background image

 

1

Andre Norton 

 

Czarodziejskie miecze 

 

Przełożyła: Ewa Witecka 

 
  

Miecz przegranych bitew 

Część I 


 
Moja  matka  należała  do  odłamu  Starej  Rasy  skazanego  na  banicję  przez  księcia 
Karstenu – Yviana, najemnika-parweniusza, zajmującego się po dyletancku zakazanymi 
rzeczami, sprzymierzeńca zbrodniczych Kolderczyków. 
Uciekając  przed  straszną  śmiercią,  z  całego  dziedzictwa  starszego  niż  sama  nazwa 
Karstenu, zabrała do Estcarpu tylko trzech drużynników swego ojca. Kazała im wstąpić 
do  Straży  Granicznej,  którą  dowodził  przybysz  z  innego  świata,  Simon  Tregarth,  aby 
przyczynili się do powstrzymania kolderskiej zarazy grożącej zagładą naszej rasie. Sama 
zaś, wraz ze swoją daleką krewną, panią Chriswithą, poszukała schronienia w ojczyźnie 
Starej  Rasy.  W  jakiś  czas  później  poślubiła  Sulkarczyka  i  przez  to  zerwała  więzy  ze 
swymi pobratymcami. 
Lecz  wkrótce  potem  jej  małżonek  zginął  w  jednym  z  sulkarskich  ataków  na  porty 
karsteńskie.  Moja  matka  czuła  się  źle  wśród  jego  współplemieńców,  powróciła  więc  do 
swoich.  Nosiła  już  pod  sercem  dziecko  spłodzone  podczas  tego  krótkiego  małżeństwa. 
Przeżyte  cierpienia  sprawiły,  że  straciła  zupełnie  chęć  do  życia  i,  przedwcześnie 
wydawszy mnie na świat, zgasła niby zdmuchnięta świeca. 
Pani  Chriswitha  zaopiekowała  się  mną  jak własnym  dzieckiem  i  zatrzymała  przy  sobie 
nawet po ślubie z wielmożą zbiegłym z południa Karstenu. Pan Hervon stracił tam całą 
rodzinę. Dobrze znał się na żołnierskim rzemiośle i odznaczył się w walkach, i z czasem 
został  dowódcą  oddziału  Straży  Granicznej.  Nowa  żona  dała  mu  dwie  córki  i  syna 
Imhara. Imhar był młodszy ode mnie o dwa lata; ten zdrowy, silny chłopiec czuł się jak 
ryba w wodzie w epoce nagłych alarmów i zbrojnych utarczek. 
Ze mną było zupełnie inaczej. Od urodzenia byłem słaby i wymagałem troskliwej opieki, 
a moje częste, choć niezbyt groźne choroby budziły zniecierpliwienie we wszystkich poza 
moją opiekunką. Bardzo wcześnie zdałem sobie z tego sprawę. W dzieciństwie starałem 
się  jeszcze  dorównać  Imharowi,  ale  moje  wysiłki  od  samego  początku  skazane  były  na 
niepowodzenie.  Wydawało  się,  iż  mój  kuzyn  urodził  się  z  mieczem  w  dłoni,  ponieważ 
władał nim tak zręcznie i z taką precyzją, że aż przyjemnie było patrzeć. 
Był  też  nieustraszonym  jeźdźcem  i  kiedy  jeszcze  ledwie  mógł  policzyć  na  palcach  lata 
zaprawy do żołnierki, wszedł już w skład patrolu. Pan Hervon słusznie się nim szczycił, 
gdyż  Imhar  miał  wszelkie  niezbędne  zalety,  wyróżniające  go  w  owych  niebezpiecznych 
czasach. 
Ja  uczyłem  się  walczyć  mieczem  i  pistoletem  strzałkowym,  bo  topór  bojowy  okazał  się 
dla mnie za ciężki. Wśród ciemnowłosych pobratymców ze Starej Rasy wyróżniałem się 
tylko  jasną  cerą  i  kędziorami,  ponieważ  nie  odziedziczyłem  po  ojcu  ani  wzrostu,  ani 
silnego ciała. 
Pilnie  ćwiczyłem  się  w  wojennym  rzemiośle,  tym  niemniej  w  głębi  duszy  tęskniłem  za 
czymś innym. Nie za morską ojczyzną Sulkarczyków, co byłoby zupełnie naturalne, ale 
za wiedzą – zapomnianą wiedzą, dziedzictwem naszej przeszłości. 

background image

 

2

Prawdą  jest,  że  żaden  mężczyzna  nie  mógł  władać  Mocą  Czarodziejską  –  w  każdym 
razie  tak  twierdziły  Mądre  Kobiety,  Czarownice,  które  rządziły  Estcarpem.  Jednak 
dawne  legendy,  których  strzępy  słyszałem  od  czasu  do  czasu  i  starannie 
przechowywałem  w  pamięci,  głosiły,  że  nie  zawsze  tak  było  i  że  kiedyś  również 
mężczyźni to potrafili. 
Dość  dobrze  opanowałem  sztukę  czytania  i  odnalazłem  wszystko,  co  dotyczyło  tych 
pradawnych  czasów.  Nigdy  wszakże  nie  mówiłem  o  tym  z  nikim  z  mojego  otoczenia; 
uznano by mnie za niespełna rozumu albo za groźbę dla domu, który dał mi schronienie, 
gdyby Czarownice dowiedziały się o moich heretyckich poglądach. 
Tego  roku,  w  którym  przypasałem  własny  miecz  i  wstąpiłem  do  Straży  Granicznej, 
Karsten  wystawił  przeciw  nam  tak  wielką  armię,  że  nie  zdołalibyśmy  jej  pokonać.  Nie 
zagrażali  nam  już  Kolderczycy,  gdyż  Simon  Tregarth  i  jego  małżonka,  pani  Jaelithe, 
wyruszyli  za  morza  i  zamknęli  Bramę-Między-Światami,  przez  którą  przybyły  owe 
potwory.  Książę  Yvian,  sprzymierzeniec  Kolderu,  zginął  w  tej  wojnie.  Później  przez 
jakiś czas w Karstenie panował chaos i wielu możnowładców walczyło o tron książęcy. 
W  końcu  Pagar  z  Cleen  zwyciężył  wszystkich  rywali  i,  żeby  zjednoczyć  wykrwawiony 
kraj,  ogłosił  świętą  wojnę  z  Czarownicami.  Albowiem  zawsze  w  takiej  sytuacji  zręczny 
władca stara się odwrócić uwagę poddanych od niedawnych strat i nieszczęść, znajdując 
zewnętrznego wroga, przeciw któremu mogą wyruszyć. 
Stoczono  więc  straszną  bitwę.  Nie  użyto  jednak  oręża,  tylko  Mocy  Czarodziejskiej. 
Strażniczki  zjednoczyły  się  na  jeden  dzień  i  jedną  noc,  zgromadziły  w  sobie  wszystkie 
siły, jakie mogły przywołać, i skierowały je na południe. Ruszyły góry z posad, skręcając 
i  rozdzierając  samą  ziemię.  Zapłaciły  za  to  najwyższą  cenę:  wiele  z  nich  zginęło,  gdyż 
Moc spaliła je na popiół. 
Obawiając  się,  że  w  Estcarpie  zapanuje  chaos  tak  jak  w  Karstenie  Koris  z  Gormu 
odebrał władzę Radzie Czarownic. 
W  tym  czasie  nie  było  w  kraju  innego  wybitnego  dowódcy,  który  zaskarbiłby  sobie 
szacunek  i  lojalność  wszystkich  mieszkańców  Estcarpu,  gdyż  Tregarthowie  zaginęli 
przed laty podczas wyprawy na północne morza. 
Wtedy też dotarła do nas dziwna opowieść o ucieczce dzieci Simona i pani Jaelithe przed 
gniewem Czarownic. 
Rada  Strażniczek  wyjęła  je  spod  prawa  i  nikt  nie  ośmieliłby  się  im  pomóc  w  obawie 
przed taką samą karą. 
Mówiono, że synowie Simona Tregartha odziedziczyli po nim dar władania Mocą i że to 
oni  naruszyli  odwieczny  obyczaj  pomagając  swojej  siostrze  uciec  ze  szkoły  Czarownic. 
Ta trójka miała w sobie coś wyjątkowego, niespotykanego w naszym świecie: urodzili się 
jednocześnie! Dlatego byli sobie bardzo bliscy. 
Wspominam o nich, ponieważ zmienili moje życie i życie wszystkich domowników pana 
Hervona. Ja sam chętnie słuchałem opowiadań o młodzieńcach, którzy tak różnili się od 
ludzi ze Starej Rasy, jak kiedyś różnił się ich ojciec. 
Kiedy  Karsten  przestał  już  zagrażać  Estcarpowi,  pan  Hervon  zapragnął  zrealizować 
swoje  marzenia.  Podczas  długoletniej  wojny  zjeździł  prawie  cały  kraj  i  znalazł 
doskonałe,  swoim  zdaniem,  miejsce  na  nową  siedzibę.  Nikt  nie  powinien  był  zgłaszać 
pretensji  do  tego  kawałka  ziemi,  gdyż  znajdował  się  on  daleko  na  wschodzie,  w  dawno 
wyludnionej i na poły zapomnianej części Estcarpu. 
Przybyliśmy więc do nowej włości pana Hervona i rozpoczęliśmy budowę zamku. Nadal 
jednak pokój wydawał się nam podejrzany, więc wystawialiśmy straże, a mężczyźni nie 
rozstawali się z bronią. Dwór pana Hervona liczył pięćdziesiąt osób, głównie mężczyzn; 
przy pani Chriswicie było pięć dworek, jej córki i siostry z mężami oraz urodzone dwa 
lata po mnie dziecko jej młodszej siostry, które wkrótce zmarło. 

background image

 

3

Teraz  muszę  opowiedzieć  o  Crycie  –  chociaż  nawet  myśl  o  niej  sprawia  mi  ból. 
Pokochałem ją w chwili, gdy po raz pierwszy spojrzałem na niemowlę leżące w kołysce 
obok paleniska. Nie łączyły nas ani więzy pokrewieństwa, ani powinowactwa i nigdy nie 
miały  połączyć.  Zgodnie  ze  zwyczajem  naszego  ludu  Crythę  jeszcze  w  dzieciństwie 
zaręczono  z  Imharem.  We  właściwym  czasie  winna  była  poślubić  mego  kuzyna  i  w  ten 
sposób pomóc w scaleniu włości, które pan Hervon miał nadzieję odzyskać. 
Jak  wszystkie  dziewczęta  ze  Starej  Rasy  Crytha  była  smukła  i  ciemnowłosa.  Zawsze 
wydawała mi się jakby nieobecna i nieco wyobcowana. Odnosiło się czasem wrażenie, że 
widzi lub słyszy rzeczy, których nie postrzega jej otoczenie. 
W  dzieciństwie  często  chorowałem,  bardziej  zatem  zbliżyłem  się  do  Crythy  niż  do 
Imhara.  Już  po  krótkim  czasie  zaczęła  się  do  mnie  zwracać  w  ważnych  dla  siebie 
sprawach, jak choćby prosząc o pomoc w pielęgnowaniu ptaka ze złamanym skrzydłem. 
Od najwcześniejszych jej lat było jasne, że miała dar uzdrawiania. 
O  innych  niepospolitych  uzdolnieniach  Crythy  dowiedziałem  się  znacznie  później,  tuż 
przed wstąpieniem do Straży Granicznej. Zaskoczyłem ją nad strumykiem płynącym w 
pobliżu zagrody, którą wtedy pani Chriswitha nazywała swoim domem. 
Zdumiało mnie zachowanie mojej małej przyjaciółki. 
Siedziała  nieruchomo  w  trawie  tak  wysokiej,  że  prawie  ją  zasłaniała.  Oczy  miała 
zamknięte  jak  we  śnie  i  płynnie  poruszała  w  powietrzu  rękami.  Nagle  z  przerażeniem 
zauważyłem  obok  niej  zwiniętego  węża,  długiego  niczym  moje  ramię.  Z  podniesionym 
łbem kołysał się w takt ruchów Crythy. Chciałem wyciągnąć miecz i zabić gada, ale nie 
mogłem się poruszyć. 
W  końcu  dziewczynka  klasnęła  w  dłonie  i  otworzyła  oczy.  Wąż  opadł  na  ziemię  i 
błyskawicznie zniknął w trawie. 
– Nie bój się, Yonanie – powiedziała. Chociaż nie odwróciła głowy, wiedziała, że byłem w 
pobliżu. Na dźwięk jej słów czar prysł i odzyskałem władzę nad ciałem. 
Zrobiłem dwa kroki do przodu i stanąłem obok niej. 
Ogarnął mnie gniew równie wielki jak przedtem strach. 
– Co ty wyrabiasz?! – zawołałem. 
Spojrzała na mnie. 
–  Usiądź.  –  Wskazała  miejsce  obok  siebie.  –  Czy  mam  się  tłumaczyć  olbrzymowi, 
któremu nie mogę spojrzeć w oczy bez wykręcania szyi? 
Zbadałem  wzrokiem  trawę.  Miałem  chęć  przeczesać  ją  mieczem  w  obawie,  że  trafię na 
niedawnego towarzysza Crythy. Nie zrobiłem tego jednak, tylko usiadłem. 
– Myślę, że to jest częścią magii leczniczej – w jej głosie brzmiało lekkie zdziwienie. – Nie 
boją  się  mnie  ani  ptaki,  ani  zwierzęta,  a  dzisiaj  przekonałam  się,  że  mogę  nawiązać 
kontakt  również  z  gadami.  Wydaje  mi  się,  że  za  często  zamykamy  nasze  umysły  albo 
koncentrujemy  się  na  tym  –  dotknęła  palcem  pochwy  mego  miecza  –  i  dlatego  nie 
dostrzegamy  i  nie  słyszymy  większości  tego,  co  dzieje  się  wokół  nas,  w  całym  wielkim 
świecie. 
Wciągnąłem głęboko powietrze do płuc i poczułem, jak gaśnie we mnie płomień gniewu. 
W głębi duszy zdawałem sobie sprawę, że Crytha zna się na tym, co robi, równie dobrze 
jak ja na żołnierskim rzemiośle. 
– Yonanie, czy pamiętasz stare legendy, które mi opowiadałeś? – Albowiem tylko Crycie 
przekazałem znane mi strzępy starych opowieści i pieśni. – W tamtym świecie człowiek 
władał Mocami. 
– W Estcarpie również są Moce – zauważyłem. I nagłe ogarnął mnie strach o najdroższą 
mi  istotę.  Strażniczki  niezmordowanie  szukały  kandydatek,  które  powiększyłyby  ich 
grono.  Dotychczas  nie  zwracały  uwagi  na  uciekinierów  z  Karstenu,  chyba  że  jakaś 
dziewczynka  miała  wyjątkowe  wprost  zdolności.  Crytha...  Crytha  nie  może  zniknąć  za 

background image

 

4

szarymi  murami  Przybytku  Mądrości,  nie  może  wyrzec  się  radości  życia  dla  Mocy 
Czarodziejskiej! 
–  Nie  jestem  Czarownicą  –  szepnęła.  –  I  tylko  tobie,  Yonanie,  mówię  o  tym,  czego  się 
dowiedziałam.  Ty  rozumiesz,  że  wolność  jest  ważniejsza  od  mocy.  Poza  tym  jest 
niebezpieczna:  można  zbytnio  przywiązać  się  do  niej  i  przedkładać  ją  nad  wszystko  w 
świecie. 
Chwyciłem  Crythę  mocno  za  przegub  i  trzymając  ją  tak,  i  patrząc  jej  w  oczy, 
powiedziałem: 
– Przysięgnij, że nie zrobisz tego więcej. W każdym razie nie z wężem! 
–  Nie  składam  żadnych  przysiąg,  Yonanie.  –  Uśmiechnęła  się.  –  Nie  mam  tego  w 
zwyczaju. Mogę ci tylko obiecać, że nie będę niepotrzebnie ryzykowała. 
Musiałem  się  tym  zadowolić,  ale  często  z  niepokojem  myślałem  o  jej  niezwykłych 
zdolnościach.  Więcej  o  tym  nie  rozmawialiśmy,  gdyż  wkrótce  potem  zostałem 
Strażnikiem Granicznym i odtąd widywaliśmy się bardzo rzadko. 
Kiedy  jednak  po  wojnie  wyruszyliśmy  na  wschód  i  rozpoczęliśmy  budowę  nowego 
dworu w miejscu wybranym przez pana Hervona, sytuacja całkowicie się zmieniła. 
Crytha  była  panną  na  wydaniu.  Targała  mną  rozpacz  na  myśl,  że  Imhar  niedługo 
pojmie ją za żonę. Zacząłem unikać Crythy. Zdawałem sobie sprawę z uczucia, które do 
niej żywiłem, wiedziałem zaś, iż nikt nie może się o tym dowiedzieć. 
Na jakiś czas przed ukończeniem dworu zjawił się ów wędrowiec. Przybył ze wzgórz, a 
przyprowadził  go  jeden  z  naszych  wartowników.  Powitał  pana  Hervona  zgodnie  ze 
starożytnym obyczajem, lecz wszyscy wyczuliśmy w tym młodzieńcu coś niezwykłego. 
Chociaż wyglądał jak mężczyzna ze Starej Rasy, w jego twarzy świeciły niebieskie, a nie 
szare  oczy.  Zachowywał  się  z  godnością  i  miał  dumną  postawę  człowieka,  który  zwykł 
przestawać na równej stopie z doświadczonymi wojownikami. 
Powiedział, że rzucono na niego geas. Później jednak okazało się, iż był banitą – jednym 
z  synów  Tregartha  –  i  przybył  werbować  naszych  ludzi  do  zapomnianej  krainy  na 
wschodzie – do Escore – skąd, wedle jego słów, wywodziła się Stara Rasa. 
Pan Hervon uznał go za niebezpiecznego, a poparł go w tym Godgar, marszałek dworu. 
Postanowiono więc wydać go Czarownicom, żeby nas samych nie skazały na banicję. 
Kiedy  odjechał  z  Godgarem,  ogarnął  nas  dziwny  niepokój,  nie  mogliśmy  znaleźć  sobie 
miejsca. Zaczęły mnie nawiedzać niespokojne sny; innych także, ponieważ mówili o tym 
otwarcie. Nie ścinaliśmy już drzew na budowę, tylko snuliśmy się wokoło bez celu, coraz 
to  spoglądając  w  stronę  gór  majaczących  na  wschodzie.  Ogarnęło  nas  niezrozumiałe 
pragnienie, chęć podróży... 
Po powrocie Godgar opowiedział nam niewiarygodną historię. Uwierzyliśmy mu jednak, 
gdyż  wiedzieliśmy,  że  w  tej  prastarej  krainie  wszystko  jest  możliwe.  W  drodze 
zatrzymała ich wielka gromada zwierząt i uniemożliwiła dalszą jazdę na zachód. Pod ich 
ochroną  Kyllan  Tregarth  skierował  się  ku  wschodnim  górom.  Ta  dziwna  eskorta 
pozwoliła też Godgarowi i jego ludziom odejść bez szwanku. 
Wtedy to pani Chriswitha wstała i oświadczyła: 
– Musimy dać wiarę tym słowom. Czy ktokolwiek z tu obecnych zaprzeczy, że chce udać 
się  na  wschód?  Rozmawiałam  w  cztery  oczy  z  Kyllanem  Tregarthem  i  wiem,  że  mówił 
prawdę. Zostaliśmy wezwani i musimy pojechać tą samą drogą co on. 
Po  jej  słowach  dokuczliwy  niepokój  znikł  i  ogarnął  mnie  taki  zapał,  jakbym  stał  przed 
wielką i wspaniałą przygodą. 
Rozejrzałem  się  dokoła  i  dostrzegłem  na  twarzach  reszty  domowników  to  samo 
pragnienie. 
Zabrawszy wszystko, co mogło być potrzebne w takiej podróży, opuściliśmy dwór, który 
miał stać się naszym domem. Wyruszyliśmy w nieznane, wiedząc, że w drodze możemy 

background image

 

5

narazić się na straszniejsze niebezpieczeństwa niż te, które nam dotąd groziły ze strony 
Karstenu czy Kolderu. 
  

 
I  tak  oto  przybyliśmy  do  Escore,  krainy  zniszczonej  w  pradawnej  wojnie  między 
adeptami,  którzy  uważali,  że  stoją  ponad  prawami  ludzi  i  natury.  Później  przez  wiele 
pokoleń  utrzymywała  się  chwiejna  równowaga  między  siłami  Światła  i  Ciemności. 
Obecnie  w  Escore  nie  było  już  Wielkich  Adeptów  –  jedni  zginęli  w  walce  z  rywalami, 
inni  zaś,  pchani  ciekawością  lub  żądzą  władzy,  odeszli  do  innych  światów  i  epok  przez 
stworzone przez siebie bramy. 
Pozostawili jednak po sobie ślady swojej działalności. 
Prowadzili  badania  nad  mutacjami  i  stworzyli  żywe  istoty  odmienne  od  rodzaju 
ludzkiego.  Niektóre  były  na  tyle  bliskie  ludziom,  że  poczuwały  się  do  pewnego  z  nimi 
pokrewieństwa. Inne przyłączyły się do sił Ciemności i do woli dręczyły nieszczęsny kraj. 
Jeszcze  zanim  Stara  Rasa  osiągnęła  te  szczyty  wiedzy  i  umiejętności,  Escore 
zamieszkiwały istoty podobne do ludzi, lecz z nimi nie spokrewnione. Łączyły je z ziemią 
tak  silne  więzi,  że  nie  mogłyby  jej  porzucić.  Nigdy  też  nie  starały  się  jej  ujarzmić  czy 
zmienić,  ale  żyły  z  nią  w  zgodzie,  poddając  się  rytmowi  pór  roku,  a  ona  karmiła  je  i 
wspierała. 
Był to Lud Zielonych Przestworzy. Kiedy wybuchła wielka wojna, leśne plemię wycofało 
się daleko na wschód, zabierając ze sobą niektóre stworzone przez adeptów istoty. 
Odtąd trzymało się z dala od innych mieszkańców Escore. 
Ludzie  ze  Starej  Rasy,  którzy  nie  szukali  zakazanej  wiedzy,  ani  nie  zginęli  na  wojnie, 
uciekli  na  zachód,  do  Estcarpu  i  Karstenu.  Później  zaś  posłużyli  się  Mocą  w  podobny 
sposób,  jak  Rada  Czarownic  w  walce  z  Pagarem  z  Karstenu:  odgrodzili  się  od  dawnej 
ojczyzny  zaporą  z  gór.  Rzucili  też  na  swoich  współplemieńców  tak  silne  geas,  że  ci  nie 
mogli nawet pomyśleć o wschodzie. Dopiero dzieci Tregartha, tylko w połowie należące 
do Starej Rasy, a więc niewrażliwe na dawne zakazy, odważyły się wrócić do Escore. 
Nie  mieliśmy  łatwej  podróży.  Sama  ziemia  piętrzyła  przed  nami  liczne  przeszkody.  I 
chociaż  spotkaliśmy  wysłanników  Kyllana,  nękali  nas  słudzy  Ciemności,  tak  że 
dotarliśmy  do  siedziby  Ludu  Zielonych  Przestworzy  ścigani  przez  wrogów  jak  podczas 
ucieczki z Karstenu o pokolenie wcześniej. 
Zielona  Dolina  była  oazą  bezpieczeństwa.  Przy  wejściu  do  niej  wyryto  specjalne 
ochronne  runy  i  znaki,  i  nikt,  kto  utrzymywał  jakiekolwiek  kontakty  z  Mocami 
Ciemności, nie mógł ich minąć nie narażając się na śmierć. 
Domostwa Ludu Zielonych Przestworzy miały dziwny, choć przyjemny dla oka wygląd. 
Nie zbudowano ich bowiem z drewna i kamienia, ale wyrosły z ciasno splecionych drzew 
i krzewów, które tworzyły równie grube ściany jak w każdej twierdzy granicznej. Dachy 
zaś  pokrywały  błyszczące  zielone  pióra,  które  latem  zrzucały  ptaki  posłuszne  pani 
Dahaun. 
Dahaun,  zwana  też  Morquant,  była  ucieleśnieniem  naszej  najstarszej  legendy  –  leśna 
niewiasta,  która  mogła  rozkazać  każdej  roślinie,  żeby  zakwitła  lub  wydała  owoce,  i 
natychmiast zostawała wysłuchana. Ale podobnie jak całe jej plemię wydawała się nam 
zupełnie obca. Nigdy nie wyglądała tak samo  w naszych ludzkich oczach: przeistaczała 
się  co  chwila.  W  jednej  sekundzie  mogła  mieć  rudawe,  wyzłocone  słońcem  włosy 
Sulkarki, a w następnej czarne kędziory kobiety ze Starej Rasy. 
U  jej  współwładcy  Ethutura  tej  ciągłej  przemianie  nie  ulegały  tylko  niewielkie  różki  o 
barwie  kości  słoniowej,  które  wystawały  spomiędzy  loków  nad  jego  czołem.  Mimo  to 

background image

 

6

zmieniające się rysy twarzy i barwa włosów Ethutura nie zaskakiwały tak bardzo jak u 
Dahaun. 
Z  rozkazu  pana  Hervona  zamieszkaliśmy  w  namiotach,  które  rozbiliśmy  w  Zielonej 
Dolinie.  Bo  chociaż  poza  skalnymi  ścianami  tej  oazy  nadciągała  zima,  w  jej  wnętrzu 
królowało lato. 
Mieliśmy  wrażenie,  że  znaleźliśmy  się  w  krainie  legend,  ponieważ  w  ojczyźnie  leśnych 
ludzi  żyły  dziwne  istoty,  które  bardzo  długo  uważano  w  Estcarpie  za  wytwory 
wyobraźni  dawnych  Kowaczy  Pieśni.  Były  tam  skrzydlate,  człekokształtne  Flannany, 
które z samej tylko radości istnienia tańczyły w powietrzu. Spotkaliśmy też Renthany – 
stworzenia  duże  jak  konie  i  odrobinę  do  nich  podobne,  o  pierzastych  niby  pędzle 
ogonach,  które  mocno  przyciskały  do  zadów,  i  wyrastających  z  czoła  pojedynczych 
rogach wyginających się ku górze lśniącym, czerwonym łukiem. 
To  one  przywiozły  nas  do  Zielonej  Doliny.  Nie  były  jednak  sługami  jeźdźców,  lecz 
istotami inteligentnymi, sprzymierzeńcami leśnego plemienia. 
Mieszkały tam również rozumne jaszczurki. Poznałem je dość dobrze, gdyż wśród nich 
znalazłem mojego pierwszego przyjaciela. A stało się tak, ponieważ bardzo cierpiałem. 
Crytha  przybyła  do  ziemskiego  raju,  a  przynajmniej  tak  jej  mogło  się  wydawać. 
Przemieniła  się  z  chudego,  milkliwego  podlotka  w  zupełnie  obcą  mi  osobę,  która 
wpatrzona  w  Dahaun  nie  odstępowała  jej  na  krok  i  chłonęła  nauki  władczyni  Zielonej 
Doliny. 
Imhar  zaś  bezustannie  uczestniczył  w  kolejnych  naradach  wojennych  i  to  nie  zawsze 
jako tylko widz, czego należałoby oczekiwać po tak młodym wojowniku. Spijał wiedzę o 
wojnie niczym domowy mogkot świeże mleko. 
W  Zielonej  Dolinie  panował  wprawdzie  pokój,  ale  w  całym  kraju  wrzało.  Ethutur 
wyruszył razem z panem Kemokiem jako herold wojny do Kroganów zamieszkujących 
rzeki  i  jeziora  Escore.  Innych heroldów  wysłano  do  wszystkich,  którzy  zechcą  stanąć  u 
boku Ludu Zielonych Przestworzy do boju z Ciemnością. 
W  kuźniach  kuto  broń  i  naprawiano  kolczugi,  jednym  słowem  panowało  takie  samo 
poruszenie,  jak  podczas  nie  kończących  się  wojen  w  Estcarpie.  Tylko  że  teraz  nie 
mieliśmy walczyć z ludźmi, lecz z zupełnie nam obcymi stworami. 
Wiedziałem, że spełnię swój obowiązek, gdy nadejdzie czas, ale teraz czułem się bardzo 
samotny.  W  dużej  gromadzie  ludzi  nie  miałem  nikogo,  kogo  mógłbym  nazwać 
towarzyszem broni lub przyjacielem. I bardzo rzadko widywałem Crythę. 
Prawdziwa  opowieść  o  Yonanie  rozpoczęła  się  w  dniu,  w  którym  rozszalała  się 
gwałtowna  burza.  Do  tego  czasu  byłem  niby  nie  ukończone  narzędzie,  częściowo  tylko 
użyteczne. 
Wyruszyłem z drużynnikami pana Hervona, a prowadził nas jeden z Zielonych Mężów. 
Mieliśmy  wspiąć  się  na  szczyt  skalistego  pasma  pełniącego  rolę  murów  obronnych 
siedziby  leśnego  plemienia,  zobaczyć,  co  dzieje  się  na  zewnątrz,  i  wybrać  miejsca,  z 
których w przyszłości moglibyśmy najlepiej odpierać ataki wrogów. Rano jasno świeciło 
słońce,  ale  później  niebo  się  zachmurzyło.  Nasz  dowódca  Yagath  spojrzał  na  nie  z 
niepokojem i powiedział, że musimy wrócić przed burzą. 
Ciężkie  chmury  płynęły  tak  szybko,  że  bardzo  się  śpieszyliśmy.  Traf  chciał,  iż  byłem 
ostatni  w  szeregu,  kiedy  z  ogłuszającym  hukiem  rozpętała  się  nawałnica.  Poślizgnąłem 
się. Zanim zdołałem odzyskać równowagę, zsunąłem się w dół, łamiąc sobie paznokcie i 
raniąc palce o skałę, której daremnie próbowałem się uchwycić. 
Mrok  i  wiatr  nieprzeniknioną  zasłoną  otoczyły  szczelinę  skalną,  do  której  wpadłem. 
Kolczuga ochroniła  mnie przed bolesnymi sińcami, a  może sama  mi ich dodała. Deszcz 
lał się strugami, jakby ktoś ze szczytu urwiska wylewał na mnie wiadro za wiadrem. 

background image

 

7

Wcisnąłem się głębiej i znalazłem się pod występem skalnym, który osłonił mnie trochę 
przed  deszczem  i  wiatrem.  Pomyślałem,  że  później  spróbuję  zejść  w  dolinę;  gdybym 
teraz się na to ośmielił, zmyłyby mnie potoki wody spadającej ze skał. 
Zygzaki  błyskawic  rozdzierały  niewielki  skrawek  nieba  widoczny  z  mojej  kryjówki, 
przypominając  mi  bicze  energetyczne,  wielce  skuteczną  broń  Ludu  Zielonych 
Przestworzy. Ogłuszył mnie huk pioruna, który musiał uderzyć gdzieś w pobliżu, gdyż w 
powietrzu rozszedł się dziwny zapach. 
Woda  spływająca  po  skalnej  ścianie  niosła  ze  sobą  żwir  i  kamyki,  a  w  dodatku  nie 
wypływała dostatecznie szybko. 
Najpierw  pluskała  mi  wokół  kostek,  potem  kolan,  a  później  dosięgła  ud.  Chciałem 
dotrzeć  do  wyższej  partii  szczeliny,  gdzie  mógłbym  się  skulić,  ale  bezskutecznie.  Kiedy 
odwracałem się, by znaleźć lepsze schronienie, poczułem w prawej kostce tak mocny ból, 
że zakręciło mi się w głowie. 
To  naniesione  przez  wodę  żwir  i  kamyki  uwięziły  moje  stopy.  Zaniechałem  wszelkich 
usiłowań i tylko czekałem w skalnej pułapce na koniec burzy. 
Wtedy  to  w  blasku  błyskawic  zauważyłem  refleks  światła  w  skale,  na  prawo  ode  mnie. 
Przez  chwilę  nic  to  dla  mnie  nie  znaczyło,  po  prostu  pomyślałem,  że  jest  tam  coś,  co 
odbija  widmową  poświatę.  Później,  wiedziony  ciekawością,  zacząłem  ręką  obmacywać 
skałę. 
Moje palce zsunęły się z chropawego kamienia na coś gładkiego; i to nie tylko gładkiego, 
lecz  dziwnie  chłodnego  i  przyjemnego  w  dotyku.  Na  ile  mi  mrok  pozwolił,  zbadałem 
znalezisko.  Natrafiłem  na  coś  w  rodzaju  pręta  długości  mojego  kciuka  i  niewiele  od 
niego  szerszego.  Szarpnąłem  go  najmocniej,  jak  mogłem,  i  wydało  mi  się,  że  nieco  się 
obluzował, ale nie zdołałem go wyciągnąć. 
To  niewidoczne  znalezisko  miało  w  sobie  coś,  co  sprawiało,  iż  nie  cofałem  palców, 
gładziłem go i dotykałem. 
Nie  mogła  to  być  część  skały.  Uznałem,  że  jest  zbyt  gładkie,  przypominało  w  dotyku 
raczej  obrobiony  metal  lub  kryształ.  Wystawało  jednak  z  litego  kamienia,  a  nie  z 
niewielkiego pęknięcia czy szczeliny, to zaś zdawało się przeczyć takiemu wnioskowi. 
Burza  nadal  szalała.  Z  mojej  ciasnej  grzędy  spojrzałem  na  świat  poza  Zieloną  Doliną, 
ale  nic  nie  dostrzegłem  w  gęstym  mroku.  Tylko  to  tu,  to  tam,  tuż  przy  samej  ziemi 
jarzyło  się  słabe  światełko:  zapewne  świadectwo  jakiejś  pozostałości  Mocy. 
Dowiedziałem  się  w  Escore,  że  należało  zwracać  uwagę  na  takie  miejsca.  Niebieskie 
światło  oznaczało  oazę  bezpieczeństwa,  gdzie  można  się  schronić.  Natomiast  żółtawy, 
zielonkawy  lub,  co  gorsza,  czerwono-czarny  blask  zdradzał  pułapkę  zastawioną  przez 
Moce Ciemności. 
Wydało  mi  się,  że  wiele  czasu  upłynęło,  nim  nawałnica  w  końcu  ucichła.  Woda 
wypłynęła wreszcie ze szczeliny i błyskawice już nie smagały wzgórz. Wychynąłem spod 
skalnej  półki  i  spróbowałem  się  wyprostować.  Zdrętwiałe,  przemoczone  kończyny  i 
nadwerężona  prawa  kostka  zaprotestowały  bólem.  Rękami  wymacałem  zbawcze 
nierówności  i  występy  na  ścianie  skalnej,  lecz  czy  mogłem  zaryzykować  w  tym  stanie 
wspinaczkę? 
Nagle  zamarłem.  Usłyszałem  jakiś  dźwięk  –  nie  plusk  deszczu  czy  huk  pioruna,  ale 
jakby szuranie po skale nade mną. Może jakiś potwór – sługa Zła zakradł się pod osłoną 
deszczu i teraz chce mnie zaatakować? 
Pojawiło  się  światło,  a  raczej  poświata.  Zadarłem  głowę  i  najpierw  dostrzegłem  ostro 
zakończony,  zębaty  pysk  Jaszczuroludka,  później  zaś  jego  przednie  łapy,  bardzo 
podobne  do  smukłych  rąk.  Słaby  blask  powoli  opuszczał  się  ku  mnie.  To  świecił 
niewielki kamień uwięziony w delikatnej siateczce przymocowanej do cienkiej linki. 

background image

 

8

Jaszczuroludki,  podobnie  jak  inni,  nie  będący  ludźmi  mieszkańcy  Zielonej  Doliny, 
porozumiewały się za pomocą myśli. Ja jednak nie miałem daru komunikowania się na 
odległość,  który  tak  bardzo  ceniła  Crytha.  Wyciągnąłem  rękę  i  chwyciłem  świecący 
kamień. W jego poświacie obejrzałem obolałe miejsce. But był bardzo ciasny, a noga nad 
nim spuchnięta. Zwichnąłem nogę w kostce i nie mogłem się na niej oprzeć. 
Spróbowałem na migi wyjaśnić to mojemu ratownikowi. 
Spojrzał  na  mnie  błyszczącymi  jak  klejnoty  oczami  i  błyskawicznie  się  oddalił.  Miałem 
nadzieję,  że  poszedł  po  pomoc,  choć  zarazem  odrobinę  się  zaniepokoiłem.  Nie  bez 
powodu,  gdyż  ludzie  pana  Hervona  przez  długi  czas  bezlitośnie  żartowali  z  mojej 
niezdarności.  A  teraz,  już  podczas  pierwszego  patrolowania  umocnień  Zielonej  Doliny, 
dałem się poznać od najgorszej strony. 
Po odejściu Jaszczuroludka ciekawość zawiodła mnie znów do miejsca, gdzie znalazłem 
dziwny występ. Kiedy zbliżyłem do niego świecący blado kamień, oślepił mnie jaskrawy 
blask. 
Tak,  to  był  krótki  pręt  z  jakiegoś  połyskującego  niebiesko  kryształu,  który  odbijał 
światło.  Chociaż  moje  znalezisko  wydawało  się  częścią  litego  kamienia,  na  pewno 
miałem do czynienia z wytworem nieznanego rozumu. 
Szarpnąłem  z  całej  siły.  Pręt  poruszył  się  lekko.  Zrozumiałem,  że  chcąc  go  wydobyć, 
muszę  rozbić  skałę,  w  której  tkwił.  Zrobię  to!  Muszę  to  zrobić!  Podobnie  jak  w 
przypadku geas, które sprowadziło nas wszystkich do Escore, zdawałem sobie sprawę, iż 
zmusza mnie do tego jakaś siła przekraczająca moje zrozumienie. Przysiągłbym, że moje 
znalezisko było bardzo ważne. 
Odwróciłem się szybko, gdyż z góry znów dobiegł mnie hurkot kamieni. Jaszczuroludek 
bez  trudu  zeszedł  po  skalnej  ścianie.  Dla  niego  była  ona  wygodnymi  schodami.  Na 
ramieniu  niósł  zwiniętą  linę  i  kiedy  znalazł  się  nade  mną,  dał  mi  znak,  że  mam  się  nią 
przewiązać. 
W  taki  oto  sposób,  podczas  pamiętnej  burzy  odnalazłem  swoje  przeznaczenie  w  tej 
starożytnej krainie i prawdziwego przyjaciela, gdyż bez wahania powierzyłbym Tsalemu 
życie, i nie tylko życie. 
  

 
Po  tym  wypadku  musiałem  jakiś  czas  pozostać  w  Zielonej  Dolinie.  Pani  Dahaun widać 
podzieliła się swoją wiedzą z Crythą, która zaprowadziła mnie do basenu z bulgocącym 
czerwonym  mułem.  Rozcięła  but  i  oblepiła  mułem  spuchniętą  kostkę.  Jego  łagodne 
ciepło sprawiło, że ból ustał i wkrótce zasnąłem. 
Moje  sny  nigdy  się  nie  sprawdzały,  nie  miały  też  w  sobie  nic  z  ostrzeżeń  wysyłanych 
przez  Najwyższe  Moce  do  uprzywilejowanych  ludzi  z  naszej  rasy.  Ale  tym  razem 
kroczyłem  przez  kraj  równie  prawdziwy,  jakbym  go  oglądał  na  jawie.  W  ręku 
trzymałem  miecz,  który  zdawał  się  przedłużeniem  mojego  ciała,  i  we  śnie  nie  mogłem 
sobie wyobrazić bez niego życia. 
Czułem  też  wielki  smutek  i  strach,  nie  o  siebie,  tylko  o  innych.  Idąc  opłakiwałem  w 
milczeniu stratę, której teraz nie pamiętam, choć musiała być wielka, gdyż przytłaczała 
mnie  brzemieniem  cięższym  niż  plecak  zwiadowcy.  Moja  kolczuga  była  porwana  i 
zardzewiała.  Przyciskałem  do  lewego  boku  zakrwawioną  rękę,  walcząc  z  bólem. 
Wiedziałem bowiem, że muszę coś zrobić, zanim umrę. 
Czyhała na mnie śmierć. Wszystkim, co było mi bliskie i drogie, zawładnęła Ciemność – 
pozostał mi tylko miecz. 
Nie mogą go dostać ci, którzy szli moim śladem. 

background image

 

9

Zachwiałem  się  na  nogach,  ból  przygniótł  mnie  do  ziemi  i  świat  zamigotał  mi  przed 
oczami. Czas upływał, a z nim moje życie, sączące się z krwią ze śmiertelnej rany. Lecz 
moja wola nie ugięła się ani przed czasem, ani przed słabością ciała. 
Teren wznosił się równomiernie, więc szedłem coraz wolniej, ale nie zatrzymywałem się. 
Otoczyła mnie mgła. 
Moje usta wymawiały niezrozumiałe słowa. Jednak czułem, że kiedyś dobrze je znałem i 
że były dla mnie bronią niemal równie potężną jak mój miecz. 
Niewykluczone,  iż  moc  tych  słów  pomogła  mi  przekroczyć  granice  ludzkiej 
wytrzymałości.  Oddychałem  ciężko  i  nierówno.  Już  nie  panowałem  nad  bólem,  który 
targał moim ciałem, lecz wola nadal trzymała mnie na nogach. 
Wreszcie zatrzymałem się na skraju jakiegoś wąwozu. 
Wydobywała  się  zeń  gęsta  mgła,  która  przesłoniła  wszystko  dookoła.  Jakąś  cząstką 
mojego zamierającego mózgu domyśliłem się, iż mgłę zrodziła roztopiona skała, wrząca 
niczym woda. Wrzuciłem do niej miecz i wraz z nim znikła energia, która zaprowadziła 
mnie tutaj z pola bitwy, gdzie zatriumfowała Ciemność. 
Osuwając  się  na  ziemię  wiedziałem,  że  teraz  już  mogę  umrzeć  –  i  wtedy  właśnie  się 
obudziłem.  Byłem  zlany  potem  i  mocno  przyciskałem  rękę  do  boku.  Obejrzałem  to 
miejsce,  spodziewając  się  ujrzeć  krew  sączącą  się  spod  rozdartej  kolczugi.  Zobaczyłem 
jednak tylko gładką skórę i zrozumiałem, że to wszystko mi się przyśniło. 
We śnie nie miałem nic wspólnego z Yonanem. Ale nie wiem też, kim byłem. Wyniosłem 
ze  snu  o  własnej  śmierci  jedną  myśl  –  że  pręt,  który  znalazłem  w  ścianie  ska1nej  był 
częścią tamtego miecza. Kiedyś dobrze leżał mi w dłoni i znów będzie. 
Czułem potrzebę zachowania tego wszystkiego w tajemnicy, jakkolwiek nie rozumiałem 
powodu.  Bez  słowa  zniosłem  kpiny  Imhara  z  mojej  nieporadności.  Lecz  gdy  Crytha 
przyszła,  aby  zbadać  opatrunek  na  mojej  nodze,  zapytałem  ją  o  Jaszczuroludka,  który 
mnie uratował. 
Powiedziała  mi,  że  nazywa  się  Tsali  i  jest  jednym  ze  zwiadowców  patrolujących 
pobliskie szczyty. Pozazdrościłem jej daru porozumiewania się z innymi formami życia i 
poprosiłem o przekazanie Tsalemu moich podziękowań. 
Zdumiałem  się  wszakże,  gdy  jeszcze  tego  samego  dnia  przyszedł  do  małego  szałasu,  w 
którym leżałem, i przykucnął obok mnie, przyglądając mi się oczami błyszczącymi niby 
drogocenne kamienie. 
Tsali  górował  wzrostem  nad  swoimi  współplemieńcami,  ale  mnie  sięgał  zaledwie  do 
ramienia.  Przycupnął  na  tylnych  nogach,  podpierając  się  ogonem  dla  zachowania 
równowagi, po czym zsunął z przegubu sznurek z nanizanymi nań białymi i czerwonymi 
jak leczniczy muł koralikami, i jął przesuwać je w smukłych palcach. Widziałem już, jak 
robiły  to  inne  Jaszczuroludki,  i  znałem  ludzkie  domysły  na  ten  temat  –  uważano,  że 
najwidoczniej  rozumne  jaszczurki  rejestrowały  w  ten  sposób  wszystko,  co  chciały 
zachować na przyszłość. 
Spojrzałem  na  jego  zwieńczoną  kostnym  grzebieniem  głowę  i  zapragnąłem  z  nim 
porozmawiać,  choć  zdawałem  sobie  sprawę,  że  nie  zrozumie  wypowiedzianych  przeze 
mnie słów. Tylko Zieloni Ludzie mogli komunikować się w myśli ze wszystkimi istotami 
sprzymierzonymi ze Światłem przeciw Ciemności. 
Tsali znowu omotał przegub dziwnymi koralikami i wyjął z mieszka przy pasie (była to 
jedyna  rzecz,  którą  nosił  na  ciele  mieniącym  się  wszystkimi  kolorami  tęczy)  cienką 
kamienną płytkę wielkości mojej dłoni. Na wygładzonej powierzchni zobaczyłem wyryte 
trzy  linie  run;  pierwszy  szereg  wypełniony  złotymi  łuskami,  drugi  zabarwiony 
czerwienią, trzeci zaś złowieszczą czernią. 
Widziałem  już  podobne  przybory.  Mądre  Kobiety,  które  nie  posiadały  dostatecznych 
zdolności,  żeby  zostać  pełnoprawnymi  Czarownicami,  używały  ich  do  przepowiadania 

background image

 

10

przyszłości.  Lecz  gdy  Tsali  podsunął  mi  pod  oczy  kamienną  tabliczkę,  dostrzegłem,  że 
wyryte na niej znaki różniły się nieco od swych estcarpiańskich odpowiedników. 
Trzymając  wróżebną  tabliczkę  w  jednym  ręku,  Jaszczuroludek  chwycił  mnie  drugą  za 
przegub.  Zanim  zorientowałem  się,  co  chce  zrobić,  zaczął  wodzić  moimi  palcami  po 
gładkim  kamieniu,  dokładnie  odrysowując  wszystkie  skręty  i  zawijasy  run.  O  dziwo, 
kamień nie był zimny, promieniował ciepłem, jakby przez jakiś czas leżał przy ogniu. 
Pod  moim  dotknięciem  symbole  pojaśniały  i  stały  się  wyraźniejsze.  Najpierw  złote, 
później czerwone i w końcu czarne. Moja dłoń jednak wzdragała się przed kontaktem z 
czarnymi  runami,  bo  –  choć  słabo  znałem  prawa  Mocy  –  dobrze  wiedziałem,  że  to 
złowróżbne znaki nieszczęścia i rozpaczy. 
Tsali obserwował ożywające kolejno i gasnące runy. 
Wyczułem  rosnące  w  nim  napięcie.  Wyglądało  na  to,  że  w  przeciwieństwie  do  mnie, 
umie czytać tajemne symbole. 
Kiedy w końcu dotknąłem ostatniego znaku, Jaszczuroluek ponownie schował tabliczkę. 
Pochylił się do przodu, patrząc mi w oczy tak uporczywie, że musiałem zrobić to samo. 
Powoli,  bardzo  powoli,  poczułem  jakby  lekkie  poruszenie  w  moim  umyśle. 
Wzdrygnąłem się z zaskoczeniem i odwróciłem wzrok, nie mogąc uwierzyć, że to mi się 
nie przywidziało. 
Nie  była  to  swobodna  rozmowa  za  pomocą  myśli,  ponieważ  ja  nie  umiałem  tego  robić. 
Raczej  wyczułem,  niż  usłyszałem  pytanie,  które  miało  coś  wspólnego  z  odległą 
przeszłością... 
Ale przecież w moim życiu nie było nic godnego uwagi, nic, co mogłoby skłonić Tsalego 
do  zagłębiania  się  w  moim  mózgu.  Byłem  najmniej  liczącym  się  członkiem  Domu 
Hervona i nawet nie należałem w pełni do Starej Rasy. 
A może... Kim byłem? 
Na  chwilę  zakręciło  mi  się  w  głowie  i  powróciłem  myślą  do  dziwnego  snu,  w  którym 
ścigałem  się  ze  śmiercią,  żeby  zachować  (albo  zniszczyć)  coś  bardzo  ważnego. 
Przekonałem się, że nawet na jawie dokładnie pamiętam drogę do wypełnionego płynną 
magmą wąwozu i utratę miecza, który był częścią mnie samego. 
Lecz  to  był  tylko  sen  –  sen,  który  nie  miał  nic  wspólnego  ani  ze  mną,  ani  z 
teraźniejszością.  Nie  byłem  tamtym  śmiertelnie  rannym  wojownikiem,  uciekającym  z 
pola nieznanej bitwy, lecz Yonanem, półkrwi Sulkarczykiem, słabeuszem... 
Byłem – obydwoma! 
Nie  wiem,  skąd  się  o  tym  dowiedziałem.  Przypomniały  mi  się  zasłyszane  niegdyś 
cudzoziemskie  opowieści:  że  potężni  adepci  żyli  kilkakrotnie  dłużej  od  przeciętnego 
człowieka i że jeśli zwykli ludzie źle wykonali wyznaczone im w życiu zadanie, rodzą się 
na nowo, aby jeszcze raz dokonać wyboru i naprawić błąd. 
Może  byłem  właśnie  kimś  takim?  A  tamten  dziwny  sen  nie  był  fantazją,  lecz  prawdą? 
Czy można by w ogóle udowodnić prawdziwość któregoś z tych przypuszczeń? 
W  każdym  razie  owa  przedśmiertna  wyprawa  ze  snu  stała  się  dla  mnie  równie  realna, 
jakby miała miejsce wczoraj lub ubiegłej nocy, kiedy wydawało mi się, że chodziłem we 
śnie. 
Zrozumiałem,  iż  muszę  to  udowodnić  samemu  sobie  i  tylko  w  jeden  sposób:  wrócić  na 
szczyt klifu, odnaleźć uwięziony w skale odłamek miecza i wydobyć go stamtąd. 
Jeśli jeszcze raz go zobaczę i poczuję w ręku, może wtedy przypomnę sobie to, co dawno 
zapomniałem. 
Cichy  syk Tsalego  rozproszył  moją  koncentrację.  Tsali  nadal  mi  się przyglądał,  ale  już 
spokojnie, bez napięcia. 
Później z powagą skinął głową, pochylając kostny grzebień. 

background image

 

