background image

A

NDRE 

N

ORTON

 

P.M

ATTHEWS

 

 
 

N

A SKRZYDŁACH 

M

AGII

 

 

T

YTUŁ ORYGINAŁU 

O

W

INGS OF 

M

AGIC

 

P

RZEŁOŻYŁA 

E

WA 

W

ITECKA

 

 

 

SCAN-

DAL

background image

K

RONIKARZ

 

 
W  naszej  starożytnej  krainie  są  miłe  dla  oka  miejsca,  które  mogą  okazać  się  pułapkami 

zastawionymi  na  nieostrożnych  podróżników.  Wprawdzie  Lormt  (który  ja,  pozbawiony 
wszelkich  krewnych  Duratan,  przywykłem  uważać  za  swój  Wielki  Dwór)  napełniony  jest 
wiedzą  gromadzoną  przez  wieki,  lecz  my,  jego  mieszkańcy,  zdajemy  sobie  sprawę,  że  kryją 
się  tu  zagubione  w  otchłani  czasu  tajemnice  i  że  może  nigdy  nie  wyjdą  one  na  jaw,  a  jeśli 
nawet ktoś gdzieś znajdzie jakąś wzmiankę, nie będzie ona tak jasna, by mogli zrozumieć ją 
ci, którym mogłaby być przydatna. 

Ż

yjemy w czasach nieustannych przemian, nie wiedząc, co przyniesie nam następny dzień. 

Byłem  niegdyś  żołnierzem  i  w  każdej  chwili,  gdy  tylko  zagrał  róg  wojny,  musiałem  być 
gotów  do  walki.  Teraz  także  staczam  bitwy,  ale  o  wiele  bardziej  wyrafinowane  i  subtelne. 
Walczę  w  oświetlonej  lampą  izbie,  przy  nadgryzionym  zębem  czasu  stole,  ale  nie  z  żywym 
wrogiem,  tylko  z  rozpadającymi  się  ze  starości  pergaminowymi  zwojami  i  księgami.  Ich 
kruche,  pokryte  prawie  nieczytelnym  pismem  stronice  zlepiły  się  i  przywarły  do  grubych 
drewnianych  i  metalowych  okładek,  muszę  więc  obchodzić  się  z  nimi  bardzo  ostrożnie  i 
delikatnie.  W  dodatku  często  napisano  je  w  nieznanym  dziś  języku  i  łamią  sobie  nad  nimi 
głowy nawet ci, którzy osiwieli zajmując się takimi sprawami. 

Podczas  Wielkiego  Poruszenia  runęły  dwie  wieże  i  część  murów  Lormtu.  Odsłoniły  się 

wtedy  tajemne  komnaty  i  schowki,  w  których  ukryto  całe  bogactwo  starożytnych  zapisków. 
Groziło nam więc, że zostaniemy zalani morzem wiedzy, gdyż nie dość, że nie mogliśmy ich 
zinwentaryzować,  ale  nawet  znaleźć  dla  nich  miejsca.  Nie  mówiąc  już  o  jakichkolwiek 
przypuszczeniach  co  do  ich  zawartości.  Jakkolwiek  niektórzy  z  nas  od  lat  prowadzili 
poszukiwania w wybranych przez siebie dziedzinach, to wielu spośród najstarszych uczonych 
po prostu nie wiedziało, co począć z tym nowym bogactwem. Od czasu do czasu brali do ręki 
jakiś  pergamin,  by  po  kilku  minutach  porzucić  go  i  chwycić  inny  zwój  czy  księgę,  byli 
oszołomieni jak dzieci, które znalazły za dużo słodyczy na biesiadnym stole. 

Te nowe zapiski mogły zawierać niebezpieczne treści i niektórzy dobrze o tym wiedzieli. 

Nolar,  utalentowana  choć  niewykształcona  czarownica,  przekonała  się  o  tym  po  spisaniu 
swojej relacji o Kamieniu z Konnardu. Dopiero później okazało się, jakie groźne są niektóre 
znaleziska. 

A przecież wszystko to zaczęło się nie od charakterystycznego smrodu zła, lecz od czegoś, 

co dotknęło Nolar do żywego. 

Przez kilka lat po Wielkim Poruszeniu wiosny zaczynały się z opóźnieniem, a zimy trwały 

dłużej  niż  dawniej.  Nie  tylko  nagłe  zawalenie  się  wież  i  murów  obronnych  zmieniło  Lormt. 
Czarownice  nigdy  nie  interesowały  się  tym,  co  się  tam  znajdowało,  i  dopóki  rządziły 
Estcarpem,  niewielu  jego  mieszkańców  przybywało  do  nas  jedyną  drogą  łączącą  naszą 
skarbnicę wiedzy ze światem zewnętrznym. 

Wprawdzie  za  murami  Lormtu  rozrzucone  były  nieduże  zagrody,  jednakże  zewsząd 

szczelnie otaczał nas leśny pierścień. Nieliczni kupcy przywozili nam to, czego nie mogliśmy 
wyhodować  ani  wykonać  własnoręcznie.  Wszystko,  co  znajdowało  się  poza  tą  granicą,  dla 
większości z nas stało się legendą i jakby nas nie dotyczyło. 

Kiedy  jednak  las  runął  podczas  burzy  towarzyszącej  Wielkiemu  Poruszeniu  i  rzeka  Es 

zmieniła  koryto,  nasz  mały  światek  zmienił  się  nie  do  poznania.  Najpierw  pojawili  się 
uciekinierzy,  żaden  z  nich  jednak  nie  pozostał  w  Lormcie  dłużej.  Później  zaś  przybyli 
tropiciele szczególnego rodzaju wiedzy. 

W  Estcarpie  skończyły  się  bowiem  długoletnie  rządy  czarownic,  otwarły  się  też  granice 

Escore — pradawnej ojczyzny Starej Rasy. Szalała tam wojna między niedawno obudzonymi 

background image

złymi  mocami  i  sługami  Światła.  Usłyszeliśmy  opowieści,  którym  jeszcze  wczoraj  nikt  nie 
dałby wiary. 

Tak,  zło  zbliżyło  się  do  Lormtu  i  to  dwukrotnie.  Stoczyliśmy  z  nim  bój,  w  którym  i  ja 

wziąłem udział. 

Kemoc  Tregarth,  który  jak  nikt  udowodnił  wartość  ukrytej  w  Lormcie  wiedzy,  często 

korzystał  z  naszych  zapisków.  Podobnie  postępowali  inni,  którzy  zrozumieli,  że  dawny 
sposób  życia  przeminął  bezpowrotnie  i  że  trzeba  stworzyć  nowy  równie  sprawnie  jak 
mieczownik  wykuwający  dobry  brzeszczot.  Przybywało  coraz  więcej  ludzi  zdających  sobie 
sprawę, że w nowych  czasach  wiedza ma ogromną wartość; zewsząd zwracano się do nas o 
pomoc i radę. 

Dlatego  też  Ouen,  Nolar,  ja  i  czasami  Morfew,  najbardziej  towarzyski  ze  starszych 

uczonych,  chętnie  spełnialiśmy  życzenia  przybyszów  odpowiadając  na  pytania  dotyczące 
przeszłości. 

Wtedy  też  usłyszeliśmy  relacje  i  niejasne  pogłoski,  które  sprawiły,  że  po  raz  pierwszy  w 

swojej  historii  Lormt  musiał  poszukać  obrońców.  Panujący  w  Estcarpie  chaos  ułatwiał 
działanie nie skrępowanym niczym ludziom, którzy z łatwością mogli zająć się rozbojem. W 
dodatku obudzone w Escore zło nie zawsze pozostawało w jego granicach. W taki oto sposób 
zostałem dowódcą oddziału złożonego z miejscowych chłopców i nielicznych maruderów ze 
Straży  Granicznej.  Moim  zastępcą  był  Darren  z  Karstenu.  Wysyłaliśmy  zwiadowców  i 
wystawialiśmy warty wśród okolicznych wzgórz, chociaż to raczej surowe zimy ostatnich lat 
bardziej nas chroniły przed bandyckimi napadami. 

Wracając  z  obchodu  wart,  po  raz  pierwszy  wystawionych  tej  wiosny,  natknąłem  się  na 

niewielką  kotlinkę  okoloną  resztką  dawnego  lasu.  Powietrze  napełniał  tak  słodki  zapach,  że 
ś

ciągnąłem wodze mojego kuca i spojrzałem na ziemię. Zobaczyłem kępę kwiatów zwanych 

przez pasterzy północą i południem, które rosły tylko w pobliżu Lormtu; ich ciemne główki o 
dziewięciu  płatkach  kołysały  się  na  wietrze.  Zsunąłem  się  z  siodła,  kulejąc  podszedłem  do 
nich  i  zerwałem  cztery.  W  powrotnej  drodze  trzymałem  je  bardzo  ostrożnie,  gdyż  chciałem 
podarować Nolar tę zapowiedź wiosny. 

Zastałem  ją  z  Morfew.  Na  bladej  twarzy  Nolar  ostro  odcinała  się  plama  na  policzku, 

przyrodzone  znamię;  to  przez  nie  unikali  jej  ludzie  zbyt  tępi,  żeby  dostrzec  coś  więcej  niż 
ciało — dzielną i piękną duszę tej kobiety. 

— Na pewno miała ciężkie życie, a kiedy tu przybyła, była prawie dzieckiem. Poza tym za 

często  przysłuchiwała  się  temu,  co  mówiła  pani  Nareth,  ta  zaś…  —  wchodząc,  usłyszałem 
złośliwą nutę w głosie Nolar — zawsze trzymała się na uboczu. Arona jest dobra, inteligentna 
i  naprawdę  kocha  swoją  pracę.  Długo  miałam  nadzieję,  że  z  czasem  znikną  uprzedzenia  i 
gorycz  napełniające  jej  serce.  Myślę,  iż  gdyby  zechciała,  mogłaby  mi  zaufać,  chociażby 
dlatego,  że  jestem  kobietą.  Jest  nas  tu  tak  niewiele.  Dlatego  właśnie  przysłuchiwała  się 
Nareth.  Nie  widzę  bowiem  innego  powodu,  dla  którego  dziewczyna  tak  inteligentna  jak 
Arona mogłaby wytrzymać z kimś równie aroganckim. A teraz, kiedy Nareth się zestarzała… 
No cóż, jeszcze raz spróbuję, ale jeśli zacznie pysznić się i wywyższać tak jak Nareth… 

— Myślę, moja córko, że Arona jeszcze nie zdołała się zmienić, gdyż każdą zmianę uważa 

za  niebezpieczną.  W  tych  murach  przebywa  wiele  podobnych  do  niej  osób.  A  jednak  lubi 
ciebie. Widziałem, jak cię obserwowała na jednym z naszych spotkań. Najwyraźniej toczy ze 
sobą walkę — powiedział powoli Morfew. 

— A  czy  ktokolwiek  więcej  ukrywa  przed  pozostałymi  swoją  wiedzę?  —  odparowała 

Nolar.  —  Porozmawiam  z  nią…  Lecz  jeśli  powtórzy,  że  nie  zamierza  podzielić  się  ze  mną 
tym, co wie, dlatego że trzymam z Duratanem…! — Nolar walnęła pięścią w stół tak mocno, 
ż

e aż podskoczył stojący przed Morfew kałamarz. 

— Co masz na myśli mówiąc o Duratanie? — Oparłem jedną rękę na jej ramieniu, drugą 

podsuwając przed twarz kwiaty. Zaszedłem ją chyłkiem, nie zauważony, od tyłu. 

background image

Popatrzyła na mnie przez chwilę, potem zaś roześmiała się szeroko i pokręciła głową. 
— Nie  próbuj  mi  dowodzić,  Duratanie,  że  to  nie  marnotrawstwo.  Arona  mogłaby 

zaoferować nam tak dużo! Nie tylko siebie jako urodzoną kronikarkę ratującą przeszłość, ale 
głównie  przekazać  nam  dzieje  jednej  z  kobiecych  wiosek  swojej  rasy,  legendy,  które 
otworzyłyby  niektóre  zamknięte  dzisiaj  drzwi.  Wiesz  przecież,  że  mogłoby  to  pomóc 
Górskiemu  Sokołowi!  —  Westchnęła  i  mówiła  dalej:  —  Mam  zaległą  pracę,  a  mimo  to 
spróbuję  jeszcze  raz,  sprawdzę,  czy  ufa  mi  choć  trochę.  Może  uda  mi  się  teraz,  kiedy  pani 
Nareth nie może już przeszkodzić. 

Dwa dni później przyszła do mnie z triumfalnym błyskiem w oczach. 
— Udało  się!  Arona  pozwoli  mi  przejrzeć  swoje  skarby  pod  warunkiem,  że  zrobimy  to 

tylko  we  dwie.  Muszę  więc  zniknąć  i  pogrążyć  się  na  jakiś  czas  w  świecie  kobiet,  ty  zaś 
podczas mojej nieobecności będziesz mógł w pełni docenić moją wartość. 

Uśmiechnęła  się,  przyłożyła  dwa  palce  do  ust,  dotknęła  nimi  moich  i  odeszła, 

pozostawiając za sobą słodki zapach kwiatów północy i południa. 

background image

R

OZDZIAŁ PIERWSZY

 

U

CZONA 

D

AMA W 

L

ORMCIE

 

 
Samotny  jeździec  mozolnie  zjeżdżał  w  dół  górskim  szlakiem.  Jego  brązowa  opończa  z 

kapturem  zlewała  się  z  brązowoszarą  sierścią  muła,  tak  że  obaj  wyglądali  jak  jeszcze  jeden 
cień  na  brunatnym  zboczu.  Zniszczone  podróżne  sakwy  wydawały  się  dość  duże,  by 
pomieścić niezbędne drobiazgi i zapasową odzież, a długie skórzane cylindry przywiązane z 
boku siodła pozwalały przypuszczać, że jeździec może być łucznikiem — albo posłańcem. 

Młoda  uczennica  strzegąca  wejścia  do  Lormtu  rozpoznała  w  nich  futerały  na  zwoje 

pergaminu.  Siodło  muła,  choć  podniszczone  i  wyblakłe,  uznała  za  prawdziwe  arcydzieło 
sztuki rymarskiej — oryginalny wyrób Jommy’ego syna Einy, chyba że Nolar na niczym się 
nie  znała.  Szczupła  postać  w  spodniach,  która  zsiadła  z  muła  przy  bramie  i  rozejrzała  się 
dookoła, nie była wiejskim chłopakiem, lecz niewiele od Nolar młodszą dziewczyną o ostrych 
rysach twarzy i ciemnych włosach ludu Sokolników. 

Na  widok  obcej  uczennica  zatrzęsła  się  ze  strachu.  Macocha  Nolar,  też  Sokolniczka, 

nienawidziła  jej  naznaczonej  przyrodzonym  piętnem  twarzy.  Ale  nowo  przybyła,  choć 
należała do tej samej rasy, po prostu spojrzała na Nolar z ulgą i powiedziała: 

— Dobry wieczór, siostro. Jestem Arona córka Bethiah z Nadrzecznej Wioski. Czy mogę 

zobaczyć któregoś z uczonych? Nie mężczyznę, lecz kobietę — jeśli to możliwe. 

— Nazywam  się  Nolar  z  Maroney  —  odparła  zaskoczona  strażniczka.  Przebiegła  myślą 

wszystkie uczone pracujące w Lormcie. Dama Rhianne zawsze witała z radością każdą nową 
uczennicę,  ale  była  już  stara  i  najczęściej  tylko  podrzemywała  w  słońcu.  Nolar  znała  parę 
uczennic  będących  jednocześnie  pomocnicami  i  kilka  starszych  od  nich  kobiet  zajmujących 
niewiele lepszą pozycję. Pozostała tylko jedna. Nolar westchnęła i wezwała posłańca. Kiedy 
chłopak się zjawił, oświadczyła lakonicznie: 

— Gość do uczonej damy Nareth, jeśli zechce go przyjąć. 
— Czy  jesteś  damą  z  ludu  Sokolników?  —  Chłopiec  otwarcie  zmierzył  spojrzeniem 

Aronę. 

— Byłą damą — odrzekła krótko tamta. — Dawny sposób życia przeminął na zawsze. Nie 

mogłam  tego  znieść.  —  Mówiła  bezpośrednio  do  Nolar,  ignorując  chłopca,  jakby  go  tu  w 
ogóle nie było. — Nie chciałam, żeby nasze dzieje poszły w zapomnienie z powodu rarilha. 

Widząc zdziwienie Nolar Arona wyjaśniła z uśmiechem: 
— Chodzi  mi  o  świadome  i  celowe  pominięcie  jakiegoś  wydarzenia.  Kronikarze–

mężczyźni mają bowiem dziwne poglądy na temat tego, co jest ważne, a co nie. — Przyjrzała 
się uważnie twarzy Nolar i spytała: — Patrzysz na mnie tak ponuro… czy się mnie boisz? 

Nolar oblała się rumieńcem i wyjąkała: 
— Pani, ja… Żona mojego ojca pochodziła z twojego ludu. 
— Czy  znam  jej  imię  i  klan?  —  Arona  uniosła  brwi.  Następnie  zadała  uczennicy  kilka 

lakonicznych  pytań,  a  potem  gwizdnęła.  —  Ciotka  Lennis  Młynarki!  To  gniewny,  uparty 
klan. Mój zaś, jak powiadają, jest bardzo dumny i niezwykle impulsywny. Ród Mari Anghard 
znają nawet cudzoziemcy, przynajmniej ze słyszenia. Teraz to Nolar zagwizdała z wrażenia. 

— Anghard? Tej, która była niańką trójki dzieci–czarowników? 
— Tej  samej.  —  Twarz  Sokolniczki  rozjaśnił  szczery  uśmiech.  Wyjęła  z  sakwy  ścierkę 

oraz zgrzebło i zaczęła czyścić muła, mówiąc równocześnie z ożywieniem i rozglądając się za 
wodą. Muł już szczypał trawę rosnącą przy bramie. Wtedy roześmiała się i dodała: — Bywam 
bardzo uparta. Kiedyś miałam muła, którego mój kuzyn Jommy nazwał moim imieniem i do 
dziś Jommy’emu wydaje się, że o tym nie wiem. 

Rozmawiały ze sobą wesoło, aż do powrotu posłańca. 

background image

— Pójdzie pani ze mną, pani Arono — oświadczył. 
Posłuchała, prowadząc muła, dopóki nie dotarli do stajni, gdzie pozostawiła go pod opieką 

sług Lormtu. 

 
Uczona  dama  Nareth  była  w  starszym  wieku,  miała  przyprószone  siwizną  kasztanowate 

włosy i szare, przenikliwe oczy. 

— Usiądź,  dziewczyno  —  rozkazała  wskazując krzesło  i  kielich  z  winem  na  ustawionym 

pod  ścianą  stole.  Arona  z  wdzięcznością  wypiła  łyczek.  —  Jak  rozumiem,  masz  dla  mnie 
kilka zwojów. Czy wiesz, co zawierają? 

— Sama  napisałam  i  skopiowałam  większość  z  nich  —  odparła  chłodno  urażona 

Sokolniczka.  —  Byłam  kronikarką  naszej  wsi,  dopóki  rada  starszych,  dla  zachowania 
spokoju,  nie  zdecydowała  się  powierzyć  tej  funkcji  chłopcu,  jednemu  z  uciekinierów. 
Pochodzę z wioski nad Sokolą Rzeką, pod Sokolą Turnią. Jest to opowieść o naszym życiu. 

Nareth  przyjrzała  się  jej  uważnie,  po  czym  sięgnęła  wypielęgnowaną  ręką  po  jeden  ze 

zwojów. Rozwinęła go, spochmurniała i rzekła: 

— Nie mówisz w nim nic o Gnieździe ani o życiu Sokolników, a przecież należysz do ich 

rasy. Oczywiście żyją oni z dala od swoich kobiet. 

— Widywałyśmy ich bardzo rzadko i dzięki niech będą za to Wielkiej Bogini — odpaliła 

zirytowana do głębi Arona. — To jest opowieść o naszym życiu, nie ich. Mamy własne życie, 
krewnych, pieśni, opowieści i długą historię. Nasze dzieje niewiele mają wspólnego z tym, co 
mężczyźni  uważają  za  ważne,  to  znaczy  z  wojnami  i  bitwami.  Dlatego  wolałam  nie  spotkać 
się z uczonym–mężczyzną. 

Szare oczy Nareth zabłysły, lecz jej surowa blada twarz nie zmieniła wyrazu. 
— Uspokój się! I powiedz mi, jaka mądrość kryje się w tych zwojach, że warto było odbyć 

dla niej tak długą podróż? Czy zdajesz sobie sprawę, że nie interesują nas informacje o tym, 
ż

e kobieta jakiegoś Sokolnika urodziła mu syna i kiedy, o tym, ile ziarna wydano po zbiorach 

każdej  kobiecie,  ani  o  tym,  która  z  nich  wyrwała  drugiej  włosy  z  głowy,  dlatego,  że  jej 
mężczyzna okazywał tamtej względy, tak jak nie obchodzi nas, czy pokłóciły się o garnki, czy 
o wstążki. 

Wargi Arony zbielały, a jej piwne oczy ciskały błyskawice. Odparła nienaturalnie cienkim 

głosem: 

— My  nie  rodzimy  synów  żadnemu  mężczyźnie.  Rodzimy  dzieci  dla  naszych  klanów  i 

musimy  patrzeć,  jak  kradną  nam  synów,  kiedy  ci  zaczynają  chodzić  albo  jeszcze  wcześniej. 
Niczego  nam  nie  dano.  To,  co  posiadałyśmy,  było  dziełem  naszych  rąk  i  umysłów.  I  wiele 
razy  zmuszone  byłyśmy  patrzeć,  jak  rozwścieczeni  Sokolnicy  niszczyli  to  wszystko.  — 
Podniosła  dumnie  głowę  i  mówiła  dalej:  —  Nasze  kroniki  obejmują  dzieje  dwudziestu 
kobiecych  pokoleń,  sięgają  czasów,  gdy  byłyśmy  królowymi  w  naszej  ojczyźnie,  Dalekim 
Brzegu.  Kres  naszej  władzy  położyła  inwazja  uzbrojonych  mężczyzn.  Nasz  lud  uległ  ich 
przewadze.  Musiałyśmy  wywędrować  do  obcej  krainy,  samotne,  pozbawione  wszystkiego. 
Ale  chociaż  nasi  mężczyźni  zwrócili  się  przeciwko  nam,  nas  winiąc  za  swoje  porażki  w  tej 
wojnie, przetrwałyśmy złe czasy i zbudowałyśmy nowe, dostatnie życie. Widzę jednak, iż to 
wcale nie obchodzi Lormtu! Wybacz mi, służko tej tu uczonej. Powinnam była wiedzieć. — I 
ku przerażeniu Nolar młoda Sokolniczka wy buchnęła płaczem. 

Pani  Nareth,  mimo  że  miała  chęć  wypędzić  ją  z  powodu  wyjątkowego  grubiaństwa,  nie 

zrobiła tego. Nie pozwolił na to jej umysł naukowca, logiczny, obiektywny i obojętny. 

— Jesteś przepracowana i wyczerpana — stwierdziła obojętnym tonem.  — Wybaczam ci 

ten wybuch. Możesz zamieszkać w skrzydle przeznaczonym dla naszych służebnych i kobiet–
uczonych. W refektarzu znajdziesz jedzenie. Przeczytam te zwoje i sama ocenię, ile są warte. 
Ostrzegam  cię  wszakże,  nie  waż  się  histeryzować  w  mojej  obecności.  Jesteśmy  przede 
wszystkim uczonymi, a dopiero potem kobietami. 

background image

Arona podniosła oczy. Pani Nareth skinęła głową i powiedziała ostrym tonem: 
— Dziękuję ci, dziewczyno. Możesz odejść. 
Kiedy  Sokolniczka  odeszła,  Nareth  pomyślała  z  żalem  o  swojej  własnej  nauczycielce, 

uczonej imieniem Rhianne. Rhianne przyjmowała pod swoje skrzydła każdą dziewczynę nie 
jak matka, lecz jak swoje własne młodsze wcielenie. Osłaniała ją zaciekle, broniła i smuciła 
się,  kiedy,  tak  jak  Nareth  —  pozostawiały  podopieczną,  by  zająć  się  znacznie  dla  siebie 
ważniejszymi sprawami — pracą naukową i kontaktami z innymi uczonymi. 

Ona  sama  miała  tylko  uczniów.  Właściwie  gardziła  przeciętnymi  dziewczętami. 

Większość z nich miała chwiejne charaktery, były słabe na umyśle, jeśli nie całkiem głupie, a 
oprócz  tego  służalcze  i  przebiegłe.  Bywały  też  wrzaskliwe,  niegrzeczne  i  przewrażliwione, 
ciągle  histeryzowały  z  powodu  różnych  wymyślonych  zniewag.  Rok  w  rok  powstawały 
sytuacje,  gdy  te  przeklęte  flądry  odważały  się  oskarżać  tego  czy  owego  mistrza  o 
skandaliczne zachowanie. Trzeba było je wyrzucać ze społeczności uczonych. 

Zdawała sobie dobrze sprawę, że tak długo, jak Arona pozostanie w Lormcie, co dzień na 

nowo  będą  się  spierać.  Poczucie  obowiązku  kazało  jej  wszakże  przeczytać  przywiezione 
przez  Sokolniczkę  zwoje  i  Nareth  wiedziała,  że  Arona  nie  powinna  stąd  zaraz  odjeżdżać. 
Nękana  ponurą  wizją  pochodni  przytkniętej  do  beczki  ze  zjełczałym  olejem,  rozwinęła 
pierwszy  zwój.  Na  początku  był  list  od  Arony,  skierowany  przecież  do  Nareth  (choć  nie 
wymienionej z imienia), napisany pięknym, kaligraficznym pismem. 

 
DO TEJ, KTÓREJ MOŻE TO DOTYCZYĆ 
Wszystkie  relacje  o  życiu  Sokolników  mówią  tylko  o  mężczyznach  i  ich  ptakach 

mieszkających  z  nimi  w  Sokolniczych  górskich  Gniazdach.  Co  do  reszty,  napisane  jest: 
„Trzymają  swoje  kobiety  z  dala  od  siebie,  w  wioskach.  Trzymają  też  swoje  psy  w  budach, 
konie w stajniach i synów w żłobkach”. Czy ktoś dostrzeże jakąś lukę w tym stwierdzeniu? 

Ja, Arona córka Bethiah z klanu Damy Lisicy, Sokolniczka, postanowiłam wypełnić tę lukę. 

Od  dawien  dawna,  odkąd  sulkarscy  najemnicy  wysadzili  nas  na  waszym  wybrzeżu,  i  jeszcze 
wcześniej,  miałyśmy  własne  życie,  tradycję  i  kulturę.  Miałyśmy  nasze  pieśni,  opowieści, 
nauczycielki i kronikarki, a ja jestem jedną z nich. 

Przyczyną  naszego  upadku  nie  była  siła  ani  przemoc,  ale  pokój  i  wolność.  Jeśli  tak  się 

stało,  może  powinnyśmy  zmienić  nasz  sposób  życia,  lecz  ja  mogę  tylko  żałować  tego,  co 
odeszło  bezpowrotnie.  Pod  wieloma  względami  było  to  dobre  życie  —  byłyśmy  dumne, 
samowystarczalne  i  wolne,  wyjąwszy  rzadkie  wizyty  Sokolników  i  ponure  następstwa  tychże 
odwiedzin. Spisałam więc naszą historię, by nie zginęła razem z nami, kiedy obrócimy się w 
proch. 

Kronikarka Arona 

background image

R

OZDZIAŁ DRUGI

 

S

OKÓŁ SKWIRZY W NOCY

 

 
Sokoli  księżyc  w  pełni,  wielki  i  czerwony,  wzeszedł  nad  lasem  na  wschodzie.  Na 

zachodzie  zaś  szara  Sokola  Turnia  czerwieniła  się  w  krwawym  blasku  gasnącego  słońca. 
Kobiety  z  Nadrzecznej  Wioski  stały  w  niewielkich  grupkach,  szepcząc  coś  w  napięciu, 
ukradkiem  zerkając  na  turnię,  jakby  obawiały  się,  że  zostaną  stamtąd  dostrzeżone,  a  potem 
opuszczały oczy. 

Gdzie  byli  Sokolnicy?  Pierwsza  wiosenna  pełnia  księżyca  zawsze  sprowadzała  tych 

dziwnych, zamaskowanych szaleńców, którzy zabierali chłopców i płodzili córki dorastające 
w  kobiecych  wioskach.  Starsze  niewiasty  i  dzieci,  ukryte  w  jaskiniach,  wyglądały  z  nich 
ostrożnie,  w  każdej  chwili  gotowe  do  ucieczki.  Zdolne  do  rodzenia  ochotniczki,  których 
imiona  padły  podczas  wiosennego  losowania,  otulone  welonami  pracowały  w  napięciu  w 
przyległych do chatek ogródkach, prawie się nie odzywając. 

Chuda, zdenerwowana dziewczyna o kasztanowatych włosach i piwnych oczach odsunęła 

welon, do którego nie była przyzwyczajona. 

— Opowiedz mi znów, jak to było ostatnim razem, ciociu Natho — szepnęła. 
Stojąca obok niej kobieta obrzuciła wzrokiem Sokolą Turnię i też odpowiedziała szeptem: 
— Naprawili Gościnne Chaty i narąbali nam kilka sągów drzewa. Przekopali rowy wokół 

domów  i  chociaż  ignorowali  nas  przez  kilka  pokoleń,  urządzili  wszystko  tak,  jakbyśmy 
naprawdę  tutaj  mieszkały.  Nie  powiedzieli,  dlaczego.  Czy  w  kronikach  są  o  tym  jakieś 
wzmianki? 

Dziewczyna  imieniem  Arona  pokręciła  głową  i  podniosła  oczy.  Chmury  burzowe,  jak 

zwykle tej wiosny, gromadziły się na zachodzie. Niebo ciemniało. Natha córka Loriny, jedna 
z  opiekunek  młodej  kronikarki,  podniosła  swoją  motykę  i  motykę  Arony  i  ruszyła  w  stronę 
paru  chatek  skupionych  na  krańcu  górskiego  szlaku.  Chaty  były  małe  i  puste,  zbudowane  z 
bali  uszczelnionych  gliną,  miały  niezdarnie  powiązane  słomiane  strzechy  i  maleńkie 
kamienne  paleniska  przy  drzwiach.  Sokolnicy  zbudowali  je  dawno  temu,  gdy  przybyli  w  te 
strony,  a  potem  opuścili  wioskę,  by  na  własną  rękę  szukać  szczęścia.  Niektóre  kobiety 
mówiły, że wygnano ich z powodu wyjątkowo złego zachowania. Arona zastanawiała się nad 
tym. 

Rozpaliła ognisko, podczas gdy ciotka Natha nalała wody do starego glinianego garnka o 

wyszczerbionych  brzegach.  Arona  rozłożyła  na  nierównej  polepie  rodzaj  posłania,  jakie 
zazwyczaj  dawano  zwierzętom.  Pasterka  na  służbie  uznałaby  tę  chatę  za  odpowiednie 
schronienie, gdyby nie brak przewiewu i strach przed tym, co miało nastąpić. Niejedna młoda 
dziewczyna śpiąc w lesie z tego czy innego powodu miała mniej wygód. Przybywały tu bez 
broni  i  ozdób,  wyrzekały  się  picia  jasnego  i  ciemnego  piwa;  to  wszystko  sprawiało,  że  ich 
czuwanie miało w sobie coś religijnego. Czuję się źle tylko z lęku przed tym, co może mnie 
spotkać, powiedziała sobie w duchu Arona. I na chwilę nawet w to uwierzyła. 

Razem z Natha zjadły skromny posiłek z podróżnych racji żywnościowych, popiły wodą, 

potem myły się niezdarnie, gdyż miały tylko jeden garnek. Ledwie zdążyły podziękować Tej, 
Która  Strzeże  Kobiet,  kiedy  dziwny  odgłos  poderwał  je  na  nogi.  Arona  podbiegła  do 
pozbawionego  jakiejkolwiek  osłony  otworu  wejściowego  i  wysunęła  głowę  na  zewnątrz. 
Wysoko w górze wartowniczka wydała dźwięk przypominający ochrypły skwir sokoła. 

— Nadchodzą! — krzyknęła dziewczyna odwracając się do swojej towarzyszki. — Teraz! 
Niewiele  brakowało,  a  byłaby  się  spóźniła.  Tętent  końskich  kopyt  zagłuszył  ostrzeżenie 

wartowniczki. Arona zasłoniła się pośpiesznie, z bijącym sercem błagając Wielką Boginię o 

background image

opiekę. Niewyraźne sylwetki jeźdźców mknęły w dół traktem biegnącym pomiędzy miejscem 
spotkań a Sokolą Turnią. 

Sokolnicy w ptasich maskach, w metalowych garnkach na głowach i metalowych płytach 

okrywających ich kaftany z hałasem wpadli do wioski na koniach, jakby ścigani przez wilki. 
Długie, zakrzywione noże rzeźnicze zwisały z ich pasów, a wilcze włócznie były przywiązane 
do  siodeł.  Zeskoczyli  z  koni  i  skierowali  się  do  prymitywnych  domostw.  Jeden  z  nich  bez 
słowa  wziął  Aronę  za  ramię  i  wepchnął  do  chaty.  Ostrzeżono  ją  podczas  inicjacji,  więc  nie 
krzyczała, chociaż czuła w sercu gorycz i gniew, że musiała znieść to trzykrotnie. Czy w ten 
sposób  powstawały  w  łonach  kobiet  córki?  Czy  właśnie  to  było  najważniejszą  tajemnicą  w 
ich  życiu,  którą  tak  bardzo  chciała  poznać?  Poród  też  był  bolesny  i  krwawy,  ale  trwał 
znacznie  dłużej.  Zresztą  i  Sokolników  najwyraźniej  nie  cieszył  czyn  dający  początek 
dzieciom.  Sprawiali  bowiem  wrażenie  zagonionych  i  zdesperowanych.  Zanim  ostatni 
Sokolnik  wywiązał  się  ze  swego  obowiązku,  rozległ  się  cichy  okrzyk,  chrapliwe 
naśladownictwo skwiru wartowniczki i to bardzo blisko. Znajdujący się w chacie mężczyzna 
zaklął,  szybko  porwał  swoje  rzeczy  i  pobiegł  do  drzwi  popędzając  przed  sobą  obie  kobiety. 
Jakiś Sokolnik w złotym hełmie stał na placyku pomiędzy niskimi chałupkami. 

— Kobiety! — warknął ochryple. — Musimy odjechać. Zatrzymajcie waszych synów. Nie 

możemy ich teraz obejrzeć.  Zobaczymy ich później. A teraz odejdźcie.  — Popchnął jedną z 
nich  krótkim,  niebezpiecznie  wyglądającym  nożem.  Ta  niezręcznie  przyśpieszyła  kroku,  nie 
ważąc  się  biec,  dopóki  nie  schroni  się  w  lesie.  Pozostałe  ruszyły  za  nią,  każda  osobno. 
Dowódca Sokolników powiedział jeszcze głośniej i bardziej ochryple: 

— Musimy to zrobić. Wrogowie nie mogą was znaleźć. Wybaczcie nam. 
Wydał  jakiś  rozkaz  szczekliwym  głosem  i  konni  Sokolnicy  sprawnie  wjechali  między 

chaty i ogrody, tratując wszystko, co mogli stratować, strącając słomę z dachów i rozwalając 
drewniane  domostwa  na  oczach  osłupiałych,  oniemiałych  kobiet.  Potem  zaś  odjechali  na 
południe, nie zapuszczając się w las, w którym znajdowała się prawdziwa wioska. 

Po odjeździe ostatniego Sokolnika Arona uniosła suknię i wraz z resztą młodszych kobiet 

pobiegła tajemnymi leśnymi ścieżkami do wygodnych, bezpiecznych domów pod drzewami. 
Wówczas to Natha córka Lorin wydała najpierw dźwięk oznaczający, iż teren jest wolny, a po 
chwili  następny,  ostrzegający  o  możliwym  niebezpieczeństwie.  Arona  zadała  sobie  w  myśli 
pytanie, o jakie niebezpieczeństwo chodzi? Jacy wrogowie mogli być gorsi od tych stworów o 
ptasich  twarzach?  Później  wbiegła  do  Domu  Kronik,  rzuciła  się  na  łóżko  i  rozpłakała  tak, 
jakby pogryzł ją jej ulubiony pies. 

 
We  wsi  Cedrowy  Szczyt  dom  i  kuźnia  Morghata  Kowala  płonęły  jak  ogniska  ku  czci 

jakiegoś  rozgniewanego  boga.  Huana,  żona  Morghata  —  nie,  teraz  wdowa  po  nim  — 
pośpiesznie stłumiła szloch, spojrzała w dół zbocza, na które się schroniła, i zatkała ręką usta 
swojej  córki.  Gęsta  zasłona  drzew  jak  mur  zasłoniła  widok  przed  oczami  kobiet  i  same 
kobiety przed Psami z Alizonu. Ale wioskowy plac był pusty. 

Na oczach Huany z domów i stodół wysypali się ludzie, biegnąc w stronę kuźni, tam gdzie 

leżały nieruchome ciała. W gromadzącym się tłumie dostrzegła niewiele kobiet; były one albo 
bardzo młode, albo bardzo stare. Wdowa po kowalu przyłożyła palec do ust i szepnęła: 

— Zostań  tutaj,  Leatrice,  i  zachowuj  się  cicho,  chyba  że  przyjdzie  tutaj  ktoś  z  naszych 

sąsiadów.  —  Zastanowiła  się  i  dorzuciła:  —  Jeśli  będą  to  sami  chłopcy,  nie  odpowiadaj, 
nawet jeśli byliby to nasi sąsiedzi. 

— Wdrapię  się  na  drzewo  —  obiecała  dziewczynka  spłoszona  zachowaniem  matki,  lecz 

zarazem bardzo podniecona. 

— Och  —  Huana  jęknęła  —  to  niekobiece  i  nieprzystojne,  ale  myślę,  że  lepiej  to  zrobić, 

niż  stracić  szansę  na  małżeństwo  —  dodała  niechętnie.  —  Wrócę  tu.  —  I  dorzuciła  z 
naciskiem:  —  Jeżeli  nie  wrócę  do  następnego  zachodu  słońca,  zaczekaj  do  świtu  i  spróbuj 

background image

dotrzeć  do  ciotki  Markalli  w  Bliźniaczych  Dolinach.  I,  Leatrice  —  jeśli  tam  pójdziesz, 
trzymaj się bocznych dróg! — Po czym bezszelestnie zeszła ze zbocza. 

Wydawało  się,  że  wszyscy  —  kobiety,  dzieci  i  starcy  z  wioski  Cedrowy  Szczyt  — 

zgromadzili  się  na  centralnym  placu.  Niewiasty  zawodziły  tak  głośno,  że  mogłyby  zbudzić 
umarłych.  Huana  przepchnęła  się  przez  tłum  do  miejsca,  w  którym  leżało  ciało  jej 
ukochanego męża Morgatha. Zabito go w jego własnej kuźni. I za co? Kowalka powstrzymała 
szloch.  Żołnierze  zażądali,  żeby  podkuł  konie  i  naprawił  miecze  i  włócznie.  Pierwsze  zrobił 
dobrowolnie,  ale  uparł  się,  że  to  drugie  przekracza  jego  możliwości.  Za  to  zabili  go, 
splądrowali i podpalili jego dom. 

Uklękła obok ciała swego małżonka, rozpłakała się na widok krwi płynącej z licznych ran i 

przyłożyła ucho najpierw do jego ust, a potem do piersi, sprawdzając, czy może oddycha. Nic 
nie usłyszała. Położyła więc rękę na jego ustach i podniosła całą zakrwawioną. Wtedy dopiero 
zobaczyła, że gruba koszula z szorstkiego płótna zakrywa poderżnięte gardło. 

Zawyła teraz jak inne kobiety. 
— Och,  Morghacie,  dlaczego  im  się  przeciwstawiłeś?  Mówiłam  ci,  mówiłam,  zrób,  co  ci 

każą, i niechby sobie poszli. Mówiłam ci! 

Z  zalaną  łzami  twarzą,  ocierając  nos  fartuchem  przepchnęła  się  do  studni  i  nie  prosząc  o 

pozwolenie zanurzyła ten sam fartuch w wiadrze, które wyciągnęła któraś z sąsiadek. Później 
wróciła  do  zwłok  i  umyła  je  mokrym  fartuchem  najlepiej  jak  mogła.  Ale  czyż  zdoła 
pogrzebać  go  jak  należy,  kiedy  w  wiosce  nie  ma  mężczyzn,  którzy  wykopaliby  grób? 
Rozejrzała  się  dookoła,  rozpaczliwie  szukając  wzrokiem  jakiegokolwiek  krewnego,  lecz 
zobaczyła tylko swojego syna Oseberga, który na wiosnę miał skończyć czternaście lat. 

— Osebergu! — zawołała przekrzykując lamenty. — Osebergu, chodź tutaj! 
Przyzwyczajony do posłuszeństwa niezgrabny młodzik przepchał się do jej boku. 
— Musimy pogrzebać twojego ojca — powiedziała cicho. Pobladły chłopak skinął głową, 

ona zaś dodała: — Biegnij do domu i zobacz, czy jest tam jakaś łopata, a jeśli nie, to gdzieś 
poszukaj. Albo nie, najpierw pomóż mi go przenieść na nasze podwórko. 

Oseberg przełknął ślinę i rozejrzał się za kimś, kto mógłby im pomóc. Napotkał spojrzenia 

Lishy, żony piekarza. Podeszła do nich i zapytała łagodnym tonem: 

— Czy mogę wam pomóc? 
Huana westchnęła z ulgą i objęła ramionami sąsiadkę. 
— Och, jestem ci taka wdzięczna za pomoc, kuzynko! Czy w twoim domu pozostała jakaś 

łopata albo szufla i czy twój mąż żyje? Och, Leatrice…! — Zniżyła głos: — Leatrice ukrywa 
się przed żołnierzami. 

Lisha poklepała ją po ramieniu. 
— Poślę  moich  synów  na  poszukiwania.  —  Dostrzegłszy  przerażenie  w  oczach  Huany, 

ż

ona  piekarza  skinęła  ze  zrozumieniem  głową  i  poprawiła  się:  —  Poślę  Hannę  i  jej  siostrę. 

Będziemy potrzebowały naszych chłopców do kopania grobów i do pomocy przy odbudowie 
domów. 

Teraz  Huana  poklepała  po  ramieniu  kuzynkę  i  —  już  we  troje  —  przenieśli  ciało  na 

wypalone podwórze przy kuźni. 

— Nie  mogę  tutaj  pozostać,  gdyż  Oseberg  jest  za  młody,  żeby  przejąć  kuźnię  po  ojcu  i 

jeszcze  nie  przestał  być  czeladnikiem.  Kto  zajmie  się  teraz  nami?  Nie  mamy  tu  bliskich 
krewnych — rzekła Huana, ocierając pot z czoła. 

— Co chcesz zrobić? — zapytała praktyczna Lisha. 
— Spróbujemy  dotrzeć  do  mojej  zamężnej  siostry  w  Bliźniaczych  Dolinach  —  odparła 

ponuro  Huana.  Nie  uśmiechało  się  jej  bowiem  życie  na  łasce  szwagra.  Mogła  tylko  się 
modlić,  żeby  pomógł  poszukać  innego  mistrza  w  jedynym  zawodzie,  jaki  znał  siostrzeniec 
ż

ony.  Ale  dzięki  temu  ani  ona,  ani  jej  dzieci  nie  będą  przymierały  głodem,  nie  będzie  też 

musiała  zarabiać  na  życie  żebraniną  albo  nierządem,  a  tutaj,  w  Cedrowych  Szczytach,  nie 

background image

czekał  jej  inny  los.  Przecież  po  trzech  najazdach  w  przeciągu  tyluż  miesięcy  w  wiosce 
pozostało  przy  życiu  niewielu  mężczyzn  mogących  dać  utrzymanie  kobiecie  samotnej,  a  co 
dopiero takiej, która zbliżała się do trzydziestki i miała dwoje dzieci. Westchnęła ciężko. 

Lisha skinęła głową i powiedziała ze współczuciem: 
— Odpocznijmy chwilę i przekonajmy się, czy możemy poprosić kogoś o pomoc. Potem, 

kiedy już pogrzebiemy razem Harolda i Morghata, będziemy mogły z kolei pomóc innym. 

Huana,  którą  interesowało  tylko  jej  własne  nieszczęście,  rzekła  pośpiesznie  z 

przerażeniem: 

— Och, Lisho, jakże mi przykro! Nie miałam pojęcia, że zabili również Haralda. 
— On  próbował  nas  bronić  —  odparła  tamta.  Jej  oczy  pociemniały  z  gniewu  i  smutku. 

Dopiero  wtedy  Huana  dostrzegła  podartą  suknię  i  czepiec  Lishy,  które  żona  piekarza 
daremnie  usiłowała  doprowadzić  do  ładu.  Odsunęła  się  od  niej  instynktownie.  Jeżeli  jej 
sąsiadka została zhańbiona, zadając się z nią podzieliłaby jej hańbę, straciłaby swe dobre imię 
i stałaby się prawdziwym wyrzutkiem. 

Lisha wydęła wzgardliwie wargi widząc ruch Huany, ale powiedziała tylko: 
— Czy  zajmiemy  się  pogrzebem?  —  A  ponieważ  to  przede  wszystkim  należało  zrobić, 

obie kobiety i ich synowie zaczęli kopać groby dla swoich bliskich. 

 
Po ostatnim napadzie wioska bardzo zubożała. Owinąwszy ręce szmatami kobiety i dzieci 

grzebały  w  ruinach  domów  w  poszukiwaniu  wszystkiego,  co  mogło  się  przydać:  żelaznych 
garnków, kilku  choćby talerzy  czy  sztućców,  resztek narzędzi gospodarskich. Huana i  Lisha 
zdołały złapać kilka kur, które uciekły z wrzaskiem, kiedy napastnicy wpadli do wsi. Leatrice 
udało  się  przywołać  starego  osła  należącego  do  wioskowego  kapłana,  którego  to  figlarne 
dziecko z jakiegoś powodu serdecznie nie znosiło. 

— No  cóż,  kapłan  nie  odczuje  braku  osła  tam,  gdzie  teraz  jest  —  orzekła  Huana  i  zaraz 

przestała o tym myśleć. Oczywiście, nie zamierzała mówić tego córce. 

Wtedy niebo nagle pociemniało, ziemia zatrzęsła się pod nogami, coś w niej zaburczało i 

czknęło niby w brzuchu cierpiącego na niestrawność olbrzyma. 

— Uciekajmy!  —  krzyknęła  Huana,  zaprzestając  poszukiwań.  Przerzuciła  przez  ramię 

ciężki tobół z ocalałym dobytkiem i klepnęła syna po siedzeniu. Oseberg syn kowala spojrzał 
na matkę z oburzeniem, podniósł równie wielki tłumok i przekazał klepnięcie siostrze. Lisha i 
jej  pięcioro  dzieci  poszły  za  nimi.  Reszta  oszołomionych,  pozbawionych  męskiego 
przywództwa kobiet dołączyła się do nich tak szybko, jak im na to pozwalały ciężkie toboły, 
które  niosły.  Nie  była  to  cicha  ucieczka.  Bydło  ryczało,  dzieci  szlochały,  uwięzione  w 
klatkach kury gdakały, a nieliczne osły i muły porykiwały. 

Na  szczęście  nikt  ich  nie  szukał  i  nie  ścigał.  Wstrząs  nie  był  bowiem  dziełem  ludzi,  ale 

bogów. 

Ta  niewielka,  przemoczona  do  nitki  grupa  uciekinierów  szukała  przejścia  pomiędzy 

drzewami  i  skałami,  brnęła  przez  lepkie  błoto,  śliski  mech  i  kolczaste  krzaki  po  stromym 
zboczu  i  najszybciej  jak  mogła  oddalała  się  od  źródła  groźnego  zjawiska.  Dzieci  się 
przewracały  i  trzeba  je  było  podnosić.  Udręczone  matki  szczodrze  rozdawały  klapsy, 
zmuszając potomstwo do dalszej wędrówki. Niemowlęta kwiliły z głodu i strachu. Kiedy tak 
mozolnie pięto się w górę, rozbrzmiewały gniewne okrzyki i odgłosy kłótni. Ciężkie od błota 
suknie kobiet darły się o kolce. Yelen, żona cieśli, szczebiotała bez przerwy swoim słodkim 
głosikiem, od którego słuchającym robiło się niedobrze: 

— No, no. Ptaszki w gniazdach zawsze żyją w zgodzie! 
— Och, zamknij się! — warknęła z wściekłością karczmarka Gondrin. 
— Przeszliśmy za wiele — powiedziała z powagą i namaszczeniem Lisha do idącej obok 

Huany.  Ich  dzieci  odważnie,  w  milczeniu  wspinały  się  po  zboczu.  —  Jesteśmy  teraz 
ś

miertelnie zmęczeni. 

background image

Huana  spiorunowała  wzrokiem  tę  zhańbioną  być  może  kuzynkę:  jakim  prawem  udaje 

kapłankę? Któż ją mianował? 

Wyczerpane i przerażone, prawie nie zwróciły uwagi na to, że minęły już szczyt stromego 

wzgórza i zbocze zaczęło się obniżać.  A  gdy  wreszcie znalazły względnie wolne od dzikich 
róż i jeżyn przejście, dopiero po jakimś  czasie zorientowały się, o co chodzi.  Leatrice córka 
kowala odezwała się pierwsza: 

— Ścieżka, mamo! Ścieżka! Zastanawiam się, dokąd prowadzi? 
— Ścieżka, ścieżka! — zawołała najbardziej zmęczona i najmniej rozważna z uciekinierek. 
— Ścieżka, ale dokąd? — zapytała ostro Huana. — Czy znamy tych, którzy ją wydeptali? 

A jeśli odpędzą nas od swoich drzwi jak żebraków? 

— Tak  jak  ty  zawsze  to  robiłaś  —  szepnęła  karczmarka  tak  głośno,  żeby  wszyscy  ją 

usłyszeli. 

— Może  ta  ścieżka  prowadzi  do  nieprzyjacielskiej  twierdzy?  —  powiedziała  z  lękiem 

Yelen żona cieśli. 

— A  może  do  bezpiecznego  schronienia  —  odrzekła  rezolutnie  Leatrice.  Potem  wszyscy 

zaczęli  mówić  naraz  i  coraz  to  inny  głos  na  chwilę  przebijał  ogólną  wrzawę,  aż  Huana 
jęknęła: 

— Och, gdybyśmy choć na krótko mieli ze sobą mężczyznę, który by nas poprowadził! — 

To stwierdzenie zyskało jej głośną aprobatę wszystkich obecnych. 

— Ale nie mamy — warknęła Lisha — ustalmy więc jak dorosłe kobiety, co trzeba zrobić. 

Te,  które  chcą  iść  dalej,  niech  zgromadzą  się  obok  mnie.  Te  zaś,  które  nie  chcą,  niech  się 
zdecydują, jak zamierzają postąpić. Jeśli o mnie chodzi, idę dalej. Cokolwiek nas czeka, nie 
będzie tak straszne jak noc spędzona samotnie w lesie, chyba że — jak powiedziałaś — jest to 
nieprzyjacielski  obóz.  Ale  możemy  przecież  wysłać  kogoś,  kto  by  to  sprawdził.  Egilu?  — 
zwróciła się do swojego najstarszego syna. 

— Pewnie,  mamo  —  odpowiedział  pocieszająco  młodzieniec.  Miał  prawie  siedemnaście 

lat i już usiłował zapuścić wąsy. 

— A więc ustalone — odrzekła wesoło Lisha. — Robi się ciemno. Czy spróbujemy rozbić 

tu obóz, czy też pójdziemy dalej? 

— Jeżeli  rozbijemy  tutaj  obóz,  czy  nie  napadną  na  nas  dzikie  zwierzęta?  —  zapytała 

drżącym głosikiem jakaś dziewczynka. 

— Nie napadną, jeśli rozpalimy ognisko — odparł z przyjazną drwiną w głosie Egil. 
— A  jeżeli  to  zrobimy,  czy  nie  zauważą  nas  i  nie  napadną  na  nas  dzicy  mężczyźni?  — 

spytała bardziej rozsądnie któraś ze starszych niewiast. 

Lisha  zastanawiała  się,  a  tymczasem  jej  towarzyszki  znów  zaczęły  paplać.  —  Będziemy 

musieli czuwać na zmianę — powiedziała w końcu. — Czy ktoś ma coś długiego i ciężkiego 
albo ostrego? Widły? Nóż kuchenny? 

— Czy wystarczy starszych chłopców, którzy by trzymali straż? — zapytała z niepokojem 

Yelen próbując na oko określić ich liczbę. 

Gondrin wzięła do ręki gruby kij. 
— Jeżeli Lisha stanie pierwsza na warcie, będę jej towarzyszyć — oświadczyła. — Gdyby 

coś się zbliżało, uprzedzę was. — Zauważyła, iż Yelen spojrzała ze strachem na chłopców, i 
dodała szyderczo: — Och, dorośnij wreszcie, Yelen, i nie składaj jeszcze swojego brzemienia 
na ich barki. Czy ktoś stanie ze mną? 

Leatrice  rozejrzała  się  dookoła  i  jej  wzrok  spoczął  na  łopacie,  którą  kopano  grób  dla  jej 

ojca. 

— Jestem z wami — odparła odważnie. 
— Nie, nie ma mowy — Oseberg odepchnął ją na bok. — To moja sprawa. Teraz ja jestem 

głową rodziny. 

— Osebergu, idź z nimi — zdecydowała Huana. 

background image

Kobiety i dzieci spały tej nocy niespokojnie na wilgotnej ziemi. Las wypełniały to dziwne 

odgłosy,  to  jeszcze  od  nich  dziwniejsza  głęboka  cisza.  Sprawujące  wartę  kobiety  i  chłopiec 
drżeli  ze  strachu  i  wyczerpania,  łaknąc  tak  niewielkiej  wygody  jak  rozłożony  na  zimnej 
ś

ciółce  płaszcz.  Z  trudem  bronili  się  przed  drzemką.  Później  Oseberga,  Gondrin  i  Lishę 

zastąpił Egil, Leatrice i — w ostatniej chwili — Huana, która nie chciała, żeby jej dziewicza 
córka pozostała po zachodzie słońca sam na sam z dorastającym młodzieńcem. Zawiedziony 
chłopak  ukradkiem  obrzucił  ją  obrażonym  wzrokiem.  Huana  przechwyciła  to  spojrzenie  i 
uśmiechnęła się z satysfakcją, ponieważ obserwowała tych dwoje od dłuższego czasu. 

Uciekinierzy  obudzili  się  w  zimnym,  mokrym  lesie.  Ognisko  prawie  zgasło.  Kobiety 

poszukały  w  tobołkach  jedzenia,  znalazło  się  kilka  jajek  zniesionych  przez  zabrane  ze  wsi 
kury.  Ich  jedyna  koza  nie  miała  mleka.  Egil  syn  piekarza  oświadczył  nie  znoszącym 
sprzeciwu  tonem,  że  on  i  pozostali  chłopcy  zastawią  pułapki  na  drobną  zwierzynę  i  w  ten 
sposób nakarmią swe głodne rodziny. 

— Zaczekajcie tutaj — rozkazał. 
Yelen  wyraziła  zgodę  drżącym  głosem,  Lisha  zaś  dała  im  czas  aż  do  przedpołudnia. 

Kobiety wykorzystały ten czas na sprawdzenie i przepakowanie tobołów. Wybuchło też kilka 
kłótni o resztki pożywienia. 

