background image

PEGGY MORELAND 

Jedna 

dla pięciu 

Harlequin 

Toronto • Nowy Jork • Londyn 

Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg 

Madryt • Mediolan • Paryż • Sydney 

Sztokholm • Tokio • Warszawa 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Jack Brannan czuł się tak niepewnie jak dziwka 

w kościele. Nigdy w życiu nie widział takiej ilości 

koronek, falbanek i kokardek. Starając się nie dotknąć 

żadnego z tych kobiecych fatałaszków wsadził ręce 

głęboko w kieszenie. 

Do tej chwili nie zdawał sobie sprawy, w jak 

męskim świecie żyje. Spodnie z suwakiem z przodu. 

Koszule zapinane na lewą stronę. Szuflady stale 

wysunięte. Głośne rozmowy, przekleństwa, poklepy­

wanie po plecach. Do tego był przyzwyczajony. 

Rozejrzał się po zatłoczonym sklepie i z trudem 

opanował dreszcz. 

Za plecami usłyszał cienki pisk, uskoczył więc na 

bok unikając w ostatniej chwili zderzenia z dwiema 

dziewczynkami bawiącymi się wśród stojaków w berka. 

Był to błąd, jeden z wielu, jakie popełnił, wpadł 

bowiem na jakąś objuczoną górą ubrań kobietę. 

Na moment oślepiony chmurą satyny i koronek, 

wyciągnął rękę, by ją podtrzymać... i poczuł miękkie 

nagie ciało. Zażenowany szybko opuścił ręce i bez­

radnie patrzył na leżące na podłodze sukienki. 

Twarz mu płonęła z zakłopotania. Bąkając prze­

prosiny schylił się, by pozbierać rozrzucone rzeczy, 

ale robił to ostrożnie, dotykając tylko metalowych 

haczyków od wieszaków. 

- Nic się nie stało - powiedziała z uśmiechem 

background image

kobieta. Powiesiła na stojaku wieszaki i wyciągnęła 

do niego rękę po sukienki. 

- Po lekcji zawsze jest tu dom wariatów - dodała 

z porozumiewawczym uśmiechem. - Czy przyszedł 

pan po córkę? 

- Nie. Chciałbym się widzieć z Malindą Compton. 

Rozejrzał się po pokoju pełnym chichoczących 

dziewczynek i plotkujących mam i powstrzymał kolejną 

falę dreszczy. Naprawdę nie czuł się w swoim żywiole. 

- Ach tak? Czy był pan umówiony? - Kobieta 

uniosła brwi. 

Wciągnął powietrze głęboko w płuca i żeby nie 

narobić dalszych szkód, znowu wepchnął ręce w kie­

szenie. 

- Nie. - Pożałował swej impulsywnej decyzji 

w sprawie szukania pomocy u panny Compton 

i odwrócił się, by wyjść. - Może przyjdę innym razem. 

Kobieta była jednak szybsza i schwyciła go za ramię. 

- Jestem Cecile, wspólniczka Malindy. To jest 

Malinda - wskazała stojącą w sąsiednim pokoju 

kobietę żegnającą się z grupą małych dziewczynek. 

- Chyba właśnie skończyła lekcję. 

Patrząc we wskazanym przez Cecile kierunku Jack 

zobaczył, jak Malinda Compton z uśmiechem przy-

jmuje uścisk dłoni małej dziewczynki w białych 

rękawiczkach. Dziecko złożyło iście królewski ukłon 

i wybiegło ze śmiechem. 

Zapominając o wcześniejszym zakłopotaniu, Jack 

z trudem powstrzymał śmiech wyobraziwszy sobie 

reakcję swoich dzieci, gdyby panna Compton zjawiła 

się w ich domu. 

Co prawda patrzenie na nią nie sprawiało przykrości, 

przyznał obrzuciwszy ją szybkim, taksującym spo-

background image

jrzeniem. Gdyby jednak zastanowił się, jak może 

wyglądać „Panna Doskonalska", autorka rad o dob­

rym wychowaniu w „Daily Oklahoma", na pewno 

stworzyłby całkowicie odmienny obraz. 

Stara panna. Tak by właśnie pomyślał. Od stóp do 

głów przyobleczona w coś ciemnego i konser­

watywnego. Z miną jak po zjedzeniu kwaśnej cytryny. 

Zamiast tego miał przed sobą młodą kobietę przy­

odzianą w sweter tak puszysty i rozkoszny jak różowa 

wata cukrowa. Swoją obserwację zakończył na spód­

nicy, na tyle krótkiej, by widać było w całości bardzo 

zgrabne łydki. 

Jack pocieszał się, że mylił się tylko co do jej 

wyglądu. Była subtelna. To pierwsze określenie, jakie 

mu przyszło do głowy. Doskonała postawa, pełna 

kontrola nad sytuacją. Ani jednego obwarzanka na 

pończochach, ani jednego włoska nie na miejscu. 

I wykrochmalona, dodał śmiejąc się w duchu. Ilość 

krochmalu w jej kręgosłupie wystarczyłaby koszulom 

urzędnika rady miejskiej na miesiąc. 

Dziewczynki jedna po drugiej wychodziły z pokoju, 

a ona każdą z nich obdarzała uśmiechem. Dwie 

godziny z dwudziestoma pięcioma dziewczynkami 

w jednym pokoju na pewno nie były łatwe. Jej wdzięk 

i spokój pozostały jednak niezmącone. 

Zauważył, że miała ładny uśmiech, serdeczny i ośmie­

lający. Dzieci też chyba ją lubią, stwierdził, patrząc, jak 

ładna blondyneczka objęła pannę Compton w talii 

i przytuliła się. Ale  j e g o dzieci? Nie ma mowy! 

- Może poczeka pan w gabinecie Malindy - zapro­

ponowała uprzejmie Cecile. - Powiem jej, że pan jest. 

I nim Jack zdążył odmówić, już siedział na miękkim 

krześle w gabinecie na zapleczu. 

background image

Wręczywszy mu kubek parującej kawy Cecile 

uśmiechnęła się i już w drzwiach powiedziała: 

- Proszę się rozgościć. Malinda będzie za moment. 

Drzwi zamknęły się, odgradzając go od głosów 

i śmiechu ze sklepu. Jack odetchnął z ulgą. Ostrożnie ba­

lansując kubkiem na kolanie rozglądał się po gabinecie. 

Już w sklepie czuł się nieswojo, tu wręcz przeszły 

go ciarki. Boczne ściany obwieszone były maleńkimi 

falbaniastymi sukieneczkami, naprzeciwko zaś, na 

stole, leżały chyba setki falbaniastych majtek. 

Czując, jak tężeją mu mięśnie, odwrócił wzrok od 

tych intymnych części garderoby i skoncentrował się 

na ścianie za biurkiem. Cała pokryta byłą rysunkami 

przedstawiającymi kędzierzawe dziewczynki w naj­

lepszych niedzielnych sukienkach i małych chłopców 

w ubrankach, które Jack określił jako strój małego 

Lorda Fauntleroya - aksamitne pumpy, pończochy 

i lakierki. Parsknął śmiechem na myśl, że mógłby coś 

takiego zaproponować swoim dzieciom. Nigdy by się 

na to nie zgodziły. Nawet na chwilę. Podarte dresy 

i brudne adidasy były bardziej w ich stylu. 

Wspomnienie dzieci starło uśmiech z jego twarzy. 

Co ja tu robię? pytał samego siebie. Z faktu, że ta 

kobieta potrafi nauczyć małe dziewczynki, jak zacho­

wywać się na przyjęciach, nie wynika, że będzie umiała 

nauczyć tego samego jego dzieci. To chyba był najgłup­

szy pomysł, jaki mu przyszedł do głowy. Uświadomiw­

szy to sobie wstał i odstawił kubek na biurko. Postano­

wił wyjść, zanim zrobi z siebie kompletnego głupca. 

Z tego pośpiechu strącił na podłogę leżącą na 

biurku stertę listów. Przeklinając swą niezdarność 

ukląkł i zaczął je zbierać. Nie był z natury wścibski, 

ale nie mógł nie zauważyć, że koperty wyglądały jak 

background image

rachunki. We wszystkich celofanowych okienkach 

widniało nazwisko Malindy Compton. 

- Jack Brannan czeka na ciebie w gabinecie. 

Zmarszczywszy lekko brwi Malinda spojrzała na 

swoją wspólniczkę. 

- Jack Brannan? Mówił, o co chodzi? 

Cecile wzruszywszy ramionami zamknęła szufladę 

kasy. 

- Nie. Powiedział tylko, że chce się z tobą zobaczyć. 

Wciąż skrzywiona, Malinda ostrożnym spojrzeniem 

obrzuciła zamknięte drzwi do swego gabinetu. Przy­

chodziły jej do głowy tylko dwa powody, dla których 

jakiś mężczyzna mógłby ją odwiedzić w sklepie. 

Wiedząc o tym z westchnieniem podeszła do stojącej 

przy ladzie Cecile. 

- Mam nadzieję, że przyszedł w odpowiedzi na 

moje ogłoszenie w gazecie, a nie znowu z urzędu. Nie 

mam już pomysłów na dalsze wymówki. 

- Jeśli teraz takich ludzi przysyłają, by łamali kości 

dłużnikom, to sama chętnie wezmę jakąś pożyczkę. 

Malinda nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

- Zadzwoń do biura usług towarzyskich. Uwierz 

mi, że to dużo przyjemniejszy sposób zawierania 

znajomości. 

Wzięła z lady plik kwitów i może przez dwie 

sekundy zastanawiała się, czy nie wystawić trochę na 

próbę cierpliwości swego gościa. Głos ciotki, brzmiący 

tak wyraźnie, jakby ta była z nią razem w pokoju, 

upomniał ją: Nigdy nie każ gościowi czekać, Malindo. 

To przejaw złego wychowania. 

- Ciociu Hattie, ale czasami... - mruknęła z rezyg­

nacją Malinda. 

background image

- Mówiłaś coś? - Cecile spojrzała na nią znad 

kwitu, który właśnie sprawdzała. 

- Nic ważnego - pokręciła głową Malinda. - Życz 

mi szczęścia. Wystarczy mi trzydzieści dni zwłoki. 

- Potrzebny ci jest przede wszystkim psychiatra, 

bo tak lubisz przejmować czyjeś zobowiązania. 

- Lepiej nie zaczynaj - ostrzegła Malinda ruszając 

na zaplecze. 

Ktoś obcy mógłby zrozumieć tę rozmowę jako 

przejaw złej woli. Ze strony Cecile Malinda odebrała 

ją jednak jako jeszcze jeden dowód życzliwości. Status 

wspólniczki dawał przyjaciółce z dzieciństwa nie­

kwestionowane prawo do wtrącania się w jej życie, 

do wtrącania, które Malinda przyjęła równie ochoczo, 

jak propozycję przyjaźni, złożoną jej przez Cecile 

piętnaście lat temu. 

Jeszcze teraz Malinda pamiętała ich pierwsze spotka­

nie. Dwie małe dziewczynki stojące po przeciwnych 

stronach płotu. Jedna w dżinsach, adidasach i brudnym 

podkoszulku, druga w falbaniastej sukience, białych 

koronkowych skarpetkach i lakierkach. Malinda 

uśmiechnęła się do siebie. Były różne jak dzień i noc. 

Urwis i księżniczka, tak je nazywano. A jednak mimo 

tych różnic zawiązała się między nimi przyjaźń, która 

w wieku dorosłym zaowocowała wspólnym interesem. 

Przed drzwiami do swego gabinetu Malinda przy­

stanęła. Przecież mnie nie zje, przekonywała samą 

siebie. Obiecałam spłacić długi i zrobię to. Tylko 

trochę cierpliwości. 

Z głową podniesioną do góry, wyprostowana, 

z wciągniętym brzuchem - tak jak codziennie pouczała 

ją ciotka Hattie - otworzyła drzwi. Przez chwilę 

myślała, że Cecile się pomyliła, wydawało się bowiem, 

background image

że w gabinecie nie ma nikogo. Dopiero potem zobaczy­

ła go, przykucniętego na podłodze. A więc Cecile myliła 

się. To był jeden z tych paskudnych typów, przy 

pomocy których urząd ciągle przypominał jej o nie 

spłaconych długach. 

Po pierwsze włosy. Jak i inni przedstawiciele urzędu 

miał najwyraźniej wstręt do fryzjerów. No i budowa. 

Ten mężczyzna był twardy jak skała. Zaciekawiona, 

a może i zła, podeszła bliżej, by zobaczyć, co ten 

człowiek tak naprawdę robi w jej gabinecie. 

- Czym mogę panu służyć? 

Czując się winnym, gdyż przeglądał przecież czyjeś 

listy, Jack próbował wstać, stracił jednak równowagę 

i uderzył głową o biurko. Trzymając w jednej ręce 

listy, drugą rozcierając czoło, odwrócił się. 

Tuż za nim stała Malinda Compton czyli Panna 

Doskonalska. Z daleka wydawała się tylko subtelna, 

z bliska od razu wprawiała człowieka w zakłopotanie. 

Arystokratyczna, nietykalna... obca. Od czubka 

miodowozłotego koka po podeszwy eleganckich 

pantofli reprezentowała dokładnie to, czym on nie 

był. Słowem - osoba kulturalna. Mimowolnie zrobił 

krok do tyłu, myśląc tylko o ucieczce. 

Malinda podeszła do niego z wyciągniętą ręką. 

- Jestem Malinda Compton. Cecile mówiła, że 

chce się pan ze mną widzieć. 

Wyciągnięta, ku niemu dłoń, tak jak cała reszta, 

była pełna wdzięku i bardzo kobieca. Niechętnie 

podał swoją.' 

- Jack Brannan. 

Miękkość jej dłoni uświadomiła mu twardość 

własnej, a pewność uścisku skłoniła do szacunku. 

Z uznaniem przyjął zarówno miękkość, jak i pewność. 

background image

- Czym mogę panu służyć? - zapytała wskazując mu 

krzesło. 

Przypomniawszy sobie cel swojej wizyty zmarszczył 

lekko brwi i opadł na miękkie poduszki krzesła. 

Służyć mu? Ocalić wydawało się właściwszym słowem. 

- Sam nie wiem. 

Jego nerwowe stukanie listami o oparcie krzesła 

zwróciło uwagę Malindy. 

- Przepraszam, zrzuciłem je niechcący. 

Wiedząc, co zawierają koperty, Jack zrozumiał 

wyraz jej twarzy. 

Malinda schowała listy do segregatora i na jej 

twarz powrócił uśmiech. 

- Proszę mi powiedzieć, jaki jest cel pańskiej wizyty? 

I znowu zdumiała go słodycz jej uśmiechu. Nie 

kończył się tylko na ustach. Ogarniał też oczy, których 

błękitne tęczówki połyskiwały jak jezioro w słońcu. 

A tam właśnie najchętniej by się znalazł. Nad jeziorem. 

W łodzi, z synami, łowiąc ryby. Nie miał jednak 

czasu na wędkowanie. Najpierw musiał rozwiązać 

swój problem. I właśnie dlatego był tutaj, w gabinecie 

Malindy Compton. To ona była rozwiązaniem jego 

problemu. 

Nadal patrząc jej w oczy znalazł w nich coś jeszcze. 

Życzliwość, zaproszenie do zwierzeń. Zwalczył tę 

pokusę. Z zasady nie ufał kobietom. A i mężczyznom 

też rzadko. Jack Brannąn polegał tylko na sobie. Na 

podstawie tej filozofii stworzył zakład budowlany, 

który z jednoosobowej firmy wkrótce stać się miał 

liczącym się w skali krajowej przedsiębiorstwem. 

I aby to przedsiębiorstwo nadal mogło się rozwijać, 

musiał najpierw rozwiązać swe problemy domowe. 

To kazało mu zmienić zdanie na temat ucieczki z tego 

background image

gabinetu. Czy chciał tego, czy nie, potrzebował Malindy 

Compton. Wiedział, że nie będzie łatwo namówić ją, by 

zajęła się jego dziećmi. Ale w życiu zdarzały mu się już 

poważniejsze przeszkody i wygrywał. 

- Chciałbym panią zatrudnić. 

Malinda z trudem ukryła ulgę. A więc ten człowiek 

jednak nie. był z urzędu. Przyszedł w odpowiedzi na 

ogłoszenie. Zmówiła w myślach krótką, ale szczerą 

modlitwę dziękczynną i wyjęła z szuflady formularze. 

- Oto referencje i krótka historia mojej pracy. 

- To zbyteczne. Wystarcza mi pani reputacja 

w mieście. 

- Bez referencji? - zdziwiła się Malinda. 

- Po co mi referencje? Z pani rubryki i powodzenia, 

jakim cieszą się pani zajęcia, jasno wynika, że zna się 

pani na tej pracy. 

- Wydawało mi się, że jak ktoś chce zatrudnić 

kogoś, kto ma mieszkać w jego domu, to najpierw 

chciałby zobaczyć jego referencje. 

- Mieszkać w moim domu? - wykrzyknął zdziwiony 

Jack. 

- No tak - odparła nieco zakłopotana Malinda. 

- W ogłoszeniu wyraźnie napisałam, że szukam pracy 

jako gosposia i opiekunka do dzieci z zamieszkaniem. 

Jack westchnął i pokręcił głową. Cóż za nieporozu­

mienie i cóż za ironia losu. Trzy tygodnie temu tak 

bardzo przecież szukał odpowiedniej gosposi i opie­

kunki. I choć może nie była ona tak całkiem od­

powiednia, zatrudnił już panią O'Grady. 

Nieźle gotowała, utrzymywała jaki taki porządek 

w domu i dawała sobie radę z górami prania. Brak 

jej tylko było serca. Zbyt mało uwagi poświęcała 

dzieciom. Owszem, były czyste, nakarmione i przypil-

background image

nowane. Tyle tylko, że robiła to bez miłości. Jeśli zaś 

chodzi o nauczenie dzieci dobrych manier, to tak jak 

i on zupełnie się na tym nie znała. I właśnie dlatego 

chciał' zatrudnić Malindę. 

Czując, że Malinda miała raczej nadzieję na stałe 

zatrudnienie, Jack uśmiechnął się przepraszająco. 

- Niestety, nie przyszedłem tu w związku z ogło­

szeniem. Chciałbym tylko, żeby nauczyła pani moje 

dzieci dobrych manier. 

Przez moment Malinda poddała się uczuciu roz­

czarowania, ale potem skupiła na pozytywnych 

aspektach propozycji Jacka. Nie chciał jej zatrudnić 

na stałe, ale przynajmniej nie był z urzędu, a każda 

nowa uczennica na zajęciach z etykiety oznaczała 

więcej pieniędzy w banku. Otworzyła kalendarz i wyjęła 

formularze. 

- Następny kurs zaczynamy za sześć tygodni. Proszę 

wypełnić formularze i wpłacić zaliczkę. Mówił pan 

o dzieciach w liczbie mnogiej. Ile przygotować 

formularzy? 

- Cztery. 

- Cztery? - Malinda z trudem ukryła radość. 

- Tak, cztery. 

Powstrzymując pragnienie pomnożenia przez cztery 

zaliczki i wpisania sumy do książeczki czekowej 

Malinda skoncentrowała się na siedzącym przed nią 

mężczyźnie. Zupełnie nie wyglądał na ojca czwórki 

dzieci. Raczej na boksera. Lekkie skrzywienie nosa 

zdawało się potwierdzać tę opinię. Mógł też być 

robotnikiem budowlanym. Szerokie ramiona i umięś­

niona klatka piersiowa świadczyły, że wykonywał 

jakąś pracę fizyczną. 

- W jakim wieku są pańskie dzieci? 

background image

- Najstarsze ma osiem, bliźniaki mają po pięć lat, 

najmłodsze dwa. 

- Tworzymy klasy według wieku. W tej chwili 

organizujemy grupę dziesięciolatków, gdzie moglibyś­

my umieścić najstarsze dziecko, będzie też grupa 

mniejszych dziewczynek i tu widzę bliźniaki. Niestety, 

nie mamy grupy maluchów. - Uśmiechnęła się i podała 

mu trzy formularze. 

- Chyba mnie pani nie zrozumiała. Nie chcę 

zapisywać dzieci do grupy. Wątpię, czy by pasowały. 

- Na samą myśl uśmiechnął się do siebie. 

- Niektóre dzieci mają z początku trudności, ale 

szybko się aklimatyzują. 

- Moje na pewno nie. - Tym razem wybuchnął 

niepohamowanym śmiechem. 

Choć ciotka Hattie uczyła ją, że to nieładnie gapić 

się na kogoś, Malinda nie mogła oderwać od niego 

wzroku. Nigdy nie spotkała takiego mężczyzny jak 

Jack Brannan. Miał budowę boksera, pewność siebie 

pilota i urodę z okładki magazynu. 

Patrząc jej w oczy Jack z trudem stłumił śmiech. 

- Moje dzieci to chłopcy. 

- Chłopcy? - Malinda wypuściła z ręki formularze. 

- Tak jest. 

- Ale ja nie uczę chłopców. 

- Wiem, ale miałem nadzieję, że da się pani 

namówić. 

- Sama nie wiem... - Malinda nawet nie próbowała 

ukryć zakłopotania. 

Kurs etykiety dla chłopców. Taki pomysł nigdy nie 

wpadł jej do głowy, ale po chwilowym szoku propozy­

cja wydała jej się nawet interesująca. 

Będzie musiała opracować nowy plan, ale z pew-

background image

nością znajdą się chętni. Kiedyś uczono manier 

w domu, ale dziś... To właśnie dlatego zorganizowała 

kursy dla dziewczynek. Ale chłopcy? 

Pozostała jeszcze kwestia czasu. Nie miała go za 

wiele. Sklep, kursy i rubryka w gazecie. Ale perspek­

tywa zarobienia tak potrzebnych jej pieniędzy była 

kusząca. 

Mogłaby przecież pracować nocami. Przygotowanie 

programu specjalnego kursu dla chłopców powinno 

jej zająć około dwóch miesięcy. Pomysł zaczynał się 

jej coraz bardziej podobać. 

- Proszę podać mi swój numer telefonu. Przemyślę 

to i dam panu znać. 

- Nie mogę sobie pozwolić na czekanie. Muszę 

mieć odpowiedź dzisiaj. Oczywiście wynagrodzę 

odpowiednio pani czas i umiejętności. 

Malinda miała co do tego wątpliwości. Jego wygląd 

nie uwiarygodniał takiej deklaracji. Dżinsy, sportowa 

koszulka i znoszona kurtka skórzana nie są chyba 

atrybutami nieograniczonego bogactwa. 

Nigdy nie sądź po pozorach. 

Malinda jęknęła w duchu. Znowu te truizmy ciotki 

Hattie. Chcąc nie chcąc zastosowała się do jej polecenia, 

zignorowała wygląd Jacka i skoncentrowała się na 

praktycznym aspekcie problemu. 

- Nie mogę zorganizować kursu w jeden dzień, 

a także muszę mieć co najmniej piętnastu uczniów, by 

było to opłacalne, panie Brannan. 

- Proszę mi mówić Jack - poprosił i przysunął 

krzesło do biurka. 

Był teraz blisko Malindy. Zbyt blisko jak na jej 

gust. Mężczyźni na odległość wcale jej nie prze­

szkadzali, ale kiedy byli zbyt blisko, zapalało się 

background image

wewnątrz niej jakieś światełko ostrzegawcze. Czuła 

ucisk w gardle, dłonie stawały się lepkie, oczy łzawiły. 

Zdaniem Cecile była to wina ciotki Hattie, która stale 

mówiła, że mężczyznom nie można ufać i że dama musi 

zawsze pamiętać o swej reputacji. Przyjaciółka twierdzi­

ła także, że to z powodu takiej filozofii ciotka Hattie 

umarła jako stara panna. Malindzie osobiście było 

wszystko jedno, czyja to wina, żałowała tylko, że nie 

umie lepiej panować nad reakcjami swego ciała. 

- Nie myślałem o zapisywaniu dzieci na normalny 

kurs. Chodziło mi raczej o prywatne lekcje u nas 

w domu - wyjaśnił Jack. 

- Prywatne lekcje? W domu? - Ręce znieruchomiały 

jej na spódnicy. 

- Właśnie. Widzi pani, dzieciakom trzeba trochę 

wyszlifować maniery. Myślałem, że mogłaby pani 

przychodzić kilka razy w tygodniu na kolację i, że tak 

powiem, pracować z nimi przy stole. 

- Panie Bran... - Widząc jego uniesioną brew 

poprawiła się: - Jack, rozumiem, że bardzo zależy 

panu na dobrym wychowaniu dzieci, ale to niemożliwe. 

- Nic nie jest niemożliwe, jeśli się tego bardzo 

chce. A ja naprawdę chcę. A poza tym nikt tu nie 

będzie stratny. Chłopcy nauczą się dobrych manier, 

a pani - tu rzucił znaczące spojrzenie na plik kopert 

leżących na biurku - będzie mogła spłacić część długów. 

- Nie przypuszczam, by suma, jaką mógłby mi 

pan zapłacić... 

- A co powie pani na równy tysiąc? 

- Czy dobrze usłyszałam? 

- Tysiąc. Tyle gotów jestem zapłacić. Przez półtora 

miesiąca będzie pani przychodziła do nas trzy razy 

w tygodniu. Przy wspólnej kolacji pokaże pani 

background image

chłopcom, jak zachowywać się przy stole, potem 

jeszcze kilka ogólnych wskazówek i będzie pani mogła 

iść do domu. Tylko tyle. 

- Pan chyba żartuje. 

- Od śmierci żony nie byłem bardziej poważny. 

Otworzył usta, jakby chciał coś wytłumaczyć, ale 

szybko zmienił zdanie. 

- Mam swoje powody. No więc, czy to panią 

interesuje? 

Tysiąc dolarów. Kilka godzin, trzy wieczory w ty­

godniu za tysiąc dolarów. Rozejrzała się za ukrytą 

kamerą, ale przypomniała sobie, że już od lat nie 

nadają tego programu. 

Nie zdając sobie sprawy, jak znaczące jest jej 

zachowanie, Malinda obracała w palcach leżące 

na biurku koperty z rachunkami. Tysiąc dolarów 

poważnie zmniejszyłoby rachunki za leczenie ciotki 

Hattie. Nie, to bez sensu. Przecież nie ma czasu 

na prywatne lekcje. A poza tym nie wiedziała 

nic zarówno o tym mężczyźnie, jak i o uczeniu 

małych chłopców. 

Ale tysiąc dolarów... 

Wolno podniosła wzrok. 

- Dobrze, zgadzam się. 

Cecile nadal stała przy kasie. Malinda unikając jej 

wzroku poprowadziła Jacka wśród półek i wieszaków. 

Przy wyjściu ze sklepu Jack podał jej wizytówkę. 

- Tu jest mój adres i telefon. W razie jakichś 

trudności proszę dzwonić. 

- Tak, oczywiście. - Malinda nadal jakby się 

wahała. 

- A wiec do piątku. 

background image

Jack otworzył drzwi i chłodne powietrze owiało 

policzki Malindy, a wiatr uniósł brzeg jej spódnicy. 

Nieświadomie przytrzymała go ręką, patrząc na 

idącego po parkingu Jacka. 

Ten sam wiatr, który uniósł jej spódnicę, rozwiewał 

jego włosy. Poprawił je jedną ręką, drugą wsadził na 

nos motocyklowe okulary. Szkoda zakrywać takie 

piękne oczy, pomyślała Malinda. 

- Czy on był z urzędu? 
- Nie - odparła Malinda nieco ochrypłym głosem. 

- Czy coś się stało? - zapytała Cecile podchodząc 

bliżej. 

Malinda szybko opuściła żaluzję. Nie chciała, by 

Cecile wiedziała, jak atrakcyjny wydał jej się Jack 

Brannan. Odchrząknęła i ze sztucznym uśmiechem 

odwróciła się do przyjaciółki. 

- Nie, wszystko w porządku. 
- Jasne, a ja jestem chińską cesarzową. 

Malinda milczała. 

- No dobrze, skoro nie był z urzędu, to kim jest 

i czego chciał? 

Unikając wzroku przyjaciółki Malinda podeszła do 

jakiegoś manekina i poprawiła rękaw, który wcale nie 

wymagał poprawienia. 

- A więc? - nalegała Cecile. 
- Nazywa się Jack Brannan i chce, żebym nauczyła 

jego dzieci etykiety. 

- Myślałam, że masz już komplet. 

- Owszem. Będę dawać jego dzieciom prywatne 

lekcje w domu. 

- Co?! 

- Wiem, nigdy tego nie robię, ale zaproponował 

mi tysiąc dolarów. 

background image

Cecile schwyciła Malindę za ręce i spojrzała jej 

prosto w oczy. 

- Posłuchaj. Nic nie mówiłam, kiedy przejęłaś 

rubrykę ciotki Hattie. Mogłam zrozumieć, że czujesz 

się jakoś zobowiązana. Nie oponowałam, kiedy 

zorganizowałaś kursy. Potrzebne ci były pieniądze. 

I nie bardzo protestowałam, kiedy powiedziałaś, że 

chcesz się zatrudnić jako opiekunka do dzieci, bo 

wtedy będziesz mogła wynająć dom ciotki Hattie. Ale 

to już za dużo! Zamęczysz się. Wszystko ma swoje 

granice. 

Małinda próbowała się wyrwać, ale Cecile zaciągnęła 

ją przed lustro. 

- Przyjrzyj się sobie. Dokładnie. Jesteś chuda jak 

patyk. Oczy masz czerwone, bo za mało sypiasz, 

i gdyby nie makijaż, widać by było czarne obwódki 

jak u szopa pracza. A teraz powiedz mi, skąd weźmiesz 

siłę i czas na jeszcze jedno zajęcie? 

Dotknięta uwagami przyjaciółki Malinda wpat­

rywała się w swoje odbicie. 

- To aż tak widoczne? 

Widząc cierpienie w oczach przyjaciółki, Cecile 

przytuliła ją mocno do siebie. 

- Tylko dla tych, którzy cię kochają. Więc czemu 

nie zadzwonisz do rodziców i nie poprosisz ich 

o pieniądze na spłacenie długów za leczenie ciotki 

Hattie? Na pewno ci dadzą. 

- Wiem. Ale chcę to zrobić dla ciotki. Ona tyle 

zrobiła dla mnie. 

Błagalnym wzrokiem prosiła przyjaciółkę o zro­

zumienie. 

- O tym można by dyskutować - odparła sucho 

Cecile. - Wiem, wiem. Dla ciebie ona zawsze będzie 

background image

święta. A co z żoną tego faceta? Ona nie może uczyć 

swoich dzieci? 

- On jest wdowcem. 

Cecile zamilkła na chwilę, ale Malinda prawie 

słyszała, jak jej głowa pracuje. 

- A więc wdowiec. Bogaty, przystojny, bez żony... 

Może te prywatne lekcje to nie taki głupi pomysł. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Widok domu Jacka Brannana wstrząsnął Malindą. 

Tak bardzo, że jeszcze raz sprawdziła adres. Zgadza 

się. Numer na mosiężnej tabliczce przytwierdzonej do 

ceglanej skrzynki na listy był ten sam co na wizytówce. 

Ze wstydem przyznała, że spodziewała się mniej 

prestiżowej lokalizacji. Skarciwszy się w duchu, 

przyglądała się domowi. 

Przychodziło jej do głowy tylko jedno słowo. 

Doskonały. Położony z dala od ulicy i częściowo 

zasłonięty ogromnymi sosnami, zbudowany z natural­

nego kamienia, stwarzał iście bajeczną scenerię. 

- W porządku, ciociu Hattie. Miałaś rację. Nie 

należy sądzić po pozorach - powiedziała sama do 

siebie Malinda. 

Rozmiar i lokalizacja domu były dowodem, że 

Jack Brannan jest człowiekiem sukcesu. 

To nieładnie się gapić. Malinda aż podskoczyła. 

Ciociu, pomyślała, naprawdę jesteś niemożliwa. 

Wysiadła z samochodu i ruszyła ku wejściu. 

Drzwi frontowe otworzyły się i stanął w nich jakiś 

chłopiec o posępnej twarzy. Malinda domyśliła się, że 

to najstarszy, ośmiolatek, o którym mówił Jack. 

Z głębi domu dochodził podniesiony damski głos, 

wyraźnie zdenerwowany. Malinda uśmiechnęła się 

i wyciągnęła do dziecka rękę. 

- Dzień dobry. Jestem Malinda Compton. 

background image

Dziecko nie poruszyło się. Malinda spróbowała 

innej taktyki. 

- Czy możesz powiedzieć tacie, że przyszłam? 

Byliśmy umówieni. 

Jeśli to możliwe, spojrzenie dziecka stało się jeszcze 

bardziej ponure. 

Jego dalsze słowa zagłuszyło pojawienie się jeszcze 

dwojga dzieci. Były identyczne, więc Malinda domyśliła 

się, że to wspomniane przez Jacka bliźniaki. Za nimi 

wbiegła czerwona na twarzy kobieta w średnim wieku, 

ź walizką w ręku. 

- Dzięki Bogu, już pani jest! - Kobieta odstawiła 

walizkę, wyciągnęła z szafy płaszcz i zaczęła się 

ubierać. - To istne diabły. Nikt normalny tego 

nie wytrzyma. Wychowałam dziewięciu własnych 

synów, ale żaden nie ośmieliłby się na takie kawały 

jak ci tutaj. 

Podjechała taksówka, kobieta schwyciła walizkę 

i popędziła, jakby gonił ją sam diabeł. 

- Kto to był? - zapytała Malinda. 

W odpowiedzi ośmiolatek zatrzasnął frontowe drzwi 

i wojowniczo podparł się pod boki. 

- Pani 0'Grady, nasza gospodyni. 

Przeczuwając odpowiedź Malinda odważyła się 

jednak na następne pytanie. 

- Gdzie jest twój ojciec? 

Zadzwonił telefon i chłopak jak strzała pomknął 

korytarzem. Malinda chciała zadać to samo pytanie 

bliźniakom, ale oni też zniknęli. Na ich miejscu stał 

teraz dwulatek, z palcem w buzi i kocykiem w ob­

jęciach. Malinda podeszła do niego. 

- Czy wiesz, gdzie jest tatuś? - zapytała z nadzieją. 

-On....

background image

Maluch bez słowa podreptał w kierunku, gdzie 

zniknęli jego bracia. Malinda poszła za nim i wkrótce 

znaleźli się w kuchni, gdzie na blacie, przyciskając 

słuchawkę ramieniem, siedział najstarszy brat i obierał 

banana. 

- Pani O'Grady właśnie się zmyła, tato. Przyjechała 

taksówka i zabrała ją. 

Chłopiec przez chwilę słuchał, potem spojrzał na 

Malindę i podał jej słuchawkę. 

- Tata chce z panią rozmawiać. 

