background image

Janet Dailey 

OTWÓRZ SWOJE SERCE

1

background image

Rozdział l

- Przepraszam, że przeszkadzam o tej porze, pani doktor, ale mam kłopot. - 

Męski głos w telefonie brzmiał z irlandzka.

Rebeca Barclay jeszcze na wpół drzemała. Powoli docierało do niej znaczenie 

słów. Och, nie! Już żadnych nagłych wypadków, błagam... Zerknęła na budzik 

przy łóżku: była trzecia w nocy.

-   Co   się   stało?   -   zapytała   z   rezygnacją.   Lubiła   Neila   O’Briena   i   w   innych 

okolicznościach   jego   telefon   by   ją   ucieszył.   Był   dobrym   gospodarzem   i 

umiejętnie opiekował się swoimi zwierzętami. Rebeca zdawała sobie sprawę, że 

nie wzywałby jej bez potrzeby. Tyle tylko, że tej nocy wolałaby już nigdzie nie 

jechać.

- Mam śliczną kózkę, która się akurat pierwszy raz koci. Najwyraźniej coś jest 

nie w porządku - odparł Irlandczyk. - To trwa już godzinami i wcale nie posuwa 

się naprzód.

Poród u kozy! Tylko tego brakowało. W swej naiwności Rebeca łudziła się, że to 

może nic poważnego, tymczasem w środku nocy nie wzywano jej przecież do 

prostych,   nieskomplikowanych   przypadków.   Z   wysiłkiem   zdobyła   się   na 

wesołość, choć musiała ona zabrzmieć nieszczerze.

- Z przyjemnością wyjdę z domu, panie O’Brien. Przyjadę najszybciej, jak się da 

- powiedziała.

Bez taryfy ulgowej, skonstatowała Rebeca, odkładając słuchawkę i z trudem 

zwlekając się z łóżka. Od poprzedniego wezwania zdołała przespać zaledwie go-

dzinę.

O północy  wyrwał   ją  ze  snu  telefon  spanikowanego  właściciela  kota.  Kiedy 

próbowała dotrzeć pod wskazany adres, okazało się, że to nie tylko daleko, ale i 

2

background image

na   zupełnym   odludziu.  Ważący   blisko   piętnaście   kilogramów   czarny   kocur   o 

imieniu Butch przypominał raczej panterę niż zwykłego, domowego kota. Dwie 

godziny zajęło jej doprowadzenie do porządku jego uszu pokiereszowanych w 

walce z najwidoczniej jeszcze większym i groźniejszym osobnikiem, a na lewym 

kciuku nadal miała ślady jego ostrych zębów.

Tak się pechowo składało, że w miasteczku San Carlos jedynie Rebeca składała 

wizyty   domowe   u   chorych   zwierząt.   Inni   weterynarze   woleli   przyjmować   u 

siebie, i to w określonych godzinach. W tej sytuacji co najmniej kilka razy w 

tygodniu nocne telefony wyrywały Rebece ze snu.

Właściwie dlaczego tak bardzo chciałam zostać weterynarzem? - zadała sobie w 

duchu retoryczne pytanie, wkładając dżinsy i flanelową koszulę, które niedawno z 

siebie zdjęła. Czy nie chodziło o to, żeby pomagać zwierzętom, zmniejszać ich 

cierpienie, leczyć? Ach, do licha z całym tym altruizmem, w tej chwili nie miała 

ochoty   oglądać   już   ani   jednej   kosmatej   mordki   co   najmniej   przez   miesiąc. 

Chwyciwszy   ukochany   wełniany   sweter   i   torbę   pełną   leków   i   narzędzi 

chirurgicznych popędziła do swej starej, rozklekotanej furgonetki.

Zatrzymała   się   na   moment,   żeby   odetchnąć   pełnym   aromatów   powietrzem 

kalifornijskiej nocy. Delikatny zapach rosnącego koło domu jaśminu mieszał się z 

upojną  wonią   kwitnącego   drzewka   pomarańczy.   Noc   była   cicha   i   jak   na   lato 

nadspodziewanie chłodna. Mocniej otuliła się swetrem i wskoczyła do samocho-

du. Szosa przed jej domem była zupełnie pusta. Miasteczko San Carlos pogrążone 

było we śnie... z wyjątkiem jej samej, Neila O’Briena no i tej biednej kózki, która 

mozoliła się, by urodzić swoje pierwsze dziecko.

- Zaraz tam będę, malutka, wytrzymaj jeszcze trochę, pomoc już się zbliża - 

szepnęła Rebeca, wyjeżdżając mocno zniszczoną furgonetką na szosę.

3

background image

W dziesięć minut później Rebeca była już w Casa Celina, dobrze prosperującej 

posiadłości na północnym skraju miasta. Olbrzymi, zbudowany w stylu hiszpań-

skiej   hacjendy,   pomalowany   na   biało   dom   przybrał   w   świetle   księżyca 

niebieskawy odcień. Na tle ciemnego nieba odcinała się czerwona dachówka, a 

filary podcieni obejmowały pnącza róż.

Rebeca dobrze znała to miejsce. Jako dziecko spędziła wiele radosnych godzin, 

bawiąc się tutaj, penetrując zakamarki starego domu i zabudowań gospodarskich, 

biegając   po   ogrodzie   i   sadzie.   W   rodzinie   Flores   było   pięć   córek,   a   ona 

przyjaźniła się z nimi wszystkimi.

Lata   mijały,   dziewczęta   dorosły,   wyjechały   na   studia,   zaczęły   pracować, 

powychodziły za mąż. W końcu dom rodzinny opuściła najmłodsza Gabriella. 

Ubiegłej zimy, czując się zbyt osamotnieni w swej wielkiej posiadłości, Jose i 

Rosa Flores sprzedali Casa Colina i przenieśli się do miasta.

Nowi właściciele okazali się odludkami. Nie tylko Rebeca nic bliższego na ich 

temat nie wiedziała. Nawet plotkarki w miasteczku niewiele mogłyby o nich po-

wiedzieć,   unikali   bowiem   sąsiadów   i   nie   kwapili   się   do   nawiązywania 

znajomości.   Ucieszyła   ją   wiadomość,   że   zatrzymali   Neila   O’Briena   jako 

zarządzającego majątkiem i jego żonę Bridget w charakterze gospodyni. Oboje, 

przepracowawszy u Floresów dwadzieścia lat, wiedzieli więcej o Casa Colina niż 

ktokolwiek   inny.   Rebeca   bardzo   lubiła   tę   parę   i   dobrze   czuła   się   w   ich 

towarzystwie. Podziwiała sposób, w jaki Neil odnosił się do zwierząt - pełen 

miłości i troski, a jednocześnie całkowicie profesjonalny. W stosunku do ludzi 

Neil   był   także   przyjacielski   i   niemal   każdego   witał   uśmiechem.   Jego   żona 

zachowywała   się   równie   sympatycznie;   każdego,   kto   odwiedzał   Casa   Colina, 

4

background image

częstowała irlandzką herbatą i pysznymi ciasteczkami własnej roboty.

Rebeca czuła się na terenie posiadłości niemal jak u siebie. Nie wstępowała 

nawet do domu; Neil z pewnością był w oborze razem z kozą, a Bridget prawdo-

podobnie   spała.   Skierowała   się   więc   od   razu   ku   budynkom   gospodarskim. 

Zaparkowała, wyskoczyła z samochodu i pośpieszyła tam, gdzie w okienku obory 

paliło się światło. Miała nadzieję, że nie jest jeszcze za późno.

O’Brien klęczał przy małej, białej kózce, która leżała na boku na wiązce słomy. 

Była   to   koza   rasy   ulubionej   przez   Rebece,   odznaczającej   się   przyjaznym, 

wesołym usposobieniem i długimi, zwisającymi uszami. Zwierzę z trudem łapało 

powietrze, prężąc się w kolejnych skurczach. Wysiłki te jednak były jak dotąd 

bezskuteczne.

Skupiwszy   całą   uwagę   na   wyczerpanej   kozie,   Rebeca   nie   zauważyła   małej 

dziewczynki, która siedziała skulona w kącie obory z kolanami podciągniętymi 

pod brodę. Duże niebieskie oczy szkliły się od łez.

- Jak długo już trwa poród? - zapytała Rebeca. Uklękła przy kozie i przesunęła 

dłonią po jej wzdętym brzuchu. Zwierzę drżało ze zmęczenia i lęku; widać było, 

że jest u kresu sil. Rebeca poczuła jednak jeszcze coś, co napełniło ją nadzieją - 

koźlątko się poruszyło. Istniała więc szansa, że wszystko dobrze się skończy i dla 

matki, i dla maleństwa.

- To trwa już od rana - wyjaśnił Neil, wyciągając z kieszeni kombinezonu dużą 

czerwoną chustkę i ocierając z czoła pot, mimo że noc była chłodna. - Jak pani 

sama widzi, akcja porodowa wcale się nie posuwa. Coś musi być nie w porządku.

- Na pewno. - Rebeca wyciągnęła z torby tubę antyseptycznej maści.

-   Słabnie   z   każdą   chwilą   -   powiedział   Neil   z   wyraźnym   zaniepokojeniem. 

Wyglądał na znużonego i po raz pierwszy Rebeca uprzytomniła sobie, że Neil 

5

background image

O’Brien   się   starzeje.   Na   czerstwej,   pokrytej   piegami   twarzy   pojawiły   się 

zmarszczki, a rude włosy były poprzetykane siwizną.

- Hilda to taka miła kózka, nie chciałbym jej stracić - dodał głaszcząc długie, 

jedwabiste uszy.

Z odległego kąta obory dobiegło Rebece czyjeś łkanie; odwróciła się i dopiero 

teraz zobaczyła siedzącą w mroku dziewczynkę.

-  Hilda umrze... prawda, pani doktor? - zapytało dziecko, płacząc rzewnymi 

łzami. - Czułam, że zdarzy się coś okropnego, no i miałam rację.

Rebeca podeszła do małej i przyklękła koło niej na wiązce słomy.

- Mam na imię Rebeca, a ty?

- Katie - odparła dziewczynka, pociągając nosem.

- No więc, Katie, myślę, że nie musisz tak bardzo martwić się o Hildę. Miałam 

do   czynienia   z   podobnymi   przypadkami   i   przekonałam   się,   że   zazwyczaj 

wszystko   dobrze   się   kończy   -   powiedziała   Rebeca,   łagodnie   głaszcząc 

dziewczynkę po czarnych, sięgających ramion włosach.

- Naprawdę? - Katie z trudem powstrzymała łkanie.

- Będzie dobrze, sama się przekonasz.

Rebeca   wróciła   do   Neila   i   do   kozy.   Zawinęła   rękawy,   wysmarowała   ręce 

antyseptycznym kremem aż po łokcie, po czym naciągnęła długie chirurgiczne 

rękawiczki.

- Zaraz sprawdzę, co się tam dzieje - powiedziała.

Zwierzę leżało nieruchomo, zbyt słabe, aby protestować. Już po chwili Rebeca 

zorientowała się w sytuacji.

- Mamy bliźniaki - stwierdziła. - Ten pierwszy to duża sztuka i to właśnie on tak 

utrudnia akcję porodową.

6

background image

- Co chce pani zrobić? - zapytał Neil.

- Chcę go przekręcić, żeby miał lepsze ułożenie, a potem trochę mu pomogę.

Rebeca   zabrała   się   do   dzieła   najdelikatniej,   jak   umiała.   Hilda   widocznie 

wyczuła, że coś się zmieniło, i zachęcona zaczęła znowu przeć z całą siłą. Już po 

paru   minutach   Rebeca   odebrała   pierwsze   koźlę.   Tak   jak   przewidywała,   było 

wielkie i z wyjątkowo dużą głową; ciężkie przejścia, jakie miało za sobą, nie po-

zostawiły na nim żadnych widocznych śladów. Prychnęło z dezaprobatą, kiedy 

Rebeca czyściła mu nos i pyszczek ze śluzu.

Chwyciwszy garść słomy, Neil zaczął energicznie wycierać nią malca. Hilda 

zabeczała i odwróciła głowę, żeby lepiej przyjrzeć się swemu pierworodnemu.

Rebeca kątem oka dostrzegła, że Katie wstała ze swego miejsca pod ścianą i 

pomału zbliżała się do nich.

- Czy to chłopiec, czy dziewczynka? - zapytała. Już nie płakała. Oczy miała 

wielkie i okrągłe ze zdziwienia.

- To koziołek - odparła Rebeca. - Piękny, dorodny koziołek. Za rok wolałabym 

raczej nie mieć z nim do czynienia.

- Och... miałam nadzieję, że to będzie dziewczynka. - Katie była zawiedziona.

Neil   roześmiał   się   i   popchnął   koziołka   w   stronę   matki,   ta   obwąchała   go   z 

ciekawością i zaczęła pieczołowicie wylizywać.

- Biedna Katie - rzekł - obiecałem jej jedno z młodych, jeśli tylko urodzi się 

kózka.

- Cóż, jest jeszcze jedno w brzuchu i zaraz się dowiemy, czy to kózka czy drugi 

koziołek - zauważyła Rebeca.

Katie   wyzbyła   się   już   nieśmiałości   i   uklękła   obok   Rebeki   na   słomie.   Małą, 

dziecinną rączką pogłaskała kozę po brzuchu.

7

background image

-   Wszystko   w   porządku,   Hildo,   ta   miła   pani   doktor   zaopiekuje   się   tobą   - 

powiedziała łagodnym, kojącym tonem.

- Tak - odezwał się niski głos gdzieś za nimi - zdaje się, że sytuacja została 

opanowana.

Rebeca   spojrzała   przez   ramię   i   aż   wstrzymała   oddech   -   nigdy   jeszcze   nie 

widziała tak przystojnego mężczyzny. Po czarnych włosach i błękitnych oczach 

zorientowała się, że to ojciec Katie. Rosła, barczysta postać niemal wypełniła 

drzwi. Rebeca nie miała jednak teraz czasu, żeby o nim myśleć. Drugie koźlątko 

mogło się teraz spokojnie urodzić, bo jego przerośnięty braciszek nie stał mu już 

na przeszkodzie. Kiedy zobaczyła maleństwo, ogarnął ja niepokój. Było znacznie 

mniejsze niż pierwsze i leżało na słomie jakby bez życia.

Sprawnie   oczyściła   mu   nozdrza   i   pyszczek,   po   czym   zaczęła   wycierać   je 

ręcznikiem, zdając sobie sprawę, że trzeba się spieszyć. Neil rozcierał zwierzęciu 

nogi.

-   No,   maleństwo,   proszę   cię   -   szeptała   Rebeca   -   musimy   cię   uratować,   no, 

oddychaj... proszę... zrób to dla mnie...

Zauważyła,   że   to   kózka,   i   serce   jej   się   ścisnęło.   Gdyby   nie   przeżyła,   Katie 

byłaby zrozpaczona.

Rebeca miała właśnie przystąpić do masażu serca, gdy zwierzątko drgnęło - 

odetchnęło i wierzgnęło tylnymi nóżkami.

- Dochodzi do siebie, i to tylko dzięki pani! - powiedział Neil, a twarz rozjaśniła 

mu się w uśmiechu. Skoczył na równe nogi, porwał Katie w objęcia, uniósł ją do 

góry i mocno uściskał.

- I to jest dziewczynka! - powiedziała Katie, kiedy już postawił ją na ziemi. - To 

kózka... i będzie dla mnie!

8

background image

- Tak jest, Katie - odparł Neil. - Śliczna kózka dla ślicznej dziewczynki.

Hilda   zabeczała   i   obwąchała   swoje   drugie   koźlę.   Wyglądała   już   teraz   na 

spokojną   i   zadowoloną.   Bliźniaki,   starannie   wylizane   przez   matkę,   zaczęły 

przepychać się w poszukiwaniu mleka.

Rebeca usiadła na słomie i z przyjemnością obserwowała tę scenę. To właśnie 

takie chwile nadawały sens jej pracy. Miała poczucie, że dobrze wywiązała się z 

zadania. Udało jej się pomóc Hildzie, koźlęta były już bezpieczne, Katie i Neil 

przejęci narodzinami, a ojciec Katie...

Odwróciła się, żeby sprawdzić, czy i jemu udzielił się ich radosny nastrój, lecz 

ze zdumieniem stwierdziła, że marszczy brwi z niezadowoleniem.

Podszedł bliżej, aby dokładniej przyjrzeć się małej kózce.

- Ta koza to karlica - powiedział - nie wydaje mi się, żeby była zwierzęciem 

właściwym dla dziecka.

- Ona jest aż za... za... dobrym zwierzęciem. Chcę, żeby była moja - odezwała 

się Katie. Wpatrywała się w ojca prosząco, ale w jej błękitnych oczach kryła się 

złość. - I ona nie jest żadną karlicą... cokolwiek to oznacza. Jeżeli to jest coś 

złego, to nie ma z nią nic wspólnego!

Rebeca z trudem panowała nad sobą. O co temu człowiekowi chodziło? Czyżby 

był pozbawiony serca? Dlaczego świadomie psuł taką wspaniałą chwilę?

- Karlica to taka koza, która urodziła się za mała i słabowita - wytłumaczył 

córeczce. - Często się zdarza, że są kalekie i w związku z tym trudno się nimi 

opiekować. Poza tym nawet nie wiesz, czy przeżyje.

- Bardzo przepraszam, panie... - Rebeca nie mogła już tego wytrzymać.

- Stafford, Michael Stafford - podpowiedział.

-   Panie   Stafford...   rozumiem,   że   chciałby   pan,   aby   córeczka   opiekowała   się 

9

background image

zdrowym  zwierzęciem, ale chociaż  kózka jest mała, nie ma żadnego  powodu 

przypuszczać, że nie przeżyje.

- Doprawdy? - Spojrzał na nią zimno, najwyraźniej miał jej za złe wyrażanie 

opinii, o którą nie prosił. - Czy może pani to zagwarantować, pani doktor?

- Nie mogę oczywiście zagwarantować, że zwierzę będzie zawsze zdrowe, panie 

Stafford. Tego nigdy nie można gwarantować - odparła Rebeca, nie pojmując jego 

zachowania.

-   No   właśnie   -   odpowiedział   i   Rebeca   dosłyszała   w   jego   głosie   złość.   Co 

sprawiło, że ten człowiek stał się tak nieczuły?

Spojrzała na Katie i w jej oczach wyczytała cierpienie.

-   Panie   Stafford   -   zaczęła   jeszcze   raz,   zdobywszy   się   na   cierpliwość   i 

wyrozumiałość - jestem naprawdę przekonana, że ta koza jest zdrowa, chociaż 

nieduża.   Jeżeli   pozwoli   pan   Katie   ją   zatrzymać,   obiecuję,   że   nauczę   pańską 

córeczkę, jak trzeba się nią opiekować. W razie komplikacji proszę mnie wezwać, 

a zaraz przyjadę.

- Dobrze, tato? Doktor Rebeca uważa, że wszystko jest w porządku. Pozwól mi 

zatrzymać tę kózkę, proszę, proszę, proszę - błagała Katie, chwyciwszy ojca za 

rękę.

Michael Stafford milczał przez dłuższą chwilę, przyglądając się córce. Rebeca 

nie rozumiała, jak można oprzeć się spojrzeniu błękitnych oczu dziewczynki - 

ona by nie potrafiła. Okazało się, że jej ojciec także nie był w stanie. Łagodnie 

uwolniwszy rękę z uścisku Katie, skierował się ku wyjściu.

- Zgoda - powiedział odchodząc - skoro pani doktor uważa, że wszystko jest w 

porządku, to widocznie ma rację. Na pewno więcej wie na ten temat niż ja. Oby 

się tylko nie pomyliła - dodał ironicznym tonem.

10

background image

Rebeca zbytnio się tym nie przejęła. Dobrze, że Katie będzie miała wymarzoną 

kózkę. Neil pomógł jej zebrać rzeczy i spakować do torby. Zrobiła, co do niej 

należało, i mogła już wracać do domu. Pożegnała się, ale w drzwiach odwróciła 

się jeszcze, obrzucając spojrzeniem boks, w którym zostawiła Hildę wraz z po-

tomstwem. Katie obejmowała swą kózkę za szyję i z rozanieloną miną szeptała 

jej do coś do ucha.

Ledwie   Rebeca   zdążyła   przekroczyć   próg   salonu   piękności,   wypadło   na   nią 

kudłate stworzenie o imieniu Twinkle. Ostatnim razem, kiedy tu była, psina miała 

sierść   całkiem   białą,   teraz   jednak   przybrała   jakiś   szczególny   odcień   lawendy. 

Rebeca   widywała   już   różne   zwierzęta,   ale   nigdy   nie   zdarzyło   jej   się   spotkać 

fioletowego   pekińczyka.   Zaczęła   się   domyślać,   co   mogło   być   przyczyną 

tajemniczego podrażnienia skóry u Twinkle, o którym jej właścicielka opowiadała 

przez telefon.

- Och, Twink - Rebeca przyklęknęła na jedno kolano i pogłaskała suczkę - co ta 

Betty Sue zrobiła ci tym razem?

Psina tylko jęknęła w odpowiedzi i żałośnie przewróciła oczami.

-   No   rozumiem,   rozumiem...   -   Mokry   psi   nos   dotknął   policzka   Rebeki.   - 

Próbowałam, Twink, ale wiesz przecież, jaka jest Betty Sue. Ale, ale, gdzie ona 

się podziewa? - . spytała, rozglądając się po pustym salonie.

Drzwi od zaplecza otworzyły się z rozmachem i do środka wkroczyła młoda 

kobieta w jaskraworóżowym fartuszku, wnosząc ze sobą zapach płynu do trwałej 

i lakieru do paznokci. Rebeca nie była wcale zdziwiona, widząc, że Betty Sue, 

ostatnio platynowa blondynka, miała dziś włosy ufarbowane na dokładnie ten 

sam co u suczki odcień lawendy. Betty Sue nie była w stanie zaskoczyć Rebeki, 

no, ale ona też pochodziła z Hollywood i to było pewne wytłumaczenie.

