieli mniej więcej

pełny  obraz  sprzętów  zdobiących  wiel ką  salę  donżonu.  Jak  widać,  nie  było  to  bogate

umeblowanie,  ale  jeszcze  skromniej  przedstawiały  się  sypialnie:  łóżko  i  skrzynia  w  pokoju

męż czyzny, łóżko i coś w rodzaju toalety w pokoju kobiety. Nie było tam ani ław, ani foteli,

siadało się na wypełnionych słomą płóciennych wor kach, na podłodze albo na łóżku. Łóżko

background image

43

było  olbrzymie,  kwadratowe,  nie kiedy  bardziej  szerokie  niż  długie;  nie  było  w  zwyczaju

sypianie  samot nie.  Nawet  jeśli  właściciel  zamku  i  jego  małżonka  mieli  osobne  sypial nie,

dzielili na ogół wspólne łoże. W sypialniach ich synów, córek, sług i gości łoża również były

zbiorowe. Kładziono się do nich po dwie, po cztery czy nawet po sześć osób razem.

Łóżko  możnego  pana  stało  na  wzniesieniu,  głowami  do  ściany,  noga mi  w  kierunku

kominka.  Drewniana  konstrukcja  tworzyła  rodzaj  balda chimu,  z  którego  zwisały  kotary,

odgradzające  śpiących.  Pościel  niewiele  się  różniła  od  naszej  dzisiejszej.  Na  siennik  lub

materac  kładziono  pu chowy  piernat  i  okrywano  go  prześcieradłem.  Drugie  prześcieradło,

pod łożone  pod  przykrycie,  zwisało  luźno,  nie  obtykano  go  po  bokach.  Wszy stko  to

nakrywano  kapą  bawełnianą  lub  puchową,  pikowaną  jak  nasze  kołdry  puchowe.  Wałek  i

poduszki,  obciągnięte  powłoczkami,  przypomi nały  te,  które  dziś  są  w  użyciu.  Bielizna

pościelowa,  lniana  lub  jedwabna,  zdobiona  była  haftami,  kołdra  wełniana  podbita  futrem

gronostajów  lub  popielic.  U  mniej  zamożnych  jedwab  zastępowano  zgrzebnym  płótnem,  a

wełnę - szerszą (serge).

W tym miękkim i przestronnym łożu (tak szerokim, że przy prze ściełaniu trzeba się

było  posługiwać  kijkiem)  sypiali  ludzie  zazwyczaj  nago,  głowę  tylko  osłaniając  czepkiem.

Przed  położeniem  się  rozwieszano  odzież  na  wieszaku,  utworzonym  z  pręta  sterczącego  ze

ściany pośrodku sypialni równolegle do łóżka. Ale koszulę zdejmowano dopiero później, już

w  łóżku,  i  wsuwano  ją  zwiniętą  pod  poduszkę,  aby  natychmiast  po  przebudzeniu  o  świcie

włożyć ją przed wstaniem.

Na kominku w sypialni ogień nie palił się stale. Rozpalano go tylko w te wieczory,

gdy  zamierzano  czuwać  do  późna  i  zabawiać  się  w  rodzin nym  gronie  w  tym  pokoju,

przytulniejszym  od  wielkiej  sali.  Tam  bowiem  kominek  był  olbrzymi,  palenisko

przystosowane  do  wielkich  kłód,  a  sto jące  przy  nim  ławy  mogły  pomieścić  kilkanaście  czy

nawet  dwadzieścia  osób.  Stożkowaty  okap  i  wysunięte  z  węgarów  wsporniki  tworzyły  jak

gdyby chatę we wnętrzu sali. Ogromnej nadstawy komina nie ozdabiano niczym, dopiero w

początkach  XIV  wieku  przyjmie  się  zwyczaj  umiesz czania  na  niej  rodzinnych  herbów.

Niektóre sale, szczególnie wielkich rozmiarów, miały aż dwa (a czasem nawet trzy) kominki,

ulokowane nie przy dwóch odległych od siebie ścianach, lecz oba przy tej samej. W An glii, w

najskromniejszych donżonach kominek nie wspierał się o ścianę, lecz znajdował się pośrodku

sali:  duży  płaski  kamień  służył  za  palenisko,  a  piramida  z  cegieł  i  drewna  tworzyła

prymitywny okap.

background image

44

Życie codzienne na zamku 

Życie  w  obrębie  zamku  znamionowała  monotonia.  Twierdza  ożywiała  się  tylko  w

kilku dniach, rozproszonych pomiędzy Wielkanocą a Zadusz kami, gdy pełniła swoją funkcję

ośrodka militarnego, politycznego i ekonomicznego, a więc z okazji jarmarku lub święta, po

żniwach  i  wino braniu  albo  gdy  nadchodził  termin  płacenia  daniny,  zwołania  wyprawy

wojennej (ost) albo sesji sądowej. Okazje te były nieczęste, większość dni upływała smutno i

bez  wydarzeń.  Mężczyźni  nudzili  się,  spędzali  więc  jak  najwięcej  czasu  poza  domem,  na

polowaniach,  turniejach  czy  w  po lu.  Wyładowywali  energię  w  nieustannych  kłótniach  z

sąsiadami,  w  o czekiwaniu  na  daleką  wyprawę,  która  otworzyłaby  im  nowe,  cudowne

horyzonty. Kobiety czekały na powrót mężczyzn w niewygodnej sali don żonu, zabijając czas

haftem lub przy kądzieli.

Wobec jednostajności codziennego życia łatwo zrozumieć, że każ dego gościa witano

z  radością,  czy  był  to  pielgrzym,  który  opowieścia mi  o  swoich  wędrówkach  pobudzał  do

marzeń,  czy  żongler  zabawiający  widzów  akrobatycznymi  sztuczkami,  czy  trubadur,  który

zachwycał  słu chaczy  poematami  o  przygodach  króla  Artura  i  jego  rycerzy,  a  tym  bardziej,

gdy się trafił gość dostojny, godny noclegu w najokazalszej sypialni, przytykającej do sypialni

właściciela  zamku  i  ozdobionej  tym  wszystkim,  czym  gospodarz  szczyci  się  w  swoim

dobytku.  Wiek  XII  znał  cnotę  gościnności.  Na  zamku  czy  w  chłopskiej  chacie  każdy  gość

znaj dował  miłe  przyjęcie.  Posłuchajmy  opowieści  Chretiena  de  Troyes  o  tym,  jak  przyjęto

Lancelota i dwóch jego towarzyszy w domu pewnego wa sala niższego stopnia:

 “Wyjechawszy  z  lasu  zobaczyli  dwór  rycerski.  Pani  domu  siedząca  przed  wejściem

wydawała się bardzo przyjazna. Na widok przybyszów zerwała się z miejsca, wybiegła na ich

spotkanie,  przywitała  z  radością  i  rzekła:  «Witajcie!  Chętnie  was  przyjmę  w  swoim  domu.

Zsiądźcie z ko ni, znajdziecie u nas gościnę.» «Dziękujemy ci, o, pani. Skoro taka twoja wola,

zsiądziemy z koni i spędzimy tę noc u ciebie w gościnie.»

Zeskoczyli  z  siodeł,  pani  zaś,  mając  licznych  domowników.  kazała  odprowadzić

konie do stajni. Przywołała synów i córki; wszyscy przy biegli natychmiast: rycerze, dworki,

uprzejmi  panicze,  prześliczne  pan ny.  Pani  nakazała  synom,  żeby  rozsiodłali  wierzchowce  i

zajęli się nimi troskliwie, co też chętnie zaraz uczynili. Córkom zaś poleciła, aby ode brały od

background image

45

gości broń, co też niezwłocznie uczyniły, po czym każdemu z nich podały krótki kaftan do

włożenia  przez  głowę.  Zaprowadzono  ich  do  domu,  pięknie  urządzonego.  Pana  nie  zastali,

gdyż  polował  wraz  z  dwoma  synami  w  lasach,  lecz  wkrótce  potem  powrócił.  Jak  przystało

dobrze wychowanym dzieciom, wszystkie wyszły witać ojca i odebrać od niego upolowaną

zwierzynę.  Powiedziały  mu  też:  «Panie  ojcze,  masz  w  domu  gości,  dwóch  rycerzy.  «Bogu

niech będą za to dzięki!» - od parł.

Podczas gdy ojciec i dwaj synowie witali się z gośćmi, reszta domow ników krzątała

się  żwawo.  Każdy  miał  wyznaczoną  część  pracy  przy  przy gotowaniach  do  posiłku;  jedni

zapalali  łojówki,  drudzy  podawali  ręcz niki  i  miski  do  mycia  rąk,  a  przyniósłszy  wodę  nie

szczędzili  jej  i  na lewali  hojnie.  Wszyscy  się  obmyli,  zanim  siedli  do  stołu.  Prawdziwie

niczego nie brakowało w tym domu i wszystko tam było bardzo miłe."

Dom chłopski

Dom  chłopski  to  najczęściej  nędzna  chata,  mniej  więcej  taka  sama  we  wszystkich

regionach. Jedynie w materiale, jakim się posługiwano, występowały pewne różnice, zależne

od  lokalnych  warunków.  Ściany  były  albo  całe  z  drewna,  albo  z  łat,  tworzących  jak  gdyby

prymitywną konstrukcję strychulcową, i z polepy, sporządzonej z mieszaniny glinia stej ziemi

i sieczki. W środkowej i południowej Francji polepę zastępo wała często zwykła ubita ziemia.

Dach,  z  otworem  dającym  ujście  dy mowi,  kryto  zwykle  strzechą,  rzadziej  gontem  lub

dachówką. Otwory w ścianach nieliczne i małe, zazwyczaj jedne tylko drzwi i jedno okno z

drewnianą okiennicą zamykaną od wewnątrz.

Mieszkanie  składało  się  z  jednej  izby,  z  wnękami  na  łóżka  i  prymi tywną  kuchnią,

ściany były nagie, sufit niski, a podłogę stanowiło kle pisko przysypane trocinami lub sianem.

Tam  chłopska  rodzina  praco wała,  przyjmowała  gości,  gotowała  posiłki,  jadała  i  sypiała.

Umeblowanie  było  równie  liche  i  niewygodne  jak  budynek:  wielka  dzieża  -  jej  rozmiary

świadczą o zasobności rodziny - jedna czy dwie ławy, kilka stołków, jedno lub kilka łóżek, na

których sypiało od dwóch do ośmiu osób. Stół, jeśli w ogóle był, składał się ze starych drzwi

po łożonych  na  kozłach.  Ale  sprzęty  te,  chociaż  toporne,  wyciosane  z  dębo wych  desek

siekierą, były bardzo mocne i przekazywano je z pokolenia na pokolenie.

background image

46

Dom rzadko podpiwniczano, częściej do jednej z jego ścian zewnętrz nych przytykała

płytka, na pół w ziemi zagłębiona piwnica, natomiast nad izbą z reguły był strych, na .który

wchodziło się po drabinie z ze wnątrz. Tam rolnik przechowywał to, co miał najcenniejszego:

ziarno.  Liczba  i  rozmiary  zabudowań  gospodarczych  otaczających  chatę  bywały  różne,

podobnie jak rozmiary dzieży, zależnie od zamożności właściciela. Zamożny rolnik, pierwszy

w swojej wsi, miał stodołę na zboże, słomę i siano, szopę, gdzie przechowywał pług i inne

narzędzia,  oborę,  owczar nię,  chlew  lub  kilka  chlewów,  niekiedy  także  stajnię.  Prosty

wyrobnik  nie  miał  nic  takiego,  a  skąpy  zbiór  siana,  kilka  narzędzi,  kilka  kur  trzymał  w  tej

samej izbie, w której jadał, sypiał i żył z całą rodziną. Tak samo różniły się cottiers - małe

ogródki  za  chatami.  Najbiedniejsi  poprzestawali  na  grządce  rzepy  i  ziół,  zamożniejsi

hodowali piękne wa rzywa, owoce, winorośl i rośliny włókiennicze.

Chłop, tak samo jak właściciel zamku, nie spędzał wiele czasu w domu. Latem i zimą

przebywał najczęściej w polu, w ogrodzie, na rzece, w młynie, na targu czy w drodze. Chłop,

podobnie jak pan, nie był zbyt nio do swojego domu przywiązany i nie starał się go upiększyć

ani  urzą dzić  wygodniej.  Zresztą  zdobywanie  nowych  gruntów  pod  uprawę  i  ko nieczność

stosowania  systemu  trójpolowego  zmuszały  rolnika  do  niemal  wędrownego  trybu  życia.

Nawet w obrębie włości swojego seniora czyn szownik często zmieniał działkę i w związku z

tym miejsce zamieszkania.

background image

47

Rozdział Piąty

Pora siadać do stołu

O tym, jak się ludzie średniowiecza odżywiali, wiemy niewiele, gdyż znamy niemal

wyłącznie  jadłospisy  wspaniałych  książęcych  uczt  z  XIV  wieku  oraz  malownicze  przepisy

kulinarne,  zawarte  w  licznych  rozprawach  i  przeznaczone  dla  bogatych  mieszczan,  nie

wcześniejsze  jed nak  niż  z  połowy  XIII  wieku.  Prawie  nic  nam  nie  wiadomo  o  sposobach

odżywiania się w latach poprzedzających tę datę, zwłaszcza jeśli chodzi o chłopstwo. Wobec

braku  źródeł  dotyczących  specjalnie  tych  zagadnień,  trzeba  je  studiować  pośrednio,

wyciągając wnioski z danych o metodach rolniczych i o wymianie handlowej. Nawet wtedy,

gdy  chcemy  się  do wiedzieć  czegoś  o  sposobie  życia  arystokracji,  badania  aspektów  ekono-

micznych  systemu  feudalnego  okazują  się  bardziej  pouczające  niż  ściśle  techniczne

informacje  zawarte  w  tekstach  narracyjnych  i  literackich.  Poe maty  dworskie,  tak  bogate  w

opisy rytuałów związanych z posiłkami, skąpią szczegółów co do podawanych dań i sposobu

ich  przyrządzania.  Jakaś  niepojęta  literacka  pruderia  powstrzymuje  często  autorów  od  opo-

wiadania, czym ich bohaterowie się posilali. Wiemy tylko, że “jedli ob ficie i smacznie". Oto

charakterystyczny przykład:

“Służba ustawiła stół i przygotowała, co trzeba, do posiłku. Umyw szy ręce trzej biesiadnicy

nie  zwlekając  siedli  za  stołem.  Znudziłbym  was  wszakże  wyliczaniem  mięsiwa,  które  im

podawano.  Lepiej  więc  u czynię  pomijając  to  milczeniem.  Oszczędzę  słuchaczom  nudy,  a

sobie  niepotrzebnego  trudu.  Nie  skłamię  wszakże,  jeśli  wam  powiem,  że  mięsi wa  było  w

bród, a przednich win tyle, ile kto zapragnął."

Powściągliwość autorów jest tym bardziej godna ubolewania, że na omawiany okres

przypada  przełom  w  sposobie  odżywiania  się,  spowodo wany  postępem  rolnictwa,

wprowadzeniem nowych upraw i wzrostem wydajności; rozwój hodowli umożliwia większe

spożycie  mięsa;  produk ty  zbożowe  przestają  być  jedynym  pożywieniem  klas  niższych;

obsesyjny  lęk  przed  głodem  słabnie,  ożywia  się  cyrkulacja  produktów,  zmieniają  się  gusta,

wysubtelniają obowiązujące przy stole obyczaje.

Mimo  luk  w  dokumentacji  można  odtworzyć  niemal  kompletny  obraz  tego,  co  się

pojawiało  na  stołach  pańskich  i  chłopskich  pod  koniec  XII  wieku.  Najmniej  wiemy  nie  o

rodzaju spożywanych produktów, lecz o sposobie ich przyrządzania (literatura często na ten

temat fantazjuje), a zwłaszcza o ilościach spożywanych przy każdym posiłku; nie chodzi nam

background image

48

o dni obżarstwa i ucztowania, lecz o rzeczywistość dni powszed nich.

Pożywienie chłopów

Podstawą  pożywienia  chłopów,  zarówno  wolnych,  jak  niewolnych,  były  produkty

zbożowe, nie zawsze spożywane w postaci chleba; nie wszystkie zresztą do tego się nadają.

Najczęściej  gotowano  z  nich  po lewki  lub  pieczono  podpłomyki.  Najbardziej

rozpowszechnione  były  ży to,  jęczmień  i  pszenica,  często  siane  i  zbierane  razem,  tak  by

otrzymać mieszankę na ciemny, szarawy chleb. W okolicach górskich uprawiano orkisz, a w

prowincjach południowych różne odmiany prosa. Owies u żywany był głównie jako składnik

zupy,  obok  siemienia  konopnego,  ja rzyn  ogrodowych  (bób,  groch,  purchawki,  kapusta)  i

owoców  drzew  ros nących  dziko  (kasztany,  żołędzie).  Dopiero  w  końcu  średniowiecza  za-

częto pewne odmiany zbóż przeznaczać na paszę dla zwierząt.

Jednakże  już  w  XII  wieku  poprawa  warunków  bytu  i  względny  wzrost  zamożności

pozwalały  chłopu  żywić  się  nie  tylko  chlebem,  pod płomykami  i  polewkami.  Duży  pożytek

dawał  drób,  dostarczając  jaj  (któ re  spożywano  w  dużych  ilościach)  oraz  mięsa  (kurczaki,

kapłony, gęsi); umożliwiało to płacenie w naturze należnych panu świadczeń. Wyrabia no też

sery,  ostre  lub  łagodne,  przyprawiane  ziołami  lub  nie,  przeważ nie  nie  z  krowiego,  lecz  z

owczego  mleka.  Ryby  kupowano  solone  albo  wędzone  (głównie  śledzie)  czy  też  łowiono  -

zwykle  potajemnie   w  najbliższej  rzece  lub  w  jeziorze.  Oprócz  jarzyn  już  wyżej  wymienio-

nych, uprawiano w skromnych ogródkach za chatą soczewicę, fasolę, ce bulę, czosnek, rzepę i

pory.  Nie  tylko  sady,  lecz  również  żywopłoty,  łąki  i  lasy  dostarczały  mnóstwa  owoców,

jabłek i gruszek, a także morw, śliwek, niespliku, jarzębin, orzechów włoskich i laskowych,

borówek i przeróżnych jagód. Warto zwrócić uwagę na pewną zabawną ciekawo stkę: gdy w

tekście jest mowa o owocu bez podania bliższej nazwy, ozna czało to we Francji jabłko, lecz

w Anglii - gruszkę. Wreszcie, oprócz drobiu i drobnej zwierzyny, zdobywanej kłusowniczymi

sposobami, ja dano wieprzowinę. Świniobicie odbywało się w grudniu, ale mięso solo no, aby

się nim żywić przez czas możliwie jak najdłuższy.

Zarówno  do  potraw  zbożowych,  jak  do  mięsa  i  ryb  ówczesna  kuch nia  chłopska

stosuje  mnóstwo  przypraw  i  ziół  aromatycznych  (czosnek,  gorczyca,  mięta,  pietruszka,

macierzanka itp.). Potrawy smażone, pieczo ne lub z rożna, należały do rzadkości, najczęściej

występowały w po staci pośrednie j między zupą a potrawką, mocno przyprawione, w so sach

robionych z miąższu chleba, soku zielonych winogron, cebuli i orze chów; niekiedy dodawano

background image

49

też ziarnko pieprzu lub odrobinę cynamonu, kupowane na wagę złota u kupców korzennych.

Oczywiście  na  takie  dania  mógł  sobie  pozwolić  tylko  zamożny  rol nik.  Dla  rzeszy

wolnych  i  niewolnych  chłopów  podstawowym  pożywie niem  był  chleb  i  polewka,  a  inne

wymienione  wyżej  produkty  stano wiły  dodatek  lub  też  pożywienie  odświętne.  Lud  w  XII

wieku  żył  wciąż  jeszcze  w  lęku  przed  nieurodzajem  zbóż.  Z  powodu  niskiej  wydajności

rolnictwa  i  nieznajomości  lepszych  sposobów  przechowywania  produk tów  nie  mógł  się

zaopatrzyć w zapasy większe niż na jeden rok, toteż zawsze był zdany na łaskę lub niełaskę

warunków klimatycznych. Niedo statek i głód, chociaż mniej dotkliwe niż w XI, a nawet w

XIV wieku, zdarzały się wszędzie dość często. Mimo pewnych postępów, lęk przed głodem i

obsesyjna  troska  o  żywność  nie  zniknęły.  Świadczą  o  tym  chłop skie  baśnie,  w  których

zazwyczaj  młynarz  występuje  jako  zdrajca  gnę biący  lud  głodem,  rzeźnik  jest  postacią

urzekającą,  a  rozmaite  wersje  opowieści  o  rozmnożeniu  chleba  zajmują  wiele  miejsca.  W

folklorze  i  w  literaturze  roi  się  od  historyjek  o  kradzieży  produktów  żywnościowych,  .,  od

scen obżarstwa lub legend o przemienianiu różnych najpospolitszych substancji w cudowne

jadło. Tak na przykład w Roman de renart (Opo wieści o lisie) głód jest głównym bodźcem

pobudzającym  lisa  do  wy stępków,  a  większość  jego  przygód  zaczyna  się  od  stwierdzenia

pustek w spiżarni.

“Było to w porze, kiedy lato się kończy, a zima już nadchodzi. Lis doznał gorzkiego zawodu,

kiedy  stwierdził,  że  zapasy  w  jego  domu  już  się  wyczerpały.  Nie  miał  nic,  czym  by  się

pożywić, i ani grosza żeby ku pić prowiant, nic, czym by mógł pokrzepić siły. Z konieczności

więc wy ruszył w drogę..."

Pożywienie panów

Pożywienie  panów,  tak  samo  jak  chłopów,  bardziej  zależało  od  sta nu  majątkowego

niż od okolicy, w której mieszkali. Pan na skromnym zamku w Maine lub w Poitou żywił się

nie  inaczej  niż  niezamożny  rycerz  w  Kent.  U  jednych  i  drugich  trzy  zasadnicze  posiłki

codzienne podob niejsze były do posiłków dostatniego rolnika niż do tego, co podawano na

stołach ich suzerena, króla Anglii.

Nie  trzeba  jednak  przesadzać,  jak  często  czynią  autorzy  rycerskich  poematów

epickich, w opisach wspaniałości królewskich uczt w intere sującym ras okresie. Tak bywało

dopiero  później.  Najstarsze,  niepod ważalne  świadectwo  historyczne,  zawierające  opis

background image

50

wielkiego bankietu wydanego przez króla Francji, przekazał nam Joinville, opowiadając, jak

Ludwik  Święty  podejmował  swojego  brata  Alfonsa  z  Poitiers  w  murach  miasta  Saumur  w

1241 roku. Wprawdzie zbytkowne jadło było już. “pierwszym z luksusów" - jak to pięknie

wyraził Jacques Le Goff   lecz w omawianej tu epoce nie istniał jeszcze snobizm każący' się

prze  ścigać  w  kulinarnym  wyrafinowaniu.  Oczywiście,  grzechy  obżarstwa  i  ła komstwa

mnożyły się na wszystkich szczeblach arystokratycznego śro dowiska, które przynajmniej raz

na  tydzień  (albo  i  dwa  razy)  oddawało  się  uciechom  stołu,  lecz  prawdziwa  sztuka

gastronomiczna nie grała wiel kiej roli. Rozkwitnie dopiero w drugiej połowie XIII wieku w

związku  ze  wzrostem  znaczenia  bogatego  mieszczaństwa,  które  wcześniej  niż  szla chetnie

urodzeni  zaczęło  traktować  wyszukaną  kuchnię  jako  dowód  spo łecznego  awansu,  a  nawet

swoistej etyki. Możni panowie XII wieku nie komplikowali uciech stołu subtelnościami ani

motywami ideologicznymi. Z równą łatwością poprzestają na najskromniejszym posiłku, jak

objadają  się,  gdy  los  tak  zdarzy.  Rycerze  Okrągłego  Stołu  na  przemian  to  ucztowali  na

dworze króla Artura, to wędrowali o pustym żołądku w poszukiwaniu przygód i wdzięcznie

przyjmowali kromkę chleba i kubek wody od gościnnego pustelnika. To są jednak literackie

skrajności. Co naprawdę jadał zacny pan i jego świta w wielkiej sali donżonu, który nie był

ani zamkiem Camelot, ani chatą anachorety?

W  porównaniu  z  chłopskim,  pożywienie  panów  różni  się  przede  wszy stkim  tym,  że

podstawą jego nie są produkty zbożowe, lecz mięso. Pa nowie nie żywią się więc polewkami

ani  podpłomykami,  jadają  niewiele  chleba,  za  to  mnóstwo  rozmaitego  mięsa.  Ponieważ  do

nich  należy  przy wilej  polowania,  mają  pod  dostatkiem  zwierzyny:  jelenie,  sarny,  daniele,

dziki,  zające,  przepiórki,  kuropatwy,  bażanty;  w  niektórych  regionach  także  kormorany,

głuszce, koziorożce, a nawet niedźwiedzie. Poza tym drób specjalnie hodowany w tym celu:

gęsi,  kapłony,  kurczęta,  gołębie,  ale  także  pawie,  łabędzie,  siewki,  czaple,  żurawie,  bąki

podawane od wielkiego święta (do kaczek odnoszono się pogardliwie). Wreszcie było mięso

zwierząt  rzeźnych,  przede  wszystkim  wieprzowe.  Koniny  nie  ja dano  nigdy,  a  woły  aż  do

połowy XIII wieku hodowano głównie do pracy w polu, owce zaś na wełnę.

Nie brak też na pańskim stole ryb. Jada się je świeże, jeśli pocho dzą z wód słodkich

(specjalnie ceniono łososia, węgorza, minoga i szczu paka) lub, mniej chętnie, suszone, solone

i  wędzone,  jeśli  pochodzą  z  mo rza.  Natomiast  raczono  się  mięsem  niektórych  waleni

(wieloryby, mor świnie), a nawet rekinów - rzadko, ze względu na ich zły smak. Z wy jątkiem

ostryg  (gotowanych)  spożywano  niewiele  mięczaków,  podobnie  jak  i  skorupiaków.  Ryby  i

background image

51

mięso - czy to smażone, gotowane czy prze robione na pasztet - podaje się zawsze w sosie lub

nadziewane far szem, komponowanym z mnóstwa przypraw korzennych i aromatycz nych, czy

to  uprawianych  w  ogrodach  (cebula,  czosnek,  pietruszka,  ko per,  szczaw,  trybula),  czy

rosnących  dziko  (tymianek,  mięta,  majeranek,  rozmaryn,  grzyby)  lub  sprowadzanych  ze

Wschodu (pieprz, cynamon, kminek, goździki). Głównymi składnikami wszystkich sosów był

pieprz, mięta i wino zaprawione miodem.

“Ziele" (herbes, jak nazywano wszystkie warzywa), którego wiele odmian uprawiano

w ogrodach, nie cieszyło się powodzeniem w dni mię sne. Jadano je za to w dni postne lub

jako  lekkie  dietetyczne  danie.  Do  mięsa  nie  podawano  zazwyczaj  nic  prócz  kilku  listków

sałaty (zwłaszcza sałaty liściastej i rzeżuchy) lub gotowane owoce (gruszki, morele, śliw ki).

Po serach, które niezależnie od regionu były takie same (wszędzie wy rabiano zarówno ostre,

jak  łagodne,  aromatyzowane  lub  nie),  wiele  miej sca  w  jadłospisie  zajmowały  desery,

przeważnie słodkie ciasta (placki, torty, pączki, pierniki) lub smakołyki z miodu, migdałów i

miąższu owo cowego. Najbogatsi sprowadzali z Ziemi Świętej cukier trzcinowy i wy śmienite

egzotyczne  owoce:  brzoskwinie,  melony,  daktyle,  pomarańcze,  figi.  Inni  poprzestawali  na

jabłkach,  gruszkach,  wiśniach,  porzeczkach  i  malinach  (poziomki  nie  były  cenione),

orzechach  włoskich  i  laskowych.  Na  ogół  jednak  krajowe  surowe  owoce  jadano  raczej

między posiłkami, na przechadzce, w ogrodzie lub w lesie.

Napoje i wino

Co do napojów, to różnice społeczne odzwierciedlają się raczej w ich jakości niż w

rodzaju.  Szlachetnie  urodzeni  i  pospólstwo  upijają  się  tym  samym  trunkiem,  a  mianowicie

winem, podstawowym napojem śred niowiecznej Europy Zachodniej.

Piwo  było  rozpowszechnione  tylko  w  pewnych  regionach:  we  Flan drii,  Artois,

Szampanii,  w  południowej  i  środkowej  Anglii;  w  innych,  gdzie  go  nie  produkowano,  nie

cieszyło się uznaniem. W Andegawenii, Saintonge, Burgundii, a nawet w Paryżu picie piwa

uważano za poku tę: Co prawda nie nadawało się do dłuższego przechowywania i źle zno siło

transport, przeznaczone więc było do natychmiastowego spożycia na miejscu. Uchodziło za

napój  stosowny  dla  kobiet,  a  mężczyźni  sięgali  po  nie  tylko  wtedy,  gdy  brakowało  wina.

Warzono je nie tylko z przetwo rzonego na słód jęczmienia, lecz także z pszenicy, owsa lub

orkiszu.  Aż  do  XV  wieku  nie  było  w  zwyczaju  przyprawianie  piwa  chmielem,  toteż

background image

52

przypominało  raczej  napój  starożytnych  Galów,  zwany  cervoise,  niż  to  piwo,  które  dzisiaj

znamy.  Były  jednakże  rozmaite  gatunki  piwa:  mocne  lub  słabe,  słodzone  miodem  lub

zaprawiane korzeniami albo nawet miętą.

Jabłecznik,  niegodny  wybredniejszego  podniebienia,  pozostawiano  najuboższym

chłopom  ze  wschodniej  Francji.  Nieco  mniej  kwaśne  wino  z  gruszek  bardziej  było

rozpowszechnione;  rozcieńczone  wodą  dawano  je  dzieciom  w  wielu  wioskach.  Dzieci  do

siedmiu, ośmiu lat pijały rów nież mleko. Dorosły człowiek nie brał go do ust, chyba w stanie

krań cowego  osłabienia  czy  też  przytępienia  umysłu.  Bardziej  popularny  był  miód  pitny,

podawany  na  zakończenie  posiłków,  czysty  lub  zmieszany  z  winem.  Używano  go  też  w

kuchni do zaprawiania wielu różnych po traw i sosów. Z owoców drzew i krzewów rosnących

dziko  -  morwa,  tarnina,  orzechy  -  wyrabiano  lekko  sfermentowane  wina,  silnie  aro-

matyzowane, które, przede wszystkim dla chłopów, spełniały rolę na szych likierów. Wódki z

owoców  nie  znano,  lecz  pędzono  ją  z  ziarna  zbo żowego,  zwłaszcza  jęczmienia.

Wytwarzanego  alkoholu  używano  raczej  jako  lekarstwa  niż  jako  “środka  przyspieszającego

trawienie". Wreszcie przed położeniem się do snu pijano napar z ziół (mięta, werbena, roz-

maryn, niekiedy z dodatkiem korzeni i miodu).

Ale głównym napojem, który się piło przy każdej okazji i o każdej porze dnia, było

wino, uważane za eliksir zdrowia, radość życia, dar na tury, zasługujący na religijny niemal

szacunek. Toteż wszędzie uprawia no winorośl. Od roku 1000 jej uprawa rozszerza się coraz

bardziej  wzdłuż  biegu  rzek,  na  przedmieściach,  wokół  klasztorów  i  zamków.  Winnice  roz-

rastały  się  raczej  kosztem  pól  uprawnych  niż  na  nowych  karczowiskach,  co  stwarzało

niemało  problemów,  tym  bardziej  że  każdy,  od  najbogat szego  pana  do  najbiedniejszego

chłopa, chciał mieć chociaż piędź wła snej winnicy i wierzył, że jego wino jest najlepsze w

świecie.  Uprawa  winorośli  sięgała  wówczas  daleko  poza  dzisiejsze  swoje  granice  klima-

tyczne,  aż  do  Fryzji  i  Skanii.  W  Anglii  winnice  skupiały  się  głównie  w  Kent,  Suffolk  i  w

hrab stwie Gloucester, lecz aż po Lincoln i York nie spotykało się katedry ani opactwa, które

nie hodowałyby własnego wina na potrzeby kultu. We Francji tereny rodzące winorośl były

bardziej rozproszone. Trzy ogrom ne winnice to: Auxerrois-Tonnerrois, dostarczające znaczną

część  wina  spożywanego  przez  Paryż;  Aunis  i  Saintonge,  które  przez  port  La  Rochel le

eksportowało  wino  do  Anglii;  wreszcie  region  Beaune,  którego  roz kwit  przypada  na  czas

panowania  Ludwika  Świętego.  Były  wszakże  in ne  regiony,  nie  tak  rozległe,  lecz  nie  mniej

sławne  i  ważne  dla  życia  go spodarczego:  na  północy  Laonnois,  Szampania,  dolna  część

background image

53

doliny  Sek wany,  okolice  Paryża  i  Beauvais.  Nad  Loarą  okolice  Nevers,  Sancerre,  Orleanu,

Tours,  a  zwłaszcza  Angers.  Dalej  na  południu  okolice  Issoudun,  Sant-Pouręain,  Clermont  i

Cahors. Wokół Bordeaux uprawa winorośli rozwinęła się nieco później. Stało się to dopiero

za króla Henryka III, gdy jego kontynentalne posiadłości skurczyły się do jednego księstwa

Guyenne, co przyczyniło się do zniknięcia winnic angielskich.