- Dziękuję - odparła grzecznie Malinda i ostrożnie, 

żeby się nie pobrudzić, wzięła od niego słuchawkę. 

- Słucham? 

- Malinda? Tu Jack. Muszę cię prosić o pomoc. 

Utknąłem na lotnisku w Chicago. Jest burza śnieżna 

i samoloty nie latają, a Mały Jack mówi, że pani 

0'Grady właśnie opuściła statek. 

- O co chodzi? - zapytała Malinda, spodziewając 

się najgorszego. 

- Czy możesz zostać z chłopcami, dopóki nie wrócę? 

Malinda na szczęście nie zapomniała, co mówiła jej 

gospodyni. 

- Może zadzwonić do kogoś, żeby przyszedł? Do 

babci albo cioci? 

- Nie mamy nikogo. 

Zatrudniono ją, by uczyła manier, a nie opie­

kowała się dziećmi. Malinda wcale nie miała zamiaru 

odgrywać Mary Poppins przed tymi czterema roz­

puszczonymi chłopakami. To nie należało do jej 

obowiązków... Musi się znaleźć jakieś inne roz­

wiązanie. 

Wściekła rozejrzała się dookoła i napotkała wrogie 

spojrzenie Małego Jacka. Odwróciła się i oto miała 

background image

przed sobą dwulatka. Z kciukiem w buzi, wciąż tuląc 

kocyk, patrzył na nią największymi i najsmutniejszymi 

brązowymi oczami, jakie w życiu widziała. Serce 

stopniało jej błyskawicznie. 

Znała to uczucie. Tak zawsze się czuła, kiedy 

spotkała bezdomnego kota albo psa. To przez tę 

słabość sprowadzała do domu niezliczoną menażerię. 

Jak mogła odejść i zostawić te maluchy bez opieki? 

Zapomniała o wysmarowanej bananem słuchawce, 

pokonana przymknęła oczy i zapytała cicho: 

- O której mniej więcej wrócisz? 

- Przed ósmą rano. Przyrzekam. 

Malinda stała w sypialni tak pospiesznie opuszczonej 

przez panią O'Grady i patrzyła na prążki na gołym 

materacu. Była wykończona. Nawet nie pomyślała 

o szukaniu pościeli i posłaniu łóżka. Oczy ją piekły, 

nie czuła stóp i podejrzewała, że w żołądku zaczyna 

jej się robić wrzód. A to wszystko przez czterech 

małych chłopców. 

Cztery potwory, mówiąc dokładnie. Nagle przypom­

niała sobie mokry uścisk, jakim po kąpieli obdarzył 

ją najmłodszy. No, dobrze. Trzy potwory. Patryk jest 

słodziutki. 

Ale jego bracia to istne diabły. Minione pięć godzin 

spędziła w piekle i już nigdy nie da się na coś takiego 

namówić. Kolacja okazała się klapą, kąpiel ogólną 

bijatyką, kładzenie spać naraziłoby na szwank cierp­

liwość świętego. 

Spojrzała na stojący przy łóżku budzik. Dwunasta 

trzydzieści. Nigdy się tak późno nie kładła. Czy zjawi 

się jakiś dobry duszek i pościele łóżko? Nie, Malinda 

już dawno przestała wierzyć w bajki. 

background image

Sprawdziwszy jeszcze raz, czy chłopcy śpią spokojnie, 

Malinda weszła do sypialni Jacka. Nie było co prawda 

mowy, że ma spać w jego sypialni, ale na pewno nie 

będzie miał nic przeciwko temu. Zdecydowana, 

zatrzymała się jeszcze na chwilę przv drzwiach. Nigdy 

nie spała w łóżku mężczyzny, nawet w pustym. Czuła 

się dość nieswojo. 

Łóżko było sprężyste i miękkie. Pokusa okazała się 

zbyt silna. A poza tym Jack wróci dopiero rano, 

a ona już dawno będzie na nogach. 

Malinda nie skorzystała z oferowanego jej przez 

Jacka przez telefon podkoszulka i postanowiła spać 

we własnej halce. 

Kobieta nigdy nie powinna dopuścić do sytuacji, 

w której jej reputacja byłaby zagrożona. 

Trzymając jedną nogę jeszcze na podłodze Malinda 

zamarła. Och, ciociu, proszę, wymamrotała. Tak 

bardzo chciało jej się spać, a łóżko wyglądało na 

takie wygodne. Nie martw się, ciociu. 

Rano świat będzie pogodniejszy. Jack wróci, Malin­

da wycofa się z umowy i, wolna od zobowiązań 

wobec synów Brannana, podejmie znowu własne życie. 

Płatki śniegu wielkie jak ćwierćdolarówki rozprys­

kiwały się o przednią szybę samochodu. Jack skrzywił 

się i włączył wycieraczki. W Chicago miał śniegu po 

uszy i wyglądało, że i w Oklahoma City wcale nie jest 

lepiej. 

Wiedział jednak, że nie powinien narzekać. Gdyby 

nie przerwa w burzy i sprawność służb odśnieżających, 

nadal siedziałby na lotnisku w Chicago. Czuł się 

jednak zbyt zmęczony, by cieszyć się, że nie znajduje 

się tam, ale w drodze do domu. 

background image

Jazda z lotniska do domu w Edmond trwała niecałe 

dwadzieścia minut. Jack bardzo się spieszył. Na 

szczęście ruch o tak późnej porze był niewielki, 

a i śniegu nie napadało jeszcze zbyt dużo. 

A w domu z chłopcami była Malinda Compton. 

Już ta myśl kazała mu mocniej naciskać gaz. Nie lubił 

prosić ludzi o przysługi. Nie lubił się czuć komuś 

dłużny. Jack Brannan od lat sam sobie, radził ze 

swoimi problemami. 

Postanowił, że zapłaci jej za tę przysługę i nic już 

nie będzie dłużny. Ona potrzebowała pieniędzy, a on 

kogoś, kto zostanie z dziećmi do jego powrotu. 

W jego przekonaniu była to uczciwa transakcja. 

Skręcił na podjazd, zapraszająco oświetlony wiszącą 

nad wejściem lampą. Przez okno zauważył, że pali się 

także lampka nad zlewem w kuchni. Ciepło rozeszło 

mu się po całym ciele, roztapiając zarówno niecierp­

liwość, jak i zimno. Nareszcie w domu. 

Ciepłe powietrze owiało go, gdy otworzył tylne 

drzwi i wszedł do kuchni. Dom, pomyślał znowu, 

chłonąc tę prostą przyjemność i rozglądał się po 

słabo oświetlonym wnętrzu. 

Palce zacisnęły mu się na klamce. 

Zamrugał i rozejrzał się jeszcze raz. Czyżby pomylił 

domy? Zamiast krajobrazu po bitwie, jaki go zazwyczaj 

witał, miał przed sobą kuchnię czystą jak pudełeczko. 

Stół wytarty, ani jednego brudnego talerza w zlewie, 

a podłoga błyszcząca jak łysina jednego z jego 

pracowników. 

Zgasił światło w kuchni i korytarzem ruszył w głąb 

domu. Był pewien, że za chwilę znajdzie gdzieś swoje 

dzieci związane i zakneblowane. Innego wyjaśnienia 

nie potrafił znaleźć. 

background image

Nawet w ciemnościach zauważył, że w całym 

domu panuje taki sam porządek jak w kuchni. 

Ani jednej zabawki, o którą mógłby się potknąć 

w salonie. Żadnej ciężarówki czy roweru w przed­

pokoju. 

Zajrzał do łazienki. Żadnych mokrych ręczników 

na pręcie od prysznica, żadnych ubrań na podłodze. 

Na moment zapomniał, że przecież szuka synów, 

i podziwiał kafelki na podłodze. Jego robota. Sam to 

wszystko stworzył. Nawet nie pamięta, kiedy ostatnio 

widział podłogę w łazience. 

Nie jest normalnie, pomyślał. Coś jest nie w po­

rządku. Wyobraźnia podsuwała mu różne myśli. 

Ruszył do pokoju pani 0'Grady, spodziewając się 

zastać tam Malindę. Zajrzał do środka i ciarki przeszły 

mu po plecach. Łóżko nie tylko było puste, ale i gołe 

jak pupka nowo narodzonego niemowlęcia. 

Z bijącym sercem pobiegł do wschodniego skrzydła 

domu, gdzie znajdowały się pokoje chłopców. Wiedział 

już, że Malinda Compton to wariatka, kidnaperka, 

a sklep z ubraniami dla dzieci to tylko przykrywka, 

bo naprawdę prowadzi czarnorynkową agencję adop­

cyjną. 

Pierwszy był pokój Małego Jacka. Owinięty kocem, 

z jedną nogą zwisającą z łóżeczka, jego najstarszy syn 

spał w najlepsze. Jack z ulgą oparł się o framugę 

drzwi. Śmiać mu się chciało z własnej głupoty. 

A więc jeden jest w porządku, trzeba sprawdzić 

pozostałych trzech. W pokoju bliźniaków łóżeczka, 

choć rozścielone, były puste. W sąsiednim pokoju 

najmłodszego też nikogo nie było. 

Czemu zabrała młodszą trójkę, a zostawiła najstar­

szego? No pomyśl, głupcze. Bo młodszych chętniej 

background image

adoptują. Powinieneś to wiedzieć z własnego do­

świadczenia. 

Przerażony chciał obudzić Małego Jacka i poprosić 

o wyjaśnienia. Nie, na razie lepiej go nie denerwować. 

Trzeba zadzwonić na policję. Oni będą wiedzieli, co 

robić. Najbliższy telefon znajdował się w jego sypialni. 

Nie zapalając światła schwycił słuchawkę i przysiadł 

na łóżku. Pełne zdziwienia westchnienie poderwało 

go na nogi. Zaspany Darren siedział wyprostowany 

i uśmiechnął się do niego. 

- Cześć, tato. 

- Co tu robisz? - wyszeptał Jack przez zaciśnięte 

usta. 

- Mnie i Dawidowi śniło się coś złego i przyszliśmy 

spać tutaj. 

Wciąż trzęsącą się ręką Jack zapalił lampę. Oprócz 

Dawida i Darrena na łóżku leżały jeszcze dwie 

przykryte postacie. Jedna malutka, druga o zdecydo­

wanie pełnych kształtach. 

Jack wiedział, co to znaczy spać w jednym łóżku 

z jego wiercącymi się i kopiącymi synami. Delikatnie, 

nie budząc żadnego, zaniósł ich po kolei do łóżeczek. 

Wrócił do sypialni, stanął przy łóżku i przez chwilę 

przyglądał się śpiącej Malindzie. We śnie wyglądała 

tak samo niewinnie i dziecinnie jak jego chłopcy. 

Ubrana Malinda Compton była stuprocentową 

damą. Półnaga i w jego łóżku - kusicielką. 

Ach, jak pragnął położyć się obok niej i przytulić. 

Malinda zamruczała i przekręciła się na plecy. Koc 

zsunął się jej do pasa. Oddech zamarł Jackowi gdzieś 

w głębi płuc. Dama, pomyślał, a dłonie zacisnęły mu 

się w pięści. I to taka, której wcale by się nie 

podobało, że ktoś ogląda ją śpiącą. 

background image

Nie chciał jej budzić. Mógł po prostu, tak jak 

chłopców, wziąć ją na ręce i zanieść do łóżka, ale 

gdzie? Łóżko pani 0'Grady było nie posłane. 

Wzruszył ramionami, przeszedł na drugą stronę 

łóżka, zdjął buty, skarpetki i dżinsy i wsunął się pod 

przykrycie. 

Och, do cholery, przecież ona nawet nie będzie 

wiedziała, że tam leżał. 

Malinda poczuła, że palą ją plecy. Na wpół 

rozbudzona odsunęła się odrobinę od tego ognia 

i zagłębiła twarz w poduszkę. Gorąco natychmiast 

powróciło. Uścisk w pasie także. Po kolei, pokonując 

sen, zdała sobie sprawę i z innych rzeczy. Wilgotne 

ciepło na szyi, jakiś ucisk na plecy i pod kolanami. 

Nie było to bynajmniej nieprzyjemne. Dawało jakieś 

dziwne poczucie bezpieczeństwa. Czy to sen? Malinda 

otworzyła oczy. 

Przypomniała sobie, gdzie jest i co robi. Dom Jacka 

Brannana. Pilnowanie czterech małych potworów. 

I jeden z tych potworów za chwilę straci rękę, jeśli nie 

posunie się i nie zrobi jej miejsca w tym łóżku. 

Odwróciła się i... napotkała wzrok Jacka Brannana. 

- Co tu robisz? - wyjąkała z trudem. 

- Mógłbym ci zadać to samo pytanie - uśmiechnął 

się Jack. 

- Wyłaź - zażądała Malinda i nasunęła prześcieradło 

na piersi. 

- Wyłaź? 

- Tak! Wyłaź. 

Pozbawiony przykrycia Jack wsunął ręce pod pachy, 

przymknął oczy i wygodnie ułożył głowę na poduszce. 

- To moje łóżko. I jeśli ktoś ma z niego wyjść, to ty. 

background image

- Nie mogę. Jestem nie ubrana. 

- Ja też. 

- Więc co zrobimy? - zapytała niepewnym głosem. 

- Nie wiem, jak ty, ale ja mam zamiar spać dalej. 

Znów objął ją w pasie i przysunął bliżej głowę. 

Zerwała się w mgnieniu oka, ciasno owinięta kocem. 

- Ty - ty świnio! - wrzasnęła. - Nie obchodzą 

mnie już twoje dzieciaki. Jak będą chciały pić albo 

pójść do łazienki, albo będzie im się coś złego śniło, 

albo cokolwiek jeszcze wymyślą, żeby wyjść z łóżka, 

to ty się nimi zajmiesz. 

Malinda odwróciła się i ruszyła ku drzwiom. 

- Malindo? 

- Słucham? - rzuciła przez ramię. 

- Dokąd idziesz? 

- Do domu! Nie zostanę ani chwili dłużej w tym 

domu wariatów. 

- Czy masz napęd na cztery koła? 

Absurdalność tego pytania zaskoczyła ją. 

- A co to ma do rzeczy? 

- Bez napędu na cztery koła dojedziesz najwyżej 

do końca podjazdu. Śnieg sypie od wielu godzin. 

Wróć do łóżka. Rano cię odwiozę. - Poklepał ręką 

miejsce obok siebie. 

- Dama nigdy nie dzieli łoża z mężczyzną, który 

nie jest jej mężem - wysyczała jadowicie Malinda. 

- I wiedz, że wolę spać w wannie niż w jednym łóżku 

z tobą! 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Nie, nie możesz jej obudzić - powiedział Jack 

smarując grzankę dżemem. 

- Ale już prawie dziewiąta. Nie obejrzy filmu. 

Jack zaśmiał się i podał Darrenowi grzankę. 

- Coś mi się wydaje, że panna Compton przeżyje 

bez filmu. 

- Jak było wczoraj? - Jack zwrócił się do całej 

czwórki. 

- Chyba w porządku - odparł Mały Jack wycierając 

rękawem kakaowe wąsy. 

- Nauczyliście się czegoś? 

- Na przykład? 

- Na przykład dobrych manier, do jasnej ciasnej! 

Ta pani jest tu po to, żeby was nauczyć manier. 

Popatrzył na synów i zauważył, że najstarszy patrzy 

na bliźniaki ostrzegawczo. 

- No, dobra, chłopaki. Mówcie. Coście zrobili 

pannie Compton? 

- Oczywiście poza spaleniem mnie na stosie, co? 

W progu stała Malinda. Panna Doskonalska wróciła. 

Elegancko ubrana, włosy związane w kok. Jack 

przyznał w duchu, że bardziej podobała mu się nieco 

potargana niż jako obraz doskonałości. 

Malinda szybkim, zdecydowanym krokiem podeszła 

do ekspresu i nalała sobie filiżankę kawy. 

- Powinieneś mnie ostrzec. Gdybym wiedziała, że 

background image

będę miała do czynienia z nieletnimi przestępcami, 

nie tak łatwo oddałabym ci tę przysługę. 

- Co takiego zrobili? 
- Zrobili? - powtórzyła z sarkazmem. - Czemu nie 

zapytasz Darrena? 

Malinda stuknęła jednego z bliźniaków w ramię. 

- To nie Darren. To Dawid. 

Malinda była pewna, że się nie myli. Wczoraj, 

kiedy miała już dość zabawy, jaką sobie z niej robili, 

specjalnie włożyła Dawidowi czerwoną piżamę, a Dar-

renowi niebieską. 

Obawiając się, że ostatnie słowo należy jednak do 

chłopców, nachyliła się nad Darrenem. 

- Jak masz na imię? 

- Dawid - odparł, unikając jej wzroku. 

- I to samo powiedziałeś mi wczoraj, kiedy wkła­

dałam ci piżamę? 

- Nie. 

- No i wyszło na moje - powiedziała z satysfakcją 

Malinda. 

- Dzieci po prostu chciały się trochę pobawić i... 

- Pobawić? Zaraz ci powiem, jak znakomicie 

ja się bawiłam! Przetykałam ubikację zatkaną trzema 

folkami papieru toaletowego. Wycierałam wazelinę 

ze wszystkich klamek w całym domu. Słuchałam 

przez całą kolację, jak trzej chłopcy bekają jak 

przygłupie pijaczki. 

Malinda zaczerpnęła tchu, by kontynuować tę 

wyliczankę, ale w tej chwili Jack wstał, gwałtownie 

odsuwając krzesło. Jego onieśmielający wzrost, silna 

budowa, a teraz na dodatek zaciśnięte gniewnie usta 

sprawiły, że zamilkła. 

- Chłopcy, proszę iść do swoich pokoi i tam na 

background image

mnie poczekać - Jack zwrócił się do całej czwórki 

głosem nie znoszącym sprzeciwu. 

Powoli, ze spuszczonymi głowami, chłopcy odeszli 

od stołu. Wiedzieli, co ich czeka i, co gorsza, Malinda 

też wiedziała. 

- Przepraszam za zachowanie chłopców - powie­

dział cicho Jack. - Chętnie bym skłamał i powiedział, 

że nie zawsze są tacy okropni, ale cóż, nie byłaby to 

prawda. Obiecuję, że zostaną porządnie ukarani. 

Końcowe oświadczenie Jacka zwróciło szczególną 

uwagę Malindy. Stojąc tuż obok niej wydawał się 

taki ogromny w porównaniu z chłopcami. Wyobraziła 

sobie, jak ich karze i zapomniała o wszystkich winach 

tych małych potworów. To przez nią będą ukarani. 

Przez nią dostaną lanie pewnie największe w życiu. 

Gdyby tylko tyle nie gadała... 

Na poprawę nigdy nie jest za późno. Znowu ciotka 

Hattie. Malinda nie próbowała odrzucić nie proszonej 

rady. Nawet po śmierci ciotki wciąż słyszała jej 

truizmy. I choć jako dziecko często się przeciw nim 

buntowała, będąc dorosłą nauczyła się je cenić. 

- Właściwie to chłopcy nie byli tacy straszni. Po 

prostu jestem zmęczona. To był bardzo długi wieczór, 

a ja nie jestem przyzwyczajona do małych chłopców. 

A oni, jak sam powiedziałeś, po prostu chcieli się bawić. 

Malinda zdawała sobie sprawę ze swojej paplaniny, 

ale za wszelką cenę chciała powstrzymać Jacka przed 

karaniem chłopców. 

- Zabawa to jedno, a dręczenie drugie. Nie pozwolę, 

żeby chłopcy okazywali brak szacunku wobec dorosłego. 

Surowość twarzy Jacka wstrząsnęła Malinda. 

- Jak skończę z chłopcami, odwiozę cię do domu 

- dodał Jack wychodząc z kuchni. 

background image

Malinda opadła na krzesło i przycisnęła dłonie do 

uszu. Biedni chłopcy. Nie zniosłaby ich płaczu. I to 

wszystko przez nią. 

Siedziała tak chyba wieczność - z łokciami wspar­

tymi o kolana, rękami przy uszach, z zamkniętymi 

oczami. I nic nie słyszała. Ani podniesionego głosu, 

ani płaczu. Powoli zwalniała ucisk dłoni. 

To bez sensu, powiedziała sama do siebie i zerwała 

się na równe nogi. Trzeba się czymś zająć, żeby nie 

nasłuchiwać wciąż odgłosów z głębi domu. Podciągnęła 

rękawy i zabrała się do zmywania sterty brudnych 

naczyń. Po chwili zorientowała się, że choć jej ręce są 

zajęte, to uszy nie. Nadal nasłuchiwała. Zaczęła więc 

nucić. 

I taką właśnie zastali ją Jack i chłopcy. Stała przy 

zlewie w pianie po łokcie, tarła zawzięcie talerze 

i nuciła tak głośno, że obudziłaby umarłego. Jack aż 

trzy razy wołał, zanim go usłyszała przez ten raban. 

- O raju, aleście mnie przestraszyli! 

- Przepraszam, ale wołałem dwa razy, zanim mnie 

usłyszałaś przez ten hałas. Chłopcy chcą ci coś 

powiedzieć. 

Ze zwieszonymi głowami chłopcy posłusznie wy­

stąpili naprzód. Malinda z trudem przełknęła ślinę 

i z jeszcze większym trudem powstrzymała łzy. 

Wolałaby wypić butelkę rycyny - ulubionego lekarstwa 

cioci Hattie - niż przechodzić przez to wszystko. 

- Przepraszamy, Malindo - wymamrotali chórem. 

Widząc, że chłopcy czują się równie nieprzyjemnie 

jak ona, Malinda uśmiechnęła się. 

- Jestem pewna, że nie robiliście tego specjalnie. 

Przeprosiny przyjęte. 

Jack położył rękę na ramieniu Małego Jacka. 

background image

- Ponieważ swoimi psotami obraziliście Malindę, 

będzie sprawiedliwie, jeśli to ona wyznaczy wam karę. 

- Co? - wykrzyknęła Malinda. 

- Ich kara zależy od ciebie. 

- Ale przecież przeprosili. Czy to nie wystarczy? 

- Nie wydaje mi się. Miałaś przez nich dużo 

dodatkowej pracy, muszą więc za to zapłacić. 

Malinda wiedziała, że Jack ma rację. Nie miała 

natomiast żadnego doświadczenia w wymyślaniu kar. 

Stała tak, niepewna, co zrobić lub powiedzieć, i czuła 

na sobie ciężar spojrzeń chłopców. 

Aby zyskać na czasie, wzięła z lady ścierkę i długo 

wycierała ręce. Musi coś wymyślić, żeby przestali tak 

na nią patrzeć. 

Kara musi być równa przewinieniu. Malinda 

w myślach podziękowała ciotce Hattie. 

- No dobrze - powiedziała, porządnie nadrabiając 

miną. - Darren, to ty i Dawid zatkaliście toaletę 

papierem. Za to wyczyścicie podłogę w łazience. 

Szczoteczką do zębów - dodała po namyśle. 

Spojrzała teraz na Małego Jacka. Przed chwilą 

nawet przeprosił, ale jego mina świadczyła, że nie 

były to szczere przeprosiny. 

Malinda wyjrzała przez okno. Omiotła wzrokiem 

zwały śniegu, które zasypały wejście do garażu 

i podjazd do sąsiedniego domu. 

- Kto mieszka w domu obok? - zapytała Małego 

Jacka. 

- Morganowie. 

- Mają dzieci? 

- Pięcioro. 

- A naprzeciwko? 

- Stara pani Harris. 

background image

Malinda uniosła brwi do góry. Celny strzał! 

- Stara pani Harris - powtórzyła. - Mieszka sama? 

- Kto by chciał z nią mieszkać? Jest głupia jak but. 

- Dzięki Bogu nie musisz z nią mieszkać. Musisz 

tylko odgarnąć śnieg z jej chodnika. 

- Co? Jej chodnik ma cały kilometr. 

- Nie cały - wtrącił Jack. - Twój kombinezon 

i rękawiczki są w szafie. A w garażu wisi szufla do 

śniegu. A wy - zwrócił się do bliźniaków - weźcie starą 

szczoteczkę z dolnej szuflady w łazience i do roboty. 

- Jeszcze jeden nam został. Jaka będzie jego kara? 

- zapytał Jack podrzucając Patryka na kolanie. 

- Czterdzieści uderzeń mokrą kluską - zaśmiała 

się Malinda, szczęśliwa, że najgorsze jest już poza nią. 

Patryk rzucił jej się w ramiona. Objął ją za szyję 

i wtulił nos, a Malinda przytuliła go mocno wdychając 

zapach talku, którym posypała go wczoraj po kąpieli. 

W pewnej chwili zauważyła, że Jack przygląda się tej 

scenie z pewnym zdziwieniem i zbiło ją to z tropu. 

Wypuściła Patryka z objęć. 

- Mam nadzieję, że nie są to zbyt surowe kary. Nie 

mam wprawy w takich sprawach. 

- Nie, postąpiłaś całkiem w porządku - odparł 

Jack i nie patrząc na nią wziął Patryka na ręce. 

— Pójdę go położyć. 

Zakłopotana dziwnym zachowaniem Jacka Malinda 

zajęła się zmywaniem. Kiedy Jack wrócił, stała przy 

zlewie i płukała talerze po śniadaniu. 

- Nie powinnaś po nas zmywać - powiedział. 

- Wcale mi to nie przeszkadza. To prawdziwa 

przyjemność pracować w takiej dużej i nowoczesnej 

kuchni. U mnie najnowszym urządzeniem jest dwu­

nastoletni elektryczny otwieracz do konserw. 

background image

- Mimo to nie powinnaś. 

Jack dla równowagi oparł się ręką o jej biodro 

i odstawił umyty talerz na suszarkę. 

Malinda otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. 

Poczuła ucisk w żołądku. Ogarnęły ją dziwne uczucia, 

podobne do tych, z jakimi obudziła się dziś rano. 

Jego ręka na jej talii, jego ciało przyciśnięte do jej 

pleców. Żaden mężczyzna nie dotykał jej tak mimo­

chodem, a równocześnie tak intymnie. Nigdy żaden 

mężczyzna nie odważył się podejść tak blisko. 

Malinda zacisnęła mocno ręce na brzegu zlewu. 

- Znakomicie sobie poradziłaś z tymi karami. 

Następnym razem na pewno dobrze się zastanowią, 

zanim spróbują jakichś figlów. 

Malinda spojrzała na niego zdziwiona. Następnym 

razem? Czyżby spodziewał się, że po klęsce wczoraj­

szego wieczora nadal będzie chciała uczyć jego dzieci? 

Sprawa jest przegrana. Tylko jak się z tego wyplątać? 

Zanurzyła ręce w zlewie i wyciągnęła następny talerz. 

- Ta nasza umowa - zaczęła, nerwowo przełykając 

ślinę, nie wiedząc co zrobić, by nie urazić jego 

ojcowskiej dumy. 

Jack wyjął jej z rąk talerz i leciutko naciskając 

biodrem odsunął ją od zlewu. 

- Mam nadzieję, że wczorajsze figle chłopców nie 

wystraszyły cię? 

- Wystraszyły? - powtórzyła. - Ależ nie! Tylko... 

tylko że chyba nie mam zdolności ani czasu, by 

naprawdę im pomóc. Chłopcy są tak niepodobni do 

dziewczynek. 

- Naprawdę? Nie zauważyłem - zażartował Jack. 

Malinda nagle uświadomiła sobie, że z tym oto 

mężczyzną spędziła co najmniej pół nocy w jednym 

background image

łóżku. Poczuła, że się czerwieni. Wyjęła mu z ręki 

talerz i odstawiła na suszarkę. 

- A twoja matka nie mogłaby się nimi zająć? 

- zapytała zniecierpliwiona. 

- Którą proponujesz? 

- Masz więcej niż jedną? - zdziwiła się Malinda. 

- Siedem. A właściwie osiem - poprawił się. 

- Jasne, oczywiście. 

- Naprawdę mam osiem matek. - Jack wetknął 

ścierkę do szklanki. - Pani Carothers, pani Givens, 

pani Lightfoot, pani Kern, pani Brown, pani Bowman, 

pani Smith i pani Pringle - zakończył wręczając jej 

wytartą szklankę. 

- Brakuje chyba pani Brannan - zauważyła Ma­

linda. 

- Zgadza się, ale ona się nie kwalifikuje. 

Zakłopotana tą pełną zagadek rozmową Malinda 

odstawiła szklankę na suszarkę i złożyła ręce na 

piersiach. 

- A kiedyż to matka nie  k w a l i f i k u j e się jako 

matka? - zapytała. 

- Kiedy oddaje swoje dziecko pod opiekę państwa. 

To chłodne, pozbawione emocji oświadczenie zmro­

ziło Malindę do szpiku kości. Wiedziała, jak to jest, 

kiedy rodzice są nieobecni, ale nie miała pojęcia, jak 

czuje się dziecko, kiedy matka go nie chce. 

- Ile miałeś wtedy lat? - zapytała cicho, żałując 

swego wcześniejszego sarkazmu. 

- Dziesięć. Za dużo, żeby jakieś małżeństwo chciało 

mnie adoptować, i za mało, żebym mógł być samo­

dzielny. 

W jego spojrzeniu Malinda dostrzegła cień dawnego 

bólu. 

background image

- Współczuję ci. To musiało być straszne. 

Jack zobaczył, na co się zanosi. Najpierw w jej 

oczach, potem w delikatnym drżeniu warg. Litość. 

O Boże, ależ tego nienawidził. 

- Jakoś przeżyłem - odparł krótko, wyciągając 

korek ze zlewu. 

Czekał, aż spłynie woda i patrzył przez okno, jak 

Mały Jack odgarnia śnieg z chodnika pani Harris. 

Niech się wypchają ci wszyscy nauczyciele, pomyślał. 

Moi chłopcy to dobre dzieciaki. Może trochę nie­

okrzesane, ale dobre. To nie ich wina, że nie mają już 

matki, która mogłaby nauczyć ich przyzwoitego 

zachowania, ani jego, że z kolei wie zbyt mało. 

Mają za to ojca, którego stać, by mieli wszystko, 

czego jemu brakowało w dzieciństwie. Potrzebna mu 

tylko pomoc. A pomoc można kupić. 

Jack spojrzał na stojącą obok Malindę. Głowa 

uniesiona wysoko, plecy proste, ręce równo złożone 

na parapecie. Panna Doskonalska. Idealna osoba do 

tej roboty. 

Kiedy przypomniał sobie, jak serdecznie tulił się do 

niej Patryk, przyszedł mu do głowy pewien pomysł 

- trochę zwariowany, ale jednak pomysł. Malinda 

jest może trochę za młoda, zbyt krucha i delikatna, 

ale Patryk ją lubi i ona jego najwyraźniej też. I, 

sądząc po wyglądzie domu po tylko jednym wieczorze 

jej pobytu, nieźle sobie radzi z pracami domowymi. 

Dwie pieczenie przy jednym ogniu. Ktoś, kto na­

uczy dzieci manier, gospodyni i opiekunka w jednej 

osobie. 

Delikatnie wziął ją za ramię i posadził przy stole. 

- Kiedy byłem u ciebie w sklepie, wspomniałaś coś 

o ogłoszeniu? 

background image

- Tak, szukam pracy z zamieszkaniem jako gos­

podyni i opiekunka do dzieci. 

- Dlaczego? 

Westchnąwszy Malinda wygładziła fałdy spódnicy 

i położyła ręce na stole. Momentalnie zesztywniała 

i pożałowała tego ruchu. Jej dłonie znajdowały się 

tylko parę centymetrów od dłoni Jacka. W gardle jej 

zaschło, ręce się spociły, oczy piekły. 

- Malindo? 

- Tak? - Chciała zyskać na czasie i opanować się. 

- Pytałem, dlaczego. Dlaczego potrzebujesz dodat­

kowej pracy? Zdaje się, że masz pełno roboty - sklep, 

kursy i na dodatek rubryka w gazecie. 

- Zgadza się. Mam mnóstwo zajęć, ale nie pieniędzy. 

- Ale jak przy takiej ilości roboty znajdziesz czas 

na zajmowanie się czyimś domem i dziećmi? 

- W ogłoszeniu podkreśliłam, że chodzi mi o dzieci 

w wieku szkolnym. Sklep otwieramy o dziesiątej, 

więc zdążę wyprawić dzieci do szkoły, posprzątać 

dom i w porę otworzyć sklep. Cecile nie znosi wstawać 

rano, więc za obopólną zgodą ja będę pracować 

przed południem, a ona po. Będę miała czas na 

pozaszkolne zajęcia z dziećmi. 

>Fakt, że chodziło jej tylko o dzieci w wieku 

szkolnym, stanowił pewien problem, ale Jack ani 

myślał rezygnować. 

- A gdyby zgłosił się ktoś, kto nie ma dziecka 

w wieku szkolnym? Potrafiłabyś to jakoś ułożyć? 

- Sama nie wiem - odparła wolno, niezdolna 

odwrócić wzroku. Jack patrzył na nią z takim 

napięciem, że czuła się zbita z tropu. - Gdyby rodzice 

się zgodzili, to może dziecko przychodziłoby ze mną 

do sklepu. Cecile czasami przyprowadza swoje dzieci. 

background image

Mamy kącik z zabawkami i książeczkami do koloro­

wania. 

- Cudownie! - wykrzyknął Jack i uderzył dłonią 

w stół. - A więc co powiesz na pracę u nas? 

Pracować u Brannanów? Na cały etat? Wiedziała, 

że nie wytrzyma tych paru godzin nauki etykiety, 

a on chce, żeby z nimi mieszkała? Pomysł był tak 

niedorzeczny, że zaniemówiła. 

Po minie Malindy Jack poznał, że dla niej nie jest 

to takie cudowne. Ale bardzo jej potrzebował i chłopcy 

też. A sądząc po sztywności pleców i zaciśniętych 

ustach, ona też ich potrzebowała - żeby nauczyli ją 

rozpuszczać włosy i mniej wszystko krochmalić. 

Jack wiedział, że z czasem uda się ją przekonać. Że 

zobaczy, iż propozycja jest korzystna dla obu stron. 

- Nie musisz od razu podejmować decyzji. Pogoda 

jest paskudna, więc może zostaniesz z nami? Tak, żeby 

się lepiej poznać. Wtedy dopiero dasz mi odpowiedź. 

Obiecuję, że z samego rana odwiozę cię do domu. 

Brązowe oczy hipnotyzowały niebieskie oczy Malin­

dy. Ten człowiek jest niebezpieczny. Malinda była 

tego pewna. Jak mogłaby mieszkać z nim pod jednym 

dachem, jeśli trudno jej było nawet oddychać w jego 

obecności? 

Wiedziała, że to obłąkany pomysł. Nie potrafi dać 

sobie rady z małymi Brannanami. Ani z ich ojcem... 