11

background image

- Cześć, kochanie - wykrzyknęła, ściskając Rebece serdecznie. - No widzisz, 

maleńka, jest już nasza miła pani doktor...

-   Daj   spokój   -   odezwała   się   Rebeca   z   przyganą   w   głosie.   -   Usiłujesz   mi 

schlebiać, bo wiesz, że jestem na ciebie zła.

- Jesteś na mnie zła? Ale za co? - Betty Sue zamrugała sztucznymi rzęsami.

- Nie słuchałaś wcale tego, co ci mówiłam ostatnim razem.

- Nieprawda, oczywiście, że słuchałam, ja...

-   W   takim   razie   nic   do   ciebie   nie   dotarło.   Mówiłam   ci,   żebyś   przestała 

eksperymentować z tym nieszczęsnym stworzeniem.

-   Ale...   ale   ja...   nigdy   nie   zrobiłabym   Twinkle   czegoś,   czego   nie 

wypróbowałabym na sobie... - wyjąkała.

Rebeca   zmierzyła   Betty   Sue   od   stóp   do   głów,   rejestrując   wzrokiem   jej 

poddawane najróżniejszym zabiegom włosy, lśniące od lakieru paznokcie i grubą 

warstwę makijażu. Betty nie należała do piękności i prawdopodobnie mało było 

takich zabiegów kosmetycznych, których by nie zastosowała.

-   Betty   Sue,   musisz   skończyć   z   tymi   bzdurami.   Dość   już   mam   leczenia 

dolegliwości, które ty sama powodujesz. Pamiętasz, jak malowałaś jej pazurki la-

kierem w sprayu i...

- Ale dla niej to była frajda.

-   Niewątpliwie,   Betty   Sue,   o   mało   się   nie   udusiła   od   tych   oparów!   A 

przypominasz   sobie   może,   jak   usiłowałaś   ją   upiększyć   tymi   wszystkimi 

koralikami i piórkami, które potem  wplątały  jej  się w  sierść, aż  musiałam  je 

wycinać i zupełnie to nieszczęsne stworzenie ogolić. Przez całą zimę biegała goła 

jak szczur.

- No, przecież zrobiłam jej na drutach sweterek.

12

background image

- Tylko że skończyłaś go dopiero na wiosnę.

- Wiesz, że to wszystko z dobroci serca.

- Może jednak czasem posługiwałabyś się także głową. - Rebeca powstrzymała 

uśmiech.   Pochyliła   się   i   wzięła   zwierzę   na   ręce.   Odgarnęła   sierść,   pokazując 

Betty Sue zaczerwienioną i podrażnioną skórę.

- No i masz już skutek tej twojej idiotycznej fioletowej farby do włosów.

-   Ale   przecież   najpierw   zrobiłam   próbkę,   dokładnie   według   instrukcji!   - 

zawołała Betty, nie patrząc Rebece w oczy. - Naprawdę zrobiłam i wszystko było 

w porządku.

- Tylko że ta instrukcja dotyczyła człowieka, Betty Sue, a nie pekińczyka. Ja nie 

żartuję, naprawdę musisz z tym skończyć, bo zaskarżę cię do sądu pod zarzutem 

znęcania się nad zwierzętami.

Rebeca poczuła ulgę, widząc, że Betty Sue zbiera się na płacz i broda jej się 

trzęsie; może wreszcie coś zrozumie.

- Dam ci dla niej specjalny leczniczy szampon, złagodzi swędzenie i zapobiegnie 

infekcji. Będzie po nim niezbyt pięknie pachnieć, ale...

- Nic się nie martw - przerwała jej Betty - nie będę jej perfumować. Trudno, 

powstrzymam się.

- Zuch dziewczynka.

Podczas gdy Rebeca wyjmowała z torby lekarstwo i pisała na etykiecie sposób 

użycia, Betty Sue trzymała Twinkle w objęciach i szczebiotała jej coś do ucha.

-   Kochamy   mamuśkę,   prawda?   -   pytała   psa   słodko,   aż   do   mdłości.   -   No, 

kochamy, kochamy. Mamuśka chce tylko, żeby była piękna. Twinkle kooocha 

mamuśkę bardzo, bardzo.

Betty Sue odstawiła psa na podłogę i wzięła od Rebeki butelkę z lekarstwem.

13

background image

- Ale, ale - zagadnęła i na jej jaskrawo uszminkowanych ustach pojawił się 

uśmiech. - Coś mi się obiło o uszy... ale nie wiem, czy to prawda.

- Co takiego? - zapytała Rebeca, zatrzaskując torbę i starając się nie okazywać 

zainteresowania. Betty Sue była straszliwą plotkarą.

-   Słyszałam,   że   ostatnio   dużo   bywasz   w   Casa   Colina...   u   tego   przystojnego 

wdowca, Michaela Stafforda.

- No to źle słyszałaś - odparła Rebeca, z trudem powstrzymując złość. - Byłam 

tam raz w nocy, ale służbowo, nie dla przyjemności. Możesz mi wierzyć. Rękę 

miałam aż do łokcia w kozim tyłku.

- Ach... tak...

Rebeca miała miłą świadomość, że tym razem udało jej się zbulwersować nawet 

Betty Sue Wilcox. Nie jest łatwo zgorszyć kogoś, kto przyjechał z Hollywood.

- No, ale spotkałaś przecież Michaela Stafforda, prawda? - Betty wciąż jeszcze 

usiłowała wydostać od niej jakiś pikantny szczegół.

- Tak, widziałam go na własne oczy. Jak zaczarowana wpatrywałam się w jego 

piękną twarz przez... no niech się nie pomylę... przez całe trzy albo cztery minuty.

- Więc to prawda, co ludzie mówią? - rozjaśniła się Betty Sue. - Naprawdę jest 

taki przystojny?

-   Jest   nadzwyczajny,   tak   piękny,   że   aż   dech   zapiera.   Ale   jest   też   bardzo 

denerwujący   i   osobiście   wcale   mi   się   nie   spodobał...   ani   trochę.   -   Rebeca 

odwróciła   się   i   wyszła,   pozostawiając   Betty   Sue   z   ustami   otwartymi   ze 

zdumienia.

Betty szybko jednak odzyskała równowagę i wzięła suczkę na ręce.

-  Wcale  jej  nie  wierzę,  a ty?  -  zapytała śpiewnym, dziecinnym  głosikiem. - 

Mamuśce się wydaje, że doktor Rebeca lubi pana Michaela o wiele bardziej, 

14

background image

niżby sama chciała. Co ty na to, Twinkle? Tak... Mamuśka od razu rozpozna 

prawdziwą miłość.

Odczekała, aż stara furgonetka zniknie za rogiem.

- O, już pojechała. To teraz wypróbujemy sobie ten nowy wybielacz do zębów, 

który mamuśka kupiła w drogerii. Przecież nie możemy dopuścić, żebyś miała 

takie żółte ząbki, co, maleńka? Jasne, że nie możemy. Mamuśce to znakomicie 

pomogło. No, zobacz...

Rozdział 2

Przez cały następny tydzień Rebeca nie mogła przestać myśleć o Kalie, jej ojcu i 

małej kózce. Wreszcie dała za wygraną, wsiadła do pikapa i wyruszyła w kie-

runku Casa Colina.

Ranek był ciepły i słoneczny. Gdy wysiadała z furgonetki, pomyślała, że dobrze 

byłoby posiedzieć sobie na słońcu, popijając mrożoną herbatę. Niestety, jej roz-

liczne zajęcia nie pozwalały na leniuchowanie.

Katie i kózkę znalazła na podwórzu za domem. Uganiały się za sobą nawzajem i 

najwyraźniej miały z tego wielką uciechę.

- Cześć, doktor Rebeco - wykrzyknęła dziewczynka, podbiegając do niej.

- Witaj, Katie! - Rebeca nachyliła się, żeby pogłaskać kózkę, ta jednak wzięła 

rozbieg i ubodła ją w rękę.

- Widzisz, czego ją nauczyłaś - droczyła się Rebeca z dziewczynką.

- Wcale nie musiałam jej tego uczyć, sama umiała - zachichotała Katie.

- Tak, kozy to łobuziaki, trzeba je przyzwyczajać do grzecznego zachowania. Jak 

ona się czuje?

- Och, świetnie - odparła Katie. - Nazwałam ją Rosie.

- Rosie... Tak, to ładne imię i świetnie do niej pasuje - powiedziała Rebeca, 

15

background image

patrząc z uwagą na kózkę, jej bielusieńką, jedwabistą sierść, długie zwisające 

uszy, niebieskie oczy i różowy nosek.

Katie rozpromieniła się na tę pochwałę.

- Ja już mam wakacje - oznajmiła. - Bawimy się teraz cały czas, ona jest moją 

najlepszą przyjaciółką.

Rebeca rozejrzała się, czy nie ma kogoś w pobliżu, ale dostrzegła tylko Neila 

kopiącego coś w ogródku i jego żonę Bridget stojącą w oknie kuchni. Nie za-

uważyła dzieci, z którymi Katie mogłaby spędzać czas. Ojca dziewczynki także 

nie było widać.

-  Więc   jesteś   tylko   sama   z   Rosie?   Nie   masz   żadnych   przyjaciół,   z   którymi 

mogłabyś się pobawić? - zwróciła się do Katie.

Mała posmutniała i potrząsnęła przecząco głową.

- Nikogusieńko. Tylko ja i Rosie. Nie mam żadnych innych przyjaciół.

- Nie zapraszasz szkolnych koleżanek? - zapytała Rebeca, myśląc, jak wspaniale 

bawiła się tu kiedyś z córkami Floresów.

- Przychodziły do mnie koleżanki, ale dawno temu - odpowiedziała Katie, nie 

patrząc na Rebece i drapiąc Rosie za uchem. - Wie pani... wtedy mieszkaliśmy w 

Los Angeles i żyła jeszcze moja mamusia.

Rebeca poczuła nagłe ukłucie dobrze znajomego bólu. Za każdym razem, gdy 

zaczynała mieć nadzieję, że jej rana się zabliźniła, zdarzało się coś, co otwierało 

ją na nowo, tak jak teraz.

- Tak mi przykro, Katie - powiedziała i pogłaskała lśniące włosy dziewczynki. - 

Ciężko jest stracić kogoś, kogo się kocha. Wiem, jak to jest, możesz mi wierzyć.

- Naprawdę? Pani też straciła kogoś, kogo pani kochała? - Katie spojrzała na nią 

zaciekawiona.

16

background image

Rebeca   przymknęła   oczy   i   wspomnienia   odżyły   z   całą   wyrazistością.   Nagłe 

wezwanie w środku nocy do Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt, gdzie znajdował 

się potrącony przez samochód pies wymagający natychmiastowej pomocy. Tim 

podjął się jechać. „Ty miałaś ciężki dzień, Becky” - powiedział. „Śpij, ja się tym 

zajmę”. A po paru godzinach następny telefon, z policji drogowej.

-   Tak   -   odparła,   otwierając   oczy.   -   Straciłam   męża.   Też   był   weterynarzem, 

pracowaliśmy razem. Byliśmy dopiero dwa lata po ślubie.

- Czy długo chorował? - zapytała Katie.

Ach, więc tak umarła jej matka, po długiej chorobie, pomyślała Rebeca.

- Nie, zginął w wypadku samochodowym.

-   Ach...   to   musiało   być   straszne.   -   Dziewczynka   pokiwała   głową   ze 

zrozumieniem. - Nie zdążyliście się nawet pożegnać.

- Nie zdążyliśmy i to chyba było właśnie najgorsze - przyznała Rebeca.

Katie odwróciła wzrok, coś sobie przypominając.

-   Tatuś   prosił,   żebym   się   wtedy   z   mamą   pożegnała,   ale   ja   płakałam   i   nie 

chciałam. Byłam głupią siedmioletnią smarkulą. Teraz mam już osiem lat i jestem 

o wiele doroślejsza.

- Widzę - uśmiechnęła się Rebeca. - Ale nie możesz czuć się z tego powodu 

winna. Każdemu trudno

żegnać   na   zawsze   kogoś   kochanego.   Wcale   nie   uważam,   że   byłaś   głupią 

smarkulą, byłaś po prostu przerażona.

- Może rzeczywiście tak było. - Oczy Katie wypełniły się łzami, ale uśmiechnęła 

się do Rebeki.

- Jestem o tym przekonana.

- Chce pani zobaczyć coś fajnego? - zapytała Katie, której nagle jakby kamień 

17

background image

spadł z serca.

- Jasne, co takiego? - Rebeca była szczęśliwa, że może zmienić temat.

- Niech pani tylko poczeka, to jest naprawdę śmieszne.

Pobiegła   i   zerwała   z   drzewa   śliwkę.   Rebeca   zaczynała   się   domyślać,   o   co 

chodzi. Widywała już nieraz kozy jedzące śliwki i brzoskwinie.

- Proszę patrzeć! - zawołała dziewczynka, podając Rosie śliwkę. Koza wzięła od 

niej   owoc   i   przez   parę   sekund   obracała   go   w   pyszczku,   po   czym   wypluła 

objedzoną dokładnie pestkę. Katie śmiała się serdecznie. - Widziała pani? Zjadła 

całą śliwkę i zostawiła tylko pestkę; a jak daleko pluje.

- Rzeczywiście nadzwyczajne - przyznała Rebeca. - Wielu chłopców mogłoby 

brać u niej lekcje plucia.

Katie znowu zachichotała. Była naprawdę ślicznym i inteligentnym dzieckiem i 

Rebeca zastanawiała się, dlaczego ojciec tak mało się nią interesował.

- Twój tata to widział? - zapytała.

- Nie. - Katie już się nie śmiała. - Prawie nigdy go tu nie ma, ciągle jest zajęty w 

swoim salonie samochodowym w Los Angeles.

- W salonie samochodowym?

- Tak. Sprzedaje bardzo drogie samochody, które sprowadza z Europy. Dawniej 

dużo czasu spędzał w domu. Bawił się i żartował ze mną i z mamusią, a rano 

smażył dla nas naleśniki. Ale teraz cały czas pracuje.

Rebeca   przypomniała   sobie   pierwsze   miesiące   po   śmierci   męża.   Za   wszelką 

cenę starała się wtedy uciec w pracę. Tylko że to nie pomagało. Nadchodził mo-

ment powrotu do pustego domu, a wtedy opadały ją wspomnienia.

- Tęsknię za mamusią - powiedziała Katie. - Za tatusiem też. Chciałabym, żeby 

częściej przyjeżdżał.

18

background image

Rebeca poczuła, że ogarnia ją gniew na człowieka, który aż tak zaniedbywał 

córeczkę. Po śmierci Tima czuła się bardzo samotna. Gdyby chociaż mieli dzie-

ci... czy dziecko takie jak... Katie, z pewnością nie pozostawiłaby go samego bez 

względu na całe własne cierpienie.

- Czy mówiłaś o tym tacie? - zapytała.

- Nie. - Katie wzruszyła drobnymi ramionami. - Nie chcę, żeby mu było przykro. 

I tak jest smutny.

- Może jednak powinnaś mu o tym powiedzieć - przekonywała Rebeca łagodnie. 

- Może on nie wie, że tobie też jest smutno. Jest dużo lżej, kiedy można dzielić z 

kimś swój smutek.

Katie zastanawiała się przez chwilę, ale potrząsnęła głową.

- Nie. Porozmawiam o tym tylko z Rosie, ona nie ma aż tylu zmartwień co tatuś.

Rebeca zerknęła na zegarek, miała w planie jeszcze jedną wizytę.

- Muszę już jechać, niedługo wpadnę znowu, żeby zobaczyć, jak się obie macie.

Katie wyglądała na zawiedzioną, ale kiwnęła głową.

- Dziękuję, że pani nas odwiedziła, to znaczy... Rosie bardzo panią lubi - dodała, 

czerwieniąc się i spuszczając wzrok.

- Ja też ją bardzo lubię - oznajmiła Rebeca.

Właśnie miała wsiadać do pikapa, gdy przed dom zajechał najnowszy model 

jaguara. Wysiadł z niego Michael Stafford wyglądający równie przystojnie jak 

poprzednio. Miał na sobie popielaty garnitur i białą, jedwabną koszulę. Ciemne 

włosy zaczesał do tyłu i tylko jeden niesforny kosmyk z chłopięcym wdziękiem 

spadał   mu   na   czoło.   Spojrzenie   niebieskich   oczu   nie   było   jednak   wcale   po 

chłopięcemu figlarne. Obrzucił ją zimnym wzrokiem i skłonił się uprzejmie, lecz 

bez uśmiechu.

19

background image

- Dzień dobry, panie Stafford - powiedziała Rebeca znacznie przyjaźniej, niż 

miałaby ochotę.

- O co chodzi? - zapytał w odpowiedzi. - Czy kozie coś się stało?

- Nie, nie - zapewniła go. - Wpadłam tylko, żeby przywitać się z Katie.

Trochę mu ulżyło, nadal jednak był zły.

-   Ja   nie   zmieniłem   zdania,   doktor   Barclay.   W   dalszym   ciągu   uważam,   że 

hodowanie tej parszywej kozy to błąd. Moja córka ma zupełnego bzika na jej 

punkcie. Gdyby, nie daj Boże, zachorowała...

- Tak? - Rebeca czuła, że za chwilę wybuchnie.

-  ...albo   zdechła,   załamałoby   to   Katie   kompletnie.   I   gdyby   tak   się   zdarzyło, 

byłaby to pani wina, pani doktor.

To   przeważyło.   Rebeca   przestała   panować   nad   sobą,   wiedziała,   że   zaraz 

wypowie słowa, których później będzie żałować.

-   Panie   Stafford   -   wycedziła   -   pańska   córka   potrzebuje   żywej   istoty,   którą 

mogłaby   kochać.   Może   nie   miałaby   bzika   na   punkcie   kozy,   gdyby   ojciec 

poświęcał jej trochę więcej czasu. - Odwróciła się i wskoczyła na siedzenie. - A 

Rosie   nie   jest   wcale   parszywa.   Żaden   z   moich   pacjentów   nie   ma   parcha, 

wypraszam to sobie! - wykrzyknęła, trzasnąwszy drzwiczkami.

-   A   ja,   doktor   Barclay...   nie   jestem   wcale   denerwujący   -   odkrzyknął   w 

odpowiedzi.

O   Boże!   -   pomyślała,   ktoś   mu   powtórzył!   Miała   tylko   nadzieję,   że   nie 

powiedziano mu wszystkiego. Tylko tego brakuje, żeby wiedział, iż ona uważa go 

za przystojnego. Dostanie się za to Betty Sue.

Ruszyła z piskiem opon. W tylnym lusterku zobaczyła go jeszcze stojącego w 

tumanie kurzu z ustami szeroko otwartymi ze zdumienia.

20

background image

-   No   i   dobrze,   panie   Stafford!   -   burknęła   wciąż   jeszcze   zakłopotana,   ale   i 

zadowolona z siebie. - Wszystko mi jedno, czy się to panu podoba, czy nie!

Michael zatrzasnął szufladę biurka, przygniatając sobie przy tym palec, i zaklął 

głośno. Momentalnie urwała się rozmowa między sekretarką a sprzedawcą i w 

salonie wystawowym zapadła cisza. W chwilę później pani Abemathy z pewnym 

zaniepokojeniem zajrzała do niego.

- Czy... znowu coś sobie pan zrobił, Michael? - zapytała łagodnym, zatroskanym 

tonem. Zazwyczaj odbierał jej matczyne zainteresowanie z radością, dziś jednak 

uznał   je   za   przesadne.   W   dodatku   uśmiechała   się   do   niego,   jakby   miała   do 

czynienia   z   dzieckiem,   które   w   przypływie   złości   niechcący   zrobiło   sobie 

krzywdę.

- Wszystko w porządku, pani Abemathy - odparł. - Przygniotłem sobie tylko 

kciuk. Przed południem dwie duże transakcje wzięły w łeb, lunch był obrzydliwy 

-   zapiekanka   polana   francuską   musztardą,   której   nienawidzę.  A  teraz   właśnie 

musiałem poinformować pana Hillmana, że nie możemy dostać części potrzeb-

nych do reperacji hamulców w jego srebrzystej limuzynie. Straszył mnie sądem. 

Poza tym dzień jest absolutnie cudowny, dziękuję za troskę.

Liczył, że po takiej przemowie pani Abemathy wyjdzie obrażona. Tymczasem 

weszła dalej i rozsiadła się na krześle stojącym naprzeciw jego biurka. Poprawiła 

okulary, odchrząknęła i splótłszy ręce przybrała pozę pełną kobiecego wdzięku. 

Nic bardziej mylnego, dobrze wiedział, że zaraz się zacznie,

Pani Abemathy pracowała u niego już od pięciu lat i zdążył poznać wszystkie jej 

gierki. Tylko że niewiele mu z tego przychodziło; to pani Abemathy rozpoczynała 

wszelkie dyskusje, ona im przewodziła i ona miała w nich zawsze ostatnie słowo. 

21

background image

Czasami zastanawiał się, kto właściwie u kogo pracuje.

- No więc, co się właściwie z panem dzieje? - zapytała, przyglądając mu się 

badawczo.

- Słucham?

-   Dobrze   pan   wie,   o   co   mi   chodzi.   Cały   dzień   zachowuje   się   pan   niczym 

rozdrażniony niedźwiedź grizzli, siedzi pan tu u siebie jak w jaskini i mruczy 

groźnie na każdego, kto pojawia się w pańskim polu widzenia. Wcale mnie nie 

dziwi, że te transakcje nie doszły do skutku, pan sobie przygniótł palec, a pan 

Hillman poczuł się zlekceważony. Na jego miejscu też bym pana zaskarżyła.