11

Uświadomiłem  sobie,  że  bez  trudu  odczytał  moje  myśli,  podczas  gdy  ja  potrafiłem  go 
zrozumieć tylko w niewielkim stopniu. 
Mimo to odezwałem się, nie wiedząc, czy pojmie moje słowa: 
– Muszę tam wrócić... 
Chyba zrozumiał, bo jeszcze raz uroczyście skinął głową. 
Odniosłem też wrażenie, że nawet mnie zachęca do powrotu w skały. A pragnąłem tego z 
całej duszy. 
Teraz  niecierpliwie  czekałem  na  wyzdrowienie  i  nie  dawałem  Crycie  spokoju,  póki  w 
końcu  nie  rozbiła  ciężkiego  pancerza  z  mułu.  Nie  czułem  już  bólu,  noga  nie  była 
spuchnięta  i  nie  pozostał  na  niej  żaden  ślad.  Gdy  wstałem  z  posłania,  wiedziałem,  że 
znów wszystko jest w porządku. 
Na  spełnienie  mojego  gorącego  pragnienia  musiałem  jednak  jeszcze  poczekać.  Nie 
mogłem tak po prostu porzucić codziennych ćwiczeń naszej małej armii, które miały ją 
przekształcić w doskonałą broń defensywną. Ponadto, choć wydawało mi się to dziwne, 
byłem  głęboko  przekonany,  iż  nie  powinienem  nikomu  opowiadać  –  poza  Tsalim  o 
swoim  odkryciu.  Dlatego  dopiero  po  trzech  dniach  pełnych  niepokoju  i  niecierpliwości 
wymknąłem się o świcie i jeszcze raz wspiąłem się na skalną ścianę. Zanim sięgnąłem do 
pierwszych  zaczepów  dla  rąk,  jakby  znikąd pojawił  się  Jaszczuroludek.  Wyminął  mnie 
tak szybko i zręcznie, iż nie dorównałby mu żaden człowiek. 
Dobrze  się  stało,  że  Tsali  się  do  mnie  przyłączył.  Gdy  bowiem  znalazłem  się  w  górze, 
zupełnie straciłem orientację. 
Nie  miałem  pojęcia,  gdzie  szukać  szczeliny,  do  której  wówczas  tak  nieoczekiwanie 
wpadłem.  Za  to  mój  towarzysz  wiedział.  Zdałem  sobie  z  tego  sprawę,  gdy  spojrzał 
znacząco i skierował się w prawo, dając do zrozumienia, że mnie zaprowadzi. 
W  ciągu  dnia,  przy  bezchmurnym  niebie,  bez  trudu  można  było  dostrzec  poszarpaną 
skalną  krawędź  osłaniającą  Zieloną  Dolinę.  Znajdowało  się  tam  mnóstwo  szczelin  i 
wszystkie  wydawały  się  jednakowe.  Tsali  zatrzymał  się  przy  jednej  z  nich  i  machnął 
ramieniem, przywołując mnie do siebie. 
Ukląkłem  i  zajrzałem  w  głąb  pęknięcia,  lecz  nic  nie  zobaczyłem.  Moje  znalezisko 
znajdowało się niżej, pod niewielką półką skalną. Przed wyprawą przywiązałem do pasa 
mały  młotek,  który  potajemnie  wybrałem  wśród  narzędzi  kowala,  oraz  ostre  dłuto. 
Chociaż były z metalu, nie miałem pewności, czy dadzą radę twardej skale. 
Ostrożnie  wczołgałem  się  do  szczeliny.  Tsali  położył  się  na  brzuchu  na  skraju 
zagłębienia  i  obserwował  mnie  uważnie.  Trudno  byłoby  mi  znaleźć  cząstkę  miecza  z 
mojego  snu,  gdyż  miał  prawie  taki  sam  kolor  co  kamień,  w  którym  tkwił,  gdyby  na 
szczęście nie wystawał z niego. 
Mimo  że  w  dotyku  sprawiał  wrażenie  kryształu,  był  nieprzezroczysty  jak  każde  inne 
wybrzuszenie w skale. 
Dlaczego wtedy zalśnił tak jasno w świetle błyskawicy? 
Dotknąłem go palcem. Tak, nieznacznie się poruszył. 
Wytężywszy wzrok zauważyłem, że oddzielała go od litego kamienia wyraźna rysa. 
Najdelikatniej,  jak  mogłem,  gdyż  bałem  się  go  uszkodzić,  zacząłem  kuć  skałę  dłutem  i 
młotkiem.  Uderzałem  powoli  i  ostrożnie.  Skała  była  bardzo  twarda  i  każdy  nawet 
najsłabszy cios wymagał wysiłku. 
Uzbroiwszy  się  w  cierpliwość,  pracowałem  tak  ostrożnie  jak  nigdy  w  życiu.  Muszę, 
muszę  go  wyjąć  –  ta  myśl,  to  pragnienie  zawładnęło  moim  umysłem,  wypierając 
wszystko inne. Nie postrzegałem słońca, które zamieniło rozpadlinę w gorący kocioł. Nie 
przerywając kucia, najpierw zrzuciłem kolczugę, a później skórzany kaftan i obnażony 
do pasa nadal uderzałem w twardy kamień, nie czując, że palą mnie promienie dziennej 
gwiazdy. 

background image

 

12

Nagle zadrżały mi ręce, wsparłem się więc o skraj szczeliny, by nieostrożnym ruchem nie 
zniszczyć znaleziska. 
Z  góry  dobiegł  mnie  głośny  syk.  Podniosłem  wzrok  i  zobaczyłem,  jak  Tsali wyciąga  ku 
mnie butelkę wykonaną z mocnej tykwy. 
Napiłem  się  z  rozkoszą.  Bolały  mnie  ramiona,  lecz  widok  kryształu,  który  usiłowałem 
wydobyć, przyniósł mojej duszy tak wielką ulgę jak chłodna woda spieczonym wargom. 
To naprawdę była rękojeść miecza. Teraz muszę odsłonić jelce. Ale upłynie wiele godzin, 
zanim  uwolnię  brzeszczot  –  jeśli  w  ogóle  zdołam  to  zrobić.  Nie  rozumiałem,  jak  metal 
mógł wytrzymać przeraźliwy żar płynnej skały, do której we śnie wrzuciłem miecz. 
Wyciągnąłem rękę i chwyciłem rękojeść. Jeszcze raz owładnęło mną zapamiętane ze snu 
uczucie.  Ten  miecz  był  mój!  Wiedziałem,  że  wykonano  go  specjalnie  dla  mnie  i  że 
nikomu go nie oddam. 
Mimo  woli  mocniej  zacisnąłem  palce  i  pociągnąłem  rękojeść  ku  sobie.  Poczułem 
najpierw opór, a w następnej chwili wyrwałem ją ze skały z takim impetem, że straciłem 
równowagę i uderzyłem o przeciwległą ścianę szczeliny. 
Niestety, trzymałem w ręku tylko rękojeść! Nie przedłużał jej mocny i ostry brzeszczot. 
Doznałem  tak  bolesnego  zawodu,  iż  chciało  mi  się  płakać  jak  dziecku..  Rękojeść  była 
moja,  lecz  brzeszczot  zniknął  w  otchłani  czasu  i  we  wrzącej  skale,  tak  jak  się  tego 
obawiałem. 
Nie  potrafiłem  jednak  odrzucić  tego  szczątka.  Moje  palce  zaciskały  się  wokół  rękojeści 
tak mocno, jakby albo uniezależniły się od mojej woli, albo kierowała nimi jakaś cząstka 
mojej istoty, o której istnieniu nie miałem pojęcia. 
Wyciągnąłem znalezisko ku słońcu. Może któryś z kowali dorobi do niego ostrze? Sama 
rękojeść  nie  wyglądała  na  szczególnie  cenną.  Miała  szarą  barwę,  ale  w  promieniach 
słońca  dostrzegłem  w  niej  słabe  falowanie  wewnętrznej  poświaty.  Wyryto  w  niej  znaki 
przypominające runy, może po to, by nie ślizgała się w dłoni. Lecz ozdoby były zatarte, i 
pozostały  po  nich  tylko  niezrozumiałe  wzory.  Jelce  wykonano  z  identycznej  substancji 
przypominającej  górski  kryształ.  Byłem  jednak  pewien,  że  nie  jest  to  ani  kryształ,  ani 
kwarc. 
Westchnąłem  cicho.  Włożywszy  na  powrót  kaftan  i  kolczugę,  ukryłem  znalezisko  za 
pazuchą. Niby niepotrzebna rzecz, a jednak... 
Czy  obudził  się  we  mnie  nie  jasny  strzęp  wspomnienia  ukrytego  w  głębi  mózgu?  Nie 
umiałem  go  odczytać.  Wiedziałem  tylko,  że  wydobyta  ze  skały  cząstka  miecza  była  mi 
kiedyś potrzebna jak życie i że powróciła do mnie nie bez powodu. 
  

 
W następnych dniach często mnie kusiło, żeby zanieść rękojeść do kowala i zapytać, czy 
mógłby  dopasować do niej  jakiś  brzeszczot.  Ale  zawsze  powstrzymywała  mnie  myśl,  że 
nie  powinienem  tego  robić.  Tylko  jedno  ostrze  pasowało  do  niezwykłej  rękojeści,  a 
pochłonął je czas. 
Dlatego moje znalezisko musi pozostać bezużyteczne. 
Przekonałem  się  też,  że  przez  sen  brałem  do  ręki  tę  pozostałość  wspaniałego  miecza. 
Działo  się  to  zawsze  po  ciemku  i  w  tajemnicy  przed  wszystkimi.  Czy  chciałem  użyć  jej 
jako klucza do zapomnianej przeszłości? Być może. 
Zdawałem sobie również sprawę, iż inna cząstka mojej duszy wcale tego nie pragnęła. I 
choć targały mną sprzeczne uczucia, nie rozstawałem się ze znaleziskiem. 
Może  przynosiło  mi  szczęście  jako  wojownikowi?  A  może  to  pobyt  w  Zielonej  Dolinie 
dokonał we mnie powolnej przemiany? W każdym razie stałem się lepszym szermierzem 
–  a  raz  nawet  podczas  ćwiczeń  rozbroiłem  Imhara.  I  nie  stało  się  to  niechcący  ani 

background image

 

13

przypadkiem; syn Hervona zawsze starał się  sprowokować taką sytuację,  żebym wydał 
się wyjątkowo niezręczny i nieporadny. 
Czasami myślałem, że gdyby mój miecz był cały, mógłbym z powodzeniem stawić czoło 
każdemu  żołnierzowi  z  naszej  armii,  nawet  najbardziej  doświadczonym  weteranom, 
którzy stanowili jej większość. 
Albowiem nie tylko my, członkowie Domu Hervona, przybyliśmy z Estcarpu do Escore. 
Po nas pojawili się inni. 
Wtedy  razem  z  Zielonymi  Ludźmi  wyjeżdżaliśmy  im  na  spotkanie  (skrzydlaci 
zwiadowcy  pani  Dahaun  zawsze  informowali  ją  o  kolejnych  grupach  przedzierających 
się przez góry graniczne). 
W  Escore  wrzało.  Słudzy  Zła  grasowali  w  tej  nieszczęsnej  krainie,  z  wyjątkiem  miejsc 
chronionych  przez  pozostałości  Mocy.  Dlatego  po  opuszczeniu  Zielonej  Doliny  zawsze 
mieliśmy  się  na  baczności.  Pewnej  nocy,  mimo  że  obozowaliśmy  w  oazie  Światła, 
zaatakowali nas Thasowie. 
Istoty te żyją pod ziemią i bardzo rzadko wychodzą powierzchnię – i to tylko nocą lub w 
pochmurny dzień. Chociaż początkowo nie uważaliśmy ich za zwolenników Zła, później 
posłuchali  sług  Ciemności  i  stali  się  naszymi  wrogami.  Pokonaliśmy  ich  tylko  dzięki 
powodzi wywołanej przez pana Kemoca i Godgara z naszego klanu. Jednak pan Kemoc 
został ciężko ranny w nocnej bitwie i następnego dnia, podczas przeprawy przez rzekę, 
porwała go ta sama woda, która wcześniej nas uratowała. 
Jego  strata  boleśnie  nas  dotknęła,  bo  choć  był  mężczyzną,  badał  starożytne  kroniki  w 
Lormcie.  Poza  tym  wezwał  na  pomoc  i  otrzymał  odpowiedź  jednego  z  Wielkich 
Adeptów,  mimo  że  dotąd  uważano,  iż  wszyscy  dawno  opuścili  Escore.  Jego  siostra, 
Czarownica Kaththea, wyruszyła do przybytku starożytnych misteriów, żeby dowiedzieć 
się,  co  się  z  nim  stało.  Była  bowiem  głęboko  przekonana,  że  jeszcze  nie  wstąpił  na 
Ostatnią Drogę. 
Dlatego właśnie Crytha stała się nieodłączną towarzyszką pani Dahaun, jakkolwiek nie 
ukończyła  szkoły  Czarownic  tak  jak  pani  Kaththea.  Teraz  widywałem  ją  jeszcze 
rzadziej  niż  przedtem.  Pocieszała  mnie  tylko  świadomość,  że  w  najbliższym  czasie  nie 
wyjdzie za mąż. Imhar nie mógł jej poślubić, gdy wokół toczyła się wojna. 
Dwukrotnie  odparliśmy  ataki  sług  Ciemności.  Straszne  potwory  krążyły  wokół 
umocnień  Zielonej  Doliny,  próbowały  się  wdrapać  na  szczyty  urwisk  i  zniszczyć 
wszystkich obrońców. Prześladowały nas Wilkołaki, nie będące ani ludźmi, ani wilkami, 
lecz  połączeniem  najgorszych  cech  obu  tych  gatunków,  a  z  nimi  jeszcze  bardziej 
niesamowite  stwory.  W  górze  toczyły  zacięte  boje  wielkie  Vrangi,  które  odpowiedziały 
na  wezwanie  naszych  gospodarzy.  Czasami  walczyły  z  istotami,  których  nie  zdołałby 
spłodzić nawet najgorszy nocny koszmar. 
Tsali zawsze mi towarzyszył w patrolowaniu okolicznych wzgórz i ta milcząca przyjaźń 
stała się częścią mojego życia. Kiedy byliśmy sami (co zdarzało się nader rzadko), często 
dawał  mi  do  zrozumienia  gestami  lub  niejasnymi  przekazami  myślowymi,  że  chce 
popatrzeć  na  rękojeść  starożytnego  miecza.  Wyjmowałem  ją  wtedy  i  mój  przyjaciel 
bacznie się w nią wpatrywał. 
Przypuszczalnie lepiej ode mnie znał jej historię. Jakże pragnąłem porozmawiać z nim i 
zapytać go o to! Przecież ludzie mają swoje legendy – może rozumne jaszczurki również 
przekazywały  z  pokolenia  na  pokolenie  opowieści  o  dawnych  czasach,  a  wśród  nich 
dzieje umierającego wojownika, który nie był Yonanem... 
Usiłowałem  nawiązać  z  nim  kontakt  myślowy,  ale  przekonałem  się,  że  los  odmówił  mi 
tego  talentu.  Mimo  to  byłem  świadomy  własnych  zmian.  I  nie  wiem,  co  by  się  ze  mną 
stało, gdyby znów nie wmieszało się w to przeznaczenie. 

background image

 

14

To  Crytha  zakończyła  jeden  etap  mojego  życia  i  zapoczątkowała  następny.  Pewnego 
ranka  okazało  się,  że  zniknęła  ze  swego  posłania  we  dworze  pani  Dahaun.  Pani 
Zielonych  Przestworzy  przybyła  do  skupiska  namiotów  pana  Hervona  ze  śmiertelnie 
poważną  twarzą.  Wyciągnęła  ku  nam  rękę  leżała  na  niej  niezdarnie  ulepiona  z  gliny 
lalka.  Ktoś  przyczepił  do  jej  głowy  kosmyki  włosów,  a  strzęp  ulubionej  szarfy  Crythy 
zastępował sukienkę. 
Pani  Chriswitha  na  ten  widok  zbladła  jak  płótno.  Chciała  już  dotknąć  kukły  drżącym 
palcem, gdy powstrzymał ją widoczny lęk. Nigdy nie widziałem jej tak zagniewanej. 
– Powiedziano nam, że tu jest bezpiecznie! – warknęła. 
–  I  nadal  tak  jest  –  odpowiedziała  spokojnie  pani  Dahaun.  –  Tutaj  nie  ulepiono  tego 
paskudztwa.  Nie  wiem,  jak  się  znalazło  na  posłaniu  twojej  wychowanki.  Dowiedziałam 
się,  że  wyszła  o  świcie.  Powiedziała  moim  ludziom,  iż  chce  narwać  illbany,  gdy  jeszcze 
leży  na  niej  rosa,  co  czyni  z  niej  dwakroć  skuteczniejsze  lekarstwo.  Wyglądała  jak 
zawsze, chociaż na pewno musiała kierować nią obca wola. 
Pani  Chriswitha  rozejrzała  się  dookoła,  jakby  szukała  tropu  Crythy.  Teraz,  kiedy 
opanowała strach, zacisnęła usta. 
– Czy możesz za nią pójść? 
– Uczyniliśmy to – odrzekła pani Dahaun – lecz jej ślady kończą się tam. – Wskazała na 
skalne szczyty otaczające Zieloną Dolinę. 
–  Dlaczego...  dlaczego  Crythę?  I  skąd  się  to  wzięło?  zapytała  wtedy  moja  przybrana 
matka. – Trzeba... trzeba ją odnaleźć! 
–  Dlaczego  właśnie  Crythę?  Ponieważ  jest  tym,  kim  jest,  dziewczyną,  w  której  obudził 
się  dar  władania  Mocą,  ale  dar  jeszcze  nie  wykształcony.  Tak  młodą,  że...  ktoś...  może 
wykorzystać  jej  talent.  To  paskudztwo  śmierdzi  Thasami.  Mają  oni  pewne  zdolności w 
tej dziedzinie. Teraz okazało się, że rozwinęli je bardziej, niż przypuszczaliśmy. 
Starałam  się  ją  odnaleźć  za  pomocą  jasnowidzenia,  lecz  jakaś  zapora  kryje  ją  przed 
moim wzrokiem... 
Pomyślałem o Thasach, których zobaczyłem podczas nocnej bitwy. Byli mniejsi od ludzi. 
Wynurzyli się spod ziemi. Ich ciemne ciała porastały mocne, podobne do korzeni włosy, 
jakby nie urodzili się, tylko wyrośli niby rośliny. Budzili w nas wstręt tak jak legendarne 
demony. 
I pomyśleć, że te potwory pojmały Crythę! 
W owej chwili zapomniałem, iż byłem wasalem pana Hervona i żołnierzem słuchającym 
jego rozkazów. Bez namysłu wyrwałem kukłę z rąk władczyni leśnego plemienia. 
–  Yonanie!  –  Pani  Chriswitha  spojrzała  na  mnie  tak,  jakbym  przybrał  postać 
podziemnego stwora. – Co chcesz uczynić?! 
Lecz  ja  przestałem  być  Yonanem,  którego  wychowała,  słabeuszem,  zawdzięczającym 
życie  jej  opiece.  Ściskając  w  ręku  ohydną  lalkę  poczułem  się  innym  człowiekiem, 
bardziej zdecydowanym i pewnym siebie niż dawny nieśmiały Yonan. Dwie części mojej 
osobowości zlały się w jedność. 
Nawet nie odpowiedziałem przybranej matce, gdyż owładnęło mną uczucie, którego nie 
mogłem kontrolować. 
– Gdzie twoi ludzie zgubili trop Crythy? – zwróciłem się do Pani Zielonych Przestworzy 
jak równy jej stanem. 
Otworzyła szerzej oczy. Wahała się chwilę. 
– Yonanie, nie możesz... – wtrąciła pani Chriswitha. 
Błyskawicznie odwróciłem się i zapominając o kurtuazji wypaliłem: 
– Zrobię to i albo przyprowadzę Crythę, albo zginę! 
Teraz ona z kolei okazała zdumienie, zapominając o gniewie i strachu: 
– Ale ty... 

background image

 

15

Uciszyłem ją gestem i ponownie spojrzałem na panią Dahaun. 
– Gdzie? – powtórzyłem ostro. 
Długo, zbyt długo badała spojrzeniem moją twarz, zanim wreszcie odrzekła: 
–  Żaden  człowiek  nie  może  bezpiecznie  wędrować  norami  Thasów.  Ziemia  należy  do 
nich i za nich walczy. 
–  Czyżby?  Nie  wierzę  w  to,  Pani.  –  Trzymałem  lewą  rękę  na  piersi  i  poprzez  kolczugę 
wyczuwałem  pulsowanie  rękojeści  starożytnego  miecza  świadomy,  że  tym  razem  nie 
śnię. 
Władczyni  leśnego  ludu  zagryzła  wargi.  Prawą  dłonią  nakreśliła  w  powietrzu  jakiś 
symbol, który na chwilę rozjarzył się i zgasł. Dahaun skinęła głową i powiedziała: 
– Wiedz, że ryzykujesz życie, wojowniku. My nie śmiemy zapuszczać się w nory Thasów 
bez  lepszych  zabezpieczeń,  niż  te,  którymi  obecnie  dysponujemy.  Być  może  Thasowie 
zamierzali  nie  tylko  zdobyć  kontrolę  nad  utalentowaną  młodą  dziewczyną,  którą  chcą 
sobie podporządkować, lecz także osłabić naszą armię, pozbawiając nas żołnierzy. 
–  Jeden  żołnierz  może  tam  pójść,  nie  osłabiając  zbytnio  waszych  sił,  Pani  – 
odparowałem. – Zrobię to, nie zważając na to, czy wyrazisz zgodę, czy też nie. 
–  Już  dokonałeś  wyboru  –  odparła  z  powagą.  –  Ostrzegam  cię  jednak:  jeśli  obecnie 
Thasami włada jakiś sługa Ciemności, człowiek niewiele może mu zaszkodzić. Nie wiesz, 
czemu będziesz musiał się przeciwstawić. 
–  To  prawda.  Ale  któż  może  wiedzieć  dziś  nocą,  co  przyniesie  mu  jutro  wschodzące 
słońce?  –  odparowałem.  Wydawało  mi  się,  że  przez  moje  usta  przemawia  nieznany 
wojownik, którego obudziło we mnie dotknięcie rękojeści niezwykłego miecza. 
Usłyszeliśmy syk, który zaskoczył nas wszystkich. Tsali stanął na lewo ode mnie. Nasze 
oczy  spotkały  się  na  chwilę,  zanim  przeniósł  wzrok  na  panią  Dahaun.  Rozmawiali  za 
pomocą  myśli.  Ścisnąłem  w  ręku  ohydną  kukłę.  Na  tyle  znałem  działanie  mocy,  by 
wiedzieć,  że  nie  ośmielę  się  zniszczyć  podrzuconej  lalki.  Mógłbym  przez  to  zaszkodzić 
Crycie,  którą  przecież  pragnąłem  uratować.  Teraz  ta  kukła  była więzią  łączącą  mnie  z 
ukochaną.  I  tak  samo  jak  ukryta  za  pazuchą  rękojeść  miecza,  wiązała  mnie  z  tamtą, 
potężniejszą częścią mojego ja, którą niejasno wyczuwałem. 
– Tsali pójdzie z tobą. 
Spojrzałem z zaskoczeniem na przyjaciela. Mimo że Jaszczuroludki żyły na powierzchni 
ziemi, w niczym nie przypominały Thasów, którzy nienawidzą słońca i czują się dobrze 
tylko w swoich głębokich norach. 
– Będzie twoimi oczami, takimi, jakich nie posiada żaden człowiek – ciągnęła Dahaun. – 
Sam  tak  postanowił.  Być  może  nie  powinienem  był  się  zgodzić,  żeby  jeszcze  ktoś 
towarzyszył  mi  w  wyprawie  do  nieznanych  dziedzin  Ciemności.  Lecz  dawny  Yonan, 
który wciąż czuł się niepewnie, z ulgą przyjął tę propozycję. Ze wszystkich mieszkańców 
Zielonej  Doliny  tylko  Tsali  znał  moją  tajemnicę.  Nieważne,  że  jego  skórę  pokrywały 
tęczowe  łuski,  moja  zaś  była  gładka,  ani  to,  że  nie  mogliśmy  się  swobodnie 
porozumiewać.  Mój  przyjaciel  potrafił  mi  przekazać,  a  ja  odebrać,  przekonanie  o 
słuszności moich zamierzeń. 
Przewiesiłem przez ramię sakwę z żywnością i dwie wydrążone tykwy, wypełnione wodą 
aż  po  wbite  mocno  korki.  Uzbroiłem  się  tylko  w  miecz.  Nie  wziąłem  pistoletu 
strzałkowego,  gdyż  pozostało  nam  bardzo  mało  amunicji,  a  będzie  ona  potrzebna  do 
obrony Zielonej Doliny. Pani Dahaun przyniosła mi sakiewkę z leczniczymi balsamami, 
którą  mogłem  przytroczyć  do  pasa.  Ostatnie  jednak  słowa  przed  wyprawą  w  nieznane 
zamieniłem z panią Chriswithą, ponieważ jej małżonek wyruszył na daleki patrol. 
– Ona jest już zaręczona, Yonanie – oświadczyła szybko moja przybrana matka, jakby 
to, co miała mi do powiedzenia, wprawiało ją w zażenowanie i chciała to mieć za sobą. 
– Wiem o tym. 

background image

 

16

– Gdyby tu był Imhar... 
– Zrobiłby to samo, co ja. Lecz jego tu nie ma, a ja jestem. 
Wtedy pani Chriswitha zachowała się tak jak wtedy, gdy byłem chorowitym dzieckiem. 
Ujęła  moją  twarz  w  dłonie.  Misiurka  spływała  luźno  spod  hełmu,  więc  poczułem  na 
policzkach ciepło rąk mojej opiekunki. 
–  Yonanie,  Yonanie...  –  Powtórzyła  moje  imię,  jakby  pod  przymusem.  –  To,  co 
zamierzasz...  oby  strzegł  cię  i  osłaniał  Wielki  Płomień.  Wybacz  mi  moją  ślepotę.  Z 
Crythą łączą  mnie więzy pokrewieństwa, lecz jej dusza różni się od mojej.  Przypomina 
dziewczęta  z  dawnych  lat  i  płonie  w  niej  ten  sam  ogień,  który  zgasł  i  zniknął  wszędzie 
poza  Estcarpem.  Zawsze  będzie  w  niej  coś,  czego  nikt  nie  posiądzie,  ani  nie  zrozumie. 
Jest jednak moją krewną... 
– I narzeczoną Imhara – odparłem ponuro. – Dbam o mój honor, choć tylko w połowie 
należę do Starej Rasy, Pani. Odnajdę Crythę albo zginę. I przysięgam, że potem nie będę 
sobie rościł do niej żadnych praw. 
Łzy napłynęły jej do oczu, mimo że rzadko płakała. W odpowiedzi znów wymówiła tylko 
moje  imię...  –  Yonanie!  –  Ale  włożyła  w  to  słowo  wszystko,  co  mogło  mnie  pocieszyć  i 
dodać mi otuchy. 
  

 
W sadziłem za pas zaczarowaną lalkę i przywiązałem ją potrójną pętlą. Albowiem takie 
przedmioty,  jeśli  nawet  zdążono  już  ich  użyć  do  rzucenia  złych  czarów,  są  nadal 
złączone  z  ofiarą,  której  mają  zaszkodzić.  Bez  wątpienia  ten  niezdarny  wizerunek 
sporządzony z gliny, gałganka i włosów może zaprowadzić mnie do Crythy. 
Koło  południa  wspięliśmy  się  na  szczyt  klifu, idąc  tą  samą  drogą  co  wojownicy,  którzy 
wcześniej  szukali  zaginionej  dziewczyny.  Tsali  jak  zwykle  objął  prowadzenie,  bo  jego 
pazurzaste  dłonie  i  stopy  lepiej  się  do  tego  nadawały  niż  moje.  Dogoniłem  go  dopiero 
wtedy,  gdy  zatrzymał  się  przy  głębokiej  szczelinie,  do  której  nie  docierały  promienie 
słońca stojącego w zenicie. 
Położyłem  się  na  brzuchu,  chcąc  dojrzeć  jej  dno.  Zalegał  tam  gęsty  mrok,  w  którym 
tylko  majaczyły  skalne  ściany.  Zbliżywszy  twarz  do  otworu  poczułem  ciężki  odór, 
kontrastujący  ze  świeżym,  chłodnym  powietrzem  Zielonej  Doliny.  Przypominał  mi 
smród gnijącego drzewa, które woda i czas zmieniły w śliską gąbkę. 
Sprawdziłem,  czy  sakwa  i  miecz  nie  będą  mi  przeszkadzać,  po  czym  zagłębiłem  się  w 
ponurą szczelinę, na oślep szukając oparcia dla rąk i nóg. Znalazłem ich dość. W miarę 
jak  się  opuszczałem,  smród  stawał  się  coraz  mocniejszy.  Tsali  schodził  za  mną,  ale 
poruszał  się  wolniej  niż  zwykle.  Zawiesił  na  szyi  siatkę  z  garścią  kamieni.  Kiedy  do 
wnętrza przestało docierać światło dzienne, kamienie te rozjarzyły się w mroku. 
Schodziliśmy  znacznie  dłużej,  niż  się  pierwotnie  spodziewałem.  Wydawało  mi  się  też, 
chociaż starałem się iść cicho, że moje buty zbyt głośno skrzypią na żwirze i kamiennym 
podłożu.  Co  jakiś  czas  nieruchomiałem,  przywierając  do  skały  i  nasłuchując.  Lecz 
zawsze  słyszałem  tylko  swój  własny  przyśpieszony  oddech.  Tsali  poruszał  się 
bezszelestnie. 
Wyczuwaliśmy jednak grożące nam niebezpieczeństwo. 
Zapuszczaliśmy  się  przecież  na  terytorium  wroga.  Wytężałem  wszystkie  zmysły, 
wykorzystując całą wiedzę nabytą wśród zwiadowców Estcarpu. 
W  końcu  pod  nogami  poczułem  w  miarę  równą  powierzchnię.  Obszedłem  ją  ostrożnie 
sądząc,  że  po  prostu  natrafiłem  na  jakąś  półkę  skalną.  Tymczasem  Tsali  wylądował 
lekko na lewo ode mnie i wyciągnął przed siebie siatkę ze świecącymi kamieniami. W ich 
poświacie zobaczyliśmy, że naprawdę znaleźliśmy się na dnie gigantycznej rozpadliny. 

background image

 

17

Wąskie  tunele  prowadziły  zarówno  w  lewo,  jak  i  w  prawo,  ale  mój  przyjaciel  wskazał 
ręką lewy otwór. 
Uznałem,  że  Tsali  wie  znacznie  więcej  niż  ja  o  takich  norach,  więc  tam  się 
skierowaliśmy. Nie szło nam łatwo, gdyż musieliśmy gramolić się przez rozrzucone głazy 
i przeciskać między zwężającymi się nagle ścianami. Rozpadlina stała się jaskinią. Kiedy 
zadarłem głowę do góry, nie zobaczyłem już nawet skrawka nieba. 
Tsali nagle skoczył, zerwał pazurami z ostrego występu skały i wyciągnął ku mnie garść 
włóknistych frędzli. Bił od nich znany mi odór zgnilizny. Dotknąłem ich ostrożnie. 
Nigdy  w  życiu  nie  widziałem  takich  grubych  włosów,  wyglądały  jak  cienkie  korzenie. 
Zrozumiałem, że musiał tędy przechodzić jakiś Thas, który zdarł sobie kępkę włosów o 
ostry kamień. 
Jaszczuroludek  syknął  i  pogardliwie  odrzucił  obrzydliwe  znalezisko.  Dotychczas  nie 
znałem  jego  stosunku  do  Thasów,  ale  teraz  wyraził  je  nader  wymownie.  Znów 
zapragnąłem  porozmawiać  z  nim  tak,  jak  umieli  to  robić  utalentowani  ludzie  ze  Starej 
Rasy.. 
Sklepienie  jaskini  nagle  się  obniżyło.  Krople  wody  lśniły  na  ścianach,  spływały  w  dół, 
tworzyły  kałuże  między  leżącymi  luzem  kamieniami;  bardzo  utrudniało  nam  to 
wędrówkę.  Na  szczęście  wkrótce  przebyliśmy  tę  przeszkodę  i  poczuliśmy  pod  stopami 
gładką od wilgoci skałę. 
Kamienie  Tsalego  świeciły  bardzo  słabo.  Widoczność  nie  przekraczała  pół  metra,  choć 
mój przyjaciel trzymał  je wysoko w górze.  Później musieliśmy się czołgać na łokciach i 
kolanach. Zdjąłem sakwę i pchałem ją przed sobą. Ale i tak od czasu do czasu muskałem 
plecami  sklepienie  tunelu.  Poza  wszechobecnym  smrodem  i  kępką  sierści  nie 
natrafiliśmy  na  inne  ślady  świadczące,  aby  Thasowie  używali  tego  korytarza.  Może 
dopiero  niedawno  go  otworzyli  i  zbadali  w  poszukiwaniu  podziemnego  przejścia  do 
Zielonej  Doliny.  Każda  taka  próba  musiałaby  zresztą  zakończyć  niepowodzeniem, 
ponieważ leśni ludzie już bardzo dawno temu otoczyli swoją twierdzę takimi symbolami 
Mocy, że nie mógł ich przekroczyć żaden sługa Ciemności. 
Nie  wiem,  jak  długo  tak  pełzliśmy,  ale  w  końcu  ciasny  tunel  ustąpił  miejsca  pieczarze. 
Nie  poznaliśmy  jej  rozmiarów,  gdyż  słaby  blask  nie  docierał  do  jej  najodleglejszych 
krańców.  Rzędy  stalagmitów  szczerzyły  się  niby  kły  drapieżnika,  a  w  górze  nie 
ustępowały im niepomiernie ostrzejsze stalaktyty. 
Nawet  moje  niedoskonałe  zmysły  wciąż  wyczuwały  charakterystyczny  odór  Thasów. 
Tsali  nagle  przykucnął,  kręcąc  głową  na  wszystkie  strony,  po  czym  osłonił  rękami 
świecące kamienie tak szczelnie, że nie wymknął się nawet najmniejszy promyk światła. 
W ten sposób sygnalizował mi konieczność zachowania daleko idącej ostrożności. 
Nasłuchiwałem  –  tak  uważnie,  jakby  wszystkie  moje  zmysły  zlały  się  w  jedną  całość.  I 
usłyszałem  jakieś  niewyraźne  odgłosy.  Część  z  nich  zidentyfikowałem  jako  kapanie 
wody – może gdzieś w pobliżu był miniaturowy wodospad? – część zaś... 
Z  oddali  dotarły  do  mnie  bardzo  przygłuszone,  rytmiczne  dźwięki,  nie  będące  ani 
zrozumiałymi słowami, ani śpiewem. 
Nie wątpiłem jednak, że wydobywały się z gardeł mieszkańców podziemnej krainy. 
Dostrzegłem  z  lewej  słabe  światełko.  To  Tsali  podniósł  rękę  znad  zaimprowizowanej 
latarni.  Zacisnął  pazurzaste  palce  na  moim  przegubie  i  lekko  szarpnął,  dając  mi  do 
zrozumienia, że chce, abyśmy ruszyli dalej w nieznane. 
Słyszałem,  iż  Jaszczuroludki  mogą  widzieć  dalej  i  głębiej  niż  sięga  ludzki  wzrok  i 
przeniknąć  spojrzeniem  nieprzebyty  dla  naszych  oczu  mrok.  Wyglądało  na  to,  że  mój 
towarzysz miał teraz okazję udowodnić mi prawdziwość tego twierdzenia. 
Wstałem  i  znów  podniosłem  sakwę.  Tsali  szedł  obok  mnie.  Szliśmy  zygzakiem,  bo 
Jaszczuroludek  omijał  formacje  skalne,  które  zamieniłyby  tę  jaskinię  w  niebezpieczny 

background image

 

18

labirynt dla istot tak ślepych w nocy jak ludzie. W miarę, jak się zbliżaliśmy do źródła 
dziwnych  dźwięków,  coraz  bardziej  upodabniały  się  one  do  chóralnego  śpiewu.  Lecz 
jeśli  ci,  których  szukaliśmy,  znajdowali  się  w  zasięgu  naszego  wzroku,  to  nie  zdradziło 
ich najmniejsze światło. 
Po  jakimś  czasie  Tsali  znów  ostro  skręcił  w  lewo.  Dopiero  teraz  dostrzegłem  słaby 
zielonkawy  blask  kontrastujący  z  zalegającym  wokoło  gęstym  mrokiem.  Na  jego  tle 
formacje  skalne  rysowały  się  niezgrabną  kratownicą,  miejscami  tak  gęstą,  że  zupełnie 
przesłaniała dziwną poświatę. 
Śpiew stawał się coraz głośniejszy, a jego język był mi obcy. Niektóre dźwięki sprawiały, 
że czułem ostrzegawcze mrowienie na skórze, jak przy zetknięciu z Ciemnością. 
Tsali  puścił  moją  rękę.  Nie  musiał  już  mnie  prowadzić,  gdyż  podążaliśmy  w  stronę 
bladego światełka. Starałem się poruszać jak najciszej. 
Niesamowite  promieniowanie  stało  się  jaśniejsze  w  chwili,  gdy  przykucnęliśmy  obok 
siebie,  żeby  zajrzeć  do  drugiej,  mniejszej  jaskini.  Dostrzegłem  tam  charakterystyczne, 
zgarbione  postacie  Thasów.  Naliczyłem  ich  przynajmniej  z  tuzin.  A  za  nimi  stała 
Crytha! 
Podziemne  stwory  ustawiły  się  w  półkole,  ale  nie  obserwowały  dziewczyny,  tylko 
wpatrywały  się  w  kolumnę  połyskującą  w  blasku  rzucanym  przez  bryłowate  porosty, 
które trzymały przed sobą niczym wierni świece w świątyni. 
Crytha  miała  zamknięte  oczy  i  spokojną  twarz.  Nie  wyglądała  jak  człowiek  działający 
pod przymusem. Poruszała się niby we śnie. 
Pod  gładką  powierzchnią  kolumny,  zauważyłem  niewyraźne  zarysy,  jakby  ukryto  tam 
kogoś lub coś. Thasowie chyba nie byli uzbrojeni. Powoli, ostrożnie wyciągnąłem miecz z 
pochwy  i  położyłem  sakwę  na  ziemi.  Mieliśmy  nikłe  szanse  powodzenia,  ale  nie  było 
żadnego wyjścia: te potwory uwięziły Crythę i zmusiły ją do wykonywania ich poleceń. 
Bez  wątpienia  bowiem,  rzucała  czary  mające  związek  z  Ciemnością.  Zbadałem 
spojrzeniem  przestrzeń  dzielącą  mnie  od  zbiorowiska  ohydnych  stworów.  Thasowie 
zdawali  się  czuć  tak  bezpiecznie  w  swoim  legowisku,  że  nie  wystawili  wartowników. 
Może błyskawiczny atak ich zaskoczy, zdołam uwolnić ukochaną dziewczynę? 
Crytha  podniosła  ręce.  Nie  dotknęła  kolumny,  przed  którą  stała,  lecz  zaczęła 
wykonywać w powietrzu ruchy, najpierw w dół i w górę, a później na boki. Przycupnięte 
obok  niej  istoty  nadal  śpiewały w  swoim  języku.  Sprężyłem  się  do  skoku  z  nadzieją,  że 
znajdę się obok dziewczyny. Gdybym potem zdołał zniszczyć czar, który na nią rzucili... 
Tsali syknął. Coś musnęło moje ramię. Odwróciłem się błyskawicznie. Z mroku za nami 
wynurzyły się długie, niekształtne jakby wici czy korzenie. Zanim zrozumiałem, co nam 
zagraża, jeden z nich owinął się wokół moich kostek, szarpnął jakby ze złością i powalił 
mnie na ziemię. Zamachnąłem się mieczem, chcąc uwolnić się z więzów. 
Daremnie!  Brzeszczot  odskoczył  od  twardej  powierzchni,  na  której  nie  pozostał  żaden 
ślad.  Kiedy  chciałem  ponowić  cios,  inny  korzeń  zacisnął  się  wokół  przegubu  ręki 
trzymającej broń. 
W  ciągu  kilku  sekund  rozbrojono  mnie  i  skrępowano.  Ale  mój  przyjaciel  wciąż  był 
wolny. Okazało się, że niesamowite wici nie lubiły naszej latarni. Zrobiły fintę i chciały 
zaatakować  Jaszczuroludka.  Tsali  bronił  się,  szybko  wymachując  siatką  ze  świecącymi 
kamieniami. Wreszcie dał wielkiego susa w lewo i zniknął. 
Wciąż  nie  cichł  chóralny  śpiew  Thasów.  Ku  memu  zaskoczeniu  żaden  z  mieszkańców 
podziemnej  krainy  nie  wynurzył  się  z  ciemności  i  nie  podszedł  do  mnie,  tylko  ruchliwe 
korzenie  mocniej  zacisnęły  się  wokół  mego  ciała,  obezwładniając  mnie  całkowicie. 
Dopiero teraz zobaczyłem je wyraźniej i wydało mi się, że nie jest to dziwaczna broń, ale 
żywe istoty, chociaż pozornie nie różniły się od długich, mocnych korzeni. 

background image

 

19

Zionął od nich, wprost rozlewał się wokół duszny odór. Krztusiłem się, kaszlałem i oczy 
mi  łzawiły  jak  w  gryzącym  dymie.  Więc  jednak  Thasowie  wystawili  takich 
wartowników, o jakich nigdy nie słyszałem. Miałem nadzieję, że Tsali zdołał uciec. Teraz 
tylko  on  mógłby  mi  pomóc.  A  może  uduszę  się  w  tym  potwornym  smrodzie?  Zakręciło 
mi się w głowie i runąłem w czarną otchłań. 
Nic  mi  się  nie  śniło.  Tylko  z  daleka  –  z  bardzo  daleka  – ktoś  mnie  zawołał.  Nie było  to 
moje imię, lecz dobrze je znałem. Wołanie to stawało się coraz bardziej natarczywe. 
Poruszyłem  się  i  otworzyłem  oczy.  Nadal  czułem  smród  zgnilizny,  ale  znacznie  słabszy 
niż  poprzednio.  Z  prawej  dostrzegłem  blade  światło.  Spróbowałem  obrócić  się  w  tę 
stronę.  Krępujące  mnie  sznury  najpierw  stawiły  opór,  a  później  pękły.  Buchnął  mi  w 
twarz wielki kłąb śmierdzącego powietrza i omal znów nie straciłem przytomności. 
Światło znajdowało się nade mną. Zadarłem głowę. 
Leżałem u stóp kolumny – z lodu! Bił od niej dokuczliwy chłód. A w jej wnętrzu – w jej 
wnętrzu ktoś stał! 
Miał ludzką postać i ludzkie wymiary – jeśli mogłem to dobrze ocenić w tym półmroku. 
Jego twarz ukryto przedziwnie za trzema płytkami z błyszczącego jak diament  metalu. 
Płytki  miały  kształt  okrągłych  tarczek  i  łączyły  je  łańcuszki  z  takiej  samej  substancji. 
Dwie zasłaniały oczy, trzecia zaś usta, widoczny był jedynie nos i skraje policzków. 
Głowę  nieznajomego  zdobił  piękny  hełm,  z  którego  szczytu  spoglądał  na  mnie  smok  o 
oczach z drogich kamieni. Obcy miał na sobie połyskującą kolczugę, a ręce zacisnął na 
trzonku wielkiego podwójnego topora bojowego. 
Uniosłem  się  na  ręku  i  każdemu  mojemu  ruchowi  towarzyszył  nowy  wybuch  smrodu. 
Czarne i zgniłe sznury rozpadały się. Najwyraźniej podobni do korzeni strażnicy nie żyli 
zbyt  długo.  Thasowie  zawlekli  mnie  nieprzytomnego  do  swojej  świątyni,  gdyż  byłem 
pewny,  że  leżałem  u  stóp  kolumny,  przed  którą  wtedy  śpiewali.  Kiedy  wrócą?  A  może 
uznali mnie za martwego i złożyli w ofierze mężczyźnie uwięzionemu w bryle lodu? 
Musiałem  działać,  a  nie  rozmyślać.  Odsunąłem  się  od  mroźnej  kolumny  i  z  trudem 
wstałem. Może mógłbym uzbroić się w kawałek stalaktytu lub stalagmitu z zewnętrznej 
pieczary. Z żalem spojrzałem na wielki topór. Na nic się już nie przyda więźniowi, który 
go  teraz  trzyma.  Pomyślałem,  że  nawet  gdyby  okazał  się  dla  mnie  za  ciężki,  była  to 
jedyna broń w polu widzenia. 
Zauważyłem, iż nie tylko kolumna z więźniem była z lodu. Ze sklepienia jaskini zwisały 
sople  grubsze  od  mojego  przegubu.  Niektóre  kończyły  się  ostrym  szpicem  –  czy  któryś 
nie  mógłby  mi  posłużyć  jako  broń?  Omal  nie  wybuchnąłem  śmiechem,  tak  szalony 
wydał  mi  się  ten  Pomysł.  Przecież  taki  sopel  roztrzaskałby  się  przy  najlżejszym 
uderzeniu... 
– Tolarze! 
Odwróciłem głowę. Kto wymówił to imię? Brzmiało tak samo jak tamto, które z mroku 
niepamięci przywróciło mnie do życia. Ale ja... – ja przecież byłem Yonanem! Mimo to 
jakaś cząstka mojej istoty odpowiedziała na wołanie. 
Niemal  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego,  co  robię,  obluzowałem  wiązania  kolczugi  i 
wyjąłem zza pazuchy znalezioną w górach rękojeść miecza. Zaświeciła w ciemnościach! 
Szarobiały kryształ ożył, gdy rozpalił się w nim wewnętrzny ogień. 
Gdybym tylko miał brzeszczot! 
Jakiś brzeszczot! 
Pod  wpływem  nagłego  impulsu  podniosłem  oczy  i  przyjrzałem  się  soplom  lodu. 
Podszedłem  do  nich,  choć  wiedziałem,  że  to  nie  ma  sensu.  Mimo  to  wybrałem  sopel 
długości miecza i go odłamałem. 
Pękł  jak  odcięty.  Nadal  wypełniając  niezrozumiałe  rozkazy,  przyłożyłem  rękojeść  do 
sopla. Buchnął jaskrawy błysk i oślepił mnie na chwilę. 

background image

 

20

Nie wiedziałem czy śnię, czy może naprawdę oszalałem, bo trzymałem teraz w ręku nie 
złamaną  rękojeść  i  kawał  lodu,  lecz  piękny,  doskonale  wyważony  miecz.  Został 
przywołany z dalekiej przeszłości, by znów służyć sprawie Światła. 
  