Większość tych terenów specjalizowała się już wówczas w poszcze gólnych gatunkach

win. Na północy dominowało lekkie wino białe, w Burgundii - czerwone, ciężkie i mocne. Na

stołach  arystokracji  te  pierw sze  cieszyły  się  większą  estymą  aż  do  połowy  XIII  wieku.

Później, mo że pod wpływem zamożnego mieszczaństwa, gusta się zmienią i w wyż szej cenie

będą cięższe wina z Beaune, wina likierowe z Langwedocji, Katalonii i z Bliskiego Wschodu.

Oprócz  różnic  wynikłych  z  warunków  geograficznych  wchodziły  w  grę  różnice  społeczne.

Kościół, książęta i bo gaci mieszczanie dbali o jakość swoich win, chłopom zależało przede

wszy stkim na ilości.

Podobnie jak piwo, wino ówczesne nie nadawało się do dłuższego przechowywania.

Należało  je  pić  w  ciągu  roku,  najpóźniej  w  następnym  roku  po  wyprodukowaniu.  Metody

uprawy winorośli były już dość wy soko rozwinięte (niewiele się zmieniły aż do XIX wieku),

lecz technika wytwarzania win dość prymitywna. Stare mogło być tylko wino doj rzałe. Pito

go  zresztą  sporo,  tak  samo  jak  win  zaprawionych  ziołami,  korzennych,  pikantnych,  z

domieszką miodu, aromatyzowanych. Moż na by sądzić, że czyste, naturalne wino nie miało

dość wyrazistego sma ku. W każdym razie tylko kobiety, dzieci i chorzy rozcieńczali je wodą.

Oto, jakich rad udziela Guivret swemu powracającemu do zdrowia przy jacielowi Erykowi:

“Będziesz  pił  wino,  do  którego  dolano  wody.  Mam  wprawdzie  siedem  beczek  pełnych

najzacniejszego wina, ale czyste zaszkodziłoby ci, dopóki rany całkiem się nie zagoją."

I rozważny Eryk przestrzega tych zaleceń.

Chociaż  nieurodzaje  i  klęski  głodu  powtarzały  się  periodycznie,  lu dzie  XII  i  XIII

wieku  byli  nie  tyle  niedożywieni,  ile  niewłaściwie  od żywiani:  w  chłopskiej  diecie  było  za

mało składników białkowych, a szla chetnie urodzeni jadali za tłusto i nadużywali pikantnych

przypraw.  To też  ograniczenia  nakazujące  powściągliwość  w  tej  dziedzinie  miały  nie-

wątpliwie znaczenie dietetyczne (czy zdawano sobie z tego sprawę, czy też nie).

Kościół  narzucał  wiernym  mnóstwo  dni  postnych.  Liczba  ich  wzro sła  jeszcze  po

reformie  gregoriańskiej:  dwa  dni  w  tygodniu  (środa  i  pią tek)  w  czasie  zwykłym,  trzy  albo

cztery  w  tygodniach  adwentu  i  wszy stkie  dni  oprócz  niedziel  w  okresie  Wielkiego  Postu;

background image

54

poza  tym  w  wigilię  każdego  ważniejszego  święta.  Do  tych  postów,  obowiązujących  wszy-

stkich  wiernych,  dodać  należy  posty  i  półposty  nakazywane  z  różnych  okazji  przez

poszczególnych  biskupów.  W  sumie  należało  pościć  przez  co  najmniej  trzecią  część  dni  w

roku. W praktyce jednak działo się inaczej. Tym bardziej, że posty były nie tylko liczne, lecz

obwarowane bardzo surowymi wymaganiami. W dzień postny dozwolony był tylko jeden po-

siłek,  wieczorem  po  nieszporach,  i  to  bez  wina,  mięsa,  słoniny,  zwierzyny,  jaj,  ciast  i

wszelkich  produktów  pochodzenia  zwierzęcego,  z  wyjątkiem  ryb.  Każdy  pościł  na  miarę

swoich  możliwości:  najbiedniejszy  musiał  po przestawać  na  chlebie,  wodzie  i  jarzynach,

najbogatszy korzystał z pre tekstu, by się raczyć łososiem, węgorzem, szczupakiem i serami

(jedy nym  dopuszczalnym  rodzajem  nabiału),  i  rzadkimi  owocami.  Ale  nakazy

wstrzemięźliwości  dotyczyły  nie  tylko  jedzenia.  Należało  się  powstrzy mać  również  od

zabaw,  polowań  i  wszelkich  uciech,  oddawać  się  w  sku pieniu  medytacji  i  modlitwie,

oszczędności zaś poczynione na rozrywkach i ucztach przeznaczać na jałmużnę.

Oczywiście wszystkie te ograniczenia pozostawały najczęściej teorią. Trzeba by mieć

cnoty  Ludwika  Świętego,  żeby  skrupulatnie  wykonywać  te  przepisy  Kościoła.  W  praktyce

więc  każdy  pościł  na  swój  sposób.  Sta rano  się  na  ogół  unikać  przesady.  Najmniej

uprzywilejowani najbardziej narzekali na posty i najdotkliwiej je odczuwali:

“Kto tego doświadczył, ten wie, że Wielki Post, ten niecnota, nie przynosi nic prócz smutku i

przykrości. Nienawidzą go biedacy, brzydzi się nim ubogi lud."

Tak  mówi  anonimowy  autor  osobliwego  poematu  z  pierwszej  poło wy  XIII  wieku

Bitwa  Postu  z  Mięsopustem.  Ten  satyryczny  tekst  opisu je  z  epicką  weną  walkę  dwóch

alegorycznych postaci: Postu, który jest uosobieniem ascezy i powściągliwości, i Mięsopusta,

który ucieleśnia obfitość i rozkosze życia. Pierwszy ma armię złożoną z ryb, warzyw i owo-

ców,  w  szeregach  drugiego  walczy  zwierzyna,  drób,  ciasta  i  wszelkie  tłu ste  potrawy.  Po

homeryckich  bojach  i  ostatniej  bitwie  “srogiej,  okrutnej  i  podstępnej"  zwyciężony  Post

uchodzi,  skazany  na  wieczne  wygnanie,  i  będzie  mu  wolno  powracać  tylko  raz  w  roku  na

około sześć tygodni od Środy Popielcowej do Wielkiej Soboty.

Maniery przy arystokratycznym stole

O zwyczajach i konwenansach związanych z posiłkiem więcej mamy wiadomości niż

o samym jadłospisie. Mimo to nie znamy ich dokładnie. Literatura wprawdzie nie skąpi w tej

background image

55

dziedzinie szczegółów, lecz czę sto operuje stereotypami, autorzy zaś bardziej się troszczą o

swój  kunszt  niż  o  realizm  opisów.  Przy  tym  zajmują  się  tylko  arystokracją.  Doku mentacja

ikonograficzna  niestety  nie  pomaga  w  wypełnieniu  tej  luki  i  poznaniu  obyczajów  innych

warstw społecznych. Zarówno obrazy, jak opowieści przedstawiają wyłącznie świat wielkich

panów, chłop pojawia się w nim bardzo rzadko.

Nie jest to jeszcze epoka wyrafinowanej sztuki kulinarnej i nie ist nieje też w ostatnich

dekadach XII i pierwszych XIII wieku ścisła ety kieta przy stole. W tym zakresie, podobnie

jak w dziedzinie ubiorów, przełom dokonał się we Francji za panowania Filipa III Śmiałego

(1270 -1285).  Jednakże  nie  są  to  już  prostackie  czasy  pierwszego  wieku  feu dalnego,  a

dworskie  poematy,  które,  być  może,  wyprzedzają  rzeczywi stość,  dają  świadectwo  wielkiej

ogładzie  panujących  manier.  Gościa  przyj mowano  zawsze  z  zachowaniem  tego  samego

ceremoniału. Właściciel zam ku wychodził na jego spotkanie przed swoją siedzibę, prosił, aby

zsiadł z konia, polecał odebrać od niego broń, zaopiekować się wierzchowcem; jedna z jego

córek  podawała  przybyszowi  płaszcz.  Głosem  rogu  zwoły wano  biesiadników,  zapraszano

gościa,  żeby  sobie  umył  ręce  w  umywal ni,  albo  też  przynoszono  mu  do  wielkiej  sali

wspaniałą  misę  z  wodą  i  ręcz nik  -  toaille  -  aby  je  mógł  starannie  wytrzeć.  Wszyscy

podchodzili do stołu, nakrytego śnieżnobiałym obrusem i zastawionego srebrnymi i zło tymi

naczyniami. Pan domu wskazywał gościowi miejsce po swej prawej ręce, zachęcał, aby jadł z

nim  razem  z  jednej  miski  i  pił  z  jednego  kubka.  Dania  były  liczne,  obfite  i  smaczne,  wina

wyśmienite.  Uczta  trwała  dłu go,  lecz  głośne  czytanie,  pieśni  i  widowiska  pozwalały

biesiadnikom zapo mnieć o upływie czasu. W końcu wstawano od stołu z pełnym żołądkiem i

wesołym  umysłem.  Służba  zdejmowała  obrus  i  nakrycia,  wszyscy  znowu  myli  ręce,  zanim

przeszli do innej komnaty, aby się zabawiać rozmo wą, lub też do ogrodu, zażyć spaceru.

Takich opisów jest wiele i tak się mało między sobą różnią, że budzą się podejrzenia,

czy  autorzy  starali  się  naprawdę  odtworzyć  rzeczywi stość.  Gdzie  się  tu  kończy  poetycka

konwencja? Gdzie się zaczyna świa dectwo obserwatora?

Powitalne  grzeczności  nie  są  literackim  szablonem.  Społeczeństwo  średniowieczne

było niezmiernie ruchliwe, a ludzie przebywający chwi lowo w domu zawsze bardzo chętnie

przyjmowali  podróżnych.  Przy  sto łach  bogaczy  zawsze  było  miejsce  dla  licznych  gości.

Obrządku  mycia  rąk  przed  i  po  jedzeniu  także  nie  zmyślili  autorzy.  Z  zasady  czy  z  ko-

nieczności arystokracja ówczesna dbała o czystość i zachowała te zwy czaje aż do XVI wieku.

Literatura przesadza nie tyle w opisie zachowa nia się ludzi, ile w obrazie ich otoczenia. Już

background image

56

mówiliśmy,  jak  naprawdę  wyglądał  stół  w  wielkiej  sali  donżonu:  kilka  desek  opartych  na

kozłach, sprzęt wcale nieokazały. Cała wytworność polegała na bieli obrusa, u żywanego tylko

od  wielkiego  święta.  Serwetek  jeszcze  nie  znano.  Srebrne  i  złote  naczynia,  jeśli  je  ktoś

posiadał, paradowały na kredensie, nie na stole. Nawet książęta zadowalali się naczyniami z

cyny lub z wypalonej gliny. Nie używano widelców, łyżek było niewiele, a jeden nóż zwykle

służył  dwóm  osobom.  Napoje  i  potrawy  na  pół  płynne  służba  podawała  w  misach

opatrzonych  uchwytami  i  -  podobnie  jak  nożem  -  jedną  ta ką  miską  dzielili  się  dwaj

biesiadnicy, pijąc z niej kolejno. Ryby, mięsiwa i inne produkty w stanie stałym podawano na

dużych  kromkach  chleba,  tranchoirs,  które  nasiąkały  sokiem  lub  sosem.  Kromkę  krajano

nożem na spore kęsy, które w palcach podnoszono do ust. Wino pito z czaszy, na pełnianej

przed posiłkiem i służącej dwóm czy nawet kilku biesiadnikom,. albo z kubka, dla każdego

osobnego,  który  podczaszy  na  życzenie  gościa  napełniał  z  beczki.  Potrawy  przynoszono  z

kuchni,  zanim  goście  rozsiedli  się  przy  stole,  okryte  płachtą,  którą  zdejmowano  dopiero  w

ostatniej  chwili.  Autorzy  tekstów  literackich  komentując  ten  zwyczaj  twierdzą,  że  chodziło

nie tylko o to, by dania nie ostygły, lecz również by zapobiec jakimś zakusom trucicielskim;

wprowadzają na scenę zaufanego sługę, którego obowiązkiem jest kosztowanie potraw, nim

inni biesiadnicy wezmą je do ust; opisują też czarodziejskie sposoby badania każdej po trawy

za  pomocą  rogu  jednorożca  lub  zęba  węża,  co  miało  nieomylnie  wykrywać  zawartą  w  niej

truciznę.

Brak nam informacji o przebiegu uczty i kolejności spożywanych dań. Teksty nie są w

tej kwestii zgodne. Wynika z nich, że niekiedy zaczynano od zupy, a niekiedy od ciast, serów

lub nawet owoców. Zdarza ło się, że owoce, wraz z ciastami i słodyczami pozostawiano na

zakończenie,  lecz  nie  było  to  wcale  powszechnym  zwyczajem.  W  niektórych  przy padkach

ostatnim daniem były pasztety. Na miniaturach widzimy stoły zastawione mnóstwem różnych

dań, gorących i zimnych, płynnych i sta łych, słonych i słodkich. Może kosztowano wielu z

nich jednocześnie? To pewne, że z dań mięsnych podawano najpierw dziczyznę, potem drób,

a  w  końcu  rozmaite  ryby.  Po  jedzeniu  zazwyczaj  raczono  się  likierami,  czyli  gęstym  i

słodkim winem - a więc odmiennym od tych, które pito przy jedzeniu - lub też naparami z

ziół, mocno zaprawionymi korze niami.

Nie  wiemy  też  nic  pewnego  o  tym,  jak  długo  trwały  te  posiłki;  z  pewnością  długo,

lecz  chyba  nie  przez  pięć,  sześć  czy  nawet  osiem  go dzin,  jak  nam  wmawiają  rycerskie

poematy  epickie.  Może  najtrafniej  byłoby  przyjąć  jakąś  średnią  miarę,  przypuśćmy  półtorej

background image

57

godziny  na  obiad,  dwie  i  pół  na  wieczerzę,  niewątpliwie  dłuższą  niż  południowy  po siłek.

Przy wieczornym bowiem, bardziej obfitym, zabawiali biesiadni ków żonglerzy, popisując się

swymi  sztuczkami,  trubadurzy  śpiewając  pieśni,  a  pielgrzymi  opowiadając  o  swoich

podróżach.

background image

58

Rozdział szósty

W dążeniu do zewnętrznej okazałości: ubiory, barwy, godła

Kultura  średniowieczna  to  kultura  znaków.  Słowa,  gesty,  zwyczaje   wszystko  ma

prócz  zewnętrznego  sens  ukryty.  Podobnie  jak  mieszkanie  i  pożywienie,  a  może  nawet  w

większym jeszcze stopniu, ubiór wiąże się z pozycją społeczną. Ludzie ubierają się stosownie

do swego stanu lub zamożności. Liczba różnych części garderoby, jakość tkanin, rozmaitość

akcesoriów i ozdób może świadczyć o miejscu danej osoby w łonie swojej grupy i o miejscu

tej  grupy  w  społeczeństwie.  Ubieranie  się  bardziej  bogato  lub  też  skromniej,  niż  to  jest

przyjęte  w  danym  środowisku,  u chodzi  albo  za  grzech  pychy,  albo  za  oznakę  upadku.

Zwłaszcza  arysto kracja,  której  siła  ekonomiczna  maleje  na  rzecz  bogacącego  się  miesz-

czaństwa, dbać musi o podkreślanie różnic i przywilejów należnych szla chetnie urodzonym

przedstawicielom najwyższej kasty.

Zależność ubioru od szczebla w hierarchii społecznej, podkreślana dodatkowo przez

używanie  godeł  i  insygniów  godności,  nie  wyklucza  jednak  regularnych  zmian  w  sposobie

ubierania się, a nawet pojawiania się różnych mód, rozsądnych lub dziwacznych, przelotnych

lub trwałych.

Narodziny mody

W XII wieku obserwujemy zjawisko, które można by nazwać na rodzinami mody. Co

prawda  już  wcześniej  ubiór  mieszkańców  zachod niej  Europy  uległ  od  czasów  inwazji

barbarzyńców przeobrażeniu, lecz była to raczej powolna ewolucja niż seria głębokich zmian.

Niekiedy za palano się przelotnie do jakiegoś szczegółu stroju, lecz przypadki takie zdarzały

się tylko sporadycznie i nie powtarzały się tak często, jak w drugiej połowie XII wieku. Wraz

z  rozpowszechnieniem  się  ideałów  dworskich  zbudziła  się  w  kręgach  arystokratycznych

większa  dbałość  o  wygląd.  Ogłada  manier  wymagała  także  elegancji  ubioru,  który  nabie rał

coraz większego znaczenia w życiu ekonomicznym i towarzyskim; na leżał do zbytkownych

przedmiotów, które sprowadzano niekiedy z odleg łych krajów, ofiarowywano w prezencie, a

nawet  używano  jako  środka  płatniczego.  Utrwala  się  reguła  osądzania  ludzi  według  ich

stroju;  świad czy  o  tym  literatura  dworska,  poświęcająca  wiele  miejsca  opisom  ubio rów  i

toalet,  strojąca  swoich  bohaterów  tak  wspaniale,  że  aż  się  stają  wskutek  tego  nierealni.  Na

background image

59

przykład, królowa Ginewra obdarza Enidę, córkę ubogiego wasala, “przepięknym płaszczem,

uszytym z doskonałe go materiału; kołnierz był z dwóch sobolowych skórek, z zapinką ozdo-

bioną  po  jednej  stronie  hiacyntem,  po  drugiej  zaś  rubinem,  błyszczący mi  jaśniej  niż

diamenty.  Płaszcz  był  podbity  białymi  gronostajami  i  nikt  w  świecie  nie  widział  nic

piękniejszego ani delikatniejszego. Rąbek mienił się kolorami haftów, błękitem, czerwienią,

fioletem, bielą, zielenią, tur kusem i złotem..."

Studiowany  przez  nas  okres  mieści  się  pomiędzy  dwiema  dekadami,  które  w

dziedzinie ubiorów przyniosły zasadnicze zmiany, czyli pomię dzy latami czterdziestymi XII i

dwudziestymi  XIII  wieku.  W  pierwszym  z  wymienionych  dziesięcioleci  zaszła  w  sposobie

ubierania się istna re wolucja. Około bowiem 1140 znikły ostatnie relikty ubioru germańskie-

go,  przyniesionego  w  V  wieku  przez  barbarzyńskich  najeźdźców  i  zacho wanego  bez

większych zmian w ciągu panowania Merowingów i Karolin gów. Ku wielkiemu zgorszeniu

Kościoła,  który  dopatruje  się  w  nowej  modzie  nieprzyzwoitości  i  oznak  zniewieścienia,

mężczyźni  zaczynają  wzorem  kobiet  nosić  długie  stroje.  Na  dobitkę  przestają  strzyc  się

krótko  i  golić  twarze,  zapuszczają  brody  i  długie  włosy,  które  fryzują  żelaz kiem.  Wszyscy,

niezależnie  od  płci,  ubierają  się  teraz  w  długie  'aż  do  ziemi  bliaud  (rodzaj  kaftana)  i  w

płaszcze z szerokimi u dołu rękawami opadającymi aż na dłonie; obuwają się zaś dziwacznie

w  trzewiki  z  wy dłużonymi  i  zawiniętymi  do  góry  spiczastymi  nosami,  zwanymi  pigaches;

moda  na  nie  utrzyma  się  aż  do  końca  panowania  Ludwika  VII  Szerzy  się  też  powszechne

upodobanie do dodatków, do miękkich i jedwabistych tkanin, do żywych kolorów i do kroju

uwydatniającego kształty ciała. Myśli o wyszukanych strojach zaprzątają możnych natrętnie,

pomimo  gromów  rzucanych  z  ambon  przez  kaznodziejów,  między  innymi  przez  świętego

Bernarda,  oburzonego  tym  zbytnim  przywiązaniem  do  świato wych  marności  i  frywolnością

graniczącą z rozpustą.

Około  roku  1220,  a  może  jeszcze  wcześniej,  w  południowych  regio  nach  kraju

dokonała  się  inna  doniosła  zmiana:  zniknął  kaftan  (bliaud),  a  na  jego  miejscu  pojawił  się

surcot,  rodzaj  kamizeli  bez  rękawów,  no szonej  na  szacie  lub  na  tunice  (cotte).  Ubiór  dla

wszystkich  jednakowy  ustępuje  bardziej  zindywidualizowanemu.  Powrócimy  jeszcze  do  tej

spra wy.  Zmianie  tej  towarzyszą  nowe  mody:  dla  kobiet  -  obcisłe  staniki,  piersi  wysoko

osadzone i małe, włosy zakryte; dla mężczyzn - głowy krótko ostrzyżone, twarze bez zarostu,

grzywki  na  czole,  włosy  kunsz townie  ułożone  w  pukle  na  skroniach  y  zwinięte  w  rurki  na

karku.  Wo jownicy  pozbywają  się  nadmiaru  owłosienia,  ponieważ  od  czasu  bitwy  pod

background image

60

Bouvines przyjęły się wielkie hełmy zamknięte przyłbicami.

W  XII  i  XIII  wieku,  podobnie  jak  w  naszych  czasach,  moda  wiąże  się  raczej  z

chronologią  niż  z  geografią.  Jeśli  pominąć  konieczności  narzuca ne  przez  klimat,  ludzie

ubierali  się  mniej  więcej  tak  samo  w  Londynie  jak  w  Paryżu,  w  Yorku  czy  w  Bordeaux.

Różnice  regionalne,  jeśli,  w  ogó le  istniały,  dotyczyły  koloru  i  faktury  tkanin,  lecz  nie

zasadniczego  kro ju  ubiorów.  Nie  było  też  w  sposobie  ubierania  się  różnic  zależnych  od

wieku;  z  wyjątkiem  niemowląt,  okręconych  w  powijaki  tak  szczelnie,  że  wystawała  tylko

twarz,  dzieci  nosiły  identyczne  stroje  jak  dorośli.  Ubiór  różnił  się  jedynie  w  zależności  od

płci,  ale  i  to  nieznacznie.  Zajmiemy  się  wszakże  osobno  męskimi  i  kobiecymi  ubiorami,

ograniczając  się  zresztą  do  strojów  arystokracji,  gdyż  chłopska  odzież  nie  nadaje  się  do

szczegó łowych studiów, nie tylko z powodu braku dokumentacji, lecz także dla tego, że lud

na  sposób  uproszczony  i  zgrzebny  starał  się  pod  tym  wzglę dem  naśladować  szlachetnie

urodzonych.

Tkaniny i kolor

O  społecznym  znaczeniu  odzieży  świadczy  liczba  związanych  z  nią  rodzajów

działalności  ludzkiej  oraz  wielka  różnorodność  tkanin.  W  ich  wytwarzaniu  znaczny  udział

miały  kobiety.  To  one  w  środowisku  chłop skim  zbierały  len,  strzygły  owce,  czesały  i

farbowały wełnę, a w środo wisku rycerskim wypełniały nadmiar wolnego czasu przędzeniem,

tka niem i haftem.

Najbardziej  rozpowszechnione  były  tkaniny  z  włókien  rodzimych,  wytwarzane  na

miejscu: cainsil - cienkie płótno lniane na koszule i bie liznę pościelową; coutil, czyli drelich -

grube  płótno  konopne  na  podbi cia  i  odzież  roboczą;  futaine,  czyli  barchan  -  tkanina  o

osnowie  lnianej  i  wątku  bawełnianym  (bawełnę  sprowadzano  z  Egiptu  lub  z  Włoch)  na

odzież i obicia mebli. Natomiast sukiennictwo i produkcja innych tkanin wełnianych skupiała

się  w  kilku  ośrodkach  (Flandria,  Szampania,  Nor mandia  i  środkowo-wschodnia  Anglia),  a

różnorodność  gatunków  była  ogromna,  zaczynając  od  zwykłego  sukna  tkanego  różnymi

splotami (ser ge lub tiralaine) do wysoko cenionego stanfortu - sukna wyrabianego w Stanford

-  i  wspaniałego  kamlotu  z  miękkiej  wełny,  zbliżonej  do  wiel błądziej.  Każde  miasto

specjalizowało się w innych tkaninach, kolorach i ornamencie. Mogły one być jednobarwne, z

połyskliwą apreturą, wzo rzyste, a więc tkane w kwiaty i gałązki, w pasy lub nakrapiane.

background image

61

Równie wielką różnorodność spotykamy w tkaninach jedwabnych, sprowadzanych ze

Wschodu, z Egiptu lub z Sycylii, na które popyt wzrósł gwałtownie w Europie Zachodniej w

XII  wieku.  Są  więc  diasporowe  (różnokolorowe)  adamaszki,  fioletowe  osterliny,  siglaton

wyrabiany na Cykladach, bofu z Bizancjum, baudequin z Bagdadu. Najbardziej poszu kiwany

był  samit  -  gruba  luksusowa  tkanina;  a  także  paile,  broszowana  wzorzysta  tkanina  z

Aleksandrii, i cendal zbliżony do naszej tafty.

Moda  na  futra,  tak  samo  jak  popyt  na  jedwabie,  łączyła  się  z  roz wojem  handlu.

Najbardziej kosztowne skóry sprowadzano z Syberii, Ar menii, Norwegii i z Niemiec: kuny,

bobry,  sobole,  niedźwiedzie,  grono staje  i  popielice.  Zwłaszcza  cenione  były  dwa  ostatnie

gatunki futer. Na białych gronostajach naszywano czarne kosmyki, zdobiące końce ogonów

tych  zwierzątek,  a  skórki  popielic  układano  na  przemian,  szaroniebieska we  z  grzbietów  i

białe  z  brzuchów  popielatych  wiewiórek.  Z  obu  tych  futer  robiono  kołnierze  i  podbicia  do

strojów  paradnych.  Mniej  cenione  skóry  zwierząt  krajowych  (wydry,  borsuki,  kuny,  lisy,

zające, króliki) wszywano w rękawy lub pod podszewkę płaszczy. Najpospolitsze z nich, jak

futerka królicze, farbowano na czerwono, aby nimi lamować man kiety i brzegi bliaud.

Moda  bowiem  ma  w  tej  dziedzinie  swoje  wymagania,  a  wyborem  kolorów  kierują

względy hierarchiczne: największym szacunkiem cieszy się czerwień - kolor nad kolorami -

produkowana  w  niezliczonych  od cieniach,  czy  to  za  pomocą  barwników  roślinnych

(marzanna), czy też zwierzęcych (koszenila). Poza tym na ubrania używano chętnie kolorów

białego i zielonego. Żółty nie różni się od złota i nie stosuje się go na dużych powierzchniach.

Niebieski  dopiero  za  panowania  Ludwika  Świę tego  zyskał  uznanie  w  wytwornym  świecie,

przedtem uważano, że nada je się jedynie na skromną codzienną odzież, podobnie jak szary i

brą zowy.

Na ogół średniowiecze wykazuje bardziej rozwiniętą wrażliwość na barwy niż epoka

starożytna  i  nowoczesna.  Oceniano  je  zależnie  od  stop nia  ich  świetlistości.  Największym

powodzeniem  cieszyły  się  te,  które  emanują  najwięcej  światła  (czerwony,  zielony,  biały,

żółty),  najmniej  lubiono  te,  którym  nie  umiano,  z  braku  wiedzy  technicznej,  nadać  blasku.

Dowodów  dostarczają  studia  semantyczne,  wykazując,  że  ludność  śred niowiecznej  Francji

widziała w kolorze niebieskim nade wszystko nijaką bladość, w szarym - coś brudnego lub

zamazanego, w brązowym  barwę bardzo ciemną, a w czarnym - matowy, niepokojący brak

światła.'

background image

62

Ubiór męski

Możny pan ubierając się kładł na siebie kolejno braies (rodzaj kale sonów), koszulę,

nogawice,  trzewiki,  kamizelę  i  bliaud.  Jeśli  zamierzał  wyjść  na  dwór,  zarzucał  płaszcz,

nakrywał  głowę  i  wzuwał  buty.  Jeśli  czekała  go  walka,  wkładał  na  zwykłe  ubranie  swój

bojowy rynsztunek.

Braies  to  jedyna  część  garderoby  używana  wyłącznie  przez  mężczyzn.  Były  to

kalesony  z  cienkiego  płótna,  z  prostymi  nogawkami,  bufiastymi  lub  marszczonymi,

sięgającymi  prawie  do  kostek.  Bardzo  dawny  zwy czaj  farbowania  ich  na  kolor  czerwony

zanikł w XII wieku, gdy przyjęła się moda szycia ich z jedwabiu lub ze skóry. Z wyjątkiem

skórzanych,  braies  były  odtąd  białe,  nawet  jeżeli  ktoś  w  dalszym  ciągu  poprzestawał  na

płóciennych.  Przytrzymywano  je  w  talii  pasem  z  materiału  lub  ze  skóry,  u  pasa  zaś

zawieszano  sakiewkę  i  klucze;  niekiedy  noszono  rodzaj  szelek,  na  których  umocowywano

nogawice.  Najczęściej  wszakże  nogawi ce,  u  góry  wsunięte  za  kalesony,  trzymały  się  na

okrągłych podwiązkach, służących również do podwijania nogawek. Nogawice podobne były

do pończoch i sięgały do połowy ud. Elastyczne, obciskające łydki, zrobione były z płótna,

dzianej  włóczki  lub  nawet  z  jedwabiu,  niekiedy  zakończone  stopą.  Zazwyczaj  noszono

ciemne  (brązowe,  karminowe,  zie lone),  a  tylko  do  bardzo  uroczystego  stroju  w  poziome,

różnokolorowe pasy.

Koszula, noszona na gołe ciało, miała krój tuniki zapiętej pod szyją, w dole rozciętej z

przodu  i  z  tyłu,  opadającej  do  pół  łydki  i  nakrywającej  braies  i  nogawice,  z  długimi

rękawami, przewiązanymi na przegubach rąk. Koszula bywała biała lub kremowa, chłopska

ze zgrzebnego płótna, a zakonna - z włosiennicy, aby umartwiać grzeszne ciało. Dla osób zaś

ze  stanu  rycerskiego  szyto  ją  z  cienkiego  lnianego  płótna  lub  z  jedwabiu;  najpiękniejsze

ozdabiano haftem - wokół wycięcia szyi i napięstków, w miejscach widocznych spod kaftana

(bliaud)  -  oraz  marszczeniami  na  gorsie.  W  XIII  wieku  koszule  z  lnianego  płótna,

rozpowszechniającego  się  coraz  szerzej,  skraca  się  i  dopasowuje  bardziej  do  kształtu  ciała.

Za zwyczaj zdejmowano ją kładąc się do snu, a zmieniano raz na tydzień lub co dwa tygodnie.

Zimą  pomiędzy  koszulą  a  kaftanem  noszono  coś  w  rodzaju  długiej  kamizeli  bez  rękawów,

nazywanej  pelisson;  była  to  odzież  luksusowa,  ciepła  i  wygodna,  sporządzona  z  futra

wszytego  po między  dwie  warstwy  tkaniny.  Dzięki  haftom  złotymi  nićmi  i  futru  wy-

suwającemu  się  wokół  szyi  i  przegubów  rąk,  kamizela  ta  wyglądała  ele gancko  i  wypadało

background image

63

występować w niej na intymnych zebraniach towa rzyskich.

Bliaud, najważniejsza część ubioru, to wełniana lub jedwabna szata wkładana przez

głowę,  szeroko  pod  szyją  wycięta,  z  półdługimi,  bardzo  szerokimi  rękawami,  u  dołu  suto

sfałdowana,  rozcięta  z  przodu  i  z  tyłu.  Ubiór  ten  w  talii  przewiązywano  pasem,  tak  że

tworzyła się opadająca nań bluza. Pod koniec XIII wieku, za Filipa Augusta, bliaud zaczyna

ustępować  miejsca  szacie  wełnianej  innego  kroju,  zwanej  cotte  (rodzaj  tuniki),  krótszej,

bardziej dopasowanej, z długimi, wąskimi rękawami. Wychodząc z domu wkładano surcot,

podobnego kroju jak cotte, lecz bez rękawów i sięgający tylko do kolan. Tę zwierzchnią część

garderoby szy to z luksusowych tkanin (paile, cendal, samit) w żywym kolorze kontras tującym

z kolorem cotte.Podobnie jak bliaud, płaszcz był noszony wyłącznie przez możnych. Fasony

bywały  rozmaite,  lecz  najczęściej  była  to  jakby  peleryna,  skro jona  kloszowo,  niemal  z

pełnego  koła,  półdługa,  bez  rękawów,  zwykle  z  boku  rozcięta,  zarzucana  na  prawe  ramię  i

spięta  klamrą  albo  zawią zana  tasiemką.  Płaszcz  taki  był  uszyty  z  sukna,  podbity  futrem,

zdobny we frędzle i hafty. W podróży i w dni dżdżyste zamiast płaszcza służyła chape, obfita

peleryna  bez  rozcięcia,  z  kapturem,  wkładana  przez  głowę  jak  ornat,  sporządzona  z

nieodtłuszczonej wełny.