Wpatrywał   się   w   nią   przez   moment,   a   żadna   właściwa   odpowiedź   nie 

przychodziła mu do głowy.

- Niesmaczna zapiekanka na lunch to pewnie też moja sprawka - zareplikował w 

końcu.

Pani Abemathy wzruszyła ramionami.

- To opatrzność. Wysyła pan w kosmos swoją negatywną energię i...

- Niech pani da spokój! Naprawdę pani uważa, że kosmos ma coś wspólnego z 

tym, że parę osób zdarzyło mi się dzisiaj zwymyślać? I że ten drab w knajpie, 

który polał mi zapiekankę francuską musztardą, zrobił to z wyroku opatrzności?

- Widzi pan? - Potrząsnęła głową ze smutkiem. - Negatywne wibracje. Emanuje 

z pana wrogość i...

- Jestem zmęczony - warknął. - I... chyba jestem chory. Umówmy się, że mam 

po prostu zły dzień, dobrze?

- Ja też źle się czuję i jestem zmęczona pana humorami. Przez pana wszyscy w 

firmie są podenerwowani. Może wystarczy na dziś, co?! - Jej stanowczy ton nie 

pozostawiał   mu   pola   manewru.   Zrobił   więc   minę,   którą   można   by   uznać   za 

22

background image

przepraszającą, i powiedział:

- W porządku, postaram się to zmienić.

- Dzięki - odparła z ulgą, a twarz jej się rozjaśniła. - Mikę, o co chodzi? Co się 

tak naprawdę stało? - zapytała przyjaźnie.

Złość powoli zaczęła mu mijać, w jej głosie wyczuł szczere zaniepokojenie. 

Była może nazbyt bezceremonialna, ale potrafiła słuchać i miała naprawdę dobre 

serce.  Była  przy  nim  w czasie  choroby  żony  i zaraz  potem;  każdego  dnia,  a 

czasem i w nocy. Miał w niej prawdziwego, wypróbowanego przyjaciela.

-   Wymieniłem   parę   przykrych   zdań   z   tą   całą   doktor   Barclay   -   wyjaśnił.   - 

Opowiadałem pani o niej.

- Z kobietą, która odbierała poród u kozy? Z tą, o której wyraził się pan, że ma 

kształtny tyłeczek, ale trudny charakter?

- Tak, to o nią chodzi.

Czyżby rzeczywiście tak powiedział? Chyba nie. W każdym razie sobie tego nie 

przypominał. Mniejsza z tym. Nie przegada pani Abemathy.

- O co się wczoraj pokłóciliście? - zapytała.

- Niepotrzebnie wtrąca się w nie swoje sprawy. Obca osoba nie będzie mnie 

pouczać, jak mam postępować z własną córką, i zarzucać...

- Zarzucać?

- No, że za mało czasu poświęcam Katie.

- Uhm. - Kiwnęła głową z powagą.

Michael nie bardzo wiedział, jak ma to rozumieć. Pani Abemathy wyrażała się 

na ogół w sposób absolutnie jednoznaczny.

- Powiedziała, że Katie ma bzika na punkcie tej kózki - ciągnął - ponieważ musi 

mieć jakąś żywą istotę, którą mogłaby kochać. Uwierzy pani? Ona uważa, iż 

23

background image

moje dziecko pędzi tak puste i jałowe życie, że potrzebuje jakiejś nędznej kozy, 

by ją obdarzyć uczuciem.

- A co pan o tym myśli. Mikę? - zapytała łagodnie pani Abemathy, wpatrując się 

w swoje splecione dłonie.

- Myślę, że ta doktorka trochę za dużo gada - odparł bez zastanowienia.

Pani Abemathy nie odezwała się, ale jej milczenie było bardzo wymowne.

- To, co mi zarzuciła, dotknęło mnie głęboko - dodał, choć przyszło mu to z 

trudem - ponieważ... obawiam się... obawiam się, że ona ma rację.

Pani Abemathy klepnęła go po dłoni, po czym ją uścisnęła.

- Wiem, że się pan boi. Mikę, i przez co pan przeszedł. Zdaję sobie sprawę, jak 

bardzo kocha pan Katie, a zarazem się o nią lęka. Jestem przekonana, że osta-

tecznie zwycięży w panu miłość do córeczki.

Michael   był   jej   wdzięczny,   że   miała   dość   wyczucia,   by   wstać   i   ruszyć   do 

wyjścia. Nie chciał, żeby dostrzegła łzy w jego oczach. Dobra stara Abemathy 

wiedziała, jak się zachować, by go nie zranić.

- Abby - powiedział - mam nadzieję, że się pani nie myli. Dzięki.

- W porządku. - Zatrzymała się w progu i uśmiechając się szeroko, dodała: - 

Niech pan stąd nie wychodzi, dopóki nie będzie w lepszym humorze.

Skinął głową.

Michael zaczął wpatrywać się w stojące na biurku, oprawne w srebrną ramkę 

zdjęcie swej ukochanej córeczki. Teraz mógł dać upust wszystkim przepełniają-

cym go uczuciom: obawy, poczucia winy i miłości. Katie była taka podobna do 

matki! Pogładził delikatnie zdjęcie i szepnął:

- Och, Katie, kochanie, bardzo cię potrzebuję. - Ledwie wypowiedział te słowa, 

ogarnął go irracjonalny lęk o córkę. Utracił już jej matkę, a swoją uwielbianą 

24

background image

żonę, dlatego musiał panować nad odruchami serca. Michael Stafford znał siebie i 

wiedział, że nie zniósłby po raz drugi straty kogoś tak bliskiego. Nie, już nigdy 

więcej.

Jesień rozpoczęła się na swój zwykły, typowy dla Kalifornii sposób. Gdyby nie 

suche wiatry wiejące od Santa Ana, sporadycznie wybuchające pożary i odpo-

wiednie kartki w kalendarzu, Rebeca nie odróżniłaby jesieni od innych pór roku. 

Wczesna jesień i święta Bożego Narodzenia były jedynymi okresami, które wo-

lałaby spędzać poza południową Kalifornią. Tęskniła za złotą jesienią w Nowej 

Anglii, za drzewami w kolorowej szacie i za wonią palonych liści unoszącą się w 

rześkim powietrzu. Gdy zaś nadchodziło Boże Narodzenie, marzyła, by zobaczyć 

świąteczne dekoracje na Piątej Alei i gigantyczną choinkę w Rockefeller Center 

w Nowym Jorku. Poza tym mieszkanie w San Carlos nad oceanem w zupełności 

ją satysfakcjonowało. Czuła się tu jak w domu.

Jedną   z   tutejszych   tradycji,   którą   Rebeca   szczególnie   lubiła,   były   doroczne 

jarmarki. Zapraszano ją na nie w charak-terze arbitra, gdy organizowano pokazy 

kotów, psów czy królików. Z przyjemnością rozdawała wtedy błękitne wstęgi.

Tego roku jarmark rozpoczął się w sobotę wczesnym rankiem. Rebeca tkwiła w 

samym  środku  hałaśliwego  rozgardiaszu,  charakterystycznego  dla  tej  imprezy. 

Słychać   było   meczenie,   kwiczenie   i   porykiwanie   owiec,   kóz,   świń   i   krów, 

prowadzonych do przygotowanych zagród. Kobiety kręciły się między stoiskami, 

roznosząc   kwiaty   przeznaczone   na   nagrody,   ciasta   i   ciasteczka   oraz   robótki 

ręczne   wszelkiego   rodzaju.   W   specjalnie   zbudowanej   drewnianej   chacie 

mężczyźni demonstrowali rękodzieło ludowe, przedmioty z drewna i ze skóry, a 

także wyhodowane przez siebie warzywa imponujących rozmiarów.

25

background image

Rebeca   witała   się   prawie   ze   wszystkimi,   na   każdym   kroku   spotykała   tu 

znajomych. W miasteczku tak małym jak San Carlos wszyscy się znali, jeżeli nie 

osobiście, to przynajmniej ze słyszenia, jako że plotki rozchodziły się tu bardzo 

szybko.

Zbliżając się do miejsca, gdzie skupiony był żywy inwentarz, Rebeca natknęła 

się na kogoś szczególnie jej bliskiego i miłego. Katie Stafford ściskała w rączce 

koniec białej, skórzanej uzdy, na której prowadziła całkowicie odmienioną Rosie. 

Kózka była przybrana w różowe wstążeczki, srebrne dzwonki, a wokół szyi i na 

ogonie   miała   zawiązane   jasnobłękitne   kokardy.   Dreptała   posłusznie   za   swoją 

panią, zachowując się, jak na kozę, całkiem ugodowo. Co najdziwniejsze jednak, 

obok   córki  i   jej   kozy   kroczył   Michael   Stafford   i  wyglądał   na   prawie   równie 

dumnego jak one. Uśmiechał się beztrosko i wydawał się spokojny i pogodzony 

ze sobą. Rebeca nigdy go jeszcze nie widziała w tak dobrym nastroju.

-   Hej,   doktor   Rebeco!   Pani   doktor,   tutaj!   -   wołała   Katie,   podskakując   i 

entuzjastycznie   machając   ręką   w  jej   kierunku.   -   Patrz,   tatusiu,   tam!  Tam   jest 

doktor Rebeca - zwróciła się do ojca.

- No cóż, rzeczywiście. Dzień dobry, jak się pani ma - rzekł Michael Stafford, 

posyłając Rebece olśniewający uśmiech.

-   Och...   dziękuję,   świetnie   -   odparła   Rebecca,   nagle,   nie   wiedzieć   czemu, 

onieśmielona i zakłopotana.

- Niech pani patrzy, co dostałyśmy! - rzekła Katie, wymachując Rebece przed 

nosem jaskrawoczerwoną wstęgą. - Widzi pani?! Rosie zajęła drugie miejsce!

- Czerwona wstęga! Moje gratulacje, Katie. - Rebeca pochyliła się i podrapała 

kózkę po głowie. Wydawało się, że bardzo lubi być w centrum zainteresowania. - 

Zasłużyłaś na czerwoną wstęgę - powiedziała do Katie. - Rosie wygląda dziś 

26

background image

naprawdę pięknie, świetnie przygotowałaś ją do konkursu.

- Tatuś mi pomógł - rozpromieniła się dziewczynka. - Sama nie dałabym sobie 

rady z kąpaniem. Rosie uciekała i dopiero tatuś pomógł mi ją złapać, w końcu 

byliśmy bardziej mokrzy i namydleni niż ona. Ale była zabawa!

Rebeca popatrzyła na Michaela, ich oczy spotkały się nad głową Katie. Przez 

chwilę zdawał się zakłopotany, po czym wzruszył ramionami.

- Czerwona wstęga to całkiem nieźle jak na taką cherlawą karlicę, prawda, pani 

doktor? - rzekł z niezbyt mądrym uśmiechem.

- Rzeczywiście, całkiem nieźle - potaknęła Rebeca.

Michael spojrzał na Katie i zaproponował:

- A może byś tak poszła dalej sama z Rosie? Chciałbym porozmawiać z doktor 

Barclay przez chwilę. Zaraz was dogonię.

Katie spoglądała to na ojca, to na Rebece i uśmiech zaigrał na jej ustach.

- Jasne, tatusiu, już idziemy - powiedziała domyślnie.

- Ja... ach - zaczął zakłopotany Michael i przerwał.

- Tak, panie Stafford? - podjęła Rebeca.

- Chciałbym podziękować za to, co powiedziała mi pani któregoś dnia - wypalił 

nagle, jakby bał się, że odwaga zaraz go opuści. - Przyznaję, że byłem wtedy na 

panią wściekły, ale przemyślałem to i doszedłem do wniosku, że miała pani rację. 

Rzeczywiście zaniedbuję Katie.

Odetchnął z trudem, a w głębi jego oczu Rebeca dostrzegła cierpienie, które 

przeczyło zadowolonej minie. Ten człowiek musiał bardzo przeżyć śmierć żony, 

pomyślała, i do tej pory się z tego nie otrząsnął. Jakże dobrze go rozumiała! 

Pamiętała, jak sama nie potrafiła pogodzić się z odejściem Tima i ile czasu trzeba, 

by rana mogła się zabliźnić. Zdobyła się na odwagę i powiedziała:

27

background image

- Ja też miałam męża i straciłam go, dlatego potrafię zrozumieć, jak się pan 

czuje, i wiem, że jest panu ciężko.

- Tak, to prawda, ale to wcale nie usprawiedliwia mojego zachowania w sprawie 

tej  kózki.  Nie   wiem,  dlaczego  tak  wtedy   postąpiłem...  -   Jego   twarz  wyrażała 

rozterkę i poczucie winy, o które Rebeca wcale by go nie podejrzewała. - Bałem 

się o Katie, wydawało mi się, że koza nie jest zdrowa. Nie chciałem, żeby znowu 

straciła coś  ukochanego... nie tak szybko  po... -  przerwał, by  zebrać myśli. - 

Wiem, że moja reakcja była przesadna, ale ten dzieciak tyle już przeszedł. ..

- Rozumiem. - Rebeca zastanawiała się, czy powiedzieć na głos to, co właśnie 

pomyślała. Uznała, że musi być z nim szczera, choć ryzykowała, że znowu się 

rozgniewa. - Panie Stafford - odezwała się - może nie jestem powołana do oceny 

pańskiego   postępowania,   ale   myślę,   że   zareagował   pan   tak,   ponieważ   bardzo 

kocha pan córkę.

- Tak - przyznał - bardzo ją kocham, a śmierć matki była dla niej naprawdę 

wielkim ciosem.

- Na pewno. - Rebeca skinęła głową.

- Czasem tak niewiele potrzeba... - Miał poczucie, że go rozumiała.

- Ma pan rację, moja praca każdego dnia dostarcza mi dowodów, że tak właśnie 

jest. Katie nie może jednak zamknąć swego serca nawet po to, by je uchronić 

przed bólem. Ma zbyt wiele miłości do ofiarowania. I pan także - dodała cicho.

Milczał, wpatrując się w ziemię, a ona ciągnęła:

- Kto wie, czy nie gorszy od utraty ukochanej osoby jest stan, gdy nie ma się 

kogo kochać. - Nie wiedziała, jakie wrażenie zrobiły na nim jej słowa, bo przez 

cały czas miał wzrok wbity w ziemię. - Wiem, że obawia się pan swego uczucia 

dla  Katie  - brnęła,  mając  świadomość, że  posuwa się za  daleko.  Musiała  już 

28

background image

jednak postawić kropkę nad i. - Zdarza się, Michael, że z własnej winy tracimy 

kogoś, kogo kochamy. Dzieje się tak wtedy, kiedy pozwalamy, żeby rządził nami 

lęk.

Odchrząknął i skinął głową.

- Tak, oczywiście ma pani rację, doktor Barclay. Muszę już iść. Trzeba pomóc 

Katie załadować Rosie na samochód.

I zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, już go nie było.

- Masz ci los - mruknęła Rebeca do siebie. - Nie za bardzo umiem dogadać się z 

ludźmi. Na przyszłość poprzestanę na moich kudłatych pacjentach, którzy nie 

potrafią mówić.

Rozdział 3

-   Może   jeszcze   filiżankę   herbaty,   kochanie?   -   Bridget   podała   Rebece 

porcelanowy dzbanek z herbatą. - Dokończ tę, to zaraz zaparzę następną.

Była to propozycja nie do pogardzenia, ponieważ Bridget znana była z tego, że 

parzy najlepszą herbatę w całym miasteczku, a ostatniej nocy Rebece udało się 

przespać zaledwie trzy godziny. Mocna, gorąca herbata postawi ją na nogi. Poza 

tym Rebeca nie potrafiła niczego odmówić Bridget. Jasnozielone oczy, pogodna, 

otwarta   twarz   i   ciepły,   przyjazny   uśmiech   sprawiały,   że   wyglądała   jak   dobra 

wróżka.

- No dobrze - Rebeca przeciągnęła się niezbyt elegancko - skoro muszę...

Bridget postawiła na środku stołu paterę przykrytą srebrną ozdobną pokrywką, a 

gdy ją uroczyście zdjęła, ukazała się spora porcja słynnych ciasteczek jej roboty. 

Rebeca   przypomniała   sobie,   kiedy   pierwszy   raz   jadła   te   pyszności;   miała 

wówczas dziesięć lat i przyjechała z wizytą do córek Floresów, a Bridget podjęła 

je wszystkie tradycyjną popołudniową herbatką.

29

background image

Poprzebierane   w   staromodne   ubrania,   które   wynalazły   w   jakichś   kufrach   na 

strychu, wkroczyły wtedy do jadalni. Sześć dziewczynek wykręcających sobie 

nogi   na   wysokich   obcasach,   przydeptujących   zbyt   długie   spódnice   i 

obwieszonych   sztuczną   biżuterią.   Na   głowach   miały   kapelusze   z   szerokimi 

rondami,  strojne  w  pióra,  jedwabne  kwiaty  i wstążki.  Rebeca  przypięła  sobie 

nawet broszkę ze sztucznym brylantem. Okazało się, że Bridget też pamięta tamto 

popołudnie. Wytarła ręce w śnieżnobiały fartuch, usiadła przy stole naprzeciw 

Rebeki i przysunęła sobie talerz z ciastkami.

- Wy, dziewczęta, uwielbiałyście te ciasteczka - rzekła. - Ładnie wyglądałyście 

w tych staromodnych strojach. Tęskno mi i żal, że już was tu nie mam w pobliżu.

- No, ale teraz masz Katie. - Rebeca ugryzła ciastko, które wyglądało całkiem 

zwyczajnie, ale smakowało wybornie. Od razu się czuło, że Bridget nie żałowała 

masła, świeżych jajek i śmietany.

-  Tak,   mam   teraz   moją   małą   Katie,   to   takie   kochane   dziecko   -   powiedziała 

Bridget, a drobne zmarszczki, które pojawiły się już na jej twarzy, znikły teraz w 

uśmiechu. - Czy widziałaś kiedykolwiek takie błękitne oczy? To znaczy poza 

kochaną starą Irlandią?

- Nie widziałam. Jej oczy mają piękny kolor, ale jest też w nich wiele smutku.

Bridget kiwnęła potakująco głową i pociągnęła łyk herbaty.

- To prawda, ona ciągle tęskni i rozpacza za matką, niechaj spoczywa w pokoju. 

- Bridget przeżegnała się pobożnie.

- Znałaś panią Stafford? - zapytała Rebeca z pewnym zakłopotaniem. Właściwiej 

byłoby   zwrócić   się   wprost   do   Michaela,   jeśli   chciała   znać   jakieś   szczegóły. 

Wiedziała jednak, że trudno im się porozumieć.

- Nie widziałam jej na oczy, ale musiała być święta, sądząc z tego, jak bardzo 

30

background image

mąż i córka wciąż ją kochają - odparła Bridget.

-  Tak,  z  pewnością.  -  Rebeca  poczuła  ukłucie  zazdrości   na  myśl  o  kobiecie 

uwielbianej przez tak cudowne dziecko jak Katie i przez mężczyznę takiego jak... 

Nie, nie wolno jej dopuszczać do siebie takich myśli. - Kiedy Katie wraca ze 

szkoły? - zapytała, spoglądając na zegar z kukułką.

- Powinna być lada chwila. Przyjechałaś w dobrej porze, chyba że wpadłaś, żeby 

zobaczyć   się   z   panem   Michaelem   -   odpowiedziała   Bridget   z   domyślnym 

uśmieszkiem. - Nie spodziewam się go tu wcześniej niż za parę godzin.

Rebeca zaczerwieniła się gwałtownie, a żadna właściwa, przecząca i obojętna 

odpowiedź nie przychodziła jej do głowy. Wyjąkała więc tylko:

- Ach... nie... ja... ja wcale nie chciałam...

- A, rozumiem. - Bridget uniosła jedną brew. - Więc nie spodobał ci się?

- Zupełnie nie.

- Hm... no a już myślałam... a zresztą mniejsza o to.

Szkolny autobus z piskiem zahamował przed domem. Rebeca odetchnęła z ulgą.

- No i jest już nasza dziewczynka - powiedziała Bridget, podczas gdy obie przez 

kuchenne okno patrzyły, jak Katie wysiada z autobusu.

- Nie wygląda na specjalnie szczęśliwą - zauważyła Rebeca, przyglądając się 

Katie, która szła wolno, z opuszczoną głową.

- Nie, to wielki wstyd. - Bridget pokiwała głową ze. smutkiem. - Takie dziecko 

powinno mieć z kim się bawić po lekcjach. Staram się poświęcać jej jak najwięcej 

uwagi, ale mam przecież inne obowiązki, no i...

- Wiesz co - Rebeca zaczęta głośno myśleć - dziś po południu nie jestem taka 

bardzo zajęta. Myślisz, że sprawiłoby jej przyjemność, gdybym ją zabrała nad sa-

dzawkę, gdzie dawniej kąpałyśmy się z dziewczętami? Jest dosyć ciepło.

31

background image

- Och, tak! Na pewno by ją to ucieszyło. Co za świetny pomysł, kochanie. Ona 

cię tak lubi, będzie bardzo zadowolona, mogąc spędzić z tobą trochę czasu.

- Czy sądzisz, że pan Stafford nie miałby nic przeciwko temu? - Rebece zależało 

na tym, żeby nie mieć z nim znowu jakichś konfliktów.

- Nie wiem, co mogłoby mu się nie spodobać - odparła Bridget w zamyśleniu. - 

Jesteś przecież dorosła i godna zaufania, nie wybieracie się daleko. Myślę, że 

byłby wdzięczny, że się nią zajęłaś.

Drzwi otworzyły się i weszła Katie. Nie podnosząc wzroku, cisnęła książki na 

stół, a pojemnik na lunch wstawiła do zlewu.

- Cześć, pani Bridget - powiedziała apatycznie.

- Witaj w domu, kochanie. Zobacz, kto nas odwiedził - odparła Bridget.