 
Wróciłem  do  uwięzionego  w  lodzie  mężczyzny.  Na  pewno  nie  żył.  Ale  gdy  mu  się  tak 
przyglądałem, dręczył mnie niejasny niepokój, jaki nas zawsze nurtuje, kiedy odchodząc 
opuszczamy towarzysza broni. 
Zbliżyłem  się  do  lodowej  kolumny,  odrzucając  kopniakami  na  boki  resztki  gnijących 
korzeni,  które  mnie  schwytały.  Wokół  panowała  głęboka  cisza,  lecz  w  moim  umyśle 
ponownie zadźwięczało dalekie, ledwie dosłyszalne wołanie: 
– Tolarze! 
Miecz  nadal  świecił,  choć  już  nie  tak  jasno  jak  w  chwili  połączenia  lodu  z  metalem, 
mimo  to  znacznie  lepiej  nadawał  się  na  latarnię  niż  kamienie  Tsalego.  Zaniepokoiłem 
się,  czy  ten  blask  mnie  nie  zdradzi,  ale  nie  mogłem  odłożyć  niezwykłej  broni  w  samym 
sercu wrogiej twierdzy. 
Gdzie  podziali  się  Crytha  i  Tsali?  Jak  zdołam  ich  odnaleźć  w  tym  labiryncie?  Bez 
pomocy mojego przyjaciela zgubię się w nim, chyba że znajdę jakąś wskazówkę. 
Po  Thasach  pozostał  wprawdzie  charakterystyczny  zapach,  nie  zauważyłem  jednak  ich 
śladów, gdyż pod nogami miałem nagą skałę. 
Co  chwila  powracałem  spojrzeniem  do  nieruchomej  postaci  uwięzionej  w  lodzie.  Jakiś 
wewnętrzny zakaz nie pozwalał mi od niej odejść, mimo że powinienem szukać Crythy. 
Wbrew woli zbliżyłem się do mroźnej kolumny. Emanowała chłodem tak jak mój miecz 
światłem. A przecież rękojeść w mojej dłoni była ciepła i dodawała mi otuchy. 
Kim  był  ten  więzień?  Jak  się  znalazł  na  terytorium  Thasów?  Żadne  więzy 
pokrewieństwa  nie  łączyły  go  przecież  z  przysadzistymi,  niezgrabnymi  mieszkańcami 
podziemi.  Czy  był  ich  bogiem?  A  może  schwytanym  dawno  jeńcem,  którego  tak 
przemyślnie uwięzili, żeby od czasu do czasu drwić z niego i wspominać odniesione nad 
nim  zwycięstwo?  Po  co  przyprowadzili  tu  Crythę  i  kazali  jej  odprawić  dziwaczny 
rytuał? 
Nie umiałem odpowiedzieć na te pytania, ale nieświadomie dotknąłem czubkiem miecza 
gładkiej  powierzchni  kolumny.  Kiedy  tylko  to  uczyniłem,  owładnęła  mną  obca  wola, 
tłamsząc wszystko, co było Yonanem. 
Podniosłem  miecz  i  uderzyłem  w  kolumnę.  Dwie  twarde  powierzchnie  zetknęły  się  z 
takim  impetem,  że  aż  ścierpły  mi  mięśnie.  I  choć  zadałem  drugi  i  trzeci  taki  cios,  nie 
zauważyłem  jednak  przy  tym  nawet  najmniejszej  rysy  ani  na  brzeszczocie,  ani  na 
kolumnie.  Zarazem  nie  mogłem  odejść,  zniewolony  niby  człowiek,  na  którego  rzucono 
geas, zmuszony uderzać mieczem w powierzchnię, której nie sposób rozbić. 
A może jednak? 
Nie  miałem  pewności.  Czyżby  od  miejsca,  w  które  uderzałem,  zaczęła  się 
rozprzestrzeniać  niewielka  siateczka  pęknięć?  Nie,  to  szczyt  głupoty  starać  się  odsłonić 
zwłoki!  Mój  umysł  dobrze  o  tym  wiedział,  lecz  wola  kierująca  moim  ramieniem  nie 
uznawała takiej logiki. 
Dziewięć  razy  uderzyłem  w  lodowy  filar.  Później  moje  ramię  opadło  bezwładnie,  tak 
zmęczone bezcelową pracą, że nie miałem już sił, żeby zadać jeszcze jeden cios. Ale... 
Pęknięcia,  które  uważałem  za  wytwór  wyobraźni  –  były  tam!  Na  moich  oczach 
rozszerzyły się, wydłużyły, pogłębiły – i kawałek lodu wielkości mojej dłoni odłupał się, i 
z brzękiem uderzył o skalne podłoże. A za nim drugi i trzeci! 

background image

 

21

Nie widziałem już mężczyzny we wnętrzu kolumny, ponieważ pęknięć było już tak wiele, 
że pokryły całą powierzchnię. Odpadało coraz więcej drobin lodu. Spoza nich buchnęło 
powietrze zimne jak oddech Lodowego Smoka. Oszołomiony cofnąłem się, by znaleźć się 
poza jego zasięgiem. 
Strzaskany lód szybko popękał i odpadł wyszczerbionymi, nierównymi kawałkami. I już 
nic  nie  dzieliło  mnie  od  nieznajomego,  którego  dobrze  widziałem  w  pulsującym  blasku 
mojego miecza. 
– Tolarze... tak długo... tak długo... 
Chciałem  krzyknąć,  lecz  gardło  miałem  jak  sparaliżowane.  Te  słowa  nie  zostały 
wypowiedziane na głos, tylko wtargnęły do mojego umysłu niczym okrzyk triumfu. 
– Tolarze! Pomocy... 
To nie było powitanie, tylko prośba. Wiedziałem już, że zwracał się do mnie uwolniony 
więzień. Poruszyłem się nagle, niepewnie, jakby moimi członkami kierował inny umysł, 
przebudzony  z  głębokiego  snu  w  nieznanej  otchłani  mojej  jaźni,  wypierając  Yonana  w 
jakiś odległy zakątek skąd nie będzie mógł się wtrącać. 
Później  nachyliłem  się  sztywno,  położyłem  miecz  na  skalnym  podłożu  i  ruszyłem  do 
przodu.  Nie  po  to,  by  stawić  czoło  wybuchowi  zimna  (może  mroźne  powietrze 
rozproszyło się wraz z otwarciem krypty), ale żeby chwycić w ramiona nieznajomego. 
Jego  kolczuga  była  zimna  jak  lód,  a  ciało  przypominało  w  dotyku  skałę.  Mimo  to 
szarpałem  i  ciągnąłem,  aż  zamaskowany  mężczyzna  runął  na  twarz,  omal  nie 
przewracając  mnie  swoim  ciężarem.  Był  zupełnie  sztywny,  przypuszczalnie  zamarzł  w 
lodzie, który do niedawna go otaczał. 
Z niemałym trudem udało mi się przewrócić go na plecy; jego ręce nadal ściskały wielki 
topór bojowy. Później ukląkłem, zastanawiając się, co dalej robić. Wydawało mi się, że 
zwykły  człowiek  nie  mógłby  przeżyć  takiego  zimna.  Jednak  w  dawnym  Escore  nie 
brakowało  adeptów  i  ludzi  władających  Mocą,  którzy  potrafili  uchronić  się  przed 
śmiercią w sposób, o którym zapomnieliśmy podczas wielowiekowego wygnania. 
Należałoby  ogrzać  jego  ciało,  ale  nie  mogłem  tutaj  rozpalić  ognia  i  nie  wiedziałem,  jak 
wyciągnąć  nieznajomego  na  powierzchnię  ziemi.  Nie  byłem  też  pewny,  czy  naprawdę 
chcę  to  zrobić!  Leśni  ludzie  niejednokrotnie  nas  ostrzegali,  że  ci  mieszkańcy  Escore, 
którzy  pozostali  poza  Zieloną  Doliną,  raczej  służyli  Ciemności,  a  nie  Światłu,  Czy 
odnalazłem  pod  ziemią  sługę  Zła,  który  naraził  się  jednemu  ze  swoich  i  tak  skończył, 
ponieważ  tamten  był  potężniejszy?  Nie  chciałem  uwalniać  nikogo  takiego.  Może 
działając pod Przymusem już pomogłem wrogowi Światła? 
Opuściłem  wzrok  i  wyciągnąłem  przed  siebie  miecz,  żeby  w  jego  blasku  dobrze 
przyjrzeć się nieznajomemu. O ile mnie oczy nie myliły, miał ludzką postać, co niewiele 
znaczyło,  gdyż  Wielcy  Adepci  byli  kiedyś  ludźmi,  a  służące  Złu  potwory  umiały  kryć 
swoje prawdziwe kształty pod osłoną iluzji. 
Hełm  i  kolczuga  zupełnie  nie  przypominały  tych,  które  znałem,  podobnie  jak  wielki 
dwusieczny  topór.  Dziwne  metalowe  płytki  zasłaniały  zaś  twarz  zbyt  dokładnie,  żebym 
mógł dojrzeć, co się pod nimi kryje. 
Teraz obca wola, która zmusiła mnie do uwolnienia więźnia Thasów, zniknęła. Nikt już 
nie  wołał  „Tolarze!”  w  moim  umyśle.  Z  powrotem  byłem  sobą,  Yonanem.  I  tylko  ja 
podejmę decyzję. 
Nade  wszystko  pragnąłem  zostawić  go  tutaj  i  wyruszyć  na  poszukiwanie  Crythy.  A 
jednak... 
Wojownicy  muszą  przestrzegać  pewnych  nakazów  honoru,  czy  tego  chcą,  czy  też  nie. 
Jeśli niedawny więzień żył, jeżeli służył Światłu – czy mogłem znów go wydać na pastwę 
Thasów? Ale kim był – przyjacielem czy wrogiem? 

background image

 

22

Znowu  położyłem  miecz,  nie  na  skale,  lecz  na  piersi  nieznajomego,  tak  że  ostrze 
częściowo  spoczęło  na  wielkim  toporze.  Następnie  sięgnąłem  po  łańcuszki 
podtrzymujące  metalową  maskę.  Zrozumiałem,  że  zanim  postanowię,  co  dalej  robić, 
muszę zobaczyć jego twarz. 
Łańcuszki wydawały mi się słabe, dopóki nie wziąłem ich do ręki. Szarpnąłem te, które 
spoczywały na skroniach, w cieniu hełmu. Nagle puściły i mogłem je unieść. Szarpnąłem 
jeszcze raz, zerwałem maskę i odrzuciłem ją za siebie. 
Odsłoniłem  ludzką  twarz  nie  zniekształconą  przez  Ciemność.  Pamiętałem  wszakże,  że 
zło  może  również  kryć  się  w  ludzkim  sercu.  Leżący  nieruchomo  mężczyzna  wyglądał 
młodo, jak wszyscy ludzie ze Starej Rasy po osiągnięciu dojrzałości. Starzeją się dopiero 
pod koniec bardzo drugiego życia, chyba że zginą w wypadku lub w bitwie. 
Podniósł powieki! 
Nieznajomy zatopił wzrok w moich oczach. Zaskoczony wyciągnąłem rękę po miecz, lecz 
zamarłem w tym ruchu. Na twarzy więźnia odmalowało się lekkie zdziwienie. 
– Tolar? 
Znów to imię. Lecz teraz wymówiły je usta tracące powoli siną barwę. 
–  Ja  jestem  Yonan!  –  odparowałem.  Już  nikt  nie  będzie  ze  mną  igrał.  Byłem  tym,  kim 
byłem.  Na  pewno  nie  konającym  wojownikiem  ze  snu  ani  ciałem  słuchającym  poleceń 
jakiegoś obcego ducha. 
Ściągnął  brwi.  Poczułem  szybkie  pchnięcie  zadane  mojemu  umysłowi  i  krzyknąłem  z 
zaskoczenia.  Napastnik  brutalnie  odczytał  moje  myśli,  kiedy  wiłem  się,  nie  mogąc 
oderwać spojrzenia od jego oczu. To był... 
– Uruk – podpowiedział i czekał z napięciem, jakby spodziewał się, że mu odpowiem. 
Błyskawicznie  podniosłem  miecz.  Wtedy  naprawdę  wydało  mi  się,  że  ożywiłem  wroga. 
Nie potrafiłem go jednak zabić, gdyż był bezbronny jak dziecko. 
–  Ja  nie...  służę  Ciemności  –  oświadczył  ochrypłym  głosem,  zardzewiałym  jak  metal  po 
długiej  bezczynności.  –  Jestem  Uruk  od  Wielkiego  Topora.  Czy  upłynęło  tyle  czasu,  że 
zapomniano nawet mojego imienia? 
–  Tak  –  odrzekłem  obojętnie.  –  Znalazłem  cię  tutaj.  –  Lewą  ręką  wskazałem  lodową 
kolumnę,  w  prawej  zaś  trzymałem  w  pogotowiu  miecz.  –  Z  Thasami  wrzeszczącymi  i 
wyjącymi przed tobą... 
–  Thasami?!  –  Uruk  usiłował  podnieść  głowę  i  górną  część  ciała,  lecz  zaszamotał  się 
tylko  bezsilnie  jak  chrząszcz  przewrócony  na  grzbiet.  –  A  co  ze  Sztandarami  Erku, 
Zastępami z Klingheldu, z bitwą... tak, z bitwą?! 
Przy każdej nazwie potrząsałem przecząco głową. 
Musiałeś  tu  być  bardzo  długo,  ty,  który  nazywasz  siebie  Urukiem.  Nie  znam  ani  Erku, 
ani Klingheldu. My walczymy ze sługami Ciemności, którzy swobodnie krążą po Escore, 
a  więcej  niż  połowa  tego  kraju  rzuciła  się  nam  do  gardeł!  Oby  tylko  nie  zdołała  ich 
dosięgnąć! 
Usłyszałem cichy zgrzyt! Zerwałem się z mieczem w dłoni i odskoczyłem. Wyglądało na 
to,  że  ten  mój  ruch  dodał  mocy  brzeszczotowi,  bo  rozbłysnął  jeszcze  jaśniej.  Ale  to  był 
tylko  Tsali,  który  skoczył  na  środek  jaskini,  tuląc  do  piersi  siatkę  ze  świecącymi 
kamieniami. 
Spojrzał  na  mnie,  później  zaś  na  Uruka  i  podszedł  do  niego.  Nie  syczał,  mimo  że  pysk 
miał otwarty i widziałem jak poruszał językiem. 
Tymczasem Uruk z widocznym wysiłkiem podparł się na łokciach. Przyglądał się teraz 
Jaszczuroludkowi  równie  badawczo,  jak  przedtem  mnie.  Byłem  przekonany,  że 
porozumiewają  się  za  pomocą  myśli  i  znów  ogarnął  mnie  bezsilny  gniew  na  los,  który 
odmówił  mi  tego  talentu.  Moje  buty  skrzypnęły  na  lodowych  odłamkach  rozsypanych 
wokół kolumny, gdy zbliżyłem się do tamtej dwójki. 

background image

 

23

Uruk oderwał wzrok od oczu Tsalego i rzekł: 
–  Rozumiem,  lecz  nie  wszystko.  Upłynęło  dużo  czasu  i  świat,  który  znałem,  przestał 
istnieć. Ale Tolar! – Nadal marszowi ze zdziwieniem czoło. – Tolar, dotarłem do Tolara! 
Tylko jego słuchał lodowy miecz, a przecież widzę go w twoim ręku. Ty zaś twierdzisz, 
że nie jesteś Tolarem? – Było to raczej pytanie niż stwierdzenie faktu. 
– Nie jestem Tolarem – odpowiedziałem stanowczo. – Znalazłem rękojeść tego miecza w 
skale  i  to  tylko  dzięki  przypadkowi.  Thasowie  zabrali  mi  broń.  Pod  wpływem  jakichś 
czarów odłamałem jeden z tych sopli i przyłożyłem go do rękojeści. Wtedy zamieniły się 
w prawdziwy miecz. Nie mam daru władania Mocą Czarodziejską i nie rozumiem, jak to 
się stało i dlaczego. 
–  Ten  brzeszczot  nie  przyszedłby  do  ciebie  i  nie  zdołałbyś  uczynić  miecza  całością, 
gdybyś nie odziedziczył jakiejś cząstki mocy Tolara – powiedział powoli Uruk. – To jest 
Lodowy  Jęzor,  który  służy  tylko  jednemu  człowiekowi  i  sam  sobie  wybiera  pana. 
Mówiono  też,  że  przechowuje  w  sobie  wspomnienia  tego,  który  używał  go  ostatni. 
Możliwe,  iż  w  domysłach  Białych  Braci  kryje  się  źdźbło  prawdy  i  człowiek,  który  nie 
wypełnił  swego  zadania  na  tym  świecie,  rodzi  się  na  nowo,  żeby  je  dokończyć.  Jeśli  ten 
miecz  wybrał  właśnie  ciebie  –  oznacza  to,  że  masz  nim  władać  w  obecnym  życiu,  bez 
względu na to, kim jesteś. 
Tsali odłożył na bok siatkę ze świecącymi kamieniami i otworzył drugą sakiewkę u pasa. 
Wyjął  z  niej  inny  okrągły  kamień.  Trzymając  go  między  pazurami,  zaczął  przesuwać 
nim  wzdłuż  tułowia  i  kończyn  Uruka.  Leczniczy  minerał  wydzielał  różowawą  mgiełkę, 
która osiadała i wsiąkała w białe, zimne ciało „pacjenta”. 
Teraz wskrzeszony wojownik usiadł bez trudu. 
–  Mówiłeś  o  Thasach  –  zwrócił  się  do  mnie  i  już  nie  chrypiał  tak  jak  przedtem.  – 
Chciałbym się znów spotkać z Thasami. Myślę, że i ty nie bez powodu ich szukałeś... 
Crytha! 
Jeszcze  mocniej  ścisnąłem  w  garści  brzeszczot,  który  człowiek  z  dalekiej  przeszłości 
nazwał Lodowym Jęzorem. 
– Tak – odparłem spokojnie, lecz na tyle stanowczo, by w tym jednym słowie zabrzmiała 
jednocześnie groźba i obietnica. 
  

 
Początkowo  nasz  nowy  towarzysz  poruszał  się  sztywno,  jakby  lata,  które  upłynęły  od 
czasu,  gdy  po  raz  ostatni  szedł  o  własnych  siłach  sparaliżowały  mu  stawy  i  mięśnie. 
Później rozruszał się. Kręcił głową z boku na bok, przeszywając wzrokiem napierający 
zewsząd mrok, z którym walczył tylko Lodowy Jęzor i kamienie Jaszczuroludka. 
I  znowu  uznałem  Tsalego  za  przewodnika.  Tsali  przywołał  nas  ruchem  ręki  i  zaczął 
kluczyć  między  kłami  stalagmitów.  Zdawał  się  dobrze  wiedzieć,  dokąd  nas  prowadzi. 
Miałem nadzieję, że po ucieczce przed niebezpiecznymi korzeniami poszedł za gromadą 
Thasów, która uprowadziła Crythę, pozostawiając mnie w lodowej pieczarze. 
Milczałem, gdyż uznałem, że najcichszy dźwięk mógłby zaalarmować wrogów. Uruk też 
nic nie mówił. Począł wymachiwać swoim toporem, najpierw lewą, a potem prawą ręką, 
jakby umiał równie dobrze walczyć obiema. 
Wielki  topór,  który  Koris  z  Gormu  bez  szkody  dla  siebie  zabrał  zwłokom  Yolta,  był 
jedynym egzemplarzem tej broni, o którym kiedykolwiek słyszałem. Nie używali go ani 
Sulkarczycy,  ani  ludzie  ze  Starej  Rasy  –  przynajmniej  za  pamięci  obecnego  pokolenia. 
Lecz  Uruk  ćwiczył  toporem  tak  wprawnie,  że  na  pewno władał  nim  znacznie  lepiej  niż 
mieczem czy pistoletem strzałkowym. 

background image

 

24

Gubiłem się w  myślach. Kim był Uruk i w jaki sposób został uwięziony w lodzie? Jaką 
rolę  odegrał  w  ostatnich  dniach  chaosu,  który  zapanował  w  Escore  po  wybuchu  wojny 
między adeptami? Przypuszczałem, że sam nie był adeptem, jakkolwiek nie wątpiłem, iż 
miał w sobie jakąś cząstkę Mocy. 
Wyszliśmy  z  wielkiej  jaskini  i  stanęliśmy  przed  wejściem  do  jednego  z  tuneli 
komunikacyjnych.  Wisiał  tutaj  w  powietrzu  charakterystyczny  odór  Thasów. 
Zauważyłem, że nasz nowy towarzysz uniósł wyżej topór i jeszcze baczniej rozglądał się 
wokoło. 
Tsali  ponownie  nas  przywołał  i  zagłębiliśmy  się  w  mroczny  tunel.  Na  szczęście  nie 
potrzebowaliśmy  się  czołgać,  ale  za  to  podziemne  przejście  okazało  się  tak  wąskie,  że 
mogliśmy  iść  tylko  gęsiego.  Jaszczuroludek  znów  ruszył  pierwszy.  Uruk  zaś,  niby 
dowódca  podwładnemu  na  polu  walki,  ruchem  głowy  wskazał  na  mój  świecący  miecz, 
dając mi do zrozumienia, że powinienem iść przed nim. 
Tunel  kilka  razy  ostro  skręcał.  Nie  miałem  pojęcia,  gdzie  się  teraz  znajdowaliśmy  w 
stosunku  do  powierzchni  ziemi.  Raz  przeszliśmy  przez  kamienny  słup  przerzucony  jak 
most nad ciemną szczeliną. Wtedy wydało mi się, że usłyszałem z dołu plusk wody. 
Nagle  Tsali  zatrzymał  się,  a  Uruk  ostrzegawczo  położył  mi  rękę  na  ramieniu.  I  chociaż 
słuch  miałem  znacznie  gorszy  niż  mój  łuskowaty  przyjaciel,  dotarły  do  mnie  dalekie 
odgłosy.  Zobaczyłem  też  przed  nami  szarość,  jakby  tunel  kończył  się  większą  i 
oświetloną przestrzenią – lecz światło w niej musiało być bardzo słabe. 
Tsali gestami dał do zrozumienia, że odtąd musimy wędrować bardzo ostrożnie. Sam zaś 
zaczął  skradać  się  na  czworakach,  co  jego  współplemieńcy  bardzo  rzadko  robili  w 
obecności  ludzi.  Wziąłem  brzeszczot  Lodowego  Jęzora  w  zęby  i  poczołgałem  się  na 
łokciach i kolanach w stronę owej szarości. 
Po  kilku  chwilach  dotarliśmy  do  końca  tunelu  i  znaleźliśmy  się  przed  największą 
jaskinią, jaką kiedykolwiek widziałem. Dawno temu w jej sklepieniu pojawił się otwór, 
szeroka  szpara,  przez  którą  do  wnętrza  docierało  blade  światło  wyjątkowo 
pochmurnego dnia lub zmierzchu, w niewielkim tylko stopniu ukazując to, co w niej się 
znajdowało. 
Było to miasto – a przynajmniej miasteczko. Wąskie drogi biegły między prymitywnymi 
budowlami o niekształtnych ścianach ze źle dopasowanych kamieni. Stojący na palcach 
wysoki  mężczyzna  mógłby  wyciągniętymi  rękami  dotknąć  szczytu  murów.  Nie 
widziałem tam ani dachów, ani okien, tylko pojedyncze otwory drzwiowe. 
W  podobnych  do  pudełek  domach  i  na  krętych  ulicach  roiło  się  od  Thasów.  Ożywiony 
ruch  skupiał  się  wokół  okrągłej  budowli  znajdującej  się  w  pobliżu  środka  tego 
zbiorowiska prymitywnych chałup. Usłyszałem, że ktoś obok mnie ze  świstem wciągnął 
powietrze  do  płuc  i  odwróciłem  lekko  głowę  w  tę  stronę.  Uruk  leżał  na  brzuchu, 
zaciskając  ręce  na  trzonku  wielkiego  topora  i  zimno,  z  determinacją,  wpatrywał  się  w 
thaskie osiedle. 
–  Na  pewno  ukryli  dziewczynę  w  wieży  wodza  –  szepnął  ledwo  dosłyszalnie.  –  Ale  czy 
nam się uda tam dotrzeć... 
Owa  centralna  budowla  musiała  być  wieżą  wodza,  jakkolwiek  na  powierzchni  ziemi 
nigdy  nie  nazwałbym  jej  „wieżą”,  ponieważ  była  tylko  trochę  wyższa  ode  mnie.  Wtedy 
znacznie bardziej interesowały mnie domostwa leżące w pobliżu naszej kryjówki. 
Thasowie  ułożyli  kamienie  jeden  na  drugim,  aż  powstał  mur.  Wytężywszy  wzrok 
zauważyłem, że chociaż nie połączyli ich żadnym spoiwem, ściany domów wyglądały na 
masywne.  Przypomniałem  sobie,  jak  w  dzieciństwie  przyglądałem  się  mistrzowi 
kamieniarskiemu, który bez zaprawy budował podobne mury, z niezwykłym wyczuciem 
wybierając właśnie taki kamień, który należało położyć obok, a potem jeszcze następny i 
następny. 

background image

 

25

„Uliczki”  bezładnie  wijące  się  między  chałupami  umożliwiały  robienie  licznych 
zasadzek.  Tylko  szaleńcy  walczyliby  na  ich  własnym  terytorium  z  Thasami,  którzy 
zapewne mieli w zanadrzu więcej takich niespodzianek jak ożywione korzenie. 
Spróbowałem  więc  odnaleźć  drogę  wiodącą  w  prostej  linii  do  więzienia  Crythy. 
Mogliśmy  przeleźć  przez  mur  pierwszego  domu  (był  nierówny  i  łatwo  znalazłoby  się 
oparcie  dla  rąk  i  nóg),  potem  ostrożnie  podbiec  do  drugiego  i  trzeciego.  Zauważyłem 
tylko  jedno  miejsce,  gdzie  musielibyśmy  się  wyprostować  –  otwartą  przestrzeń  wokół 
wieży. 
Thasowie byli mniejsi od ludzi. Ich najwyższy wojownik ledwie sięgałby mi do ramienia, 
ale  w  podziemnym  mieście  zebrało  się  ich  tylu,  iż  bez  trudu  powaliliby  każdego  z  nas, 
chyba  że  wędrowalibyśmy  szczytami  murów.  W  desperacji  człowiek  czasami  decyduje 
się na czyn, który w innych okolicznościach uznałby za niemożliwy do zrealizowania. 
Szybko  wytłumaczyłem,  co  moim  zdaniem  powinniśmy  zrobić.  Zwróciłem  się 
bezpośrednio  do  Uruka,  ponieważ  byłem  przekonany,  że  znacznie  lepiej  przekaże 
wszystko Tsalemu za pomocą myśli niż ja niezdarnymi gestami. Jaszczuroludek syknął, 
lecz zawiesił na szyi siatkę ze świecącymi kamieniami. 
Nie  chciałem  wypuszczać  z  garści  Lodowego  Jęzora,  ale  do  wędrówki  przez  osadę 
Thasów potrzebowałem obu rąk. Schowałem go więc do pochwy. Brzeszczot zgasł i tylko 
we wnętrzu rękojeści nadal pulsowały kolorowe pasma. 
Uruk  przywiązał  swój  topór  na  plecach  w  taki  sposób,  żeby  w  razie  potrzeby  móc 
pochwycić  go  jednym  ruchem  (wypróbował  wszystko  dwukrotnie,  by  się  upewnić,  że 
umocował go właściwie). Czołgając się i co chwila przypadając do ziemi, dotarliśmy do 
pierwszego z wybranych przeze mnie domów-pudełek. 
Z  odległości  słyszałem  gardłową  mowę  Thasów.  I  chociaż  skręciłem  nogę  w  kostce 
podczas pamiętnej burzy, która zaskoczyła mnie na urwistych ścianach Zielonej Doliny, 
teraz przegnałem myśl o możliwości porażki. 
Tak  jak  przypuszczałem,  już  po  kilku  chwilach  bez  trudu  znalazłem  się  na  szczycie 
muru.  Na  szczęście  okazał  się  tak  szeroki,  że  mogłem  na  nim  stanąć.  Tsali  skoczył  w 
górę,  przemknął  obok  mnie  okrążając  róg  domostwa  i  dotarł  do  następnego  muru  z 
wdziękiem  i  zręcznością  właściwą  jego  plemieniu.  Pojedyncza  izba  w  dole  okazała  się 
pusta,  ale  to  nie  znaczyło,  że  szczęście  nadal  będzie  nam  sprzyjać.  Wystarczyło,  żeby 
choć jeden Thas spojrzał w górę i zauważył nas, a wtedy... 
Energicznie przegnałem tą myśl i ruszyłem za Tsalim. Wprawdzie nie skoczyłem równie 
lekko i zręcznie, lecz trafiłem w upatrzone miejsce i pośpieszyłem za Jaszczuroludkiem. 
Nie  obejrzałem  się,  by  sprawdzić,  czy  Uruk  zrobił  to  samo,  mimo  że  raz  lub  dwa 
usłyszałem za sobą jego stęknięcie. 
Przebyliśmy  trzy  czwarte  drogi  do  wieży,  kiedy  spostrzegł  nas  wreszcie  jakiś 
mieszkaniec chaty, której bezceremonialnie użyliśmy jak stopnia drabiny. Wzdrygnąłem 
się,  słysząc  przeraźliwy  okrzyk,  ale  przecież  w  głębi  duszy  nie  wierzyłem,  że  nie 
zauważeni  przemkniemy  się  przez  thaskie  miasto.  Uznałem,  iż  wciąż  może  to  nam  się 
udać, jeśli Thasowie nie dysponują większą liczbą chwytliwych i śmierdzących korzeni. 
Tsali  już  wskoczył  na  następny  mur,  a  ja  znów  poszedłem  jego  śladem.  Lecz 
świadomość, że nas odkryto, widać wstrząsnęła mną bardziej, niż przypuszczałem, gdyż 
zachwiałem  się,  a  potem  ukląkłem  i  chwyciłem  się  muru,  b]l  nie  wpaść  do  wnętrza 
chałupy. 
Na  ulicach  rozbrzmiały  ostrzegawcze  okrzyki.  Nie  wolna  mi  ich  słuchać,  muszę 
skoncentrować się na uwolnieniu Crythy. Dotarłem do ostatniego domostwa i ujrzałem 
przed sobą przestrzeń, której chyba nie zdołałbym przeskoczyć. Tsali już wylądował na 
murze wieży i zniknął w dole, lecz podobny skok przekraczał ludzkie możliwości. 
Kiedy tak się wahałem, dogonił mnie Uruk. 

background image

 

26

– Za daleko – powtórzył głośno moją myśl. 
Kręte  uliczki  w  dole  były  pełne  Thasów  biegnących  w  stronę  wieży  i  gromadzących  się 
wokół  wejścia  do  nie  Pozostała  nam  już  tylko  walka.  Wyciągnąłem  z  pochwy  Lodowy 
Jęzor.  Wydało  mi  się  wtedy,  że  zaczarowanany  miecz  rozpoznał  niebezpieczeństwo  i 
chciał dodać nam otuchy, ponieważ rozbłysnął jaskrawym światłem. 
Thasowie  zajęczeli.  Nie  miałem  chęci  widzieć,  jaką  teraz  bronią  będą  z  nami  walczyć. 
Skoczyłem w sam środek tłumu. Przewróciłem przy tym co najmniej jednego Thasa, ale 
zdołałem utrzymać się na nogach. Zakręciłem w górze młynka Lodowym Jęzorem, który 
aż zaświstał nie przestając płonąć niezwykłym blaskiem. 
Thasowie cofnęli się z krzykiem, zasłaniając oczy rękami. W mgnieniu oka stanął obok 
mnie Uruk, trzymając w pogotowiu wielki topór. Pojawienie się więźnia lodowej krypty 
wstrząsnęło  mieszkańcami  podziemi.  Tak,  przyznaję,  że  walczyli.  Niektórzy  z  nich 
zginęli  od  miecza  i  topora,  ale  odniosłem  wrażenie,  że  raczej  widok  naszej  broni,  a 
pewnie i nas samych, poważnie osłabił ich wolę walki. W owej chwili ożyło mi w pamięci 
wspomnienie  z  poprzedniego  życia.  Na  pewno  kiedyś  już  tak  walczyliśmy.  Wiedziałem 
też, że zrodzonym z wody Lodowym Jęzorem mogłem kruszyć nawet skały i ziemię. 
Przebiliśmy  się  do  drzwi  wieży.  Widząc  nas  Tsali  wyszedł  stamtąd  tyłem.  Wzrok  miał 
utkwiony w Crycie i przyciągał ją, jakby prowadził konia posłusznego naciskom wodzy. 
Zobaczyłem  nieruchomą  twarz  dziewczyny.  Oczy  miała  zamknięte  i  zdawała  się  spać. 
Uruk  podbiegł  do  niej  i,  zanim  zdążyłem  poruszyć  się  lub  zaprotestować,  podniósł  ją  i 
przerzucił  przez  lewe  ramię,  nie  wypuszczając  z  prawicy  topora.  Crytha  zwisała  jak 
martwa w jego uścisku. 
Tsali włączył się teraz do walki. Wyciągnął z sakiewki przy pasie garść jakiegoś proszku 
i cisnął go w twarze otaczających nas Thasów. Krzyknęli przeraźliwie, upuścili maczugi 
i  włócznie,  zakrywając  rękami  oczy  jakby  oślepli.  Powrót  szczytami  murów  był  już 
niemożliwy, w dodatku liczna grupa nieprzyjaciół odcięła nam drogę do tunelu, którym 
tu przybyliśmy. Uruk objął dowództwo. 
– Tędy – powiedział bez wahania. Posłuchałem go, ponieważ nic lepszego nie przyszło mi 
do głowy. 
Wycofywaliśmy  się  powoli,  uparcie,  nie  do  tunelu,  ale  do  wieży,  co  uznałem  za 
aroganckie  i  szalone  posunięcie.  Jednak  Uruk,  który  nadal  trzymał  Crythę  i  swoją 
groźną  broń,  rozglądał  się  wokoło,  jakby  bardzo  dobrze  wiedział,  co  Powinien  dalej 
zrobić. 
Przynajmniej  to  się  nie  zmieniło  –  mruknął.  –  Pilnuj  drzwi,  Tolarze!  Nie  sądzę,  żeby 
znali to ukryte przejście. 
Polożył  Crythę  na  ziemi  i  mocno  pchnął  niski  stół,  który  stał  na  środku  izby.  Kiedy 
mebel  ani  drgnął,  uderzył  weń  toporem.  Stół  pękł  i  rozpadł  się  na  kawałki,  które 
niedawny więzień niecierpliwie rozrzucił kopniakami na boki. 
Wtedy  usłyszałem  syk  Tsalego  i  odwróciłem  się  wyciągając  miecz  w  stronę  wrogów. 
Podziemni ludzie parli do przodu, kamiennymi odłamkami zasłaniając oczy. 
– Chodźcie! – zawołał Uruk. Tsali zatrzymał się na chwilę i rzucił w powietrze ostatnią 
garść  niezwykłego  proszku.  Niewielki  obłoczek  dotarł  nad  Thasów  i  opadł  na  nich. 
Zyskaliśmy  przez  to  na  czasie.  Na  miejscu  stołu  zobaczyłem  wiodący  w  głąb  ciemny 
prostokąt.  Uruk,  znowu  z  przerzuconą  przez  ramię  Crythą,  zagłębił  się  już  w  nim  po 
pas. 
– Pośpieszcie się! 
Pomknęliśmy  obaj  z  Tsalim  do  skalnej  studni.  Dzieliły  nas  niewielkie  odstępy  i  moje 
stopy musiały znajdować się blisko rąk Uruka. Nie schodziliśmy długo. Nasze kamienie i 
miecz  świeciły  jasno  i  przekonałem  się,  że  ponownie  znaleźliśmy  się  w  jakimś  tunelu 
prowadzącym w mrok. 

background image

 

27

– Weź ją... 
Ledwie  zdążyłem  pochwycić  dziewczynę  i  przytulić  ją  do  siebie.  Uruk  zawrócił,  wspiął 
się  do  góry  i  zamknął  drzwi  zapadowe.  Usłyszałem  odgłosy  uderzeń  i  spostrzegłem,  iż 
barykaduje  pokrywę  potężnymi  sztabami,  których,  jak  mi  się  wydawało,  nikt  i  nic  nie 
zdoła uszkodzić. 
– No, tak... – Z mroku dobiegł mnie jego śmiech. – Wygląda na to, że człowiek nigdy nie 
zapomina  tego,  co  może  mu  się  przydać.  A  teraz,  Tolarze,  który  jesteś  Yonanem...  – 
Ponownie zszedł z drabiny i mówił dalej: – Dotarliśmy do systemu tuneli, które były tu 
na  długo  przedtem,  zanim  Thasowie  zaczęli  odgrywać  rolę  robactwa  w  tych  stronach. 
Myślę, że nic nam w nich nie grozi. Idziemy? 
Jakkolwiek Crythą pozostała w transie, Tsali mógł jej w pewnym stopniu kontrolować. 
Dlatego kiedy przemierzaliśmy starożytne korytarze, o których musiał zapomnieć nawet 
czas,  dziewczyna  szła  o  własnych  siłach.  Im  dłużej  wędrowaliśmy,  tym  wyraźniej 
wracała do siebie. A gdy doszliśmy do końca ostatniego długiego korytarza i Uruk zaczął 
obmacywać  i  naciskać  ścianę,  Crythą  obudziła  się.  Rozpoznała  mnie  i  Tsalego,  choć 
zaniepokoiła ją obecność nieznanego wojownika. 
Zamykająca tunel kamienna płyta odsunęła się z przeraźliwym zgrzytem i wyszliśmy na 
powierzchnię ziemi. Rozejrzałem się wokoło, szukając spojrzeniem znajomych punktów 
orientacyjnych.  Znowu  znajdowaliśmy  się  na  szczycie  skalnego  pasma  otaczającego 
Zieloną Dolinę. Byłem pewien, że kiedy tam dotrzemy, pani Dahaun całkowicie wyleczy 
Crythę. 
Uruk podrzucił topór w powietrzu i złapał go za drzewce. 
– Dobrze jest – znów – żyć... – powiedział. Pogładziłem rękojeść Lodowego Jęzora. 
–  Dobrze  jest  żyć  –  potwierdziłem.  Nadal  nie  wiedziałem,  jakiego  sojusznika  do  nas 
mimo woli przyprowadziłem, ale już nie wątpiłem, że służył Światłu. Byłem też głęboko 
przekonany,  że  teraz  bez  najmniejszego  wahania  stanę  do  walki  jak  każdy  wojownik  z 
mojego  klanu.  A  czegóż  nie  można  dokonać  z  takim  mieczem?!  Nabrałem  tak  wielkiej 
pewności siebie i wiary we własne siły jak nigdy dotychczas. 
  

Część II 


 
W świetle poranka wydawało się, że nie istnieje  mrok zdolny zagrozić temu zakątkowi. 
W  dole  Zielona  Dolina  ożyła  w  promieniach  słońca,  mieniąc  się  jak  wielki  klejnot.  Dla 
nas czworga stojących na szczycie urwiska – a przynajmniej dla trojga – widok tej oazy 
Światła obiecywał życzliwe przyjęcie i bezpieczeństwo w niespokojnym, wrzącym magią 
Escore. 
Wyciągnąłem rękę do Crythy, zapomniawszy na chwilę, że nie mam prawa oczekiwać od 
niej  nic  więcej  poza  sympatią,  a  w  najlepszym  wypadku  –  uczuciem,  które  mogłaby 
żywić  dla  brata.  Przecież  jeszcze  w  kołysce  zaręczono  ją  z  Imharem,  synem  mojego 
przybranego  ojca  Hervona.  Ja  zaś  byłem  tylko  Yonanem,  ledwie  nie  ostatnim  z  wasali 
tego  wielmoży,  nawet  jeśli  przy  moich  narodzinach  jego  małżonka  otworzyła  dla  mnie 
swe serce i ramiona. 
Lecz  ręce  Crythy  bezwładnie  zwisały  po  bokach.  Nawet  nie  spojrzała  w  moją  stronę. 
Stała  gryząc  wargi  i  mrugała  oczyma,  jakby  powoli  budziła  się  z  przykrego  snu.  Nie 
miała  pojęcia  o  tym,  że  uległa  czarom  Thasów,  którzy  ją  porwali,  aby  wykorzystać  jej 
dar  władania  Mocą,  ani  że  wiedziałem  o  tym  od  chwili,  gdy  ją  ujrzałem  w  tłumie 
mieszkańców  podziemi.  Gdybym  zechciał,  mógłbym  wyjąć  z  sakiewki  u  pasa  toporną 
kukłę z gliny, włosów i szmaty, którą potajemnie ukryto w jej posłaniu, by wywabić ją z 
Zielonej Doliny. 

background image

 

28

To  Jaszczuroludek  Tsali  kontrolował  jej  ciało  za  pomocą  myśli,  kiedy  wracaliśmy  do 
siedziby  leśnego plemienia  Wydawało  się,  że  przyszła  do  siebie  pod koniec  tej  podróży, 
lecz jak dotąd nie odezwała się do nas. 
Teraz odważyłem się przerwać milczenie: 
– Crytho? 
Bardzo wolno odwróciła głowę i nasze oczy się spotkały, Ale jej spojrzenie przestraszyło 
mnie  nie  na  żarty,  gdyż  było  puste  i  pozbawione  głębi.  Sądziłem,  że  zamyśliła  się  tylko 
głęboko i oderwała od zewnętrznego świata. 
– Crytho! – powtórzyłem z naciskiem, mając nadzieję, że skoro nie mogę dotrzeć do niej 
myślą, choć usłyszeć mój głos. 
Nagle  coś  drgnęło  w  głębi  jej  oczu.  Zmarszczyła  czoło  niczym  zdumione  dziecko  i 
potrząsnęła głową, jakby chcąc odegnać natręta. A potem powiedziała niemal szeptem: 
– Tolarze... 
– Nie! – Podniosłem do góry prawicę. To imię prześladowało mnie, przybywało ze snu o 
walce i śmierci z odległej przeszłości. Tak samo jak Lodowy Jęzor, miecz który nieznana 
Moc  na  nowo  wykuła  ze  znalezione  w  skałach  rękojeści  i  sopla  lodu  odłamanego  w 
świątyni Thasów. 
– Ja jestem Yonan! – prawie wrzasnąłem.  
Dziewczyna pisnęła i odsunęła się ode mnie z lękiem. 
Tsali  błyskawicznie  wepchnął  się  między  nas,  sycząc  na  mnie.  Milczący  dotąd  Uruk 
zabrał glos. 
Wlókł  się  na  końcu,  gdy  podeszliśmy  do  wewnętrzne  krawędzi  skalnego  muru 
otaczającego Zieloną Dolinę Zachowywał się tak, jakby nie chciał z nami iść, a zarazem 
nie miał co ze sobą zrobić. 
Teraz  zaś  przyglądał  mi  się  badawczo  spod  hełm  ozdobionego  figurką  smoka. 
Wprawdzie oparł wielki topór o skałę u swoich stóp, lecz nie wypuścił drzewca z rąk. On 
także nazywał mnie „Tolarem”. 
Zaniepokojony, rzuciłem mu wyzywające spojrzenie. Tak, ongiś walczył z Thasami. Ale 
to wcale nie znaczyło, że w obecnej wojnie wróg naszego wroga automatycznie stawał się 
przyjacielem lub sprzymierzeńcem. A o Uruku wiedziałem bardzo mało. 
–  Długo  znajdowała  się  pod  wpływem  Ciemności  –  wyjaśnił.  –  Może  dlatego  zyskała 
lepszy wewnętrzny wzrok niż większość ludzi... 
–  Ja  jestem  Yonan  –  powiedziałem  ponuro,  po  czym  wyszarpnąłem  z  pochwy 
niesamowity miecz i chciałem odrzucić go od siebie. I nie mogłem tego uczynić! 
–  Władasz  Lodowym  Jęzorem  –  odparł  Uruk.  –  Po  ponownych  narodzinach  rzuca  on 
własne  geas  i  teraz  tobie  przypadło  ono  w  udziale.  Kimkolwiek  byś  był  i  jakbyś  się 
nazywał. To jedna z Czterech Wielkich Broni i sam wybiera sobie pana. 
Lewą  ręką  próbowałem  rozgiąć  palce  prawej  zaciśnięte  na  kryształowej  rękojeści.  W 
głębi  duszy  wiedziałem  jednak,  że  mi  się  to  nie  uda:  nie  byłem  panem,  lecz  sługą 
czarodziejskiego miecza. I jeśli nie nauczę się nad nim panować, będę musiał... 
Uruk skinął głową i zrozumiałem, że jak każdy władca Mocy odczytał moje myśli. 
–  Czas  jest  wężem,  wielokrotnie  zwiniętym  wokół  siebie  samego.  Zdarza  się,  że  jakiś 
człowiek  przypadkiem  lub  pod  wpływem  geas  może  zsunąć  się  z  własnego  zwoju  do 
innego. Jeśli tak się stanie, musi on się z tym pogodzić, gdyż nie ma dla niego powrotu. 
–  Tolar  z  HaHarc...  –  Crytha  również  skinęła  głową,  jakby  wreszcie  znalazła 
rozwiązanie zagadki. 
HaHarc?  Nazwę  tę  nosiło  pole  ruin  leżące  poza  granicami  Zielonej  Doliny,  miejsce  tak 
zniszczone  przez  czas  (a  może  i  przez  Ciemność),  że  żaden  człowiek  przechodzący 
między rozrzuconymi na wszystkie strony kamiennymi blokami nie umiałby powiedzieć, 
co było kiedyś domostwem, a co drogą. 

background image

 

29

Mówiono mi, że same Wzgórza zatańczyły owej nocy, kiedy miasto uległo zagładzie i że 
przygrywali  im  słudzy  Ciemności.  Nawet  legenda  o  nim  była  dziś  zlepkiem 
fragmentarycznych wiadomości. 
–  Ja  jestem  Yonan!  –  powtórzyłem  gniewnie  i  wepchnąłem  znów  Lodowy  Jęzor  do 
pochwy.  –  HaHarc  jest  martwe  od  tak  dawna,  że  o  jego  mieszkańcach  zapomnieli 
zarówno ludzie jak i potwory. 
– Więc HaHarc nie istnieje – Uruk zdawał się głośno myśleć. Już nie przypatrywał mi się 
tak uważnie jak przedtem, lecz spoglądał na leżącą u podnóża skał Zieloną Dolinę. – Czy 
to twoja twierdza, Tolarze-który-stałeś-się-Yonanem? 
– To twierdza Ludu Zielonych Przestworzy, ich sojuszników i nas, przybyszów zza gór. 
–  Czy  to  ci,  którzy  tu  teraz  zdążają?  –  Oderwał  rękę  od  topora  i  wskazał  grupę 
wspinającą się w naszą stronę po skałach. 
Crytha nagle westchnęła cicho i usiadła, jakby dłużej nie mogła utrzymać się na nogach. 
A  Tsali  pomknął  na  spotkanie  przybyszów.  Kiedy  chciałem  zrobić  to  samo,  żeby 
sprowadzić pomoc dla Crythy, przekonałem się, że nie mogę się ruszyć z miejsca. 
Ogarnął  mnie  strach.  Zielonej  Doliny  bronili  nie  tylko  jej  mieszkańcy,  ale  także 
najstarsze  i  najpotężniejsze  symbole  Mocy.  Skażony  Złem  człowiek  nie  śmiał 
przekroczyć jej granic, jeśli nie był Wielkim Adeptem Ciemności. 
Przecież ja... Nie! Nie miałem nic wspólnego z Ciemnością! Chyba że... – spojrzałem na 
Uruka i zacisnąłem usta. Uwolniłem go wbrew własnej woli... musiałem to zrobić. Jeżeli 
służył Złu, taki postępek skalałby i mnie. 
– Ty...! 
Nie dał mi czasu na groźbę czy oskarżenie. W odpowiedzi minął mnie i nachylił się nad 
krawędzią. Później wrócił, ostrożnie podniósł Crythę i przytulił ją do siebie, podczas gdy 
ja nie mogłem zrobić ani kroku dalej. 
Targały  mną  strach  i  wściekłość.  Zrozumiałem,  że  to  nie  Uruk  był  niebezpieczny  dla 
Zielonej Doliny, ale ja. Albo mój miecz! Jak to możliwe? Przecież wydobyłem rękojeść i 
zaniosłem  do  serca  naszej  twierdzy,  nie  napotykając  po  drodze  żadnej  zapory.  Tylko 
później  przyśnił  mi  się  straszny  sen  –  przeżyłem  w  nim  śmierć  własną  lub  tego,  kto 
wtedy był mną. 
Drżącymi  rękami  zacząłem  rozpinać  pas.  Jeszcze  raz  spróbuję  pozbyć  się  zaklętego 
brzeszczotu,  który  zagraża  obecnemu  Yonanowi.  Może  to  mi  się  uda,  jeśli  nie  dotknę 
Lodowego Jęzora. 
Mój  domysł  uznałem  za  słuszny,  bo  kiedy  odrzuciłem  pas  z  mieczem,  bez  trudu 
doszedłem na skraj klifu, tak jak przedtem Uruk. Wtedy z tyłu dobiegł mnie jego głos: 
– Żaden człowiek nie może tak łatwo zmienić swego przeznaczenia. 
–  Ach  tak?!  –  warknąłem  niczym  śnieżna  pantera.  Bardzo  rzadko  wpadałem  w  tak 
straszny gniew. – To zobaczymy! 
Chciałem  kopniakiem  odrzucić  miecz.  W  skalnej  ścianie  było  wiele  szczelin.  Niech 
wpadnie do jednej z nich i pozostanie tam na wieki jak przedtem rękojeść! 
Lecz  zanim  zdołałem  wprowadzić  ten  zamysł  w  czyn,  dotarli  do  nas  przybysze  z  dołu. 
Pani Dahaun poruszała się niemal równie szybko jak Tsali i pierwsza stanęła obok nas. 
Za  nią  przybył  pan  Kyllan  w  towarzystwie  trzech  wojowników  –  dwóch  Zielonych 
Mężów i żołnierza z naszego klanu – Imhara. 
Crytha  oderwała  się  od  Uruka  z  cichym  okrzykiem  radości  (bez  skargi  zniósłbym 
największy  ból,  gdyby  mnie  tak  powitała).  Wpadła  w  ramiona  leśnej  władczyni  i 
wybuchnęła płaczem. 
Pani  Zielonych  Przestworzy  coś  szepnęła  i  dziewczyna  uspokoiła  się.  Pan  Kyllan  z 
Imharem  podeszli  do  mnie  i  do  Uruka.  Najpierw  popatrzyli  na  mojego  towarzysza,  a 
dopiero później musnęli mnie spojrzeniem. 

background image

 

30

Na  ustach  Uruka  błąkał  się  lekki  uśmiech,  ale  oczy  spoglądały  czujnie.  Pan  Kyllan 
również  miał  się  na  baczności,  a  Imhar  patrzył  spode  łba.  Żaden  z  nich  pierwszy  nie 
przerwał milczenia – jakby nie wiedzieli, co powiedzieć w takiej chwili. 
W końcu przemówił Uruk, lecz nie zwrócił się do nich, tylko do pani Dahaun. 
Podniósł topór i trzymał podwójne ostrze na poziomie piersi, najwyraźniej pozdrawiając 
władczynię leśnego plemienia. 
– Witaj, o Pani Zielonych Przestworzy, którą kiedyś nazywano Morquant! 
Nadal  tuląc  do  siebie  Crythę,  Dahaun  podniosła  głowę  i  wpatrzyła  się  w  Uruka,  jakby 
chciała odczytać wszystkie jego myśli. 
– Upłynęło dużo czasu, odkąd jakaś istota wymówiła to imię... 
–  Tak  też  przypuszczałem,  Pani.  Ale  upłynęło  dużo  czasu,  odkąd  po  raz  ostatni 
chodziłem  po  ziemi.  Czy  jesteś  tą,  która  kiedyś  nosiła  to  imię,  czy  też  jej  następczynią, 
musisz mnie znać. 
Dahaun skinęła głową i powiedziała z powagą: 
– Jesteś Uruk od Wielkiego Topora, choć minęło wiele, wiele lat. 
Wojownik wzruszył ramionami i odrzekł: 
–  Dla  mnie  przeszły  jak  sen.  Byłem  jeńcem  Targiego,  jednym  z  jego  wyszukanych 
żartów,  albo  tak  sądził.  Nawet  zostałem  bogiem  Thasów,  jeśli  można  sobie  wyobrazić 
Thasów pragnących oddawać cześć bogom. Przypuszczam, że przez te wszystkie lata bój 
nie został rozstrzygnięty. 
–  Zgadłeś.  Jakiś  czas  przebywaliśmy  na  pustkowiu,  czekając  aż  Ciemność  zblednie, 
osłabnie i sama się wyczerpie. Większość Wielkich Adeptów opuściła Escore. Lecz to, co 
niektórzy  pozostawili  po  sobie,  kala  tę  ziemię  jak  pasożytnicze  grzyby  zdrowe  niegdyś 
drewno.  Niedawno  wysłaliśmy  miecze  wojny,  żeby  na  nowo  podjąć  walkę.  Uruk 
roześmiał się. 
–  Zdaje  się,  że  obudzono  mnie  w  samą  porę.  Uruk  od  Wielkiego  Topora  nigdy  nie 
uchylał się od bitwy. 
Wtedy  to  do  rozmowy  wtrącił  się  pan  Kyllan,  który,  jak  mi  się  zdaje,  niechętnie  i 
podejrzliwie patrzył na wojownika z zamierzchłej przeszłości. 
– Czy ten człowiek naprawdę stoi po naszej stronie, Dahaun? 
–  Jest  żywą  legendą  –  odparła.  –  Ale  legendy  mają  to  do  siebie,  że  nadmiernie 
wyolbrzymiają... 
– ...prawdę – dokończył za nią Uruk. – Tak, panie, ja nie służę Ciemności. Kiedyś byłem 
władcą  pewnego  miasta  i  poprowadziłem  do  boju  armię  jednej  z  prowincji  tego  kraju. 
Teraz  jednak  dysponuję  tylko  parą  ramion,  głową  z  ukrytą  wśród  myśli  znajomością 
dawnej  sztuki  wojennej  i  tym  oto.  –  Podniósł  nieco  topór.  –  To  jedna  z  Czterech 
Wielkich Broni. A tam – zamachnął się lekko swym orężem, jednocześnie wskazując na 
mnie  ruchem  głowy  –  tam  stoi  młodzieniec,  który  może  władać  inną,  równie  potężną 
bronią. Lodowy Jęzor odrodził się w jego rękach! 
Usłyszałem,  że  pani  Dahaun  gwałtownie  wciągnęła  powietrze  do  płuc.  Zerknęła  na 
rzucony  na  ziemię  pas  z  mieczem,  po  czym  znów  przeniosła  na  mnie  spojrzenie. 
Zdziwienie w jej oczach niebawem ustąpiło miejsca namysłowi. 
– Miecz Przegranych Bitew... – powiedziała. 
– Tak. I ten młody panicz właśnie odkrył jego pierwszy sekret – że nie może on wyminąć 
waszych ochronnych run. 
–  Wcale  go  nie  pragnę!  –  zawołałem  i  zaraz  odrzuciłbym  go  precz  kopniakiem,  gdyby 
pani Dahaun nie pokręciła powoli głową. 
–  Możesz  go  tutaj  zostawić  –  oświadczyła  –  i  tak  cię  nie  opuści.  Każda  z  Czterech 
Wielkich Broni wybiera tylko jednego właściciela i z czasem staje się jego częścią. Lecz 
na tym brzeszczocie ciąży zły geas. Miał służyć Światłu, lecz ten, kto go wykuł, popełnił 

background image

 

31

błąd. Dlatego przynosi nieszczęście swemu panu i sprawie, o którą on walczy. Nie należy 
jednak do Ciemności i nienawidzi wszystkiego, co ma z nią jakikolwiek związek. 
– Tak – dodał Uruk – i zanim nie wróci do źródła, będzie przynosił nieszczęście. Ale kto 
wie, czy właśnie teraz nie nadszedł dla niego czas powrotu? 
Potrząsnąłem przecząco głową i odsunąłem się od miecza. 
– Niech więc tu sobie leży – powiedziałem. – Nie potrzeba nam dodatkowych nieszczęść. 
A ja nie jestem władcą czasu, żebym zadawał się z Mocą albo wracał do jej przeszłości. 
Niech tu leży i rdzewieje, aż rozpadnie się w proch. 
Wsadziłem prawą rękę pod pachę i przytrzymałem ją tam, bo w owej chwili moje ciało 
zbuntowało się przeciw mnie i palce chciałyby jeszcze raz podnieść pechowy brzeszczot. 
  

