background image

63 

 

 

background image

64 

 

 

 

 

 

Rozdział XIV 

 

 

 

Obudziłem się następnego ranka, wyciągając przed siebie ręce, ale nie było tam 

niczego, oprócz puchowych poduszek. Posmutniałem. Lekkie wgłębienie w materacu 

obok mnie, było jedynym dowodem na to, że to, co się zdarzyło było prawdziwe, a nie 

jednym z marzeń, które miewałem podczas gorączki, od śmierci Rosalyn. 

 

Oczywiście, nie mogłem zakładać, że Katherine spędziła ze mną noc. Nie, gdy 

jej pokojówka czekała w powozowni, i nie gdyby służba plotkowała. Sama mi 

powiedziała, że to będzie nasza tajemnica, że nie mogłaby ryzykować utratą swojej 

reputacji. Nie, żeby musiała się tym martwić. Chciałem żebyśmy mieli jakiś wspólny 

sekret przed światem. 

 

Zastanawiałem się, kiedy się wymknęła, przypominając sobie, jakie to uczucie, 

mieć ją w ramionach, ciepło i lekkość, jakiej nigdy wcześniej nie czułem. Czułem się 

dopełniony, spokojny, a wspomnienie o Rosalyn stało się mgliste, była tylko postacią 

w przykrej historii, której łatwo mogę pozbyć się z umysłu. 

Mój umysł był teraz pochłonięty myślami o Katherine: jak odsłoniła się przede mną, 

jak letnia burza rzucająca gradem w okna, jak poprowadziła moje ręce by odkryły jej 

ciało. 

W pewnym momencie, gdy pieściłem jej szyję, a moje ręce opadły na zapięcie 

naszyjnika, który zawsze nosiła, próbując go odpiąć, odepchnęła mnie. 

-Nie! - powiedziała ostro, a jej ręce podążyły do zapięcia, by się upewnić, czy nic nie 

zostało zniszczone. Ale kiedy uklepała już amulet w zagłębieniu u nasady swojej szyi, 

wróciła do całowania mnie. 

Zaczerwieniłem się, na wspomnienie wszystkich innych miejsc, w których pozwalała 

mi się dotykać. 

 

Zsunąłem nogi z łóżka, podszedłem do umywalki i spryskałem twarz wodą. 

Spojrzałem w lustro i uśmiechnąłem się. Ciemne cienie pod oczami zniknęły, i nie 

background image

65 

 

czułem się już jakbym wędrował tylko z pomieszczenia do pomieszczenia. Przebrałem 

się w kamizelkę i granatowe spodnie i wyszedłem z pokoju nucąc melodię. 

- Paniczu? - Alfred zapytał na schodach. Niósł właśnie talerz przykryty srebrną kopułą 

- moje śniadanie. Moje usta wykrzywiły się z obrzydzenia. Jak mogłem leżeć cały 

dzień w łóżku, kiedy czekał na mnie cały świat do odkrywania z Katherine? 

- Nie jestem głodny, dziękuję, Alfred - powiedziałem, przeskakując po dwa schody na 

raz. Burza, która miała miejsce ostatniej nocy, odeszła tak szybko jak przyszła. W 

salonie, światło wczesnego ranka odbijało się z okien przez podłogę, aż do sufitu, a 

stół był udekorowany świeżo ściętymi stokrotkami. Damon już tam był, pijąc kubek 

kawy i wertując poranną gazetę z Richmond. 

- Witaj, bracie! - powiedział Damon, podnosząc swój kubek, jakby chciał wznieść 

toast.- Dobrze wyglądasz. Czy tak dobrze się czujesz po wczorajszej popołudniowej 

jeździe? 

 

Skinąłem głową i usiadłem naprzeciwko niego, czytając nagłówki gazety. Unia 

zajęła Fort Morgan. Zastanawiałem się gdzie to leży. 

  - Nie wiem, dlaczego nigdy nawet nie dostajemy gazety. Chyba, dlatego że ojciec nie 

troszczy się o nic więcej, oprócz snucia historyjek w swojej głowie - powiedział 

Damon z niesmakiem. 