Obuwie,  pomimo  wielkiej  różnorodności,  można  z  grubsza  podzielić  na  dwie

kategorie: pantofle i trzewiki wysokie. Pierwsze, zrobione z tka niny lub skóry, niewiele się

różniły od naszych, a noszono je tylko w domu lub też wzuwano na nie buty. Drugie, z grubej

hiszpańskiej  skóry,  przypominają  nasze  buty  narciarskie;  ich  cholewka  obciskała  nogę  w

kostce  i  zapinała  się  na  mnóstwo  sprzączek  lub  też  wiązano  ją  sznuro wadłami.  Rycerze

jednak  woleli  nosić  buty  z  cholewkami  (heusses),  nie przemakalne,  z  miękkiej  skóry,

czerwonej lub czarnej. Mężczyźni przy wiązywali wielką wagę do wytworności obuwia. W tej

właśnie dziedzi nie można zaobserwować najwięcej dziwactw i kaprysów mody. Na ogół za

piękne  uchodziły  stopy  małe.  Noszono  więc  obuwie  dopasowane,  bez  obcasów,  niezwykle

bogato  zdobione  (hafty,  żywe  kolory,  desenie  ukła dane  ze  skór  różnobarwnych)  i  z

mnóstwem  dodatków,  takich  jak  kor donki,  guziki,  patki,  wiązadła.  Nie  mniej  różnorodne

były nakrycia głowy. Na pierwszym miejscu wypada wymienić małą czapeczkę z włóczki lub

płótna, używaną po do mu, przypominającą czepek pływacki i nazywaną cale. Zimą wkładano

na nią grubą czapkę kształtu stożka z zawiniętym czubkiem lub kwadratową z nausznikami.

Latem używano czapki bawełnianej, podobnej do beretu, lub kapelusza filcowego z szerokim

opuszczonym  rondem.  Od  święta  opasywano  głowę  szeroką  wstążką  z  kosztownej  materii,

background image

64

ozdobio ną złotymi galonami, perłami, kwiatami albo pawimi piórami. Powszechnie przyjęte

uzupełnienie stroju stanowiły rękawice. Ry cerze używali rękawic włóczkowych, skórkowych

albo  futrzanych.  Obci skały  one  dłoń,  lecz  powyżej  nadgarstka  rozszerzały  się  i  okrywały

znacz ną część przedramienia. Często ofiarowywano je w podarunku i nadawa no im wartość

symbolu:  wręczając  panu  swoją  rękawicę  rycerz  składał  mu  hołd,  natomiast  rzucając  ją

komuś pod nogi wyzywał go do walki. Podobnie dziś zwyczaj każe zdejmować rękawiczki

przy wejściu do ko ścioła i przed podaniem komuś ręki. Myśliwi używali skórzanych mite nek,

rzemieślnicy  rękawic  z  grubego  płótna,  chłopi  rękawic  z  jednym  palcem,  sporządzonych  z

grubej skóry chroniącej od ukłuć przy wyry waniu kolczastych krzaków.

Ubiór kobiecy

Prawie  wszystkie  części  garderoby  składające  się  na  ubiór  kobiecy  niczym  się  nie

różniły  w  swej  istocie  i  kroju  od  męskich.  Można  wszakże  zauważyć  większą  rozmaitość

tkanin i kolorów oraz mnogość dodatków i ozdób.

Kobiety  nie  nosiły  braies,  za  to  niekiedy  spowijały  tors  muślinowym  welonem,

pełniącym funkcje stanika. Na to wkładały fałdzistą koszulę sięgającą do kostek; koszula, czy

to płócienna, czy jedwabna, była z re guły biała i tak samo jak męska ozdobiona haftem wokół

szyi i nadgarst ków oraz wzdłuż zapięcia, to znaczy w miejscach widocznych spod sukni lub

kaftana (bliaud). Jeśli po ukończeniu toalety dama pozostaje w swo jej komnacie, narzuca coś

w rodzaju peniuaru czy naszego szlafroka, ob szerniejszego niż koszula, lecz uszytego z tego

samego  materiału,  a  na zywanego  chainse.  Zimą  na  ten  intymny  strój  kładła  pelisson,

kamizelę -narzutkę z gronostajów, podobną do męskiej, ale dłuższą i bogaciej ozdo bioną.

Na  koszuli  noszono  suknię-kaftan,  przy  czym  wypada  rozróżnić  dwie  odmiany:

zwykłą,  prostą  tunikę  opadającą  do  połowy  łydek,  i  bardziej  wymyślną,  która  pojawiła  się

około roku 1180 i była złożona z mocno obcisłego stanika, szerokiej szarfy uwydatniającej

talię i długiej spódni cy rozciętej po bokach. Ten ubiór wysmuklał sylwetkę, obciskając tors,

brzuch  i  biodra.  W  obu  odmianach  wycięcie  było  szerokie  i  krągłe,  a  długie  rękawy

rozszerzały  się  poniżej  łokcia.  Ale  w  dziedzinie  rękawów  mo da  wydaje  się  szczególnie

zmienna  w  latach  1185-1190.  Końce  rękawów  przybierają  formę  jak  gdyby  olbrzymiego

lejka,  niemal  zamiatającego  ziemię.  W  początkach  XIII  wieku  obserwujemy  przesadę  w

odwrotnym kierunku: rękawy tak ciasno przylegają do przedramion, że trzeba je sznurować

background image

65

albo  też  nawet  zaszywać  po  włożeniu.  Najpiękniejsze  bliauds  szyto  z  paile  albo  samitu,  ze

stanikiem  z  przodu  marszczonym,  z  dołem  spódnicy  sfałdowanym,  lamowanym  złotymi

galonami  i  haftami,  z  któ rych  najcenniejsze  sprowadzano  z  Anglii  lub  z  Cypru.  Niekiedy

zamiast bliaud noszono suknię z cendalu czy kamlotu, nie tak ściśle do ciała do pasowaną i

opatrzoną  trenem  (co  Kościół  ganił  jako  modę  bezwstydną);  krój  takiej  sukni,  mniej

ujednolicony,  pozwalał  na  uwydatnienie  indy widualnych  cech  figury.  Podobnie  jak  cotte  w

stroju męskim, suknia w połączeniu z surcot z wolna wypiera dawniejszy bliaud i ostatecznie

zwycięża w latach panowania Ludwika Świętego. W każdym razie dama, czy jest ubrana w

bliaud,  czy  w  suknię,  jeśli  chce  wyglądać  elegancko,  musi  okręcać  się  niezmiernie  długim

paskiem (z plecionych rzemyków, z jedwabnego czy też lnianego sznura), i to według ściśle

ustalonych,  kunsztownych  reguł:  paskiem  otacza  się  talię,  zawiązuje  go  z  tyłu  na  plecach,

potem zaś opasuje się biodra, zasupłując pasek z przodu i pusz czając luźno w dół dwa końce

równej długości aż do ziemi.

Kobiece chausses (pończochy bez stopek) różnią się od męskich tyl ko tym, że są umocowane

zawsze podwiązkami, skoro niewiasta nie nosi braies (długich majtek). Trzewiki mają fasony

bardzo  rozmaite;  z  cho lewką  lub  bez  niej,  zamknięte  lub  otwarte,  z  języczkiem  lub  bez,  a

spo rządza się je ze skóry, z filcu lub z sukna i niekiedy wyścieła futrem. Moda faworyzuje

stopę  jak  najmniejszą,  obcasy  nieco  podwyższone  i  chód  kołyszący  się,  starannie

wyćwiczony.

Płaszcz kobiecy ma formę kloszowej peleryny, zapinanej nie tak jak męski na prawym

ramieniu, lecz z przodu na rozmaite agrafy i zapinki, do których wytworności przywiązuje się

wielką wagę. O wartości bowiem płaszcza rozstrzyga panne (futro, którym jest on podbity)

oraz  właśnie  attaches,  czyli  zapinki.  W  ubraniach  z  miękkich  tkanin  stosuje  się  rów nież

szpilki,  podobne  do  naszych,  lecz  znacznie  większe,  albo  guziki,  któ re  weszły  w  szersze

użycie  pod  koniec  XII  wieku  w  postaci  złączonych  par  przesuwanych  przez  dwie  dziurki.

Guziki bywają kuliste lub płaskie, a ro bi się je ze skóry, z tkaniny, z kości, z rogu, z kości

słoniowej lub z me talu.

Zwyczaj każe wszystkim niewiastom zapuszczać włosy jak najdłuż sze, lecz uczesanie

zmieniało się w zależności od wieku. Dziewczęta i młode kobiety rozdzielały włosy pośrodku

i  splatały  w  dwa  warkocze,  które  spadały  im  na  piersi;  jeśli  wierzyć  dokumentom

ikonograficznym,  warkocze  te  często  sięgały  do  kolan.  Można  je  było  też  przedłużać  przy-

czepiając  na  końcach  wisiorki.  Panie,  którym  natura  poskąpiła  włosów,  sztukowały  je

background image

66

zręcznie treskami. Po roku 1200 zanika moda na wspa niałe warkocze, a pojawiają się włosy

krótsze, sczesane do tyłu, podtrzy mywane opaską na czole i spływające swobodnie na kark i

plecy. Wy chodząc z domu lub wchodząc do kościoła niewiasty nakrywały głowy woalem z

lnianego lub jedwabnego muślinu. Starsze panie zwijały włosy w duży kok (w razie potrzeby

wypychając go sztucznie do pożądanych rozmiarów) i spowijały go tak zwanym couvre-chef

- podwójnie złożo ną chustą, zawiązaną pod brodą i przytrzymywaną opaską na czole. Wdo wy

i  zakonnice  nosiły  guimpe,  duży  kwef  z  lekkiej  tkaniny,  zasłaniający  całkowicie  włosy,

skronie, szyję, a nawet górną część torsu.

Herby

Ubiór  nie  był  jedynym  środkiem  uzewnętrznienia  osobowości  i  okreś lenia  miejsca

zajmowanego w społeczeństwie. Temu celowi służyły licz ne akcesoria, emblematy i insygnia,

a wśród nich szczególnie na uwagę zasługują tarcze herbowe, które pojawiły się w XII wieku

i które są dla historyka jednym z najwierniejszych zwierciadeł średniowiecznej men talności.

Wszyscy wiedzą, czym były herby: barwnymi emblematami, zwią zanymi z określoną

osobą, rodziną lub społecznością, podległymi w swej kompozycji ścisłym regułom i na ogół

przedstawianymi na tarczy. Mniej wszakże rozpowszechniona jest wiedza, że herby nigdy nie

były  wyłącznym  przywilejem  szlachty,  że  całkowicie  różniły  się  od  godeł  uży wanych  w

starożytności, że nie miały, można by rzec, nic wspólnego z tajemniczym światem symboli i

że ich pojawienie się wcale nie wiąże się z wyprawami krzyżowymi. Pierwszym posiadaczem

tarczy  herbo wej  -  sześć  złotych  lwów  na  lazurowym  polu  -  był  Gotfryd  Plantage net,

późniejszy  hrabia  Andegawenii,  a  otrzymał  ją  rzekomo,  według  kwestionowanej  dzisiaj

tradycji, w roku 1127 z rąk teścia, króla Anglii Henryka I z okazji swego ślubu z królewną

Matyldą,  wdową  po  cesarzu  Henryku  V.  Niezależnie  od  tego,  czy  ta  informacja  jest  ścisła,

czy  nie,  stwierdzić  można,  że  w  drugiej  ćwierci  wieku  XII  herby  pojawiły  się  w  różnych

regionach  Europy  Zachodniej,  w  Andegawenii,  Normandii,  Pikardii,  Ile-de-France,  w

południowej Anglii i w dolinie Renu. Po roku 1150 zwyczaj używania herbów rozszerzył się

nie  tylko  w  sensie  geogra ficznym,  lecz  również  społecznym.  Początkowo  służyły  tylko

przywód com  wojennym,  później  zaczęli  je  przyjmować  wasale  wodzów  i  wasale  wasalów,

tak że w początkach XIII wieku posiadała je zarówno średnia, jak i drobna szlachta. Zwyczaj

rozpowszechnił się i wkrótce już prawo do herbu nie było zastrzeżone tylko dla wojowników.

background image

67

Przybierają więc takie godła kobiety (przed 1156 r.), miasta (od 1190 r.), duchowni

(około 1200 r.), mieszczanie (ok. 1225 r.), a nawet chło pi (po 1234 r.). Sytuacja ta trwała do

XV wieku. Nigdy bowiem w śred niowieczu posiadanie herbu nie było ograniczone do jednej,

określonej kategorii społecznej.

Nie  pochodził  też  ten  zwyczaj  ze  Wschodu  ani  też  nie  wiązał  się  ze  szczególnym

wtajemniczeniem, lecz był wynikiem ewolucji rynsztunku wojennego, a zwłaszcza przyjęcia

przez  rycerzy  zamkniętych  przyłbicą  hełmów.  W  początkach  XII  wieku  odziani  w  zbroję

wojownicy  stali  się  nierozpoznawalni,  zaczęli  więc  nosić  malowane  na  dużej  płaskiej  po-

wierzchni tarcz znaki rozpoznawcze, zrazu nie stałe, zmieniane zależnie od fantazji, z czasem

coraz częściej utrzymywane w ustalonej formie. Dopiero z chwilą, gdy dana osoba posługuje

się  stale  tym  samym  zna kiem,  można  go  nazwać  jej  herbem.  Forma  pochodziła  z  różnych

źródeł:  kolor  i  podział  na  pola  zaczerpnięto  z  chorągwi,  repertuar  figur  (zwie rzęta,  rośliny,

przedmioty)  oraz  charakter  dziedziczny  -  z  pieczęci;  wreszcie  kształt  trójkątny  oraz  ogólny

układ - z tarczy. Herby nie zro dziły się więc spontanicznie, lecz powstawały z połączenia w

pewien system różnych wcześniej już istniejących elementów. Nie dokonało się to nagle i za

jednym zamachem, lecz w drodze stopniowego rozwoju. Na przykład, zasada dziedziczności

kształtowała  się  bardzo  powoli.  Jeszcze  za  panowania  Ludwika  Świętego  liczne  były

przypadki, że synowie uży wali zupełnie innej tarczy herbowej niż ich ojcowie. Podobnie też

regu ły  kompozycji  utrwaliły  się  na  dobre  dopiero  w  połowie  XIII  wieku.  Jed nej  wszakże

zasady przestrzegano od początku (prawdopodobnie przejęto ją z chorągwi), tej samej, która

obowiązywała  w  emalierstwie  i  zakazy wała  zestawiania  obok  siebie  pewnych  metali  i

kolorów. Metale te to złoto (żółty) i srebro (biały), a barwy to czarna (sable), czerwona (gueu-

les), błękitna (l'azur), zielona (sinople), a później także brunatnofioleto wa (pourpre). Reguła

nie pozwala więc umieszczać złota obok srebra, czerwieni obok błękitu, czerni obok zieleni

itd. Terminologia heraldyczna rozwinęła się stopniowo na gruncie języka ogólnego. Jeszcze

w  XII  i  XIII  wieku  nazywano  zieleń  po  prostu  zielenią,  zanim  się  przyjął  klasyczny  w

heraldyce termin sinople.

Ale te aspekty techniczne nie są w herbach najważniejsze. Dla histo ryka najbardziej

interesujące  jest  dociekanie  motywów,  którymi  kiero wał  się  dany  osobnik  lub  dany  ród

wybierając  sobie  takie,  a  nie  inne  godło.  Mogły  to  być  względy  polityczne:  przyjmowano

niekiedy figury heraldyczne używane przez seniora lub przywódcę stronnictwa, do któ rego się

należało. Liczne tego przykłady widzimy we Flandrii, gdzie ro dziny flamandzkie umieszczały

background image

68

w  swoich  herbach  lwy,  na  wzór  herbów  poszczególnych  hrabstw.  Niekiedy  figury  herbowe

nawiązują do jakiejś paranteli lub do wydarzenia historycznego, pochodzenia geograficznego

czy też zawodu. Murarz malował więc na swej tarczy kielnię, rzeźnik  wołu, rybak - rybę, a

rycerz,  który  uczestniczył  w  krucjacie,  zachowy wał  w  herbie  krzyż,  inny  zaś  pragnął

upamiętnić miasto, z którego po chodził, umieszczając na swojej tarczy przedmiot kojarzący

się  z  tym  miejscem  rodzinnym.  Bardzo  często  herby  zawierały  aluzje  do  patroni micum,

imienia chrzestnego lub przydomka. Tak więc Jehan Lecocq miał w herbie koguta, a Wilhelm

Legoupil  -  lisa.  Od  połowy  XII  wieku  zna komity  ród  Lucy,  posiadający  włości  zarówno  w

Anglii, jak na konty nencie, przybrał jako swe godło szczupaka, ponieważ w starej francusz-

czyźnie ryba ta nazywała się lus. Figury w herbie mogły też być po prostu kwestią gustu, a

niekiedy  przywiązywano  do  nich  jakieś  mniej  lub  bar dziej  symboliczne  znaczenie.  Lecz

symbolika  heraldyczna,  jeśli  w  ogóle  wchodzi  w  grę,  jest  zawsze  zupełnie  prosta:  lew

oznacza siłę, baranek  niewinność, dzik - odwagę, krzyż - chrześcijanina itp.

Repertuar figur, początkowo ograniczony do kilku zwierząt (lew, orzeł, niedźwiedź,

jeleń, dzik, wilk, kruk) i kilku podziałów geometrycz nych, różnicuje się, w miarę jak zwyczaj

używania  herbów  rozszerza  się  na  drobną  szlachtę  i  ludzi  nie  trudniących  się  wojennym

rzemiosłem, a jednocześnie znaki herbowe zaczyna się umieszczać nie tylko na ryn sztunku

wojennym  (tarcze,  hełmy,  pancerze,  czapraki  końskie),  lecz  także  na  rozmaitych  sprzętach,

meblach,  odzieży  i  przedmiotach  codziennego  użytku,  na  pieczęciach,  monetach,

odważnikach,  rękopisach,  witrażach,  nagrobkach,  kaflach,  szatach,  rękawicach,  płaszczach,

narzędziach i roz maitych przyborach. Inwazja ta nie ominęła też literatury. Od początku XIII

wieku bohaterowie eposów chlubią się tarczami herbowymi sko piowanymi z rzeczywistych.

Autorzy przypisują królowi Arturowi “trzy pasy czerwone na srebrnym polu", jego krewniak

Bohort ma tarczę po dobną, lecz z polem gronostajowym (naśladującym szczerby na tarczy), a

szlachetny  Galahad,  pierwszy  poszukiwacz  Graala,  “na  srebrnym  polu  czerwony  krzyż"  -

godło chrześcijańskich rycerzy wyruszających do Ziemi Świętej.

background image

69

Rozdział siódmy

Czas wojny, czas pokoju

Racją bytu rycerza jest walka. Oczywiście z chwilą pasowania sta wał się żołnierzem

Boga,  co  go  zobowiązywało  do  poskramiania  wojowni czych  zapałów  i  podporządkowania

ich  nakazom  religii.  Ale  ten  zapał,  namiętne  upodobanie  do  wojaczki  tkwiło  w  jego  sercu.

Podsycała  je  zresztą  literatura,  gdy  wysławiała  i  opisywała  heroiczne  boje,  wspaniałych  ry-

cerzy  w  lśniących  zbrojach,  niezliczone  wyczyny  ich  męstwa  i  w  końcu  chwalebną  śmierć

albo  najświetniejsze  zwycięstwa.  Była  to  literatura  wojownicza,  mówiąca  o  sprawiedliwej

wojnie  i  wspaniałomyślnym  po koju,  opiewająca  szlachetną  odwagę  tych,  którzy  walczą  c

słuszną sprawę swojego seniora, bronią duchowieństwa i dóbr Kościoła, spieszą na ratu nek

wszystkim słabym i nieszczęśliwym potrzebującym pomocy.

Rzeczywistość  wszakże  wyglądała  zupełnie  inaczej.  Niewielu  spoty kało  się  w  niej

mężnych  Gawenów  czy  Lancelotów  bez  skazy.  Nie  było  kolczug,  których  żadne  ostrze  nie

mogło  przebić,  hełmów  wysadzanych  drogimi  kamieniami  ani  zaczarowanych  mieczy

zapewniających  nieza wodne  zwycięstwo  swoim  właścicielom.  Wojny  nie  były  chwalebne,

lecz prowadzono je dla interesu, a pokój był nie wspaniałomyślny, lecz upo karzający i często

zrywany.  Rzadko  staczano  wielkie  bitwy  i  nie  by?y  one  zbyt  mordercze,  śmierć  nie  miała

aureoli  wzniosłości.  Raz  jeszcze  blask  marzeń  okazuje  się  bardzo  daleki  od  pospolitej

szarzyzny codzien nego życia.

Wojny prywatne i pokój boży

W  połowie  XIII  wieku  każdemu  jeszcze  przysługiwało  prawo  do  pro wadzenia

prywatnej  wojny.  Człowiek  miał  poza  wojną  jeden  tylko  spo sób,  żeby  dochodzić  swoich

praw, a mianowicie mógł się odwołać do są du swego seniora. Przysługiwał mu niejako wybór

między drogą faktów dokonanych a drogą prawa. Pojęcie prywatnej wojny, odziedziczone po

starożytnej  faida  (germańskim  prawie  zemsty),  w  praktyce  zanikało  w  latach  panowania

Karola Wielkiego, lecz w X wieku, wraz z upadkiem władzy centralnej, pojawiło się znowu i

przetrwało  aż  do  początku  XIII  wieku  jako  jedna  z  podstawowych  cech  społeczeństwa

feudalnego. Wojna prywatna rozgrywała się według własnych reguł, wymagających formal-

nego wypowiedzenia, a toczono ją aż do zawarcia rozejmu lub paktu po kojowego. Rozciągała

background image

70

się na wszystkich krewnych walczących stron, za zwyczaj aż do stopnia, w którym dozwolone

są  związki  małżeńskie  bez  dyspensy.  W  praktyce  jednak  nie  każdy  mógł  na  własną  rękę

wszczynać wojnę, gdyż na to trzeba pewnej siły, zarówno finansowej, jak politycz nej. Toteż

wojowali  głównie  posiadacze  włości  lennych,  i  to  wielkich,  walcząc  w  obronie  własnych

interesów, rzadziej - interesów swoich . wasali.

Z wyjątkiem wypraw krzyżowych, o których będziemy szerzej mó wili na następnych

stronicach,  nie  było  wojen  między  narodami.  Były  tylko  walki  między  seniorem  a  jego

wasalem,  rywalizacje  dwóch  lenn  lub  dwóch  rodów.  Na  przykład  nieustanne  spory  króla

Francji z królem Anglii nie były konfliktem między ich krajami, lecz prywatną wojną między

potężnym wasalem a jego suzerenem, przy czym każdy z nich używał wojny jako uznanego

prawem środka, by wymusić poszanowanie dla swoich słusznych - jak sądził - roszczeń. Gdy

w 1214 roku Filip August wyruszał do północnych krain Francji na chlubną kampanię wo-

jenną,  która  miała  się  zakończyć  bitwą  pod  Bouvines,  nie  tyle  zamierzał  stawiać  czoło

koalicji  międzynarodowej  (chociaż  na  jej  czele  stał  cesarz  i  król  Niemiec,  Otton

brunszwicki),  ile  chciał  ukarać  niewiernego  wasala  i  spustoszyć  włości  człowieka  nie

dopełniającego swych feudalnych zobo wiązań, Ferdynanda, hrabiego Flandrii.

Oczywiście,  nie  był  to  jedyny  aspekt  wojny;  będąc  legalnym  środ kiem  utwierdzenia

własnych  praw,  wojna  była  również  (należałoby  może  napisać:  przede  wszystkim)

skutecznym sposobem powiększenia swoich posiadłości i swojej potęgi. W XII wieku wojny

zawsze zmierzały do zdo byczy. Ze strony możnych panów, którzy wojny prowadzili, nie był

to  przejaw  pospolitej  chciwości,  lecz  konieczność:  potrzebowali  zdobyczy,  żeby  opłacić

najemników,  ufortyfikować  zamki,  wynagrodzić  wasali,  którzy  przyczynili  się  do

zwycięstwa, i zapewnić sobie ich wierną pomoc w następnych wojennych okazjach. Było to

tym  bardziej  ważne,  że  we dług  wszelkiego  prawdopodobieństwa  następna  okazja  będzie

miała cha rakter wojny obronnej, gdyż zwycięstwo odniesione przez jedną z wal czących stron

wywoływało z reguły odwetową reakcję pokonanego prze ciwnika. Rycerze walczący u boku

swego pana traktowali zdobycze jako należne odszkodowanie za udział w wojnie, gdyż, jak

zobaczymy, zbroj na pomoc, do której zobowiązywały ich instytucje feudalne, kosztowała nie

tylko  dużo  czasu,  lecz  również  dużo  pieniędzy,  każdy  bowiem  musiał  ekwipować  się

własnym sumptem. Wszystkim też - arystokratom czy ludowi, wasalom czy wojownikom -

nieobca  była  chęć  zysku  i  łupów,  a  zapewne  ta  chęć  stanowiła  główny  bodziec  do  walki,

skoro był im obo jętny przedmiot walki podjętej w imię spraw nie mających wiele wspól nego

background image

71

z ich osobistymi interesami.

Tak więc wojna miała na celu pokonanie, zabicie lub wzięcie do nie woli przeciwnika,

ograbienie go i ściągnięcie z niego okupu. Rzadko po dejmowano działania na większą skalę,

wielkie  rozstrzygające  bitwy  nie często  się  zdarzały,  wojna  polegała  głównie  na  wypadach,

zasadzkach,  oblężeniach,  grabieżach  i  podpalaniach.  Wlokła  się  długo,  przerywana

nietrwałymi rozejmami, wybuchała na nowo co roku, tocząc się od końca marca do początku

listopada i właściwie nigdy niczego nie załatwiała.

Toteż  ludzie,  którzy  chcieli  osiągnąć  jakiś  określony  cel  polityczny  lub  prawny,

chętniej  niż  do  wojny  uciekali  się  do  negocjacji.  Przybierały  one  różne  formy:  spotkania

dwóch  przeciwników  na  granicy  lub  na  ne utralnym  terenie  czy  w  czasie  pielgrzymki;

wymiana  posłów,  osobistości  duchownych  lub  świeckich  wysokiej  rangi,  korzystających  z

przywileju nietykalności, otoczonych liczną świtą, wyposażonych w listy uwierzy telniające i

wiozących ze sobą podarki, wręczane z reguły bardzo uro czyście; mniej oficjalni wysłannicy,

najczęściej duchowni, wyposażeni w pełnomocnictwa do rokowań; niekiedy odwoływano się

do  arbitrażu  lub  do  pośrednictwa  czy  to  jakiejś  cieszącej  się  autorytetem  osobistości  (jak

papież,  reprezentowany  przez  któregoś  ze  swoich  legatów),  czy  to  moż nego  pana

skoligaconego z obu spierającymi się stronami, jak na przy kład hrabia Flandrii Filip alzacki,

który  w  ciągu  całego  swego  “pano wania"  (1168-1191)  pragnął  być  “wielkim  mediatorem

Zachodu",  czy  wreszcie  zespołu  arbitrów  wyznaczonych  w  drodze  porozumienia.  Często

zawierano traktaty i starano się je zagwarantować różnymi sposobami: przez zaprzysiężenie

na Biblię lub na relikwie, przez mianowanie zakład ników, to znaczy wasali, którzy mieli być

uwięzieni  w  razie,  gdyby  ich  senior  nie  dotrzymał  zobowiązań  przyjętych  w  traktacie;

wreszcie  przez  groźbę  sankcji  religijnych  (ekskomunika)  lub  prawnych  (unieważnienie

związku feudalnego i odebranie lenna). Mimo to traktaty bywały niezbyt skuteczne.

Prywatne  wojny,  czy  to  między  skromnymi  wasalami,  czy  to  mię dzy  wielkimi

feudałami,  wlokły  się  bez  końca,  niszcząc  kraj  i  wyradza jąc  się  niekiedy  w  bandycki

proceder.  Kościół  pierwszy  wystąpił  do  wal ki  z  tą  plagą.  Prócz  wezwań  na  krucjatę  i

stworzenia stanu rycerskie go - dwóch instytucji, “które miały skierować wojownicze zapały

na  służbę  Bożą"  -  Kościół  w  XI  wieku  podejmował  rozmaite  kroki  zmie rzające  do

złagodzenia okrutnych konsekwencji tych wojen. W połowie XII wieku można już te środki

sprowadzić  do  dwóch  podstawowych  za sad:  pokój  Boży  i  rozejm  Boży.  Pokój  Boży  miał

chronić  ludzi  nie  uczest niczących  w  walce  (duchownych,  kobiety,  dzieci,  rolników,

background image

72

pielgrzymów  i  kupców)  oraz  pewne  dobra  użyteczności  publicznej  (kościoły,  młyny,  płody

rolne,  inwentarz  żywy  gospodarstw  rolnych),  obejmując  je  poko jem  Bożym,  aby  nie  było

wolno  ich  niszczyć  i  napastować.  Rozejm  Boży  zakazywał  działań  wojennych  w  pewnych

okresach  roku  (adwent,  Wiel ki  Post,  Wielkanoc)  lub  w  określone  dni  tygodnia  (od  piątku

wieczorem  do  poniedziałku  rano),  które  powinny  być  poświęcone  bardziej  intensyw nemu

życiu religijnemu. Pogwałcenie pokoju lub rozejmu Bożego uwa żano za wyjątkowo ciężkie

przestępstwo, karane ekskomuniką i osądzane przez “sąd pokoju", składający się z możnych

panów  i  dostojników  Ko ścioła.  Sankcje  stosowane  przez  ten  sąd  były  zawsze  niezwykle

surowe.

Zasady  te,  początkowo  szanowane  i  skuteczne,  stopniowo  traciły  zna czenie,  gdyż

Kościół  w  początkach  XIII  wieku  nadmiernie  rozszerzył  zwła szcza  rozejm  Boży,  próbując

objąć nim wszystkie dni od środy wieczór do poniedziałku rano każdego tygodnia. Przy tej

okazji  warto  odnotować  znamienny  fakt:  bitwa  pod  Bouvines  (27  lipca  1214  r.),  w  której

starły się siły najpotężniejszych książąt Europy Zachodniej, rozegrała się w niedzielę.

Jednakże  władze  świeckie,  a  w  szczególności  władcy  przejęli  od  Ko ścioła  misję

ograniczania  wojen  prywatnych.  Pierwszy  Filip  August  za kazał  prowadzenia  takich  wojen

pospólstwu. Poza tym ustanowił różne zmierzające do tego celu prawa, naśladowane później

w  różnych  formach  w  sąsiednich  królestwach:  słynna  “kwarantanna  królewska",  która  za-

braniała  napadać  na  krewnych  przeciwnika  w  ciągu  czterdziestu  dni  po  wypowiedzeniu

wojny  (miało  to  zapobiegać  częstym  wówczas  napadom  zaskakującym  ludzi  nie

przygotowanych); królewski list żelazny, zapew niający nietykalność danej osobie, grupie lub

instytucji,  otoczonych  specjalną  opieką  monarchy;  kto  by  tego  przywileju  nie  uszanował,

winien  był  przestępstwa  napaści  na  samego  króla;  wreszcie  “królewska  rękoj mia",

poręczająca pakt o nieagresji zawarty przez możnego pana z okreś lona społecznością.

Około lat 1220-1230 wojny stały się więc mniej częste. Do ograni czeń wynikających

z  pór  roku  (nie  toczy  się  walki  w  zimie),  warunków  atmosferycznych  (przerywa  się  bitwę,

jeśli pada deszcz), pory dnia (nie ma zwyczaju bić się w ciemnościach nocnych) i dawnych

kościelnych  zakazów  (pokój  i  rozejm  Boży)  przybyły  teraz  restrykcje  nałożone  przez  coraz

silniejszą władzę suwerena. Odtąd głównym polem działania staje się dla rycerzy już nie plac

boju, lecz szranki turniejów.

background image

73

Feudalna służba wojskowa

W drugiej połowie XII wieku obserwujemy pewną dekadencję in stytucji wojskowych.

Bardzo  surowym  zasadom  feudalnym  przeciwsta wiają  się  praktyki  o  wiele  bardziej

elastyczne,  dające  sile  pieniądza  z  każ dym  dniem  większą  przewagę  nad  zobowiązaniami

wasalnymi.