 
Ogień  buchał  wysoko,  a  roztańczone  płomienie  migotały,  na  twarzach  zgromadzonych 
wokół przywódców wszystkich, plemion zamieszkujących Zieloną Dolinę. Leśnych ludzi 
reprezentowali  pani  Dahaun  i  jej  współwładca  Ethutur,  przybyszów  z  Estcarpu  – 
panowie  Kyllan  i  Hervon.  Byli  tam  też:  wódz  Renthanów,  naczelnik  skrzydlatych 
Yorlongów  oraz  przywódca  Jaszczuroludków.  Za  nimi  zasiedli  wachlarzowato 
najważniejsi  wojownicy;  ostatni  ginęli  w  mroku,  gdzie  nie  docierało  światło  ogniska. 
Wśród  wojów  pierwszych  rangą  znajdował  się  Uruk  z  nieodłącznym  toporem  na 
kolanach; stale go dotykał i muskał. 
Pani  Dahaun  pokazała  zgromadzonym  lalkę  z  gliny,  włosów  i  gałgana,  która  wywabiła 
Crythę z Zielonej Doliny do Thasów. 
– Wydaje się – Ethutur przerwał milczenie, które zapanowało na chwilę – że nasz system 
obronny  nie  jest  tak  pewny,  jak  sądziliśmy.  Inaczej  coś  takiego  nie  mogłoby  się  tu 
znaleźć. 
Zaciskałem  mocno  ręce  przed  sobą.  Swędziała  mnie  prawa  dłoń,  a  palce  zginały  się, 
jakby  chciały  coś  pochwycić.  Targał  mną  rodzaj  głodu,  pragnienie  wypełnienia 
dokuczliwej  pustki.  Muszę  to  zwalczyć  ze  wszystkich  sił!  Dotrzymałem  słowa:  Lodowy 
Jęzor leżał tam, gdzie go zostawiłem, na szczycie urwiska! Wcale tego nie żałowałem, o, 
nie! 
–  Tego  nie  wykonano  na  zewnątrz  naszych  murów  –  pani  Dahaun  położyła  ohydny 
talizman na rozwartej dłoni – ale w ich wnętrzu. 
Spojrzeliśmy po sobie z niepokojem. Czy chciała powiedzieć, że wśród nas był zdrajca? 
Jak  to  możliwe?  Kto  miał  w  sobie  dość  Ciemnej  Mocy,  żeby  bezkarnie  przejść  obok 
symboli ochronnych, które tak często były odnawiane? 
– Glinę wzięto znad potoku, włosy z głowy Crythy, i to również do niej należy – musnęła 
czubkiem palca szmatę okręconą wokół kukły. 
–  Kto...  –  Pan  Kyllan  oparł  rękę  na  rękojeści  miecza.  Zasępił  się  i  jego  młodzieńcza 
twarz zastygła jak maska. Wydawało się, że szykuje się do walki na śmierć i życie i wie, 
iż zostanie pokonany. 
–  Crytha  –  odparła  tak  spokojnie  leśna  władczyni,  że  dopiero  po  kilku  sekundach 
zrozumiałem, o co jej chodzi, i chciałem zaprotestować, lecz uprzedził mnie pan Hervon. 
– Dlaczego miałaby przygotować pułapkę, w którą musiała wpaść, o Pani? To bez sensu, 
to czyste szaleństwo! 
–  Nie  zrobiła  tego  z  własnej  woli.  Ale  ta  panna  z  twego  domu  ma  większy  talent,  niż 
dotąd  sądziliśmy.  Jeśli  nie  otrzyma  należytego  wykształcenia,  może  równie  dobrze 
szkodzić,  jak  pomagać.  Czerpała  z  wrodzonego  daru  tak  chciwie,  jak  spragniony 
wędrowiec wodę ze źródła, nie widząc w tym nic złego, gdyż pragnęła tylko dobra. Jest 
urodzoną  uzdrowicielką  o  wielkich  możliwościach.  Lecz  zdolności  nigdy  nie  występują 

background image

 

32

samotnie  i  kiedy  Moc  otwiera  nie  zabezpieczone  drzwi,  może  przez  nie  wtargnąć  to, 
czego  lękamy  się  najbardziej.  Nasze  szańce  miały  uniemożliwić  fizyczną  inwazję  złych 
mocy. Ale jakiś przewrotny umysł wymyślił sposób oddziaływania na nieświadomą część 
mózgu.  Jego  ingerencję  można  odkryć  tylko  dzięki  wykształceniu,  które  dla  władców 
Mocy  staje  się  tarczą  ochronną.  Ta  obca  myśl  nie  zaszkodzi  tym,  którzy  potrafią  się 
bronić,  lecz  na  pewno  wywrze  wpływ  na  osoby  pozbawione  myślowych  zabezpieczeń  – 
bez ich wiedzy i zgody. Nie obawiaj się. Teraz, gdy to zło zdemaskowano, nie zdoła znów 
posłużyć się Crythą jako narzędziem. Uruku – zwróciła się bezpośrednio do wojownika 
z zamierzchłej przeszłości – kto rządzi Thasami? 
Odpowiedział  po  namyśle  i  zdawało  się,  że  głośno  myśli,  jakby  starał  się  rozwiązać 
zagadkę. 
– Pani, powiedziałaś mi, że w waszym nowym świecie jestem legendarną postacią. Żyłem 
w  innej  epoce  i  w  innym  Escore.  Wtedy  moim  wrogiem  był  Targi.  Thasowie  częściowo 
uznawali  jego  zwierzchnictwo  –  na  tyle,  że  pozwolili,  by  uwięził  mnie  w  ich  norze.  Ale 
Targi...  –  Uruk  powoli  pokręcił  głową.  –  Od  czasu  gdy  odzyskałem  wolność,  nie 
wyczułem  jego  obecności.  Jeśli  żyje...  –  uderzył  rozwartą  dłonią  w  szczyt  topora  – 
...dowiem się o tym! Łączy nas wrogość zbyt zapiekła, żeby tak się nie stało. 
– Targi zginął w Emninie. – Te słowa wyszły z moich ust, lecz nie ja je wypowiedziałem. 
Zauważyłem, że zebrani spojrzeli na mnie z zaskoczeniem. – To była Przegrana Bitwa – 
ciągnął  ten,  który  nie  był  Yonanem.  –  Przegrana  dla  Sztandarów  z  Eftu  i  Zastępów  z 
HaHarc.  Ale  i  słudzy  Ciemności  musieli  się  wycofać:  nie  zwyciężyła  wtedy  żadna  ze 
stron. 
Zasłoniłem  usta  prawą  ręką.  Wstrząsnęło  mną  to  nagłe  przebudzenie  się  tamtego. 
Zdałem  sobie  sprawę,  że  siedzący  obok  mnie  cofnęli  się  nieco,  jakbym  nagle 
zdemaskował  się  jako  wróg.  A  przecież  odrzuciłem  Lodowy  Jęzor,  przecież  byłem 
Yonanem! 
Ethutur  spojrzał  na  mnie,  marszcząc  brwi.  Jego  wargi  drgnęły,  jakby  chciał  coś 
powiedzieć,  lecz  pani  Dahaun  powstrzymała  go  gestem.  Następnie  podniosła  rękę  i 
nakreśliła  w  powietrzu  pewne  symbole.  Rozbłysły  zielonym  ogniem,  a  później  stały  się 
niebieskie.  Wydało  mi  się  wtedy,  że  zawirowałem  z  zawrotną  szybkością  wśród 
czarodziejskich  płomieni,  po  czym  zawisłem  nad  ziemią,  nagi  i bezbronny wobec  magii 
leśnej władczyni. 
– Kim jesteś? – zapytała. 
Widziałem, że porusza ustami, lecz jej słowa dobiegały mnie z bardzo daleka i ledwie je 
słyszałem.  Rozdzielała  nas  teraz  jakaś  ogromna  przepaść.  Walczyłem.  Yonan...  byłem 
Yonanem!  Dotarła  do  mnie  jednak  odpowiedź  wymówiona  cichym  i  monotonnym 
głosem. 
– Jestem Tolar. Tolar od Lodowego Jęzora. 
– A czego tutaj szukasz, Tolarze? – pytała dalej. 
– Trzeba wymazać przeszłość i zniszczyć złe geas. 
– Czy tego pragniesz, Tolarze? 
–  To  nie  zależy  ode  mnie.  Rzucono  na  mnie  geas,  żebym  naprawił  błąd  i  zmienił  bieg 
wydarzeń. 
Ja – albo cząstka, która była mną – już nie wisiałem w powietrzu przed Panią Zielonych 
Przestworzy,  ale  powróciłem  do  mojego  ciała.  I  nie  siedziałem  już  wśród  wasali 
Hervona, tylko stałem na otwartej przestrzeni tak blisko ogniska, że płomienie omal nie 
paliły mi butów. Pomyślałem z goryczą, iż ten, kogo tak bardzo starałem się unicestwić, 
tkwił  we  mnie,  w  pełni  rozbudzony.  Utraciłem  dawne  miejsce  wśród  ludzi  i  musiałem 
wyruszyć w jakąś dziwną i przerażającą podróż mającą niewiele wspólnego ze światem, 
w którym dotąd żyłem. 

background image

 

33

– Muszę wrócić – wyrzekłem zdrętwiałymi ustami. Mimo żaru ogniska drżałem z zimna 
jak  wtedy,  kiedy  uwolniłem  Uruka  z  lodowej  kolumny.  Byłem  przekonany,  że  idę  na 
pewną śmierć, lecz nie potrafiłem się przeciwstawić przemożnemu nakazowi. 
Uruk wstał. 
–  Ja  również  tam  wyruszę  –  oświadczył.  –  Przedtem  czary  Targiego  uniemożliwiły  mi 
stoczenie z nim pojedynku, ale teraz będzie inaczej. Pani – jeszcze raz pozdrowił Dahaun 
podnosząc  topór  na  wysokość  piersi  –  udajemy  się  w  nieznane.  Życz  nam  pomyślności, 
gdyż będziemy kroczyć bardzo dziwną drogą, narażając się na takie niebezpieczeństwa, 
z jakimi dotąd zetknęło się niewielu ludzi. 
–  Chłopcze...  –  Pan  Hervon  stanął  obok  mnie  i  położył  mi  rękę  na  ramieniu.  Moją 
prawicą  targał  nieznośny  ból.  Wiedziałem,  że  zniknie  dopiero  wtedy,  gdy  znów 
pochwycę Lodowy Jęzor i wykonam zadanie, do którego zmuszał mnie ten niesamowity 
miecz i obca cząstka mojej istoty. 
– Yonanie, co zrobisz? 
Wyczułem  troskę  w  jego  głosie  i  zrobiło  mi  się  lżej  na  sercu.  Lecz  w  tak  niewielkim 
stopniu  byłem  wtedy  Yonanem,  że  wydał  mi  się  kimś  obcym,  a  nie  znanym  od 
dzieciństwa suwerenem. 
– Panie mój – odpowiedziałem dwornie, zgodnie z wymogami etykiety. – Idę tam, dokąd 
muszę  pójść,  i  zrobię  to,  co  powinienem  zrobić.  Zawładnął  mną  Lodowy  Jęzor  i  do 
końca  wykonam  jego  polecenia.  Może  tym  razem  koniec  będzie  lepszy  –  dodałem  z 
nadzieją,  ale  zaraz  odżyło  we  mnie  owo  ze  snu  przedśmiertne  wspomnienie,  kiedy 
resztkami sił szukałem miejsca, gdzie mógłbym ukryć czarodziejski brzeszczot. 
Hervon  cofnął  rękę.  Obecni  rozstąpili  się,  robiąc  dla  nas  przejście.  Poszedłem  w  mrok, 
oddalając  się  od  bezpiecznego  ogniska,  ramię  w  ramię  z  Urukiem.  Czułem,  że  coś  we 
mnie umiera. Gdy skona, stanę się człowiekiem wyzbytym wszelkiej nadziei i tylko geas 
będzie mną kierować. 
Chociaż było ciemno, moje dłonie i stopy same znajdowały oparcie na skalnej ścianie, i 
piąłem  się  w  górę  klifu  znacznie  szybciej  i  pewniej  niż  kiedykolwiek  dotąd.  Z  prawej 
niewyraźnie  słyszałem  ruchy  Uruka.  Jego  towarzystwo  nie  dodawało  mi  otuchy,  był 
bowiem  częścią  geas,  który  zabijał  Yonana,  jakby  powoli  rozdzierał  mu  pierś,  żeby 
wyrwać z niej serce. 
Kiedy dotarliśmy na szczyt,  moje oczy przyciągnął jasny blask. Rękojeść  miecza, który 
tam zostawiłem, płonęła niczym pochodnia. Podniosłem pas i znowu go zapiąłem wokół 
bioder.  Później  dotknąłem  uchwytu  i  przekonałem  się,  że  był  ciepły,  a  nie  zimny  jak 
zwykły kryształ. 
Uruk  pierwszy  przerwał  panujące  między  nami  milczenie.  Wypowiedział  tylko  jedno 
słowo, jakby potwierdzał jakąś decyzję. 
– HaHarc. 
–  HaHarc  –  powtórzyłem.  Jak  dotychczas  obcy  zwany  Tolarem  kontrolował  wyłącznie 
moją  wolę  i  ciało,  ale  nie  umysł.  Z  jego  wspomnień  odziedziczyłem  jedynie  ulotne 
strzępy, gdy jednak mój towarzysz wymówił nazwę umarłego miasta, wiedziałem skądś, 
iż tam się udamy. 
Wkrótce okazało się, że bez walki nie dotrzemy do tamtych, na poły zapomnianych ruin. 
Schodząc  po  zewnętrznej  stronie  skalnych  obwarowań  Zielonej  Doliny  poczułem 
ostrzegawcze  mrowienie  skóry  między  łopatkami.  Zacząłem  węszyć  i  nasłuchiwać. 
Emanacje  złych  mocy  były  tak  silne,  iż  postanowiłem  przedsięwziąć  wszelkie  środki 
ostrożności.  Zdawałem  sobie  sprawę,  że  nie  mogę  lekkomyślnie  narażać  życia,  gdyż 
muszę wykonać bardzo ważne zadanie. 

background image

 

34

Odniosłem wrażenie, że nie tylko mam słuch lepszy niż dawniej, lecz także przybyły mi 
nowe  zmysły,  które  przynosiły  więcej  informacji  o  czającym  się  w  dole 
niebezpieczeństwie. Ująłem wtedy w słowa obcą myśl: 
– Słudzy Ciemności krążą w pobliżu... 
Przecież  ja  nie  miałem  nawet  źdźbła  talentu!  Jak  zdołałem  wyczuć  zagrożenie?  Yonan 
nie  odziedziczył  daru  władania  Mocą,  ale  czyż  mogłem  znać  zdolności  i  umiejętności 
Tolara? 
Wiatr  przyniósł  ostry  smród.  To  nie  Thasowie,  tylko  –  Wilkołaki.  Zatrzymałem  się  i 
jąłem nasłuchiwać. 
Usłyszałem  ciche  skrobanie  o  skałę.  Nie  tuż  pode  mną,  lecz  nieco  dalej  na  prawo. 
Opuściłem wzrok i w morzu mroku zobaczyłem złą poświatę wpatrzonych we mnie oczu. 
„Bardziej w lewo. – Znów dotarło do mnie myślowe przesłanie. – Tu jest półka skalna, 
stoję już na niej”. 
Wilkołaki  nie  wydały  żadnego  dźwięku.  Zacząłem  po  omacku  szukać  oparcia  dla  rąk. 
Znalazłem  ich  dość,  tak  że  po  kilku  chwilach  moje  stopy  natrafiły  na  twardą 
powierzchnię. Opuściłem ręce i odwróciłem się od skały. 
„One zwykle nie polują w milczeniu – ciągnął bezgłośnie mój towarzysz. – Jest ich tylko 
pięć”,  –  Powiedział  to  tak,  jakby  pięć  Wilkołaków  w  niczym  nie  mogło  zagrozić  dwu 
uzbrojonym wojownikom. Nie zastanawiałem się nad tym dłużej. 
Dostrzegłem  w  dole  świecące  ślepia.  Wędrowały  wzdłuż  podnóża  ściany,  może  na 
wysokości człowieka – nie, nieco wyżej – aż znów znalazły się pod nami. Wyciągnąłem z 
pochwy Lodowy Jęzor. 
Rozpalił  się  jak  pochodnia,  chociaż  jego  blask  rozjaśniał  tylko  niewielką  przestrzeń 
wokół nas, i wydał dźwięk tak dziwny, że wypuściłbym go z ręki, gdyby moje palce nie 
ściskały go bez udziału woli. 
Kowacze Pieśni, którzy z pokolenia na pokolenie przekazują dawne dzieje naszego ludu, 
wspominają  czasami  o  „śpiewających  mieczach”.  Te  cudowne  brzeszczoty  śpiewają 
przenikliwie,  gdy  są  gotowe  do  walki.  Ale  Lodowy  Jęzor  –  warknął!  Nie  mogę  w  inny 
sposób określić dźwięku, który wydał. 
Odpowiedziało  mu  warknięcie  z  dołu.  Skoczył  ku  nam  ciemny  kształt.  Nie  był  to 
Wilkołak, gdyż jego ślepia nie świeciły. 
W  blasku  czarodziejskiego  brzeszczotu  zobaczyłem,  iż  Uruk  poruszył  się,  a  jego  topór 
uderzył  w  czarne  cielsko.  Zaraz  potem  usłyszałem  wycie  nieznanego  potwora,  który 
runął  w  dół.  Teraz  Wilkołaki  zaczęły  skakać  i  atakować  skałę,  jakby  ogłupiały  z 
wściekłości, że zraniliśmy ich towarzysza broni. Nasze usytuowanie dawało nam w walce 
z nimi wyraźną przewagę, której nie ignorowałaby żadna istota rozumna. 
Lodowy  Jęzor  ponownie  warknął,  kiedy  rozłupałem  niekształtny  łeb.  Walczyliśmy  w 
mroku,  zabijając  atakujące  Wilkołaki.  Z  dołu  dobiegały  nas  przeraźliwe  wrzaski  i 
skomlenia.  Sami  walczyliśmy  w  milczeniu,  bez  okrzyków  bojowych,  a  niezwykły  miecz 
nie „mówił” z mojej woli, lecz jak gdyby tak nienawidził sług Ciemności, że musiał dać 
temu wyraz. 
„Wystarczy. One już nie żyją” – dotarła do mnie myśl Uruka. 
Oparłem  się  na  mieczu,  wypatrując  świecących  oczu  i  nasłuchując.  Ale  wokół  było 
ciemno i cicho. Zmęczyłem się tą walką i wydało mi się, iż Lodowy Jęzor czerpał energię 
z mojej duszy. 
„Musimy  stąd  odejść  –  dodał  Uruk.  Słuchałem  go,  a  poczucie  obowiązku  walczyło  we 
mnie  ze  zmęczeniem.  –  Ich  władcy  niebawem  dowiedzą  się  o  śmierci  swoich 
wysłanników”. 

background image

 

35

Przez krótki czas szliśmy półką skalną, aż zwęziła się tak bardzo, że znowu musieliśmy 
zacząć wspinaczkę. Gdy w końcu znaleźliśmy się na dole, Uruk z determinacją odwrócił 
się plecami od sceny naszej walki. 
– HaHarc... – powiedział. Jeszcze nie jesteśmy panami czasu. 
Nie  zrozumiałem  wtedy,  co  miał  na  myśli.  Wytarłem  Lodowy  Jęzor  o  kępę  trawy  i 
ruszyłem za moim towarzyszem, trzymając w pogotowiu miecz. 
  

 
Chociaż tamtej nocy nie świecił księżyc, a blask dalekich gwiazd nie pozwalał nic dojrzeć 
w  mroku,  Uruk  i  ja  kroczyliśmy  ramię  w  ramię  jak  wtedy,  gdy  oddalaliśmy  się  od 
ogniska  rozpalonego  w  Zielonej  Dolinie.  Równie  dobrze  moglibyśmy  iść  oświetloną 
pochodniami  drogą.  Wydawało  mi  się,  że  widzę  w  ciemności  za  pomocą  umysłu,  a  nie 
oczu, ale jakaś cząstka mojej istoty nie osłabiała czujności, bez przerwy wypatrując, czy 
nie grozi nam nowe niebezpieczeństwo. 
Kiedy powróciliśmy z Crythą z miasta Thasów, byłem zmęczony, potem zaś zbyt krótko 
odpoczywałem,  zanim  wezwano  nas  na  naradę.  Teraz  jednak  nie  czułem  zmęczenia, 
tylko  przemożne  pragnienie  wykonania  tego,  co  muszę  zrobić,  mimo  że  wciąż  nie 
wiedziałem, na czym to ma polegać. 
Uruk  nie  przerywał  naszego  milczenia  ani  myślą,  ani  mową.  Pani  Dahaun  nazwała  go 
żywą  legendą  i  z  miejsca  zaakceptowała,  co  znaczyło,  iż  nie  był  sługą  Ciemności.  Poza 
tym  znał  Tolara.  Byłem  jednak  zbyt  przestraszony,  żeby  odwoływać  się  do  tej 
wcześniejszej  więzi  między  nami.  Jeżeli  jacyś  wysłannicy  Ciemności  tamtej  nocy  szli 
naszym  tropem,  trzymali  się  od  nas  z  daleka.  Być  może  nauczyła  ich  ostrożności  rzeź, 
którą urządziliśmy u podnóża skał. A może liczyli, że zdołają nas odciągnąć od Zielonej 
Doliny tak daleko, iż się staniemy łatwym łupem. Idąc zastanawiałem się ponuro, które z 
tych przypuszczeń było bliższe prawdy. 
Szare  światło  poranka  ukazało  nam  dziką,  zdeformowaną  okolicę.  Kiedyś  miały  tu 
miejsce  chaotyczne  ruchy  ziemi.  Uruk  zwolnił  kroku.  Rozglądał  się,  zdając  się  szukać 
jakiegoś brakującego punktu orientacyjnego. 
Ruszyliśmy  wąską  ścieżką,  wijącą  się  wśród  krzewów  rosnących  między  stosami 
kamiennych  bloków.  Gdy  jednak  przyglądałem  się  im  mrużąc  oczy,  dostrzegałem 
wyraźne  zarysy  strzelających  ku  niebu  budowli  z  mgły  i  otwierających  się  przed  nami 
ulic. 
Uruk  zatrzymał  się.  Zacisnął  usta,  a  jego  twarz  stężała  niczym  maska.  Uważnie  i  w 
skupieniu  badał  wzrokiem  ruiny,  jakby  siłą  woli  chciał  im  wydrzeć  jakąś  ważną 
tajemnicę. 
–  HaHarc...  –  Nie  wymówił  nazwy  umarłego  miasta  w  myśli,  lecz  na  głos,  jakby  nie 
chciał  wierzyć  własnym  oczom.  Potem  z  wściekłością  zamachnął  się  toporem  i  zaczął 
rąbać krzaki. Równie dobrze mógłby walczyć ze straszną przeszłością. 
Później stał długą chwilę, wpatrując się w zwiędłe liście i aż wbite w sypki piasek gałęzie, 
bo ciął je nawet wtedy, gdy znalazły się na ziemi. Wreszcie potrząsnął głową. Jeszcze raz 
rozejrzał  się  bacznie  wokoło  i  wyczułem,  że  poszukuje  czegoś  ważnego.  Ale  właśnie 
wtedy w moim umyśle na nowo rozgorzał bój między Yonanem i Tolarem. Nagle zrobiło 
mi się słabo i przestałem się interesować tym, co nas czeka. 
Uruk  ruszył  do  przodu,  lecz  już  z  wahaniem,  nie  tak  pewnie  i  szybko  jak  przedtem. 
Może  nie  znalazł  drogi  wśród  ruin.  Nadal  kluczyliśmy  między  kamiennymi  blokami, 
przeciskając się przez zarośla. 
Wejście  do  doliny,  w  której  kiedyś  znajdowało  się  HaHarc,  było  dość  wąskie.  W  coraz 
jaśniejszym  świetle  poranka  zauważyłem  resztki  muru  lub  fortyfikacji,  które  ją  kiedyś 

background image

 

36

zamykały. Wielkie głazy leżały tak porozrzucane wokoło, jakby to sama ziemia zerwała 
te więzy. 
Dalej  droga  rozszerzała  się,  a  ściany  zrujnowanych  domów  były  wyższe,  mniej 
zniszczone. Kamienne bloki, z których je zbudowano, pociemniały ze starości. To tu, to 
tam  dostrzegałem  pozostałości  rzeźb.  Od  czasu  do  czasu  musiałem  zamykać  na  chwilę 
oczy,  gdyż  widziałem,  jak  mgła  unosi  się  i  gęstnieje,  odbudowując  widmowe  budowle. 
Natrafiliśmy  na  ulicę  wciąż  pokrytą  brukiem,  chociaż  przysypanym  warstwą  ziemi,  w 
której  zapuściła  korzenie  trawa  i  kilka  małych  krzaków.  Prowadziła  prosto  do  serca 
zniszczonego  miasta  twierdzy.  Mimo  że  nikt  mi  tego  nie  powiedział,  wiedziałem,  iż 
HaHarc było i jednym, i drugim.  Podobnie jak obecnie Zielona Dolina, w swojej epoce 
było oazą bezpieczeństwa i schronieniem przed Mocami Ciemności. 
Uruk  szedł  ciężkimi  krokami,  patrząc  prosto  przed  siebie,  jakby  wreszcie  odnalazł  ów 
punkt  orientacyjny,  którego  dotąd  daremnie  szukał.  Tak  dotarliśmy  w  końcu  do 
otwartej  przestrzeni,  gdzie  ruiny  otaczały  krąg  kamiennych  bloków,  obecnie 
przechylonych  i  popękanych.  Na  zewnętrznej  stronie  tego  kręgu  umieszczono  w 
regularnych  odstępach  pokryte  runami  monolity,  zwieńczone  zniszczonymi  przez  czas 
głowami  ludzkimi  i  zwierzęcymi,  dziwnymi,  a  przecież  groźnymi  –  ale  na  swój  sposób 
nie  groźniejszymi  niż  istoty  rozumne,  które  sprzymierzyły  się  z  Ludem  Zielonych 
Przestworzy. 
Jedne  monolity  runęły  na  zewnątrz  kręgu  i  roztrzaskały  na  bruku,  inne  zaś 
poprzechylały  się  w  nieładzie,  pozostając  wciąż  na  swoich  podstawach,  a  parę  nadal 
stało  pionowo.  Strzegły  one  innej  budowli,  którą  mimo  popękanych  i  pokruszonych 
murów  uznałem  za  wieżę.  Różniła  się  od  wszystkich  budynków  w  HaHarc,  ponieważ 
zbudowano  ją  z  niebieskiego  kamienia,  strzegącego  oaz  Światła  rozsianych  w  całym 
Escore.  Powiedziano  nam,  że  opuszczając  Zieloną  Dolinę  powinniśmy  ich  szukać  jako 
ewentualnego schronienia lub tymczasowej warowni. 
Uruk ponownie się zatrzymał, tym razem naprzeciw wejścia do zrujnowanej wieży. Jeśli 
kiedykolwiek były tam drewniane drzwi, dawno nie pozostał po nich żaden ślad. Poprzez 
otwór  w  murze  dojrzałem  na  podłodze  ciemnej  komnaty  stosy  kamiennych  bloków, 
które spadły z wyższych kondygnacji. 
–  Wieża  Iuchara...  –  Mój  towarzysz  znów  posłużył  się  głosem  i  chociaż  mówił  cicho, 
dziwne echo powtórzyło: – Iuchara... Iuchara... 
Pamięć mojego poprzednika obudziła się. Iuchar... znałem go. 
Był  to  mężczyzna...  wysoki  jak  Uruk...  ale  nigdy  nie  widziałem  go  żywego.  Kim  był? 
Duchem,  którego  można  było  przywołać  dla  dodania  otuchy  ludziom?  W  ostatnich 
dniach istnienia HaHarc jego mieszkańcy bardzo potrzebowali symbolu, który dałby im 
nadzieję zwycięstwa. Przeczuwali, że wojna jest przegrana. Kiedyś żył... lecz od bardzo 
dawna był martwy... Martwy! 
Mając  przed  oczami  zrujnowaną  wieżę,  powiedziałem  sobie  w  duchu,  że  Iuchar  nigdy 
nie  istniał.  Uruk,  opierając  się  lekko  na  wielkim  toporze,  zwrócił  ku  mnie  głowę.  Pod 
ozdobnym hełmem jego oczy płonęły gniewem. 
– Iuchar... – Jeszcze  raz powtórzył i odpowiedziało mu  echo. Może w ten sposób chciał 
mnie ostrzec? 
Później  podniósł  topór,  salutując  szkieletowi  wieży.  Mnie  zaś  moje  drugie  ja  kazało 
zrobić to samo. 
Uruk  ruszył  do  przodu,  ja  za  nim.  Przeszliśmy  przez  szerokie  drzwi.  Na  zewnętrznych 
ścianach  zobaczyłem  ślady  ognia,  jakby  wieża  Iuchara  znalazła  się  kiedyś  w  centrum 
wielkiego pożaru. Ale wewnątrz... 
Zatrzymałem się tuż za progiem. Lodowy Jęzor zabłysnął mi w dłoni i odpowiedział mu 
płomień,  który  spłynął po  podwójnym  ostrzu  Urukowego  topora.  W tym  miejscu  kryla 

background image

 

37

się jakaś energia. Mrowie przeszło mi po skórze, a mój umysł usiłował się uchylić przed 
niewidzialną sondą. 
Choć  czas  i  klęska  obrońców  HaHarc  zniszczyły  to  miasto,  tutaj,  w  jego  sercu, 
przetrwała  moc  Światła.  Budziła  strach  –  nie  ten  zrodzony  z  Ciemności,  lecz  raczej  z 
przeczucia  ogromnego  wysiłku  ciała  i  ducha,  jakiego  od  nas  zażąda.  Zwykły  człowiek 
musiał się przed nim wzdragać. 
Nie  zdołałem  umknąć  przed  nieznaną  Mocą.  Zadrżały  mi  ręce  i  zatrząsł  się  w  nich 
Lodowy  Jęzor.  Jednak  go  nie  upuściłem  –  choćbym  chciał,  nie  mógłbym  tego  zrobić. 
Uruk  poszedł dalej,  aż znalazł  się w  samym  środku  okrągłej  komnaty.  Wtedy  odwrócił 
się i przywołał mnie ruchem ręki. 
Chcąc  nie  chcąc,  wiedząc,  że  nie  zdołam  się  oprzeć  temu,  co  czekało  tutaj  tak  długo, 
zrobiłem trzy lub cztery kroki i stanąłem obok topornika. Wiatr nie naniósł tam ziemi i 
kamienna  podłoga  pod moimi  stopami  była  czysta;  głazy,  które  spadły  z  góry,  leżały w 
pobliżu  ściany.  Możliwe,  że  siła,  która  tutaj  trwała,  starają  się  chronić  centrum  swojej 
twierdzy.  Zobaczyłem  teraz,  że  na  niebieskiej  posadzce  krzyżowały  się  i  przecinały 
wyryte  w  niej  linie,  częściowo  przysypane  piaskiem,  tak  że  nie  mogłem  rozpoznać 
rysunku. 
Uruk  przykląkł  na  jedno  kolano  i  bardzo  delikatnie  zaczął  usuwać  ostrzem  topora 
piasek i starożytny pył. Staliśmy we wnętrzu gwiazdy. Posłuszny jego woli użyłem w tym 
samym  celu  czubka  Lodowego  Jęzora,  odsłaniając  najróżniejsze  runy  i  symbole 
umieszczone  w  pobliżu  każdego  ramienia  figury.  Rozpoznałem  dwa,  które  strzegły 
bezpieczeństwa Zielonej Doliny. Co do innych – mógłbym sięgnąć do pamięci Tolara, ale 
postanowiłem tego nie robić. 
I  przez  cały  czas  czuliśmy  wokół  siebie  i  w  sobie  wpływ  czekającej  Mocy.  Czy  ktoś 
czerpał z niej przez te wszystkie lata, jakie upłynęły od upadku HaHarc? Wydało mi się, 
że  nie.  Pomyślałem  też,  że  na  pewno  gromadziła  energię,  niecierpliwie  czekając  na 
wyzwolenie, które jej przynosiliśmy, nawet jeśli mnie do tego zmuszono. 
Oczyściwszy wielką gwiazdę, Uruk wstał i znów dał mi znak. 
„Ognie...” 
Wiedziałem,  o  co  mu  chodziło,  jakkolwiek  Yonan  wciąż  twierdził,  że  to  niemożliwe. 
Twierdził tak nawet wtedy, gdy miecz Tolara pokazał, co potrafi. 
Obszedłem  powoli  wnętrze  wyrytej  w  kamieniu  figury,  dotykając  Lodowym  Jęzorem 
czubka  każdego  ramienia  gwiazdy.  Buchnął  stamtąd  ogień  nie  podsycany  żadnym 
paliwem, wbrew prawom natury wydobywający się z wnętrza niebieskiej skały. 
Później Uruk podniósł wysoko topór i przemówił. Jego głos dźwięczał jak gong w jednej 
ze  świątyń,  w  których  Czarownice  z  Estcarpu  oddawały  cześć  Nieznanym  Mocom.  Nie 
zrozumiałem jego słów i wydaje mi się, że nawet Tolar by ich nie pojął. Każdy czarodziej 
ma prawo do własnych tajemnic. Poza tym byłem przekonany, iż mój przewodnik nigdy 
nie należał do Wielkich Adeptów Escore. 
Jeżeli  Uruk  był  nawet  kimś  podobnym  (a  uznałem  to  za  niewiarygodne),  to 
przynajmniej nigdy się z tym nie zdradził. Bez wątpienia jednak mógł coś przywołać. 
Z  niesamowitych  płomieni  roznieconych  przez  mój  miecz  rozprzestrzeniła  się  na  boki 
lekka mgiełka, chociaż ogniste kolumny nadal strzelały w górę. 
Mgiełka ta zaczęła gęstnieć w rytmie słów wypowiadanych raz głośniej, raz ciszej przez 
mojego towarzysza. Wyczuwałem, że gdzieś poza polem naszego widzenia gromadzą się 
niewidzialne  istoty  i  jednoczą  się  w  jakimś  działaniu,  którego  żądał  od  nich  Uruk. 
Trzymałem  w  pogotowiu  obnażony  Lodowy  Jęzor,  jakkolwiek  Tolar  we  mnie  czuł  się 
bezpiecznie.  Czułem  rosnące  podniecenie,  krew  szybciej  krążyła  mi  w  żyłach  i 
oddychałem coraz prędzej. 

background image

 

38

Mgła wypełniła całą komnatę z wyjątkiem miejsca, w którym staliśmy. Zakręciło mi się 
w  głowie  i  musiałem  napiąć  mięśnie,  żeby  utrzymać  się  na  nogach.  Odniosłem  też 
wrażenie,  że  poza  zasłoną  mgły  świat  wirował  w  jakimś  szalonym  tańcu,  którego  nie 
ośmielił się oglądać żaden człowiek, a widząc – w niego} uwierzyć. 
Uruk znów śpiewał ciszej. Opuścił głowę i oparł się na toporze. Jego postawa sugerowała 
takie  wyczerpanie,  że  nieświadomie  zrobiłem  krok  do  przodu  i  objąłem  go  lewym 
ramieniem. W owej chwili zaakceptował moją pomoc bez oporu. 
Wypowiadał  teraz  niezrozumiałe  słowa  ochrypłym,  zmęczonym  głosem  i  w  końcu 
umilkł.  Miał  zamknięte  oczy.  Pot  perlił  mu  się  na  czole  i  spływał  po  policzkach.  Nagle 
zachwiał się tak silnie, że musiałem go mocno wesprzeć; beze mnie pewnie by upadł. 
Płomienie na końcach  ramion wielkiej gwiazdy przygasły, wciągając w siebie mgłę, czy 
spalając ją w jakiś sposób. Kłębiasta zasłona zaczęła miejscami prześwitywać i mogłem 
widzieć otoczenie. Nie zobaczyłem jednak kamiennych bloków, które spadły z wyższych 
kondygnacji.  Znaleźliśmy  się  w  innej  komnacie.  Tutaj  podłoga  była  czysta  i  światło 
umieszczonych  w  niszach  lamp  rozjaśniało  wnętrze.  Między  lampami  wisiały  wąskie 
gobeliny  o  przyćmionych,  lecz  nadal  widocznych  barwach,  niebieskie,  zielone  i  żółte  ze 
złotym, metalicznym połyskiem, jakby w osnowę wpleciono nici z tego cennego kruszcu. 
Później  ognie  na  szczytach  gwiazdy  zgasły  jak  zdmuchnięte  przez  niewidzialnego 
olbrzyma.  Pozostał  tylko  blask lamp,  a  na  zewnątrz  jasno  świeciło  słońce.  Zauważyłem 
w pobliżu drzwi stół, na którym stała karafka i kielichy. 
Podprowadziłem  do  stołu  wyczerpanego  Uruka.  Położywszy  na  blacie  Lodowy  Jęzor, 
wolną  ręką  nalałem  przejrzystego  płynu  do  ozdobnego  naczynia  i  zbliżyłem  je  do  ust 
mojego  towarzysza.  Twarz  miał  ściągniętą,  oczy  zamknięte.  Wypił  zawartość  kielicha 
tak chciwie, jakby potrzebował jej do podtrzymania w sobie życia. 
Usłyszałem  wtedy  ludzkie  głosy,  daleki  gwar  miasta.  Spojrzałem  przez  ramię  Uruka. 
HaHarc  zmieniło  się  tak  samo  jak  okrągła  komnata.  Ręce  mi  zadrżały,  kiedy 
zrozumiałem, co się stało. Wróciliśmy! 
Nie! 
Pamięć Tolara już nie walczyła we mnie z Yonanem, lecz sama ze sobą. Nie mogę... nie 
mogę znów tego przeżyć! Ożyły we mnie koszmarne wspomnienia. Po raz drugi miałbym 
stanąć twarzą w twarz ze straszną przeszłością? 
Nie, nigdy! 
  

 
Tego  dnia  nie  świeciło  słońce.  Ołowiane  chmury  przesłoniły  część  nieba,  a  z  ziemi 
podniosła  się  gęsta  mgła  niby  dym  z  niezliczonych  ognisk  obozowych.  Wydała  mi  się 
niebezpieczna, gdyż ani oczy, ani myśli nie mogły jej przeniknąć. Było jasne, że zrodziły 
ją czary i że kryli się w niej wrogowie. 
Stałem razem z Urukiem i innymi wojownikami w kolczugach i hełmach zwieńczonych 
figurkami  różnych  legendarnych  istot.  Tolar  znał  większość  z  nich,  ale  nie 
rozmawialiśmy  ze  sobą.  Zaległo  wśród  nas  milczenie  równie  złowróżbne  jak  mgła  na 
równinie w dole. 
Uruk  przestąpił  z  nogi  na  nogę.  Wiedziałem,  o  czym  myślał,  ponieważ  odzyskałem  w 
pełni  pamięć  Tolara,  która  obejmowała  również  przyszłość.  Szykowaliśmy  się  do 
Ostatniej  Bitwy  i  chociaż  nic  nie  widziałem  poza  zasłoną  mgły,  mógłbym  wyliczyć  i 
nazwać wrogów, którzy zgromadzili się pod murami HaHarc. 
Nieznana  Moc  postawiła  przed  nami  zadanie,  którego  nigdy  dotąd  nie  próbował 
wykonać żaden człowiek, nawet Wielki Adept. Czy znając przyszłość mogliśmy zmienić 
przeszłość? A może bezwolnie pomaszerujemy na spotkanie strasznego losu? 

background image

 

39

Przebiegłem w myśli niewielki zasób starożytnych legend, lecz nie natknąłem się ani na 
opowieść  o  podróży  w  czasie,  ani  o  zmianie  przeszłości.  Jeśli  się  nam  poszczęści  –  co  z 
tego wyniknie? Czy HaHarc później ulegnie jakiejś innej mocy Ciemności? 
Czas... czym był czas? Pomiarem, który narzuciliśmy światu, najpierw licząc dni i noce, 
a  później  dzieje  miast  i  rządy  wybitnych  władców?  W  każdym  razie  teraz  czas  stał  w 
miejscu,  gdy  ustawiwszy  się  w  szyku  bojowym  w  milczeniu  obserwowaliśmy  zbliżającą 
się ścianę mgły. 
–  Przygotuj  się!  –  Szept  Unika  dotarł  tylko  do  mnie,  gdyż  staliśmy  obok  siebie. 
Znieruchomiałem.  Mrowie  przeszło  mi  po  skórze.  Czekałem  w  napięciu  na  pierwszą 
szansę zmiany naszych wspomnień. Ślina napłynęła mi do ust. Przełknąłem ją nerwowo 
raz i drugi. 
Jeśli nie byliśmy marionetkami czasu... to... 
Nagle we mgle coś zawirowało. Ciemna postać przeszła przez białą zasłonę. Chodziła na 
dwóch nogach, jak człowiek, ale nie miała nic wspólnego z ludźmi. 
– To chowaniec Targiego... – Uruk powoli, bardzo powoli, podniósł wielki topór. 
Przypomniałem  sobie  dalszy  przebieg  wydarzeń.  W  minionej  rzeczywistości  Uruk 
stoczył  pojedynek  z  tym  stworem  i  zabił  go,  a  później  zawładnęła  nim  mgła. 
Obserwowałem  go,  czekając,  aż  wszystko  się  powtórzy.  Zobaczyłem,  że  zachwiał  się, 
jakby mocno pociągnęła go jakaś siła. 
– Nie! – zawołał na cały głos, jakby to był okrzyk bojowy. – Nie zrobię tego po raz drugi! 
Wojownicy  wokół  nas  poruszyli  się,  mamrocząc  coś  i  skierowali  na  Uruka  zdumione 
spojrzenia.  Dla  nich  pętla  czasu  nie  istniała,  wszystko  działo  się  tu  i  teraz,  nie  zaś  w 
odległej przeszłości. 
Sługa  Targiego  znalazł  się  na  otwartej  przestrzeni.  Nie  nosił  kolczugi;  szorstka, 
zmierzwiona  sierść  porastała  jego  grube  cielsko.  Głowa  przypominała  z  wyglądu 
jednocześnie  kota  i  małpę.  Warknął,  ukazując  drugie  kły.  W  pazurzastej  łapie  ściskał 
krótką włócznię o długim, żłobkowanym grocie. 
Otaczający  nas  wojownicy  nie  odrywali  oczu  od  Uruka.  Wszyscy  mogliśmy  podjąć 
wyzwanie,  ponieważ  kosmaty  potwór  o  tym  nie  decydował.  Był  tylko  naczyniem 
wypełnionym  nienawiścią  Targiego.  Miał  krzywe  nogi,  jakby  ugięte  pod  ciężarem 
beczkowatego tułowia. Zbliżając się do nas, kołysał się lekko z boku na bok. 
Teraz  rzucone  w  myśli  wyzwanie  wtargnęło  do  naszych  umysłów  mieszaniną 
wściekłości, nienawiści i żądzy walki. Zobaczyłem, że wojownicy porwali się do przodu, 
łamiąc szyk i zapominając o wszystkim. Przedtem też tak się stało... 
Ale  Uruk  nie  ruszył  się  z  miejsca.  Musiał  do  tego  użyć  całej  swojej  mocy,  gdyż 
gwałtownie zrobił jeden lub dwa kroki. Wyzwanie było przeznaczone dla niego. Kiedyś 
je podjął, nie zdając sobie sprawy, czym to grozi. 
– Nie! – krzyknął przez zaciśnięte zęby. 
Jego  oczy  płonęły  wściekłością.  Byłem  pewien, że  Uruk  –  nawet wiedząc,  co  go  czeka  – 
nie zdoła się długo kontrolować. 
Jeżeli mój towarzysz wyjdzie naprzeciw potwora, ten zginie – lecz wtedy my stracimy tę 
niewielką przewagę, jaką dawały nam wspomnienia. Był to pierwszy test, któremu obaj 
musimy się poddać. 
A  jeśli  zostanie  na  miejscu?  Dwaj  żołnierze  już  biegli  w  dół  zbocza,  chcąc  podjąć 
wyzwanie.  Pozostali  spoglądali  na  Uruka  z  niedowierzaniem.  Wszyscy  mogą  stracić 
panowanie  nad  sobą  i  rzucić  się  w  zdradziecką  mgłę.  Tylko  dowódca  mógłby  ich 
powstrzymać od tego szaleńczego postępku. Ale... 
Pobiegłem. Bez zastanowienia skierowałem się ku słudze Targiego, który stulił uszy jak 
rozwścieczony kot. Ślina zalśniła na jego długich kłach. Wyciągnąłem z pochwy Lodowy 
Jęzor  i  znów  usłyszałem  warknięcie,  będące  okrzykiem  bojowym  tego  niezwykłego 

background image

 

40

brzeszczotu.  Kiedy  zbliżyłem  się  do  potwora,  ogarnął  mnie  strach.  Przeciwnik  górował 
nade mną wzrostem. Byłem pewny, że w zderzeniu jego włócznia strzaska mój miecz. 
Inne  ciemne  postacie  przedarły  się  przez  zasłonę  mgły.  Usłyszałem  przeraźliwy  ludzki 
krzyk,  jednak  nie  odważyłem  się  obejrzeć.  Patrzyłem  tylko  na  potwora  przede  mną. 
Tolar  przedtem  Mego  nie  zrobił.  Przynajmniej  w  tym  mogę  choć  trochę  zmienić 
przeszłość. 
Nie  myślałem,  czułem  tylko,  że  obca  wola  kieruje  moim  ciałem.  Sługa  Targiego  stąpał 
ociężale,  poruszając  się  jednak  znacznie  szybciej  niż  przypuszczałem.  Przykląkłem. 
Wróg  przeniósł  w  końcu  z  Uruka  na  mnie  falę  nienawiści,  niewidzialną  broń, 
straszniejszą od każdego wykutego ze stali oręża, i Lodowy Jęzor wysunął mi się z ręki. 
Czy krzyknąłem z przerażenia czując, że ugodził mnie umysł potwora? Tej jednej chwili 
nie chcę ani szukać we wspomnieniach, ani znaleźć. Użyłem wtedy Lodowego Jęzora nie 
w uczciwej walce, lecz cisnąłem nim jak nożem. 
Był  źle  wyważony  do  takiego  zadania,  a  mimo  to  trafił  w  cel.  Ugodził  w  kołyszące  się 
brzuszysko. Może nie zagłębił się niebezpiecznie, ale rozciął skórę i ciało. 
Kosmaty  stwór  zatrzymał  się  i  spojrzał  na  tkwiący  w  jego  brzuchu  miecz.  Lewą  łapą 
chwycił  za  brzeszczot.  Później  odchylił  głowę  do  tyłu  i  zawył  przeraźliwie.  Jego  oczy 
zabłysły jak rozżarzone węgle. Odebrałem falę bólu – i zrobiło mi się lżej na sercu. Nie 
mógł  znieść  dotknięcia  takiej  broni.  Moc,  która  stworzyła  Lodowy  Jęzor,  była 
najgorszym wrogiem wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z Ciemnością. 
Mój  przeciwnik  z  całej  siły  uderzył  włócznią  w  miecz.  Zaczepił  żłobkowanym  końcem 
grotu w rękojeść i wyrwał ostrze z rany. Lodowy Jęzor upadł na lewo ode mnie. 
Rzuciłem się do przodu tak gwałtownie, iż poślizgnąłem się na wilgotnej od mgły trawie. 
Ale  w  chwili  gdy  sięgnąłem  po  miecz  i  miałem  zacisnąć  palce  wokół  rękojeści,  wielka 
pazurzasta stopa stanęła mi na przegubie. Ciężar i smród potwora sprawiły, że niewiele 
brakowałoby, a wpadłbym w panikę. Więc to tak... jeśli nie zginąłem w Ostatniej Bitwie 
w  znany  mi  sposób,  to  umrę  w  inny.  Nie  zdołamy  zmienić  jej  wyniku,  mimo  że 
cofnęliśmy się w czasie. 
Z wysiłkiem odwracając od potwora głowę, próbowałem pogodzić się z myślą o śmierci, 
którą zada mi sługa Targiego. Słyszałem wokół siebie krzyki, ale nie widziałem nikogo z 
walczących.  Mój  świat  skurczył  się  do  rozmiarów  górującego  nade  mną  cielska.  Krew 
kapała z rozpłatanego brzucha potwora, który teraz odrzucił włócznię. Jedną łapą starał 
się  zamknąć  ranę,  a  drugą  zamachnął  się,  żeby  rozerwać  mnie  pazurami.  Miotałem  się 
jak  szalony,  usiłując  wyciągnąć  rękę  spod  olbrzymiej  stopy.  Po  chwili  odzyskałem 
częściowo jasność umysłu i znieruchomiałem, udając łatwy łup dla istoty z koszmarnego 
snu. 
Lewą  ręką  chwyciłem  za  brzeszczot  Lodowego  Jęzora,  choć  kaleczył  mi  wnętrze  dłoni. 
Nie miałem wyboru. Podniosłem się nieco i ugodziłem wielką łapę. 
Bestia zaskrzeczała i gwałtownie poderwała zranioną kończynę. Ostrze  miecza boleśnie 
rozcięło  mi  rękę.  Musiałem  je  wypuścić.  Bezbronny  i  bezsilny,  widziałem,  jak  wróg 
potrząsnąwszy łapą, odrzucił w bok Lodowy Jęzor poza zasięg mojego wzroku. 
Potwór  podniósł  drugą  stopę.  Wiedziałem,  co  chce  zrobić.  Jedno  mocne  tupnięcie  i 
rozgniecie mnie na miazgę. 
Nie tylko nie mogłem się bronić, lecz nawet dobrze nie widziałem, gdyż z bólu robiło mi 
się  ciemno  przed  oczami.  Ale  miażdżący  cios  nie  spadał.  Zamiast  tego  bestia  zatoczyła 
się, cofnęła się nieco i z głośnym stęknięciem runęła na ziemię. Jej niekształtny łeb został 
niemal odcięty od szyi. Z wielkiej rany trysnęła krew. 
–  Nie!  –  Mimo  bólu  walczyłem  o  zachowanie  przytomności.  Wiedziałem,  kto  to  zrobił. 
Uruk postąpił identycznie jak w przeszłości – zabił sługę Targiego. Ratował mi życie, a 
może nie zdołał się oprzeć temu samemu impulsowi, co kiedyś... 

background image

 

41

Przykucnął,  trzymając  w  pogotowiu  wielki  topór.  W  jakiś  sposób  zdołałem  podeprzeć 
się zranioną ręką, mimo że każdy ruch był jak pchnięcie miecza w obolałe ciało. Lodowy 
Jęzor?  Co  z  nim?  Rozejrzałem  się  wokół.  I  wtedy  zauważyłem  coś  –  coś,  co  wynurzyło 
się z mgły. Krzyknąłem głośno, chcąc ostrzec mojego towarzysza: 
– Z tyłu za tobą! 
Uruk  odwrócił  się  błyskawicznie,  unosząc  topór  z  wprawą  zrodzoną  z  wieloletnich 
ćwiczeń.  Coś  ciemnego  i  podobnego  do  sznura  uderzyło  w  jedno  z  ostrzy  i  rozcięte 
spadło  na  ziemię.  Ale  to  był  tylko  pierwszy  atak.  Dawny  władca  HaHarc  zrobił  unik  i 
uderzył, znów się uchylił i rąbał raz za razem. Potem jednak, cofając się przed grubszym 
z  latających  sznurów,  potknął  się  o  zwłoki  chowańca  Targiego.  Zanim  zdołał  się 
wyprostować,  jedna  z  dziwacznych  lin  okręciła  mu  się  wokół  ramion,  ściągając  je  ku 
sobie, podczas gdy Uruk daremnie próbował choć dotknąć przeciwnika ostrzem topora. 
Dobrze  znałem  te  żywe  sznury...  To  była  robota  Thasów!  Podniosłem  się  na  kolana, 
przyciskając do piersi strzaskany przegub. Druga ręka lepiła się od mojej własnej krwi i 
każde poruszenie palców było męczarnią. Nagle... 
Tuż za szamoczącym się Urukiem zobaczyłem wbity w ziemię Lodowy Jęzor. Blask jego 
rękojeści  wskazał  mi  drogę.  Jakoś  zdołałem  wstać,  powoli  okrążyłem  wciąż  wijący  się 
rozrąbany korzeń, i sięgnąłem po miecz. Nie mogłem jednak utrzymać go ani w jednej, 
ani w drugiej ręce.  Z zawrotem głowy ponownie osunąłem się na kolana i zbliżyłem do 
świecącego  brzeszczotu.  Otworzywszy  szeroko  usta,  przechyliłem  głowę  na  bok  i 
wziąłem w zęby Lodowy Jęzor.  Z trudem wyrwałem i podniosłem go z ziemi. Uruk... – 
przypomniałem  sobie  i  odwróciłem  się.  Był  skrępowany  od  stóp  do  głów;  nawet  ucięte 
kawałki  korzeni  dopełzły  do  niego  i  owinęły  się  wokół,  mimo  że  wciąż  szamotał  się  i 
skręcał. 
Nie  miałem  siły,  żeby  jeszcze  raz  stanąć  na  nogi.-  Na  kolanach  dobrnąłem  do  mojego 
towarzysza. 
„Twoje ręce...” – powiedziałem w myśli. 
Na mój widok szeroko otworzył oczy ze zdumienia. Znieruchomiał, gdy skierowałem się 
ku niemu. Mgła nie zrzedła, słyszeliśmy krzyki i szczęk broni. Daremne były nasze plany 
i  nadzieje.  Obrońcy  HaHarc  dali  się  zwabić  na  wybrane  przez  Targiego  pole  walki. 
Gdyby Uruk odzyskał swobodę ruchów, mógłby jeszcze zmienić losy bitwy, bo żołnierze 
posłuchaliby jego rozkazów. 
Dopełzłem do jego boku. Rękojeść Lodowego Jęzora zadrgała mi w zębach. Każdy cios, 
jaki  zdołam  nim  zadać,  będzie  bardzo  słaby.  Przyświecała  mi  teraz  tylko  jedna  mała 
nadzieja. Sługa Targiego nie mógł znieść dotknięcia mojej broni. Może więc wywrze ona 
taki sam wpływ na żywe sznury? 
Chyląc  głowę,  przycisnąłem  czubek  miecza  do  korzenia  krępującego  ramiona  mojego 
towarzysza. Nie mam siły, nie przebiję go... daremnie się trudziłem... 
Nagle  ożywiona  lina  skręciła  się,  starając  się  uniknąć  nawet  tak  lekkiego  muśnięcia.  Z 
całych  sił  nacisnąłem  na  brzeszczot.  A  po  chwili  –  zupełnie  jakby  metal  przebił  grubą 
skórę i dotarł do miękkiego niby błoto wnętrza – czubek Lodowego Jęzora zagłębił się w 
korzeniu. 
Ten jak żywy (a tego byłem prawie pewny) gwałtownie puścił przegub Uruka, strzelił w 
górę i chwycił mnie za ramię. Nie mogłem dłużej utrzymać miecza w zębach. Spadając, z 
brzękiem  uderzył  w  szczyt  podwójnego  topora,  który  rozbłysnął  tak,  jak  przedtem 
kilkakrotnie mój zaczarowany brzeszczot. 
Pochylony  do  przodu  osunąłem  się  na  ziemię,  a  żywe  korzenie  odpełzły  od  blasku, 
wyraźnie się go obawiając. Skierowały się ku mnie, ściskając moje ciało i lgnąc do niego 
w  mściwym  gniewie.  Zobaczyłem  jednak  kątem  oka,  że  mój  towarzysz  zdążył  rozciąć 
krępujące go więzy. 

background image

 

42

W chwili gdy wstał na nogi i już zwracał się ku mnie, z mgły wynurzyła się jeszcze jedna 
postać, a za nią mniejsze, dobrze mi znane stwory: Thasowie! Ten zaś, wokół którego się 
zgromadzili... 
Usłyszałem krzyk Uruka: 
– Targi! 
  

