background image

 

 

 

CINDY GERARD 

             

 

Cykl Dzikie serca 01 

           

 

Ni srebro, ni złoto... 

 

 

 

background image

 

 

PROLOG 

Została jego żoną dziesięć lat temu, a jeszcze wcześniej stała się 

całym jego życiem. W dniu, w którym ciemnooka Emma DuPree 

rodem z Missisipi zjawiła się po raz pierwszy - roztaczając wokół 

czar swojej południowej natury - w uświęconych tradycją 
korytarzach liceum w Jackson, urodzony w Wyoming chłopak z 

Dzikiego Zachodu, Garrett James, zakochał się w niej na zabój. 

Miała szesnaście lat. On był prawie mężczyzną. Tamtego 

styczniowego popołudnia, kiedy wpadli na siebie przed drzwiami do 

jednej ze szkolnych pracowni, w Jackson Hole sypał gęsty śnieg. 

Zakłopotana, uśmiechnęła się nieśmiało sponad stosu wypadających 

jej z rąk podręczników i nagle w chłód zimowego dnia wdarł się 
powiew namiętnego południowego żaru. 

Stracił głowę od samego początku. Zachwyciła go jej smukła 

sylwetka, lśniące kasztanowe włosy i ten przeciągły, nieświadomie 

seksowny akcent. Sprawiła, że ugięły się pod nim nogi, a nagle 

przebudzone osiemnastoletnie serce zmiękło jak wosk. I choć minęło 

już tyle lat, wciąż tak na niego działała. 

I dlatego tak bardzo teraz cierpiał. 

Tracił ją. Po tych wszystkich latach miłości, zdawało się że 

dozgonnej, tracił ją. I, na litość boską, nie miał pojęcia, jak naprawić 

to, co się zepsuło. 

Kiedy prowadził swoją matkę przez długą nawę kościoła, 

wypatrzył w tłumie Emmę. Ich oczy spotkały się. Wystarczyła mu 
jedna krótka chwila, zanim Emma odwróciła wzrok, żeby boleśnie 

odczuć brak choćby cienia czułości w jej cynamonowych oczach. 

Zebrał siły, żeby zdławić w sobie dręczące poczucie straty. To nie 

ten dzień i nie pora, żeby myśleć o małżeńskich kłopotach. Ten dzień 

należał do innej kobiety jego życia. I gotów był zrobić wszystko, żeby 

ona zapamiętała tę uroczystość na zawsze. 

RS

background image

 

Z dumą i wzruszeniem prowadził matkę do mężczyzny, który miał 

ją pojąć za żonę. 

Minęło siedemnaście lat, od kiedy Garrett i jego bracia stracili 

ojca, a Maya James pochowała męża. W sercach jej synów nikt nie 

mógł zająć miejsca Jonathana Jamesa, ale Logan Bradford 

zaofiarował ich matce szansę na nowe szczęście. I za to wszyscy trzej 

bracia byli mu wdzięczni. 

Bradford nie wahałby się, nawet gdyby synowie Mai nie 

zaakceptowali tego małżeństwa. Albo nie wiedział, albo nic go to nie 
obchodziło, że bracia James, wzorem swoich odległych, żyjących na 

bakier z prawem przodków, stanowili klan zawadiaków, z którymi 

nikt nie chciał zadzierać. 

Garrett musiał przyznać, że dobrze sobie zasłużyli na taką 

reputację. Wszyscy trzej byli chłopakami „z piekła rodem". Jako 

dorośli mężczyźni cieszyli się podobną opinią. 

Jonathan James pozostawił młodą żonę ze zbolałym sercem i 

trójką zdezorientowanych, przejętych bezradnym gniewem synów. 

Ich bunt był nieunikniony. Pomimo to Mai udało się utrzymać firmę 

budowlaną Jonathana i dobrze wychować swoich chłopców. Wyrośli 

na mężczyzn z żelaznymi zasadami moralnymi, choć tak bardzo się 

różnili od innych. 

Garrett był najstarszy i zajął przy oblubienicy miejsce należne jej 

ojcu. Pełnił na ślubie podwójną rolę, bo na prośbę pana młodego 

został jego pierwszym drużbą. Pierwszym, czyli najlepszym - 

wiedział, że jego młodsi bracia tak właśnie na niego patrzyli. Co za 

ironia! Tylko on znał przyczynę, dla której przez całe życie robił 

wszystko, żeby ich nie zawieść. Tylko on żył z poczuciem winy i 

odpowiedzialności, które sprawiało, że wcale nie czuł się najlepszym 
z nich. 

Pojawienie się Bradforda w życiu jego matki oznaczało dla 

Garretta zdjęcie z niego części obowiązków, które wziął na siebie w 

wieku szesnastu lat. Nic jednak nie było w stanie zmniejszyć 

poczucia winy, które gryzło go od śmierci ojca. 

Z poczuciem winy musiał sobie radzić sam, ale we wszystkich 

RS

background image

 

innych sprawach bracia Jamesowie byli wzorem solidarności. Jeden 

za wszystkich, wszyscy za jednego - a klan nie przebaczał łatwo. 

Dziś jednak zupełnie nie wyglądali na twardzieli, pomyślał 

Garrett, patrząc na stojących przy pierwszej ławce Claya i Jesse'a. 

Przyglądali się matce z pobłażliwymi minami, wzrokiem pełnym 

czułości. 

Garrett był wyższy od braci, ale oni też mieli ponad metr 

osiemdziesiąt wzrostu. Często mu mówiono, że wszyscy trzej 

odziedziczyli najlepsze cechy rodziców. Ich uroda odzwierciedlała 
całe bogactwo rodowodu ze strony ojca, w którym nie brakło 

również krwi indiańskiej. Europejscy przodkowie obdarzyli ich za 

pośrednictwem matki delikatną, arystokratyczną budową kośćca i 

niezwykłym błękitem oczu. Odziedziczyli też po nich ogromną 

pracowitość i poszanowanie wartości rodzinnych. 

Wartości rodzinne. Z nich trzech to Garrett przywiązywał do nich 

największą wagę. Mimowolnie jego wzrok powędrował w kierunku 

Emmy. Stała przy pierwszej ławce i trzymała za rękę ich ośmioletnią 

córkę. Patrząc na nich, nikt by się nie domyślił, że rodzinie, którą 

cenił sobie ponad wszystko, groził rozpad. 

Uścisk delikatnych palców na jego ramieniu przypomniał mu o 

matce. Upomniała go znaczącym mrugnięciem. Ścisnął jej małą, lecz 
silną dłoń, uśmiechnął się i odłożył swoje problemy na bok. Potem 

jego spojrzenie powędrowało z powrotem ku braciom. 

Co za drużyna! Clay, trzydziestojednolatek, był także wspólnikiem 

Garretta. Przyłączył się do kierowanej przez brata firmy budowlanej 

- odziedziczonej po ojcu - kiedy przed kilku laty ich matka z wyraźną 

ulgą zrzekła się kontroli nad przedsiębiorstwem. 

Garrett podejrzewał, że Clay zaczyna myśleć o stabilizacji. 

Powodzenia, drogie panie, pomyślał z czułym rozbawieniem. 

Niejedna z jego przedsiębiorczych adoratorek łamała sobie głowę, 

jak by tu przekonać Claya, że to właśnie z nią powinien się 

ustabilizować. Ale Claya nie interesowały kobiety przedsiębiorcze. 

On potrzebował żony, której wystarczyłoby domowe ognisko. Takiej, 

która chciałaby wychowywać dzieci i troszczyć się o męża. Pragnął 

RS

background image

 

kobiety, która przedkładałaby jego karierę nad swoją, kobiety z 

rzadkiego, jeśli już nie wymarłego gatunku. Uśmiechnąwszy się 
krzywo pod nosem, Garrett zaczął się zastanawiać, czy Clay i Maddie 

Brannigan, nietuzinkowa i obdarzona ognistym temperamentem 

przyjaciółka Emmy, przyznają się w końcu, jak bardzo coś ich ku 

sobie ciągnie. 

Garrett uśmiechnął się szerzej, gdy przeniósł wzrok na drugiego 

brata. Kochał i szanował ich obydwu, ale do Jesse'a miał szczególną 

słabość. 

Najmłodszy w rodzinie, Jesse miał dwadzieścia osiem lat i 

najgorliwiej z całej trójki udowadniał, że nie przypadkiem nosi 

nazwisko James. Już od dnia swoich urodzin radośnie, z 

nieokiełznanym entuzjazmem pracował na reputację zawadiaki. 

Przywykły do noszenia dżinsów, Jesse poprawił ukradkiem 

kołnierzyk nakrochmalonej białej koszuli, a potem splótł przed sobą 
stwardniałe dłonie. W przeciwieństwie do Claya, który był raczej 

wybredny, Jesse nadzwyczaj hojnie obdarzał kobiety swoimi 

uczuciami. Kochał je wszystkie. Najróżniejsze. W każdym stylu. Na 

wszelkie sposoby. 

-    Słuchaj, Emma jest rzeczywiście wyjątkową kobietą - przyznał 

Jesse kilka lat temu. - Ale ja chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego 
facet, któremu niczego nie brakuje, zadowala się jednym kwiatkiem. 

Przecież są całe łąki polnych kwiatów, które aż się proszą, żeby ktoś 

je zerwał. 

Ze swoimi barczystymi ramionami, dołeczkami w policzkach i 

zawadiacką pewnością siebie Jesse bez trudu przenosił się z kwiatka 

na kwiatek. Spędzając życie na arenach rodeo, miewał ku temu aż 

nazbyt wiele okazji i z upodobaniem je wykorzystywał. A brał 
kobiety takimi, jakie były - szalone, lekkomyślne i nieprzewidywalne 

jak byki, które ujeżdżał. W przeciwieństwie do Logana Brad-forda, 

pomyślał Garrett, przenosząc wzrok na mężczyznę, który miał odtąd 

dzielić życie z jego matką. 

Bradford nie byłby tym, kim jest - dyrektorem ekonomicznym 

wysoko wyspecjalizowanej, przynoszącej wielkie zyski firmy 

RS

background image

 

marketingowej - gdyby pozwalał sobie na beztroskę. Miał dość 

zdrowego rozsądku i inteligencji, aby wiedzieć, że klan Jamesów 
weźmie sprawy w swoje ręce, jeśli nie będzie traktował ich matki z 

należytym szacunkiem i poświęceniem. Garrett był przekonany, że 

się na nim nie zawiedzie. 

Gdy podeszli do ołtarza, Maya ścisnęła ramię syna, który 

pocałował ją delikatnie w policzek i uwolnił jej dłoń. 

Wzrok Logana powędrował w kierunku dwóch młodszych synów 

Mai, a potem spoczął na Garretcie. Odtąd nie wy będziecie się o nią 
troszczyć, panowie. Z radością i ulgą Garrett przyjął do wiadomości 

nie wypowiedziane przesłanie Logana. A szczęście malujące się na 

twarzy matki rozwiało jego ostatnie wątpliwości. 

Cofnął się o krok, dołączając do braci i wtedy już z całą 

brutalnością dotarła do niego świadomość, że jego własne szczęście 

z Emmą dogorywa. 

Z zaciśniętymi ustami patrzył na twarz kobiety, którą kochał, i nie 

widział w jej oczach niczego poza udręką. Znowu zaczął się 

zastanawiać - robił to codziennie od kilku miesięcy - w jaki sposób 

mógłby naprawić to, co się między nimi zepsuło. 

Jutro, powtarzał sobie uparcie przez cały niemiłosiernie dłużący 

się dzień. Jutro wyrwie się wcześniej z pracy, tak jak Emmie obiecał. 
Uporządkuje domowe sprawy, ustalą od nowa, co w ich życiu jest 

najważniejsze. Jedno było pewne: z ich małżeństwem działo się coś 

złego. Coś, czego on nie chciał dotąd przyjąć do wiadomości i 

nazwać. Coś, przez co nie spał po nocach, zastanawiając się, gdzie 

zacząć szukać miłości, którą z Emmą zgubili. 

 

 
 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Maj, dwa miesiące później. 

Pomimo hipochondrycznych skłonności Violi DuPree Emma 

James kochała swoją matkę i martwiła się o nią. Jednak nigdy dotąd 
nie przyszło jej na myśl, że będzie kiedyś dziękowała medycynie za 

obfite zapasy środków uspokajających, którymi Viola leczyła swoje 

stargane nerwy. 

Ale też nigdy nie przyszło jej na myśl, że przyłapie Garretta z inną 

kobietą. 

Zerknęła przez ramię, żeby upewnić się, że matka ciągle śpi, i 

otworzyła apteczkę. Chociaż drżały jej ręce, zdołała wysypać na dłoń 
kilka tabletek z właściwej buteleczki. Walcząc z poczuciem winy, 

odstawiła opakowanie na półkę, przeszła na palcach przez sypialnię 

i wymknęła się cichutko z domu. 

Starała się o tym nie myśleć, ale kiedy jechała do rzeźnika, a 

potem na targ, obraz Garretta i tamtej blondynki wciąż pojawiał się 

przed jej oczami. Ogarniały ją wtedy mdłości. A potem przejmowało 
dotkliwe poczucie straty. 

Garrett nie widział jej. A ona nie miała dosyć odwagi, żeby 

doprowadzić do konfrontacji. Nie mogła zrobić tego na oczach tylu 

ludzi, w piękne majowe popołudnie. Śpiew ptaków, odurzający, 

słodki zapach świeżych kwiatów -i jej mąż, ojciec jej dziecka w 

ramionach innej kobiety. 

Przełknęła łzy i skręciła w lewo. Teraz wszystko zaczyna nabierać 

sensu. Dlaczego nie zauważyła znaków ostrzegawczych? Te 

przeciągające się do późnego wieczora zebrania. Te nagłe, nie 

planowane noclegi poza domem. Powinna była się domyślić. To, że 

mąż zamykał się przed nią przez ostatnie kilka miesięcy, nie było 

skutkiem zmęczenia, jak to sobie próbowała tłumaczyć. Oznaczało 

znudzenie. Znudzenie nią i ich małżeństwem. 

RS

background image

 

Jak mogła być tak głupia! Afektowana, łatwowierna idiotka! Łzy 

zamgliły jej oczy. A przecież matka ją ostrzegała. Od samego 
początku powtarzała, że związek z Garrettem Jamesem skończy się 

klęską. Garrett James ją zniszczy, złamie jej serce. 

Na wpół odrętwiała, dojechała jakoś do domu. Tylko ślepa 

odwaga pozwoliła jej przetrwać godziny dzielące ją od powrotu 

męża. 

Zawsze mu się podobała w jedwabnej bieliźnie. Kiedy kilka godzin 

później Garrett przekraczał próg domu, zastał ją w jedwabnej 
bladoniebieskiej bluzie od pidżamy, za dużej i rozpiętej, opadającej 

luźno na dopasowane spodnie. 

Z zaciekawieniem wędrował wzrokiem po jej ciele, zatrzymując 

się na niczym nie skrępowanych piersiach pod połyskującym 

materiałem. Potem spojrzał na jej długie, kasztanowate włosy, 

lśniące, rozpuszczone, kokieteryjnie zasłaniające jedno oko. 

Ze ściągniętymi brwiami podszedł do stołu w jadalni, na którym 

stały świeczki i kryształowe kielichy napełnione burgundzkim 

winem. 

-    Przecież byłaś zajęta... - Postawił na podłodze teczkę z 

dokumentami. - Lekcje skończyły się dziś wcześniej? 

Nie przestawała się uśmiechać. Opanowywała tę sztukę przez 

sześć lat pracy w szkole. Trzecioklasiści potrafili wyprowadzić z 

równowagi nawet świętego. Ale teraz nie czuła się jak święta. Czuła 

się skrzywdzona. Zraniona do żywego. 

-    Awaria wodociągu - wyjaśniła tonem wpadającym w zaśpiew, 

który Garrett nazywał pamięcią Missisipi. Mieszkając od wielu lat w 

Wyoming, pozbyła się tego akcentu. Pojawiał się tylko wtedy, kiedy 

była zła. Mając nadzieję, że tym razem Garrett go nie zauważył, 
skupiła się, żeby zapanować nad głosem. - Odwołali wszystkie lekcje. 

Prawie cały dzień siedziałam w domu i przygotowywałam się do 

jutrzejszych zajęć. 

-    Wygląda na to, że przygotowałaś coś jeszcze. - Roziskrzonym 

wzrokiem spoglądał to na stół, to na nią. - Obchodzimy jakąś 

uroczystość? 

RS

background image

 

Tak, pomyślała. Obchodzimy. Obchodzimy hucznie zgon mojej 

głupoty. 

Starała się wyrzucić z pamięci obraz Garretta tulącego kochankę, 

ale okazało się to niewykonalne. Wciąż miała to przed oczami: ich 

tajemnicze uśmiechy, gdy pochylali się ku sobie przez stolik ulicznej 

kafejki i pożerali się wzrokiem. Smukłe, wypielęgnowane dłonie tej 

kobiety. Szkarłatne paznokcie zanurzające się w gęste, cudowne 

włosy Garretta z zachłanną poufałością. 

Zawsze kochała jego włosy. Czarne. Bujne. Należące tylko do niej. 

Dziesięć lat temu zmusiła go do obietnicy, że po ślubie nie pozwoli 

ich dotknąć nikomu poza nią i fryzjerem. 

To była obietnica młodego kochanka. Żartobliwa. Głupia. 

Romantyczna. Metafora wzajemnego oddania. Dzisiaj widziała, jak 

łamie tę obietnicę. I nie mogła znieść myśli o wszystkich innych 

przysięgach, które złamał. 

Zmusiła się do odpowiedzi na czające się w jego oczach pytanie. 

-    Kiedy zadzwoniłeś z wiadomością że wrócisz później, 

pomyślałam sobie, że będziesz miał za sobą następny ciężki dzień 

pracy. - Emma starała się z całych sił, żeby jej głos brzmiał spokojnie, 

a oczy nie zdradzały prawdziwych uczuć. - Pomyślałam też, że 

przyda nam się intymna kolacja we dwoje. 

Uśmiechnął się. Tym charakterystycznym, nieco krzywym 

uśmiechem. Takim właśnie uśmiechem ją zdobył. Tym samym 

uśmiechem skłonił ją dziesięć lat temu do wypowiedzenia słowa 

„tak", gdy poprosił ją o rękę. 

I tym samym uśmiechem obdarzał też dziś tę blondynkę. 

Skręcało ją z bólu. 

-    To brzmi obiecująco - mruknął, rozluźniając węzeł krawata. - 

Gdzie jest Groszek? 

Na wzmiankę o ośmioletniej Sarze Jane, słodkim Groszku tatusia, 

Emma miała ochotę zawyć z rozpaczy. Sara będzie następną ofiarą 

tej wojny, którą sprowokował Garrett. Choćby z tego powodu nigdy 

mu tego nie wybaczy. 

-    Przenocuje u Maddie. 

RS

background image

10 

 

Maddie Brannigan była najlepszą przyjaciółką Emmy. Garrett 

zrozumiał. Zalśniły mu radośnie oczy. 

-    Naprawdę? 

Emma skinęła głową, rzucając mu namiętne spojrzenie. 

Kiedy objął ją ramionami, zamknęła oczy, walcząc z bólem, 

rozpamiętując zdradzoną miłość, tłumiąc w sobie upokorzenie. 

-    Napij się - wyszeptała, umykając przed jego pocałunkiem. 

Chwyciła kieliszek z winem i przycisnęła mu go do ust. 

Spróbował, przełknął pierwszy łyk, uśmiechnął się. 
-    Dobre. 

-    Wypij więcej - zachęcała. - Przed kolacją zdążysz wziąć 

prysznic, jeśli masz na to ochotę. 

-    Mam ochotę. Zaraz wracam. - Postawił kieliszek na stole i 

musnął palcem policzek Emmy. 

Kiedy wchodził po schodach, patrzyła na niego odrętwiała. 

Dopiero na dźwięk zatrzaskujących się za nim drzwi łazienki i 

otwieranego prysznica ruszyła na sztywnych nogach do kuchni. 

Czuła się upokorzona i wykorzystana. Powstrzymała łzy, 

opanowała się i wyłożyła na srebrny półmisek pieczony antrykot, po 

czym zaniosła go do pokoju stołowego. 

Patrzyła nieobecnym, ołowianym wzrokiem, jak Garrett wychodzi 

z łazienki, wypija swoje wino i napełnia jeszcze raz obydwa kieliszki. 

W świetle świec jego mokre włosy miały niemal granatowy 

odcień. Aż zapłonęły mu oczy, kiedy odwrócił się i zobaczył, że ona 

stoi obok. Podał jej kieliszek z perlistym burgundem. 

-    Za nas - wyszeptała. 

-    Za nas... 

Zaprosiła go do stołu, potem wzięła głęboki oddech i czekała, aż 

mieszanka alkoholu i valium zrobi swoje. 

Nie trwało to długo. A kiedy Garrett poczuł efekt mikstury, Emma 

była zbyt otępiała z bólu, żeby przerazić się tym, co zrobiła. 

-    To jest... cu... dow... ne - wydukał z trudem, a potem powoli, 

jakby z niedowierzaniem, pokręcił głową. 

Emma pomyślała o Sarze Jane i o tym, jak zmarnował dziesięć lat 

RS

background image

11 

 

ich małżeństwa. Patrzyła na niego twardym wzrokiem. 

-    Coś nie tak? - zapytała głuchym, bezbarwnym glosom. 
-    Nie... tak... sam... nie wiem... Jestem jakiś.... oszołomiony. 

Szukał zmętniałymi oczyma jej twarzy, nie rozumiejąc, co się 

dzieje. W końcu opadły mu powieki. Widelec z brzękiem uderzył o 

talerz, a Garrett powoli, jak w zwolnionym filmie, upadł na stół bez 

przytomności. 

Emma patrzyła na niego przez chwilę pustym wzrokiem, potem 

podniosła się z krzesła, okrążyła stół i stanęła przy nim. 

Chwyciła go za włosy i podniosła mu głowę, uważnie przyglądając 

się twarzy. 

Był taki piękny. Zbyt piękny. I zbyt męski, żeby jakaś kobieta 

mogła mu się oprzeć. Miał mocną, wydatną szczękę. Głębokie bruzdy 

na policzkach podkreślały wykrój jego ust, zmysłową linię warg. 

Dotknęła drżącymi palcami jego twarzy, a potem wplatała je i 
wyplatała z jego włosów. 

W końcu pozwoliła sobie na płacz. 

-    Ty zakłamany skurwielu - wyszeptała. - Jak mogłeś mi to 

zrobić? Jak mogłeś nam to zrobić? Nie miałeś prawa. Nie miałeś 

prawa pozwolić innej kobiecie... - Zachłysnęła się łzami. 

Dotykać swoich włosów, pomyślała z przejmującym smutkiem, 

przypominając sobie o niewinnej młodzieńczej obietnicy. 

Ciężkim, posuwistym krokiem powlokła się schodami do głównej 

sypialni. Trzęsącymi się dłońmi otworzyła szafkę z lekarstwami. 

Jego brzytwa wydała jej się podstępnie lekka. 

Ostrze było nowe. Ostre. Wpatrywała się w nie, a potem spojrzała 

na swoją zapłakaną twarz w lustrze. Starała się nie myśleć o tym, co 

chce zrobić. 

W pierwszym przebłysku odzyskiwanej z trudem świadomości 

Garrett zacisnął mocno oczy, a potem je otworzył. 

Błąd. Wielki błąd. 

Ból przeszywał mu czaszkę, jakby ktoś wbił w nią zardzewiały 

gwóźdź. Piekły go przeraźliwie powieki, a jego głowy - czuł, że ma 

ich co najmniej dziesięć - pulsowały w opętańczym w rytmie. W 

RS

background image

12 

 

ustach czuł smak zgnilizny. 

Poruszył się na krześle i zakołysał do przodu. Oparł łokcie o stół, 

ukrył twarz w dłoniach, starając się uwolnić z lepkiej pajęczyny. 

-    Co się do cholery stało...? - Jego głos, brzmiący jak warkot 

zardzewiałej skrzyni biegów, załamał się, gdy Garrett przesunął 

palcami po twarzy, a potem dalej po włosach. 

Zerwał się z krzesła, zapominając o dręczącym go bólu. Pijackim, 

chybotliwym krokiem dowlókł się do lustra w przedpokoju - i 

dopiero wtedy zawył z przerażenia. 

Nie ma ich! Nie ma ani jednego włosa! Ani jednego samotnego 

kosmyka. Jego wygolona czaszka przypominała bilardową kulę. 

Wgapiał się w swoje nieszczęsne odbicie, pojękując i szlochając na 

przemian. Był w szoku. Zamknął oczy i przez chwilę modlił się, żeby 

cały ten koszmar okazał się tylko snem. 

Gdy sprawdził, że naprawdę nie ma włosów, wymamrotał jakieś 

przekleństwo i nagle dostrzegł coś jeszcze, coś, co odebrało mu dech 

w piersiach. Nie tylko był łysy - on krwawił. 

Otworzył szerzej oczy i odetchnął z ulgą. To nie była krew, te 

czerwone smugi na jego nagiej czaszce wyglądały jak... Szminka? 

Spojrzał jeszcze raz. Tak, to była szminka do ust. Takiego koloru 

używała Emma. 

Zmarszczył brwi i w końcu zobaczył, że karmazynowe linie na 

skórze jego głowy, gołej i różowej jak pupa niemowlęcia, układają się 

w jakieś litery. Mrużąc z wysiłkiem oczy, próbował odczytać 

widziane odwrotnie w lustrze wyrazy. W końcu poddał się, 

pokuśtykał do biurka po notes i pióro. Kilka sekund później znał 

treść komunikatu. 

Strata włosów była niczym w porównaniu z tym, co przeczytał. 
„Chcę rozwodu" - czerwone krzykliwe litery poraziły go jak 

piorun. 

Na ugiętych nogach oparł się o ścianę, przeciągnął dłonią po nie 

istniejących włosach i zamknął oczy. 

-    Przyjechałem do domu na kolację - mamrotał. - Moja żona 

mnie uwodziła. 

RS

background image

13 

 

I to wszystko. Odepchnął się od ściany, oparł dłonie o stolik w 

korytarzu i zwiesił głowę. Niczego więcej nie zapamiętał. Niczego, do 
jasnej cholery! 

Powoli uniósł głowę. Zamglonym wzrokiem spojrzał jeszcze raz 

na swoje żałosne odbicie w lustrze, a potem parsknął histerycznym 

śmiechem. 

-    Nie łam się, James... W najbliższym czasie nie będziesz miał 

żadnych problemów z fryzurą. 

-    Coś ty zrobił ze swoimi włosami? 
Garrett czekał cierpliwie przed drzwiami domu swojej teściowej, 

aż jej pobladła twarz odzyska naturalny kolor. 

-    Powiedz mi, Violo - zaczął spokojnie - czy jest u ciebie Emma? 

Viola DuPree wpatrywała się w łysą głowę zięcia. Potem zmrużyła 

jasnobrązowe oczy, rzuciła mu oskarżycielskie spojrzenie i 

skrzyżowała ręce pod biustem. 

-    Wiedziałam, że kiedyś do tego dojdzie. Zabrnąłeś w ślepy 

zaułek, prawda? Pracowałeś od świtu do nocy, brałeś dodatkowe 

godziny, żeby zarobić coraz więcej pieniędzy, aż w końcu coś pękło. 

Przyłączyłeś się do jakiejś sekty, prawda, mój drogi? 

Odkąd ją znał, Viola żyła w swoim własnym małym świecie, na 

swój własny dziwaczny sposób. Była dobroduszna i nieszkodliwa i 
aż do dzisiaj jej stosunek do różnych spraw niewiele Garretta 

obchodził. Dziś jednak musiał odwołać się do jej rozsądku. 

-    Proszę, Vi, muszę odnaleźć Emmę. Powiedz mi po prostu, czy 

jest tutaj, czy nie. 

Teściowa, jak przystało na osobę pochodzącą z amerykańskiego 

Południa, przyglądała mu się z łagodną miną, ale w jej oczach czaiła 

się wyraźna trwoga. 

-    Tym ludziom z sekt chodzi tylko o pieniądze. Czytałam o tym. 

Wstydź się, Garrett. I nie myśl sobie, że jeśli jesteś moim zięciem, to 

uda ci się wyłudzić ode mnie jakieś pieniądze, w żadnym wypadku. 

Płacę na swój kościół i nie wierzę w te... 

-    Violo - przerwał jej Garrett. - Nie przystąpiłem do żadnej 

sekty. Nie potrzebuję twoich pieniędzy. Chcę tylko odnaleźć Emmę. 

RS

background image

14 

 

Wiesz może, gdzie ona jest? 

-    Drużyna pływacka - powiedziała po dłuższej chwili milczenia. 

- Wstąpiłeś do drużyny pływackiej, prawda? Często oglądam zdjęcia 

tych chłopców i oni zawsze golą głowy. Ale trzydzieści trzy lata to 

chyba trochę za późno, żeby brać się za wyczynowe pływanie. Wiem, 

że jesteś w dobrej formie, ale naprawdę powinieneś być trochę 

bardziej praktyczny. Zupełnie jak z tym czarnym luksusowym 

samochodem, który kupiłeś na wiosnę... 

-    Violo, proszę cię! - Cierpliwość Garretta się wyczerpała. - Czy 

możesz mnie spokojnie wysłuchać? Nie przystąpiłem do sekty. Nie 

należę do drużyny pływackiej. Nie ogoliłem sobie głowy. Emma to 

zrobiła. Próbowała mnie uwieść, a potem nafaszerowała jakimiś 

prochami... I ogoliła mi głowę. Muszę ją znaleźć, żeby dowiedzieć się, 

o co chodzi. 

-    Chyba... chyba wezmę lekarstwo. - Viola zerkała niespokojnie 

to na ulicę, to na Garretta. - Może poczekałbyś chwilkę w swoim 

samochodzie? - Uśmiechnęła się łagodnie. - Wezmę lekarstwo i 

zadzwonię pod 911. Oni zaraz przyjadą i pomogą ci ją znaleźć. Na 

pewno ci się spodoba krótka przejażdżka w dużej białej furgonetce. 

Z syreną! Wszyscy chłopcy uwielbiają wyjące syreny. 

Zdusił w sobie przekleństwo i westchnął, zrezygnowany. 

Spróbował po raz ostatni dogadać się z teściową najspokojniejszym 

głosem, na jaki potrafił się zdobyć. 

-    Violo, posłuchaj. Dobrze wiem, że brzmi to 

nieprawdopodobnie, ale uwierz mi: ja nie oszalałem! Zaczynam się 

martwić, że to z Emmą jest coś... Sam nie wiem... Ostatnio wydawała 

się jakaś nieszczęśliwa. Nie była sobą. Może... może przechodzi jakieś 

załamanie nerwowe. W każdym razie nie mam pojęcia, gdzie ona 
jest. I gdzie jest Groszek. Boję się o nie. 

Viola wpatrywała się w zięcia badawczym wzrokiem, 

zastanawiając się, co powiedzieć. 

-    Przysięgam na Boga, Violo. Jestem równie zdrów na umyśle, 

jak ty... - Zawahał się na moment. Porównanie swojego stanu umysłu 

ze stanem psychicznym teściowej nie było chyba najszczęśliwszym 

RS

background image

15 

 

argumentem. - Proszę cię, powiedz mi: widziałaś ją czy nie? 

-    Nie, mój drogi, nie widziałam jej. I nie wiem, gdzie ona jest. Ale 

jedno wiem na pewno. Jeżeli Emma zrobiła ci coś takiego, musiała 

mieć nadzwyczaj ważny powód - rzuciła oskarżycielskim tonem 

Viola i zatrzasnęła mu przed nosem drzwi. 

-    Wspaniale - mruknął i ruszył do samochodu. 

Z piskiem opon i zgrzytem przekładanych biegów pognał do 

Maddie z nadzieją, że tam znajdzie odpowiedź. 

-    Stój tak, jak stoisz. I nie mów ani słowa - ostrzegł Garrett 

Maddie Brannigan, najlepszą przyjaciółkę Emmy, w tym samym 

momencie, kiedy otworzyła drzwi. Patrząc na niego z urazą, stała 

przez dłuższą chwilę w progu, aż w końcu wybuchła spazmatycznym 

chichotem. 

Mając metr pięćdziesiąt pięć wzrostu, nastroszoną czuprynę, 

ubrana w długą kolorową spódnicę i ogromną różową bluzę, Maddie 
wyglądała zupełnie nieszkodliwie, jak zagubione „dziecko kwiat" z 

lat sześćdziesiątych. Garrett pamiętał jednak, że jadowite meduzy też 

wyglądają nieszkodliwie i że Maddie ma bardzo cięty język. 

-    Ja nie żartuję, Maddie. Nie życzę sobie ani jednego słowa o 

moich włosach. 

-    O jakich włosach? - zapytała Maddie z kamienną twarzą, z 

całych sił powstrzymując następny atak śmiechu. Na próżno. 

-    Wiesz, gdzie może być Emma? - wycedził Garrett, wyraźnie 

oddzielając poszczególne słowa. 

Chichot ustał tak nagle, jak się zaczął. Twarz Maddie zmieniła się, 

przybierając wyraz pobłażliwej pewności siebie. 

-    Nawet jeśli wiem, to ci nie powiem. 

Pogarda w jej głosie podpowiedziała Garrettowi, że tym razem 

trafił. Oparł dłoń o framugę drzwi i rzucił tonem nie znoszącym 

sprzeciwu: 

-    Chcę się z nią widzieć. 

-    No więc, powiem ci, łysa pało, że ona nie chce widzieć ciebie - 

odparowała Maddie jadowitym głosem. 

-    Maddie... - Garrett z całych sił próbował stłumić w sobie złość. 

RS

background image

16 

 

- Nie mam najmniejszego pojęcia, co ją do tego popchnęło. Wróciłem 

z pracy do domu. Zaczęliśmy jeść obiad. A potem pamiętam już tylko, 
że obudziłem się z głową na stole, na podłodze było pełno moich 

włosów, a na czaszce miałem nabazgraną szminką wiadomość, że 

Emma chce rozwodu. 

-    Jasne, mogła ci to powiedzieć z bukietem kwiatów w ręce, ale 

wydaje mi się, że taki sposób byłby mniej przekonujący. 

-    Co tu się, do cholery, dzieje?! - wybuchnął Garrett, blokując 

stopą drzwi, gdy Maddie próbowała mu je zatrzasnąć przed nosem. - 
Jestem jej mężem, mam prawo wiedzieć! 

-    Straciłeś swoje prawa, chłoptasiu, kiedy zdecydowałeś się 

publicznie, w biały dzień, romansować ze swoją blond panienką. - 

Maddie wbiła mu w tors palec. - Gdybym była facetem, zrobiłabym z 

ciebie marmoladę, ty flirtujący dupku! 

-    Flirtujący? Chwileczkę... 
-    Nie udawaj świętoszka! Zrobiłeś błąd, ty amancie za dychę! 

Zraniłeś moją najlepszą przyjaciółkę. I jeśli mówisz: chwileczkę... 

-    Maddie, znasz mnie. Kocham Emmę. Nie oszukuję jej. 

Przez jedną ulotną, króciutką chwilę Maddie wierzyła mu. 

Przynajmniej chciała mu uwierzyć. Widział to w jej oczach, przez 

ułamek sekundy, zanim wypełniły się gniewem. 

-    Myślałam, że cię znam. A teraz wiem tylko, że zraniłeś Emmę. I 

bądź pewny, że nawet diabeł ci nie pomoże wejść do mojego domu, 

żeby się z nią zobaczyć. - Chwyciła parasolkę z wieszaka i dźgnęła go 

nią z całej siły w brzuch. 

