background image

Janet Dailey

WAKACJE CÓRKI PREZYDENTA

Prolog

WASZYNGTON.   SENATOR   HENRY   ANDRE   W 

WAKEFIELD   MA   ZAMIAR   STARTOWAĆ   W   WYBORACH 
PREZYDENCKICH.

Senator   stanu   Wirginia,   wytrawny   polityk   Żelazny   Hank 

Wakefield   ogłasza   dziś,   że   będzie   się   ubiegał   o   nominację 
swojej partii w wyborach na prezydenta Stanów Zjednoczonych. 
Towarzyszy   mu   matka,   Bliss   Wakefield,   oraz 
dwudziestotrzyletnia córka, Jocelyn Wakefield(...).

ATLANTA.   WAKEFIELD   ZDOBYWA   NOMINACJĘ   PARTII. 
Wakefield zostaje oficjalnym kandydatem na urząd prezydenta 
Stanów   Zjednoczonych.   W   przemówieniu,   które   wygłasza   po 
przyjęciu nominacji, oświadcza(...).

Kiedy na scenie zjawia się jego córka, Jocelyn, wśród tłumu 

wybuchają okrzyki radości(...).

MISSOURI. WAKEFIELD RUSZA Z KAMPANIĄ.
Najnowsze   sondaże   wskazują,   że   Wakefield   znacznie 

wyprzedza swojego kontrkandydata. Lekceważy wyniki w trakcie 
spotkania w St. Louis i mówi reporterom: „Wszyscy wiedzą, że 
Jocelyn jest bardziej popularna niż ja(...)”.

HOUSTON.   JOCELYN   OBCHODZI   URODZINY.   Kandydat   na 
prezydenta,  Henry Wakefield.  niespodziewanie   pojawia  się na 
balu charytatywnym w Houston wraz z wielkim tortem, na którym
płoną dwadzieścia cztery świece. Dla Jocelyn Wakefield jest to 
wielka niespodzianka, a dwa tysiące gości zamiera w zachwycie 
(...).

RICHMOND.   OGROMNE   ZWYCIĘSTWO   WAKEFIELDA. 
Jocelyn   z   dumą   patrzy   na   prezydenta   elekta,   który   wygłasza 
przemówienie (...).

WASZYNGTON.   PIERWSZA   CÓRKA   AMERYKI,   Jocelyn 

WAKEFIELD.

Jocelyn  Wakefield potwierdza dziś oficjalnie,  że po objęciu 

urzędu   przez   ojca   zamierza   podjąć   wiele   obowiązków,   które 
zwykle   przypadają   w   udziale   pierwszej   damie.   Jocelyn   jest 
znana w politycznych kręgach Waszyngtonu i często towarzyszy 
ojcu   na   oficjalnych   uroczystościach   -   od   śmierci   matki,   która 
zginęła   osiem   lat   temu   w   wypadku   samochodowym. 
Absolwentka uniwersytetu w Wirginii, nauczycielka z dyplomem 
magistra,   Jocelyn   od   lat   silnie   wspiera   programy   edukacyjne. 
„Żyjemy w świecie, w którym umiejętność porozumiewania się 
jest   jednym   z   największych   wyzwań   naszych   czasów”   - 
powiedziała.   „Niestety   nadal   wielu   dorosłych   ma   problemy   z 

background image

czytaniem i pisaniem. Ledwo sobie radzą, zamiast iść do przodu 
i rozwijać się”.

WASZYNGTON.   ZACHWYCAJĄCA   Jocelyn   PRZYCIĄGA 

WZROK WSZYSTKICH.

Znawcy   mody   zachwycają   się   prostym,   eleganckim 

kostiumem   Chanel,   który   Jocelyn   Wakefield   ma   na   sobie 
podczas ceremonii zaprzysiężenia ojca na stopniach Kapitelu. 
Wszyscy widzą, jak idealnie ciemnozielony materiał harmonizuje 
z   rudymi   włosami   i   mleczną   cerą.   Podczas   uroczystości 
inauguracyjnych Jocelyn wzbudza aplauz i zaskakuje wszystkich 
doskonałym   doborem   strojów.   Szczególny   zachwyt   wzbudza 
suknia wieczorowa nieznanej dotąd amerykańskiej projektantki, 
Andrei   Hart,   z   różowego   krepdeszynu,   obszyta   perłami. 
Projektantka   nazwała   ten   kolor   „różanoherbacianym”.   Strój 
podkreśla wspaniałą figurę Jocelyn, a upięte w kaskady loków 
włosy   mienią   się   złotym   światłem.   Od   czasów   Jacqueline 
Kennedy żadna kobieta w Białym Domu nie wzbudziła takiego 
zainteresowania w świecie mody i nie podbita tylu ludzkich serc. 
Dziennikarze uważają, że świat jeszcze o niej usłyszy(...).

WASZYNGTON.

 

JOCELYN

 

OCZAROWUJE 

ZAGRANICZNYCH GOŚCI.

Brytyjski   premier   jest   kolejnym   politykiem,   który   wychwala 

zalety   najbardziej   znanej   córki   Ameryki.   Podkreśla   jej 
inteligencję oraz poczucie
humoru i nazywa  ją urodzonym dyplomatą. Jocelyn Wakefield 
posiada   cechy   niezbędne   członkom   najważniejszej   rodziny   w 
państwie.

WASZYNGTON.   JOCELYN   TAŃCZY   Z   NAJWIĘKSZYM 

GWIAZDOREM HOLLYWOOD NA SWOICH DWUDZIESTYCH 
PIĄTYCH URODZINACH.

Czy   amerykańska   księżniczka   znalazła   swego   księcia   z 

bajki?

WASZYNGTON.   JOCELYN   BIERZE   UDZIAŁ   W 

PREMIEROWYM   PRZEDSTAWIENIU

 DZIADKA   DO 

ORZECHÓW W CENTRUM KENNEDY’EGO.

Po raz piąty w tym tygodniu Jocelyn Wakefield pojawia się 

publicznie z innym mężczyzną u boku, ucinając plotki na temat 
rozpoczynającego się romansu.

NOWY   JORK.   PO   DWÓCH   LATACH   W   BIAŁYM   DOMU 

JOCELYN ZYSKUJE CORAZ WIĘKSZĄ POPULARNOŚĆ.

Najpopularniejsza   rudowłosa   Amerykanka,   Jocelyn 

Wakefield, znowu na czele listy najbardziej podziwianych kobiet 
świata.   Ma   klasę   Grace   Kelly,   tajemniczość   Jackie   O.,   i 
inteligencję   Margaret   Thatcher.   Wystarczy   jeden   uśmiech 
Jocelyn,   a   wszyscy   wokół   zgadzają   się,   że   jest   pięknością 
idealną.

Rozdział l

Prezydencki   helikopter,   „Marine   One”,   otoczony  wojskową   eskortą, 
leciał nad Potomakiem. Jocelyn Wakefield była zadowolona, bo silnik 

background image

pracował tak głośno, że nie dało się rozmawiać.

Siedziała w fotelu,  z zamkniętymi  oczami,  zbyt  wyczerpana,  by 

móc się odprężyć. Przez ostatnie cztery dni ciągle chodziła albo stała, i 
teraz   ból   stóp   dawał   się   jej   we   znaki.   Ściskane   tysiąc   razy   dłonie 
pulsowały   boleśnie,   a   mięśnie   twarzy   teraz   stężały,   zmęczone 
ustawicznym uśmiechaniem się.

Taką   cenę   płaciła   za   to,   że   jest   córką   prezydenta,   i   do   tego 

wyjątkowo   lubianą.   Wielu   ludzi   twierdziło,   że   popularnością 
przewyższa ojca. Nazywano ją nawet amerykańską księżną Dianą.

Jocelyn   nigdy   nie   zabiegała   o   sławę,   ale   skoro   ją   zdobyła, 

postanowiła   to   wykorzystać   i   oprócz   pracy   w   administracji   ojca 
działała w kilku prestiżowych organizacjach.

Ostatni   tydzień   spędziła,   pracując   na   rzecz   kampanii   wyborczej 

kandydatów do Kongresu z partii jej ojca. W piątek, kiedy dołączył do 
niej prezydent, program ich zajęć wypełnił się jeszcze bardziej i nabrał 
tempa.

Helikopter zmienił położenie, a żołądek Jocelyn zacisnął się, kiedy 

maszyna  przechyliła się w prawo i zaczęła zbliżać do lądowiska na 
południowym   trawniku   Białego   Domu.   Nie   lubiła   latać   i   chociaż 
podróżowała helikopterem nie pierwszy raz, zaciskała z całej siły ręce 
na fotelu.

Tylko kilka osób wiedziało, że nie przepada za lataniem - Jocelyn 

twierdziła, że się nie boi i ukrywała strach w dobrze i dawno wyuczony 
sposób.   Tym   razem   jednak   nie   mogła   się   opanować   i   dwa   razy 
sprawdziła, czy ma mocno zapięty pas.

Kiedy helikopter złapał poziom, otworzyła oczy i wyjrzała przez 

okno, żeby urozmaicić sobie nieprzyjemne podejście do lądowania.

Patrząc   z   lotu   ptaka   na   Waszyngton,   na   chwilę   o   wszystkim 

zapomniała.   Jesienna   purpura   i   złoto   dominowały   na   drzewach 
rosnących   wzdłuż   Mali,   kontrastując   z   zielenią   trawników  i   białym 
kolorem monumentów.

Spojrzała na biel marmurowego obelisku, wzniesionego na cześć 

pierwszego prezydenta, Jerzego Waszyngtona - najwyższą budowlę w 
mieście. Amerykańskie flagi wokół pomnika powiewały leniwie, po-
ruszane   delikatnymi   podmuchami   wiatru,   i   Jocelyn   po   raz   kolejny 
przyrzekła   sobie,   że   pewnego   dnia   pojedzie   windą   na   samą   górę. 
Ostatni raz była tam, kiedy miała dziewięć lat.

Za   pomnikiem   wznosiły   się   znajome   strzeliste   wieże   „zamku” 

Smithsonian. Muzea, które się w nim mieściły, też znajdowały się na 
jej   prywatnej   liście   życzeń.   Chciała   zwiedzić   je   sama,   bez   tłumu 
reporterów i towarzyszących ludzi. Bez skierowanych  w nią kamer. 
Niestety,   obawiała   się,   że   szansa   na   realizację   marzeń   przed 
dziewięćdziesiątką jest niewielka.

Stłumiła westchnienie i popatrzyła w stronę budynków muzealnych 

przy   zielonej   alei.   Na   drugim   jej   końcu   stał   kopulasty   budynek 
Kapitału. Na wierzchołku wznosiła się wysoka na sześć metrów rzeźba 
przedstawiająca Wolność.

Wzrok   Jocelyn   przeniósł   się   na   Pennsylvania   Avenue.   Uniosła 

kąciki ust w uśmiechu, kiedy przypomniała sobie złośliwy komentarz, 
który   czytała   przed   kilkoma   tygodniami   w   popularnej   politycznej, 
rubryce   „Świat   według   Tuckera”.   Dziennikarz,   Grady   Tucker, 
porównał znaną ulicę, która rozciąga się od Białego Domu na wzgórze 
Kapitału, do liny przeciąganej w grze przez dwie drużyny. Uznała, że 
to niezwykle trafne porównanie, biorąc pod uwagę niedawną batalię 
prezydenta, którą wytoczył Kongresowi o budżet.

Wierzchołki drzew zasłoniły Kapitel, kiedy helikopter obniżył lot. 

Odruchowo   wbiła   wypielęgnowane   paznokcie   w   dłonie   i   spięta 

background image

przygotowała   się   na   lądowanie.   Szybko   oderwała   wzrok   od   okna, 
zerknęła na ojca i napotkała ciepłe spojrzenie niebieskich oczu.

Henry Wakefield popatrzył na nią ze zrozumieniem, a ona, widząc 

jego   kamienny   spokój,   natychmiast   poczuła   się   silniejsza.   Chociaż 
miała dwadzieścia sześć lat, musiała przyznać, że to trochę śmieszne, 
ale prawdziwe uczucie.

Helikopter osiadł wreszcie na południowym trawniku - jego ważni 

pasażerowie odczuli jedynie delikatne stuknięcie, a prezydent odezwał 
się, górując nad hałasem silnika.

- Czary-mary, jesteś znowu w domu.
Jocelyn uśmiechnęła się niewyraźnie.
Jako   mała   dziewczynka   bała   się   najmniejszych   wstrząsów   czy 

wibracji i za każdym razem, kiedy rodzice recytowali ten dziecinny 
wierszyk, jakoś się uspokajała. Kiedy dorosła, ojciec recytował go jej 
czasami po cichu.

Henry   Wakefield,   nazwany   przez   dziennikarzy   w   trakcie 

zwycięskiej kampanii prezydenckiej Żelaznym Hankiem, wyjrzał przez 
okno i westchnął.

- Jeszcze tylko przejście przez jeden szpaler.
Jocelyn   zrozumiała,   że   miał   na   myśli   reporterów   zebranych   na 

trawniku   w   ten   przedwyborczy   wieczór,   liczących   na   kilka 
prezydenckich słów. Na samą myśl o kamerach i pytaniach zacisnęła 
zęby.

Wszystko w niej krzyczało: „Dość! Wystarczy!” Niestety, Jocelyn 

doskonale wiedziała, że pewnych sytuacji nie można uniknąć.

Jej ojciec nigdy nie poddawał się presji mediów i przypuszczała, że 

w porównaniu z mozołem sprawowania urzędu dziennikarze byli dla 
niego tylko chmarą natrętnych, męczących komarów.

Kiedy   myślała   o   odpowiedzialności   spoczywającej   na   jego 

barkach,   zapominała   o   własnych   powodach   do   niezadowolenia. 
Wystarczyło spojrzeć na ojca, by dostrzec, jakie zmiany w nim zaszły 
podczas   dwóch   lat   prezydentury.   Siwizna   znacznie   przyprószyła 
brązowawe   włosy,   a   nowa,   ponura   i   poważna   mina   zagościła   na 
twarzy.   Zmęczenie   wyryło   głębokie   bruzdy   wokół   ust.   Po 
wypełnionym   obowiązkami   weekendzie   Jocelyn   dostrzegła   u   niego 
oznaki wyczerpania - cienie pod oczami, pogłębione zmarszczki wokół 
warg i lekko przygarbione ramiona.

Po   chwili,   na   jej   oczach,   prezydent   energicznie   rozprostował 

ramiona i zdecydowanie  podniósł brodę. Henry Wakefield w jednej 
chwili   przybrał   publiczny   wizerunek   energicznego   i   krzepkiego 
mężczyzny.

Jocelyn nie mogła wypaść gorzej od niego. Wsunęła stopy w panto-

fle, starając się nie zwracać uwagi na piekący ból.

Powietrze wirujące od śmigieł helikoptera uderzyło w tłum reporte-

rów zgromadzonych w pewnej odległości od lądowiska. Zawirowały 

setki   opadłych   jesiennych   liści.   Grady   Tucker   stał   w   niewielkim 

oddaleniu od
kolegów, choć na tyle  blisko, by wszyscy wiedzieli, że on również 
należy do grupy.

Był bardzo wysoki i niezwykle szczupły. Miał ostre rysy, niemal 

trójkątny zarys brody, ale nie ulegało wątpliwości, że jest przystojny. 
Resztki   letniej   opalenizny   ożywiały   jego   twarz,   na   której   nie   było 
widać ani śladu zmęczenia pracą biurową. Miał potargane, rozjaśnione 
słońcem  brązowe   włosy,   które   teraz   splątały  się   jeszcze   bardziej   w 
wirującym   powietrzu.   Niewątpliwie   na   pierwszy   rzut   oka   Tucker 
sprawiał wrażenie trochę zaniedbanego.

background image

Miał   na   sobie   tweedową   marynarkę   ze   skórzanymi   łatami   na 

łokciach, a pod spodem sweter, dzięki któremu wyglądał na odrobinę 
grubszego.   Kieszenie   marynarki   były   wypchane   najróżniejszymi 
przedmiotami:  nieodzownym  notesem,  długopisami  i ołówkami,  bez 
których   nie   mógł   się   obejść.   Była   też   fajka   z   korzenia   wrzośca   i 
torebka z tytoniem.  Miał tam jeszcze stare kartki papieru, spinacze, 
dwa   ciastka   dla   psa,   starą   piłkę   tenisową,   znaczki   na   listy,   kwit   z 
pralni, zapałki i inne przydatne rzeczy albo zapomniane drobiazgi.

Wyglądał   nieporządnie,   ale   jednocześnie   dziwnie   świeżo   i 

niewinnie.   Do   pełni   oryginalnego   wizerunku   brakowało   mu   tylko 
piegów na twarzy.

Taką powierzchowność zawdzięczał trochę usilnym  staraniom,  a 

częściowo matce naturze. Mimo pozornie lekceważącego stosunku do 
otoczenia spojrzenie jego piwnych oczu było bystre i inteligentne.

Tucker sam nie wiedział, dlaczego właśnie tego popołudnia znalazł 

się na południowym trawniku. Nie miał zwyczaju odwiedzać Białego 
Domu,   mimo   że   interesował   się   polityką.   Nie   szukał   świeżych 
informacji do jutrzejszej kolumny - napisał artykuły na cały następny 
tydzień.

Przyszedł,   bo   nie   miał   nic   lepszego   do  roboty,   a   ponadto   jakaś 

tajemnicza siła ciągnęła go do tego miejsca - Tucker zawsze słuchał 
wewnętrznego głosu. Dzięki temu nigdy nie popadł w rutynę, której 
nienawidził, chociaż ostatnio miał nieodparte wrażenie, że powoli jej 
się poddaje.

Pilot zmniejszył obroty silnika, który teraz leniwie terkotał. Śmigła 

kręciły się powoli, a pochyleni nisko agenci ochrony podbiegli do heli-
koptera.

Wśród zebranych dziennikarzy można było wyczuć nastrój oczeki-

wania. Tucker, mimo  że był  tylko obojętnym  obserwatorem,  poczuł 
dziwnie przyspieszone bicie serca.

Kiedy otworzyły się drzwi, reporterzy, fotografowie i kamerzyści 

naparli   na   barierki,   zajmując   najbardziej   dogodne   pozycje.   Tucker 
wykrzywił usta w kpiącym uśmieszku - jego koledzy najwyraźniej byli 
spragnieni informacji.

Trzymając ręce w kieszeniach wypłowiałych dżinsów, zrobił kilka 

kroków do przodu, żeby mieć lepszy widok, i wyciągnął  szyję  jak 
bocian.   Przenosząc   ciężar   ciała   na   jedną   nogę,   podkurczył   drugą   i 
przyglądał się zebranemu tłumowi.

Kiedy prezydent wysiadł z helikoptera, poszły w ruch kamery i 

pstryknęły aparaty, ale Tucker nie zwracał na nic uwagi, wpatrzony z 
całą mocą w Hanka Wakefielda.

Prezydent   wyglądał   jak   biznesmen,   któremu   powiodło   się   w 

interesach.   Był   ubrany   w   elegancki,   ciemny   garnitur,   idealnie 
dopasowany do jego atletycznej sylwetki. Lekka siwizna sprawiała, że 
robił   poważne   i   dostojne   wrażenie.   Szpeciła   go   jedynie   sieć 
zmarszczek na twarzy.

Grady Tucker uważał, że Henry Andrew Wakefield prezentuje się 

tak, jak powinien wyglądać prezydent i, co więcej, ma w sobie coś 
nieokreślonego - jakiś magnetyzm i siłę, które w trudnych chwilach 
przyciągają do niego ludzi potrzebujących pomocy. Henry Wakefield 
w rankingach polityków miał bardzo wysokie notowania.

Prezydent   patrzył   przez   chwilę   w   stronę   dziennikarzy,   a   za 

plecami Tuckera reporter, Phil Aikens, mruknął zirytowany.

- Założę się, że nie będzie chciał z nami gadać.
- Dlaczego? - Tucker przechylił głowę na bok.

- Dlatego że popatrzył obojętnie w naszą stronę - mruknął męż-

czyzna, nie spuszczając wzroku z prezydenta. - Kiedy to robi, nigdy 

background image

nie odpowiada na żadne pytania, tylko zachowuje się tak, że nie pozo-
staje nam nic innego, jak odczytywać jego gesty. Wiesz, chodzi o coś 
w   rodzaju:   „Dzisiaj   prezydent   sprawiał   wrażenie   pewnego   siebie   - 
może  zatroskanego - albo zmęczonego”. Interpretujemy mowę  ciała 
według znania.

Tucker uśmiechnął się ze współczuciem.

- Lepiej kiedy mówi, że nie będzie komentarza.

- Jasne - mruknął reporter.
Prezydent   odwrócił   się   w   stronę   helikoptera.   Kiedy   wysiadła 

Jocelyn,  na jego twarzy pojawił się uśmiech. Phil Aikens zobaczył 
młodą kobietę i wyszczerzył zęby do Tuckera.

- Oczywiście, jest i nieodłączna Jocelyn - powiedział. - O wiele ła-

twiej pisać o niej. Każda sensacyjna informacja na jej temat jest warta 
więcej niż złoto.

Tucker   przeniósł   wzrok   na   córkę   prezydenta.   Jocelyn   była 

wysoka, zaledwie kilka centymetrów niższa od ojca, i szczupła jak 
modelka, ale Tucker, który widział wiele jej zdjęć, wiedział doskonale, 
że  pod  eleganckim,   dopasowanym   ubraniem  kryło  się  krągłe   ciało. 
Granatowy

kostium idealnie podkreślał jasną karnację i wspaniałe rude włosy w 

odcieniu czerwieni, którego nie uzyskałby żaden fryzjer na świecie.

W   ciągu   ostatnich   trzech   lat   Tucker   widział   Jocelyn   Wakefield 

może sześć razy i za każdym razem z daleka. Zmieniała stroje i fryzury 

w zależności od okazji, ale zawsze była smukła, elegancka i czarująca. 

Nigdy   nie   pochylała   skromnie   głowy,   nie   była   onieśmielona   ani 

powściągliwa. Chodziła dumnie wyprostowana, z ciepłym, przyjaznym 

uśmiechem, który sprawiał, że robiła wrażenie przystępnej, naturalnej i 

zwyczajnej dziewczyny.

-   Czy   nie   jest   wspaniała?   -   Phil   zauważył   zainteresowanie 

Tuckera.   -   Kobieta,   którą   chciałbyś   zabrać   do   domu   i   przedstawić 

matce.

Tucker   przez   chwilę   przyglądał   się   Jocelyn   jak   mężczyzna 

zachwycony jej urodą i figurą, a potem podrapał się w tył głowy.

-   Nie   wiem.   Jakoś  nie   mogę   sobie   jej   wyobrazić   w   kuchni   na 

farmie mojej mamy w Kansas.

Prezydent powiedział coś do córki, a ta uśmiechnęła się lekko i 

skinęła   głową.   Oddalili   się   od   helikoptera,   a   Jocelyn   szła   krok   za 

ojcem, żeby kamery i aparaty mogły zrobić zdjęcia głowie państwa. 

Odblask popołudniowego słońca podkreślał kolor jej włosów, które 

wydawały się jeszcze bardziej czerwone.

Patrząc na nią, Tucker odezwał się głośno.

- Ciekawe, czy temperament ma równie ognisty jak kolor włosów? 

Phil wzruszył ramionami.

- Jeśli nawet, to nic nie wiem na ten temat.
Tucker też nie miał pojęcia, ponieważ nigdy nie interesował się 

Jocelyn Wakefield - nie była ciekawym tematem do jego artykułów.

Kiedy   prezydent   zbliżył   się,   reporterzy   zaczęli   wykrzykiwać 

pytania, wyciągnęli mikrofony i oczekiwali odpowiedzi. Tymczasem 

Wakefield pokręcił głową i dotknął ręką ucha, pokazując, że ich nie 

słyszy. Dziennikarze byli jednak niezrażeni.

- Co pan powie na temat wyścigu do Senatu w Ohio?
- Czy VanHorn ma szansę pokonać Scrantona z Missouri?
-   Badania   opinii   publicznej   wskazują,   że   możecie   zyskać   tylko 

dwa miejsca w Senacie. Nie uważa pan, że za długo zwlekaliście z...

-   Panie   prezydencie,   jaka   jest   szansa,   że   budżet   zostanie 

przegłosowany, jeśli nie zdobędziecie większości w parlamencie?

- „Atlanta Journal” twierdzi, że za słabo i za późno poparł pan 

Dykesa. Jak pan to skomentuje?

Z uśmiechem na twarzy Wakefield pomachał w stronę kamer i nie 

background image

zatrzymując się, ruszył w stronę South Portico. Jocelyn szła krok za 

nim.

Korespondent sieci telewizyjnej wrzasnął:

- Odwołał pan wizytę w Chicago, panie prezydencie? Czy uważa 

pan wybory do Senatu za przegrane?

Wakefield   ponownie   uśmiechnął   się   szeroko   i   pokazał,   że   nie 

dosłyszał   pytania.   Rozejrzał   się   i   zatrzymał   zdziwiony   wzrok   na 

Tuckerze. Rozpromienił się jeszcze bardziej i uniósł rękę w geście 

pozdrowienia, a potem ruszył w jego kierunku.

- Tucker - powiedział głośno na powitanie. Zaskoczona Jocelyn 

zatrzymała   się,   ale   nie   poszła   za   ojcem,   który   zmierzał   prosto   ku 

dziennikarzom. Zdumiona rozejrzała się i ich spojrzenia skrzyżowały 

się.

Przez ułamek sekundy Grady Tucker poczuł siłę jej wzroku. Po 

chwili   prezydent   Stanów   Zjednoczonych   zbliżył   się   do   niego   i 

napastliwy  tłum   dziennikarzy  próbował   zająć   jak   najlepsze   pozycje 

dookoła.   Kamery   napierały  na   Tuckera   z   boku   i   z   tyłu,   mikrofony 

wystawały ze wszystkich stron, a agenci ochrony ustawili się, żeby 

trzymać wszystkich w odpowiedniej odległości.

- Nie spodziewałem się ciebie tutaj, Tucker. - Prezydent zatrzymał 

się przed nim i wyciągnął rękę.

Tucker uścisnął ją, przechylił głowę i zrobił kpiącą minę.

- Czasami spotykają nas niespodzianki, panie prezydencie. Mój 

dziadek   mawiał,   że   największą   niespodzianką   są   wybory   do 

Kongresu.

Wakefield odchylił głowę i roześmiał się, a Tucker rzucił okiem 

na   Jocelyn   i   dostrzegł   rozbawienie   w   jej   oczach.   Trzymał   ręce   w 

kieszeniach,  zgarbił  się  jeszcze  bardziej  i przełożył   ciężar  ciała  na 

jedną nogę.

- Panie prezydencie, niech pan będzie wyrozumiały dla tych bied-

nych ludzi. - Skinął głową w stronę otaczających go dziennikarzy. - 

Każdy z nich chce pierwszy zdobyć informacje o tym, kto wygra.

- Wszyscy chcielibyśmy wiedzieć, prawda? - odparł prezydent i 

spojrzał na grupkę po lewej stronie Tuckera. - Obawiam się, że będą 

musieli   poczekać   do   jutra,   tak   jak   my   wszyscy,   aż   głosy   zostaną 

policzone.

Phil Aikens nie tracił czasu:
- Panie prezydencie, jaką szansę ma Orrin Peters na wygraną w In-

dianie i pokonanie Clyde’a Renfrowa?

- Moje zdanie nie ma znaczenia - odpowiedział prezydent. - Decy-

zja  należy  do  wyborców.  Wiem,   że  mieszkańcy  stanu bardzo chcą, 

żeby sprawa budżetu została załatwiona, a Orrin Peters go popiera.

Rozległy się kolejne okrzyki, ale Wakefield niecierpliwie machnął 

ręką.

- Przykro mi, ale to na razie wszystko. - Odsunął się i postukał 

palcem w zegarek. - Mam spotkanie.

Prezydent   odszedł   i   dołączył   do   córki.   Wziął   ją   pod   rękę   i 

poprowadził w stronę wejścia do Białego Domu. Kiedy dziennikarze 

zrozumieli,   że   nie   będzie   więcej   komentarzy,   opuścili   mikrofony   i 

wyłączyli kamery. Zaczęli pakować sprzęt i notatki.

Tucker   miał   czas.   Poklepał   się   po   kieszeniach   w   poszukiwaniu 

fajki, gdy tymczasem Phil Aikens, zaintrygowany, przyglądał mu się 

spode łba.

- Nie wiedziałem, że jesteś w takich przyjacielskich stosunkach z 

Wakefieldem - powiedział, węsząc coś podejrzanego.

- Sam jestem zaskoczony. - Tucker przeszukał kieszenie, wsunął 

rękę do prawej i po chwili wyciągnął  fajkę i woreczek z tytoniem. 

Zanurzył   lulkę   i   zaczął   napełniać.   -   Od   razu   wiadomo,   kiedy   są 

wybory, bo wtedy politycy rozpoznają dziennikarzy z daleka.

-   Nie   jesteś   zbyt   skromny,   Tucker?   -   zakpił   kamerzysta   Joe 

Grobowski, który ustawił kamerę pół metra od niego. Napisał coś na 

background image

taśmie, którą trzymał w ręku, i wrzucił ją do torby.

- Skromny? Jak to? - Tucker skrzywił się i wepchnął resztkę tyto-

niu do fajki. Schował woreczek do kieszeni jedną ręką, a drugą włożył 

ustnik w zęby.

Widząc   taki   obojętny   gest,   Grobowski   obrzucił   go   pełnym 

niedowierzania spojrzeniem.

- Chcesz powiedzieć, że nie masz pojęcia o tym, iż Wakefield uwa-

ża, że przynosisz mu szczęście?

Tucker, niezmiernie zaskoczony, zamrugał i wyciągnął fajkę z ust.

- Żartujesz, Joe.
Startujący helikopter zagłuszył odpowiedź kamerzysty, a podmuch 

powietrza od śmigła uderzył w nich, rozwiewając poły płaszczy, kartki 

w notatnikach, i podrywając w górę suche liście. Hałas ucichł, kiedy 

maszyna nabrała wysokości i dołączyła do czekającej na nią wojsko-

wej eskorty. Jak stado brązowych pelikanów odlecieli do bazy lotni-

czej Andrews.

Kiedy zrobiło się cicho, Tucker odwrócił się do Grobowskiego.
- A teraz się wytłumacz, Joe - zażądał z poważnym wyrazem twa-

rzy.   -   O   co   chodzi   z   tym   szczęściem?   Muszę   ci   powiedzieć,   że 

Wakefield nigdy nie robił na mnie wrażenia przesądnego.

- To chyba pomysł jego ludzi - przyznał kamerzysta. - Zaczęło się 

wtedy, kiedy brałeś udział w konwencji, na której wygrał nominację 

kandydata   partii.   Wszyscy   wiedzą,   że   rzadko   bywasz   na   takich 

imprezach.

-   Byłem   na   obu   konwencjach   -   przypomniał   sobie   Tucker.   Nie 

przyszło   mu   do  głowy,   że   jego  obecność   mogła   mieć   jakiekolwiek 

znaczenie.

- Pojawiłeś się też na pierwszej debacie prezydenckiej, podczas 

której   Wakefield   pokonał   Sya   Cummingsa   -   przerwał   Joe   i   zrobił 

chytrą minę. - Pamiętasz, kiedy ostatni raz byłeś w Białym Domu?

Tucker w zamyśleniu obracał fajkę w ustach. Skinął głową, kiedy 

sobie przypomniał.

-  Poszedłem  zobaczyć,   z  jaką   pompą   Wakefield witał   nowego 

premiera Izraela.

Po tej wizycie Tucker napisał zjadliwy artykuł o amerykańskiej 

polityce zagranicznej. Wszędzie powtarzano jego kąśliwą uwagę, że 

Jerzy Waszyngton ustanowił fatalny precedens, rzucając dolara przez 

Potomak,   bo   od   tamtej   pory   kolejne   rządy   wyrzuciły   miliardy   za 

ocean.

- A pamiętasz - mówił dalej Grobowski - jak dwa dni później 

ogłoszono nowe porozumienie pokojowe między Izraelem i OWP?

Tucker odchylił głowę i zdziwiony uniósł jedną brew.

- To tylko czysty przypadek, który nie miał nic wspólnego z tym, 

że tam byłem.

Grobowski, już spakowany, wstał.
- Przypadek czy nie, ale niektórzy współpracownicy Wakefielda 

są przekonani, że kiedy Tucker jest w pobliżu, dzieją się same dobre 

rzeczy.   Przekonamy   się,   czy   tak   jest,   kiedy   poznamy   wyniki 

wyborów.   -  Uśmiechnął   się,   skinął  dłonią   na  pożegnanie   w stronę 

Tuckera i Phila Aikensa.

Zamyślony Tucker odwzajemnił ten gest i wyjął zapałki. Oderwał 

jedną i pociągnął po drasce. Potem przytrzymał płomień blisko fajki.

- Nie sądzisz, że miałbyś niezły tytuł artykułu? - mruknął Phil i 

popatrzył   na   niego   rozbawiony.   -   „Grady   Tucker,   królicza   łapka 

Wakefielda”.

Kłąb   aromatycznego   dymu   wydostał   się   z   ust   Tuckera. 

Uśmiechnął się z przymusem i wyjął fajkę.

- Wiesz co, Phil. Nie mam pojęcia dlaczego ludzie uważają, że 

królicza łapka przynosi szczęście, skoro to znaczy, że sam królik nie 

żyje.

Reporter zachichotał i pokręcił głową.

background image

-   Cóż,   nic   tu   po   mnie.   Idę   sobie.   Muszę   napisać   artykuł.   Do 

zobaczenia.

- Cześć.

Tucker wsunął ustnik między zęby i leniwie spojrzał w stronę Białego 

Domu. Widoczni w oddali prezydent i jego córka zbliżali się do scho-

dów.   W   chwilę   potem   towarzyszący   im   agenci   ochrony   zasłonili 

widok. Odwrócił się, wepchnął rękę do kieszeni i chwycił palcami psie 

ciasteczko.

- Na mnie też czas - mruknął do siebie. - Muszę wyprowadzić 

Molly na spacer.

Wolnym   krokiem   opuścił   trawnik.   Kilka   metrów   za   bramą 

podszedł do niego starszy, elegancko ubrany pan. Uniósł w górę rączkę 

laski, jakby chciał bez słów zwrócić na siebie uwagę Tuckera. Grady 

wyjął fajkę z ust, objął lulkę dłonią i zwolnił krok. Skinął głową w 

stronę szeroko uśmiechniętego człowieczka.

- Przepraszam, że przeszkadzam, ale mam nadzieję, że pan mi po-

może. - Mężczyzna zatrzymał się przed Tuckerem, czubek laski wbił w 

ziemię przed sobą i oparł się na niej rękoma.

- Postaram się - obiecał Tucker i uważnie przyjrzał się mężczyźnie. 

Starszy pan miał ciemną skórę i bielusieńką brodę. Był niski i gruby, a 

czubek jego filcowego, czarnego kapelusza sięgał zaledwie do klatki 

piersiowej Tuckera.

- Myślałem, że można zwiedzać Biały Dom, ale centrum turystycz-

ne jest zamknięte.

- W zimie - poinformował go Tucker - można wejść od wtorku do 

soboty,   ale   tylko   rano.   Ma   pan   dwie   możliwości   -   zadzwonić   do 

swojego   posła   lub   senatora   i   poprosić   o   załatwienie   specjalnej 

przepustki albo iść do południowo-wschodniej bramy przed dziesiątą 

rano.

Południowo-wschodnia   brama   przed   dziesiątą,   od   wtorku   o 

soboty   -   powtórzył   mężczyzna,   jakby   chciał   dobrze   zapamiętać 

informację, a potem dotknął ronda kapelusza.

- Serdecznie dziękuję. Bardzo mi pan pomógł.
- Cieszę się - odpowiedział Tucker z uśmiechem i popatrzył, jak 

staruszek oddala się drobnymi kroczkami.

Jocelyn   zaczekała   na   ojca   i   kiedy   do   niej   dołączył,   zapytała 

zaciekawiona:

- Kim jest mężczyzna, z którym rozmawiałeś?
- Grady Tucker. - Ojciec spojrzał na nią zdziwiony, jakby uważał, 

że powinna go znać.

- Grady Tucker - powtórzyła i coś sobie przypomniała. - Ten Grady 

Tucker, który pisze „Świat według Tuckera”?

- Ten sam.
Jocelyn   wyciągnęła   głowę,   żeby   jeszcze   raz   spojrzeć   na 

mężczyznę.  Gazeta nie zamieszczała przy artykułach zdjęcia autora, 

tylko rysunek ręki trzymającej dymiącą fajkę.

- Myślałam, że Grady Tucker jest gruby, łysy i nosi okulary w dru-

cianej-oprawie. - W oddali stał wysoki, szczupły dziennikarz, ubrany w 

dżinsy,   sportowe   buty   i   tweedową   marynarkę,   z   fajką   w   ustach. 

Jocelyn
odwróciła   wzrok   i   otrząsnęła   się   z   zamyślenia.   -   Wygląda   jak 

długonogi koszykarz z Iowa.

Ojciec uśmiechnął się, rozbawiony.

- Ciepło, ciepło. Tucker pochodzi z Kansas.
-   Kansas?   -   Jocelyn   była   tak   wyczerpana,   że   nie   miała   siły   na 

śmiech.

- Zmęczona? - zgadł ojciec i popatrzył  zatroskany na jej gładką 

twarz. Nie chciała narzekać ani kłamać, że wszystko w porządku.

- To był zwariowany tydzień.

background image

Pokiwał głową.
- Bolą cię nogi?
Jocelyn jęknęła cicho.

- Potwornie.
Z każdym krokiem ból przeszywał ją od stóp do głów. Wzrokiem 

zmierzyła odległość dzielącą ją od zwieńczonych łukiem drzwi i zasta-

nawiała się czy dojdzie.

- Nie mogę się doczekać, kiedy zrzucę buty - mruknęła, nie poru-

szając ustami. Na początku politycznej kariery ojca nauczyła się tak 

mówić, żeby specjaliści od czytania z ruchu warg nie mieli żadnych 

możliwości.

W Waszyngtonie publiczny wizerunek był bardzo ważny i należało 

go chronić za wszelką cenę. Dlatego nie narzekała, nie skarżyła się, 

najwyżej mruczała pod nosem. Uważała, by nikt nie zrobił jej zdjęcia z 

zadartą wiatrem spódnicą! dlatego nosiła zawsze dopasowane stroje. 

Żeby włosy wyglądały porządnie, czesała je w gładki francuski kok i 

pokrywała warstwą lakieru - ani jeden włosek nie mógł odstawać od 

reszty. Nigdy nie wkładała pierścionków na palce prawej ręki, żeby nie 

wbijały   się   boleśnie   w   ciało   podczas   wymieniania   niezliczonych 

uścisków. Ta lista nie miała końca i Jocelyn bez przerwy uzupełniała ją 

nowymi punktami. Dlatego często czuła się jak więzień, ograniczona 

zakazami i nakazami.

Przy   wejściu   na   prezydenta   i   jego   córkę   czekał   szef   obsługi   - 

opalony i silnie zbudowany Alex Bakersmith. Odpowiadał za wszystko 

w Białym Domu: budżet, personel, utrzymanie, rozrywki i różne inne 

rzeczy.

Jocelyn   zatrzymała   się   dopiero na   widok Wally’ego   Hamiltona, 

jednego z doradców ojca i szefa sztabu urzędników. Oczekiwał ich 

niecierpliwie i jak zwykle nerwowo obgryzał paznokieć kciuka.

- Co Wally tu robi? - zapytała głośno.
- Pewnie chce mnie odprowadzić na spotkanie do Gabinetu Owal-

nego - odpowiedział ojciec.

- Masz jeszcze jakieś zajęcia? - zaprotestowała. Oboje byli na no-

gach od czwartej rano.

- Dwight Hawkins pewnie czeka na mnie z najnowszymi informa-

cjami o ataku terrorystycznym w Paryżu - powiedział. Hawkins był se-
kretarzem stanu.

-   Mam   nadzieję,   że   Wally   nie   przynosi   złych   wiadomości,   bo 

wygląda ponuro.

-   On   zawsze   się   czymś   martwi.   Nie   znam   drugiego   człowieka, 

który   w   lot   dostrzega   złe   strony   każdej   sytuacji   -   odpowiedział 
prezydent bez cienia ironii w głosie. - Dlatego tak go cenię. Dzięki 
niemu zawsze wiem, że poznam wszystkie opcje. Tym razem chyba 
nie  chodzi   o atak terrorystyczny.  Pewnie   otrzymał  ostatnie  sondaże 
wyborcze. Ale zobaczysz co będzie, jak się dowie, że rozmawiałem z 
Tuckerem.

- A co Tucker ma z tym wspólnego? - skrzywiła się Jocelyn.
-   Nie   uwierzysz   -   ostrożnie   powiedział   ojciec   i   na   jego  twarzy 

pojawił się niepozorny uśmiech - ale Wally uważa, że Tucker przynosi 
mi szczęście. Roześmiała się.

- Co? Jak to?
- Sama go zapytaj - odparł i wesoło pokręcił głową. - Poda ci całą 

listę dowodów.

- Nie wierzysz w to, prawda?

- Nie, ale stary Wally tak - zażartował prezydent i zrobił kilka kro-

ków. Po chwili spojrzał na nią jeszcze raz. - Poproś Ernsta, żeby przy-
szedł na górę i zrobił ci masaż - powiedział na pożegnanie. - Poczujesz 
się dużo lepiej i mięśnie przestaną cię boleć.

Jocelyn nie miała ochoty nikogo widzieć - nawet masażysty. Miała 

background image

dość wszystkich ludzi, a szczególnie tych, którzy mówili jej, co ma 
robić i próbowali nią manipulować. Dlatego nie podjęła tego tematu.

- Dzięki, ale chyba  zrobię sobie długą kąpiel z bąbelkami. Alex 

Bakersmith przywitał ich skinieniem głowy.

- Dobry wieczór, panie prezydencie, panno Wakefield. Witam w 

domu.

- Cześć, Alex. - Zamyślony prezydent kiwnął głową, a potem klep-

nął Wally’ego po ramieniu i obaj ruszyli w stronę Gabinetu Owalnego, 
który mieścił się w zachodnim skrzydle.

- Witaj, Alex. - Jocelyn  zdołała się uśmiechnąć i przeszła przez 

drzwi, które dla niej przytrzymał. Za plecami, jak cień, podążał Mike 
Bassett. Jej osobisty agent ochrony.

W   holu   na   parterze   zatrzymała   się   na   chwilę,   zrzuciła   buty   i 

dotknęła stopami chłodnej marmurowej posadzki. Poczuła chwilową, 
przyjemną ulgę. Stała chwilę bez ruchu, a potem z wysiłkiem ruszyła 
dalej.

Nie obchodziło jej teraz, że wygląda niezbyt wytwornie, kiedy tak 

idzie po Białym Domu w szykownym stroju i niesie pantofle w garści.
Dziękowała   Bogu,   że   w   pobliżu   nie   kręcą   się   fotografowie,   bo   jej 
zdjęcie zaraz ukazałoby się w porannych gazetach.

Po   cichu   dotarła   do   części   mieszkalnej   na   drugim   piętrze 

prezydenckiej   rezydencji.   Agent   Mike   Bassett   pożegnał   ją   przy 
windzie, ponieważ ochroniarze nie wchodzili na drugie i trzecie piętro. 
Dzięki temu rodzina prezydenta mogła mieć przynajmniej choć trochę 
prywatności.

Jocelyn wiedziała, że poczucie spokoju to tylko złuda. Biały Dom 

obsługiwały setki ludzi gotowych spełnić każde jej życzenie i kaprys - 
z wyjątkiem tego jednego, którego najbardziej pragnęła - chwili samot-
ności. Niestety, nawet jeśli nie było przy niej kamerdynera, służącej 
czy innej osoby wykonującej swoje obowiązki, wiedziała, że są gdzieś 
w pobliżu.

Kątem   oka   dostrzegła   wieczorną   gazetę   na   stoliku  w   korytarzu. 

Obok   leżały   wiadomości   przeznaczone   dla   niej   i   dla   prezydenta. 
Najpilniejsze oznakowano czerwonymi karteczkami.

Była zmęczona i odczuwała nerwowe napięcie i stres - skutki wy-

pełnionego   licznymi   wydarzeniami   tygodnia.   Zatrzymała   się   i 
popatrzyła   na   pokaźną   kupkę   oklejonych   na   czerwono   wiadomości. 
Nie miała najmniejszej ochoty ich czytać. Zrobiła energiczny krok do 
przodu i zaraz wróciła. Wsunęła buty pod pachę i zaczęła ze złością 
przeglądać kartki, wyciągając zaadresowane do niej. Było ich siedem. 
Zacisnęła palce i zwinęła je w dłoni.

Jeden dzień - tylko tego pragnęła. Dwadzieścia cztery godziny dla 

siebie, żeby mogła robić to, na co ma ochotę, pojechać, gdzie chce, 
ubrać się dowolnie i mówić, co jej się żywnie spodoba.

Musiał być jakiś sposób, żeby to zrobić i Jocelyn przysięgła sobie, 

że go znajdzie. Jeśli czegoś nie wymyśli, zwariuje.

Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł, ale tak szalony, że 

pomyślała, iż ma nie po kolei w głowie.

Nowy pomysł miał dużą szansę powodzenia. Jeżeli dokładnie przy-

gotuje spisek i wszystko zaplanuje, ma szansę się udać.

Rozdział 2

Wzburzona Jocelyn prawie biegła korytarzem, na chwilę zapominając 
o zmęczeniu i bólu. W sypialni rzuciła buty na podłogę i zadzwoniła 

background image

po pokojówkę.
Niska,   krępa,   siwa   kobieta   zjawiła   się,   kiedy  Jocelyn   wychodziła   z 
pokoju.

- Midge, bardzo cię proszę, zrób mi kąpiel z bąbelkami. Tylko żeby 

woda była bardzo gorąca - pouczyła kobietę, wołając przez ramię, i 
szybko przeszła do sąsiedniego pomieszczenia. Dawniej używano go 
jako dodatkowej sypialni, ale Jocelyn urządziła sobie w nim salon i 
biuro. Nie zwalniając kroku, podeszła do rogu, w którym stało biurko, 
które kiedyś należało do Eleanor Roosevelt. Rzuciła papiery na blat i 
włączyła komputer.

Kliknęła   na   kalendarz   i   niecierpliwie   czekała   aż   zjawi   się   na 

ekranie.   Po   kilku   sekundach,   które   wlokły   się   w   nieskończoność, 
wyświetlił   się   i   Jocelyn   zaczęła   przeglądać   terminy   listopadowych 
spotkań. Roześmiała się radośnie na widok swojego odkrycia.

W programie zajęć znalazła lukę. W następny weekend miała tylko 

jedno oficjalne wyjście.

Wpatrywała się w ekran uszczęśliwiona i zaskoczona. Nie mogła 

uwierzyć w to, co zobaczyła. Był tylko jeden sposób, żeby sprawdzić, 
czy się nie myli. Jocelyn zawahała się i nie wiedziała, czy opanować 
podniecenie, czy dać się ponieść emocjom.

W   końcu   doszła   do   wniosku,   że   może   zadzwonić   w   sprawie 

rozkładu zajęć i podniosła słuchawkę.

- Jocelyn Wakefield. Chciałabym rozmawiać z Francine Rivers - 

powiedziała   telefonistce.   Wiedziała,   że   telefonistka   znajdzie   jej 
sekretarkę   w   każdym   miejscu.   Pracownicy   centrali   telefonicznej 
Białego Domu słynęli z niezwykłej umiejętności odnajdywania ludzi w 
kraju, za granicą, w powietrzu i na lądzie.

Jocelyn czekała na zgłoszenie się Francine i jedną ręką wyciągała 

spinki z włosów. Kiedy wyjęła ostatnią, rozległo się dyskretne pukanie 
do drzwi.

Odwróciła się na fotelu. W drzwiach stała Midge Tidwell.
- Tak, Midge?
- Kąpiel gotowa - powiedziała pokojówka. Jocelyn wiedziała, że 

szlafrok i domowe pantofle też były przygotowane. - Życzy pani sobie 
czegoś jeszcze? Może przynieść coś do picia?

- Dużą  szklankę soku pomarańczowego z lodem.  - W tej samej 

chwili na linii usłyszała  głos Francine Rivers i zasłoniła słuchawkę 
ręką. -Postaw go koło wanny. Dziękuję, Midge.

- Cześć Francine, tu Jocelyn.
- Cześć. Witaj w domu. Paula mówiła, że miałaś ciężką podróż i 

spodziewałam się, że zadzwonisz dopiero jutro około południa. Co się 
stało?

Jocelyn zesztywniała w nagłym poczuciu winy, ale natychmiast się 

otrząsnęła.

- Sprawdzałam terminarz spotkań na następny tydzień i zauważy-

łam,   że   mam   zaproszenie   na   koncert   symfoniczny   w   centrum 
Kennedy’ego   w   sobotę   wieczorem.   Nie   ma   na   ten   temat   żadnych 
specjalnych   adnotacji,   ale   pomyślałam,   że   sprawdzę   u   ciebie,   czy 
będzie problem, jeśli odwołam to wyjście?

- Chyba nie, ale sprawdzę.

Nastąpiła chwila ciszy i słychać było stukanie klawiatury.

- To tylko spotkanie towarzyskie, Jocelyn. Parę osób będzie kręcić 

nosem, ale nic się nie stanie. Więc... mam odwołać?

- Jeszcze nie, dam ci znać. Dzięki, Francine. - Odłożyła słuchawkę 

i zakryła usta dłonią, żeby nie krzyknąć z radości.

Nie wiedziała czy odważy się zrobić to, co zaplanowała. Na samą 

myśl   humor   jej   się   poprawił,   bo   pomysł   był   niesamowity  -   będzie 

background image

miała jeden dzień wolności.

Zdrowy   rozsądek,   który   się   odezwał,   nakazywał   opanowanie 

emocji. Ponieważ była córką prezydenta, ciążyły na niej obowiązki, i 
tu właśnie tkwił cały problem. Jocelyn powoli wstała z fotela. Miała 
już   wyżej   uszu  wiecznego  poczucia   odpowiedzialności,   dość   grania 
roli córki prezydenta i związanych z nią obowiązków. Chciała uciec od 
wszystkiego przynajmniej na jeden dzień.

Rozsądek podpowiadał jej, że to niemożliwe.

- Nie zrobię tego - powiedziała głośno i westchnęła. Na razie mogę 

jedynie bezkarnie pomarzyć, pocieszała się. Szukała w myślach sposo-
bu, jak zrealizować pomysł bezpiecznie i bez krzywdy dla innych.

Wróciła   do   sypialni,   rozebrała   się   i   rzuciła   ubranie   na   łóżko. 

Weszła   do   zaparowanej   łazienki.   Wanna   była   pełna   piany   i 
odprężający zapach lawendy unosił się nad wodą. Jocelyn odetchnęła 
głęboko   i   sięgnęła   na   półkę   nad   umywalką   po   szczotkę.   Zaczęła 
rozczesywać   włosy,   aż   pozbyła   się   prawie   całego   usztywniającego 
lakieru.

Wyprostowała   się   i   spojrzała   na   swoje   odbicie   w   lustrze.   Cały 

kłopot w tym, że fotografowano ją tysiące razy i na ulicy zostałaby od 
razu rozpoznana.

Patrzyła na okalające twarz włosy, na mleczną cerę i niesamowicie 

ciemne oczy. Nie mogła postąpić jak książę z powieści, bo nie znała 
żebraczki, z którą mogłaby się zamienić miejscami - a już na pewno 
nie znalazłby się nikt z tak szczególnym odcieniem rudych włosów.

Jedynym rozwiązaniem było przebranie.
Jocelyn zawiązała sobie na głowie turban z ręcznika i schowała 

pod nim wszystkie  kosmyki.  Weszła do wanny i powoli usiadła w 
gorącej,   bulgoczącej   wodzie.   Oparła   się   o  pochyłą   ścianę,   sięgnęła 
ręką i włączyła

masaż. Woda zawirowała, masując jej obolałe mięśnie. Piana zrobiła 
się jeszcze większa.

Zanurzona po szyję w pulsującej wodzie, Jocelyn znowu się rozma-

rzyła. Ciemna peruka, makijaż i inne ubranie wystarczyłyby, żeby jej 
nie rozpoznano.

Nie   miała   pojęcia   jak   uciec,   żeby   nikt   nie   zauważył   jej 

nieobecności.

Z Białego Domu trudno wymknąć się niepostrzeżenie.
Spojrzała na drzwi z łazienki do sypialni. Nic nie słyszała, ale wie-

działa, że pokojówka układa porzucone ubranie.

Mimo   że   personel   szanował   jej   prywatność,   ktoś   na   pewno 

zadzwoniłby  albo   zajrzał   sprawdzić,   czy  czegoś   nie   potrzebuje.   Jej 
nieobecność wzbudziłaby zainteresowanie, chociażby z troski o nią. 
Gdyby   okazało   się,   że   zniknęła...   Jocelyn   zadrżała   na   myśl,   jaką 
wywołałaby panikę i zamieszanie.

Przy wielkim szczęściu mogłaby wymknąć się na kilka godzin nie-

zauważona, ale nigdy na cały dzień, nie z Białego Domu.

Dzieci poprzednich prezydentów porównywały mieszkanie w Bia-

łym   Domu   do   zamknięcia   w   szklanej   kuli.   Dla   Jocelyn   rezydencja 
prezydencka była więzieniem.

Westchnęła i osunęła się niżej w wannie. Musiała pogodzić się z 

tym, że nigdy nie uda jej się uciec. Jednak cichy wewnętrzny głos cały 
czas szeptał: „Ucieknij z innego miejsca”.

Jocelyn bała się o tym pomyśleć.
Pozwoliła   sobie   tylko   pomarzyć,   ale   nie   zamierzała   nic   zrobić. 

Chciała   tylko   zastanowić   się   nad   teoretycznymi   możliwościami. 
Puściła wodze fantazji.

Gdyby   zrobiła   coś   takiego,   agenci   ochrony   szukaliby   jej   jak 

background image

szaleni.   Daleka   podróż   nie   wchodziła   w   rachubę   z   powodu   braku 
czasu.

Jocelyn westchnęła i mokrą dłonią sięgnęła po szklankę z sokiem. 

Kiedy podniosła ją do ust, kostki lodu zagrzechotały w środku. Wypiła 
łyk schłodzonego płynu.

Im   dłużej   się   zastanawiała,   tym   bardziej   dochodziła   do 

przekonania, że jej plan nigdy się nie uda. Potrzebowała wspólnika - 
kogoś, kto dla niej skłamie.

Czy istnieje ktoś taki, kto mógłby jej pomóc?
W   myślach   przebiegła   listę   przyjaciół   i   po   kolei   wszystkich 

eliminowała z różnych powodów - niektórzy odmówiliby ze strachu, 
inni niestety nie umieli dobrze kłamać. A co do pozostałych nie była 
pewna, czy może im zaufać.

Popatrzyła na kostki lodu pływające w szklance. Musiała przyznać, 

że   nie   ma   nikogo   odpowiedniego.   Zresztą   sam   pomysł   był 
niebezpieczny.

Pociągnęła   łyk   soku   pomarańczowego,   odstawiła   szklankę   na 

brzeg wanny i znów zanurzyła się w wirujące prądy wodne. Wdychała 
zapach lawendy i kąpała się w pianie. Zamknęła oczy i przestała na 
chwilę myśleć. Jednostajny szum wody działał uspokajająco. Na razie 
wystarczało   jej,   że   leży   w   ciepłej   wannie   i   pozbywa   się   bólu   i 
zmęczenia.

I wtedy wyrwało jej się jedno słowo.
- Bliss - mruknęła. - Jest tak wspaniale, jak u Bliss. Za chwilę 

otworzyła szeroko oczy i wyprostowała się gwałtownie - strumienie 
wody przelały się przez krawędź wanny.

- Bliss - powtórzyła, jakby dokonała wielkiego odkrycia. - Dlacze-

go do licha nie pomyślałam o Gog wcześniej?

Gdyby   miała   przeszukać   cały   świat,   Jocelyn   wiedziała,   że   nie 

znajdzie   lepszego  wspólnika   niż   jej   babcia,   Bliss  Wakefield,   która 
mimo że z pozoru wyglądała jak dumna księżna, w sercu miała dużo 
odwagi i lubiła przygody. Kłamała też najlepiej na świecie.

Jocelyn wyskoczyła z bulgoczącej wanny. Szybko owinęła mokre 

ciało ręcznikiem i popędziła do sypialni, zostawiając za sobą mokre 
ślady   piany   i   wody.   Chwyciła   słuchawkę,   która   leżała   na   szafce 
nocnej z wiśniowego drewna, i wystukała z pamięci numer.

Po   trzecim   dzwonku   usłyszała   poważny   głos   kamerdynera, 

Dextera Cummingsa-Goulda.

-   Redford   Hall,   słucham?   -   powiedział   z   brytyjskim   akcentem. 

Jocelyn zadrżała z podniecenia.

- Dexter? Witaj. Tu Jocelyn. Czy jest moja babcia?
Po chwili ciszy odpowiedział:
- Czy naprawdę chcesz z nią rozmawiać, moja droga? W tej chwili 

jest trochę zdenerwowana.

W oddali Jocelyn usłyszała władczy głos Bliss Wakefield.

- Z kim gadasz, Dexter? Natychmiast przynieś mi telefon.
- Chciała pani powiedzieć „rozmawiasz” - poprawił ją stłumionym 

głosem.

- Dawaj mi telefon i nie pouczaj mnie, jak mam mówić.
Jocelyn roześmiała się.
- Kłócicie się jak kury na grzędzie.
-   Ona   jest   w   bardzo   zaczepnym   nastroju   -   oznajmił   Dexter, 

podkreślając   słowo   „ona”.   -   Razem   z   pułkownikiem   Harthcourtem 
dostali dziś lanie w brydża. A ja...

- Kto mówi? - zapytała Bliss Wakefield, która siłą odebrała mu 

słuchawkę.

- Cześć, Gog - odpowiedziała Jocelyn, używając ulubionego prze-

background image

zwiska babci. Powstało dawno temu, kiedy była małym dzieckiem i na 

wszystkich   mówiła   ma-ma,   ta-ta   i   ga-ga.   Ostatnie   słowo   w   końcu 

skróciła do Gog.

-   Przegrałaś   dziś   w   brydża?   Chyba   nie   muszę   pytać,   jak   się 

czujesz?

- Jocelyn - głos Bliss od razu zabrzmiał cieplej, ale po chwili znów 

usłyszała nutę poirytowania. - Ten nadęty brytyjski typek od jutra u 

mnie nie pracuje.

- Nie zrobisz tego, Gog. - Jocelyn uśmiechnęła się, słysząc czcze 

pogróżki.

- A właśnie, że tak - oznajmiła babcia. - Z jednej strony udaje ta-

kiego opanowanego, ale z drugiej bardzo się wszystkim przejmuje.

- Dexter jest jak sfinks i broni cię przed intruzami - dobrze o tym 

wiesz. - Jocelyn starała się opanować rozbawienie. Po drugiej stronie 

rozległo się głośnie chrząkanie.

- Jeśli on jest jak sfinks, to pora, żeby go zmumifikować. - Jocelyn 

słyszała w oddali niski męski głos, ale nie mogła rozróżnić słów. - Nie 

musisz mnie pouczać, Dexter. Dobrze wiem, że Jocelyn wyjeżdżała. 

Sama słyszysz  - powiedziała Bliss z powrotem do słuchawki. - Ten 

facet traktuje mnie jak zgrzybiałą staruszkę. Powiedz mi, jak minęła 

podróż?

- Długa, pełna pracy, ale na szczęście już skończona.
- Jesteś ożywiona, a spodziewałam się, że będziesz padać ze zmę-

czenia po takiej długiej turze dookoła kraju.

- Dobra gorąca kąpiel poprawiła mi samopoczucie. - Jocelyn spoj-

rzała   na   mokre   ślady   stóp,   jakie   zostawiła   na   tureckim   dywanie.   - 

Dzwonię, bo chciałam spytać, czy masz czas zjeść jutro ze mną obiad?

- Jutro? Dexter, przynieś mi kalendarz. - Kamerdyner mruknął coś 

w odpowiedzi. - Szkoda, że nie jesteś psem, Dexter. Moje życie byłoby 

o wiele spokojniejsze, gdybyś miał na twarzy kaganiec. Nie prosiłam, 

żebyś sprawdzał mój rozkład dnia. Przecież i tak nic nie widzisz bez 

okularów. Po prostu przynieś mi notatnik. On uwielbia mnie drażnić - 

powiedziała   Bliss   do   Jocelyn.   -   No,   nareszcie.   Jutro...   Nie   mogłaś 

wybrać lepszego dnia? Jutro umówiłam się z Maude Farnsworth o...

- A w środę? - przerwała Jocelyn.
- Nie. Spotkajmy się jutro. Maude to potworna nudziara. Nie ma 

lepszego   powodu   niż   obiad   w   Białym   Domu,   żeby   odwołać   to 

spotkanie.

- Jesteś pewna?
- Oczywiście - odpowiedziała babcia zdecydowanym głosem. -Nie 

mam pojęcia, dlaczego w ogóle umówiłam się z tą kobietą. Chyba cier-

pię na brak rozrywek. O której mam przyjechać?

- Mam spotkanie w Departamencie Stanu o dziesiątej rano, które 

powinno potrwać około godziny, ale jeśli się przeciągnie... Powiedzmy 

o dwunastej trzydzieści.

- Będę punktualnie. - Po drugiej stronie zapadła cisza. - Mogę wło-

żyć przezroczysty welon i nic więcej? Gazety miałyby o czym pisać. 

Głos Bliss brzmiał tak poważnie, że Jocelyn na chwilę zamurowało. 

Zaraz  jednak  się   zorientowała,   że   to kolejny  dowcip  babci   i  zachi-

chotała.

- Tata dostałby szału, Gog.
- Wiem. Biedny Dexter za chwilę dostanie apopleksji i bardzo do-

brze. Już jest blady jak ściana. Do zobaczenia jutro, kochanie - powie-

działa i odłożyła słuchawkę.

Jocelyn   jedną   ręką   przytrzymywała   ręcznik,   a   drugą   odłożyła 

telefon na widełki i zamyślona wróciła do łazienki. Zaprosiła babcię na 

obiad, nic więcej. Jeśli się rozmyśli, może zrezygnować z planu.

W najważniejszej kwestii jej zdanie nie zmieniło się. Miała dość 

ustawicznej ostrożności, ciągłej rozwagi i pilnowania każdego słowa i 

gestu. Zawsze musiała dbać o to, czy postępuje odpowiednio. Teraz 

chciała zrobić coś niemądrego, nieodpowiedzialnego i niepoważnego.

background image

Jocelyn   Wakefield   nie   zdawała   sobie   sprawy,   że   jest   bardziej 

podobna do babci, niż myśli.

Następnego   dnia   o   szóstej   rano   zadzwonił   telefon.   Mrucząc   z 

niezadowolenia,   Jocelyn   przewróciła   się   na   bok,   żeby   odebrać. 

Telefonistka Białego Domu pilnowała jej pobudki.

- Już nie śpię - mruknęła zaspanym głosem.
- Czy mam zadzwonić jeszcze raz za dziesięć minut? - zapytała ko-

bieta.

Jocelyn w pierwszej chwili chciała powiedzieć, że tak, ale zaraz 

usiadła i odrzuciła kołdrę.

- Nie trzeba. Dziękuję.
Odłożyła słuchawkę i nacisnęła guzik przy łóżku. Był to dzwonek 

do kuchni, który sygnalizował pełniącemu dyżur kamerdynerowi, że 

prosi o sok i kawę.

Po półgodzinie Jocelyn zapukała do gabinetu ojca z drugą filiżanką 

kawy w ręku, w kapciach i jedwabnym szlafroku narzuconym na piża-

mę. Ranek był jedyną porą, kiedy widywała ojca prywatnie, chyba że 

Jakiś dygnitarz oficjalnie odwiedzał ich kraj. Zwykle mieli dla siebie 

trzydzieści minut,

W pokoju rozległ się przyjemny głos Jamesa Earla Jonesa.

- Tu CNN.

Potem usłyszała stłumione zaproszenie ojca.

- Wejdź.
Jocelyn otworzyła drzwi. Dawniej, kiedy mężowie i żony sypiali 

osobno, ten pokój był sypialnią prezydenta. Potem zamieniono go na 

gabinet.   Dywany,   zasłony   i   tapicerka   były   ciemnoczerwone   i   cały 

pokój wyglądał poważnie i elegancko.

Za szklaną szybą kominka tańczyły czerwone języki ognia. Na mar-

murowej półce stała skromna tabliczka z napisem.

Ten   pokój   zajmował   John   Fitzgerald   Kennedy   przez 
dwa   lata,   dziesięć   miesięcy   i   dwa   dni   sprawowania 
urzędu   Prezydenta   Stanów   Zjednoczonych   od   20 
stycznia 1961 do 22 listopada 1963.

Obok umieszczono drugą tabliczkę.

Abraham   Lincoln   spał   w   tym   pokoju   w 
czasach,   kiedy   zajmował   Biały   Dom   jako 
Prezydent Stanów Zjednoczonych.

Każdy kąt Białego Domu był  pełen historycznych pamiątek. Nie 

dało   się   od   nich   uciec.   Kiedy   Jocelyn   już   zaczynała   czuć   się 

swobodnie, odwracała głowę i napotykała jakiś przedmiot o wielkim 

znaczeniu,   który   przypominał   jej,   że   mieszka   w   prezydenckiej 

rezydencji tylko tymczasowo.