 
Podobnie jak jego chowaniec, ten sługa Ciemności górował wzrostem nad mniejszymi od 
niego Thasami. Wyglądał jakby wstał z grobu. Na jego ciemnej, zmatowiałej kolczudze 
skropliła  się  mgła.  Nie  nosił  hełmu  i  nie  miał  broni  poza  smukłą,  czarną  różdżką 
zwieńczoną  wyblakłą  czaszką  jakiegoś  małego  zwierzęcia.  Jego  trupio  blada  skóra 
kontrastowała  z  ciemną  kolczugą,  a  jeżasta  czupryna,  przypominająca  grzywę 
Renthanów, była ogniście ruda. Sterczące na wszystkie strony sztywne włosy wyglądały 
jak płomienie wydostające się z podłużnej czaszki. 
Również  twarz  Targiego  nie  była  w  pełni  ludzka;  w  nieruchomym  niby  maska  obliczu 
żyły  tylko  oczy  płonące  wściekłością,  do  której  nie  byłby  zdolny  żaden  człowiek.  Mój 
towarzysz  stał  swobodnie,  a  jego  świecący  topór  leżał  w  trawie,  tak  jak  przedtem 
Lodowy  Jęzor.  Jakiś  Thas  podbiegł  i  próbował  go  podnieść,  ale  odskoczył  do  tyłu  z 
gardłowym okrzykiem. Ze wszystkich sił walczyłem o zachowanie przytomności. 
– Dobrze się stało. – Uruk nie krzyczał, lecz jego głoś zagłuszył nawet bitewny zgiełk w 
osłoniętej mgłą dolinie. – Już dawno powinniśmy byli się spotkać, Targi. 
Czarnoksiężnik nie odpowiedział. Jego martwa twarz nie ożywiła się, chociaż przystanął 
i przeniósł spojrzenie z Uruka na jego topór. 
„Jesteś trupem”. 
Słowa Targiego wtargnęły do mojego umysłu, wypowiedziane beznamiętnie, lecz z taką 
pewnością  siebie,  że  odebrały  mi  budzącą  się  już  nadzieję.  Pod  jednym  względem 
bowiem zdołaliśmy zmienić przeszłość: mój towarzysz nie był więźniem władcy Thasów. 
Wprawdzie zauważyłem, że Uruk się roześmiał, ale nie usłyszałem jego śmiechu. Obaj o 
mnie zapomnieli. Tuląc do piersi złamany przegub, spróbowałem wstać. Nagle poczułem 
na sobie jakiś ruch: był to jeden z żywych korzeni. Szarpnąłem go słabo zranioną ręką. 
Później  okrążyli  mnie  Thasowie,  jednak  nie  odciągnęli  na  bok,  tylko  stali  nade  mną, 
obserwując swego władcę i Uruka. 
Naraz  jeden  z  nich  kaszlnął  dziwnie  i  upadł.  Między  jego  ramionami  tkwiła  strzałka. 
Pozostali  rozproszyli  się  lub  rzucili  na  ziemię.  Niedługo  potem  wyskoczył  z  mgły  jakiś 
Wilkołak.  Stał  przez  chwilę,  przyglądając  się  wszystkiemu  z  wyciągniętym  językiem. 
Później nagle skręcił i zniknął mi z oczu. Wyglądało na to, że Targi mógł polegać tylko 
na sobie. 
Smukła  różdżka  nakreśliła  jakiś  wzór  w  powietrzu  między  sługą  Ciemności  a  jego 
przeciwnikiem.  Uruk  podniósł  topór  i  opuścił  go  z  mocą.  Nie  mierzył  ani  w 
czarnoksiężnika, ani w jego różdżkę, lecz w czerwone symbole.  Kiedy przemknął przez 
nie świecący oręż, rozpadły się na strzępy krwawej mgły. 
Chciałem krzyczeć, gdy niezrozumiałe sylaby wybuchły mi w mózgu. Wydało mi się, że 
moje  myśli  zostały  strzaskane,  zanim  zdołałem  je  ukształtować.  Targi!  Czyż  jakiś 
człowiek mógł się przeciwstawić czarom Targiego? 
Znałem  kogoś  takiego  –  Tolar  pochodził  z  tej  epoki  i  posiadł  tę  samą  wiedzę.  Ale  nie 
Yonan. A ja... 
Ja byłem też Yonanem! 
Walcząc  z  bólem  targającym  moim  ciałem  i  duszą,  sięgnąłem  w  głąb  samego  siebie  w 
poszukiwaniu tego, który nie znał ani Targiego, ani HaHarc, ani tego świata. Yonan nie 

background image

 

43

miał  nawet  odrobiny  talentu...  czy  ja,  Tolar,  zdołam  się  ukryć  za  tą  ułomnością,  która 
gniewała mnie, Yonana, przez całe życie? 
Moja głowa stała się polem walki. Wprawdzie Targi mierzył przede wszystkim w Uruka, 
lecz część jego czarów trafiła do mojego umysłu, mącąc i zniekształcając myśli. Dlatego 
najpierw  skoncentrowałem  się  na  zranionej  ręce  i  złamanym  przegubie,  kontemplując 
ból,  by  mu  w  końcu  ulec.  I  pod  osłoną  tych  myśli  i  cierpienia  zacząłem  w  sobie  szukać 
Yonana. 
Był  pogrzebany  –  i  tak  bliski  śmierci,  jak  może  się  to  przytrafić  ludzkiej  osobowości 
przed  ostateczną  zagładą.  Ale  ja  byłem  Yonanem!  A  nad  Yonanem  umarli  nie  mieli 
żadnej władzy, bez względu na swoją potęgę. Ja byłem Yonanem! 
Cieszyłem się cierpieniem, kryłem za nim, jednocześnie starając się tchnąć życie w małą 
iskierkę  z  dalekiej  przyszłości,  powtarzając  bezgłośnie:  Yonan!  I  w  ten  sposób 
przywołałem moje drugie ja. 
Targi  podniósł  różdżkę,  celując  nią  w  Uruka.  Próbując  ufortyfikować  umysł  przeciw 
czarom, każdym obolałym nerwem czułem, jak sługa Ciemności przyciąga do siebie Moc 
i prawie widziałem ją gołym okiem. 
Mimo to mój towarzysz wymachiwał toporem tam i z powrotem, lecz nie uderzał w nic 
materialnego.  Może  bronił  się  przed  Targim,  wznosząc  jakąś  barierę  ochronną.  Powoli 
ruszył do przodu. 
Thasowie odciągnęli mnie na bok, trzymając się z dała od walczących. Prawdopodobnie 
moce,  jakimi  tamci  się  posługiwali,  mogły  być  śmiertelne  dla  słabszych  istot.  Ja  byłem 
Yonanem – na chwilę odwróciłem uwagę od wewnętrznych poszukiwań. Nie, nie odważę 
się  jeszcze  raz  osłabić  moich  wątłych  umocnień  psychicznych.  Wysyłane  przez 
czarnoksiężnika  fale  Mocy  wprost  mnie  zalewały,  przynosząc  tak  wielką  rozpacz,  że 
zabiłbym  się,  gdybym  był  wolny  i  miał  Lodowy  Jęzor  w  zasięgu  ręki.  Któż  zdoła  się 
oprzeć czarom Targiego? 
Wysoka  postać  w  ciemnej,  zmatowiałej  kolczudze  zdawała  się  pęcznieć  i  rosnąć.  Oczy 
płonęły  jak  dwa  słońca  pod  zachmurzonym  niebem.  Do  mojego  umysłu  wtargnęła 
gniewna myśl: 
„Kim jest zuchwalec, który ośmielił się rzucić mi wyzwanie?” 
–  Kim  jestem,  Targi?  Tym,  kim  mnie  uczyniłeś.  –  Uruk  powiedział  to  na  głos,  jakby 
unikał  myślowego  kontaktu  z  mózgiem  czarnoksiężnika.  Instynktownie  wyczułem,  że 
byłoby to bardzo niebezpieczne. – Każde zło, Targi, ma swoją przeciwwagę. Wydaje się, 
że nas obu łączą takie więzy. – Mój towarzysz jeszcze raz zamachnął się toporem. 
Sługa  Ciemności  już  nie  kreślił  krwawych  run  w  powietrzu.  Zamiast  tego  przeciągnął 
różdżkę  między  palcami  lewej  ręki.  I  zobaczyłem,  tak,  naprawdę  zobaczyłem  –  a  może 
był  to  skutek  czarów  Targiego  –  że  czaszka  na  szczycie  różdżki  rozwarła  szczęki  i 
przeciągle zapiszczała. 
Wówczas zapora z bólu omal nie stała się przyczyną mojej zguby. Ból stał się straszliwą 
męczarnią, pulsował w rytm pisków zaczarowanej czaszki. Thasowie skulili się i zatknęli 
uszy koślawymi rękami, tak bardzo podobnymi do sękatych gałęzi. 
Czy Uruk wolniej wymachiwał toporem? Nie byłem tego pewny. Targi ujął różdżkę jak 
strzałę albo lekką włócznię. Nawet Tolar we mnie nie wiedział, co się wydarzy, jeśli ten 
oręż  Ciemności  uderzy  w  mojego  towarzysza.  Przypuszczałem  jednak,  że  przewyższał 
potęgą broń wykutą ze stali. 
Lodowy  Jęzor...  Spojrzałem  na  błyszczący  brzeszczot,  dziwnie  kontrastujący  z  szarym 
niebem i mgłą. Był teraz ode mnie tak daleko, jakbym istotnie znalazł się w innej epoce. 
Lodowy Jęzor słuchał tylko jednego pana... czyż Uruk kiedyś tak nie powiedział? Na ile 
był  mu  posłuszny?  Czy  odważę  się...  Nie,  czy  pozwolę  Yonanowi,  aby  przekazał  część 
władzy nad moim ciałem poprzedniemu właścicielowi niezwykłego miecza? Uznałem, że 

background image

 

44

Targi  skupił  całą  uwagę  na  dawnym  władcy  HaHarc,  mogłem  się  więc  obawiać  tylko 
przypadkowego  ciosu  jego  mocy.  Tolar...  i  Lodowy  Jęzor.  Dziwne,  że  dotychczas  nie 
starałem  się  poznać  tego,  co  obca  cząstka  mojej  istoty  wiedziała  o  czarodziejskim 
brzeszczocie. 
Nie, to był fałszywy krok! Tolar natychmiast zawładnął moją pamięcią. Lodowy Jęzor – 
jedna  z  Czterech  Wielkich  Broni  –  stawał  się  częścią  swego  pana,  ale  tylko  wtedy,  gdy 
sam  go  sobie  wybrał.  O  wielu  właściwościach  tego  miecza  nawet  Tolar  słyszał  tylko 
niejasne pogłoski. 
Zaryzykowałem  i  podjąłem  walkę  z  zaporą  bólu,  którą  sam  tak  starannie  zbudowałem 
dla ochrony przed Targim. Jeszcze raz otworzyłem szeroko drzwi dla Tolara. 
Chociaż przykucnięci Thasowie otaczali mnie ze wszystkich stron, mój umysł był wolny. 
Całą siłę woli skupiłem na mieczu. 
Lodowy  Jęzorze!  Z  pragnienia  i  naglącej  potrzeby  gorączkowo  splotłem  sznur  równie 
silny i giętki jak thaskie żywe korzenie. Wówczas nawet nie zdawałem sobie sprawy, że 
to, co chciałem zrobić, przekraczało granice wiedzy nie tylko Yonana, lecz nawet Tolara. 
W świecie w którym teraz leżałem, istniał tylko Lodowy Jęzor i moja wola. 
Dużo  słyszałem  o  wewnętrznej  dyscyplinie,  jaką  musiały  sobie  narzucić  Czarownice,  o 
latach  nauki  i  pracy  nad  sobą,  które  oddawały  w  ich  ręce  wodze  magii  i  iluzji.  Dzięki 
temu  potrafiły  skierować  magiczną  energię  we  właściwy  kanał  i  zmusić  do 
posłuszeństwa samą ziemię – nawet jeśli później ginęły, spopielone przez Moc. 
„Lodowy Jęzorze...” 
Czy  czarodziejski  brzeszczot  naprawdę  świecił  coraz  jaśniej,  płonął  niczym  wąski 
strumień  ognia  w  zdeptanej  trawie?  Odrzuciłem  wszelkie  przypuszczenia  i  wytężyłem 
wolę.  Zupełnie  jakbym  zamknął  wszystkie  drzwi  w  korytarzu  i  myślał  tylko  o  tym,  co 
znajduje się na jego przeciwległym końcu. 
„Lodowy Jęzorze...!” 
Na  moich  oczach  cudowny  miecz  zdawał  się  rosnąć!  Już  nie  pasował  do  ręki  zwykłego 
człowieka  –  stał  się  orężem,  którym  mógł  władać  tylko  jakiś  olbrzym.  A  później  zaczął 
się poruszać... 
Chwilowy przypływ triumfu rozproszył moją uwagę. Szybko się pozbyłem tego uczucia. 
Wszystko,  co  nazywałem  „wolą”,  „pragnieniem”  i  „determinacją”  powinienem 
skoncentrować na zadaniu, które muszę wykonać. 
„Lodowy” Jęzorze!” Wysłałem ten niemy rozkaz z całą siłą, na jaką było stać Tolara. 
Świecący  oręż  posunął  się  do  przodu,  jakby  moja  myśl  stała  się  liną  lub  żywym 
korzeniem okręconym wokół jego rękojeści. 
W końcu znalazł się między Drukiem i Targim. Sługa Ciemności nadal trzymał w ręku 
różdżkę, lecz jeszcze jej nie rzucił. Tylko czy było to potrzebne? Może tylko kierował jej 
energią? W każdym razie Uruk musiał cofnąć się o krok, a potem drugi. 
„Lodowy Jęzorze!” 
Wysłałem  ten  bezgłośny  rozkaz,  wykorzystując  resztki  energii,  o  której  istnieniu  nie 
miałem pojęcia, dopóki nie poddałem się tej ostatecznej próbie. 
Miecz  drgnął  gwałtownie,  ale  tylko  jego  czubek  oderwał  się  od  ziemi.  Podniósł  się  i 
opadł,  gdyż  zbyt  szybko  wyczerpały  się  moje  zapasy  energii  psychicznej.  Na  szczęście 
skierował się ku Targiemu, uderzając go w stopę. 
Niewidoczny  piorun  poraził  mój  umysł,  z  którego  usunąłem  wszelkie  zabezpieczenia. 
Zdążyłem tylko pomyśleć, że tak wygląda śmierć – i pogrążyłem się w nicości. 
Lecz jeśli śmierć jest nicością, to nie zabrała mnie z tego świata. Najpierw odnalazł mnie 
ból, którego nie mogłem się pozbyć. Stałem się naczyniem wypełnionym straszną męką. 
Później  poczułem  dotknięcie  między  oczami.  Początkowo  ten  lekki,  choć  stanowczy 

background image

 

45

kontakt  zwiększył  ból, który  pulsował  i  uderzał  niczym  fale  przyboju,  a  ja,  jak  ścigane 
zwierzę, nigdzie nie znajdowałem schronienia. 
Potem  z  tego  miejsca  rozprzestrzenił  się  kojący  chłód,  który  złagodził  męczarnie.  Ból 
ustępował  powoli,  stopniowo,  ale  nawet  gdy  zupełnie  zniknął,  obawiałem  się  jego 
nawrotu.  Lecz  nic  podobnego  nie  nastąpiło  i  ożyłem  pod  uzdrawiającym  dotknięciem 
jak spragniona ziemia w deszczu. 
Otworzyłem oczy. 
W  górze  nadal  rozpościerało  się  szare  niebo.  Nad  sobą  zobaczyłem  twarz,  którą 
rozpoznał mój wyczerpany umysł. 
– Uruk? 
Niewyraźnie  wymówiłem  to  imię  zesztywniałymi  wargami,  ale  Uruk  je  odczytał  i 
wypogodził skrawek czoła widocznego spod ozdobnego hełmu. 
Z trudem odzyskałem pamięć. Wykrztusiłem drugie imię. 
– Targi? 
Uruk spochmurniał. 
–  W  tym  nam  się  nie  powiodło.  Targi  żyje  –  powiedział  na  głos,  jakby  nie  mógł  użyć 
więzi  myślowej.  Pomyślałem,  że  wiem  dlaczego:  mój  zszokowany,  obolały  mózg  nie  był 
do tego zdolny i oszalałbym, gdyby ktoś do niego wtargnął. 
– Gdzie...? 
– W końcu utkał iluzję i zbiegł pod jej osłoną. Dopóki jest na wolności, grozi nam wielkie 
niebezpieczeństwo. 
– Ostatnia Bitwa...? – Ponownie ożyły we mnie bolesne wspomnienia i skrzywiłem się. 
– Zmieniliśmy jej wynik. Kiedy Targi uciekł, jego podwładni i sprzymierzeńcy również 
wzięli nogi za pas. 
– Przecież on zginął. – Miałem zamęt w głowie i plątały mi się wspomnienia. A gdy tylko 
próbowałem je uporządkować, robiło mi się słabo. 
– Nie teraz. Pod tym względem zmieniliśmy przeszłość, przyjacielu. Ale czy na lepsze...? 
– Uruk wzruszył ramionami. – Któż to może powiedzieć? Wiem tylko, że musimy zabić 
Targiego. 
„Dlaczego...?”  –  Nie  miałem  sił,  żeby  wypowiedzieć  na  głos  to  pytanie,  lecz  mój 
towarzysz odczytał je nawet w chaotycznym zlepku obu pamięci w moim mózgu. 
– Dlaczego uciekł? Ty to sprawiłeś, Tolarze. Uderzenie twojego miecza o stopę Targiego 
przeszkodziło mu w rzucaniu czarów. Moc zwróciła się przeciw temu, kto ją przywołał i 
nie  mógł  kontrolować.  Zawsze  tak  bywa  w  podobnych  przypadkach.  Uciekł  przed 
śmiercią,  którą  nam  chciał  zadać.  Jest  na  tyle  potężny,  że  zdołał  zyskać  na  czasie  i 
odwrócić  od  siebie  ten  los.  Teraz  możemy  tylko  stać  się  psami  gończymi  idącymi  jego 
tropem. 
Zaniknąłem  oczy.  W  owej  chwili  nie  miałem  władzy  ani  nad  moim  ciałem,  ani  nad 
umysłem. Pragnąłem tylko znów pogrążyć się w nicości i udało mi się to dzięki czyjemuś 
miłosierdziu. 
  

 
Mój  złamany  przegub  tkwił  w  łupkach,  a  zranioną  rękę  wyleczono  za  pomocą 
uzdrawiającego mułu, z którego korzystali w potrzebie zarówno ludzie, jak i zwierzęta. 
Lodowy  Jęzor  spoczywał  w  pochwie  u  mego  boku.  Ale  nadal  przebywaliśmy  w 
przeszłości,  mając  za  sobą  dolinę  HaHarc,  a  z  przodu  –  otwartą  przestrzeń.  Chmury 
rozeszły  się  i  słońce  jasno  świeciło  na  niebie,  lecz  wydawało  się,  iż  jakiś  cień  odgradza 
nas od jego ciepła i życzliwości. 

background image

 

46

Pamięć  Tolara  już  nie  mogła  mi  pomóc,  ponieważ  zmieniliśmy  bieg  wydarzeń:  nie 
oddaliłem  się  chwiejnym  krokiem  od  zasnutego  czarodziejską  mgłą  pola  bitwy,  żeby 
zniszczyć  mój  miecz  i  umrzeć  z  ran  wśród  skał.  Yonan  również  nie  na  wiele  mi  się 
przydał, bo choć w swoim czasie bardzo starałem się opanować żołnierskie rzemiosło, to 
jednak, tu i teraz, czułem się jak żółtodziób, który nigdy nie wziął udziału w walce. 
Uruk  stał  nieco  z  boku,  wsparty  na  toporze.  Wprawdzie  wpatrywał  się  w  dal,  ale 
odgadłem,  że  na  nic  nie  patrzył,  a  tylko  jego  umysł  prowadził  poszukiwania  w  sobie 
tylko znany sposób... 
Niektórzy  z  obrońców  HaHarc  chcieli  nam  towarzyszyć,  lecz  Uruk  kategorycznie 
odmówił. Wyglądało na to, że jedynie my dwaj mieliśmy zapolować na Targiego. 
– Uda się do Thasów – odezwał się po raz pierwszy mój towarzysz, nadal wpatrując się 
przed siebie nie widzącym spojrzeniem. – Poszuka swego serca... 
– Swego serca? – powtórzyłem. 
Odniosłem wrażenie, że w chwili największego wysiłku, kiedy rozkazywałem Lodowemu 
Jęzorowi,  wypaliłem  w  sobie  większą  część  pamięci  Tolara  –  tak  jak  Czarownice  z 
Estcarpu  wypaliły  swoje  wewnętrzne  zabezpieczenia  wtedy,  gdy  ruszyły  z  posad  góry, 
aby zniszczyć karsteńskich najeźdźców. 
Uruk zamrugał, a jego nieruchoma dotąd twarz ożywiła się. Wyjaśnił: 
– Serce Targiego to ta jego cząstka, która jest źródłem jego mocy. Nie chciał go narazić 
w walce, nawet z nami, których uważał za znacznie od siebie słabszych. Ale jeśli zechce 
uzupełnić  swoje  rezerwy  mocy  i  naładować  energią  to,  co  opróżnił,  powinien  udać  się 
tam, gdzie ukrył swoje serce. 
– Do Thasów? Czy pójdziemy za nimi w podziemia?  
Uruk zamrugał po raz drugi. 
–  A  gdzie  indziej?  Lecz  jeżeli  to  zrobimy,  wpadniemy  w  pułapkę.  Targi  będzie  na  nas 
czekał,  przygotuje  zasadzki  i  zgromadzi  siły,  żeby  nas  pokonać.  Już  wyczarował 
labirynt,  przez  który  nie  przeniknie  żadna  myśl.  Postara  się  też  zawładnąć  naszymi 
ciałami  albo  tym,  co  najbardziej  pragnie  kontrolować  –  naszymi  umysłami.  Wyższe 
Moce  prowadzą  własną  grę,  przyjacielu.  Jej  wynik  równie  dobrze  może  okazać  się  dla 
nas  korzystny,  jak  i  niekorzystny.  To  ostatnie  wydaje  mi  się  nawet  bardziej 
prawdopodobne. 
– Poprzednio, po śmierci ciała Targiego – rozmyślał głośno władca HaHarc – jego jaźń 
pozostała uwięziona tam, gdzie ją ukrył. Dobrze to pamiętam. – Poruszył lekko toporem 
i  ciągnął:  –  Jak  ci  się  zdaje,  dlaczego  trzymał  mnie  żywego  w  lodowej  kolumnie? 
Potrzebował  ciała,  ale  Thasowie  w  jakiś  sposób  go  zawiedli.  Może  dlatego  porwali  z 
waszej Zielonej Doliny dziewczynę władającą Mocą Czarodziejską. Chcieli zrobić z niej 
narzędzie, które miało umożliwić im realizację tego, czego sami nie mogli zrobić. 
Żywo tkwił mi w pamięci obraz, który Tsali i ja widzieliśmy w thaskiej grocie: Crytha, 
najwyraźniej pod wpływem czarów, odprawiała jakieś obrzędy przed lodową kolumną. 
Czy... czy to było częścią transferu, o którym Uruk mówił teraz otwarcie? 
Pomyślałem  też  o  niesamowitych  korzeniach  posłusznych  mieszkańcom  podziemi,  o 
mroku  zalegającym  w  ich  siedzibach  i  o  tym,  że  nie  mieliśmy  przewodnika.  Z  drugiej 
jednak  strony,  byłem  głęboko  przekonany,  że  mój  towarzysz  ma  rację  –  musimy  zabić 
Targiego  w  tej  lub  innej  epoce.  Wyglądało  na  to,  iż  los  wyznaczył  nam  bardzo  daleką 
przeszłość. 
Pomyślałem o swoim obandażowanym przegubie; wprawdzie mogłem  trzymać Lodowy 
Jęzor w świeżo wyleczonej dłoni, ale była to lewa dłoń, w boju zaś nie byłem dwuręczny. 
W razie ataku na pewno stanę się zawadą. W każdym razie mój miecz, jak sam się o tym 
przekonałem, doskonale nadawał się do walki z Thasami. 

background image

 

47

–  Kiedy  wyruszymy?  I  dokąd?  –  Mój  własny  głos  wydał  mi  się  zmęczony.  To  pytanie 
zadał Yonan, który wiedział tak mało i nie miał o sobie najlepszego mniemania. 
–  Wyruszymy  zaraz  –  odparł  Uruk.  –  A  Lodowy  Jęzor  odnajdzie  wejście  do  każdego 
thaskiego  legowiska.  Jeśli  dobrze  pamiętam,  to  Thasowie  obecnie  drążą  okoliczne 
wzgórza.  Może  starają  się  osłabić  podziemne  fundamenty  HaHarc,  żeby  zniszczyć 
miasto? 
Na  pewno  miał  rację.  Przypomniałem  sobie  przelotnie  dawną  legendę  o  tym,  że  ktoś  – 
lub  coś  –  zagrał  na  piszczałce  i  mury  HaHarc  zawaliły  się  w  odpowiedzi.  Jeżeli  pod 
miastem istniał cały labirynt podziemnych korytarzy, naprawdę mogło tak się stać. 
Dlatego  opuściliśmy  miejsce,  gdzie  czarodziejska  mgła  przesłoniła  pole  walki. 
Odnaleźliśmy ciała naszych poległych towarzyszy i uroczyście spaliliśmy je na stosach. 
Pozbyliśmy  się  też  zwłok  sług  Ciemności  –  ale  nie  urządziliśmy  im  pogrzebu.  Wszyscy 
wiedzieliśmy, że niektórzy z Wielkich Adeptów Zła umieli wskrzeszać umarłych. Dusze 
jednak nie wracały, aby ukryć się za ich pustymi oczami. Wręcz przeciwnie, żywe trupy 
były  trudnymi  w  użyciu,  nieudolnymi  narzędziami,  które  należało  przez  cały  czas 
kontrolować. 
U  boku  Targiego,  oprócz  Wilkołaków  i  najróżniejszych  potworów,  walczyli  również 
ludzie,  tak  podobni  do  tych,  których  znałem  przez  całe  życie,  że  nigdy  bym  nie 
przypuszczał, iż sprzedali się Mocom Ciemności. 
Po usunięciu ciał poległych, na polu walki pozostało mnóstwo broni i oddział obrońców 
HaHarc właśnie ją zbierał, gdy ich  mijaliśmy,  lecz nikt nie zapytał, dokąd idziemy i  co 
zamierzamy zrobić. 
W  miękkiej  ziemi  zobaczyliśmy  ślady  wrogów,  jedne  odciśnięte  przez  kopyta,  inne  zaś 
przez na poły ludzkie, pazurzaste stopy Wilkołaków. Pozostały też tam śmierdzące rowy, 
pokryte wewnątrz śluzowatym szlamem, jakby nieznane potwory pełzały na brzuchach 
niczym gigantyczne nagie ślimaki. 
Uruk  dość  krótko  szedł  tropem  uciekinierów.  Byłem  pewny,  że  kierował  się  w  stronę 
pasma wzgórz, bardzo niskich w porównaniu z górami chroniącymi dolinę HaHarc, ale 
dostatecznie wysokich, by uznać je za punkty orientacyjne w terenie. 
Na  jednym  z  pagórków  zauważyłem  w  bladych  promieniach  słońca  trzy  wysokie 
obeliski, podobne do pni, z których dawno temu jakaś nawałnica oberwała gałęzie. Nie 
były  to  błyszczące,  niebieskie  skały,  które  chroniły  oazy  bezpieczeństwa  w  Escore,  lecz 
dziobate, nieprzyjemne dla oka głazy o barwie rdzy. 
Nie  spodobały  mi  się  te  skalne  monolity.  W  miarę  jak  się  do  nich  zbliżaliśmy,  ogarniał 
mnie  coraz  większy  niepokój  i  wstręt.  Przełknąłem  ślinę  jak  człowiek,  usiłujący 
opanować mdłości. Lodowy Jęzor, który wyciągnąłem z pochwy i niezdarnie trzymałem 
w  lewym  ręku,  nadal  płonął  blaskiem  dostrzegalnym  nawet  w  promieniach  słońca. 
Teraz,  poprzez  zaciśniętą  dłoń,  dotarło  do  mnie  jakieś  drgnienie,  coś  w  rodzaju 
ostrzeżenia. 
– Co to? – Odważyłem się przerwać milczenie. Ale Uruk ani nie spojrzał na mnie, ani się 
nie odezwał. Krocząc miarowo, bez wahania poszedł w kierunku złowieszczych kolumn. 
Lodowy  Jęzor  poruszył  mi  się  w  ręku.  Czubek  brzeszczotu  skierował  się  w  dół,  gdy 
przyśpieszyłem  kroku,  chcąc  dogonić  topornika.  Widziałem,  jak  Mądre  Kobiety 
wykrywały  wodę  lub  dawno  zakopane  w  ziemi  metalowe  przedmioty,  jak  różdżki 
obracały się bez udziału ich woli, pokazując właściwe miejsce. 
Okazało  się,  że  mój  niezwykły  oręż  zachowywał  się  podobnie.  Nie  znalazłbym  dość  sił, 
żeby  podnieść  go  do  góry  i  zwrócić  w  przeciwną  stronę.  Uruk  znów  miał  rację:  Miecz 
Przegranych Bitew stał się naszym przewodnikiem. 
Zauważyłem,  że  mój  towarzysz  ostrożnie  mija  pierwszą  kamienną  kolumnę  bacząc,  by 
nie  musnąć  ciałem,  odzieżą  czy  kolczugą  odpychającej  powierzchni.  Zatrzymał  się 

background image

 

48

dopiero przy drugim głazie. Lodowy Jęzor wskazał grunt pod moimi nogami. Musiałem 
ze  wszystkich  sił  zacisnąć  palce,  by  nie  wyrwał  mi  się  z  ręki,  gdyż  walczył,  jakby  miał 
wolną wolę i chciał się zagłębić właśnie w tym skrawku ziemi. 
Usta Uruka wykrzywił drapieżny uśmiech. 
–  A  nie  mówiłem?  –  rzekł.  –  Znaleźliśmy  to,  czego  szukaliśmy,  wejście  do  legowiska 
Thasów.  Wydaje  mi  się  jednak,  że  powinniśmy  wybrać  inną  drogę  do  kryjówki 
Targiego. Sprawdź, czy tędy nie biegnie jakiś korytarz. 
Przemogłem  jakoś  moc  miecza i w końcu odciągnąłem go od skrawka ziemi, w którym 
koniecznie  chciał  się  pogrążyć.  Uruk  minął  pierwszy  obelisk  i  wszedł  na  przeciwległe 
zbocze, a następnie cofnął się, dając mi pierwszeństwo. 
Lodowy Jęzor nadal wskazywał na ziemię i mój towarzysz roześmiał się chrapliwie. 
– Więc  tędy prowadzi. – Obejrzał się,  mierząc wzrokiem odległość od ostatniego głazu. 
Później  skinął  głową,  jakby  sobie  odpowiedział  na  nie  wypowiedziane  pytanie,  i  z  całej 
siły uderzył toporem w zbocze. 
Metalowe ostrze wbiło się głęboko w ziemię, rozrąbując darń i rozrzucając grudy ziemi 
na  wszystkie  strony.  Uruk  powtórzył  tę  czynność  jeszcze  dwukrotnie.  Za  czwartym 
razem odsłonił otwór, do którego zaczęła się sypać ziemia. 
Bardzo szybko oczyścił teren wokół jamy, tak że mogłem położyć się na brzuchu i powoli 
wsunąć do niej Lodowy Jęzor. Słońce nie docierało w głąb ziemi, ale przy blasku miecza 
stwierdziłem,  iż  nie  była  to  jaskinia,  tylko  tunel,  na  tyle  szeroki,  że  zdołamy  się  przez 
niego przecisnąć. 
Odetchnąłem  głęboko,  odpędziłem  wszelkie  wątpliwości  i  obawy,  gdyż  inaczej  nie 
odważyłbym  się  zejść  pod  ziemię.  Następnie  wziąłem  w  zęby  świecący  brzeszczot  i 
przepchnąłem się przez mały otwór do tunelu. W powietrzu unosił się znajomy mi odór 
Thasów.  Nie  zauważyłem  jednak  żadnych  śladów  świeżej  bytności  któregoś  z 
mieszkańców podziemi. Szybko ruszyłem do przodu, żeby zrobić miejsce Urukowi. 
Korytarz  podpierały  tu  i  ówdzie  grube  korzenie  tkwiące  głęboko  w  ziemi.  Dodatkowo 
wzmacniały  go  po  wtykane  gdzieniegdzie  nieregularne  odłamki  skalne.  Zapewne 
Thasowie za wszelką cenę chcieli utrzymać w porządku tę ważną dla nich arterię. 
– Tfu! – splunął Uruk. – Ależ tu śmierdzi! 
Przekonaliśmy  się,  że  ten  tunel  nie  został  zbudowany  z  myślą  o  takich  jak  my 
wędrowcach. Musieliśmy iść zgarbieni, a mimo to co jakiś czas potrącaliśmy sklepienie, 
wywołując  niewielkie  ziemne  osuwiska,  o  których  wolałem  nie  myśleć.  Uruk  znów 
prowadził, jakby dobrze wiedział, gdzie szukać Targiego. 
Kiedy  oddaliliśmy  się  od  wejścia,  jedynym  źródłem  światła  stał  się  dla  nas  Lodowy 
Jęzor. Podniosłem go do góry, tak by jego słaby blask jaśniał ponad ramieniem władcy 
HaHarc  i  oświetlał  mu  drogę.  Ziemia  pod  naszymi  nogami  była  ubita  jak  uczęszczana 
leśna ścieżka i wszędzie utrzymywał się wstrętny smród Thasów. 
Niebawem  dotarliśmy  do  miejsca,  gdzie  podziemny  korytarz  kończył  się  podobnym  do 
studni otworem o przysypanych ziemią brzegach. Uruk ukląkł i obmacał jego wnętrze. 
–  Są  tam  zagłębienia  do  wspinaczki  –  szepnął  cicho.  –  Dość  płytkie,  ale  myślę,  że 
zdołamy się na nich utrzymać. 
Przewiesił topór przez ramię i ostrożnie wszedł do ciemnego otworu. Sam zaczekałem na 
szept  władcy  HaHarc,  zanim  odważyłem  się  opuścić  w  głąb  i  poszukać  oparcia  dla 
kończyn. 
W  dół,  w  dół,  w  dół  –  najpierw  rozbolały  mnie  szczęki  zaciśnięte  na  brzeszczocie,  a 
potem całe ciało. Wydawało mi się, że będziemy tak schodzić bez końca. Obawiałem się, 
iż zacznę się dusić od wszechobecnego smrodu, zwymiotuję ostatni posiłek i wypuszczę z 
zębów Lodowy Jęzor. Nie poddałem się jednak zwątpieniu i cały mój świat ograniczył się 

background image

 

49

do  dwóch  czynności:  trzymania  w  pogotowiu  czarodziejskiego  oręża  i  poszukiwania 
kolejnego zagłębienia w ścianie szybu. 
Wędrówka  zabrała  nam  sporo  czasu,  lecz  może  dla  kogoś  spokojniejszego  niż  my  nie 
byłby  to  żaden  wyczyn.  W  każdym  razie  bardzo  się  ucieszyłem,  gdy  usłyszałem 
ostrzeżenie  Uruka  i  ponownie  poczułem  pod  stopami  twardą  powierzchnię,  na  której 
mogłem wygodnie stanąć. 
W  ścianach  nowego  korytarza  znajdowało  się  więcej  skał  przytrzymywanych 
dźwigarami  z  korzeni.  Skalne  odłamki  poddano  prymitywnej  obróbce,  usuwając 
największe naturalne występy. Już nie musieliśmy schodzić szybem w dół, bo sam tunel 
biegł coraz bardziej ukośnie. Idąc nim, szybko oddalaliśmy się od powierzchni ziemi. 
– Zaczekaj! – rozkazał Uruk. Posłuchałem, chociaż to ostrzeżenie było zbędne. Tolar we 
mnie jeszcze nie umarł i wyczułem obecność zła tak mocno, że instynktownie podniosłem 
rękę  trzymającą  w  pogotowiu  Lodowy  Jęzor.  Drogę  zagrodziły  nam  wijące  się  macki, 
przypominające  mgłę,  za  którą  Targi  ukrył  swoją  armię.  Ale  tutaj  zielonkawe  światło 
było  częścią  ich  natury  i  przywodziło  na  myśl  daleko  zaawansowany  proces  rozkładu. 
Buchnął stamtąd smród jeszcze wstrętniejszy niż odór Thasów. 
  

 
Zielonkawa  mgła  wydała  mi  się  złowroga,  zaskoczył  mnie  więc  głośny  śmiech  Uruka. 
Lecz mój towarzysz przez chwilę pogardliwie obserwował, jak mgliste odnogi wydłużyły 
się,  biegając  ku  nam,  niczym  macki  morskich  potworów,  które  Sulkarczycy  spotykali 
daleko na południu, a potem zaczął cicho śpiewać. 
Zobaczyłem jego słowa. Nie wiedziałem, jakie rzucił czary. Z jego ust wypłynął strumień 
iskier, które skupiły się w dobrze widoczną w mroku świecącą chmurę. Uruk ruszył bez 
wahania do przodu i z konieczności poszedłem za nim. 
Niebieskie  iskry  dotknęły  jednej  z  macek.  Oślepił  mnie  błysk.  Zielonkawa  mgła 
natychmiast cofnęła się do nieprzejrzystego jądra, które szybko pociemniało, wciągając 
w siebie coraz więcej dziwnej substancji. 
Teraz  miejsce  mgły  zajął  falujący  kształt.  Wydawało  się,  iż  nie  może  się  zdecydować, 
jaką konkretnie przybrać postać. Uderzyła w nas niewidzialna fala groźby i nienawiści. 
Jeśli  wróg  uważał,  że  łatwo  nas  pokona,  wnet  przekonał  się  o  swojej  pomyłce.  Kiedy 
opadł na skalne podłoże i popełzł ku nam, niebieskawa chmura iskier z ust śpiewającego 
Uruka też popełzła mu naprzeciw. 
–  Hej,  Targi!  –  Uruk  przestał  śpiewać  i  głośno  rzucił  wyzwanie  przeciwnikowi.  – 
Czyżbyś  już  uważał  mnie  za  swoją  zabawkę?  Łupacza  Hełmów  –  po  raz  pierwszy 
wymienił  nazwę  swojej  broni  –  nie  wykuły  ze  stali  ludzkie  ręce.  Powinieneś  o  tym 
wiedzieć. 
Zielonkawa mgła zniknęła. Uruk skinął głową. 
– Musi być wstrząśnięty – powiedział z namysłem. – Targi, tak jak ja, nie jest Wielkim 
Adeptem. Przypuszczam jednak, iż wyobrażał sobie, że Moce Ciemności są mu bardziej 
posłuszne.  –  Potem  zwrócił  się  do  mnie  i  zapytał  ostrzejszym  tonem:  –  Jak  umarł...  w 
epoce, którą obaj znamy? 
Sięgnąłem do pamięci Tolara. Czy Tolar widział śmierć Targiego? A może powiedziano 
mu  o  niej,  zanim  śmiertelna  rana  zmusiła  go  do  opuszczenia  pola  walki? 
Odpowiedziałem  niepewnie,  z  wahaniem,  bo  obrazy  w  moim  umyśle  były  bardzo 
niewyraźne i dalekie. 
– Zginął od topora. Żołnierze podnieśli krzyk, gdy znaleźli jego ciało – tyle pamiętam. 
–  Od  topora  –  powtórzył  mój  towarzysz.  –  Jeśli  tak...  Wiedziałem,  co  go  zaniepokoiło. 
Jeżeli  to  jego  Łupacz  Hełmów  tak  rozprawił  się  z  Targim,  ponowna  śmierć  sługi 

background image

 

50

Ciemności nic nam nie da. Chyba że odnajdziemy również jądro jego mocy, gdzie Targi, 
albo to, co z niego pozostało, mógł znaleźć bezpieczne schronienie. 
–  Będzie  się  starał  powtórzyć  ten  sam  ciąg  wydarzeń  –  Uruk  mówił  jak  do  siebie.  –  A 
zatem... 
W  tunelu  przed  nami  zalegał  mrok.  Zielonkawy,  mglisty  stwór  znikł  jak  zdmuchnięty. 
Za to z ciemności wypełzły żywe korzenie Thasów. Niektóre nawet wiły się na skalnym 
podłożu, żeby łatwiej i mocniej skrępować nam nogi. Uruk zamachnął się toporem, a ja 
wcale  nie  musiałem  trzymać  Lodowego  Jęzora  w  prawej  ręce,  żeby  poradzić  sobie  z 
napastnikami. 
W  półmroku  dokonaliśmy  prawdziwej  rzezi.  Oparłszy  się  plecami  o  ścianę  tunelu, 
zadawaliśmy  śmiertelne  ciosy  ożywionym  sznurom  i  postępującym  w  ślad  za  nimi 
Thasom.  Mój  miecz  warczał  jak  wilk,  zanim  rzuci  się  do  gardła  ofierze.  A  chociaż 
Łupacz  Hełmów  nie  wydawał  żadnych  dźwięków,  świst  powietrza  rozcinanego 
podwójnym ostrzem przypominał śpiew. 
–  Skończmy  z  nimi  teraz!  –  rozkazał  Uruk  przekrzykując  bitewny  zgiełk.  –  Targi 
poświęcił  ich,  żeby  zyskać  na  czasie.  Nie  możemy  do  tego  dopuścić.  Myśli,  że  będzie 
bezpieczny w swojej kryjówce. Musimy do niego dotrzeć, nim zamknie ją czar. 
Rzuciliśmy się do ataku. Omal nie ogłuchłem  w ciasnym korytarzu, gdy mój towarzysz 
wzniósł  starożytny  okrzyk  bojowy  z  HaHarc.  A  czarodziejski  miecz  i  topór  żywym 
ogniem płonęły nam w dłoniach. 
Thasowie upadli na duchu. Od dawna wiedziałem, że tylko w ciemności czuli się pewnie. 
Śmierć  towarzyszy,  którzy  w  większości  zginęli  z  ręki  Uruka,  odebrała  im  chęć  do 
dalszej walki. Nigdy się nie dowiedzieliśmy, czy Targi zdjął z nich geas. W każdym razie 
cofnęli się przed nami i wzięli nogi za pas. Jedni pobiegli do przodu i zniknęli w lewym 
odgałęzieniu tunelu, inni zaś uciekli do majaczącego w tyle prawego korytarza. 
Władca  HaHarc  nie  tracił  czasu.  Wprawdzie  nie  biegł  w  półmroku,  ale  kroczył  tak 
szybko, jak mu na to pozwalało niskie sklepienie tunelu i nieznany teren. Szedłem tuż za 
nim, często spoglądając przez ramię, czy nas nie ścigają. 
W mojej epoce Thasowie zatruwali swoją broń. Lecz na grotach krótkich włóczni, które 
teraz  nadeptywaliśmy  –  niekiedy  zaciśniętych  w  martwych  dłoniach  –  nie  zauważyłem 
charakterystycznego odbarwienia. Przynajmniej w tym los nam sprzyjał. 
Dotarliśmy do rozwidlenia podziemnej arterii, później zaś do następnego i następnego. I 
za każdym razem Uruk bez wahania skręcał w prawo lub w lewo. Nie pytałem go o nic, 
ufałem, że wie, dokąd idzie. 
W  ten  sposób  doszliśmy  do  jednej  z  pieczar,  do  których  niegdyś  wyprawiłem  się  z 
Tsalim.  A  nawet  jeśli  do  innej,  to  tak  podobnej,  że  nie  odróżniłby  ich  żaden  człowiek. 
Stalagmity  zaiskrzyły  się  tęczowo  w  blasku  Lodowego  Jęzora.  Ja  na  pewno  straciłbym 
orientację  wśród  wielkiej  liczby  i  różnorodności  tych  skalnych  tworów,  lecz  mój 
towarzysz  ani  nie  przystanął,  ani nie  szukał  przejścia.  Zobaczyłem,  że  Łupacz  Hełmów 
zakołysał  się  lekko  w  jego  ręku;  może  działał  teraz  tak  jak  igły,  które  Sulkarczycy 
trzymają w specjalnych misach, żeby wskazywały im drogę na morzu. 
I  tak  w  końcu  znaleźliśmy  poszukiwany  otwór  w  ścianie  tunelu,  szczelinę,  którą  łatwo 
mógłbym  przeoczyć,  gdyż  najpierw  należało  ostrożnie  przecisnąć  się  obok  dużego 
występu  skalnego.  Czekał  za  nią  następny  podziemny  korytarz  o  starannie 
wygładzonych  ścianach.  Widniały  na  nich  rzędy  nieznanych  run  –  emanował  od  nich 
chłód,  który  przenikał  do  ludzkiego  serca,  budząc  niepokój  i  rozpacz.  Tylko  ciepła 
rękojeść  miecza, który  ściskałem w pokrytej bliznami lewej ręce, pomogła  mi odeprzeć 
ten podstępny atak. 
Uruk zwolnił kroku. Trzymał wysoko głowę, bo ten korytarz nie miał ulubionych przez 
Thasów rozmiarów. Wykuli go ludzie lub istoty człekokształtne. 

background image

 