Katie   uniosła   głowę.  W  okamgnieniu   stała   się   żywą   ośmiolatką,   a   twarz   jej 

rozjaśniła się w uśmiechu.

- Doktor Rebeca! - wykrzyknęła, biegnąc w stronę stołu. Wydawało się, że rzuci 

się Rebece na szyję, zwyciężyła jednak nieśmiałość. Katie zatrzymała się nagle, 

zakłopotana, lecz szczęśliwa.

- Cześć, Katie, miło cię znowu zobaczyć.

Katie zaczerwieniła się i zaszurała nogami. Nagle na jej twarzy odmalowało się 

przerażenie.

- Chyba nie przyjechała tu pani z powodu Rosie? Wszystko z nią w porządku? A 

Hilda i Pepe?

-   Kozy   czują   się   świetnie   -   odparła   Rebeca,   kładąc   dłoń   na   ramieniu 

dziewczynki. - Przyjechałam, żeby zobaczyć się z tobą.

- Naprawdę? - Katie odetchnęła z ulgą, ale niezupełnie mogła w to uwierzyć.

- Naprawdę, naprawdę - uspokoiła ją Rebeca. - A kto to jest Pepe?

32

background image

- To drugie dziecko Hildy... chłopiec. No wie pani, braciszek Rosie, o wiele od 

niej większy. Pan Neil nie pozwala mi się z nim bawić, mówi, że jest zbyt gwał-

towny.

- Z pewnością ma rację. - Rebeca przybrała poważną minę. - A teraz chciałabym 

wiedzieć, czy masz jakieś plany na następne dwie godziny? Bo jeżeli nie...

- Ojej, jak tu pięknie!

Rumieniec   przejęcia   na   twarzy   Katie   i   entuzjazm   w   jej   głosie   powiedział 

Rebece, że pomysł z wyprawą nad sadzawkę był dobry.

-  Spędzałam  tu całe godziny razem  z dziewczętami Floresów - powiedziała, 

prowadząc Katie wąskim przejściem między dwiema skałkami w stronę natural-

nego   baseniku,   utworzonego   przez   mały   strumyk.   -   W   gorące   popołudnie   to 

doskonałe miejsce, żeby się ochłodzić.

Basenik,   otoczony   gładkimi   skałkami,   zbierał   czystą   wodę   spływającą   z 

pobliskich   wzgórz.   Przez   ostatnie   suche   lata   poziom   wody   znacznie   się   tu 

obniżył, wciąż jednak można się było z przyjemnością pochlapać. Sękate konary 

starych dębów ocieniały przeciwległy brzeg i tę stronę sadzawki, gdzie woda była 

najgłębsza.

Najprzeróżniejsze   owady   unosiły   się   tuż   nad   powierzchnią,   a   błękitnie 

połyskująca ważka bzykała gdzieś w trzcinach. Słychać było krakanie kruka w 

oddali   i   świergot   rozmaitych   mniejszych   ptaszków   w   pobliskich   zaroślach. 

Powietrze przesycone było zapachem ziemi i roślin, a woń ta przywiodła Rebece 

na pamięć masę przyjemnych wspomnień.

-   Zwykle   przynosiłyśmy   ze   sobą   lunch   -   opowiadała.   -   Najczęściej   same 

robiłyśmy sobie kanapki z masłem orzechowym i z galaretką, a Bridget dawała 

33

background image

nam swoje ciasteczka, takie jak dzisiaj. - Pokazała Kalie papierową torbę, którą 

na tę wycieczkę przygotowała im Bridget. Ta Irlandka uważała za swe powołanie 

karmienie wszystkich, którzy znaleźli się w pobliżu.

- Czy są tu ryby albo jakieś inne stwory? - zapytała Katie, kiedy wdrapała się na 

skałkę i wpatrywała w wodę.

-   Tylko   jeden   wielki   biały   rekin,   dwa   potwory   z   Loch   Ness,   trzy   pstrągi 

elektryczne i cztery płaszczki, więcej nic - odpowiedziała Rebeca.

- A gruszki na wierzbie? - Katie spojrzała na nią z powątpiewaniem.

- Obawiam się, że nie.

Obie   zachichotały.   Rebeca   odstawiła   na   bok   torbę   z   jedzeniem,   zdjęła   buty, 

skarpetki, spodnie i dżinsową koszulę, po czym w figach i podkoszulku z wielkim 

pluskiem zsunęła się po skałce do wody.

- Przychodziło mi to o wiele łatwiej, gdy byłam w twoim wieku - krzyknęła do 

Katie, potrząsając mokrymi włosami.

Basenik był akurat taki, żeby się w nim zanurzyć.

- Zimna woda? - Katie popatrzyła na nią i wybuchnęła śmiechem.

- Oczywiście, że zimna. To nie jest jakiś tam podgrzewany basen. Pytanie tylko, 

czy starczy ci odwagi, żeby też tu wskoczyć?

Uśmiech znikł z twarzy Katie.

- Och... ja... nie umiem.

- Czego nie umiesz?

- Nie umiem pływać.

Rebeca była zdumiona. Nie znała nikogo, kto nie umiałby pływać. Na litość 

boską, to dziecko mieszkało przecież w południowej Kalifornii.

- Żadne z rodziców cię nie nauczyło? - zapytała.

34

background image

- Tamtego lata mama chciała mnie nauczyć, ale zaczęła chorować. A potem... 

kiedy odeszła... tatuś nie pozwalał mi nawet zbliżać się do wody. Chyba bał się, 

żebym też nie umarła.

Rebeca powstrzymała się od kąśliwych uwag, które cisnęły jej się na usta. Było 

czymś smutnym i przygnębiającym, że Michael Stafford tak bez reszty poddał się 

lękowi i, co gorsza, przekazywał go córce. W oczach Katie Rebeca dostrzegła 

niepewność i brak wiary w siebie.

-   Chyba   rozumiem,   dlaczego   twój   tatuś   mógł   być   niespokojny   o   tę   naukę 

pływania - powiedziała ostrożnie. - Woda to żywioł i trzeba się z tym liczyć. 

Może być wspaniała, ale może też okazać się niebezpieczna, jeśli się nie uważa.

- Chciałabym umieć pływać... chociaż troszkę... żeby dzieci w szkole się ze mnie 

nie wyśmiewały. - Katie przysunęła się bliżej brzegu.

- Śmieją się z ciebie? A skąd wiedzą, że nie umiesz pływać?

- Byłam raz zaproszona na urodziny, które moja koleżanka urządzała na plaży. 

Tatuś nie pozwolił mi iść, bo bał się, że wejdę do wody i utonę. Powiedział, że 

tam są groźne prądy. Nie bardzo zrozumiałam, o co mu chodziło, ale to chyba coś 

okropnego. A zresztą, wszystko jedno - wzruszyła ramionami - i tak nie miałam 

ochoty tam iść.

Jedno spojrzenie na Katie uświadomiło Rebece, że dziewczynka nie była wobec 

siebie  całkiem  szczera;  wargi jej  drżały,  a  oczy  zrobiły  się  nagle  podejrzanie 

wilgotne.

- Tutaj nie musisz martwić się o żadne prądy - odezwała się, chcąc zmienić 

temat. - Daję ci słowo, że nigdy nie było tu najmniejszego nawet prądu.

- Od początku świata? - zapytała, uśmiechając się Katie.

- Nawet przedtem. Katie, czy ty naprawdę chcesz się nauczyć pływać? - Rebeca 

35

background image

zwróciła się łagodnie do dziewczynki.

- Tak... ale tatuś chybaby mi nie pozwolił.

No i w tym rzecz, pomyślała Rebeca. Nie chciała, oczywiście, działać wbrew 

woli ojca, szczególnie jeżeli był nim Michael Stafford. Dziewczynce naprawdę 

jednak przydałaby się nauka pływania.

- Czy tatuś kiedykolwiek zabronił ci uczyć się pływać, nie pozwalał ci brać 

lekcji?

- Nnnie... tak chyba nie powiedział. Mówił tylko, że nie chce mnie uczyć, i nie 

pozwolił mi pójść na to przyjęcie na plaży.

- No to w takim razie spróbuję dać ci teraz pierwszą, łatwiutką lekcję. Ten basen 

wcale nie jest głęboki. Przyrzekam, że nie pozwolę ci się utopić.

Widać   było,   jak   dziewczynka   zmaga   się   ze   sobą,   próbując   podjąć   decyzję. 

Wreszcie jej zaufanie do Rebeki wzięło górę nad obawą i pochyliła się, aby zdjąć 

buty.

- Ta woda jest bardzo zimna, prawda? - zapytała, porządnie zwijając skarpetki i 

wkładając je do butów. - Czy są tu w okolicy niedźwiedzie?

- Nie, niedźwiedzi nie ma - odparła Rebeca, pomagając Katie ześlizgnąć się do 

wody tam, gdzie było najpłyciej.

- Naprawdę? - Katie była już w wodzie i aż drżała z podniecenia.

-   Wszystkie   niedźwiedzie   mieszkają   w   okolicach   San   Francisco,   a   nie   w 

południowej Kalifornii - uspokoiła ją Rebeca, przypominając sobie jednocześnie 

dawne czasy, kiedy sama uczyła się pływać.

Kiedy Michael zajechał jaguarem pod dom, przede wszystkim rzuciła mu się w 

oczy   stara,   poobijana   furgonetka,   którą   rozpoznał   natychmiast.   W   pierwszej 

36

background image

chwili  ucieszył   się,   zaraz   jednak   poczuł  rozdrażnienie.  Dlaczego   znowu   ją   tu 

przyniosło? O co tym razem chodzi?

Przez moment myślał, że może coś stało się jakiejś kozie. Objechał dom dookoła 

i zobaczył je wszystkie dokazujące w wydzielonej zagrodzie. Lepiej żeby pani 

doktor   miała   jakiś   przekonujący   powód   przyjeżdżać   tu   nieproszona   i   nie 

zapowiedziana. Oto skutki osiedlenia się w małym miasteczku; ludzie pozwalali 

sobie na zakłócanie innym spokoju, wpadając z wizytami o każdej porze dnia i 

nocy. Wysiadł z samochodu i przejrzał się w szybie. Potargany był jak nieboskie 

stworzenie, przeczesał więc szybko włosy palcami, co nie przyniosło widocznej 

poprawy. Mogła chociaż poczekać, aż on weźmie prysznic i się przebierze.

- Gdzie ona jest? - zapytał, wchodząc do domu kuchennymi drzwiami.

Bridget stała przy zlewie, obierając ziemniaki. Odwróciła się z niezbyt pewną 

miną.

- A o kim pan mówi? - zapytała.

- Wie pani o kim. - Podszedł do lodówki i wyjął jedno piwo. - O tej natrętnej 

lekarce.

- Ach, chodzi panu o Rebece. - Bridget wrzuciła obrane ziemniaki do durszlaka i 

płukała je teraz pod kranem. - Zaproponowała mi, że zajmie się Katie, bo ja 

miałam tu trochę roboty.

- Zajmie się Katie? - Nie bardzo mu się to podobało. - O czym pani mówi? W 

jaki sposób miałaby się nią zająć?

- Zabrała ją na małą wyprawę. Chciała jej pokazać tę część posiadłości, której 

mała jeszcze nie widziała.

-   To   znaczy,   że   kręcą   się   nie   wiadomo   gdzie?   -   Rozdrażnienie   i   niepokój 

Michaela rosły z każdą chwilą. Nie tylko zjawiła się nieproszona, to na dodatek 

37

background image

zniknęła wraz z jego dzieckiem. Ależ ta kobieta ma tupet!

-   Och...   nie   niepokoiłabym   się   tak   na   pana   miejscu   -   powiedziała   Bridget, 

wycierając ręce haftowanym ręcznikiem. - Rebeca bywała tu bardzo często jako 

dziecko i młoda dziewczyna. Zna okolicę jak własną kieszeń, na pewno się nie 

zgubią.

- Czy pani wyraziła zgodę na tę... wycieczkę? - zapytał.

Odwróciła się do niego, posyłając mu rozbrajający uśmiech.

-   Tak,   oczywiście.   Wydawało   mi   się,   że   to   małej   dobrze   zrobi.   Potrzebuje 

przyjaciół, z którymi mogłaby spędzać czas.

- No... ja... - Nie bardzo wiedział, co na to powiedzieć, zajął się więc swoim 

piwem,  pociągając duży  łyk  z  butelki.  Zdrowy  rozsądek  podpowiadał  mu,  że 

Bridget miała rację. Katie potrzebowała przyjaciółki, a Rebeca była dorosła i 

odpowiedzialna. Nie miał się więc chyba o co martwić. A jednak źle się czuł, nie 

wiedząc, gdzie jest i co robi jego dziecko.

- Na przyszłość prosiłbym, żeby Katie pod moją nieobecność była w domu, 

chyba że wyrażę zgodę na jej wyjście - powiedział sucho.

Bridget wyglądała na zaskoczoną i nieco dotkniętą, skinęła jednak potakująco 

głową.

- Proszę mi wybaczyć, panie Michaelu - odezwała się - zdawało mi się, że skoro 

są na terenie posiadłości i Rebeca jej pilnuje, to wszystko będzie...

- Tak, tak. - Ruchem ręki powstrzymał jej dalsze usprawiedliwienia. - Rozumiem 

i nie mam do pani pretensji. Chciałbym tylko, żeby na przyszłość wszystko było 

jasne.

- Oczywiście, proszę pana, wszystko jest jasne.

W tej chwili dały się słyszeć kroki na ganku oraz głosy Katie i Rebeki.

38

background image

- No widzi pan - powiedziała Bridget - są już z powrotem, obie całe i zdrowe.

Michael przeszedł przez kuchnię i otworzywszy im drzwi, wyjrzał na dwór i 

zamarł z przerażenia. Jego Katie nie była zdrowa i cała. Rebeca niosła ją na rę-

kach i obie były pokrwawione.

Wypadł na ganek i wyrwał Katie z ramion Rebeki.

-  Co,   do   licha,   jej   pani   zrobiła?   -   wykrzyknął,   starając   się   znaleźć   zranione 

miejsce. Miała mokre ubranie i wyglądała na trochę zmarzniętą, ale nie płakała i 

nie była chyba specjalnie zmartwiona.

-   Wszystko   w   porządku,   panie   Stafford.   To   tylko   tak   wygląda   -   uspokoiła 

Rebeca. - Katie skaleczyła się w stopę i na początku trochę krwawiło, ale już 

przeszło. To naprawdę nic poważnego.

- Kiedy chodzi o moją córkę, pozwoli pani, że ja osądzę, co jest poważne, a co 

nie   jest.   -   Michaela   rozzłościł   beztroski   ton   kobiety.   Łatwo   jej   mówić,   że 

wszystko w porządku, bo to nie jej dziecko było całe usmarowane krwią.

- Wszystko dobrze, tatusiu. - Katie objęła Michaela za szyję. - Skaleczyłam się o 

taką ostrą skałkę, ale doktor Rebeca obwiązała mi stopę skarpetką i niosła mnie 

całą drogę z powrotem, żeby mi się to nie zabrudziło.

Michael   przyjrzał   się  stopie   obwiązanej   pokrwawioną   skarpetką  i  poczuł,  że 

zupełnie stracił panowanie nad sytuacją. Mogło się zdarzyć Bóg wie co, a jego by 

przy tym nie było.

Odwrócił się i wniósł Katie do domu, o mało nie wpadając na Bridget, która 

wyglądała na równie zmartwioną.

- Biedne dziecko - mruknęła - niech pan ją położy na kanapie, a ja zaraz zrobię 

jej zimny okład.

- Nie, szkoda czasu - burknął - jadę z nią do szpitala.

39

background image

Rebeca dogoniła go już przy drzwiach wyjściowych.

- Panie Stafford, jeśli pan chce, może pan z nią oczywiście jechać do lekarza, 

zapewniam jednak, że to skaleczenie to nic poważnego. Nie jest nawet na tyle 

duże,   żeby   wymagało   szycia.   Miałam   zamiar   przynieść   ją   tu   z   powrotem, 

zdezynfekować ranę, a potem zabandażować. I jestem gotowa to zrobić, jeżeli 

tylko pan się zgodzi.

- Pozwól jej to zrobić, tatusiu - poprosiła Katie, wyciągając stopę do Rebeki. - 

Proszę   cię,   pozwól,   żeby   doktor   Rebeca   się   mną   zajęła.   Nie   chcę   jechać   do 

szpitala, nie cierpię szpitali.

Michael dobrze wiedział, dlaczego tak było, powiedział więc tylko:

- W porządku, jeżeli tak ci na tym zależy. - Zwracając się do Rebeki, rzucił 

opryskliwie: - No to proszę, doktor Barclay, niech ją pani opatrzy. - Nie przeszła 

mu jeszcze złość na nią za to, że zabrała Katie z domu bez pozwolenia.

- Dziękuję - odpowiedziała z taką delikatnością, że zrobiło mu się głupio. - 

Bridget, gdybyś była tak miła, moja torba jest w samochodzie...

- Już ją przynoszę.

Rebeca usiadła na kanapie przy Katie i położyła sobie jej stopę na kolanach.

-   Zobaczmy   teraz,   co   my   tu   mamy   -   powiedziała,   ostrożnie   odwijając 

pokrwawioną skarpetkę. - N00... jest tak, jak przypuszczałam, bardzo podejrzana 

przypadłość.

Katie zmarszczyła brwi.

- Co podejrzanego? Okropnie to brzmi.

- Bo to jest okropne. Dlatego musimy użyć wszelkich dostępnych środków, żeby 

nie przybrało ostrego stanu.

- Jakich środków?

40

background image

Lekki uśmiech na twarzy Katie przekonał Michaela, że dziewczynka wie, że to 

tylko żarty. Zauważył też, że Rebeca zagaduje, by odwrócić uwagę małej od rany. 

Umiała postępować z dziećmi, nie ma co.

- Musimy użyć specjalnych środków - rzekła Rebeca z zastanowieniem. - Niech 

no   się   zastanowię...   Już   sobie   przypomniałam,   trzeba   będzie   przygotować 

miksturę.

- Jaką miksturę?

Do pokoju wkroczyła Bridget z lekarską torbą w ręce.

- Proszę, kochanie - powiedziała, podając ją Rebece.

- Powiedz mi, Bridget, czy masz w kuchni cebulę? - zapytała nieoczekiwanie 

Rebeca, wyciągając z torby watę, gazę, plaster i środki dezynfekujące.

- Tak, oczywiście, ale... - Bridget była zaskoczona.

- I ostrą musztardę?

- Tak, ale dlaczego...

-   Zmieszamy   to   razem   i   posmarujemy   Katie   nogę.   Może   by   jeszcze   dodać 

czosnku i chili?

- Proszę bardzo. - Bridget uśmiechnęła się.

- A surowej wątróbki?

Tu już Katie nie wytrzymała.

-   Nie!  Tylko   nie   wątróbki!   Nie   chcę   żadnej   wstrętnej,   oślizgłej   wątróbki  na 

nodze!

- I oczywiście przez cały miesiąc będziesz musiała chodzić z takim okładem do 

szkoły.

Zanim Katie zdążyła się opamiętać, Rebeca zdezynfekowała i zabandażowała 

drobne skaleczenie.

41

background image

- No i już po wszystkim. Nóżka prawie jak nowa - powiedziała, klepnąwszy 

delikatnie jej stopę.

Michael odczuł nagłe ukłucie zazdrości, widząc w oczach córki bezgraniczne 

uwielbienie i podziw dla Rebeki. Zdawał sobie sprawę, że to małostkowe, ale nic 

go to nie obchodziło. Ta kobieta usiłowała zająć jego miejsce w sercu córki i 

bardzo mu się to nie podobało.

Rebeca podniosła głowę i ich spojrzenia się spotkały. Widać było, że też jest na 

niego zła, ale pewnie nic nie mówiła ze względu na dziecko.

Była   ładna   i   naturalna.   Kasztanowe   włosy   sięgały   ramion,   twarz   nie 

potrzebowała makijażu. Miała na sobie wilgotny podkoszulek, spodnie i zwykłą 

dżinsową   koszulę.   Nic   szczególnie   modnego,   ale   przy   jej   rodzaju   pracy   tak 

pewnie było praktyczniej. Szkoda tylko, że nie była nieco sympatyczniejsza.

- Dziękuję pani bardzo, doktor Barclay - powiedział, podnosząc się z krzesła. - 

Czy mogę teraz odprowadzić panią do samochodu?

- Nie, dziękuję, sama dam sobie radę - odparła, zbierając do torby swoje rzeczy.

- Ja jednak nalegam. - Szedł za nią, kiedy skierowała się do wyjścia.

- Do widzenia, Katie. - Nachyliła się nad dziewczynką i szybko pocałowała ją w 

czoło.   -   Przykro   mi,   że   się   skaleczyłaś,   ale   jak   na   pierwszą   lekcję   pływania 

spisałaś   się   świetnie.  Wpadnę   niedługo   i   znowu   trochę   cię   pouczę.   -   Skinęła 

jeszcze Bridget na pożegnanie i wyszła, a on deptał jej po piętach.

-   Chwileczkę,   doktor   Barclay,   chciałbym   zamienić   z   panią   parę   słów   - 

powiedział, gdy już miała wsiadać do samochodu.

- Ale ja bym nie chciała. Chyba że ma pan zamiar przeprosić mnie za swoją 

arogancję.

-   Nigdy   w   życiu!   Za   co   niby   miałbym   przepraszać?   To   pani   zabrała   moje 

42

background image

dziecko z domu bez pytania. To przez panią Katie się skaleczyła. I o co chodzi z 

tą nauką pływania? Naprawdę nie brakuje pani tupetu, pani doktor. Lepiej niech 

go pani pohamuje, jeżeli chodzi o moją córkę.