- Jeżeli tak bardzo ci się tu nie podoba, dlaczego po prostu nie odejdziesz? - 

zapytałem, poirytowany ciągłymi narzekaniami Damona. Może kiedy by odszedł, 

byłoby lepiej, a i ojciec nie byłby tak sfrustrowany. Wstrętny głos w mojej duszy 

dodał cicho: I tak nie muszę już myśleć o tobie i Katherine, bujających się na 

gankowej huśtawce. 

Damon uniósł brew.  

- No cóż, byłoby błędem, gdybym nie mówił o interesujących rzeczach dziejących się 

tu - Jego usta wygięły się w kameralnym uśmiechu tak, że miałem ochotę chwycić za 

jego ramiona i nim potrząsnąć. 

 

Ożywienie się moich emocji było zaskakujące tak bardzo, że usiadłem i 

wpakowałem sobie do ust muffinkę, z koszyka stojącego na brzegu stołu. Nigdy 

background image

66 

 

wcześniej nie czułem zazdrości do mojego brata, ale teraz umierałem z niewiedzy: 

Czy Katherine nigdy nie wkradła się i do jego sypialni?  

Nie mogła. Ostatniej nocy, wyglądała na tak zdenerwowaną tym, że ktoś mógłby ją 

nakryć, kazała mi obiecać, że nie pisnę nikomu nawet słówka o tym, co robiliśmy. 

 

Betsy, kucharka, miała obładowane ręce tacami z kaszą, bekonem i jajami. Mój 

żołądek zaburczał, i zdałem sobie sprawę, że jestem głodny. Szybko wepchałem sobie 

jedno do buzi, rozkoszując się połączeniem jajka ze słodką goryczą mojej kawy. To 

było uczucie, jakbym nigdy wcześniej nie posmakował śniadania w pełni, a teraz moje 

zmysły się rozbudziły. Westchnąłem z zadowolenia, a Damon spojrzał na mnie 

rozbawiony. 

- Wiedziałem, że wszystko, czego ci trzeba, to odrobina świeżego powietrza i dobre 

jedzenie - powiedział Damon. 

Jeszcze Katherine, pomyślałem. 

- Teraz chodźmy na zewnątrz i nabrójmy trochę - Damon uśmiechnął się złośliwie. - 

Ojciec w swoim gabinecie, przestudiowuje swoje demony. Czy wiesz, że wciągnął w 

to nawet naszego Roberta? - Damon pokręcił głową z obrzydzeniem. 

 

Westchnąłem. Chociaż nie do końca jestem przekonany, co do wszystkich 

dyskusji o demonach, to szanuję ojca na tyle, żeby go nie ośmieszać. Czułem się 

nielojalnie, dopuszczając, by Damon mu to robił. 

- Przepraszam, bracie - Damon pokręcił głową i strzepnął śmieci z fotela na podłogę. - 

Wiem że nie lubisz, kiedy ja i ojciec walczymy ze sobą - podszedł do mnie, wyciągnął 

spode mnie krzesło, tak że upałem. Jednak podniosłem się i mu oddałem. 

- Tak lepiej! - Damon zawołał z radością.  

- A teraz, do boju! - wybiegł tylnymi drzwiami, zatrzaskując je za sobą.  

Cordelia miała w zwyczaju krzyczeć na nas, gdy tak robiliśmy jako dzieci, i 

zaśmiałem się, słysząc jej znajomy jęk, dochodzący z kuchni. Pobiegłem w stronę 

środkowej części ogrodu, tam gdzie dwa tygodnie temu grałem z Damonem podłużną 

piłką. 

background image

67 

 

- Tutaj, bracie! Łap! - wysapał Damon, a ja obróciłem się i wyskoczyłem w powietrze, 

by złapać świńską skórę w moje ręce. Przyciągnąłem ją mocno do mojej piersi i 

zacząłem stabilnie spadać, a wiatr chłostał moją twarz. 