51

–  Teraz...  –  szepnął  do  mnie  władca  HaHarc.  –  Teraz  zwyciężymy,  albo  przegramy, 
Yonanie-który-byłeś-Tolarem,  ponieważ  poszliśmy  tropem  Targiego  do  miejsca,  gdzie, 
jego  zdaniem,  nigdy  nie  mógłby  dotrzeć  zrodzony  w  Świetle  człowiek.  Osaczony,  rzuci 
przeciw nam wszystkie swoje siły... 
Ledwie  Uruk  wypowiedział  to  ostatnie  słowo,  gdy  zaatakował  nas  niewidzialny  wróg. 
Zachwiałem  się  na  nogach  i  cofnąłem  aż  do  ukrytego  wejścia.  Wydało  mi  się,  że 
olbrzymia  ręka  uderzyła  mnie  w  pierś  i  odrzuciła  wstecz.  Zacząłem  bezładnie  siec 
powietrze  Lodowym  Jęzorem.  Nic  nie  widziałem,  czułem  tylko,  że  jeśli  nie  podejmę 
walki, przegram i stanę się więźniem. 
Władca  HaHarc  również  się  cofnął,  lecz  tylko  o  krok  lub  dwa.  Pochylił  się  lekko  i 
rozstawił  nogi,  jakby  zdecydował,  że  nic  go  nie  zmusi  do  odwrotu.  Próbowałem 
naśladować  jego  postawę,  co  więcej,  starałem  się  do  niego  przyłączyć.  Niewidzialny 
napór trwał. Nie zdołałem przesunąć się do przodu nawet na jedną długość dłoni, wręcz 
przeciwnie, cofnąłem się o dwie. Zawrzał we mnie głuchy gniew, jakiego nigdy dotąd nie 
znałem, gniew Tolara przemieszany z rozpaczą. Tolar... jeszcze raz zwróciłem się do tej 
ukrytej cząstki mojej osobowości, którą obudził Lodowy Jęzor. 
Tymczasem  Uruk  parł  do  przodu,  mimo  że  zdawał  się  brodzić  w  grząskim  błocie. 
Wprawdzie  posuwał  się  drobnymi  krokami,  ale  nie  zawracał.  Otarłem  się  ramieniem  o 
skałę, przełożyłem miecz do prawej ręki, a palce lewej zagłębiłem w wykutych w ścianie 
runach.  To  słabe  oparcie  sprawiło,  że  znów  ruszyłem  do  przodu  powoli,  nieustępliwie, 
zupełnie jak Uruk. 
Może jego najstarszy wróg nie potrafił tak łatwo rozdzielić swoich sił i dlatego nie był w 
stanie walczyć z nami dwoma jednocześnie. Tak czy inaczej, coraz bardziej zbliżaliśmy 
się do jego kryjówki. Misiurka odczepiła mi się od hełmu, dyszałem ciężko, koncentrując 
się na zaciekłej walce o każdy krok. 
Uruk  lepiej  sobie  radził  –  i  zaszedł  dalej  ode  mnie.  Jego  oczy  płonęły  pod  ozdobnym 
hełmem. 
I  chociaż  wszystko  zdawało  się  wiecznością,  a  niewidzialna  siła  nie  osłabiła  nacisku,  w 
końcu  przebyliśmy  podziemny  korytarz.  Z  trudem  chwytałem  powietrze  i  serce  waliło 
mi jak młotem. Naprzód... naprzód! 
Siłowa  zapora  zniknęła  równie  szybko  jak  przedtem  zielonkawa  mgła.  Straciwszy 
równowagę,  przykląkłem,  bo  nacisk  ustał  pomiędzy  jednym  tchnieniem  a  drugim. 
Zobaczyłem,  że  Uruk  zachwiał  się  i  cofnął,  lecz  tylko  o  krok.  Trzymając  przed  sobą 
wielki topór, zaczął biec. Zrobiłem to samo i wkrótce się z nim zrównałem. 
Zatrzymaliśmy  się  w  pieczarze  wypełnionej  szarozieloną  poświatą,  która,  jak  to  od 
dawna  wiedziałem,  zazwyczaj  oznaczała  silny  ośrodek  Ciemnych  Mocy.  Nie  było  tam 
stalagmitów,  tylko  kamienne  kolumny,  którym  nadano  przerażające  formy  potworów i 
ludzi.  Ci  ostatni  poddawani  byli  niewiarygodnym  torturom,  od  których  nie  uwolni  ich 
nawet koniec świata. 
Uruk poszedł szeroką nawą między kolumnami – na które nie chciałem spojrzeć po raz 
drugi, gdyż budziły we mnie paniczny strach – prosto do centralnej części niesamowitej 
jaskini. 
Mogła  to  być  jakaś  świątynia.  Nie  miałem  jednak  najmniejszych  wątpliwości,  że  bez 
względu na to, jakiego boga lub moc tutaj czczono, nie zbudowali jej wierni należący do 
mojego  gatunku.  Ohydne  filary  utworzyły  krąg,  w  którego  środku,  na  rdzawej 
półkolumnie, spoczywała kryształowa czaszka. 
U jej podnóża leżał skulony mężczyzna, którego widziałem na polu walki – Targi. Jego 
szeroko  otwarte  oczy  zdawały  się  wpatrywać  w  dal,  a  ciało  sflaczało  jak  u  świeżego 
trupa. 
A w czaszce z kryształu...! 

background image

 

52

Nie mogłem oderwać wzroku od kłębowiska jaskrawych barw; już od samego patrzenia 
na  nie  rozbolały  mnie  oczy.  Kolory  wytrysnęły,  splotły  się  we  wzory,  które...  które  coś 
znaczyły.  Wystarczy,  iż  nieco  dłużej  zatrzymam  na  nich  spojrzenie,  a  wszystko 
zrozumiem.  Był  to  mój  najwspanialszy  wyczyn...  zostanę  wyniesiony  ponad  wszystkich 
moich współplemieńców... będę rządził... rządził! 
Zobaczyłem, że Uruk przekroczył martwe ciało i podniósł topór. Uruk... chce zniszczyć... 
on... to on był moim wrogiem w tym miejscu! Zabij... zabij...! 
Zadałem  słaby  cios  tylko  dlatego,  że  przeszkodził  mi  w  tym  złamany  przegub.  Lodowy 
Jęzor zgrzytnął na kolczudze osłaniającej ramię władcy HaHarc. Ale i tego wystarczyło, 
by zmienić kąt uderzenia topora, który rąbnął w rdzawy postument. 
Kryształowa  czaszka  zakołysała  się  na  swojej  grzędzie,  a  barwy  w  jej  wnętrzu 
zawirowały szybciej w szalonym tańcu. Impet niecelnego uderzenia omal nie wytrącił mi 
miecza z ręki. 
Uruk... był niebezpieczny! Dopóki żył... dopóki żył... 
Mój towarzysz zwrócił na mnie płonące oczy. 
„Pozwól  mi,  przyjacielu...”  –  Jego  donośny  głos  wybuchł  mi  w  mózgu  fontanną  bólu.  – 
Możemy go wykończyć... razem. 
Uruk znów podniósł swój czarodziejski topór. Pokona mnie bez trudu, nawet jeśli będę 
walczył Lodowym Jęzorem... 
„Pchnij nisko – ponaglił mnie ktoś inny. – Pod pachą jest słabe miejsce – pchnij w serce! 
A potem...” 
„Yonanie!” 
Zachwiałem  się  i  krzyknąłem  przeraźliwie,  podnosząc  rękę  do  głowy,  która  pękała  z 
bólu. Miecz zaciążył mi w palcach, zwrócony czubkiem ku kamiennej posadzce świątyni 
Zła. 
„Yonanie!” – powtórzył znajomy głos. 
„Pchnij...  teraz!”  –  rozkazał  napastnik  wdzierający  się  do  mojego  umysłu.  Z  trudem 
zrozumiałem, lub odgadłem, co się dzieje... 
Podniosłem  miecz  i  opuściłem  go,  a  raczej  spadł  sam  siłą  bezwładu;  byłem  już  bardzo 
zmęczony. Lodowy Jęzor trafił prosto w szczyt kryształowej czaszki. 
A wtedy tak potworny ból przeszył mi mózg, że odrzuciłem od siebie miecz, padłem na 
kolana i z jękiem złapałem się za głowę. 
Nie  widziałem,  jak  Uruk  ponownie  uniósł  swój  topór,  ale  usłyszałem  szczęk,  z  jakim 
jedno  z  ostrzy  uderzyło  w  niesamowitą  czaszkę,  rozłupując  ją  i  rozbijając.  W  mojej 
głowie podniósł się dziki wrzask... oszaleję... stwór, który próbował mną zawładnąć, na 
pewno  do  tego  doprowadzi.  Bełkocząc  coś  bez  związku,  osunąłem  się  na  kamienną 
posadzkę.  Czułem  na  policzku  chłód  kamienia,  a  wokół  mnie  wirowało  kłębowisko 
jaskrawych świateł, zbliżających się coraz bliżej. 
Lecz jeszcze zanim Tolar przejął kontrolę nad moim ciałem, niewielka cząstka Yonana 
zdążyła  się  ukryć  w  jakichś  zakamarkach  mózgu.  A  potem  (nigdy  się  nie  dowiem,  jak 
długo  walczyłem  z  wolą  Targiego)  ten  szczątek  młodzieńca  ze  Starej  Rasy,  którym 
kiedyś  byłem,  musiał  opuścić  tę  kryjówkę,  by  się  ratować.  Ciało  miałem  zesztywniałe  i 
drżałem z zimna, lecz nadal żyłem, a Targi już mnie nie więził. Skupiłem resztki woli na 
jednym  pragnieniu:  chciałem  poruszyć  ręką  –  głównie  po  to,  aby  udowodnić  sobie 
samemu, iż mogę to zrobić. Później, choć każdy ruch sprawiał mi ból, usiadłem. 
Otaczało  mnie  złowieszcze  ciemnoszare  światło,  ale  było  ono  zaledwie  cieniem  dawnej 
groźby.  W  zasięgu  ręki  leżał  Uruk,  dalej  zaś,  tam  gdzie  wcześniej  zobaczyliśmy  ciało, 
które odrzucił Targi... 
Czy te drobne fragmenty kości, czy te popioły, naprawdę kiedyś były człowiekiem albo 
istotą  człekokształtną?  Z  kryształowej  czaszki,  która  królowała  w  tej  świątyni  i 

background image

 

53

usiłowała nami zawładnąć, nie pozostał nawet najmniejszy odłamek. Jednak zobaczyłem 
tam jeszcze coś – pozbawioną brzeszczotu rękojeść miecza, brudnoszarą jak otaczająca 
nas poświata. 
Podczołgałem  się  do  Uruka.  Czarodziejski  topór  nie  zmienił  się  tak  jak  mój  miecz, 
nietknięty leżał pod ręką swego pana. Poszukałem pulsu na szyi Uruka. Mój towarzysz 
żył.  Po  omacku  wyciągnąłem  zza  pasa  manierkę,  oparłem  głowę  nieprzytomnego 
mężczyzny  na  swoim  ramieniu  i  ostrożnie  wlałem  mu  nieco  wody  do  ust.  Przełknął  ją, 
zakaszlał i otworzył oczy. 
Przez chwilę patrzył na mnie jak na obcego, a potem... 
– Tolar...? – zapytał z wahaniem. 
Potrząsnąłem  przecząco  głową.  Odstawiłem  butlę  z  wodą  i  podsunąłem  mu  pod  oczy 
rękojeść mojego miecza. 
– Jestem Yonanem, tak jak wtedy, gdy mnie przywołałeś. 
Na jego ustach zaigrał lekki uśmiech. 
– I wróciłeś, żeby uratować nas obu. Bo chociaż Targi był potężnym czarownikiem, nie 
mógł  kontrolować  nie  narodzonego.  Więc  Lodowy  Jęzor  cię  opuścił.  Zastanawiam  się, 
czy tym razem na dobre? 
– Myślę, że na dobre – odparłem ze śmiechem. – Skończyłem ze złowróżbnymi mieczami 
i starożytnymi bitwami, przegranymi czy zwycięskimi. Przyszłość będzie taka, jaką sam 
ją uczynię! 
Nagle coś mnie tknęło: czy nadal przebywaliśmy w przeszłości? Tylko szczątki Targiego 
mogły utwierdzić mnie w nadziei, że uwolniliśmy się od wędrówek w czasie. 
Uruk powiódł spojrzeniem za moim wzrokiem i dodał w myśli: 
–  Przypuszczam,  że  teraz  znajdujemy  się  w  twojej  epoce,  Yonanie-który-byłeś-kimś-
jeszcze.  W  każdym  razie  Targi  nie  żyje  i  wybuch  jego  mocy  mógł  nas  wysłać  w 
przyszłość.  Jeśli  to  prawda,  nadal  jesteśmy  potrzebni  w  Escore.  Czy  postaramy  się  to 
udowodnić? 
Rękojeść Lodowego Jęzora była martwa. Wyczułem, że już nigdy nie odegra żadnej roli 
w  ludzkich  planach  i  działaniach.  Położyłem  ją  na  szerokim  stopniu  podtrzymującym 
kolumnę,  na  której  spoczywała  kiedyś  kryształowa  czaszka.  Targi  próbował  się  mną 
posłużyć, ale mu się to nie udało. I to właśnie było niewidzialne trofeum, które zdobyłem 
w  pamiętnej  walce,  trofeum,  którego  poza  mną  nie  zobaczy  żaden  człowiek.  Nie  byłem 
Tolarem, lecz coś z niego na zawsze we mnie pozostanie, cyzelując i doskonaląc nowego 
Yonana  jak  ręka  mistrza  rzeźbę  ucznia.  Nie  mogłem  temu  zaprzeczyć  –  i  wcale  nie 
chciałem. Na przekór  wszystkiemu pozostałem Yonanem i nie zamierzałem  ani tego się 
wyrzec, ani o tym zapomnieć. Możliwe, że istotnie czas, jak morska fala, przeniósł nas z 
przeszłości  w  przyszłość.  Jeśli  tak  się  stało,  czekały  nas  inne  miecze  i  inne  bitwy,  mnie 
zaś  –  nowe  życie,  do  którego  muszę  się  przystosować  ostrożniej  i  z  głębszym 
zrozumieniem  siebie  samego,  niż  dane  jest  większości  ludzi.  „Czas  był,  czas  jest  i  czas 
będzie...”  –  powiedział  Uruk.  –  Nie,  nie  powiedział,  ale  odebrałem  jego  myśl.  Ogarnęła 
mnie  radość. To właśnie Tolarowi zawdzięczałem ów dodatkowy zmysł, którego  mi tak 
bardzo brakowało. Wstałem i wyciągnąłem rękę do siedzącego jeszcze przyjaciela. 
„Czas będzie” – słowa te zadźwięczały w moim umyśle, budząc niecierpliwość i nadzieję. 
Lodowy Jęzor już mną nie kierował, a czekało na mnie całe Escore. 
  

Miecz zrodzony z cienia 


 
Noc  była  bardzo  cicha,  a  jednak  wydawało  mi  się,  że  tuż  poza  zasięgiem  moich  oczu  i 
uszu wyczuwam jakiś ruch. Mocniej przycisnęłam do piersi złożone dłonie, odetchnęłam 

background image

 

54

powoli  i  głęboko,  przywołując  nie  tylko  odwagę,  lecz  także  ową  dziwną  część  mojego 
umysłu,  której  nigdy  nie  rozumiałam.  Jeszcze  w  dzieciństwie  niejasno  zdawałam  sobie 
sprawę,  że  wrodzone  zdolności  mogą  całkowicie  odmienić  dla  mnie  świat  –  jeżeli  tylko 
nauczę  się  nimi  posługiwać.  Wtedy  jednak  nie  znałam  nikogo,  kto  mógłby  mnie 
wtajemniczyć; musiałam polegać wyłącznie na omylnym instynkcie. 
Spojrzałam  na  swoje  kurczowo  zaciśnięte  dłonie.  Widziałam  je  lepiące  się  od  gliny  i... 
Nie,  nie  będę  o  tym  myśleć.  Przecież  zbyt  żywe  wspomnienia  mogą  otworzyć  drzwi  – 
podobne  do  Bram  Dawnego  Ludu,  których  zawsze  należało  się  obawiać  –  krążącym 
wokół wrogom. Wiedziałam, że wrogowie są, wyczuwałam ich obecność. 
A  przecież  otaczali  mnie  życzliwi  ludzie,  z  których  każdy  pragnął  wznieść  wokół  mnie 
taką barierę ochronną, której lękają się słudzy Ciemności. To we mnie kryła się skaza. 
Nie  wiedziałam,  jak  jest  niebezpieczna  i  jak  głęboka,  i  za  dnia  ta  myśl  nie  dawała  mi 
spokoju.  W  nocy  zaś  dręczyły  mnie  koszmarne  sny,  czasami  tak  straszne,  że  budziłam 
się z trudem łapiąc oddech i, drżąc cała, zastanawiałam się, co mogłam zrobić w czasie, 
kiedy moja świadomość nie kontrolowała ciała. 
To  przekleństwo  ciąży  na  wielu  kobietach  z  mojej  rasy.  Większość  z  nich  uważa  je  za 
błogosławieństwo,  ale  ja  jestem  innego  zdania.  W  Estcarpie  obdarzone  talentem 
dziewczynki  są  wcześnie  poddawane  testom  i  otrzymują  odpowiednie  wykształcenie, 
ucząc  się  konstruować  różnorakie  zabezpieczenia  niezbędne  wtedy,  gdy  ma  się  do 
czynienia z Mocą – nawet jeśli jest to przelotny kontakt. 
Lecz  ja  urodziłam  się  w  czasach  chaosu;  moi  współplemieńcy  uciekli  z  Karstenu  przez 
góry  graniczne.  Byli  niedobitkami  bardzo  starej  rasy,  którą  władca  tego  kraju  wyjął 
spod prawa. Zresztą, nawet gdyby pozostawiono nas w spokoju, to i tak nie zdołałabym 
rozwinąć swoich niezrozumiałych zdolności, ponieważ w Karstenie nie było Czarownic, 
które  wyszukiwałyby  i  szkoliły  swe  następczynie.  A  żyjące  wśród  nas  Mądre  Kobiety 
władały  jedynie  cząstką  talentu  i  nie  przywoływały  Wielkich  Mocy,  tylko  pomniejsze 
siły. 
Byłam siostrzenicą pani Chriswithy i jej przybraną córką. Ciotka wychowywała mnie po 
śmierci  mojej  matki,  która  umarła  ze  zgryzoty,  gdyż  nie  wyobrażała  sobie  życia  bez 
ukochanego  małżonka;  mój  ojciec  osłaniał  jej  ucieczkę  i  zginął  w  walce  z  bandą 
karsteńskich grasantów. Powiedziano mi, iż po moim urodzeniu odwróciła się twarzą do 
ściany. Nie chciała nawet na mnie spojrzeć. 
Serce pani Chriswithy było tak wielkie, że i ja znalazłam tam swoje miejsce. Zresztą nie 
tylko mnie zastępowała matkę w tych burzliwych czasach. Wychowywała też Yonana, w 
którego żyłach płynęła w równej części krew Starej Rasy i sulkarskich żeglarzy, syna jej 
serdecznej  przyjaciółki.  Pani  Chriswitha  urodziła  swemu  małżonkowi  troje  dzieci: 
Imhara, jego dziedzica, oraz dwie córki, panie Dalhis i Meegan, znacznie od nas starsze, 
które w młodym wieku wydano za mąż za wasali pana Hervona. Ale ja byłam inna niż 
wszyscy... 
Początkowo  sądzono,  że  mam  tylko  wrodzony  dar  uzdrawiania,  ponieważ  patrząc  na 
człowieka czy na zwierzę, w jakiś sposób widziałam choroby, które ich nękały. Umiałam 
też  porozumiewać  się  ze  zwierzętami,  tak  że  z  czasem  nie  mogłam  jeść  mięsa,  ani  –  co 
zachowałam już wyłącznie dla siebie – życzyć myśliwym pomyślnych łowów. 
Kiedy  Czarownice  z  Estcarpu  dokonały  swego  ostatniego  i  największego  wyczynu,  siłą 
woli ruszając z posad góry i odgradzając swój kraj od Karstenu, wydawało się, że czeka 
nas  nowe,  spokojne  życie.  Pamiętałam  tylko  wojnę  i  dziwnie  się  czułam  na  myśl  o 
pokoju. 
Nieraz  zastanawiałam  się,  jak  będą  żyć  ludzie  tacy  jak  Imhar,  urodzony  wojownik. 
Potrafił  jedynie  walczyć  i  bez  wątpienia  nic  innego  go  nie  obchodziło.  Tak  mało  go 

background image

 

55

znałam, chociaż miał zostać moim małżonkiem i zacieśnić więzy łączące nasz klan. Myślę 
jednak, iż niewiele to dla niego znaczyło, we mnie zaś tylko budziło niepokój. 
Yonan był mi bliższy od Imhara. Pochodził z dwóch ras, które od wieków zajmowały się 
żołnierskim rzemiosłem – a przecież żadnej z nich pod tym względem nie przypominał. 
Uparcie ćwiczył szermierkę, strzelanie do celu z pistoletu strzałkowego, słowem – starał 
się  nauczyć  wszystkiego,  czego  wymagano  od  mężczyzny  w  tamtych  czasach.  Lecz  ze 
mną  rozmawiał  o  czym  innym,  o  zasłyszanych  dawnych  legendach  i  dziwnych 
opowieściach.  Może  mógłby  zostać  Kowaczem  Pieśni,  ale  szybciej  przyswoił  sobie 
wszystkie inne umiejętności niż grę na podręcznej harfie. Wydawało się, że to połączenie 
ras w jakiś sposób zniekształciło albo wręcz pomniejszyło zadatki na człowieka, którym 
miał się stać. 
Czasami  zadawałam  sobie  pytanie,  jakie  byłyby  nasze  losy,  gdybyśmy  pozostali  w 
Estcarpie. Czy w końcu poślubiłabym Imhara i nigdy bym nie poznała ukrytej we mnie 
mocy?  I  czy  znalazłabym  szczęście  w  niewiedzy?  Niekiedy  serce  mówi  mi,  że  tak.  Lecz 
zaraz inna cząstka mojej istoty gwałtownie temu zaprzecza. 
Stało  się  inaczej.  Gdy  rozpoczęliśmy  budowę  zamku  dla  naszego klanu,  przybył  do nas 
ze wschodu pewien młodzieniec. Tak bardzo przejęliśmy się jego opowieścią o ojczyźnie 
naszych przodków, że prawie bez namysłu ruszyliśmy nie tylko w nieznane, ale – jak się 
okazało  –  na  wojnę  straszniejszą  i  bardziej  niebezpieczną  od  wszystkiego,  co  dotąd 
znaliśmy. 
Przybyliśmy przez góry do Zielonej Doliny. Rozkwitłam tam jak przesadzony do ogrodu 
polny  kwiat,  który  dotąd  przymierał  głodem  na  jałowej  ziemi  i  usychał  z  braku  wody. 
Spotkałam  bowiem  Panią  Zielonych  Przestworzy  –  w  naszych  dawnych  legendach  nosi 
ona  wiele  imion,  lecz  w  tym  cyklu  czasu  woli  nazywać  się  Dahaun.  I  ona  sama  i  jej 
plemię, jakkolwiek podobni do ludzi, nie należą ani do naszej rasy, ani – przypuszczalnie 
–  do  tego  samego  gatunku.  Lud  Zielonych  Przestworzy  przed  wiekami  zawarł 
przymierze  z  tymi  spośród  naszych  kuzynów,  którzy  nie  zadawali  się  z  Mocami 
Ciemności. 
Kiedy Dahaun i ja po raz pierwszy spojrzałyśmy na siebie, natychmiast zrozumiałyśmy, 
że  szukamy  tej  samej  drogi.  Władczyni  leśnego  ludu  przyjęła  mnie  do  swego  domu, 
gdzie najpierw dowiedziałam się, jak wielu rzeczy muszę się nauczyć i jak niewiele będę 
mogła  z  siebie  dać,  ponieważ  wiem  tak  mało.  Byłam  niby  spragniony  wędrowiec  na 
pustyni, któremu podano dzban źródlanej wody. Lecz podobnie jak on zdawałam sobie 
sprawę,  że  muszę  pić  powoli,  łyk  za  łykiem,  gdyż  uwolniony  zbyt  nagle  talent  mógłby 
zwrócić się przeciw mnie. 
Zielona  Dolina  była  oblężoną  twierdzą  –  fortecą  Mocy  Światła  przeciw  Mocom 
Ciemności.  Albowiem  w  Escore  przed  wiekami  starożytni  adepci,  którzy  postawili  się 
ponad  prawami  Mocy  Czarodziejskiej,  wyrządzili  wiele  zła,  rozkoszując  się 
wykoślawianiem  i  deprawowaniem  natury.  Teraz  zaś  przebudzone  Zło,  choć  osłabione 
upływem czasu, gromadziło siły, by znów pustoszyć tę nieszczęsną krainę. 
Powiedziano  nam,  że  jesteśmy  bezpieczni  w  Zielonej  Dolinie,  ponieważ  chronią  ją 
potężne  runy  Światła,  których  nie  może  minąć  nic  skażonego  przez  Zło.  Mimo  to 
wszyscy mężczyźni (pospołu z tymi, którzy nie mieli ludzkiej postaci, ale służyli Światłu) 
patrolowali okolice naszej oazy, odpierając ataki sług Ciemności. 
A  potem...  Pewnego  ranka  po  przebudzeniu  zobaczyłam  swoje  ręce  lepkie  od  gliny, 
którą widziałam na brzegu rzeki płynącej przez Dolinę. Ogarnął mnie wtedy tak wielki 
niepokój i poczucie winy, jakbym zdradziecko wpuściła wrogów do zamku. Nie mogłam 
jednak  nikomu  o  tym  powiedzieć,  ani  pani  Dahaun,  ani  mojej  przybranej  matce.  Na 
szczęście nie brakowało mi zajęcia. Yonan spadł ze skały i doznał dość ciężkich obrażeń. 

background image

 

56

Na  pewno by  umarł,  gdyby  Jaszczuroludek  Tsali  nie  odnalazł  go  uwięzionego  w  jednej 
ze szczelin. 
Cieszyło mnie, że muszę leczyć jego kostkę i mam dużo pracy. Bo chociaż zaraz zmyłam 
glinę  z  rąk,  wydawało mi  się  jednak,  że  nadal  są  nią  w  jakiś  sposób zbrukane.  Dręczył 
mnie  też  niejasny  niepokój.  Trzykrotnie  próbowałam  o  tym  opowiedzieć,  przekonałam 
się jednak, że nie jestem w stanie wykrztusić nawet słowa. Odwołałam się więc do nauk 
Dahaun  –  lecz  nic  nie  wskazywało,  by  cokolwiek  mającego  związek  z  Ciemnością 
przedostało się przez nasze zapory. 
Tamtej  nocy  nie  mogłam  usnąć,  nawet  chciałam,  żeby  ktoś  przy  mnie  czuwał.  Zdałam 
sobie jednak sprawę, że nawet o to nie potrafię poprosić. 
Zasnęłam  tak  nagle,  jak  gdybym  przeszła  przez  jakieś  drzwi  I  miałam  sen  tak  samo 
żywy  i  prawdziwy  jak  przebudzenie.  Wszystko,  co  mnie  dotąd  otaczało,  wydało  mi  się 
złudzeniem w porównaniu z miejscem, w którym teraz stałam. 
Był to pałac – niepodobny do tych, które widziałam w Estcarpie.  Może tylko w samym 
Es  znajdowały  się  równie  starożytne  budowle.  Ściany  ogromnej  komnaty  ginęły  w 
mroku, ale bardzo wyraźnie widziałam wysoki rząd kolumn pokrytych płaskorzeźbami 
wyobrażającymi  potwory  z  koszmarnego  snu.  Nie  oświetlał  ich  ciepły  blask  słońca  czy 
jakiejkolwiek lampy, ale dziwna, zielonożółta poświata emanująca z upiornych filarów. 
Ktoś tam na mnie czeka... ktoś, z kim muszę się spotkać... 
Zdążając  w  nieznane  niesamowitą  nawą,  miałam  wrażenie,  że  nie  idę  normalnie,  lecz 
płynę  w  powietrzu,  nieważka  i  bezwolna,  niezdolna  do  sprzeciwu.  Nawa  kończyła  się 
kolistą przestrzenią. W samym środku stała półkolumna, na której spoczywała czaszka 
naturalnej  wielkości,  wyrzeźbiona  z  najczystszego  kryształu.  Wypełniało  ją  wirujące, 
pląsające  światło,  mieniące  się  wszystkimi  kolorami  tęczy,  które  bez  końca  to  gasły,  to 
przeistaczały się jeden w drugi. 
Stała tam też jakaś kobieta, opierająca rękę na szczycie kolumny, tuż obok kryształowej 
czaszki. Przypominała z wyglądu współplemieńców Dahaun, gdyż nieustannie zmieniała 
ubarwienie  cery  i  włosów  –  płomiennie  rude  loki  stawały  się  kasztanowate,  potem  zaś 
czarne,  a  ogorzała  twarz  przybierała  kolor  kości  słoniowej.  Nie  pochodziła  jednak  z 
Zielonej Doliny. 
Emanowała  od  niej  moc,  jakby  specjalnie  skierowana  ku  mnie.  Pomimo  ciągłych 
przemian,  rysy  jej  twarzy  zachowały  ten  sam  wyraz.  Na  pełnych  wargach  igrał 
zagadkowy uśmieszek. Zdawała się rozkoszować myślą o tajemnej wiedzy, którą z nikim 
nie zamierzała się dzielić. 
Ciało  nieznajomej  odziane  było  tylko  w  mlecznobiałą  mgłę,  która  kłębiła  się  i 
przemieszczała,  to  odsłaniając  jędrną  pierś  zwieńczoną  szkarłatną  brodawką,  to  znów 
gładkie udo i zaczątek brzucha. Jej ruchliwa szata wydała mi się wyjątkowo rozpustna i 
budziła  we  mnie  lekki  niepokój  –  może  widok  ten  oddziaływał  na  jakąś  cząstkę  mojej 
istoty, która nie była posłuszna czarom. 
„Crytho!  –  Podniosła  do  góry  rękę,  parodiując  przyjazne  powitanie,  a  jej  głos 
zadźwięczał w moim umyśle. – Witaj, siostrzyczko...” 
Coś we mnie skręciło się z obrzydzenia na tę niedbałą wzmiankę o pokrewieństwie. Nie 
byłam  jej  krewną.  Nie  byłam!  Być  może  ten  chwilowy  wstręt  zakłócił  działanie  czaru, 
który na mnie rzuciła, bo zauważyłam, że przestała się uśmiechać, a w jej oczach błysnął 
gniew. 
„Jesteś i będziesz tym, kim zechcę! – Szybko przywołała mnie do porządku. – I zrobisz 
to, co ci każę. Chodź tu do mnie... Spójrz!” – Ruchem ręki wskazała na czaszkę gorejącą 
wewnętrznym ogniem, który teraz stał się jaśniejszy, bardziej jaskrawy, żywy! 

background image

 

57

Bezwolnie  wyciągnęłam  ręce  i  oparłam  je  na  skroniach  kryształowego  czerepu.  Do 
mojego  umysłu  wtargnęła  obca,  władcza  wola,  tłumiąc  resztki  mej  samodzielności. 
Otrzymałam rozkazy; wiedziałam, co mam zrobić. 
–  Więc  to  tak!  –  roześmiała  się  czarownica.  –  Dobrze  wybraliśmy,  co,  Targi?  – 
Rozmawiała  z  czaszką  jak  z  żywą  istotą.  –  A  teraz  –  spojrzała  na  mnie  z  pogardą  – 
wykonaj polecenie! 
Spoza  wysokich  kolumn  wychynęły  skulone  postacie.  Byli  to  Thasowie,  mieszkańcy 
podziemi.  Już  kiedyś  ich  współplemieńcy  próbowali  nas  zdradzić.  Przywódca  tej  zgrai 
złapał mnie za rękę. Ponaglana przez niego, skręciłam w prawo. 
Długo  szliśmy  podziemnymi  korytarzami,  ale  nie  uświadamiałam  sobie,  ile  ich  było  i 
dokąd prowadziły. Pamiętałam tylko o tym, co kazano mi zrobić, i wiedza ta płonęła we 
mnie  niemal  takim  samym  ogniem  jak  kryształowa  czaszka.  Zdałam  sobie  sprawę,  że 
nieznajoma  i  Targi  nie  spełnili  swoich  najgorętszych  zamiarów,  gdyż  nie  byli  w  stanie 
przebyć  tych  tuneli.  Być  może  biegły  one  pod  skalnym  wypiętrzeniem  osłaniającym 
Zieloną  Dolinę  i  wpływ  run  ochronnych  sięgał  tak  głęboko  pod  ziemię.  Jeśli  tak  było, 
owe  bariery  nie działały  na  moją  korzyść.  Mogłam  bowiem  łatwo  tędy  przejść,  lecz  nie 
umiałam uwolnić się od czarów, które na mnie rzucono. 
Reszta  –  to  fragmentaryczne  odłamki  wspomnień,  pozbawione  logicznych  związków. 
Pamiętam tylko, że wymawiałam słowa, które ktoś inny – albo czarownica, albo upiorna 
czaszka – wyrył mi w mózgu. A potem... 
Coś  było  nie  w  porządku.  Poczułam,  iż  jeszcze  mocniej  skrępowały  mnie  niewidzialne 
więzy. Za nimi wezbrała mieszanina osłupienia i wściekłości. Nie wykonałam polecenia... 
przeszkodził  mi  jakiś  niespodziewany  wpływ  albo  czyjeś  działanie.  Thasowie  otoczyli 
mnie,  pchając  i  ciągnąc  ciemnymi  korytarzami.  Nigdy  nie  udało  mi  się  odtworzyć 
dalszego biegu wydarzeń. 
Wreszcie nadszedł czas, kiedy zdałam sobie sprawę, że idę po ziemi. Zobaczyłam twarze, 
które  powinnam  była  sobie  przypomnieć,  lecz  uniemożliwiła  mi  to  obca  wola.  A 
później... 
Później  obudziłam  się  –  znowu...?  –  albo  wróciłam  do  życia.  Stałam  na  otwartej 
przestrzeni, a wokół mnie wiał wonny wiatr. Nie przeszkadzały mi jego zimne powiewy, 
gdyż  niosły  świeżość  świata,  który  dobrze  znałam.  Obok  siebie  zobaczyłam  Yonana, 
nieco dalej nieznanego mężczyznę w dziwnej zbroi, ściskającego w dłoni podwójny topór 
bojowy, i Tsalego. Wkrótce potem spoza krawędzi urwiska chroniącego Zieloną Dolinę 
wynurzyła się Dahaun i jej narzeczony, pan Kyllan – za nimi zaś pozostali. 
Krzyknęłam  głośno  –  to  była  rzeczywistość,  a  nie  kolejny  sen.  Ale  tak  naprawdę 
uwierzyłam w to dopiero wtedy, gdy Dahaun wzięła mnie w ramiona. 
  

 
Zapora uniemożliwiająca mi rozmowę już nie istniała, więc opowiedziałam Dahaun swój 
dziwny  sen.  Okazało  się  wtedy,  że  to  wcale  nie  były  majaki.  Jakaś  cząstka  mojego 
umysłu  mnie  zdradziła  i  zostałam  wywabiona  z  Zielonej  Doliny.  Pani  Zielonych 
Przestworzy  pokazała  mi  glinianą  kukłę  z  przylepionymi  do  jej  głowy  moimi  włosami, 
okręconą kawałkiem materiału z sukni, którą kiedyś nosiłam. Nie musiała mi mówić, że 
dosięgło mnie i rzuciło czary starożytne Zło, które pokonało nasze fortyfikacje. 
Kiedy  opisałam  kobietę  strzegącą  kryształowej  czaszki,  Dahaun  spochmurniała,  ale 
zarazem wydała mi się lekko zdziwiona. Kazała mi pozostać w swoich komnatach. Przed 
odejściem  wyryła  białą,  świeżo  obdartą  z  kory  różdżką  krąg  w  podłodze  i  nakreśliła 
pewne  znaki  wokół  poduszek,  na  których  leżałam.  Byłam  tak  zmęczona,  że  chociaż 
walczyłam z sennością, bojąc się utraty woli i przytomności, zasnęłam, zanim skończyła. 

background image

 

58

A bynajmniej nie był to przyjemny sen. Ponownie zobaczyłam ponurą salę kryształowej 
czaszki, lecz tym razem nie byłam tam obecna, mimo że wszystko widziałam i słyszałam. 
Kobieta,  którą  tam  ujrzałam,  bardzo  się  zmieniła.  Nie  miałam  jednak  najmniejszych 
wątpliwości,  że  to  właśnie  ona  czarami  przyciągnęła  mnie  do  siebie.  I  szłam  do  niej 
thaskimi korytarzami, nie wiedząc, co robię. 
Nie okazała też dumy i arogancji, które przedtem osłaniały ją szczelniej niż szata z mgły. 
Zachowała tylko ślady dawnej urody, jakby czas wycisnął na niej piętno. Pamiętałam, że 
jest  groźną  czarownicą  i  że  powinnam  się  jej  bać.  Lecz  tym  razem  ani  nie  patrzyła  w 
moją stronę, ani nie dała po sobie poznać, iż wie że ją obserwuję. 
Stała  przed  rdzawą  kolumną  i  pieszczotliwie  gładziła  kryształową  czaszkę,  w  której 
wnętrzu  tęczowe  ognie  albo  zgasły,  albo  zostały  tak  przytłumione,  iż  pozostała  po  nich 
niemal bezbarwna mgiełka. 
Zobaczyłam, że porusza ustami. Może śpiewała, a może przemawiała do niesamowitego 
kryształu.  Na  jej  twarzy  malowała  się  dzika namiętność  i  gniew.  Wyczuwałam  bliskość 
sił, które usiłowała schwytać, złamać i kontrolować za pomocą woli – a także  rozpacz i 
frustrację, że jej się to nie udało. 
Potem  nachyliła  się  i  pocałowała  zimne  „usta”  czaszki.  Postąpiła  jak  kobieta  witająca 
ukochanego mężczyznę, który wypełnia jej życie. Objęła ramionami kolumnę, tak że jej 
piersi  przywarły  do  szczerzącego  zęby  czerepu.  Ten  bezwstydny  gest  napełnił  mnie 
wstrętem.  Wciąż  jednak  nie  mogłam  zerwać  niewidzialnej  więzi  i  uciec  stamtąd  –  a 
przecież to był tylko sen. 
Nagle czarownica odwróciła głowę, szukając mnie spojrzeniem. Czy wiedziała, iż jeszcze 
raz złowiła cząstkę Crythy w swoje sieci? Dostrzegłam w jej oczach błysk triumfu. 
–  Więc  czar  wciąż  działa,  czyż  nie  tak,  młodsza  siostro?  –  powiedziała.  –  Osiągnęłam 
więcej, niż się spodziewałam. 
Nakreśliła  w  powietrzu  znaki,  przygważdżając  mnie  do  miejsca.  Potem  odstąpiła  od 
kolumny  z  czaszką,  a  moc  Ciemności  biła  od  niej  z  taką  siłą,  że  jej  włosy podniosły  się 
jak  wielka  płomienna  chmura,  wspanialsza  niż  wszystkie  korony  królewskie. 
Rozchylone usta kontrastowały z niezwykle bladą twarzą niczym krwawiąca rana. 
Zrobiła jeden krok, potem drugi i wyciągnęła do mnie ręce. Triumfująca radość rosła w 
niej i otaczała ją jak uroczysta szata. 
„Jeszcze  jest czas... Mając dobre narzędzie... – Wydaje  mi się, że  chociaż odebrałam  tę 
myśl, nie była dla mnie przeznaczona. – Tak, Targi... – Służka Zła spojrzała przez ramię 
na przygasłą czaszkę. – Jeszcze nie wszystko stracone!” 
Jeśli miała nawet jakiś plan, spełzł na niczym. Albowiem w tej samej  chwili czar prysł, 
kobieta i czaszka, którą pieściła tak namiętnie zniknęły, a ja otworzyłam oczy we dworze 
Dahaun. Pani Zielonych Przestworzy stała w nogach mojego posłania. Później nachyliła 
się  i  obsypała  mnie  garścią  zwiędłych  ziół,  których  listki  łamały  się  w  rytmie  jej 
energicznych  ruchów  i  spadały  na  moje  ciało.  Poczułam  zapach  illbany,  starożytnego 
lekarstwa na choroby duszy, langlonu i trójliścia, który rozjaśnia umysł. 
Tylko ja wiedziałam, co się stało. Skuliłam się na posłaniu ze skór i miękkiego siana. Łzy 
strachu i bezsiły napłynęły mi do oczu i potoczyły po policzkach. 
Dahaun  złapała  mnie  za  rękę,  choć  wzdrygnęłam  się  przed  tym  kontaktem,  świadoma, 
że jakaś cząstka mojej istoty znalazła się pod kontrolą Ciemności. 
–  Śniłaś...  –  powiedziała,  ale  nie  w  myśli,  tylko  na  głos,  jakby  pocieszała  małe  dziecko, 
które miało koszmarny sen. 
–  Ona...  znów  mnie  przyciągnęła...  –  wymamrotałam.  –  Potrafi  zmusić  mnie  do 
posłuszeństwa... 
– Czy to ta sama kobieta? 
– Ta sama kobieta, czaszka, sala kolumnowa. Wszystko było jak przedtem. 

background image

 

59

Dahaun pochyliła się do przodu i spojrzała mi przenikliwie w oczy. Dręczył mnie strach 
i poczucie winy, ale nie zdołałam się uchylić przed jej wzrokiem. 
– Zastanów się, Crytho, czy wszystko było dokładnie takie same? 
Nie  pytała  bez  powodu.  Usunęłam  wewnętrzne  zabezpieczenia,  żeby  zobaczyła  w  moim 
umyśle wszystko, co mi się przydarzyło. Zaczęłam się też obawiać, by nie zaraziła się w 
jakiś sposób skażonym przez Zło snem. 
Usiadła  obok  mego  posłania  skrzyżowawszy  nogi.  Następnie  zmiażdżyła  w  dłoniach 
resztę illbany i dotknęła pachnącymi mocno palcami moich skroni. 
–  Pomyśl...  i  zobacz!  –  rozkazała  bez  wahania.  Najlepiej,  jak  mogłam,  odtworzyłam  w 
myśli  wszystko,  co  ujrzałam  we  śnie.  Kiedy  skończyłam,  Dahaun  splotła  przed  sobą 
palce. 
– Laidan – wymówiła na głos pojedyncze imię. – I... Targi... 
– Kim jest Laidan? – zapytałam w końcu. 
–  Kimś,  kto  łączył  w  sobie...  a  raczej  łączy,  gdyż  sądzę,  że  nadal  żyje  ukryta  w  jakiejś 
thaskiej norze... najgorsze cechy dwóch ras. Jej matka pochodziła z naszego plemienia, a 
ojciec... – Pani Zielonych Przestworzy wzruszyła ramionami. – W czasach kiedy rościła 
sobie  prawa  do  rządów,  krążyło  wiele  opowieści  o  tym,  kto  mógł  nim  być.  W  każdym 
razie  na  pewno  nie  był  to  nikt  z  nas.  Najbardziej  rozpowszechniona  wersja  głosiła,  że 
spłodził  ją  jeden  z  Górskich  Władców,  którzy  dobrowolnie  zaakceptowali  rządy 
Ciemności.  Laidan  i  Targi...  –  powtórzyła  w  zamyśleniu.  –  No  cóż,  może  i  na  tę  parę 
znajdzie się jakiś sposób. Ci, którzy wyruszyli ostatniej nocy, mogą sprawić, że Targi już 
nie  weźmie  udziału  w  żadnej  kampanii  –  jeśli  zdołają  to  zrobić,  jak  zapewniał  mnie 
Uruk.  Ale  w  przeszłości  nie  spotkali  Laidan,  gdyż  podczas  bitwy  przebywała  gdzie 
indziej i była bardzo zajęta. 
–  Bitwy?  –  powtórzyłam.  Mówiła  zagadkami.  Zmierzyła  mnie  spojrzeniem  i  nie 
odpowiedziała  na  pytanie,  lecz  poruszyła  temat,  który  teraz  wydawał  mi  się 
najważniejszy. 
–  Wygląda  na  to,  że  Laidan  i  Targi  częściowo  związali  cię  ze  sobą,  Crytho.  Nie 
rozumiem,  jak  to  możliwe.  W  każdym  razie  początki  wszystkiego  kryją  się  w 
zamierzchłej  przeszłości.  Jeśli  jednak  ona  może  zmusić  cię,  żebyś  do  niej  przyszła... 
nawet we śnie... 
Znałam już odpowiedź. Strach zmroził mi krew w żyłach i zaczęłam drżeć jak liść osiki. 
–  Wobec  tego...  Wobec  tego  jestem  dla  was  niebezpieczna...  jestem  bramą  –  szepnęłam 
drżącym głosem. 
Powinnam jeszcze coś  dodać, ale nie mogłam  wykrztusić ani słowa. Omal nie wpadłam 
w  panikę.  Jeśli  jednak  miałabym  stać  się  wyłomem  w  fortyfikacjach  Zielonej  Doliny  – 
jasne  było,  że  nie  ma  tu  już  dla  mnie  miejsca.  Wpatrywałam  się  w  osłupieniu  w  moją 
nauczycielkę.  Nie  potrafiłam  uczynić  tego,  czego  wymagało  ode  mnie  poczucie 
obowiązku. 
–  Nie  jesteśmy  całkiem  bezbronni  –  Dahaun  pokręciła  powoli  głową.  –  Może  jednak 
będziesz musiała pogodzić się z myślą, że zostaniesz uwięziona, siostrzyczko... 
Wzdrygnęłam się. 
– Ona... ona mnie tak nazwała! – prawie krzyknęłam. Słysząc te same słowa z ust Pani 
Zielonych Przestworzy, przeraziłam się jeszcze bardziej. 
– Ach, tak? – Władczyni leśnego plemienia zacisnęła wargi. – Więc kroczy tą drogą? Jest 
coś, co musisz zrozumieć, Crytho. Nie otrzymałaś niezbędnego wykształcenia wtedy, gdy 
twoje zdolności po raz pierwszy dały znać o sobie. Dlatego jesteś bezbronna wobec kogoś 
takiego  jak  Laidan.  Nie  wiem,  czego  się  nauczyła  w  czasie,  który  upłynął  od  Ostatniej 
Bitwy  do  dziś,  ale  wierz  mi,  ona  nie  jest  wszechmocna.  Nigdy  bowiem  nie  władała 
Zielonymi  Przestworzami  –  powiedziała  z  dumą  Dahaun.  –  Nauka  trwała  za  długo,  a 

background image

 

60

Laidan  zawsze  była  chciwa  i  nigdy  nie  grzeszyła  cierpliwością.  Za  pierwszym  razem 
kontrolowała  twoje  ciało.  Teraz  jednak,  ponieważ  dobrze  cię  strzeżono  –  Dahaun 
wskazała na wyryte w podłodze runy – mogła przywołać tylko twoje senne wcielenie. Na 
nic  jej  się  to  nie  zda,  gdyż  jest  to  inna  płaszczyzna  egzystencji,  która  nie  może 
oddziaływać na nasz świat. Jeśli Yonanowi i Urukowi się powiedzie... – Urwała nagle. 
–  Yonan.  Co  z  Yonanem?  –  zapytałam  z  zaskoczeniem,  zapominając  na  chwilę  o 
własnych problemach. – Czy on wyruszył przeciw tej Laidan? 
–  Nie,  bo  nie  będzie  jej  tam,  dokąd  on  się  udaje.  –  Leśna  władczyni  potrząsnęła 
przecząco głową. Nie dodała nic więcej i z drżeniem serca zrozumiałam dlaczego. Gdyby 
Laidan znów mnie wezwała, mogłabym jej o tym powiedzieć we śnie. 
–  Tego  także  nie  zrobi.  –  Dahaun  odczytała  moje  myśli.  –  Nie  zaniedbamy  żadnych 
środków ostrożności. Uwierz mi, Crytho. Nie powinnaś czuć się winna tylko dlatego, że 
wpadłaś w tę pułapkę. W przeszłości nawet adepci ginęli z rąk swoich wrogów. My zaś, 
znając naturę przeciwnika, zrobimy wszystko, co możliwe, żeby tak się nie stało. 
W  taki  to  sposób,  na  jakiś  czas  zostałam  więźniem  moich  pobratymców, których  nigdy 
nie  chciałam  skrzywdzić.  Teraz  jednak  nie  mogli  mi  ufać,  ponieważ  mogłam  stać  się 
narzędziem  w  rękach  wrogów.  Zamieszkałam  na  uboczu  w  małym  domku.  Usługiwała 
mi  pewna  Jaszczuroludka,  która  dzięki  wrodzonym  zdolnościom  swego  plemienia 
potrafiła wyczuć we mnie każdą zmianę.  Poza tym zakazano  mi posługiwać się Mocą – 
nawet do leczenia – by przypadkiem nie nawiązała się łączność między mną i Laidan. 
Yonan  i  Uruk...  Przez  te  wszystkie  dni  zastanawiałam  się,  dokąd  wyruszyli  i  w  jakim 
celu. Nikt nie odważył się powiedzieć mi o tym, a ja nie śmiałam pytać. Kiedyś przyszła 
do mnie pani Chriswitha z pewnym pomysłem, który mógłby rozproszyć moje obawy o 
przyszłość. 
Wszyscy  ludzie  ze  Starej  Rasy  dobrze  wiedzieli,  że  kobieta,  która  wyszła  za  mąż  lub 
przespała się z jakimś mężczyzną, traciła swoją moc i niezwykłe zdolności. W dawnych 
czasach  celowo  postępowano  tak  z  Czarownicami,  które  wpadły  w  ręce  nieprzyjaciół. 
Znano  tylko  jeden  wyjątek  potwierdzający  tę  regułę  –  była  to  pani  Jaelithe.  Lecz  jej 
małżonek  nie  tylko  był  cudzoziemcem  i  pochodził  z  innego  świata,  ale  też  (wbrew 
wszelkim prawom natury, tak jak ją pojmowaliśmy) sam miał pewien talent. A mimo to 
nawet  wtedy,  gdy  Jaelithe  udowodniła,  iż  po  ślubie  nie  utraciła  daru  władaniu  Mocą, 
Czarownice  z  Estcarpu  nie  przyjęły  jej  na  powrót  do  swego  grona  i  patrzyły  na  nią 
krzywo. 
Takie  oto  rozwiązanie  mi  zaproponowano.  Wystarczy,  że  poślubię  Imhara  i  wejdę  do 
jego łoża, a stracę mój talent i przestanę zagrażać Zielonej Dolinie. Z rozpaczy omal tak 
nie postąpiłam. 
Nie kochałam Imhara. Jednak wśród odłamu Starej Rasy, wywodzącego się z Karstenu, 
zawsze  kojarzono  małżeństwa  mając  na  względzie  dobro  klanu.  Lata  wychodźstwa  i 
wojny  umożliwiły  nieliczne  odstępstwa  od  tego  zwyczaju.  Wiedziałam,  że  pani 
Chriswitha wyszła za mąż z miłości, ponieważ z jej rodu nie pozostał przy życiu nikt, kto 
mógłby zaaranżować dla niej taki związek. Pan Hervon zaś stracił całą rodzinę podczas 
masakry,  zarządzonej  przez  księcia  Yviana,  i  po  raz  pierwszy  spotkał  swoją  przyszłą 
żonę, przywożąc jej wieści o najbliższych – i eskortując do niej moją matkę. 
A po latach, zgodnie ze starożytnym obyczajem, znalazł dla swoich córek odpowiednich, 
jego  zdaniem,  małżonków.  Byli  to  wydziedziczeni  wielmoże,  którzy  przyłączyli  się  do 
niego  jeszcze  podczas  służby  w  Straży  Granicznej  i  zgodzili  się  umocnić  jego  Dom,  nie 
zakładając  własnych.  Zaręczono  mnie  z  Imharem,  gdy  byłam  niemowlęciem,  i  nie 
zawarliśmy  dotąd  ślubu  przez  czarę  i  płomień  tylko  ze  względu  na  nie  kończącą  się 
wojnę. 

background image

 

61

Teraz jednak, choć groziły nam jeszcze większe niebezpieczeństwa, wystarczy, że wyrażę 
zgodę, a zajmę miejsce u boku Imhara jako jego małżonka. Lecz tym samym wyrzeknę 
się wszelkiej nadziei na to, iż kiedyś znów będę władać Mocą. 
Nie  miałam  nic  do  zarzucenia  Imharowi.  Był  przystojnym  mężczyzną,  urodzonym 
żołnierzem  i  następcą  pana  Hervona.  Ale  pomimo  strachu  i  bólu,  nie  mogłam  się 
zgodzić. Z całej duszy pragnęłam zatrzymać albo przynajmniej starałam się zatrzymać 
to, z czym przyszłam na świat. Nie potrafiłam wypowiedzieć słów, które chciała usłyszeć 
moja  przybrana  matka  i  ciotka  –  uwięzły  mi  w  gardle.  Pomyślałam,  iż  moja  droga 
opiekunka rozgniewa się na mnie, i byłam gotowa dodać jej gniew do brzemienia, które 
już musiałam dźwigać. Lecz ona tylko wysunęła tę sugestię i po chwili milczenia, dodała: 
– Moje drogie dziecko, nikt nie rodzi się z takimi samymi zdolnościami i skłonnościami. 
Imhar  jest  prawdziwym  synem  swojego  ojca  i  swoje  wielkie  zasoby  energii 
skoncentrował  na  żołnierskim  rzemiośle.  Dalhis  i  Meegan  zadowoliły  się  tym,  co 
przyniosło  im  życie.  Pragnęły  tylko  mieć  własny  dom  i  dzieci.  Ale  jeśli  los  da  nam  coś 
więcej...  –  Umilkła  i  długą  chwilę  siedziała  w  milczeniu,  wpatrując  się  w  złożone  na 
kolanach ręce. Później podjęła: – Znaleźliśmy się w miejscu, gdzie starożytne legendy o 
cudach  i  dziwach  stały  się  rzeczywistością.  My,  starsze  pokolenie,  nie  mamy  prawa 
decydować o twoim dalszym życiu, tak jak to było dotąd przyjęte. 
– Imhar... – znów urwała, a potem potrząsnęła przecząco głową, jakby w odpowiedzi na 
własną myśl. – Ma własne zdolności, nawet talent, i z radością się nimi posługuje. Jeśli 
chcesz pozostać tym, kim teraz jesteś, nikt nie zmusi cię do małżeństwa. 
– Ale ja jestem zaręczona – wyjąkałam w oszołomieniu, nie wierząc własnym uszom, że 
pani Chriswitha naprawdę to powiedziała. 
–  Zaczekaj,  Crytho  –  odparła  szybko  i  z  naciskiem,  jakby  chciała  mnie  zmusić  do 
zastanowienia. – Zaczekaj, póki nie będziesz całkiem pewna! 
– Ale ja... Taka, jaka jestem, mogę być dla was niebezpieczna... dla wszystkich... nawet 
dla Zielonej Doliny. 
–  Zaufaj  pani  Dahaun  i  czekaj...  –  Moja  przybrana  matka  wstała  z  trudem  i  nagle 
zauważyłam,  że  chociaż  nie  wygląda  staro  (u  ludzi  ze  Starej  Rasy  oznaki  podeszłego 
wieku  pojawiają  się  dopiero  pod  sam  koniec  życia),  ma  zmęczoną  twarz,  jakby  sen  nie 
dawał jej wypoczynku. 
Wzięłam ją za rękę i mocno ścisnęłam. 
– Dziękuję... 
Delikatnie oswobodziła palce. 
–  Nie  chciałam,  żebyś  się  zmarnowała  –  odparła.  –  W  moim  domu  traktowałabym  cię 
jak rodzoną córkę, wiem jednak, że nie byłabyś szczęśliwa. 
Powiedziawszy  to  odeszła,  pozostawiając  mnie  sam  na  sam  z  brzemieniem  czasu  i 
samotności.  Byłam  głęboko  przekonana,  że  moja  cierpliwość  może  być  jeszcze  nieraz 
wystawiona na ciężką próbę. 
  