Ale wciąż miała w pamięci słodki uścisk Patryka, 

piękny dom, który aż się prosił o kobiecą rękę... 

i ciepło dłoni Jacka Brannana. 

Potrząsnęła głową, by wyzbyć się tych kuszących 

myśli. 

- Naprawdę nie mogę. Nie wzięłam żadnych 

ubrań i... 

background image

- Przecież to tylko jeden dzień. 

- I muszę koniecznie popracować nad moją rubryką. 

Mam ją oddać... 

- Możesz pracować w moim gabinecie. Obiecuję, 

że nie będziemy ci przeszkadzać. 

- I mój dom... 

- Jutro też będzie stał na swoim miejscu. - Na 

twarzy Jacka pojawił się uśmiech, a Malindzie coraz 

trudniej było mu się oprzeć. - Cóż to jest jeden dzień? 

Powiedz, że zostajesz. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Jack jednym ruchem ręki zgarnął wszystkie śmieci, 

które leżały na biurku, i ułożył je w bezładną kupkę 

na podłodze. 

- Czuj się jak u siebie - powiedział przysuwając 

Malindzie krzesło. - Papier jest w górnej szufladzie. 

Ołówki i pióra tutaj. Wołaj, jakbyś czegoś po­

trzebowała. 

Rozejrzał się jeszcze raz po gabinecie, obdarzył 

Malindę zniewalającym uśmiechem i wyszedł. 

A to łobuz, pomyślała Malinda patrząc na zamknięte 

drzwi. Jeszcze dwie godziny temu nie miała zamiaru 

spędzić w tym domu ani minuty dłużej, nie mówiąc 

już o nocy, a teraz oto siedzi za jego biurkiem! 

I bez zajmowania się Brannanami miała dosyć 

roboty. Brakowało jej wprawy, by zajmować się 

czterema chłopcami. I na pewno nie miała żadnego 

doświadczenia, by poradzić sobie z takim czarusiem 

jak Jack Brannan. 

Jack obiecał, że przez godzinę nikt nie będzie jej 

przeszkadzał. Z głębokim westchnieniem zdjęła łokcie 

z biurka. A właściwie tylko spróbowała to zrobić. Coś 

obrzydliwego i lepiącego się przywarło jej do rękawów. 

Piętnaście minut trwało zdrapywanie z biurka gumy 

arabskiej. Następne dziesięć uporządkowanie szuflady, 

w której schowany był papier do maszyny. Po­

szukiwanie jakiegoś piszącego pióra w górnej szufladzie 

background image

udowodniło, jakim bałaganiarzem jest Jack. Nie 

namyślając się długo, Malinda zaczęła metodycznie 

układać wszystko i porządkować. 

Kiedy po godzinie Jack wszedł do gabinetu, zastał 

Malindę nieco rozczochraną, z podciągniętymi ręka­

wami i plamą atramentu na policzku, obrywającą 

zeschłe liście z drzewka figowego. Gabinet był 

absolutnie bez skazy. 

- Co ty, do cholery, wyrabiasz? - wykrzyknął. 

- Co zrobiłaś z moimi rzeczami? 

Jego pełen wyrzutu głos nie przestraszył Malindy. 

Porządkowanie i sprzątanie zawsze dodawało jej 

animuszu. 

- Sprzątam. Każda rzecz ma swoje miejsce, a każde 

miejsce swoją rzecz - wyrecytowała wesoło cytując 

ciotkę Hattie. 

- Miałaś chyba pracować? 

- Owszem. Ale najpierw musiałam oderwać rękę od 

biurka. To chyba była guma arabska - dodała znaczą­

co. - Już chciałam zaczynać, ale nie mogłam znaleźć 

papieru, bo w szufladzie był taki bałagan. - Malinda 

wysunęła rzeczoną szufladę. Wszystkie rzeczy w środku 

zostały posortowane i ułożone w wojskowym porządku. 

Ta kobieta jest niemożliwa, pomyślał Jack. Ale 

potrzebuję jej. I choć znakomicie wiedział, że już 

nigdy nie znajdzie żadnej rzeczy w swym gabinecie, 

zdobył się na uśmiech. 

- Dobra robota. Ale co z twoim tekstem? 

- Już zaczynałam pisać, kiedy zauważyłam tę biedną 

roślinę. Czy ty ją w ogóle podlewasz? 

- Pani 0'Grady tym się zajmowała. 

- Rozumiem - uśmiechnęła się Malinda. - A więc 

teraz będziesz musiał to robić sam. Podlewaj co 

background image

najmniej raz w tygodniu. Użyźniaj ziemię co miesiąc. 

I dawaj jej dużo słońca. Coś jeszcze? - zapytała 

wkręcając papier w maszynę. 

- Nie, nic. Przyszedłem tylko, żeby powiedzieć, że 

wychodzimy z chłopcami pobawić się na śniegu. 

- Bawcie się dobrze. A chłopcy niech koniecznie 

włożą kalosze. 

Wcale nie zrobił tego specjalnie. To chłopcy wybrali 

miejsce na bałwana. To nie jego wina, że upatrzyli 

sobie teren tuż pod oknem gabinetu. Także nie jego 

winą było, że mógł zapuszczać żurawia na pracującą 

przy biurku Malindę. 

Przez większość czasu po prostu siedziała wypros­

towana, patrzyła w przestrzeń i w zamyśleniu stukała 

palcem w brodę. Potem nagle jej palce wręcz zaczynały 

śmigać po klawiaturze. Gdy zabrakło jej pomysłu, 

robiła przerwę, czytała to, co już napisała, kiwała 

głową z zadowoleniem i znowu patrzyła przed siebie. 

Jacka strasznie to irytowało. Sam nie wiedział 

dlaczego. Nad czym ta kobieta tak się zastanawia. 

Przecież pisze tylko rubrykę o manierach, a nie 

wielką amerykańską powieść. 

Im dłużej patrzył, tym bardziej go to irytowało. 

Malinda ani razu się nie pochyliła ani nie przygarbiła, 

a przecież nikt na nią nie patrzył. Jak można być cały 

czas tak doskonałą? 

- Z czego zrobimy oczy, tato? 

Nie odrywając wzroku od Malindy, Jack wskazał 

ręką taras. 

- Idź zobacz, może w grillu są jakieś węgielki. 

Malinda uniosła rękę do góry i poprawiła wysunięte 

pasmo włosów. To już było dla Jacka za wiele. 

Wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je wolno 

background image

przez zaciśnięte zęby. Patrzył na jej piersi napięte pod 

jedwabną bluzką. 

Przymknął oczy i zobaczył ją lezącą w swoim 

łóżku, z piersiami przysłoniętymi tylko odrobiną 

koronki. Miękkie, okrągłe, perłowobiałe wzgórki. Do 

całowania, do pieszczenia. Z westchnieniem otworzył 

oczy i patrzył na to, czego zobaczyć nie mógł, co 

jedwabna bluzka tak znakomicie ukrywała. 

- Hej, tato! 

- Co, synku? - Z poczuciem winy Jack oderwał 

wzrok od kuszącej figury Malindy. 

- Czy możemy wziąć dla bałwana twój rybacki 

kapelusz? 

- Jasne. Wisi w szafie w pralni. 

Przez chwilę Jack udawał zainteresowanie bałwanem, 

po chwili jednak jego wzrok znów powędrował 

w kierunku okna gabinetu. 

Malinda znowu pisała. Plecy proste jak trzcina, 

broda równoległa do ciasno zsuniętych kolan. Ramiona 

miała opuszczone, więc luźno dopasowana bluzka 

ukrywała kształt jej piersi. Jack sam nie wiedział, co 

go bardziej irytuje. Jej nienaganna postawa czy fakt, 

że nie może już podziwiać krągłości piersi. 

Co jest z tą kobietą? Nie powinno go obchodzić, że 

siedzi w domu i tyra, podczas gdy on i chłopcy bawią 

się na dworze. To jej problem, nie jego. I nie powinno 

go obchodzić, czy bolą ją plecy, które od rana do 

wieczora katuje taką postawą. To jej plecy, nie jego. 

Może i nie powinno, ale jednak... I miał tego dość. 

Odwrócił się na pięcie i ruszył do domu. 

- Hej, tato! Dokąd idziesz? - zawołał Mały Jack. 

- Do domu - odkrzyknął przez ramię. - Pilnuj 

chłopców. 

background image

Zatrzymał się dopiero w sypialni. Wyjął z komody 

stary dres i grube skarpety. 

Wciąż rozgniewany wpadł do gabinetu i rzucił 

ubranie na biurko. 

- Przebieraj się. Wychodzimy na dwór. 

- Co? 

- Powiedziałem, przebieraj się - powtórzył i podparł 

się pod boki, zniechęcając ją do jakichkolwiek protes­

tów. - Idziesz na dwór bawić się z nami na śniegu. 

- Ale... 

- Nie ma żadnego ale. Bo inaczej ja cię przebiorę. 

Malinda zdawała sobie sprawę, że Jack gotów jest 

spełnić swoją groźbę. Wściekła zgarnęła ubranie. 

- To nie będzie konieczne - odparła. - Ale naprawdę 

nie widzę powodu... 

- Dziesięć minut. - Jack pogroził jej palcem. - Jak 

nie będziesz na dworze, przyjdę po ciebie. 

Dziesięć minut później Malinda była w ogrodzie. 

Czuła się jak głupia. Miała na sobie dres Jacka i jakąś 

starą kurtkę, którą znalazła w pralni. Stopy tonęły jej 

w o trzy numery za dużych kaloszach. Ze swoich 

rzeczy miała na sobie tylko stanik i majtki oraz 

wełniane rękawiczki. 

Zanim zdążyła powiedzieć Jackowi, co myśli o takim 

zachowaniu, śnieżna kula trafiła ją w ramię i śnieg 

zasypał jej twarz. 

- Ach, ty chuliganie! - Nie namyślając się Malinda 

schwyciła garść śniegu i rzuciła prosto w uśmiechniętą 

twarz Jacka. Jack uchylił się i śnieg rozprysnął się 

o chodnik nieefektownym plaśnięciem. 

To jeszcze bardziej rozwścieczyło Malindę. Chwytała 

śnieg w obie ręce, rzucała, schylała się znowu, nawet 

nie patrząc, czy wcelowała. Śnieżna kula trafiła ją 

background image

w kołnierz i zsunęła się pod kurtkę. Skacząc na jednej 

nodze Malinda próbowała wytrzepać śnieg. 

Siedzący na masce samochodu mali Brannanowie 

zagrzewali ojca do walki. Malinda spojrzała w ich 

kierunku, a oni natychmiast przybrali niewinny, 

anielski wyraz twarzy. Nie dała się nabrać. Wiedziała, 

że znakomicie się bawią -jej kosztem. 

Kątem oka dostrzegła leżącą na tarasie szuflę do 

śniegu. 

Niezależnie od okoliczności kobieta zawsze powinna 

zachowywać się jak dama. 

Dłonie Malindy nie schwyciły szufli. 

- Tylko raz, ciociu - szepnęła. - Tylko ten jeden raz. 

- Co pani mówiła, panno Doskonalska? - zapytał 

Jack, skręcając się ze śmiechu. 

Tego już było za wiele. Malinda schwyciła szuflę 

mocno obiema rękami, zanurzyła w pryzmie śniegu 

i napełniła po brzegi. Odwróciła się do Jacka. Oczy 

płonęły jej z wściekłości. 

- Ja tylko żartowałem, Malindo. Naprawdę. - Jack 

śmiejąc się podniósł ręce do góry i zrobił krok do 

tyłu. Potknął się o ukryty pod śniegiem krawężnik 

i upadł na plecy. Malinda czuwała. Cała zawartość 

szufli wylądowała na jego twarzy. 

Choć oślepiony przez śnieg, Jack chwycił ją za 

kostkę u nogi. Jeden ruch i już leżała na nim, 

rozciągnięta wcale nie jak dama. 

Upadek pozbawił ją nie tylko szufli, ale i tchu. 

Przez moment leżała oszołomiona. W uszach jej 

dzwoniło, nic nie słyszała. Za to czuła o wiele za dużo. 

Najpierw tylko jego śmiech - w formie wibracji na 

swoich piersiach. I jego oddech w swoim uchu. Potem 

stopniowo zdawała sobie sprawę z silniejszych doznań. 

background image

Ucisk jego ud na swojej nodze. Delikatna nabrzmiałość 

jego męskości przytulona do jej brzucha. I... i jego ręce 

obejmujące jej pupę. 

Przerażona śmiertelnie intymnością tej pozycji, 

Malinda próbowała wyswobodzić się z uścisku Jacka. 

Uniosła się nieco na łokciach. 

Szeroko otwarte błękitne oczy Malindy napotkały 

śmiejące się oczy Jacka. Wzrok przestraszonej łani 

zmazał uśmiech z jego twarzy. Choćby nawet chciał, 

nie umiałby się powstrzymać. Ujął jej zaczerwienione 

policzki w dłonie, uniósł jej głowę, ich wargi się 

spotkały. 

Zimno. To było pierwsze wrażenie. A potem 

miękkość i słodycz nie do opisania. Poczuł, jak jej 

palce zaciskają się na jego kurtce, ale twarz ani drgnęła. 

Świadomy, że Malinda jest tak samo jak on 

zaciekawiona tym, co się dzieje, Jack badał językiem 

wewnętrzną miękkość jej warg. Palce, które poprzednio 

ujmowały jej twarz, obejmowały teraz jej głowę. Ich 

oddechy się wymieszały. 

- Brawo, tato! Wygrałeś! 

Głos syna przypomniał Jackowi, że, niestety, nie są 

z Malinda sami. Possał przez moment jej dolną wargę 

i zakończył pocałunek. 

- No tak, ale co teraz? 

Choć pytanie skierowane było do syna, Jack nie 

odrywał wzroku od Malindy. Wargi miała leciutko 

obrzmiałe, policzki zdrowo zaczerwienione, a oczy... 

Było w nich i pożądanie, i zmieszanie. Jack wiedział 

już, że pod fasadą damy kryje się bardzo zmysłowa 

kobieta, ale sądząc po jej minie i bijącym jak oszalałe 

sercu, sama jeszcze o tym nie wie. 

background image

Malinda siedziała przy biurku i patrzyła przed siebie. 

Myślami była daleko - no, może tylko w głębi domu. 

Gdzie on jest? zastanawiała się. Co robi? Czy myśli 

o mnie, jak ja o nim? 

Koniuszkiem palca obwiodła zarys dolnej wargi. 

Przymknęła oczy i wspominała pocałunek Jacka. 

Fale pożądania rozpłynęły się po jej ciele jak ciepły 

miód. Pocałunek był taki jak mężczyzna, który ją 

nim obdarzył. Silny, rubaszny, namiętny, z odrobiną 

delikatności. Nigdy w życiu nie doświadczyła takiego 

pocałunku. Ciekawe, czy i on tak to odczuwał? 

Natychmiast otworzyła oczy. Ty idiotko, zganiła 

się. Głupia, naiwna, niedoświadczona idiotko. Taki 

mężczyzna jak Jack Brannan całował na pewno miliony 

kobiet i natychmiast o nich zapominał. Czemu więc 

z nią miałoby być inaczej? Teraz na pewno zaśmiewa 

się z całej tej sprawy. 

Aż zaczerwieniła się z upokorzenia. Ciotka Hattie 

miała rację - nie należy ufać mężczyznom. W przy­

szłości musi o tym pamiętać. A teraz nie ma czasu na 

głupie marzenia. Robota czeka. Skupiła swą uwagę 

na liście od czytelniczki. 

Droga Panno Doskonalska, 
Mam szesnaście lat i zakochałam się w chłopaku 

z klasy. Niestety, on w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. 

Proszę mi powiedzieć, czy mogę do niego zadzwonić 

i poprosić o spotkanie. Moja mama mówi, że nie. A pani? 

Mama mówi, że podporządkuje się pani opinii. 

List podpisany był po prostu „Zrozpaczona". 

Jak zwykle Malinda próbowała sobie wyobrazić, 

jaką odpowiedź dałaby tej nastolatce ciotka Hattie. 

Nie musiała myśleć długo. Odpowiedź była oczywista. 

Czyż nie wysłuchiwała codziennie tego kazania? 

background image

Położyła list obok maszyny i zaczęła pisać. 
Droga Zrozpaczona, 
Rozumiem Twoją sytuację, ale muszę zgodzić się 

z Twoją mamą. Młoda dama nigdy nie powinna dzwonić 

do młodego człowieka prosząc go o spotkanie. To 

powinna być jego propozycja. Jeśli chcesz, żeby zwrócił 

na ciebie uwagę, spróbuj znaleźć się z nim w jednej 

grupie wyznaczonej do jakiegoś zadania albo poproś go 

o wyjaśnienie jakiegoś problemu. 

Powodzenia! 

-• W życiu nie czytałem czegoś równie głupiego! 

Malinda podskoczyła na dźwięk głosu Jacka. Nie 

słyszała, kiedy wszedł do gabinetu, i ogromnie się 

zdziwiła widząc, że stoi za nią i czyta jej przez ramię. 

Zdjął mokre ubranie i miał na sobie swój najwyraźniej 

ulubiony strój - spłowiałe dżinsy i stary podkoszulek. 

Wyglądał znakomicie... aż za bardzo. 

Pamiętając, że postanowiła trzymać się od niego na 

bezpieczną odległość, Malinda spojrzała z powrotem 

na swój tekst. 

- Co tu widzisz głupiego? - zapytała. 

- Wszystko! - Jack machnął ręką w kierunku 

maszyny do pisania. - Co złego, jeśli dziewczyna 

zadzwoni do chłopaka, skoro ma na to ochotę? 

- Po prostu nie wypada. 

Jack usiadł okrakiem na krześle obok Malindy. 

- Kto tak twierdzi? - zapytał. 
- Na przykład ciotka Hattie. - Siedział tak blisko, 

że trudno jej było się skoncentrować. 

- Kto to, do cholery, jest ciotka Hattie? 
- Agata Doskonalska. Autorka tej rubryki i moja 

ciotka. 

background image

- Doskonalską? - powtórzył Jack. - Nawet pasuje. 

- Z trudem powstrzymywał śmiech. 

Malinda wiedziała, że Jack ma rację, lecz mimo to 

policzki paliły ją z upokorzenia. Nie znosiła nazwiska 

„Doskonalską". Nikt nie śmiał mówić do ciotki Hattie 

po imieniu. Wszyscy nazywali ją panną Doskonalską 

i było to w porządku, bo tak się przecież nazywała. 

Głupio zrobiło się dopiero po jej śmierci, kiedy Malinda 

przejęła rubrykę i ludzie zaczęli nazywać ją tak samo. 

Malinda poczuła się winna, bo ciotka Hattie bardzo 

była dumna ze swego nazwiska i reputacji. 

- Rzeczywiście pasuje. Ciotka Hattie była w stu 

procentach damą - powiedziała dumnie Malinda. 

Jack wyczuł, że trafił w czuły punkt. Zdrowy 

rozsądek kazał mu się wycofać, ale ciekawość zwycię­

żyła. 

- Jak to się stało, że ty redagujesz tę rubrykę? 

- To długa historia. Znudziłaby cię. 

- Ależ nie. Opowiedz, proszę. 

Malinda popatrzyła na niego i uznała, że mówi 

serio. 

- Ciotka Hattie zaczęła prowadzić tę rubrykę 

dwadzieścia lat temu i ludzie przyzwyczaili się do jej 

rad. Pisali prosząc o pomoc w sprawach dobrych 

manier i etykiety i tego, co wypada, a co nie, a ona 

drukowała odpowiedzi w gazecie. 

Bardzo się martwiła, kiedy zachorowała. Kto 

przejmie po niej to zadanie, kogo ludzie będą prosić 

o radę? Więc zaczęłam jej pomagać, wkrótce zaś 

robiłam to już samodzielnie. Chyba lepiej się czuła 

wiedząc, że jej praca będzie kontynuowana. A po jej 

śmierci po prostu robię to dalej. 

- Skąd znasz odpowiedzi na te pytania? 

background image

- Opieram się głównie na naukach ciotki Hattie. 

Wychowała mnie. Kiedy mam jakieś wątpliwości, 

sięgam do książek. 

- Czy zawsze zgadzasz się z radami, które dajesz? 

Jego pytania zaczynały działać jej na nerwy. 

Szczególnie na to ostatnie wolałaby nie odpowia­

dać. 

- To bez znaczenia. Chodzi tylko o to, żeby 

odpowiedź była właściwa. 

- Właściwa według kogo? 

- Autorytetów w danej sprawie. 

- A kto to są te autorytety? 

- Ludzie, którzy piszą podręczniki etykiety. Sama 

nie wiem... 

Chcąc zakończyć tę rozmowę, Malinda odwróciła 

wzrok. Zapadła krępująca cisza. Równie krępująca 

jak pytania Jacka. Kątem oka spojrzała w jego stronę. 

Siedział z podpartą brodą i patrzył na nią. Kiedy ich 

spojrzenia spotkały się, uśmiechnął się owym zniewa­

lającym uśmiechem, którego tak się bała. 

- Ależ ty jesteś sfrustrowana. 

- Co?! - wykrzyknęła zdziwiona Malinda. 

- Jesteś sfrustrowana. Żyjesz według jakichś ar­

chaicznych norm, z którymi się nawet nie zgadzasz, 

i jesteś wściekła, że tak jest. 

- To nieprawda! 

- Prawda i zaraz ci to udowodnię. 

Jack odwrócił krzesło i usiadł twarzą do Malindy. 

- Dotknij mnie. 

Przerażona tym żądaniem Malinda próbowała się 

odsunąć. Zablokowana między biurkiem a Jackiem 

mogła tylko odsunąć się do tyłu. Jack wykluczył ten 

ruch zaczepiając stopę o nogę jej krzesła. 

background image

- No, dotknij mnie - zachęcał. 

Malinda unikała jego wzroku. 

- Nie chcę cię dotykać. 

- Ależ chcesz. - Przysunął się jeszcze bliżej, a ich 

kolana się zetknęły. Jego bliskość pozbawiła ją tchu. 

- Chcesz wiedzieć, skąd wiem? Za każdym razem, kiedy 

jestem blisko ciebie, sztywniejesz, chwytasz coś albo 

splatasz palce, żeby nie ulec pokusie dotknięcia mnie. 

Choć chętnie by zaprzeczyła, prawdziwość tego 

stwierdzenia sprawiła, że policzki jej zapłonęły . Chcąc 

ukryć ten fakt, opuściła głowę. W oczach stanęły jej 

łzy. Oto miała przed sobą dowód - zbielałe, mocno 

splecione palce, 

- To nic złego, Malindo - powiedział cicho Jack. 

Ujął jej dłonie i powoli rozginał palce. Skutek był 

miażdżący. Malinda czuła, jak z każdym odgiętym 

palcem topnieje jej opór. 

Próbowała się wyswobodzić, ale Jack trzymał ją 

mocno. Uniósł jedną jej dłoń do swojej twarzy. 

Malinda poczuła drżenie jego mięśni. Spojrzała mu 

w oczy. 

- Jaka miękka - szepnęła. 

- Co, Malindo? 

- Twoja broda. 

Malinda przesunęła dłonią po policzku Jacka. 

- To zabawne - powiedziała odsuwając rękę. - Raz 

jest miękka, a raz szorstka jak papier ścierny. 

- Po prostu jestem nie ogolony - wyjaśnił Jack. 

- Nie było takie straszne, co? 

Malinda, zaczerwieniona, spuściła głowę. 

- Nie martw się. Następnym razem będzie łatwiej, 

zobaczysz. - Nachylił się i ustami dotknął jej policzka. 
- Dobranoc, Malindo. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

- No i jak? Zgadzasz się? 

Malinda miała oczywiście gotową całą przemowę. 

Przygotowywała ją pół nocy. Teraz jednak nie mogła 

wymówić ani jednego słowa. 

Wiedząc, jak trudno jej będzie oprzeć się urokowi 

Jacka, Malinda przygotowała się dokładnie do tej 

konfrontacji. Uprała swoją bieliznę osobistą - jak 

można być pewną siebie w noszonych drugi dzień 

majtkach - i umyła włosy. Bluzka i spódnica były 

oczywiście te same, w których przybyła do Brannanów 

w piątek. Poza puderniczką i błyszczkiem nie nosiła 

w torebce innych kosmetyków, jej makijaż więc też 

był nieco ograniczony. Zrobiła jednak, co mogła. 

Jedno spojrzenie na siedzącego przy kuchennym 

stole Jacka uświadomiło jej, że to nie wystarczy. 

Świeżo po kąpieli ubrany był w swój stały strój 

- spłowiałe dżinsy i starą bluzę. Zazwyczaj taki strój 

nie wywierał na niej żadnego wrażenia. 

Ale nie wtedy, kiedy nosił go Jack. Dżinsy pod­

kreślały umięśnione uda i wąskie biodra. Bluza, 

z podciągniętymi do łokci rękawami, skrywała pierś, 

którą Malinda rozpoznałaby już z zamkniętymi oczami. 

Dodajmy do tego jeszcze świeżo ogoloną twarz, włosy 

wciąż wilgotne po kąpieli, uśmiech, który zniewoliłby 

nawet diabła, i Malinda wiedziała już, że nie ma szans. 

Wygląd, urok, wzruszająca historia dzieciństwa 

background image

i czwórka najbardziej zaniedbanych dzieci, jakie 

Malinda w życiu widziała - to wszystko przemawiało 

za Jackiem. 

Reputacja kobiety stanowi o jej sile. 

Malinda miała ochotę otworzyć okno i wrzeszczeć co 

sił w płucach. Czemu ciotka Hattie nie mogła choć raz 

zostawić jej w spokoju? Malinda  w i e d z i a ł a , że nie 

powinna przyjmować jego propozycji. Czyż nie przele­

żała bezsennie pół nocy dochodząc do tego samego 

wniosku? Problem polegał na tym, że  c h c i a ł a ją 

przyjąć. Wiedziała, że to obłąkany pomysł, biorąc pod 

uwagę wszystko, co zdarzyło się w ciągu tych czterdzies­

tu ośmiu godzin, które spędziła z Brannanami. 

Trzej najstarsi chłopcy to diablęta. Dom nie 

zorganizowany i zaniedbany, a ojciec jest bez wątpienia 

strasznym kobieciarzem. A jednak Malinda pragnęła 

dać chłopcom miłość i wychowanie, których po­

trzebowali, by stać się kulturalnymi, małymi dżentel­

menami, i doprowadzić dom do ładu. 

A po namyśle musiała przyznać, że to, co tutaj 

przeżyła, nie było takie najgorsze. Nigdy w życiu nie 

bawiła się w śnieżki - ciotka Hattie była przeciwna 

takim bzdurom - i nigdy żaden mężczyzna nie dopro­

wadził jej do takiego stanu zwykłym pocałunkiem. 

Malindo... 

Dreszcz wstrząsnął ciałem Malindy. Ciotka Hattie 

zawsze wymawiała jej imię z takim naciskiem na 

ostatnią sylabę, że potem poczucie winy trwało w niej 

co najmniej tydzień. Nawet zza grobu jej głos miał tę 

samą moc. 

- Bardzo żałuję, ale naprawdę nie mogę podjąć się 

tej pracy - wymamrotała wbrew sobie Malinda. 

- Nie możesz czy nie chcesz? 

background image

Malinda jęknęła. Dlaczego ten człowiek nie chce 

zadowolić się prostą odpowiedzią? Dlaczego nalega? 

Na szczęście w tej chwili zadzwonił telefon i Malinda 

nie musiała uzasadniać swej decyzji. 

- Nie, nie. Przyjadę. Oddzwonię, jak tylko zamówię 

lot - zakończył Jack krótką rozmowę. 

Odłożył słuchawkę i zwrócił się do Malindy. 

- To Jim McIntire nadzorujący moją budowę - wy­

jaśnił. - Zawaliła się część dachu biurowca, który 

buduję w Chicago. Muszę tam natychmiast jechać. 

Malinda od razu pomyślała o wciąż jeszcze śpiących 

dzieciach. 

- A co z chłopcami? 

- Będą musieli pojechać ze mną. 

- Ale kto się nimi zajmie? 

- W większości hoteli są opiekunki do dzieci. Jeśli 

nie, zaangażuję kogoś z agencji. 

Myśl o tym, że chłopcy mieliby siedzieć w pokoju 

hotelowym z jakąś obcą osobą, zaniepokoiła Malindę. 

Dziwne było to współczucie, biorąc pod uwagę 

zachowanie chłopców wobec niej, ale miała na to taki 

sam wpływ, jak na padający za oknem śnieg. 

- A co ze szkołą? 

- Będą musieli trochę opuścić. - Ze zmarszczonym 

czołem Jack podszedł do zlewu. 

Malinda też wstała. 

- Nie możesz tego zrobić - powiedziała. 

- Nie mów mi, co mogę, a czego nie mogę robić 

- zwrócił się do niej ze złością. - Myślisz, że to łatwe 

samemu wychowywać dzieci? Ręce sobie urabiam po 

łokcie, żeby dzieciaki miały wszystko, czego ja nie 

miałem. I jeszcze na dodatek muszę być matką i ojcem. 

background image

I co z tego, że opuszczą parę dni szkoły? Poza tym 

nie mam innego wyjścia. - Zniechęcony machnął ręką. 

Malinda przypomniała sobie własne dzieciństwo 

i z trudem przełknęła ślinę. 

- Owszem, masz - powiedziała spokojnie, wiedząc, 

że będzie tego żałować. 

- Czyżby? 

- Ja z nimi zostanę. 

Przez chwilę Jack nic nie mówił, tylko patrzył na 

nią zdumiony. 

- Naprawdę? 

- Przecież powiedziałam, że tak. 

Ledwie wypowiedziała te słowa, Jack już biegł w jej 

kierunku. 

Malinda wiedziała, że za chwilę chwyci ją w ramiona 

i zacznie tańczyć po kuchni. Powstrzymała go ruchem 

dłoni. 

- Zostanę do twojego powrotu z Chicago - powie­

działa z naciskiem. - Ani chwili dłużej. Więc lepiej 

zacznij już szukać jakiejś opiekunki. 

Jack wszedł do pokoju hotelowego i podszedł do 

telefonu. 

- Mówi Brannan, pokój sto czternasty. Czy są dla 

mnie jakieś wiadomości? - zapytał recepcjonistkę. 

- Owszem. Pańska sekretarka z Oklahoma City 

prosi o natychmiastowy kontakt. I pan Phipps z inspek­

cji miejskiej dzwonił kilka razy. Mówi, że to pilne. 

Jack rozłączył się i nakręcił numer swego biura. 

Phipps może poczekać. Sekretarka nie. Na pewno 

chce mu powiedzieć, że w domu jest istne piekło. I że 

Malinda Compton zmieniła zdanie w sprawie opieki 

nad chłopcami. 

background image

Wiedział, że powinien był wziąć chłopców ze sobą. 

- Tu biuro Jacka Brannana. Mówi Liz. 

Jak zwykle świergotanie sekretarki działało na niego 

jak balsam. 

- Naprawdę? - zażartował. 

- Przynajmniej tak było, kiedy ostatni raz patrzyłam 

w lustro. Jak tam w Chicago? 

- Śnieg topnieje. 

- To tak jak w Oklahomie - zaśmiała się Liz. - Ale 

nie po to do ciebie dzwoniłam, żeby rozmawiać 

o pogodzie. Masz spotkać się z agentem ubez­

pieczeniowym, jutro o ósmej rano na terenie budowy. 

Nie spóźnij się. Facet jest wściekły. 

- Wszyscy są tacy sami. Coś jeszcze? 

- Nic. Wszystko w porządku. 

Jack zmarszczył czoło. 

- Jakieś wiadomości z domu? 

- Ani słowa. 

- Na pewno? - Jack nie dowierzał. 

- Na pewno. 

- W razie czego dzwoń. 

- Dobrze, szefie. 

Jack odłożył słuchawkę i wyciągnął się na łóżku. 

Żadnych wiadomości z domu. Nie mógł w to uwierzyć. 

Zaczął wyobrażać sobie różne scenariusze sytuacji 

domowej. Albo Malinda postraszyła ich gniewem bożym, 

albo chłopcy w końcu naprawdę ułożyli ten stos i spalili 

ją, a więc tylko dlatego nie mogła wołać o ratunek. 

W duchu miał nadzieję, że prawdziwy jest ten 

pierwszy scenariusz. Przymknął oczy. Tylko na 

minutkę, przekonywał sam siebie, potem zadzwoni 

do domu i... Zasnął, nim skończył myśl. 

background image

Obudził się dopiero po kilku godzinach. Czuł się 

fatalnie. Znał przyczynę tego samopoczucia. Znowu 

te prześladujące go nieustannie sny. 

Przypominał sobie kolejne lata swego życia. Od 

jednej zastępczej rodziny do drugiej, bez żadnych 

korzeni, rodziny czy poczucia przynależności. Przeżył 

to jakoś, pozostały jednak nie zabliźnione psychiczne 

rany, które starał się ukryć. 

W pewnym momencie pojawiła się w jego życiu 

Laurel. Śmiech, zabawa, kolor. Ależ ją kochał. Dopiero 

potem dowiedział się, że nie był jedynym mężczyzną 

w jej życiu. 

Ucisk koło serca wskazywał, że wciąż było to wspom­

nienie bolesne. Od ciemności do światła i znów do ciem­

ności. Nie, tym razem nie była to całkowita ciemność. 

Miał synów. Oni teraz nadawali koloru jego życiu. Dzię­

ki nim poznał uczucie przynależności i tego, że jest się 

potrzebnym i chcianym. Tak samo jak on ich po­

trzebował, oni potrzebowali jego, i Jack wiedział, że nie 

może ich zawieść. Nie zrobi tego, co zrobili jego rodzice. 

Spojrzał na zegarek. O cholera, już dziesiąta. Może 

jeszcze nie śpią. Nakręcił numer. 

- Tu rezydencja pana Brannana. 

Rozbawił go ten formalny ton Malindy. Nawet 

o tej porze i przez telefon panna Doskonalska w całej 

okazałości. 

- Tu Jack. Co słychać? 

- W porządku. A jak w Chicago? 

- Zimno. 

Śmiech Malindy miał w sobie coś kojącego. Jack 

rozluźnił się. 

- Załatwiłeś sprawę dachu? - zapytała. 

- Jeszcze nie, ale próbuję. Chłopcy już w łóżkach? 

background image

- Tak i nareszcie zasnęli. 

Jack z trudem ukrył rozczarowanie. A więc dziś już 

z nimi nie porozmawia. 

- Jak sobie dajesz radę? Z pracą i całą resztą? 

- Naprawdę wszystko w porządku. Razem z Pat­

rykiem odwieźliśmy chłopców do szkoły, a potem 

byliśmy w sklepie. Po szkole wszyscy przyszli do 

sklepu i odrabiali lekcje. 