Wasal  w  zamian  za  otrzymaną  w  lenno  ziemię  był  wobec  swego  pa na  między  innymi

powinnościami  zobowiązany  do  służby  wojskowej.  Mo że  ona  przybierać  trojaką  formę:

wyprawy wojennej (ost), krótkiego wy padu konnego (chevauchee) i stróży (garde). Pierwszej

z wymienionych form służby mógł od swoich wasali żądać tylko pan postawiony na szczy cie

piramidy  feudalnej,  a  więc  król,  książę  lub  hrabia.  Chodziło  tu  bo wiem  o  wyprawę

ofensywną, daleką, na którą można powołać wasala nie częściej niż raz do roku i na czas nie

dłuższy  niż  czterdzieści  dni;  każdy  wasal  musi  stawić  się  z  określoną  liczbą  swoich  wasali

(proporcjonalną  do  wielkości  posiadanego  lenna)  i  wyekwipować  się  własnym  sumptem

(oręż,  prowiant,  konie).  Po  upływie  czterdziestu  dni  senior  może  służbę  na  wyprawie

wojennej  przedłużyć,  lecz  wówczas  przejmuje  na  siebie  kosz ta  uzbrojenia  i

zaprowiantowania,  a  na  dodatek  wypłaca  odszkodowanie  tym,  którzy  się  zgodzą  służyć

dłużej. Druga forma - krótki wypad kon ny - stawiała mniejsze wymagania zarówno w czasie

(na ogół trwała ty dzień), jak i w przestrzeni (odległość dająca się pokonać w ciągu jednego

dnia  marszu).  Takiej  służby  żądano  najczęściej,  gdyż  potrzebna  była  pod czas  wojen  z

sąsiadami,  polegających  na  szybkich  wypadach  do  włości  przeciwnika  i  próbach  zdobycia

jego zamku. Panu wolno wzywać wasala na krótki wypad, ilekroć mu się spodoba. Wreszcie

trzecia  forma  służby,  stróża,  dostarczała  dowódców  załogi  w  zamku  seniora;  ta  służba,  z

natu ry  defensywna,  przypadała  wasalom  podeszłego  wieku,  inwalidom  lub  mężczyznom

chwilowo niezdolnym do uczestnictwa w wojnie.

Wszystkie  te  formy  służby  dotyczą  jedynie  ludzi,  którym  nadano  dobra  ziemskie.

Trudniej  jest  ustalić  powinności  wojskowe  ludu  (rotu riers),  gdyż  różniły  się  one  znacznie,

zależnie od regionu. W północnej Francji chłopi byli zobowiązani tylko do służby obronnej w

załodze zam ku lub w obronie włości pana, w razie najazdu. Często zresztą wykupy wali się od

pierwszego  z  tych  obowiązków  płacąc  pewną  sumę  pieniędzy  na  utrzymanie  w  załodze

zamku swego zastępcy, profesjonalisty. W ob ronie włości pana grali jedynie rolę pomocniczą

(czaty, roboty ziemne, konwoje). Król Francji wszakże w swojej osobistej domenie wymagał

background image

74

niekiedy  usług  wojskowych  od  ludu;  każda  jednostka  administracyjna  (obszar  zarządzany

przez  prewota,  gmina,  opactwo  królewskie)  dostarczać  miała  kontyngentu  piechurów

proporcjonalnego  do  liczby  dymów,  jaką  obejmuje.  Wszyscy  mieszkańcy  danej  jednostki

musieli  płacić  składkę  na  wojskowy  ekwipunek  dla  tych,  którzy  się  zgłoszą  do  służby  na

ochotnika  lub  zostaną  do  niej  przez  los  wyznaczeni.  Prócz  tych  zwykłych  form  świadczeń

wojskowych  król  i  wielcy  panowie  feudalni  mogli  w  sytuacji  szczególnego  zagrożenia

powoływać  pod  broń  wszystkich  swoich  podda nych,  zarówno  wasali,  jak  chłopów,  i  to  na

czas  nieograniczony:  było  to  pospolite  ruszenie,  pozostałość  dawnej  służby  publicznej,

obowiązującej  każdego  wolnego  człowieka  w  okresie  Karolingów.  Jednakże  w  XII  wieku

pospolite ruszenie ogłoszono we Francji tylko raz, za Ludwika VI, gdy w sierpniu 1124 roku

cesarz Henryk V próbował, zresztą bez skutku, za garnąć Szampanię.

Cała  ta  organizacja  pozostała  jednak  niemal  całkowicie  teoretyczna.  W  praktyce

feudalna  służba  wojskowa  funkcjonowała  dość  słabo.  Ludzie  ze  wszystkich  szczebli

wykręcali  się  od  tej  powinności.  Wzywani  na  wy prawę  wojenną  drobni  wasale  niechętnie

oddalali się od własnych po siadłości ziemskich i często odmawiali udziału w walkach poza

granicami  domeny  swojego  seniora.  Wielcy  panowie  zawsze  z  reguły  ociągali  się  z

dopełnieniem  obowiązku  wyprawy  wojennej  ogłoszonej  przez  suzerena.  W  Anglii  wielu  z

nich wręcz odmawiało uczestnictwa w wyprawach wo jennych króla na kontynent. We Francji

Ludwik VII, a później Filip August także mogli liczyć tylko na pomoc kilku spośród swoich

możnych  wasali,  a  uzyskiwali  ją  dopiero  po  trudnych  pertraktacjach,  w  których  stosować

musieli na przemian obietnice i groźby. Na ogół służbę wypra wy wojennej pełnili jedynie ci,

którzy mieszkali w pobliżu terenu dzia łań wojennych.

Słabość  tej  organizacji  potęgowały  jeszcze  opieszałość,  brak  dyscyp liny  i

załamywanie  się  szeregów  w  momencie  bitwy  oraz  szczupłość  armii.  Każdy  bowiem  z

lenników przyprowadzał tylko garstkę swoich wasali, których sam z kolei musiał mozolnie

do udziału w wojnie przekonywać, obiecując nagrody i grożąc karami. Podobnie działo się na

wszystkich stopniach piramidy feudalnej. Na przykład Filip August w początkach XIII wieku

rozporządzał  armią  złożoną  zaledwie  z  3000  ludzi,  w  tym  2000  piechurów  dostarczonych

przez  domeny  królewskie,  300  najemników  brabanckich  i  200  kuszników.  Nawet  podczas

wojny rzadko mu się udało zgromadzić więcej niż 350-400 rycerzy. Z dokumentu Miles regni

Francie (Rycerze królestwa francuskiego) dowiadujemy się, że w roku 1216, czyli w dwa lata

po  wielkim  zwycięstwie  pod  Bouvines,  armia  kró lewska  liczyła  zaledwie  436  rycerzy,

background image

75

wszystkich  pochodzących  z  północ nej  części  Francji.  Tak  więc  książę  Bretanii,  Piotr  I

Mauclerc, przywiódł ze sobą tylko 36 rycerzy, chociaż mógł ich skupić dziesięćkroć tylu po-

wołując własnych wasali obowiązanych wobec niego do służby na wypra wę wojenną. Hrabia

Flandrii  dostarczył  46,  a  najpotężniejsze  z  księstw  chrześcijaństwa,  księstwo  Normandii,

zaledwie 60 rycerzy.

Najemnicy

Niedostatki  wasalnej  służby  wojskowej  spowodowały  wprowadzenie  żołdu.

Stopniowo  prawdziwym  “motorem"  wojny  stał  się  pieniądz.  Bar dzo  wcześnie  przyjął  się

zwyczaj, że pomniejsi wasale, starzy, chorzy lub nieobecni (na przykład odbywający właśnie

pielgrzymkę), mogli wnieść określoną opłatę na wynajęcie swego zastępcy. Z biegiem czasu

ta prak tyka rozpowszechniła się tak, że w Anglii od połowy XII wieku każdy wasal mógł się

wykupić  od  obowiązku  stawienia  się  na  wyprawę  wojen ną;  pojawiła  się  nawet  tendencja

ściągania od wszystkich wolnych męż czyzn podatku na koszty utrzymania armii królewskiej.

We Franeji nie co później Filip August wprowadził “lenna pieniężne", nadając zamiast ziemi

rentę,  w  zamian  za  którą  korzystający  z  tego  beneficjum  zobowią zywał  się  do  służby

wojskowej,  często  jako  łucznik  lub  kusznik.  Prakty ki  te  pozwoliły  obu  monarchom  lepiej

wynagradzać  ludzi  zgadzających  się  walczyć  u  ich  boku,  werbować  prawdziwych

zawodowców wojny i tym sposobem położyć podwaliny pod stałą armię.

Wprawdzie  można  wskazać  przykłady  rycerzy,  którzy  sprzedawali  swoje  usługi

więcej  płacącemu,  w  zasadzie  wszakże  najemnicy  nie  re krutowali  się  spośród  szlachty.  W

większości  byli  to  plebejusze  z  najbied niejszych  i  najgęściej  zaludnionych  krain  Europy

Zachodniej  (Walia,  Brabant,  Flandria,  Aragonia,  Nawarra).  Nazywano  ich  od  kraju  pocho-

dzenia  (Aragończykami,  Brabantczykami  itp.)  albo  określano  terminami  ogólniejszymi:

najemnicy,  wędrowni  żołdacy  (routiers,  cottereaux).  W  po czątkach  XII  wieku  było  ich

niewielu,  lecz  po  1160-1170  bardzo  się  roz plenili  i  stali  się  istną  plagą  całego  Zachodu.

Dokonali  przewrotu  w  ów czesnej  sztuce  wojennej  używając  nowych  rodzajów  broni,  które

zabi jały  zamiast,  jak  wcześniejsze,  tylko  obezwładniać  (noże,  kusze,  haki),  a  co  gorsza,

tworzyli  groźne  bandy,  niemal  niemożliwe  do  pokonania.  Z  ich  przywódcami,  gotowymi

działać  na  własny  rachunek,  trzeba  się  nieustannie  targować  i  rokować.  Jak  się  zdaje,  byli

bardziej jeszcze nie bezpieczni w czasie pokoju niż podczas wojny, gdyż w oczekiwaniu na

background image

76

akcję  zbrojną  żyli  na  koszt  okolicy,  dopuszczając  się  nadużyć  i  różnych  rodzajów

świętokradztwa.  Od  czasu  do  czasu  urządzano  na  nich  obławy,  istne  krucjaty,  lecz  mimo

surowości  stosowanych  kar  (w  1182  r.  Ryszard  Lwie  Serce  kazał  uśmiercić  połowę  bandy

Brabantczyków, którą zdołał ująć, resztę zaś wypuścić na wolność wyłupiwszy im przedtem

oczy), Europa Zachodnia aż do połowy XV wieku nękana była przez bandy te go żołdactwa.

Ekwipunek wojenny

O  ekwipunku  wojowników  mamy  stosunkowo  dokładne  wiadomości.  Wprawdzie

niewiele się z niego zachowało do naszych czasów, gdyż ze względu na rzadkość surowców,

zwłaszcza żelaza, zniszczone lub uszko dzone części uzbrojenia przekuwano lub przetapiano

na  nowo,  ale  rozpo rządzamy  obfitym  materiałem  ikonograficznym  (miniatury,  a  zwłaszcza

pieczęcie)  oraz  opisami  literackimi  (epopeje  i  poematy  rycerskie).  Nade  wszystko  zwraca

uwagę wielka różnorodność broni i ubrań, zarówno tych, którzy walczyli konno, jak i tych,

którzy  wojowali  pieszo.  Jedni  byli  ubrani  tak  jak  wojownicy  przedstawieni  na  sławnej

tkaninie  królowej  Matyldy,  zabytku  przechowywanym  w  Bayeux,  inni  mieli  już  ekwipu nek

taki, jakiego używał Ludwik Święty i jego towarzysze. Główną przy czyną. tej różnorodności

był fakt, że każdy musiał uzbroić się własnym sumptem, a kosztowało to bardzo drogo. Mało

kto mógł sobie pozwolić na kompletne wyposażenie wojenne. Jak już mówiliśmy, niektórzy

kan dydaci  do  stanu  rycerskiego  musieli  odraczać  datę  pasowania,  gdyż  ma jątek  ich  lub

majątek  ich  ojców  nie  wystarczał  na  opłacenie  odpowied niego  ekwipunku.  Musiał  on  dla

rycerza  obejmować  co  najmniej  kolczu gę,  hełm,  tarczę,  miecz  i  włócznię;  żołnierz  konny

musiał  mieć  krótką  kolczugę  albo  gambison  wzmocniony,  żelazny  kapelusz,  miecz  lub

oszczep,  łuk  lub  kuszę.  Pieszy  zaś  miał  kurtę  ze  skóry  (broigne)  albo  skórzany  kaftan,

nakrycie głowy z żelaza lub twardej skóry, łuk lub kuszę i roz maite bronie ofensywne, takie

jak  proca,  maczuga,  kij,  nóż,  haki  wszel kich  odmian.  Przyjrzyjmy  się  dokładniej

poszczególnym elementom te go rynsztunku.

Kolczuga, czyli zbroja kolcza, stanowiła najważniejszą obronę ryce rza. Był to rodzaj

metalowej  tuniki,  sporządzonej  z  żelaznych  lub  stalo wych  pierścieni  (wkłada  się  ją  przez

głowę jak koszulę, ściska w talii pasem), sięgającej do kolan, a przeciętej z przodu i z tyłu, by

umożliwić dosiadanie konia, przedłużonej u góry kapturem osłaniającym szyję, kark i brodę.

Rękawy początkowo sięgały nieco poniżej łokci, później przedłu żyły się tak, że około roku

background image

77

1200  zakrywały  dłonie  jak  rękawica  bez  pal ców.  Kolczuga  ukształtowała  się  z  dawnej

broigne  -  kurty  ze  skóry  lub  grubego  płótna  noszonej  przez  wojowników  w  X  i  XI  wieku,

którą  z  cza sem  zaczęto  naszywać  metalowymi  pierścieniami.  Właściwa  kolczuga  na rodziła

się,  gdy  ktoś  wpadł  na  pomysł,  żeby  pierścienie  przewlekać  jeden  przez  drugi,  tworząc  jak

gdyby  metalową  tkaninę,  która  już  nie  wymaga  płóciennej  czy  skórzanej  podszewki.  W

końcu XII wieku solidna kolczu ga składała się z około 30 000 pierścieni i ważyła od 10 do 12

kilogramów.  Przybrała  bardziej  jeszcze  na  wadze  w  następnym  stuleciu,  gdy  niektóre  jej

części  lub  nawet  całość  zaczęto  sporządzać  z  podwójnej  lub  nawet  po trójnej  warstwy

pierścieni, a w niektórych miejscach (na ramionach, łokciach i kolanach) wzmacniano siatkę

płytkami z żelaza lub mosiądzu nakładanymi bezpośrednio na kółka. W ten sposób kolczuga

stała  się  mocniejsza,  ale  mniej  elastyczna.  Pierścienie  powlekano  lakierem  w  róż nych

kolorach, najczęściej zielonym; wielcy panowie niekiedy kazali je dla siebie posrebrzać lub

pozłacać,  a  także  ozdabiać  brzegi  rękawów  i  rą bek  tuniki  haftami.  Chretien  de  Troyes

obdarza  swego  bohatera  Eryka  kolczugą  ze  szczerego  srebra,  uplecioną  z  potrójnych

maleńkich pierścion ków, których nie imała się rdza; kolczuga ta wydawała się lżejsza i mięk-

sza od jedwabnego płaszcza.

W rzeczywistości takie wspaniałości nie istniały. Zwykła kolczuga była tak droga, że

tylko  nieliczni  bogaci  rycerze  mogli  ją  sobie  zafundo wać.  Inni  musieli  poprzestawać  na

krótkiej  kolczudze,  czyli  koszuli  z  me talowej  siatki  z  krótkimi  rękawami,  niekiedy  nawet

zredukowanej do na pierśnika. Dla ochrony stóp i łydek rycerz nosił nogawice z takiej samej

metalowej  siatki,  nazywane  chausses.  Od  wciągania  tych  nogawic  za czynał  też  mozolne

ubieranie się w strój bojowy. Trzymały się one dzięki sznurowadłom zawiązywanym wysoko

wokół ud.

Pod  kolczugą  rycerz  miał  na  sobie  zwykłą  “cywilną"  odzież  (kaleso ny  -  braies,

koszulę, kaftan - bliaud, opisane w poprzednim rozdziale), niekiedy także rodzaj odzienia ze

skóry lub płótna, podbitego przędzą lub pakułami i pikowanego jak nasze puchowe kołdry:

był  to  gambison,  słu żący  do  łagodzenia  ciosów  czy  zadraśnięć  i  w  tym  celu  spowijający

często  ramiona  oraz  uda.  Żołnierze  konni  zamiast  kolczugi  nosili  taki  właśnie  gambison,

niekiedy wzmocniony kawałkami skóry albo płytkami metalu.

W  końcu  XII  wieku  pojawiła  się  cotte  d'armes  -  suta  tunika  z  lnia nego  płótna  lub

jedwabiu, którą rycerz wkładał na kolczugę, by ją osło nić od słońca i deszczu. Początkowo

była jednolita albo fantazyjnie bar wiona, ale już w pierwszych latach XIII wieku zaczęto na

background image

78

niej umiesz czać znaki herbowe.

Dwa pozostałe zasadnicze elementy ekwipunku obronnego to hełm i tarcza. Hełm w

omawianym okresie uległ znacznej ewolucji. Około po łowy XII stulecia był jeszcze po prostu

żelaznym  kaskiem  w  kształcie  półkulistym  lub  stożkowatym,  wzmocnionym  na  obwodzie

szeroką  obrę czą,  od  której  zwisał  nosal  -  prostokątna  żelazna  sztabka  chroniąca  nos.

Stopniowo  kask  ten  wydłużał  się  z  tyłu  na  kark,  a  jednocześnie  nosal  roz szerzał  się,  by

osłonić  także  policzki.  Około  1210-1220  całość  przybrała  już  formę  walcowatą,  dzięki

dodaniu bocznych płytek okrywających u szy i skronie. Tak wyglądał klasyczny hełm w XIII

wieku,  całkowicie  zamknięty,  z  otworami  na  oczy  i  kilku  dziurkami  wentylacyjnymi.  Był

ciężki  i  niewygodny,  toteż  rycerz  kładł  go  tylko  do  walki,  poza  tym  wolał  małą  żelazną

osłonę, okrywającą tylko górną część czaszki, zwaną chapel.

Hełm,  chociaż  od  spodu  wyściełany,  noszono  nie  bezpośrednio  na  głowie,  lecz  na

kapturze  kolczugi,  do  którego  przymocowywano  go  za  po mocą  kilkunastu  skórzanych

sznurowadeł,  przewlekanych  przez  oka  me talowej  siatki.  Często  pomiędzy  kaptur  a  hełm

wkładano  dodatkowo  coś  w  rodzaju  czepka  z  płótna  lub  włóczki,  zwanego  coiffe  i

amortyzującego wstrząsy. Niekiedy hełmy malowano, podobnie jak kolczugę, najczęściej na

kolor  zielony,  jak  się  zdaje  szczególnie  lubiany.  Niektóre  części  -- szczyt,  nosal,  obręcz

wzmacniającą  obwód  -  rzeźbiono  mniej  lub  bar  dziej  bogato  albo  wysadzano  kolorowymi

szkiełkami, które w poematach rycerskich przeobraziły się we wspaniałe drogie kamienie lub

brylanty, rozświetlające swoim blaskiem ciemności.

Tarcza  miała  kształt  ogromnego  migdała  zagiętego  wzdłuż  osi  pio nowej  i

zakończonego szpicem, aby można było wbić tarczę w ziemię i skryć się za nią. Rozmiary jej

były  dość  imponujące:  około  1,5  metra  wysokości,  od  50  do  70  centymetrów  szerokości;

mogła całkowicie zasło nić walczącego mężczyznę od stóp pod brodę, a po bitwie służyła za

no sze.  Sporządzano  ją  z  deszczułek,  połączonych  i  wzmocnionych  podwój nym  metalowym

okuciem, które ściskało środek, tworząc jak gdyby ośmioramienną gwiazdę. Tarcza była od

spodu  wyścielona,  z  wierzchu  zaś  obita  futrem,  płótnem,  albo  skórą,  przymocowanymi  za

pomocą  gwoździ.  W  miejscu,  gdzie  tarcza  jest  najbardziej  wypukła,  uwydatniano  tę

wypukłość cieńszym lub grubszym metalowym okuciem, zwanym bou cle (stąd nazwa tarczy

bouclier - puklerz), delikatnie rzeźbionym, nie kiedy wysadzonym szkiełkami albo drobnymi

kamykami.  Rycerz,  gdy  nie  walczył,  mógł  tarczę  przewiesić  przez  ramię  lub  na  szyi  za

pomocą rzemienia, skracanego lub przedłużanego, zależnie od potrzeby, i zwane go guiche. W

background image

79

czasie  bitwy  mógł  wsunąć  rękę  trzymającą  wodze  wierz chowca  między  skrzyżowane  pod

tarczą  krótsze  rzemienie  i  w  ten  spo sób  trzymać  ją  na  przedramieniu  lub  nadgarstku.

Posługiwanie się tar czą było trudną sztuką, która wymagała długiej nauki, jeśli wierzyć tek-

stom z tamtych czasów.

Jeśli tarcza była obita płótnem albo skórą, malowano na jej zew nętrznej powierzchni

motywy  roślinne,  zwierzęce  lub  geometryczne,  któ re  -  jak  to  już  mówiliśmy  -  stopniowo

przeobrażały  się  w  prawdziwe  znaki  heraldyczne.  W  miarę  jak  kolczuga  wzmacniała  się

metalowymi  płytkami  (zwłaszcza  skrzydłami  osłaniającymi  ramiona),  tarcza  traciła  funkcje

ochronne  i  służyła  w  coraz  większym  stopniu  tylko  do  noszenia  godła.  Toteż  w  pierwszej

ćwierci XIII wieku zmalała, przybrała kształt równoboczny i pozbyła się boucle.

Oprócz  takiej  tarczy  o  kształcie  migdała,  istniały  również  inne.  Nie  wyszła  jeszcze

całkowicie  z  użycia  w  XII  wieku  dawna  okrągła  tarcza  jeźdźców  karolińskich.  Rzadko

wszakże  posługują  się  nią  rycerze,  częściej  żołnierze  konni  i  piesi.  Tyle  o  uzbrojeniu

ochronnym. Przyjrzyjmy się z kolei broni ofen sywnej.

Najważniejszym  rycerskim  orężem  był  miecz.  Składał  się  z  trzech  części:  klingi,

rękojeści  i  gałki.  Rozmiary  i  kształt  bywały  rozmaite,  lecz  najczęściej  używano  miecza

“normandzkiego", długości metra i wagi 2 kg. Klinga była szeroka (7-9 cm) z mocnej stali, z ,

jednym  lub  dwo ma  żłobieniami  na  obu  płazach,  co  ją  czyniło  nieco  lżejszą,  niekiedy  zdo-

biona  na  modłę  damasceńską,  obosieczna,  z  ostrymi,  twardymi  brzegami.  Miecz  służył  do

sieczenia raczej niż do kłucia; chodziło bardziej o ogłu szenie przeciwnika niż o zadanie mu

śmierci. Jeśli używano końca ostrza, to tylko do rozpruwania kolczugi. Najbogaciej zdobioną

częścią  miecza  jest  rękojeść,  wąska  i  długa  -  gdyż  często  trzymano  ją  oburącz  -  osło nięta

dwoma ramionami krzyżowego jelca, prostymi albo wygiętymi ka błąkowato w stronę klingi.

Gałka miała kształt opływowy o średnicy 6 -10 cm, niekiedy robiono ją ze szlachetnych metali

i  mogła  służyć  za  relikwiarz  -  tak  przynajmniej  czytamy  w  rycerskich  epopejach.  Miecz

Rolanda, “Durendal", opatrzony był złotą głowicą, która zawierała licz ne relikwie:

Zęby Piotrowe i krew Bazylego, 

I włosy święte u Dyjonizego,

I nitkę z szaty samej Marii Świętej...

Miecz był bowiem przedmiotem specjalnej liturgii. Uchodził za naj szlachetniejszą z

background image

80

wszystkich broni, symbol sprawiedliwości i władzy. Każ dy rycerz starał się zachować swój

miecz  jak  najdłużej,  aby  w  końcu  przekazać  w  spuściźnie  synowi  lub  młodzieńcowi  przez

siebie pasowa nemu.

Miecze  bohaterów  literackich  mają  własne  imiona:  miecz  króla  Ar tura  nazywał  się

“Escalibour", miecz Karola Wlielkiego - “Joyeuse", miecz Oliviera - “Hauteclaire", a Ogiera

Duńczyka  -  “Courtain".  Pochwa  zwisała  od  pasa  na  rapciach  u  lewego  boku;  robiono  ją  z

drewna  obitego  skórą  czy  też  mniej  lub  bardziej  kosztownym  suknem.  Jeżeli  rycerz  używa

dwóch  mieczy  -  jednego  do  walki  konnej,  a  dru giego  do  walki  pieszej  -  ten  drugi  nie  ma

pochwy,  jest  dłuższy  i  cięż szy,  i  powierza  się  go  do  noszenia  giermkowi.  Ostrze  ma  też

węższe,  bo  walka  piesza  jest  bardzo  niebezpieczna.  Trzeba  możliwie  jak  najprędzej  zranić

przeciwnika dosięgając go tym drugim mieczem przez otwór w heł mie osłaniający oczy albo

ugodzić w pachwinę pomiędzy kolczugą a no gawicami (chausses).

Włócznia  należy  do  broni  drzewcowych.  Jej  długość  (ok.  3  m)  i  waga  (2-5  kg)  nie

pozwalały jej używać jako dzirytu. Drzewce malowano, a wybierano na nie gatunki drewna

twarde,  odporne  na  ciosy,  najczęś ciej  jesionowe,  rzadziej  grabowe,  jabłoniowe  albo

świerkowe. Na jednym końcu opatrzona była żelaznym kolcem, aby wojownik mógł ją wbić

w ziemię (podczas boju gest ten oznaczał gotowość do parlamentowania); na drugim końcu

nasadzony był grot, krótki, ostro zakończony, w formie stożka, rombu lub liścia. W miejscu

gdzie  jeździec  ujmował  drzewce,  by ło  ono  nacięte,  a  niekiedy  pokryte  skórą;  w  takim

przypadku  nazywano  je  quamois.  W  drodze  jeździec  trzymał  włócznię  pionowo,  w  boju

pochy lał  ją  poziomo  (na  ramieniu  lub  spod  pachy;  na  wysokości  głowy  albo  bioder)  albo

ukośnie;  w  tym  ostatnim  przypadku  drzewce  było  zaklino wane  przez  filcowy  wałek

umieszczony  na  przednim  łęku  siodła.  Cho dziło  o  to,  żeby  jeździec  mógł  stawić  opór  w

starciu  i  wykorzystując  im pet  szarży  wysadzić  z  siodła  przeciwnika,  przebić  jego  tarczę  i

rozedrzeć kolczugę.

Wysoko na drzewcu, tuż pod grotem, przybijano za pomocą gwoź dzi różne kawałki

tkaniny  pełniące  funkcje  godła.  W  pierwszej  połowie  XII  wieku  był  to  gonfanon,  mały

prostokątny  proporczyk  wycięty  na  brzegu  w  kilka  zębów.  Około  roku  1150  na  miejscu

proporczyka poja wia się chorągiew, płat materiału również w formie prostokąta, lecz przy bity

tak, że główna oś była równoległa do drzewca. Sztandar taki stano zvił przywilej dowódców,

którzy na wyprawę wojenną (ost) przyprowa dzali zastęp mniejszych wasali; przysługiwał im

tytuł  rycerzy  “chorąg wianych".  Na  chorągwi  widniały  emblematy  dowódcy,  aby  się  mogła

background image

81

stać  w  wirze  bitwy  znakiem,  wokół  którego  skupiali  się  podkomendni.  Poszczególni,

szeregowi rycerze nie używali chorągwi, poprzestając na skromnym trójkątnym proporczyku

z dwustronnej tkaniny w barwach domeny swojego suwerena.

Uzbrojenie  zaczepne  konnicy  i  piechurów  było  znacznie  bardziej  róż norodne  od

rycerskiego.  Wśród  broni  ręcznych  trzeba  na  pierwszym  miej scu  wymienić  topór,  jako

najpowszechniej  używany;  nazywano  go  da noise  -  duńskim  toporem  (złożony  z  drzewca

długości  1  m  i  żeleźca  o  po wierzchni  30  X  15  cm).  Prócz  topora,  bicz  bez  trzonka  -  pęk

rzemieni; maczuga - gruba pałka z głowicą zjeżoną kolcami; nóż - broń szcze gólnie groźna w

walce  wręcz;  rozmaite  pałki,  w  które  się  zbroją  najbied niejsi  chłopi  i  prostacy;  zamiast

włóczni  -  piki  lub  prymitywne  oszcze py,  o  długim  drzewcu  z  szerokim  ostrym  hakiem  na

końcu,  niekiedy  podwójnym  lub  potrójnym,  służącym  do  powalania  wierzchowców  i  ścią-

gania z siodeł jeźdźców.

Z  broni  miotających  były  w  użyciu  proce,  złożone  z  drzewca,  miesz ka  i  dwóch

rzemyków, oraz łuk i kusza. Łuki sporządzano ze sprężystego drewna (najczęściej cisowego

lub  jesionowego),  rzadziej  z  metalu  lub  rogu;  rozmiary  wahały  się  od  jed nego  do  dwóch

metrów, lecz, jak się zdaje, lepszą sławą cieszyły się krótsze. Strzałą długości około 90 cm

można  było  z  takiego  łuku  dosięg nąć  celu  odległego  0  200  metrów;  strzałę,  podobnie  jak

włócznię, opatry wano niekiedy proporczykiem. Kusza, chociaż znana w Europie Zachod niej

od najdawniejszych czasów, weszła naprawdę w użycie dopiero w drugiej połowie XII wieku.

Uchodziła za broń nikczemną, zbyt morder czą, niegodną chrześcijanina, toteż Kościół przez

długi czas zakazywał używania jej. Jeszcze w 1139 r. sobór laterański zezwolił na posługiwa-

nie się kuszą jedynie w walce z niewiernymi. Ale wojownicy zachodniej Europy zlekceważyli

te  zakazy,  a  za  Henryka  II  armia  angielska  liczyła  w  swoich  szeregach  stały  oddział

kuszników. Później Ryszard Lwie Ser ce powiększył ich liczbę (los zrządził, że zginął potem

od  śmiertelnej  ra ny  zadanej  bełtem  wystrzelonym  z  kuszy).  Przykład  ten  we  Francji  na-

śladował Filip August, który utworzył nawet kompanię kuszników kon nych.

Dwunastowieczna  kusza  składała  się  z  małego  sztywnego  łuku  osa dzonego

poprzecznie na drewnianej podporze. Z kuszy miotało się bełty, grubsze i krótsze niż strzały z

łuku.  Zarówno  kuszę,  jak  łuk  opatrywano  niekiedy  strzemieniem,  w  które  żołnierz  wsuwał

stopę,  by  ułatwić  sobie  naciągnięcie  cięciwy;  naciągał  ją  oburącz  i  aż  do  momentu

wypuszczenia bełtu pozostawała naciągnięta, zaczepiona w specjalnym nacięciu łoża, dzięki

czemu  kusza  górowała  nad  łukiem,  gdyż  człowiek  po  naciągnięciu  cięciwy  nie  musiał  już

background image

82

wysilać mięśni ramienia i mógł staranniej celo wać. Jednakże nie miała większego zasięgu ani

większej siły rażenia niż łuk, a manipulacje przy jej obsłudze trwały dłużej: w tym samym

cza sie,  gdy  kusznik  wypuszczał  dwa  bełty,  łucznik  mógł  wypuścić  dziesięć,  dwanaście  lub

nawet piętnaście strzał.

Konie

Koń oczywiście grał ważną rolę w wojennych działaniach rycer skich. W przeciwieństwie do

dworskich  romansów,  epopeje  rycerskie  przedstawiają  konia  jako  najważniejszego

towarzysza  bohatera  i  obda rzają  go  osobowością,  nadając  każdemu  jakieś  imię.  Tak  więc

wierzchowiec  Karola  Wielkiego  nazywał  się  “Tencedor",  koń  Rolanda  -  “Veil  lantif",  a

Ganelona  -  “Tachebrun";  Wilhelm  Drański  dosiadał  “Beau centa",  Renaud  de  Montauban  -

“Bayarda", a Ogier Duńczyk - “Broie forta", wzruszającego konia, który płakał z radości, gdy

po siedmiolet niej rozłące ujrzał znów swojego pana.

Drobiazgowi  kazuiści,  ówcześni  autorzy,  rozróżniają  odmiany  koni  zależnie  od

wyznaczonych  im  funkcji:  palefroi  to  koń  arystokratyczny,  rumak,  służy  damom  i

dostojnikom  Kościoła  przy  wszelkich  okazjach,  panom  zaś  tylko  na  wielkie  uroczystości;

destrier  to  koń  bojowy,  rycerz  dosiada  go  dopiero  w  chwili,  gdy  ma  rozpocząć  walkę;  w

podróży  konia  tego  prowadzi  luzem  giermek,  sam  jadąc  na  krzepkim  koniu  roboczym,

używanym w czas pokoju do pracy w polu albo w zaprzęgu i nazywanym roncin; wreszcie

jest też sommier - koń juczny dźwigający bagaże i sprzęt, gdy rycerz podróżuje.