- Dzień dobry. - Ojciec siedział na fotelu, zwrócony do telewizora, 

z okularami zsuniętymi na czubek nosa. Obok niego na krześle leżały 

poranne wydania „Washington Post” i „New York Times”, które już 

zdążył przeczytać. Trzy kolejne gazety trzymał obok siebie na fotelu.

- Dzień dobry, tato. - Jocelyn podeszła do niego i pocałowała w 

świeżo ogolony policzek. Robiła tak co rano, odkąd sięgała pamięcią. - 

Ładnie pachniesz. Masz dzisiaj jakąś gorącą randkę? - zażartowała i 

usiadła skulona na drugim fotelu.

-   Nie,   chyba   że   spotkanie   z   Cosgrovem   i   jego   asystentem   z 

Departamentu   Sprawiedliwości   można   nazwać   randką.   -   Sięgnął   po 

kolejną gazetę. Jocelyn skrzywiła się lekko ze współczuciem.

-  Moje  spotkanie  w Departamencie  Stanu  zapowiada  się  równie 

ekscytująco. - Przełknęła łyk kawy i jej wzrok powędrował w stronę 

background image

telewizora. - Co nowego dzieje się dziś na świecie?

- Niewiele. W Sudanie wybuchły zamieszki, kiedy na objęte suszą 

tereny   dotarły   pierwsze   dostawy   żywności.   Kraje   OPEC   chcą 
podnieść .ceny ropy. W samą porę przed zimą - dodał z dezaprobatą. - 
W   środkowych   stanach   zaczęły   się   burze   śnieżne   i   frekwencja 
wyborcza z pewnością będzie niska. - Rzucił w jej stronę zatroskane 
spojrzenie. - Dobrze spałaś?

-   Tak,   jak   wreszcie   udało   mi   się   zasnąć.   Chyba   byłam   zbyt 

zmęczona - wyjaśniła. W rzeczywistości prawie całą noc myślała o 
swoim sprytnym planie. - Ale czuję się wypoczęta.

Nie przyznała się, że była podekscytowana, pełna energii i emocji 

ze strachu przed tym przedsięwzięciem.

Pukanie   do   drzwi   znaczyło,   że   nadchodzi   kamerdyner   ze 

śniadaniem. Jej ojciec jak zwykle poprosił o sadzone jajko na grzance, 
dwa plasterki chrupiącego bekonu i bułeczkę. Jocelyn nie mogła zjeść 
pełnego posiłku tak wcześnie rano. Wystarczył jej pszenny tost i masło 
miodowe.

Prezydent dostał śniadanie na tacy, którą kamerdyner postawił przy 

fotelu. Jadł i jedną ręką przeglądał gazetę, a Jocelyn skubała grzankę i 
udawała, że ogląda wiadomości. W myślach układała listę rzeczy po-
trzebnych do zrealizowania planu.

Nagle cichy chichot przerwał jej rozmyślania. Jocelyn odwróciła 

się i zobaczyła uśmiechniętą twarz ojca.

-   Tucker   napisał   dziś   świetny   artykuł   -   zauważył   prezydent. 

Tucker. Przez moment nie skojarzyła kto to. Potem przypomniała sobie 
wysokiego   dziennikarza   o   ciętym   języku,   z   którym   poprzedniego 
popołudnia rozmawiał jej ojciec.

- Co pisze? - zapytała z udanym zainteresowaniem.
- O zamieszaniu, które powstało po ujawnieniu, że dziadek Paula 

Cunninghama - kandydata z Alabamy,  przeciwnika Rockwella - był 
przywódcą   Ku   Klux   Klanu.   Tucker   twierdzi,   pozwól,   że   zacytuję: 
„Sam nie wiem czy to, że jego dziadek był wielkim szefem Klanu ma 
jakieś   znaczenie,   ale   cała   sprawa   dowodzi,   że   jeśli   chcesz   poznać 
rodzinne korzenie, najłatwiej to zrobić, startując w wyborach”.

- To prawda - zgodziła się Jocelyn  niechętnie. Prezydent  skinął 

głową i czytał dalej.

- Potem pisze: „Trzeba zrozumieć, że w kampanii politycznej kan-

dydat musi wykazać się opanowaniem i spokojem, a zostanie wybrany 
- chyba właśnie dlatego tylu polityków cierpi potem na bóle mięśni”.

- Aj - skrzywiła się, słysząc zabawne stwierdzenie.
- Słuchaj, jak zakończył. - Prezydent uśmiechał się coraz szerzej. 

-Ludzie narzekają na krążące ostatnio dowcipy polityczne. Twierdzą, 
że  są   szkodliwe   dla   moralności   naszego  kraju.   Muszę   przyznać,   że 
chyba mają rację. Kiedy pójdziecie oddać głos dziś rano, upewnijcie 
się, że nie głosujecie na tych, co tak mówią”.

-   Miałam   wątpliwą   przyjemność   poznać   takich   ludzi   w   trakcie 

kampanii - powiedziała cynicznie Jocelyn.

- Ja też - dodał jej ojciec i dalej przeglądał gazetę.

Przez chwilę zamyśliła się nad cytatami, które jej przeczytał.

- Humor politycznych komentatorów jest przeważnie cierpki, ale 

żarty Tuckera są lekkie. Trafiaj ą w sedno sprawy i przy tym nie są 

złośliwe. W dzisiejszych czasach taki styl to rzadka umiejętność.

- Zgadzam się. - Odkroił kawałek jajka i grzanki i nadział na wide-

lec.

- Co o nim wiesz? - zapytała nagle zaciekawiona. - Mówiłeś, że po-

chodzi z Kansas, ale czym się zajmował przed pisaniem do gazety?

- Słyszałem, że zaczął pracować zaraz po skończeniu college’u i 

pisał przemówienia na zamówienie. Okazało się, że ma lepszy dowcip 

background image

niż polityczną wiedzę -powiedział z uśmiechem. - Przypuszczam, że 

kiedy przyjechał do Waszyngtonu, został wolnym strzelcem i pisywał 

dla różnych ludzi - przerwał, spojrzał na Jocelyn znad okularów do 

czytania i zamrugał. - Mówią, że dwa razy próbował dostać pracę w 

„Washington Post”, ale go nie przyjęli. Teraz, kiedy jego artykuły są 

tak popularne, pewnie zgrzytają zębami ze złości.

- Z pewnością - zgodziła się Jocelyn i ugryzła grzankę.
- Dlaczego wypytujesz o niego?
- Bez konkretnego powodu. Po prostu byłam ciekawa - odpowie-

działa  i  wzruszyła   obojętnie  ramionami.  -  Zdałam  sobie  sprawę,  że 

znam   prawie   wszystkich   tutejszych   dziennikarzy,   a   nigdy   nie 

spotkałam Grady’ego Tuckera.

- Nic dziwnego. Jeżeli pojawia się tam,  gdzie się coś dzieje, to 

zwykle stoi z tyłu i obserwuje. Nie miesza się z tłumem.

- Rzeczywiście, to chyba typ, który nie lubi towarzystwa - skomen-

towała   Jocelyn,   przypominając   sobie,   jak   Tucker   stał   z   głową 

schowaną w ramionach. - Przypominał mi zawstydzonego nastolatka.

- Może. - Gazeta zaszeleściła i prezydent przewrócił kolejną stronę. 

- Ale nie wolno go niedoceniać. Jest bystry i spostrzegawczy.

- Oczywiście. Jednak nie sądzę, żebym miała z nim kiedykolwiek 

do czynienia. - Jocelyn przeciągnęła się i nalała sobie kawy z termosu 

na tacy ojca. - Jaka ma być dziś pogoda?

- Słoneczna i ciepła. Około dwudziestu stopni. Prawie letni dzień, a 

dlaczego pytasz?

- Zaprosiłam Gog na obiad. - Uniosła filiżankę i delikatnie podmu-

chała  na dymiący płyn.  - Może będzie  na tyle  ciepło,  że  zjemy na 

balkonie Trumana. Miałybyśmy ostatnią okazję w tym roku.

- Moja matka wybiera się do nas? - Skrzywił się zaskoczony i za-

myślił na chwilę. - Jeśli nie uda mi się wpaść i przywitać, poproś, żeby 

do mnie zajrzała zanim wyjdzie. Tylko powiedz, żeby nie odbierała 

żadnych telefonów. Nie chcę, żeby znów komuś tłumaczyła, jak bardzo 

jestem zajęty.

Jocelyn roześmiała się.
- Nasi ludzie nadal plotkują o tym, jak ostatnio odebrała telefon od 

rosyjskiego ambasadora.

Bliss Wakefield poinformowała dyplomatę, że musi poczekać na 

rozmowę z prezydentem, ponieważ ona pierwsza chce się z nim zoba-

czyć.

- Rimsky dobrze to sobie zapamiętał, a gazety szalały z radości 

-przypomniał prezydent ponuro. - Czasami zdumiewa mnie, ile rzeczy 

uchodzi mojej matce na sucho. Wszyscy ją uwielbiają.

- Głównie dlatego, że mało ją obchodzi, co myślą inni. Ludzie za-

zdroszczą jej takiego podejścia do życia. - Jocelyn czuła tak samo.

- Chyba masz rację. Wiek ma swoje prawa, a moja matka wykorzy-

stuje je wszystkie - dodał.

Rozdział 3

Wizyta nowego premiera Wielkiej Brytanii i jego żony przypadała za 
dwa i pół tygodnia i należało przygotować masę drobiazgów. Nawet 
najmniejsze   szczegóły,   takie   jak   ulubiony   rodzaj   pasty   do   zębów 
brytyjskiej   pary,   wymagały   uwagi.   Dlatego   spotkanie   Jocelyn   z 
urzędnikami  z Departamentu Stanu i z biura protokołu, które miało 
trwać godzinę, przeciągnęło się do dwóch.

Wróciła   do   Białego   Domu   o   jedenastej   trzydzieści.   O   tej   porze 

długa kolejka turystów stała przed wschodnią bramą w oczekiwaniu na 
zwiedzanie rezydencji.

Na   ich   widok   Jocelyn   odwróciła   się   do   swojego   ochroniarza, 

background image

Mike’a Bassetta.

- Wszyscy korzy stają z pięknej pogody.
- Nic dziwnego - odpowiedział. - Mamy cudowny dzień.

- Tak. - Jocelyn pomyślała, że pogoda jest idealna, żeby zjeść obiad 

na   balkonie   Trumana.   Przy   prywatnej   windzie   prezydenta   spotkała 

dyżurującego strażnika.

- Tom, czy pani Wakefield już przyjechała?
Zawahał się i lekko wyciągnął szyję, jakby nagle zaczął go uwierać 

kołnierzyk.

- Właściwie, tak.

Jocelyn zatrzymała się i mały alarmowy dzwonek odezwał się w jej 

głowie.

- Jak to? Więc jest, czyjej nie ma?
- Jest - przyznał, ale nie patrzył jej w oczy. - Ale zamiast iść na 

górę...   przyłączyła   się   do   grupy  czwartoklasistów,   którzy  zwiedzają 

dom.

- Dlaczego mnie to nie dziwi? - westchnęła Jocelyn i uśmiechnęła 

się z przymusem. - Pójdę jej poszukać.

Wtedy usłyszała cichy głos agenta Bassetta, mówiącego coś do mi-

krofonu.   Ruszyła   w   stronę   pomieszczeń   udostępnionych   turystom   i 

wtedy poczuła jego rękę na ramieniu.

- Proszę poczekać na Mavis i Franka.
Już chciała mu powiedzieć, że to tylko uczniowie z czwartej klasy, 

którzy nie mogli stanowić żadnego zagrożenia, kiedy uświadomiła so-

bie,   że   to   niedobry   moment   na   spory   i   robienie   zamieszania. 

Szczególnie   jeśli   niedługo   chciała   wymknąć   się   swoim   agentom. 

Niecierpliwie zaczekała na pozostałych członków obstawy.

Śmiech   dzieci   i   górujący  głos   babci   doprowadziły   ją   prosto   do 

wschodniego pokoju na pierwszym piętrze. Ochroniarze, którzy mieli 

kontrolować   przepływ   zwiedzających,   stali   bezradnie,   kiedy   Bliss 

Wakefield zaczęła  opowiadać  uczniom,  ich nauczycielkom  i  grupce 

dorosłych o wyczynach dzieci Theodore’a Roosevelta.

- Nie mogę sobie wyobrazić pokoju, który lepiej nadaje się dojazdy 

na rolkach, a wy? - Odpowiedział jej zgodny chór. - Szkoda, że nie 

macie   ich   ze   sobą.   Moglibyśmy   spróbować.   Sama   całkiem   nieźle 

jeżdżę, chwaliłam się już?

Trudno było sobie wyobrazić coś bardziej niestosownego niż wy-

soka, elegancka kobieta w rolkach na nogach. Chyba że byłyby koloru 

szafirowego   i   pasowały   do   jej   kaszmirowej   marynarki,   pomyślała 

Jocelyn.

- Kiedy zbudowano Biały Dom - Bliss kontynuowała swój wykład 

- ten pokój przez wiele lat stał pusty. Abigail Adams kazała tu wieszać 

pranie. To było w czasach, kiedy nie istniały suszarki ani nie było prą-

du. - Bliss zauważyła Jocelyn i jej trzyosobową obstawę. - A jesteś, 

Jocelyn - powiedziała i w jej oczach zabłysły psotne ogniki. - Cieszę 

się, że do nas dołączysz. Właśnie miałam opowiedzieć tym dzieciom o 

czasach,   kiedy   wcielone   diabły,   synowie   Roosevelta,   wprowadzili 

kucyka do Białego Domu i próbowali go wsadzić do windy. Znacie 

wszyscy moją wnuczkę, prawda?

Dzieci obstąpiły Jocelyn i zasypały ją gradem pytań. Dla agentów 

ochrony cała ta scenka była koszmarem. Jak zwykle grzecznie starali 

się   odsuwać   bardziej   natarczywe   dzieciaki   i   utrzymać   jako   taki 

porządek.

Kiedy Jocelyn odpowiedziała na kilka pytań, niski starszy pan o 

ciemnej skórze uniósł laskę i zwrócił jej uwagę.

-   Przepraszam,   panno   Wakefield   -   mówił   niskim,   basowym, 

głębokim, miłym głosem. - Czy będzie pani tak dobra i odpowie na 

jeszcze jedno pytanie?

- Oczywiście - odparła Jocelyn z uśmiechem i z trudem opanowała 

zniecierpliwienie.

- Ponieważ nadchodzą święta, jestem ciekaw, w którym pokoju 

background image

stanie oficjalna choinka Białego Domu? - Starszy pan stał z tyłu grupy, 

miał   rozpięty   płaszcz,   w   jednej   ręce   trzymał   laskę,   a   w   drugiej 

kapelusz. Jego ciemne, błyszczące oczy,  brązowa twarz i elegancko 

przystrzyżona bielutka broda zwróciły uwagę Jocelyn.

- Zawsze stoi w Pokoju Niebieskim - odpowiedziała. - Chociaż 

mamy również drzewka w innych pomieszczeniach. Choinki ubrane w 

ozdoby z poprzednich lat wystawiamy w Kolumnadzie Wschodniej.

- Czy postanowiono już coś w sprawie tegorocznej dekoracji? - 

zapytał jegomość.

- Kilka miesięcy temu. - Powinna dodać, że decyzję poprzedziły 

liczne rozmowy i spory.

- A jaka będzie, jeśli wolno spytać? - W uśmiechu na jego twarzy 

było coś dziecinnego i zaczepnego. Potem jakby na chwilę spoważniał. 

- A może nie życzy pani sobie ujawniać informacji tak wcześnie?

- Nie sądzę, żeby tegoroczny świąteczny wystrój stanowił tajemnicę 

państwową. - Uśmiechnęła się do niego, tym razem naturalnie i ciepło. 

-

 

W tym roku wybraliśmy motyw: „Dzieciątko się rodzi”.

Na jego twarzy pojawił się jeszcze szerszy uśmiech.
-   Interesujący   i   bardzo   odpowiedni   pomysł.   Jego   zadowolona 

mina sprawiła, że Jocelyn postanowiła wyjaśnić coś jeszcze.

-   Zainspirowała   nas   osiemnastowieczna   szopka,   którą 

pokazywano   tutaj   w   święta   od   tysiąc   dziewięćset   sześćdziesiątego 

siódmego roku, kiedy ktoś ofiarował ją Białemu Domowi. Składa się z 

czterdziestu siedmiu
rzeźbionych w drewnie i kamieniu figur, które tworzą szopkę. Będzie 

głównym elementem dekoracji w Pokoju Wschodnim.

- A ozdoby na oficjalną choinkę? - zapytał.
- Poprosiliśmy trzy różne organizacje o przygotowanie dekoracji w 

różnych stylach etnicznych, z motywem przedstawiającym narodziny 

Chrystusa   -   odpowiedziała   mu   Jocelyn.   -   Ameryka   to   przecież 

mieszanina różnych kultur, mieszkają tu ludzie ze wszystkich krajów 

świata.   Właśnie   ta   różnorodność   sprawiła,   że   jesteśmy   tacy   silni. 

Również to chcemy uczcić.

- Bardzo słuszna decyzja. - Jego ciepły uśmiech był pełen zrozu-

mienia i aprobaty.

Dziewczynka z kręconymi  włosami, która stała w środku grupy, 

niecierpliwiła się, żeby zadać pytanie. Jocelyn wskazała na nią palcem 

i skinęła głową.

- Zastanawiałam się... - zaczęła dziewczynka i zawahała się, nagle 

onieśmielona. - Przez który kominek wchodzi Święty Mikołaj, skoro 

jest ich tu tak dużo?

Chłopiec, który stał za nią, zaczął pohukiwać, słysząc  pytanie, i 

uderzył jaw plecy.

- Wciąż wierzysz w Świętego Mikołaja? - zakpił.

Czerwona na twarzy dziewczynka odwróciła się do niego wściekła.

- Oczywiście, że nie, ale moja siostra wierzy i Mikołaj przychodzi 

do nas do domu w święta.

- Cieszę się, że nadal was odwiedza - wtrąciła Jocelyn i ponownie 

przyciągnęła uwagę dzieci. - Wszyscy jesteśmy szczęśliwi, kiedy przy-

chodzi Mikołaj. - Chór głosów zgodził się z nią, - Tu, w Białym Domu 

- dodała - Mikołaj może wejść każdym kominem.

Mówiąc to, oddaliła się od grupy. Agenci ochrony natychmiast od-

prowadzili ją i jej babcię do windy.

- Tyle pytań o święta, nie do wiary! - mruknęła Jocelyn zmęczona, 

kiedy zamknęły się drzwi. - Przecież jeszcze przed nami Święto Dzięk-

czynienia.

-   Ale   już   można   myśleć   o   Bożym   Narodzeniu   -   odpowiedziała 

Bliss.

- Planuję święta od kilku miesięcy. - Zauważyła sceptyczne spoj-

rzenie babci. - Naprawdę. Ledwo zdjęto stare dekoracje już zaczęło się 

planowanie   tegorocznych.   Najpierw   trzeba   było   wybrać   motyw 

background image

przewodni, a potem postanowić, jak go zrealizować. I rozmawiać  o 

szczegółach.   Kiedy   to   się   skończyło,   miałam   rozmowy   na   temat 

projektu kartek świątecznych  dla  Białego Domu,  wyboru  napisów i 

uzupełniania   listy   adresatów.   Zanim   przyjdą   święta   będę   tym 

wszystkim tak zmęczona, że zrobi mi się wszystko jedno.

- Te dzieci chciały wiedzieć, jak udekorujecie Biały Dom - wtrąciła 

Bliss. - Zabawne były, prawda?

-   Mam   ochotę   cię   udusić,   Gog   -   oznajmiła   Jocelyn,   kiedy 

wysiadały z windy na drugim piętrze.

- Chyba  sobie zasłużyłam - zgodziła się Bliss, ale wcale się nie 

przejęła. - Obie wiemy,  że uszczęśliwiłaś te dzieci. Do końca życia 

będą o tym mówić.

- Zanim się pojawiłam, dawałaś sobie doskonale radę.
- Nie mogłam się powstrzymać. Biedne dzieciaki wyglądały na po-

twornie znudzone, kiedy tak szwendały się po pokojach. Musicie coś 

zrobić,   żeby   wasze   przewodniki   były   ciekawsze.   Za   dużo   czasu 

poświęcają meblom i ich pochodzeniu. Tylko ktoś, kto interesuje się 

antykami  - sprzedawca albo kolekcjoner - może być zainteresowany 

tym,   że   fortepian   Steinwaya   we   Wschodnim   Pokoju   został 

zaprojektowany przez Guglera, że zdobią go pozłacane amerykańskie 

orły i wzory wykonane  przez Becka. W przewodnikach Biały Dom 

jawi się jako zimne, nudne muzeum, a nie miejsce, gdzie ludzie się 

śmiali,   kochali   i   mieszkali   -   dom,   w   którym   miało   miejsce   wiele 

wydarzeń najważniejszych w historii naszego kraju.

- Dlatego sama postanowiłaś zaradzić problemowi i opowiedzieć o 

wyczynach dzieci Teddy’ego Roosevelta i o przeznaczeniu Wschod-

niego Pokoju na pralnię. - Jocelyn uśmiechnęła się i rzuciła okiem na 

stertkę wiadomości, które leżały na stole w korytarzu.

-   Nie   możesz   zaprzeczyć,   że   w   Białym   Domu   bywało   czasem 

frywolnie,   Jocelyn.   Działy   się   zwyczajne   rzeczy.   Mogłam   im 

opowiedzieć o poważnym wykorzystaniu tego pokoju. Leżało w nim 

ciało   Lincolna   na   czarnym   katafalku   zaraz   po   zamachu.   -   Bliss 

Wakefield ściągnęła czarne rękawiczki. - Mogłam też wspomnieć  o 

Dolley Madison i o tym,  jak odmówiła opuszczenia Białego Domu, 

mimo   że   zbliżała   się   armia   brytyjska.   Zgodziła   się   dopiero   wtedy, 

kiedy wyjęto z ram portret Jerzego Waszyngtona i włożono między jej 

bagaże.   Wyobraź   to   sobie,   Jocelyn!   -przerwała   i   uniosła   rękę   w 

dramatycznym   geście.   -   Brytyjscy   żołnierze   na   przedmieściach, 

przyjaciele ją opuszczają, urzędnicy namawiają do ucieczki, bo Kapitał 

i Biały Dom lada chwila wpadną w ręce wroga. Pomyśl o panice, która 

z pewnością wybuchła. Ale Dolley nie chciała wyjechać bez portretu 

Waszyngtona.   Oczywiście   -   Bliss   opuściła   rękę   i   odwróciła   się   do 

Jocelyn, mrugając oczami - mądra kobieta zabrała też swój portret. To 

znaczy,   że   portret   Waszyngtona   nie   był   jedynym   przedmiotem 

ocalałym z Białego Domu, zanim spalili go Brytyjczycy.

- Ale jedynym  uratowanym  z pożaru, który wisi tutaj od tysiąc 

osiemsetnego roku.

Przed wprowadzeniem się do Białego Domu Jocelyn wnikliwie za-

poznała się z jego historią. W college’u specjalizowała się w dwóch 
dziedzinach   i   zrobiła   dyplom   z   obu:   specjalizacji   nauczycielskiej   i 
historii.   Dzięki   temu   tylko   nieliczne   fakty  związane   z   jej   obecnym 
domem i jego dawnymi mieszkańcami nie były jej znane.

- Z wyjątkiem czasów, kiedy przeprowadzano naprawy i remonty 

-wtrąciła się babcia, chcąc, jak zawsze, żeby ostatnie słowo należało do 
niej, i machnęła rękawiczkami. - Może to było dramatyczne wydarze-
nie, ale o wiele zabawniej wyobrazić sobie bieliznę Johna Adamsa i 
pantalony Abigail, zwisające ze sznurków w Pokoju Wschodnim, lub 
dzieciaki Roosevelta jeżdżące po nim na wrotkach. - Schowała złożone 
rękawiczki do małej  torebki i mruknęła rozmarzona. - Zastanawiam 
się, co Dexter zrobił z moimi starymi  wrotkami. Kiedyś świetnie na 
nich jeździłam.

background image

Jocelyn uniosła jedną brew, ale zaraz ją opuściła i uśmiechnęła się. 

Doskonale wiedziała, co powiedzieć w takiej sytuacji.

-  Następnym  razem,  kiedy  przyjedziesz   do  Białego  Domu,  każę 

przeszukać twoje bagaże. Wrotki lub rolki zostaną skonfiskowane. Ale 
nie martw się uśmiechnęła się szelmowsko do babci. - Oddam ci je 
przy powrocie.

Bliss   Wakefield   obrzuciła   ją   długim,   badawczym   spojrzeniem   i 

westchnęła załamana.

- Martwię się o ciebie, Jocelyn. Jesteś za bardzo układna i popraw-

na - oznajmiła i smutno pokręciła głową. - Musisz zrobić coś niezwy-
kłego, zanim zmienisz się w śmiertelną nudziarę.

- Nie myśl, że nie mam ochoty, ale boję się, że gazety nie dadzą mi 

żyć.   Nie   mogę   nawet   kaszlnąć,   żeby  ktoś   o   tym   nie   napisał.   -   Na 
stoliku na szczęście nie było zaznaczonych na czerwono wiadomości, 
odłożyła więc wszystkie kartki. Odwróciła się, ale unikała badawczego 
wzroku Bliss. - Jest taki piękny dzień, więc pomyślałam, że zjemy na 
balkonie Trumana.

- Dobry pomysł - mruknęła Bliss zamyślona.
Miejsce, gdzie miały zjeść obiad, było wspaniałe, a widok zapierał 

dech w piersiach. Południowe trawniki Białego Domu i aleja Mali, z 
marmurowym obeliskiem ku czci Waszyngtona, rozciągały się przed 
nimi. Za białym, strzelistym pomnikiem w basenie wody odbijało się 
błękitne   bezchmurne   niebo.   W   oddali   widniał   pomnik   Jeffersona, 
wzniesiony w idealnie prostej linii od Białego Domu.

Oś i jej otoczenie zaprojektował Pierre L’Enfant, młody francuski 

inżynier i weteran wojenny. Stworzył plan nowej stolicy, która miała
powstać nad Potomakiem w 1791 roku. Druga podobna oś łączyła po-
mnik Lincolna i Waszyngtona oraz budynek Kapitelu.

Piękna   symetria   projektu   i   widok   z   balkonu   na   drugim   piętrze 

zawsze   zachwycały   Jocelyn,   ale   dziś   ledwie   spojrzała   i   usiadła   do 
przygotowanego posiłku.

Spięta   i   zdenerwowana,   z   trudem   ukrywała   przykry   ucisk   w 

żołądku.   Bez   zainteresowania   skubała   widelcem   zieloną   sałatę   z 
mandarynkami  i kandyzowanymi  migdałami,  tak samo potraktowała 
omlet.   Bliss   Wakefield,   jak   zwykle,   mówiła   za   obie.   Dzięki   temu 
Jocelyn mogła raz jeszcze zagłębić się w swoich wątpliwościach. Od 
czasu do czasu kiwała głową w ramach podtrzymywania rozmowy.

Do stolika podszedł kamerdyner i nalał im kawę.
- Czy podać coś jeszcze?

Zanim Jocelyn zdołała odpowiedzieć, zadecydowała Bliss:

- Nic więcej nie trzeba, dziękujemy. Proszę tylko zostawić dzbanek 

z kawą na stole. Damy sobie radę.

Kamerdyner   zrozumiał   delikatną   sugestię.   Wyszedł   z   balkonu   i 

dyskretnie zamknął drzwi za sobą. Jocelyn popijała kawę i czuła na 
sobie badawczy wzrok babci.

- Czy już się zdecydowałaś?
- Na co? - Zdziwiona Jocelyn opuściła filiżankę i poczuła mrowie-

nie na plecach. Bliss zadała trafne pytanie.

Chyba   to   był   przypadek,   bo   mimo   że   Bliss   miała   rozmaite 

zdolności, nie umiała czytać w myślach.

- Nie wiem. Jeszcze mi nie powiedziałaś - delikatnie odparła jej 

babcia. - Ale czuję, że coś chodzi ci po głowie. Masz jakiś pomysł i 
cały czas o nim myślisz, więc gadaj.

Tego jej było trzeba - musiała się zdecydować. Jocelyn miała dwie 

możliwości: zapomnieć o zwariowanym pomyśle, albo dać się ponieść 
fantazji. Nie mogła dłużej zwlekać z decyzją.

- Zastanawiałam się czy... czy masz jakieś plany na weekend? - za-

background image

pytała, chcąc trochę zyskać na czasie.

- W tym tygodniu? - Bliss zamrugała, zaskoczona, ale zaraz uspo-

koiła się i odparła: - Nic specjalnego nie planowałam, przynajmniej 
nic, czego nie można odwołać. Dlaczego pytasz?

-   Mogłabym   cię   odwiedzić.   -   Jocelyn   starała   się,   aby   jej   głos 

brzmiał obojętnie.

- Dobrze wiesz, że jesteś zawsze mile widziana w Redford Hall 

-oznajmiła Bliss.

Ale może chciałaś coś zrobić...

- Kiedy moja ulubiona wnuczka chce spędzić ze mną czas, jestem 

do jej dyspozycji. - Głos Bliss, zwykle wyniosły, zabrzmiał niezwykle 
ciepło.

- Nie masz innej wnuczki - przypomniała Jocelyn sucho.

- No właśnie - zgodziła się Bliss i uśmiechnęła. Zamilkła i przechy-

liła  siwą   głowę  na  bok.  Patrzyła  na  Jocelyn  błyszczącymi,  pełnymi 
ciekawości   oczami.   -   Chodzi   o   coś   więcej   niż   o   wizytę   u   mnie, 
prawda? -zapytała wymownie.

Jocelyn zawahała się i w końcu podjęła decyzję.

-   Zgadłaś.   -   Kiedy  to  powiedziała,   poczuła   kamień   spadający  z 

serca. Bliss pochyliła się do przodu i oparła łokcie na stole.

- Jak on ma na imię? Znam go?
- Kto? - Jocelyn skrzywiła się, zaskoczona.

Bliss westchnęła rozczarowana i oparła się o krzesło.

- Myślałam, że chodzi o nowego mężczyznę w twoim życiu. Mia-

łam   nadzieję,   że   planujesz   randkę   w   Redford   Hall,   z   dala   od 
wścibskich dziennikarzy. Dexter byłby zachwycony.

- Nowy mężczyzna?  - Jocelyn  zmarszczyła  się na samą  myśl.  - 

Przecież nie miałam do tej pory żadnego.

- Tym gorzej, jeśli chcesz znać moje zdanie - oznajmiła babcia z 

prawdziwym żalem w głosie. - A co się stało z tym przystojnym kapi-
tanem, z którym się spotykałaś?

- Towarzyszył mi na dwóch oficjalnych imprezach, Gog. Nie nazy-

wałabym tego randką. Po drugiej wszystkie gazety rozpisywały się o 
naszych rychłych zaręczynach. - Zirytowało ją samo wspomnienie. - 
Szczerze   mówiąc,   Gog,   nie   pamiętam,   kiedy   ostatni   raz   byłam   na 
randce bez dzikiego tłumu fotografów za plecami, że nie wspomnę o 
ochroniarzach.

- Do diabła, czyżbym słyszała gorycz w twoim głosie? - mruknęła 

Bliss i popatrzyła na wnuczkę z wyraźnie zadowoloną miną.

Jocelyn   niczego   nie   zauważyła.   Była   zła   i   stanowczo   za   długo 

tłumiła niezadowolenie.

- Obawiam się, że długo tego nie wytrzymam.

-   Przynosi   mi   ulgę   wieść,   że   zostało   w   tobie   jeszcze   coś   z 

normalnego   człowieka   -   powiedziała   Bliss   rozpromieniona.   -   Jesteś 
przykładem nienagannego wdzięku oraz dobrych manier, ale w ciągu 
ostatnich lat sprawiasz wrażenie świętej. Niepokoiłam się, czy zostało 
w tobie coś z mojej dawnej wnuczki.

Jocelyn roześmiała się odruchowo i poczuła, że już nie jest taka 

spięta.

- Potrzebny mi jeden dzień, Gog. Chcę mieć czas tylko dla siebie i 

żeby nikt mnie nie obserwował. Chcę się stać anonimową osobą i uciec 
od Jocelyn Wakefield, prezydenckiej córki.

-  To  nie  takie  proste.  -  Ciemne  źrenice  Bliss  rozszerzyły  się.   - 

Niestety,   tylko   wróżki   mają   czarodziejskie   różdżki.   Chciałabym   ci 
pomóc, ale...

- Możesz pomóc  - wtrąciła Jocelyn  i poczuła wszechogarniające 

podniecenie.

background image

Bliss, obserwując wnuczkę z powątpiewaniem i zaciekawieniem, 

odchyliła głowę do tyłu.

- Jak?

Jocelyn pochyliła się ku niej.

- Pamiętasz te schody w starym pokoju dziadka i tunel między do-

mem a wozownią?

- Oczywiście. Przecież to ja ci wszystko pokazałam, kiedy byłaś 

małym   berbeciem   z   warkoczykami.   -   Przerwała   na   chwilę,   bo   po 
Constitution   Avenue   z   rykiem   syreny   przejechał   ambulans.   - 
Pamiętam, że tunel bardzo ci się spodobał. Podczas każdego przyjazdu 
do Redford Hall upierałaś się, żeby tam schodzić. Dexter uznał, że jak 
dorośniesz, zostaniesz grotołazem. - Bliss roześmiała się głośno. - Nie 
znosił tej dziury i sprzątania pajęczyn przed twoim przyjazdem! Wiesz, 
jak nienawidzi pająków?

Nie tunel fascynował Jocelyn, tylko świadomość, że uciekali przez 

niego niewolnicy w czasach, kiedy Redford Hall było jedną z tak zwa-
nych   stacji   w   drodze   na   Pomoc.   Kiedy   dorosła,   z   dziecięcych 
fascynacji powstało wielkie zainteresowanie historią Ameryki.

- Jak to wszystko wygląda po tylu latach? - zapytała, wstrzymując 

oddech. Cała eskapada zależała od odpowiedzi babci.

- Naprawdę nie wiem - zamyśliła się Bliss. - Nikt tam chodził od 

czasu, kiedy twoi ochroniarze go sprawdzali. Zrobili wtedy tyle zamie-
szania - przypomniała sobie rozbawiona. - Chętnie by go zamurowali. 
Ocalał   tylko   dlatego,   że   to   historyczna   pamiątka.   Założyli   jedynie 
kłódki na drzwi po obu stronach - zachichotała. - To było chyba tego 
samego dnia, kiedy podzielili się ze mną swoim odkryciem na temat 
Dextera. Jakie mieli poważne miny,  kiedy mi  oznajmiali, że on nie 
pochodzi z Anglii tylko ze wschodniego Chicago, że nie nazywa się 
Cummings-Gould,   tylko   ma   jakieś   trudne   do   wymówienia   polskie 
nazwisko!   Strasznie   się   speszyli,   kiedy   im   powiedziałam,   że   twój 
dziadek wiedział to wszystko od czterdziestu lat, kiedy Dexter zaczął 
dla nas pracować. Wtedy posiadanie zarządcy mówiącego z brytyjskim 
akcentem   było   w   dobrym   tonie.   Dexter   jest   bardziej   brytyjski   niż 
prawdziwi   Brytyjczycy,   a   zmienione   nazwisko   to   nie   powód,   żeby 
traktować go jak jakieś zagrożenie. Agenci co prawda nigdy tego nie 
sugerowali, ale...

- Mówiłaś o kłódkach, Gog - przerwała Jocelyn zaniepokojona, bo 

chciała ciągnąć przewodni motyw rozmowy. - Kto ma klucze?

- Klucze? Nie pamiętam - mruknęła Bliss. - Niemożliwe, żeby nie 

zostawili nam kompletu w Redford Hall. Dexter będzie wiedział. A 
dlaczego pytasz? - zaciekawiła się. Nagle zrozumiała i aż sapnęła z 
niedowierzaniem. Sekundę później uśmiech zadowolenia wykwit! na 
jej twarzy. - Chcesz się wymknąć przez tunel i uciec ochroniarzom? - 
Jocelyn skinęła głową, a Bliss Wakefield zrobiła szelmowską minę. - 
Wściekną się, kiedy odkryją, że zniknęłaś.

- Właśnie w tej sprawie potrzebuję twojej pomocy, Gog - wyjaśniła 

Jocelyn i odruchowo ściszyła głos. - Musisz mnie kryć i przekonać ich, 
że jestem u ciebie. Powiesz, że jestem chora lub coś w tym rodzaju, 
żeby niczego nie podejrzewali, kiedy na jakiś czas zniknę im z oczu. 
Będziesz musiała starać się utrzymywać ich w nieświadomości przez 
dwadzieścia cztery godziny.

- Oczywiście choroba nie może być  poważna, bo uprą się, żeby 

przyprowadzić lekarza - dodała Bliss i zaczęła w myślach szukać kilku 
dobrych   kłamstw.   Zamilkła   i   popatrzyła   na   rude   włosy   Jocelyn.   - 
Zdajesz sobie sprawę, że będzie ci potrzebne przebranie. Inaczej zaraz 
cię ktoś rozpozna.

-   W   tym   też   będziesz   musiała   mi   pomóc,   Gog.   Przyda   mi   się 

background image

peruka, najlepiej ciemnobrązowa, i ciuchy, ale inne w kolorze i stylu 
od tych,  które noszę na co dzień. Wiesz, że nie mogę  sama  zrobić 
zakupów,   bo   od   razu   cały  świat   się   dowie,   co   kupiłam.   Nie   mogę 
wysłać   nikogo  z   personelu,   bo  wnet   ktoś  zacznie   zadawać   pytania. 
Powinni   trzymać   buzie   na   kłódkę,   ale   i   tak   o   wszystkim   plotkują 
między sobą.

-   Masz   rację   -   zgodziła   się   Bliss   i   już   zastanawiała   się,   jak 

wszystko   załatwić.   -   Właściwie   takie   zakupy   mogą   być   zabawną 
przygodą. - Rzuciła Jocelyn ostre, badawcze spojrzenie. - Oczywiście 
zdajesz sobie sprawę, że musimy powiedzieć o wszystkim Dexterowi. - 
Zacisnęła usta z niezadowoleniem i irytacją. - Jak go znam, ten nadęty 
stary   lis   wszystko   skrytykuje.   Już   słyszę,   jak   mówi,   że   to 
nieodpowiedzialne,   żeby   kobieta   z   twoją   pozycją   robiła   coś 
podobnego. Potem roztoczy przed nami wizję, porwania przez jakąś 
radykalną organizację terrorystyczną.

- To śmieszne - zaprotestowała Jocelyn. Nie wiedziała, jak przeko-

nać Dextera.

- Oczywiście, ale mój drogi kamerdyner ogląda zbyt dużo filmów z 

Brucem Willisem. - Bliss pociągnęła łyk kawy i zamyśliła się.

- Będziesz musiała go jakoś przekonać, Gog, że w odpowiednim 

przebraniu będę wyglądała jak zwyczajna turystka - oznajmiła Jocelyn.

- To prawda - mruknęła zadumana Bliss. - Ale nawet jeśli się zgo-

dzi, będzie chciał wiedzieć wszystko - jakie masz plany, gdzie się wy-
bierasz.

- W dwadzieścia cztery godziny nie można daleko ujechać. Mogę 

tylko   połazić   po   Waszyngtonie   i   obejrzeć   zabytki,   odwiedzić   kilka 
miejsc, w których  nie byłam od czasu, kiedy mama  mnie  zabrała - 
miałam wtedy... ile?... dziewięć, może dziesięć lat?

Jocelyn ze wzruszeniem przypomniała sobie wspaniałe wycieczki 

po stolicy z aparatem fotograficznym w ręku. Fotografia była pasją jej 
matki, a Audra Wakefield robiła dobre zdjęcia. Doskonałe, poprawiła 
się   w   myślach   Jocelyn,   przypominając   sobie   niektóre   portrety   jej 
autorstwa.

- Ciągle mówisz o dwudziestu czterech godzinach. Czy to znaczy, 

że chcesz się urwać na całą noc? - zapytała Bliss. - A gdzie będziesz 
spała?

-   W   hotelu,   jak   inni   turyści   -   Jocelyn   uznała   odpowiedź   za 

oczywistą.

- A co z dokumentami? Jak zapłacisz za pokój? Ten problem też 

musisz jakoś rozwiązać. - Bliss odstawiła filiżankę na spodeczek.

- Oczywiście zapłacę gotówką - odpowiedziała Jocelyn i wzruszyła 

ramionami. - Nie mogę przecież użyć karty kredytowej. Na pewno nie 
wtedy, kiedy zamelduję się pod fałszywym nazwiskiem.

-   Ale   jeśli   zapłacisz   za   pokój   gotówką,   pomyślą,   że   jesteś 

prostytutką.

- Nie, bo ubiorę się jak pospolita dziewczyna.
- No tak. Co za szkoda - odparła babcia z diabelską iskrą w oku. 

-Przebranie   prostytutki   byłoby   o  wiele   zabawniejsze.   Pomyśl   tylko, 
jakie stroje mogłabym ci kupić.

- Ciekawe, jakie podałabym nazwisko, gdyby gliny mnie areszto-

wały? - zachichotała Jocelyn. - Policja ma prawo zażądać okazania do-
kumentów.

- Ale tylko wtedy, gdy zdarzy się jakiś wypadek - dodała Bliss i 

westchnęła zatroskana. - Dexter będzie się martwił.

- Musisz go zapewnić, że będę bardzo uważać, żeby nic mi się nie 

stało. - Jocelyn podniosła srebrny termos i nalała sobie kawy. - Bóg 
wie,   co   się   może   zdarzyć.   Od   razu   dziennikarze   mieliby   temat. 

background image

Musiałabym świecić oczami, wstydzić się i tłumaczyć.

-   Czeka   cię   cudowna   przygoda,   kochanie.   -   Bliss   pojaśniała   na 

twarzy z emocji. - Ryzyko,  że ktoś cię zdemaskuj e dodaje jeszcze 
dreszczyku.

- Przypomnij mi, że nim wyjdziesz muszę ci wypisać czek. - Jej 

wnuczka uniosła filiżankę do ust.

- Czek? Po co? - Babka popatrzyła zdziwiona.
- Na ubrania i perukę. Muszę też mieć gotówkę na hotel, jedzenie i 

inne wydatki.

- Daj sobie spokój. - Bliss machnęła niedbale ręką. - Ja finansuję tę 

całą eskapadę. To będzie mój wczesny prezent pod choinkę dla ciebie.
-   Jocelyn   otworzyła   usta,   żeby   zaprotestować,   ale   Bliss   rzuciła   jej 

ostrzegawcze spojrzenie. - Nalegam.

- Zgoda, ale... -Na dźwięk otwieranych drzwi Jocelyn szybko zmie-

niła temat. - Jest tak ciepło, że zapomniałam o nadchodzącej zimie.

- Ja też... - Z iście aktorskim talentem Bliss rzuciła obojętne spoj-

rzenie w stronę drzwi. Na jej twarzy pojawił się ciepły uśmiech. - O, 

Henry! Co za miła niespodzianka.

Prezydent podszedł do stołu i pocałował matkę w policzek.
- Witaj, mamo. Dowiedziałem się, że tu was znajdę.
- Ojej! - Bliss zrobiła zatroskaną minę  i spojrzała na Jocelyn.  - 

Obawiam się, że twój ojciec już słyszał, co opowiedziałam dzieciom ze 

szkolnej wycieczki.

- Opowiedziałaś? - powtórzył Henry Wakefield. - Przecież osobi-

ście oprowadziłaś ich po wszystkich dostępnych pomieszczeniach.

- Byli tacy znudzeni - pokoje i stare meble nie robiły na nich żadne-

go wrażenia - powiedziała na swoją obronę.

- Powinienem był przewidzieć, że zrobisz coś takiego. - Uśmiech-

nął się ze zrozumieniem.

- Siadaj. Od patrzenia do góry drętwieje mi szyja. - Bliss wskazała 

mu wolne krzesło.

Kamerdyner od razu pojawił się na balkonie z tacą, na której stał 

termos   świeżej   kawy  i  filiżanka   ze   spodeczkiem.   Postawił   ją   przed 

prezydentem, napełnił gorącą kawą, której też dolał do filiżanek pań, i 

dyskretnie się oddalił.

- Znasz już dane o frekwencji wyborczej? - zapytała Jocelyn odru-

chowo. Przy stole zawsze poruszali polityczne tematy. Takie rozmowy 

były   dla   niej   czymś   zwykłym,   jak   dla   innych   wymiana   zdań   o 

pogodzie.

- Wszystko wskazuje, że frekwencja będzie jak zwykle średnia. W 

niektórych   stanach   niższa,   w   innych   trochę   ponad   przeciętną. 

Wszystko   zależy   od   tego,   jakie   lokalne   sprawy   zależą   od   wyniku 

wyborów. - Henry Wakefield sięgnął po filiżankę i wypił spory łyk 

kawy.

- Ma to swoje dobre i złe strony - zauważyła Bliss i obrzuciła syna 

badawczym spojrzeniem. - Wyglądasz na wypoczętego. Najwyraźniej 

już masz za sobą szaleństwa kampanii wyborczej.

- Czasami wydaje mi się, że zamieszanie dobrze mu służy - zażar-

towała Jocelyn.

- Cecha prawdziwego polityka. - Bliss uniosła filiżankę w stronę 

prezydenta.

- Jesteście bardzo miłe. - Pochylił głowę. Jego oczy miały taki sam 

blask, jak spojrzenie jego matki. - Owszem, czuję się wypoczęty, ale 

nie
mogę się doczekać spokojnego weekendu w Camp David. Może dołą-

czysz do nas, mamo?

Jocelyn   spojrzała   na   Bliss   z   rozpaczą,   że   wezmą   w   łeb   ich 

wszystkie plany, ale starsza dama nie straciła rezonu.

-  Trochę  się  spóźniłeś z  tym  zaproszeniem,   Henry.   Jocelyn  i  ja 

mamy  już plany na weekend - oznajmiła.  - Spędzamy go razem w 

background image

Redford Hall. Od miesięcy nie miałyśmy czasu dla siebie. Oczywiście 

jesteś zaproszony...

Prezydent uniósł rękę i machnął.

-   Nie,   dziękuję   bardzo.   Nie   skorzystam.   Jocelyn   odczuła,   że 

wszystko idzie dobrze.

- Tato - odezwała się, kiedy nowa myśl przyszła jej do głowy - czy 

możesz   pojechać   do   Camp   David   samochodem   zamiast   lecieć 

helikopterem? W ten sposób dziennikarze pomyślą, że jestem z tobą i 

nie zauważą, że wymknęłam się do Redford Hall. Marzę o tym, żeby 

nie rozbijali obozu pod domem babci na całe dwa dni.

- Czemu  nie - zgodził się od razu. - Jest taka piękna jesień, że 

czeka mnie cudowna przejażdżka.

Jocelyn w duchu roześmiała się z radości. Udało jej się rozwiązać 

ostatni, duży problem. Z boską pomocą wszystko powinno pójść jak z 

płatka.

Rozdział 4

W piątek o wpół do piątej, kilka minut po tym, jak prezydencka ka-

walkada   ruszyła   w   stronę   Camp   David,   Jocelyn   wyszła   z   Białego 

Domu i wsiadła do ciemnego, nieoznakowanego samochodu. W bagaż-

niku miała jedną walizkę. Odjechała, a za nią ruszyło dwoje agentów 

jej osobistej obstawy w drugim samochodzie.

Rozsiadła   się   wygodnie   i   leniwie   oglądała   świat   przez 

przyciemnioną szybę. Jej mina nie zachęcała do rozmowy, ale spokój 

był   tylko   pozorny.   Ze   zdenerwowania   i   podniecenia   miała 

przyspieszony puls i napięte mięśnie. Na szczęście z zewnątrz nic nie 

było widać. Maska opanowania, którą nauczyła się obnosić, była na 

swoim   miejscu.   Jeśli   będzie   przesadnie   milcząca   i   zamyślona, 

późniejsze wymówienie się chorobą zabrzmi bardziej wiarygodnie.

- Zmęczona? - spytał delikatnie Mike Bassett i Jocelyn oderwała 

Wzrok od szyby.

- Bardzo - odpowiedziała i westchnęła zdenerwowana.
- To znaczy, że nie wychodzimy dziś wieczorem.
- Ani dziś, ani jutro - powiedziała Jocelyn. - Właściwie nie planuję 

nic poza czytaniem i grą w scrabble’a przez cały weekend.

- Ciekawe, jakie plany ma pani babcia? Chciałbym wiedzieć - po-

wiedział trochę do siebie, trochę do Jocelyn.

- Nieważne, co ona zamierza. Nie dam się na nic namówić - odpar-

ła. - Już jej mówiłam, że jeśli kogoś zaprosi, sama będzie go zabawiać. 
Potrzebuję   trochę   ciszy   i   spokoju.   -   Oparła   głowę   o   zagłówek   i 
zamknęła oczy.

- Dziwię się, że nie pojechała pani do Camp David z prezydentem 

-zauważył.

Poczuła na sobie pytające spojrzenie.

- Pomyślałam, że powinien spędzić trochę czasu w męskim towa-

rzystwie - odpowiedziała z zamkniętymi oczami. - Spokojnie wypali 
cygaro  z   doktorem   Jimem.   Pogadają   sobie   o  wyprawach   na   ryby   i 
pokerze i nie będą musieli się mną przejmować.

Bassett najwyraźniej się tym zadowolił.
Jechali bocznymi ulicami, żeby uniknąć tłoku i korków na DuPont. 

Przejechali przez most nad Rock Creek i dotarli do Georgetown. Red-
ford Hall znajdowało się w odległej części modnej dzielnicy mieszka-
niowej.   Odległość   dzieliła   ich   spora,   ale   dojazd  był   prosty.   Agenci 
ochrony lubili tak położone domy.

Wysokie   kolumny   przy   bramie   wjazdowej   porastał   bluszcz. 

Ciemnoczerwone,   jesienne   liście   harmonizowały   z   tłem   czerwonej 

background image

cegły.   Ozdobne   metalowe   skrzydła   były   szeroko   otwarte,   jakby 
czekały na przyjazd gości.

Półkolisty podjazd prowadził do stylowej dwupiętrowej rezydencji. 

Agenci,   Donna   Travers   i   Don   Hubbard,   czekali   przy   ogromnych 
drzwiach   wejściowych.   Przyjechali   do   Redford   Hall   dwie   godziny 
wcześniej, żeby jeszcze raz dokonać przeglądu okolicy.

Uwagę   Jocelyn   przyciągnął   wysoki,   przygarbiony   Dexter 

Cummings-Gould,   który   otwierał   drzwi   granatowego   mercedesa 
zaparkowanego przed domem. Przy samochodzie stała starsza tęgawa 
kobieta,   ubrana   w   nieciekawy   różowy   kostium.   Siwe   włosy   miała 
ufarbowane na jasny blond.

Jocelyn omal nie jęknęła na widok Maude Farnsworth, grzebiącej 

w torebce w poszukiwaniu kluczyków.  Z pewnością Maude robi to 
specjalnie. Dowiedziała się, że Jocelyn przyjedzie - jeśli nie od Bliss, 
to zorientowała się, widząc ochronę. Kiedy samochody podjechały pod 
dom, Maude znalazła kluczyki.

Pojazd stanął blisko wejścia, ale Jocelyn nie wysiadała. Dopiero po 

chwili agent Hubbard otworzył  jej drzwi. Wiedziała, że nie uniknie 
rozmowy   z   przyjaciółką   babci   -   nie   była   pewna   czy   słowo 
„przyjaciółka” pasuje do Maude. Wysiadła, chwytając wyciągniętą w 
pomocnym geście dłoń krępego agenta.

Maude tym razem nie machnęła żałośnie ręką i nie zawołała „hej, 

hej”.

- Jocelyn, nie widziałam cię całe wieki. Jak się masz? - wykrzyknę-

ła radośnie.

- Dobrze, dziękuję. Proszę pozdrowić sędziego ode mnie - powie-

działa Jocelyn, mając na myśli męża Maude, i szybko ruszyła w stronę 
drzwi, chcąc uniknąć dalszej rozmowy.

Ale Maude była daleka od takiego zamiaru.
- Chcieliśmy zaprosić was na jutro na obiad - powiedziała i Jocelyn 

zatrzymała się przed schodami, a agenci przystanęli z boku. - Ale Bliss 
powiedziała, że macie inne plany.

- Tak. Może innym razem - ucięła bez entuzjazmu.
- Doskonale - Maude ucieszyła się, biorąc słowa Jocelyn za zgodę. 

Pomachała na pożegnanie i wsiadła za kierownicę mercedesa.

Dexter   szybko   zatrzasnął   za   nią   drzwi   i   odsunął   się   sztywno. 

Jocelyn zaczekała, aż podejdzie do niej. Był wyraźnie oburzony, kąciki 
ust mu opadły, a podbródek miał cofnięty tak daleko, że wyglądał jak 
ptak. Jocelyn uśmiechnęła się na widok spojrzenia, które jej rzucił, i 
wiedziała, że kamerdyner Bliss nie aprobuje jej planów na weekend.

Żeby   zmartwić   go   jeszcze   bardziej,   cmoknęła   go   w   policzek. 

Według kodeksu postępowania, który wiele lat temu przyjął Dexter, 
osoba z jej pozycją nie powinna publicznie okazywać sympatii służbie.

- Miło cię widzieć - powiedziała, kiedy otworzył przed nią drzwi. 

-Dawno nie byłam w Redford Hall.

- To prawda - wykrztusił z nienagannym brytyjskim akcentem, jak-

by chciał jej dać wiele do zrozumienia. - Wielka szkoda, że nie może 
pani zostać dłużej.

Jego ostre spojrzenie było pełne wymówek.
- Postaram się dobrze wykorzystać czas, który mam.
- Oczywiście. Kto wie... może to pani ostatnia wizyta - powiedział 

wiele znaczącym tonem.

- Przesadzasz, Dexter - zażartowała, minęła go i weszła do wielkie-

go holu, z którego pięły się w górę olbrzymie, wypolerowane, dębowe 
schody. Wiodły na półpiętro, gdzie rozdwajały się i biegły wyżej po 
dwóch stronach. - Gdzie jest Gog?

-   Madam   czeka   w   Pokoju   Słonecznym   -   oznajmił,   używając 

pompatycznej   nazwy   pokoju,   którą   sam   wymyślił   dla   niewielkiego 

background image

pomieszczenia na tyłach domu, z którego rozciągał się widok na ogród.

Jocelyn   zostawiła   Dextera   z   bagażem   i   ochroniarzami.   Przeszła 

przez   marmurowy   korytarz   i   skręciła   w   bok.   Kiedy   dotarła   do 

słonecznego pokoju, zobaczyła babcię, która mruczała coś do siebie 

pochylona nad paprocią.

- Rozmawiasz z roślinami, Gog? - zapytała rozbawiona. Z trudem 

ukrywała, jak bardzo jest spięta i podekscytowana.

Bliss Wakefield wyprostowała się. Wyglądała jak dama, nawet gdy 

miała na sobie spodnie i tunikę zarzuconą na zwykły golf.

- Muszę przyznać, że tak. Powiedziałam tej chorej paproci, że jeśli 

wkrótce   nie   wyzdrowieje,   to   ją   wyrzucę.   -   Spojrzała   za   plecami 

Jocelyn. - Co zrobiłaś ze swoimi cieniami?

- Zostawiłam ich Dexterowi. - Jocelyn weszła do środka. Pokój był 

pomalowany na jasnożółty kolor, a meble obite materiałem w kwiaty.

-   Pewnie   znowu   zrobią   centrum   dowodzenia   w   kuchni.   Jeśli 

będziemy mieć szczęście, nie zobaczymy ich do czasu, gdy przyjdzie 

pora wracać do Białego Domu. - Bliss uniosła w górę kciuki.

- Miejmy nadzieję - zgodziła się Jocelyn.  - Zgadnij, kto czekał, 

żeby mnie powitać przy drzwiach?

- Maude, która ociągała się z wyjazdem - Bliss skrzywiła się.
- Tak jest - potwierdziła Jocelyn.
- Dwadzieścia minut zajęło mi odprowadzenie jej do drzwi. Czasa-

mi nie rozumie aluzji - powiedziała zirytowana Bliss. - Nie wiem dla-

czego toleruję jej wścibstwo.

-   Przyznaj,   Gog,   że   masz   miękkie   serce.   -   Jocelyn   podeszła   do 

drzwi balkonowych i wyjrzała do ogrodu.

- Denerwujesz się? - zgadła babcia, obserwując ją bystrym wzro-

kiem.

- Można tak powiedzieć - westchnęła, ale wcale nie poczuła się le-

piej.

- Zamierzasz stchórzyć? - zapytała Bliss.

- Nie. - Jocelyn odwróciła się plecami do ogrodu i uśmiechnęła 

szelmowsko. - Chociaż, moim zdaniem, Dexter ciągle ma nadzieję, że 

zrezygnuję.

Bliss parsknęła.

- Nie zwracaj uwagi na tego starego fagasa. Będzie się sprzeciwiał 

dla zasady. Zaufaj mi, jest całym sercem po naszej stronie.

-   Dexter?   -   Jocelyn   chciała   się   upewnić,   że   mówią   o  tej   samej 

osobie.

- Tak. - Babcia uśmiechała się triumfalnie.
- Jak zdołałaś go przekonać? - zainteresowała się. Jeśli Dexter 

uparł się przy swoim zdaniu, z trudem udawało się go namówić, żeby 

je zmienił. Bliss usiadła na jednym z wysokich, wyściełanych foteli.

-   Nie   było   takiej   potrzeby.   Zostawiłam   to   Audrey   Hepburn   i 

Gregory’emu Peckowi.

- Gog, nie nadążam. - Zdumiona Jocelyn pokręciła głową.
-   Audrey   Hepburn   i   Gregory   Peck   grali   w   filmie  Rzymskie 

wakacje. Kiedy Dexter powiedział, że za żadne skarby nie będzie brał 

udziału l? w twojej eskapadzie, kazałam się zawieźć do wypożyczalni i 

wzięłam ten film. Oglądaliśmy w środę wieczorem. - Odchyliła głowę, 

patrząc na nadal zaskoczoną Jocelyn. - Pewnie go widziałaś.

- Szczerze mówiąc, nigdy o nim nie słyszałam. - Usiadła na mięk-

kiej sofie i pochyliła się ku babci.

-   Okropne!   To   klasyka.   Debiut   Audrey   Hepburn   -   dodała   dla 

wyjaśnienia. - Gra w nim księżniczkę z jakiegoś małego kraju, która 

przyjeżdża do Rzymu z oficjalną wizytą. Zmęczona niekończącymi się 

ceremoniami, protokołem i przemówieniami, zupełnie tak jak ty, chce 

przez   jeden   dzień   być   zwykłą   dziewczyną   -   śmiać   się,   śpiewać   i 

zwiedzać miasto. Ucieka z pałacu - może z willi. Jednym z pierwszych 

ludzi,   jakich   spotyka,   jest   Gregory   Peck.   Gra   bezwzględnego 

background image

dziennikarza.   -   Iskierka   rozbawienia   zabłysła   w   oku   Bliss.   -   Nie 

musiałam tego dodawać. Czy znasz jakiegoś reportera, który nie jest 

bezwzględny?

- Niewielu. - Jocelyn nie mogła sobie przypomnieć ani jednego, 

który byłby inny.

- Gregory Peck od razu ją rozpoznaje i wie, że ma szansę zebrać 

materiał na świetny artykuł. Prosi kolegę fotografa, żeby chodził za 

nim po Rzymie i robił zdjęcia. Oczywiście, jeszcze tego samego dnia 

zakochują się w sobie. Niestety ona jest księżniczką i ma obowiązki. 

Musi   wrócić   do   pałacu,   a   Gregory   Peck   drze   napisany   artykuł   - 

zakończyła   Bliss   z   westchnieniem.   -   Cudowna   historia,   lekka   i 

zabawna, a jednocześnie ciepła i wzruszająca.

-   Z   pewnością,   skoro   sprawiła,   że   Dexter   zmienił   zdanie   - 

zgodziła się Jocelyn.

- Dexter tylko udaje gbura, moja  droga. W rzeczywistości jest 

niepoprawnym   romantykiem.   -   Spojrzała   w   stronę   drzwi,   a   wzrok 

Jocelyn Powędrował za nią. Pochyliła się do przodu i dodała szeptem, 

mimo że nikogo nie było w pobliżu.

- Widzisz, Dexter marzy o tym, że spotkasz swojego Gregory’ego 

Pecka.

Jocelyn nawet nie mrugnęła okiem.

-   Gregory  Peck  jest   dla   mnie   trochę   za   stary.   Babka   odchyliła 

głowę i roześmiała się głośno.

-   Masz   rację   -   oznajmiła,   próbując   opanować   rozbawienie   i 

delikatnie   otarła   łzy   z   kącików   oczu.   -   Wiekowo   byłby   lepszy   dla 

mnie. Och, Gregory Peck - na samą myśl o randce z nim serce zaczyna 

mi szybciej bić.

- Gog! - Żeby ukryć rozbawienie, Jocelyn udała wstrząśniętą.
- Śmieszy cię to, prawda? - zbeształa ją Bliss, ale nie wyglądała na 

urażoną. - Moja droga, nikt nie jest za stary na miłość. Nawet jak 

masz   osiemdziesiąt   trzy   lata,   serce   może   zabić   szybciej   na   widok 

mężczyzny.   Pewnie   w   wieku   dziewięćdziesięciu   trzech   tak   samo. 

Powiem ci, jak będę tyle miała.

Przykład tej niezwykłej kobiety świadczył, że to prawda. Poczuła 

wszechogarniającą czułość i ciepło.

- Jesteś moim skarbem, Gog - powiedziała szczerze.

- Starzy ludzie to skarb - zgodziła się Bliss. - Niestety, kiedy mło-

dzi widzą siwiznę i zmarszczki, nie zauważają, że w środku mamy 

jeszcze coś cennego, ukrytego pod płaszczykiem nagromadzonych lat. 

A skoro mowa o skarbach... - Bliss wstała z fotela. - Chodź i zobacz, 

co dla ciebie zdobyłam. Schowałam wszystko w sypialni. Nie wiem 

po co, bo agenci ochrony i tak nie zdziwiliby się niczym, co znajdą w 

moich szafach. To jeden z przywilejów starej ekscentryczki.

Przez moment Jocelyn poczuła, że zazdrości babci tego, że nie 

musi się z niczego tłumaczyć. Bliss wyszła na chwilę z pokoju, ale 

ona nie miała czasu na rozważania. Ruszyła za babką i dogoniła ją 

przy schodach.

Kiedy dotarły na drugie piętro, w drzwiach największej sypialni, 

która   teraz   była   pokojem   gościnnym,   pojawił   się   Dexter.   Z   tego 

właśnie pokoju prowadziło sekretne przejście.

- Panno Jocelyn, pani bagaż jest już na miejscu -powiedział bardzo 

oficjalnie. - Czy mam rozpakować rzeczy?

- Nie, ja sama... - Bliss przerwała jej w pół zdania.
- To może zaczekać, Dexter. Właśnie miałam pokazać Jocelyn na-

sze niezwykłe zakupy - oznajmiła z nieskrywaną radością. Skrzywił 

się, jakby coś go zabolało.

- Bardzo żałosne zakupy, proszę pani. Bliss zasłoniła usta dłonią, 

żeby Dexter jej nie usłyszał i powiedziała do Jocelyn:

- Nie podobały mu się.

-  Tak  myślałam.  -  Jocelyn  poczuła  się  trochę  niezręcznie.  Bliss 

Wakefield   miała   dobry   gust,   ale   w   sypialni   trzymała   na   przykład 

background image

brązową figurkę Wenus z Milo, która w miejscu pępka miała zegar.

- Proszę poczekać i zobaczyć - oznajmił Dexter i zmarszczył kry-

tycznie brwi. - To są bardzo nieodpowiednie rzeczy.

-  Nonsens.  Są  idealne  -  Bliss  oburzona  uniosła  głowę  i ruszyła 

pierwsza do sypialni.

- Niech pani pamięta, że ostrzegałem - mruknął Dexter do ucha 

Jocelyn i podążył za nią.

Weszła do sypialni z wizją czerwonej, skórzanej minispódniczki, 

butów na obcasie i białego sztucznego futerka. Mimo przekonania, że 

babcia nigdy nie kupiłaby jej ubrań, jakie noszą prostytutki, trochę się 

martwiła.

Pokój podziałał na nią rozweselająco. Kolorystycznie  niebieski i 

złoty,   z   figurką   Wenus   z   zegarem   w   brzuchu,   określał   kapryśną! 

nieprzewidywalną naturę mieszkającej tu osoby.

- Pokaż, co mi kupiłaś, Gog? - Jocelyn patrzyła na niebieską lampę 

na pozłacanej szafce nocnej. Za jej plecami Dexter dyskretnie zamknął 

drzwi na korytarz.

- Nie ulegaj opinii Dextera, Jocelyn. - Bliss otworzyła drzwi do 

garderoby i zniknęła w środku. Po chwili dobiegł ich jej stłumiony 

głos.

-   Gdybym   pozwoliła   mu   wybierać,   kupiłby   ci   stroje   żywcem 

wzięte z  Rzymskich wakacji -  długą sukienkę i nakrochmaloną halkę. 

Dexter trochę się zaczerwienił.

- Bardzo proszę... Dobrze wiem, że nakrochmalone halki wyszły 

już z mody.

- Chyba  że ktoś idzie na bal w konwencji lat pięćdziesiątych.  - 

Bliss wystawiła głowę z garderoby. - Może powinniśmy urządzić bal 

przebierańców. Byłaby niezła zabawa.