- Jak się zachowują? 

- Dobrze. Zupełnie nieźle nam idzie. 

Jack zdumiał się tą cudowną przemianą swoich 

synów. Wiedział, że powinien się cieszyć, że wszystko 

idzie dobrze, jednak z jakiegoś dziwnego powodu nie 

potrafił. 

- Może powinienem wycofać to ogłoszenie i na­

mówić cię, żebyś została? 

- Och, sama nie wiem... 

Wahanie w jej głosie pozwoliło mu mieć nadzieję. 

- W razie jakichś kłopotów dzwoń do mojej 

sekretarki. Ona wie, jak się ze mną skontaktować. 

A wieczorem jestem w hotelu. 

- Na pewno wszystko będzie w porządku. 

Jack chciał coś powiedzieć, znaleźć jakiś powód, by 

jeszcze przez chwilę nie zrywać tej łączności z domem. 

Jakiś pretekst, by móc słuchać głosu Malindy. Niczego 

nie wymyślił. 

- To chyba już wszystko, co? W razie czego... 

- W razie czego dzwonię do twojej sekretarki. Wiem. 

Jej śmiech zwiększył tylko jego frustrację. Bardzo 

chciał być w domu. Lepić bałwana z dzieciakami i pić 

gorącą czekoladę. I siedzieć razem z Malindą przy 

kominku i rozpuszczać jej krochmal. 

Pożegnał się i odłożył słuchawkę. 

background image

To straszne czuć się niepotrzebnym. 

Tysiąc trzysta kilometrów od Chicago Malinda 

odłożyła słuchawkę. Kłamstwo nie przychodzi łatwo, 

pomyślała. W obecnej sytuacji uznała je jednak za 

konieczne. Jack ma tyle problemów. Z westchnieniem 

zebrała z podłogi stertę brudnych ubrań i wepchnęła 

je do pralki. 

Przez chwilę stała wyprostowana, masując bolący 

krzyż. Jak pracujące matki radzą sobie ze wszystkim, 

zastanawiała się, wróciwszy do kuchni, gdzie czekał 

na nią zlew pełen brudnych naczyń. Po zaledwie 

dwudziestu czterech godzinach była wykończona 

i gotowa się poddać. 

„Wszystko w porządku", przedrzeźniała samą siebie. 

Jasne, wszystko w porządku. 

Jeśli wszystko jest w porządku, to dlaczego kark 

boli ją tak, jakby ktoś wbił jej tam grubą stalową 

rurę? I dlaczego jest przekonana, że musi spotkać się 

z psychologiem dziecięcym? 

I dlaczego tak bardzo chce po prostu usiąść i płakać? 

Malinda wyprostowała ramiona, połknęła łzy 

i mocniej zaczęła ścierać zeschnięte mleko ze szklanki. 

- Bo jesteś zmęczona - udzieliła sobie sama 

odpowiedzi zdecydowanym głosem. - Bo nigdy nie 

zajmowałaś się takim dużym domem i czwórką 

rozbrykanych dzieciaków. I rzeczywiście nie bardzo 

potrafisz sobie dawać radę z dziećmi, które tak bardzo 

potrzebują serdeczności, bo... - Głos łamał jej się ze 

wzruszenia - bo dobrze wiesz, co to znaczy, kiedy 

zostawiają cię z obcymi. 

Wytarła oczy i ręce ścierką i, zlekceważywszy resztę 

brudnych naczyń, wyszła do salonu. 

background image

Przygnieciona wspomnieniem swego dzieciństwa 

usiadła ciężko na kanapie. 

O tak, Malinda dobrze wiedziała, jak to jest, kiedy 

się zostaje z obcymi. Praca jej ojca, podobnie jak 

Jacka, wymagała podróży. Nie tylko po Stanach, ale 

także po świecie. 

A kiedy jego interesy się rozwinęły, uznał, że 

rozsądniej będzie mieszkać za granicą. W jego planach 

przeprowadzki mieściła się żona, córka niestety nie. 

Uważał, że dla Malindy będzie najlepiej, jeśli pozostanie 

w Stanach, i zostawił ją pod opieką ciągle zmieniają­

cych się niań i opiekunek. Sam z żoną zamieszkał na 

Bliskim Wschodzie. 

Malinda buntowała się, zupełnie jak mali Bran-

nanowie. Zmęczeni zachowaniem córki zdesperowani 

Comptonowie oddali ją pod opiekę niezamężnej ciotki. 

Ciotki Hattie. Malinda uśmiechnęła się przez łzy na 

to wspomnienie. 

Sześćdziesięcioletnia stara panna i zbuntowana 

ośmiolatka. Myśląc o tym dzisiaj Malinda zastanawiała 

się, czemu ciotka zgodziła się na ten układ. Tak się 

jednak stało i decyzja ta dramatycznie zmieniła życie 

Malindy. 

Dzieliły je ponad dwa pokolenia; różnice więc 

między nimi były ogromne. Opinie ciotki na temat 

tego, co przystoi młodej kobiecie, były według Malindy 

przestarzałe, a bezustanne cytowanie przez ciotkę 

truizmów i banałów przyprawiało dziewczynkę, delikat­

nie mówiąc, o ból zębów. Była jednak blisko, dawała 

dom i poczucie bezpieczeństwa i za to Malinda zawsze 

będzie jej wdzięczna. 

I ona, Malinda, będzie blisko dla dzieci Jacka. 

Zerwała się na nogi i ruszyła z powrotem do kuchni 

background image

i sterty brudnych naczyń. Może nie zawsze. Ale teraz 

tak. Bo najlepiej rozumie ich obawy i strach. 

- Czy to dzisiaj masz zbiórkę zuchów? 

Siedzący przy stole Mały Jack spuścił nisko głowę 

nad talerzem i wepchnął do buzi kolejną łyżkę 

owsianki. 

- Tak, ale nie idę. 

Karmiąca właśnie Patryka Malinda spojrzała na 

niego przez ramię. 

- Usiądź prosto i nie mów z pełnymi ustami 

- pouczyła go automatycznie, a potem zapytała: 

- Dlaczego? 

- Bo oni są głupi. 

- I bo to on dzisiaj ma przynieść poczęstunek 

- dorzucił Darren. 

Bliźniaki wybuchneły śmiechem. Mały Jack uciszył 

ich jednym morderczym spojrzeniem. 

- Jeśli martwisz się o poczęstunek, to zaraz coś 

wymyślimy - zaproponowała Malinda, nie rozumiejąc, 

co kryje się za tą dyskusją. - Co zazwyczaj przynosisz? 

- Beznadziejną torbę ciastek - warknął Mały Jack 

i wybiegł z kuchni. 

- O co tu chodzi? - Malinda poprosiła Darrena 

o wyjaśnienie. 

- Mamy innych dzieci przygotowują pyszne kanapki 

albo pieką ciasto i takie tam. Nikt nie lubi, kiedy jest 

kolej Jacka, bo on zawsze przynosi nudne ciastka ze 

sklepu. 

Malinda na moment zapomniała o karmieniu 

Patryka. A więc o to chodzi, pomyślała ze smutkiem. 

Jest mu wstyd. 

Zatopiona w myślach poruszała łyżką w przód 

background image

i w tył, a Patryk na próżno próbował ją schwycić 

w usta. 

Syn Cecile, Jared, ma mniej więcej tyle lat co 

Mały Jack. Malinda spędziła dużo czasu z rodziną 

swej wspólniczki, wiedziała więc co nieco o upo­

dobaniach ośmiolatków... a także, jak potrafią być 

okrutni. 

Dwa miesiące temu były urodziny Jareda i Cecile 

upiekła tort w kształcie jakiegoś potwora, który, jak 

poinformowano Malindę, nazywał się Wojowniczy 

Żółw Ninja. Malindzie zrobiło się niedobrze na sam 

widok zgniłozielonego lukru. Dzieci były zachwycone. 

Ku zdziwieniu Patryka Malinda odłożyła łyżkę, 

sięgnęła po telefon i wykręciła numer wspólniczki. 

- Cecile? Tu Malinda. Nie zadawaj pytań, tylko 

słuchaj. Bardzo się spieszę. Muszę mieć przepis na ten 

paskudny tort, który upiekłaś na urodziny Jareda. 

Po sześciu dniach użerania się z podwykonawcami, 

walkach z biurokracją inspekcji miejskiej i przewracania 

się w obcym łóżku, Jack nareszcie był w domu. Czuł 

się jak żołnierz wracający ze zwycięskiej wojny. 

Wszedł do kuchni i natychmiast spłynęło z niego 

całe napięcie i zmęczenie. Malinda stała tyłem do 

niego przy zlewie i obierała kartofle. Miała na sobie 

sukienkę, jedwabną sądząc po połysku, i fartuch. 

Fartuch! Jack z trudem stłumił śmiech. Ostatnią 

kobietą, jaką widział w fartuchu, była pani Lightfoot, 

a to było ponad piętnaście lat temu. 

Patrzył przez chwilę zafascynowany. Jej ruchy były 

płynne i naturalne. Ta kobieta czuła się w kuchni jak 

u siebie. 

Tak właśnie powinno być. Mężczyzna wraca do 

background image

domu po dniu ciężkiej pracy i zastaje żonę w kuchni, 

przygotowującą mu obiad. 

Z Laurel nigdy tak nie było. Kiedy wracał do 

domu po dniu ciężkiej pracy, z dziećmi zazwyczaj 

siedziała opiekunka, na stole stygła przyniesiona 

z restauracji pizza i leżała kartka od Laurel, że wróci 

późno. Nie o takim życiu marzył. 

Z salonu dobiegły odgłosy kłótni. Jack już chciał 

zawołać, żeby się uspokoili, ale Malinda była szybsza. 

- Spory można rozsądzać bez podnoszenia głosu, 

chłopcy. 

Kłótnia natychmiast ustała. Jak ona to zrobiła? 

Malinda najwyraźniej nie. słyszała jego wejścia, bo 

nadal akompaniowała nuceniem płynącej z radia 

muzyce. Nie przeszkadzało jej to w wyjmowaniu 

z piekarnika parujących blach... Jack cicho przeszedł 

przez kuchnię i stanął tuż za nią. Oparł głowę na jej 

ramieniu i wdychał smakowite zapachy. I na dodatek 

umie gotować, pomyślał. 

Malinda krzyknęła i szybko, ale ostrożnie, odstawiła 

gorące naczynie na blat. 

- Na miłość boską - powiedziała odwracając się. 

Jack stał tak blisko, że musiała ręką oprzeć się o jego 

pierś. - Ależ mnie przestraszyłeś - dodała, świadoma, 

gdzie spoczywa jej ręka, ale niezdolna jej odsunąć. 

- Przepraszam - uśmiechnął się Jack. Ujął ją za 

rękę i obrócił w powolnym piruecie. Oboje stali teraz 

przodem do blatu. Jack opuścił rękę i objął Malindę 

w pasie. 

Ot, taki zwykły, codzienny gest. Jak mąż i żona. 

Przez ostatni tydzień było więcej takich momentów i, 

choć pozbawione fizycznego kontaktu, były one nie 

mniej intymne. Cowieczorne rozmowy przez telefon, 

background image

kiedy to opowiadali sobie o wydarzeniach danego dnia. 

Opowiastki o zabawach i zajęciach dzieci. Nawet takie 

pospolite czynności, jak sprzątanie jego domu, pranie 

jego rzeczy i opieka nad jego dziećmi przybliżały ją do 

Jacka. 

Malinda zakazała sobie takich marzeń, zanim jeszcze 

zdążyły rozkwitnąć. Jack Brannan  n i e jest jej mężem, 

a to nie jest jej dom. Jack to jej pracodawca, 

człowiek zadowolony z siebie i świata. 

Ale za to Malinda wcale nie była zadowolona. 

Wszystkie mięśnie i nerwy miała napięte jak postronki. 

Tak bardzo chciała, jako kobieta, wyjść mu naprzeciw, 

objąć go w pasie i złożyć głowę na jego ramieniu. Ale 

lata spędzone z ciotką Hattie, dla której fizyczne 

objawianie uczuć stanowiło tabu, kazały jej zdławić 

to pragnienie. Oparła ręce na biodrach. 

Natychmiast przypomniała sobie wykład Jacka na 

temat dotykania i pożałowała tego ruchu. Z nadzieją, 

że nie zauważył tego wymownego gestu, opuściła 

szybko ręce. 

- Kolacja? - zapytał Jack nachylając się nad blachą 

z plackiem brzoskwiniowym. 

- Deser. A pieczeń... 

- Tata! - krzyknęły chórem trzy głosy. 

Jack odwrócił się, podbiegł dwa kroki i chwycił 

w ramiona trzech starszych synów. Zapiszczeli z rado­

ści, a adidasy spadły im na podłogę. 

Malinda patrzyła. Ach, jak bardzo chciała dołączyć 

się do tego uścisku! 

Ileż to razy w dzieciństwie marzyła o takim 

powitaniu? Wyobrażała sobie, że ojciec wraca do 

domu, a ona biegnie przez całe mieszkanie prosto 

w jego ramiona. On śmieje się, przytula ją mocno do 

background image

piersi albo podrzuca wysoko w powietrze i mówi, jak 

bardzo za nią tęsknił. 

Marzenia. Gdy rodzice mieszkają na drugim końcu 

świata, dziecku pozostają tylko marzenia. 

W tej chwili przydreptał Patryk, objął ojca za 

kolana i piszczał: tato, tato. Wzruszona tą sceną 

Malinda podeszła i wzięła małego na ręce. 

- Jeszcze jeden pan chce się przywitać - powiedziała 

ze śmiechem. 

Jack postawił chłopców na ziemi i otworzył ramiona. 

Patryk rzucił się w nie z radosnym piskiem i objął 

ojca za szyję. Zadowolony, odsunął się nieco i wziął 

twarz Jacka w swe tłuściutkie łapki. 

- Lindę też trzeba przytulić - rzekł poważnie. 

Gdyby na podłodze leżał dywan, Malinda natych­

miast by się pod niego schowała. 

- A kto to jest Linda? - zapytał Jack głosem 

zniekształconym przez ucisk rączek Patryka. 

Patryk wskazał palcem na Malindę. 

Upokorzona sugestią małego, jakoby ona też 

potrzebowała przytulenia, Malinda wzruszyła ramio­

nami w geście, który, miała nadzieję, był nonszalancki. 

- Patryk nie bardzo potrafi wymówić Malinda, 

więc zrobił z tego Lindę. 

Jack, rozbawiony, zwrócił się do Patryka. 

- A więc uważasz, że i Lindę trzeba przytulić? 

Patryk poważnie kiwnął głową. 

- No cóż... - Jack przesunął Patryka na biodro 

i objął Malindę. - Przytulimy więc i Lindę. 

Choć Malinda wiedziała, co nastąpi, ów fizyczny 

kontakt był nie mniej przejmujący. Ciepło, siła i, tak, 

nawet poczucie bezpieczeństwa. Od tylu już lat nie 

doznała takich uczuć. 

background image

Drugie ramię - dużo mniejsze niż pierwsze - otoczyło 

jej szyję. Wdzięczna za odciągnięcie uwagi, Malinda 

otworzyła zapraszająco ramiona i przytuliła Patryka. 

Śmiejąc się, Jack wziął z podłogi torbę podróżną. 

- Patryk zawsze lubił kobiety. Kiedy obiad? 

- Za jakieś pół godziny. Właśnie zastanawialiśmy 

się, czyja dziś kolej nakrywać do stołu? 

Jack przystanął tak nagle, że zderzył się z idącym 

za nim Darrenem. 

- Chłopcy nakrywają do stołu? - zdziwił się. 

- Tak. Czy to coś złego? 

- Nie, tylko nie wiedziałem, że potrafią. 

- Rzeczywiście nie potrafili - odparła Malinda. 

- Ale na moich kursach uczę też nakrywania do 

stołu. Według mnie, dziecku będzie łatwiej w jakiejś 

formalnej sytuacji, jeśli będzie wiedziało, co do czego 

służy i jak się tym posługiwać. - Wskazała głową 

w kierunku lodówki. - Narysowałam wzór właściwego 

nakrycia i powiesiłam na lodówce. W razie jakichś 

wątpliwości chłopcy mogą zawsze na to spojrzeć. 

Jack rzucił okiem na rysunek. Przy każdym talerzu 

leżało co najmniej pięć sztućców. 

Według niego widelec i talerz to jedyne przyrządy 

potrzebne przy jedzeniu. No, może czasem nóż do 

mięsa. Cała reszta to ozdoby, coś, co ludzie wymyślili, 

żeby się pokazać, żeby udowodnić swoją wyższość. 

Przypomniał sobie jednak, że nauczyciele mówili, 

że chłopcy są nieokrzesani. I jeśli od tego zależy, czy 

będą akceptowani - cóż, niech się nauczą posługiwać 

tym całym arsenałem. 

Jack odwrócił się i bez słowa wyszedł z kuchni. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Fakt, że jego synowie uczą się nakrywać do stołu, 

nie był jedyną zmianą, jaką Jack zauważył przechodząc 

przez dom do swojej sypialni. Zmiany te, choć niby 

subtelne, były ogromne. 

Wiklinowy kosz, który dawno temu odstawił do 

garażu, stał koło kanapy, po brzegi wypełniony 

zazwyczaj walającymi się po podłodze zabawkami. 

Telewizor, włączany na poranne filmy rysunkowe 

i wyjący do samego wieczora, był ukryty za drzwicz­

kami regału. Na stole, zazwyczaj zarzuconym zabaw­

kami i przeróżnymi grami, leżało tylko kilka książek. 

Jack podszedł do stołu i wziął do ręki jeden 

z podręczników. Matematyka. Trzecia klasa. A obok 

notatnik ze znajomym pismem najstarszego syna. 

Jack wiedział, że Mały Jack nienawidzi odrabiania 

lekcji, szczególnie matematyki, i robi to tylko pod 

przymusem. Te notatki jednak wyglądały na robione 

przez małego samodzielnie, bez dorosłego wiszącego 

mu nad głową. Jack odłożył książkę i ruszył do sypialni. 

Tydzień, pomyślał rzucając torbę na łóżko. Nie było 

go tylko tydzień, a Malinda już dokonała takich 

ogromnych zmian i w domu, i w chłopcach. Chłopcy 

odrabiają lekcje, nakrywają do stołu, sprzątają po sobie. 

Ale Jack nie lubił zmian. Nauczyło go tego małżeń­

stwo z Laurel. 

Nagle zdał sobie sprawę, w jakim kierunku zdążają 

background image

jego myśli. Złość. Niechęć. Uraza. Dobrze znał te 

uczucia. 

Nie, to bez sensu, pomyślał. Zatrudnił Malindę do 

opieki nad dziećmi i ona dokładnie to robi. A jeśli 

przy okazji dokonała w domu paru zmian, to cóż? 

J e g o na pewno nie będzie próbowała zmienić. 

A poza tym wraca dziś do domu. Prawdopodobnie 

zaraz po kolacji. Wyraźnie mu to powiedziała, kiedy 

wyjeżdżał. 

Czemu więc tak się denerwuję, zapytywał sam siebie. 

Zawarliśmy umowę i ona wywiązała się z niej co do 

joty. Mimo to jego czoło cały czas było zmarszczone. 

Wyjmując z szafy czystą koszulę przyznał w końcu, 

że wcale nie chce, żeby wracała do domu. Polubił jej 

obecność. To prawda, że jest nieco pruderyjna, ale 

cóż, wychowała ją stara panna. Po tylu wieczornych 

rozmowach przez telefon dużo już o niej wiedział. 

Lubił te rozmowy. W ciągu dnia łapał się nawet na 

tym, że patrzy na zegarek, bo chciałby już wrócić do 

hotelu i zadzwonić. Potrzebował tego kontaktu 

z domem... z nią. 

Od dawna już nie potrzebował nikogo - oprócz, 

oczywiście, synów. Nie był tym specjalnie zachwycony. 

Odsuwając te niewygodne myśli, mechanicznie 

wciągnął koszulę. Zapiął już trzy guziki, zanim dotarło 

do niego, co robi. Palce zamarły na czwartej dziurce. 

Spojrzał na gors koszuli. Ani jednej zmarszczki i, 

sądząc po sztywności kołnierzyka i mankietów, ktoś 

użył krochmalu. 

Znał to dobrze. Laurel stosowała podobną taktykę. 

Zaczęła od krochmalonych koszul, potem przyszły 

trzyczęściowe garnitury, metki najlepszych krawców 

i członkostwo w ekskluzywnym klubie. 

background image

-

! - wrzasnął. 

Otworzył szeroko drzwi szafy, szukając dalszych 

dowodów naruszenia swojej prywatności. Wszystko 

było widać jak na dłoni. Cała zawartość ułożona 

inaczej. Dżinsy zniknęły, a spodnie, do tej pory leżące 

w głębi, przesunięto na wierzch. Osobno koszule 

sportowe i wizytowe. Buty równo ustawione w rzędach 

na dnie szafy.-

- Malinda! Chodź tu natychmiast! - Z doświad­

czenia wiedział, że słychać go aż w kuchni. 

Zdyszana, zarumieniona od gorącego piekarnika 

Malinda stanęła w drzwiach. 

- Czy coś się stało? - zapytała niepewnie, widząc 

wściekłość na jego twarzy. 

- Pewnie, że się stało! Kto wyprasował moją 

koszulę? 

- Ja. 

- Dlaczego? 

Malinda zdziwiła się absurdalnością tego pytania. 

- Była w koszu z brudami, więc kiedy prałam 

rzeczy dzieci, to uprałam i ją. 

- Nie płacę ci za pranie moich ubrań. Ani za 

wpychanie nosa w moje osobiste rzeczy. 

Uraziło ją to głęboko. Tak głęboko, że z trudem 

mogła to ukryć. Nie, nie płacił jej za pranie ani 

porządkowanie jego osobistych rzeczy. Płacił jej za 

nauczenie dzieci dobrych manier i, przez ostatni 

tydzień, za opiekę nad nimi. W przyszłości lepiej 

o tym pamiętać. 

Jack zdjął koszulę i machnął nią Malindzie przed 

nosem. 

- I nie znoszę krochmalonych koszul. Nawet ich 

nigdy nie prasuję. 

Malinda

background image

Malinda patrzyła, jak Jack zwija koszulę w kłębek 

i rzuca na łóżko... i żal jej się zrobiło godzin, jakie 

spędziła prasując jego rzeczy i porządkując szafę. 

Godzin, które powinna była poświęcić na pisanie. 

Podparty pod boki Jack nadal jej wymyślał. 

- Niech sobie nosi krochmalone koszule jakiś 

kiepski adwokacina. Ja nie zamierzam. - Podkreślił 

ostatnie zdanie stukając się palcem w pierś. 

Malinda z trudem powstrzymywała łzy. 

- Bardzo przepraszam, że przekroczyłam zakres 

moich obowiązków. - Podniosła wzrok, ale tylko do 

wysokości jego klatki piersiowej. 

Widziała już Jacka bez koszuli. Ale to było w nocy, 

w łóżku. A w ciemnościach jego muskularna, porośnięta 

ciemnymi kręconymi włosami klatka piersiowa nie była 

tak wyraźnie widoczna. W tej chwili pierś falowała mu 

z gniewu, a lewy sutek pulsował w rytm bijącego serca. 

Poczuła, jak gorąco oblewa całe jej ciało. Przerażona 

swoją reakcją odwróciła się do niego plecami. 

- Jeśli mamy kontynuować tę rozmowę, wolałabym, 

żebyś się ubrał - powiedziała. 

- Jasne, że byś wolała. Ale to jest mój dom 

i moja sypialnia i będę się ubierał, jak mi się zechce. 

- Jak sobie życzysz. - Na miękkich nogach ruszyła 

ku drzwiom. - Spakuję rzeczy i pożegnam się 

z chłopcami. 

- No i dobrze. 

Jack wyszedł do łazienki, trzaskając drzwiami. 

Malinda opuściła sypialnię, delikatnie zamykając za 

sobą drzwi. 

Kiedy Jack wszedł do. kuchni, powitały go cztery 

pary oskarżycielskich oczu. 

background image

- Co z wami, chłopaki? - zapytał. 

- Malinda sobie poszła. 

- No to co? Miała zostać, dopóki nie wrócę. 

Wróciłem, wiec odeszła. 

- Nie chcemy, żeby odchodziła. 

Ostatnie zdanie pochodziło od Małego Jacka 

i zdziwiło ojca bardziej, niż gdyby mały oznajmił, że 

chce zapisać się do baletu. 

- I płakała przez ciebie - dodał Dawid. - Dlaczego 

to zrobiłeś? 

Płakała? Jack spojrzał na syna zdziwiony. Nie 

wiedział, że płakała. Poczuł się paskudnie. No ale nie, 

to nie jego wina, że płakała. To ona wtykała nos w nie 

swoje sprawy, a jeśli ktoś wtyka nos w nie swoje 

sprawy, to musi się liczyć z tym, że mu go przytrzasną. 

- To nie przeze mnie płakała. Kobiety już takie są. 

Łatwo się wzruszają. - Popatrzył na siedzących przy 

stole synów. - O co chodzi? Zawsze się cieszycie, jak 

uda się wam wykurzyć jakąś opiekunkę. 

- Polubiliśmy ją - wymamrotał Mały Jack nie 

patrząc na ojca. 

- Tak, dawała nam ciasto do szkoły i czytała nam 

na dobranoc. I nawet zrobiła Małemu Jackowi 

żółwiowy tort na zbiórkę. - Dawid potarł nos, 

wiadomy znak, że łzy są blisko. - Ona chyba też nas 

lubi. 

- Oczywiście, że was lubi. Jakżeby nie. - Jack 

zwichrzył włosy Dawida. - Ale nie jest waszą opiekun­

ką. Zaangażowałem ją, żeby nauczyła was dobrych 

manier, a ona była taka miła, że została z wami, 

dopóki nie znajdę nowej gosposi. 

- Mamy nową gosposię? - W oczach Małego 

Jacka pojawił się strach. 

background image

Jack bawił się jednym z dwóch widelców leżących 

przy nakryciu i zastanawiał się, czy jego synowie 

wiedzą, który do czego służy. 

- Jeszcze nie, ale dałem ogłoszenie do gazety. 

- A czemu nie zaangażujesz Malindy? - zapropo­

nował podnieconym głosem Mały Jack. - Założę się, 

że się zgodzi. 

- No nie wiem, synku... 

- Na pewno tak. - Darren wspiął mu się na kolana 

i spojrzał błagalnie w oczy. - Jak ją ładnie poprosisz. 

Malinda wyjęła ze skrzynki pocztę, która na­

gromadziła się przez tydzień jej nieobecności. Niestety, 

większość listów pochodziła z agencji. 

Malindzie nie trzeba było o tym przypominać. 

Długi były jej - albo raczej ciotki Hattie - i Malinda 

miała zamiar je spłacić. Były jednak tak duże, że 

nawet trzy posady nie wydawały się wystarczające. 

Teraz już tylko dwie. Malinda przypomniała sobie 

swój pospieszny odwrót z domu Brannanów. Nawet 

nie poczekała na wypłatę. I, sądząc po ostatnim 

zachowaniu Jacka, może nigdy jej nie dostać. 

Łzy napełniły jej oczy. Malinda przysiadła na 

podłodze przyciskając do siebie plik listów. Zdarzały 

się takie dni - na przykład dzisiaj - kiedy gotowa 

była przyjąć pieniądze od rodziców, spłacić długi 

i zacząć życie na własny rachunek. 

Oparła głowę o ścianę i popatrzyła w sufit. Sufit 

ciotki Hattie. Dom ciotki Hattie. Malinda wiedziała, 

że mogłaby sprzedać ten dom i spłacić długi. Ciotka 

Hattie przed śmiercią namawiała ją do tego. 

Malinda jednak nie umiała się na to zdobyć. To 

był dom ciotki Hattie. Dom, w którym urodziła się 

background image

i przeżyła całe życie. Dom, którego tak chętnie udzieliła 

Malindzie. Nie, nie mogła go sprzedać. Jeszcze nie. 

Jack stał przed drzwiami domu Malindy i wyzywał 

się od głupców. Sam nie wiedział, czemu dał się 

synom na to namówić. Malinda już raz odrzuciła 

jego ofertę - nie, nawet dwa razy. 

Spojrzał w kierunku zaparkowanego na podjeździe 

samochodu. Wszyscy czterej chłopcy siedzieli w środku 

z nosami przyklejonymi do szyby. 

Nie da się uniknąć tej konfrontacji. Chłopcy też 

mieli tu coś do powiedzenia. 

Jack zastukał do drzwi. Malinda otworzyła prawie 

natychmiast i oto stała przed nim z czerwonym 

nosem i mokrymi oczami. Jack czuł się, jakby miał 

w żołądku ołowianą kulę, i wiedział dlaczego. Poczucie 

winy. Chłopcy mieli rację. Malinda płakała przez niego. 

- Tak? - zapytała głosem tak lodowatym jak 

przewiewający go wiatr. Nie miała najmniejszego 

zamiaru ułatwić mu tych przeprosin. 

- Czy mogę wejść? Strasznie zimno. 

Malinda najchętniej zatrzasnęłaby mu drzwi przed 

nosem, ale jej dobre wychowanie na to nie pozwoliło. 

- O, tak, oczywiście. 

Jack wszedł i rozejrzał się po wnętrzu. Dom był 

stary, solidny, ale aż się prosił o remont. Temperatura 

prawie taka sama jak na zewnątrz. Jack zatrząsł się 

z zimna i mocniej wcisnął ręce do kieszeni. Malinda 

zauważyła ten znaczący gest. 

- Przepraszam, że tak tu zimno, ale ogrzewanie 

było wyłączone. 

Mogła dodać, że to dla oszczędności, ale nie zrobiła 

tego. Była zbyt dumna. 

background image

- Wejdź do kuchni. Tam jest cieplej i właśnie 

robiłam kawę. 

W kuchni Jack usiadł przy stole, a Malinda zajęła 

się kawą. Zapadła niezręczna cisza. 

- Ładny dom - odezwał się w końcu Jack. 

Malinda odwróciła się i spojrzała na niego, myśląc, 

że żartuje. Dom był pełen pamiątek rodzinnych i czysty 

aż do przesady, ale Malinda zdawała sobie sprawę, że 

jest stary, zniszczony i rozchodzi się w szwach. 

W porównaniu z nim dom Jacka wydawał się pałacem. 

Niewinny wyraz twarzy Jacka przekonał ją, że 

mówi serio. 

- Dziękuję - odparła. 

- Jest twój czy wynajmujesz? 

Malinda zupełnie nie miała ochoty na taką towarzys­

ką rozmowę o niczym. Jack Brannan przyszedł tu 

w jakiejś sprawie i wyglądało na to, że sam z siebie 

na pewno nie powie, o co chodzi. Malinda włączyła 

ekspres do kawy i usiadła przy stole. 

- Dom jest mój. Ciotka Hattie mi go zostawiła. 

Nie przyszedłeś tu chyba po to, żeby dowiedzieć się 

o stan mego posiadania. O co chodzi? 

Bezpośredniość tego pytania zaskoczyła Jacka. Mógł 

powiedzieć tylko prawdę. 

- Dzieci mi kazały. Było im przykro, kiedy odeszłaś 

i wściekli się, że przeze mnie płakałaś. Bardzo 

przepraszam, że tak krzyczałem. - Chwycił ją za rękę. 

Malinda wiedziała, że Jack wierzy w przekonywającą 

siłę swego dotyku i doświadczyła tego już kilka razy, 

ale znowu poczuła się dziwnie. Ciepło i delikatność 

jego uścisku pozbawiły ją tchu, a poczucie winy 

w jego spojrzeniu głęboko wzruszyło... Opuściła głowę 

i patrzyła na ich złączone ręce. 

background image

- Przeprosiny nie są konieczne - powiedziała cicho. 

- Strasznie dużo rzeczy mi się przypomniało, kiedy 

wyciągnąłem z szafy tę koszulę - mówił Jack i gładził 

ją po ręce. - Laurel krochmaliła moje koszule albo 

raczej odsyłała je do krochmalenia. To, według niej, 

był dowód, że nam się powiodło. Poślubiła stolarza, 

ale kiedy moje interesy zaczęły lepiej iść, spodziewała 

się, że stanę się odpicowanym biznesmenem. Kimś, 

kogo będzie mogła pokazywać. Myślała, że jeśli będzie 

krochmalić moje koszule i wypełni moją szafę trzy­

częściowymi garniturami, to od razu się zmienię. 

Niestety, nie spełniłem jej oczekiwań. 

Po narodzinach bliźniaków nasze małżeństwo stało 

się piekłem. Dwa razy ode mnie odchodziła, ostatni 

raz, kiedy Patryk miał dwa miesiące. Zginęła w wypadku 

samochodowym z mężczyzną, którego nawet nie znałem. 

Wiem, że to paskudne wyładowywać na kimś własne 

frustracje, ale jak zobaczyłem w szafie te wykroch-

malone koszule, przypomniały mi się rzeczy, o których 

chciałem zapomnieć. 

Nie wiedząc co powiedzieć, Malinda zacisnęła 

mocniej palce na jego dłoni. 

- Ale przeprosiny to nie jedyna sprawa, z jaką tu 

przyszedłem - mówił dalej Jack z wymuszonym 

uśmiechem. Wiedział, że najgorsze dopiero przed 

nim... - Widzisz, chłopcy naprawdę cię polubili i chcą, 

to znaczy my chcemy, żebyś do nas wróciła. - Poczuł, 

jak jej palce sztywnieją, i zanim mogła powiedzieć 

nie, dodał: - Daj nam jeszcze jedną szansę. 

Malinda pokręciła głową. 

- Nic z tego nie wyjdzie. Ja... 

W tej właśnie chwili kropla wody rozprysnęła się 

o ich złączone ręce. Druga spadła na obrus. Malinda 

background image

i Jack spojrzeli na sufit. Widniała na nim mokra, 

wybrzuszona plama. 

- Och, nie! - krzyknęła Malinda, wyrwała rękę 

i rzuciła się ku schodom. Jack biegł tuż za nią. 

Malinda przerażona zatrzymała się na piętrze. Woda, 

wydobywająca się spod drzwi łazienki, płynęła stru­

mieniami wzdłuż korytarza. 

Jack błyskawicznie ocenił sytuację. Dom nie ogrze­

wany. Minusowe temperatury. Kiepska izolacja. 

Głupiec by zrozumiał, że po prostu woda zamarzła 

w rurach i rozsadziła je. Podłoga zaczęła się już 

wybrzuszać. 

Malinda nadal stała jak zamurowana. 

- Gdzie jest główny zawór? - Jack przejął inicjatywę. 

Musiał ją potrząsnąć za ramiona, żeby zrozumiała. 

- W piwnicy - odparła ledwo słyszalnym szeptem 

i dalej patrzyła na płynącą wodę. 