W  rzeczywistości,  jak  się  zdaje,  nie  istniały  tak  subtelne  rozróżnie nia.  Studiując

materiał ikonograficzny zachowany na pieczęciach obrazo wych, przedstawiających jeźdźców,

można zauważyć, że w ciągu XII i XIII wieku za wierzchowce bojowe służyły konie różnego

typu. Wydaje się jednak, że rycerz należycie wyekwipowany musiał posiadać co naj mniej trzy

albo  cztery  konie:  jednego  do  podróży,  jednego  jucznego  do  dźwigania  zbroi  i  sprzętu  i

jednego  lub  dwa  konie  zarezerwowane  wy łącznie  do  bitwy.  Warto  zanotować,  że  klacze

uchodziły za niezdatne do bojowego użytku.

Poeci i powieściopisarze opisują też bardzo dokładnie maść wystę pujących w tekstach

koni. Najwyżej ceniono konie jednolicie białe albo kare; następne w hierarchii były bułanki,

jakiejkolwiek  maści,  byle  z  licz nymi  białymi  plamami.  Potem  siwe,  na  rozmaite  sposoby

jabłkowite.

background image

83

Mniejszym  uznaniem  cieszyły  się  gniade  i  kasztany  o  sierści  brunatnej  czy  płowej.

Rzędy  końskie  uległy  w  drugiej  połowie  XII  wieku  znacznym  zmia nom.  Łęki  siodła

podwyższono, zwłaszcza tylny łęk tak się rozrósł, że można by go niemal nazwać oparciem

dla  pleców  jeźdźca.  Siodło  w  tek stach  literackich,  zawsze  bogato  zdobione  i  kunsztownie

wykończone, le ży na prostokątnym czapraku, niekiedy haftowanym w heraldyczne zna ki. Z

końcem  stulecia  czaprak  ten  rozrasta  się  w  kapę  chroniącą  szyję,  tułów  i  nogi  zwierzęcia.

Dostosowując  się  do  płaszcza  okrywającego  ry cerza,  kapa  bywa  także  znaczona  godłami

heraldycznymi,  które  widnieją  również  na  naczółku  -  wąskim  pasie  ze  skóry  lub  metalu

ochraniają cym  łeb  konia.  Strzemiona  półkoliste,  takie,  jakie  można  oglądać  na  tka ninie

królowej  Matyldy  w  Bayeux,  ustępują  miejsca  trójkątnym.  Strze miona  wiszą  na  szerokich

rzemiennych  puśliskach,  wsuniętych  pod  cza prak  lub  kapę  po  obu  bokach  konia,  blisko

przednich  kończyn.  Dlatego  ostrogi  musiały  być  bardzo  długie  i  miały  formę  metalowego

bodźca  za kończonego  stożkowatym  kolcem.  Inne  ostrogi,  zakończone  ruchomym  kółkiem,

mniej bolesne dla zwierzęcia, pojawiły się już w początkach XIII wieku, lecz wchodziły w

użycie bardzo powoli.

Wbrew  rozpowszechnionemu  mniemaniu,  ostrogi  nigdy  nie  były  wy łącznym

przywilejem stanu rycerskiego. Miały jednak pewne symbolicz ne znaczenie, gdyż wręczano

je  -  zaraz  po  mieczu  -  młodemu  rycerzo wi  w  dniu  jego  pasowania;  odbierano  je  też  na

ostatku, jeśli ktoś stał się niegodny miana rycerza, popełniwszy jakieś ciężkie przestępstwo

(zdra dę  przede  wszystkim);  rozrąbywano  je  wówczas  toporem  i  miażdżono  wkopując  w

ziemię.

Oblężenie

Wojny w XII wieku nie rozwijały się w pełni, działania wojenne polegały głównie - a

często wyłącznie - na pustoszeniu ziemi są siada i na próbach zdobycia jego zamku. Podobnie

jak  wielkie  bitwy,  wielkie  oblężenia  zdarzały  się  rzadko,  lecz  sztuka  zdobywania  grodów,

chociaż  kapryśna,  stanowiła  ważną  część  techniki  bojowej  i  grała  dużą  rolę  w  życiu

codziennym armii i na wszystkich szczeblach feudalnych sporów.

Przystępując  do  oblężenia  wiedziano  z  góry,  że  potrwa  ono  długo,  z  reguły  kilka

tygodni,  a  niekiedy  kilka  lat.  Sławny  Chateau-Gaillard  opierał  się  wojskom  Filipa  Augusta

background image

84

przez  osiem  miesięcy  (od  września  1203  do  kwietnia  1204  r.),  Akra  zaś  poddała  się

krzyżowcom  dopiero  po  niespełna  dwóch  latach  (od  października  1189  do  lipca  1191  r.).

Tym  się  tłumaczy  liczba  i  różnorodność  budowli  wznoszonych  przez  oblegających  wokół

obleganej fortecy: stawiano namioty, szopy, baraki mieszkalne dla ludzi i zwierząt, składy na

prowiant  i  wszelaki  sprzęt;  prowadzono  też  roboty  ziemne,  kopano  fosy  i  budowano

ostrokoły,  by  zagrodzić  drogę  e wentualnym  posiłkom,  które  by  mogły  przybyć  na  odsiecz

oblężonym;  sporządzano  drabiny,  budowano  wieże  i  galerie  na  kołach,  aby  ułatwić  sobie

podejście do murów.

Mury  te  musiały  stawić  opór  nie  tylko  ludziom,  lecz  także  pociskom,  niemal  tak

groźnym  jak  prawdziwy  ostrzał  artyleryjski.  Dzięki  bowiem  doświadczeniom  nabytym  w

wyprawach  krzyżowych  udoskonalono  ma chiny  wojenne,  wzorując  się  na  wynalazkach

stosowanych  przez  Arabów  i  Bizantyjczyków.  Mimo  wielkiej  różnorodności  można  te

machiny z grub sza podzielić na dwie kategorie: machiny sprężynowe i machiny wahadło we.

Pierwsze to olbrzymie katapulty, których ze względu na rozmiary i złożoną konstrukcję nie

można  montować  na  miejscu,  lecz  trzeba  je  transportować  już  zmontowane  ze  składów.

Najbardziej  rozpowszechnio ny  był  typ  katapulty  podobnej  do  gigantycznej  kuszy,  zdolnej

miotać dziryty, belki i pociski zapalające. Prostszą machiną była balista, przy pominająca broń

używaną już w starożytności. Montowali ją na miejscu cieśle pod kierunkiem fachowców i

miotano z niej ogromne kamienie lub odłamki skalne, a także pociski wzniecające pożary i

duszące (np. siarkę) albo nawet padlinę, żeby szerzyć zarazę w oblężonej fortecy. Najczęściej

używany  był  trebuchet,  rodzaj  olbrzymiej  procy,  wyrzuca jącej  pociski  wagi  20-30  kg  na

odległość 200 metrów z górą.

Bombardowanie to nie miało na celu zburzenia murów ani tym bar dziej miażdżenia

obrońców, lecz stanowiło osłonę dla żołnierzy oblegają cej armii, którzy działali pod murami. 

Nie  celowano  do  jakiegoś  ściśle  określonego  punktu,  lecz  koncentrowano  ostrzał  na

wybranym  odcinku  umocnień,  aby  tam  obezwładnić  przeciwnika.  Tymczasem  robotnicy

ziem ni zasypywali fosy, a saperzy, pod osłoną dachu galerii na kołach, zbli żali się do samych

podnóży  muru  i  próbowali  wyrywać  z  niego  kamie nie.  Niekiedy  woleli  pracować  w

korytarzach podziemnych, drążąc ol brzymie jamy w fundamentach fortecy i podkładając pod

nie  ogień.  Ta kie  podkopy  i  roboty  saperskie  w  większym  stopniu  niż  machiny  wojen ne

przyczyniały się do kruszenia murów i czyniły w nich wyłomy, przez które napastnicy mogli

wtargnąć  do  fortecy.  Niekiedy  zresztą  dostawali  się  do  niej  po  prostu  przez  bramę,  jeśli  ta

background image

85

załamała się pod ciosami ta ranów - potężnych belek z twardego drewna (opatrzonych często

meta lową  głowicą),  długich  na  6-10  m,  zawieszonych  za  pomocą  lin  na  spe cjalnym

rusztowaniu  i  wprawianych  w  ruch  wahadłowy  przez  kilkunastu  mężczyzn.  Bywało  też,  że

oblegający wdzierali się na mury po przysta wionych drabinach i staczali walkę wręcz z ich

obrońcami. Wiele takich scen batalistycznych oglądamy na ówczesnych miniaturach, lecz w

rze czywistości, jak się zdaje, rzadko stosowano ten sposób zdobywania zam ków.

Oblężeni  bowiem  także  rozporządzali  skutecznymi  środkami,  by  od pierać

napastników.  Służyły  im  w  tym  celu  nie  tylko  haki  i  cebry  wrząt ku,  którym  oblewali

wspinających  się  po  drabinach  na  mury  nieprzyja ciół,  nie  tylko  budowane  naprędce

drewniane  wieże,  z  których  łucznicy  i  kusznicy  górowali  nad  nacierającymi,  ale,  co

ważniejsze, mieli katapul ty i balisty, nie gorsze od machin armii oblegającej zamek. Oblegani

sta rali się przede wszystkim jak najprędzej zniszczyć za pomocą własnych machin machiny

przeciwnika. Bombardowanie jest więc obustronne, po dobnie jak będzie się to odbywało w

następnych wiekach, gdy już wej dzie w użycie prawdziwa ciężka broń palna.

Podczas  oblężenia  Tuluzy  z  1218  roku  sławny  Szymon  IV  de  Mont fort,  jeden  z

wodzów  krucjaty  przeciw  albigensom,  padł  od  kuli  wystrze lonej  przez  obrońców  miasta  z

trebuchet, chociaż znajdował się w owym momencie o 200 metrów od murów grodu.

Wszystkie te machiny, mimo groźnych pozorów, nie były zbyt sku teczne w działaniu.

Ładowanie  ich  wymagało  długiego  czasu  i  niemałego  trudu,  na  przykład  z  trebuchet  nie

można  było  wystrzelać  pocisków  częś ciej  niż  co  dwie,  trzy  godziny.  Przy  tym  podczas

przeciętnego oblężenia rzadko używano więcej niż jednej takiej machiny. Dodać wypada, że

za pał  bojowy  oblegających  rzadko  zasługiwał  na  gloryfikację,  jakiej  im  nie  szczędzą

rycerskie  romanse.  Jak  się  zdaje,  większą  rolę  niż  męstwo  od grywała  cierpliwość,  trzeba

bowiem stwierdzić, że w XII wieku fortece rzadko bywały zdobywane szturmem, częściej do

kapitulacji zmuszały je takie przyczyny, jak zmęczenie, głód, zaraza lub zdrada.

Bitwa

Aż  do  XIV  wieku  wojna  i  bitwa  to  dwa  pojęcia  z  dziedziny  militar nej  zasadniczo

różne. W wydanej niedawno książce George Duby dobit nie wykazał, że wojna kończyła się z

chwilą,  gdy  się  zaczynała  bitwa,  która  stanowiła  “procedurę  pokojową",  była  prawdziwym

“sądem  Bo żym",  czyli  “ordaliami".  Wyzywać  do  bitwy  lub  przyjmować  bitwę,  to  znaczy

background image

86

okazać  wolę  zakończenia  konfliktu,  który  się  przewleka  i  wyrod nieje  z  czasem,  znaczy  to

także ryzykować utratę w ciągu kilku godzin skąpych korzyści uzyskanych w ciągu miesięcy,

czy nawet lat starań; wreszcie znaczy to wnieść sprawę przed sąd Boży, od którego wyroków

nie  ma  apelacji.  W  tym  sensie  bitwa  ma  charakter  sakralny,  posiada  wła sny,  niemal

liturgiczny rytuał, który każe wybrać odpowiedni, rozległy i płaski teren i przygotować się do

rozprawy  bardzo  uroczyście  (przemó wienia  wodzów,  spowiedź  i  komunia  święta

wojowników). W obu obo zach duchowni przez cały czas trwania walki zagrzewają do boju

śpie wem  i  modłami.  Całkowita  klęska  jednej  ze  stron  przekonuje  świat  o  nie podważalnej

słuszności  praw  zwycięzcy.  Zwycięstwo  bowiem  uświęca  wszystko,  cokolwiek  się  działo

przed bitwą i cokolwiek po niej nastąpi.

W  okresie,  którym  się  w  tej  książce  zajmujemy,  wielkie  bitwy  mię dzy

chrześcijańskimi władcami były rzadkie, bardzo rzadkie. Można by nawet rzec, iż rozegrała

się jedna tylko taka bitwa, mianowicie pod Bou vines, w niedzielę 27 lipca 1214 roku. Warto

przy  tym  podkreślić,  że  by ła  to  pierwsza  naprawdę  doniosła  bitwa,  wydana  przez  króla

Francji od bez mała stu lat, od dnia klęski pod Bremule w 1119 roku, kiedy to król Anglii

Henryk I Beauclerc pobił na głowę Ludwika VI. Ten stan rzeczy znajduje odzwierciedlenie w

rycerskich  poematach:  ich  autorzy,  a  mię dzy  nimi  Chretien  de  Troyes,  wolą  opisywać

pojedynki,  turnieje,  potycz ki  małych  oddziałów  niż  wielkie  masowe  batalie.  Dopiero  około

roku  1230  powstał  poemat  La  mort  le  roi  Artu  (Śmierć  króla  Artura),  zawiera jący

szczegółowy opis starcia dwóch potężnych armii, bitwy pod Salisbu ry. Warto było wszakże

czekać tak długo na tę relację, gdyż mówi ona o tytanicznych zaiste zmaganiach, jakich nigdy

przedtem świat nie wi dział, o bitwie, która położyła kres przygodom króla Artura i jego ry-

cerzy, powodując unicestwienie królestwa Okrągłego Stołu.

Ale  to  jest  literatura.  Przyjrzyjmy  się  raczej,  jak  się  rozgrywała  rzeczywista  bitwa.

Taktyka  była  stosunkowo  prosta.  Każda  armia  przed  bitwą  ustawia ła  się  w  trzy  szeregi.  W

pierwszym ustawiali się piesi pikownicy z osz czepami i hakami, opisywanymi już wyżej, w

drugim  stali  łucznicy  i  kusz nicy;  w  trzecim  konni,  przy  czym  ci,  którzy  nosili  ciężkie

uzbrojenie (ry cerze), skupiali się pośrodku, zaś lżej zbrojni na skrzydłach. Konnym, i tylko

im,  przypadała  rola  zaczepna.  Posuwając  się  pojedynczą  linią,  mieli  nękać  nieprzyjaciela

kolejnymi  natarciami,  wymijając  od  flanków  własną  piechotę  i  wracając  pod  jej  osłonę  po

każdym natarciu, które nie przyniosło ostatecznego rozstrzygnięcia. Łucznicy i pikownicy nie

opusz czali swego miejsca; ich zadanie polegało na wstrzymywaniu impetu nie przyjacielskiej

background image

87

jazdy  i  osłanianiu  własnej.  Jeśli  wykonywali  jakiś  ma newr,  to  tylko  po  to,  by  rozszerzyć

skrzydła  (niekiedy  aż  do  utworzenia  zamkniętego  pierścienia),  gdy  jeźdźcom  groziło

niebezpieczeństwo z kilku stron.

Po kilku manewrach jazdy obu stron wywiązywała się ogólna wal ka i wśród zamętu

wyradzała  się  w  serię  pojedynków  lub  utarczek  mię dzy  małymi  grupami,  przy  czym  każdy

wasal i każdy giermek starał się trzymać w pobliżu chorągwi swojego pana i walczyć u jego

boku. Nie zawsze było to łatwe. Bywało, że już w pierwszym starciu przeciwnik obalił lub

zniszczył znaki rozpoznawcze (chorągwie, tarcze i płaszcze zna czone herbami). Często więc

zdarzały  się  pomyłki.  Trzeba  było  używać  okrzyków  wojennych,  które  ponadto  miały  siać

postrach wśród nieprzy jaciół, a zarazem pobudzać wśród swoich męstwo i skupiać ich, jeśli

się  rozpierzchli  w  zamęcie  walki.  Okrzyki  te  miały  niekiedy  sens  haseł  po litycznych  lub

religijnych,  jak  na  przykład  sławne  zawołanie  krzyżow ców  Diex  aie  (“Boże  wspomóż").

Niekiedy były to po prostu nazwy lenn, nie zawsze nawet uzupełnione jakimś określeniem.

Tak  więc  pod władni  hrabiego  z  Hainaut  wykrzykiwali  z  dumą:  “Szlachetne  Hainaut!",

podczas  gdy  przywódcy  flamandzcy  wrzeszczeli:  “Flandria  w  imię  lwa!",  nawiązując  do

heraldycznego znaku swojego pana.

Nawet  wówczas,  gdy  zamęt  bitewny  sięgał  szczytu,  każdy  rycerz  miał  prawo

spodziewać  się,  że  będzie  walczył  tylko  z  pojedynczym  ryce rzem  przeciwnego  obozu.  Nie

działo  się  tak  na  mocy  reguł  rycerskiego  honoru,  gdyż  nic  podobnego  nie  istniało,  lecz  z

niskich pobudek ma terialnych: chodziło o wzięcie jeńców, aby ściągnąć z nich okup, czyli o

możliwie  największe  wzbogacenie  się  na  wojnie.  Nie  zabijano  przeciw nika,  brano  go

żywcem do niewoli, po czym zaczynały się przetargi. To też nawet w momentach zaciętych

zmagań  wręcz  toczyły  się  rozmaite  pertraktacje;  jeniec,  z  chwilą  gdy  dał  słowo,  że  zapłaci

okup, odzyskiwał wolność i co prędzej rzucał się znów w wir walki z nadzieją, że teraz jemu

z  kolei  uda  się  pojmać  kogoś  w  niewolę  i  ściągnąć  okup,  aby  sobie  powetować  stratę.  W

dodatku  zbyt  zacięte  walki  były  niebezpieczne  dla  najsolidniejszych  nawet  sojuszów  i  w

ogniu  bitwy  chwiała  się  niejedna  zaprzysiężona  wierność.  Kiedy  więc  bój  zanadto  się

rozpalał,  a  szale  zwycięstwa  przechylały  się  na  stronę  przeciwną,  każdy  senior  musiał

zabiegać  o  lojalność  swoich  pomocników.  I  w  tym  przypadku  także  pie niądz  okazywał  się

ważnym elementem bitwy. Rzeczywistość wojenna nie znała bezinteresownego bohaterstwa

Gawena,  Lancelota  i  ich  towa rzyszy.  Oczywiście  nie  brakowało  męstwa  (zresztą  kolczuga

background image

88

zabezpie czała na ogół od ran), lecz nieustraszona odwaga nie należała jeszcze wówczas do

najwyżej cenionych cnót. Rycerz starał się wyjść z bitwy bez uszczerbku na ciele i majątku,

uniknąć bełtów, pocisków z kusz (jedy nych naprawdę morderczych), nie dać się wysadzić z

siodła  piechurowi,  którego  rola  w  bitwie  polegała  na  obalaniu  koni  i  ściąganiu  z  nich  jeź-

dźców  na  ziemię.  Nawet  ówcześni  kronikarze  mówią  o  wielkiej  ostroż ności  (czytaj:

lękliwości) rycerzy, którzy usiłowali się chronić za pleca mi towarzyszy.

W tak prowadzonych bitwach najczęstszymi ofiarami byli piechurzy, kaleczeni przez

jeźdźców, tratowani przez konie, dobijani w zamęcie od wrotu. Łucznik lub pikownik wzięty

do  niewoli  przez  piechura  z  nie przyjacielskiej  armii  nie  mógł  ratować  się  przyrzeczeniem

okupu; zwy cięzca mordował go i obdzierał z rynsztunku. Wśród rycerzy było po bitwie wielu

rannych,  lecz  bardzo  nieliczni  zabici.  Jeśli  wierzyć  pewne mu  kronikarzowi,  w  bitwie  pod

Bouvines  poległ  tylko  jeden  rycerz.  W  każdym  razie  według  najbardziej  wiarygodnego

szacunku zginęło w tej bitwie mniej niż 2 na 100 spośród jej uczestników. Co prawda bitwa

trwała  tylko  dwie  godziny,  a  liczba  walczących  była  stosunkowo  nie wielka:  według

najnowszych  badań,  armia  Filipa  Augusta  liczyła  1300.  rycerzy,  1200  lekkiej  jazdy  i  około

5000  pieszych,  armia  zaś  koalicji  an gielsko-cesarskiej,  prowadzona  przez  Ottona

brunszwickiego,  obejmowa ła  tyleż  samo  jeźdźców  i  o  1000  lub  2000  więcej  piechurów.

Liczby  skromne,  jeśli  zważyć,  że  mowa  o  największej  bitwie  tego  okresu.  Rzeczy wistość

daleka  od  tego,  co  według  Wace'a  rozgrywało  się  na  równinie  Salisbury  o  zmierzchu

królestwa rycerzy Okrągłego Stołu, gdy do walki miało stanąć przeszło 100 000 wojowników

i gdy - jeśli wierzyć anoni mowemu autorowi relacji o śmierci króla Artura - po całym dniu

bratobójczej walki zginęło niemal całe Arturowe rycerstwo.

background image

89

Rozdział ósmy

Szlachetne rozrywki

Społeczeństwo średniowieczne, pędząc życie uregulowane i monotonne, miało jednak

swoje  święta  i  zabawy.  Jedno  szło  w  parze  z  dru gim  i  dla  wszystkich,  nawet  stojących

najniżej w hierarchii społecznej, był czas pracy i czas rozrywki. Rozrywce poświęcano chwile

wczesnego popołudnia i kilka godzin wieczornych, a także całe niedziele, gdy obo wiązywało

wstrzymanie się od wszelkiej pracy. Poza tym każdej ważniej szej uroczystości towarzyszyły

zabawy zbiorowe, jednoczące rycerzy i lud, ludzi z miast i ludzi ze wsi. Literatura maluje te

sceny  nieco  zbyt  sie lankowo,  daje  nam  wszakże  dość  dobre  wyobrażenie  o  festynach  urzą-

dzanych w XII wieku z okazji zaślubin Eryka i Enidy:

“[...] zebrali się na dworze króla Artura wszyscy minstrele z oko licy i wszyscy ludzie biegli w

sztuce  zabawiania  innych.  W  wielkiej  sali  panował  nastrój  weselny.  Każdy  się  popisywał

swoimi talentami. Ten skakał, ów fikał koziołki, inny pokazywał sztuczki kuglarskie; jeden

gwizdał, drugi śpiewał, trzeci grał na fujarce, czwarty na flecie lub na guigne czy też na wioli.

Dziewczęta pląsały w tanecznym korowodzie. Wszyscy uczestniczyli w powszechnej radości.

Nie brakowało niczego, co mogło pobudzić wesele [...] Bramy i furty stały przez cały dzień

otwo rem  zarówno  dla  bogatych,  jak  dla  ubogich.  Król  Artur  okazał  się  szczo dry.  Kazał

swoim  kucharzom,  piekarzom  i  podczaszym,  aby  rozdawali  chleb,  wino  i  dziczyznę,

każdemu, ile zapragnie. Nikomu więc nie odma wiano tego, czego sobie życzył. A wszystko

było w wielkiej obfitości (...]"

Większość  rozrywek  -  przechadzki,  widowiska  (teatr,  popisy  żonglerów,  tresowane

zwierzęta), taniec, który był, jak się zdaje, najbardziej lubianą w średniowieczu zabawą, gry

hazardowe  i  towarzyskie  -  była  wspólna,  niezależnie  od  pozycji  społecznej.  Nie  będziemy

tych  zabaw  sze rzej  omawiali,  gdyż  są  dobrze  znane.  Istniały  wszakże  inne  rozrywki,

zastrzeżone  dla  arystokracji  i  nie  zawsze  przez  historyków  prawdziwie  rozumiane.  Trzy

formy rozrywek średniowiecznej elity wypada więc nam omówić.

Turnieje

Turnieje  stanowiły  główną  rozrywkę  rycerza.  W  większym  stopniu  niż  wojna,

podczas  której  zresztą  rzadko  dochodziło  do  bezpośredniego  starcia,  turnieje  wypełniały

background image

90

życie wojownika i dostarczały mu najlep szych sposobności do zdobycia sławy oraz majątku.

Toteż  poematy  ry cerskie,  a  zwłaszcza  opowieści  o  rycerzach  Okrągłego  Stołu,  poświęcają

turniejom  co  najmniej  połowę  tekstu.  Pochodzenie  turnieju  nie  jest  jasne,  prawdopodobnie

sięga  on  daleko  w  przeszłość  i  wiąże  się  z  trady cjami  starożytnych  germańskich

wojowników.  W  swej  średniowiecznej  formie  turnieje  przyjęły  się  między  Loarą  a  Mozelą

już w drugiej po łowie XI wieku, co potwierdzają dokumenty. Od tej daty rozpowszech niają

się coraz szerzej, pomimo wielokrotnych zakazów ze strony Kościoła i niektórych władców.

W  regionach,  z  których  pokój  Boży  wyrugo wał  wojny  prywatne,  turnieje  stały  się

rzeczywiście dla rycerstwa je dynym sposobem wyładowania nadmiaru agresywnych popędów

i  jedną  z  rzadkich  okazji  do  opuszczenia  zamku  i  wyrwania  się  z  nudy  bezczyn nego

monotonnego  życia.  Jednakże  w  XII  i  XIII  wieku  Kościół  nieustan nie  potępiał  te  czcze

spotkania  towarzyskie,  na  których  mężczyźni  ba wią  się  walką,  hazardową  grą  o  sławę  i

pieniądze,  w  której  nieraz  staw ką  jest  życie  człowieka  i  która  rodzi  najbardziej  zawzięte

urazy  i  bezu żytecznie  trwoni  siły  chrześcijańskiego  rycerstwa,  zamiast  je  oszczędzać  dla

jedynej godnej sprawy, obrony Ziemi Świętej. Wszystkie zakazy by ły jednak bezskuteczne.

Co  prawda,  nieliczni  tylko  królowie  -  jak  Hen ryk  II  Plantagenet  i  Ludwik  Święty  -  sami

stawali w szranki; więk szość monarchów tolerowała turnieje, nawet jeśli nie pochwalali ich,

jak  na  przykład  Ludwik  VII  lub  Filip  August.  Ich  wielcy  wasale  byli  przecież  inicjatorami,

organizatorami, a niekiedy też uczestnikami tur niejów. W drugiej połowie XII wieku właśnie

Francja,  jej  północna  i  zachodnia  część,  stała  się  rajem  dla  miłośników  tych  rycerskich  za-

wodów.

Kim byli ci miłośnicy? Przede wszystkim to młodzi, świeżo paso wani rycerze, jeszcze

nieżonaci, włóczący się hałaśliwymi bandami po kraju w poszukiwaniu przygód i bogatego

ożenku. Mówiliśmy już o nich. Pod przewodem książęcego lub hrabiowskiego syna jeździli z

turnieju  na  turniej  przez  pięć,  dziesięć,  piętnaście  lat,  zanim  się  ustatkowali  i  osie dli  na

rodzinnym  lennie.  Taki  Wilhelm  zwany  Marszałkiem  przedłu żył  sobie  pełną  podróży  i

sportową “młodość" o całe ćwierć wieku.

Turniej  można  istotnie  uznać  za  grę  sportową,  a  przy  tym  grę  zespołową,  gdyż

pojedynki,  w  których  współzawodniczyli  tylko  dwaj  ry cerze,  weszły  w  zwyczaj  dopiero  w

XIV wieku. W wieku XII turniej po legał na walkach dwóch drużyn, złożonych z uzbrojonych

mężczyzn,  za równo  konnych,  jak  pieszych;  wzorowy  porządek,  panujący  w  momen cie

background image

91

rozpoczynania zawodów, zmieniał się szybko w ogólną bezładną wal kę, przy czym, podobnie

jak  na  polach  bitew,  ścierały  się  ze  sobą  małe  grupki  wojowników,  orientujące  się  według

znaków  rozpoznawczych.  Tur nieje  z  pewnością  bardziej  niż  wojny  przyczyniły  się  w  XII

wieku do rozpowszechnienia zwyczaju używania herbów wśród szlachetnie uro dzonych.

Ten sport zespołowy był jednocześnie grą o stawkę pieniężną. Po jawili się prawdziwi

zawodowcy,  którzy  na  turniejach  sprzedawali  swo je  usługi  grupie  gotowej  zapłacić  wyższą

cenę.  Niektórzy  z  nich  two rzyli  wraz  z  jednym  lub  dwoma  wspólnikami  ekipę

wyspecjalizowaną  w  określonym  typie  walki;  cieszyli  się  oni  wielkim  wzięciem.  Ale  nie

tylko dla płatnych najemników turniej był źródłem zysku, i to obfitsze go zapewne niż wojna.

Uczestniczący w turnieju rycerz starał się bo wiem wziąć przeciwnika do niewoli, ściągnąć z

niego  okup,  odebrać  mu  zbroję  i  konia  wraz  z  rzędem.  Toteż  liczne  negocjacje  i  wy miany

obietnic dokonywały się zarówno już w toku walk, jak i po ich zakończeniu. Można było tym

sposobem  zdobyć  fortunę.  Z  historii  Wil helma  zwanego  Marszałkiem  dowiadujemy  się,  że

ten późniejszy regent Anglii, objeżdżając turnieje, wraz z groźnym towarzyszem, Flamandem

Rogerem z Gangi, zgarnął w ciągu dziesięciu miesięcy okup od 103 po konanych rycerzy. Co

prawda  wyczyny  te  łączyły  się  z  poważnym  ry zykiem.  Turniej  należał  do  sportów

niebezpiecznych. Bywało wielu ran nych, a nierzadko zdarzały się ofiary śmiertelne, którym

Kościół  niekie dy  odmawiał  chrześcijańskiego  pogrzebu.  Z  wielkim  opóźnieniem  wszedł  w

użycie oręż “kurtuazyjny" ze stępionym ostrzem czy wręcz z drewna. Dopiero w połowie XIII

wieku  uzbrojenie  turniejowe  zaczęło  się  różnić  od  wojennego,  jakim  się  posługiwano  w

prawdziwych bitwach.

A  jednak  turniej,  chociaż  podobny  do  wojny,  był  czymś  innym  niż  ona,  był  bowiem

wydarzeniem  radosnym.  Z  wyjątkiem  okresu  Wielkie go  Postu  i  adwentu,  urządzano  te

zabawy  co  dwa  tygodnie,  od  lutego  do  listopada,  na  obszarze  tej  samej  prowincji,  nie  w

dużych  miastach,  lecz  gdzieś  w  pobliżu  odosobnionej  fortecy,  na  granicy  dwóch  ziem

lennych czy dwóch księstw. Turniej nie rozgrywał się na placu miejskim ani też w szrankach

zamku, lecz na otwartym polu, na landach albo na łące, w otwartej przestrzeni. Turnieju nie

improwizowano. Możny pan, który mu patronował, musiał na kilka tygodni wcześniej ogłosić

w  całej  okolicy,  w  jakim  terminie  i  gdzie  odbędą  się  zawody.  Powinien  też  był  wyprawić

posłów z tą wieścią do sąsiednich prowincji, przygotować kwatery dla uczestników turnieju

(zjeżdżało ich niekiedy kilkuset) i dla towarzyszą cych im osób, zgromadzić zapasy żywności,

zbudować  trybuny,  namioty  i  stajnie,  zorganizować  rozrywki  dla  szlachetnie  urodzonych  i

background image

92

zabawy  dla  ludu.  Turniej  bowiem  przyciągał  zawsze  tłumy.  W  walkach  uczestni czyli  tylko

rycerze,  lecz  widzowie  rekrutowali  się  ze  wszystkich  warstw  społeczeństwa.  Ten  wielki

festyn  był  zarazem  jarmarkiem  i  zapewniał  byt  rzeszom  żonglerów,  kucharzy,  kupców,

kuglarzy, żebraków i rzezi mieszków.

Turniej trwał co najmniej trzy dni, niekiedy dłużej. Walka rozpo czynała się o świcie,

po mszy świętej i ciągnęła się bez przerwy do nie szporów. Różne grupy, związane wspólnotą

pochodzenia  geograficznego  lub  przynależności  feudalnej,  zmagały  się  ze  sobą,  z  początku

kolejno,  potem  wszystkie  naraz.  Zamęt  był  taki,  że  heroldowie  musieli  wobec  publiczności

odgrywać rolę dzisiejszych sprawozdawców sportowych: opi sywali najwspanialsze wyczyny i

wykrzykiwali imiona bohaterów. Wie czór spędzano na opatrywaniu ran, na ucztach, muzyce i

tańcach,  a  także  na  miłosnych  igraszkach.  Nazajutrz  wszystko  to  powtarzało  się  na  nowo.