Ci,  którzy  sprawowali  pierwszą  i  drugą  wartę,  odpoczywali  teraz.  Leatrice  i  jej  matkę 

zastąpiły  Lowri  córka  Lishy  i  uparta,  kłótliwa  stara  wdowa  imieniem  Melbrigida  z 
gospodarstwa  na  skraju  wsi.  Chłopcy  wrócili  z  pustymi  rękami,  z  wyjątkiem  Egila,  który 
znalazł  kilka  kwaśnych  jabłek.  Nawet  i  to  ucieszyło  zmęczonych  uciekinierów.  Podnieśli 
swoje toboły i ruszyli w dalszą drogę. 

Za  pierwszym  dniem  nadszedł  drugi,  zimny  i  słotny.  Byli  głodni.  Zaczęła  się  dziwna 

mżawka.  Była  nieprzyjemna,  wydawała  się,  jak  zmieszana  z  popiołem  z  ogniska.  Ziemia 
przestała  dudnić,  lecz  chmury  nadal  jarzyły  się  niesamowitą  pomarańczową  barwą,  jakby 
same niebiosa się paliły. Huana i Lisha już nie mogły dalej iść i przysiadły na ziemi, płacząc 
bezsilnie. 

Później  dobiegło  ich  skądś  gruchanie  gołębia.  Mgła  zrzedła,  ukazując  w  oddali  wysoką 

poszarpaną turnię. Bliżej, na północy, dostrzegli niewyraźne zarysy otulonego mgłą łańcucha 
górskiego.  Pod  nimi  rozciągała  się  lesista  dolina.  Gołąb  znów  zagruchał  i  jego  gruchanie 
zamieniło się w skwir sokoła. Huana podniosła głowę i zobaczyła z przerażeniem, że z chmur 
wynurzył się wielki ptak o głowie kobiety. 

Ptak  zatoczył  krąg  wysoko  w  górze  i  stopniowo  zniżając  lot  zbliżył  się  do  grupy 

zmokniętych,  ubłoconych  uciekinierów,  po  czym  zawisł  w  powietrzu.  Stara  Melbrigida, 
której mąż służył kiedyś u pewnego wielmoży, oświadczyła: 

— Przecież  to  jastrzębica.  Chodź  tutaj,  moja  śliczna,  chodź  do  mamy.  —  Przezornie 

owinęła ramię szalem i wyciągnęła je przed siebie. Ptak zleciał lekko na wyściółkę i zagłębił 
w niej szpony. 

— Nad  rzeką  jest  dla  was  schronienie  —  powiedział  ludzkim  głosem  —  i  świątynia  w 

dolinie. Jeżeli wszystkie kobiety są waszymi siostrami, możecie tam wejść jako siostry, matki 
i córki. Pozwalam wam na to. 

— Kim  jesteś?  —  szepnęła  przerażona  Huana  kreśląc  w  powietrzu  znak  chroniący  przed 

złem. 

— Jestem boginią — odrzekł równie cicho ptak. — Ze zwyczajnej dziewczyny stałam się 

ż

ywym duchem zemsty, a zemsta moją jedyną nadzieją na sprawiedliwość. Teraz zaś jestem 

duchem  opiekuńczym.  Złóżcie  przysięgę  na  solidarność  kobiecą,  gdyż  te,  których  strzegę, 
przywiązują do niej wielką wagę. 

— Przysięgam  i  to  z  radością  —  odparła  spiesznie  Lisha.  —  Czyż  jest  wśród  nas  taka, 

która by tego nie zrobiła? Zakładając, że ufacie temu ptakowi i tym, które go wysłały. Ja mu 
ufam. 

background image

Gondrin zrobiła kilka kroków do przodu. 
— Mój zawód wymaga znajomości ludzi, dlatego radzę wam, chodźmy za tym ptakiem. 
Lisha przyjrzała się swoim towarzyszkom niedoli. Żadna z nich nie poszła inną ścieżką ani 

nie zawróciła. 

— Prowadź  nas  więc,  Pani  Jastrzębiec  —  powiedziała.  —  Jeśli  o  mnie  chodzi,  pójdę  za 

tobą. Chodźcie, dzieci. — Podniosła znów swój tobołek, zarzuciła go na plecy i ruszyła przed 
siebie. 

Ptak,  który  przyleciał  wczesnym  rankiem,  odleciał  dopiero  późnym  popołudniem. 

Panujący  w  lesie  półmrok  zgęstniał.  Niewielka  grupka  uciekinierów  posuwała  się  ścieżką 
powoli,  z  lękiem.  Nagle  Leatrice,  która  szła  prawie  na  przedzie,  rozglądając  się  dookoła  z 
ciekawością, trąciła łokciem swoją matkę. 

— Mamo,  spójrz  między  drzewa.  Czy  to  nie  jest  dom?  Huana  wytężyła  wzrok,  ale 

zobaczyła tylko niewielki cień, który mógł być wszystkim. Wzdrygnęła się. 

— Nie zwracaj na to uwagi, Leatrice — szepnęła. — Jedni bogowie wiedzą, kto może tam 

mieszkać zupełnie sam, jak dzikie zwierzę. 

Leatrice  zatęskniła  na  chwilę  za  swoim  ojcem,  który  nie  bał  się  niczego,  podczas  gdy  jej 

matka  była  taka  strachliwa.  Później  rezolutnie  poprawiła  ciężki  tobół  na  plecach  i  nadal 
rozglądała  się  bacznie.  Tutaj  dostrzegła  niewyraźne  cienie,  tam  zaś  ścieżki  i  wiele  rzeczy, 
które mogły być, albo nie być oznaką ludzkiej obecności. Wreszcie zdobyła niezbity dowód, 
zauważyła  bowiem  blask  ognia  przeświecającego  przez  szpary  w  okiennicach.  Znów 
szturchnęła matkę łokciem. Huana powiedziała niechętnie: 

— To może być jakiś dom. — A później jęła rozmawiać z innymi kobietami. 
— Będą  paplały  tak  przez  całą  noc  —  powiedział  z  oburzeniem  Egil.  —  Czy  obudzimy 

gospodarzy? 

— Czy  gotów  jesteś  walczyć  z  nimi,  jeśli  to  bandyci  albo  zmiennokształtni?  —  zapytała 

Leatrice. 

Jej brat wykrzywił szyderczo wargi. 
— Nie powinienem był pytać dziewczyny — oświadczył wymawiając ostatnie słowo tak, 

jakby była to najgorsza obelga. 

Leatrice przepchnęła się przed niego i zobaczyła przed sobą drzwi. 
— Pomocy!  —  zawołała.  —  Pomóżcie  nam.  Zabłądziliśmy,  umieramy  z  głodu,  nie  ma 

wśród nas mężczyzn i nie zrobimy wam nic złego. Proszę, pomóżcie nam. 

Egil zaklął słysząc te babskie lamenty. 
Drzwi  otworzyły  się.  Na  progu  stanęła  chuda,  czternastoletnia  dziewczyna.  Przetarła  ze 

zdziwienia oczy i odparła: 

— Zawołam starszych, siostro. Jak masz na imię. I — co to znaczy „mężczyzn”? 
 
Obudzona z ciężkiego, niespokojnego snu Arona ze zdumieniem patrzyła na obcych. Było 

ich  tak  wielu.  Nigdy  w  życiu  nie  mieszkała  z  tyloma  ludźmi,  nawet  nigdy  nie  widziała  tylu 
naraz! Mówiły tym samym językiem, jakim posługiwały się jedyne cudzoziemki, które znała 
— Córki Gunnory przybywające co roku, by z nimi handlować, oraz dziwna władczyni mocy 
nazywająca siebie Dysydentką. Wiatr szarpnął otwartymi drzwiami jej domu, wdmuchując do 
wnętrza  pierwsze  krople  deszczu,  zapowiedź  burzy,  jaka  miała  rozpętać  się  tej  nocy. 
Przypomniał jej w ten sposób o zasadach dobrego wychowania. 

— Wejdźcie  i  usiądźcie  przy  moim  ognisku  —  powiedziała  z  trudem  w  tym  samym 

języku. — Jestem Arona, córka  Bethiah z Klanu  Damy  Lisicy, uczennica  Kronikarki. Mojej 
mistrzyni nie ma w domu, ale możecie wejść. 

Stłoczyli  się  w  chacie,  jakieś  półtora  tuzina  przemoczonych  cudzoziemców.  Dziewczyna 

zagryzła  wargi.  Nie  chciała  zostawiać  ich  samych,  musiała  jednak  zawiadomić  swoich.  Po 
namyśle  wysunęła  głowę  na  dwór  i  wydała  okrzyk  oznaczający  „niezidentyfikowani  obcy, 

background image

kłopot, choć niezbyt wielki”. Zadowolona z siebie, dołożyła drew do ognia i zawiesiła garnki 
nad ogniskiem. 

Kotka zwana Rudą Zarazą podeszła do obcych i dziewczynka, która pierwsza zapukała do 

drzwi,  zaczęła  ją  głaskać.  Inna,  wysoka  dziewczyna  w  spodniach,  jakie  nosiły  pasterki, 
mruknęła coś niegrzecznie i jej matka trzepnęła ją po siedzeniu jak muła. Potem zwróciła się 
do Arony: 

— Czy twój ktoś albo twój on–matka jest w domu, panienko? 
Do  licha  z  tym  przeklętym  językiem!  —  zaklęła  w  duchu  dziewczyna,  szukając  w  myśli 

słów, żeby odpowiedzieć na pytanie, którego nie zrozumiała. 

— Ja  już  nie  mieszkam  w  domu  mojej  matki.  Moja  mistrzyni  jest  miejscową  kronikarką. 

Mogę  jednak  zaoferować  wam  gościnę  —  zapewniła  ich.  Słyszała  z  oddali  chlupot  kroków 
odzianych  w  płaszcze  przeciwdeszczowe  kobiet  przedzierających  się  przez  gęstwinę.  Niech 
któraś  ze  Starszych  Matek,  znających  ten  język,  przejmie  od  niej  to  brzemię!  A  potem, 
ponieważ Huana zwracając się do niej użyła niewłaściwego określenia, poprawiła ją: 

— Wkrótce mogę przestać być panną, ponieważ Sokolnicy przybyli ostatniej nocy. 
— Sokolnicy! — powtórzyła Huana podniesionym głosem, który załamał się skrzekliwie, i 

spojrzała  na  rozmówczynię  tak,  jakby  Arona  była  Odłączona  i  jej  o  tym  nie  uprzedziła. 
Wszystkie  nowo  przybyłe  zaczęły  mówić  jednocześnie,  powstał  gwar  jak  w  kurniku,  do 
którego  zakradł  się  lis.  Duża,  grubiańska  dziewczyna,  o  leciutko  owłosionej  jak  staruszka 
twarzy, powiedziała: 

— Nie obawiaj się matko, ja cię obronię. 
— Dobry  z  ciebie  chłopiec,  Osebergu  —  odrzekła  tamta  z  wdzięcznością  w  tej  samej 

chwili, w której do chaty weszły po kolei starsze kobiety. W małej izbie zrobiło się ciasno. 

Najstarsza  Matka  Mechtilda  odwróciła  głowę  tak  gwałtownie,  że  Arona  poczuła  się 

nieswojo. 

— Chłopiec? — powtórzyła złowieszczo. 
Aronę rozbolała głowa od głośnej kobiecej paplaniny. 
— Chłopcy  to  przyszli  Sokolnicy!  —  wrzasnęła  histerycznie  Lennis  Młynarka.  — 

Widziałyśmy,  co  zrobił  Jommy,  kiedy  nikt  go  nie  pilnował.  A  przecież  ciotka  Eina  tak 
starannie  go  wychowywała.  Zabił  Sokolnika!  To  dlatego  rozwalili  gościnne  chaty.  Ten 
Jommy użył przemocy także wobec mnie! 

— Sokolnicy?! — wrzasnęła Huana. — Wy należycie do Sokolników? 
Jeszcze jeden Jommy, pomyślała Arona patrząc z ciekawością na Oseberga. Deszcz silnie 

zacinał i wiatr wwiewał go do środka przez otwarte drzwi. Aronę coraz bardziej bolała głowa. 
Lubiła  łagodnego  kalekiego  Jommy’ego,  który  był  niezwykle  wyczulony  na  swoją 
nienaturalną pozycję we wsi. Czując, że głowa jej pęka, powiedziała ostro: 

— Nie możemy trzymać tutaj ich wszystkich przez całą noc, siostry, gdyż ledwie trzymają 

się na nogach z wyczerpania. Ja zresztą też. Skróćmy te narady. 

— Matko  —  odezwał  się  wtedy  Egil,  jakby  podejmował  za  innych  decyzję  —  ta  młoda 

panna  ma  całkowitą  rację.  Jest  nas  za  dużo  i  nie  możemy  tak  się  narzucać  tym  ludziom. 
Przypuśćmy,  drogie  panie,  że  pozwolicie  nam  się  schronić  w  jakiejś  przybudówce  na 
dzisiejszą noc, a Oseberg i ja chętnie odpłacimy za wszystko pracą. 

Jakieś dziecko zakwiliło z głodu i zimna. Kowalka Noriel przepchnęła się do przodu. 
— Jestem  Noriel,  córka  Auriki  z  Klanu  Damy  Wilczycy  —  powiedziała.  —  Jeżeli  ktoś z 

was chciałby się schronić u mnie, to w kuźni jest dużo miejsca. 

Huana szybko podniosła głowę. 
— W kuźni? Och, pani kowalowo, czy twój ktoś potrzebuje jeszcze jednego czeladnika? 
Brzydka i tłusta twarz Noriel rozpromieniła się. 

background image

— Czy  chcesz  oddać  mi  ją  na  naukę?  —  Spojrzała  z  nadzieją  na  Oseberga.  Chłopiec 

uśmiechnął  się,  a  potem  spojrzał  z  powątpiewaniem  na  matkę,  która  skinęła  głową  na  znak 
zgody. — A więc załatwione. 

Asta córka Lennis długo wpatrywała się w Egila. Teraz pociągnęła młynarkę za płaszcz. 
— Mamo,  ci  ludzie  wydają  się  tacy  głodni  —  powiedziała  ze  smutkiem.  —  A  ich 

najstarsza dziewczyna tak wytwornie się wyraża. — Zniżyła głos. — I wygląda na taką silną 
— szepnęła cicho, tak że tylko matka ją usłyszała. — Oczywiście — dodała chytrze — to na 
pewno nie spodoba się cioci Marze. 

Kiedy  Lennis  usłyszała  ten  ostatni  komentarz,  w  jej  oczach  pojawił  się  mściwy  blask. 

Aronie  głowa  już  puchła  z  bólu.  Ze  złośliwą  satysfakcją  przypomniała  sobie,  że  każde 
dziecko  we  wsi  nazywało  córki  Lennis  Roldeen  Dręczycielką  i  Astą  Skarżypytą. 
Najwidoczniej  Asta  chciała  zaprzyjaźnić  się  z  Egil,  sama  Arona  też  nie  była  od  tego.  Ale 
młoda  kronikarka  najbardziej  pragnęła  tylko  jednego  —  znaleźć  się  znów  w  swoim  łóżku. 
Znalazła  drewniany  młotek  i  walnęła  nim  w  stół.  Wszyscy  podnieśli  na  nią  oczy.  Arona 
przemówiła tak, jakby należała do starszyzny wioskowej albo była gospodynią. 

— Niech  każdy,  kto  chce  przyjąć  tych  ludzi  do  siebie  na  resztę  nocy,  mówi  po  kolei  — 

oznajmiła  i  podniosła  swoje  wrzeciono  leżące  przy  ognisku.  —  Oprócz  ciebie,  pani  Noriel. 
Czy  ty  i  twoi  cudzoziemcy  nie  poszlibyście  do  wygodnych,  ciepłych  łóżek?  Ty  zaś,  pani 
Lennis, na pewno chcesz powiedzieć swoim wybranym, gdzie mają się zatrzymać. 

Lennis spojrzała na nią mrużąc świńskie, chytre oczka. Potem roześmiała się ostro. 
— Proszę,  proszę,  z  wczorajszego  dziecka  wyrosła  mądra  dziewczynka.  Dobrze,  panno 

kronikarko, posłuchamy twoich rozkazów. 

Arona  trzymała  się  w  ryzach  równie  mocno,  jak  ściskała  swoje  wrzeciono.  Oczywiście 

opisze  grubiańskie  zachowanie  młynarki  tak  samo  dokładnie  jak  wszystkie  wydarzenia  tej 
nocy.  Pocieszała  się,  że  pani  Lennis  nigdy  nie  była  zbyt  inteligentna.  Zastukała  znów 
młotkiem i podała wrzeciono następnej osobie, która chciała zabrać głos. Kiedy jednak tamta 
wdała  się  w  długie  rozważania  nad  tym,  czy  należy  przyjąć  obcych,  czy  też  nie,  Arona 
wtrąciła: 

— Tak czy nie? Ci biedni ludzie są wyczerpani. Dziecko znów zaczęło płakać. 
— Nie  mogę  słuchać,  jak  to  biedactwo  kwili!  —  zawołał  ktoś.  —  Możemy  zaoferować 

wam  tylko  podłogę  w  izbie  od  frontu,  ale  —  jeśli  wam  to  odpowiada  —  możecie  zostać  z 
nami. 

Czyż  nie  jest  prawdą,  że  ubogie  kobiety  chętniej  dzielą  się  tym,  co  mają,  niż  zamożne? 

Spostrzeżenie to zasługiwało na aforyzm, Arona postara się więc go wymyślić. 

Teraz wrzeciono przejęła Gondrin. 
— Jeśli  o  mnie  chodzi,  jestem  piwowarką  i  mogłabym  zarabiać  na  życie  w  miejscowej 

karczmie. 

Kronikarka przetłumaczyła jej słowa i zapytała: 
— Co to jest karczma? 
— Miejsce,  do  którego  mężczyźni  przychodzą,  żeby  się  napić,  podyskutować  o  różnych 

sprawach i spotkać z przyjaciółmi — wyjaśniła Gondrin, po czym rozejrzała się po izbie. — 
Och,  nie  widzę  wśród  was  mężczyzn  —  zauważyła  nagle.  —  Mówiłaś,  że  to  jest  wioska 
kobiet  Sokolników,  prawda?  Założę  się,  że  nie  piją…  tutaj…  i  na  pewno  wam  na  to  nie 
pozwalają! 

Jej  słowa  wywołały  wrzawę  gniewnych  głosów.  Czując  ból  rozsadzający  czaszkę  Arona 

wrzasnęła na całe gardło: 

— Spokój!  Pani  Gondrin,  nikt  ci  nie  przeszkodzi  w  prowadzeniu  piwiarni.  Sokolnicy 

zazwyczaj nie mówią nam, co mamy robić — tylko raz w roku, przy końcu górskiego traktu, 
a  i  wtedy  mają  do  czynienia  z  ochotniczkami.  Nie  interesuje  ich  nasze  życie  codzienne, 
którego  im  zresztą  nie  pokazujemy.  Proszę  was,  siostry,  jeśli  któraś  z  was  chce  pomóc 

background image

pozostałym, miejcie na względzie, że ta wiekowa dama jest śpiąca — wskazała na Melbrigidę 
—  i  powinna  położyć  się  do  łóżka.  —  Zmuszając  wszystkie  kobiety,  aby  nie  odbiegały  od 
tematu, miała nadzieję, że wróci do łóżka, zanim światło dnia przeszkodzi w zaśnięciu. 

Jakiś gąsior zaczął witać poranek głośnym gęganiem. Arona jęknęła w duchu. Teraz będą 

tu tkwiły cały dzień. 

Dlaczego żadna ze Starszych Matek jej nie zastąpiła? To do nich należało. Były  wszakże 

zbyt  pochłonięte  dyskusją  o  długofalowych  konsekwencjach  przyjęcia  obcych  do  wioski. 
Nagle podjęła decyzję. 

— Wybaczcie  mi,  o  Matki.  Jestem  chora  —  powiedziała.  Stara  Floree,  córka  Any, 

przypomniała sobie raptem, że nie tylko jest starszą wsi, lecz także uzdrowicielką. Wielkimi 
krokami podeszła do bliskiej omdlenia Arony. 

— Na  Wielką  Boginię,  dziecko,  jesteś  blada  jak  płótno.  Ej,  wy  tam!  Wyjdźcie  stąd  i 

przenieście się do Domu Zgromadzeń. Nie należało składać takiego brzemienia na barki tego 
dziecka.  —  Podtrzymała  ledwie  trzymającą  się  na  nogach  kronikarkę  i  zapytała:  —  Czy 
możesz iść, moje dziecko? 

— Ja  pomogę  —  wtrącił  żywo  Oseberg,  ponieważ  zarówno  on,  jak  i  jego  nowa 

współmatka  pozostali  z  ciekawości.  Arona  zapamiętała,  że  wprawdzie  kowalka  była 
nieśmiała,  ale  zawsze  chciała  wiedzieć  o  wszystkim.  Niezgrabny  młodzik  wziął  dziewczynę 
pod ramię, lecz zaraz potem przesunął ukradkiem rękę na jej pierś. —  Odsunęła się. — Nie 
możesz mieć chłopakowi za złe, że spróbował — szepnął wesoło. — Sama powiedziałaś, że 
nie jesteś panną. Może byś tak ze mną…? 

Arona próbowała uwolnić się z jego uścisku. 
— Mogę  iść  sama  —  oświadczyła.  A  potem  wrzasnęła  tak,  by  wszyscy  ją  usłyszeli:  —

Dlaczego głaskasz mnie tak, jakbym była kotem? Przestań! A może nasza wioska zyskała w 
tobie drugą dręczycielkę? 

Słysząc to Huana prychnęła pogardliwie. Jeśli ta dziewka jest tak bezwstydna, że ogłosiła 

wszem  wobec,  co  Oseberg  uczynił,  nie  warto  się  nią  przejmować.  Trzeba  jednak  ostrzec 
chłopca, żeby nie wpadł w jedną z licznych pułapek, które na pewno zastawiła. Złapała go za 
ucho. 

— Chodź ze mną — powiedziała stanowczo. 
Floree położyła Aronę do łóżka w tylnej izbie Domu Zdrowia. Dziewczyna przespała tam 

dwa dni z najgorszym bólem głowy w dziejach swojej rodziny. Pierwsi cudzoziemcy, jakich 
kiedykolwiek  przyjęto  do  wioskowej  społeczności,  zamieszkali  ze  swymi  przybranymi 
rodzinami.  Nadrzeczna  Wioska  już  nigdy  nie  będzie  taka  sama.  A  ja  mam  tylko  czternaście 
lat, pomyślała Arona kładąc się z zimnym kompresem na oczach. 

background image

R

OZDZIAŁ TRZECI

 

N

OWE WINO W STARYCH BUTLACH

 

 
Arona  obudziła  się  w  Domu  Zdrowia.  Najstarsza  kronikarka  siedziała  na  brzegu  łóżka. 

Dziewczyna usiadła, przetarła oczy i umyła twarz w misce stojącej przy łóżku. 

— Śniły  mi  się  Pierwsze  Wieki  —  oświadczyła.  Znalazła  swoją  suknię  i  wkładając  ją 

zapytała  oskarżycielskim  tonem:  —  Gdzie  byłaś,  pani,  podczas  tej  straszliwej  wrzawy 
ostatniej nocy? 

Maris, którą budził najlżejszy szmer, uśmiechnęła się i podała Aronie sandały. 
— Dwie noce temu — poprawiła ją. — Poradziłaś sobie zupełnie dobrze, moja droga. 
Mieszkanki  Nadrzecznej  Wioski  już  wstały  i  krzątały  się  wokół  swoich  spraw,  lecz 

gromadziły  się  w  znacznie  większej  liczbie  niż  zwykle,  i  cicho  coś  szeptały.  Arona 
zatrzymała się przy grupie kobiet ciągnących bierwiona do zrujnowanej i opuszczonej chaty, 
którą teraz odbudowywały. 

Piwowarka Gondrin pomachała jej na powitanie. 
— Dziękuję  za  pomoc!  —  zawołała  wesoło,  wbijając  kołek  w  ścianę  chaty.  Arona 

spacerkiem ruszyła do Domu Kronik, przyglądając się ciekawie mijanym cudzoziemcom. 

Zatrzymała  się  przy  dwójce  dzieci  bawiących  się  patykami.  Uderzały  jednym  o  drugi. 

Wysoka blondynka dotknęła kijem małej brunetki. Ach, blondynka popełniła błąd! Nie, gdyż 
zapiszczała  do  swojej  przyjaciółki:  —  Dostałaś!  —  Arona  przyglądała  im  się  jeszcze  przez 
chwilę,  aż  wreszcie  zrozumiała,  że  w  grze  chodziło  o  to,  aby  jedno  dziecko  nie  dotknęło 
drugiego  swoim  patykiem.  Była  to  gra  w  samoobronę.  Córka  Bethiah  wzdrygnęła  się.  Jaki 
ś

wiat rozciągał się poza ich wioską, skoro nawet małe dzieci bawiły się w samoobronę? 

Minęła  ją  Huana  i  jej  córka  Leatrice.  Kronikarka  powitała  je  uprzejmie.  Matka 

dziewczynki odepchnęła Leatrice na bok i spojrzała z niechęcią na Aronę, jakby ta wyrządziła 
jej  jakąś  krzywdę.  Kiedy  dziewczyna  nic  nie  rozumiejąc  patrzyła  za  nimi,  Egil  córka  Lishy 
podszedł do niej i powiedział uprzejmie: 

— Nie przejmuj się nią. Ona boi się o cnotę swojej córki. Jeśli o mnie chodzi, jestem wam 

wdzięczny, że nas przyjęliście. Ty jesteś córką pisarza wioskowego, prawda? 

Arona niewiele z tego zrozumiała. 
— Jestem uczennicą Maris, ale nie jej córką — odparła ostrożnie. — Dziękuję ci za twoje 

podziękowania.  Jesteście  mile  widziani.  Proszę,  uspokój  Huanę,  żeby  się  nie  bała.  Jej  córce 
nic już nie grozi. — Dodała po chwili: — Ty nie znasz naszego języka, prawda? Nikt z was 
nie  zna?  Będziesz  musiała  pójść  do  kapłanki  i  nauczyć  się  tego  wszystkiego,  czego  my 
uczymy się w dzieciństwie. 

Egil spojrzał na nią w zamyśleniu. 
— U nas mówiono, że nauka jest dla kapłanów i dla tych lepszych. Nie dla kogoś takiego 

jak my. Może moja matka nie będzie chciała obejść się bez mojej pomocy, ale chyba uda mi 
się ją przekonać. Jeżeli twój nauczyciel jest w pobliżu, z chęcią bym z nim porozmawiał. 

Arona znowu spochmurniała, próbując zrozumieć, co miał na myśli. 
— Czy  on–kapłanka  nie  chciał  cię  uczyć?  Sprawiasz  wrażenie  inteligentnej.  Zaprowadzę 

cię do Świętego Domu do pani Birki. To nasza kapłanka. 

Egil podniósł brwi. 
— Z radością! Wiesz, Arono — tak się nazywasz, Arona? — wydaje się, że masz całkiem 

bystry  umysł  jak  na  dziewczynę.  Nie  jesteś  wprawdzie  urodziwa  według  pospolitych 
wyobrażeń,  ale  niejedna  panna,  która  uważa  się  za  piękność,  wiele  by  dała,  żeby  mieć  takie 
policzki i włosy jak ty. Jesteś interesująca, tak, to tego słowa chciałem użyć, interesująca. 

background image

Ta obca ma niezwykle  głęboki głos, pomyślała  Arona, i miły dla ucha, tylko co z niej za 

gaduła!  On,  ona,  czy  jakie  tam  było  odpowiednie  określenie,  chciała  się  z  nią  zaprzyjaźnić, 
lecz  traktowała  ją  jak  duża  dziewczyna  malucha.  Ile  miała  lat?  Przynajmniej  osiemnaście, 
sądząc  po  wzroście.  Nie  miała  jednak  piersi,  zupełnie  jak  mała  dziewczynka.  I  te  krótkie 
włosy — może niedawno chorowała? Pewnie tak, gdyż panna tak wrażliwa na urodę innych 
musiała  na  pewno  cenić  swoją.  Lecz  jej  żart,  że  Arona  ma  bystry  umysł  jak  na  kogoś  tak 
młodego,  nie  spodobał  się  dumnej  kronikarce.  Przywykła  bowiem,  że  jest  najstarsza  i 
najinteligentniejsza w swojej rodzinie. To moja  rywalka, pomyślała. Ale może też być moją 
przyjaciółką. 

Weszły na podwórko Świętego Domu i Arona przystanęła. 
— Czy lubisz czytać książki? — zapytała nagle. 
— Tak, lubię… kiedy uda mi się jakąś dostać. 
— I piękno. Jestem tego pewna. 
— Tak,  istotnie!  —  Egil  uśmiechnął  się  szerzej.  Nagle  zbliżył  twarz  do  twarzy  Arony  i 

pocałował  ją.  Nie  tak,  jak  całują  się  dziewczynki,  które  są  przyjaciółkami,  ani  jak  krewne, 
lecz  jakoś  dziwnie.  Jego  pocałunek  jednocześnie  zafascynował  Aronę  i  przeraził.  Cofnęła 
twarz i wbiła w niego wzrok. 

— Co…  dlaczego…  Egilu,  to  było…  nawet  najlepsze  przyjaciółki  nie  robią  tego  bez 

uprzedzenia. 

Chłopak ukłonił się uroczyście. Arona nigdy nie widziała takiego zachowania. 
— Pokornie  proszę  o  wybaczenie,  pani  Arono,  i  mam  nadzieję,  że  naprawdę  zostaniemy 

przyjaciółmi. 

Drzwi otworzyły się, a on znów się ukłonił. 
Arona  oddaliła  się  w  stronę  Domu  Kronik,  gdy  kapłanka  odprawiła  ją  tam  skinieniem 

głowy. To nie tylko gaduła, pomyślała o Egilu, ale w dodatku jest śliska jak wąż. Czego ode 
mnie chce? 

Arona  i  Egil  zrozumieli  się  jeszcze  gorzej,  niż  im  się  wydawało.  Natomiast  Noriel  i 

rodzina Huany wcale się nie rozumieli. Noriel zdawała sobie z tego sprawę i wcale jej to nie 
przeszkadzało.  Zaprowadziła  ich  do  domu  przy  kuźni  i  zamaszystym  ruchem  wskazała  na 
strych, kuchnię, główną izbę i na swoją sypialnię obok kuchni. 

Kiedy  gestem  dała  do  zrozumienia,  że  dzieci  mają  spać  na  górze,  Huana  zaczęła 

protestować. Noriel wzruszyła ramionami. Może Leatrice i Oseberg przebywając razem robili 
za  dużo  hałasu.  Huana  mówiła  tak  długo,  aż  znudzona  Leatrice  poszła  na  strych,  a  Oseberg 
położył  się  na  podłodze  w  środkowej  izbie.  Zajrzała  potem  do  sypialni  Noriel,  długo 
wpatrywała  się  w  jedyne  łóżko,  po  czym,  skarżąc  się  głośno,  weszła  po  drabinie  w  ślad  za 
córką. 

Rano  Noriel  powitała  ich  wesoło.  Oczywiście  obcy  nie  mogli  z  nią  rozmawiać  ani 

rozumieć jej słów, byli niczym niemowlęta, ale przecież matki przemawiają do niemowląt i te 
z czasem zaczynają rozumieć ich mowę. Umyła twarz i pokazała gościom, gdzie znajdują się 
przybory  do  mycia,  po  czym  ubrała  się  i  poszła  po  drwa.  Huana  z  wahaniem  stanęła  w 
drzwiach  kuchni.  Noriel  przywołała  ją  ruchem  ręki  i  podniosła  kilka  polan.  Nowo  przybyła 
zawahała się, a potem popchnęła syna w stronę kowalki, by on jej pomógł. 

Następnie Noriel wyjaśniła na migi, że trzeba nabrać wody ze studni i dała znak Leatrice, 

aby się do niej przyłączyła; zobaczywszy zaś Oseberga podała mu stos talerzy. Serce Huany 
wezbrało goryczą. Nie dość, że sama ma być służką w domu obcej kobiety, to jeszcze żeby jej 
syn  wykonywał  kobiece  prace?  Rzeczywiście,  upadli  bardzo  nisko.  Zaczęła  płakać  w 
milczeniu. 

Kowalka nalała wody do wielkiego glinianego dzbanka, który stał w palenisku, wsypała do 

niego nieco suchego ziarna i gestem poleciła Huanie mieszać. Oseberg podał talerze Leatrice, 
po  czym  usiadł.  Czekał,  aż  go  obsłużą.  Noriel  zrobiła  dwa  wielkie  kroki  w  jego  stronę. 

background image

Energicznym  ruchem  kazała  mu  wstać,  podała  nóż  i  kilka  owoców  i  pokazała,  że  należy  je 
obrać. Oburzona Huana otworzyła usta, lecz przypomniawszy sobie, że jest przyjętą z litości 
ż

ebraczką, jęknęła i opuściła głowę. 

Gospodyni,  litując  się  nad  trójką  cudzoziemców,  takich  samotnych,  z  dala  od  domu, 

postanowiła odwrócić ich uwagę i spróbować się z nimi porozumieć. Pokazała więc na siebie 
i powiedziała: 

— Noriel — a następnie pokazała na Huanę. 
— Matka — odrzekła na to Leatrice. 
— Matka  —  powtórzyła  Noriel.  Huana  podniosła  głowę,  otarła  łzy  rękawem  i  utkwiła 

wzrok w kowalce. 

— Huana — poprawiła ją dziewczynka. Pokazała na siebie. — Leatrice. — A następnie na 

swojego brata: — Oseberg. 

— Leatrice. Leatrice córka Huany, Oseberg córka Huany — powiedziała z zadowoleniem 

Noriel. 

Huana  otworzyła  usta  i  wstała,  żeby  stawić  czoło  tej  wielkiej  kowalisze  o  niewyparzonej 

gębie. 

— Oseberg  nie  jest  —  czymkolwiek  powiedziałaś  —  Huany!  —  wybuchła.  —  Jestem 

porządną,  godną  szacunku  wdową  i  chcę,  żebyś  o  tym  wiedziała.  Moje  dzieci  pochodzą  z 
usankcjonowanego  prawem  małżeństwa,  są  prawowitym  potomstwem  ich  ojca.  Jak  śmiesz! 
Bez względu na to, czy jesteśmy żebrakami, czy też nie… 

Noriel spojrzała na Leatrice. Ta zaś pokazała palcem na siebie i rzekła: 
— Leatrice  córka  Morgatha.  —  Starała  się  wymawiać  słowa  tak  jak  kowalka.  Później 

wskazała  na  brata  mówiąc:  —  Oseberg  syn  Morgatha  —  w  swym  własnym  języku.  — 
Starając  się  lepiej  wyjaśnić,  o  co  chodzi,  podniosła  rękę  do  góry  i  pokazała  na 
wyimaginowaną  wysoką  postać.  —  Morgath.  Mój  ojciec.  —  Przeciągnęła  palcem  po  gardle 
jak  nożem,  zwiesiła  głowę,  a  następnie  spojrzała  załzawionymi  oczami  na  gospodynię.  — 
Morgath — wyjąkała i pociągnęła nosem. 

Noriel objęła dziewczynkę ramionami. Ach! Ich rodzona matka nie żyła. Wyglądało na to, 

ż

e zamordowali ją Sokolnicy albo ktoś do nich podobny. Ich współmatka Huana chciała, żeby 

pamiętano  o  jej  siostrze–przyjaciółce.  W  przypływie  współczucia  objęła  ramieniem  również 
Huanę i powiedziała: 

— Jest mi przykro z tego powodu. 
Noriel żałowała, że nie ma trojga ramion, gdyż mogłaby też objąć Oseberga. Pragnęła, aby 

i to osierocone dziecko przyszło do niej po pociechę, zamiast stać odwrócone plecami, jakby 
odtrącało każdego, kto chciałby mu dopomóc. Och, byli przecież wśród obcych. 

— Oseberg  córko  Morgatha  —  odezwała  się,  przywołując  go  skinieniem  ręki.  Chłopiec 

posłuchał. On także miał twarz zalaną łzami. 

— Duzi  chłopcy  nie  płaczą,  Osebergu  —  rzuciła  ostro  Huana  —  a  ty  jesteś  teraz  głową 

rodziny. 

— Och, mamo, zostaw go w spokoju — zaprotestowała Leatrice. 
Noriel,  która  nic  nie  zrozumiała  z  tej  wymiany  zdań,  westchnęła.  Pomyślała,  że  Huana 

wygląda  jak  zmokła  kura.  Oseberg  jest  tylko  dzieckiem,  Leatrice  zaś  sprawia  wrażenie 
rezolutnej  dziewczynki.  Nalała  owsianki  od  czterech  misek  i  wyjaśniła  na  migi  stojącemu 
najbliżej  gościowi,  żeby  podał  je  pozostałym.  Oseberg  wziął  pierwszą  z  brzegu  miskę, 
zagłębił w niej łyżkę i zaczął jeść. Noriel powiedziała ostro: 

— Oseberg córko Morgatha! Gdzie twoje dobre wychowanie? 
Zaskoczony chłopak podniósł wzrok. Rozpieszczony, osądziła kowalka, gestem każąc mu 

przekazać dalej miski. 

Tak  czy  inaczej  wszyscy  w  końcu  zjedli  poranny  posiłek.  Ale  kiedy  wstali  od  stołu  i 

Oseberg  bez  słowa  skierował  się  do  drzwi,  Noriel  zastąpiła  mu  drogę.  Wskazała  na  jego 

background image

miskę,  a  potem  podniosła  palec.  Do  góry!  Do  góry!  Chłopak  niechętnie  sprzątnął  po  sobie, 
Leatrice i Huana zrobiły to samo. Następnie Huana zabrała się do mycia naczyń, rozkazawszy 
ostro córce, żeby jej pomogła. Oseberg zaś poszedł za Noriel do kuźni. 

Huana  westchnęła.  Ona  i  jej  córka  były  służącymi  w  domu  tej  kowalichy.  Jedyną  osobą 

znającą  ludzki  język  poza  tamtymi  staruchami  była  ta  bezczelna  ruda  nierządnica,  Arona. 
Teraz nawet syn Huany musi grać rolę sługi. Tak, czekały ich ciężkie czasy. 

 
Tymczasem koło młyna rozegrała się inna, gwałtowna scena. 
— Wytwornie się wyraża! — parsknęła Lennis trzymając się pod boki. — Nic mnie to nie 

obchodzi,  nawet  gdyby  ten  Egil  córka  Lishy  był  samą  minstrelką  Ofelis.  To  Jommy  i 
wolałbym raczej mieć w domu grzechotnika niż Jommy’ego. Słyszysz?! 

Wargi Asty córki Lennis zadrżały, a miała w tym wielką wprawę. 
— Matko  —  powiedziała  z  wyrzutem.  —  Spójrz  tylko  na  te  biedne  małe  dzieci  i  na  ich 

zapracowaną  matkę.  Widzisz,  jaka  ładna  jest  mała  Soren?  Znów  miałybyśmy  w  domu 
maleństwo  bez  wszystkich  kłopotów  i  przykrości,  jakich  nastręcza  urodzenie  własnego.  — 
Podniosła wyżej złotowłose dziecko uciekinierów i odezwała się do niego pieszczotliwie. 

Lennis skoczyła i szybkim ruchem zerwała kocyk z małego Sorena. 
— To  jeszcze  jeden  Jommy  —  oświadczyła  i  zwróciła  się  ze  złością  do  swojej  młodszej 

córki.  —  Co  się  z  tobą  dzieje,  ty  zła  dziewczyno?!  —  zapytała.  —  Czyżbyś  w  perwersyjny 
sposób  upodobała  sobie  bestie,  które  zabiły  twoją  babkę  i  użyły  przemocy  wobec  twojej 
matki?! 

Spojrzała  na  nią,  mrużąc  oczy.  Nie  po  raz  pierwszy  zrozumiała,  że  zbyt  często  działo  się 

tak,  jak  chciała  Asta,  nawet  jeśli  ona,  jej  matka,  na  początku  stanowczo  się  temu 
przeciwstawiała. 

— Tylko bez żadnych sztuczek, młoda kobieto — warknęła. 
— Mamo!  —  Z  drugiej  izby  dobiegł  głośny  okrzyk  oburzenia,  który  odwrócił  uwagę 

młynarki.  Lennis  pośpiesznie  zostawiła  Astę  i  pobiegła  zobaczyć,  co  się  dzieje  z  Roldeen. 
Wpadła do kuchni i jęknęła z oburzenia. Jommy imieniem Egil zagnał jej córkę w kąt, położył 
swoje  brudne  łapy  na  jej  ramionach  i  zirytowanym  głosem  zalewał  ją  potokiem 
niezrozumiałych słów. 

Szybko, zanim zdążył przejść od obelg do jeszcze gorszych czynów, Lennis walnęła go w 

ucho i podniosła groźnie rękę. 

Lecz  zamiast  wybuchnąć  płaczem,  jak  robił  w  dzieciństwie  pierwszy  Jommy  albo  się 

wycofać  jak  tamten  —  ten  wyprostował  się  i  wbił  w  nią  spojrzenie.  Nie  czekając,  aż  się  od 
niego  odezwie  —  cóż  to  za  grubiaństwo  —  zaczął  coś  bełkotać  po  swojemu.  Potem  zaś, 
widząc,  że  nic  nie  zrozumiała,  najpierw  wskazał  na  swoją  siostrę,  a  następnie  na  Roldeen  i 
mocno uszczypnął się w ramię. Zamierzał uszczypnąć Roldeen! 

— Wynoście się! — Lennis szerokim gestem wskazała na drzwi, Egila i płaczące dziecko 

w kącie. Lisha i reszta jej potomstwa wpadła do izby. 

Lennis jeszcze raz pokazała palcem na Egila, potem zaś na drzwi. 
— Zabieraj stąd tego stwora — powiedziała ponuro. Zwracając się do małej Hanny dodała 

jednak wspaniałomyślnie: — Ty możesz zostać. 

Egil  zwrócił  się  do  swojej  matki.  Długo  rozmawiali  w  swoim  niezrozumiałym  języku. 

Zapłakana  Hanna  coraz  to  wtrącała  się  do  rozmowy.  Później  Egil  objął  matkę  ramieniem  i 
rzekł coś krótko. Sens był jasny: „Odchodzimy stąd”. 

— Idźcie  sobie,  wy,  niewdzięczne  łajdaki!  —  zawołała  za  nimi  młynarka.  —  Czy  tak  mi 

odpłacacie za to, że okazałam wam serce, dałam wam miejsce pod dachem i nakarmiłam? 

Egil odwrócił się i rzucił kilka słów. Oburzona Lennis spojrzała Lishy w oczy. 
— Stoisz  tu  tylko  i  pozwalasz  temu  stworowi  mówić  za  siebie,  jakbyś  była  niespełna 

rozumu?!  —  zawyła.  —  Pozwól  sobie  powiedzieć,  że  gdyby  moje  córki  kiedykolwiek 

background image

próbowały  mówić  za  mnie,  ich  matkę,  zaraz  bym  im  pokazała,  gdzie  ich  miejsce!  — 
Zmrużyła  znowu  oczy  i  triumfalny  uśmiech  rozjaśnił  jej  twarz.  —  Niespełna  rozumu. 
Oczywiście!  No  cóż,  jeżeli  wolicie  umierać  z  głodu,  niż  skorzystać  z  mojej  łaski,  możecie 
sobie iść! — Ponownie odwróciła się do Asty. — A co do ciebie, młoda kobieto… 

 
Arona  spędziła  cały  dzień  w  izbie  kronik,  pochylona  nad  zwojami,  opisując  szczegółowo 

ostatnią burzliwą noc. Musiała odgadywać pisownię imion przybyszów i w końcu zapisała je 
fonetycznie.  Kto  kiedy  przybył  i  z  kim  odszedł.  Gdy  jej  pióro  stępiło  się,  zaostrzyła  je 
specjalnym nożykiem, a  kiedy zupełnie się zniszczyło, poszła do gęsiego  wybiegu po nowe. 
Atrament w jej kałamarzu zdążył już zgęstnieć i rozbolały ją plecy. 

Skończywszy pierwszą listę, wstała i mrużąc oczy  spojrzała na chylące się ku zachodowi 

słońce. Późne popołudnie, a ona nie wykonała codziennych prac gospodarskich! Westchnęła, 
naniosła tyle drew, by  ogień mógł płonąć do rana. Poszła do studni i przyniosła dość wody, 
aby Maris mogła ugotować posiłek, ona zaś mogła posprzątać. Później trzeba będzie wydoić 
krowę,  ale  ktoś  już  nakarmił  gęsi  i  zabrał  jajka.  Należało  też  wypleć  grządki,  lecz  z  tym 
mogła poczekać do jutra. Musiała wszakże je podlać. 

Wyciągała  ze  studni  wiadro  za  wiadrem,  spryskując  rośliny  rękami,  zanim  je  podlała. 

Zamiotła  też  podłogę  w  domu,  wybrała  kilka  kłosów  słodkiego  zboża  oraz  ładne  warzywa  i 
położyła na kuchennym stole dla Maris. Wreszcie wybrała się do wsi, żeby dowiedzieć się, co 
słychać. 

Idąc znajomą ścieżką między Domem Kronik i pracownią swej matki—cieśli, ignorowała 

słabe  skurcze  w  dole  brzucha.  Bethiah  córka  Anghard,  jej  matka,  siedziała  na  werandzie 
gawędząc  ze  swoją  starą  przyjaciółką,  Noriel  Kowalką.  Widząc  ją  Arona  uśmiechnęła  się 
szeroko i zawołała: 

— Witaj, ciociu Noriel! — Lubiła bowiem kowalkę już od dziecinnych lat. 
Kiedy  Arona  zaczęła  używać  do  naprawiania  swojej  odzieży  cennej  metalowej  igły 

zamiast kościanej, które  dawano dzieciom, zgubiła ją.  Bardzo ją to zasmuciło i zawstydziło. 
Szukała igły na wszystkie sposoby, jakich ją nauczono, ale zanim przyznała się komukolwiek 
od  tej  straty,  podjęła  jeszcze  jedną  próbę.  Wiedziała,  że  pewne  przedmioty  potarte  o  sierść 
kota  przyciągają  do  siebie  włosy  i  nitki.  Wpadła  więc  do  kuchni,  złapała  jeden  z  cennych 
szklanych  kielichów  matki  i  potarła  go  o  grzbiet  Dymki  córki  Łatki,  najspokojniejszej  z 
domowych  kotów.  Później  zaś  zaniosła  kielich  do  izby  frontowej,  żeby  zobaczyć,  czy 
przyciągnie igłę. 

Matka  skarciła  ją  za  to,  że  się  bawi,  zamiast  szyć.  Nikt  z  dorosłych  nie  zrozumiał  jej 

wyjaśnień i znów ją skarcono, gdyż powinna szukać igły. Wezwano władającą magią metali 
kowalkę, aby odnalazła zgubę. 

Ku wielkiej radości Arony  rytuał poszukiwania igły okazał się równie niezwykły jak ten, 

który  sama  wymyśliła.  Noriel  wyjęła  z  kieszeni  fartucha  maleńką  metalową  podkówkę, 
potarła  ją  sztabką  metalu,  którą  nosiła  zawiniętą  w  szmatkę,  i  przesunęła  nią  po  drewnianej 
podłodze. Podkówka odnalazła igłę w szparze między deskami. 

Gdy  ciotka  Natha  i  matka  Arony  przygotowywały  w  kuchni  jabłecznik  i  ciastka  dla 

kowalki, jak nakazywała grzeczność, Arona podeszła ukradkiem do tej niezwykłej niewiasty i 
opowiedziała  jej  o  kociej  sierści.  Kowalka  wysłuchała  wszystkiego  uważnie.  Opowiadanie 
dziewczynki wywarło na niej duże wrażenie. 

— Ona jest bardzo bystra — wycedziła do opiekunek Arony. — Gdyby miała dość siły, z 

chęcią  wzięłabym  ją  na  naukę.  —  Dodała  wszakże  smutno:  —  Nie  mogę  jednak  żądać  od 
ż

adnej kobiety, żeby wyrzekła się dzieci dla Sztuki Władania Metalem. 

— Dlaczego  twoja  uczennica  musiałaby  wyrzec  się  dzieci?  —  zapytała  dziewczynka, 

poklepując ze współczuciem rękę Noriel. 

Kowalka otarła łzę, która niespodziewanie spłynęła jej po policzku. 

background image

— Jestem  bardzo  silna,  a  Sokolnicy  tego  nie  lubią.  Zabijają  takie  kobiety  jak  ja  — 

powiedziała  otwarcie.  —  Dlatego  muszę  trzymać  się  od  nich z  daleka.  Lecz  tylko  oni  mogą 
dać nam  córki. Siostry ze wsi prosiły mnie, żebym nauczyła się tego zawodu, i zrobiłam to, 
ponieważ lubię metale. Ale ciężko jest żyć bez dzieci. Wówczas Arona objęła mocno Noriel. 

— Będę  twoją  córką  tak  samo  jak  mamy  i  cioci  Nathy,  jeżeli  mi  na  to  pozwolą  — 

obiecała. I tak właśnie było przez te wszystkie lata. 

Dzisiaj  jednak  Noriel  wyglądała  na  bardzo  zmęczoną,  jakby  pracowała  ciężko  przez  dwa 

dni  bez  wypoczynku,  a  ciotki  Nathy  nie  było  w  pobliżu.  Obca  kobieta  imieniem  Yelen 
siedziała  obok  matki  Arony  i  zdawała  się  chłonąć  każde  jej  słowo.  Dziewczyna  nie  miała 
pojęcia, w jaki sposób mogła to robić, nie znając języka. 

— Jak  tam  twoi  cudzoziemcy,  ciociu  Nariel?  —  zawołała  Arona  siadając  na  werandzie 

niczym dorosła kobieta. 

Noriel zachichotała. 
— Ach,  ta  Huana!  Miota  się  jak  zmokła  kura  i  awanturuje  się  z  byle  powodu.  Pilnuje 

Leatrice jak kura kaczątka i komenderuje nią bez przerwy. 

— A twoja nowa uczennica? — Arona nagle bardzo zainteresowała się dziwnymi dziećmi 

cudzoziemców,  wiedząc,  że  pewnego  dnia  i  ona  będzie  musiała  dogłębnie  je  zrozumieć.  — 
Jakże się cieszę, że kogoś znalazłaś! Czy myślisz, że coś z niej będzie? 

Noriel potrząsnęła okręconą chustką głową i roześmiała się. 
— Oseberg  to  dobra  pracownica,  ale  uważa,  że  posiadła  wszystkie  rozumy.  Nie  można 

powiedzieć tej dziewczynie niczego, czego jej dawna mistrzyni Morgath nie wiedziała lepiej. 
Czasem nawet ma słuszność, ale skłonić Oseberg, żeby kogoś posłuchała, jest równie trudno, 
jak  zwrócić  na  siebie  uwagę  muła.  Niekiedy  wydaje  mi  się,  że  rozpieszczano  ją  jak 
księżniczkę  —  ciągnęła.  —  Jednak  jej  matka  wykorzystuje  jej  siły  w  takim  samym  stopniu 
jak  gotowość  Leatrice  do  pomocy.  Ale,  Arono!  Czy  twoja  rodzina  trzymała  cię  na  uboczu 
nawet  wtedy,  kiedy  sobie  uświadomiła,  że  lubisz  książki  i  zamierzasz  zostać  kapłanką  albo 
kronikarką czy kimś w tym rodzaju? Czy nie miałaś żadnych obowiązków? Jak gdybyś robiła 
coś tak ważnego, że nie powinno się już niczego więcej od ciebie wymagać? 

— Jest taka rozpieszczona? — Arona gwizdnęła. 
— Właśnie  —  potwierdziła  kowalka.  —  Chociaż  mimo  to  jest  dobrą  pracownicą.  —  Jej 

ogromne ramiona zatrzęsły się ze śmiechu. — Och, uczę ją zasad dobrego wychowania. Może 
nawet  zrobimy  z  niej  dobrą  kucharkę  albo  gospodynię,  chociaż  wątpię,  czy  kiedykolwiek 
nauczy się dobrze szyć. Tak jak jej matka! Huana dostała kolejnego ataku, gdy zobaczyła, że 
próbuję  uczyć  jej  dziecko.  Jak  śmiem  to  robić,  skoro  nie  udało  się  własnej  matce?  — 
Odchyliła głowę i ryknęła śmiechem. 

Arona  zaczęła  śmiać  się  w  kułak,  a  potem  zachichotała  głośno,  przypomniawszy  sobie 

spotkanie z Egil. 

Natha  córka  Lorin  szła  ścieżką  w  stronę  podwórza  z  taką  miną,  jakby  ktoś  pomieszał  jej 

szyki. 

— Ta Lennis! — wybuchnęła. 
— Co teraz zrobiła? — zapytała beztrosko matka Arony. 
— Wypędziła nocą z domu swoich cudzoziemskich gości i opowiada jakieś głupoty o tym, 

ż

e dręczyli jej córki — odparła kwaśno Natha.  — Najstarsza córka owej cudzoziemki mówi 

coś  zupełnie  innego:  że  Roldeen  szczypała  jej  siostrę  i  że  Lennis  pobiła  je  obie.  Muszę 
powiedzieć,  że  z  tych  dwóch  wersji  jestem  skłonna  uwierzyć  cudzoziemcom.  —  Po  tym 
szokującym  stwierdzeniu,  powiesiła  na  ścianie  swoje  szale.  —  Obiecałam,  że  postaram  się 
znaleźć dla nich inne miejsce, zanim zostanie wciągnięta w to moja matka i reszta starszych. 
Co dziś na obiad? 

Na  cześć  cudzoziemskich  gości  kurczaka  przygotowano  w  cudaczny  sposób.  Yelen 

uśmiechała  się  z  zadowoleniem,  kiedy  jadły.  Naprawdę  jest  doskonałą  kucharką,  pomyślała 

background image

Arona,  biorąc  drugą  porcję,  a  potem  trzecią.  Kawałki  ptaka  zanurzono  w  rzadkim  cieście  i 
upieczono w gorącym tłuszczu. Podano zaś z truflami w bitej śmietanie i z sosem z kurczaka. 
Był to nowy pomysł i bardzo, bardzo dobry. 

Skurcze znów dały się jej we znaki. Arona, która skończyła czternaście lat, domyślała się, 

co  to  znaczy.  Więc  niepotrzebnie  cierpiała  tamtego  strasznego  dnia  w  chacie  przy  końcu 
górskiego traktu? Nie znaczyło to, by akurat teraz chciała mieć dziecko. Była tylko uczennicą 
kronikarki,  a  nie  kronikarką.  Wprawdzie  w  domu  jej  matki,  ciotki,  kuzynek  i  sióstr  zawsze 
znalazłoby  się  miejsce  dla  jeszcze  jednej  osoby,  ale  to  nie  to  samo,  co  mieć  własne 
gospodarstwo. 

Nie miałaby z kim wychowywać dziecka. I w tym tkwiło sedno sprawy. W wiosce, gdzie 

wszystkie dziewczęta od najmłodszych lat miały najlepsze przyjaciółki — choć zmieniały je 
często  —  Arona  była  samotna.  Była  zbyt  inteligentna,  zbyt  poważna,  miała  cięty  język  i 
interesowała się rzeczami, które innych nie obchodziły. Znała kilka dziewczyn, które lubiła i 
które ją lubiły, ale nigdy się z nikim nie zaprzyjaźniła. 

Egil  była  inteligentna  i  interesowały  ją  te  same  sprawy  co  Aronę.  Lecz  dziwnie  się 

zachowywała  i  to  niepokoiło  młodą  kronikarkę.  Ale,  kto  wie,  może  kiedyś  staną  się 
siostrami–przyjaciółkami. To byłoby wspaniałe. Och, nie skończyła opisu wydarzeń minionej 
nocy! Wstała od stołu ze słowami: 

— Dziękuję  ci,  mamo,  i  wam  wszystkim,  ale  mam  jeszcze  coś  do  zrobienia  w  Domu 

Kronik. Robi się ciemno. Czy mi wybaczycie? 