 
Panicznie bałam się snów zsyłanych przez Moce Ciemności i dlatego co wieczór chciwie 
piłam przysyłany przez Dahaun napój, który miał do nich nie dopuścić. Lecz właśnie tej 
nocy  wróg  ponownie  zaatakował.  Możliwe,  że  Laidan  wcześniej  nie  mogła  do  mnie 
dotrzeć, gdyż gromadziła magiczną energię niezbędną do realizacji swych zamiarów. 
W owej chwili wydało mi się, że przez całe życie byłam ślepa i głucha i że dopiero teraz 
naprawdę  zaczęłam  widzieć  i  słyszeć.  Moje  zmysły  jak  nigdy  dotąd  wychwytywały 
najsubtelniejsze  niuanse  rzeczywistości.  Nie  byłam  pewna,  czy  naprawdę  znalazłam  się 
na otwartej przestrzeni, czy też zawędrowałam tam tylko w myśli. 

background image

 

62

Zadrżałam w zimnym powiewie, czując mocny zapach drzew, który nocny wiatr zgarnął 
w  Zielonej  Dolinie  i  z  wielką  siłą  wyrzucił  na  zewnątrz.  W  górze  świecił  księżyc  w 
ostatniej  kwadrze  –  stary,  prawie  martwy.  Już  niedługo  zniknie  z  nieba,  żeby  odrodzić 
się w nowym cyklu. 
Podniosłam  ręce i obejrzałam swoje ciało. Byłam ubrana w strój do jazdy konnej, ręce 
miałam podrapane, a paznokcie połamane, jakbym przedzierała się tu siłą. Chciałam się 
odwrócić, spojrzeć w dół na Zieloną Dolinę; zastanawiałam się, w jaki sposób dotarłam 
tak wysoko. Daremnie. 
Wtedy zrozumiałam, że rzucono na mnie geas, który nie pozwalał mi nawet się obejrzeć 
i kazał patrzeć  tylko przed siebie. Zaczęłam kluczyć po nierównej skalnej powierzchni, 
usłanej  wyrwami,  zdradzieckimi  szczelinami,  śliskimi  upłazami,  które  czyhały  na 
nieostrożnego wędrowca. Zmierzałam szybko i pewnie do celu, mimo  że nie ja go sobie 
wyznaczyłam i nie moja wola gnała mnie do przodu. 
Od  razu  odgadłam,  kto  wywabił  mnie  z  bezpiecznego  schronienia.  Dwukrotnie 
próbowałam  uwolnić  umysł  i  ciało,  lecz  niewidzialna  siła  tak  mocno  mnie  trzymała,  że 
wydało mi się, iż walę zakrwawionymi pięściami w stalowe drzwi. 
Zrozumiawszy,  że  na  razie  nie  mam  żadnej  szansy  ucieczki,  uległam  woli  Laidan. 
Popękana skała została poza mną i teraz bez trudu odnalazłam jamę w zboczu wzgórza. 
Pochyliłam się i przecisnęłam przez na poły zasypane wąskie przejście. 
Nie  wyczułam  tam  charakterystycznego  smrodu  Thasów.  Jeśli  Laidan  rządziła  tymi 
mieszkańcami  podziemi,  to  teraz  nie  posłużyła  się  nimi.  Może  sądziła,  iż  tak  nade  mną 
panuje, że zrobię dokładnie to, co mi rozkaże, i że nie będę próbowała uciekać. 
Wprawdzie  nie  otrzymałam  wykształcenia  Czarownicy,  ale  zawsze  pamiętałam  o 
estcarpiańskich  Strażniczkach.  Kontrolowanie  i  zmuszanie  do  posłuszeństwa  innego 
człowieka  wymagało  ogromnej  koncentracji,  nieustannej  i  wyczerpującej.  Nie 
wiedziałam,  czy  Laidan  można  było  nazwać  adeptką,  czy  też  nie  –  zresztą,  czyż  pani 
Dahaun nie powiedziała kiedyś, że nawet adepci ginęli od czarów swoich nieprzyjaciół? 
Na  pewno  każdy  mój  krok  zmniejszał  jej  zapasy  energii.  Szłam  więc  utykając, 
najwolniej,  jak  mogłam,  impulsami  myśli  bez  przerwy  szukając  słabego  miejsca  w 
siłowej klatce, w której mnie uwięziono. 
Jeszcze  go  nie  znalazłam,  lecz  nie  zamierzałam  z  tego  powodu  wpadać  w  rozpacz. 
Przypuszczałam, że Laidan skupiła na mnie całą swoją, na pewno niemałą, moc. Prędzej 
czy  później  poczuje  –  musi  poczuć  –  zmęczenie.  Dlatego  nadal  powinnam  w 
nieregularnych  odstępach  czasu  wypróbowywać  jej  zabezpieczenia  i  zarazem 
przygotowywać się do walki o wolność. 
Podziemne  tunele  były  ciemne.  Gdy  tam  weszłam,  mrok  pochłonął  mnie  jak  paszcza 
wielkiej bestii. Jednak nie uległam panice.  Mówiłam sobie, że kochanka Targiego  mnie 
potrzebuje i że na pewno nie zniszczy cennego narzędzia. Nie mam się więc czego bać – 
nawet w najgęstszych ciemnościach – tylko woli, która mnie kontrolowała. 
Nagle poczułam, jakby coś skubało czy oszczypywało mój mózg. To na pewno nie miało 
nic  wspólnego  z  czarami  Laidan,  która  musiała  bardzo  uważać,  żeby  nie  stracić  nade 
mną  władzy,  i  nie  mogła  sobie  pozwolić  na  podobne  igraszki.  Wydało  mi  się,  że  jakieś 
dalekie, niejasne wspomnienie stara się wydostać z niepamięci. 
Wszyscy  ludzie  mojej  rasy  znają  podobne,  niezrozumiałe  wybryki  pamięci  –  kiedy 
oglądamy po raz pierwszy jakiś krajobraz czy budowlę, wewnętrzny głos zaraz szepcze: 
„To już kiedyś widziałaś”. Nawet wtedy, gdy wiem, że to niemożliwe. 
Może  właśnie  teraz  szamotało  się  w  moim  umyśle  takie  fałszywe  wspomnienie?  A  jeśli 
przypuszczenie, że przeżywamy niejedno życie, za każdym razem starając się naprawić 
wyrządzone wcześniej krzywdy, jest prawdą? W Estcarpie słyszałam kiedyś dyskusję na 

background image

 

63

ten  temat.  Dotychczas  w  zupełności  wystarczało  mi  życie,  które  znałam,  pełne  cudów  i 
tajemnic. Patrzyłam w przyszłość z zachwytem i nadzieją. 
Teraz  jednak  wiedziałam,  czułam,  że...  kiedyś  szłam  tym  korytarzem!  Choć  wszystko 
wokół  spowijał  mrok,  wydało  mi  się,  że  dostrzegam  jego  kamienne  ściany.  Nie  były 
gładkie.  Nie  –  wykuto  w  nich  pewne  symbole.  Aby  przekonać  się,  iż  się  nie  mylę, 
wyciągnęłam  prawą  rękę.  Tak  jak  oczekiwałam,  natrafiłam  na  głębokie  nacięcia,  które 
pokrywały całą ścianę od góry do dołu. 
Nie próbowałam wodzić po nich palcami, odtwarzając cały rysunek, gdyż emanowała od 
nich  aura  Zła,  nieco  osłabionego  upływem  czasu.  Wzdrygnęłam  się  i  cofnęłam  rękę, 
jakbym dotknęła ognia albo żrącego kwasu. 
Pod  nogami  miałam  gładką  posadzkę,  oczyszczoną  z  kamieni  i  żwiru.  A  później... 
później zostałam zatrzymana. 
Dobiegło  mnie  jakby  ciche  westchnienie,  a  może  było  to  zawirowanie  powietrza.  Obca 
wola  skierowała  moje  ciało  w  lewo.  I  znów  wędrowałam  przed  siebie,  póki 
wyciągniętymi  rękami  ponownie  nie  musnęłam  zrytej  symbolami  ściany.  Wiedziałam, 
jakbym widziała to na własne oczy, że opodal zieje ogromna jama. Wysunęłam nogę do 
przodu i uderzyłam czubkiem stopy w podłoże, odnajdując w ten sposób jedyną drogę – 
wąską półkę skalną. 
Przywarłam  plecami  do  ściany  i  rozłożyłam  szeroko  ramiona.  Zwrócona  twarzą  w 
stronę niewidocznego szybu, powoli, krok za krokiem, okrążyłam zdradziecką pułapkę. 
Wydobywały  się  z  niej  bez  przerwy  dziwne  westchnienia,  którym  towarzyszył  odór 
stęchlizny.  Zdawało  mi  się,  że  szłam  tak  godzinę,  chociaż  tylko  kilka  minut  mogło 
upłynąć  do  chwili,  gdy  znów  poczułam  pod  stopami  równą,  twardą  posadzkę 
podziemnego korytarza. 
Już  nie  próbowałam  rozerwać  niewidzialnych  więzów,  celowo  oszczędzając  siły. 
Okrążenie  niesamowitej  pułapki  wstrząsnęło  mną  do  głębi,  jakkolwiek  nie  znałam 
przyczyny  tego  niepokoju.  Przypuszczam,  że  rozwiązanie  tej  zagadki  kryło  się  w 
głębinach pamięci, która nie była moją pamięcią. 
Tunel  biegł  teraz  w  górę  i  łagodnie  skręcał.  Początkowo  tego  nie  zauważyłam.  Dopiero 
później  stał  się  bardziej  stromy.  W  końcu  odnalazłam  w  ciemności  schody  i  zaczęłam 
wchodzić po nich. Tutaj ściana z lewej była gładka i przesuwałam po niej rękę; czułam 
się pewniej, mając o co się oprzeć. 
W  górę,  wciąż  w  górę  –  może  znalazłam  się  wewnątrz  jakiejś  turni?  Ale,  jeśli  mnie 
pamięć  nie  myliła,  żaden  ze  szczytów  osłaniających  Zieloną  Dolinę  nie  był  szczególnie 
wysoki.  Prawdziwy  łańcuch  górski  leżał  na  północnym  zachodzie  –  były  to  góry 
graniczne, które przebyliśmy w drodze do Escore. 
Podniosłam  ręce  –  raczej  na  rozkaz  Laidan  niż  z  własnej  inicjatywy.  Rozwartymi 
dłońmi uderzyłam w twardą powierzchnię nad moją głową. Odgadłam, iż były to drzwi 
zapadowe. Nacisnęłam z całej siły – i nie całkiem bezwolnie, gdyż ja także chciałam się 
wydostać z tej pułapki. 
Początkowo  myślałam,  że  drzwi  zaryglowano  lub  zamurowano,  ale  w  końcu  otworzyły 
się,  bardzo  powoli  i  jakby  niechętnie.  Światło  szare  jak  zimowy  zmierzch  nakreśliło 
przede mną w mroku trzy boki kwadratu. Weszłam jeszcze na dwa stopnie, żeby oprzeć 
się plecami o drzwi, i silnym pchnięciem odrzuciłam je do tyłu. Starożytny kurz buchnął 
mi w twarz. 
Zawahałam się na chwilę, nie wiedząc, co mogło kryć się wyżej. Później jednak wyszłam 
na  górę,  bo  musiałam.  Zobaczyłam  stosy  kamiennych  bloków,  nawet  resztki  muru, 
jakby  to  ukryte  przejście  prowadziło  kiedyś  do  wnętrza  jakiejś  sporej  budowli.  Lecz 
jeśli tak było, to... 

background image

 

64

Zamrugałam  oczami.  Przez  moment  wyraźnie  widziałam  ruiny:  stosy  kamieni 
wyglądały  jak  cienie.  Po  chwili  rumowisko  zniknęło.  Z  ziemi  wyłoniły  się  widmowe 
ściany,  zmaterializowały  i  okrzepły.  Wysoko  w  górze  dach  przesłonił  niebo.  Czy  znów 
znalazłam  się  w  sali  kryształowej  czaszki?  Nie,  nie  było  tu  kolumn  i  pomieszczenie 
wydało  mi  się  okrągłe.  Może  weszłam  na  parter  jakiejś  wieży?  Wąskie  okienka 
przepuszczały  niewiele  światła  i  wnętrze  rozjaśniał  pulsujący  blask  pochodni 
umieszczonych na ścianach w równych odstępach. 
Otwierając  drzwi  zapadowe,  odsunęłam  na  bok  kobierzec  z  futer  co  najmniej  kilku 
śnieżnych  panter.  Rozejrzawszy  się  wokoło,  zobaczyłam  fantazyjnie  rzeźbione  zydle  i 
ławy,  a  pod  ścianą  stół,  na  którym  stała  misa  z  czerwonego  kryształu  pełna  małych, 
czerwonych  winogron,  najsłodszych  i  najrzadszych,  jakie  znał  mój  lud.  Obok  niej 
połyskiwał  dzban  ze  stopu  srebra  i  złota,  w  kształcie  tradycyjnego  smoka  z  uniesioną 
głową i rozwartą paszczą. 
To  wszystko  iluzja,  szybko  i  bezbłędnie  oceniłam  sytuację.  Ale  kiedy  nachyliłam  się, 
żeby wygładzić pofałdowany dywan, dotknęłam miękkiego futra. Więc ta iluzja działała 
na kilka zmysłów jednocześnie! 
Odwróciłam  się  znów  w  stronę  stołu,  chcąc  dowiedzieć  się  czegoś  więcej,  lecz  nagle 
powietrze stężało, pociemniało i utworzyło ludzką postać. Była to Laidan. 
Widząc  moje  zdumienie,  roześmiała  się  i  odgarnęła  z  czoła  kosmyk  płomienno  rudych 
włosów. 
– Czy zaskoczyło cię to, siostrzyczko? Przecież można zmusić do posłuszeństwa czas, tak 
samo jak przestrzeń – albo inne części składowe rzeczywistości, które ludzie niesłusznie 
uważają za stałe i niezmienne. To jest Zefar... 
Powiedziawszy to, przyglądała mi się przez chwilę, jakby spodziewała się, że rozpoznam 
tę nazwę. Później wzruszyła ramionami. 
– Zresztą, to nieistotne, czy pamiętasz. To wszystko... – mówiąc to rozłożyła ramiona. W 
tym  otoczeniu  jej  mglista  szata  wydawała  się  mniej  przejrzysta  i  bardziej  podobna  do 
normalnej tkaniny – ...chętnie odpowiada na mój zew, ponieważ kiedyś przyczyniłam się 
do jego powstania. Tam, gdzie wspomnienia są najtrwalsze, można pokonać nawet czas. 
Ale to nieważne. Przybyłaś. 
Rozmyślnie  usiadła  na  jedynym  prawdziwym  krześle,  które  stało  przy  stole.  Na 
ciemnym tle wysokiego oparcia jej włosy jeszcze bardziej przypominały płomienie. 
–  Tak,  jesteśmy  w  Zefarze,  młodsza  siostro.  Czeka  tu  na  ciebie  zadanie,  które  możesz 
wykonać nawet w tej pętli czasu. – Oparła brodę na dłoni, a łokieć na stole. I chociaż jej 
usta  nadal  się  uśmiechały,  oczy  wyglądały  jak  kawałki  sopli  wyrwanych  z  paszczy 
Lodowego Smoka, wiało bowiem od nich coraz większym chłodem. 
– Twój los jest nierozerwalnie złączony z losem mężczyzny, którego nazywasz Yonanem 
–  jakkolwiek  kiedyś  nosił  on  inne  imię  i  udawał  głupiego,  lecz  niezbyt  przekonująco. 
Jego aspiracje doprowadziły go do zguby, ale nie w odpowiednim czasie... 
Odniosłam  wrażenie,  że  słowo  „czasie”  obudziło  echo  w  okrągłej  komnacie,  jak  daleki 
dźwięk gongu, którego nie można zignorować. 
– Teraz znów chciałby grać rolę głupca – ciągnęła. – Nie można przenicować przeszłości, 
tylko ją ulepszyć. Posłużę się więc tobą, a za twoim pośrednictwem Yonanem. Yonan jest 
nikim, mógłby jednak zniszczyć to, czego przez całe swoje życie – dwadzieścia ludzkich 
żywotów – nie zdołał ożywić. Dlatego – młodsza siostro – zrobisz, co należy. I wszystko 
wtedy stanie się takie, jak tego pragniemy... 
Wreszcie  odzyskałam  mowę.  Może  myśl  o  tym,  że  mam  być  narzędziem,  którym  chce 
zabić  Yonana,  sprawiła,  iż  wydobyłam  z  siebie  ochrypły  głos,  jakbym  nie  odzywała  się 
przez ostatnie dwadzieścia lat. 

background image

 

65

– Jak ty tego pragniesz... – Czyżbyśmy już kiedyś tak się sprzeczały? Cień wspomnienia 
wypłynął z otchłani niepamięci. Może w inny sposób, lecz bez wątpienia kiedyś byłyśmy 
przeciwniczkami. Wtedy musiałam wiedzieć więcej, znacznie więcej... 
Laidan znów się roześmiała i powiedziała drwiąco: 
– Jeśli trafisz na ten zapomniany szlak, nie znajdziesz wiele na jego końcu. Wtedy ci się 
nie udało i nie uda ci się dzisiaj. Wierz mi – jej oczy zapłonęły, zaiskrzyły diamentowym 
blaskiem jak lód w promieniach słońca – przegrasz. 
Teraz jesteś znacznie słabsza niż w poprzednim wcieleniu, kiedy walczyłaś ze mną. Tak, 
dasz mi Yonana i wszystko będzie, jak należy. Chodź! 
Wstała,  przywołując  mnie  ruchem  ręki.  A  ja  posłuchałam,  ponieważ  od  chwili,  gdy  się 
ocknęłam wśród wzgórz, nie mogłam sprzeciwić się jej woli. 
Laidan  nawet  się  nie  obejrzała,  żeby  sprawdzić,  czy  za  nią  idę.  Podeszła  do  schodów 
wijących się spiralą wokół wewnętrznych ścian tej budowli i zaczęła się szybko po nich 
wspinać. Musiałam pójść w jej ślady. 
Doszłyśmy  do  drugiej,  położonej  wyżej  komnaty,  gdzie  sufit  był  nieco  niższy. 
Zobaczyłam  tam  półki  i  stoły,  zastawione  różnymi  miskami,  małymi  puzderkami  i 
skrzynkami. Z sufitu i ze ścian zwieszały się pęki suszonych ziół. Środek pomieszczenia 
był  pusty.  W  kamiennej  posadzce  osadzono  ułożony  z  kolorowych  kamyków 
czarodziejski pentagram. Na końcach ramion gwiazdy stały grube, czarne świece, które 
już kiedyś zapalano – wskazywały na to nacieki z budzącego odrazę wosku. 
Za pentagramem spostrzegłam mniejsze koło, otoczone czerwono-czarnymi runami. A w 
kole leżał związany i zakneblowany – Tsali! Nie miałam pojęcia, jak sprowadzono tutaj 
Jaszczuroludka. 
  

 
Instynktownie  spróbowałam  nawiązać  z  nim  kontakt  myślowy.  Lecz  moja  myśl  odbiła 
się od niewidzialnej zapory, tak misternie splecionej, że nic nie mogło jej przebić. Był to 
jeszcze  jeden  przykład  czarów  Laidan,  która  teraz  odwróciła  się  do  mnie  plecami. 
Gardziła  mną,  uważała  za  tak  słabą,  że  już  nawet  nie  próbowała  wytężać  mocy  dla 
zachowania nade mną kontroli. W skupieniu zaczęła czegoś szukać na przeładowanych 
półkach,  z  jednej  zdejmując  prymitywnie  wykonany,  przykryty  pokrywką  garnek,  z 
drugiej zaś butelkę, w której jakiś płyn wirował jak żywy. 
Spojrzałam Tsalemu w oczy, chcąc przynajmniej zwrócić jego uwagę w sytuacji, gdy nie 
mogłam  porozumieć  się  za  pomocą  myśli.  Poznał  mnie,  ale  w  jego  wzroku  wyczytałam 
też oszołomienie, szok i... czy była to niechęć? 
Jeszcze  w  dzieciństwie  rozwinęłam  wrodzone  zdolności,  ponieważ  mogłam  nawiązać 
kontakt z innymi żywymi istotami, które wcale nie są gorsze od ludzi (mimo że ignoranci 
tak  uważają,  gdyż  nie  umieją  one  chodzić,  rozmawiać  czy  myśleć  podobnie  jak  my). 
Wprawdzie  Jaszczuroludki,  Renthany  i  Yorlongi  z  Zielonej  Doliny  miały  przodków, 
którzy  różnili  się  od  naszych  antenatów,  lecz  na  równi  z  ludźmi  stanowiły  ogniwo  w 
wielkim łańcuchu życia. 
Ryba  ukryta w nasłonecznionej  sadzawce,  antylopa  pasąca  się  na  łące,  śnieżna  pantera 
skradająca się wśród szczytów, wszystkie one myślą i czują, nawet jeśli nie potrafimy ich 
zrozumieć. 
Przyzywałam  również  węże.  Przypomniałam  sobie  nagle,  jak  bardzo  zaniepokoił  się 
Yonan,  gdy  znalazł  mnie  połączoną  myślową  więzią  z  wężem,  więzią  tak  ścisłą,  jak  to 
tylko było możliwe. 
Lecz  wszystkie  te  zwierzęta  żyły  w  Estcarpie  i  nie  nosiły  w  sobie  skazy  Ciemności. 
Natomiast  w  Escore  grasowały  niebezpieczne  stwory,  które  wykorzystałyby  próbę 

background image

 

66

nawiązania  takiego  kontaktu  do  ataku  na  mnie.  W  jakim  stopniu  Laidan 
wykorzystywała  istoty  stworzone  przez  coraz  silniej  ulegający  zwyrodnieniu  lud,  który 
ingerował w prawa natury albo dla zabawy, albo dla uzyskania nowych sług? 
Najwidoczniej uważała Tsalego za wroga i bez pytania wiedziałam, że szykuje dla niego 
los  najgorszy  z  możliwych.  Ponieważ  skupiła  uwagę  i  wolę  na  czym  innym, 
pozostawiwszy  tylko  tyle  mocy,  żeby  mnie  tutaj  zatrzymać,  zaczęłam  rozglądać  się 
dokoła, szukając jakiejkolwiek broni lub sprzymierzeńców. 
W  tej  kolebce  magii  nie  było  okien  i  półki  zasłaniały  ściany  od  dołu  do  góry,  a  sufit 
znajdował się znacznie niżej niż w dolnej komnacie. W kątach i zakamarkach przez lata 
nagromadziły się wielkie pajęczyny. Niektóre były tak ciężkie od kurzu, iż wyglądały jak 
strzępy zasłon. A w nich... Wysłałam tam badawczą myśl. 
Dotknęłam całkowicie obcego umysłu, beznamiętnej, żarłocznej – i wygłodzonej iskierki 
świadomości.  Nigdy  dotąd  nie  próbowałam  przywoływać  owadów  i  podobnych  do  nich 
stworzeń,  ale  teraz  ucieszyłam  się,  że  w  ogóle  mi  się  to  udało.  Najwyraźniej  Laidan, 
zaaferowana  sobie  tylko  wiadomymi  przygotowaniami,  nie  zauważyła,  iż  rozluźniłam 
nieco więzy geas. 
Zlokalizowałam  jeszcze  dwa  pająki.  Z  trudem  przyszło  mi  utrzymać  z  nimi  kontakt; 
poziom ich świadomości bardzo różnił się od mojego. Odniosłam wrażenie, że kurczowo 
ściskam linę, którą ktoś mi bez przerwy wyrywa z ręki, i że znów ją łapię, zanim zbytnio 
się oddali. 
W  zakurzonych  pajęczynach  czaiły  się  bezlitosne,  śmiertelnie  niebezpieczne  łowczynie. 
Nasze  sprawy  wcale  ich  nie  obchodziły.  Ale  były  tam.  Teraz  skoncentrowałam  się  na 
największej  i  przypuszczalnie  najstarszej  sieci.  Coś  się  poruszyło  w  otworze  w  środku 
pajęczyny. Więc... więc zwabiłam jej mieszkankę tak daleko na otwartą przestrzeń! Nie 
miałam  żadnego  planu,  tylko  nadzieję,  bardzo  słabą  w  owej  chwili.  A  jednak  zdołałam 
przywołać  „lokatorki”  Laidan.  Musiało  im  się  nieźle  powodzić  –  ich  ciała  były  rozdęte 
od  nadmiaru  pokarmu,  a  pajęczyca  rezydująca  w  największej  sieci  nie  zmieściłaby  mi 
się w dłoni. 
Nie  były  to  zwykłe  pająki.  W  ich  szczękach  krył  się  jad.  Mogły  unieruchomić  zdobycz, 
uwięzić w sieci i pożreć ją jeszcze żywą. Ich maleńkie oczka błyszczały złowrogo. 
Laidan  skończyła  selekcję  składników  potrzebnych  do  nie  wiem  jakiej  ohydnej 
ceremonii.  Teraz  krążyła  wokół  pentagramu,  na  końcu  każdego  ramienia  gwiazdy 
ustawiając  drugą  świecę  obok  pierwszej  i  posypując  łączące  je  linie  sproszkowanymi 
ziołami o nieprzyjemnym zapachu. 
Domyślałam  się,  co  zamierzała...  nas  dwie  będą  chronić  bariery,  które  starannie 
ustawiała.  A  tam,  gdzie  powinno  się  pojawić  uosobienie  Zła,  które  Laidan  chciała 
przywołać z zaświatów, znajdzie się Tsali. Jaszczuroludek miał stać się przeznaczoną dla 
niego krwawą ofiarą... 
Obecnie  moja  dręczycielka  musiała  jeszcze  bardziej  zmniejszyć  zasoby  kontrolującej 
mnie  energii,  by  skoncentrować  się  na  końcowych  przygotowaniach.  Mamrotała 
nieznane  słowa,  przenikliwie  śpiewała  zaklęcia,  którymi  nie  zhańbiłaby  się  żadna 
prawdziwa  Czarownica.  Nie  mogła  popełnić  żadnego  błędu  –  naraziłaby  życie,  gdyby 
pominęła któreś z zabezpieczeń. 
Największa  mieszkanka  pajęczyny  pobiegła  na  skraj  swojej  sieci  i  zatrzymała  się, 
rozglądając wokoło. Oszukałam ją, umieściwszy w jej mózgu informację, że zdobycz jest 
blisko.  Opuściła  się  w  dół,  przędąc  w  drodze  nić,  która  łączyła  ją  z  jej  mieszkaniem. 
Teraz kołysała się tam i z powrotem jak ogromna, pomarańczowo-czarna kropka. 
Czułam, że nie podobają się jej zapachy rozgniatanych ziół buchające z dołu. Chciała się 
wycofać,  lecz  powstrzymał  ją  obraz  smacznej  uczty,  który  wtłoczyłam  do  jej 
świadomości. Wkrótce zakurzoną kryjówkę opuściła druga pajęczyca, a za nią trzecia. 

background image

 

67

–  No,  tak.  –  Laidan  wstała  i  otrzepała  dłonie  z  resztek  ziół.  –  Jesteśmy  gotowe, 
siostrzyczko.  Teraz  poślemy  wezwanie...  Ofiara  zostanie  przyjęta  i  powitamy  cię  w 
naszym gronie... 
–  A  jeśli  nie  zechcę?  –  Odwróciłam  wzrok  od  pająków,  w  obawie,  że  wiedźma  je 
zauważy. 
– Nie masz wyboru – odparła. – Nie zdołasz się obronić przed tym, co przywołam, co cię 
posiądzie... No, na jakiś czas. Kiedy się wycofa, będziesz już do niego należała, a wtedy – 
wskazała ręką na wyposażenie komnaty – sama będziesz chciała się uczyć. Jest w tobie 
coś,  co  otworzy  dla  nas  bramy.  Czy  sądzisz,  że  w  przeciwnym  razie  zdołalibyśmy  cię 
wezwać?  –  Spojrzała  na  mnie  dziwnie  i  dodała:  –  Myślę,  że  w  głębi  duszy  tęsknisz  za 
tym. Jesteś jedną z nas, siostrzyczko, ponieważ wolisz kształtować, niż być kształtowaną. 
Nie zaprzeczaj tylko, że to nieprawda. 
– Nie należę do Ciemności! – odparowałam. Laidan wzruszyła ramionami. 
– Czymże jest Ciemność, a czym Światło? Słyszałaś tylko jedną historię, a opowiedzieli 
ci ją nasi wrogowie. Tak wiele można się nauczyć. Czy zamkniemy i zaryglujemy drzwi 
prowadzące do tej wiedzy, gdyż niektórzy boją się tego, co się za nimi kryje? Jest tylko 
jedna  rzecz,  której  należy  pragnąć  –  Moc!  Wszystko  inne  ginie  w  otchłani  czasu, 
zdruzgotane i zapomniane. Nic nie trwa tak długo jak pragnienie Mocy. Tak, sama się o 
tym  przekonasz  i  będziesz  się  nią  cieszyła.  Należysz  bowiem  do  tych,  których  można 
napełnić Mocą jak karafkę zimowym winem. 
Jej  słowa,  przynajmniej  w  pewnym  stopniu,  padły  na  podatny  grunt,  zaintrygowały 
jakąś  cząstkę  Crythy.  I  tak  jak  zwątpiłam  w  siebie  podczas  rozmowy  z  panią 
Chriswithą, tak teraz obudziły się we mnie inne wątpliwości. Pragnęłam... pragnęłam się 
uczyć,  chciałam  wiedzieć,  co  mogłabym  zrobić,  gdybym  postanowiła  w  pełni 
wykorzystać mój talent! Pragnęłam – Mocy! 
Jednak  inna  część  mojej  istoty  stanęła  teraz  do  boju.  Moc...  Przecież  Moc  mogła 
zdeprawować i zeszpecić, zniszczyć tego, kto się nią posługiwał. 
Największa  z  pajęczyc  wisiała  teraz  prosto  nad  Tsalim.  Jaszczuroludek  przeniósł 
spojrzenie  ze  mnie  na  kołyszące  się  w  górze  stworzenie,  zauważył  też  jej  siostry 
rozwijające swoje nici, żeby opuścić się na dół. 
Laidan  stanęła  obok  mnie  we  wnętrzu  pentagramu.  Podniosła  małą,  czarną  różdżkę 
wyjętą  spomiędzy  mglistych  draperii.  Po  kolei  wycelowała  ją  w  świece  ustawione  na 
ramionach gwiazdy. Zapaliły się tłustym, szkarłatnym ogniem. 
Zrobiło  mi  się  niedobrze,  aż  zgięłam  się  wpół,  przyciskając  ręce  do  brzucha.  Wszystko 
się we mnie buntowało przeciw jej czarom: umysł i ciało. Moja pewność, że bez walki nie 
ulegnę Ciemności, umacniała się i krzepła. 
Kiedy  wiedźma  zaczęła  przywoływać  siły,  które  chciała  zmusić  do  posłuszeństwa,  ja 
skupiłam  całą  uwagę  na  pająkach.  Jeszcze  nie  wiedziałam,  w  jaki  sposób  się  nimi 
posłużę,  ale  innej  broni  nie  miałam.  Nauczyłam  się  dostatecznie  dużo  od  pani  Dahaun, 
by wiedzieć, że podczas magicznych obrzędów równowaga jest bardzo chwiejna i łatwo 
ją  naruszyć.  Laidan  otoczyła  swoimi  zabezpieczeniami  zarówno  koło  jak  i  gwiazdę,  w 
której stałyśmy, lecz nie pomyślała o tym, co mogło znajdować się w górze. 
Czarne świece wydzielały wstrętny zapach. Tymczasem Laidan oddychała nim głęboko 
przed  wypowiedzeniem  kolejnego  słowa,  jakby  czerpała  z  niemiłej  woni  dodatkowy 
pokarm albo energię. A potem... 
Powietrze poruszyło się w mniejszym kole, zawirowało i pierwszy pająk wpadł prosto w 
ów  wir.  Coś  się  skłębiło.  Laidan  drgnęła  i  na  moment  przestała  śpiewać.  Następne 
oszukane  przeze  mnie  łowczynie  zniknęły  po  kolei  w  mglistej  kolumnie.  Wiedźma 
cofnęła  się,  podnosząc  rękę  do  ust.  Po  raz  pierwszy  wyglądała  na  wstrząśniętą  tym,  co 
zobaczyła albo poczuła... 

background image

 

68

Może  nie  byłam  równie  wrażliwa  jak  Laidan,  ale  wyczułam  silne  zamieszanie.  Coś,  co 
zostało wezwane, rozgniewało się, cofnęło i... I odeszło! 
Służka  Zła  krzyknęła,  zatykając  rękami  uszy,  jakby  chciała  uchronić  się  przed 
dźwiękiem,  którego  nie  mogła  znieść.  Ja  jednak  nic  nie  usłyszałam.  Wyczułam  jedynie 
odwrót nieznanej siły. A po chwili i moja dręczycielka zniknęła jak zdmuchnięta. 
Czarne świece zgasły i w komnacie zrobiło się ciemno. Byłam wolna! 
W  jednej  chwili  wybiegłam  z  pentagramu,  porwałam  ze  stołu  duży  nóż  i  rozcięłam 
Tsalemu wieży. Już nie dzieliła nas niewidzialna zapora. A jednak coś jeszcze ciążyło mi 
na duszy w tym starożytnym mieście, które Laidan nazwała Zefarem. 
Tsali wstał i zacisnął pazurzaste palce na moim przegubie. 
„Chodź!” – Pobiegł w stronę schodów, pociągając mnie za sobą. 
Wszystko wokół nas falowało i zamazywało się, jakby sam kamień topił się i odpływał w 
nicość.  Wydało  mi  się,  że  stopnie  drżą  pod  moim  ciężarem  i  rozpadają  się  w  pył. 
Przypuszczam, że to znikała iluzja, którą wiedźma otoczyła to miejsce. Groziło nam, że 
zostaniemy uwięzieni między epokami albo pogrzebani pod kamiennymi blokami, które 
w późniejszych wiekach runęły na ziemię. 
Wreszcie, dysząc ciężko, znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni w otoczeniu omszałych, 
popękanych  głazów,  obok  murowanego  narożnika,  który  kiedyś  mógł  być  zewnętrzną 
ścianą  jakiejś  budowli.  Tsali  wciąż  trzymał  mnie  za  rękę.  Rozglądał  się  po  okolicy  tak 
szybko kręcąc głową, że nie dorównałby mu w tym żaden człowiek. Stał sztywno, pełen 
napięcia. Zrozumiałam, iż nadal grozi nam niebezpieczeństwo. 
„Laidan?” – wysłałam tę jedną, jedyną myśl do jego umysłu. 
„Ona  nie  umarła...  jeszcze  nie...  –  potwierdził  moje  obawy.  –  Uciekła  do  własnego 
zakątka  nicości,  żeby  siła,  którą  wezwała,  nie  zwróciła  się  przeciw  niej.  Trwa  tam, 
zapamiętując się w nienawiści, która w niej wzbierze, gdy dowie się o tym,  co się gdzie 
indziej  stało.  A  ponieważ  już  niejednokrotnie  się  z  tobą  łączyła,  więc  znów  możesz  się 
stać dla niej bramą przez czas i przestrzeń”. 
„Co się gdzie indziej stało?” – Uchwyciłam się niezrozumiałej części jego ostrzeżenia. 
„Ten, którego chciała obudzić, wreszcie naprawdę umarł. 
Młodzieniec  imieniem  Yonan  i  Uruk  od  Topora  rzucili  własne  czary.  Ale  wskutek  tego 
Laidan  zapłonie  jeszcze  większą  nienawiścią.  Wydaje  mi  się  jednak,  że  w  najbliższym 
czasie  nic  nie  zrobi.  Uciekając,  zbytnio  oddaliła  się  od  nas.  Lecz  my  jeszcze  z  nią  nie 
skończyliśmy”. 
Nie puszczając mojej ręki, wyprowadził mnie ze starożytnej ruiny. Sucha jesienna trawa 
muskała mi uda, sięgając Tsalemu prawie do pasa. 
„Powiedz,  co  się  stało?  Dlaczego  pająki...”  –  zająknęłam  się.  Bo  chociaż  pajęczyce 
wykonały  moje  polecenia  i  najwyraźniej  zniweczyły  czary  Laidan,  to  nadal  nie 
rozumiałam, jak do tego doszło. 
„We wszystkich obrzędach rzucania czarów bardzo trudno jest utrzymać równowagę – 
odpowiedział  Tsali,  jakby  mimochodem,  nadal  bardziej  zwracając  uwagę  na  otoczenie, 
jakkolwiek  ostatni  kamienny  blok  Zefaru  pozostawiliśmy  już  za  sobą.  –  Siła,  którą 
wezwała  Laidan,  zażądała  krwawej  ofiary.  I  Laidan  ją  przygotowała.  –  W  jego  myśli 
wyczułam  beznamiętność,  jakby  to  nie  on  miał  stać  się  tą  ofiarą.  –  Ale  gdy  ten  sługa 
Ciemności  otrzymał  inne  żywe  istoty,  stracił  orientację  i  wpadł  w  gniew.  Był 
przekonany,  że  Laidan  chciała  zapewnić  sobie  jego  pomoc  w  zamian  za  tak  nędzny 
ochłap. Ci, którzy naprawdę należą do Ciemności, nikomu nie ufają. Wprawdzie muszą 
być  posłuszni  pewnym  czarom,  lecz  jeśli  druga  strona  nie  wypełni  skrupulatnie 
warunków  umowy,  wówczas  wszystkie  zobowiązania  tracą  ważność.  Trzy  pająki  nie 
mogły się równać z jednym Tsalim...” – zakończył ironicznie. 
Uśmiechnęłam się, mimo że czułam się słaba i bezbronna w tym niebezpiecznym świecie. 

background image

 

69

„Gdzie jesteśmy?” – zapytałam. Czy to była nasza epoka? I czy uda nam się wrócić do 
Zielonej Doliny? 
„Nie  mogę  udzielić  wyczerpującej  odpowiedzi  na  wszystkie  pytania.  –  Mój  towarzysz 
bardzo  szybko  odczytał  te  myśli.  –  Ale  musimy  iść  bardzo  ostrożnie.  Laidan  będzie 
miała  okazję  do  odnowienia  zapasów  Mocy.  Kiedy  dowie  się,  że  Targi  nie  żyje...  – 
pokręcił  głową.  –  Wtedy  ułagodzi  ją  tylko  rozlew  krwi.  Ponieważ  raczej  nie  zdoła 
wywrzeć zemsty na tych, którzy zabili Targiego, tym bardziej będzie chciała zemścić się 
na nas”. 
„A Yonan i Unik?” 
Tsali  odpowiedział  mi  takim  tonem,  jakby  w  tej  chwili  miał  ważniejsze  sprawy  na 
głowie. 
„Kroczą  własną  drogą...  Dobrze  się  spisali.  To  my  musimy  dochować  wiary  Zielonej 
Dolinie.  Nie  możemy  tam  wrócić,  dopóki  Laidan...”  –  w  tym  miejscu  jego  myśl 
przygasła, jakby chciał ją ukryć przede mną. 
„Dopóki  Laidan  może  rzucić  na  mnie  czary”  –  z  goryczą  dokończyłam  za  niego. 
Wiedziałam,  że  to  prawda  i  że  muszę  stawić  jej  czoło,  wytężając  wszystkie  siły  ciała  i 
ducha. 
  