Wieczorem  ostatniego  dnia,  gdy  każdy  obliczał  swoje  zyski  i  straty,  naj dostojniejsza  z

obecnych  dam  wręczała  symboliczną  nagrodę  rycerzowi;  który  okazał  się  najmężniejszy  w

walce  i  najdworniejszy.  W  utworach  literackich  nagrodę  stanowi  często  szczupak,  gdyż  tej

rybie  przypisywa no  wartość  talizmanu.  Jeżeli  w  turnieju  brał  udział  Lancelot,  on  zawsze

zwyciężał  wszystkich  rywali.  W  nieobecności  Lancelota  nagrodę  otrzy muje  jego  krewniak

Bohort, rzadziej Gawen. Na ogół literatura arturiań ska zdaje się wyprzedzać rzeczywistość:

już  pod  koniec  XII  wieku  opi suje  pojedynki  i  wysławia  męstwo  poszczególnych  rycerzy

walczących  sam  na  sam  z  przeciwnikiem,  przyznaje  kobietom  prawo  decydowania  o

postępowaniu  wojowników.  W  rzeczywistości  dopiero  w  sto  lat  później  turnieje  nabiorą

takiego dworskiego poloru, blasku i wykwintu.

Polowanie

W  przeciwieństwie  do  wojen  i  turniejów,  polowania  odbywały  się  o  każdej  porze

roku.  Dla  tej  rozrywki  wielu  rycerzy  nie  wahało  się  na rażać  na  srogie  chłody,  deszcze  i

wichry,  a  nawet  na  najgorsze  niebezpie czeństwa.  Wielu  bowiem  ówczesnych  mężczyzn

rozmiłowanych  było  w  polowaniu,  uczestnicząc  w  nim  z  namiętnością  graniczącą  z

szaleństwem. Na przykład Filip August - którego niemal wszystkie inne rozrywki nu dziły -

lubił polować prawie co dzień po obiedzie, zarówno podczas woj ny, jak w czasie pokoju, we

Francji czy poza jej granicami, nawet w Ziemi Świętej.

background image

93

Ale  polowanie  było  nie  tylko  pasją,  było  też  koniecznością  życiową.  Chodziło  o

dostarczenie na pański stół zwierzyny i ptactwa, produktów niezbędnych, skoro żywiono się

głównie mięsem. Toteż istniały w tej dziedzinie ścisłe przepisy. Tylko właściciel dóbr miał

prawo polować na grubego zwierza w lasach i na króliki i zające w obrębie określonych te-

renów. Lud, dla którego zwierzyna stanowiła tylko uzupełnienie wiktu, mógł zastawiać sidła

jedynie  w  szczerym  polu  albo  na  skrajach  lasu.  Jednakże  celem  polowań  nie  zawsze  było

zdobycie  mięsa.  Niekiedy  polo wano,  żeby  wytępić  drapieżniki  niebezpieczne  dla  plonów,

drobiu  czy  nawet  dla  ludzi  (lisy,  wilki,  niedźwiedzie).  W  takich  przypadkach  polo wanie

nabierało w pełni charakteru dzikiego i groźnego sportu.

Na szczególną uwagę zasługuje polowanie z sokołem. Wprowadzono je na zachodzie

Europy  w  początkach  XI  wieku  i  wkrótce  stało  się  ono  ulubioną  rozrywką  arystokracji.  A

była to zaiste szlachetna zabawa, okrutna i wykwintna zarazem, tak że nie gardziły nią nawet

damy.  Jed nocześnie  była  to  trudna  sztuka.  Młodzieniec  przygotowujący  się  do  ry cerskiego

zawodu musiał poświęcić wiele czasu, aby opanować wszystkie jej arkana. Musiał wiedzieć,

jak się ptaka łowi, karmi, hoduje, uczy po słuszeństwa gestom i głosowi myśliwego, ćwiczy w

rozpoznawaniu  i  ści ganiu  zwierzyny.  Była  to  wiedza  subtelna,  bardziej  wyrafinowana  niż

wszystkie inne, należące do edukacji młodego rycerza, a czerpać ją mógł z licznych rozpraw

poświęconych  temu  przedmiotowi,  kompilowanych  przeważnie  na  Sycylii  i  do  dziś  w

większości  zachowanych.  Znajdujemy  w  nich  dokładny  przepis,  jak  powinno  przebiegać

układanie, czyli tresu ra sokoła do polowania. Ptaka należy wziąć z gniazda możliwie jak naj-

wcześniej po jego wykluciu się z jaja; gdy się opierzy, trzeba mu przy ciąć szpony, uwiązać u

nogi dzwoneczek (aby łatwo było go odnaleźć, jeśli się zgubi) i zaszyć powieki, bo dobrze

wytresować  da  się  tylko  ślepy  sokół.  Dopiero  wtedy  zaczyna  się  właściwa  tresura:

przyzwyczajanie pta ka do trzymania się na grzędzie, siadania na pięści myśliwego, rozróżnia-

nia różnych tonów gwizdu, któremu ma być posłuszny. Potem trzeba go z powrotem oswoić

ze światłem, rozpruwszy powieki, i wyćwiczyć w ło wach, używając w tym celu sztucznych

przynęt. Ta nauka trwa niemal cały rok. Wreszcie można wziąć ptaka na pierwsze polowanie.

Myśliwy sadza go sobie na pięści i zakrywa mu głowę kapturem, który zdejmuje, gdy pojawia

się zwierzyna. Sokół wzlatuje wówczas w powietrze, wy patruje ofiarę, rzuca się na nią, wbija

w nią szpony i szarpie, dopóki gwizdek nie przywoła go z powrotem na rękę pana.

Rycerze w XII wieku kochali swoje sokoły bardziej niż konie i psy. Ptak ten uchodził

za  najszlachetniejsze  ze  stworzeń.  Chłopu  nie  wolno  było  go  posiadać.  Zresztą  kosztował

background image

94

bardzo  drogo,  a  ofiarowanie  sokoła  w  podarunku  uważano  za  gest  książęcy.  Śmierć  sokoła

była  dla  właścicie la  dotkliwą  stratą.  Toteż  traktaty  o  sztuce  sokolniczej  zawierają  mnóstwo

rad,  jak  postępować  z  ptakiem,  aby  żył  długo.  Rady  te  wszakże  wydają  się  znacznie  mniej

poważne niż instrukcje dotyczące tresury, a w dodatku mistrzowie nie są między sobą zgodni.

Oto trzy zalecane sposoby kuracji na wypadek, gdyby sokół się przeziębił.

Pierwszy brzmi niemal rozsądnie:

“Weź  grzane  wino,  przyprawione  zmielonym  pieprzem,  wlej  mu  do  gardła  i  trzymaj  dziób

zamknięty, dopóki ptak nie przełknie leku. To go uzdrowi."

Drugi zaleca bardziej mięsną dietę:

“Zmieszaj ciepłą wodę z popiołem winorośli. Wlej mu do gardła, a kiedy przełknie, daj mu

do zjedzenia jaszczurkę. Będzie zdrów." Wreszcie trzeci przepisuje dłuższą kurację:

“Weź  cztery  kęsy  słoniny  namoczone  w  miodzie  i  posypane  opiłkami  żelaza,  wetknij  je

sokołowi do gardła. Tak czyń przez trzy dni, nie dając mu nic innego do jedzenia. Czwartego

dnia  przymuś,  żeby  połknął  małe  kurczę,  które  przedtem  napoisz  obficie  winem.  Potem

rozgrzejesz sokoło wi pierś przy ogniu, skropiwszy ją gorącym mlekiem. Przez następne dni

będziesz go karmił wróblami albo innym drobnym ptactwem. Wyzdro wieje niezawodnie."

Szachy

Ze wszystkich niezliczonych gier towarzyskich największą popular nością cieszyło się

rzucanie  kości.  Pełniły  one  tę  funkcję,  którą  później  przejęły  karty.  Grano  w  kości  we

wszystkich  środowiskach  społecznych,  w  wiejskiej  chacie  i  na  zamku,  w  gospodzie  i  w

klasztorze, i to z tak zgubnym zapamiętaniem, że nikt nie słuchał gniewnych napomnień z ust

królów  czy  też  dążących  do  naprawy  moralnej  duchownych.  Grano  o  pie niądze,  o  części

garderoby, o konia czy o dom. Niejeden, a między inny mi późniejszy poeta Rutebeuf skarżył

się, że grając w kości utracił cały dobytek. Pomimo że kostki wyrzucano z rogowego kubka,

często  zdarza ły  się  oszustwa,  głównie  przez  wprowadzanie  do  gry  spreparowanych  kostek:

longnez, czyli z namagnesowaną jedną ścianką; nompers  z dwiema ściankami oznaczonymi

tą samą wysoką liczbą punktów; plommez - obciążone z jednej strony ołowiem. Dlatego też

wybuchało  wiele  kłótni,  niekiedy  tak  zaciekłych,  że  doprowadzały  w  końcu  do  wo jen

prywatnych.

background image

95

Bardziej  niewinna  była  marelle,  gra  niehazardowa,  lecz  wymagająca  uwagi  i

zastanowienia:  zwyciężał  ten,  kto  pierwszy  ustawił  trzy  pionki  (niekiedy  pięć  pionków)  na

planie  figury  geometrycznej,  utworzonej  z  li nii  prostopadłych  i  ukośnych.  Nie  było  to  zbyt

trudne.  Bardziej  wyszu kana  i  zagadkowa  wydaje  się  gra  zwana  tables,  którą  wysławia

ówczesna literatura, lecz której reguł dobrze dziś nie znamy; było to coś w rodza ju trik-traka,

rozgrywanego  przez  dwie,  cztery  lub  więcej  osób,  przy  uży ciu  kilku  kostek  i  mnóstwa

żetonów.  Niekiedy  tą  samą  nazwą  określano  po  prostu  grę  w  warcaby,  w  której

obowiązywały już w XII wieku te same reguły co dzisiaj.

Lecz  żadna  gra  nie  mogła  się  równać  z  szachami;  literatura  jest  nie strudzona  w

sławieniu tej gry. Wbrew temu, co się często słyszy, we Francji szachy nie były jeszcze znane

za  Karola  Wielkiego,  lecz  pojawiły  się  dopiero  w  XI  wieku  i  wkrótce  stały  się  ulubioną

rozrywką arystokra cji. Nauka gry w szachy była ważną częścią rycerskiej edukacji. Według

poematu Chanson de Gui de Nanteuil (Pieśń o Gwidonie z Nanteuil), aby nabrać biegłości w

tej sztuce, trzeba sobie przyswoić jej zasady już w wieku sześciu lat. Tak wcześnie zapewne

rozpoczął naukę konetabl króla Artura, Bedoier, którego wszystkie poematy Okrągłego Stołu

zgod nie wychwalają jako najdoskonalszego szachistę epoki.

Literatura bowiem poświęca wiele miejsca rozgrywkom szachowym. Ich opisy służą

autorom nie tylko do urozmaicenia tekstu anegdotą, ale również jako element dramatycznej

akcji.  Stawką  w  grze  mogą  być  ważne  sprawy:  los  kobiety,  jeńca,  armii,  a  nawet  całego

królestwa. Poko nany, rozgniewany poniesioną klęską, nieraz ranił lub zabijał zwycięzcę.

W  Chevalerie  Ogier  syn  Karola  Wielkiego,  Charlot,  zwyciężony  przez  syna  Ogiera

Duńczyka,  Baudineta,  chwyta  oburącz  szachownicę  i  ciska  nią  w  głowę  zwycięzcy  tak

gwałtownie,  że  mózg  tryska  z  rozłupanej  czaszki.  Rzeczywistość  była  mniej  brutalna.  Nie

grano o życie ludzkie ani o królestwo, ani nawet o pieniądze. Zresztą Kościół tego zakazywał.

Panie i panny nie wzbraniały się siadać do szachownicy i nieraz okazy wały się nie gorsze od

mężczyzn.  Jak  głosi  legenda,  Alienor  zwyciężała  w  szachach  najznakomitszych  książąt

Francji i Anglii.

Ale jak grano? Jak wyglądały bierki? Czym się różniła ówczesna gra od dzisiejszej?

Szachownica,  drewniana  lub  metalowa,  była  przedmiotem  zbytkow nym,  który  właściciel

pokazywał  z  dumą,  nawet  jeżeli  nie  umiał  się  nią  posługiwać.  Była  duża,  często  stanowiła

wieko bogato zdobionej szkatuł  w której wnętrzu mieściły się przybory do gry w trik-traka

(tables), a na odwrotnej stronie - pole do gry w marelle. Aż do końca XII wieku szachownicy

background image

96

nie  pokrywały  na  przemian  kwadraty  czarne  i  białe.  Była  jednobarwna  (najczęściej  biała),

podzielona  na  sześćdziesiąt  cztery  pola  żłobionymi  liniami  (niekiedy  pomalowanymi

dodatkowo  czerwoną  farbą).  Postać,  w  jakiej  ją  obecnie  znamy,  przybrała  dopiero  w

początkach pa nowania Filipa Augusta. Nie miało to wpływu na reguły gry - wszak nawet dziś

można  bez  trudu  grać  na  jednobarwnej  szachownicy  -  lecz  ułatwiało  ogarnięcie  wzrokiem

sytuacji i sprawdzanie posunięć. Różniły się one znacznie od dzisiejszych, ponieważ figury

były  inne  i  przysługi wały  im  inne  ruchy.  Przede  wszystkim  nie  było  figury  królowej,  którą

zastępował hetman (nazywany fierce, od perskiego słowa oznaczającego wezyra), nie mający

prawa  przesuwać  się  we  wszystkich  kierunkach,  lecz  tylko  ukośnie  i  tylko  o  jedno  pole  na

raz.  Figura  ta  nie  miała  więc  w  grze  większego  znaczenia.  Podobnie  alfin,  odpowiednik

naszego gońca, mniej był od niego ważny, chociaż posuwał się ukośnie po dwa pola na raz i

mógł  przeskakiwać  przez  inne  figury.  Za  to  król  i  wieże  (nazywane  roc),  skoczek

(wyobrażany jako rycerz) i pionki miały te same ruchy co w naszych czasach, jeśli pominąć

kilka szczegółów, na przykład ten, że królowi i wieżom wolno było wykonywać roszadę w

każdej pozycji, pion ki zaś nie mogły wysuwać się w pierwszym ruchu dalej niż o jedno pole

ani zabierać po drodze pionków przeciwnika. Cel gry, tak jak dziś, pole gał na zadaniu mata

królowi  przeciwnika  i  tak  samo  mówiono  “szach  królowi",  gdy  był  on  bezpośrednio

zagrożony.

Bierki miały formy rozmaite, zależnie od regionu i od gatunku. W szachach zwykłych

istniały  już  bierki  mocno  stylizowane,  rzeźbione  z  kawałka  kości  lub  drewna,  lecz,  jak  się

zdaje,  wytwarzaniem  ich  nie  rządziły  żadne  reguły.  Szachy  paradne  wyrabiano  z  kości

słoniowej,  he banu,  bursztynu  lub  jaspisu,  w  kształcie  figurek.  Trzy  z  nich  miały  po stać

ustaloną i prawie niezmienną: król zawsze nosił koronę, skoczka wy obrażał rycerz na koniu,

pionki miały postać piechurów w lekkim uzbro jeniu. Co do innych figur panowała dowolność

i  rozmaitość.  Hetmana  mógł  wyobrażać  siedzący  mężczyzna,  podobny  do  króla,  lecz  bez

korony,  albo  też  -  pod  wpływem  kultury  dworskiej  -  przemieniał  się  w  damę.  Goniec  w

Anglii i zachodniej Francji przybierał postać biskupa, a we Flandrii i krajach nadreńskich -

hrabiego,  w  innych  stronach  pojawiał  się  jako  starzec,  drzewo,  zwierzę.  Wieża  mogła

niekiedy przybierać po stać pieszego żołnierza w pełnym uzbrojeniu, zwierzęcia dźwigającego

wieżę na grzbiecie, a jeszcze częściej całej scenki, w której występują dwie postacie: Adam i

Ewa,  święty  Michał  zabijający  smoka,  dwie  zma gające  się  ze  sobą  bestie,  dwóch  rycerzy

walczących na kopie. Każdy z graczy dysponował szesnastu bierkami, które przystępując do

background image

97

gry roz stawiał w podobny sposób jak szachiści w naszych czasach. Ale jeśli je den gracz miał

bierki białe, drugi zamiast czarnych, jak to jest dzisiaj, miał czerwone. W szachach, tak samo

jak  w  całym  świecie  symboli,  za chodnioeuropejska  mentalność  aż  do  XIV  wieku  bieli

przeciwstawiała  nie  czerń  -  która  jest  też  brakiem  koloru  -  lecz  czerwień,  najbardziej  in-

tensywną z wszystkich barw.

background image

98

Rozdział dziewiąty

Dworna miłość i rzeczywiste uczucia

W  pierwszym  rozdziale  tej  książki  mówiliśmy  o  małżeństwie,  o  jego  swoistym

znaczeniu  religijnym  i  ponadto  ekonomicznym  oraz  prawnym.  Świadomie  nie

wspomnieliśmy o miłości. W czasach romansów Okrągłego Stołu, jak w każdej innej epoce,

pożycie  małżeńskie  i  porywy  serca  to  dwa  różne  zjawiska,  niekiedy  doskonale  ze  sobą

zharmonizowane, niekie dy skłócone.

Nie nożna mówić o miłości w końcu XII wieku, nie mówiąc o mi łości dwornej, o tym

nowym  stylu  miłości,  pod  wielu  względami  nie zwykle  nowoczesnym,  opiewanym  przez

trubadurów  i  truwerów,  przed stawianym  w  romansach.  Literatura  ofiarowuje  historykowi

obraz  życia  uczuciowego  najpełniejszy  i  najbardziej  uroczy.  Ale  czy  jest  to  wizeru nek

wierny?

Zjawisko literackie

Autorzy średniowieczni nie używali wyrażenia: dworna miłość; wo leli inne terminy,

jak:  miłość  dobra  (bone  amor),  prawdziwa  (vraie  amor),  a  zwłaszcza  subtelna  (  fin'  amor).

“Miłość  dworna"  jest  wynalazkiem  nowoczesnych  krytyków,  pojęciem  trudnym  do

zdefiniowania,  tym  bar dziej  że  obejmujemy  nim  kilka  różnych  zjawisk.  Godząc  się  na

znaczne  uproszczenie,  można  by  powiedzieć,  że  termin  ten  oznacza  miłość  opartą  na

sublimacji kobiety, na jej idealizacji, odzwierciedlonej w poezji lirycz nej i romansach z XII i

XIII wieku. Ale problem literacki jest, oczywi ście, o wiele bardziej skomplikowany. Trzeba

bowiem  wziąć  pod  uwagę  i  różne  epoki,  środowiska  i  rodzaje  literackie,  uwzględnić  skalę

talentów  i  zamierzeń  autorskich,  a  przede  wszystkim  spod  powierzchni  utartych  formułek  i

banałów wyłuskać teorię mieniącą się subtelnymi odcieniami, zmienną i wielopostaciową.

Nie znamy jeszcze dokładnie odległych źródeł tej teorii, ale to pew ne, że jej pierwsze

przejawy  w  literaturze  na  samym  początku  XII  wie ku  były  reakcją  przeciw  moralności

nakazywanej przez religię i wyrazem dążeń do zmiany obyczajów, a może także wrażliwości.

Kościół  uważał  miłość  za  uczucie,  którego  należy  się  wystrzegać,  gdyż  kusi  ono  do  cu-

dzołóstwa,  zagraża  świętości  sakramentu  małżeństwa  i  zbawieniu  dusz;  nawet  między

współmałżonkami zaleca się jak największą rozwagę i po wściągliwość. Kościół w XII wieku

background image

99

podzielał  przekonanie  świętego  Ber narda,  który  za  dewizę  przyjął  sławny  cytat  z  pism

świętego Hieronima: “Wszelka miłość do cudzej żony jest haniebna; a w miłości do własnej

żony należy zachować umiar; cudzołoży, kto zbyt gorąco kocha swoją małżonkę."

Pierwsi zbuntowali się przeciw tym naukom poeci używający ję zyka d'oc, z południa

Francji. W ich oczach miłość nie była szaleństwem, lecz mądrością. Nie może istoty ludzkiej

zhańbić,  przeciwnie,  potęguje  wszystkie  zalety  jej  serca  i  umysłu.  Od  roku  1100  do  około

1280  sześć  pokoleń  trubadurów  opiewało  miłość  jako  pierwiastek  życiodajny,  źródło

wszelkich  cnót,  uczucie  czyniące  człowieka  delikatnym  i  wspaniałomyśl nym,  pokornym  i

zarazem zdobywczym, szczerym i radosnym.

Miłość  fin'  amor  trubadurów,  chociaż  wcale  nie  platoniczna,  wyma ga  doskonałego

panowania nad żądzą. Kochanek, całkowicie uległy da mie swego serca, musi jej służyć długo

i bez zastrzeżeń, nie mając pew ności, czy zostanie w końcu wynagrodzony. Dla tej niepewnej

nagrody  musi  poświęcić  wszystkie  swoje  siły  życiowe,  doskonali  się  moralnie,  na rzucając

sobie  powściągliwość  i  walcząc  z  przeszkodami  spiętrzonymi  na  drodze  do  celu.  Tę  etykę

usprawiedliwiają i uzasadniają jedynie zalety damy, zawsze wysławianej jako najpiękniejsza i

najszlachetniejsza.  Nie którzy  poeci  przypisują  jej  wręcz  transcendentalne  znamiona;

wielbiciel popada w stan bliski religijnej kontemplacji, jest zakochany w swoim zakochaniu;

w  przypadkach  krańcowych  zadowala  go  samo  pragnienie  i  niczego  poza  nim  nie  pragnie.

Inni kochankowie zatracają wolę i całą osobowość, stają się dzieckiem, z którego uwielbiana

kobieta może uczy nić, co zechce:

Przez nią się stanę kłamcą albo szczerym,

Wiernym albo zdradzieckim, 

Prostackim albo dwornym, 

Pracowitym albo próżniakiem,

Albowiem ona ma nade mną moc,

Aby mnie podnieśli lub poniżyć

Romansopisarze  z  północnej  Francji  przedstawiali  dworną  miłość  w  mniej

odcieleśnionej postaci. Rozkosz zmysłowa, chociaż nie zawsze sta nowi jej najbardziej istotny

element, odgrywa większą rolę. Nieco ane miczna zmysłowość poetów lirycznych nabiera pod

piórem  epików  ru mieńców  życia.  Ponadto  studium  psychologiczne  wysubtelnia  się  i  po-

background image

100

głębia,  zwłaszcza  w  odniesieniu  do  postaci  kobiecych,  charaktery  boha terów  i  bohaterek

zarysowują  się  bardziej  wyraziście.  Trubadurzy  wy naleźli  nowy  styl  miłości,  lecz  zasługą

pisarzy z Północy jest podniesie nie rangi kobiety w literaturze.

Jednakże miłość opisywana w poematach rycerskich zachowuje wie le podobieństwa

do  tej,  którą  opiewają  poeci  z  Południa.  Jest  także  źród łem  radości,  cnót  i  męstwa.  Nie

zawsze wchodzi w konflikt z małżeń stwem (Eryk lub Iwen Chretiena de Troyes), lecz często

bywa cudzo łożna. Rzadko się wielbi to, co się posiada. W romansach, tak samo jak w liryce,

kochanek  gotów  jest  do  bezgranicznych  poświęceń  dla  damy  swego  serca.  W  późniejszych

utworach  często  przeciwstawia  się  doskona łego  kochanka  Lancelota,  który  nie  opuści

Ginewry  nawet  w  pohańbie niu;  niestałemu  Gawenowi,  galantowi  i  uwodzicielowi,  który

przeżywa niezliczone miłosne przygody. Wreszcie, podobnie jak miłość prowansal ska miłość

rycerska  rozpłomienia  się  tym  żywiej,  im  więcej  spotyka  na  swojej  drodze  przeszkód,  gdy

ukochana jest zamężna, jej małżonek zazdrosny, gdy wielbiciela dzieli od niej różnica rangi

społecznej (przy czym z reguły mężczyzna stoi niżej w hierarchii niż kobieta) i odległość w

przestrzeni, gdy trzeba zwalczać obmowę złośliwców i nie znajduje się zrozumienia nawet u

przyjaciół. _

Ale  moda  na  ten  styl  miłości  w  literaturze  trwała  stosunkowo  krótko.  Już.  w  pierwszej

połowie  XIII  wieku  zaczyna  przemijać.  Romance  skła niają  się  do  realizmu,  aby  zadowolić

nową publiczność, o mentalności bardziej mieszczańskiej, ceniącej sobie, jak się zdaje, wyżej

domowe cno ty pracowitej małżonki niż mgliste uroki kapryśnej, niedostępnej ko chanki.

Pociąg fizyczny i kryteria urody

Dama  ubóstwiana  przez  trubadurów  to  istota  zwiewna,  wyidealizo wana  i

uwznioślona, natomiast bohaterka romansów z północnej Francji zamsze jest kobietą z krwi i

kości.  Jej  cielesna  piękność  czaruje  rycerza  co  najmniej  równie  mocno  jak  przymioty  jej

ducha.  Miłość  rodzi  się  naj pierw  z  pociągu  fizycznego.  Nawet  Gawen,  słońce  wszystkiego

rycerstwa, woli, jak się zdaje, ładną buzię od pięknej duszy. Co prawda w drugiej połowie XII

wieku większość autorów, a zapewne także większa część publiczności, wierzy w tożsamość

Piękna  i  Dobra.  Piękna  powierzchow ność  odzwierciedla  z  pewnością  głębokie  wewnętrzne

zalety.  Dopiero  po  1220  czy  1230  roku  ta  idea,  na  wskroś  platońska,  znika  z  romansów

dworskich.  Pojawia  się  na  jej  miejscu  coś  wręcz  przeciwnego,  co  można  by  nazwać

background image

101

motywem  piękności  diabelskiej.  Odtąd  uwodzicielski  czar  idzie  w  parze  z  występkiem  i

obłudą.  W  Lancelot  en  prose,  na  przykład,  wspa niali  rycerze  postępują  tchórzliwie  lub

przewrotnie, a prześliczne panny okazują się “diabelskimi dziwkami"; pół wieku wcześniej

takie połącze nia były niemożliwe? Zmiana ta prawdopodobnie miała związek z odro dzeniem

się monastycznego antyfeminizmu i z rozwojem kultu Dziewicy -Marii. Ideał kobiecy nabiera

cech  mistycznych,  wyzbywa  się  cielesności.  Jednocześnie,  w  miarę  postępów  teologii

małżeństwa, romansopisarze, przedtem odnoszący się z czułą pobłażliwością do wiarołomnej

kobiety, zaczynają traktować ją z cnotliwą surowością.

Ale  to  zaprowadziło  nas  daleko,  w  późniejsze  dekady  XIII  wieku.  Wróćmy  do

naszych  czasów,  gdy  na  ogół  piękność  kojarzy  się  z  dobro cią,  w  sposób  zresztą  nieco

zwodniczy  dla  historyka.  Autorzy  bowiem  malują  portrety  swoich  postaci  bardzo

konwencjonalnie.  Publiczność  ów czesna  nie  wymagała  dokładnych  opisów,  aby  wyobrażać

sobie urodę ry cerzy i dam z tych romansów. Postacie budzą sympatię, skoro są piękne, a są

piękne,  jeśli  odpowiadają  ukształtowanym  przez  modę  stereotypom.  Bohaterki  dworskich

romansów z reguły mają jasną cerę, twarz owalną, włosy blond, usta małe, oczy niebieskie i

brwi  wyraźnie  zarysowane.  Oto  jak  Marie  de  France  przedstawia  w  jednej  ze  swoich  lais

najpiękniejszą pod słońcem dziewczynę:

“Figurę ma zgrabną, biodra wąskie, a szyję bielszą niźli okiść śnie gu na gałęzi. Jej oczy są

szaroniebieskie,  lica  bardzo  jasne,  usta  miłe,  a  nos  regularny.  Brwi  ma  ciemne,  czoło

wysokie, włosy kędzierzawe, ja snoblond. W dziennym świetle od tych jej włosów bije blask

mocniejszy niż od złotych nici."

Podobne  opisy,  złożone  wyłącznie  z  samych  szablonów,  spotyka  się  w  utworach

Chretiena  de  Troyes  i  jego  naśladowców.  Nasuwa  się  pyta nie,  w  jakim  stopniu  banały  te

odzwierciedlają  gust  epoki.  Jeżeli  -  jak  można  przypuszczać  -  są  z  tym  gustem  zgodne,  to

znów powstaje wątp liwość, czy obowiązujące w rzeczywistości kryteria wywarły wpływ na

literaturę,  czy  też  przeciwnie,  literatura  podyktowała  taką  modę.  Oczy wiście  bardzo  trudno

odpowiedzieć  na  te  pytania.  Poeci  i  romansopisarze  zawsze  są  twórcami  i  świadkami

jednocześnie.

O  innych  wdziękach  kobiety,  poza  twarzą,  rzadko  spotykamy  wzmian ki.  Autorzy

wolą dyskretnie pomijać wszystko, co się znajduje poniżej szyi. Z nielicznych wyjątków od

tej  reguły  można  wszakże  wnioskować,  że  mężczyznom  tamtej  epoki  podobały  się  kobiety

smukłe,  cienkie  w  pa sie,  o  długich  nogach  i  małych,  wysoko  osadzonych  piersiach.  Ale

background image

102

roman se  z  następnego  stulecia,  które  nam  dostarczają  więcej  i  bardziej  reali stycznych

szczegółów, świadczą już o zmianie gustu: wyżej się ceni ob fitsze kształty, “bardziej zdatne

do uciech łoża".

Jeszcze trudniej ustalić kanony męskiej urody. Rycerz z romansu dworskiego nie jest

już  bohaterem  epopei,  zasługującym  na  podziw  wy łącznie  siłą  fizyczną,  pogardą  cierpień  i

śmierci.  Gawen  i  Lancelot  nie wiele  mają  wspólnego  z  Rolandem  i  Wilhelmem.  Urodę

zawdzięczają  nie  wspaniale  wyrobionym  mięśniom,  ale  wdziękowi  młodości  i  elegancji

stroju.  Zamiast  opisywać  ich  krzepę  fizyczną,  autor  zachwala  wytwor ność  ich  ubiorów.

Rycerz,  aby  podbijać  serca,  musi  być  młody,  grzecz ny,  pełen  wdzięku  i  wspaniale

przyodziany. Niczego więcej o jego powierzchowności nie dowiadujemy się z tekstu.

Lecz autorzy tak rzadko opisujący realistycznie piękność, hojnie sza fują niebanalnymi

i dosadnymi szczegółami, gdy chcą odmalować brzy dotę. Najczęściej w ten sposób portretują

ludzi  niskiego  stanu.  Tak  więc,  chociaż  nie  znamy  dokładnie  norm  estetycznych,  według

których  ocenia no  wówczas  urodę  ludzką,  wiemy,  jakich  wad  cielesnych  nie  mógł  mieć

rycerz, jeśli chciał się podobać damom: wielkiej głowy, odstających uszu, rudych lub bardzo

czarnych  włosów,  krzaczastych  brwi,  bujnego  zarostu  na  całej  twarzy,  oczu  zapadniętych,

nosa  krótkiego  i  płaskiego,  dużych  nozdrzy,  ust  od  ucha  do  ucha,  warg  grubych,  zębów

żółtych  i  krzywych,  szyi  grubej  i  krótkiej,  pleców  zgarbionych,  brzucha  wydętego,  ramion

krótkich,  łydek  chudych,  palców  szponiastych  i  nóg  opuchniętych.  Nie  są  to  zresztą  cechy

wyłącznie męskiej brzydoty. Chretien w swo jej opowieści o Graalu (Conte du Graal) opisuje

pannę najszpetniejszą pod słońcem:

“Jej szyja i ręce czarniejsze były od najciemniejszego metalu [...] Oczy niby szparki, małe jak

ślepia kocura. Nos zarazem małpi i koci, uszy trochę jak u osła, a trochę jak u wołu. Zęby

miały kolor żółtka w jaju, a dolną szczękę zdobiła kitka włosów niby kozia bródka. Na jej

pier siach  sterczał  garb,  a  jego  bliźniego  brata  nosiła  na  plecach.  Biodra  i  bar ki  doprawdy

miała w sam raz do tańca w pierwszej parze!"

Rozkosze zmysłowe

Miłość  dworna,  rodząca  się  z  pociągu  fizycznego,  nie  mogła  być  czy sto  duchowa  i

platoniczna.  Wspólnotę  dusz  powinno  uwieńczyć  zespole nie  ciał.  Dwie  wydane  ostatnio

background image

103

prace  naukowe  wykazały,  że  nawet  w  najbardziej  eterycznej  liryce  trubadurów  wielbiciel,

służąc  ubóstwianej,  dążył  do  cielesnego  z  nią  zbliżenia.  Niektórzy  poeci,  jak  Bernard  de

Ventadour, wcale zresztą tego nie ukrywają:

“Gdybyż tylko była dość śmiała,

By mnie pewnej nocy zaprosić do komnatki, 

Gdzie się rozdziewa,

I w tym miejscu tajemnym

Zarzucić mi ramiona na szyję."