— Oczywiście,  moja  droga  —  odrzekła  spokojnie  Bethiah.  Yelen  mruknęła  coś  na  znak 

zgody. 

Arona  popędziła  ścieżką  do  Domu  Kronik  i  omal  nie  wpadła  na  Egila,  który  złapał  ją  za 

ramię. 

— Dokąd tak się śpieszysz? — zapytał. 
— Do  Domu  Kronik,  a  jeśli  się  śpieszę,  powinnaś  wiedzieć,  że  nie  należy  mnie 

zatrzymywać  —  warknęła  poirytowana.  Tamta  miała  taką  minę,  jakby  chciała  się  kłócić. 
Arona  chwyciła  jej  palce.  —  Nie  dokuczaj  mi,  Egil!  Zapada  mrok,  a  ja  jeszcze  muszę  coś 
zrobić. — Chłopak nie ruszył się z miejsca. — Och, Egil, ciotka Natha szuka nowego domu 
dla  twojej  rodziny  —  przypomniała  sobie  Arona,  a  potem  zastanowiła  się,  czy  powinna 
strącić z ramienia rękę obcej. Ku jej uldze Egil puściła ją i ukłoniła się mówiąc: 

— Dziękuję ci — po czym się oddaliła biegiem. Arona poszła do tak dobrze znajomej izby 

i zapaliła świecę, żeby dopisać jeszcze jeden akapit. 

— E–gill  córka  Lishy  oskarżyła  Roldeen  córkę  Lennis  o  użycie  siły  wobec  jej  sióstr. 

Oskarżyła  ją  przed  Nathą  córką  Lorin,  która  powiedziała,  że  Lisha  i  Lennis  pokłóciły  się  z 
tego  powodu  i  Lisha  opuściła  dom  Lennis  wraz  ze  swymi  dziećmi.  Chcą  mieć  nowy  dom. 
Natha córka Lorin rozpytuje się o to. E–gill chce pójść do szkoły. 

Arona  wyprostowała  się,  rozmyślając  o  ostatnim  zdarzeniu.  Uznała,  choć  niechętnie,  że 

należy  je  zapisać  na  wypadek,  gdyby  doszło  do  sporu  pomiędzy  cudzoziemcami  i 
mieszkankami wioski. 

— E–gill również pocałowała kronikarkę Aronę córkę  Bethiah bez powodu i potem za to 

przeprosiła.  Nie  wyjaśniła  wszakże,  dlaczego  to  zrobiła.  Powiedziała  tylko,  że  chce  się 
zaprzyjaźnić.  Położyła  nawet  na  mnie  ręce,  chociaż  bardzo  się  śpieszyłam  i  nie  miałam 
ochoty na żarty. To było bardzo niegrzeczne z jej strony. Ich obyczaje różnią się od naszych. 
Nikt nie wie jak bardzo. 

Osuszyła atrament i obciążyła rogi zwoju, żeby wysechł przez noc, a potem przygotowała 

się do snu. Jej przypuszczenia okazały się prawdziwe: nie będzie miała dziecka. Nadejdą inne 
lata, będą następne wizyty Sokolników. Może, jeśli będzie pragnęła dziecka, Egil zrobi to dla 
niej. Byłoby to znacznie lepsze niż nowa wizyta Sokolnika. Egil byłaby wspaniałą najlepszą 

background image

przyjaciółką, tak, jeśli tylko nauczy się dobrych manier. Dobrze by było mieć przyjaciółkę, z 
którą można by porozmawiać. Kiedyś. Pewnego dnia. 

 
Egil syn piekarza patrzył w zamyśleniu za Arona. Nie, wcale nie była pospolita. Nawet ten 

młody  drab  Oseberg  syn  kowala  nie  mógł  oderwać  od  niej  oczu.  Ani  rąk,  sądząc  z  tego,  co 
Egil usłyszał. Szkoda, że o tym nie pomyślał, zanim spróbował pocałować tę dziewczynę! No 
cóż, nic nie zyskał i nic nie stracił. 

Oseberg  był  pewny,  że  w  wiosce,  w  której  mieszkało  tyle  dziewcząt  i  tak  niewielu 

chłopców,  obaj  będą  mieli  wszystkie  panny,  jakich  tylko  zapragną.  Nie  przyszło  mu  do 
głowy,  że  znały  tylko  dorosłych  mężczyzn  i  w  dodatku  Sokolników.  Tylko  niezwykły 
chłopiec  mógłby  konkurować  z  Sokolnikami.  Oczywiście  mieli  nad  Sokolnikami  pewną 
przewagę,  gdyż  tamci  odwiedzali  wioskę  bardzo  rzadko,  chłopcy  zaś  byli  na  miejscu.  Z 
drugiej jednak strony, dlatego właśnie chłopcy mogli wydawać się dziewczętom pospolici w 
porównaniu z wyniosłymi, fascynującymi kochankami, jakimi byli Sokolnicy. 

Arona nawet nie spojrzała po raz drugi na Egila. Nie było w tym nic dziwnego. Bez domu, 

ziemi, bez grosza przy duszy i w dodatku obcy w tej wiosce, musiałby stać się kimś, żeby go 
zauważyła.  Na  szczęście  mieli  wspólne  zainteresowania.  Podobało  mu  się  to,  co  zdołał 
dotychczas przeczytać (choć nie było tego wiele), samo pisanie i prowadzenie kronik. Ona zaś 
traktowała swój urząd kronikarza poważnie, nawet za poważnie. Gdyby to on był wioskowym 
skrybą, musiałaby zwrócić na niego uwagę. 

Poszedł  dalej  pogwizdując,  układając  plany  i  marząc  o  miłości  Arony  z  takimi 

szczegółami,  że  zaczerwieniłyby  się  jego  starsze  wiekiem  rodaczki.  Najpierw  trzeba 
zatroszczyć  się  o  matkę  i  rodzeństwo.  Potem  zdobyć  urząd  Arony.  Dopiero  wtedy  będzie 
mógł zdobyć ją samą. 

background image

R

OZDZIAŁ CZWARTY

 

N

ARADA 

S

TARSZYCH 

M

ATEK

 

 
Ciężkie  ołowiane  chmury  zaciągnęły  niebo  i  ziemia  drżała  pod  nogami.  Maris  córka 

Guidas,  kronikarka,  często  opuszczała  Dom  Kronik,  a  kiedy  w  nim  przebywała,  rzadko  się 
odzywała.  Wpatrując  się  w  ścianę  zwróconą  w  stronę  Sokolej  Turni  zjadła,  co  przed  nią 
postawiono, posprzątała po sobie, po czym bez słowa zamknęła się w izbie kronik. Wyszła z 
niej po wielu godzinach z zabrudzonymi kurzem rękami. 

Arona,  która  miała  zanotować  imiona  i  kwatery  cudzoziemców,  bała  się,  że  robi  to 

niewłaściwie. 

— Pani Maris — powiedziała, a potem powtórzyła głośniej: — Pani Maris! 
Kronikarka podniosła oczy. 
— Tak? — zapytała ostro. 
Uczennica wsunęła jej do ręki swój najnowszy zwój i teraz stała drżąc na całym ciele. 
— Obejrzę  go  później  —  obiecała  Maris,  odłożyła  zwój  i  znów  skierowała  wzrok  na 

wschód. 

Może jej nauczycielka jest chora? Arona zastanawiała się, czy nie wezwać uzdrowicielki, 

ale zamiast tego zawiesiła garnek z wodą nad ogniskiem, żeby naparzyć ziół i umyć naczynia. 
Następnie poszła posprzątać w gęsiarniku, wrzuciła odchody na kupę kompostu i udała się do 
zaniedbanego od tygodnia ogrodu. Pełła właśnie jarzyny, kiedy pani Maris stanęła w tylnych 
drzwiach. 

— Mówisz językiem cudzoziemców równie dobrze jak ja. Czy pomożesz Egil córce Lishy 

znaleźć nowy dom dla jej rodziny? 

Arona  wyprostowała  się  i  cisnęła  ostatnie  chwasty  na  stos  już  uschłych  badyli.  Maris 

ciągnęła: 

— Powinnaś  też  używać  męskich  przyrostków  przy  imionach  cudzoziemców,  o  których 

wiesz,  że  zaliczają  się  do  Jommych.  Możesz  to  poprawić,  jak  się  umyjesz.  Egilowi  się  nie 
ś

pieszy. 

— Nauczycielko,  czy  mądrze  jest  trzymać  Jommych  na  osobności?  —  zapytała.  —  Pani 

Noriel uczy dobrych manier swoją uczennicę dlatego, że nie chce tak z nią postępować. 

Kronikarka zamrugała niebieskimi, niedowidzącymi oczami. 
— Ależ oni są inni, moja droga — odparła. — Idź się umyć. 
Znów stała się wyniosłą panią kronikarką. 
— Wstrętne  Jommy  —  poskarżyła  się  wesoło  Arona  w  ojczystej  mowie,  wyciągając  ze 

studni wiadro z wodą. 

— Och, nie wszyscy jesteśmy tacy  wstrętni — powiedział gdzieś poza nią Egil w swoim 

języku. Wyrwał jej z ręki sznur mówiąc: — Daj, ja to zrobię. 

Wiadro  drgnęło  i  woda  rozlała  się  na  cembrowinę.  Egil  położył  lekko/rękę  na  ramieniu 

Arony i równie delikatnie ją cofnął, po czym poszedł z nią w stronę domu niosąc wiadro. 

— Nie powinnaś psuć sobie oczu nad tymi „wstrętnymi” kronikami — powiedział dodając 

negatywną  końcówkę  z  mowy  Arony  do  słowa  ze  swojego  języka.  —  Podobało  mi  się,  jak 
pracowałaś w ogrodzie. 

Kiedy  zestawiło  się  te  dwa  stwierdzenia,  nic  nie  znaczyły,  ale  Arona  poczuła,  że  włoski 

jeżą  się  jej  na  ramionach.  Wstrząsnął  nią  dreszcz.  Egil  spojrzał  na  nią  z  ciekawością. 
Dziewczyna wzruszyła ramionami i rzekła: 

— Ktoś przeszedł po moim grobie. — Nie miała odwagi wyjaśnić, że ten ktoś miał postać 

Egila. 

background image

Maris  zawsze  nalegała,  żeby  Arona  zostawiała  dużo  miejsca  między  wyrazami  na 

ewentualne  poprawki.  Teraz  młoda  kronikarka  dodała  ostrożnie  „on”  na  końcu  każdego 
rzeczownika  i  zaimka  odnoszącego  się  do  cudzoziemskiego  Jommy’ego.  Kilka  razy 
wydrapała atrament, żeby później nanieść poprawkę mniejszymi literami. Wreszcie, dumna z 
dobrze wykonanej pracy, zaniosła zwój do Maris. 

Ale izba kronikarki była pusta. 
Arona  poczuła  skurcz  w  dołku.  Zignorowała  to  i  poszła  na  górę,  żeby  włożyć  uroczysty 

strój.  Pod  wpływem  nagłego  impulsu  wplotła  we  włosy  wielobarwną  wstążkę.  Kiedy  zeszła 
na dół, Egil spojrzał na nią z podziwem. 

— Nadal  szukamy  dla  siebie  miejsca  —  powiedział.  —  Piwowarka  Gondrin  pozwoliła 

nam  spędzić  u  siebie  noc  w  zamian  za  pomoc  przy  ciężkich  pracach  budowlanych,  ale, 
chociaż mam dla niej wiele szacunku, wolałbym, żeby moje siostry nie wychowywały się w 
piwiarni. 

Arona spojrzała na matkę Egila, która siedziała na krześle z zaciśniętymi ustami. 
— Jakiego  zawodu  cię  nauczono?  —  zapytała,  zastanawiając  się,  dlaczego  Starsze  Matki 

pozostawiły  jej,  uczennicy,  zawieranie  umów  pomiędzy  dorosłymi  kobietami.  Więc  dobrze! 
Pokaże, na co ją stać! 

— Byłam  czymś  piekarza,  córką  młynarza  i  uważano,  że  pięknie  haftuję  —  odrzekła  z 

powątpiewaniem  cudzoziemska  Lisha.  Arona  nadal  nie  wiedziała,  co  znaczy  słowo,  którym 
określiła się Lisha. 

Wszystkie  kobiety  pięknie  haftowały.  Lishy  nie  powiodło  się  z  Lennis  Młynarką.  Noriel 

Kowalka miała już u siebie obcą rodzinę, podobnie jak matka Arony. A kto nie miał? Floreen 
Uzdrowicielka też miała pełen dom słabych, chorych i rannych. Arona podniosła oczy. 

— Czy umiesz pielęgnować chorych? 
— Mam  wrażliwy  żołądek  —  wyznała  Lisha.  —  Ale  Hanna  jest  doskonałą  pielęgniarką. 

Przynosi do domu najróżniejsze ranne zwierzęta i ptaki. Harald śmiał się z tego i twierdził, że 
mamy całą menażerię w piekarni. 

To był jakiś początek. Tylko Hanna i Egil były na tyle duże, żeby rozpocząć naukę. Haft. 

Cioteczna  babka  Lorin,  która  miała  kilka  par  nożyc,  szyła  dla  większości  mieszkanek  wsi. 
Może ją to zainteresuje? 

Przyszła na wezwanie. To Egil mówił przez większość czasu. Ciotka Lorin wysłuchała ich 

z niezadowoloną miną. 

— Dość  mi  zmartwień  z  biedną,  kochaną  Einą  —  powiedziała  otwarcie  —  bym  wzięła 

sobie na kark jeszcze kogoś takiego jak ona. Cioteczna babka Eina bardzo się postarzała. 

Elthea Tkaczka oświadczyła z brutalną szczerością: 
— Nie potrzebuję półgłówków. A kiedy córka mówi zamiast matki i decyduje za nią, czyż 

nie świadczy to, że matka jest tępą plotkarką? 

Arona  nie  wiedziała,  co  dalej  robić.  Bezradnie  przeniosła  spojrzenie  z  Elthei  na  Egila  i 

Lishę. Ta ostatnia wydawała się dostatecznie inteligentna, ale dlaczego pozwalała, żeby Egil 
za nią mówił? Wreszcie przetłumaczyła wszystko słowo w słowo. Egil żachnął się: 

— To, co nazywasz tępotą, ja nazywam skromnością i obyczajnością. Obiecałem mojemu 

ojcu, że będę się nią opiekował… 

Ona  rzeczywiście  jest  tępa,  powiedziała  sobie  w  duchu  ze  smutkiem  młoda  kronikarka, 

kiedy  Lisha  skinęła  twierdząco  głową.  Ale,  ku  jej  zdziwieniu,  cudzoziemka  zaraz  potem 
spiorunowała  spojrzeniem  swoje  najstarsze  dziecko!  No,  dobrze.  Loyse  córka  Annet  była 
bogata i znana z dobrego serca. Mieszkała między lasem a jaskiniami, w doskonałym miejscu, 
dobrze ukrytym i zaopatrzonym w wodę. Niebo  znów się chmurzyło. — Spróbujemy u pani 
Loyse — oświadczyła Arona. 

 

background image

Był  jasny,  chłodny  ranek.  Kilka  silnych  dziewczyn  w  spodniach  i  w  kaftanach  z  owczej 

skóry, ze sznurami i włóczniami w rękach i plecakami przeszło obok płotu kuźni. 

— Spęd! — zawołała jedna z nich. — Idziemy po owce. Każda jest mile widziana. 
Noriel szturchnęła łokciem Leatrice. 
— Idź z nimi — ponagliła. — Twoja siostra pracuje za dwie, a ty nigdy nie brałaś udziału 

w spędzie owiec. 

Huana się wyprostowała. 
— Czy  taka  skromna,  obyczajna  panienka  jak  Leatrice  ma  iść  z  tymi  rozbójniczkami  w 

spodniach?  —  wybuchnęła  z  gniewem.  —  Same?  Na  otwartej  przestrzeni,  gdzie  nikt  nie 
będzie ich bronił i o nie się troszczył? A jeśli spotkają obcych mężczyzn? To nie wypada. O 
czym myślą ich matki? 

Leatrice  przeniosła  spojrzenie  z  matki  na  jej  chlebodawczynię,  potem  zaś  na  pasterki. 

Stojąca w środku grupy Nelga córka Olwith zawołała: 

— Pożyczę ci włócznię! Mam dwie. Zabierz swoją harfę. Zaśpiewasz dla nas! 
— Za chwilę! — zawołała Leatrice. — Mamo, znasz Nelgę. Wszystkie dziewczęta idą! 
— Wszystkie  dziewczęta  pracują  na  zmianę,  po  kolei  —  potwierdziła  Noriel,  wycierając 

ręce o fartuch. — Leatrice nie może trzymać się twojej spódnicy przez całe życie. Czy wiesz, 
ż

e Ofelis Minstrelka chce wziąć ją na naukę? Możesz być dumna ze swojej córki, Huano. 

Leatrice, biorąc to za pozwolenie, podała matce swój fartuch i pobiegła na gorę wołając: 
— Dziękuję! — A do Huany: — Tata na pewno by mi pozwolił! 
Huana  nie  mogła  temu  zaprzeczyć.  Właśnie  między  innymi  dlatego  gorycz  tak  często 

napełniała  jej  serce  za  życia  Morgatha.  Jęknęła.  Dlaczego  musieli  znaleźć  schronienie  w 
wiosce,  gdzie  nikt  nie  ma  pojęcia  o  obyczajności  i  skromności?  Zmuszona  była  jednak 
przyznać, że nie przymiera głodem, nie żebrze i nie zarabia na życie nierządem! 

Wielkie czarne chmury zakryły niebo, kiedy Arona wyszła z zagrody pani Loyse. Z Góry 

Obserwacyjnej dobiegło ją gruchanie gołębia. Dziewczyna zeszła ze ścieżki, którą wracała do 
Domu  Kronik,  i  zboczyła  na  szlak  biegnący  na  wschód,  do  Sokolej  Turni.  Bladł  purpurowy 
blask zachodzącego słońca. Córki Gunnory, jeśli to one się zbliżają, na pewno spędzą noc w 
wiosce.  Może  jedna  lub  dwie  zechcą  przenocować  u  Maris  i  Arony!  Szybko  biegła  w  dół 
szlaku, chcąc je powitać. 

Serce w niej zamarło, gdy zamiast rdzawych opończy uczennic Dobrej Bogini ujrzała trzy 

kobiety  w  pozbawionych  ozdób  srebrzystoszarych  szatach  z  kapturami.  A  przecież 
Nadrzeczna Wioska gościła tak niewielu obcych. Chociaż teraz było ich więcej niż można by 
poznać przez całe życie. A te, jak tu przybyły i dlaczego? 

Na  oczach  Arony  jedna  z  nowo  przybyłych  wyjęła  spod  sukni  niebieski  klejnot,  który 

ś

wiecił  własnym  światłem  nawet  w  szybko  zapadających  ciemnościach.  Nieznajoma 

odwróciła się i spojrzała prosto na ukrytą wśród drzew dziewczynę. Powiedziała łagodnie w 
poprawnym języku cudzoziemców, choć z lekkim akcentem: 

— To  nie  miejsce  dla  ciekawskich  dzieci.  Idź  teraz  do  domu,  połóż  się  do  łóżka  i 

zapomnij, że nas widziałaś. 

Młoda  kronikarka  nagle  poczuła  się  naprawdę  dorosła  i  chciała  odpowiedzieć,  że  ma 

prawo pozostać, lecz raptem straciła kontrolę nad własnym ciałem. 

— Tak, pani — wyrzekły pokornie jej usta, jakkolwiek w sercu wrzał gniew, a nogi wbrew 

woli poczęły nieść ją z powrotem do Domu Kronik. Próbowała uwolnić się z niewidzialnych 
więzów, lecz wspomnienie o spotkaniu z dziwnymi kobietami bladło coraz bardziej. Kiedy w 
końcu spojrzała na wierzchołki drzew, było już ciemno. Musiałam zostać u pani Loyse dłużej, 
niż mi się wydawało, pomyślała. Wróciła szybko i spokojnie do Domu Kronik i położyła się 
do łóżka. 

 

background image

Na równinie rozciągającej się na zachód od wioski pasterki bawiły się, biegały, ścigały się, 

krzyczały  i  grały  w  berka  ze  sobą  i  z  psami.  Leatrice  córka  Huany  szła  za  nimi.  Miała 
wrażenie, że jej nogi są gołe, chociaż włożyła luźne, workowate spodnie. Wiatr rozwiewał jej 
włosy, a długa suknia nie krępowała ruchów. 

— Chodź,  ty  ślamazaro!  —  zawołała  Negla.  —  W  ten  sposób  nigdy  nie  złapiesz  żadnej 

owcy. 

Leatrice musiała przystanąć, żeby złapać oddech. 
— Mama zawsze kazała mi chodzić powoli, spacerkiem — odrzekła zdyszana. — Tak jak 

damulka — przekręciła to ostatnie słowo. — Przepraszam! 

Promienie  słońca  grzały  jej  nie  osłoniętą  niczym  głowę  i  gęsty  pot  spływał  z  czoła, 

łaskocząc  i  swędząc.  Otarła  twarz  barwną  chustką  i  pobiegła  za  towarzyszkami. 
Przekrzykiwały  się  na  wyścigi.  Leatrice  spróbowała  tego  samego.  Jej  głos  niósł  się  nad 
wzgórzami i wydało się jej, że usłyszała ją matka. Zawstydziła się trochę. Dama nie podnosi 
głosu. Dobrze wychowana panienka zawsze mówi cicho, słodkim głosikiem. 

— A niech to licho! — powiedziała głośno do nieobecnej Huany. 
Nelga stanęła jak wryta. 
— Czy  z  tobą  wszystko  w  porządku?  —  zapytała.  Leatrice  skinęła  głową,  bo  nadal 

brakowało jej tchu. 

— Po  prostu  pomyślałam  o  czymś  związanym  z  moim  dawnym  domem  —  wyjaśniła 

łapiąc oddech. 

— Napij  się!  —  Nelga  podała  jej  skórzaną  butlę  z  wodą.  Potem  znów  pobiegły.  Nelga 

wywijała  nad  głową  liną  zakończoną  pętlą,  którą  miała  łapać  zbłąkane  owce,  ale  teraz 
zarzucała  na  napotkane  krzaki  i  kamienie.  Pokazała  córce  Huany,  jak  to  się  robi,  lecz 
cudzoziemce brakowało wprawy. W końcu obie wybuchnęły śmiechem. 

— Chodź,  pogonimy  owce  —  zaproponowała  Nelga  i  pokazała,  jak  się  gwiżdże  na  psy 

pasterskie. Leatrice była zachwycona i jednocześnie zaszokowana. 

— Gwiżdżące  dziewczyny  i  kraczące  gęsi  —  zacytowała  ulubione  porzekadło  swojej 

matki i dokończyła wyzywająco — bawią się znacznie lepiej niż gęsi domowe i gęsiarki! 

Pod  koniec  dnia  wszystkie  były  już  bardzo  zmęczone.  Wtedy  rozpaliły  ognisko  i  zaczęły 

piec wbite na świeżo ścięte patyki podróżne suchary i suszone mięso. 

— Czy jesteś zbyt utrudzona, żeby nam coś zaśpiewać? — powiedziała Nelga. 
— Nie  znam  żadnej  waszej  pieśni  —  odparła  Leatrice  zagryzając  wargi.  —  Mogę 

zaśpiewać którąś z naszych, ale wtedy nie zrozumiecie słów. 

— Zaśpiewaj,  a  ja  przetłumaczę.  Moja  matka  trudni  się  handlem  —  wtrąciła  któraś  ze 

starszych dziewczyn. 

Leatrice  zidentyfikowała  ją  jako  wnuczkę  Elthei  Tkaczki,  nie  mogła  jednak  przypomnieć 

sobie  na  poczekaniu  jej  imienia.  Wydobyła  odpowiedni  ton  i  zaczęła  śpiewać  nieśmiało 
starożytną balladę o nieszczęśliwej miłości. Lecz wnuczka Elthei wszystko poplątała podczas 
tłumaczenia, zamieniając ją w pieśń o serdecznych przyjaciółkach, które musiały się rozstać z 
powodu  kłótni  w  rodzinie.  Leatrice,  nie  znając  dobrze  nowego  języka,  nie  prostowała 
pomyłki. 

— A może Czterech Sokolników schodzi z Sokolej Turni — zachichotała Nelga. 
Pozostałe dziewczęta poparły ją entuzjastycznie i Nelga jęła śpiewać. 
Na początku Leatrice słuchała z zakłopotaniem. Później pomyślała, że nie słyszy tego, co 

jej  się  wydaje,  że  słyszy.  W  końcu  zaś  była  tak  wstrząśnięta  i  zażenowana,  że  oniemiała. 
Niejeden  raz  oglądała  samców  różnych  gatunków  zwierząt  domowych  i  widziała,  jak 
kopulowały.  Słyszała  też  chłopców  chwalących  się  najdziwniejszymi  wyczynami  i 
współzawodniczących  w  prawdziwych  obrzydlistwach.  Ale  śpiewać  o  rzeczach,  o  których 
nigdy nie powinno się mówić? Matka dostałaby szału, gdyby się o tym dowiedziała! 

background image

Ż

adna  jednak  nie  usłyszy  o  tym  ani  słowa,  ani  ciotka  Noriel,  ani  jakakolwiek  dorosła 

kobieta. 

— Wydaje mi się, że ona jeszcze nie została Wtajemniczona — szepnęła wnuczka Elthei i 

szturchnęła łokciem Nelgę, kiedy tamta skończyła śpiewać. 

— Musi być! — zaprotestowała Nelga. — Jest starsza od swojej siostry, a tamta dostąpiła 

Wtajemniczenia, przynajmniej tak sądzę. W każdym razie coś wie o tych sprawach. Leatrice, 
czy zostałaś Wtajemniczona? 

— Wtajemniczona?  —  Leatrice  nagle  przestraszyła  się  i  przeniosła  spojrzenie  z  jednej 

dziewczyny  na  drugą.  —  Jestem  panną  —  odrzekła  drżącym  głosem.  Spokojnie  oparła  rękę 
na nożu, który dała jej Noriel. 

— Och,  wiemy  o  tym  —  odpowiedziała  wnuczka  Elthei,  Nidoris.  Leatrice  nagle 

przypomniała sobie jej imię. — Ale czy nadal jesteś dzieckiem? 

— Czy miałaś już miesiączkę? — wyjaśniła Nelga. 
— O  tak.  Już  od  ponad  roku!  Matka  namawiała  ojca,  żeby  znalazł  dla  mnie  małżonka, 

zanim zostanę starą panną — powiedziała rumieniąc się córka Huany. 

Płonące w ognisku polana trzasnęły i jedno pękło. Nidoris poruszyła węgle grubym kijem i 

dołożyła jeszcze jedno polano. 

— Nie  byłaś  wszakże  u  kapłanki,  żeby  nauczyć  się  rzeczy,  które  powinna  znać  każda 

panna — oświadczyła. — Prawda, że nie? — Z lekkim świstem wciągnęła powietrze i dodała: 
— Biedactwo! Dobrze! Jak tylko wrócimy, pójdziesz do pani Birki. Nauczy cię wszystkiego, 
co trzeba, tak że nawet wizyta Sokolnika nie będzie dla ciebie tak okropna, jak mogłaby być. 

Leatrice zadrżała na całym ciele. 
— Wizyta Sokolnika? — wychrypiała. 
— W ten sposób zyskujemy córki. Nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz — uspokoiła ją 

Nidoris — ale większość z nas prędzej czy później chce mieć dzieci, więc jakoś to znosimy. 
Sama zobaczysz. 

— Oseberg  nie  jest  taki  jak  Sokolnicy  —  odezwała  się  siedząca  z  drugiej  strony  ogniska 

Brithis. Wyciągnęła z płomieni swój patyk i spróbowała mięsa. — Au! Gorące! On jest miły 
jak siostra–przyjaciółka, ale nie wydaje mi się, aby ktoś mu kiedykolwiek wyjaśnił, co trzeba 
robić. 

Wstrząśnięta  Leatrice  spojrzała  na  dziewczynę,  którą  uważała  za  taką  miłą.  Ona  i 

Oseberg…  ona…  ona  zrobiła…  oni  zrobili…  Poczuła,  że  pali  ją  twarz,  gdy  spróbowała  to 
sobie  wyobrazić.  Oczami  wyobraźni  starała  się  zobaczyć  łagodną,  przylepną  niby  szczenię 
Brithis  jako  okrytą  hańbą  występną  kobietę,  która  otwarcie  zarabia  na  życie  nierządem. 
Zacisnęła usta, a potem zapytała: 

— Czy ty i Oseberg zaręczyliście się? 
— Chcesz  powiedzieć,  czy  obiecaliśmy  sobie  przyjaźń?  —  spytała  Brithis  śmiejąc  się 

wesoło. — Coś w tym rodzaju. Przyrzekliśmy sobie, że będziemy najlepszymi przyjaciółmi, 
ale on nie chce, abym spędziła z nim noc, ponieważ, och, przykro mi, Leatrice! Twoja matka, 
no cóż, ona jest… — urwała. 

Leatrice  próbowała  wyobrazić  sobie  Huanę,  pozwalającą  Osebergowi  i  jego  narzeczonej 

zamieszkać  pod  jej  dachem,  i  nie  mogła.  A  gdyby  Oseberg  przedstawił  Huanie  Brithis  jako 
swoją  przyszłą  małżonkę?  Wstrząsnęło  nią,  gdy  uświadomiła  sobie,  że  matka  i  w  tym 
wypadku robiłaby trudności. 

— Jeśli  masz  duży  posag,  moja  matka  nie  będzie  zbytnio  protestować  —  podsunęła.  — 

Hm, czy twoja rodzina zaakceptowałaby to małżeństwo? 

Brithis  milczała  jakiś  czas,  żując  swój  kawałek  mięsa.  Zimny  wiatr  zaczął  wiać  im  w 

plecy. 

— Nie  obraź  się,  Leatrice  —  odezwała  się  w  końcu.  —  Moja  matka  lubi  Oseberga,  a 

ciotka  Noriel  jest  jedną  z  jej  najlepszych  przyjaciółek.  Ma  jednak  teraz  kłopoty  z  inną 

background image

cudzoziemką,  którą  do  siebie  przyjęła,  i,  no  więc,  wszyscy  uważają,  to  znaczy,  chciałam 
powiedzieć, nikt nie chce się pokłócić także z twoją matką. 

Leatrice skinęła głową. Smuciło ją, że Huanę uważano za najbardziej kłótliwą i grymaśną 

ze wszystkich. Zupełnie jak w balladzie, którą dopiero co zaśpiewała, pomyślała, a jej własna 
matka grała rolę pani Capeli. Dobrze! W takim razie ona sama mogłaby być… mogłaby być 
kapłanką Laurą! Pochyliła się w stronę ogniska, czując na twarzy jego ciepło. 

— Posłuchaj, Brithis — powiedziała w zaufaniu. — Wymyślimy coś. Zgoda? 
— Zgoda, siostro — odparła Brithis. 
Uścisnęły  sobie  ręce  ponad  płomieniami,  zaśpiewały  jeszcze  jedną  pieśń,  swawolną,  lecz 

nie  obraźliwą,  i  skuliły  się  w  swoich  śpiworach  jak  najbliżej  siebie i  ogniska,  gdyż  jesienny 
chłód dawał się już we znaki. 

 
Ranek  był  zimny.  Arona  skończyła  porządkować  ogród  i  zaczęła  wykładać  warzywa  i 

owoce  do  suszenia  na  zimę.  Liście  drzew  zmieniały  barwę  na  złocistożółtą  i  purpurową.  A 
pani  Maris,  która  całymi  dniami  zamykała  się  z  resztą  Starszych  Matek,  prawie  przestała 
mieszkać  w  Domu  Kronik.  To  Arona  musiała  zanotować  wiadomość  o  śmierci  starej 
cudzoziemki  imieniem  Melbrigida,  jak  i  o  tym,  że  jej  rówieśnica,  Nelga  córka  Olwith,  stała 
się dorosłą kobietą. 

Nie miała zupełnie z kim rozmawiać. Matka i ciotka Lorin, tak samo jak jej nauczycielka, 

przebywały  z  dala  od  domu  przez  większą  część  dnia.  Ciotka  Natha  zaś  umiała  się  tylko 
skarżyć,  że  ćwierkająca  słodko  bez  przerwy  Yelen  uczepiła  się  Bethiah  i  zgadzała  się  ze 
wszystkim,  co  tamta  powiedziała.  Rówieśniczki  Arony  miały  własne  kłopoty.  Egil,  teraz 
pomocnik stajenny u Daran Mulniczki i goniec starszyzny wioskowej, mógł tylko przymilać 
się do Arony prosząc, by przyszyła mu guziki do kaftana. 

— Nie  mogę  uwierzyć,  że  sama  tego  nie  potrafisz!  —  wykrzyknęła  i  zaproponowała,  że 

mu pokaże, jak się to robi. 

Egil stał obok z zadowoloną miną, dopóki Arona nie włożyła mu igły do ręki. Cofnął się 

wtedy, jakby w obawie, że igła go ugryzie, i spojrzał tak, jakby już to zrobiła. 

Ś

więto Nelgi poprawiło trochę humor młodej kronikarce. 

— Tak naprawdę, to przyszłam zaprosić ciebie, twoją matkę i siostry na święto panieństwa 

—  powiedział  Arona  do  Egila,  który  patrzył  ze  złością  na  guzik.  —  Jedna  z  moich 
przyjaciółek przestała być dzieckiem. Przyniosę dość jedzenia, żeby starczyło dla wszystkich, 
wymaga tego grzeczność względem obcych. I, nie obraź się, wiem, że nie miałaś dość czasu, 
ż

eby  uszyć  sobie  jakieś  ładne  ubranie  albo  je  kupić.  Tutaj  pożyczamy  sobie  stroje.  Mam 

kuzynkę mniej więcej twojego wzrostu. Co ty na to? 

Egil spochmurniał. 
— Zdajesz sobie sprawę, że moja matka już nie jest panią u siebie. 
Arona spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
— Egil!  Przecież  nikt  nie  przeszkodzi  jej  przyjść  na  taką  uroczystość!  Chodź! 

Przekonajmy się! 

Chłopak zacisnął usta. 
— Nie — powiedział z uporem. 
Młoda  kronikarka  wzruszyła  ramionami  i  odeszła,  nic  z  tego  nie  rozumiejąc.  Kulawa 

tkaczka Elthea przyszła pożyczyć muła. 

— Jadę  do  zagrody  pani  Loyse.  Czy  to  tam  mieszka  twoja  matka?  Czy  chcesz  jej  coś 

przekazać? 

Egil zmarszczył brwi i wbił wzrok w ziemię. 
— Proszę jej powiedzieć, że wyzwolę ją któregoś dnia. 
— Co  takiego?!  —  wykrzyknęła  Elthea  i  odjechała  zamyślona.  Na  podwórku  pani  Loyse 

tkaczka zobaczyła tuż obok drzwi napełniony ziemią wielki żelazny garnek do gotowania, w 

background image

którym zasadzono kwiaty. To był raduth — celowe użycie pożytecznego przedmiotu tylko po 
to, żeby się pokazać. We wsi mówiono, że córki pani Loyse nie pracowały, ponieważ były tak 
bogate, iż nie musiały. Elthea prychnęła z niesmakiem. Raduth. 

Stara tkaczka zsiadła z muła. Po kilku chwilach siedziała już w wygodnym bujanym fotelu. 

Popijając  jabłecznik  i  jedząc  ciasteczka  targowała  się  o  pięknie  haftowany  kawałek  tkaniny. 
Korzystając z chwili przerwy w targach wtrąciła: 

— Egil przesłał wiadomość dla swojej matki. 
— Dla tej idiotki? — Loyse otworzyły szerzej oczy. — Och, moja droga, czy mądrze jest 

dowiadywać  się  o  nią?  To  biedactwo  tak  łatwo  wpada  w  histerię.  Ale  jeśli  tak…  — 
Wzruszyła z wdziękiem ramionami. 

Kiedy  gospodyni  wyszła  z  izby,  Elthea  spojrzała  spode  łba  na  swój  nowy  nabytek.  Słaba 

na umyśle kobieta nie mogłaby tego wyhaftować. 

Zauważywszy  nieobecność  Loyse,  Lisha  wślizgnęła  się  do  izby.  Miała  na  sobie 

podniszczoną suknię swojej gospodyni i dźwigała w ramionach dziewczynkę w wieku około 
ośmiu lat. 

— Pomóc Lowri —poprosiła ze strasznym akcentem. — Prosić pomóc. — Rozejrzała się 

dookoła ze strachem, chociaż Loyse znana była z dobroci. Niespełna rozumu? Histeryczna? 

Elthea odwinęła szmatę, którą przewiązane było ramię dziecka. Było czerwone, spuchnięte 

i gorące. Lisha przybrała uprzejmy wyraz twarzy. 

— Przepraszam. Ja nie mówić tak dobrze waszym językiem. G… guś? — Zacisnęła rękę w 

pięść i wężowym ruchem wysunęła ją do przodu i cofnęła, sycząc. 

— Gęś. Jedna gęś, dwie gęsi — wyjaśniła Elthea. 
— Uszczypnąć Lowri — oświadczyła Lisha naśladując rękami szczypnięcie. — Ja proszę 

pomóc.  —  Zagryzła  wargi  z  rozpaczą.  —  Pani  mówi.  —  Pokręciła  głową  uśmiechając  się 
słodko  i  powiedziała  śpiewnie  jak  do  dziecka:  —  Nie  złość  się,  Lisha.  —  Podniosła  znów 
oczy. — Potrzebować… — Szukała odpowiedniego słowa. 

— Uzdrowicielki — Elthea wstała, wzięła dziewczynkę za ramię i pokuśtykała do drzwi. 

— Ja to zrobię. Zaczekaj tutaj. Wrócę. Ze Starszymi Matkami. 

— Pani nie pozwala mnie iść. Nigdzie — powiedziała Lisha bardzo cicho, rozglądając się 

dookoła, kiedy szła za tkaczką do miejsca, w którym przywiązany był muł. 

Loyse wypadła na podwórze. 
— Och, tutaj jesteś, Lisho! — wykrztusiła otwierając szeroko oczy. — Jesteś niegrzeczna! 

Eltheo, czy ona ci się nie naprzykrzała? Muszę stale jej pilnować — dodała — gdyż inaczej 
wędruje nie wiadomo gdzie. No, chodź, Lisho — zachęciła śpiewnie. 

Elthea posadziła dziecko przed sobą na grzbiecie muła i prychnęła: 
— Nonsens!  Ona  nie  jest  głupsza  od  ciebie,  młoda  kobieto.  Po  prostu  oni  mówią  innym 

językiem. — Cmoknęła na muła. — Wrócę. 

Lowri wbiła bose stopy w boki zwierzęcia. 
— Pani — powiedziała wydymając usta — trzyma ją w zamknięciu i mówi do niej jak do 

małego dziecka. 

— Słyszałam — odrzekła krótko Elthea.  Loyse krzyczała, żeby wróciła. Wjechały w sam 

ś

rodek wioski i zsiadły przed chatą pani Floree. Dom Zdrowia był prawie pusty, na werandzie 

siedziała  młoda  cudzoziemka  ze  złamanym  ramieniem  i  zabandażowanymi  żebrami,  jedną 
ręką oczyszczając z włókien warzywa o gryzącym zapachu. 

— Gdzie jest Floree? — zapytała tkaczka. 
Obca kobieta wskazała palcem. Elthea pokręciła głową. 
— Powiedz mi. 
Elthea  usłyszała  w  odpowiedzi  potok  niezrozumiałych  słów.  Tkaczka  znowu  pokręciła 

głową i podjechała do Domu Kronik. Arona rozumiała to trajkotanie. Elthea zatrzymała się na 
podwórzu i zawołała: 

background image

— Arono córko Bethiah! 
— Co się stało? — zapytała z niepokojem Arona wysadzając głowę zza drzwi. 
Tkaczka parsknęła. 
— Tamta kobieta u  Loyse wcale nie jest  głupia.  Może nieśmiała. Jej córka jest ranna. Ta 

idiotka Loyse wcale jej nie słucha i trzyma w zamknięciu. Ty mówisz tym obcym językiem? 
No więc? — rzuciła wyzywająco. 

Młoda kronikarka zaczerwieniła się i opuściła oczy. 
— Myślałam, że pani Loyse będzie dla niej dobra. Wszyscy mówią, że taka właśnie jest. 
— Gdzie jest uzdrowicielka? — pytała dalej Elthea. 
— Ja… nie wiem, pani Eltheo — wyznała z płaczem dziewczyna. Zarumieniła się jeszcze 

mocniej, wytarła oczy rękawem i wbiła wzrok w ziemię. 

— Chodź  ze  mną!  —  rozkazała  starsza  kobieta.  Arona  pochwyciła  sandały  i  pobiegła  za 

nią.  W  Domu  Zdrowia  nie  było  nikogo,  tak  samo  jak  w  Świętym  Domu  i  w  Domu 
Zgromadzeń.  Stara  kulawa  tkaczka,  nie  zsiadając  z  muła  i  trzymając  w  ramionach  córkę 
Lishy, przeszukała całą wioskę. Nie znalazła nikogo ze starszyzny. Pobladła Lowri siedziała 
wyprostowana,  tuląc  do  piersi  skaleczone  ramię.  Chmury  znów  zasłoniły  słońce  i  muł  stulił 
uszy. Jakiś pies zaczął biegać w kółko, a potem błyskawicznie schował się pod werandę. 

Elthea zatrzymała muła i wyjęła z kieszeni garść wróżebnych pałeczek. Potrząsnęła nimi, 

rzuciła, przyjrzała się i pokręciła głową. 

— Dom czarownicy — orzekła. 
Chata, do której przybyły, była przez długi czas opuszczona, gdyż jej właścicielka umarła 

nie  mając  córek.  Pierwszy  z  Jommych,  który  musiał  pośpiesznie  opuścić  wioskę,  wrócił  po 
roku  z  jedną  z  Córek  Gunnory.  Towarzyszyła  im  dziwna  kobieta  w  ciemnobrązowej  sukni, 
nosząca  na  szyi  świecący  niebieski  kamień.  Oczy  bolały,  kiedy  się  na  niego  patrzyło. 
Nieznajoma  nie  wyjawiła  swojego  imienia  mówiąc,  iż  jest  to  niezgodne  ze  zwyczajami  jej 
ludu, ale dodała z mądrym, smutnym uśmiechem: 

— Możecie  nazywać  mnie  Dysydentką.  —  Ponieważ  nikt  nigdy  nie  słyszał  tego  słowa, 

wyjaśniła: — Czarownice z Estcarpu nienawidzą Sokolników za to, że trzymają się z daleka 
od swoich kobiet. 

— Albo my od nich — mruknęła wtedy Natha córka Lorin. 
— W każdym razie dlatego nie chcą pomóc wam, kobietom Sokolników. 
— Przecież to nie ma sensu! — wypaliła tamtego dnia Arona. Była jeszcze mała, nie miała 

jednego  z  przednich  zębów.  Matka  uciszyła  ją  pośpiesznie,  przepraszając  zarazem  nowo 
przybyłą. Ale obca kobieta pokiwała głową i powiedziała uśmiechając się smutno: 

— Ustami dzieci… — i już nie dokończyła. 
Nikt nie wiedział, co robi w wiosce ani dlaczego tutaj przybyła — może tylko starszyzna 

była  tego  świadoma.  Mieszkała  wśród  nich  od  lat,  w  razie  potrzeby  pomagając  Floree 
Uzdrowicielce lub Birce Kapłance, przez resztę czasu uprawiając swój ogród jak każda inna 
mieszkanka wsi. Kilka rodzin ofiarowywało jej silną dziewczynę do rąbania drew i noszenia 
wody, ale Dysydentka odmówiła grzecznie, lecz stanowczo. 

To  oczywiste,  że  wróżebne  pałeczki  wskażą  na  kobietę,  która  pomagała  uzdrowicielce, 

pomyślała  Arona  zsiadając  z  muła,  z  grzeczności  jednak  nic  nie  powiedziała.  Komin  dymił, 
więc w domu ktoś był. 

Elthea, siedząc na swoim mule na środku podwórza, zawołała: 
— Halo, jest tam kto? — Lecz nikt jej nie odpowiedział. Arona dodała głośniej: 
— Dysydentko? Pani Czarownico? Mamy ranne dziecko. Czy możesz nam pomóc? 
Znowu  nie  otrzymały  odpowiedzi,  ale  teraz  młoda  kronikarka  nie  miała  wątpliwości,  że 

ktoś będący w domu nie chce im odpowiedzieć. Zawrzała gniewem: na uzdrowicielkę, która 
nie  odpowiadała  na  wołanie  o  pomoc,  na  Starsze  Matki,  które  zniknęły  wtedy,  gdy  były 
potrzebne,  na  panią  Loyse,  która  uznała  Lishę  za  półgłówka,  i  na  samą  siebie  za  to,  iż 

background image

uwierzyła w dobroć pani Loyse i umieściła Lishę i Lowri w jej domu, a nawet na Egila, który 
był  taki  pewny  siebie,  że  ludzie  pomylili  się  co  do  jego  matki.  Śmiało,  porywczo  chwyciła 
Lowri na ręce, podeszła do drzwi i zapukała. 

— …myślisz, że powinnyśmy odłożyć panieńską biesiadę? — usłyszała, jak kapłanka pyta 

cicho, z niepokojem. 

— Nie  —  odrzekła  czarownica  —  bo  zaalarmujecie  wszystkich  —  urwała  i  wstała.  — 

Arono — powiedziała zimnym, obojętnym głosem. 

Były tam wszystkie, zgromadzone wokół ogniska Dysydentki; każda miała w zasięgu ręki 

ciastka, jabłecznik i robótkę tak jak na zwykłym zgromadzeniu. Pani Floree, pani Maris, pani 
Birka, cioteczna babka Lorin, pięć innych Starszych Matek i szary kot o aksamitnej sierści i 
niebieskich oczach. Wszystkie wpatrywały się w rozgniewaną dziewczynę, która bezmyślnie 
wtargnęła do chaty, chociaż jej nie zaproszono. Trzymała w ramionach Lowri córkę Lishy. 

— Ona  jest  ranna!  —  oświadczyła  i  głos  jej  się  załamał  na  ostatnim  słowie.  —  Nie 

mogłyśmy  znaleźć  nikogo,  kto  mógłby  jej  pomóc…  —  A  potem  z  płonącą  twarzą  wcisnęła 
dziewczynkę  w ramiona  pani Floree, spojrzała na zgromadzone  w izbie kobiety i uciekła na 
podwórze. Minęłaby bez słowa Eltheę, ale tkaczka zawróciła muła i zawołała: 

— No, więc?! 
— Są tam wszystkie — wykrztusiła Arona. — Rozmawiają. 
Pani Birka wyszła na werandę i przywołała Eltheę skinieniem ręki. 
— Mogłaś być jedną z nas — oświadczyła surowo — lecz nie chciałaś. Uznaj więc, że to 

wyłącznie  nasza  sprawa.  Arono,  nikomu  nic  o  tym  nie  powiesz,  nawet  nie  napomkniesz. 
Przysięgniesz na imię swojej matki? 

Dziewczyna cofnęła się, spoglądając na nią z ukosa. 
— Na imię mojej matki — przysięgła zmrożona do szpiku kości tym, co niejasno wyczuła 

w tamtej chacie. Potem wróciła do Domu Kronik. 

background image

R

OZDZIAŁ PIĄTY

 

Z

ŁE WIBRACJE

 

 
Leatrice nauczyła się biegać razem ze swoimi nowymi przyjaciółkami za owcami, łapać je 

na sznur, stać w nocy na warcie, pilnować stada przed wilkami i zabijać włócznią króliki na 
kolację. Mijały dni i jej twarz ogorzała od słońca. Włosy miała rozczochrane i wsuwała je pod 
czapkę tak jak jej towarzyszki. 

Pewnej  nocy,  tuż  przed  końcem  spędu,  zawył  wśród  wzgórz  lisowilk,  bardzo  blisko. 

Leatrice  stała  na  warcie.  Zadrżała.  Niezbyt  dobrze  umiała  rzucać  sznurem  i  włócznią.  Co 
powinna  zrobić,  jeśli  drapieżnik  zaatakuje  stado  właśnie  teraz?  Wzywać  pomocy?  Owce 
zabeczały niespokojnie i poruszyły się uśpione psy. Któryś podniósł głowę i sapnął cicho. 

Jakieś  jagnię  zabeczało  głośno,  przeraźliwie.  Leatrice  pobiegła  w  tamtą  stronę  i  dojrzała, 

ż

e  głupie  zwierzątko  oddaliło  się  od  stada  już  na  dużą  odległość.  Gdzie  jest  druga 

wartowniczka? I która to z dziewcząt? Dlaczego psy nie zareagowały? Obudziła najbliższego 
trącając  go  drzewcem  włóczni,  a  potem  pobiegła  za  jagnięciem.  Dopadła  go  w  chwili,  gdy 
górował nad nim smukły szary cień. 

— Wilk! — krzyknęła na cały głos Leatrice (gdybyż Huana usłyszała jej krzyk, dałaby jej 

klapsa). — Wilk! 

Zwierzę  bez  lęku  podniosło  na  nią  oczy,  wyszczerzyło  zakrwawione  zęby,  po  czym 

wróciło do jedzenia. Leatrice, mając nadzieję, że trzyma we właściwy sposób swoją włócznię, 
wbiła ją w szyję lisowilka; przedtem zdołała wyciągnąć drugą ręką nóż. 

Drapieżnik jakby rozpłynął się w powietrzu! Przemknął obok dziewczyny i uciekł w mrok. 

Córka Huany uklękła obok jagnięcia. Może zdoła mu pomóc? Zbyt późno podniosła głowę — 
szara bestia skoczyła jej do gardła. Zasłoniła twarz ramieniem. Kły napastnika wbiły się w jej 
przedramię. Czując palący  ból, wolną  ręką, w której trzymała nóż, raz po raz poczęła dźgać 
cielsko w nadziei, że jednak rani drapieżcę. Potem poczuła czyjeś ręce na ramionach. 

Nidoris gwizdnęła rozwierając szczęki martwego lisowilka. Rękaw nowej był w strzępach 

i krew płynęła z ran. Brithis i Negla trzymały ją, kiedy najstarsza pasterka w blasku pochodni 
z  trudem  oczyszczała  ranę.  Później  Nidoris  odkorkowała  bukłak,  którego  nikomu  nie 
pozwalała dotykać, i przemyła rany jego zawartością. Leatrice usiłowała nie krzyczeć z bólu, 
gdyż te tak przypominające chłopców dziewczęta na pewno by nią wzgardziły za to, że płacze 
i histeryzuje. Ale i tak krzyczała. Nidoris poklepała ją po ramieniu. 

— Gdzie jest twoja czysta podpaska? — zapytała. Ponieważ o takich rzeczach nie mówiło 

się w jej domu, zawstydzona Leatrice wyznała cicho: 

— Używam jej. 
— To  dlatego  cię  zaatakował  —  szepnęła  Brithis.  —  Och,  Leatrice,  czemu  nam  nie 

powiedziałaś? 

— Ona o niczym nie wiedziała! — warknęła Nidoris. — To jest to. W tej jej nieszczęsnej 

wiosce  całkowicie  zaniedbano…  Czy  ktoś  ma  czystą  podpaskę?  —  Brithis  podała  jakąś 
szmatę  i  wnuczka  Elthei  przewiązała  ramię  rannej  pasterki.  —  Saris!  Na  Jonkarę,  gdzieś  ty 
była?! 

— Spotkało  mnie  to  samo,  co  Leatrice  —  odrzekła  po  prostu  Saris.  —  Zaczęło  się 

niespodziewanie. Wiesz, jak to jest. 

Nidoris mruknęła coś kąśliwym tonem. 
— Następnym  razem  najpierw  kogoś  obudź!  Masz  ci  los!  —  Objęła  ramieniem  drżącą, 

pojękującą dziewczynkę, która ukryła twarz na jej piersi. — Zachowałaś się bardzo odważnie. 
I  dostaniesz  skórę.  Wiesz  o  tym?  Powinnaś  być  z  siebie  dumna.  —  Zaprowadziła  córkę 

background image

Huany  z  powrotem  do  ogniska,  gdzie  wzburzone  pasterki  przyglądały  się  scenie.  — 
Słyszycie? Nasza Leatrice zabiła Psa Jonkary! 

Dziewczęta  trzykrotnie  wzniosły  okrzyk  na  jej  cześć.  Oszołomiona  bólem  i  strachem 

Leatrice  niejasno  zdała  sobie  sprawę,  że  uznano  ją  za  bohaterkę.  Ją,  z  której  matka  była 
wiecznie niezadowolona! W głębi duszy wątpiła jednak, czy Huanie spodoba się ten wyczyn. 
A jutro wracają do wioski! Zadrżała. 

Nidoris  wręczyła  jej  swój  specjalny  bukłak  i  Leatrice  posłusznie  się  napiła.  Było  tam 

cierpkie, mocne piwo, sama esencja piwa. 

— To woda życia — powiedziała wnuczka Elthei, kiedy Leatrice się zakrztusiła. — Warzy 

ją pani Gondrin. Przeznaczona jest dla uzdrowicielek. 

Nidoris  i  dwie  inne  dziewczyny  pomogły  córce  Huany  wsunąć  się  do  śpiwora.  Jestem 

bohaterką, pomyślała ze zdumieniem Leatrice. A potem zasnęła. 

 
Oseberg  syn  Morgatha  płonął  ze  wstydu,  kiedy  Noriel  Kowalka  przykładała  do  jego 

czupryny  gorącą  żelazną  rurkę  do  fryzowania.  Zgodnie  z  przyjętymi  w  jego  wsi  kryteriami 
uważał, że jego włosy są tylko zmierzwione, ale kowalka cmokała z niezadowoleniem, gdyż 
uznała je za zbyt krótkie. Jego siostra  Leatrice w nowej fryzurze i pięknej sukience, dumnie 
obnosząc  się  z  zabandażowanym  ramieniem,  które  trzymała  na  haftowanym  temblaku, 
powstrzymywała  się  od  śmiechu  dopóty,  dopóki  ciotka  Noriel  nie  przyniosła  sukni,  którą 
nosiła jako młoda dziewczyna. 

— Nie mogę tego włożyć! — zaprotestował chłopak. Leatrice zasłoniła usta ręką, lecz nie 

mogła  pohamować  chichotu  przerywanego  czkawką.  Ich  matka  Huana  wstydziła  się  jeszcze 
bardziej niż Oseberg, chociaż ślicznie wyglądała w sukni pożyczonej od podobnej do ptaszka 
Einy  córki  Nathy,  kuzynki  pierwszego  Jommy’ego,  nazwanej  imieniem  jego  matki.  Noriel 
uznała,  że  Huana  powodowała  duma.  Była  przecież  biedna,  a  Oseberg  za  duży,  żeby 
ktokolwiek uznał go za piękność. 

— No,  dobrze  —  oznajmiła  z  zadowoleniem  kowalka.  Przyjrzała  się  krytycznie  obliczu 

Oseberga.  Później  podeszła  bliżej  i  szepnęła:  —  Potrzebujesz  ostrego  noża,  żeby  usunąć 
włosy z twarzy. — Chłopak zawahał się, ona zaś dodała cicho: — Wiem, jak okrutne bywają 
dziewczęta.  Będą  się  z  ciebie  wyśmiewały,  że  jesteś  bardzo  stara,  gdyż  tylko  staruszkom 
rosną włosy na twarzach, a nawet one je usuwają. 