- Ubrania, Gog - ponagliła Jocelyn i jej ciekawość osiągnęła szczyt.
- Już idę. - Bliss schowała głowę i po chwili rozległ się szelest to-

reb.

Dexter prychnął niezadowolony.

- Wydaje mi się, że powinna pani wiedzieć, panno Jocelyn, że te 

rzeczy kupiono w sklepie z używaną odzieżą.

- Z wyjątkiem peruk - rzuciła Bliss z garderoby. - Są nowe i świet-

nej jakości.

Peruki, pomyślała Jocelyn, kiedy Bliss przyniosła torby i rzuciła na 

łóżko.

- Kupiłaś więcej niż jedną?

- Oczywiście. - Bliss podniosła pokrywę pudła na kapelusze i wy-

ciągnęła czerwoną perukę, podobną w kolorze do włosów Jocelyn. - Ta 

będzie na głowie manekina, który jest w szafie. Wyjmiemy go potem.

Jocelyn zmarszczyła czoło i patrzyła na nią zdumiona.
- Przepraszam, ale czegoś nie rozumiem. Co chcesz zrobić z mane-

kinem i peruką?

- Ubiorę go w twoją piżamę i położę do łóżka - tylko na wszelki 

wypadek, gdyby któryś z ochroniarzy chciał zajrzeć do twojego pokoju 

i upewnić się, że tam jesteś. Zobaczą twoje włosy i może kawałek ręki 

na kołdrze.

- Bardzo dobry pomysł - przyklasnęła zachwycona Jocelyn.
- A to - Bliss schowała rudą perukę do pudła i wyjęła drugą - jest 

dla ciebie.

Peruka była ciemnobrązowa, a włosy sięgały do ramion i były pod-

cięte z grzywką- dokładnie tak, jak chciała Jocelyn. Podeszła do lustra 

i włożyła ją na głowę.

Zmieniła się od razu. Ciemne włosy sprawiły, że jej oczy jeszcze 

bardziej pociemniały, a loki i grzywka zmieniły kształt twarzy.

- Nie jestem do siebie podobna. - Patrzyła zdumiona na odbicie w 

lustrze. Na razie nie zwracała uwagi na czerwone kosmyki wystające 

spod peruki - liczyło się ogólne wrażenie.

background image

- Nikt cię nie pozna, kiedy skończymy charakteryzację - zgodziła 

się babcia.
Jocelyn odwróciła się od lustra. Nie miała więcej wątpliwości.

- Naprawdę mi się uda, Gog. Nikt mnie nie pozna, wykluczone. 

-Była podekscytowana i dopiero po chwili przypomniała sobie ostatnie 

słowa babci. - Jaką charakteryzację masz na myśli?

- Do tych włosów musisz mieć ciemniejszy makijaż. Po pierwszym 

spojrzeniu na twoją jasną cerę wyda się, że włosy są sztuczne! - Bliss 

wyciągnęła małą paczkę z brązowej torby po zakupach. - Kupiłam ci 

farbę do ciała.

-   Farba   do   ciała.   Czy  ty  trochę   nie   przesadzasz?   -   powiedziała 

Jocelyn, patrząc niepewnie na pakunek.

- Moja droga, jeśli przyciemnimy ci twarz, ręce trzeba też - i inne 

odkryte części ciała - wyjaśniła babcia. - Ale nie bój się. Ta farba zmy-

wa się wodą i mydłem.

-   Pani   kupiła   to   w   sklepie   z   akcesoriami   teatralnymi   -   wtrącił 

Dexter   i   rzucił   wymowne   spojrzenie   swojej   pracodawczyni.   - 

Powiedziała   sprzedającej,   że   idzie   na   bal   przebierańców   z   okazji 

Święta Dziękczynienia i że chce się przebrać za Pocahontas.

Bliss wzruszyła ramionami.

- Wścieka się, bo naprawdę powiedziałam, że przebiorę się za Wo-

dza Tańczącego z Nogą w Błocie.

Jocelyn   uśmiechnęła   się,   słysząc   typową   dla   Bliss   i   Dextera 

wymianę zdań. Zdjęła perukę i przesunęła ręką po włosach.

- Aż boję się zapytać, jakie masz dla mnie ubranie. Powiedz mi tyl-

ko, że to nie jest skóra jelenia wyszywana koralikami - zażartowała.

- W skórze jelenia za bardzo rzucałabyś się w oczy - zasugerowała 

wymownie babcia.

- Co za ulga - mruknęła pod nosem. Bliss sięgnęła do torby.
- Kupiłam to w sklepie z używaną odzieżą. - Pokazała jej granato-

wy   dres   z   pionowym   pasem   na   nogawce   i   poziomym   na   piersiach 

bluzy. Ubranie było trochę wyblakłe i znoszone.

- Rzeczy są czyste - pośpieszył z wyjaśnieniem Dexter. - Wyprałem 

je od razu po przyniesieniu do domu.

- Dziękuję, Dexter. - Była rozbawiona i mile ujął jaj ego gest. - To 

bardzo ładnie z twojej strony.

- Trzeba być ostrożnym - powiedział i zmarszczył nos. - Nikt nie 

wie, kto ostatnio miał te rzeczy na sobie. Osobiście nadal uważam, że 

trzeba było kupić nowy strój do biegania.

Bliss zaprotestowała gwałtownie.

- Nowe rzeczy rzucają się w oczy.

Jocelyn podeszła bliżej i przyjrzała się krytycznie dresowi.

- Wygląda, jakby był na mnie za duży, Gog.
- Będzie w sam raz, jak go wypchamy - oznajmiła Bliss ponuro.
- Wypchamy? A po co? - Jocelyn skrzywiła się na samą myśl.
- Żebyś wyglądała na grubszą i potężniejszą. - Bliss zajrzała do tor-

by i wyciągnęła krótkie spodenki wypchane watą na udach i pupie, a 

potem gruby pas.

Jocelyn odmownie pokręciła głową i zrobiła krok do tyłu.
- Nie potrzebuję tego, Gog.
- Oczywiście, że potrzebujesz, moja droga. Na grubą dziewczynę 

nikt nie spojrzy, ale faceci nie dadzą ci spokoju, jeśli zobaczą, jaka 

jesteś szczupła. Przecież nie chcesz, żeby ktoś się gapił na ciebie, kiedy 

stąd wyjdziesz. To - pokazała na pogrubione rzeczy - załatwi sprawę i 

dopełni   przebrania.   Uszyto   je   specjalnie   dla   kogoś,   kto   miał   się 

przebrać za Świętego Mikołaja, ale wyprułam trochę waty, żebyś nie 

była za gruba.

-   Dziękuję.   -   Jocelyn   wzięła   spodenki   i   przyłożyła   do   siebie.   - 

Niech zgadnę, to też kupiłaś w teatralnym sklepie.

Bliss mruknęła twierdząco i popatrzyła na Jocelyn. - Nikt- nawet 

background image

twój własny ojciec - nie pozna cię, jak skończymy charakteryzację, ale 
będziesz musiała zabawić się w aktorkę. Nie wystarczy inaczej wyglą-
dać - musisz się inaczej zachowywać. Zgarb plecy, udawaj, że jesteś 
zmęczona, głośno oddychaj - pouczała ją. - I za żadne skarby nie chodź 
z  wysoko  podniesioną  głową.  Po  tym   poznają  cię  tak  samo   jak po 
włosach.

-   Skąd   wiesz   to   wszystko,   Gog?   -   Jocelyn   patrzyła   na   nią   z 

podziwem, jakby odkrywała w babci coś, czego dotąd nie znała.

- Kiedy byłam młodsza, poważnie zastanawiałam się nad karierą 

aktorską   -   wyznała   Bliss   rozbawiona   zaskoczoną   miną   Jocelyn.   - 
Chciałam  zostać  drugą  Tallulah  Bankhead,  albo  nową  Mae  West.  - 
Przybrała   charakterystyczną   pozę   Mae,   z   wysuniętym   biodrem   i 
uniesioną   ręką.   Udawała,   że   trzyma   fifkę   w   drugiej   dłoni,   a   usta 
złożyła w seksownym uśmieszku i powiedziała: „A może wpadniesz 
kiedyś do mnie?”.

Doskonale   naśladowała   aktorkę,   ale   scenka   w   wykonaniu 

wytwornej   starszej   pani   była   bardzo  zabawna.   Jocelyn   zakryła   usta 
ręką i stłumiła chichot.

Sztywny Dexter nie widział żadnego powodu do śmiechu.

- Wygląda pani absurdalnie, zupełnie jak ta Betty Boop.

- Nie znałeś mnie, kiedy byłam młoda, Dexter - odpowiedziała har-

do.   -   Jeśli   chcesz   wiedzieć,   byłam   bardzo   śmiałym   podlotkiem   i 
doskonale tańczyłam charlestona i inne modne tańce. Wciąż tańczę tak, 
że byś padł.

Bliss zaczęła podśpiewywać w rytm charlestona, ale Jocelyn znowu 

przypomniała sobie jej wcześniejsze słowa.

- Poczekaj, Gog? O jakiej charakteryzacji mówiłaś? Co jeszcze ku-

piłaś w tym teatralnym sklepie? - Jocelyn rzuciła wypchane gacie na 
łóżko i sięgnęła po torbę. - Mam nadzieję, że nie masz sztucznego nosa 
Barbry Streisand?

- Oczywiście, że nie. Nie kupiłam ci sztucznego nosa. - Bliss uzna-

ła jej słowa za niedorzeczne. - Tylko fachowiec mógłby zrobić nos, 
który wygląda jak prawdziwy i wszystkich oszuka.

- Miło słyszeć, że pani przyznaje, że nie ma specjalnych zdolności 

w tej dziedzinie - wtrącił Dexter, pomrukując.

- Gdzie jest reszta? - Oprócz pary butów do biegania i skarpetek 

Jocelyn nie znalazła niczego więcej. Odwróciła się do babci. - Chyba 
nie chcesz, żebym cały czas chodziła w dresie.

- Oczywiście, że nie. Jest potrzebny tylko po to, żebyś wydostała 

się   z   Redford   Hall   bez   wzbudzania   podejrzeń   -   wyjaśniła.   -   Inne 
ubrania   i   kosmetyki   są   w   starej   torbie   Samsonite   w   schowku   na 
głównym dworcu autobusowym.

- Dworzec autobusowy? - Jocelyn starała się nadążać, ale chwilami 

zaczynała się martwić, czy dobrze zrobiła, dając babci wolną rękę.

-   Wydawało   mi   się,   że   to   najlepsze   miejsce   -   oznajmiła   Bliss 

obojętnie. - Przecież jak ludzie biegają, to nie wloką ze sobą torby - a 
już na pewno nie w tej okolicy. Nie możesz w takim stroju jechać na 
lotnisko,  a  na  stacji  autobusów  linii  Greyhound  widuje  się  różnych 
ludzi. Wierz mi, wiem coś o tym. Kazałam Dexterowi, żeby mnie tam 
zawiózł i upewniłam się.

Jocelyn nie była w stanie spierać się z Bliss i tylko zapytała:
- Gdzie jest dworzec autobusowy?
- Przy Pierwszej ulicy na północnym wschodzie. Chyba na rogu z 

literą L - odpowiedziała Bliss.

-   Podejrzana   okolica,   co   do   tego   nie   ma   wątpliwości   -   wtrącił 

ostrzegawczo Dexter.

- Moim zdaniem jest interesująca i malownicza - zaprotestowała 

background image

Bliss i uśmiechnęła się do niego kwaśno. Parsknął przecząco.

- Żałuję, że panią tam zawiozłem rano, a nie wieczorem. Gdyby zo-

baczyła pani to miejsce po ciemku, zmieniłaby pani zdanie.

Bliss straciła trochę pewności siebie, ale po chwili opanowała się i 

uniosła podbródek.

- Jest, jak jest. Zostawiliśmy torbę w schowku. Za późno, żeby ją 

teraz gdzieś przenosić.

- A jak dostanę się na dworzec? Chyba nie spodziewasz się, że tam 

dobiegnę?

- Gdybyś chciała, dałabyś radę. - Bliss obojętnie wzruszyła ramio-

nami. - Od Redford Hall do stacji metra na DuPont Circle jest tylko 
piętnaście   minut   piechotą.   Możesz   pojechać   metrem   aż   do   stacji 
Union.

- Metrem? - mruknęła Jocelyn zainteresowana. - Nigdy tego nie ro-

biłam.

-   Spodoba   ci   się   -   powiedziała   Bliss   z   pełnym   przekonaniem. 

Jocelyn spojrzała na nią zaskoczona.

- Nie mów, że jechałaś kiedyś metrem?
- Oczywiście, że tak. W ubiegłą środę po tym, jak wpadłam na po-

mysł,   że   ty   nim   pojedziesz.   Dexter   upierał   się,   żebyśmy   wszystko 
wypróbowali. - Bliss pochyliła się do przodu, położyła jej uspokajająco 
rękę na ramieniu i szepnęła. - Martwi się, że ktoś może cię napaść.

- Ciągle słyszy się okropne historie o metrze - powiedział głośno 

Dexter w swojej obronie.

- Ale to nie są historie o naszym metrze - odparła Bliss i uspokoiła 

Jocelyn.  - Zobaczysz,  że jest niezwykle  czysto i bezpiecznie. Żywa 
dusza
nie   zaczepiła   nas   ani   nikt   nie   prosił   o   pieniądze.   Rozmawiałam   z 

ludźmi,  którzy powiedzieli, że nasze metro jest wprost wspaniałe. - 

Znowu położyła dłoń na ramieniu Jocelyn i coś jej się przypomniało. - 

Kazałam   Dexterowi   kupić   dla   ciebie   jednodniowy   bilet   i   możesz 

jeździć do woli.

- Miło z twojej strony, a czy... pozostałe ubrania, które kupiłaś... te, 

które są w torbie na dworcu... - zaczęła Jocelyn, z niepokojem patrząc 

na stosik leżący na łóżku.

- O co ci chodzi? - zapytała Bliss.
- Powiedz, co tam jest? Mam nadzieję, że nic takiego jak to? - Po-

kazała palcem na dres i wypchane spodenki.

- Niestety, pozostałe ubrania są zupełnie zwyczajne - odparła jej 

babcia   z   żalem   w   głosie.   -   Para   brązowych   sztruksowych   spodni, 

beżowy sweter, beżowy golf, gdyby było chłodno, i kurtka w kratkę. 

Oczywiście jest też piżama, trochę czystej bielizny i wygodne buty do 

chodzenia.

- Nie trzeba nic wypychać? - zapytała Jocelyn niepewna, jaką usły-

szy odpowiedź.

- Skądże - roześmiała się Bliss. - Jeśli będzie ciepło, a tak zapowia-

dają, ugotujesz się w tych rzeczach.

- W porządku Jocelyn odetchnęła z ulgą.

- A teraz... - Bliss sięgnęła do torby. - Oprócz tych adidasów i skar-

petek kupiłam torebkę, którą zapinasz na pasku. Możesz go regulować 

tak, że wystarczy długości nawet na wypchany dres. Kiedy odbierzesz 

rzeczy z dworca, możesz wejść do łazienki i przebrać się. - Podała jej 

małą skórzaną torebkę. - Gotówka jest w środkowej, zasuwanej prze-

gródce razem z biletem. Masz tam ukrytą kieszonkę, w której schowa-

łam klucze do kłódek na schodach i w tunelu.

Jocelyn najpierw sprawdziła klucze i kiedy dotknęła palcami chłod-

nego metalu, znowu poczuła, jak ogarnia ją podniecenie.

- Sprawdziliście oba?

-  Oczywiście.   Kazałam  Dexterowi   zrobić  to wczoraj  rano przed 

background image

przyjściem Harriet - Harriet zajmowała się domem i gotowała. - Trzeba 

go było widzieć zanim wlazł do tunelu, żeby usunąć pajęczyny. Ubrał 

się jak pszczelarz.

Jocelyn z trudem opanowała śmiech.

- Dziękuję, Dexter.
- Proszę bardzo. - Pochylił głowę, rzucił ostre spojrzenie na swoją 

pracodawczynię   i   parsknął.   -   Miło   wiedzieć,   że   ktoś   szanuje   moją 

pracę.

- Zawsze doceniam twoje wysiłki, Dexter - powiedziała Bliss wy-

niośle i uśmiechnęła się blado. - Tylko niektóre rzeczy robisz w bardzo 

zabawny sposób.

- Zabawny -jego głos zadrżał ze złości.
- Nie denerwuj się - uspokoiła go Jocelyn. - Ona to mówi po to, 

żeby  cię   zirytować.   -   Włożyła   saszetkę   z   powrotem   do   papierowej 

torby i palcami natrafiła na coś twardego, podłużnego, schowanego w 

przedniej kieszonce.

- Co to? - Przez skórę wyczuwała kształt, sięgnęła i odsunęła su-

wak.

- Nadajnik - wyjaśniła babcia.

Jocelyn wyjęła przedmiot z saszetki i zapytała ze złością.

- Po co mi to? - Przez chwilę poczuła się znowu jak na smyczy, a 

właśnie od tego chciała uciec.

- To był pomysł Dextera. - Bliss zostawiła mu wyjaśnienia.
- W razie jakiegoś wypadku, jeśli będzie pani chciała natychmiast 

wrócić   do   Redford   Hall,   będziemy   mogli   się   skontaktować   - 

powiedział poważnie.

- A chciałam jeden dzień wolności - mruknęła Jocelyn z goryczą 

w głosie.

- Obiecuję, że użyję  tego, tylko jeśli zdarzy się coś strasznego. 

-Bliss wzięła nadajnik i schowała z powrotem do torebki. - Na razie za-

pomnij, że tu jest. Mało prawdopodobne, że będzie potrzebny.

-   Dobrze   -   Jocelyn   uśmiechnęła   się,   trochę   zawstydzona,   że 

zrobiła z tego wielką sprawę.

- Kiedy zamierza pani wyruszyć? - zapytał Dexter. - Już pani zde-

cydowała?

- Tak. - Skinęła głową. - Jutro, wcześnie rano. Coś jej mówiło, że 

tej nocy nie zmruży oka.

Rozdział 5

Żaluzje w starej sypialni były zasłonięte - nie wpadał przez nie ani 

jeden   promień   porannego   słońca.   Jocelyn,   z   pomocą   Bliss,   zapięła 

torebkę na pasku, a na to włożyła grubą bluzę.

Bliss Wakefield zrobiła krok do tyłu, podziwiając skończone dzieło. 

Jej   jedwabny   kimonowy   szkarłatny   szlafrok   pobłyskiwał   w   świetle 

lampy.

- Bardzo dobrze. Jesteś gotowa. - Zadowolona złożyła dłonie.
- Wiem.  - Jocelyn  nagle odczuła, jak bardzo się denerwuje -jej 

głos zmienił ton i barwę.

Kątem oka dostrzegła swoje odbicie w lustrze stojącym na toaletce. 

Odwróciła się i zobaczyła wysoką, potężną postać. Poruszył ją głęboko 
widok obcej kobiety o ciemnych włosach i oliwkowej cerze.

- Sama siebie nie poznaję - mruknęła.
-   Nikt   się   nie   zorientuje.   Przebranie   udało  nam  się   wspaniale   - 

dumnie oznajmiła Bliss.

Rozległo   się   ciche   pukanie   do   drzwi.   Jocelyn   odwróciła   się   i 

spojrzała szybko na babcię. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale 

background image

Bliss gestem nakazała jej milczenie.

- Kto tam?
- Mogę wejść, proszę pani? - Ciężkie drzwi tłumiły głos, ale brytyj -

ski akcent Dextera można było rozpoznać na milę.

- Tak, tylko szybko - powiedziała Bliss cicho.
Drzwi uchyliły się bezszelestnie, Dexter wszedł do pokoju i cicho 

je za sobą zamknął. Był wyraźnie zaskoczony, kiedy zobaczył Jocelyn 
w przebraniu, ale zaraz przybrał zwykłą niewzruszoną minę.

- Jest chłodno - oznajmił z powagą. - Nikt się nie zdziwi, jeżeli na-

ciągnie pani kaptur.

- Dobry pomysł. Zarzuciła kaptur na głowę. Kiedy chciała zawią-

zać sznurki, zadrżały jej ręce. Bliss pomogła jej.

- Denerwujesz się?
- Delikatnie powiedziane - przyznała Jocelyn. - Czuję się, jakbym 

miała burzę w żołądku.

- Tak powinno być. Dzięki temu masz wysoki poziom adrenaliny. - 

Bliss  zawiązała   sznureczki   i   zwróciła   się   do  Dextera.   -  Przyniosłeś 
latarkę?

- Oczywiście. - Podał ją Jocelyn i sprawdził zegarek na ręku. - Zej-

ście schodami i przejście przez tunel zajmuje pięć minut. Dokładnie za 
dwadzieścia   minut   przyniosę   świeżą   kawę   agentom   obserwującym 
ulicę.   Kiedy   będę   wychodził,   zostawię   otwartą   boczną   furtkę. 
Porozmawiam   z   nimi   dokładnie   pięć   minut.   Będzie   pani   miała 
wystarczająco dużo czasu na wyjście z wozowni, dotarcie do furtki i na 
ulicę.

- Tak jest. - Jocelyn skinęła głową ze zrozumieniem. Spodziewała 

się,   że   Dexter   zaraz   powie,   że   powinni   sprawdzić   godzinę   na 
zegarkach. Spojrzał na nią poważnie.

- Proszę nie zapomnieć i zostawić latarkę w wozowni. Będzie po-

trzebna w powrotnej drodze jutro rano.

- I zadzwoń od razu z potwierdzeniem, że się udało - dodała bab-

cia. Jocelyn ponownie skinęła i z odbicia w lustrze przeniosła wzrok na 
manekin w jej piżamie, leżący w łóżku.

- Ta cała mistyfikacja jest śmieszna - mruknęła.

- Jeszcze możesz zmienić zdanie - przypomniała jej babcia. Pomyślała 
o   tym   przez   dwie   sekundy,   potem   wciągnęła   głęboko   powietrze   i 
pokręciła głową.

- Nie, nie zamierzam zmienić zdania, zwłaszcza że tyle pracy wło-

żyłyśmy w charakteryzację.

Zacisnęła   palce   na   latarce   i   ruszyła   przez   pokój   w   stronę 

ozdobnego kominka. Ukryte schody znajdowały się tuż obok - zwykle 
w   ten   sposób   budowano   je   w   kolonialnych   domach.   Drzwi   były 
pomalowane   tak   samo   jak   ściana   i   ozdobione   jak   kolumny   przy 
kominku.

Jocelyn zawahała się jeszcze przez moment i przypomniała sobie 

ukryte schody w Białym Domu, które prowadziły z drugiego piętra na 
trzecie.   Wystarczyło,   że   pomyślała   o  swoim  życiu   w  prezydenckiej 
rezydencji i już nie miała wątpliwości, że chce wykraść jeden dzień dla 
siebie.

Jedno zdecydowane pchnięcie ręką i drzwi ustąpiły. Przed nią były 

strome schody, zakręcające w dół. Zapaliła latarkę i jasne światło roz-
proszyło ciemności.

Wypuściła   wstrzymywane   powietrze.   Cały   czas   spięta, 

uśmiechnęła   się   do   babci   i   Dextera,   którzy   stali   ramię   w   ramię   i 
patrzyli na nią.

- Idę - mruknęła. - Życzcie mi szczęścia.
- Jest takie powiedzenie, że Bóg ma w opiece głupców, pijaków i 

background image

Stany Zjednoczone - oznajmił Dexter.

Bliss obrzuciła go zdegustowanym spojrzeniem.

- Jocelyn nie jest głupia - powiedziała i uśmiechnęła się do wnucz-

ki. - Jeśli spotkasz Gregory’ego Pecka, ucałuj go od nas.

Jocelyn   roześmiała   się   i   ruszyła   do   środka,   świecąc   latarką   na 

schody pod nogami. Schodziła i trzymała się ściany po szerszej stronie 
stopni. Grube podeszwy butów nie dawały żadnych odgłosów, ale jej 
serce biło jak dzwon.

Schodziła coraz niżej, za chwilę pogrążyła się w ciemnościach i 

czuła duszne powietrze rzadko używanego przejścia. W końcu latarka 
oświetliła zamknięte na kłódkę drzwi na dole. W promieniu światła 
unosiły się drobinki kurzu. Tu jeszcze trudniej było oddychać.

Miała   wrażenie,   że   wydobycie   klucza   z   ukrytej   kieszonki   i 

otwarcie drzwi zajęło całą wieczność. Skrzywiła się, kiedy zawiasy 
skrzypnęły głośno. Dobrze, że była bardzo nisko pod domem - ryzyko, 
że ktoś usłyszał było prawie żadne.

Na wszelki wypadek poczekała chwilę w bezruchu.
Kiedy zbudowano Redford Hall, klatka schodowa prowadziła do 

piwnicznej   spiżami.   Potem,   żeby   ukryć   podziemne   przejście, 
wzniesiono

fałszywą   ścianę,   która   zakryła   wejście   do   tunelu.   Teraz   z   klatki 
schodowej wchodziło się do małej sieni.

Jocelyn  znalazła się w niewielkim pomieszczeniu i zamknęła  za 

sobą   drzwi.   Potykając   się   trochę,   wyjęła   drugi   klucz   i   otworzyła 
kolejne przejście. Schowała klucz i wetknęła głowę w szparę.

Strop w tunelu był niski i musiała pochylić plecy. Nie mogła iść 

zbyt   szybko.   Pracowite   pająki   zdążyły   utkać   nowe   pajęczyny,   ale 
dzięki latarce Jocelyn zdołała ominąć największe.

Powietrze było ciepłe, ciężkie i cuchnęło wilgocią. Zanim dotarła 

do końca tunelu zaczęła się pocić w grubym ubraniu.

Zatrzymała się, poświeciła latarką na drabinę i sprawdziła czy nie 

przerdzewiała.   Chwyciła   za   szczebel   jedną   ręką,   drugą   wyłączyła 
latarkę   i   wsadziła   ją   do   kieszeni   spodni.   Ruszyła   do   góry.   Kiedy 
dotarła do końca, otworzyła  klapę w podłodze wozowni  i wyjrzała. 
Jakieś pudła zasłaniały widok.

Gdzieś na zewnątrz ćwierkały ptaki, a ich śpiew rozweselił ją i 

trochę uspokoił. Ukradkiem wyszła z otworu w podłodze i ostrożnie 
opuściła   klapę.   Latarkę   schowała   w   kącie   za   pudłami,   na   palcach 
podeszła do bocznych drzwi i wyjrzała przez brudną szybę.

Właśnie nadchodził Dexter, niosąc termos z kawą i dwa plastikowe 

kubki.   Widziała,   jak   otworzył   furtkę,   ruszył   chodnikiem,   a   potem 
szybko zniknął jej z oczu. Nabrała głęboko powietrza i rękawem bluzy 
otarła pot z czoła. Potem pomyślała, że spocona będzie wyglądała jak 
prawdziwa   biegaczka.   Zdjęła   pajęczyny,   strzepała   kurz   z   dresu   i 
wymknęła się na zewnątrz.

Chłodne, świeże powietrze natychmiast ją orzeźwiło. Rozejrzała się 

niespokojnie i popędziła do furtki. Dobiegła, stanęła za słupem, znów 
zerknęła ukradkiem i upewniła się, że Dexter odwrócił uwagę agentów.

Na drzewie obok niej wydała odgłos wiewiórka. Jocelyn spojrzała 

do góry i mruknęła pod nosem:

- Czuję się głupio, jak uciekający przestępca.
Posunęła się za daleko i zrobiła zbyt dużo, żeby teraz się wycofać. 

Pchnęła   dopiero   co   naoliwioną   furtkę   i   wymknęła   się   przez   wąską 
szparę, o mało nie zahaczając rękawem o wystający zamek. Zaczęła 
powoli biec, wymachując rękoma.

Kiedy dotarła do samochodu agentów ochrony, musiała się opano-

wać, żeby nie patrzeć w ich stronę ani na Dextera. Serce jej waliło i 

background image

kiedy ich mijała, miała sucho w gardle. W każdej chwili spodziewała 
się, że usłyszy ich wołanie.

Dopiero minąwszy dwa domy zrozumiała, że się udało. Nareszcie 

była wolna. Nikt za nią nie szedł, nie obserwował jej ruchów i nikt nie 
sprawdzał drogi przed nią.

Zaczęła   się   śmiać.   Najpierw   zachichotała   cicho,   a   potem 

roześmiała się w głos. Cieszyła się, że nikt nie zwrócił na nią uwagi.

Miała dla siebie cały dzień i zamierzała wykorzystać każdą chwilę.

Roczny czarny labrador biegał wokół nóg Tuckera jak wyrośnięty 

szczeniak. Grady stanął na chwilę, pochylił się i rozplątywał smycz, 
którą  pies  omotał  mu   nogi.  Zwierzę  od razu  wykorzystało  okazję  i 
wylizało mu twarz.

- Uspokoisz się na dwie sekundy, Molly? - Tucker odepchnął ją z 

uśmiechem. - Pobawimy się za chwilę piłką.

Z jego słów pies zrozumiał od razu jedno: „piłka”. Pochylił się na 

przednich łapach, uniósł tył do góry w pozycji zachęcającej do zabawy. 
Molly szczeknęła raz głośno jak dorosły pies, a potem zaczęła popiski-
wać podniecona.

- Musisz poczekać. - Tucker rozplatał smycz  i wyprostował się. 

Rozejrzał się dookoła.

Zwykle puszczał psa wolno, żeby się wybiegał, kiedy przechodzili 

na drugą stronę sadzawki. W listopadzie niewielu turystów odwiedzało 
Waszyngton i nieliczni zapuszczali się w sobotę w te rejony parku o 
ósmej trzydzieści rano. Tucker nie dostrzegł nikogo w okolicy.

Odwrócił się do Molly, która znowu przyjęła pełną zachęty pozycję 

i machała ogonem. Z jej pyska unosiła się mgiełka. Nie spuszczała z 
Tuckera bystrych oczu i obserwowała każdy jego ruch.

Zerknął   na   nią,   westchnął,   pokręcił   głową   zrezygnowany   i 

rozbawiony.   Pies   natychmiast   oszalał   z   radości   i   zaczął   przed   nim 
podskakiwać.

- Siad, Molly - powiedział i pies posłusznie posadził pupę na tra-

wie, drżąc ze zniecierpliwienia. Tucker ukucnął obok niego i sięgnął, 
żeby odpiąć smycz. - Wiesz, że nie wolno tego robić? Psy muszą cho-
dzić na smyczy.

Polizała   go   po   policzku.   Tucker   odsunął   się   i   wstał,   trzymając 

smycz w dłoni. Wepchnął ją do kieszeni w prążkowanej marynarce i 
poklepał się po ubraniu.

- Gdzie ja schowałem piłkę? - mruknął i nie spuszczał oka z psa. 

Molly skoczyła na niego i uderzyła nosem w wypukłą prawą kieszeń. 
Zdziwiony Tucker wyciągnął starą piłkę tenisową razem z artykułem z 
wczorajszej gazety. Molly podskakiwała do góry i szczekała niecierpli-
we. Nie mogła się doczekać, kiedy Tucker rzuci piłkę.

Zamachnął się prawą ręką i piłeczka poszybowała na trawę koło sa-

dzawki. Szczekając z podniecenia, Molly popędziła za nią i o mało nie 
przewróciła się na ziemię w pośpiechu, kiedy poplątały jej się łapy. 
Tucker patrzył na ten pościg i pomyślał, że pies właściwie nie goni 
piłki, tylko pędzi za nią na oślep jak rakieta.

Spłowiała żółta piłeczka upadła kilka metrów przed psem i kilka 

razy   odbiła   się   od   ziemi.   Tucker   skrzywił   się   w   obawie,   że   zaraz 
wpadnie do wody. Wiedział, że pies wskoczy za nią. Uderzyła prosto 
w  wysoką   brunetkę  w  oliwkowej   kurtce,   która  właśnie   nadchodziła 
wolnym krokiem z tamtej strony.

Głowę miała odwróconą w stronę pomnika Lincolna i nie widziała 

piłki ani niezdarnego psa, który za nią biegł.

- Uwaga! - krzyknął Tucker ostrzegawczo, ale było za późno.
Molly podcięła brunetkę i przewróciła ją na ziemię. Tucker jęknął. 

background image

Ruszył biegiem w stronę kobiety, modląc się w duchu, żeby skończyło 
się na paru siniakach.

Jocelyn zaskoczył upadek i na chwilę zamarła w bezruchu. Zaczęła 

się nerwowo zastanawiać, co się stało i poczuła, jak jedna ze szpilek 
podtrzymujących  włosy wbija się jej w głowę. Od razu zdała sobie 
sprawę, że peruka przesunęła się do przodu. Szybko ją poprawiła i 
rozejrzała się nerwowo, czy ktoś zauważył.

Wtedy   zobaczyła   czarnego   labradora.   Dumnie   trzymał   piłkę   w 

pysku i biegł w jej kierunku.

- To ty jesteś winowajcą? - zgadła Jocelyn i usiadła, masując ręką 

obolałe biodro.

Pies   pomachał   ogonem,   jakby   chciał   ją   przeprosić,   a   potem 

odwrócił głowę w stronę mężczyzny biegnącego z rozwianymi połami 
marynarki.

Jedno   spojrzenie   wystarczyło,   żeby   przerażona   Jocelyn   go 

rozpoznała. Dlaczego ze wszystkich ludzi na świecie musiała wpaść 
właśnie na

niego?

Pochyliła głowę, żeby ukryć twarz i zaczęła wstawać, przekonana, 

że ten pech prześladuje ją przez babcię, która życzyła jej spotkania z 
Gregorym Peckiem.

Tyle   że   Grady   Tucker   ani   trochę   go   nie   przypominał.   Prędzej 

porównałaby go do Toma  Sawyera  lub Hucka  Finna, nigdy nie do 
sławnego aktora.

Zanim zdołała stanąć na nogach, Grady Tucker pochylił się nad 

mą i wyciągnął pomocne ręce.

- Ostrożnie. Nic ci się nie stało? - odezwał się głębokim, męskim 

głosem,   ciepłym   i   niskim,   z   lekkim   akcentem   z   Kansas.   Ów   głos 
brzmiał
tak rozbrajająco, że od razu miała ochotę dłużej z nim porozmawiać. 
-Nie zraniłaś się?

- Nic mi nie jest. - Jocelyn cały czas się odwracała i chowała twarz 

za włosami peruki.

- Na pewno?

Dotknął jej, jakby chciał sprawdzić, czy sobie czegoś nie złamała.

- Na sto procent - odpowiedziała zdecydowanie.
Czarny   labrador   zbliżył   się   do   niej   i   natychmiast   wsadził   nos 

pomiędzy nich i trącił twarz Jocelyn. W panice odepchnęła go, zanim 
zdążył zlizać jej makijaż.

- Przestań, Molly. - Tucker złapał psa za obrożę i odciągnął na bok. 

-Siadaj i zachowuj się. Wystarczy kłopotów na jeden ranek.

- Właśnie - zgodziła się Jocelyn, mrucząc pod nosem, i wyciągnęła 

rękę, kiedy Tucker odwrócił się do niej tyłem. - Pomóż mi wstać.

Jego   uścisk   był   silniejszy,   niż   się   spodziewała.   Przed   chwilą 

siedziała   na   ziemi,   a   teraz   poderwał   ją   do   góry   jednym   szybkim 
ruchem. Grady Tucker był szczupły i wysoki, ale od razu można było 
wyczuć, że ma silne mięśnie.

Choć puls jej przyspieszył, Jocelyn odetchnęła głęboko i popatrzyła 

na   psa   u   swoich   stóp,   który   wiercił   się   w   miejscu   najwyraźniej 
rozradowany.

- Rozumiem, że ta gigantyczna, wiercąca się kula należy do ciebie 

-powiedziała i pstryknęła palcami.

Popełniła błąd i spojrzała na Tuckera. Zobaczyła zachwycony, głu-

pawy uśmiech na jego twarzy i rozbawienie w oczach.

-   Molly  rzeczywiście   musiała   wyglądać   jak   rozpędzona   kula   do 

kręgli,   kiedy   wpadła   na   ciebie   -   powiedział   i   z   roztargnieniem 
pomasował   kark.   Wyglądał   na   onieśmielonego,   zawstydzonego   i 

background image

Jocelyn dziwnie złagodniała.

Uśmiechnęła się lekko i wtedy dostrzegła, że Tucker przygląda jej 

się   zaciekawiony.   Szybko   odwróciła   głowę   i   udała   zainteresowanie 
psem.

- Wabi się Molly? - Słysząc swoje imię, psiak począł tłuc ogonem o 

ziemię.

- Tak - Tucker skinął głową. - Jak w piosence.
- Jakiej piosence?
- No wiesz, „Good Golly, Miss Molly” - wyjaśnił i zauważył, że 

sobie przypomniała. - Ciągle jej to śpiewam. Na razie to wyrośnięty 
szczeniak,   ale   nie   ma   jeszcze   roku   i   wciąż   jest   trochę   niezdarna. 
Wpada na wszystko i ciągle coś przewraca.

- Zauważyłam - mruknęła Jocelyn ponuro i strzepnęła źdźbła suchej 

trawy i liście, które przyczepiły jej się do ubrania.

Tucker zaśmiał się cicho.

- Doświadczyłaś tego na własnej skórze - przerwał i pochylił się, 

żeby spojrzeć jej w twarz. - Na pewno nic ci nie jest? Nie wyglądasz  

najlepiej.

Nawet jeśli tak było, głęboko to ukryła ze strachu, że Tucker ją roz-

pozna.

- Tylko trochę boli, ale poza tym nic mi nie jest, naprawdę - upiera-

ła się.

- Nie mam innego wyjścia i muszę ci uwierzyć. - Znów uśmiechnął 

się przekornie. - A tak na marginesie, nazywam się Grady Tucker, a 

Molly
już poznałaś.

- Tak. - Jocelyn spojrzała na psa, a potem uścisnęła wyciągniętą 

rękę Tuckera, cały czas czując na sobie jego badawczy wzrok. Miała 

niemiłe   uczucie,   że   jej   peruka   się   zbakierowała,   ale   nie   mogła   jej 

poprawić bez zwracania na siebie uwagi. - Miło mi pana poznać, panie 

Tucker.

- Przyjaciele mówią mi po prostu Tucker. - Powoli puścił jej dłoń. 

-A ty jak się nazywasz?

Jocelyn wpadła w pułapkę. Nie mogła obie przypomnieć, jakiego 

nazwiska   użyła   pół   godziny   temu,   kiedy   podpisywała   kartę 

meldunkową

w hotelu.

- Wierz mi lub nie, ale nazywam się Jones - skłamała odważnie. -

Lynne Jones.

- Jesteś z tej przysłowiowej rodziny, do której wszyscy mają rów-

nać - powiedział, odwzajemniając uśmiech. - Zawsze chciałem poznać 

kogoś o tym nazwisku.

Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, więc tylko uśmiechnęła się i 

kiwnęła głową. Pies na szczęście odwrócił jego uwagę- złapał piłkę i 

położył ją u stóp swego pana, domagając się kolejnego rzutu.

- Chyba Molly próbuje ci powiedzieć, że nudzi jej się tak stać - za-

uważyła  Jocelyn  i chciała szybko  zakończyć  rozmowę.  - Miło było 

pana poznać, panie Tucker - powiedziała i zrobiła krok do tyłu.

- Chwileczkę. - Zatrzymał ją, zanim zdążyła się odwrócić, i jednym 

susem stanął obok niej. - Mogę ci postawić kawę albo zaproponować 

coś innego do picia?

- Naprawdę nie trzeba. - Ruszyła w stronę pomnika Lincolna.

- Może nie - oznajmił i zrównał się z nią. Pokiwał się na boki, 

włożył ręce najpierw do jednej, potem do drugiej kieszeni i wyciągnął 

smycz.   -   Ale   to   nie   w   porządku,   żebym   pozwolił   ci   odejść   bez 

przeprosin za to, że Molly cię przewróciła.

Jocelyn pokręciła odmownie głową.

- Miło z twojej strony, ale nie ma sprawy. Nic mi się nie stało.
- I to też należy uczcić. Co ty na to? - przymilał się. - Na ulicy przy 

background image

schodach do pomnika facet sprzedaje gorącą kawę.

Zatrzymała   się   i   rzuciła   mu   pełne   zmęczenia   i   rezygnacji 

spojrzenie.

- Czy tak pan podrywa dziewczyny, panie Tucker? - zbeształa go. 

-Szkolił się pan, żeby je przewracać i w ten sposób nawiązuje pan 

nowe znajomości?

- Szczerze mówiąc... - Znów nieświadomie potarł kark i popatrzył 

na nią spode łba. - Molly po raz pierwszy wpadła na tak ładną kobietę. 

- Uniósł rękę w obronnym geście. - Wiem, że to brzmi jak wyświech-

tane powiedzenie, ale przysięgam, że to prawda - oznajmił z ręką na 

sercu.

- Jasne - powiedziała Jocelyn, nie wierząc mu ani trochę i starając 

się nie zwracać uwagi na jego szczerą, dziecinnie naiwną minę.

- Wypijesz ze mną kawę? - Pochylił się i złapał psa na smycz. - Po-

czuję się lepiej, jeśli nie odmówisz. Po chwili wahania ustąpiła.

- Jeden kubek i jesteśmy kwita.

- Umowa stoi - zgodził się.
Ruszyli  razem,  pies wyprzedzał ich o krok i co chwila naprężał 

smycz, potem zatrzymywał się, żeby zbadać jakiś zapach lub popatrzeć 

na przelatującego ptaka.

Jocelyn martwiła się, patrząc na idącego obok niej Tuckera. Igrała 

z ogniem i zdawała sobie z tego sprawę. Każdy kolejny ruch w jego 

obecności zwiększał ryzyko, że zostanie rozpoznana mimo starannego 

przebrania. Musiała być bardzo ostrożna, ale cały czas czuła na sobie 

jego wzrok. Tucker z wyraźnym zainteresowaniem studiował jej profil.

Przypomniała  sobie  niektóre  rady babci i starała się  iść  inaczej. 

Opuściła podbródek i przygarbiła się.

- Pochodzisz z Waszyngtonu? - zapytał Tucker, kiedy przeszli kilka 

metrów.

- Nie. - Właściwie mówiła prawdę, ponieważ Biały Dom był wy-

łącznie tymczasową rezydencją i Jocelyn za prawdziwy dom uważała 

Wirginię.
Kiwnął głową, jakby ta odpowiedź potwierdziła tylko jego domysły.

- Gdybyś chodziła tu na spacery, z pewnością Molly i ja byśmy cię 

Pamiętali. Przychodzimy codziennie wczesnym rankiem, bez względu 

na   pogodę.   Jesteśmy   niezawodni,   jak   listonosz   -   dodał   Tucker   i 

uśmiechnął   się   delikatnie.   -   Oczywiście   nie   roznosimy   poczty. 

Włóczymy się tylko aż Molly straci trochę energii.

- Ciekawe. - Jocelyn spodobało się jego porównanie.
- Pierwszy raz jesteś w stolicy? - Pochylił głowę w jej stronę z wy-

raźnym zainteresowaniem, którego nie mogła nie zauważyć.

- Nie, nie pierwszy raz. - Podniosła wzrok na kolumnadę pomnika 

Lincolna   wznoszącą   się   przed   nimi.   -   Ale   minęły   wieki,   od   kiedy 

byłam tu z matką.

- To nie mogło być tak dawno - zauważył sucho Tucker.
- Dość dawno, bo miałam wtedy zaledwie dziesięć lat. - Wbijała 

wzrok w słynny pomnik i udawała, że nic poza tym jej nie interesuje.

- Wspaniały, prawda?
Poranne słońce padało na marmurową fasadę, a jego promienie się-

gały wysoko i oświetlały postać siedzącego prezydenta. Tucker też po-

patrzył w tę stronę.

- Ten widok porusza mnie za każdym razem - powiedział cicho i 

jakby   na   komendę   zwolnił.   -   Nieważne,   ile   razy   na   niego   patrzę, 

zawsze robi na mnie wrażenie. Coś mi rośnie w środku. Każdy się ze 

mną   zgodzi.   Nawet   najbardziej   cyniczny   i   cięty  polityk   poczuje   to 

samo - dodał.

Jocelyn nie mogła się opanować, żeby zadziornie nie zapytać:

- Znasz wielu polityków? - Sama zdziwiła się, że ma tyle tupetu, 

ale chyba przebranie i charakteryzacja dawały jej fałszywe poczucie 

bezpieczeństwa.

- Cynicznych i ciętych polityków? - zapytał, unosząc brwi. Kiedy 

background image

skinęła głową, Tucker popatrzył na północną linię horyzontu. - Jak się 

mieszka w Waszyngtonie, siłą rzeczy spotyka się niektórych.

- Chyba tak. - Przed nimi wyrosły betonowe schody, które prowa-

dziły od sadzawki w górę do ulicy.

-   A   gdzie   mieszkasz?   -   zapytał   Tucker,   kiedy   razem   zaczęli 

wspinać   się   po   stopniach.   Pies   kluczył   zygzakami   i   obwąchiwał 

schody.

- W Iowa.
- A gdzie dokładnie? - dopytywał się.
- Waterloo. - Jocelyn nie miała pojęcia, dlaczego właśnie taki adres 

wpisała na formularzu hotelowym. Może zrobiła to podświadomie.

- Można powiedzieć, że jesteśmy sąsiadami. - Uśmiechnął się do 

niej zachęcająco. - Pochodzę z Kansas, z Wichity.

-   Więc   jestem   zaskoczona,   że   nie   nazwałeś   swojego   psa   na 

przykład Toto - zażartowała.

-   Jedno   jest   pewne,   nie   jesteśmy   już   w   Kansas   -   odpowiedział 

Tucker znanym cytatem z Czarnoksiężnika z krainy Oz, i wesołe ogniki 

za-igrały mu w oczach.

- Masz rację - zgodziła się Jocelyn i rozpromieniła w uśmiechu.
Na szczycie schodów Tucker skręcił i ruszył do budki na kółkach 

zaparkowanej przy krawężniku. Szła za nim, skuszona zapachem kawy 

unoszącym się wokół. W połowie drogi Tucker nagle zatrzymał się, 

spojrzał na psa i na smycz w dłoni, a potem na budkę i odwrócił się do 

niej z niepewną i zakłopotaną miną.

-   Może...   potrzymasz   Molly,   a   ja   przyniosę   kawę.   -   Wyciągnął 

smycz do Jocelyn. - Mam nadzieję, że dzięki temu nic nie rozleję. Nie 

masz nic przeciwko?

- Ja... - Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, już miała smycz w dłoni, 

a Tucker zmierzał długimi susami po kawę.

Pstryknął w powietrzu palcami, zatrzymał się jeszcze raz i odwrócił 

do niej.

- Zapomniałem zapytać, jaką pijesz? Ze śmietanką? Z cukrem?
- Czarną, bez cukru. - Mocniej chwyciła smycz, a Molly nastroszy-

ła uszy na widok gołębia szukającego okruszków na chodniku. Tucker 

uniósł kciuk do góry i zawołał:

- Podejdź z psem do pomnika. Przyniosę kawę i wypijemy ją na 

schodach.

Jocelyn  skinęła głową, pociągnęła smycz  i przywołała Molly do 

siebie. Młody labrador popatrzył na pana, potem podszedł do Jocelyn, 

kołysząc się jak szczeniak, zadowolony, że ktoś poświęca mu uwagę. 

Rozbawiona Jocelyn podrapała ciemny łeb, który pies wsunął jej pod 

rękę.

- Uważasz każdego za przyjaciela, prawda, Molly - mruknęła i po-

patrzyła za Tuckerem.

Stał przy sprzedawcy kawy i wymachiwał łokciami, grzebiąc po 

kieszeniach, z których pewnie wyciągał wszystko oprócz pieniędzy.

Trochę przypominał jej Lincolna -wysoki, szczupły i niezgrabny 

jak chłopak z prowincji. Miał za to duże poczucie humoru. Jego twarz 

była zupełnie inna - nic z mizernego i kościstego wyglądu prezydenta. 

Miał   łagodniejsze   rysy,   gładsze   policzki   -   był   przystojny,   trochę 

podobny do Jamesa Stewarta.

James Stewart. Jocelyn z niesmakiem zdała sobie sprawę, że znowu 

fantazjuje o gwiazdach filmowych. Wszystko przez bzdurne opowieści 

babci o Gregorym Pecku.

- Chodź, Molly. - Skróciła smycz, rozejrzała się, czy nie jadą samo-

chody i ruszyła przez ulicę, a pies radośnie dreptał u jej boku.

Rozdział 6

background image

Kiedy dotarły na drugą stronę ulicy, Molly rzuciła się na gołębia, a 

potem pogoniła w powietrzu piórko, bo ptak poderwał się do ucieczki. 

Pies złapał je po chwili i podążył za Jocelyn szczęśliwy ze zdobyczy.

Zatrzymała   się  u  stóp  pomnika  i  popatrzyła  na   potężne  schody, 

które  wiodły  pod  ogromny monument   posępnego Lincolna.  Pomnik 

otaczało trzydzieści sześć doryckich kolumn - po jednej na każdy stan, 

który należał do Unii za czasów prezydenta.

Wesołe szczeknięcie Molly przeszło w radosny skowyt i pies szarp-

nął w bok. Smycz naprężyła się, labrador rzucił się jeszcze raz i stanął 

wyprostowany.   Jocelyn   odwróciła   się,   przygotowana   na   nadejście 

Tuckera z kawą.

Psiak   witał   radośnie   niskiego,   krępego   mężczyznę   o   gęstych, 

siwych włosach, ubranego w ciemny płaszcz i czarny kapelusz. Strój 

miał dziwny i trochę staroświecki, ale w Waszyngtonie nic nie dziwiło. 

W mieście ambasad i budynków federalnych ludzie rozmaitych kultur 

ubierali   się   w   różnych   dziwnych   stylach.   Jocelyn   była   do   tego 

przyzwyczajona i nie zwróciła uwagi na niepospolity wygląd starszego 

pana.

- Miła z ciebie dziewczynka. - Mężczyzna pochylił się, podrapał 

Molly za uszami i zaśmiał się głębokim basem. Potem wyprostował 

się, spojrzał na Jocelyn i uchylił kapelusza.

- Dzień dobry. Piękny mamy dzień.
Przez chwilę patrzyła na niego, pewna, że już go gdzieś widziała. 

Biel jego równo przystrzyżonej brody kontrastowała z czekoladowym 

kolorem skóry, a oczy miał czarne jak smoła.

- Piękny dzień - powtórzyła Jocelyn cicho i nadal próbowała sobie 

przypomnieć, gdzie go spotkała.

Mężczyzna   zmarszczył   brwi   i   przyglądał   jej   się   badawczo, 

wydymając   na   okrągło  policzki.   Oparł   laskę   na   ziemi   przed  sobą   i 

dłonie w rękawiczkach oparł na wygiętej rączce.

- Niesamowita przemiana. - Pokiwał głową z aprobatą. - Naprawdę 

niezwykła. Wymknęłaś się, żeby podziwiać zabytki?

- Ja... - Chciała zaprotestować i wtedy przypomniała sobie, skąd go 

zna.

Ten człowiek... był jednym z turystów, którzy razem z grupą dzieci 

zwiedzali Biały Dom - to on pytał o choinkę i tegoroczny motyw prze-

wodni.

Starszy pan uśmiechał się do niej trochę zatroskany.

-   Oczywiście   jesteś   tu   nieoficjalnie.   Powinienem   się   domyślić 

-oznajmił cicho, niskim, melodyjnym  głosem. Pochylił się ku niej z 

psotnym ognikiem w oczach. - Nie bój się, nic nikomu nie powiem.

- Ja... Nie wiem, o czym pan mówi. - Poczuła, jak płoną jej policzki 

i była pewna, że rumieniec widać nawet pod grubym makijażem.

- Tak, tak. Rozumiem doskonale - powiedział, porozumiewawczo 

mrugnął okiem i zerknął na pomnik. - Kraj oddał wielki hołd człowie-

kowi tak skromnego pochodzenia.

- Owszem. - Miała sucho w ustach, a serce biło jej jak szalone z 

przerażenia.

Chciała   uciekać,   ale  nie  mogła,  bo  trzymała  psa  Tuckera.   Przez 

chwilę miała ochotę wcisnąć smycz  starszemu panu i dać nogę, ale 

zdrowy   rozsądek   podpowiedział   jej,   że   takie   zachowanie   tylko 

wzbudzi niepotrzebne podejrzenia.

- Artysta wybrał taką bardzo melancholijną pozę. - Pan z białą bro-

dą wnikliwie obserwował granitową postać, a potem uśmiechnął się ła-

godnie   do  Jocelyn.   -   Nie   masz   pojęcia,   jak  rozchmurzyłby   oblicze, 

gdyby jedno z jego dzieci podbiegło i wdrapało mu się na kolana.

- Kiedy byłam małą  dziewczynką,  zawsze  chciałam to zrobić. - 

Przypomniała sobie, zdziwiona, jak silne wydało jej się to pragnienie, i 

dodała: - Usiąść mu na kolanach i z nim porozmawiać.

Nieznajomy zaśmiał się nisko, gardłowo.
- A czy jest ktoś, kto nie miał na to ochoty? Wdrapać się tam, to tak 

background image

jakby siedzieć na kolanach u Świętego Mikołaja i zwierzać mu się z 

najskrytszych pragnień i marzeń.

- Proszę - westchnęła Jocelyn z ledwo skrywanym  niezadowole-

niem. - Nie mówmy teraz o Mikołaju i Gwiazdce.

- Co masz przeciwko? - Robił wrażenie urażonego i zdziwionego.
- Nic, kiedy nadchodzi ich pora, ale przed nami  dopiero Święto 

Dziękczynienia, a sklepy tak wcześnie wieszają ozdoby i przypominają 

nam   o   Bożym   Narodzeniu.   -   Jocelyn   wiedziała,   że   porusza   bardzo 

osobisty temat, ale nie mogła się powstrzymać. - Święta to obchody 

narodzin   Chrystusa.   Bóg   chyba   nie   chciał,   żeby   to   był   czas 

największych zakupów.

Starszy pan słuchał cierpliwie, a potem uśmiechnął się karcąco.

- Zarozumiale jest myśleć, że Bóg nie przewidział, jak ludzie będą 

obchodzić narodziny jego syna.

Jocelyn nie wiedziała, co odpowiedzieć, bo nigdy nie myślała o 

tym   w   ten   sposób.   W   sercu   wierzyła,   że   Bóg   widzi   wszystko, 

wszystko wie i może. Zatkało ją, kiedy starszy pan rzucił myśl, że Bóg 

przewidział komercjalizację świąt i pozwolił, żeby nastąpiła.

- Nie przyszło ci to do głowy, prawda? - Staruszek uśmiechnął się, 

a w jego wesołych oczach dostrzegła dziwną mądrość.

- Nie, ja... - Nagle pies szarpnął i pociągnął ją za ramię. Smycz 

naprężyła się, Molly stanęła dęba i zaczęła szczekać z radości.

Nadchodził Grady Tucker z dwoma wysokimi kubkami w dłoniach. 

Marynarka   powiewała   mu   na   wietrze,   pod   spodem   było   widać 
podszewkę w kratę. Szczęśliwa Molly skoczyła do niego, lecz Tucker 
zatrzymał się poza jej zasięgiem, trzymając z daleka oba kubki.

- Leżeć, Molly. Nie skacz na mnie. Dobry piesek, ale przez ciebie 

rozleję kawę - ostrzegł ją ciepłym głosem.

Pies   posłusznie   opadł   na   cztery   łapy   i   walił   w   nogę   pana 

merdającym   ogonem.   Tucker   trzymał   kubki   wysoko   i   podszedł   do 
Jocelyn. Nie wywrócił się i jakimś cudem nie zaplątał w smycz.

- Przepraszam,  że to tak długo trwało. - Sprawdził pokrywki  na 

kubkach i podał jej ten z prawej ręki. - Ta jest twoja. Czarna i bez 
cukru.

- Dzięki. - Wzięła kawę i podała mu smycz, cały czas świadoma 

obecności   mężczyzny   z   siwą   brodą,   który   ich   z   żywym 
zainteresowaniem obserwował.

Tucker wreszcie go zauważył.
- Dzień dobry - przywitał się i w roztargnieniu skinął głową. Potem 

zatrzymał wzrok na twarzy mężczyzny i przyjrzał mu się badawczo, 
wyraźnie zaciekawiony.

- Dzień dobry - odpowiedział dżentelmen i ani drgnął, nie mając 

zamiaru odejść.

- Czy my się już gdzieś nie spotkaliśmy? - zapytał Tucker i zmarsz-

czył brwi. Po chwili uniósł rękę, pokiwał palcem w kierunku starszego 
pana   w   wyczekującym   geście   i   dalej   szukał   w   pamięci.   -   Wiem.   - 
Wycelował w niego palec. - Spotkaliśmy się przed Białym Domem. 
Pytał mnie pan o godziny zwiedzania. Udało się panu wejść do środka?

-   Owszem   -   odpowiedział   tamten   i   kiwnął   głową.   Jocelyn 

wstrzymała oddech w obawie, że ten człowiek spojrzy na nią i powie, 
kim jest, ale on nie spuszczał oczu z Tuckera.

- Bawiłem się świetnie. - Wyciągnął dłoń do Tuckera. - Nazywam 

się Obediah Nicklaus Melchior.

Tucker przełożył smycz i kawę do drugiej ręki, wreszcie uwolnił 

się i uścisnął wyciągniętą dłoń.

- Tucker. Grady Tucker. A to jest panna Jones - powiedział i wska-

zał na Jocelyn. - Panna Lynne Jones z Iowa - dodał i milczał przez 
chwilę, patrząc to na jedno, to na drugie. - Przepraszam, ale państwo 

background image

już się chyba poznali?

- Formalnie nie - mruknęła Jocelyn i z każdą chwilą czuła się coraz 

niezręczniej. Wciąż nie wiedziała, jak wybrnąć z tej sytuacji.

- Panna Jones i ja zagadaliśmy się o świętach i nie przedstawiliśmy 

się sobie - przyznał Obediah Melchior.

- O świętach? - Zdumiony Tucker odchylił głowę do tyłu. - Dlacze-

go rozmawialiście o świętach? Na litość boską, mamy dopiero listopad. 
Obediah Melchior zachichotał.

- Panna Jones zareagowała tak samo.
- A pan, jak się domyślam, ma inne zdanie. - Tucker zdjął plastiko-

wą pokrywkę, pociągnął duży łyk kawy i znad styropianowego kubka 
obserwował staruszka. Ten nie zaprzeczył.

- Wydawało mi się, że narodziny Chrystusa można obchodzić cały 

rok.

- Ale ludzie tak nie robią. Zastanawiają się tylko, co kupić w pre-

zencie dla innych - oznajmił Tucker i szeroko machnął ręką. - Myślą 
tylko o prezentach.

Starszy pan w zamyśleniu pocierał białą brodę.

- O, tak. To okropne.

Jocelyn o mało nie zakrztusiła się kawą ze śmiechu.

- Uważam, że nie ma w tym nic złego - zaprotestował poruszony 

Tucker.

-  Absolutnie   nic   -  potwierdziła  Jocelyn   zdecydowanie.  -  Święta 

same w sobie są najwspanialszym prezentem.

- To prawda- zgodził się Tucker- ale ludzie mają na myśli  inne 

prezenty.

- Takie, o których wspomniałeś przed chwilą - oznajmił Obediah 

bardzo poważnym tonem i zadumał się na moment głęboko. - Interesu-
jące, prawda? Im wcześniej zaczyna się sezon świąteczny, tym prędzej 
ludzie powinni przypomnieć sobie, że to powinna być pamiątka naro-
dzenia Dzieciątka Jezus. - Spojrzał bystro na Jocelyn. - Sądziłaś, że 
Bóg przewidział, co może z tego wyniknąć?

Obediahowi chodziło o wcześniejsze stwierdzenie, że może Bóg od 

początku wiedział, jak ludzie potraktują narodziny jego syna - i może 
sam tak chciał. Jocelyn zaczęła się nad tym zastanawiać.

- Bardzo możliwe - oznajmił Tucker. - Uważam, że ludzie nie chcą 

myśleć o świętach dopiero w grudniu.

- To zrozumiałe, prawda? - delikatnie zgodził się Obediah. - Z na-

tury jesteśmy egoistami. Święta i ich otoczka zmuszają wszystkich do 
Ustanawiania się nad tym, co ofiarować innym. Nie tylko przyjaciołom 
i   rodzinie,   ale   biednym,   głodnym   i   bezdomnym.   Może   dlatego   w 
skrytości
ducha ludzie chcą, żeby święta szybko minęły, żeby mogli wrócić do 
ulubionej rozrywki, czyli myślenia o sobie.

- Co za ponura wizja - zauważył Tucker i skrzywił się.
- Prawda? - odparł sucho Obediah i zaczął się zbierać. - Dość już 

was   uszczęśliwiłem   moimi   wywodami.   W   taki   piękny   dzień   wy, 
młodzi,   macie   ciekawsze   rzeczy   do   roboty   niż   gadanie   ze   starym 
człowiekiem. - Dotknął ręką kapelusza i skłonił się lekko Jocelyn. - 
Miło było panią poznać, panno... Jones.

Zawahał się na moment, kiedy wymawiał jej fałszywe nazwisko, i 

poczuła, jak puls jej przyspieszył.

- Było mi równie miło, panie Melchior - mruknęła Jocelyn, z tru-

dem łapiąc powietrze.

- Dla przyjaciół jestem po prostu Obediah - powiedział i ukłonił się 

Tuckerowi. - Miło się z panem rozmawiało, panie Tucker.

-  Proszę  mówić  mi   Tucker,  Obediah  -  odpowiedział   i  przełożył 

background image

smycz do drugiej ręki, żeby uścisnąć mu dłoń. - Życzę miłego dnia.

- Z pewnością będzie uroczy. - Obediah zakręcił laską i ruszył po 

schodach, śmiejąc się cicho do siebie.

Tucker   popatrzył   za   nim   przez   chwilę,   a   potem   odwrócił   się   i 

obrzucił Jocelyn najpierw badawczym, potem ciepłym wzrokiem. Nie 
miała ochoty zastanawiać się nad tym, co oznacza to spojrzenie.

- Może usiądziemy i spokojnie wypijemy kawę?.- Wskazał betono-

we stopnie za nimi.

- Dobry pomysł.
Weszli na trzy schodki i usiedli na czwartym. Pies niechętnie do 

nich   dołączył   i   z   tęsknotą   popatrzył   na   górę.   Tymczasem   Tucker 
wyciągnął długie nogi przed siebie i pociągnął kolejny łyk. Jeszcze raz 
zerknął za odchodzącym Obediahem Melchiorem.

- Interesujący stary dziwak, nie sądzisz? - skomentował sennie.
- Nie wiem, czy nazwałabym go dziwakiem. - Jocelyn uniosła ku-

bek do ust i kiedy dmuchnęła na ciemną, parującą ciecz, poczuła ciepło 
na twarzy.

- Może nie - zgodził się Tucker. - Chociaż ta broda jest żywcem 

wyjęta z opowieści o Wuju Remusie.

- Miał niezwykły głos - przypomniała Jocelyn. - Głęboki, barwny i 

pięknie brzmiący. Wskazuje na człowieka o wysokiej kulturze - podob-
nie mówią szekspirowscy aktorzy.

Tucker przestał pić i rzucił jej rozbawione spojrzenie.
-   Nie   wygląda   jak   Król   Lear   i   nie   mogę   go   sobie   wyobrazić 

mówiącego   kwestię   Otella   o   chwaście   wdzięcznym,   pięknym   i 
pachnącym słodko.

Jocelyn roześmiała się.

-   Rzeczywiście   nie   widzę   go   w   tej   roli.   Może   jest   jakimś 

duchownym.

- Mój dziadek jest kaznodzieją. - Tucker uchwycił pełen niedowie-

rzania wzrok Jocelyn. - Naprawdę. Wielebny Matthew Grady Tucker 
jest narodzonym na nowo, ochrzczonym,  kochającym i bogobojnym 
kaznodzieją. - Podciągnął nogi i oparł ręce na kolanach. - Ludzie z 
krzyżami   na   szyi   nigdy   nie   robili   na   nim   większego   wrażenia. 
Pamiętam,   jak   kiedyś   stał   na   ambonie   i   pouczał   wiernych:   „Bóg 
potrzebuje   działających   twórczo   chrześcijan,   a   nie   religijnych 
fanatyków”.

Już  teraz  wiedziała,  po  kim  Tucker  odziedziczył  ostry dowcip i 

roześmiała się.

- Sądzę, że polubiłabym twojego dziadka.
- Niewielu znam takich naprawdę dobrych ludzi. - Tucker skrzywił 

się - jakieś wspomnienie z przeszłości? - Wiedz, że jeśli nie chodzisz w 
niedzielę do kościoła, lepiej miej poważny powód.

-   Na   przykład   ciężka   choroba   -   podrzuciła   nieśmiało.   Tucker 

pokiwał smutno głową.

- Albo coś równie ważnego. Zabawne - zadumał się. - Nie pamię-

tam, kiedy ostatnio byłem w kościele. Wydaje mi się, że nie chodzę od 
czasu, jak wyprowadziłem się z domu. - Patrzył na nią zaciekawiony 
przez dłuższą chwilę. - A ty?

Unikała jego wzroku, bo czuła, że Tucker ją rozprasza.
- Chodzę prawie w każdą niedzielę.
- U siebie w Waterloo?

Przez sekundę Jocelyn nie miała pojęcia, o czym on mówi, a potem 

przypomniała sobie wybrane przez siebie miasto.

- Tak, w Waterloo.