Jej rozpacz poruszyła serce Jacka. Niepotrzebny był 

mu jasnowidz, żeby poznać przyczynę. Kłopoty finan­

sowe. Wyglądało na to, że Malinda ma ich aż za wiele. 

Ujął ją za łokieć i sprowadził po schodach, usuwając 

jej sprzed oczu obraz zniszczenia. 

- Wyciągnij chłopców z samochodu i posadź przed 

telewizorem - polecił delikatnie. - A ja zakręcę zawór. 

Wieszając w szafie sukienkę Malinda uznała umowę 

za korzystną dla obu stron. W domu zostaną prze­

prowadzone wszystkie niezbędne naprawy, ona będzie 

miała przez ten czas gdzie mieszkać, i to wszystko bez 

wydawania pieniędzy. 

Wyjęła z walizki bieliznę i zaczęła układać ją w ko­

modzie. Do zakończenia remontu Jack będzie miał 

gosposię i opiekunkę do dzieci. Uczciwa wymiana usług. 

background image

Czemu więc czuję się wystrychnięta na dudka?, 

pytała swego odbicia w lustrze. 

Bo Jack znowu postawił na swoim. Harował jak 

wół, przesuwał meble, zwijał dywany, wycierał wodę. 

Czy takiemu człowiekowi można powiedzieć - nie? 

I w dodatku wyczekał, aż wszyscy będą siedzieli przy 

stole i popijali gorącą czekoladę (Patryk na kolanach 

Malindy) i dopiero wtedy przedstawił swoją propozycję. 

Jak można odmówić, kiedy patrzą na ciebie cztery pary 

smutnych oczu, błagając, byś powiedziała: tak? 

Westchnąwszy zamknęła walizkę. Znowu czuła się 

wmanewrowana. 

- Potrzebujesz czegoś? 

W drzwiach stał Jack. Nie można było uciec przed 

tym człowiekiem. 

- Nie, dziękuję - odparła i uniosła walizkę. Jack 

natychmiast wyjął ją jej z rąk. Pokój jakby się skurczył. 

- Pracujesz w tę w sobotę? - zapytał stawiając 

walizkę na szafie. Bluza podjechała mu do góry 

ukazując nagie plecy. 

Malinda z trudem przełknęła ślinę. 

- Nie, w soboty pracujemy z Cecile na zmianę. 

- To dobrze. Będziemy mogli zabrać się za twój 

dom. 

Otrzepał ręce, spojrzał na zakłopotaną Malindę 

i Westchnął zniecierpliwiony. Poprowadził ją za łokieć 

do łóżka. 

- Nie ugryzę cię. 

- Wiem - odparła, nerwowo wygładzając spódnicę 

na kolanach. 

Ujął ją za ręce i przez chwilę masował je. 

- Więc się rozluźnij. 

- Jestem rozluźniona - skłamała. 

background image

- Właśnie widzę. Nie martw się, Malindo. Wszystko 

będzie dobrze. Zobaczysz. 

Ten optymizm nie ukoił dziwnego niepokoju, który 

wywołał w Malindzie dotyk Jacka. 

- ...obustronnie korzystna umowa. 

Słowa te stały się litanią, którą Malinda w cią­

gu ostatniego tygodnia powtórzyła chyba ze sto 

razy. W tej chwili mówiła je akurat do Cecile, prasującej 

wraz z nią najnowszą dostawę wiosennych sukienek. 

- Korzystna dla kogo? - zapytała Cecile wyjmując 

z pudła kolejną sukienkę. 

- Dla Jacka - odparła Malinda i, widząc uniesione 

brwi Cecile, dodała szybko: - I dla mnie. 

Ignorując powątpiewające spojrzenie przyjaciółki 

rozłożyła na desce następną sukienkę. 

- Mój dom się remontuje, ja mam przez ten czas 

gdzie mieszkać - to wszystko bez żadnych pieniędzy 

- a Jack do końca remontu ma opiekunkę i gosposię. 

Obustronnie korzystna umowa. 

- Tak twierdzisz - skomentowała Cecile powstrzy­

mując uśmiech. 

- Bo tak jest. 

- Na jak długo zawarliście tę „obustronnie korzys­

tną umowę"? 

- Nie było o tym mowy - odparła niepewnie 

Malinda. 

- A kto robi remont? 

- Jack. 

- Malindo, jesteś słodką i naiwną idiotką. Ten facet 

cię załatwił na amen. Będzie miał opiekunkę do dzieci, wy­

sprzątany dom i przygotowane posiłki, jak długo zechce. 

- Wcale nie, tylko do końca remontu. 

background image

- Czyżbyś zapomniała o panu Adderly? 

Nie, Malinda nie zapomniała o panu Adderly. To 

on zeszłej zimy reperował piec u ciotki Hattie. 

- A co to ma do rzeczy? 

Cecile wzruszyła ramionami i podała Malindzie 

następną sukienkę. 

- W zasadzie nic. Ale czy pamiętasz, jak długo to 

trwało? 

Malindę przeszedł dreszcz. 

- Trzy miesiące - powiedziała Cecile nie czeka­

jąc na odpowiedź. - Najpierw musiał zamówić części. 

To trwało kilka tygodni. Części nie pasowały i musiał 

zamówić następne. Kiedy je zamontował, okazało się, 

że zepsute jest coś innego i cała sprawa zaczęła się od 

nowa. Płaciłyście mu za godziny. Przez całą zimę 

chodziłyście po domu w czterech swetrach. 

- Jack to nie pan Adderly. - Malinda nie dopusz­

czała do siebie żadnych wątpliwości. 

- I Jimmy Johnson też nie. 

Malinda zaczerwieniła się na samo wspomnienie 

Jimmy'ego Johnsona. Zdjęła z deski świeżo wy­

prasowaną sukienkę i podała ją Cecile. 

- Nie, nie jest Jimmym - odparła poirytowana. 

- Ale tak samo jak Jimmy nie zasługuje na to, 

żebyś go broniła. 

- Jimmy Johnson był dobrym chłopcem, tylko 

ludzie go nie rozumieli. 

- O, rozumieli go aż za dobrze. To był dwunasto­

letni chuligan i tylko ty dałaś się nabrać. Podkochiwałaś 

się w nim nawet. 

Malinda westchnęła głęboko. Kłóciły się już tak 

wiele razy. Po raz pierwszy w wieku lat dwunastu. 

W tej chwili wcale nie miała na to ochoty. 

background image

- O co chodzi, Cecile? 

- Czy podkochujesz się w Jacku Brannanie? 

- Tylko dzieci się podkochują. 

- No, dobrze. A więc - czy zakochałaś się w Jacku 

Brannanie? 

Zakochana w Jacku Brannanie? Aż wzdrygnęła się 

na tę myśl. 

- Bardzo krótko go znam
-
 Miłość nie ma poczucia czasu. 

- Och, daj spokój, Cecile - zirytowała się Malinda. 

- Całowałaś się z nim? 

Malinda chwyciła nawilżacz. 

- Woda się skończyła. Zaraz wracam. 

- Tak czy nie? - Cecile przytrzymała ją za ło­

kieć. 

- A jak tak, to co? — odparła zaczepnie Malinda. 

- Wiedziałam! - zapiszczała Cecile. - I jak było? 

Założę się, że nieźle. 

Nieźle? Według Malindy to zbyt łagodne określenie, 

ale przecież jej doświadczenie w sprawach męsko-

-damskich było raczej ograniczone. Tak bardzo chciała 

się zwierzyć Cecile. Pocałunek. Jego dotyk. Jak ją to 

paraliżowało. Jak sama obecność tego człowieka 

pozbawiała ją tchu. Musiała o tym komuś powiedzieć. 

Komuś, kto pomoże jej zrozumieć uczucia, jakie 

wzbudzał w niej Jack. 

Nie była pewna, czy Cecile jest właśnie kimś takim. 

O, tak, Cecile na pewno miała doświadczenie. 

Młoda wdowa zmieniała mężczyzn jak rękawi­

czki. 

Miała także skłonności - kiedy okoliczności na to 

pozwalały - do kierowania życiem Malindy. 

Malinda spojrzała na kącik zabaw, gdzie mały 

background image

Patryk z dużym przejęciem ustawiał i burzył wieże 

z klocków. Ależ podobny do ojca. Jej dłonie i żołądek 

zacisnęły się w mocny węzeł. Ten sam kolor włosów, 

ta sama silna szczęka, te same cienkie usta. Przed 

oczami stanęła jej dorosła wersja tych rysów. 

- Owszem, całowaliśmy się - wypaliła. -I, owszem, 

było cudownie. 

Cecile zdarzało się szanować czyjąś prywatność, 

ale w tej chwili nie miała na to ochoty. 

- A więc podoba ci się sposób, w jaki całuje, 

i głupio ci, że tak jest - mówiła wolno Cecile. 

- Tak - odparła zakłopotana Malinda i znów 

spojrzała na Patryka. - Co mam zrobić? 

- Masz znowu mu na to pozwolić. - Cecile z trudem 

udało się przytrzymać Malindę na miejscu. - I masz 

nie mieć żadnych wyrzutów sumienia - zagroziła. 

- Już za długo postępowałaś według zasad ciotki 

Hattie. Najpierw musisz nauczyć się odprężać - mówiła 

dalej przejęta swą rolą Cecile. - Oddechy brzuszne. 

Tak. Co najmniej dwa, a potem... 

- Oddechy brzuszne? - wykrzyknęła przerażona 

Malinda. - A cóż to takiego? 

- Takie głębokie oddechy. Spróbuj. 

Pod czujnym spojrzeniem Cecile Malinda, chcąc 

nie chcąc, spróbowała i poczuła się dziwnie. 

- Znakomicie. Czujesz się odprężona? 

- Nie, czuję się jak idiotka. - Malinda pokręciła 

głową i wstała. - Nic z tego nie będzie. Doceniam 

twoją pomoc, ale ja po prostu jestem inna. Nie 

potrafię się rozluźnić przy mężczyźnie. 

- Oczywiście że potrafisz. Musisz tylko trochę 

poćwiczyć. Powinnaś... 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Jesteś pewien, że Jason da sobie radę z chłopcami? 

- zapytała Malinda zapinając pasy. 

- Na pewno. Ma siedemnaście lat, jest odpowiedzial­

ny i dzieciaki go uwielbiają. 

- A jak się coś stanie? 

- Zostawiłem twój numer obok telefonu. W razie 

jakichś kłopotów będzie dzwonił. - Jack przekręcił 

kluczyk w stacyjce i poklepał Malindę uspokajająco 

po ramieniu. - Rozluźnij się. Wszystko będzie do­

brze. 

Rozluźnij się. W ostatnim tygodniu Malinda słyszała 

to słowo tyle razy, że wystarczy jej na całe życie. 

A Cecile była w błędzie. To nie ćwiczenia były 

potrzebne Malindzie. Może czołowa lobotomia, ale 

nie ćwiczenia. Od oddechów brzusznych bolały ją 

wszystkie mięśnie, a na niewiele to się zdało. Wciąż 

sztywniała, gdy Jack podchodził do niej bliżej niż na 

pół metra. A dzisiaj miała z nim spędzić cały dzień 

- sam na sam! 

Użyła wszelkich możliwych wymówek, by uniknąć 

tej szczególnej formy tortur. Kiedy stwierdziła, że 

zupełnie nie zna się na hydraulice, Jack powiedział, 

że niepotrzebna mu jej wiedza, lecz dodatkowa para 

rąk. Trudno było twierdzić, że urodziła się bez tych 

narzędzi. 

Potem próbowała zasłaniać się pracami domowymi 

background image

- praniem i odkurzaniem, ale Jack zapewnił ją, że 

zrobią to wszystko wieczorem - razem. 

- Dwie osoby wykonują każdą pracę dwa razy 

szybciej niż jedna - powiedział. 

Malinda jęknęła na samo wspomnienie. 

Jej ostatnią deską ratunku byli chłopcy. W domu 

Malindy tylko plątaliby się pod nogami, a u siebie 

nie mogli przecież zostać sami. Dokładnie w tym 

momencie zadzwonił dzwonek u drzwi i zjawił 

się Jason. Chłopcy nie mogli już być wymówką 

i Malinda mogła spokojnie przez cały dzień stanowić 

dodatkową parę rąk Jacka. 

Czekając, aż Jack wyprowadzi auto z garażu, 

Malinda próbowała znaleźć korzystne aspekty sytuacji. 

Pomagając Jackowi przyspieszy prace, a i argumenty 

Cecile przypominającej pana Adderly stracą swoje 

podstawy. 

Sama nie wiedziała, czemu myśli te nie bardzo ją 

pocieszyły. 

Dwie godziny później, kiedy stała przyparta ramie­

niem Jacka do ściany w łazience, też nie czuła się ani 

trochę pocieszona. Przytrzymywała kluczem spawaną 

przez Jacka rurę. 

Jego ramię przyciśnięte było do jej brzucha, kolana 

do goleni. Nawet gdyby chciała, nie mogłaby się 

odsunąć. 

Jack pracował jak wściekły. Od momentu wejścia 

do domu nie spoczęli ani na moment. Meble zostały 

usunięte, dywany zwinięte i wyniesione do garażu. 

W ścianie łazienki ziała wybita wielka dziura. Malinda 

była przerażona i miała tylko nadzieję, że Jack wie, 

co robi. 

- Już prawie koniec. Trzymaj mocno - poinstruował 

background image

Malindę, ocierając pot z czoła i kierując palnik na 

kolejny odcinek rury. 

Malinda miała ogień na twarzy, sama nie wiedziała, 

czy od palnika acetylenowego, czy od bliskości Jacka. 

Nie mogła oderwać od niego oczu. Podciągnął do 

łokci rękawy bluzy i na jego nagich przedramionach 

błyszczały kropelki potu. Pod opaloną skórą widoczne 

były napięte mięśnie i żyły. Malinda śledziła wzrokiem 

jedną z żył od łokcia do nadgarstka i marzyła, by 

zrobić to także palcem. Ręce Jacka były bardzo silne, 

ale Malinda wiedziała, jak potrafią być delikatne. 

Poznała ich delikatność tuż przed pocałunkiem na 

śniegu. I jeszcze raz, w jego gabinecie. Mogła to 

porównać jedynie do wkładania palca do kontaktu. 

Zaabsorbowana tymi myślami zapomniała zupełnie 

o swoich obowiązkach i wypuściła z ręki klucz. 

Właśnie w tej chwili Jack przeciął palnikiem rurę, 

a ta, pozbawiona uchwytu klucza, upadła na ziemię. 

Odruchowo Malinda sięgnęła po kawałek rury. 

- Nie dotykaj! 

Ostrzeżenie przyszło za późno. Malinda krzyknęła 

i wypuściła z ręki rurę jak gorący kartofel. Zanim 

pierwsza łza zdążyła potoczyć się po jej policzku, 

Jack już trzymał ją za ręce. 

Jego dłonie obejmowały jej nadgarstki jak bran­

soletki. Na obu rękach Malindy widniały ogniście 

czerwone pręgi. 

- Nic mi nie jest - powiedziała Malinda próbując 

się wyswobodzić. - Po prostu się przestraszyłam. 

- Trzeba to jakoś opatrzyć - mówił Jack nie 

zwalniając uścisku. - Jest tam coś na oparzenia? 

- zapytał wskazując na szafkę wiszącą na ścianie. 

Malinda tylko skinęła głową. 

background image

Jack posadził ją na brzegu wanny. W szafce znalazł 

tubkę maści i gazę. Przyklęknął przy Malindzie i dotknął 

wargami najpierw jednej jej dłoni, a potem drugiej. 

Nowe łzy napłynęły do oczu Malindy. 

- Chłopcom też zawsze całuję ich kuku - powiedział 

cicho. - Szybciej się goi. 

Wycisnął trochę maści na palec i delikatnie smarował 

czerwone pręgi. Bardzo, bardzo delikatnie. Jak 

muskanie piórkiem. A jednak znowu gorący dreszcz 

przeszył całe ciało Malindy. 

-

- Nie. To tylko taki odruch - skłamała. 

Jack nadal coś mówił, głosem delikatnym jak jego 

dotyk, ale Malinda nic nie słyszała. Oczy jej się 

zaszkliły, nie była w stanie myśleć. 

Jack powoli owijał jej dłonie gazą. Malinda myślała, 

że nie wytrzyma. 

Oddechy brzuszne, przypomniała sobie. Dwa od­

dechy, mówiła Cecile, i napięcie zniknie. Malinda 

przymknęła oczy i nabrała powietrza, policzyła do 

dziesięciu i wypuściła. 

Odczekała minutę. Nic. Jeden to za mało, pomyślała. 

Znów nabrała powietrza. Zdążyła policzyć do sześciu, 

kiedy poczuła ręce Jacka obejmujące ją w pasie. 

Otworzyła oczy, ale zanim się zorientowała, Jack już 

trzymał ją na kolanach. 

- Co robisz? - zapytała dysząc. 

- Wyglądałaś, jakbyś miała za chwilę zemdleć, 

więc cię podtrzymałem. 

Malinda wyprostowała się. 

- Wcale nie mdlałam. To były ćwiczenia oddechowe. 

Jack zwolnił nieco uścisk, ale nie na tyle, by mogła 

wstać. 

Boli

background image

- Żeby złagodzić ból? - zapytał z lekkim uśmiesz­

kiem. 

- Nie - odparła zniecierpliwiona Malinda wy­

gładzając rąbek swetra. - Żeby się odprężyć. 

- Jesteś spięta? 

- A owszem, jestem - prawie krzyknęła Malinda. 

- Z jakiegoś głupiego powodu, kiedy jestem blisko 

ciebie, coś dzieje mi się w środku. 

- Dlaczego? - Ujął ją pod brodę i zmusił, by 

spojrzała mu w oczy. 

Pytanie było proste i nieskomplikowane, ale wyraz 

jego oczu mówił co innego. Było w nim zrozumienie, 

współczucie i nawet pożądanie. 

Malinda z trudem przełknęła ślinę. 

- Sama nie wiem - skłamała, kierując wzrok na 

dziurę w ścianie. - Po prostu tak jest. 

Jack znowu ujął ją pod brodę. 

- A ja chyba wiem, dlaczego. 

- Naprawdę? - Przestraszona Malinda otworzyła 

szeroko oczy. 

- Yhm. - Posadził ją wygodniej na swoich kolanach. 

- Ludzie są spięci, kiedy próbują coś w sobie zwalczyć. 

Wydaje mi się, że ja ci się po prostu podobam i że to 

cię przeraża. 

Zaskoczona prawdziwością tego stwierdzenia Malin­

da próbowała wyswobodzić się z pułapki, jaką tworzyły 

jego ramiona. 

- To śmieszne. Puść mnie. 

- To wcale nie jest śmieszne. Ty też mi się podobasz. 

Takie bezpośrednie oświadczenie zaskoczyło Malin-

dę. Przestała się wyrywać i z otwartymi ustami patrzyła 

na Jacka. 

- Poważnie? - zapytała z niedowierzaniem. 

background image

- Owszem. I też mnie to przeraża. - Jack odgarnął 

włosy z czoła. - Ale to nie znaczy, żebym miał zaraz 

uciekać. Wolę raczej sprawdzić. 

- Sprawdzić? - powtórzyła szeptem Malinda. 

- Tak, zobaczyć, jak się ma rzeczywistość do 

marzeń. 

Malinda poczerwieniała z zakłopotania. Wiedziała, 

że taki sprawdzian przeprowadzony przez Jacka na 

pewno będzie przyjemny. Wciąż pamiętała ten pierwszy 

pocałunek na śniegu. Ale on jest doświadczony, a ona 

nie. Nie ma mowy, żeby dobrze zaliczyła tę próbę. 

- A jak się rozczarujesz? - zapytała niepewnie. 

- Wtedy dla nas obojga sprawa będzie jasna, 

prawda? 

Malinda przez chwilę ssała dolną wargę, rozważając 

konsekwencje. 

- Na czym będzie polegał ten sprawdzian? 

- Napięcie bierze się z tego, że człowiek stara się 

ukryć pewne uczucia, musimy więc zacząć od od­

słonięcia tych uczuć. Na przykład... - Mówiąc to 

uniósł rękę ku jej włosom i wyjął z nich spinkę. 

- Zawsze nosisz upięte włosy, a ja wciąż pamiętam 

twoją pierwszą noc w naszym domu. Wtedy je 

rozpuściłaś. 

Kolejne spinki upadły na podłogę. 

- W koku wyglądasz jak zasuszona stara panna. 

Słysząc to niepochlebne porównanie Malinda obron­

nym gestem uniosła rękę ku swoim włosom, ale Jack 

natychmiast ją odsunął. Rozrzucił swobodnie jej włosy 

i zanurzył w nie palce. Potem ujął w dłonie jej twarz 

i przysunął do swojej. Na jego wargach błąkał się 

uśmiech mogący stopić lód. 

- A kiedy rozpuścisz włosy, stajesz się niezwykle 

background image

przystojną kobietą. - Na moment dotknął leciutko 

wargami jej ust. - Teraz twoja kolej. Powiedz, jakie 

uczucia ukrywasz? 

Powieki Malindy stały się nagle bardzo, bardzo 

ciężkie. 

- Zrób to jeszcze raz - szepnęła nieśmiało. 

- Co? 

- Pocałuj mnie. 

Jack zdawał sobie sprawę z jej niewinności i braku 

doświadczenia. Widział to w jej oczach, czuł na jej 

wargach i w nieśmiałej wędrówce palców po swojej 

piersi. Była mu przez to jeszcze droższa. 

Usta Malindy rozchyliły się pod delikatnym nacis­

kiem warg Jacka. Jack nawet nie zdawał sobie sprawy, 

do jakiej samokontroli jest zdolny. Objął ją ramionami, 

przycisnął do siebie. 

- Pocałuj mnie, Lindo - poprosił. 

Malinda, przestraszona, otworzyła szeroko oczy. 

- Nić mogę. 

Jack pocałował najpierw jedną zamkniętą już 

powiekę, potem drugą. 

- Ależ możesz. Rozluźnij się i nie bój. 

Nie poruszyła się i Jack zaczął obawiać się, że jej 

stan emocjonalny jest dużo bardziej skomplikowany 

niż przypuszczał. Wtem jej nieśmiała ręka wspięła się 

do jego policzka i tam spoczęła. Poczuł dudnienie jej 

tętna i zrozumiał, ile kosztował ją nawet taki drobny 

gest. Zawstydził się. Wciąż trzymając ją w objęciach, 

nie zważając na wodę i gruz, osunął się na podłogę. 

Przez chwilę leżeli nieruchomo. Po latach powściąg­

liwości Malinda niezdolna była do najmniejszego 

ruchu. Ale Jackowi powściągliwość była obca. Jego 

palce rysowały małe, hipnotyczne kółka na jej plecach, 

background image

unosiły sweter coraz wyżej. Malinda wzdrygnęła się, 

może od chłodnego powietrza. 

Napotkawszy zapięcie stanika palce Jacka za­

trzymały się, zrobiły, co należało i znów ruszyły 

w górę, masując napięte mięśnie. Pod pieszczotami 

Jacka ciało Malindy rozluźniło się, stało się bez­

władne i wrażliwe. Uniosła głowę, napotkała jego 

spojrzenie... i zobaczyła diabła w jego oczach i w jego 

uśmiechu. 

Wiedziała, że to niebezpieczny człowiek. Nie miała 

przy nim żadnych szans. Z pełną świadomością 

pozwoliła swoim wargom poznawać nowe kształty 

i smaki. Usta, które oczom wydawały się wąskie 

i zacięte, rozchyliły się, zadziwiająco miękkie i pełne. 

Do tej pory Malinda nawet nie przypuszczała, że 

kiedykolwiek mogłaby oddać się takim zmysłowym 

przyjemnościom. Ciotka Hattie dobrze ją wyszkoliła. 

Nieliczni mężczyźni w jej życiu byli męskimi wersjami 

jej samej - bezpieczni, niewymagający. Randki składały 

się z cichej kolacji, koncertu w filharmonii, czasem 

z podniecającego odczytu na uniwersytecie, i wszystkie 

kończyły się niewinnym pocałunkiem przed jej drzwiami. 

To, co przeżywała teraz, było czymś absolutnie 

nieznanym. Dłonie Jacka wędrowały po jej plecach, 

potem przesunęły się na boki i do przodu, na jej nagie 

piersi. 

Jego kciuki musnęły jej sutki, które natychmiast 

stężały i jakby rozkwitły. Fala pożądania przecięła 

Malindę jak nóż. 

Mężczyzna z natury pozwala, by rządziły nim 

namiętności, kobieta zaś musi stale je kontrolować. 

Kubeł zimnej wody miałby pewnie w tej chwili 

mniejszy wpływ na zachowanie Malindy niż owa 

background image

zasada ciotki Hattie, o której przypomniała sobie tak 

nie w porę. W mgnieniu oka Malinda była na nogach. 

- Co się stało? - zapytał zaniepokojony Jack. 

- Nic, przepraszam. Ja... - Unikając jego wzroku, 

Malinda zapinała stanik. 

Jack odsunął jej ręce, obrócił ją i chwycił zapięcie 

stanika. 

- Za co przepraszasz? 

- Żałuję, że sprawy posunęły się tak daleko - od­

parła z trudem Malinda, bo Jack właśnie zapinał jej 

stanik. - Dama nigdy nie powinna pozwolić mężczyźnie 

na takie rzeczy. 

Jack gwałtownie obciągnął jej sweter. Obrócił ją 

i spojrzał jej prosto w oczy. 

- No, cóż, ja nie żałuję - stwierdził zdecydowanie. 

- Może tylko tego, że nie skończyliśmy tego, cośmy 

zaczęli. 

Na biurku leżały porozrzucane cenniki. Za drewno, 

roboty hydrauliczne, farby, elektrykę. Długie kolumny 

cyfr przy każdej pozycji. Obok projekt budynku 

z uwagami architekta. Jack od wielu godzin siedział 

przy biurku studiując plany, listę niezbędnych mate­

riałów i cennik. Teraz miał już tylko wszystko 

podsumować. 

Nie umiał jednak nawet prawidłowo dodać dwóch 

do dwóch. Zupełnie nie potrafił się skoncentrować. 

Myślał o wszystkim, tylko nie o pracy. 

Nie, nie o wszystkim, poprawił się szybko. Tylko 

o Malindzie. Ta kobieta doprowadzała go do wariac­

twa. Kręciła się co rano po jego domu, przygotowywała 

śniadanie, słała łóżka, ubierała chłopców. Stojąc na 

progu domu sprawdzała, czy wzięli kanapki do szkoły, 

background image

włożyli czapki i rękawiczki, zapięli kurtki. Każdemu 

miała coś ważnego do powiedzenia na pożegnanie. 

Małemu Jackowi życzyła szczęścia na klasówce 

z matematyki. Dawidowi przypominała, żeby dał 

nauczycielce jabłko, które dołożyła mu do drugiego 

śniadania. Darrenowi kazała nie zapomnieć o wypiciu 

mleka. Wyprawiwszy ich na autobus, zabierała Patryka 

i potężną, wypchaną torbę i ruszała do pracy. 

I wszystko to robiła ubrana jak na proszony 

podwieczorek. Kiedy znajdowała na to czas? O której 

by wstał, ona zawsze była już na nogach, ubrana 

i gotowa na przyjęcie kolejnego dnia. Umówili się, że 

niedzielę będzie miała wolną, ale pierwszą z nich 

spędziła porządkując szafy chłopców, drugą zaś 

naszywając łaty na ich dżinsy i budując z Patrykiem 

domki z klocków lego. 

Kiedy wszyscy leżeli już w łóżkach, Jack słyszał, 

jak pisze tę swoją śmieszną rubrykę. Miała czas na 

wszystko... oprócz niego. I w tym sęk. 

Nie wstydził się przyznać, że Malinda go pociąga, 

ale... miał dość rozumu, by wiedzieć, że to nie 

w porządku. 

Tak bardzo się różnili. Ona była diamentem, on 

bryłką węgla. Ona schludna aż do obsesji, on - no, 

cóż - bałaganiarz. On nosił sportowe bluzy i dżinsy, 

ona jedwab i koronki. On lubił zimne piwo i poniedział­

kowe mecze, ona wolała wino i muzykę klasyczną. 

To wszystko powinno go zniechęcić. Niestety. Tym 

bardziej czuł się zaintrygowany. 

Podejrzewał także, że i on ją pociąga. Cholera, 

przecież mężczyzna wyczuwa pewne rzeczy. Kiedy 

jednak zbliżał się do niej, naprężała się jak struna. 

Wiedząc o tym, celowo wmanewrował ją w to sam na 

background image

sam przy remoncie jej domu. Miał nadzieję, że 

przebywając z nim więcej, stopniowo, kroczek po 

kroczku, poczuje się swobodniej. Do pewnego momen­

tu wszystko szło znakomicie. 

I nagle, kiedy już wydawało mu się, że zniknęły 

wszystkie bariery, Malinda znowu się wycofała. Dlacze­

go?, zastanawiał się patrząc na zaostrzony ołówek. 

Żadna odpowiedź nie przychodziła mu do głowy. 

Nawet nie bardzo go to zdziwiło. Tylko Malinda 

mogłaby odpowiedzieć na to pytanie, ale Jack nie był 

pewien, czy nawet ona zna odpowiedź. 

Od soboty unikał jej jak diabeł święconej wody. 

Częściowo ze złości, częściowo z zakłopotania. I częś­

ciowo z nadmiaru roboty. Spojrzał z niechęcią na 

rozrzucone na biurku papiery. 

Czyż miłość nie jest piekłem? 

Ołówek z trzaskiem złamał się w jego palcach. A to 

skąd się wzięło? Uciekając przed tym paskudnym 

pytaniem, zerwał się na nogi i zaczął spacerować po 

pokoju. 

Nic z tego. Słowo „miłość" prześladowało go, tkwiło 

w napiętych mięśniach karku, pulsowało w skroniach. 

Z westchnieniem opadł z powrotem na krzesło. To 

wszystko jej wina. Wparadowała w ich życie, czyszcząc, 

porządkując i odgadując każde życzenie. Nic więc 

dziwnego, że przyzwyczaił się do niej. A, przekonywał 

sam siebie, przyzwyczajenie to niekoniecznie miłość. 

Czekał, aż te myśli przyniosą mu ulgę, aż zniknie 

tępy ból w skroniach. Na próżno. 

Spojrzał na zegarek. Dziewiąta. Był tak samo 

zaawansowany w robocie, jak kiedy zaczynał ją 

o szóstej. 

Ponownie włączył kalkulator. 

background image

Malinda siedziała w kuchni przy stole i układała 

listę zakupów. Pobrzękiwaniu naczyń w zmywarce 

towarzyszył szum pełnej ręczników suszarki. Były to 

jedyne odgłosy w całym domu. Chłopcy dawno już 

leżeli w łóżkach. 

Przypomniawszy sobie, że skończył im się płyn do 

prania, umieściła go na liście, dopisując na marginesie 

„o podwójnej mocy". Papier toaletowy, płyn do 

prania, płatki kukurydziane dla Patryka, owsiane dla 

bliźniaków, kasza manna dla Małego Jacka, masło 

orzechowe, dżem, chleb chrupki na drugie śniadania, 

krem do golenia i ostrza dla Jacka. Malinda uśmiech­

nęła się, porównując tę listę z tymi, które jeszcze tak 

niedawno robiła dla samej siebie. 

Urozmaicenie. Na tym polegała różnica. Jej listy 

były takie nudne i monotonne. Zupełnie inne niż listy 

Brannanów. Każdy mężczyzna w tym domu miał 

swoje upodobania. To, czego jeden nie znosił, inny 

uwielbiał. Niełatwo było ich wszystkich zadowolić. 

I bardzo ci się to podoba, powiedziała sama do 

siebie Malinda, ziewając sennie. Spojrzała na zegar, 

ziewnięcie ustąpiło miejsca grymasowi. Jack znowu 

się spóźnia. Miał być przed siódmą, zjeść z nimi 

kolację i pomóc Małemu Jackowi w geografii. Tym­

czasem kolacja była już dawno zjedzona, a na 

kuchennym stole stał gotowy model wulkanu. Wszys­

tko to dokonało się pod nieobecność i bez pomocy 

Jacka Brannana. 

Malinda zmarszczyła nos, patrząc na ogromną 

bryłę z masy papierowej. Drut, stare gazety, rozwod­

niony klej i trzy buteleczki farby. Jeśli chodzi o stronę 

artystyczną, model był udany. Obawiała się tylko 

o stronę techniczną. Nigdy nie była w tym mocna. 

background image

Mały Jack potrzebował pomocy ojca i dlatego 

Malinda jeszcze się nie położyła. Zamierzała odbyć 

z Jackiem poważną rozmowę na temat jego oj­

cowskich obowiązków. Od tygodnia, od dnia wspó­

lnej pracy przy rurach w jej domu, unikał jej, 

a co za tym idzie, i chłopców. Ich rozmowy były 

krótkie i rzeczowe. Widywali się rzadko, w drodze 

do pracy czy do łóżka. 

I Malindzie było przykro. Przykro jej było także 

dlatego, że powiedziała wtedy, iż żałuje, bo pozwoliła, 

by sprawy zaszły tak daleko. Nigdy w życiu nie czuła 

tak bardzo, że żyje, jak wtedy, przez tę krótką chwilę 

na podłodze w łazience. Wszystkie zakończenia nerwów 

w jej ciele pulsowały pragnieniem, którego nie potrafiła 

nazwać ani zrozumieć... a tak bardzo chciała. O Boże, 

ależ chciała znowu się tak poczuć. 

Wyglądało jednak na to, że jeśli ma to zależeć od 

Jacka, to nic z tego. Od tamtej pory unikał jakiegokol­

wiek z nią sam na sam. A jej było przykro. 

Światło reflektorów omiotło ścianę kuchni. Wrócił. 

Malinda wstała. 

Na dźwięk klucza przekręcanego w zamku zamarła. 

„Dwa oddechy brzuszne" wyszeptała, ale zanim 

zdążyła wciągnąć powietrze po raz pierwszy, Jack był 

już w drzwiach. 

Oddychaj głęboko, krzyknęła Malinda w duchu. 

Pamiętaj o oddechu! 

- Cześć. - Nie patrząc na nią Jack zdjął płaszcz 

i rzucił go na krzesło. - Chłopcy w łóżkach? 

Zaskoczona w połowie oddechu, Malinda z trudem 

wyjąkała potwierdzenie. 

Jack, przyglądający się modelowi wulkanu, nawet 

tego nie zauważył. 

background image

- Cholera, zupełnie o tym zapomniałem. - Wściekły 

stuknął się w czoło. - Dobra robota. Pomagałaś mu? 

- Tak, ale większość zrobił sam. Budowa jest 

w porządku, ale nie wychodziła nam erupcja. 