Oseberg skrzywił się i zapytał cicho: 
— Dziewczęta będą się ze mnie śmiały? 
Skinęła głową. Chłopak wziął nóż i poszedł do drugiej izby. 
— Dobre  dzieci  —  oświadczyła  Noriel  poklepując  Huanę  po  ramieniu.  —  Oseberg 

ś

wietnie sobie radzi. Powinnaś być z niej dumna. A kiedy skosztują tego, co przygotowałaś, 

Huano,  staniesz  się  sławna.  Wyobraź  sobie,  że  Bethiah  nie  mogła  nachwalić  się  kurczaka, 
którego przyrządziła Yelen. Oseberg, czy jesteś pewna, że nie chcesz wstążki do włosów? 

— Całkiem pewny! — zawył i schodząc ze schodów omal się nie potknął o długą suknię. 

Gdyby Egil zobaczył go tak wystrojonego, nie dałby mu żyć, lecz ciotka Noriel zapewniła go, 
ż

e tutejsi tak się ubierają i że dziewczęta uznają go za prostaka, jeśli na dzisiejszą uroczystość 

włoży swoje dawne ubranie. O co tu chodzi? Jakaś tam Nelga osiągnęła wiek odpowiedni do 
małżeństwa.  Nie  znaczyło  to  jednak,  że  uczniowie  się  pobierali.  Czy  była  taka  śliczna  jak 
Brithis? 

Wystrojona grupa z kuźni spotkała po drodze inną rodzinę z kilkunastoletnią dziewczynką. 
— Witam cię, pani Noriel! — zawołała Brithis. Przerażony chłopak zesztywniał, czekając 

na  jej  wybuch  śmiechu.  Ona  jednak  powiedziała:  —  Oseberg!  Twoje  włosy  ślicznie 
wyglądają.  Czy  tak  się  je  nosi  tam,  skąd  przybyłaś?  —  Lekko  dotknęła  starannie 
ufryzowanych kędziorów. — Dobry wieczór — powitała pozostałych, Huana zacisnęła wargi, 

background image

a  Leatrice  cofnęła  się  o  krok,  żeby  nowo  przybyła  mogła  iść  obok  jej  brata.  Oseberg  zaś 
zaczął stąpać lekkim krokiem i rzekł z uśmiechem: 

— Witaj, Brithis. 
Egil  również  otrzymał  od  jednej  ze  Starszych  Matek  piękną  suknię,  ale  przepasał  ją 

paskiem i podkasał tak, że miała długość odświętnego męskiego kaftana. Starannie rozczesał 
swoje mizerne wąsy, wyczyścił buty i podał ramię swojej siostrze Hannie, gdy przyszedł po 
nią do Domu Zdrowia. Nie udało mu się zboczyć z drogi i zajrzeć do Domu Kronik. A taką 
miał  nadzieje,  że  zobaczy  tam  Aronę.  Zwlekał  jak  najdłużej,  ale  młoda  kronikarka  się  nie 
pojawiła. 

— Ślicznie  dziś  wyglądasz  —  oświadczył  Hannie  eskortując  ją  do  chaty  matki  Nelgi.  — 

Za  jakieś  cztery  lata  będziesz  królowała  na  swoim  panieńskim  święcie.  Czy  podoba  ci  się 
praca u pani Floree? 

— Och,  tak!  Musiałam  patrzeć,  jak  zszywa  ramię  Lowri  i  wycina  dzikie  mięso.  Lowri 

bardzo płakała i pani Floree kazała mi ją przytulić i dać jej cukierka. 

Zastanawiając  się,  jakie  dziecko  cieszyłoby  się  widokiem  takiego  zabiegu,  Egil  omal  nie 

przeoczył  kobiet  zbliżających  się  inną  ścieżką.  Na  ich  widok  zdjął  czapkę  i  zgiął  się,  jak  to 
sobie wyobrażał, w głębokim ukłonie. 

— Pani Arono! 
— Witaj, Egil. Jak się czuje Lowri? — odparła z roztargnieniem dziewczyna. Tego ranka 

gęsi  niepokoiły  się,  gęgając  i  trzepocząc  skrzydłami,  jakby  zaatakował  je  lis.  Koza  zwana 
Rogatą Damą z trudem dała się wydoić, a kotka, Ruda Zaraza, uciekła pod łóżko i nie chciała 
stamtąd  wyjść.  Czy  była  to  zapowiedź  trąby  powietrznej,  trzęsienia  ziemi,  czy  tylko 
pomniejszych kłopotów? 

Egil zacisnął zęby. Któregoś dnia stanie się jej godny i ona wtedy na pewno go zauważy! 

Nagle  ziemia  zaczęła  dudnić  i  ścieżka  zakołysała  się  jak  olbrzymi  sznur.  Z  Góry 
Obserwacyjnej  dobiegł  okrzyk  ostrzegający  przed  największym  niebezpieczeństwem. 
Zabrzmiał w całej wsi, jakby podchwyciły go wszystkie usta. Egil odebrał w myśli rozkaz: 

— Uciekajcie do jaskiń! — powtórzył go na głos. 
— Uciekajcie do jaskiń! 
— Uciekajcie do jaskiń! — podjęła Arona, gdy okrzyk powtórzył się po raz drugi i trzeci. 

A potem zawołała: — Gęsi! Rogata Dama! Kotka! 

— Na miłość… Martwisz się o jakiegoś głupiego kota?! Teraz?! — wrzasnął Egil. 
— Koza i gęsi! — zawołała Arona biegnąc do tylnej furty Domu Kronik. 
Rogata  Dama  niespokojnie  biegała  po  komórce  i  potrząsała  łbem  próbując  znaleźć  jakąś 

kryjówkę.  Dziewczyna  sprawnie  zawiązała  pętle  na  sznurze,  przywołała  kozę  i  zarzuciła  jej 
pętlę na rogi. 

— Egil!  Łap  ją!  —  rozkazała  biegnąc  do  gęsiarnika.  Ziemia  trzęsła  się  jej  pod  nogami  i 

Arona  z  trudem  utrzymywała  równowagę.  Znalazła  klatkę  i  wepchnęła  do  niej  trzy  gęsi  z 
rozgęganego, przerażonego stadka. Potem i kurnik zaczął się trząść. 

— Uciekaj, Arono! — krzyknął Egil popychając ją jedną ręką. Pobiegła nie wypuszczając 

z rąk klatki, która uderzała ją w kolana. Podwórze podniosło się i opadło. Młoda kronikarka 
rzuciła się na ziemię, Egil zaś prosto na nią, przykrywając ją swoim ciałem. 

Kurnik zawalił się z hukiem. Arona rozejrzała się ostrożnie dookoła, wstała i zaczęła biec 

na północ. 

— Tędy!  —  zawołała  do  syna  Huany  i  podnosząc  spódnicę,  pomknęła  przez  las  tak 

szybko, że nie mógł jej dogonić. 

Stracił ją z oczu. 
— Arono!  Arono!  —  krzyczał  czując,  że  serce  bije  mu  jak  młotem.  Wyobraził  sobie,  że 

upadła gdzieś ze złamaną nogą, że się zgubiła, że przywaliło ją drzewo, albo że napadło jakieś 
dzikie zwierzę. 

background image

Tą  samą  ścieżką  nadbiegała  grupka  kobiet.  Wielka  muskularna  niewiasta  w  odświętnej 

różowej sukni chwyciła Egila za ramię. 

— Tędy! — wrzasnęła ciągnąc go za sobą. — Pośpiesz się! 
Nie mogąc złapać tchu, z obolałym od krzyku gardłem, zdołał się jakoś wyrwać i po prostu 

biegł  za  nią.  Dotarli  do  wysokiego  urwiska,  do  którego  nigdy  nie  zbliżyłby  się  podczas 
trzęsienia  ziemi  w  obawie  przed  lawiną.  Niewiasta  skierowała  się  do  ziejącego  w  ścianie 
wejścia do jaskini. Chłopak poszedł za nią. 

Później ziemia zaczęła się trząść na dobre, jakby góra miała się  rozpaść  na kawałki. Nie, 

nie  góra,  cały  łańcuch  górski,  pomyślał  Egil.  Niebieskie  światło  tańczyło  wokół  otworu  i 
stłoczone  przed  nim  zwierzęta  ryczały  w  śmiertelnym  przerażeniu.  Dziwne  błyskawice 
przeszywały  powietrze  wokół  Sokolej  Turni  i  migotały  między  szczytami.  Powiał  zimny 
wiatr.  Wyczerpany  do  cna  chłopak  usiadł  przy  ścianie  jaskini,  oparł  głowę  na  kolanach  i 
zasnął nie zważając na szalejącą nawałnicę. 

 
Arona siedziała na poobijanej klatce, opierając się o zimną, chropowatą skalną ścianę. Na 

szczęście gęsi uspokoiły się w ciemnościach. Nagle skała zadrżała pod jej plecami, ale się nie 
zawaliła. W pobliżu wejścia jakaś cudzoziemka wrzasnęła cienkim głosem: 

— Głupio jest chować się w jaskiniach podczas trzęsienia ziemi! — To była Huana, która 

urządziła pokazową scenę, kiedy jej córka wróciła ranna ze spędu owiec. Jak ciotka Noriel z 
nią  wytrzymuje?  Wyglądało  na  to,  że  jest  dumna  z  temperamentu  maleńkiej  cudzoziemki, 
którą przyjęła pod swój dach! Arona wstrząsnął zimny dreszcz, gdy zdołała sobie sprawę, że 
Huana ma rację. Na szczęście niewiele mieszkanek wsi mogło ją zrozumieć. Ostatnią rzeczą, 
jakiej teraz potrzebowały, to panika w jaskini. 

Nagle w umyśle Arony, tak jakby ktoś powiedział jej to prosto do ucha, zagłuszając hałas 

zabrzmiały słowa: 

— Nie dopuścimy do tego. — Głos był zimny i niezwykle spokojny. Poznała czarownicę 

zwaną Dysydentką. 

Kiedy  oczy  Arony  przywykły  do  ciemności,  spojrzała  w  stronę  wejścia.  Słabe  niebieskie 

ś

wiatła,  które,  jak  przedtem  sądziła,  brały  się  z  Sokolej  Turni,  w  rzeczywistości 

promieniowały od kilku zakapturzonych postaci w pobliżu otworu. Postacie te tańczyły w tym 
dziwnym świetle i światło tańczyło wokół nich. Nelga, która znajdowała się pomiędzy Aroną 
a niesamowitym blaskiem, powiedziała drżącym głosem: 

— Co za niezwykłe panieńskie święto! Nikt go nigdy nie zapomni. 
— Nie, nie! — zajęczała Asta córka Lennis. — To niesprawiedliwe. 
Młoda  kronikarka  pomyślała,  że  Astę  rzadko  zapraszano  na  przyjęcia,  dlatego  ceniła  te 

nieliczne, w których mogła wziąć udział. 

Ziemia  znowu  zadudniła,  głośniej  niż  burza  z  piorunami,  jakby  cały  łańcuch  górski  walił 

się  wokół  nich.  Niebieskie  światła  rozjarzyły  się  i  ciche  brzęczenie  napełniło  powietrze. 
Gdzieś  w  pobliżu  uderzył  piorun  i  Arona  wywęszyła  charakterystyczny  ostry  zapach. 
Zaszczekał jakiś pies. Nagle czyjeś szerokie ramię musnęło jej ramię. Wyciągnęła ku niemu 
rękę, żeby dodać sobie otuchy. Ręka, która ujęła jej dłoń, była duża, miała krótkie silne palce, 
liczne  nagniotki  na  skórze  i  więcej  włosów  niż  zwykle  miewają  kobiety.  Potem  poczuła,  że 
druga  taka  ręka  obmacuje  jej  pierś.  Jej  dobre  samopoczucie  zniknęło  bez  śladu.  Chwyciła 
obcą dłoń i zgięła do tyłu. W huku szalejącej wokół burzy znajomy głos wrzasnął: 

— Au! 
Dziewczyna westchnęła i puściła rękę. 
— Oseberg córko Huany — powiedziała z oburzeniem. — Dlaczego ciągle to robisz? 
— Niektóre dziewczęta to lubią — odrzekł dziwnym tonem urażonym chłopak. 
— Kuzynka  Brithis  —  przyznała  zaskoczona  kronikarka.  Brithis  córka  Nathy  musiała 

pogłaskać  każde  zwierzę,  przytulić  każde  dziecko  i  dotknąć  każdej  rzeczy.  Arona  nagle 

background image

poczuła głód i zdała sobie sprawę, że wywołał go słaby zapach jedzenia, który skądś do niej 
docierał.  Złożyła  szal,  zarzuciła  go  na  plecy  i  spróbowała  znowu  oprzeć  się  o  skałę.  Z 
zewnątrz  dobiegł  ją  głośny  trzask,  jakby  piorun  uderzył  w  którąś  z  chat.  Później  rozległ  się 
niesamowity  odgłos,  jakby  rozpadały  się  wszystkie  domy  w  wiosce,  i  cała  góra  zadrżała. 
Czyjaś  koza  zabeczała  głośno  i  dziecko  krzyknęło  cienkim  głosikiem.  Młoda  kronikarka 
odetchnęła głęboko i poczuła odór stłoczonych na niewielkiej przestrzeni przerażonych ludzi i 
zwierząt przemieszany z zapachem jedzenia. 

— Czy ktoś wie, jak długo tu zostaniemy? — zawołała nagle. 
— Mam  tutaj  talerz  gulaszu.  —  Oseberg  szturchnął  ją  łokciem.  —  Miał  być  na  tamto 

przyjęcie. Zjedz trochę. 

Arona zamoczyła palec na próbę. 
— Czy  to  twoja  matka  go  przygotowała?  Wyśmienity!  Ona  i  pani  Yelen  powinny 

sprzedawać  to,  co  przyrządzą,  tak  jak  pani  Gontrin  sprzedaje  swoje  piwo,  gdyż  pod  koniec 
dnia jesteśmy zwykle zbyt zmęczone, by gotować. Wiem, że tak było z ciotką Noriel. 

— Arono,  moja  matka  mówi,  że  ciotka  Noriel  prawdopodobnie  kocha  kobiety.  Czy  to 

prawda? — powiedział Oseberg zniżonym głosem. 

— Myślę, że masz rację — odparła zaskoczona dziewczyna. — Ona naprawdę lubi ludzi, 

chociaż jest nieśmiała. Nie wydaje ci się? 

Chłopak  zamilkł.  Zimny  podmuch  wiatru  wtargnął  do  wnętrza  pieczary,  mrożąc 

wszystkich do szpiku kości, a zaraz po nim napłynęła fala gorącego, dławiącego powietrza. 

— Przykro  mi,  że  nie  mogłaś  pójść  na  panieńską  uroczystość  —  szepnęła  Arona, 

zanurzywszy  znów  palce  w  gulaszu.  —  Czy  dobrze  się  bawiłaś  podczas  swojego  święta?  A 
może jeszcze nie jesteś dorosła? 

— Gdybym był dorosły, musiałbym wstąpić do armii i walczyć — odpowiedział szeptem 

Oseberg. — Tam są wszyscy mężczyźni. Obchodzimy jednak imieniny, a kiedy dojdziemy do 
wieku,  ubieramy  się  jak  dorośli.  Leatrice  zaczęła  kryć  włosy  po  skończeniu  piętnastu  lat. 
Znaczy to, że jest dorosła i że może mieć męża. Ale ojciec nie śpieszył się z wydaniem jej za 
mąż. 

Arona  musiała  zapytać,  co  to  takiego  armia  i  co  to  znaczy  mieć  męża  i  wyjść  za  mąż. 

Oseberg  wytłumaczył  najlepiej  jak  umiał,  nie  przestając  sam  pytać.  Ze  swej  strony  młoda 
kronikarka usiłowała przyswoić sobie pojęcie samoobrony w większych skupiskach ludzkich. 
Zanurzyła znów palce w gulaszu i wyczuła pod nim gorący talerz. Nagle cała góra zadygotała 
i kilka kobiet wrzasnęło. Zawtórowały im dzieci. Wtedy  wszyscy usłyszeli głos Dysydentki, 
surowy, przypominający głos pani Birki karcącej niegrzeczne dziewczęta: 

— Bądźcie cicho, jeśli wam życie miłe. 
Wstrząsy  zdawały  się  nie  mieć  końca.  Jaskinię  wypełniało  rozjarzone  niebieskie  światło, 

które  zdawało  się  docierać  gdzieś  od  tyłu.  Przez  wiele  godzin  ogłuszał  ich  okropny  huk. 
Potem nagle zapanowała głęboka cisza. Dzieci ponownie zaczęły płakać. 

— Ten  spokój  nie  potrwa  długo  —  powiedziała  do  nich  w  myśli  Dysydentka  w  taki 

sposób, jakby była ich matką. — Pani Maris, masz dość czasu, żeby sprawdzić, czy wszyscy 
są obecni. 

— Arona córka Bethiah! — Arona wyczuła ulgę w głosie kronikarki. 
— Jestem  tutaj  —  odrzekła  drżącym  głosem.  Odpowiadały  jedna  po  drugiej,  całymi 

rodzinami,  najpierw  matki,  potem  dzieci,  następnie  uczennice,  na  i  końcu  zaś  cudzoziemcy, 
dopóki wszyscy nie zostali policzeni. 

— Eina córka Parry! 
— Ja za nią odpowiadam — rozległ się głęboki, spokojny głos ciotecznej babki Lorin. 
Wreszcie liczenie się skończyło. Pani Maris powiedziała wtedy: 
— Myślę,  że  powinnyśmy  przeprosić  Nelgę  córkę  Olwith,  gdyż  ta  katastrofa  popsuła  jej 

ś

więto. Siostry, podzielmy się świątecznym jadłem jak należy. 

background image

— Och–ch — szepnęli do siebie, bardzo spokojnie, Arona i Oseberg. 
— Jeżeli  dorastające  dziewczyny  coś  dla  nas  pozostawiły  —  dorzuciła  z  przekąsem  pani 

Birka i Arona miała ochotę schować się w mysiej norze. 

 
Egil  syn  Piekarza  stał  przyciśnięty  do  ściany  jaskini  pomiędzy  olbrzymią  kowalką,  panią 

Noriel i Huaną, matką swojego przyjaciela Oseberga. Nadal trzymał w ręku sznur, do którego 
przywiązana była Rogata Dama, i jęknął, kiedy przerażona koza udekorowała odchodami jego 
buty. A kiedy zaczęto sprawdzać obecność i usłyszał imię Arony, odetchnął z ulgą: aż do tej 
pory nieświadomie wstrzymywał oddech. 

Dzielna  dziewczyna!  Mówiła  spokojnie,  nie  wpadła  w  histerię.  Chciał  ją  zawołać, 

zapewnić,  że  jest  tutaj,  ale  nie  odważył  się  przerwać  pani  Maris.  Mieszkanki  Nadrzecznej 
Wioski  były  prawie  tak  zorganizowane  jak  armia.  No  cóż,  były  przecież  kobietami 
Sokolników.  Gdy  wymieniono  jego  imię,  zawołał  głośno  i  wyraźnie,  żeby  Arona  mogła  go 
usłyszeć, no i oczywiście, matka, siostry i braciszek. 

— Lisha córka Siger! 
— Elyshabet  —  poprawiła  matka.  Egil  otworzył  szerzej  oczy.  Zawsze  nienawidziła 

swojego drugiego imienia i nigdy go nie używała za jego pamięci. Robiła to jego babka, gdy 
rozgniewała się na synową. Pani Maris powtórzyła głośno i wyraźnie: 

— Elyshabet córka Siger z Tkalni Elthei. 
— Hanna córka Lishy… — Hanna córka Elyshabet z Domu Zdrowia. 
— Oseberg córka Huany, uczennica kowalska. 
— Oseberg syn Morghata! — Huana wprost zawyła jak ranny pies. 
Arona  westchnęła  i  pomyślała  o  wszystkich  poprawkach,  które  będzie  musiała 

wprowadzić.  Dlaczego  te  cudzoziemki  nie  znają  swoich  imion  i  nie  trzymają  się  ich  jak 
dorosłe kobiety? 

— Soren córka Elyshabet — zawołała pani Maris, poprawiając się bez trudu. 
— Ja odpowiadam za niego — odrzekła pani Lisha wyraźnie i z godnością. Nie była wcale 

idiotką,  za  jaką  uznały  ją  Lennis  i  Loyse.  Jest  nieśmiała,  osądziła  Arona  czerwieniąc  się  na 
myśl o swojej pomyłce. 

Głęboką  ciszę  przerwało  ciche  brzęczenie.  Góra  znowu  zaczęła  wibrować,  a  niebieskie 

płomienie  tańczyły  na  tle  wejścia  do  jaskini.  W  blasku  zwykłego  żółtawego  światła  z 
zewnątrz  młoda  kronikarka  dostrzegła  twarz  najbliższej  czarownicy.  Wyglądała  na 
wyczerpaną i bardzo się postarzała. Pot plamił jej skromną szatę, chociaż noc była chłodna. 

Brzęczenie nasiliło się i Oseberg znów szturchnął Aronę łokciem. 
— Arono — powiedział cicho i bardzo poważnie. — Moja matka mówi, że ciotka Noriel 

niczego mnie nie nauczy i że jestem u niej tylko dlatego, żeby nie stracić wprawy, zanim nie 
znajdę prawdziwego mistrza kowalskiego. 

— A  nauczyłaś  się  od  niej  czegoś  nowego?  —  spytała.  Coraz  bardziej  męczyły  ją 

wypowiedzi Huany. 

— No, tak — wyznał chłopak. 
— W  waszej  wiosce  panują  inne  obyczaje,  a  w  naszej  inne  —  odrzekła  Arona  nie  chcąc 

zawracać sobie tym głowy. — Wprawdzie twojej matce nie podobają się nasze, ale jeśli tobie 
odpowiadają, trzymaj się ich dopóty, dopóki nie będziesz miała własnej kuźni. Przecież twoja 
matka nie jest kowalką. 

— Ona twierdzi, że ciotka Noriel także nie jest, lecz to nieprawda — wyznał Oseberg. Być 

może i jego zmęczyło krytykanctwo matki. 

— Kiedy  zostaniesz  Wtajemniczona,  nie  będziesz  odpowiedzialna  przed  nią,  ale  przed 

swoją  mistrzynią  albo  chlebodawczynią  —  poinformowała  go  dziewczyna.  —  Nadal 
powinnaś ją szanować, lecz nie będziesz musiała jej słuchać. Lepiej ci? 

background image

Oseberg  rozpromienił  się  i  cmoknął  młodą  kronikarkę  w  policzek.  A  potem  rzekł  ze 

skruchą: 

— Och, wybacz mi, Arono. 
— Wybaczam ci tym razem. — Poklepała go po ręce. Straszliwa nawałnica rozszalała się 

na  nowo.  Ludzie  rozbiegli  się  po  kątach,  to  po  jadło,  to  w  poszukiwaniu  krewnych.  Na  tle 
narastającego  brzęczenia  podniosła  się  wrzawa  głosów.  Huana  znów  zaczęła  narzekać  na 
imiona, które nadano jej dzieciom, a Yelen ćwierkać, że wszystko idzie ku dobremu. 

Huana  odnalazła  Oseberga  i  złapała  go  za  ucho,  wykrzykując  coś  głośno.  Wydawało  się, 

ż

e w jaskini toczy się wielka kłótnia rodzinna. Niebieskie światła ponownie zabłysły i jedna z 

czarownic  osunęła  się  bezsilnie,  a  jej  siostry  ją  podtrzymały.  Któraś  wlała  jej  wodę  do  ust. 
Dysydentka powiedziała coś nagląco do pani Birki, która westchnęła i coś odrzekła, a potem 
zawołała głośno, tak jak miała zwyczaj przemawiać na zgromadzeniach: 

— Siostry i córki! 
Dysydentka  powtórzyła  to  samo  stanowczym  lecz  zmęczonym  głosem  w  umysłach 

zebranych. 

— Czy posłuchacie opowieści o dzielnych kobietach z dawnych czasów, żeby dodać sobie 

otuchy? 

Stara minstrelka Ofelis córka Kemis pokręciła głową w mroku. 
— Głos mi się łamie podczas długiej opowieści — oświadczyła chrapliwie. Była jedną ze 

Starszych  Matek,  które  już  przedtem  miały  do  czynienia  z  czarownicami.  Maris  również 
odrzuciła tę propozycję. Po dłuższym namyśle Arona zaczęła opowiadać starożytną legendę, a 
potem drugą i trzecią. 

background image

R

OZDZIAŁ SZÓSTY

 

Z

NOWU W 

L

ORMCIE

 

 
Uczona  dama  Nareth  odłożyła  przywieziony  przez  Sokolniczkę  zwój  i  zmarszczyła  brwi, 

patrząc  przed  siebie.  Zawarte  w  nim  opowieści  nie  sprawiały  wrażenia  wydarzeń 
historycznych,  lecz  fantastycznych  legend  o  zamorskiej  krainie,  w  której  rządziły  kobiety  i 
gdzie  każdy  klan  miał  zwierzęcego  patrona.  A  przecież  były  tam  dziwnie  piękne  fragmenty 
— na przykład opowieść o Theorze — które pasowały do znanych faktów. Pismo, pergamin i 
atrament wydawały się bardzo stare. 

Autorką, jeśli Nareth dobrze przetłumaczyła tekst, była niejaka Warona Sokolniczka, która 

napisała  go  „w  kraju  wygnania,  po  tym  jak  wszyscy  nasi  mężczyźni  oszaleli”.  Kropla  wody 
splamiła  pergamin.  Łza?  Czy  pył  wodny?  Uczona  przeczytała  znów  niepokojącą  opowieść 
sprzed wieków i zadrżała. 

„Królowa  Theora  stała  na  klifie  górującym  nad  wybrzeżem  i  ze  swego  ostatniego, 

oblężonego  zamku  Salzaret  ze  łzami  gniewu  w  oczach  patrzyła,  jak  ostatni  ze  starożytnych 
Domów  odpłynął  z  sulkarskimi  piratami.  Obok  niej  stał  Langward,  mężczyzna,  którego  z 
dołów wyniosła na drugi najważniejszy urząd w państwie. 

— Pani, bądź rozsądna — powiedział teraz Langward obojętnym tonem. — Nie znajdziesz 

nikogo,  kto  stanąłby  u  twojego  boku  w  ostatniej  szaleńczej  bitwie,  po  to,  byś  nadal  mogła 
rządzić według swego widzimisię. 

— Widzimisię!  —  wykrztusiła,  pomna,  jak  głębokiego  namysłu  i  rozważenia  wszystkich 

„za i przeciw” wymagała każda jej decyzja. 

— Ale  jeśli  wybierzesz  pana  nizin,  pozostaniesz  królową.  Wiem,  że  cenisz  ten  tytuł  i 

związane z nim zaszczyty. 

Skierowała na niego wzrok, lecz on unikał jej spojrzenia. Czy uważał ją za równie głupią 

jak damy z dworu zdobywcy? Przecież bez przerwy kłóciły się o drobne szczegóły etykiety, o 
to,  która  z  nich  ma  pierwszeństwo  przed  innymi,  co  w  końcu  zależało  od  rangi  ich 
małżonków. Żadna nie wiedziała, ile sama jest warta, i o to nie dbała. Obchodziła je tylko ich 
cnota lub jej brak oraz posłuszeństwo i milczenie. Stać się taką jak one?! Nigdy! 

— Będąc królową rządzę jako matka mojego ludu, a nie ulubiona niewolnica zwycięzcy — 

odpowiedziała stanowczo. — Nie. 

— Nie  byłabyś  taka  jak  inne  —  zapewnił  ją  flegmatycznie  Langward.  —  Zaoferował  mi 

ciebie.  Jako  łaskę.  —  A  gdy  błyskawicznie  położyła  dłoń  na  rękojeści  długiego  sztyletu, 
Strażnika  Honoru  Królowej,  przypomniał  jej:  —  Kiedyś  zwróciłaś  się  do  mnie  z  taką  samą 
propozycją. 

— Odmówiłeś twierdząc, że nie będziesz moim pieskiem pokojowym. Ja nie będę twoim. 

Czy złożyłeś mu przysięgę na wierność? 

— Nie — odrzekł lakonicznie. Theora przyglądała mu się długą chwilę. 
— Jeśli  staniesz  u  mojego  boku  w  ostatniej  bitwie,  nie  czeka  nas  ani  śmierć,  ani  klęska. 

Mylisz się, tak sądząc. Pozostała nam ostatnia ucieczka — starożytna magia. 

Wielka  Bogini  nadal  chroni  swoje  dzieci.  Wiem,  że  została  w  tym  kraju  wyjęta  spod 

prawa,  a  jej  kult  zakazany.  I  ta  zniewaga  jest  największa  ze  wszystkich.  Czy  ścierpisz  to, 
Langwardzie? 

Wtedy  Langward  spojrzał  na  nią  i  podniósł  rękę.  Uzbrojony  żołnierz  uzurpatora  wyszedł 

zza drzwi z triumfującą miną. 

— Miałeś rację, Langwardzie. Usłyszałem dostatecznie dużo. 
Wstrząśnięta  królowa  na  chwilę  zaniemówiła  z  wściekłości.  A  potem  krzycząc:  — 

Langwardzie,  to  zdrada!  —  wbiła  Strażnika  Honoru  w  jego  serce.  Przybysz  z  równin 

background image

wyciągnął miecz z pochwy i ruszył w stronę królowej. Na jego twarzy malowało się, o dziwo, 
zadowolenie,  mimo  tak  nagłej  egzekucji  jego  wspólnika  —  bo  na  pewno  nie  było  to 
morderstwo. 

— A ty, kobieto, podnosząc broń przeciwko mężczyźnie służącemu królowi, dopuściłaś się 

podwójnej zdrady i zawiśniesz za to — obwieścił triumfalnie. 

Okno znajdowało się za daleko, by mogła z niego wyskoczyć i nie dopuścić, żeby ujrzeli 

zakutą w kajdany królową na szubienicy. Przemknęło jej przez myśl, żeby rzucić się na jego 
miecz,  ale  coś  w  postawie  żołnierza  świadczyło,  że  był  na  to  przygotowany.  Zrozpaczona, 
osaczona, krzyknęła: 

— Jonkaro!  Mścicielko  Kobiet!  Wyciągnij  swą  karzącą  dłoń  i  pozwól  mi  się  zemścić  na 

nim i na jego wspólnikach, nim zrozumieją, że jesteśmy ich matkami, nie bydłem. 

Ż

ołdak,  który  szedł  ku  niej,  zwolnił  kroku,  wreszcie  stanął.  Osuwające  się  na  posadzkę 

ciało  Longwarda  przestało  padać.  Theora  nie  mogła  ani  się  poruszyć,  ani  przemówić.  Jej 
myśli  zastygły  tak  jak  jej  ciało.  Lecz  zanim  to  się  stało,  roześmiała  się  gorzko  w  duchu 
przypomniawszy  sobie  starą  baśń  o  uśpionym  na  wieki  królewiczu,  którego  obudził 
pocałunek  księżniczki.  Wystarczy  mi  rybaczka,  a  nawet  sulkarska  piratka,  pomyślała.  I  jej 
ś

wiadomość zgasła. Nareth patrzyła w zamyśleniu przed siebie. 

 
Minęło kilka dni, zanim pani Nareth wezwała do siebie Aronę. Zapytała tylko: 
— Skąd pochodzi ta opowieść? 
— To jedna z najstarszych — odrzekła pośpiesznie dziewczyna — przypisywana Waronie 

Sokolniczce, przyjaciółce matki mojego klanu. Nikt na pewno nie wie, czy to prawda, ale nie 
mamy powodu, by w to wątpić. 

Odpowiedź  prawdziwej  uczonej,  przyznała  Nareth.  Dziwnie  z  czegoś  niezadowolona 

odprawiła  Aronę  i  wezwała  ją  dopiero  po  dłuższym  czasie,  który  poświęciła  na  czytanie 
innych zwojów. 

Przez  te  kilka  dni  młoda  Sokolniczka  wędrowała  swobodnie  po  starożytnym  przybytku 

wiedzy.  Sprawdziła,  co  się  dzieje  z  jej  mułem,  i  przyjrzała  się  pracy  stajennych.  Zwiedziła 
zrujnowaną  na  poły  budowlę,  zarówno  wieże,  które  przetrwały  Wielkie  Poruszenie,  jak  i 
ruiny  tych  zawalonych.  Spojrzała  na  ich  wysokie  sylwetki  i  na  rumowisko  kamiennych 
bloków i zadała sobie pytanie, w jaki sposób je zbudowano. Poznała też panujące w Lormcie 
obyczaje i rozkład zajęć. 

Nikt  jej  nie  odwiedzał  w  skromnej  kamiennej  celi  i  nikt  jej  nie  usługiwał.  Po  pierwszej 

spędzonej  tutaj  nocy  niosła  pełny  nocnik  długimi,  liczącymi  wiele  mil  korytarzami,  zanim 
spotkała kogoś, kto powiedział jej, gdzie jest ustęp. Nie umarła z głodu tylko dlatego, że po 
opuszczeniu biura Nareth, chłopiec–przewodnik, równie głodny jak ona, pokazał jej drogę do 
refektarza. 

O każdej porze dnia można tam było znaleźć coś do zjedzenia i Arona zastanawiała się, co 

Lormt  w  zamian  dawał  kucharkom.  A  może  studenci  i  uczniowie  po  kolei  pełnili  ten 
obowiązek, tak jak byłoby to w jej wiosce? Ale kiedy zapytała o to jedną z kucharek, ta tylko 
roześmiała się i odparła: 

— Ja, pani, miałabym być jedną z tych uczonych kobiet? To nie dla mnie. 
Sokolniczka  nadal  krążyła  po  Lormcie,  w  każdej  chwili  gotowa  go  opuścić,  gdyby  ktoś 

kazał jej odjechać. Lecz nikt tego nie zrobił. Starsi uczeni po prostu podnosili na nią wzrok z 
roztargnieniem i coś mruczeli albo pytali mniej lub bardziej uprzejmie: 

— Co mogę dla ciebie zrobić? 
Widziała  półki  pełne  zwojów.  Wiele  z  nich  ułożono  niedbale,  innych  nie  schowano, 

pozwalając, by gromadził się na nich kurz. Zobaczyła też kotkę śpiącą na stosie rękopisów w 
wielkiej otwartej skrzyni. Była to całkiem mała kotka, czysta, czarno–biała i z czasem Arona 
polubiła ją. Aronę aż swędziały ręce,  gdyż pragnęła poukładać porządnie  wszystkie zwoje, i 

background image

powoli  zaczęła  planować  cały  system  chronienia  tych  cennych  reliktów  przeszłości.  Czytała 
niewiele, gdyż znacznie bardziej ciekawił ją sam Lormt. Kto go założył i w jakim celu? Kto 
karmił jego mieszkańców, zaopatrywał w niezbędne rzeczy i w zamian za co? Jak rządziła się 
ta  społeczność  i  jakie  stosunki  łączyły  ją  z  rozrzuconymi  wokół  gospodarstwami?  Jak 
rozstrzygano  tu  spory  i  co  uważano  za  dobre  i  za  złe  maniery?  Tego  przede  wszystkim 
musiała  się  dowiedzieć,  gdyż  w  swojej  wiosce  zobaczyła,  jaki  konflikt  wywołały  odmienne 
pojęcia o dobrym wychowaniu i obyczajności. 

 
Dawno, dawno temu, kiedy on–kobiety żyli wśród nas w pokoju i harmonii za morzem — 

rozpoczęła  długą  opowieść  dla  przerażonych  mieszkańców  Nadrzecznej  Wioski, 
ukrywających się w wielkiej pieczarze przed szalejącymi na powierzchni ziemi żywiołami — 
ż

yła  sobie  pewna  trzynastoletnia  panna  zwana  Myrrhą  Damą  Lisicą,  która  była  głową 

rodziny,  ponieważ  jej  matka  umarła.  Miała  dwie  lojalne  on–siostry,  starsze  od  niej,  lecz  to 
ona  stała  na  czele  rodu,  gdyż  była  jedyną  córką.  Myrrha  miała  we  zwyczaju,  jak  inne 
przywódczynie  rodów,  objeżdżać  na  oswojonym  koniu  wszystkie  swoje  krewne,  żeby 
zobaczyć, jak im się powodzi. Lecz tym razem spotkało ją nieszczęście. 

Arona zniżyła głos złowieszczo: 
— Dzicy  mężczyźni  z  drugiego  krańca  nizin  napadli  na  nią  jak  wilki  nie  znające  ani 

obyczajności,  ani  dobroci.  Znaleźli  Myrrhę  Damę  Lisicę  i,  oszaleli  z  wściekłości,  zabili  jej 
strażniczki. Zrobili z Myrrhą i z ciałami jej strażniczek to, co robią Sokolnicy. Potem jeden z 
nich, on–pani imieniem Tsengan, nikt nie wie, czyim był dzieckiem, wziął zemdloną Myrrhę 
na swojego wielkiego oswojonego konia i podjechał do wrót jej wielkiego ufortyfikowanego 
domu, wzywając jej on–siostry, żeby do niego wyszły. Obiecał im, że daruje jej życie, jeżeli 
przyrzekną traktować go jak matkę i panią. Zgodziły się, żeby ją uratować. 

Słuchając tego, Egil spochmurniał i pokręcił głową. Żadna romantyczna opowieść, a chyba 

ta nią była, nie podniesie na duchu przerażonych kobiet i dzieci, chociaż może odwrócić ich 
uwagę od teraźniejszości. Poza tym miał lepszą opinię o Aronie. Och, w końcu była przecież 
tylko dziewczyną. 

Ona tymczasem ciągnęła z gniewem: 
— Tsengan zamknął Myrrhę w izbie i nie pozwalał jej z nikim rozmawiać, ani wykonywać 

obowiązków głowy rodziny, ale biciem zmusił ją do posłuszeństwa jak okrutna pani. Każdej 
nocy robił to samo, co robią Sokolnicy, i w końcu począł w niej córkę. Zaczął wtedy mówić o 
oddaniu  tej  nie  narodzonej  córki  innemu  dzikiemu  mężczyźnie,  żeby  była  tamtego 
niewolnicą,  tak  jak  jej  matka  niewolnicą  Tsengana,  i  tego  Myrrha  nie  mogła  znieść.  Gnębił 
też jej domowniczki, gdyż uczynił każdego ze swoich dzikich mężczyzn panią domu jakiejś 
kobiety,  pozwalając  im  bić  swoje  niewolnice  i  ich  dzieci,  a  przecież  niegdyś  były  one 
wolnymi i dumnymi ludźmi! Pozabijał też uzdrowicielki i Mądre Kobiety. Każda panna stała 
się  niewolnicą  jakiegoś  dzikiego  mężczyzny,  a  dla  tych,  które  stały  się  już  kobietami,  było 
tak, jakby wizyta Sokolników trwała wiecznie. 

W głosie młodej kronikarki brzmiało przerażenie. Leatrice zadrżała. Niewiele wiedziała o 

tym,  co  pociągała  za  sobą  wizyta  Sokolnika,  ale  najwidoczniej  straszne  rzeczy  działy  się  na 
Zamku Damy Lisicy. 

Arona mówiła dalej łagodniejszym tonem: 
— Później, gdy Myrrhą  siedziała w swoim pokoju, zastanawiając się, jak  uciec i uwolnić 

się od tego szaleńca, przez okno wleciał sokół. Mówią, że była to sama Jonkara. Sokół usiadł 
na  ramieniu  Myrrhy  i  rzekł:  „Damy  Sokolniczki  zamierzają  uciec  za  góry  i  za  morze”. 
Wówczas Myrrhą zrozumiała, że wolność jest blisko. Posłała więc swojego oswojonego lisa z 
listem  zatkniętym  za  obrożę,  żeby  pobiegł  za  tajemniczym  sokołem  do  Domu  Damy 
Sokolicy. Czekała. Lecz pomoc nie nadeszła. 

Słuchacze westchnęli. 

background image

— Musiała sama się ratować. Wreszcie pewnego dnia jej szalony on–pani oskarżył jedną z 

wieśniaczek o czary i zmusił Myrrhę, aby w stroju głowy rodu patrzyła w milczeniu, jak palą 
ż

ywcem  tamtą  kobietę.  Zrobił  to  dlatego,  by  wszyscy  myśleli,  że  stało  się  to  na  jej  rozkaz. 

Myrrha bowiem dniami i nocami kłóciła się z nim żądając, żeby postępował sprawiedliwie i 
przestał czynić zło. Żadne bicie nie mogło jej powstrzymać od próśb o lepsze traktowanie jej 
krewnych. Później zrozumiała, co musi zrobić. 

Egil  zmarszczył  brwi.  Nie,  nie  była  to  romantyczna  opowieść,  lecz  historia  zhańbionej 

kobiety, która chciała pomścić utratę honoru. 

Arona znacząco ściszyła głos. 
— Myrrha porozmawiała po cichu z kobietami ze swego domu, tymi, które wiedziały, że 

ich  broniła  i  troszczyła  się  o  nie,  i  że  starała  się  je  chronić  przed  oszalałymi  mężczyznami. 
Rozmawiała  z  kucharkami  i  z  tymi,  które  usługiwały  przy  stole.  Nie  wtajemniczyła  swoich 
on–sióstr, gdyż dla ocalenia jej życia przyrzekły słuchać Tsengana i nie robić mu krzywdy, a 
nigdy  nie  złamały  przyrzeczenia.  Poprosiła  swoje  kobiety,  żeby  wymyśliły  jakąś  wymówkę, 
tak  by  sprowadzić  obie  on–siostry  do  ustronnego  pokoju,  który  można  było  zamknąć  na 
klucz. Dosypała im do wina środka nasennego i zamknęła je, aby mogły powiedzieć prawdę, 
ż

e nie złamały przyrzeczenia, gdyż były bezsilne. 

Dziewczyna urwała i podjęła po chwili: 
— Wówczas Dama Lisica wsypała jeszcze silniejszą dawkę lekarstwa do wina szaleńców i 

zabiła  ich  wszystkich.  Potem  odnalazła  swojego  oswojonego  konia  i  uciekła  najszybciej  jak 
mogła  do  Sokolego  Domu  —  na  który  szaleńcy  z  równin  napadali  od  wielu  lat,  lecz  nie 
zdołali go zdobyć — aby powiedzieć swojej kuzynce Damie Sokolicy, że odzyskała wolność i 
ż

e dzicy mężczyźni nie żyją. 

W  głuchym  milczeniu,  które  zapanowało  w  jaskini,  syn  Lishy  zastanawiał  się  nad 

niezwykłą  bezwzględnością  owej  żyjącej  przed  wiekami  panny.  Arona  mówiła  teraz  ze 
smutkiem: 

— W owych czasach był taki zwyczaj, że każda kobieta brała sobie on–mężczyznę, który 

był dla niej jak siostra–przyjaciółka, a nawet więcej, i pozwalała mu płodzić córki w swoim 
łonie.  Takiego  mężczyznę  nazywano…  —  Tu  użyła  nieznanego  Egilowi  słowa,  które 
zapewne znaczyło „małżonek”. Chłopak pomyślał, że później weźmie ją na stronę i wyjaśni 
jej tę i pokrewne sprawy. Arona zaś znowu podjęła opowieść: 

— Lecz  kuzynka  Myrrhy,  Dama  Sokolica,  miała  takiego  on–siostrę–przyjaciółkę,  który 

zachował  się  identycznie  jak  tamci  dzicy  mężczyźni  —  i  mianował  się  panią  na  Sokolim 
Domu  i  Damą  Sokolicą.  Zawarł  też  przymierze  z  Tsenganem,  by  razem  z  nim  walczyć  z 
bandytami  takimi  jak  Tsengan.  Kiedy  Myrrha,  Dama  Lisica,  przybyła  do  niego  w  podartej 
odzieży,  zakrwawiona  i  wyczerpana,  ten  kłamliwy  kuzyn  skarcił  ją,  nazywając  zdrajczynią, 
bo pono zdradziła swego małżonka i lud. Skarcił ją jak niedobre dziecko, które zrobiło to, co 
chciało,  nie  zważając,  że  wyrządza  komuś  krzywdę!  Myrrha  wpadła  w  srogi  gniew,  gdyż 
uratowała wszystkich od złego bandyty, płacąc za to wysoką cenę. Ale córka Damy Sokolicy 
przyszła do niej i przysięgła, że zawsze będą siostrami, bo Myrrha jest odważna i nie boi się 
cierpienia.  I  tak  też  się  stało.  Później  wszakże  tacy  jak  małżonek  Damy  Sokolicy  stali  się 
Sokolnikami i zabili Myrrhę tak jak zabili wszystkich, którzy sprzeciwili się ich woli. Dlatego 
my, kobiety, odeszłyśmy, żeby żyć samotnie, gdyż nie było już ani jednego on–kobiety, który 
zachował pojęcie o obyczajności i dobroci. Żadna z nas nie wie, kiedy porzucili dawne dobre 
obyczaje  i  zaczęli  zachowywać  się  jak  tamci  szaleńcy  z  równin.  Nie  mogłyśmy  jednak  tego 
wytrzymać.  Z  tego  to  powodu  pozwalamy  im  przybyć  do  nas  tylko  raz  w  roku  i  tylko  w 
miejscu, które dla nas wybudowali, z dala od naszej wioski i w jednym  celu: żeby  dali nam 
córki. W zamian za to zabierają naszych synów, aby żyli wśród nich jako Sokolnicy. 

Arona odetchnęła głęboko. 

background image

— Obyśmy  wszystkie  były  tak  dzielne  jak  Myrrha  Dama  Lisica,  lecz  obyśmy  nigdy  nie 

musiały zabijać ani zostać zabite — dodała. 

Egil  zasępił  się.  To  niewłaściwe  zakończenie  dla  takiej  okropnej  historii.  Gdyby  Myrrha 

nie  była  zhańbioną  kobietą,  ale  prawowitą  żoną  Tsengana  —  przecież  ta  głupia  dziewka 
mogła  dać  mu  to  jasno  do  zrozumienia  od  samego  początku  —  należałoby  uznać  jej 
postępowanie  za  ohydne  i  zdradzieckie  ponad  wszelką  miarę.  Czy  Arona  robiła  bohaterkę  z 
niewiasty,  która  otruła  swojego  małżonka?  Nie  mógł  w  to  uwierzyć.  Musiała  opowiadać  z 
pamięci starodawną baśń, nie zdając sobie sprawy z wszelkich jej znaczeń. Nie wiedziała też, 
jak należy ją przekazać, żeby stała się prawdziwą lekcją moralności. 

Kiedy wyjdą z tej pieczary, jeśli kiedykolwiek to się stanie, napisze tę opowieść na nowo, 

tak  jak  należy.  Było  to  jego  obowiązkiem  jako  przyszłego  kronikarza  Nadrzecznej  Wioski. 
Oczywiście,  jeśli  rządzące  nią  staruchy  nie  były,  jak  to  zwykle  bywa  ze  starymi  babami, 
przywiązane do tego, co znały, bez względu na to, czy miało to sens, czy nie. No cóż, i z tym 
się upora! 

 
Niesamowite  światła  przy  wejściu  rozpaliły  się  wyższym  płomieniem,  a  pioruny  biły  w 

górach bez przerwy niczym werbel wybijany przez oszalałego olbrzyma. 

Porywisty wiatr dął coraz silniej, wdmuchując lodowaty deszcz do wnętrza jaskini. Skuleni 

uciekinierzy cofali się coraz dalej i dalej w głąb góry. Nelga córka Olwith szepnęła drżącym 
głosem: 

— Nigdy nie zapomnę mojego panieńskiego święta!  Leatrice córka Huany roześmiała się 

mimo przerażenia, jakie ją ogarnęło: 

— Czy  chcesz  powiedzieć,  że  wolałabyś  stać  pod  ścianą  czekając,  aż  Oseberg  czy  Egil 

zaprosi cię do tańca? Kiedy my urządzamy przyjęcia, matka zawsze każe mi śpiewać i grać na 
przenośnej harfie dla gości. 

— Ale  ty  jesteś  minstrelką!  —  szepnęła  Nelga.  —  Och,  Ofelis  bardzo  się  ucieszy,  że  w 

wiosce  jest  dziewczyna,  która  umie  śpiewać.  Jej  ostatnia  uczennica  umarła  w  połogu. 
Urodziła  dwugłowe  bliźnięta  o  potwornym  wyglądzie.  Ofelis  płakała  całymi  tygodniami,  a 
potem ułożyła Pouczającą Pieśń dla uzdrowicielek i już nigdy o tym nie wspomniała. Och! — 
Przypomniała  sobie  pytanie  Leatrice  i  wyjaśniła:  —  W  naszej  wiosce  grzeczność  nakazuje 
gospodyni zapraszać gości do tańca. Cieszę się, że mi opowiedziałaś o waszych zwyczajach. 
Nie chciałabym, żeby Egil uznała nas za nieuprzejme. Leatrice, czy mogłabyś coś zaśpiewać, 
ż

eby uciszyć burzę? 

Grzmot znów zahuczał, jakby piorun uderzył w górę, w której się ukryli, i deszcz smagnął 

wejście do jaskini.  Leatrice wybałuszyła oczy na Nelgę i zaczęła nieśmiało śpiewać tę samą 
balladę,  co  w  obozowisku  podczas  spędu  owiec.  Oseberg  podjął  melodię  basem,  Egil  zaś 
zawtórował  im  spod  przeciwległej  ściany.  Od  ballady  przeszli  do  tragicznej  Przysięgi 
Czarownicy
,  wesołej  Panny  z  Bagien  i  zabawnej  opowieści  o  rolniku  i  jego  żonie,  którzy 
pewnego  dnia  postanowili  zamienić  się  miejscami.  Później  córka  Huany  rozpoczęła  jeszcze 
weselszą piosenkę o tym, jak pewien królik przechytrzył lisa. 

Góra zatrzęsła się, jakby rodziła. Leatrice zaklaskała w dłonie, śpiewając: 
 

Nie wrzucaj mnie w te krzaki, 
nie wrzucaj mnie w te krzaki. 
I królik zawołał wesoło do lisa: 
och, nie wrzucaj mnie w te krzaki. 

 
Stojące najbliżej panny zachichotały i jęły klaskać, powtarzając refren: 
 

Nie wrzucaj mnie w te krzaki, 

background image

nie wrzucaj mnie w te krzaki… 

 
Góra zaczęła drżeć i rozległ się huk podobny do grzmotu. Nie ucichł jednakże, lecz stawał 

się coraz głośniejszy i głębszy, głębszy i głośniejszy, góra zaś zadrżała, a potem się zatrzęsła. 
Skalna  podłoga  jaskini  przechyliła  się  w  prawo,  później  zaś  w  lewo,  rzucając  zbitych  w 
grupkę ludzi na chropawe kamienie. Dzieci wrzasnęły, a zgromadzone w pieczarze zwierzęta 
zaryczały i zagęgały w zależności od tego, do jakiego gatunku należały. Góra wstrząsnęła się 
tak, jakby chciała pozbyć się robactwa. 

Oślepiająco  białe  światło  rozbłysło  na  tle  wejścia.  Arona  zasłoniła  oczy  ręką  i  z 

przerażeniem  zobaczyła  poprzez  ciało  zarysy  kości.  Za  tą  tarczą  ujrzała,  że  Sokola  Turnia 
rozpadła  się  i  rozpłynęła  jak  dziecinny  śniegowy  domek  podczas  odwilży.  Później 
niesamowity  blask  zgasł  i  niemal  ślepi  uciekinierzy  krzyknęli  ze  strachu.  Jakaś  kobieta 
zaczęła szlochać. Na zewnątrz padał deszcz, lecz mniej gwałtowny niż podczas letniej burzy. 

Ciche  jęki  wydobywały  się  ze  stosu  ciał  leżących  przy  otworze  wejściowym.  Arona 

powłócząc  nogami  podeszła  bliżej.  Czarownice,  które  strzegły  wejścia,  spoczywały 
nieruchomo, ale stopa jednej z nich poruszała się powoli. 

— Pani Floree! — wrzasnęła. — Proszę, przyjdź prędko! 
Pierwsza  przyszła  cudzoziemska  dziewczynka  imieniem  Hanna,  a  jej  pani  tuż  za  nią.  We 

trójkę  przewróciły  pierwsze  ciało.  Uzdrowicielka  nachyliła  się  i  przyłożyła  ucho  do  piersi 
czarownicy.  Potem  pomacała  jej  twarz  i  wdmuchiwała  powietrze  w  jej  usta.  Zrobiła  tak  ze 
wszystkimi ciałami. 

Dwie czarownice umarły. Jedna żyła, chora i wyczerpana. Dysydentka leżała jak martwa, 

jej puls był ledwie wyczuwalny, a twarz miała szarobiałą barwę. 

Pani  Floree  wezwała  pomocy.  Kobiety  z  Nadrzecznej  Wioski  powoli  i  ostrożnie  zbliżyły 

się  do  niej.  Przez  otwór  widać  było  czarne  nocne  niebo.  Ze  swoich  szali,  opończy,  koców  i 
zapasowych  spódnic  zrobiły  posłania  dla  dwóch  chorych  czarownic.  Później,  śmiertelnie 
zmęczone, spróbowały zasnąć. 

Kiedy  wstał świt, zimny i szary, z rozżarzonymi  czerwienią chmurami, wyszły zobaczyć, 

jaki los spotkał ich wioskę. Niewiele z niej pozostało. Będą musiały zbudować ją na nowo, od 
piwnic po dachy. I całoroczne zbiory uległy zniszczeniu. 

background image

R

OZDZIAŁ SIÓDMY

 

P

O BURZY

 

 
Kroniki!  Arona  pomknęła  do  Domu  Kronik  i  krzyknęła  z  przerażeniem  na  widok 

zniszczeń.  Ruda  Zaraza  wybiegła  po  piwnicznych  schodach  i  jęła  ocierać  się  o  nogi 
dziewczyny. 

— Ty głupiątko! — wykrzyknęła radośnie jej pani, otwierając z trudem wielkie drzwi. — 

Dlaczego  właśnie  tam  się  schowałaś?  —  Widocznie  Wielka  Bogini  pomagała  kotom  w 
potrzebie. 

Wszystkie  zwoje,  starannie  ułożone  na  półkach  w  izbie  kronik  obok  zapasów  korzeni  i 

dzbanów  z  olejem,  przetrwały  nawałnicę.  Uczennica  kronikarki  biegała  od  jednego  do 
drugiego,  sprawdzając  każdy  z  okrzykiem  radości,  a  potem  krzyknęła  na  cały  głos  z 
zachwytu. Kroniki ocalały! Wróciła biegiem do wioski, żeby zobaczyć, co z niej pozostało. 

Kowadło  Noriel  i  kamienie  młyńskie  Lennis  były  nietknięte.  Wiele  ciężkich  narzędzi  nie 

zostało  odrzuconych  daleko  i  większość  piwnic  była  w  dobrym  stanie.  Ale  pola  i  domy  i 
wszystko  mniejsze  od  wielkiego  głazu  uległo  zniszczeniu,  również  garnki  i  tkaniny,  jedyne 
towary wytwarzane w Nadrzecznej Wiosce. Ziemia była usiana ich szczątkami. 

Ogromne  drzewo  zmiażdżyło  dach  Domu  Zgromadzeń.  Oseberg  i  Egil  uchwyciwszy 

koniec pnia, usiłowali je usunąć. Noriel Kowalka odłożyła motykę i podeszła, żeby podnieść 
ś

rodek. Drzewo ledwie drgnęło. 

— Darann! — zawołała. Obrażony Egil spojrzał na nią ponuro. 
— Egil,  Oseberg  —  warknęła  z  drugiej  strony  zniszczonych  grządek  mulniczka.  —  Nie 

traćcie na próżno sił, mamy dużo do zrobienia. 

Arona podniosła głowę, osłaniając oczy przed jaskrawymi promieniami słońca. 
— Z całym należnym szacunkiem, pani, dopilnuj, żeby twoje damy się nie przepracowały 

— odrzekł lakonicznie Egil córka Elyshabet. — Oseberg i ja wykonamy najcięższe prace. 