Inni  bardziej  dyskretnie  mówią  o  upragnionej  nagrodzie.  Peire  de  Valeria  śpiewa  o  tym.

bardzo ładnie:

“Skoro ją oczy moje podziwiały,

Oby mi Bóg dał doczekać tej chwili, 

Gdy będę służył jej pięknemu ciału."

Inaczej wyrażona, nadzieja jest w obu przypadkach ta sama. Jed nakże oryginalność - a

zarazem trudność - poetów prowansalskich na tym polega, że przywiązują oni, jak się zdaje,

większą  wagę  do  samego  pragnienia  niż  do  jego  realizacji.  Jak  gdyby  woleli  marzyć  o

rozkoszy  niż  ją  przeżywać.  Stosując  zręczną  i  zbijającą  z  tropu  dialektykę,  nie którzy

teoretycy  posuwają  się  do  tego,  że  akceptują  wszystkie  zmysłowe  uciechy  miłosne  z

wyjątkiem ostatecznego spełnienia, gdyż nie dałoby się ono pogodzić z prawdziwie subtelną

miłością - fin' amor.

Autorzy z Północy nie rozumują tak wykrętnie. Truwer Conon de Bethune otwarcie

wyznaje,  że  jego  ciało  “zawsze  pragnie  grzeszyć".  Ro mansopisarze  nie  boją  się  częstych

aluzji do cielesnego nasycenia namięt ności, które opisują. Co prawda większość poprzestaje

na  opisie  pocałun ków  wymienianych  przez  pary  kochanków  i  wstydliwie  albo  ironicznie

przemilcza dalszy ciąg. Autor romansu Joufrois udaje niewiedzę: po wpro wadzeniu królowej

Anglii do łoża swego bohatera, z tymi słowy zwraca się do słuchaczy:

“Nic wam nie powiem o tym, 

background image

104

Co hrabia czynił ze swą miłą.

Nie byłem pod łóżkiem ani w jego pobliżu

I nic nie słyszałem."

Są wszakże inni, zwłaszcza w XIII wieku, którzy się nie wzdragają przed konkretnymi

szczegółami  scen  erotycznych  w  swoich  utworach.  Za  przykład  niech  posłuży  fragment  z

Livre  d'Artus  (Księgi  Artura),  lecz  przyzwoitość  nie  pozwala  mi  tłumaczyć  tekstu  z  języka

d'oc na współ czesny:

“Il li met la main sor le piz et sor les mameles et sor le ventre, et li manoie la charqu' elle

avoit tendre et blanche."

Jest  to  wszakże  przykład  wyjątkowy.  W  romansach  dworskich  auto rzy  rzadko

naruszają  granice  przyzwoitości.  Rozkosze  zmysłowe,  chociaż  często  się  o  nich  wspomina,

nigdy nie są wulgarne, rozwiązłe lub dwu znaczne. Tym bardziej że prawie zawsze zbliżenie

cielesne jest uwień czeniem związku dwóch serc.

Rzeczywiste uczucia

Dworna miłość to temat literacki, przeznaczony dla ograniczonego kręgu odbiorców.

Jest  też,  według  oświadczeń  samych  poetów,  wyrazem  uczuciowości  zastrzeżonej  dla  elity.

Trudno więc się zgodzić z opinią, któ rą się niekiedy słyszy, że ludzie ówcześni tak właśnie

przeżywali  miłość.  Nawet  w  środowisku  arystokratycznym  była  to  jedynie  gra  towarzyska.

Toteż historyk nie może uznać literatury dworskiej za źródło, z którego bezpośrednio można

czerpać  materiał  do  studiów  nad  rzeczywistym  sto sunkiem  do  miłości  ludzi  z  końca  XII  i

początków  XIII  wieku.  W  litera turze  tej  bowiem  wyobraźnia  dominuje  nad  świadectwem.

Trzeba  więc  obraz  uzupełniać  i  korygować,  sięgając  do  innych  źródeł,  takich  jak  kro niki,

fabliaux, akta publiczne i prywatne, teksty prawnicze i teologiczne, dzieła sztuki, dokumenty

demograficzne  itp.  Studia  nad  tymi  materiała mi  dadzą  nam  pewne  pojęcie  o  zewnętrznych

przejawach  życia  miłosne go,  nie  powiedzą  nam  jednak  prawie  nic  o  prawdzie  uczuć.  Jak

zawsze, gdy historyk chce poznać prawdę dusz i serc, dokumenty nic mu o tym nie mówią. W

background image

105

tej  dziedzinie  cenniejszym  źródłem  jest  literatura,  gdyż  podsuwa  przynajmniej  pewne

hipotezy, chociaż niestety są to tylko hi potezy.

Pozostaje wiele realiów nieuchwytnych. Nie dowiemy się, jaka była w rzeczywistości

więź  uczuciowa  między  małżonkami.  Z  jednej  bowiem  strony  liczne  wskazówki  zdają  się

świadczyć,  że  nie  łączyło  ich  wcale  wzajemne  przywiązanie,  skoro  o  doborze  pary

decydowali  rodzice,  w  kon trakcie  ślubnym  główną  rolę  odgrywały  pieniądze,  dziećmi

zrodzonymi  z  takiego  związku  mało  się  rodzice  interesowali,  a  wdowcy  i  wdowy  pra wie

zawsze zawierali po raz drugi, czy nawet trzeci nowe małżeństwa.

Z  drugiej  wszakże  strony  dokumenty  świadczą,  że  wszędzie  było  bardzo  wiele

małżeństw  potajemnych,  zawieranych  bez  zgody  rodziców,  krew nych  lub  seniora.  Z  tego

właśnie powodu w 1215 roku czwarty sobór laterański nakazał ogłaszanie zapowiedzi przed

ceremonią  ślubną.  A  więc  żeniono  się  i  wychodzono  za  mąż  nie  tylko  dla  interesu,  ale

również  z  miłości.  Czemuż  więc  nie  mielibyśmy  uznać,  że  w  XII  wieku,  tak  samo  jak  w

naszych  czasach,  małżeństwa  bywały  różne;  że  istniały  rodziny,  które  stanowiły  sztucznie

utworzone  grupy  ekonomiczne  lub  prawne,  a  także  inne,  zespolone  więzią  prawdziwych

uczuć. Czemuż w tych dru gich nie miałyby panować między małżonkami takie same stosunki

jak  zawsze  i  wszędzie?  Ludowe  bajki  i  fabliaux  często  szydzą  z  małżeństw  chłopskich,  w

których  albo  mąż  traktuje  żonę  jak  zwierzę  robocze,  albo  też  żona  wszystkim  w  domu

despotycznie  rządzi.  Oczywiście  trzeba  się  wystrzegać  anachronizmów,  brać  w  rachubę

odmienne warunki material ne, krótkość życia ówczesnych ludzi, szczególną ich mentalność,

lecz  nie  ma  powodu,  by  sądzić,  że  w  XII  wieku  pożycie  małżeńskie  i  uczucia  mał żonków

były inne niż we wszystkich epokach i krajach, że nie istniała namiętność lub chłód, czułość

lub obojętność, miłość albo pogarda.

Obyczaje, o których wiemy więcej niż o porywach serc, składają się na obraz życia

erotycznego  niezbyt  zgodny  z  moralnością  głoszoną  przez  świętego  Hieronima.  Wbrew

napomnieniom Kościoła, zasada wierności małżeńskiej nie była, jak się zdaje, powszechnie

przestrzegana.  We  wszy stkich  środowiskach  społecznych  mamy  niezliczone  przykłady

cudzo łóstwa. W związku z tym przychodziły na świat niezliczone rzesze ba stardów, którym

wszakże społeczeństwo odmawiało miejsca w swoim ło nie. Rodzina opierała się wyłącznie

na  małżeństwie,  toteż  dzieci  poza  ni mi  zrodzone  nie  należały  de  jure  do  żadnej  rodziny,

żadnego rodu, żad nego stanu (na przykład nieprawy syn poddanki był człowiekiem wol nym).

background image

106

W teorii takie potomstwo nie miało prawa do dziedziczenia po ro dzicach, nie mogło wstąpić

do stanu duchownego ani zajmować urzędów. W niektórych krajach obyczaj zabrania mu też

przekazywać  swoim  dzie ciom  nabytego  przez  siebie  mienia.  W  praktyce  jednak  sytuacja

bastar dów  zależała  od  ich  pochodzenia.  Bastard  królewski  nie  był  traktowany  tak  jak

chłopski, a w rodzinach książęcych często miał pozycję nie gorszą niż dzieci z prawego łoża.

Nie odmawia mu się nawet takich samych ho norów: Wilhelm Długi Miecz, domniemany syn

Henryka  II  [Plantageneta]  i  jego  oficjalnej  kochanki,  pięknej  i  zagadkowej  Rozamundy

Clifford, zo stał hrabią Salisbury i jednym z najmożniejszych baronów Anglii; Piotr Charlot,

syn  Filipa  Augusta  i  pewnej  panny  z  Arras,  otrzymał  biskupstwo  Noyon,  zaliczane  do

najważniejszych w królestwie.

Wstrzemięźliwość nie była więc cnotą powszechnie praktykowaną. Nikt jej nie lubił,

wbrew  naukom  Kościoła.  Mimo  reformy  gregoriańskiej,  nieliczni  tylko,  jak  się  zdaje,

świeccy duchowni dotrzymywali ślubów czystości. Jeszcze w końcu XII wieku z podziwem

cytuje  się  przykłady  księży,  którzy  do  śmierci  wytrwali  nie  zadając  się  z  kobietą.  Ale  nikt

dotychczas nie zbadał jeszcze problemów tej powszechnej swobody oby czajów, jej przyczyn i

konsekwencji, zakresu i granic. W czułości truba durów, zmysłowości romansów rycerskich,

sprośnościach goliardów, a z drugiej strony w gniewie kaznodziejów i pogróżkach teologów

zbyt  wiele  jest  komunałów,  aby  historyk  mógł  na  ich  podstawie  stworzyć  so bie  dokładny

obraz.  Mamy  już  możność  rozpoczęcia  badań  nad  prakty kami  antykoncepcyjnymi  i

przerywaniem ciąży w XIV i XV wieku, lecz okres omawiany w naszej książce jest pod tym

względem  całkowicie  nie  znany.  Podobnie  też  nikt  nie  przestudiował  poważnie  zjawiska

homo seksualizmu, uznawanego przez prawo kanoniczne za grzech śmiertelny. Spotyka się w

ówczesnej literaturze pewne aluzje na ten temat, lecz wy daje się, że homoseksualizm nie był

szerzej rozpowszechniony. Byłoby jednak ciekawe dowiedzieć się, dlaczego. Czy z powodu

struktur rodzin nych? Czy tak silnie działały zakazy religijne? W każdym razie, chociaż był to

w  oczach  teologów  najokropniejszy  występek,  nie  da  się  zaprze czyć,  że  nigdy  nie

zastosowano żadnych sankcji w stosunku do książąt znanych z homoseksualnych skłonności i

praktyk,  jak  na  przykład  królo wie  Anglii  Wilhelm  Rudy,  a  prawdopodobnie  także  Ryszard

Lwie Ser ce. Obojętność czy nietykalność uprzywilejowanych?

background image

107

Rozdział dziesiąty

Marzenia

Mężczyźni XII wieku, zarówno duchowni, jak rycerze czy chłopi, rzadko czuli się ze swego

trybu  życia  zadowoleni.  Powszednia  rzeczywi stość  była  posępna,  czcza,  niewdzięczna  i

zwodnicza. Świat, który ich ota czał, nie spełniał oczekiwań. Wszyscy łaknęli jakiegoś innego

świata,  no wego  królestwa,  w  którym  człowiek  nie  podlegałby  kaprysom  przyrody  ani

przymusom wynikającym z pozycji społecznej; tęsknili do nowej ziem skiej Jeruzalem, gdzie

pokój  i  bezpieczeństwo  byłyby  zapewnione  na  ty siąc  lat,  do  jakiejś  dalekiej,  sielankowej

krainy, gdzie słowa, istoty ludz kie i rzeczy odzyskałyby prawdziwe znaczenie, oczyściwszy

się z fałszu, który do nich przylgnął na tym padole.

Każdy na swój sposób odczuwa tę potrzebę prawdy, chęć zapomnie nia, tęsknotę do

złotego  wieku.  Nie  brak  możliwości  ucieczki  od  mono tonii  dnia  powszedniego.  Zarówno

literatura  tworzona  przez  autorów  wy kształconych,  jak  i  legendy  ludowe  opowiadają  o

cudownych krajach, gdzie żyją dziwne zwierzęta i bajeczne istoty, gdzie każdy może zdobyć

bogactwa  i  władzę,  a  jeśli  zechce,  stanie  się  bohaterem,  cesarzem  lub  cu dotwórcą.  Zresztą

czarodzieje  i  czarownicy  istnieją  nie  tylko  w  literaturze;  przeróżni  szarlatani,  kacerze  i

nawiedzeni przebiegają Europę Za chodnią, ofiarowując chłopom, mnichom i panom eliksiry,

relikwie, idee i marzenia. Społeczeństwo w swej masie gotowe jest uwierzyć każdemu, kto je

potrafi wzruszyć. Wszyscy, od szczytu aż po najniższy szczebel dra biny społecznej, szukają

drogi ucieczki od zakłamanej rzeczywistości, aby szukać poza nią ukrytego sensu własnego

życia.

Przenosiny i podróże

Pierwsze  miejsce  wśród  marzeń  zajmują  podróże,  zarazem  najłat wiejsze  do

urzeczywistnienia w społeczeństwie, które jeszcze nie osiadło na dobre. Bardzo by się mylił,

kto by sobie wyobrażał, że ludzie XII wieku byli przykuci do swoich działek ziemi, wiosek i

zamków.  Wszy scy  ustawicznie  przenoszą  się  z  miejsca  na  miejsce.  Największymi  podróż-

nikami w Europie Zachodniej byli podówczas monarchowie. Panowanie każdego króla było

długą, bardzo długą wędrówką po własnej domenie, włościach swoich wielkich feudałów, po

sąsiednich  królestwach,  a  nie kiedy  dalej  jeszcze,  poza  granicami  chrześcijaństwa.  Pod  tym

background image

108

względem  najwymowniejszym  przykładem  może  być  Ryszard  Lwie  Serce:  panowa nie  jego

trwało 117 miesięcy (od 6 lipca 1189 do 6 kwietnia 1199 r.), z czego 6 spędził w Anglii, 7 na

Sycylii, 1 na Cyprze, 3 na różnych mo rzach, 15 w Ziemi Świętej, 16 w więzieniach Austrii i

Niemiec,  a  69  we  Francji  -  z  tego  61  we  własnych  domenach  lennych.  Dwór  angielski  nie

znajdował się więc w Londynie czy w Yorku, lecz tam, gdzie właśnie przebywał król, czy to

w Bordeaux, w Lincoln, w Canterbury czy w Rouen. W literaturze królestwo arturiańskie nie

stanowi  wyjątku  od  tej  wędrowniczej  reguły.  Artur  i  jego  rycerze  nieustannie  podróżują  po

kró lestwie Logres, przenoszą się z Carlion do Winchesteru, z Carduel do Escalot, z Tintagel

do Camalot.

Ale  nie  tylko  królowie  tak  się  błąkają  od  miasta  do  miasta,  od  zam ku  do  zamku.

Wielcy  feudałowie  towarzyszą  suzerenowi  albo  go  naśladują,  a  z  ko lei  ich  wasale

przemierzają teren własnego lenna lub włości swojego pa na. W obrębie tych włości chłopi też

nie są raz na zawsze przykuci do przydzielonej im dzierżawy, mogą ją zmieniać, przenosić

się na świeże karczowisko lub do nowej wioski, a niekiedy nawet do domeny innego pana.

Ruchliwość  ta  nie  wynikała  z  fantazji  poszczególnych  osób,  lecz  z  wymagań  działalności

gospodarczej  lub  politycznej  w  systemie,  w  któ rym  na  wszystkich  stopniach  feudalnej

hierarchii  dobra  ziemskie  pozo stawały  własnością  potężniejszego  pana,  nadawaną  tylko

podwładnym na określony czas.

Do  tych  przenosin  na  nowe  miejsca  zamieszkania,  przedzielonych  dłuższymi

okresami czasu, doliczyć wypada ruch codzienny. Drogi i trak ty, chociaż w złym stanie, były

bardzo uczęszczane i widziało się na nich wciąż pojazdy książęce, urzędników i posłańców,

wodzów  na  czele  zbrojnych  oddziałów,  rycerzy  goniących  za  przygodą,  chłopów  w  poszu-

kiwaniu  nowych  pól  do  uprawy,  karawany  kupieckie,  gromadki  rzemieś lników,  murarzy,

cieśli, robotników rolnych, drwali, studentów, zakon ników i kleryków, którzy opuścili swoje

klasztory  czy  kościoły,  włóczę gów  i  zbójów,  trędowatych,  żebraków,  wyrzutków

społeczeństwa  i  wy kolejeńców  rozmaitego  autoramentu,  a  wszyscy  ci  ludzie  nieustannie

prze mierzali  obszary  świata  chrześcijańskiego  to  w  tę,  to  w  przeciwną  stro nę.  Niedbale

wyznaczone  granice  nie  stanowiły  dla  nich  przeszkody,  rzad ko  bowiem  ciągnęły  się

nieprzerwaną wyraźną linią wzdłuż biegu rzeki; najczęściej były to otwarte strefy, w których

zasięgi  władzy  dwóch  krain  przeplatały  się  ze  sobą.  Niekiedy  w  ogóle  nie  można  było

określić gra nic, z powodu mnóstwa enklaw i zawiłych współzależności feudalno-wa salnych,

jak na przykład pomiędzy księstwem i hrabstwem Burgundii. Niekiedy granice się zmieniały

background image

109

wraz  z  przeobrażeniem  środowiska  na turalnego,  a  więc  wskutek  wykarczowania  lasu,

osuszenia  stawów,  wy kopania  kanałów.  Na  dobitkę  granice  królestwa  nie  zawsze  się

zgadzały z podziałem na prowincje kościelne, a zwłaszcza na ziemie lenne i dome ny pańskie.

Na  przykład  hrabiowie  Flandrii  i  Szampanii  posiadali  włoś ci  zarówno  we  Francji,  jak  w

Cesarstwie.

Zachodnia  Europa  tworzyła  jedną  rozległą  całość,  której  wewnętrz ne  granice  nie

stawiały przeszkód ruchowi ludzi, towarów czy też idei. Prawdziwa przygoda zaczynała się

dopiero poza granicami chrześcijań skiego świata.

Trudności wszakże zaczynały się wcześniej: wszędzie, pomimo wiel kiej ruchliwości

ludzi,  warunki  komunikacji  były  bardzo  uciążliwe.  Po dróż  zmieniała  się  często  w  pasmo

kłopotów, niebezpieczeństw i przeciw ności. Sieć dróg, niedostatecznie rozwinięta, nie mogła

sprostać  potrze bom  ożywionego  ruchu,  chociaż  pod  koniec  XII  wieku  nieco  się  poprawia,

zwłaszcza dzięki budowie licznych kamiennych mostów. We Fran cji świetne drogi rzymskie,

już  pod  koniec  pierwszego  tysiąclecia  w  więk szości  zaniedbane,  zastąpiono  drogami

powstałymi dla potrzeb religij nych, handlowych lub feudalnych, rozbiegającymi się na kształt

wachla rza z Paryża, a nie jak przedtem z Lyonu. Były to przeważnie ścieżki lub polne drogi,

bez  żadnej  nawierzchni,  nieprzejezdne  zimą,  źle  zapla nowane,  wąskie,  kręte  i  niewyraźne.

Były  wszakże  i  lepsze  drogi,  szero kie,  prostsze,  na  pewnych  odcinkach  brukowane  -

gościńce, które po wstały w czasie wznoszenia wielkich katedr, służące do transportu bu dulca

z kamieniołomów, odległych o 20, 30 lub nawet 50 km od miejsca budowy: lecz były to drogi

nieliczne i wymagały nieustannych napraw, ściągano więc na koszty ich utrzymania wysokie

opłaty od użytkowni ków  W Anglii, gdzie sieć rzymskich traktów zachowała się w lepszym

stanie, brakowało mniejszych dróg i podróżni musieli się posuwać na chybił trafił przez łąki,

wrzosowiska lub lasy.

Prócz złego stanu dróg dokuczały podróżnym czyhające na nich nie bezpieczeństwa i

niezliczone opłaty drogowe. Żądano ich przy każdej o kazji, za przeprawę przez rzekę brodem

czy po moście, na przełęczy, na granicy włości pańskich, u wejścia w dolinę, do miasta lub

nawet do lasu. Tym się tłumaczy rozmaitość i zawiłość marszruty: starano się o mijać drogi,

na  których  .obowiązywały  zbyt  wygórowane  opłaty,  haracze  narzucane  przez  mniej  lub

bardziej  chciwego  pana,  lub  gdzie  grasowały  bandy  zbójów.  Dla  bezpieczeństwa

podróżowano  tylko  za  dnia,  gromad kami,  klucząc  i  zbaczając  często  z  traktu.  Ludzie

wędrowali piechotą lub konno, towary transportowano na grzbietach jucznych zwierząt lub na

background image

110

wozach.  Między  XI  a  XII  wiekiem  weszły  w  powszechne  użycie  chomąta  i  podkowy  oraz

wozy  na  czterech  kołach,  a  to  nie  tyle  przyspieszyło  transport,  ile  pozwoliło  na  przewóz

większych ciężarów na raz.

Tam, gdzie umożliwiały to warunki geograficzne i jeśli klimat te mu sprzyjał, starano

się maksymalnie wykorzystywać drogi wodne, pew niejsze i tańsze od lądowych. Większe i

mniejsze  rzeki  stały  się  więc  naj ważniejszymi  szlakami  handlowymi  do  przewozu

najcięższych produk tów, jak zboże, sól, wino, budulec, wełna. Przy transporcie tego rodzaju

towarów droga lądowa służyła jedynie jako połączenie między dwiema rzekami, a i tę funkcję

we Flandrii pełniły kanały. W miarę możliwości używało się też dróg morskich, mających tę

zaletę,  że  nikt  na  nich  nie  pobierał  myta.  Po  kanale  La  Manche  i  Morzu  Północnym  statki

kurso wały tam i z powrotem swobodnie, lecz na innych wodach, bardziej nie bezpiecznych,

uprawiano tylko żeglugę przybrzeżną, nawet na dużych dystansach. Dopóki około roku 1220

nie pojawiły się duże, płaskodenne fryzyjskie kogi, rozporządzano statkami o małym tonażu,

czy  były  to  żaglowce  spotykane  na  Kanale  La  Manche  i  Atlantyku,  czy  galery  na  żag le  i

wiosła, pływające po Morzu Śródziemnym.

Tak więc panował ruch osobowy i towarowy bardzo ożywiony, lecz zarazem bardzo

powolny. Drogą lądową konwój mógł przebyć 25-40 km dziennie, zależnie od rodzaju terenu

i napotykanych przeszkód. Z do kumentu pochodzącego z końca XII wieku dowiadujemy się,

że  pewien  przewoźnik  na  transport  towarów  z  Troyes  do  Montpellier  potrzebował  23  dni.

Szybszy od konwoju samotny goniec mógł pokonywać dzien nie 60-70 km. Wiemy też, że w

1197  roku  konny  posłaniec  Filipa  Au gusta  w  ciągu  jednego  dnia  przejechał  z  Paryża  do

Orleanu, ale to było wyjątkowe osiągnięcie. Około 1200 roku normalnie podróż z Paryża do

Rouen trwała co najmniej 3 dni, z Paryża do Londynu - około 10 dni, do Bordeaux - około 14

dni, do Tuluzy - z górą dni 20; z Yorku do Londynu - około tygodnia, z Londynu do Rzymu

więcej niż miesiąc; a drogą morską z Wenecji do Ziemi Świętej 20-50 dni, zależnie od mniej

lub bardziej przychylnych wiatrów. Jednakże nie ostudzało to za pału podróżnych. Ludzie XII

i  XIII  wieku  nigdzie  się  na  ogół  nie  spie szyli,  a  jeśli  naprawdę  im  zależało  na  pośpiechu,

mieli sposoby, żeby skrócić czas podróży. Trzeba zresztą zauważyć, że przeciętny czas trwa-

nia tych podróży niewiele się zmienił aż do połowy XVII wieku.

Pielgrzymki i kult relikwii

background image

111

Pielgrzymka  to  najlepszy  pretekst,  by  wyruszyć  w  drogę,  opuścić  codzienny

widnokrąg i na innym, mniej lub bardziej odległym, szukać ziszczenia marzeń, których nie

zaspokoi  rodzinna  wioska  czy  zamek.  Rzadko  wszakże  wyjawiano  ten  skryty  motyw.

Częściej mówiono o po kutnym niż rozrywkowym charakterze tej wędrówki. Człowiek śred-

niowieczny wybierał się bowiem na pielgrzymkę przede wszystkim w intencji pokutnej, nie w

celu  nasycenia  głodu  wrażeń.  Nawet  jeśli  nie  nakazał  mu  tego  żaden  sąd,  powodował  się

mniej lub bardziej jawną chęcią zadośćuczynienia za jakieś winy, obawiając się o zbawienie

swej  duszy.  Im  dalej  się  pielgrzymuje,  tym  większe  można  zyskać  korzyści  duchowe.  Do

sanktuariów znajdujących się w pobliżu miejsca zamiesz kania wędruje się na ogół tylko po

to,  żeby  zjednać  sobie  przychylność  jakiegoś  świętego  dla  zamierzonego  przedsięwzięcia,

uprosić cudowny ratunek w sytuacji bez wyjścia.

Kształtująca  się  stopniowo  sieć  pielgrzymich  szlaków  pokrywała  w  XII  wieku  cały

świat chrześcijański. We Francji najtłumniej nawiedzane były sanktuaria Najświętszej Panny

i patronów cieszących się szczegól ną czcią: Święty Marcin z Tours, Sainte-Foy z Conques,

Matka Boska z Puy, święta Magdalena z Vezelay, Madonna z Rocamadour, święty Mi chał z

Mont-Saint-Michel,  święty  Hilary  z  Poitiers,  święty  Martial  z  Limo ges,  święty  Sernin  z

Tuluzy.  W  Anglii  pielgrzymi  najliczniej  nawiedzają  grób  świętego  Cuthberta  w  Durham,

Edwarda Wyznawcy w Westmin sterze, Tomasza Becketa - po jego kanonizacji w 1173 roku -

w Can terbury. Pod koniec stulecia przybyło nowe miejsce przyciągające wier nych: opactwo

Glastonbury, na pograniczu Walii, gdzie w 1191 roku od kryto rzekome groby króla Artura i

królowej Ginewry.

Oprócz  tych  sławnych  sanktuariów  istniały  niezliczone  mniejsze,  przyciągające

pielgrzymów z danego regionu lub najbliższej okolicy. Dla rzesz ludu kult świętych stanowił,

jak  się  zdaje,  istotny  element  życia  re ligijnego.  W  każdej  diecezji  największe  uroczystości

urządzano z okazji przeniesienia relikwii. Wszystkie kościoły zabiegają o relikwie i nie prze-

bierają w środkach, gdy chodzi o ich zdobycie, co im zarzucali już nie którzy współcześni. Po

złupieniu  przez  krzyżowców  Konstantynopola  w  1204  roku  chrześcijanie  osiedleni  na

Wschodzie  przysyłają  regularnie  na  Zachód  przeróżne  relikwie  mocno  podejrzanej

autentyczności.  Cesarz  Bal dwin  I,  na  przykład,  ofiarował  Filipowi  Augustowi  drzazgę  z

Krzyża,  pu kiel  włosów  Chrystusa,  strzępek  płótna  z  pieluszek  Dzieciątka  oraz  ząb  i  żebro

świętego Filipa.

Wiadomo też, że Baldwin II w 1239 roku sprzedał Ludwikowi Świę temu za 20 000

background image

112

liwrów  w  srebrze  “prawdziwą"  koronę  cierniową,  pod czas  gdy  dwa  inne  egzemplarze  tej

pseudorelikwii przechowywano już pod Paryżem, jedną w Saint-Germain-des-Pres, a drugą w

Saint-Denis.  Jeśli  wierzyć  Rigordowi,  ten  drugi  egzemplarz  był  dobrze  znany  pary żanom,

gdyż za panowania Filipa Augusta posłużono się nim przy bar dzo osobliwej ceremonii:

“W  miesiąc  później,  23  lipca  [1191],  syn  króla  Francji  Ludwik  za padł  na  ciężką  chorobę,

którą uczeni nazywali dyzenterią. Gdy już nie było żadnej nadziei, oto do jakich ucieczono

się  sposobów.  Mnisi  z  Saint -Denis  po  długich  modłach  i  poście  wzięli  gwóźdź  i  koronę

cierniową  Pa na  Naszego,  a  także  ramię  świętego  Symeona  i  wyruszyli  boso,  z  pła czem,  na

czele tłumnej procesji duchownych i wiernych do kościoła Świę tego Łazarza, znajdującego

się  pod  Paryżem.  Tam  odprawili  nabożeń stwo  i  pobłogosławili  zgromadzony  lud.  Po  czym

zebrali się wszyscy paryscy zakonnicy, z biskupem Maurycym, duchowieństwem, kanonika-

mi i mieszkańcami miasta, którzy przybiegli, także boso i z płaczem, nio sąc ciała lub szczątki

wielu różnych świętych. Wszyscy się połączyli w jedną ogromną procesję i na przemian to

śpiewając,  to  lamentując  przy byli  do  pałacu  królewskiego,  gdzie  Ludwik  dogorywał.  Lud

wysłuchał  kazania  i  począł  się  modlić  lejąc  łzy  obfite,  by  uprosić  u  Boga  uzdro wienie

młodego  książęcia.  Podawano  dziecku  do  dotknięcia  gwóźdź,  ko ronę  cierniową  i  ramię

świętego Symeona, przeżegnano mu tymi relik wiami brzuch. Tak chory książę został prędko

uratowany  od  grożącego  mu  niebezpieczeństwa.  Co  jeszcze  osobliwsze,  ojciec  jego,  król

Filip, bę dący wówczas w Ziemi Świętej, tegoż dnia i o tejże godzinie wyzdro wiał z tej samej

choroby."

Lecz  prawdziwa  pielgrzymka  to  ta,  która  wymaga  bardzo  niekiedy  bolesnych,

heroicznych wyrzeczeń, a prowadzi daleko, bardzo daleko, do Rzymu, do Composteli albo do

Ziemi  Świętej.  Niektórzy  teologowie  twierdzili,  że  każdy,  kto  chce  być  godny  miana

chrześcijanina, powinien dołożyć starań, aby przynajmniej raz w życiu odbyć taką drogę. W

wie lu  przypadkach  sądy  nakazywały  przestępcom  w  ten  sposób  pokutować  za  ciężkie

zbrodnie. Compostela, gdzie w X wieku znaleziono szczątki świętego Jakuba Starszego, była

najbardziej  uczęszczanym  miejscem  kul tu,  gdyż  wszystko  tam  doskonale  w  tym  celu

zorganizowano. Rzym tak że przyciągał wielu wędrowców pragnących pomodlić się u grobu

świę tych apostołów Piotra i Pawła oraz pierwszych chrześcijańskich męczen ników.

Pielgrzymi  wędrowali  w  małych  grupach.  Można  ich  było  rozpo znać  po  dużych

filcowych  kapeluszach,  sakwach  na  chleb  przerzuconych  przez  ramię  i  wysokich  laskach

zakończonych gałkami, do podpierania się w marszu. Przed wyruszeniem w drogę zgłaszali

background image

113

się do kapana, żeby pobłogosławił ich strój pielgrzymi, uzupełniony naszytym na kapturze i

kapeluszu znakiem z sukna lub z metalu, przedstawiającym krzyż, musz lę albo jakiś drogi ich

sercu  przedmiot,  który  zamierzali  otrzeć  o  świę te  relikwie  u  celu  swej  podróży.  W  drodze

przyjmowano ich bezpłatnie w klasztorach i hospicjach rozsianych wzdłuż szlaku. Nierzadko

gościnny  pan  zamku  udzielał  im  noclegu  prosząc,  aby  urozmaicili  wieczorne  zebra nie

rodzinne opowieściami o krajach, które w podróży poznali, i o nie bezpiecznych przygodach,

które ich spotykały. Chociaż bowiem ich o soby i mienie są pod Bożą opieką, pielgrzymi, tak

samo  jak  wszyscy  podróżni,  narażeni  byli  na  czyhające  w  drodze  niebezpieczeństwa.  Spo-

tykali więc złych ludzi i zdarzały im się różne przypadki, tym częstsze, że do ich gromadki

przyłączali  się  zwykle  awanturnicy  różnego  autora mentu,  zaczynając  od  nieszkodliwych

wagabundów,  klerków  i  niedoszłych  zakonników  zbiegłych  z  klasztoru,  a  kończąc  na

groźnych zbójcach gra sujących po gościńcach?