-   Panie   Stafford...   -   Rebeca   wzięła   głęboki   oddech   -   zachowuje   się   pan   jak 

głupiec. Znamy się od niedawna, więc nie mogę jeszcze ocenić, czy to dlatego, że 

rzeczywiście jest pan pierwszej klasy głupcem, czy też z powodu chwilowego 

kryzysu   pańskich   talentów   towarzyskich,   co   może   wynikać   z   niestrawności, 

obstrukcji lub innych dolegliwości tego rodzaju. Mając na uwadze dobro Katie, 

wolałabym, żeby chodziło raczej o to drugie.

Odwróciła   się   i   wskoczyła   do   furgonetki.   Chciał   zrewanżować   się   jej   jakąś 

równie ciętą odpowiedzią, był jednak tak wściekły, że zapomniał języka w gębie.

- Proponowałabym, żeby wziął pan zimny prysznic, a na noc wsadził sobie w 

usta wieszak. Może jutro obudzi się pan z lekką głową i uśmiechem na twarzy.

Aż krztusił się ze złości. Chciał ją dotknąć, obrazić... zniszczyć; tak, by na długo 

popamiętała.

Niestety, doktor Rebeca Barclay była już daleko i zdążyła zniknąć mu z oczu.

Rozdział 4

- Jesteś na mnie zła, dziecino? - Michael przyglądał się córce, która siedziała 

przy stole z pochyloną nisko głową. Dojadali właśnie ostatnie kawałki specjalnej 

pizzy.

Zabrał Katie do jej ulubionej pizzerii, chcąc ją trochę rozerwać i pocieszyć, jak 

na razie z mizernym skutkiem. Dziewczynka była nienaturalnie spokojna, wręcz 

apatyczna. Michael nie mógł się dłużej oszukiwać, że nie wie, z jakiego powodu.

- To co, jesteś zła? - zapytał jeszcze raz, gdy nie odpowiadała.

-   Nie   -   powiedziała   tak   cicho,   że   ledwie   ją   usłyszał.   Nie   zabrzmiało   to 

43

background image

przekonująco.

- A ja myślę, że jesteś. W porządku, Katie, porozmawiajmy o tym, co cię gryzie.

Podniosła na niego swoje piękne, jasnoniebieskie oczy i wtedy spostrzegł, że 

była nie tylko zła na niego; była głęboko zraniona.

- Czy chodzi o to, co wydarzyło się dzisiejszego popołudnia?

Skinęła głową.

-   Co   takiego   zrobiłem?   -   zapytał,   obawiając   się   odpowiedzi.   Dlaczego 

przedstawiciele   męskiego   gatunku   zawsze   muszą   mieć   jakieś   problemy   z 

kobietami? Jeżeli mężczyzna nie sprawiał zawodu swej matce, to sprawiał go 

dziewczynie, siostrze, żonie czy córce. Z kobietą nie miało się szans, bez względu 

na jej wiek.

- Byłeś niemiły dla doktor Rebeki - powiedziała i broda zaczęła jej się trząść.

Pogłaskał ją delikatnie po policzku. To naprawdę wyjątkowe szczęście, że miał 

taką wrażliwą, delikatną córkę.

- Rzeczywiście sądzisz, że byłem niemiły?

Znowu kiwnęła głową.

- Może trochę jej nagadałem, ale to tylko ze strachu o ciebie. Byłem wściekły, że 

zabrała cię bez mojego pozwolenia i, co gorsza, dopuściła, żebyś zrobiła sobie 

krzywdę.

- Ale to nie była jej wina. Nie zauważyłyśmy w wodzie tej skałki, a poza tym nic 

wielkiego się nie stało, prawie mnie nie bolało. Doktor Rebeca była dla mnie 

bardzo miła i świetnie się bawiłyśmy, dopóki...

- Dopóki ja wam nie przeszkodziłem?

-  Taak  - mruknęła Katie,  znowu spuszczając głowę.  - Tak  się  cieszyłam,  że 

wrócę do domu i opowiem ci, jak świetnie mi szła nauka pływania, ale ty...

44

background image

- No to powiedz mi teraz.

Oczy jej rozbłysły i aż podskoczyła na krześle z podniecenia.

-   Świetnie!   Doktor   Rebeca   powiedziała,   że   jestem   bardzo   dzielna.   Najpierw 

uczyłam się oddychać, puszczałam buzią takie śmieszne bąbelki, potem zanu-

rzyłam nos, no a potem... potem... zanurzyłam się z głową! Trzy razy tak robiłam, 

a   za   trzecim   razem   nawet   otworzyłam   oczy.   Otworzyłam   oczy   pod   wodą   i 

rozejrzałam się dookoła. Zobaczyłam doktor Rebece, też była pod wodą, machała 

do mnie ręką i robiła śmieszne miny.

Michael   ucieszył   się,   widząc   ją   tak   przejętą.   Popołudnie   z   Rebecą   musiało 

sprawić jej naprawdę wielką przyjemność, warto nawet było się trochę skaleczyć. 

Rzeczywiście był pierwszej klasy głupcem.

- Przepraszam cię, dziecino. Bardzo cię przepraszam.

- Dziękuję, tatusiu, ale nie mnie powinieneś to powiedzieć. To na doktor Rebece 

krzyczałeś, a nie na mnie - odezwała się Katie.

Michael aż wzdrygnął się na myśl o tym, że miałby przepraszać tę kobietę. Cóż 

innego jednak mógł zrobić? Nie miał przecież racji. Jego córka wiedziała, że nie 

miał racji. Oboje zdawali sobie sprawę, że pani doktor należały się serdeczne i 

szczere przeprosiny.

- No dobrze, dobrze, przeproszę ją, ale...

- Kiedy?

- Kiedy?... No więc może...

- Jutro.

- Jutro? Mam jutro masę spraw do załatwienia i chyba nie znajdę czasu, żeby...

Katie zamrugała szybko, a jej bródka znów zaczęła się trząść.

- No dobrze, dobrze. Niech będzie jutro.

45

background image

Dziewczynka uśmiechnęła się z zadowoleniem i oblizała z palców resztkę sosu.

- Wiesz co - dodała chytrze - mógłbyś zaprosić ją na randkę: do kina, na jakiś 

romantyczny obiad albo na tańce przy księżycu.

- Wiesz co, pilnuj się lepiej, dziecino - burknął. - Bo ty mogłabyś za to wyplewić 

cały klomb przy dróżce.

- Ten, gdzie jest tyle perzu i mlecza?

- Tak, właśnie ten.

Zastanawiała się chwilę, nim powiedziała:

- W porządku, za to ty kup jej podwójne lody i będziemy kwita.

- Miałem przykazane, żeby kupić pani lody, i to dużą porcję.

Rebeca ze zdumieniem podniosła wzrok znad stołu, na którym przycinała pióra 

prawego skrzydła papugi imieniem Frederick. W drzwiach stał Michael Stafford. 

Miał na sobie białą, płócienną koszulę i obcisłe dżinsy, na twarzy błąkał mu się 

niewyraźny uśmiech.

Papuga wrzasnęła i załopotała wolnym skrzydłem, czując, że nagle przestano się 

nią zajmować.

- Słucham? - zapytała Rebecą, nie wierząc własnym uszom.

- Powiedziałem... - zająknął się - chciałbym zaprosić panią na lody, przyznając w 

ten sposób, że to pani miała rację, a ja okazałem się głupcem. Tak kazała mi moja 

ośmioletnia córka.

- Rozumiem - przerwała i pogłaskała Fredericka, który najwyraźniej dość miał 

badania i przycinania skrzydeł. Na szczęście zabieg był już właściwie skończony, 

więc   podrapała   go   jeszcze   tylko   po   główce   i   wsadziła   do   przenośnej   klatki. 

Marge, jego właścicielka, wkrótce miała się po niego zgłosić.

46

background image

Podeszła do zlewu i umyła ręce, zastanawiając się, jak ma zareagować na to 

wymuszone przez Katie zaproszenie. Z jednej strony chciałaby je przyjąć, z dru-

giej miała ochotę przejść przez pokój i zbić go na kwaśne jabłko.

-   Katie   uważa   pana   za   głupca,   co?   -   Odwróciła   się   do   niego   z   rękami   na 

piersiach i z wyzywającym wyrazem twarzy. - No więc ja też, ale ważne jest, 

panie Stafford, co pan sam na ten temat myśli.

Westchnął i wszedł do środka. Przysiadł na jednym ze stołków. Wyglądał na 

rozbitego i zmęczonego.

-   Przede   wszystkim   niech   mnie   pani   nie   nazywa   panem   Staffordem.   Ludzie 

zwracają się tak do mnie, kiedy są na mnie wściekli albo kiedy usiłują mi coś 

sprzedać. Niech mi pani mówi po imieniu.

- Ja nic panu nie usiłuję sprzedać, panie Stafford - wtrąciła Rebeca.

- A po drugie - ciągnął, nie zwracając uwagi na jej słowa - zgadzam się z moją 

córką i z panią. Inaczej by mnie tu teraz nie było. Na życzenie mógłbym postawić 

pani   lody,   ale   przepraszam   zawsze   tylko   ze   szczerego   serca.   -  Wziął   głęboki 

oddech   i   spojrzał   Rebece   prosto   w   oczy,   co   natychmiast   niebezpiecznie 

przyspieszyło jej tętno.

-   Wczoraj   bardzo   niemiło   panią   potraktowałem   -   powiedział.   -   Byłem 

niegrzeczny, niedelikatny i uparty. Wcale się nie dziwię, że była pani na mnie 

wściekła. Sam na siebie jestem wściekły, i to pewnie bardziej niż pani i Katie 

razem wzięte. Mówiąc szczerze, poczułem się winny, że to nie ja uczyłem ją 

pływać, że to nie ja pokazałem jej tę sadzawkę i że nie było mnie przy tym, jak 

się skaleczyła. Wybaczy mi to pani?

Dostrzegła w jego oczach prośbę, której nie potrafiła się oprzeć.

- Już wybaczyłam i wszystko zapomniałam - rzekła - nie musi mnie pan... nie 

47

background image

musisz mnie nawet zapraszać na lody, jeżeli nie masz na to ochoty.

- Och, nie, musimy iść na lody, inaczej Katie zastrajkuje i przez dwa tygodnie 

nie będzie chciała sprzątać w swoim pokoju. Masz ochotę na melbę bananową?

Po   zjedzeniu   jednej   trzeciej   porcji   i   po   dwudziestu   minutach   rozmowy   z 

Michaelem Staffordem Rebeca doszła do wniosku, że uwielbia melbę bananową. 

Co więcej, nigdy jeszcze lody nie smakowały jej tak jak dzisiaj.

Cukierenka, w której siedzieli, była jednym z najsympatyczniejszych lokali w 

miasteczku. Wnętrze zostało urządzone w stylu z przełomu wieków. Pomalowane 

na biało metalowe krzesełka i stoliki z marmurowymi blatami oraz ciepłe światło 

małych lampek stwarzały przytulny, miły nastrój.

- To był dobry pomysł - orzekła Rebeca, nabierając łyżeczkę bitej śmietany. - 

Powiedz Katie, że bardzo mi się podoba, jak stawia swemu ojcu warunki.

- Może lepiej nie, i tak już mną dyryguje.

Rebeca już któryś raz z kolei stwierdziła, że Michael Stafford ma czarujący 

uśmiech.   Czy   zdawał   sobie   sprawę,   jakie   wrażenie   robi   na   kobietach?   A 

zwłaszcza   jakie   wrażenie   zrobił  na   niej?  Z  pewnością.  Przystojni  mężczyźni 

zwykle byli aż za bardzo tego świadomi. Nigdy zresztą Rebeki specjalnie nie 

pociągali. W jej oczach próżność zdecydowanie zmniejszała ich atrakcyjność. 

Michael jednak nie wydawał się próżny. Powściągliwy, z dystansem, zraniony 

przez los, ale nie zarozumiały.

- Opowiedz mi trochę o swojej pracy - poprosiła, chcąc skierować rozmowę na 

tory nieco mniej osobiste.

- Importujemy z Europy rzadko spotykane samochody - odparł, zadowolony, że 

go   o   to   zapytała.   -   Zwykle   wygląda   to   tak,   że   najpierw   zgłasza   się   klient 

48

background image

zainteresowany   jakimś   konkretnym   egzemplarzem,   potem   my   musimy   się 

zorientować,   gdzie   coś   takiego   można   znaleźć,   i   sprowadzamy   do   Stanów. 

Zajmuję się tym już od siedmiu lat i całkiem nieźle na tym zarabiam. Co jeszcze 

chciałabyś wiedzieć?

- Dlaczego zająłeś się właśnie tym? - zapytała, mając nadzieję, że dowie się w 

ten sposób czegoś więcej o tym zamkniętym w sobie mężczyźnie.

Myślał przez chwilę, zanim odpowiedział.

- To pewnego rodzaju wyzwanie, poza tym czasem spełnia się w ten sposób 

czyjeś marzenie. Niektórzy latami oszczędzają na kupno upragnionego modelu. 

Na ogół są to auta cenione w swoich rocznikach, ale często w bardzo złym stanie. 

My przywracamy je do życia.

- Cieszy cię, kiedy coś starego i zużytego staje się jak nowe - podsumowała. - 

Chciałabym, żeby coś takiego udawało mi się z moimi pacjentami. A co ci się 

najmniej podoba?

- Czasami nie chodzi o spełnienie marzenia życia. Niektórzy klienci są po prostu 

zepsuci dobrobytem, a rzadki model ma być dla nich jedynie kolejną zabawką. 

Płacą mi za to, oczywiście, ale to już nie sprawia takiej satysfakcji.

Rebeca w milczeniu zastanawiała się nad tym, co usłyszała. Uważała go dotąd 

za materialistę i pracoholika. Teraz powinna zmienić opinię. Dlaczego więc całe 

dnie spędzał w swoim salonie samochodowym?

Wiedziała dlaczego. Praca miała być lekarstwem na wszystkie obawy i lęki, 

miała pozwolić zapomnieć choć na chwilę o bolesnych przeżyciach i doświadcze-

niach, miała chronić przed własnymi uczuciami. Dobrze znała ten stan.

Kiedy skończyli melbę, Michael zamówił kawę. Teraz on zapytał:

- A co ty lubisz w swoim zawodzie, a czego nie?

49

background image

- Zabrzmi to pewnie dość stereotypowo, ale ja naprawdę kocham zwierzęta. 

Cieszę się, kiedy mogę im pomóc, złagodzić ich ból albo czasami mu zapobiec.

Obawiała się, że uzna ją za głupią i sentymentalną. W jego oczach dostrzegła 

jednak coś, czego się nie spodziewała - szacunek.

- Masz ten szczególny dar, Rebeco - rzekł po chwili. - Zawsze podziwiałem 

ludzi,   których   dotyk   uzdrawia.   Cudownie   jest   poświęcić   życie   uzdrawianiu, 

wszystko jedno, ludzi czy zwierząt.

Już chciała odpowiedzieć, gdy nagle rozległ się znajomy brzęczyk. Westchnęła i 

wyciągnęła zza paska pager.

-   I   tego   właśnie   nie   lubię   w   pracy   weterynarza   -   powiedziała,   dotykając 

przycisku, żeby wyświetlić numer telefonu. - Rzadko udaje mi się zjeść albo prze-

spać w spokoju.

Na widok numeru serce w niej zamarło. Miała zmartwioną minę, więc Michael 

zapytał:

- Czy stało się coś złego?

- Obawiam się, że tak. Zgłosili się Rileyowie, starsze małżeństwo, które ma już 

wiekowego wyżła o imieniu Midas. Ostatnio czuł się niezbyt dobrze. - Wsunęła 

pager na miejsce przy pasku i wzięła torebkę. - Mieszkają tylko o parę domów 

stąd. Czy mógłbyś mnie podrzucić? Oni mnie potem odwiozą do domu.

- Oczywiście. - Uregulował rachunek i dogonił ją już przy drzwiach. - Kiedy ja 

zapraszam gdzieś kobietę, nawet tylko na lody, potem odwożę ją także do domu. 

Zawiozę cię i zaczekam, aż będzie po wszystkim.

-   Dziękuję   -   powiedziała,   z   wdzięcznością   przyjmując   jego   towarzystwo.  W 

drodze   na   parking   ogarnęły   ją   jednak   wątpliwości.   -   Doceniam   dobre   chęci, 

Michael, ale nie wiem, czy powinieneś mi towarzyszyć. W praktyce weterynarza 

50

background image

nie wszystkie historie dobrze się kończą.

Pomyślał przez chwilę i z powagą skinął głową.

- Rozumiem, ale skoro to ma być trudna wizyta, czy nie lepiej byłoby mieć przy 

sobie przyjaciela?

- Tak - odparła, nie dbając już, co może z tego dalej wyniknąć. Pomyślała, że w 

trudnej   chwili   dobrze   jest   mieć   przy   sobie   mężczyznę,   i   wbrew   swej   woli 

zatęskniła  za  Timem.  -  Byłoby  mi o  wiele  łatwiej   -  powiedziała.  -  Dziękuję, 

Michael.

Beatrice   i   Jack   Riley,   cieszący   się   niezłym   jak   na   swoje   lata   zdrowiem, 

zajmowali mały domek kryty dachówką, przed którym stał sędziwy chevrolet 

rocznik 1956. Ich ukochany wyżeł Midas również był mocno posunięty w latach. 

W ciągu  ostatnich  kilku   miesięcy   Rebeca   często  była   wzywana   w  związku  z 

różnymi   jego   dolegliwościami.   Kiedy   ostatnim   razem   odwiedziła   domek   przy 

Cleveland Avenue i obejrzała swego pacjenta, nie wróżyła mu długiego życia.

Jej przypuszczenia potwierdziły się, gdy tylko stanęła w drzwiach i ujrzała go 

leżącego na kocu przed kominkiem. Zawsze do tej pory wybiegał, by ją powitać, 

teraz tylko niemrawo machnął ogonem.

Beatrice Riley wprowadziła gości i zamknęła drzwi. Rebeca przedstawiła jej 

Michaela, po czym całą uwagę skupiła na psie.

- Kiepsko wyglądał wczoraj wieczorem - powiedziała Beatrice. - Jeszcze gorzej 

niż zwykle. A dziś rano nie mógł stanąć. Przez cały dzień nic nie zjadł, tylko leżał 

i skamlał. Wiem, że bardzo cierpi, dlatego panią wezwałam.

- Tak, oczywiście - odparła Rebeca. - Niech się pani nie martwi, zrobiła pani to, 

co należało.

51

background image

Wyżeł leżał na boku, z pyskiem zwróconym w stronę kominka. Kiedy przy nim 

uklękła, ponownie poruszył lekko ogonem na znak, że ją poznaje.

- Tak, Midas, to ja - powiedziała, głaszcząc sierść, która teraz zupełnie straciła 

połysk. - To ta wstrętna baba, która wbija w ciebie igły i termometry i każe ci 

brać obrzydliwe lekarstwa.

Rebeca   delikatnie   przejechała   ręką   wzdłuż   kręgosłupa,   szukając   guza,   który 

odkryła podczas ostatniej wizyty. W ciągu paru tygodni narośl znacznie się po-

większyła.   Pies   zaskomlił   jeszcze   głośniej,   kiedy   obmacywała   mu   grzbiet   w 

okolicy guza.

-   Przepraszam,   piesku,   nie   chciałam   ci   zrobić   krzywdy.   Boli   cię?   Tak... 

spodziewałam się tego.

Rebeca   spojrzała   na   Beatrice   i   w   jej   oczach   dostrzegła   bezbrzeżny   smutek. 

Michael stał obok starszej pani z wyrazem niepokoju na twarzy. Oboje rozumieli, 

że sytuacja jest bardzo poważna.

- Nowotwór zaatakował kręgosłup, dlatego Midas nie włada kończynami. Nic 

nie można na to poradzić, na operację jest już za późno. - Rebeca z niechęcią i 

żalem ogłosiła wyrok.

Beatrice w milczeniu skinęła głową, ale oczy miała pełne łez.

- Gdzie jest Jack? - zapytała Rebeca w nadziei, że Bea nie będzie sama w tak 

trudnym momencie.

- Pojechał do Orange County odwiedzić siostrę, która też nie czuje się najlepiej.

Rebeca wolałaby poczekać na powrót Jacka, Midas jednak zasługiwał na to, 

żeby skrócić jego cierpienie.

- No cóż, ciężko mi to mówić, ale Midas rzeczywiście jest w bardzo złym stanie. 

Musimy rozważyć, co będzie dla niego najlepsze. Wydaje mi się, że nie należy 

52

background image

dopuścić, żeby dłużej się męczył, skoro jesteśmy w stanie temu zapobiec.

- Sugeruje pani... żeby go uśpić? Od razu?

- Tak. Przez lata zapewnialiście mu dach nad głową i miskę, kochaliście go. 

Niestety, nadszedł jego kres. Odejdzie prędzej czy później, a my możemy jedynie 

sprawić, że nie będzie się długo zmagał z bólem.

W oczach starszej pani widać było przerażenie.

- Nie mogę... nie potrafię... - Beatrice cofnęła się. - Jeżeli to konieczne, niech 

pani   robi   co   należy,   ale   ja   nie   chcę   na   to   patrzeć.   -  Wybuchnęła   płaczem.   - 

Przepraszam, czuję się jak zdrajczyni i po prostu nie jestem w stanie brać w tym 

udziału.

Rebeca podeszła do Beatrice i przytuliła ja.

- Nie musi pani czuć się winna. To naprawdę dla niego najlepsze wyjście.

- Czy... czy będzie pani do niego mówić i głaskać go, kiedy...?

- Oczywiście, że będę.

- Pani Riley, może wyjdzie pani teraz ze mną do ogródka, świeże powietrze 

dobrze   pani   zrobi   -   zaproponował   Michael,   a   odwracając   się   do   Rebeki,   po-

wiedział ściszonym głosem: - Zaraz wrócę, żeby ci pomóc.