- Chłopcy! - zawołał jakiś głos, odrywając mnie od gry.  

Katherine stała na ganku powozowni, ubrana w prostą, kremową sukienkę z muślinu i 

wyglądała tak słodko i niewinnie, aż nie mogłem uwierzyć, że to co się stało zeszłej 

nocy, nie było tylko snem.  

- Rozpaleni nadmiarem energii?  

Obróciłem się nieśmiało i poszedłem w stronę ganku. 

- Łapanka! - wyjaśniłem, pośpiesznie rzucając piłkę Damon'owi. 

  

 Katherine sięgnęła ręką, splatając swoje loczki w warkocz. Przeraziłem się 

nagle, myśląc, iż będzie znudzona tymi dziecinnymi gierkami, że podejdzie tu zaraz i 

nakrzyczy na nas, z powodu naszej poufałości. Ale ona po prostu uśmiechnęła się, 

siadając na gankowej huśtawce. 

- Gotowi do gry? - zawołał Damon ze swojej pozycji na trawniku. Trzymał piłkę 

daleko za głową, tak jakby przymierzał się, by rzucić ją w jej kierunku. 

- Absolutnie nie - Katherine zmarszczyła nos. - Raz to wystarczająco. Poza tym, 

uważam, że ludzie, którzy potrzebują rekwizytów do swoich zabaw sportowych, są 

pozbawieni wyobraźni. 

 - Stefan ma wyobraźnię. - Uśmiechnął się Damon. - Powinnaś usłyszeć go 

czytającego poezję. Jest jak trubadur. 

Rzucił piłkę i pobiegł w kierunku ganku. 

- Damon również ma wyobraźnię. Powinnaś zobaczyć, jak umiejętnie gra w karty - 

dokuczałem mu, dochodząc do schodów werandy. 

 

Katherine skinęła tylko głową, nie czyniąc żadnych więcej starań, żeby się ze 

mną przywitać. Cofnąłem się, chwilowo urażony.  

Nie mogła, chociaż podać mi ręki, bym mógł złożyć na niej pocałunek?  

Czy ostatnia noc nic dla niej nie znaczyła? 

background image

68 

 

- Jestem przepełniony wyobraźnią, zwłaszcza, mając swoją muzę - Damon mrugnął do 

Katherine, a następnie podszedł, stając przede mną, by chwycić jej rękę. Podniósł ją 

do swoich ust, i ścisnęło mnie w żołądku. 

- Dziękuję - powiedziała Katherine, schodząc po schodach werandy, a jej prosta 

spódnica spływała w dół po stopniach. Z włosami odgarniętymi z twarzy, 

przypominała mi anioła. 

 

Rzuciła mi potajemnie uśmiech, co sprawiło, że się zrelaksowałem. 

- Pięknie tu - powiedziała, rozkładając ramiona, jakby chciała pobłogosławić całą 

posiadłość. - Oprowadzicie mnie? - zapytała się, obracając się by spojrzeć na Damona, 

potem na mnie, i znów na Damona. - Mieszkam tu od ponad dwóch tygodni, a nie 

widziałam nic poza moją sypialnią i ogrodem. Chcę zobaczyć coś nowego. Coś 

sekretnego! 

- Mamy labirynt - powiedziałem bezmyślnie.  

Damon uderzył mnie w żebra. Chociaż sam nie miał nic lepszego do powiedzenia. 

- Wiem - powiedziała Katherine 

- Damon mi pokazał - Ścisk w żołądku, przypomniał mi, jak dużo czasu, tych dwoje 

spędziło razem, kiedy ja leżałem chory w łóżku. A jeśli on jej pokazał labirynt.... 

 

Ale starałem się jak mogłem, by wyzbyć się tej myśli. Damon zawsze 

opowiadał mi o wszystkich dziewczynach, z którymi się całował od czasu, gdy 

mieliśmy 13 lat, gdy całował się z Amelią Hawke na Wickery Bridge. Gdyby 

pocałował Katherine, nie mógłbym tego słuchać. 