 
Wędrowaliśmy  dalej.  Kiedy  oddaliliśmy  się  od  ruin  Zefaru,  Tsali  zwolnił  nieco  kroku. 
Krajobraz wokół nas był szarobrunatny. Późna jesień ogołociła ziemię z zieleni, a mróz 
wyssał soki z trawy i ziół, i teraz, suche i zwiędłe, szeleściły na wietrze. 
Natrafiliśmy  na  pozostałości  starożytnej  drogi,  głównie  na  kamienne  bloki,  rozrzucone 
to  tu,  to  tam,  poprzykrywane  ziemią  lub  wypchnięte  do  góry  przez  korzenie  drzew. 
Rozejrzałam się wokoło, starając się znaleźć jakiś znajomy punkt orientacyjny, chociaż 
w  pełni  zdawałam  sobie  sprawę,  że  nie  mogę  powrócić  do  Zielonej  Doliny,  dopóki 
całkowicie nie uwolnię się spod wpływu Laidan. 
Zaczai mi dokuczać głód i pragnienie. Nie wiedziałam, dokąd Tsali nas prowadzi, ale go 
o  to  nie  zapytałam.  Szłam  jak  we  śnie,  tam  gdzie  wskazał.  Lecz  głowę  miałam  nabitą 
myślami,  gorączkowo  poszukiwałam  potrzebnej  mi  umiejętności,  stosownego  aspektu 
mojego  talentu.  Dotąd  uważałam,  że  nie  mogę  się  obronić  przed  Laidan.  Ile  upłynie 
czasu,  zanim  ta  wiedźma  ośmieli  się  opuścić  kryjówkę  i  spróbuje  znów  zrobić  ze  mnie 
swoje narzędzie? 
Narzędzie? 
Nie  wiem,  dlaczego  uczepiłam  się  myślą  tego  słowa.  Człowiek  tworzy  na  dwa  sposoby: 
dzięki wizji powstałej w mózgu, która sama w sobie nie jest czarostwem, i za pomocą rąk 
–  albo  przedłużenia  rąk,  które  niektórzy  stworzyli  w  zamierzchłej  przeszłości,  by 
dopomogły im w rozwiązaniu konkretnych problemów. 
Były więc narzędzia rolnika – pług, którym orano ziemię przygotowując ją do przyjęcia 
ziarna, grabie i motyka, młotek i piła; pozostałych nawet nie umiałam nazwać. Ale inne 
dobrze  znałam:  garnki,  które  wieszało  się  nad  ogniem  i  gotowało  w  nich  strawę, 
wrzeciono do przędzenia nici, igła, krosno, łyżka, krótki nóż... 
Ludzie  wynaleźli  też  narzędzia,  którymi  walczyli:  pistolety  strzałkowe  –  moje  palce 
poruszyły się podświadomie, jakby chciały się zacisnąć wokół jakiegoś i poszukać guzika 
spustowego – oraz miecze i lance. Nasi  mężczyźni powrócili do tych ostatnich, gdyż nie 
mogliśmy  wytwarzać  strzałek;  wreszcie  tarcze  służące  do  obrony.  A  leśni  ludzie  z 
Zielonej  Doliny  nosili  u  pasa  bicze  siłowe,  które  były  oswojonymi  i  udomowionymi 
dziećmi błyskawicy. 

background image

 

70

Wszystko  to  były  narzędzia,  nawet  umysł.  Lecz  ja  dotąd  ponosiłam  same  klęski, 
ponieważ nie nauczono mnie, co można robić za pomocą narzędzia, z którym przyszłam 
na świat. 
Tsali  skręcił  na  wschód,  opuszczając  pozostałości  starożytnej  drogi.  Potykając  się 
ruszyłam w stronę, w którą pociągnął mnie za rękę. Nie miałam żadnego innego planu. 
Dzień był szary jak martwa trawa wokół nas. Szliśmy jakąś ścieżką pod bezchmurnym 
niebem. Nagle usłyszałam szum płynącej wody i moje usta wydały mi się pełne kurzu. 
Tsali  kierował  się  w  dół  parowu,  który  z  każdym  krokiem  stawał  się  coraz  bardziej 
stromy.  Teraz  już  nie  trzeba  mnie  było  ponaglać,  ponieważ  sama  szłam  szybko  ku 
wodzie opływającej głazy w skalnym łożysku. 
Uklękłam  nad  strumykiem,  umyłam  starannie  ręce,  a  później,  złączywszy  je,  nabrałam 
wody,  którą  zaczęłam  chciwie  pić.  Jaszczuroludek  przykucnął  nieco  dalej  i  chłeptał 
życiodajny płyn długim językiem. Zaspokoiwszy pragnienie, już przytomnie rozejrzałam 
się wokoło. Poczułam naraz dotkliwy głód. 
Tsali  nagle  rzucił  się  do  przodu,  zanurzając  w  strumieniu  przednie  kończyny,  po  czym 
wstał  ociekając  wodą.  W  pazurach  trzymał  trzepoczącą  się  rybę.  Zaczekał,  aż 
znieruchomiała,  i  cisnął  ją  na  ziemię  za  sobą.  Później  znów  przykucnął  na  brzegu  i 
wpatrzył się w bystry nurt. 
Już dawno temu postanowiłam, że nigdy nie zabiję żywej istoty po to, by ją potem zjeść. 
Teraz  jednak  zrozumiałam,  że  muszę  postępować  rozsądnie  i  że  jeśli  chcę  przeżyć, 
powinnam spożyć zdobycz Tsalego. 
Ale  w  żaden  sposób  nie  mogłam  się  zmusić  do  dotknięcia  martwej  ryby.  Patrzyłam 
tylko,  jak  Jaszczuroludek  wyciąga  kolejną.  Następnie  wyszedł  na  przeciwległy  brzeg, 
gdzie  woda  wyrzuciła  połamane  gałęzie,  i  wrócił  z  ostro  zakończonym  kijem,  którym 
wypatroszył ryby. Oskrobał je znalezionym kamieniem. 
Nie rozpaliliśmy ogniska – zresztą i tak wiedziałam, że Tsali będzie wolał zjeść rybę na 
surowo.  Z  obrzydzeniem  spojrzałam  na  porcję,  którą  przede  mną  położył,  lecz  to  był 
jedyny  dostępny  pokarm.  W  końcu  zdołałam  podrobić  nieco  łykowate  mięso  i  je 
przełknąć. Okazało się to nie trudniejsze od licznych prób, przez które przechodzi każdy 
wojownik. Mając przeciw sobie Laidan i jej świat, wyruszyłam na wojnę. 
W górze rozległ się przeciągły okrzyk.  Z  zaskoczenia omal nie zadławiłam się ostatnim 
kęsem.  Nad  nami  unosił  się  jakiś  ptak.  Otworzył  dziób  i  znów  zaskwirzył,  bezwstydnie 
zniżając lot, jakby chciał nam wyrwać jedzenie z rąk. 
Jego  pióra  miały  niemal  ten  sam  odcień  szarości  co  niebo  tego  dnia,  ale  wokół  oczu 
zauważyłam  błyszczące,  czerwone  otoczki.  Nigdy  takiego  nie  widziałam.  Nie  znalazłam 
też  w  mózgu  skrzydlatego  przybysza  nic  poza  tym,  czym  się  zdawał.  Był  drapieżnym 
ptakiem,  tak,  lecz  jednym  z  tych,  które  kierują  się  wyłącznie  swoją  dziką  naturą  i  nie 
słuchają rozkazów Ciemności. 
Głośne okrzyki pierwszego drapieżnika sprowadziły jego towarzysza. Nie odrywałam od 
nich  wzroku,  gdy  oba  zajadały  się  resztkami,  które  Jaszczuroludek  odrzucił  na  bok. 
Poczułam  znów  to  samo  lekkie  poruszenie  w  głębinach  pamięci.  Nie  mogło  być 
wspomnieniem  –  przysięgłabym,  że  jeszcze  nigdy  nie  widziałam  tych  ptaków  –  a 
jednak... 
Ich  szare,  matowe  skrzydła  i  płonące  szkarłatem  obwódki  wokół  oczu  wydały  mi  się 
bardzo ważne. Zerwałam się na równe nogi, tuląc do piersi zaciśnięte w pięści ręce. 
–  Ninutra!  –  zawołałam  tak  głośno,  że  na  chwilę  zagłuszyłam  nieprzerwany  skwir 
szarych drapieżników. 
Ninutra?  Czy  było  to  imię,  czy  też  nazwa  jakiegoś  miejsca?  Niechętnie  otworzyłam 
umysł  i  zaczęłam  szukać,  głębiej,  coraz  głębiej...  Postępowałam  nierozważnie,  gdyż 
przedtem zapuszczałam się w głębiny mojego mózgu tylko pod kontrolą pani Dahaun. A 

background image

 

71

tutaj  i  teraz  mogło  mi  grozić  wielkie  niebezpieczeństwo.  Jednak  odegnałam  tę  myśl. 
Muszę się dowiedzieć! 
Ninutra...  Dostrzegłam  zamazany  obraz.  Zamknęłam  oczy  na  niebo,  na  ptaki,  na  cały 
świat,  który  znałam,  i  szukałam  wewnątrz  siebie.  „Ninutro,  przybądź!”  –  rozkazałam 
temu fragmentowi myśli... czy wspomnienia. Kim był Ninutra? 
Zakręciło  mi  się  w  głowie.  Mglisty  obraz  stał  się  wyraźniejszy.  Czekałam  z  zapartym 
tchem, a podniecenie i nadzieja wyparły wówczas zarówno strach, jak i ostrożność. 
Zobaczyłam  postać  otoczoną  płomienną  chmurą  tej  samej  barwy  co  płatki  wokół  oczu 
szarych  ptaków.  Gdybym  tylko  mogła  wyraźniej  zobaczyć,  jakoś  odsunąć  tę  zasłonę  z 
blasku! 
Ninutra... był Mocą... a nie miejscem. Mocą Ciemności? Więc co przywołałam?! 
Nie,  gdyż  wrodzony  ostrzegawczy  zmysł,  wzmocniony  przez  nauki  pani  Dahaun,  nie 
zareagował.  Ale  nie  poczułam  też  głębokiej  ufności,  która,  jak  sądziłam,  powinna  mnie 
napełnić,  jeśli  wezwałam  Moc  Światła.  Czy  mogła  to  być  jakaś  trzecia  siła,  trzymająca 
się  z  daleka  zarówno  od  Ciemności,  jak  i  od  Światła  –  siła  krocząca  własną  drogą, 
niezrozumiałą dla tych obu? 
Starałam się oczyścić  myślowy obraz i lepiej  przyjrzeć się świetlistej postaci, lecz blask 
otaczał ją zbyt szczelnie.  Powoli, jak kręgi powstałe od wrzuconego do wody kamienia, 
napłynęła stamtąd fala energii, która stawała się coraz cieplejsza... gorąca... 
Może  nawet  krzyknęłam.  W  każdym  razie  wzdrygnęłam  się  wewnętrznie  i  cofnęłam, 
daremnie  próbując  przegnać  wizję.  Lizały  mnie  fale  gorąca,  beznamiętnie,  bez  gniewu. 
Poczułam, że siła zwana Ninutra była zaciekawiona, że moje słabe wołanie zakłóciło jej 
spokój,  wyrwało  ją  z  głębokiej  kontemplacji.  Czy  zobaczyłam  jednego  z  Wielkich 
Adeptów?  Jeśli  tak  było,  to  dawno  utracił  ludzkie  dziedzictwo.  Stał  się  czystą  mocą, 
której nie rozumiałam, gdyż wydała mi się bardzo obca... 
Później obraz jakby się cofnął, a wraz z nim fala ciepła. Teraz wydało  mi się,  że widzę 
długą nawę, na której końcu stoi jakaś postać. Czerwony blask powrócił do jej ciała. 
Patrząc  na  Ninutrę  przypomniałam  sobie,  że  kiedyś  ja  (albo  wewnętrzna,  centralna 
część mojej istoty), teraz słaba, okaleczona i na długo pogrzebana przez inne wcielenia i 
epoki,  kontaktowałam  się  z  tą  siłą.  Lecz  to  było  bardzo  dawno  temu  i  łącząca  nas  więź 
rozpadła się w proch... 
Otworzywszy oczy, znów zobaczyłam szary krajobraz nad strumykiem. Niezwykłe ptaki 
odleciały. Tsali przykucnął na kamieniach, wpatrując się we mnie błyszczącymi oczami. 
–  Ninutra...  –  Wyszeptałam  jeszcze  raz,  a  potem  przemówiłam  w  myśli  do  mojego 
towarzysza: „Tsali... kim była ta Moc?” Jaszczuroludek skinął głową, nie do mnie, lecz 
jakby do tamtego mglistego obrazu. 
„Jednym z Wielkich Adeptów – odparł. – Nie pochodzącym ani z twojego, ani z mojego 
ludu, czy z jakiejkolwiek żyjącej dzisiaj rasy. Tylko nieliczni pozostali z nami przez jakiś 
czas...  dopóki  nie  urośli  w  potęgę  ci,  którzy  szukali  najstraszniejszej  Ciemności  i 
próbowali ją przywołać...” 
– Ale dlaczego teraz go zobaczyłam? 
„Nie  wiem,  panno  Czarownico.  Tylko  to,  że  te  ptaki  –  wskazał  na  niebo  i  korujące  w 
oddali sylwetki – bardzo dawno temu znaleziono w Ustroniu, gdzie Ninutra postanowił 
zamieszkać  lub  utrzymać  kontakt  z  naszym  światem.  Były  tam  też  kobiety,  które 
otwierały swoje umysły i serca i czasami przepowiadały przyszłość, tak że nawet adepci 
słuchali Ust Ninutry”. 
– Tsali... czy ja kiedyś byłam jego Ustami? Jaszczuroludek pokręcił głową. 
„Nie zadawaj mi zagadek, panno Czarownico – powiedział. – Każda rasa i gatunek ma 
własne legendy. Czy rodzimy się na nowo po tym, jak oczyszczające płomienie spopielą 

background image

 

72

nasze  ciało?  A  jeśli  tak  się  dzieje,  to  czy  możemy  sobie  wszystko  przypomnieć?  Nie 
wiem”. 
– Ja zobaczyłam... Ninutrę – odpowiedziałam powoli i objęłam się mocno ramionami. – 
Ta Siła mnie ogrzała. 
Podniosłam  głowę.  Nagle  uświadomiłam  sobie,  że  nie  było  to  już  wspomnienie,  tylko 
wiedza,  świeżo  zapamiętana  wiedza,  jakbym  miała  przed  oczami  zwój  dopiero  co 
przepisany  przez  strażniczkę  wiedzy  tajemnej.  Długo  jej  szukałam  i  jak  każdy 
poszukiwacz  otworzyłam  szeroko  umysł.  Dlatego  Laidan  bez  trudu  mogła  wejść  do 
pustego obszaru w moim  mózgu, podatnego na jej chytre sugestie. Nie  miałam pojęcia, 
jak podziałała na mnie wizja Ninutry i co właściwie się stało, ale zdałam sobie sprawę, że 
napełniły się niektóre z pustych komnat w moim umyśle. 
Tsali wyprostował się, jeżąc grzebień na głowie. Jego skóra pociemniała i zaczęła lekko 
drgać, jakby całym ciałem starał się wyrazić uczucie, które nim owładnęło. 
– Panno Czarownico... Co chcesz teraz zrobić? 
– Zrobię to, co muszę zrobić – ucięłam. 
Badając  spojrzeniem  brzeg  strumienia  pod  naszymi  nogami  znalazłam  to,  czego 
szukałam:  prosty  patyk  wyrzucony  przez  wodę,  kruchy  i  wyblakły.  Podniosłam  go  i 
ścisnęłam w dłoni. Po czym jak pędzlem nakreśliłam w powietrzu obraz wyryty w moim 
umyśle. Więc to ma pójść tak i tak, i tak... 
Najpierw ujrzałam niewyraźne linie. Później z ich wnętrza rozprzestrzenił się kolor, tak 
że  stały  się  nieprzejrzyste.  Płonęły  jak  przygasłe  ognisko  w  nocy.  Upuściłam  patyk  i 
stanęłam,  wpatrując  się  w  moje  dzieło,  wymawiając  dźwięki  niepodobne  do  słów. 
Przypominały  raczej  chrapliwe  okrzyki  ptaków,  które  dawno  temu  gnieździły  się  w 
siedzibie  Ninutry,  a  w  znacznie  późniejszej  epoce  –  dzisiaj  –  pożywiły  się  resztkami  z 
połowu Tsalego. 
Powoli  wyciągnęłam  przed  siebie  rękę.  Byłam  pewna,  że  skoro  tylko  zacisnę  palce  na 
tym, co zawisło w powietrzu pomiędzy mną a Jaszczuroludkiem, uroczyście przyrzeknę 
poświęcić wszystkie siły walce, której nie mogłam w pełni zrozumieć. 
Czerwony  blask  przygasał,  ale  narysowany  przeze  mnie  przedmiot  stawał  się  coraz 
wyraźniejszy, materializował się. Dlaczego się wahałam? Przecież od chwili gdy Ninutra 
odpowiedział  na  moje  wezwanie,  wiedziałam,  że  muszę  to  zrobić.  Ujęłam  w  dłoń  i  bez 
wahania  wyciągnęłam  z  powietrza  miecz  stworzony  przez  wiedzę,  której  jeszcze  nie 
ogarniałam.  Był  niemal  równie  szary  jak  niebo,  a  jego  kontury  nadal  wydawały  się 
niejasne i mgliste. 
– Tak oto wypełniła się wola Ninutry – powiedziałam powoli i głośno. – Albowiem jest to 
Miecz  Zrodzony  z  Cienia  –  ani  z  Ciemności,  ani  ze  Światła  –  a  mogą  go  nosić  słudzy 
jednego i drugiego. Lecz teraz ja obejmuję go we władanie... w imieniu Światła! 
Zakręciłam  młynka  cudownym  brzeszczotem  jak  wojownik  sprawdzający,  czy  nowa 
broń jest dobrze wyważona. 
Nie  był  ciężki  jak  miecz  wykuty  ze  stali,  nie  miał  klingi  zdolnej  ciąć  lub  rąbać  ani 
ostrego końca, którym można by przebić wroga. Stworzony był do innej walki. 
„Dokonało  się...”  –  Odebrałam  myśl  Tsalego.  Jego  słowa  zabrzmiały  jak  proroctwo.  – 
Dokonało się – przytaknęłam. – Myślę, że właśnie po to się urodziłam. Jestem tym, kim 
miałam się stać. I niech Laidan pomyśli, w jakim stopniu się do tego przyczyniła. 
  
 6 
 
Dziwny miecz dematerializował się powoli niby strzęp mgły rozproszony przez słońce – 
lecz  wtedy  niebo  było  ołowiane.  Wkrótce  okazało  się,  że  w  zaciśniętej  dłoni  trzymam 
pustkę.  Westchnęłam  z  zachwytu.  Mój  umysł...  Gdybym  miała  choć  trochę  czasu,  żeby 

background image

 

73

się  zorientować,  co  wypełniło  jego  puste  dotąd  komnaty.  Mogłam  kierować  się  tylko 
instynktem  i  przekonaniem,  iż  czeka  mnie  taka  walka,  jakiej  nie  potrafiłam  sobie 
wyobrazić, mimo że przecież nawiązałam kontakt z Wielką Mocą. 
Spojrzałam  na  pustą  rękę.  Wiedziałam,  że  na  moje  wezwanie  natychmiast  powróci  do 
niej broń wykuta w imieniu Ninutry. Tsali obejrzał się nagle. Syknął i grzebień na jego 
głowie stał się niemal tak czerwony jak krew. 
„Myśliwi...” – odebrałam ostrzegawczą myśl. 
Nie ulegało wątpliwości, że ci myśliwi nie przybyli z Zielonej Doliny, a może nawet wcale 
nie  byli  ludźmi.  Wysłałam  własną  myślową  sondę  i  dotknęłam  na  moment  śladów  sług 
Ciemności. Nie odważyłam się badać dokładniej, by się dowiedzieć, do jakiego gatunku 
należeli. 
– Polują na nas... – Byłam tego pewna. 
„Szukają  zapachu;  jeszcze  go  nie  znaleźli”  –  odparł  Tsali.  Zgiął  pazurzaste  palce  i 
jeszcze raz syknął. 
Więc  to  tak,  polowano  na  nas!  Czy  Laidan  wróciła,  żeby  wydać  nas  na  pastwę  swoich 
wspólników?  A  może  tylko  przypadkiem  wpadli  na  nasz  trop?  Nieważne,  dlaczego  to 
zrobili. Wyglądało na to, że nie będę miała czasu niezbędnego do uporządkowania nowej 
wiedzy i zapoznania się ze zdolnościami, których istnienia nawet nie podejrzewałam. 
– Czy możemy znaleźć jakąś kryjówkę? 
Otaczały  nas  niewielkie  wzgórza,  a  góry  pozostały  daleko  za  nami.  Zresztą  nie 
ośmieliłabym  się  tam  wyruszyć.  Nie  zobaczyłam  bowiem  nigdzie  niebieskich  głazów, 
dających schronienie tym, którzy nienawidzili Ciemności. Zaraz po przybyciu do Escore 
dowiedzieliśmy się, że są one oazami bezpieczeństwa w niepewnej okolicy. 
„Woda...”  –  Mój  towarzysz  skierował  się  w  stronę  strumienia  i  zsunął  z  brzegu  w 
powolny nurt. 
Przypomniałam sobie starożytną zasadę: wiele rodzajów zła nie odważa się przekroczyć 
czystej,  bieżącej  wody.  Poszłam  w  ślady  Tsalego.  Woda  wlała  mi  się  do  butów,  gdy 
niewielkie  fale  sięgnęły  ich  szczytu.  Podniosłam  rozciętą  suknię  najwyżej,  jak  mogłam, 
ale jej brzeg szybko się zamoczył. Stąpając powoli, by nie poślizgnąć się na kamieniach, 
szłam znacznie wolniej niż Tsali, który bez trudu mnie wyprzedził. 
Koryto  rzeki  było  tu  szerokie,  lecz  dalej  zwieńczona  pianą  wstęga  zwężała  się.  Stosy 
naniesionego  przez  wodę  drzewa  wskazywały  na  okresowe  wylewy,  które  jednak  nigdy 
nie  zdarzały  się  o  tej  porze  roku.  Woda  była  płytka  i  tak  przezroczysta,  że  widziałam 
pływające  ryby  i  pełzające  po  dnie  opancerzone  stworzenia,  które  wypłoszyliśmy  z 
kryjówek.  Tsali  odwrócił  się  plecami  do  gór,  które  być  może  otaczały  Zieloną  Dolinę. 
Zaniepokoiło mnie jego zachowanie. Podjęłam decyzję i odezwałam się do niego w myśli: 
„Tsali,  najdzielniejszy  z  wojowników.  Przypadł  mi  w  udziale  los,  który  nie  musi  być 
twoim. Możesz wrócić...” 
Nie  pozwolił  mi  nic  więcej  powiedzieć.  Obejrzał  się  i  zasyczał,  piorunując  mnie 
spojrzeniem. Wyczułam gniew wzbierający w jego umyśle. 
„Wędrujemy  razem,  panno  Czarownico.  Czyż  jeden  z  Bractwa  Reto,  którego  wiedza 
powstrzymała  nawet  Wielkiego  Węża  na  czas  dwóch  uderzeń  serca  tak,  że  można  było 
go  naprawdę  zabić,  miałby  odwrócić  się  plecami  do  dawnego  wroga,  mówiąc:  „To  nie 
moja sprawa”?!” 
„Wybacz mi, wojowniku. – Nie mogłam znaleźć innej odpowiedzi. – Ale chodzi mi o to, 
że wzięłam na siebie brzemię czegoś, czego naprawdę nie rozumiem, a co może zdradzić 
mnie  lub  zawieść  w  chwili,  gdy  staniemy  oko  w  oko  z  wrogami.  Nie  chciałabym 
pociągnąć za sobą innych w sieć złego losu”. 
„Jakaż istota może domagać się wolnego wyboru, kiedy znów budzą się Wielkie Moce? 
Nasze  legendy  niewiele  mówią  o  twoim  Ninutrze.  Nie  wiem,  czy  był  po  stronie 

background image

 

74

Ciemności,  czy  Światła.  Myślę  jednak,  że  należał  do  tych,  którzy  odwrócili  się  plecami 
do obu i udał do miejsca, w którym sam rządzi”. Dalsze jego słowa przerwały skrzekliwe 
okrzyki.  Podniosłam  głowę  i  zobaczyłam  nad  nami  szaro-szkarłatne  ptaki.  Zatoczyły 
krąg  i  zanurkowały,  krzycząc  przeraźliwie.  Przyszło  mi  wtedy  do  głowy,  że  mogły  się 
sprzymierzyć  ze  sługami  Zła,  którzy  nas  ścigali.  A  może  były  zwiadowcami,  którym 
polecono dopilnować, żebyśmy nie zdołali uciec? 
Usiłowałam  odsunąć  od  siebie  ten  ich  wrzask,  ale  tak  przykuły  moją  uwagę,  że 
potknęłam  się  o  śliski  kamień  i  osunęłam  na  kolana,  zanurzając  po  pas  w  przeraźliwie 
zimnej  wodzie.  Tsali  znieruchomiał,  tak  jak  ja  przedtem,  wpatrzony  w  skrzydlatą 
zarazę. Podrapał się tylko po głowie u nasady grzebienia. 
Uważnie nasłuchiwał, jakby doskonale rozumiał ów nieustający skrzek. Ja za to nic nie 
pojmowałam,  mimo  że  dotąd  zawsze  mogłam  nawiązać  kontakt  z  każdą  żywą  istotą.  A 
kiedy  ostrożnie  spróbowałam  nawiązać  kontakt  myślowy,  na  nic  nie  natrafiłam,  nawet 
na instynktowną przebiegłość, którą znalazłam i wykorzystałam u pająków w komnacie 
Laidan. 
Te  ptaki  były  –  pustką!  Nie  wyczuwałam  też  żadnej  psychicznej  zapory.  Zaniepokoił 
mnie fakt, że mogłyby być tak dobrze chronione. 
Latające  strzały  zbliżyły  się  jeszcze  bardziej.  Pochyliłam  głowę,  gdy  rozwrzeszczane 
ptaszysko  spróbowało  –  tak  przypuszczam  –  dziobnąć  mnie  w  twarz  lub  w  oczy. 
Zasłoniłam twarz rękami. 
„To  nasi  przewodnicy...”  –  powiedział  Tsali.  Głos  miał  spokojny,  chociaż  szaropióre 
drapieżniki krążyły tak blisko jego głowy, że niemal muskały skrzydłami jego grzebień. 
– A dokąd to nas mają zaprowadzić? – zapytałam wyzywająco i skuliłam się, kiedy inny 
„przewodnik” skierował się prosto na mnie. 
„Kto  to  wie?”  –  Jaszczuroludek  wzruszył  ramionami.  –  Ale  jeśli  za  nimi  pójdziemy, 
przestaną nawoływać. Ten hałas już chyba słychać w dole strumienia. 
Wiedziałam, iż możemy tylko wybrać mniejsze zło. Nikt nigdy nie zaprzeczył, że słudzy 
Ciemności  byli  chytrzy  i  bezwzględni.  A  wrzask  dziwnych  ptaków  na  pewno 
zaalarmował  wszystkich  wokoło,  może  na  obszarze  znacznie  większym,  niż 
odważyłabym się przypuścić. 
Tsali już brnął przez wodę w stronę prawego brzegu. Skrzydlate drapieżniki jeszcze raz 
zatoczyły  krąg  nad  jego  głową,  po  czym  skupiły  całą  uwagę  na  mnie.  Poszłam  więc  za 
Tsalim, choć  trochę wolniej, gdyż przeszkadzała mi  mokra suknia. Gdy tylko stanęłam 
na  brzegu,  wrzask  ucichł  nagle,  jak  ucięty  nożem.  Mimo  że  ptaki  nieustannie  fruwały 
wokół nas, a głównie przed nami, więcej ich nie usłyszeliśmy. 
Byliśmy  daleko  od  ruin  Zefaru.  Przed  nami,  aż  po  horyzont,  łagodnie  opadała  łąka. 
Wysoka  trawa  już  zmatowiała  i  mocno  wyschła.  Nieliczne  ocalałe  kwiaty  wyglądały  na 
jej  tle  jak  szkarłatne  lub  rdzawożółte  łatki.  Poza  ptakami  Ninutry  nie  zauważyłam 
żadnej żywej istoty i ta pustka sięgała do majaczącego w oddali lasu. 
Ruszyliśmy  we  wskazanym  kierunku.  Oczywiście  pozostawialiśmy  za  sobą  ślady,  które 
słudzy Zła bez trudu mogli zwęszyć. Niebo nieco pojaśniało. Podniosłam mokrą suknię i 
usiadłam, żeby wylać wodę z butów. 
Łąka  okazała  się  większa,  niż  nam  się  na  początku  wydawało.  Kiedy  szliśmy  tak  w 
stronę horyzontu, odniosłam wrażenie, że daleka linia drzew cofa się z każdym naszym 
krokiem. A ptaki Ninutry w milczeniu krążyły wokół nas i co rusz nurkowały, pilnując, 
byśmy nie zboczyli z drogi. 
Wokół było bardzo spokojnie. Nagle usłyszałam wycie tak ciche i dalekie, iż niewiele się 
różniło od powietrznej wibracji. Jeszcze z pobytu w Zielonej Dolinie wiedziałam, że tak 
zwołują  się  Wilkołaki,  słudzy  Ciemności,  bestie  będące  bluźnierczym  połączeniem 

background image

 

75

człowieka  i  wilka.  Dźwięk  ten  dobiegł  znad  rzeki  i  dał  nam  pojęcie  o  naturze 
przeciwników. 
Nie  miałam  przy  sobie  ani  noża,  ani  miecza  czy  pistoletu  strzałkowego,  a  Tsali  niósł 
tylko  puste  pochwy  od  miecza  i  sztyletu,  gdyż  został  rozbrojony  przez  wroga  zaraz  po 
schwytaniu. Teraz syknął i podniósł ręce, wyciągając pazury. 
Przedzieraliśmy  się  przez  wysoką  trawę  najszybciej,  jak  mogliśmy.  Jeżeli  słudzy 
Ciemności  zaskoczą  kogoś  z  nas  na  otwartej  przestrzeni,  na  pewno  użyją  potężnego 
czaru,  przed  którym  nie  obroni  nas  żadne  zaklęcie.  Wystarczy,  że  trzykrotnie  nas 
okrążą, a nie zdołamy uciec z tego kręgu. Jeśli jednak dotrzemy do wciąż oddalających 
się drzew, trudniej będzie nas tam uwięzić. 
I właśnie wtedy szare ptaki nas opuściły. Uniosły się wysoko w górę,  tworząc na niebie 
charakterystyczny znak V, i poleciały prosto do lasu. Może już wykonały swoje zadanie? 
Potknęłam  się  ze  dwa  razy,  chociaż  podniosłam  wysoko  suknię.  Nie  traciłam  czasu  na 
oglądanie  się.  Tym  razem  wycie  rozdarło  powietrze  znacznie  bliżej.  Tsali,  któremu 
ubranie  nie krępowało ruchów,  mógłby  pobiec  do  przodu  i  błyskawicznie  zniknąć  mi  z 
oczu  na  długo,  zanim  ja  dotarłabym  do  zbawczych  drzew.  Nie  zrobił  tego  jednak,  lecz 
schylił się i podniósł z ziemi spory kamień. Był odważny, ale taką bronią nie pokonamy 
tych, co nas ścigali. 
Z trudem, dysząc ciężko, posuwałam się do przodu. W zapamiętaniu nie zauważyłam, że 
dowlokłam się do lasu, dopóki mocno nie uderzyłam ramieniem o drzewo. Rozpaczliwie 
uczepiłam się żywej kolumny, czując, że jeśli teraz upadnę, nie zdołam się podnieść. 
Tsali chwycił mnie za rękę, odrywając od pnia. 
„Dalej!” 
Zwątpiłam  w  swoje  siły.  Wtedy  po  raz  trzeci  i  zupełnie  blisko  usłyszałam  straszliwe 
wycie.  Ogarnął  mnie  paniczny  strach.  Słaniając  się  ruszyłam  tam,  dokąd  ciągnął  mnie 
mój towarzysz. 
Przeciskałam  się  między  drzewami  i  kolczastymi  krzakami;  moja  suknia  ciągle 
zaczepiała  o  ciernie.  Szarpałam  ją,  rozrywałam  na  strzępy  i  uwolniona  podążałam  za 
Tsalim.  Dalej,  wciąż  dalej.  Docierało  tu  bardzo  mało  światła.  Drzewa  nie  zrzuciły 
całkowicie  liści,  a  raczej  igieł  –  gdyż  biegnąc  ślizgałam  się  po  warstwie  brązowawych 
igieł,  długich  jak  moje  przedramię.  Kiedy  przedarliśmy  się  przez  zewnętrzną  barierę 
lasu, napotkaliśmy bardzo skąpe poszycie – nawet kolczastych krzewów było niewiele. 
Tam  znów  zobaczyłam  szare  ptaki.  Czekały,  siedząc  na  gałęzi,  a  gdy  się  do  nich 
zbliżyliśmy,  poleciały  przed  nami.  Wokoło  panowała  głęboka  cisza  –  najlżejszy  powiew 
nie  poruszał  igieł  na  drzewach,  nie  śpiewał  żaden  ptak.  Słyszałam  tylko  swój  własny 
głośny oddech – tego jednak nie mogłam kontrolować. 
Zrobiłam jeszcze jeden chwiejny krok i omal nie upadłam. W ostatniej chwili uczepiłam 
się  dużego,  omszałego  głazu.  Dopiero  gdy  moje  palce  zagłębiły  się  w  mchu, 
uświadomiłam  sobie,  że  bynajmniej  nie  trafiłam  na  naturalną  podporę.  Trzymając  się 
go kurczowo i łapiąc oddech, zauważyłam, iż stoję przy pierwszym z szeregu podobnych 
głazów – niegdyś kolumn – ginących w głębi lasu. Oderwałam kępkę mchu i odsłoniłam 
wizerunek  ptaka:  w  głębokich  jamach  jego  oczu  nawet  porosty  nie  zdołały  się 
zakorzenić.  Ożyło  we  mnie  wspomnienie  z  nie  mojej  pamięci  –  zobaczyłam  wolne  od 
mchu  kamienie  stojące  rzędem  wzdłuż  drogi,  szare,  upstrzone  tylko  jaskrawymi 
plamami  w  miejscach,  gdzie  pokolorowano  płaskorzeźby.  Jakkolwiek  nie  były  to 
„bezpieczne”  niebieskie  głazy,  zmysły  nie  ostrzegły  mnie  przed  Ciemnością.  Nie,  tutaj 
nie  władały  ani  Ciemność,  ani  Światło.  Odgadłam  wtedy,  że  leży  przed  nami  zupełnie 
inne  królestwo,  gdzie  sprawy  ludzi  mojej  krwi  nic  nie  znaczą.  Czy  była  to  kraina 
Ninutry? 

background image

 

76

Tuż,  tuż  rozległo  się  wycie  –  Wilkołaki  zapewne  biegły  już  po  łące.  Rozejrzałam  się 
wokoło,  szukając  wzrokiem  jakiegoś  schronienia.  Wprawdzie  mogliśmy  oprzeć  się 
plecami o głaz, ale wynik był łatwy do przewidzenia – wróg szybko ściągnie nas w dół... 
Chyba że... Instynktownie wyciągnęłam przed siebie rękę i otworzyłam w mózgu drzwi 
do komnaty wypełnionej chaotyczną wiedzą, której jeszcze nie rozumiałam. 
Coś  zaciążyło  mi  w  dłoni  i  odruchowo  zacisnęłam  wokół  tego  czegoś  palce.  Trzymałam 
otoczony krwawą poświatą Miecz Zrodzony z Cienia. 
Teraz  wezbrała  we  mnie  siła  obca  mojej  rasie,  siła,  którą  z  trudem  kontrolowałam. 
Przeniosłam spojrzenie z cudownego brzeszczotu na Jaszczuroludka i powiedziałam: 
– To jeszcze nie jest właściwe miejsce. Chodźmy! 
Teraz  ja  poprowadziłam  mojego  towarzysza  wzdłuż  rzędu  szarych  kolumn.  Ptaki 
Ninutry leciały nade mną, a z tyłu czyhała straszna śmierć. 
  

 
Przed nami wyrosła wielka kamienna brama; prawdziwy cud architektury, gdyż wykuto 
ją  z  jednego  ogromnego,  kamiennego  bloku.  Nie  wiem,  jak  można  było 
przetransportować  ją  w  to  miejsce  albo  choćby  ustawić  pionowo.  Nie  pokrywały  jej 
płaskorzeźby,  tylko  na  samej  górze  wyrzeźbiono  jakąś  twarz,  spoglądającą  na  ścieżkę, 
którą  tu  przyszliśmy.  Rysy  były  wprawdzie  ludzkie,  lecz  martwa  obojętność  i  nie 
widzące spojrzenie nie miały nic wspólnego z rodzajem człowieczym. Nie wiedziałam też, 
czy  wyobrażała  mężczyznę,  czy  kobietę.  Raczej  łączyła  w  sobie  elementy  obu  płci. 
Najbardziej  godnym  uwagi  wydał  mi  się  fakt,  iż  rzeźba  sprawiała  wrażenie  nietkniętej 
przez czas, bo nie dostrzegłam żadnych śladów erozji. 
Miecz w moim ręku poruszył się prawie sam, unosząc w pozdrowieniu. Pomyślałam, że 
w rzeźbie kryła się jakaś cząstka mocy, która nas tutaj przyciągnęła. 
Za bramą dostrzegłam tylko nagą ziemię – a raczej piasek – o barwie srebra. Od tego tła 
odcinały się nie znane mi symbole uformowane z piasków innego koloru. 
Były to cztery pola, każde z własnymi rzędami skomplikowanych rysunków, a dzieliły je 
dwie wąskie ścieżki przecinające się pod kątem prostym. 
Ruszyłam  przed  siebie  drogą,  która  zaczynała  się  przy  bramie.  Przechodząc  pod 
kamiennym  łukiem  poczułam  mrowienie  na  skórze  i  włosy  stanęły  mi  dęba,  jakby 
przyciągnięte  przez  energie,  z  którymi  nigdy  się  nie  zetknęłam.  Nie  obejrzałam  się,  by 
sprawdzić, czy Tsali poszedł za mną. W owej chwili ważne było jedno: musiałam dotrzeć 
do samego centrum tego miejsca. 
Na  pewno  była  tam  tak  wielka  Moc,  jakiej  dotychczas  nigdy  nie  czułam  –  nawet  w 
komnacie  Laidan,  czy  w  kręgach,  gdzie  pani  Dahaun  praktykowała  własną,  zieloną 
magię. 
Jest  bowiem  wiele  rodzajów  magii:  zielona  obejmuje  ziemię,  rośliny  oraz  sztukę 
uzdrawiania.  Brązowa  związana  jest  ze  zwierzętami,  naszymi  młodszymi  lub 
odmiennymi od nas braćmi, których próbujemy zrozumieć, ale rzadko to nam się udaje. 
Istnieje  również  żółta,  niebieska,  czerwona  i  czarna  magia  –  o  większości  z  nich  wiem 
niewiele. Jednakże magia, z którą tutaj się zetknęłam, nie należała ani do Ciemności, ani 
do Światła. Jej źródło znajdowało się (lub zostało przeniesione) gdzie indziej. Lecz to, co 
pozostało, sprawiło, iż krocząc śmiało czułam się, jakbym zrzuciła odzież i kąpała się w 
substancji będącej czymś w rodzaju płynnego światła. 
Dotarłam  w  końcu  do  centralnego  punktu  sanktuarium  Ninutry,  gdzie  spotykały  się 
cztery  pola  wypełnione  symbolami.  Pozostawiono  tam  tylko  tyle  miejsca,  że  mogłam 
stanąć, nie wkraczając na żadną z części składowych. To... to także... kiedyś znałam! 

background image

 

77

Nigdy  w  życiu  nie  zaznałam  ciepła  prawdziwego  domu  –  chociaż  u  moich  krewnych 
wiodłam przyjemny  żywot i dobrze się  mną opiekowano. Mimo  to zawsze tęskniłam  za 
czymś innym, odmiennym od życia, które znałam. Początkowo sądziłam, że znalazłam to 
w Zielonej Dolinie, gdzie pani Dahaun pokazała mi, kim mogę się stać, jeśli starczy mi sił 
i cierpliwości, by kroczyć drogą, którą mi wskazała. 
Ale to... 
Splótłszy  ciasno  palce  trzymałam  oburącz  cudowny  miecz.  I  w  tej  właśnie  chwili 
usłyszałam  –  wytężyłam  słuch,  by  usłyszeć  –  szepty  rozlegające  się  tuż  poza  granicą 
mojego postrzegania. Chciałam głośno krzyczeć z zawodu i wściekłości. 
Podniosłam głowę i spojrzałam na niebo, to samo szare niebo, które wisiało nad nami od 
początku.  Było  całkiem  puste  i  nawet  najmniejsza  chmurka  nie  mąciła  jego  groźnej 
szarości. 
– Jestem tutaj, o Wielki! – Odważyłam się zawołać na głos. 
Wydało mi się, że istota, której tak gorliwie szukałam, nie może być daleko, że w każdej 
chwili  mogę  zobaczyć  przed  sobą  spowitą  we  mgłę  postać,  której  tak  naprawdę  nigdy 
dokładnie nie ujrzałam. Nie miałam wątpliwości, iż to jest Ustronie Ninutry. 
Odpowiedziała mi tylko cisza. Zamilkły nawet głosy, które tak bardzo mnie zirytowały, 
gdyż nie mogłam ich zrozumieć. Widocznie miałam w sobie jakąś skazę czy wadę. Jeżeli 
istotnie kiedyś szłam tędy (a byłam teraz pewna, że w zamierzchłej przeszłości zrobiło to 
ja  będące  rdzeniem  mojej  istoty),  to  utraciłam  wszystkie  prawdziwe  wspomnienia. 
Ogarnął mnie smutek i żal, że tak skarlałam. 
Łzy napłynęły mi do oczu i potoczyły po policzkach. Ponieważ w jakiś sposób zdołałam 
przypomnieć sobie fragment całości, uwierzyłam, iż wiem wszystko... 
Opuściłam oczy. Nie, nie otrzymam odpowiedzi. Już nie umiałam zgłębić tajemnic, które 
tak  mnie  pociągały.  Spojrzałam  na  symbole  z  kolorowych  piasków.  Niegdyś  dobrze  je 
znałam. Spróbowałam jakby szarpnąć tę głęboko pogrzebaną cząstkę mojego umysłu i, 
o dziwo, wyczułam – bardzo słabo – niewielką cząstkę znaczenia tych skrętów i spirali. 
Miecz  w  mojej  dłoni  był  ciepły,  rozgrzewał  się.  Brzeszczot  jarzył  się  czerwienią,  jakby 
był stalą, którą na chwilę zanurzono w ogniu. Stawał się coraz gorętszy, a ja trzymałam 
go mocno, z całej siły. Musiałam jednak zagryźć wargi, żeby wytrzymać jego żar. Byłam 
tylko  człowiekiem  i  nie  dla  mnie  nieznana  Moc  przeznaczyła  wiedzę  zamkniętą  w  tym 
miejscu. 
„Ninutro...”  –  wymówiłam  w  myśli,  starając  się  zapomnieć  o  bolących  rękach. 
Wydawało  mi  się,  że  moje  ciało  żywcem  się  przypieka...  ale  miecza  nie  wypuściłam. 
Posłużyłam się moim niewielkim talentem i nie wyrzeknę się odpowiedzi. 
W moim umyśle zadźwięczał rozkaz... „Zabij!” 
Odwróciłam  się.  Tsali  nie  poszedł  za  mną  na  pokryty  kolorowymi  symbolami  piasek... 
nie, zatrzymał się tuż za bramą. „Zabij!” 
Zrobiłam  jeden  krok,  a  potem  drugi;  tylko  krew  ukoi  boi  moich  poparzonych  rąk... 
krew spływająca po brzeszczocie, który trzymałam. Wystarczy, że uderzę. Krew tryśnie 
strumieniem  i  ugasi  ogień,  który  tak  ciężko  mnie  karał  za  zuchwałe  wtargnięcie  do 
świątyni Ninutry. „Zabij!” 
W tej chwili Tsali zniknął. Na jego miejscu przykucnął chudy Wilkołak, unosząc pysk i 
wyciem przywołując resztę stada. „Zabij!” 
Znów  starano  się  mnie  oszukać.  Zdałam  sobie  z  tego  sprawę,  gdy  zatoczyłam  się  do 
przodu. Potem zrobiłam jeszcze jeden krok, lecz już sprawniej walczyłam o swój umysł. 
–  Nie  składam  krwawych  ofiar,  Ninutro  –  powiedziałam,  czując  w  ustach  smak  krwi  z 
przegryzionej wargi. – Nie zajmuję się śmiercią, ale życiem! 

background image

 

78

Zapadła  głęboka  cisza.  Czy  kiedykolwiek  potrafiłam  porozumiewać  się  z  Mocą,  która 
niegdyś tu władała? A może jej rdzeń już dawno się stąd wycofał, pozostawiając tylko to, 
co tworzyło jej niegodziwą stronę? 
A  potem...  byłam  wolna.  Ucisk  na  mózg  znikł  i  miecz  ostygł  mi  w  rękach.  Nie 
odwracałam się, lecz byłam pewna, że otoczona mgłą postać, którą zobaczyłam w wizji, 
obserwowała mnie i oceniała. Wyczułam nawet lekkie zaskoczenie, pierwszą zmarszczkę 
uczucia na morzu obojętności. 
Przy bramie nie było żadnego Wilkołaka – stał tam Tsali, wpatrując się w drogę, którą 
tu  przybyliśmy.  Jego  postawa  wyrażała  tak  wielkie  napięcie,  jakby  w  każdej  chwili 
obawiał się ataku. 
Teraz  mogłam się do niego przyłączyć. Wiedziałam,  co go zaniepokoiło – prześladowcy 
odważyli  się  iść  za  nami  nawet  tutaj.  Ale  mimo  niedawnego  rozkazu,  któremu  się 
sprzeciwiłam, nadal nie wierzyłam, że to była twierdza Ciemności. 
Spojrzałam  na  swoje  ręce.  Pasma  pęcherzy  zniknęły,  a  wraz  z  nimi  ból.  Nadal  jednak 
ściskałam  w  nich  miecz,  w  który  przebywająca  w  tej  świątyni  Siła  pozwoliła  mi  się 
uzbroić. 
Staliśmy obok siebie, Jaszczuroludek i dziewczyna ze Starej Rasy. Tsali wyjął z mieszka 
przy  pasie  znalezione  wcześniej  kamienie  i  trzymał  je  w  pogotowiu,  ja  zaś  podniosłam 
miecz  Ninutry.  Słudzy  Zła  ominęli  drogę  oznaczoną  stelami  i  wyłonili  się  z  lasu.  Gdy 
wybiegli  na  otwartą  przestrzeń,  szare  ptaki  zaskrzeczały  i  zanurkowały  w  powietrzu, 
mierząc  w  głowy  Wilkołaków.  Zobaczyłam  krew  płynącą  z  rany  zadanej  przez 
skrzydlatego wojownika, który omal nie wydziobał lewego oka przywódcy tej zgrai. 
Tsali  rzucił  swoje  kamienie.  Jeden  z  Wilkołaków  runął  na  ziemię  z  wielką  dziurą  w 
czole. Inny zawył i złapał się za ramię. Ja zaś zadałam cios mieczem, z którego wystrzelił 
ognisty  bicz,  świecący  równie  jaskrawo  jak  energetyczne  bicze  Zielonego  Ludu. 
Wilkołaki cofnęły się, a po chwili rozstąpiły, przepuszczając dwójkę kolejnych wrogów. 
Wyższy  nosił  kaptur  i  maskę,  a  w  rękach  o  nienaturalnie  długich  paznokciach  trzymał 
bicz, który zręcznie zarzucił, chcąc go owinąć wokół mojego przegubu. Zamachnęłam się 
i bez trudu rozcięłam go mieczem. 
Jego towarzyszka roześmiała się drwiąco, co rozwścieczyło Wilkołaki. Warknęły na nią 
jak psy, które wiedząc, że jest ich panią, nienawidzą jej zarazem. 
–  Witaj,  Służebnico  Mocy,  która  dawno  się  wycofała  –  powiedziała  głośno  Laidan. 
Wiedziałam, że posługując się głosem chciała  podstępnie mnie obrazić,  może podjudzić 
do jakiegoś nierozważnego kroku. – A więc w końcu przypomniałaś sobie i przybiegłaś 
tu...  I  co,  stwierdziłaś,  iż  Moc,  której  szukasz,  odeszła?  Czy  nie  przypomniałaś  sobie 
czegoś więcej... że Władczyni Ognia pierwsza otworzyła swoją bramę i opuściła Escore? 
Zaskoczyła  mnie  trochę.  Nie  rozumiem,  dlaczego  uznałam  Ninutrę  za  czarownika. 
Przecież  oprócz  Wielkich  Adeptów  były  też  Adeptki.  Jeśli  moje  wcześniejsze  wcielenie 
dawno  temu  służyło  Ninutrze,  nie  przypomniałam  sobie  tak  dużo,  jak  sądziła  ta 
wiedźma. 
–  Ninutra  odeszła  –  powtórzyła  Laidan.  –  Jej  brama  zbyt  długo  pozostała  zamknięta. 
Sądzisz,  że  twój  słaby  głos  może  pokonać  przestrzeń  między  światami;  a  jeśli  nawet, 
spodziewasz  się,  że  ci  odpowie?  Mówiono  o  niej,  że  zawsze  kroczy  własną  ścieżką  i  że 
nikogo zbytnio nie kocha. 
Nawet  nie  próbowałam  odpowiedzieć  na  jej  drwiny.  Coś  mi  odpowiedziało,  bo  inaczej 
nie  trzymałabym  Miecza  Zrodzonego  z  Cienia.  Coś  do  mnie  dotarło,  gdy  stałam  na 
kolorowych piaskach. Może to były resztki mocy Ninutry? 
Może  nadal  mogły  one  –  w  ograniczonym  stopniu  –  odpowiadać  tym,  którzy  wiedzieli, 
jak ją wezwać? 

background image

 

79

Może  właśnie  to  ta  sama  nieokreślona  siła  włożyła  mi  w  usta  słowa,  którymi 
odpowiedziałam  mojej  przeciwniczce.  Nie  wiem,  lecz  na  pewno  wymówiłam  je  bez 
udziału woli. 
– Laidan, przyszłaś tu, szukając mnie, i znalazłaś. Zobowiążmy się pod słowem honoru, 
że to, co nas dzieli, dotyczy tylko nas dwóch. 
Przez  moment  myślałam,  że  się  nie  zgodzi.  Krzywy  uśmieszek  nadal  błąkał  się  na  jej 
wargach. 
– Bardzo mała siostrzyczko, ośmielasz się rzucić mi wyzwanie? – zapytała drwiąco. 
– Jeśli wolisz tak to nazwać. 
–  Bardzo  dobrze.  –  Uśmiechnęła  się  szerzej.  Strzeliła  palcami  i  Wilkołaki  się  cofnęły. 
Nadal  jednak  wlepiały  w  nas  płonące  nienawiścią  ślepia  i  zrozumiałam,  że  nie  mogę 
liczyć na to, iż Laidan długo będzie je kontrolować. 
Laidan  wyjęła  spomiędzy  mglistych  zwojów  swej  sukni  czarną  różdżkę,  którą  już  się 
posługiwała  przy  rzucaniu  czarów  w  Zefarze,  ja  zaś  mocniej  ścisnęłam  czarodziejski 
miecz. Wiedźma nigdy na niego nie spojrzała, a nawet zdawała się nie widzieć, że jestem 
uzbrojona.  Zakiełkowało  we  mnie  dziwne podejrzenie  –  czyżby  naprawdę nie widziała, 
co trzymam? 
Wycelowała różdżkę w moją pierś. Spostrzegłam, że porusza ustami, ale nie usłyszałam 
jej  słów,  raczej  je  wyczułam,  gdyż  zawibrowały  we  mnie  spazmami  męki.  Ujęłam 
mocniej rękojeść brzeszczotu, który znów zaczął się rozgrzewać. Powoli machnęłam nim 
tam  i  z  powrotem  w  powietrzu  przed  sobą,  jakby  tak  słaba  obrona  wystarczyła  do 
odparcia przekleństw, które na mnie rzucała moja przeciwniczka. 
Przez  moment  wydało  mi  się  nawet,  że  widzę  te  słowa,  które  zamieniły  się  w  strzałki 
mknące, by wbić się w moje ciało. Lecz cudowny miecz ponownie rozżarzył się czerwoną 
poświatą i musiałam walczyć z bólem, aby utrzymać go w dłoni. 
Laidan  nagle  drgnęła,  otworzyła  szerzej  oczy  i  odprowadziła  spojrzeniem  rozkołysany 
brzeszczot, jakby zobaczyła go po raz pierwszy. 
– O, nie! – krzyknęła i cisnęła we mnie różdżką niczym doświadczony wojownik krótkim 
dzirytem. 
Widziałam,  jak  różdżka  leci  w  powietrzu  i  o  dziwo,  odniosłam  wrażenie,  że  czas  naraz 
stanął  w  miejscu.  Czarny  pocisk  już  zawisł  w  zasięgu  mojej  ręki.  Zamachnęłam  się. 
Miecz Zrodzony z Cienia uderzył w różdżkę. 
Laidan  wrzasnęła  przeraźliwiej  niż  wszystkie  ptaki  Ninutry.  Różdżka  roztrzaskała  się 
na  mniejsze  kawałki,  te  zaś  na  małe  igiełki,  które  wbiły  się  w  ziemię.  Z  każdej  igiełki 
buchnął  czarny  płomyk  i  kłąb  smrodu.  Laidan  wiła  się  z  bólu,  jakby  skręcana  i 
rozszarpywana przez ogromne ręce, które chciały rozerwać ją na kawałki. 
Usłyszałam wycie Wilkołaków, ujrzałam, jak  uciekają oszalałe ze strachu. Dwa wpadły 
na  drogę  oznaczoną  szarymi  stelami,  potknęły  się,  osunęły  na  ziemię,  próbowały  się 
czołgać i w końcu znieruchomiały. Reszta siedziała nieruchomo, w milczeniu. 
A Laidan nadal drgała konwulsyjnie, wiła się i wrzeszczała... 
„Zabij!” 
Znów  w  moim  umyśle  zabrzmiał  ten  rozkaz  i  tym  razem  go  posłuchałam.  Rzuciłam 
mieczem tak jak kochanka Targiego czarną różdżką. Mglisty czubek brzeszczotu przebił 
jej  szyję.  Skręciła  się,  jej  ciało  zaczęło  dziwnie  się  zmniejszać,  jakby wsysać  do  środka, 
aż... nie pozostało z niego nic. 
A  Miecz  Zrodzony  z  Cienia  zniknął  teraz  tak  samo  jak  wcześniej  różdżka.  Stałam  z 
pustymi rękami, wpatrując się w to, co zrobiłam wykonując ostatni rozkaz, w pustkę... 
Tsali lekko dotknął mojego ramienia i powiedział w myśli: 
„Laidan  zniknęła,  ale  te  –  wskazał  pyskiem  na  milczące  Wilkołaki  –  mogą  ponownie 
zebrać się na odwagę... albo ich współplemieńcy. Lepiej chodźmy stąd!” 

background image

 

80

Strząsnęłam  jego  dłoń  równie  lekko  jak  mnie  dotknął.  Wyciągnęłam  do  góry  rozwarte 
szeroko  ręce.  Z  ołowianego  nieba  nadleciały  ptaki  Ninutry,  zanurkowały i  siadły  mi  na 
ramionach,  bez  najmniejszego  dźwięku  i  wahania,  tak  jakby  to  było  jedynie  słuszne  i 
właściwe. 
Pomyślałam  o  Imharze.  Stał  się  dla  mnie  kimś  bardzo  dalekim,  kimś,  kogo  wprawdzie 
kiedyś  znałam  i  dobrze  mu  życzyłam,  ale  teraz  nie  łączyło  mnie  z  nim  nawet  odległe 
pokrewieństwo.  A  potem  o  Yonanie.  Ze  smutkiem  uświadomiłam  sobie,  że  Yonan 
zrobiłby dla mnie wszystko, że gdybym wyciągnęła do niego rękę, ująłby ją z radością. 
Lecz już nie byłam w stanie tego uczynić. 
Może  brama  Ninutry  nigdy  się  nie  otworzy.  Ale  we  mnie  to  drugie  ja  już  prawie  się 
obudziło.  Nie  mogłam  teraz  wybrać  zgodnej  z  tradycją  drogi  i  poślubić  Imhara  ani 
zaakceptować głębi i bogactwa uczuć, które Yonan chciał mi ofiarować. Byłam sobą – i 
byłam sama. I jeszcze nie wiedziałam, kim jestem – lub mogę się stać. Tak jak przedtem 
Miecz Zrodzony z Cienia płonął mocą w moich dłoniach, tak obecnie rozgorzał we mnie 
trudny do zniesienia ogień żądzy wiedzy. Chciałam się uczyć, żeby wiedzieć, żeby być... 
Spojrzałam na Tsalego, zastanawiając się, jak mu o tym powiedzieć. Lecz nim dobrałam 
odpowiednie słowa, Jaszczuroludek skinął głową. 
„Więc  tak  być  musi  –  rzekł.  –  Spróbowałaś  Mocy,  ale  dobrze  się  upewnij,  że  nie  jest 
skażona”. 
–  Nie  jest!  –  Od  klęski  Laidan  byłam  tego  pewna.  Gdyby  zwiodła  mnie  Ciemność,  nie 
pozwolono by mi jej pokonać. Dodałam: – Powiedz im, że muszę się uczyć. I że nadal... 
bez  względu  na  to,  jakie  we  mnie  zajdą  zmiany...  będę  uważała  się  za  ich  krewną. 
Przysięgam na krew, której nie chciałam przelać! 
Patrzyłam,  jak  odchodzi.  Potem  odwróciłam  się  plecami  do  skulonych  Wilkołaków.  Z 
ptakami  siedzącymi  mi  na  ramionach  skierowałam  się  w  stronę  Świątyni  Ninutry.  A 
może była to szkoła, w której nauczę się rzeczy pochodzących z innego miejsca i czasu? 
Wydało  mi  się,  że  niektóre  symbole  z  kolorowego  piasku  stają  się  już  dla  mnie 
zrozumiałe,  nawet  jeśli  Wielka  Adeptka,  która  je  stworzyła  i  obdarzyła  cząstką  swej 
Mocy, dawno odeszła. 

Koniec