-   Dziękuję,   dam   sobie   radę.   Zajmij   się   lepiej   biedną   Beą   -   odparła   Rebeca, 

świadoma stanu, w jakim znajdowała się starsza pani. Odczekała, aż zamknęli za 

sobą drzwi, po czym wróciła do swego pacjenta.

Usiadła obok niego i delikatnie położyła sobie jego głowę na kolanach. Pies 

otworzył na chwilę duże, brązowe oczy i widziała, że cieszy się jej obecnością. 

Przyciągnęła   do   siebie   torbę   i   wyjęła   z   niej   strzykawkę   i   środek   usypiający. 

Pogłaskała psa i powiedziała do niego cicho i pieszczotliwie:

- No już, już, Midas, zaraz przestanie boleć i będzie po wszystkim. Jesteś takim 

53

background image

poczciwym psem,  przez  tyle  lat   pilnowałeś  domu,  odganiałeś  tych  natrętnych 

listonoszy   i   inkasentów.   Musiałeś   znosić   chrapanie   Jacka,   przyjęcia,   które 

wydawała Bea, i wizyty ich hałaśliwych wnucząt. Ale teraz twoja praca dobiegła 

końca i możesz odpocząć.

Rebeca szybko i sprawnie zaaplikowała mu odpowiednią dawkę. Pies ledwie 

drgnął, kiedy wkłuła igłę. Był już naprawdę bardzo zmęczony i potrzebował od-

poczynku. Ulga przyszła po paru sekundach; Rebeca poczuła, jak pies wiotczeje 

w jej ramionach. Głaskała go i przemawiała do niego, dopóki nie przekonała się, 

że Midas zasnął na zawsze.

- Jak ty to wytrzymujesz? - zapytał Michael, wyjeżdżając jaguarem na autostradę 

prowadzącą do domu Rebeki. - Ja nie zniósłbym tak smutnych obowiązków.

Nie był pierwszym, który o to pytał. Rebeca wielokrotnie zastanawiała się nad 

tym problemem. Podzieliła się z Michaelem swoimi przemyśleniami.

-   Smutek   niekoniecznie   musi   być   odbierany   negatywnie   -   powiedziała, 

obserwując krajobraz przesuwający się za oknem samochodu. - Towarzyszy życiu 

nieodłącznie, podobnie jak śmierć. Dusze przychodzą na ten świat i opuszczają 

go, kiedy nadchodzi ich czas.

- Czy usiłujesz mi wmówić, że Midas poszedł do nieba? - zapytał z pewną 

ironią.

-   Jeśli   rozumiesz   przez   to,   że   siedzi   gdzieś   na   chmurce   i   macha   anielskimi 

skrzydełkami, to  na pewno  nie. Widziałam  już wiele umierających zwierząt  i 

jedno wiem na pewno: odchodzą, ale to nie jest koniec.

Milczał przez dłuższą chwilę i czuła, że jej słowa wywarły na nim wrażenie.

Zjechał z autostrady i po chwili zatrzymał samochód przed jej domem.

54

background image

-  Chciałbym ci  wierzyć  -  rzekł   cicho,  patrząc  niewidzącym   wzrokiem  przed 

siebie. - Niestety, ku mojemu wielkiemu żalowi nie byłem przy swojej żonie, 

kiedy umierała - mówił z trudem. Widać było, że to wyznanie nie przyszło mu 

łatwo. - Wyszedłem ze szpitala dwadzieścia minut wcześniej...

Zauważyła, że ręce mu drżą; położyła więc swoją dłoń na jego dłoni.

- Gdybyś mógł to przewidzieć, przecież byś z nią został. Ona znała cię dobrze, 

na pewno to rozumiała.

- Mam nadzieję. A czy ty byłaś ze swoim mężem, gdy...?

- Nie, zginął w wypadku samochodowym.

- Czy nie wydaje ci się dziwne, że nie było ci dane być przy najbliższej osobie w 

chwili jej śmierci, podczas gdy dotąd wszystko przeżywało się razem...

Milczeli   przez   dłuższą   chwilę,   zatopieni   we   wspomnieniach.   Potrzebowali 

czasu, by przywołane nagle silne wciąż emocje przycichły. Wreszcie on zapytał:

- Jak długo zabliźnia się rana, chociaż na tyle, żeby ból można było wytrzymać? 

.

- Przypuszczam, że to zależy od człowieka i okoliczności. Jeśli o mnie chodzi, 

przestałam cierpieć tak mocno, kiedy pozwoliłam sobie na przeżywanie mego 

bólu.

Spojrzał na nią zdumiony.

- Jak można świadomie przysparzać sobie bólu?

- Może po to, aby się samemu ukarać z powodu jakiegoś źle pojętego poczucia 

winy - odparła.

Musiało go to poruszyć do głębi, bo drgnął, zmarszczył brwi i oswobodził swą 

dłoń z jej dłoni.

- Dziękuję za miłe towarzystwo, Rebeco - powiedział oficjalnym tonem, dając 

55

background image

tym samym do zrozumienia, że uważa rozmowę za zakończoną. - Odprowadzę 

cię do drzwi.

Nagła zmiana w jego głosie zaskoczyła ją i dotknęła. W jednej chwili stali się 

sobie bliscy jak przyjaciele, którzy zwierzają się z najgłębszych tajemnic, a już w 

następnej byli zwykłymi znajomymi. Odniosła wrażenie, że wyciągnęła do niego 

rękę, a on ją odtrącił.

- Nie musisz mnie eskortować - rzuciła, wysiadając z samochodu. - Jest jeszcze 

jasno i trafię sama.

- Rebeco, zaczekaj - rzekł, zatrzymując ją i chwytając za rękę. - Dziękuję za to, 

co powiedziałaś. Masz rację, ale muszę nad tym pomyśleć, zanim... no...

- Tak, oczywiście, rozumiem.

Patrzyła za nim, gdy odjeżdżał, i czuła, że rozumie go lepiej, niż sama by tego 

chciała. Mieli za sobą podobne, ciężkie przejścia - śmierć bliskiej i kochanej 

osoby. I oboje bali się uczucia, ponieważ, jak zdążyli się przekonać, niosło ze 

sobą   zagrożenie,   nawet   śmiertelne   zagrożenie.   Lękali   się   ponownego 

zaangażowania,   a   sądząc   ze   spojrzenia,   jakim   Michael   obdarzył   ją   przy 

pożegnaniu,   wchodziło   to   w   grę.   Rebeca   też   była   nim   zainteresowana,   a 

jednocześnie   przestraszona   tą   sytuacją.   Weszła   do   domu,   który   wydal   jej   się 

jeszcze bardziej pusty i cichy niż zwykle.

Rozdział 5

- No i jak poszło? Co, tatusiu? Gdzie ją zabrałeś? Coście robili? - Katie zasypała 

Michaela gradem pytań, ledwie wysiadł z samochodu.

- Na litość boską, dziecinko, może poczekasz z tym przesłuchaniem, aż wejdę do 

środka.

Katie  obrzuciła go  uważnym  spojrzeniem,  ujęła  się pod  boki i stanąwszy w 

56

background image

drzwiach, zagrodziła mu przejście.

-   Znowu   się   pokłóciliście?   -   zapytała   oskarżycielskim   tonem.   -   Na   pewno! 

Znowu byłeś dla niej niegrzeczny, prawda?

Wziął ją pod pachy, uniósł i odstawił na bok.

- Nie, nie kłóciliśmy się, dlaczego niby mielibyśmy to robić?

- Ale byłeś niemiły dla doktor Rebeki? Krzyczałeś na nią? - Katie szła za nim i 

zatrzasnęła za sobą drzwi.

Wszedł do living-roomu i z ulgą rzucił się na swój ulubiony fotel, zapraszając 

jednocześnie córkę, by usiadła mu na kolanach. Katie była bardzo przywiązana 

do ojca i nie przepuszczała żadnej okazji, by się do niego przytulić, teraz jednak 

potrząsnęła przecząco głową.

- Dziękuję, postoję - odparła.

- Katie, naprawdę nie krzyczałem na twoją ukochaną doktor Rebece ani nie 

byłem dla niej niegrzeczny. Ucieszysz się, jak ci powiem, że w obecności pani 

doktor   powstrzymałem   się   nawet   od   obgryzania   paznokci,   drapania   się   pod 

pachami i dłubania w nosie.

- Od bekania też? - zapytała bez uśmiechu, wciąż trzymając się pod boki.

- Żadnego bekania, nic z tych rzeczy.

- No to jestem z ciebie dumna.

- Dziękuję.

Dopiero teraz wdrapała się ojcu na kolana, objęła go i pocałowała w policzek.

- Opowiedz mi wszystko po kolei - zażądała. - Muszę wiedzieć. Pocałowałeś ją?

Zmarszczył brwi ze zdumienia.

-   Katarzyno   Stafford!   Jak   możesz   nawet   przypuszczać   coś   takiego?   Jestem 

dżentelmenem!

57

background image

- Nie kręć. Pocałowałeś ją czy nie?

- Nie! Zaprosiłem na melbę bananową. Nie pocałowałem, nie śpiewałem jej 

serenady, nie tańczyłem z nią tanga przy blasku księżyca, nie...

- Dobrze, dobrze. Odpowiedz mi tylko na pytanie, ale szczerze. Przyrzekasz, że 

nie będziesz zmyślać?

- Nooo, niech ci będzie, przyrzekam.

- Nie pocałowałeś jej, co?

- Katie!

Nachyliła się ku niemu tak, że koniuszkiem nosa dotykała jego nosa i zaglądała 

mu głęboko w oczy.

- Ale chciałeś?

Do diabła, jasne, że chciał.

Następnego   dnia,   mimo   nawału   pracy,   snuł   tylko   marzenia,   jakby   to   było 

całować Rebece Barclay.

Przypomniał sobie, jak sympatycznie wyglądała, siedząc wczoraj naprzeciwko 

niego w cukierence i mając we włosach dwa czy trzy kolorowe piórka papugi 

zwanej Frederick. Dobrze wbił mu się w pamięć stosunek do starszej pani i jej 

śmiertelnie chorego psa. Troska i serdeczność wzruszyły go do głębi, czy chciał 

tego, czy nie.

- Michael, ja już wychodzę. Michael...

Cichy głos przywołał go do rzeczywistości. W drzwiach jego gabinetu stała pani 

Abemathy z torebką i kluczami w ręku.

- A, do widzenia. Do zobaczenia jutro.

- Nie wydaje mi się - uśmiechnęła się kpiąco i potrząsnęła głową.

58

background image

- A co się stało? Bierze pani wolny dzień? Czyżbym znowu zapomniał o pani 

wizycie u dentysty?

- Nie, Michael, nie idę do dentysty, bo on także ma jutro wolne - odparła. - Cały 

kraj ma jutro wolne. Tak się składa, że jest Święto Dziękczynienia.

- No tak, oczywiście. Przecież wiem.

Roześmiała się i potrząsnęła głową.

- To oznacza, przypuszczam, że pan i Katie nie macie jeszcze żadnych planów 

co do jutrzejszego obiadu?

- No... rzeczywiście.

- Tak mi przykro, Michael. - Widać było, że się autentycznie zmartwiła. - Bardzo 

bym chciała was zaprosić, ale w tym roku nie przygotowuję świątecznego obiadu. 

Jestem zaproszona do córki.

-   Niech   się   pani   o   nas   nie   martwi,   damy   sobie   radę.   Do   zobaczenia   w 

poniedziałek.

Przeprosiwszy jeszcze parę razy,  pani Abemathy  wyszła i Michael  uznał,  że 

musi zrobić to samo. Mechanicy i sprzedawcy także już poszli, cisza aż dzwoniła 

w uszach. Michael poczuł się jeszcze bardziej samotny niż zwykle.

Od śmierci Beverly starał się obchodzić wszystkie święta razem z córką, ale nie 

było to łatwe. Żona zajmowała się domem - zakupami, gotowaniem, urządzaniem 

przyjęć   i   uroczystości,   a   on   uważał   to   za   całkiem   naturalny   podział   ról   w 

małżeństwie. Sam nie radził sobie dobrze z domowymi obowiązkami. Przeszedł 

przez elegancki salon wystawowy, wyłączając światła i włączając alarm. Prawda! 

Bridget i Neil wczesnym rankiem wyjeżdżają do jej matki, do San Francisco. Już 

parę tygodni temu prosili go o kilka wolnych dni, a on oczywiście wyraził zgodę. 

Zapewnił  Bridget,   że   sam   zorganizuje   świąteczny   obiad   i   że   nie   musi   nic   w 

59

background image

związku z tym przygotowywać. Pytanie więc pozostawało otwarte: co będzie z 

jutrzejszym świątecznym obiadem dla Katie?

Mógł oczywiście zabrać ją do restauracji albo sam spróbować upiec indyka, albo 

też   kupić   kurczaka   i   udawać,   że   to   indyk.  A  może   udałoby   mu   się   wykpić 

gotowym   obiadem   z   kuchenki   mikrofalowej?   Nie,   Katie   nie   da   się   nabrać. 

Najlepszy z tego wszystkiego był chyba pomysł z restauracją. Zastanawiał się, co 

może   być   jutro   otwarte.   W   tym   małym   miasteczku,   gdzie   życie   towarzyskie 

zamykało się na ogół w kręgu rodzinnym, większość lokali w dni świąteczne była 

zapewne nieczynna.

Kiedy   wychodził   tylnymi   drzwiami   i   właśnie   je   zamykał,   od   strony   garażu 

dobiegł go odgłos przypominający skomlenie. Zaintrygowany wyjął z bagażnika 

latarkę i zaczął  szukać. Za jednym  z samochodów siedział, skulony i drżący, 

czarny   szczeniak.   Kiedy   Michael   schylił   się,   aby   go   podnieść,   zapiszczał 

przerażony.

- Hej, co ty tam robisz? Gdzie twoja mama i reszta rodzeństwa?

Michael rozejrzał się, nie dostrzegł jednak śladu innych psów. Bezskutecznie 

nawoływał i gwizdał. Dookoła panowała cisza.

-   Chodź   no   tutaj   -   powiedział,   wsadzając   go   za   połę   marynarki.   Piesek   był 

wyraźnie   zmarznięty.   Michaelowi   przyszło   na   myśl,   że   gdyby   go   teraz   nie 

znalazł, maluch prawdopodobnie by nie przeżył. Był o wiele za mały na to, by 

poradzić sobie bez matki.

Wsiadł do samochodu, włączył ogrzewanie i zapalił lampkę, po czym wydobył 

szczeniaka zza pazuchy i zaczął mu się przyglądać. Był to mieszaniec, podobny 

do   labradora.   Duże   łapki   świadczyły   o   tym,   że   wyrośnie   na   sporego   psa. 

Szczeniak złapał pyszczkiem palec Michaela w nadziei, że będzie tam mleko.

60

background image

- Przykro mi, bracie - powiedział Michael - ale trafiłeś pod zły adres.

Szczeniaka trzeba było nakarmić, i to szybko. Ale czym? I jak? Michael nie miał 

o tym zielonego pojęcia, ale wiedział, do kogo należy się w tej sprawie zwrócić. 

Potrzebny był mu tylko pretekst - jakikolwiek pretekst, żeby ją znowu zobaczyć.

Bez względu na to, czy uda mu się ją pocałować.

Rebeca  podeszła  do   drzwi,  spodziewając   się   najgorszego.  Przekonała  się,  że 

niepokojono ją w domu tylko w bardzo nagłych wypadkach, gdy było zagrożone 

życie zwierzęcia, często na skutek potrącenia przez samochód. Przez ostatnie parę 

lat zdążyła już  znienawidzić  samochody  z powodu krzywdy, jaką wyrządzały 

nieszczęsnym zwierzętom.

Głęboko przeżywała niedole czworonogów.

Tym razem jednak, kiedy owinęła się ciaśniej szlafrokiem i otworzyła drzwi, 

oczom jej ukazał się nie jakiś poturbowany kot czy pies, lecz Michael Stafford we 

własnej osobie. Stał w progu przystojny jak zawsze, z szerokim uśmiechem na 

twarzy.

- O, cześć - mruknęła. - Nie... nie spodziewałam się ciebie.

Zakłopotana   zebrała   poły   szlafroka.   Pod   spodem   miała   tylko   rozciągnięty 

podkoszulek, w którym zazwyczaj spała. Gdyby wiedziała, że odwiedzi ją Mi-

chael, włożyłaby coś bardziej odpowiedniego, na przykład atłasową podomkę i 

koszulkę   z   koronkami.   Zaraz   jednak   wyśmiała   się   w   duchu.   Koszulkę   z 

koronkami, jeszcze czego!

-   Przepraszam,   że   wpadłem   tak   niespodziewanie.   Pewnie   powinienem   był 

przedtem zadzwonić, ale mam nowego pacjenta.

- Jakiego pacjenta? - Spojrzała w dół, by sprawdzić, czy nie prowadzi na smyczy 

jakiegoś zwierzaka.

61

background image

Gdzieś spod marynarki Michaela dobiegło ją popiskiwanie szczeniaka.

- Mam go tutaj, był przemarznięty.

-   Uhm...   rozumiem.   Wejdźcie   do   środka,   sprawa   wygląda   poważnie.   A 

następnym   razem   uprzedź   mnie   telefonicznie,   że   się   do   mnie   wybierasz. 

Przygotuję się na najgorsze.

Pół godziny później Michael siedział na kanapie ze szczeniakiem na kolanach i 

karmił go mlekiem z butelki dla niemowląt.

- Ale się ślini, mleko leci mu z mordki - powiedział - ojej, całą rękę mam mokrą 

i nogę już też.

Rebeca siedziała na drugim końcu kanapy i zaśmiewała się do łez. Michael był 

rozczulająco nieporadny, a szczeniak nie przejmował się nim zupełnie, tylko ła-

pczywie przyssał się do smoczka.

-   I   co   ja   mam   z   nim   zrobić?   -   zapytał   Michael,   wycierając   siebie   i   psa 

ręcznikiem, który podała mu Rebeca. - Nie mogę przecież zabrać go do domu, bo 

Katie natychmiast go zaanektuje.

- A co w tym złego?

- Ona ma i tak sporo obowiązków - opiekuje się przecież Rosie.

-   Rozumiem,   ale   problem   pozostaje   nie   rozwiązany.   Piesek   będzie   wymagał 

troskliwej opieki, szczególnie przez najbliższe parę tygodni.

- A ty nie chciałabyś mieć psa? - uśmiechnął się do niej czarująco, chcąc jej 

podać szczeniaka. - Proszę, oto prezent urodzinowy ode mnie. Wszystkiego najle-

pszego, Rebeco! I żebyś nie mówiła, że nic ci nie podarowałem.

Roześmiała się i potrząsnęła głową.

- Niezły pomysł, ale urodziny miałam już cztery miesiące temu.

- No to może to będzie prezent z okazji Święta Dziękczynienia albo już na 

62

background image

Gwiazdkę, co?

Piesek był śliczny i propozycja kusząca, Rebeca jednak zdążyła się już nauczyć, 

że nie może przyjmować każdego ślicznego stworzenia, które potrzebuje domu.

-   Nie   -   odparła   -   ty   go   znalazłeś   i   jesteś   za   niego   odpowiedzialny.   Jestem 

przekonana, że znajdziesz dla niego dobry dom.

- Ale jak? Przecież nikogo tu nie znam.

- Nooo, to nadarza się świetna okazja, żeby poznać sąsiadów!

Michael zmarszczył brwi.

- Rebeco Barclay, dowiaduję się o tobie czegoś nowego. Wcale nie jesteś miłą 

młodą damą.

-   Jestem   bardzo   miłą   młodą   damą,   ale   nie   będę   się   opiekować   twoim 

szczeniakiem.

Z ciekawością patrzyła, jak jej gość głowi się, co robić dalej, nie zamierzała mu 

jednak w tym pomagać. Michael Stafford potrzebował tego szczeniaka jeszcze 

bardziej niż on jego, nawet jeśli tylko na kilka godzin.

- Zabierz go ze sobą do domu, schowaj u siebie w pokoju tak, żeby Katie go nie 

zobaczyła, a do jutra rana wymyślisz, co z nim zrobić.

- Taak, na pewno. - Michael westchnął i wsadził sobie psa za pazuchę. - Chyba 

że uda mi się komuś wmówić, że to indyk na Święto Dziękczynienia.

Rebeca podała mu torbę z mieszanką dla szczeniaka i odprowadziła go do drzwi.

Rozdział 6

Michael   odłożył   słuchawkę   i   bez   sił   opadł   na   łóżko.   Był   kompletnie 

wykończony. I to przez kogo? Przez psiego niemowlaka, który właśnie trącał go 

nosem, dając chyba do zrozumienia, że chętnie napiłby się mleka.

- No nie, chyba nie jesteś znowu głodny? - Złapał szczeniaka delikatnie za fałdę 

63

background image

luźnej skóry na karku i spojrzał mu prosto w oczy. - Przecież karmiłem cię już o 

siódmej, piątej, czwartej i... nic dziwnego, że jestem śpiący. Chyba nawet mała 

Katie nie sprawiała tyle kłopotu.

Michael uczciwie musiał przyznać, że właściwie niewiele wiedział na ten temat. 

To do Beverly należało karmienie Katie o każdej porze dnia i nocy, zmienianie 

pieluch   i   śpiewanie   kołysanek.  Teraz   żałował,   że   bardziej   nie   włączył   się   w 

rodzicielskie obowiązki i nie odciążył żony.

Sięgając po butelkę ze specjalną mieszanką od Rebeki, po raz kolejny rozważał 

pewien pomysł. W pierwszej chwili wydawał mu się znakomity, ale wtedy był 

zaspany i na pół przytomny. Teraz zaczynał mieć wątpliwości.

- No chodź tu, bratku - powiedział do psa, wkładając mu w mordkę smoczek. - 

Zdrówko. Przynajmniej ktoś z nas będzie dzisiaj najedzony.