- Proszek do pieczenia i ocet. - Jack wyjął umiesz­

czony w stożku pojemnik. 

- Szkoda, że nie było cię wcześniej. Przydałyby się 

nam twoje rady. 

- Musiałem przygotować ofertę - wymamrotał 

pochylony nad wulkanem. - Podaj mi proszek do 

pieczenia. 

- Mały był bardzo zawiedziony. 

Gdy podawała mu pudełko, ich ręce na moment 

zetknęły się. Malindzie wydawało się, że strzelił w nią 

piorun. Jack na chwilę podniósł wzrok, potem znów 

wrócił do wulkanu. 

... - Przejdzie mu to. 

- Może. 

- Może? 

- Dzieci łatwo godzą się z sytuacją, ale niełatwo 

zapominają. 

- Jakoś mu to wynagrodzę - odparł Jack wracając 

do wulkanu. 

- Nie wątpię - zgodziła się Malinda - ale czy ta 

oferta na pewno była ważniejsza? 

- To nie kwestia ważności, tylko priorytetu. Praca 

najpierw. 

- Dlaczego? 

Jack wsypał łyżkę proszku w wąski otwór wulkanu. 

- Odpowiedź jest chyba oczywista. 

- Może dla ciebie. 

Jack westchnął głęboko i odłożył łyżkę na stół. 

- Słuchaj, Malindo. Mały Jack był zawiedziony, 

background image

bo mu nie pomogłem i bardzo mi z tego powodu 

przykro. Ale ja muszę przede wszystkim pracować. 

Muszę opracowywać oferty, żeby zdobyć kontrakty, 

bo to nam daje chleb. 

- Dajesz im dużo więcej niż tylko chleb. Spełniasz 

wszystkie ich zachcianki. Kupujesz im zabawki 

i wszystko, o czym zamarzą. 

- I co w tym złego? 

- Nic, gdyby i inne ich potrzeby były zaspokojone. 

- A ty, oczywiście, jesteś w tych sprawach ekspertem 

- odparł oschle. 

- Nie, nie jestem ekspertem, ale pamiętam swoje 

dzieciństwo. Moi rodzice dawali mi wszystko, co można 

mieć za pieniądze, a ja chciałam tylko, żeby byli ze mną. 

- Mówiłaś, że wychowywała cię ciotka Hattie. 

- Owszem, od ósmego roku życia. Interesy mojego 

ojca wymagały wyjazdu z kraju i matka pojechała 

z nim. Zostawili mnie pod opieką różnych niań i gospoś 

i przyjeżdżali do domu co parę miesięcy. Buntowałam 

się. Z rozpaczy umieścili mnie u ciotki Hattie. 

Jack bawił się buteleczką octu. Jego dzieciństwo 

niewiele różniło się od dzieciństwa Malindy. Jego 

rodzice też go nie chcieli. Ale nigdy nie przysyłali 

pieniędzy ani go nie odwiedzali. 

- Dobrana z nas para - powiedział. - Dwie nie 

chciane sieroty. Jest jednak między nami jedna istotna 

różnica. Pieniądze. Twoi rodzice cię utrzymywali. 

Moi wydawali wszystko na wódkę. Czy wiesz, jak to 

jest, gdy się niczego nie ma? 

Nie czekał na odpowiedź. Nie potrzebował jej. 

Znał ją aż za dobrze. 

- Ubrania i czasem jakiś prezent na Boże Naro­

dzenie miałem wyłącznie z opieki społecznej. Mowy 

background image

nie było o uprawianiu sportu, zbiórkach czy innych 

zajęciach, które miały inne dzieci. Chcę, żeby moi 

synowie mieli to, czego ja nie miałem. Rozumiesz to? 

- Tak, rozumiem, ale to są  t w o j e potrzeby, a nie 

chłopców. - Malinda położyła rękę na dłoni Jacka. 

- Jack, dzieci potrzebują  c i e b i e . Twojej miłości 

i twojej uwagi. 

Jack nie odważył się nawet poruszyć. Przypuszczał, 

że Malinda nawet nie zdała sobie sprawy, że go 

dotknęła. Przejęta sprawą chłopców zapomniała o sobie 

i swoich głupich oporach. Przez chwilę rozważał jej 

słowa. Owszem, wiedział, że synowie go potrzebują. 

I bardzo się starał zaspokoić wszystkie ich potrzeby 

- fizyczne i uczuciowe. Ale był sam. Nie miał żony, 

która dzieliłaby z nim ten ciężar. Czasami był tak 

zmęczony, tak psychicznie wykończony pracą, że 

obawiał się, że nie sprosta temu zadaniu. Ale starał 

się, do cholery. Ciekawe, czy Malinda wie, jak bardzo. 

Spojrzał na nią. Opowiedziała mu trochę o swoim 

dzieciństwie. W jej oczach wciąż był ból wywołany 

przez wspomnienia. Jej potrzeby w dzieciństwie były 

zwyczajne. Matka, ojciec, dom. Dwóch z nich jej nie 

dano. Czego potrzebowała w dorosłym życiu? Znał ją 

już na tyle, by podejrzewać, że jej potrzeby niewiele 

się zmieniły. 

Oczywiście nie potrzebowała już ojca ani matki, ale 

wciąż potrzebna jej była rodzina i dom. Widział ją 

razem z chłopcami. Zauważył, jak błyszczą jej wtedy 

oczy, jak śmieje się bawiąc z Patrykiem. Wydawało 

mu się też, że potrzebuje i jego. 

Ujął ją za rękę. 

- A jakie są twoje potrzeby, Malindo? - zapytał 

cicho. 

background image

Ta nagła zmiana tematu zaskoczyła ją. Zarumieniła 

się i próbowała wyswobodzić rękę... Jack wzmocnił 

uścisk. 

- Rozmawialiśmy o chłopcach, zapomniałeś? 

- Zgadza się - przytaknął Jack. Kciukiem rysował 

kółka na jej dłoni. 

Malindzie coraz trudniej było się skoncentrować, 

ale wiedziała, że musi. Dla dobra chłopców. 

- Przez ostatni tydzień prawie ich nie widywałeś. 

Wychodzisz rano i wracasz, kiedy już śpią. Czuję się 

za to odpowiedzialna. 

- O, a to dlaczego? 

- Bo wydaje mi się, że mnie unikasz, a unikając 

mnie, unikasz także ich. 

- Naprawdę? A czemuż to miałbym cię unikać? 

- Z po-powodu tego, co się stało - wyjąkała 

Malinda. 

- A co się stało, Malindo? 

Spojrzała mu prosto w oczy. 

- Bardzo dobrze wiesz, co się stało. 

Jack przyciągnął ją na kolana. Bardzo dobrze 

wiedział, co się stało. Nie był tylko pewien, czy i ona wie. 

Wyciągnął ręce po leżące na stole łyżki. Jego ramiona 

musnęły jej piersi. Malinda poczuła oblewającą ją 

falę gorąca. 

Jack zanurzył łyżki w pudełku z proszkiem do 

pieczenia. 

- To jest mężczyzna - powiedział unosząc jedną 

pełną proszku łyżkę do góry. - A to kobieta. - Uniósł 

drugą. 

Wsypał proszek do wnętrza wulkanu i wziął do 

ręki buteleczkę z octem. 

- A to - powiedział odkręcając ją - jest pożądanie. 

background image

Wlał ocet do wulkanu. Płyn z sykiem połączył się 

z proszkiem, pojawiły się bańki i ciecz gwałtownymi 

falami zaczęła wydobywać się ze środka. 

- Oto co dzieje się, kiedy, te składniki się połączą. 

Malindzie zaschło w ustach. Nie mogła oderwać 

wzroku od bulgoczącego płynu. Czuła, że to samo 

dzieje się w jej żyłach i że gorąco bijące od ud Jacka 

doprowadza jej krew do punktu wrzenia. 

- Jak zauważyłaś, kiedy mężczyzna i kobieta 

połączyli się, z początku nic się nie działo. Dopiero 

kiedy dodaliśmy trzeci składnik, pożądanie, zaszła 

reakcja chemiczna. To samo dzieje się w ludziach. 

Jack zaczerpnął tchu i Malinda poczuła dotknięcie 

jego piersi na swoich plecach. 

- A wracając do twojego pytania. Rzeczywiście cię 

unikałem. Właśnie z powodu tej chemicznej reakcji. 

Ja osobiście potrafię sobie poradzić z pożądaniem. 

Szczerze mówiąc, chętnie bym jeszcze poeksperymen-

tował. Niestety, nie jestem pewien co do ciebie. 

. Malinda spuściła głowę, zakłopotana swą kobiecą 

niedoskonałością. 

- Chyba masz rację - szepnęła, a potem zadziwiła 

go, unosząc głowę i patrząc mu prosto w oczy. - Ale 

chciałabym spróbować. 

Jack nie wierzył własnym uszom, nawet próbował 

jedno przetkać. 

- Co powiedziałaś? 

- Powiedziałam, że chcę spróbować. Nie mówię, 

że to od razu będzie łatwe, ale chcę spróbować. 

- Unikając teraz jego wzroku, wygładziła spódnicę na 

kolanach. - To znaczy, jeżeli i ty chcesz. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Czy chcę? Ogier prowadzony do klaczy nie byłby 

bardziej chętny. Coś jednak mówiło Jackowi, ze 

powinien być ostrożny. Malinda różniła się od innych 

kobiet. Była delikatna, niewinna, skrępowana staro­

świeckimi zasadami. 

Była również spragniona miłości - chciała ją dawać 

i brać. Pamiętał, jak topniała, kiedy Patryk ją tulił 

i całował. Widział, jak opiekowała się starszymi 

chłopcami. 

Przy nim sztywniała. I to go niepokoiło. Nie był 

człowiekiem cierpliwym. Słowa „delikatnie" używał 

tylko w odniesieniu do odpowiednio wysmażonego 

kotleta. A Malinda potrzebowała i delikatności, 

i czułości. Jack nie był pewien, czy potrafi jej to dać. 

Ale kiedy uniosła głowę i ujrzał w jej oczach morze 

niepewności i wątpliwości, zrozumiał, że będzie musiał 

spróbować. 

Ujął jej dłoń i wolno podniósł do ust. 

- Chcę to za mało powiedziane - szepnął. 

Jego język drgnął i rozpłomienił wnętrze jej dłoni. 

Ogień poprzez ramię spłynął w dół, aż do stóp. 

Malinda z trudem powstrzymała chęć ucieczki i spo­

jrzała na jego twarz. Włosy miał odgarnięte do tyłu, 

czesane nie grzebieniem, lecz palcami. Łysiał lekko 

nad czołem, linia włosów układała się w trójkąt 

dobre siedem centymetrów nad nosem. 

background image

Między brwiami widniały głębokie bruzdy. Malinda 

zastanawiała się nad ich przyczyną. Praca? Obowiązki? 

Zmęczenie? Równie dobrze wszystko razem, pomyślała 

przesuwając po nich palcem. Pracował do późna, według 

niej zbyt dużo. A chłopcy to też poważny obowiązek. 

Miała nadzieję, że tutaj akurat trochę go odciąża. 

Nie potrafiła powiedzieć, ile Jack sypia, ale często 

w nocy słyszała, jak chodzi po domu. Zagląda do 

chłopców, do kuchni, coś dłubie w gabinecie. Przeciąg­

nęła jeszcze raz palcem i z satysfakcją zauważyła, że 

pod jej dotknięciem bruzdy nieco się wygładziły. 

Poszukała jego wzroku. Brązowe oczy patrzyły na 

nią spod zasłony rzęs bez śladu złości. Nie znalazła 

też w nich niechęci ani wątpliwości, choć spodziewała 

się obu. Nie spuszczając oczu przesunęła palec niżej, 

wzdłuż lekko skrzywionego nosa, na usta. 

Jack rozchylił nagle wargi, chwycił Malindę za rękę 

i wsunął jej palec do swych ust. Malinda cała drżała, 

kiedy przesuwał jej palcem wzdłuż swojego języka. 

Czuła się jak owinięta w jeden wielki erotyczny kokon. 

Jack bardzo, och jak bardzo powoli wysunął jej 

palec ze swoich nabrzmiałych ust. Z uśmiechem 

usadowił ją wygodniej. 

Malinda poderwała się gwałtownie. 

- Prze-przepraszam - wyjąkała. - Twoje nogi pewnie 

już ledwo wytrzymują. 

Jack chwycił ją za biodra i posadził z powrotem. 

- Coś na pewno, ale raczej nie nogi - rzekł ze 

śmiechem. 

Teraz usadził ją bokiem, ale niewiele złagodziło to 

ucisk, jaki czuł w spodniach. 

- Może przeniesiemy się na kanapę? - zapytał 

i wsunął jej rękę pod kolana. 

background image

Kiedy uniósł ją w ramionach, nie wiedziała, co 

chwytać najpierw - jego szyję, żeby nie upaść, czy 

rąbek spódnicy. Błyskawicznie uznała, że bezpieczeń­

stwo jest ważniejsze niż skromność i obiema rękami 

schwyciła go mocno za szyję. 

Przy kanapie w salonie Jack zatrzymał się, czubkiem 

buta przesunął poduszki w jeden róg i delikatnie 

ułożył na nich Malindę. Sam, podparty na łokciu, 

ułożył się obok. 

- Robiłaś już to kiedyś? - zapytał patrząc jej w oczy. 

Tak pytają dzieciaki w szkole, Malinda znała 

to pytanie, ale nie z doświadczenia. Chciała tego, 

ba, sama o to prosiła. Ale wszystko działo się 

za szybko. Odsunęła się trochę, bo uwierał ją guzik 

od kanapy. 

- Oczywiście. 

Jack zaśmiał się, przełożył nogę przez jej nogi 

i przyciągnął ją do siebie. 

- Nie nadajesz się na pokerzystkę - powiedział. 

Chcąc zyskać na czasie Malinda nerwowo oblizała 

wargi. 

- Dlaczego? 

Jack lekko dotknął kącika jej oka. 

- Twoje oczy. One mówią za ciebie. 

- Naprawdę? 

- A tak. - Jack podniósł rękę ku jej włosom i wyjął 

z nich szpilkę. Malinda poczuła, jak kok się rozluźnia, 

a ona wręcz przeciwnie. 

- I co mówią? - zapytała drżącym głosem. 

- Mówią, że to po raz pierwszy w życiu. Ale nie 

szkodzi - dodał szybko wyjmując następną szpilkę. 

Rozrzucił jej włosy i spojrzał głęboko w oczy. - Mówią 

też, że się boisz. 

background image

Cała odwaga opuściła Malindę. Być niewinną, chcieć 

czuć i poznać to, co mają inne kobiety, to jedno. 

A kiedy mężczyzna, z którym postanowiłaś to przeżyć, 

widzi, że jesteś przerażona, to zupełnie co innego. Nie 

po raz pierwszy przekonała się, że Jack rozszyfruje 

każde kłamstwo. 

- Boję się - przyznała niechętnie. 

- Dlaczego? Za nic w świecie nie chciałbym cię 

skrzywdzić. 

- Och, tu nie chodzi o ciebie - zapewniła go 

gwałtownie. - To z powodu ciotki Hattie. 

- Ciotki Hattie? Myślałem, że nie żyje. 

- Zgadza się. Ale znakomicie jej się udało wychować 

mnie na świętoszkę. Jeszcze dziś słyszę jej wykłady 

o tym, co wypada. 

- Nawiedzają cię jak duchy, co? 

- Tak jakby. Kiedy zanosi się, że mogłabym 

pogwałcić którąś z zasad ciotki, natychmiast słyszę jej 

głos, jakby stała tuż obok mnie. To co najmniej 

deprymujące. 

Jack przypomniał sobie, jak nagle wycofała się, 

kiedy po raz pierwszy byli ze sobą tak blisko. Wiedział, 

że nie powinien przypominać jej takiej kłopotliwej 

chwili, ale musiał wiedzieć. 

- Czy słyszałaś jej głos wtedy u ciebie w domu, 

kiedy... 

Nie musiał kończyć tego pytania. Malinda dobrze 

wiedziała, o co mu chodzi. 

- Tak. 

Jack poczuł ulgę. Tysiące razy analizował tamtą 

scenę, próbując dopatrzyć się jakiegoś błędu ze swojej 

strony. A więc to jednak nie on! To wszystko przez 

ciotkę Hattie! 

background image

Ujął w dłonie twarz Malindy i pocałował ją mocno 

w usta. 

- Dziękuję. 

- Za co? - spytała zdziwiona. 

- Za uratowanie mojego męskiego ego. Bałem się, 

że może nie podobają ci się moje pocałunki. 

Było to tak dalekie od prawdy, że Malinda omal 

nie wybuchnęła śmiechem. Świadomość, że nie tylko 

ona czuje się niepewna, uspokoiła nieco jej nerwy. 

- Twoje pocałunki są wspaniałe - powiedziała 

i nawet odważnie położyła mu rękę na sercu. -I właś­

ciwie nie miałabym nic przeciwko następnym. 

Ku zdziwieniu i radości Jacka pocałowała go. I nie 

było to ot, takie muśnięcie wargami. Zamknęła mu 

usta pocałunkiem i powolutku sączyła jego oddech. 

Coś się zmieniło. Jack nie wiedział dokładnie co, ale 

na  p e w n o coś się zmieniło. I zamierzał cieszyć się 

każdą minutą. Nie przerywając pocałunku ułożył 

głowę na poduszce obok Malindy. 

Salon oświetlony był tylko światłem wpadającym 

z przedpokoju. W całym domu panowała grobowa 

cisza. W tej ciszy jedwab szeptał ocierając się o bawełnę, 

guziki trzaskały. 

Jack chciał więcej. 

Delikatnie wsunął rękę pomiędzy ich ciała, chwycił 

jedwabną kokardę pod jej szyją i pociągnął. Bez 

najmniejszego szacunku dla delikatnego materiału 

odrzucił apaszkę za siebie. Jego palce odnalazły 

pierwszy guzik jej bluzki, odpięły go, przeszły do 

następnego. Jack ani na moment nie przerywał 

pocałunku. W mgnieniu oka trzymał w ręku przyob­

leczoną w koronkę pierś. Musnął kciukiem nabrzmie­

wający sutek. Poczuł, jak całe ciało Malindy napina się. 

background image

- Wszystko jest dobrze - szepnął wytyczając linię 

ognia wzdłuż delikatnej kolumny jej szyi. Zahaczył 

palcem o koronkowe ramiączko, zsunął je i ustami 

przywarł do obnażonej, gorącej półkuli. 

Z ust Malindy wyrwało się pełne zdziwienia wes­

tchnienie. Palce u nóg podwinęły się i pierwszy pantofel 

wylądował na dywanie. Niecierpliwie zrzuciła drugi 

i zanurzyła palce we włosach Jacka. Czuła, jak pracują 

jego mięśnie. Przymknęła oczy i poddała się cudow­

nemu uczuciu ogarniającemu całe jej ciało. 

Jack zanurzył twarz w dolinę między jej piersiami. 

- Malindo... - szepnął, z trudem panując nad 

pożądaniem. 

Malinda czule przytuliła jego głowę. Całe życie 

czekała na te uczucia, na tego mężczyznę. Chciała mu 

to powiedzieć, podzielić się z nim tymi wrażeniami, 

słowa jednak nie przychodziły. Pozostały jej ręce. 

Wysunęła mu koszulę ze spodni i obiema rękami 

Objęła jego nagie plecy. 

Skórę miał delikatną jak niemowlę, ale mięśnie pod 

nią były twarde, męskie. Przeciągnęła palcem wzdłuż 

kręgosłupa, poczuła, jak Jack drży i zachwyciła się 

swoją zdolnością do wywoływania takich reakcji. 

Z tłumionym jękiem Jack ciężarem całego ciała 

przetoczył się na Malindę. Chwycił rąbek jej spódnicy 

i podciągnął do góry, aż jego ręka napotkała miejsce 

złączenia ud. Znowu koronka i jedwab. Zupełnie jak 

ona. Miękkość i kobiecość. 

Wsunął palec pod gumkę i delikatnie pieścił kolejne 

centymetry jej nagiego ciała. 

Malinda poczuła, że pragnie go jak powietrza. 

Tuliła jego głowę, doświadczając siły jego mięśni. 

Pod motylim dotykiem jego palców na samym 

background image

rdzeniu kobiecości czuła rozlewające się na całe ciało 

fale rozkoszy. 

Dama przede wszystkim nie powinna... 

Malinda struchlała. Palce Jacka wyczuły to i zamar­

ły. Odsunął się trochę, odszukał w ciemności jej oczy 

i dojrzał w nich strach i poczucie winy. Ciotka Hattie. 

Jak, do cholery, człowiek może walczyć z duchem? 

Pokrywał pocałunkami jej czoło, kąciki oczu, czubek 

nosa. W każdym pocałunku była wiadomość. Zaufaj 

mi. Nie zrobię ci krzywdy. Poddaj się uczuciom. 

Malinda objęła go za szyję i mocno się przytuliła. 

- Och, Jack, chcę... 

- Wiem, wiem - uspokoił ją głosem miękkim jak 

aksamit. Szeptał jej do ucha jakieś nic nie znaczące 

słowa. Czasem uspokajał tak chłopców, kiedy obudził 

ich zły sen. 

Malinda czuła, jak słabnie jej opór. Potem było już 

tylko pożądanie. Zapominając o ciotce Hattie i latach 

ograniczeń, po raz pierwszy w życiu poddała się 

własnym doznaniom. Głód, jak pełzające zwierzę, 

ogarniał ją całą. Chciała znowu czuć to, co przedtem. 

Przywarła wargami do jego ust. 

Nieśmiałość zniknęła. Wahanie też. Jack wyczuł 

tę zmianę, tę niecierpliwość. Jego palce powróciły 

do poprzedniego rytmu, jej ciało go zrozumiało 

i uległo. 

Jack znów objął prowadzenie. Jego język penetrował 

głębię jej ust, a palec, wsunięty głęboko, przywłaszczał 

sobie jej dziewictwo. 

Malinda wbiła paznokcie w ramiona Jacka i wygięta 

w łuk poddała się przeszywającym ją falom naj­

wspanialszej rozkoszy. Czuła się pełna, zaspokojona... 

czuła się jak w pełni ukształtowana kobieta. 

background image

Ujęła jego twarz w dłonie. 

- Kocham cię, Jack - wyszeptała w ciemności. 

Te słowa zmroziły go do szpiku kości, poczuł się 

jak pod lodowatym prysznicem. Tego właśnie się 

obawiał, choć raczej podświadomie. Kobieta, która 

przed chwilą przeżyła swój pierwszy orgazm, zawsze 

myśli, że kocha mężczyznę, który to sprawił. Malinda 

nie była pierwszą, która myliła pożądanie z miłością. 

Wierzył, że jej słowa były szczere, ale nie chciał dać 

się nabrać. Jej też trzeba było to wyjaśnić umożliwić 

jakieś późniejsze wyjście z sytuacji. 

- Rozumiem, że teraz tak myślisz, kochanie, i to 

normalne. Ale powodują tobą emocje. Jutro możesz 

czuć inaczej. 

Nie czuła inaczej. Obudziła się z pełnym zadowolenia 

uśmiechem na twarzy. Nosiła ten uśmiech przez cały 

dzień, wywołując złośliwe komentarze Cecile i zdzi­

wione spojrzenia redaktora i chłopców. 

Nikt nie rozumiał jej wesołego nastroju, nowego, 

sprężystego kroku, ogólnego zadowolenia ze świata 

- z wyjątkiem może Cecile. Malinda zaś do niczego 

się nie przyznawała. 

Po raz pierwszy w życiu zakochała się i było to 

uczucie zbyt cudowne, zbyt szczególne, zbyt nowe, by 

się nim z kimś dzielić. 

Nakrywając wieczorem stół do kolacji, dodając tu 

i ówdzie kilka uroczystych akcentów, wiedziała coś, 

o czym Jack Brannan nie miał pojęcia. Ojcem jej 

miłości nie było pożądanie, ale on sam. 

Jack nie czuł się dobrze w tym pokoju. Kiedy 

budował dom przed czterema laty, Laurel nalegała 

background image

na osobną jadalnię do przyjmowania gości. O ile 

pamiętał, skorzystano z niej tylko dwa razy. Pierwszy 

- na Boże Narodzenie. Drugi - na jakieś przyjęcie, 

które według niego było nudną klapą. 

Dziś chłopcy mieli tu zaprezentować swe nowo 

nabyte maniery. 

Stół nakryty był koronkowym obrusem. Jack widział 

go po raz pierwszy, więc domyślił się, że Malinda 

przyniosła go z domu. Porcelana była znajoma, srebra 

też. Laurel zawsze lubiła luksusy. 

Jack poprawił krawat, na który Malinda nalegała, 

i po raz setny nakazał sobie, że dostosuje się do 

sytuacji. Ta tortura, to znaczy posiłek, nie mogła 

trwać długo. 

Poczuł ucisk ręki na ramieniu i dłonie mu zamarły 

na węźle krawata. Malinda nachyliła się, by nalać 

wody do jego szklanki. Druga ręka nadal wypalała 

dziurę w jego koszuli. Nie po raz pierwszy dziś go 

dotykała... on zaś z kolei bardzo się starał trzymać 

ręce z daleka. Jej miłosna deklaracja zabiła w nim 

wszelką swobodę. 

Malinda zdjęła dłoń z jego ramienia i Jack mógł 

nareszcie swobodnie odetchnąć. 

- Podaj kartofle. 

- Proszę - poinstruowała automatycznie Malinda 

przysuwając krzesło bliżej stołu. 

- Poproszę o kartofle - zgodził się Mały Jack. 

Malinda z uśmiechem podsunęła mu salaterkę. 

- Darren, przy jedzeniu używamy jednej ręki. Druga 

leży oparta na stole. 

Ręka Jacka unosząca do ust kęs mięsa zamarła 

w połowie drogi. Malinda nawet nie patrzyła na 

Darrena. Spokojnie rozkładała na kolanach serwetkę. 

background image

Darren posłusznie położył rękę na stole. Z poczuciem 

winy Jack zrobił to samo. 

- Odrobiłeś lekcje? - zwróciła się Malinda do 

Dawida. 

- No. 

- Tak, odrobiłem - poprawiła Malinda. - A ty? 

- spytała Darrena. 

Darren był pojętnym uczniem. Uśmiechnął się 

szeroko - co nie było łatwe, bo przed chwilą wepchnął 

do ust co najmniej pół bułki - i dał poprawną 

odpowiedź. 

- Nie mów z pełnymi ustami - skarciła go Malinda. 

Darren połknął bułkę bez gryzienia. 

- Ale przecież zadałaś mi pytanie! 

- Najpierw porządnie pogryź, potem połknij i od­

powiadaj. 

Darren tylko jęknął. 

Jack popatrzył na swój talerz, na cały arsenał 

sztućców obok niego i z obrzydzeniem odłożył widelec. 

Jeszcze pięć minut temu umierał z głodu. Teraz czuł, 

jakby miał w żołądku jakąś ogromną kulę. 

Serwetka na kolanach, łokcie ze stołu, proszę 

i dziękuję, nie mów z pełnymi ustami, siedź prosto. 

Kto by spamiętał te wszystkie głupoty? Spojrzał na 

siedzącą naprzeciw niego Malindę. Wycierała serwetką 

usta, jakby zedrzeć chciała z nich skórę. 

Chciało mu się śmiać, ale nie odważył się. Na 

pewno jest jakaś zasada zakazująca śmiechu przy 

stole. Ich oczy się spotkały. Uśmiech Malindy był 

uwodzicielski, ale i wstydliwy zarazem. 

Natychmiast oblało go gorąco, najpierw żołądek, 

potem całe ciało. Wczoraj dał Malindzie kilka lekcji 

na temat jej samej, nauczył ją, jak się odprężyć 

background image

i poddać uczuciom. Przy okazji nauczył się także paru 

rzeczy o sobie. Odkrył cierpliwość, której istnienia nie 

podejrzewał, czułość, która zadziwiła go, ale równocześ­

nie sprawiła przyjemność. 

Dając, otrzymał jeszcze cenniejszy podarunek. Jej 

miłość. A przynajmniej deklarację miłości. I to go 

piekielnie przeraziło. 

Chciał wierzyć, że Malinda go kocha, ale bał się. 

Nie potrafił zapomnieć o dzielących ich ogromnych 

różnicach, a on dobrze wiedział, że takie różnice 

mogą zniszczyć każdy związek. 

Od początku wiedział, że Malinda przewyższa go 

klasą. Z czasem widział to coraz wyraźniej. Ale zaszły 

w niej zmiany. Nauczyła się otwartości, najpierw 

z chłopcami, potem z nim. Kilka razy nawet się 

wściekła - za każdym razem na niego. Ale to było 

w porządku. Złość to uczucie i Jack chciał, żeby nie 

powstrzymywała ani złości, ani pożądania. 

Z całych sił zapragnął zmniejszyć tę dzielącą ich 

przepaść. 

Na początek pokaże jej, że można jeść inaczej. Bez 

tej całej teatralności. Bez pompy i ceremonii. 

Co postanowiwszy wepchnął do ust górę kartofli. 

- Dobre jedzenie, Malindo. - Pogryzł kartofle 

dokładnie i połknął, a potem dodał: - Ale jutro nasza 

kolej. Chłopcy i ja przygotujemy kolację, a ty będziesz 

sobie odpoczywała wygodnie w fotelu. 

- Nie trzeba. Ja naprawdę mogę... 

- Na pewno - zapewnił ją. - Ale jutrzejsza kolacja 

jest nasza. 

Malinda siedziała w gabinecie Jacka. Obok leżały 

listy od czytelników. W maszynę wkręcony był papier. 

background image

Ale Malinda nie mogła pracować. Papier nie skalany 

był ani jedną literą. Nasłuchiwała odgłosów z kuchni. 

Siedzą tam już od godziny. Co robią? Zagryzła wargę. 

Owszem, to bardzo ładnie z ich strony, że za­

proponowali, że sami zrobią kolację. Przyda jej się 

trochę czasu na pisanie. Z niepokoju nie była jednak 

w stanie pracować. Czy uważają na Patryka? Wiedziała, 

jaki jest ciekawski. Rączka od garnka zwrócona 

w jego stronę stanowiła zaproszenie, by sprawdzić, co 

jest w środku. Wzdrygnęła się wyobraziwszy go sobie 

poparzonego jakimś wrzącym płynem. 

A bliźniaki! Są w takim trudnym wieku. Same ręce, 

łokcie i nogi. Nie potrafią przejść przez pokój nie 

zrzucając czegoś. Szczególnie Darren. 

W tej chwili rozległ się głośny huk i mrożący krew 

w żyłach wrzask. Malinda zerwała się na nogi, ale 

Jack już był w pokoju. 

- Nic się nie stało. Tylko Darren spuścił sobie 

rondel na nogi. Kolacja będzie za pięć minut, więc 

dokończ zdanie i przychodź. 

Malinda spojrzała na nie tknięte listy i dziewiczą 

kartkę. 

- Już prawie skończyłam - skłamała z uśmiechem, 

który, miała nadzieję, wyglądał przekonująco. - Może 

coś pomóc? 

Jack zastawił sobą drzwi. 

- Nie ma mowy. Kolacja jest nasza, pamiętasz? 

- Z uśmiechem zamknął jej drzwi przed nosem. 

Malinda wściekła wróciła za biurko. Stopą wybijała 

rytm, który tancerkę flamenco przyprawiłby o atak 

serca. Tupała tak przez pięć minut, w każdym razie 

do chwili, kiedy Darren zajrzał do gabinetu i oznajmił, 

że kolacja gotowa. 

background image

Spodziewając się najgorszego Malinda ruszyła 

za nim. W kuchni stwierdziła, że spełniły się jej 

najczarniejsze sny. Zobaczyła istne pobojowisko. 

Wszystkie drzwiczki pootwierane, szuflady powy­

suwane. Blaty zarzucone garnkami, patelniami i mo­

krymi naczyniami. W powietrzu czuć było spaleniznę. 

Na nakrytym biało-czerwonym obrusem stole 

byle jak rozstawione papierowe talerze. Pośrodku 

stał ogromny półmisek frytek pokrytych warstwą 

tłuszczu tak grubą, że można ją było krajać. Na 

drugim półmisku pyszniły się trzycentymetrowej 

grubości hamburgery. Słoiki z majonezem i mu­

sztardą oraz litrowy dzban ketchupu dopełniały 

obrazu. 

- No? I jak ci się podoba? 

Malinda spojrzała na dumnie uśmiechniętą piątkę 

Brannanów. Co robić, zastanawiała się poważnie. 

Postanowiła na początek uśmiechnąć się. 

- Znakomicie! Naprawdę znakomicie! 

Jack rzucił się w jej kierunku, odsunął krzesło. 

- Krzesło dla pani - rzekł z ukłonem. 

Malinda nie zdążyła jeszcze usiąść, a Dawid już 

podsuwał jej salaterkę z frytkami. 

Potem były hamburgery. Bułki wyglądały jak 

ugniecione pięścią. Malinda ostrożnie chwyciła soczys­

tą, zniekształconą kulę i przy okazji potrąciła pod­

suwaną jej z drugiej strony butelkę z ketchupem. 

Z palcami ociekającymi tłuszczem rozglądała się za 

serwetką. 

- O, przepraszam - Jack zerwał się od stołu. 

Oderwał kawałek papierowego ręcznika z leżącej przy 

zlewie rolki i podał Malindzie. - My lubimy bardzo 

soczyste hamburgery - dodał puszczając do niej oko. 

background image

Soczyste? Malinda popatrzyła na swój talerz. Nawet 

cała rolka ręcznika nie wystarczy. Powstrzymując 

westchnienie sięgnęła po widelec. Nie było go. Wsunęła 

rękę pod brzeg talerza, potem uniosła go i zajrzała 

pod spód. 

- Jakiś problem? - zapytał Jack odgryzając ogromny 

kęs hamburgera. 

- Szukam widelca. 

- Po co ci widelec? Hamburgery najlepiej je się ręką. 

Uniósł swego hamburgera, żeby jej to udowodnić. 

- A frytki? - Malinda niepewnie spojrzała na swój 

talerz. 

- Też palcami - doradził Darren. Wziął z półmiska 

frytkę, zanurzył w ketchupie i wsadził do ust. 

Uznawszy hamburgera za mniejsze zło Malinda 

ostrożnie odgryzła kawałek. Otworzyła oczy ze 

zdziwienia, a jej kubki smakowe stanęły na baczność. 

Niemożliwe, by coś, co wygląda tak okropnie, mogło 

być takie smaczne. Chcąc się upewnić, Malinda 

odgryzła następny kęs. 

- Niezłe, co? - zapytał wpatrzony w nią Jack. 

- Niezłe? - wybełkotała poprzez trzeci kęs. - To 

jest przepyszne. 