Najniebezpieczniejszą,  lecz  zarazem  “najskuteczniejszą"  z  wszystkich  pielgrzymek

jest wędrówka do Jerozolimy. Wymaga wszakże czasu, pie niędzy i środków ochrony, a nie

każdego  na  to  wszystko  stać.  Toteż  do  Ziemi  Świętej  pielgrzymowali  głównie  arystokraci,

chociaż w Anglii i Francji, a zwłaszcza we Włoszech istniały już instytucje podejmujące się

wysyłania  do  Ziemi  Świętej  pielgrzymów  wszelkiego  stanu.  Takie  pielgrzymki,

podejmowane  indywidualnie  lub  w  małych  grupach,  zapro wadziły  w  ciągu  XII  wieku

większą  liczbę  rycerzy  do  Ziemi  Świętej  niż  właściwe  wyprawy  krzyżowe.  W  tej  dalekiej

zamorskiej,  tajemniczej  krainie  spodziewali  się  spełnić  swoje  przeznaczenie,  znaleźć  sens

własne go  życia,  opromienionego  w  marzeniach  blaskiem,  którego  nie  mogła  im  dać

monotonna powszednia egzystencja w rodzinnych stronach. Idea kru cjat uległa już skarleniu,

wielkie  wyprawy  wojenne  pod  wodzą  królów  i  książąt  nie  przyniosły  niczego  prócz

sromotnych  porażek,  lecz  Wschód  nie  przestał  fascynować  rycerstwa,  wywołując  niemal

zbiorową psy chozę.

Uroki wschodu i cuda geografii

Fascynacji  tej  ulegali  również  ci,  którzy  nie  mogli  odbyć  wielkiej  podróży.

Odzwierciedla  się  ona  we  wszystkich  dziedzinach  twórczości  li terackiej  i  artystycznej,

folklorze i w dziełach naukowych. Pod jej wpływem ukształtowało się ówczesne wyobrażenie

o ziemi. Zachowało się po dziś dzień kilka map świata, sporządzonych w Europie Zachodniej

background image

114

i  przedstawiających  ziemię  w  kształcie  koła  z  Jeruzalem  pośrodku.  U  gó ry,  tam  gdzie  my

umieszczamy biegun północny, według średniowiecz nych geografów znajdowało się miejsce,

skąd  promieniuje  światło,  wschód  wyobrażony  jako  wysoka  góra,  na  której  szczycie  leży

ziemski raj. Świat w tej wizji jest, podobnie jak społeczeństwo, trójdzielny. Mamy więc trzy

kontynety: Europę, Afrykę i Azję, przy czym ta ostatnia jest więk sza od dwóch pozostałych

części  świata  razem  wziętych.  Mamy  też  trzy  wielkie  obszary  wód:  Morze  Śródziemne  w

centrum, Ocean Indyjski po między Azją i Afryką, oraz ocean “kolisty", opływający planetę

ziem ską  ze  wszystkich  stron.  Oczywiście  jako  tako  poprawnie  zarysowane  są  na  tek  mapie

jedynie kontury Europy Zachodniej i basenu śródziemno morskiego.

Zwłaszcza literatura geograficzna o charakterze popularyzatorskim, jak liczne Obrazy

świata  kompilowane  w  XII  i  XIII  wieku,  świadczy  o  za kresie  tej  wiedzy.  Wszystko,  co  się

znajduje poza Danią z jednej strony, Saharą z drugiej i Kaukazem oraz Morzem Kaspijskim z

trzeciej, jest światem nieznanym, dającym autorom sposobność do najbardziej fanta stycznych

opisów  i  nieprawdopodobnych  legend.  Upodobanie  czytelni ków  do  cudowności  sprzyja

ignorancji  i  łatwowierności  tych  pisarzy,  po budzając  ich  do  ciągłego  rozbudowywania

niezwykłych opowieści, zmyś lonych przez poprzedników.

Z  wszystkich  dalekich  krajów  do  najbardziej  dziwacznych  pomysłów  kuszą

wyobraźnię tajemnicze Indie. Jest to kraina, gdzie dwa razy do roku powraca lato i zima. Lasy

są tam tak strzeliste, że sięgają obłoków, a rosną w nich zdumiewające drzewa: jedne mają

liście większe niż domy, drugie rodzą olbrzymie, wspaniałe owoce, w środku wszakże wy-

pełnione popiołem; trzecie dostarczają węgla, który raz zapalony nie wygasa przez cały rok.

Orzechy są tam wielkości ludzkiej głowy, a grona winne tak ogromne, że więcej niż jednego

na raz człowiek nie może u dźwignąć. Węże mają oczy z drogich kamieni. Rzeki wszystkie

toczą w swoich wodach grudki złota, z wyjątkiem Gangesu, w którym za to łowi się węgorze

na trzysta stóp (ok. 100 m) długie. W Indiach mieszkają rozmaite ludy, a jeden od drugiego

dziwniejszy.  Są  wśród  nich  ludożer cy  zjadający  własnych  rodziców,  gdy  się  zbytnio

postarzeją; są inni, o włosieni na całym ciele, żywiący się wyłącznie surowymi rybami i pi jący

słoną wodę; jeszcze inni, aby się utrzymać przy życiu, muszą bez przerwy wdychać zapach

jabłek.  Są  tam  ludzie,  którzy  mają  jedno  tyl ko  oko  pośrodku  czoła,  inni  zaś  mają  po  sześć

palców u nóg, jeszcze inni usta na piersi, a uszy na ramionach; są wreszcie tacy, którzy mają

tylko jedną stopę, ale tak wielką, że może im służyć za tarczę albo za para sol.

Etiopia,  którą  większość  autorów  umieszcza  w  południowej  Azji,  między  Indiami  a

background image

115

Egiptem (należącym do kontynentu azjatyckiego), za mieszkana jest przez nie mniej osobliwe

stworzenia. Zwierzęta tamtej sze są pozbawione uszu, a niekiedy także oczu; drogie kamienie

znajdują  się  nie  w  oczach  wężów,  lecz  w  mózgach  smoków,  które  wszakże  bardzo  trudno

złowić.  Ludzie  żywią  się  mięsem  lwów  i  panter,  wskutek  czego  pomrukują  jak  drapieżne

bestie; chodzą całkiem nago i nic nie robią. Niektórzy za króla mają psa, inni olbrzymiego

cyklopa. Ci zaś, co miesz kają na pustyni, w pobliżu antypodów, nie jedzą nic prócz suszonej

szarańczy, dlatego żaden nie żyje dłużej niż 40 lat.

Bardziej  rozpowszechnione  od  tych  dydaktycznych  kompilacji,  przeznaczonych  dla

odbiorców mniej lub więcej wykształconych, były legen dy osnute na mitach geograficznych,

lecz ubarwione i przeobrażone przez ludową kulturę. Na przykład legenda o księdzu Janie - o

której  pierw sze  wzmianki  pojawiają  się  w  połowie  XI,I  wieku.  Według  niej  gdzieś  w  Azji

centralnej  znajduje  się  bajeczny  kraj,  rządzony  przez  króla-kapła na  imieniem  Jan,

chrześcijanina obrządku nestoriańskiego, zawziętego wroga islamu; król ten mógłby więc się

stać cennym sojusznikiem w wojnach o odzyskanie Grobu Pańskiego. W XIII wieku władcy

zachod niej Europy wyprawili kilka poselstw na poszukiwanie tego nie istnie jącego królestwa,

a ponieważ nie udało się go znaleźć w Azji, wyobraźnia przeniosła je w następnym stuleciu

do Afryki.

Inna, bardzo rozpowszechniona legenda, pokutująca w tradycjach geograficznych aż

do  końca  średniowiecza,  opowiada  o  świętym  Bren danie.  Nie  dotyczy  dalekiej  Azji,  lecz

bierze  początek  z  folkloru  celtyc ko-chrześcijańskiego  pierwotnej  Irlandii.  Święty  Brendan,

opat irlandz kiego klasztoru, w VI wieku wyruszył wraz z czternastoma zakonnymi braćmi w

podróż, aby znaleźć za morzami ziemski raj. Przez siedem lat żeglował na wątłym statku bez

steru i podczas tej swojej Odysei zaznał wielu przygód cudowniejszych niż przygody samego

Ulissesa. Kiedyś na przykład spotkał olbrzymiego wieloryba, a myśląc, że to wyspa, wylądo-

wał  ze  swymi  towarzyszami  na  jego  grzbiecie,  aby  tam  w  niedzielę  wiel kanocną  odprawić

uroczystą mszę świętą. W końcu odkrył Wyspę Szczęś cia w tej części świata, gdzie słońce

nigdy  nie  zachodzi,  wtedy  jednak  ukazał  mu  się  anioł  i  kazał  zawrócić,  popłynąć  znów  do

rodzinnego kraju i opowiedzieć tamtejszym ludziom o wszystkich dziwach, jakie w podró ży

oglądał.  La  Navigation  de  saint  Brendan  (Podróże  morskie  świętego  Brendana)  była  z

pewnością  najpopularniejszą  książką  podróżniczą  śred niowiecza.  Łaciński  tekst

skomponowany w X wieku przetłumaczono z biegiem czasu na wszystkie języki używane w

Europie Zachodniej.

background image

116

Zwierzęta i zwierzyńce

Prócz  cudów  geografii  istniały  dziwy  świata  zwierzęcego,  pobudza jące  w  różnych

formach wyobraźnię wszystkich warstw społecznych. Ten świat znakomicie nadawał się, by

w nim pomieścić bez ryzyka prze różne wierzenia, nadzieje i fantastyczne wizje ludzi, którym

potrzebne były marzenia.

A przecież człowiek XII wieku codziennie i z bliska stykał się ze zwierzętami, a w

otaczającej go faunie nie było nic fantastycznego. Ów czesne zwierzęta domowe niewiele się

różniły  od  dzisiejszych.  Koty  rzad ko  trzymano  w  mieszkaniach,  lecz  do  tępienia  myszy  i

szczurów wyko rzystywano niekiedy łasice, mniej lub bardziej oswojone. Oswajano też kruki,

wrony i kawki, tak jak później papugi. Aż do połowy XIII wie ku, jak się zdaje, pies nie był

obiektem  przyjaznych  uczuć,  nie  wpusz czano  go  do  domów  i  często  wyznaczano  mu

niechlubną  rolę  w  okrut nych  egzekucjach,  przyjętych  w  ówczesnej  obyczajowości.  Suger

opowia da,  że  zabójcę  hrabiego  Flandrii  Karola  Dobrego  przywiązano  do  pręgie rza  razem  z

psem,  którego  torturowano,  żeby  wściekły  z  bólu  rozszarpy wał  twarz  skazańca.  Najwyżej

ceniono konia i sokoła, a najlepiej zna nym z naukowego punktu widzenia zwierzęciem była

świnia; ponieważ Kościół zakazywał sekcji zwłok ludzkich, lekarze studiowali anatomię na

świniach,  uważanych  za  zwierzęta  najbardziej  do  człowieka  podobne.  Dzi kie  zwierzęta  nie

były też obce doświadczeniu ludzi. W Anglii wpraw dzie w X wieku wytępiono wilki, lecz na

kontynencie nie brakowało ich nawet w najbliższym sąsiedztwie miast. Podobnie też pełno

było  w  la sach  Europy  niedźwiedzi  i  dzików.  Znano  również  wielkie  drapieżne  zwie rzęta

egzotyczne. Władcy utrzymywali menażerie, do których sprowa dzano okazy z Azji i Afryki, a

w  dni  festynów  każdy  mógł  je  tam  po dziwiać.  Największą  sławą  cieszyły  się  zwierzyńce

królów  Anglii  w  Caen  i  Filipa  Augusta  w  Vincennes.  Chodzili  też  od  wsi  do  wsi  ludzie

pokazu jący za opłatą gepardy, małpy, węże i egzotyczne ptaki.

Tak  konkretna  znajomość  fauny  nie  umniejszała  jednak  bardzo  ży wego  i  szeroko

rozpowszechnionego upodobania do dzieł zoologicznych, w których więcej było cudowności

niż  realizmu,  do  gatunku  literackiego  “bestiariuszy".  Są  to  rozprawy,  w  których  pod

pretekstem  opisów  zwy czajów  różnych  swojskich  lub  egzotycznych  zwierząt  autorzy

wysnuwa ją z badań przyrody symbole religijne i nauki moralne. Mimo braku ory ginalności -

gdyż większą część wiadomości czerpali autorzy z pism sta rożytnych i swoich poprzedników

background image

117

z  wczesnego  średniowiecza  -  dzieła  te  cieszyły  się  ogromnym  powodzeniem  i  wywarły

wpływ  zarówno  na  naj wyszukańsze  formy  twórczości  artystycznej,  jak  i  na  bardzo  naiwną

mi tologię  ludową.  O  każdym  bowiem  zwierzęciu  opowiadają  historie  zdolne  oszołomić

chłopa, zachwycić rycerza, oczarować artystę i natchnąć kaz nodzieję.

Oto kwiatki wybrane z traktatu: De bestiis (O zwierzętach) Hugona z Saint-Victor i

Hugona  z  Fouilloy,  z  powieści  zwierzęcych  Filipa  z  Thaun,  Wilhelma  le  Clerc,  Piotra  z

Beauvais i z Liber de proprietatibus rerum Barthelemy'ego Anglika.

Zacznijmy od wilka, najokrutniejszego i najprzebieglejszego ze zwie rząt - w oczach

ludzi średniowiecza. Wilk zawsze posuwa się nie pod wiatr, lecz z wiatrem, aby ścigające psy

nie  mogły  go  zwęszyć;  gdy  wy je,  osłania  pysk  łapą,  aby  słyszącym  zdawało  się,  że  to  głos

całej hordy wilków. Rany od jego ukąszeń są tym bardziej niebezpieczne, że wilk żywi się

jadowitymi  ropuchami,  a  w  dodatku,  tak  samo  jak  pies,  bywa  wściekły.  To  stwór  tak

szatański, że trawa raz przez niego zdeptana nig dy nie odrasta. Jednakże człowiek ma szansę

ocaleć ze spotkania z nim pod warunkiem, że pierwszy go spostrzeże: wilk wtedy traci swą

napa stliwość  i  ucieka.  Jeśli  wszakże  wilk  pierwszy  spostrzeże  człowieka,  spa raliżuje  go

spojrzeniem  i  pożre  niechybnie.  Kto  by  jakimś  niezwykłym  przypadkiem  wyszedł  żywy  z

takiej przygody, pozostanie już do końca dni swoich niemową. 

Z  kolei  niedźwiedź,  jeden  z  dobrze  przecież  znanych  ssaków.  Ten  ogromny  zwierz

całą swą siłę ma skupioną w łapach. Samica jest moc niejsza od samca i prawie nie sposób jej

złowić, a na dobitkę cuchnie o kropnie. Samca natomiast da się oswoić, ale trzeba mu wykłuć

oczy  i  karmić  go  obficie  miodem.  Im  więcej  go  bić,  tym  więcej  nabierze  sadła  i  krzepy,

nadaje  się  wtedy  nawet  jako  zwierzę  pociągowe.  Kiedy  zdech nie,  warto  wyciąć  mu  sadło  i

smarować nim głowę, bo to najlepsze lekar stwo przeciw łysieniu. Ciąża u niedźwiedzicy trwa

tylko trzy miesiące, toteż młode rodzą się nieżywe, mniejsze niż szczury, ślepe i bez sierści.

Dopiero  matka  przywraca  je  do  życia,  nadaje  im  należyty  wzrost  i  wy gląd,  wylizując  je

energicznie i bez ustanku przez kilka dni.

To  wskrzeszenie  miało  niewątpliwie  znaczenie  symbolu  chrystolo gicznego.

Odnajdujemy  je  w  podobnej  wersji  w  rozdziałach  o  lwie  i  o  pe likanie.  Lwica  budzi  z

martwych nowo narodzone lwięta własnym tchnie niem, a samica pelikana wskrzesza zabite

przez samca pisklęta rozdzie rając sobie dziobem piersi i skrapiając małe własną krwią.

Ale najczęściej symbol Chrystusa upatrywano w jeleniu. Jeleń nie nawidzi węży, które

są stworami demona, toteż tropi je i zjada. Jest wtedy skazany na niechybną śmierć, jeżeli w

background image

118

ciągu  trzech  godzin  po  przeł knięciu  jadowitego  węża  nie  wykąpie  się  w  źródlanej  wodzie.

Jeśli uda mu się to zrobić, nie umrze, lecz przeciwnie, odmłodnieje. Tym się tłu maczy jego

długowieczność.  Wszyscy  autorzy  przypisują  jeleniowi  bar dzo  długie  życie,  lecz  różnią  się

między sobą co do liczby lat tego życia: Hugon z Saint-Victor, najhojniejszy, przyznaje mu

aż dziewięćset. Jeleń nigdy też nie choruje i nigdy nie miewa gorączki, a więc człowiek, który

zjada codziennie kawałek jeleniego mięsa, zyskuje taką samą odporność na wszelkie choroby.

Zwierz ten bardzo lubi muzykę. Można go obłaska wić i schwytać gwiżdżąc melodyjnie. Ale

sposób ten jest skuteczny jedy nie wtedy, gdy jeleń nastawia uszu, bo gdy je opuści, głuchnie

całko wicie.  Osaczony  przez  myśliwych  nie  broni  się,  lecz  płacze  rzęsistymi  łza mi  i  temu

nieraz zawdzięcza ocalenie.

Spośród  zwierząt  egzotycznych  najbardziej  niezwykły  jest  niewątpli wie  kameleon.

Ma tułów jaszczurki, łuski i grzbiet ryby, głowę małpy i łapy sokoła. Z wielkiej bojaźliwości

często zmienia barwę, a umie przy brać każdą, oprócz białej i czerwonej. Nie je ani nie pije

nic,  żywi  się  samym  powietrzem.  Toteż  w  ciele  jego  nie  ma  ani  kropli  krwi.  Żołądek  jego

odznacza  się  magicznymi  właściwościami,  wystarczy  go  spalić,  żeby  spowodować  deszcz

albo burzę.

Krokodylowi,  lepiej  znanemu,  przypisują  autorzy  osobliwe  stany  psy chice.  Jest  to

wielki  żółty  wąż  wyposażony  w  cztery  olbrzymie  łapy,  pozbawiony  natomiast  języka.

Charakter  ma  dziwaczny,  pełen  sprzecz ności.  Gdy  je,  nie  może  powściągnąć  łakomstwa  i

obżera się tak, że po tem choruje. Zwala się wtedy na piasek i leży bez ruchu, dopóki nie stra-

wi wszystkiego, co połknął, a trwa to nieraz kilka dni. Podobnie też na widok człowieka nie

umie  się  opanować,  chwyta  ofiarę  i  pożera,  chociaż  poza  tym  jest  dobrym  i  czułym

stworzeniem.  Dlatego  ukończywszy  tę  ponurą  ucztę  żałuje  swego  nikczemnego  postępku  i

przez kilka godzin płacze.

Bestiariusze  opisują  nie  tylko  zwierzęta  istniejące  w  rzeczywistości.  Poświęcają

długie  rozdziały  potworom  i  istotom  chimerycznym.  Pomi niemy  smoka,  gryfa,  bazyliszka  i

syreny,  których  fantastyczne  wyobra żenia  już  się  w  XIII  wieku  nieco  spospolitowały.

Wymienimy natomiast na zakończenie kilka innych, mniej znanych, lecz równie cudacznych

stworzeń.

Najbardziej  krwiożercza  ze  wszystkich  bestii  jest  mantykora,  co  wi dać  nawet  po  jej

czerwonym jak krew ubarwieniu. Ma tors lwa, ogon skorpiona, a głowę człowieka. Każda z

background image

119

jej  szczęk  uzbrojona  jest  trzema  rzędami  zębów.  Żadne  stworzenie  na  ziemi  przed  nią  nie

ucieknie, bo mantykora biega od wszystkich szybciej. Jeden tylko lew jej się nie boi. Za to

lęka  się  ona  leontofona,  najmniejszego  z  gryzoni,  który  największe go  zwierza  może

uśmiercić  samym  smrodem  swojego  moczu.  Mniej  groź na  jest  taranda,  wielki  wół  z  głową

jelenia  i  skórą  niedźwiedzia.  Zamiesz kuje  strefę  zimną  i  jest  bardzo  płochliwa,  toteż

podobnie jak kame leon często zmienia kolor. Leonkrokita pochodzi ze skrzyżowania lwicy z

wilko-jeleniem,  co  nie  przeszkadza  jej  mieć  tułowia  osła,  nóg  jelenia,  grzywy  lwa,  głowy

wielbłąda i niekiedy człowieczego głosu. Najosobliw szy ze wszystkich monstrów jest ponad

wszelką wątpliwość morski mnich, bestia czyhająca u wybrzeży Norwegii; ma bowiem tułów

ryby, a głowę człowieka z wygoloną tonsurą, na karku jej zaś zwisa kaptur podobny do tego,

jaki noszą zakonnicy.

Cudowności bretońskie i świat graala

W przeciwieństwie do bestiariuszy i dzieł dydaktycznych, literatu ra powieściowa jest

bardziej  feeryczna  niż  fantastyczna.  Potworność  u stępuje  tu  miejsca  cudowności.  Przenosi

nas ona w świat częściowo tyl ko obcy. Tajemnicze istoty i nadprzyrodzone zjawiska raczej

urzekają,  niż  niepokoją,  bo  mimo  swej  niezwykłości  zachowują  z  reguły  pewne  po zory

realizmu. Przy tym wkraczając często w codzienne ludzkie życie, nie czynią tego nigdy bez

powodu:  są  to  znaki,  przestrogi  i  wieści  przy syłane  z  innego  świata.  Średniowieczna

mentalność kazała bowiem lu dziom wierzyć w istnienie pośredników między światem Boga a

naszym padołem; są nimi dusze zmarłych, aniołowie i demony, geniusze i wróż ki, objawiają

się  zaś  znakami  mającymi  zawsze  znaczenie  wróżebne.  Dla tego  kronikarze  i  historycy

średniowieczni  nie  omieszkali  nigdy  wspo mnieć  o  poprzedzających  wielkie  wydarzenia

zjawiskach sprzecznych ze zwykłym porządkiem rzeczy, o cudach, snach, zjawach, kometach

i zać mieniach słońca. Na przykład:

“Roku  od  Wcielenia  Pańskiego  1187,  dnia  4  września  słońce  zaćmiło  się,  wchodząc  w

osiemnasty stopień znaku Panny, na całe dwie godziny. Nazajutrz zaś, w sobotę 5 września o

godzinie jedenastej przed połud niem, urodził się Ludwik, syn Filipa Augusta, przesławnego

króla fran cuskiego."

background image

120

W dziełach literackich interpretację znaków wróżebnych pozostawia się specjalistom.

Wśród  nich  autorzy  skrupulatnie  odróżniają  czarodzie jów,  takich  jak  Merlin  używających

swego  daru  tylko  do  najszlachet niejszych  celów,  od  czarowników  i  wiedźm,  zaprzedanych

diabłu i stara jących się zawsze szkodzić człowiekowi. Jedni i drudzy są mistrzami nie. tylko

astrologii,  lecz  także  wiedzy  lekarskiej;  znają  przymioty  różnych  ziół  i  umieją  przyrządzać

czarodziejskie  napoje.  Podobnie  jak  Thesalla,  sprawna  i  oddana  piastunka  Fenicji,  zgłębili

arkana nigromancji (magii) i mogą o sobie powiedzieć:

“Potrafię  leczyć  puchlinę  wodną  i  podagrę,  astmę  i  zapalenie  gardła;  umiem  rozpoznawać

chorobę po urynie i mierzyć. tętno. Znam też sposo by zamawiania i formuły zaklęć, o których

skuteczności nie można wąt pić. Nawet sama Medea nie znała lepszych [...]"

Ale  romanse  Okrągłego  Stołu  nie  poprzestają  na  tej  formie  cudowności,  dość  w

gruncie  rzeczy  banalnej  i  spotykanej  w  bardzo  wielu  u tworach  literackich.  Zawierają

szczególny,  sobie  tylko  właściwy  rodzaj  niezwykłości,  zaczerpnięty  głównie  z  celtyckich

baśni  Irlandii  i  Walii.  Z  połączenia  tych  różnych  elementów  powstała  cudowność  cyklu

bretońskich  romansów,  ich  niezwykła,  wieloznaczna  i  fascynująca  atmosfera,  która  nadaje

literaturze  arturiańskiej  urok  niezrównany  i  w  swoim  rodzaju  jedyny.  Mało  w  niej

superlatywów, wiele zaś półtonów i znaków zapytania. To, co się w niej przemilcza, zdaje się

ważniejsze od tego, co zostało powiedziane. Nie chodzi o to, by wzbudzić podziw słuchacza;

lecz  by  zachęcić  jego  wyobraźnię  do  swobodnych  wędrówek.  Nie  trzeba.  podróżować  do

odległych Indii, żeby spotkać niezwykłe istoty; w tych o powieściach świat umarłych sąsiaduje

ze  światem  żywych,  a  dzieląca  je.  granica  nie  jest  wcale  niemożliwa  do  przekroczenia.

Wystarczy,  że  błęd ny  rycerz  przebędzie  wrzosowisko,  rzekę  czy  las,  aby  niepostrzeżenie.

wkroczył  do  królestwa  bóstw  i  wróżek.  Wystarczy,  żeby  wszedł  na  po kład  opuszczonego

statku,  a  poniesie  go  on  do  tajemniczej  krainy,  gdzie.  czeka  przeznaczenie.  Na  drodze

przygód  spotka  przewrotne,  swarliwe  kar ły  albo  szpetne,  despotyczne  olbrzymy,  z  którymi

będzie się musiał bić, żeby wyzwolić młodą dziewczynę, lubieżną zresztą i kapryśną, jak się

później  okaże.  Rycerz  zatrzymuje  się  w  nawiedzonym  zamku  i  spędza  tam  noc  na  walce  z

magicznymi  mieczami,  które  o  świcie  znikają,  jedzie.  przez  las,  gdzie  zwierzęta  do  niego

przemawiają, nakłaniając, by wyznał swoje grzechy; potem natrafia na cmentarz i widzi już

dla siebie wyko pany grób, a na kamieniu nagrobnym odczytuje opowieść o czekające j go w

background image

121

przyszłości śmierci.

Urok tej literatury płynie zarówno z jej niedomówień, jak i ze sprzeczności. Autorzy

czerpią z legend irlandzkich i walijskich tematy i motywy należące do celtyckiej mitologii i

najoczywiściej  sami  ich  nie  rozumieją.  Pragnąc  je  upiększyć  lub  usiłując  je  wyjaśnić,

zniekształcają i okaleczają te mity, lecz jednocześnie zdobią aureolą tajemnicy i są nią sami

urzeczeni  nie  mniej  niż  ówcześni  słuchacze  i  niż  my,  dzisiejsi  ich  czytelnicy.  Niekiedy

wydaje  się,  że  twory  ich  własnej  wyobraźni  prze rosły  autorów,  którzy  są  przez  nie

zafascynowani tak samo jak ich pu bliczność.

Najlepszym  przykładem  jest  Opowieść  o  Graalu,  rozpoczęta  przez  Chretiena  de

Troyes na prośbę hrabiego Flandrii Filipa z Alzacji i nie ukończona, gdyż śmierć przerwała

poecie pracę. Czytając pewne frag menty mamy wrażenie, że Chretien był olśniony, oślepiony

tym  dziw nym,  wspaniałym  tematem,  który  podjął  nie  z  własnego  wyboru  i  któ rego

wszystkich  blasków  nie  może  opanować.  Tym  bardziej  nie  mogli  temu  podołać  liczni

naśladowcy i kontynuatorzy Chretiena, próbujący przerabiać lub ciągnąć dalej nie ukończoną

opowieść, której tajemniczość niepokoiła w najwyższym stopniu samego autora.

Po śmierci Chretiena de Troyes cała społeczność rycerska była jak gdyby urzeczona

tematem  Graala,  który,  chociaż  wciąż  na  nowo  podej mowany,  przystosowywany  i

przetwarzany  przez  kilka  pokoleń  postów  i  romansopisarzy,  nigdy  nie  wyjawił  wszystkich

swoich tajemnic. Ich punktem wyjścia jest główna scena romansu Chretiena. Młody, dopiero

co pasowany na rycerza Parsifal przybywa pewnego wieczora do zamku, gdzie przyjmuje go

pan szlachetnie urodzony i dwornych manier, lecz ułomny. Gdy w oczekiwaniu na wieczerzę

rozmawiają, przez wielką salę przeciąga dziwny orszak:

“Do  komnaty  wszedł  młodzieniec  trzymając  w  połowie  drzewca  wspa niałą  włócznię.

Posuwał  się  między  kominkiem  a  łożem,  na  którym  sie dzieli  biesiadnicy.  Wszyscy  obecni

zobaczyli, że kropla krwi ścieka z że laznego grotu po drzewcu aż na rękę chłopca [...) Potem

zjawili  się  dwaj  inni  młodzieńcy,  bardzo  piękni,  a  każdy  niósł  złoty,  bogato  zdobiony

świecznik z dwunastu płonącymi świecami. Potem panna szlachetna, prze śliczna i wspaniale

ubrana,  wniosła  Graala.  Kiedy  weszła  z  tym  Graalem,  w  sali  zrobiło  się  tak  jasno,  że

wszystkie świece przygasły jak księżyc i gwiazdy, gdy słońce wstanie. Za pierwszą kroczyła

druga panna ze srebrną płytą do dzielenia mięsa. Graal niesiony przez pierwszą pannę był z

najszczerszego  złota,  wysadzany  drogimi  kamieniami,  najcenniejszymi  i  najrozmaitszymi,

jakie  znajdują  się  na  ziemi  czy  w  głębi  mórz.  Potem  włócznia,  Graal  i  srebrna  płyta,

background image

122

przesunąwszy się przed ło żem, zniknęły w przyległej komnacie."

Ten niezwykły widok wzbudził wielką ciekawość w młodym Parsi falu. Miał ochotę

zagadnąć gospodarza i poprosić, by mu wyjaśnił, co znaczy brocząca krwią włócznia i komu

zaniesiono  Graala  wraz  z  jego  zawartością.  Ale  nie  ośmielił  się  pytać:  zacny  Gornemant  z

Goort,  pod  którego  opieką  przez  czas  jakiś  przebywał,  nauczył  go  bowiem,  że  rycerz

doskonały  nie  zadaje  nigdy  niedyskretnych  pytań.  Tak  więc  Parsifal  zmil czał  i  wcale  sobie

nie zdawał sprawy, że ominął nadarzającą się niezrów naną przygodę, najcudowniejszą, jaką

kiedykolwiek ofiarowano młodemu rycerzowi. Gdyby był zadał pytanie, które mu się cisnęło

na usta, gospo darz zamku zostałby uzdrowiony, kraj cały wyzwolony z okropnych nieszczęść,

on  zaś  sam  otrzymałby  najwspanialszą  nagrodę.  Ale  o  tym  wszystkim  miał  się  dowiedzieć

dopiero  poniewczasie,  podobnie  jak  o  tym,  że  ułomny  pan  zamku  nazywa  się  Królem

Rybakiem (przezwano go tak, gdyż z powodu kalectwa nie mógł zażywać innych rozrywek

niż  łowienie  ryb),  że  w  Graalu  nie  znajdowało  się  nic  prócz  hostii,  jedynego  pokarmu

utrzymującego przy życiu starca, rodzonego ojca Króla Rybaka.

Chretien nic więcej o Graalu nie napisał, lecz zostawił potomnym coś więcej niż nie

dokończoną opowieść: nieskazitelny mit, wokół którego będą się krystalizowały marzenia i

aspiracje wielu pokoleń znacznej częś ci zachodnioeuropejskiego społeczeństwa. Narodzi się

cała literatura wy jaśniająca, w jaki sposób Król Rybak stał się kaleką, kim był jego sędzi wy

ojciec, dlaczego włócznia krwawiła i co oznaczał Graal. W tekście Chretiena jest to po prostu

talerz, lecz w innych utworach Graal prze obrazi się kolejno w wazę, puchar, cyborium, talerz,

z którego Jezus jadł podczas wielkoczwartkowej wieczerzy, misę, w którą nazajutrz po Męce

Józef z Arymatei zebrał krew płynącą z ran Ukrzyżowanego, a nawet  według niemieckiego

poety  Wolframa  von  Eschenbach  -  w  drogocen ny  kamień,  darzący  mocą  i  bogactwem  i

chroniący od śmierci.

Z  zawrotnej  pustki,  którą  pozostawiło  milczenie  Parsifala,  poeci  i  au torzy

średniowiecznych  romansów  będą  mogli  wyczarowywać  własne  wi zje  świata  i

społeczeństwa, a czytelnicy i słuchacze pozwolą rozkwitać swoim nadziejom i złudzeniom.

Gdyby młody rycerz odezwał się wów czas, gdyby był postawił pytanie przesądzające o jego

losie,  literatura  średniowieczna  straciłaby  swoją  najgłębiej  poruszającą  legendę,  a  litera tura

światowa  wszystkich  czasów  -  najbardziej  poetyczne  i  najprzedziw niejsze  swoje  tematy.

Parsifal  owego  dnia  został  wezwany  na  schadzkę  z  przeznaczeniem,  lecz  geniusz  autora

sprawił, że do tego spotkania nie doszło.

background image

123