— Zuchwała  Egil!  —  prychnęła  jakaś  kobieta,  powtarzając  szeptem  znane  wszystkim 

przezwisko cudzoziemki. 

Arogancka Egil, pomyślała Arona zaczynając kopać w ruinach Domu Kronik, by wydobyć 

to, co ocalało. 

Kobiety  i  dziewczęta  w  ponurym  nastroju  zabrały  się  do  ratowania  mienia,  jakby 

odbudowywały  dom  po  pożarze,  lecz  po  tak  wielkiej  katastrofie  nie  widać  było  końca  ich 
trudów. Najpierw odbudowały Dom Zgromadzeń i Dom Zdrowia, gdyż dzieci, chorzy i starzy 
płakali  z  zimna.  Ocalałe  zbiory  jadalnych  korzeni  podzielono  równo  między  wszystkich, 
mimo  protestów  tych,  które  je  wyhodowały,  bo  ludzie  przymierali  głodem.  Mleko  Rogatej 
Damy i innych kóz wydzielano po pół kubka na głowę, a gęsie jaja po plasterku. Koty, psy i 
kury wypuszczono na wolność, żeby żywiły się same. Najstarsze dziewczęta wypędziły owce 
z powrotem na pastwisko, by pasły się resztkami trawy. 

Egil i Oseberg pracowali jak muły i cała wioska obserwowała ich ze zdumieniem. Zaczęli 

pierwsi  i  skończyli  jako  ostatni,  podnosząc  największe  ciężary.  Kilka  słabszych  fizycznie 
robotnic zaczęło po cichu wykonywać za nich obowiązki obozowe mówiąc: 

— To niesprawiedliwe, żeby miały pracować o wiele ciężej niż reszta z nas. 
Dziesiątego  dnia  po  trzęsieniu  ziemi  jedna  z  wartowniczek  na  Górze  Obserwacyjnej 

wydała  dziwny  okrzyk.  Nie  był  to  skwir  sokoła  zapowiadający  wizytę  Sokolników  ani 
gruchanie  gołębia,  znak,  że  przybyły  córki  Gunnory,  by  prowadzić  handel,  ani  też  ochrypły 
wrzask  sępa  ostrzegający  przed  bandytami,  ale  głos  przepiórki.  Znaczyło  to:  „Obcy! 
Skierujcie ich w niewłaściwą stronę!” 

— Ja poszłam ostatnim razem! — wrzasnęła jakaś kobieta. 

background image

— No cóż, teraz nie moja kolej — dowodziła kwaśno inna. 
— A gdzie, na Jonkarę, są welony i suknie? — zapytała trzecia. 
— Arono,  ty  mówisz  językiem  cudzoziemców  —  rozkazała  Raula  córka  Mylene,  nowa 

Najstarsza  Matka.  —  Ty,  ty  i  ty  —  wskazała  na  kilka  kobiet  mających  doświadczenie  w 
handlu,  zdolnych  do  rodzenia  dzieci,  o  pięknych  kształtach,  z  których  żadna,  poza  młodą 
kronikarką, nie spotkała się ostatnio z Sokolnikami. 

— Przeklęte  cudzoziemki!  —  zaklęła  Arona,  zabierając  swój  welon  i  suknię  z  piwnicy, 

gdzie je schowała za cebulą. 

Egil, który zaprzęgał parę mułów Darann do powalonego drzewa, przerwał pracę. 
— Jeżeli to są obcy, będziecie potrzebowały opieki i kogoś, kto będzie mówił w waszym 

imieniu  —  powiedział  stanowczym,  nie  znoszącym  sprzeciwu  tonem.  Przypasawszy  nóż, 
ruszył za wyznaczonymi kobietami. 

Noriel i Darann złapały go za ramiona. 
— Nie  pójdziesz.  Jeżeli  się  dowiedzą,  że  mieszkacie  z  nami,  wszystkie  zginiemy.  Niech 

zajmą się tym te, które mają doświadczenie w kontaktach z obcymi, dziewczyno. 

Egil  spojrzał  na  nie  i  zaczął  im  wyjaśniać  z  goryczą,  że  posunęły  się  za  daleko.  Wysłały 

Aronę,  młodą  pannę  —  wbrew  zdrowemu  rozsądkowi  i  przyzwoitości  —  na  spotkanie 
cudzoziemców, podczas gdy on pozostał we wsi, jak robotnik na służbie u jej ojca. Splunął na 
ziemię.  Potem  jednak  zamilkł.  Darann  była  jego  chlebodawczynią,  a  on  u  niej  służył  i  tak 
będzie  dopóty,  dopóki  nie  wyjdzie  na  swoje.  Żółć  przepełniła  mu  serce,  ale  znów  zajął  się 
zaprzęganiem muła. To wszystko musi się zmienić. 

Zdjęta  ciekawością  Arona  poszła  za  swoimi  towarzyszkami  na  koniec  górskiego  szlaku, 

gdzie  czekała  grupa  obcych  na  oswojonych  koniach.  Zaparło  jej  dech  ze  strachu. 
Przypominali  z  wyglądu  Sokolników,  ale  nie  nosili  ptasich  masek.  Więc  Egil  będzie  tak 
wyglądała, kiedy dorośnie, pomyślała nagle. 

Ich przywódca był niemal tak młody jak Egil, miał jednak włosy na twarzy niczym koza. 

Zwrócił  się  do  Sokolniczek  poważnie,  w  tym  samym  języku,  który  Arona  słyszała  z  ust 
przybyszów przez całą jesień. 

— Nie  bójcie  się  nas  —  powiedział  bardzo  powoli  i  ostrożnie.  —  Wasi  mężczyźni 

przysłali nas, żebyśmy wam pomogli. 

Czy będą musiały ścierpieć następną wizytę Sokolników, tak szybko po poprzedniej? 
Nowo przybyły musiał zauważyć ich przerażenie, gdyż powtórzył: 
— Nie  obawiajcie  się,  Sokolnicy  są  naszymi  sprzymierzeńcami.  Okażemy  wam 

grzeczność, tak jak naszym siostrom, matkom czy córkom. 

Jeden  ze  zbrojnych  rozejrzał  się  dookoła  i  widząc  rozwalone  chaty  zawołał  ochrypłym 

głosem, prawie wrzasnął: 

— Na  wszystkich  bogów,  co  tu  się  stało?!  — A  potem  sam  sobie  odpowiedział:  —  Och, 

Wielkie Poruszenie. 

— Pomożemy  wam  odbudować  wasze  domy  —  oświadczył  młody  przywódca  i  głośno 

wydał jakiś rozkaz. Mężczyźni z jego orszaku zsiedli z koni i zabrali się do roboty. Pracowali 
jak córki jednej matki. Kiedy Sokolniczki wstały, żeby im pomóc, kazano im odejść. 

— Rozpalcie  ognisko  i  ugotujcie  to,  co  wam  damy  —  powiedział  łagodnym  tonem 

przywódca. — Jestem pewien, że musicie już być bardzo głodne. 

Jakiś  młodszy  od  niego  mężczyzna  nie  odrywał  oczu  od  najmłodszych  dziewcząt,  jakby 

chciał  zobaczyć,  co  się  kryło  pod  brzydkimi,  szorstkimi  welonami.  Asta  córka  Lennis 
podniosła wzrok i zdumiała się: 

— Jesteś taka silna! Ja nie mogłabym zrobić tego wszystkiego. 
— Nie musisz. Właśnie po to tu jesteśmy. — Młodzieniec uśmiechnął się. 
Przywódca spojrzał na niego ostro, marszcząc ze zdziwieniem brwi. 

background image

— Powiedziano  nam,  moje  panie,  że  wy  nie  mówicie…  Najstarsza  z  Sokolniczek  wstała, 

nakazując  gestem  Aście  zasłonić  usta  welonem.  Asta  zamilkła.  Widząc  to  najwyższy  rangą 
cudzoziemiec spochmurniał jeszcze bardziej. 

— Posłano  mnie  tutaj,  żebym  dowiedział  się,  czego  potrzebujecie  —  zwrócił  się  do 

najstarszej kobiety. — Żywności? Leków? Ziarna, siewnego? 

Ta  pochyliła  głowę,  naśladując  ruchami  kopanie,  piłowanie  i  rąbanie.  Młody  przywódca 

spojrzał na nią spode łba. 

— Rozumiem,  że  potrzebujecie  rąk  do  pracy,  ale  nie  możemy  długo  tutaj  pozostać. 

Chciałbym tego, musimy jednak… — urwał i znów się zasępił. 

Jego rozmówczyni pokręciła głową i dotknęła metalowych okuć na uprzęży jucznych koni, 

a  potem,  bardzo  delikatnie,  długiego  noża  wiszącego  u  pasa  przywódcy.  Nie  zrozumiał  jej. 
Sokolniczki spojrzały po sobie w milczeniu. Wówczas Marra córka Annet, zwykle płochliwa 
niczym królik, przemówiła okazując większą odwagę niż można by się po niej spodziewać. 

— Narzędzia — powiedziała drżącym głosem. — Motyki. Noże. Siekiery. Metal i sól. Nie 

mamy soli tam, gdzie mieszkamy. Kupimy ją za garnki, tkaniny i ozdoby. 

— Czy tam, skąd pochodzicie, wykonujecie wszystkie ciężkie prace? — szeptem zapytała 

Asta jednego z mężczyzn rozładowujących juki. 

— No  cóż,  w  wielu  miejscach  są  służący  i  robotnicy  rolni,  którzy  wykonują  większą  ich 

część, i jestem pewien, że żony rolników również robią to, co do nich należy, ale, pani, ciężka 
praca jest dla mężczyzn, nie dla kobiet. 

— A co robią kobiety? — pytała dalej z miną psa tropiącego tłustego zająca. 
— No,  jak  przypuszczam,  zostają  w  domu,  sprzątają,  zajmują  się  dziećmi  i  starają  się 

ładnie wyglądać. — Był bardzo młody. 

— Ale z czego w takim razie żyją? — Nie ustępowała Asta. 
Chłopak roześmiał się pobłażliwie. 
— Jeżeli  masz  równie  piękną  twarz  jak  głos,  pani,  nie  musiałabyś  się  tym  martwić.  — 

Widząc,  że  go  nie  zrozumiała,  dodał:  —  My,  mężczyźni,  dajemy  utrzymanie  naszym 
kobietom. Czyż nie jest tak u Sokolników? 

— Och,  tak,  oczywiście  —  odpowiedziała  pośpiesznie  dziewczyna.  —  Po  prostu 

zastanawiałam się, jak to jest u obcych. Widujemy ich tak rzadko. 

Najstarsza  z  kobiet  podeszła  do  Asty  i  z  gniewną  miną  powtórzyła  gest  z  welonem. 

Przywódca mężczyzn również się zbliżył. 

— Lorrylu!  —  warknął.  Po  czym  dodał  łagodniejszym  tonem:  —  Te  damy  należą  do 

Sokolników. — Było to ostrzeżenie. 

Cudzoziemcy  umieścili  worki  z  ziarnem  i  suszonym  prowiantem  oraz  narzędziami,  które 

mogli  ofiarować,  w  jednym  ze  zrujnowanych  domów.  Odbudowali  chaty,  wykopali  wokół 
nich  nowe  rowy  odpływowe,  przekopali  grządki.  Wykonali  wszystko  jak  Sokolnicy  w 
ubiegłym roku. Nanieśli też kamieni na paleniska i nawet naprawili płoty okalające ogródki z 
tyłu chałup. Było ich dwunastu, lecz pracowali jak dwadzieścia kobiet i ochotniczki nie miały 
nic do roboty poza gotowaniem. 

W nocy rozłożyli swoje śpiwory z dala od chat, w których schroniły się kobiety, ale jeden 

z  nich  przyszedł  o  zmierzchu  do  domu  Arony,  rozglądając  się  dookoła  jak  złodziej.  Prawie 
nic  nie  zrozumiała  z  tego,  co  mówił,  ani  dlaczego  jego  głos  brzmiał  podejrzanie.  Potem 
próbował obmacywać ją w taki sam sposób jak Oseberg, lecz robił to brutalnie, jak Sokolnik. 
Stawić  opór  Sokolnikowi,  protestować  krzykiem  równało  się  śmierci.  Ale  ci  mężczyźni  nie 
byli Sokolnikami, ona zaś nie przybyła tutaj po to, by począć dziecko. Starając się uwolnić z 
jego uścisku krzyknęła głośno, a potem zaparła się nogami, usiłując mu się wyrwać. 

Trzech  cudzoziemców  wpadło  do  chaty.  Ledwie  spojrzawszy  na  napastnika  dowódca 

uderzył  go  pięścią  w  podbródek,  a  potem  w  brzuch.  Tamten  jęcząc  upadł  na  ziemię.  Jego 
przywódca powiedział zimno: 

background image

— Ostrzegałem cię, Harocu, że te damy należą do Sokolników! Pięć batów! — Dwaj obcy 

wywlekli Haroca z chaty. Przywódca zaś ukłonił się podobnie jak niegdyś Egil. — Przyjmij 
moje  najpokorniejsze  przeprosiny,  pani.  Ten  człowiek  zostanie  surowo  ukarany.  Jeżeli 
Sokolnicy kiedykolwiek dowiedzą się o tym, Haroc zginie — albo ja — mruknął pod nosem 
wychodząc. 

Jeżeli o tym usłyszą, zabiją ją i jej towarzyszki. Arona jakoś nie miała ochoty mówić o tym 

komukolwiek. 

— Podobają mi się te cudzoziemki — powiedziała w zamyśleniu Asta córka Lennis. 
— Ich obyczaje bardzo różnią się od naszych — szepnęła Marra córka Annet. — Jedna z 

nich prosiła, by mogła począć we mnie córkę, a wtedy ich najstarsza skarciła ją bardzo ostro. 

— One  nie  są  podobne  ani  do  Sokolników,  ani  do  kobiet  —  stwierdziła  trzecia 

dziewczyna. — Czy można zrozumieć takie dziwne istoty? 

Asta podniosła wzrok, a potem szybko go opuściła. 
 
Egil  wyprostował  się  i  wytarł  pot  z  czoła.  Ostatnie  z  powalonych  przez  trzęsienie  ziemi 

drzew zostało usunięte. Ułożono je porządnie w stos i kilka kobiet rąbało polana. Ale cóż to 
za wrzawa? Okrzyki zachęty i aplauz! Trzy kobiety otoczyły Oseberga i Egila wiwatując na 
ich  cześć  i  ich  chwaląc.  Na  pewno  usłyszała  to  Arona,  która  właśnie  wróciła  do  wsi!  I  Asta 
córka Lennis, która patrzy na niego z nieukrywanym podziwem. Zrobiło mu się cieplej koło 
serca. 

Nigdy  nie  przypuszczał,  że  będzie  rad,  gdy  ciężka  praca  uwolni  go  od  dalszej  nauki, 

niczego  bowiem  się  nie  nauczył  od  pani  Birki.  Garść  wiadomości  o  pogodzie,  plonach, 
zwierzętach i tym podobne opowieści starych bab, które byłyby coś warte tylko wtedy, gdyby 
zamierzał  zostać  zielarką.  Kilka  razy  rozmawiała  z  nim  na  temat  mężczyzn  i  kobiet  —  Egil 
czerwienił  się  słuchając  szacownej  matrony  —  i  rozmowy  te  dotyczyły  albo  wyłącznie 
kobiecych  spraw,  albo  były  nieprzyzwoite  ponad  wszelkie  wyobrażenie.  On  chciał  nauczyć 
się pisać i liczyć. Jeżeli kobiety to potrafiły, on na pewno nie był gorszy! 

Nowa chlebodawczyni Oseberga z uznaniem klepnęła swoją przybraną córkę po plecach. 
— Dobra  robota,  dziewczyno  —  zagrzmiała  i  spojrzała  z  zadowoleniem  na  nich  obu. 

Potem  usiadła  na  leżącej  najbliżej  kłodzie  i  westchnęła:  —  Mam  nadzieje,  że  grupa,  która 
wyruszyła  na  koniec  szlaku,  przyniesie  trochę  metalu,  z  którego  będzie  można  wykuć 
narzędzia. 

— Czy  żelazny  garnek  się  przyda?  —  zapytała  niewinnie  Loyse  córka  Annet.  W  swoim 

wielkim żelaznym kotle do tej pory hodowała kwiaty przy drzwiach swojej chaty. Teraz zaś, 
oczyściwszy  go  pośpiesznie  z  ziemi,  wyładowała  go  wszystkim,  co  razem  z  córkami 
uratowała z ruin domu. 

— Kocioł  mojej  matki!  —  wykrzyknął  zaskoczony  Egil.  Loyse  prychnęła  pogardliwie. 

Miała  brudną  twarz,  suknię  podartą  i  zabłoconą,  nosiła  pod  nią  spodnie,  przemoczone  i 
zabrudzone aż do kolan. A mimo to zachowywała się tak, jakby była żoną wójta Cedrowego 
Szczytu. 

— Należy do mnie, gdyż go kupiłam — powiedziała z łagodnym wyrzutem. — Byłam tak 

dobra,  że  ofiarowałam  twojej  matce  i  siostrom  dach  nad  głową,  kiedy  nie  miały  gdzie  się 
podziać. W zamian dały mi ten kocioł. 

Noriel spojrzała ostro na Egila. 
— Powiedz  mi  i  to  szybko.  Czy  to  prawda,  że  twoja  matka  jest  półgłówkiem,  tak  jak 

rozpowiada to Loyse? 

— Moja  matka  —  oświadczył  śmiertelnie  poważnie  —  jest  w  pełni  władz  umysłowych. 

Przybyła  tutaj  nie  znając  waszych  obyczajów  i  języka,  ale  w  normalnych  warunkach  nie 
potrzebowałaby  takiej  wiedzy.  —  Posługiwał  się  łamaną  miejscową  mową  (opanował  ją  w 

background image

pewnym  stopniu)  wtrącając  te  pojęcia  ze  swojego  języka,  których  odpowiedników  nie  znał. 
Loyse spochmurniała. Noriel również. 

Chłopak machinalnie uniósł siekierę, po czym ją odłożył i wyprostował się na całą swoją 

wysokość. 

— Ona  nie  jest  półgłówkiem  —  wyjaśnił.  —  Po  prostu  nie  zna  waszych  obyczajów  ani 

języka — i dodał: — Dlaczego miałaby go znać…? — Urwał, gdyż zrozumiał, że przemawia 
przez  niego  urażona  duma  i  że  mogłoby  to  wyrządzić  niepowetowaną  szkodę  sprawie  jego 
matki. Zaczął im to niezręcznie tłumaczyć i w końcu rzekł: — Wniósłbym tę sprawę przed… 
— jął szukać w myśli brakującego słowa — …przed kogoś, kto… 

— Sąd — podpowiedziała mu Noriel, po czym wyjaśniła: — Kogoś, kto decyduje, kto ma 

rację, a kto nie. — Egil podziękował jej skinieniem głowy. Noriel nachmurzyła się. 

— Wprawdzie  Najstarsza  Matka  Mechtilda  umarła  w  Noc  Wielkiej  Burzy,  ale  myślę,  że 

masz rację. Powinna tego wysłuchać przynajmniej Rada Starszych. — Rozejrzała się szukając 
w  pobliżu  jakiegoś  dziecka  i  zawołała:  Leatrice!  —  Poszukaj  cudzoziemki  Elyshabet  i 
powiedz,  żeby  do  nas  przyszła.  Są  sprawy,  które  musimy  tutaj  omówić.  —  Później  zaś 
odwróciła  się  do  Egila  i  odprawiła  go  tonem  nie  budzącym  wątpliwości:  —  Dziękuję  ci, 
dziewczyno. 

 
Nowa  Najstarsza  Matka,  Raula  córka  Mylene,  otrzepała  z  kurzu  spódnicę,  wyjęła  z 

kieszeni zniszczone wrzeciono i podniosła je prosząc o ciszę. Elyshabet  córka Siger i  Loyse 
córka Annet stanęły przed pośpiesznie 

— Loyse  sprzedała  mi  kilka  kawałków  materiału  wyhaftowanych  przez  Lishę.  Warte  są 

tych kilka dni, które cudzoziemka spędziła pod jej dachem i pożywienia, jakie otrzymała. 

Egil znów zaczął komentować. Arona szturchnęła go lekko. Kiedy jednak nie zabrał głosu, 

sama podniosła rękę. Starsze Matki spojrzały na nią z zaskoczeniem. 

— Kronikarko?  —  zapytała  z  dezaprobatą  Najstarsza  Matka,  gdyż  kronikarki  nie  brały 

udziału w takich debatach. 

— Egil córka Elyshabet powiedziała mi właśnie, że w jej rodzinnej wiosce uczą, iż umowa 

zawarta pod przymusem jest nieważna — wypaliła szybko czerwona aż po uszy. Jak często, 
gdy  była  małą  dziewczynką,  karcono  ją  za  to,  że  zabierała  głos  na  zgromadzeniach?  Tym 
razem jednak nie było to oficjalne zgromadzenie, a sprawa naprawdę ważna. 

— Czy taki jest u was zwyczaj? — zwróciła się do Elyshabet Najstarsza Matka. 
— Ja nie brać udziału w sprawach wioski, ale myśleć tak. Harald powiedzieć tak kiedyś. 
Starsze Matki naradziły się i obejrzały pięknie haftowane kawałki tkaniny, które przyniosła 

Elthea. Egil zaś znowu szturchnął Aronę łokciem. 

— Czy  wy  rzeczywiście  tracicie  czas  na  zapisywanie  każdej  drobnej  sprzeczki  między 

starymi  kobietami?  Twoja  pracowitość  jest  godna  podziwu,  lecz…  —  Umilkł,  gdyż  Raula 
córka Mylene znowu podniosła wrzeciono. 

— Sprawa żelaznego garnka zawiera w sobie kilka spraw. Po pierwsze: wedle zwyczajów 

z wioski Elyshabet córki Siger nie była to transakcja, więc Loyse zawarła ją nieuczciwie. Po 
drugie: Loyse córka Annet nie dotrzymała warunków tej umowy, ponieważ skaleczone ramię 
Lowri  córki  Elyshabet  ropiało,  gdy  znajdowała  się  pod  jej  opieką.  Po  trzecie:  haftowane 
kawałki  tkaniny,  które  obejrzałyśmy,  to  odpowiednia  zapłata  za  dach  nad  głową  i 
wyżywienie,  które  Loyse  ofiarowała  rodzinie  Elyshabet.  Po  czwarte:  Elyshabet  córka  Siger 
nie  zrozumiała  w  pełni  transakcji,  gdyż  nie  wyjaśniono  jej  tego  w  jej  własnej  mowie.  W 
przyszłości więc wszystkie transakcje pomiędzy cudzoziemkami i nami będą zawierane przy 
pomocy tłumaczki i będziemy dokładnie wypytywać o ich zwyczaje w tych sprawach. Lecz w 
tym  przypadku  rozkazujemy,  żeby  zwrócono  rzeczony  kocioł  Elyshabet  córce  Siger. 
Oferujemy  jej  też  w  zamian  za  niego  opuszczoną  obecnie  farmę  Viridis  córki  Nilyry,  jeżeli 
zgodzi się, żeby przerobiono go na lemiesze i narzędzia. Egil wstał. 

background image

— Zgadzam się — powiedział, jakby garnek należał do niego. 
Najstarsza Matka zignorowała go. 
— Czy  jest  to  do  przyjęcia  dla  ciebie,  Elyshabet  córko  Siger?  —  zapytała.  Czarownica 

przetłumaczyła słowo w słowo. Lisha spochmurniała i podrapała się w głowę. 

— Będę  musiała  się  nad  tym  zastanowić  —  zdołała  odpowiedzieć  i  uciekła  do  swojej 

roboty  przy  grządkach.  Egil  też  opuścił  zgromadzonych  i  dołączył  do  matki.  Egil  jest  zbyt 
pewna siebie, pomyślała nie pierwszy raz Arona, pośpiesznie zapisując wyrok. 

Kiedy  kobiety  się  rozeszły,  młoda  kronikarka  aż  wyciągnęła  szyję  próbując  podsłuchać 

rozmowę Egila i jego matki. 

— Będziemy mieli własną ziemię — namawiał ją. — Nie będziesz już musiała być służącą 

u tej starej kobiety. 

— Ściśle  rzecz  biorąc,  nie  jestem  służącą  —  odrzekła  Lisha  spoglądając  na  niego  spode 

łba. 

Elthea, która usłyszała tę wymianę zdań, zawróciła. 
— Twoja matka jest ze mną szczęśliwa i nie lubi pracy na roli — powiedziała. 
— Zdaję sobie sprawę, że straciłabyś doskonałą krawcową — z jadem w głosie odparował 

Egil.  —  Matko!  —  Podszedł  do  Lishy  i  położył  jej  ręce  na  ramionach.  —  Nie  musiałabyś 
pracować  w  polu  jak  tutejsze  kobiety.  Ja  jestem  od  tego!  Znów  byłabyś  panią  we  własnym 
domu  i  mogłabyś  troszczyć  się  o  wszystkie  moje  siostrzyczki  i  braci.  Oczywiście  wiem, 
matko, że nigdy nie przedłożyłabyś swojego widzimisię nad dobro rodziny i wioski. Prawda, 
ż

e nie? 

— Muszę  się  zastanowić,  Egilu  —  odparła  spokojnie,  skinieniem  głowy  zamykając 

sprawę. 

Chłopak  z  wściekłością  walnął  siekierą  w  pień  powalonego  drzewa.  Pewnego  dnia… 

pewnego dnia będzie kimś w tej wiosce i nikt już go nie odprawi jak żebraka. Wtedy właśnie 
kronikarka Maris minęła go niosąc tabliczki. 

— Pani Maris — odezwał się uprzejmie. — Czy mogę cię o coś zapytać? 

background image

R

OZDZIAŁ ÓSMY

 

C

ZAS PRÓBY

 

 
Była  to  długa,  ciężka  zima.  Przymierali  głodem.  Arona  miała  dużo  do  pisania,  ponieważ 

wszyscy z trudem nad sobą panowali. W szczególności zaś Huana córka Siger kłóciła się ze 
wszystkimi w wiosce jak nie z tej, to z innej okazji. Przyprowadziła też przed Radę Starszych 
swoją  córkę  Leatrice  i  pasterkę  Nidoris,  podnosząc  lament  nad  raną  Leatrice  i  oskarżając  o 
niedbalstwo  kobiety,  które  miały  nad  nią  czuwać.  Wygłosiła  tyradę,  że  Leatrice  otrzymała 
staranne wychowanie i że to potworne wysyłać dziewczęta na spęd owiec. 

Leatrice zagryzała wargi, odwracała wzrok i w końcu odsunęła się od Huany najdalej jak 

się dało. Kiedy Rada zechciała wysłuchać Nidoris, młoda pasterka objęła Leatrice ramieniem. 

— Ona świetnie się spisała. Była dzielna i zabiła lisowilka, który porywał nasze jagnięta. 

Jeżeli można mówić o jakimś niedbalstwie, to tylko ze strony jej matki i innych kobiet z ich 
wioski, gdyż pozwoliły, by dorosła nie dostąpiwszy Wtajemniczenia. Nie wiedziała nawet, że 
nie powinna stać na warcie w czasie, kiedy miała miesiączkę. 

Najstarsza Matka skinieniem ręki wezwała do siebie Leatrice. 
— Czy  prawdą  jest  to,  co  mówi  Nidoris?  Dziewczyna  głęboko  odetchnęła  zimnym 

powietrzem. 

— To  prawda,  nie  wiedziałam  o  wilkach  i  krwi  —  powiedziała  drżącym  głosem.  —  W 

domu  nigdy  nie  pasłam  owiec  i  nie  robiła  tego  żadna  moja  przyjaciółka.  Nidoris  nie  miała 
pojęcia, że ja o niczym nie wiem, ona opiekowała się mną jak starsza siostra. Nie wiem, co to 
takiego to wasze „wtajemniczenie”, myślę jednak, że nie zostałam wtajemniczona. 

Wyrok  był  z  góry  przesądzony.  Po  dłuższej  rozmowie  ze  wszystkim  dziewczętami,  które 

brały  udział  w  spędzie,  i  z  ich  matkami,  uwolniono  Nidoris  od  zarzutu  niedbalstwa.  Huanie 
zaś  rozkazano,  by  natychmiast  zgodziła  się  na  Wtajemniczenie  swojej  córki.  Kilka  tygodni 
później ta mała nieznośna kobieta zatrzasnęła z wściekłością wrota stodoły pani Birki, ale nikt 
nie  wiedział,  dlaczego.  Później  Huana  zrobiła  straszny  raban,  kiedy  Leatrice  odeszła,  by 
zamieszkać u minstrelki, pani Ofelis, jako jej uczennica. 

Zanim spadł śnieg, do wioski przybyła inna grupa kupców. Posiniaczona twarz Asty córki 

Lennis  dobitnie  świadczyła,  że  jej  matka  gwałtownie  zareagowała  na  sposób,  w  jaki  się 
zalecała do obcych. Mieszkanki Nadrzecznej Wioski sprzedały niemal wszystko, co miały, w 
zamian za prowiant, narzędzia i sól. Część kobiet musiała się stłoczyć w Gościnnych Chatach, 
które odbudowali pierwsi cudzoziemcy, i uprawiać tamtejsze ogródki. A potem wyszła na jaw 
sprawa  żelaznego  garnka  Elyshabet  córki  Siger.  Arona  nadal  płonęła  ze  wstydu  na  samo 
wspomnienie, jak to skłoniła matkę Egila do pracy u pani Loyse. 

Egil wyglądał teraz jak  kot, który trafił do mleczarni. W połowie jesieni zaczął uczyć się 

czytania  i  pisania  i  wykorzystywał  na  ćwiczenia  każdą  chwilę  wolną  od  pracy  przy 
odbudowie wsi, oporządzaniu mułów i porządkowaniu nowych pól jego matki. Nie tylko nie 
opuścił żadnej lekcji, ale zadawał w dodatku mnóstwo pytań. 

— Dlaczego  macie  tak  wiele  słów  na  coś  tak  prostego?  —  pytał  o  miłość,  ciążę, 

pokrewieństwo i miesiączkę. 

— A  dlaczego  wy  macie  tak  wiele  słów  tyczących  samoobrony?  —  Kronikarka 

odpowiadała  pytaniem,  on  zaś  mógłby  mówić  o  tym  godzinami,  jakby  takie  techniczne 
różnice  rzeczywiście  były  bardzo  ważne!  Jego  legendarna  już  arogancja,  jak  się  okazało,  w 
pewnej  mierze  brała  się  z  jego  obcego  akcentu.  Rozkazał  —  tylko  raz  i  w  obecności  pani 
Maris — by Arona przyniosła mu tabliczkę. Kronikarka porządnie natarła mu uszu. A potem, 
jakby  był  niedorozwiniętym  umysłowo  dzieckiem,  wypowiedziała  te  same  słowa  w  dwóch 
formach: rozkazu i prośby. Mina Egila świadczyła, że wreszcie doznał oświecenia. 

background image

Wydawał się też źle wychowany i zbyt pewny siebie dlatego, że nie znał reguł gramatyki. 
— Co znaczą te krótkie słowa na końcu każdego zdania? — zapytał na siódmej lekcji. 
— Potwierdzają  to,  co  już  wiesz  —  zaczęła  Arona,  po  czym  urwała.  Egil  kończył  każde 

swoje  stwierdzenie  słowem,  które  znaczyło  „to  oczywiste”.  Spędziła  resztę  dnia  ucząc  go 
różnic i chociaż najchętniej używał „trybu twierdzącego”, jak nazwały to pośpiesznie Arona i 
jej przyjaciółki, nauczył się jednak innych. Jeden nawet pobudził go do śmiechu. 

— Arono!  Czy  ta  końcówka  rzeczywiście  znaczy,  że  osoba,  która  to  mówi,  jest  nędzną 

kłamczuchą? — Powtarzał zwrot całymi dniami, rechocząc pod nosem. 

Miał  wszystkie  wady  rozpieszczonej  panny.  Był  leniwy  niczym  kot  i  nie  palił  się  do 

wykonywania obowiązkowych prac w Domu Kronik. Partaczył każdą do tego stopnia, że pani 
Maris  zagroziła  mu  przerwaniem  lekcji.  Wtedy  nauczył  się  wszystkiego  bardzo  szybko  i 
okazał się równie porządny jak sama Arona. Był też pełen pomysłów jak gęś jajek. 

— Kiedy  będę  kronikarzem  —  mawiał  —  dopilnuję,  żeby  te  wszystkie  stare  opowieści 

zostały  wyjaśnione  w  należyty  sposób,  z  podkreśleniem  morału.  Kiedy  będę  kronikarzem, 
oddzielę nonsensy starych bab od stwierdzonych faktów. Kiedy będę kronikarzem… 

Kiedy Sokola Bogini złoży jajko na środku placu wioskowego! 
Arona i Egil z zapałem dyskutowali godzinami o licznych mitach i legendach Nadrzecznej 

Wioski. Dobrze, że Egil nigdy nie zostanie kronikarzem! Na przykład zaszokowało go to, że 
Myrrha  Dama  Lisica,  o  której  Arona  opowiadała  w  jaskini  podczas  Wielkiej  Burzy,  była 
bohaterką  jej  ludu.  On  zaś  widział  w  tej  historii  tylko  zdradę,  trucicielstwo  i  coś  w  rodzaju 
złamania  przysięgi.  Arona  nigdy  nie  zrozumiała,  o  co  mu  chodziło,  ponieważ  w  tej 
starożytnej  legendzie  nigdzie  nie  było  mowy,  że  Dama  Lisica  kiedykolwiek  coś  przysięgała 
zwycięzcom.  Egil  zaś  —  kiedy  już  odbierze  urząd  kronikarza  pani  Maris  i  jej  uczennicy  — 
zamierzał  opowieść  przerobić  nie  do  poznania  i  udostępnić  jej  pierwotną  wersję  tylko 
starszyźnie. Czyżby zaliczał do niej siebie? Arona wzdrygnęła się na samą myśl o tym, co by 
się  stało,  gdyby  ten  niedoszły  kronikarz  zmienił  kroniki.  Och,  gdybyż  pani  Maris  mogła 
usłyszeć  wszystkie  jego  przechwałki!  —  pomyślała  dziewczyna.  Lecz  pani  Maris  prawie 
nigdy  nie  było  w  Domu  Kronik,  gdyż  całymi  dniami  naradzała  się  ze  Starszymi  Matkami  i 
tylko jedna Bogini wiedziała, w jakich sprawach. Arona czuła się bardzo samotna. 

 
Wczesną  wiosną,  pewnego  mroźnego  dnia  w  Miesiącu  Topnienia  Śniegu,  głód,  chłód  i 

nieporozumienia,  wynikłe  ze  stłoczenia  wielu  ludzi  na  niewielkiej  przestrzeni,  jeszcze  raz 
nadały kurs biegowi wydarzeń. Niebo było zachmurzone, a powietrze zimne i wilgotne, choć 
zbliżało  się  południe.  Była  to  nieodpowiednia  pogoda  na  zgromadzenia.  Arona  w 
przemokniętym szalu i zabłoconych butach brnęła z trudem przez powoli topniejący śnieg do 
nowego Domu Mułów. We wsi mieszkało teraz tak dużo ludzi, że nie zmieściliby się nawet w 
Domu  Zgromadzeń.  Zapowiadało  się  więc,  że  dysputa  potrwa  cały  dzień.  Niesłychane  o  tej 
porze roku! 

W kieszeni spódnicy miała parę jabłek i plik glinianych tabliczek, do notowania przebiegu 

kolejnego starcia pomiędzy mieszkankami wioski a cudzoziemkami. 

Pani  Maris,  która  szła  obok  niej,  ruchem  głowy  wskazała  na  kroczącego  za  nimi 

obładowanego Egila. 

— Dobrze sobie radzi — pochwaliła go. Egil dogonił Aronę. 
— Pozwól, że wezmę od ciebie ten ciężar, o piękna — powiedział. 
Włoski  na  ramionach  Arony  zjeżyły  się,  a  ona  nie  wiedziała,  dlaczego.  Byłoby  wielkim 

grubiaństwem z jej strony, gdyby nie zaakceptowała takiej uprzejmej propozycji. 

— Dziękuję  ci,  Egil  —  powiedziała  niechętnie.  Oddając  mu  część  swojego  brzemienia 

zauważyła, że i on niósł tabliczki. Dla niej? Czy dla siebie, żeby się ćwiczyć? 

Zimny wiatr wiejący z gór smagnął twarz dziewczyny, gdy weszła za innymi przez wrota 

do  Domu  Mułów,  jedynego  budynku  tak  obszernego,  że  mógł  pomieścić  pod  dachem  całe 

background image

zgromadzenie.  Kilka  dziewczynek  weszło  na  dach  i  przytwierdzało  kamieniami  koce,  by 
osłonić podwórze przed zbliżającym się deszczem. Przenośne piecyki stały wewnątrz i wokół 
Domu Mułów, starannie zabezpieczone przed przypadkowym wysypaniem się węgli. Dawały 
więcej dymu niż ciepła. 

Pięć  Starszych  Matek  wraz  z  czarownicą  zwaną  Dysydentką,  która  pełniła  funkcję 

tłumaczki,  siedziało  owiniętych  w  koce  na  ławce  w  tyle  budynku.  Dysydentka  wychudła  i 
wyglądała  bardzo  staro.  Tak  samo  pani  Maris.  Arona  przyciągnęła  belę  siana,  przykryła  ją 
kocem  i  usiadła.  Maris  zasiądzie  na  przeciwległym  krańcu  zgromadzenia,  wtedy  nic  nie 
ujdzie uwagi Starszych. Egil ulokował się obok Arony i położył tabliczki na lewo od siebie. 
Wygodnie dla niego, ale nie dla niej. Egil jest nieuprzejma, pomyślała z gniewem Arona. 

Huana  córka  Guntir  i  jej  rodzina  weszły  do  Domu  Mułów,  ale  bez  pani  Noriel. 

Cudzoziemka  miała  gniewną,  lecz  triumfującą  twarz.  Oseberg  wyglądał  na  nieszczęśliwego. 
Wprawdzie  szedł  za  matką,  ale  patrzył  w  tłum.  Przechwycił  spojrzenie  Brithis  i  odwrócił 
oczy.  Brithis,  po  której  było  widać,  że  nosi  w  łonie  dziecko,  popatrzyła  na  niego  zimno  i 
celowo  objęła  ramieniem  Nidoris  córkę  Esthen.  Huana  zaś  zrobiła  taki  grymas,  jakby 
zobaczyła robaka w zupie. 

Najstarsza  Matka  Raula  córka  Mylene  czekała,  aż  wszyscy  znajdą  się  pod  dachem. 

Podniosła  wtedy  wrzeciono,  odwieczny  symbol  autorytetu  mówcy,  i  poleciła  sprawdzić 
obecność. Prawie wszyscy byli obecni. Każda kobieta, która nie mogła przyjść, przysyłała w 
zastępstwie swoją kuzynkę. Wówczas Raula córka Mylene przemówiła: 

— Tym,  że  przyjęłyśmy  cudzoziemki  do  naszej  wioski,  niepokoiłam  się  z  powodu  on—

dzieci. Myliłam się jednak. Cóż bowiem ujrzałyśmy? Dziecinne bójki.  Nasze córki skarżące 
się  na  grubiaństwo  obcych  i  odwrotnie.  Panny  wybierające  siostry–przyjaciółki,  kłócące  się, 
zrywające ze sobą i tym podobne sprawy. — Jej ton wskazywał, iż nie przywiązywała do tego 
wagi. 

Arona  spojrzała  na  Brithis  i  na  Oseberga.  Nieważne?  Najstarsza  Matka  miała  prawo  tak 

uważać. Ale co skłoniło do rozstania takie serdeczne przyjaciółki? Zerknęła na panią Huanę i 
zasępiła się. 

— Tymczasem — powiedziała surowo Raula córka Mylene — w zimie wzniesiono przed 

nas  siedem  spraw  dotyczących  obcych  kobiet.  Musimy  więc  się  teraz  zastanowić,  czy 
cudzoziemki powinny z nami pozostać, a jeśli tak, to które? 

Arona  otworzyła  usta  ze  zdumienia.  Wygnać  te  kobiety,  kiedy  zima  jeszcze  się  nie 

skończyła? A co z ich dziećmi? Och, na początku jedne były bardziej krzykliwe, hałaśliwe i 
niegrzeczne  niż  inne,  jak  Oseberg.  Drugie  zaś  bardzo  nieśmiałe  i  trwożliwe;  bały  się 
pobrudzić  ubranie,  pływać  w  rzece  czy  spocić  się  poza  domem.  Te  stały  się  naturalnymi 
ofiarami  takich  złośnic  jak  Roldeen  córka  Lennis,  która  teraz  zjawiła  się  przed  Starszymi 
Matkami razem z Yelen córką Ander i jej trójką dzieci. 

Roldeen  poskarżyła  się,  że  Karmont  córka  Yelen  użyła  wobec  niej  przemocy.  Karmont 

odważnie stawiła czoło temu oskarżeniu. 

— Ta dziewczyna — powiedziała szyderczo — jest tak duża i podła jak każda on–kobieta 

i to ona dokuczała naszej siostrzyczce Betzy. Zapytajcie ją tylko! 

Betza  córka  Yelen  była  nieśmiałą  dziewczynką  i  nie  chciała  się  bawić  z  miejscowymi 

dziećmi. Kiedy Roldeen po raz pierwszy dała się jej we znaki, pani Yelen oświadczyła: 

— Zajmę  się  tym  —  i  wielkimi  krokami  poszła  do  młyna,  żeby  wszystko  wygarnąć 

Lennis, matce prześladowczym. Wróciła płacząc i zapytała: 

— Do  kogo  się  zwracacie  w  tym  przeklętym  przez  Bogów  miejscu,  by  uzyskać 

sprawiedliwość i przestrzeganie nakazów przyzwoitości? 

Lennis i jej dwie niedobre córki również chciały złożyć jedną czy dwie skargi. 
— Rada  Starszych!  —  zawołały  entuzjastycznie  ich  sąsiadki.  —  Wnieś  to  do  Rady 

Starszych! — I, jak się zdaje, zrobiła to. 

background image

Starsze Matki naradzały się krótko. 
— Roldeen córka  Lennis ma trzymać się z daleka od dzieci Yelen córki  Ander,  a one od 

niej,  dopóki  nie  nauczą  się  ze  sobą  współżyć.  Nidoris  córko  Esthe,  czy  zechcesz  nauczyć 
Betzę  córkę  Yelen  co  nieco  z  samoobrony,  gdyż  nie  nauczyła  się  tego  od  swoich  starszych 
sióstr? 

Naczelna pasterka wstała i rzekła: 
— Zrobię  to,  ponieważ  wydaje  mi  się,  że  dwie  najstarsze  córki  pani  Yelen  same 

prześladowały innych. Mam pytanie do rady starszych w sprawie Rannulf córki Yelen. 

I  opowiedziała coś niesłychanego. Jedna z jej pasterek, dziecko, które jeszcze nie zostało 

Wtajemniczone, wyznała, że nie podoba jej się to, w co potajemnie bawiła się z nią Rannulf 
córka Yelen. 

— Bawiły  się  w  wizytę  Sokolnika  —  powiedziała  Nidoris.  —  Gdzie  tamto  dziecko  tego 

się nauczyło? Czy mamy je traktować jak młodego Sokolnika? 

Starsze  Matki  naradziły  się  z  czarownicą  i  z  Nidoris.  Dziewczynka—goniec  pobiegła  po 

Rannulfa.  Arona  usłyszała  odwieczne  oskarżenia  małego  dziecka:  —  Ona  pierwsza  zaczęła! 
— Młoda kronikarka odłożyła zapisaną tabliczkę i sięgnęła po następną, lecz jej nie znalazła. 

— Egil? — zapytała. — Spojrzał na nią ponuro. — Czy mogłabyś mi podać jedną z moich 

tabliczek? — poprosiła grzecznie. 

— Nie potrzebujesz ich do czegoś takiego — oświadczył. 
— Właśnie, że potrzebuję! — wypaliła i gdy nie chciał się ruszyć, sięgnęła ponad nim, by 

mu  ją  odebrać.  Straciła  równowagę  i  upadła  mu  na  kolana.  Złapał  ją,  przytrzymał  i  zbliżył 
twarz do jej ucha. — Egil — powiedziała ostro. — Puść mnie i podaj mi tabliczkę! 

— Kronikarko!  —  Głos  Najstarszej  Matki  przeciął  wrzawę  niczym  lodowaty  wiatr  z 

Sokolej Turni. — Czy masz coś do powiedzenia na tym zgromadzeniu? 

Upokorzona dziewczyna odpowiedziała: 
— Egil córka Elyshabet  nie chce mi oddać moich tabliczek i drażni się ze mną! Powiedz 

jej, że to nie czas na dziecinne figle! 

Egil  puścił  ją  i  uprzejmie  podał  jej  trzy  tabliczki,  dodając  cicho,  ale  tak,  że  wszyscy  to 

usłyszeli: 

— Wystarczyło, żebyś poprosiła, moja droga. 
— Nie jestem „twoja droga”! — szepnęła, bliska płaczu ze wstydu i wściekłości.  Ledwie 

zdołała  zanotować  werdykt  rady  starszych,  że  Rannulf  córka  Yelen  ma  zaprzestać  takich 
zabaw  pod  groźbą  Odłączenia  i  że  trzeba,  by  pani  Birka  porozmawiała  z  panią  Yelen  w 
sprawie nauczenia go tego, co powinien wiedzieć. 

— Czy powinno się pozwolić cudzoziemkom na spotykanie z kupcami przybywającymi z 

zewnątrz?  —  brzmiało  następne  pytanie.  Wywołało  to  tak  głośną  burzę  komentarzy,  że 
Najstarsza Matka musiała wstać, żeby je uciszyć. 

— Nie, nigdy! Dość mamy własnych kłopotów! 
— Co, jeśli Sokolnicy dowiedzą się o tym? 
— Co, jeśli wtargnie do nas więcej obcych? 
Asta córka Lennis po raz pierwszy w życiu podniosła rękę na zgromadzeniu. 
— Myślę,  że  możemy  wiele  uzyskać  od  kupców  i  od  obcych  —  powiedziała  drżącym 

głosem. — Przypomnijcie sobie, jakie dobre były dla nas po Wielkim Poruszeniu! One znają 
rzeczy, o których nie mamy pojęcia. 

— Nie w tym rzecz — sprzeciwiła się Natha dziecko Lorin. 
— Porozmawiamy  o  tym  po  powrocie  do  domu,  młoda  damo  —  warknęła  Lennis,  która 

zawsze przewodziła frakcji izolacjonistek. Egil córka Elyshabet podniósł wtedy rękę. 

— Wydaje  mi  się,  że  niektórzy  z  nas  mają  rodziny,  które  za  nami  tęsknią.  Czy  nie 

powinniśmy powiadomić ich, że żyjemy i że jesteśmy tutaj bezpieczni? — zaproponował. 

background image

— Trafna  uwaga!  —  wykrzyknął  ktoś  i  debata  toczyła  się  dalej  przez  ponad  godzinę. 

Arona,  jedząc  jabłko,  od  czasu  do  czasu  notowała  ważniejsze  punkty.  Egil  pochylił  się  ku 
niej. 

— Wrzeszczą jak stado gęsi, które wyczuły lisa — szepnął. 
— Czy  masz  coś  więcej  do  powiedzenia  na  tym  zgromadzeniu,  Panie  Kronikarzu?  — 

zapytała lodowatym tonem. 

— Zachowujesz się jak jedna z tych mściwych dziewuch o ptasich móżdżkach, które stale 

ciągną się za włosy — powiedział tak, jakby doznał zawodu. — Myślałem, że jesteś lepsza od 
reszty. — Zamilkł, gdy Huana córka Guntir podeszła do Rady Starszych. Noriel córka Auriki 
stanęła naprzeciw niej z pochyloną głową, skręcając chustkę w wielkich czerwonych rękach. 
Najstarsza Matka podniosła wrzeciono. 

Pani Noriel zadarła do góry brodę. Wyglądała, jakby niedawno płakała. Czy pani Huana i z 

nią się pokłóciła? O co tym razem poszło? 

Starsze  Matki  zajęły  swoje  miejsca,  a  małe  dziewczynki  dodały  drew  do  przenośnych 

piecyków i przegarnęły węgle. 

Huana spiorunowała wzrokiem kowalkę. 
— Oskarżam  kobiety  z  tej  wioski  o  ohydne,  nienaturalne  praktyki.  Nie  wychodzicie  za 

mąż  jak  przyzwoite  niewiasty.  Nie  macie  pojęcia,  kto  płodzi  wasze  dzieci.  Parzycie  się  jak 
dzikie  zwierzęta  podczas  rui.  No,  a  teraz,  wiem,  co  jeszcze  robicie!  —  zawołała  mściwie. 
Ponieważ  wypowiedziała  większość  tych  obelg  w  swoim  języku,  tylko  kilka  słuchaczek 
podniosło  brwi.  —  A  teraz  ta,  ta  ona–mężczyzna,  która  wygląda  i  zachowuje  się  jak 
mężczyzna, zaproponowała mi coś obrzydliwego! 

— Myślałam,  że  mnie  lubisz  —  wyjąkała  olbrzymia  kowalka  wycierając  oczy.  — 

Wydawało  mi  się,  że  dobrze  nam  się  żyje.  —  Zwróciła  się  do  starszyzny.  —  Zapytałam  ją, 
czy zechciałaby być moją siostrą–przyjaciółką. Nigdy mi się nie śniło, że nie cierpi mnie tak 
bardzo, że się o to obrazi. 

Dysydentka zapytała łagodnie w języku Huany: 
— Czy zrozumiałaś, o co jej chodziło? Cudzoziemka się żachnęła. 
— Żebym  została  jej  żoną!  Przecież  nawet  ta  dziewka–kronikarka  powiedziała  mojemu 

synowi, że Noriel znana jest z tego, iż kocha kobiety! 

Kowalka  rozpromieniła  się  tak,  jakby  była  to  największa  pochwala.  Natychmiast 

potwierdziło to kilka głosów z tłumu. 

— Nakarmiła  mnie  i  moje  córki  wtedy,  gdy  byłam  taka  chora  —  wykrzyknęła  jakaś 

niewiasta  —  i  poprosiła  tylko,  żebyśmy  zrobiły  to  samo,  kiedy  inna  kobieta  znajdzie  się  w 
potrzebie. 

— Obroniła  mojego  małego  Jommy’ego  przed  tą  wielką  złośnicą  Lennis  —  dodała  pani 

Lorin — i zawsze była dobra dla wszystkich. 

— Ona  pierwsza  zaoferowała  cudzoziemkom  pożywienie  i  dach  nad  głową,  kiedy 

przybyły  do  nas  głodne  i  bezdomne  —  wtrąciła  trzecia.  I  patrzcie,  jak  jej  za  to  odpłaciły, 
przeszło wszystkim przez myśl, choć nikt nie powiedział tego na głos. 

Młoda, lecz duża i włochata ręka podniosła się z miejsca, w którym siedziała rodzina Lishy 

i zbyt dobrze znany Aronie głos stwierdził gładko: 

— Moje  dobre  damy,  najwidoczniej  mamy  tu  do  czynienia  z  jeszcze  jednym 

nieporozumieniem  wynikłym  z  niewłaściwego  tłumaczenia,  gdyż  wydaje  mi  się,  że  słowo, 
którego użyła, znaczyłoby w naszym języku „filantropka”. 

Najstarsza Matka z wdzięcznością skinęła głową. 
— Dziękuję  ci,  pani  Egil.  Mogę  cię  jeszcze  raz  poprosić,  żebyś  coś  nam  dzisiaj 

przetłumaczyła. — Arona zacisnęła zęby ze złości. 

Raula córka Mylene wskazała wrzecionem na Huanę i zapytała ją: 
— Jeżeli poczułaś się tak bardzo obrażona, dlaczego zostałaś z Noriel córką Auriki? 

background image

— Wzięła  Oseberga  na  naukę.  Dałabym  za  to  wszystko  z  wyjątkiem  mojego  honoru  — 

wyznała Huana z pochyloną pokornie głową. 

— Ja  potrzebowałam  uczennicy.  —  Pokręciła  głową  Noriel.  —  Nie  musiałaś  udawać  w 

tym celu przyjaźni. — Wysmarkała się energicznie. — I nie jestem Loyse córką Annet, żeby 
zmuszać  kogoś  do  mieszkania  ze  mną  wbrew  woli.  —  Łzy  znów  popłynęły  jej  z  oczu  i 
odwróciła się. 

— Ta sprawa wydaje się prosta — oświadczyła Najstarsza Matka. — Huana córka Guntir 

może opuścić dom Noriel córki Auriki i udać się, dokąd zechce. Nie musiałaś wznosić przed 
nas takiej prostej sprawy. Czy jest coś jeszcze? 

— Tak!  —  zawołała  gniewnie  cudzoziemka.  —  Kazałyście  uczyć  moją  córkę  rzeczy, 

których żadna przyzwoita panna nie powinna znać! 

Mylene zmarszczyła brwi. 
— Myślę,  że  mamy  tu  do  czynienia  z  jeszcze  jedną  różnicą  w  obyczajach.  Muszę  się 

dowiedzieć, czego uczy się w twojej wiosce o panieństwie i kobiecości. — Huana otworzyła 
usta. Głęboki rumieniec zalał jej twarz i zasłoniła ją szalem. Najstarsza Matka zaproponowała 
łagodnie:  —  Nie  Wtajemniczone  nie  muszą  tego  słuchać.  Dziewczęta,  czy  zabierzecie  stąd 
dzieci? 

— I chłopców — wykrztusiła Huana. 
Arona ze złośliwą satysfakcją zobaczyła, jak wyprowadzono Egila razem z grupą małych 

dziewczynek. Później Raula córka Mylene ponagliła cudzoziemkę: 

— Co powiedziano ci o miesiączce? 
Huana zamrugała oczami, żeby ukryć łzy wstydu. 
— Moja  matka  uderzyła  mnie  w  twarz,  żeby  krew  zarumieniła  mi  policzki.  Ostrzegła 

mnie, że teraz mogłabym przynieść wstyd naszemu imieniu, więc od tej pory muszę skromnie 
się  zachowywać.  I  tego  samego  nauczyłam  Leatrice,  chociaż  Morghat  rozpuścił  ją  i  nie 
zawsze postępowała, jak na cnotliwą pannę przystało. 

— Ale czy dowiedziałaś się, skąd się biorą córki? 
— Powiedziano mi, że dzieci są darem Bogów dla zamężnych kobiet — odparła spiesznie 

Huana — lecz dla niezamężnych są owocem hańby. Dlatego każda panna musi tak bardzo się 
pilnować. 

— Jednak  Leatrice  nie  wiedziała,  skąd  się  biorą.  Była  to  pierwsza  rzecz,  o  którą  mnie 

zapytała — wtrąciła kapłanka. 

— Chowałam ją tak, żeby była niewinna jak małe dziecko, bo kiedy panny wiedzą o takich 

rzeczach, może najść je chętka, by tego spróbować. W każdym razie nie należy o tym mówić 
w obecności przyzwoitych ludzi — powiedziała rozpromieniona Huana. 

Mylene spochmurniała. 
— To  okrutne  posyłać  dziewczynę,  żeby  poczęła  dziecko,  kiedy  nie  wie,  co  się  z  nią 

stanie. A jeśli nie chce mieć dziecka? Może się okazać, że ją do tego zmuszono. 

Huana prychnęła pogardliwie. 
— Jeżeli  zostanie  do  tego  zmuszona  siłą,  jest  zhańbiona  i  dlatego  najlepiej  obroni  się 

siedząc w domu i słuchając matki! Moja matka wychowała mnie bardzo surowo, żeby nigdy 
nie  padł  na  mnie  nawet  cień  podejrzenia,  tak  jak  wychowała  ją  jej  matka.  Jej  matka  była 
bowiem  służebną  pewnej  damy  na  zamku  jednego  z  wielmożów  i  znała  obyczaje  wyżej  od 
nas  postawionych  osób.  Owdowiała  przed  przybyciem  do  Cedrowego  Szczytu,  ale  Oseberg 
nosi imię jej ukochanego zmarłego małżonka. 