Ostry, przeszywający ból zwarł mu kolana. Zgiął się wpół i w tym 

samym momencie zatrzasnęły się z hukiem drzwi. 

Łapiąc oddech, zatoczył się na korytarz, uderzył ramieniem w 

ścianę i powoli osunął się na posadzkę. 

-    Powariowali - mruknął przez zęby, zwijając się z bólu. - 

Wszyscy... wszyscy powariowali. 

Kiedy wreszcie udało mu się zaczerpnąć powietrza, wymknął się z 

budynku niczym podstępny drań, za którego wszyscy go uważali. 

 

RS

background image

17 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

W poniedziałek rano Garrett, sztywny jakby kij połknął, wkroczył 

do biura „James Construction Company", firmy budowlanej, którą 

prowadził razem z Clayem. Agnes Crawford, ich sekretarka, już 
miała otworzyć usta, ale lodowate spojrzenie Garretta skutecznie ją 

powstrzymało. Gładząc nerwowo siwe włosy, obserwowała przez 

grube szkła okularów, jak szef idzie prosto do swojego gabinetu i 

zatrzaskuje za sobą drzwi. 

Garrett rozsiadł się w skórzanym fotelu i czekał. Wiedział, że 

Agnes już podnosi słuchawkę, żeby wezwać Claya. Wiedział też, że 

nie ma wyboru - po prostu musi to wszystko przecierpieć. 

Na szczęście dziś musiał stanąć oko w oko tylko z Clayem. Gdzie 

podziewa się Jesse, wiedział tylko wiatr. Mógł być wszędzie: od 

Cheyenne po Fort Worth, ścigając w tumanach kurzu swoje marzenie 

o tytule mistrza świata w ujeżdżaniu byków. 

Garrett nie doliczył nawet do dziesięciu, kiedy Clay walił już 

pięścią w drzwi i bez zaproszenia wszedł do pokoju. 

-    Tylko nic nie mów - ostrzegł go Garrett ostrym jak brzytwa 

tonem, co dla każdego poza jego braćmi byłoby dostateczną 

przestrogą. 

Clay przymknął na chwilę oczy, jakby zamyślił się nad czymś 

głęboko, potem skrzyżował ręce na piersi i oparł się plecami o drzwi. 

-    Wyglądasz dzisiaj jakoś inaczej - zagaił spokojnie. - Ale nie 

bardzo wiem, na czym to polega, bo oślepia mnie światło odbijające 

się od twojej czaszki. - Sięgnął do kieszeni skórzanej kamizelki po 

okulary słoneczne. - Jasno tu jak cholera. 

-    Przeciągasz strunę - ostrzegł go Garrett przez zaciśnięte zęby. 

-    Ja przeciągam strunę? - Clay zerwał okulary z nosa, 

gwałtownie odpychając się od drzwi. - Jak Emma zobaczy tę twoją 

fryzurę a la Michael Jordan, szlag ją trafi. Staa-ary... wyglądasz 
okropnie. 

-    To nie ja się tak urządziłem. 

RS

background image

18 

 

-    Co znaczy, że zapłaciłeś komuś, żeby to zrobił. Jeszcze gorzej... 

- mruknął Clay. 

-    To dzieło Emmy - wyznał Garrett, patrząc bratu prosto w oczy. 

Clay zmarszczył brwi, jakby nie wierząc własnym uszom. 

-    Żartujesz... - Clay uśmiechnął się krzywo. Garrett ciężko 

westchnął, włożył ręce do kieszeni i przygarbiony podszedł do okna. 

-    Odeszła ode mnie. 

-    Och ty... - Clay miał minę, jakby raptem uszło z niego całe 

powietrze. - Ale... co się, do diabła, stało? 

-    Sam chciałbym wiedzieć. Zdaje się, że Emma podejrzewa mnie 

o zdradę. 

Z ust Claya wyrwało się następne „och". 

-    W takim razie masz cholerne szczęście, że nie użyła tej 

brzytwy do czegoś innego. 

-    Co ja mam robić? - Garrett powoli odwrócił się od okna. 
Clay przyglądał się bratu zmartwiony. Do tej pory Garrett musiał 

odpowiadać na takie pytania. To do niego przychodzili ze swoimi 

kłopotami młodsi bracia. Od niego oczekiwali rady. Niespodziewana 

zamiana ról zbiła Claya z tropu. 

-    Może porozmawiajmy najpierw o tym, co ty zmalowałeś... 

-    Przecież mnie znasz. 
-    Tak, znam... Więc skąd te podejrzenia Emmy? 

-    W piątek spotkałem się na lunchu z Glorią Richards, żeby 

pogadać o interesach. - Garrett osunął się na fotel. 

-    O rany, chłopie... Znowu przystąpiła do szturmu, co? 

-    Ona jest jak czołg. A wydawało mi się, że wszystko 

przewidziałem i nic mi nie może grozić. Zarezerwowałem stolik u 

Shady'ego - wiesz, w tej knajpie na wolnym powietrzu na rogu Piątej 
i Dwudziestej Drugiej. Myślałem, że jeśli spotkamy się w miejscu 

publicznym, ta kobieta będzie trzymała ręce przy sobie. Emma 

musiała tam być i pewnie widziała ją w akcji... 

-    Cholera, to się nazywa mieć pecha... 

-    No właśnie - przytaknął Garrett z grobową miną. 

-    Próbowałeś z nią porozmawiać? 

RS

background image

19 

 

-    W tym właśnie problem. Nie mam z nią żadnego kontaktu. 

Choć tak naprawdę to tylko część problemu - przyznał po chwili 
namysłu, gdy Clay usiadł na brzegu biurka. - Wiem, że od dłuższego 

czasu była nieszczęśliwa. .. Ale nie mam pojęcia, dlaczego tak łatwo 

uwierzyła w to, co wydawało jej się, że widzi. Dlaczego mi o tym po 

prostu nie powiedziała, żeby wyjaśnić sprawę. Dlaczego... - Położył 

dłoń na głowie, - Dlaczego mi to zrobiła? 

-    Powtarzam ci: dziękuj losowi, że straciłeś tylko włosy. 

Odrastają, w przeciwieństwie dci innych części ciała. 

Dowcip Claya na niewiele się zdał; w pokoju zaległa ponura cisza. 

Garrett ukrył twarz w dłoniach. 

-    To moja wina... - usłyszał smętne wyznanie Claya. 

-    Twoja wina? Co ty wygadujesz? 

-    Przesadzasz z robotą, Garrett. Bierzesz na siebie za dużo 

obowiązków. A ja nie powinienem do tego dopuszczać. Trzeba było 
wypędzać cię do domu i koniec. 

-    Do niczego byś mnie nie zmusił. Poza tym i tak ci nie 

dopłacam. A sam biorę tyle wolnego, ile tylko mogę. 

-    Tak? A kiedy ostatnim razem wróciłeś do domu przed siódmą? 

Kiedy miałeś wolny weekend? 

Clay zamilkł, widząc, że Garrett kuli ramiona. Jakby dotarła do 

niego w końcu prawda. 

-    Hej. - Wyciągnął rękę przez biurko i poklepał brata po plecach. 

- Czy ty ją ciągle kochasz? 

Spojrzenie Garretta wystarczyło mu za odpowiedź. 

-    Więc napraw to. Zrób coś, żeby do ciebie wróciła. 

-    Jasne. Wyrwę ją ot, tak sobie spod opiekuńczych skrzydeł 

mamusi, stalowej magnolii, i tego pit bulla - jej najlepszej 
przyjaciółki. Przez cały weekend nie udało mi się zbliżyć się do 

Emmy. 

Tym razem Clay podszedł do okna. Zastanawiał się przez dłuższą 

chwilę i nagle odwrócił się na pięcie z szerokim uśmiechem na 

ustach. 

-    Jest tylko jedno wyjście. 

RS

background image

20 

 

-    Czyli... - Garrett zerknął na niego podejrzliwie. 

-    Zawsze się zastanawiałem, jakie trzeba mieć motywacje, żeby 

kogoś porwać. No i nadarza się okazja... -ciągnął Clay z zawadiackim 

błyskiem w oku. 

-    Spadaj. - Garrett wymamrotał pod nosem przekleństwo. 

-    No dobra, tak sobie tylko powiedziałem. - Clay był na tyle 

rozsądny, żeby przerwać rozmowę i wyjść bezszelestnie z gabinetu. 

Emma już nie podskakiwała jak oparzona, kiedy dzwonił telefon - 

ale i tym razem nie podniosła słuchawki. 

Patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem i głaskała 

machinalnie Maxwella, pomrukującego leniwie kocura Maddie, który 

zwinął się w kłębek na jej kolanach. Odczekała jak zwykle do 

czwartego dzwonka i wysłuchała krótkiego, nagranego przez Maddie 

komunikatu, że nie ma jej w domu. A potem usiłowała ignorować 

głos Garretta wdzierający się w ciszę popołudnia. 

-    Emmo, proszę cię. Podnieś słuchawkę. Wiem, że tam jesteś. 

Nieruchoma jak posąg, omijając wzrokiem telefon, patrzyła w dal 

przez okno mieszczącego się na trzecim piętrze mieszkania Maddie. 

Minął tydzień, od kiedy opuściła Garretta. Tydzień, w którym 

nieustannie dręczyły ją wyrzuty sumienia. Tydzień, w którym nie 

odbierała jego telefonów i w którym usprawiedliwiała się, zrzucając 
winę na Garretta za doprowadzenie jej do ostateczności. 

Przeżyła jakoś tych kilka ostatnich dni roku szkolnego. Ale gdyby 

Garrett ją zobaczył, zauważyłby od razu, że całkiem się rozkleiła - 

wychudła, nic nie jadła, nie spała, i nie była już nawet zdolna do 

płaczu. 

-    Emmo, nie rób mi tego. 

Ból pod powiekami zapowiadał łzy, które się jednak nie pojawiły, 

a głos Garretta - ten sam ochrypły, aksamitny głos, którym jeszcze 

nie tak dawno wyszeptywał jej nocami słodkie obietnice, głos 

ukochanego mężczyzny -znowu osłabiał jej wolę oporu. 

Lecz bez względu na to, ile razy Garrett jeszcze zadzwoni, bez 

względu na to, ile bólu usłyszy w jego głosie, przed oczyma zawsze 

będzie miała ich oboje. Swego męża z tamtą kobietą. 

RS

background image

21 

 

-    Emmo... jak mamy to wszystko naprawić, jeśli nie chcesz ze 

mną rozmawiać? 

Dzwonił każdego dnia. Czasami cztery, pięć razy. I każdego dnia 

Emma walczyła z pokusą uwierzenia, że da się jeszcze coś między 

nimi naprawić. 

-    Dobrze. Nic nie mów. I nic nie rób. Siedź tam sobie jak w 

mysiej dziurze i zniszcz to wszystko, co było najważniejsze w 

naszym życiu. Jestem zmęczony, Emmo. Nie wytrzymam tego dłużej. 

Nie wytrzymam... - powtórzył głosem tak zmęczonym, tak 
przygnębionym, że Emma poczuła w sercu ten sam ból, który 

przepełniał jego serce. - Słuchaj... powiedz tylko Groszkowi, że ją 

kocham. Możesz to dla mnie zrobić? I powiedz jej, że spotkam się z 

nią w parku o czwartej. I powtórz Maddie czy komukolwiek, kto z nią 

będzie, żeby poczekali na mnie, gdybym spóźnił się kilka minut. 

Muszę się z nią zobaczyć, bez ciebie... Tylko ona mi pozostała. 

Emma odrzuciła do tyłu głowę. Poczuła tak mocny ucisk w gardle, 

że nie była w stanie przełknąć śliny. 

Mogła od niego odejść, mogła mu nigdy nie przebaczyć tego, co 

zrobił, ale nie potrafiła przestać go kochać. I nie mogła odebrać mu 

jego córki. Tak jak nie była w stanie odebrać Sarze miłości jej taty. 

Garrett zawsze był dobrym ojcem. Mimo że tak wiele godzin 
zabierała mu praca, udawało mu się znaleźć czas dla Sary. 

Maddie, która przez cały czas stała za nią bez słowa, położyła dłoń 

na jej ramieniu. Emma uścisnęła ją, potem zdjęła z kolan 

rozczarowanego kocura, położyła go na sofie i wyszła do kuchni. 

Maddie ruszyła za nią, ale zatrzymała się w progu. 

-    Mężczyźni to parszywe świnie - powiedziała, kręcąc się 

nerwowo i szeleszcząc długą spódnicą. 

-    Bardzo odkrywcze stwierdzenie. - Emma uśmiechnęła się 

blado. - Chyba nigdy dotąd nie słyszałam tak dosadnego określenia. 

W każdym razie nie z ust kobiety, która miewa średnio dwie i pół 

nocne randki na tydzień. 

-    No wiesz, do czegoś się jednak przydają. Sztuka polega na tym, 

żeby pozbywać się ich we właściwym momencie, jak tylko zrobią 

RS

background image

22 

 

swoje. 

-    Matyldo... - Emma jeszcze raz się uśmiechnęła. - Wiem, że 

wcale nie jesteś taka, choćbyś nie wiem jak blefowała. 

-    A ty zawsze musisz mi zepsuć zabawę - odcięła się Maddie, 

zadowolona, że poprawiła nieco nastrój Emmy. - Systematycznie 

rujnujesz moją złą reputację - oświadczyła, podając Emmie 

ciasteczko. 

-    Rujnuję różne rzeczy. Reputacje. Małżeństwa. Szczególnie 

własne. 

-    Przestań. - Z twarzy Maddie znikł uśmiech. - Jak możesz 

obwiniać o to siebie? To nie ty zabawiałaś się na boku. 

-    Ale to ja go do tego doprowadziłam. - Emma wbiła wzrok w 

swoje dłonie. 

Maddie zaklęła z uśmiechem, ale dosadnie. Ani myślała dać za 

wygraną. 

-    Emmo... 

-    Wcale go nie usprawiedliwiam; I nie powiedziałam, że mu to 

wybaczę. Po prostu przyznaję, że mam w tym swój udział. 

-    Naprawdę? A co ty takiego zrobiłaś? 

Emma odwróciła się. Zrobiła mnóstwo rzeczy. Dwa lata temu, 

kiedy powinna była szukać oparcia w Garretcie, odwróciła się od 
niego. Ale tak bardzo cierpiała po stracie dziecka. Dziecka, o które 

tyle lat się starali. Maleństwa, które zdążyli pokochać całym sercem, 

choć żyło w jej łonie tylko kilka tygodni. 

-    Oboje doprowadziliśmy do tej sytuacji. Ja... ja po prostu nie 

zdawałam sobie sprawy, nie przypuszczałam, że przeze mnie 

posunie się aż tak daleko. Nie sądziłam, że jest zdolny do zdrady. 

Ogarnął ją paniczny strach. Ścisnęła dłońmi kubek do kawy, 

odpierając napad gwałtownego drżenia. Z obłędem w oczach 

spojrzała na Maddie. 

-    Boże, co ja zrobiłam? Jak mogłam mu to zrobić? 

-    Zasłużył na coś gorszego. Poza tym byłaś w szoku - łagodnie 

usprawiedliwiała ją Maddie. 

-    Straciłam panowanie nad sobą. I wcale go nie odzyskałam. 

RS

background image

23 

 

Czasami... czasami wydaje mi się, że nie wiem, kim jestem. 

-    Za to ja wiem, kim jesteś. I wiem też, kim nie jesteś. - Maddie 

położyła dłoń na ramieniu Emmy. - Nie jesteś szalona, jeśli o to ci 

chodzi. Jesteś nieodporna na ból i zareagowałaś na to, co cię 

spotkało. I miałaś do tego prawo, do jasnej cholery. Jeśli 

trzymałabym wówczas w ręku tę brzytwę, twój ukochany śpiewałby 

teraz sopranem. 

Emma nawet się nie uśmiechnęła. 

-    Zgoda. - Maddie zmieniła front. - Rzeczywiście, twoja reakcja 

była gwałtowna. I nawet trochę ryzykowna. Co nie oznacza, że nie 

miałaś prawa trochę zaszaleć. Nawet tobie, zrównoważonej, 

rozsądnej, cierpliwej Emmie James, mogą czasami puścić nerwy. 

Każdy ma jakąś granicę wytrzymałości. Ale to niczego nie zmienia - 

jesteś tym, kim jesteś. 

-    Więc kim ja jestem? Możesz mi to powiedzieć? 
-    Jesteś zwolenniczką naturalnego rodzenia, choć wszyscy 

naokoło popierają porody w znieczuleniu - przypomniała jej Maddie 

z naciskiem. - Kobietą, która uparła się, że pomimo formalnego 

zakazu zostanie nauczycielką i dopięła swego. Jesteś cudowną matką 

i dobrym człowiekiem. Potrafisz być silna. Więc wykaraskasz się z 

tarapatów i pokażesz Garrettowi i całemu światu, na co cię stać. 

Życzliwe słowa. Emma chciałaby w to wszystko wierzyć - tak jak 

wierzyła kiedyś Garrettowi. Jak wierzyła w siłę ich małżeństwa. 

-    Daj sobie trochę czasu - łagodny głos Maddie wdzierał się w jej 

myśli. - Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje. Poradzisz sobie. 

Przejdziesz przez to. 

Tak, pomyślała Emma, wzdychając ciężko. Przejdzie przez to. Ale 

jakim kosztem? 

Garrett nie wierzył własnym oczom. Czekał w parku od wpół do 

czwartej, choć był pewien, że ani Viola, ani Maddie nie pojawią się z 

Sarą przed umówioną godziną. 

Lecz to nie jego teściowa i nie Maddie prowadziła do niego Sarę. 

To była Emma. 

Serce podeszło mu do gardła. Powoli zszedł z karuzeli, otrzepał 

RS

background image

24 

 

dżinsy z piasku i niezdecydowanym krokiem ruszył im na spotkanie. 

Sara, gdy tylko go zobaczyła, roześmiała się uszczęśliwiona i 

pognała w jego kierunku, 

-    Tato! - wykrzyknęła, kiedy podnosił ją do góry i przytulał do 

piersi.                               

-    Cześć, dziecinko. - Garrett ucałował jej aksamitną szyję, 

pachnącą słońcem, życiem i ledwie wyczuwalnymi perfumami matki. 

- Jak się ma najsłodszy Groszek w ogródku? - zapytał, kiedy kucnął i 

odsunął od siebie Sarę, żeby móc na nią patrzeć. 

Ledwie powstrzymał łzy, kiedy córka zbeształa go za zwracanie 

się do niej tym dziecinnym imieniem, a potem spojrzała na niego 

uduchowionymi oczami swojej matki. 

-    Tęsknię za tobą, tatusiu. 

-    Ja też za tobą tęsknię, kochanie - mruknął załamującym się 

głosem. - Ja też. Ale dziś nadrobimy stracony czas, dobrze? 

-    Dobrze! - zgodziła się dziewczynka i dopiero po chwili - z 

nieśmiałym uśmiechem i nadzieją w oczach -zadała nieuchronne 

pytanie: - Czy mogę dotknąć? 

Nie zdołał się powstrzymać i parsknął śmiechem. 

-    No dobrze. - Udając zniecierpliwienie, ściągnął z głowy czarny 

kowbojski kapelusz i pozwolił jej się pogłaskać po łysinie. 

-    Łaskocze! - zapiszczała z uciechy. 

-    Bo włosy odrastają. 

-    To dobrze - szepnęła mu do ucha. - Wolę cię z włosami. 

Dziadek mojej koleżanki Jamie też nie ma ani jednego włoska, ale 

ona mówi, że jemu już nic nie odrośnie, bo jest łysy. 

-    Mnie to, na szczęście, nie grozi. Za kilka miesięcy będę miał 

mnóstwo włosów, obiecuję. Pozwolisz, że porozmawiam teraz przez 
minutkę z mamą? A potem reszta popołudnia należy do nas. 

Sary spoważniała na moment, spoglądając to na matkę, to na ojca. 

-    Dobrze. To ja w tym czasie przywitam się z Cary. Jest tam, na 

placu zabaw. 

Garrett zerknął przez ramię i odszukał wśród dzieci przyjaciółkę 

Sary. Potem przeniósł wzrok na Emmę. 

RS

background image

25 

 

-    U ciebie wszystko dobrze, Em? 

Kiedy Emma po chwili wahania skinęła głową, przytulił córkę i z 

czułym klapsem w pupę posłał ją do przyjaciółki. 

A potem stał bez słowa, jak skamieniały, z jedną ręką na karku, a 

drugą wepchniętą do kieszeni. Dłonie mu się pociły jak skazańcowi 

prowadzonemu na egzekucję. 

Długo czekał na tę chwilę. Tyle razy powtarzał sobie w myślach to, 

co powie, jeśli Emma kiedykolwiek zechce go wysłuchać. A teraz... 

mógł tylko patrzeć na nią. Na jej zapadnięte policzki, na oczy, w 
których brak było blasku, na chłodny, nieprzenikniony wyraz 

twarzy. A jednak wciąż była dla niego najpiękniejszą kobietą na 

świecie. 

Jego brązowooka dziewczyna. Widywał te oczy koloru kawy 

zamglone łzami radości, śmiejące się beztrosko, ciemniejące z 

namiętności... I choć mierzyła go teraz nieufnym wzrokiem, nic nie 
mogło stłumić w nim wspomnień ani osłabić radości patrzenia na 

nią znowu. 

Miała rozpuszczone włosy. Słońce odbijało się w nich 

kasztanowatym blaskiem, iskrzyło czerwonymi i złotymi ognikami. 

Niezwykle rześka jak na tę porę czerwcowa bryza unosiła je z 

ramion i fruwającymi kosmykami smagała jej twarz. Tę twarz, która 
prześladowała go nocami i nie opuszczała ani na chwilę przez całe 

dni. 

Kiedy uniosła dłoń, żeby wsunąć za uszy rozwiewane wiatrem 

kosmyki włosów, zauważył, że nie ma na palcu ślubnej obrączki. 

I wtedy coś w nim pękło. Coś umarło. Powinien się spodziewać... A 

jednak nie był na to przygotowany. Nie był przygotowany na nic, co 

go ostatnio spotkało. 

-    Sara... wygląda dobrze - wykrztusił w końcu, usiłując 

przełamać panujące między nimi napięcie. 

-    Tęskni za tobą. 

-    To moja wina? 

-    Tak - odpowiedziała zdecydowanie Emma. - I sądzę, że 

powinieneś się do tego przyznać. 

RS

background image

26 

 

Zakrył dłonią usta, spojrzał gdzieś w dal, odetchnął głęboko, a 

potem znów spojrzał na Emmę. 

-    Nie zdradzałem cię, Em. Wiem, co ci się wydaje, że widziałaś... 

-    Proszę, nie... 

Przeraził go jej całkowicie beznamiętny głos, jej oczy, w których 

nie lśniła ani jedna łezka. 

-    Nie? Mam się nie bronić? Nie mam prawa wiedzieć, dlaczego 

uważasz, że w moim życiu jest jakaś inna kobieta? 

-    Nie mogę tego zrobić, Garrett. Naprawdę nie mogę. Po prostu 

chcę poskładać jakoś moje własne życie. 

-    Twoje życie? - Garrett walczył z bólem i gniewem i starał się 

nie podnieść głosu. - A co się stało z naszym życiem? 

-    Z naszym życiem - powtórzyła drętwym głosem Emma. - 

Nasze życie... nasze wspólne życie... skończyło się. Już jakiś czas 

temu. Musiałam tylko przejrzeć na oczy, żeby zdać sobie z tego 
sprawę. 

-    Em, co mam powiedzieć, żebyś mi uwierzyła? Na miłość boską, 

co ja takiego zrobiłem? Dlaczego przestałaś mi ufać? 

Wyczuł moment jej słabości i przez chwilę pragnął, żeby cierpiała 

tak, jak on cierpi. Natychmiast tego pożałował, ale z jej twarzy 

zniknął już cień wahania. Schowała się z powrotem za swoją 
obojętnością jak za betonowym murem. 

-    Nie będę ci utrudniała kontaktów z Sarą - oświadczyła 

modulowanym tonem, rozmyślnie lekceważąc jego pytania. - To 

dlatego sama ją dziś przyprowadziłam, zamiast wyręczyć się Maddie 

albo matką. Chciałam ci to powiedzieć osobiście. I prosić cię, żebyś 

więcej do mnie nie dzwonił. 

Garrett zacisnął dłonie w pięści, żeby nie chwycić jej i siłą nie 

przełamać w niej uporu. Ale Emma była już taka zdruzgotana. I taka 

krucha. Bał się, że jeśli tylko jej dotknie albo powie coś 

niewłaściwego, od katastrofy nie będzie odwrotu, 

-    Muszę jakoś poskładać swoje życie, Garrett. Nie mogłabym 

tego zrobić przy tobie, bo bez przerwy przypominałbyś mi o moich 

klęskach. 

RS

background image

27 

 

-    Twoich klęskach? Emmo, o czym ty, do diabła, mówisz? - 

wyrzucił z siebie jednym tchem. 

-    Staram ci się wytłumaczyć, że biorę na siebie część winy. Tyle 

mogę zrobić. Ale nie potrafię być nadal twoją żoną. 

-    Nie rozumiem. Nic z tego nie rozumiem. - Garrettowi 

pociemniało w oczach. Słowa Emmy pozbawiły go ostatnich 

argumentów i zdławiły w nim wolę walki. 

-    Więc będziesz musiał sam do tego dojść. 

-    Ale co takiego się stało, że nie możemy wyjaśnić tego 

wspólnie? 

-    Tak potoczyło się życie. Twoje i moje. I gdzieś po drodze 

przestało być naszym życiem. - Emma zamilkła, żeby kilka razy 

głęboko odetchnąć. - Jeżeli ty nie wniesiesz sprawy o rozwód, to ja to 

zrobię. 

Ziemia zakołysała się Garrettowi pod stopami. W jakiś sposób 

zdołał jednak odzyskać przytomność umysłu. 

-    Nie chcę rozwodu - wymówił każde słowo oddzielnie, jakby 

kontrolując poszczególne sylaby, choć daleki był od poczucia, że 

jeszcze cokolwiek kontroluje. - Chcę ciebie. Pragnę ocalić nasze 

małżeństwo. Chcę mieć z powrotem normalną rodzinę. Chcę, żebyś 

wróciła... - skończył ochrypłym szeptem, powoli podchodząc do 
Emmy. 

Ostatni raz spojrzała mu w oczy. I ostatni raz odmówiła jego 

prośbie. 

-    O ósmej Maddie będzie czekała na Sarę przed swoim domem. 

-    Do diabła z Maddie! - Garrett czuł, że nerwy odmawiają mu 

posłuszeństwa. - Mara gdzieś widywanie cię tylko przypadkiem i 

spotykanie się z Sarą w dniach i godzinach wyznaczonych przez jakiś 
przeklęty grafik! Jesteś moją żoną. A ona jest moją córką. 

Emma zerknęła na Garretta, zatrzymała na chwilę na nim wzrok, a 

potem odwróciła się i ruszyła w stronę samochodu. 

-    Jak możesz tak po prostu odwrócić się plecami i odejść? - Nie 

myśląc już o konsekwencjach, Garrett chwycił ją za ramię i szarpiąc, 

odwrócił do siebie. - Powiedz mi... powiedz, że już mnie nie kochasz, 

RS

background image

28 

 

a zostawię cię w spokoju. 

Zażądał deklaracji, której być może wcale nie chciał usłyszeć. Ale 

rozsądek go opuścił. Garrett już nie dbał o ostrożność. 

-    Jeśli powiesz, że za mną nie tęsknisz, nigdy więcej nie będę 

zawracał ci głowy. 

Przyszpilił Emmę wzrokiem, przyciągnął mocno do siebie i 

porwał w ramiona, tam gdzie było jej miejsce. 

I wtedy instynkt wziął górę. Instynkt i pragnienie. 

Wpił się ustami w jej usta, zanurzył w niej, sycąc się zachłannie 

tak dobrze znanym upajającym smakiem. Boże, jak za tym tęsknił... 

Za gładkością skóry Emmy, jej ciepłem i zapachem. 

Trzymał ją w ramionach i błagał opatrzność, żeby ta kobieta 

wróciła do niego, żeby znów mogli się kochać. 

Jego modlitwy pozostały bez odpowiedzi. 

Powoli odsunął się od Emmy, targany bólem i pożądaniem. Emma 

drżała jak osika. Oczy, które kiedyś rozpalały namiętność w jego 

oczach, pozostały zimne jak lód. Twarz, którą pokochał na zawsze, 

była teraz wyzuta z jakichkolwiek uczuć jak wyschnięty kawał 

drewna. 

-    Powiedz mi, że mnie nie kochasz - powtórzył chrapliwym 

głosem, natarczywie domagając się odpowiedzi, choć nie wiedział, 
czy chce ją usłyszeć. 

Ale odpowiedzią było milczenie. 

A na nadchodzące dnie i noce pozostał mu tylko widok 

oddalającej się sylwetki Emmy. 

 

 

 
 

 

 

 

 

 

RS

background image

29 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

-    Synku, wiesz, jak cię kocham, ale, prawdę mówiąc, wyglądasz 

jak cień człowieka. - Maya James Bradford przywitała Garretta z 

typową dla siebie szczerością. 

-    Widzę, mamo, że małżeństwo ani trochę nie stępiło twojego 

języka. - Garrett uśmiechnął się blado, nie podnosząc wzroku znad 

rozłożonych na desce kreślarskiej projektów. 

Minęły trzy miesiące, od kiedy Maya i Logan Bradford wymienili 

obrączki. A jego trzy tygodnie temu opuściła Emma. Nie było dnia, 

żeby za nią nie tęsknił i nie wił się w mękach, usiłując znaleźć 

sposób, w jaki mógłby skłonić ją do powrotu. Cieszył się, choć może 
nie był w stanie tego okazać, szczęściem swojej matki. Ale jej 

wieczorna wizyta w biurze wcale go nie ucieszyła, szczególnie że już 

jej pierwsze słowa zwiastowały to, do czego zmierza. 

-    To do ciebie niepodobne, Garrett. - Nie czekając na 

zaproszenie, usiadła obok niego na stołku. 

Dopiero teraz na nią spojrzał. Mimo że zbliżała się do 

sześćdziesiątki, wciąż była atrakcyjną, pełną życia kobietą. 

Pogratulował w duchu Loganowi dobrego smaku i łutu szczęścia. 

-    Ty z tymi rumieńcami na policzkach też nie jesteś do siebie 

podobna, mamo - odpowiedział żartobliwym tonem, licząc, że 

odciągnie matkę w ten sposób od zamiaru szczerej rozmowy na 

temat jego kłopotów małżeńskich. 

-    Co słychać u Logana? 

-    Logan jest wspaniały - odpowiedziała Maya bez wahania. - Ale 

nie przyszłam tutaj rozmawiać o nim. 

-    Jeżeli przyszłaś porozmawiać o Emmie, to lepiej nie zaczynaj, 

dobrze? 

-    Nie przyszłam po to, żeby rozdrapywać twoje rany. Po prostu 

nie mogę pojąć, dlaczego to tak długo trwa. Dlaczego ona nie wraca? 
Przecież się kochacie. Zawsze się kochaliście. 

-    Odpowiem ci słowami Tiny Turner: „A co ma do tego miłość?" 

RS

background image

30 

 

- odparł z sarkazmem, który wcale nie sprawił mu ulgi. - Emma chce 

rozwodu. Postawiła sprawę jasno. A ja mam dość błagania. 

Gdy zamilkł, Maya położyła dłoń na jego ramieniu. 

-    Nie chcę się wtrącać, ale pozwól, że ci o czymś przypomnę. 

Twój ojciec... Jesteś tak do niego podobny - wtrąciła rzewnie, zanim 

skończyła myśl. - Twój ojciec nigdy się nie poddawał, jeżeli w coś 

naprawdę wierzył. 

Garrett zamknął oczy. 

-    Jeżeli wierzysz w swoją miłość, to duma jest jedyną rzeczą, 

która stoi ci na drodze. Weź sobie kilka dni urlopu 

-    nawiasem mówiąc, od dawna jesteś przepracowany -i walcz o 

nią. 

Przez dłuższą chwilę Maya przyglądała się nieruchomemu 

profilowi syna, w końcu jednak poddała się i wyszła. 

Od dnia, w którym spotkali się w parku, Garrett szanował 

życzenie Emmy i nie zakłócał jej spokoju. Ale jego matka miała sporo 

racji. Powodowała nim wrodzona duma, a nie tylko prośba Emmy. A 

nawet w końcu czerwca duma jest cholernie zimnym towarzyszem 

w łóżku. Z drugiej strony, przyznając nawet rację mamie, to właśnie 

duma utrzymywała go przy życiu. Duma i spotkania z Sarą. 

Dni upływały mu na pracy. Na noce nie znalazł lekarstwa. Gloria 

oczywiście czekała na niego z otwartymi ramionami, ale nawet przez 

myśl mu nie przeszło, żeby skorzystać z jej zaproszenia. Nie chciał 

żadnej innej kobiety w swoim łóżku. Pragnął tylko swojej żony. 

Zaczynał nienawidzić siebie za tę słabość, liczył jednak w duchu na 

to, że Emma, jeśli da jej trochę czasu, zmieni w końcu zdanie. Modlił 

się o to. 

Dopiero w dniu, w którym przysłała mu pozew rozwodowy - choć 

dotąd go nie podpisał - przyjął do wiadomości fakt, że ona naprawdę 

chce się z nim rozstać. Sara jednak, w swojej dziecięcej niewinności, 

po prostu się z tym nie pogodziła. 

-    Mamusia dostała pracę na lato u cioci Maddie - powiedziała 

któregoś dnia, zajadając się hamburgerem i frytkami w swoim 

ulubionym barze. 

RS

background image

31 

 

Sklep Maddie - o wdzięcznej nazwie „Artykuły Pierwszej 

Potrzeby" - był modną, ekskluzywną galerią, przyciągającą tłumy 
rozmaitego autoramentu sław, znakomitości i multimilionerów. 

Można w niej było podziwiać, a także kupić, nie tylko oryginalną 

ceramikę autorstwa Maddie, ale też rzeźby, tkaniny i płótna innych 

miejscowych artystów. 

-    Mama pilnuje sklepu Maddie, zajmuje się klientami i robi 

różne inne rzeczy - tłumaczyła Sara ojcu z dumą w głosie. 

Na wzmiankę o Emmie Garrett stracił apetyt i przestały mu 

smakować frytki. 

-    Podoba jej się ta praca? 

-    Maddie jej płaci. Chyba mamie się to podoba. Często mówi, że 

pewnie szybko przeprowadzimy się do własnego mieszkania. 

Patrzył nieobecnym wzrokiem w okno. Emma zawsze uwielbiała 

wakacje. Uwielbiała spędzać dużo czasu w domu. I być jego żoną. 
Uwielbiała wiele rzeczy, rozmyślał ponuro. 

-    Myślisz, że to ją uszczęśliwi? Własne mieszkanie? 

-    Mam nadzieję, że tak. - Sara wzruszyła ramionami. - Bo teraz 

mamusia nie jest szczęśliwa. 

„Bo teraz mamusia nie jest szczęśliwa". 

Przez kilka następnych dni słowa Sary tłukły się echem w głowie 

Garretta. Próbował sobie wmówić, że cieszy się z cierpienia Emmy, 

ale myśl o jej nieszczęściu tylko potęgowała jego własne. 

„Bo teraz mamusia nie jest szczęśliwa". 

Może był zbyt dumny. Ale czy istnieje jakaś obiektywna norma 

dumy? 