Wypiła kolejny łyk i żałowała, że kawa nie ostygła jeszcze na tyle, 

by mogła ją wypić jednym haustem i odejść.

background image

- Podoba ci się w Iowa?

- Dobrze się tam mieszka. - Udawała, że podziwia widok ze stopni 

pomnika.

Tafla wody w sadzawce była jak srebrne lustro, a brzegi porastały 

kępy   wiązów,   na   których   ocalały   jeszcze   resztki   jesiennych   liści. 
Pomnik   Jerzego   Waszyngtona   wznosił   się   wysoko   w   oddali,   a   na 
drugim końcu ulicy widniała kopuła Kapitału.

- Widok jak z pięknej pocztówki - powiedziała, chcąc odwrócić 

uwagę Tuckera od siebie.

Ale on nie dał się tak łatwo wyprowadzić w pole.
- Jak długo zostajesz w Waszyngtonie?

- Krótko. - Przeszkadzało jej, że nie spuszcza z niej wzroku.
- Czy mógłbyś przestać się na mnie gapić? - powiedziała w końcu.
- Przepraszam. - Uśmiech zagościł mu na twarzy. - Myślałem, że 

ludzie   często   ci   się   przyglądają   i   jesteś   przyzwyczajona.   Strach   ją 
sparaliżował.

- Co chciałeś przez to powiedzieć? - Chciała skwitować te słowa 

śmiechem, ale tylko słabo pisnęła.

- W Kansas faceci zawsze gapili się na piękne dziewczyny, a one 

doskonale zdawały sobie z tego sprawę. Właściwie oczekiwały takiego 
zainteresowania - wyjaśnił Tucker.

- Pochlebiasz mi, ale...
- Masz rację. W obecnych czasach trzeba być ostrożnym z obcymi  

na   ulicy.   -  Molly  wsunęła   głowę   pod  rękę   Tuckera   i   domagała   się 
drapania  za  uchem.   Poddał  się  temu  z  uśmiechem.   -  Szczególnie  z 
tymi, którzy mają niezdarne psy.

Jocelyn zaśmiała się, bo wielki pies próbował mu wejść na kolana.
- Oboje wyglądacie bardzo groźnie.
- Tylko czasami - podkreślił Tucker i zdołał odepchnąć psa, nim 

kawa wylała się z kubka. - Co masz zamiar zwiedzić?

- To, co się da - powiedziała wymijająco.
- To znaczy niewiele - zadrwił.
- Trudno. Mam mało czasu. - Spojrzała wymownie na zegarek i 

wstała. - Dzięki za kawę i za... towarzystwo.

- Już idziesz? - Tucker zerwał się na równe nogi i z niezgrabiasza 

nie zostało ani śladu. - Nawet nie wypiłaś kawy.

- Wiem, ale... - Jocelyn wzruszyła ramionami i zeszła jeden scho-

dek niżej. - Muszę dotrzeć w kilka miejsc i zrobić parę rzeczy. Spieszy 
mi się. - Molly stanęła obok niej i Jocelyn poklepała ją na pożegnanie. 
-Nie pakuj się więcej w kłopoty, dobrze?

Machnęła do Tuckera, przeskoczyła dwa stopnie, znalazła się na 

chodniku i szybko ruszyła w stronę ulicy. Wiedziała, że Tucker stoi w 
miejscu zdziwiony i zaskoczony jej nagłym odejściem.

- Hej, Jonesy, zaczekaj! - zawołał i skoczył na chodnik jednym dłu-

gim susem.

Jocelyn   chciała   biec,   ale   zatrzymała   się.   Zła   i   zdenerwowana, 

odwróciła się, a Tucker zrobił kolejny długi krok. W tej samej chwili 
pies postanowił go okrążyć  i popędzić za Jocelyn.  Obrał najkrótszą 
drogę pomiędzy nogami swojego pana.

Chciała go ostrzec, ale było za późno. Tucker padł jak podcięty, 

gdy smycz nagle smagnęła go na wysokości kolan.

Wyglądał, jakby na ułamek sekundy zawisł w powietrzu i zupełnie 

stracił   równowagę.   Jedną   nogę   miał   nadal   na   chodniku,   a   drugą   w 
górze.   Kawa   trysnęła   z   kubka   szerokim   łukiem.   Grady   wyciągnął 
ramię, jakby chciał się osłonić przed upadkiem na beton, a drugą ręką 
ściskał smycz Molly. Psisko odskoczyło w bok.

Kiedy   upadł,   Jocelyn   zamknęła   oczy   i   skuliła   się.   Uderzył   z 

background image

głuchym hukiem i krzyknął.

Spojrzała   spod   przymrużonych   powiek   i   zobaczyła,   że   leży  jak 

długi   z   twarzą   wykrzywioną   bólem.   Ręce   i   nogi   miał   poplątane   - 
próbował je wyprostować.

Widząc  to, Jocelyn  ocknęła się z  odrętwienia.  Upuściła kubek i 

podbiegła do Tuckera, ale Molly była pierwsza, węsząc nosem koło 
jego twarzy. Kręciła się wokół wesoło i ze skruchą.

- Aj! Och, Molly! - Tucker miał dość i w jego głosie słychać było 

cierpienie. Starał się odpędzić psa od obolałych kończyn.

Jocelyn chwyciła smycz i odciągnęła Molly, ale drugi koniec nadal 

oplatał nadgarstek Tuckera. Kiedy odsuwała psa, pociągnęła, szarpiąc 
go za rękę i Tucker ponownie jęknął z bólu.

Natychmiast puściła smycz.
-   O   rany.   Przepraszam.   Ja...   -   Uklękła   obok   niego   bezradnie   i 

chciała   coś   zrobić,   ale   Molly   znów   była   przy   nich   i   próbowała 
dosięgnąć twarzy Tuckera. Jocelyn odgoniła ją stanowczo.

- Molly, siad!
Zawstydzony pies posłuchał. Zadowolona, że labrador na moment 

pozostanie w miejscu, Jocelyn pochyliła się nad Tuckerem, który leżał 
na plecach i poruszał ramieniem.

- Gdzie cię boli? - Od razu zabrała się do rozplątywania smyczy z 

jego nadgarstka i robiła to bardzo ostrożnie, w obawie, że coś sobie 
złamał.

- Wszędzie - odpowiedział i skrzywił się, próbując oprzeć się na 

łokciu.   Przeszył   go   ból   i   zrezygnował   z   wysiłków.   -   Daj   mi   rękę? 
Pomóż mi usiąść.

Jocelyn zawahała się.
-   Jesteś   pewien,   że   powinieneś   się   ruszać?   Jeśli   coś   sobie 

złamałeś...

- Nie. Niczego nie złamałem. - Tucker wreszcie spojrzał w jej stro-

nę i pełen wyrzutu uśmiech wykrzywił mu kąciki ust. - Tylko najadłem 
się   wstydu.   Reszta   mnie   jest   nietknięta,   tylko   powykręcana   i 
posiniaczona. No i trochę podrapana - popatrzył na zakrwawioną dłoń. 
- Nie wiedziałem, że beton jest taki szorstki i twardy. Jedno jest pewne 
- o wiele twardszy niż trawa, na której ty wylądowałaś.

Potok wymowy przekonał Jocelyn, że jego obrażenia były niewiel-

kie, tylko bolesne. Z uczuciem ulgi pochyliła się i pomogła mu usiąść.

- Obejmij mnie ramieniem - poleciła, założyła sobie jego rękę na 

szyję, a drugą objęła go mocno.

Ich twarze były teraz blisko i Jocelyn zauważyła złote plamki w 

jego   brązowych   oczach.   Poczuła   nagły   skurcz   serca,   ciepło   i   coś 
niezwykłego zawisło w powietrzu. Tucker pachniał świeżym mydłem, 
leśną wodą po goleniu i tytoniem.

W tej samej chwili wyczuła dłonią jego mięśnie. Nie spodziewała 

się tego po szczupłej z pozoru sylwetce.

- Słyszałem o facetach, którzy dla kobiet potrafią upaść bardzo ni-

sko - mruknął, a w jego oczach dostrzegła silny blask. Przyglądał się 
jej leniwie. - Ale zawsze myślałem, że to tylko metafora.

Jocelyn miała pustkę w głowie i nie przychodziła jej na myśl żadna 

odpowiedź. Nie potrafiła otrząsnąć się z uczucia, które odczuwała w 
bliskości Tuckera.

Nagle czar prysł i czyjeś nogi zatupotały po schodach. Ktoś zbiegał 

po stopniach, a oprócz kroków słychać było stukanie laski.

- Panie Tucker - dobiegł ich znajomy,  zatroskany głos Obediaha 

Melchiora. - Co się stało? Wezwać karetkę?

- Nie, nie trzeba - oznajmił stanowczo Tucker. - Potrzebuję tylko 

pomocy, żeby usiąść, to wszystko.

background image

Zacisnął ramię na szyi Jocelyn i oparł się o nią. Zebrała siły, żeby 

utrzymać jego ciężar i mocniej chwyciła go za plecy. Podciągnął się 
do góry i zdołał usiąść, zanim staruszek się do nich zbliżył.

- Na pewno wszystko w porządku, panie Tucker? Wygląda pan nie-

tęgo. - Obediah pochylił się nad nim, sapiąc trochę po biegu. - Co za 
okropny upadek.

- Rzeczywiście. - W spojrzeniu, które Tucker rzucił Jocelyn, było 

coś delikatnego i rozbawionego.

Potem   odwrócił   wzrok.   Przez   chwilę   czuła   się   chyba 

rozczarowana. Kiedy Tucker zdjął ramię z jej szyi,  Jocelyn  zabrała 
drugą rękę. Poczuła tę krótką chwilę fizycznego kontaktu, ciepła i siły, 
jaka   od   niego   promieniowała.   Tucker   chciał   wstać,   ale   po   chwili 
syknął z bólu.

- Chyba skręciłem nogę w kolanie.

Pochylił się do przodu, popatrzył na nogę i rzucił psu zirytowane 

spojrzenie.

- Zobacz, co zrobiłaś z moim ubraniem, Molly. W całkiem dobrych 

spodniach mam teraz dziurę na kolanie. - Pies szczeknął w odpowiedzi 
i położył się na brzuchu, ogonem zamiatając chodnik. - Mylisz się,
Molly - poinformował ją Tucker. - Podziurawione spodnie dawno wy-
szły z mody.

Obejrzał   pęknięcie   i   otartą   skórę   wokół   zakrwawionej   rzepki. 

Skrzywił się, wydłubał z rany kawałek betonu i odrzucił na bok.

- To kolano powinien zobaczyć lekarz - oznajmił Obediah.
- Nie. Potrzebuję tylko wody z mydłem i trochę jodyny. - Tucker 

spróbował zgiąć nogę i nieco przybladł. - Przyda się porządny bandaż 
elastyczny.

- Mam nadzieję, że staw masz w porządku - zmartwiła się nagle 

Jocelyn.

- Też mam taką nadzieję - zapewnił ją Tucker. - Kolano jest mocno 

stłuczone i chyba naciągnąłem ścięgna. - Próbował przenieść ciężar na 
drugą nogę. - Aj! - Przewrócił się na plecy.

- Co się stało? - Spojrzała zaniepokojona.

- Coś mnie ukoiło. - Tucker wyciągnął połę marynarki i sięgnął do 

kieszeni w poszukiwaniu przeszkadzającego mu  przedmiotu. - Moja 
fajka. - Wyciągnął dwa kawałki. - Molly, złamałaś mi fajkę.

Pies z miną  winowajcy położył  głowę na chodniku i zapiszczał. 

Jocelyn   nie   chciała   się   śmiać,   ale   cała   sytuacja   wydała   jej   się 
komiczna.

- Cieszę się, że kogoś to bawi - mruknął Tucker. - Tak się składa, 

że to była moja ulubiona fajka i Molly dobrze o tym wie. - Wrzucił 
kawałki do innej kieszeni.

- Chyba tak - zgodził się Obediah z uśmiechem. - Jest taka skru-

szona jak człowiek.

- Dlaczego ludzie, kiedy to mówią, myślą, że prawią psu komple-

ment? - Połamana fajka już go nie uwierała, Tucker obrócił się więc na 
prawy bok i zgiął jedno kolano, a zranioną nogę starał się trzymać pro-
sto.

- Wnikliwa obserwacja, panie Tucker. A teraz pomożemy ci wstać. 

- Obediah wyciągnął rękę, wsunął ją Tuckerowi pod pachę. - Panno 
Jones, proszę wziąć go pod drugie ramię. Zobaczymy, czy się uda.

Wszyscy troje dali z siebie wszystko i po chwili Tucker stanął na 

nogi, choć z wysiłkiem i grymasem na twarzy.  Postał przez chwilę, 
przeniósł ciężar ciała na prawą nogę, a potem ostrożnie wysunął lewą 
stopę do przodu, sprawdzając, czy lewe kolano go utrzyma.

-   Będzie   dobrze   -   uparł   się,   mówiąc   bardziej   do   siebie   niż   do 

Jocelyn   i   Obediaha.   Pokuśtykał   kilka   kroków   do   przodu,   wyraźnie 

background image

oszczędzając lewą kończynę.

- Moim zdaniem powinieneś iść do lekarza - powiedziała Jocelyn. 

-Trzeba prześwietlić to kolano.

- Nie potrzeba - odrzucił ten pomysł  Tucker. - Odeśle mnie  do 

domu,   każe   obłożyć   lodem,   zabandażować   i   brać   środki 

przeciwbólowe. Będę musiał zapłacić za wizytę, prześwietlenie i nie 

wiadomo co jeszcze.

- Ale... - zaczęła.
- Jesteś z Iowa, Jonesy - przypomniał jej. - Kiedy ktoś wychował 

się na farmie, sam dba o swoje zdrowie. Jeśli choremu zwierzęciu się 

pogarsza, dopiero wtedy wzywa  się weterynarza. Nie płacisz mu za 

przyjazd do każdego kichnięcia i kulawej nogi.

- Ale ty nie jesteś krową - zirytowała się Jocelyn. Tucker rzucił jej 

oburzone spojrzenie.

- Jasne, że nie. Raczej młodym byczkiem, ale...
- Dobrze wiesz, że nie to miałam na myśli. - Zarumieniła się roz-

drażniona.

- Wiem, wiem. - Machnięciem ręki zlekceważył jej protest. - Cho-

dzi o zasadę - człowiek czy zwierzę.

Jocelyn zacisnęła na ramionach skrzyżowane dłonie.

- Co za śmieszne podejście, Tucker... - Chciała mu powiedzieć, że 

jeśli szkoda mu pieniędzy na wizytę u lekarza, ona może zapłacić. I 

wtedy przyszło jej do głowy, że nie wie, czy nie ma za mało pieniędzy.

Na szczęście wtrącił się Obediah, który coś jej delikatnie przypo-

mniał.

- Pan Tucker ma prawo sam decydować, czy pójdzie do lekarza, 

czy nie. Może zajmiemy się odwiezieniem go do domu, żeby mógł 

sobie opatrzyć kolano. - Odwrócił się do Tuckera. - Gdzie jest pana 

samochód?

- Przyszedłem z Molly piechotą. - Na dźwięk swojego imienia pies 

podbiegł do Tuckera i już szczekał z podniecenia. Tucker próbował ją 

uciszyć. - Spokój, Molly. Już po porannym spacerze. Musimy wracać 

do domu.

Słysząc słowo „dom” pies uspokoił się, popatrzył na pana z niedo-

wierzaniem.

- Nie patrz tak na mnie - powiedział zirytowany. - To wszystko 

twoja wina.

- Twój pan ma rację, Molly. - Obediah wziął drugi koniec smyczy. 

-A teraz wróćmy do sedna sprawy. Mieszka pan daleko stąd?

- Niedaleko i proszę, mów mi po prostu Tucker - oznajmił ostro. 

-Nie podoba mi się słowo „pan”. Tak mówią do mojego taty. Cały czas 

mam ochotę oglądać się przez ramię,  bo mam wrażenie, że stoi za 

moimi plecami i pan Obediah mówi do niego.

- Bądź milszy - zbeształa go Jocelyn. - Próbujemy ci pomóc, więc 

mógłbyś okazać trochę wdzięczności.

- Jestem wdzięczny - odparł Tucker i wyprostował się trochę. - 

Wybacz, że nie padnę na kolana i nie będę was całował po rękach, ale 

trochę boli mnie noga.

- A przez kogo? - dopytywała się Jocelyn. - I nie obwiniaj Molly, 

bo sam skakałeś przez schodki i pędziłeś za mną.

- Co miałem robić? Nie mogłem ci pozwolić tak po prostu odejść!
- Oj, dzieciaki, przestańcie - Obediah stanął między nimi i uniósł 

rękę w pokojowym geście. - Nieważne, jak zdarzył się wypadek i czyja 

to   wina.   Tucker   zranił   się   w   kolano   i   musimy   go   stąd   zabrać   jak 

najszybciej.

- Dziękuję. - Tucker wykonał sztuczny ukłon.
- Proszę bardzo. - Obediah skinął głową i uśmiechnął się łagodnie 

pod białym wąsem. - Na razie usiądź wygodnie na schodkach, a ja we-

zwę taksówkę i odwieziemy cię do domu.

- Tylko niech Molly ze mną zostanie - zażyczył sobie Tucker. - Jak 

background image

taksówkarz   zobaczy   pana   z   psem,   wyłączy   znak,   że   jest   wolny   i 

odjedzie.

- Ja wezmę Molly - zaproponowała Jocelyn i sięgnęła po smycz. 

Tucker popatrzył na nią, ale nie powiedział ani słowa. Pokuśtykał do 

schodów, a Obediah cały czas podpierał go ramieniem. Pokręcili się 

chwilę niezgrabnie i wreszcie Tucker usiadł na schodach, odchyliwszy 

się do tyłu.

- Zaraz będę z powrotem - powiedział Obediah i rzucił okiem na 

Jocelyn. - Zostań z Tuckerem i pilnuj, żeby nie zrobił sobie więcej ja-

kiejś krzywdy.

Kiedy zostali sami, zapadła niezręczna cisza.

Rozdział 7

Jocelyn   postanowiła   być   chłodna   i   obojętna.   Podeszła   z   Molly  do 

schodów i usiadła kilka metrów od Tuckera. Cały czas walczyły w niej 

różne emocje. Była  zmartwiona i nie wiedziała dokładnie dlaczego. 

Jednocześnie   chyba   nie   miała   powodów   do   obaw,   że   zostanie 

zdemaskowana.   Tucker   był   przyczyną   jej   kłopotów   -   on   i   kilka 

gorących słów, które wymienili, kiedy odmówił pójścia do lekarza.

Dlaczego do diabła obchodziło ją, czy pójdzie się zbadać, czy nie? 

Nie miała z nim nic wspólnego. Do tej pory znała człowieka tylko z 

jego  artykułów   w   gazecie.   Teraz   dowiedziała   się,   że   jest   zabawny, 

ciepły i inteligentny. I co z tego?

Ale   sprawa   miała   się   tak,   że   Tucker   był   człowiekiem,   którego 

mogłaby polubić. Gdyby była szczera wobec siebie, przyznałaby,  że 

już darzy go sympatią. Nawet więcej - podobał jej się i była zła, bo 

rozumiała, że nic z tego nie będzie. Wiedziała, że kiedy Tucker dowie 

się, że jest córką prezydenta, już nie będzie dla niej taki jak teraz. 

Spojrzy na nią innym okiem, onieśmieli go jej pozycja i przestanie ją 

traktować   jak   zwykłą   dziewczynę.   Tak   było   za   każdym   razem,   ze 

wszystkimi ludźmi, których
poznawała.

Jocelyn   zdawała   sobie   sprawę,   że   nie   powinna   się   dziwić 

normalnej ludzkiej reakcji. Sama doświadczyła takiego uczucia, kiedy 

po raz pierwszy weszła do Gabinetu Owalnego i zobaczyła  ojca za 

biurkiem. Dostała wtedy gęsiej skórki. Przez chwilę ów mężczyzna nie 

był   jej   ojcem,   tylko   Henrym   Wakefieldem,   prezydentem   Stanów 

Zjednoczonych, i patrzyła na niego pełna podziwu.

Mimo   że   rozumiała   powody,   nie   lubiła   takich   sytuacji.   Była 

wprawdzie córką prezydenta, ale nie chciała wyłącznie w ten sposób 

określać swojej wartości. Pozycja, jaką miała, trafiła jej się wyłącznie 

przez przypadek.

Nie wiedziała, czy Tucker pomyśli  podobnie. W duchu bała się 

prawdy i rozczarowania, gdyby myślał inaczej.

Zaplanowała sobie wesoły, beztroski dzień i ogarnęła ją złość, że 

wszystko stało się inaczej. Uniosła głowę i popatrzyła w stronę słońca 

i strzelistego pomnika Waszyngtona.

- Czy wiesz... - zaczął Tucker i Jocelyn przypomniała sobie o jego 

obecności.   Mówił   do   niej   zagniewany.   -   Zawsze   kiedy   patrzę   na 

Kapitol,   zastanawiam   się,   co   nasi   przodkowie   powiedzieliby   o 

dzisiejszych podatkach.

Jocelyn   uśmiechnęła   się   mimo   woli,   słysząc   ironię   w   głosie 

Tuckera. Pomyślała, że specjalnie stara się ją rozbawić.

- Chciałbym się dowiedzieć - stwierdził i palcami dotknął zdartej 

skóry dłoni. Potem popatrzył  na pomnik Waszyngtona. - Wiesz, że 

gdyby   przeciągnąć   linię   od   Kapitału   do   pomnika   Waszyngtona,   a 

potem   tutaj   do   pomnika   Lincolna,   i   dalej   przez   Potomak,   to 

doprowadziłaby   do   Arlington,   do   domu   Roberta   Edwarda   Lee? 

background image

Zawsze mnie to dziwiło, że pomnik Lincolna stoi w linii prostej od 

domu   Lee,   i   dzieli   je   jedynie   rzeka.   Zastanawiające,   dlaczego 

posiadłość Lee zamieniono na narodowy

cmentarz.

- Ciekawe. - Jocelyn podrapała Molly za uchem. Starała się zacho-

wać obojętność i dystans. Nie chciała dać się wciągnąć w pozornie 

niewinną rozmowę.

- Mam wrażenie, że między nami też płynie taka rzeka - powiedział 

Tucker i Jocelyn, zupełnie nie wiedząc dlaczego, zrobiła się czujna. 

-Mój dziadek zawsze powtarza, że jeśli spierasz się z głupcem, to ty 

jesteś głupi. Teraz sam czuję się idiotycznie, bo kłóciłem się z tobą o 

lekarza. Przepraszam.

- Przyjmuję przeprosiny -powiedziała, ale cały czas skupiała uwagę 

na psie.

-   Cieszę   się.   -   Kątem   oka   dostrzegła,   że   Tucker   skinął   głową. 

Jocelyn czuła, że musi coś jeszcze dodać.

- Obediah miał rację -jeśli nie chcesz, żeby lekarz obejrzał to kola-

no, to twoja sprawa.

- Słusznie. Dziękuję ci.
- Proszę bardzo - odpowiedziała sztywno.
- Spójrz na to - mruknął z obrzydzeniem. - Mam krew na marynar-

ce. Chyba z tej skaleczonej ręki.

- Tylko nie obwiniaj Molly za to, co się stało - rzuciła Jocelyn i po-

czuta, jak znowu budzi się w niej gniew.

-   Nie   mam   zamiaru...   No,   może   z   początku  miałem   do  niej   żal 

-przyznał Tucker niechętnie i zaczął grzebać po kieszeniach. - Byłem 

wściekły, a teraz nie mogę znaleźć chusteczki.

- Dlatego, że się przewróciłeś? To nie jest powód do złości.
- Chodziło o coś innego - mruknął. - Byłem zły, bo ty jesteś z Iowa. 

Osłupiała Jocelyn odwróciła się raptownie w jego stronę.

- Co w tym denerwującego?
- To, że prędzej czy później pojedziesz tam z powrotem. - Tucker 

znalazł   w   końcu   chusteczkę,   przyłożył   do   skaleczonej   dłoni   i   starł 

krople   świeżej   krwi.   -   Boję   się,   że   nigdy   więcej   cię   nie   zobaczę. 

Martwi mnie to.

Jocelyn   sądziła,   że   zawsze   potrafi   opanować   rumieniec,   a   teraz 

miała rozpalone policzki i czerwoną twarz.

- To śmieszne - zaprotestowała, usiłując ukryć niezwykłe zmiesza-

nie. - Jakie to ma znaczenie dla ciebie? Przecież nawet się nie znamy.

- O to właśnie chodzi - wyjaśnił Tucker. - Zamierzałaś sobie iść i 

nie   chciałaś  dać   mi   szansy,   żebym   poznał   cię   lepiej.   Widzisz,   mój 

dziadek dawno temu powiedział, że kiedy poznam właściwą kobietę, 

poczuję to. - Jocelyn szeroko otworzyła usta, a Tucker uśmiechnął się 

przewrotnie. - Sam byłem zaskoczony.

Podniosła   się,   gotowa   natychmiast   odejść   i   zakończyć   tę 

niedorzeczną rozmowę.

- Nie uciekaj. - Tucker poprosił gestem, żeby została. - Będę wy-

glądał żałośnie, jak zacznę cię gonić z tym chorym kolanem.

Na pewno pobiegłby za nią. Wyobraziła sobie całą scenę. W oddali 

przechadzał   się   policjant,   który   na   widok   goniącego   ją   Tuckera 

ruszyłby   jej   na   pomoc.   Potem   zażądałby  dokumentów   -   a   tego  nie 

mogła zrobić.

Usiadła sztywna i spięta.
- Odpręż się - odezwał się. - Widzisz, mój dziadek powiedział mi 

coś jeszcze. Kiedy kłócisz się z żoną, to po pierwsze - musisz być pe-

wien, że masz absolutną rację, a potem szybko zakończ spór.

- Twój dziadek jest mądrym człowiekiem - mruknęła.
- Owszem - zgodził się Tucker. - Niestety zapomniałem o jego ra-

dach,   byłem   zły   i   zaczęliśmy   się   sprzeczać.   Wszystko   dlatego,   że 

ledwo cię poznałem, a zaraz pojedziesz z powrotem do Iowa.

background image

- Jesteś nienormalny - oznajmiła  Jocelyn,  chociaż wcale tak nie 

myślała.

- Tak mówią. - Skinął głową.
- Nawet nie wiesz, kim jestem i co robię - zaprotestowała.
- To prawda. - Zamyślił się nad tym przez moment. - Może udajesz 

kogoś. Oczywiście, jeśli tak jest, musisz mieć poważny powód.

-   Nie   wiem   dlaczego   słucham   tego   wszystkiego.   -   Jocelyn 

popatrzyła w stronę policjanta. Chciała, żeby sobie poszedł, albo żeby 

Obediah wrócił z taksówką.

-   Jaką   lubisz   muzykę?   -   spytał   ni   stąd,   ni   zowąd   Tucker.   -   Ja 

kocham   country  -   Waylon   Jennings,   George   Strait,   Garth   Brooks   i 

Hank   Junior.   Najbardziej   lubię   swing   z   Teksasu,   szczególnie   w 

wykonaniu Boba Willisa.

-   Ja   wolę   jazz   i   rhythm   and   blues   -   Fatsa   Wallera,   Louisa 

Armstronga, Milesa Davisa i Dizzy’ego Gillespie. Oczywiście nikt nie 

przebije niezrównanej Billie Holliday.

Tucker wydał jakiś pomruk w odpowiedzi.

- A jedzenie? Co lubisz najbardziej?
- Włoską kuchnię.
- Pizzę? - zapytał z nadzieją. Pokręciła głową.
- Makarony wszelkiego rodzaju.
Westchnął rozczarowany.
- Ja wolę meksykańskie potrawy. Im więcej sosu, tym lepiej.
- Nie przepadam za ostrym jedzeniem.
- A sport? - Przechylił pytająco głowę z nadzieją, że usłyszy lepszą

odpowiedź.

- Jestem fanką Redskins - oznajmiła bez namysłu.
- Naprawdę? - Skrzywił się zaskoczony. - Pochodzisz z Iowa i spo-

dziewałem się, że kibicujesz Packersom albo Kansas City Chiefs - po-

wiedział. Jocelyn zastanawiała się, jak uzasadnić swój wybór drużyny 

sportowej, ale Tucker ją uprzedził.

-   Uwielbiam   baseball.   Może   dlatego,   że   sam   kiedyś   grałem. 

Wykonałem   kiedyś   zwycięski   rzut   w   turnieju   w   średniej   szkole. 

Przegraliśmy mecz o mistrzostwo, ale pokonała nas drużyna z większej 

szkoły. Ich środkowy miał dwa metry wzrostu i tak samo długie ręce. - 

Przypomniał   sobie   i   zaraz   zerknął   na   nią   zaciekawiony.   -   Jesteś 

republikanką czy demokratką?

Jocelyn wpadła w panikę, ale zaraz się opanowała.

- Czy to ma jakieś znaczenie? - zapytała wyzywająco. - Przecież to 

oczywiste,   że   mamy   różne   upodobania.   Gdyby   przyjrzeć   się 

dokładniej, niewiele nas łączy.

Jocelyn   zaskoczyło,   że   mówiąc   to,   poczuła   się   w   duchu 

rozczarowana.

- Na to wygląda - potwierdził zmartwiony Tucker. - Z tego wnio-

sek, że nie będziemy się ze sobą nudzić i nasze życie  z pewnością 

będzie interesujące.

- Jak to wydedukowałeś? - Spojrzała na niego zdumiona.
- Bo to prawda - odparł spokojnie. - Mój dziadek zawsze powtarza, 

że najlepsze są małżeństwa ludzi o różnym usposobieniu. W ten spo-

sób pozostają w równowadze.

- Nigdy nie słyszałam nic równie śmiesznego. - Jocelyn zamurowa-

ło. - Zdajesz sobie sprawę, jak tacy ludzie się kłócą?

- Tylko jeśli jedno próbuje zmienić drugie - stwierdził. Westchnęła 

z roztargnieniem.

- Ciekawe, co twoja babcia o tym myśli?
Tucker uśmiechnął się ciepło.
- Moja babcia nie zastanawia się nad takimi sprawami. Cieszy się 

życiem, a mój dziadek myśli w rodzinie za wszystkich.

-   Czyje   to   zdanie,   dziadka   czy   twoje?   -   spytała   wyzywająco.   - 

Oczywiście babcia w swojej maleńkiej, ślicznej główce nie ma czegoś 

background image

w rodzaju mózgu.

- I tu się mylisz - oznajmił Tucker z ciężkim westchnieniem. - Moja 

babcia jest bystrą, inteligentną kobietą i dziadek pierwszy by ci to po-

wiedział. Z natury jest wesoła i radosna, wszędzie jej pełno. Ciągle się 

z czegoś śmieje albo zachwyca rosą na polu pszenicy, która skrzy się 

jak miliony małych diamentów. Mój dziadek pewnie nigdy by tego nie 

zauważył, gdyby nie chwyciła go za ramię i nie wyciągnęła na dwór, 

żeby mu wszystko pokazać. Poza tym to ona wyrywa go z zamyślenia 

albo gdy milczy, rozśmiesza go. On najprawdopodobniej zna Biblię na 

pamięć,  ale  to ona  pokazuje  mu   cuda.  To właśnie  jest  równowaga, 

Jonesy - wyjaśnił szczerze. - Mają sobie nawzajem coś do ofiarowania.

-  Jak  to  pięknie  brzmi.   -  Jocelyn  nigdy  nie  patrzyła  na   ludzkie 

związki   w   taki   sposób   i   nie   spodobało   jej   się   takie   praktyczne 

podejście. - Niestety, ludzie zwykle nie są tak tolerancyjni.

- Cały świat ma ten sam problem - zauważył Tucker ponuro. - Wy-

daje   nam   się,   że   wszyscy   powinni   myśleć   tak   samo,   wyglądać   tak 

samo,   mówić   to   samo   i   czuć   to  samo   co   my.   A   jeśli   tak   nie   jest, 

uważamy,   że   to   źle   i   staramy   się   przekonać   innych,   żeby   nas 

naśladowali.

- Bez powodzenia - mruknęła, zdziwiona poważnym obrotem roz-

mowy.

- Mam nadzieję, że masz rację. - Tucker uśmiechnął się krzywo. 

-Wyobrażasz sobie, jak nudny byłby świat, gdyby wszyscy mieli iden-

tyczne   zdanie   i   wygląd?   Równie   dobrze   mogłabyś   być   ostatnim 

człowiekiem  na   ziemi.   -   Rzucił   okiem  w  stronę   ulicy.   -  Nadjeżdża 

Obediah rydwanem, który odtransportuje mnie do domu. - Pochylił się 

do   przodu   i   przełożył   ciężar   ciała   na   lewą   nogę,   potem   usiadł   z 

powrotem i skrzywił się. - Po co mu dwie taksówki?

Dwa samochody podjechały jeden za drugim.

- Może ktoś przyjechał?
Obediah   Melchior   był   jedynym   pasażerem,   który   wysiadł. 

Powiedział coś do pierwszego kierowcy, potem pomachał do drugiego, 

gestem nakazując mu czekać.

- Po co nam dwie taksówki? - zapytał Tucker, kiedy Obediah pod-

szedł.

- Pierwsza nie weźmie psa. - Obediah wziął Tuckera pod ramię. 

-Kierowca twierdzi, że ma alergię na psią sierść.

- Alergię? - Tucker zmarszczył brwi, oparł się na starszym panu i 

kuśtykając, ruszył w stronę krawężnika. Jocelyn zabrała psa. - Pewnie 

nie chce, żeby Molly zaśliniła mu tapicerkę, co mnie wcale nie dziwi. 

Pojedziemy drugą.

- Czy wolno mi coś zaproponować? - powiedział Obediah i dokoń-

czył,   nie   czekając   na   odpowiedź.   -   Wydaje   mi   się,   że   będziesz 

potrzebował pomocy przy wsiadaniu i wysiadaniu. Twoje kolano już 

spuchło. Z przyjemnością pojadę z tobą do domu. Jest jednak pewien 

problem   -   nas   troje   -   ty,   ja   i   Molly   -   w   jednym   samochodzie. 

Oczywiście   Molly   jest   miłym   i   grzecznym   pieskiem,   ale   musisz 

przyznać,   że   jest   trochę   niezgrabna   i   czasami   hałaśliwa.   Może 

niechcący zrobić ci większą krzywdę.

Zanim   Obediah   doprowadził   Tuckera   do   taksówki,   Jocelyn 

zorientowała się, do czego zmierza i co zaproponuje. Instynktownie 

zwolniła, przeciwna jego pomysłowi, a Molly ciągnęła za smycz, chcąc 

dotrzymać kroku swemu panu.

- Postanowiłem, że najlepiej będzie wziąć dwie taksówki. - Podpie-

rając kiwającego się na jednej nodze Tuckera, Obediah otworzył tylne 

drzwi. - Jedna dla ciebie, a druga dla Molly. W ten sposób panna Jones 

pojedzie z tobą, a ja za wami z psem.

Tucker chwycił drzwi ręką i zerknął przez ramię na Jocelyn.

- Panna Jones może mieć coś przeciwko temu. - W jego pytającym 

wzroku była jednak nadzieja, że Jocelyn się zgodzi.

- Jestem pewien, że nie - odparł Obediah zdziwiony,  że Tucker 

background image

może mieć jakieś wątpliwości.

- Może państwo się wreszcie zdecydują -jęknął taksówkarz. - Tak-

sometr bije. Wsiadajcie, albo płaćcie.

Tucker ani drgnął i nie spuszczał z niej wzroku.

- No, Jonesy...
Jocelyn poczuła się jak w pułapce i odpowiedziała sfrustrowana:

- Odwróć się, wsiadaj i nic już nie mów.
W   duchu   wyzwała   się   od   głupich,   podała   smycz   Obediahowi   i 

przekazała mu Molly.

Wykonawszy kilka niezgrabnych ruchów i podskakując dookoła na 

jednej nodze, Tucker zgiął się w pół i uderzając głową w drzwi, usiadł 

na   tylnym   siedzeniu.   Wyciągnął   nogę   i   plecami   oparł   się   o 

przeciwległe drzwi. Jocelyn wcisnęła się po drugiej stronie i tylko raz 

uraziła go w bolące miejsce.

Tucker podał adres, taksówkarz wrzucił bieg i odjechał. Jocelyn 

obejrzała się. Upewniła się, czy Obediah i Molly jadą za nimi, a potem 

wbiła wzrok przed siebie i nie miała najmniejszego zamiaru zwracać 

uwagi na Tuckera.

Nastąpiła wręcz namacalna, niezręczna cisza. W końcu Tucker ją 

przerwał.

- Dzięki, że ze mną jedziesz. Nie myślałem, że się zgodzisz.
- Sama się sobie dziwię - potwierdziła sztywno.
- Chyba popsułem ci plany na dzisiejszy dzień - powiedział prze-

praszającym tonem.

- Nie masz nawet pojęcia jak bardzo. - Jocelyn czuła swój cenny 

czas mijający minuta po minucie. Co gorsza nie udało jej się dotrzeć 

do żadnego z wymarzonych miejsc.

- Właśnie, chciałaś gdzieś iść i miałaś coś do załatwienia - przypo-

mniał sobie. - Powinienem cię przeprosić, ale trudno mi być szczerym, 

bo cieszę się, że zostałaś ze mną.

- Jak miło, że przynajmniej jedno z nas jest zadowolone - mruknęła 

Jocelyn przez zaciśnięte usta.

- Chwileczkę. Nikt ci nie przystawił pistoletu do głowy i nie zmu-

szał, żebyś wsiadła do taksówki - przypomniał rzeczowo Tucker drwią-
cym tonem. - Jesteś tu z własnej woli.

Westchnęła ciężko.
-   Właściwie   tak,   aleja   odbieram   to   inaczej.   Teraz   powinnam 

wjeżdżać windą na szczyt pomnika Waszyngtona, który w tej chwili 
otwierają dla turystów, ale idę o zakład, że gdy w końcu tam dotrę, 
będę czekała w kolejce godzinę albo dłużej.

- Najlepiej to zrobić nocą - powiedział Tucker. - Atmosfera jest 

wtedy pełna magii, wszystkie pomniki oświetlone, kopuła Kapitelu jest 
prawie biała, a Biały Dom też cały tonie w światłach. Widać lampy 
uliczne, kolorowe neony, szyldy i sygnalizatory.

Słuchając go, bez trudu wyobraziła sobie znajome, imponujące bu-

dynki i ich widok w nocy? Skąpane w strumieniach ciągnących się aż 
do Potomaku.

Uśmiechnęła się, choć wcale nie miała takiego zamiaru.
- Brzmi tak zachęcająco, jak opowieść o twojej babci i zroszonym 

łanie pszenicy.

- Nie przyszło mi to do głowy, ale może to dobre porównanie. - 

Tucker pochylił się do taksówkarza.

- Drugi dom za rogiem. Ta obrzydliwa stara budowla z czerwonej 

cegły.

Mieszkał w jednym z ciemnych, ogromnych wiktoriańskich budyn-

ków z narożną wieżyczką. Cztery metalowe skrzynki na listy niedaleko 
frontowych   drzwi   oznaczały,   że   rezydencję   przerobiono   na 
apartamenty.

background image

Zapłacili. Tucker stanął na chodniku, a Jocelyn obrzuciła wzrokiem 

trzypiętrowy dom.

- Na którym piętrze jest twoje mieszkanie? - zaniepokoiła się.
- Lepiej nie pytaj - powiedział i podrygując, próbował utrzymać 

równowagę. - Chyba już zgadłaś, że na trzecim.

- Domyśliłam się.
Z   tyłu   zatrzymała   się   druga   taksówka.   Molly   szczeknęła   na 

powitanie   i   koniecznie   chciała   wyczołgać   się   przez   okno.   Obediah 
przytrzymał ją siłą.

- Poczekamy na nich? - zapytała Jocelyn. Uniósł brwi.

- Żeby pies jeszcze raz mnie podciął, pędząc po schodach? Nie, 

dziękuję. - Mocno chwycił ją ręką za ramię i popchnął do przodu. - 
Chodźmy. Przy odrobinie szczęścia dotrzemy na górę pierwsi.

Dotarli   już   do   wejściowych   drzwi,   kiedy   Molly   i   Obediah 

wygramolili się z taksówki.

- Jestem ciekawa - Jocelyn przytrzymała drzwi dla Tuckera - jak 

przekonałeś właściciela domu, żeby zgodził się na psa?

- Nie miałem przeszkód, bo właściciel jest niewidomy.
- Słucham? - Weszli do wyłożonego ciemnymi panelami holu. Nie 

wiedziała czy mówi poważnie, czy żartuje.

- Nie widzi i sam ma psa przewodnika. - Tucker pokuśtykał  do 

schodów. - Ma na imię Jake.

- Właściciel?
- Nie, jego pies. Jake i Molly są dobrymi przyjaciółmi. - Przytrzy-

mał się drewnianej poręczy i popatrzył w górę.

- Pomogę ci. - Podała mu ramię i ruszyli razem, a Tucker skakał na 

jednej nodze ze schodka na schodek.

Na półpiętrze między drugim a trzecim piętrem zatrzymali się na 

moment, żeby odpocząć. Jocelyn popatrzyła na krople potu nad jego 
górną wargą - dowód, jak wiele kosztował go ten wysiłek.

- Jak byś wszedł po schodach bez mojej pomocy? - zapytała.

- Pewnie tak samo, jak kiedyś, kiedy będąc dzieckiem złamałem 

nogę i miałem pokój na piętrze. Siada się na stopniu i wciąga do góry.

Z dołu dobiegł ich odgłos otwieranych drzwi i stukanie pazurów 

po posadzce.

- Chodźmy,  Molly już blisko. - Objął ją ramieniem i ruszyli po 

ostatnich kilku stopniach jeszcze szybciej  niż przedtem.  - Muszę ci 
powiedzieć - zasapał się - że tak jest o wiele lepiej niż na tyłku. No i  
mam dobry pretekst, żeby obejmować cię ramieniem.

-   Wolałabym,   żebyś   nie   mówił   takich   rzeczy   -   obruszyła   się 

Jocelyn, ale bez większego przekonania. Dotyk jego ręki sprawiał jej 
przyjemność.

- A co mam robić? Czekać aż wrócisz do Iowa? - zapytał i uniósł 

dwuznacznie brew. Z klatki schodowej dobiegły ich odgłosy kroków 
psa l sapanie. Tucker zatrzymał się u szczytu schodów.

- Może pan puścić Molly - zawołał w dół. - Już jesteśmy na miej-

scu. - Odwrócił się i mruknął do Jocelyn: - Lepiej, żeby Molly nie cią-
gnęła go przez całą drogę, bo mógłby dostać zawału.

Stukot psich łap był coraz bliżej. Tucker pokuśtykał do drzwi, po-

grzebał w kieszeniach i wreszcie wyciągnął klucz.

Zdziwiona Jocelyn przechyliła głowę na bok.
- Dlaczego to robisz?
- Co robię? - Otworzył drzwi.
- Macasz się po kieszeniach, jak czegoś szukasz. Doskonale wie-

działeś, gdzie masz klucz.

- Chyba z przyzwyczajenia. - Wzruszył ramionami i włożył klucz 

do   właściwej   kieszeni.   -   Ludzie   zawsze   spodziewają   się   po   mnie 

background image

pewnego   roztargnienia,   więc   spełniam   ich   oczekiwania.   -Na   jednej 
nodze   przeskoczył   przez   próg.   -   Oto   mój   apartament   w   całej 
okazałości.

Jocelyn wcale nie paliła się do wejścia. Chciała tylko zajrzeć, ale 

właśnie zjawiła się Molly. Miała do wyboru albo wejść, albo narazić 
się na jakiś karkołomny ruch.

Zupełnie   nie   wiedziała,   czego   się   spodziewać   po   mieszkaniu 

Tuckera.   Może   jakichś   typowo   samczych   rzeczy   i   bałaganu. 
Tymczasem salon był  wygodnie  urządzony - niezagracony,  ciepły i 
przytulny.

Na oparciu zielonej kanapy leżał porządnie złożony, wełniany koc 

w zygzakowate wzory. Ciemnoczerwony i kremowy kolor harmonizo-
wał z zielenią. Obok rezydował stary bujany fotel i stoliczek z lampą. 
Na nim właściciel umieścił stojak z trzema fajkami i pudełko na tytoń. 
W rogu pokoju stało biurko i komputer.

Jocelyn rozglądała się zaciekawiona i nie zauważyła, że Tucker i 

Molly gdzieś zniknęli. Z prawej strony rozległ się głuchy dźwięk. Coś 
upadło na podłogę, ktoś z cicha rzucił przekleństwo i staccato psich 
pazurów niosło się po podłodze.

- Co się stało? - zawołała i ruszyła sprawdzić.
Tucker   stał   w   przestronnej   kuchni   i   próbował   zadrzeć   nogę   na 

wysokość   zlewozmywaka.   Molly   tuż   obok   chłeptała   wodę   z   dużej 
szklanej miski.

- Co ty do diabła robisz? - Wytrzeszczyła oczy.
- A jak myślisz? - Tucker machnął ręką ze złością. - Chcę włożyć  

nogę pod kran i umyć.

- To nie najlepszy sposób. Chodź tu i siadaj. - Wskazała dębowe 

krzesło i zadowolona patrzyła, jak Tucker posłusznie opuszcza nogę na 
podłogę i robi krok do przodu. - Potrzebna mi miska, woda z mydłem i 
czysta szmatka.

Niewiele   myśląc,   zaczęła   otwierać   szafki   i   szuflady   w 

poszukiwaniu   niezbędnych   przedmiotów.   Tucker   nie   zatrzymał   się 
przy krześle. Pokuśtykał do drzwi.

- A ty dokąd? - Zaskoczona opuściła miskę.
- Przebrać się, a co myślałaś? - rzucił przez ramię i szedł dalej.
-   Przebrać?   A   po   co?   -   Stanęła   w   drzwiach   coraz   bardziej 

zdziwiona. Tucker zatrzymał się na moment.

- Nie umyjesz dobrze tego kolana przez dziurę w spodniach.
- Wiem, ale... - Jocelyn umilkła, bo do mieszkania właśnie wszedł 

Obediah   z   kapeluszem   w   garści,   trochę   zmęczony   wspinaczką   po 
schodach.

Tucker nie zwrócił na niego uwagi.

- Na litość boską, Jonesy, chyba nie spodziewasz się, że zdejmę 

przy   tobie   spodnie?   -   zapytał   zszokowany.   -   Jeszcze   nie   jesteśmy 
małżeństwem.

Na   dźwięk   słów   .jeszcze”   i   „małżeństwo”   Jocelyn   zamilkła   i 

poczuła gorąco zalewające twarz. Jej wzrok powędrował w kierunku 
Obediaha. Starszy pan patrzył na nią, a jego czarne oczy zaokrągliły 
się ze zdumienia. Tymczasem Tucker pokuśtykał korytarzem, zupełnie 
spokojny i opanowany.

- Czy wy jesteście zaręczeni? - Obediah palcem pokazał najpierw 

na   Jocelyn,   potem   na   oddalającego   się   Tuckera.   Jego   głos   stał   się 
szeptem.

- Skąd panu to przyszło do głowy - zaprotestowała gwałtownie i za-

czerwieniła się pod makijażem. - Poznałam Tuckera dopiero dziś rano. 
Gada jakieś głupoty.

- Naprawdę? Mam wrażenie, że mówił poważnie - zauważył zamy-

background image

ślony Obediah z nutą zainteresowania w głosie, i ruszył  za Jocelyn, 
która szybkim krokiem weszła do kuchni.

- Robi sobie głupie żarty. - Odsunęła się, żeby puścić psa, który z 

ociekającym wodą pyskiem wybierał się na poszukiwanie pana.

- Żarty - powtórzył Obediah z zainteresowaniem. Z drugiego końca 

korytarza dobiegł odgłos otwieranych drzwi i głos Tuckera.

- Przyszłaś do mnie, Molly? Chodź. - Po tych słowach drzwi zam-

knęły się.

- To był dowcip. - Jocelyn podeszła do zlewu i odkręciła kran z go-

rącą  wodą.  -  Tucker  zarabia  na  życie,  opowiadając  dobre  dowcipy. 
Obediah skrzywił się.

- Zdawało mi się, że dopiero go poznałaś.
- Nie znałam go wcześniej osobiście - wyjaśniła - ale słyszałam o 

nim. W Waszyngtonie wszyscy go znają ze słyszenia.

- Naprawdę. - Obediah wyglądał na zaskoczonego. - Opowiada ka-

wały. Jest komikiem?

- Pisze polityczne satyry. - Jocelyn dolała trochę zimnej wody do 

miski.   -   Jest   znany,   a   jego   artykuły   są   bardzo   popularne.   Ma   na 
kolumnie swoją rubrykę pod tytułem „Świat według Tuckera”.

-  Chyba  bardzo mu  się  spodobałaś.  - Obediah mrugnął   do  niej. 

Przewróciła oczami do góry.

- Niech pan da spokój.
Rozpuściła   trochę   mydła   w   misce   i   dopełniła   ją   wodą.   Kiedy 

zrobiły się bąbelki, wyjęła ręce i zakręciła kran.

- Nie mogę tego zrobić - mruknęła.

- Czego?
- Umyć mu kolana. - Patrzyła na spienioną wodę jak na truciznę. 

-Jak zmoczę ręce, farba z nich spłynie.

- No to mamy problem. - Obediah odłożył kapelusz i laskę na stół 

w kuchni i podszedł do zlewozmywaka. - Może są tu jakieś gumowe 
rękawiczki.

- Stary kawaler miałby w domu gumowe rękawiczki? - powiedziała 

z powątpiewaniem.

- Wiem, że to mało prawdopodobne, ale mieszkanie wygląda na za-

dbane.   Zobaczmy   pod   zlewozmywakiem.   -   Sięgnął   ręką   i   Jocelyn 
odsunęła się na bok. Obediah schylił się i zajrzał pod spód. - Aha! 
Wiedziałem! - Wyprostował się i wyciągnął żółte, lateksowe rękawice. 
- To powinno rozwiązać problem.

- Mam nadzieję. - Jocelyn chciała być taka pewna jak on.

Rozdział 8

Kiedy   Tucker   zamknął   za   sobą   drzwi   sypialni,   przestał   kuśtykać   i 
podszedł do łóżka, delikatnie stąpając zranioną nogą. Zrzucił podszytą 
flanelą kurtkę i zerknął na psa.

- Jak mi idzie, Molly? Jonesy nabrała się na numer z chorym kola-

nem, prawda? - Uśmiechnął się i rzucił marynarkę na łóżko. - Połknęła 
haczyk.

Molly pisnęła cicho.
- Wiem. - Tucker uniósł dłoń w geście protestu i zaczął rozpinać 

spodnie. - Wiem, że to oszustwo, ale w miłości i na wojnie wszystkie 
chwyty dozwolone. Chciała iść zwiedzać zabytki, więc musiałem coś 
wymyślić, żeby ją zatrzymać. - Ściągnął spodnie i skrzywił się trochę, 
zgiąwszy nogę w kolanie - musiał zsunąć nogawkę. - Naprawdę ude-
rzyłem się w nogę, więc nie do końca Jonesy okłamałem.

background image

Molly znowu pisnęła i usiadła, zamiatając ogonem dywan.

- Masz rację. Nie podziękowałem ci, że mnie tak ładnie podcięłaś i 

to w odpowiednim momencie. - Lekko utykając, Tucker podszedł do 
komody.  - Nie pamiętasz przypadkiem, gdzie są moje szorty khaki? 
-mruknął trochę do siebie, trochę do psa i zaczął grzebać w szufladach. 
-Nie wierzyłem,  że coś takiego może się stać, Molly.  - Patrzysz  na 
kogoś i wiesz, że to ta jedyna na świecie, przeznaczona ci osoba.

Tucker zerknął, czy pies go słucha.

- Dziadek zawsze powtarza, że miłość to najsilniejsza ludzka na-

miętność, bo od razu uderza do głowy,  w serce i atakuje wszystkie 
zmysły. - Wyciągnął spodenki z szuflady i pomachał nimi. - I wiesz 
co? Dziadek ma rację.

Molly podniosła się z dywanu, wstała i szczeknęła na widok powie-

wających spodenek, potem w jej gardle zabulgotało ciche warknięcie.

- Nie denerwuj się - upomniał ją Tucker, usiadł na łóżku i naciągnął 

szorty.   -   Nie   mam   zamiaru   zrobić   nic   głupiego,   jak   na   przykład 
pośpieszne małżeństwo, żebym potem żałował. Muszę ją lepiej poznać. 
-   Wstał   i   zapiął   guzik,   a   potem   zasunął   rozporek.   -   Zanim   ona 
przyzwyczai się do tej myśli, też minie trochę czasu. Teraz muszę coś 
wykombinować, żeby została u nas jakiś czas. - Podszedł do drzwi, 
otworzył   je   i  pokazał   Molly,   żeby  wyszła   pierwsza.   -  Ciekawe,   ile 
kosztują telefony do Iowa? -zadumał się. - Pewnie tyle samo co do 
Kansas.

Ruszył do kuchni. W ostatnim momencie przypomniał sobie, że po-

winien utykać.

Jocelyn usłyszała jego kroki i jej serce dziwnie przyspieszyło. Z 

trudem   się   uspokoiła.   Te   nerwy   to   chyba   tylko   strach   przed 
zdemaskowaniem.   Z   miską   pełną   mydlanej   wody   w   jednej   ręce   i 
gumowymi rękawiczkami w drugiej stanęła przed drzwiami.

Kiedy zjawił się Tucker w krótkich spodenkach, spojrzała na jego 

długie nogi. Kolano miał zakrwawione, ale wyglądał jak rowerzysta, 
co   się   zowie   lub   ktoś,   kto   uprawia   wspinaczkę.   Mięśnie   nóg   miał 
niezbyt duże, choć ładnie zarysowane, na skórze pozostał jeszcze ślad 
letniej opalenizny.

- Jestem - oznajmił i popatrzył najpierw na nią, a potem na miskę. 

-Jak widzę, wszystko gotowe. Co masz w ręku? Rękawiczki? - Zrobił 
kwaśną minę.

- Widzisz, Obediah, z jego wzrokiem wszystko w porządku. - Spoj-

rzała szorstko na Tuckera i niezbyt pewnie podeszła do stołu.

- Co się dzieje? Boisz się zarazków? - Tucker chwycił się blatu, 

łapiąc równowagę, i na jednej nodze podskoczył do krzesła.

- Chcę tylko zachować sterylność - skłamała.
-  To był   mój   pomysł   -  wyjaśnił  Obediah i  zrzucił  płaszcz.  Pod 

spodem   miał   jasnoczerwony   sweter,   a   pod   nim   białą   koszulę.   - 
Pomyślałem, że w obecnych czasach tak jest rozsądniej.

Tucker skinął głową i usiadł na dębowym krześle.

- Cieszę się, że nie chodzi o moje zarazki - powiedział.

Jocelyn odsunęła poranną gazetę i zrobiła na stole miejsce na miskę.

-   Może   chociaż   zdejmiesz   kurtkę?   Zamoczysz   sobie   rękawy. 

Jocelyn posłuchała go i przewiesiła kurtkę na oparciu drugiego krzesła. 
Od razu przestało jej być gorąco.

- Gdzie masz apteczkę? - Założyła rękawiczki i przybrała postawę 

pełną powagi. - Trzeba będzie położyć  gazę na to zadrapanie, albo 
przynajmniej czymś je odkazić.

- Jest w szafce na szczotki. Ja zaraz... - Tucker chciał wstać, ale 

Obediah go powstrzymał.

background image

- Nie ruszaj się i powiedz mi, gdzie jest.
- W szafce obok lodówki - pokierował go Tucker. - Na środkowej 

półce.   -   Patrzył,   czy   Obediah   znajdzie   apteczkę,   a   potem 
rozpromieniony zerknął na Jocelyn. - Te rękawiczki są na ciebie trochę 
za duże.

- Trochę, ale dam sobie radę - odpowiedziała.
Czuła się niezgrabnie, jak ktoś praworęczny nagle zmuszony do 

pisania   lewą   ręką.   Z   trudem   trzymała   w   palcach   szmatkę   i   kiedy 
zamoczyła ją w wodzie, o mało nie wywróciła całej miski.

Uklękła przy jego nogach i delikatnie obtarła krew z zadrapanej 

skóry.

- Zgadzam się - powiedział Tucker.
- Na co? - Odsunęła szmatkę, podniosła wzrok i zauważyła jego fi-

glarny uśmiech.

- Przepraszam. - Spoważniał. - Przez chwilę myślałem, że mi się 

oświadczasz, bo tak klęczałaś i... - Jocelyn uderzyła go szmatą w ranę. 
- Aj! To nie było potrzebne - zaprotestował.

- A właśnie, że tak. - Opanowała się, żeby nie sprawiać mu więcej 

bólu. Rękawiczki jej przeszkadzały.

- Jednego jestem pewien - nie jesteś zawodową pielęgniarką- za-

uważył Tucker i znowu syknął.

- Nigdy nie mówiłam, że jestem.
- Czym się zajmujesz? Jak zarabiasz na życie? - Patrzył na nią za-

ciekawiony.

- Jestem nauczycielką.
Nie   kłamała.   Skończyła   pedagogikę   i   miała   dyplom.   Gdyby   jej 

ojciec nie został prezydentem, pewnie pracowałaby w szkole.

-   Nauczycielka.   Dlaczego   nie   jesteś   w   szkole   na   lekcjach?   —

zdziwił się Tucker. - O ile wiem, teraz nie ma ferii.

Rozpaczliwie szukała w myślach dobrego usprawiedliwienia. Żeby 

ukryć   zmieszanie,   skupiła   się   na   opatrywaniu   kolana.   Jak   tu 
odpowiedzieć na jego pytanie?

- Jestem nauczycielką z zawodu. Nie mówiłam, że pracuję w szkole 

- wyjaśniła z opanowaniem, dziękując Bogu, że wie jak reagować na 
trudne pytania.

Ale Tucker nalegał.
- Skoro nie uczysz, to co robisz?

Tym razem Obediah przyszedł jej z pomocą.

- Jesteś na urlopie?

Rzuciła mu pełne wdzięczności spojrzenie.

- Niezupełnie, ale można tak to określić.
- Czego uczysz? - chciał wiedzieć Tucker.
- Historii Stanów Zjednoczonych - odparła pewnie.
-   Teraz   rozumiem,   dlaczego   przyjechałaś   do   Waszyngtonu 

-powiedział.

- Cieszę się. - Jocelyn wypłukała szmatkę.
- Słusznie zrobiłaś. Tutaj oddychamy historią, śledzimy ją, bo Wa-

szyngton jest stolicą i tu nasi przywódcy, jedni chlubnie, drudzy mniej, 
zapisali się w naszych dziejach.

Powiedział to językiem swoich artykułów i Jocelyn od niechcenia 

uśmiechnęła się. Sprytnie dobierał słowa, kiedy odrobinę złośliwie mó-
wił o rzeczach poważnych.

Nie chciała dyskutować z nim ani o polityce, ani o stolicy.
- Znalazł pan coś na rany w apteczce, Obediah? - zapytała. - Już 

prawie skończyłam i teraz trzeba czymś zdezynfekować zadrapanie.

- Zaraz zobaczę. - Położył pudełko na stole, otworzył metalowy za-

mek i podniósł wieko. Zbadał zawartość apteczki: plastry, gazę, banda-

background image

że, maści, spraye i inne leki. - Wielkie nieba, jesteś przygotowany na 
każdą ewentualność.

- Zawsze - potwierdził Tucker zdecydowanym skinieniem głowy.
- Niech zgadnę - mruknęła Jocelyn, rzucając mu zaczepne spojrze-

nie. - Byłeś skautem.

- Mam jeszcze odznaki, jeśli mi nie wierzysz. - Tucker ze śmiertel-

ną powagą uniósł trzy palce jak do skautowskiej przysięgi. W kącikach 
oczu czaił mu się śmiech. - Jestem lojalny, pomocny i można mi całko-
wicie zaufać.

- Już to gdzieś słyszałam. - Jocelyn skończyła wycierać zabrudzone 

kolano   i   wrzuciła   szmatkę   do   wody.   Tucker   ściągnął   brwi,   nie 
rozumiejąc.

- Kto tak mówił? Twój były chłopak?
- Nie, zdrajca Benedict Arnold, amerykański generał z wojny o nie-

podległość - odparła, nie dając się sprowokować. - Znalazł pan środek 
dezynfekujący, Obediah?

- Mam coś w aerozolu i... Tucker przerwał mu gwałtownie.
- Ach, ten Benedict. Nie byłem pewien.
- .. .tubkę maści z antybiotykiem dokończył starszy pan.
- Jestem pewna, że wcale się nie domyśliłeś - oznajmiła i sięgnęła 

po   odkażający  spray.   -   Wezmę   to  -   powiedziała   do   Obediaha.   -   A 

potem położymy trochę maści na gazę i zabandażujemy kolano.

- Masz chłopaka? - spytał Tucker.
- Nie twoja sprawa - odpowiedziała szybko.
- Być może. Wszystko zależy od tego, jak poważnie jesteś z nim 

związana.

- A jeśli powiem, że tak, to co zrobisz? - Potrząsnęła opakowaniem.

- Zależy od tego, czy jest  dobrze zbudowany.  Na szczęście nie 

masz na palcu pierścionka. - Pokazał na jej lewą dłoń.

Przez luźną rękawiczkę było wyraźnie widać, że na palcach nie ma 

żadnej biżuterii.

- A może go zdjęłam. - Spray zasyczał, kiedy rozpyliła lekarstwo 

na podrapane kolano.

- Jeżeli zdjęłaś, to bardzo dobrze - skwitował, jak zwykle znajdując 

coś pozytywnego.

- Dlaczego? Może po prostu bałam się, że go zgubię. - Jocelyn 

zamknęła pojemnik.

- Możliwe - zgodził się z trudem Tucker. - Ale coś mi mówi, że nie 

nosisz pierścionka, bo go nie masz. A skoro go nie masz, to nie jesteś 

w poważnym związku. Inaczej spędzałabyś wakacje z mężczyzną, a 

nie szwendała się sama po Waszyngtonie.

Przez   chwilę   miała   ochotę   wymyślić   sobie   chłopaka,   żeby 

podrażnić   Tuckera.   Ale   im   więcej   kłamstw,   tym   trudniej   je   będzie 

spamiętać.

Postanowiła powiedzieć prawdę.

- Wspaniała dedukcja, Sherlocku. Jestem wolna.
- Podstawy, moja droga Jonesy, podstawy - podchwycił.
- Nie nazywaj mnie tak - mruknęła niezadowolona. Wyprostowała 

się, zdjęła rękawiczki i zauważyła, że Obediah już przygotował plaster. 

Duży kawałek sterylnej gazy leżał na papierowym opakowaniu, a obok 

niego tubka z maścią.

- Co ci się nie podoba? - spytał Tucker niewinnie. - Przecież to 

twoje nazwisko?

-   Nazywam   się   Lynne   Jones,   a   nie   Jonesy.   -   Zakręciła   tubkę. 

Zmrużył oczy i przyjrzał się jej uważnie.

- Dziwne, ale imię Lynne nie pasuje do ciebie. Nie zrozum mnie 

źle. Jest bardzo ładne - dodał szybko. - Kiedy je wymawiasz, brzmi 

delikatnie i słodko jak marzenie.

background image

- Uważasz, że Jonesy jest lepsze? - Nie spodobał jej się wątpliwy 

komplement.

- Właściwie tak. Przyznaję, że Jones to pospolite nazwisko i brzmi 

szorstko,   ale   pasuje   do   ciebie.   Jesteś   silna,   piękna,   rozsądna   i 

naturalna.

Jocelyn nie była ani rozsądna, ani naturalna. Nie nazywała się prze-

cież Lynne Jones, tylko Jocelyn Wakefield i nie była nauczycielką, 

tylko córką prezydenta.

- Bardzo trafnie opisałeś pannę Jones. - Rozpromieniony Obediah 

popatrzył z aprobatą na Tuckera. - Z pewnością jest silna. Kiedy upa-

dłeś, szybko zareagowała i nie wpadła w panikę. Oczywiście jest atrak-

cyjną kobietą, a jeśli chodzi o rozsądek, to widać, jak zajęła się twoimi 

obrażeniami. Nie ma wątpliwości, że ma ciepłe i wrażliwe serce.

- Widzisz? - Tucker pokazał, że zgadza się z Obediahem. - Sam 

bym tego lepiej nie powiedział.

- Przestańcie. Obaj  - zażądała zawstydzona  Jocelyn.  Nie chciała 

tego więcej słuchać. Ze złością wycisnęła dużą ilość maści na gazę. - 

To jest okropnie krępujące - mruknęła.

- I do tego jest skromna. - Obediah patrzył na nią z uznaniem, ale w 

oczach   miał   błysk,   który   zdradzał,   że   pamięta   o   ich   wspólnej 

tajemnicy. Jocelyn miała ochotę go uderzyć.

-   Proszę   przestać   -   zaprotestowała.   -   Pan   go   tylko   podjudza, 

Obediah.

-   Ktoś   musi,   od   ciebie   nie   wychodzi   żadna   zachęta   -   mruknął 

Tucker.

- Wyciągnij z tego wnioski - hardo odpowiedziała.
- Dobrze. Zaczynam odnosić wrażenie, że za ostro się do ciebie za-

bieram - przyznał ponuro i zaraz zaczął się tłumaczyć. - Musisz zrozu-

mieć, że mam mało czasu.

- Ja też i tracę go na dyskusje z tobą. - Zła na siebie i na Tuckera, 

Jocelyn chwyciła gazę i uklękła do opatrunku.