Czarownica  odetchnęła  głębiej  i  spojrzała  na  Huanę  ze  współczuciem,  ale  się  nie 

odezwała. 

— Huano córko Guntir, wyjaśnij nam, co to jest „małżeństwo” — powiedziała Najstarsza 

Matka. 

Cudzoziemka spojrzała na nią z zakłopotaniem. 

background image

— To  znaczy,  że  wydaje  się  pannę  za  jakiegoś  mężczyznę,  żeby  prowadziła  jego  dom, 

rodziła i wychowywała jego dzieci i — tu zaczerwieniła się — była mu uległa i żeby słuchała 
go przez wszystkie dni jej życia albo jego. 

— Czy byłaś szczęśliwa prowadząc takie życie? — Raula córka Mylene podniosła brwi. 
Huana zrobiła się purpurowa. 
— Żadna  przyzwoita  zamężna  kobieta  nigdy  nie  odpowiada  na  takie  pytanie  ani  go  nie 

zadaje!  Przyzwoita  niewiasta  spełnia  swój  obowiązek,  to  znaczy  jest  skromną  panną, 
posłuszną  żoną  i  czujną  matką.  Ja  wypełniłam  go  bez  względu  na  wszystko!  Mężczyźni, 
nawet  własny  mąż,  będą  próbowali  sprowadzić  cię  z  drogi  cnoty,  dzieci  będą  rzucały  ci 
wyzwanie  i  ganiały  jak  łobuziaki,  albo  wpadną  w  pazury  dziwki,  której  twój  syn  zrobił 
dziecko,  a  która  potem  ma  czelność  twierdzić,  że  jest  jego  ojcem.  Inni  mogą  śmiać  się  i 
szydzić ze mnie, ale ja nigdy nie uchybiłam swoim obowiązkom! 

Pani Yelen nachyliła się do matki Brithis i szepnęła przepraszająco: 
— Ona zawsze miała bzika na punkcie przyzwoitości. 
— Czy to znaczy, że jest pełna złości jak gęś jajek? — odpowiedziała kwaśno Natha córka 

Lorin.  —  Ona  nienawidzi  wszystkiego  i  wszystkich.  Czyż  nie  widziałyśmy  tego  na  własne 
oczy?  Ale  tym  razem  się  przeliczyła.  Zaczekaj,  a  sama  się  o  tym  przekonasz.  —  Ruchem 
głowy  wskazała  na  siedzącą  sztywno  Noriel  o  twarzy  nieruchomej  jak  maska.  Najstarsza 
Matka znów podniosła swoje wrzeciono. 

— Huano córko Guntir — powiedziała łagodnie — nasze zwyczaje służyły nam dobrze od 

pokoleń i, jak się zdaje, lepiej niż wasze tobie. Tak jak Leatrice córka Huany… 

— Dziecko Morghata! — zawyła cudzoziemka. 
— …została  Wtajemniczona,  tak  wszystkie  obce  panny  będą  uczone  tego  samego,  co 

nasze.  Ci  z  was,  którzy  są  płci  męskiej,  będą  uczeni  tego  samego,  czego  uczono  naszego 
Jommy’ego przed wielu laty. — Skinęła głową. — Możesz teraz wrócić na swoje miejsce. 

Spojrzała na niebo i zarządziła przerwę na gorący posiłek. Huana rozejrzała się dookoła w 

blasku  wyblakłego  słońca.  Było  południe.  Zimny  wiatr  szarpnął  jej  szalem.  Pomyślała  o 
ciepłym, przytulnym domu przy kuźni i jego przyjaznym ognisku, gdzie wszystko urządzone 
było  tak,  jak  to  lubiła.  Noriel  dała  jej  wolną  rękę,  prawie  tak,  jakby  była  panią,  nie  zaś 
służebną.  Mogłaby  przygotować  dla  nich  smaczną  ziołową  herbatę  i  miskę  gorącej  zupy. 
Mogła — i nagle wydało się jej, że ktoś uderzył ją w brzuch. Nie może wrócić do domu przy 
kuźni.  Dokąd  pójdzie?  Nie  miała  krewnych,  którzy  mogliby  ją  przyjąć.  Jej  ziomkowie 
spoglądali na nią obojętnie, a niektóre mieszkanki wioski triumfująco. Chwyciła Oseberga za 
rękę. Chłopak popatrzył na nią bezradnie. Brithis zaś, ta mała łajdaczka, wyszczerzyła do niej 
zęby w złym uśmiechu. 

Znalazła belę siana w odległym kącie stajni i zaczęła płakać. 
Arona  tymczasem  zebrała  swoje  tabliczki  i  przemknęła  się  chyłkiem  do  wyjścia.  Maris 

przyłączyła  się  do  niej  w  drodze  do  Domu  Kronik.  Spojrzenie  starej  kronikarki  było  równie 
zimne jak wiatr wiejący z Sokolej Turni, jak ton Najstarszej Matki. 

— Zrobiłaś  z  siebie  żałosne  przedstawienie  tego  ranka  —  powiedziała  do  zaskoczonej 

dziewczyny. 

— Ja?! — wypaliła Arona nie mogąc pohamować gniewu. — To Egil… 
— Dziecinne wykręty niegodne są panny w twoim wieku, a zwłaszcza mojej uczennicy. 
— Ależ, pani… — zaczęła błagalnie dziewczyna. 
— Ani słowa więcej, Arono córko Bethiah — rozkazała kronikarka, a potem przystanęła. 

—  Już  od  jakiegoś  czasu  chciałam  przedyskutować  z  tobą  błędy,  które  zrobiłaś  w 
dokumentach dotyczących cudzoziemców. 

Dziewczyna nie mogła powstrzymać się od płaczu. Łzy popłynęły z oczu i pociekło jej z 

nosa, i musiała posłużyć się chustką i skrajem szala. 

background image

— Te  cudzoziemki  ciągle  zmieniają  swoje  imiona  i  opowieści  i  od  ich  przybycia  miałam 

więcej  do  pisania  niż  kiedykolwiek  dotąd!  Musiałam  też  udzielać  lekcji  Egil,  a  mój  on–
uczennica  uwielbia  dokuczać  młodszej  od  siebie  nauczycielce.  Próbowałam,  pani, 
próbowałam, ale ostatniej jesieni były takie dni, kiedy znikąd nie miałam pomocy, gdyż ty tak 
często odchodziłaś, żeby naradzać się ze Starszymi Matkami! 

Maris skierowała się w stronę Domu Kronik. Kiedy tam weszły, nabrała kubkiem gorącej 

wody  z  kotła,  który  zawsze  wisiał  nad  ogniskiem.  Arona  wytarła  nos,  podczas  gdy  jej  pani 
wrzuciła do kubka szczyptę suszonych ziół. 

— Widzę, że to wszystko cię przerosło — powiedziała w zamyśleniu. — Może powinnam 

wziąć inną uczennicę. Proponowano mi to. 

Arona  zaniemówiła.  Inną  uczennicę  zamiast  niej?! Pomimo  wszystkich  Arony  wysiłków! 

To  niesprawiedliwe!  Ale  kiedy  rzuciła  spojrzenie  na  nieruchomą  jak  maska  twarz, 
zrozumiała,  że  nie  użyje  tych  słów  wobec  Maris.  „Proponowano  mi  to”.  Kto?  Czyżby  to 
Starsze  Matki  się  poskarżyły?  Podjęła  ryzyko  i  teraz  za  to  płaci.  Zabrała  głos  na 
zgromadzeniu  i  wpadła  z  Lowri  do  domu  Dysydentki.  Powinna  była…  Nie,  jeszcze  raz 
zrobiłaby to dla chorego dziecka, bez względu na karę. 

Powinna była wszakże milczeć podczas zgromadzenia. Mogła to zrobić. Znowu rozbolała 

ją  głowa.  Wysączyła  ziołową  herbatę  i  powoli  zjadła  talerz  zupy.  Spojrzała  na  swoją 
nauczycielkę  szukając  u  niej  pociechy,  lecz  jej  nie  znalazła.  Czując,  jak  robi  jej  się  słabo, 
gorączkowo  się  zastanawiała,  kim  będzie  ta  nowa  uczennica?  Czy  okaże  się  lepsza  od  niej? 
Skończyła  zupę,  przeprosiła  Maris  i  wyszła  z  domu.  Na  zewnątrz  potężniał  zimny  wiatr  i 
niebo  chmurzyło  się  coraz  bardziej.  Przyniosło  jej  to  ulgę.  Od  ostrego  światła  po  burzy 
zawsze bolały ją oczy i głowa. 

Ułożyła  zapisane  tabliczki  w  skryptorium  —  czy  robi  to  już  dla  nowej  dziewczyny?  —  i 

zaopatrzyła  się  w  nowe,  owinięte  w  wilgotne  ręczniki.  Zatrzymała  się  w  swojej  izbie,  by 
wziąć  czystą  chustkę  do  nosa  i  po  namyśle  wzięła  dwie.  Zawsze  miała  katar  w  brzydką 
pogodę. 

Wróciła  pośpiesznie  na  swoje  poprzednie  miejsce  w  Domu  Mułów  i  odsunęła  się  z  belą 

siana, chcąc siedzieć samotnie. Kiedy Starsze Matki i mieszkanki wioski zaczęły się schodzić, 
zatrzymała Brithis i, sama nieszczęśliwa, zapytała współczująco: 

— Kuzynko, co zaszło między tobą i Oseberg? Brithis podniosła wyżej głowę. 
— No  cóż,  jeśli  któraś  jest  tak  zazdrosna,  że  może  kochać  tylko  swoje  dziecko,  nie 

zasługuje  na  przyjaciółki.  —  Miała  zaczerwienioną  twarz  i  zapuchnięte  oczy.  —  Ta  jej 
straszna  matka  przeciągnęła  ją  na  swoją  stronę  —  wyznała  przygnębiona.  —  A  niech  tam! 
Cieszę się, że pani Noriel ją wyrzuciła! Mam nadzieję, że zamarznie, umrze z głodu, że pożrą 
ją wilki, że znajdą ją Sokolnicy i zabiorą na Sokolą Turnie i nakarmią nią swoje ptaki! 

Arona  musiała  się  roześmiać  i  uścisnęła  mocno  Brithis.  Pogarda,  jaką  Egil  okazywał  dla 

takich  przejawów  zemsty,  wydała  się  jej  jeszcze  zabawniejsza  i  po  chwili  również  Brithis 
wybuchnęła śmiechem. Najstarsza Matka ponownie podniosła wrzeciono. Maris córka Guidas 
podeszła do niej razem z Egilem. 

— W  sprawie  petycji  Egil  córki  Elyshabet,  panny,  która  pragnie  zostać  uczennicą 

kronikarki — zaczęła Paula córka Mylene. 

Arona wypuściła ze zmartwiałych nagle rąk tabliczkę, która upadła zapisaną stroną w błoto 

na  dziedzińcu  Domu  Mułów;  zatarły  się  niektóre  znaki.  Ale  dziewczyna  prawie  tego  nie 
zauważyła.  Z  otwartymi  ustami  wpatrywała  się  w  Egila  i  w  Maris,  dla  której  pracowała  tak 
ciężko  i  tak  dobrze.  Miała  wrażenie,  że  jej  wnętrzności  zamarzły  na  kość.  Jęknęła  i  łzy 
popłynęły jej po policzkach. Miała wrażenie, że pęka jej głowa. 

— Petycja  zatwierdzona  —  odrzekła  Najstarsza  Matka.  Powiedziała  jeszcze  więcej,  lecz 

Arona  słyszała  tylko  niezrozumiałą  paplaninę.  Nie  mogła  podnieść  tabliczki  ani  niczego 
zapisać. Siedziała w szoku, kiedy podszedł do niej Egil. 

background image

— Wygląda  na  to,  że  odtąd  będziemy  razem  pracować!  —  powiedział  wesoło.  —  Ejże, 

Arono!  Dlaczego  płaczesz?  —  Podał  jej  chusteczkę.  Na  jego  twarzy  malowało  się 
zakłopotanie i irytacja. — Czy nie cieszysz się razem ze mną? 

background image

R

OZDZIAŁ DZIEWIĄTY

 

S

OKOLA 

Z

IMA

,

 

S

OKOLA 

W

IOSNA

 

 
Promienie  słońca  wydawały  się  równie  zimne  i  mokre  jak  śnieg,  który  wciąż  lgnął  do 

domów  i  stodół.  Arona  przetarła  oczy  i  ruszyła  z  trudem  szeroką,  wydeptaną  ścieżką  do 
Domu  Kronik.  Była  wymizerowana  i  chuda.  Zmęczenie  i  upór  kładły  się  cieniem  na  jej 
wklęsłych policzkach. Wszyscy głodowali tej zimy. 

Od  jutrzejszego  ranka  Egil  on–córka  Elyshabet  (oby  Jonkara  wydarła  szponami  jej 

kłamliwą duszę z pięknego ciała!) zamieszka w Domu Kronik. 

— Pani, jak mogłaś?! — wybuchnęła śpiesząc, by dogonić starą kronikarkę. 
Maris westchnęła i wzięła Aronę za rękę. 
— Miałaś  rację:  jest  za  dużo  pracy  dla  jednej  osoby,  a  Egil  kocha  to  tak  samo  jak  ty. 

Zobaczysz, że wszystko dobrze się ułoży. 

— Czy  słyszałaś  jego  szaleńcze  wypowiedzi  o  tym,  co  zrobi,  kiedy  zostanie  kronikarką? 

— Nie ustępowała Arona. 

Maris zakaszlała, a potem zachichotała cicho. 
— Jak  sobie  przypominam,  wszystkie  inteligentne  młode  dziewczyny  mają  oryginalne 

pomysły. Czy ty  nie zamierzałaś zmienić Dom  Kronik w  Dom Magii i  nauczyć się każdego 
rytuału, jaki zdołałaś znaleźć, żeby pomagał ci w pracy? 

Dziewczyna  nie  odpowiedziała.  Od  przybycia  obcych  nie  miała  już  czasu  na  folgowanie 

swoim  zamiłowaniem.  Nawet  w  samym  środku  zimy  musiała  dawać  lekcje  Egilowi  i  aż  do 
bólu  palców  robić  na  drutach  nową  odzież  na  miejsce  starej,  która  zniszczyła  się  podczas 
Wielkiej Burzy. Ukryte za łóżkiem jej własne zwoje pokryły się kurzem. 

Spędziła  tę  noc  bezsennie.  Mogła  tylko  mieć  nadzieję,  że  Egil  będzie  bardziej  jej 

przyjacielem niż rywalem. 

Przyszedł  o  świcie.  Miał  władczą  postawę  i  gesty.  Arona  zjeżyła  się,  chociaż  obiecała 

swojej pani, że będzie uprzejma. Maris nie czuła się dobrze i nie miała sił na głupstwa. 

— Wiem,  że  kłóciliście  się  w  przeszłości  —  powiedziała  łagodnie,  obejmując  każde 

ramieniem  —  ale  teraz  moje  uczennice  muszą  zapomnieć  o  kłótniach  i  stać  się  jak  jedna 
istota.  Arono,  bądź  tak  grzeczna  i  pokaż  Egil  swój  pokój,  a  potem  wyjaśnij,  jakie  są  jej 
obowiązki. — Miała zmęczony głos i wyglądała na chorą. 

Egil  zagwizdał  dziwnie  zobaczywszy  niski  pokój  na  strychu  i  zawieszone  na  kołkach 

suknie  Arony,  później  zaś  spojrzał  na  nią  w  zamyśleniu.  Na  dole,  kiedy  powiedziała,  iż  po 
kolei będą wykonywać prace domowe, i podała mu miskę do mycia naczyń, przechylił głowę 
na bok i rzekł: 

— Cieszysz się z tego, prawda? Jak mogła się z tego cieszyć? 
— Staram się tylko być sprawiedliwa — odparła zimno, nadal unikając jego wzroku. 
— Jeżeli jedna osoba lepiej zna się na pracach polowych, a druga na domowych, czy  nie 

byłoby lepiej, gdyby każda robiła to, co umie najlepiej? — pokręcił głową Egil syn Elyshabet. 

Toczyli ten spór od dawna. 
— Jeśli  pani  Maris  zechce  zmienić  ten  zwyczaj,  może  to  zrobić,  ale  ja  nie  — 

odpowiedziała  owijając  szalem  ręce  i  ramiona,  żeby  przynieść  wody.  Egil  poszedł za  nią  na 
zewnątrz,  nabrał  wody  i  przyniósł  wiadra.  Mrugnął  do  Arony,  kiedy  kronikarka,  widząc  to, 
podała dziewczynie ścierkę do naczyń. Spiorunowała go spojrzeniem, on zaś uśmiechnął się 
triumfująco. 

Sprzeczali  się  cały  czas,  myjąc  naczynia,  idąc  do  izby  kronik,  naprawiając  odzież, 

zamiatając i wracając do skryptorium. 

background image

— Pierwszą  rzeczą,  jaką  zrobię  —  powiedział  chłopak  w  zamyśleniu  —  to  zajmę  się  tą 

okropną opowieścią o zdradzie i dodam do niej odpowiednią interpretację. 

— Tylko spróbuj! — rzuciła wyzywająco Arona. — Dobrze wiesz, że pani Maris czeka na 

dokładną relację z wczorajszego zgromadzenia. 

— Och, nie żartuj — odparł kpiąco. — Relację  o tym, że jedna babcia  rozpłakała się, bo 

dziecko  drugiej  podbiło  oko  jej  synowi?  —  Miał  wszakże  dość  sprytu,  żeby  ich  pani  nie 
dowiedziała się o jego lenistwie. Przyłożył się do pracy tak pilnie, jakby tylko o tym marzył. 
Kiedy skończyli, zwinął rękopisy i ostrożnie zakorkował kałamarz. Ale — Arona już się tego 
spodziewała — zrobił awanturę przy skrobaniu  wysuszonych warzyw na gulasz, który  mieli 
zjeść na kolację. Egil jest leniwa, pomyślała pogardliwie. Maris dostrzeże to pewnego dnia. 

Tej  nocy  zaczęła  się  rozbierać  w  pokoju,  w  którym  mieli  teraz  mieszkać  we  dwoje. 

Odwróciła się i zobaczyła, iż Egil wpatruje się w nią tak, jakby chciał ją pożreć. 

— Egil, przestań — powiedziała stanowczo. — To niegrzecznie. 
Roześmiał się cicho. 
— Arono,  nigdy  nie  spodziewałam  się  po  tobie  takiej  fałszywej  skromności,  bo  przecież 

wiesz,  po  co  tu  jesteśmy.  —  Objął  ją  i  trzymał  w  niedźwiedzim  uścisku,  całując  tak  mocno 
jak  za  pierwszym  razem.  Zaskoczona,  odwróciła  się  i  próbowała  się  uwolnić  odpychając 
dłonią jego podbródek. 

— Przestań! — wyjąkała. 
On jednak roześmiał się ponownie i rzekł: 
— Jeżeli  chcesz  załatwić  to  w  ten  sposób…  —  Zobaczyła  wtedy,  że  był  jak  Sokolnik, 

który miał wypełnić swój obowiązek. Nie przyszła tutaj, by począć dziecko! Skąd Egilowi to 
przyszło  do  głowy?  Walczyła  rękami,  stopami,  zębami,  dopóki  się  nie  uwolniła.  Potem, 
całkiem naga, zgramoliła się z drabiny. 

— Pani! — jęknęła i zaczęła szlochać. Stara kronikarka, która drzemała w bujanym fotelu 

przy  ognisku,  podniosła  głowę  i  zwróciła  na  nią  zamglone  snem  oczy.  Arona  uklękła  przy 
Maris i położyła jej głowę na kolanach. 

— On  próbował  zrobić  to,  co  robią  Sokolnicy!  —  wyszlochała.  Użyła  końcówki 

zarezerwowanej  dla  Sokolników  i  samców  w  okresie  rui,  dodając  ostrą  negację.  — 
Oświadczył,  że  wiedziałam,  iż  tak  będzie.  —  Pani  —  poprosiła  —  czy  powiedziałaś  mu,  że 
może to robić? 

Maris zamrugała oczami. 
— Czy miałaś zły sen, moja droga? — zapytała wyraźnie zmieszana. Jej twarz była gorąca 

od ognia. 

— Czy  to  sen?!  —  zawołała  z  jękiem  Arona  i  w  blasku  ogniska  wyciągnęła  ku  niej 

podrapane i posiniaczone ramiona. 

— Walczyłyście ze sobą. To godne pogardy, Arono — rzekła surowo kronikarka. 
— On próbował… pani? Czy mnie nie usłyszałaś? 
— Wróć  na  górę,  moja  droga  i  pogódźcie  się.  Arona  zagryzła  wargi  i  łzy  popłynęły  jej  z 

oczu. 

— To  niesprawiedliwe  posyłać  mnie,  żebym  poczęła  dziecko,  nie  mówiąc  mi  o  tym. 

Słyszałaś,  iż  nawet  Starsze  Matki  tak  powiedziały.  Jeżeli  chcesz,  aby  Egil  spał  na  górze,  ja 
będę spała tu na dole. 

Maris westchnęła i przyjrzała się Aronie. Zauważyła, że dziewczyna jest czymś wyraźnie 

zdenerwowana,  ale  przecież  denerwowało  ją  wiele  rzeczy,  odkąd  Egil  córka  Elyshabet 
przybył  do  wioski.  Co  miała  na  myśli  mówiąc  o  dziecku?  Nikt  niczego  takiego  nie 
powiedział,  oświadczyła  surowo.  Czy  w  takim  razie  wróci  na  górę?  Arona  wytarła  nos 
wierzchem dłoni. — Tylko wtedy, gdy powiesz Egilowi, że nie wolno mu tego robić! — nie 
ustępowała. 

background image

Staruszka  przyjrzała  się  jej  jeszcze  uważniej.  Dziewczyna  wyglądała  na  przerażoną. 

Trudno  było  sobie  wyobrazić  pełnego  szacunku,  mówiącego  łagodnym  głosem  Egila  jako 
prześladowcę,  lecz  stara  kronikarka  przypomniała  sobie  upokorzenia,  jakich  dawno  temu 
doznała od równie cichej i z pozoru łagodnej Pelial córki Kael. — Egil?! — zawołała. — Egil 
córko Elyshabet! Proszę, zejdź na dół. 

Chłopak  narzucił  na  siebie  koszulę  i  spodnie,  zastanawiając  się  szybko.  Ta  Maris  córka 

Guidas  zrobiła  go  swoim  uczniem  zamiast  Arony,  umieściła  ich  w  tej  samej  izbie  i 
powiedziała im, że muszą być teraz jak jedna istota. Cóż innego mogło to oznaczać, jak nie 
to,  że  dała  mu  Aronę  za  żonę?  A  Arona  nie  była  niewiniątkiem.  Z  wielu  źródeł  słyszał,  jak 
dosadną  edukację  otrzymywały  te  kobiety  Sokolników.  Czyżby  oczekiwała  jakichś  działań 
wstępnych?  Pocałunków,  kwiatów,  przysiąg?  Więc  będzie  je  miała!  Ale  nie  pozwoli,  żeby 
traktowano  go jak bandytę tylko dlatego, że domagał się swoich praw. Kiedy Egil zszedł na 
dół, Arona pobiegła na górę i szybko włożyła swoje najgrubsze i najbardziej zasłaniające jej 
postać  szaty.  Zaplotła  warkocze  i  włożyła  miękkie  trzewiki.  Egil  i  Maris  rozmawiali  cicho. 
Stara kronikarka przerwała w pół zdania i rzekła: 

— Nie,  Egil  córko  Elyshabet,  ja  nic  z  tego  nie  rozumiem.  A  teraz  chcę,  żebyście  obie 

poszły na górę i przyrzekły żyć jak siostry tak długo, jak tu jesteście. 

Arona zbadała spojrzeniem twarz Egila w półmroku. Podjęła decyzję. 
— Pozostanę tutaj przy ognisku — odparła.  Zarówno Maris jak i Egil pokręcili głowami. 

Przyjrzała  się  zbyt  muskularnym  ramionom  chłopaka  i  przypomniała  sobie,  jakie  były  silne, 
gdy obejmował ją wbrew jej woli. — Egil — powiedziała zrozpaczona — pójdziesz na górę. 
Ja nie będę tam mogła zasnąć. Zostanę tutaj i dotrzymam towarzystwa naszej pani. 

Zacisnął dłoń na jej przedramieniu. 
— Nie  bądź  niemądra,  Arono  —  stwierdził  tonem  prześladowcy,  który  bliski  jest 

osiągnięcia swego celu. 

Dziewczyna wbiła swoje krótkie, mocne paznokcie w jego rękę, ale bez powodzenia. 
— Pani! — krzyknęła z rozpaczą. 
Maris znowu podniosła głowę, tym razem całkowicie rozbudzona. 
— Nie chciałabym uwierzyć, że wzięłam na uczennicę złośnicę — powiedziała stanowczo. 

— Arono, nie wolno ci się jej bać. Musisz jednak nauczyć się sama przed nią bronić. 

— Idź  pierwszy,  Egilu.  Ja  przyjdę  później  —  nie  wiedząc,  co  począć,  rzekła  cicho 

dziewczyna. — Potem zaś zwróciła się do kronikarki: — Pani  Lennis ma rację. Oni są inni. 
—  Wysmarkała  się  w  czystą  chusteczkę,  którą  podała  jej  Maris.  —  Oni  zachowują  się  jak 
Sokolnicy.  Nie  rozumiemy  ich.  Czy  ty  ich  rozumiesz?  Może  czarownica  ich  rozumie.  — 
Spojrzała w stronę drzwi. 

Staruszka pogładziła ją po włosach. 
— Jest  już  bardzo  późna  pora  dla  kogoś  w  wieku  Dysydentki,  lecz  jeśli  rzeczywiście 

obawiasz się, że Egil będzie cię napastowała, możesz spać ze mną tej nocy, ale tylko ten raz. 
Wiesz, że będziecie musiały nauczyć się żyć razem. 

Arona wiedziała i to przerażało ją najbardziej. Następnego ranka Egil, ubrany i uczesany, 

zbliżył twarz do jej twarzy. 

— Czego żądasz, moja mała siostrzyczko–przyjaciółko? — zapytał cicho. — Przysięgi, że 

będę  ci  wierny  przez  całe  życie?  Czy  chcesz,  żebym  cię  prosił  na  kolanach?  Czy  mam 
zapłacić twojej rodzinie? Wystarczy, że mi to powiesz. Jestem tutaj obcy i nie znam waszych 
zwyczajów. 

— Egil, musisz poprosić — rzekła strapiona. 
— Więc dobrze! Proszę teraz. 
— Nie. Jeszcze nie. Nie, kiedy boję się ciebie. 
— Powiedziałaś,  że  wystarczy  cię  poprosić!  —  syknął  z  wściekłością.  —  Zrobiłem  to.  A 

teraz mnie odtrącasz?! Nie wiem, jaką grę prowadzisz, ale lepiej bądź ze mną szczera. 

background image

Uwolniła się z jego objęć. 
— Myślisz,  że  jestem  twoją  własnością!  —  wykrzyknęła  wstrząśnięta.  —  Dobrze!  Idź, 

zapytaj  Loyse  córkę  Annet,  jak  to  osiągnąć!  I  zostaw  mnie  samą!  —  Zabrała  się  do  swoich 
obowiązków,  a  potem  jęła  dalej  opisywać  ostatnie  zgromadzenie,  podsuwając  Egilowi  pod 
nos stosowne fragmenty. 

Wpatrywał  się  w  nią  w  zamyśleniu  przez  cały  dzień:  przy  pisaniu  i  wykonywaniu  prac 

domowych,  przy  posiłkach  i  później,  kiedy  siedzieli  robiąc  na  drutach  przy  ognisku,  i  na 
krótko przed snem. Wymówiła się wcześnie i kiedy usłyszała, że wchodzi po drabinie, zeszła 
szybko na dół, ciągnąc za sobą swój koc. 

— Muszę  go  zacerować.  —  Potem  siedziała  szyjąc,  póki  oczy  nie  zaczęły  jej  się  same 

zamykać.  Egil  nadal  obserwował  ją  jak  kot  mysią  norę.  Ziewnęła  więc,  przeciągnęła  się  i 
wyszła  z  domu  wspomniawszy  o  ubikacji.  Okręciła  się  kocem  i  cicho  wkroczyła  na  ledwie 
widoczną w mroku ścieżkę. 

Było za ciemno, żeby biec. Szła najszybciej jak mogła, wypatrując przeszkód. Którędy do 

Domu Czarownicy? Z równiny na zachodzie dobiegło ją ponure wycie jakiegoś Psa Jonkary. 
Brzeg koca wlókł się po mokrej, na poły zamarzniętej ziemi. Wyczuwała stopami najmniejsze 
nawet  nierówności  drogi,  gdyż  była  w  miękkich  trzewikach,  które  nosiło  się  tylko  w  domu. 
Zatrzymała  się,  oddychając  bezgłośnie.  Czyżby  słyszała  za  sobą  jakiś  dźwięk?  Jeżeli  Egil 
pójdzie za nią, wyda najgłośniejszy jak zdoła ostrzegawczy okrzyk i dopilnuje, żeby ta sprawa 
trafiła przed radę starszych. 

Dlaczego tak się zachowywał? Zupełnie jak Roldeen i Asta, córki Lennis. Złapała oddech i 

ruszyła w dalszą drogę. Znajome ścieżki wyglądały zupełnie inaczej w mroku, a nie odważyła 
się  wziąć  pochodni  czy  świecy.  Tuż  za  sobą  znów  usłyszała  bardzo  ciche  stąpnięcia. 
Zatrzymała  się.  Coś  miękkiego  i  puszystego  okręciło  się  wokół  jej  nogi.  Nachyliła  się  i 
dotknęła ciepłego futerka. 

— Miau? — zapytał znajomy głos. 
— Ruda Zaraza! — zawołała podnosząc kotkę. Później postawiła ją na ziemi ze słowami: 

— Pokaż mi drogę do Domu Czarownicy, koteczko. Dobrze? — Kotka pomknęła do przodu. 
Arona za nią. Ścieżka nie wydała się jej znajoma, a noc była bardzo zimna. Pomóż mi, Pani 
Czarownico,  prosiła  w  myśli  dziewczyna,  gdy  mroźny  wiatr  szarpał  jej  włosy.  Miała 
wrażenie,  że  uszy  zmarzły  jej  na  kość,  nos  miała  jak  z  lodu.  Wlokła  się  krok  za  krokiem. 
Nagle  potknęła  się  o  przydrożny  kamień  i  osunęła  ciężko  na  kolano.  Pani  Czarownico!  — 
wrzasnęła w myśli. 

— Arono! Arono! — z oddali dobiegło wołanie Egila. Podniosła się z trudem. 
Wtedy  poczuła,  że  jej  umysłem  zawładnął  umysł  czarownicy.  Jej  nogi  same  zaczęły 

kroczyć ścieżką, która, jak jej się przedtem wydawało, prowadziła w niewłaściwą stronę. Bez 
ś

wiatła  słońca,  księżyca,  gwiazd  czy  pochodni  widziała  każdy  szczegół  na  ziemi.  Jej  stopy 

poruszały się coraz szybciej i szybciej, aż w końcu biegła niczym dziewczynka–goniec. Głos 
Egila rozbrzmiewał coraz głośniej. Ostatkiem sił wpadła w otwarte drzwi Domu Czarownicy i 
bez tchu rzuciła się do stóp wychudłej staruszki w skromnej grubej szacie. 

— Usiądź — powiedziała beznamiętnie Dysydentka. Kocioł wisiał nad ogniskiem i płynął 

z niego smaczny zapach zupy. Woń warzyw i mięsa z najstarszej on–gęsi sprawiały wrażenie, 
jakby potrawa gotowała się od wielu dni. Omal nie zemdlała osuwając się na drewnianą ławę. 

— Arono!  —  wołał  gdzieś  na  zewnątrz  Egil.  Czarownica  nalała  zupy  do  czerwonej 

glinianej  miski  i  podała  Aronie  łyżkę  z  tego  samego  materiału,  a  potem  wpatrzyła  się  w 
przestrzeń.  Okrzyki  ucichły  i  dziewczyna  wyczuła,  że  Egil  zawraca  do  Domu  Kronik. 
Zadowolona  z  siebie  Dysydentka  nie  odrywała  spojrzenia  od  Arony,  dopóki  ta  wszystkiego 
nie zjadła. 

— Wiedziałam,  że  musi  do  tego  dojść  —  głos  czarownicy  dotarł  do  dziewczyny  jakby  z 

wielkiej  odległości.  Ruda  Zaraza  wskoczyła  jej  na  kolana  i  z  mruczeniem  zwinęła  się  w 

background image

kłębek. Później Dysydentka usiadła, by nawiązać kontakt myślowy ze starą kronikarką, której 
zmysł telepatyczny był ostrzejszy niż jej wzrok czy słuch. 

 
Egil  przyszedł  do  Domu  Czarownicy  o  świcie,  a  z  nim  oszołomiona  Maris.  Dysydentka 

posadziła ich obok siebie i Arony. 

— Możemy  wnieść  tę  sprawę  przed  radę  starszych  albo  załatwić  ją  tutaj  —  powiedziała 

rozsądnie. 

Twarz starej kronikarki, która sposępniała na myśl o następnym zgromadzeniu, rozjaśniła 

się. Ściągnęła na siebie hańbę, gdyż nie umiała utrzymać porządku we własnym domu. 

— Maris, w żadnym wypadku dziewczyna i on–dziewczyna nie mogą mieszkać w jednym 

pokoju,  chyba  że  zawrą  „małżeństwo”,  o  którym  mówiła  wczoraj  Huana  córka  Guntir  — 
wyjaśniła z niechęcią czarownica; jej siostry odrzucały wszystko, co się wiązało ze sprawami 
płci. — Egil postępował w zgodzie ze swoimi obyczajami. Każdy pies otrzymuje jeden kąsek, 
a  nie  dwa.  Musimy  teraz  ostrzec  wszystkich,  żeby  trzymały  on–dziewczyny  i  dziewczęta 
osobno. Czy ja zwołam zgromadzenie, czy ty to zrobisz? 

Egil  milcząc  wpatrywał  się  w  Aronę  ponad  miską  z  owsianką,  którą  poczęstowała  ich 

gospodyni. 

— Nie  mogę  uwierzyć,  że  nie  miałyście  pojęcia…  —  odezwał  się  wreszcie  i  urwał,  gdy 

Dysydentka  skinęła  głową.  —  Arono,  nigdy  bym  cię  nie  skrzywdził.  Będę  z  tobą  szczery. 
Chcę, żebyś została moją siostrą—przyjaciółką — to najbliższy znaczeniem termin, jaki znam 
w  naszym  wspólnym  języku,  lecz  jest  też  inny,  który  występuje  jedynie  w  starożytnych 
kronikach. Czy mnie rozumiesz? 

Arona przypomniała sobie najstarsze zwoje i wszystkie fragmenty dotyczące tej sprawy. 
— Rozumiem  —  stwierdziła  —  ale  muszę  się  nad  tym  dobrze  zastanowić.  Czy  będę 

zmuszona, tak jak powiedziała to Huana córka Guntir, być ci uległa i posłuszna we wszystkim 
niczym niewolnica? 

— Nie, na Wielkich Bogów! Ta kobieta nienawidzi mężczyzn, małżeństwa i wszystkiego, 

co  jest  z  tym  związane,  poza  poważaniem,  które  zapewnia  tytuł  mężatki.  Wątpię  też,  by  jej 
dziadek  kiedykolwiek  ożenił  się  z  jej  babką,  chyba  że  w  wyobraźni  tej  ostatniej.  Czy 
zauważyłaś, że Oseberg to nazwa miasta, a nie męskie imię? Kochałbym ciebie, troszczył się, 
bronił.  Byłabyś  kimś  ważnym,  gdyż  daleko  już  zaszedłem  tą  drogą.  Nasi  synowie  mogliby 
być znamienitymi obywatelami tego miasteczka. 

Mówił  głównie  w  swoim  języku,  w  którym  było  zbyt  wiele  dziwnych  pojęć,  żeby  Arona 

wszystko zrozumiała. Siedziała mierząc go nieprzeniknionym spojrzeniem piwnych oczu. 

— Czy wyglądałoby to tak, jak w dawnych kronikach, że on–siostry–przyjaciółki stali się 

panami swoich małżonek? — zapytała w końcu. 

— To  wszystko  bajki  i  legendy!  —powiedział  kpiąco.  —  Mam  nadzieję,  że  byłbym  dla 

ciebie  znacznie  lepszy!  Nie  chciałbym  jednak,  żebyś  nasypała  mi  trucizny  do  zupy,  gdy 
odezwę się do ciebie opryskliwie. Rozejm? — Spoglądając na nią z powagą, wyciągnął rękę. 
— Widzę, że uraziłem twoje poczucie skromności i, prawdę mówiąc, przynosi ci to zaszczyt. 
— Wziął ją za rękę nie jak prześladowca, lecz jak przyjaciel. — Ohydna plotka krążąca wśród 
nas…  cudzoziemców…  głosi,  że  tutejsze  dziewczęta  nie  wiedzą,  co  to  skromność.  Teraz 
wiem,  iż  to  nieprawda.  Ale  nie  jesteście  takie  jak  nasze  panny.  Czy  przyjmujesz  moje 
przeprosiny? 

— Przyjmuję  —  zgodziła  się  niechętnie.  Kiedy  w  powrotnej  drodze  Egil  nalegał,  że 

przeniesie swoje rzeczy do piwnicy albo do stajni, jej podejrzenia zmalały. Tej pierwszej nocy 
spała  jednak  lekkim  snem,  ubierając  się  i  rozbierając  jak  najszybciej,  i  —  Maris  dostałaby 
szału, gdyby się o tym dowiedziała — wzięła ze sobą do łóżka nóż kuchenny. 

background image

R

OZDZIAŁ DZIESIĄTY

 

P

OSZUKIWANIE MĄDROŚCI

 

 
Jestem  uczennicą  kronikarki  i  pewnego  dnia  sama  będę  kronikarką”.  Arona  wyjrzała  z 

okienka na strychu i próbowała przekonać samą siebie, że tak będzie. Do niedawna nigdy w 
to  nie  wątpiła.  Egil  był  zdecydowany  objąć  urząd  pani  Maris.  Czy  ona  o  tym  wiedziała? 
Ciężka zimna zaszkodziła zdrowiu starej, słabej kobiety. Teraz, kiedy nieliczne zielone źdźbła 
pokazały  się  w  topniejącym  śniegu,  Rogata  Dama  żywiła  się  lepiej  i  dawała  nieco  więcej 
mleka.  Arona  znajdowała  też  świeże  warzywa  nad  strumieniem  i  w  lesie.  Po  nadal zimnych 
nocach następowały cieplejsze dni. Ale stara kronikarka wciąż chorowała. Budziła się późno, 
oszołomiona i rozkojarzona i nie mogła nic zrobić przed posiłkiem, a apetyt jej nie dopisywał. 
Wyszło  tak,  że  Arona  opiekowała  się  swoją  panią,  podczas  gdy  Egil  wziął  na  swe  barki 
większość obowiązków w Domu Kronik. 

W tamtych dniach był łagodny i miły jak ukochana starsza siostra, niezmiennie uprzejmy, 

zawsze zwracał się z szacunkiem do pani Maris i taktownie brał pod uwagę życzenia Arony. 
Z uśmiechem uwolnił ją od najbardziej nieprzyjemnych prac. Z radością rozmawiał o historii 
i legendach, bujając się na werandzie w fotelu i opierając nogi na balustradzie. Uznając swój 
status  młodszego  ucznia  spał  we  frontowej  izbie  —  pozostawił  Aronie  jej  sypialnię  na 
strychu. 

Zabiegał  o  jej  przyjaźń.  Łagodnie  i  czule  obejmował  ją  i  obsypywał  pocałunkami, 

zdobywał  się  na  uprzejme  gesty,  słowem  —  zachowywał  się  tak,  jakby  codziennie  były  jej 
imieniny.  Zaczynał  zdania  od  „Kiedy  będziemy  razem…”  Mówił  o  dzieciach,  które  mu 
urodzi,  i  o  swoich  pragnieniach  poczęcia  ich.  Widząc  ich  razem  Maris  promieniała  jak 
kochająca matka. 

Marzył  o  współpracy  z  Aroną  jako  swą  partnerką  i  siostrą.  Ale  to  on  będzie  najstarszy, 

pomyślała  Arona  złośliwie.  Albowiem  mimo  tego  wszystkiego  pozostał  dla  niej  łajdakiem  i 
prześladowcą.  Nie  zapomniała,  że  czterokrotnie  obejmował  ją  wbrew  jej  woli,  w  tym  raz  w 
związku z obrzydliwym figlem, który pogrążył ją w oczach jej pani. Kilka razy widziała też, 
ż

e przypatrywał się jej tak, jak kot mysiej dziurze. Czy pani Maris również to zauważyła? 

Pewnego dnia, kiedy kronikarka zapadła w głęboki sen, Arona pomyślała o swoich starych 

zwojach  i  poszła  do  izby  kronik,  żeby  poszukać  kawałka  pergaminu.  Zastała  drzwi 
zaryglowane i skobel przewiązany grubą liną. 

— Czy to ty zawiązałeś skobel na drzwiach izby kronik, Egilu? — zapytała odnalazłszy go 

w skryptorium. Zajrzała mu przez ramię, by zobaczyć, co pisze, lecz Egil zasłonił jej widok. 

— Nie  możemy  pozwolić,  aby  zabłąkane  zwierzęta  i  ciekawskie  dzieci  tam  zaglądały  — 

odrzekł. W jego głosie brzmiało zaskoczenie i zawód, że Arona nie odgadła tego od razu. 

— Tak, ale ja muszę tam wejść. 
— Jeżeli musisz tam wejść, wystarczy, że mnie o to poprosisz — wyjaśnił cierpliwie. 
Złapała go oburącz za ramiona, próbując go odwrócić. 
— Będę pytała o pozwolenie tylko moją panią! — wybuchnęła. — Nigdy nie zapytam o to 

drugiego  ucznia!  Dopóki  ciebie  tu  nie  było,  nigdy  nie  zamykałyśmy  izby  kronik,  a  dzieci  i 
zwierzęta  nigdy  do  niej  nie  zaglądały.  —  Odwróciła  się,  pochwyciła  swój  nóż  i  zaczęła 
rozcinać węzeł. Egil przestał pisać i stanął za nią. 

— Niełatwo było znaleźć ten sznur — powiedział ponuro. 
— Trudno  —  odrzekła  i  poczęła  przeszukiwać  stos  ścinków.  Zauważyła  natychmiast,  że 

poprzekładał  zwoje  i  że kilka  odłożył  na  bok.  Po  dłuższych  poszukiwaniach  znalazła  ścinek 
tak  mały,  iż  mogłaby  tylko  napisać  na  nim  swoje  imię.  —  Czy  to  wszystko,  co  nam 
pozostało? — zapytała. — Co się stało z resztą? 

background image

— Dopilnuję, żebyśmy dostali więcej — odpowiedział równie cierpliwie jak przedtem. — 

Czemu  nie  zajrzysz,  czy  z  panią  Maris  jest  wszystko  w  porządku?  A  jeśli  naprawdę  chcesz 
popracować, zajmij się ogrodem. 

— Mam  swoją  pracę  —  odparowała.  —  Rzecz  w  tym,  że  ktoś  postąpił  niegodziwie 

zagarniając wszystek pergamin. Oddaj mi resztę, Egilu. Potrzebuję go. Teraz! 

Chłopak uśmiechnął się pobłażliwie. 
— Grzeczną  prośbą  zyskasz  u  mnie  więcej  niż  złością,  najdroższa.  —  Wyciągniętym 

ramieniem  zagrodził  drzwi.  Arona  wzruszyła  ramionami,  odwróciła  się  i  zabrała  się  do 
przeglądania zwojów, które odłożył na bok. 

— Dam ci trzy arkusze — powiedział szybko. — To wszystko, bez czego mogę się obejść. 
Opuszczając  go  z  cenną  zdobyczą,  zajrzała  do  skryptorium.  Zużył  dwa  razy  tyle  arkuszy 

zapisując ballady, które dla niej śpiewał. Zirytowało ją to, zrozumiała jednak, że nie chciał, by 
zaginęły  opowieści  jego  ludu.  Nigdy  zresztą  nie  nauczył  się  dzielić  sprawiedliwie.  Ale 
dlaczego zamknął izbę kronik? Jacy to ludzie mieszkali w Cedrowym Szczycie? 

Odwiedziła  Eltheę  Tkaczkę  tylko  po  to,  by  porozmawiać  o  Egilu  z  jego  siostrzyczką. 

Lowri  go  uwielbiała.  Nie  opowiadała  o  złośliwych  figlach  czy  małostkowym  okrucieństwie, 
tylko go chwaliła. 

— Nikt  nam  nie  dokucza,  gdy  on  jest  w  pobliżu.  Leatrice  córka  Huany,  najbliższa  mu 

wiekiem wśród cudzoziemców, cedziła słowa, jakby dzieliła cenne korzenie. 

— Jest przystojny i ambitny. Wszyscy mówią, że pewnego dnia będzie kimś ważnym. — 

Inaczej mówiąc, Leatrice go nie znosiła. 

Darann Mulniczka rzekła tak: 
— To  dobry  pracownik.  Ma  gładki  język.  Jest  apodyktyczny.  Dobrze  sobie  radził  z 

mułami. 

— Egil?  On  jest  wspaniały,  najlepszy  ze  wszystkich  —  oświadczył  entuzjastycznie 

Oseberg. 

Arona przysiadła na skraju stołu w kuźni. 
— Czy nie jest zazdrosny, że znalazłaś w Brithis siostrę–przyjaciółkę? 
— Zazdrosny?  —  Oseberg  zagwizdał.  —  On  się  z  tego  cieszy.  Sam  mi  to  powiedział. 

Zresztą ona nie jest w jego typie. — Twarz mu się wydłużyła. — Ale to straszne, że widuję 
Brithis  tylko  dlatego,  iż  moja  matka  jest  tam  zupełnie  sama.  —  Oseberg  kochał  Egila.  Bez 
względu na swoje maniery, miał dobre serce. 

Brithis  zaś  ucieszyła  się,  że  może  opowiedzieć  Aronie,  jak  się  jej  żyje  z  on–

cudzoziemcem. 

— Przyjemnie.  Jak  z  siostrą–przyjaciółką,  tylko  lepiej.  Och,  Oseberg  ma  kilka  dziwnych 

zwyczajów  —  przyznała.  —  Była  strasznie  przygnębiona,  że  poszłam  do  Sokolników,  i 
poprosiła mnie, żebym już tego nigdy nie robiła. Zresztą teraz wcale tego nie potrzebuję! — 
Zachichotała  i  pochyliła  głowę,  po  czym  zerknęła  w  górę  i  dodała  nieśmiało:  —  Płodzenie 
dzieci  w  ten  sposób  jest  przyjemne.  Powinnaś  tego  spróbować.  —  Zastanawiała  się  kilka 
minut. — Ona lubi, gdy  wykonuję prace domowe, podczas gdy  sama zajmuje się resztą, ale 
jest  taka  silna  i  robi  tak  wiele,  że  właściwie  to  jest  sprawiedliwe.  —  Zacisnęła  usta.  —  Nie 
chciała  jednak  widywać  się  ze  mną,  dopóki  nie  przekonała  się,  że  jej  straszna  matka  nie 
umrze z głodu, ani nie zamarznie. Przypuszczam, że tak być powinno: mimo wszystko to jej 
matka. 

Czy  w  Egilu  było  coś,  czego  ona,  Arona,  nie  mogła  dostrzec?  Ostatnią  wizytę  złożyła  w 

nowym gospodarstwie, które matka Egila otrzymała w zamian za swój kocioł. Pani Elyshabet 
z  podkasanymi  spódnicami,  w  chustce  na  głowie,  kopała  w  polu  motyką.  Egil  obiecał  jej: 
„Nie  będziesz  musiała  obrabiać  ziemi,  matko.  Ja  to  wszystko  zrobię”.  A  potem  uciekł  do 
Domu Kronik, pozostawiając ją samą na gospodarstwie, którego wcale nie pragnęła, z ciężką 
pracą,  którą  należało  wykonać.  Był  nie  tylko  kłamcą  i  złośnikiem,  ale  w  dodatku  strasznie 

background image

zepsutym człowiekiem. Arona zatrzymała się niezdecydowanie na ścieżce, po czym ruszyła w 
stronę domu matki swego rywala. 

— Wiesz,  że  on  jest  najstarszy  —  powiedziała  pani  Elyshabet,  kiedy  siedziały  na 

werandzie  popijając  gorącą  ziołową  herbatę.  —  Przez  tak  długi  czas  nie  mogłam  urodzić 
ż

ywego dziecka. Możliwe, że za bardzo go rozpuściliśmy. Nie miał ani wujów, ani kuzynów, 

ani  starszych  braci,  którzy  przywołaliby  go  do  porządku.  I,  oczywiście,  miał  odziedziczyć 
piekarnię Haralda. — Spojrzała na Aronę z ciekawością. 

Arona,  która  sama  była  najstarsza  w  licznej  rodzinie  i  od  dziecka  uważana  za  tę,  która 

zostanie  kimś  ważnym,  skinęła  głową.  Pani  Elyshabet,  taka  nieporadna,  gdy  mówiła 
miejscowym  językiem,  kiedy  posługiwała  się  swoim,  okazała  się  równie  mądra  jak  Starsza 
Matka. 

— Dlaczego pozwalasz mu, pani, mówić za siebie? — wypaliła Arona. — I rozkazuje ci i 

zmusza do robienia tego, na co nie masz ochoty!  Jesteś przecież jego matką, a on nadal jest 
panną! Dlaczego myśli, że ciotka Noriel zachowywałaby się jak Sokolnik i czemu zawsze jest 
taki pewny, że tylko on ma rację? Elyshabet pokiwała głową i roześmiała się cicho. 

— Nigdy  nie  spotkałaś  matki  jego  ojca.  Norine  w  wielu  sprawach  była  taką  samą 

fanatyczką  jak  Huana,  ale  nie  brakowało  jej  sprytu  i  miała  gładki  język,  którym  umiała  się 
posługiwać w razie potrzeby. Egil wziął to po niej i póki żyła, zawsze był jej ulubieńcem. 

Huana córka Guntir stanęła w drzwiach i prychnęła pogardliwie. Pani Elyshabet pokręciła 

głową. 

— Nie  mogłam  pozwolić,  żeby  umarła  z  głodu  —  powiedziała  na  swoje 

usprawiedliwienie. 

Arona słyszała ostatnio, że Huana schroniła się w jednej z Gościnnych Chat, uprawiała tam 

ogród  i  żyła  pożyczając  niewielkie  ilości  pożywienia  i  narzędzia  od  wygłodzonych 
mieszkanek  wioski  i  swoich  krewnych.  Dostała  za  swoje,  pomyślała  mściwie  tamtego  dnia, 
przypomniawszy  sobie  zapłakaną  twarz  ciotki  Noriel.  Ale  Oseberg  dziecko  Morgatha  nie 
zasłużył sobie na to, by mieć serce rozdarte pomiędzy swoją matką a jej nieprzyjaciółki. 

Egil  natomiast  otwarcie  podziwiał  szaleństwo  Huany  i  zaśpiewał  Aronie  kilka  ballad  o 

kobietach, które wybrały śmierć zamiast „hańby”, kiedy siłą poczęto w nich dziecko. Pragnąc 
zrozumieć, co to ma wspólnego z partnerstwem, zaproponowanym przez kowalkę, wysłuchała 
jego wyjaśnień z rosnącym zdumieniem. 

— Egilu! Przecież to antynomia! A poza tym, gdyby nawet ciotka Noriel mogła to zrobić, 

nigdy by tak nie postąpiła! 

Pani Elyshabet była za dobra i dlatego łatwo dawała się wykorzystywać ludziom takim jak 

Egil, pomyślała Arona i zrobiło się jej ciężko na sercu. 

Czarownica  nie  chciała  rozmawiać  o  Egilu,  mówiąc,  że  należy  szanować  prywatność 

ludzkiego  umysłu,  chyba  że  w  grę  wchodzi  czyjeś  życie.  Arona  zagryzła  wargi,  myśląc  o 
Dysydentce. Czy pani czarownica będzie mogła jej teraz pomóc? Ludzie zaczynali patrzeć na 
nią  dziwnie,  gdy  ich  mijała,  i  kreślili  odpędzające  Sokoła  znaki  za jej  plecami,  by  odwrócić 
zły los. 

— Oni  obwiniają  mnie  o  nieszczęścia,  jakie  spowodowało  Wielkie  Poruszenie  — 

powiedziała Aronie, kiedy ta zapytała ją otwarcie. 

— Uratowałaś  nas,  pani,  od  najgorszego  —  zaprzeczyła  dziewczyna  przypomniawszy 

sobie noc spędzoną w jaskini. 

— Pamiętają,  że  to  moje  siostry  zapoczątkowały  te  wydarzenia  —  odparła  łagodnie 

Dysydentka.  —  A  jeśli  miałam  dość  mocy,  aby  ocalić  nas  od  najgorszego,  dlaczego  nie 
uratowałam  przed  wszystkim,  co  spadło  na  nas  tej  zimy.  To  bardzo  stara  historia,  moje 
dziecko. Przedstawię jednak radzie starszych twoje wątpliwości co do Egila. 

— Jest  na  to  za  wcześnie.  —  Arona  pokręciła  głową.  —  Po  ostatnim  zgromadzeniu 

usłyszałam od wszystkich, że nie chcą więcej kłótni. A Egil zachowuje się bardzo taktownie, 

background image

kiedy  w  pobliżu  są  starsze  niewiasty  —  dodała  z  goryczą.  —  Pani  Maris  nie  chce  słyszeć  o 
nim złego słowa. 

Dziewczynie  wydało  się,  że  obie  wymówiły  w  myślach  „uwiąd  starczy”,  ale  żadna  nie 

odważyła  się  powiedzieć  tego  głośno.  Arona  opuściła  Dom  Czarownicy  i  wróciła 
pielęgnować panią Maris. 

Kronikarka leżała w łóżku, pokaszlując i charcząc, a każdy oddech ją wyczerpywał. 
— Egil! — krzyknęła Arona, ale nie otrzymała odpowiedzi. Pobiegła po uzdrowicielkę. 
Pani  Floree  i  jej  pomocnica  Hanna  córka  Elyshabet  weszły  do  izby  Maris.  Kiedy 

uzdrowicielka przyłożyła ucho do piersi chorej i kazała jej kaszlnąć, Hanna zawołała: 

— Egil!  —  Jej  twarz  rozpromieniła  się  na  widok  brata.  Chłopak  podniósł  swoją 

siostrzyczkę i uścisnął ją mocno. 

— Witaj, śliczny kwiatuszku — rzekł lekko, po czym postawił ją znów na podłodze. — Na 

co  choruje  pani  kronikarka?  —  zapytał  otwarcie  panią  Floree,  jakby  w  izbie  nie  było  ani 
Arony, ani Hanny. 

— To  zapalenie  płuc.  Przyrządzę  jej  napój  na  kaszel.  Okrywajcie  ją  ciepło  i  dawajcie  jej 

dużo do picia. 

— Czy słyszałaś, Arono? — spytał Egil. — Będę w izbie kronik — dodał i odszedł. Pani 

Floree podniosła brwi, lecz nic nie powiedziała. 