Wytarła usta - wytarła właśnie, a nie osuszyła jak 

dama, zauważył Jack - i sięgnęła po frytki. 

W tej chwili panującą przy stole ciszę przeszyło 

monstrualne beknięcie. Wszystkie ręce zamarły w pół 

ruchu. Wszystkie głowy zwróciły się w stronę Jacka. 

- To nie ja. - Popatrzył na nich niewinnie i za­

przeczył ruchem głowy. 

Rozległo się kolejne beknięcie i tym razem wszystkie 

głowy zwróciły się w stronę Patryka. Siedział zado­

wolony z siebie na wysokim krzesełku obok Jacka. 

background image

Z uśmiechem na buzi wysmarowanej od ucha do 

ucha ketchupem poklepał się po brzuchu. Tym gestem 

w oczywisty sposób małpował ojca. 

- Dobre piwko - powiedział głębokim dziecięcym 

basem. 

Przez chwilę Malinda patrzyła na niego z otwartymi 

ustami. Potem wybuchnęła śmiechem. Nie był to 

żaden cichy chichot, lecz prawdziwy, głęboki, przy­

prawiający o ból brzucha śmiech. 

Jack też się uśmiechnął. Z zadowoleniem. 

- Malindo, źle się czuję. 

Od trzech dni co rano Darren mówił, że źle się 

czuje. Poprzednio, upewniwszy się, że fizycznie nic 

mu nie dolega, Malinda kazała mu iść do szkoły. 

- Co cię boli? 
- Brzuch. 

Malinda uśmiechnęła się do siebie zsuwając z patelni 

ostatni naleśnik. Nic dziwnego, że boli go brzuch. 

Wczoraj na kolację zjadł cztery kawałki pizzy i popił 

butlą coli. 

- Może jak coś zjesz, poczujesz się lepiej. 

- Wątpię. 

Darren wprost uwielbiał naleśniki, więc Malinda 

zaniepokoiła się. Był trochę blady. Przyłożyła mu 

rękę do czoła. Wilgotne, ale raczej chłodne. 

- Od kiedy cię boli? 

- Od samego rana. 

- A teraz jest gorzej? 

- Aha. 

Malinda uklękła przy nim i odgarnęła mu włosy 

z czoła. 

- Może będzie lepiej, jak zostaniesz dziś w domu? 

background image

Na moment w jego oczach pojawił się wyraz ulgi, 

potem znów wróciło cierpienie. 

- Tak, chyba tak. 

Ten błysk ulgi zastanowił Malindę. Zawsze uważała, 

że dopiero bardzo chore dziecko może opuścić szkołę. 

Uznała, że nie zaszkodzi mały sprawdzianik. 

- Idź prosto do łóżka. Za chwilę przyniosę ci 

grzankę i sok. 

Kiedy Darren nie zwracając uwagi na górę naleś­

ników wyszedł z kuchni, Malinda była już pewna. 

Dziecko naprawdę jest chore. Trzeba zmienić plan 

dnia. 

Właśnie uzgodniła z Cecile, że ta zastąpi ją w sklepie, 

kiedy w kuchni zjawił się Jack. 

- Dzień dobry - powiedział zaspanym głosem. 

- Dzień dobry. - Malinda nie patrząc podała mu 

kubek z kawą i wróciła do przygotowywania drugiego 

śniadania. 

Malinda co rano kręciła się po kuchni jak fryga, 

ale zazwyczaj - a przynajmniej od kilku dni - zwalniała 

nieco, kiedy się pojawiał. Urażony trochę takim 

lekceważeniem, Jack zastanawiał się, o co chodzi. 

- Darren jest chory. 

Jack uspokoił się. 

- Nic poważnego - dodała smarując kromki masłem 

orzechowym. - Po prostu boli go brzuch. 

Owinęła w papier kanapkę i zabrała się za następne. 

- Nie trzeba wzywać lekarza. Gorączki chyba nie... 

Jack wyjął jej z ręki nóż, obrócił do siebie i objął 

w pasie. 

- A jak się czuje Malinda? 

Wyczuwał ją aż za dobrze. Oparła czoło o jego 

ramię. 

background image

- Zmęczona. Mam dziś tysiąc rzeczy do zrobienia 

i wcale nie jestem pewna, czy Darren naprawdę jest 

chory. 

Uniosła głowę i otoczyła go ramionami. Jej uśmiech 

był tak samo naturalny jak ten gest. 

- Od trzech dni skarży się rano na ból brzucha. 

Coś mi mówi, że on po prostu nie chce iść do szkoły. 

Masz jakiś pomysł? - zapytała z nadzieją. 

- Tak - odparł całując ją. - Ja zostanę w domu, 

a ty zrobisz te swoje tysiąc rzeczy. 

Śmiejąc się Malinda pokręciła głową. 

- Nie, nie trzeba. Mnie jest łatwiej zmienić plany. 

Już rozmawiałam z Cecile. A teraz zwiewaj, bo chłopcy 

pójdą do szkoły bez śniadania. 

- Zajrzę do twojego domu. Sprawdzę, jak idzie 

hydraulikowi. Miał dziś skończyć. Zadzwonię później, 

dowiedzieć się, co z Darrenem. 

Był już za drzwiami, kiedy Malinda zawołała go 

z powrotem. 

- Tak? 

- Nie zapomnij, że dziś jest wywiadówka w szkole. 

- Mam jakieś spotkanie o szóstej. - Dostrzegł 

rozczarowanie na jej twarzy i dodał: - Ale nie martw 

się, postaram się być. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Rodzice przechadzali się po klasie, rozmawiali cicho 

i podziwiali wiszące na ścianach prace swoich dzieci. 

Malinda krążyła wśród nich, uśmiechała się do kilku 

znajomych twarzy, popijała drobnymi łyczkami przygo­

towany przez Komitet Rodzicielski poncz. Nikt, ale to 

nikt nie domyśliłby się, że pod tym miłym uśmiechem 

prawdziwej damy wrze wściekły gniew. I to jaki! 

Byłą już w klasie Małego Jacka i Dawida. Siedziała 

na malutkich krzesełkach, przeglądała teczki z rysunka­

mi i zachwycała się wulkanem Małego Jacka, Rozma­

wiała z nauczycielkami, które długo rozwodziły się nad 

postępami obu chłopców w ciągu ostatniego miesiąca. 

Malinda była z tego oczywiście bardzo dumna. Nie 

zmniejszyło to jednak jej wściekłości. Gromadziła się 

w niej przez cały dzień. 

Przez zatłoczoną klasę przedarła się w pobliże 

nauczycielki Darrena. 

- Czy pani Gordon? - zapytała. 

- Tak - odpowiedziała kobieta i odwróciła się. 

Malinda od razu zrozumiała, dlaczego Darren i jego 

koledzy mówią o niej buldog. Wychowawczynie 

młodszych dzieci powinny mieć rumiane policzki, być 

wesołe i pełne entuzjazmu. Stojąca przed Malinda 

kobieta nie miała nic z tych rzeczy. Jej skóra była 

bladożółta i obwisła jak stary koc, kąciki ust opadały 

w pełnym niezadowolenia grymasie. 

background image

- Jestem Malinda Compton, opiekunka Darrena 

- powiedziała Malinda wyciągając ku niej rękę. 

Pani Gordon zignorowała gest Malindy. 

- Tak - odparła, spoglądając znad haczykowatego 

nosa. - Słyszałam, że mają kogoś nowego. 

Trudno było nie usłyszeć nuty pogardy w tej 

odpowiedzi. Trzeba przyznać Malindzie, że była bardzo 

cierpliwa. 

- Słyszałam, że pani i Darren mieliście jakiś problem 

w stołówce - powiedziała spokojnie. 

- To  D a r r e n miał problem - poprawiła ją pani 

Gordon. 

Malinda musiała głęboko odetchnąć, żeby się 

uspokoić, bo wszystko się w niej gotowało. 

- Właśnie, mówił mi, że niechcący wylał mleko. 

Nauczycielka uniosła brwi, ale urody jej to nie 

poprawiło. 

- Wygląda na to, że panią oszukał. - Pani Gordon 

wygładziła rękaw sukienki. - Na szczęście ze mną to 

się nie udało. Mam nadzieję, że tym razem dostał 

dobrą nauczkę. 

- Czy pani naprawdę uważa, że wylewając mu 

resztę mleka na głowę dała mu pani nauczkę? 

- Malinda nie pozwoliła sobie przerwać. - Otóż myli 

się pani. Udało się pani tylko tak bardzo zawstydzić 

go przed klasą, że teraz nie chce chodzić do szkoły. 

- To tylko histeria. Dzieci często tak robią, kiedy 

chcą postawić na swoim. 

Pokusa była zbyt wielka. Malinda uniosła rękę 

i przechyliła szklankę z ponczem nad głową pani 

Gordon. Gęsty czerwony płyn spłynął po twarzy 

nauczycielki. 

Stojący w pobliżu rodzice z okrzykiem przerażenia 

background image

odskoczyli w bok. Wszyscy patrzyli teraz na Malindę 

i panią Gordon. 

Malinda odstawiła szklankę na biurko i otrzepała 

ręce. Obrzuciła panią Gordon morderczym spo­

jrzeniem. 

- Teraz już pani wie, co czuje człowiek publicznie 

ośmieszony - powiedziała i obróciwszy się na pięcie, 

z wysoko uniesioną głową pomaszerowała do drzwi. 

Prawie zmyliła krok, kiedy zobaczyła stojącego 

w progu Jacka. Uśmiech na jego twarzy był większy 

niż Teksas. 

Minęła go z uniesioną wysoko brodą. 

- Nic nie mów - rzuciła przez zęby. - Proszę cię, 

nic nie mów. 

- Nawet bym się nie odważył - zaśmiał się Jack 

i ruszył za nią. 

Malindzie tak trzęsły się ręce, że nie była w stanie 

włożyć głupiego kluczyka do zamka drzwi swego 

auta. Zniechęcona i zdenerwowana spojrzała na 

Jacka. 

- Czy wiesz, co ta kobieta zrobiła Darrenowi? 

- Tak. Słyszałem. 

- Przy wszystkich jego kolegach wylała mu karton 

mleka na głowę. - Malinda chodziła w tę i z powrotem 

wzdłuż samochodu. - To dlatego mówił, że boli go 

brzuch. Dlatego nie chciał iść do szkoły. 

- Wiem. 

Nadal chodziła w tę i z powrotem, a Jackowi 

kręciło się od tego w głowie. Przysiadł na masce 

samochodu i przyglądał się jej z bezpiecznej odległości. 

- Ona jest okrutna i podła, i niesympatyczna, i... 

- Przerwała, bo dopiero w tej chwili dotarła do niej 

odpowiedź Jacka. - Skąd wiedziałeś, co się stało? 

background image

- Darren mi powiedział, kiedy dzwoniłem zapytać, 

jak się czuje. 

Malinda zasłoniła twarz rękami. 

- Sama nie mogę uwierzyć, że wylałam jej poncz 

na głowę. 

Dopiero teraz Malindę zawiodły nerwy. Jack i tak 

dziwił się, że trwało to tak długo, bo przecież Malinda 

była z natury spokojna. Chwycił ją za ręce i przyciągnął 

do siebie. W nikłym świetle parkingowych latarni 

dostrzegł rumieniec na jej policzkach i łzy w oczach. 

- Byłaś wściekła. 

- Jasne, że byłam - odparła gwałtownie. - Ona 

zraniła uczucia Darrena, ale ja tylko pogorszyłam 

sprawę. Darren już nigdy nie zechce iść do szkoły. 

- Nie będzie tak źle. 

- Czemu jesteś taki pewny? 

- Zajrzałem dzisiaj do dyrektora i poprosiłem, 

żeby przeniósł Darrena do innej klasy. 

- Poważnie? 

- Tak. Już dawno powinienem to zrobić. Ta kobieta 

od początku była do niego uprzedzona. 

Malinda przypomniała sobie znowu całą awanturę 

i przytuliła się mocniej do Jacka. 

- Czemu mnie nie powstrzymałeś? 

- Ominęłaby mnie cała przyjemność. 

- Też mi przyjemność - warknęła Malinda. 

Jack ze śmiechem zamknął ją w swych ramionach. 

- Byłaś wspaniała. Jak lwica broniąca swoich 

małych. Jesteś cudowną kobietą. 

Jack, z rękami w kieszeniach, wyglądał przez okno 

gabinetu. Po raz pierwszy od wielu dni świeciło 

słońce. Na biurku leżały liczne rachunki i faktury. 

background image

Czekały na niego tony roboty, ale jego bardziej 

interesowało to, co działo się na dworze. 

Malinda i chłopcy klęczeli na trawie wzdłuż płotu 

otaczającego jego posiadłość. Z powodu niepewnej 

oklahomskiej pogody ubrani byli w dresy i kurtki. 

Nawet Malinda. 

Mały Jack trzymał w ręku dziwnego kształtu łopatkę 

i, niczym kret, kopał nią kolejne dołki. Za nim 

posuwali się Darren i Dawid i wkładali w nie jakieś 

cebulki. Był to na pewno ciekawy widok, ale najbar­

dziej zafascynowali go Patryk i Malinda. 

Najwyraźniej przypadło im zadanie zakopywania 

dołków. Jasne też było, że Patryk nie bardzo rozumie, 

na czym to ma polegać. Malinda delikatnie uklepywała 

ziemię nad kolejną cebulką i przesuwała się do 

następnej, a podążający za nią Patryk równie meto­

dycznie ją rozsypywał. 

Z trudem powstrzymując śmiech Jack w milczeniu 

obserwował wydarzenia. W pewnym momencie Malin­

da odwróciła się, żeby zobaczyć, jak idzie Patrykowi. 

Otworzyła usta ze zdziwienia, gdy zobaczyła małego 

siedzącego w ziemi wśród porozgrzebywanych cebulek. 

Chwyciła go pod pachy, przewróciła na ziemię i zaczęła 

łaskotać. Po chwili cała piątka tarzała się po trawie 

i zaśmiewała. 

Mimo zamkniętego okna Jack słyszał te odgłosy 

i zrobiło mu się smutno. Jego synowie. Zmiany 

zachodziły tak wolno, że nawet nie zdawał sobie 

z nich sprawy, najsmutniejsze było to, że zajęty 

zarabianiem na życie nie dostrzegł, jak bardzo były 

konieczne. Teraz widział, że chłopcy są swobodniejsi, 

mniej buntowniczy. Patryk już nie ssie kciuka. Darren 

i Dawid nie mają złych snów. Mały Jack nie siedzi 

background image

zamknięty w swoim pokoju, częściej się uśmiecha 

i bierze udział w życiu rodziny. 

Ich zachowanie w ciągu ostatniego półtora roku 

Jack usprawiedliwiał stratą matki. Liczył na to, że 

wkrótce się przyzwyczają. Częściowo miał rację. Ale 

najważniejsza okazała się osoba Malindy. Ona wypeł­

niła w ich życiu puste miejsce, on nie był w stanie. 

Docierała tam, gdzie on nie potrafił. 

Oparł się łokciami o parapet i nadal patrzył 

przez okno. Zmienili się nie tylko chłopcy. Sama 

Malinda przeszła ogromną metamorfozę. Fakt, że 

teraz miała na sobie dres, był tego znakomitym 

przykładem. 

Przez ostatnie tygodnie patrzył na nią jak na 

rozkwitający kwiat na przyspieszonym filmie. Kiedy 

ją poznał, była jak ciasno stulony pączek, delikatny 

i piękny, ale wciąż skrywający jeszcze większe piękno. 

Stopniowo, w miarę rozchylania się kolejnych płatków, 

Jack odkrywał nowe aspekty jej osobowości, cechy, 

które przez lata ukrywała, mniej lub bardziej świa­

domie. 

Jeszcze miesiąc temu nie odważyłaby się na zabawę 

na trawie. Nigdy by sobie nie pozwoliła na taką 

swobodę. Nigdy też nie pokazałaby się w męskim 

dresie z dziurami na kolanach i z ziemią za paznok­

ciami. 

Tymczasem, wciąż chichocząc, chłopcy wrócili do 

pracy. Zapasy się skończyły. Jack przeciągnął się. Na 

niego też czeka robota. Ręce mu zamarły nad głową. 

Zobaczył, że Malinda potknęła się i przytrzymała 

płotu. Uśmiech zniknął z jej twarzy. Była blada. 

Kolana jej się ugięły i opadła na ziemię jak pozbawiony 

wiatru latawiec. 

background image

Biegnący co sił w nogach Jack zetknął się w progu 

z przerażonym Małym Jackiem. 

- Malinda upadła i... 

- Wiem - odkrzyknął Jack nie odrywając wzroku od 

bezwładnego ciała Malindy. - Zadzwoń po pogotowie. 

Po chwili już klęczał przy niej, odgarniał włosy 

z twarzy, sprawdzał puls. 

- Czy ona umarła? - W głosie Dawida był strach. 

Jack czuł się podobnie. Nie zdążył odpowiedzieć, 

kiedy powietrze przeszył sygnał karetki. Darren chwycił 

Dawida za rękę. Patryk zaszlochał. 

Nie wypuszczając dłoni Malindy Jack przyciągnął 

do siebie Patryka. 

- Malinda wyzdrowieje, synku. Obiecuję. 

I modlił się całą duszą, żeby mógł dotrzymać tej 

obietnicy. 

- To zupełnie bez sensu. Wcale nie jestem chora 

- przekonywała Malinda Cecile. 

- Oczywiście że nie - zgodziła się Cecile i nadal 

krążyła po pokoju, poprawiając poduszki, zaciągając 

zasłony. - Jesteś tylko przemęczona. 

- To dobrze. - Malinda spuściła jedną nogę z łóżka. 

- Więc po prostu dzisiaj pójdę wcześniej spać 

i odpocznę. 

Cecile natychmiast przygwoździła ją z powrotem 

do łóżka. 

- Nie ma mowy. Doktor powiedział: dwa dni 

w łóżku i tak właśnie będzie. 

Malinda znów opuściła nogę. 

- Nie mam czasu na leżenie w łóżku. Kto się 

zajmie dziećmi? 

- Zabieram chłopców do siebie. 

background image

Rozległo się ciche pukanie do drzwi i Jack wsunął 

głowę do pokoju. 

- Jakieś kłopoty? 

- Owszem. Może ty coś z nią zrobisz. Ja się poddaję. 

Widząc wściekły bunt w oczach Malindy Jack 

zaśmiał się i wszedł do pokoju. 

- Jakoś sobie poradzę. Chłopcy już siedzą w twoim 

aucie. 

Cecile narzuciła futro i spojrzała na Malindę. 

- A ty leż w łóżku. - Pochyliła się nad nią, 

pocałowała i już łagodniej dodała: - Trzymaj się. 

Kocham cię. 

Oczy Malindy napełniły się łzami. Pociągnęła nosem 

i obtarła go wierzchem dłoni. 

Jack zauważył ten mało kulturalny gest i uśmiechnął 

się. 

- Zażyj to - powiedział podając jej pigułkę i szklan­

kę z wodą. 

Malinda odwróciła się. 

- To polecenie lekarza - przypomniał Jack. 

- Po tym będzie mi się tylko chciało spać - po­

skarżyła się Malinda. 

- I o to chodzi. 

Łzy spłynęły jej po policzkach. 

- Ale ja nie mam czasu na spanie. Moja rubryka... 

- Zadzwonię do gazety i powiem, żeby wydrukowali 

coś starego. 

- Jest cała góra prania... 

- Możesz mi wierzyć lub nie, ale potrafię i uprać. 

- Ale przecież za to mi płacisz. - Szloch wstrząsnął 

ramionami Malindy. 

Jack zawsze był bardzo wrażliwy na kobiece łzy. 

Przysiadł na łóżku i pogłaskał ją po głowie. 

background image

- Nie płacz, Malindo. Wszystko będzie dobrze. 

Musisz tylko nieco odpocząć. Za ciężko pracujesz. 

To wszystko trochę nasza wina. Zatrudnię kogoś do 

pomocy w domu... 

- Nie potrzebuję żadnej pomocy. - Czkawka 

zdławiła jej protest. - Muszę tylko być lepiej zor­

ganizowana. 

Dobre sobie! Już teraz ta kobieta jest lepiej 

zorganizowana niż armia Stanów Zjednoczonych. 

Więcej mogłaby robić chyba tylko wtedy, gdyby się 

rozdwoiła. Przekonywanie jej do niczego jednak nie 

doprowadzi. Jest przemęczona i walczy z sennością. 

Z chłopcami też tak czasem bywało i Jack z doświad­

czenia wiedział, że musi ją po prostu przytrzymać 

w pozycji leżącej, a wtedy sen sam przyjdzie. 

- Jak sobie życzysz - zgodził się ochoczo. Wyciągnął 

się obok niej i zamknął ją w uścisku. - A teraz 

odpoczywaj. 

Ciche chrapanie obudziło Malindę. W pokoju 

panował popołudniowy półmrok. To pokój Jacka. 

Przez chwilę Malinda nie mogła sobie przypomnieć, 

jak się tam znalazła. A, tak. Omdlenie w ogrodzie, 

odzyskanie przytomności w pokoju Jacka, pielęgniarze. 

Wizyta osobistego lekarza Jacka. Strach. Zakłopotanie. 

Wzdrygnęła się na to wspomnienie. 

Spojrzała na budzik i z przerażeniem stwierdziła, 

że przespała cały dzień. Jack najwyraźniej też. Oboje 

potrzebowali odpoczynku. Palcem dotknęła ciemnych 

kół pod jego oczami i głębokich bruzd między brwiami. 

Zbyt ciężko pracował, zbyt mało sypiał, miał za wiele 

obowiązków, choć prędzej by umarł, niż się do tego 

przyznał. Uśmiechnęła się smutno. 

background image

Kochała go. Jack był w błędzie myśląc, że nie 

potrafi odróżnić pożądania od miłości. Kochała go 

całym sercem, całą duszą. Kochała go ponad życie. 

Jego synów też kochała. Wszystkich czterech. I tak 

bardzo chciała, żeby jej uwierzył. 

Jack zamrugał oczami i przyciągnął ją do siebie. 

- Myślałem, że śpisz - zamruczał. 

- Spałam. 

Przez chwilę, kiedy ją przytulił, Malinda miała 

nadzieję, że będą się kochać, Jack jednak znowu 

zamknął oczy i zaczął miarowo oddychać. Rozczarowa­

na i znudzona zaczęła palcem rysować wzory na jego 

bluzie. W górę, w dół, pętle i kółka. Jack ani drgnął. 

Przesunęła palec nieco niżej. Nabrała nadziei, kiedy pod 

dotykiem jej ręki mięśnie brzucha Jacka napięły się. 

Spojrzał na nią półprzymkniętym okiem. 

- Co robisz? 

- Nic - odparła niewinnie. 

Jack chwycił jej rękę, położył sobie na piersi. Oczy 

miał nadal zamknięte, ale o śnie nie było już mowy. 

Aż do bólu czuł każdą wypukłość jej ciała. 

Kiedy po omdleniu przyniósł ją do domu, była 

ubrudzona ziemią jak dwuletnie dziecko. Później 

jednak, może kiedy pomagał chłopcom się pakować, 

zdjęła z siebie brudny dres i wykąpała się. Dopiero 

teraz to zauważył. Cienka bawełniana nocna koszula 

o niebezpiecznym dekolcie była równie słodka jak 

zapach samej Malindy. 

Spokojnie, Brannan, skarcił się Jack. Ona jest 

chora, zmęczona i bardzo wrażliwa. 

Już był prawie przekonany, że uda mu się oprzeć 

pokusie, kiedy palce Malindy znowu zaczęły wędrować 

po jego bluzie. Gorąco oblało całe jego ciało. 

background image

- Malindo? 

- Tak? - odparła nieobecnym głosem. 

- Nie rób tego, kochanie. 

- Czego? 

Popatrzył na nią. Tym razem dwojgiem oczu. 

Spojrzenie, które napotkał, było gorące, rozmarzone 

i pełne pożądania. 

- Kochaj się ze mną, Jack - szepnęła. 

Jack próbował się odsunąć. 

- Nie mogę. 

- Nie mogę czy nie chcę? - zapytała przysuwając 

się Malinda. 

Kiedyś to samo pytanie Jack zadał jej. Wtedy 

przekonywał ją, że powinna robić to, co czuje. Teraz 

zamienili się rolami. 

- Nie chodzi o to, czy nie chcę, czy nie mogę 

- tłumaczył delikatnie. - Chodzi mi o ciebie. Jesteś 

przecież chora. 

Ułożyła mu się na piersi i uśmiechnęła figlarnie. 

- Czy wyglądam na chorą? 

Jack zrozumiał, co czuł doktor Frankenstein. 

Namawiając Malindę, by poddała się emocjom, 

stworzył potwora. 

- Nie - wyjąkał odwracając wzrok od jej nagich 

piersi widocznych w dekolcie. - Nie wyglądasz na 

chorą. Ale jesteś osłabiona. Doktor mówił, że powinnaś 

leżeć w łóżku. 

- Leżę w łóżku. 

- Ależ, Malindo - Jack cierpliwie próbował ją 

przekonać. 

- Ależ, Jack - przedrzeźniała go ze śmiechem 

i pocałowała w usta. - A więc to ja będę musiała się 

z tobą kochać. 

background image

Palcami chwyciła dół jego bluzy i podciągnęła do 

góry. 

Jack natychmiast obciągnął ją z powrotem. 

- Malin... 

Malinda zamknęła mu usta pocałunkiem, potem 

usiadła na nim okrakiem, wciskając głęboko w pościel. 

Ramionami objęła go za szyję i poczuła mięśnie 

napięte bardziej niż guma od najlepszych podwiązek 

ciotki Hattie. 

- Jesteś spięty - skarciła go delikatnie i przysiadła 

mu na udach. Pięknie wymanikiurowanym paznokciem 

stukała się w policzek i patrzyła na niego uważnie. 

- Napięcie jest wynikiem powstrzymywania uczuć. 

Ciekawe, jakie uczucia powstrzymujesz? 

Pytanie było niewinne, ale zdradził ją figlarny 

błysk w oku i zaczepny ton. Jack przyznał, że 

rzeczywiście stworzył potwora. W najlepszym razie 

czarownicę lub flirciarę. I wcale tego nie żałował. 

Szybkim ruchem przewrócił Malindę na plecy 

i wsparł się nad nią łokciami. 

- Zaraz ci pokażę, co powstrzymuję - ostrzegł. 

- I to od wielu dni. 

Jeśli chciał ją nastraszyć, to zupełnie mu się to nie 

udało. Malinda zaśmiała się radośnie, objęła go za 

szyję i przyciągnęła do siebie. 

Jack pokazał jej, co powstrzymywał. Pokazał jej to 

rękami i wargami. I powiedział. Szeptał jej słowa 

i miłosne obietnice, które rozgrzewały te części jej 

ciała, których ręce nie mogły dotknąć. 

Zabrał ją w podróż, którą znają tylko zakochani. 

Ścieżkami usłanymi miękkimi, pachnącymi płatkami 

kwiatów. Na szczyty tak wysokie, że zapierało jej 

dech w piersiach. Na przejażdżki po puszystych 

background image

chmurach zawieszonych ponad światem, w dół o-

śnieżonymi zboczami gór. Wszystkiego tego doświad­

czyła w jego ciepłych i bezpiecznych ramionach. 

Kiedy wydawało jej się, że widziała już wszystko, 

że zasmakowała wszystkich przyjemności miłości, 

z oczami zatopionymi w jej oczach wszedł w nią 

głęboko. Głowa opadła jej na poduszkę, oczy same 

się zamknęły i razem osiągnęli cel podróży. Raj. 

Jack patrzył, jak te wszystkie odczucia pojawiają 

się kolejno na jej twarzy, słuchał, jak szepce jego imię. 

Nie miał żadnych wątpliwości, że ta kobieta została 

dla niego stworzona. Można to nazwać przeznacze­

niem. Można to nazwać zrządzeniem losu. 

- Kocham cię - wyszeptał. 

Ona też go kochała... ale chciała się z nim jeszcze 

trochę podroczyć. 

- Wiem, że teraz tak ci się wydaje - zacytowała 

naśladując jego głęboki bas. - I to normalne. Ale 

działasz pod wpływem emocji. Jutro może będziesz 

czuł co innego. 

Jack patrzył na nią słuchając swych własnych słów. 

Wybuchnął śmiechem aż pod sufit i pociągnął ją na 

siebie. 

- No, cóż, wobec tego musimy poczekać do jutra. 

Jutro świeciło słońce. Malinda i Jack mieli dom 

tylko dla siebie. 

Przestrzegając zaleceń lekarza Jack trzymał Malindę 

w łóżku prawie do południa. Ciężkie to było zadanie, 

przyznał z uśmiechem przytulając się do jej nagiego 

ciała, ale ktoś musiał to zrobić. 

Malindę można było pokochać za samą urodę, ale 

uczucia Jacka były głębsze. Znalazł w niej pokrewną 

background image

duszę, kogoś, kto podziela jego marzenia, poglądy na 

rodzinę i życie. Oczywiście nadal występowały między 

nimi różnice, lecz nie stanowiły teraz przeszkody. To 

właśnie dzięki nim tworzyli silny związek, a dla Jacka 

małżeństwo i rodzina wymagały zespołowego wysiłku. 

Zdawał sobie sprawę, że jego plany są samolubne, 

że powinni robić je wspólnie, ale obawiał się, że jest 

na to jeszcze za wcześnie. 

Najpierw powinien uporządkować parę spraw 

w swoim życiu, zanim zaproponuje Malindzie coś 

głębszego i trwalszego. Chce jej dać wszystko to, 

czego nie miała w dzieciństwie, ale przedtem musi 

zlikwidować bałagan we własnym życiu. 

Głód sprowadził w końcu Jacka do kuchni. Przy­

gotował kanapki z masłem orzechowym i dżemem 

i podał je Malindzie na srebrnej tacy, co ją ogromnie 

rozśmieszyło. Popołudnie spędzili wsparci o poduszki, 

pojadając prażoną w kuchence mikrofalowej kukurydzę 

i popijając soki. Jack zabawiał też Malindę na­

kręconymi na wideo filmami z dzieciństwa chłopców. 

Malinda po raz pierwszy zobaczyła Laurel, żonę 

Jacka i matkę chłopców. I choć wolałaby, żeby było 

odwrotnie, musiała przyznać, że była to piękna kobieta. 

Jej włosy wyglądały jak rozświetlone słońcem, oczy 

miała brązowe. Chłopcy byli bardzo podobni do 

Jacka, ale Malinda wyraźnie widziała też cechy, które 

odziedziczyli po matce. Szczególnie bliźniaki. 

Czuła się dziwnie, leżąc tak z Jackiem i patrząc na 

część jego życia, którą dzielił z inną kobietą. Owszem, 

mówił jej czasem o swej przeszłości. Ale dopiero 

widząc to na własne oczy poczuła się jak intruz. 

Nawet na filmie widoczny był awans, o którym 

wspominał Jack - od ich pierwszego domku z byle 

background image

jakimi meblami po obecną okazałą posiadłość. Każde 

narodziny, urodziny i Boże Narodzenie w żywych 

kolorach. Mały Jack jako tłuściutkie niemowlę wyry­

wające się kąpiącej go matce. Bliźniaki na wysokich 

krzesłach, przed każdym tort z jedną świeczką i „Sto 

lat" w tle. Patryk, nie większy od lalki, śpiący na 

piersi ojca. 

Mimo że Laurel pojawiała się na wszystkich taśmach, 

Malinda miała wrażenie, jakby była nieobecna. Było 

w niej coś - może w oczach albo w nerwowych 

ruchach - co sprawiało wrażenie, jakby szukała 

sposobu ucieczki. I, w pewien sposób, rzeczywiście jej 

się to udało. 

Jack dzielił się z Malindą niepokojem Laurel, jej 

ciągłym poszukiwaniem szczęścia. Według Malindy 

miała ona wszystkie potrzebne składniki: dom z czwór­

ką zdrowych dzieci i kochającego męża: Czegóż chcieć 

więcej? 

Kiedy na ekranie pojawił się śnieg, a dźwięk 

przypominał szum oceanu, Jack wstał i wyłączył wideo. 

- Aż trudno uwierzyć, że to te same dzieci - po­

wiedział. 

Wzruszona tym komentarzem Malinda wzięła go 

za rękę i przytuliła. 

- Właściwie są tacy sami, może tylko trochę więksi. 

- No, może. Chłopcy bardzo przeżyli śmierć Laurel. 

Mnie też było ciężko i nie bardzo potrafiłem im 

pomóc. Ty ich z tego wyciągnęłaś i jestem ci za to 

bardzo wdzięczny. 

- Nic takiego nie zrobiłam. - Malinda z za­

kłopotania spuściła oczy. 

- Ależ tak. Kochasz ich i wierzysz w nich. 

- Bo są łatwi do kochania. 

background image

Stwierdzenie Malindy niesamowicie rozśmieszyło 

Jacka. 

- Łatwi do kochania? Malindo, bądź realistką. 

Zrobili wszystko, co w ich mocy, żebyś ich znienawi­

dziła. 

- Ich psoty były tylko wołaniem o miłość i uwagę. 

- Uwierz mi, że przed tobą mieli pięć opiekunek 

i żadna nie uważała ich psot za wołanie o miłość 

i uwagę. 

Malinda ze swoją gromadką, jak już przyzwyczaiła 

się nazywać chłopców, stała przed drzwiami do szkolnej 

auli. Nerwowo spoglądała to na zegarek, to na drzwi 

wejściowe. 

- Nie przyjdzie. 

To oczywiste stwierdzenie padło z ust Małego 

Jacka i stanowiło dokładnie odbicie własnych myśli 

Malindy. Nie mogła jednak tego powiedzieć Małemu. 

Musiała dać jakąś nadzieję. Nachyliła się, żeby 

poprawić mu krawat. 

- Na pewno przyjdzie - powiedziała starając się 

nadać swemu głosowi maksimum pewności. - Wiesz, 

jak to jest. Pewnie spóźnił się samolot. Zdąży, 

zobaczysz. Lepiej wejdźmy do środka. 

Przez cały występ Malinda dzieliła swoją uwagę 

między to, co działo się na scenie, a drzwi do sali. Na 

kolanach miała Patryka, bliźniaki siedziały po prawej 

stronie. Miejsce po lewej było puste. 

Do mikrofonu podszedł pan Humphrey, kierownik 

szkoły. 

- Teraz uczeń czwartej klasy, Jack Brannan, powie 

fragment przemówienia prezydenta Lincolna z tysiąc 

osiemset sześćdziesiątego trzeciego roku. 

background image

Malinda z dumą patrzyła na zbliżającego się do 

mikrofonu Małego Jacka. W niebieskiej koszuli 

i granatowych spodniach, z przedziałkiem pośrodku, 

wyglądał jak mały mężczyzna. Miniaturowa wersja 

ojca. Wyprostowany i dumny mówił do mikrofonu: 

- W tysiąc siedemset siedemdziesiątym szóstym 

roku nasi przodkowie... 

Jego silny głos wypełniał całą aulę. Malindzie 

napłynęły łzy do oczu. Przez dwa tygodnie ciężko nad 

tym pracowali, a teraz taki sukces! 

Mały Jack przesuwał spojrzeniem po publiczności, 

tak jak nauczyła go Malinda. Ani razu się nie zająknął 

i nie zawahał... dopóki jego wzrok nie napotkał 

Malindy i braci i pustego miejsca obok nich. 

Malinda dostrzegła w jego oczach rozczarowanie. 

I choć trwało to ułamek sekundy, dla Malindy było 

długie jak cały rok. 

- ...i ten rząd ludzi, przez ludzi i dla ludzi będzie 

trwał wiecznie - zakończył Mały Jack. 

Przejęta publiczność wstała i mocno biła brawo. 

Malinda wytarła oczy, postawiła Patryka na pustym 

krześle i klaskała, aż piekły ją dłonie. 

Niestety, podziw ze strony publiczności nie usatys­

fakcjonował Małego Jacka. Malinda widziała to w jego 

zaciśniętych ustach, kiedy schodził ze sceny. 

Człowiek, którego podziw był mu najbardziej 

potrzebny, nie zjawił się. Ta świadomość raniła serce 

Malindy. 

Malinda wypuściła chłopców z samochodu i od­

pinała pasy od fotelika Patryka. 

- Nie patrz się na mnie - ostrzegł Mały Jack. 

- Wcale nie patrzę na ciebie, tylko na księżyc. 

background image

- Akurat. 

Malinda westchnęła głęboko. Trzy kroki do przodu, 

dziesięć do tyłu. 

- Dosyć, chłopcy - powiedziała wyjmując zaspanego 

Patryka. 

W tej chwili zajechał przed dom Jack. Radośnie 

uśmiechnięty wysiadł z samochodu. 

- Cześć, chłopaki! Jak tam występ? . 

Mały Jack odwrócił się i ruszył do domu. 

- Akurat cię to obchodzi - rzucił przez ramię, 

wszedł do domu i zatrzasnął drzwi. 

- Co się tu dzieje? - zapytał nic nie rozumiejący 

Jack; 

- Wytłumaczę ci później - powiedziała cicho 

Malinda. - Przebierz bliźniaki w piżamy, a ja 

tymczasem położę Patryka. 

Patryk był tak zmęczony, że zasnął natychmiast, 

ale Malinda jeszcze przez chwilę pozostała w jego 

pokoju. Krzątała się, układała ubrania i zabawki 

i rozmyślała. Potrzebowała chwili spokoju, żeby 

wszystko przemyśleć. 

Nie tylko Mały Jack był rozczarowany nieobecnością 

ojca. Ona także. Rozumiała chłopca jak mało kto. 

W dzieciństwie też często bywało jej smutno, kiedy 

rodzice zapominali o ważnych wydarzeniach w jej 

życiu. Ileż to razy szukała ich twarzy w tłumie 

rodziców, z nieuzasadnioną nadzieją, że jednak się 

pojawią. 

Zawsze była tam jednak ciotka Hattie. Ona nigdy 

nie opuszczała szkolnych występów Malindy. Ale to 

nie było to samo. Małemu Jackowi obecność Malindy 

też nie wystarczała. Potrzebny był mu tata. 

background image

Malinda miała wrażenie, że to ona komplikuje 

sytuację. Jej obecność w domu Brannanow dawała 

Jackowi nieograniczoną ilość czasu na pracę. Ona 

zajmowała się chłopcami, a Jack mógł więcej podróżo­

wać, pracować dłużej i zawierać więcej kontraktów. 

Malinda zrozumiała, że musi odejść, choć wcale 

tego nie chciała. Łzy napłynęły jej do oczu, a serce 

mało nie pękło. Kochała małych Brannanow. Prawie 

tak bardzo jak ich ojca. Kochała ich na tyle, by 

zwrócić ich sobie nawzajem. 

Wytarła oczy i ruszyła w poszukiwaniu Jacka. 

Był w kuchni, nalewał kawę dla nich dwojga. 

- Patryk śpi? - zapytał wręczając jej kubek. 

- Był tak zmęczony, że zasnął, zanim jego głowa 

dotknęła poduszki. 

- Bliźniaki też. - Jack rozmieszał cukier i pociągnął 

łyk kawy. Z zadowoleniem rozparł się na krześle. 

- No, a jak tam występ? 

- Znakomicie. Mały Jack był cudowny. 

- Wiedziałem. Ten dzieciak to urodzony zwycięzca. 

Malinda przypomniała sobie rozczarowanie na 

twarzy chłopca, kiedy zobaczył puste krzesło. 

- Owszem. Był także bardzo zawiedziony, że nie 

może się podzielić swoim sukcesem z ojcem. 

Jack usiadł prosto i zacisnął ręce na kubku. 

- Spotkanie w Chicago się przedłużyło i musiałem 

lecieć późniejszym samolotem. Wiedziałem, że dasz 

sobie radę sama. 

Malinda straciła ostatnią odrobinę nadziei. Chciała, 

żeby powodem nieobecności Jacka było coś, na co 

nie miał wpływu. Opóźniony lot, awaria silnika 

w samochodzie. Cokolwiek, tylko nie świadoma 

decyzja, że można opuścić występ syna. 

background image

Chcąc ukryć drżenie warg, Malinda mocno zacisnęła 

usta. 

- Teraz to i tak bez znaczenia. Już po występie. 

Dzwonił dziś malarz i obiecał, że do piątku wszystko 

będzie gotowe. Skończył już piętro i został mu tylko 

sufit w kuchni. 

Nagła zmiana tematu rozmowy zaskoczyła Jacka. 

Zaniepokoił go także chłodny ton Malindy. 

- Co mówisz? 

- Że wyprowadzam się w piątek. Pamiętasz, że 

taka była nasza umowa? 

- Owszem, ale myślałem... 

- Może za dużo myślałeś. 

Poczuł, jakby dostał w twarz. Zdrada i odrzucenie. 

To samo czuł, kiedy Laurel odeszła po raz ostatni. 

Jego serce zamieniło się w kamień. 

- Możliwe - rzucił wściekle i wyszedł z kuchni. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Cicho tu teraz bez Patryka, prawda? 

Malinda nie schwyciła przynęty. Cecile od paru 

tygodni zarzucała wędkę, próbując w ten niezbyt 

subtelny sposób zmusić Malindę do mówienia. Malinda 

pozostała nieugięta, rany były zbyt świeże. 

- Nie ma teraz żadnych klientów, więc może 

trochę poodkurzam - powiedziała Malinda ignorując 

Cecile. 

Cecile rzuciła na ladę plik rachunków. 

- Na miłość boską, Malindo. Musimy porozmawiać 

o... 

Słowa Cecile utonęły w szumie odkurzacza. 

Nie, nie chcę o tym rozmawiać, mówiła do siebie 

Malinda, szybkimi ruchami przesuwając szczotką 

odkurzacza po dywanie. W każdym razie jeszcze nie 

teraz. Rany muszą się zabliźnić. Przynajmniej na tyle, 

żeby nie zbierało się jej na płacz, ile razy pomyśli 

o Jacku i chłopcach. 

A jeśli Cecile uważa, że w sklepie jest cicho, to 

powinna pomieszkać trochę w domu ciotki Hattie. 

W porównaniu z nim sklep był wesołym miasteczkiem 

- pełnym światła, ludzi, hałasu i śmiechu. Nie 

przypuszczała, że cisza może być tak bolesna. Teraz 

już wiedziała. 

Życie z Brannanami rozpuściło ją. Od świtu do 

nocy dni pełne były zajęć, śmiechu i hałasu. Teraz 

background image

snuła się samotna po swoim domu i wiodła życie 

starej panny, jak to jej zawsze przepowiadała Cecile. 

Zza pleców Malindy wynurzyła się nagle Cecile, 

wyłączyła odkurzacz i podała jej plik kopert. 

- Poczta do ciebie - powiedziała. - A może i z tej 

formy porozumiewania się postanowiłaś zrezygnować? 

- spytała złośliwie. 

Z poczuciem winy Malinda przyjęła listy. 

- Nie, pocztę nadal odbieram. 

- To może i ja powinnam się zwrócić do ciebie 

listownie? 

- Przepraszam - szepnęła zawstydzona Malinda. 

Cecile dostrzegła smutek w jej oczach i chwyciła ją 

w ramiona. Przez całe życie starała się chronić Malindę 

przed przeciwnościami losu. Przyjęła tę rolę w wieku 

lat dziesięciu i nigdy tego nie żałowała. Według niej, 

z nich dwóch to Malinda była tą delikatniejszą, 

bardziej podatną na cierpienie. 

W swej roli protektora Cecile nieraz musiała podbić 

komuś oko. Czując na policzku łzy przyjaciółki gotowa 

była zrobić to Jackowi Brannanowi, gdyby miało to 

pomóc Malindzie. Nie była jednak wcale pewna, czy 

w tej sytuacji to właściwe rozwiązanie. Jack znakomicie 

się sprawdził tego dnia, kiedy Malinda zemdlała. 

Wszystkim się zajął i trząsł się nad nią jak kura nad 

kurczęciem. Tego dnia Cecile przekazała władzę w jego 

ręce. Jack kocha Malindę, a ona jego. Cecile była 

tego pewna. Żeby tylko nie byli tacy uparci i przyznali 

się do tego. 

Pogroziła Malindzie palcem. 

- Tylko sobie nie myśl, że ci wybaczyłam. Jesteśmy 

siostrami, pamiętasz? Nakłułyśmy sobie palce i zmie­

szałyśmy naszą krew. Miałyśmy wtedy dziesięć lat 

background image

i przyrzekłyśmy nie mieć przed sobą sekretów. Do tej 

pory zawsze tak było. 

- Wiem. 

- Więc dlaczego teraz nie chcesz ze mną rozmawiać? 

- wykrzyknęła Cecile. 

W oczach Malindy pojawiły się łzy. 

- Bo to boli. 

Wzruszona tą odpowiedzią Cecile chwyciła Malindę 

za ręce. 

- Wiem, kochanie, ale naprawdę musisz o tym 

porozmawiać. Nie możesz wszystkiego dusić w sobie. 

- Tęsknię za nimi - odparła Malinda i wybuchnęła 

płaczem. 

Cecile podprowadziła szlochającą przyjaciółkę do 

krzesła. 

- Wiem o tym - powiedziała ze współczuciem. 

- Ciągle się o nich martwię. Wiesz, Patryk czasami 

dostaje wysypki i trzeba go od razu posmarować. 

A Mały Jack, on jest bardzo zdolny, ale potrzebuje 

zachęty i w ogóle. A bliźniaki niby same się pilnują, 

ale też trzeba na nie uważać. 

Te informacje powiedziały Cecile wszystko i nic. 

Wszystko o uczuciach Malindy do chłopców i nic 

o jej uczuciach do ich ojca. Cierpliwość nie była 

mocną stroną Cecile. Uważała, że zawsze należy 

dotrzeć do sedna sprawy bez straty czasu. Ale biorąc 

pod uwagę obecny stan Malindy uznała, że najlepiej 

będzie okazać zrozumienie. 

- Tak, wiem, ale czy ich ojciec nie da sobie z tym 

wszystkim rady? 

- Jack? Finansowo tak. Ale emocjonalnie... Sama 

nie wiem. Wiem, że ich kocha. Spędza z nimi dużo 

czasu. Ale ma to śmieszne przekonanie, że powinien 

background image

jak najwięcej pracować, żeby móc spełnić wszystkie 

ich zachcianki. 

Malinda spojrzała na trzymaną w ręku kopertę 

i skrzywiła się stwierdziwszy, że nadawcą jest agencja. 

Zirytowana rozerwała kopertę. 

- Oni chyba już wydali więcej na znaczki pocztowe 

niż wynosi mój dług. 

Przebiegła szybko wzrokiem treść zawiadomienia. 

- To niemożliwe! - wykrzyknęła ze zdziwieniem. 
-•Co? 
- Na pewno się pomylili. Piszą, że mój dług został 

spłacony. 

- Może to twoi rodzice? 

- Nie - pokręciła głową Malinda. - Oni nic o tym 

nie wiedzą. 

- Więc kto? 

Obie kobiety uniosły głowy i spojrzały sobie w oczy. 

- Jack - wyszeptały równocześnie. 

Malinda wstała zrzucając resztę kopert na podłogę. 

- Ale dlaczego? 

- Nie mam pojęcia. 

- Nie pozwolę mu na to. 

- Masz rację - zgodziła się Cecile. W duchu jednak 

była bardzo zadowolona. Punkt dla ciebie, Jack, 

pomyślała. 

- Sądzi, że wystarczy sypnąć pieniędzmi i problem 

zniknie. Tym razem to nie przejdzie. Powiem mu coś 

do słuchu. 

Cecile ukryła swe zadowolenie. 

- Tak jest, Malindo. Powiedz temu Brannanowi, 

że nie pozwolisz się tak traktować. - Mówiąc to 

podała Malindzie płaszcz i torebkę. - Idź prosto do 

niego i powiedz, że nie życzysz sobie jego jałmużny. 

background image

Bojąc się, że Malinda może się rozmyślić, Cecile 

szybko wypchnęła ją za drzwi. 

Trudno byłoby wymyślić lepszy sposób, by Jack 

i Malinda znowu się spotkali. 

- Tak? - Jack z irytacją podniósł słuchawkę. 

- Ktoś chce się z tobą widzieć - powiedziała 

sekretarka. 

To już po raz trzeci jakiś interesant przerywał mu 

dzisiaj pracę. 

- Powiedz, że jestem zajęty. 

- Wydaje mi się, że tego interesanta będziesz chciał 

przyjąć. 

- Mówiłem ci, że nie chcę, żeby mi przeszkadzano. 

Niech przyjdzie innego dnia. 

Westchnąwszy wrócił do obliczeń. Kiedy drzwi się 

otworzyły, Jack nawet nie podniósł głowy. 

- Mówiłem ci, że nie chcę, żeby mi przeszkadzano. 

Jakaś koperta wylądowała na biurku, ale Jack 

odsunął ją na bok. 

- Widzę, że bardzo lubisz narażać swoje życie. 

- Swoje długi spłacam sama. 

To nie była sekretarka, tylko Malinda. Z wysoko 

uniesioną głową i zarumienionymi policzkami, nigdy 

nie wyglądała piękniej. 

- Nie wątpię. Ale byłem ci winien za opiekę na 

dziećmi. 

- Zawarliśmy umowę. Ja miałam opiekować się 

twoimi dziećmi, ty wyremontować mój dom, usługa 

za usługę. 

- Zgadza się. Ale według mnie szala przechyliła 

się na twoją stronę. Dałaś dużo więcej niż otrzy­

małaś. 

background image

- Owszem, dałam - potwierdziła, z naciskiem na 

ostatnie słowo. - A to nieładnie płacić za podarunki. 

- Malindo, ja tylko chciałem ci pomóc. Nawet nie 

odczuję braku tych pieniędzy. 

- Może. Ale, jak powiedziałam, swoje długi spłacam 

sama. 

- Więc potraktuj to jak pożyczkę. 

- Dobrze. - Malinda wyjęła książeczkę czekową i, 

wiedząc, że do końca miesiąca będzie jadła tylko 

chleb z masłem orzechowym, wypisała czek na sumę 

prawie równą stanowi swego konta. - Proszę, oto 

pierwsza rata - powiedziała rzucając czek na biurko. 

- Nie chcę twoich pieniędzy. 

- A ja twojego współczucia i dobroczynności 

- odparła już od drzwi Malinda. 

- Malindo? 

- Tak? - zapytała nie odwracając się. 

- Chłopcy za tobą tęsknią. 

To nie było fair. 

- Ja za nimi też - szepnęła. I za tobą, dodała 

w myśli i z obawy, że się rozpłacze, szybko wyszła 

z pokoju. 

Cecile z pełnym nadziei uśmiechem powitała Malindę 

przed sklepem. 

- No i jak poszło? 

- Dobrze. - Nie zatrzymując się Malinda weszła 

do środka. Cecile pospieszyła za nią. 

- Wyjaśniłaś sprawę pieniędzy? 

- Tak. Nazwaliśmy to pożyczką i wręczyłam mu 

pierwszą ratę. 

Cecile otworzyła usta ze zdziwienia. 

- Ale myślałam, że jak się spotkacie, to... 

background image

Malinda spojrzała na nią surowo. 

- To co, Cecile? Pocałujemy się i pogodzimy, tak? 

Malinda zdała sobie sprawę, że Cecile nie zasłużyła 

na taki atak. To na Jacka przecież była wściekła. I na 

samą siebie. 

- Nie. On po prostu uznał, że ma wobec mnie 

dług. Spłacił go i pozbył się wszelkich zobowiązań. 

Wszystko było gotowe i czekało tylko na jego 

ostateczną akceptację. 

Złożony na dokumentach podpis uwalniałby Jacka 

od podróży. Tę część działalności firmy przejąć miał 

nowy wspólnik, Collin Ryan. 

Nagle całe to przedsięwzięcie straciło dla Jacka 

sens. Zrobił to dla Malindy, a ona odeszła. 

- A co tam - mruknął i szybkim ruchem podpisał 

umowę. Dawał już sobie w życiu radę z poważniejszymi 

przeszkodami niż Malinda Compton. 

Zabrzęczał wewnętrzny telefon i Jack podniósł 

słuchawkę. 

- Tak? 

- Jack - rozległ się zdenerwowany głos sekretarki. 

- Dzwoni pani Dunlap. Mówi, że to pilne. Chłopcy... 

Jack błyskawicznie przełączył się na telefon miejski. 

- Co się stało? 

- Chłopcy zniknęli - krzyczała histerycznie gos­

podyni. - Nigdzie ich nie ma. 

To było coś nowego. Owszem, chłopcy płatali 

różne figle, ale nigdy jeszcze nie uciekali. 

- Jadę natychmiast. 

Drzewa wzdłuż ulicy oblepione były ciasno za­

mkniętymi pączkami. Na trawnikach wśród żółto-

background image

brązowej trawy tu i ówdzie pojawiły się zielone plamy. 

Na klombie pyszniły się bratki. 

Taki widok zazwyczaj bardzo cieszył Malindę, ale 

dzisiaj w ogóle nie zwróciła nań uwagi. Zamyślona 

wsiadła do samochodu. Rozpamiętywała swoje ostatnie 

spotkanie z Jackiem. Wiedziała, że on też ciężko 

przeżywa ich rozstanie. 

Zajechała na podjazd swego domu i oniemiała ze 

zdziwienia. Na ganku siedzieli Mały Jack, Dawid 

i Darren. Obok bawił się Patryk. 

Zacisnęła dłonie na kierownicy i przymknęła oczy, 

myśląc, że śni. Kiedy spojrzała znowu, nadal tam byli. 

Malinda błyskawicznie otworzyła drzwi i pobiegła 

w ich stronę. Spotkali się w połowie drogi. Malinda 

uklękła i uchwyciła ich w ramiona, śmiejąc się 

i rozmawiając jednocześnie. 

- Jak się tu dostaliście? - pytała rozglądając się za 

samochodem Jacka. 

- Piechotą. Mały Jack znał drogę. - Darren 

promieniał dumą. 

Malindzie stanęły przed oczami całe te dwa kilo­

metry, jakie dzieliły ich domy, i liczne skrzyżowania 

po drodze. Wzdrygnęła się i przytuliła mocniej Patryka. 

- Ogromnie się cieszę, chłopaki, że was widzę, ale 

dlaczego właściwie przyszliście? 

- Uciekliśmy. 

- Uciekliście? Ależ dlaczego? 

- Pani Dunlap powiedziała, że pośle nas do 

poprawczaka. 

Malinda, wściekła, zerwała się na nogi. 

- Że co zrobi? 

- No tak. Nazwała nas młodocianymi przestępcami 

i powiedziała, że nasze miejsce jest za kratkami. 

background image

Dawid patrzył na Malindę. W jego oczach był strach. 

- Nie pozwól, żeby posłano nas do więzienia. 

Malinda objęła chłopców i ruszyła z nimi do domu. 

- Na pewno nikt was nie pośłe do więzienia, 

kochanie -uspokoiła Dawida. 

Posadziła chłopców przy stole w kuchni, przygoto­

wała kanapki i dzbanek lemoniady. Dzieci rzuciły się 

na to, jakby nie jadły od tygodnia. 

Ignorując serwetkę, którą Malinda położyła przy 

jego talerzu, Dawid wytarł usta ręką. 

- To zdecydowanie lepsze niż kasza. Pani Dunlap 

mówi, że za kratkami dają tylko kaszę. 

Choć wydawało się to niemożliwe, Malinda wściekła 

się jeszcze bardziej. Chwyciła słuchawkę telefonu 

i wystukała numer biura Jacka. Po trzech sygnałach 

odezwała się automatyczna sekretarka. 

- Tu biuro Jacka Brannana. Dziś już nie pracujemy. 

Po sygnale prosimy podać swoje nazwisko i numer 

telefonu. Dziękuję. 

Bip. 

- Jack, tu Malinda. Jest szósta piętnaście. Chłopcy 

są u mnie i... 

Bip. 

Malinda rozłączyła się i nakręciła tym razem 

domowy numer Brannanów. Telefon dzwonił i dzwonił. 

Co teraz? 

- Kończcie jeść, chłopaki. Zawiozę was do domu. 

Darren siedział tak blisko Malindy, jak tylko 

pozwalał mu pas bezpieczeństwa. 

- Czy tata będzie zły? 
- Może trochę. - Malinda uśmiechnęła się uspoka­

jająco. 

background image

- Ukarze nas? 

- Pewnie tak. Ale tylko dlatego, że was kocha 

- dodała szybko. - Ucieczka z domu to bardzo 

poważne przewinienie. I wcale nie rozwiązuje pro­

blemu. Tatuś bardzo was kocha i nigdy nie pozwoli 

nikomu was zabrać. Jasne? 

Trzy głowy skinęły niepewnie. Patryk, przypięty 

wraz z Małym Jackiem, popatrzył, co robią bracia 

i też pomachał główką. 

Przez resztę jazdy w samochodzie panowała ciężka 

cisza. Dopiero kiedy zajechali przed dom Bran-

nanów, z tylnego siedzenia rozległo się głębokie 

westchnienie. Na ganku stał Jack. Na jego twarzy 

malowała się taka złość, że Malinda zapragnęła 

zawrócić i uwieźć chłopców z powrotem. Wiedziała 

jednak, że to nic nie da. Zawinili i muszą ponieść 

konsekwencje. 

Chłopcy ze spuszczonymi głowami stanęli przy 

samochodzie. Tylko nieświadomy niczego Patryk 

podbiegł do ojca i przytulił mu się do nóg. 

Ten gest momentalnie rozbroił Jacka. Wziął Patryka 

na ręce i mocno przycisnął do piersi. Malinda 

zauważyła, jak nerwowo drga mu grdyka. 

Sama z trudem powstrzymywała się od łez. 

- Mamy sobie coś do wyjaśnienia, chłopcy. Po­

czekajcie na mnie w salonie. - Jack postawił Patryka 

na ziemi i otworzył drzwi do domu. Wrócił mu 

surowy wyraz twarzy. - Chciałbym, żebyś i ty była 

obecna przy tej rozmowie - zwrócił się do Malindy. 

- To chyba nie najlepszy pomysł. Załatwcie to 

w gronie rodzinnym. 

- Uciekając do ciebie, chłopcy włączyli cię w całą 

sprawę. Proszę - dodał, widząc wahanie Malindy. 

background image

Malinda nie chciała zostać. Pragnęła wrócić do 

domu. Spotkanie z nim było po prostu zbyt bolesne. 

Ale to „proszę" sprawiło, że nie była w stanie odmówić. 

Niechętnie poszła za Jackiem do salonu. 

- A więc, chłopaki, zaczynajcie. Może ty. - Jack 

spojrzał groźnie na Małego Jacka. 

- No - zaczął z trudem Mały Jack - bo pani 

Dunlap powiedziała, że odda nas do poprawczaka, 

więc jak przygotowywała kolację, to wymknęliśmy 

się z domu. 

Jack spojrzał uważnie na syna. 

-Pani Dunlap tak powiedziała? 

- Noo... coś takiego. 

- Co dokładnie powiedziała? 

Mały Jack spuścił głowę. 

- Powiedziała, że jeśli nie zmienimy swego za­

chowania, to skończymy w poprawczaku. 

- A więc nie powiedziała, że was tam pośle, prawda? 

- No nie. 

- Więc po co zmyśliliście tę całą historyjkę? 

- Bo myśleliśmy, że jak Linda dowie się, że pani 

Dunlap jest dla nas niedobra, to do nas wróci. 

Malinda otworzyła usta ze zdziwienia. Jack spojrzał 

krótko na nią, potem zwrócił się znów do chłopców. 

- Zachowaliście się paskudnie. Przestraszyliście 

panią Dunlap. Skłamaliście Malindzie. Ty w dodatku 

naraziłeś wasze życie. Co masz na swoje usprawied­

liwienie? 

- Przepraszamy, tato - wymamrotał Mały Jack. 

- Tak, przepraszamy - dodali bliźniacy. 

- Przepraszam to za mało. Zostaniecie ukarani. 

Teraz idźcie do łóżek. Rano dokończymy rozmowę. 

Jeden za drugim chłopcy ruszyli ku drzwiom. Darren 

background image

zatrzymał się przed Malindą. Smutek w jego oczach 

jeszcze pogłębił jej własny smutek. 

- Przepraszamy, że kłamaliśmy, Lindo. Nie chcieliś­

my źle. 

Z sercem w gardle Malinda przyklękła i wzięła go 

za ręce. 

- Wiem, kochanie. - Nie była w stanie wykrztusić 

nic więcej, więc tylko uśmiechnęła się i pogłaskała go 

po włosach. 

- Wykąpiesz nas? - zapytał. 

Malinda spojrzała na Jacka. 

- Ja nie mam nic przeciwko temu. Muszę zadzwonić 

do pani Dunlap. Na pewno umiera ze zdenerwowania. 

Malinda z trudem przeżyła rytuał kąpieli. Na prośbę 

chłopców nadzorowała też sprzątanie pokoi. Ale kiedy 

zaczęli błagać, żeby przeczytała im coś na dobranoc, 

prawie straciła panowanie nad swymi uczuciami. Ze 

wszystkich istniejących bajek wybrali akurat „Śpiącą 

królewnę". 

W dzieciństwie była to ulubiona bajka Malindy. 

Często wyobrażała sobie, że oto budzi ją pocałunek 

księcia i odtąd żyje długo i szczęśliwie z mężczyzną, 

którego kocha. Teraz dorosłej Malindzie wydawało 

się, że odnalazła swego księcia w Jacku Brannanie. 

Jego pocałunek niewątpliwie obudził ją do życia. 

Ożywił uczucia, które od tylu lat drzemały w niej 

Ukryte. 

Malinda otrząsnęła się z tych myśli i zmusiła do 

przeczytania ostatniej linijki. 

- I odtąd żyli długo i szczęśliwie. 

- Jeszcze jedną, Lindo. Proszę - błagał Dawid. 

- Na dziś wystarczy - zdecydował Jack stając 

w drzwiach. 

background image

Malinda została, żeby otulić Patryka, a Jack 

odprowadził chłopców do ich pokoi. Wychodząc do 

przedpokoju Malinda zderzyła się z Jackiem. Atmo-

 sfera od razu zrobiła się napięta. 

Malinda spojrzała na zamknięte drzwi do pokoi 

dzieci. Ależ będzie za nimi tęskniła. 

Czując, że jej rola w tym dramacie jest już skończona 

i obecność niepotrzebna, Malinda wzięła do ręki 

torebkę. 

- Lepiej już pójdę do domu - powiedziała. 

- Chciałbym jeszcze chwilę porozmawiać. 

Malinda zamarła w pół kroku, sparaliżowana 

błaganiem w głosie Jacka. Każde zakończenie nerwu 

w jej ciele wołało, by szła dalej, prosto przez drzwi 

z ich życia. Nie odwracając się, z obawy, że rzuci się 

po prostu Jackowi w ramiona, Malinda powiedziała: 

- Przepraszam, że mimo woli wzięłam udział w tym 

buncie. 

- Właśnie o tym chcę porozmawiać. 

Jego głos brzmiał teraz tuż za nią. Poczuła na 

ramieniu rękę, potwierdzającą tę bliskość. Odwróciła 

się. 

- Dzieci tęsknią za tobą, Malindo. I chcą, żebyś 

wróciła do domu. 

Do domu? Malinda z całych sił starała się nie ulec 

pokusie. Niełatwo było być opiekunką chłopców. 

A w dodatku Malinda chciała więcej. Zanim zdążyła 

coś powiedzieć, Jack położył palec na jej wargach. 

- Wysłuchaj mnie, proszę. - Objął ją w pasie 

i podprowadził do kanapy. - Szczerze mówiąc, pani 

Dunlap jest naprawdę porządną kobietą. Ale od 

kiedy odeszłaś, chłopcy rzeczywiście zachowują się 

skandalicznie. 

background image

Jack usiadł tuż obok Malindy i spojrzał jej prosto 

w oczy. 

- I, jak zwykle, mnie obwiniają za twoje odejście. 

- Bardzo mi przykro. Nie powinni tego robić. 

- Nie musi ci być przykro. Oni chyba mają rację. 

Jack założył ręce pod głowę i odprężył się. 

Malinda daleka była od tego. Stykali się ramionami, 

łokciami, udami. Nerwowo zwilżyła wargi. 

- Problem polega na tym - mówił dalej Jack - że 

nie wiem, co tym razem zrobiłem, że odeszłaś. 

- Mnie nie zrobiłeś nic. Tylko chłopcom. Kiedy ja tu 

byłam, ty spędzałeś coraz więcej czasu poza domem. 

To, że opuściłeś występ Małego Jacka, jest tego najlep­

szym przykładem. Miałam nadzieję, że jak odejdę, bę­

dziesz zmuszony brać bardziej aktywny udział w ich życiu. 

- Nie mogę w to uwierzyć - zaśmiał się Jack. 

- W co? - zapytała zakłopotana Malinda. 

- Nie mogę uwierzyć, że odeszłaś dlatego, że nie 

przyszedłem na występ. 

Wściekła, że Jack traktuje ten incydent tak lekko, 

Malinda obciągnęła spódnicę na kolanach i odsunęła 

się nieco od Jacka. 

- Powinieneś tam być. 

- Ty byłaś - odparł spokojnie. 

- Ale on potrzebował  c i e b i e . 

- Nie. - Jack ujął ją za rękę. - Potrzebował nas 

obojga. Czy zastanawiałaś się może, dlaczego się 

wtedy spóźniłem? 

- Nie musiałam się zastanawiać. Mówiłeś, że prze­

dłużyło ci się spotkanie. 

- Zgadza się. A nie byłaś ciekawa, czemu mam 

tyle spotkań w Chicago? 

- Nie. Dla mnie praca to praca. 

background image

- Zgadza się, ale niezupełnie. - Machinalnie bawił 

się palcami Malindy, ale ona czuła, jak przeszywa ją 

prąd. - Pracowałem tak długo, bo nie chcę już więcej 

opuścić żadnego występu chłopców. Robiłem to i dla 

ciebie, i dla nich. 

- Dla mnie? - powtórzyła zdziwiona Malinda. 

- Tak. A mówiąc dokładniej - dla nas. 

- Dla nas? 

- Przez ten krótki czas, kiedy byłaś z nami, chłopcy 

bardzo dużo się od ciebie nauczyli. Ale ja też. Przedtem 

uważałem, że dla chłopców rzeczy są tak samo ważne 

jak ja. Zaharowywałem się, żeby mieli wszystko, 

tymczasem oni potrzebowali przede wszystkim mnie. 

Po twoim odejściu zrozumiałem, że potrzebują także 

ciebie. A więc chcę cię zapytać, czy zamieszkasz 

z nami znowu? 

- Miałabym zamieszkać z wami! - Malinda zerwała 

się z kanapy i szybkim krokiem, nie patrząc na Jacka, 

podeszła do okna. 

A więc znowu wszystko zepsułem, pomyślał Jack. 

Malinda źle zrozumiała, co chciał jej powiedzieć. Ale 

czyż można ją za to winić? Nigdy nie umiał prawić 

pięknych słówek. Może powinien poprosić chłopców 

o radę? Oni zawsze potrafili ją oczarować. 

Podszedł do niej i błagalnie położył rękę na jej 

ramieniu. 

- Malindo? 

- Co? - Malinda ze złością zrzuciła jego rękę. 

- Chyba mnie nie zrozumiałaś. 

- Bardzo dobrze cię zrozumiałam. Chcesz, żebym 

wprowadziła się z powrotem jako twoja gospodyni 

i opiekunka twoich dzieci. 

- Miałem na myśli bardziej trwały układ. 

background image

Malinda starała się nie czytać między wierszami. 

Jack znowu położył jej rękę na ramieniu i delikatnie 

obrócił w swoją stronę. 

- Nie potrzebuję cię jako gosposi czy opiekunki. 

Tymi obowiązkami zajmie się pani Dunlap. W Chicago 

też wynająłem kogoś. Te długie spotkania były z nim. 

Prawnicy przygotowali potrzebne dokumenty i teraz 

on przejmie wszystkie sprawy wyjazdowe. Nadal będę 

musiał trochę wyjeżdżać, ale większość wieczorów 

będę spędzał w domu. Muszę mieć rodzinę, Malindo. 

Zawsze tego chciałem. 

Nie potrafił znaleźć słów, które oddałyby to, co czuł. 

- Kocham cię, Malindo - rzekł po prostu. - Chcę, 

żebyś została moją żoną i matką moich synów. Chcę, 

żebyś dzieliła z nami nasz dom i nasze życie. 

O tym marzyła. Dom, rodzina. Szczęśliwe zakoń­

czenie, którego zawsze pragnęła, ale o którym obawiała 

się myśleć. Z drżącymi wargami rzuciła mu się na szyję. 

Zaskoczony Jack prawie stracił równowagę. 

- Czy to znaczy tak? - zapytał ze śmiechem. 

Śmiejąc się przez łzy Malinda spojrzała mu w oczy. 

- Dopiero jak powiesz „proszę". 

Drzwi łączące salon z kuchnią otworzyły się 

gwałtownie i wszyscy czterej mali Brannanowie wpadli 

do pokoju. 

- Powiedz to, tato - błagał Darren. - Po prostu 

powiedz! 

Jack chwycił Malindę w ramiona. 

- Proszę - szepnął i zamknął jej usta pocałunkiem.