- Chciałabym zobaczyć go jeszcze raz - powiedziała, klaszcząc w dłonie, jakbym 

powiedział jej, najciekawszą nowinę na świecie. - Czy oboje mnie oprowadzicie? - 

zapytała z nadzieją, przyglądając się nam. 

- Oczywiście - odpowiedzieliśmy w tym samym czasie. 

- Oh, wspaniale! Muszę powiedzieć Emily - Katherine zniknęła wewnątrz budynku, 

zostawiając nas, stojących po przeciwnych stronach schodów. 

- Jest słodka, czyż nie? - zapytał Damon. 

background image

69 

 

 - Jest - powiedziałem zwięźle. A zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek innego, 

przyszła Katherine, skacząc po schodkach, trzymając parasolkę przeciwsłoneczną w 

dłoni. 

- Jestem gotowa na przygody! - Zawołała, wciskając mi swój parasol, a na jej twarzy 

malowało się oczekiwanie.  

Wepchnąłem go pod pachę, podczas gdy Katherine i Damon złapali się za ręce. 

Szedłem pięć stóp za nimi przyglądając się, w jaki prosty sposób, ich biodra ocierały 

się o siebie, tak jakby była po prostu jego młodszą, dokuczliwą siostrzyczką. 

 

Odprężyłem się. To było to. Damon zawsze był typem obrońcy i był jak wielki 

starszy brat dla Katherine. A ona tego potrzebowała. 

 

Gwizdałem pod nosem, podążając za nimi. Mieliśmy mały labirynt w przedniej 

części ogrodu, ale w dalszej części posiadłości był on bardziej rozległy, o bagnistym 

podłożu z winy mojego ojca, który chciał zaimponować mamie. Ona kochała ogrody i 

ubolewała nad faktem, że kwiaty, które kwitły w jej rodzinnej Francji, nie mogły 

wytrzymać na twardej ziemi Virginii. Ta część zawsze pachniała różami i 

powojnikami, zawsze była ulubionym miejscem dla par, które chciały być same na 

przyjęciach w Veritas. Służba rozpuściła plotkę: że człowiek, który został poczęty w 

labiryncie, będzie błogosławiony przez całe życie, a jeśli ktoś pocałował swoją 

prawdziwą miłość w labiryncie, pozostanie z nią do końca życia, ale jeśli ktoś skłamał 

będąc w nim, będzie przeklęty na wieki. Dziś czułem się prawie magicznie: Altany i 

winorośle rzucały cień, chroniąc przed słońcem, dzięki czemu wydawało się, że my 

troje, znaleźliśmy się w zaczarowanym świecie - z dala od śmierci i wojny. 

- Jest jeszcze piękniej niż zapamiętałam! - wyjaśniła Katherine. - To miejsce jest jak z 

książki. Tak jak ogrody Luksemburskie lub pałac Versailles! - zerwała lilię i wdychała 

głęboko. Zatrzymałem się i spojrzałem na nią.  

- Byłaś już w Europie? - zapytałem, czując się tak prowincjonalny, jak każdy z 

prostaków tego hrabstwa, który mieszkał w dzielnicy slumsów po drugiej stronie 

Mystic Falls, jak jeden z tych, którzy sypali potokami słów i z tych którzy mieli już 

czwórkę lub piątkę dzieci od czasu, gdy byli w naszym wieku. 

background image

70 

 

- Byłam wszędzie - odpowiedziała. Wsadziła sobie lilię za ucho.  

- Więc powiedzcie chłopcy, jak się bawicie, jeśli nie ma w pobliżu żadnego 

tajemniczego nieznajomego, którego można by oprowadzić po swojej posiadłości? 

- Zabawiamy piękne młode damy, okazując prawdziwą, południową gościnność – 

Damon uśmiechnął się, mówiąc to z przesadnym akcentem, który zawsze mnie 

śmieszył. 