Nie mieli miodu. Arona zebrała wszystkie swoje zbędne ozdoby, by kupić za nie miód od 

Olwith  Pszczelarki.  Egil  wysunął  głowę  ze  skryptorium  i  podał  jej  bransoletę  ofiarowaną 
przez  Darann  Mulniczkę,  co  było  ładnym  gestem  z  jego  strony.  Ale  co  takiego  pisał,  że 
zaniedbał  całkowicie  swoją  chorą  panią?  Przyjaciel,  prześladowca,  prześladowca, 
przyjaciel… — kim naprawdę był Egil córka Elyshabet? 

Pszczelarka  mogła  odstąpić  tylko  trochę  miodu.  Brithis,  jej  uczennica,  była  w  ciąży  i 

potrzebowała  go.  Arona  nagle  zdecydowała  się  na  ostatni,  desperacki  krok.  Poprosi  kuzyna 
Jommy’ego, żeby udzielił rady jej i Starszym Matkom co do Egila. 

Jommy, pierwszy chłopiec, który kiedykolwiek został wychowany w Nadrzecznej Wiosce, 

miał  skręconą  stopę.  Większość  bardzo  chorych  lub  zdeformowanych  córek  położna,  za 
zgodą  ich  matek,  składała  w  ofierze  Jonkarze.  Jommy  jednak  był  chłopcem,  a  chłopcy 
należeli  do  Sokolników,  którzy  ofiarowywali  Sokolej  Bogini  wszystkie  kaleki.  Lecz  matka 
Jommy’ego, która nie miała córek i zbliżała się do wieku, gdy się już przestaje rodzić dzieci, 
przysięgła, że go zatrzyma i wychowa tak jak dziewczynkę. Swoim siostrom, które obawiały 
się, że mężczyzna w wiosce będzie jak wilk w stadzie owiec, pani Eina powiedziała tak: 

— Psy  są  córkami  wilczyc,  ale  wzięłyśmy  wilczęta  tuż  po  urodzeniu,  wychowałyśmy  je 

jak członków naszych rodzin i teraz wszystkie jesteśmy zadowolone. 

Pani Maris, wówczas młoda dziewczyna, wstawiła się za Jommym. 
— Pierwszą kobietę, która adoptowała wilcze szczenię, atakowano jako niebezpieczną dla 

wioski  i  dla  nas  wszystkich  —  oświadczyła.  —  Pierwszym  kobietom,  które  zrobiły  sobie 
włócznie i noże do walki z dzikimi zwierzętami, powiedziano, że ściągną na nas śmierć z ręki 
Sokolników. Pierwszą z nas, która pojechała na poszukiwanie metalu, omal Odłączono za jej 
odwagę  i  ze  strachu  przed  Sokolnikami  omal  nie  spalono  domu  tej,  która  pierwsza  go 
zbudowała. Jakie życie wiodłaby teraz każda z nas, gdyby nie korzyści, które zapewniły nam 
wszystkim? 

Jeszcze  jako  chłopiec  Jommy  musiał  rozstrzygnąć  bardzo  ważne  problemy.  Przez  rok 

mieszkał  na  zewnątrz,  obserwując  obyczaje  obcych,  i  wrócił  w  atmosferze  wielkiego 
skandalu,  ponieważ  zabił  jednego  z  Sokolników.  Teraz  żył  na  dobrowolnym  wygnaniu, 
poszukując  mądrości.  Co  miesiąc  rada  starszych  posyłała  mu  prowiant,  on  zaś  odsyłał  jako 
zapłatę koc, jeśli zdążył go utkać. Zbliżał się czas takiej wymiany. Zazwyczaj któraś z kobiet 
jechała  do  niego  z  obładowanym  żywnością  mułem.  W  następnym  miesiącu  miała  to  być 
Arona. 

background image

Ale zanim to nastąpiło, jeszcze raz wezwano ją, aby prowadziła rozmowy z przybyłymi z 

zewnątrz kupcami. 

 
Wartowniczki z Góry Obserwacyjnej wydały okrzyk przepiórki. Górski szlak był wolny od 

ś

niegu  i  kupcy  znów  nim  wyruszyli.  Arona  chwyciła  swoje  welony  i  pobiegła.  Obładowała 

pożyczonego  muła  garnkami  i  kocami,  bez  których  mogli  się  obyć,  i  zabrała  wszystkie  swe 
ozdoby. 

Z przeciwnego kierunku przybyła Asta córka Lennis odziana w swój najpiękniejszy strój, z 

również  obładowanym  towarami  mułem.  Kilka  innych  mieszkanek  wioski  wiodąc  osły  i 
muły,  a  Nidoris  nawet  z  młodziutkim  oswojonym  konikiem,  przyłączyło  się  do  niej  przy 
Gościnnych Chatach. 

— Arono!  —  usłyszała  wołanie.  —  Ty  znasz  język  kupców.  Czy  mogłabyś  w  wolnych 

chwilach nauczyć mnie ich mowy? Mam trochę cebuli i sałatkę z jajek dla twojej pani. 

— Nidoris,  jaki  ładny  konik!  —  wykrzyknęła  któraś.  —  Czy  złapałaś  ją  po  wypędzeniu 

owiec  na  pastwiska?  —  Pół  tuzina  dziewcząt  stłoczyło  się  wokół  klaczki,  żeby  ją  głaskać  i 
podziwiać.  Pierwsze  mieszkanki  Nadrzecznej  Wioski  widząc,  że  na  nizinie  są  dzikie  konie, 
próbowały je łapać i oswajać. Ale dokąd miały na nich jeździć? Muły i osły również do tego 
się  nadawały,  a  łatwiej  było  je  wyżywić.  Sokolnicy  przeszywali  swoimi  długimi  strzałami 
wszystkich  jeźdźców,  których  spotkali  na  zachodniej  równinie.  Tak  więc  konie  były 
ulubieńcami, matkami mułów i dzikimi, stadnymi zwierzętami. 

— Kupcy  jeżdżą  na  oswojonych  koniach  —  powiedziała  z  uśmiechem  Nidoris.  —  Może 

zechcą kupić maleńkiego konia, by go wychować. 

Przywiązała klaczkę do drzewa przy Gościnnych Chatach i rozejrzała się dookoła. 
— Te chaty są niezłe! — zawołała. — Na pewno spodobałyby się pasterkom! 
W polu widzenia pojawiła się kupiecka karawana, długi szereg około dwudziestu jucznych 

koni, osłów i mułów. Przewodził jej brodaty on—człowiek ubrany w gruby skórzany kaftan. 
Miał  przy  sobie  tyle  noży,  co  rzeźniczka.  Towarzyszyły  mu  jednak  kobiety  w  opończach  z 
kapturami, w spódnicach–spodniach oraz Córka Gunnory w charakterystycznej szacie. Arona 
podbiegła do niej, by ją powitać, i zapytała: 

— A gdzie reszta twoich sióstr? Tamta roześmiała się. 
— Zawsze było nas bardzo mało z tej strony Oceanu, moje dziecko, i wydaje mi się, że już 

nas nie potrzebujecie. Ale jesteśmy tutaj, jeśli możemy wam w czymś pomóc. 

Asta córka Lennis przebiegła spojrzeniem twarze kupców w poszukiwaniu młodzika, który 

rozmawiał z nią ostatniej jesieni. Nie znalazłszy go, przyparła do muru brodatego mężczyznę, 
który wydawał się przyjaźnie nastawiony. 

— Czy  to  prawda,  że  w  waszej  ojczyźnie…  —  zaczęła.  Arona  nie  słuchała  dłużej,  gdyż 

dostrzegła w juku jednego z kupców właśnie to, czego potrzebowała. 

— Pergamin  —  mówiła  po  kilku  minutach.  —  Wyrabiamy  go  same,  ale  ktoś  zużył 

wszystek, nie biorąc pod uwagę, że może  go zabraknąć. —  Kobieta–kupiec uśmiechnęła się 
pobłażliwie.  —  I  miód  na  kaszel  dla  mojej  pani. Nasze  pszczoły  bardzo  źle  zniosły  Wielkie 
Poruszenie, a ich Najstarsza Matka tego nie przeżyła. 

Niewiasta krótko naradzała się z jednym z brodaczy. Arona usłyszała słowo „Lormt”. Czy 

było to imię kronikarki? A może nazwa wioski, której tamta była kronikarką? Zapytała o to. 
Kobieta przechyliła na bok głowę i podniosła brwi. 

Brodaty kupiec powiedział poważnie: 
— Lormt  to  miejsce,  w  którym  przechowuje  się  starożytne  zwoje,  i  uczeni  przybywają 

tam, żeby poznawać zawartą w nich wiedzę. Leży mniej więcej na północny wschód stąd. — 
Przyjrzał  się  górom  i  czubkiem  noża  niedbale  naszkicował  drogę  na  piasku.  —  Opuścisz  te 
góry, przejdziesz przez dolinę rzeki Es, do której wpada wasza rzeka, a wtedy zobaczysz mały 

background image

łańcuch  górski  łączący  się  z  wielkim.  Lormt  leży  w  miejscu,  gdzie  się  łączą,  i  tam 
sprzedajemy pergamin, o który nas prosisz. Po co ci on? Czy i ty jesteś uczoną? 

— Jestem  uczennicą  —  potwierdziła  i  zaczęła  się  targować  o  pergamin,  który  mógł  jej 

sprzedać.  Później  zwróciła  się  do  jego  towarzyszki:  —  Pani,  opowiedz  mi  o  zwyczajach 
waszego kraju. —  I niebawem, ponieważ bolało ją serce i rozpaczliwie potrzebowała dobrej 
rady, zapytała cudzoziemkę, jak poradzić sobie z Egilem. Reszta kupców otoczyła ją, a każdy 
radził coś innego. 

— Po prostu nie pozwól, żeby tobą rządził — oświadczyła jej pierwsza rozmówczyni, lecz 

nie wyjaśniła, w jaki sposób Arona ma to zrobić. 

— Powiedz swoim krewnym, żeby stłukli go na kwaśne jabłko — podsunął brodaty on—

człowiek. Dobry pomysł. Szkoda, że Arona nie była krewną wojowniczej Lennis! 

A jeśli już o tym mowa, to Asta córka Lennis doskonale dawała sobie radę z takimi ludźmi 

jak Egil. Arona rozejrzała się, ale jej nie zobaczyła. Gdzie się podziała Asta? Nie znaczyło to, 
ż

e  córka  młynarki  była  jej  przyjaciółką.  Och,  pewnie  podjechała  na  koniec  karawany  i 

rozmawiała z jednym z kupców, których tak lubiła. 

 
Arona prowadziła muła głęboko zamyślona. Coraz lepiej zdawała sobie sprawę, że każdy 

czyn Egila zmierzał ku temu, by uczynić go on–panią Domu Kronik. Syn Elyshabet posuwał 
się  do  prześladowań  i  nękania  ludzi,  jeżeli  w  ten  sposób  zapewniał  sobie  to,  czego  chciał. 
Kobieta—kupiec  i  jej  on—człowiek  powiedzieli,  że  taki  sposób  postępowania  jest  bardzo 
rozpowszechniony na zewnątrz. Nie znaczyło to jednak, że był regułą. 

Zwróciła muła pani Darann z podziękowaniem i drobnym upominkiem i nadal pogrążona 

w  myślach  weszła  do  kuchni  Domu  Kronik.  Pani  Maris  najwidoczniej  spała  w  środkowej 
izbie, a Egil siedział przy niej. Z ulgą powiesiła swoje welony, wzięła pergamin i skierowała 
się na strych. Zanim jednak wyszła z kuchni, usłyszała, że Egil warknął cicho: 

— Umrzyj! Umrzyj, ty nikomu niepotrzebna stara babo i zejdź mi z drogi! 
Arona  całym  wysiłkiem  woli  powstrzymała  okrzyk  oburzenia.  Chwyciła  opończę  i 

pobiegła do Domu Zdrowia. Przed wejściem odetchnęła głęboko, żeby się opanować. 

— Moja pani czuje się znacznie gorzej — powiedziała prawie spokojnie do uzdrowicielki. 

—  Zaczynam  się  zastanawiać,  czy  ktoś,  bóg  albo  kobieta,  nie  życzy  jej  źle.  —  Kiedy  pani 
Floree włożyła opończę i zawołała swoją uczennicę, Arona dodała: — Mam dość pergaminu, 
ż

eby zapisać receptury dla ciebie i dla twojej pomocnicy. 

— Nakarmienie  mojej  uczennicy  będzie  dostateczną  zapłatą  —  odrzekła  sucho  pani 

Floree, gdyż Hanna córka Elyshabet była w wieku, kiedy dziewczynki są wiecznie głodne. 

Arona pokręciła głową. 
— Musiałaby  bić  się  o  to  z  Egilem.  —  Teraz  bowiem  rozgryzła  jego  charakter.  Będę 

musiała  walczyć  z  Egilem  o  Dom  Kronik,  pomyślała,  a  on  stosuje  niedozwolone  chwyty. 
Jonkaro, pomóż mi. Nie wiem, jak walczyć z kimś takim. 

Pani  Maris  umarła  wtedy,  gdy  pierwsze  ptaki  zaczęły  zastanawiać  się  nad  zakładaniem 

gniazd,  kiedy  kobiety  rozmawiały  o  oraniu  pól,  w  miesiąc  po  tym,  jak  Asta  córka  Lennis 
zniknęła wraz ze wszystkimi towarami swojej matki, ku wielkiemu oburzeniu całej wioski. 

— To  było  zapalenie  płuc  —  powtórzyła  swą  diagnozę  pani  Floree.  —  To  zima  ją  tym 

obdarzyła,  a  nie  żadna  bogini.  —  Spojrzała  z  ukosa  na  Dom  Czarownicy  i  nakreśliła  znak 
odpędzający Sokoła, jakby to Dysydentka mogła źle życzyć pani Maris. 

— Jestem  pewien,  że  zrobiłaś  wszystko,  co  mogłaś,  i  jeszcze  więcej  —  pocieszał  Aronę 

Egil. Otarła łzy i spojrzała nań z oburzeniem. Jak mógł udawać, że opłakuje Maris, kiedy źle 
jej  życzył?  Cała  wioska  przyszła  z  jadłem  i  darami,  żeby  uczcić  pamięć  zmarłej  kronikarki. 
Wszystkie  obowiązki  związane  z  przyjęciem  gości  spadły  na  Aronę.  Nie  próbowała  zmusić 
Egila,  żeby  jej  w  tym  pomógł.  Im  mniej  będzie  miał  do  czynienia  z  Domem  Kronik,  tym 
lepiej. 

background image

— Arono!  —  przemówił  do  niej  ostro  jak  matka  do  córki,  która  marzy  na  jawie.  — 

Potrzebujemy więcej piwa. 

— Więc je przynieś. 
Pokiwał  głową  i  mruknął  coś  do  gościa,  Olwith  Pszczelarki.  Usłyszała  słowo 

„zrozpaczona”. W końcu westchnął głęboko i sam przyniósł garnek z piwem. A pszczelarka 
zwróciła się do Arony: 

— Kto teraz będzie kierował Domem Kronik? 
Dziewczyna  podniosła  głowę.  Nie  ulegnie  Egilowi.  Wiedziała  jednak,  że  on  nie  ustąpi. 

Walczyć z nim? Nie zniesie tego. 

— Wniesiemy tę sprawę przed radę starszych, ciotko Olwith — odrzekła. 
Ta pokiwała głową. 
— Jeszcze więcej podziałów w wiosce — powiedziała smutno. 

background image

R

OZDZIAŁ JEDENASTY

 

D

ZIEŃ SĄDU

 

 
Starszyzna  Nadrzecznej  Wioski  naradzała  się  w  Domu  Zgromadzeń  w  obecności 

Dysydentki,  ponieważ  sprawa  dotyczyła  jednego  z  cudzoziemców.  Czarownica  była  wśród 
nich,  ale  nie  z  nimi  —  Starsze  Matki  usiadły  nieco  z  boku,  obrzucając  ją  takimi  samymi 
zaniepokojonymi  spojrzeniami  jak  cudzoziemców,  kiedy  zjawili  się  we  wsi.  Egil  i  Arona 
siedzieli przed nimi — w dużej odległości od siebie. Kiedy weszli do środka, Egil spojrzał na 
nią  gniewnie  i  Arona  zrozumiała,  że  przy  pierwszej  okazji  wywrze  na  niej  srogą  zemstę. 
Arona przemówiła pierwsza: 

— Przybyłam  tu  jako  uczennica  zmarłej  Maris  córki  Guidas,  żeby  zająć  jej  miejsce. 

Służyłam  jej  wiernie  od  dziecka.  Po  przybyciu  cudzoziemców  moja  pani  wzięła  na  naukę 
Egila,  on–córkę  Elyshabet,  żeby  mi  pomagał,  gdyż  często  naradzała  się  ze  Starszymi 
Matkami,  a  pracy  było  więcej,  niż  mogła  wykonać  jedna  kobieta.  Później  zachorowała  i 
potrzebowała nas obojga do opieki. Ten czas jednak minął — powiedziała. — Dziękuję ci za 
pomoc, Egilu. 

Egil uśmiechnął się pobłażliwie. 
— Kroniki dowodzą, że rzeczywiście byłaś przepracowana — przyznał — gdyż wiele jest 

w  nich  błędów  i  wniesionych  przez  ciebie  poprawek.  —  Skinął  głową  w  stronę  Starszych 
Matek.  —  Nie  martwcie  się.  Poprawiłem  wszystko  i  nie  dopuszczę,  żeby  się  to  powtórzyło. 
Ale dlaczego — zwrócił się znowu do Arony — nie moglibyśmy żyć razem, tak jak pragnęła 
tego nasza pani? 

Arona zadrżała i odetchnęła głęboko. 
— Gdybyś rzeczywiście pomagał mi w opiece nad naszą panią i przy wypełnianiu innych 

obowiązków  w  Domu  Kronik,  cieszyłabym  się  mając  w  tobie  jednocześnie  ucznia  i 
pomocnika — oświadczyła. — O, Starsze Matki, on wykonywał tylko te prace, które lubił, i 
starał się uniemożliwić mi pełnienie mojej funkcji. Przyznaje też, że w partnerskim związku 
ze  mną  chce  odgrywać  rolę  starszej  siostry.  Wymusza  to  psotami  i  nie  cofa  się  przed 
prześladowaniem  mnie,  jeśli  mu  to  odpowiada.  Za  życia  naszej  pani  robił  to  często  za  jej 
plecami.  —  Spojrzała  na  Dysydentkę.  —  Przy  pewnej  okazji  zachował  się  jak  samiec  w 
okresie  rui.  Pani  czarownica  powiedziała,  że  źle  nas  zrozumiał  i  że  sądził,  iż,  zgodnie  z 
obyczajami  jego  ludu,  ma  do  tego  prawo.  Pani  czarownico,  ty  znasz  ich  zwyczaje.  Gdyby 
został moim pomocnikiem, czy znowu chciałby grać tę rolę? 

Egil błyskawicznie podniósł rękę. 
— To niesprawiedliwe! — Wszyscy odwrócili się ku niemu, a Dysydentka skinęła głową. 

—  Od  samego  początku  przysiągłem  sobie  kochać  Aronę,  troszczyć  się  o  nią  i  dobrze  ją 
traktować.  To  prawda,  że  pragnę  jej  tak,  jak  mężczyzna  pragnie  kobiety,  ale  jeśli  jest  ona 
jedną z tych — w jego głosie brzmiał teraz wstręt — które uważają, iż wszyscy mężczyźni to 
zwierzęta, a akt płodzenia dzieci to coś, co trzeba wytrzymać zaciskając zęby… Za to jej nie 
potępiam,  skoro  Sokolnicy  uczynili  go  takim  —  dodał  łagodnie.  —  Ja  nie  traktowałbym  jej 
jak zwierzę. 

— W takim razie, dlaczego mi dokuczałeś? Rozkazywałeś mi jak matka małemu dziecku? 

Pani Floree słyszała to na własne uszy, tak samo jak pani Olwith i wiele innych. Dlaczego siłą 
przeszkadzałeś  mi  w  wykonywaniu  mojej  pracy?  Czemu  na  oczach  wszystkich  nie  chciałeś 
mi  oddać  moich  tabliczek  i  zamknąłeś  izbę  kronik?  —  Córka  Bethiah  zrelacjonowała 
pokrótce  każdy  z  tych  incydentów.  —  Pani  czarownico,  ty  rozumiesz  ich  zwyczaje  — 
odwołała się do Dysydentki. — Czy takie zachowanie jest wśród nich akceptowane? 

Czarownica podniosła ręce uciszając zebranych. 

background image

— Odpowiadam na twoje pierwsze pytanie. Gdybyście zostali partnerami, on uważałby, że 

ma prawo zachowywać się, jak mówisz, niczym samiec w okresie rui, zgodnie z jego wolą, a 
nie twoją. Takie bowiem są ich obyczaje, on zaś zamierza egzekwować to, co uważa za swoje 
prawo.  Chciałby  też,  jak  to  sama  powiedziałaś,  być  starszym  partnerem  we  wszystkim. 
Uważałby  siebie  za  kronikarza,  ciebie  zaś  za  swoją  pomocnicę  i  podjąłby  wszystkie  kroki, 
aby  tak  się  stało.  Te  figle,  o  których  oboje  wspominaliście,  miały  tylko  jeden  cel:  żebyś 
przyszła do niego, by móc dalej wykonywać swój zawód. 

Oszołomiona dziewczyna usiadła. Więc to tak… Nie pomyślała o tym. 
— Czy zaakceptowałabyś to? — ciągnęła Dysydentka. 
— Oczywiście, że nie! Udzielono głosu Egilowi. 
— Mogłaś dać mi to dobrowolnie — zasugerował. — Czy wątpisz w to, że cię kocham, że 

troszczyłbym się o ciebie i cię bronił? 

— Tylko  wtedy,  gdyby  ci  to  odpowiadało.  Nie,  gdybym  sprzeciwiła  się  twojej  woli. 

Starsze  Matki  —  powiedziała  ponuro  —  oboje  nie  możemy  być  kronikarzami  Nadrzecznej 
Wioski. Sam to przyznał. Chyba że — dodała, gdyż nowa myśl przyszła jej do głowy — że 
on zapisywałby opowieści i czyny swojego ludu, ja — naszego, a oboje te, które są wspólne. 
Starsze Matki naradziły się. Raula córka Mylene rzekła wtedy tak: 

— Jeżeli nie możecie razem mieszkać, dlaczego miałybyśmy wybrać ciebie, nie zaś Egila 

córkę Elyshabet? Wszystko świadczy o tym, że Egil jest lepszą od ciebie kronikarką, bardziej 
pracowitą, ładniej pisze, robi mniej błędów i, jak sama powiedziałaś, jest od ciebie starsza. 

— Bardziej pracowity! — wybuchnęła Arona. — Czcigodne Matki, kiedy on zamykał się 

w  izbie  kronik  pisząc,  jedna  Jonkara  wie  co,  moja  pani  leżała  chora  i  to  ja  musiałam  ją 
pielęgnować.  On  nigdy  tego  nie  zaproponował!  Mogłabym  walczyć  z  nim  o  dostęp  do  izby 
kronik i kazać mu ją pielęgnować, ale — rozejrzała się dookoła i ciągnęła ze łzami w oczach 
— on życzył jej źle, a nie dobrze. Raz wyszłam z domu, wróciłam po cichu i usłyszałam, że 
mówił do niej: „Umrzyj! Umrzyj, ty nikomu niepotrzebna stara babo i zejdź mi z drogi”! 

Starsze  Matki  jęknęły  i  znów  zaczęły  konferować.  Pani  Floree  obrzuciła  Egila  surowym 

spojrzeniem.  Tylko  Arona  i  czarownica  zauważyły,  że  Egil  wcale  nie  wyglądał  na 
zaskoczonego. 

Syn Elyshabet westchnął głęboko. 
— Powinienem  był  raczej  modlić  się  o  jej  cudowne  wyzdrowienie  niż  o  lekką  śmierć  — 

wyznał i zwiesił głowę. — Moja babka… — ciągnął drżącym głosem — umarła po długiej i 
ciężkiej  chorobie,  tak  wycieńczona  i  zbolała,  że  nie  mogłem  dłużej  patrzeć,  jak  się  męczy  i 
modliłem się do Bogów, żeby ją uzdrowili. Mój stary pies Dzwoniec został okaleczony przez 
dzika, kiedy byłem małym chłopcem — teraz oczy Egila zaszkliły się prawdziwymi łzami. — 
Nie mogłem mu pomóc, ale musiałem skrócić jego męki i pamiętam, że myślałem potem, iż 
ludzie są bardziej miłosierni dla swoich psów niż Bogowie dla ludzi. To wszystko. 

Jak  on  udaje!  —  pomyślała  z  oburzeniem  Arona.  Czarownica  popatrzyła  na  nią 

porozumiewawczo.  Kilka  Starszych  Matek  miało  łzy  w  oczach,  kiwały  głowami  na  znak 
zgody. Jedna z nich spojrzała z wyrzutem na Aronę. 

Dysydentka poprosiła o głos. 
— Wydaje mi się, że mamy rozstrzygnąć, które z nich byłoby lepszym kronikarzem. 
Arona również podniosła rękę. 
— Egil córka Elyshabet jest cudzoziemcem, który nie zna naszych opowieści i zwyczajów. 

Często  mówił  mi,  że  zamierza  przepisać  kroniki  zgodnie  ze  swoimi  zapatrywaniami  i 
obyczajami,  o  których  jego  matka  mówi,  iż  są  takie  jak  Huany  córki  Guntir.  Uważam,  że 
powinnyście  zbadać  zapiski  każdego  z  nas,  nawet  te,  które  sporządziliśmy  do  własnego 
użytku, i w ten sposób przekonać się, kto jak je przechowuje i o nie dba. Dam wam do wglądu 
wszystkie moje zwoje, nawet te, które napisałam jako dziecko. 

background image

— Zgoda  —  powiedziała  od  razu  pani  Floree.  —  Te  z  nas,  które  umieją  czytać,  niech 

pójdą ze mną do Domu Kronik. — A potem, ku wyraźnej konsternacji wielu innych, dodała: 
— Czy przyłączysz się do nas, pani czarownico? Ty także znasz pismo i umysły kobiet. 

— Z radością — odrzekła Dysydentka, nakładając opończę. 
Kontrola była długa i męcząca. Kilka zwojów Egila zawierało zapiski z dziejów jego ludu i 

Arona  znów  zadała  sobie  pytanie,  czy  nie  lepiej  by  było  zrobić  go  kronikarzem 
cudzoziemców,  a  jej  pozostawić  kroniki  Nadrzecznej  Wioski.  Ponownie  wypowiedziała  na 
głos tę myśl. 

A wtedy Najstarsza Matka zapytała: 
— Gdzie jest zapis o zniknięciu Asty córki Lennis z kupcami i ze wszystkimi towarami jej 

matki? 

Arona  przełknęła  ślinę  i,  ku  swemu  wstydowi,  musiała  wyznać,  że  podczas  choroby  ich 

pani, kiedy Egil wykonywał całą pracę kronikarki, nie pomyślała o tym, by sama odnotować 
ten  wielki  skandal.  Nawet  o  nim  nie  pamiętała!  Ścisnęło  ją  w  żołądku  i  znowu  rozbolała  ją 
głowa. 

Pani Floree rozwinęła jeden z prywatnych zwojów Egila. 
— Wygląda to na nową wersję historii, którą opowiedziałaś w jaskini, ale spisaną z punktu 

widzenia Tsengana Szaleńca — zauważyła. 

Arona wytarła oczy i skinęła głową. 
— Egil często mówił, że powinno się ją opowiadać w taki właśnie sposób. — Zaczekała, 

aż jej słowa wryją się w pamięć Starszym Matkom, po czym zaprowadziła je na górę. 

Zapiski  Arony  były  relacjami  z  jej  przeżyć  i  z  przeżyć  innych  ludzi  i  większość  z  nich 

sporządziła jako dziecko. Rozwinęła teraz jeden zwój, rzuciła okiem na ostatnią linię… 

— To  zostało  zmienione!  —  zawołała  z  oburzeniem.  Wskazała  na  ostatnie  słowo.  — 

Sporządziłam  je  sama  i  na  każdym  napisałam:  „Znam  to,  ponieważ  zapisałam  wszystko 
własnoręcznie  i  widziałam  na  własne  oczy”.  Teraz  zaś  kończy  się  stwierdzeniem:  „To 
kompletna bzdura”. 

Egil zakrztusił się i pośpiesznie zakrył ręką usta,  lecz włosy na jego  górnej wardze nadal 

drżały. 

— Egil!  To  już  nie  jest  figiel!  —  zawołała  gniewnie  dziewczyna.  —  Ty  zmieniłeś  treść 

zapisu! 

— A skąd wiesz, że nie  zrobiła tego twoja pani,  wyrażając własną, słuszną opinię o tym, 

co było w środku? — zapytał niewinnie. 

— Jakie jeszcze zwoje zmieniłeś? — pytała dalej Arona. — Och, Czcigodne Matki, teraz 

będziemy musiały przejrzeć je wszystkie! 

Najstarsza  Matka  westchnęła  i  znalazłszy  sobie  miejsce  usiadła,  gdyż  bolały  ją  plecy  i 

stopy,  i  nogi  jej  zdrętwiały  od  długiego  stania.  Egil  troskliwie  przyniósł  jej  kubek  gorącej 
ziołowej  herbaty.  Pani  Floree  posłała  Hannę  do  pani  Gondrin  po  jedzenie  i  piwo.  Inna  myśl 
nasunęła się Aronie i dziewczyna spojrzała ze strachem na czarownicę. 

— Starsze  Matki  —  zauważyła  Dysydentka  swoim  melodyjnym,  miłym  głosem  —  to 

potrwa dłużej niż jeden dzień. Ponieważ chodzi tu o sprawę przeinaczenia kronik, myślę, że 
zarówno  Egil  jak  i  Arona  powinni  wrócić  do  domów  swoich  matek  i  mieszkać  tam  dopóty, 
dopóki nie skończymy. Należy też postawić straż przy izbie kronik. 

— Zgoda  —  oświadczyła  Raula  córka  Mylene  obrzuciwszy  dziewczynę  karcącym 

spojrzeniem. 

Po powrocie do domu Bethiah Arona nie mogła zasnąć. Łóżko wydawało się jej wąskie i 

obce, i należało teraz do jednej z córeczek ciotki Nathy. Nie było tutaj małej rudej kotki, która 
zwijała  się  w  kłębek  przy  stopach  Arony  i  wędrowała  po  jej  piersi  tam  i  z  powrotem, 
poszturchując nosem, by nakłonić ją do wstania. Siostry i kuzynki prosiły ją hałaśliwie, żeby 
opowiedziała szczegółowo, o co chodzi w tej całej sprawie i o swym życiu z Egilem. Karmont 

background image

córka  Yelen,  którego  wygląd  wskazywał,  że  wyrośnie  na  on–pannę,  zapytał,  dlaczego  nie 
dowiedziała się, czego chciał Egil, i nie zażądała w zamian tego, czego sama pragnęła. 

— Ponieważ chcemy tego samego — odparła lakonicznie. — Albo, w innych wypadkach, 

czegoś wręcz przeciwnego. — Odsunęła krzesło i wstała od stołu, przy którym rodzina jadła 
kolację.  —  Mamo,  ciociu  Natho,  ciociu  Yelen,  naprawdę  nie  jestem  głodna  —  przeprosiła. 
Uciekła na werandę i zaczęła płakać nad Maris, nad sobą, nad kronikami i nad wszystkim, co 
się wydarzyło, odkąd Egil córka Elyshabet przybył do ich wioski. Jeżeli Egil wygra, co wtedy 
zrobi? 

Mogła mieszkać tutaj i codziennie chodzić do Domu Kronik, żeby mieć oko na zwoje. Egil 

nie pozwoliłby jej na to, ale czy mógłby w tym przeszkodzić? 

Przypuśćmy,  że  tak  się  stanie.  Wtedy  mogłaby  wykraść  kroniki  i  ukryć  je  gdzieś  w 

bezpiecznym miejscu. Tylko gdzie? A jeśli Starsze Matki zrobią go kronikarzem Nadrzecznej 
Wioski?  Przecież  mogą  zmusić  ją,  żeby  je  oddała.  Załóżmy,  że  schowałaby  je  w  takim 
miejscu, którego by nigdy nie znalazły, i odmówiła ich zwrotu? Najgorsze, co mogły zrobić, 
to ją wygnać. Szalona Bethiah Morderczyni została wygnana. Babka Anghard sama udała się 
na wygnanie, i Peliel córka Lael, i kuzyn Jommy. Asta córka Lennis zbiegła z kupcami. Tak, 
w ten sposób można było uciec przed prześladowcą. 

Gdyby  tylko  mogła  porozmawiać  z  Jommym!  Kroniki  mówiły,  że  na  wygnaniu  czuł  się 

bardzo samotny, lecz że nie było to aż tak straszne, jak można by sądzić. Jako tkacz bez trudu 
zarabiał na życie. Ale gdzie mogła zarobić na życie wygnana kronikarka? 

Nagle  usiadła  na  łóżku.  On—kupiec  powiedział  jej,  dokąd  mogłaby  uciec  i  gdzie 

starożytne  zwoje  byłyby  zabezpieczone  przed  przeinaczeniem.  Lormt!  Nawet  pokazał  jej 
drogę. Czy wyczuł, że zamierzała udać się na wygnanie? 

Nie,  nie  dojdzie  do  tego.  Rada  starszych  nigdy  nie  odda  kronik  cudzoziemcowi,  komuś, 

kto je zmienił, kłamcy i prześladowcy, który życzył starej kronikarce śmierci. Albo dadzą mu 
jego zwoje, a jej zwoje jej ludu. Miało to sens, dlaczego więc Starsze Matki nie zgodziły się 
na to od razu? Dlaczego tego nie zrozumiały? 

Przewróciła się na łóżku. Koce wydały się jej skręcone, poduszka zaś twarda. Swędziała ją 

skóra na głowie. Wstała i powoli rozczesała włosy. Matki muszą zobaczyć to jej oczami. Jeśli 
nie, konsekwencje będą zbyt straszne, żeby o nich myśleć. 

 
Mijały  dni  i  Starsze  Matki  zaczęły  utyskiwać.  Czytanie  kronik  było  ciężką  pracą.  Za  te 

niedogodność  zaczęły  winić  Aronę.  Upłynął  cały  miesiąc  i  ktoś  inny  zawiózł  prowiant  do 
Jommy’ego  zwanego  Mądrym.  Egil  sprowadził  do  Domu  Kronik  psa  z  hodowli  Einy  córki 
Parry i Parry córki Lorin. Nazwał go Kieł i bawił się z nim godzinami. Arona miała stargane 
nerwy. Wreszcie pani Birka zawołała: 

— Arono! Chodź tutaj i powiedz mi, czy to zostało zmienione? 
Dziewczyna  podbiegła  do  kapłanki.  Ta  długim  węźlastym  palcem  wskazała  na  ostatnie 

słowo  w  ostatnim  zwoju  Opowieści  o  Myrrze  Damie  Lisicy  spisanej  przez  jej  siostrę–
przyjaciółkę  Waronę,  Damę  Sokolicę.  Jeden  niewielki  znak  akcentu  został  przeinaczony,  co 
wystarczyło, żeby zmienić znaczenie z: „Uważam to za prawdziwe, ponieważ opowiedział mi 
to  ktoś  godzien  zaufania”  na  „Uważam  to  za  fałszywe,  ponieważ  opowiedział  mi  to  ktoś 
niegodzien zaufania”. 

— Och, tak — powiedziała i łzy napłynęły jej do oczu na myśl o tym świętokradztwie. — 

To  zostało  zmienione  i  to  przez  kogoś,  kto  chciał  podważyć  wiarygodność  tej  opowieści. 
Widzisz? 

Kiedy doszło do konfrontacji, Egil uśmiechnął się nie tracąc pewności siebie. 
— Czy jesteś pewna? Kiedy po raz ostatni czytałaś tej zwój? — zapytał Aronę. 
— Ponad  rok  temu.  I  co  z  tego?  Nauczyłam  się  ich  wszystkich  na  pamięć  —  odrzekła 

oburzona.  —  Mogłeś  przeinaczyć  dla  żartu  moje  zapiski,  nawet  napisać  na  nowo  starą 

background image

opowieść dla własnej rozrywki. Ale zmienić to, co zostało napisane dawno temu? Och, Egilu, 
jak mogłeś?! — wybuchnęła gniewnie. — I co jeszcze zrobiłeś? 

— Odnalazłem  prywatne  zapiski  naszej  pani  —  oświadczył  szerokim  gestem  pokazując 

skrawek pergaminu. 

— Jestem  bardzo  zawiedziona  kapryśnym  zachowaniem  Arony  córki  Bethiah  i  dlatego 

mianuję  Egila  córkę  Elys—habet  moją  prawowitą  następczynią  w  Domu  Kronik  — 
przeczytała  głośno  Arona.  Notatka  była  podpisana  oficjalnie:  „Maris  córka  Guidas, 
Kronikarka”  i  zakończona  inicjałami,  które  były  jej  znakiem  rozpoznawczym.  Litery  były 
nierówne, nakreślone drżącą ręką chorej osoby. Arona z osłupieniem wpatrywała się w pismo. 

— To fałszerstwo! — krzyknęła. — To nie jej charakter pisma, ale jego, choćby nie wiem 

jak wydawał się podobny. 

— Dość  już  mamy  twojej  złośliwości,  młoda  damo.  —  Raula  córka  Mylene  chwyciła 

Aronę  za  ramiona.  —  Cokolwiek  masz  do  zarzucenia  nowej  kronikarce,  daj  upust  swojej 
nienawiści gdzie indziej. 

— Najstarsza  Matko  —  odezwała  się  cicho  czarownica  —  ten,  kto  przeinaczył  jedną 

kronikę  i  chce  za  wszelką  cenę  osiągnąć  swój  cel,  może  przeinaczyć  drugą.  Zaprosiłyście 
mnie  tutaj  jako  jasnowidzącą,  która  zna  prawdę.  Powiadam  więc  teraz,  że  Aronie  można 
zaufać, Egilowi zaś nie. 

Raula puściła dziewczynę i obrzuciła Dysydentkę twardym, podejrzliwym spojrzeniem. 
— Komu  można  zaufać,  a  komu  nie?  Powiedziałaś,  że  znasz  język  i  zwyczaje  tych 

cudzoziemców,  ale  czy  wiesz  tak  dużo,  jak  twierdzisz?  Czy  obce  ci  są  sympatie  i  antypatie 
zwykłych kobiet? Myślę, że nie! — Odwróciła się i popatrzyła ponuro na dziewczynę. — Od 
przybycia  cudzoziemców  Arona  zmieniła  się  nie  do  poznania.  Trzykrotnie  przerywała 
zgromadzenia.  Sporządziła  jeden  zwój  pełen  poprawek.  Po  dyletancku  zajmuje  się  magią, 
zamiast wykonywać swoją pracę, i nie może spojrzeć obiektywnie na ziomków Egila, tak jak 
ty  nie  możesz  patrzeć  obiektywnie  na  nią.  Czyż  nie  stanęłaś  między  nimi  wbrew  woli  ich 
pani? Nienawiść Arony do Egila wywołała wśród nas konflikt, który nie może dłużej trwać, a 
obawiam się, że będzie gorzej, jeśli tych dwoje się nie pogodzi. Co zaś do tego, jaką byłaby 
kronikarką,  mamy  na  to  przedśmiertne  słowa  pani  Maris!  Czy  ktokolwiek  z  obecnych  może 
zakwestionować jej ostatnią wolę? 

Dysydentka  zaczęła  mówić,  ale  spojrzała  na  otaczające  ją  stężałe  niby  maski  twarze  i 

zamilkła. 

Najstarsza Matka Raula wyciągnęła swoje wrzeciono. 
— Egil  córko  Elyshabet!  —  Chłopak  nagle  wyprostował  się  na  całą  swoją  wysokość. 

Najstarsza  Matka  spojrzała  mu  w  oczy.  —  Czy  przysięgasz  na  swoją  matkę  i  na  swoje 
pramatki,  na  Dobrą  Boginię,  pełen  trwogi  przed  gniewem  Jonkary,  że  jeśli  zostaniesz 
kronikarzem,  będziesz  kopiować  kroniki  wiernie,  tak  jak  je  spisano?  Nigdy  nic  w  nich  nie 
zmieniać,  lecz  poprawiać  własne  błędy?  Wiernie  rejestrować  wszystko,  co  dzieje  się  w  tej 
wiosce wtedy, gdy się dzieje, niczego nie pomijając i niczego nie zmieniając? 

— Przysięgam. 
Raula córka Mylene cofnęła się o krok. 
— Egil córka Elyshabet złożyła uroczystą przysięgę, że już nigdy czegoś takiego nie zrobi. 

Arono,  czy  będziesz  z  nią  współpracowała  w  tym  dziele,  jakbyście  były  córkami  jednej 
matki? 

Niebo wydawało się przejrzyste jak kryształ wszędzie tam, gdzie Arona na nie spojrzała, i 

wszystkie  dźwięki  rozbrzmiewały  ostro  i  wyraźnie.  Miała  wrażenie,  że  jej  umysł  wolny  jest 
od  wszelkich  uczuć,  zarówno  od  strachu  jak  i  oburzenia.  Widziała  wszystko  takim,  jakim 
było. 

— Tak  jak  już  powiedziałam,  jeśli  ograniczy  się  do  swoich  kronik,  a  ja  do  moich  — 

odrzekła owijając się szalem. 

background image

Najstarsza Matka westchnęła, gdy Egil pokręcił lekko głową. 
— Więc nie ma nadziei, że się pogodzicie? — zapytała. 
— Nie.  —  Arona  pomyślała  o  swoim  ostatnim,  desperackim  planie,  który  ułożyła  dwie 

noce  temu.  Miała  wtedy  nadzieję,  że  nigdy  nie  będzie  musiała  wprowadzić  go  w  życie. 
Zwróciła się do Egila: — Ugotuję ci ostatni posiłek, zanim — głos jej zadrżał — zanim wrócę 
do domu mojej matki. W zamian za to żądam moich prywatnych zapisków, pióra, atramentu i 
połowy pergaminu, który kupiłam od kupców, a także mojej rudej kotki. Nie zależy ci na niej 
i nie zwracasz na nią uwagi. 

Egil uśmiechnął się. 
— Nie,  moja  mała  Myrrho  Lisico.  Te  okropne  stare  opowieści  nasunęły  zbyt  wiele 

szalonych pomysłów do twojej ślicznej główki. Kot i zwoje są twoje, ale przybory do pisania 
nie należą do mnie i nie mogę ich rozdawać. 

— Zaakceptuj  ten  posiłek,  Arono,  i  zakończ  w  ten  sposób  spór  —  powiedziała  nagle 

Dysydentka.  —  Będę  jadła  razem  z  tobą,  żeby  ci  udowodnić,  iż  nie  ma  tam  nic  trującego. 
Starsze  Matki,  czyż  nie  możemy  podarować  Aronie  pióra,  atramentu  i  kilku  skrawków 
pergaminu  dla  przywrócenia  spokoju  w  wiosce?  Trudno  jest  nie  praktykować  jedynego 
zawodu, jaki się zna. 

Najstarsza  Matka  spojrzała  na  smutną  twarz  dziewczyny  i  przyszło  jej  na  myśl,  że  może 

była dla niej zbyt surowa. 

— Zgoda! — powiedziała spiesznie. Egil zgodnie skinął głową. 

background image

R

OZDZIAŁ DWUNASTY

 

U

CIECZKA

 

 
Ognisko  w  Domu  Kronik  paliło  się  jasnym,  wysokim  płomieniem  o  barwach 

zachodzącego słońca i słaby zapach żywicy rozchodził się od sosnowych szczap. Egil rozsiadł 
się  w  najlepszym  krześle  środkowej  izby  i  sączył  piwo,  zerkając  jednym  okiem  na  Aronę. 
Dziewczyna  odpowiedziała  mu  nerwowym  uśmiechem  i  dalej  popijała  swoje  piwo,  ale 
sączyła  je  wolniej  niż  Egil.  Wyrobiona  latami  wewnętrzna  dyscyplina  powstrzymywała 
Dysydentkę, tak że nie wybuchnęła śmiechem, który byłby zupełnie nie na miejscu. 

Leżący  u  stóp  Egila  Kieł  otrzymał  prawie  połowę  mięsa,  które  Arona  kupiła  oddając 

niemal  wszystko,  co  miała.  Pies  bardziej  cieszył  się  befsztykiem  niż  jego  pan,  warczał, 
szarpał  mięso  i  merdał  ogonem,  aż  Egil  w  końcu  musiał  się  roześmiać  i  podrapać  go  za 
uszami. 

— Nie mów do niego „ona” — oświadczył szczerząc zęby. — W tej izbie jest tylko jedna 

suczka  i  to  z  własnej  nieprzymuszonej  woli.  Gdzie  była  trucizna?  W  słodkich  ciastkach?  A 
może w chlebie? 

— W  jarzynach  —  odparowała  Arona  wiedząc,  że  ich  nie  cierpiał.  Zasłaniając  małą  ręką 

usta  przeciągnęła  się  i  ziewnęła  szeroko.  Pies  powarkiwał  teraz  ciszej  nadstawiając  łeb  pod 
pieszczoty Egila. Ruda Zaraza wskoczyła Aronie na kolana i cicho zamruczała. Dziewczyna 
połaskotała kotkę za uszami, ta zaś poruszyła końcem ogona. Córka Bethiah nie pytając Egila 
o  pozwolenie,  wzięła  jego  talerz  z  resztkami  jedzenia  i  postawiła  go  na  podłodze.  Ruda 
Zaraza zeskoczyła i uszczęśliwiona zaczęła wylizywać talerz. Egil podniósł brwi i wypił duży 
łyk piwa. 

— Z  radością  otrułabyś  każdego  mężczyznę,  który  stanąłby  ci  na  drodze,  ale  nie  tego 

głupiego  kota  —  przyznał.  Nalał  piwa  do  małej  miseczki  i  postawił  ją  na  podłodze.  Kotka 
powąchała  i  wychłeptała  nieco  na  próbę.  Arona  zdawała  się  zupełnie  tym  nie  interesować. 
Czarownica zaś uśmiechnęła się szeroko, ziewnęła i przeciągnęła się. 

— Przechadzka  na  świeżym  powietrzu  dobrze  by  mi  zrobiła  —  powiedziała.  —  Arono, 

czy możesz wskazać mi drogę do, ach, małego domku? 

— Chyba  tak  —  wymamrotała  dziewczyna  wstając  i  zarzuciła  szal  na  ramiona.  Egil  nie 

odrywał  oczu  od  obu  kobiet.  Kiedy  tylko  drzwi  się  za  nimi  zamknęły,  rozłożył  się  na 
podłodze  i  uważnie  przyglądał  zwierzakom.  Leżący  z  wyciągniętymi  przed  siebie  łapami 
szczeniak warknął cicho i machnął ogonkiem. Kotka zaś przeszła pod brodą Egila, zawróciła i 
przesunęła ogonem tuż przed jego nosem. Egil zerwał się na równe nogi i kichnął, gdyż miał 
nos pełen kociej sierści. Potem rozsiadł się w krześle i sączył piwo. 

Arona  coś  knuła.  Widział  to  po  jej  zachowaniu.  Czarownica  również  o  tym  wiedziała  i 

aprobowała jakiś szalony pomysł tej niemądrej dziewczyny. Przed domem rozległo się ciche 
nucenie, łagodne jak kołysanka. Gdzieś w oddali ktoś śpiewał starą balladę o pokoju i miłości. 
Egil  westchnął,  ogrzane  powietrze  słodko  pachniało.  Kotka  wskoczyła  mu  na  kolana. 
Pogłaskał  ją  leniwie  i  z  ręką  na  jej  grzbiecie  przymknął  oczy.  Głowa  powoli  opadła  mu  na 
bok. Zaczął chrapać. 

Arona  z  trudem  cięła  wielkim  ciężkim  nożem  pożyczony  od  rzeźniczki  gruby  sznur 

zamykający  drzwi  do  izby  kronik.  Czarownica  w  milczeniu  przeszła  przez  wysokie  zielska 
otaczające  piwnicę  i  włożyła  jej  do  ręki  siekierę.  Dziewczyna  podziękowała  skinieniem 
głowy,  rozejrzała  się  i  uderzyła  siekierą  w  sznur  —  raz,  dwa,  trzy  razy,  rozcinając  go  coraz 
głębiej,  aż  w  końcu  pozostało  tylko  kilka  włókien.  Czarownica  wyjęła  zza  pazuchy  swój 
klejnot,  który  świecił  słabym  niebieskim  blaskiem  niewidocznym  już  na  odległość  palca,  i 
przecięła sznur do końca. 

background image

Ogromne drewniane drzwi piwnicy skrzypnęły tak głośno, że mogłyby obudzić umarłego. 

Arona zamarła w pół ruchu, ale Dysydentka nawet nie drgnęła. 

— Będzie  spał  przynajmniej  do  rana,  a  nawet  jeszcze  dłużej,  jeżeli  ogień  nie  zgaśnie  — 

powiedziała  cicho.  Nie  słysząc  żadnych  podejrzanych  dźwięków,  Arona  wróciła  do  pracy. 
Egil  zawiesił  te  drzwi  po  ostatniej  burzy.  Czy  wiedział,  że  potrzeba  dwóch  kobiet,  by  je 
otworzyć? Napawało go dumą, że drzwi są takie mocne. 

Drzwi  wreszcie  stanęły  otworem  i  obie  niewiasty  zeszły  na  palcach  do  piwnicy,  świecąc 

sobie  tylko  klejnotem  Dysydentki.  Arona  bez  wahania  podeszła  do  półek  ze  zwojami, 
przejrzała  je  pobieżnie,  usunęła  drążki,  po  czym,  zwinąwszy  jak  najciaśniej  wybrane  zwoje, 
powkładała do skórzanych cylindrów. 

— Nie  będą  go  obchodziły  relacje  o  tym  „kto  kogo  urodził”,  ani  kłótnie  czy  procesy  — 

szepnęła ponuro — tylko opowieści bohaterskie i legendy o Pierwszych Wiekach. 

Jedną  z  kwestii  spornych  była  hipoteza  Egila,  że  ktoś  musiał  nauczyć  mieszkanki  wioski 

budować domy, oswajać owce i konie i zabijać włóczniami wilki. 

— Czy ty mogłabyś tego dokonać? — docinał jej. — Albo ktoś, kogo znasz? No właśnie! I 

tu cię mam! W takim razie, kto je tego nauczył? Chcę się tego dowiedzieć. 

Z  lasu  dobiegło  gruchanie  gołębia.  Arona  odpowiedziała  wartowniczkom  i  wróciła  do 

zwojów,  dopóki  nie  wypełniła  nimi  czterech  futerałów.  Wtedy  wyskoczyła  z  piwnicy,  a 
Dysydentka  tuż  za  nią.  Leatrice  córka  Huany  czekała  z  dwoma  osiodłanymi  mułami  i  z 
jeszcze  jednym,  obładowanym  tobołami.  Księżyc  wzeszedł  nad  pozostałościami  Sokolej 
Turni.  Jeden  z  mułów  ryknął  głośno.  Czarownica  położyła  rękę  na  głowie  zwierzęcia,  które 
zamilkło. 

Darann  Mulniczka,  prowadząca  muły  obładowane  całą  zawartością  Domu  Czarownicy, 

zatrzymała się tuż obok. 

— Tutaj  dzieje  się  coś  podejrzanego  —  oświadczyła.  —  Gdyby  chodziło  o  kogoś  innego 

niż pani czarownica, wezwałabym radę starszych. 

— Ona chce łapówkę — przetłumaczyła cynicznie Leatrice w swoim języku. 
— Idź  do  domu,  moja  dobra  kobieto.  —  Dysydentka  roześmiała  się  cicho.  —  Nic  nie 

widziałaś. Mówiłam i tobie, i wielu innym, że czas już, bym wróciła do Miejsca Czarownic. 

Mulniczka  jakby  się  zamyśliła  i  jej  twarz  przybrała  roztargniony  wyraz.  Cmoknęła  na 

swoje muły i smagnęła gałęzią przodownika. Karawana ruszyła w drogę. 

Arona podeszła cicho i ostrożnie do drzwi Domu Kronik. 
— Kici…  Ruda  Zarazo…  Kici,  kici,  kici.  —  Lecz  kotka  nie  przyszła.  Arona  spróbowała 

wślizgnąć  się  do  środka,  ale  jej  stopy  nie  ruszyły  się  z  miejsca.  Usłyszała  w  myślach 
stanowczy głos czarownicy: 

— Kotka nie pójdzie. 
Nie!  —  zaprotestowała  w  duchu  i  zawołała  kota  za  pomocą  myśli.  Ruda  Zaraza 

przeciągnęła się i poszła do tylnej izby. 

— Pozwól jej odejść! — rozkazała w myśli Dysydentka. — Ona jest panią samej siebie. 
Arona musiała się z tym pogodzić. Spojrzawszy przez ramię na czworonożną przyjaciółkę, 

szepnęła bezgłośnie „Żegnaj, koteczko”. Potem podeszła do swojego muła. Tobołek, na który 
składały  się  pasterskie  spodnie,  kaftan,  opończa  i  para  butów,  były  przywiązane  do  siodła. 
Szybko się przebrała, na wierzch zaś włożyła suknię i opończę. Wsunęła za szarfę największy 
nóż rzeźnicki, teraz nieco stępiony w potyczce ze sznurem Egila, a mniejszy wsadziła do buta. 
Usadowiła się w siodle, cmoknęła na wierzchowca i odjechała razem z czarownicą. 

 
Arona czuła się dziwnie jadąc w nocy prowadzącym na wschód szlakiem. Przyświecał im 

tylko  księżyc  w  pełni,  który  nie  nadawał  głębi  cieniom,  oraz  gwiazdy.  Dysydentka  zgasiła 
swój świecący niebieskim blaskiem klejnot mówiąc, że zmęczyło ją to tak, jak długa jazda. 

— Dlaczego to robisz, pani? — zapytała dziewczyna, kiedy były już głęboko w lesie. 

background image

— Ponieważ  mówiłaś  prawdę  —  odrzekła  po  prostu  czarownica.  —  Przysięgłam,  że  nie 

będę się wtrącać, ale przysłowie mówi „dać po jednym źdźble każdemu jagnięciu i owcy”. — 
I zamilkła. 

W  nocy  leśne  odgłosy  brzmiały  inaczej,  dziwniej.  Arona  nasłuchiwała,  czy  nie  rozlegnie 

się  wycie  Psów  Jonkary,  lecz  drapieżniki  milczały.  Muły  ciężko  stąpały  po  podmokłym 
gruncie.  Zajęta  własnymi  myślami  dziewczyna  odzywała  się  rzadko,  Dysydentka  także. 
Nawet w siodle morzył ją sen. Niebawem ziewnęła i zdrzemnęła się. Jej muł pochylił głowę i 
zaczął się paść. Ruszyły dalej dopiero wtedy, gdy zaspokoił głód. 

Przed świtem minęły maleńką wiejską świątynię z symbolem Dobrej Bogini. Pod drzewem 

ustawiono  wyrzeźbiony  i  pomalowany  dojrzały  kłos  zboża  opleciony  obciążoną  owocami 
gałęzią.  Tutaj  czarownica  zarządziła  postój  i  przywiązała  muły.  Arona,  mimo  zmęczenia, 
zadbała  o  zmęczone  wierzchowce  —  przyniosła  im  wody  ze  strumyka  płynącego  za 
ś

wiątynią.  Oporządziły  i  wytarły  zwierzęta  i  weszły  pomodlić  się  do  świętego  przybytku. 

Czarownica  chciała  rzucić  również  jakiś  czar.  Powietrze  wewnątrz  pachniało  świeżymi 
ziołami. Poczuły się tak, jakby zgotowano im serdeczne przyjęcie. 