Ostatnią   godzinę   spędził   przy   telefonie,   usiłując   zarezerwować   w   jakiejś 

restauracji miejsce na świąteczny obiad. Tylko trzy miały być czynne w święto, a 

wszystkie miejsca od dawna rozdysponowano i nie było co liczyć na to, że ktoś w 

ostatniej   chwili   się   rozmyśli.   Zarówno   małe   sklepiki,   jak   i   supermarkety 

pozamykano,   tak   więc   nie   mógł   ratować   sytuacji   kupnem   gotowych   dań   do 

odgrzania   w   kuchence   mikrofalowej.   Był   w   kłopocie.   Martwił   się,   co   powie 

Katie.

- Tatusiu, czy mogę z tobą porozmawiać? - usłyszał głos córki zza zamkniętych 

drzwi.

-   Oczywiście,   bardzo   proszę,   wejdź.   -   Wyrwał   wyraźnie   niezadowolonemu 

szczeniakowi butelkę, po czym i jego, i butelkę zakrył kołdrą.

Katie dopiero co musiała wstać z łóżka. Była rozczochrana i miała na sobie 

piżamę.

64

background image

- Co ty robisz? - zapytała.

- Co robię? Noo... nic nie robię. Dlaczego pytasz?

- Tak sobie - odparła powoli, przyglądając mu się podejrzliwie. - Chciałam po 

prostu z tobą porozmawiać, ale teraz widzę, że naprawdę masz coś na sumieniu.

- Ja? Niby co takiego mógłbym mieć na sumieniu?

Spod   kołdry   dobiegł   pisk   -   to   szczeniak   dopominał   się   o   przerwane   nagle 

śniadanie. Katie szeroko otworzyła oczy ze zdumienia i rzuciła się pędem w 

stronę łóżka.

- Co to było? - zapytała.

- O co ci chodzi?

- O ten dźwięk. To brzmiało jak... jak...

- Umówmy się, że to ja kaszlnąłem, zgoda?

-   Nie   ma   mowy.   Ty   nie   umiesz   wydawać   takich   dźwięków.   To   było   coś 

malutkiego i pięknego. Jestem tego pewna.

Uklękła   i   na   czworakach   zaczęła   szukać   pod   łóżkiem.   Michael   skorzystał   z 

okazji i chcąc uspokoić pieska, podsunął mu do possania palec. Maluch jednak 

nie dał się już tak łatwo oszukać. Za chwilę znowu rozległ się pisk.

Teraz Katie już bez trudu rozpoznała jego źródło. Michael powstrzymał ją w 

momencie, kiedy zabierała się do ściągnięcia kołdry.

- Katie, musisz zrozumieć, że my go tylko przechowujemy. Nie możemy go 

zatrzymać i nawet o tym nie myśl, dobrze?

- Dobrze, dobrze - odpowiedziała, usiłując dojrzeć to, co kryło się pod kołdrą.

- Katie, ja mówię poważnie. Masz już jedno zwierzę i...

- Oooch, jaki cudoowny! - Ostrożnie uniosła szczeniaczka i pocałowała go w 

czubek głowy. - Kupiłeś mi pieska na Święto Dziękczynienia! Dziękuję, tatusiu.

65

background image

- Nie, to wcale nie tak! Znalazłem go wczoraj wieczorem, gdy wychodziłem z 

pracy. Opiekuję się nim tylko przejściowo.

- Och! - Uśmiech w jednej chwili znikł z twarzy Katie.

Michael poczuł się, jakby był potworem, a nie kochającym ojcem. Co jednak 

mógł   poradzić?   Katie   miała   już   przecież   kózkę   i   pies   naprawdę   nie   był   jej 

potrzebny. Była za mała, żeby opiekować się dwoma zwierzętami, on zaś i tak na 

nic nie miał czasu.

- Kiedy go oddamy? Po obiedzie czy przed? - zapytała.

- Obiad... taaak...

- No przecież chyba mamy indyka na obiad, prawda, tatusiu? I ciasto z dyni? 

Przepadam za nim.

- Nic się nie martw, dziecino - powiedział z udaną beztroską. - Wymyśliłem coś 

wyjątkowego.

- Czyżby? - Rzuciła mu spojrzenie tak przenikliwe, że chętnie ukryłby się przed 

nim pod kołdrę. - A może raczej zapomniałeś po prostu, że jest święto?

- Zapomniałem? Myślisz, że mógłbym zapomnieć o Święcie Dziękczynienia?

Kiwnęła głową.

-   No   to   przynajmniej   wiem,   jakie   masz   o   mnie   wyobrażenie   -   rzekł   z 

oburzeniem. - Zapomnieć o Święcie Dziękczynienia, też coś... Głupio ci będzie, 

jak zobaczysz, co przygotowałem!

Popatrzyła na niego z powątpiewaniem, po czym odwróciła się i wolno wyszła z 

pokoju.

- No bracie, teraz wpakowaliśmy się na całego. - Michael przysiągłby, że pies 

też spojrzał na niego z wyrzutem. - No dobrze, dobrze - powiedział, wzdychając 

ciężko. - To nie twoja wina. Sam muszę jakoś z tego wybrnąć.

66

background image

Rebeca zgadzała się w dni świąteczne dyżurować pod telefonem. Dla niej święta 

niczym nie różniły się od pozostałych dni, uważała więc, że nie należy pozbawiać 

innych możliwości spędzenia tego czasu z rodziną.

- Po prostu, dzień jak co dzień - szepnęła sama do siebie, stojąc przy oknie 

living-roomu w szlafroku i rannych pantoflach, z filiżanką kawy w ręku.

Mogłaby   zostać   w   domu,   tęskniąc   za  Timem   i   litując   się   nad   sobą.   Rebeca 

wiedziała już jednak z doświadczenia, że wcale jej to nie służy i dużo czasu i 

wysiłku potrzebuje później na wydobycie się z dołka psychicznego.

Nie musiała cały dzień siedzieć w domu, ponieważ miała pager. Pozostawało 

jednak pytanie, dokąd się udać. Sklepy i większość lokali zamknięto, przyjaciele 

spędzali czas w gronie rodzinnym, a krewni jej i Tima mieszkali na Wschodnim 

Wybrzeżu, o wiele za daleko, żeby wpaść do nich na pieczonego indyka.

Nagle   pomyślała   o   Michaelu   Staffordzie   i   jego   nowym   podopiecznym.   Czy 

poradził sobie z nocnymi karmieniami? Oczywiście, że sobie poradził. Zdecy-

dowała   jednak,   że   wybierze   się   do   Casa   Colina   i   sprawdzi   to   osobiście.   Ot, 

sąsiedzka wizyta.

-   Chińskie   jedzenie   na   Święto   Dziękczynienia?   I   to   jest   ta   twoja   wielka 

niespodzianka? No, tym razem naprawdę się nie popisałeś, tatusiu.

Katie wpatrywała się w kurczaka po seczuańsku, którego miała na talerzu, i w 

żaden sposób nie dawała sobie wmówić, że to indyk. Nadrabianie miną pogar-

szało tylko sytuację.

- Słuchaj no, dziecino - powiedział, biorąc ją za rękę. - Przecież nie chodzi o to, 

co się je, prawda? Podczas tego święta dziękujemy za wszystkie otrzymane dary. 

67

background image

Można to robić, jedząc indyka albo hamburgery, albo też kurczaka po seczuańsku, 

zgoda?

Skinęła głową.

- No więc pomyślmy o tym, za co możemy być wdzięczni.

- Ja jestem wdzięczna za Rosie, panią Bridget i pana Neila, oczywiście za ciebie 

i za doktor Rebece.

Z kolei Michael wymienił bliskie sobie osoby z Kalie na czele, nie zapominając 

o pani Abemathy.

Rytuał ten zabrał im nie więcej niż pięć minut i Michael nie bardzo wiedział, co 

by tu robić dalej, aby podtrzymać świąteczny nastrój. Katie najwyraźniej nadal 

była na niego obrażona i doskonale wiedział, że nie tylko z powodu braku na 

stole dyniowego ciasta.

Szczeniak, którego cały czas trzymał pod marynarką, zaczął się wiercić. Michael 

nie chciał zabierać go ze sobą do restauracji, ale co miał zrobić? Psiak był o wiele 

za   mały,   żeby   go   zostawiać   samego   w   domu   na   tak   długo,   zmarzłby   też 

pozostawiony w samochodzie.

Rozejrzawszy się po prawie pustej dziś chińskiej restauracji, Michael poczuł 

nagły wstyd. Tak bardzo kochał swoją córeczkę, czemu więc nie zorganizował dla 

niej święta w sposób, do jakiego była przyzwyczajona? Uważał się przecież za 

człowieka odpowiedzialnego i w pracy nie zdarzyło mu się jeszcze nie dotrzymać 

umówionych terminów. Jak mógł więc przegapić coś tak ważnego?

- Tatusiu, czy mogę cię o coś zapytać? - odezwała się Katie.

- No jasne, dziecino.

Musiało to być bolesne, bo w jej oczach krył się smutek.

- Teraz, kiedy nie ma mamusi... chyba nie jesteśmy już prawdziwą rodziną?

68

background image

Nie mógł jej oczywiście winić, że pyta, odczuł to jednak dotkliwie.

- Oczywiście, że jesteśmy, Katie - odparł. - To znaczy nie jesteśmy może typową 

amerykańską rodziną z mamą, tatą, trójką dzieci i psem, ale mieszkamy razem, 

kochamy się, staramy się dbać o siebie, najlepiej jak umiemy. Myślę, że dzięki 

temu jesteśmy rodziną, chociaż jest nas tylko dwoje. Jak myślisz?

- Myślę, że nie bardzo - odpowiedziała po chwili wahania. - Bo nie robimy nic z 

tego, co robią prawdziwe rodziny.

- To znaczy czego? Oczywiście oprócz jedzenia indyka w takie święto jak dziś.

-  To   znaczy,   że   nie   wyjeżdżamy   na   wakacje   ani   do   Disneylandu,   w   soboty 

wieczorem nie gramy razem w żadne gry, nie robimy wycieczek... no, sam wiesz.

- Tego wszystkiego, co robiliśmy, zanim mama zachorowała, prawda?

Skinęła głową.

-   Pamiętasz,   jak   dawniej   w   niedzielę   rano   smażyłeś   takie   pyszne   naleśniki? 

Teraz już nigdy tego nie robisz.

Jej oczy wypełniły się łzami, a i on poczuł, że zbiera mu się na płacz. Jedzenie 

rosło mu w ustach.

Naleśniki   z   dżemem   ananasowym.   Przyrządził   je   dla   Beverly   podczas   ich 

pierwszego wspólnego weekendu i tym podbił jej serce. Potem przygotowywał je 

każdej niedzieli, aż do dnia, gdy po raz ostatni poszła do szpitala. Od tamtej pory 

nigdy już o tym nie pomyślał.

- Katie, tak mi przykro. Widzę, że muszę ci coś wytłumaczyć. Co byś zrobiła, 

gdybyś stanęła twarzą w twarz z czymś, co cię przeraża?

- Z czymś naprawdę strasznym?

- Powiedzmy, że z czymś, czego się boisz.

Przygryzła wargę, zastanawiając się nad odpowiedzią.

69

background image

- Chyba bym się schowała albo uciekła.

- Ja tak samo - przyznał Michael. - Kiedy się urodziłaś, byłem przekonany, że 

zawsze będzie przy mnie moja żona, że razem będziemy cię wychowywali. Mar-

twiłem się, ze nie będę dobrym ojcem, ale dzięki twojej mamie wkrótce się tego 

nauczyłem i poczułem, jaka to radość mieć dziecko. Potem ona zachorowała i 

umarła, a ja zacząłem się bać.

- Czego? Mnie?

- Nie, kochanie, nie ciebie - zaśmiał się cicho. - Bałem się, że nie będę umiał 

sam cię wychować, nie zapewnię ci odpowiedniego domu, nie stworzę ci rodziny. 

Bałem się, że mi się to nie uda, a przecież tak bardzo cię kocham.

- Naprawdę? - Oczy rozszerzyły jej się ze zdumienia. Nie mogła pojąć, że ojciec 

mógł czegoś się bać.

- Tak, Katie. I nadal się boję. Dlatego czasem usiłuję od tego uciec. Przyznaję, że 

średnio to świadczy o mojej odwadze. Powiedz, czy coś z tego rozumiesz?

W zamyśleniu skinęła głową.

- Tylko że opieka nad tobą - ciągnął - to najważniejsza sprawa w moim życiu. 

Przypuszczam, że dlatego tak mnie to przeraża.

Buzia Katie rozjaśniła się w nieśmiałym uśmiechu, a jemu zrobiło się lżej na 

sercu.

- Chyba nie musisz być taki przerażony, tatusiu - powiedziała. - Jesteś naprawdę 

dobrym ojcem. Ten indyk i ciasto nie są aż tak ważne. Chciałam tylko wiedzieć, 

że... że... no wiesz.

- Że cię kocham?

Kiwnęła głową potakująco i wbiła wzrok w swój pełny talerz.

Delikatnie wziął ją pod brodę, żeby znowu spojrzała mu w oczy.

70

background image

-  Katie Stafford, chyba  nie  mógłbym już kochać  cię  bardziej  -  powiedział  i 

poczuł, jak broda jej się trzęsie. - Tylko, do diabła, mógłbym ci to lepiej oka-

zywać!

Pojawił   się   właściciel   restauracji,   niosąc   dzbanek   świeżo   zaparzonej   herbaty 

jaśminowej.

- Nie smakuje państwu? - zapytał, wskazując na ich talerze z ledwie zaczętymi 

potrawami. - Coś jest niedobre?

-   Nie,   nie.   Wszystko   w   porządku   -   zapewniła   Katie.   -   Omawiamy   tylko   z 

tatusiem ważne sprawy rodzinne.

- Rozumiem - kiwnął głową uprzejmie, nalewając jej herbatę.

- A panu jedzenie smakuje? - zwrócił się do Michaela.

Jedyną odpowiedzią był przeciągły skowyt, który wydobył się spod marynarki. 

Odchrząknął, usiłując to jakoś zatuszować, ale szczeniak nie miał zamiaru sie-

dzieć cicho w ukryciu i znowu żałośnie zaskomlał.

Właściciel restauracji omal nie wypuścił dzbanka z herbatą.

- Co to? - zapytał, wpatrując się w Michaela. - Co za hałas?

- Nic, nic, nieważne. - Michael próbował zbagatelizować sprawę, nie potrafił 

jednak kłamać.

Piesek zaskomlił donośnie, najwyraźniej zły i głodny. Katie powstrzymywała 

się, by nie wybuchnąć śmiechem,

-   Zwierzę!   -   krzyknął   właściciel   restauracji,   a   twarz   aż   pociemniała   mu   z 

gniewu. - Zwierzę pod marynarką!

- To malutki piesek - usprawiedliwił się Michael, sięgając za pazuchę. - Nikomu 

nic nie zrobi, to tylko...

-   Nie!   Żadnych   zwierząt!   Żadnych   psów   w   restauracji!   Inspektor   zobaczy   i 

71

background image

zabierze licencję! - Z wściekłością wyrwał im z rąk pałeczki. - Proszę wyjść! Na-

tychmiast opuśćcie restaurację Lee!

-   Chwileczkę,   wolnego!   -   Michael   czuł,   że   i   jego   zaczyna   ponosić.   -   Nie 

skończyliśmy jeść.

- Możecie nie płacić. Proszę wyjść!

W   chwilę   później   Michael,   Katie   i   winowajca   znaleźli   się   na   ulicy   przed 

restauracją, a Lee zatrzasnął za nimi drzwi.

- To nie do pomyślenia, dać się wyrzucić z chińskiej restauracji - nie mógł dojść 

do siebie Michael. - No to ładne mamy Święto Dziękczynienia!

Z   niepokojem   spojrzał   na   Katie,   dziewczynka   jednak   aż   krztusiła   się   od 

śmiechu.

- No, takiego święta nigdy nie zapomnimy. Na pewno!

Kiedy Rebeca skręciła w Cleveland Avenue, ujrzała ciemnozielonego jaguara. 

Czy to samochód Michaela? Pewnie tak. Ile takich drogich aut mogło jeździć po 

ulicach   San   Carlos?   Dlaczego   jednak   skręcił   w   tę   stronę?   Zdecydowała   się 

pojechać kawałek za nim i już po chwili zagadka się wyjaśniła. Jaguar zatrzymał 

się przed domem Beatrice i Jacka Rileyów.

No   oczywiście,   pomyślała,   przyglądając   się,   jak   Michael   i   Katie   podchodzą 

razem do drzwi. Sama powinna była wpaść na ten pomysł. Po stracie Midasa 

Rileyom przydałby się nowy pies. Oto dom, jakiego mu było trzeba.

- Świetny pomysł, Michael - szepnęła, skręcając w boczną ulicę.

Michael i Katie spełniali wspólnie dobry uczynek w Święto Dziękczynienia i nie 

należało im w tym przeszkadzać.

72

background image

Nadeszła zima. W południowej Kalifornii trudno byłoby jednak poznać to po 

pogodzie.   Należało   raczej   polegać   na   kalendarzu   lub   wystawach   sklepowych, 

zmieniających się odpowiednio do sezonu.

Rebeca, wychowana w Nowym Jorku, była przyzwyczajona do tamtejszych zim 

i chętnie przeniosłaby do Kalifornii trochę śniegu, żeby i tu dzieci mogły ulepić 

bałwana i pojeździć na sankach.

Na cztery dni przed świętami Bożego Narodzenia szła główną ulicą miasteczka 

w   poszukiwaniu   ostatnich   prezentów.   Co   roku   o   tej   porze   dostawała   masę 

najprzeróżniejszych drobiazgów od wdzięcznych właścicieli swoich pacjentów, 

od czekoladek poczynając, a kończąc na podobiznach rozmaitych kudłatych i pie-

rzastych stworzeń. Rebeca też wręczała podarki, choćby symboliczne, takie jak 

gumowa zabawka dla psa czy lusterko do klatki dla papugi.

Zadowolona   z   zakupów,   szła   już   na   parking   w   stronę   samochodu,   kiedy 

niespodziewanie natknęła się na Beatrice Riley, prowadzącą na czerwonej smyczy 

szczeniaka rasy labrador.

- Wesołych Świąt, pani doktor! - wykrzyknęła Beatrice, machając do niej ręką.

- Nawzajem - odparła Rebeca, podchodząc bliżej. - Mój Boże, jak ten pies urósł 

przez parę tygodni.

- Prawda? Ten pani Stafford chyba mnie oszukał, twierdząc, że to szczeniak. 

Zaczynam podejrzewać, że to źrebak! Nie uwierzyłaby pani, ile on je!

- To nie jest żaden mój Stafford, to tylko znajomy.

- Cóż, zdaje się, że jest panią zainteresowany. Cały czas o pani mówił, kiedy 

przywiózł psa.

Rebeca pochyliła się, by pogłaskać pupila pani Riley, starając się niczego nie dać 

po sobie poznać.

73

background image

- Naprawdę? A co takiego mówił? - spytała niedbale.

Beatrice uśmiechnęła się chytrze, nie dając się zwieść tej obojętności.

-   Powiedział,   że   poradziła   mu   pani,   jak   dać   sobie   radę   z   bólem   po   stracie 

najbliższej osoby i jak żyć dalej.

- Tak powiedział?

Beatrice kiwnęła głową.

- Najpierw nie chciałam przyjąć tego szczeniaka. Po śmierci Midasa obiecałam 

sobie, że już nie wezmę do domu psa. Człowiek tak się przywiązuje, a przychodzi 

dzień, kiedy trzeba się rozstać. Bardzo ciężko przeżyłam śmierć Midasa.

- Wiem, był członkiem waszej rodziny.

- Tak. Powiedziałam wtedy panu Staffordowi, że nikt już nie zajmie miejsca 

Midasa, a on na to, że ten szczeniaczek wcale nie ma go zastępować; że to po 

prostu inne, małe stworzonko, któremu jestem potrzebna. Pan Stafford udowodnił 

mi, że mam w sobie jeszcze dość dużo uczucia, by zaopiekować się tym psem, 

nawet gdybym kiedyś też miała go stracić.

- Tak się cieszę. Michael miał rację - ten maluch nie mógł trafić do lepszego 

domu.

Kiedy   się   rozstały,   jeszcze   raz   wymieniwszy   świąteczne   życzenia,   Rebeca 

pobiegła do samochodu jak na skrzydłach. Okazuje się, że Michael jej posłuchał. 

Zrozumiał to, co starała się mu przekazać.

- Och, nie, Katie! Co ty zrobiłaś swojej kózce? - Rebeca stała na podwórzu Casa 

Colina, a jej oczom przedstawiał się dość szczególny widok: biała koza z czymś 

na kształt małego drzewka przywiązanym na głowie. Różowy nosek zwierzęcia 

wyglądał monstrualnie, wysmarowany czerwoną szminką. Z szyi zwieszał jej się 

74

background image

plastikowy wieniec imitujący ostrokrzew. Obok stała Katie uśmiechnięta od ucha 

do ucha i nadzwyczaj z siebie dumna.

-  Jest  przecież Wigilia,  więc  przyszło  mi  do  głowy,  żeby  przebrać  Rosie  za 

renifera - wyjaśniła. - Tatuś pomógł mi zrobić rogi, prawda, że piękne?

- O... tak... cudowne! - wykrztusiła Rebeca.

Rosie wydawała się zachwycona swym nowym wcieleniem, dumnie paradowała 

po podwórzu, merdając ogonkiem.

- Rosie Renifer. Zdaje się, że jesteś w świątecznym nastroju, Katie.

- O, tak. Pojechaliśmy z tatusiem do takiego miejsca, gdzie można samemu ściąć 

choinkę. A w garażu znaleźliśmy różne ozdoby i lampki i ubraliśmy ją. Potem 

poszliśmy kupić nowe bombki i ja je wybierałam. - Dziewczynka trajkotała z 

przejęciem. - I tatuś powiedział, że co roku będziemy dokupywać nowe, bo każde 

święta są wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju.

- Twój tatuś jest bardzo mądry - uśmiechnęła się Rebeca.

- A jutro będziemy mieć indyka i ciasto z dyni. Pani Bridget nauczyła tatusia, jak 

to przygotować, bo sama dziś wieczorem wyjeżdża do swojej matki.

- No to świetnie! A twój tatuś jest w domu? - Rebeca rozejrzała się, mając 

nadzieję, że zobaczy Michaela. Na podjeździe nie spostrzegła jednak jaguara.

-   Nie,   pojechał   kupić   sos   żurawinowy,   bo   wczoraj   zapomniał.  A  jak   wróci, 

wybierzemy się do parku posłuchać kolędników, no tych, co tak chodzą ze świe-

cami w rękach, wie pani...

Rebeca domyśliła się, że Katie mówiła o uroczystości z udziałem chóru, która 

odbywała się co roku w Wigilię w miejskim parku.

- Pani też się tam wybiera? To będzie naprawdę ładne.

- Tak, znam wiele osób z chóru, a poza tym bardzo lubię słuchać starych kolęd.

75

background image

- No to może pójdziemy razem.

-   Chyba   nie,   Katie,   ale   dziękuję   za   zaproszenie   -   odpowiedziała,   choć   w 

pierwszej chwili zabiło jej mocniej serce na tę myśl: wigilijna uroczystość i oni 

razem, we trójkę. Zaraz jednak sparaliżował ją strach i poczuła, że nie może sobie 

na to pozwolić, choć nie bardzo wiedziała właściwie dlaczego. - Proszę - sięgnęła 

do torebki po mały pakunek. - Wstąpiłam do was, żeby coś ci dać. Właściwie to 

jest dla Rosie.

- Naprawdę? Dla Rosie? - Dziewczynce oczy rozbłysły, gdy zobaczyła mały, 

srebrny dzwoneczek.

- Powinna go nosić przy obroży. Wszyscy jej krewni w Szwajcarii takie mają, 

więc pomyślałam, że Rosie też się należy.

-   Dziękuję,   doktor   Rebeco,   jest   piękny!   -   wykrzyknęła   zachwycona   Katie, 

potrząsając dzwoneczkiem i wsłuchując się w jego delikatny dźwięk. - Chodź tu, 

Rosie, i zobacz, co pani doktor ci przyniosła.

I już po chwili kózka paradowała z dzwonkiem dyndającym jej u szyi i zdawała 

się jeszcze bardziej dumna z siebie.

- Muszę już jechać. - Rebeca pochyliła się, żeby uściskać dziewczynkę. - Życzę 

wesołych świąt tobie i twojemu tatusiowi, będę o was jutro myślała.

- Ja też. Chciałabym, żeby pani przyszła do nas jutro na obiad.

- Dziękuję, ale raczej zostanę w domu, na wypadek gdyby na przykład czyjemuś 

psu zachciało się zjeść choinkę.

- Pani sobie żartuje. Naprawdę coś takiego się nie zdarza.

-   Nie   uwierzyłabyś,   Katie   Stafford,   ale   o   tej   porze   roku   wszystko   może   się 

zdarzyć.

Rozdział 7

76

background image

Rebeca spotkała ich na wieczornej uroczystości. Stali prawie naprzeciw niej, 

między nimi kroczyli kolędnicy. Katie machała do niej, podskakując z podnie-

cenia. Michael uśmiechnął się tylko i zawołał:

- Wesołych Świąt!

Rebeca   także   zamachała   do   nich.   Chciałaby   zareagować   na   ich   serdeczność 

bardziej spontanicznie, coś ją jednak powstrzymywało. To jej serce broniło się 

przed rodzącym się uczuciem do tych dwojga - wspaniałego mężczyzny i jego 

cudownego dziecka. Odwróciła się i zniknęła w tłumie.

Rebeca leżała w łóżku i śniło jej się, że słyszy dźwięk syreny okrętowej gdzieś 

we mgle. Donośne trąbienie rozlegało się raz po raz, aż uświadomiła sobie, że to 

wcale nie statek, tylko świdrujący w uszach dźwięk telefonu.

Kolejne wezwanie w środku nocy.

-   Może   to   Święty   Mikołaj   -   mruknęła,   sięgając   po   słuchawkę.   -   Może   jego 

renifer zaniemógł. Słucham?

-   Tu   Michael   Stafford.   Co   prawda   mamy   Wigilię   i   nie   powinienem   cię 

niepokoić, ale sprawa jest bardzo pilna.

Rebeca poderwała się z łóżka. Michael był wyraźnie zmartwiony i zrozumiała, 

że dzieje się coś złego.

- W porządku - odparła - o co chodzi?

- Rosie zachorowała. Nie wiem, co jej jest, ale to chyba coś poważnego. Neil i 

Bridget wyjechali, a Kalie... cóż... Katie jest wprost przerażona.

- Zaraz u was będę.

Starała się nie poddawać panice, mimo że dławił ją paniczny strach. Chwyciła 

pierwsze z brzegu spodnie i sweter.

-   Tylko   nie   Rosie   i   nie   w   Wigilię   -   szeptała,   narzucając   w   biegu   kurtkę. 

77

background image

Uruchomiła samochód. - Proszę, niech nic złego się nie wydarzy. Katie tyle już 

przeżyła. - Rebeca gotowa była zrobić wszystko, co w jej mocy, by uchronić 

dziewczynkę przed kolejnym ciosem.

Oby tylko jej modlitwy zostały wysłuchane.

Wszedłszy   do   obory,   Rebeca   zorientowała   się   natychmiast,   że   Rosie   jest   w 

jeszcze gorszym stanie, niż przewidywała. Kózka leżała na boku, pobekując ża-

łośnie, z dzwonkiem u obroży i z nie startymi jeszcze śladami szminki na nosie. 

Gdy Rebeca uklękła na słomie obok Michaela i rozpoczęła badanie, poczuła, że 

opuszcza ją odwaga. Koza miała niebezpiecznie wzdęty brzuch i z pewnością 

bardzo cierpiała.

- Co jej jest? Czy umrze? - zapytała Katie przez łzy, które strumieniem spływały 

po policzkach.

Rebeca   z   całego   serca   chciała   ją   pocieszyć,   że   wszystko   będzie   dobrze,   nie 

mogła jednak dziecka okłamywać. Zastanawiała się, dlaczego Rosie była w takim 

opłakanym stanie. Nagle coś przyszło jej do głowy.

-   Czy   na   terenie   posiadłości   nadal   rosną   drzewa   awokado?   Tam   z   tyłu,   za 

winogronami?

Katie i Michael popatrzyli na siebie i jednocześnie kiwnęli głowami.

- Czy mogło się zdarzyć, że Rosie zjadła dziś liście awokado?

-   Gdy   poszliśmy   do   parku   posłuchać   chóru,   zostawiłam   ją   za   domem   na 

podwórzu. Może wtedy je zjadła.

- Muszę to wiedzieć na pewno - rzekła Rebeca.

- Zaraz sprawdzę. - Michael zerwał się na równe nogi.

Już po chwili był z powrotem, niosąc kilka nadgryzionych liści.

78

background image

- Obawiam się, że masz rację. Czy to bardzo źle? - zapytał.

Rebeca   nie   miała   odwagi   powiedzieć,   że   widziała   konie,   które   zdychały   po 

zjedzeniu liści awokado. Są dla zwierząt zabójcze. Jak mogła nie przestrzec przed 

tym Katie? - winiła się w duchu.

-   Rzecz   w   tym,   że   Rosie   tych   liści   nie   jest   w   stanie   strawić   -   wyjaśniła.   - 

Twierdzenie, że koza może zjeść wszystko, jest prawdziwe, ale tylko do pewnego 

stopnia. Liści awokado nie toleruje nawet żołądek kozy.

- Co można na to poradzić? - zapytał Michael.

- Musimy pomóc jej się ich pozbyć, nawet gdyby miało to zająć całą noc - 

odpowiedziała Rebeca.

- A jak to zrobić?

Rebeca uśmiechnęła się do dziewczynki.

-   Pomyślisz   pewnie,   że   to   głupie,   ale   najlepsze   są   stare   domowe   sposoby   - 

rzekła. - Biedactwo. Obawiam się, że Święty Mikołaj będzie musiał dzisiaj dać 

sobie radę bez Rosie Renifera.

- Naprawdę myślisz, że to pomoże? - zapytał Michael, przyglądając się, jak 

Rebeca   ponownie   napełnia   termofor   mieszaniną   oleju   z   mleczkiem 

magnezowym.   Delikatnie   otworzył   kozie   mordkę,   podczas   gdy   Rebeca   przez 

dziurkę, którą wydłubała w korku termo- fora, powoli wlewała przygotowany 

specyfik. Rosie połykała posłusznie, po czym znowu beczała. Przez ostatnie pięć 

godzin na zmianę aplikowali jej lekarstwo. Jak dotąd jednak bez rezultatu.

- Jeszcze nic nie jest przesądzone. - Rebeca odłożyła termofor i przysiadła przy 

chorej kozie. - Miejmy nadzieję, że odpowiednia ilość w końcu zadziała.

Spojrzała na Kalie, która zwinięta w kłębek i przykryta kurtką Michaela, spała 

79

background image

na słomie w kącie obory.

- Dobrze, że usnęła - odezwał się Michael, patrząc na dziecko z czułością, po 

czym   zwrócił   się   do   Rebeki:   -   Miałaś   rację,   rzeczywiście   boję   się,   że   i   ją 

mógłbym stracić. Budzę się czasem w środku nocy, oblany potem, i o tym myślę.

- Wcale mnie to nie dziwi, zważywszy, ile przeszedłeś. Czułam się podobnie po 

śmierci Tima, później było mi już trochę łatwiej. Z tobą też tak będzie.

- Tak myślisz? - Spojrzał na nią z nadzieją.

- Tak, zapewniam cię. Najgorsze są pierwsze dwa lata, później jest już łatwiej.

Michael pogłaskał kózkę po wzdętym brzuchu i Rebeca zauważyła, że drżą mu 

ręce.   Ogarnęło   ją   współczucie   dla   tego   człowieka.   Jak   mogła   kiedykolwiek 

myśleć, że jest zimny i nieczuły?

- Kiedy myślę o Beverly, przypominam sobie tylko jej śmierć i to, że mnie przy 

niej nie było. Pamiętam ostatni raz, kiedy ją widziałem. Była taka chora i bez-

bronna... Już mnie nie poznawała. Beverly była taka żywotna, dzielna i dum-na. 

Na pewno nie chciałaby, żebym ją w ten sposób zapamiętał, ja sam bronię się 

przed tymi myślami, bezskutecznie.

- To też jest kwestia czasu. - Rebeca położyła mu rękę na ramieniu. - Przyjdzie 

pora, że będziesz ją wspominał taką, jaka była za życia - jak się śmiała, jaka była 

piękna,   jak   byliście   razem   szczęśliwi.   To   stanie   się   ważniejsze   niż   smutne 

okoliczności jej śmierci.

Ku jej zdumieniu objął ją i przygarnął do siebie, wtulając twarz w jej włosy. Ona 

także   go   objęła   i   poczuła,   jak   niknie   dzieląca   ich   dotąd   bariera   obcości   i 

nieufności. Od czasu śmierci męża po raz pierwszy znalazła się w ramionach 

mężczyzny. Nie zdawała sobie dotąd sprawy, jak bardzo jej to było potrzebne i 

jak dobrze móc się przytulić. Kiedy wreszcie wypuścił ją z objęć, zaskoczyła ją 

80

background image

powaga i czułość jego spojrzenia.

- Tyle dla nas zrobiłaś, Rebeco - powiedział, głaszcząc ją delikatnie po policzku i 

miękkim, czułym ruchem odgarniając jej ze skroni opadający kosmyk. - Dopiero 

ty pokazałaś mi, jakie to ważne otworzyć się na innych ludzi.

  Upewniwszy się, że córka nadal mocno śpi, pochylił się i lekko pocałował 

Rebece w policzek. Lęk i pragnienie bliskości tego mężczyzny ogarnęły ją jedno-

cześnie. Nie mogła złapać tchu ani wykrztusić słowa.

- Chciałbym być z tobą, Rebeco - powiedział Michael, błądząc palcami w jej 

włosach. - Jeśli zdobędę się na odwagę, żeby cię o to poprosić... czy mnie nie 

odepchniesz?

Setki możliwych odpowiedzi kłębiły jej się w głowie, kiedy patrzyła w oczy 

mężczyzny, którego bez trudu mogłaby pokochać. Którego już kochała.

- Michael... ja... - Zabrakło jej słów.

Przerwał jej głośny bek Rosie, która wierzgała, usiłując stanąć na nogi.

- Ho, ho, to wygląda obiecująco - rzekła Rebeca, powracając do rzeczywistości.

Michael podniósł się, oferując pomoc. Ostrożnie uniósł kózkę i podtrzymywał ją 

przez chwilę, aż sama stanęła na bardzo jeszcze chwiejnych nogach. W każdym 

razie stała i to się liczyło.

- No to poczekajmy jeszcze chwilę - rzekła Rebeca. - Zdaje się, że zaraz coś 

zrobi.

Po paru minutach lekarstwo zadziałało i Rosie pozbyła się wreszcie tego, co od 

dobrych kilku godzin zalegało jej w brzuchu. Już nie beczała, a nawet zaczęła 

lekko merdać ogonkiem.

-   No,   dobra   kózka,   dobra   -   mówiła   Rebeca,   klękając   przy   niej   i   obejmując 

zwierzątko za szyję. - Twoja pani będzie z ciebie bardzo dumna, jak się obudzi.

81

background image

- Powiedzieć jej? - zapytał Michael, wskazując na Katie.

- Może na razie nie. Za godzinę, dwie Rosie poczuje się jeszcze lepiej i będzie 

mogła zacząć świętować Boże Narodzenie. Do tego czasu niech Katie jeszcze 

sobie pośpi.

Michael podszedł do dziewczynki i otulił ją kurtką.

- Wiesz, ona wnosi w moje życie tyle radości, że nawet gdybym miał ją kiedyś 

stracić, nikomu i za nic bym jej teraz nie oddał - rzekł do Rebeki.

- Spodziewam się.

- Bardzo bałem się kochać ją równie mocno jak jej matkę, ale tylko na nią 

spójrz. Czy mogłem się oprzeć?

- Wiem, co chcesz powiedzieć - uśmiechnęła się Rebeca. - To wspaniałe dziecko, 

pokochałam ją od pierwszej chwili.

- I chyba z wzajemnością - odparł, a w jego oczach było tyle uczucia, że Rebece 

zalała fala szczęścia, w które zaraz wkradł się cień obawy... przed miłością... 

przed stratą...

Było   jednak   coś   takiego   we   wzroku   Michaela,   co   pozwoliło   jej   ten   lęk 

przezwyciężyć, choćby na razie.

-   Wesołych   Świąt,   Michael   -   powiedziała,   patrząc,   jak   za   oknem   wschodzi 

słońce i jak budzi się piękny, pogodny dzień.

- Weso... - i nagle coś sobie przypomniał. - No nie! Przecież Święty Mikołaj 

jeszcze   nie   przyszedł!   Przez   cały   miesiąc   staruszek   chodził,   robił   zakupy, 

przygotowywał   dekoracje   i   jedzenie,   żeby   się   jakoś   zrehabilitować   za   to 

katastrofalne Święto Dziękczynienia, no i masz ci los!

- No to idź i dopilnuj Mikołaja, my tu sobie damy radę - roześmiała się Rebeca.

-   Och,   dobrze,   że   mi   przypomniałaś.   Gdybym   znowu   pokpił   sprawę,   przez 

82

background image

dziesięć lat miałbym u Katie krechę.

- Katie? Ktoś mnie wołał? - dobiegł ich cienki głosik.

- Za późno, przepadło - jęknął Michael.

Katie zerwała się ze swego legowiska zmęczona i rozespana, ale szczęśliwa.

- Rosie! Ty stoisz! - wykrzyknęła. - Już cię nie boli!

Odrzuciła   kurtkę   ojca   i   podbiegła   do   ulubienicy,   która   wesoło   zamerdała 

ogonkiem.

- To pani ją wyleczyła! - wołała dziewczynka, ściskając kózkę. - Doktor Rebeco, 

pani ją uratowała! Dziękuję, bardzo dziękuję!

- Proszę bardzo, Katie - odpowiedziała Rebeca. - Ale sama nie dałabym sobie 

rady. Ktoś mi w tym bardzo pomógł. - Ruchem głowy wskazała na Michaela.

Katie spojrzała na ojca z nie ukrywaną dumą. Bez wątpienia w jednej chwili stał 

się dla niej bohaterem, Podbiegła do niego w podskokach i rzuciła mu się na 

szyję.

- Dzięki, tatusiu. To jest najlepszy prezent gwiazdkowy na. świecie!

- Cieszę się, dziecinko. - Michael uściskał córkę i pogłaskał jej czarne loki. - Ale 

co do świąt... - przerwał i odchrząknął. - No wiesz, Katie, byłem tak zajęty przy 

Rosie, że nie zdążyłem... nie miałem okazji, żeby...

- Niech zgadnę. - Katie przekornie wzniosła oczy ku niebu. - Chyba ten dziadek 

z brodą jeszcze się nie pojawił, prawda?

- Wiesz... jeszcze nie zaglądałem do domu, ale obawiam się, że masz rację.

Katie spojrzała na ojca z czułością, po czym przeniosła wzrok na kózkę.

 - To nie ma znaczenia, tatusiu, najważniejsza jest Rosie. Pomogłeś jej i tylko to 

się dla mnie liczy. No i może jeszcze ciasto z dyni - dodała po zastanowieniu.

- Katie, z radością mogę cię poinformować, że w lodówce czekają trzy różne 

83

background image

ciasta z dyni, a do nich całe fury bitej śmietany. Jest też wspaniały wielki indyk, 

którego zaraz wstawię do pieca, sos żurawinowy, nadzienie i tak dalej. Możesz 

jeść i jeść, ile dusza zapragnie.

- Tylko żebyś nie przesadziła - ostrzegła Rebeca - bo może się tak skończyć jak 

u Rosie i też cię będziemy musieli leczyć mleczkiem magnezowym i olejem.

- A pfuj!

- Mam lepszą propozycję - odezwał się Michael, podnosząc z ziemi kurtkę. - 

Chciałem właśnie zaprosić Rebecę.

- Naprawdę? - Buzia Katie rozjaśniła się w uśmiechu. - Zrobisz naleśniki?

- Z dżemem z ananasa i syropem klonowym. No a potem jesteś oczywiście 

zaproszona na eksperymentalny, świąteczny obiad. Chociaż za skutki nie ręczę - 

powiedział, spoglądając na Rebece.

- Brzmi to wspaniale, dziękuję za zaproszenie - odparła.

Katie   podbiegła   do   Rebeki,   a   gdy   ta   pochyliła   się   nad   nią,   dziewczynka 

zaszeptała jej do ucha:

- On nie zrobiłby tych swoich naleśników dla byle kogo. Chyba panią naprawdę 

bardzo lubi.

- Hm... to bardzo miło. - Rebeca poczuła, że jej policzki przybrały kolor szminki 

rozsmarowanej na nosie Rosie.

- O czym tak ze sobą szepczecie? - zapytał Michael.

- O niczym-zachichotała Kalie, ściskając kózkę. - Pójdę teraz wstawić syrop do 

kuchenki mikrofalowej, żeby się pod-grzał. To należy do moich obowiązków, 

kiedy tatuś smaży naleśniki - wyjaśniała i w podskokach pobiegła do domu.

- Dzięki, że uratowałaś moją opinię u dziecka - odezwał się Michael, kiedy Kalie 

nie mogła go już usłyszeć.

84

background image

- Nie ma za co, doliczę to sobie do rachunku.

- Ile jestem winien, pani doktor?

- Majątek.

Wyciągnął do niej rękę z wyrazem podziwu i uwielbienia w oczach. Wiedziała, 

co ten gest oznaczał.

- Jestem, Michael, jestem z tobą - powiedziała, idąc za głosem swego serca, i 

uścisnęła mu rękę.

W chwilę potem znów znalazła się w jego ramionach, tylko że nie był to już 

uścisk przyjaciela, lecz kochanka. Pocałunek był czuły i delikatny, a przy tym 

pełen takiej namiętności, że ją to zdumiało i przeszyło dreszczem. Ciało objęła 

fala   gorąca.   Całował   ją   jeszcze   i   jeszcze,   a   ona   wcale   się   nie   wzbraniała. 

Dlaczego   właściwie   miałaby   się   wzbraniać,   kiedy   było   to   tak   naturalne   i 

spontaniczne?

Wreszcie gdy zabrakło im już prawie tchu, wypuścił ją z objęć i razem z Rosie 

wyszli na dwór.

- Biorąc pod uwagę wielkość mojego długu - powiedział, zamykając kozę w jej 

zagródce - chętnie spłaciłbym ci go w naleśnikach. - Wziął Rebece za rękę i 

poszli w stronę domu.

- W naleśnikach z dżemem ananasowym?

- Nawet każdej niedzieli, przez całe życie... jeżeli aż tak lubisz naleśniki.

Trzymała go za rękę, bojąc się, że w każdej chwili jej szczęście może prysnąć i 

okazać się złudzeniem.

- Lubię naleśniki - przyznała. - Prawdę mówiąc, nawet je uwielbiam.

Zatrzymał się na środku podwórka, by znowu ją pocałować.

- A Katie? - zapytała, wskazując na okna domu.

85

background image

- Ona i tak zaraz się domyśli - odparł, a jego następny pocałunek był jeszcze 

gorętszy i bardziej namiętny.

- Dobrze - powiedziała, odzyskując oddech - zgadzam się na naleśniki. Uznamy 

to za rachunek płatny z dołu.

86


Document Outline