Był ciepły letni wieczór, kiedy wyszedł na spacer i zatrzymał się 

przed galerią „Artykuły Pierwszej Potrzeby". Stojąc na miękkich 
nogach, obserwował Emmę przez okno witryny. Wyglądała pięknie, 

ale była taka odrętwiała, taka nieobecna, że z przerażenia coś 

ścisnęło go w dołku. Nie minął miesiąc, odkąd od niego odeszła, a 

była już tylko cieniem pogodnej, ciepłej kobiety, która była jego 

żoną. Bladym wspomnieniem dziewczyny ze śmiejącymi się oczami, 

dziewczyny, która umiała kochać całym sercem. 

RS

background image

32 

 

„Twój ojciec nigdy się nie poddawał, jeżeli naprawdę w coś 

wierzył". Podobnie jak słowa Sary, to zdanie matki dręczyło go przez 
całe dnie. Ale gdy zobaczył znowu swoją żonę, poddał się. 

Cóż za głupia, żałosna wymówka. Tak pogrążył się w biadoleniu 

nad samym sobą, tak dotkliwie czuł się skrzywdzony, że 

zrezygnował z walki. 

Jonathan James nigdy z niczego łatwo nie rezygnował. Nigdy nie 

unikał walki. A on, jego syn, uchyla się od najważniejszej batalii 

swojego życia. 

Nie, już nie. Nagle zdecydował, że będzie walczył. I ani myślał 

walczyć fair. 

-    A niech to! - Clay wybuchnął niepohamowanym śmiechem, 

gdy kilka tygodni później on i Jesse spotkali się z Garrettem w jego 

domu. - Jasne, że to zrobimy. 

Dobiegała północ, kiedy uzgadniali ostatnie szczegóły planu. 
-    Tak na zdrowy rozum, to myśl o popełnieniu przestępstwa 

federalnego nie powinna nastrajać mnie do śmiechu - powiedział 

Jesse, sięgając do lodówki po następną butelkę piwa. - Ale coś mi 

mówi, że zanosi się na drakę nie z tej ziemi 

-    Powtarzam wam od samego początku, że jeżeli macie ochotę 

się wycofać, nie ma sprawy. Powiedzcie to mi wprost i zmieniamy 
temat. - Miny obu braci wystarczyły Garrettowi za odpowiedź. 

A więc nadszedł czas, pomyślał z ulgą. Od podjęcia decyzji minął 

prawie miesiąc. Teraz nie mógł już czekać ani minuty dłużej. 

-    No to do dzieła! - Garrett chwycił swój czarny kowbojski 

kapelusz i nasunął go na czoło. Clay i Jesse ruszyli za nim do drzwi. 

Noc była wyjątkowo mroczna. Cienki rąbek księżyca tylko parę 

razy wyjrzał zza grubej warstwy przesuwających się po niebie 
ciężkich, ołowianych chmur. Czarny pikap z przyczepą do przewozu 

koni stojący w uliczce za domem, w którym mieszkała Maddie 

Brannigan, ledwie majaczył na tle egipskich ciemności. 

Jesse na wszelki wypadek nie zgasił silnika. Wyśliznął się zza 

kierownicy i stanął za przyczepą, żeby w razie potrzeby uciszyć 

konie. 

RS

background image

33 

 

Garrett z Clayem u boku okrążył pięciopiętrowy budynek i 

wystukał numer kodu otwierającego drzwi do klatki schodowej. 
Znalazł go kiedyś przypadkiem w bucie Sary. 

-    Tylko bez żadnych wygłupów - warknął Garrett, kiedy 

wdrapali się na trzecie piętro. - Po prostu trzymaj się dokładnie 

planu. I nie próbuj kłócić się z Maddie. 

Clay nabrał głęboko powietrza i nacisnął dzwonek. Garrett 

przylgnął plecami do ściany, poza polem widzenia osoby 

otwierającej drzwi. 

Usłyszał cichy trzask otwieranego zamka i brzęk łańcucha. A 

potem zaspany głos Maddie. 

-    Co ty, u licha, tu robisz? 

-    Cześć, Maddie. Obudziłem cię? Przepraszam, ale w związku z 

twoim sklepem wpadł mi do głowy pewien pomysł i - wierz mi - nie 

mogłem z tym czekać do rana. 

Garrett wstrzymał oddech, zastanawiając się, czy Maddie połknie 

przynętę. Kilka miesięcy temu doszła do wniosku, że jej galeria „pęka 

w szwach" i - z pewnymi oporami - zleciła firmie braci Jamesów 

wybudowanie nowego lokalu. 

Z oporami, bo pomijając ostatnie konflikty z Garrettem, ani ona, 

ani Clay, z którym chodziła do szkoły, nie pozbyli się manii 
młodzieńczego współzawodnictwa. Clay bił ją we wszystkim - od 

baseballe po bilard. Był bezlitosnym, chełpliwym typem zwycięzcy. A 

ona nie lubiła przegrywać. I nie należała do osób, które łatwo 

przebaczają albo zapominają. 

Maddie miała jednak żyłkę do interesów i choć wciąż czuła 

niechęć do Claya, nigdy by sobie nie pozwoliła na podjęcie 

niewłaściwej decyzji z powodu dziecięcych utarczek. A firma „James 
Construction Company" była najlepsza w mieście - 

bezkonkurencyjna pod każdym względem. 

Od tygodni prosiła Claya, który lepiej od brata rozumiał jej wizję 

nowej galerii, żeby wpadł do niej ze wstępnym projektem. 

Maddie wahała się przez chwilę, ale w końcu poprosiła Claya, 

żeby poczekał, aż ona włoży szlafrok. Garrett głęboko odetchnął. 

RS

background image

34 

 

Teraz nie było odwrotu. Albo odzyska swoje szczęście, albo zostanie 

oskarżony o porwanie. 

Przez pięć minut Garrett umierał z niepokoju, potem podszedł 

cicho do drzwi. Jeżeli Clay zrobił, co do niego należało, zamek 

powinien być otwarty. 

Wilgotną od potu dłonią przekręcił ostrożnie gałkę klamki i 

zakradł się do środka. 

Z wyjątkiem kuchni, w której Maddie przeglądała z 

zaciekawieniem projekty, mieszkanie pogrążone było w mroku. 
Bezgłośnie zamknął za sobą drzwi i ruszył korytarzem, omal nie 

tratując kota, który leniwie wyszedł mu na spotkanie. 

Kiedyś bardzo często odwiedzali z Emmą Maddie i dlatego Garrett 

dobrze znał rozkład mieszkania. Skradając się niczym złodziej, 

otworzył drzwi sypialni i wśliznął się do środka. 

Jego mała słodka Sara spała spokojnie. Przysiadł na brzegu łóżka i 

pochylił się, żeby pocałować córkę w czoło. 

Obudziła się, ziewnęła, piąstkami potarła zaspane oczy i 

uśmiechnęła się. 

-    Cześć, tatusiu. - Gramoląc się w pościeli, uklękła i przytuliła się 

do niego. 

-    Cześć, kochanie. - Garrett przycisnął ją mocno do piersi. - Czy 

przerwałem ci jakiś piękny sen? 

Dziewczynka zaprzeczyła ruchem głowy i odsunęła się. 

-    Czy to właśnie ta noc? 

-    Tak, kochanie. - Odsunął jej z policzka kosmyk włosów. 

Na początku zastanawiał się, czy mądrze jest pokładać tyle 

zaufania w ośmioletniej córce. Utrzymanie w tajemnicy tak 

ryzykownego przedsięwzięcia mogło być dla dziecka wielkim 
ciężarem. Nigdy by sobie jednak nie darował, gdyby nagłe zniknięcie 

matki oraz wszelkie tego konsekwencje narobiły więcej szkód niż 

prawda. 

Opowiedział więc małej o wszystkim, gotowy zrezygnować ze 

swojego szalonego pomysłu, gdyby córka przyjęła go z lękiem. 

Niepotrzebnie się martwił. Sara Jane wysłuchała opowieści o 

RS

background image

35 

 

porwaniu mamy do sekretnej kryjówki z entuzjazmem, z jakim 

zwykle reagowała na bajki. 

-    Mamusi na pewno się to spodoba. A kiedy wrócicie, znowu 

będzie się uśmiechała, prawda? 

-    Oczywiście, córeczko. - Garrett przytulił ją z całej siły, 

dziękując Bogu, że Sara nie przestała mu ufać. - Kiedy mama wróci, 

znowu będzie się uśmiechała. A teraz śpij, dobrze? - Położył jej 

główkę z powrotem na poduszce i podciągnął kołdrę pod samą 

brodę małej. - Rano, kiedy ciocia Maddie będzie się złościła i biegała 
w kółko jak stara kwoka, pamiętaj, że mama jest ze mną bezpieczna. 

Zgoda? 

Sara uśmiechnęła się szeroko i naśladując gest, który setki razy 

widziała u wujka Claya, uniosła w górę obydwa kciuki. 

-    Kocham cię, mój Groszku. 

-    Ja też cię kocham, tatusiu - wyszeptała, a potem, gdy ojciec 

położył palec na ustach, przypominając o konieczności zachowania 

tajemnicy, kiwnęła tylko głową. 

Emma coraz gorzej sypiała. A kiedy już udawało się jej zasnąć, 

dręczyły ją niespokojne, namiętne sny. O Garretcie. O nich obojgu. O 

ich wspólnych, upojnych nocach. 

Budziła się roztrzęsiona. Cała drżąca. Rozpalona. Bez Garretta. 

Zawsze bez niego. Nienawidziła się za to, że wciąż go tak pragnie, że 

po tym, co zrobił, nie przestała go kochać. 

Ta noc miała być inna. Tej nocy powinna spać. Głębokim, 

uzdrawiającym snem. Maddie jej to obiecała. 

Wyczerpana bezsennością Emma James, zatwardziała 

abstynentka, dała się przekonać Maddie, że odrobina wina dla 

relaksu nie może jej zaszkodzić, i bez większego oporu zgodziła się 
uczcić z przyjaciółką swój pierwszy miesiąc pracy w galerii. 

Postanowiła pić, dopóki nie ogarnie jej senność. A potem położy się 

do łóżka i zaśnie. Po prostu zaśnie. 

Od kilku godzin była w łóżku, ale sen nie nadchodził. Leżała z 

zamkniętymi oczami. Wirowało jej w głowie, a leniwie i ciężko bijące 

serce ostrzegało ją, że balansuje na krawędzi jakiejś nieznanej 

RS

background image

36 

 

przepaści, w którą nie ma zamiaru skakać... Miała wrażenie, że 

znowu śni - ale tym razem na jawie. 

Wszystko, co docierało do niej z mroku nocy, zdawało się 

wyolbrzymione. Dźwięk otwieranych i sekundę potem zamykanych 

drzwi do jej sypialni. Zapach Garretta. Zapach piżma, męskości i 

wspomnień ich miłosnych nocy. Muśnięcie jego oddechu. 

Gdyby nie oszołomienie winem, pewnie uwierzyłaby zmysłom i 

odkryła realną obecność Garretta. A tak napawała się nią z 

zamkniętymi oczami. Uległa jej magii. W świetle dnia nie mogła 
pozwolić sobie na to, żeby go pragnąć, ale nie potrafiła walczyć z tym 

pragnieniem w mroku nocy. 

-    Emmo... 

Usłyszała jego szept. A kiedy jego wargi musnęły jej usta - tak 

delikatnie, tak czule - poddała się szaleńczej fantazji. Westchnęła na 

powitanie, zapraszając go cichym jękiem rozkoszy. 

Ogarnęła ją niewypowiedziana rozkosz. Zanurzyła się w niej z 

radością, jakby wreszcie przybiła do właściwego portu. Jak często 

czuła na swoich piersiach bicie jego serca? Ile razy łączyły się w 

mroku ich oddechy? Kobiety i mężczyzny. Tej kobiety i tego 

mężczyzny - jedynego mężczyzny, którego kiedykolwiek kochała. 

Mrucząc coś niewyraźnie, Garrett odsunął się. Ogłuszona nagłą 

stratą, Emma jęknęła żałośnie. Znowu za nim tęskniła. Wciąż za nim 

tęskniła. 

-    Chodź ze mną... - usłyszała jego błagalny szept. 

Lecz nawet rozmarzona i oszołomiona winem, wiedziała, że nie 

może z nim odejść. Nie w tej chwili. Nie po tym, co się stało. 

Zaprzeczyła ruchem głowy, ale gdy dotknęła jego twarzy... 

-    Nie odchodź - powiedziała. 
Dopiero teraz, kiedy poczuła pod palcami szorstką szczecinę jego 

zarostu, zdała sobie sprawę, że to nie sen, że Garrett naprawdę tu 

jest.   

-    Garr... - otworzyła oczy. 

Przerwała w pół słowa, gdy leciutko przycisnął palce do jej warg. 

-    Chodź ze mną, Em... - kusił ją głosem z najpiękniejszych snów, 

RS

background image

37 

 

otulał ciepłym, kojącym oddechem. -Wolałbym, żeby to był twój 

wybór... ale, kochanie, nie mam teraz czasu na targi. 

-    Co... 

Delikatna, ale mocna dłoń zakryła jej usta, a szorstki policzek 

przywarł do jej policzka. 

Emmę ogarnęła wściekłość. Garrett nie miał prawa. Nie miał 

prawa wdzierać się w jej sny, wkradać do jej sypialni. Nie miał prawa 

wzniecać ognia, który z takim trudem usiłowała w sobie zdławić. 

Wskrzeszać pragnień, które pogrzebała razem z nadzieją. 

Zacisnęła palce na jego nadgarstkach i rozpoczęła walkę. 

Bezradność i jego cierpliwe „Ciii, obudzisz Sarę" doprowadziły ją do 

dzikiej furii. 

Wyprężyła się i odepchnęła go. Udało jej się przetoczyć przez 

łóżko, ale jej wolność trwała najwyżej sekundę. Garrett chwycił ją za 

kostkę, przyciągnął do siebie i uwięził pod ciężarem swego ciała. 

-    Em... proszę, posłuchaj mnie przez chwilkę. 

Nie miała odwagi słuchać. Ani nie czuła się na siłach. Gorący 

oddech Garretta pieścił jej twarz. Jego zapach i wspomnienie 

miłosnych nocy podniecały ją, nęciły, odbierały rozsądek, krusząc 

wolę dochowania danej sobie obietnicy. 

Nie była pewna, skąd się wzięła jej wola walki. Nie wiedziała 

nawet, z czym walczy - z nim czy ze swoją słabością. To ze słabości 

wyśniła go tutaj. Ze słabości pragnęła, żeby się tu zjawił. Ale instynkt 

kazał jej bronić się przed nim za wszelką cenę. Zbyt wiele 

wycierpiała, usiłując wyeliminować go ze swojego życia. Nie mogła 

zrezygnować ze wszystkiego, co już zdobyła, ulegając jednej upojnej 

chwili słabości. 

Ogarnęła ją panika. Popłoch, gwałtowny zastrzyk adrenaliny i 

spora dawka wina - wszystko to razem wpłynęło piorunująco na 

stan jej ducha. Niczym dziki kot wysunęła pazury. Walczyła jak 

tygrys. I w końcu wyrwała się, triumfalnie stając po drugiej stronie 

łóżka. 

Zwycięstwo to jednak było krótkotrwałe i chwiejne. Krew 

odpłynęła jej z głowy w tej samej sekundzie, w której ogłuszył ją 

RS

background image

38 

 

alkohol. Zakołysała się, poczuła, że odpływa w nieświadomość, i 

osunęła się bezwładnie niczym ręka pokerzysty, który właśnie 
przegrał o wielką stawkę. 

Garrett, obawiając się, że Maddie może usłyszeć ich szamotaninę, 

pozwolił Emmie wymknąć się na chwilę. Musiał zmienić taktykę. 

Gotów był tłumaczyć się, usprawiedliwiać, a nawet przepraszać - 

byle tylko uspokoić Emmę - i wtedy zdał sobie sprawę, że coś jest nie 

w porządku. 

-    Em? - wyszeptał i w odruchu paniki przeskoczył przez łóżko, 

chwytając ją w tym samym momencie, gdy ugięły się pod nią kolana. 

-    Co ty jej, u diabła, zrobiłaś!? 

Maddie i Clay jednocześnie podnieśli głowy znad projektów 

rozłożonych na kuchennym stole. 

-    Odpowiedz! - warknął Garrett, trzymając nieprzytomną Emmę 

na rękach. - Co jej się stało? 

Maddie oniemiała z wrażenia, ale zrozumienie sytuacji nie zajęło 

jej zbyt wiele czasu. 

-    Wy podłe, podstępne gady... - Poderwała się z krzesła. - Wy, 

żałosne szumowiny... 

-    Daruj sobie - syknął złowrogo Garrett. - Chcę wiedzieć, co się z 

nią stało! 

-    Nic takiego, z czego nie zdoła się wyleczyć, wybijając sobie 

ciebie z głowy raz na zawsze. - Maddie z wojowniczą miną 

skrzyżowała ręce na piersiach. 

-    Zabieram ją do szpitala. 

-    Lepiej daj sobie z tym spokój - parsknęła pogardliwie Maddie. 

- Nic jej nie jest, oczywiście nie licząc kaca, który czeka ją jutro rano. 

Spięty do granic wytrzymałości, Garrett spojrzał z 

niedowierzaniem na wiotką, nie dającą znaków życia kobietę, którą 

trzymał na rękach. 

-    Chcesz powiedzieć, że ona jest... pijana? 

-    Jak marynarz, który po długim rejsie zszedł na ląd. - Widząc 

oskarżające błyski w oczach Garretta, Maddie obronnym gestem 

wzruszyła ramionami. - No dobra... Wydawało mi się, że to niezły 

RS

background image

39 

 

pomysł. Zapomniałam, że ma taką słabą głowę. 

-    Upiłaś ją - wycedził przez zaciśnięte zęby Garrett. 
-    Nie. To ty ją upiłeś, kochasiu. A teraz wypuść ją albo, 

przysięgam, zadzwonię na policję. 

-    Do nikogo nie zadzwonisz. - Garrett odetchnął głęboko, 

walcząc z kipiącą w nim złością. - Słuchaj, Maddie, wiem, że ty też ją 

kochasz. I tylko dlatego, choć naprawdę dużo mnie to kosztuje, 

znoszę twoją bezczelność. Ale czy to ci się podoba, czy nie, zabieram 

ją ze sobą. 

Z furią w oczach kiwnął na Claya i ruszył do drzwi. 

-    Pilnuj jej - rzucił bratu przez ramię i wyszedł, niosąc na rękach 

nieprzytomną żonę. 

-    Słyszałaś go. - Clay uśmiechnął się drwiąco, sięgnął po 

przewód telefoniczny i wyrwał go z gniazdka. - Mam pilnować, żebyś 

była spokojna. Może sama zaproponujesz, jak się najlepiej do tego 
zabrać? 

Maddie patrzyła na niego tak, jak gdyby był tłustą plamą na 

samym środku jej białego dywanu. 

-    Tylko mnie dotknij, a połamię ci graby tak skutecznie, że już 

nigdy do niczego ci się nie przydadzą- ostrzegła, wymachując 

słuchawką telefoniczną jak maczugą. 

-    A kto wybuduje twoją nową galerię? - Clay uśmiechnął się 

szeroko. - No, Matildo, rozchmurz się... - Z premedytacją użył jej 

pełnego imienia, co tylko Emmie uchodziło na sucho. - Wkurza cię 

jak diabli, że dałaś się wykiwać. To mogę zrozumieć. Wiesz jednak, 

że Garrett nigdy nie skrzywdzi Emmy. On po prostu chce z nią 

porozmawiać. Chyba możesz mu na to pozwolić? I możesz pozwolić 

na to Emmie, jeśli naprawdę jesteś jej przyjaciółką. Chyba że twój 
jadowity język idzie w parze z kamiennym sercem. 

Dostrzegł w oczach Maddie iskierkę współczucia, ale gdy 

spojrzała w kierunku drzwi, wiedział już, że do końca wojny daleko. 

-    Jesteś podłym gadem. 

-    Czułe słówka w niczym ci nie pomogą, kochanie. 

-    Czyżby? - Maddie zmrużyła oczy i uśmiechając się przymilnie, 

RS

background image

40 

 

odłożyła aparat. - Może więc porozmawiamy inaczej - językiem, 

który na pewno zrozumiesz. - Podeszła do niego na wyciągnięcie 
ręki. 

Trzepocząc rzęsami, położyła mu dłoń na torsie, a sekundę 

później kopnęła go kolanem w krocze. 

Clay zatoczył się z przeraźliwym jękiem, ale jakimś cudem - mimo 

że Maddie zrobiła błyskawiczny unik -udało mu się złapać ją za 

włosy. 

Upadli na podłogę, okładając się wzajemnie czym się tylko dało i 

mamrocząc pod nosem wiązanki przekleństw. 

-    Zupełnie jak... w dawnych czasach... - warknął Clay przez 

zaciśnięte zęby, zmuszony walczyć całkiem serio. 

W końcu wciągnął Maddie pod siebie i przyciskając ją do podłogi 

całym ciężarem ciała, czekał, aż minie najgorszy ból. 

Maddie miotała się pod nim zdyszana, klnąc jak szewc. 
-    Nie możesz mnie tak trzymać, puszczaj! 

-    Niedoczekanie twoje. - Teraz, gdy ból znacznie zelżał, te 

zapasy zaczęły mu się nawet podobać. 

Błyskawiczny unik oszczędził policzkom Claya bliskiego 

spotkania z jej paznokciami. Przycisnął drobne, ruchliwe ręce do 

podłogi nad głową, niemal dotykając ustami warg Maddie. 

-    Jeżeli tylko zobaczę twój wysunięty jęzor, słowo daję, że 

odgryzę go - ostrzegła. 

Była nieposkromioną złośnicą. Clay zastanawiał się więc, czy 

warto ryzykować, gdy nagle coś go tknęło. 

Maddie w tej samej chwili zdała sobie sprawę, że mają 

publiczność. 

Oboje jednocześnie unieśli głowy i zobaczyli w korytarzu Sarę 

Jane. Dziewczynka przecierała zaspane oczy. 

-    Bawicie się w całuski? - spytała z groźną miną, okręcając 

wokół palca kosmyk włosów. 

-    Nie sądzisz... nie sądzisz, że powinnaś wrócić do łóżka, 

kochanie? - odezwała się podniesionym głosem Maddie. 

Sara pokiwała ze zrozumieniem głową. 

RS

background image

41 

 

-    Tatuś zawsze mi to mówi, kiedy bawią się z mamą w całuski. - 

Westchnęła z rezygnacją, odwróciła się i poszła z powrotem do 
swojego pokoju. 

-    No więc - zaczął Clay po długiej chwili milczenia, kiedy oboje 

byli aż nadto świadomi bliskości swoich ciał i pikanterii sytuacji. - 

Masz ochotę na zabawę w całuski? 

Maddie wciągnęła głęboko powietrze i nabrawszy sił, zgromiła go 

lodowatym spojrzeniem. 

-    Niedoczekanie twoje, ty gadzie. 
 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 

RS

background image

42 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Niebo rozchmurzyło się akurat w chwili, gdy samochód, z 

Jesse'em za kierownicą i Emmą zwiniętą na kolanach Garretta, 

zatrzymał się u podnóża gór Wind River Range, gdzie kończyła się 
droga. 

Garrett próbował się łudzić, że Emma po prostu śpi, gdy 

przenosząc ją z pikapa na koński grzbiet, słyszał senne 

pomrukiwanie i nerwowe westchnienia. Dobrze jednak wiedział, że 

jest kompletnie pijana. 

-    Jesteś pewien, że się po prostu ubzdryngoliła? - Jesse zerknął 

na nich przez ramię. On i jego koń, kiedy wspinali się po wyboistym 
zboczu góry, byli jednością. - Strasznie długo ją trzyma. 

Garrett spojrzał na zroszone potem czoło Emmy. Owinął ją 

mocniej śpiworem i podciągnął go pod samą brodę. Potem ułożył ją 

wygodniej na swoich kolanach. 

-    Nic jej nie jest - odpowiedział bratu z nadzieją, że się nie myli. 

Emma spała spokojnie, a jej oddech był równy. 

Jesse skinął tylko głową. Nasunął na twarz kolorową chustę 

chroniącą go przed uderzeniami gałęzi i skupił się na prowadzeniu 

konia. 

Kiedy godzinę wcześniej wyprowadzili zwierzęta z przyczepy i 

ukryli w zagajniku samochód, umówili się, że Jesse będzie przecierał 

szlak. Garrett nie chciał ryzykować samotnej wspinaczki brzegiem 
wąwozu, gdy w grę wchodziło bezpieczeństwo Emmy. W dzień 

byłaby to fraszka, ale w mroku nocy zawsze mogło grozić coś 

nieprzewidzianego. 

Wszyscy trzej bracia znali tę okolicę równie dobrze jak własne 

odbicia w lustrze. Miłość do Wind River - gór i rzeki o tej samej 

nazwie - była u nich tak naturalna jak sposób mówienia, tak 

niezbywalna jak duma i honor. Z rzeką Wind byli za pan brat od 
dziecka. To w jej nurtach i pośród wiszących nad nią szczytów 

urzeczywistniali swoje młodzieńcze fantazje. Tam byli góralami. 

RS

background image

43 

 

Tam, wzorem swoich osławionych przodków, bywali drwiącymi z 

prawa zawadiakami. Tam żyli według zasad obowiązujących na 
Dzikim Zachodzie, gnani wiatrem, wolni jak szybujące między 

turniami ptaki. 

To było jedyne miejsce, do którego powracali w wieku męskim, 

żeby odnaleźć samych siebie. 

Tutaj Garrett spędził najpiękniejsze chwile swojej przeszłości - i 

kiedy osiągnęli wreszcie szczyt i zaczęli schodzić w dolinę, w której 

gdzieś daleko wyłaniał się z ciemności dach chatki, gotów był 
postawić wszystko na jedną kartę, byle ziściła się jego nadzieja, że 

tutaj również przeżyje najlepsze chwile swojej przyszłości. 

Emmę obudził leciutki powiew wiatru, śpiew ptaków i nieznośny 

ból głowy. Z trudem otworzyła oczy - i osłupiała z wrażenia. 

Wszystko wokół, gdziekolwiek spojrzała, czegokolwiek dotknęła, 

było obce i wspaniałe. 

Leżała pod starą, miękką i ciepłą kołdrą na równie starym, bardzo 

szerokim łóżku. Na dębowej nocnej szafce stał wazon z ogromnym 

bukietem dzikich irysów, jaskrów i złotych traw. Przez otwarte okno 

wdzierało się ostre górskie powietrze, zapach sosnowego lasu, 

złociste promienie słońca. Z jakiegoś miejsca tego, co uznała, że musi 

być małą drewnianą chatą, dobiegała woń świeżo zaparzonej kawy i 
smażonego bekonu. 

Całkiem zdezorientowana, czubkami palców uścisnęła pulsujące 

skronie, a potem przeciągnęła się ostrożnie. Wyglądało na to, że z 

wyjątkiem bólu głowy fizycznie nic jej nie dolega - co nie zmieniało 

faktu, że jedyną rzeczą, którą rozpoznawała w obcym otoczeniu, była 

jej biała nocna koszula. 

Nad głową miała ażurową konstrukcję belek, które 

podtrzymywały łamany sufit wykonany z surowych desek -sądząc 

po ich naturalnej, brązowej barwie, wiele lat temu. Surową prostotę 

poddasza urozmaicały tylko porozwieszane na drewnianych 

ścianach fotografie. Starała się dociec, dlaczego twarze mężczyzn na 

jednym ze zdjęć wydają się jej znajome, kiedy usłyszała skrzypienie 

podłogi. 

RS

background image

44 

 

Odwróciła się i zobaczyła Garretta. Patrzył na nią z ostatniego 

stopnia schodów czujnym, skupionym wzrokiem. 

Poczuła ulgę i gniew jednocześnie. Ukłucie bólu, ciekawość, 

niedowierzanie... Ale najbardziej przejmująca była świadomość jego 

obecności. Jego wyglądu. Zapachu. I świadomość tego przeklętego 

pragnienia, które wcale w niej nie umarło - nie osłabło nawet - a 

przecież od ich rozstania minęło tyle czasu. 

Ileż to razy widziała go właśnie takiego: na bosaka, w niebieskich 

dżinsach, z kubkiem parującej kawy w dłoni. Patrzył na nią 
przenikliwie błękitnymi, zamyślonymi oczami. Włosy, które tak 

bezlitośnie zgoliła, prawie już odrosły do ich poprzedniej długości. 

Garrett przeczesywał je teraz palcami. 

Był uosobieniem męskości, ucieleśnieniem siły i zmysłowości. 

Piękny jak zawsze. 

Kiedyś należał do niej. Kiedyś naprawdę go znała. Ale mężczyzna, 

który teraz na nią patrzył, był dla niej kimś zagadkowym. Zaczynała 

podejrzewać, że ona sama jest dla siebie zagadką. 

Zebrała kołdrę na piersiach i usiadła. Nie wiedziała, gdzie jest, jak 

się tu dostała i dlaczego złość -złość usprawiedliwiona - przejmuje ją 

z mniejszą siłą niż to gorące pragnienie. 

-    Jak się czujesz? - Garrett podszedł do niej wolno i przysiadł na 

brzegu łóżka w bezpiecznej odległości. 

Jego miękki, ochrypły pomruk wywołał w jej ciele zmysłowe 

dreszcze. 

Najpierw zignorowała jego pytanie, a kiedy zapanowała nad sobą, 

postanowiła wyjaśnić sytuację. 

-    Co to wszystko ma znaczyć, Garrett? Gdzie jest Sara? 

-    U Maddie. Obie wiedzą, że jesteś ze mną. - Z uprzejmym 

uśmiechem podał Emmie kawę, a gdy się zawahała, sam włożył 

kubek w jej dłonie. 

Zamknęła oczy. Z bezgłośnym jękiem przypomniała sobie 

wieczór, który Maddie zaproponowała uczcić butelką wina. To 

wyjaśniało ból głowy. I te mgliste, poszarpane jak we śnie obrazy: 

Garrett szepczący coś w środku nocy, pomruk silnika, 

RS

background image

45 

 

podskakiwanie na wyboistej drodze, przyjemny zapach końskiej 

sierści... 

-    Wczoraj wieczorem... - Położyła się z powrotem, usiłując 

złożyć te fragmenty w jedną całość. - Przyszedłeś do Maddie. I 

przywiozłeś mnie tutaj... Nie... Nie wierzę, że ci na to pozwoliła. 

Mimo że Garrett starał się utrzymać powagę, jeden z kącików jego 

ust uniósł się leciutko w górę. 

-    Nie powiedziałem wcale, że pozwoliła. Zrozumiała tylko, że jej 

zgoda nie jest konieczna. 

-    Chcesz powiedzieć, że mnie... porwałeś? 

-    Jeżeli tak chcesz to nazywać... 

-    A jak inaczej można to nazwać? - W tonie głosu Emmy więcej 

było zdumienia niż złości. 

-    Zgodzisz się chyba ze mną, że nie miałem wielkiego wyboru. 

-    Boże... - Emma usiadła wyprostowana, walcząc z bólem, który 

nową, potężną falą zapulsował jej w głowie. - Nie wierzę, naprawdę 

w to nie wierzę. 

-    Jeżeli będzie to dla ciebie jakąś pociechą, to przyznaję, że ja 

sam nie bardzo mogę w to uwierzyć. - Garrett uśmiechnął się ze 

skruchą. - To jedna z takich historii, o których mówimy, że w swoim 

czasie pomysł wydawał się zupełnie sensowny. 

-    Byłeś... byłeś pijany? 

-    Nie. - Niepewny uśmiech Garretta powoli nabierał bardziej 

zdecydowanego charakteru. - Ale na szczęście dla mnie ty byłaś 

niezbyt trzeźwa. 

-    Przestań szczerzyć zęby. To wcale nie jest śmieszne! 

-    Mam nadzieję, że przyjdzie dzień, kiedy oboje będziemy się z 

tego śmiać. 

Emma zaprzeczyła ruchem głowy i od razu tego pożałowała - 

szarpiący ból przeszył jej skronie. 

-    Nie, Garrett, to nigdy nie będzie śmieszne. Wszystko między 

nami skończone. Nie wiem, co uknułeś, ale nie mam zamiaru brać w 

tym udziału. Chcę, żebyś zawiózł mnie z powrotem do Jackson. 

Natychmiast. 

RS

background image

46 

 

Garrett spojrzał na nią uważnie, wstał z łóżka i podszedł do okna. 

Potem wsunął ręce do kieszeni i patrzył ponuro w dal. 

-    Musimy porozmawiać, Em. A w Jackson nigdy do tego nie 

dojdzie. - Kiedy się do niej odwrócił, na jego ustach nie było śladu 

uśmiechu, z oczu zniknęły wesołe błyski. 

-    Właśnie dlatego przywiozłem cię tutaj. Żebyśmy przez kilka 

dni byli sami i dali sobie szansę... naprawienia tego, co się zepsuło. 

Emma nie słyszała w jego głosie nawet cienia groźby. Mówił z 

łagodną determinacją. Poczuła się tak, jakby ktoś zacisnął pięść na 
jej sercu. Z determinacją umiała sobie poradzić, ale nie z 

łagodnością. 

-    Za późno, żeby cokolwiek naprawiać. 

-    Być może - zgodził się Garrett po długiej chwili milczenia. - 

Może masz rację. Prawdę mówiąc, sam już nie wiem, co myśleć. 

Wiem tylko, że chcę spróbować. - Posłuchaj... - Znów usiadł na 
brzegu łóżka. - Zdaję sobie sprawę, że wykradanie cię w środku nocy 

było szaleństwem. Może jest mi trochę głupio, ale powtarzam: nie 

dałaś mi innej szansy. Zrobiłem więc to, co musiałem. 

Był zbyt blisko. Stał się zbyt przekonujący. Zbyt łatwo byłoby po 

prostu ulec. Tylko w jeden sposób mogła zwalczyć tę pokusę. 

-    Więc pewnie zrozumiesz, kiedy powiem ci, że ja też muszę 

zrobić to, co muszę, czyli wynieść się stąd! 

Wpadła w panikę. Jego bliskość stała się nie do zniesienia; czuła, 

że jeszcze chwila i nie zdoła mu się oprzeć. W ostatnim obronnym 

odruchu wyskoczyła z łóżka. Oszołomienie i ból spadły na nią 

równocześnie. Zachwiała się, szukając po omacku czegoś, na czym 

mogłaby się oprzeć - i znalazła dłoń Garretta. Silną. Pewną. 

Przyjacielską. 

Chciała cofnąć rękę, ale przeklęte kolana odmówiły jej 

posłuszeństwa. Wtedy Garrett przyciągnął ją do siebie. 

-    Puść mnie. - Walcząc jednocześnie z nim i ze swoim 

pragnieniem, Emma odpychała się pięściami od jego torsu. - Chcę 

odejść - przekonywała z całym uporem, na jaki potrafiła się zdobyć. 

-    Nie. - Wzrok Garretta stał się nagle tak twardy jak jego ciało. - 

RS

background image

47 

 

Ty chcesz uciec. 

Już otwierała usta, żeby zaprzeczyć, ale ubiegł ją -przypominając 

prawdę, do której nie chciała się przyznać nawet sama przed sobą. 

-    Chcesz uciec, tak jak uciekłaś od naszego małżeństwa. 

Garrett spodziewał się gniewu Emmy. Na swój własny nie był 

przygotowany. Nie wziął też pod uwagę, jak bardzo był spragniony 

jej bliskości. Gdy tylko wziął ją w ramiona, błyskawica pożądania 

przeszyła jego ciało. 

Poprzedniego wieczora, gdy wkradł się do jej sypialni, nie potrafił 

się powstrzymać i pocałował ją. Przyjęła go, spragniona, z żarem, 

którego w ich małżeństwie zaczęło od pewnego czasu brakować. 

Mógł ją wtedy posiąść. 