- Jak wygląda moje kolano? - Rozsądnie zmienił temat.
- Jakbyś przewrócił się na betonie i zdarł kilka warstw skóry - prze-

rwała na chwilę i rozsmarowała maść.

- Aż tak źle? - Tucker pochylił się, żeby zobaczyć, akurat kiedy 

Jocelyn chciała zabandażować nogę.

Uderzyli   o   siebie   głowami   i   Jocelyn   odruchowo   złapała   się   za 

bolące   Miejsce.   Chciała   się   też   upewnić,   czy   peruka   nie   zmieniła 

położenia.

- Boli cię? - zatroskał się Tucker. - Pokaż.

Odepchnęła jego wyciągniętą rękę w obawie, że rozpozna perukę.

- Nic mi się nie stało, ale ty zaraz oberwiesz, jeśli nie usiądziesz 

prosto na krześle i nie dasz mi skończyć.

- Dobra, dobra - Tucker ostentacyjnie oparł się o krzesło. - Tylko

tak pytałem.

- Nic mi nie jest. - Jocelyn coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że 

przebywanie   w   towarzystwie   Tuckera   jest   nierozsądne.   Delikatnie 

przytrzymała gazę i wyciągnęła rękę do Obediaha. - Poproszę o plaster.

- Oto on.
Tucker z założonymi rękami obserwował, jak Obediah podaje jej 

kawałek plastra. Zanim go przykleiła, odezwał się.

- Nie chcę się wtrącać, ale ten plaster odklei się od mokrej skóry. 

Miał rację. Skóra wokół rany była jeszcze wilgotna.

- Potrzebny mi ręcznik.
- Przyniosę. - Obediah szybko podszedł do szafki.

- W górnej szufladzie na prawo od zlewu są czyste ręczniki - poin-

struował go Tucker. - Niech pan weźmie jeden z nich.

Obediah wyciągnął duży biały ręcznik z wyhaftowaną w rogu mar-

chewką na nóżkach.

background image

- Może być ten?
- Idealny - oznajmiła Jocelyn.

Chwilę   później   miała   kolejny   problem.   Jedną   ręką   trzymała 

opatrunek, a do drugiej przykleił jej się plaster.

Tucker rozwiązał kłopot i sam wziął ręcznik od Obediaha.

- Zajmę się tym.
Znów się pochylił, otarł wilgotną skórę na brzegach rany z jednej 

strony,  a potem z drugiej. Jocelyn  opuściła głowę, czując na sobie 

jego badawczy wzrok.

I nagle, zupełnie niespodziewanie, zadał jej pytanie:

- Dlaczego tak mocno się malujesz?
Zaskoczona   Jocelyn   usiadła   na   piętach,   a   puls   przyspieszył   jej 

alarmująco.  Spojrzała na niego szeroko rozwartymi  oczami,  ale na 

twarzy Tuckera widniała tylko czysta ciekawość.

Odetchnęła spokojniej, wzięła drugi kawałek plastra od Obediaha, 

i odpowiedziała z lekką wymówką w głosie:

- Nie przyszło ci do głowy, że to bardzo osobiste pytanie?
- Być może - zgodził się. - Ale masz taką piękną twarz i pomyśla-

łem, że może chcesz ukryć jakieś blizny.

- A jeśli nawet, to myślisz, że bym ci powiedziała? - Wiedziała, że 

stoi na straconej pozycji, postanowiła więc przejść do ataku. - Nie maić 

zamiaru ci się zwierzać. Nawet cię nie znam.

- Właśnie staram się to zmienić, nie widzisz? Dlatego zadaję ci tyle 

pytań. Oczywiście, przyznaję, że działam tylko jednostronnie. Może ty 

powinnaś mnie o coś spytać.

- Przepraszam, ale nie ma nic takiego, co by mnie interesowało. I 

tak wie o nim wystarczająco dużo. Polubiła Tuckera. Szczerze mówiąc, 

czuła   coś  więcej   -   podobał   jej   się.   Zaskoczyła   samą   siebie.   Gdyby 

okoliczności były nieco inne, na pewno chciałaby się przekonać, co 

wyniknie z takiej znajomości. Teraz jednak nie miała takiego zamiaru. 

Tucker skrzywił się, zraniony jej odpowiedzią.

- Mam wrażenie, że zasłużyłem na takie słowa.
- Owszem. - Jocelyn skończyła opatrunek i odsunęła się. - Gotowe.
- Dobrze. - Skinął głową zadowolony. - Możemy teraz przejść do 

kolejnego punktu.

- O co ci chodzi?
- Leczenie zwichnięcia. Odpoczynek, przykładanie lodu, unierucho-

mienie i zawieszenie w górze - powiedział to wszystko bez zastanowie-

nia i nie przyszło mu do głowy, jak ona może zrozumieć jego słowa. 

Pokazał   na   apteczkę.   -   Znajdź   bandaż   elastyczny   i   poszukaj 

plastikowej   torebki   na   lód.   Obediah,   znajdziesz   taką   specjalnie 

zamykaną w drugiej szufladzie pod ręcznikami. Tylko weź dużą.

- Rzeczywiście duża będzie lepsza. - Obediah małymi  kroczkami 

popędził do szafki, a Jocelyn wyjęła z apteczki beżowy bandaż ela-

styczny.

- Świetnie wydajesz rozkazy. - Dała mu do potrzymania metalowe 

zapięcie i uklękła raz jeszcze przy kolanie, które wyciągnął prosto i 

czekał, aż je mocno obwiąże.

- Inaczej bym to nazwał - poprawił ją Tucker spokojnie. - Po prostu 

dobrze wiem, co i jak należy robić. Gdyby nie wy, musiałbym poradzić 

sobie sam, ale cieszę się, że nie ma takiej potrzeby.

Zbesztana Jocelyn zabrała się do pracy. Zawiązała bandaż wokół 

kolana na krzyż, żeby lepiej się trzymał i zapięła. Obediah stał przy 

lodówce i trzymał torbę z grzechoczącymi kostkami lodu. Jedna spadła 

na podłogę, a Molly szybko ją złapała i zaniosła na swoje posłanie.

- Masz rodzeństwo? - spytał Tucker i opowiedział od razu o sobie. 

-Ja jestem jedynakiem.

- Ja też.
- Zabawne, bo wydawało mi się, że pochodzisz z dużej rodziny. A 

rodzice?

background image

Pomyślała,   że   lepiej   odpowiedzieć   na   pytania,   niż   wzbudzać 

jeszcze większą ciekawość. Poza tym wcale nie musi kłamać.

- Moja matka zginęła w wypadku samochodowym kilka lat temu.
- Przykro mi - odparł szczerze. - A ojciec żyje?
- Tak. - Teraz wchodzili na grząski grunt.
- Co robi?
- Jest... - Jocelyn zawahała się. Nie chciała oszukiwać, ale nie mo-

gła powiedzieć prawdy. - Pracuje dla rządu.

Obediah   kaszlnął,   żeby   stłumić   chichot.   Na   szczęście   Tucker 

niczego nie zauważył.

- Prawie połowa obywateli pracuje dla rządu. Tu w Waszyngtonie, 

jeśli nie są zatrudnieni przez nasz rząd, to z pewnością przez jakiś obcy 

- powiedział.

-  To prawda.  Nie  za  ciasno  zawiązałam?   -  zapytała,   zmieniając 

temat.

- Nie. Jest bardzo dobrze - zapewnił z roztargnieniem. - Wierzysz 

w Świętego Mikołaja?

- Znowu wracamy do tematu świąt? - powiedziała raczej rozbawio-

na niż zirytowana.

- Obediah świadkiem,  że o świętach można  rozmawiać zawsze. 

Poza   tym   -   ciągnął   Tucker   -jeśli   się   pobierzemy   i   będziemy   mieć 

dzieci, muszę wiedzieć, co opowiesz im o Mikołaju.

Bandaż wypadł jej z nagle zdrętwiałych palców i ostatni kawałek 

rozwinął się na podłodze. Na kolanie poluzowały się trzy warstwy.

Rozgniewana tym pytaniem, swoją na nie reakcją, i tym, że musi 

bandażować od nowa, oznajmiła krótko:

- Nie zamierzam wychodzić za ciebie za mąż, Tucker.
- Jeszcze nie teraz - zgodził się wielkodusznie.
- Jesteś absolutnie niepoprawny - oskarżyła go i zacisnęła mocno 

bandaż.

- Ostrożnie. Odetniesz mi dopływ krwi - ostrzegł ją Tucker, potem 

uśmiechnął się szeroko i szelmowsko. - To właśnie robi z człowiekiem 

małżeństwo, prawda? Odcina mu dopływ krwi.

Kiedy Obediah znów zachichotał i wydął policzki, Jocelyn rzuciła 

im takie spojrzenie, że obaj zamilkli.

- Bardzo śmieszne.

Obediah uśmiechnął się i zrobił mądrą minę.

- Lepiej śmiać się, niż nad tym płakać.
- Dobrze powiedziane. - Tucker uniósł dłoń i zasalutował mu, a po-

tem   zwrócił   się   do   Jocelyn.   -Nie   odpowiedziałaś   na   moje   pytanie, 

Jonesy. Wierzysz w Świętego Mikołaja?

- Nie jestem już dzieckiem. - Powoli, z wysiłkiem zwinęła bandaż 

w rolkę. - Jeżeli w ogóle myślę o Mikołaju, to jak o cudownej bajce.

- A jak ona powstała? - zapytał Obediah z miną człowieka, który 

wszystko wie. - Dla mnie sama historia jest piękna.

- Historia? - Tucker zmarszczył się i był ciekaw, czy Jocelyn wie-

działa, o czym mówi Obediah. Ale ona również nie miała pojęcia.

- Miałem na myśli historię Świętego Mikołaja - wyjaśnił Obediah.
- Święty Mikołaj - powtórzył Tucker bezwiednie. - Istniał napraw-

dę?

- Tak. Mam na myśli Mikołaja z Patary, w Turcji. Kościół katolicki 

uznawał go za świętego. - Obediah położył torebkę z lodem na stole, a 

kostki zagrzechotały.

- Coś mi się przypomina - przyznał Tucker i zamyślony skinął gło-

wą. - Ale ja nie jestem katolikiem. A ty, Jonesy?

- Ja też nie, ale pamiętam, jak czytałam gdzieś, że Święty Mikołaj 

był   patronem   dzieci.   Wiem,   że   nadawano   mu   różne   imiona.   - 

Przypominała sobie niewiele.

-   To   długa   historia.   -   Obediah   przysunął   sobie   drugie   krzesło   i 

background image

usiadł. Milczał i Tucker ponaglił go.

- Niech pan opowie.
- No więc tak... - Obediah przerwał i popatrzył w dal, żeby zebrać 

myśli. - W trzecim wieku, w Turcji, żył Mikołaj, biskup Myry. Kiedy 

cesarz Konstantyn zwołał wielką radę, biskup Mikołaj wziął udział w 

posiedzeniu.   Rada   miała   rozstrzygnąć   kwestię   boskości   Chrystusa. 

Wśród obecnych byli tacy, którzy wierzyli, że Jezus z Nazaretu był 

wielkim prorokiem, ale nie synem Boga. Mikołaj, biskup Myry, gorąco 

zapewniał, że Chrystus był Bogiem. Po wielu miesiącach sporów nasz 

biskup zdenerwował się na jednego z przeciwników i uderzył  go w 

twarz.   -   Obediah   uśmiechał   się   promiennie   do   swoich   słuchaczy.   - 

Mikołaj   był   pierwszym,   najgorętszym   obrońcą   Chrystusa   i   wiary 

katolickiej.

- Tego nie wiedziałem - zdziwił się Tucker. - Jak został Świętym 

Mikołajem? Dlaczego w każdym kraju nazywa się inaczej?

- Wpłynęły na to różne wydarzenia historyczne - przyznał Obediah. 

-W czasach reformacji Marcin Luter zakazał kultu Mikołaja, który był 

najpopularniejszym świętym  średniowiecza. Oczywiście podniósł się 

głośny protest - dodał Obediah. - Zamiast tego Luter zaproponował 

imię Kriss Kringle - co tłumaczy się jako Dzieciątko Chrystus.

- To dlaczego Mikołaj został przemianowany na Santa Claus? - za-

pytała zaintrygowana Jocelyn.

- Nauczycielka historii powinna to wiedzieć. Po wojnie o niepodle-

głość   Amerykanie   chcieli   wyplenić   wszystko   co   brytyjskie,   w   tym 

Świętego   Mikołaja.   Przypomnieli   sobie   holenderską   przeszłość 

Nowego Jorku,
a   brzmienie   imienia   Święty   Mikołaj   w   tym   właśnie   języku   to 

Sinterklaas.   Od  tego  był   już   tylko   krok  do  powstania   nazwy  Santa 

Claus.

- Interesujące - mruknęła.
- Skąd wiesz to wszystko, Obediah? - chciał wiedzieć Tucker. - Je-

steś księdzem? Mamy do ciebie mówić wielebny? Nie nosisz koloratki, 

ale to nie znaczy, że nie możesz być duchownym.

Obediah   zachichotał   znowu   gardłowym,   głębokim,   dźwięcznym 

śmiechem.

- Och, Tucker. Nie trzeba być duchownym, żeby znać Boga i histo-

rię tych, którzy go kochali.

- Zagiąłeś mnie  - przyznał  Tucker i zawstydzony schylił głowę. 

-Mój dziadek zgodziłby się z tobą.

- Czym się zajmujesz, Obediah? - zapytała zaciekawiona Jocelyn i 

skończyła bandażowanie kolana Tuckera.

- Zdziwisz się, ale zabawkami dla dzieci - oznajmił z szerokim

uśmiechem.

- Zabawki! Nic dziwnego, że tyle wiesz o Świętym Mikołaju - za-

śmiał się Tucker.

Jocelyn przytrzymała mocno koniec bandaża.

- Masz jeszcze to zapięcie, które ci dałam?
- Proszę.

Ostrożnie przymocowała opatrunek i odsunęła się od Tuckera.

- Gotowe.
- Teraz lód i noga do góry. - Tucker chwycił jedną ręką za blat 

stołu,   drugą   za   krzesło   i   przeniósł   ciężar   ciała   na   lewą   nogę.   - 

Oczywiście pod warunkiem, że dotrę do kanapy.

- Pomogę ci. - Jocelyn stanęła u jego boku. Objął ją i uśmiechnął 

się.

- Miałem nadzieję, że mi to zaproponujesz. - Zanim zdołała zapro-

testować, ponownie spojrzał na Obediaha. - Poda mi pan ten lód i kilka 

ścierek?   Mam  strasznie   kościste   kolana   i  nie   utrzymam   tej   torebki. 

Trzeba ją będzie przywiązać.

- Wcale nie masz kościstych kolan. - Jocelyn  nie miała pojęcia, 

background image

skąd mu to przyszło do głowy.

- Tak sądzisz? - W jego głosie zabrzmiała miękka nuta. - Miło to 

słyszeć.

Pożałowała swoich słów.

- Będziesz tak stać i opierać się na mnie, czy idziemy do salonu?

Rozdział 9

Tucker niezgrabnie obszedł stolik do kawy i zatrzymał się na środku 

pokoju przed kanapą. Stał przez chwilę bezradnie i zastanawiał się, jak 

usiąść bez zginania kolana.

- Musisz spróbować pod kątem - zaproponowała.
-   Dobrze.   -   Wsparł   się   na   oparciu   mebla,   przesunął   i   obrócił, 

wypróbowując   różne   pozycje,   a   Jocelyn   stała   w   pobliżu   gotowa 

pomóc. Tucker rozejrzał się z kpiącą miną.

- Wiesz, jak to wygląda?
- Co? - zapytała odruchowo.
- Zupełnie jak scena z programu Dicka Van Dyke’a - powiedział. 

Jocelyn zakrztusiła się i cicho zachichotała.

- Cieszę się, że kogoś to śmieszy - poskarżył się Tucker, wyciągnął 

lewą nogę na bok, zgiął się wpół i opadł na poduszki.

- To twoja wina - przypomniała mu, nadal rozbawiona. Tucker był 

dłuższy   niż   kanapa.   Żeby   się   na   niej   zmieścić,   przyjął   pozycję 

półsiedzącą.

- Mogłaś przynajmniej zaprzeczyć. - Na próżno próbował wsunąć 

wielką poduchę pod plecy.

Jocelyn obserwowała jego niezdarne wysiłki i w końcu zrobiło jej 

się go żal.

- Pomogę ci. - Wzięła poduchę, wstrząsnęła i położyła w odpowied-

nim miejscu.

Tucker sprawdził, czy mu wygodnie i skinął głową.

- Teraz jest idealnie, ale nogę trzeba położyć wyżej. Przydadzą się 

poduszki z łóżka. Moja sypialnia jest na końcu korytarza, naprzeciwko 

łazienki. - Pokazał jej i po chwili zawołał za nią.

- Możesz przynieść moją kurtkę? Mam tam kilka potrzebnych rze-

czy.

Jocelyn   zdziwiła   się   na   widok   porządnie   pościelonego   łóżka. 

Pościel była równo przykryta niebieską narzutą, naciągniętą sztywno i 

wsuniętą   pod   materac.   Mimo   że   sam   Tucker   wyglądał   niedbale, 

wszystko   co   zobaczyła   w   jego   mieszkaniu   było   porządne   i 

wskazywało, że właściciel jest osobą dobrze zorganizowaną.

Jocelyn zabrała dwie poduszki i kurtkę, która okazała się okropnie 

ciężka. Rzuciła okiem na wypchane kieszenie i zrozumiała przyczynę.

- Waży tonę. - Wróciła do salonu, z okryciem w jednym ręku i po-

duszkami   wepchniętymi   pod   pachę.   -   Co   do   diabła   masz   w 

kieszeniach?

- Czego chcesz od moich kieszeni? Jak byłem dzieckiem, zawsze 

mama mi je opróżniała i w ten sposób na zawsze straciłem dużo skar-
bów - poskarżył się i sięgnął po kurtkę.

Jocelyn podała mu ją z uśmiechem.

- Skrawki materiału, ślimaki, psie ogony - drażniła się z nim.
- Nie, mała jędzo. To były śliczne kamienie, skrzydełka motyli i 

kawałki   grotów   strzał.   -   Położył   kurtkę   na   kolanach,   a   przedmioty 
chrzęściły w kieszeniach. Rękoma  uniósł nogę, żeby Jocelyn  mogła 
włożyć pod nią poduszki. - Wiesz, że pewnego dnia wyrzuciła moją 
szczęśliwą, czterolistną koniczynę?

background image

- Okropne - mruknęła Jocelyn z udawanym współczuciem.
- Owszem. Dwa razy grzebałem w koszu na śmieci i nie znalazłem.
- Co zrobiłeś? Trzeba było poszukać nowej. - Odwróciła się, wzięła 

torbę z lodem od Obediaha i obróciła ją w rękach.

-  Znalazłem,   ale  nie  przyniosła   mi   tyle   szczęścia  co  pierwsza  - 

oznajmił Tucker z żalem.

- Przykro mi. - Położyła mu lód na kolanie i kostki zamarzniętej 

wody zagrzechotały. Przyklepała je na płasko. - Może tak być?

- Zimno.  - Odsunął trochę nogę, a torba przesunęła się na bok. 

-Gdzie są ścierki? Mówiłem, że trzeba będzie przywiązać torbę.

Obediah podał przygotowane ściereczki. Tucker przytrzymał worek 

na miejscu, Jocelyn rozłożyła dwie, wsunęła końce pod jego kolano, a 
potem zawiązała węzeł na górze.

Kiedy skończyła, wyprostowała się.

- Teraz jest dobrze. Już się nie zsunie.
-   Jestem   zaskoczony,   że   nie   zrobiłaś   kokardki.   Wyglądałbym 

wtedy  tak   śmiesznie,   jak   się   czuję.   -   Kiedy  wygłosił   swoje   skargi, 
zamilkł i znowu zaczął się jej przyglądać.

-   Zawsze   mogę   to   naprawić.   -   Wesoły   ton   głosu   oznaczał,   że 

Jocelyn tylko go straszy.

- Powiem ci, co mogłabyś zrobić - zaczął Tucker. - Przynieś mi 

szklankę wody i kilka tabletek aspiryny. Wezmę je teraz, zanim kolano 
rozboli mnie na dobre.

- Gdzie masz aspirynę? W apteczce? - Jocelyn ruszyła do kuchni.
- Nie, w łazience, w szafce nad umywalką - rzucił Tucker, kiedy 

zmieniła kierunek i ruszyła korytarzem. - Stoi na drugiej półce, chyba 
obok kremu do golenia.

- Znajdę - zapewniła go, pewna, że będzie tam, gdzie mówi.
- Przyniosę mu wodę - zaoferował Obediah i poczłapał do kuchni.

Oboje po chwili byli z powrotem - Jocelyn z opakowaniem aspiry-

ny,  Obediah ze szklanką. Wysypała  dwie tabletki na dłoń Tuckera, 
zamknęła pojemnik i odstawiła na stolik w zasięgu jego ręki.

Zaczekała, aż połknie dwie tabletki i popije wodą.
- Potrzebujesz czegoś jeszcze? - spytała szorstko, ponieważ zaczy-

nała podejrzewać, że Tucker robi wszystko, żeby zatrzymać ją u siebie 
jak najdłużej.

Zawahał się, jakby w myślach sprawdzał listę czynności, zanim w 

końcu niechętnie oznajmił.

- Nie, chyba nie. Mam wrażenie, że oboje chcecie już iść.
-   Zgadza   się.   -   Jocelyn   udawała   wesołą   i   ożywioną.   Tucker 

westchnął z żalem i podniósł na nią wzrok.

- Nie namówię cię, żebyś została jeszcze chwilę i dotrzymała mi 

towarzystwa?

- Przykro mi, ale nie mogę, a Obediah niech odpowiada za siebie. 

-Jocelyn odsunęła się od kanapy.

- Nie wiem... - Obediah popatrzył na nią niepewnie, kiedy przeszła 

koło niego i weszła do kuchni po kurtkę.

- Nie, Jonesy ma rację. Oboje zrobiliście dla mnie wystarczająco 

dużo. Będzie mi strasznie nudno siedzieć tu i nic nie robić. Nie mogę 
się ruszyć, nawet gdybym chciał.

- Masz. - Wzięła ze stolika pilota od telewizora i podała mu. - Bę-

dziesz miał towarzystwo. I tak nie możesz robić nic innego, tylko sie-
dzieć i oglądać telewizję.

Popatrzył na pilota trochę zagniewany i wzruszył ramionami.

- Mogę oglądać poranne kreskówki. O, właśnie... Nie spytałem, 

jaka jest twoja ulubiona kreskówka, Jonesy?

- Nie wiem. - Jocelyn mocno przytrzymała mankiet swetra i włoży-

background image

ła rękę do rękawa kurtki. - Nigdy się nad tym nie zastanawiałam.

- Pomyśl teraz.

Znowu stosował swoją taktykę i Jocelyn w mig się zorientowała.

- Gdybym miała wybrać, to chyba Struś Pędziwiatr. - Był to jedyny 

film, jaki sobie przypomniała.

- A ja zawsze lubiłem Rocky i Bullwinkle.
- Mogłam się domyślić - mruknęła Jocelyn do siebie.

Tucker nie pokazał po sobie, że słyszał jej uwagę i drążył temat.

- Moja ulubiona postać z kreskówek to Różowa Pantera. Wyobraź 

to sobie - różowa pantera. Ile trzeba odwagi, żeby być różowym i do 
tego panterą?

- Muszę powiedzieć, że nigdy nie myślałam o tym w ten sposób. 

-Kiedy   starała   się   włożyć   drugi   rękaw,   Obediah,   jak   zawsze 

szarmancki, pośpieszył jej z pomocą.

- Dzięki. Pan też wychodzi, Obediah?

Rzucił zatroskane spojrzenie na Tuckera i skinął głową.

- Tak, tylko wezmę płaszcz i kapelusz.
- I laskę - przypomniał mu Tucker, kiedy Obediah szybko zajrzał 

do kuchni. - Niech pan nie zapomni.

- Leży na stole obok kapelusza - dodała Jocelyn.  Nagle Tucker 

zaczął grzebać po kieszeniach.

-   Poczekajcie   chwilę.   Nie   możesz   jeszcze   odejść,   Jonesy. 

Wyczerpana jego pomysłami, które miały na celu opóźnienie jej wyj-

ścia, Jocelyn odwróciła się w jego stronę.

- Co znowu, Tucker?

- Wiem, wiem. Musisz gdzieś iść i zobaczyć kilka miejsc. - Wycią-

gnął   skrawek   papieru   z   jednej   kieszeni,   a   długopis   z   drugiej   i   coś 

zapisał. Kiedy skończył, podał jej kartkę. - To dla ciebie.

Sięgnęła po nią z ciekawości.

- Co to? - Obróciła i zobaczyła, co napisał.

- Mój adres i numery telefonów do domu i do pracy, na wypadek 

gdybyś postanowiła się ze mną skontaktować - powiedział i zrobił nie-

winną minę. - Na pewno nie dasz mi swojego telefonu do hotelu ani 

adresu w Iowa.

Jocelyn spojrzała na niego i powiedziała jedno słowo:

- Nie. - Jednak uśmiechnęła się na myśl  o tym,  jaki jest uparty. 

Molly wybiegła z kuchni za Obediahem, podniecona widokiem obojga 

ubranych do wyjścia.

-   Myślisz,   że   weźmiemy   cię   na   spacer   -   zauważył   Obediah   i 

zaśmiał się basem. - Przykro mi, że cię rozczaruję, młoda damo, ale 

musisz zostać w domu ze swoim panem.

Pies zerknął na Tuckera, potem jeszcze raz wlepił smutne oczy w 

Obediaha   i   pisnął.   Starszy   pan   uśmiechnął   się,   pochylił   i   klepnął 

Molly po łbie.

- Opiekuj się nim dobrze, piesku.

- I nie pakuj się więcej w kłopoty - ostrzegła Jocelyn. Molly spojrzała 

na nich zrezygnowana, potem odwróciła się i poczłapała do kanapy. 

Usiadła na ziemi, położyła Tuckerowi łapę na ramieniu
i znowu zapiszczała.

- Wiem - powiedział do psa. - Ja też jeszcze nie. Jocelyn była już 

przy drzwiach, gotowa wyjść.

- O co chodzi? - powiedziała, a dopiero potem ugryzła się w język.
- Nie twoja sprawa. - Tucker machnął ręką w stronę drzwi. - Oboje 

zrobiliście   wystarczająco  dużo.   Idźcie   do  swoich  spraw.   Molly  i  ja 

poradzimy sobie.

- Poradzicie sobie? Z czym? - Obediah zapiął płaszcz i właśnie za-

kładał kapelusz.

- Z niczym - upierał się Tucker, ale miał podejrzanie dziwną minę. 

-Tylko   tak   się   składa,   że   ani   Molly,   ani   ja   nie   jedliśmy   jeszcze 

śniadania. Jocelyn zrobiło się czerwono przed oczami.

background image

- Spodziewasz się, że zrobi mi się ciebie żal i podam ci jedzenie. 

Wymyśl coś innego, boja wychodzę.

- Idź. Nie przypominam sobie, bym cię prosił, żebyś została - od-

gryzł się równie ostro. - Szczerze mówiąc, wcale cię nie zapraszałem. 

-Tucker opuścił nogę na podłogę i podniósł kolano z poduszek. - Nie 

mam zamiaru błagać o śniadanie. Jak znam życie, pewnie nie umiesz 

odgrzać   zamrożonej   kolacji,   żeby  jej   nie   przypalić   i   założę   się,   że 

nawet wody nie umiesz zagotować.

- Jeśli chcesz wiedzieć, tak się składa, że całkiem nieźle gotuję... 

ale nie będziesz miał okazji się przekonać - oznajmiła i wzięła się pod 

boki.

- Nie szkodzi. - Tucker wstał i w tej samej chwili uderzył zdrową 

nogą w stolik do kawy. - Aj! - Upadł na kanapę i chwycił się za łydkę.

- O matko, co ty znowu zrobiłeś! - Zrezygnowana podeszła zoba-

czyć, czy się znowu zranił. - W takim tempie przed zachodem słońca 

zostaniesz kaleką.

- A co cię to obchodzi - odgryzł się. - Przecież miałaś gdzieś iść, 

zapomniałaś?

- Nie. Dobrze pamiętam, ale pokaż, co sobie tym razem zrobiłeś?
- Co sobie zrobiłem? Wpadłem na stół i tyle. - Pochylił się i zerknął 

przez palce. - Będę miał wielkiego siniaka, już to widzę. I do tego gulę. 

- Podniósł głowę i napotkał jej wzrok. Spojrzał wyzywająco. - Ciesz 

się,   bo   nie   stało   się   nic   poważnego,   żadnych   złamanych   kości   ani 

pociętego ciała. Możesz sobie iść bez wyrzutów sumienia.

Miał rację- nie było powodu, żeby została. Dlaczego się wahała? 

Czemu po prostu nie odwróciła się i nie wyszła? O niczym innym nie 

marzyła.

- A jak sobie pójdziemy, co zrobisz? Pokuśtykasz do kuchni, żeby 

przyszykować coś do jedzenia?

Molly usłyszała słowo „jedzenie” i szczeknęła głośno, zaskakując 

wszystkich.   Rzuciła   się   do   kuchni   i   merdała   ogonem   jak   szalona, 

szczekając cały czas.

Obediah pierwszy odzyskał głos.

- Myślę, że Molly jest bardzo głodna.

- Wciąż rośnie - powiedział Tucker w obronie psa. - To normalne. 

Każdy   lekarz   lub   weterynarz   powie,   że   śniadanie   to   najważniejszy 
posiłek dnia.

Jakby w odpowiedzi na te słowa Jocelyn  zaburczało w brzuchu. 

Przed wyjściem z Redford Hall zjadła w pośpiechu tylko jedną bułkę. 
Zdziwiona zerknęła na zegarek. Przerażona stwierdziła, że było już po 
dziesiątej,   a   czas   minął   jej   nie   wiadomo   kiedy.   Oczywiście   znała 
odpowiedź:  wszystko  przez  Tuckera.  Wydawało   jej  się,  że  spędziła 
całe wieki w jego towarzystwie.

- Porządne śniadanie z pewnością jest bardzo ważne - zgodził się 

Obediah i zaczął rozpinać płaszcz.

- Nie - Tucker podniósł rękę i chciał go powstrzymać. - Idźcie już. 

Sam sobie poradzę.

- Przecież nie możesz ruszać kolanem i musisz trzymać je w górze.
- Potem się będę martwił. Nie mogę spokojnie odpoczywać, kiedy 

żołądek przyrasta mi do kręgosłupa.

- W takim razie pozwól, że ja się wszystkim zajmę- odezwał się 

Obediah z uśmiechem i błyskiem w oku. - Wiem, że nieskromnie się 
chwalić, ale robię wspaniałe omlety.

- Pomogę ci. - Jocelyn zaczęła zdejmować kurtkę.
- Nie - Tucker zaprzeczył ruchem głowy. - Nie zgadzam się.
- Dlaczego? - zaskoczona zażądała wyjaśnień.
- Ponieważ pomyślisz, że namówiłem cię podstępnie - powiedział. 

-I jeszcze stwierdzisz, że jestem jakimś przebiegłym rozpustnikiem.

- Przebiegły jesteś, ale rozpustnik? Nie sądzę. - Sama zdziwiła się, 

background image

jak gładko zaprzeczyła jego słowom.

- Dlaczego? - spierał się dalej. - Przecież patrzę na ciebie z pożą-

daniem. - Tucker zrobił komiczną minę, czym ją rozśmieszył.

- Mógłbyś dużo ćwiczyć, ale i tak mnie nie przekonasz. - Zdjęła 

kurtkę i rzuciła na bujany fotel.

Niecierpliwa Molly wybiegła z kuchni, zatrzymała się gwałtownie, 

szczeknęła i czekała na kogoś, kto ją nakarmi.

- Chwileczkę, Molly. Już idę. - Obediah położył kapelusz, laskę i 

płaszcz na fotelu. Pies odprowadził go do kuchni.

- Miska na jedzenie stoi koło miski z wodą- zawołał za nimi Tuc-

ker. - Sucha karma jest w szafce na szczotki, a miarka w torbie. Rano 
zwykle daję jej dwie.

- Nie martw się o Molly - powiedziała Jocelyn i poprawiła mu po-

duszkę pod plecami. - Odwróć się i kładź nogę do góry.

- Lubisz się rządzić - zauważył Tucker, odwrócił się na bok i poło-

żył zabandażowaną i obłożoną lodem nogę na kanapie.

- Tak samo jak ty - odgryzła się. - Oprzyj się.
Przytrzymała poduszkę, a Tucker rozparł się w półleżącej pozycji. 

Ich twarze zbliżyły się na chwilę i oczy spotkały na moment, jakby 
jakaś niewidzialna siła przyciągała tych dwoje do siebie.

- Wiesz - mruknął Tucker, używając swojego delikatnego akcentu. 

- Może jestem fatalnym podrywaczem, ale cholernie dobrze całuję.

Na moment zaparło jej dech i coś ścisnęło ją za gardło. Wcześniej 

nie sądziła, że jest taki męski. Teraz przyjrzała mu się z bliska. Miał 
mocno zarysowaną szczękę, ciemne oczy i niezwykle kształtne usta. 
Nagle   zapragnęła   go   pocałować   i   pomyślała,   jakby   smakował   taki 
pocałunek.

- Naprawdę? - Udało jej się wykrztusić tylko jedno słowo.
- Jeśli nie wierzysz, pozwól mi udowodnić - zaproponował. Jocelyn 

otworzyła   usta,   żeby   mu   odpowiedzieć,   ale   jakoś   nie   potrafiła. 
Usłyszała,   jak   Obediah   sypie   suchą   karmę   do   psiej   miski   i   potem 
rozległ się szybki psi tupot. Ulotnie czarowną chwilę zepsuły odgłosy z 
kuchni.

- Wierzę ci na słowo. - Odsunęła się na drugi koniec kanapy. - Po-

łóżmy to kolano do góry.

Kiedy wsunęła rękę pod nogę Tuckera, Obediah wystawił siwą gło-

wę z kuchni. Jego brązowe policzki błyszczały.

- Jaki omlet sobie życzysz, Tucker? Widzę, że w lodówce masz 

wszystko, czego dusza zapragnie.

- Słuchaj, Obediah, jeśli zamierzasz robić mi śniadanie, zrób też dla 

siebie i Jonesy. Jesteś głodna, prawda? - zapytał.

- Szczerze mówiąc, tak. - Nie widziała powodu, by zaprzeczać.
- A ty, Obediah?
- Dziękuję, Tucker. Z przyjemnością coś zjem. Miło z twojej stro-

ny. - Rozpromienił się.

- To wy jesteście bardzo mili, że poświęcacie swój czas i opiekuje-

cie   się   mną.   Właściwie   ja   powinienem   gotować   dla   was   w 
podziękowaniu za pomoc.

- Może innym razem - zaproponował Obediah.

Tucker zerknął na Jocelyn z nieukrywanym zainteresowaniem.

- Mam nadzieję, że będzie okazja. Jocelyn poczuła gorąco.
- Nie powiedziałeś, jaki chcesz omlet?
- Wszystko jedno. Może być z szynką, pomidorami, serem, cebulą, 

papryką,   szpinakiem,   sosem   z   papryczek   jalapeno,   z   grzybami, 
ziemniakami, anchovies lub z kukurydzą. Jadam wszystkie rodzaje.

- Anchovies i jajka? - Jocelyn skrzywiła się na samą myśl.
- To nie jest moje ulubione połączenie - przyznał Tucker. - Ale nie 

background image

najgorsze. Co się stało? Nie lubisz anchovies? Twierdziłaś, że przepa-
dasz za włoską kuchnią.

- Lubię, ale nie w omlecie - wyjaśniła i wzdrygnęła się.
- Zrobię omlet  z  niespodzianką -  oznajmił  Obediah i zniknął  w 

kuchni.

-  Może  być   z  sosem  -  zawołał  za   nim Tucker  i  zwrócił   się   do 

Jocelyn.   -   Najbardziej   lubię   winogronowy.   Truskawkowy   też   może 
być, ale najlepszy jest omlet z polewą winogronową.

- Jesteś znawcą omletów? - Zmarszczyła brwi rozbawiona.
- Raczej nie. - Wzruszył obojętnie ramionami. - Eksperymentowa-

łem z różnymi kombinacjami i nie polecam pikli - poradził z bardzo 
poważną miną, ale po chwili zastanowił się raz jeszcze. - Właściwie to 
może być i taki. Omlet ze słodką marynatą może być, ale bez kopru. 
Uwierz mi na słowo.

- Wierzę - obiecała.

Zmrużył oczy i nie spuszczał z niej wzroku.

- Wydaje mi się, że nie przepadasz za omletami.
- Nie mam nic przeciwko. Po prostu nie jadam takich rzeczy na 

śniadanie - przyznała.

- A co ?
- Owsiankę z brązowym cukrem i czasem cynamonowy tost.
- Tak właśnie myślałem - powiedział Tucker i znacząco pokiwał 

głową. - Jesteś zwolenniczką zdrowej żywności.

- Wcale  nie. - Jocelyn  nie  spodobało się,  że tak ją szufladkuje. 

-Jeśli chcesz wiedzieć, od dziecka lubiłam owsiankę.

- Nie ty jedna - zgodził się.
- Ty chyba za nią nie przepadasz - zgadła.
-   Szczerze   mówiąc,   jest   na   końcu   mojej   listy,   zaledwie   trochę 

wyżej niż omlet z piklami. Spójrz na to z innej strony - zasugerował. - 
Pomyśl, jaka ciekawa będzie zawartość naszej lodówki.

- O matko - odwróciła się od niego. - Ty znowu o tym samym?
- Chyba powinienem przestać - zgodził się niechętnie. - Widzę, że 

coś ci się nie podoba.

- Oczywiście, że nie. Mówisz tak, jakbyśmy mieli się wkrótce po-

brać, a my się nawet nie znamy. - Zanim Tucker zdołał odpowiedzieć, 
dokończyła:   -   Nie   opowiadaj   mi   żadnych   bzdur   o   miłości   od 
pierwszego   wejrzenia,   pewności   od   pierwszego   momentu   i 
przyciągających się przeciwieństwach.

- Musisz przyznać, że już kłócimy się jak stare, dobre małżeństwo.
- Wcale nie! - wybuchnęła, tracąc cierpliwość.
- Więc jak to określisz? - zapytał.
- Bez skutku staram się nakłaść ci do głowy trochę rozsądku i tyle. 

-Jocelyn odwróciła się na pięcie i wyszła.

- Zaczekaj. Dokąd idziesz?
- Do kuchni, pomóc Obediahowi. - Jocelyn była zaskoczona, jak się 

poczuła, kiedy wyładowała swój gniew zamiast tłumić go, jak to robiła 
od lat. Zawsze martwiła się, co ludzie o niej pomyślą i jak zaszkodzi 
swojemu wizerunkowi. Miło było udawać Jonesy i nie martwić się o 
takie rzeczy.

- Myślałem, że zostaniesz i dotrzymasz mi towarzystwa - zawołał 

za nią Tucker.

- No to się pomyliłeś. - Jocelyn uśmiechnęła się od ucha do ucha, 

zachwycona swoim nowym wcieleniem.

Rozdział 10

background image

Bystre oczy Obediaha zauważyły uśmiech na twarzy Jocelyn. Od razu 
trafnie ją rozszyfrował.

- Dobrze się bawisz - powiedział przyciszonym głosem, żeby tylko 

ona usłyszała.

- Owszem. - Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i w kącikach ust zro-

biły jej się dołeczki. Podeszła do zlewozmywaka, przy którym Obediah 
kroił zieloną paprykę i wydłubywał nasiona.

- Od dawna nie mogłam być  sobą i zachowywać  się naturalnie. 

Wspaniałe uczucie, które uderza do głowy.

- Nie możesz być taka zawsze? - Patrzył na nią z ukosa, mądrym, 

rozumnym   spojrzeniem,   pomieszanym   ze   współczuciem.   Z   trudem 
wciągnęła głęboko powietrze i wypuściła szybko.

- Nie. Tylko Jonesy może sobie pozwolić na swobodę. - Spojrzała 

w stronę salonu i posmutniała. - Kiedy Tucker dowie się, kim jestem, 
wszystko się skończy. Zacznie zwracać wielką uwagę na każde moje 
słowo i każdy gest.

- Polubiłaś go? - zapytał Obediah, pewny jej odpowiedzi. Jocelyn 

zawahała się, trochę zdziwiona, że nie potrafi go okłamać.

- Owszem. - Szybko rzuciła starszemu panu ostrzegawcze spojrze-

nie. - Tylko proszę mu nic nie mówić, bo nie da mi spokoju z tymi 
bzdurami o małżeństwie.

- Czy to rzeczywiście bzdury? - delikatnie sondował Obediah.
- Oczywiście - upierała się. - Niech pan mi wierzy, że nie powie-

działby nic takiego, gdyby wiedział, kim naprawdę jestem.

- O czym tam gadacie? - zawołał Tucker z salonu. - Nieładnie, że 

tak świetnie się bawicie, kiedy ja leżę tu i obgryzam palce z głodu.

- Zaraz do ciebie przyjdziemy - odpowiedziała Jocelyn. Obok niej 

czarny labrador chwycił kolejną porcję jedzenia i chrupnąwszy kilka 
razy połknął, cały czas machając ogonem. - Molly prawie skończyła 
śniadanie. Jak zje, dotrzyma ci towarzystwa.

- Nie mogę się doczekać - zadrwił Tucker. - Muszę ci powiedzieć, 

że Molly nie jest najlepszym rozmówcą. Jej język ogranicza się do pi-
sków i szczęknięć.

Jocelyn szybko wymyśliła odpowiedź.

- Za to na pewno jest świetnym słuchaczem.
- O tak - odparł Tucker sucho.
- Powinieneś się cieszyć, bo sam gadasz za dwóch. - Jocelyn ze 

zdziwieniem   stwierdziła,   że   bawi   się   tą   wymianą   zdań.   Być   może 
dlatego, że dzielił ich cały pokój. - A teraz bądź cicho, żebyśmy mogli 
zrobić   ci   śniadanie.   -   Postanowiła   zająć   się   przygotowaniami.   -   Co 
mam robić, Obediah?

- Możesz to pokroić. - Podał jej połówkę papryki, z której wypłukał 

nasiona, znalazł w szafce deskę do krojenia i drugi nóż. Kiedy zaczęła 
ciąć warzywo w cienkie paski, Obediah wyczyścił drugą połówkę, od 
czasu do czasu spoglądając leniwie w jej stronę. - Widzę, że nie raz to 
robiłaś.

- Naprawdę umiem dobrze gotować - powiedziała. - Chociaż ostat-

nio miałam mało okazji do eksperymentów w kuchni. Personel w Bia-
łym   Domu   jest   wykwalifikowany,   a   obsługa   natychmiastowa. 
Przeważnie łatwiej jest powiedzieć im, na co mam ochotę, niż prosić o 
składniki i samej przyrządzać.

- Zapewne. - Obediah położył  drugą połówkę papryki  na desce. 

Odsunęła na bok pokrojone kawałki.

- Oczywiście płacimy za wszystkie posiłki - tylko z wyjątkiem ofi-

cjalnych przyjęć - dorzuciła szybko. - Kiedy jemy sami lub zapraszamy 
rodzinę,   jedzenie   jest   na   nasz   koszt.   Raz   w   miesiącu   dostajemy 
rachunek   od   głównego   intendenta   za   posiłki,   pralnię   i   inne   drobne 

background image

usługi.

- Interesujące. - Obediah odkroił czubek cebuli, z której wypłynął 

ostry sok. - Nigdy się nie zastanawiałem, jak załatwia się te sprawy.

- System działa bardzo sprawnie - zapewniła go i zaczęła siekać 

drugi  kawałek papryki.   Nagle  cała  scena  rozbawiła  ją,  zaśmiała  się 
perliście i pokręciła głową.

- Widzę, że coś cię rozśmieszyło. - Obrzucił ją pytającym spojrze-

niem.

- Nic takiego. Nie mogę po prostu uwierzyć, że stoję tutaj i kroję 

paprykę - przyznała. - Nie tak zamierzałam spędzić ranek. Chociaż za-

czynam myśleć, że Gog to przewidziała.

- Gog? - Obediah opuścił nóż.
-   Tak   pieszczotliwie   nazywam   moją   babcię.   Oficjalnie   z   nią 

spędzam ten weekend- wyjaśniła.

- Aha. - Skinął ze zrozumieniem głową, - To ona pomogła ci zorga-

nizować ucieczkę.

-   Od   początku   do   końca   -   potwierdziła   Jocelyn   z   nikłym 

uśmiechem.   Po   chwili   jednak   rozpromieniła   się.   -   Dexter   byłby 

zachwycony, gdyby wiedział, że jestem w mieszkaniu mężczyzny.

- A Dexter to jest... - Obediah zgadywał - twój dziadek?
- Nie. Pracuje dla Gog od lat. Jest czymś w rodzaju kamerdynera 

-człowiekiem od wszystkiego.

- Rozumiem. Cieszyłby się, że jesteś tutaj.
- Właściwie oboje by się cieszyli. Wie pan, wymyślili sobie, że mój 

dzień będzie podobny do tego filmu Rzymskie wakacje.

- Z Gregorym Peckiem i Audrey Hepburn. Pamiętam.  - Pokiwał 

białą brodą. - Piękny,  wzruszający film,  ale zakończenie mi  się nie 

podobało, bo każde nich poszło w swoją stronę.

- Romantyk z pana - zauważyła rozbawiona.
- Zgadza się - potwierdził Obediah i w milczeniu zerknął przez ra-

mię, a potem powiedział szeptem: - Zdradzę ci tajemnicę. - Gestem 

wskazał, żeby podeszła bliżej. - Wszyscy maj ą romantyczną naturę. 

Wielu   ją   ukrywa,   bo   obawiają   się   wyjść   na   głupców.   Niektórzy 

chowają ją tak głęboko, że udaje im się przekonać samych siebie, że 

nie mają śmiesznych skłonności.

- Naprawdę? - zamyśliła się. Nie chciała mu wierzyć, ale chyba 

miał rację.

- O której Kopciuszek musi wrócić do domu z balu? - zażartował.
- Przed siódmą jutro rano. - Uśmiechnęła się.
- Więc masz jeszcze dużo czasu na taniec z księciem - stwierdził 

Obediah.

Roześmiała się z tego pomysłu.

- Nic z tego. Zapomniał pan, że Tucker skręcił kolano? Obediah 

zamrugał.

- A jednak traktujesz go jak księcia z bajki. Zawstydzona Jocelyn 

chciała szybko zaprzeczyć.

- Nic takiego nie powiedziałam.
- Oczywiście, że nie. - Pokręcił głową kpiąco i zaśmiał się basem.
- Niech pan nie zaczyna, Obediah - oznajmiła ze złością. - Wystar-

czą mi potyczki słowne z Tuckerem. Jak ja to wszystko wyjaśnię Gog?
Będę musiała skłamać.

- Wybacz  mi - uśmiechnął się. - Zwykle romantyczne  spotkania 

wydają się cudowne dopiero z perspektywy czasu.

- W tym nie ma nic romantycznego - upierała się Jocelyn.
- Oczywiście, że nie. Pomyliłem się.
Obediah żartował sobie z niej i wiedziała o tym. Zastanawiała się, 

jak to możliwe, że wpakowała się w taką sytuację. Nic nie szło tak, jak 

zaplanowała w Redford Hall. O tej porze miała spokojnie chodzić po
mieście i zwiedzać zabytki.

background image

Z drugiej jednak strony takiej właśnie przygody życzyłaby sobie 

dla niej Gog. Przygody, która mocno ubarwiłaby jej życie i zburzyła 

spokój.

Jocelyn   doskonale   wiedziała,   że   straciła   kontrolę   nad 

wydarzeniami. Gdyby Bliss widziała jaw tej chwili, zacierałaby ręce z 

radości.

Bliss Wakefield wkroczyła do kuchni, a na jej ramionach powiewał 

jedwabny szal. Owinął jej się wokół ramienia, kiedy stanęła jak zwykle 

pięknie wyprostowana. Zupełnie zignorowała siedzących wokół stołu 

agentów i popatrzyła prosto na Dextera.

- A, tu jesteś. Wszędzie cię szukałam - powiedziała z wyrzutem. W 

odpowiedzi Dexter przyjął chłodną, typowo wyspiarską postawę.

- Czy pani sobie czegoś życzy?
- Nie, ale Jocelyn chciałaby trochę gorącej herbaty i grzankę. Jak 

przygotujesz,   zanieś   jej   do   pokoju   -   to   mówiąc,   odwróciła   się   do 

wyjścia.

- Herbata? - z niedowierzaniem powiedział Dexter, doskonale od-

grywając swoją rolę. - Panna Jocelyn zawsze zaczyna dzień od kawy.

- Nie zawsze - poprawiła go Bliss. - A już na pewno nie dzisiaj. 

Nie   czuje   się   dobrze   i   dla   odmiany   ma   ochotę   na   herbatę.   Agent 

Bassett od razu się zainteresował.

- Jest chora?

Po chwili wahania Bliss stanęła przed nim i przyjęła iście królewską 
pozę.

- Nie jest chora, tylko czuje się zmęczona.
- Co się stało? - Zatroskany zmrużył oczy.
Lekko wysunęła podbródek i spojrzała na niego chłodno.
- Za moich czasów kobiety nie mówiły głośno na ten temat w mie-

szanym towarzystwie. Niech pan się sam domyśli.

Agent   Bassett,   który   był   kawalerem,   wreszcie   zrozumiał   i 

zawstydził   się.   Spuścił   wzrok   i   spojrzał   na   jedyną   kobietę   wśród 

agentów. Dwaj żonaci koledzy po fachu wymienili porozumiewawcze 

uśmiechy.

- Wystarczy powiedzieć - kontynuowała Bliss - że dzień w łóżku 

dobrze zrobi mojej wnuczce. Jestem pewna, że jutro rano wszystko bę-

dzie w porządku.

Bassett spojrzał jeszcze raz na agentkę Donnę Travers.

- Może powinnaś sprawdzić, czyjej czegoś nie potrzeba. Travers 

zawahała się, ale widząc lodowate spojrzenie Bliss, pokręciła głową.

- Nie sądzę, żeby to było konieczne. Pani Wakefield ma rację - 

dzień w łóżku często bywa najlepszym lekarstwem.

Jeszcze   jedno   spojrzenie   na   Bliss   i   Mike   Bassett   przestał   się 

upierać. Zadowolona, że plan działa bez zarzutu, jeszcze raz zwróciła 

się do Dextera.

- Powiem Jocelyn, że zaraz przyniesiesz tacę. Weź też filiżankę dla 

mnie.

- Jak pani sobie życzy - odpowiedział Dexter z lekkim skinieniem 

głowy.

Chwilę później zapukał do drzwi sypialni. Zanim się zapowiedział, 

Bliss otworzyła drzwi, rozejrzała się po korytarzu, sprawdzając, czy ni-

kogo nie ma.

Świadoma, że ktoś może ich usłyszeć, oznajmiła:

- Nareszcie. Cud, że herbata nie jest zimna. Nie stój bezczynnie,  

Dexter. Wejdź do środka. - Bliss zamknęła za nim drzwi i odtańczyła 

zwycięski taniec. - Udało się.

- Na to wygląda. - Dexter stał na środku pokoju z tacą w rękach.
- Wiedziałam, że się uda. - Zatrzymała się, zadyszana z podniece-

nia. - Mówili coś jak wyszłam?

background image

- Hayes i MacElroy wspomnieli o swoich żonach i ich kłopotach, 

ale nie mówili zbyt wiele, chyba ze względu na panią Travers. Niewąt-

pliwie bali się, że uzna ich uwagi za seksistowskie. - Dexter wskazał na 

tacę. - Co mam zrobić z kawą i grzanką?

- Wyrzuć do toalety - odpowiedziała z lekceważącym machnięciem 

ręki.

- Zaparzyłem najlepszego earl greya. - Spojrzał na nią zraniony.
- Jeżeli nie jesteś w stanie wylać herbaty do toalety, to ją wypij, a 

grzankę wyrzuć. - Wzięła z tacy swoją filiżankę i podeszła do okna. 

-Jak myślisz, co teraz robi Jocelyn?

- Miejmy nadzieję, że pije organiczne cappuccino w Mudd House i 

rozmawia   z   jakimś   przystojnym   nieznajomym.   -   Postawił   tacę   na 

szafce nocnej i nalał herbaty do filiżanki. - Wolę wyobrażać sobie to, 

niż martwić się, że została porwana przez jakichś ekstremistów.

- Co chcesz przez to powiedzieć, na litość boską? - Bliss odwróciła 

się   od   okna   i   zdziwiona   uniosła   brwi.   -   Jak   cappuccino   może   być 

organiczne?

- Miałem na myśli nasiona kawy, z których powstaje.
-   Trzeba   było   tak   powiedzieć   -   powiedziała   Bliss.   -   Dexter, 

naprawdę   musisz   się   nauczyć   lepiej   wysławiać.   Osobiście 

martwiłabym   się   bardziej   przystojnym   nieznajomym.   Kto   wie,   kim 

może się okazać. A co do kawy - tylko głupi ludzie wierzą w to, że w 

organicznej hodowli nie używa się środków chemicznych.

- To są nawozy naturalne, proszę pani - podkreślił Dexter. Uniosła 

wzrok pełen obrzydzenia.

- Ależ jestem głupia. Oczywiście to zmienia postać rzeczy.
- Miło słyszeć samokrytykę - zauważył Dexter ponuro.
- Jaką samokrytykę? - zażądała wyjaśnień.
- Przyznaje pani, że jej podejście do sprawy jest niemądre. - Pod-

niósł filiżankę, a spodek zostawił na tacy.

-   Niemądre?   Powiem   ci,   co   jest   niemądre   -   to,   że   jeszcze   cię 

toleruję. A teraz albo pijesz herbatę, albo wylej ją, tylko nie wszystko. 

Dla pozorów zostaw trochę w dzbanku.

Dexter podnosił filiżankę do ust, ale zamarł, jakby mu coś nagle 

przyszło do głowy.

- Czy nie powinienem najpierw pomalować ust szminką?
- Szminką? - powtórzyła z niedowierzaniem.
- Tak. Żeby wyglądało, jakby to panna Jocelyn piła - wyjaśnił z za-

troskaną miną. - Chociaż agenci mogą porównać odcisk warg...

- Obejdzie się bez szminki, Dexter. - Po jej spojrzeniu i głosie zo-

rientował się, że ją rozśmieszył. - Chciałabym zobaczyć szminkę na 

twoich ustach, ale kobieta, która nie wstaje z łóżka, nie maluje się.

Dexter westchnął i odetchnął z ulgą.

- To dobrze, proszę pani. - Upił łyk.
-   Podaj   mi   grzankę.   Pozbędę   się   jej,   zanim   skończysz   herbatę. 

Rozżalony Dexter wyciągnął do niej talerz.

- Będziemy tak robić cały dzień? Szykować jedzenie i wyrzucać do

śmieci?

- Menu będzie proste - obiecała Bliss i ruszyła do łazienki z grzan-

ką w ręku. Chwilę później rozległ się szum spuszczanej wody.

Bekon skwierczał na patelni i wypełniał kuchnię słodkawym zapa-

chem wieprzowiny. Molly nosem przesuwała pustą miskę po podłodze 

w poszukiwaniu zabłąkanych kawałków jedzenia. Kiedy nic nie znała 

zła,   wypiła   trochę   wody   i   popatrzyła,   jak   Obediah   rozbija   jajko   o 

szklaną   miskę   i   wlewa   do   dwóch   pozostałych.   Zrozumiała,   że   nie 

dostanie żadnych resztek i podreptała do salonu.

- Wreszcie się mną zainteresowałaś. Wcale ci się nie spieszyło - 

powiedział   Tucker   z   wyrzutem,   kiedy   usiadła   przy   kanapie.   - 

background image

Myślałem, że ty też mnie opuściłaś.

Molly odwróciła łeb w stronę kuchni, nastroszyła wielkie uszy i ci-

cho pisnęła.

- Wiem. Kolano to nie był najlepszy pomysł. - Rzucił ponure spoj-

rzenie na torbę z lodem, którą miał na nodze. - Tkwię tu teraz, a ona 

siedzi sobie tam. - Podniósł głowę i zawołał do kuchni. - Hej! Kiedy to 

jedzenie będzie gotowe?

- Jeszcze trochę - usłyszał. - Obediah dopiero ubija jajka.
- Trochę - mruknął Tucker do psa i znowu zawołał. - Mam nadzie-

ję, że nie każecie mi jeść tutaj, a sami zostaniecie przy stole w kuchni.

- Jeszcze tego nie ustaliliśmy - padła odpowiedź.
- Ale to moje mieszkanie - zdenerwował się. - Wypada, żebym jadł 

razem z gośćmi.  Jonesy,  chyba  zauważyłaś, że ciężko rozmawiać  z 

kimś, kto jest w innym pokoju.

- Zauważyłam, więc bądź cicho.
- Co mam w takim razie robić?
- Oglądaj telewizję. Przecież masz pilota. Pilot do telewizora leżał 

na stoliku. Tucker rzucił na niego okiem i uśmiechnął się, bo przyszedł 

mu do głowy pomysł.

- Czy mogłabyś mi przynieść gazetę ze stołu? Nie skończyłem jej 

czytać dziś rano. - Molly poruszyła się i zapiszczała. - Dobra. Wiem 

-szepnął. - Kiepski pomysł, ale przynajmniej przyjdzie do mnie.

Zirytowana Jocelyn odłożyła na bok szczypce do bekonu, podeszła 

do stołu, zgarnęła porozrzucane części porannej gazety i zaniosła do 

salonu.   Nie   zwróciła   uwagi   na   radosną   minę   Tuckera,   podeszła   do 

kanapy i cisnęła mu gazetę.

- Masz. Czytaj i nie zawracaj nam głowy - poleciła.
- O rany, łatwo cię wyprowadzić z równowagi. - Spojrzał na nią 

szeroko   otwartymi   oczami   i   z   niewinną   miną.   -   Zawsze   tak   się 

zachowujesz przy pracy w kuchni?

-   Tylko   wtedy,   jak   ktoś   mi   bez   przerwy   przeszkadza.   - 

Uśmiechnęła się sztucznie. - A teraz, jeżeli nie chcesz jeść spalonego 

bekonu, to czytaj gazetę i nie przeszkadzaj.

- Rzeczywiście, z wypadkami w kuchni bywa tak, że sami padamy 

ich ofiarą - oznajmił i rozłożył gazetę.

Jego uwaga rozbawiła Jocelyn i rozwiała jej złość. Zrozumiała, że 

nie może wściekać się na kogoś, kto ją cały czas rozśmiesza. Kiedy 

wróciła   do   kuchni,   jeszcze   się   uśmiechała.   Podeszła   prosto   do 

kuchenki
i sprawdziła bekon.

- Dałaś mu tylko gazetę? - szepnął Obediah.
- Tak. - Spojrzała na niego zaciekawiona.
- Zaniosłaś całą?
- Tak. Westchnął ciężko.
- Obawiam się, że to nie był dobry pomysł.
-   Dlaczego?   -   Poczuła   nagle,   że   coś   nieprzyjemnego   wisi   w 

powietrzu.

- Dlatego - szepnął Obediah - że w środku jest wielki artykuł o cór-

ce prezydenta i wspaniałe, kolorowe zdjęcie.

- O nie - jęknęła Jocelyn i rzuciła niespokojne spojrzenie w stronę

salonu.

- Przykro mi. - Obediah smutno skinął głową.
- Może go nie przeczyta, albo nie zauważy podobieństwa. Może...
- Lepiej nie ryzykuj - poradził Obediah.
- Ale co mam zrobić? - Nagle wpadła na pomysł i ponownie odło-

żyła szczypce na bok. - Niech pan pilnuje bekonu. Weszła z powrotem 

do salonu. Zdziwiony Tucker odłożył sportowy dodatek i rozpromienił 

się.

- Muszę przyznać, że nie spodziewałem się ciebie tak szybko.

background image

- Wcale nie chciałam do ciebie zaglądać. - Wyjęła mu gazetę z rąk

i odłożyła na stolik.

- Chwileczkę, właśnie to czytałem. - Sięgnął po sportowy dodatek.
- Później dokończysz. Obediah smaży twój omlet i zanim doprowa-

dzę cię do kuchni, będzie gotowy.  - Wyciągnęła mu poduszki spod 

kolana.

- Do kuchni? - zdziwił się.
- Powiedziałeś, że nie chcesz jeść tu sam - przypomniała mu.
- Pamiętam, co powiedziałem. - Tucker usiadł, postawił jedną nogę 

na   ziemi   i   położył   delikatnie   dłoń   na   zabandażowanym   kolanie.   - 

Tylko

jak będę tam trzymał nogę w górze?

- Położysz na krześle. Będzie ci trochę niewygodnie jeść, ale lepiej 

niż z talerza kiwającego się na kolanach. - Jocelyn podparła go ramie-

niem, pomogła wstać i utrzymać równowagę.

Oparł się o nią całym ciężarem i objął ramieniem. Podskoczył na 

jednej nodze i stanął, zbierając siły, żeby dokuśtykać do kuchni.

- Sam bym nie wpadł na ten pomysł. - Spojrzał na nią ukradkiem. 

- Dobrze, że tobie przyszedł do głowy.

- Właśnie - starała się obojętnie zareagować na jego słowa i uda-

wać, że taka bliskość nie robi na niej żadnego wrażenia. Całym ciałem 

dotykała jego boku i ocierali się biodrami.

Jocelyn była wysoka i rzadko zdarzał się mężczyzna o tyle wyższy, 

by musiała podnieść głowę, żeby spojrzeć mu  w oczy.  Tak było  z 

Tuckerem, i to jej się spodobało.

- Jesteś cudowna, Jonesy -powiedział cicho i jego lekko drżący głos 

sprawił,   że   przemknął   ją   dreszcz.   Przez   chwilę   był   dla   niej 

zwyczajnym   mężczyzną,   a   nie   Gradym   Tuckerem,   politycznym 

komentatorem. Coraz częściej o tym zapominała.

- Jestem absolutnie fantastyczna - powiedziała z pozorną swobodą, 

ale oddychała z trudem.

Tucker   popatrzył   na   nią   długo   i   przeciągle,   potem   westchnął   i 

zrezygnowany smutno pokręcił głową. Kąciki ust mu opadły.

- To nie ma sensu - mruknął. - Muszę się dowiedzieć.
- Czego? - zapytała.

- Czy to tylko chwilowe zauroczenie, czy coś więcej. - Jego oddech 

musnął jej usta i poczuła ciepłe powietrze, a potem dotyk jego warg.

Przez chwilę miała wrażenie, jakby ziemia się poruszyła i podłoga 

uciekała   jej   spod   nóg.   Jego   usta   były   delikatniejsze   niż   się 

spodziewała,   miękkie,   ale   zdecydowane.   Poddała   mu   się   bez 

zastanowienia,   skuszona   lekkością   pocałunku.   Poczuła   dreszcz 

podniecenia i zadowolenie.

Tucker   przycisnął   ją   mocniej   i   pocałował   bardziej   intymnie. 

Jocelyn zadrżała w obawie, co będzie dalej i ze strachu, że za chwilę 

będzie   za   późno   na   wycofanie   się.   Nie   wiedziała,   że   pocałunek 

mężczyzny wywoła w niej takie emocje - rozpłomień! ją i odbierze 

moc.

Kiedy oderwał usta od jej warg, kręciło jej się w głowie. Magia 

pocałunku zadziałała i oczarowała ją. Przez moment stała nieruchomo i 

dopiero po chwili uświadomiła sobie, że Tucker trzyma ją w objęciach. 

Przylgnęła do jego piersi i poczuła nierówne, głośne bicie serca, jak 

echo niespokojnych uderzeń jej własnego.

Powoli uniosła powieki i spojrzała mu w twarz. Tucker był  tak 

samo oszołomiony pocałunkiem jak ona. Złote, ciepłe ogniki igrały mu 

w oczach.
- O rany - powiedział miękkim szeptem. - Niezła jesteś, Jonesy. Nagle 

zapragnęła   go   uderzyć.   Poczuła   złość   na   siebie   o   ten   pocałunek. 

Odsunęła się i gwałtownie odepchnęła obejmujące ją ramię.

-   Mieliśmy   iść   do   kuchni   -   przypomniała   mu   niskim,   drżącym 

głosem.   Na   szczęście   Tucker   skinął   zgodnie   głową,   zabrał   rękę, 

background image

przesunął się i stanął obok niej.

- Więc chodźmy. - Zrobił krok do przodu i ostrożnie przeniósł cię-

żar ciała na lewą nogę. - Może zmienisz zdanie i podasz mi swój adres 
w Waterloo?

- Nie.

Zrezygnowany zacisnął usta.

- Uparłaś się, żebym cię nie mógł odnaleźć?
- Zgadłeś. - Gdyby Tucker wiedział, kim jest, nie miałby z tym 

najmniejszych kłopotów.

Oparł się o jej ramię i zrobił kolejny krok.

- Podaj mi jeden powód.
- Bo jesteś szalony.

Zatrzymał się gwałtownie. Jego zaskoczona mina wskazywała, że 

to zabrzmiało poważniej, niż jej się wydawało.

-   Chyba   nie   sądzisz,   że   jestem   jednym   z   tych   świrów,   którzy 

dostają   obsesji   na   punkcie   kobiety   i   potem   wszędzie   ją   napastują. 
Jocelyn wykorzystała okazję.

- Skąd mogę wiedzieć, że nie? Chyba nie spodziewasz się, że uwie-

rzę ci na słowo.