 

Katherine zachichotała, a on znowu się uśmiechnął. Teraz widziałem, jak 

Damon i Katherine flirtują przyjaźnie, tak nieszkodliwie, jakby byli tylko kuzynami, 

mogłem cieszyć się z drażnienia ich. 

- Damon ma rację. Do balu założycieli zostało zaledwie kilka tygodni - powiedziałem, 

i podniosło mnie to na duchu, kiedy zdałem sobie sprawę, że jestem wolny i mogę 

zaprosić na niego kogokolwiek zechcę. Nie mogłem się doczekać, obracania Katherine 

w moich ramionach. 

- A ty będziesz najpiękniejszą dziewczyną. Nawet dziewczyny z Richmond i 

Charlottesville będą zazdrosne! - dopowiedział Damon. 

- Naprawdę? Dlaczego, myślę że masz rację? Czy to sprawia, że jestem zła? - 

zapytała, spoglądając to na mnie, to na Damona. 

- Nie - powiedziałem. 

- Tak - powiedział Damon w tym samym czasie. - I uważam, że więcej dziewczyn 

powinno pokazywać swoją złą naturę. Przecież dobrze wiemy, że płeć piękna posiada 

swoją ciemną stronę. Pamiętasz, kiedy Clementine obcięła Amelii włosy? - Damon 

odwrócił się w moją stronę. 

- Tak - zaśmiałem się, szczęśliwy, mogąc występować w roli narratora dla Katherine. 

- Clementine zauważyła, że Amelia zaczęła się kręcić koło Matthew Hartnett'a, więc 

zamiast zająć się nim, Clem postanowiła, iż weźmie sprawy w swoje ręce, czyniąc 

Amelię mniej atrakcyjną. 

Katherine przyłożyła rękę do swoich ust, w geście przesadnego niepokoju.  

- Mam nadzieję, że biedna Amelia odzyskała to, co straciła. 

- Zaręczyła się z jakimś żołnierzem. Nie martw się o nią - powiedział Damon.  

background image

71 

 

- Tak naprawdę, to nie powinnaś o nic się martwić. Jesteś na to zbyt piękna. 

- Cóż, martwi mnie jedna rzecz - otworzyła szerzej oczy.  

- Kto pójdzie ze mną na bal? - machała swoim parasolem, spoglądając w ziemię, jakby 

starała się podjąć bardzo trudną decyzję. Moje serce zabiło mocniej, kiedy na nas 

spojrzała.  

- Już wiem! Urządźmy wyścig. Zwycięzca dostanie mnie! - rzuciła parasol na ziemię i 

pobiegła w stronę centrum labiryntu. 

- Bracie? - zapytał Damon, unosząc jedną brew. 

- Gotów? - uśmiechnąłem się, jakby to był tylko dziecinny wyścig. Nie chciałem 

pokazać 

Damonowi, jak szybko biło moje serce i jak bardzo pragnąłem złapać Katherine. 

- Start! - krzyknął Damon. Natychmiast ruszyłem. Wymachiwałem rękami i nogami, 

by znaleźć się jak najszybciej w centrum labiryntu. Za czasów szkolnych, byłem 

najszybszym chłopcem w klasie, biegnąc jak błyskawica, gdy zadzwonił szkolny 

dzwonek. 

 

Wtedy usłyszałem salwy śmiechu. Spojrzałem wstecz. Damon zgiął się w pół, 

opierając ręce na kolanach. Złapałem oddech, starając się nie świszczeć.  

- Boisz się konkurencji? - powiedziałem, biegnąc z powrotem, odpychając się od jego 

ramienia. Myślałem, że to będzie zabawne, ale on runął z wielkim hukiem. 

- Oh, teraz mamy wojnę, bracie! - powiedział Damon, a jego głos był delikatny i pełen 

śmiechu. Złapał mnie za ramiona i powalił mnie z łatwością na ziemię. Wstałem na 

nogi, chwytając go, powalając i przytrzymując jego nadgarstki przy ziemi. 

- Myślałeś, że ciągle możesz sprawić lanie swojemu młodszemu braciszkowi? - 

dokuczałem, ciesząc się swoim chwilowym zwycięstwem. 