Mógł wziąć ją teraz. Od razu. I oboje o tym wiedzieli. 

W każdym jej oddechu czaiło się bolesne podniecenie. Każdy 

centymetr jej rozpalonego ciała zapraszał do miłości. 

Garrett wiedział, jak sprawić, żeby go błagała. Wiedział też, jak 

sprawić, żeby przyjemność wyrwała jej krzyk z gardła, jak 

doprowadzić ją na skraj bólu, a potem wyzwolić. Był pewien, że 

mógłby na powrót uczynić ją swoją, choćby tylko na jedną chwilę. 

Ale jedna chwila na nic by się zdała. Fizyczna ulga, rozładowanie - 

to za mało, żeby zabliźnić jej rany. Emma potrzebowała czegoś 
więcej. On także. I teraz, bardziej niż kiedykolwiek, powinien o tym 

pamiętać. 

Zaczerpnął głęboko powietrza, powoli odetchnął, a potem 

ostrożnie zwolnił uścisk. Zareagowała na to małe ustępstwo z 

gwałtownością, jakiej się nie spodziewał. Najpierw wymierzyła mu 

cios w pierś, a potem próbowała go odepchnąć. Zacisnął ręce na jej 

ramionach. 

-    Posłuchaj mnie, posłuchaj - powtarzał. - Przestań się szarpać! 

Nie miała szansy wygrać w tej walce. Wykorzystywał ją. Zarzucał 

potokiem słów, których wcale nie chciała słyszeć. 

-    Uciekasz, bo się boisz. Ale czas już przejrzeć na oczy, Em. 

Musisz wysłuchać prawdy. Pomyliłaś się - zaczął łagodniejszym 

tonem, licząc, że Emma przyzna mu rację. - To, co widziałaś, to była 

RS

background image

48 

 

rozmowa z klientką. Nic więcej. Do niczego jej nie zachęcałem. Nie 

spałem z nią. I sądzę, że ty o tym wiesz, ale boisz się. Po tym, co mi 
zrobiłaś, boisz się spojrzeć prawdzie w oczy. 

Emma milczała. Oddychała z trudem. Fizycznie musiała czuć się 

pokonana, ale jej zaciekle błyszczące oczy nie zdradzały cienia 

uległości. Milczała uparcie, więc Garrett ponownie rozluźnił uścisk. 

Tym razem nie rzuciła się na niego. 

-    I co, Em? Zastanawiasz się, czy nie popełniłaś błędu? Zdawało 

się, że całkiem opuściła ją wola walki. Garrett pogładził czule jej 
ramiona, wypuścił z objęć i patrzył, jak wraca do łóżka. Bezwiednie 

przyciągnęła kolana do piersi, oplotła wokół nich ręce i spuściła 

głowę. 

Po długiej chwili wahania Garrett postanowił zaryzykować i 

usiadł przy niej. Odruchowo zacisnął dłoń na jej kostce. Kiedyś tuliła 

się do niego po takim uspokajającym geście. Dzisiaj cofnęła stopę. 

-    Myślisz, że uda ci się wykręcić? - zapytała łagodnym, lecz 

beznamiętnie suchym tonem, nie wróżącym niczego dobrego. 

-    Czy mi się uda...? - Garrett wiedział tylko, że nie ma zamiaru 

się poddawać. - Nie jestem pewny, czy mi się uda. Ale stawka jest tak 

wysoka, że musiałem spróbować. Jak mogłem wysłuchiwać zwierzeń 

Sary - zmusił się do łagodnego tonu - o tym, jak jej mamusia jest 
nieszczęśliwa, i nie spróbować tego zmienić? Jak długo mogłem 

patrzeć na ciebie - wychudzoną, bladą, apatyczną - i nic nie robić? - 

Uniósł palcem jej brodę, tak że musiała spojrzeć mu w oczy. - Jak 

mógłbym cię kochać, dostrzegać, że cierpisz, i nie chcieć tego 

zmienić? 

Emma z całych sił starała się podsycać w sobie gniew, ale była u 

kresu wytrzymałości. Zbyt bardzo chciała mu uwierzyć. Zbyt bardzo 
czuła się winna, po tym, co mu zrobiła. Lecz wtedy stanęło jej przed 

oczami wspomnienie kobiety, do której on uśmiechał się tak poufale, 

tak jak wolno mu było uśmiechać się tylko do niej. Do nikogo więcej. 

To wspomnienie sprowadziło ją z obłoków na ziemię. 

-    Niech cię cholera! Niech szlag trafi twoje bajdurzenie, że 

chcesz coś naprawiać, kiedy to właśnie ty wszystko zepsułeś. Chcesz 

RS

background image

49 

 

ze mną pogrywać w ten sposób, powtarzając: „jak mogłem, jak 

mógłbym"? Świetnie, mogę z tobą zagrać. Zmieńmy tylko pytanie na 
„jak mogłeś"? Jak mogłeś mówić, że mnie kochasz, i pójść do łóżka z 

inną kobietą? 

Rzucając to oskarżenie, Emma widziała, jak pochmurnieje twarz 

Garretta, co tylko zwiększyło jej udrękę. Z nieludzkim wysiłkiem 

przełknęła łzy. 

-    Jak mogłeś mi to zrobić, a potem jeszcze kłamać? Żyły 

nabrzmiały mu na szyi, ale głos pozostał spokojny, niebezpiecznie 
spokojny. 

-    Jak mam ci to wytłumaczyć? Nie ma w moim życiu innej 

kobiety. Nie było żadnego romansu. Nic się nie wydarzyło. 

Emma wbiła paznokcie w kołdrę, przeklinając się w duchu za to, 

że chce mu uwierzyć, przeklinając Garretta za to, że potrafił zamącić 

jej w głowie. 

-    Nie traktuj mnie jak ostatniej kretynki. Dobrze wiem, co 

widziałam. - Parsknęła gorzkim śmiechem. - Ta kobieta leciała na 

ciebie jak diabli i uwodziła cię. A ty nie miałeś nic przeciwko temu. 

-    To była klientka. 

-    Jasne! - Emma machnęła ręką. - I tylko tyle masz do 

powiedzenia, prawda? 

-    Nie, do diabła. Po prostu staram się ci wyjaśnić... 

-    Proszę bardzo, wyjaśniaj! Jeżeli nie jesteście kochankami, to 

dlaczego ona śmiała dotykać cię w ten sposób? Tylko kobieta, która 

wie, że facet właśnie na to czeka, zachowuje się tak obcesowo. 

-    W porządku... - powiedział Garrett zmienionym tonem, w 

którym bunt mieszał się z poczuciem winy. -Więc może rzeczywiście 

wysyłałem jej... podświadomie jakieś sygnały. Od dawna czułem, że 
się ode mnie odwracasz. Coraz częściej uciekałaś ode mnie w łóżku, 

coraz rzadziej przytulałaś się... Więc może mnie po prostu wzięło, 

kiedy atrakcyjna kobieta dawała mi do zrozumienia, że jestem godny 

pożądania. 

Chociaż każde jego słowo przepojone było poczuciem winy, 

oburzenie zaparło Emmie dech w piersiach. Tak, odwracała się od 

RS

background image

50 

 

niego, ale przecież nie bardziej niż on od niej. 

-    I może poczułem się zraniony. Nie wiem. Może nawet trochę z 

tą kobietą flirtowałem, żeby polepszyć swoje samopoczucie. Ale nic 

więcej. Do niczego między nami nie doszło. 

W tonie głosu Garretta Emma usłyszała coś, co dotknęło ją 

bardziej niż słowa. Gdy wreszcie udało jej się odzyskać mowę, 

wydobyła z siebie jedynie ochrypły szept. 

-    Więc uważasz, że to wszystko moja wina? 

-    Nie, do diabła! - Garrett zaklął soczyście kilka razy, potem 

złapał się za głowę, wstał z łóżka i sztywnym krokiem zaczął 

przemierzać pokój. - Staram się być z tobą szczery - wyrzucił z siebie 

po chwili, zgrzytając zębami. - Sądzisz, że jestem z siebie dumny? 

Uważasz, że czułem się jak prawdziwy mężczyzna, gdy zachęcałem 

tamtą kobietę, zamiast zniechęcać, choć dobrze wiedziałem, że nic z 

tego nie będzie? Cierpiałem. Byłem po prostu samotny. - W jego 
głosie drżał gniew. - Byłem samotny - powtórzył. - Tak bardzo 

samotny, że w pewnej sekundzie przeszła mi przez głowę myśl, że 

nawet gdybym się z przespał z tamtą kobietą, byłbym 

usprawiedliwiony. 

To wyznanie spadło na Emmę jak grom z jasnego nieba. Zakryła 

dłońmi uszy. Nie mogła tego dalej słuchać. 

-    Zamilcz! 

Nie potrafiła jednak zatrzymać potoku swoich myśli. I po raz 

pierwszy poczuła prawdziwy strach, gdy słowa, które kłębiły się w 

jej głowie i które musiała z siebie wyrzucić, w ostatniej chwili 

uwięzły jej w gardle. Rozpaczliwie starała się o nich zapomnieć, ale 

te słowa zbyt boleśnie drążyły jej mózg, by mogła je w sobie stłumić. 

Sączyły się jak strużka krwi z rany, skapywały jak łzy przed 
paroksyzmem szlochu. 

-    Emmo... 

-    Nie. Nie mam zamiaru wysłuchiwać, jak odwracasz kota 

ogonem i wmawiasz mi, że to moja wina. Nie pozwolę sobie na to! 

Nie ze mną takie gierki. Nie pozwolę, żebyś zrobił ze mną to, co mój 

ojciec zrobił z moją matką. Nigdy ci się to nie uda! 

RS

background image

51 

 

Głuche milczenie zawisło nad nimi jak ciężka burzowa chmura. 

Aż do tej chwili Emma nie wiedziała. Nie podejrzewała nawet, że 

źródłem jej nieustającego lęku było zrujnowane życie jej matki. 

-    O mój Boże... - wyszeptała w kompletnym szoku. - Mój Boże... - 

mamrotała pokonana przez prawdę, chowając twarz w dłoniach. 

Garrett patrzył, jak krew odpływa z jej twarzy. Powinien był 

wiedzieć. Powinien zauważyć i domyślić się, skąd biorą się jej lęki. 

Znał historię jej matki. Posłuszna, obowiązkowa żona. Nigdy nie 

podnosząca głosu, pochodząca z wyższych sfer amerykańskiego 
Południa, Viola DuPree zostawiła za sobą Missisipi i wszystko, co 

było jej bliskie, żeby podążyć za mężem do Jackson. Zdecydowana za 

wszelką cenę bronić swego małżeństwa, godziła się na kłamstwa 

ukochanego nawet wtedy, kiedy jego liczne romanse przestały być 

dla kogokolwiek tajemnicą. Poświęciła dla niego życie, porzuciła 

dumę i zrezygnowała z godności - tylko po to, żeby rozwiódł się z nią 
w pół roku po przeprowadzce do Wyoming i odszedł z kobietą, dla 

której nie zawahał się porzucić rodziny. 

Viola nigdy się z tego nie otrząsnęła. Spustoszenie okazało się 

całkowite, klęska sromotna. Kiedyś tryskająca życiem, kochająca 

kobieta, zamknęła się w świecie zapomnienia. Przepustką do tego 

świata były recepty lekarskie, które uwolniły jej życie od bólu 
depresji. 

Dlatego Emma, piękna, dumna kobieta, boi się panicznie tego, co 

przydarzyło się jej matce. Dlatego jemu przypisuje grzechy swojego 

ojca - bez względu na to, czy ma ku temu jakiś powód, czy nie. 

-    Emmo? Kochanie... - Garrett dotknął jej włosów i delikatnie je 

pogładził. - Czy to jest prawdziwy powód naszych kłopotów? 

Emma patrzyła na niego rozbieganym, przerażonym wzrokiem. 

Garrett był pewien, że nie zauważyła nawet, kiedy zaczęła płakać. Z 

rozdartym sercem przyciągnął ją do siebie i zamknął w ramionach. 

Walka wyczerpała ją bez reszty. Przylgnęła do niego, jak w 

czasach, gdy byli parą młodych kochanków, i zaniosła się głośnym 

szlochem. 

Opłakiwała matkę. Opłakiwała siebie. I choć może by się do tego 

RS

background image

52 

 

nie przyznała, Garrett wiedział, że opłakiwała również to wszystko, 

co utracili. 

Kiedy wylała ostatnią łzę, odsunął z jej policzków mokre kosmyki 

włosów. 

-    Kocham twoją matkę, Em. Wiem, że ty też ją kochasz. Ale nie 

jesteś nią - wyszeptał, obejmując dłońmi jej twarz. - I nigdy nie 

będziesz do niej podobna. A ja nie jestem twoim ojcem. Nigdy nie 

zrobiłbym tego, co on uczynił twojej matce. Pomyśl o tym. Pomyśl, a 

na pewno się ze mną zgodzisz. 

Siedział z nią tak przez długą chwilę, nie spodziewając się żadnej 

reakcji. Zastanawiał się, jak mogli tak zaniedbać swoją miłość. Tak 

oddalić się od siebie i dopuścić, żeby podświadome lęki zagroziły ich 

przyszłości. W końcu udręczony tymi myślami, odsunął Emmę 

delikatnie od siebie i położył na łóżku. 

-    Wiem, że mamy różne problemy, Em - wyszeptał, okrywając ją 

kołdrą. - Wiedziałem o tym od dawna, ale błagam, uwierz mi, że 

żadnym z tych problemów nie jest inna kobieta. 

Zamknęła opuchnięte od łez powieki i przytuliła się do poduszki. 

-    Dla mnie istnieje tylko jedna kobieta. Na zawsze. Potrzebuję 

jej. Potrzebuję jej pomocy, żeby znaleźć sposób na wygrzebanie się z 

tego bałaganu. Proszę, zostań ze mną. Daj nam chociaż.... chociaż 
tydzień, żebyśmy mogli sprawdzić, czy to się uda. 

Garrett nie miał pojęcia, co jeszcze może zrobić. Co powiedzieć. 

Czuł się równie przygnębiony, wyczerpany i pobity jak Emma. Miał 

coraz mniejszą nadzieję, że ich rany dadzą się zagoić. Delikatnie 

ścisnął jej ramię. 

-    Odpocznij teraz. Kiedy będziesz miała ochotę wstać, w skrzyni 

pod oknem znajdziesz jakieś ubrania. Potem spokojnie 
porozmawiamy. 

Stał jeszcze z minutę na szczycie schodów, ale nie doczekał się 

żadnej reakcji. Emma nie zawołała go. Nie poprosiła, żeby został. 

Odwróciła się do ściany i pozwoliła mu odejść. 

 

 

RS

background image

53 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Garrett zostawił Emmę na poddaszu, a sam wyszedł na taras 

okalający chatkę. Wyciągnął się w wiklinowym fotelu, bose stopy 

skrzyżował na poręczy i walczył się ze znużeniem 
obezwładniającym jego umysł. 

Pewien był, że jeśli tylko zostanie z Emmą sam na sam, uda mu się 

wszystko naprawić. Lecz teraz, po tym, co od niej usłyszał - stracił tę 

pewność. 

Bał się o nią. I dlatego zaczął bać się o nich oboje. 

W końcu zmęczenie wzięło górę nad rozterkami. Zasnął, 

zastanawiając się, czy Emma dalej będzie się upierała, żeby odwiózł 
ją z powrotem do Jackson. Obudził się z tą samą dręczącą myślą i z 

poczuciem, że nie jest sam. 

Powoli wyprostował się w fotelu, przeciągnął się, próbując 

rozluźnić sztywne ramiona, wreszcie odwrócił się i zobaczył Emmę. 

Stała obok, ubrana w nowe dżinsy i żółty bawełniany sweter, 

który kupił dla niej poprzedniego dnia. Na stopach miała jasnożółte 
zamszowe mokasyny. Wyszczotkowane, lśniące włosy spięła złotą 

spinką, którą zostawił jej na toaletce. 

Powieki miała nieco opuchnięte, ale wyglądała na wypoczętą i 

wyspaną. Mimo że bardzo schudła i była blada jak ściana, wciąż 

elektryzowała go swoją urodą. Jednak to, co zobaczył w jej oczach, 

poruszyło go najbardziej. 

Walczyła ze sobą, nie podjęła jeszcze decyzji, a to oznaczało, że nie 

przestała się bać. 

Z uczuciem ssania w dołku przyglądał się jej profilowi. Uczepiła 

się belki podtrzymującej daszek nad tarasem, przytuliła policzek do 

szorstkiego drewna i nieruchomym wzrokiem patrzyła w dół doliny. 

Jej milczenie mogło oznaczać wszystko... 

-    Wypoczęłaś? - zapytał cicho Garrett. 
-    Od bardzo dawna nie spałam tak twardo. 

-    Widocznie tego potrzebowałaś. - Jeszcze jedna banalna, 

RS

background image

54 

 

nieszkodliwa uwaga. 

Oboje dobrze rozumieli znaczenie tej słownej gry. Wykręcali się. 

Żadne z nich nie chciało podjąć wątku, który poprowadziłby ich do 

sedna sprawy. 

Emma zerknęła na Garretta przez ramię, potem odwróciła wzrok 

w kierunku rzeki. Na drugim brzegu jej srebrzystego, rwącego nurtu 

wyniosłe sosny i drżące osiki wspinały się po łagodnych zboczach 

wzgórza, otwierając panoramę dalekich, ośnieżonych szczytów. 

-    Jak tu pięknie. 
Następny truizm, a jednak w sercu Garretta zatliła się iskierka 

nadziei. 

-    Dlatego, między innymi, przywiozłem cię właśnie tutaj. 

Miałem nadzieję, że ten widok skusi cię do zostania. Pozostaje mi 

teraz zapytać, czy przynęta była skuteczna... 

Oboje wiedzieli, że piękno doliny Wind River nie wpłynie na 

decyzję Emmy i oboje zdawali sobie sprawę, że od jej odpowiedzi 

zależy wszystko. 

Emma milczała zbyt długo. Garrett nie mógł czekać w 

nieskończoność. 

-    Dziesięć lat, Em - użył ostatniego argumentu, jaki mu pozostał. 

- To powinno być warte jednego tygodnia. 

Tylko jednego tygodnia. Czy nie możemy dać sobie siedmiu dni i 

przekonać się, czy pozostało jeszcze coś do uratowania? 

-    A jeśli nic nie pozostało? Jeśli nie ma już niczego, co można by 

ratować? 

Teraz on patrzył w dolinę, zaciskając dłonie na poręczy tarasu. 

-    Wtedy oboje stąd wyjedziemy ze świadomością, że 

przynajmniej spróbowaliśmy. 

Sekundy wlokły się niemiłosiernie. Gdzieś w oddali zakrakał kruk, 

wiatr szeptał pomiędzy sosnami. Rzeka, szemrząc, wiła się w 

odwiecznym skalnym korycie. Niezliczone odgłosy doliny Garrett 

rejestrował całkiem bezwiednie, tak jak odgłos własnego oddechu i 

głuche walenie serca. Aż nagle usłyszał swoje imię. 

-    Garrett... 

RS

background image

55 

 

Odwrócił się i zlustrował wzrokiem Emmę, od twarzy po 

wyciągniętą do niego dłoń. 

Wahała się, ale jednak ją wyciągnęła do niego. Po raz pierwszy, od 

kiedy to wszystko się zaczęło, zobaczył w jej oczach cień nadziei. 

Odepchnął się od poręczy. Zamknął jej małą dłoń w swojej 

wielkiej dłoni i podniósł ją do ust. 

-    Zostaniesz? 

Milczała. Wciąż milczała, a on nie mógł znieść tego milczenia. 

Potem spojrzała mu w oczy i przez kilka sekund przyglądała się jego 
twarzy. 

-    Em...? 

-    Zostaję. 

Jeżeli ulga mogłaby być jeszcze słodsza, na pewno by sączył jej 

słodycz bez końca. Jeżeli nadzieja mogłaby być bardziej porywająca, 

wyrosłyby mu skrzydła. Chciał wziąć Emmę w ramiona, zanieść do 
łóżka i wykochać wszystkie ich problemy. 

Emma jednak była krucha jak szkło. I ciągle się wahała. 

Garrett stłumił w sobie podniecenie i zbliżył się do niej jak do 

płochliwego źrebaka - ostrożnie i z troską. 

-    Zrobię wszystko, żebyś tego nie żałowała. 

Na chwilę, na całą wieczność, spotkały się ich oczy, a potem Emma 

rzuciła mu się w ramiona. 

Z tą samą desperacją, która zmusiła Garretta do porwania żony w 

środku nocy, zanurzył palce w jej włosach i przyciągnął ją do siebie. 

-    Poradzimy sobie, wszystko naprawimy. - Pocałował ją w 

czubek głowy, walcząc z uczuciem, które wezbrało w nim tak mocno, 

że aż zaczęły szczypać go oczy. - Dowiemy się przez ten tydzień, co 

nam nie wychodziło, a potem to naprawimy. 

Delikatnie odsunął Emmę od siebie i ujął w dłonie jej szczupłe 

ramiona. 

-    Chcę, żebyś wróciła - mówił ze ściśniętym gardłem. - Pragnę, 

żeby wróciła do mnie kobieta, którą pokochałem na zawsze. 

Odważna i kochająca. Kobieta, która zawsze ma swoje własne zdanie 

i nigdy nie chowa głowy w piasek. 

RS

background image

56 

 

-    A jeżeli tej kobiety już nie ma? - spytała Emma z lękiem i 

rozpaczą w głosie. - Jeżeli stała się maniaczką, która zawędrowała w 
ślepą uliczkę i oszołomiła narkotykiem ojca swojego dziecka? Jeżeli 

ta kobieta sama już nie wie, kim jest i czego chce? 

-    Wtedy razem ją odnajdziemy. Rozczarowałem cię, Em. Zdaję 

sobie z tego sprawę, ale nie w taki sposób, jak myślisz. 

Przez chwilę szukał właściwych słów. 

-    Popełniałem błędy. Oboje je popełnialiśmy. Zanim się jednak 

zabierzemy do szukania ich i naprawienia, musisz uwierzyć, że 
jednego błędu nigdy nie popełniłem. Nigdy nie było w moim życiu 

żadnej innej kobiety. Nigdy! 

Emma zamknęła oczy, z trudem łapiąc oddech. 

-    Daj mi po prostu szansę. Chcę, żebyś znowu mi zaufała. Daj 

nam obojgu szansę, żebyśmy mogli w siebie wierzyć. 

-    A jeżeli nam się nie uda? 
-    Wtedy podpiszę zgodę na rozwód, jeśli ciągle będziesz tego 

chciała. 

Garrett znowu zobaczył w jej oczach strach. Wystarczył jeden 

nieostrożny krok, żeby Emma zmieniła zdanie, ale on nie zamierzał 

do tego dopuścić. Porozumienie, jakie zawarli, było bardzo kruche. 

Jej rozpacz zbyt głęboka, a rany zbyt świeże, żeby je rozdrapywać. 
Jeszcze nie teraz. Zresztą to samo mógł powiedzieć o sobie. 

Musiał pozostawić i jej, i sobie dużo swobody. Oboje powinni 

odetchnąć i zająć się drobnymi, codziennymi sprawami. Wystarczyła 

mu sama świadomość, że Emma zostaje. Tak bardzo podniosła go na 

duchu, że o niczym więcej nie śmiał nawet marzyć. 

-    Nie jadłaś śniadania, nie mówiąc o lunchu - powiedział z 

uśmiechem. - Może spróbujemy to nadrobić, co ty na to? 

Bez słowa podszedł do drzwi i otworzył je przed Emmą. Wahała 

się przez ułamek sekundy, ale odwzajemniła uśmiech i przeszła 

przez próg. 

Emma usiadła przy wyciosanym z surowego sosnowego drewna 

stole, a potem patrzyła, jak Garrett wyjmuje z lodówki jedzenie i 

przygotowuje kanapki. 

RS

background image

57 

 

Przygnębiona, myślała o swoim porannym odkryciu. Nieznośnie 

upokarzająca była świadomość, że nawet przed sobą ukrywała 
własne lęki. Bała się o swoje małżeństwo, podświadomie zakładając, 

że stanie się lustrzanym odbiciem małżeństwa jej matki. A najgorsze, 

że owym skrywanym, obsesyjnym lękiem wyrządziła krzywdę 

Garrettowi i Sarze. 

A jednak ulga - nagle i niespodziewanie - wzięła górę nad żalem i 

niepewnością. Podjęła decyzję - pierwszą, którą uważała za słuszną, 

od nocy, kiedy opuściła Garretta. Cokolwiek miało zdarzyć się w 
najbliższych dniach, jakkolwiek miało się to skończyć, przynajmniej 

odważyła się spróbować. 

Ale nie tylko dlatego poczuła ulgę. Kiedy zobaczyła Garretta na 

ostatnim stopniu schodów prowadzących na poddasze, poczucie 

bezpieczeństwa stało się silniejsze od gniewu. Powinna być wściekła 

na niego za to porwanie, ale gdy uświadomiła sobie, jak bardzo mu 
na niej zależy, obudziła się w niej ta część serca, która od bardzo 

dawna trwała w letargu. 

Po tych wszystkich miesiącach bez Garretta Emma miała ochotę 

rzucić mu się w ramiona i kochać się z nim do utraty tchu. Kusił ją, 

kiedy po prostu szedł, na bosaka, w dżinsach opinających wąskie 

biodra. Wciąż miał ciało atlety. Zawsze wyglądał jak wyjęty spod 
prawa banita - cała trójka Jamesów tak wyglądała - z ciemnymi 

włosami opadającymi bezładnie na czoło, z oczami w kolorze 

letniego burzowego nieba. 

Jego wielkie, silne dłonie, zajęte teraz przygotowaniem kanapek, 

były dłońmi ciężko pracującego mężczyzny, a bywały też delikatne 

albo zmysłowo gwałtowne. Na wspomnienie tych dłoni błądzących 

po jej ciele Emmę przeszył dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Niemal 
jednocześnie w jej głowie odezwał się dzwonek alarmowy. Zbyt 

wiele wycierpiała, żeby nie zdawać sobie sprawy, że zaspokojenie 

pożądania nie rozwiązałoby żadnego z ich problemów. 

-    Powiesz mi wreszcie, gdzie jesteśmy? 

-    Może sama zgadniesz? 

-    To nie są góry Teton - odpowiedziała Emma po chwili 

RS

background image

58 

 

zastanowienia, wzruszając ramionami. 

-    Masz rację. Jesteśmy w górach Wind River Range. 
-    Wind River? - Emma powoli rozejrzała się wokół z 

niedowierzaniem. - W takim razie to jest ta chata... To znaczy, że 

jestem na uświęconej ziemi. 

Garrett zachichotał, słysząc zdumienie w jej głosie. Ja-mesowie od 

lat nie robili żadnej tajemnicy z tego, że dom, który wybudował ich 

ojciec, to terytorium przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn. Z 

wyjątkiem ich matki żadna kobieta nie przekroczyła nigdy jego 
progów. 

-    Nie złamałeś żadnej uświęconej zasady, zabierając mnie tutaj? 

Nim Garrett zdążył odpowiedzieć, Emma zmarszczyła brwi, 

przypominając sobie coś jeszcze. 

-    Myślałam, że do tej doliny można dostać się tylko pieszo albo 

ko... - przerwała w pół słowa. - Przywiozłeś mnie tutaj na końskim 
grzbiecie, a ja tego nie pamiętam? 

-    Nigdy nie piłaś alkoholu, Em... Teraz już oboje wiemy, 

dlaczego. No właśnie, a jak tam twoja głowa? 

-    Podejrzewam, że lepiej funkcjonuje niż twoja... tego dnia, kiedy 

od ciebie odeszłam - odpowiedziała z poczuciem winy w głosie. 

Od tamtego koszmarnego wieczoru nieustannie, przez całe dnie i 

noce, dręczyły ją wyrzuty sumienia. Oszołomiła Garretta 

barbituranami. Ogoliła mu głowę. Zniszczyła jego życie i pozbawiła 

go dziecka. Zrobiła to powodowana chorobliwymi lękami. 

To prawda, że ich małżeństwo znalazło się w kłopotach. To fakt, 

że przeżyła szok i bardzo cierpiała, kiedy zobaczyła go z tamtą 

kobietą. Nic jednak nie mogło usprawiedliwić tego, co zrobiła. 

Spojrzała na swoje dłonie. 

-    Bardzo... bardzo cię przepraszam. Ciągle jeszcze nie mogę 

uwierzyć, że... coś takiego... 

-    Hej, nie myśl o tym teraz. Przed nami cały tydzień. Odpuśćmy 

to sobie, zgoda? 

Jak zwykle chciał ją chronić. Chronienie jej przed kłopotami i 

przykrościami było jedną z rzeczy, w których Garrett był mistrzem. 

RS

background image

59 

 

Zawsze zależało mu na tym, żeby czuła się bezpiecznie. Był taki silny 

i opiekuńczy. A jej to odpowiadało i bez najmniejszych oporów 
chroniła się pod parasolem jego siły. Teraz zaczynała podejrzewać, 

że jej przyzwolenie na taki układ przyczyniło się do kłopotów, w 

które wpadli. 

Ale przecież tu nie chodzi o siłę Garretta, pomyślała ponuro. 

Problem w tym, że jej od dawna brakowało siły. 

Od tego powinna zacząć. Żeby myśleć o jakiejkolwiek szansie 

uratowania ich związku, musiała rozprawić się ze swoją słabością. 

Garrett chciał dać jej na to czas. On wcześniej zrozumiał, że to, 

czego najbardziej jej trzeba, to właśnie czas. 

Żeby przerwać panujące milczenie, Emma rozejrzała się po chacie 

i powiedziała: 

-    Całkiem imponująca... Zawsze pożerała mnie ciekawość, jak tu 

jest. I do głowy mi nie przyszło, że kiedyś to wszystko zobaczę na 
własne oczy. 

Garrett uśmiechnął się łagodnie, kładąc przed Emmą usmażony 

bekon, sałatę, pomidory i chleb. Wymownym gestem podniósł 

dzbanek z kawą. Gdy Emma skinęła głową, wyjął dwa kubki i 

napełnił je. 

-    Ta chata zawsze była dla nas czymś wyjątkowym. Zbudował ją 

nasz ojciec. Ogłosiliśmy ją męskim sanktuarium, choć byliśmy wtedy 

chłopcami udającymi mężczyzn. 

-    Chyba powinnam czuć się zaszczycona tym, że jednak tu 

jestem? - spytała cicho Emma. 

-    W tych okolicznościach - uśmiechnął się przekornie Garrett - 

czując się uhonorowana, jesteś niezwykle wspaniałomyślna. 

Nie miał tego zamiaru, ale niechcący otworzył przed nią jeszcze 

jedną furtkę do rozmowy na temat, którego chciał uniknąć. Ponieważ 

Emma nie skorzystała z okazji, doszedł do wniosku, że miał rację, 

odkładając rozmowę na później. 

-    A co twoi bracia na to, że tu jestem? Brali w tym udział, 

prawda? Jamesowie zawsze trzymają się razem. 

-    Nawet jeśli narażają się na oskarżenie o kidnaping. 

RS

background image

60 

 

-    No właśnie... Moją matkę ta historia może wyprowadzić z 

równowagi. 

Garrett postawił przed nią pełny talerz kanapek, usiadł na krześle 

po drugiej stronie stołu i zaczął jeść. 

-    Jesse się tym zajmuje. 

-    Jesse zajmuje się moją matką? 

-    Ma ją uspokoić. Twoja matka uwielbia Jesse'a. Roześmiany 

mały chórzysta z tym swoim „proszę pani" oczarował ją raz na 

zawsze. Mam nadzieję, że przekona ją, iż czujesz się świetnie i jesteś 
w dobrych rękach. 

Emma wzięła kanapkę, wyobrażając sobie Jesse'a ze swoją matką. 

-    Ta sztuczka powinna się udać. 

-    Wierzę w jego spryt. - Garrett uśmiechnął się 

porozumiewawczo. - Bo Jesse sądzi, że jest stanowczo za ładny, żeby 

iść na dwadzieścia lat do więzienia. 

-    A co z twoją matką? 

Garrett spoważniał i oparł ręce na stole. 

-    Kazała ci przekazać, że bardzo cię kocha i prosi o wybaczenie, 

bo... dała mi błogosławieństwo na drogę. Poza tym liczy, że 

spodobała ci się bielizna, którą dla ciebie wybrała. 

Garrett patrzył, jak policzki Emmy pokrywają się rumieńcem. 

Rozumiał przyczynę jej zmieszania, bo widział tę bieliznę. Chciał 

zobaczyć ją w tej bieliźnie. I bez bielizny... Szybko odsunął od siebie 

te myśli i zaczął jeść kanapkę. 

-    Ale jak udało wam się wykiwać Maddie? 

-    To było zadanie Claya. 

-    Następny interesujący plan... 

-    Coś w tym rodzaju. Kiedy wczoraj wieczorem wynosiłem cię z 

domu Maddie, ona lżyła mojego brata i klęła jak szewc. 

-    Chciała jak najlepiej. 

-    Wiem. Posłuchaj... - Garrett wyczuł, że za chwilę wpadną w 

sidła, które starali się obejść. - Chcę ci coś zaproponować. 

Oparł się łokciami o stół, czekając, aż Emma poświęci mu całą 

swoją uwagę. 

RS

background image

61 

 

-    Mamy problemy, Em. Ale mamy też za sobą wspólną 

przeszłość. Dobre czasy. Tamtego dnia w parku poprosiłem cię, 
żebyś powiedziała mi, że mnie już nie kochasz. Nie zrobiłaś tego. 

Wolałem wierzyć, że nie możesz tego powiedzieć. I chociaż nie 

spodziewam się, że to potwierdzisz, teraz też wolę w to wierzyć. 

Wyciągnął ręce i ujął jej dłonie. Nie broniła się, więc mówił dalej. 

-    Kocham cię, Em. Nigdy nie przestałem cię kochać. Przez 

następne kilka dni chcę ci o tym przypomnieć i spróbować odzyskać 

to, co straciliśmy. 

-    Garrett... 

-    Jeszcze chwilkę. Nam obojgu zbyt trudno jest mówić o tym, co 

ułożyło się źle. Nie zaczynajmy więc od tego. Zacznijmy od tego, co 

było dobre. Przypomnijmy sobie, co kiedyś mieliśmy, i spróbujmy to 

odzyskać. 

-    Powrót do przeszłości niczego nie rozwiąże. - Emma spojrzała 

smutno na ich połączone w uścisku dłonie. 

-    Może masz rację - przyznał Garrett. - Ale teraz właśnie tego 

potrzebujemy. Musimy znowu poczuć grunt pod stopami. 

Emma nie odpowiedziała ani słowem. Ale też nie cofnęła dłoni. 

Garrett zaczął ją głaskać. Wyczuł moment, w którym zrezygnowała z 

walki i wybrała uległość. 

-    Jak to zrobimy? - spytała cichym, tęsknym głosem. - W jaki 

sposób zdołamy wrócić do przeszłości? 

-    To zmartwienie zostaw mnie, dobrze? 

Jonathan James zbudował drewniany dom w dolinie Wind River 

dla siebie i swojej młodziutkiej żony. Ale kiedy rodzina zaczęła się 

powiększać, a potem chłopcy wyrośli, ze stojącej na uboczu chaty 

korzystali bardziej oni niż ich rodzice. 

Przez wszystkie ich dziecięce i młodzieńcze lata Jonathan zabierał 

synów w góry na długie weekendy i stopniowo wszyscy trzej 

chłopcy zaczęli uważać chatę i okoliczną ziemię za swoje terytorium. 

Również w wieku męskim - razem albo osobno - spędzali tam dużo 

czasu. 

Kilka kosmetycznych zabiegów przystosowało chatkę do 

RS

background image

62 

 

ugoszczenia w niej kobiety. Z pomocą Logana, który okazał się 

zakamuflowanym romantykiem, Garrett przygotował zapasy 
jedzenia, naprawił generator, żeby mieli elektryczność, poprowadził 

wodociąg od rzeki i umył okna. Kupił nawet nową pościel i po długiej 

dyskusji z samym sobą wyposażył się w drobiazgi przydatne do 

stworzenia odpowiedniego nastroju i odzyskania Emmy. 

Po lunchu oprowadził żonę po chatce, która składała się z 

poddasza, jednego wielkiego pokoju na dole służącego za salon, 

jadalnię i kuchnię, małej łazienki oraz sypialni z piętrowymi łóżkami. 
Przez chwilę podziwiali panoramę doliny. 

-    Co chciałabyś robić? - spytał, gdy wyszli na okalającą domek 

werandę. - Teraz ty tu rządzisz, Em. Przywiozłem kilka książek i 

płyty. 

Podziękowała mu uśmiechem, ale jej oczy powędrowały jej w 

kierunku rzeki. 

-    Mam ochotę na spacer. Jest taki piękny dzień. 

-    Wolisz spacerować sama, czy życzysz sobie towarzystwa? 

-    Z przyjemnością skorzystam z towarzystwa. - Emma 

uśmiechnęła się niepewnie, myśląc o tym, jak serdecznie dosyć ma 

samotności. 

Nie pamiętała nawet, kiedy ostatnio pozwoliła sobie na czerpanie 

radości z czegoś tak zwykłego jak spacer w słoneczny dzień. 

Przez ostatnie trzy miesiące wiodła życie, które było niczym 

innym jak pustą egzystencją. Dzisiaj czuła powiew wiatru na 

policzkach, patrzyła z zachwytem na niebo, wsłuchiwała się w 

szelest sosnowych gałązek i igieł pod stopami. 

Pozwoliła Garrettowi chwycić się za rękę, kiedy pokonywali 

zwalony pień. Śmiała się, kiedy zerwał kilka kwiatów i wplótł je w jej 
włosy. Jej mąż dzielił się z nią swoją doliną i zapraszał ją, by uznała 

ją też za swoją. 

Wszystko stało się nagle łatwe. Łatwo było domagać się małej 

porcji szczęścia, pozbyć się smutków, zapomnieć o lękach. Łatwo 

było patrzeć na mężczyznę, w którym była zakochana, i marzyć o 

przyszłości tak harmonijnej jak śpiew płynącej rzeki i muzyka 

RS

background image

63 

 

wiatru. 

Ironia losu polegała na tym, że to właśnie Garrett -mężczyzna, 

który strącił ją w otchłań mroku - ofiarował jej teraz światło. Ale na 

razie nie przychodził jej do głowy nikt inny, na kogo chciałaby liczyć. 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 

RS

background image

64 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Spędzone razem popołudnie, zdaniem Garretta, dobrze wróżyło 

na przyszłość. Emma złagodniała. Uśmiechała się, odprężyła, 

pozbyła tego ostrego czujnego spojrzenia i przestała wracać do tego, 
co przywiodło ich małżeństwo na skraj przepaści. 

Kiedy tuż przed zmierzchem zastał ją w wiklinowym fotelu, 

korzystającą z ostatnich promieni zachodzącego słońca, zdecydował, 

że pora już, małymi kroczkami, przejść do trudniejszego zadania. 

-    Wyglądasz w tym fotelu na całkiem zadowoloną, Emmy Lou - 

powiedział z żartobliwym błyskiem w oczach. - A urodą zaćmiłaś 

zachód słońca. 

-    Nie nazywałeś mnie Emmy Lou, od kiedy skończyłam 

szesnaście lat. Pamiętam, jak mozoliłeś się z zapięciem mojego 

biustonosza na tylnym siedzeniu samochodu. 

-    Coś takiego... Ciekawe, czy zdołam cię namówić do mniej 

selektywnego traktowania swojej pamięci. 

-    Spróbuj... - Emma uśmiechnęła się pobłażliwie. -Zobaczymy, co 

z tego wyniknie. 

Oparł się o poręcz tarasu. Słońce grzało mu plecy, a na policzkach 

Emmy malował się pąsowy rumieniec. Garretta ogarniało coraz 

większe pożądanie. 

-    Pamiętasz, kiedy pierwszy raz poprosiłem cię, żebyś ze mną 

poszła na randkę? 

-    Nie przypominam sobie, żebyś prosił. To było coś w tym stylu: 

„Grają dziś dobry film. Możesz ze mną pójść, jeśli chcesz". 

-    Ostatni wielki romantyk! - jęknął Garrett, spuszczając głowę. 

-    Nie było tak źle - ciągnęła Emma. - Pamiętam, że 

przytrzymałeś dla mnie drzwi w tym kinie. Wydało mi się to całkiem 

romantyczne. 

-    Prawdopodobnie zrobiłem to ze strachu, bo gdybym 

zapomniał o dobrych manierach, a zobaczyłaby to któraś z 

przyjaciółek mojej mamy, natychmiast by jej o tym doniosła. A z 

RS

background image

65 

 

mamą nie było żartów. 

-    Więc tylko udawałeś wtedy dżentelmena? 
-    Żeby podziwiać twój tajemniczy uśmiech? Jasne. Przynajmniej 

na początku. - Oczarowany uśmiechem, o którym mówił, spojrzał 

Emmie głęboko w oczy. - Ale potem... Potem odkryłem w tobie coś, 

co kazało mi zachowywać się jak należy. Otwierać przed tobą drzwi, 

kupować ci kwiaty... przeskakiwać góry. 

Emma podniosła się z fotela i stanęła przy nim, opierając się o 

poręcz werandy. 

-    A czekała na to przynajmniej połowa dziewcząt ze starszej 

klasy... A ja, skromne, nieśmiałe dziewczątko z niższej klasy, za 

każdym razem, kiedy obdarzałeś mnie uśmiechem typu „cześć, 

dziecinko", miałam kolana jak z waty. 

-    Uśmiechem typu „cześć, dziecinko"? - Garrett wzdrygnął się. - 

Okropne! Co za frajer był ze mnie. Dlaczego w ogóle zgodziłaś się na 
to spotkanie? 

-    Z powodu filmu. Całe lato marzyłam, żeby go obejrzeć. 

-    Więc nie dla mojego nieodpartego uroku? 

-    Uroku też ci nie brakowało. Zwłaszcza wówczas, kiedy 

przestawałeś grać supermana. - Emma skrzyżowała ręce na 

piersiach, wyraźnie ubawiona jego zakłopotaniem. – Był jeszcze 
jeden uśmiech, taki, którego nie wykorzystywałeś jako przynęty. O, 

właśnie. - Wyraźnie złagodniał jej wzrok, gdy zobaczyła, że unoszą 

się kąciki ust Garretta. - Właśnie taki! To ten uśmiech sprawił, że 

powiedziałam „tak". 

-    Widzisz jakąś szansę na to, żeby mój uśmiech znowu zadziałał, 

na przykład dziś wieczorem? - Garrett spojrzał na nią niemal 

błagalnie. 

Natychmiast spoważniała. Rozumiał to. Pomyślała, że prosi o coś 

więcej niż o randkę. I chciałby o to prosić, ale było jeszcze za na to 

wcześnie. 

-    Umówiliśmy się, że zaczynamy wszystko od początku, 

prawda? Chodzi mi tylko o randkę. Wybierzesz się dziś ze mną do 

kina, Emmo DuPree? 

RS

background image

66 

 

Emma odprężyła się i rozejrzała się po dolinie, wodząc wzrokiem 

po gęstej ścianie lasu. Nigdzie nie doszukała się śladu cywilizacji. 

-    Do kina? Gdzie tu znajdziesz jakieś kino? 

-    Trzeba wykrzesać z siebie trochę wiary - mruknął Garrett, 

wyciągając do niej dłoń. - Zaufaj mi. 

Emma, choć z oporami, zaczynała mu znowu ufać. Powoli, krok po 

kroczku, zamierzał wynagrodzić jej to zaufanie swoją szczerością. 

-    Dama życzy sobie oglądać film, więc zabieram ją do kina. 

Poczekaj tu na mnie. Zaraz wracam. 

Przygotowując się na ten tydzień, Garrett z Loganem przynajmniej 

dziesięć razy wspinali się na końskich grzbietach do chatki. 

Dostarczyli jedzenie, wino i gaz do generatora. Garrett sam wtargał 

na górę książki, odtwarzacz kompaktowy i telewizor z 

magnetowidem, którego mało nie stracił, bo klacz spłoszyła się i 

pognała między wielkie głazy. Gdy jednak wprowadził Emmę do 
chatki, nie żałował ani swoich obolałych mięśni, ani nadwerężonego 

kręgosłupa. 

Jej cudowny uśmiech wystarczył za nagrodę. I błądzące w jej 

oczach pytanie. A potem odpowiedź na to pytanie, Tak, on zrobił to 

dla mnie. Garrett natychmiast zrobiłby to raz jeszcze, żeby zobaczyć 

jej promieniejącą minę. 

Posadził ją na sofie i zasypał zapasami popcornu, wody sodowej i 

słodyczy. 

-    Ho, ho, coś mi to przypomina. - Emma wsunęła między kolana 

puszkę z wodą sodową i zaczęła mocować się z pudełkiem „Milk 

Duds". - Na naszą pierwszą randkę kupiłeś to samo. 

-    Chciałem ci zaimponować. 

-    A ja sobie pomyślałam, że jesteś po prostu okropnym 

żarłokiem. 

-    Spudłowałem, prawda? - westchnął Garrett. 

-    Niezupełnie. - W piwnych oczach Emmy pojawiły się 

przekorne błyski. - Może trochę przesadziłeś. Pomyślałam, że było 

bardzo miło. 

-    A ja pomyślałem, że pachniesz jak łąka pełna kwiatów. Emma 

RS

background image

67 

 

roześmiała się beztrosko, zmagając się z wielką miską popcornu, 

którą udało jej się w końcu umieścić na kolanach. 

-    To dlatego, że za bardzo przyzwyczaiłeś się do zapachów 

szatni przy sali gimnastycznej. A ja tak się zdenerwowałam, że 

rozlałam na sweter połowę buteleczki z perfumami „Gardenia". 

Myślałam, że nigdy się pozbędę się tego zapachu. 

-    Twój sweter... - powtórzył bezwiednie. - Jak ty wyglądałaś w 

tym swetrze. Wiesz, ile razy „przypadkowo" dotykałem twoich 

piersi, udając, że sięgam po popcorn? 

-    Dwadzieścia siedem. 

Emma zaśmiała się, kiedy Garrett bezsilnie opadł na sofę. 

-    To takie upokarzające, zdać sobie sprawę, że ta cała moja 

subtelna gra była dla ciebie taka przejrzysta. Em? - Garrett zamilkł, 

widząc, że nagle znieruchomiała. - Coś nie tak? 

-    Nic, nic. 
Zerknął na ekran telewizora, na który patrzyła Emma. 

-    Jak udało ci się znaleźć ten film? Nie... naprawdę nie sądziłam, 

że pamiętasz. Zresztą miałam wrażenie, że ten film nie bardzo ci się 

podobał. 

-    Podobało mi się, że jestem z tobą. 

Emma nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Garrett zadał 

sobie tyle trudu, odnalazł kasetę ze starym filmem, zadbał o nastrój - 

to wszystko rozpaliło w niej uśpione, dawno zapomniane uczucia. 

Podróż w czasie okazała się taka łatwa. Dzięki Garret-towi. 

Siedzieli obok siebie, prawie się dotykając, oboje nękani 

pragnieniem czułości. 

W tej samej sekundzie sięgnęli po popcorn. Musnęli się palcami, 

potem, ociągając się, cofnęli dłonie. Magiczne iskierki wibrowały tak 
jak wtedy, za pierwszym razem, rozbudzając w nich pragnienie 

czegoś więcej. 

Przez długą chwilę oglądali film w milczeniu. Jeszcze dłużej Emma 

zastanawiała się, kiedy Garrett uczyni następny ruch. I zupełnie tak 

samo jak przed laty, na pierwszej randce, rozmyślała, co zrobi, kiedy 

wreszcie on na ten ruch się zdecyduje. 

RS

background image

68 

 

Przyjemność oczekiwania rosła z każda sekundą. Emma boleśnie 

uświadamiała sobie każdy oddech Garretta, każdy najdelikatniejszy 
ruch bioder, równomierny rytm pulsu, piżmowy zapach jego skóry. 

Roześmiała się w duchu z samej siebie. Nie była przecież 

nastolatką ciekawą smaku pierwszego pocałunku. Była dojrzałą 

kobietą, która dobrze znała smak pocałunków tego mężczyzny. Ale 

właśnie ta wiedza przepajała oczekiwanie nieopisaną rozkoszą. 

W końcu, kiedy Garrett, udając, że się przeciąga, uniósł ręce nad 

głowę, Emma drgnęła gwałtownie. Trzeźwym wzrokiem i ledwie 
widocznym przeczącym ruchem głowy odpowiedziała na pytanie 

malujące się w jego oczach. 

-    Jeżeli dobrze pamiętam - szepnął, rozdmuchując drobne 

włoski na jej skroniach - kiedyś zaczynaliśmy właśnie w ten sposób. 

Popisując się beztroską nonszalancją, powoli zsunął ramię z 

oparcia sofy. 

-    Krok drugi - mówił z leniwym uśmiechem - powoli, prawie 

niezauważalnie, ramię ześlizguje się na dół po oparciu, aż... 

-    Aż? - zachęciła go Emma, gdy zawiesił dramatycznie głos. 

-    Aż... to właśnie następny krok, wymagający prawdziwej 

finezji... aż nadchodzi pora na zarzucenie przynęty. 

-    Przynęty...? - Nawet uśmiech Garretta nie był w stanie 

złagodzić bolesnego napięcia. 

-    Niewinny uśmiech... - Garrett ochoczo go zademonstrował- 

...sięgnięcie po popcorn... i ręka bezpiecznie ląduje na niczego nie 

spodziewającym się ramieniu. 

-    Co za skomplikowane manewry. Nie... nie miałam pojęcia o 

tych taktycznych zawiłościach sztuki podrywania. - Emma 

próbowała odwzajemnić żartobliwy uśmiech męża, ale zdradził ją 
ochrypły, niski głos. 

-    To rzeczywiście skomplikowana choreografia. - Jego wzrok 

zatrzymał się na jej ustach. 

Chwila beztroski i żartobliwego przekomarzania minęła. Oboje 

czuli się bezsilni wobec pożądania, które oplą-tywało ich 

niewidoczną, mocną siecią. Garrett chciał ją pocałować. I Emma 

RS

background image

69 

 

wiedziała, że jeśli teraz spróbuje, pozwoli mu na to. 

Widziała, jak niebezpiecznie pociemniały mu oczy. Pochylił się ku 

niej, ujął dłonią pod brodę i ostatnim wysiłkiem woli skierował 

swoją uwagę z powrotem na film. 

Minęło kilka sekund, zanim Emma zorientowała się, że 

wstrzymała oddech, i kilka następnych, zanim udało jej się wypuścić 

z płuc powietrze. Sama już nie wiedziała, czy przed chwilą uniknęła 

niebezpiecznego upadku, czy też wisi nad przepaścią, uczepiona 

skały. 

Z wielkim trudem próbowała trzymać się reguł gry Garretta. 

Próbowała się odprężyć. Starała się nawet poczuć wdzięczność za to, 

że okazał się taki wstrzemięźliwy, ale frustracja i rozczarowanie nie 

ustąpiły. 

Później - dużo później - uśmiech znowu zakradł się na jej usta. 

Garrett rzeczywiście miał zbójecką naturę - postępował dokładnie 
według założonego planu. Kiedy jego ręka, jak gdyby nigdy nic, 

znalazła się na jej ramieniu, ona natychmiast skorzystała z okazji, 

żeby się do niego przytulić. 

-    Jak miło - wymruczał, przyciskając usta do jej włosów. 

I zupełnie jak na pierwszej randce Emma zorientowała się, że nie 

chce, aby ten wieczór się skończył. Lecz musiał się skończyć, jak 
wszystkie dobre rzeczy. 

Kiedy Garrett wstał i pomógł jej się podnieść, Emma wyczuła, że 

on też godzi się z tym niechętnie. 

Od sofy do schodów na poddasze było niecałe dziesięć kroków. 

Emma policzyła je dokładnie. 

-    Pamiętasz, jak skończyliśmy naszą pierwszą randkę? 

-    zapytał chrypiącym szeptem Garrett, stawiając ją na 

pierwszym schodku. 

-    Pamiętam dokładnie wszystko. 

-    Moje serce biło wtedy tak jak teraz. - Garrett przycisnął do 

piersi jej dłoń. 

-    Moje też... 

-    Mogę cię pocałować, Em? Tak jak tamtego wieczora w świetle 

RS

background image

70 

 

księżyca przed progiem twojego domu? 

-    Tego akurat nie pamiętam. - Emma wpatrywała się 

zafascynowana w nabrzmiałe, pulsujące żyły na skroniach Garretta. 

-    Czego nie pamiętasz? - Objął dłońmi jej talię. Jego głos 

oszałamiał ją niczym grzane wino. Oszałamiał i zanurzał w 

tęsknocie. 

-    Tego, jak zapytałeś, czy możesz mnie pocałować. 

-    Wtedy byłem młodszy. Dostałem to, czego chciałem. - 

Przycisnął czoło do jej czoła. 

-    A czego chcesz teraz, Garrett? - zapytała Emma, wzdychając. 

-    Tego, chcę tego. - Z gardłowym jękiem przygarnął ją do siebie. 

Nie chodziło mu o niewinny, nieśmiały pocałunek uczennicy. 

Chciał głębokiego, namiętnego pocałunku kobiety. Dała mu go. A on 

przyjął ten dar. Bez wahania. Z dziką pożądliwością. 

Emma wciąż jednak wyczuwała jego wstrzemięźliwość. W 

napiętych mięśniach obejmujących ją ramion, w smaku ust. 

Dosłownie drżał z pragnienia. 

Poddała się temu pragnieniu. Rozkoszowała się twardymi jak stal 

ramionami Garretta, rozpływała się w gorączce jego ciała. 

Kiedy cofnął się o krok, oboje nie mogli złapać tchu. I rozpaczliwie 

chcieli, żeby ten pocałunek był tylko początkiem czegoś więcej. Może 
Emma pozwoliłaby, żeby tak się stało, ale to Garrett, z bezlitosną 

konsekwencją, odsunął ją od siebie. 

-    Dobranoc, Em. 

Patrzyła na niego z bólem. Widziała, że ledwie nad sobą panował. 

Czuła, że wystarczyłoby jedno jej słowo, żeby stracił kontrolę. Jedno 

dotknięcie. 

To nagłe poczucie władzy przeraziło Emmę i upokorzyło. 

Otworzyło też przed nią nowe możliwości. Musiała oswoić się z tym 

odkryciem, przemyśleć wszystko dokładnie, zanim zastanowi się, co 

z tym począć. 

-    Dobranoc, Garrett. - Jej szept wdarł się w martwą ciszę, 

potęgując panujące między nimi napięcie. 

-    Kolorowych snów. - Musnął czubkami palców jej policzek. - 

RS

background image

71 

 

Zobaczymy się rano. 

-    Rano - powtórzyła Emma, patrząc, jak Garrett wymyka się z 

pokoju i znika w ciemnościach nocy. 

Emma wspinała się po schodach na poddasze. Mała nocna lampka 

przy łóżku zalewała pokój słabym światłem. Emma rozebrała się i 

włożyła nocną koszulę. Pościel była zimna tak jak letnia noc w 

górach. 

Leżała, wsłuchując się w ciszę. Wiatr szemrał w gałęziach drzew, a 

gdzieś w oddali pohukiwała sowa. Na dole otworzyły się tylne drzwi, 
potem zamknęły z cichym trzaskiem. To znaczy, że Garrett wrócił do 

chatki. Tupanie bosych stóp po deskach podłogi niosło się echem w 

całym domku. Emma usłyszała jakieś szelesty, cichy zgrzyt i w końcu 

dźwięki łagodnej muzyki. 

Następne odgłosy rozpoznała z bólem w piersiach. 

Garrett rozbierał się. Trzask rozsuwanego zamka błyskawicznego, 

dżinsy zsuwające się po muskularnych nogach. Emma mogła sobie 

wyobrazić, jak w ciemności układa pod głową poduszkę, a zimna 

pościel szeleści, otulając wyciągnięte na sofie ciało. 

Starała się nie myśleć o jego gorącym ciele, o żarliwym pocałunku 

na dobranoc. Przypomniała sobie, że ciągle jeszcze poszukuje 

odpowiedzi na pytanie, kim właściwie jest i do czego to wszystko 
prowadzi. 

Gniada klacz miała delikatny pysk i mocne kopyta. Właśnie 

dlatego Garrett wybrał ją ze stadka, które hodował, a także ze 

względu na jej rozmiary i temperament. Bez cienia sprzeciwu szła 

wszędzie, gdzie tylko sobie życzył, i z łatwością radziła sobie z 

ciężarem dwojga ludzi na rozłożystym grzbiecie. 

Garrett radził sobie znacznie gorzej. Emma siedziała za nim i 

każdy krok konia powodował, że jej piersi ocierały się o jego plecy, 

burząc mu krew w żyłach. Każda zmiana kierunku, każde zejście w 

dół powodowało, że otulała go mocniej swoimi szczupłymi udami. 

To było piekło. I niebo. Bycie przy Emmie tak blisko i świadomość, 

że nie może z tym nic zrobić, powoli i systematycznie doprowadzały 

go do szaleństwa. 

RS

background image

72 

 

Konna przejażdżka wydawała się takim dobrym pomysłem. Miała 

przypomnieć ich drugą randkę. Emma od razu się rozpromieniła, 
kiedy po porannej kąpieli i obfitym śniadaniu zaproponował jej tę 

jazdę. 

Pogratulował sobie w duchu wyboru atrakcji i dopiero gdy usiadł 

w siodle i usadził Emmę za sobą, zrozumiał swój błąd. A potem 

przebyli kilometry górskich ścieżek i grani, przekroczyli chyba setki 

wytryskujących nie wiadomo skąd strumyków. I Garrett nie był już 

w nastroju, żeby sobie gratulować. 

Skąpani w promieniach przedzierającego się przez konary drzew 

słońca napawali się pięknem gór i doliny, a on po tysiąckroć umierał 

- przy każdym intymnym dotknięciu, z każdym podmuchem oddechu 

Emmy na karku, z każdym zaciśnięciem się jej delikatnych, długich 

palców na jego talii. 

Był napięty jak cięciwa kuszy. Zdenerwowany do granic 

wytrzymałości zatrzymał konia na krawędzi przepaści głębszej od 

urwisk, na które się wspinali. W odruchu desperacji zerknął w górę, 

szacując kąt padania promieni słonecznych. 

-    Zbliża się południe. Może damy odpocząć koniowi i zjemy 

lunch? - Postarał się, żeby propozycja zabrzmiała niewinnie i 

beztrosko. 

-    Mnie też przyda się przerwa. Nie wiem, kiedy ostatnio 

spędziłam tyle czasu w siodle - odrzekła Emma. 

Kiedy przeciągnęła się i zmieniła pozycję, o mało nie dostał 

szczękościsku. Rozpaczliwie rozglądał się dookoła, wreszcie znalazł 

odpowiednie miejsce na brzegu rzeki i pospieszył klacz. 

-    Tu będzie dobrze. - Nie pytając Emmy o zdanie, ściągnął 

wodze. Klacz ledwie zdążyła się zatrzymać, gdy przerzucił nogę 
przez przedni łęk siodła i zeskoczył na ziemię. 

Odwrócił się do Emmy z ponurą miną i wyciągnął ręce, żeby 

pomóc jej zejść. Chociaż spojrzała na niego nieco zdziwiona, ufność, z 

jaką oparła dłonie na jego barkach, była tym, czego potrzebował i co 

rozładowało napięcie. Przypomniał sobie, po co to wszystko. 

Chodziło o czas. I o zaufanie. O powolne odnajdywanie drogi ku 

RS

background image

73 

 

sobie. 

Westchnął głęboko, objął Emmę w talii i postawił ją na ziemi. 
-    Poluzuję popręg i zdejmę uzdę, a ty przygotuj ucztę, dobrze? - 

Wręczył jej torbę z kocem i jedzeniem. 

-    Zgoda. - Obarczona ciężarem, rozejrzała się, szukając 

najlepszego miejsca. 

Wybrała właściwe. Tylko tyle Garrett jej powiedział, gdy po chwili 

stanął u jej boku. 

-    Szkoda, że nigdy wcześniej tu nie trafiłam. Ta cała dolina jest 

taka... przyjazna - Emma znalazła w końcu odpowiednie słowo. - 

Góry Teton są piękne, ale hordy turystów przemierzają wszystkie 

szlaki i nie ma ani jednego miejsca, gdzie można by się cieszyć ich 

pięknem w samotności. A tu jest wręcz niewiarygodnie. 

Emma też była niewiarygodna. Wysiłek fizyczny, długi mocny sen, 

trochę dobrego jedzenia - i na jej policzkach znowu pojawiły się 
zdrowe rumieńce, a w oczach pogodny blask. 

Garrett chciałby wierzyć, że te cudowne zmiany to jego zasługa. 

Wiedział jednak, że Emma zawdzięcza je samej sobie. W gruncie 

rzeczy zawsze była silną kobietą. Radziła sobie z codziennymi 

przeszkodami na swój własny sposób, charakterystyczny dla osób 

pochodzących z Południa. Dopiero w ostatnich miesiącach 
poprzedzających ich rozstanie Garrett zauważył, że ta siła zaczyna 

gdzieś znikać. I wtedy, i teraz zastanawiał się nad przyczyną tej 

zmiany. 

Na szczęście wszystko wskazywało na to, że Emma się pozbierała. 

Według niego na tym polegała prawdziwa siła. Feniks powstający z 

mitycznych popiołów. Zdumiewająca transformacja. Warto było 

czekać. 

-    Już wiem, dlaczego chcieliście zatrzymać to miejsce tylko dla 

siebie - powiedziała, rozkładając wraz z Garrettem koc. 

-    Ta dolina była dla naszej trójki miejscem magicznym - sceną, 

ogromnym amfiteatrem natury, w którym odgrywaliśmy różne 

dziecięce spektakle, bawiliśmy się w przestępców i stróżów prawa... 

- Garrett zamilkł na chwilę, ostrożnie dobierając słowa. - Nawet gdy 

RS

background image

74 

 

dorośliśmy, Wind River pozostało dla nas źródłem wspomnień, 

czymś w rodzaju starego przyjaciela, który jest i czeka. 

Dla mężczyzny walczącego o swoje małżeństwo ta dolina była też 

wspaniałym polem bitwy. Dobrze znany teren działał na jego 

korzyść i zwiększał szanse zwycięstwa. 

Ale kiedy jej o tym wszystkim opowiadał, nie prowadził żadnej 

gry, mówił szczerze. I całym sercem wierzył w magiczną potęgę 

miłości. 

-    Teraz, kiedy i ty poznałaś tę dolinę, wiem, że na ciebie też 

czekała. - Kiedy rozłożyli koc, Garrett wyprostował się i rozejrzał 

wokoło, tym razem uważnie. 

-    Znam to miejsce... - Był trochę zdziwiony, że nie rozpoznał go 

od razu. 

-    Znasz pewnie wszystkie zakątki w tej okolicy. - Emma podała 

mu jabłko i kanapkę. 

-    Ale w dzieciństwie to miejsce było dla nas wyjątkowe. Spójrz 

na ten wielki głaz, ten brązowy, podobny do leżącej butelki. Jeśli 

przyjrzysz się mu bliżej, znajdziesz wydrapane przez nas inicjały. - 

Garrett uśmiechnął się na to wspomnienie. - Spędzaliśmy tutaj całe 

godziny, szukając złota. 

-    Złota? Jakiego złota? 
-    Złota Franka i Jesse'a. 

-    Popraw mnie, jeśli się mylę, ale zawsze myślałam, że Frank i 

Jesse Jamesowie terroryzowali porządnych ludzi nieco dalej stąd, 

gdzieś w Arkansas i Missouri. 

-    No tak, ale zapominasz, że byli też moimi dalekimi przodkami. 

A każda rodzina ma swoje sekrety. - Garrett uśmiechnął się, 

przypominając sobie, ilu rodzinnych opowieści nasłuchali się z 
Clayem i Jesse'em, ilu legend. 

-    Tato uwielbiał opowiadać o nich różne historie i zawsze 

powtarzał, że tylko rodzina wiedziała, iż ukryli się właśnie tutaj, bo 

nikt nie zamierzał ich ścigać tak daleko. Prawdopodobnie zakopali 

gdzieś w tej dolinie duże ilości złota, które zrabowali z pociągu w 

Arkansas. Właśnie tego złota szukałem z Clayem i Jesse'em każdego 

RS

background image

75 

 

lata. 

-    Ale go nie znaleźliście. 
-    Nie. Natrafiliśmy jednak na kilka śladów: kolbę starej strzelby, 

zardzewiały zawias, który mógł być kiedyś częścią żelaznej skrzyni, 

kilka zużytych łusek po nabojach. Dostatecznie dużo, żeby nie 

zrezygnować. 

-    To musiała być fantastyczna zabawa. 

-    Tak, to była fantastyczna zabawa. - Garrett nagle spoważniał. - 

Fantastycznie było szukać i fantastycznie było wierzyć. 

-    A teraz? Wierzysz jeszcze w istnienie ukrytego skarbu? 

Popatrzył na rzekę. Płytką w tym miejscu, jak zwykle w lipcu, z wodą 

nie głębszą niż do kolan i tak przejrzystą, jak przejrzyste były jego 

uczucia do Emmy. 

-    Nigdy nie przestałem wierzyć. W wiele rzeczy - dodał, 

pozwalając sobie na luksus głębokiego spojrzenia w jej oczy. 

Ona też wciąż wierzyła. Garrett widział to. Wierzyła w nich i 

postanowiła, że nie zrezygnuje. Jeszcze nie. A jeśli wszystko potoczy 

się tak, jak zaplanował, nigdy nie zrezygnuje. 

-    Zbyt długo mnie tu nie było - powiedział z żalem w głosie. 

-    Tęskniłeś za tą doliną. 

-    Tak, tęskniłem. - Zjadł kanapkę i wyciągnął się na kocu, 

opierając głowę na łokciach. Wygrzewał się w lipcowym słońcu, 

obserwując klacz pasącą się leniwie dwadzieścia metrów dalej, nie 

rozmyślał jednak o pięknej pogodzie, lecz o tym, co stracił. 

-    I brakuje ci ojca. 

Aż zakręciło mu się w głowie, gdy dotarło do niego to spokojne 

stwierdzenie faktu. Intuicja Emmy była porażająca. Miał szesnaście 

lat, kiedy zmarł jego ojciec. Musiały minąć całe lata od jego śmierci, 
żeby w końcu poczuł w sobie dość siły i uznał, że ma prawo wrócić 

do doliny. Wszystkim chłopcom zajęło to bardzo dużo czasu. I 

rzadko przyjeżdżali tu razem. To było zbyt trudne. W samotności 

było trochę łatwiej uporać się ze wspomnieniami. A w jego 

przypadku - walczyć z poczuciem winy. 

-    Chcesz o tym porozmawiać? 

RS

background image

76 

 

Łagodny głos Emmy wśliznął się w jego myśli niczym szlachetna, 

pomocna dłoń. Ale ciągle był spięty. 

-    Tęsknisz za nim - powtórzyła. - Nigdy nie mówiłeś mi, jak ta 

strata na ciebie wpłynęła. Na chłopca, a potem na mężczyznę. 

Miała rację. Może popełnił błąd, nie rozmawiając z nią o tym. Ale 

trudno mu było dzielić się tym bólem z kimkolwiek, nawet z Emmą. 

Szczególnie z nią. 

-    Jest zbyt piękny dzień, żeby grzebać w mrocznych 

wspomnieniach. - Garrett uśmiechnął się, żeby złagodzić przykry ton 
swojego głosu. 

Emma spoważniała i Garrett wiedział już, że ryzykuje wszystko, 

co udało mu się do tej pory osiągnąć. Ale nie potrafił zdobyć się na 

zwierzenia. Nie mógł otwierać swoich ran, licząc jednocześnie, że 

zdoła uleczyć jej rany. 

-    Obiecuję... - dotknął dłonią policzka Emmy -...że pewnego dnia 

porozmawiamy o tym. Ale dzisiejszy dzień jest zbyt wyjątkowy. A ja 

mam do wypełnienia misję. 

Emma czuła się rozczarowana, ale dała się odwieść od tematu. 

-    Misję? - spytała podejrzliwie. - A jaką misję? Garrett usiadł i 

zaczął ściągać buty, a potem skarpetki. 

Uśmiechnął się zaczepnym, przekornym, rozbrajającym 

uśmiechem. 

-    Kluczową rolę odgrywa w niej woda. Właśnie tutaj godzinami 

brodziliśmy w rzece, budowaliśmy tamy, próbowaliśmy gołymi 

rękami łapać pstrągi. 

Kiedy usiłował dotknąć jej stóp, Emma, wiedziona instynktem 

samozachowawczym, odskoczyła na brzeg koca i podkuliła nogi. 

-    Co ty robisz? 
-    Co robię? Nie pamiętasz, że zawsze miałem fioła na punkcie 

twoich stóp? - Śmiejąc się, chwycił jej stopy i ułożył je swoich 

kolanach. 

Walczyła, wijąc się i parskając nerwowym śmiechem, ale Garrett 

był zbyt szybki. I zbyt silny. Błyskawicznie ściągnął jej buty i 

skarpetki. 

RS

background image

77 

 

-    Nie masz żadnego fioła na punkcie moich stóp! -krzyczała 

Emma, kiedy Garrett wstawał, ciągnąc ją za sobą i biorąc na ręce. 

-    Nie? - spytał przeciągle, udając zamyślenie, i ruszył do rzeki. - 

Wiesz, chyba masz rację. Musiało mi chodzić o Jesse'a. 

Sekundę później Emma wrzasnęła przestraszona, gdy nagle 

podrzucił ją do góry. 

Zaciskając zęby i wykrzykując raz po raz „au", zmusił ją do 

uśmiechu. W końcu przedarł się przez skałki i ostre kamienie do 

rzeki. 

-    A niech to szlag... - wydukał, posapując, kiedy lodowata woda 

obmyła mu kostki. - Zaraz zamarznę. 

-    Straciłeś rozum. - Rozczulona trudem, jaki zadał sobie, żeby ją 

rozbawić, Emma znowu parsknęła śmiechem. - I jeżeli choć przez 

sekundę myślałeś, że będę z tobą brodziła w tej lodowatej rzece, to 

znaczy, że jesteś nieuleczalnie chory. 

-    To dodaje wigoru - wystękał Garrett, ostrożnymi kroczkami 

wchodząc głębiej do wody. 

-    Widzę... - Emma chwyciła go za szyję tak mocno, jak gdyby był 

kołem ratunkowym. - Szczególnie twoim szczękającym zębom. 

-    Pokochasz to - zapewniał ją Garrett, nie dając się zbić z tropu. 

-    Więc kochaj to i za mnie. Ja na to nie idę. 
-    Tak? Nie możesz wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu dla tej 

przygody? 

-    Nie mam zamiaru dostać zapalenia płuc. 

-    Szok trwa tylko chwilę - upierał się Garrett. - Teraz już prawie 

nie czuję, że woda jest zimna. 

-    Pewnie ci zdrętwiały stopy. Kojarzy ci się z czymś słowo 

hipotermia? 

-    Gdybym nie znał cię lepiej, pomyślałbym, że tchórzysz - 

roześmiał się Garrett. 

Nie zdążyła zaprzeczyć. Najpierw zawyła głośno, długo i 

przeciągle, a potem dziko wrzasnęła, kiedy wyjął ręce spod jej nóg i 

końcami palców musnęła powierzchnię wody. 

Ze zwinnością, o jaką by siebie nie podejrzewała, zacisnęła mu 

RS

background image

78 

 

ręce na szyi, owinęła nogi wokół jego talii i splotła je w kostkach. 

Zaskoczony jej błyskawiczną reakcją, Garrett instynktownie 

chwycił ją za pośladki. 

-    To zaczyna być interesujące... 

-    Powtarzam, nie wejdę do tej wody. - Emma czuła, jak 

rumieniec oblewa ją aż po bose stopy. 

-    Już wiem... - Garrett uśmiechnął się wyzywająco. -Zaproponuję 

ci w zamian inne ekscytujące doświadczenie. 

-    Słucham? Chcesz się ze mną targować? - Emma rozluźniła na 

chwilę uchwyt, żeby odsunąć opadające jej na oczy włosy. 

-    Tak, pobawimy się w targowanie. Jak kiedyś. Pamiętasz? 

O tak, pamiętała. Bawili się, przekomarzali i cieszyli jak dzieci. Aż 

do ostatniej nocy niemal zapomniała, jak to było. Nie przyznawała 

się przed sobą, jak bardzo jej brakowało tych beztroskich, 

nonsensownych zabaw. Tak jak nie przyznawała się przed sobą, jak 
bardzo tęskniła do pocałunków Garretta. 

-    Pamiętam - wyszeptała, gdy jego wzrok zatrzymał się na jej 

ustach, a dłonie zaczęły głaskać jej plecy długimi, leniwymi 

pociągnięciami. 

-    Zaraz cię pocałuję, Em - szepnął Garrett, zbliżając usta do jej 

warg. - Pomyślałem, że powinnaś o tym wiedzieć, ale tym razem nie 
zamierzam prosić o pozwolenie. 

 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 

RS

background image

79 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Pocałunek Garretta był czuły i gorący. Odpowiedź Emmy żarliwa. 

Rozgrzana słońcem, ponaglana letnim wiatrem, przed chwilą 

delikatna i kusząca, w mgnieniu oka stała się spragniona i 
natarczywa... i porwała go za sobą. 

Pulsujące, niczym nie tłumione pożądanie wdarło się w jej żyły z 

gwałtownością sztormowej fali. Przywarła do męża i mocno 

zacisnęła nogi wokół jego talii. 

Nagle ręce Garretta zaczęły błądzić wszędzie. Objął Emmę 

ramionami z nie kontrolowaną siłą, szeroko rozstawiając nogi, żeby 

nie stracić równowagi. Potknął się jednak na skalistym dnie, kiedy 
Emma, wijąc się, dopasowywała się lepiej do jego ciała. 

I wtedy upadli. Na nic zdało się niezdarne dreptanie i jego 

fizyczna siła. Prawo ciążenia okazało się nieubłagane. 

W ostatnim ułamku sekundy Garrett obrócił się, biorąc na siebie 

główny ciężar uderzenia. Runęli w nurt rzeki, rozpryskując fontannę 

wody. 

Przeszywające zimno zgasiło żar ich pocałunku niczym wielki 

kubeł lodu. Garrett upadł na plecy, nie wypuszczając Emmy z objęć. 

Chociaż pół metra wody zamortyzowało uderzenie, ból 

rozszarpywał mu mięśnie. Emma zeskoczyła z niego z szybkością 

rakiety i wylądowała obok. 

Parskając wodą, dławiła się, próbując złapać oddech. Kiedy 

wreszcie zaczerpnęła powietrza i uwierzyła, że to nie jest jej ostatnie 

tchnienie, odsunęła z twarzy mokre włosy i poczuła, jak ogarnia ją 

panika. Garrett wciąż leżał na plecach, nieruchomo jak trup. 

Zerwała się na równe nogi, zaparła stopami, chwyciła koszulę 

Garretta i pociągnęła go z całej siły. Wyprostowała się tak 

błyskawicznie, że straciła równowagę i siadła na nim okrakiem. 

Zaczaj śmiać się jak idiota. Śmiał się, do jasnej cholery, a ona tak się 
przestraszyła! 

-    To nie jest śmieszne! - Emma zapomniała o lęku i wpadła w 

RS

background image

80 

 

złość. 

Garrett odchylił do tyłu głowę i dosłownie ryczał ze śmiechu. 
Dotknięta do żywego, Emma uderzyła go z całej siły w pierś. 

-    Ty kretynie, myślałam, że jesteś ranny! 

-    Jestem, jestem. - Oczy mu lśniły, piękne perliste białka w 

promieniach słońca błyszczały jak srebro. - Jestem ranny jak diabli. 

Założę się, że na lewym policzku mam gigantyczny siniak. 

Emma nie zamierzała reagować na jego bezczelny śmiech, którym 

najwidoczniej chciał ją zarazić. 

-    Nic ci się nie stało? - spytał. 

-    Nie - fuknęła, żeby wiedział, że wciąż jest wściekła, choć z 

trudem udało jej się zachować powagę. - Wszystko w porządku. Poza 

tym, że za chwilę zamarznę na śmierć. - Mimowolny dreszcz 

potwierdził jej obawę. 

-    Masz gęsią skórkę. - Garrett, nagle skruszony, zaczął pocierać 

dłońmi jej ramiona. 

Ale rozgrzał jej nie tylko ramiona. I chyba zdawał sobie z tego 

sprawę. 

W jego promieniujących łagodnym ciepłem roześmianych oczach 

Emma zobaczyła ogień. 

Powoli podążyła śladem jego wzroku. 
Pod koronkowymi miseczkami biustonosza i cienką bluzką 

koniuszki jej piersi, zesztywniałe z zimna i podniecenia, wyglądały 

prowokująco. 

-    Lepiej... - mruknął Garrett ochrypłym głosem - .. .lepiej ruszmy 

się stąd, zanim naprawdę się przeziębisz... 

-    Tak... Chyba tak będzie lepiej. 

Ale nie poruszyła się nawet. Nie potrafiła. Nie mogła, kiedy 

Garrett patrzył na nią w ten sposób. Chciała, żeby jej dotknął, żeby 

pieścił ją przez mokrą bawełnę i rozgrzał jej krew. 

-    Em? 

Zachrypnięty pomruk przebiegł dreszczem po jej kręgosłupie 

niczym szorstkie, zachłanne palce. Patrzyła na usta męża, 

przypominając sobie, jak smakują. Powoli zlizała kropelkę wody z 

RS

background image

81 

 

górnej wargi. 

Garrett jęknął. Ona nie miała pojęcia! Nie miała najmniejszego 

pojęcia, jak na niego działa. Gdyby się domyślała, na pewno wzięłaby 

nogi za pas. 

Widok jej pełnych piersi z ciemnymi, nabrzmiałymi sutkami 

doprowadzał go do szaleństwa. Dobrze pamiętał, jak pod 

dotknięciem jego palców zamieniały się w twarde diamenty. 

Pamiętał ich smak - słodyczy, miłości i seksu. 

Wiedział jednak, że musi wstać, bo inaczej przyjmie zaproszenie, 

które wysyłały jej półprzymknięte oczy, i zacznie coś, czego ona nie 

jest jeszcze gotowa zaakceptować. 

Odwołując się do resztek swojej silnej woli, chwycił Emmę w talii i 

zaciskając zęby, zdjął z siebie. Cofnął dłonie, gdy upewnił się, że stoi 

mocno na nogach. Dopiero wtedy ośmielił się wstać, wdzięczny 

lodowatej wodzie, że pomogła ochłonąć jego ciału. 

-    Lepiej wracajmy - wychrypiał. 

Widząc zakłopotanie Emmy, dał jej trochę czasu na to, żeby 

wróciła do rzeczywistości, zapanowała nad sobą i przyjęła do 

wiadomości, że on się wycofał. I jeszcze chwilę na to, żeby 

przypomniała sobie, dlaczego. 

Emma rzuciła mu przelotny, zmieszany uśmiech i odwróciła 

wzrok w stronę rzeki, która w niezbornym tańcu przetaczała się 

ponad skalistym dnem. 

Ciężko nad sobą pracowała, żeby oprzytomnieć. Przez kilkanaście 

sekund na jej twarzy malowała się najwyższa koncentracja, która 

znienacka ustąpiła miejsca ciekawości. Zmarszczyła brwi i utkwiła 

wzrok w jakimś punkcie kilka metrów dalej. 

Zanim Garrett zdążył zapytać, odskoczyła od niego w nurt rzeki, 

rozpluskując wodę. 

-    Em... - Garrett przesunął palcami po mokrych włosach-...co ty... 

-    Moment - przerwała mu, unosząc otwartą dłoń. Stojąc po 

kolana w wodzie, schyliła się i zanurzyła rękę po łokieć. Szukała 

czegoś, potem z pomocą drugiej ręki odsunęła spory kamień. Kiedy 

się wyprostowała, trzymała w dłoni połyskujący krążek wielkości 

RS

background image

82 

 

srebrnej ćwierćdolarówki. 

-    Garrett, zobacz. 
Podszedł do niej, brodząc w wodzie. 

-    Czy to... czy to naprawdę jest... 

Błysk w jej oczach ustępował tylko blaskowi odbijających się od 

wody promieni słonecznych i lśnieniu monety, którą ściskała w 

palcach. 

Podała mu ją, pąsowa z wrażenia. Garrett obrócił monetę w dłoni, 

oszacował wagę i przyjrzał się jej uważnie. 

-    To złoto... 

-    Wiedziałam! Złoto Franka i Jesse'a? 

-    Moneta wygląda na starą. Udało ci się, Em. - Oddał jej złoty 

krążek z uśmiechem i podziwem w oczach. -Udało ci się to, czego nie 

dokonał żaden z nas. Znalazłaś skarb, a przynajmniej jego część. To 

pierwszy prawdziwy dowód na to, że mógł rzeczywiście istnieć. 
Dobrze schowaj tę monetę. 

Emma, pokrzepiona jego uznaniem, wetknęła monetę do kieszeni 

i zaczęła oglądać dno rzeki przez krystalicznie czystą wodę. 

-    Może znajdziemy więcej monet. 

Garrett skinął głową na znak, że to samo przyszło mu do głowy. 

Z dziecięcym zapałem przeszukiwali dno przez następne dół 

godziny. Nie znaleźli jednak ani jednej monety i w końcu zimna 

Woda wypędziła ich na brzeg. 

Runęli na koc, żeby ogrzać się w słońcu i wysuszyć ubrania. 

Emma wyjęła monetę z kieszeni, zachwycając się jej kolorem. 

Zadziwiło ją, że tak długo utrzymuje ciepło jej ciała. 

-    Jest piękna, prawda? - spytała, przyjemnie zmęczona i wciąż 

zaskoczona swoim odkryciem. 

-    Ty jesteś piękna. 

Na dźwięk aksamitnie ochrypłego głosu Garretta jej palce 

znieruchomiały na połyskliwej powierzchni monety. Daleko jej było 

do piękna. Miała wilgotne, lepkie ubranie, rozczochrane przez wiatr, 

ociekające wodą włosy i ani odrobiny makijażu, ale gdy spojrzała 

Garrettowi w oczy, poczuła się naprawdę piękna. 

RS

background image

83 

 

Coś zmieniło się między nimi, właśnie w tym momencie. Coś, 

czego Emma nie potrafiła opisać ani nazwać. Chociaż nie było to 
jeszcze pojednanie, czuła, że są już dużo dalej niż na początku drogi. 

Po chwili doszła do wniosku, że chodzi o bezpieczny, wspólny 

grunt pod nogami, o nadawanie na tej samej fali, wspólny cel - i 

spodobał jej się taki obrót sprawy. Spodobał już poprzedniego 

wieczoru, podczas cudownego pocałunku na schodach. Właśnie tego 

chciała, gdy namiętny, gorący pocałunek w lodowatej rzece obudził 

na nowo jej pragnienie, bolesne i słodkie jednocześnie. 

W niej też coś się zmieniło. Pożądanie Garretta przywróciło jej 

pewność i wiarę w siebie, wzbudziło nadzieję i wzmocniło poczucie 

własnej wartości. Postanowiła, że popłynie z prądem i zobaczy, 

dokąd ich to zawiedzie. Uśmiechnęła się, spoglądając w aksamitne, 

błękitne oczy męża. 

-    Chodzi ci tylko o moją monetę. 
-    Właśnie o nią. - Obdarzył ją delikatnym, czułym uśmiechem, 

który zadziałał jak najczulsza pieszczota. -Ale to ty jesteś piękna. I 

cieszy mnie to, że się śmiejesz, Em. Kiedy to widzę, mam ochotę 

znaleźć dla ciebie całe wiadro złota. 

Nie chodzi o złoto, chciała mu powiedzieć. To te chwile są utkane 

ze złotej przędzy przez mężczyznę jej życia. Nie mogła jednak tego 
zrobić. Jeszcze nie. A może nigdy tego nie zrobi, jeśli nie uda im się 

przekroczyć niewidzialnej linii i otworzyć się przed sobą. Jeżeli sama 

nie przekroczy tej linii i nie otworzy się przed nim. 

Odzyskana pewność siebie pomogła Emmie zwalczyć jej dawne 

lęki - przed własną nieudolnością i niedostosowaniem. Chociaż nadal 

podstępnie wdzierały się w to ciepłe, lipcowe popołudnie, 

postanowiła, że nie pozwoli im niczego zepsuć. 

Zbliżali się do siebie. Kiedy zapytała Garretta o ojca, bardzo 

zbliżyli się do przerzucenia mostu nad tym, co Emma odczuwała jako 

dzielącą ich przepaść. Gdyby wtedy się przełamał i opowiedział jej o 

czymś tak osobistym, tak bolesnym, dałby jej dosyć siły, żeby zrobiła 

to samo. 

Dziś zamknął się przed nią - tak jak zawsze, kiedy miał jakiś 

RS

background image

84 

 

problem - nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób skłania ją do 

ukrywania własnych problemów przed nim. 

Właśnie brak otwartości był głównym źródłem ich 

nieporozumień. Ale to mogło się zmienić. Emma wiedziała, że 

Garrett daje jej wszystko - majątek, opiekę, pożądanie - wszystko z 

wyjątkiem tej części siebie, którą postanowił trzymać pod kluczem. 

A przecież, jeśli znowu mają być razem, musi dowiedzieć się, co 

czyni go słabym, i znaleźć klucz do jego siły. Tego potrzebowała 

najbardziej. 

Trzy miesiące temu to samo poczucie nieprzystosowania, z 

którym dzisiaj z powodzeniem się zmagała, doprowadziło ją na skraj 

rozpaczy. Teraz już o tym wiedziała. Tak jak zrozumiała, że Garrett 

nigdy by jej nie zdradził. Wtedy jednak nie było zdolna tego pojąć. Bo 

jej zwykła siła gdzieś wyparowała, a poczucie własnej wartości 

rozsypało się w proch. 

Postanowiła walczyć. Nie miała zamiaru poddać się 

przygnębieniu. Nie teraz, gdy osiągnęli już tak wiele. Garrett miał 

rację w tak wielu sprawach. Ona nie jest jego matką. On nie jest jej 

ojcem. A lata, które spędzili ze sobą, były dobrymi latami. Nie 

pozwoli, żeby przyszłość wymykała im się z rąk. 

To postanowienie dodało jej sił. Potarła kciukiem błyszczącą, 

ciepłą monetę. Ciesząc się odzyskaną nadzieją, podrzuciła pieniądz 

do góry. 

-    Nie bardzo dbasz o swój skarb. - Garrett chwycił monetę w 

locie, przyjrzał się jej, a potem zerknął na Emmę. 

-    Dbam - odpowiedziała, wytrzymując jego wzrok. -I zawsze 

będę dbała. 

Gdy wracali do domu, słońce zmieniło się w gorejącą kulę 

morelowego złota i czerwieniejącego różu. Garrett zaproponował 

Emmie prysznic, a sam zajął się klaczą i jej obrokiem. 

Potrzebował trochę samotności, żeby się uspokoić. I spokojnie 

pomyśleć. 

Był jak opętany. Ciągle czuł tulące się do niego ciepłe i wilgotne 

ciało Emmy. Ciągle czuł jej dotyk. I nie potrafił pozbyć się myśli, że 

RS

background image

85 

 

nastąpiła w niej jakaś subtelna zmiana, że inaczej na niego 

reagowała. W jej oczach pojawiła się łagodność, którą słyszał też w 
jej słowach. 

Przełamywali lody. Intuicja nie mogła go mylić. Podpowiadała mu 

też, że teraz, bardziej niż kiedykolwiek, musi postępować bardzo 

ostrożnie. Nie może tego zepsuć. A zepsułby, gdyby nie znalazł 

sposobu na okiełznanie swojego pożądania. 

To był ten twardy orzech do zgryzienia - dosłownie, przyznał 

Garrett, zaciskając wargi - i nie miał pojęcia, jak długo uda mu się 
panować nad sobą. Nie za długo, jeżeli Emma będzie zachowywała 

się tak jak wczoraj wieczorem albo dziś po południu. 

Dlatego z rozmysłem zajął się klaczą. Narąbał nawet drewna do 

kominka, choć wątpił, czy będą go potrzebowali. 

Ponurym wzrokiem długo wpatrywał się w chatę, w końcu wspiął 

się po schodach na ganek i wrzucił naręcze jesionowych szczap do 
stojącej przy drzwiach skrzyni. 

Kiedy uznał z satysfakcją, że jest gotów na kolejną noc celibatu, 

odetchnął głęboko i wszedł do środka. 

Ciche skrzypienie drewnianej podłogi na górze zdradzało, że 

Emma jest na poddaszu. Wdzięczny za następne kilka minut 

wytchnienia, ruszył prosto pod prysznic -i tam jego mocne 
postanowienie pękło jak mydlana bańka. . Małą łazienkę wypełniały 

resztki zapachu Emmy. Oprócz bielizny Maya wybrała też dla niej 

szampon. Delikatnie pachniał kwiatami, prowokacyjnie kobieco, 

obezwładniająco, zmysłowo. Wyobraźnię Garretta zaatakowały 

wspomnienia. On i Emma w kłębach pary, dzielący się mydłem i 

seksem, obmywani ciepłym strumieniem wody. Po raz drugi tego 

dnia musiał potraktować swoje ciało lodowatą kąpielą. 

Gdy w końcu zakręcił kran i usunął z twarzy mokre włosy, sięgnął 

ręką za zasłonę kabiny po ręcznik. Nie znalazł go, więc odsunął 

zasłonę - i poczuł, jak jego serce wpada w oszalały galop. 

Po drugiej stronie stała Emma z ręcznikiem w dłoniach. 

-    Czy tego szukasz? - spytała łagodnym szeptem z 

uwodzicielskim południowym akcentem, bez cienia udawanej 

RS

background image

86 

 

niewinności. 

-    Dzięki - wydukał, gdy po długiej chwili odzyskał głos. 
Gapiąc się na nią otępiałym wzrokiem, chwycił ręcznik. Emma 

oparła się o umywalkę i bez zażenowania patrzyła, jak jej mąż się 

wyciera. 

Błyszczące wilgotne włosy opadały jej na ramiona, pasek 

różowego jedwabnego szlafroka luźno oplatał talię. Przestąpiła z 

nogi na nogę, gdy Garrett zawiązywał ręcznik na biodrach. Poły jej 

różowego szlafroka rozchyliły się. 

Piersi, prześwitujące przez francuską koronkę skąpej nocnej 

koszuli, nabijały się z jego wstrzemięźliwości, która chwilę wcześniej 

napawała go taką dumą. 

Garrett rozpaczliwie chciał, żeby sprawy toczyły się niespiesznie, 

w swoim czasie. Lecz obecność Emmy skurczyła właśnie strefę 

spokoju do wielkości znaczka pocztowego. A o niespiesznej realizacji 
planu mógł zapomnieć. 

Senny, powłóczysty wzrok Emmy był niczym innym jak 

zaproszeniem i Garrett wiedział, że je przyjmie, na dobre lub na złe. 

Wyszedł spod prysznica, przysunął się do niej i poczuł, że cała 

krew napływa mu do lędźwi, tam, gdzie zetknęły się ich ciała. 

-    Wszystko zaplanowałem - zachrypiał. - Nie będziemy się 

spieszyli. - Schylił się, dotykając ustami jej szyi i rozwiązał pasek 

szlafroka. 

-    Miałem zamiar cię uwodzić... - Zsunął różowy jedwab z jej 

ramion i poczuł, jak przeszywa ją dreszcz. -Obsypać cię kwiatami - 

wymruczał, przerywając na chwilę serię pocałunków - i flirtować 

przy świecach. 

Kiedy Emma westchnęła namiętnie, porwał ją w ramiona i ruszył 

na poddasze. 

-    I przy muzyce. Cholera, miała być muzyka... 

-    Przepraszam, że zburzyłam twoje plany. 

Kiedy zarzucała mu ręce na szyję, dostrzegł, że się uśmiecha. 

-    Poradzę sobie - szepnął, kładąc ją do łóżka. - Będę 

improwizował. - Zanurzył się w wonne zagłębienie między jej 

RS

background image

87 

 

piersiami i ściągnął z ramion tasiemki seksownej czarnej koszuli. 

A potem zatracił się w niej bez pamięci. Pieścił jej pełne piersi, 

aksamitny brzuch, kremowe, sprężyste uda. 

Patrzył na nią, półnagą, zatopioną w pragnieniu, i poczuł, że 

wrócił do domu po miesiącach tortury erotycznych marzeń. 

-    Zobacz... - Drżącą dłonią muskał jej nagą pierś. - Trzęsę się, 

jakby to był pierwszy raz. 

-    Bo to jest jak pierwszy raz. - Nakryła jego dłoń swoją dłonią i 

poprowadziła ją na drugą pierś. - Przez ciebie nie mogę oddychać. 

A Garrett przez nią obawiał się o swoje serce zupełnie tak samo, 

jak wtedy, kiedy po raz pierwszy odważył się ją pocałować, kiedy po 

raz pierwszy dotknął swoją gruboskórną dłonią wrażliwego 

koniuszka jej piersi. 

Nagle zapał Emmy, niespodziewanie ulegające mu ciało, dokonały 

tego, czemu nie podołała jego własna samokontrola. Z bólem 
powściągnął pożądanie. 

To kobieta, którą kochał. Kobieta, której omal nie stracił. Nie miał 

zamiaru ryzykować, że znowu to się stanie - nie przez przypływ 

dzikiej, nienasyconej żądzy. 

Uniósł głowę i odgarnął włosy z jej twarzy. Uśmiechnął się prosto 

w jej rozpromienione namiętnością oczy. 

-    Kochaj mnie, Garrett. 

-    Jestem tu, kochanie, jestem. 

Zsunął przez biodra jej koronkową koszulę i odrzucił ją na bok. 

Bez pośpiechu, z cierpliwością, którą ofiarowywał Emmie w dowód 

swoich uczuć, zajął się jej spragnionym ciałem. 

-    Spokojnie - wyszeptał, gdy podniecona do bólu, krzyczała jego 

imię, błagając o więcej. - Mamy przed sobą całą noc, cały tydzień... 

-    Pragnę cię. We mnie... Ze mną... - Prężąc się, kołysała biodrami, 

rytmicznie, potęgując pieszczotę palców. 

-    Już niedługo... - obiecał. - Już niedługo... 

Z jękiem udręki zesztywniała i drżąc cała, zacisnęła jego dłoń. 

Jej bezprzytomne pogrążenie się w rozkoszy było najbardziej 

erotyczną sceną, jaką Garrett widział i jaką śnił w swoim życiu. 

RS

background image

88 

 

Wiedział, że Emma przeznaczyła ją dla niego i tylko dla niego. Nawet 

własne spełnienie nie przyniosłoby mu większej radości. Zyskał 
nowe siły, żeby jeszcze poczekać. 

-    Boże, jaka ty jesteś piękna... - Kiedy Emma przestała drżeć, 

Garrett przyciągnął ją do siebie, a ona wtuliła się w niego. 

Emma nie była w stanie mówić. Ledwie oddychała i nie 

obchodziło jej zupełnie, czy jeszcze kiedykolwiek świadomie o 

czymś pomyśli. Wystarczało jej to, co czuła. 

To było tak dawno. Tak długo nie dotykał jej w ten sposób. Tak 

długo trwało, nim poczuła, że może mu na to pozwolić. Przecież już 

zanim go opuściła, odsunęli się od siebie. 

Uniosła ciężkie powieki, gdy Garrett zaczął wędrować palcem po 

jej policzku. Chwyciła go i włożyła go sobie do ust. Smakował nim, 

smakował nią i wzbudził nowe ukłucie pożądania, tak gorące, jakby 

przypalano ją żywym ogniem. 

-    Teraz - zażądała, wciągając Garretta na siebie i otwierając się, 

żeby go przyjąć. 

-    Teraz... Na zawsze. 

Owinęła nogi wokół jego bioder, zatopiła palce w jego 

umięśnionych ramionach, wychodziła naprzeciw kolejnym, 

potężniejącym falom. Krzyknęła rozpaczliwie, kiedy jej ciało 
przeszył nagły prąd. Tym razem tak ogłuszający, tak gwałtowny, że 

straciła poczucie czasu i miejsca, opuściła ją świadomość 

wszystkiego poza rozedrganym żarem i zmysłowym rytmem. 

Garrett wypełnił ją całkowicie, aksamitną stalą i płynnym 

jedwabiem. Z gardłowym jękiem wspiął się na szczyt i spadł w 

mroczną otchłań upojnej rozkoszy. 

Garrett widział, jak Emma się budziła. Zawsze kochał oglądać to 

subtelne przejście z głębokiego snu do mglistej, zanurzonej w 

półśnie świadomości. 

Delikatnie masował szczupłe, białe biodro żony. Schylił się i objął 

wargami aksamitny wierzchołek jej piersi. Jej reakcja była tak 

instynktowna, tak bezgranicznie szczera i zmysłowa, że nie przerwał 

pieszczoty. 

RS

background image

89 

 

Wiotka dłoń wplotła się w jego włosy, pieściła go, przyciskała do 

piersi w niemym zaproszeniu. 

-    Brakowało mi tego. Tęskniłem za tym, żeby budzić cię w ten 

sposób - wyszeptał Garrett, obejmując drugą pierś Emmy. 

Zamruczała i płynnym ruchem wspięła się na niego, odwracając 

role. Ułożyła go na plecach i przycisnęła do materaca, opierając 

dłonie na jego barkach. Pochyliła się i patrząc mu w oczy, potarła 

piersiami o jego tors. 

-    Teraz możemy porozmawiać o uległości. Doprowadzała go do 

szaleństwa - przynajmniej bardzo się starała. Zawsze, gdy się 

kochali, Garrett był bardzo uważny. Kiedy pierwszy raz znaleźli się 

w łóżku, Emma miała osiemnaście lat. Była dziewicą. On zaś miał 

duże doświadczenie i nie wolno mu było tego wykorzystywać. 

Pragnął jej, ale dbał o nią jak o kruchą roślinę i zachowywał 

ostrożność. 

Zawsze był ostrożny. Pragnął jej tak bardzo, tak zachłannie, że 

gdyby kiedykolwiek pozwolił sobie na szaleństwo i puścił wodze 

swojej żądzy, zniszczyłby ją - fizycznie i emocjonalnie. 

Teraz też trzymał w ryzach swoje pragnienie. Dbał o to, żeby dać 

więcej, niż brał. Ostrożnie zgadywał jej pragnienia, stawiając je 

przed swoimi. 

Emma walczyła o władzę, chciała, żeby Garrett błagał ją o rozkosz. 

Ale jego taktyka była bezlitosna i przebiegła. Odpowiadał na każdy 

jej ruch, podsycając płomień, rozbudzając w niej żądzę, aż do 

momentu, gdy jej rozpaczliwe pragnienie, by go zaspokoić, stawało 

się niecierpliwym żądaniem, by być zaspokojoną. 

Pieszczotami i gorącymi pocałunkami znowu sprawił, że straciła 

oddech i poddała się w miłosnym pojedynku. Wyprężyła się jak 
spięta ostrogą i błagała, żeby Garrett porwał ją przez szczyt. 

Kochając ją pogrążoną w błogości, podążył za nią, rozpływając się 

w słodkim paroksyzmie spełnienia. 

Kilka godzin później burczenie w brzuchu i chłód wygoniły 

Garretta z łóżka. Ostrożnie, żeby nie obudzić Emmy, wstał, włożył 

koszulę i dżinsy i cichutko zszedł po schodach. 

RS

background image

90 

 

Wypił duszkiem szklankę mleka, potem uraczył się duszoną 

wołowiną, którą przygotowała dla nich Maya. Kończył właśnie 
pierwszą porcję, kiedy Emma na palcach zbiegła po schodach i 

przyłączyła się do niego. 

Miał wciąż zarumienione snem policzki i kusząco zmierzwione 

włosy. Przesunął po nich palcami. Emma z powściągliwą miną otuliła 

się szczelnie różowym jedwabnym szlafrokiem. 

Podszedł do niej, przyciągnął ją do siebie i przytrzymał przez 

chwilę. 

-    Wszystko w porządku? 

-    Tak. - Odsunęła się powoli i zajęła szukaniem talerza. 

Wszystko w jej zachowaniu, od sztywnych ramion po unikanie 

jego wzroku, przemawiało za inną odpowiedzią. 

-    Em? - Chwycił ją za rękę i odwrócił ku sobie. - Kochanie, o co 

chodzi? Czy coś się stało? 

-    Nie. - Zamknęła oczy, po chwili je otworzyła i wykrzywiła 

wargi w wymuszonym uśmiechu. - Po prostu... nie wiem, jestem 

chyba trochę zdenerwowana. 

-    Zdenerwowana? - Garrett milczał przez chwilę, zanim to 

wreszcie do niego dotarło, i poczuł, że ogarnia go panika. 

-    To stało się za wcześnie, prawda? Wiem, ponaglałem cię. 
-    Nie, to wcale nie stało się za wcześnie. Nie ponaglałeś mnie. 

Garrett wyczuwał w jej słowach tłumioną niecierpliwość, 

opanowała się jednak i jeszcze raz spróbowała się uśmiechnąć. 

-    To ja przyszłam do ciebie, pamiętasz? 

-    I co z tego? O co ci chodzi? Em... czy byłem zbyt brutalny, 

nieokrzesany? 

-    Nie, Garrett. Nie byłeś brutalny. Nigdy nie jesteś brutalny. 

Zachowałeś się jak dżentelmen. Byłeś wspaniały... 

Powiedziała to w taki sposób, że Garrett nie poczuł się zbyt 

przyjemnie. Nim zdążył ją o to zapytać, obdarzyła go następnym, 

zbyt olśniewającym uśmiechem. 

-    Po prostu... daj mi trochę czasu na przystosowanie się... na 

przystosowanie się do nas. Do fizycznej strony naszego związku, 

RS

background image

91 

 

zgoda? 

Znowu się uśmiechnęła. A Garrett ciągle czuł, że nie powiedziała 

mu wszystkiego, że jest jeszcze coś więcej. 

-    A teraz nakarmisz mnie wreszcie, czy mam stać tu do rana z 

pustym talerzem? 

Marszcząc brwi, Garrett nałożył na jej talerz porcję duszonej 

wołowiny. Jednak gdy usiadł z nią do stołu, poprawił mu się nieco 

humor na myśl o powrocie do miejsca, w którym Emma znalazła 

złotą monetę, i o dalszych poszukiwaniach. 

Mimo to w głębi duszy nadal trapił go niepokój. Dopiero kiedy 

Emma zaprowadziła go z powrotem na poddasze, pozwoliła kochać 

się w cieple pościeli, dał porwać się nocy, czarowi chwili i tej 

kobiecie - i zapomniał, że nie wszystko między nimi jest w porządku. 

 

 
 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 

RS

background image

92 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Emma obudziła się w pełnym świetle dnia. Panującą wokół ciszę 

zakłócał tylko głęboki, równy oddech śpiącego przy niej Garretta. 

Nie chciała go budzić. Potrzebowała trochę samotności, żeby 
wszystko przemyśleć. Ostrożnie wywinęła się z kokonu jego ramion. 

Narzuciła szlafrok, zeszła na palcach po schodach i zaparzyła kawę. Z 

parującym kubkiem w dłoni ściągnęła koc z sofy i wyszła na 

zewnątrz. Potem rozsiadła się na tarasie w wielkim wiklinowym 

fotelu, żeby zdecydować, co robić dalej. 

Poranek mienił się wszystkimi barwami tęczy, a w powietrzu 

rozbrzmiewał nieprzerwany ptasi koncert. Słoneczne promienie 
odbijały się w niespokojnych wodach rzeki, iskrzących się niczym 

zwój wyszywanego diamentami jedwabiu. 

Piękno poranka zapierało dech w piersiach, ale Emma myślała 

tylko problemach, z którymi musiała się uporać. 

Miłosna noc z Garrettem była cudowna. Być może przełamała 

barierę tak długo przeszkadzającą im w intymnych zbliżeniach, ale 
tak naprawdę nie rozwiązała żadnego z ich problemów. 

W łóżku Garrett uświadomił jej, z jak wieloma rzeczami muszą 

sobie poradzić, jeśli naprawdę chcą, żeby ich małżeństwo wróciło na 

właściwe tory. 

Ale jak mu o tym powiedzieć? Jak wyjaśnić, że jest wspaniałym 

kochankiem, usiłującym spełnić wszelkie jej pragnienia, a 
jednocześnie wytłumaczyć, że to nie wystarcza? W jaki sposób może 

mu powiedzieć, że było cudownie, ale że dał jej wszystko oprócz 

siebie i zgody na to, żeby podzielili się kontrolą i odpowiedzialnością 

- w miłości i w życiu? Co ma zrobić, żeby Garrett zrozumiał, że jego 

zahamowania - to, że nie umie sobie pozwolić na niczym nie 

skrępowaną wolność w łóżku - przenoszą się na inne sfery ich życia i 

są najgłębszą przyczyną nieporozumień, które doprowadziły ich 
małżeństwo na skraj przepaści? 

Splotła dłonie na ciepłym kubku i głęboko westchnęła. Garrett był 

RS

background image

93 

 

bardzo dumnym mężczyzną. Mężczyzną, który dźwigał każdą 

odpowiedzialność bez słowa skargi. Nie kierował się egoizmem, ale 
przez to, że nie potrafił podzielić się swoją odpowiedzialnością, 

pozbawiał ją czegoś bardzo ważnego - czegoś, co pozwoliłoby jej 

czuć się partnerką, a nie bezwolnym kobieciątkiem, które trzeba 

prowadzić za rękę. 

Przez całe lata starała się nie czuć urazy i nie robić problemu z 

tego, że mąż zamykał się w sobie i swoje własne pragnienia trzymał 

zawsze w ryzach. 

I przez te całe lata popełniała błąd. 

Zamknęła oczy. Ponosiła nie mniejszą winę za rozpad ich 

małżeństwa niż Garrett, bo czując się zraniona tym, że mąż nie 

traktuje jej jak partnerki, nie powiedziała mu o tym. 

Przecież zawsze uważała, że powinien mieć do niej więcej 

zaufania. A jednak kiedy kochali się ostatniej nocy, znowu pozwoliła 
sobą manipulować, oddała mu całą władzę, a on uznał, że wszystko 

jest jak należy, bo dał jej rozkosz. Tej ostatniej nocy, tak jak przez 

ostatnie dziesięć lat, poddając się bez walki, znowu zrobiła im 

obojgu krzywdę. 

Kiedy pół godziny później na tarasie pojawił się Garrett, Emmę 

wciąż dręczyły te same pytania, ale na jego widok zmiękło jej serce. 

-    Dzień dobry - przywitał ją zachrypniętym głosem i obrzucił 

czułym spojrzeniem. 

Stał na bosaka, w samych dżinsach, z rękami skrzyżowanymi na 

piersiach, z rozczochranymi włosami. 

Ten wielki, silny mężczyzna, który przejmował się wszystkim - 

poza własnymi potrzebami - wyglądał równie bezradnie jak ich 

córka. Ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby teraz Emmie do głowy, to 
zranić go. Już nie. Wystarczająco dużo miała na swoim sumieniu. 

-    Umrzesz z zimna - powiedziała z uśmiechem. 

-    Więc umrę szczęśliwy. 

Odsunął się od poręczy, pochylił nad nią i pocałował ją w usta. 

-    Idę zrobić śniadanie. - Musnął palcem jej policzek. Emma w 

milczeniu patrzyła, jak wychodzi do kuchni. 

RS

background image

94 

 

Zdecydowała, że zaraz po śniadaniu zabierze się do 

najtrudniejszego zadania w swoim życiu. A potem modliła się o 
intuicję i duchową siłę, które by jej w tym pomogły. Gdy jednak 

Garrett przyszedł po nią, nakarmił ją i zaciągnął znowu na poddasze, 

nie umiała zmusić się do działania. Nie w takiej chwili. Nie mogła, 

gdy patrzył na nią w taki sposób, a odzyskana intymność wciąż tak 

bardzo była narażona na ciosy. Więc pozwoliła mu się kochać. 

Garrett pieścił ją ostrożnie i czule, jakby była tak krucha jak szkło. 

Kiedy Garrett prowadził osiodłaną klacz pod chatę, powtarzał 

sobie, że wszystko idzie wspaniale. Emma była taka otwarta, uległa i 

radosna w łóżku. Zaniepokoił go ten jeden moment w nocy, kiedy 

zeszła do kuchni, ale doszedł do wniosku, że szuka problemów tam, 

gdzie ich nie ma. Jej wyjaśnienie, że trochę się denerwuje, miało 

przecież sens. Do diabła, on sam też był spięty. 

A to, że dziś rano Emma wydawała się nieobecna i zamyślona, to 

na pewno dlatego, że ciągle czuła się trochę bezradna. Kiedy 

przywiózł ją tutaj, była kompletnie wyczerpana, ale po dwóch dniach 

stała się znowu sobą. Tą samą Emmą, w której się zakochał - 

pogodną, roześmianą, kochającą. I nie widział już naprawdę niczego, 

co zagrażałoby ich wspólnej przyszłości. 

Jednak gdy Emma siadła za nim w siodle i ruszyli w drogę, intuicja 

podpowiadała mu, że nie wszystko jest w porządku, a jeśli on sądzi 

inaczej, to po prostu się oszukuje. 

Dzień był jednak zbyt piękny, a ich nastrój zbyt pogodny, żeby 

psuć go niejasnymi podejrzeniami. Więc Garrett nie pozwolił sobie 

na ryzyko. Z zapałem przeszukiwali dno rzeki. Uśmiechali się i 

zaśmiewali - i udawali, że wszystko jest jak należy. 

Jedynym rezultatem poszukiwań ukrytego złota okazały się 

przemarznięte stopy i przemoczone dżinsy. Garrett wyciągnął w 

końcu Emmę na brzeg, położył na kocu -a potem kochał się z nią w 

pełnym blasku słońca. 

Wieczorem zrealizował plan, który spalił na panewce 

poprzedniego dnia. Zjedli kolację przy świecach i muzyce - 

piosenkach z roku matury Emmy, które, podobnie jak ulubiony film, 

RS

background image

95 

 

miały ożywić ich wspomnienia. 

Księżyc, sługa kochanków, zerkał przez okno, rzucając złoty blask 

na włosy Emmy, a oni tańczyli przytuleni, spowici we wspomnienia i 

magię - a potem spędzili noc na niestrudzonej miłości. I z 

wyczerpania zapomnieli o rozterkach. 

Następne dni rozpoczynały się słonecznymi porankami, a 

kończyły szalonymi nocami. Nie zbliżyli się ani o krok do 

odnalezienia skarbu; jedyną zdobyczą pozostała złota moneta, którą 

znalazła Emma. Lecz Emma doszła do wniosku, że doszukali się 
skarbu równie drogocennego. Nigdy nie była bardziej pewna swojej 

miłości do Garretta. Nigdy nie była bardziej pewna jego miłości do 

niej, ale też nie przestawał dręczyć jej niepokój - bo wciąż nie 

wiedziała, co zrobić, żeby ich miłość jeszcze raz nie została 

wystawiona na tak ogromne niebezpieczeństwo. 

Próby nakłonienia Garretta, żeby się przed nią otworzył, spełzły 

na niczym, ale w tych górach znalazła rozwiązania kilku własnych 

problemów. Przede wszystkim uwierzyła, że odnalazła samą siebie. 

Odzyskała emocjonalną równowagę. Już nie balansowała na skraju 

przepaści. 

Odkryła swoją słabość, stawiła jej czoło i przepędziła na cztery 

wiatry. Bez Garretta byłoby to o wiele trudniejsze, ale przynajmniej 
wiedziała, że jest do tego zdolna. 

Dopiero czwartego dnia, kiedy siedziała na schodach werandy i 

obserwowała Garretta pracującego przy ujęciu wody na brzegu 

rzeki, musiała przyznać, że ociągając się, a może starając się zyskać 

na czasie, stanęła w martwym punkcie. Kiedy czyniła nieśmiałe 

próby skłonienia Garretta do zwierzeń, gdy się z nim kochała - 

zawsze pozwalała mu przejąć inicjatywę i bezwolnie mu ulegała. 

Patrzyła teraz na Garretta i miała serce przepełnione miłością. Ale 

czuła też lęk, bała się o ich przyszłość. Tydzień prawie się kończył. Za 

parę dni mieli wrócić do Jackson, a ona ciągle nie zdobyła się na 

rozmowę, która mogła albo naprawić, albo zniszczyć ich 

małżeństwo. 

W końcu dotarło do niej, że nie ma wyjścia, musi opanować strach 

RS

background image

96 

 

i podjąć to wyzwanie. On nie przejdzie przez ten most, popychany 

delikatnymi szturchnięciami. Nie zdoła tego zrobić, jeśli ciągle myśli, 
że chroni ją przed sobą - fizycznie i emocjonalnie. Nie uda mu się, 

jeśli chronienie jej pozostaje jego głównym życiowym celem. 

Emma nie miała walecznej natury, ale czas szybko uciekał. Jeśli 

mieli opuścić Wind River i znowu stać się rodziną, musiała pokonać 

swoją naturę i zmusić Garretta, żeby się przed nią otworzył. 

Dziś wieczorem, zdecydowała, kiedy mąż podniósł głowę i 

uśmiechnął się do niej. Ta noc zdecyduje, czy odnajdą swoją 
przyszłość, czy też ją zaprzepaszczą. 

Garrett prowadził Emmę na taras oblany światłem księżyca, a z 

odtwarzacza płynęły rzewne pojękiwania saksofonu i pokrzepiające 

słowa piosenki. 

Objął Emmę, pocałował... i odczuł pełnię życia, coś, o czym trzy 

miesiące temu myślał, że jest stracone na zawsze. Wszystko, na co 
miał nadzieję, wszystko, na co liczył, przebiegało dokładnie tak, jak 

sobie zaplanował. 

Emma znowu należała do niego. Znowu była sobą. 

I Garrett pewny był, że już nic nigdy ich nie poróżni. 

Położył jej dłoń na swojej piersi, pod którą jego serce waliło jak 

opętane, z radości i podniecenia. 

-    Czujesz? To ty tak na mnie działasz, Em. Zawsze tak działałaś. 

Kołysali się w rytm muzyki, w którą wkradały się odgłosy nocy i 

bicie dwóch serc. 

-    Pamiętam to. - Emma przytuliła policzek do jego ramienia. - To 

ostatnia piosenka, jaką zagrali na moim balu maturalnym. 

-    A naszą pierwszą noc pamiętasz? 

-    Tak - szepnęła. 
-    Nie wyobrażasz sobie nawet, jak się męczyłem, czekając na 

ciebie... - Garrett zachichotał cicho. - Jak myślisz, mamy szansę 

powtórzyć dziś tamtą noc? 

Spodziewał się nieśmiałego uśmiechu Emmy. Zamiast niego 

zobaczył w jej oczach rzewny smutek, a kiedy się odezwała, poraziło 

go przygnębienie w jej głosie. 

RS

background image

97 

 

-    To działo się bardzo dawno temu. Byliśmy wtedy tacy młodzi. 

Tacy zakochani. I nie mieliśmy pojęcia o tym, co złego może zdarzyć 
się między kobietą a mężczyzną. 

Emma ostrożnie odsunęła się od niego i podeszła do poręczy 

werandy. 

Garrett, zakłopotany jej niespodziewaną zmianą nastroju, stanął 

za nią, przytulił się do jej pleców i czekał, aż powie, co ją dręczy. 

-    To była najpiękniejsza noc w moim życiu. - Odwróciła się 

nagle i wpatrywała w niego z nadzieją. - Chcę poczuć to znowu. Tę 
wolność. Tę porywającą swobodę. Przypomnij mi to, Garrett. 

Zapomniałam już, jak to jest, żyć chwilą i kochać się bez zahamowań. 

Wpiła mu się w usta namiętnym, rozpaczliwie gwałtownym 

pocałunkiem. 

Garrett nie zdążył się niczemu zdziwić, bo żądza wzburzyła mu 

krew niczym atak gorączki. Starał się nad nią panować, ale Emma 
natychmiast odzyskała swoją nad nim władzę. Brutalnie szarpnęła 

palcami jego włosy, żarłocznie gniotła wargami jego usta. 

-    Em... kochanie... zwolnij tempo - dyszał ciężko, obezwładniony 

jej namiętnością. 

Jakby niczego nie słyszała. Złapała oddech i obdarzyła go jeszcze 

bardziej zachłannym, niemal brutalnym pocałunkiem. Potem 
zerwała z niego koszulę. 

-    Kochanie... - jęczał Garrett, kiedy gryzła i całowała jego brodę. 

Dysząc, wciągnął głęboko powietrze, gdy skubnęła zębami jego sutek 

i zajęła się sprzączką paska u spodni. 

Żądza, czysta, prymitywna, cielesna żądza schwyciła go w sidła, 

kiedy długie, delikatne palce Emmy rozpięły rozporek i wśliznęły się 

do środka. 

Garrett o niczym już nie myślał. Czuł tylko dzikie, nienasycone 

pragnienie, gdy jak oszalały walczył z suwakiem dżinsów Emmy, a 

potem zdarł je brutalnie z jej bioder. Pożądanie jak narkotyk 

wsączyło się w jego krew i wyzwoliło śpiące w nim zwierzę. 

Podniósł Emmę i przy dusił ją do zewnętrznej ściany domku. 

Otumaniony, czuł, jak Emma rozdrapuje mu paznokciami plecy, a 

RS

background image

98 

 

jego ręce zaciskają się na jej biodrach. 

Wszedłby w nią, gdy nie powstrzymał go jej krzyk. I nie 

zapanowałby nad rękami, gdyby nie jej delikatna skóra. 

Zaklął przez zaciśnięte zęby i odsunął się od niej. Potem, 

wymyślając sobie w duchu od najgorszych, próbował oprzytomnieć. 

Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, zanim poczuł, że może jej 

dotknąć, nie rzucając się na nią jak zwierzę. Nie wiedział, jak długo 

stała, opierając się o ścianę, z oczami przepełnionymi grozą. 

-    Em... - Przytulił się do niej, żeby ją uspokoić, ale też by nie 

widzieć jej zawiedzionej miny. Ogarnął go wstyd i przygnębienie. - 

Nie wiem, jak to się stało. Kochanie, nie zrobiłem ci krzywdy? 

-    Nie. - Emma dyszała ciężko, wyrzucając z siebie krótkie, 

urywane oddechy. - Nie, nie zrobiłeś mi żadnej krzywdy. 

-    Przepraszam, tak mi przykro. Wyrwała się z jego uścisku. 

-    Nie chcę, żeby było ci przykro. - W jej oczach pojawiły się 

niebezpiecznie wojownicze błyski. 

-    Byłem brutalny. Rzuciłem się na ciebie. - Odgarnął włosy z jej 

policzków. 

-    Byłeś naturalny i prawdziwy. - Emma odsunęła jego dłoń ze 

swojej twarzy. - Wziąłeś mnie. A przynajmniej chciałeś, zanim 

odezwały się w tobie te przeklęte zasady. - Jej oczy miotały 
błyskawice. - Pierwszy raz... prawie ci się udało pozbyć tej cholernej 

samokontroli, z której jesteś taki dumny. Mało brakowało, a 

wziąłbyś mnie jak normalną kobietę. 

Ze zwycięskim błyskiem w oczach schyliła się i naciągnęła z 

powrotem dżinsy. 

-    Nie drażnij mnie swoimi przeprosinami. Do diabła, niech ci 

przynajmniej nie będzie przykro. 

Odepchnęła go ramieniem, szarpnęła rozsuwane drzwi i weszła 

do domu. 

Zakłopotanie odebrało Garrettowi mowę. Bez słowa patrzył, jak 

Emma odchodzi. Spodziewał się jej złości. Zasłużył na nią. I 

rzeczywiście była wściekła - ale nie dlatego, że był brutalny, tylko 

dlatego, że ją za to przepraszał. 

RS

background image

99 

 

Zbity z tropu, chwycił się za głowę, nie mając najmniejszego 

pojęcia, co o tym myśleć. W końcu wszedł za Emmą do środka. 

Sącząca się z odtwarzacza muzyka powinna przynieść mu ulgę. 

Ale słodka melodia w zderzeniu z rozgardiaszem w jego głowie 

zabrzmiała jak drapanie paznokciem po szybie. Uderzył dłonią w 

wyłącznik, odetchnął głęboko, żeby się uspokoić, i ruszył przez pokój 

do Emmy. 

Stała odwrócona plecami, przygarbiona, z rękoma złożonymi na 

piersiach. 

-    Staram się - zaczął ostrożnie - ale, do jasnej cholery, nie 

rozumiem, o co chodzi. 

-    O szacunek - odrzekła Emma z taką zajadłością, że Garrett 

mimowolnie cofnął się o krok. - Chodzi o liczenie się z moją wolą, z 

moimi pragnieniami. Chodzi o traktowanie mnie jak kobiety. 

-    Zawsze traktowałem cię jak kobietę! - Garrett walczył z 

budzącą się w nim złością. 

-    Traktowałeś mnie jak kruchą porcelanową lalkę. 

-    Masz pretensje, że dbam o ciebie? 

-    Nie chciałam, żeby zabrzmiało to jak zarzut. - Emma, kręcąc 

głową, spojrzała w sufit. - Sposób, w jaki mnie traktujesz, jest... jest 

cudowny. 

-    Cudowny? I kocham cię też cudownie? - spytał Garrett 

drwiąco. - To znaczy, że już wszystko w porządku, misja spełniona. 

Cudowny? Dokładnie o to mi chodziło. 

Czuł się tak, jakby usuwała się pod nim ziemia. Włożył ręce do 

kieszeni i starał się uspokoić. 

-    Myślałem, że dzięki temu jest ci ze mną dobrze. 

-    Bo jest dobrze. 
Jej łagodny, czuły ton zmieszał go jeszcze bardziej. 

-    Jest nie tylko dobrze. Jest cudownie, słodko i wszystko jest... 

całkowicie pod kontrolą. 

Garrett zaczynał tracić cierpliwość. 

-    Nie rozumiem. Naprawdę wierzyłem, że wszystko dobrze się 

układa. Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? 

RS

background image

100 

 

Emma zdała sobie sprawę, że zrobiła dokładnie to, czego chciała 

uniknąć. Zraniła go, uderzając z siłą kuli armatniej w najczulsze 
miejsce - w niepohamowaną dumę Jamesów. Ale nie mogła się już 

wycofać, teraz, kiedy zdobyła się wreszcie na odwagę. 

-    Chcę, żebyś coś zrozumiał, Garrett. Potrzebuję tego. Mnie 

samej zajęło bardzo dużo czasu, żeby to pojąć. I chcę, żebyś uważnie 

wysłuchał tego, co ci powiem. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, 

musimy mieć pewność, że umiemy ze sobą rozmawiać. 

-    Sądziłem, że umiemy ze sobą rozmawiać. - Garrett zerknął 

ponuro w stronę poddasza. 

Emma westchnęła głęboko. 

-    Jeżeli tylko to, że ja cię kocham i ty mnie kochasz, 

wystarczyłoby nam do szczęścia, nie byłoby nas tutaj, prawda? 

Nie mogła teraz pozwolić, żeby poczucie winy zawróciło ją z 

drogi. Bez względu na to, jak jej słowa go zranią. 

-    Poza tym, wcale ze sobą nie rozmawialiśmy. To ja z tobą 

rozmawiałam. To ja ci opowiedziałam o trudnej miłości do swojej 

matki, przyznałam się do kompleksów i lęków. 

Emma zamilkła, żeby nabrać sił, a Garrett patrzył na nią spode 

łba. 

-    Rzeczywiście, podtrzymywałeś mnie na duchu, byłeś 

tolerancyjny i wspaniały, ale sam nie radziłeś sobie ze swoimi 

problemami. 

-    Problemami? Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Ja nie mam 

żadnych problemów. 

-    Czyżby? 

Zapanowała głucha, dudniąca cisza. 

-    Mów do mnie, Garrett - poprosiła w końcu Emma, a spojrzenie 

i ton jej głosu nie pozostawiały Garrettowi złudzeń, że wykręty na 

nic się tym razem nie zdadzą. 

-    Rozmawiaj ze mną, albo po powrocie do Jackson pójdziemy 

każde swoją drogą. 

-    Więc po tym wszystkim, co przeszliśmy, i po ostatnim 

tygodniu... ciągle myślisz o rozwodzie? 

RS

background image

101 

 

-    Garrett, to ty nadajesz sens mojemu życiu i dzięki tobie jestem 

silna. Odejście od ciebie jest ostatnią rzeczą, jaką chciałabym zrobić. 
Ale bez względu na to, jak bardzo cię kocham, nie mogę z tobą dalej 

żyć, jeśli nie stanę się dla ciebie partnerką w każdym znaczeniu tego 

słowa. 

-    A ja wciąż nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. - Patrzył na 

nią twardym wzrokiem. 

-    Dobrze wiesz. Po prostu nie chcesz mi tego dać. Wstała z fotela 

i podeszła do drzwi. Przygładziła włosy i odwróciła się. 

-    Słuchaj, ja wiem, że to nie leży w twojej naturze. Sądzę, iż tkwi 

w tobie coś takiego... To pewnie przerost męskiej dumy, która żąda, 

żebyś milczał, znosił wszystko ze stoickim spokojem i radził sobie 

bez niczyjej pomocy. Być silnym. Być niepokonanym. Nie pozwolić, 

żeby ktoś widział, jak się boisz i cierpisz. Tylko że ja wiem lepiej - 

ciągnęła łagodnie Emma, podchodząc do Garretta. - Wiem, że 
cierpisz. Wiem, kiedy cierpisz, ale nie chcesz się do tego przyznać. 

Nie mogę tego znieść, Garrett, kiedy zamykasz się i zostajesz sam ze 

swoim bólem. To jakby dwie strony tego samego ostrza -ja cierpię, 

bo ty cierpisz, cierpię, bo nie pozwalasz, żebym ci pomogła. 

Rozumiała, co oznacza jego milczenie. Garrett wiedział, że to, co 

mu powiedziała, nie jest pozbawione sensu, ale upierał się, żeby nie 
przyjąć tego do wiadomości. 

-    Przez cały tydzień starałam się skłonić cię do rozmowy. 

Bezskutecznie. Jeździłam konno, wędrowałam, szukałam złota. 

Wciągnąłeś mnie w rozmowę o Sarze, o mojej matce, a o czym ty 

mówiłeś? O swoich braciach. 

O Mai i Loganie. Ani razu nie rozmawialiśmy o tobie. Garrett 

zacisnął zęby i wlepił wzrok w jakiś punkt ponad jej głową. 

-    I nie dlatego, że się nie starałam. Ale za każdym razem, kiedy 

otwierałam przed tobą drzwi, prosząc, żebyś mi zaufał, ty zamykałeś 

je z powrotem. Nie z trzaskiem, bo to nie leży w twojej naturze. 

Używałeś subtelnych wykrętów, czułych uśmiechów, namiętnych 

pocałunków. 

I prowadziłeś mnie prosto do następnej klęski, którą ponosiłam w 

RS

background image

102 

 

łóżku. 

-    Chciałem przywołać wspomnienia - bronił się Garrett. - 

Pragnąłem cię kochać. Chciałem robić to wszystko, co robi dwoje 

zakochanych ludzi. 

-    Wszystko oprócz rozmowy o sobie, o tym, co cię gnębi. 

Westchnął głęboko. 

-    Muszę wreszcie zrozumieć, Garrett. Muszę wiedzieć, jak 

wpłynęła na ciebie strata ojca. Wiem, że jako najstarszy z braci 

wziąłeś na swoje barki odpowiedzialność za całą rodzinę. Do ciebie 
bracia zwracali się z każdą sprawą, oczekiwali rady i odpowiedzi na 

każde pytanie. Wszyscy na ciebie liczyli. Nie stać cię było na luksus, 

żeby kogokolwiek zawieść. Tak jest do dzisiaj. Więc pracujesz coraz 

ciężej i coraz dłużej. Chcę wiedzieć, dlaczego nie pozwolisz sobie na 

trochę luzu i bezczynności, dlaczego firma pochłonęła cię do tego 

stopnia, że nie masz czasu dla siebie. 

-    Uważaj! - warknął Garrett z taką wściekłością, że serce 

podeszło Emmie do gardła. 

-    Dlaczego? - spytała niemal ze strachem, ale w głębi serca 

wiedziała, że nie ma odwrotu. Poruszyła tak czułą strunę, że tylko 

otwarcie rany mogło przynieść Garrettowi ulgę. - Dlaczego? - 

powtórzyła z naciskiem. - Bo mogłabym odkryć, że to wszystko jest 
ponad twoje siły? 

Wzięła go za rękę i poprowadziła do stołu, przy którym usiedli 

naprzeciwko siebie. 

-    Garrett - zaczęła łagodniej. - Nawet wówczas, kiedy się 

kochamy, kiedy jest nam cudownie, czuję, jak się hamujesz. Nawet 

wtedy nie pozwalasz sobie na pełną swobodę. 

Skrzywił się, wyraźnie dając jej do zrozumienia, że odeprze 

wszystkie zarzuty. Położyła na stole zaciśnięte w pięści dłonie. 

-    Uwielbiam, jak mnie dotykasz. Kocham cię za to, że wcześniej 

ode mnie wiesz, czego chcę. Dajesz mi wszystko, o co tylko może 

prosić kobieta. Wszystko - powtórzyła łagodnie. - Wszystko oprócz 

siebie. Nawet w łóżku nie mówisz, co czujesz, czego ode mnie 

pragniesz. A ja potrzebuję ciebie całego. Bez ograniczeń. Przed 

RS

background image

103 

 

chwilą - tam na tarasie - omal mi tego nie dałeś. A potem zdążyłeś się 

wycofać. 

Nagle Emma pojęła, że zrozumiał. I znała odpowiedź, zanim ją 

usłyszała. 

-    Nie chcę cię skrzywdzić - mruknął ponuro. 

-    Skrzywdzić? Jakim cudem mógłbyś mnie skrzywdzić, jeśli z 

takim zapałem troszczysz się o mnie? 

Nawet w jej własnych uszach te słowa zabrzmiały brutalnie. 

Zmieszana, pogłaskała Garretta po dłoniach. 

-    Wiem, że tego nie chcesz, ale ranisz mnie za każdym razem, 

kiedy rezygnujesz z własnych pragnień. Cierpię, gdy traktujesz mnie 

jak mimozę z Południa, a nie normalną kobietę. 

-    Wcale cię tak nie traktuję. - Garrettowi posmutniały oczy. - 

Nigdy tak o tobie nie pomyślałem. Starałem się tobą opiekować, 

chronić cię... Co w tym złego? 

-    Nic, nic złego. Kocham cię za to. Ale czasami potrzebuję czegoś 

więcej. Chciałabym się kiedyś przekonać, że potrzebujesz mnie tak 

bardzo jak ja ciebie. 

Jedyną reakcją, jakiej się Emma doczekała, było głębokie 

westchnienie, naciskała więc dalej. 

-    Potrzebuję partnera, Garrett. Partnera, nie anioła stróża. 

Tamtego dnia... - ciągnęła ściszonym głosem - .. .kiedy zobaczyłam 

cię z tą kobietą... 

Garrett wstał tak raptownie, że krzesło przesunęło się po 

podłodze z nieprzyjemnym zgrzytem. 

-    Myślałem, że to mamy już za sobą. Ile razy mam ci powtarzać?! 

Jak mam ci to wytłumaczyć? Nie spałem z nią! 

-    Wiem. Teraz już to wiem - powtórzyła Emma, jakby chciała 

upewnić się, że ją zrozumiał. 

-    Więc dlaczego znów do tego wracasz? 

-    Bo chcę, żebyś się dowiedział, co się ze mną wtedy działo. 

 

 

 

RS

background image

104 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Garrett utkwił wzrok w jakimś zagubionym w mroku punkcie. 

Zamykał się. Stawką w tym sporze była jego boleśnie zraniona duma. 

Zdając sobie z tego sprawę, Emma postanowiła działać powoli i 
ostrożnie, ale nie rezygnować, bez względu na koszty. 

-    Proszę, nie zamykaj się przede mną. Przywiozłeś mnie tutaj, 

bo chciałeś coś naprawić. Garrett, zrozum, jeśli chcemy rozwiązać 

ten węzeł gordyjski, musimy wyjaśnić sobie mnóstwo 

nieporozumień. A skoro nie potrafimy uporać się nawet z tym 

jednym, nie mamy żadnych szans... 

Westchnęła głęboko, zebrała wszystkie siły i podjęła następną 

próbę. 

-    Kiedy cię zobaczyłam z tamtą kobietą, uznałam, że 

towarzystwo osoby, która jest... - tak ją wtedy oceniłam - moim 

przeciwieństwem, sprawia ci przyjemność. Była agresywna, 

wyrafinowana, wyzywająca. Więc zadałam sobie pytanie, czy 

właśnie takiej kobiety potrzebujesz. Kogoś, kim ja być nie mogę, bo 
mi na to nie pozwalasz. 

Garrett spuścił tylko głowę. Jego milczenie Emma uznała za 

wymowniejsze od jakichkolwiek słów. 

-    Więc co zrobiłam? Zagrałam swoją rolę. Rozsypałam się na 

kawałki jak porcelanowa figurka. Widziałam tylko ciebie z tą silną, 

niezależną kobietą - i nienawidziłam się, bo ona miała wszystko, 
czego mnie brakowało. 

Emma zamknęła oczy. Przepędziła wspomnienie, które wciąż 

bolało. 

-    Czułam się, jakbym to ja wepchnęła cię w jej objęcia przez to, 

że stałam się taka, jaką chciałeś mnie widzieć. Byłam wściekła na 

siebie, za swoją uległość. I na ciebie za to, że mnie do niej skłaniałeś. 

Nie potrafiłam spokojnie o tym myśleć. Reagowałam spontanicznie i 
postanowiłam z tym skończyć na własnych warunkach. 

To właśnie wtedy zaczęłam cię nienawidzić. W każdym razie 

RS

background image

105 

 

powiedziałam sobie, że powinnam cię znienawidzić. Nie tylko 

dlatego, że posądzałam cię o zdradę, ale też za to, że zrobiłeś ze mnie 
kobietę kompletnie uzależnioną, bezradną i nijaką. 

A na to wszystko kładł się cieniem obraz mojej matki. Pokonanej, 

żyjącej w narkotycznym odurzeniu, nie buntującej się przeciwko 

mężowi, który zdradzał ją bez skrupułów. Biedaczka uważała, że to 

jej wina, bo go zawiodła - nie była kobietą, której potrzebował. A ja, 

Garrett, sądziłam, że jestem taka sama. 

Emma zamilkła na chwilę. Jeszcze raz przeżywała tamten 

potworny, przerażający dzień. 

-    Wstyd mi się do tego przyznać, ale rzeczywiście myślałam, 

żeby pójść drogą mojej matki. Trzymałam w ręku lekarstwo na 

zapomnienie i pomyślałam nawet, żeby pójść o krok dalej i skończyć 

ze sobą. 

-    Jezu! - wyrwało się Garrettowi przez ściśnięte gardło. 
-    I wtedy postanowiłam, że nie pozwolę, żeby mnie to złamało. - 

Emma mówiła dalej, choć wiedziała, jak bardzo rani Garretta. - 

Właśnie wtedy zdecydowałam, że jeśli ktoś ma za to zapłacić, to ty, a 

nie ja. Tylko że i tak zapłaciliśmy oboje. 

Położyła mu dłoń na ramieniu i w końcu Garrett odwrócił się i 

spojrzał na nią. Miał udrękę w oczach. 

-    Przykro mi, że sprawiam ci ból. Ale jeżeli chcemy zacząć 

wszystko od początku, musisz wiedzieć... To było podłe. Straszne. 

Nie jestem ci w stanie powiedzieć, jak bardzo żałuję. 

-    Dlaczego nie przyszłaś z tym do mnie? Zrozumiałbym. 

-    Bo ty zawsze rozumiesz. - Emma pokręciła głową ze smutnym 

uśmiechem. - Powiedziałbyś, że wszystko jest w porządku. Pewnie 

bym ci w końcu uwierzyła i tak by się to skończyło. Zdjąłbyś ze mnie 
winę i wziął ją na siebie. To jest nasz największy problem, Garrett. 

-    Na miłość boską, Em! To, że potrafię cię zrozumieć, uważasz za 

problem? 

-    Problem w tym, że nigdy nie wiem, co naprawdę myślisz. Nie 

znam twoich prawdziwych uczuć, bo zawsze mnie przed nimi 

chronisz. 

RS

background image

106 

 

-    Myślałem, że na tym między innymi polega miłość. 

-    Polega też na uczciwości i szczerości. Brakuje mi tego. 
-    Nie wiem, co mam ci powiedzieć, po prostu nie wiem. - 

Cierpliwość Garretta zdawała się wyczerpywać. 

-    To, co czujesz. Może najpierw powiedz mi, co czułeś, kiedy ci 

ogoliłam głowę. 

Garrett powlókł się z powrotem do stołu i opadł ciężko na krzesło. 

Siedział sztywno, potem schował twarz w dłoniach. 

-    Garrett? 
-    Nie naciskaj, Em. Nie zniosę dzisiaj więcej ciosów. Na pewno 

nie chciałabyś usłyszeć, co czułem. 

-    Dlaczego? Bo może mnie to zranić? Bo mógłbyś stracić 

panowanie nad sobą? Do diabła, Garrett! Odurzyłam cię prochami, 

ogoliłam ci głowę. Opuściłam cię, oskarżając o zdradę. Ciebie, 

człowieka, który jest tak dumny ze swojej uczciwości i z poczucia 
honoru. Powinieneś mnie znienawidzić. 

-    Myślisz, że nie chciałem? - Po raz pierwszy puściły mu nerwy. 

Trzasnął pięścią w stół, a na jego twarzy malowała się furia. - 

Myślisz, że nie chciałem cię znienawidzić? Tysiące razy przeklinałem 

cię za to, co mi zrobiłaś. I co zrobiłaś nam. 

-    Ale walczyłeś z tym i jak zwykle zapanowałeś nad złymi 

uczuciami, prawda? 

-    Starałem się zrozumieć - odpowiedział, ważąc każde słowo. - 

Starałem się doszukać w tym jakiegoś sensu. A teraz ty mi 

opowiadasz, że nie życzysz sobie mojego zrozumienia. Że nie chcesz 

mojej opieki. Pewnie nigdy jej nie chciałaś. 

Poderwał się z krzesła, boleśnie ugodzony, upokorzony 

poczuciem klęski. 

-    Kochałem ciebie, tylko ciebie, i nigdy nie dałem ci 

najmniejszego powodu, żebyś zwątpiła w tę miłość. Tak, chciałem 

znienawidzić cię za to, co mi zrobiłaś. A jednak dalej cię kochałem. A 

miłość oznaczała dla mnie troskę o ciebie. Uważałem, że muszę cię 

chronić choćby przede mną samym. 

Przymknął powieki i wciągnął głęboko powietrze. Zrozpaczony i 

RS

background image

107 

 

bezradny, spojrzał jej w oczy. 

-    Daję ci wszystko, co mam, Em. Całego siebie. Nie wiem, jak 

mógłbym zrobić to inaczej. A teraz mówisz mi, że to nie wystarcza. 

Nawet nie próbowała go zatrzymać, gdy pchnął drzwi i sztywnym 

krokiem wyszedł z domu. Nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć. 

Pozwoliła mu więc odejść ze swoim gniewem, a sama, powłócząc 

nogami, wspięła się na poddasze. 

A potem się modliła. Modliła się o niego i o siebie. I o to, żeby nie 

okazało się, że właśnie zaprzepaściła nadzieję na uratowanie ich 
małżeństwa. 

Włączyła lampkę przy łóżku i położyła się w ubraniu. Czas wlókł 

się leniwie, a ona liczyła minuty, wpatrując się w księżyc. 

Kiedy usłyszała skrzypienie otwieranych drzwi, różowa poświata 

brzasku wkradała się w mrok nocy. I znowu zapanowała cisza, 

zakłócana tylko biciem jej serca. Dopiero po chwili usłyszała 
szuranie butów po drewnianej podłodze, a potem skrzypienie 

schodów. 

Przewróciła się na bok i patrzyła, jak Garrett podchodzi do łóżka. 

Z pobladłą twarzą i zmęczonym wzrokiem siadł odwrócony plecami 

do niej po drugiej stronie łóżka. 

-    Tak bardzo... - zaczął łamiącym się głosem, całkiem rozbity - 

...tak bardzo cię kocham. Czasami ta miłość mnie przeraża. Nie 

wiedziałem, Em. To prawda, że zawsze staram się nad sobą 

panować, że zawsze się hamowałem, ale nie wiedziałem, że to cię 

rani. 

Wyprostował się, zacisnął w pięści dłonie i wbił je w materac. 

-    Nigdy nie wiedziałem, jak sobie z tym poradzić. Nie potrafiłem 

być przy tobie sobą, pozwolić sobie na szczerość, nie krzywdząc cię 
przy tym. Aż w końcu uświadomiłaś mi, że to był błąd. 

Zrozumiał. A ona poczuła niewysłowioną ulgę, która stopiła 

ostatnie okruchy lodu w jej sercu. Uklękła za nim, przygryzając 

wargę, żeby nie wybuchnąć płaczem. Objęła go i przytuliła policzek 

do jego szerokich pleców. 

-    Garrett... Zawsze cię kochałam, ale brakowało mi jednej, 

RS

background image

108 

 

jedynej rzeczy - pewności, że jestem ci potrzebna tak bardzo jak ty 

mnie. 

-    Nigdy nie przyszło mi do głowy, że możesz o tym nie wiedzieć. 

Ani to, że moja powściągliwość może cię upokarzać. 

-    To również moja wina. Dawno temu powinnam była ci o tym 

powiedzieć. Ale nie wiedziałam, jak to zrobić. Nie dopuszczałeś mnie 

do siebie - nie pozwalałeś sobie pomóc, więc odwróciłam się od 

ciebie. 

-    Odwróć się do mnie, Em. - Garrett położył się na łóżku i 

sięgnął po jej rękę. - Potrzebuję tego, teraz. 

W jego pocałunku było coś więcej niż miłość i coś więcej niż 

przeprosiny. 

-    Ale dasz mi trochę czasu, żebym nad tym wszystkim 

popracował, dobrze? 

Emma przycisnęła wargi do jego szyi, tam, gdzie pulsowanie 

tętnicy zdradzało, jak bardzo jest poruszony. I czekała. 

-    To była moja wina - wyrzucił z siebie Garrett ni stąd, ni zowąd, 

po długich, rozstrzygających sekundach milczenia. 

-    O co ty się obwiniasz? - Emma położyła mu dłoń na piersi i 

wyczuła gwałtowny łomot serca. - Co takiego zrobiłeś? 

-    To przeze mnie on nie żyje. - Garrett zamknął oczy i odwrócił 

się od niej. - Przeze mnie nie żyje mój ojciec. 

W głębi serca Emma spodziewała się tego wyznania. Przez całe te 

razem spędzone lata podejrzewała, że jest coś, co nie daje mu 

spokoju. Delikatnie przyciągnęła go do siebie i przytuliła do piersi. 

Ukrył twarz i oplótł ją ramionami, tak mocno, jakby była ostatnią 

jego nadzieją. 

-    Opowiedz mi. - Przycisnęła usta do czubka jego głowy. - 

Opowiedz, proszę... 

To było trudne. Nigdy w życiu nie stanął przed trudniejszym 

zadaniem. Lecz kiedy już zaczął mówić, wydawało się, że nie 

przestanie, dopóki nie zazna łaski ulgi. 

-    To była sobota. Pomagałem ojcu w każdą sobotę na budowie. 

Dawał mi w ten sposób do zrozumienia, że ufa mi i wierzy w moją 

RS

background image

109 

 

odpowiedzialność. Mogliśmy spędzić razem trochę czasu, tylko we 

dwóch, no i zarabiałem dzięki temu pieniądze, a wtedy nie miałem 
ich zbyt wiele. 

Przytulił twarz do miękkiego ciała Emmy i poczuł pod policzkiem 

mocne, równe bicie jej serca. 

-    Od jakiegoś już czasu błagałem ojca, żeby pozwolił 

poprowadzić mi spychacz. Tego dnia przydarzyła się wyjątkowa 

okazja. Roboty przy budowie promenady strasznie się opóźniały. 

Trzeba było przygotować wykop pod fundamenty, więc błagałem 
ojca dotąd, aż ustąpił. Naprawdę myślałem, że jestem kimś. 

Prowadzić taką wielką maszynę! I szło mi znakomicie. Posunąłem się 

do przodu jakieś pięć metrów, kiedy go zobaczyłem. Biegł w moim 

kierunku, krzyczał i wymachiwał rękami. Ryk silnika zagłuszał jego 

słowa. I nie zrozumiałem - w każdym razie nie od razu - że chce, 

żebym natychmiast wyskoczył z kabiny. Ojciec wskoczył na spychacz 
i zepchnął mnie na ziemię. Turlałem się, połykając i wypluwając 

kurz, i zastanawiałem się, co mojemu staremu odbiło, kiedy 

usłyszałem eksplozję. 

Tysiące razy słyszał ten grzmot w swoich snach. Czuł, jak drży pod 

nim ziemia, czuł żar ognia, który oślepił go, gdy wpatrywał się 

przerażony w to płonące piekło. 

-    Maszyna uderzyła w rury z gazem. Nikt nie potrafił pojąć, 

dlaczego Jonathan James, człowiek znany ze swojej pedanterii i 

ostrożności, nie zauważył znaku ostrzegawczego. 

Emma czuła, jak ramiona Garretta zaciskają się wokół niej 

kurczowo, i wtedy jej serce przyspieszyło i zaczęło walić jak opętane. 

-    Ale to nie on był nieostrożny. To ja nie rozumiałem znaczenia 

pomarańczowej strzałki wymalowanej sprayem na ziemi. To ja 
bawiłem się supermana. Igrałem z ogniem, a on stracił przez to 

życie. I przez tyle lat nie przyznałem się nikomu, że to ja 

prowadziłem wtedy spychacz. Poświęcił za mnie życie. Wypchnął 

mnie i nie zdążył zatrzymać maszyny, żeby uratować siebie. 

Teraz Emma zrozumiała. Pojęła, skąd się wzięło jego niezwykłe 

poczucie odpowiedzialności. Dlaczego to właśnie Garrett opiekował 

RS

background image

110 

 

się matką, pilnował przedsiębiorstwa, nie spuszczał oka z braci. I 

dlaczego musiało to wpłynąć na ich małżeństwo. 

-    Byłeś wtedy chłopcem - szepnęła. - Byłeś dumą swojego ojca, a 

to, co zdarzyło się tamtego dnia, było tragicznym, przerażającym 

wypadkiem. Nie mam zamiaru spierać się z twoim poczuciem 

odpowiedzialności za to, co się stało. Ale powinieneś uzmysłowić 

sobie, że twój ojciec nie chciałby, żebyś obwiniał się o jego śmierć. 

-    Próbowałem. Każdego dnia swojego życia starałem się to 

naprawić - dla mego, dla matki i dla braci robiłem wszystko, żeby im 
to wynagrodzić. 

-    Jesteś zmęczony - szepnęła kojącym głosem Emma. - Już nigdy 

więcej nie będziesz musiał zmagać się z tym w samotności. 

-    Potrzebuję cię, Em. Tak bardzo cię potrzebuję. 

-    Jestem tutaj - wyszeptała. - Zawsze będę. 

Kołysała go jak dziecko. Głaskała po włosach. Tuliła go do piersi. I 

wreszcie pozwoliła płynąć łzom, które dusiła w sobie tyle lat. Garrett 

płakał razem z nią. Jak chłopiec, który stracił ojca, i jak mężczyzna, 

który czuje się odpowiedzialny za jego śmierć. 

Jego ciche łzy skapywały na piersi żony jeszcze długo po tym, jak 

zmorzył go sen, twardy, głęboki, życiodajny. Emma też zasnęła, nie 

wypuszczając z objęć ukochanego mężczyzny. 

Kiedy obudziła się kilka godzin później, była w pokoju sama. 

Promienie słońca wpadały przez okno, przemykając się po ścianach. 

Dochodziło południe. Wstała, wybiegła z domu i znalazła Garretta 

nad rzeką. 

Podeszła i przytuliła się do niego. 

Przez długą chwilę Garrett patrzył w milczeniu na rzekę. W 

milczeniu błogim i uzdrawiającym. Tajemnice były w jego życiu 
źródłem bólu. Prawda otworzyła mu oczy na wiele spraw. 

Dotarł do niego fakt, że większość energii poświęcał firmie 

budowlanej, którą zostawił mu ojciec. Potrzeba odkupienia winy 

doprowadziła przedsiębiorstwo do takiego rozkwitu, że nie 

starczało mu już czasu dla Sary i Emmy. A to, że zamknął się przed 

nią, podkopało jej ufność i wiarę w siebie. 

RS

background image

111 

 

-    Miałem tyle szczęścia, że zjawiłaś się w moim życiu. Dlaczego 

nie starczyło mi rozumu, żeby uświadomić sobie, jaka jesteś silna? 

-    Jestem silna dzięki tobie. A razem możemy przenosić góry. 

-    Nie sądziłem, że mogę kochać cię jeszcze bardziej. - Odwrócił 

ją twarzą do siebie. - A jednak, Em. Bez przerwy na nowo się w tobie 

zakochuję. 

-    Nigdy nie przestałam cię kochać. I nigdy nie przestanę. Nie 

chciałam cię opuścić. Przenigdy. 

Te słowa śniły się Garrettowi po nocach. Tak do nich tęsknił. Tak 

długo na nie czekał. 

-    Powinniśmy mieć drugie dziecko. - Emma przytuliła policzek 

do jego torsu. 

Garrett nie był przygotowany na taką deklarację ani na lawinę 

uczuć, które spadły na niego jak grom z jasnego nieba. Starał się, ale 

nie udało mu się nie zesztywnieć. 

-    Nie - ostrzegła go Emma, wyczuwając jego reakcję. - Błagam, 

nie zamykaj się teraz przede mną. Zaszliśmy już tak daleko... Minęły 

dwa lata od mojego poronienia. Czas na następną próbę. W każdym 

razie musimy o tym porozmawiać. 

Garrett westchnął głęboko, rozluźniając mięśnie. 

-    To jeszcze jedna rozmowa - powiedziała z naciskiem Emma - 

której unikaliśmy zbyt długo. 

Z brutalną siłą spadła na niego świadomość, że po raz pierwszy do 

końca zrozumiał to, co tak naprawdę Emma starała się mu 

powiedzieć. Chciała znać jego myśli. A on nie chciał przed nią 

niczego ukrywać. Już nie. Tylko na szczerości i zaufaniu mogło się 

opierać ich nowe życie 

-    życie z kobietą, z którą miał dziecko i z którą dzielił przeszłość 

zbyt piękną, żeby zniweczyć ją w imię swojej dumy. 

Pogrążyli się w bolesnych wspomnieniach. Tak bardzo cieszyło 

Emmę to dziecko. Chłopiec. Tak długo się o nie starali. Poronienie ją 

zdruzgotało. A fakt, że Garrett wyjechał wtedy w służbową podróż i 

Emma musiała sobie radzić z tym w samotności, okazał się ciężkim 

ciosem dla nich obojga. 

RS

background image

112 

 

-    Byłaś taka załamana - przerwał milczenie Garrett. - Zupełnie 

nie wiedziałem, co robić. Nie miałem pojęcia, jak ci pomóc. 

-    Wiem. Ale starałeś się. Tuliłeś mnie, kiedy płakałam. A ja 

byłam tak nieszczęśliwa, że nie potrafiłam ci powiedzieć, jak bardzo 

boli mnie utrata dziecka, chociaż wiedziałam, że nam obojgu 

potrzebna jest rozmowa. Musimy w końcu nauczyć się pytać, Garrett. 

Musimy nauczyć się mówić i raz na zawsze porzucić fałszywe 

założenie, że ukrywając własne uczucia, chronimy siebie nawzajem. 

-    Tak bardzo chciałem tego dziecka. - Garrett objął ją mocniej. - 

Nie mogłem sobie darować, że nie było mnie wtedy w domu i 

musiałaś przeżywać to sama. 

-    I czułeś się winny. , 

-    Tak. 

-    Czy mamy już to za sobą? Możesz mi obiecać, że przestaniesz 

karać się za wszystko, co idzie źle w naszym życiu? 

-    Mogę obiecać, że spróbuję. - Uśmiechnął się ponuro. - A teraz 

zapytam, od kiedy myślisz o następnym dziecku. 

-    Prawie od chwili, gdy straciłam poprzednie. Ale myślałam, że 

ty nie będziesz chciał próbować, bo pewnie winisz mnie za 

poronienie i nie wierzysz, że uda mi się donosić następną ciążę. 

Garrett zaklął pod nosem. 
-    Teraz wiem, że to nie miało sensu. Ale właśnie do tego 

doprowadza milczenie. 

-    Mamy to już za sobą. - Garrett pocałował Emmę w czubek 

głowy. - Obiecuję. Jeśli chcesz dziecka, ja chcę go równie bardzo. 

Pragnę, żebyś była nie tylko moją żoną i kochanką, Em. Od dzisiaj 

jesteś moim powiernikiem i moją partnerką. Przysięgam na 

wszystko, co mam, że będę ci ufał i oddam ci swoje serce ze 
wszystkimi jego tajemnicami. I wierzę, że będziesz mnie kochała z 

moją słabością i moją siłą. 

-    Bądź takim, jakim chcesz być - szepnęła Emma, ocierając 

spływającą po policzku łzę. - Dopóki i mnie pozwolisz być zawsze ze 

sobą. 

-    Chodź. - Garrett wziął Emmę za rękę i poprowadził do domu. - 

RS

background image

113 

 

Postarajmy się o dziecko. 

Wyczerpani tym wszystkim, co przyniósł im poranek, kochali się 

słodką, leniwą miłością, a potem natychmiast zasnęli. 

Zmierzch przetaczał się już po zachodnim horyzoncie, kiedy 

Emma poczuła, że Garrett zaczyna się wiercić, przeciąga się i powoli 

budzi. Spieszyła się, żeby zacisnąć ostatni węzeł. 

Uśmiechnął się sennie i kusząco, kiedy zauważył ją klęczącą obok 

niego, całkiem nagą. Potem spróbował wyciągnąć do niej rękę. 

Jego zakłopotanie trwało tak długo, że Emmę zaczęły nękać 

wyrzuty sumienia. Wykręcił z trudem szyję i zobaczył, że 

przywiązała mu nadgarstki do wezgłowia łóżka. 

Sprawdził siłę węzłów, które zawiązała, posługując się całym 

zestawem swojej bielizny, a potem rzucił jej długie, pytające 

spojrzeniem. Wreszcie w kącikach jego ust pojawił się frywolny 

uśmieszek. 

-    A ja nie wziąłem ze sobą kamery... 

Emma odpowiedziała mu błyskiem w oczach, pocałowała leciutko 

w policzek i zsunęła się z łóżka. 

-    A ty dokąd się wybierasz? 

-    Nie tak daleko - obiecała, owijając się w talii prześcieradłem, a 

potem zebrała z podłogi ich ubrania. 

Garrett, na dobre już zdziwiony, obserwował ją z czujną miną, 

rezygnując z pytań. 

-    Wygodnie ci? - spytała, zapinając swoje dżinsy, a potem 

błyskawicznym ruchem włożyła sweter. 

Garrett skinął głową i z coraz większym zdumieniem patrzył, jak 

Emma sprawdza węzły. 

-    Nie mocno? Z krążeniem wszystko w porządku? 
-    Świetnie. Em, co ty wymyśliłaś? 

-    Jeszcze chwileczkę. - Przeszła na drugą stronę pokoju, 

wyszczotkowała włosy, potem wróciła i usiadła obok niego. - Chcesz 

się napić? Może kawy albo szklankę wody? 

-    Wolałbym otrzymać jakieś wyjaśnienie. -Garrett zachichotał 

nerwowo. - Powiesz mi, o co chodzi? 

RS

background image

114 

 

-    O zaufanie. Otworzyliśmy właśnie nową linię komunikacyjną, 

a ja mam zamiar sprawdzić, czy to działa. 

-    I po to, żeby to sprawdzić, musiałaś przywiązać mnie do 

łóżka? - Teraz już Garrettowi zrzedła mina. 

-    Nie - odpowiedziała nieśmiało i trochę wstydliwie, ale zaraz 

potem na jej twarzy zakwitł uśmiech - seksowny, uwodzicielski i 

triumfujący. - Po prostu miałam ochotę to zrobić. 

Musnęła koniuszkami palców jego nadgarstki, przesunęła je 

wolno po nagim ramieniu Garretta, w górę poprzez pachy i 
zatrzymała je na torsie. 

-    Nadeszła chwila prawdy, kochanie. 

Czuła, jak jego muskularne ciało napina się, a potem zaczyna 

drżeć w bezwiednym przypływie pożądania. 

-    Chwila prawdy? - Ledwie udało mu się wydusić te słowa, gdy 

Emma z takim samym zmysłowym zapałem zajęła się jego drugą 
ręką. - Założę się o tę chatę, że przez ostatnie kilka godzin 

przeżyliśmy kilka momentów prawdy... a niektóre z nich nawet w 

tym łóżku. 

Garrett zdusił jęk, gdy Emma sunęła palcami przez gąszcz włosów 

na jego piersi, a potem zakreśliła okrąg wokół pępka. 

-    Masz rację. Przeżyliśmy już kilka momentów prawdy. A ten 

będzie ostatni. Ostatni dowód totalnego zaufania. 

Obserwując iskierki w jego oczach, Emma wsunęła dłoń pod 

prześcieradło i głaszcząc czule, ujęła w dłoń jego męskość. 

-    A więc... - Garrett wstrzymał oddech - ...chodzi o jeszcze jedną 

tajemnicę, która była źródłem nieporozumień. 

Emma skinęła głową, potem powoli ściągnęła z męża 

prześcieradło. Leżał teraz nagi, ubezwłasnowolniony, zupełnie 
bezradny. Mogła z nim zrobić, co tylko chciała. 

-    Bądź delikatna - mruknął przeciągle. - To mój pierwszy raz. 

 

 

 

 

RS

background image

115 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Jego uśmiech był wymuszony. Oboje mieli tego świadomość. 

Garrett czuł się niepewnie. Zbyt długo trzymał się w ryzach, żeby 

wiedzieć, na jak wiele może sobie pozwolić. 

Emma nie pozostawiła mu wyboru. 

Upewniła się, że skupił na niej całą swoją uwagę, wstała i powoli 

się rozebrała, specjalnie dla niego. 

Garrett patrzył na Emmę, wiedząc, że ona tego od niego oczekuje. 

Nie odrywał od niej oczu, zupełnie jakby to robił pod groźbą 

rewolweru. 

Wiedział, kto tu rządzi. Emma też. Używała swojej władzy, żeby 

Garrett pragnął jej jak powietrza. Żeby doprowadzić go do takiego 

stanu, w którym uległość staje się mocą, wszelkie hamulce zawodzą, 

samokontrola ustępuje miejsca czystej, nieposkromionej żądzy. 

W świetle zachodzącego słońca jej skóra miała złoty odcień. 

Włosy zasłaniały połowę twarzy, a w piwnych oczach czaił się mrok. 

Podeszła do niego z niebezpiecznym, zuchwałym ogniem w oczach. 
Dotykała go drżącymi dłońmi, kusiła swoim ciałem z tą samą 

wyzywającą śmiałością, z jaką chwilę wcześniej się rozbierała. 

Kiedy pochyliła się nad nim i pokryła jego ciało pocałunkami, 

Garrett wykrzyczał jej imię i jednym gwałtownym szarpnięciem 

zerwał krępujące go jedwabne więzy. Całą siłą woli powstrzymał się 

od przejęcia inicjatywy. 

Pieścił Emmę, wplatał palce w jej włosy - i pozwalał jej na 

wszystko. 

Była wonnym żarem, esencją kobiecości. Nieposkromiona i 

władcza, doprowadziła go do takiego pożądania, od którego nie ma 

odwrotu. Ofiarowała uwięzionej w nim bestii niebezpieczny smak 

wolności. 

Podniosła głowę i zostawiła go - rozpalonego i nienasyconego. 

Zebrał w garść jej włosy, chwycił je mocno i żądał tego, czego nigdy 

przedtem nie ośmieliłby się przyjąć. Ale ona miała już inne 

RS

background image

116 

 

pragnienie. Nie uległa prośbie jego zaciśniętych szczęk i uwolniła się 

od błagających rąk. 

Stanęła nad nim - pogańska kapłanka miłości - i uczyniła go 

błagalnikiem swojego ołtarza. 

Nigdy nie pożądał jej bardziej. To było prymitywne i potężne - a 

ona karmiła żądzę, wydzielając strawę kawałek po kawałku, choć 

Garrett chciałby dostać wszystko naraz. 

Uklękła nad nim, dręcząc go bezwstydną pieszczotą swoich piersi, 

aż uniósł się i wziął sutkę jednej z nich w usta. Nie był czuły. Był taki, 
jakim chciała go mieć: samolubny i zachłanny, poddał się żądzy, 

którą jedynie ona mogła zaspokoić. 

Tylko że to nie wystarczało. I nie wystarczyłoby, gdyby nie otuliła 

go sobą i nie zaprosiła do środka. 

Dzikie, gardłowe warknięcie wyrwało się z ust Garretta, gdy 

zacisnął ręce na jej biodrach, domagając się, żeby go przyjęła. 

Chwyciła jego męskość w niecierpliwe dłonie i z uśmiechem na 

ustach poprowadziła do domu - na swoich warunkach, w wybranej 

przez siebie chwili. 

Grzech nigdy jeszcze nie był aż tak ponętny. Garrett uniósł biodra 

i błagał ją, żeby galopowała z nim poza granice miłości - w 

niezbadane królestwo czystej żądzy. 

Szybował. A ona była niebem. Garrett był bezlitosną błyskawicą w 

szale sztormu, który Emma wyczarowała. Wyczerpany, całkowicie 

bezradny, pozwolił, żeby porwał go żywioł. 

Pędził jak szalony, coraz szybciej, aż dotarł z Emmą na kraniec 

pulsującej ulgi - i do samego końca, porażającego jak śmierć i 

przeszywającego ostrym dreszczem, jak wtedy, kiedy jej unikniemy. 

Sen zmorzył Garretta jak narkotyk. A kiedy kilka godzin później 

obudził się, Emma stała w drugim końcu poddasza. Stała tyłem, 

ubrana tylko w jego flanelową koszulę, i oglądała wiszące na ścianie 

fotografie. Gdy wyciągnęła rękę, żeby jedną z nich poprawić, spod 

rąbka koszuli wyjrzał jej nagi pośladek. 

-    Wiesz co... - zaczął leniwie Garrett, zakłócając znienacka ciszę - 

jeśli już muszę budzić się w pustym łóżku, to stwierdzam, że to, co 

RS

background image

117 

 

mnie przywitało, jest jakimś pocieszeniem... 

-    Przestraszyłeś mnie - odpowiedziała Emma, kiedy udało jej się 

złapać oddech. - Nie chciałam cię budzić. 

-    Już nie śpię, słoneczko. I chcę, żebyś do mnie przyszła. Teraz... 

-    Zdaje się, że obudziłam śpiącego lwa. - Emma podeszła do 

niego z kusicielskim uśmiechem i oparła kolano o brzeg łóżka. 

-    Zdejmij to. 

Gdy rozpinała guziki koszuli, jej oczy najpierw ściemniały, a 

potem zapłonęły ogniem. Zrzuciła z ramion koszulę i pozwoliła jej 
spaść na podłogę. 

-    Chyba nie jestem w stanie dziś chodzić. - Garrett w głębi duszy 

dziwił się, że ma jeszcze siłę rozmawiać. 

-    Wcześniej czy później i tak będziemy musieli to sprawdzić. 

-    Później. Zdecydowanie później. 

-    Uwielbiam cię. - Emma wybuchnęła głębokim, gardłowym 

śmiechem. 

-    Widzę, że jesteś półżywa. 

-    A ty całkowicie zaspokojony. Wykończony. I zdany na moją 

łaskę. 

-    Dziękuję ci, Em. - Garrett nagle spoważniał i spojrzał jej w 

oczy. - Dziękuję, że mi to pokazałaś. I nie chodzi tylko o seks. 
Dziękuję ci za wszystko. 

-    Polecam się na przyszłość. - W oczach Emmy znowu pojawiły 

się figlarne ogniki i powędrowała palcami w dół po torsie Garretta. 

-    Chcesz mnie zabić. - Chwycił z jękiem jej dłoń. 

-    Nie o tym myślałam. - Emma usiadła po turecku na środku 

łóżka. - Mam jeszcze zamiar cię wykorzystać, partnerze, więc co byś 

powiedział na małe śniadanko? 

-    Zjadłbym konia z kopytami. 

-    A może być stek i jajka? 

-    A potem? 

-    A potem... - zamruczała ochryple Emma, podając mu usta do 

ostatniego pocałunku - zabierzesz mnie na poszukiwanie skarbów. 

-    Znowu? 

RS

background image

118 

 

-    Znowu. To nasz ostatni dzień w tej okolicy. Musimy 

spróbować jeszcze raz. 

-    Więc wcale nie chodziło ci o mnie - droczył się Garrett z 

urażoną miną. - Interesuje się tylko złoto Franka i Jesse'a. 

-    Najstarsza znana pobudka działania - mężczyzn, i kobiet. Aha, 

przypomniało mi się... - Podbiegła boso do zdjęcia - ...To są oni, 

prawda? 

-    Tak. Ojciec odnalazł tę starą fotografię, powiększył ją i 

oprawił. 

-    Jesteście do nich bardzo podobni. Niesamowite... Jak sądzisz, 

kiedy zrobiono to zdjęcie? 

-    Na krótko przed ucieczką braci James z doliny. Legenda głosi, 

że to właśnie fotograf z Jackson Hole rozpoznał ich i zawiadomił 

lokalnego szeryfa. 

-    Który z nich to Frank? 
-    Ten wyglądający na złoczyńcę. Jesse był smarkaczem i 

przydawała mu się ta dziecinna buźka. Zupełnie jak nasz Jess. Ale 

dlaczego tak się nimi zainteresowałaś? 

-    Czy zauważyłeś, co Frank ma na szyi? 

-    Nie zwróciłem na to uwagi. - Garrett wzruszył ramionami. 

-    Wygląda to na rzemyk z kawałkiem drewna lub czymś 

podobnym. - Emma zmarszczyła brwi. - Pamiętasz te rzeczy, które 

pokazywałeś mi parę dni temu? No wiesz, kolbę strzelby, jakiś 

zawias, łuski po nabojach... To wszystko, co znaleźliście w 

dzieciństwie? 

-    Tak... pamiętam. 

-    Widzisz... ta rzecz... to, co Frank ma na szyi, wygląda jak łuska 

naboju. 

Garrett wstał, przekonał się, że może chodzić, i podszedł do 

zdjęcia. 

-    Masz rację. To wygląda na łuskę. 

-    A jak sądzisz, po co nosił coś takiego na szyi? 

-    Może to była pamiątka. Coś, co przypominało mu o jakiejś 

szczególnej robocie? Kto wie, jak rozumuje kryminalista. - Garrett 

RS

background image

119 

 

przyciągnął Emmę do siebie i musnął wargami jej kark. - Chcesz 

wiedzieć, nad czym pracuje teraz mój umysł? 

-    Też mi pytanie! - Zaśmiała się, poddając jego pieszczocie. - Ty 

masz wszystko wypisane na twarzy. Ale najpierw trzeba cię 

nakarmić. A mnie przydałby się prysznic. 

-    Dobra myśl. Umyję ci plecy... i co tylko zechcesz. 

Po późnym śniadaniu połączonym z lunchem i miłosnej sjeście 

Emma i Garrett zajęli się studiowaniem fotografii gangu Jamesów. 

Zgadując, co Frank ma na szyi, niemal jednocześnie spojrzeli na starą 
sosnową skrzynię z szufladą, w której schowane były skarby 

odnalezione w dzieciństwie przez Garretta i jego braci. I ten sam 

domysł zaświtał im w głowach. 

Piętnaście minut później Garrett obracał w palcach jedną ze 

zużytych mosiężnych łusek. Było ich pięć. Cztery były puste, piąta 

zamknięta z obu końców. Na mosiężnej porysowanej łusce 
zewnętrznej wyżłobiono nieudolnie litery F.J. 

-    Możesz to otworzyć? - Emmę zżerała ciekawość. Garrett 

spróbował podważyć zatyczkę szczypcami. 

-    Potrzebuję mniejszego i ostrzejszego narzędzia. 

-    Może być spinka do włosów? 

-    Daj, spróbuję. 
Po kilku minutach zatyczka wyskoczyła i potoczyła się po stole. 

-    A niech to... - Garrett, krzywiąc się, zajrzał do cylindra o 

średnicy mniejszej od jego wskazującego palca. - Coś tam jest, ale nie 

mogę tego wyjąć. 

-    Pokaż, może mnie się uda. 

Emma ostrożnie wetknęła w łuskę najmniejszy palec i po chwili 

wiercenia wyjęła z niej malutką rolkę wysuszonego, kruchego 
papieru. 

-    To chyba przełom w naszych poszukiwaniach - powiedział z 

podnieceniem Garrett. - Rozwiń to. Spróbujemy to odczytać. 

-    Boję się... Ten papier jest taki kruchy, może rozsypać się w pył. 

-    Nawilżymy go parą. - Garrett zbiegł na dół, żeby zagotować 

wodę w czajniku. 

RS

background image

120 

 

Kwadrans później z zapartym tchem wpatrywali się w nieczytelne 

litery. Niektóre były zupełnie nie do odcyfrowania, tak bardzo 
wyblakł atrament, inne zaś zginęły W załamaniach wiekowego 

papieru. 

-    Można odczytać prawie wszystkie litery w górnym wierszu. 

Jest tam W i I.I chyba K. Cholera, nic mi z tego nie wychodzi... 

Emma dodała S i Y, i mogli już przeczytać W-I-S-K-Y. W drugiej 

linii, chociaż była zaplamiona, wyłoniło się nienaruszone R-I-S. 

-    Co to może znaczyć? Jak myślisz? 
-    Nie mam pojęcia. - Garrett wzruszył ramionami i rozsiadł się 

wygodnie na krześle. - To może być jakiś szyfr. Na przykład 

kombinacja do jakiegoś zamka. 

-    W-I-S-K-Y R-I-S. - powtórzyła głośno Emma, litera po literze. 

Razem dopasowywali litery do różnych słów, zdań i imion. W 

końcu Garrett, zniechęcony, pokręcił głową. 

-    Gramy w pokera połową talii. Można założyć, że Frank był 

kiepski z ortografii i chciał napisać „whiskey" i „ryż". 

-    To musi coś oznaczać. Coś ważnego dla Franka, bo przecież 

nosił tę łuskę na szyi. 

-    Nie mamy nawet pewności, że to ta sama łuska, co na zdjęciu. 

Ale powiedzmy, że tak... Wygrzebaliśmy te łuski nad rzeką, niedaleko 
miejsca, w którym ty wyłowiłaś złotą monetę. Może Frank zdjął 

rzemyk z tą łuską, żeby się wykąpać? A może przedstawiciele prawa 

dopadli go bez tego rzemyka i przepędzili z powrotem do Arkansas? 

-    Naprawdę tak było? I to zdarzyło się tutaj, w dolinie? 

-    Tak głosi legenda. 

-    Chciałabym usłyszeć całą tę historię. - Podekscytowana Emma 

usiadła obok Garretta przy stole. 

-    Pamiętaj, że to tylko legenda - uprzedził ją Garrett i zaczął 

opowiadać jej to, co przekazał mu ojciec. - Podobno Frank i Jesse 

postanowili po ostatniej robocie, tej, która przyniosła im skrzynię 

złota, przyczaić się na jakiś czas w dolinie Wind River, a potem 

ruszyć do Kalifornii i korzystać z bogactwa. I podobno nie 

spodziewali się, że ktoś ich będzie ścigać tak daleko na zachodzie, 

RS

background image

121 

 

więc żyli sobie tutaj wygodnie. No i zrobili sobie to zdjęcie, co 

skończyło się dla nich tragicznie. Kiedy kilka miesięcy później 
zjawiła się obława, byli zupełnie zaskoczeni. Zdążyli tylko osiodłać 

konie i pognali do Dodge, wszystko, łącznie ze złotem, zostawiając za 

sobą. 

-    Te litery są ważne - oświadczyła stanowczo Emma. - Frank 

musiał to napisać, włożyć do łuski, zapieczętować ją, a potem 

przyczepił do rzemyka, który zawsze nosił na szyi. Na pewno 

napisał, jak odnaleźć złoto, na wypadek, gdyby los ich od niego 
odciął. Ale obu braci James zabito, zanim zdołali tu wrócić. 

Garrett patrzył na nią, podpierając rękami brodę. 

-    Wyglądasz wyjątkowo ładnie, kiedy ogarnia cię taka żarłoczna 

chciwość. Wiedziałaś o tym? 

-    A ty wyglądasz zupełnie jak ten twój kuzyn przestępca. 

-    Chciałaś przez to coś powiedzieć? - Garrett uniósł wysoko 

brwi. 

-    Siodłaj konia, Garretcie James, musimy odnaleźć skarb. 

Olśnienie spadło na Emmę jak grom z jasnego nieba. Ona i Garrett 

włóczyli się brzegiem rzeki, kiedy nagle zatrzymała się w miejscu i 

chwyciła męża za rękę. 

-    To nie jest I, tylko O. A dalej to nie S, ale K. 
-    Słucham...? 

-    Ta notatka. Jest w niej litera O, tylko że jej część się zamazała. I 

to nie było S, tylko jeszcze jedno K. Więc nie RIS, ale ROK. WISKY 

ROK - czyli Whiskey Rock! 

-    Ale to ciągle nic nie znaczy. 

-    To znaczy wszystko! Patrz. Tam jest ta skała. Ta, która 

przypomina butelkę. To na niej wyżłobiliście swoje inicjały. 
Frankowi też kojarzyła się z butelką. Rzeczywiście wygląda jak 

butelka whiskey. Czyli Whiskey Rock. Ta skała jest kluczem do 

zagadki. Dzięki niej dowiemy się, gdzie Jamesowie ukryli złoto. 

Garrett zmrużył oczy, przyglądał się to Emmie, to skale. 

-    To mało prawdopodobne - odrzekł w końcu. - Ale przyjmuję 

do wiadomości taką możliwość - dodał szybko, widząc kwaśną minę 

RS

background image

122 

 

żony. 

-    Możliwość? Co za niedowiarek... 
-    Czy odnalezienie tego złota naprawdę jest dla ciebie takie 

ważne? 

Emma zwykle nie przywiązywała wagi do symboli, ale nagle 

ogarnęła ją niezachwiana wiara w to, że ów skarb jest czymś więcej 

niż tylko tematem starej legendy - jest symbolem ich miłości. 

Wiecznej i niezniszczalnej. Więc nie odnalezienie złota było dla niej 

ważne, tylko uratowanie ich miłości. 

-    To ty jesteś dla mnie ważny - rzekła i ujęła w dłonie jego 

twarz. 

-    Wziąłem koc - szepnął Garrett. 

-    Twoja przezorność zostanie wynagrodzona. 

-    Kocham cię, Em. Zawsze będę cię kochał. - Chwycił ją na ręce i 

zaniósł na koc. 

Po przeciwległej stronie doliny górski grzbiet przemierzało 

dwóch jeźdźców na swoich wierzchowcach. Uważnie spoglądali w 

dół. 

-    I jak sądzisz? - spytał Jesse, opierając przedramię na łęku 

siodła. - Bezpiecznie będzie tędy zejść? 

Clay oderwał od oczu lornetkę. Podrapał się z uśmiechem po 

głowie, a jego wielki gniady wałach zaczął kręcić się pod nim 

niespokojnie. 

-    Niekoniecznie. Dajmy im jeszcze pół godziny. A potem 

ruszamy. 

-    Są tu już od siedmiu dni. Co im da te pół godziny? : - żachnął 

się niecierpliwie Jesse. 

-    Zrozumiesz, jak dorośniesz - odpowiedział Clay, 

doprowadzając do furii młodszego brata. 

Kilka godzin później czwórka jeźdźców opuszczała ustronie w 

Wind River. 

Gdy wspięli się na górski grzbiet, Garrett wstrzymał konia. 

Patrzyli z Emmą w dół, żegnając się z doliną. 

-    Bardzo ci przykro, że wyjeżdżamy bez złota osławionego 

RS

background image

123 

 

gangu Jamesów? 

-    Wystarczy mi, że przekazaliśmy pałeczkę twoim braciom - 

odrzekła Emma i przytuliła się do niego. 

Widział w jej oczach, że myślą o tym samym. To, co zabrali ze sobą 

z doliny, było o wiele cenniejsze od złota. Zdobyli pewność, że od 

dnia, w którym odnaleźli na powrót swoją miłość, będzie ona trwać 

wiecznie - jak rzeka i jak wspomnienie związane z tym wyjątkowym 

miejscem. 

-    Jedźmy do domu. - Garrett spiął klacz. 
Emma, ociągając się, spojrzała ostatni raz na dolinę. Cieszyła się z 

tygodnia, który spędziła w tym miejscu z Garrettem. Ale tęskniła za 

ich córką. I za ich wspólnym życiem. 

-    Tak - zgodziła się, gdy zaczęli schodzić z przeciwnego stoku 

góry. - Czas wracać do domu. 

RS