- To byłoby niemądre - odparł Tucker i westchnął ciężko. Znów 

zrobił krok w stronę kuchni. - Następny ruch należy do ciebie. A może 
jesteś staroświecką dziewczyną, która uważa, że nie wypada dzwonić 
do mężczyzny?

Jocelyn musiała przyznać, że po raz pierwszy jest w takiej sytuacji 

-nie wiedziała, co robić. Postanowiła odpowiedzieć inaczej:

- Zawsze uważałam się za kobietę wyzwoloną.

- Będę z tobą szczery, Jonesy - powiedział Tucker z grymasem na 

twarzy. - Nigdy nie miałem pojęcia, co to znaczy.

Speszona   jego   otwartością,   Jocelyn   straciła   pewność   siebie   i   w 

panice szukała odpowiedzi.

- Wiesz co? - odezwała się wreszcie z nutą zdziwienia w głosie. -Ja 

też nie wiem,  ale według mnie wszystkim należy się szacunek. Nie 
powinniśmy   wykorzystywać   ludzi,   których   darzymy   szacunkiem. 
Jednocześnie nie należy lekceważyć niczyich pragnień i marzeń.

- A jakie są twoje pragnienia i marzenia, Jonesy? - zapytał delikat-

nie i popatrzył na nią pytająco.

Nie chciała wdawać się w takie poważne rozważania.

- Marzę o tym, żeby doprowadzić cię do kuchni - szybko mu odpo-

wiedziała.

- Pytam poważnie - zaprotestował Tucker.
- A ja poważnie odpowiadam. Chodźmy.

Rozdział 11

Zanim usadziła Tuckera wygodnie z nogą wspartą do góry i nakryła do 
stołu, śniadanie było gotowe. Pomogła Obediahowi postawić wszystko 
na blacie i usiadła. Wspaniałe zapachy jeszcze bardziej pobudziły jej 
apetyt. Sięgnęła po serwetkę i rozłożyła na kolanach.

- Obediah, czy możesz odmówić modlitwę? - poprosił Tucker i roz-

łożył swoją serwetkę.

Kiedy   żyła   matka   Jocelyn,   dziękowali   Bogu   modlitwą   przed 

każdym  posiłkiem.  Ostatnio zdarzało się tak tylko przy specjalnych 
okazjach lub na przyjęciach. To spotkanie było zupełnie inne.

Jocelyn  przyjęła taką samą  pozę jak Obediah, pochyliła głowę i 

zamknęła oczy, wsłuchując się w jego niski głos.

background image

-   O,   Panie,   ty   stworzyłeś   ziemię   dla   człowieka   i   dałeś   mu   jej 

owoce.   Ty   powiedziałeś,   żebyśmy   uświęcali   nasze   pożywienie 
modlitwą. Pobłogosław ten posiłek w imię Jezusa. Amen.

- Amen - powtórzyli oboje z Tuckerem, a Jocelyn uważała, żeby na 

niego nie spojrzeć, kiedy sięgała po grzankę. Potem podała talerz Obe-
diahowi.

Przy pierwszych kilku kęsach panowała cisza - słychać było tylko 

szczęk sztućców i chrupanie.

- Omlet jest pyszny, Obediah - pochwaliła Jocelyn. - Idealnie nada-

jesz się na męża. Zachichotał cicho.

- Powtórzę to mojej żonie.
- Jesteś żonaty? - Nie wiedziała dlaczego, ale cały czas myślała, że 

jest samotny albo owdowiał.

- Całe moje dorosłe życie - potwierdził i dodał z prowokującym 

uśmieszkiem.   -   Od   lat   żyję   w   szczęśliwym   małżeństwie   z   tą   samą 
kobietą.

- Skoro tak mówisz, to pewnie wyznajesz taką filozofię jak mój 

dziadek - zauważył Tucker. - Twierdzi, że o małżeństwo trzeba dbać 
jak o gospodarstwo domowe. Każdego ranka wszystko zaczynać  od 
nowa.

Obediah znów się zaśmiał.

- Święta prawda.
-   Mieszka   pan   w   Waszyngtonie,   Obediah?   -   zaciekawiła   się 

Jocelyn.

- Nie. Jestem tylko przejazdem, w interesach.
-   Chodzi   o   zabawki.   -   Tucker   odciął   kolejny   kawałek   omleta 

widelcem.

-   Zgadza   się.   -   Obediah   skinął   głową   i   posmarował   grzankę 

dżemem truskawkowym.

Zamyślony Tucker zmarszczył brwi.

- Mam wrażenie, że dlatego dużo wiesz o Świętym Mikołaju. Je-

stem ciekaw, dlaczego zawsze ubiera się na czerwono?

- Jeśli się nie mylę, to tradycyjny kolor szat biskupich. Pamiętasz, 

że Mikołaj był biskupem? - Obediah spojrzał na Tuckera z błyskiem w 

oku.   -Opowiem   wam   pewną   ciekawostkę.   Biskup   nosił   wysokie 

nakrycie głowy i laskę, w której chował cukierki.

- Żartujesz. Coś podobnego? - Tucker zachwycił się jak mały chło-

piec. - Laska z cukierkami. A skąd się wzięły prezenty?

- Dlaczego znowu rozmawiamy o świętach? - przerwała Jocelyn, 

zdumiona ciągłym powrotem tematu.

-   Możemy   porozmawiać   o   czymś   innym,   jeśli   chcesz.   -   Tucker 

spojrzał na nią w taki sposób, że Jocelyn przestraszyła się, że znowu 

zacznie   mówić   o   małżeństwie   i   o   ślubie.   Nie   życzyła   sobie   tego, 

odpowiedziała więc na pierwsze pytanie:

- Jeśli chcesz wiedzieć, to zwyczaj dawania prezentów pochodzi od 

Trzech Króli, którzy przynieśli dary Dzieciątku.

- W pewnym sensie masz rację - zgodził się Obediah. - Ale nie tyl-

ko. - Dawanie anonimowych  prezentów, tych,  które Święty Mikołaj 

zostawia dzieciom, ma również związek z biskupem Mikołajem.

- Naprawdę? - Jocelyn była zaskoczona.
- Na sto procent. - Obediah kiwnął głową, delikatny uśmiech zago-

ścił mu na ustach i wąsy się uniosły. - Zgodnie z podaniami przekazy-

wanymi   od   wieków   Święty   Mikołaj   często   skrycie   pomagał 

potrzebującym. Jedna historia wyjaśnia nawet, skąd się wziął zwyczaj 

wkładania prezentów do pończoch zawieszonych przy kominku.

- To też ma związek z biskupem Mikołajem? - Zdziwiony Tucker 

podniósł głowę. - Nigdy bym nie zgadł. Myślałem, że wymyślił to ktoś 

inny, na przykład poeta, który potrzebował rymu do wiersza, albo sami 

rodzice.

background image

- Opowiedz nam o tym - poprosiła Jocelyn częściowo z ciekawości, 

a trochę dlatego, żeby rozmowa nie zeszła na mniej dogodne tory.

- Dobrze. - Obediah zamilkł na chwilę i zebrał myśli. - Po pierw-

sze, powinienem wyjaśnić, że w trzecim stuleciu powszechnie panował 

zwyczaj, że rodzice szykowali posag dla córki. Bez posagu dziewczyna 

nie   mogła   wyjść   za   mąż,   a   to   skazywało   ją   właściwie   na   życie 

prostytutki.  Smutne,   ale  prawdziwe  -   oznajmił.   -  Jak  już   mówiłem, 

Mikołaj, biskup Myry, był synem bogatych rodziców, a to oznaczało, 

że miał  do dyspozycji  ogromny majątek. Jak mówi  historia, biskup 

dowiedział się o dwóch dziewczynach, które miały być sprzedane jako 

prostytutki, ponieważ ojciec nie miał pieniędzy na ich posag. Zrobiło 

mu się żal dziewcząt, wziął kilka złotych monet, zawiązał w węzełek i 

wrzucił do ich domu przez okno. Legenda mówi, że zawiniątko wpadło 

do pończochy, która wisiała przy kominie.

-   Ale   dlaczego   dziewczyna   ją   tam   powiesiła?   -   spytał   Tucker. 

Obediah uśmiechnął się szeroko.

- Pewnie pończochy były mokre i chciała je wysuszyć. Pamiętaj, że 

w tamtych czasach nie było pralek i suszarek. Ludzie mieli jedno ubra-

nie, szczególnie ci biedni, z najniższej klasy. A przecież nie ma nic 

gorszego   niż   przemoczone   nogi.   Dlatego   dziewczyna   zdjęła   mokre 

pończochy i suszyła je przy ogniu.

- A skąd wiadomo, że pieniądze pochodziły od biskupa Mikołaja, 

skoro, jak mówisz, podarunek był anonimowy? Czy ktoś go widział, 

jak   wrzucał   zawiniątko   przez   okno?   -   spytała   Jocelyn.   Odłamała 

kawałek bekonu i skubnęła z jednej strony, patrząc z zaciekawieniem 

na Obediaha.

- Być może tak było, albo zobaczył go na ulicy ktoś z sąsiedztwa. 

Pewnie wszyscy wiedzieli, że pochodzi z zamożnej rodziny. Można so-

bie wyobrazić, że gdy znaleziono monety, zapanowała wielka radość. 

Kiedy kogoś spotyka niespodziewane szczęście, to naturalne, że chce 

się nim podzielić z rodziną i przyjaciółmi. Myślę, że wieść szybko się 

rozniosła i wszyscy zgadli, kim był anonimowy ofiarodawca. Chyba 

nie   mieli   zbyt   wielu   do   wyboru,   ale   oczywiście   to   tylko   moje 

przypuszczenia -zakończył Obediah.

- Brzmi logicznie - zgodził się zamyślony Tucker i nadział następ-

ny kawałek omleta na widelec.

- Z czasem inni będący w potrzebie otrzymywali podobne prezenty, 

ale zawsze chodziło o dobro dziecka. - Obediah uśmiechał się szeroko, 

a jego oczy promieniały blaskiem. - Zastanówcie się, kto lepiej znał 

potrzeby i cierpienia ludzi niż ich duszpasterz? Kto prócz modlitwy 

mógł im ofiarować inną pomoc?

- Ale dlaczego robił to anonimowo? - Jocelyn zastanawiała się na 

głos. - Dlaczego po prostu nie dał im tych monet?

- Może nie chciał, żeby tłumy ludzi nie zawsze biednych żebrały 

mu   na   progu   o   pieniądze   -   powiedział   Tucker   z   przekąsem.   - 

Zobaczcie,   co   dzieje   się   dziś.   Jeśli   się   ofiaruje   jakieś   pieniądze 

organizacji   charytatywnej,   w   ciągu   tygodnia   skrzynka   pocztowa 

zapełni   się   prośbami   od   setki   innych.   Przychodzi   mi   do   głowy,   że 

kiedy  dobroczynność   była   cnotą,   a   nie   jak  dziś  częścią   biznesowej 

machiny, było nieporównywalnie lepiej.

Obediah zaśmiał się z cicha i pokiwał głową.
- Może masz rację.

- Wiesz, kiedy zalewa nas cały potok próśb? - spytał zaczepnie 

Tucker i pomachał widelcem. - Właśnie w okolicach świąt. - Dźgnął 
powietrze, żeby zaakcentować swoje słowa.

- Nienawidzimy tego - mruknęła Jocelyn i przypomniała sobie, co 

Obediah powiedział koło pomnika Lincolna. - W święta jesteśmy zmu-
szeni myśleć o innych - a o wiele bardziej wolelibyśmy myśleć o sobie. 
Jesteśmy   egoistami,   prawda?   -   Westchnęła,   kiedy   przyszła   jej   do 
głowy jeszcze  jedna  myśl.   - Może  dlatego  chcielibyśmy,   żeby rząd 
zajmował się takimi problemami. W ten sposób nie będziemy musieli o 

background image

nich  myśleć.  Wiecie,  co  jest  naprawdę  smutne?   - Spojrzała  na  obu 
mężczyzn. -Pomoc charytatywna  nam to ułatwia. Ciekawe, ilu ludzi 
dzieliłoby  się   z   innymi,   gdyby   nie   czerpali   z   tego   korzyści?   Może 
działaliby tak, żeby poprawić swój publiczny wizerunek.

Tucker przechylił głowę i zamyślił się zachmurzony.

- Chciałbym zaprzeczyć, Jonesy, ale obawiam się, że masz rację. 

W większości przypadków nasza motywacja do dzielenia się z innymi 
nie   jest   bezinteresowna.   W   pięćdziesięciu   procentach   robimy   to 
dlatego, żeby pozbyć się wyrzutów sumienia, albo chcemy, żeby inni o 
nas dobrze myśleli. Czasami chodzi o dobry interes - ręka rękę myje.

- Teraz rozumiesz piękno anonimowego podarunku? - chciał wie-

dzieć Obediah.

Jocelyn zawahała się i pokręciła niepewnie głową.

- Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam.
-   Jeśli   ofiarowujesz   coś   anonimowo,   nie   oczekujesz   niczyjej 

wdzięczności,   ani   pochwał   od   społeczeństwa,   ani   zwolnień 
podatkowych. Innymi słowy,  nie otrzymujesz nic w zamian, jedynie 
wewnętrzną satysfakcję. Wiesz, że pomogłaś komuś w potrzebie nie 
dlatego,   że   musiałaś,   ale   dlatego,   że   chciałaś.   Czasami   nawet   nie 
widzisz radości na twarzy obdarowanej osoby.

- Może dlatego lepiej jest dawać niż brać - stwierdziła Jocelyn.
- Rodzice są szczęśliwi, kiedy widzą radosne twarze dzieci w świą-

teczny ranek - podkreślił Tucker.

-   Ale   nie   dostają   nagrody   za   prezenty   -   przypomniał   Obediah. 

-Dziecko zwykle cieszy się i dziękuje Mikołajowi. Tucker zamyślił się 
i pokiwał głową.

- To prawda.
- Teraz rozumiesz? - Obediah popatrzył na nich badawczo, ciepłym 

wzrokiem. - Biskup z Myry nie dawał dla chwały osobistej ani po to, 
by świat wiedział o jego dobroci. Dawał dlatego, że mógł i dlatego, że 
obchodzili go ludzie. Musisz przyznać, że to dobra cecha charakteru. 
Czy
nie  czujemy  się  w  głębi   duszy  dobrze,  kiedy  postępujemy  jak  Bóg 
przykazał, bez egoizmu, bez oczekiwania na nagrodę?

- Po tych słowach każdy powinien usiąść i zastanowić się nad sobą 

-przyznał Tucker z powagą.

- Kilka lat temu pewien człowiek wygrał na loterii znaczną sumę i 

przekazał los organizacji charytatywnej - powiedziała Jocelyn. - Na ko-
percie nie było adresu nadawcy ani nic, co pozwoliłoby na ujawnienie 
ofiarodawcy.

- Dlatego nie wierzcie w ponure wiadomości, które serwują media 

-poradził   Obediah,   zamrugał   oczami   i   w   kącikach   ust   zagościł   mu 
uśmiech. - Na świecie jest wielu przyzwoitych ludzi, których dobre 
uczynki nigdy nie trafiają na pierwsze strony gazet.

- Chciałabym w to wierzyć - mruknęła Jocelyn i wzięła do ust kęs 

omleta.

- Uwierz - odparł po prostu Obediah. Zdaniem Jocelyn uwierzyć 

nie było tak łatwo.

- Jak? - W jej głosie słychać było niedowierzanie.
- Siedzisz tu, prawda?
- Tak, ale... - Nie wiedziała, co to ma wspólnego, ale Obediah nie 

pozwolił zapytać.

- Dlaczego? - rzucił pytanie.
- Co dlaczego? - Nie zrozumiała.
- Dlaczego tu siedzisz?
- Dlatego że... - Zawahała się i spojrzała na Tuckera. Nie spuszczał 

z niej oczu, dostrzegła w nich coś niepokojąco delikatnego i poczuła, 

background image

jak puls jej przyspiesza. Zdenerwowało ją to i odpowiedziała szorstko:

- Nie mam pojęcia, dlaczego tu jestem. Chyba z głupoty. Obediah 

zaśmiał się, szczerze rozbawiony.

- Na to wygląda. Miałaś przecież inne plany...
-  Kiedy  Molly  zwaliła  mnie  z  nóg,  wszystko  zaczęło się  walić. 

-Jocelyn nadziała na widelec ostatni kawałek omleta.

Pies, usłyszawszy swoje imię, podbiegł do stołu, usiadł przed nią i 

radośnie sapał.

- Zgadza się. Molly jest winna. - Obediah poklepał ją czule po łbie, 

a pies rzucił mu pełne uwielbienia spojrzenie. - Może twój pan powi-
nien przemianować cię na Doiły.

- Dolly? - Tucker uniósł brwi zdziwiony. - Molly nie przypomina 

Dolly Parton.

- Nie miałem na myśli Dolly Parton, tylko swatkę z musicalu Hello 

Dolly,  który wystawiali kiedyś na Broadwayu - wyjaśnił Obediah. -” 
końcu poznaliście się dzięki Molly.

- Czysty przypadek - upierała się Jocelyn. - Potem niepotrzebnie 

dałam się Tuckerowi zaprosić na kawę, zamiast iść w swoją stronę, za-
pominając o zdarzeniu.

-   Właśnie   to   zamierzałaś   zrobić,   kiedy  Molly   mnie   przewróciła 

-przypomniał jej Tucker.

- Niepotrzebnie się zatrzymałam. - Jocelyn włożyła kawałek omleta 

do ust i zaczęła intensywnie przeżuwać.

- Dlaczego to zrobiłaś? - W oczach Obediaha znowu pojawił się 

błysk zrozumienia. Szybko przełknęła.

- Dlatego że Tucker był ranny i nie mogłam po prostu odejść i zo-

stawić go leżącego na ziemi.

-   Oczywiście,   że   nie   -   zgodził   się   Obediah.   -   Z   troski   o   niego 

zgodziłaś się odwieźć go bezpiecznie do domu, opatrzyć mu rany, a 
potem   nakarmić.   Jesteś   tutaj,   dlatego   że   zrezygnowałaś   ze   swoich 
planów i  pomyślałaś  najpierw  o  potrzebach Tuckera.  Jesteś  tu...  bo 
obchodzi cię jego los.

- I żałuję każdej chwili. - Spojrzała na Tuckera zirytowana jego za-

dowoloną i radosną miną.

- Tylko  dlatego że boisz się, co z tego może  wyniknąć  dalej. - 

Wzrok   Obediaha   przypominał   jej,   że   staruszek   zna   jej   prawdziwą 
tożsamość. Tucker podniósł dłoń.

- Poczekaj chwileczkę, Obediah. Do tej pory mówiłeś z sensem, ale 

teraz cię nie rozumiem. Czego Jonesy się boi?

- Tego samego, co na początku - odpowiedziała szczerze, a potem 

skłamała trochę. - Że zmarnuję tu cały dzień.

- Wygląda na to, że poważnie pokrzyżowałem ci plany. - Tucker 

robił wrażenie zmartwionego.

-   Nie   sądzisz,   że   to   delikatnie   powiedziane?   -   oznajmiła   wręcz 

oskarżycielskim   tonem,   ale   udało   jej   się   trochę   zapanować   nad 
rozdrażnieniem. Zebrała sztućce, położyła na talerzu i wstała z krzesła. 
- Kończcie śniadanie, a ja zacznę sprzątać.

W  tej samej  chwili  Molly poderwała  się  z sobie  tylko  znanego 

powodu i wybiegła z kuchni. Jocelyn z talerzem i szklanką w rękach 
podeszła do zlewu i zerknęła na dół.

- Gdzie masz zmywarkę, Tucker?

- Tam, gdzie patrzysz. - Odwróciła się do niego. Trzymał obie ręce 

w powietrzu i machał nimi do przodu i do tyłu. - Moja zmywarka jest 
starego   typu,   ręczna.   Opłucz   talerze   i   wstaw   wszystko   do   zlewu. 
Potem się tym zajmę.

Obediah nie zamierzał się zgodzić.

- Nie ma  mowy.  Jo... nesy - zreflektował się w ostatniej chwili, 

background image

żeby nie pomylić imienia - i ja możemy pozmywać. Zajmie nam to 
kilka   minut,   prawda?   -   Czekał   na   potwierdzenie.   Znowu   była   w 
pułapce, po tym jak Obediah tak głośno wychwalał altruizm. Jocelyn 
chciała, żeby miał  o niej dobre zdanie i miała nadzieję, że je sobie 
wyrobi.

- Oczywiście, że wszystko zrobimy - zgodziła się bez większego 

entuzjazmu,   odwróciła   się   do   zlewozmywaka   i   odstawiła   brudne 
naczynia na blat.

Kiedy zaczęła zbierać miski i patelnie, Molly wróciła do kuchni ze 

smyczą w pysku. Podeszła prosto do Obediaha, podskoczyła, a potem 
oparła mu dwie łapy o nogę i pomachała smyczą przed twarzą.

Zaskoczony Obediah po chwili zrozumiał.

- Co my tu mamy? - zapytał ze słabym uśmiechem.

- Molly, na litość boską, złaź z niego natychmiast - nakazał jej za-

wstydzony Tucker. - Nie wiesz, że nie wolno skakać na ludzi? Złaź!

Molly nie chciała tego słyszeć i podsunęła smycz jeszcze bliżej. 

Gdy tylko Obediah wziął ją do ręki, pies odskoczył i stanął na czterech 
łapach, szczeknął raz, ostro, z wyraźnym żądaniem.

- Chyba chce, żebym z nią wyszedł na spacer. - Obediah popatrzył 

na Tuckera wyczekująco.

- Wiem. Zawsze wychodzę z nią na chwilę po jedzeniu. Chyba się 

domyśliła, że dziś nie dam rady. Nie zwracaj na nią uwagi -powiedział. 
-Może poczekać do wieczora.

- Dlaczego? - sprzeciwił się Obediah niewinnie. - Mogę ją wypro-

wadzić, prawda, Molly?

Szczeknęła radośnie i zgodnie zaczęła machać ogonem, a po chwili 

kołysała całą tylną częścią ciała. Obediah pochylił się i przypiął smycz  
do obroży.

- Ja to zrobię - zaproponowała Jocelyn, ponieważ nie chciała zostać 

sama z Tuckerem, szczególnie kiedy przypomniała sobie o pocałunku.

- Nie trzeba. - Obediah wstał z krzesła, trzymając smycz w dłoni. 

-Z przyjemnością zabiorę Molly na krótki spacer.

- Wiem, ale... nie skończył pan śniadania - przypomniała szybko.
- Najadłem się już i nie dam rady przełknąć nic więcej - uparł się 

Obediah, a Molly podrygiwała  radośnie obok niego. - Cierpliwości, 
dziewczynko. Zaraz idziemy, tylko wezmę płaszcz i kapelusz.

- Naprawdę myślę, że to ja powinnam z nią wyjść - spróbowała 

Jocelyn   jeszcze   raz.   -   Molly   potrafi   być   nieprzewidywalna   i 
wolałabym, żeby nie ciągnęła pana po schodach.

Obediah zignorował jej troskę.

-   Nie   martw   się   o   to.   Kiedy   jechaliśmy   taksówką,   Molly   i   ja 

dogadaliśmy się, prawda, piesku? Ja nie będę szedł zbyt wolno, a ty nie 
będziesz pędziła.

Oboje ruszyli do salonu. Jocelyn patrzyła za nimi przez chwilę, a 

potem   poczuła   na   sobie   wzrok   Tuckera.   Odwróciła   się   do   zlewu   i 
postanowiła   go   zignorować.   Musiała   jednak   posprzątać   ze   stołu, 
ułożyła więc naczynia na kupkę razem ze sztućcami.

- Zaraz wracamy - zawołał Obediah z salonu, a po chwili drzwi się 

zamknęły.

- Czuję się bezradny,  kiedy tak siedzę i patrzę, jak się krzątasz 

-powiedział Tucker, kiedy niosła talerze ze stołu.

- To nie patrz - odparła Jocelyn.
-   Nie   mogę.   Ociekacz   i   plastikowa   miska   są   pod   zlewem   - 

powiedział.

- Wiem - zauważyła je, kiedy odkładała na miejsce lateksowe ręka-

wiczki.

Teraz znowu będą jej potrzebne. Ustawiła ociekacz, włożyła miskę 

background image

do zlewu i odkręciła wodę, a potem dodała trochę płynu do zmywania. 
Robiły się bąbelki, a ona tymczasem wyciągnęła rękawiczki.

- Bardzo boisz się zarazków? - zdziwił się Tucker.
- Jestem wrażliwa na niektóre płyny do zmywania.
-   W   takim   razie   ja   pozmywam,   a   ty   wycieraj.   Odwróciła   się   i 

zobaczyła, że Tucker wstaje.

- Miałeś oszczędzać kolano - powiedziała z wyrzutem.
- Oszczędzam. Teraz będę oszczędzał je na stojąco. - Pokuśtykał 

do   zlewu.   -   Popatrz   na   to   w   ten   sposób.   Nim   Obediah   wróci, 
pozmywamy, wytrzemy i pochowamy naczynia. Chyba że się uprzesz, 
żeby na niego zaczekać, ale to oznacza, że zostaniesz u mnie dłużej.

- Nie licz na to - mruknęła.

- Byłem prawie pewien, że tak zareagujesz. - Oparł się o blat i cały 

ciężar   przeniósł   na   jedną   nogę.   Wsunął   stertę   naczyń   i   sztućce   do 
mydlanej wody. - Szczerze mówiąc, zmywanie w tych rękawicach jest 
niewygodne.   Jeszcze   coś   upuścisz,   stłuczesz   i   pokaleczysz   się,   a 
potem ja będę musiał cię opatrywać.

Miał   rację,   chociaż   Jocelyn   niechętnie   to   przyznała.   Ściągnęła 

rękawiczki, odłożyła i sięgnęła do szuflady po suchą ścierkę.

- Poza tym powinnaś wiedzieć, że nie należę do mężczyzn, którzy 

uważają, że zmywanie uwłacza ich męskości. Zupełnie dobrze radzę 
sobie   z   różnymi   pracami   domowymi   -   sprzątam,   odkurzam,   myję 
podłogi i tak dalej.

- Bardzo pięknie. - Jocelyn sięgnęła po talerz.

- Moja mama  mówi, że ci, którzy wykręcają się od roboty,  nie 

doceniaj ą znaczenia prac domowych, dopóki ten, kto je zawsze robił, 
nie przestanie.

Jocelyn uśmiechnęła się, słysząc kolejną złotą myśl Tuckera.

-  Twoja   matka  tak powiedziała?  -  zapytała,   drażniąc   się   z  nim. 

-Jestem zaskoczona, że to nie twój dziadek.

- Nie wpadł na to. Tym razem to słowa mojej mamy. Jest mądra - 

oznajmił szczerze, ale w spojrzeniu, które jej rzucił, widać było wesoły 
błysk.

- Cieszę się- Jocelyn rozpromieniła się jeszcze bardziej. Kiedy Tu-

cker zachowywał  się swobodnie, mogła się odprężyć  i cieszyć  jego 
towarzystwem   oraz   rozmową.   Był   dobrym   obserwatorem   i   nie 
traktował   wszystkiego   zbyt   serio.   W   Białym   Domu   wszystko   było 
poważne:   problemy,   odpowiedzialność,   różne   sprawy,   obowiązki,   a 
okazja do odpoczynku zdarzała się rzadko - nad wszystkim ciążyła 
powaga urzędu prezydenta.

- Tak na marginesie... - Tucker podstawił talerz pod kran, spłukał 

go i podał Jocelyn. - Śniadanie było świetne, dziękuję.

Wzruszyła ramionami.
- Obediah prawie wszystko zrobił sam.
- Świetny z niego gość - zauważył Tucker i nagle zaśmiał się do 

siebie.

- Z czego się śmiejesz? - Przerwała wycieranie i przyjrzała mu się 

zaciekawiona.

- Przypomniało mi się coś, co kiedyś czytałem - odpowiedział i w 

uśmiechu uniósł kąciki ust. - Chodziło o to, że człowiek przechodzi 
przez trzy etapy w życiu: najpierw wierzy w Świętego Mikołaja, potem 
przestaje   wierzyć,   a   na   koniec   sam   zostaje   Mikołajem.   Zanim 
poznałem Obediaha, myślałem, że jestem na etapie drugim.

- A teraz? - uśmiechnęła się.
- Chyba wróciłem do pierwszego.
- Wiem, o czym mówisz. - Schowała suchy talerz do szafki.
- Naprawdę?

background image

- Tak. - Sięgnęła po następny.

- Czy wiesz, że oprócz ciebie tylko matka, jeden raz, pomagała mi 

wycierać   talerze?   Czuję   się,   jakbyśmy   byli   starym,   dobrym 
małżeństwem, które właśnie zjadło śniadanie i sprząta. Ja zmywam, ty 
wycierasz i chowasz naczynia.

Zacisnęła palce na brzegu talerza, kiedy dotarło do niej, że czuje się 

dokładnie tak samo. Zaskoczona pomyślała, że miło jest być w jego 
kuchni i coraz lepiej się czuje w jego towarzystwie. Miała wrażenie, że 
zna go od wieków, choć poznali się zaledwie kilka godzin temu. Jak to 
możliwe,
że pomimo dzielących ich różnic cenili takie same wartości? Nie ogar-
niała tego wszystkiego.

Czuła, że nie ma przed nimi żadnej przyszłości, bo ich znajomość 

opierała się na jednym wielkim kłamstwie, a ona była oszustką.

- Dość tego! - Jocelyn z impetem odłożyła talerz i odrzuciła ścier-

kę. - Mam już tego dość!

Nie   zwracając   uwagi   na   zaskoczony  wzrok  Tuckera,   ruszyła   do 

salonu. Odwrócił się za nią, a krople wody kapały mu z rąk.

- Czego masz dość?

Obróciła się na pięcie i wycelowała w niego palec w oskarżycielskim
geście.

- Ciebie i twojego gadania o małżeństwie. - Łzy napłynęły jej do 

oczu. - Nic z tego nie będzie ani dzisiaj, ani jutro, ani nigdy. Jasne?

Przez   moment   jego   wzrok   skrzyżował   się   z   gorącym   i 

rozwścieczonym   spojrzeniem   Jocelyn.   Tucker   dostrzegł   ból   w   jej 

oczach. Zaskoczony nie zdążył zareagować, kiedy wybiegła do salonu.

- Poczekaj chwilę, Jonesy. - Chciał pobiec za nią i zapomniał uda-

wać, że kuleje. Bandaż na kolanie ograniczał go i spowalniał ruchy. -
Dokąd idziesz?

- Nie domyślasz się? - rzuciła przez ramię i chwyciła kurtkę z fote-

la. - Wychodzę.

- Ale... - Stanął w drzwiach kuchni i przycisnął dłoń do uda. Tym 

razem   jego   niezdarne   gesty   nie   wzruszyły   Jocelyn   i   jakoś   mu   nie 

współczuła.

- Skoro stoisz i zmywasz, to sam dasz sobie radę. Obrzuciła go 

wściekłym spojrzeniem, szarpnęła za klamkę i wybiegła na korytarz. 

Skrzywił   się,  kiedy  drzwi  zatrzasnęły się  z  hukiem.   Zrobił  krok za 

Jocelyn, zatrzymał się i ze złości i żalu uderzył ręką we framugę.

Jej   szybkie   kroki   rozległy   się   na   klatce.   Zbiegała   w   dół   i   nie 

zwolniła ani na chwilę. Wybiegła na ulicę i o mało nie zderzyła się na 

chodniku

z Obediahem.

- Jocelyn. - Złapał ją za ramię, żeby zatrzymać i spojrzał zdumio-

ny. - Co się stało? Co z tobą?

Popatrzył   za   jej   plecami,   jakby   spodziewał   się,   że   zobaczy 

Tuckera, wybiegającego z budynku, ale drzwi wejściowe pozostały 

zamknięte.

- Ten facet jest nienormalny. - Odepchnęła jego ręce i chciała go 

wyminąć, ale nie mogła odejść, bo Molly skoczyła do góry, żeby ją 

przywitać.

- Nienormalny? - zapytał Obediah z niedowierzaniem.
- Bez przerwy gada o małżeństwie. Co ja mam o tym myśleć? Prze-

cież to bzdura - oboje o tym wiemy. - Walczyła z różnymi emocjami.

Obediah popatrzył na nią i nagle zrozumiał.

- A ty czujesz się jak oszustka.

- Ja... - Jocelyn otworzyła usta, żeby zaprzeczyć, ale milczała. Za-

miast tego odepchnęła labradora. - Na litość boską, Molly. Nie skacz.

Uwolniła się od psa i ruszyła przed siebie. Molly szarpnęła się w 

jej   stronę   i   stanęła,   kiedy  Obediah   pociągnął   stanowczo   za   smycz. 

background image

Spojrzała na niego i pisnęła zaskoczona.

- Wiem, piesku. Wiem. - Sięgnął do niej i poklepał ją w zamyśle-

niu. - Ja też się martwię. Dotąd wszystko szło tak dobrze i... - zamilkł i 

popatrzył w górę na trzecie piętro starego budynku. - Zobaczmy, co da 

się z tym zrobić.

Rozdział 12

Kiedy Molly i Obediah pokonali ostatni fragment schodów, Tucker stał 

w drzwiach mieszkania i czekał nas nich.

- Widziałeś ją - powiedział i zrobił smutną, przegraną minę. Nie 

zwrócił uwagi na Molly, która otarła się o niego i weszła do środka.

- Spotkałem ją na dole - potwierdził Obediah, lekko zadyszany.

- Wybiegła wściekła jak osa. - Tucker zgarbił ramiona, odszedł od 

drzwi i ruszył w stronę kanapy. - Tym razem wszystko zepsułem, Obe-

diah. Naprawdę źle to rozegrałem. - Opadł na poduszki, pochylił się do 

przodu, żeby oprzeć łokcie na kolanach i wbił przygnębiony wzrok w 

podłogę. - Wiedziałem, że drażni ją moje gadanie o ślubie i obiecałem 

sobie, że więcej o tym nie wspomnę. Ale zgadnij, o czym zacząłem 

klepać? O małżeństwie, ale dlatego, że cały czas myślałem o jednym.

Podniósł   głowę,   zrobił   niewinną   minę   i   machnął   ręką   od 

niechcenia.

- Zmywaliśmy razem naczynia, jak stare, dobre małżeństwo. Bez 

zastanowienia powiedziałem jej o tym. - Westchnął z obrzydzeniem. - 

Myślałem, żeby za nią pobiec, ale jeszcze zawoła policję i każe mnie 

aresztować.

- Nie sądzę, by zrobiła coś takiego. - Obediah położył płaszcz i ka-

pelusz na krzesło.

- Nie wiesz, jaka była wściekła, kiedy stąd wybiegła. - Tucker wy-

buchnął głośnym śmiechem.

- Mogę sobie wyobrazić - mruknął Obediah.
- Prawda, przecież ją widziałeś - przypomniał sobie Tucker. - Po-

wiem ci jedno - szansa, że ją jeszcze kiedyś spotkam, jest niewielka.

- Nie byłbym taki pewien. - Podchodząc do kanapy, Obediah spe-

cjalnie   zrzucił   ze   stolika   gazetę,   która   rozłożyła   się   na   podłodze. 
Mlasnął językiem niezadowolony i pochylił się, żeby ją zebrać. - Ale 
ze mnie niezdara.

- Zostaw to. Nic się nie stało - powiedział zmartwiony Tucker. - 

Nieprawda.   -   Zaszeleścił   kartkami,   aż   znalazł   tę,   której   szukał. 
-Zobacz, jakie piękne zdjęcie córki prezydenta. Widziałeś?

- Nie. - Tucker rzucił obojętne spojrzenie na gazetę i odwrócił się.
- Zobacz, bo jest naprawdę dobre. - Obediah wyciągnął do niego 

stronę.

- Może później. - Tucker machnął ręką.
- Jak chcesz. - Obediah wzruszył ramionami i odłożył gazetę na 

stolik, zdjęciem do góry, tak żeby było w zasięgu wzroku Tuckera. - 
Moim zdaniem bardzo cię zainteresuje.

- Posłuchaj - powiedział Grady, tracąc cierpliwość. - Widziałem 

już   córkę   Wakefielda.   Wiem,   że   jest   piękną   kobietą.   -   Zirytowany 
chwycił gazetę, spojrzał na zdjęcie i skinął głową. - Mówiłem, że jest 
ładna.

Kiedy odłożył  gazetę, Obediah postukał palcem w zdjęcie, żeby 

jeszcze raz zwrócić jego uwagę.

-   Spójrz   na   oczy.   Mają   niezwykły,   brązowy   odcień   -   ciemny, 

głęboki, czekoladowy, nie sądzisz?

-   Owszem,   ładne   oczy.   Brązowe.   -   Popatrzył   chwilę   dłużej   i 

background image

wykrzywił usta. - Podobne do oczu Jonesy.

- Naprawdę? - Obediah zajrzał mu przez ramię.
- Ma też nos i usta Jonesy - dodał Tucker.
- Co ty powiesz? Niezwykłe, prawda?
- Niesamowite - powtórzył głucho Tucker i z ciężkim westchnie-

niem opuścił gazetę na stolik. - Pewnie tak teraz będzie. W każdej ko-
biecie będę widział coś, co przypomni mi Jonesy.

- Tak sądzisz? - powiedział Obediah wyraźnie zatroskany.
- Tak. Popatrz tylko na zdjęcie Jocelyn Wakefield. - Tucker mach-

nął ręką w stronę gazety.

- Dostrzegasz jakieś podobieństwo?

- Podobieństwo? - zadrwił Tucker. - Według mnie jest bardzo po-

dobna do Jonesy. Szczególnie kiedy zapomnisz na moment o rudych 
włosach. - Pochylił się do przodu, złożył dłonie, położył na kolorowej 
fotografii i zasłonił jasnorude włosy Jocelyn.  Widać było  tylko  jej 
twarz. - Wyobraź sobie, że ma brązową perukę, ciemniejszy makijaż 
i...

Nagle urwał w pół zdania, podniósł ręce i znowu opuścił. Zrobił 

tak jeszcze raz, a potem położył dłonie na kolanach.

-   To   niemożliwe   -   mruknął   i   jeszcze   raz   popatrzył   zaskoczony. 

-Niemożliwe.

- Co?

Tucker nie odpowiedział od razu. Wstał, odszedł od stolika, potem 

wrócił i przeczesał włosy palcami, wichrząc je.

- Chyba naprawdę zwariowałem - powiedział w końcu.
- Dlaczego tak mówisz? - zapytał Obediah niewinnie.
- Ponieważ... - zaśmiał się Tucker krótko i jeszcze raz zerknął na 

zdjęcie. - Przez moment byłem prawie pewien, że Jonesy to Jocelyn  
Wakefield.

- Naprawdę? - zdumiał się Obediah.
- Obie są podobnego wzrostu i budowy, a twarze mają jak siostry 

bliźniaczki.   -   Tucker   jeszcze   raz   wskazał   na   zdjęcie   dłonią.   -   Za 
każdym razem, kiedy wspomniałem coś o polityce, szybko zmieniała 
temat. Pamiętasz, jak przyznała, że jej ojciec pracuje dla rządu? Nie 
powiedziała ani słowa w jakim charakterze. A może jest prezydentem? 
Wszyscy wiedzą, że żona Wakefielda zginęła kilka lat temu, tak samo 
jak matka Jonesy. No i Iowa. Jocelyn Wakefield mieszkała tam kilka 
miesięcy przed wyborami. Krążyły nawet żarty, że gubernator przyzna 
jej honorowe obywatelstwo. - Tucker pstryknął palcami i przypomniał 
sobie   coś   jeszcze.   -Nauczycielka!   Córka   Wakefielda   ma   dyplom 
nauczycielski i zawsze twierdziła, że chce pracować w tym zawodzie.

- O rany. Niezły zbieg okoliczności. - Obediah usiadł na kanapie i 

słuchał z szeroko otwartymi oczami.

- Jeśli o mnie chodzi, to aż za wiele tych podobieństw. - Tucker 

wielkimi krokami podszedł do stolika i podniósł gazetę z wielką, kolo-
rową fotografią Jocelyn Wakefield. Uderzył zdjęcie wierzchem dłoni. 
-Wiedziałem,   że   wygląda   znajomo,   od  chwili   kiedy  zobaczyłem   jej 
twarz. Ale wmówiłem sobie, że to dziewczyna dla mnie przeznaczona. 
- Ponury i wściekły Tucker rzucił gazetę na stół. - Założę się, że miała 
niezłą   zabawę.   Grady   Tucker   zakochał   się   w   przebranej   Jocelyn 
Wakefield. Zrobiła mi paskudny kawał...

- Mocne słowa - upomniał go Obediah.
- A jak to nazwać? - zbuntował się ostro Tucker. - Byłem z nią 

szczery od początku. Wiedziała dokładnie, kim jestem, nie oszukujmy 
się. A czy ja wiedziałem prawdę o niej? Nic a nic. Sprzedała mi tę 
historię o Jonesy. Myśl, co chcesz, ale to było zwyczajne oszustwo.

Białe brwi uniosły się do góry.

background image

- Czy jej oszustwo jest gorsze od twojego?

- Mojego? - Tucker odchylił głowę do tyłu ze szczerym oburzeniem.

- Tak, twojego - powtórzył Obediah z drwiącym uśmiechem. Spoj-

rzał na zabandażowane kolano Tuckera. - Twoje kolano jest tak samo 

skręcone   jak   moje.   Gdyby   panna   Wakefield   myślała   przytomnie, 

zauważyłaby, że nie ma na nim żadnej opuchlizny.

- Zgoda, może udawałem, że zraniłem się bardziej niż w rzeczywi-

stości. - Tucker niechętnie przyznał mu rację. - Ale to nieszkodliwe 

kłamstwo w porównaniu z tym, jakiego ona się dopuściła. Zrobiła ze 

mnie głupca. Zaraz, zaraz. - Wycelował palec w Obediaha. - Właśnie 

nazwałeś ją panną Wakefield. Jakbyś  był  pewien, że to była  ona, i 

wcale nie jesteś zaskoczony. Już wcześniej odgadłeś, kim jest i dlatego 

tak podtykałeś mi pod nos jej zdjęcie.

- Z przykrością nie mogę odpowiedzieć na to pytanie bez złamania 

danego słowa - westchnął Obediah.

- Obiecałeś nie zdradzić mi, kim jest - zgadł Tucker.
- Ja tego nie powiedziałem. - Obediah złożył ręce na brzuchu.
- Oczywiście, że nie. - Lekko rozbawiony Tucker pokiwał głową. 

-Jedynie skierowałeś mnie w dobrą stronę. Zakładałeś, że jestem na 

tyle sprytny, że się domyśle.

- Można tak powiedzieć.
- Dokładnie tak było - oznajmił Tucker i westchnął smutno. - Nie-

stety   nie   odgadłem   tajemnicy   od   razu   i   dałem   zrobić   z   siebie 

kompletnego   głupka.   -   Przerwał   i   rzucił   Obediahowi   surowe 

spojrzenie. - Właściwie po co jej była ta maskarada?

- A dlaczego ludzie się przebierają? - Obediah odbił piłeczkę.
- Obaj znamy odpowiedź - odparł Tucker. - Po to, żeby ich nikt nie 

rozpoznał.

- Sądzę, że to logiczny wniosek.
- Chciałbym wiedzieć coś jeszcze. - Na czole Tuckera pojawiła się 

zmarszczka. - Gdzie się podziała jej osobista ochrona?

- Dobre pytanie. - Obediah usiadł w pozycji lotosu i zamyślił się.
- Powinni byli zaatakować Molly i mnie, jak tylko pies ją przewró-

cił. Spryciula musiała im się wymknąć. - Tucker uniósł ręce. - Ale nu-

mer! Córka prezydenta chodzi sama po ulicy! Czy ona nie zdaje sobie 

sprawy, że jakiś wariat może ją porwać?

- Chyba nie mówisz poważnie? - Obediah zrobił zatroskaną minę, 

ale widać było, że udawał.

- Dlaczego nie? Skoro obaj ją rozpoznaliśmy, z pewnością inni też 

mogą.

Obediah pochylił się do przodu i był teraz poważnie zmartwiony.

- Co według ciebie powinniśmy zrobić?

- Nie wiem. Może do kogoś zadzwonić. - Tucker się zawahał.
-   Zawsze   zdążymy   zawiadomić   policję   -   powiedział   Obediah.   - 

Tylko co im powiemy?  Córka prezydenta właśnie wyszła z twojego 

mieszkania w peruce i z mocnym makijażem. Jeśli nie ogłosili alarmu 

w związku z jej zaginięciem, będzie nam trudno ich przekonać, nie 

sądzisz?

- Może - zgodził się.
- Myślę, że minęłoby wiele czasu zanim potwierdziliby jej zniknię-

cie - stwierdził Obediah. - W tych okolicznościach uważam, że sam 

powinieneś jej poszukać.

- Ja? - Tucker zmarszczył brwi.
- Ktoś musi ją mieć na oku - oświadczył. - Sądzę, że panna Wake-

field   nie   zdziwi   się,   kiedy   cię   znowu   zobaczy,   a   może   nawet   się 

ucieszy.

- Bardzo wątpię. - Tucker wydał z siebie krótkie, pełne niedowie-

rzania parsknięcie.

- Możliwe, że się mylisz - powiedział starszy pan. - Wypowiadam 

się wyłącznie jako obserwator, bo moim zdaniem trochę cię polubiła 

background image

-może   poczuła   się   z   tym   niezręcznie.   Zastanawiałeś   się,   dlaczego 

uciekła tak nagle? A jeśli dręczyło ją sumienie, bo nie była osobą, za 

którą się podawała?

- Możliwe. - Tucker zaskoczony odkrył,  jak bardzo chciał w to 

wierzyć,   i   zdziwił   się   jeszcze   bardziej,   kiedy   wyciągnął   logiczne 

wnioski z sugestii Obediaha. - Dobry Boże! Chyba nie chcesz przez to 

powiedzieć, że Jocelyn Wakefield zainteresowała się mną? Do diabła, 

przecież to córka prezydenta.

- To przede wszystkim kobieta. Ma uczucia i pragnienia takie same 

jak wszyscy.  Właściwie - dodał Obediah z uśmiechem - niczym nie 

różni się od Jonesy.

- Oto całe zmartwienie. - Zakłopotany Tucker schylił głowę. - Mu-

szę być szczery. Nie sądziłem, że status lub sława mogą mieć wpływ 

na mój stosunek do człowieka, ale nigdy w życiu nie mówiłbym tak 

otwarcie   o   moich   uczuciach,   gdybym   wiedział,   że   to   Jocelyn 

Wakefield. Z pewnością działałbym o wiele bardziej rozważnie.

- Nie sądzisz, że ona również to odgadła?
- Prawdopodobnie. - Skinął głową.
- No. Dlaczego tak stoisz? Idź jej szukać!? - ponaglił Obediah.
- Racja. - Tucker ruszył w kierunku drzwi.
- Może najpierw powinieneś się przebrać. - Uśmiech rozbawienia 

zagościł na ustach starszego pana. - Dni są krótkie i może zrobić się 

chłodno. Tucker spojrzał na swoje gołe nogi i ruszył w drugą stronę.

- Masz rację. - Wszedł do sypialni.
Dwie minuty później pojawił się, dopinając wypłowiałe dżinsy i 

naciągając   sweter.   Rzucił   Obediahowi   krótkie   spojrzenie   i   wziął 
płaszcz.

- Zauważyłeś, w którą stronę poszła? - Pogrzebał w kieszeniach i 

mruknął do siebie. - Gdzieś tu mam kluczyki do samochodu.

-   Poszła   na   wschód   i   skręciła   za   róg   budynku   -   odpowiedział 

Obediah. - Ale nie mam pojęcia dokąd.

- Nie wiemy, gdzie mogła pójść - westchnął zmartwiony Tucker;

Było wiele możliwości. Wsunął dłoń do kieszeni w poszukiwaniu klu-
czyków.

- Podejrzewam, że ktoś, kto ma jeden dzień na zwiedzanie, pójdzie 

w okolice Mali - powiedział Obediah. - Tam ją spotkaliśmy pierwszy 
raz.

- Właśnie dlatego drugi raz tam nie pójdzie.

Im dłużej Tucker się zastanawiał, tym więcej miał wątpliwości.

- A ja sądzę, że mimo wszystko tam wróci - oznajmił prawie pewny 

Obediah. - Interesuje się historią, a w pobliżu Mali są muzea i pomniki. 
Jocelyn pewnie myśli, że wmiesza się w tłum.

- Będę miał dużo szczęścia, jeśli na nią wpadnę. Jeżeli postanowiła 

wejść do jakiegoś muzeum, to może tam spędzić kilka godzin i nigdy 
jej  nie  znajdę.  Nie dam rady przeszukać wszystkich  galerii.  To jak 
szukanie   igły   w   stogu   siana.   -   Tucker   włożył   rękę   do   kieszeni   i 
mruknął. - Wiem, że miałem kluczyki tutaj.

- Coś mi mówi, że bez względu na to, gdzie jest teraz, prędzej czy 

później pojawi się pod pomnikiem Jeffersona. Jedynie zgaduję, pamię-
taj - dodał Obediah.

- Chyba masz rację - zgodził się Tucker. - Spróbuję tam zaparko-

wać, jeżeli w ogóle znajdę kluczyki.

- Sprawdź prawą wewnętrzną kieszeń - polecił. Tucker wsunął rękę 

i wyciągnął breloczek.

- Skąd wiedziałeś, gdzie są? - Spojrzał zdumiony na Obediaha.
- Usłyszałem jak brzęczą, kiedy przed chwilą ich szukałeś.
- Ach, tak. - Tucker przerzucił je w dłoni, zrobił krok w stronę 

holu, zatrzymał się i obejrzał za siebie. - Idziesz ze mną? Co dwie pary 
oczu, to nie jedna.

background image

- Nie. Zostanę tutaj i dotrzymam towarzystwa Molly. - Obediah po-

głaskał błyszczący, czarny łeb psa.

- Jesteś pewien? - zawahał się Tucker.
- Na pewno. Zadzwoń, jak ją znajdziesz.
- Trzymaj za mnie kciuki - poprosił Tucker i otworzył drzwi.
- Uda ci się. Aha, Tucker... - Obediah zatrzymał go w drzwiach. - 

W czasie tych poszukiwań zastanów się, dlaczego uciekła. Chciała spę-
dzić dzień jak zwyczajna dziewczyna, bez całego ogona, który ciągnie 
się za Jocelyn Wakefield. Może dla ciebie i dla mnie to niewiele, ale 
dla niej ma duże znaczenie. Chciała zrobić sobie niezwykłe wakacje, 
taki przedświąteczny prezent.

Tucker milczał zamyślony, a po chwili skinął głową i podszedł do 

drzwi.

- Skontaktuję się z tobą i mam nadzieję, że będę miał dobre wieści 

- rzucił przez ramię.

Zbiegł z łoskotem po schodach, zginając długie nogi. Na zewnątrz 

budynku   skręcił   na   zaplecze,   gdzie   miał   zaparkowany   samochód. 
Otworzył   drzwi   starego   volkswagena,   świeżo   polakierowanego   na 
ognistoczerwony kolor, ze sztucznym  ogonem szopa przyczepionym 
do anteny. Ze zwinnością, którą osiąga się tylko po latach praktyki, 
Tucker złożył się wpół i wcisnął za kierownicę.

Postąpił zgodnie ze starym rytuałem. Włożył kluczyk w stacyjkę i 

zanim uruchomił silnik, z miłością poklepał deskę rozdzielczą.

- Pobudka, Betsy - mruknął i dwa razy nacisnął pedał gazu. - Pora 

wstawać i zabłysnąć, Bets. - Przekręcił kluczyk. Rozległo się warknię-
cie   i   zduszone   kasłanie   silnika.   Nacisnął   pedał   gazu   trzeci   raz.   - 
Naprzód, Betsy. Dasz radę.

Po kolejnym kaszlnięciu silnik złapał ciąg i czterocylindrowy wóz 

ryknął   głośno.   Tucker   z   uśmiechem   zacisnął   palce   na   wystającej   z 
podłogi dźwigni zmiany biegów, wcisnął sprzęgło i wrzucił wsteczny. 
Wycofał   wóz   z   miejsca   parkingowego,   szarpnął   kierownicą   i   na 
jedynce   ruszył   wąską   ulicą.   Chwilę   później   jasnoczerwony   garbus 
pędził przed siebie.

Tucker   krążył   pomiędzy   swoim   mieszkaniem   a   Mali   ponad 

godzinę, obserwując chodniki i wejścia do metra. W końcu poddał się, 
skręcił w Ohio Drive i przez kolejne dwadzieścia minut szukał miejsca 
do   zaparkowania.   Z   parkingu   piechotą   poszedł   do   pomnika 
wzniesionego ku czci trzeciego amerykańskiego prezydenta.

Kiedy dotarł na miejsce, obszedł go kilkakrotnie dookoła i usiadł 

obok jednej z jońskich kolumn, które go otaczały. W ciągu następnej 
godziny nie raz zdawało mu się, że widzi Jocelyn i już chciał biec za 
nią, ale kiedy się zbliżał, okazywało się, że to nie ona.

Kiedy   pomylił   się   kolejny   raz   i   wracał   pod   pomnik,   dostrzegł 

brunetkę  w  kurtce  w  kratę,  która  stała  pod rzucającą  cień  kopułą  i 
patrzyła na sześciometrową postać Jeffersona. Miała na sobie bryczesy 
i szary żakiet z kołnierzem obszytym  futerkiem.  Coś w pozie, jaką 
przyjęła,   lub   w   sposobie,   w   jaki   przechyliła   głowę,   tknęło   go   i 
potwierdziło przypuszczenia.

Usiłował zachować obojętną minę i iść wolnym krokiem. Przeciął 

różowo-szarą,   marmurową   posadzkę   i   zbliżał   się   do   niej   z   boku. 

Wszystkie nerwy miał napięte, ale był prawie przekonany, że się nie 

myli. Przez chwilę napawał się jej widokiem.

Na pozór była całkowicie pochłonięta widokiem majestatycznej fi-

gury   z   brązu,   ale   kiedy   się   zbliżył,   zauważył,   że   błądzi   gdzieś 

wzrokiem   i   minę   ma   niezadowoloną.   Chyba   tylko   udawała 

zainteresowanie.

Jego   buty   zaskrzypiały   na   marmurze.   Obejrzała   się   szybko   z 

lękiem, a potem drugi raz. Dostrzegł w jej oczach miłe zaskoczenie. 

background image

Zaraz się opanowała i odwróciła w jego stronę.

- Co ty tu robisz? - zdziwiona zażądała wyjaśnień.
- Wybrałem się na poszukiwania. - Tucker z rękoma w kieszeniach 

swobodnie zrobił dwa kroki.

Nie omieszkała tego od razu zauważyć.

- Wygląda na to, że cudownie ozdrowiałeś. Kolano chyba ci wcale 

nie dolega. - Śmiało uniosła podbródek. - Zdumiewające, chociażby ze 

względu na to, że dwie godziny temu nie mogłeś stanąć na nodze.

Wtulił głowę w ramiona i uśmiechnął się przepraszająco.

- Obawiam się, że trochę cię nabrałem.

- Powiedziałabym, że całkiem nieźle. - Jocelyn skrzyżowała ręce 

przed sobą, jakby chciała pokazać, że jest zła, ale jej oczy skrywały 

rozbawienie. - Zrobiłeś mi obrzydliwy numer, Tucker.

Miał ochotę powtórzyć słowa Obediaha, że jego udawane skalecze-

nie nie było wcale gorsze od jej kłamstwa. Zerknął na perukę i ciemny 

makijaż.   Teraz,   kiedy   znał   jej   prawdziwą   tożsamość,   nie   mógł   się 

nadziwić, jak niedoskonałe było przebranie.

Mógł po prostu wymówić jej prawdziwe imię, ale coś mu mówiło, 

że   jako   Jonesy   czuła   się   z   nim   dobrze.   Zdemaskowana   Jocelyn 

Wakefield pewnie od razu by uciekła.

- Zgadzam się, że to był obrzydliwy numer - przyznał. - Ale znasz 

stare   powiedzenie:   szczera   spowiedź   jest   lekarstwem   duszy. 

Oczywiście   w   Waszyngtonie   każde   wyznanie   może   zostać 

bestsellerem.

Uśmiechnęła się krzywo.

- Masz niezwykłą umiejętność wykpiwania się żartami z niezręcz-

nych sytuacji.

- Staram się. - Odwzajemnił się uśmiechem.  Spojrzała na niego 

spod przymrużonych powiek.

- Skąd wiedziałeś, że tu przyjdę?
-   Nie   mogę   się   pochwalić,   że   sam  na   to   wpadłem.   Pomógł   mi 

Obediah. Powiedział, że skoro interesujesz się historią amerykańską, 

na pewno
znajdę cię pod pomnikiem Jeffersona. - Spojrzał na figurę z brązu. - 

Pewnie   dlatego,   że   Jefferson   był   kimś   więcej   niż   trzecim   z   kolei 

prezydentem   -   był   również   autorem   Deklaracji   Niepodległości, 

pierwszym zwolennikiem oddzielenia Kościoła od państwa, nabywcą 

terytorium Luizjany. Człowiek wielu sprzeczności - dobry pisarz, ale 

kiepski   mówca.   Popierał   zniesienie   niewolnictwa,   a   sam   nigdy   nie 

uwolnił   własnych   Murzynów   -przerwał   i   popatrzył   na   nią.   -   Sama 

wiesz to wszystko.

-   Tak   -   potwierdziła   i   popatrzyła   za   jego   plecami.   -   Gdzie   jest 

Obediah? Nie przyjechał z tobą?

-   Nie,   został   u   mnie   w   mieszkaniu   z   Molly.   Martwił   się,   że 

chodzisz po mieście sama.

-   Powiedz   mu,   że   nie   musi   się   obawiać.   U   mnie   wszystko   w 

porządku. - Bez słowa ruszyła w drugą stronę.

- Jonesy, zaczekaj. - Tucker popędził za nią.
- Czego znowu chcesz? - Nie zwolniła kroku.
- Szukałem cię, żeby przeprosić za moje zachowanie...
- Przeprosiny przyjęte. Tucker ciągnął niezrażony:
- Kiedy wyszłaś, pomyślałem, że wrócisz do Iowa i po drodze bę-

dziesz   wspominać   durnego   faceta,   który   cały   czas   truł   ci   o 

małżeństwie.

- Szkoda, że wcześniej na to nie wpadłeś. - Szli teraz obok siebie 

pomiędzy kolumnami i zaczęli schodzić po schodach.

- To dlatego, że przy tobie nie umiem trzeźwo myśleć. - Mówił 

prawdę i teraz czuł się podobnie.

-   Daruj   sobie   te   komplementy,   Tucker.   -   Spojrzała   kpiąco   i 

krytycznie.

background image

- To prawda, nie komplement - upierał się. - Zresztą przysięgam, że 

przez resztę dnia nie powiem więcej ani słowa na ten temat. Jocelyn  

zatrzymała się na trzecim schodku.

- Taka obietnica zakłada, że spędzisz resztę dnia w moim towarzy-

stwie.

- To prawda. - Podrapał się z tyłu głowy i zauważył jej rozbawiony 

uśmiech.   -   Pomyślałem,   że   mógłbym   ci   wynagrodzić   zmarnowany 

poranek i pokazać moje prawdziwe miasto. Widzisz, większość ludzi 

uważa,   że   Waszyngton   to   miejsce   pełne   pomników   i   budynków 

rządowych. Nigdy nie udaje im się zobaczyć tej drugiej strony, która 

nie ma nic wspólnego z polityką.

- Jesteś przekonany, że się zgodzę? - zapytała zdumiona.
-   Przyznaj,   Jonesy.   -   Tucker   wypróbował   na   niej   zwycięski 

uśmiech. -Zaciekawiłem cię trochę?

- Zaciekawienie nie oznacza zgody - przypomniała mu.

-   Nie,   ale   to   dobry   początek.   Pomyśl   o   tym,   Jonesy   -   ciągnął 

Tucker. - Chcesz poznać Waszyngton opisywany w przewodnikach - z 
informacjami, że pomnik Jeffersona leży na osi północ-południe, a z 
jego   stopni   masz   najlepszy   widok   na   Biały   Dom?   -   Wskazał   na 
wyraźnie   widoczną   w   oddali   rezydencję.   Kiedy   dostrzegł,   jak 
zesztywniała,   i   pożałował   wybranego   przykładu.   Znał   tylko   jeden 
sposób,   żeby   temu   zaradzić.   -   Wiesz,   jaki   jest   ulubiony   sposób 
spędzania wolnego czasu w Waszyngtonie?

- Jaki? - podchwyciła chętnie, by zmienić temat.
- Obgadywanie prezydenta. - Uśmiechnął się przewrotnie.

Z początku zaszokowana i pełna niesmaku, po chwili uśmiechnęła się.

- Coś mi mówi, że to smutna prawda - powiedziała.
- Niestety. - Tucker podziwiał ją za to, jak szybko odzyskała dobry 

humor   i   jak   taktownie   chciała   wspierać   ojca.   -   Więc   jak   będzie, 
Jonesy? Chcesz przepychać się w tłumie turystów, czy masz ochotę na 
zwyczajne rzeczy, jakie inni ludzie robią w weekend?

- Na przykład?

Pokręcił głową i odmówił podania szczegółów.

- Musiałabyś mi zaufać. Spojrzała mu prosto w oczy.
-   Nie   wracam   do   twojego   mieszkania,   Tucker.   Udał,   że   jest 

oburzony.

- Żaden przewodnik nie odważyłby się zapraszać turysty do miesz-

kania, chyba że na specjalne żądanie.

- Mam nadzieję, że to jasne? - oznajmiła i zawahała się.
- Jak sierpniowe niebo w Kansas - obiecał.

Jocelyn przyglądała mu się jeszcze przez długą chwilę.

- Chyba zwariowałam, że się na to godzę, ale mam poczucie, że nie 

dasz mi spokoju.

- W skrytości ducha przyznam, że tak. Chodźmy. - Wziął ją pod 

rękę i chciał sprowadzić ze schodów.

- Chwileczkę. - Wyrwała mu się. - Dokąd idziemy?
-   Najpierw   do   mojego   samochodu.   Zaparkowałem   obok   Ohio 

Drive. - Zauważył, że chce o coś spytać i postanowił jej przeszkodzić. 
-Wiesz, że w Waszyngtonie szkoły nauki jazdy nie uczą już kierowców 
jak parkować?

- Oczywiście znowu żartujesz.
- Mówię poważnie. - Ruszył w dół schodów i uśmiechnął się, wi-

dząc, że Jocelyn idzie za nim. - Uznali, że to strata czasu. Jeśli mi nie 
wierzysz, zapytaj kogoś, kto próbował ostatnio znaleźć w tym mieście 
wolne miejsce.

- Tobie, jak widać, udało się - zauważyła sucho.
- Co dowodzi jedynie, że cuda się zdarzają. - Posłał jej promienny 

uśmiech.

background image

-   Jesteś   beznadziejny,   Tucker.   -   Wbrew   sobie   odwzajemniła 

uśmiech. Zerknął na nią i dostrzegł uniesione kąciki ust. Jocelyn była 
w dobrym humorze. On zaś był beznadziejny - a raczej beznadziejnie 
zakochany w niej. Może to było nieodwzajemnione uczucie, chociaż 
miał cichą nadzieję, że się myli.

W tej chwili czas był jego sprzymierzeńcem, ponieważ miał pew-

ność, że Jocelyn Wakefield nie wybiera się w najbliższym czasie do 
Iowa.

Rozdział 13

Kiedy   dotarli   do   parkingu,   Jocelyn   z   rozbawieniem   obejrzała   cały 
śmieszny  rytuał,   zgodnie   z   którym   Tucker   oklepał   kieszenie   w  po-
szukiwaniu kluczyków. Zaskoczyło ją odkrycie, jak beztrosko czuje się 
w jego towarzystwie.

Resztki zdrowego rozsądku mówiły jej, że powinna odmówić i nie 

iść z nim,  ale pamiętała, że wszystko  wokół wydało jej się szare i 
nudne, kiedy wyszła z jego mieszkania.

Co   gorsza,   wcześniej   była   pewna,   że   marzyła   o   samotnej 

włóczędze po mieście. Spędziła godzinę, starając się wmówić sobie, że 
dobrze się bawi, lecz prawda była zupełnie inna.

Potem zjawił się Tucker i zrozumiała, czego jej brakowało.

- Znalazłem. - Zadzwonił kluczami na breloczku.
- A teraz znajdź samochód. - Parking był pełen, a dookoła wciąż 

jeździli kierowcy w poszukiwaniu miejsca.

- To proste - powiedział Tucker i pokazał palcem. - To ten z ogo-

nem szopa na antenie. Zauważyła go od razu.

- Mam nadzieję, że jest sztuczny.
- Oczywiście. - Spojrzał na nią spode łba. - Chyba nie sądzisz, że 

narażałbym się na gniewną reakcję obrońców zwierząt?

- Nie sądzę. - Uśmiechnęła się. - Jesteś fanem Davy’ego Crocketta?
- Nie, ale moja mama tak - ucieszył się. - Odpruła ten ogon od sta-

rej czapki i dała mi, jak szedłem na studia.

Jocelyn nie wiedziała, czy mu wierzyć, czy nie.

- Dziwny prezent dla syna. To miał być amulet na szczęście, czy 

coś
takiego?

- Coś takiego? - powtórzył  z uśmiechem.  - Martwiła się, że nie 

będę   pamiętał,   gdzie   zaparkowałem  samochód,   i   nie   będę   mógł   go 

znaleźć. Muszę przyznać, że ogon szopa uratował mnie wiele razy od 

niepotrzebnego zdzierania zelówek i, jak widać, wciąż mi pomaga.