- Nikt po mnie nie przyszedł! - obrażona Katherine, wyszła z labiryntu.  

Jej obrażona mina szybko zamieniła się w uśmiech, gdy zobaczyła nas, ciężko 

oddychających na ziemi. 

- Dobrze, że jestem tu, by ocalić was obu.  

background image

72 

 

Uklęknęła, dając całusa w policzek, najpierw Damonowi, a potem mi. Uwolniłem 

nadgarstki Damona z uścisku i wstałem otrzepując swoje spodnie z brudu. 

- Widzicie? - zapytała, podając Damonowi rękę, by pomóc mu wstać.  

- Wszystko, czego potrzebujecie, by stać się lepszymi to jeden pocałunek - wy chłopcy 

nie powinniście postępować wobec siebie tak brutalnie. 

- Walczyliśmy o ciebie - powiedział Damon opieszale, nie śpiesząc się ze 

wstawaniem. 

 

Właśnie wtedy, przerwał nam dźwięk końskich kopyt. Alfred zsiadł z konia i 

ukłonił się naszej trójce. To dopiero musiał być widok: Damon leżący na ziemi, 

podpierający ręką głowę, tak jakby się po prostu rozłożył, ja otrzepujący sobie 

gorączkowo spodnie z plam od trawy i Katherine stojąca pomiędzy nami, patrząc z 

rozbawieniem. 

- Przepraszam, że przerywam - powiedział Alfred.  

- Ale Pan Giuseppe musi porozmawiać z Paniczem Damon'em. To pilne. 

- Oczywiście, że jest. Dla ojca wszystko jest zawsze pilne. Jak uważasz, czy to znowu 

chodzi o jakieś jego niedorzeczne teorie? - powiedział Damon. 

Katherine podniosła swój parasol z ziemi.  

- Ja również, powinnam już iść. Wszystko zaniedbałam, i chcę odwiedzić Pearl w 

aptece. 

- Chodź - powiedział Alfred, wskazując na Damona, aby wsiadł na konia. Kiedy 

Alfred i Damon odjechali, Katherine i ja powoli spacerowaliśmy w stronę powozowni. 

Chciałem znowu wrócić do tematu balu założycieli, ale się bałem. 

- Nie ma potrzeby, żebyś szedł moim tempem. Może powinieneś dotrzymać 

towarzystwa swojemu bratu - zasugerowała Katherine.  

- Wydaje się, że twój ojciec to człowiek, który najlepiej się czuje, gdy jest was dwóch 

- zauważyła. Jej ręka głaskała moją, po czym ją chwyciła. Potem stanęła na palcach i 

jej usta musnęły mój policzek.  

- Wpadnij się ze mną spotkać dziś w nocy, słodki Stefanie. Moja sypialnia stoi 

otworem. - Mówiąc to, zerwała się nagle i zaczęła biec. 

background image

73 

 

 

Była jak źrebię, galopujące na wolności, i poczułem, że moje serce rwie się do 

galopu razem z nią. Nie było wątpliwości: czuła to samo, co ja. Wiedziałem, że teraz 

czuję się bardziej żywy niż kiedykolwiek wcześniej. 

 

 
 
 
 
 
 
*************************************************************************** 

 

 

 

 

Tłumaczenie rozdziału XIV – Paulina z chomika 

http://chomikuj.pl/yoshiko187

 

Tłumaczenie – Monika z chomik

http://chomikuj.pl/monalisa00

 

Tłumaczenie – Wiktoria z chomik

http://chomikuj.pl/Conceived__

 

Korygowała – Kasia z chomik

http://chomikuj.pl/Kasienkaaa7

  

 

Pozostałe rozdziały będę dodawać na  

http://chomikuj.pl/monalisa00/VAMPIRE+DIARIES/EBOOK+pl+-+Sefan%27s+Daries+-

T*c5*81UMACZNIE/TOM+I+-+The+Vampire+Diaries+-+Sefan%27s+Diaries+-+1+-

+Origins