— Czy wiedziałaś o tej świątyni? — zapytała Arona. — Zbudowały ją dwie nasze siostry, 

Freyis córka Ingeldy i Ylsa córka Dorine oraz Ragny córka Grethir, jedna z Cór Gunnory. W 
ten  sposób  nasza  wioska  zaczęła  handlować  ze  światem  zewnętrznym.  Dopóki  ty  nie 
przybyłaś, naszą jedyną z obcymi więzią były Córki Gunnory. 

— Arono, Arono, najpierw sen, a potem historia. — Dysydentka roześmiała się, ziewnęła i 

przeciągnęła. — Dobrej nocy, moje dziecko. 

Arona owinęła się kocem i oparła głowę na przyniesionym tu siodle. 
— Dobrej nocy — odpowiedziała zaspanym głosem. 
 
Kręta ścieżka powoli pięła się pomiędzy dwoma  łagodnymi, lesistymi zboczami w stronę 

wschodzącego słońca. Arona córka Bethiah, z powodu krótkiego wzroku nie mogąc polować 
za  pomocą  włóczni  czy  haku,  zastawiła  pułapki  na  drobną  zwierzynę,  gdy  rozbiły  obóz 
następnej  nocy,  i  złapała  nieostrożnego  królika.  Przespały  w  świątyni  Gunnory  dzień  i  noc. 
Wstały wypoczęte i pełne sił. Nikt ich nie ścigał. 

— Tak  myślałam  —  skomentowała  czarownica.  —  Wiele  trzeba,  żeby  twoje  krajanki 

opuściły wioskę. 

— Ukradzione kroniki to „niewiele?” — zapytała zdumiona dziewczyna. 
Czarownica pokiwała głową ze współczuciem. 
Dotarły na rozstajne drogi. Dysydentka bez wahania wybrała szlak prowadzący na północ, 

w  góry.  Tego  wieczora,  tuż  przed  zachodem  słońca,  minęły  zrujnowaną  wioskę.  Osmalone 
kamienie  i  sterczące  resztki  odrzwi,  ścian,  rozwalone  palenisko  czy  przewrócony  komin 
dobitnie świadczyły o nieszczęściu. 

— Czy to skutek Wielkiego Poruszenia? — zapytała z lękiem Arona. 
— Raczej wojny — odrzekła ze smutkiem czarownica. — To musiała być wioska, z której 

uciekli wasi nowi sąsiedzi. 

Dziewczyna  przyjrzała  się  ruinom  i  otworzyła  szerzej  oczy,  zastanawiając  się  nad 

przyczynami tego niszczycielskiego działania. 

— Kto mógł ich tak bardzo nienawidzić, pani czarownico? 
Dysydentka musiała jej tłumaczyć, co to takiego narody i armie, choć Arona do niedawna 

była skrybą i kronikarką i znała przeszłość swego ludu. Lud zza morza, z którego pochodziła, 
był  luźnym  przymierzem  Wielkich  Domów  na  skraju  Wielkiego  Pustkowia,  złączonych 
więzami  krwi,  języka  i  obyczajów.  Nie  był  pokojowej  natury:  każdej  wiosny  po  zasiewach 
jego  mężczyźni  łączyli  się  w  grupy,  dokonywali  napadów  na  obce  ludy  i  wracali  tuż  przed 
zbiorami  z  łupami  do  swoich  małżonek,  matek  i  sióstr.  Każdy  bowiem  mężczyzna  wojował 
pod wezwaniem rodu swojej matki i nosił jej nazwisko. 

background image

— Tym, czym matki są dla córek — opowiadała Arona Dysydentce tej nocy przy ognisku 

—  tym  każdy  on–obrońca  był  dla  on–dziecka  swojej  siostry  i  każdy  on–dziecko  dla  on–
siostry  jego  matki.  Ziemia  należała  do  nas,  kobiet.  Uprawiałyśmy  ją  i  trudniłyśmy  się 
wszystkimi niezbędnymi rzemiosłami i zawodami, wyjąwszy wyrób broni. 

Te  gromady  wojowników  i  złączone  luźnym  przymierzem  rody,  chociaż  odważne  i 

waleczne,  łatwo  uległy  orężowi  pierwszego  najeźdźcy,  który  miał  do  dyspozycji  armię. 
Niedobitki uciekły przez Wielkie Pustkowie, przez góry i morze pod wodzą Pana Sokołów, a 
klęska  i  długotrwała  ucieczka  zmieniły  ich  obyczaje  nie  do  poznania.  Arona  zamknęła  oczy 
składając w duchu hołd swoim przodkom, a potem rzekła: 

— Wydaje  mi  się,  pani  czarownico,  że  ich  dalecy  potomkowie  nadal  wędrują  po  tym 

pustkowiu  dokonując  napadów  na  tych  wielkich  oswojonych  koniach  i  z  wizerunkami 
duchów opiekuńczych swoich Domów na tarczach — lwa albo górskiego kota, niedźwiedzia 
lub dzika, borsuka, wilka czy lisa, orła albo sokoła — które nadal bronią ich w razie potrzeby. 

Dysydentka nagle miała widzenie. 
Ujrzała  ni  to  młodego,  ni  to  starego  mężczyznę  przemierzającego  konno  jakąś  równinę  z 

wymalowanym  na  tarczy  górskim  lwem,  a  jego  ludzką  postać  ocieniała  sylwetka  wielkiego 
kota.  Obok  niego  jechała  kobieta  z  jej  własnej  rasy  o  bladej  twarzy  i  ciemnych  włosach, 
odziana w wyhaftowany wedle swojego pomysłu tabard. Była jego towarzyszką i małżonką. 

— Myślę, że tak jest — odparła. — Ale ich sióstr już z nimi nie ma. 
— Wiem — powiedziała z roztargnieniem Arona. — Jesteśmy tutaj. 
 
Przez ponad tydzień jechały coraz wyżej i wyżej krętą ścieżką, która stopniowo zamieniła 

się  w  szlak  tak  szeroki,  że  oba  muły  mogły  biec  przy  sobie.  Obok  rosnących  wzdłuż  traktu 
wiecznie  zielonych  sosen  i  świerków  zobaczyły  wysokie,  smukłe  drzewa  o  białej  korze, 
których  młode  listki  drżały  przy  najlżejszym  powiewie.  Z  czasem  zaczęły  się  pojawiać 
ludzkie siedziby. Wtedy zatrzymywały się i prosiły gospodarzy o gościnę. Arona widziała, że 
czarownicę  traktowano  z  wielkim  szacunkiem,  jak  Starszą  Matkę.  Coraz  częściej  widziała 
zamieszkujących wspólnie mężczyzn i kobiety. 

Arona ubrana była jak pasterka, w strój stosowny do jazdy wierzchem i jak one ukrywała 

włosy  pod  czapką.  Wówczas  rolnicy,  mężczyźni  i  kobiety  nazywali  ją  „chłopcem”  i  mówili 
do niej w określony sposób. Kiedy zaś zdjęła czapkę, nazywali ją „dziewczyną” i przemawiali 
zupełnie  inaczej.  Jako  „chłopiec”  widziała,  jak  córki  wieśniaków  spoglądają  na  nią  spod 
przymkniętych  powiek  i  mówią  łagodnie  jak  gołębice.  Jako  „dziewczyna”  słyszała,  jak  ich 
synowie  zwracają  się  do  niej  w  taki  sam  sposób  jak  Egil,  kiedy  starał  się  być  miły. 
Dysydentka wyjaśniła jej najlepiej jak mogła, co to takiego miłość, małżeństwo i zaloty, lecz 
Arona  miała  duszę  dziewicy,  a  gwałt,  którego  dokonał  na  niej  nieznany  Sokolnik,  i  ohydny 
podstęp Egila wzbudziły w niej głęboką niechęć do spraw ciała. Jedynym jej ustępstwem było 
stwierdzenie: 

— Pozostawiam to tym, którym się podoba. 
Droga  biegła  teraz  w  dół,  pomiędzy  wzgórzami.  Dysydentka  zwróciła  wzrok  na  zachód  i 

zapatrzyła się w przestrzeń. 

— Już niedługo będę musiała cię opuścić — powiedziała. — Arono, jeszcze nie nauczyłaś 

się rozpoznawać ludzi, a na drodze można spotkać najróżniejszych. Ale większość jest dobra i 
uczciwa. Jedź z bronią pod ręką, a jeśli wyczujesz, że coś jest nie w porządku, nie zatrzymuj 
się,  by  to  sprawdzić.  —  Zamilkła  i  przez  chwilę  zdawała  się  naradzać  z  kimś  bardzo 
oddalonym, wyglądała jak w transie. Potem zdjęła z szyi swój amulet. 

— Zabierz  go  do  Lormtu.  Jest  bardzo  stary,  lecz  dla  mnie  nieprzydatny.  Wyryte  na  nim 

runy  mówią  o  jaskiniach  Dawnego  Ludu.  Znalazłam  go  przed  wielu  laty  wśród  wzgórz  na 
zachód  od  Es,  ale  nie  nadaję  się  na  uczoną.  Zresztą  nie  chcę  mieć  do  czynienia  z  żadną  ze 
starszych  ras.  —  Uśmiechnęła  się  krzywo.  —  Nasza  własna  przysparza  dostatecznie  dużo 

background image

kłopotów!  Możliwe  jednak,  że  uchroni  cię  on  przed  ludzkim złem.  On,  a  także  twój  własny 
rozum i siła. — Uścisnęła swoją towarzyszkę i nagle zniknęła. 

Arona patrzyła na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała Dysydentka. A może była 

złudzeniem?  Dziewczyna  poczuła  się  bardziej  samotna  niż  kiedykolwiek  dotąd  i 
przypomniała sobie, że dobrowolnie poszła na wygnanie, opuszczając swoją rodzinę, wioskę, 
Dom  Kronik  i  wszystko,  co  bliskie  i  drogie,  znane  od  dziecka,  od  zawsze.  Jej  serce 
przepełniła  gorycz  i  gniew  na  Egila  i  wszystkich  takich  jak  on,  na  Starsze  Matki,  które 
wybrały  go  zamiast  niej,  i  na  cudzoziemców,  którzy  od  kołyski  uczyli  go,  że  jest  jak 
księżniczka i może narzucać swoją wolę wszystkim kobietom. 

— Oby  umarł  z  głodu,  zamarzł  i  pożarły  go  wilki!  —  powtórzyła  przekleństwo,  które 

Brithis  rzuciła  na  Huanę.  —  Oby  znaleźli  go  Sokolnicy  i  zabrali  na  Sokolą  Turnię,  by 
nakarmić nim swoje ptaki. Oby każdy, kogo spotka, potraktował  go tak,  jak on mnie i moją 
panią, i oby płakał w nocy za tym, co utracił. — I wtedy wybuchnęła płaczem. 

 
Egil, teraz kronikarz Nadrzecznej Wioski, obudził się z bólem głowy i sklejonymi oczyma, 

jakby dosypano mu narkotyku do jedzenia. Słońce zbliżało się ku zachodowi i ognisko dawno 
zgasło.  Kieł  skomlał,  nie  mogąc  wyjść  na  dwór,  załatwił  się  pod  drzwiami.  Resztki 
wczorajszej  kolacji  stały  na  podłodze  i  na  stole.  Kłębiły  się  nad  nimi  roje  much.  Widocznie 
jedzenie im nie zaszkodziło. Czyżby wypił za dużo? Arona gniewała się na niego. Przejdzie 
jej to. Nie potrafiłaby trzymać się z dala od Domu Kronik — ani od Egila — tak jak koń nie 
mógłby przestać biec. Tylko z nim jednym z całej wioski mogła rozmawiać o rzeczach, które 
interesowały  ich  oboje.  Tak,  z  czasem  złość  jej  przejdzie.  Posunął  się  za  daleko,  działał  za 
szybko.  Ta  jego  przeklęta  niecierpliwość!  Ale  dłuższe,  kilkumiesięczne  zaloty  powinny  to 
naprawić. Przecież on naprawdę ją kocha. Arona musi o tym wiedzieć, jeśli Bogowie dali jej 
choć szczyptę rozumu. Ziewnął, przeciągnął się i przetarł zaspane oczy. Umył twarz w zimnej 
wodzie i poszedł obejrzeć swoje nowe władztwo. 

Sznur na drzwiach izby kronik był przecięty — znowu — wiadomo, kto to zrobił. Nie, ona 

nigdy  nie  będzie  mogła  opuścić  Domu  Kronik.  Brakowało  kilku  zwojów.  Nie  znikły  jego 
prywatne  notatki  i  nudne  relacje  z  życia  wieśniaczek  i  ich  Rady  Starszych,  ale  nie  było 
fascynujących,  na  pewno  fałszywych  opowieści  o  bohaterstwie  i  pomysłowości,  o  wielkich 
czynach i ciężkich czasach, które tak kochała. 

— Arono! — zawołał.  — Arono? — Pokiwał głową, uczesał się, przełknął kilka kęsów i 

wyruszył do domu jej matki. 

Bethiah jej nie widziała. 
— Czyż  nie  jest  z  tobą?  —  zapytała  i  wyraźnie  była  o  tym  przekonana.  Pomaszerował 

wielkimi  krokami  ścieżką  prowadzącą  do  domu  przy  kuźni,  a  potem  zaczął  biec.  Żadna  z 
przyjaciółek  Arony  nie  miała  najmniejszego  pojęcia,  gdzie  dziewczyna  się  podziała, 
wszystkie jednak myślały, że przebywa razem z nim. Oblał go zimny pot. 

— Arono! — ryknął biegnąc w stronę jaskiń. Kilka wieśniaczek z pochodniami poszło za 

nim. Nic jednak nie świadczyło, że miałaby tam przebywać. 

Nie  mógł  zapytać  czarownicy.  Mieszkanki  wioski  powiedziały  mu,  że  zgodnie  z  planem 

wyjechała poprzedniego dnia. 

— Czy o tym nie wiedziałaś? — zapytała oskarżycielskim tonem Najstarsza Matka, Raula 

córka Mylene. 

Arona zniknęła, a wraz z nią połowa historii Nadrzecznej Wioski. 
Och,  cóż,  pomyślał,  tamte  opowieści  i  tak  na  pewno  były  kłamliwe.  Kobiety  rządzące 

miastem.  Jeźdźcy–Zwierzołacy,  których  pokonała  armia  zwykłych  ludzi.  Sokola  Bogini 
mszcząca się na śmiertelnikach… Nadrzeczna Wioska obejdzie się bez takich fantastycznych 
wymysłów. 

background image

— Arono!  —  wołał  zrozpaczony.  —  Dlaczego  to  zrobiłaś?  Gdybym  podejrzewał,  że  te 

głupie historie tak wiele dla ciebie znaczą, dałbym ci je w podarunku. Wróć do mnie i pozwól 
mi wynagrodzić krzywdę, jaką ci wyrządziłem. 

background image

R

OZDZIAŁ TRZYNASTY

 

R

OPUCHY

 

 
Czy  zasiądziesz  przy  moim  ognisku?  —  Podróżny,  który  to  zaproponował,  był  ubrany  w 

strój  skromny,  ale  wyjątkowo  czysty  jak  na  wędrowca,  i  wytwornie  się  wyrażał.  Wdzięczna 
Arona zsiadła z muła, którego nazwała  Lennis, i zbliżyła się do ognia. Nie wyczuła niczego 
podejrzanego ani wtedy, ani później, podczas rozmowy. Opowiedziała o swojej wyprawie do 
Lormtu,  o  walce  z  Egilem  o  urząd  kronikarki  i  o  decyzji  rady  starszych.  On  zaś  mówił  o 
swojej  żonie,  o  domu  i  córkach,  które  były  jego  oczkiem  w  głowie.  Później  córka  Bethiah 
opowiedziała mu inne historie i oboje podzielili się prowiantem i winem. 

Potem zdjęła czapkę. Mężczyzna otworzył szerzej oczy. 
— Dziewczyna!  Świetnie!  Bogowie  są  dla  mnie  łaskawi  ponad  wszelką  miarę!  Nie  będę 

musiał  spać  sam  tej  nocy!  —  Arona  pokręciła  głową  i  cofnęła  się,  on  zaś  wyjął  ze  swojej 
sakwy pasmo pięknej koronki. — Będę dla ciebie szczodry — powiedział przymilnie. 

— Dziękuję,  ale  nie  —  odrzekła  stanowczo,  cofając  się  jeszcze  dalej  i  sięgając  po  nóż. 

Wtedy rzucił się na nią, jedną ręką złapał za gardło, drugą zaś wyciągnął swój nóż szybciej, 
niż zdołała to zauważyć. 

— Kimże jesteś, jak nie dziwką?! — warknął. — Dziewką zbója czyhającą razem ze swoją 

bandą na takich jak ja? 

— Podróżną!  Mówiłam  już!  —  krzyknęła  szamocząc  się  i  usiłując  wyciągnąć  nóż  jedną 

ręką,  a  drugą  wbijając  paznokcie  w  jego  dłoń.  —  Zaprosiłeś  mnie,  bym  usiadła  przy  twoim 
ognisku, a teraz zachowujesz się jak samiec w rui i mnie prześladujesz?! Och,  Lennis miała 
rację  co do takich jak ty. Nasza młynarka — wyjaśniła — a nigdy przedtem nie miała racji. 
Ale teraz, och… 

— Jeżeli  tego  nie  chcesz,  to  po  co  pokazałaś,  że  jesteś  dziewczyną?  —  zapytał  z  nie 

ukrywanym zdziwieniem. — Myślałem, że to znaczy to, co każdy mężczyzna pomyślałby, że 
znaczy. Ile masz lat? I jaka jest twoja prawdziwa historia? 

— Czternaście, prawie piętnaście — wykrztusiła Arona — i ten Egil, o którym mówiłam, 

chciał, to znaczy, próbował… uciekłam… 

Mężczyzna się cofnął. 
— Przykro  mi  z  powodu  tego,  co  się  stało.  Ale  jeśli  chcesz  kontynuować  tę  szaleńczą 

podróż,  zachowaj  przebranie  chłopca  dopóty,  dopóki  nie  dotrzesz  do  swojej  ciotki  albo  do 
kogo  tam  uciekasz,  —  Schował  nóż  i  znów  usiadł.  —  Już  nie  musisz  się  mnie  obawiać. 
Wierzę  ci.  Na  wielkich  bogów,  sam  mam  córki.  —  Pokiwał  głową  z  litością.  —  No,  no, 
zmuszona  do  wyboru  między  lubieżnym  panem  i  podróżą  bez  opieki.  Moje  dziewczęta 
spotkałby taki sam los, gdyby źle mi poszły interesy. Jak masz na imię? 

— Arona córka Bethiah. — Usiadła daleko od niego, lecz przyjęła napitek, który ofiarował 

jej  na  przeprosiny.  Dlaczego  on  patrzy  na  nią  z  takim  współczuciem?  —  Pani  czarownica, 
która towarzyszyła mi przez część drogi, wiele mi opowiedziała, ale — głos jej zadrżał — nie 
wszystko. W tym kraju nawet małe dzieci bawią się w samoobronę. 

— Tak,  wojny  —  zgodził  się  z  nią.  —  Nie,  twoja  towarzyszka  czarownica…  Dobrze 

zrobiłaś wstępując do niej na służbę. Dzielna z ciebie dziewczyna! Wiedz, że twoja pani jest 
chroniona przed tym, co ty musiałaś znieść. Prześpij się trochę — dodał łagodnie. — Możesz 
trzymać nóż w ręku na wszelki wypadek. Nie skrzywdzę cię. Jednak większość mężczyzn… 
Tak, dobrze robisz wędrując uzbrojona. 

Zasnęła, lecz spała czujnie i obudziła się zmęczona. Od tej pory będzie podróżowała tylko 

z kobietami, albo samotnie. 

 

background image

Nieokrzesani  brodaci  mężczyźni  siedzący  przy  ognisku  zachichotali,  gdy  opowiadający 

dramatycznie zniżył dźwięczny, jeszcze momentami chłopięcy głos: 

— I lisowilk zawołał ze zdumieniem: „Siostro? Dlaczego nazywasz mnie siostrą, ty głupia 

gąsko?”  A  kiedy  to  powiedział,  gęś  uwolniła  się  z  pyska  lisowilka  i  uciekła.  I  lisowilk  nie 
skosztował nawet jednego kęska z małej brązowej gąski! 

Mężczyźni zarechotali, a ich dzieci zaklaskały, zachęcając opowiadacza okrzykami. 
— Jeszcze! Jeszcze! — krzyknęła młoda panna. Jej rodzina zgromadziła się z jednej strony 

obozowiska. 

Opowiadacz imieniem Aron syn Bethiaha wstał, ukłonił się kobietom i dzieciom, po czym 

przełożył resztę brzemienia jucznego muła do sakw przy siodle swojego  wierzchowca, muła 
imieniem  Lennis. Podróżować z kobietami albo samotnie! Cóż to za głupie przyrzeczenie w 
kraju, gdzie na drogach roiło się od mężczyzn i żadna kobieta nie jedzie samotnie, chyba że 
jest  przynętą  mającą  zwabić  nieostrożnego  wędrowca  w  pułapkę!  A  te,  które  podróżują  z 
mężczyznami,  nie  mają  nic  do  powiedzenia,  i  nie  można  nic  z  nimi  załatwić.  Za  każdym 
razem z tego powodu serce Arony przepełniało się żółcią. 

Księżyca ubywało i znowu przybyło, odkąd opuściła Nadrzeczną Wioskę. Pozostawiła już 

za sobą szeroką dolinę rzeki Es i podążała w stronę gór, gdzie leżał Lormt. Zmęczona, po raz 
ostatni wróciła wspomnieniami do swoich pierwszych przeżyć w kraju cudzoziemców. Jedni 
byli  dobrzy,  inni  okrutni.  Niektórzy  przepędzali  ją  sprzed  swoich  drzwi  jako  włóczęgę, 
drudzy zaś dzielili się z nią ostatnim kawałkiem chleba. Wojna wycisnęła niezatarte piętno na 
wszystkich.  Domy  były  w  ruinie,  pola  leżały  odłogiem,  a  ziemię  i  skały  osmaliła  olbrzymia 
energia wyzwolona w noc Wielkiego Poruszenia. 

Zawarła  transakcję  z  przywódcą  karawany.  Sprzedała  jucznego  muła.  Ze  zdumieniem 

macała  miedziane  i  srebrne  monety.  Takie  małe,  niepozorne  przedmioty,  a  mają  tak  wielkie 
znaczenie  w  handlu!  Wspaniały  pomysł  w  kraju  zbyt  wielkim,  by  można  było  prowadzić  w 
nim  handel  wymienny.  Monety.  Odlane  z  żelaza  pługi.  Oswojone  konie  z  metalowymi 
pierścieniami na kopytach. Ludzie, którzy utrzymywali się wyłącznie ze swojego rzemiosła, a 
nie  jako  rolnicy.  I  kobiety,  o  których  wspominał  w  swoich  opowieściach  kuzyn  Jommy, 
kobiety,  które  żyły  z  tego,  że  pozwalały  mężczyznom  zachowywać  się  jak  samcy  w  okresie 
rui.  Mężczyźni,  którzy  ćwiczyli  z  nią  samoobronę,  uważając  za  chłopca,  którzy  nigdy  nie 
uczyliby samoobrony dziewcząt, chociaż bardziej tego potrzebowały. 

Arona  zadrżała  i  dotknęła  swojego  rzeźnickiego  noża.  Góry,  z  grasującymi 

czworonożnymi  drapieżnikami,  będą  z  pewnością  bezpieczniejsze  niż  niziny  z  dwunogimi 
bestiami. Podrapała swojego starego jucznego muła za uszami i poklepała po pysku. 

— Do  widzenia,  Raulo  —  powiedziała.  —  Nowy  właściciel  zwierzęcia  uśmiechnął  się 

pobłażliwie, a muł ryknął głośno. Dzieci znów się roześmiały i karawana ruszyła na zachód. 
Arona zaś zwróciła nos Lennis na północ, w stronę gór. 

Jechała  tak  kilka  dni,  oszczędnie  korzystając  z  zapasów  i  żyjąc  z  lasu  jak  pasterki  z  jej 

wioski. Chroniła się przed deszczem w szałasach z gałęzi okrytych ciasno tkanym kocem. W 
nocy przysłuchiwała się znajomym leśnym odgłosom czujnie, ale bez lęku. Aż któregoś dnia, 
w jasnym blasku stojącego w zenicie słońca usłyszała przytłumiony tętent kopyt dobiegający 
gdzieś z tyłu, z prawa. 

Znajdowała  się  w  miejscu,  gdzie  rozsuwały  się  strome  ściany  skalne.  Ścieżka 

wyprowadziła  ją  na  łąkę.  Pasło  się  tam  bydło  i  rosły  sięgające  kolan  dzikie  kwiaty.  Na 
przeciwległym  krańcu  łąki  stała  waląca  się  drewniana  chałupa.  Nowa  była  tylko  balustrada 
werandy, długa i świetnie nadająca się do przywiązywania koni. 

Ale  Arona  jechała  na  powolnym  mule,  a  nie  na  szybkim  rumaku.  Rozglądając  się  na 

wszystkie  strony,  ponagliła  swego  wierzchowca,  lecz  muły  nie  biegają  szybko.  W  oddali 
wysokie  wzgórza  strzelały  w  górę  po  obu  stronach  drogi,  która  wiodła  na  przełęcz  między 
szczytami. Odwróciwszy się zobaczyła chmurę pyłu i majaczące w niej niewyraźne sylwetki. 

background image

Jeden,  dwóch,  trzech  jeźdźców.  Byli  jeszcze  daleko,  lecz  zbliżali  się  coraz  bardziej. 
Wyciągnęła nóż. 

Była  pewna,  że  teraz  dobrze  by  się  spisała,  musiałaby  jednak  stoczyć  nierówną  walkę. 

Gdybyż  zabrała  łuk  i  strzały!  Ale  po  co  krótkowzrocznej  dziewczynie  taka  broń?  Powinna 
raczej zaufać swoim pułapkom. 

Zsunęła  się  z  muła  i  jęła  grzebać  w  sakwach  w  poszukiwaniu  pułapek  na  króliki.  Przez 

cały  czas  rzucała  pełne  obawy  spojrzenia  na  drogę.  Przywiązała  pułapkę  w  poprzek  drogi 
między  dwiema  wierzbami  o  białej  korze,  potem  wcisnęła  pozostałe  wnyki  do  kieszeni  i  z 
całej siły walnęła Lennis po zadzie. Muł ryknął i pobiegł w dół ścieżki. 

Amulet  Arony  zaczął  brzęczeć.  Mknąc  ścieżką  i  rozpaczliwie  szukając  jakiejś  kryjówki, 

wzięła  go  do  ręki.  Nie  ujdzie  przed  prześladowcami,  gdyż  większość  myśliwych  ma 
doskonały wzrok. 

Pani Czarownico, modliła się w myśli, skręcając nagle na pobocze i między zarośla. Mocy 

rządząca  tym  amuletem.  Uratuj  mnie  i  uratuj  kroniki,  gdyż  inaczej  wszystko  to  pójdzie  na 
marne. Jonkaro, Sokola Bogini, Mścicielko Kobiet, uratuj mnie. 

Biegnąc  zestroiła  swój  umysł  z  amuletem,  który  brzęczał  teraz  głośniej  i  zaczął  świecić 

miękkim, szkarłatnym jak liście w Sokolim Miesiącu światłem. Głębsze brzęczenie dobiegło 
od strony skalnej ściany z przodu i na lewo od niej. Dziwny dźwięk nasilił się i zahuczał niby 
grzmot. Ogromna kamienna płyta odsunęła się jak zasłona i dziewczyna zobaczyła ziejący za 
nią otwór. Muł stąpał ciężko obok Arony i rycząc protestował przeciwko stęchłemu powietrzu 
o ostrym zapachu, które wydobywało się ze środka. 

Wewnątrz  świeciło  niesamowite  niebieskie  światło,  nieco  za  jaskrawe  dla  ludzkich  oczu. 

Tętent  końskich  kopyt  stawał  się  coraz  głośniejszy.  Arona  wahała  się  tylko  chwilę.  Obawa 
przed  dobrze  znanym  losem,  jaki  spotkałby  ją  z  rąk  zbójów,  pokonała  strach  przed 
nieznanym.  Odetchnęła  głęboko,  przepchnęła  muła  przez  świetlną  zasłonę  i  ruszyła  za  nim, 
ż

eby się nie rozmyślić. Prześladowcy tu za nią nie wejdą, musieliby to być niezwykli bandyci. 

Znalazła się w wielkiej podziemnej krypcie, oświetlonej tym samym niebieskim blaskiem, 

który  chronił  wejście.  Delikatny  świeży  zapach  nasuwał  myśl  o  jakiejś  nienaturalnej 
czystości. Nie zauważyła jednak źródła tego zapachu i światła. Muł stulił uszy i nie chciał iść 
dalej.  Arona  westchnęła,  daremnie  szukając  wzrokiem  czegoś,  do  czego  mogłaby  go 
przywiązać, ale nie znalazła. 

— Och, na odchody Jonkary, zostanę… — mruknął w jej umyśle jakiś głos. Usłyszała go 

tak  wyraźnie  jak  swój  oddech.  Był  to  znajomy  jej  chrapliwy,  spokojny,  gderliwy  głos. 
Odpowiedziała również w myśli z wdzięcznością: 

— Dobry muł!… — I poszła w głąb krypty, rozglądając się dookoła ze zdumieniem. 
Kryptę  wypełniały  łoża  stojące  w  rzędach.  Na  wszystkich  spoczywały  istoty  w 

cylindrycznych osłonach z takiego samego światła jak to, które chroniło jaskinię. Byli tu nie 
tylko  ludzie.  Wśród  ludzi  przeważali  mężczyźni,  ale  zobaczyła  też  kobiety.  Zatrzymała  się 
dłużej  przy  młodej  rudowłosej  niewieście  w  lśniącym  srebrzystym  stroju,  który  obciskał  jej 
ciało  jak  druga  skóra.  Leżąca  miała  na  sobie  buty  i  pozbawiony  ozdób  srebrny  hełm  i 
trzymała  długą  srebrną  lancę  dziwnego  kształtu,  która  —  Arona  skądś  to  wiedziała  —  była 
potężną  bronią.  Córka  Bethiah  zmarszczyła  brwi.  Czy  miała  prawo  obudzić  tę  wielką 
wojowniczkę  i  użyć  takiego  niezwykłego  oręża  przeciwko  bandzie  zwykłych  rozbójników? 
Równie dobrze mogłaby zabić mysz toporem rzeźnickim! 

Powiodła  wzrokiem  wzdłuż  rzędów  leżanek  i  zauważyła,  że  niektórzy  z  mężczyzn 

wyglądali zupełnie jak bandyci, którzy pozostali na zewnątrz. Kiedy przyszło jej do głowy, że 
musi kogoś obudzić? I w jakim celu? 

— Obudź tego, kogo potrzebujesz najbardziej — dobiegła ją czyjaś myśl. 
Arona stanęła między śpiącymi, zamknęła oczy, skoncentrowała się i w końcu wyznała: 

background image

— Nie  wiem,  kogo  najbardziej  potrzebuję,  ale  ufam,  że  ty  to  wiesz.  —  Dopiero  teraz 

bowiem uświadomiła sobie, że sama jaskinia jest rozumna w sposób, którego nie pojmowała, 
i ponadto, że można jej  zaufać. W tej samej chwili wpadła w tak straszną panikę, iż o mało 
nie straciła nad sobą panowania: cóż może być lepszą przynętą niż całkowite zaufanie? 

Jaskinia zdawała się śmiać z niej, chichotać ironicznie i skierowała ją do małego bocznego 

pokoiku,  gdzie  Arona  mogła  zaspokoić  swoje  potrzeby,  umyć  twarz  i  napić  się  zimnej, 
smacznej wody ze sztucznego źródła. 

— Niestety,  moje  zapasy  ludzkiego  pożywienia  są  bardzo  ograniczone  —  uprzedziła 

Aronę.  —  Wojna,  Która  Zamknęła  Drogę  Na  Wschód,  przeciążyła  moje  urządzenia.  Ta 
wydaje  się  mniej  niszczycielska.  —  Jaskinia  westchnęła.  —  Wojny  prowadzone  za  pomocą 
prymitywnej techniki zawsze są takie. 

— Kim, czym jesteś? — zapytała głośno dziewczyna. 
— Schronieniem  —  usłyszała  w  myśli.  Pieczara  zdawała  się  namyślać.  A  potem  przez 

subtelne  zmiany  kierunku  otaczającego  Aronę  światła  poprowadziła  ją  do  leżanki,  z  której 
podnosiła  się  istota  o  ohydnym,  przerażającym  wyglądzie.  Była  niska,  przysadzista  i  miała 
szarą, gruzełkowatą skórę. Odziana była jedynie w coś w rodzaju uprzęży. Arona poczuła, że 
ś

ciska ją w żołądku. 

Istota wstała i spojrzała na nią wielkimi żółtymi oczami umieszczonymi po bokach głowy. 

Jej  szerokie  bezwargie  usta  poruszyły  się,  ale  to  jaskinia  przetłumaczyła  Aronie  słowa 
dziwoląga. 

— Witaj. Jestem Krakoth, niegdyś kronikarz Doliny Grimmer. 
Dolina  Grimmer!  Córki  Gunnory  opowiadały  o  Ropuchach.  Arona  patrzyła  na  jedną  z 

nich! Nie rozmawiała z nią. Starając się opanować mdłości, wyciągnęła rękę. 

— Czcigodna Pani Ropucho, jestem Arona, niegdyś kronikarka Nadrzecznej Wioski. 
— Witam cię, Małpoludko. — Krakoth mrugnęła, a jej dolne i górne powieki się zetknęły. 
— Małpoludko! — Gniew zajął miejsce strachu w sercu dziewczyny. 
— Ty nazywasz mnie Panią Ropuchą — zarzuciła jej Krakoth. Arona uświadomiła sobie, 

ż

e mówią w jej rodzinnym języku i że rozmawiając z tą ohydną istotą uznała ją za człowieka. 

I co z tego? Czyż nim nie jest? Pani Ropucha umiała mówić i wykonywała ten sam zawód co 
Arona. 

— Przepraszam — wyjąkała. — Ale to jedyna nazwa twojego ludu, jaką znam. — Skoro 

Krakoth  wykonywała  znany  też  ludziom  zawód,  zatem  Ropuchy  musiały  mieć  wiele  takich 
samych,  pospolitych  rzeczy  jak  ludzie.  Małpoludy,  pomyślała  Arona  i  nagle  roześmiała  się 
głośno,  oczami  wyobraźni  ujrzawszy  swoje  krewne  i  znajome  porośnięte  sierścią,  ze 
szpiczastymi  pyskami  i  krótkimi  ogonkami.  Jednocześnie  wyobraziła  sobie  Ropucholudzi 
pasących  owce  —  co  pełniło  rolę  owiec  w  ich  wiosce?  —  uprawiających  ogrody,  ropusze 
matki i ropusze dzieci… 

Krakoth zachichotała. 
— To zwyczaj ssaków — wyjaśniła. — Nasze młode same troszczą się o siebie, aż osiągną 

wiek,  w  którym  mogą  nauczyć  się  mówić  i  poznać  cywilizowane  obyczaje.  Później  my, 
dorośli,  dokonujemy  wyboru  między  nimi  i  zabieramy  ich  do  naszych  domów,  by  nam 
służyły, dopóki nie dorosną i nie ustatkują się na tyle, aby się usamodzielnić. 

Przypomniawszy sobie niektóre mieszkanki swojej wsi Arona ośmieliła się powiedzieć: 
— I  założę  się,  że  niektóre  z  nich  trzymane  są  w  posłuszeństwie,  żeby  opiekowały  się 

swoimi przybranymi rodzicami, nawet kiedy same już się zestarzeją. 

— Masz  całkowitą  rację  —  odrzekła  smutno  Krakoth.  —  Jednak  nasze  młode,  kiedy 

podrosną,  buntują  się,  czasem  w  gwałtowny  sposób,  przeciwko  dorosłym  i  wszystkiemu,  co 
oni  sobą  reprezentują.  Po  roku  zostają  wcielone  do  armii  i  poddawane  surowej  dyscyplinie 
przez dwa lata. Potem zajmują miejsce wśród dorosłych i cały cykl zaczyna się od nowa. Ale 
dość o tym. Jaki możemy zrobić interes? 

background image

Arona,  która  uznała  obrzędy  Ropuch  za  tak  dziwne,  że  przekraczające  ludzkie 

zrozumienie, wysiłkiem woli odwróciła od nich myśl. 

— Zgubiłam drogę do Lormtu i ścigali mnie bandyci. Dlatego znalazłam się tutaj. Jaskinia 

chyba myśli, że potrzebuję czegoś więcej. W każdym razie powiedziała mi, że właśnie z tobą 
powinnam się spotkać. Nie wiem, w jaki sposób pomożesz mi przemknąć się obok bandytów 
i kontynuować podróż do Lormtu. 

— A  co  proponujesz  mi  w  zamian  za  pomoc?  —  zapytała  Krakoth  ze  śladem  jakiegoś 

zapału w głosie. 

— A czego chcesz? — odparła Arona praktycznie jak kupiec. 
Krakoth namyślała się chwilę, po czym porzuciła myśl o ubijaniu interesów i targowaniu 

się. 

— Czy  ludzie  na  zewnątrz  nadal  są  tak  podejrzliwi  w  stosunku  do innych  form  życia  jak 

wtedy, gdy spotkaliśmy się ostatni raz? 

Arona zastanowiła się nad odpowiedzią. 
— Zwykli ludzie tak. Nie wiem, co myślą uczeni. Wszystkie historie, jakie opowiada się o 

twoich pobratymcach, budzą strach. 

— Wzięliśmy  jedno  z  waszych  młodych  dorosłych,  żeby  przeprowadzić  eksperyment  — 

przyznała  sucho  Krakoth.  —  Miała  w  brzuchu  młode,  tak  jak  to  jest  przyjęte  u  ssaków. 
Gormvinowie chcieli się przekonać, czy można dokonać w tym młodym pewnych przeróbek i 
ustanowić  łączność  myślową  między  naszymi  rasami.  Nikt  z  nas  nie  spodziewał  się,  że  ta 
osoba zareaguje tak  gwałtownie, ani że będzie tak lgnęła do swojego młodego. Jaką umowę 
zawarło  ze  swoją  towarzyszką,  że  ta  w  żaden  sposób  nie  chciała  go  opuścić?  Nie  sprawiało 
wrażenia bogatego. 

Arona o mało nie wybuchnęła śmiechem. Miotały nią sprzeczne uczucia — niedowierzanie 

i  przerażenie.  Kimkolwiek  byli  ci  Gormvinowie,  mieli  tak  słabe  pojęcie  o  istotach  ludzkich, 
ż

e  można  by  nazwać  ich  działania  niewinnymi,  a  nie  złymi.  Czy  takie  czyny  powszechnie 

popełniano wśród Ropuch? Prawie na pewno. 

Uświadomiła  sobie  wtedy  z  rozbawieniem,  że  tak  jak  jej  obce  były  zwyczaje  ludzi,  tak 

zwyczaje  Ropuch  ludziom.  Czy  była  to  lekcja,  jakiej  chciała  jej  udzielić  Pani  Jaskinia? 
Chichot, który rozległ się w myślach Arony, potwierdził to przypuszczenie. 

— A więc chcesz zrozumieć ludzi… — odparła po namyśle Arona. 
— Tak. Jeżeli mi w tym pomożesz, dam ci ręczną broń i maskę iluzji. Ta broń nie zabija, 

chyba  że  celowo  tak  się  ją  ustawi.  Paraliżuje  i  usypia  ofiarę,  która  budzi  się  z  uczuciem 
strasznego  kłucia  w  całym  ciele,  dopóki  nie  odzyska  nad  nim  władzy.  To  dobry  środek 
zapobiegawczy  przeciwko  ewentualnemu  atakowi.  Twoi  pobratymcy  nie  są  tak 
zaawansowani naukowo, żeby mogli rozebrać ją na części i odkryć jej tajemnicę, gdyż inaczej 
nie sprzedałabym jej za tak niewielką usługę. 

— A maska iluzji? 
— Stwarza  złudzenie  strasznego  potwora.  —  Krakoth  zastanawiała  się  przez  minutę.  — 

Teraz  wyobraża  ludzkiego  bandytę.  Ustawię  ją  tak,  żeby  wyobrażała  moją  twarz,  ale  w  taki 
sposób,  by  budziła  przerażenie.  —  Wykrzywiła  się  jak  dziecko  próbujące  przestraszyć 
towarzysza  zabaw.  Arona  nagle  zrozumiała,  że  odbiera  tę  rozumną  Ropuchę  jako  uczoną 
niewiastę  o  łagodnym  usposobieniu  —  i  wyobraziła  sobie,  że  inni  ludzie,  Małpoludy,  nie 
spojrzą na nią tak jak ona, Arona. 

— Twoja twarz wyda im się tak dziwna, że nie spojrzą na nią po raz drugi — zapewniła ze 

ś

miechem. — Strach przed obcymi wciąż jest rozpowszechniony wśród ludzi. 

Krakoth roześmiała się, wydając głuchy rechot, do którego było przystosowane jej gardło, 

i  skinęła  głową.  Jeszcze wyregulowała  coś  i  podała  broń  Aronie.  Broń  wyglądała  jak  wielki 
wisior albo medalion. 

background image

— Nie używaj go stale — ostrzegła. — Źródło mocy wyczerpie się w ciągu kilku cyklów 

księżycowych. Tak samo jest z bronią, ale tę światło słoneczne znów naładuje, jeżeli dasz mu 
na to dość czasu, przynajmniej jeden dzień. 

Pani  Ropucha  rozsiadła  się  wygodnie  na  ławce  przystosowanej  do  jej  ciała.  Ławka 

przeznaczona dla Arony wysunęła się ze ściany jaskini naprzeciwko Krakoth. 

— Pozwól  mi  przeczytać  te  kroniki  —  powiedziała  Ropucha  —  i  będzie  to  dostateczną 

zapłatą. 

Było  późno  i  Aronę  dręczył  głód.  Przeprosiwszy  nową  znajomą  wróciła  do  miejsca,  w 

którym przywiązała swojego muła. Przykro jej było, że tak długo pozostawiła  go na uwięzi. 
Może  zapaskudził  czystą  podłogę  krypty?  Znalazła  go  w  metalowej  zagrodzie  zbudowanej 
przez  jaskinię  w  taki  sam  sposób  jak  ławka  jej  i  Krakoth,  chrupiącego  wiązkę  siana  i 
popijającego  wodę  z  kałuży  w  niewielkiej  niszy.  Jeżeli  była  to  iluzja,  to  zadziwiająco 
prawdziwa. 

Przeszukała swoje sakwy i wyjęła zawiniątko z prowiantem oraz kroniki w futerałach. 
— Jaskinio, czy Krakoth może coś z tego zjeść? — zapytała. 
— Spróbuj  —  poradziła  jej  jaskinia.  Dziewczyna  zaniosła  wszystko  do  zakątka  z 

metalowymi ławkami. Krakoth otrzymała naczynie z jakąś potrawą o rybim zapachu. Doszły 
do wniosku, że przystosowanie się do pokarmu drugiej rasy byłoby zbyt trudne i zabrały się 
ochoczo  do  jedzenia,  każda  swojego  prowiantu.  Później  ze  ściany  wysunęła  się  leżanka  dla 
Arony. 

Dziewczyna wpadła w panikę. Czy inni zostali w ten sposób schwytani w pułapkę? Połóż 

się  na  leżance,  a  zaśniesz  i  obudzisz  się  dopiero  wtedy,  gdy  zbudzi  cię  ktoś  obcy,  może  po 
kilku wiekach, w dalekiej przyszłości? 

— Jaskinio!  —  zawołała.  —  Nie  chcę  spać  dłużej  niż  jedną  noc.  Chcę  się  obudzić  o 

wschodzie słońca. 

— Zrozumiałam — odrzekła sucho jaskinia z pewnym tonem rozczarowania, przynajmniej 

tak się wydało Aronie. 

Minęło kilka dni. Krakoth nie tylko przeczytała przywiezione przez dziewczynę zwoje, ale 

też  zbadała  je  uważnie  za  pomocą  jakiegoś  przyboru  na  prawej  ręce.  Barwne  światełka 
tańczyły jak żywe w jego wnętrzu. Arona w zamian zapoznała się z kronikami Ropuch, które 
pokazano  jej  w  postaci  ruchomych  obrazów  wyświetlanych  na  ścianie  krypty.  Nie  mogła 
jednak czytać po ropuszemu i jaskinia musiała jej tłumaczyć dziwaczne napisy. 

Ż

ycie  Ropuch  wydało  jej  się  obce  i  jakieś  puste,  na  pewno  byli  oni  zręcznymi 

rzemieślnikami.  Dolina  Grimmer  była  jedną  z  ich  najmniejszych  wiosek,  całkowicie 
skoncentrowana wokół siedziby Gormvinów, gdzie dokonywano dziwnych rzeczy z ludźmi, z 
innymi formami życia i  nawet ze skałami.  Zamieszkiwali ją Ropucholudzie, którzy brali dla 
siebie  żywność  w  wielkich  halach,  wieczorem  zaś  obserwowali  obrazy  poruszające  się  na 
ś

cianach ich domów albo uprawiali coś w rodzaju gier związanych z ich  pozycją społeczną. 

Niektóre  z  rozumnych  Ropuch  jeździły  z  wielką  szybkością  hałaśliwymi  pojazdami  po 
drogach, często rozbijając jeden o drugi, o skały czy drzewa, czasem też walczyły ze sobą dla 
przyjemności. 

— Dolina  Grimmer  z  naszej  strony  zapory  jest  niewielkim  miasteczkiem  —  wyjaśniła 

Krakoth. — Nasze młode nie mają innych zajęć poza tym, co tutaj widzisz. Jeżeli pracuje się 
dla  Gormvinów,  prowadzi  się  wygodne  życie  i  nie  trzeba  się  o  nic  troszczyć,  gdyż 
zaspokajane  są  wszystkie  potrzeby.  Jeśli  nie,  cóż,  to  jest  małe  miasto.  Wiele  młodych  je 
opuszcza.  Ale  jest  to  jedyny  ośrodek  prowadzący  badania  nad  Małpoludami,  ach, 
przepraszam — istotami ludzkimi w tym rejonie, a ja sama jestem po trosze człowiekologiem. 
— Przeciągnęła się i ziewnęła. — Szkoda, że nie możesz zabrać naszych kronik do Lormtu, 
lecz tamci uczeni nie mają sposobu, by je odczytać. 

— Tak czy owak, wezmę kopie i może pewnego dnia będzie to możliwe. 

background image

— Przepisanie  ich  zabrałoby  ci  więcej  czasu  niż  ci  go  dano,  Arono  —  powiedziała  z 

lekkim  rozczarowaniem  Krakoth.  —  Dam  ci  jednak  puszkę  z  filmami,  na  wszelki  wypadek. 
Pilnuj jej dobrze. 

Arona  uznała,  iż  Krakoth  zasłużyła  sobie  na  coś  więcej.  Chwyciła  Ropuchę  w  objęcia  i 

pożegnała ją tak, jak mieszkanka jej wioski pożegnałaby serdeczną przyjaciółkę. 

Krakoth stęknęła i otarła ręką twarz. 
— Fiu!  Ludzkie  obyczaje  są  naprawdę  dziwne!  Nie  obraź  się,  Arono.  Rozumiem,  że 

miałaś dobre chęci, ale nigdy więcej tego nie rób. 

Egil,  pomyślała  nagle  Arona.  Powiedziałam  to  samo  Egilowi.  W  takich  samych 

okolicznościach.  Nic  dziwnego,  że  się  rozgniewał…  Lecz  było  już  za  późno.  Stał  się  jej 
wrogiem, a ona jego. 

Ropucha nagle podniosła oczy. 
— Nazywałaś  mnie  imionami  używanymi  przez  składaczki  jajek.  Ale  ja  do  nich  nie 

należę. Dla ścisłości: jestem jednym z rozsiewaczy nasienia, to nas tak nienawidzisz i tak się 
boisz.  —  Zachichotała.  —  Musiałem  ci  to  wyznać,  gdyż  przyswoiłem  sobie  pedanterię 
Laboratoriów.  Życzę  ci  zdrowia,  pomyślności  i  obyś  miała  na  swoje  usługi  wiele 
inteligentnych młodych, Arono. 

— Życzę ci tego samego, Pani on–Pani Krakoth! — zawołała dziewczyna. Wyprowadziła 

muła z metalowego boksu, odbezpieczyła swój paralizator i opuściła jaskinię. 

Bandyci  nie  czekali  na  nią.  Słońce  stało  wysoko  na  niebie,  kiedy  ruszyła  znów  górskim 

szlakiem do Lormtu. Przemyśliwała nad lekcją, której udzieliła jej rozumna pieczara. Lekcja 
wcale  nie  była  jasna.  Najwyraźniej  w  jakiś  sposób  dotyczyła  Ropuchy  kronikarza.  Tylko  w 
jaki sposób? 

Pomimo  swoich  dziwnych  obyczajów,  wierzeń  i  wyglądu  Krakoth  w  końcu  okazał  się 

przyjacielem.  Mimo  to  Arona  nie  chciałaby,  żeby  jej  córka  wpadła  w  ręce  owych 
Gormvinów. Czyżby ich znienawidziła? Nie, gdyż nie zrobili jej nic złego. A gdyby zrobili? 
Może postępowali zgodnie ze swoimi potrzebami i swoją naturą? Czy można by nauczyć ich 
właściwego postępowania? Czy by to zaakceptowali? Chyba już nigdy nie spotka żadnego z 
Ropucholudzi. Udzielona jej lekcja musiała mieć rozleglejsze znaczenie. 

Dziwne  istoty,  dziwny  wygląd,  dziwne  obyczaje.  Tej  wiosny  już  się  z  tym  wszystkim 

zetknęła i zetknie się w przyszłości. W jaki sposób? Z nienawiścią i strachem? 

Przypomniała sobie słowa ciotecznej babki Einy: „Psy są córkami wilczyc, ale wzięłyśmy 

je do naszych domów, odpowiednio wychowałyśmy i teraz należą do naszych rodzin”. 

Wilczyca porywa owce nie ze złej woli, tylko żeby nakarmić swoje młode. Czyż można ją 

za to nienawidzić? Działa przecież zgodnie ze swoją naturą. Ale kobieta musi strzec swoich 
owiec i córek przed głodną wilczycą. 

Arona  wspomniała  mężczyzn  i  kobiety,  których  spotkała  w  zewnętrznym  świecie. 

Czarownica powiedziała jej tak: „Kiedy wyczujesz, że coś jest nie w porządku, uciekaj”. Nie 
mówiła  o  zemście.  „Daj  każdemu  psu  po  kąsku”  —  rzekła  o  ludziach,  którzy  nie  sprawiali 
wrażenia drapieżnych. 

Nie  wszyscy  mężczyźni  są  wilkami  i  nie  wszystkie  kobiety  godne  są  miana  człowieka, 

uświadomiła sobie dziewczyna. Czy taka była lekcja, jakiej udzieliły jej jaskinia i Ropucha? 
Ż

e  należy  w  stosunkach  ze  wszystkimi  istotami  uwzględniać  ich  potrzeby  i  naturę?  Czy 

znaczy  to,  że  trzeba  unikać  niebezpieczeństwa,  ale  nie  nienawidzić  i  niepotrzebnie  się  nie 
bać?  W  jakiś  sposób  ta  lekcja  wydała  się  taka  prosta,  że  mogłaby  ją  zrozumieć  nawet  mała 
dziewczynka. Z pewnością to wszystko okaże się bardzo pożyteczne w kraju cudzoziemców i 
przyda się w Lormcie. 

Zastanawiając  się  nad  przyszłością,  okrążyła  stromą  skałę.  Chyba  nigdy  nie  była  tak 

wysoko  w  górach.  Pod  jej  stopami  rozciągał  się  cały  łańcuch  górski,  przesłonięty 
niebieskawoszarą  mgiełką.  Podniosła  oczy  i  tuż  przed  sobą  zobaczyła  wielką  kamienną 

background image

budowlę.  To  był  Lormt.  Coś  chwyciło  ją  za  gardło.  Ponagliła  swojego  muła  i  przejechała 
przez bramę. 

 
To  wszystko,  co  do  nas  przywiozła.  —  W  głosie  Nolar  brzmiało  rozczarowanie.  —  Och, 

skopiowałam  wszystkie  najwcześniejsze  legendy.  Ale  czymże  są  dla  nas  zapiski  z 
codziennego  życia  tej  osady–więzienia,  jeśli  nie  ciekawostką?  —  Poruszyła  się  w  krześle  i 
niecierpliwie odsunęła kosmyk włosów, którym musnął jej policzek łagodny wiosenny wiatr. 
—  Chociaż  teraz  lepiej  ją  rozumiem…  —  dodała.  —  Kiedyś  uważałam,  że  mój  los  jest 
gorzki,  dopóki  nie  spotkałam  Ostbora.  Myślę  jednak,  że  miałam  szczęście,  iż  nie  urodziłam 
się w wiosce Sokolników. 

— Nie wszystkie wioski są do siebie podobne — odrzekłem. — Górski Sokół i jego ludzie 

nie  wzbudzali  takiej  nienawiści  i  strachu  w  swojej  kobiecej  wiosce.  Niewiele  wiem  o 
zwyczajach  Sokolników,  a  i  to  głównie  ze  słyszenia  i  plotek.  Więcej  jednak  wiem  o 
mężczyznach  i  jestem  pewien,  że  Górski  Sokół  nie  mógł  być  tak  okrutny  ani  żaden  z  jego 
ż

ołnierzy. 

— Możliwe, że  to  prawda  —  powiedziała z  namysłem  Nolar.  —  Mężczyźni  są  różni.  Na 

przykład  mój  ojciec  i  Ostbor  różnili  się  jak  zima  i  wiosna.  Niewykluczone  wszakże,  że  te 
zapiski  są  więcej  warte,  niż  mi  się  początkowo  wydawało.  Ci,  którzy  kiedyś  będą  się 
kontaktowali z krajankami Arony, skorzystają z nich jako przewodnika. A więc — Nolar się 
rozpromieniła — przynajmniej to wszystko na coś się przyda. 

— Tak,  zmiany  zachodzą  na  naszych  oczach.  Dwa  dni  temu,  kiedy  pojechałem  z 

Darrenem,  by  obejrzeć  niedawno  zasadzony  młodnik,  którym  tak  słusznie  się  szczyci, 
spotkałem pewnego Sokolnika… 

— Czy był to posłaniec pani Uny, a może Górskiego Sokoła? 
— Wręcz  przeciwnie.  Był  to  młodzieniec,  który  z  własnej  woli  zmienił  swoje  życie  i 

dobrze  mu  się  wiedzie,  chociaż  nie  przyszło  mu  to  łatwo.  Ma  żonę  i  córkę,  i  uważa  swoje 
ż

ycie, choć dziwne, za bardzo przyjemne. Osiedlili się w pewnej wiosce niedaleko stąd. Jest 

tam myśliwym. Uważam go za szczęśliwego człowieka. Myślę też, że powinniśmy urządzić 
spotkanie między Eirann, jego bardzo zdolną i ukochaną żoną, i Aroną, aby Arona mogła się 
przekonać,  że  zmiana  sposobu  życia  nie  musi  dokonać  się  w  przykry  sposób.  Ten  Sokolnik 
nazywa się Yareth i zapowiedział swój przyjazd z rodziną jeszcze tej wiosny. Jego żona jest 
zielarką i chciałaby zasięgnąć porady w Lormcie. 

 
Do  tej  wizyty  jednak  nie  doszło,  gdyż  przeszkodziły  jej  Moce  Ciemności.  Podjęły  próbę 

zgaszenia  radości  życia  tego  młodego  myśliwego.  Z  jego  rozpaczy,  wściekłości,  strachu  i 
wreszcie triumfu narodziło się… Nie uprzedzajmy faktów. On zwyciężył, lecz Ciemność nas 
też zaatakowała.