- Wierzę - powiedziała i zatrzymała się z otwartymi ustami na wi-

dok garbusa.

- Niemożliwe. Jeździsz volkswagenem?
- Tak. - Pochylił się i otworzył przed nią drzwi pasażera.
- Jak ty mieścisz się do środka? - Spojrzała na wyprofilowane sie-

dzenia i małe wnętrze.

-   Lata   praktyki.   -   Otworzył   drzwi   szeroko   i   przytrzymał.   Z 

wahaniem podeszła do samochodu i spojrzała na czerwony, błyszczący 

lakier. - Nie miałam pojęcia, że jeszcze je robią.

- Owszem, robią, ale to nie jest nowy, ulepszony model. Jocelyn 

zamarła   z   jedną   nogą   w   samochodzie   i   oparła   rękę   na   wypukłym 

dachu.

-   Chcesz   powiedzieć,   że   to   jest...   -   Szukała   właściwego   słowa. 

Tucker ją wyręczył.

background image

-   Oryginalny   model.   Uważaj,   nie   uderz   się   w   głowę   przy 

wsiadaniu.  Jocelyn   posłuchała  rady  i  ostrożnie  usiadła  na  fotelu 

pasażera. Nie

było   tak   niewygodnie,   jak   się   obawiała.   Tucker   odczekał,   zamknął 

drzwi

i obszedł antyczny pojazd.

- Z którego roku jest ten samochód? - zapytała, kiedy zamknął swo-

je drzwi.

- Z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego trzeciego. - Poklepał deskę 

rozdzielczą, mruknął coś i poruszył stopą.

-   Niesamowite,   że   jeszcze   jeździ   -mruknęła   Jocelyn   zdumiona, 

kiedy po pierwszym obrocie kluczyka silnik wydał odgłos.

- Betsy nie tylko wygląda wspaniale, ale doskonale jeździ.
- Betsy?

Tucker sięgnął do dźwigni zmiany biegów i zerknął na Jocelyn.

- Tak ją nazwałem.
- Betsy? Jak w filmie? - zgadła Jocelyn.
- Nie  pomyliłaś się.  - Uśmiechnął  się,  zadowolony,  od ucha do 

ucha. Ucieszyła się, że zdołała dobrze odgadnąć.

- Od jak dawna go masz? - zapytała, kiedy zaczął wycofywać.
- Od pierwszej klasy liceum. Kupiłem od faceta, który mieszkał na 

mojej ulicy. - Wcisnął sprzęgło, zmienił bieg i ruszył przed siebie.

- Chcesz powiedzieć, że Betsy to twój pierwszy samochód? Tucker 

twierdząco skinął głową.

- Jestem wiernym człowiekiem.
- Albo bardzo skąpym - zadrwiła.
- Przyznaję, że Betsy jest tania w eksploatacji i można się nią wci-

snąć   w   małe   miejsca   parkingowe.   -   Uśmiechnął   się,   kiedy  Jocelyn 

mruknęła coś z niesmakiem. - I na dodatek nic nie trzeba w niej było 

jeszcze naprawiać, co jest niezwykłe jak na tak wiekowy samochód. 

Co nie znaczy, że Betsy nie ma minusów.

- Na przykład?

- Trudno jest robić to z dziewczyną na tylnym siedzeniu - szczegól-

nie komuś takiemu jak ja. Kiedy już wejdę na tył, nie ma miejsca dla 

dziewczyny. - Włączył się do ruchu.

Jocelyn wybuchnęła śmiechem.

- Mógłbyś dostać skurczu. Tucker skrzywił się.
- Niesmaczny żart.
- Twoja szkoła - odgryzła się Jocelyn, zdziwiona jak łatwo jej po-

szło. Ale zaraz spoważniała. - Zaczekaj, to znaczy, że przyjechałeś sa-

mochodem z Kansas do Waszyngtonu?

- Nie miałem wielkiego wyboru - odparł. - Nie chcieli sprzedać dla 

niej biletu na samolot, a nadanie pocztą było zbyt kosztowne.

- Bardzo zabawne.
- Zabrało mi to mniej czasu niż myślisz. - Zerknął na nią z boku. 

-Betsy nieźle zasuwa, kiedy nabierze wiatru w żagle. - Rozpędził się, 

jakby chciał udowodnić swoje słowa. - Na ulicach Waszyngtonu nie 

liczy się prędkość, tylko niezawodność - dodał.

- Betsy, jak widać, jest niezawodna - mruknęła ironicznie Jocelyn.
- Nie mówię, że Betsy nie ma gorszych chwil - wtrącił grubszym 

głosem. - W zimne ranki czasami nie chce zapalić, ale nie mam jej za 

złe - oznajmił wesoło. - W zimne dni ja sam nie mogę wstać.

-   Jak   wszyscy.   -   Oparła   się   wygodnie.   Chciała   się   odprężyć   i 

dobrze   bawić.   Powinno   jej   się   udać,   jeśli   nie   będzie   patrzyła   na 

Tuckera. Niestety, trudno było unikać jego wzroku. Cały czas kusiło 

ją,   żeby   popatrzeć   na   gładko   ogoloną   twarz   i   wyrazisty   profil. 

Fascynowała ją jego siła, proste rysy, świeżość i męskość.

Nie zauważyła, jak minął wjazd na autostradę.
- Betsy i ja wolimy jeździć bocznymi drogami - powiedział dla wy-

jaśnienia. - Nie lubimy autostrad i pasów szybkiego ruchu.

background image

Jocelyn mogła się spierać, ale bała się, że Tucker znowu poruszy 

temat małżeństwa, a tego chciała uniknąć. Przed wszystkim dlatego, że
nie mogła rozmawiać o przyszłości. Miała zamiar cieszyć się chwilą 
obecną.

- Podróżujesz czasami bocznymi drogami, Jonesy?
- Rzadko. Zwykle nie mam wiele czasu i przemieszczam się tak 

szybko, jak się da.

- Cały świat się śpieszy - powiedział. - Nie wiadomo, dokąd pędzi, 

ale na pewno się spóźni.

-   Czasami   życie   jest   szalone.   -   Miała   na   myśli   swój   dzień 

powszedni.

- Wtedy właśnie należy się zatrzymać i powąchać kwiaty. - Tucker 

zamilkł i rzucił jej kolejny olśniewający uśmiech. - Oczywiście są tacy, 
którzy   powiedzą,   że   naszym   narodowym   kwiatem   jest   betonowa 
koniczyna.

Rozśmieszył ją i zaśmiała się gardłowo, ciepłym głosem. Tucker 

czuł,   że   Jocelyn   czuje   się   przy   nim   swobodnie.   Chciał,   żeby   tak 
zostało. Prowadził rozmowę gładko, co jakiś czas wtrącając zabawne 
uwagi. Ani razu nie spytał jej o nic osobistego, pozwalał mówić samej, 
jeśli miała ochotę.

Kiedy przejechali most na Rock Creek i wjechali do Georgetown, 

Jocelyn spojrzała na niego pełna domysłów.

- Tylko nie mów, że planujesz oprowadzanie mnie po Georgetown?
- Nie. Chociaż muszę przyznać, że Betsy dobrze jeździ po wąskich 

ulicach. Mam coś lepszego w planach, niż łażenie po sklepach i mod-
nych knajpach - powiedział. - Dla wielu ludzi wypoczynek tylko na 
tym polega, ale nie dla mnie.

- Więc dokąd jedziemy?
- Zobaczysz. - Nadal kierowali się na zachód przez znaną dzielnicę 

biurową. - Nigdy nie pytałaś mnie, czym się zajmuję.

- Nie było potrzeby. Zaraz jak się poznaliśmy, poskładałam infor-

macje   jedna   do   drugiej   i   domyśliłam   się,   że   jesteś   tym   Gradym 
Tuckerem, który pisze „Świat według Tuckera” - powiedziała z dumą.

- Czytałaś moje artykuły? - Był mile zaskoczony.
- W Iowa też mamy gazety - prychnęła, ale kąciki ust uniosły się jej 

w uśmiechu. Skrzywił się.

-   Punkt   dla   ciebie.   -   Milczał   przez   chwilę,   a   potem   rzucił   jej 

skupione   spojrzenie   spode   łba.   -   To   nie   w   porządku   przyznać,   że 
czytałaś moje artykuły i nie powiedzieć, co o nich sądzisz.

- Masz rację. - Uśmiech był teraz jeszcze bardziej szczery. - Arty-

kuły są takie jak autor - czasami zabawne, prowokujące do myślenia, 
pozbawione jadowitej złośliwości.

- Szkoda, że nie powiedziałaś, że są ładne i czarujące. Niestety 

świat pióra nigdy tak o nich nie powiedział. - Westchnął rozczarowany.

- Nie słyszałam - zgodziła się. Po prawej stronie dostrzegła budyn-

ki Uniwersytetu Georgetown. - Jest pewna granica przyzwoitości w 
domaganiu się komplementów.

Teraz Tucker się uśmiechnął.

- Sam się o to prosiłem, prawda? To jeden z przypadków, który do-

wodzi, że prawda bywa bolesna.

Minęli miasteczko uniwersyteckie  i Jocelyn  popatrzyła  na  drogę 

przed nimi.

- Wieziesz mnie do parku Great Falls? - Nie znała innego miejsca 

po drodze.

- Byłaś tam kiedyś? - spytał Tucker.

- Prawdę mówiąc, tak - przyznała.
Pamiętała wyraźnie wspaniałe wodospady Potomaku, spadające z 

background image

wysokości   dwudziestu   metrów   w   stromą,   wyszczerbioną   gardziel 
upstrzoną   głazami.   W   miesiącach   letnich   powodzi   wody   było   tu 
więcej, niż w słynnym wodospadzie Niagara. -

- Niezwykłe miejsce, prawda?
- Z pewnością.

Dwa kilometry dalej Tucker wściekle klepnął w kierownicę.

- Zapomniałem zadzwonić do Obediaha. - Pochylił się do przodu i 

rozejrzał. - Gdzieś tu powinien być telefon.

Zanim Jocelyn się zorientowała, włączył kierunkowskaz i wjechał 

na   plac   wypożyczalni   łodzi.   Zaparkował   koło   automatu   i   wyłączył 
silnik.

- To potrwa  najwyżej  minutę.  - Otworzył  drzwi i jego ruchliwe 

kończyny wygramoliły się na zewnątrz. - Idziesz ze mną? - Popatrzył 
na nią. - Obediah pewnie będzie chciał z tobą porozmawiać.

- Dobra. - Szamotała się chwilę z pasami, bo nie mogła znaleźć 

przycisku zwalniającego.

Kiedy dołączyła do Tuckera, połączył się już z Obediahem.

-   Tak,   była   dokładnie   tam,   gdzie   powiedziałeś,   przy   pomniku 

Jeffersona. - Odwrócił się do Jocelyn i słuchał odpowiedzi staruszka. - 
Nic się jej nie stało. - W tej chwili przejeżdżał samochód z zepsutym 
tłumikiem i Tucker przytrzymał słuchawkę bliżej ucha, a drugie zakrył 
dłonią.   -   Co   powiedziałeś?   Gdzie   jesteśmy?   -   Rozejrzał   się.   -   W 
wypożyczalni łodzi. - Kolejna krótka cisza. - Dobry pomysł. Poczekaj 
chwileczkę. - Opuścił słuchawkę i zakrył dłonią. - Może spotkamy się 
gdzieś we trójkę i zjemy kolację?

Jocelyn przez moment zastanawiała się, czy ma ochotę zjeść sama, 

czy tylko z Tuckerem, a potem wzruszyła ramionami.

- Czemu nie?

Tucker odsunął dłoń i przyłożył słuchawkę do ucha.

- Spotkasz się ze mną i Jonesy na kolacji, powiedzmy, około siód-

mej? - Odpowiedź z pewnością była twierdząca. - Wybierz restaurację, 

a my przyjedziemy.  - Pokiwał głową. - Wiem, gdzie to jest. Chcesz 

jeszcze zamienić kilka słów z Jonesy?... Dobrze, już ją daję.

Jocelyn wzięła od niego słuchawkę i poczuła ciepły dreszcz, gdy 

ich palce lekko się musnęły.

- Halo - odezwała się lekko zdyszanym głosem. - Mam nadzieję, że 

nie jesteś na mnie  zła za to, że podpowiedziałem Tuckerowi, gdzie 

może cię znaleźć - powitał ją Obediah.

- Powinnam być wściekła, ale nie jestem - zapewniła.

- Dobrze. Z pewnością macie plany na popołudnie, więc nie będę 

cię zatrzymywał. Spotkamy się o siódmej.

- Do zobaczenia. - Jocelyn odwiesiła słuchawkę i odwróciła się do 

Tuckera.

- Pływałaś kiedyś kajakiem? - zapytał i zupełnie ją tym zaskoczył.
- Nawet nie pamiętam, kiedy to było.

- Co powiesz na wiosłowanie po kanale? - Tucker wskazał ręką 

stojaki   z   kajakami.   -   Pogoda   jest   idealna,   woda   gładka,   a   łajb   do 

wypożyczenia cała masa.

Spojrzała na łódki, a potem na Tuckera.

- Więc to był twój pomysł?

-  Możesz  sobie  wyobrazić   lepsze  zajęcie  na  popołudnie?  Cicha 

okolica,   piękna   sceneria   i   miejsca   z   historycznym   rodowodem   bez 
tłumu turystów.

Uśmiech Jocelyn wystarczył za odpowiedź.
Miał   rację,   myślała   Jocelyn,   kiedy   sunęli   gładko   kajakiem   po 

kanale Chesapeake i Ohio. Wąska nitka wody przed nimi błyszczała w 

słońcu. Gdzieniegdzie prąd porywał jesienne liście, które mieniły się 

intensywnymi  kolorami i migotały na tafli wody jak rubiny, złoto i 

background image

diamenty.

- Na pewno wiesz, że sam Waszyngton wpadł na pomysł,  żeby 

zbudować ten kanał. - Tucker zanurzył wiosło głęboko. Jocelyn skinęła 

głową i przypomniała sobie fakty.

-   Był   jednym   z   inwestorów  i   nawet   nadzorował   część   budowy. 

Chciał, żeby kanał połączył Zatokę Chesapeake z Ohio, ale dotarł tylko 

do Cumberland w stanie Maryland.

- Powstały dwie linie kolejowe i kanał stał się niepotrzebny, zanim 

go ukończono - uzupełnił Tucker. - Teraz ma około trzydziestu kilome-

trów, chyba że doliczysz nitkę, która ciągnie się aż do Cumberland.

Wzdłuż brzegu ktoś biegł ze słuchawkami  na uszach, ubrany w 

modny,   markowy  strój,  a   chrzęst   jego  kroków  na   żwirowej   ścieżce 

zakłócał ciszę. Biegacz nie pasował do starych  dębów i olbrzymich 

sekwoi.

- Łatwo sobie wyobrazić, jak to wyglądało w przeszłości-zadumała 

się Jocelyn.

- W lecie można się wybrać na przejażdżkę starą łajbą, z przewod-

nikiem w stroju z epoki. Muły idą brzegiem i ciągną łódź. - Tucker 

uniósł wiosło, oparł o nogę i pozwolił kajakowi dryfować.

- Słyszałam o tym - przyznała. Wdychała zapach wody. - To musi 

być jak podróż w czasie.

Patrzył   na   jej   profil   i   zauważył,   że   patrzyła   gdzieś   w   dal. 

Uśmiechnął się do siebie i znów zanurzył wiosło.

- Zamierzasz tak siedzieć i upajać się widokiem, czy weźmiesz się 

do pomocy? - zapytał.
Rzuciła mu ironiczne spojrzenie przez ramię i uniosła jedno wiosło.

- Poganiacz niewolników.
W odpowiedzi zaczął śpiewać starą piosenkę.

Wiosłuj, wiosłuj łódką...
Jocelyn dołączyła do niego ze śmiechem. Z początku trochę fałszo-

wali, ale potem chórek już był zgodny. W połowie Jocelyn zapomniała 

tekstu i pomyliła wszystko Tuckerowi. Wybuchnęli śmiechem.

Pogodny   nastrój   towarzyszył   im   przez   resztę   popołudnia.   Nie 

rozmawiali na poważne tematy dłużej niż dwie minuty, i za każdym 

razem nawzajem się rozśmieszali.

Śmiech sprawiał, że wspólnie spędzone chwile stały się jeszcze 

cenniejsze.

Tak samo było, kiedy trwając w ciszy, obserwowali sześć kaczek. 

Podleciały   nisko,   musnęły   wodę   i   z   wdziękiem   wylądowały   na 

powierzchni. Oboje jak zaczarowani wpatrywali się w wodę, w której 

odbijał   się   szkarłatny  strzelisty  klon  rosnący  na   brzegu.   Przeżywali 

piękne   chwile,   pełne   porozumienia   i   wymienianych   ukradkiem 

spojrzeń.

Różowiejące słońce powoli schodziło za horyzont, kiedy wrócili do 

miejsca, z którego wypłynęli.  Niebo przybrało kolor pomarańczy,  a 

chmury tu i ówdzie mieniły się czerwienią.

Zadowolona i beztroska Jocelyn wsiadła do volkswagena i zapięła 

pasy. W drodze powrotnej do miasta oboje milczeli. Dla Jocelyn cisza 

była tak miła, że nie należało jej psuć zbędną rozmową.

- Jesteś głodna? - spytał Tucker, kiedy zatrzymali się na parkingu.
- Umieram z głodu - przyznała. - Nie wiem, czy sprawiło to świeże 

Powietrze, wiosłowanie, czy obie rzeczy naraz.

-   Zapomniałaś,   jak   dawno   jedliśmy   nasz   ostatni   posiłek.   Słowo 

„nasz” wyszło z jego ust w tak naturalny sposób, że zabrzmiało niemal 
intymnie.   Jocelyn   nie   przeszkadzało   to   ani   trochę,   tak   jak   nie 
przeszkadzało jej ich poprzednie milczenie. Zignorowała ostrzegawcze 
głosy, dające o sobie znać w głowie.

- Rzeczywiście, to było dawno - zgodziła się.
- Mój żołądek powiada, że minęły całe wieki.
Wjechali na specjalne miejsce, przeznaczone dla małych samocho-

background image

dów.   Volkswagen   garbus   należał   do   tej   kategorii.   Tucker   wyłączył 
silnik   i   otworzył   drzwi.   -   Restauracja   jest   niedaleko.   Może   się 
przejdziemy?

- Nie mam nic przeciwko - powiedziała.
Dla   Jocelyn   przyzwyczajonej   do   ciągłego   czekania,   aż   ktoś 

odprowadzi ją do drzwi, przy których przejmie ją ktoś inny, a potem 
ochrona wprowadzi do środka, zachęta do spaceru po ulicy brzmiała 
zachęcająco i zwyczajnie. Odkryła, że nawet samodzielne wysiadanie z 
samochodu,   otwieranie   drzwi   i   wychodzenie   bez   pomocy   daje   jej 
poczucie wolności, chociaż Tucker już podchodził od jej strony i chciał 
pomagać.

Zamknęli drzwi i ruszyli razem do budki parkingowego. Jocelyn 

czekała, aż Tucker wygrzebie pieniądze i zapłaci. Dołączył do niej po 
chwili, pokręcił głową i miał dziwną minę.

- Czy wiesz, że zaparkowanie samochodu na wieczór kosztuje tyle 

co dojechanie tutaj? - W jego głosie pobrzmiewało zdumienie.

-   W   Waszyngtonie   nic   mnie   nie   dziwi   -   roześmiała   się   lekko. 

Wsunął jej rękę pod ramię i poprowadził na chodnik.

- Następny polityk, który obieca dwa samochody w każdym garażu, 

powinien się upewnić, że wystarczy miejsca na ich zaparkowanie.

-   Wyjąłeś   to   zdanie   z   rubryki   „Świat   według   Tuckera”   - 

zażartowała.

- Muszę to zapamiętać. - Zwrócił się w jej stronę i uśmiechnął. Po-

czuła przyspieszone bicie serca i ogarniające ją ciepło. Pragnęła zwal-
czyć to uczucie i odwróciła wzrok.

- Gdzie jest restauracja?
Pokazał na prawo.
Opuścił   trzymającą   ją   rękę,   ale   cały  czas   szedł   obok,   skracając 

kroki, żeby jej nie wyprzedzić.

Kiedy zaszło słońce, wieczór zrobił się chłodny i zimowy. Jocelyn 

wydychała obłoczki pary.

Popatrzyła przed siebie na ulicę i zauważyła kilka ciemnych witryn 

sklepowych. Trzy neonowe szyldy wskazywały wejścia do restauracji, 
ale   po   ich   stronie   były   tylko   dwa.   Sądząc   po   nieprzerwanym 
strumieniu   wchodzących   i   wychodzących,   interes   w   sobotnią   noc 
prosperował znakomicie.

- Mam nadzieję, że się nie spóźniliśmy? - spytała. Tucker zerknął 

na zegarek.

- Według mojego zegarka jest za dwie minuty siódma. Myślę, że 

spodoba ci się Donnie Frank’s.

- W tej chwili spodoba mi się każda restauracja. - Jocelyn zauważy-

ła zielony, podświetlony napis „Donnie Frank’s” na rogu budynku.

- Myślę, że Obediah poszedł na kompromis. Pamiętał, że ja lubię 

kuchnię meksykańską,  a ty włoską. Jedzenie w Donnie Frank’s jest 
amerykańskie.

- Cały Obediah. - Jocelyn uśmiechnęła się na wspomnienie miłego 

starszego pana

- Jestem zdziwiony, że zna Donnie Frank’s - zauważył Tucker i za-

myślił   się   na   chwilę.   -   Przeważnie   przychodzą   tu  ludzie   z   okolicy. 
Rzadko się trafiają przyjezdni spoza miasta. To jedna z małych knajp, 
która ma kiepskie wnętrze, ale serwuje wspaniałe jedzenie.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   obowiązuje   elegancki   strój   -   mruknęła, 

przypomniawszy sobie używane ciuchy, które miała na sobie.

Byli ubrani zwyczajnie. Zupełnie inaczej, niż kiedy Jocelyn wycho-

dziła na kolację z ojcem.

- Na szczęście nie - uśmiechnął się Tucker. - Można wejść w jakim 

kto chce ubraniu. Chyba dlatego ludzie z okolicy lubią tu przychodzić, 

background image

szczególnie po tygodniu paradowania w krawatach i koszulach. Jeśli 
jeszcze   nie   zauważyłaś,   to   właśnie   taki   jest   typowy   strój   w 
Waszyngtonie.

- Zauważyłam. - Puściła go przodem i poczekała, aż otworzy przed 

nią ciężkie dębowe drzwi.

W środku owiało ją ciepłe powietrze. Wokół niosły się smakowite 

zapachy, które pobudzały apetyt. Odetchnęła głęboko i poczuła specy-
ficzną woń świeżego chleba, cynamonowy aromat szarlotki, zapachy 
pieczonego kurczaka i wołowiny w rozmarynie.

Przycisnęła rękę do pustego żołądka i rozejrzała się badawczo po 

restauracji. Miało to być miejsce o kiepskim wnętrzu, a było ładnie i 
staroświecko. Ściany pokryto ciemnym drewnem, światło sączyło się 
dyskretnie, a na ozdobnej tapecie delikatnie błyszczały złote wzory.

- Daj kurtkę, powieszę ją na wieszaku - zaproponował Tucker i ski-

nął głową w jej stronę. Swoje okrycie przewiesił przez ramię.

- Proszę.
Pomógł jej się rozebrać i zaczekała przy wejściu, aż powiesi ich 

rzeczy na wieszaku we wnęce. Tucker postukał w czarny kapelusz, 
który leżał na górnej półce, i zwrócił nań uwagę Jocelyn.

- Wygląda na to, że Obediah już jest - zauważył Tucker i dołączył  

do niej.

- Jest bardzo punktualny. - Uśmiechnęła się do Tuckera i zrozumia-

ła, że oboje żywią wobec starszego pana ciepłe uczucia.

- Mamo. -Nagle dobiegł ich młody, podniecony głos. - Widzisz kto 

to?

Jocelyn zamarła i zbladła pod makijażem. Serce zabiło jej szybko, 

jak u ściganego zająca. Była pewna, że została zdemaskowana.

Rozdział 14

Gdzie, kochanie? - dopytywała się matka dziecka ciepłym i delikatnym 

głosem, nie bardzo zainteresowana.

- Tam.
Jocelyn   nie   odwróciła   się,   jakby  udawała,   że   nie   o   nią   chodzi. 

Zatrzymała   wzrok   na   twarzy   Tuckera.   Patrzył   na   małego   chłopca 

szczerze rozbawiony.

Dziecko zniżyło głos do szeptu.
- Święty Mikołaj, mamo. Wiem, że to on!
Ulga była tak wielka, że pod Jocelyn ugięły się kolana. Roześmiała 

się nerwowo, opanowała z wysiłkiem i obejrzała.

Młode małżeństwo stało przy zakończonym łukiem wejściu do sali 

jadalnej   i   wymieniało   ciepłe,   czułe   spojrzenia   ponad   głową 

sześciolatka, który podekscytowany krążył między nimi.

Kobieta pochyliła się nieznacznie.

- Kochanie, przykro mi, ale to nie jest Mikołaj.
- A właśnie, że jest. Zobacz, mamo. - Chłopiec wskazał na salę. 

-Ma   białe   włosy,   brodę   i   jest   ubrany   w   czerwony   sweter.   Tucker 

nachylił się do Jocelyn i mruknął jej do ucha.

- To musi być Obediah.
Jocelyn skinęła głową. Poczuła się głupio zawstydzona, że wycią-

gnęła pośpieszne wnioski. Nawet teraz, kiedy nie było obaw, że została 

rozpoznana, cały czas miała napięte nerwy.

- To, że ma  białe włosy i czerwony sweter, nie znaczy,  że jest 

Mikołajem, Brian - cierpliwie tłumaczył ojciec chłopca.

- Ale to on, tato - upierał się mały. - Wiem, że to on. Mogę iść z 

nim porozmawiać? Mikołaj się nie pogniewa. Naprawdę.

background image

- Porozmawiamy o tym przy stole - odparł ojciec i uniósł trzy pal-

ce, dając znak kelnerowi.

Chłopiec chciał zaprotestować, ale matka uciszyła go, położyła mu 

rękę na ramieniu i zabrała na salę.

Tucker poprowadził Jocelyn przez korytarz.

-   Muszę   przyznać,   że   nie   znam   nikogo,   kto   mógłby   się   lepiej 

wcielić w Świętego Mikołaja niż Obediah.

- Rzeczywiście wygląda podobnie - zgodziła się Jocelyn i zatrzy-

mała na nim wzrok.

W jasnoczerwonym swetrze i z białymi włosami Obediah rzucał się 

w oczy.

Siedział przy stole nakrytym dla trojga i od razu zauważył Jocelyn i 

Tuckera. Pomachał do nich i wstał, a na jego brązowej twarzy pojawił 

się promienny uśmiech.

Mały Brian nie potrzebował lepszej zachęty. Natychmiast wyrwał 

się   matce   i   popędził   do   stolika   Obediaha.   Zatrzymał   się   pół   metra 

przed   nim   i   z   szeroko   otwartymi   oczami,   niepewnie   wbił   w   niego 

wzrok.

- Witaj, młody człowieku. - Obediah zwrócił się wesoło do chłop-

ca, kiedy Jocelyn i Tucker zmierzali ku niemu.
Gdy tylko mały usłyszał jego gruby, basowy głos, rozpromienił się.

- Ty jesteś...
W tej samej chwili matka chwyciła go za ramiona i szybko zatkała 

mu usta dłonią.

- Bardzo przepraszam - powiedziała zawstydzona. - Proszę wyba-

czyć  mojemu synowi. Brian zwykle się tak nie zachowuje, ale... on 

myśli, że pan jest Świętym Mikołajem.

- Ach. - Obediah uniósł głowę i trochę przesadnie okazał zrozumie-

nie, a potem spojrzał ciemnymi oczami na chłopca. - Więc uważasz, że 

jestem Świętym Mikołajem, Brian?

Mały zaniemówił z wrażenia i powoli skinął głową, nie spuszczając 

wzroku z Obediaha.

- Chyba z powodu brody. - Obediah pogłaskał się po niej i po gu-

stownie przyciętych bokobrodach.

- Masz czerwony sweter. - Brian pokazał dyskretnie.
- Sweter też, no tak, no tak - Obediah mruknął i westchnął żałośnie. 

Mrugając oczami, spojrzał na Jocelyn, która usiadła na wolnym krze-

śle. - Młody Brian uważa, że jestem Świętym Mikołajem.

Jocelyn udała przerażenie i szybko szepnęła.
- Powiedział komuś? - Rozejrzała się po rozbawionych twarzach 

klientów restauracji, którzy obserwowali tę scenę z pobliskich stoli-

ków.

- Nie wiem. Powiedziałeś komuś, Brian? - spytał Obediah.

- Tylko mamie i tacie. - Brian zerknął w stronę ojca, a potem po-

chylił   się   i   wyszeptał.   -   Nie   chcesz,   żeby  ktoś  się   dowiedział,   kim 

jesteś, Mikołaju? Dlatego nie masz na sobie futrzanego płaszcza?

- Jesteś bardzo bystrym chłopcem, Brian. Mały z powagą pokiwał 

głową.

- Mam w szkole trójki.
-  Wspaniale  -  powiedział  Obediah i  już  chciał  go  pochwalić  za 

szkolne osiągnięcia.

Brian w tej chwili nie myślał o szkole.

- Zaparkowałeś sanie i renifery na dworze? Mogę iść je pogłaskać? 

-zapytał podniecony.

- Brian - mruknęła bezradnie jego matka.
- Nie. Renifery i sanie zostały w domu - odpowiedział poważnie 

Obediah.

Na twarzy chłopca pojawiło się rozczarowanie.

- Nawet Rudolf?
-   Tak,   nawet   Rudolf-   przyznał   Obediah   z   żalem.   Mały   Brian 

background image

schował   głowę   w   ramiona   i   znów   oczy   zaokrągliły   mu   się   z 

ciekawości.

- W takim razie jak tu przyjechałeś?

- Tego nie mogę ci powiedzieć. - Obediah powoli pokręcił głową i 

uniósł wysoko brwi. - To tajemnica - wyszeptał.

Chłopiec ułożył usta w wielkie „O”, a potem zamknął jeż uśmie-

chem.   Wtedy   po   raz   pierwszy   zwrócił   uwagę   na   Jocelyn,   która 

siedziała przy stole, i na wysokiego, chudego Tuckera, który stał obok 

jej krzesła.

- Czy to twoi przyjaciele? - zaciekawił się.
- Oczywiście. Panno Jones, panie Tucker chciałbym wam przedsta-

wić Briana i jego mamę... - Popatrzył wyczekująco na szczupłą, młodą 

kobietę.

-   Barnes.   Nazywam   się   Dienne   Barnes.   -   Odwróciła   się   do 

nadchodzącego mężczyzny.  - A to jest mój  mąż, Anthony Barnes - 

powiedziała i przedstawiła mu po chwili Jocelyn i Tuckera. Zawahała 

się przy Obediahu.

Za to Brian nie miał żadnych oporów.
- Tato, to jest Święty Mikołaj - oznajmił z dumą i uśmiechnął się 

uszczęśliwiony. - Mówiłem ci, że to on.

- Miło pana poznać, panie Barnes. - Obediah wyciągnął rękę na po-

witanie. - Ma pan bardzo bystrego syna.

- Dziękuję. - W okularach w złotej oprawie, ciemnym swetrze i ko-

szuli, Anthony Barnes wyglądał jak młody profesor, który lepiej radzi 

sobie z problemami matematycznymi niż z fantazjami małego chłopca.
Widać było, że bardzo kocha syna, ale był lekko zakłopotany i bardzo 

wdzięczny za cierpliwość Obediaha. Skinął głową Jocelyn i Tuckerowi 

i zaczął ich niezgrabnie przepraszać.

- Mam nadzieję, że państwo wybaczą mojemu synowi ten wybryk.
- Nic się nie stało, panie Barnes - zapewnił go Obediah. - Proszę 

się tym nie przejmować.

- To bardzo miło z pana strony. - Anthony Barnes zdawał sobie 

sprawę, że robią widowisko i chciał je jak najszybciej zakończyć. - 

Myślę,  że  powinniśmy wrócić  do swojego stolika.  Brian, podziękuj 

panu...   to   znaczy...   Mikołajowi,   za   to   że   poświęcił   ci   swój   czas   - 

wydukał.

Brian odchylił głowę do tyłu i spojrzał na ojca z wyrzutem.

- Chcę go najpierw zapytać o jedną rzecz.
- Zapytaj, czy możesz - automatycznie poprawiła go matka.
-   Czy  mogę?   Proszę?   -  dodał   Brian  od  siebie.   Anthony  Barnes 

spojrzał   niepewnie   na   Obediaha   i   tym   razem   chciał   zaprotestować 

bardziej stanowczo.

- Dość tych pytań jak na jeden wieczór, Brian - powiedział z waha-

niem i bez przekonania.

Brian od razu to wyczuł i jęknął.

- Tato, ale...

Obediah szybko rozwiązał problem.

- O co chciałeś mnie zapytać, Brian?
Chłopiec poczuł się nagle onieśmielony,  schylił  głowę i dotknął 

palcem ust. Rozejrzał się i zobaczył, że przygląda mu się wiele osób.

- Mogę spytać na ucho? - zapytał cichutko.

- Oczywiście. - Obediah pochylił się szybko.
Brian   stanął   na   palcach,   przyłożył   dłoń   do   ust   i   wyszeptał   coś 

bezpośrednio do ucha Obediaha. W restauracji nagle zrobiło się cicho, 

ale   słychać   było   tylko   niewyraźny   szept.   Pytanie   było   krótkie   i 

chłopiec zadał je w sekundę.

Obediah wyprostował się z szerokim uśmiechem.
- Myślę, że to da się zrobić. - Mrugnął do Briana, a w jego ciem-

nych oczach tańczyły takie same wesołe ogniki, jak w oczach chłopca. 

Zachichotał i po chwili śmiał się coraz głośniej i radośniej. Kiedy przy-

background image

łożył   obie   dłonie   do   okrągłego   brzucha,   Jocelyn   zaczęła   rozumieć. 

Nagle usłyszała głębokie i znajome - cha! cha! cha!

Obediah nie poprzestał na trzech „cha, cha, cha”. Śmiał się jeszcze 

przez kilka sekund, wypełniając radością całą salę. Dołączyli do niego 

inni, niektórzy śmiali się po prostu odruchowo. Zachowywali się tak, 

jakby zdarzyło się coś magicznego. W całym pomieszczeniu nie było 

ani jednej
poważnej osoby - oczy wszystkich świeciły rozbawione. Tymczasem 

Jocelyn nie wiedziała dlaczego, ale poczuła, jak łzy napływają jej do 

oczu.

- O rany - wydusił z siebie Brian, całkowicie zaskoczony.
- Dobrze było? - Obediah stał z rękoma na biodrach, roześmiany od 

ucha do ucha jak prawdziwy Mikołaj.

- Tak - wydusił z siebie chłopiec prawie na bezdechu.
- Podziękuj Mikołajowi - tym razem Anthony Barnes nie miał kło-

potów z wymówieniem tego imienia.

- Dziękuję, Mikołaju. - Brian był oczarowany i zdumiony.

- Proszę bardzo - odpowiedział Obediah. - Pamiętaj, bądź grzeczny 

niezależnie od okoliczności - przypomniał mu, a potem zamilkł i uniósł 

brwi, robiąc mądrą minę. - Wiesz, co to znaczy, Brian?

Chłopiec   zagryzł   dolną   wargę   i   poważnie   zamyślił   się   nad 

pytaniem.

- Chyba nie - przyznał ze smutkiem.

- To znaczy - Obediah jeszcze raz nachylił się do niego - że należy 

być grzecznym nie dlatego, że ktoś da ci w nagrodę zabawkę, albo po-

zwoli   nie   kłaść   się   wcześnie   do   łóżka.   Powinieneś   być   grzeczny 

dlatego, że tak trzeba.

Na buzi małego pojawił się poważny grymas.

- Jestem mały. Skąd mam wiedzieć, co trzeba robić?
- Będziesz wiedział - zapewnił go Obediah i poklepał się po piersi. 

- O, tutaj, głęboko w naszych sercach zawsze wiemy, kiedy jesteśmy 

niegrzeczni, a kiedy zachowujemy się odpowiednio, prawda?

Brian z miną winowajcy schował głowę w ramionach.
- Tak - westchnął.
- Tak myślałem. - Obediah uśmiechnął się ciepło i wyprostował. 

-Nie zapomnij: bądź grzeczny, bo tak należy.

- Obiecuję - przyrzekł Brian, a w sali rozległy się pełne aprobaty 

pomrukiwania.

-   Dziękuję   ci,   Mikołaju.   -   Anthony   Barnes   się   uśmiechnął. 

Ponaglony przez ojca, Brian powtórzył.

- Ja też dziękuję, Mikołaju. - Kiedy rodzice chcieli odciągnąć go od 

stołu, Brian odwrócił się raz jeszcze. - Pozdrów ode mnie  Rudolfa, 

Dashera, Dancera, Prancera, Blitzena i wszystkie pozostałe renifery.

- Zrobię to - obiecał Obediah i pomachał na pożegnanie. Chicho-

cząc, zajął swoje miejsce przy stole, a Tucker usiadł obok Jocelyn.

- Jeśli kiedyś zechcesz zmienić pracę, Obediah, będziesz doskona-

łym   Świętym   Mikołajem   -   oznajmił   Tucker   i   otworzył   menu, 

uśmiechając się półgębkiem.

- Zapamiętam to sobie - odpowiedział Obediah.
- To prawda - włączyła się Jocelyn. - Przekonałeś Briana i jego ro-

dziców. W całej sali zrobiła się świąteczna atmosfera. - Ona też czuła 

się nią przepełniona. - Widać to na twarzach wszystkich obecnych.

- Świąteczna atmosfera - powtórzył zamyślony Obediah. - Często 

słyszę to zdanie - zamilkł i popatrzył na oboje z lekko wyzywającą 

miną. -Co to według was znaczy?

- Szczęście - powiedział Tucker.
- Radość - w tej samej chwili odpowiedziała Jocelyn.
- Człowiek jest przepełniony masą ciepłych i dobrych uczuć - do-

dał Obediah, skinął głową z aprobatą! postanowił rozwinąć temat. - 

Czujemy   się   dobrze   nie   tylko   z   własnego   powodu,   ale   z   powodu 

background image

innych, i dla świata. Właściwie jest to chwila cudownego zachwytu.

- Pokój na świecie i dobro wobec człowieka - mruknął Tucker i 

uśmiechnął się do siebie.

- Tak. Widzę, że nadążasz za mną. - Obediah rozpromienił się jesz-

cze  bardziej.  - Pokój  i  radość.  Radość  i  pokój.  Nieważne,  w jakiej 

kolejności, jedno wiąże się automatycznie  z drugim.  - Zrobił mądrą 

minę. -W Piśmie Świętym  Jezus mówi, że przybył  po to, by ludzie 

mogli   cieszyć   się   życiem.   Nie   powiedział,   że   mają   się   martwić   o 

przyszłość   i   przejmować   przeszłością.   Przypomina   mi   się   jedno 

zasłyszane zdanie: „Wczoraj to przeszłość, jutro to niewiadoma, dzisiaj 

to dar, prezent dla nas”.

- To prawda - mruknęła zamyślona Jocelyn. - Większość z nas po-

pełnia błąd i nie cieszy się chwilą obecną.

- Dlatego postarajmy się radować tym, co przeżywamy teraz - za-

proponował Tucker i trącił Jocelyn łokciem. - Co dziś zjesz?

- Nie wiem, a co polecasz? - Sięgnęła po kartę.
- Wszystko.

- Bardzo ułatwiasz mi wybór - zażartowała.

Przez chwilę wesoło spierali się o dania, a kelner podszedł, żeby przy-

jąć zamówienie na napoje. Kiedy wrócił, wszyscy już się zdecydowali:
pieczony kurczak dla Jocelyn, pieczeń dla Tuckera i nadziewane zrazy 

wieprzowe dla Obediaha. Obediah i Tucker poprosili o sałatki na przy-

stawkę, a Jocelyn wybrała zupę z czarnej fasoli.

Tucker patrzył, jak bierze pierwszą łyżkę do ust. Kiedy sięgnęła po 

drugą, westchnął z zazdrością.

- Nigdy nie mogłem się tego nauczyć.
- Czego? - zapytała, nie rozumiejąc.
- Jedzenia zupy. - Pokazał jej talerz. - Mama zawsze mi mówiła, że 

ma być widać, że jem, a nie słychać. Nieważne, jak się starałem i tak 

zawsze siorbałem.

- Ja też siorbię, jak jest gorąca - przyznała i obojętnym wzrokiem 

odprowadziła jakąś parę idącą do stolika. Poczuła dreszcz na plecach, 
kiedy   rozpoznała   Maude   Farnsworth   i   jej   męża,   statecznego   i 
dostojnego sędziego Davisa Osgooda Farnswortha.

W pierwszym odruchu chciała się głębiej zapaść w krzesło, tym 

bardziej że Maude usiadła na wprost niej.

- Coś się stało? - dopytywał  się Obediah, przyglądając się jej z 

niepokojem.

- Nic - szybko odpowiedziała Jocelyn i starała się ukryć zmiesza-

nie. - Właśnie myślałam o... - przerwała i szukała w myślach bezpiecz-
nego   tematu   i   tylko   jeden   przyszedł   jej   do   głowy.   -   O   Świętym 
Mikołaju i o tym, co mówiłeś.

- Zabawne - zdziwił się Tucker. - Myślałem o tym samym.
- Naprawdę? - Jocelyn poczuła ulgę. Chciała, żeby Tucker mówił i 

nie zwracał na nią uwagi. - Nad czym się zastanawiałeś?

- Nie wiem, czy dobrze to wyrażę. - Tucker przerwał na chwilę i 

zmarszczył  brwi.  -  Pamiętam  wszystko,   co  powiedziałeś o biskupie 
Mikołaju,   i   nie   mogę   jakoś   znaleźć   związku   między   Świętym   i 
Bogiem. Może mi pomożesz. - Jak zwykle jego słowom towarzyszyły 
ożywione gesty.

- Odpowiedz sobie na pytanie, dlaczego ten mit przetrwał jakieś ty-

siąc pięćset lat - podpowiedział mu Obediah.

- Cholernie dobre pytanie - oznajmił Tucker i zmarszczył się jesz-

cze bardziej. - Ale obawiam się, że nie znam odpowiedzi.

- Zastanów się, kto podsycał ten mit? - Głos starszego pana był cie-

pły, a ciemne oczy promieniały mądrością.

- Masz rację. - Tucker odłożył widelec. - Dzieci wiedzą tylko to, co 

powiedzą im rodzice, co oznacza, że to rodzice utrzymuj ą legendę o 
Świętym   Mikołaju.   Właściwie   nie   tylko   rodzice   -   poprawił   się   po 

background image

namyśle -ale ogólnie dorośli.

- Jak sądzisz, dlaczego to robią? - drążył Obediah z niewinną miną, 

popychając jego myśli w wybranym przez siebie kierunku.

- Przychodzi mi  do głowy tylko jeden dobry powód. Mikołaj to 

najlepszy chwyt marketingowy naszego stulecia- stwierdził cynicznie 
Tucker   i   spróbował   sałatki.   -   W   czasie   świąt   reklamuje   więcej 
wyrobów niż Michael Jordan.

- Ale to nie Mikołaja sprzedawcę tak kochamy - zaprotestowała 

Jocelyn, trochę głośniej niż zamierzała.

Rzuciła okiem w stronę stolika Farnsworthów i natychmiast odwró-

ciła głowę, kiedy zorientowała się, że Maude, zaskoczona i niepewna, 
patrzy w jej stronę. Poczuła ucisk wokół serca i rosnące obawy.

-   Jonesy,   wiesz,   że   to   prawda   -   Tucker   pomachał   w   jej   stronę 

widelcem. - Nawet kiedy siedzimy przed telewizorami i śmiejemy się z 
reklamy, w której przebrany za Mikołaja facet sprzedaje maszynki do 
golenia albo perfumy, w duchu wiemy, że prawdziwy Święty Mikołaj 
nie zrobiłby tego. - Przerwał i roześmiał się. - Słyszeliście, co ja przed 
chwilą   powiedziałem?   „Prawdziwy”   Mikołaj   -   tak   jakby   naprawdę 
istniał.

- Może istnieje w twoim sercu. - W słowach Obediaha zabrzmiało 

wyzwanie.

- Nie wiem, czy posunąłbym się tak daleko - odparł sucho Tucker i 

odkroił kawałek pomidora. - Ale pamiętam, że przed chwilą mogłem 
się odezwać i powiedzieć temu małemu, jak się nazywasz, ale kiedy 
zacząłeś udawać Mikołaja, stałem i patrzyłem. Spodobała mi się jego 
reakcja,   ale   to   nieładnie,   bo   tak   naprawdę   zrobiliśmy   mu   brzydki 
kawał.

-   Dlaczego   tak   uważasz?   -   Jocelyn   się   skrzywiła.   -   To   nie   był 

brzydki kawał.

- A jak to nazwać? - Tucker nadział pomidora na widelec. - Prędzej 

czy później dzieciak dowie się, że to rodzice udają Świętego Mikołaja i 
będzie strasznie rozczarowany - oświadczył ze smutkiem w głosie.

- A ty byłeś rozczarowany? - zastanawiał się głośno Obediah.
-   W   moim   przypadku,   zanim   rodzice   zebrali   się,   żeby   mi 

powiedzieć prawdę, sam się domyśliłem. - Tucker spojrzał na Jocelyn 
pytająco.

- U mnie było tak samo - przyznała i przypomniała sobie, jak było 

jej smutno i jaki czuła żal.

- Byłeś nieszczęśliwy? Zły? Zraniony? - dopytywał się Obediah. 

Tucker pomyślał chwilę, zanim odpowiedział.

- Przede wszystkim było mi przykro.
Jocelyn   jednym   uchem   słuchała   jego   odpowiedzi,   bo   jeszcze 

myślała o tym, co powiedział wcześniej.

- Skoro uważasz, że dzieci nie powinny wierzyć w Świętego Miko-

łaja, dlaczego nie powiedziałeś Brianowi prawdy?

- Nigdy nie mówiłem,  że nie powinny.  - Tucker spojrzał na nią 

oburzony.

- Ale uważasz, że to nie było całkiem w porządku - przypomniała 

mu. - Więc dlaczego mu nie powiedziałeś? Poruszył się niespokojnie 
na krześle.

- Nie wiem. Uznałem, że nic się nie stanie, jeśli mały dłużej będzie 

wierzył w Świętego Mikołaja.

Obediah zachichotał gardłowo. Głęboki dźwięk zwrócił uwagę in-

nych   gości,   także   Maude   Farnsworth.   Jocelyn   schowała   głowę   w 
ramiona i zajęła się resztą zupy.

- Słyszę nutkę zazdrości w głosie, Tucker - oskarżył go delikatnie 

Obediah.

- Nie posunąłbym się tak daleko - zaprotestował Grady, ale nie za-

background image

przeczył.

Jocelyn nagle poczuła, że coś zrozumiała. Stłumiła cichy śmiech i 

postanowiła zapomnieć na chwilę o Maude.

- O to chodzi, prawda? - Spojrzała na Obediaha zdumiona. - Nie-

ważne, czy Jesteśmy dorośli i ile wiemy o życiu, bo część z nas nadal 

chce wierzyć w Świętego Mikołaja. Chodzi jeszcze o coś więcej. W 

naszych   sercach   nadal   wierzymy   w   jego   dobroć,   bo   on   jest   jej 

symbolem.   Dobroć   -dla   samej   dobroci.   Dlatego   tak   bardzo  chcemy 

podtrzymywać ten mit.

- Niech mnie  diabli - mruknął  Tucker. - Masz rację. Na twarzy 

Obediaha pojawił się pełen radości uśmiech.

- Jeżeli pójdziecie krok dalej, musicie się zastanowić, skąd to się 

wzięło. Czy zaczęło się od biskupa Myry, zwanego Mikołajem? Czy 

on naśladował tego, któremu służył? Czy możliwe, że Bóg włożył nam 

to pragnienie w serca?

Tucker zrobił wielkie oczy, odłożył widelec i oparł się o krzesło.
- Trudne pytanie.

- Jeśli to zrobił - mówił dalej Obediah - to zupełnie normalne jest 

pytanie, dlaczego chce, żebyśmy zachowali w sobie coś z dziecka.

Nagle   Jocelyn   przypomniała   sobie,   że   we   fragmencie   Pisma 

Świętego Jezus powiedział, że jeśli ludzie nie staną się podobni do 

dzieci, nigdy nie wejdą do królestwa niebieskiego.

Tucker wypuścił głośno powietrze, zaskoczony i rozbawiony.

- Mój dziadek zawsze powtarza, że nie ma nic bardziej potężnego 

niż prosta dziecięca wiara.

Jocelyn uśmiechnęła się i pogrążyła we własnych myślach.

- Może wiara w Mikołaja nie jest mimo wszystko taka niemądra.
- Bóg często wybiera słabe i głupie rzeczy na świecie, żeby ukryć 

w nich mądrość. - Obediah odwrócił się do mijającego ich kelnera, któ-

ry niósł dzbanek świeżo zaparzonej kawy.

Kelner zatrzymał się przy nich.
- Czy ktoś z państwa życzy sobie jeszcze trochę?
- Ja poproszę. - Obediah przysunął swoją filiżankę.

- Ja też. - Jocelyn uniosła swoją.
Po   drugiej   stronie,   na   wprost   niej   siedziała   Maude   Farnsworth. 

Jocelyn starała sienie patrzeć w jej kierunku, ale zauważyła, jak Maude 

dotyka ramienia męża i szepcze mu coś do ucha. Jocelyn wiedziała, że 

znajoma Bliss pokazuje ją sędziemu

Davis Farnsworth powoli obrócił głowę, powiedział coś krótko do 

Maude i wrócił do swojej zakąski. Maude najwyraźniej nie była zado-

wolona   z   jego   reakcji.   W   końcu   westchnęła,   wzruszyła   krągłymi 

ramionami, jakby chciała o wszystkim zapomnieć.

Pewnie pomyślała, że Jocelyn jej kogoś przypomina. Nie wiedziała 

kogo, zapytała sędziego, czy ją poznaje, ale on zaprzeczył.

Jocelyn zacisnęła kciuki, żeby szczęście dopisywało jej jak najdłu-

żej.

Szkoda, że sędzia Farnsworth nie był  najlepszym  kompanem do 

rozmowy. Zwykle rozmowna Maude gadała za dwoje, ale nie dziś.

Kilka razy w trakcie posiłku Jocelyn poczuła na sobie jej badawcze 

spojrzenie. Nie mogła od tego w żaden sposób uciec. Miała tylko jedno 

wyjście - przesiąść się na inne miejsce przy stole. Zmuszała się, żeby 

jeść wolno. Mimo tego skończyła przed Tuckerem i Obediahem.

Kiedy   kelner   przyniósł   tacę   z   deserami,   odmówiła;   chciała 

skończyć posiłek jak najprędzej.

Obediah poklepał się po okrągłym brzuszku i westchnął.
- Nie zmieszczę już ani kęsa.
- A może jednak? - Tucker zerknął tęsknie na ciasto orzechowe.
- Ja też nie - oznajmiła Jocelyn. - Poza tym robi się późno. Spojrzał 

na zegarek i zdziwiony zamrugał.

- Rzeczywiście.

background image

- Coś dla pana? - Kelner zwrócił się do Tuckera. - Może kawałek 

ciasta?

- Dziękuję, poproszę tylko rachunek - powiedział Tucker z żalem.
- Za chwileczkę.
Kelner  po  chwili  wrócił.  Położył   rachunek  przed Tuckerem,  ale 

Obediah zaprotestował.

- Ja płacę.

- Nie ma mowy. - Tucker zgarnął rachunek i zaczął grzebać w kie-

szeniach w poszukiwaniu portfela. - Po tylu latach, Mikołaju, należy ci 

się ode mnie coś więcej niż zwyczajowe ciasteczka i mleko.

Uśmiechnął się do Obediaha szybko, wyciągnął z portfela kartę 

kredytową i podał kelnerowi.

Jocelyn drażniła kolejna zwłoka i poczuła się jeszcze gorzej, kiedy 

zobaczyła, jak Maude wstaje z krzesła i idzie w stronę toalety. Czas 

dłużył jej się niemiłosiernie.

W końcu Tucker podpisał rachunek, schował kopię do kieszeni i 

wstał.   Jocelyn   odsunęła   krzesło.   Wiedziała,   że   Maude   za   chwilę 

będzie przechodzić tuż obok nich.

- Wesołych świąt, Mikołaju - zawołał wesoło mały Brian od swoje-

go stolika.

- Wesołych świąt, Brian. - Obediah mu pomachał. Jocelyn chciała 

za wszelką cenę wyjść, zanim Maude wróci, i nawet nie spojrzała w 
stronę   chłopca   i   jego   rodziców.   Tak   szybko,   jak   na   to   pozwalała 
przyzwoitość, ruszyła przez salę, prosto do wieszaka z okryciami. Zbyt 
późno zauważyła, że wejście do toalety było dokładnie po jej lewej 
stronie.

- Pomogę ci - Tucker wziął kraciastą kurtkę z jej drżących rąk. 

Kiedy Jocelyn wsuwała drugą rękę w rękaw, Maude wyszła z toalety. 
Przez chwilę stały twarzą w twarz. Po sekundzie wahania Jocelyn od-
wróciła się i odetchnęła nonszalancko, poprawiając przód kurtki.

- O matko! - zawołała Maude zdziwiona. - Nie poznałabym cię w 

tej peruce. Co ty tu robisz?

- Słucham? - Jocelyn przywołała na pomoc wszystkie zdolności ak-

torskie i spojrzała na Maude tępo.

- Pani zna Jonesy? - odezwał się Tucker znad jej ramienia. - Za-

wsze mówiłem, że świat jest mały.

- Jonesy? - Zaskoczona Maude rzuciła Tuckerowi spojrzenie, a on 

stanął obok Jocelyn i beztrosko wkładał płaszcz.

-   Czy   pani   też   jest   z   Iowa?   -   zapytał   Obediah   z   niewinnym 

zainteresowaniem.

- Oczywiście, że nie! - oburzyła się Maude.
- Jeśli pani nie jest z Iowa, to skąd pani zna Jonesy? - Tucker zrobił 

przesadnie zdziwioną minę.

- Sądzę, że pani mnie z kimś pomyliła. - Jocelyn usilnie starała się 

zmienić   brzmienie   głosu,   mówiła   wyższym   tonem  i  ostrzej.   -   Taką 
mam   twarz.   Ludzie   często   mi   mówią,   że   kogoś   im   przypominam, 
kuzynkę   albo   siostrzenicę.   -   Nagle   uległa   chwilowej   fantazji   i 
protekcjonalnie   poklepała   Maude   po   ramieniu.   Jocelyn   Wakefield 
nigdy   nie   zrobiłaby   czegoś   podobnego.   -   Nie   przejmuj   się   tym, 
kochana. Ciągle mi  się to zdarza -oznajmiła i popatrzyła  na swoich 
towarzyszy. - Gotowi?

- A ty? - Obediah włożył kapelusz i otworzył drzwi przed Jocelyn. 

Maude poruszyła ustami, ale nie powiedziała ani słowa. Jocelyn po-
deszła do drzwi, a Tucker tuż za nią. Odetchnęła spokojnie dopiero na 
zewnątrz i zatrzymała się, bo nogi ugięły się pod nią. Sytuacja była 
niebezpieczna i do tego mogła obudzić podejrzenia w Tuckerze.

Żółta taksówka zatrzymała się niedaleko i przed inną restauracją 

wysiedli   pasażerowie.   Obediah   przywołał   ją   gestem.   Światła 

background image

samochodu rozproszyły mrok ulicy.

Dla   Jocelyn   taksówka   oznaczała   możliwość   natychmiastowej 

ucieczki - uwolnienia się od komentarzy i pytań ze strony Tuckera, na 
które niezręcznie byłoby jej odpowiadać.

- Nie będziesz miał nic przeciwko temu, jak wsiądę z tobą, Obe-

diah?

- Będę zachwycony...
- Taksówka? Ale mój samochód stoi niedaleko. - Zdziwiony i za-

skoczony Tucker wskazał ręką parking.

- Wiem... - zaczęła Jocelyn.

Tucker przerwał jej, zanim zdążyła odmówić.

- Miałem nadzieję, że pojedziemy obejrzeć Mali w nocy, oświetlo-

ny lampami i... Pokręciła głową.

- Jest późno, Tucker.
- Dopiero zaczyna się noc - nalegał z przymilnym uśmiechem.
-   Nie   dla   dziewczyny   z   Iowa,   przyzwyczajonej   chodzić   spać   z 

kurami - skłamała i od razu poczuła się winna.

Tucker już miał się o to spierać, kiedy nagle zmienił zdanie.

- A jutro? Moglibyśmy...
- Jutro wracam do domu - powiedziała Jocelyn. - Wcześnie rano.
- Przed śniadaniem? - Ciężko jej było oprzeć się jego pełnemu na-

dziei uśmiechowi.

- Tak. - Nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Zapadła niezręczna 

cisza.   Jocelyn   trochę   się   bała,   że   Tucker   zacznie   ją   namawiać   do 
zmiany zdania, ale tym razem pomyliła się.

- No to chyba pora się pożegnać. - Wytrzymał jej wzrok, a w jego 

oczach dostrzegła smutek i żal.

- Tak. - Było jej trudniej, niż się spodziewała. Zabolało ją to i miała 

okropne przeczucie, że go nigdy więcej nie zobaczy. Wykrzywił usta w 
znajomym, kpiącym uśmieszku.

- Zapamiętam ten dzień do końca życia, Jonesy. Jesteś jedna na mi-

lion, na cały świat. - Wyciągnął rękę.

- Ty też - mruknęła przez zaciśnięte gardło i chciała uścisnąć mu 

dłoń.

W   ostatniej   chwili   podeszła   bliżej,   sięgnęła   do   jego   policzka   i 

przylgnęła ustami do jego ust w szybkim pocałunku.

Kiedy się odsunęła, Tucker objął ją w talii.

- O, nie. Jeśli chcesz mnie pocałować na pożegnanie, to ma być 

prawdziwy pocałunek.

Wziął ją w ramiona, ustami dotknął jej ust i pocałował gorąco i po-

żądliwie.   Nie   kusił   i   nie   namawiał   -   oboje   prowadzili   czystą   grę. 

Zadrżała   od   silnych   emocji.   Miała   poczucie   spełnienia   i   słuszności 

tego, co robi -uczucie, którego Jocelyn Wakefield nigdy nie zazna.

- Jonesy, nie odchodź. - Musnął ustami jej wargi, a potem koniu-

szek ucha.

Przez chwilę kusiło ją, by zostać.

- Muszę.
Z   zamkniętymi   oczami   wyrwała   się   z   jego   objęć   i   ruszyła   do 

taksówki.   Obediah   przytrzymał   jej   drzwi.   Wskoczyła   na   tylne 

siedzenie i ręką otarła płynącą po policzku łzę.

Rozdział 15

background image

Kiedy Obediah usadowił się w taksówce, kierowca opuścił dzielącą ich 

szybę.

- Dokąd jedziemy? - zapytał z wyraźnym pakistańskim akcentem. 

Zanim Jocelyn podała adres hotelu, Obediah odezwał się pierwszy.

- Proszę jechać, a my zaraz ustalimy adres.
-   Dobrze   -   powiedział   kierowca   zdziwiony  niezwykłą   prośbą.   - 

Którędy?

- Na razie prosto przed siebie.

- Jak państwo sobie życzą. - Wzruszył ramionami i odwrócił się do 

kierownicy.

Kiedy taksówka ruszyła, Jocelyn obejrzała się przez okno. Tucker 

stał na krawężniku i patrzył na odjeżdżających. Ręce trzymał głęboko 

w kieszeniach, lekko się przygarbił. Twarz miał w cieniu, ale Jocelyn 

wyobraziła   sobie   ból,   jaki   go   dręczył,   bo   sama   czuła   takie   samo 

cierpienie.

- Przykro go zostawiać - zauważył Obediah łagodnie. Ponieważ to 

była prawda, Jocelyn tym bardziej chciała ją ukryć.

-   Przejdzie   mi.   -   Odwróciła   się,   unikając   czujnego   wzroku 

Obediaha.

- Z pewnością. - Jego głos wcale jej nie przekonał. - Czy zdajesz 

sobie sprawę, że Tucker jest bardzo szczery, kiedy mówi, co do ciebie 

czuje?

- Co czuje do Jonesy - poprawiła go od razu.
- A może nic by się nie zmieniło, gdyby się dowiedział, kim na-

prawdę jesteś? - podsumował.

- A ty jak uważasz? - zapytała wyzywająco, świadoma, że w jej 

głosie słychać smutek.

- Nie ma znaczenia, co ja myślę - odpowiedział miękko.
- Masz rację - przyznała i westchnęła ciężko.
- Uważam, że musisz rozważyć o wiele ważniejszą kwestię - osza-

cował sytuację.

- Jaką? - zapytała obojętnie, skupiona na pustce, jaką odczuwała.
- Czy chcesz spędzić resztę życia, zastanawiając się, czy Tucker 

czułby do ciebie to samo, co czuje do Jonesy.

Jego słowa cięły jak nóż i sprawiały jeszcze większy ból.

- Chcesz powiedzieć, że powinnam tam wrócić i powiedzieć mu, 

kim jestem? - zapytała ze złością.

- Ja tylko uważam, że powinnaś to rozważyć - odpowiedział Obe-

diah. - Czy tak trudno byłoby powiedzieć mu prawdę?

- Nie rozumiesz - mruknęła Jocelyn i gniew gdzieś się rozpłynął, a 

ją ogarnęło uczucie rezygnacji. - Tucker pisze artykuły - komentarze 

polityczne.

- Chodzi ci o to, że jest dziennikarzem - kimś, komu nie można 

ufać -powiedział, wnioskując logicznie.

- Nie, jeśli ktoś ma odrobinę zdrowego rozsądku - dodała.

- A ty, oczywiście, jesteś bardzo rozsądna.
Jocelyn wyczuła drwinę w jego głosie i nie miała ochoty dać się 

sprowokować. Prawie zawsze zachowywała się bardzo rozważnie, a ta 

śmieszna maskarada była pierwszą nierozsądną rzeczą, jaką zrobiła od 

lat. Nie miała ochoty łączyć jednego błędu z innymi.

Kiedy   taksówka   zatrzymała   się   na   światłach   skrzyżowania, 

rozejrzała się w poszukiwaniu jakichś znaków.

- Mój hotel jest w centrum - powiedziała do Obediaha, zdecydowa-

na   skierować   rozmowę   na   inny   temat.   -   Może   najpierw   mnie 

odwieziesz?

- Uważasz, że to rozsądne, żebyś spędzała noc sama?
- Jeżeli w ten sposób chcesz mnie namówić do przeniesienia się do 

twojego hotelu, to dzięki, ale nic z tego. - Zaczęła szukać w torebce 

pieniędzy na taksówkę.

background image

-  Właściwie  chciałem zaproponować,  że  lepiej  będzie,  jeśli  dziś 

wieczorem wrócisz do babci - odparł Obediah.

Wolała to, niż perspektywę samotnej nocy w pokoju hotelowym, 

gdzie wszystko było poprzykręcane do ścian lub owinięte plastikiem. 

Był jednak drobny problem.

- Spodziewają się mnie dopiero jutro rano. - W końcu znalazła kil-

ka banknotów.

- Można temu zaradzić. - Obediah pochylił się do przodu i postukał 

laską w szybę oddzielającą kierowcę.

- Za rogiem jest automat - powiedział. - Proszę stanąć przy nim, bo 

młoda dama musi wykonać krótki telefon.

- Zatrzymam się, ale potem musi mi pan powiedzieć, dokąd jedzie-

my - odpowiedział mężczyzna.

- Oczywiście. - Obediah rozparł się na siedzeniu i oparł obie dłonie 

na rączce laseczki.

Kominek w salonie w Redford Hall był rozpalony, a języki ognia 

migotały  w   rytmie   muzyki,   która   wypełniała   pokój.   Sprzęt   grający, 

który stał w rogu, milczał, ale za to pokrywa wiekowego gramofonu 

była uniesiona. W środku na starym talerzu kręciła się 78-obrotowa 

płyta,   a   z   jedynej   tuby   rozbrzmiewał   skrzeczący,   ale 

niekonwencjonalny głos Glenna Millera i jego String of Pearls.

Bliss   Wakefield   siedziała   przy   stoliku   do   gry   z   drewna 

wiśniowego,  rytmicznie   stukała  nogą  i  przyglądała  się  rozłożonemu 

pasjansowi.   Kiedy   po   raz   drugi   przejrzała   talię   i   nie   znalazła 

odpowiedniej   karty,   wydęła   zirytowana   usta   i   rozłożyła   pasjansa 

ponownie, tym razem odwracając kolejność kart.

Dexter zobaczył, co Bliss robi, jak tylko wszedł do pokoju. Niósł 

małą tacę z dwoma filiżankami i dzbankiem gorącej czekolady. Zdjął 

jedną i postawił na podstawce po prawej stronie.

- Pani oszukuje. - Nalał jej do filiżanki.
- Ale bardzo dobrze, prawda? - odparła, nie przejmując się.
- Oszustwo to nie zwycięstwo - oznajmił.
- Zajmij się swoimi sprawami - mruknęła niezadowolona. - A jesz-

cze lepiej - Bliss wpadła na nowy pomysł. - Znajdź Tangerine i puść.

- Czy musimy znowu słuchać tej żałosnej piosenki? - mruknął z 

niechęcią Dexter, ale jednocześnie ruszył wykonać polecenie.

Zrobił zaledwie dwa kroki, kiedy zadzwonił telefon, zagłuszając 

saksofony i puzony orkiestry.

- Dobry Boże, kto dzwoni o tej porze w sobotę wieczorem? - Bliss 

się skrzywiła i spojrzała zaniepokojona na Dextera. - Może coś się sta-

ło...

Majordomus   zapomniał   o   swoim   zazwyczaj   powolnym   i 

majestatycznym kroku, podszedł do aparatu i chwycił słuchawkę. Bliss 

wstała z fotela, jedną rękę trzymała przy szyi, drugą opierała się o stół, 

szykując się na najgorsze.

- Redford Hall - oznajmił Dexter szybciej niż zwykle. Dwie sekun-

dy później odprężył się. - Tak, pani Farnsworth.

Bliss bezgłośnie wymówiła imię „Maude” i westchnęła z ulgą, ale 

„zaraz zesztywniała na dźwięk słów Dextera.

- Przykro mi, pani Farnsworth, ale udała się na spoczynek - powie-

dział do słuchawki, potem zasłonił ją dłonią i wyszeptał głośno. - Chce 

rozmawiać z Jocelyn. - Szybko odsunął dłoń i odpowiedział. - Tak, tro-

chę wcześniej niż zwykle. Czy mogę przekazać wiadomość? - spytał i 

zauważył, jak Bliss pokazuje mu, żeby oddał jej słuchawkę. - A może 

chciałaby pani rozmawiać z panią Wakefield? - Podał telefon Bliss.

Talia do pasjansa została na stole, a Bliss podeszła do Dextera, 

wzięła słuchawkę, odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić i przyłożyła 

ją do ucha.

- Witaj, Maude. Co słychać? - zapytała gładko.

background image

- Wszystko w porządku. - Kobieta odpowiedziała automatycznie 

na   grzecznościowe   pytanie.   -   Dzwonię,   bo   miałam   nadzieję   na 

rozmowę z Jocelyn, ale Dexter mówi, że już poszła spać.

- Nie dziwi mnie to, szczególnie po ostatnich pracowitych dwóch 

tygodniach. Biedna dziewczyna za bardzo się przemęcza.

- Oczywiście. Nie pomyślałam o tym - przyznała Maude, a potem 

roześmiała się, jakby coś do niej dotarło. - Może nie powinnam dzwo-

nić,   ale   spotkała   mnie   dzisiaj   dziwna   przygoda   i   jestem   pewna,   że 

Jocelyn byłaby zainteresowana.

- Maude, w takim razie musisz mi koniecznie powiedzieć, co to 

było - oznajmiła Bliss z uporem w głosie.

- Poszliśmy z sędzią na kolację i w restauracji była pewna kobieta. 

Wydała  mi  się znajoma,  ale nie mogłam sobie przypomnieć  kto to. 

Kiedy   wychodziła,   oświeciło   mnie.   -   Maude   zawiesiła   głos,   żeby 

zwiększyć   napięcie.   -   Wyglądała   dokładnie   tak   jak   Jocelyn.   Kiedy 

zorientowałam się, że ma na głowie perukę, byłam pewna, że to ona.

- Skąd, do diabła, przyszło ci do głowy, że Jocelyn jadłaby sama 

kolację w jakiejś restauracji, skoro wiesz, że spędza weekend ze mną? 

-Bliss   stwierdziła,   że   lepiej   zaatakować   niż   bez   przekonania 

zaprzeczać, ale wymienili z Dexterem zmartwione spojrzenia.

- Wcale nie była sama - odpowiedziała Maude z pełnym przekona-

niem.

- Jak to? - spytała coraz bardziej zaniepokojona Bliss. - Kto był z 

nią?

- Dwóch mężczyzn. Muszę przyznać, że nie wyglądali na agentów 

ochrony. - Słysząc takie rewelacje od Maude, Bliss odsunęła telefon od
ucha na tyle, żeby Dexter mógł słyszeć. - Szczerze mówiąc, jeden z 

nich wyglądał jak przeciwieństwo ochroniarza.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - Bliss wyobraziła sobie różne 

zdjęcia terrorystów, które ostatnio widziała w gazetach i w telewizji.

- To był starszy człowiek. Murzyn z białymi włosami i brodą. Uda-

wał, że jest Świętym Mikołajem przed jakimś małym chłopcem, który 

był w restauracji z rodzicami.

-   Chwileczkę.   Sądzisz,   że   widziałaś   Jocelyn   z   jakimś   starszym, 

ciemnoskórym panem, który udawał Świętego Mikołaja? Maude czy ty 

coś piłaś? - Bliss miała ochotę roześmiać się z ulgą.

- Nie żartuj - zaprotestowała oburzona Maude. - Wypiłam jeden 

kieliszek czerwonego wina do obiadu.

- Nie wydaje mi się.
- Sama nie wymyśliłabym czegoś takiego - upierała się Maude i 

Bliss musiała się z nią zgodzić - Maude miała kiepską wyobraźnię. - 

Kobieta, którą widziałam, była niezwykle podobna do Jocelyn.

- Oczywiście  muszę  wierzyć  ci na słowo. - Bliss miała  niemiłe 

przeczucie,   że   Maude   rzeczywiście   spotkała   Jocelyn.   Najbardziej 

martwiło ją to, że jej wnuczka była z dwoma mężczyznami.

- Powiedziałaś, że była z dwoma mężczyznami. Jak wyglądał ten 

drugi? - zapytała i nie mogła się powstrzymać, żeby nie dodać. - Może 

to był jeden z pomocników Świętego Mikołaja?

- Absolutnie nie. Był wysoki i trochę kościsty. Wyglądał jak koszy-

karz, a kto go zresztą wie, może był ze środkowego zachodu.

- Dlaczego tak sądzisz?
- Bo ta dziewczyna, tak podobna do Jocelyn, była z Iowa - wyjaśni-

ła Maude.

- Skąd wiesz? - Bliss przysunęła słuchawkę bliżej ucha. - Rozma-

wiałaś z nią?

- Oczywiście, że tak - oznajmiła Maude lekko poirytowana pyta-

niem.

- Pewnie było ci strasznie wstyd, kiedy się okazało, że się pomyli -

łaś? - wtrąciła szybko Bliss, zdecydowana zamącić Maude w głowie.

- W pewnym sensie tak. Niestety nie rozmawiałam z nią długo.
- Może to lepiej. Dziękuję, że zadzwoniłaś - oznajmiła niedbale 

background image

Bliss. - Masz rację, Jocelyn ubawi się, jak jej opowiem tę historię jutro 

rano.

- Tak. Cóż, robi się późno. Nie będę ci dłużej zawracać głowy 

-mruknęła kobieta, jakby nagle dotarło do niej, że wystawiła się na po-

śmiewisko.

- Przekaż sędziemu moje pozdrowienia - powiedziała Bliss, poże-

gnała się i odłożyła słuchawkę.

- Widziała Jocelyn - zgadł Dexter.
- Tak, ale nie to mnie martwi. - Bliss zaczęła skubać paznokieć zę-

bami.

Dexter skinął głową ze zrozumieniem.

- Chodzi o tych mężczyzn.
- Żaden z nich nie pasował opisem do wyglądu Gregory’ego Pecka. 

Westchnęła zatroskana i złożyła dłonie.

- A jeżeli ją porwali?
- Mówiłem, że ta eskapada będzie niebezpieczna.
- Nie musisz tego teraz powtarzać, Dexter - warknęła zirytowana. 

-Gdyby Gregory Peck stał teraz obok, zapewniałby mnie, że wszystko 

będzie dobrze, i przekonywał, że niepotrzebnie się martwię.

Dexter wyprostował się jak struna.
- Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, Gregory Peck nie był-

by   tu   potrzebny.   Stałby   teraz   u   boku   Jocelyn   -   poinformował   ją 

lodowato.

- Zamknij się i wyłącz gramofon - rozkazała zniecierpliwiona jego 

logicznym wywodem. - Te trzaski doprowadzają mnie do szału.

Z   uniesioną   wysoko   głową,   urażony   Dexter   podszedł   do 

gramofonu, podniósł ramię z igłą i zaczepił na podstawce. W tej samej 

chwili znów zadzwonił telefon, i oboje podskoczyli.

- Chyba nie dzwonią do nas po okup? - Bliss wpatrywała się w tele-

fon, a palce dłoni przyciskała do ust.

-   Wątpię,   proszę   pani.   -   Dexter   spokojnie   podniósł   słuchawkę. 

-Redford   Hall.   -   Odwrócił   się   do   Bliss   rozpromieniony.   -   Panna 

Jocelyn - wyszeptał z wielką ulgą.

Bliss wyrwała mu telefon.
- Wszystko w porządku, Jocelyn? Strasznie się o ciebie martwili-

śmy. Gdzie jesteś? - Wykrzykiwała pytanie za pytaniem.

- Nic mi nie jest, Gog - padła szybka odpowiedź. Bliss zdziwiła się, 

że Jocelyn mówi tak cicho.

- Na pewno? - Nie była przekonana. - Masz smutny głos.
- Śpieszę się, bo taksówka na mnie czeka. Dzwonię, żeby ci powie-

dzieć, że wracam jeszcze dziś. Poproś Dextera, żeby otworzył furtkę.

- Teraz? - zdziwiła się. - Myślałam, że miałaś zamiar zjawić się ju-

tro rano?

- Zmieniłam zdanie, Gog i nie mam czasu teraz wszystkiego wyja-

śniać.

- Dobrze - zgodziła się Bliss. - O której będziesz?
- Nie wiem dokładnie, ale niedługo.
- Dexter będzie musiał odwrócić uwagę...
- Obediah się tym zajmie - wtrąciła Jocelyn. - Niech Dexter tylko 

otworzy furtkę.

- Kto to jest Obediah? - Bliss skrzywiła się, kiedy usłyszała dzi-

waczne imię.

-   Przyjaciel.   Posłuchaj,   wszystko   ci   wyjaśnię   jak   wrócę,   Gog. 

Teraz muszę już kończyć.

Rozległo   się   stuknięcie   i   połączenie   zostało   przerwane.   Bliss 

odłożyła słuchawkę i odwróciła się do Dextera.

- Wraca dzisiaj zamiast jutro rano. Musisz zaraz otworzyć furtkę.
- Oczywiście. A kto to jest Obediah?
- Nie mam  pojęcia - powiedziała i westchnęła zdezorientowana. 

background image

-Powiedziała, że to przyjaciel i mam nadzieję, że się nie myli.

Jocelyn poprosiła kierowcę, żeby zatrzymał się dwa domy od Red-

ford Hall.

- Tutaj wysiądę - powiedziała do Obediaha. - Daj mi pięć minut, a 

potem możesz się zjawić.

- Pięć minut. - Odsunął rękaw płaszcza i spojrzał na zegarek, a po-

tem uśmiechnął się do niej. - To bardzo ekscytujące. Czuję się jak tajny 
agent.

-  Jesteś  pewien,  że  sobie  poradzisz?  -  spytała   zatroskana.  -  Nie 

chciałabym, żebyś zrobił coś, za co mogą cię aresztować.

- Nie martw się. - W jego głosie słyszała rozbawienie i uśmiechał 

się do niej szeroko. - Mój wiek i kolor skóry mają dobre strony. Agenci 
od razu zauważą starego Murzyna, który szwenda się po ulicy przed 
domem twojej babci. Szybko zareagują, bez względu na to, że jestem 
elegancko   ubrany.   Pokażą   mi   drogę,   a   ja   będę   udawał   mało 
rozgarniętego i nie będę rozumiał, jak mi tłumaczą, gdzie jest adres, 
którego szukam. Wszystko pójdzie dobrze, zapewniam cię.

- Mam nadzieję. - Jocelyn też chciała być taka pewna, ale do tej 

pory tyle rzeczy jej się nie udało i tylko ucieczka z Redford Hall poszła 
zgodnie z planem. Wysiadła z taksówki i po chwili zajrzała jeszcze raz 
do środka.

- Bądź ostrożny, Obediah.
Uśmiechnął się z wyrzutem.
- Przestań się bać.

- Martwię się o ciebie - odpowiedziała. Zdawała sobie sprawę, że 

gdyby nie ona, Obediah nie znalazłby się w takiej sytuacji.

- Nie miałem siebie na myśli.
- W takim razie kogo? - Zmarszczyła brwi. - Ja się nie boję.
- Przykro mi, ale nie zgadzam się z tobą. Widać, że masz pietra 

-oznajmił.

- Czego mam się bać? - spytała wyzywająco.

- Obawiasz się, że kiedy Tucker dowie się, kim jesteś, jego uczucia 

do ciebie się zmienią. Dlatego nie chcesz mu powiedzieć prawdy, a nie 
ze względu na jego zawód.

Obediah dostrzegał o wiele więcej, niż Jocelyn chciała przyznać. 

Znowu wybrała tchórzliwe rozwiązanie.

- To nie jest odpowiednia pora na dyskusję, Obediah - powiedziała 

i spojrzała na zegarek. - Pamiętaj, że potrzebuję pięciu minut.

Zamknęła drzwi i ruszyła w zacienioną część ulicy. Ciemności nie 

mogły jednak ukryć prawdy, która tkwiła w jego słowach, i nie dawała 
jej spokoju przez całą drogę do Redford Hall.

Jocelyn ukryła się w krzakach i czekała, aż Obediah zajmie uwagę 

obu agentów na służbie. W innych okolicznościach może chciałaby po-
dziwiać jego aktorskie zdolności, kiedy przekonywał ich, że taksów-
karz przywiózł go pod niewłaściwy adres. Wypytał o drogę i cały czas 
miał kłopoty z zapamiętaniem. Jocelyn była pogrążona we własnych 
myślach i zdenerwowana tym, że musi przejść przez furtkę niezauwa-
żona.

Kryjąc się w cieniu, dotarła do wejścia, modląc się w duchu, żeby 

było otwarte. Furtka otworzyła się cicho do środka pod dotknięciem 
ręki. Jocelyn wślizgnęła się przez nią i zamknęła za sobą. Przebiegła 
szybko do wozowni i miała już tylko krok do podziemnego przejścia.

Kiedy   dotarła   do   ukrytej   klatki   schodowej,   wdrapała   się   na 

drabinę. Na górnym schodku zatrzymała się na moment, żeby zebrać 
myśli i przygotować się na niezliczone pytania.

Nie myliła się. Bliss nie dała jej nawet szansy na spokojne wejście 

background image

do pokoju.

- Dzięki Bogu, jesteś cała. - Złapała ją za ręce i uścisnęła z miesza-

niną ulgi i troski. - Nie masz pojęcia, jak się o ciebie martwiliśmy.

- Nie było potrzeby, bo wszystko jest w porządku. - Uśmiechnęła 

się na siłę.

Dexter uniósł brwi na widok jej stroju.

- A gdzie się podział strój do biegania?

- Jest w hotelu z innymi rzeczami. - Jocelyn uwolniła dłonie, od-

wróciła się i zaczęła wyciągać szpilki, które trzymały perukę. - Nie 

było sensu po nie wracać. O tej godzinie ludzie już nie biegają.

- W hotelu będą się zastanawiać, co się z panią stało - zaprotesto-

wał.

- Niech się zastanawiają- oznajmiła Bliss i machnęła ręką na taką 

błahostkę.   -   Nigdy   nie   dojdą   do   tego,   że   to   rzeczy   Jocelyn.   Ten 

Obediah to inna sprawa. Kto to jest?

- Obediah to niezwykle  miły dżentelmen, którego poznałam pod 

pomnikiem Lincolna. - Jocelyn  wyciągnęła wszystkie  szpilki, zdjęła 

perukę i rzuciła na toaletkę.

- Nie wie, kim jesteś? - Bliss szybko podniosła perukę i schowała 

do różowej, plastikowej torby.

-   Od   razu  mnie   rozpoznał,   zresztą   powinnaś   go  pamiętać,   Gog. 

-Jocelyn rozpuściła włosy. - To ten starszy, ciemnoskóry pan z białą 

brodą, który był z grupą, którą w ubiegłym tygodniu oprowadzałaś po 

Białym Domu.

- Ten, który pytał cię o choinki i tegoroczny motyw świąteczny? 

-powiedziała zdziwiona.

- Ten sam.
- Wielkie nieba - mruknęła Bliss i znów spojrzała na Jocelyn. - A 

kim był ten drugi mężczyzna? Jocelyn zesztywniała.

- Jaki mężczyzna?
- Ten, którego Maude widziała z tobą w restauracji.
- Maude dzwoniła do ciebie? - Jocelyn chciała grać na zwłokę. Nie 

wiedziała, czy opowiedzieć babci o Tuckerze. Obawiała się jej reakcji.

- Chwilę przed tobą. Jocelyn westchnęła pokonana.
- Myślałam, że udało mi się ją przekonać, że się pomyliła.
- Udało się, ale to zupełnie inna sprawa. Nadal mi nie powiedziałaś, 

kim był ten facet z Iowa.

- On nie jest z Iowa, tylko z Kansas - poprawiła odruchowo.

- Nie obchodzi mnie,  skąd jest - oznajmiła  wyczerpana  Bliss. - 

Chcę wiedzieć, kto to?

Po wszystkich kłamstwach tego dnia Jocelyn nie miała ochoty na 

nowe.

- To był Grady Tucker.

Właśnie tej reakcji się spodziewała.

- Grady Tucker! Ten Grady Tucker? - Bliss osłupiała.

- Ten sam - przyznała Jocelyn, odwróciła się na pięcie do Dextera i 

wycelowała w niego palec. - Żaden z niego Gregory Peck, więc nie 

wyobrażaj sobie za wiele.

Dexter zrobił urażoną minę.

- Nawet mi to nie przyszło do głowy.
- Tylko mi nie mów, że on też cię rozpoznał. - Bliss stała z ręką 

przyciśniętą do piersi, jakby spodziewała się następnego ciosu.

- Nie, on mnie nie poznał. - Z jakiegoś dziwnego powodu Jocelyn 

żałowała.

- O matko - mruknęła Bliss ze współczuciem. - Twój dzień się nie 

udał?

-   Chwilami   było   zabawniej,   niż   się   spodziewałam,   a   chwilami 

okropnie,   ale   nauczyłam   się   jednej   rzeczy,   Gog.   -   Uśmiechnęła   się 

krzywo.   -Nie   ma   wolności   w   udawaniu,   że   jest   się   kimś   innym. 

Sądziłam, że jest, ale się pomyliłam.

background image

- Moje kochane biedactwo. - Bliss objęła ją na pocieszenie. - Tak 

mi przykro.

- Mnie też - przyznała Jocelyn i zmusiła się do uśmiechu. - Jeśli nie 

masz nic przeciwko temu, to wolałabym teraz o tym nie mówić. Mia-

łam długi dzień i jestem naprawdę zmęczona.

-   Oczywiście.   Zobaczysz,   że   jak   się   dobrze   wyśpisz,   wszystko 

wyda ci się o wiele zabawniejsze.

- Jasne. - Jocelyn wiedziała jednak, że tak nie będzie.

Rozdział 16

Silny listopadowy wiatr poderwał leżące na chodniku liście i uniósł w 

górę, aż zawirowały i uderzyły w czarny płot z żelaza, który otaczał 

pomocny trawnik Białego Domu. Za ogrodzeniem, wokół fontanny na 

środku trawnika, jasno żółciły się chryzantemy,  ale ich wesoły kolor 

przybladł nieco w ponury, szary, mocno zachmurzony dzień.

Tucker podniósł kołnierz, żeby ochronić kark przed chłodnym, zi-

mowym powietrzem, wsunął ręce do kieszeni i patrzył smętnie w okna 

na   drugim   piętrze   rezydencji,   gdzie   znajdowały   się   prywatne 

apartamenty prezydenta i jego rodziny.

Usłyszał kroki za plecami. Ktoś szedł miarowo i stukaniu butów na 

betonowym chodniku towarzyszyły uderzenia laski. Kroki umilkły tuż
za nim. Kątem lewego oka dostrzegł małego człowieczka z białą brodą, 
w czarnym  kapeluszu na głowie, ciemnym  płaszczu i z czerwonym 
szalikiem.   Popatrzył   na   niego   i   nie   umiał   wytłumaczyć,   dlaczego 
widok Obediaha wcale go nie zaskoczył.

Starszy pan popatrzył na Tuckera ciepło i ze zrozumieniem.

- Myślałem, że znajdę cię gdzieś tutaj - powiedział na powitanie.
- Staromodne, prawda? Chcę być w pobliżu niej. Tucker jeszcze 

raz spojrzał w stronę Białego Domu, ale tym razem z obojętną miną.

Obediah uśmiechnął się ze zrozumieniem.

- Mnie to nie dziwi.
- Nie zadzwoniła do mnie. - Tucker dalej wbijał wzrok w okna na 

drugim piętrze, a kąciki ust miał opuszczone. - Ma mój numer telefonu 
do domu i do gazety, ale nie zadzwoniła. Kiedy nie odezwała się w 
niedzielę   ani   w   poniedziałek,   nie   byłem   zaskoczony.   Nie 
spodziewałem się telefonu nawet we wtorek, ale wczoraj... - przerwał 
wpół zdania z ciężkim westchnieniem i zgarbił ramiona. - Chyba już 
nie zadzwoni, a ja tak na to liczyłem.

- Może potrzebuje trochę więcej czasu. - Wiatr porwał chmurkę 

pary, która wydostała się z jego ust.

Tucker pokręcił przecząco głową.

- Im więcej czasu upływa, tym bardziej będę jej obojętny i nie ode-

zwie się do mnie.

- Rozumiem, dlaczego nie zadzwoniła. - Obediah spojrzał leniwie 

na Biały Dom. - Ona naprawdę uważa, że kiedy dowiesz się, kim jest, 
twoje uczucia do niej się zmienią.

- Myli się - oznajmił Tucker z odrobiną złości w głosie.
- Co zamierzasz z tym zrobić? - zapytał Obediah i popatrzył na 

Tuckera spode łba trochę kpiącym wzrokiem.

- A co ja mogę? - Tucker wzruszył ramionami, wyciągnął rękę z 

kieszeni i pokazał na Biały Dom. - To nie jest dom, do którego możesz 
podejść   i   zadzwonić   dzwonkiem   do   drzwi,   a   potem   poprosić   o 
rozmowę   z   córką   gospodarza.   Zastanawiałem   się,   czy   do   niej   nie 
zadzwonić, ale nie chcę rozmawiać przez telefon. To, co mam jej do 
powiedzenia i tak będzie trudne, kiedy staniemy twarzą w twarz.

background image

- Innymi słowy, jeśli ona nie skontaktuje się z tobą, ty się poddasz. 

Czy to właśnie chciałeś powiedzieć?

Tucker podniósł głowę i spojrzał wściekle na Obediaha. Potem zro-

zumiał, do czego zmierza starszy pan i uśmiechnął się chytrze.

- Dobrze wiesz, że nie. Problem w tym, że nie mam pojęcia, jak się 

z nią zobaczyć. Trzeba załatwić tyle formalności, żeby umówić się na
spotkanie:   telefonistki,   sekretarki,   asystentki.   Może   odmówić   w 
każdym momencie i nic nie będę mógł na to poradzić.

- Rozumiem, o co chodzi - mruknął Obediah i zamyślony skinął 

głową,

- Ja też. - Tucker westchnął i jeszcze raz zerknął na piękną północ-

ną fasadę budynku. - Dobrze pilnują tego domu. Jest tylko jedno miej-
sce,   gdzie   nie   otaczają   jej   pracownicy  i   ochrona   -   tam  na   górze.   - 
Wskazał   okna   na   drugim   piętrze.   Silny  powiew  wiatru   rozwiał   mu 
włosy, a Tucker rzucił uśmiech w stronę Obediaha. - Szkoda, że nie 
jesteś Świętym Mikołajem. Gdybyś  był, wsadziłbyś mnie do worka, 
wlecielibyśmy przez komin i zostawiłbyś mnie tam.

- Gdybym  był  Świętym  Mikołajem, mógłbym  to zrobić tylko w 

Wigilię. Naprawdę chcesz czekać tak długo?- odparł Obediah, a w jego 
oczach tańczyły figlarne ogniki.

- Ani myślę  - przyznał Tucker i znów westchnął. - Niestety nie 

znam sposobu, żeby się tam dostać.

- Zamiast atakować bezpośrednio może powinieneś pomyśleć, jak 

ją sprytnie podejść - zasugerował Obediah.

- Masz przed sobą pisarza, a nie wojskowego taktyka, Obediah. Je-

śli masz jakiś pomysł, powiedz mi jaśniej.

- Zgoda. Jak dobrze znasz prezydenta?

- Nie tak dobrze, jak niektórzy reporterzy związani z Białym Do-

mem,  ale rozmawiałem z nim kilka razy. Można powiedzieć, że się 
sobie kłaniamy - przerwał, przechylił głowę na bok, zmrużył  oczy i 
popatrzył   na   Obediaha   podejrzliwie.   -   Mam   nadzieję,   że   nie 
zaproponujesz, bym poszedł do prezydenta i poprosił o rękę jego córki. 
Wystarczy, że ona myśli, że jestem nienormalny...

Obediah roześmiał się szczerze.

- Nie, coś bardziej wyrafinowanego miałoby lepszy efekt - odpo-

wiedział. - Na razie pragniesz się tylko dostać na drugie piętro i poroz-
mawiać prywatnie z Jocelyn. Mam rację?

- Tak. - Zmarszczki na twarzy Tuckera pogłębiły się, kiedy starał 

się za wszelką cenę zgadnąć, co Obediah miał na myśli.

- W takim razie musisz jedynie znaleźć sposób, żeby to osiągnąć.
- Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.
- To prawda - zgodził się jego rozmówca. - Ludzie z ulicy nie 

mogą wchodzić na wyższe piętra - tylko zaproszeni goście prezydenta i 
jego rodziny. A szkoda, bo pomyśl, ile osób chciałoby zobaczyć kilka 
historycznych miejsc, na przykład niektóre pokoje, a przede wszystkim 
sypialnię Lincolna.

- Tak. Sam bym ją chętnie obejrzał.
- Naprawdę? A pytałeś kiedykolwiek kogoś czy można?
- Nie - odpowiedział zaskoczony.
- Może powinieneś. - Obediah wywinął mankiet płaszcza i popa-

trzył  na zegarek. - O rany,  spójrz, która godzina. Muszę lecieć, bo 
spóźnię się na spotkanie. Powodzenia, Tucker. - Dotknął palcami ronda 
kapelusza na pożegnanie. - Pozdrów ode mnie Jocelyn, kiedy się z nią 
zobaczysz.

-   Mówisz   tak,   jakbyś   był   pewien,   że   ją   spotkam   -   powiedział 

oskarżycielskim tonem.

Obediah uśmiechnął się szerzej.

background image

- Jesteś bardzo sprytny,  Tucker, i wierzę w ciebie. Miłego dnia. 

-Odszedł małymi, szybkimi krokami, wywijając przed sobą laską.

Tucker popatrzył za nim przez chwilę, a potem uśmiechnął się na 

wspomnienie owego dnia na południowym trawniku, kiedy dowiedział 
się, że niektórzy ludzie z otoczenia prezydenta uważali, że przynosi 
szczęście głowie państwa. Miał nadzieję, że tym razem jemu szczęścia 
nie zabraknie.

- Wiesz - mruknął do siebie - Obediah nie tylko byłby doskonałym 

Mikołajem,   ale   również   świetnym   farmerem.   Kiedy   zasieje   ziarno, 
podlewa je troszeczkę, a ono kiełkuje.

Tucker   z   uśmiechem   na   twarzy   wyruszył   w   stronę   słynnego 

zachodniego skrzydła, w którym mieścił się Gabinet Owalny i Pokój 
Prasowy.

Pomieszczenie dla dziennikarzy było nowe, ponieważ zbudowano 

je za czasów administracji Nixona w miejscu, gdzie kiedyś mieścił się 
basen prezydenta Roosevelta. Jak zwykle, kiedy nic się nie działo, w 
środku   było   tylko   kilku   reporterów,   którzy   polowali   na   jakąś 
wiadomość,   najlepiej   taką   na   pierwsze   strony   gazet.   Kiedy   Tucker 
wszedł do Pokoju Prasowego, od razu go zauważyli.

- Hej, Tucker, co się dzieje? - zapytał jeden z nich.
- No, Tucker - zaczepił go Cleve Barnes z „Post”. - Pojawiasz się 

tu drugi raz w ciągu dwóch tygodni. Dlaczego?

- Skończyły ci się pomysły na artykuły? - zakpił ktoś inny.
- Gdyby tak było, jest to ostatnie miejsce, w którym szukałbym na-

tchnienia - odgryzł się Tucker i rozejrzał po pokoju. - Nie widzę tu ni-
czego ciekawego.

- Zamknij się, Fisher - zażartował Cleve i odwrócił się do Tuckera. 

- A tak poważnie, co cię tu sprowadza?

- Sprawa osobista - odpowiedział celowo wykrętnie. - Może mógł-

byś  mi  pomóc?   Kogo  najlepiej  poprosić  o  przysługę?  Chodzi  mi  o 
tutejszy personel.

- Jak dużą przysługę? - Reporter przyjrzał mu się z rosnącym zain-

teresowaniem.

- Sporą - przyznał Tucker ponuro.
- Niech zgadnę. - Cleve uśmiechnął się nagle. - Twoi rodzice przy-

jeżdżają z Kansas i chcą poznać prezydenta. Tucker podrapał się po 
szyi i uśmiechnął.

- Coś w tym rodzaju, albo jeszcze gorzej.
- Powodzenia, Tucker. - Cleve pokręcił głową rozbawiony.
- A tak poważnie, z kim powinienem porozmawiać? - dopytywał 

się dalej.

- Chyba z Paulą Landry - odpowiedział i wzruszył ramionami. - 

Ona przynajmniej cię wysłucha, zanim zacznie się śmiać.

- Wystarczy. Gdzie mogę ją znaleźć?
- Pokażę ci.

Dwadzieścia minut później Tuckera wprowadzono do małego biura 

Pauli Landry. Wiedział już, że jest jedną z asystentek sekretarza praso-
wego,   osobą   inteligentną,   ambitną   i   rozsądną.   Z   takimi   cechami 
charakteru miała zagwarantowaną karierę.

- Witaj, Tucker. Miło cię poznać. - Wysoka i dobrze zbudowana 

farbowana blondynka z ciemnymi odroślami mocno uścisnęła mu dłoń 
i wskazała krzesło przed biurkiem. - Pewnie wiele osób ci to mówi, ale 
bardzo lubię twoje artykuły.

- Dzięki. Chciałem podziękować, że mnie pani przyjęła. - Usiadł na 

krześle.

- Nie ma  o czym mówić. - Uśmiechała się ciepło, grzecznie i z 

background image

sympatią. - Co mogę dla ciebie zrobić?

- Trochę się wstydzę, pani Landry... - zaczął.
- Mów mi Paula, proszę - wtrąciła.
- Paula - powtórzył. - Nie wiem, jak to powiedzieć, ale może po-

wiem prosto z mostu.
Uśmiechnęła się szerzej i na policzkach zrobiły jej się ładne dołeczki.

- Tak będzie najlepiej.
- Chodzi o to, że - zaczął i przerwał, a potem znowu się odezwał. 

-Prawda jest taka, że chciałbym zobaczyć sypialnię Lincolna. Nie tylko 
zobaczyć z daleka, ale stanąć w niej. - Tucker zauważył, jak zamrugała 
zaskoczona. Właściwie była mocno zdziwiona, ale potrafiła to szybko 
ukryć.   -   Wiem,   że   się   jej   nie   zwiedza,   ale...   miałem   nadzieję,   że 
pomożesz mi zdobyć pozwolenie. Wiem, że to prośba, która musi być
załatwiona różnymi kanałami i jeśli się nie uda, zrozumiem. Przyszło 
mi jednak do głowy, że jeśli nie zapytam, to nigdy się nie dowiem, czy 
można   to   zrobić.   Powiem   bez   ogródek   -   najgorsze,   co   może   mnie 
spotkać, to odmowa.

Roześmiała się cicho.
- Będę z tobą szczera, Tucker. Myślałam, że poprosisz mnie o coś 

takiego jak zdjęcie z autografem od prezydenta specjalnie dla twojej 
ciotki Sally, ale sypialnia Lincolna?

- To dziwna prośba, prawda? - przyznał z szelmowskim uśmiesz-

kiem.

- Powiedzmy tak - gdyby ktoś inny o to poprosił, od razu bym od-

mówiła.   Ale...   prosisz   ty.   W   związku   z   tym   muszę   wykonać   kilka 
telefonów.

- Będę wdzięczny, Paula. Słowo daję. - Tucker pogrzebał po kie-

szeniach   i   znalazł   wizytówkę.   -   Tu   jest   mój   domowy   numer. 
Przeważnie pracuję u siebie, więc można mnie złapać prawie o każdej 
porze.

- Zadzwonię, jak będę miała odpowiedź - obiecała.
- Nie ma pośpiechu - skłamał.

Molly przywitała Tuckera głośnym skomleniem, kiedy wszedł do 

mieszkania. Kręciła się jak oszalała, plątała mu się pod nogami, łapy 
jej   tańczyły,   a   ogon   nie   przestawał   merdać.   Kiedy   zdjął   smycz   z 
wieszaka, podskoczyła z radości i zaskowyczała jeszcze mocniej.

- Dobry piesek, Molly, siadaj. - Tucker odepchnął jej łapy, kiedy 

skoczyła mu na piersi. - Nie uda mi się zapiąć smyczy tak miotającemu 
się psu.

Popiskując, opadła na cztery łapy i usiadła na podłodze, drżąc nie-

cierpliwie.

Zadzwonił   telefon.   Tucker   miał   automatyczną   sekretarkę,   która 

utrwaliłaby wiadomość, ale tym razem musiał odebrać i Molly dobrze 
o tym wiedziała. Podbiegła do aparatu, szczekając niecierpliwie.

- Nie będę nic słyszał, jeśli nie będziesz cicho - ostrzegł ją. Pies, 

wyraźnie   niezadowolony,   zaczął   popiskiwać,   kiedy  Tucker   podniósł 
słuchawkę.

- Tucker, słucham.
- Mówi Wally Hamilton.

Wally był  szefem gabinetu prezydenta. Tucker nie wiedział, czy 

śmiać się z radości, czy usiąść z wrażenia i ledwo wydukał:

- Wally? Co mogę dla ciebie zrobić?
- Chodzi o to, co ja mogę zrobić dla ciebie? - odpowiedział męż-

czyzna z zadowoleniem w głosie. - Kilka minut temu rozmawiałem z 
Paulą Landry. Masz chwilkę?

- Chwilkę? Mam masę czasu. - Tucker usiadł.

background image

- Prezydent chciałby z tobą porozmawiać. Możesz poczekać?
- Oczywiście. - Oparł się wygodniej na fotelu, a kiedy Molly to zo-

baczyła, położyła się, mrucząc gniewnie, wetknęła nos między łapy i 
spojrzała na niego smutnymi oczami.

Na linii zapadła długa cisza, a potem odezwał się silny, pewny głos 

prezydenta.

- Tucker, mówi Hank Wakefield. Jak się masz?
- Dziękuję, świetnie, panie prezydencie. - W tej chwili Tucker był 

pewien,   że   będzie   mógł   zobaczyć   sypialnię   Lincolna,   ale   musiał 
wymyślić jeszcze coś, żeby spotkać się z Jocelyn.

- Rozumiem, że jesteś wielkim miłośnikiem Lincolna - powiedział 

prezydent.

- Można tak powiedzieć, proszę pana. - Tuckerowi nagle przyszło 

do głowy, że być może rozmawia z przyszłym teściem. Każdemu w tej 
sytuacji odebrałoby głos.

- Masz rację. Znajdź takiego, kto go nie podziwia - zgodził się pre-

zydent.   -   Niezwykła   postać,   która   zostawiła   po   sobie   ogromne 
wrażenie   i   masę   niezałatwionych   spraw.   Wally  mówi,   że   chciałbyś 
zobaczyć sypialnię Lincolna.

-   Bardzo   -   oznajmił   i   zaraz   dodał   szybko.   -   Wiem,   że   się 

narzucam...

- Ani trochę - prezydent zaprzeczył gładko. - Z przyjemnością ci ją 

pokażę. Może być  dzisiaj wczesnym wieczorem? Będę wolny około 
wpół do siódmej.

- Szósta trzydzieści doskonale mi pasuje, proszę pana.

Jocelyn siedziała przy biurku Eleanor Roosevelt w swoim połączo-

nym z biurem salonie. Przed nią leżała sterta nietkniętych ważnych 
wiadomości. Zamiast na nie, patrzyła na leżącą osobno małą karteczkę 
z adresem i numerem telefonu Tuckera, który sam jej zapisał.

Wyginała   nerwowo   palce   dłoni   na   kolanach   i   zbierała   się   na 

odwagę, żeby do niego zadzwonić. Za oknami zapadł już zmrok i o tej 
porze   powinien   być   w   domu.   Musiała   tylko   podnieść   słuchawkę   i 
wybrać jego numer.

Nie wiedziała, co mu powiedzieć i w tym tkwił cały problem. Prze-

ćwiczyła już z tuzin różnych zdań i wyobrażała sobie jego reakcje na 
każde z nich. Bała się, że nie będą pozytywne  i dlatego wciąż się 
wahała.

Nazwała   się   tchórzem   i   dopiero   wtedy   sięgnęła   po   słuchawkę. 

Telefon   zadzwonił,   zanim   dotknęła   tarczy   i   Jocelyn   podskoczyła 

nerwowo. Chwyciła słuchawkę i podniosła do ucha, szybko zdejmując 

perłowy klips.

- Halo - powiedziała zdenerwowanym głosem.
- To ty, Jocelyn?
- Tak. Cześć, tato - rozpoznała go od razu.
- Masz dziwny głos. Dostałaś moją wiadomość? - zapytał.
- Pewnie leży gdzieś na kupce z innymi. - Zerknęła na stosik. - 

Przyszłam dopiero przed chwilą i jeszcze ich nie przeglądałam. A o co 

chodzi?

- Nic takiego. Dzwoniłem wcześniej, żeby ci powiedzieć, że będę 

miał dzisiaj gościa, który chce zobaczyć  sypialnię Lincolna. Musisz 

przesunąć kolację o godzinę, może półtorej. Upewnij się, że będzie 

trochę whisky pod ręką - najlepiej Black Label, i zadzwoń do kuchni, 

żeby przygotowali tacę zwykłych przekąsek.

- Oczywiście. - Jocelyn zapisała wszystko na kartce leżącej obok 

telefonu. - O której godzinie?

- Mniej więcej o szóstej trzydzieści.

background image

- Załatwione - obiecała. - A tak na marginesie, kto...
-   Mam   Saundersa   na   drugiej   linii,   Jocelyn.   Muszę   kończyć   - 

telefon zamilkł i jak wiele razy przedtem rozmowa została przerwana z 

powodu jakiejś ważnej sprawy - zdarzało się to tak często, że Jocelyn 

nie była zaskoczona.

Zaczęła przeglądać wiadomości, chcąc odnaleźć nazwisko gościa, i 

wtedy zauważyła, która jest godzina. Było już trzy po szóstej, a ona 

musiała sprawdzić barek, zamówić przekąski i trochę się odświeżyć.

Jocelyn   nie   była   bardzo   ciekawa,   kogo   jej   ojciec   zaprosił   do 

Białego Domu. Z doświadczenia wiedziała, że może to być każdy, od 

wysoko   postawionego   biznesmena   do   wiernego   partyjnego   kolegi, 

doradcy lub członka Kongresu. Bez względu na to, kto przychodził, jej 

rola była zawsze taka sama: przedstawić się, przywitać i porozmawiać. 

Właściwie ucieszyła się, że ktoś ich odwiedzi, bo w ten sposób będzie 

mogła na chwilę zapomnieć o Tuckerze.

Punktualnie o szóstej trzydzieści Jocelyn usłyszała dochodzący z 

korytarza   głos   ojca.   Rzadko  korzystał   z   windy,   wolał   wchodzić   po 

wyłożonych czerwonym dywanem schodach, tłumacząc, że dobrze mu 

robi odrobina wysiłku.

Rozejrzała się krytycznie po żółtym Pokoju Owalnym, w którym 

ojciec   przyjmował   zwykle   prywatnych   gości.   Był   elegancko 

urządzony, ale jasny i przytulny. Można było wyjść z niego na balkon 

Trumana i podziwiać panoramę Mali i wszystkie oświetlone pomniki.

Upewniła się, że wszystko gotowe, odwróciła w stronę drzwi i ręką 

wygładziła   granatowe   wełniane   spodnie,   zastanawiając   się,   czy   nie 

ubrała się zbyt swobodnie. Zaraz potem usłyszała drugi głos. Poczuła, 

że cała sztywnieje na jego dźwięk.

Tucker. Mężczyzna miał głos podobny do Tuckera.

- Niemożliwe - wyszeptała, pewna, że jej się zdawało.
W tym momencie wysoki na prawie dwa metry Tucker wszedł do 

saloniku. Na widok smukłego, szczupłego mężczyzny Jocelyn poczuła, 

jak coś ją chwyta za gardło, wysysa z niej powietrze, ściska za serce i 

paraliżuje. Nie wiedziała, co robić - uciec, a może przeciwnie, podbiec 

do   niego.   Nie   drgnęła   i   stała,   jakby  stopy  miała   przymurowane   do 

podłogi.

Tucker nie włożył krawata. Miał na sobie sweter i ciemne luźne 

spodnie.  Były  uszyte  tak,  aby  ukryć  jak  bardzo jest  szczupły.  Tym 

razem kieszenie były puste i dlatego wyglądał niezwykle porządnie.

Poczuła na sobie jego wzrok i badawczo spojrzała, ciekawa czy ją 

rozpoznał. Ale niczego nie dostrzegła. Pomyślała, że to niemożliwe i 

coś ją zabolało.

Ojciec przywitał ją serdecznie.

- Mam nadzieję, że nie musiałaś długo czekać, Jocelyn.
- Nie - odpowiedziała matowym głosem.
- Wy się chyba nie znacie - powiedział prezydent i spojrzał na Tu-

ckera.

- Formalnie nie - przyznał Tucker z uśmiechem. - Ale nie ma takie-

go   człowieka   w   naszym   kraju,   który   nie   rozpoznałby   pani,   panno 

Wakefield.

Jocelyn miała ochotę powiedzieć mu, że on właśnie jej nie poznał, 

ale   ugryzła   się   w   język,   a   ojciec   go   przedstawił.   Kiedy   Tucker 

wyciągnął   rękę   na   powitanie,   podała   mu   tylko   czubki   palców,   ale 

nawet ten dotyk wystarczył, by poczuła falę gorąca.

- Proszę się nie gniewać, ale z bliska jest pani jeszcze piękniejsza 

niż na zdjęciach - powiedział Tucker z uśmiechem. Roześmiała się na 

siłę, ale czuła się zraniona.

- Pamiętam zdanie z pańskiego artykułu,  że pochlebstwa są jak 

guma do żucia - miłe, ale nie należy połykać.

Uśmiechnął się nieśmiało i zrobił minę, którą dobrze znała.

- Pochlebia mi, że czyta pani moje artykuły.
- Są bardzo popularne - powiedziała obojętnie, ale Tucker chyba

background image

nie zauważył.

-   Jestem   naprawdę   zaskoczony   -   powiedział   i   potarł   kark 

znajomym
gestem.

Jocelyn   była   zdziwiona,   że   jej   nie   poznał.   Przecież   ciągle 

powtarzał, że chce się z nią ożenić, a ona głupia wierzyła, że mówi 
poważnie. Poczuła się urażona i zła na siebie.

Zadzwonił   telefon   i   kiedy   prezydent   chciał   odebrać,   Jocelyn 

położyła mu rękę na ramieniu.

- Ja odbiorę - powiedziała, szczęśliwa, że może odejść od Tuckera, 

zanim zrobi coś głupiego.

Zdjęła klips z ucha i podniosła słuchawkę.

- Mówi Jocelyn - powiedziała.
-   Tu   Wally.   Przepraszam,   że   przeszkadzam,   ale   muszę 

porozmawiać z prezydentem.

- Tak, chwileczkę.

Opuściła słuchawkę i odwróciła się do ojca.

- Wally chce z tobą mówić.

-   Zaraz   wracam.   -   Prezydent   skinął   głową   i   uśmiechnął   się 

przepraszająco do Tuckera. - To potrwa tylko chwilę. - Podszedł do 
aparatu i wziął słuchawkę od Jocelyn. Podniósł ją do ucha i zakrył 
dłonią. - Jocelyn, zaprowadź Tuckera do sypialni Lincolna, a ja zaraz 
do was dołączę.

Chciała ostro zaprotestować, ale nie miała wyboru - musiała się 

zgodzić. Z zaciśniętymi zębami pokazała mu drogę.

- Tędy - mruknęła.
Szybkim,   wydłużonym   krokiem   przeszła   przez   wielki   korytarz, 

nie odzywając się ani słowem. Tucker nie zniechęcał się tak łatwo i 
bez trudu dotrzymał jej kroku.

- Czy to lady Bird Johnson powiedziała, że w siedzibie prezydenta 

każde miejsce to świadek historii? - zauważył i rozejrzał się z zaintere-
sowaniem. - Mieszkanie w Białym Domu może być przygnębiające.

- Po jakimś czasie można się przyzwyczaić - powiedziała, udając 

obojętność.

- Może - zgodził się. - Jestem pewien, że często zastanawiasz się, 

kto przed tobą chodził tymi korytarzami.

Miał rację, ale Jocelyn nie chciała tego głośno powiedzieć. Prowa-

dziła go wschodnim korytarzem, a żółty dywan tłumił jej kroki. Gdyby 
kto inny był jej gościem, opowiedziałaby mu coś ciekawego i pokazała 
kilka   interesujących   przedmiotów,   ale   przy   Tuckerze   z   trudem 
zachowywała się poprawnie.

Otworzyła drzwi do apartamentów Lincolna i zrobiła krok do tyłu, 

żeby   go   wpuścić.   Wszedł   i   nawet   nie   spojrzał   w   jej   stronę,   co 
zwiększyło   jeszcze   jej   wściekłość.   Chciała   odejść   i   zostawić   go 
samego w pokoju, ale przecież ojciec miał zaraz do nich dołączyć.

Światło   sączyło   się   z   żyrandola   i   mieniło   w   kryształowych 

soplach, które zwisały z jego wygiętych ramion. Po bokach paliły się 
wiktoriańskie lampy, których blask rozjaśniał całe wnętrze.

Tucker zatrzymał się na chwilę pośrodku i popatrzył na stylowe 

meble i oprawione w ramy portrety na ścianach. Potem podszedł do 
wielkiego   łoża   z   drzewa   różanego,   ozdobionego   rokokowymi 
rzeźbieniami w kształcie ptaków, kiści winogron i kwiatów.

Niezgrabnym   gestem   przesunął   ręką   po   rzeźbionym   brzegu   od 

strony głowy.

- Więc tu sypiał Lincoln.
- Szczerze mówiąc, nie istnieją żadne dowody, że kiedykolwiek 

spał w tym łóżku. Za to wiadomo, że Theodore Roosevelt i Woodrow 

background image

Wilson korzystali z niego, a oprócz nich inne ważne osobistości - po-
informowała chłodno. - Według pewnego artykułu, wydrukowanego 
za czasów Lincolna, łóżko stało w jednym z pokoi gościnnych. Być 
może to jeden z wielu mebli, które do Białego Domu zakupiła Mary 
Todd Lincoln.

-   Więc   Abraham   Lincoln   nigdy   w   nim   nie   leżał   -   powiedział 

Tucker i popatrzył na Jocelyn, żeby się upewnić, że dobrze usłyszał.

- Nie. - Jocelyn z przyjemnością go rozczarowała, ale potem doda-

ła.   -   Zresztą,   kto  wie.   Może   czasem   ucinał   sobie   drzemkę   w   tym 
pokoju, bo w czasie swojego urzędowania miał tu biuro.

- Więc tu było jego biuro, nie sypialnia? - Przechylił głowę, całko-

wicie zaskoczony.

Jocelyn   przez   chwilę   sądziła,   że   Tucker   udaje   zdziwienie,   ale 

zaraz przestała sobie zawracać tym głowę.

-   Pamiętaj,   że   do   tysiąc   dziewięćset   drugiego   roku,   kiedy 

zbudowano   zachodnie   skrzydło,   biura   prezydenta   i   jego 
współpracowników mieściły się na drugim piętrze.

- Więc Lincoln tu pracował. - Tucker inaczej spojrzał na pokój.
- Tak. - Jocelyn nagle postanowiła powiedzieć mu coś więcej na 

ten temat. - W czasie wojny secesyjnej na ścianach wisiały mapy z 
zaznaczoną strategią działań wojennych. Pokój był pełen rozkazów, 
gazet, poczty i niekończących się próśb od różnych ludzi. Tutaj po raz 
pierwszy   przeczytano   proklamację   wolności   dla   niewolników   - 
zostało to wygrawerowane na tabliczce obok kominka. - Skinęła ręką i 
podeszła   do   jednego   z   okien,   które   wychodziło   na   południowy 
trawnik i oświetlony obelisk

pomnika.

-   Z   tego   okna   miał   widok   na   wzgórza   Wirginii   i   jeszcze 

niezupełnie wykończony pomnik Waszyngtona.

Trzymając ręce w kieszeniach spodni, Tucker podszedł, żeby zoba-

czyć jak budowla wygląda po ciemku. Po chwili odwrócił się i jeszcze 

raz rozejrzał po pokoju.

- To wszystko jedna wielka komedia, prawda? - podsumował bez-

barwnie.

Jocelyn zamarła, słysząc ton jego głosu.

- Słucham?
- Jedna wielka blaga - nic więcej. - Wyciągnął rękę z kieszeni i za-

toczył  krąg. - Nazywacie to sypialnią Lincolna, ale on tu nigdy nie 

sypiał i nawet nie leżał w tym łóżku.

- Ale używał tego pokoju i spędzał w nim dużo czasu - pewnie 

więcej niż w innych pomieszczeniach. Tutaj podejmowano decyzje o 

historycznym   znaczeniu.   Nie   zmienia   tego   fakt,   że   potem   pokój 

przerobiono na gościnną sypialnię - upierała się. - Poza tym nazwano 

go   sypialnią   Lincolna   na   cześć   człowieka,   który  był   bez   wątpienia 

jednym z największych przywódców naszego kraju.

Tucker pochylił głowę i zamyślony wbił wzrok w podłogę.
- Muszę się upewnić, czy dobrze zrozumiałem. To znaczy, że bez 

względu na to, jakie tu stoją meble - czy wiszą mapy i tablice, czy stoi 

łóżko, biurka i krzesła - najważniejsze, że to jest ten sam pokój, który 

kiedyś zajmował Lincoln.

- Dokładnie tak - oznajmiła ostro.
- Inaczej mówiąc, nieważne, jak go nazwiemy. - Podniósł głowę i 

popatrzył prosto na nią. - Pomieszczenie jest to samo, tylko wystrój 

inny.

- Tak jest - odpowiedziała Jocelyn, zadowolona, że wreszcie zrozu-

miał.

- Podobnie jest z tobą. - W kącikach jego ust dostrzegła uśmiech. 

-Osoba jest ta sama bez względu na to, czy posługuje się nazwiskiem 

Jones, czy Wakefield.

background image

- Wiesz, kim jestem - szepnęła zaszokowana. Poczuła, jakby ktoś 

wymierzył jej niespodziewany cios.

Speszył ją lekko kpiący uśmiech Tuckera.

- Nie  myślałaś chyba,  że to przebranie oszuka mnie  na  dłuższą 

metę?

- Ja... ja... - szukała odpowiedzi, ale była zbyt zaskoczona. Nie za-

uważyła,   kiedy   podszedł   bliżej.   W   końcu,   żeby   ukryć   zmieszanie, 

zapytała:

- Kto ci powiedział? Obediah?

- Nie należy oskarżać kogoś, kto jest nieobecny i nie może się bro-

nić, Jonesy.

Mówił leniwym głosem i patrzył na nią tak ciepło, że gniew i złość 

powoli ją opuszczały. Chciała się jakoś bronić.

- Nie nazywaj mnie tak - zaprotestowała.
- Przyzwyczaiłem się - powiedział Tucker, wzruszył ramionami i 

kiwnął głową. Uśmiechał się szczerze i serdecznie. - Jeśli chcesz wie-

dzieć, Obediah nie zdradził mi twojej tajemnicy. Sam na to wpadłem i 

kiedy mu powiedziałem, nie zaprzeczył. Poza tym musisz przyznać, że 

nietrudno było zgadnąć.

Zdesperowana Jocelyn czuła, jak wali jej serce i żołądek wyprawia 

harce. Postanowiła go zaatakować.

- Kiedy na to wpadłeś? Na samym początku?
- Nie. Na początku mnie nabrałaś - przyznał Tucker, podniósł rękę i 

musnął pasmo rudych włosów. - Dopiero kiedy wybiegłaś z mojego 

mieszkania, a ja zobaczyłem twoje kolorowe zdjęcie w gazecie, bez 

trudu skojarzyłem Jonesy z Jocelyn.

Patrzyła w jego piwne oczy i widziała, że nie kłamie.
- Więc wiedziałeś już kiedy... - przerwała, nadal pełna wątpliwości.
- Kiedy znalazłem cię pod pomnikiem Jeffersona - dokończył za

nią.

- Dlaczego mi wtedy nie powiedziałeś? - spytała pełnym oskarżenia 

tonem i przypomniała sobie, ile wydarzyło się od tamtej chwili.

-  Po to,  żebyś   zaczęła  wznosić  między  nami   niewidoczny  mur? 

-Uniósł brwi. - Nie było mowy.

- Jednak zrezygnowałeś - przypomniała sobie Jocelyn i poczuła bo-

lesne   ukłucie.   -   Kiedy   zdałeś   sobie   sprawę,   kim   jestem   naprawdę, 

wycofałeś się.

- Tylko po to, żeby zobaczyć, czy zaczniesz się za mną uganiać 

-oświadczył jakby to było wyzwanie.

- Nie uganiałam się. - Była zdumiona, że coś takiego przyszło mu 

do głowy.

- Naprawdę? - zakpił delikatnie. - Może zawodzi cię pamięć, ale 

mojej   nic   nie   można   zarzucić.   Pozwól,   że   ci   przypomnę,   jak   mnie 

pocałowałaś przed restauracją, a kiedy to zrobiłaś, wcale nie uciekałem 

i wróciłem po więcej.

Palcem uniósł jej podbródek. Widziała wyraźnie jego ostro zaryso-

waną twarz, silną i męską. W jego oczach płonęło pożądanie i Jocelyn 

poddała się, kiedy poszukał jej warg.

Po chwili drżała w jego ramionach i kiedy poczuła magiczną moc 

pocałunku i siłę obejmujących ją ramion, zrozumiała, że to jej mężczy-

zna. Poczuła w duszy radość i ciepło wypełniające ją jak wino, które 

uderza do głowy.

- Dlaczego wtedy nie powiedziałeś mi prawdy? - mruknęła, z tru-

dem łapiąc powietrze, gdy wreszcie oderwał od niej wargi.

- A ty dlaczego się nie przyznałaś? - spytał, delikatnie się uśmie-

chając.

Odpowiedź   była   prosta:   nie   chciała   wszystkiego   zepsuć,   ale 

zamiast   to   powiedzieć,   przytuliła   się   jeszcze   mocniej.   Czuła   się 
cudownie w objęciach Tuckera.

- Nie mogłam - powiedziała po prostu. - Nie wtedy.

background image

- Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? Wiedziałaś, gdzie mnie zna-

leźć. - Znów uniósł jej podbródek, żeby spojrzeć jej w oczy i dłonią 
dotknął policzka w czułym geście.

- Chciałam, a... dlaczego ty zwlekałeś tyle czasu? - zapytała.
-   Niełatwo   znaleźć   dobry   pretekst,   żeby   się   dostać   do   Białego 

Domu, dobrze wiesz - przypomniał jej z uśmiechem. - Nie każdy może 
tu tak po prostu wejść.

- To prawda - przyznała Jocelyn ze smutkiem. - A co byś zrobił, 

gdybyś mnie dziś nie zastał?

- Zastanawiałem się nad tym. - Zrobił poważną minę, ale w jego 

oczach tańczyły wesołe iskierki. - Mam taki zwyczaj przewracania się i 
rozbijania sobie kolan.

Roześmiała się.

- Nie odważyłbyś się po raz drugi.
- Dlaczego nie? - Uniósł brwi i zrobił niewinną minę. - Za pierw-

szym razem zadziałało. Poza tym twój ojciec jeszcze nie widział moich 
aktorskich zdolności. Potrafię być bardzo przekonujący.

- Pamiętam, ale tutaj lekarz jest zawsze na miejscu.
- W takim razie miałbym pewien problem. Na szczęście nie musia-

łem uciekać się do sztuczek, bo jesteś tutaj. - Ugodowo skwitował jej 
wypowiedź.

- Bez wątpienia.
Ich oczy spotkały się, a usta jeszcze raz przylgnęły do siebie. Cało-

wali się czule i delikatnie. Pragnęli, by ogień, który w nich płonie, 
pozostał na zawsze tak silny.

- Przepraszam, że to tak długo trwało, ale...
Dźwięczny głos prezydenta dotarł do nich, kiedy Hank Wakefield 

wszedł do pokoju. Odskoczyli od siebie gwałtownie i odwrócili się za-
wstydzeni, ale Tucker nadal obejmował Jocelyn ramieniem.

- Wiem, jak to wygląda, proszę pana - zaczął Tucker wzruszająco 

niezgrabnie.   -   Ale   zaraz   wszystko   wyjaśnię.   -   Spojrzał   na   Jocelyn. 
Teraz   kiedy   minęło   pierwsze   zażenowanie,   trudem   opanowywała 
rozbawienie. -
Nie, chyba nie potrafię tego wytłumaczyć - powiedział i spojrzał z na-
dzieją na ojca Jocelyn. - Panie prezydencie, czy wierzy pan w miłość 
od pierwszego wejrzenia?

Henry   Wakefield   zmarszczył   brwi   i   popatrzył   na   Jocelyn   spod 

przymrużonych powiek.

- Co się tu dzieje?

Tym razem nie udało jej się opanować śmiechu.

- To długa historia, tato, ale w skrócie powiem, że Tucker i ja już 

się znamy. Prawdę mówiąc, spędziłam z nim prawie całą sobotę.

- Sobotę? Ostatnią sobotę? - powtórzył zdumiony.
- Tak.
- Przecież byłaś w Redford Hall. - Patrzył na nią coraz bardziej 

zdezorientowany.

- Nie przez cały czas.
- Myślałem, że nigdzie nie wychodziłaś.
- Oszukałam wszystkich - przyznała Jocelyn.
- Chcesz powiedzieć, że... - przerwał i zmrużył podejrzliwie oczy. 

-Czy to był pomysł twojej babci?

- Nie złość się na Gog, tato - wtrąciła szybko. - Ja to wymyśliłam.
- Wymknęłaś się podziemnym tunelem - zgadł. - Jocelyn, czy zda-

jesz sobie sprawę, co...

- Ale nic się nie stało, tato - zapewniła go szybko. - Z wyjątkiem 

tego, że poznałam Tuckera, a on to jedna wielka katastrofa. - Uśmiech-
nęła się szybko. Cały czas czuła żar jego pocałunku.

background image

- Myślę, że prezydent powinien się czegoś napić - zaproponował 

Tucker, widząc jego minę. - Ja też.

- Pierwsze sensowne zdanie, jakie usłyszałem od wejścia do tego 

pokoju - oznajmił Henry Wakefield i westchnął ciężko. - Wracajmy do 
Gabinetu   Owalnego.   Zrób   mi   drinka,   Jocelyn,   i   opowiedz   tę   długą 
historię. - Odwrócił się w stronę drzwi i zatrzymał gwałtownie. - A 
skąd to się tu wzięło? Nie zauważyłem tego wcześniej. - Podszedł i 
wziął do ręki laseczkę, która stała oparta o drzwi. - Wiesz coś na ten 
temat, Jocelyn?

Podeszła do niego, ociągając się, i zdumiona zobaczyła błyszczący 

drewniany przedmiot.

- Wygląda dokładnie jak... - Spojrzała na Tuckera i nie była w sta-

nie wyartykułować tego, co przyszło jej do głowy.

-   Niemożliwe.   -   On   też   przyglądał   się   z   niedowierzaniem   i   po 

chwili podszedł bliżej. - Jak on mógł ją tu zostawić?

Kto? - Prezydent przeniósł wzrok z jednego na drugie.

-   Przepraszam.   -   W   pokoju   pojawił   się   kamerdyner!   odciągnął 

uwagę wszystkich od dziwnego znaleziska. - Telefon do pana Tuckera.

- Do mnie? - zdziwił się Tucker. - Na pewno? Nie mówiłem niko-

mu, że się tu wybieram... chwileczkę, kto dzwoni?

- Pan Melchior.
- Obediah - zdumiony Tucker wymówił jego imię.
- Skąd wiedział, że tu jesteś? - Jocelyn zmarszczyła brwi.
-   Ten   stary   spryciarz   wie   wszystko   -   odparł   Tucker   i   pokręcił 

głową.

- Czy mam przełączyć rozmowę do tego pokoju? - zapytał kamer-

dyner.

- Poproszę. Gdzie jest telefon? - Tucker obrócił się dookoła i rozej-

rzał po pokoju.

-   Przy   łóżku.   -   Jocelyn   wskazała   aparat   na   okrągłym   stoliku. 

Tucker
podszedł do niego, a ona tuż za nim.

- Wiem, że to głupi pomysł, Tucker, ale... przecież powiedział, że 

na drugie imię ma Nicklaus.

- To nie tylko głupi, ale całkiem zwariowany pomysł - to niemożli-

we. - Tucker odebrał telefon z poważną miną. - Mówi Grady Tucker. 

Jest telefon do mnie. - Zapadła chwila ciszy. - Obediah, to ty?

- Tucker. - Basowy głos nie pozostawiał cienia wątpliwości. - Cie-

szę się, że twoja misja zakończyła się sukcesem.

- Skąd wiedziałeś, że tu jestem?

Jocelyn nachyliła się bliżej do słuchawki, którą trzymał  Tucker, 

ciekawa odpowiedzi Obediaha.

-   Cha,   cha.   -   Rozległ   się   głośny,   radosny  śmiech.   -   Po   prostu 

wydedukowałem. Zobaczyłem czerwonego volkswagena przed bramą 

Białego   Domu.   Wątpię,   czy   jest   dużo   podobnych   modeli   w 

Waszyngtonie. Powiedz, czy ty i Jocelyn dogadaliście się już?

Tucker uśmiechnął się nieznacznie, uznając wyjaśnienie Obediaha 

za mocno przesadzone. Przeniósł wzrok na Jocelyn i popatrzył na nią 

wymownie. Przez chwilę czuła, jak zatraca się w blasku jego oczu.

- Jeszcze nie postanowiliśmy, co będzie dalej, ale pracujemy nad 

tym - powiedział lekko chrapliwym głosem, w którym brzmiała pew-

ność rozwiewająca wątpliwości.

- Cieszę się, że to słyszę - odparł Obediah.
- Ja też się cieszę. - Tucker objął Jocelyn tak naturalnie, że poczuła 

dreszcz podniecenia.

- Zapytaj go o tę laskę - wyszeptała.

Tucker kiwnął głową i mocniej chwycił słuchawkę.

- Zastanawialiśmy się nad czymś jeszcze, Obediah. Widzisz, zna-

background image

leźliśmy taką laskę w sypialni Lincolna i... W słuchawce rozległ się 

szczery śmiech.
- Myślicie, że to moja? - zakpił Obediah. Jocelyn sięgnęła po telefon.
- Chcę z nim porozmawiać. Tucker podał jej słuchawkę.

- Obediah, tu Jocelyn. Chciałam cię o coś zapytać.
- Nie krępuj się - ponaglił ją wesołym basem.
- Chodzi o to... - umilkła, nagle tracąc odwagę. Po namyśle pytanie 

wydało jej się głupie i śmieszne. Rzuciła Tuckerowi zakłopotane spoj-

rzenie, potem odetchnęła głęboko i zaryzykowała. Wiedziała, że nie 

wytrzyma,  jeśli tego nie powie. - Obediah, czy ty przypadkiem nie 

jesteś Świętym Mikołajem?

Prezydent roześmiał się z niedowierzaniem, a Jocelyn zobaczyła, 

jak   jej   ojciec   trzyma   laseczkę   w   ręku   i   patrzy   na   córkę,   jakby 

postradała zmysły.

- Ja? - zachichotał Obediah. - Ach, Jocelyn, jestem tylko mądrym 

człowiekiem, który wielbi Chrystusa. Przepraszam, ale muszę kończyć. 
Uważajcie na siebie.

- Dobrze... - Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale rozłączył się. Opu-

ściła słuchawkę i spojrzała na Tuckera.

- Słyszałeś?
- Tak. - Skinął głową zamyślony i długo zastanawiał się, co powie-

dzieć. - A to szelma. - Uśmiechnął się kwaśno. - Zawsze daje ci taką 

odpowiedź, która właściwie nie jest żadną odpowiedzią.

-   Może   on   naprawdę   jest...   -   Jocelyn   nie   dokończyła.   Tucker 

westchnął ciężko.

- Nie wiem, Jocelyn. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia.

- Czego nie wiecie? - Prezydent patrzył na nich kosym okiem. - O 

co chodzi ze Świętym  Mikołajem?  Kim jest ten Obediah, z którym 

rozmawialiście?

Jocelyn i Tucker spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem.