background image

KIM HARRISON

UMARLI CZASU NIE LICZĄ

Madison Afery

Księga 1

background image

Andrew i Stuartowi

background image

PROLOG

Wszyscy   to   robią.   To   znaczy   umierają.   Przekonałam   się   o   tym   w   dniu   moich 

siedemnastych  urodzin, kiedy zginęłam w wypadku samochodowym  po balu maturalnym. 

Ale to nie był wypadek. To był starannie zaplanowany zamach, drobna potyczka w wielkiej 

wojnie między żniwiarzami światła i ciemności, nieba i piekła, wolnej woli i przeznaczenia. 

Tyle że ja nie wylogowałam się z życia jak większość ludzi. Przez pewien błąd utkwiłam, 

martwa, na ziemi. Anioł, któremu nie udało się mnie ochronić, i amulet, który ukradłam 

swojemu   zabójcy   –   tylko   dzięki   nim   nie   skończyłam   tam,   dokąd   chcieli   mnie   posłać 

żniwiarze ciemności. To znaczy w krainie śmierci.

Nazywam się Madison Avery i jestem tu, żeby powiedzieć wam, że poza tym, co 

można   zobaczyć,   usłyszeć   albo   poczuć,   jest   coś  jeszcze.   Bo  ja   to   widzę,   słyszę,   czuję   i 

przeżywam.

background image

ROZDZIAŁ 1

Oparłam się ramieniem o szorstki kamień. Oddychałam  z trudem. Widziałam,  jak 

plamki słonecznego światła przesuwają się po moich adidasach, czułam, jak wiatr muska mi 

włosy na karku. Dzieciaki pływające w pobliskim jeziorze śmiały się głośno i krzyczały, ale 

ich wesołe głosy tylko sprawiły, że mój żołądek jeszcze bardziej się skurczył. Niech Barnaba 

martwi   się   o   to,   jak   nadrobić   cztery   miesiące   bezowocnych   ćwiczeń   w   ciągu   zaledwie 

dwudziestu minut.

– Spokojnie – mruknęłam, spoglądając na anioła stojącego po drugiej stronie ścieżki. 

Opierał się plecami o pień sosny i miał zamknięte oczy.

Barnaba   był   prawdopodobnie   stary   jak   świat,   ale   ze   swoją   szczupłą   sylwetką,   w 

dżinsach   i   czarnym   podkoszulku   wyglądał   jak   nastolatek.   Był   aniołem   śmierci   o   lekko 

kręconych włosach i brązowych oczach. Na nogach miał dziurawe tenisówki. Czy to znaczy, 

że te dziurawe tenisówki są święte?  – zastanawiałam się, nerwowo tocząc stopą sosnową 

szyszkę. Musiał poczuć na sobie mój wzrok, bo otworzył oczy.

– Starasz się przynajmniej, Madison? – spytał.

– Uch. Tak – sapnęłam, choć wiedziałam, że to beznadziejny przypadek. Wbiłam 

wzrok w swoje buty. Były żółte i zawiązane na fioletowe sznurówki, a na palcach miały małe 

czaszki i skrzyżowane piszczele. Pasowały do ufarbowanych na fioletowo końców moich 

jasnych włosów – nie żeby ktoś inny kiedykolwiek to zauważył.

– Jest tak gorąco, że nie mogę się skoncentrować – jęknęłam.

Uniósł   brwi,   spoglądając   na   moje   krótkie   spodenki   i   top.   Właściwie   nie   było   mi 

gorąco, czułam się za to niespokojna. Rankiem, kiedy wymknęłam się z domu i pojechałam 

na rowerze pod szkołę, na spotkanie z Barnabą, nie miałam pojęcia, że wybieramy się na letni 

obóz. Trochę zrzędziłam, ale tak naprawdę miło było wyrwać się na chwilę z Three Rivers. 

Uniwersyteckie miasteczko, w którym mieszkał mój ojciec, było całkiem w porządku, ale 

jako nowa nie miałam tam łatwego życia.

– Temperatura nie ma z tym  nic wspólnego – powiedział, a ja zaczęłam szybciej 

toczyć szyszkę tam i z powrotem podeszwą buta. – Spróbuj wyczuć moją aurę. Jestem tuż 

przed tobą. Zrób to albo zabieram cię do domu.

Kopnęłam szyszkę  i westchnęłam. Jeśli wrócimy do domu, ten, kogo mieliśmy tu 

chronić – kimkolwiek jest – zginie.

– Próbuję. – Oparłam się plecami o głaz i dotknęłam czarnego kamienia w srebrnej 

oprawie,   który   miałam   zawieszony   na   szyi.   Słysząc,   jak   mój   nauczyciel   chrząka   ze 

background image

zniecierpliwieniem, zamknęłam oczy i usiłowałam wyobrazić sobie otaczającą mnie mgiełkę.

Próbowaliśmy   komunikować   się   telepatycznie.   Gdybym   potrafiła   nadać   moim 

myślom ten sam kolor, jaki miała mgła wokół Barnaby, moje myśli przeniknęłyby do niej. 

Wtedy by je słyszał. Nie było to łatwe, szczególnie, że nawet nie widziałam jego aury. Po 

czterech miesiącach nauki nie zaliczyłam nawet pierwszego stopnia wtajemniczenia.

Mój   towarzysz   był   żniwiarzem   światła.   Żniwiarze   ciemności   zabijali   ludzi,   kiedy 

widzieli, że w przyszłości mogą oni zrobić coś niezgodnego z wielkim planem przeznaczenia. 

Żniwiarze światła starali się ich powstrzymać,  by ludzie mogli kierować się wolną wolą. 

Barnaba,   który   miał   zapobiec   mojej   śmierci,   musiał   uważać   mnie   za   jedną   ze   swoich 

największych porażek.

Ale   ja   nie   poddałam   się   bez   walki.   Wierzgałam   i   protestowałam   przeciw   swojej 

przedwczesnej śmierci, a kiedy ukradłam mojemu zabójcy amulet, w pewien sposób udało mi 

się uratować. Amulet dawał mi iluzję ciała. Nadal nie wiedziałam, gdzie znajduje się moje 

prawdziwe ciało. Co trochę mnie niepokoiło. Nie wiedziałam też, dlaczego miałam umrzeć. 

Amulet, kiedy wzięłam go do ręki, był jednocześnie gorący jak ogień i zimny jak lód. Zmienił 

kolor z bladej szarości na głęboką czerń, która jakby pochłaniała światło. Ale od tego czasu...

nic się już z nim nie działo. Im bardziej chciałam go jakoś wykorzystać, tym bardziej 

przypominał zwykły, pozbawiony magicznej mocy kamień.

Barnaba   otrzymał   teraz   nowe   zdanie   –   miał   mnie   chronić,   na   wypadek   gdyby 

żniwiarz, który mnie zabił, chciał odzyskać swój amulet. Ja wróciłam, na tyle na ile było to 

możliwe,   do   normalnego   życia.   Najwyraźniej   fakt,   że   udało   mi   się   przejąć   amulet   i   nie 

zmienić   się   przy   tym   w   garść   popiołu,   był   dość   niezwykły.   A   więc   i   ja   byłam   kimś 

niezwykłym. Ale rola ochroniarza nie zachwycała Barnaby i wiedziałam, że nie mógł się już 

doczekać chwili, w której będzie mógł wrócić do swoich zwykłych obowiązków, czyli przede 

wszystkim do ratowania ludzkich dusz. Gdybym wreszcie nauczyła się kontaktować z nim w 

myślach, mógłby wrócić do swoich zadań. Siedziałabym sobie w domu, w miarę bezpieczna, 

bo mogłabym go wezwać, gdyby pojawili się żniwiarze ciemności. Ale się nie udawało.

– Barnaba – powiedziałam znużona – jesteś pewny, że potrafię to zrobić? Nie jestem 

żniwiarzem. Może nie umiem czytać w twoich myślach, bo jestem martwa. Pomyślałeś o 

tym?

W milczeniu spojrzał na otoczone sosnami jezioro i wzruszył ramionami. Coś w tym 

geście powiedziało mi, że pomyślał.

– Spróbuj jeszcze raz – odparł łagodnie. Zacisnęłam palce na amulecie tak mocno, że 

jego srebrna oprawa wbiła mi się w skórę. Usiłowałam wyobrazić sobie mojego nauczyciela. 

background image

Jego przystojną  twarz, swobodny wdzięk, którego brakowało moim szkolnym  kolegom, i 

zniewalający uśmiech. Nie, nie podkochiwałam się w nim, naprawdę, ale musiałam przyznać, 

że wszystkie anioły śmierci, które dotąd widziałam, były bardzo atrakcyjne. Zwłaszcza ten, 

który mnie zabił.

Mimo długich nocy, które spędziliśmy na dachu mojego domu, wspólnie ćwicząc, nie 

mogłam nic wykrzesać z tego lśniącego czarnego kamienia. Barnaba bywał u nas tak często, 

że ojciec uznał go za mojego chłopaka, a moja szefowa z kwiaciarni sądziła, że powinnam go 

trochę przyhamować.

Oderwałam się od głazu.

– Przykro mi. Idź i rób swoje. Ja posiedzę i zaczekam na ciebie. Nic mi się tu nie 

stanie. – Może po to właśnie mnie tu zaciągnął. Będę bezpieczniejsza tutaj, czekając na niego, 

niż kilkadziesiąt kilometrów dalej, sama. Nie byłam tego pewna, ale wydawało mi się, że 

Barnaba okłamał swojego przełożonego co do moich postępów, żeby móc wrócić do pracy. 

Żniwiarz światła, który kłamie – to się najwyraźniej zdarzało.

Zacisnął wargi.

– Nie. To nie jest dobry pomysł – podszedł i wziął mnie pod ramię. – Chodźmy.

Wyrwałam mu się.

– Co z tego, że nie potrafię wezwać cię w myślach? Jeśli nie chcesz mnie tu zostawić, 

pójdę z tobą i postaram się nie przeszkadzać. Jezu, to jest obóz letni.

Co może mi się tu stać?

– Wszystko – odparował, krzywiąc gładką, młodzieńczą twarz. Ktoś zbliżał się do nas 

ścieżką. Odsunęłam się od Barnaby.

– Nie będę wchodziła ci w drogę. Nikt nawet się nie dowie, że tu jestem – upierałam 

się.

Zmarszczył brwi, jakby zmartwiony.

Ludzie byli coraz bliżej. Zaczęłam się denerwować.

– Daj spokój. Po co tu w ogóle przylecieliśmy, skoro chcesz zaraz wracać do domu? 

Wiedziałeś, że w dwadzieścia minut nie nauczę się tego, co ćwiczymy od czterech miesięcy. 

Tak naprawdę chcemy tego samego. Już jestem martwa. Co gorszego może mi się stać?

Spojrzał w stronę hałaśliwej grupki.

– Gdybyś wiedziała, nie spierałabyś się ze mną. Schowaj amulet. Jeden z nich może 

być żniwiarzem ciemności.

– Nie  boję  się  – powiedziałam,   wkładając  amulet   pod bluzkę.   Ale się  bałam.  To 

niesprawiedliwe:   byłam   martwa,   a   i   tak   łomotało   mi   serce,   spinałam   się   i   oddychałam 

background image

szybciej, kiedy coś mnie przestraszyło. Barnaba mówił, że te objawy z czasem znikną, ale na 

razie ciągle mnie męczyły i krępowały.

Spuściłam wzrok i zaczekałam, aż grupka trzech dziewcząt i trzech chłopców nas 

minie. Wszyscy mieli na sobie koszulki bez rękawów i szorty, a dziewczyny paplały wesoło. 

Szli w stronę przystani. Wszystko wyglądało zupełnie normalnie – do czasu, kiedy przesunął 

się nad mną jakiś cień i podniosłam głowę.

Czarne skrzydło, pomyślałam. Dla żyjących wyglądały jak kruki, jeśli żyjący w ogóle 

je dostrzegali. Cienkie czarne płachty były niemal niedostrzegalne, kiedy patrzyło się na nie z 

boku. Widać było tylko dziwną jasną, migoczącą linię. Byli to padlinożercy, żywiący się 

duszami ludzi zabranych przez żniwiarzy ciemności i gdyby nie ochrona, jaką zapewniał mi 

skradziony amulet, zaraz by mnie obsiadły. Żniwiarze światła zostawali przy duszy zmarłego 

i opiekowali się nią do czasu, kiedy mogła bezpiecznie opuścić ziemię.

Spojrzałam na Barnabę. Nie musiałam czytać w jego myślach, by wiedzieć, że ktoś z 

grupy,   która   nas   właśnie   minęła,   miał   wkrótce   umrzeć.   Aby   odkryć,   o   kogo   chodzi, 

musieliśmy   oprzeć   się   na   dość   mglistym   opisie   szefa   Barnaby   oraz   intuicji   i   zdolności 

widzenia aury samego Barnaby.

– Wiesz już, kim jest ofiara? – spytałam. Zgodnie z tym, co mi powiedział, wiek 

człowieka zdradzała jego aura, co w pewnym sensie wyjaśniało fakt, że nie udało mu się mnie 

ocalić. Był to dzień moich urodzin, a on pracował tylko z siedemnastolatkami. Ja miałam 

szesnaście   lat   aż   do   chwili,   w   której   samochód   zjechał   z   szosy,   i   siedemnaście,   kiedy 

zginęłam.

Barnaba   zmrużył   oczy,   które   błysnęły   nagle   srebrnym   blaskiem,   jak   zawsze,   gdy 

korzystał ze swojej nadprzyrodzonej mocy. Przerażało mnie to.

– Nie wiem – przyznał. – Wszyscy mają po siedemnaście lat, poza dziewczyną w 

czerwonym kostiumie kąpielowym i tym niskim, ciemnowłosym chłopakiem.

– A żniwiarz ciemności? – spytałam. Żadne z nich nie miało amuletu, ale ponieważ te 

kamienie mogły przybierać różne postacie, tak naprawdę nic to nie znaczyło. Kolejna rzecz, 

której nie udało mi się nauczyć.

Anioł wzruszył ramionami, nie spuszczając wzroku z tamtych.

– Żniwiarz ciemności mógł się jeszcze nie pojawić. Jego, czy też jej, aura będzie 

wyglądać   jak   u   każdego   siedemnastolatka,   tak   jak   nasze.   Nie   rozpoznaję   wszystkich 

żniwiarzy ciemności, więc nie będę wiedział, dopóki nie wyciągnie miecza. Wyciągnij miecz, 

wbij   go   w   człowieka,   zadanie   wykonane.   Milutko.   Zanim   się   zorientujesz,   kto   stanowi 

zagrożenie, będzie za późno. Patrzyłam  na czarne skrzydła,  śmigające nad przystanią  jak 

background image

mewy. Stojący obok mnie Barnaba poruszył się niespokojnie.

– Chcesz pójść za nimi – domyśliłam się.

– Tak.

Było   już   za   późno,   by   zlecić   to   zadanie   komuś   innemu.   Serce,   albo   raczej   jego 

wspomnienie, zabiło mi szybciej. Była to pamiątka po czasach, kiedy jeszcze żyłam, z którą 

mój umysł chyba nie umiał się rozstać. Chwyciłam Barnabę za ramię.

– Więc zróbmy to.

– Zabieramy się stąd – zaprotestował, ale ruszył w stronę przystani. Schodząc w dół 

zbocza, stawialiśmy stopy w idealnie równym rytmie.

– Będę siedziała cicho. Czego tu się bać? – spytałam.

Nasze kroki zabrzmiały głucho na deskach przystani. Barnaba zatrzymał się nagle i 

pociągnął mnie za rękę.

– Madison, nie chcę popełnić kolejnego błędu – powiedział, odwracając mnie twarzą 

do siebie. – Idziemy stąd. Natychmiast.

Spojrzałam ponad jego ramieniem, mrużąc oczy z powodu ostrego światła i wiatru. 

Zadrżałam, widząc, jak jedno z tych cienkich, smoliście czarnych  skrzydeł, przysiadło na 

słupku – i czekało. Nieświadoma tego grupka sprzeczała się z dozorcą przystani. Jeśli sobie 

pójdziemy,   ktoś   umrze.   Postanowiłam,   że   się   stąd   nie   ruszę.   Już   otworzyłam   usta,   by 

przekonać do tego Barnabę, kiedy z budki dozorcy ktoś zawołał do nas:

– Hej, jesteście zajęci?

Barnaba drgnął, a ja odwróciłam się z uśmiechem.

– A co tam macie?! – odkrzyknęłam, czując, jak serce zaczyna mi bić coraz szybciej.

– Narty wodne – odparł niski, ciemnowłosy chłopak, podnosząc je do góry. – Nie 

możemy wynająć dwóch łódek, bo brakuje nam dwóch osób. Chcecie popłynąć z nami?

Przeszył mnie dreszcz.

– Jasne! – zawołałam, zamykając sprawę. Barnaba tego chciał. Ja tego chciałam. Więc 

zrobimy to.

– Madison... – zaczął Barnaba, ale wszyscy z entuzjazmem ładowali się już do łódek. 

Pociągnęłam go za sobą, przyglądając się twarzom naszych nowych znajomych. Szukałam 

takiej, która nie pasuje do reszty.

– Na której łodzi jest ofiara? – spytałam. – Ja wsiądę do tej drugiej.

Zacisnął zęby.

– To nie jest takie proste. To jest sztuka, a nie zarządzanie kadrami.

– W takim razie odgadnij! – prosiłam. – O rany, nawet jeśli wsiądziemy na dwie różne 

background image

łodzie, jak daleko od siebie będziemy... kilkanaście metrów? To nic wielkiego. Po prostu cię 

zawołam, dobrze?

Zawahał się, a ja spojrzałam z ukosa na jego twarz. Widziałam, że bił się z myślami. 

Kiepski pomysł czy nie, stawką było czyjeś życie. Za moimi plecami czarne skrzydło zerwało 

się do lotu.

Barnaba wziął głęboki oddech, żeby coś powiedzieć, ale w tej samej chwili podszedł 

do nas chłopak w szarych spodenkach. W rękach trzymał linę. Uśmiechnął się do nas.

– Jestem Bill – przedstawił się, wyciągając rękę. Spojrzałam na Barnabę i ujęłam dłoń 

chłopaka.

– Madison – powiedziałam nieśmiało. Domyśliłam się, że nie mógł być żniwiarzem. 

Wyglądał zbyt przeciętnie.

Mój nauczyciel wymamrotał swoje imię, a Bill zmierzył go wzrokiem.

– Czy któreś z was umie prowadzić motorówkę? – spytał.

– Ja umiem – powiedziałam, zanim Barnaba zdążył wymyślić jakąś wymówkę, która 

pozwoliłaby nam się stąd zmyć.  – Ale nigdy nie ciągnęłam nikogo na nartach. Wolę się 

przyglądać. – Zerknęłam na Barnabę. Ostatnie zdanie było przeznaczone dla niego.

– Świetnie! – Bill uśmiechnął się zaczepnie. – Chcesz płynąć ze mną? Będziesz mogła 

przyglądać się mnie.

Flirtował ze mną. Uśmiechnęłam się szeroko. Od tak dawna byłam skazana tylko na 

towarzystwo żniwiarza, że zapomniałam już, że flirt to taka fajna, taka normalna rzecz. A on 

flirtował ze mną, nie z dziewczyną, która właśnie zdjęła wszystko poza żółtym bikini, żeby 

pokazać zgrabny tyłek, ani z niesamowitą długowłosą brunetką ubraną w szorty i kolorową 

koszulkę.

– Dobra – odparłam i ruszyłam za nim, ale ostre szarpnięcie osadziło mnie w miejscu.

– Hej – odezwał się Barnaba, jego oczy znowu zalśniły srebrzystym  blaskiem, co 

zazwyczaj mnie przerażało. – Zróbmy tak: dziewczyny na jednej łódce, chłopaki na drugiej.

–   Super!   –   ucieszyła   się   dziewczyna   w   bikini,   najwyraźniej   nie   zauważając 

metalicznego   blasku   jego   tęczówek,   choć   patrzyła   prosto   na   niego.   –   My   weźmiemy   tę 

niebieską. Wysunęłam ramię z uścisku Barnaby, trochę zaniepokojona, że widzę coś, czego 

nie widzą żyjący. Chyba nawet mój nauczyciel nie domyślał się, że mogę to zobaczyć. Zrobił 

się   zgiełk,   kiedy   wszyscy   zaczęli   się   przesiadać.   Łodzie   zakołysały   się,   odrzucono   liny. 

Byłam jeszcze na pomoście, przyciągnęłam Barnabę bliżej i szepnęłam mu do ucha:

– Bill nie jest żniwiarzem, prawda?

– Nie – odszepnął. – Ale widzę wokół niego jakąś mgłę. Może być ofiarą.

background image

Kiwnęłam   głową,   a   Barnaba   odwrócił   się,   żeby   porozmawiać   z   chłopakiem   w 

błękitnej koszuli, który stanął władczo za sterem czerwonej motorówki. Przywitałam się z 

dziewczynami i wskoczyłam do małej niebieskiej łodzi. Barnaba wyraźnie chciał być bliżej 

ofiary. Spojrzałam w stronę Billa, zastanawiając się, czy naprawdę dostrzegam wokół niego 

ciemną mgiełkę, czy to tylko moja wyobraźnia.

A potem nagle wszyscy byliśmy już na wodzie i pędziliśmy przez niewielkie jezioro. 

Dziewczyna  w jednoczęściowym  czerwonym  kostiumie kąpielowym  sunęła na nartach za 

naszą łodzią. Bill za drugą. Rytmiczny plusk i szum fal były jak znajoma piękna muzyka.

Czułam na ramionach ciepło słońca, łagodzone przez wiatr, który zwiewał mi włosy 

na twarz. Czarne skrzydła krążyły,  zaskoczone, nad przystanią, ale największe z nich już 

zaczynały nas gonić. Z rosnącym niepokojem odwróciłam się w stronę chłopaka na nartach.

Wyglądało na to, że Bill wie, co robi, podobnie jak dziewczyna za naszą motorówką. 

Jeśli żadne z nich nie było żniwiarzem ciemności, i nie był nim także chłopak w szarych 

spodenkach, to zostały jeszcze trzy podejrzane osoby, a dwie z nich siedziały w mojej łodzi. 

Chciałam dotknąć czarnego kamienia na szyi, powstrzymałam się jednak. Miałam nadzieję, 

że Barnaba nie wsadził mnie do niewłaściwej łodzi. Dziewczyna w bikini miała naszyjnik.

–   Dobrze   jeździsz   na   tych   nartach?!   –   krzyknęłam   do   niej.   Chciałam,   żeby   coś 

powiedziała.

Odwróciła się i uśmiechnęła, przytrzymując ręką długie jasne włosy.

– Nieźle – odparła, pochylając się ku mnie, by nie zagłuszył jej odgłos silnika. – 

Myślisz, że niedługo się przewróci? Umieram z niecierpliwości, żeby się już przejechać.

Uśmiech   zamarł   mi   na   ustach.   Miałam   nadzieję,   że   nie   przepowiedziała   właśnie 

swojej przyszłości.

– Może. Niedługo będzie uskok.

– Ib może wtedy. – Dziewczyna spojrzała na fioletowe końce moich włosów, a potem 

opuściła wzrok na czaszki i skrzyżowane piszczele na moich tenisówkach, i uśmiechnęła się 

lekko. – Jestem Susan. Szczep Chippewa.

– Madison – powiedziałam, przytrzymując się mocno burty chybotliwej łódki. Nie 

dało się rozmawiać przy takim wietrze. – Susan przyglądała się dziewczynie na nartach, a ja 

spojrzałam na tę za sterem.

Była drobna i miała burzę czarnych włosów, długich i gęstych Powiewające kosmyki 

odsłaniały małe uszy i wysokie kości policzkowe. Patrzyła przed siebie z wyrazem całkowitej 

obojętności na twarzy. Miała szerokie ramiona i szczupłe ciało, więc wydawała się równie 

sprawna, jak atrakcyjna. Kolory jej hawajskiej koszulki aż kłuły w oczy. Pożałowałam, że ja 

background image

też nie wzięłam okularów przeciwsłonecznych.

Spojrzałam ponad wodą na czerwoną motorówkę, płynącą jakieś czterdzieści metrów 

za nami. Barnaba rozmawiał z chłopakiem w niebieskiej koszuli. Wiatr zmienił kierunek, łódź 

podskoczyła i Susan pochyliła się do przodu. Jej długie włosy musnęły moją twarz, zanim 

zdążyła znowu je chwycić. Czarne skrzydła zaczęły nas doganiać. Wszystkie.

– Na długo tu przyjechałaś? – zapytała.

– Eee, na krótko – wymamrotałam zgodnie z prawdą. – U mnie szkoła zaczyna się za 

dwa tygodnie.

Susan kiwnęła głową.

– To tak jak u nas.

Poruszyłam się nerwowo na plastikowej ławeczce. Miałam się nie mieszać, ale po 

prostu nie mogłam oderwać oczu od dziewczyny za sterem. Żaden śmiertelnik nie mógł być 

aż tak piękny. Gdybym miała dość odwagi, by do niej zagadać, może okazałoby się, że wcale 

nie jest śmiertelnikiem. I co wtedy, Madison? – pomyślałam, coraz bardziej zaniepokojona. 

Nie mogłam powiedzieć o tym Barnabie. Może pomysł, żebyśmy się rozdzielili, nie był wcale 

taki dobry.

– Rodzice mnie tu wysłali – powiedziała Susan, odwracając moją uwagę od pięknej 

brunetki. – Musiałam zostawić pracę i wszystko – dodała, przewracając oczami. – Straciłam 

miesięczną pensję. Pracuję w gazecie i ojciec stwierdził, że nie chce, żebym przez całe lato 

patrzyła w ekran komputera. Ciągle im się wydaje, że jestem dzieckiem.

Kiwnęłam głową i zamarłam  na widok czarnego skrzydła, mniej więcej wielkości 

latawca, które wśliznęło się nagle między motorówki z taką łatwością, jakby stały w miejscu.

Stłumiłam drżenie i spojrzałam w stronę Barnaby; widziałam, jak zmarszczył brwi. 

Sunąc nad wodą i zanurzając się od czasu do czasu pod jej powierzchnię, czarne skrzydła 

zbliżały się coraz bardziej. Zamarłam.

Susan   wstała,   chwiejnie   przeszła   na   dziób   łodzi   i   wystawiła   twarz   do   wiatru. 

Przerażona, puściłam czarny, gładki amulet i chwyciłam się za brzuch. Naszły mnie mdłości, 

ale ich przyczyną nie była choroba morska, lecz świadomość tego, co się zaraz stanie. Jeśli 

tym razem Barnaba nie wykaże więcej przytomności umysłu niż w moim przypadku, ktoś 

wkrótce zginie. Mnie się to przydarzyło – no, przynajmniej połowicznie – a przebudzenie w 

kostnicy nie należało do przyjemności.

Przeniosłam wzrok z narciarza na Barnabę. Czerwona motorówka była coraz bliżej; 

zaraz   miał   nastąpić   uskok.   Mój   nauczyciel,   z   rozwianymi   włosami,   stał   na   szeroko 

rozstawionych   nogach   i   rozmawiał   z   chłopakiem   za   sterem.   Niczym   nie   różnił   się   od 

background image

beztroskiego nastolatka, którego zamierzał ocalić. Jakby wyczuł na sobie mój wzrok, spojrzał 

w moim kierunku.

Nasze oczy spotkały się na moment.  Między nami czarne skrzydło dało nura pod 

wodę. Gnojek. Wyraźnie nabrały śmiałości. Już prawie nadszedł czas.

– Hej! – zawołała Susan, spoglądając tam, gdzie właśnie znikło czarne skrzydło. – 

Widziałaś?   –   spytała,   szeroko   otwierając   oczy.   –   To   wyglądało   jak   płaszczka.   Nie 

wiedziałam, że płaszczki żyją w słodkiej wodzie.

Bo w ogóle nie żyją w tej rzeczywistości, pomyślałam, błądząc wzrokiem po linii 

horyzontu. Czarne skrzydła były wszędzie, nad łodziami i w wodzie pod nimi.

Susan chwyciła burtę obiema rękami i patrzyła w wodę. Z pewnością nie widziała 

nawet połowy tego, co tam było, coś jednak dostrzegła. Moje niby-serce przyspieszyło. Im 

bardziej byłam zdenerwowana, tym bardziej mój umysł polegał na wspomnieniach z czasów, 

kiedy jeszcze żyłam. Wiedziałam, że zaraz coś się wydarzy, ale nie miałam pojęcia, co robić. 

A jeśli ta brunetka była żniwiarką ciemności?

W napięciu słuchałam szumu wody, kiedy zbliżaliśmy się do uskoku. Nasza narciarka 

oderwała się od powierzchni, wydając w powietrzu wojowniczy okrzyk. Lądując, straciła 

równowagę, ale wpadła do wody z wdziękiem, jakby wiedziała, co robi.

Bill, który skoczył kilka sekund później, stchórzył w ostatniej chwili. Czubek jego 

narty zahaczył o uskok. Jęknęłam bezsilnie, widząc, jak obróciło go w powietrzu. Żniwiarze 

ciemności   lubili   wykorzystywać   wypadki,   uśmiercając   ranne   osoby,   by   ukryć   swoją 

ingerencję. Barnaba miał rację. Ofiara – a więc i żniwiarz – musiała być na jego łodzi.

– Zawróćcie! – zawołałam. – Bill uderzył w uskok.

Nasza łódź skręciła i Susan chwyciła reling.

– O Boże! – krzyknęła. – Stało mu się coś?

Nic   mu   nie   będzie,   pomyślałam,  o   ile   mój   przyjaciel   dotrze   do   niego   pierwszy

Spojrzałam na dziewczynę za sterem, która zaczęła zawracać, błagając ją w myślach, by się 

pośpieszyła.   Teraz   widziałam   jej   oczy   ponad   krawędzią   ciemnych   okularów.  Niebieskie, 

zauważyłam,  a potem ogarnął mnie zimny strach. W ułamku sekundy nabrały srebrnego, 

metalicznego połysku, a dziewczyna uśmiechnęła się z satysfakcją. Była żniwiarzem. Była 

żniwiarką ciemności, a Barnaba był na niewłaściwej motorówce. Cholera, wiedziałam, że 

była zbyt piękna jak na człowieka.

Spłoszona, spuściłam wzrok, zanim zdążyła się zorientować, że wiem. Przeszłam na 

tył łodzi i objęłam się ramionami. Zwolniliśmy. Nasza narciarka płynęła już w stronę Billa, 

ale Barnaba wskoczył do wody i wiedziałam, że dotrze do niego pierwszy. Susan stanęła obok 

background image

mnie. On tymczasem objął Billa ramieniem i zaczął ciągnąć go w stronę mojej łodzi. Teraz 

byłam już naprawdę przerażona. Barnaba nie wiedział, że żniwiarka ciemności jest ze mną. 

Holował ofiarę prosto do niej! Do diabła, dlaczego upierałam się, żeby to zrobić, skoro nie 

potrafiłam nawet skontaktować się z moim nauczycielem!

Motorówki   zbliżyły   się   do   siebie,   odgłosy   silników   przycichły,   a   potem   całkiem 

umilkły. Wszyscy stali przy burtach, krzycząc głośno. Usiłowałam zwrócić na siebie uwagę 

Barnaby w taki sposób, by żniwiarka nie zorientowała się, że ją rozpoznałam – cały czas 

miałam ją na oku. Barnaba nawet nie spojrzał w moją stronę.

Wszyscy wyciągnęli ręce do Billa. Był przytomny, ale rana na głowie krwawiła. Nade 

mną mignęło jedno z czarnych skrzydeł. Zadrżałam. Stojąca tuż za mną Susan także zadrżała; 

nie widziała ich, ale najwyraźniej czuła ich obecność.

–   Podnieście   go   –   szepnęłam.   Czarne   skrzydła,   śmigające   tuż   pod   powierzchnią, 

wyglądały jak rekiny. – Wyciągnijcie go z wody.

Na   tej   łodzi   nie   było   jednak   wcale   bezpieczniej.   Rzuciłam   się   między   żniwiarkę 

ciemności   a   Billa,   którego   właśnie   wciągano   na   pokład.   Woda   chlusnęła   na   zielony 

plastikowy   dywanik.   Żniwiarka   musiała   wiedzieć,   że   jest   tu   ktoś,   kto   spróbuje   ją 

powstrzymać, choć przypuszczała pewnie, że to Barnaba, bo to on skoczył na ratunek.

– Nic mu nie jest? – spytała Susan, kiedy motorówki zetknęły się ze sobą i kierowca 

czerwonej rzucił linę, by związać je razem. Susan uklękła w wąskim przejściu przed tylną 

ławką i wyjęła ręcznik ze swojej torby.

–   Krwawisz.   Przyłóż   to   sobie   do   głowy   –   powiedziała,   a   Bill   spojrzał   na   nią   i 

zamrugał.   Barnaba   przykucnął   obok   Billa.   Nie   patrzył   na   mnie,   więc   powoli,   z   mocno 

bijącym  sercem  zaczęłam  przesuwać  się  w  stronę  niebezpiecznej   piękności  w  hawajskiej 

koszulce, pachnącej lekko piórami i słodkimi, mocnymi perfumami. Nie rozpozna mnie, nic 

mi   się  nie   stanie,   próbowałam  przekonać  samą   siebie.   Ale  kiedy  Barnaba  wstał   i  zaczął 

szykować się do skoku na drugą łódź, puściły mi nerwy.

– Barnaba!  – krzyknęłam  przerażona i znieruchomiałam,  bardziej wyczuwając  niż 

słysząc świst miecza w powietrzu.

Gwałtownie   odwróciłam   głowę.   Żniwiarka   ciemności,   śliczna   czarnowłosa 

dziewczyna,   stała   na   szeroko   rozstawionych   nogach.   Cała   jej   postać   i   obnażony   miecz 

cudownie lśniły w słońcu. Miecz miał w rękojeści fioletowy kamień, taki sam, jaki ona miała 

na szyi. Widziałam go teraz wyraźnie. Oba kamienie emanowały intensywnym blaskiem. Ale 

żniwiarka nie patrzyła na Billa. Patrzyła na Susan.

–   Nie!   –   krzyknęłam,   spanikowana.   Słońce   błysnęło   na   ostrzu   miecza.   Niewiele 

background image

myśląc, rzuciłam się do przodu i uderzyłam Susan ramieniem. Zachwiała się i upadła tuż 

obok Billa. Runęłam na kolana, boleśnie uderzając nimi o pokład. Podniosłam wzrok, ale 

oślepił mnie błysk słońca obitego od miecza. Zaraz potem ostrze przeszło przeze mnie – 

towarzyszyło temu takie uczucie, jakby przez moją duszę przeleciało pióro.

Miałam wrażenie, że czas się zatrzymał, choć wiatr nadal wiał, a łódź nadal kołysała 

się na falach. Ludzie na drugiej motorówce ocknęli się i zaczęli krzyczeć. Nie zwracając na 

nich uwagi, żniwiarka ciemności patrzyła na mnie z rozchylonymi ustami. Powoli zaczynało 

do niej docierać, że usiłowała zabić niewłaściwą osobę.

– Na serafinów... – szepnęła, podczas gdy podniecone, pełne przerażenia głosy innych 

przybierały na sile.

–   Cholera,   Madison!   –   przekrzyczał   ich   Barnaba.   –   Mówiłaś,   że   będziesz   tylko 

obserwować. Ciągle klęcząc przed żniwiarką, położyłam dłoń na brzuchu i przypomniałam 

sobie to straszne uczucie, które pojawiło się, kiedy siedziałam w przewróconym samochodzie, 

przerażona,   ale   żywa.   I   ten   niewyobrażalny   strach,   który   mnie   ogarnął,   kiedy   żniwiarz 

ciemności wyjął swój miecz z gniewną miną. Nie zginęłam w wypadku, musiał więc mnie 

zabić swoim mieczem.

– Uch, chybiłaś – powiedziałam, przeganiając wspomnienia.

Susan podniosła się z trudem. Miecz znikł, wtapiając się z powrotem w kamień na 

szyi   ciemnowłosej   dziewczyny,   która   spojrzała   na   amulet   na   mojej   piersi.   Kiedy   się 

przewróciłam, wysunął się zza koszulki. Otworzyła usta.

–   Kamień   Kairosa!   –   krzyknęła.   –   Ty   masz   amulet   Kairosa?   Skąd?   On   jest...   – 

Zawahała się, spoglądając na mnie w osłupieniu. – Kim ty jesteś?

A kim, do diabła, jest Kairos? Żniwiarz ciemności, który mnie zabił, miał na imię 

Seth. Oblizałam wargi i wstałam, omal nie następując przy tym na Billa.

–   Madison   –   odparłam   odważnie,   śmiertelnie   przerażona.   –   Zabrałam   ten   amulet, 

zgadza się. Zmiataj stąd, bo twój też zabiorę.

Blefowałam, ale na twarzy żniwiarki zaskoczenie ustąpiło miejsca determinacji.

–   Jeśli   masz   amulet   Kairosa,   on   zapewne   chciałby   go   odzyskać   –   powiedziała 

dziewczyna, wyciągając smukłą dłoń.

–   Madison,   odsuń   się   od   niej!   –   krzyknął   Barnaba.   Przestraszona,   cofnęłam   się, 

potknęłam o Billa i wylądowałam na długiej ławce z tyłu łodzi. Żniwiarka ruszyła za mną, 

marszcząc groźnie brwi. Jasne, nie mogła mnie zabić, ale mogła mnie obezwładnić.

Wszyscy zaczęli krzyczeć, a między nami nagle wyrosła jakaś postać. Był to Barnaba. 

Patrzyłam na niego z otwartymi ustami, kiedy stanął między mną a żniwiarką ciemności w 

background image

swoich  absolutnie zwyczajnych  dżinsach  i  podkoszulku,  ciemny  i ociekający  wodą. Jego 

postawa budziła respekt, wyglądał jak wojownik.

– Nie dostaniesz jej – oznajmił, patrząc na żniwiarkę spod mokrych, opadających na 

czoło loków.

– Ona ma amulet Kairosa – odparła. Fioletowy amulet zamigotał i w jej dłoni znowu 

pojawił się miecz. – Więc należy do nas.

Należę   do   nich?   Co   ona   chciała   przez   to   powiedzieć?  Skuliłam   się   na   twardych 

poduszkach, ale mój opiekun także miał już w dłoni miecz, stworzony mocą jego amuletu i 

jarzący   się   pomarańczowym   światłem.   Miecze   uderzyły   o   siebie   ze   szczękiem,   który 

przeszedł w głuchy odgłos przypominający grzmot. Przerażeni ludzie zaczęli się cofać, by 

zejść walczącym z drogi.

Barnaba   natarł   szybko   i   zamierzył   się   na   przeciwniczkę.   W   powietrze   trysnęły 

fioletowe i pomarańczowe iskry. Miecz, wybity z dłoni żniwiarki ciemności, poszybował 

łukiem w powietrzu, po czym z miękkim pluskiem wpadł do wody.

Zaskoczona żniwiarka pochyliła się do przodu i chwyciła za nadgarstek, jakby została 

raniona. Amulet na jej szyi pociemniał, tak jak i jej twarz. Ktoś zaklął pod nosem.

– Wycofaj się – powiedział Barnaba. – Słyszałem o tobie, Nakita, i wiem, że to nie 

jest twoja strefa. Nie próbuj atakować w mojej strefie, bo nigdy nie wygrasz.

Nakita zmrużyła oczy. Z zaciśniętymi zębami spojrzała na Susan, a potem na mnie.

– Coś tu jest nie tak. Wiesz o tym. Słyszę to w pieśni serafinów – odparła.

Mój żniwiarz wyzywająco podniósł głowę. Nakita wskoczyła do jeziora, by odzyskać 

swój miecz.

Mijały sekundy. Nie wyłamała się spod powierzchni wody, jednak jeśli była taka jak 

Barnaba, to nie musiała oddychać i mogła się już nie pojawić.

Chłopak w niebieskiej koszuli pobiegł na koniec łodzi i spojrzał w dół.

– Widzieliście to? – spytał, odwracając się do nas z szeroko otwartymi  oczami. – 

Widzieliście to, do cholery?

Barnaba wziął głęboki oddech, jakby chciał coś powiedzieć, ale potem zmienił zdanie 

i wypuścił powietrze. Przestał wyglądać jak wojownik. Spojrzeliśmy sobie w oczy. W jego 

źrenicach,   które   nie   błyszczały   już   srebrno,   dostrzegłam   zatroskanie.   Poruszyłam   się 

niespokojnie.

– Wepchnęliście ją do wody? – spytała nagle Susan, leżąca w kącie pokładu.

Ech. Trochę trudno będzie to wytłumaczyć. Barnaba skrzywił się, zacisnął palce na 

swoim amulecie i powiedział spokojnie:

background image

– Kogo?

Bill patrzył  w niebo, wodząc oczami za odlatującymi  czarnymi  skrzydłami.  Susan 

patrzyła na nas zdezorientowana.

– Była tu dziewczyna – powiedziała, siadając. – Miała czarne włosy. – Spojrzała na 

Billa. – I nóż. Bo to był nóż, prawda? Widziałeś go chyba?

Bill oderwał ręcznik od czoła i spojrzał na plamę krwi.

– Widziałem.

Barnaba pewnym krokiem przeszedł przez łódź i przykląkł obok Billa.

– Ja nic nie widziałem. – Ciągle trzymając w dłoni amulet, spojrzał w oczy Billowi, 

który znowu przyłożył ręcznik do rany. – Mocno uderzyłeś się w głowę. Dobrze się czujesz?

Ile widzisz palców?

Bill nie odpowiedział, a ja spojrzałam na jezioro, unikając wzroku Barnaby. Jego oczy 

znowu błyszczały metalicznie; pomyślałam, że lepiej teraz na niego nie patrzeć.

– Bill uderzył się w głowę – powiedział spokojnie. – Musimy wrócić do przystani, 

żeby ktoś mógł to obejrzeć.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki strach i zamieszanie zmieniły się w troskę.

Wszyscy zaczęli zajmować swoje miejsca na łodziach. Poczułam, że drżą mi kolana. 

Barnaba zapuścił silnik; kiedy jego szum przybrał na sile, nachyliłam się do jego ucha.

– Nie będą pamiętali? – spytałam. Nie wiedziałam, że umiał zmieniać wspomnienia. 

Odsunął się od kierownicy.

– Ty prowadź – powiedział krótko. Położył mi dłoń na ramieniu i wepchnął mnie na 

siedzenie. – Pośpiesz się, zanim ktoś sobie przypomni, że wcześniej robił to ktoś inny.

Wydawał   się   poirytowany,   więc   chwyciłam   kierownicę.   Jasne,   że   potrafię 

poprowadzić tę głupią łódź. Dorastałam we Florida Keys i umiałam prowadzić motorówki, 

zanim nauczyłam się jeździć na rowerze.

Barnaba zebrał narty i mokre liny, a ja powoli ruszyłam. Pierwsza łódź wystartowała 

chwilę wcześniej. Ruszyłam jej śladem, żeby ułatwić sobie zadanie. Susan rozmawiała przez 

telefon komórkowy, krzycząc:

– Uderzył  się w głowę na uskoku! Camp Hidden Lake. Ten z dużym czerwonym 

kajakiem nad drogą. Płyniemy do przystani. Jest przytomny, ale może trzeba będzie założyć 

szwy.

Dodałam gazu i oparłam plecy o fotel. Miejsce, . którego wcześniej dotykał żniwiarz, 

było zaskakująco chłodne. Czarne skrzydła znikły, z wyjątkiem jednego, które wzlatywało 

jeszcze nad krawędzią jeziora. Udało się zapobiec czyjejś śmierci, ale mój towarzysz nie był 

background image

zadowolony.

Susan zamknęła telefon komórkowy i kołysząc się z boku na bok, podeszła do Billa.

–   Hej!   –   zawołała,   starając   się   przekrzyczeć   warkot   silnika,   i   usiadła   obok.   – 

Wezwałam karetkę. Jak się czujesz?

Bill miał zaczerwienione policzki i sprawiał wrażenie zdezorientowanego.

–   Gdzie   jest   ta   dziewczyna   z   mieczem?   –   spytał.   Spojrzałam   na   Barnabę,   który 

zakręcił palcem przy skroni, jakby chciał powiedzieć: „Zwariował!”

– Spokojnie – powiedziała Susan ciszej, ale i tak prawie krzycząc. – Zaraz będziemy 

na miejscu.

Kierowałam   się   ku   światłom   stojącej   na   brzegu   karetki.   Po   chwili   zwolniłam,   bo 

zbliżyliśmy   się   do   przystani.   Zebrali   się   tam   ludzie   –   miałam   nadzieję,   że   Barnaba 

zorganizuje jakoś nasze zniknięcie, zanim ktoś zwróci na nas uwagę.

– Gdzie jest ta dziewczyna z mieczem? – spytał znowu Bill. Mój opiekun podszedł i 

usiadł po jego drugiej stronie.

– Nie ma żadnej dziewczyny z mieczem – odparł stanowczo.

– Widziałem ją – upierał się Bill. – Miała czarne włosy. Ty też miałeś miecz. Gdzie on 

jest?

Odwróciłam się i Barnaba spojrzał na mnie ze znużeniem. Poczułam się tak, jakbym 

naprawdę   nabroiła.   Jakby   przez   moją   niezdarność   musiał   teraz   zmieniać   ludziom 

wspomnienia.

– Postaraj się uspokoić, Bill – powiedział. – Mocno uderzyłeś się w głowę.

Zacisnęłam palce na sterze, zastanawiając się, czy to uraz głowy sprawił, że Bill był 

mniej podatny na manipulacje pamięci. Czy rzeczywiście aż tak namieszałam? Jezu, w końcu 

tylko pchnęłam Susan, żeby odsunąć ją od żniwiarki. Nie mogłam przecież stać z boku i 

pozwolić jej zginąć. Susan była  tego wszystkiego zupełnie nieświadoma. Żyła. Spokojnie 

dożyje   starości  i zapewne   dokona czegoś  wielkiego,   bo inaczej   nie  zwróciłaby na  siebie 

uwagi żniwiarzy ciemności.

Rozluźniłam   się   trochę   i   odsunęłam   z   czoła   kosmyk   wilgotnych   włosów.   Byłam 

zadowolona z tego, że interweniowałam i nic, co mógł powiedzieć Barnaba, nie przekonałoby 

mnie,  że   zrobiłam  coś  niewłaściwego.  Jednocześnie  czułam  się   trochę   głupio.  Po  dwóch 

latach ćwiczenia różnych sztuk walki potrafiłam tylko odepchnąć dziewczynę na bok.

Żniwiarz zostawił Billa i Susan na ławce i usiadł obok mnie.

–   Wezwałem   anioła   stróża   –   powiedział,   nachylając   się   tak   blisko,   że   poczułam 

zapach słoneczników o zmierzchu. – Susan nic się nie stanie.

background image

– Ib dobrze. – Zwolniłam bardziej, bo przybijaliśmy do brzegu, ale nie spuszczałam 

wzroku z Barnaby. – Nie było tak źle, co?

Odchylił się do tyłu i prychnął:

– Nie masz pojęcia, jak bardzo nabroiłaś. Święci cię chronią, Madison. Pięć osób 

widziało, jak przeszył cię jej miecz. Dla pięciu osób muszę wymyślić alternatywną wersję 

wydarzeń, którą zapamiętają. Nie powinienem był cię tu zabierać. Wiedziałem, że to nie jest 

bezpieczne.

Zacisnęłam zęby, patrząc na tłum ludzi na brzegu.

– Uratowałam Susan życie. Czy nie o to chodziło?

– Zostałaś rozpoznana przez żniwiarza ciemności – powiedział ponuro. – Mówiłaś, że 

będziesz tylko obserwować, a potem... dałaś się rozpoznać! Oni znają teraz rezonans twojego 

amuletu. Mogą go szukać. Mogą cię odnaleźć.

Otworzyłam usta, żeby zaprotestować. Żniwiarze mieli rezonans swoich amuletów; 

ludzie mieli aury. Jedno i drugie wystarczało, by ich rozpoznać, bez względu na to, jak daleko 

się znajdowali, mniej więcej tak samo jak odciski palców albo zdjęcia.

– Chcesz powiedzieć, że miałam pozwolić jej zginąć, Barney? – spytałam z goryczą, 

wiedząc, jak nie znosił tego przezwiska. – Tylko po to, żeby nikt mnie nie rozpoznał? Wezwij 

Rona. On może zmienić rezonans mojego amuletu. Już kiedyś to zrobił. Skrzyżował ręce na 

piersi i zmarszczył brwi. Miałam rację, i on o tym wiedział.

– Chyba będę musiał to zrobić, no nie? – odparł, zupełnie jak jakiś siedemnastolatek, 

którego udawał. – Nie miałem takich problemów od trzystu lat, pomijając twój przypadek, 

rzecz jasna. Teraz trzeba zmienić też rezonans mojego amuletu. Skwaszony, odwrócił głowę i 

wbił wzrok w dal. Nadąsany anioł. Urocze.

Im dłużej o tym wszystkim myślałam, tym gorzej się czułam. Wyglądało na to, że 

odkąd się poznaliśmy, ciągle mieszałam mu w życiu. Miałam do tego wyjątkowy talent. Teraz 

Barnaba musiał wezwać swojego szefa, żeby naprawił sytuację, a wiedziałam, że nie lubił 

przyznawać się do pomyłek.

– Dopóki rezonans nie zostanie zmieniony, jesteśmy w niebezpieczeństwie, mogą nas 

z łatwością znaleźć – mruknął.

Wystraszona, rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu czarnych skrzydeł, ale już ich 

nie   było.   Wiatr   ustał   i   w   gładkiej   powierzchni   wody   odbijały   się   rosnące   nad   jeziorem 

drzewa. Zgasiłam silnik.

–   Powiedziałam   już,   że   jest   mi   przykro   –   powtórzyłam,   a   on   oderwał   wzrok   od 

migających świateł karetki.

background image

W cieniu jego brązowe oczy wydawały się niemal czarne. Miałam wrażenie, że patrzę 

w nie po raz pierwszy i odkrywam w ich głębi coś, czego wcześniej nie widziałam.

– Nie wiesz mnóstwa rzeczy – stwierdził, kiedy wpłynęliśmy do doku, tuż za pierwszą 

motorówką. – Może nareszcie przyjmiesz to do wiadomości.

Susan zaczęła przywiązywać odbijacze, a Barnaba wyszedł na dziób, by rzucić cumę. 

Sanitariusze czekali na brzegu z noszami; wyraźnie im ulżyło, kiedy Bill zawołał, że nic mu 

nie jest. Wszyscy wydawali się gotowi do działania. Skuliłam się na widok mężczyzny w 

jaskrawej   koszulce   polo.   To   musiał   być   kierownik   obozu;   równie   dobrze   mógł   mieć   to 

wypisane na plakietce na piersi. Wiedziałam, że musimy się jak najszybciej zmyć.

Łodzie   opustoszały   wśród   rozmów,   pokrzykiwań   i   pytań,   na   które   Susan   zaczęła 

szybko i głośno odpowiadać. Była wyraźnie w swoim żywiole. Wstałam, gotowa wracać do 

domu, ale Barnaba nie mógł tak po prostu odlecieć na oczach tych wszystkich ludzi. Wyszedł 

na brzeg, a ja niepewnie poszłam za nim.

– Nie spuszczaj oka z dziewczyny – polecił, kiedy zaczęłam się niespokojnie wiercić. 

– Muszę znaleźć jakieś spokojne miejsce, żeby anioł stróż mógł mnie znaleźć.

Raczej nie będą znowu próbowali jej załatwić, ale to możliwe. Zwłaszcza jeśli się 

dowiedzą, że ty tu jesteś. Nic nie rób, jak pokaże się tu jakiś żniwiarz, dobrze?

Po prostu mnie zawołaj. Dasz radę to zrobić?

Speszona, kiwnęłam głową, a on wszedł w tłum. Poszłam za nim powoli, by poszukać 

jakiegoś ustronnego miejsca w pobliżu karetki. Moje serce znowu przestało bić. Nareszcie. 

Barnaba   uważał,   że   to   zabawne,   więc   jeszcze   bardziej   mnie   to   krępowało.   Zawsze   też 

wciągałam   powietrze,   którego   wcale   nie   potrzebowałam.   Susan   stała   kilkanaście   metrów 

dalej, z innymi dziewczynami i kierownikiem obozu. Dziwne uczucie – chciałam być blisko, 

ale bałam się do nich dołączyć.

Historia  Susan  wywołała  pełne zdumienia  i strachu okrzyki,  a ja z zadowoleniem 

zauważyłam,   że  nie   było  w   niej   nic  o  pojedynkach   na  miecze  i   pięknych   dziewczynach 

znikających w jeziorze. W nocy, kiedy zaśnie, wspomnienia mogą wrócić. Na twarzy ojca 

widywałam często wyraz niepokoju i zaczynałam się zastanawiać, czy pamiętał kostnicę.

Kiedy ja podprowadzałam amulet mojemu zabójcy, on odebrał telefon i dowiedział 

się, że nie żyję. Widok taty siedzącego samotnie w moim pokoju i przeglądającego moje 

rzeczy, zanim dowiedział się, że jednak przeżyłam, złamał mi serce. A jego radość, kiedy 

zobaczył, że oddycham? Nigdy wcześniej nikt tak mocno mnie nie ściskał. Jego wspomnienia 

zostały zmienione, a jednak... czasami wydawało mi się, że pamiętał, jak było naprawdę.

Barnaba usiadł na czerwonym piknikowym stoliku pod kępą sosen. Przed nim unosiła 

background image

się   mglista   kula   światła   wielkości   piłki   tenisowej,   o   niewyraźnych   brzegach.   Wyglądała 

dokładnie tak jak plamy światła na niektórych zdjęciach robionych pod słońce. Niektórzy 

uważali, że to duchy. Może jednak były to anioły stróże, widoczne tylko w szczególnym 

świetle, a w dodatku tylko na zdjęciu?

– I wtedy właśnie wpadł do wody – powiedziała Susan i urwała, jakby zapomniała, co 

wydarzyło  się później. Odwróciłam się szybko,  w obawie, że mnie  zauważy i poprosi o 

pomoc. Wspomniała na łodzi, że pracuje w jakiejś gazecie – może to właśnie jej przyszła 

kariera dziennikarska była powodem, dla którego stała się celem żniwiarzy ciemności. Może 

miała   dokonać   później   czegoś,   czego   nie   przewidywał   wielki   plan   przeznaczenia?   O   to 

właśnie chodziło w tej grze. Dlatego ja zostałam zabita. Nie miałam pojęcia, jakiej Wielkiej 

rzeczy miałam dokonać, a teraz, kiedy byłam martwa, pewnie już nigdy się nie dowiem. 

Założyłam ręce na piersi, oparłam się o gruby, szorstki pień i przysięgłam sobie, że nigdy nie 

będę żałowała, iż uratowałam Susan życie.

Barnaba wstał i ruszył przez tłum. Już za nim sunęła mała świetlista kula. Przyjaciółki 

Susan zauważyły go i umilkły, chichocząc. Udał, że nie zwrócił na to uwagi, uśmiechnął się i 

uścisnął dłoń Susan. Wtedy, zupełnie jakby na umówiony znak, świetlista kula zajęła miejsce 

za jej  plecami.  Susan miała  już swojego  anioła stróża;  była  bezpieczna. Rozluźniłam  się 

trochę.

– Dzięki, że rozmawiałaś z nim przez całą powrotną drogę – powiedział Barnaba, 

odrzucając do tyłu wilgotne włosy swobodnym, nonszalanckim gestem. Któraś z dziewczyn 

westchnęła. – Powinnaś pojechać z nim do szpitala. Nie wolno mu zasnąć przez całą noc, na 

wypadek gdyby to był wstrząs mózgu.

Susan zarumieniła się lekko.

–   Jasne.   Tak.   Myślisz,   że   mi   pozwolą?   –   Odwróciła   się   do   kierownika.   –   Mogę 

pojechać?

Odpowiedział   jej   chór   zapewnień,   że   może,   i   Susan,   uśmiechnąwszy   się   na 

pożegnanie, pobiegła do karetki. Świetlista kula wpłynęła do samochodu przed nią. Barnabie 

wyraźnie ulżyło, domyśliłam się więc, że on też martwił się o dziewczynę. Tylko sprawiał 

wrażenie, jakby go nie obchodziła.

Poczułam się znacznie lepiej i spojrzałam na niego z uśmiechem, zadowolona, że już 

po wszystkim. Ale jego twarz zmieniła się nagle w obojętną maskę. Odwrócił się na pięcie i 

ruszył przed siebie, oczekując, że pójdę za nim.

Ruszyłam więc ze spuszczoną głową. Satysfakcja, jaką odczuwałam na myśl o tym, że 

uratowałam Susan, ulotniła się. Gdybym  mogła wrócić do domu w jakiś inny sposób, na 

background image

pewno bym z niego skorzystała. Barnaba wyglądał na ciężko obrażonego.

background image

ROZDZIAŁ 2

Powietrze   tam,   w   górze,   było   lodowato   zimne.  Miałam   wrażenie,   że   moje   mokre 

włosy zamarzły. Wylądowaliśmy w tym samym miejscu, z którego wyruszyliśmy tego ranka: 

na parkingu za szkołą New Covington. Skrzydła Barnaby, jak zwykle, znikły w mgnieniu 

oka, zanim zdążyłam im się przyjrzeć, i zostały zastąpione przez suche dżinsy, zwykły czarny 

podkoszulek i szary prochowiec. Płaszcz zupełnie nie nadawał się na ten upał, ale za to mój 

towarzysz wyglądał w nim doskonale. Kolor prochowca przypominał skrzydła, miękko otulał 

jego ramiona i spływał aż do ziemi.

Niepewnie   ruszyłam   między   samochodami   w   stronę   stojaka   na   rowery.   Rano 

samochodów nie było, więc zastanawiałam się, co się stało. Dwa razy pomyliłam cyfry kodu 

w kłódce, w końcu jednak udało mi się odpiąć rower. Powoli wróciłam z nim do Barnaby, 

który stał w cieniu, opierając się o niski murek między stromym zboczem a główną drogą. Ja 

także się oparłam, żeby zaczekać na Rona, przełożonego Barnaby.

Brakowało mi mojego samochodu, który nadal był na Florydzie u mamy, ale brak ten 

rekompensował mi z nawiązką fakt, że mogłam na nowo poznać tatę. Mama wysłała mnie tu, 

bo miała już dość rozmów z nauczycielami, dyrektorem szkoły i pedagogiem, a także strachu, 

że każdy telefon po zmroku będzie oznaczał rychłe spotkanie z policją. W porządku, może 

rzeczywiście   przesadzałam   trochę   ze   swoją   „skłonnością   do   niezależnego   myślenia”,   jak 

określił to szkolny pedagog w rozmowie z mamą. Potem poradził mi na osobności, żebym 

dorosła i przestała za wszelką cenę próbować zwrócić na siebie uwagę. Moje wykroczenia 

były jednak dość niewinne.

Niedaleko odezwała się cykada. Wdrapałam się na murek i założyłam ręce na piersi. 

Zaraz jednak znowu je opuściłam, żeby nie wyglądać na przygnębioną. Barnaba wydawał się 

przygnębiony   za   nas   oboje.   Podczas   powrotnego   lotu   trzymał   mnie   mocno   w   dość 

niewygodnej pozycji. I przez całą drogę milczał. Nie żeby zwykle był szczególnie rozmowny, 

ale teraz zachowywał się sztywno, niemal wrogo. Może był zły, że zmoczył się w jeziorze. 

Przez to ja też miałam teraz mokre spodnie i tył koszulki.

Skrępowana, udałam, że zawiązuję sznurowadła, żeby trochę się od niego odsunąć. 

Mogłam   poprosić,   żeby   odstawił   mnie   do   domu,   ale   pod   szkołą   zostawiłam   rower.   Nie 

wspominając już o tym, że nie chciałam, by wścibska pani Walsh zobaczyła, jak Barnaba 

rozkłada skrzydła i odlatuje. Przysięgam, że ta kobieta trzyma na parapecie lornetkę. Szkoła 

była jedynym miejscem, gdzie, jak sądziłam, nikt nas nie zauważy. Nie miałam pojęcia, skąd 

wzięły się tu te samochody.

background image

Wyjęłam telefon komórkowy, włączyłam go, sprawdziłam nieodebrane połączenia, i z 

powrotem wsunęłam go do kieszeni. Spojrzałam na swojego nauczyciela.

– Przykro mi, że cię rozpoznano podczas ataku.

– To nie był atak. To była akcja prewencyjna.

Jego głos zabrzmiał cierpko. Pomyślałam, że jak na kogoś, kto żyje od tak dawna, 

zachowywał   się   czasami   dość   dziecinnie.   Może   dlatego   przydzielono   go   do   pracy   z 

siedemnastolatkami.

– W każdy razie przykro mi – powiedziałam, wydłubując cement z krawędzi muru. 

Oparł się o murek, spojrzał zmrużonymi oczami w niebo i westchnął.

– Nie przejmuj się tym.

Znowu zrobiło się cicho. Zabębniłam palcami o cement.

– Można się było domyślić, że ta ślicznotka jest Żniwiarką.

Spojrzał na mnie urażony.

– Ślicznotka? Nakita jest żniwiarką ciemności. Wzruszyłam ramionami.

– Wy wszyscy jesteście piękni. Bez trudu wskazałabym w tłumie jednego z was. – 

Barnaba   był   wyraźnie   zdziwiony,   jakby   nigdy   nie   zauważył,   że   są   tacy   idealni.   Kiedy 

odwrócił wzrok, zapytałam: – Znasz ją?

– Słyszałem jej śpiew, tak – odparł cicho. – Więc kiedy użyła amuletu przed atakiem, 

wiedziałem,   jak   się   nazywa.   Musi   być   żniwiarką   ciemności   od  bardzo   dawna,   skoro   ma 

amulet o tak głębokim odcieniu fioletu. Amulety powoli zmieniają kolor, gdy ich właściciele 

zdobywają   doświadczenie.   Amulety   żniwiarzy   światła   są   najpierw   zielone,   potem   żółte, 

jeszcze później pomarańczowe, a w końcu stają się czerwone. U żniwiarzy ciemności kolory 

zmieniają się od błękitu przez granat do fioletu. Kolor kamienia odbija się w aurze tego, kto 

go właśnie używa. Ale ty jeszcze nie widzisz aury, prawda?

Była   to   zamierzona   złośliwość   i   gdybym   nie   myślała   akurat   o   swoim   własnym 

kamieniu, powiedziałabym mu, żeby się zamknął.

– Więc ona ma więcej doświadczenia niż ty – stwierdziłam, a Barnaba odwrócił się do 

mnie zaskoczony.

– Skąd ci to przyszło do głowy? – spytał takim tonem, jakbym go obraziła. Spojrzałam 

na jego amulet, który teraz, kiedy go nie używał, był czarny i matowy.

– To jest jak tęcza... Ona jest fioletowa, a ty pomarańczowy, jeden poziom poniżej 

czerwieni, po drugiej stronie tęczy. Nie jesteś jeszcze czerwony. Kiedy staniesz się czerwony, 

będziesz tak doświadczony jak Nakita.

Barnaba zesztywniał i zmierzył mnie wzrokiem.

background image

– Mój amulet nie jest pomarańczowy. Jest czerwony!

– Nie, nie jest.

– Jest! Jest czerwony od czasów, kiedy budowano piramidy.

Machnęłam ręką.

– Mniejsza z tym. Nadal jednak nie rozumiem, co jej śpiew ma z tym wszystkim 

wspólnego.

Barnaba prychnął i odwrócił głowę.

– Amulety umożliwiają komunikację poza ziemską sferą, i tam ją słyszałem. Kolor 

kamienia i dźwięk jej głosu pasują do siebie. Aurę można widzieć, ale można ją też słyszeć. 

Nietrudno więc odgadnąć, kto śpiewa, bo w ziemskiej sferze jest nas bardzo niewielu. Ale 

choć   słyszę   żniwiarzy   ciemności,   nie   wiem,   co   mówią.   Nakita   musiałaby   zmienić   kolor 

swoich myśli, by dopasować go do mojej aury, a ponieważ w spektrum barw jesteśmy tak 

daleko od siebie, byłoby to niemal niemożliwe.

Poza tym po co miałbym wpuszczać jej myśli do swoich?

Uniosłam brwi. Ta informacja mogłaby mi się przydać. W końcu przez ostatnie cztery 

koszmarne miesiące próbowałam się nauczyć, jak używać swojego amuletu.

– Hm. Myślałam, że wy po prostu wpadacie na chwilę do nieba, kiedy chcecie ze sobą 

pogadać, czy coś w tym rodzaju.

Barnaba spuścił głowę.

– Minęły lata świetlne, odkąd dostałem amulet i zostałem związany z ziemią.

On został związany z ziemią?

– No, no. – Odwróciłam się do niego. – Żniwiarze są związani z ziemią?

–   Nie,   tylko   żniwiarze   światła   są   związani   z   ziemią   –   odparł   i   zarumienił   się   z 

zakłopotaniem. – Nakita Zbliża się do ziemi i oddala, kiedy ma ochotę. Dotyka ziemi tylko 

wtedy, kiedy chce kogoś zabić, potem ją opuszcza.

Zabrzmiało to gorzko.

– Myślałam, że wszystkie anioły mieszkają w niebie – mruknęłam.

– Nie – powiedział krótko. – Nie wszystkie.

Skrzywił   się   i   przeczesał   kędzierzawe   włosy  palcami.   Były   teraz   jeszcze   bardziej 

rozwichrzone, co tylko dodało mu wdzięku.

–   Tylko   garstka   aniołów   zmienia   sferę,   a   te   często   zostają   żniwiarzami,   żeby 

wprowadzić poprawki. Kiedy uzyskają rozgrzeszenie, wracają do innych obowiązków.

Poprawki? Rozgrzeszenie? Barnaba został żniwiarzem, bo wpadł w jakieś kłopoty, a  

ja   pakuję   go   w   jeszcze   większe.   Ratowanie   życia   wygląda   chyba   dobrze   w   CV   każdego  

background image

anioła?

– A co zrobiłeś?

Barnaba skrzyżował ręce na piersi i oparł się plecami o murek.

– Zostałem żniwiarzem światła z poczucia moralnej odpowiedzialności, a nie dlatego, 

że naraziłem się serafinom. Nie obchodzi mnie, co oni myślą.

Słyszałam   już   wcześniej,   jak   Barnaba   wyklinał   serafinów,   kiedy   siedzieliśmy   na 

dachu mojego  domu, ciskając  kamieniami  w nietoperze.  Wiedziałam  dobrze, że nie miał 

najlepszego   zdania   o   ważniakach   z   anielskiego   świata,   ale   byłam   bardzo   ciekawa,   czym 

właściwie zajmują się serafini. Zarządzanie wszechświatem to pewnie kupa roboty.

Nadal na mnie nie patrząc, Barnaba odepchnął się od murku, wyszedł z cienia i stanął 

na krawędzi światła. Czułam, że jest coś, czego mi nie mówi. Uczucie to przybrało na sile, 

kiedy oparł ręce na biodrach i wbił wzrok w parking.

– Ona ma rację. Coś tu kompletnie nie pasuje – powiedział, chyba bardziej do siebie 

niż do mnie. – Nakita utwierdziła, że masz amulet Kairosa. Ale to niemożliwa. On jest... – 

Barnaba odwrócił się do mnie. Jego spojrzenie mnie zmroziło. – Madison, myślałem o tym 

wszystkim. Kiedy zjawi się Ron, poproszę go, żeby przekazał szkolenie cię komuś innemu.

Otworzyłam usta. Poczułam się tak, jakby uderzył mmc w splot słoneczny. Nagle 

wszystko   nabrało   sensu.   Poddał   się.   Boże,   chyba   jestem   jeszcze   głupsza,   niż   mi   się 

wydawało. Byłam zraniona i nie wiedziałam, jak się zachować, więc ześliznęłam się z murku, 

zdzierając sobie przy tym skórę na udzie. Do oczu napłynęły mi łzy. Chwyciłam rower i 

ruszyłam przed siebie. Postanowiłam wrócić do domu. Ron może się tam ze mną spotkać.

– Dokąd jedziesz? – spytał, kiedy przerzuciłam nogę przez ramę.

– Do domu.

Bycie martwą było wystarczająco przykre. Nie dość, że nie mogłam nikomu o tym 

powiedzieć, to teraz miałam jeszcze przechodzić z rąk do rąk jak ciasto z zakalcem, na które 

nikt nie ma ochoty. Jeśli Barnaba nie chce, żebym z nim została, to świetnie. Ale stać tu i 

słuchać, jak będzie mówił o tym Ronowi, to zbyt upokarzające.

– Madison, nie chodzi  o to, że  mnie  zawiodłaś.  Po prostu nie  mogę  cię uczyć – 

powiedział, spoglądając na mnie z troską i współczuciem w brązowych oczach.

– Bo jestem martwa i głupia, wiem – mruknęłam posępnie.

– Nie jesteś głupia. Nie mogę cię uczyć z powodu tego, do kogo wcześniej należał 

twój amulet.

Powiedział to tak poważnie, że zatrzymałam się, nagle wystraszona. Przez cały ten 

czas Ron nie potrafił odgadnąć, komu zabrałam amulet.

background image

– Amulet Kairosa? – wyszeptałam, a zaraz potem znieruchomiałam, czując mrowienie 

między łopatkami. Spojrzałam w stronę cienia, zastanawiając się, czy coś zaraz z niego nie 

wyskoczy.   Barnaba   spojrzał   ponad   moim   ramieniem   i   na   jego   twarzy   widać   było 

jednocześnie ulgę i obawę.

– Mam tylko chwilę. Pokażcie swoje amulety – rozległ się dźwięczny głos strażnika 

czasu.

Odwróciłam się szybko i spojrzałam na niskiego mężczyznę, który mrużył oczy w 

ostrym słońcu.

–   Ron   –   powiedziałam   cicho,   kiedy   do   nas   podszedł.   Miał   na   sobie   luźne   szare 

ubranie, równie nieodpowiednie na ten upalny dzień, jak prochowiec Barnaby. Popatrzyłam w 

stronę szkoły. Miałam nadzieję, że nikt nas tu nie zobaczy. I tak uważali mnie za dziwoląga. 

Sześć miesięcy, a ciągle byłam „tą nową”. Może powinnam stonować trochę swój wizerunek. 

Nikt inny nie miał fioletowych włosów.

Chronos – w skrócie Ron – wyglądał jak skrzyżowanie czarnoksiężnika z baśni z 

Mahatmą Ghandim. Jego obszerny strój przypominał bluzę judoki. Brązowe oczy sprawiały 

wrażenie, jakby widziały, co znajduje się za rogiem ulicy. Miał jasne, spłowiałe od słońca 

brwi, ale jego skóra i mocno skręcone włosy były ciemne. Był niższy ode mnie, ale robił duże 

wrażenie.

Może   sprawiał   to   jego   głos,   znacznie   niższy   i   donośniejszy,   niż   można   by   się 

spodziewać. Mówił z przyjemnym dla ucha akcentem, bardzo szybko, jakby miał wiele do 

powiedzenia, ale mało czasu.

Poruszał się także bardzo szybko i miał amulet, który pozwalał mu włączać się w 

strumień czasu i powstrzymywał starzenie. Bo strażnicy czasu, z jakichś powodów, nie byli 

aniołami, lecz ludźmi. Więc nie wiadomo, ile tak naprawdę miał lat. Manipulował czasem w 

taki   sposób,   by  pomagać   żniwiarzom   światła.   To   on  zlecał   Barnabie   akcje   prewencyjne. 

Spoglądając   w   niebo   z   kwaśnym   wyrazem   twarzy,   Ron   wyciągnął   rękę   i   poruszył   w 

powietrzu palcami.

– Madison?

– Ron, mój amulet... – zaczęłam, wyciągając przed siebie kamień, ciągle wiszący na 

rzemyku.

–   Tak,   wiem.   Zaraz   się   tym   zajmę   –   mruknął.   Kamień   na   moment   znikł   w   jego 

ruchliwych palcach. Poczułam mrowienie na karku i po chwili było już po wszystkim. – 

Kiedy ufarbowałaś włosy? – spytał lekko, nie patrząc mi w oczy.

– Po balu maturalnym. Ron...

background image

Ale   on   stał   już   przed   żniwiarzem   światła.   Barnaba,   górujący   nad   tym   niskim 

człowiekiem jak wieża, wyglądał, jakby był chory.

– Barnabo... – mruknął Ron. W jego głosie zabrzmiała ostrzegawcza, może nawet 

karcąca nuta. Żniwiarz chyba także ją usłyszał, bo zdjął amulet z szyi i wyciągnął go przed 

siebie, zamiast podejść bliżej. Bez amuletu nie mógł podjąć żadnej akcji prewencyjnej, bo 

tracił wiele ze swoich zdolności. Ja bez mojego kamienia byłabym tylko duchem czy czymś 

w tym rodzaju.

– Panie – wymamrotał Barnaba. Wyraźnie czuł się nieswojo. Jego amulet przybrał tę 

samą   barwę   jak   wtedy,   kiedy   żniwiarz   światła   obnażył   miecz,   potem   znowu   stał   się 

matowoczarny.

– Jeśli chodzi o amulet Madison...

– Już załatwione – oznajmił Ron, wręczając Barnabie kamień.

Mój nauczyciel założył sznurek na szyję i wsunął amulet za podkoszulek.

– Żniwiarz na miejscu ataku go rozpoznał.

– Wiem! Dlatego tu jestem! Zostaliście rozpoznani – warknął Ron, opierając pięści na 

biodrach i spoglądając ostro na Barnabę. Zakłopotana, spuściłam wzrok.

– Oboje. Na pierwszej akcji prewencyjnej Madison. Co się stało?

Świetnie, znowu wpakowałam swojego towarzysza w kłopoty.

–   Przepraszam   –   powiedziałam   ze   skruchą.   Barnaba   podniósł   głowę.   –   To   tak 

naprawdę był mój pomysł – ciągnęłam, w nadziei że jeśli wezmę winę na siebie, mój opiekun 

da mi jeszcze jedną szansę. Informacja, że aury wydają dźwięki, mogła dokonać przełomu w 

moim szkoleniu; może dzięki niej wreszcie nauczę się komunikować za pomocą myśli. – 

Barnaba   nie  chciał  zabierać  mnie  ze  sobą, dopóki  nie  nauczę   się  czytać  w   myślach,   ale 

przekonałam go, że nic się nie stanie. A potem poznałam Susan. Nie mogłam pozwolić, żeby 

tamta żniwiarka ją zabiła. To wszystko stało się tak szybko.

–  Dość!   –   warknął   Ron  tak   ostro,   że   aż   podskoczyłam.   Szeroko  otworzył  oczy  i 

patrzył na podwładnego, który... kulił się? – Powiedziałeś mi, że ona potrafi komunikować się 

z tobą w myślach! – rzucił oskarżycielsko, a mnie opadła szczęka. – Kłamałeś? Jeden z moich 

żniwiarzy mnie okłamał?

– Uch – jąkał się Barnaba, cofając się, kiedy Ron zrobił krok w jego stronę. – Nie 

kłamałem!

To ty założyłeś, że potrafi, kiedy ci powiedziałem, że jest gotowa. Bo jest.

Uważa, że jestem gotowa? Mimo że nie kontaktujemy się w myślach? Ron zmrużył 

oczy.

background image

– Wiesz,  że nie  pozwoliłbym  jej  wziąć  udziału w akcji  prewencyjnej,  dopóki nie 

nauczy się czytać w myślach. Przez to trzeba było zmienić pamięć pięciu osób! Pięciu!

Radość,   która   mnie   ogarnęła,   kiedy   usłyszałam,   że   zdaniem   mojego   nauczyciela 

jestem   już   gotowa,   wyparowała.   Pożałowałam,   że   w   ogóle   otworzyłam   usta.   Znowu 

nabroiłam i nie czułam się z tym dobrze.

– Nieważne, jak długo będę ją szkolił, Madison nigdy nie nauczy się kontaktować ze 

mną myślami – powiedział Barnaba, oblewając się rumieńcem. – Nie chodzi o nią, tylko o jej 

amulet!

– Boże Wszechmogący! – przerwał mu Ron i wyrzucił ręce do góry. – Nie mogę 

ukryć tego przed serafinami. Wyobrażasz sobie, co by się działo? Po prostu za krótko ją 

jeszcze szkolisz. To długotrwały proces, a nie coś, co można pojąć w ułamku sekundy.

Barnaba zmarszczył brwi.

– Nie powiedziałem, że nigdy nie nauczy się kontaktować w myślach, powiedziałem 

tylko,  że nie  nauczy się komunikować ze mną. – Zerknął na mnie.  – Panie, żniwiarzem 

ciemności, który miał zaatakować, była Nakita. Rozpoznała amulet Madison.

Madison ma amulet Kairosa!

Strażnik czasu znieruchomiał, szeroko otwierając oczy ze zdumienia, a jego wzrok 

powędrował w stronę mojego amuletu. Zacisnęłam palce na kamieniu, czując, jak srebro, w 

które był oprawiony, wbija mi się w dłoń. Był mój. Zdobyłam go i nikt nie odbierze mi go 

bez walki. Nawet Kairos, kimkolwiek był.

– Kairos? – wyszeptał Ron, a potem, widząc moją minę, odwrócił wzrok.

– Tak, a skoro ona ma amulet Kairosa – powiedział Barnaba – to może...

– Cii – syknął Ron. Barnaba prychnął. – Wiedziałem, że to nie jest zwyczajny kamień 

żniwiarza, ale Kairosa? Jesteś pewny, że Nakita to właśnie powiedziała?

Żniwiarz wyprostował się dumnie.

– Byłem przy tym, panie.

Nakita powiedziała też, że należę do nich, więc czułam się trochę dziwnie. Chciałam 

po prostu być tym, kim byłam kiedyś, kiedy nie miałam pojęcia o żniwiarzach, strażnikach 

czasu i czarnych skrzydłach. Może jeśli przestanę zwracać na to uwagę, oni wszyscy znikną. 

Ron spojrzał na nas z ukosa, jakby nam nie ufał. Wyciągnął rękę w stronę cienia.

– Idź popatrzeć na niebo, Barnabo.

Barnaba w milczeniu stanął na granicy cienia i zadarł głowę do góry.

– Kim jest Kairos? – spytałam, odwracając się do Rona.

–   To   mój   odpowiednik.   –   Ron,   stojący   w   cieniu   drzewa,   z   rękami   opartymi   na 

background image

biodrach, spoglądał niespokojnie na zalany słońcem parking. – Żniwiarze światła, żniwiarze 

ciemności. Strażnik czasu światła, strażnik czasu ciemności. Nie sądziłaś chyba, że jestem 

tylko   ja,   co?   Wszystko   ma   swoją   drugą   stronę,   przeciwwagę.   Kairom   jest   moją.   To   on 

obserwuje, jak nici czasu wplatają się w potencjalną przyszłość ludzi, i wysyła Żniwiarzy 

ciemności, żeby ich skosili. Przewidywanie jego kolejnych posunięć zabiera mi więcej czasu 

niż cokolwiek innego.

Ostatnie zdanie powiedział takim tonem, jakby było to przekleństwo. Serce znowu 

waliło   mi   jak   młotem.   Skrzyżowałam   ręce   na   piersi,   jakbym   mogła   je   w   ten   sposób 

powstrzymać. W porządku. Zwinęłam amulet strażnikowi czasu. Niedobrze. Powinnam się go 

pozbyć,   ale   nie   mogłam   przecież   pożyczyć   amuletu   od   innego   żniwiarza   i   oddać   ten 

Kairosowi. Nie miałam wyboru, musiałam go zatrzymać. Już nigdy nie odważę się zasnąć. 

Dobrze się składa, że nie potrzebuję snu.

– Nic dziwnego, że Seth nie wrócił – chciałam wyciągnąć z tego wszystkiego jakiś 

wniosek. – Założę się, że ukrywa się przed Kairosem.

Ron zmarszczył brwi, cofnął się głębiej w cień i oparł o murek obok mnie.

– Żaden żniwiarz nie byłby w stanie użyć amuletu Kairosa, tak jak żaden strażnik 

czasu nie może użyć amuletu żniwiarza – powiedział. – Nakita musiała się pomylić. Chyba 

że... – Ron w zamyśleniu odwrócił się nieznacznie, żeby spojrzeć na mnie – ... chyba że to nie 

żniwiarz cię zabił. Może Kairos wyjątkowo sam postanowił to zrobić.

Barnaba odwrócił się przez ramię, ale Ron gestem nakazał mu milczenie. Znowu.

– Jak wyglądał ten Seth? – zapytał mnie zwodniczo łagodnym tonem.

Poruszyłam   się   niespokojnie   i   podciągnęłam   na   rękach,   żeby   usiąść   na   murku. 

Spojrzałam w stronę Barnaby, ale on znowu patrzył w niebo. Przysunęłam kolana pod brodę. 

Nie   chciałam   pamiętać   tamtej  nocy,  ale  wspomnienia  wróciły  natychmiast   i  były  bardzo 

wyraziste.

– Miał ciemną cerę – powiedziałam. – I ciemne falujące włosy. Miły głos. – I świetnie 

całował, dodałam w myślach, kuląc się w sobie. O Boże. Całowałam się z facetem, który 

mnie zabił.

Seksowny   nieznajomy   z   balu   maturalnego   okazał   się   psychopatą,   żniwiarzem 

ciemności o imieniu Seth, który postanowił się mnie pozbyć. I zrobił to, przebijając mnie 

mieczem, kiedy okazało się, że choć kabriolet runął z nasypu, przeżyłam. Potem ocknęłam się 

w kostnicy i usłyszałam, jak Barnaba kłóci się z innym żniwiarzem światła, czyja to wina, że 

jestem martwa. Przybyli tam, żeby przeprosić i nie dopuścić do mnie czarnych skrzydeł do 

czasu, aż odbiorę swoją „nagrodę”. Ale wszystko się zmieniło, kiedy w kostnicy pojawił się 

background image

także Seth. Zdaje się, że miał zamiar złożyć moją duszę u czyichś stóp, żeby „awansować do 

wyższej instancji”, cokolwiek miał na myśli. Ale o tym wiedzieliśmy tylko ja i Barnaba. A on 

z   jakiegoś   powodu   uznał,   że   nie   powinniśmy   informować   o   tym   Rona.   Potem   skradłam 

Sethowi amulet, a fakt, że mi się udało i pozostałam na ziemi, dla wszystkich był tajemnicą.

Ron pocierał ucho ręką, jakby miał nerwowy tik.

– Wyższy od ciebie mniej więcej o pół głowy? Ścisnął mi się żołądek.

– Tak – wymamrotałam. – To on.

Pod stopami Barnaby zachrzęścił żwir. Ron wypuścił powietrze z płuc.

– A niech mnie! – mruknął i zaczął krążyć niespokojnie, nie wychodząc jednak poza 

granicę cienia. – To był Kairos – oznajmił krótko. – Nie podał ci swojego prawdziwego 

imienia. Boże, jeśli mnie kiedykolwiek kochałeś, otwórz mi oczy, kiedy jestem taki ślepy!

– Ale on wyglądał tak, jakby był w moim wieku! – zaprotestowałam. Super, nie dość, 

że całowałam się z człowiekiem, który mnie zabił, teraz okazuje się jeszcze, że on jest starszy 

od piramid. Rany! No tak, jak się nad tym dobrze zastanowić, za dobrze tańczył i całował jak 

na siedemnastolatka.

– Kairos osiągnął swoją pozycję niezwykle wcześnie, dużo wcześniej niż planował 

jego poprzednik. – Ron zatrzymał się i spojrzał na parking. – Od dnia, kiedy dostał amulet, 

który wisi teraz na twojej szyi, nie postarzał się ani o jeden dzień. Goguś z gładką buźką. 

Założę się, że nie jest zachwycony faktem, że znowu zaczął się starzeć. Wszystko jasne. 

Amulet strażnika czasu to jedyny boski kamień, który mogłaś posiąść. Każdy inny zmieniłby 

twoją duszę w pył.

– Ponieważ jestem martwa? – spytałam, ale Ron pokręcił głową.

– Ponieważ jesteś człowiekiem. Tak jak strażnicy czasu.

– Więc to naprawdę nie moja wina, że nie byłem w stanie jej uratować – wtrącił się 

Barnaba. – Nie mogę wygrać ze strażnikiem czasu.

– Nie możesz – zgodził się Ron, rzucając mu spojrzenie, które mówiło: „Lepiej się 

zamknij”.

– Jeśli Madison naprawdę ma kamień Kairosa, on zdoła go odzyskać tylko wtedy, 

kiedy ona umrze.

– Ale ja już jestem martwa – zaprotestowałam, z nogami podciągniętymi pod brodę. 

Ron uśmiechnął się słabo.

– To znaczy, kiedy twoja dusza zostanie zniszczona. Zakładam, że Kairos ma twoje 

ciało. Ktoś musi je mieć. Tak długo, jak długo będziesz istniała w takiej czy innej postaci, 

amulet będzie z tobą związany. To, że zdołałaś odebrać go Kairosowi, to chyba cud. – Ron 

background image

spojrzał groźnie na Barnabę, który znowu chciał coś powiedzieć. – Musisz trzymać się od 

niego z daleka – dodał, odwracając się do mnie.

– Nie ma sprawy – odparłam, spoglądając w niebo. – Powiedz mi tylko, na której on 

mieszka chmurze, to będę pamiętać.

Ron dalej spacerował w cieniu drzewa. Jego szary strój powiewał dostojnie.

– On mieszka na ziemi, tak jak ja – powiedział z roztargnieniem, najwyraźniej zbyt 

zajęty swoimi myślami, by zrozumieć mój żart.

– Panie – odezwał się Barnaba, odwracając się tyłem do słońca. Zaniepokoiło mnie to. 

Ktoś chyba powinien stać na czatach? – Jeśli Kairos do tej pory po nią nie przyszedł, może 

już tego nie zrobi.

– Kairos miałby ustąpić w walce o nieśmiertelność? Nie. Wątpię – stwierdził Ron. – 

Domyślam się, że nie zaatakował dotąd Madison, bo aż do dziś nikt nie wiedział, że stracił 

swój amulet. W tym czasie z pewnością usiłował zrobić sobie nowy. Im więcej czasu mu to 

zabierze, tym lepiej... choć nigdy nie uda mu się stworzyć amuletu, który dorównywałby 

mocą temu, który stracił. Nakita pewnie powiedziała mu, że Madison go ma. Teraz Kairos 

zacznie jej szukać. Miejmy nadzieję, że dość szybko udało mi się zmienić rezonans.

–   Strażnicy   czasu   robią   amulety?   –   spytałam   zaskoczona   i   spojrzałam   na   czarny 

amulet Rona, niemal niewidoczny w fałdach materiału. – Możesz zrobić dla mnie nowy, 

żebym mogła zwrócić ten Kairosowi?

Ron zamrugał, jakby zaskoczony tą myślą.

– Robię amulety i daję je aniołom, które chcą działać i stać się czymś, czym nigdy nie 

były. Nie wszystkim podoba się to, co jest, a to jeden ze sposobów, by na to wpłynąć. Ale ty 

jesteś martwa, Madison. Nie potrawę stworzyć kamienia, który utrzyma przy życiu martwego 

człowieka.   Gdybyś   spróbowała   użyć   amuletu   żniwiarza,   spaliłby   twój   ludzki   umysł. 

Powiedziałbym, Że skoro Kairos cię zabił, masz prawo zatrzymać jego amulet. Oczywiście 

serafini  mogą być  innego zdania. Przygryzłam  wargę. Barnaba patrzył teraz na drogę na 

szczycie wzgórza. Obok nas przejechał jakiś samochód. Serafini. To oni podejmowali ważne 

decyzje.   Żniwiarze   im   podlegali,   a   anioły   stróże   były   jeszcze   niżej.   Barnaba   mówił   o 

serafinach   w   taki   sposób,   jakby   to   były   rozpieszczone   dzieci,   którym   ktoś   dał   władzę. 

Przerażające.

– To źle, prawda? – powiedziałam cicho.

Ron roześmiał się głośno, ale zaraz spoważniał.

–   Niedobrze   –   odparł,   a   potem,   na   widok   mojej   miny,   uśmiechnął   się   lekko.   – 

Madison, odebrałaś Kairosowi amulet. Teraz jest twój. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, 

background image

żeby tak zostało. Tylko daj mi trochę czasu, muszę się tym zająć.

Nie mogłam usiedzieć na miejscu. Zsunęłam się z muru.

– Ron, wiem, dlaczego Kairos chce mnie teraz dopaść, ale to wszystko zaczęło się 

kilka miesięcy temu. Co ja takiego zrobiłam, że w ogóle się mną zainteresował?

Barnaba odwrócił się do nas, ale Ron znowu nie pozwolił mu się odezwać. Podszedł 

do mnie i uśmiechnął się uspokajająco. W każdym razie wydaje mi się, że ten uśmiech miał 

być uspokajający. Ale w spojrzeniu Rona widziałam coś, co mnie przerażało.

– Mam kilka pomysłów. – Popatrzył mi w oczy, a potem szybko odwrócił wzrok. – 

Spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej. Nie masz czym się martwić.

– Ron, jeśli ona ma amulet Kairosa, to może...

–   Och,   zobacz   tylko,   która   godzina   –   rzucił   Ron   i   chwycił   Barnabę   pod   ramię. 

Żniwiarz zachwiał się i omal nie stracił równowagi. – Musimy się spieszyć.

Spieszyć się? Dokąd? Zaskoczona zrobiłam krok W stronę Rona.

– Opuszczacie mnie?

– Zaraz wrócimy. – Ron zmrużył oczy, ciągnąc żniwiarza po zalanej słońcem ścieżce. 

– Muszę omówić sprawy z serafinami, Barnaba będzie moim pośrednikiem. – Uśmiechał się, 

ale   wyczuwałam   jego   napięcie.   –   Nie   jestem   jeszcze   martwy,   rozumiesz   –   powiedział   z 

wymuszoną   wesołością.   –   Nie   mam   bezpośredniego   numeru   do   nieba.   Nie   martw   się, 

Madison. Wszystko jest w porządku.

W porządku? Nie bardzo mogłam w to uwierzyć. Wszystko działo się zbyt szybko i 

wcale mi się nie podobało.

– Panie! – zawołał Barnaba, wyrywając  się z uścisku Rona. – Jeśli Kairos znowu 

będzie   chciał   ją   zaatakować,   zmiana   rezonansu   amuletu   nie   wystarczy.   On   wie,   jak   ona 

wygląda. Nakita też ją widziała. Oboje mogą po prostu przejść się po okolicy i ją rozpoznać. 

Nie powinniśmy dać jej anioła stróża?

Ron zamrugał, wyraźnie wstrząśnięty faktem, że sam o tym nie pomyślał.

– Och, oczywiście – powiedział, wracając do cienia. – Właśnie to należy zrobić. Ale, 

Madison – dodał, zaciskając na amulecie palce, spomiędzy których zaczęło sączyć się czarne 

światło – radzę ci nie wspominać twojemu aniołowi stróżowi o amulecie Kairosa. – Jego 

wzrok powędrował w stronę mojego kamienia, po czym spojrzał mi w oczy. – Im mniej istot 

o tym wie, tym mniej będę musiał przekonać, że masz prawo go zatrzymać. Przestraszona, 

kiwnęłam głową. Ron uśmiechnął się do mnie. A zaraz potem w cieniu dębu pojawiła się 

złota świetlista kula. Przez chwilę patrzyłam na kołyszący się w powietrzu błyszczący kształt. 

To musiał być anioł stróż. Dla mnie? Barnabie wyraźnie ulżyło. Nie wiem, dlaczego w ogóle 

background image

go to obchodziło, w końcu jeszcze dwadzieścia minut temu chciał się mnie pozbyć.

Kula światła wylądowała na murku i niemal znikła. W tej samej chwili usłyszałam 

eteryczny głos, który jakby docierał wprost do wnętrza mojej czaszki. Drgnęłam gwałtownie.

–   Anioł   stróż,   departament   żniwiarzy   i   cherubinów,   sekcja   ochrony,   zgodnie   z 

zamówieniem!

Ron odwrócił się i poklepał mnie po ramieniu. On także musiał usłyszeć ten głos.

– A ty jesteś... ?

– Sekcja ochrony, numer jeden siedemdziesiąt sześć – rozległ się znowu dźwięczny 

głosik, od którego dzwoniło mi w uszach.

– Cherubini? To te latające gołe dzieciaki z łukami? – Barnaba skrzywił się lekko i 

świetlista kula pojawiła się znowu.

– Masz coś do cherubinów, żniwiarzu? – rzucił głosik zaczepnie.

– Nie – zaprzeczył Barnaba. – Tylko nie wiedziałem, że sekcja ochrony zatrudnia 

cherubinów do opieki nad osobami poniżej osiemnastego roku życia.

W mojej czaszce rozległo się pogardliwe prychnięcie.

– Naprawdę myślisz, że ktoś mógłby zakochać się w niej? Jestem aniołem stróżem. 

Nie potrafię dokonywać cudów.

– Hej! – zawołałam urażona i świetlista kula błyskawicznie przyleciała z powrotem do 

mnie. Cofnęłam się, kiedy znalazła się zbyt blisko. Anioł stróż, co? Raczej ognista kula z 

piekła rodem.

– Widzisz mnie i słyszysz? – zadźwięczał głos, okrążając mnie szybko. Obróciłam się 

wokół, żeby nie stracić jej z oczu.

–   Słyszę   cię.   A   czy   cię   widzę?   Nie,   właściwie   nie.   –   Zatrzymałam   się 

zdezorientowana. Świetlisty kształt przysiadł na ramie roweru i znikł. Barnaba prychnął i 

światło znowu pojawiło się i przygasło.

– Doskonale – mruknął Ron. – Jeden siedemdziesiąt sześć to nie jest związek typu 

„póki was śmierć nie rozłączy”, tylko zadanie tymczasowe. Dbaj o jej bezpieczeństwo, a jeśli 

cokolwiek podejrzanego pojawi się W promieniu trzydziestu łokci, chcę o tym natychmiast 

wiedzieć.

Światło oderwało się od roweru i zbliżyło do mnie.

– Trzydzieści łokci? Tak jest!

Tak jest? To jest anioł, tak?

Ron rzucił mi ostatnie ostrzegawcze spojrzenie, Ujął Barnabę pod ramię i ruszył przed 

siebie.

background image

–   Wrócę,   kiedy   tylko   będzie   to   możliwe.   Aha,   podobają   mi   się   twoje   włosy.   Są 

bardzo... W twoim stylu.

Dotknęłam końców fioletowych kosmyków, starając się zrobić przyjazną minę. Ron i 

Barnaba   zniknęli,   a   ja   drgnęłam   i   wciągnęłam   ze   świstem   powietrze.   Cienie   trochę   się 

wydłużyły, jakby zrobiło się później. Na krótką chwilę, może tylko na kilka sekund, Ron 

wstrzymał czas, żeby zatrzeć ślady. Mój kamień był ciepły, jakby zareagował na działanie 

jego amuletu. Ciągle zaciskałam na nim palce. Spojrzałam na słoneczny parking i nagle świat 

wydał mi się dużo bardziej niebezpieczny niż przed chwilą.

Po raz pierwszy od czterech miesięcy zostałam zupełnie sama.

background image

ROZDZIAŁ 3

Nie cierpię, kiedy on to robi – mruknęłam i drgnęłam nerwowo, bo mój anioł stróż 

nagle znowu pojawił się tuż przede mną..

– Co robi? – spytał dźwięcznym głosem. Może jednak nie byłam tak zupełnie sama. 

Westchnęłam i sięgnęłam po rower.

– Zatrzymuje czas i przesuwa nagle słońce, ale właściwie nie mówiłam do ciebie. – 

gdyby ktoś zobaczył, jak gadam do samochodów na parkingu, na pewno zostałabym znowu 

uznana za jednego ze szkolnych świrów. O nie, nie w ostatniej klasie. Nie miałam czasu 

znowu walczyć o swoje miejsce w szkolnej hierarchii. Wystarczy, że raz przyszłam do szkoły 

przebrana za nietoperza, bo akurat był Halloween, i stało się. Uśmiechnęłam się lekko.

Wendy, moja przyjaciółka z Florydy, także przebrała się za nietoperza. Dowcipy o 

bliźniaczkach Batmana zaczęły mnie w końcu bawić. Prawie.

Świetlista kula parsknęła pogardliwym śmiechem.

– Jak na śmiertelnika jesteś naprawdę niska.

– I kto to mówi – odparowałam i przerzuciłam nogę przez ramę roweru. Nacisnęłam 

na pedał i koła wydały bolesne skrzypnięcie. Nie mogłam ruszyć.

–   Hej!   –   zawołałam,   kiedy   zdałam   sobie   sprawę,   że   w   przednim   kole   nie   ma 

powietrza. Mój anioł stróż zaczął się śmiać. On musiał to zrobić! Kula przez chwilę mieniła 

się wszystkimi kolorami tęczy. – Co zrobiłeś z moim rowerem? – spytałam, choć znałam 

odpowiedź.

– Chronię cię! – odparł wesoło. – Czy od razu nie poczułaś się bezpieczniej?

Pomyślałam o ośmiu kilometrach, które będę musiała przejść pieszo, by dotrzeć do 

domu.

–   Chronisz   mnie?   Przed   czym?   –   warknęłam.   –   Zdaje   się,   że   uważasz   mnie   za 

kurdupla? – Wkurzona, zaczęłam pchać rower w stronę dalekiego wyjazdu z parkingu. Głupi 

anioł stróż. Co było z nim nie tak?

Usłyszałam, jak za moimi plecami otworzyły się metalowe drzwi szkoły. Odwróciłam 

się i zobaczyłam faceta w krótkich sportowych spodenkach, za którym wyszło jeszcze dwóch 

chłopaków. Wakacyjny trening lekkoatletyczny?

– Była raz pewna dziewczyna, włosy miała jak oberżyna – zaśpiewał mi do ucha jeden 

siedemdziesiąt sześć. – Stroszyła je i czesała, bo miss świata zostać chciała, aż wypadły i 

zrzedła jej mina.

– Urocze. Śpiewający anioł – mruknęłam, a anioł zachichotał. Miałam wrażenie, że 

background image

owiała   mnie   fala   chłodnego   powietrza.   Usłyszałam   głosy   za   plecami,   a   potem   trzasnęły 

drzwiczki   samochodów   i   rozległ   się   warkot   silników.   Kiedy   minęła   mnie   furgonetka, 

skręciłam w lewo, żeby nie wąchać spalin, a potem wyszłam z parkingu i zaczęłam pchać 

rower pod górę, w stronę głównej drogi.

Rozległ się dźwięk klaksonu, ale go zignorowałam. Zbocze było strome, więc kiedy 

dotarłam do drogi, skręciłam do rowu pełnego kamieni wielkości mniej więcej mojej głowy. 

Przednia opona natychmiast utkwiła między kamieniami, a kierownica wbiła mi się w pierś.

Wypuściłam   powietrze   z   płuc   z   bolesnym   świstem,   a   potem   podniosłam   wzrok   i 

zobaczyłam, że jedna z furgonetek zatrzymała się na szczycie wzgórza. Super. A więc miałam 

widownię.

– Pewna dziewczyna rower miała i na wycieczkę się wybrała.

– Zamknij się! – wrzasnęłam. Usłyszałam trzask zamykanych drzwiczek, spojrzałam 

znowu w stronę furgonetki i nagle wszystkiego mi się odechciało. To był Josh. Ten, który 

poszedł ze mną na bal maturalny. Josh, który zrobił to tylko dlatego, że mój tata dogadał się z 

jego   tatą   i   razem   uknuli   intrygę.   To   miała   być   „przysługa”.   A   kiedy   Josh   wygadał   się 

przypadkiem   podczas   balu,   ja   urażona   wyszłam   w   towarzystwie   Setha,   czyli   Kairosa. 

Naprawdę świetnie. Odkąd umarłam, nie spotykałam się z Joshem, tylko od czasu do czasu 

mijałam go na szkolnym korytarzu. Teraz oparłam się o rower i patrzyłam, jak stoi obok 

swojej furgonetki i uśmiecha się do mnie.

Och, do diabła. Spuściłam głowę, z trudem wyciągnęłam przednie koło spomiędzy 

kamieni i pchnęłam rower do góry. Wspomnienie tamtej nocy znowu do mnie wróciło. Kiedy 

zostawiłam go samego na balu, Josh pojechał za mną, bo chciał mieć pewność, że bezpiecznie 

dotrę do domu. Widział wypadek i zbiegł z nasypu, żeby mnie ratować. Wydaje mi się, że 

nawet trzymał mnie za rękę, kiedy umierałam. Barnaba zapewniał mnie, że Josh nic z tego 

wszystkiego nie pamiętał. No, może poza tym, że podle potraktowałam go na balu i wyszłam 

z kimś innym.

– Pomóc ci?

Podniosłam wzrok. Josh nadal opierał się o furgonetkę. Dobrze wyglądał, jego jasne 

włosy były jeszcze wilgotne po prysznicu. Zsunął modne okulary z wąskiego nosa i mrużył 

niebieskie   oczy   w   ostrym   słońcu.   Widywałam   go   z   aktorami   ze   szkolnego   teatru   i   ze 

szkolnymi pięknościami, najczęściej jednak spotykał się z ludźmi z koła jeździeckiego. Nie 

należeli   do   najpopularniejszych   w   szkole,   ale   w   tym   małym   miasteczku   nie   miało   to 

wielkiego znaczenia. Był miły dla wszystkich, co w przypadku takiego przystojniaka nie było 

wcale normą.

background image

– Pytałem, czy ci nie pomóc! – powiedział głośniej i pomachał do dziewczyny, która 

minęła   go   samochodem.   Była   to   Amy.   Nie   lubiłam   jej.   Była   tak   zajęta   sobą,   że   nie 

wystarczało jej czasu na myślenie o czymkolwiek innym.

Zdmuchnęłam   włosy   z   oczu   i   pomyślałam,   że   chyba   wolałabym   być   nadal   nad 

jeziorem mimo żniwiarki ciemności i całej reszty.

– Nie! – odkrzyknęłam. – Ale dzięki. – Spuściłam głowę, pokonałam duży kamień i 

ruszyłam pod górę.

– Na pewno?

Dlaczego   on   jest   dla   mnie   taki   miły?  Tuż   za   mną   zadźwięczał   znowu   wibrujący 

anielski głos.

– Posłuchaj, mam już cały wierszyk: Pewna dziewczyna rower miała i na wycieczkę 

się wybrała. Ruszyła więc na południe, myśląc, że tam będzie cudnie, lecz księcia z bajki 

spotkała.

Pośliznęłam się na kamieniu, moja kostka skręciła się boleśnie i rower znowu zjechał 

w dół. Zaczęłam dyszeć z wysiłku, czy też raczej z przyzwyczajenia.

– Idę na zachód, a nie na południe – burknęłam i spojrzałam na Josha. Anioł roześmiał 

się perliście. Może powinnam czuć się winna z powodu swojego zachowania na balu, ale było 

na to zbyt gorąco.

– Zmieniłam zdanie – powiedziałam głośno. – Chyba potrzebuję pomocy.

Josh już pobiegł w dół. Kiedy dotarł do kamieni zwolnił, uważnie stawiając stopy.

Zaczekałam i cofnęłam się nieco, kiedy zbliżył się z uśmiechem i chwycił kierownicę 

roweru.

– Jak to się stało? – spytał i wskazał głową przednie koło, a potem przelotnie spojrzał 

na moje fioletowe włosy.

– Była raz dziewczynka mała, co ciągle gumę łapała.

– Zamknij się! – ryknęłam i skuliłam się, kiedy Josh odwrócił się do mnie zaskoczony.

– Uch, nie ty – wyjaśniłam. Myślałam, że zaraz umrę z zażenowania. Nie żeby było to 

możliwe, ale tak właśnie się czułam. – Ja... hm... nie mówiłam do ciebie.

Brwi Josha się uniosły.

– A do kogo? Do umarłych?

To miał być żart, ale poczułam, że zbladłam.

– Żeby umrzeć, trzeba najpierw być żywym – zadźwięczał koło mojego ucha cienki 

głosik.

Zapadła cisza. Z twarzy Josha znikł wyraz rozbawienia. Patrzył na mnie z troską.

background image

– To był tylko żart, Madison.

Nieszczęśliwa,   usiłowałam   wymyślić   coś,   co   pomogłoby   mi   uniknąć   ksywki 

Stukniętej Madison. Głupi, głupi anioł. To wszystko przez niego.

– Przepraszam – powiedziałam, zakładając włosy za uszy. – Miło, że się zatrzymałeś, 

żeby mi pomóc. Naprawdę to doceniam. Tylko strasznie mi gorąco. – Josh chyba poczuł się 

swobodniej, więc ja też trochę się rozluźniłam. – To nie był dobry dzień – dodałam.

Josh milczał.  Spojrzałam na niego z ukosa. Byliśmy już niemal na szczycie  i nie 

chciałam, żeby odjechał, sądząc, że bez powodu zaczęłam na niego wrzeszczeć.

– Zdaje się, że trenujesz lekkoatletykę? – zagadnęłam.

– Tak. Jutro będziemy biegali na imprezie charytatywnej, którą organizuje szkoła – 

odparł,   zwalniając,   by   przepchnąć   rower   między   kamieniami.   –   Zakłady,   kto   pierwszy 

skończy okrążenie, i tak dalej. Trener uważa, że to świetny sposób, żeby utrzymać nas w 

formie podczas wakacji. A jak ty będziesz zbierała pieniądze?

– Ja? – zająknęłam się. – Hm... – Josh patrzył na mnie wyczekująco.

– Dlatego byłaś dzisiaj w szkole, prawda?

– Niezupełnie – powiedziałam. – Umówiłam się tam ze znajomymi. Ale oni odjechali, 

a ja złapałam gumę. – Przed moimi oczami zamigotała świetlista kula. Machnęłam ręką, żeby 

ją odgonić. – Ale wielki komar – mruknęłam, a kula zabrzęczała z urazą i zaświeciła mocniej.

– Umówiłaś się tutaj, żeby tata nie zobaczył, że się z kimś spotykasz? – spytał Josh.

– Wszystko jasne. – Westchnął i przyspieszył,  jakby chciał się ode mnie oddalić. 

Schrzaniłam to konkursowe – Nie chodzi o tatę, tylko o sąsiadkę – wyjaśniłam szybko.

– O panią Walsh?

Spojrzałam na niego zaskoczona.

– Słyszałeś o niej? – spytałam, a on uśmiechnął się porozumiewawczo. Ja też się 

uśmiechnęłam.

Josh kiwnął głową.

– Mój kupel Parker mieszka na waszej ulicy. Ta kobieta grzebie w jego śmieciach i 

wyciąga wszystko, co nożna przetworzyć. Koszmarna baba.

– Tak, to koszmar. – Poczułam się lepiej i spuściłam oczy. – Nie spodziewałam się, że 

złapię gumę. Do domu mam tylko osiem kilometrów... rozumiesz.

Stanęłam   po   drugiej   stronie   roweru,   naprzeciw   Josha,   i   spojrzałam   na   niego. 

Naprawdę  żałowałam  teraz,  że   tak  na  niego  wrzasnęłam.  Josh  milczał,  a   kiedy  wreszcie 

dotarliśmy do szosy, od razu sięgnęłam po kierownicę, starając się nie dotknąć jego palców.

–   Dzięki   –   powiedziałam,   spoglądając   w   stronę   jego   zaparkowanej   na   poboczu 

background image

furgonetki. Jechał na wschód, a ja na zachód, do miasta.

– Teraz już dam sobie radę.

Josh ciągle trzymał kierownicę.

– Wszystko w porządku? Dziwnie wyglądasz. Wyszarpnęłam mu rower z rąk.

– Nic mi nie jest. Bo co? Josh wsunął okulary na czoło.

– Masz mokre włosy i wiem, że nie byłaś na boisku. Ktoś ci zrobił kawał czy coś w 

tym rodzaju? Zachowujesz się jak moja siostra, kiedy ma kłopoty i boi się całego świata.

Przypierał mnie do muru. Spanikowałam i przyspieszyłam kroku.

– Nie mam więcej kłopotów niż zwykle – powiedziałam z udawaną wesołością. Minął 

nas   kolejny   samochód:   ostatni   chłopak   z   treningu   lekkoatletycznego   wracał   do   domu. 

Naprawdę brakowało mi tu samochodu.

Josh milczał i szedł coraz wolniej, w miarę jak oddalaliśmy się od jego furgonetki.

–   Posłuchaj,   wiem,   jacy   potrafią   być   ojcowie.   Mój   trzyma   mnie   tak   krótko,   że 

niedługo pewnie będzie sprawdzał, czy umyłem ręce po sikaniu.

Zatrzymałam się i spojrzałam na niego.

– Mój tata taki nie jest. On jest w porządku.

– No to w czym problem? – spytał Josh. – Ja tylko chcę ci pomóc.

Świetlista kula wydała odgłos przypominający cmoknięcie.

– On chce jej pooo... móc – zagruchała, a Josh zadrżał, kiedy wylądowała na jego 

ramieniu.  Świetnie,   a więc  mój   anioł  stróż  należy do  związku  Kupidyna.   Nie  tego  teraz 

potrzebowałam.

– Nic mi nie jest, naprawdę. Dzięki – powiedziałam krótko, pchając rower po żwirze.

– Ale ja nie mogę tego powiedzieć o sobie – mruknął Josh ponuro. Nie zatrzymałam 

się.

– Słuchaj, naprawdę nie chcę się wcinać w twoje sprawy. Ale od trzech tygodni mam 

takie dziwne sny... O tobie... I zaczyna mnie to przerażać.

Stanęłam jak wryta. Nie byłam w stanie się odwrócić. On o mnie śni?

– Był raz poeta z Ameryki...

Zamachnęłam się, jakbym  chciała złapać muchę, i tym  razem udało mi się trafić. 

Poczułam lekkie mrowienie w dłoni, a świetlista kula z sykiem przeleciała na drugą stronę 

drogi. Patrzyłam na Josha w osłupieniu. On o mnie śni?

– Nieważne. – Odwrócił się do mnie plecami. – Czas na mnie.

– Josh!

Machnął ręką, ale nawet się nie odwrócił.

background image

– Josh? – zawołałam znowu, a potem przystanęłam, bo tuż nade mną przemknął jakiś 

cień. Podniosłam głowę i zmartwiałam. Czarne skrzydło. Tutaj? Co jest, do diabła?

– Josh! – krzyknęłam. A niech to. Gdzieś w moim mieście krąży żniwiarz ciemności. 

Szuka ofiary. Szuka mnie? Przecież Ron zmienił rezonans amuletu!

Głośne pobrzękiwanie dzwoneczków powiedziało mi, że mój anioł stróż powrócił.

– Jak długi jest łokieć? – spytałam cicho anioła, kiedy Josh podszedł do furgonetki.

– Mniej więcej na pół metra – odparł anioł cierpko. – Przez ciebie mam teraz trawę na 

sukience. Jesteś bardzo niegrzeczna, wiesz o tym?

Na sukience? A więc to dziewczyna.

– Dlaczego pytasz? – spytała, ale zaraz zabrzęczała ze zrozumieniem. – Och, no tak. 

Czarne skrzydła. Ale nie przejmuj się nimi. Kiedy ja jestem w pobliżu, nie mogą cię wyczuć. 

Wytwarzam pole, w którym nie mogą cię zobaczyć. Jakbyś była dla nich niewidzialna.

– Tak, to też rozumiem – odparłam. – Ale skoro nie mogą mnie wyczuć, dlaczego tu 

są?

– Chyba chodzi o niego. Tak, na pewno. Ktoś na niego poluje.

Otworzyłam   szeroko   oczy.   Chodzi   o   niego?   O   Josha?   Ale   dlaczego?   I   nagle 

zrozumiałam. Rezonans mojego amuletu został zmieniony za późno. Nakita mnie śledziła, 

przynajmniej do Three Rivers, ale zgubiłam ją, kiedy Ron zmienił rezonans i zatrzymał czas. 

A ponieważ ani ona, ani Kairos nie mogli przecież stać na rogu ulicy i czekać, aż się pojawię, 

próbowali mnie odnaleźć, śledząc kogoś, kto mógł ich do mnie doprowadzić. Kairos poznał 

Josha na balu maturalnym. Rozmawiał z nim. Widział jego aurę. Chcieli trafić do mnie przez 

Josha – był jedyną osobą, którą znaliśmy oboje, Kairos i ja.

– Wezwij Barnabę – powiedziałam do świetlistej kuli wystraszona.

– Nie mogę – odparła beztrosko. – Nie jestem dość doświadczona, by kontaktować się 

za pomocą myśli. Jestem aniołem stróżem pierwszej sfery.

–   Więc   sprowadź   tu   Rona   –   nalegałam.   Nad   moją   głową   zaczęło   krążyć   czarne 

skrzydło.

– Tego także nie mogę zrobić. – Kula zawirowała Wokół mojej głowy, oślepiając 

mnie   serią   krótkich   błysków   –   Mam   dbać   o   twoje   bezpieczeństwo   i   zgłosić   obecność 

żniwiarzy ciemności, jeśli się pojawią. A ty Jesteś bezpieczna.

–   A   Josh?   –   spytałam,   ale   kula   tylko   zabrzęczała   obojętnie,   jakby   nic   jej   to   nie 

obchodziło. Josh otworzył drzwi furgonetki. Wpadłam w panikę.

–   Hej!   –   Pchnęłam   rower   i   niezgrabnie   wybiegłam   na   drogę.   –   Przepraszam!   – 

zawołałam.

background image

Dopadłam drzwiczek i oparłam dłonie o opuszczoną szybę. – Zaczekaj. – Z mocno 

bijącym sercem spojrzałam w niebo. Czarne skrzydło zaczęło się oddalać. Uspokoiłam się 

trochę, ale nie na długo. Anioł nie będzie go chronił, ale jeśli Josh zostanie ze mną, znajdzie 

się w polu jego działania. Wtedy ani czarne skrzydła, ani żniwiarze ciemności nie będą mogli 

go wyczuć. Dlaczego nie przykładałam się bardziej do nauki kontaktowania się w myślach?  

Teraz na pewno by się to przydało.

Josh siedział z rękami opartymi  na kierownicy i patrzył  na mnie. Jakiś samochód 

przejechał powoli obok – Madison, ty naprawdę masz nierówno pod sufitem.

– Tak, wiem – wydyszałam. – Podrzucisz mnie do sklepu rowerowego? Muszę kupić 

nową oponę.

Josh   przekrzywił   głowę   i   patrzył   na   mnie   w   milczeniu.   W   tej   chwili   zrobiłabym 

wszystko, by nie musieć mu tego wyjaśniać, ale zrobiłabym też wszystko, by go ochronić. To 

przeze mnie znalazł się w niebezpieczeństwie. Może jestem martwa, ale będę musiała jakoś 

sobie z tym radzić, a jeśli teraz go zostawię, Josh będzie cierpiał. Może nawet zginie.

– Jestem na dnie urwiska, prawda? – rzuciłam desperacko, błagając go spojrzeniem, 

by mnie wysłuchał. – W czarnym kabriolecie. W tym twoim śnie.

Josh otworzył usta.

– Skąd wiesz?

Oblizałam wargi. Nagrzany asfalt zdawał się drgać w upalnym powietrzu jak ogień 

piekielny.

Wiedziałam,   że   nie   powinnam   ingerować   w   zmienione   przez   Rona   wspomnienia 

Josha. Ale Rona tu nie było, a ja nie wiedziałam, jak się z nim skontaktować.

– Bo to wcale nie był sen – powiedziałam.

background image

ROZDZIAŁ 4

Furgonetka   Josha   miała   jakieś   dwadzieścia   lat   i   była   dość   kiepsko   wyposażona. 

Brakowało w niej klimatyzacji i centralnego zamka. Żeby otworzyć okno, trzeba było kręcić 

korbką, a siedzenia były ze sobą połączone. Zamontowano w niej za to potężny zestaw stereo, 

a Josh musiał odsunąć skrzynkę z płytami CD, żebym mogła usiąść. Miał tam różne kapele 

hardrockowe i trochę klasycznego rocka, którego słuchał też mój tata. Wendy spodobałyby 

się   te   cięższe   brzmienia.   Teraz   jednak   stereo   było   wyłączone   i   przedłużająca   się   cisza 

zaczynała mi ciążyć.

Z gałki przy radioodbiorniku zwisał mały dzwoneczek. Świetlista kula usadowiła się 

na nim, kiedy tylko padła za mną do samochodu i brzęczała z zadowoleniem. Przysięgłabym, 

że   zaczęła   podśpiewywać   pod   nosem,   kiedy   Josh   zawracał   w   stronę   miasta   i   dzwonek 

zakołysał się lekko.

Pod  siedzeniem   była   torba   ze   sportowym  strojem   Josha,   a   na   półce   z   tyłu   leżała 

wędka, która wyglądała a bardzo drogą. Nie rozumiałam, dlaczego Josh jeździ takim starym 

gratem, skoro jego ojca byłoby stać na coś znacznie lepszego.

Josh prowadził dobrze, ale ani razu się nie odezwał. Byłam tu, bo kiedy powiedziałam, 

że  wiem  o  jego  śnie,  obudziłam  w  nim  ciekawość.  Teraz   jednak  czekał  chyba,   aż  sama 

rozwinę temat. Ale ja nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć, więc pochyliłam się do przodu i 

zaczęłam wypatrywać czarnych skrzydeł przez przednią szybę. Błękitne niebo było jednak 

zupełnie puste. Skoro nie ma czarnych skrzydeł, to znaczy, że nie ma też żniwiarzy. Od razu 

poczułam się lepiej. Jedni natychmiast przyciągali drugich.

– Czego tak wypatrujesz? – spytał Josh. Szybko odchyliłam się na oparcie.

– Niczego. – Stara furgonetka podskoczyła, kiedy wjechaliśmy na most. Zaraz potem 

domy mieszkalne po obu stronach drogi ustąpiły miejsca sklepom, bankom i biurom. Josh 

wyraźnie czekał, aż coś powiem. Do sklepu zostało już tylko kilka świateł. Westchnęłam.

– Co pamiętasz z tego balu? – spytałam cicho.

– To, że byłaś naprawdę... – Urwał gwałtownie i poczerwieniał. – Uch.

– Byłam wredna – dokończyłam za niego, krzywiąc się lekko. – Przepraszam. Byłam 

wściekła, kiedy zrozumiałam, że poszedłeś ze mną tylko dlatego, że twój tata tego chciał, bo 

mój martwił się, że jestem tu nowa, nikogo nie znam i w ogóle. Zachowałam się jak ostatnia 

jędza.

– Nie – odparł, ale widziałam, że ciągle jest na mnie zły. Nie odpowiedziałam, a on 

dodał po chwili:

background image

– Wyszłaś z kimś, kogo nie znałem, a ja wróciłem do domu wcześniej. To wszystko.

Zawahałam się i dotknęłam palcami  wystrzępionej  tapicerki  przy otwartym  oknie. 

Josh zwolnił, bo na drodze pojawiło się więcej samochodów.

– Wyszłam z chłopakiem, którego nigdy wcześniej nie widziałeś – wyjaśniłam cicho. 

– Ale ty pojechałeś za nami, bo chciałeś się upewnić, że bezpiecznie dotrę do domu. Josh 

niespokojnie poruszył rękami na kierownicy, jakbym powiedziała coś, o czym nigdy nikomu 

nie wspomniał.

– To było bardzo miłe z twojej strony – stwierdziłam.

Josh przełknął ślinę; jego grdyka poruszyła się do góry i na dół.

– Zachowałam się tak głupio. Byłam wściekła na cały świat, bo mama przysłała mnie 

tutaj. To, co się stało, to nie twoja wina. – Wzięłam głęboki oddech, szukając właściwych 

słów. – On po prostu nagle zjechał drogi. Samochód przekoziołkował i zatrzymał się pod 

nasypem   na   prawym   boku.   –   Zacisnęłam   palce   na   oknie,   kiedy   Josh   zatrzymał   się   na 

skrzyżowaniu, a potem położyłam rękę na brzuchu. Nie czułam się najlepiej.

– On miał miecz – mruknął Josh. – To znaczy, w tym moim śnie.

Powiedział to jakby przepraszająco, jakby w to nie wierzył, a ja położyłam rękę na 

kolanie, żeby zakryć miejsce, w którym skaleczyłam się na łodzi.

– Nie zginęłam jednak w wypadku – ciągnęłam – Więc on... hm, no tak. Dobił mnie.

Potem nie pamiętam nic, aż do chwili, kiedy ocknęłam się w kostnicy.

Josh prychnął z niedowierzaniem.

– Świetnie, Madison – powiedział drwiąco. – A więc teraz jesteś martwa.

Blask wokół dzwoneczka przy radioodbiorniku przybrał na sile.

–   O   dobry   Boże   w   niebiosach,   ty   jesteś   martwa.   Dlaczego   mam   chronić   martwą 

osobę? – spytał mój anioł stróż.

Nie zwróciłam na nią uwagi, tylko  chwyciłam  amulet,  bo wyczułam,  że na niego 

spojrzała.

– Och, och, och – zasyczała świetlista kula i przygasła. – Kairos dostanie szału. Czy 

on wie, że masz jego amulet? Skąd właściwie go masz? Chronos ci go dał? A jak on go 

zdobył?

Spojrzałam z ukosa na Josha. Kurczę. Niedobrze. Ona miała o tym nie wiedzieć. Ron 

będzie na mnie wkurzony. Póki jednak musiała trzymać się mnie, nie będzie mogła polecieć i 

wszystkim o tym rozgadać. Josh pokręcił głową. Gniewnie zadarłam brodę do góry.

– No dobrze. W taki razie powiedz mi, co pamiętasz z tego twojego snu.

Josh poruszył palcami na kierownicy i skręcił w stronę centrum.

background image

–   To   wszystko   jest   dość   mgliste   –   mruknął.   –   Wiesz,   jak   wyglądają   sny,   kiedy 

próbujesz je sobie przypomnieć dokładnie.

– No, słucham? – ponagliłam, a Josh zmarszczył brwi.

– Zadzwoniłem na pogotowie. W tym śnie. – Był wyraźnie spięty. – Powiedzieli mi, 

żebym zaczekał na linii, ale nie zrobiłem tego. Pobiegłem z powrotem do Ciebie. Byłaś już 

sama i jakby... usnęłaś. Przestałaś oddychać.

I   od   tego   czasu   nie   odczuwam   właściwie   potrzeby,   żeby   oddychać,   pomyślałam 

gorzko.

– A potem? – Nie wiedziałam, co działo się między wypadkiem a kostnicą. Barnaba 

nie chciał o tym mówić.

– Ach... – Wydawał się trochę nerwowy i nie odrywał wzroku od drogi. – Karetka 

przyjechała przed policją. Włożyli cię do takiej czarnej plastikowej torby. Dźwięk zamka, 

kiedy   go   zasuwali...   nigdy   tego   nie   zapomnę.   –   Poruszył   się   niespokojnie,   jakby   z 

zakłopotaniem. – Ratownicy w ogóle się nie odzywali, kiedy wyciągali cię z samochodu. 

Taką mają pracę, ale widziałem, że było im naprawdę smutno.

– Tego nie pamiętam – szepnęłam. Świetlista  kula wróciła na swój dzwoneczek i 

słuchała, emanując przyćmionym blaskiem.

– Policjanci... – Urwał i udał, że się rozgląda, by opanować emocje. – Kazali mi usiąść 

z   tyłu   i   zawieźli   mnie   do   szpitala,   żeby   ktoś   mnie   obejrzał,   mimo   że   nie   byłem   w 

samochodzie. A potem przyjechał twój tata. Płakał.

Ogarnęło   mnie   straszne   poczucie   winy.   Ron   twierdził,   że   wymazał   to   z   pamięci 

mojego taty, ale czy rzeczywiście mu się to udało? To naprawdę był koszmar.

– Powiedział, że to nie moja wina – mówił Josh cicho. – Ale ja wiem, że powinienem 

był odwieźć cię do domu. A potem nagle wszystko się zmienia. Jakby nic się nie wydarzyło. 

Jestem   w   domu   i   zdrapuję   błoto   z   wyjściowych   butów,   zanim   tata   mnie   ochrzani.   – 

Spojrzałam na niego, ale on tylko pokręcił głową, nie odrywając oczu od drogi. – To właśnie 

jest dziwne, bo pamiętam, że kiedy wychodziłem, były czyste. – Opuścił wzrok na swoje 

ręce, a potem znowu spojrzał przed siebie. – Było tak, jakby nic się nie stało, a ty byłaś cała i 

zdrowa. Nie cierpię takich snów.

Nie wiedziałam, jak mógł uznać to za sen, wiedziałam jednak, że próbował zrozumieć, 

skąd wzięło się błoto na jego butach, skoro nie zbiegł z nasypu, żeby mnie ratować.

– Ja zniszczyłam swoją sukienkę balową – powiedziałam. – Ciągle ją spłacam.

Josh spojrzał na mnie z ukosa.

– To był sen. Przecież jesteś tutaj. I żyjesz.

background image

Oparłam łokieć o otwarte okno i dotknęłam palcami jego obramowania.

– No tak, jestem tutaj. Josh prychnął.

– I żyjesz.

Położyłam dłoń na amulecie.

– Niezupełnie. – Zatrzymał się za szarą corvetta, odwrócił głowę i uśmiechnął się do 

mnie. – Tak naprawdę, to nie żyję.

Z dzwoneczka dobiegł mnie cienki głosik anioła:

– Raz dziewczyna, co w martensach chodziła, że nie żyje, twierdziła. Aż wszyscy, co 

ją znali, za chorą ją uznali, bo sama się o to prosiła.

Wyrzuciłam stopę, na której wcale nie miałam martensa, przed siebie i kopnęłam w 

dzwoneczek. Hałas Wyrwał Josha z zamyślenia.

– Wiesz co? – powiedział i ruszył z miejsca. – Zapomnij, że w ogóle coś mówiłem. 

Jezu,   wszyscy   w   szkole   mówili,   że   jesteś   dziwna.   Zawsze   odpowiadałem,   że   po   prostu 

potrzebujesz kogoś, z kim mogłabyś pogadać, ale do diabła, dziewczyno... Kiepsko z tobą, 

jeśli w to wszystko wierzysz. A jeśli nie wierzysz, to smutne, że próbujesz zwrócić na siebie 

uwagę, opowiadając takie historie.

Rozumiałam, dlaczego nie chciał w to uwierzyć, ale i tak mnie to wkurzało.

– Cóż, pozwól więc, że uzupełnię luki w twoim śnie, dobrze? – rzuciłam cierpko. 

Trudno, teraz moja anielica pozna całą prawdę. Jeśli Ron nie chciał, by wiedziała, że mam 

amulet Kairosa, nie powinien był jej ze mną zostawiać.

– Kairos ma ciemne włosy i jest tak przystojny, że na jego widok większość znanych 

mi   dziewczyn   zmoczyłaby   majtki.   Pocałował   mnie.   Musisz   to   pamiętać.   Wiem,   że   nas 

widziałeś.

– Całowałaś się z Kairosem? – w cienkim głosiku świetlistej kuli zabrzmiała nuta 

podziwu.

– Nie chcę nawet myśleć o tym, do czego się posunęłaś, żeby zdobyć jego amulet.

O mój Boże!

Tym   razem   mnie   obraziła.   Josh   zauważył,   że   spojrzałam   gniewnie   na   dzwonek. 

Odwrócił się i wbił wzrok w drogę.

– Kairos  otworzył  przede  mną  drzwiczki  swojego  kabrioletu – ciągnęłam.  – Ty i 

Barnaba poszliście za nami. Pamiętasz Barnabę? Tego wysokiego chłopaka, który był taki 

wściekły? Nieważne zresztą. Tak czy inaczej, dach był opuszczony.

Tak łatwiej będzie cię zabić, kochanie.

Anielica zaśmiała się wesoło.

background image

– A więc Barnaba schrzanił akcję prewencyjną? To dlatego ostatnio nie pracuje?

Na   wszystkich   serafinów,   cherubinów   i   archaniołów!   Ta   historia   staje   się   coraz 

ciekawsza!

Josh także zdawał się teraz słuchać. Zachęcona, ciągnęłam:

–   Samochód   zjechał   na   prawe   pobocze   –   mówiłam,   czując   coraz   większe 

przygnębienie.

– Dachował dwa razy. Przy pierwszym obrocie rozbiła się przednia szyba. Miałam 

zapięty pas, więc nie wypadłam. To uratowało mi życie. – Opuściłam wzrok na pas na mojej 

piersi. Stare przyzwyczajenia... – Kiedy się zatrzymał, Kairos stał przy moich drzwiczkach 

jakby nigdy nic – wyszeptałam. – A potem jego miecz przebił karoserię i przeszedł przeze 

mnie. Nie było krwi. Nie było żadnych śladów.

Nagle   poczułam   ciepło   i   współczucie.   Uśmiechnęłam   się   do   kuli   światła,   która 

przysiadła na moim kolanie, a potem podniosłam głowę i odrzuciłam włosy z czoła.

– Ty wyskoczyłeś z samochodu i zacząłeś biec w moją stronę. Dwa razy zawołałeś 

mnie po imieniu. – Przypomniałam sobie przerażenie w jego głosie i zrobiło mi się słabo. – 

Tak mi przykro, Josh. To nie była twoja wina.

– Przestań – powiedział. Zaciskał palce na kierownicy i oddychał bardzo szybko.

– On ci nie wierzy – zauważyła cierpko anielica.

– Miałam pozwolić ci myśleć, że to był tylko sen? – spytałam. Wjechał na parking 

przed sklepem rowerowym i zatrzymał samochód.

– Nie jesteś martwa.

Wzruszyłam ramionami i rozpięłam pas.

– W kostnicy nie mieli co do tego żadnych wątpliwości.

Josh wyciągnął rękę i dźgnął mnie palcem w ramię.

– Au! – krzyknęłam, odsuwając się i chwytając ręką za ramię. Uśmiechnął się pod 

nosem.

– Nie jesteś martwa. To już nie jest zabawne. Odpuść sobie.

Poczułam, jak mój puls przyspiesza gwałtownie. Spróbowałam go uspokoić.

– To amulet. Amulet daje mi złudzenie ciała.  A wspomnienie o tym, jak to jest być 

żywym, załatwia resztę, dodałam ponuro w myślach.

– Jaki amulet? – spytał, więc wyjęłam kamień zza bluzki, żeby mógł go obejrzeć.

Szeroko otworzył oczy, a ja szybko odsunęłam amulet dalej. Nie chciałam, żeby go 

dotknął.

– Ukradłam go Kairosowi, kiedy pojawił się w kostnicy, żeby zabrać moją duszę – 

background image

powiedziałam,   trzymając   amulet   na   wysokości  piersi.   –   Tak   długo,   jak   go   mam,   jestem 

bezpieczna. Ale, hm, ty nie jesteś bezpieczny.

– Ooooch – mruknęła anielica. – Madison, jesteś w bardzo kiepskiej sytuacji.

Naprawdę się cieszę, że już jesteś martwa. Chyba nie byłabym w stanie utrzymać cię 

przy życiu.

Od razu zrobiło mi się raźniej. Spojrzałam w niebo, szukając czarnych skrzydeł. W 

oddali dostrzegłam niewielką ciemną chmurę. Kruki?

–   Boże,   ty   jesteś   naprawdę   dziwna   –   powiedział   Josh,   wyłączył   silnik   i   pchnął 

drzwiczki, które otworzyły się ze skrzypnięciem.

– Nie wierzysz mi? – spytałam zdumiona. – Po tym wszystkim, co ci powiedziałam? – 

Ron   będzie   naprawdę   wkurzony,   jeśli   okaże   się,   że   bez   powodu   zniszczyłam   nowe  

wspomnienia Josha. Nie mówiąc już o tym, jak będzie wściekły, bo wygadałam o amulecie 

mojej anielicy. Ale czego mógł się spodziewać? Byłam martwa, do cholery. Wcześniej czy  

później by to odkryła, bez względu na to, z której była sfery.

Josh uśmiechał się szeroko, jakby usłyszał doskonały dowcip.

– Pomogę ci  wyciągnąć  rower.  Dotrzesz  stąd sama  do domu, stuknięta Madison? 

Przez chwilę patrzyłam na puste siedzenie za kierownicą. Nienawidziłam tego przezwiska. 

Nienawidziłam go z całego serca. Po raz pierwszy wpadłam w tarapaty, kiedy rzuciłam się na 

dziewczynkę, która mnie tak nazwała. Miałam wtedy sześć lat, a przezwisko to przylgnęło do 

mnie na całą podstawówkę.

Zamknęłam na chwilę oczy, żeby się opanować i wysiadłam z samochodu.

– Josh! – zawołałam, kiedy do niego podeszłam. – Ja tego nie wymyśliłam. Wiesz, że 

tak było! Byłeś przy tym.

– To był sen – odparł, otwierając tył furgonetki.

Sfrustrowana, oparłam rękę na biodrze. Nie chciał uwierzyć, że to prawda, bo wtedy 

musiałby uznać, że to wszystko jego wina, bo powinien był odwieźć mnie do domu.

–  Sen,   który   ciągle   się  powtarza?   Sen,  o   którym   ja   wszystko   wiem?   –   spytałam, 

odsuwając się trochę, kiedy zaczął wyciągać rower z furgonetki.

–   Jasne   –   mruknął.   –   Moja   mama   powiedziałaby,   że   mam   związany   z   tobą   uraz 

psychiczny. Poradzę sobie tym.

–   Prędzej   umrzesz!   –   wykrzyknęłam,   ale   zaraz   zniżyłam   głos,   bo   tuż   obok   nas 

przejeżdżało kilka samochodów. – Żniwiarze nie mogą mnie odnaleźć, ale znajdą ciebie.

– To ci goście z mieczami, tak? – spytał ze śmieniem. Chwyciłam rower, który przede 

mną postawił.

background image

– Josh, byłeś tam tej nocy, kiedy miałam wypadek. Kairos cię widział. On mnie szuka 

i   będzie   chciał   wykorzystać   ciebie,   żeby   mnie   odnaleźć.   Teraz   jesteś   bezpieczny   tylko 

dlatego, że jesteś ze mną.

Uśmiechnął się i spojrzał w niebo, mrużąc oczy.

– A więc mam do czynienia z Supermanem w spódnicy?

– Przestań się nabijać! – rzuciłam, wyobrażając sobie, co będzie się działo, kiedy 

zacznie się szkoła.

Josh i jego kumple będą pokładać się ze śmiechu Jeśli dożyje tego dnia.

– To amulet cię chroni, nie ja. – Nie mogłam mu powiedzieć o mojej anielicy. Jeszcze 

nie. Przewróciłby się ze śmiechu.

Spojrzał na amulet wiszący na mojej szyi i przestał się uśmiechać.

Czarny cień przemknął nad parkingiem i znowu ogarnął mnie strach. Podniosłam oczy 

i zobaczyłam czarne skrzydło. Poruszało się w powietrzu, a po drugiej stronie ulicy było ich 

więcej. Bardzo niedobrze. Wystarczyło, że oddalił się ode mnie na dziesięć sekund, a od razu 

go wywęszyły.

– Po prostu zostań ze mną, dopóki nie wróci Barnaba, dobrze?

– Barnaba? – spytał i zamknął klapę furgonetki. – To ten facet z balu!

– Tak.

Skrzydła, amulet, nie mogę go zostawić. W zamyśleniu zaczął pchać mój rower w 

stronę sklepu.

– Słuchaj – powiedziałam, bo wydawało mi się, że wreszcie uwierzył. – Widzisz te 

cienie?

Wskazałam czarne kształty, które obsiadły dach budynku poczty. Na twarzy Josha 

znowu pojawił się kpiący uśmiech.

– Kruki, Madison?

Chwyciłam rower, nie pozwalając, by wciągnął go do sklepu.

–   One   tylko   wyglądają   jak   kruki,   a   fakt,   że   w   ogóle   je   widzisz,   oznacza   moim 

zdaniem, że zostałeś wybrany. Susan także widziała je wczoraj na łodzi. To tak zwane czarne 

skrzydła. Żniwiarze używają ich namierzania swoich ofiar. Jeśli się ode mnie oddalisz, zabiją 

cię.

A gdzie, do diabła, jest moja anielica? Nagle zdałam sobie sprawę, że gdzieś znikła.

– Żniwiarze – zachichotał i spróbował pchnąć rower do przodu. Jednym szarpnięciem 

go zatrzymałam.

– Kairos zna rezonans twojej aury. Może cię odnaleźć. Posłuchaj mnie.

background image

Nie pozwoliłam mu ruszyć roweru z miejsca, a on nagle odepchnął go od siebie.

– Naprawdę ci odbiło, Madison.

– Josh, mówię poważnie!

Nie odwrócił się nawet, otwierając drzwiczki samochodu.

–   Myślę,   że   jesteś   poważnie   zaburzona.   Nie   odzywaj   się   już   do   mnie,   dobrze? 

Jęknęłam, zrezygnowana, kiedy włączył muzykę i zaczął się cofać. Był czerwony na twarzy, 

a przy wyjeździe z parkingu się zawahał. Potem wcisnął gaz i z piskiem opon wyjechał na 

ulicę, jakby chciał przede mną uciec.

– Idiota – krzyknęłam, a zaraz potem zamarłam, a widok czarnych skrzydeł, które 

poderwały się nagle do lotu i skręciły za jego furgonetką, jak lwy które poczuły zapach krwi.

–   Cholera   –   szepnęłam.   Samochód   stał   na   światłach   przecznicę   dalej.   –   Josh!   – 

wrzasnęłam, ale przy włączonej muzyce nie mógł mnie słyszeć.

Światła się zmieniły i Josh przyspieszył. Sądząc ze sposobu, w jaki prowadził, był 

mocno wkurzony. I wtedy nie wiadomo skąd na ulicy pojawił się znajomy czarny kabriolet. 

Odruchowo zasłoniłam usta ręką. To był Kairos. Na pewno. Jechał prosto na furgonetkę. 

Nagle rozległ się potężny huk i szczyt słupa sygnalizacji świetlnej zaiskrzył oślepiająco.

Powoli, niemal majestatycznie, słup runął na chodnik. Josh znajdował się dokładnie 

pod nim.

–   Josh!   –   krzyknęłam,   choć   nie   mógł   mnie   słyszeć.   Zobaczył   jednak   iskry   i 

zahamował z piskiem opon. Wjechał na krawężnik, skręcił w stronę parkingu przed lodziarnią 

i zatrzymał się gwałtownie, wzniecając tumany kurzu. Za nim czarny kabriolet wjechał w 

przewrócony   słup,   który   zachrzęścił   głośno   miażdżonym   metalem,   plastikiem   i   szkłem. 

Niewiele brakowało, a dokładnie w tym miejscy znajdowałby się samochód Josha.

Puściłam rower i rzuciłam się biegiem w stronę świateł. Z kabrioletu wysiadła wysoka 

postać w czarnym eleganckim ubraniu. Ciemne falujące włosy zalśniły w słońcu. Pamiętałam 

jego śniadą skórę i zapach morskiej wody, który do niej przylgnął. I szaroniebieskie oczy, 

które były trochę nieobecne, a jednak wydawało się, jakby potrafiły mnie przejrzeć na wylot. 

To był Kairos. Przystanęłam przy samochodach, które zatrzymały się na ulicy. Zaczęli z nich 

wychodzić ludzie.

Trzask drzwiczek furgonetki znowu przywrócił mnie do rzeczywistości.

– Hej! Nic ci nie jest? – wołał, biegnąc w stronę Kairosa.

– Josh  – szepnęłam. Bałam  się, że jeśli  odezwę  się głośniej,  strażnik  czasu mnie 

usłyszy.   Czy   to   Kairos   przewrócił   słup,   by   zabić   chłopaka,   czy   też   przeciwnie,   był   to 

szczęśliwy przypadek, który uratował mu życie?

background image

Pochyliłam głowę, kiedy czarne skrzydło śmignęło w górze, i nerwowo wciągnęłam 

powietrze. Josh zatrzymał się na środku drogi naprzeciw Kairosa. Był blady i wyglądał tak, 

jakby   w   końcu   zobaczył   krążące   górze   czarne   kształty.   Drogę   zagradzali   mi   ludzie,   nie 

mogłam do niego dotrzeć.

– Nie pozwól mu się dotknąć! – krzyknęłam, ale było już za późno.

Poczułam, jak uginają się pode mną nogi. Strażnik czasu wyciągnął smukłą dłoń i 

chwycił Josha za ramię. Potem przyciągnął go do siebie, a ja miałam wrażenie, Że patrzę na 

własną śmierć, że jeszcze raz ją przeżywam. Nie było miecza, ale nietrudno byłoby go ukryć, 

stali tak blisko siebie.

I wtedy Josh mu się wyrwał. Odepchnął go i potykając się, zaczął się cofać. Schylił 

głowę, kiedy przemknął nad nim kolejny czarny kształt, którego nie widział nikt poza nami 

trojgiem. Ominęłam czarny kabriolet, podbiegłam do niego chwyciłam go za ramię.

– Hej! – krzyknął, wyrywając się gwałtownie. Ale zaraz potem mnie poznał. Miał 

przekrzywione okulary, w niebieskich oczach zauważyłam strach. Bał się, bo w końcu mi 

uwierzył. Śmierć stała na skrzyżowaniu – patrzyła na nas.

Ogarnęło mnie przerażenie. Do Kairosa podeszli jacyś ludzie, pytali, czy wszystko w 

porządku.   Ktoś   potrącił   mnie   ramieniem.   Drgnęłam   i   pociągnęłam   Josha   do   tyłu,   ani   na 

moment nie odrywając wzroku od tamtego.  Chciał, żebym zginęła, jeszcze zanim ukradłam 

mu amulet. Dlaczego?

– Chodź – powiedziałam, wciągając chłopaka między ludzi. – Wsiadaj do furgonetki.

Kiedy sama wskakiwałam do środka, usłyszałam dzwoniący śmiech mojej anielicy.

– Jeden Josh poczynał sobie śmiało i na msze święte miał czasu za mało. Aż poznał, 

co to jest śmierci kosa, kiedy spotkał Setha-Kairosa. I sam nie wie, jak uszedł z tego cało.

– Wsiadaj do samochodu! – krzyknęłam, ciągnąc za ramię Josha, który ciągle patrzył 

w osłupieniu na ciemnowłosą postać. Czarne skrzydła nie mogły nas widzieć, bo wróciła 

moja stróżująca anielica. To pewnie ona przewróciła słup sygnalizacji świetlnej, dlatego Josh 

skręcił, a Kairos miał wypadek i zwrócił na siebie uwagę wszystkich dookoła. W tej sytuacji 

nie mógł dopaść swojej ofiary.

– To on – powiedział Josh. Był blady i drżącymi rękami poprawiał przekrzywione 

okulary. – Pytał o ciebie – dodał.

Pociągnęłam go przez tłum w stronę furgonetki, z której ciągle dochodziła ogłuszająca 

muzyka.

–   Też   mi   niespodzianka   –   mruknęłam.   Usłyszałam   syreny   i   z   wdzięcznością 

spojrzałam na swoją anielicę.  Powstrzymała  strażnika  czasu, i to w  taki sposób,  że Josh 

background image

wyszedł   tylko   na   przypadkowego   świadka   wypadku.   Jego   samochód   nie   został   nawet 

draśnięty, więc nie było powodu, dla którego mielibyśmy tam zostać dłużej. Kairosowi za to 

trudno będzie tak po prostu zniknąć, a my zyskamy na czasie. Moja anielica była naprawdę 

dobra. Nie, była świetna!

Parking   przed   lodziarnią   był   rozgrzany   jak   patelnia.   Otworzyłam   drzwiczki 

furgonetki.   Z   odtwarzacza,   włączonego   na   pełny   regulator   rozbrzmiewało  Nie   bój   się 

kosiarza.  Wśliznęłam się do środka i wciągnęłam Josha za sobą. Moja anielica też zaczęła 

śpiewać,   a   jej   wysoki   głos   sprawiał,   że   wszystko   to   wydało   mi   się   jeszcze   bardziej 

groteskowe.

–   Jedziemy,   dobrze?   –   powiedziałam,   a   on   wziął   głęboki   oddech.   Silnik   ciągle 

pracował, Josh drżącymi rękami wrzucił bieg i ujął kierownicę. Wycofał się Ostrożnie na 

ulicę i dodał gazu. Z każdą sekundą coraz bardziej oddalaliśmy się od niebezpieczeństwa.

Wyłączył   muzykę,   co   niezbyt   spodobało   się   anielicy.   Co   chwilę   spoglądając   we 

wsteczne lusterko, nerwowo zapinał pas.

– Nic ci nie jest? – spytałam i pochyliłam się, by spojrzeć na prędkościomierz. Nigdy 

dotąd   nie   widziałam,   by   ktoś   był   aż   tak   blady.   Może   to   ja   powinnam   była   usiąść   za 

kierownicą. Oblizał wargi.

– To był on. Pytał o ciebie... po imieniu.

Poczułam ból w piersi. Odetchnęłam głęboko.

– Przynajmniej cię nie zabił. Hej, możesz trochę Zwolnić? Tu są ludzie!

– On może za nami jechać.

Żeby dodać mu otuchy, położyłam dłoń na jego ramieniu, ale podskoczył nerwowo.

–   Nie   wyczuje   twojej   aury,   bo   jest   tu   mój   amulet.   Będziesz   bezpieczny,   jeśli 

zostaniesz blisko mnie.

Nad dzwonkiem rozległ się dźwięczny głosik:

– To ja zapewniam mu bezpieczeństwo, a nie amulet, kotku.

– Jasne – odparłam. – Ale on w to nie uwierzy.

Cholera. Zamknęłam się i skrzywiłam lekko. Jose zwolnił nieco, bo z drugiej strony 

nadjechał   radiowóz,   kierujący   się   na   miejsce   wypadku.   Zjechał   w   stronę   krawężnika   i 

odwrócił się do mnie.

– Do kogo mówiłaś? Proszę, proszę, tylko nie mów, że do jakiegoś nieboszczyka.

Zaczynała mnie boleć głowa. Czasami byłam naprawdę głupia.

– Eee, nie... mówiłam do mojego anioła stróża – powiedziałam z wahaniem. – A 

właściwie do anielicy. Ona siedzi... hm... na dzwonku przy twoim radiu.

background image

– Anioł stróż? A właściwie anielica?

Uśmiechnęłam się do niego słabo.

–   Z   departamentu   żniwiarzy   i   cherubinów,   sekcja   ochrony,   numer   jeden 

siedemdziesiąt sześć.

Nie   mogłam   jej   tak   nazywać.   Musiałam   wymyślić   dla   niej   jakieś   imię.   Może 

Grace*?(* Grace (ang. ) – łaska, gracja)Wydawało się pasować.

Josh   otworzył   usta,   żeby   zaprotestować,   ale   w   tej   samej   chwili   Grace   poruszyła 

dzwonkiem, który brzęknął głośno. Z pobladłą twarzą, wbił w niego wzrok.

– Madison? – powiedział słabo.

– Tak?

– Ty jesteś martwa? Kiwnęłam głową.

– Tak.

Przełknął ślinę, oparł obie dłonie na kierownicy i spojrzał przez przednią szybę w 

dalekie, błękitne niebo.

– A to nie są kruki?

Skrzywiłam się, bo znowu dostrzegłam krążące nad horyzontem czarne skrzydła.

– Nie – odparłam, a jego głowa z głuchym stuknięciem opadła na kierownicę.

– Ale poza tym wszystko w porządku? – spytał, nie podnosząc głowy.

– Tak, ponieważ mam amulet – powiedziałam i położyłam na nim dłoń. – Nic ci się 

nie stało, bo Ron zostawił ze mną anioła stróża, a sam próbuje przekonać serafinów, by 

pozwolili   mi   zatrzymać   amulet.   –   Odwróciłam   się,   żeby   spojrzeć   do   tyłu.   –   Kairos   zna 

rezonans twojej aury, bo spotkaliście się na balu, ale dopóki jesteś ze mną, nie może cię 

zobaczyć. Myślę po prostu, że powinniśmy już... hm... jechać dalej.

Bez   słowa   spojrzał   w   lusterko   i   wrzucił   bieg.   Objeżdżaliśmy   miasto   bocznymi 

drogami.

– Słuchaj – powiedziałam niepewnie. – Może wstąpisz do mnie na kanapki?

– J….. Jasne.

Oblizałam nerwowo wargi. Josh był wstrząśnięty. Niepokoił mnie wyraz jego twarzy, 

kiedy wjeżdżaliśmy na obwodnicę, żeby dostać się na drugą stronę miasta. Wiem, jak to jest, 

kiedy muśnie nas powiew śmierci, kiedy zdajemy sobie sprawę, że gdyby nie przypadek czy 

kaprys losu, już bylibyśmy martwi.

– Przykro mi, że zostałeś w to wciągnięty – powiedziałam.

Przypomniał mi się jego głos, kiedy wołał mnie, zbiegając tamtej nocy ze zbocza, 

żeby mnie ratować.

background image

– Ale to nie był sen. To wszystko naprawdę się wydarzyło. I chcę ci podziękować.

Dzięki tobie nie umierałam samotnie.

background image

ROZDZIAŁ 5

Josh, wyraźnie skrępowany, siedział przy prostokątnym stole w naszej kuchni. Jego 

długie nogi sterczały po drugiej stronie blatu. Zrobił sobie dwie kanapki szynką, której grube 

plastry wystawały spomiędzy kromek. Do tego sok z lodem i czipsy o smaku grilowanego 

boczku. Ja przygotowałam dla siebie jedną cienką kromkę chleba, garść czipsów i szklankę 

mrożonej herbaty. Patrzyłam z zazdrością, jak Josh jednym haustem wychyla połowę swojego 

soku.   Ja,   odkąd   zostałam   wyautowana   z   życia,   właściwie   nie   odczuwałam   głodu.   Coraz 

trudniej było mi wymyślać wymówki, kiedy tata pytał, dlaczego nic nie jem.

Odkąd   zbudowano   dom,   kuchnia   nie   była   odnawiana   i   białożółty   blat   i   kremowe 

ściany były  już trochę podniszczone, podobnie jak brązowe meble. Lodówkę pamiętałam 

jeszcze  sprzed  separacji rodziców.  A w  rogu stał supernowoczesny ekspres  do kawy, co 

oznaczało, że mój tata miał swoje priorytety. Na blacie były też stojak na serwetki, sól, pieprz 

i zakurzona popielniczka – dokładnie w miejscu, w którym stałaby u mamy. Jakby ciągle była 

obecna w życiu taty, choć już od kilku lat mieszkał sam.

Josh spojrzał na moją kanapkę.

– Nie zjesz nic więcej? – spytał. Wzruszyłam ramionami.

– Sypiam też niewiele – odparłam, bawiąc się czipsem. Byłam ciekawa, czy Grace, 

która ulokowała się na kinkiecie i podśpiewywała pod nosem limeryki, w ogóle coś jadła. 

Barnaba nie jadał nic.

– Po kilku miesiącach naprawdę zaczynasz mieć dość oglądania po nocy telewizji. 

Telewizja,   Internet   bez   ograniczeń,   wpatrywanie   się   w   sufit,   kiedy   szkolenie   z   Barnabą 

dobiegło   końca...   niezbyt   to   wszystko   ciekawe,   zwłaszcza   kiedy   nie   ma   z   kim   się   tym 

podzielić.  Informacje  na   temat  aury, które  wyszperałam  w   Internecie,  niewiele   pomogły. 

Podobnie jak to, co znalazłam o aniołach. Barnaba tak się śmiał, że omal nie spadł z dachu, 

kiedy przed jednym z naszych nocnych – i najwyraźniej bezskutecznych – szkoleń wyniosłam 

na górę laptop.  Czy nie mogę nauczyć się kontaktować za pomocą myśli, bo mam amulet  

Kairosa?   –  zastanawiałam   się,   muskając   kamień  palcami.  Może   to   tak,   jakbym   wsadziła 

wtyczkę amerykańskiej suszarki do włosów do brytyjskiego gniazdka?

– A więc jesteś martwa – powiedział Josh z pełnymi ustami.

Od zimnej herbaty rozbolały mnie zęby.  Spojrzałam na zegarek.  Minęło  już kilka 

godzin – gdzie oni są?

– Tak.

– I ten amulet daje ci ciało? – dopytywał.

background image

– Raczej złudzenie ciała, tak – odparłam, wiercąc się niespokojnie. – Poza tym dzięki 

niemu czarne skrzydła nie mogą mnie zobaczyć i dobrać się do mojej duszy.

Dusza bez ciała to łatwy łup. Dlatego właśnie czarne skrzydła szukają ofiar żniwiarzy. 

Nie pojawiają się, gdy ktoś zwyczajnie umiera, tylko wtedy, kiedy ktoś zostaje wybrany.

Zaczęłam   skubać   swoją   kromkę,   ale   nie   miałam   na   nią   ochoty.   Josh   spojrzał   na 

okruchy na moim talerzyku.

– Nie zdejmuj tego amuletu, dobrze? Te czarne skrzydła trochę mnie przerażają.

– Nie ma sprawy.

Powinnam była więcej ćwiczyć,  pomyślałam.  Z drugiej strony jednak, skoro miałam 

kamień   strażnika   czasu   ciemności,   rezonans   mojej   aury   musiał   znacząco   różnić   się   od  

rezonansu Barnaby – pewnie był bardziej podobny do rezonansu Nakity. Może mogłabym 

kontaktować się w myślach z Nakitą?

– A więc... – powiedział z wahaniem Josh, wyrywając mnie z zamyślenia. – Gdzie jest 

to prawdziwe? Twoje prawdziwe ciało? – Zmarszczył brwi. – Nie zakopałaś go chyba za 

domem, co?

– Ma je Kairos – wyjaśniłam i na samą myśl o tym poczułam zimny strach. – W 

każdym razie ukradł je z kostnicy, kiedy... kiedy uciekłam.

Poruszył stopami i kopnął w nogę mojego krzesła.

– Kiepska sprawa. Kairos to ten facet w czarnym samochodzie, tak? Jest żniwiarzem?

Skrzywiłam się lekko. Nie chciałam mu powiedzieć, że Kairos to strażnik czasu. Jakoś 

głupio to brzmiało.

– Właściwie to jest szefem żniwiarzy ciemności. – Uznałam to określenie za nieco 

lepsze. – Barnaba jest żniwiarzem światła. Stara się ocalić życie ludziom, których atakują 

żniwiarze ciemności.

Odgryzł kolejny kęs kanapki i otarł kąciki ust.

– Takim jak ty?

– Tak, ale w moim przypadku spaprał robotę, bo akurat tego dnia były moje urodziny. 

– Zmieniłam układ czipsów na moim talerzyku. – Prawdę mówiąc, sądził, że Kairos przyszedł 

tam po ciebie.

Szczęki   Josha,   który   przeżuwał   właśnie   kanapkę,   znieruchomiały.   Uniósł   brwi   i 

spojrzał na mnie.

– Nie wiedziałem, że miałaś urodziny.  Nic dziwnego, że się tak wkurzyłaś.  Twój 

własny ojciec wystawił cię w twoje urodziny... Kiepska sprawa.

Uśmiechnęłam   się   krzywo,   a   Josh   odpowiedział   uśmiechem.   Grace   siedząca   na 

background image

kinkiecie zachichotała.

Spuściłam oczy, a on zabrał się do kanapki.

–   Właściwie   pamiętam   tego   Barnabę.   Mówiłaś,   że   on   może   mi   zapewnić 

bezpieczeństwo, tak? A gdzie on jest? W tym, eee... W niebie?

Pokręciłam głową.

– Jest z Ronem, swoim szefem.

Atmosfera   stawała   się   coraz   bardziej   napięta.   Zaczęłam   się  zastanawiać,   dlaczego 

siedzę tu, częstuję Josha kanapkami, kiedy wokół nas krąży śmierć. Odgarnęłam włosy z 

czoła i wyjrzałam przez okno na pustą ulicę.

– Kairos chce odzyskać swój amulet. Ron uważa, że mogę go zatrzymać.

A jeśli żaden z nich już się nie pojawi?

– Ale Kairos ma amulet – powiedział Josh. – Widziałem go.

Uśmiechnęłam się ponuro i kiwnęłam głową.

–   Pewnie   nie   ma   takiej   mocy   jak   ten,   który   mu   zabrałam.   Chętnie   bym   mu   go 

zwróciła, naprawdę, ale wolałabym być żywa. Nie powinien był mnie zabić – mruknęłam.

Zamyślony Josh oparł łokcie na stole.

– Kairos przyszedł do kostnicy po twoją duszę. I wtedy sprawy się skomplikowały.

– Tak – odparłam, tłumiąc drżenie. – Wybrał mnie, zabił, a potem po mnie wrócił. 

Nigdy tego nie robią.

Dlaczego ja? Nie jestem nikim wyjątkowym.

– Więc teraz jesteś żniwiarką? – spytał niepewnie. – Tak jak w tych opowieściach, w 

których kiedy oszukasz śmierć, musisz zająć jej miejsce?

– Coś ty! – wykrzyknęłam. – Tylko żniwiarz może być żniwiarzem. Ja po prostu 

jestem martwa.

Uspokoił się trochę i ugryzł drugą kanapkę.

– To wszystko jest bardzo dziwne. Prychnęłam i zjadłam czipsa.

– Nawet nie wiesz jak – mruknęłam i przełożyłam swoją kanapkę na talerzyk Josha, 

wyskubałam z niej tylko okruchy. Bałam się, ale miło było pogadać o tych rzeczach z kimś 

poza Barnabą. Powinnam była zrobić to wiele miesięcy temu. Nie żeby Josh był wcześniej 

skłonny mi uwierzyć, czy w ogóle ze mną rozmawiać.

Ja zresztą spędzałam tyle czasu w swoim pokoju, pisząc do Wendy mejle o niczym, że  

nawet nie próbowałam nawiązać nowych przyjaźni. Może powinnam to zmienić, pomyślałam  

ze   smutkiem.   To   znaczy   jeśli   wyjdę   z   tego   cało.   Gdzie,   na   litość   boską,   poniosło   tego  

Barnabę?

background image

Josh zachichotał. Spojrzałam na niego.

– W pewnym sensie cieszę się, że jesteś martwa.

– Dlaczego? – spytałam trochę rozbawiona. – Bo możesz zjeść moją kanapkę?

Uśmiechnął się i oparł łokcie na stole.

– Bo to znaczy, że nie oszalałem. Uśmiech znikł z mojej twarzy.

–   Przykro   mi.   Miałeś   niczego   nie   pamiętać.   To   musi   być   okropne   mieć   takie 

wspomnienia, kiedy wydaje się, że to był tylko sen. Jak to właściwie jest? Myślę, że mój tata 

też dużo pamięta. – Pamięta mnie w kostnicy, telefon do mamy, którego w końcu nie było. 

Poczucie winy, poczucie straty... pudła, które trzeba było zapełnić, okleić taśmą i wynieść na 

strych.

Josh spuścił oczy i kiwnął głową. W tej samej chwili usłyszałam podjeżdżający pod 

dom samochód. Wstałam. To był mój tata. Zobaczył furgonetkę, wycofał i stanął na ulicy, 

żeby jej nie zablokować.

– Co mój tata robi w domu? – Spojrzałam na zegar przy kuchence. Było dopiero wpół 

do drugiej.

Josh zmiótł z talerzyka okruszki chleba i poruszył się niespokojnie na krześle.

– Myślisz,  że usłyszał  już, co się stało?  Może nie powinienem był tak po prostu 

stamtąd odjechać.

Tata, mrużąc oczy w słońcu, przyjrzał się furgonetce. Był ubrany w spodnie koloru 

khaki i koszulę, w której wyglądał bardzo profesjonalnie, na nią jednak miał narzucony swój 

laboratoryjny fartuch – a to oznaczyło, że mam kłopoty. Zapominał go zdjąć tylko wtedy, 

kiedy był zdenerwowany. Na szyi miał plakietkę z nazwiskiem. Kiedy dotarł do podjazdu, 

wetknął ją do kieszonki na piersi.

– Nic złego nie zrobiliśmy, odjeżdżając – powiedziałam. Zaczynałam się denerwować. 

– To nie twoja wina, że Kairos wjechał w słup. Ty w nic nie wjechałeś.

– To moja wina! – zawołała cienkim głosikiem Grace i kinkiet, na którym siedziała, 

na moment rozjarzył się mocniejszym światłem.

– Byłem świadkiem. – Josh wyjął z kieszeni telefon i wbił w niego wzrok.

– Ale jak on mógł się o tym dowiedzieć? – mruknęłam, odsuwając się od okna, kiedy 

tata spojrzał w stronę domu.

Josh postawił swoją szklankę dokładnie na środku talerzyka.

– To małe miasto – powiedział, z niepokojem marszcząc czoło. – Chyba powinienem 

zadzwonić do mamy.

Kiedy drzwi frontowe wreszcie się otworzyły, oboje zesztywnieliśmy.

background image

– Madison? – Głos taty odbił się echem od ścian domu. – Jesteś tu?

Spojrzałam nerwowo na swojego gościa.

– Jesteśmy w kuchni, tato.

Jego buty zadudniły na drewnianej podłodze i po chwili pojawił się w drzwiach. Josh 

wstał, a mój tata uniósł brwi do góry i zmierzył go wzrokiem.

– Dzień dobry panu – powiedział chłopak, wyciągając do niego rękę. – Jestem Jose 

Daniels.

Zaskoczenie znikło z twarzy mojego ojca, który uśmiechnął się przyjaźnie.

– Och! No tak, syn Marka. Jesteś do niego bardzo podobny. – Tata wypuścił dłoń 

Josha ze swojej i zmarszczył brwi. – To ty zostawiłeś Madison samą na balu maturalnym – 

dodał oskarżycielsko.

– Tato! – zaprotestowałam zażenowana. – Josh mnie nie zostawił. Ja go zostawiłam, 

kiedy się zorientowałam, że to ty wszystko zaaranżowałeś. On zachował się jak prawdziwy 

dżentelmen. Zaprosiłam go dzisiaj na lunch, żeby przeprosić za to, co wtedy zrobiłam.

Josh przestępował nerwowo z nogi na nogę, ale mój tata odzyskał już dobry humor i 

znowu się uśmiechał.

– A ja myślałem, że złapałaś gumę i trzeba było cię gdzieś podwieźć – powiedział, 

unosząc brwi.

Zamrugałam.

– S-skąd wiesz? – wyjąkałam.

Tata   położył   mi   dłoń   na   ramieniu   i   uścisnął   je   lekko,   a   potem   podszedł   do 

automatycznej sekretarki.

– Ktoś ze sklepu rowerowego do mnie zadzwonił.

Otworzyłam usta. No tak, zapomniałam, że zostawiłam tam rower.

– Och! No tak. Więc właśnie...

–   Wrzucili   numer   rejestracyjny   do   swojej   bazy   danych   i   znaleźli   numer   mojego 

telefonu   –   powiedział   tata,   marszcząc   brwi.   –   Dlaczego   nie   odbierałaś?   Od   godziny 

usiłowałem się z tobą skontaktować. Zadzwoniłem nawet do kwiaciarni, żeby sprawdzić, czy 

jednak tam nie poszłaś, mimo że masz dzisiaj wolne. W końcu wyszedłem z pracy.

Zakłopotana, wzruszyłam ramionami. W całym tym zamieszaniu nie sprawdziłam, czy 

ktoś do mnie dzwonił.

– Och, przepraszam. Skończyły mi się minuty – skłamałam. – Josh mnie podwiózł.

Ojciec   cały   czas   patrzył   na   mnie,   marszcząc   brwi,   a   ja   byłam   coraz   bardziej 

zdenerwowana.

background image

– Więc zaprosiłam go na lunch. – Cholera, plotłam, co mi ślina na język przyniosła. 

Zamknęłam się wreszcie. Mlasnął z dezaprobatą.

– Możemy porozmawiać? – spytał oschle, przechodząc do rzadko używanej jadalni. 

Westchnęłam.

– Przepraszam na chwilę. – Niechętnie ruszyłam za ojcem.

Stanął po drugiej stronie pokoju, w przejściu do salonu. Słońce wpadające przez okna 

oświetlało ścianę, na której wisiało kilka zdjęć zrobionych przeze mnie w ubiegłym miesiącu 

na festiwalu balonów. Byliśmy tam razem i lataliśmy w balonie. Z góry widać było całe Stare 

Miasto leżące w rozwidleniu rzeki.

Salon,   podobnie   jak   kuchnia,   przypomniał   dom   mamy.   Stały   tam   małe   stoliki   ze 

szklanymi blatami, obite zamszem kanapy i figura w stylu art deco. Albo moi rodzice mieli 

tak podobne upodobania, albo mój tata ciągle żył przeszłością, otaczając się przedmiotami, 

które przypominały mu mamę. Brakowało tylko jej zdjęć.

– Tato... – zaczęłam, ale nie dał mi szansy, żeby cokolwiek wyjaśnić.

– Przestań – powiedział, podnosząc rękę. – Co uzgodniliśmy w sprawie twoich gości?

Wzięłam głęboki oddech.

– Przepraszam. Ale to jest Josh. Sam mnie z nim wtedy umówiłeś, więc myślałam, że 

nie będzie problemu. Zrobiłam mu tylko kanapkę. – W moim głosie pobrzmiewała płaczliwa 

nuta, co strasznie mnie wkurzało.

– Nie chodzi o kanapkę. Chodzi o to, że jesteś tu z nim sama.

– Taaa-tooo – jęknęłam. – Mam siedemnaście lat. Tata uniósł brwi.

– Jaka była umowa? – spytał, a ja dałam za wygraną.

– Ze będę pytała, zanim zaproszę kogoś do domu – wymamrotałam. – Przepraszam.

Zapomniałam.

Natychmiast się rozpogodził i uścisnął mnie krótko. Wiedziałam, że nie potrafił długo 

się   na   mnie   gniewać,   zwłaszcza   teraz,   kiedy   mogło   się   wydawać,   że   wreszcie   zaczęłam 

nawiązywać przyjaźnie w nowej szkole.

– Zdaje się, że zapomniałaś o wielu rzeczach. Na przykład o swoim rowerze.

Madison, ten rower nie był tani. Nie mogę uwierzyć, że go tam zostawiłaś.

Zaczął mówić o pieniądzach, co oznaczało, że najgorsze mam już za sobą.

– Przepraszam – mruknęłam, usiłując skierować go do kuchni. – Josh omal nie miał 

wypadku i to dlatego.

Na dźwięk słowa „wypadek” tata natychmiast odwrócił mnie twarzą do siebie.

– Nic ci się nie stało? – spytał niespokojnie, mierząc mnie wzrokiem.

background image

– Wszystko w porządku – zapewniłam, i w końcu mnie puścił. – Ja nie byłam wtedy 

nawet w samochodzie. Przewrócił się słup ze światłami, Josh zdążył skręcić i to wszystko.

Uznałam, że mogę nie wspominać o Kairosie.

–   Madison...   –   zaczął   tata.   Ciągle   wydawał   się   zdenerwowany.   Natychmiast 

przypomniało  mi się, jak zastałam go samego w moim pokoju. Pakował moje rzeczy do 

pudeł, bo sądził, że nie żyję.

– Nic mi nie jest, nawet mnie nie drasnęło – powiedziałam, usiłując odegnać od siebie 

to straszne wspomnienie. – W słup uderzył zupełnie inny samochód.

Ojciec wpatrywał się uważnie w moją twarz, jakby chciał się przekonać, czy mówię 

prawdę.

– Chciałaś powiedzieć: w znak drogowy – stwierdził, a ja pokręciłam głową.

– W słup ze światłami – zapewniłam go. Z kuchni dobiegł mnie srebrzysty chichot 

Grace.  – Słup się przewrócił  i jakiś  facet  w  niego wjechał.  Gdyby  nie  ten słup, pewnie 

wjechałby w Josha.

W końcu z oczu taty znikł strach. Wyprostował się i odetchnął z ulgą.

– Zdaje się, że jego anioł stróż nie próżnował.

Do pokoju natychmiast wleciała migotliwa świetlista kula.

– Dobrze gadasz, przystojniaku – odezwała się Grace. W ostrym słońcu jej blask stał 

się prawie niewidoczny. – Właściwie wcale nie muszę się nim zajmować, ale on jest dla mnie 

miły, w przeciwieństwie do Madison. Dał mi dzwonek do siedzenia i w ogóle. Spojrzałam w 

stronę, z której dobiegał jej głosik. Przez okno widać było fragment ogrodu i żywopłot, przez 

który w jakiś sposób zdawał się przenikać wzrok pani Walsh.

– Josh naprawdę dobrze prowadzi – powiedziałam. – Zapina zawsze pasy i tak dalej.

Tata zaśmiał się i poklepał mnie po ramieniu.

– Wiem, że mama dawała ci znacznie więcej wolności...

– Niezupełnie – przerwałam mu, przypominając sobie jej surowe zasady,  wczesną 

porę,   o   której   zawsze   musiałam   być   w   domu,   i  bezustanne   wymagania,   żebym   była   tak 

uporządkowana i systematyczna jak ona, choć mnie zależało tylko na tym, by móc być sobą.

– Następnym razem, jak będziesz chciała zaprosić kogoś do domu, najpierw do mnie 

zadzwoń, dobrze?

Odwrócił mnie twarzą do drzwi i razem ruszyliśmy z powrotem do kuchni.

– Dobrze. Przepraszam.

Przeprosiłam, wyjaśniłam swoje zachowanie bez jęków – no, prawie – i tata to przyjął. 

Chyba coraz lepiej rozumiałam znaczenie słowa „odpowiedzialność”.

background image

– Zjadłaś coś? – spytał, kiedy wchodziliśmy do kuchni. Kiwnęłam głową.

Josh rozmawiał przez komórkę, ale na nasz widok pożegnał się szybko i rozłączył. 

Przez chwilę bałam się, że może naśmiewał się z kumplami z „tej popapranej Madison”, ale 

porzuciłam tę myśl, kiedy się do mnie uśmiechnął. Rany, miał naprawdę ładny uśmiech. I co 

więcej, w końcu mi uwierzył. Czułam się tak, jakby ktoś zdjął mi z pleców jakiś wielki ciężar. 

Nie byłam już sama.

– Dzięki za przywiezienie Madison do domu – powiedział tata, a ja pod razu poczułam 

się lepiej. On też lubił Josha.

Josh wyczuł chyba, że już wszystko w porządku, bo wyraźnie się rozluźnił.

– Nie ma o czym mówić – odparł, obracając szklankę w ręce. – Akurat wracałem do 

domu.

– Skąd? – spytał tata, wyciągając z lodówki mrożoną herbatę.

Zawahałam się. Nie wspomniałam tacie, że wybieram się dzisiaj do szkoły.

– Ze szkoły – powiedział Josh. Poprawił okulary i chyba był ciekawy, jak wyjaśnię 

tacie swoją obecność w szkole. – Drużyna lekkoatletyczna pobiegnie jutro z okazji festiwalu, 

więc ćwiczyliśmy trochę. Chciałby Mnie pan sponsorować? Dolar za okrążenie.

– Jasne. Wpisz mnie na listę – odparł tata, grzebiąc w zmywarce w poszukiwaniu 

szklanki. Skrzywiłam się lekko. Przypomniało mi się, że miałam ją rano opróżnić. – Nie 

biegasz chyba na długie dystanse? – spytał, trochę zaniepokojony, jakby widział już dolary 

opuszczające jego portfel.

– Nie, na średnie.

Tata uśmiechnął się, nalewając herbatę do szklanki. Czekałam już na chwilę, kiedy 

wreszcie   sobie   pójdzie.   Było   tyle   spraw,   które   powinnam   załatwić.   Tylu   ludzi,   których 

powinnam uratować.

– Madison, nie mówiłaś, że masz zamiar wziąć udział w festiwalu.

– Uch...  – zająknęłam  się,  gorączkowo  myśląc,   co  powiedzieć.   – Pomyślałam,   że 

mogłabym, eee... robić zdjęcia. Ale to głupi pomysł.

– Nieprawda – wtrącił się Josh. Miałam ochotę mu przyłożyć. – Ludzie uwielbiają 

takie rzeczy.

Rzuciłam mu spojrzenie, mówiące „zamknij się”, a potem uśmiechnęłam się do taty, 

który właśnie zamknął lodówkę i odwrócił się do mnie.

–   Kto   zapłaci   za   zdjęcie,   którego   nie   widział   i   które   dostanie   dopiero   po   dwóch 

dniach? – upierałam się.

Tata kiwał głową, ale nie dlatego, że się ze mną zgodził. Widywałam już na jego 

background image

twarzy ten wyraz zamyślenia. Teraz oparł się o kuchenny blat ze szklanką herbaty w dłoni i 

skrzyżował nogi w kostkach.

– Jeśli tylko taki masz problem, dam ci drukarkę, żebyś mogła drukować zdjęcia na 

miejscu – powiedział, a ja straciłam całą nadzieję. – Będziesz wydawała numerki, a ludzie 

odbiorą fotografie przed końcem festiwalu.

– Naprawdę?! – spytałam z wymuszonym entuzjazmem, zastanawiając się, jak się z 

tego wyplątać. Może zadzwonię do kwiaciarni i spytam, czy mogę jutro pracować.

– Jasne – odparł tata i włożył okulary z powrotem na nos. – Właściwie chciałem ci 

kupić drukarkę na urodziny, ale pomyślałem, że najpierw bardziej przyda ci się lepszy aparat.

Przypomniałam sobie swój nowy aparat, który leżał na toaletce. Robiłam nim głównie 

zdjęcia   odjechanych  ciuchów,   które  kupował   mi  tata,  a   potem   wysyłałam  jej  mejlem  do 

Wendy.

Pewnie umarła z wrażenia na widok tenisówek z czaszkami i piszczelami.

– Dzięki – powiedziałam i spojrzałam na niego wymownie. Naprawdę chciałam już 

zostać z Joshem sama i miałam nadzieję, że tata to zrozumie. – Pogadam o tym, z kim trzeba.

– No dobrze. – Podniósł szklankę w geście toastu i ruszył w stronę drzwi. – Josh, 

możesz zostać na kolację, jeśli masz ochotę.

– Dziękuję, panie A. , ale powiedziałem mamie,  że będę w domu przed wpół do 

siódmej.

Tata uśmiechnął się pod nosem, słysząc tak nieformalny zwrot, i kiwnął głową. Byłam 

pewna, że wcześniej nikt się tak do niego nie zwracał. Podczas tych kilku wizyt w naszym 

domu Barnaba był zawsze bardzo oficjalny.

– Będę w gabinecie – powiedział. – Muszę jeszcze dokończyć kilka spraw, ale mogę 

zrobić to w domu.

Wyszedł, a ja odetchnęłam z ulgą. Słyszałam, jak przechodził przez przedpokój, a 

potem jak skrzypnęły drzwi gabinetu. Rzadko pracował w domu, ale jego gabinet znajdował 

się naprzeciw kuchni, więc mógł stamtąd mieć nas na oku.

– Było raz dziewczę z Zairu...

– Proszę, nie... – jęknęłam i Grace umilkła. Może uda mi się znaleźć dla niej jakiś 

dzwonek. Przewracający się słup sygnalizacyjny wyglądał przerażająco.

– On mi nie ufa – odezwałam się cicho, siadając naprzeciw Josha.

Wpół   do   siódmej?   Barnaba   miał   jeszcze   prawie   pięć   godzin,   żeby   wrócić   i 

powstrzymać ten horror. Gdzie on się podziewa? Nie mógł przecież tyle czasu rozmawiać z 

serafinami. Wystarczyło, by ukląkł i powiedział, co miał do powiedzenia.

background image

Josh prychnął i zjadł kolejnego czipsa.

– Nie ufa mnie, to oczywiste.

Uśmiechnęłam się lekko i oparłam łokcie na stole. Tata, w gabinecie, rozmawiał przez 

telefon. Czarne skrzydła nie kończyły pracy o osiemnastej – jeśli do tego czasu Barnaba nie 

wróci, zrobi się naprawdę nieprzyjemnie. Dawno nie oberwało mi się za zbyt późny powrót 

do domu, ale Josh może zginąć, jeśli nie zostanę z nim przez całą noc. Grace przecież się nie 

rozdwoi.

– Przypuszczam, że nie masz żadnego pomysłu na to, jak utrzymać Kairosa z dala od 

nas po szóstej trzydzieści? – spytał. Spojrzałam na niego przepraszająco.

– Cokolwiek zrobię, na pewno mi się za to oberwie. – Rzuciłam okiem na Grace. 

Wiedziałam,   że   poleci   po   Rona   tylko   wtedy,   gdy  ja   znajdę   się   w   niebezpieczeństwie,   z 

którym sama nie zdoła sobie poradzić, a wtedy pewnie będzie ze mną koniec. Niedobrze.

– Jeden z nich powinien niedługo wrócić. Może coś się stało.

Grace, przycupnięta na kinkiecie, zaszczebiotała:

– Nic się nie stało. Tyle że jeśli nie wolno ci przejść przez bramy niebios, zwrócenie 

na siebie uwagi jakiegoś serafina zajmuje trochę czasu.

– Czuję się taka bezradna! – powiedziałam, opadając na krzesło.

– Bezradna? Chcesz pogadać o bezradności? – burknęła Grace i sfrunęła na stół. Jej 

głos przybrał na sile. – Ja nawet nie wiem, dlaczego tu jestem. Barnaba chroniłby cię lepiej 

niż ja. Dlaczego Ron zabrał go ze sobą, zamiast poprosić o pomoc w rozmowach innego 

żniwiarza, jest dla mnie niepojęte.

– Świetnie sobie radzisz – powiedziałam i spojrzałam na Josha, przewracając oczami. 

On słyszał tylko połowę tej rozmowy. – Naprawdę mnie przeraziłaś, kiedy przewróciłaś ten 

słup na Kairosa. Takie rzeczy to chyba tylko w drugiej sferze.

Josh uśmiechnął się i skończył kanapkę.

– Mnie też to przeraziło. Dziękuję za uratowanie życia.

Grace rozjaśniła się nieco.

– Sprytne to było, co?

Kiwnęłam głową, wstałam, zebrałam puste talerze i włożyłam je do zlewu. Dlaczego 

Ron zabrał ze sobą Barnabę? Zupełnie jakby nie chciał, żeby został ze mną.

Usłyszałam stukanie kostek lodu – to Josh upił łyk ze swojej szklanki. Poczerwieniał 

lekko i otarł podbródek.

– Nie chcę znowu siedzieć w domu za karę – powiedział. – Na pewno jest coś, co 

możemy zrobić do wpół do siódmej.

background image

– Na przykład wymyślić plan, jak pozbyć się Kairosa? – spytałam, opłukując talerze. – 

Jasne,   chętnie   się   spotkam   z   królem   żniwiarzy   ciemności   –   mruknęłam,   ale   zaraz 

zastanowiłam   się  nad  swoimi   słowami.  –  Prawdę  mówiąc,  to  nie  jest   taki   zły  pomysł  – 

przyznałam i wytarłam ręce w ściereczkę. – Gdyby udało mi się skraść jego nowy amulet, 

Kairos   nie   mógłby   się   włączać   w   strumień   czasu,   dopóki   nie   zrobiłby   sobie   kolejnego. 

Musiałby odejść. Nie miałby też wtedy miecza.

Kiedy się odwróciłam, Josh patrzył na mnie, zdumiony.

– A on nie może po prostu pożyczyć amuletu od jednego ze swoich żniwiarzy?

Uśmiechnęłam się, bo zdałam sobie sprawę, że powiedziałam „strumień czasu”, a Josh 

przecież ciągle tu siedział i mnie słuchał.

–   Nie.   Kairos   może   wprawdzie   dotykać   amuletów   żniwiarzy   –   powiedziałam,   bo 

pamiętałam, jak Ron trzymał w rękach kamień Barnaby – ale nie może ich używać.

Dotyczy to też Rona. – Umilkłam, kładąc dłoń na swoim amulecie. Przypomniałam 

sobie, że kamień Nakity był tego samego koloru co klejnot w rękojeści jej miecza. – Tak 

naprawdę nie sądzę, żebym mogła się do niego zbliżyć. Mnie porwie, a jeśli ty spróbujesz 

odebrać mu kamień, prawdopodobnie cię zabije. Musi być jakiś inny sposób. Zaczęłam już 

przebierać nogami ze zniecierpliwienia, ale Josh spokojnie odsunął szklankę i zjadł kolejnego 

czipsa. Bał się, widziałam to, i czuł się winny z tego powodu, ale w końcu rozmawialiśmy o 

śmierci. I to nie był tylko jego problem. Był także mój.

–   Nie   możesz   używać   amuletów   żniwiarzy,   ale   Kairosa   tak?   –   spytał   z   pełnymi 

ustami.

– Dlaczego on jest taki wyjątkowy?

–   Och,   bo   amulet   Kairosa   nie   jest   właściwie   amuletem   żniwiarza   –   odparłam   z 

wahaniem – Lecz strażnika czasu – dokończyłam, ośmielona faktem, że tak łatwo łyknął 

„strumień czasu”. – A strażnicy czasu to ludzie. Myślę, że są pośrednikami czy kimś w tym 

rodzaju.

– Strażnik czasu – powtórzył cicho, wyraźnie zadowolony, i wrócił do czipsów. – 

Miałaś szczęście, że nie ukradłaś przez pomyłkę amuletu żniwiarza.

– O tak – mruknęłam. Ogarniał mnie coraz większy niepokój.

Fakt, że Kairos wrócił po moją duszę, był już wystarczająco upiorny, ale dlaczego  

nadal na mnie polował?

W jaki sposób moja śmierć mogła zapewnić mu „awans”, jak to określił, zanim mnie  

zabił? Czy moim przeznaczeniem było zrobić coś tak strasznego, że zagrażałoby to nawet  

aniołom?

background image

– Może bycie człowiekiem nie wystarczy, by móc używać amuletu, i to dlatego nic nie 

jestem w stanie z nim zrobić – powiedziałam ponuro, podrzucając go na dłoni. Josh podniósł 

na mnie wzrok.

– No dobrze, a co powinnaś móc z nim robić?

Zdmuchnęłam z oczu fioletowy kosmyk włosów i zaczęłam się zastanawiać. Jeśli był 

to amulet strażnika czasu, powinnam móc robić to co Ron – przynajmniej w teorii.

– Poza kontaktowaniem się w myślach ze żniwiarzami? Hm, myślę, że potrafiłabym 

zatrzymywać  na krótko czas – powiedziałam, bo przypomniałam sobie nagłe ruchy cieni, 

kiedy Ron znikał. – Albo stać się przejrzystą, jak duch. Widziałam, jak on to robił.

No i zmieniać wspomnienia. Ron dwa razy zmienił też rezonans mojego amuletu. 

Barnaba potrafi zredukować wpływ amuletu tak, żeby nie przeszkadzał czarnym skrzydłom 

wyczuwać ofiary, używa też klejnotu do szukania potencjalnych ofiar żniwiarzy ciemności. 

Zakładam więc, że strażnik czasu potrafi robić to samo. Kiedyś wspomniał coś o zostawianiu 

fałszywych   śladów   czarnym   skrzydłom,   żeby   oszukać   żniwiarzy   ciemności.   Żniwiarze 

wykorzystują czarne skrzydła w tym samym celu.

Spuściłam głowę i wbiłam wzrok w blat stołu.

– Barnaba mówi, że może nie potrafię kontaktować się z nim myślami, bo mój amulet 

należał   do   strażnika   czasu   ciemności,   a   on   jest   żniwiarzem   światła.   To   jakby   dwa 

przeciwległe bieguny. A nie próbowałam niczego poza kontaktowaniem się za pomocą myśli.

Josh odchylił się na oparcie krzesła i założył ręce na piersi.

– No, to sama widzisz. Powinnaś spróbować czegoś innego. Czegoś, co nie ma nic 

wspólnego ze żniwiarzami. Gdyby udało ci się stać przejrzystą jak duch, mogłabyś po prostu 

podejść do tego Kairosa i, buch, jego nowy amulet należałby do ciebie.

Spojrzałam na niego, zastanawiając się nad tym pomysłem. Kradzież nowego amuletu 

rzeczywiście mogła być tak łatwa. Uśmiechnęłam się i poczułam, że znowu wstępuje we 

mnie nadzieja. Znowu miałam powód, by spróbować czegoś nowego.

– Pomożesz mi?

– Nie podoba mi się to – mruknęła Grace z wyżyn swojego kinkietu. Paradoksalnie, 

tylko dodało mi to otuchy.

– Oczywiście! – odparł Josh entuzjastycznie. Najwyraźniej nie miał ochoty sypiać w 

szafie, kryjąc się przed żniwiarzami ciemności. Kto mógłby mieć mu to za złe?

Wstałam i z uśmiechem odsunęłam od stołu krzesło, które zaskrzypiało.

– Więc chodź. Zabierajmy się stąd.

– Dlaczego?

background image

Skinęłam głową w stronę drzwi kuchni.

– Nie będę ćwiczyła, kiedy tata jest w domu.

Wiedziałam, że tata nie powoli mi zaprosić gościa do swojego pokoju, byłam jednak 

pewna, że znajdziemy jakieś miejsce na zewnątrz, w którym nikt nie zwróci na nas uwagi. 

Może biblioteka?  Wymknęłam się tam kilka razy nocą, kiedy odkryłam,  że bibliotekarka 

chowa klucz za cegłą. Zaczynałam lubić to małe miasteczko.

– Ale... – zaczął powoli, trochę przestraszony.

–  Nic   ci   nie   będzie   –  jęknęłam   i  pociągnęłam   go  za   rękę.   –   Anioł   stróż  pójdzie 

wszędzie tam, gdzie ja. Jesteś więc kryty. Mamy czas do wpół do siódmej. Chcesz wierzyć, 

że Barnaba pojawi się do tej godziny?

Kiwnął głową i zaniósł swoją szklankę do zlewu.

– Dobra.

Podekscytowana, podeszłam do drzwi:

– Tato?! – zawołałam głośno. – Idziemy do miasta kupić kartę pamięci do aparatu.

Dobrze?

– Weź telefon! – odkrzyknął tata. – Wykup sobie minuty. I bądź w domu nie później 

niż o szóstej.

–   Zrozumiano!   –   Sprawdziłam,   czy   mam   telefon   w   tylnej   kieszeni   szortów,   i 

odwróciłam się do Josha, naprawdę zadowolona, że ma samochód. – Gotowy?

Spojrzał na mnie niepewnie.

– Ale dokąd? Nie możemy pójść do mnie. Moja mama pracuje w domu.

Gdzieś ponad moją głową rozległ się srebrzysty śmiech.

– Pewna dziewczyna kłamać lubiła, a najbardziej, kiedy już nie żyła...

–   Do   biblioteki   –   powiedziałam.   –   Ale   może   najpierw   zajrzymy   do   centrum 

handlowego?  Naprawdę muszę  kupić nową kartę  pamięci,  skoro mam  się  jutro bawić  w 

fotografa. Dzięki tobie – dodałam oschle.

Uśmiechnął się szeroko.

– Jeśli dożyję jutra, może podrzucę cię do szkoły?

– Załatwione – odparłam z uśmiechem. Chciał po mnie przyjechać chyba nie tylko 

dlatego, że bał się czarnych skrzydeł. Wydaje mi się, że mnie polubił.

Pomachałam  do taty,  który podjechał  na swoim krześle w stronę drzwi, żeby nas 

pożegnać. Uśmiechnął się do mnie. Naprawdę czułam się świetnie. Nie chodziło tylko o to, że 

Josh   mnie   lubił.   Od   miesięcy   usiłowałam   nauczyć   się   korzystać   z   tego   amuletu,   ale 

przypominało   to   walenie   głową   w   mur.   Czułam   się   przez   to   coraz   głupsza,   a   Barnaba 

background image

wydawał się coraz bardziej zniechęcony. Jeśli teraz uda mi się rozwiązać mój problem, nie 

będę już tak uzależniona od Barnaby i Rona. Dam sobie radę sama.

No, pomyślałam, kiedy Josh zatrzasnął za nami drzwi domu i zaczął szukać w kieszeni 

kluczyków, może nie tak całkiem sama.

background image

ROZDZIAŁ 6

W The Lowest Common Denominator, w skrócie Low D, byłam wcześniej tylko raz. 

Tata zabrał mnie tam na pizzę. Knajpka była pełna studentów college'u, którzy uczyli się do 

egzaminów końcowych albo świętowali ich zaliczenie. Tata chciał mi pomóc poznać nowych 

ludzi,   ale   pizza   z   tatusiem,   kiedy   wszyscy   inni   siedzieli   z   kolegami,   nie   pomagała 

wizerunkowi, jaki usiłowałam stworzyć.  Może gdybym  tamtego wieczoru umiała stać się 

niewidzialna, zdołałabym nawiązać jakieś znajomości.

Uśmiechnęłam się do siebie na tę myśl i wzięłam z talerza frytkę. Josh znowu był 

głodny – znowu, a może nadal – postanowiliśmy więc wstąpić tu na jakąś przekąskę. Knajpka 

była prawie pusta, nadawała się więc także do innych celów. Usiedliśmy tu prawie godzinę 

temu i zaczynałam się już niepokoić. Może jednak nie chodziło o amulet? Może naprawdę 

chodziło o mnie? Kiedy Josh wyszedł na moment do toalety, I dostrzegłam przelatujące nad 

parkingiem czarne skrzydło i wpadłam w panikę. Spróbowałam nawet znowu skontaktować 

się w myślach z Barnabą, ale tylko zdenerwowałam Grace.

Odwiedziliśmy wcześniej centrum handlowe – nowa karta była w małej torebeczce tuż 

obok mojego nietkniętego napoju i frytek. To już druga porcja Josha, który jadł w równym 

tempie,   maczając   frytki   w   pikantnym   sosie,   i   czekał   na   jakieś   oznaki   mojego 

„duchowacenia”, jak to określał.

Popołudniowe słońce wpadało do wnętrza przez duże, wychodzące na supermarket 

okna.

Kiedyś w Low D serwowano głównie hamburgery, ale teraz, zgodnie z duchem czasu, 

można było się tu też napić kawy latte i podłączyć za darmo do Internetu. Na środku stało 

kilka  niskich stolików do kawy i wyściełanych  miękko foteli, a pod ścianami ustawiono 

restauracyjne boksy. Kilka osób pochylonych nad laptopami surfowało w Internecie, jedząc 

zakupione po wygórowanych cenach kanapki i czipsy.

W ciemnej, pustej wnęce niedaleko naszego stolika osamotnione automaty do gry 

odzywały się do siebie od czasu do czasu, a z przylegającej do restauracji areny skatingowej 

dobiegał   stukot   rolek   i   deskorolek.   Miłośnicy   mocnych   wrażeń   sprawdzali   wytrzymałość 

swoich systemów nerwowych i sprzętu na pochylniach, sztucznych pagórkach i poręczach w 

tak zwanym gnieździe żmij. Warkot małych kółeczek na drewnianych  klepkach przenikał 

mnie jak rytm uderzeń serca. Grace odpoczywała w dzwonku nad areną, który miał dzwonić, 

kiedy ktoś skoczy na swojej desce dość Wysoko, by go potrącić. Jedna ze ścian była zrobiona 

z grubego półprzezroczystego pleksiglasu, przez który widać było poruszające się po drugiej 

background image

stronie postaci na deskorolkach.

Odwróciłam się od półprzejrzystej ściany i spojrzałam na Josha. Czułam mrowienie w 

końcach palców, ale może tylko dlatego, że zbyt mocno zaciskałam je na amulecie. Może 

jednak przesadziłam z optymizmem, sądząc, że uda mi się nauczyć czegoś użytecznego w tak 

krótkim czasie, ale miałam już naprawdę dość polegania wyłącznie na innych. Chciałam sama 

troszczyć się o swoje bezpieczeństwo, a Josh chciał mi w tym pomóc.

– Widzisz mnie teraz? – spytałam z nadzieją. Spojrzał mi prosto w oczy.

A więc znowu nic z tego.

– Myślę, że za bardzo się starasz – powiedział. Powoli wypuściłam amulet z dłoni.

– Zostało nam już niewiele czasu. A do tego amuletu nie dołączono instrukcji obsługi.

Przygnębiona, musnęłam palcami kubek z woskowanego papieru, żeby zetrzeć z niego 

wilgoć.   Barnaba   nie   był   zbyt   pomocny,   kiedy   spytałam   go,   jak   to   zrobić,   po   pewnej 

wyjątkowo frustrującej nocnej sesji. Powiedział tylko, że on .. przywołuje ryzykowne myśli” i 

że ja powinnam raczej się nauczyć przywoływać go myślami, bo to bardziej mi się przyda, 

kiedy znajdę się w niebezpieczeństwie. Ryzykowne myśli – tak, a jeśli przywołam radosne 

myśli, dostanę skrzydeł i odlecę.

– Próbujesz zaledwie od godziny. Nie wymagaj od siebie zbyt wiele. Mamy jeszcze 

trochę czasu – powiedział Josh, ale w jego oczach dostrzegłam niepokój.

Czas,   pomyślałam   i   zgniotłam   w   palcach   tekturową   osłonkę   na   kubek.   Może 

powinnam   spróbować   nauczyć   się,   jak   spowalniać   czas,   ale   to  wydawało   mi   się   jeszcze 

trudniejsze niż czytanie w myślach.

– Nie przejmuj się – pocieszał mnie, ale był coraz bardziej nerwowy. Spotkanie ze 

śmiercią  nie jest czymś,  z czego łatwo się otrząsnąć. Znowu przypomniał  mi się Kairos, 

stojący w świetle księżyca z obnażonym mieczem, gdy ja tkwiłam, bezbronna, w rozbitym 

kabriolecie. Moja dłoń powędrowała z powrotem do amuletu. Może należał wcześniej do 

strażnika   czasu   ciemności,   ale   dzięki   niemu   byłam   tu   i   w   pewnym   sensie   nadal   żyłam. 

Chwila, w której ocknęłam się w kostnicy, na zimnym stole, była najbardziej przerażającym 

momentem w całym moim życiu. Co gorsza, wiedziałam, że sama jestem sobie winna, bo 

dobrowolnie wsiadłam do tego samochodu, tak oczarował mnie jego właściciel. Teraz Kairos 

nie wydawał mi się już tak atrakcyjny. Nie mogłam uwierzyć, że się z nim całowałam.

Zacisnęłam palce na amulecie. Teraz, kiedy miałam go już od kilku miesięcy, jego 

znajomy kształt i ciężar dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Bez niego byłabym nie tylko 

niewidzialna, ale też zupełnie bezcielesna. Jak duch. Jak przynęta na czarne skrzydła. Może w 

tym rzecz. Może nie chodzi o ryzykowne myśli, ale raczej o znalezienie sposobu na odcięcie 

background image

się od wpływu amuletu.

Wbiłam wzrok w stolik i skupiłam się na wspomnieniu tej strasznej chwili w kostnicy. 

Czułam wtedy uderzenia serca i ruch powietrza odruchowo wciąganego w płuca, ale moje 

ciało leżące w czarnej plastikowej torbie w ogóle nie reagowało na zimno granitowego blatu 

ani gładkość plastikowej torby. Zupełnie jakbym została od niego oddzielona, jakby łączność 

między nami została zerwana. Moje ciało już do mnie nie należało. I wtedy, przerażona, 

rzuciłam się do ucieczki.

Miałam wrażenie, że wypełnia mnie powietrze; że stałam się tak lekka i bezcielesna 

jak ono. Kolana ugięły się pode mną, dotyk przedmiotów ranił mnie, jakby stykały się z żywą 

tkanką. Dopiero kiedy przyszedł po mnie Barnaba, znowu poczułam się w miarę normalnie. 

Dopiero wtedy też byłam  w stanie zrozumieć,  co utraciłam.  Kiedy zostałam pozbawiona 

ciała,   wszechświat   przestał   mnie   rozpoznawać.   Było   tak   do   czasu,   kiedy   zbliżyłam   się 

wystarczająco do amuletu Barnaby i jego moc pozwoliła mi znowu odnaleźć swoje miejsce w 

świecie.

Może kiedy oddzieliłam się od ciała, utraciłam to, co zakotwiczało mnie w świecie. 

Może amulety są jak sztuczne punkty orientacyjne w czasie i przestrzeni, które pozwalają 

związać umysł i duszę z teraźniejszością. Gdyby jednak udało mi się zerwać tę więź...

Poruszyłam   się   niespokojnie   na   krześle.   Wydawało   mi   się,   że   jestem   na   dobrym 

tropie. Z zamkniętymi oczami zapadłam się w swoje myśli, próbując wyobrazić sobie siebie 

spojoną z teraźniejszością więzami przeszłości. Słyszałam wszystkie dźwięki wokół mnie: 

siorbanie   Josha,   dzwonek   czyjegoś   telefonu   –   i   po   wielu   miesiącach   nauki   koncentracji 

wreszcie nastąpił przełom.

Podekscytowana,   ujrzałam   nagle   linię,   którą   tworzyło   moje   życie.   Patrzyłam   w 

napięciu, jak staje się ono rzeczywiste; podziwiałam sposób, w jaki przeplatało się z życiem 

innych   ludzi;   dostrzegłam   brzydką   narośl   w   miejscu,   w   którym   umarłam,   jakby   czas   i 

przestrzeń musiały się zabliźnić po tym, jak wycięto z nich moje istnienie. Miałam wrażenie, 

że pamięć innych nadaje kształt pustce, która po mnie została. Stałam się duchem, który 

wrócił nagle do świata za sprawą skradzionego amuletu. Teraz czas nie potrzebował już ciała, 

by odnaleźć moją duszę i poprowadzić ją dalej; teraz wykorzystywał  w tym celu amulet 

odebrany przeze mnie Kairosowi. Jednak kolor, czy też może dźwięk, był już inny. Do chwili 

mojej śmierci był to ciemny błękit, który potem w mgnieniu oka zmienił się w fiolet tak 

głęboki i wibrujący, że niemal wpadający w czerń. Taki sam kolor miała Nakita.

To   moja   aura,   uświadomiłam   sobie   nagle.   Miałam   ochotę   rzucić   to   wszystko   i 

spróbować połączyć się w myślach z Barnabą, powstrzymałam się jednak. Zadrżałam, kiedy 

background image

zdałam sobie sprawę, że moja dusza rzuca w przyszłość błyskawice myśli – a więc myśl musi 

poruszać się szybciej niż czas. Wyraźnie widziałam fioletowe linie wystrzeliwujące ze mnie 

w przyszłość, łączącą mnie z resztą wszechświata. Tym, co sprawiało, że wszystko to zaczęło 

działać, co od chwili kiedy umarłam, nadawało barwę moim myślom, był amulet. To dzięki 

niemu czas mógł o coś zahaczyć i wciągnąć mnie w swój bieg.

Więc   może   gdybym   zdołała   zerwać   kilka   z   tych   linii   łączących   amulet   z 

teraźniejszością, stałabym się niewidzialna, jak wtedy kiedy uciekłam Barnabie z kostnicy. 

Jakbym nie miała przy sobie amuletu, a przecież cały czas wisiał na mojej szyi.

Zadrżałam z podniecenia i wróciłam na moment do rzeczywistości – po to tylko, by 

się przekonać, że ciągle siedzę przy stoliku obok Josha i nic szczególnego się nie dzieje. 

Poczułam,   że   musi   mi   się   udać.   Mieliśmy   coraz   mniej   czasu.   Nie   chciałam   zniszczyć 

wszystkich więzi – tylko kilka – i żadnej, która wybiegała w przyszłość. Tylko te wiążące 

mnie z teraźniejszością.

Wzięłam   głęboki   oddech,   którego   wcale   nie   potrzebowałam,   i   wypuszczając 

powietrze, szarpnęłam jedną z nici łączących mnie z teraźniejszością. Pękła jak pajęczyna, z 

cichym szumem. Ośmielona sukcesem zamachnęłam się w wyobraźni dłonią i przesunęłam 

nią między sobą a teraźniejszością. Hałas dolatujący z areny skatingowej odbił się echem w 

moim umyśle. Niemal mogłam zobaczyć, jak dźwięki przepływają przeze mnie i odbijają się 

od przeciwległej ściany.

–   Madison?   –   wyszeptał   Josh.   Otworzyłam   oczy.   Patrzyłam   na   stolik,   czując 

narastające mrowienie w palcach. – To działa – powiedział wyraźnie wstrząśnięty. Nabrałam 

powietrza   w   płuca,   jakbym   właśnie   wyłoniła   się   z   głębokiej   wody.   Podniosłam   głowę   i 

spojrzałam na niego. Stukot deskorolek znowu stał się realny, wyobrażone dźwięki znikły. 

Serce waliło mi jak młotem i kręciło mi się w głowie, jakbym była żywa. Josh wpatrywał się 

we mnie szeroko otwartymi niebieskimi oczami.

– To działa! – powtórzył, nachylając się do mnie nad swoimi frytkami. – Teraz jest jak 

zawsze, ale jeszcze przed chwilą widziałem oparcie krzesła za tobą! – Rozejrzał się dookoła, 

chcąc sprawdzić, czy nie zauważył tego ktoś jeszcze. – To najbardziej zdumiewająca rzecz, 

jaką   kiedykolwiek   widziałem.   Zrób   to   jeszcze   raz   –   zażądał.   Poczułam   wielką   ulgę. 

Poruszyłam się na twardej poduszce.

– Dobra, więc patrz.

Podekscytowana,   położyłam   dłonie  płasko  na  stole  i  się skoncentrowałam.  Wzrok 

utkwiłam w oknie, za którym widać było błękit nieba. W miarę jak zapadałam się w swoje 

myśli, wszystko, na co patrzyłam, traciło ostrość, jakby spowijała to gęsta mgła. Czułam 

background image

obecność amuletu w swojej niedawnej przeszłości. Zdawał się tworzyć sieć, wiążącą każdą 

chwilę z kolejną. Teraz wszystko było łatwiejsze. Wyobraziłam sobie, że dotykam palcem tej 

fioletowej sieci, a potem zrywam ją jednym szarpnięciem. W ułamku sekundy dźwięki wokół 

mnie stały się dalekie i głuche, a mnie ogarnęły lekkie mdłości. Stawałam się bezcielesna.

Bicie mojego serca – choć i tak było tylko wspomnieniem ucichło zupełnie.

– Ja cię kręcę! Madison! – wykrzyknął, zniżając głos. – Zniknęłaś! – Zawahał się. – 

Jesteś tu? Nie mogę w to uwierzyć!

Skupiłam   się,   zrywając   kolejne   nici.   Starałam   się   jednak   zostawić   ich   dość,   bym 

mogła z ich pomocą posuwać się naprzód.

– Jestem tu – odparłam. Czułam, jak poruszają się moje wargi, ale głos dobiegał jakby 

z bardzo daleka. Wszystko to stawało się dla mnie coraz łatwiejsze. Spojrzałam na Josha. 

Jego wzrok błądził dookoła, chwilami zatrzymując się na oparciu mojego krzesła.

– Doskonale – powiedział, odsuwając się lekko. – Ledwo cię słyszę, a twój głos brzmi 

dość niesamowicie. Jakbyś szeptała przez telefon czy coś w tym rodzaju.

Cichy   szum   w   pobliżu   mojego   ucha   oznaczał,   że   Grace   opuściła   dzwonek. 

Odwróciłam się w stronę jasnego, wibrującego światła i opadła mi szczęka.

– Widzę cię... – szepnęłam. – Boże, jesteś taka piękna.

Była  nieduża,  mogła  mieć   najwyżej   kilka   centymetrów   wzrostu,   ale   otaczający  ją 

blask nadawał jej rozmiar piłki do softballu. Miała ciemną cerę i delikatne, wyraziste rysy 

twarzy. Migotliwe światło jarzące się wokół niej zacierało kontury jej sylwetki, zwłaszcza 

kiedy się poruszała. Nie wiem, czy był to rodzaj mgły, czy tkanina, w którą była ubrana. To 

trzepot skrzydeł tworzył wokół jej postaci migotliwą poświatę.

Na dźwięk mojego głosu natychmiast znieruchomiała i zamrugała szybko jarzącymi 

się jak małe słońca oczami.

– Zgubiłam twoją pieśń, Madison – powiedziała. – Nie słyszałam twojej duszy.

Przestań już. Nie widzę cię.

Zadziałało! – pomyślałam, bliska ekstazy. Jeśli nawet mój anioł stróż nie mógł mnie 

zobaczyć, nie zobaczy mnie też żaden żniwiarz ani strażnik czasu.

– Jestem niewidzialna – powiedziałam, spoglądając na Grace w oszołomieniu.

– To wiem – warknęła. – A teraz już przestań. To na pewno jakiś błąd. Prawie nie 

słyszę   twojej   duszy.   Nie   mogę   cię   chronić,   kiedy   nie   wiem,   gdzie   jesteś.   Poruszyłam 

ramieniem   –   zauważyłam   wokół   niego   warstewkę   jaśniejącej   bieli,   jaką   widywałam   już 

wokół krawędzi czarnych skrzydeł. Zaciekawiona, spróbowałam podnieść ze stolika szklankę 

i zadrżałam – zimny płyn jakby docierał wprost do moich kości. Nie mogłam zacisnąć na 

background image

szklance palców. Zastanowiło mnie, dlaczego byłam w stanie siedzieć na krześle, zamiast po 

prostu przez nie przelecieć – aż w końcu udało mi się poruszyć zmiętą tekturkę, która leżała 

na stoliku. Uznałam, że najwyraźniej mogę mieć jakiś wpływ na przedmioty, choć raczej 

niewielki.   Prawdopodobnie   nie   powinnam   spacerować   na   silnym   wietrze.   Może   w   taki 

właśnie sposób Barnaba latał.

– Madison, jesteś tu? – wyszeptał Josh.

–   Tak   –   odparłam,   zostawiając   kilka   nici,   w   miarę   jak   przyszłość   stawała   się 

teraźniejszością. Anielica odetchnęła z ulgą, a Josh wreszcie zdołał spojrzeć mi prosto w 

oczy.

–   Cholera!   –   szepnął.   –   Prawie   cię   widzę.   Jezu,   Madison.   Strasznie   to   wszystko 

dziwne. Mogę cię dotknąć?

–   Ja   bym   tego   nie   robiła   –   wtrąciła   Grace,   unosząc   się   nad   stolikiem,   ale   ja 

wzruszyłam ramionami, a Josh wyciągnął rękę i dotknął palcami mojego nadgarstka. Uczucie 

było tak dziwne, że drgnęliśmy oboje i cofnęliśmy ręce. Jego palce zdawały się płonąć.

– Zimno – powiedział, chowając rękę pod stołem.

– Słyszysz mnie już lepiej? – spytałam, a on kiwnął głową.

Była to najbardziej niezwykła rzecz, jaka kiedykolwiek mi się udała. Niszczenie nici, 

w miarę jak przyszłość stawała się teraźniejszością, było teraz całkiem proste. Jak nucenie w 

takt muzyki podczas odrabiania lekcji. Udało mi się – w końcu nauczyłam się czegoś i tak mi 

ulżyło, że miałam ochotę się rozpłakać.

– Idealnie – stwierdził z uśmiechem, kiedy znowu stałam się całkowicie niewidzialna 

ku   wyraźnemu   niezadowoleniu   Grace.   –   Jeśli   potrafisz   robić   coś   takiego,   na   pewno 

zdobędziesz ten amulet.

Zaśmiałam się, a Josh odchylił się na oparcie krzesła.

– Nie śmiej się, kiedy jesteś duchem – powiedział, rozglądając się nerwowo po sali. – 

To naprawdę niesamowite. Boże, teraz będę miał w nocy jeszcze gorsze koszmary.

Wydaje mi się, że na ułamek sekundy stałam się widzialna, kiedy otworzyły się drzwi, 

bo się tego nie spodziewałam. Szybko wróciłam do odcinania nici.

Przerwałam ich za jednym zamachem tyle, że zakręciło mi się w głowie. W końcu 

doszłam do siebie i złapałam równy rytm.  Mój towarzysz  nagle zesztywniał. Podniosłam 

głowę i zobaczyłam, że w naszą stronę idą dwie osoby. Trzecia zatrzymała się, żeby złożyć 

zamówienie przy barze.

Zastygłam, zastanawiając się, co zrobić. Widzieli już Josha. Nie mogłam tak nagle 

pojawić   się   obok.   Zaraz   jednak   skrzywiłam   się   lekko,   bo   rozpoznałam   dziewczynę   w 

background image

markowej   bluzeczce   i   bardzo   krótkich   spodenkach.   To   była   Amy,   która   wyglądała   jak 

wcielenie lata. Tuż za nią szedł Len. Parker stał przy barze i jak zwykle za wszystko płacił. 

Cała trójka należała do kółka lekkoatletycznego.

Amy trzymała z najpopularniejszymi dziewczynami w szkole. Może się to wydawać 

fajne na pierwszy rzut oka, ale ja w swojej starej szkole wystarczająco długo starałam się być 

popularna, by wiedzieć, że takie osoby często okazują się nie całkiem fajne, kiedy się je bliżej 

pozna. Amy chodziła z Lenem – chyba że akurat chciała ukarać go za to, że ją oszukiwał. 

Widziałam już Lena w akcji, więc ani trochę nie było mi jej żal.

Len  był  wysokim,   silnym  chłopakiem,  który lubił  popychać  młodsze  dzieciaki  na 

metalowe szafki w szatni, kiedy w pobliżu nie było akurat żadnego nauczyciela. Potem śmiał 

się i udawał, że to świetny żart, więc jego ofiary zazwyczaj chętnie znosiły takie upokorzenia 

w   zamian   za   pięć   minut   uwagi,   jaką   poświęcał   im   taki   fantastyczny   facet.   Nie   biegał 

najszybciej z chłopaków z kółka, ale był czarujący – a z pewnością za takiego się uważał – i 

traktował   dziewczyny   jak   lody:   co   miesiąc   próbował   nowego   smaku.   Był   jednak   tak 

przystojny, że one uganiały się za nim i wiele mu wybaczały, co strasznie mnie irytowało.

Parker wydawał się dość miły, ale moim zdaniem spotykali się z nim głównie dlatego, 

że   pozwalał   im   się   z   siebie   nabijać.   Wyraźnie   bardzo   mu   zależało   na   ich   towarzystwie. 

Kiedyś ja sama omal nie stałam się takim Parkerem – próbowałam wszystkiego, zgadzałam 

się na wszystko i wszystko usprawiedliwiałam, żeby tylko mnie nie odrzucili. Gdyby nie 

Wendy, skończyłabym pewnie tak samo. A to wszystko naprawdę nie było tego warte. W 

każdym razie na dłuższą metę.

– Cześć, Josh – rzuciła Amy zalotnie, wypinając biodro i opierając się dłonią o blat 

stolika. – A gdzie jest ta Stuknięta Madison? Ciągle pcha swój rower pod górę?

Wkurzona,   cofnęłam   się   w   kąt,   tnąc   wyrastające   z   amuletu   nici,   by   pozostać 

niewidzialną. Josh spojrzał na nią kwaśno i przybił piątkę z Lenem.

– Ona jest naprawdę fajna, Amy. Nie nazywaj jej tak więcej.

–   Och.   –   Usiadła,   a   ja   szybko   odsunęłam   się   jeszcze   trochę   w   tył.   –   Sam   to 

wymyśliłeś.

Podniosłam się i stanęłam na poduszkach w boksie obok. Len usiadł obok Amy.

– To było, zanim ją dobrze poznałem – odparł Josh. Zauważyłam, że poczerwieniały 

mu uszy. – Teraz wiem, że to świetna dziewczyna.

Amy prychnęła, podniosła moją siatkę i przysunęła ją bliżej, żeby zajrzeć do środka.

–   Małe   zakupy,   co?   –   spytała   kpiąco.   Gdybym   mogła   podnosić   przedmioty, 

zrzuciłabym jej na plecy porcję lodów. – Widzieliśmy was w supermarkecie.

background image

Josh   rozejrzał   się   po   sali,   jakby   szukał   mnie   wzrokiem.   Gdybym   była   trochę 

mądrzejsza, wymknęłabym się do toalety i wróciła jako zwykła, widzialna osoba, ale wolałam 

zostać.

– To torba Madison. Będzie jutro robiła  zdjęcia  na festiwalu i kupiła nową kartę 

pamięci. – Wyjął moją torbę z rąk Amy. – Powinnaś dać jej szansę. Polubiłabyś ją.

– Wątpię – mruknęła Amy sucho i wzięła mrożoną kawę, którą przyniósł jej Parker. – 

Gdzie ona mieszka? W Hidden Lake? Tych slumsach dla klasy średniej?

Zacisnęłam zęby i szybko przerwałam kilka nici.

– No, ty to masz klasę, Amy – powiedział Josh złośliwie. Spojrzałam na Parkera, 

który mieszkał przy tej samej ulicy co ja. Zaciskał usta i na nikogo nie patrzył.

Dziewczyna podkuliła nogi, układając stopy na siedzeniu we wdzięcznej pozie.

–   Josh   jest   naprawdę   lojalny   wobec   swojej   małej   przyjaciółeczki.   Boże,   ona   ma 

fioletowe włosy. Chyba jej odbiło.

Josh, ze spuszczonymi oczami, powoli wypuścił powietrze z płuc. Gdybym już nie 

była martwa, z pewnością umarłabym dokładnie w tym momencie. Sięgnęłam ręką do swoich 

włosów i przysięgłam sobie, że w przyszłym tygodniu zafarbuję kilka pasemek na zielono. 

Czułam, że siedząca obok mnie Grace jest coraz bardziej wkurzona. Jej oczy niemal miotały 

błyskawice.

– Mówiłam ci, że lepiej wyglądasz bez nich. – Amy zdjęła Joshowi okulary i położyła 

je na stoliku. – A ona jest stuknięta, i w dodatku wredna – dodała tak lekko, że aż mnie to 

przeraziło. – Sam tak mówiłeś. Po co się spotykasz z takim lamusem!

Dość   dobrze   znałam   brytyjski   slang.   Uważała   mnie   za   najbardziej   żenujące 

towarzystwo w szkole. Cudownie.

Josh spojrzał na nią ze zbolałą miną.

– Mówiłem to wszystko, zanim ją poznałem, dobra? – powiedział głośno. – A w ogóle 

co cię to obchodzi? Ciągle jesteś wściekła, że zerwałem z tobą w zeszłym roku?

Len zaśmiał się i przybił piątkę z Parkerem.

– Przed samym balem maturalnym! – zawołał, wpychając do ust trzy frytki naraz. – 

Gdybym miał wtedy aparat, byłbym dzisiaj milionerem.

Otworzyłam szeroko oczy. No, no. Josh rzucił ją, a potem poszedł na ten bal ze mną?  

Nic dziwnego, że Amy tak mnie nie cierpi.

Zmrużyła oczy.

– Och, na litość boską. Ona jest tak powalona, że nawet goci nie chcieliby jej u siebie. 

Beznadziejny przypadek!

background image

Len pochylił się do przodu i oparł łokcie na stole.

– Amy ma rację – powiedział poważnie. – Stać cię na coś lepszego. Jesteś w ostatniej 

klasie. Beznadziejny przypadek? Stać go na coś lepszego? Z trudem nad sobą panowałam, 

musiałam mocno zacisnąć zęby, żeby nie zacząć krzyczeć. Powinnam była odejść. Powinnam 

była pójść do toalety i nie słuchać tego wszystkiego.

Grace zatrzepotała skrzydłami, które zaszumiały cicho w powietrzu.

– Raz dziewczyna, co wysoko się ceniła, o innych bardzo źle mówiła. Wyzwiskami 

wciąż rzucała, i aż mnie głowa rozbolała, więc w końcu jej dałam nauczkę. Przygnębiona, 

opadłam na siedzenie, ciągle starając się, żeby nie było mnie widać.

– To się nie rymuje – szepnęłam, ukradkiem ocierając oczy.

Do diabła, nie miałam zamiaru płakać z powodu tego, co mówiła Amy.

– Może i nie – mruknęła Grace cierpko – ale i tak jej pokażę.

– Daj sobie z nią spokój, chłopie – powiedział Len. – Bo przyczepi się do ciebie na 

cały rok.

– Nie przyszło wam nigdy do głowy, że może ja chcę się z nią spotykać? – rzucił Josh 

ze złością. – Jest dużo bardziej interesująca od was. Wam tak zależy na tym, co myślą inni, że 

musicie zadzwonić do kogoś zanim kupicie sobie spodnie. A to jest jej cola, mięczaki.

– Nie mogę uwierzyć, że ją tu przyprowadziłeś! – powiedziała głośno Amy. – To 

nasze miejsce!

Podniosłam głowę i poczułam się trochę lepiej, bo Josh powiedział :

– Lepiej spadajcie, chyba że chcecie się z nią spotkać. Tylko że wtedy musielibyście 

być mili, a od uśmiechu mogą ci się zrobić zmarszczki, Amy.

Podniosłam  się  cicho  i  wyjrzałam   zza  ścianki  boksu.   Josh  był zły i  czerwony na 

twarzy.  Len  nie   bardzo  wiedział,   co  ze   sobą   zrobić,  a   Parker  był  zakłopotany   i  mieszał 

nerwowo swoją kawę. Amy trąciła Lena stopą, zachęcając go do wyjścia.

– Nara, stary – mruknął Len, podnosząc się od stolika.

Parker spojrzał niepewnie na Josha i także się podniósł. Amy zatrzymała się przed 

wejściem do areny skatingowej.

– Pa, Josh – rzuciła na odchodnym.

Parker ruszył za nimi. Wiedziałam, że nie mam zbyt przyjemnej miny. Josh powoli 

wypuścił powietrze i szepnął:

–   Madison,   tak   mi   przykro.   Jesteś   tu   jeszcze?   Nie   słuchaj   ich,   to   palanty.   A   ja 

mówiłem to wszystko, zanim cię poznałem. Zachowywałem się jak dupek.

Przepraszam. A teraz już wróć, proszę. Mnie... mnie naprawdę podobają się twoje 

background image

włosy.

Sfrustrowana, przelazłam nad niską ścianką boksu i usiadłam na miejscu Amy. Było 

jeszcze ciepłe. Fuj! Skupiłam się na amulecie i pozwoliłam, by wyrosły z niego nowe nici, 

które   zakotwiczyły   mnie   w   teraźniejszości.   Po   chwili   znowu   stałam   się   widzialna. 

Wiedziałam, że Josh na mnie patrzy, ale ja nie byłam w stanie na niego spojrzeć. Grace 

uspokoiła się i przycupnęła na lampie, gdzie jej słaby blask prawie zanikł.

–   Nie   ma   to   jak   dowiedzieć   się   co   nieco   na   swój   temat,   prawda?   –   mruknęłam. 

Poruszył się niespokojnie.

– To banda półgłówków – powiedział, przysuwając do mnie szklankę. – Naprawdę 

bardzo mi przykro. Nie powinienem był mówić o tobie takich rzeczy. Ale wtedy leszcze się 

nie znaliśmy.

Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy, więc zaczęłam bawić się słomką.

– To twoi kumple.

Wzruszył ramionami.

– Niezupełnie. Amy jest tak zachwycona sobą, że uważa się za lepszą od całej reszty. 

Len to tchórz, który lubi się znęcać nad innymi. Nie dałem mu się w trzeciej klasie i od tego 

czasu udajemy kumpli, żeby nie musiał znowu próbować mnie pobić. A Parker... myślę, że 

pozwalają mu się włóczyć za sobą, bo lubią się z kogoś nabijać, a on tak bardzo chce z nimi 

być, że im na to pozwala.

Upiłam łyk coli i zadrżałam, kiedy zimny płyn spłynął mi do gardła. Jeśli z takimi 

ludźmi dotąd trzymał, nic dziwnego, że mnie polubił. Zaczynałam czuć się trochę lepiej, tym 

bardziej   że   usłyszałam   krzyk   Amy   na   parkingu.   Spojrzałam   w   okno   i   zobaczyłam,   że 

gwałtownie odskoczyła od samochodu Lena, przyciskając dłoń do twarzy. Wrzeszczała przy 

tym coś o swoim nosie. Za moimi plecami rozległ się złośliwy chichot Grace.

– Dziękuję – powiedziałam nieśmiało. – Wiesz, za , to, że mnie broniłeś.

Uśmiechnął się, a mnie serce podskoczyło w piersi.

– Daj spokój – odparł i zabrał się do swoich frytek. Ale ja wiedziałam, że tego nie 

zapomnę. Nigdy. Nasze oczy spotkały się nad stolikiem.

– Potrafisz stać się niewidzialna.

– Tak – powiedziałam przeciągle, z satysfakcją. Odchyliłam się w tył, wyciągnęłam 

przed siebie ramiona i splotłam palce, aż chrupnęło mi w kościach. Trudno wkurzać się na 

jakichś frajerów ze szkoły, kiedy człowiek umie stać się niewidzialnym.

– Kairos jest bez szans. Wystarczy, że znajdziemy jakieś ustronne miejsce i oddalisz 

się ode mnie na tyle, żeby czarne skrzydła mogły cię wyniuchać. Wtedy pojawi się Kairos, a 

background image

ja stanę się niewidzialna i zwinę mu amulet. – Uśmiechnęłam się.

– Potem szybko stamtąd zwiejemy, a on będzie musiał zniknąć do czasu, aż zrobi 

sobie kolejny.

Poczułam się naprawdę wspaniale, a on się roześmiał. Potem dokończył frytki i rzucił 

okiem na zegarek. Było na nim więcej przycisków niż na kalkulatorze.

– To co, zrobimy tak?

Spojrzałam w okno. Na dworze cienie zaczynały się wydłużać.

– Tak. Ale nie tu. Znasz jakieś spokojne miejsce?

– Hm, a co powiesz na Rosewood Park?

Grace sfrunęła z lampy i zatrzepotała skrzydłami tuż przed moją twarzą.

– Madison, jestem tylko aniołem pierwszej sfery i w ogóle, ale nie rób tego. Nie znikaj 

więcej. Zaczekaj na Barnabę. Proszę. Czuję, że to niebezpieczne.

Machnęłam ręką.

– Nie mogę czekać na Barnabę. Poza tym skoro dla Siebie jestem niewidzialna, Kairos 

także mnie nie zobaczy. A nie możesz złapać tego, czego nie widzisz.

–   A   inni?   –   spytała   Grace   z   niepokojem.   –   Są   jeszcze   inni.   Dla   mnie   jesteś 

niewidzialna, ale może dla kogoś innego nie.

To była nieprzyjemna myśl. Usiadłam na twardym siedzeniu i zaczęłam się nad tym 

zastanawiać.

–  Co   ona   powiedziała?   –  spytał   Josh.   Próbował   ją   zobaczyć,   podążając   za   moim 

wzrokiem. Westchnęłam teatralnie, by pokazać, że nie przejmuję się jej obawami.

– Nie chce, żebym znikała, bo wtedy mnie nie widzi. Uważa, że to niebezpieczne.

Grace prychnęła z urazą.

– Nie chodzi o to, że ja cię nie widzę, tylko o to, że ktoś inny może cię widzieć.

Josh uniósł brwi.

– Nie wiedziałem, że to jest niebezpieczne.

–   No,   raczej   nie   jest   –   odparłam.   –   Poza   tym   jeśli   teraz   nie   rozprawimy   się   z 

Kairosem, kto wie, co może się wydarzyć w nocy. Nie możesz przecież nocować u mnie. Mój 

tata jest super, ale nie mogę mu powiedzieć, że zostaniesz u nas na noc, bo mój anioł stróż 

musi cię chronić. Wątpię, żeby to zrozumiał. Chyba wolałabym spotkać się teraz z Kairosem 

niż z tatą, jak spóźnię się do domu.

Josh skrzywił się lekko.

– Ja też wolałbym nie pakować się teraz w kłopoty – stwierdził.

Zdenerwowana, upiłam łyk coli. Jeśli nie wrócę na kolację, tata przez miesiąc nie 

background image

pozwoli   mi   wychodzić   z   domu   –   jeśli   będę   miała   szczęście.   Ale   jeśli   teraz   czegoś   nie 

zrobimy, Josh może nie przeżyć nocy.

– Nie wróciłam do domu na czas o jeden raz za dużo i dlatego zostałam przysłana tutaj 

– mruknęłam cicho, bardziej do siebie niż do Josha. – Poza tym co by nam to dało? Rano, 

kiedy nas znajdą, ty wylądujesz na drugim końcu miasta, a ja będę siedziała zamknięta w 

swoim pokoju. To nam na pewno nie pomoże. Nie, spotkajmy się z Kairosem teraz, kiedy 

mamy jakiś wpływ na to, kiedy i jak to się stanie.

– Madison, nie – zaprotestowała Grace, trzepocząc skrzydłami tak szybko, że chyba 

nawet Josh mógł zobaczyć jej blask. – Zaczekaj, aż wróci Ron albo Barnaba. Możesz to 

zrobić wtedy.

Westchnęłam ze zniecierpliwieniem.

– Gdyby któryś z nich tu był, w ogóle nie musiałabym tego robić. W tym rzecz!

– Ale myślę, że nie robisz tego tak, jak trzeba – odparła Grace, cofając się nieco. – 

Powinnam słyszeć śpiew twojej duszy, nawet kiedy jesteś niewidzialna, a go nie słyszę! Nie 

rób tego, proszę.

– Albo zrobimy to teraz – powiedziałam w nadziei, że Josh w końcu zaczął mnie 

rozumieć – albo nie będziemy mogli wrócić do domu, a wtedy zyskamy tylko tyle czasu, ile 

będą potrzebowali nasi rodzice, żeby nas znaleźć. Nie mam zamiaru ryzykować życia Josha w 

nadziei, że Ron się do tej pory pojawi. Więc jeśli nie chcesz zostać na noc z Joshem, nie 

mamy po co czekać na Barnabę.

Znieruchomiałam nagle, a Josh spojrzał na mnie, z namysłem marszcząc brwi.

– Hej, to nie jest wcale taki zły pomysł – powiedziałam, unosząc się lekko. – Moja 

anielica może pójść z tobą do domu. Będziesz bezpieczny i żadne z nas nie wpadnie w 

tarapaty.

– Co? – mruknęła świetlista kula. – Nie. Mam chronić ciebie. Ron osobiście zlecił mi 

to zadanie. Mam dbać o twoje bezpieczeństwo.

– Cóż, jeśli nie pójdziesz z nim, poszukam Kairosa i na pewno wpakuję się w jakieś 

kłopoty.

Josh konspiracyjnie pochylił się nad stolikiem.

– Co ona mówi?

Z uśmiechem zastukałam paznokciami w blat stolika. Rozwiązanie problemu patrzyło 

mi w twarz całe popołudnie, wyśpiewując limeryki.

– Jeśli mój anioł stróż zostanie z tobą, nic ci się nie stanie. Ona potrafi ukryć twoją 

aurę tak samo jak moją.

background image

– A ty? – spytał Josh, kiedy Grace, podenerwowana, zaczęła trzepotać skrzydełkami 

nad stolikiem.

– Nic mi nie będzie – odparłam pewnie. – Kairos nie zna rezonansu mojego amuletu.

Nie wie, gdzie mieszkam. Nie znajdą mnie, jeśli najpierw nie znajdą ciebie. A gdyby 

nawet mnie znaleźli, po prostu stanę się niewidzialna. – Odwróciłam się do świetlistej kulki. – 

Więc sama widzisz, że powinnaś pójść z Joshem. Także w moim interesie.

– Nie – odparła Grace stanowczo. – To tak nie działa. Kazano mi chronić ciebie.

– A ja mówię ci, żebyś poszła z nim! – wykrzyknęłam i szybko zniżyłam głos, bo z 

areny skatingowej wyszło trzech chudych chłopaków z deskorolkami.

Świetlista kula tak gwałtownie zbliżyła się do mojej twarzy, że aż odskoczyłam.

–   Słuchaj   no,   panienko   –   rzuciła   Grace   ostro.   –   Nie   możesz   mi   rozkazywać.   Ja 

przyjmuję rozkazy od Rona, a ty, mała, nie nazywasz się Ron.

Pochyliłam się i teraz to ona się cofnęła.

– Pójdziesz z Joshem, Grace – powiedziałam z mocą. – I to już. Zanim się rozmyślę.

W przeciwnym razie zmienię się znowu w ducha i spotkam z Kairosem.

– Grace? – szepnęła anielica i jej blask osłabł. – Nadałaś mi imię?

Josh zaczynał się niepokoić, co było zrozumiałe, bo jej nie widział ani nie słyszał, 

więc   wyglądało   to   tak,   jakbym   krzyczała   na   niego.   Zacisnęłam   usta   i   wbiłam   wzrok   w 

światełko wiszące nad stołem. Miałam ochotę wycelować w tę upartą anielicę palec, ale udało 

mi się powstrzymać.

– Grace...

– Pójdę z nim – odezwała się nagle i rozjarzyła światłem. Zabrzmiało to miękko i 

potulnie, a ja zupełnie zapomniałam języka w gębie.

– Madison – ciągnęła – jeśli przez ciebie wpadnę w kłopoty, będę naprawdę wściekła! 

Nigdy wcześniej nikogo nie chroniłam. To moje pierwsze zadanie i jeśli coś sknocę, będę 

musiała powtórzyć całe szkolenie – dodała i przesunęła się w stronę Josha. – Zostanę z nim – 

powiedziała głosem jak płynny miód.

Musiałam wyglądać na oszołomioną, bo Josh spojrzał na mnie pytająco.

– Co się teraz stało? Wyprostowałam się, zaskoczona.

– Hm, cóż, ona zostanie z tobą – powiedziałam. Odetchnął z ulgą, opadł na oparcie 

krzesła i uniósł brwi.

– A więc jednak... zaczekamy?

Kiwnęłam głową. Grace także wyraźnie ulżyło.

– Ale tylko do jutra – dodałam, a Grace się żachnęła. O ile pomarańczowe iskierki, 

background image

które trysnęły ze świetlistej kuli, w ogóle coś oznaczały. – Jeśli Barnaba albo Ron nie pojawi 

się do rana, sprowadzę Kairosa. I zabiorę mu amulet.

– No, to wszystko jasne – mruknął ze śmiechem Josh. – Dobrze. To pozwoli nam 

opracować jakiś dokładniejszy plan. Coś ci powiem. Przyjadę po ciebie rano i zamiast na 

festiwal pojedziemy do Rosewood, zająć się Kairosem. W ten sposób od razu odzyskasz 

swojego anioła.

– To jest jakiś plan – odparłam.

Grace wydała dziwny dźwięk – były w nim dezaprobata i frustracja, ale też nuta, która 

kazała mi się domyślać, że i ona coś planuje. Nie lubiłam kłamać, ale co mogłam w tej 

sytuacji powiedzieć ojcu? „Cześć, tato. Zły wujek Czas chce zabić Josha. Ale nie przejmuj 

się, bo mam zamiar odebrać mu jego cudowny amulet. Wrócę na lunch. Buziaki!”

– Odwiozę cię do domu – powiedział Josh, wstał i zaczaj zbierać swoje rzeczy. – 

Masz numer mojej komórki?

– Nie – odparłam z roztargnieniem, rozmyślając o tym, co się właśnie wydarzyło. 

Rany, wydałam rozkaz anielicy, a ona go przyjęła. Choć jeszcze chwilę wcześniej gwałtownie 

się temu sprzeciwiała. Dopiłam colę i zadrżałam.

Ja rozkazująca aniołom. To się nie mogło dobrze skończyć.

background image

ROZDZIAŁ 7

Niebo było bezchmurne, temperatura idealna, wiał lekki wietrzyk.

Wspaniały dzień. A w każdym razie będzie wspaniały, pomyślałam, jeśli uda mi się 

wrócić do domu, zanim tata się obudzi.

Z daleka dobiegał cichy szum samochodów. Ostrożnie oparłam rower o ścianę garażu 

i, mrużąc oczy w porannym słońcu, spojrzałam na zegarek. Szósta czterdzieści. W soboty tata 

lubił pospać nieco dłużej, jednak wiedząc, że za niecałą godzinę muszę wyjść, mógł już 

wstać. Powinnam była wrócić wcześniej, ale trudno mi było zdać się na Grace i opuścić ulicę 

Josha   –   tym   bardziej   że   nad   horyzontem   dostrzegłam   unoszące   się   czarne   skrzydło. 

Umówiłam się z Joshem, że przez całą noc będziemy pisali do siebie esemesy, więc kiedy 

koło drugiej przestał mi odpisywać, wymknęłam się z domu, żeby sprawdzić, czy u niego 

wszystko  w  porządku. Okazało się, że po prostu zasnął, a ja byłam  teraz  zesztywniała  i 

wilgotna od rosy, a w dodatku groziło mi, że mimo wszelkich starań tata i tak zabroni mi 

wychodzić z domu.

Zwykle  spędzałam  nocne godziny, kiedy inni  byli  pogrążeni  we śnie,  surfując  po 

Internecie albo ćwicząc na dachu z Barnabą, ale umiejętność bezszelestnego wymykania się z 

domu, którą nabyłam, mieszkając z mamą, nie na długo poszła w zapomnienie. Przynajmniej 

raz w tygodniu wychodziłam, by włóczyć się po ciemnych ulicach, łudząc się, że zdołam 

choć na chwilę uciec przed Barnabą i nudą.

Kiedy więc Josh przestał do mnie pisać bez trudu się wymknęłam. Nad jego domem 

nie krążyły czarne skrzydła, ale jakoś nie potrafiłam stamtąd odejść. Resztę nocy spędziłam 

ukryta za drzewem, rozmawiając z Grace i usiłując nie czuć się jak intruz. Nie uśmiechało mi 

się wychodzenie z domu bez pozwolenia ani okłamywanie taty, ale nie miałam wielkiego 

wyboru.

Należący do sąsiadów golden retriever zaszczekał na mój widok. Żeby go uciszyć, 

sięgnęłam do koszyka po ciastko, które zostawiłam tam w ubiegłym tygodniu. Pies radośnie 

pomachał   ogonem,   więc   ostrożnie   weszłam   na   srebrny   pojemnik   na   śmieci   –   który 

pieczołowicie umieściłam na właściwym miejscu po ostatniej wizycie śmieciarzy. Jedną ręką 

chwyciłam  się parapetu  garażowego okna, a drugą sięgnęłam do niskiego daszku. Potem 

oparłam stopę o okno, odepchnęłam się i po chwili wylądowałam na brzuchu na dachówkach. 

Pies   patrzył   na   mnie,   dysząc,   jakby   czekał   na   kolejne   ciastko.   Usiadłam,   zadowolona,   i 

otrzepałam kurz z ubrania.

– Ciągle znam się na rzeczy – mruknęłam do siebie. To właśnie przez takie numery 

background image

wylądowałam tutaj.

Mama powiedziała, że albo pojadę do taty, albo ona zamontuje kraty w oknach.

Pochylona,   weszłam   bokiem   na   szczyt   dachu,   ignorując   dryfujące   bez   celu   nad 

horyzontem czarne skrzydło. Położyłam się na brzuchu i wyjrzałam. Pani Walsh siedziała 

przy małym kuchennym stole, z włosami nawiniętymi na wałki, i czytała gazetę.

– Mam cię, ty stary nietoperzu – szepnęłam. Przysięgam, ta kobieta tylko czekała, 

żeby mnie na czymś przyłapać. Przypominała mi znudzone panie z klasy średniej, dla których 

musiałam być miła, kiedy mama zapraszała je na lunch, próbując zebrać pieniądze na taki czy 

inny   cel   charytatywny.   W   pewnym   sensie   brakowało   mi   teraz   tych   oficjalnych 

podwieczorków,   a   nawet   poprzedzających   je   zwykle   awantur   o   najnowszy   kolor   moich 

włosów czy zmywalne tatuaże, starannie przyklejane w taki sposób, by było je widać spod 

stroju grzecznej dziewczynki. Patrząc na mamę, taką elegancką, uperfumowaną i uprzejmą, 

świetnie się bawiłam – szczególnie że wiedziałam, iż miała ochotę udusić te skąpe, skupione 

na sobie baby. Może byłam bardziej podobna do mamy, niż mi się wydawało.

Na myśl o mamie uśmiechnęłam się pod nosem. Rozmawiałam z nią poprzedniego 

wieczoru,   kiedy   zadzwoniła,  żeby  sprawdzić,   czy  u   mnie   wszystko   w   porządku.   Zawsze 

bezbłędnie wyczuwała, kiedy byłam w tarapatach, zupełnie jakby miała jakiś radar, który 

najwyraźniej działał nawet z Florydy. Naprawdę nie wiem, jak ona to robiła.

Przekręciłam się na bok, wcisnęłam rękę do kieszeni i wyciągnęłam telefon. Na widok 

wiadomości od Josha ogarnęło mnie miłe podniecenie. Obudził się o czym już wiedziałam, bo 

słyszałam, jak zadzwonił jego budzik – i pisał, że będzie u mnie za pół godziny. Odpisałam 

mu krótko, a potem wcisnęłam trójkę. Kilka sekund później pani Walsh wstała i zniknęła w 

głębi domu. Nie byłam w stanie powstrzymać uśmiechu.

Kiedy tylko odwróciła się plecami do okna, zamknęłam telefon i nucąc melodię z 

Mission Impossible, wstałam, ześliznęłam się po drugiej stronie dachu, bez trudu wskoczyłam 

na   dach   dokładnie   nad   oknami   mojego   pokoju.   Szybko   wyjęłam   z   okna   siatkę   przeciw 

owadom i zsunęłam ją na dywan. Zeszłam na parapet, zdjęłam buty i wrzuciłam je do środka 

– mokre ślady na podłodze mogłyby mnie zdradzić. Pamiętałam o tym, bo dostałam nauczkę, 

kiedy po nocnym spacerze po plaży na Florydzie mój żółty dywan był cały w błocie, a ja 

przez tydzień nie mogłam wychodzić z domu.

Uśmiech zadowolenia znikł z mojej twarzy, bo zaraz potem poczułam zapach świeżo 

parzonej kawy i usłyszałam szum wody lejącej się w łazience.

– Świetnie   – mruknęłam.  Nie  miałam  pojęcia,  czy tata  zdążył zajrzeć   do mojego 

pokoju przed prysznicem. Wiedziałam już, że wkładanie poduszek pod kołdrę nie działa, 

background image

zostawiłam więc łóżko nieposłane, w nadziei, że będzie to wyglądało tak, jakbym poszła do 

łazienki. Zaniepokojona, drżącymi rękami umieściłam siatkę z powrotem w oknie. Powinnam 

była posłuchać Grace i wrócić do domu wcześniej.

Nerwowo   naciągnęłam   narzutę   i   ułożyłam   ozdobne   poduszki,   które   rzuciłam 

wieczorem na podłogę. Nie znosiłam spóźniać się do domu. Byłam nieostrożna. Tata pewnie 

zawołałby mnie, gdyby zauważył, że Wychodzę – a może nie, może chciałby sprawdzić, jak 

daleko zabrnę w kłamstwa, zanim prawda wyjdzie na jaw? Tata był łagodniejszy od mamy, 

ale miewał czasami diabelskie pomysły. To pewnie po nim odziedziczyłam tę cechę.

Mama  uśmiechała   się  do  mnie  ze   zdjęcia  przy  lustrze.  Odwróciłam  je   do  ściany. 

Szybko zdjęłam wczorajsze ubranie i wskoczyłam pod prysznic, żeby rozgrzać się po nocnym 

spacerze. Wiedziałam, że dzisiaj muszę zdobyć nowy amulet Kairosa. Nie miałam czasu, by 

czekać, aż uratuje mnie Ron albo Barnaba. Kairos w końcu znajdzie mnie albo Josha, to tylko 

kwestia czasu. A ja czułam, że nie wytrzymam kolejnej nocy takiej jak ta, którą właśnie 

miałam za sobą. Naprawdę nie wiem, jak Barnaba i Grace sobie z tym radzili.

Odświeżona szybkim prysznicem, wytarłam się ręcznikiem i włożyłam żółte rajstopy, 

żeby ukryć zadrapanie na nodze. Potem włożyłam czarny top, krótką fioletową spódniczkę i 

rozpinaną bluzę w tym samym kolorze. Tenisówki ciągle jeszcze były mokre od porannej 

rosy, ale wytarłam tylko podeszwy i włożyłam je na nogi, choć nie było to przyjemne. Nie 

mogłam wybrać innych butów – te zostały dopasowane specjalnie do tego stroju. A jeśli Amy 

nie podoba się, że jestem taka oryginalna, tym gorzej dla niej.

Jestem   właśnie   taka,   pomyślałam.   Naprawdę   byłam   już   zmęczona   próbami 

dostosowania się do innych. Poza tym Joshowi podobały się moje fioletowe włosy.

Zadowolona, usiadłam na łóżku i przyciągnęłam do siebie aparat fotograficzny. Do 

jego przyjazdu zostało jeszcze pięć minut. Wystarczy, by wysłać moje zdjęcie do Wendy. 

Poprzedniego   wieczoru   dostałam   od  niej   mejla   ze   zdjęciem,   na   którym   stała   na   plaży  o 

zachodzie słońca, razem z moim dawnym chłopakiem. Dobrze razem wyglądali i kiedy już 

przeszła mi złość, zrozumiałam, że najwyższy czas sobie odpuścić. Chciałam, żeby wszystko 

pozostało takie jak kiedyś, ale to było niemożliwe. Wysyłałam mejle w przeszłość, chcąc, by 

stała się moją przyszłością, ale moja przyszłość była gdzie indziej. Nie znaczyło to jednak, że 

nie mogę doprowadzić Wendy do szału zazdrości z powodu moich żółtych rajstop.

Wstałam i wygładziłam spódniczkę. Miałam nadzieję, że cały dzień będzie tak ciepły, 

jak wróżył poranek. Wzięłam aparat, przybrałam bojową pozę i stanęłam tak, żeby zrobić 

zdjęcie   swojemu   odbiciu   w   lustrze   nad   toaletką.   Zirytowana,   odłożyłam   aparat.   W   kadr 

wchodziło też moje łóżko, nadal niezbyt starannie pościelone.

background image

W miarę zrobiłam z tym porządek. Na honorowym miejscu, między koronkowymi 

poduszkami, które umieścił tu tata, uważając, że mi się spodobają, posadziłam pluszowego 

misia-wampira, prezent od Wendy. Pokój ani trochę nie przypominał ciemnej nory w domu 

mojej   mamy.   Biała   toaletka   malowana   w   pączki   róż   była   zupełnie   nie   w   moim   stylu, 

podobnie   jak   staroświecka   narzuta   i   koronkowe   poduszki,   które   zrzucałam   co   wieczór   z 

łóżka.   Ale   bladoróżowe   ściany   sprawiały   przytulne   wrażenie   i   pasowały   do   kremowego 

dywanu. Tata najwyraźniej nie zauważył, że nie mam już sześciu lat i wypełnił mój pokój 

dziewczyńskimi   białymi   i   różowymi   przedmiotami,   jakich   od   lat   starałam   się   unikać. 

Poprawiając poduszki na łóżku, znieruchomiałam nagle, bo uświadomiłam sobie, że pokój 

jest niemal dokładnie taki sam jak ten, który zajmowałam, kiedy rodzice jeszcze mieszkali 

razem. Tak jak kuchnia i salon, przypominał o dawnym życiu mojego taty. Widocznie on też 

nie umiał odpuścić.

W   zamyśleniu,   podniosłam   aparat.   Brakowało   mi   Wendy.   Znałyśmy   się   od  piątej 

klasy. Teraz, kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że prawdopodobnie to jej zasługa, że nigdy 

nie należałam do najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Była jeszcze bardziej odjechana 

niż   ja,   ale   nie   chciałam   się   z   nią   rozstać,   kiedy   w   końcu   grono   pięknych   i   bogatych 

postanowiło   mnie   przyjąć.   Wendy   towarzyszyła   mi   więc   kilka   razy,   z   lunchem   w 

ekologicznej torbie, słuchając zaangażowanej politycznie muzyki. Wiedziała, że popełniam 

błąd, ale czekała spokojnie, aż sama się o tym przekonam. Szanse na znalezienie drugiej 

takiej przyjaciółki  wśród  wszystkich  tych  Amy i Lenów wydawały się nikłe. Za to Josh 

okazał się naprawdę super.

Migawka   trzasnęła,   a   ja   opuściłam   rękę   i   przestałam   się   uśmiechać.   Podłączyłam 

aparat do laptopa.

Przynajmniej on przyjechał tu razem ze mną, i był odpowiednio czarny i posępny. 

Teraz słuchałam na nim mojej ulubionej alternatywnej kapeli. Pokazała mi ją Wendy, ale 

szczerze   mówiąc,   agresywne   dźwięki   trafiały   do   mnie   bardziej   niż   zawarte   w   tekstach 

przesłanie. Zrzuciłam zdjęcie na komputer i otworzyłam je, żeby sprawdzić rozdzielczość.

Na mojej skórze ciągle utrzymywała się opalenizna z Florydy, ale to chyba dlatego, że 

nie   mam   prawdziwego   ciała.   Za   to   fioletowe   końcówki   włosów   zaczęły   blaknąć.   Odkąd 

umarłam, ani trochę nie urosłam i zastanawiałam się, czy już zawsze będę wyglądała tak jak 

teraz.   Spojrzałam   na   swoją   płaską   pierś   i   westchnęłam.   Niedobrze.   Bardzo   niedobrze.   A 

potem przyjrzałam się zdjęciu dokładniej i zmarszczyłam brwi.

– Och... – wyszeptałam i ogarnęła mnie panika. Za mną widać było łóżko. Czy też 

raczej łóżko było widać przeze mnie. Przerażona popatrzyłam na swoje ręce. Wydawały się 

background image

zupełnie normalne, ale na zdjęciu było inaczej.

– Och... – powtórzyłam i stanęłam przed lustrem.

Serce,   czy   też   jego   wspomnienie,   biło   mi   jak   oszalałe.   W   lustrze   wyglądałam 

normalnie, ale kiedy wzięłam aparat i spojrzałam na siebie przez obiektyw...

–   Och!   –   powiedziałam   po   raz   trzeci.   Nie   tak   wyraźnie   jak   na   zdjęciu,   jednak 

widziałam za sobą krawędź łóżka i zarys poduszek.

Była to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebowałam. Za chwilę do drzwi zastuka Josh i 

zabierze mnie na wojnę ze złym władcą żniwiarzy ciemności. Nie miałam czasu na zabawy. 

Zdenerwowana, zacisnęłam palce na amulecie i przymknęłam oczy, próbując „zduchowacieć”

tak jak poprzedniego dnia i sprawdzić, co się dzieje. Może przerwałam zbyt wiele 

więzi, kiedy ćwiczyłam znikanie? Może nieświadomie rozpoczęłam jakiś proces, którego nie 

sposób już zatrzymać? Grace mówiła, żebym tego nie robiła! Ale teraz przede wszystkim 

muszę przestać się trząść!

Czas spędzony na dachu z Barnabą, który uczył mnie też technik relaksacyjnych, nie 

był stracony. Po chwili przyspieszone bicie serca ustało. Rozluźniłam szczęki i wyobraziłam 

sobie   linię  mojego   życia   oraz  podobną   do  pajęczyny   sieć,  która   łączyła   ją  z  kosmosem. 

Natychmiast się uspokoiłam. Nici wiążące mnie z teraźniejszością były bardzo wyraźne.

Widziałam   myśli,   wyrzucane   w   przyszłość   z   taką   samą   prędkością,   z   jaką   słońce 

sunęło po niebie. Ciągnęły mnie za sobą. Nadal byłam częścią wszechświata. Niczego nie 

zepsułam.

– No to dlaczego stałam się przezroczysta? – wyszeptałam. Przestałam panikować, ale 

ciągle byłam niespokojna. Zrzuciłam na laptop zdjęcie swoich butów. Miałam je na sobie, 

kiedy je zrobiłam. Przyjrzałam mu się dokładnie, mrużąc oczy, ale fragment łydek, który 

zmieścił się w kadrze, wyglądał całkiem normalnie. Z ulgą umieściłam oba zdjęcia w koszu i 

zaraz   go   opróżniłam.   Wendy   będzie   musiała   się   bez   nich   obejść.   Już   nigdy   nikomu   nie 

pozwolę się sfotografować.

Usłyszałam   samochód   podjeżdżający   pod   dom   i   wyjrzałam   przez   okno.   Była   to 

błękitna furgonetka Josha. Uśmiechnęłam się do siebie. Przyjechał. Nareszcie.

Odłączyłam   aparat   od   komputera,   chwyciłam   portfel   i   poklepałam   się   po   tylnej 

kieszeni, sprawdzając, czy mam telefon, po czym wybiegłam do przedpokoju. Żeby tylko tata 

nie wiedział, że wychodziłam w nocy... To wszystko mogło zaraz się skończyć, i to w bardzo 

nieprzyjemny sposób.

– Madison! – zawołał tata. – Josh przyjechał!

Jego głos brzmiał spokojnie i pogodnie. Odetchnęłam z ulgą.

background image

– Już idę! – odkrzyknęłam, zbiegając ze schodów. Tata czekał na dole, uśmiechnięty, 

w dżinsach i sportowej koszuli. Znowu mi się udało. O włos...

– Nie zapomnij drukarki – powiedział, podając mi niewielki futerał. – Włożyłem ci 

tam dodatkowy papier i atrament – dodał, a ja, z poczuciem winy, zarzuciłam pasek na ramię.

– Będziesz mogła zrobić tyle zdjęć, ile zechcesz.

– Jezu, tato – mruknęłam, zaglądając do środka. – Myślisz, że ile osób będzie chciało 

zrobić sobie zdjęcie?

Tak naprawdę przecież w ogóle się tam nie wybierałam. Jak mu później wytłumaczę, 

dlaczego   nie   skorzystałam   z   drukarki?   Ale   musiałam   spotkać   się   z   Kairosem   teraz,   bez 

względu   na   to,   co   myślała   o   tym   Grace.   Jeśli   uważała,   że   naprawdę   jestem   w 

niebezpieczeństwie, powinna poszukać Rona.

– Znam cię – powiedział tata. – Kiedy już weźmiesz aparat do ręki, nie umiesz się 

powstrzymać. Uznaj to za mój wkład w ten festiwal. Wolny od podatku!

– Uśmiechnął się szeroko, a jego pociągła twarz cała się rozjaśniła. – Mnie naprawdę 

podobają   się   twoje   zdjęcia  –  dorzucił   i   uścisnął   mnie   mocno   –   więc   innym   także   się 

spodobają. Ładnie dzisiaj wyglądasz. Miałaś rację, fiolet to twój kolor. – Zamyślił się nad 

czymś,   a   potem   spojrzał   przez   okno   na   samochód   Josha.   –   Chyba   nie   pokłóciłaś   się   z 

Barnabą, co?

Zatrzymałam się przy drzwiach. No tak.

– Tato, mówiłam ci już, że z Barnabą tylko się przyjaźnię.

– On często się koło ciebie kręci jak na przyjaciela – mruknął tata ostrzegawczo.

– Jest tylko moim kumplem i wie o tym – odparłam I stanowczo. – Dzisiaj po prostu 

wybieram się z Joshem na festiwal, to nic wielkiego. Może Barnaba też tam przyjdzie i 

spędzimy trochę czasu we troje.

Tata pokiwał głową, a potem położył mi dłoń na ramieniu.

–   Wygląda   na   to,   że   masz   wszystko   pod   kontrolą   –   ;   powiedział,   a   ja   z   trudem 

zdusiłam histeryczny śmiech.

– Baw się dzisiaj dobrze.

– Dzięki – odparłam, czując, jak ogarnia mnie niepokój. Już prawie słyszałam, jak 

Grace śpiewa o dziewczynie, co dużo kłamała, aż w końcu nogę złamała.

– Dziękuję za drukarkę i w ogóle. – Byłam naprawdę okropną córką. No, ale tata w 

końcu   o   tym   wszystkim   wiedział,   kiedy   mama   mnie   tu   przysłała.   Prawie   o   wszystkim. 

Wyszedł za mną na ganek, a Josh wysiadł z samochodu.

–   Dzień   dobry,   panie   A.   !   –   zawołał   i   pomachał   ręką.   Miał   na   sobie   dżinsy   i 

background image

podkoszulek, ale w furgonetce tkwiła torba z jego sportowym sprzętem. Pokazówka na użytek 

rodziców, jak sądzę.

Spojrzałam  w niebo, szukając czarnych  skrzydeł,  a potem szybko  wskoczyłam  do 

furgonetki,   by   jak   najszybciej   odjechać.   Dzwoneczek   przy   radioodbiorniku   rozjaśnił   się 

lekko, kiedy zapięłam pas.

– Grace, czy twoim zdaniem wyglądam normalnie? – spytałam, pamiętając o zdjęciu. 

– Nie jestem rozrzedzona? To znaczy przezroczysta?

Trzepot skrzydeł przybrał na sile.

– Nie – odparła, unosząc się nade mną. – A dlaczego pytasz?

Wzięłam głęboki oddech, żeby jej o wszystkim opowiedzieć, ale zmieniłam zdanie, bo 

w tej samej chwili Josh otworzył drzwi.

– Później ci powiem – mruknęłam.

Josh usiadł za kierownicą i spojrzał na mnie pytająco.

– Poczucie winy? – zakpił na widok mojej zmartwionej twarzy. Przewróciłam oczami.

– Josh – powiedziałam, starając się, by zabrzmiało to światowo. – Kiedy moja matka 

sądziła,   że   śpię,   wyprawiałam   rzeczy,   od   których   włosy   stanęłyby   ci   dęba   na   głowie.   – 

Zaśmiał się, a ja ciągnęłam: – Po pierwszym spotkaniu z Kairosem pożegnałam się z życiem. 

Więc jestem trochę nerwowa, rozumiesz.

Nie miałam zamiaru informować go, że przez całą noc obozowałam pod jego domem. 

Facet ma swoją dumę.

Josh obejrzał się przez ramię i wycofał samochód na ulicę.

– Przepraszam – rzucił cicho.

Przyspieszył i ruszyliśmy w stronę miasta, a ja pomachałam do taty, który ciągle stał 

na ganku. Czy można sobie wyobrazić bardziej krępującą sytuację?

– Dzięki, że napisałeś do mnie rano – powiedziałam. – O świcie widziałam czarne 

skrzydło. A ty?

– Nie. – Zmarszczył brwi, podniósł okulary i skręcił w stronę Rosewood. – Cieszę się, 

że   przetrwaliśmy   tę   noc,   ale   dzisiaj   naprawdę   musimy   zdobyć   amulet   Kairosa.   Nie 

wytrzymam dłużej z Grace.

– Naprawdę? – spytałam, a anielica tylko prychnęła.

– Wieczorem, kiedy byłem pod prysznicem, zabrakło gorącej wody i jestem pewny, że 

to   jej   sprawka.   Internet   nie   działał.   A   mój   brat   przez   całą   noc   uderzał   stopą   w   ścianę. 

Madison, ona doprowadza mnie do szału.

Z dzwoneczka dobiegł dźwięczny chichot.

background image

– Josh zaciąłby się brzytwą, bo chciał się golić bez lustra, a jego brat miał zamiar 

zrobić coś złego, więc przerwałam połączenie z Internetem. A kiedy klął, uderzał stopą w 

ścianę.

Spojrzałam na złocistą poświatę, otaczającą dzwonek. Golił się? Zacisnęłam usta, bo 

przypomniał mi się zwalony słup. Najwyraźniej Grace nie wahała się zrobić zamieszania, jeśli 

było mniejszym złem niż to, co, jej zdaniem, mogło się wydarzyć, gdyby nie interweniowała.

– No, to drobiazg, Grace. Nic się nie stało – powiedziałam, chcąc ją udobruchać. – Do 

południa wszystko się poukłada. – Pomyślałam o swoim zdjęciu i o czarnych skrzydłach, po 

czym  wzięłam  głęboki oddech,  którego  nie potrzebowałam.  – Josh  jest  cały i zdrowy,  a 

byłoby inaczej, gdybyś z nim nie została. Nie cieszy cię to?

– O, taaak – mruknęła przeciągle, strasznie z siebie zadowolona. Spojrzałam z ukosa 

na Josha.

– Okropnie jest zarozumiała – stwierdziłam.

– Świetnie – odparł. – Grace... – Chyba już się oswoił z gadaniem w przestrzeń. – 

Nawet jeśli złapiemy gumę w drodze do parku, nie będzie to miało żadnego znaczenia. I tak 

zrobimy to, co zamierzamy, tyle że na drodze, zamiast w ustronnym miejscu, gdzie innym 

ludziom nic by nie groziło.

Dzwoneczek zakołysał się lekko.

– Wszystko w porządku – westchnęła Grace.

– Nie podoba mi się to – mruknęłam. Niepokój nasilał się, w miarę jak zbliżaliśmy się 

do parku i na drodze pojawiało się coraz więcej samochodów. Niektóre były już zaparkowane 

na poboczu. Wysiadały z nich rodziny z dziećmi. Rosewood nie był dużym parkiem i rzadko 

coś się tam działo, nawet w niedzielne poranki.

–   Madison?   –   odezwał   się   Josh,   kiedy   podjechaliśmy   pod   park   i   stanęliśmy   na 

pierwszym wolnym miejscu. Zaraz potem tuż za nami zatrzymał się jakiś van i zostaliśmy 

złapani   w   pułapkę.   Josh   podjechał   do   przodu,   w   stronę   kobiety   w   szkolnej   czapce. 

Najwyraźniej kierowała ruchem i wszyscy zatrzymywali się przy niej, żeby porozmawiać.

Grace zaczęła się śmiać i wtedy zrozumiałam, o co chodzi. Festiwal, który miał się 

odbyć   w   Blue   Diamond,   został   przeniesiony   tutaj.   Świetnie.   Po   prostu   świetnie.   Nic 

dziwnego, że Grace była w wyśmienitym humorze.

– Grace! – wrzasnęłam i Josh spojrzał na mnie ostrzegawczo, opuszczając szybę. – 

Nie mam na to czasu! Muszę spotkać się z Kairosem i odzyskać swoje życie!

Kobieta w czapeczce spojrzała na nas, mrużąc w słońcu oczy.

– Bierzecie udział czy jesteście gośćmi? – spytała. Dzwoneczek poruszył się lekko.

background image

– Jedna panna zarozumiała wszystkie rozumy pozjadała. Aniołom chciała rozkazywać, 

aż się musiało wydać, że za wiele nie umiała.

Josh wychylił się z okna.

– Hm, bierzemy udział. Ja biegam, a ona robi zdjęcia.

Podniosłam do góry aparat, ale nie miałam czystego sumienia. Nie przyjechałam tu, 

żeby robić zdjęcia, choć na tym mogło się skończyć.

Kobieta spojrzała z ukosa na zatłoczony parking.

– Jedzcie do samego końca. Uczestnicy mają swoje miejsca na trawie. Widzicie te 

żółte balony? To tam.

–   Żółte   balony!   –   zaśpiewała   Grace,   fruwając   po   furgonetce,   zachwycona   swoim 

podstępem. Josh kiwnął głową, ale nie ruszył.

– Dlaczego festiwal nie odbywa się w Blue Diamond?

Kobieta uniosła brwi.

–   Och,   to   naprawdę   przedziwna   historia!   –   wykrzyknęła.   –   Wczoraj   wieczorem 

włączyły się zraszacze i działały całą noc. W całym parku błoto sięga kostek... więc impreza 

została przeniesiona tutaj. Dziękujemy za pomoc. Proszę wstąpić do namiotu na poczęstunek.

Nie było szans, żebyśmy odjechali stąd w najbliższym czasie, więc pochyliłam się i 

zapytałam:

–   Potrzebuję   stolika   pod   drukarkę.   Nie   wie   pani,   z   kim   mogłabym   o   tym 

porozmawiać?

Kobieta poprawiła czapkę i zastanawiała się przez chwilę.

– Myślę, że z panią Cartwright – odparła, spoglądając ponad dachami samochodów w 

stronę   parku.   –   Ona   tu   wszystkiego   dogląda.   Powinna   być   w   tym   zielonym   namiocie. 

Kiwnęłam głową. Widywałam panią Cartwright na korytarzu, ale nie miałam pojęcia, czego 

uczy.

–   Dziękuję   –   powiedziałam   i   cofnęłam   się   na   moje   siedzenie,   coraz   bardziej 

zdenerwowana.

Do diabła z tobą, Grace.

Josh powoli ruszył naprzód.

– Żółte balony – mruknął kwaśno.

Grace przeleciała z jednego końca samochodu na drugi.

– Żółte balony! Żółte baloniki!

Westchnęłam. Zawieszony na szyi aparat zaczynał mi ciążyć.

– Grace, jesteś naprawdę złośliwym aniołem – szepnęłam.

background image

– To było prościutkie – mruknęła zarozumiale.

Najwyraźniej   już   mi   wybaczyła,   bo   przysiadła   na   moim   ramieniu,   trzepocząc 

skrzydłami. Josh spojrzał na samochody, które mijaliśmy powoli, i westchnął.

– Tu nie spotkamy Kairosa.

Grace zachichotała, a ja się skrzywiłam.

– Nie – odparłam. – Nie możemy też stąd odjechać.

– A nawet gdybyś próbował, zaraz złapiesz gumę, Joshua – zapewniła go siedząca na 

moim ramieniu Grace.

Joshua, pomyślałam zaintrygowana.

– Nie próbuj stąd wyjechać – powiedziałam. – Bo złapiesz gumę. Panna Wielbicielka 

Limeryków nic chce, żebyśmy wpadli w jakieś kłopoty.

Do diabła, ale może uda nam się stąd wyjść pieszo? Grace chyba nie postara się, żeby  

któreś z nas złamało nogę?

– Wielbicielka Limeryków? – spytał, ale ja tylko pokręciłam głową.

– Naprawdę nie chcesz wiedzieć.

Tak, Grace pewnie coś by nam złamała, i jeszcze miałaby z tego mnóstwo radochy.

Josh   skupił   się   teraz   na   poszukiwaniu   miejsca,   w   którym   moglibyśmy   zostawić 

furgonetkę. Wjechaliśmy na trawę i sunęliśmy wzdłuż wijącego się sznura samochodów. W 

końcu Josh zatrzymał się w cieniu potężnego dębu. Wysiedliśmy i zatrzasnęliśmy za sobą 

drzwiczki. Wyjął z furgonetki swoją torbę, ja niosłam aparat. Pod drzewem powietrze było 

chłodne i rześkie, a ludzie nadciągający zewsząd w stronę parku, wydawali się radośni i 

podekscytowani. Noc, którą spędziłam pod domem Josha, była długa i męcząca, a ponieważ 

stałam się półprzezroczysta, trochę się bałam znowu zniknąć. Uznałam, że mogę odłożyć 

sprawę   Kairosa   na   kilka   godzin.   Zrobię   w   tym   czasie   trochę   zdjęć.   Nie   będę   aż   taką 

kłamczucha.

– Grace, zostań z nim, proszę – powiedziałam błagalnie, a świetlista kula rozjarzyła 

się   mocniejszym   blaskiem.   –   Na   zawodach   nie   mogę   przecież   biec   obok   niego.   Kula 

przygasła na moment.

– Dobrze – zgodziła się nieoczekiwanie.

Uznałam   tę   potulną   zgodę   za   trochę   podejrzaną.   Powoli   ruszyliśmy   między 

samochodami do parku. Mniej więcej w połowie drogi podniosłam aparat i zrobiłam zdjęcie 

dzieciakowi, który z zachwyconą miną dotykał nosa klauna. Uśmiechnęłam się do siebie, 

obserwując tę scenę przez obiektyw aparatu. Niebo było błękitne, makijaż na twarzy klauna 

kolorowy i staranny. Wyraźny i śmiały.

background image

– Doskonały dzień na zawody – mruknął Josh. Kiwnęłam głową, czując, jak powietrze 

wypełnia mi płuca.

–   Myślę,   że   na   razie   nic   nie   stoi   na   przeszkodzie   –   powiedziałam,   jakbym   się 

obawiała, że jeśli będę chciała odejść, spadnie na mnie meteoryt.

– Obiecałem, że pobiegnę kilka razy. Inaczej nie zbiorę pieniędzy.

Widziałam, że miał na to wielką ochotę. Poprawiłam torbę z drukarką na ramieniu – 

była ciężka, cięższa od złożonej przeze mnie obietnicy. Kairos mógł zaczekać kilka godzin, 

jeśli tylko Grace będzie chroniła Josha.

– Więc do zobaczenia koło południa, tak? – spytałam, ruszając w stronę zielonego 

namiotu.

Uśmiechnął się do mnie. Jego jasne włosy lśniły w słońcu.

– Poszukaj Amy.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Potrzeba sporo umiejętności, by zrobić dobre zdjęcie. 

A jeszcze więcej, by zrobić kiepskie.

– Możesz na to liczyć.

Josh   kiwnął   głową   i   odszedł.   Poczekałam   chwilę,   by   się   upewnić,   że   Grace   mu 

towarzyszy, a potem poszłam do zielonego namiotu poszukać pani Cartwright.

background image

ROZDZIAŁ 8

Wiatr zwiał moje fioletowe włosy na obiektyw, musiałam więc zaczekać, aż ustanie. 

Powoli   powiodłam   obiektywem   za   biegnącym   Joshem   i   nacisnęłam   spust   migawki   w 

momencie, kiedy wyłonił się zza zakrętu i zobaczyłam jego twarz. Zaraz opuściłam aparat i 

sprawdziłam, jak wyszło zdjęcie.

Nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu. Josh wydawał się odpowiednio wyczerpany, 

miał zmarszczone brwi i otwarte usta, a włosy kleiły mu się do mokrego od potu czoła. W tle 

widać było kolorowe niewyraźne sylwetki innych biegaczy, a tuż za nim widniało mgliste 

jasne kółko, które ktoś inny mógłby uznać za świetlny blik, ja jednak wiedziałam, że to była 

Grace.   Pomyślałam,   że   Josh   ucieszy   się   na   jej   widok.   Słysząc   odgłos   biegnących   stóp, 

podniosłam głowę.

– Świetnie wyglądasz! – krzyknęłam, a on w odpowiedzi pomachał do mnie.

Najwyraźniej nie był aż tak zmęczony, jak mogłoby wynikać ze zdjęcia. Poza tym to 

nie był przecież wyścig. Chodziło raczej o to, by przez cały czas ktoś był na bieżni, jak w 

całodniowym maratonie. Nieco dalej, wzdłuż bieżni, znacznie wolniej truchtała grupa osób, 

które nie miały wiele wspólnego ze sportem. Dla nich było to przede wszystkim spotkanie 

towarzyskie. Słyszałam młode kobiety, które rozmawiały o swoich dzieciach, jednocześnie 

zbierając   pieniądze   na   zakup   nowego   szkolnego   autobusu.   Podniosłam   aparat   i   zrobiłam 

zdjęcie   w   chwili,   gdy   jedna   wybuchnęła   śmiechem.   Udało   mi   się   uchwycić   moment 

nieskrępowanej radości. Plakietki uczestników przypięte do ich piersi były dobrze widoczne

pomyślałam więc, że gdybym pokazała to zdjęcie pani Cartwrigt, mogłaby wykorzystać je do 

promocji przyszłorocznego festiwalu.

Odwróciłam   się   i   dostrzegłam   dziewczyny   z   kółka   lekkoatletycznego,   siedzące   w 

cieniu kępy brzóz. Ich kolorowe torby ze sprzętem sportowym odcinały się od zielonej trawy. 

Zrobiłam   kilka   zdjęć,   starając   się,   by   na   żadnym   Amy   nie   wyglądała   zbyt   korzystnie. 

Korzystając z zoomu, wyostrzyłam plaster na jej sinym i opuchniętym dzięki Grace nosie, a 

potem udało mi się jeszcze uchwycić ją z rozdziawioną buzią. Uśmiechnęłam się do siebie.

– Nigdy nie wkurzaj fotografa – mruknęłam, zadowolona, że udało mi się ją przyłapać 

w tylu kompromitujących pozach.

Po trzech godzinach fotografowania zmęczyłam  się, choć miałam z tego mnóstwo 

frajdy.

Karta pamięci, którą kupiłam poprzedniego dnia, była prawdziwym darem niebios. 

Wypełniłam ją już raz i zrzuciłam zdjęcia na drukarkę. Potem wyczyściłam kartę i znowu 

background image

wyruszyłam na poszukiwanie fotograficznych tematów.

– Na przykład  takiego jak ten – szepnęłam do siebie na widok mężczyzny,  który 

podniósł właśnie dziecko na wysokość swojej twarzy i wyciągał rękę w stronę jednej z osób 

maszerujących   wzdłuż   bieżni.   Mała   dziewczynka   z   kokardą   we   włosach   spojrzała   we 

wskazanym kierunku. Twarz mężczyzny, który mówił coś do córki, promieniała. Za nimi stał 

wózek z wielkim opakowaniem pieluch na półce pod spodem, a przy rączce wisiało kilka 

zabawek.

Zrobiłam zdjęcie  wózka, bo pomyślałam,  że to  niesamowite, że taka  mała  istotka 

potrzebuje tylu rzeczy, a potem skierowałam obiektyw na mężczyznę i dziecko. Zaczekałam, 

aż   dziewczynka   rozpoznała   wskazywaną   osobę   i   zapiszczała   wesoło,   i   wcisnęłam   spust 

migawki. W tym samym momencie mężczyzna odwrócił się do mnie.

Uśmiechnęłam   się   i   upewniłam,   że   plakietka,   którą   dała   mi   pani   Cartwright,   jest 

widoczna.

– Robię zdjęcia, żeby wesprzeć naszą szkołę – powiedziałam po raz setny tego dnia. – 

Czy chciałby pan odbitkę? Może być gotowa mniej więcej za godzinę.

Wyraz podejrzliwości znikł z jego twarzy, a kiedy pokazałam mu zdjęcie na ekraniku 

aparatu, ustąpił miejsca szerokiemu uśmiechowi.

–  Nawet   cię   nie   zauważyłem   –   pochwalił,   podrzucając   córkę   do  góry.  –  Świetne 

zdjęcie.

Ile? – Złapał dziecko jedną rękę, a drugą sięgnął do kieszeni, ale ja pokręciłam głową.

– Po dolarze za jedno, ale płaci pan przy odbiorze , odbitki – wyjaśniłam. – Będę je 

drukowała tam, w tym zielonym namiocie.

Za moimi plecami tupot nóg przybrał na sile i znowu zaczął cichnąć, a dziewczynka 

odwróciła głowę, odprowadzając biegnących wzrokiem.

– Przyjdę tam – powiedział mężczyzna, złapał córkę mocniej i odezwał się do niej 

wysokim, dziecinnym głosem: – Mamusia będzie zachwycona tym zdjęciem. – Jego oczy 

ciągle były pełne miłości, kiedy spojrzał na mnie. – Dziękuję. Zawsze zapominam zabrać 

aparat na takie imprezy. Pieluchy, butelki, zabawki, tak, ale aparat...

Kiwnęłam głową, dałam mu numerek, pomachałam do małej i odeszłam. Fajnie było 

coś robić, zamiast snuć się po swoim pokoju jak po więziennej celi, wspominając starych 

przyjaciół. Poprzedniego dnia w Low D także miło spędziłam czas, mimo spotkania z Amy i 

czekającej mnie przeprawy z Kairosem. Zdążyłam już zapomnieć, jak cudownie jest nie bać 

się być taką, jaka jestem. Dzisiaj słońce grzało, powietrze było rześkie, a ja robiłam właściwy 

użytek z pieniędzy taty, wydanych na papier i tusz. Właściwie niczego mi już nie brakowało 

background image

do szczęścia. Spod kępy drzew rozległ się głos Amy.

– Josh! Josh!

Odwróciłam   się   i   znowu   zobaczyłam   go   na   bieżni.   Obok   niego   truchtał   Parker   i 

miałam   wrażenie,   że   rozmawiają   ze   sobą.   Podeszłam   bliżej,   żeby   zrobić   im   zdjęcie,   ale 

okazało się, że nie mam już miejsca na karcie.

– A niech to – mruknęłam z westchnieniem, po czym ruszyłam w stronę namiotu, 

gdzie zostawiłam drukarkę.

Pani Cartwright była naprawdę miła. Nawet jej powieka nie drgnęła na widok moich 

fioletowych  włosów   i  kolczyków   w  kształcie   trupich   czaszek.   Wskazała  mi   stolik,  gdzie 

mogłam urządzić sobie warsztat i wydrukować zdjęcia, których pewnie nikt nie zechce kupić.

– Madison! Czy moje zdjęcie jest już gotowe? – usłyszałam znużony kobiecy głos i 

mój wzrok powędrował w stronę zmęczonej matki trzech utytłanych w piachu chłopców.

Wyglądała tak, jakby chciała tylko wrócić do domu. Zrobiłam jej piękne zdjęcie z 

synami na karuzeli – jeszcze zanim zdążyli ją wykończyć i ubrudzić sobie ubrania czekoladą. 

Słońce odbijające się od złotej farby harmonizowało z ich jasnymi włosami, a proste elementy 

karuzeli kontrastowały z kolorowymi kształtami koników. Kiedy tak siedzieli we czworo na 

siodełkach,   trudno   było   nie   zauważyć,   jak   bardzo   wszyscy   byli   do   siebie   podobni. 

Wydrukowałam to zdjęcie także dla siebie, tak mi się podobało.

– Jest już gotowe – powiedziałam, zapraszając ją gestem do namiotu, ale w tej samej 

chwili dwóch młodszych chłopców zaczęło się kłócić o złotą rybkę, którą wygrali na karuzeli.

–   Zaraz   przyjdę   –   odparła   szybko,   a   potem   podniesionym   głosem   poinformowała 

synów, że zabiją rybkę, jeśli będą ją sobie wyrywać z rąk.

Nikt nie zauważył, kiedy wśliznęłam się do namiotu i wróciłam do swojego stolika. W 

cieniu panował miły chłód, z przyjemnością więc usiadłam na krześle za długim stołem i 

westchnęłam z ulgą, widząc, że większość wydrukowanych zdjęć – nawet te, których, jak 

sądziłam, nikt nie zechce – została już odebrana. Zadowolona podłączyłam aparat do drukarki 

i   wcisnęłam   „drukuj   wszystko”.   Moje   wysiłki   zostały   docenione,   co   wyprawiło   mnie   w 

doskonały nastrój.

Zdjęcia zaczęły wychodzić z drukarki, zajęłam się więc układaniem ich na stole w taki 

sposób, by każdy mógł łatwo znaleźć swoje.

Po chwili na stolik padł czyjś cień. Podniosłam głowę i zobaczyłam panią Cartwright, 

która powiedziała z uśmiechem:

– O, ja wezmę to. – Sięgnęła po jedno ze zdjęć i dodała: – Howard to mój brat. Dam 

mu to zdjęcie na urodziny. Jest świetne.

background image

Spojrzałam na zdjęcie mężczyzny siedzącego na brzegu boiska i rozmawiającego z 

kimś z tłumu. W tle widać było rozmazany kształt piłki lecącej w stronę jego głowy. Łatwo 

można było się domyślić, co stało się chwilę później.

– Naprawdę?  – spytałam  zadowolona.  – Dziękuję  – dodałam, podając jej  zdjęcie. 

Uśmiechnęła się, patrząc na zdjęcie zmęczonymi zielonymi oczami.

– Nie, to ja ci dziękuję. Bardzo trudno zrobić mu prezent – odparła, zakładając za 

ucho   pasmo   włosów,   które   wymknęło   się   z   jej   grubego   kucyka.   –   O,   a   to   jest   Mark   – 

powiedziała, wskazując zdjęcie mężczyzny z małą dziewczynką na ręku. – Jest właścicielem 

myjni samochodowej. Rzadko ma okazję spędzić trochę czasu z Jem. Tak nazywa się ich 

córka, Jem. – Uśmiechnęła się znowu i wybrała kolejne zdjęcie. – A to jest pani Hall. Boże, 

spójrz tylko na te wielkie stopy. Nic dziwnego, że nie odebrała tego zdjęcia. Co za rozmiar!

Poruszyłam się zakłopotana, musiałam jednak przyznać, że fajnie było posłuchać o 

ludziach,   których   utrwaliłam   na   swoich   zdjęciach.   Dawało   mi   to   miłe   poczucie 

przynależności.

Zaczęłam się zastanawiać, czy to właśnie starałam się robić przez cały dzień – kraść 

fragmenty   cudzego   życia,   bo   moje   zatrzymało   się   w   miejscu,   podczas   gdy   świat   szedł 

naprzód w swoim tempie. Robił swoje beze mnie. Zmieniał się wraz z porami roku.

Podniosłam zdjęcie, by przyjrzeć mu się w lepszym świetle, i zmrużyłam oczy. Przez 

chwilę miałam wrażenie, że widzę wokół pani Hall jakąś poświatę. Jej aurę? Nie...

–   Pomyślałam,   że   te   fioletowe   baloniki   i   podeszwy   jej   butów   będą   razem   ładnie 

wyglądały – powiedziałam, żeby wyjaśnić, dlaczego pani Hall wydała mi się tak fascynująca. 

Ładnie? Uważałam, że to wygląda ładnie? Chyba mi odbiło.

–   Bo   tak   jest.   –   Pani   Cartwright   uśmiechnęła   się,   spoglądając   na   zdjęcie   jakiejś 

furgonetki pełnej gazet, których wielką stertę widać było przez otwarte drzwiczki. – Masz 

oko do kompozycji. Widzisz to, co ma znaczenie. To, czego my nigdy nie zobaczymy, jeśli 

trochę nie zwolnimy tempa.

Z drukarki wypadło kolejne zdjęcie. Położyłam je na stole.

– Dziękuję. W poprzedniej szkole należałam do kółka fotograficznego. Zdaje się, że 

nauczyłam się tam więcej, niż przypuszczałam.

Kobieta uniosła ze zdumieniem brwi.

– Nie ma cię na mojej liście. Dlaczego? Jesteś naprawdę zdolna.

Ona jest nauczycielką fotografii?

– Uch... sama nie wiem – odparłam, nagle zaniepokojona. Odłożyła trzymane w ręku 

zdjęcie.

background image

– Och, więc jesteś jedną z nich, tak? – zagadnęła, a ja patrzyłam na nią, zaskoczona. – 

Nie chcesz, żeby ktoś uznał cię za mądralę, więc farbujesz włosy na fioletowo i unikasz 

wszystkiego, co mogłoby zdradzić, że jesteś inteligentna.

–   Nie   –   odparłam   szybko,   ale   ona   tylko   rzuciła   mi   wymowne   spojrzenie,   więc 

przewróciłam oczami. – Chodzić na zajęcia z fotografii to prawie taki obciach, jak należeć do 

kółka szachowego – mruknęłam, a pani Cartwright roześmiała się i wzięła kolejne zdjęcie, 

które   wychodziło   właśnie   z   drukarki.   Miałam   wrażenie,   że   przynależność   do   kółka 

fotograficznego   w   mojej   dawnej   szkole   nie   przysporzyła   mi   popularności.   Tu   na   pewno 

byłoby podobnie, Tylko dlaczego ciągle jeszcze mnie to obchodziło?

– Zastanów się nad tym, Madison – powiedziała nauczycielka, oglądając zdjęcie. – 

Widzę tu spory talent. Potrafisz pokazać życie  w niezwykle  piękny sposób; nawet to, co 

brzydkie, na twoich zdjęciach wydaje się piękne. Trudno nauczyć kogoś takiego spojrzenia, 

choć   może   nie   powinnam   tego   mówić.   Myślę,   że   mogłabyś   dostać   stypendium,   gdybyś 

złożyła podanie.

Cóż, byłam martwa, ale pewnie i tak będę musiała chodzić do szkoły i postarać się o  

dobrą  pracę. Skoro mam  istnieć  bez  końca,  lepiej żebym  istniała  w przyjemnym  domu  z 

ogrodem, a nie w slumsach.

– Tak pani uważa? – spytałam, zastanawiając się, czy mogłabym zarabiać pieniądze, 

robiąc coś, co naprawdę lubię. Wydało mi się to niemal nieuczciwe.

Pani Cartwright odłożyła zdjęcie w chwili, kiedy do stolika podeszła inna kobieta i 

zaczęła   przeglądać   fotografie.   Poznałam   ją   i   wskazałam   jej   zdjęcie.   Aż   westchnęła   z 

zadowolenia, co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Zapłaciła, a potem jeszcze przez chwilę 

zwlekała z odejściem, śmiejąc się ze zdjęć swoich znajomych.

– Porozmawiam z kim trzeba i zapiszę cię do mojej grupy zaawansowanej – odezwała 

się znowu nauczycielka. – Jesteś w ostatniej klasie, prawda?

Przeszył mnie przyjemny dreszczyk. Ostatnia klasa. Podobał mi się dźwięk tych słów.

– Dobrze – powiedziałam. – Przekonała mnie pani.

Czułam się szczęśliwsza, akceptując siebie taką, jaka jestem – fioletowowłosa, martwa 

i tak dalej – niż starając się na siłę przypodobać Amy i jej koleżankom. I nie wydawało mi 

się, by Josh miał przestać się ze mną spotykać, bo nie byłam popularna. Nie żeby łączyło nas 

coś więcej.

Pani   Cartwright   kiwnęła   głową   i   pochyliła   się   nad   zdjęciem   Josha,   jednym   z 

pierwszych, jakie wydrukowałam.

– Znowu Josh? – powiedziała z uśmiechem. – No, to wyszło ci doskonale. – Robiłaś je 

background image

spod zadaszenia? – Kiwnęłam głową. – Masz pewną rękę. Szkoda, że światło wpadło do 

obiektywu. Dziwne – mruknęła – takie bliki zazwyczaj nie pojawiają się na zdjęciach, kiedy 

światło pada pod tym kątem. – Zmarszczyła brwi i przysunęła zdjęcie do twarzy. – Jest w tym 

coś niepokojącego. Te zmrużone oczy... – Wzruszyła ramionami.

– Może chodzi o te wrony w tle. Moja matka bez przerwy przeganiała je ze swojego 

dachu. Nie znosiła wron.

Uśmiech zamarł na mojej twarzy. Wrony? Nauczycielka odłożyła zdjęcie na stół.

–   Świetnie   sobie   poradziłaś,   Madison   –   powiedziała,   uśmiechając   się   do   mnie.   – 

Ludzie dawali więcej, niż ustaliliśmy. Zarobiłaś dla nas ponad dwieście dolarów.

Nad bieżnią nie było przecież żadnych wron – chyba? Grace cały czas trzymała się 

Josha. Widziałam ją.

– To więcej niż przynieśli koszykarze – ciągnęła pani Cartwright. – Howard będzie 

zawiedziony. Zwykle to on zbiera najwięcej pieniędzy. No, możesz już odpocząć, Madison – 

zasugerowała. – Niedługo będzie ogłoszenie wyników. Powinnaś poszukać Josha i iść na 

imprezę. Będą tańce...

Uśmiechnęła   się   do   mnie   ostatni   raz,   a   zaraz   potem   odciągnęła   ją   na   bok   jakaś 

zdenerwowana   kobieta   z   plikiem   biletów   w   dłoni.   Prawie   nie   zauważyłam,   jak   odeszły. 

Chwyciłam ostatnie zdjęcie, które zrobiłam Joshowi. W tle nie było wron – to były czarne 

skrzydła. Leciały daleko, nad wierzchołkami drzew, ale nie miałam wątpliwości, że tam są.

Wyjrzałam spod namiotu, gorączkowo szukając ich nad drzewami. Nic. Widziałam 

tylko błękit nieba. Coś tu jest nie tak, pomyślałam. Grace miała czuwać nad Joshem, a mimo  

to pojawiły się czarne skrzydła – a tam gdzie były czarne skrzydła, byli i żniwiarze. Albo  

Kairos. Ale gdyby on tu był, nigdy bym się o tym nie dowiedziała. Zadaniem Grace było 

chronić Josha, a nie informować mnie o zagrożeniu.

Szybko   odłączyłam   aparat   od   drukarki.   Ostatnie   zdjęcia   już   czekały   na   wydruk. 

Sprawdziłam, czy w drukarce jest dość papieru i wyszłam spod namiotu. Musiałam odszukać 

Josha.

background image

ROZDZIAŁ 9

Obecność ludzi, którzy jeszcze przed chwilą wydawali mi się uroczy i pełni życia, 

zmieniła   się   w   irytującą   przeszkodę.   Zaczęłam   przeciskać   się   przez   tłum,   spoglądając 

niespokojnie w niebo i usiłując dodzwonić się do Josha. Nie odbierał.

– Musi nadal biegać – mruknęłam i wsunęłam telefon do tylnej kieszeni. Teraz łatwiej 

było mi iść, ale ciągle zatrzymywały mnie różne osoby, które wcześniej fotografowałam, 

prosząc o kolejne zdjęcia.

Słońce prażyło, ale bycie martwym ma swoje zalety, więc kiedy wreszcie dotarłam do 

bieżni, nie byłam nawet spocona. Teraz wszyscy obserwatorzy zawodów kryli się w cieniu 

drzew, więc szybko zauważyłam Josha. Rzeczywiście ciągle biegał, tak jak wtedy, kiedy go 

tu zostawiłam. Nie wydawał się zmęczony i na pewno mógłby zrobić jeszcze kilka okrążeń.

Ulżyło mi, ale zaraz znowu ogarnął mnie niepokój, bo ponad wierzchołkami drzew 

dostrzegłam czarne skrzydła. Było ich co najmniej sześć.

– Cholera – mruknęłam, przechodząc nad ogrodzeniem wokół bieżni. Pomachałam do 

Josha, próbując zwrócić jego uwagę. Czarne skrzydła były daleko, ale widziałam je wyraźnie.

Zachowywały się tak, jakby były zdezorientowane. W końcu Josh mnie zauważył.

Wyrzuciłam rękę do góry, machając gorączkowo.

Natychmiast poprosił gestem innego biegacza, by zajął jego miejsce, i zwolnił. Potem 

chwycił butelkę z wodą, którą ktoś mu rzucił, i ruszył w moim kierunku.

–   Szesnaście   okrążeń!   –   zawołał   jakiś   tęgi   mężczyzna   stojący   pod   parasolem 

przeciwsłonecznym. – Dobra robota, Josh. Idziesz z nami do Low D? Stawiam pizzę. Josh 

spojrzał na moją zaniepokojoną minę i pokręcił głową.

– Nie, dzięki! – odkrzyknął. – Muszę już iść. Mężczyzna odwrócił się do tablicy z 

wynikami, a ja zauważyłam Amy, która stała trochę dalej. Patrzyła na nas z ręką opartą na 

biodrze. Obok niej była jakaś blondynka, ubrana dokładnie tak samo.

– Coś się stało? – spyta! Josh, kiedy otworzyłam przed nim bramkę. – Wyglądasz, 

jakbyś zobaczyła ducha.

– Bardzo zabawne. Cha, cha – odparłam i pociągnęłam go w stronę parkingu. Jeśli 

gdzieś tu krążył Kairos, nie było to dobre miejsce na konfrontację. – Popatrz – dodałam, 

pokazując mu zdjęcie.

Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

– Ale się spociłem! Czy to jest Grace?

Nad nami  rozległ się cichy śmiech.  Spojrzałam  w górę, ale oślepiło mnie  słońce. 

background image

Mrugając, potknęłam się o stertę toreb.

– Zwróć uwagę na horyzont – zasugerowałam, kiedy odzyskałam wzrok. – A nie na 

to, jak świetnie wyglądasz.

– Czarne skrzydła? – spytał.

– Na pewno nie kruki – powiedziałam i schyliłam głowę, kiedy Grace opadła, by 

spojrzeć na zdjęcie.

– To nie moja wina – oznajmiła defensywnie, kiedy Josh zaczął wkładać swoje rzeczy 

do torby. – Byłam z nim cały dzień. Widzisz, nie próbowały się do niego zbliżyć. W każdym 

razie nie za bardzo.

Josh zapiął torbę, wyprostował się i spojrzał nerwowo w stronę drzew i dryfujących 

nad nimi czarnych skrzydeł.

– Wiedziałaś, że tu są? – zapytałam Grace, która zabłysła jaśniejszym światłem.

– No tak. Cały czas tu były. – W jej srebrzystym głosie usłyszałam nutę sarkazmu. – 

Bez przerwy krążyły nad parkiem, jakby wyczuwały obecność żniwiarza, ale nie wiedziały, 

co ma zamiar zrobić.

Spojrzałam na Josha, przestraszona. Czułam się prawie winna. Co ja sobie myślałam, 

świetnie się bawiąc i kryjąc wśród ludzi jak struś chowający głowę w piasek? Powinnam była 

znaleźć   jakieś   odludne   miejsce   i   stawić   czoła   swoim   problemom.   Grace   twierdziła,   że 

znikanie jest niebezpieczne, ale nie powinno mnie to powstrzymać.

– Musimy się stąd zabierać – powiedziałam. Josh, z pobladłą twarzą, spojrzał w stronę 

bieżni   i   kiwnął   głową.   Razem   ruszyliśmy   do   wyjścia.   –   Grace,   jeśli   spróbujesz   nam 

przeszkodzić, przysięgam, że odbiorę ci imię.

Nie odezwała się, a ja poczułam nerwowy ucisk w żołądku. Dotarliśmy na środek 

parku,   gdzie   powoli   zbierało   się   coraz   więcej   ludzi.   Żeby   wydostać   się   na   parking, 

musieliśmy minąć podium dla zespołów muzycznych,  a tłum gęstniał z każdą chwilą, bo 

wszyscy czekali już na ogłoszenie wyników zbiórki. Na scenę wyszedł zespół z gimnazjum. 

Dzieciaki   krzyczały,   rodzice   machali   rękami,   organizatorzy   przynosili   ostatnie   kartki   z 

wynikami. Przedarcie się przez ten tłum graniczyło z cudem.

Tyle   ludzi   nie   mieszka   chyba   w   całym   Three   Rivers,   pomyślałam   kwaśno   i 

zatrzymałam się gwałtownie, żeby nie wpaść na dziecięcy wózek. Josh złapał mnie za łokieć. 

Nie   było   sposobu,   by   szybko   dostać   się   na   parking.   Rzuciłam   mu   niewesoły   uśmiech   i 

zwolniłam kroku.

– Może czarne skrzydła nie będą mogły nas wytropić w tłumie – powiedział. Skinęłam 

głową.

background image

– Może – odparłam, , myśląc o tych, których dzisiaj fotografowałam. Nie wpadłam na 

to, że sama moja obecność mogła wystawić ich na jakieś niebezpieczeństwo, a przecież tak 

było.

– Myślę, że Kairos nie jest w stanie zobaczyć naszych aur, może szukać nas w tłumie 

wzrokiem.

– To nie jest Kairos – odezwał się z góry głos Grace.

– A żniwiarze nie szukają ludzi wzrokiem. Zabiera to za dużo czasu i prowadzi do 

pomyłek. Żniwiarzom, zwłaszcza żniwiarzom ciemności, wszyscy wydajecie się podobni.

– To jest Kairos, i nie sądzę, by specjalnie przejmował się możliwością pomyłki – 

protestowałam. – To koniec, Grace. On chce odzyskać amulet i zależy mu, by nikt nie odkrył, 

że go utracił.

Josh zacisnął usta i skręcił tam, gdzie tłum nieco się przerzedził.

– Słyszę tylko połowę tej rozmowy – poskarżył się.

– Ale może żniwiarze i czarne skrzydła szukają kogoś innego?

– Dryfują nad horyzontem od wielu godzin – odparła Grace, kiedy znowu mijaliśmy 

grupkę widzów. – Gdyby czekały na kogoś innego, już byłoby po wszystkim i już byśmy ich 

nie widzieli.

– Grace mówi, że gdyby chodziło o inną osobę, to już by się stało – powtórzyłam 

Joshowi. – Nadal uważam, że to Kairos i że to nas szuka.

Minęliśmy   wreszcie   tłum   i   wyszliśmy   na   otwartą   przestrzeń.   Zespół   na   scenie 

rozpoczął   entuzjastyczną   wersję  Louie,   Louie,  a   my,   obładowani   torbami,   ruszyliśmy 

truchtem   w   stronę   parkingu.   Odprężyłam   się   trochę,   kiedy   dotarliśmy   do   słupków 

obwieszonych   nieco   już   sflaczałymi   żółtymi   balonami,   które   wyznaczały   granice   parku. 

Zawahałam się jak sarna na brzegu lasu i zmierzyłam wzrokiem rzędy samochodów. Nie 

mogłam sobie przypomnieć, gdzie zaparkował Josh.

–   Tam   –   powiedział   Josh,   wskazując   rozłożyste   drzewo,   zupełnie   jakby   czytał   w 

moich myślach, i oboje przyspieszyliśmy kroku. Za nami tłum zaczął krzyczeć i klaskać. 

Piosenka dobiegła końca i rozległ się głos pani Cartwright, która dziękowała wszystkim za 

udział w imprezie. Odetchnęłam z ulgą na widok furgonetki Josha, ukrytej  częściowo za 

dużym vanem. Zaraz jednak zauważyłam, że ktoś już na nas czeka.

– Jak im się udało dotrzeć tu przed nami? – mruknęłam.

Na masce siedziała Amy, opierając łokcie o dach. Usiłowała wyglądać seksownie w 

opiętych   sportowych   szortach,   ale   plaster   na   nosie   zdecydowanie   psuł   efekt.   Obok   stał 

skrępowany Parker. Len opierał się o drzwiczki z ramionami skrzyżowanymi na piersi, jakby 

background image

miał ochotę sprowokować kłótnię. Zacisnęłam dłonie w pięści. Nie mieliśmy na to czasu.

– Na wszystkich  świętych  serafinów – mruknęła Grace. – To jednak nie jest mój 

dzień.

– Witaj, Madison, kochanie! – zawołała Amy drwiąco. Josh zacisnął usta i wyjął z 

torby kluczyki.

– Złaź z mojego samochodu – polecił jej krótko. Amy znowu otworzyła  usta, ale 

zdołałam ją ubiec.

– Cześć, Amy. Co ci się stało w nos? Zarumieniła się zakłopotana.

– Długo myślałaś nad tym strojem? Ślicznie wyglądasz w tych rajtuzach, zupełnie jak 

moja młodsza siostra.

Powiedziała to takim tonem, jakby mówiła do trzylatki. Przyszło mi do głowy, że 

mogłabym wydrukować sto zdjęć, na których ma spuchnięty fioletowy nos i otwarte usta, a 

potem rozwiesić je na szkolnych korytarzach.

Len się nie poruszył, a Josh podszedł bliżej.

– Może wreszcie dorośniesz? – powiedział pogardliwie. Len dostrzegł zdjęcie w jego 

ręce i pochylił się nieco.

– Pokaż. – Wyjął je z ręki Josha, ale zaraz potem chwyciła je Amy.

– Och, czy to nie słodkie? – zakpiła. – Ile mu ich zrobiłaś, kochanie?

Zacisnęłam usta, ale w tej samej chwili moją uwagę zwrócił szelest liści gdzieś w 

górze. Podniosłam wzrok i zobaczyłam czarne skrzydło. Patrzyłam na nie szeroko otwartymi 

oczami, a w mojej głowie odezwał się ostrzegawczy głos. Nie tutaj, mówił. Nie teraz!

Amy musiała uznać, że się jej przestraszyłam, bo zeskoczyła z samochodu i podeszła 

bliżej.

– Wybieramy się do Low D, Josh – powiedziała. – Wszyscy tam będą. Ty chyba też 

przyjdziesz, prawda?

Nie dodała „ty – ale nie ona”, było to jednak oczywiste. Wkurzyłam się. Josh wyjął jej 

z ręki zdjęcie i sięgnął do drzwi, o które opierał się Len. Otworzył je tak szybkim ruchem, że 

tamten, potykając się, runął do przodu.

–  Nie  –  odparł,   rzucił  zdjęcie  na   półkę  przed   przednią   szybą  i  wsunął  torbę   pod 

siedzenie. – Nie poszłabyś wziąć prysznic, Amy? Strasznie się pocisz.

Amy opadła szczęka, a ja parsknęłam śmiechem dość głośno, by mogła to usłyszeć.

Len próbował udać, że jego potknięcie było zaplanowane, ale stracił twarz i wiedział o 

tym. Zaśmiał się sztucznie, ale to też niewiele pomogło.

– Chodźcie stąd – powiedział, wkładając ręce do kieszeni. – Po co tracić tu czas.

background image

Idziemy? Parker?

Amy objęła Parkera ramieniem i pociągnęła za sobą. Parker wyglądał tak, jakby chciał 

coś powiedzieć, ale kiedy pochwycił spojrzenie Josha, tylko wzruszył ramionami. Josh zrobił 

to samo.

Uspokoiłam oddech, kiedy Amy i Parker przechodzili obok mnie, i rozluźniłam palce. 

Byli już kilka samochodów dalej, kiedy Amy kogoś zawołała i wszyscy oni skręcili w tamtą 

stronę. W oddali zespół grał kolejną piosenkę.

Josh wyglądał na wkurzonego, miał zaczerwieniony kark. Wskoczył do samochodu i 

zapuścił silnik.

Chciałam się jak najszybciej oddalić, obeszłam więc furgonetkę i już sięgałam do 

klamki,   kiedy   od   strony   drzewa   sfrunął   nagle   jakiś   złowrogi   cień.   Zatrzymałam   się 

gwałtownie i poczułam, jak zaczyna mi brakować tchu. Nakita.

– Ty? – wyjąkałam, próbując odgadnąć, co się dzieje. Tak, to miało sens. Spośród 

żniwiarzy ciemności tylko ona mogła rozpoznać mnie po wyglądzie – a ponieważ wiedziała 

już, że to ja ukradłam amulet strażnika czasu ciemności, Kairos nie miał nic do stracenia, 

wysyłając ją za mną.

– Mówiłam ci, że tu jest żniwiarz! – krzyknęła Grace. – Uciekaj stąd, Madison!

Nakita postąpiła krok naprzód, mierząc anielicę wzrokiem, i uśmiechnęła się jeszcze 

szerzej.

– Ron chyba chce zniszczyć twoją duszę. Anioł stróż pierwszej sfery? Nie zdoła mnie 

powstrzymać.

Cofnęłam się szybko.

–   Josh!   Tu   jest   żniwiarz!   –   wrzasnęłam.   Zaraz   potem   usłyszałam   skrzypnięcie 

drzwiczek. Josh wysiadł z samochodu.

Ze spokojnym, pewnym siebie uśmiechem Nakita zdjęła okulary przeciwsłoneczne i 

odrzuciła je na bok. Miała na sobie długie białe spodnie i obcisłą bluzkę, także białą. Wokół 

jej bioder połyskiwał złoty łańcuch. Na ramiona zarzuciła śnieżnobiały płaszcz, tak długi, że 

jego brzeg spływał aż na zdeptaną, pożółkłą trawę. Klejnot w jej obnażonym mieczu lśnił 

głębokim fioletem, tak jak amulet zawieszony na szyi. Śmierć zajrzała mi w oczy.

– Witaj, Madison – powiedziała, odrzucając do tyłu długie czarne włosy. – Trudno 

odszukać twoją duszyczkę.

Cofnęłam się jeszcze trochę, zaciskając palce na aparacie, jakby mógł mi w czymś 

pomóc. Cholera, gdzie podziewa się Barnaba, kiedy naprawdę go potrzebuję? Nie mogłam 

odebrać amuletu Nakicie, bo była żniwiarzem, ale wiedziałam, że muszę to zrobić. Tylko jak? 

background image

Musiałam znaleźć jakiś sposób. I to szybko.

Josh   nagle   znalazł   się   tuż   obok   mnie,   przestraszony,   ale   zdeterminowany.   Nad 

naszymi głowami unosiła się Grace. Znowu usłyszałam szelest liści – czarne skrzydła.

– Zrób to! – szepnął Josh.

Mogłam   równie   dobrze   spróbować   i   zobaczyć,   co   się   stanie.   Nie   miałam   nic   do 

stracenia. Podałam mu aparat i wzięłam głęboki oddech, usiłując wyobrazić sobie amulet i 

pajęczą sieć, wiążącą mnie z teraźniejszością. Zachwiałam się i niemal przewróciłam, kiedy 

poczułam znajomy zawrót głowy towarzyszący „duchowaceniu”. Nagle Grace stała się dla 

mnie wyraźnie widoczna. Josh cofnął się nieco. Palce miałam zaciśnięte na amulecie, ale 

wcale nie czułam go w dłoni. Grace patrzyła  wprost na mnie z wyrazem przestrachu na 

twarzy. Jakiś głos w mojej głowie mówił, że coś jest nie tak, ale nie miałam czasu, żeby się 

nad tym zastanawiać. Sięgnęłam do amuletu żniwiarki.

– Madison, nie! – ostrzegła mnie Grace, ale było już za późno.

–   Hej!   –   krzyknęłam,   kiedy   Nakita   wolną   ręką   chwyciła   mnie   za   nadgarstek.   – 

Powinnaś mnie nie widzieć – powiedziałam głupio, patrząc na nią z przerażeniem.

Josh był bardzo blady – najwyraźniej on też mnie widział. Nic z tego nie rozumiałam! 

Wyobrażałam  sobie amulet, pajęcze  nici, przerywane  w miarę  jak przyszłość  stawała się 

teraźniejszością – a jednak ciągle byłam widzialna!

Nakita uśmiechnęła się, szybkim ruchem obróciła mnie tyłem do siebie i chwyciła 

ramieniem za szyję.

– Nie wiem, co próbujesz zrobić, ale puść mój amulet, ty mały śmieciu!

Jej amulet? – pomyślałam zaskoczona, a potem zrozumiałam, co się stało. Wtedy, gdy 

leżałam martwa w kostnicy, amulet Barnaby łączył mnie z teraźniejszością – teraz robił to 

amulet Nakity. Głupia, głupia, głupia, skarciłam się w duchu. Może i widziałam Grace, ale 

nie byłam całkowicie niewidzialna. Cholera!

Natychmiast   przestałam   niszczyć   łączące   mnie   z   amuletem   nici   i   wkrótce   Grace 

znowu stała się świetlistą kulą. Nakita ciągle mnie trzymała. Próbowałam wyrwać się z jej 

uścisku, ale bez skutku.

– Puść ją! – krzyknął Josh i rzucił się na nią. Boże, nie!

Nakita   uchyliła   się   przed   jego   ciosem,   a   ja   straciłam   równowagę.   Zanim   się 

pozbierałam,   błyskawicznie   wyrzuciła   naprzód   stopę   i   trafiła   Josha   w   splot   słoneczny. 

Zachwiał   się   i   ze   zduszonym   jękiem   osunął   na   kolana   obok   mojego   aparatu,   z   trudem 

chwytając  oddech. Miał szeroko otwarte oczy, na jego twarzy perlił się pot. Nakita była 

znacznie silniejsza, niż mogło się wydawać.

background image

– W porządku. Masz mnie. Zostaw go w spokoju – wyrzuciłam bez tchu, spoglądając 

najpierw na jej miecz, a potem na amulet. Oba miałam w zasięgu ręki.

– Kairos chce się z tobą zobaczyć – odparła, patrząc na mnie zimnymi błękitnymi 

oczami. – Najwyraźniej jest mały problem z tym, żeby twoje ciało i dusza, i mój miecz w 

końcu się ze sobą spotkały.

Cholera, pomyślałam znowu, próbując się uwolnić. Wszystko to wyglądało bardzo 

niedobrze.

–  Obiecaj,   że   zostawisz   Josha   w   spokoju   –  powiedziałam,   sięgając   w   tył   nad  jej 

ramieniem. W końcu musnęłam palcami kamień na jej szyi. Nic się nie stało. Jeśli mogłam go 

dotknąć,   mogłam   go   też   zabrać.   Dopóki   tego   nie   zrobię,   nic   mi   nie   będzie.   Nakita 

uśmiechnęła się i zmieniła pozycję w taki sposób, że nie mogłam już dosięgnąć jej amuletu.

– Twój przyjaciel umrze pierwszy – powiedziała. – Kairos postarzał się o całe dwa dni 

i już świruje.

Mają mnie, a mimo to chcą go zabić?  Nakita silnym ruchem odepchnęła mnie od 

siebie. Runęłam do przodu, machając rękami, i upadłam obok Josha. Spojrzałam w górę i 

wyciągnęłam rękę, żeby pomóc mu wstać. Nad nami krążyły czarne skrzydła. Latały nad 

drzewem i wśród gałęzi. Mogły rozszarpać moją duszę i zniszczyć mnie całkowicie. Ale skąd 

się tu wzięły? I Grace, i mój amulet ukrywały przecież nasze aury! A może nie?

Podniosłam wzrok i spojrzałam na Nakitę, która uśmiechała się, ukazując idealnie 

równe   białe   zęby.   Ostrze   jej   miecza   lśniło   w   słońcu.   Podniosła   go   na   Josha   –   wtedy 

przewróciłam się na bok i podcięłam jej nogi. Wydała przenikliwy krzyk i runęła na mnie. 

Znowu sięgnęłam do jej amuletu, ale odepchnęła mnie i błyskawicznie wstała.

– Madison, do jasnej cholery, zejdź jej z drogi! – wrzasnęła Grace.

Josh jęknął. Wstałam i odwróciłam się do niego. Leżał na plecach i patrzył do góry. 

Nad nim stała Nakita ze wzniesionym nagim mieczem.

– Josh! – krzyknęłam.

Udało mu się w ostatniej chwili przetoczyć na bok, chowając pod siebie ramiona. Nie 

zginął. Ale był ranny. Czy trafiła go swoim ostrzem?

Nakita nagle zmarszczyła brwi, jakby z czegoś niezadowolona. Między mną a Joshem 

przeleciało   czarne   skrzydło.   Byłam   tak   przerażona,   że   strach   stał   się   niemal   namacalny. 

Czułam   w   ustach   jego   smak.   Czarne   skrzydła   coraz   bardziej   się   panoszyły   Nie   mogłam 

pozwolić, by go dotknęły. W tej samej chwili Grace szybko opadła. Zamarłam, kiedy zetknęła 

się z jednym z ciemnych kształtów, ale czarne skrzydło znikło w ułamku sekundy, jakby 

wyparowało w jej świetle. Krzyknęłabym z radości, ale natychmiast jego miejsce zajęło inne.

background image

– Kairos powiedział mi, jak ukradłaś jego amulet – odezwała się Nakita. Spojrzałam 

na nią: stała przy furgonetce z obnażonym mieczem. – To był błąd. Amulet nie tylko odbierze 

ci życie, ale zniszczy też twoją duszę. Dla chłopaka to już koniec. Czas na nas.

Patrzyłam na nią, kiedy stała tak, uśmiechnięta, z włosami falującymi na wietrze, a 

mój strach powoli zmieniał się w gniew. Gniew, który budziło jej przekonanie, że pójdę na 

śmierć  potulnie jak owca na rzeź; gniew wywołany tym,  że zraniła Josha; gniew z tego 

powodu, że była ode mnie silniejsza i że wszystko, czego nauczyłam się poprzedniego dnia, 

na nic mi się nie przydało.

– Chciałabym  zobaczyć, jak mnie do tego zmusisz – wycedziłam, stając na lekko 

ugiętych nogach.

Nakita   zaśmiała  się,   a  na  dźwięk   jej  głosu  czarne  skrzydła   wzbiły  się  wysoko  w 

powietrze.

–   Nie   masz   wyboru.   To   przeznaczenie   –   powiedziała.   Radosna   muzyka,   która 

dobiegała z oddali, dziwnie kontrastowała z jej groźbą.

–   Nie   powinnaś   mieć   kamienia.   Powinnaś   być   martwa.   Kiedy   wreszcie   umrzesz, 

wszyscy będziemy mogli wrócić do tego, co trwa od wieków.

– Z tym małym wyjątkiem, że mnie już nie będzie – zauważyłam. Nakita wzruszyła 

ramionami.

– Możesz po prostu od razu oddać mi amulet – zaproponowała, wyciągając do mnie 

szczupłą rękę.

– Nie wydaje mi się – odparłam, a ona zmrużyła oczy. Grace pojawiła się nagle obok 

mnie, ale odgoniłam ją ręką.

– Zostań z Joshem! – zażądałam.

– Czarne skrzydła się nim nie interesują – zaprotestowała. – One chcą ciebie!

Madison,   nie   próbuj   stawać   się   niewidzialna.   Niszczysz   swój   amulet.   Już   zaczął 

zanikać. Mówiłam ci, że to niebezpieczne. Teraz tylko amulet Nakity trzyma je z dala od 

ciebie.

Tylko amulet Nakity nie pozwala mi zniknąć  on sprawia, że mój kiepski plan nie  

działa,  pomyślałam   i   się   zawahałam.  Jeśli   to   jej   amulet   wiąże   mnie   z   teraźniejszością,  

dlaczego nie miałabym zniszczyć tego co mnie z nim łączy, tak samo, jak niszczyłam nicie  

łączące mnie z moim amuletem?

– Madison, nie! – powiedziała Grace, jakby wiedziała, co zamierzam zrobić.

– Zostań z Joshem – powtórzyłam,  a ona, niezadowolona, rozjarzyła  się mocnym 

światłem. Nakita ruszyła w moją stronę. Cofnęłam się szybko, starając się zyskać na czasie i 

background image

wymyślić jakiś sposób, żeby oddzielić się od jej amuletu. Nie czułam się z nim w żaden 

sposób związana, ale coś musiało mnie z nim łączyć. A nie mogłam zastanawiać się nad tym i 

jednocześnie z nią walczyć.

Spojrzałam aa Josha, który klęczał na ziemi z pochyłom głową. Pomyślałam o tacie i o 

tym, jak bardzo chciałam go jeszcze zobaczyć Pomyślałam o ludziach żyjących chwila za 

chwilą, których dziś fotografowałam. Nie wiedzieli, jak wielki otrzymali dar. Nie, nie byłam 

jeszcze gotowa odejść. Musiałam tego jakoś dokonać musiałam wzmocnić więź łączącą mnie 

z  amuletem   Nakity,   po to,  by  móc  ją  zerwać  – i  musiałam  zrobić   to, nie  odbierając   jej 

śmiercionośnego kamienia.

Zamknęłam oczy i modląc się w duchu, by nie był to błąd. Pozwoliłam jej się dotknąć. 

Zesztywniałam, kiedy uszczypnęła mnie w ramię. Zapadłam się w siebie i pozwoliłam, by 

wypełniła mnie obecność mojego amuletu. I wtedy, choć znacznie słabiej, poczułam istnienie 

czegoś   jeszcze.   Z   amuletem   Nakity   łączyło   mnie   dużo   mniej   nici,   ale   kiedy   się   na   nim 

skupiłam, ich liczba zaczęła rosnąć, a ja z każdą chwilą stawałam się coraz bardziej realna.

Coraz bardziej martwa, pomyślałam, próbując przerywać łączące nas nici. Niestety, 

zniszczyłam te, które wytwarzał mój amulet.

Nakita wyczuła to i drgnęła, ale ciągle mnie dotykała, a ja nie stałam się niewidzialna. 

Nie byłam w stanie przerwać tego, co nas łączyło, nie pozbawiając jej amuletu, a żeby tak się 

stało, musiałabym go zdobyć. Wiedziałam, że jeśli to zrobię, zmienię się w proch i pył.

Ale... jej miecz, pomyślałam nagle.  Jej miecz pochodził od jej amuletu. Był z nim  

bezpośrednio związany. Może gdybym skupiła się na nim...

Żniwiarka   wydała   pełny   zdumienia   okrzyk.   Otworzyłam   oczy.   Grace   zawisła   nad 

Joshem, zalewając go falą mglistego światła. Była groźna i piękna, niezwykłym surowym 

pięknem, które niemal sprawiało ból. I płakała. Płakała nade mną. Chciałam jej powiedzieć, 

że nic mi nie będzie, ale nie potrafiłam znaleźć właściwych słów.

Coś runęło na mnie z góry. Zachwiałam się i upadłabym,  gdyby Nakita mnie nie 

podtrzymała. Spojrzałam w jej szeroko otwarte oczy. Była w nich nieopisana zgroza.

Przeszył mnie nieoczekiwany, wszechogarniający ból. Zesztywniałam i przyklękłam 

na jedno kolano. Nakita odepchnęła mnie od siebie, a ja z przerażeniem zdałam sobie sprawę, 

co to było. Czarne skrzydło, które wyczuło moją obecność.

Moje ciało aż do kości przeniknęło zimno, tak dojmujące, że niemal przypominało 

ogień.   Otworzyłam   usta,   ale   nie   umiałam   wydobyć   głosu.   To   nie   była   śmierć.   To   było 

doznanie nieistnienia, wiecznego niebytu. Czarne skrzydło wyjadało moje wspomnienia, po 

których zostawała tylko pustka. Niszczyło mnie, odbierając mi przeszłość, chwila za chwilą. 

background image

Instynktownie   rzuciłam   się   na   plecy,   oszalała   z   bólu,   i   wijąc   się   na   ziemi,   próbowałam 

zedrzeć z siebie skrzydło. Ono jednak przylgnęło do mnie jak druga skóra, wysysając ze mnie 

wszystko. Pożerało moją duszę, a kiedy go dotykałam, parzyło jak ogień.

Podniosłam   się,   choć   każdy   ruch   sprawiał   mi   nieznośny   ból.   Kiedy   stałam   tak, 

chwiejąc   się   niepewnie,   rzuciło   się   na   mnie   drugie   czarne   skrzydło.   Oszołomiona,   nie 

mogłam zareagować. Ból sprawił, że znowu stałam się widzialna – teraz nie widziałam nawet 

swojego amuletu, nie mówiąc już o wytwarzanych przez niego niciach. Potrafiłam tylko stać i 

patrzeć na żniwiarkę.

Przegrałam.   Popełniłam   błąd   i   musiałam   umrzeć.   Piękna,   mądra   Nakita   zdobyła 

amulet i moją śmierć bez większego trudu. Gdybym nic nie zrobiła, zostałabym po prostu 

wyeliminowana z życia. Powinnam być zadowolona. Dostałam dodatkowe, piękne lato. Ale 

to mi nie wystarczało i nawet teraz, patrząc śmierci w oczy, nie chciałam się z nią pogodzić. 

Potrzebowałam tylko jej cholernego miecza. Był bezpośrednio połączony z amuletem Nakity 

i nie miałam wątpliwości, że zdołałabym przerwać sieć, która mnie z nim łączyła.

– Może i jesteś żniwiarzem ciemności – powiedziałam, czując, jak moje ciało zaczyna 

się napinać. – Ale nie masz pojęcia o ludzkiej determinacji.

Zamrugała zdezorientowana. Zacisnęłam zęby i ruszyłam na nią.

Dwa lata ćwiczeń w końcu na coś mi się przydały. Postawiłam lewą stopę obok jej 

prawej   i   obróciłam   się   błyskawicznie,   z   całej   siły   uderzając   Nakitę   łokciem   w   żołądek. 

Pochyliła się gwałtownie i zesztywniała z bólu. Miecz zwisał teraz luźno. Chwyciłam go za 

rękojeść, tuż nad jej dłonią. Należał teraz do nas obu. Widziałam nasze amulety i nici wiążące 

mnie z teraźniejszością.

Nakita zrozumiała, co próbuję zrobić. Chwyciła mnie za rękę, którą trzymałam miecz. 

Miałyśmy go obie. Musiałam zniknąć. Wiedziałam, że jeśli stanę się niewidzialna, miecz 

zostanie przy mnie. Ale wszystko mnie bolało.

Jeśli tego nie zrobię, Josh umrze, pomyślałam. Nie mogę na to pozwolić tylko dlatego, 

że boję się bólu. Natychmiast podjęłam decyzję.

Dłoń,   którą   ściskała   żniwiarka,   paliła   mnie   żywym   ogniem.   Poddałam   się   temu 

bólowi.   Pozwoliłam,   by   mnie   wypełnił,   by   przeze   mnie   płynął,   wypalając   wszystko   i 

zostawiając   tylko   moją   wolę.   Ogarnęła   mnie   euforia,   nienaturalne   uniesienie,   za   pomocą 

którego mój umysł próbował się bronić. Pełna radości i mocy wypuściłam powietrze z płuc, 

kierując je na więzi łączące mnie z teraźniejszością – i podmuch mojej woli sprawił, że 

wszystkie one pękły naraz jak jedwabna przędza w płomieniu. Miecz Nakity należał do mnie.

– Nie! – krzyknęła i odskoczyła w tył, czując, jak jej miecz staje się niewidzialny wraz 

background image

ze mną. Byłam duchem, nie mogła mnie dotknąć, ale rzuciła się na mnie, jakby tego nie 

pojmowała. Instynktownie podniosłam rękę, a Nakita przeszła przeze mnie. Jej amulet płonął 

jak fioletowy ogień.

Wyglądała na niebywale zdumioną, otworzyła usta, jakby chciała krzyknąć. Miałam 

wrażenie, że czas stanął w miejscu. Wstrzymałam oddech, by nie wciągnąć jej w siebie.

Nagle poczułam jej zimną furię, poznałam smak jej frustracji, zobaczyłam Kairosa, 

stojącego w słońcu na podłodze z czarnych kafli – mówił jej, że stanowię zagrożenie dla woli 

serafinów i że wysyła ją w tajną misję za mną. Przez ułamek sekundy byłam nią. Byłam 

Nakitą – a ona była mną.

Wczepione   we   mnie   czarne   skrzydła   także   to   wyczuły.   Namierzyły   żer   znacznie 

lepszy niż nędzne wspomnienia jakiejś siedemnastolatki. Kiedy tylko oderwały się od mojej 

duszy, ból ustąpił, a one natychmiast przylgnęły do żniwiarki.

Upadłam   na   ziemię.   Wstrząs   sprawił,   że   straciłam   kontrolę   nad   amuletami.   Sieć 

zaczęła odrastać, z teraźniejszością łączyły mnie już dwa kamienie. Znowu byłam widzialna. 

Żniwiarka stała nade mną, odrętwiała z bólu, a w mojej dłoni spoczywał nie jej miecz, ale 

amulet. Odbierając jej jedno, zdobyłam też drugie.

Krzyknęła   i   upadła   na   kolana.   Widziałam   teraz   jej   białe,   migotliwe   skrzydła, 

wznoszące się wysoko, aż do gałęzi drzewa. Cofnęłam się do Josha, przerażona. Podniósł 

wzrok, przyciskając dłoń do brzucha. Nad nami pojawiła się Grace. Kula mglistego światła.

Nakita znowu wydała okropny, przenikliwy krzyk. Był tak nieludzki, że strach ściął 

mi krew w żyłach. Czarne skrzydła były w jej wnętrzu. Patrzyłam na nią, osłupiała – powoli 

zaczynało do mnie docierać, co zrobiłam. Ale przecież nie wiedziałam, co się stanie! Nie 

wiedziałam! Trzepocząc rozpaczliwie skrzydłami, wygięła się w łuk, musiała niesamowicie 

cierpieć. Jej krzyk ucichł nagle, jak ucięty nożem. A potem złożyła skrzydła i znikła. Z ziemi 

poderwały się kurz i źdźbła trawy. Zasłoniłam oczy dłonią.

– Madison! – zawołała Grace. Jej wysoki głos zagłuszał dobiegającą z parku muzykę. 

– Idź do samochodu. Weź Josha i idź do samochodu.

Żniwiarka znikła, ale czarne skrzydła ciągle nad nami krążyły.  Były ich już setki. 

Stałam się widzialna i czuwała nad nami Grace, a jednak nie odlatywały.

– Josh – wydyszałam. Czułam się słaba i zmęczona. Zawiesiłam amulet Nakity na 

nadgarstku   i   potykając   się,   pomogłam   Joshowi   wstać.   Chwyciłam   aparat,   który   leżał, 

zapomniany,  na trawie. Drzwiczki furgonetki były otwarte. Wsadziłam Josha do środka i 

popchnęłam go dalej, na miejsce pasażera. Silnik ciągle pracował. Podziękowałam Bogu za tę 

drobną przysługę.

background image

– Z nim wszystko w porządku? – spytałam bez tchu, zatrzaskując drzwiczki. Rączka 

skrzyni biegów jakby przechodziła przez moje ciało aż do kości. – Trafiła go?

– To nie był czysty cios – odparła Grace. – Powstrzymałabym ją, ale wtedy ty się 

wtrąciłaś.  Jego dusza wisi na  włosku.  Zabierajmy się  stąd. Jeśli zaatakują  nas wszystkie 

razem, nie zdołam was ochronić. Kryję was, ale dwa z nich poznały już twój smak, a inne go 

wyczuwają. Nie próbuj więcej stać się niewidzialna, Madison! Pamiętaj! Za każdym razem, 

kiedy to robisz, niszczysz swój amulet.

Drżąc,  wycofałam  samochód  i zmieniłam  bieg. Josh  osunął  się na drzwiczki.  Nie 

próbuj stać się niewidzialna. Grace mówiła to już wcześniej. To właśnie przyciągało czarne 

skrzydła. Ale przedtem nie miałam wyboru.

– Josh? – powiedziałam, kiedy wyjechaliśmy na chodnik i musiałam zwolnić, bo tłum 

ludzi zaczął właśnie opuszczać park. – Odezwij się. – Obejrzałam się za siebie, ale wyglądało 

na to, że nikt nie słyszał krzyków Nakity. Nikt nie widział anioła o potężnych skrzydłach, 

konającego w bólu pod drzewami.

Chwyciłam Josha za ramię i potrząsnęłam lekko.

–   Szpital   –   wyszeptał.   –   Madison,   ja   chyba   umieram.   Zawieź   mnie   do   szpitala. 

Szybko. Ogarnęła mnie panika. Wyjechałam na główną drogę i wcisnęłam gaz. Na wszelki 

wypadek   włączyłam   światła   i   pędziłam   przed   siebie,   nie   zwracając   uwagi   na   dźwięki 

klaksonów.

Kiedy tata się o tym dowie, na pewno mnie zabije. Znowu.

background image

ROZDZIAŁ 10

Zapach środków odkażających unosił się w białym, sterylnym korytarzu i przenikał do 

pomalowanej   na  beżowo  poczekalni   przed  izbą  przyjęć.  Była   prawie  pusta,   oprócz  mnie 

siedziała tu tylko jakaś kobieta z popłakującym niemowlęciem na rękach. Pochyliłam się i 

zaczęłam   rozcierać   łokieć.   Przypomniałam   sobie   przy   tym   uczucie,   jakie   towarzyszyło 

uderzeniu Nakity. Byłam wyczerpana i znużona czekaniem na jakąś informację. Z kobietą był 

w poczekalni jeszcze mały chłopczyk. Złościł się, że jego siostra skupia na sobie całą uwagę 

matki.

Kobieta   wypełniała   formularz   i   spoglądała   na   mnie   wrogo.   Kiedy   wpadłam   do 

szpitala,  czekała już  na przyjęcie  swojego  rozgorączkowanego  dziecka, ale  nieprzytomny 

pacjent ma pierwszeństwo przed dzieckiem z kolką jelitową. Wywołałam pewne zamieszanie, 

wydzierając się na personel, i zamknęłam się dopiero wtedy, kiedy do poczekalni weszła 

policjantka, która najwyraźniej za mną jechała. Przysięgam, nie widziałam jej w lusterku.

Może przekroczyłam dozwoloną prędkość, ale za to udało mi się dotrzeć do szpitala 

zaledwie w osiem minut.

Osiem strasznym minut, podczas których wydawało mi się, że Josh zaraz umrze.

Zaszurałam stopami po linoleum i opadłam na oparcie kanapy, obserwując spode łba 

młodą policjantkę, która rozmawiała właśnie z pielęgniarką w różowym fartuchu. Policjantka 

wzięła   moje   prawo   jazdy,   a   to   oznaczało,   że   tata   pewnie   już   był   w   drodze   do   szpitala. 

Próbowałam się do niego dodzwonić, w końcu jednak zostawiłam mu wiadomość, że czuję 

się dobrze i jestem z Joshem w szpitalu.

Pielęgniarka spojrzała w moją stronę, a mnie żołądek ścisnął się z niepokoju. Kiedy 

przyjechaliśmy do szpitala, powiedziałam, że zasłabł na bieżni. Natychmiast go zabrali.

Kobieta w różowym  fartuchu była  pierwszą osobą z personelu, jaką od tej chwili 

zobaczyłam, ale nic nie chciała mi powiedzieć. Idiotyczna polityka prywatności.

Przynajmniej   Grace   była   z   Joshem,   choć   nie   wydawała   się   zadowolona.   Prawdę 

mówiąc, była wściekła. Myślę, że niewiele brakowało, a wysłaliby mnie na obserwację, bo 

zanim uległa, musiałam odbyć z nią dość długą rozmowę. Josh był nieprzytomny, a ja nie, 

więc to on bardziej potrzebował anioła stróża. Proste.

Policjantka   podniosła   głos,   a   ja   poruszyłam   się   nerwowo,   bo   nagle   obie   kobiety 

spojrzały w moim kierunku. Rozmawiały jeszcze przez chwilę, potem pielęgniarka odeszła 

korytarzem, a policjantka podeszła do mnie. Przy naszej pierwszej rozmowie przedstawiła się, 

ale teraz nie mogłam sobie przypomnieć jej imienia. Na jej odznace był napis „B. Levy”. B 

background image

jak Betty?

Bea? Barbie? Nie. Nie z tym rewolwerem u boku.

Porucznik   Levy   stanęła   odrobinę   za   blisko,   żebym   mogła   czuć   się   całkiem 

komfortowo.   Sznurowane   półbuty   na   grubej   podeszwie   skrzypiały   lekko   na   linoleum. 

Podniosłam wzrok – najpierw na jej zaprasowane w kant spodnie, potem na pasek, zapiętą 

kaburę, wykrochmaloną koszulę, odznakę – a potem wreszcie na jej twarz. Była młoda i z 

pewnością nie pracowała w policji od dawna, dlatego wyraz rodzicielskiej troski na jej twarzy 

trochę mnie zirytował. Tak jakby sama miała dzieci, co? Nie wydaje mi się.

Miała jednak łagodne orzechowe oczy, krótkie jasne włosy i miłą, opaloną twarz, na 

której widać jedynie tylko kilka zmarszczek mimicznych. Nie odezwała się, tylko uniosła 

brwi,   a   ja   odwróciłam   wzrok.   Mogła   wlepić   mi   mandat   za   przekroczenie   prędkości   i 

zignorowanie   policji,   ale   kto   zrobiłby   coś   takiego,   wiedząc,   że   wiozłam   do   szpitala 

nieprzytomnego przyjaciela?

– Stan Josha się ustabilizował – powiedziała. Zaskoczona, szybko podniosłam głowę.

– Dziękuję – szepnęłam i poczułam, jak moje ramiona rozluźniają się powoli. Nawet 

nie wiedziałam, że byłam taka spięta.

– Na festiwalu była karetka – powiedziała policjantka i usiadła obok mnie. Westchnęła 

z ulgą i przeczesała włosy palcami. Wydawała się zbyt odjechana jak na policjantkę. Sama 

nie znosiłam, kiedy ludzie mówili, że jestem odjechana, ale ta kobieta sprawiała właśnie takie 

wrażenie – jakby miała w sobie mnóstwo polotu, energii i umiała się czasem posunąć trochę 

za   daleko   dla   dobrej   zabawy.   –   Dlaczego   nie   zabrałaś   go   tam,   zamiast   narażać   na 

niebezpieczeństwo pół miasta? – dodała.

Nie przypominała policjantów, którzy przywieźli mnie do domu, kiedy uciekłam po 

jednej z grubszych awantur z mamą. To dopiero był teatr.

– Nie wiedziałam, że tam była karetka – mruknęłam, bo co miałam jej powiedzieć? Że 

żniwiarz ciemności chciał zabić Josha i że potrzebna była natychmiastowa pomoc medyczna? 

Policjantka się zaśmiała.

– Całkiem dobrze prowadzisz – powiedziała. Uśmiechnęłam się do niej kwaśno.

– Dzięki. – Przestałam rozcierać sobie łokieć, kiedy na niego spojrzała, i zacisnęłam 

ręce  na  kolanach.  Porucznik   Levy  wyprostowała   się,  a  ja   westchnęłam.  No   tak,  pora   na 

wykład.

– Zadzwoniłam do twoich rodziców – powiedziała. Odwróciłam się do niej nerwowo.

–   Zadzwoniła   pani   do   mojej   mamy?   –   spytałam,   naprawdę   wystraszona.   Mama 

dostałaby szału.

background image

– Nie, do twojego taty. Masz niepokojąco bogate akta, Madison, jak na kogoś w 

twoim wieku.

Moje   akta   specjalnie   mnie   nie   martwiły,   w   końcu   nie   było   w   nich   nic   na   temat 

kradzieży czy rozbojów z bronią w ręku. Kilka razy nie wróciłam do domu na czas albo 

włóczyłam   się   wieczorami   po   ulicach.   Wielkie   rzeczy!   Uspokojona,   opadłam   na   oparcie 

kanapy.

– Ale co ja miałam zrobić? – spytałam, błagając ją wzrokiem o zrozumienie. – Co pani 

zrobiłaby na moim miejscu? Byłam przerażona. Myślałam, że Josh umiera.

Policjantka uniosła brwi.

–   Ja   zadzwoniłabym   po   pomoc   i   zaczekałabym   przy   poszkodowanym.   Od   udaru 

słonecznego na ogół się nie umiera.

– Gdyby  to  był udar,  pozwoliliby  mi  się  z nim  zobaczyć  –  powiedziałam,  a  ona 

mruknęła coś takim tonem, jakby się ze mną zgadzała.

Zapadła cisza. Wydawało mi się, że powinnam coś powiedzieć, więc odezwałam się z 

wahaniem:

– Następnym razem będę pamiętała. Zadzwonić po pomoc. Zostać z poszkodowanym. 

– Ale przecież nikt nie byłby w stanie mi pomóc. Może nie powinnam była wydawać Grace 

żadnych rozkazów? Miałam wrażenie, że unieważniły one wszelkie polecenia Rona, łącznie z 

tym, by poleciała po niego, kiedy pojawią się problemy, z którymi nie będzie mogła sobie 

poradzić.

Porucznik Levy wstała, by wyglądać bardziej oficjalnie.

– Mam nadzieję, że następnego razu nie będzie – podsumowała i oddała mi prawo 

jazdy. – Zostań tu, dopóki nie porozmawiam z twoim ojcem.

– Dobrze – odparłam. Wzięłam laminowaną kartę prawa jazdy, zadowolona, że nie 

muszę wypełniać żadnych formularzy ani niczego w tym stylu.

Policjantka spojrzała na mnie z wahaniem.

– Na pewno nie chcesz mi jeszcze czegoś powiedzieć?

Obudziło to moją czujność, ale pewnie spojrzałam jej w oczy.

– Nie. Dlaczego pani pyta?

Nie spuszczała wzroku z mojej twarzy.

– Masz trawę we włosach i pobrudzone ziemią nogi.

Odwróciłam wzrok, ale nie spojrzałam w dół. Cholera!

– Czy doszło do jakiejś bójki? – spytała, mrużąc oczy. – Kto jeszcze brał w niej 

udział?

background image

Wzruszyłam ramionami. Porucznik Levy westchnęła.

– Wiem, że trudno jest wejść w nowe środowisko, ale jeśli doszło do bójki, powinnaś 

mi o tym powiedzieć. To przecież nie będzie donos.

– Josh z nikim się nie bił – powiedziałam. – Po prostu się przewrócił. – Mogłam 

skłamać, że upadłam i pobrudziłam się, kiedy chciałam go złapać, ale po co?

Przez chwilę  patrzyłyśmy  sobie w oczy. W końcu porucznik  Levy zacisnęła usta, 

wydała kolejny niezrozumiały pomruk i podeszła do recepcjonistki. Wiedziałam, że pewnie 

zostanie w szpitalu dłużej, żeby porozmawiać też z rodzicami Josha. Miałam nadzieję, że uda 

mi się zwiać, zanim przyjdą. On był porządnym  chłopakiem. Wystarczy,  że jego rodzice 

spojrzą na moje fioletowe włosy i kolczyki, by uznać mnie za nieodpowiednie towarzystwo 

dla ich kochanego synka. Pewnie bardziej spodobałby im się ktoś taki jak Amy.

Prychnęłam,   zastanawiając   się,   kiedy   zaczęłam   traktować   Josha   jak   materiał   na 

chłopaka. Spędziliśmy razem zaledwie dwa popołudnia. Owszem, popołudnia te były walką o 

życie  – ale to zapewne utwierdzi go w przekonaniu, że raczej nie nadajemy się na parę. 

Spojrzałam   przez   okno   na   furgonetkę   Josha.   Kiedy   umknęliśmy   czarnym   skrzydłom, 

wsunęłam amulet pod przednie siedzenie. Nie przypuszczałam, by Nakita jeszcze wróciła, ale 

Kairos   mógł   się   pojawić,   a   on   znał   rezonans   jej   amuletu.   Jej   krzyk   był   okropny. 

Wzdrygnęłam się na wspomnienie ataku czarnych skrzydeł. Były jak lodowaty, ciężki koc, 

pochłaniający moją pamięć – całe moje życie.

Zmarszczyłam brwi i zaczęłam się zastanawiać, co straciłam. Fakt, że czarne skrzydła 

rzuciły się na Nakitę, był dla mnie szokujący. To, co się z nią wtedy działo, było przerażające. 

Miałam szczerą nadzieję, że wyszła z tego cało, mimo że wcześniej chciała mnie zabić.

Za oknami mignęła znajoma postać w dżinsach i podkoszulku. Wyprostowałam się 

zaskoczona i patrzyłam, jak Barnaba czeka niecierpliwie, aż oszklone drzwi się przed nim 

otworzą.

–   Gdzie   byłeś?   –   spytałam,   kiedy   wpadł   do   wnętrza,   powiewając   połami   szarego 

prochowca.

– Zostawiam cię na jeden dzień... – zaczął, patrząc na mnie ze złością.

– I wszystko diabli biorą – powiedziałam i podniosłam się z kanapy. Nie chciałam, 

żeby mówił do mnie z góry. – Tak, musiałam sobie z tym jakoś radzić. Od wczoraj unikam 

Nakity i Kairosa! – rzuciłam teatralnym szeptem.

– Nakity? – spytał najwyraźniej nie słuchał mnie zbyt uważnie.

– Tak, Nakity – odpaliłam, niespokojnie.

Widziałam, jak bardzo cierpiała. Anioły nie powinny przecież cierpieć, nawet te, które 

background image

są żniwiarzami ciemności.

Barnaba   usiadł   na   brzegu   fotela   naprzeciw   mnie   i   przeczesał   kędzierzawe   włosy 

palcami.   Jak   na   żniwiarza   wyglądał   dość   niewinnie.   Zwłaszcza   w   tej   koszulce   z   nazwą 

znanego zespołu rockowego.

–  To   byłaś   ty?   –  spytał,   a  ja   znowu   zajęłam   miejsce   na   kanapie.   –  W   pieśniach 

unoszących   się   między   niebem   a   ziemią   słyszałem,   że   została   ranna   w   bitwie.   Ron, 

oczywiście, pomyślał o tobie i wysłał mnie, żebym sprawdził, czy wszystko w porządku. 

On... uch... on chciałby z tobą porozmawiać.

Nie wątpię. Usiadłam prosto, choć czułam się coraz gorzej. Pieśni między niebem a 

ziemią? Założę się, że biją CNN na głowę.

Barnaba patrzył na mnie pytająco.

– Co się właściwie wydarzyło? Nie mogę uwierzyć, że odebrałaś jej amulet. Madison, 

naprawdę   musisz   przestać   to   robić.   Gdzie   jest   twój   anioł   stróż?   Nie   mieliśmy   od   niej 

wiadomości, że były jakieś kłopoty.

– To może być moja wina – odparłam cicho. – Powiedziałam jej, żeby chroniła Josha, 

więc nie mogła polecieć do was. Nie złość się na nią. To ja jej kazałam z nim zostać.

– Josha? – Gwałtownie podniósł głowę. – Ona miała być z tobą!

Był wyraźnie wstrząśnięty. Wzruszyłam ramionami.

– Ja jestem przytomna. A on nie. Wybór był prosty.

– Ona miała być z tobą! – wrzasnął Barnaba Prychnęłam ze zniecierpliwieniem.

– Ale ja powiedziałam jej, żeby czuwała nad nim. Dwa razy uratowała mu życie.

Wczoraj Kairos próbował go zabić. Więc co miałam robić? Pozwolić mu na to? Mnie 

nic się nie stało. –  Do czasu, kiedy znalazły mnie czarne skrzydła. A Grace stwierdziła, że 

niszczę swój amulet. Superekstrafantastycznie.

Barnaba patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Ona cię zostawiła – stwierdził. Rany, ale się przyczepił!

– Nie zrobiła tego z własnej woli! – warknęłam. Miałam nadzieję, że nie wpakowałam 

Grace w kłopoty. – Wcale nie była z tego zadowolona. – Zawahałam się, spoglądając w głąb 

długiego, białego korytarza. – Nakita próbowała zabić Josha. Chyba go drasnęła.

Myślisz, że wyjdzie z tego?

– Nie wiem. – Barnaba spojrzał na recepcjonistkę i policjantkę, a potem opadł na 

oparcie i założył ręce na piersi.

–   Co   zrobiłaś   Nakicie?   Gdybyś   tylko   zabrała   jej   amulet,   ograniczyłabyś   jej 

możliwości. Wpadłaby w gniew, a nie w katatonię.

background image

Wpadła w katatonię? Barnaba patrzył  na mnie w taki sposób, jakbym zrobiła coś 

naprawdę bardzo złego. Jasne, była żniwiarką ciemności, ale pozostawienie w jej wnętrzu 

czarnych skrzydeł było naprawdę okropne. Nawet, jeśli doszło do tego przez przypadek.

– Musiałam się jakoś od niej uwolnić – tłumaczyłam, zniżając głos niemal do szeptu, 

kiedy porucznik Levy spojrzała w naszą stronę. – Zrobiłam wszystko, co mogłam. Nie byłam 

w stanie skontaktować się z tobą w myślach, rozumiesz – dodałam z goryczą. Twarz Barnaby 

spochmurniała jeszcze bardziej.

– Ron zostawił ci anioła stróża – powiedział, pochylił się i oparł łokcie na kolanach. – 

Powinnaś być bezpieczna.

– Tak? – Z trudem powstrzymałam się od krzyku. Dwa dni ciągłego strachu obudziły 

we mnie w końcu gniew. – Nakita powiedziała, że zostawiliście mi anielicę pierwszej sfery. 

Lubię ją i w ogóle, ale ona nie ma dość mocy, by ochronić mnie przez takim atakiem. A Ron 

o tym wie.

Złość na twarzy Barnaby zmieniła się w zaskoczenie. Odchylił się, patrząc na kobietę 

z dwójką dzieci, która wychodziła właśnie z poczekalni. Pielęgniarka, która ją wywołała, 

powiedziała policjantce, że ona także może już iść. Uznałam to za dobry znak i opanowałam 

emocje.   Rozprostował   palce.   Wydało   mi   się   nagle,   że   są   trochę   za   długie   jak   na   palce 

normalnego człowieka.

– Josh wie, że jesteś martwa? – spytał.

Kiwnęłam głową, nie odrywając wzroku od podłogi. Nie powinnam była wciągać w to 

wszystko Josha, ale kiedy zaczęły go śledzić czarne skrzydła, nie miałam wyboru.

– Musiałam mu powiedzieć – odparłam. – Latały za nim czarne skrzydła, ale przy 

mnie był bezpieczny. Kazałam mojej anielicy zostać z nim ubiegłej nocy. W przeciwnym 

razie nie dożyłby do rana.

A teraz wylądował w szpitalu. Świetnie sobie radzisz, Madison.

Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch i podniosłam głowę. Ron po prostu stał obok, z 

zaciśniętym   dłońmi   i   wyrazem   smutku   na   twarzy.   Słońce   oświetlało   jego   siwe   mocno 

skręcone włosy, a jego oczy, spoglądające na moje żółte rajstopy i fioletową spódnicę, były 

szaro-niebieskie.   Wczoraj   były   brązowe.   Szaroniebieskie   wróżyły   chyba   kłopoty.   Zwykle 

przybierały ten kolor, kiedy Ron był ze mnie niezadowolony.

– Madison – powiedział z takim znużeniem, że aż się przestraszyłam.

– Przykro mi – bąknęłam lękliwie.

– Wiem. – Rzucił okiem w stronę kontuaru recepcji, za którym akurat nikogo nie było, 

i podszedł bliżej. Poruszał się niemal bezszelestnie. – Od dwóch tysięcy lat nie zdarzyło się, 

background image

by anioł stracił w bitwie przytomność i został pozbawiony miecza. Zdajesz sobie sprawę, co 

trzeba zrobić, by tego dokonać?

Nieszczęśliwa, skuliłam się na kanapie.

– Czarne skrzydła zostały w jej wnętrzu? – spytałam z wahaniem.

Boże, pomóż mi! To był wypadek!

Ron głośno wciągnął powietrze, a Barnaba wydał zduszony okrzyk, pełny zdumienia. 

Nie byłam w stanie podnieść głowy – za bardzo bałam się tego, co mogłam zobaczyć na ich 

twarzach.

– Jak to się stało, że czarne skrzydła znalazły się wewnątrz Nakity? – spytał Ron 

bardzo powoli.

Podniosłam wzrok. Strażnik czasu patrzył na mnie ze smutkiem.

– Uch... chyba to ja przez przypadek je tam wpuściłam... – odparłam. Nie podobało mi 

się, że mój głos zabrzmiał tak niepewnie.

– Przepraszam? – powiedział Ron. Dziwnie zabrzmiało to w jego ustach. Barnaba 

pokręcił głową.

– To niemożliwe. Czarne skrzydła nie są w stanie wyrządzić krzywdy żniwiarzom.

Madison jest zdezorientowana i chyba sama nie wie, co się tak naprawdę wydarzyło.

To było obraźliwe. Prychnęłam.

– Nie jestem zdezorientowana. Wiem, co się stało – upierałam się. Było mi łatwiej o 

tym mówić, niż sądziłam. – Grace powiedziała, że kiedy staję się niewidzialna, oddzielam się 

od amuletu. To właśnie przyciągnęło czarne skrzydła. A kiedy Nakita upadła i przeniknęła 

przeze mnie, czarne skrzydła rzuciły się na nią.

– Grace? – Ron patrzył na mnie spięty i wyraźnie przestraszony. – Kto to jest Grace? – 

Skrzywił   się.   –   Nadałaś   jej   imię?   Madison?   Chyba   nie   nadałaś   swojej   anielicy   imienia, 

prawda?

W porównaniu z rzuceniem anioła na pastwę czarnych skrzydeł nadanie imienia Grace 

wydawało mi się drobnym wykroczeniem.

– Przerywałam więzi pochodzące od mojego amuletu, ale tylko te łączące mnie z 

teraźniejszością, nie te, które wybiegały w przyszłość – wyjaśniłam, usiłując nie dać po sobie 

poznać,  jak   głupio  się   czuję.   Ron  z  wysiłkiem   zmarszczył  brwi,  próbując  zrozumieć,  co 

mówię.   W   każdym   razie   chyba   dlatego   nagle   tak   się   przeraził.   Na   Barnabie   zrobiło   to 

mniejsze wrażenie.

– A co to ma wspólnego z czarnymi skrzydłami? – zapytał.

– Nakita chciała zabić Josha, mimo że miała już mnie. Mogłam się jej pozbyć tylko w 

background image

jeden sposób: stając się niewidzialna. Musiałam się jakoś bronić, a żadnego z was nie było w 

pobliżu – powiedziałam błagalnie. – Nie wiedziałam, że czarne skrzydła się na nią rzucą. Ona 

jest żniwiarką! Czarne skrzydła podobno nie są w stanie skrzywdzić żadnego żniwiarza!

Ron powoli pokręcił głową.

– Nie tak osiąga się niewidzialność. Madison, ty nie zakrzywiłaś światła wokół siebie, 

tylko zerwałaś łączność ze swoim amuletem, jakbyś go wcale nie miała przy sobie. Byłaś 

martwa, nic nie łączyło cię z życiem. Byłaś duszą bez ciała. Nic dziwnego, że sprowadziłaś 

czarne skrzydła. One cię... zaatakowały?

Grace mówiła, że to niebezpieczne. Powinnam była jej posłuchać.

– Nakita chciała zabić Josha i zaprowadzić mnie do Kairosa. Pomyślałam, że jeśli 

zabiorę   jej   miecz,   przynajmniej   nie   będzie   mogła   go   skrzywdzić.   Ale   kiedy   stałam   się 

niewidzialna, żeby odebrać jej amulet, rzuciły się na mnie dwa czarne skrzydła. – Zadrżałam. 

– To bolało. Wydaje mi się, że coś mi zabrały. – Urwałam na wspomnienie tej strasznej 

chwili, kiedy zaczęły wysysać moją pamięć. Potem rozluźniłam napięte dłonie i pomyślałam 

o Nakicie i o tym, jak musiała się czuć, kiedy czarne skrzydła wniknęły do jej wnętrza. – To 

naprawdę bardzo bolało, Ron. Jeszcze raz stałam się niewidzialna, żeby odebrać jej miecz, a 

czarne skrzydła wczepiły się w nią, kiedy przeze mnie przeszła. – Podniosłam zamglony 

wzrok. – Chciałam tylko, żeby zostawiła nas w spokoju – zakończyłam płaczliwie. Do diabła, 

przecież nie zacznę tu płakać! Barnaba odsunął się ode mnie gwałtownie jak na widok węża.

– A amulet Nakity? – spytał. – Jak to się stało, że jej amulet nie zakotwiczał cię w 

teraźniejszości?

– Więzi, które wytwarzał, też zrywałam – wyjaśniłam. – Odebrałam jej miecz, nie 

amulet, ale to dało mi dość mocy, by móc zrywać więzy i od tego nie zginąć.

Z pobladłą twarzą, zerwał się z fotela.

– Ron – powiedział, nie spuszczając wzroku ze mnie. – Ona zdołała oderwać się od 

amuletu, który Nakita ciągle miała na sobie! Jakiego jeszcze potrzebujesz dowodu? Wierzę w 

wolną wolę, tak jak ty, ale coś tu jest nie tak! Zobacz, co się stało. Madison jest...

– Cała i zdrowa. – Ron chwycił mnie za ręce, odwracając moją uwagę od Barnaby. Na 

jego twarzy pojawił się kojący uśmiech, ale w oczach czaił się śmiertelny strach. – Cała i 

zdrowa.

–   Nakita   powiedziała,   że   zostawiłeś   z   nią   anioła   pierwszej   sfery   –   przerwał   mu 

Barnaba, czerwony ze złości. – To oczywiste dlaczego. Wiesz, że to błąd. Jest źle i ty o tym 

wiesz!

Strażnik czasu spojrzał gniewnie na Barnabę i zacisnął palce na moich rękach.

background image

– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć. Wezwałem anioła pierwszej sfery, bo szanse na 

to,   że   coś   się   wydarzy,   były   niewielkie,   a   nie   chciałem   sprawić   wrażenia,   że   jest   jakiś 

problem.

– Problem, co? – Barnaba spojrzał mu prosto w oczy. Ron skrzywił się szpetnie. – 

Więc przyznajesz, że coś jest nie tak.

– Zamknij się wreszcie! – wrzasnął strażnik czasu i żniwiarz, rozgoryczony, spuścił 

głowę. Siedziałam w milczeniu, oszołomiona. Już po raz drugi Ron nie pozwolił mu czegoś 

powiedzieć   –   wcześniej   było   tak   na   szkolnym   parkingu.   Chyba   rzeczywiście   był   jakiś 

problem. Co ja takiego zrobiłam?

– Ron – powiedziałam przerażona. – Bardzo mi przykro. Chciałam tylko bronić siebie 

i Josha. Nakita go drasnęła. Czy on z tego wyjdzie?

Wydawało mi się, że Ron dopiero teraz zwrócił uwagę, gdzie jest. Spojrzał na mnie ze 

smutkiem i pokręcił głową, co przeraziło mnie jeszcze bardziej.

– Nakita jest panią jego życia. To ona zdecyduje, czy będzie żył, czy umrze.

O Boże, ja go zabiłam, pomyślałam. Ogarnęła mnie panika. Wiedziałam, że muszę 

porozmawiać z Nakitą.

– Jest nadzieja – powiedział łagodnie Ron, kładąc mi dłoń na ramieniu. Nie przyniosło 

mi   to   jednak   ulgi,   tylko   przeciwnie,   obudziło   moją   czujność.   Barnaba,   stojący   z   tyłu, 

prychnął. – Będę nadal prowadził rozmowy w tej sprawie – ciągnął Ron takim tonem, jakby 

śmierć Josha była jakąś drobnostką. – Ale to ty mnie najbardziej niepokoisz. Oddzielenie się 

od amuletu w taki sposób, w jaki to zrobiłaś, powinno być niemożliwe. Fakt, że ci się udało, 

ma   zapewne   jakiś   związek   z   tym,   że   jesteś   martwa.   Tak   czy   inaczej,   jestem   pewny,  że 

uszkodziłaś swój amulet. Więcej tego nie rób. To częściowo także moja wina. Powinienem 

był sprawdzać twoje postępy, ale Barnaba nie wspominał o problemach.

Josh nic go nie obchodził. Nie tak naprawdę. Nie ufałam mu już i powoli uwolniłam 

ręce z jego uścisku. I dlaczego on oskarżał Barnabę? Barnaba powiedział, że to przez mój 

amulet nie możemy kontaktować się w myślach, a nie dlatego, że jestem do tego niezdolna 

albo za mało się staram – a Ron musiał o tym wiedzieć. Coś przede mną ukrywał.

– Grace też mówiła, że go uszkodziłam – mruknęłam ostrożnie, starając się nie dać 

niczego po sobie poznać.

Barnaba był spięty i ponury. Blask w jego oczach sprawił, że nagle zobaczyłam w nim 

anioła zemsty.

– Wracam do domu – powiedział do Rona i się skrzywił. – Wpuszczą mnie. Będą 

musieli. Muszę im opowiedzieć o czarnych skrzydłach. Oni mogą je z niej wyciągnąć.

background image

Do domu? – Pomyślałam. To znaczy: do nieba? A dlaczego niby mieliby go tam nie  

wpuścić?   Został   nie   tylko   związany   z   ziemią,   ale   zabroniono   mu   też   wstępu   do   nieba?  

Właściwie kto był czarnym charakterem w tej historii?

Przeszył   mnie   zimny   strach,   bo   nagle   zrozumiałam,   że   wszystko   to,   co   dotąd 

uważałam za prawdę, pewnie nią nie było.

– Zamknij się – warknął Ron, wchodząc między nas. Był  niższy od Barnaby,  ale 

śmiertelnie poważny. – Dam znać, komu trzeba, i Nakicie nic się nie stanie. Ciebie i tak tam 

nie wpuszczą, a na mnie czeka robota. Zostań z Madison i postaraj się, żeby znowu nie 

wpadła w kłopoty. I nie gadaj za dużo! – Oczy Rona pociemniały tak, że stały się niemal 

czarne. Była w nich złość, frustracja i... niepewność? – Rozumiesz? Nic nie zdziałam, jeśli 

będziesz się wtrącał. Trzymaj... język za zębami.

Wspomnienie Nakity, wygiętej z bólu, krzyczącej, z rozpostartymi skrzydłami, znowu 

powróciło. Skrzywdziłam jednego z aniołów. Kim jest Barnaba? Z kim właściwie spędziłam 

tyle nocy na dachu mojego domu?

Wystraszona, patrzyłam, jak Ron wychodzi szybkim krokiem z budynku. Znikł, kiedy 

tylko  wyszedł z cienia na słońce. Odwróciłam się do Barnaby i skuliłam w sobie, kiedy 

prychnął ze złością. Opadł na fotel obok mnie, marszcząc gniewnie brwi. Nie poruszał się. 

Nawet nie mrugał.

– Ona chciała mnie zabić – powiedziałam. – Chciała zabić Josha! Chciała...

– Zabrać cię do Kairosa. Już to mówiłaś – rzucił gwałtownie. Wydawało mi się, że 

dostrzegam w jego oczach strach. Ale nie bał się o mnie, tylko o siebie. Bo nie miał zamiaru 

trzymać języka za zębami, zgodnie z poleceniem Rona. Zadrżałam.

– Tyle jest różnych religii, Madison – powiedział – a tylko jedno miejsce odpoczynku. 

Nakita chciała, żebyś wróciła na drogę, z której zeszłaś, kiedy skradłaś amulet Kairosa.

– To nie ona jest z piekła – domyśliłam się. Widziałam, że jestem bardzo blada. – 

Tylko ty.

Wyprostował się gwałtownie.

– Ja? Nie – odparł i poczerwieniał z zakłopotania. – Nie z piekła. Nawet nie wiem, czy 

istnieje jakieś piekło poza tym, które sami sobie urządzamy. Ale nie jestem też z nieba... już 

nie. Odszedłem, bo nie zgadzałem się z serafinami. Nie chcą mnie przyjąć z powrotem. Nie 

chcą przyjąć żadnego ze żniwiarzy światła. – Wypuścił powietrze z płuc i zacisnął zęby, a 

potem potarł palcami skronie. – Powinienem był ci powiedzieć, ale to takie żenujące.

–   Ale   przecież   jesteś   żniwiarzem   światła!   –   wykrzyknęłam   zdezorientowana.   – 

Światło jest dobre; ciemność jest zła.

background image

Zmarszczył brwi.

–   Światło   jest   dla   ludzi   wolnej   woli,   by   widzieli,   co   wybierają.   Ciemność   kryje 

pochodzące od serafinów przeznaczenie, którego nikt nie wybiera.

– Dlaczego nie dowiedziałam się tego wcześniej?! – wykrzyknęłam. – Dlaczego nikt 

mi o tym nie powiedział? – dodałam rozgoryczona i przerażona, choć fakt, że Barnaba nie jest 

z piekła, a tylko wykopali go z nieba, trochę mnie uspokoił. To w końcu jest spora różnica, no 

nie?

Recepcjonistka   zajrzała   do   poczekalni   i   zaraz   znowu   znikła.   Pewnie   uznała,   że 

martwię się o Josha, a nie o naturę światła i ciemności. Barnaba chyba myślał o czymś innym.

– Nie rozumiem, co robi Ron – powiedział do siebie, patrząc w przestrzeń nieobecnym 

wzrokiem, nieświadomy tego, co działo się w mojej głowie. – Wierzę w wolny wybór, ale po 

tym, co się stało... sam nie wiem. Jesteś fajna, Madison, lubię cię i tak dalej, ale wpuściłaś 

czarne   skrzydła   do   wnętrza   Nakity.   To...   to   straszne.   Może   serafini   mają   rację.   Może 

powinnaś trafić tam, gdzie jest twoje miejsce. Może przeznaczenie ma swoją rolę w tym 

świecie. Walka z nim tylko wszystko pogorszyła.

Tam, gdzie moje miejsce? To znaczy w domu z tatą czy w grobie? Przełknęłam ślinę. 

W końcu to nie mnie wywalili z nieba.

– To był wypadek.

– A to, że nauczyłaś się stawać niewidzialna, to też był wypadek? – spytał poważnie.

– I to, że wykorzystałaś tę wiedzę, by zerwać łączność z amuletem Nakity? To był 

tylko wypadek, że przez ciebie przeleciała? Wypadek czy może przeznaczenie? – Powoli 

pokręcił kędzierzawą głową. – Powinienem był wcześniej zorientować się, co robi Ron. – 

Zmrużył oczy. – Ale nie chciałem w to uwierzyć. Nadal w to nie wierzę.

Zaschło mi w ustach. A co takiego robi Ron? Mój nauczyciel wiedział coś, czego ja 

nie wiedziałam, ale, do diabła, na pewno się dowiem.

– Barnaba – zaczęłam, ale zadzwonił telefon i pielęgniarka weszła do pokoju, żeby 

odebrać. Rzuciła mi pokrzepiający uśmiech, który miał mi powiedzieć, że z Joshem wszystko 

w porządku. A w każdym razie, że jego stan się nie pogorszył. W roztargnieniu przeczesałam 

włosy palcami i zdjęłam suchy listek, który na nich osiadł. Przez chwilę trzymałam go w 

palcach,   a   potem   odłożyłam   na   stolik.  Czy   rzeczywiście   chciałam   poznać   prawdę?   Tak. 

Chciałam.  Spojrzałam   na   brzeg   płaszcza   Barnaby,   odcinający   się   od   ciemnej   podłogi,   i 

zebrałam całą swoją odwagę, zastanawiając się jednocześnie, czy ten szary prochowiec nie 

skrywał jego skrzydeł. Przypomniałam sobie Rona, jak wyciągał żniwiarza z parkingu pod 

szkołą   i   jak   przed   chwilą   kazał   mu   trzymać   język   za   zębami   i   nie   przeszkadzać. 

background image

Przypomniałam sobie to okropne uczucie, którego doznałam, kiedy Ron położył mi dłoń na 

ramieniu, by mnie pocieszyć.

– Barnaba – wyszeptałam – czego Ron mi nie powiedział?

Podniosłam wzrok, a on zacisnął zęby.

– To nie moja sprawa.

Serce zabiło mi mocniej ze strachu, ale zaraz się uspokoiło.

– Ale ty chcesz mi to powiedzieć. Próbowałeś to zrobić na parkingu i widzę, że chcesz 

to zrobić teraz. Jeśli wierzysz w wolną wolę, powiedz mi, co wiesz, żebym mogła dokonać 

właściwego wyboru.

Barnaba spojrzał na mój amulet, a potem na mnie. Zadrżałam.

– Ron ukrywa to, kim jesteś, przed serafinami. Chce wprowadzić cię w błąd, żeby 

zmienić układ sił między przeznaczeniem a wolną wolą – powiedział głucho. – Myślę, że o to 

mu chodzi.

–   Przecież   mówił,   że   z   nimi   rozmawiał   –   zaoponowałam,   ale   zaraz   naszły   mnie 

wątpliwości. – Chce mnie wprowadzić w błąd? Ale dlaczego?

Nie spuszczał ze mnie wzroku.

–   Ty   jesteś   nowym   strażnikiem   czasu,   Madison   –   oznajmił   cicho.   –   Nowym 

strażnikiem czasu ciemności.

Zamrugałam.

– Nie jestem – powiedziałam z uporem.

Ale on, zamiast się ze mną spierać, uśmiechnął się z goryczą.

– Mówiłem ci, że jest powód, dla którego nie możesz się ze mną kontaktować w 

myślach – przypomniał, opuszczając wzrok na mój amulet. – Masz amulet strażnika czasu 

ciemności. W przeciwnym wypadku moglibyśmy czytać nawzajem w swoich myślach. Ale 

nasze   amulety   znajdują   się   po   przeciwnych   stronach   spektrum.   Ron   o   tym   wie.   On   wie 

wszystko. Tylko niczego nie mówi.

Dotknęłam palcami amuletu, a potem opuściłam rękę.

– Może nie udaje się nam, bo jestem martwa.

Odwrócił się i westchnął ciężko.

– Tylko dlatego udało ci się zdobyć amulet strażnika czasu, bo sama nim jesteś.

– Nie! – wykrzyknęłam. – Udało mi się go zdobyć, bo jestem człowiekiem.

Barnaba pokręcił głową.

– Dlatego że jesteś człowiekiem, możesz go dotykać, ale zdobyłaś go, bo jesteś tym, 

kim jesteś. I poszłaś dalej, nauczyłaś się, jak oddzielić się od amuletu i nadal nim władać. 

background image

Wydawałaś rozkazy Grace, nadałaś jej imię, które związało ją z tobą, i zerwałaś więź łączącą 

ją   z   Ronem.   Jesteś   przyszłym   strażnikiem   czasu,   Madison,   jesteś   jedną   z   dwojga   ludzi 

urodzonych w tym tysiącleciu, którzy są zdolni przetrwać zakrzywienie czasu.

Patrzyłam   na   niego,   czując,   jak   ogarnia   mnie   panika.  Ja?   Strażnikiem   czasu 

ciemności? Ja nie wierzę w przeznaczenie. Barnaba musiał się mylić.

– Ron tak powiedział? – wyszeptałam.

Poruszył stopami w brudnych tenisówkach i pochylił się, a potem spojrzał na mnie 

spod szopy kręconych włosów.

– Nie – przyznał i odetchnęłam z ulgą. – Ale tak jest. Madison, nie bez powodu 

strażnikami czasu zostają śmiertelnicy. Świat się zmienia, ludzie się zmieniają, zmienia się 

system wartości. Nierozsądnie byłoby oczekiwać od kogoś urodzonego w epoce piramid, by 

rozumiał człowieka, dla którego oczywiste jest, że ziemię można oglądać z kosmosu. Więc co 

pewien czas, kiedy dopełni się czara zmian, nowi strażnicy czasu zajmują miejsce dawnych.

Spojrzał w stronę recepcjonistki i przysunął się bliżej.

– Widziałem to już. Przypomina to obrót koła. Nowy strażnik czasu, kiedy zostanie 

odszukany, uczy się tak długo, aż może otrzymać amulet, a jego po – przednik podejmuje 

swoje życie w momencie, w którym jego bieg został zakłócony przez boskie siły, i znowu 

zaczyna się starzeć. Fakt, że jesteś martwa, trochę komplikuje sprawy, ale nie zmienia tego, 

kim jesteś.

– Ale ja nie jestem strażnikiem czasu! – zaprotestowałam. – Jestem tylko sobą. A 

nawet gdybym była strażnikiem czasu, na pewno nie byłabym strażnikiem czasu ciemności. 

Nie wierzę w przeznaczenie. Zabrałam Kairosowi amulet tylko po to, żeby utrzymać się przy 

życiu!

Zmarszczył brwi i znowu ukradkiem rzucił okiem w stronę recepcjonistki.

– Być może zabranie amuletu było twoim wyborem, ale to przeznaczenie sprawiło, że 

ci się to udało. Gdyby twoja śmierć była wynikiem zwykłej akcji, Ron oddałby cię serafinom 

zaraz pierwszego dnia. A nie zrobił tego. – Zmarszczka między jego brwiami się pogłębiła. – 

Powinienem   był   zrozumieć   to   od   razu,   ale   nie   przypuszczałem,   że   Ron   posunie   się   do 

kłamstw, żeby utrzymać cię w niewiedzy.

– Ron powiedział, że mówił o mnie serafinom, że prosił, by pozwolili mi zatrzymać 

kamień – odezwałam się oszołomiona. – Jeśli tego nie zrobił, dlaczego ciągle go mam?

– Ponieważ Kairos także nie powiedział im, że go masz.

– Dlaczego? – spytałam.

Nie potrafiłam myśleć. Czułam się zupełnie odrętwiała. Chciałam poznać odpowiedź, 

background image

a sama nie byłam w stanie się jej domyślić.

Barnaba poruszył się na fotelu i otulił płaszczem.

– Sądzę, że Kairos chce cię zniszczyć, żeby nie musiał ustąpić ze swojego miejsca. Bo 

gdyby serafini dowiedzieli się o twoim istnieniu, zmusiliby go, by był posłuszny ich woli. 

Mimo tego, że jesteś martwa. Ale jeśli cię zniszczy, pozwolą mu zostać strażnikiem czasu, aż 

koło znowu się obróci.

Kairos   żyłby   wtedy   bez   końca,   pomyślałam.  Nieśmiertelność   –   to   był   ten   awans.  

Dlatego mnie zabił, a potem jeszcze wrócił. Chciał całkowicie zniszczyć moją duszę.

Znowu zaczęła mnie ogarniać panika.

– Nie. Mylisz się. Ja po prostu mam niewłaściwy amulet – upierałam się. – Muszę go 

oddać. Muszę też zwrócić amulet Nakicie... – paplałam, ale Barnaba odchylił się do tyłu i 

wzniósł oczy do sufitu. – Powiedz jej, że jest mi przykro. Może daruje Joshowi życie.

– Jeśli ona cię odnajdzie, zabierze cię do Kairosa – powiedział Barnaba do sufitu. – 

To, że jest ci przykro, niczego nie zmieni. Odebrałaś amulet strażnikowi czasu ciemności. I 

stałaś   się   nim,   Madison.   Żeby   Kairos   mógł   odzyskać   kamień,   twoja   dusza   musi   zostać 

zniszczona!  Tylko  jedno  z was  może być strażnikiem czasu.  Czułam,  że  kręci mi  się w 

głowie. Musiało być jakieś wyjście z tej sytuacji.

– Tylko jedno? Nie sądzę – odparłam. Rozbolała mnie głowa. – Umiem oddzielić się 

od amuletu. Może dlatego mogę to zrobić, że ten amulet tak naprawdę do mnie nie należy. 

Pomyślałeś o tym? Jeśli mogę go oddać Kairosowi, to może jestem przyszłym strażnikiem 

czasu światła?

Barnaba przestał nerwowo poruszać nogą i odwrócił się do mnie, zastanawiając się 

nad tym, co powiedziałam.

– Ron mówił, żebyś nie oddzielała się od amuletu.

Zadrżałam w nagłym przypływie nadziei.

– Ale Ron mnie okłamywał, okłamywał nas. Więc może to ja mam rację. Nie jestem 

nowym   strażnikiem   czasu   ciemności!   –   Zamyśliłam   się   i   odwróciłam   wzrok   od   jego 

zatroskanej twarzy. – Muszę porozmawiać z Kairosem – mruknęłam. – Gdzie on mieszka?

Barnabie opadła szczęka.

– Nie chcesz chyba naprawdę rozmawiać z Kairosem! – wykrzyknął. – A poza tym nie 

wiem, gdzie on mieszka. – Odwrócił się do mnie, opierając nogę o poduszki. – Madison, 

nawet jeśli jesteś przyszłym strażnikiem czasu światła i możesz zwrócić ten amulet, Kairos i 

tak zniszczy twoją duszę, żeby zmienić układ sił na swoją korzyść.

Ale ja nie mogłam tak myśleć.

background image

– Jest śmiertelnikiem, więc żyje na ziemi, tak? – spytałam i wstałam, spoglądając w 

stronę recepcji. Teraz nikogo tam nie było. – Jeśli Kairos chce odzyskać amulet, odda mi 

moje ciało – powiedziałam, muskając ciężki kamień na mojej szyi. – Założę się, że Nakita 

wie, gdzie on mieszka. Czy z nią wszystko w porządku? Wyjęli z niej czarne skrzydła? Ty 

słyszysz pieśni unoszące się między ziemią a niebem. Co one mówią?

Barnaba siedział bez ruchu i patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Madison...

– Czy wszystko z nią w porządku? – powtórzyłam głośno, opierając rękę na biodrze. – 

Możesz kogoś o to zapytać? Daj spokój! Po co jesteś żniwiarzem, jeśli nic nie robisz?

Zmrużył oczy, zirytowany, ale potem na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– Nic jej nie  jest – powiedział, a mnie od razu ulżyło.  – Ale to kiepski pomysł. 

Pociągnęłam go za rękę do góry. Zaskoczyło mnie, że wstał z taką łatwością.

– Może, ale lepszy taki niż żaden. A jeśli jestem przyszłym  strażnikiem czasu, to 

kiedyś będę twoim szefem. Chodź. Pomóż mi odnaleźć Nakitę.

Zaparł się i wysunął rękę z mojej dłoni.

– Nie będziesz niczyim szefem, jeśli zginiesz.

– Muszę ją przeprosić – powiedziałam, znowu biorąc go za rękę i ciągnąc za sobą – i 

oddać jej amulet. Jeśli to zrobię, może pozwoli Joshowi żyć. Może dlatego go nie zabiła, że 

czeka na mnie.

– Chcesz oddać żniwiarce ciemności amulet. Posłuchaj, co mówisz!

– Należy do niej – odparłam. – W czym problem?

– Ron będzie wściekły. Odbierze mi amulet – mruknął Barnaba, z niepokojem patrząc 

w stronę parkingu. – Nie powinienem był ci tego wszystkiego mówić.

Oparłam rękę na biodrze. Czas mijał, a życie Josha wisiało na włosku.

– Wiesz, że dobrze zrobiłeś. Nie proszę, żebyś mnie opuścił. Jeśli Ron odbierze ci 

amulet, ja zrobię ci nowy. Chyba że to jest tylko kolejne kłamstwo, a ja nie jestem żadnym 

przyszłym strażnikiem czasu, tylko biedną zabłąkaną duszą.

Rany, naprawdę cieszyłam się, że recepcjonistka gdzieś poszła. Barnaba ciągle się 

wahał.

– Po co słuchasz Rona?! – wykrzyknęłam. – On wiedział, kim jestem i nie powiedział 

mi o tym. Kazał ci uczyć mnie czegoś, czego nigdy nie będę umiała, chociaż o tym wiedział. 

Możesz mi po prostu pomóc? Muszę spróbować uratować Josha. Muszę uratować siebie. 

Mogę znowu być sobą!

Spojrzał mi w oczy.

background image

– Zawsze jesteś sobą.

Cofnęłam się o krok. Nie miałam pojęcia, co zdecyduje.

– Pomożesz mi?

Stał przede mną, szurając niepewnie stopą po podłodze.

– A widzisz tu jakiś wybór?

Kiwnęłam głową.

– Widzę szansę.

I   sposób   na   to,   żeby   zwiać   stąd,   zanim   pojawią   się   mój   ojciec   i   rodzice   Josha. 

Popatrzył na parking i zachodzące słońce, a potem skrzywił się lekko.

– Nie mogę uwierzyć, że to robię – powiedział.

– Pomożesz mi? – spytałam bez tchu, jednocześnie uradowana i przerażona.

– Wpakuję się w poważne kłopoty – mruknął bardziej do siebie niż do mnie, po czym 

razem odwróciliśmy się w stronę drzwi. – Mogę zabrać cię w pewne bezpieczne miejsce. 

Nakita nie będzie mogła cię tam skrzywdzić. Choć nadal uważam, że nic dobrego z tego nie 

wyniknie.

– Dziękuję – odparłam, zdecydowanym  krokiem wychodząc  ze szpitala. Z emocji 

ściskało mnie w żołądku.

Przekonam Nakitę, żeby darowała życie Joshowi w zamian za ten nędzny kawałek 

skały, a potem przekonam też Kairosa i odzyskam moje życie w ten sam sposób. Patrzcie 

tylko!

background image

ROZDZIAŁ 11

Napięłam mięśnie  i zacisnęłam oczy,  kiedy zielone wierzchołki drzew zaczęły się 

przybliżać.   Nie   chciałam   patrzeć,   jak   Barnaba   składa   skrzydła   i   pikuje   w   kierunku 

niewielkiego   otworu   w   tym   zielonym   baldachimie.   Na   moment   żołądek   podszedł   mi   do 

gardła. Usłyszałam szum liści, powietrze wyraźnie się ochłodziło. Otworzyłam oczy w chwili, 

gdy mój opiekun skręcił gwałtownie, by nie wpaść na jedno z drzew, a potem wylądował 

twardo   na   powalonym,   porosłym   mchem   pniu,   który   pod   naszym   ciężarem   zaczął   się 

rozpadać. Zeskoczyłam na ziemię.

Barnaba wyrzucił skrzydła do przodu, by zahamować, i pęd powietrza zwiał mi na 

twarz splątane włosy. Kiedy się odwróciłam, stał za pniem w szarym prochowcu zarzuconym 

na wąskie ramiona. Po jego skrzydłach nie było już śladu. W półmroku spojrzałam na jego 

zatroskaną twarz, a potem podniosłam wzrok na zielone gałęzie. Drzewa były wysokie, ale las 

w tym miejscu prawie nie miał poszycia. Czułam, jak stopy zapadają mi się w miękki torf. 

Objęłam się ramionami, bo powietrze było wilgotne i chłodne. Teren znaczyły niewielkie, 

chaotycznie rozsiane wzniesienia. Wyglądały jak... groby.

– Gdzie jesteśmy? – spytałam i niezgrabnie przelazłam przez rozsypujący się pień, by 

stanąć bliżej niego.

– W szczególnym miejscu – odparł cicho. – Ziemia drży, kiedy dotyka jej serafin, ale 

są   miejsca,   gdzie   tak   się   nie   dzieje.   W   takich   miejscach   w   przeszłości   spotykali   się 

nieśmiertelni. Na morzu znaczą je wielkie skały, ale tu, gdzie ludzie żyli w harmonii z naturą, 

znajdują   się   kopce,   w   których   składali   ofiary   aniołom,   prosząc,   by   zostawili   ich   i   ich 

potomstwo w spokoju. – Odwrócił się do mnie, a ja zadrżałam pod wpływem jego nagle 

obcego wzroku. – To neutralne miejsce. Jeśli dojdzie tu do rozlewu krwi, przybędzie serafin. 

Nakita na pewno by tego nie chciała.

Rozejrzałam się po lesie, czując, jak na całym ciele robi mi się gęsia skórka.

– Dziwnie tu jest.

– Prawda?

Panowała   całkowita   cisza,   w   której   słyszałam   tylko   szelest   liści   na   najwyższych 

gałęziach drzew.

– Jak mam powiedzieć Nakicie, że chcę z nią porozmawiać?

Barnaba   cicho   odsunął   się   ode   mnie   i   stanął   jakieś   dziesięć   metrów   dalej,   żeby 

rezonans jego amuletu nie wszedł w reakcję z moim.

– Myślę, że ona cię szuka – powiedział, spoglądając na ciemniejące drzewa. – Możesz 

background image

być tego pewna.

– Jestem – odparłam pewnie, choć byłam bardzo niespokojna.

Ujawniłam się, moja dusza śpiewała i wszyscy, którzy byli do tego zdolni, mogli ją 

słyszeć. Była jak dzwon, jak światło latarni morskiej, które mogło przywieść do mnie Nakitę.

Zacisnęłam   zęby,  kiedy  między   drzewami   przeleciało   powoli   czarne   skrzydło,   ale 

doszłam   do wniosku,  że  był to  tylko  ptak.  A  potem  podniosłam  głowę,  bo moją   uwagę 

zwróciło coś, czego nie byłam w stanie zobaczyć.

Barnaba poruszył się i pod jego stopą trzasnęła sucha gałązka.

– Ja też to wyczuwam – szepnął. Przełknęłam ślinę.

– Co to jest?

– Nie wiem. Wydaje  mi się, że żniwiarz, ale... przepełniony strachem. Jak ludzka 

istota.

Spojrzał na coś za mną i szeroko otworzył oczy.

– Madison! Padnij! – krzyknął, a ja rzuciłam się na miękką, wilgotną glebę. Po moich 

plecach  przetoczył się  jakiś ciężar i  znikł.  Podniosłam głowę,  wypluwając  z  ust  włosy i 

ziemię.

Nakita   opadała   w   dół,   a   jej   białe   skrzydła   świeciły   w   mroku   własnym   światłem. 

Znikły jednak, jeszcze zanim dotknęła stopami ziemi.

– Nic ci nie jest! – wykrzyknęłam i zaraz pomyślałam, że były to jedne z najgłupszych 

słów, jakie kiedykolwiek wypowiedziałam.

– Mnie także okłamują serafini – mruknęła drwiąco. Jej piękną twarz wykrzywiał 

grymas strachu i złości.

Nie miałam pojęcia, o co jej chodzi więc tylko stałam i patrzyłam na nią.

– Nakito, zaczekaj! – zawołał Barnaba, rzucając się między nas. Cofnął się jednak, 

kiedy w dłoni Nakity błysnął miecz. Wyciągnęła ramiona przed siebie, pochyliła głowę i 

uderzyła.   Otworzyłam  usta,  żeby  krzyknąć,  ale   on także  miał już  miecz  w   dłoni.  Ostrza 

skrzyżowały się, a ja zadrżałam, kiedy metaliczny szczęk odbił się echem od pni drzew. 

Kairos musiał dać Nakicie nowy amulet. Nie potrzebowała więc już tego, który chciałam jej 

zwrócić. Klejnot w jej mieczu był teraz czarny. Barwa kamienia w rękojeści miecza Barnaby 

zmieniła się i jaśniała wspaniałą żółcią. Kamień Nakity, ciemny i matowy, wyglądał przy nim 

jak martwy.

– Madison  chce  się  pojednać  –  odezwał  się  mój  nauczyciel,  stojąc   nieruchomo z 

mieczem skrzyżowanym z mieczem Nakity. – Schowaj ostrze w tym świętym miejscu.

Nakita uśmiechnęła się, ale jej oczy patrzyły z przerażającą determinacją. Wyglądała 

background image

zupełnie inaczej niż dotychczas, ubrana w białą szatę, podobną do tej, w której chodzi Ron.

– Potrzebuję jej – powiedziała melodyjnym głosem. – Przywiodłeś ją do mnie. Jest 

moja.

Cofnął   się,   a   kiedy   ich   miecze   oderwały   się   od   siebie,   nagle   ustał   szum,   który 

wypełniał mi uszy.

– Madison przybyła  tu z własnej woli. Chce cię przeprosić. Hańbą byłoby jej nie 

wysłuchać.

Nakita   także   cofnęła   się   o   krok   i   wymyślnym   gestem   ręki   dała   mi   znak,   żebym 

przemówiła. Wyglądała dziko i ekstrawagancko. Wątpię, by rzeczywiście interesowało ją to, 

co miałam do powiedzenia, ale dla mnie była to jedyna szansa.

Przejęta, stanęłam obok Barnaby i odwróciłam się do niej.

– Nakito, bardzo mi przykro – zaczęłam w gęstniejącym wokół nas mroku. – Nie 

wiedziałam, że czarne skrzydła zostaną w twoim wnętrzu. Chciałam tylko powstrzymać cię 

przed zabiciem Josha. Przyniosłam ci twój amulet – dodałam, wyciągając w jej stronę drżącą 

rękę, w której trzymałam kamień. – To nie jest łapówka...

Ale proszę, daruj życie Joshowi.

Nakita zmarszczyła  brwi, ale złapała amulet, który jej  rzuciłam i przypięła  go do 

paska.

–   To   Kairos   daje   mi   amulet,   nie   ty  –   prychnęła.   –   A   twoje   współczucie   jest   mi 

potrzebne jeszcze mniej niż twoje przeprosiny. Serafini mówią, że wszystko jest ze mną w 

doskonałym porządku. Ze jestem doskonała! – krzyknęła w niebo, a potem odwróciła się do 

mnie, dysząc, z obłędem w oczach. – Ale oni kłamią.

Barnaba pociągnął mnie do tyłu.

– Zabierajmy się stąd. Z nią jest coś nie tak. To do niczego nie doprowadzi.

– Ze mną też jest coś nie tak – powiedziałam, myśląc o moim przerwanym życiu, i mu 

się wyrwałam. – Nakito, przekażesz Kairosowi wiadomość ode mnie? On ma moje ciało. 

Chcę je odzyskać. Oddam mu za nie jego amulet, jeśli obieca, że zostawi mnie w spokoju. 

Chcę tylko być taka jak kiedyś. Proszę. Jestem już zmęczona tym bezustannym strachem.

Na   dźwięk   słowa   „strach”   Nakita   zadrżała.   Nagle   znów   ukazały   się   jej   skrzydła, 

większe niż wydawało się to możliwe. Pióra na ich wierzchołkach drgały lekko na wietrze. 

Może udało im się uwolnić ją od czarnych skrzydeł, zostało w niej jednak coś, czego żaden 

żniwiarz nie potrafi pojąć, bo nie do tego został stworzony. Strach. A ten strach pochodził ode 

mnie. Był częścią moich wspomnień.

– Nie jestem twoim gońcem – odparła gorzko. – Ale wybieramy się do Kairosa.

background image

Jesteś złodziejką. I oszustką. On ma twoje ciało, a kiedy dostanie też twoją duszę, 

stworzy mnie od nowa taką, jaka dawniej byłam. Wszystko będzie takie jak dawniej. Obiecał 

mi to!

Kairos ma moje ciało. Dzięki ci, Boże.

– Nigdzie jej nie zabierzesz – odezwał się Barnaba, nie zdając sobie sprawy, że Nakita 

była teraz bardziej niebezpieczna niż kiedykolwiek. Moc, jaką posiadają anioły, łączyła się 

teraz u niej z ludzką determinacją. Sprawiły to strach i świadomość śmierci. Ja to sprawiłam.

– Ona jest moja i koniec na tym. – Pochyliła się i zamachnęła mieczem, który wszedł 

w mech jak w ludzkie ciało.

Pokręciłam głową i cofnęłam się nieco.

– Nakito, posłuchaj. Chcę tylko odzyskać moje ciało, całe i zdrowe. Kairos nie musi 

niszczyć mojej duszy, by odzyskać amulet. Potrafię się od niego odłączyć. Wyprostowała się i 

wybuchnęła strasznym, okrutnym śmiechem. Barnaba podszedł do mnie, jakby chciał dodać 

mi otuchy.

– Kairos musi cię zabić, żebym mogła odzyskać to, co utraciłam – odparła. – Barnabo, 

zejdź mi z drogi albo zginiesz pierwszy.

– Nie zrobiłabyś tego. – Zasłonił mnie własnym ciałem, a Nakita wyciągnęła miecz z 

ziemi i nonszalancko oczyściła ostrze z brudu, wycierając je o swoją nogę. – Przybędzie tu 

serafin. Nie zaryzykujesz tego.

– Dlaczego nie?! – krzyknęła, a potem zrobiła krok w tył, szeroko otwierając oczy. – 

Nie mam już nic, Barnabo! Wiesz, co znaczy strach? Byłabym szczęśliwa, gdyby jakiś serafin 

zmiażdżył   mnie   za   pogwałcenie   jednego   ze   świętych   miejsc   na   ziemi.   Gdyby   ze   mną 

skończył, przynajmniej nie musiałabym się więcej bać!

Barnaba nie rozumiał jej i z wysiłkiem zmarszczył brwi.

– Bać?

Żniwiarka   wydała  niski,   głuchy  pomruk,   przypominający   ryk   dzikiego  zwierzęcia. 

Ten nieludzki odgłos niemal mnie sparaliżował. I wtedy ruszyła.

Stłumiłam krzyk, kiedy rzuciła się na Barnabę z rozpostartymi białymi skrzydłami. 

Opadł na jedno kolano, a potem, z nagłym  trzepotem  własnych  srebrnoszarych  skrzydeł, 

wzbił się w powietrze i opadł na ziemię nieco dalej. Cofnęłam się szybko, szukając jakiejś 

osłony.

Potężny podmuch powietrza poderwał z ziemi opadłe liście, a zaraz potem rozległ się 

ogłuszający   szczęk   metalu.   Anioły   skrzyżowały   miecze.   Skrzydła   Barnaby   wściekle   biły 

powietrze, gdy usiłował odepchnąć od siebie Nakitę.

background image

–   Dostanę   ją!   –   wrzasnęła   Nakita,   trzepocząc   wściekle   skrzydłami,   jakby   chciała 

wgnieść przeciwnika w ziemię samą siłą swojej woli. – Nie pozostanę taka na wieki! Nie 

mogę!

Barnaba wyrzucił przed siebie nogę, by ją odepchnąć. Szare i białe skrzydła zahaczyły 

o gałęzie drzew. Uniknął ciosu, rzucając się w bok. Był wyraźnie słabszy w tym pojedynku, 

bo nie chciał dopuścić do rozlewu krwi. Nakita nie dbała o to, bezlitośnie atakując go swoim 

ostrzem. Odpierał kolejne ciosy, ale robił to coraz wolniej. Żniwiarka ciemności walczyła z 

dziką   desperacją   właściwą   tylko   ludziom,   która   coraz   bardziej   wyczerpywała   siły   jej 

przeciwnika.

Zaskoczyło mnie nagłe szarpnięcie, które poczułam na swojej szyi. Miałam wrażenie, 

że ziemia usuwa mi się spod nóg. Chwyciłam amulet. Ktoś... ktoś próbował go użyć! Nakita 

wydała   dziki   okrzyk,   a   ja   zrozumiałam,   że   to   ona   próbuje   zrobić   to   samo,   co   ja,   kiedy 

próbowałam stać się niewidzialna. Ona była zbyt daleko od mojego amuletu, ale Barnaba nie.

Z kolejnym przerażającym okrzykiem natarła na Barnabę i wyłuskała miecz z jego 

dłoni. Amulet na jego szyi zamigotał i zgasł. Barnaba był bezbronny. Żniwiarka, z szeroko 

otwartymi ustami, rzuciła się na niego. Zebrał siły, by odeprzeć atak, który jednak nie nastąpił 

Nakita bowiem zerwała łączność ze swoim amuletem i stalą się niewidzialna. A potem weszła 

w Barnabę, jakby skoczyła do wody.

– Uważaj! – wrzasnęłam, ale było już za późno. Nakita ukazała się nagle za jego 

plecami, zrobiła błyskawiczny półobrót i przyłożyła ostrze do jego szyi.

– Nakito, nie! – krzyknęłam i rzuciłam się do niej. Żniwiarka zawahała się, a potem na 

jej ustach pojawił się ponury, tryumfalny uśmiech. Dwa anioły śmierci stały tak złączone 

uściskiem, jeden dziki i oszalały, drugi pokonany i bezsilny.

– G-gdzie się tego nauczyłaś? – wyjąkał Barnaba. Znieruchomiał, czując dotyk miecza 

innego żniwiarza na swoim gardle.

Nakita, nie spuszczając wzroku ze mnie, nachyliła się do jego ucha i wyszeptała:

– Zdumiewające, do czego stajesz się zdolny, kiedy już wiesz, że nic nie będzie trwało 

wiecznie, jeśli o to nie zadbasz.

Zaschło mi w ustach.

– Nie zabijaj go – powiedziałam błagalnie. – Proszę, Nakito.

– Głupia dziewczyno – odparła, krzywiąc się szpetnie. – Dlaczego tak obchodzi cię 

jego los? Nikt inny o niego nie dba. Nie potrafił cię przed niczym ochronić, sam przywiódł 

cię do mnie. A teraz będziesz musiała umrzeć.

– Pójdę z tobą! Tylko go nie zabijaj. Zabierz mnie do Kairosa – zażądałam, drżąc na 

background image

całym ciele. – Pozwól mi z nim porozmawiać.

– To właśnie mam zamiar zrobić – odparła i odsunęła nieco rękę, w której trzymała 

miecz.

– Nie! – krzyknęłam, kiedy nagle z całej siły uderzyła Barnabę w skroń rękojeścią 

miecza. Żniwiarz światła powoli osunął się na ziemię. Okryty skrzydłami, wyglądał, jakby 

spał, jak anioł odpoczywający na leśnej polanie.

Znowu poczułam, że bije mi serce. Zaczęłam się powoli cofać. Nakita potrząsnęła 

skrzydłami   i   uśmiechnęła   się   lekko.   Jedno   małe   śnieżnobiałe   piórko   miękko   opadło   na 

ciemny, zielony mech.

Rzuciłam się do ucieczki.

Rozległ się świst powietrza i już mnie miała. Kilka sekund i było po wszystkim.

–   Puść   mnie!   –   krzyknęłam.   Wiedziałam,   że   nic   mi   to   nie   da,   jeśli   stanę   się 

niewidzialna, skoro ona także to potrafiła. – Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju?

– Chcę odzyskać siebie – warknęła, trzymając mnie w żelaznym uścisku. – Nie chcę 

się więcej bać. Czarne skrzydła... – Podniesiony głos uwiązł  jej w gardle. – Nie znałam 

strachu. Widziałam, jak na was działa, oczywiście, i sądziłam, że jest słabością wspólną dla 

was wszystkich. Ale ciebie to nie dotyczy. Nie chcę się nigdy więcej bać. Chcę być taka jak 

kiedyś. Kairos może to sprawić. Ale do tego potrzebuje swojego amuletu.

Mojego amuletu, pomyślałam buntowniczo, a potem krzyknęłam, bo nagle zostałam 

uniesiona w górę. Nakita zwolniła nieco tuż pod koronami drzew, a później znalazłyśmy się 

ponad nimi, w pełnym świetle dnia. Nakita trzymała mnie mocno, a ja machałam bezwładnie 

nogami w powietrzu, aż wreszcie odnalazłam piętami jej stopy i oparłam się na nich. Była to 

trochę współpraca na pokaz, ale teraz przynajmniej żołądek nie podchodził mi do gardła.

– Nakito, bardzo mi przykro – powiedziałam, kiedy wznosiłyśmy się coraz wyżej. – 

Nie wiedziałam, że czarne skrzydła mogą wyrządzić ci krzywdę. A ty chciałaś mnie zabić!

– To było moje zadanie, a twoje przeznaczenie – odparła, chwytając mnie mocniej. – 

Taka, jaka jestem teraz, nie mogę dłużej istnieć. Chcę być taka jak kiedyś! Powietrze był 

zimne. Bez ostrzeżenia obniżyła lot i złożyła skrzydła wokół nas, spowijając mnie miękkim 

kokonem   ciepła.   Miałam   wrażenie,   że   moje   wnętrzności   opadają   szybciej   ode   mnie. 

Odruchowo zaczęłam się wyrywać.

–   Nie   ruszaj   się   –   warknęła,   a   zaraz   potem   świat   wywrócił   się   do   góry   nogami. 

Krzyknęłam,   nie   mogąc   objąć   umysłem   absolutnej   nieobecności   wszystkiego.   Nie   było 

żadnych   dźwięków,   zapachów,   dotyków   –   niczego.   Jakbym   sama   stała   się   czarnym 

skrzydłem,   jakbym   nigdy   nie   istniała,   a   jednocześnie   odczuwała   grozę   świadomości,   że 

background image

istniało kiedyś coś, co bezpowrotnie utraciłam. Spadałam w głąb jakiejś otchłani, bez żadnej 

nadziei, że to kiedykolwiek się skończy.

Nakita   znowu   objęła   mnie   ciepłem   swoich   skrzydeł.   Wciągnęłam   w   nozdrza   jej 

zapach i odetchnęłam z ulgą.

Jej obecność przywracała mi poczucie rzeczywistości. Nie poruszałyśmy się już, a 

kiedy mnie puściła, uderzyłam kolanami o twardą posadzkę. Pozbierałam się z trudem, drżąc 

na   całym   ciele,   i   zaczęłam   się   cofać.   Nie   miałam   pojęcia,   co   się   właśnie   wydarzyło. 

Wyprostowałam się, zrobiłam kolejny krok w tył i oparłam się plecami o szeroką kolumnę, 

która podpierała biały baldachim. Znieruchomiałam, otwierając usta z zdumienia.

Byłam  na  powietrzu,  na  tarasie   z marmuru   czarnego  ze  złotymi  żyłkami.  Między 

tarasem a urwiskiem, pod którym widziałam wąską plażę, nie było żadnej barierki. Słońce 

świeciło tuż nad horyzontem, ale powietrze było chłodne i wilgotne... A więc słońce nie 

zachodziło nad oceanem, lecz wschodziło. Spojrzałam na kilka rosnących w pobliżu roślin o 

grubych,   skórzastych   liściach,   służących   do   magazynowania   wody   w   czasie   suszy,   i 

zrozumiałam, że znalazłam się gdzieś na drugiej półkuli.

Usłyszałam chrząknięcie i odwróciłam głowę. Była  to Nakita, ale nie zwracała na 

mnie   najmniejszej   uwagi.   Jej   skrzydła   zniknęły,   stała   teraz   spokojnie   obok   Kairosa, 

siedzącego przy małym stoliku, na którym leżały kilka starych książek i taca ze śniadaniem. 

Strażnik czasu ciemności miał na sobie luźną szatę podobną do tej, którą nosił zwykle Ron. 

Wyglądał   bardzo   młodo   i   niezwykle   elegancko,   wysoki,   opanowany,   z   satysfakcją   i 

jednocześnie spokojnym oczekiwaniem widocznym na twarzy.

Wystraszona spojrzałam za siebie na niski dom, wbudowany w zbocze wzgórza. Duże 

okna były otwarte, wiatr lekko poruszał zasłonami.

Mogę tu zginąć, pomyślałam, a mój tata nawet się o tym nie dowie.

– To twój dom, prawda? – wyszeptałam i wiatr zaniósł moje słowa do Kairosa. Kairos 

uśmiechnął się, wstał i ruszył w moją stronę.

Byłam martwa. Byłam bardziej martwa niż kiedykolwiek.

background image

ROZDZIAŁ 12

Bystrze – powiedział Kairos głosem tak zimnym jak jego spojrzenie. Podeszwy moich 

żółtych tenisówek zaskrzypiały na marmurowej posadzce, kiedy odwróciłam się, by uciec – 

ale tu nie było dokąd uciekać. Nakita w ułamku sekundy znalazła się obok mnie. Rzuciłam się 

w bok, żeby nie mogła mnie dosięgnąć. Skrzywiła się lekko i pchnęła mnie tak, że upadłam, 

uderzając łokciem w czarny marmur. Całe ramię, aż do kręgosłupa, przeszył bolesny prąd. 

Spróbowałam się podnieść, ale Nakita pocięła mi stopą nogi i przewróciła mnie na wznak.

Znieruchomiałam,   kiedy   oboje   stanęli   nade   mną.   Czułam   zapach   ziemi,   który 

przylgnął do stóp Nakity. Czarny kamień na mojej szyi był wyziębiony chłodem nocy, niebo 

nad oceanem rozjaśniało się powoli błękitnym, przezroczystym światłem.

– Jak szybko może się zmienić przeznaczenie aniołów – odezwał się Kairos. Jego głos 

wznosił się i opadał jak muzyka. Kiedyś wydawało mi się, że w jego głosie słychać szum 

morza – uważałam go za wcielenie piękna, elegancji i wyrafinowania – ale został po tym 

tylko zapach słonej wody, ostry, martwy i nieprzyjemny. Spojrzałam na miecz w jego dłoni i 

rozpoznałam go natychmiast. Już raz mnie tym mieczem zabił.

– Nigdy więcej! – mruknęłam, cofając się gwałtownie. Znowu trafiłam plecami na 

jedną  z kolumn i wstałam,  opierając się o nią lekko i zaciskając palce na wyżłobionych 

wzdłuż niej rowkach. Uchyliłam się szybko, kiedy żniwiarka zamierzyła się na mnie swoim 

ostrzem. Rozległ się ostry świst – odwróciłam głowę i zobaczyłam, że Kairos wzniósł swój 

miecz i z przerażającą łatwością powstrzymał jej cios.

– Cierpliwości – powiedział. – Zabijesz ją, ale dopiero wtedy, kiedy sprowadzę tu jej 

ciało. Wszystkie trzy elementy muszą znaleźć się w jednym miejscu i czasie, w przeciwnym 

wypadku nic się nie zmieni. Potrzebuję po prostu kilku chwil, by je odszukać.

Cofnęłam się jeszcze trochę, żeby jak najbardziej się od nich oddalić. Nakita jednak 

nie spuszczała ze mnie wzroku.

– Mówiłeś, że jest gdzieś blisko.

– Bo jest. Dasz mi chwilę, żebym mógł się skoncentrować? Kiedy je odnajdę, zaraz 

się tu pojawi, a ty będziesz mogła ją zabić.

Wydawał   się   zaniepokojony.   Stałam   przerażona,   nie   mając   pojęcia,   co   powinnam 

zrobić. Jasne, zwiałabym stąd chętnie, ale nie bardzo miałam dokąd. Byłam na jakiejś wyspie. 

Znałam to uczucie, jakie wywołuje woda ze wszystkich stron napierająca na ląd.

– Kairosie, oddaj mi moje ciało i pozwól mi odejść, a ja dam ci ten twój głupi amulet 

– powiedziałam, rozglądając się wokół, gorączkowo szukając jakiegoś rozwiązania. Byłam 

background image

przerażona i ze złością zauważyłam, że drży mi głos.

–   Nie   dbam   o   to,   że   jestem   przyszłym   strażnikiem   czasu.   Chcę   tylko,   żebyście 

wszyscy zostawili mnie w spokoju.

Zaśmiał się, odrzucając głowę do tyłu, ale ja zauważyłam, że na dźwięk moich słów 

Nakita   zamrugała   z   niedowierzaniem.   A   więc   ona   o   tym   nie   wiedziała.   Kairos   jej   nie 

powiedział. Dla niej ta sprawa była tylko pomyłką, niczym więcej.

– Kto ci o tym powiedział? – spytał Kairos, ocierając oczy. – Chyba nie Ron? A może 

sama do tego doszłaś? Zdumiewające. Naprawdę zamierzam oddać ci twoje ciało, bo dopóki 

nie będziesz całkowicie martwa, amulet, który zamierzasz mi zwrócić, do niczego mi się nie 

przyda.

– Potrafię  się od niego  odłączyć – powiedziałam.  – Wczoraj się tego  nauczyłam. 

Amulet będzie tylko twój. Ron może zrobić dla mnie nowy. Po prostu oddaj mi moje ciało i 

pozwól mi odejść, dobrze?

Usłyszałam za plecami jakiś ruch i odwróciłam się szybko.

– Ron! – krzyknęłam na widok strażnika czasu światła.

Barnaba,   pomyślałam   natychmiast.   Co   się   z   nim   dzieje?  A   potem   zamrugałam  – 

dlaczego w ogóle ucieszyłam się na widok Rona?

Nakita rzuciła się do mnie i chwyciła mnie za ramię. Próbowałam się jej wyrwać, ale 

wtedy ona przyłożyła mi do gardła ostrze swojego miecza. Niewielki klejnot, osadzony przy 

jego rękojeści, lśnił matowym blaskiem kilka centymetrów od moich oczu. Do diabła z tym! 

Jak to możliwe, że ona porusza się z taką szybkością? Zamarłam. Kairos twierdził, że moje 

ciało jest gdzieś nie – daleko. Jeśli je teraz przyniesie, Nakita będzie mogła zabić mnie na 

dobre.

– Za późno, Ron – rzekł Kairos  i zaśmiał  się cicho,  widząc moje zaskoczenie. – 

Zabawne – mruknął do żniwiarki. – Strażnik czasu, który się spóźnia.

Pośliznęłam się na gładkim kamieniu i gdyby Nakita mnie nie złapała, nadziałabym 

się na jej ostrze. Coraz bardziej się bałam.

Ron pochylił głowę i spojrzał na mnie. Promienie wschodzącego słońca zalśniły w 

jego oczach – były w nich determinacja i... poczucie winy? No, najwyższy czas.

– Puść ją – powiedział z naciskiem. – Kairos nie będzie mógł ci pomóc, nawet jeśli 

odzyska swój amulet. Madison jest przyszłym strażnikiem czasu. Przeznaczenie zdecydowało 

już, czyje zajmie miejsce.

Uścisk trochę zelżał, czułam, że Nakita jest zdezorientowana. Kairos postąpił krok 

naprzód.

background image

– Nie kłamałem  – zapewnił.  – Nie dowiem się, czy mogę jej  pomóc, dopóki nie 

spróbuję.

– Ona jest przyszłym strażnikiem czasu? – spytała Nakita.

Drgnęłam, kiedy oderwała miecz od mojego gardła i skierowała go w stronę Kairosa, 

który   zatrzymał   się   z   komiczną   gwałtownością.   Żniwiarka   ciągle   jednak   trzymała   mnie 

ramieniem   za   szyję.   Na   pięknej   twarzy   Kairosa   pojawił   się   strach,   szybko   jednak   się 

opanował.

– Nakito – przekonywał błagalnie – może będę w stanie ci pomóc. Odłóż miecz.

– Mówiłeś, że potrafisz usunąć ze mnie strach – powiedziała Nakita, obejmując mnie 

ciaśniej.   –   Mówiłeś,   że   jej   przeznaczeniem   jest   śmierć,   że   słyszałeś   o   tym   w   pieśniach 

serafinów. Czy ona jest przyszłym strażnikiem czasu? Kazałeś mi zabić strażnika czasu, bo 

boisz się śmierci? Tak powiedział Chronos!

Głos Nakity dudnił mi w uszach; słuszny gniew skrzywdzonego anioła. Kairos zrobił 

trzy   kroki   w   tył   i   zacisnął   zęby.   Ta   chwila   zdawała   się   nie   mieć   końca,   a   ja   cały   czas 

zastanawiałam się, czy uścisk Nakity oznacza moją rychłą śmierć... czy opiekę.

– A więc skłamałem – przyznał Kairos, wracając do stolika. Odwrócił się do nas 

bokiem i dotknął małego dzbanka stojącego na tacy. Jego wydłużony cień kończył się tuż 

przy moich stopach. Zadrżałam, kiedy słońce błysnęło w jego nowym, obdarzonym mniejszą 

mocą, amulecie. – Rządziłem tobą i czasem przez ponad tysiąc lat, Nakito. Nie odejdę teraz 

pokornie tylko dlatego, że serafini uznali, iż powinienem ustąpić, przyuczyć nowego strażnika 

i oddać się śmierci. Zwłaszcza że miałaby mnie zastąpić dziewczyna tak młoda, że trudno ją 

uznać za kobietę.

– Byłeś dokładnie w tym samym wieku, kiedy zamordowałeś swojego poprzednika – 

odparł cierpko Ron. – Dziwne, jak to się wszystko układa.

Usta Kairosa zadrżały, ale nie spuszczał wzroku z Nakity.

– Ona nie może zostać strażnikiem czasu – powiedział ostro. – Ona jest martwa.

Sam ją zabiłem.

Ron   podszedł   bliżej,   ale   zatrzymał   się,   kiedy   Nakita   skierowała   czubek   swojego 

miecza w jego stronę, po czym znowu wycelowała go w Kairosa.

– Ona skradła twój amulet – stwierdził Ron. – To, czy jest żywa, czy martwa, nie ma 

większego znaczenia, skoro udało jej się to zrobić. Madison już dokonała tego, do czego 

została przeznaczona. Odebrała mi władzę nad aniołem stróżem, nadając mu imię, a teraz 

chroni ją Nakita. Już za późno, Kairosie. To koniec. Puść ją i zaakceptuj swój los.

Żniwiarka ciemności ciągle trzymała mnie w swoim uścisku.

background image

– Kairosie?  – powiedziała  pytająco,  usiłując  poskładać  wszystkie  te informacje  w 

całość. A potem nagle wzbiła się do góry i przyspieszenie zaparło mi dech w piersi. Pęd 

powietrza rzucił mi włosy na twarz i na moment Kairos znikł z mojego pola widzenia. Miecz 

Nakity tkwił jednak ciągle między nami.

– Nie jestem nowym  strażnikiem czasu ciemności – odezwałam się, kiedy Nakita 

pociągnęła mnie do tyłu. – Ale światła. Dlatego właśnie chcę wymienić amulet Kairosa na 

swoje ciało. Ron, on ma moje ciało! Mogę znowu stać się tym, kim kiedyś byłam!

Powiedz mu, że potrafię odłączyć się od jego amuletu. – Spojrzałam na Kairosa, który 

patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Naprawdę to potrafię! Już to robiłam! Ron, powiedz mu! Powiedz mu, że jestem 

przyszłym strażnikiem czasu światła!

Ale Ron wbił wzrok w posadzkę i milczał. Przeraziło mnie to.

Z wystudiowaną swobodą Kairos wlał do kryształowej szklanki bursztynowy płyn, 

upił łyk i postawił szklankę na stoliku.

– Nadal nie rozumiesz? – powiedział. – Twoim przeznaczeniem było zostać moją 

uczennicą; w przeciwnym wypadku po cóż miałbym cię zabijać? Ron nie mógłby cię teraz 

przyjąć, nawet gdyby chciał. Od roku już uczy przyszłego strażnika czasu światła.

Co do...

Spojrzałam na Rona i z jego zakłopotanej miny wyczytałam, że Kairos mówił prawdę.

– Ty cholerny draniu – wyszeptałam. – Więc wiedziałeś? Uczysz kogoś innego? To 

dlatego przekazałeś mnie Barnabie?

Ron skrzywił się i zrobił krok do przodu, ale Nakita natychmiast pociągnęła mnie dwa 

kroki w tył.  Przepełniona niesmakiem,  strząsnęłam z siebie jej ramię. A potem stanęłam 

wyprostowana. Zaczynał się nowy dzień, a ja byłam jego panią. Żniwiarka odwróciła się do 

słońca, przyklękła, opierając miecz na kolanie i pochyliła głowę – wyglądała tak, jakby się 

modliła. Opadające włosy zasłaniały jej twarz.

– Zrobiłem to dla ludzkości – powiedział Ron przekonująco. – Gdyby udało mi się 

przeciągnąć   cię   na   moją   stronę,   mogłabyś   zapobiec   wielu   niesprawiedliwym   śmierciom. 

Pomyśl   o   tym!   Strażnik   czasu   ciemności,   który   wierzy   w   wolną   wolę?   Nie   byłoby   już 

nagłych, przedwczesnych zgonów. Kairosowi odebrana zostałaby jego moc. Gdybyś zajęła 

jego miejsce, na ziemi zapanowałby pokój.

– Dlaczego miałaby przejść na twoją stronę?! – wykrzyknął Kairos. – Ukryłeś ją przed 

serafinami za zasłoną przypuszczeń i śledztw i zaprzeczałeś jej istnieniu, by ci, którzy mogli 

przeciwdziałać twoim czynom, nigdy się o tym nie dowiedzieli.

background image

A   potem   to   przez   ciebie   prawda   jednak   wyszła   na   jaw   i  zaczęliśmy   się   bić   o  tę 

dziewczynę jak psy o ochłap mięsa. Szeptałeś jej do ucha różne kłamstwa, by dokonywała 

takich   wyborów,   na   jakich   ci   zależało.   Przekazałeś   jej   naukę   żniwiarzowi,   zlecając   mu 

zadanie, któremu nie był w stanie sprostać, a sam opiekowałeś się tym, którego przeznaczono 

na   twojego   następcę.   Na   wypadek   gdyby   Madison   jednak   zajęła   moje   miejsce,   chciałeś 

pozbawić ją wszelkiej wiedzy i umiejętności, by nigdy nie była w stanie pokrzyżować twoich 

planów. – Kairos odwrócił się i popatrzył na mnie z niesmakiem. – A ty mu na to pozwoliłaś.

Pokręciłam głową. Przecież nie wiedziałam. Skąd miałam to wszystko wiedzieć?

Drgnęłam, bo Nakita nagle znalazła się u mojego boku. Stanęła tak blisko, że pióra jej 

skrzydeł muskały moje ramię. Jej miecz znikł, wydawała się zdezorientowana. Wiedziałam, 

jak się czuła – bo ja czułam się tak samo: zdradzona, przerażona, oszołomiona.

– Ja przynajmniej nie próbowałem jej zabić – mruknął Ron.

– Nie, ty tylko utrzymywałeś ją w niewiedzy.

– To ja ją ocaliłem! – krzyknął Ron.

– Nie ocaliłeś mnie – powiedziałam niemal bezgłośnie. – Umarłam. Pamiętasz?

Lekki wietrzyk znad oceanu poruszył moimi włosami. Fioletowe końce musnęły mój 

policzek.   Naprawdę   próbowałam   to   zrozumieć,   ale   to   było   bez   sensu.   Nie   mogłam   być 

przyszłym strażnikiem czasu ciemności. Nie wierzyłam w przeznaczenie.

Ron ruszył do przodu, wyrywając mnie z zamyślenia.

– Stój! – wrzasnęłam, wyciągając przed siebie dłoń, w której ściskałam amulet. Ron 

stanął jak wryty.

– Serafini przeznaczyli Madison na twoją następczynię? – spytała Nakita łamiącym się 

głosem. – Kazałeś mi zabić tę, która miała stać się moim mistrzem? Tę, która miała wypełnić 

wolę serafinów?

Kairos zmarszczył brwi.

– Nie zostanie twoim mistrzem, jeśli pozwolisz mi zniszczyć jej duszę. Kiedy ona 

zniknie, ja będę żył wiecznie i zajmę wyższe miejsce. – Wyprostował się dumnie. – Będę 

nieśmiertelny. Nieśmiertelny, Nakito! – wykrzyknął, gestykulując tak gwałtownie, że omal 

nie strącił szklanki ze stolika. – To wystarczy, żeby zmienić bieg czasu na naszą korzyść. 

Wyobraź to sobie tylko!

– Obiecałeś mi pomóc – wyszeptała Nakita, głosem cichszym od wiatru.

Kairos spojrzał na nią z irytacją, ale zaraz oprzytomniał, bo zdał sobie sprawę, jakim 

była dla niego zagrożeniem.

– Oddaj mi swój amulet zażądał, wyciągając rękę.

background image

Nie   usłuchała   go,   więc   zbliżył   się   do   niej   zdecydowanym   krokiem,   władczy   i 

gniewny. Stłumiłam okrzyk, kiedy Nakita błyskawicznie pchnęła mnie za siebie, i omal nie 

straciłam   równowagi.   Rozległ   się   ostry,   świszczący   dźwięk,   powietrze   rozświetlone 

porannym słońcem zadrżało i amulet Nakity znalazł się w dłoni Kairosa, który szybko wrócił 

do swojego stołu. Obezwładnił ją, odebrał jej moc.

Cholera. I co teraz?

– Nadal jestem twoim panem, ty głupi aniele – wycedził,  kiedy kamień Nakity z 

głuchym stuknięciem dotknął blatu stolika. A potem uśmiechnął się i ten uśmiech zmroził 

mnie aż do kości. – No, Madison. A teraz pomówmy o twoim ciele.

O Boże. On ma moje ciało. Może zniszczyć moje ciało.

Ron stał bez ruchu – nie żebym czegokolwiek od niego oczekiwała.

Nakita przyklękła przed Kairosem. Była bardzo blada, a w jej oczach błyszczały łzy.

– Mówiłeś, że mi pomożesz. Nie chcę się bać.

Mimo   że   sama   byłam   przerażona,   ogarnęło   mnie   współczucie.   Nakita   została 

podwójnie zdradzona. Była dziką, niewinną istotą, która poznała strach przed śmiercią.

– Obiecałeś mi, Kairosie – mówiła Nakita cicho. Łzy spłynęły jej na policzki; otarła je 

dłonią, wyraźnie wstrząśnięta ich obecnością. – Czarne skrzydła wyszarpywały kawałki mojej 

pamięci.   A   pamięć   jest   wszystkim,   co   mam.   Wierzyłam   ci.   A   ty   kazałeś   mi   zabić   tę 

dziewczynę, bo boisz się śmierci?

– Stanę się nieśmiertelny! – krzyknął Kairos, nie panując nad gniewem. – Jak możesz 

sądzić,   że   wiesz   cokolwiek   o   strachu   przed   śmiercią?   Istniejesz,   odkąd   powstał   świat,   i 

będziesz istniała aż do jego końca.

Nakita wstała. Powietrze drgało lekko tam, gdzie zwykle znajdowały się jej skrzydła.

– Teraz wiem, co to znaczy bać się śmierci, ale nadal żyję z woli serafinów – odparła 

drżącym głosem. – Żyję z ich woli, a ty z ich woli umrzesz.

Kairos uśmiechnął się drwiąco i musnął palcami leżący na stoliku amulet.

– Jak to, Nakito? Ty należysz do mnie.

Ale   ona   wyjęła   nagle   zza   paska   jakiś   biały   kamień   opleciony   czarnym   drutem   i 

przymocowany do kawałka czarnego sznurka. Nie wyglądał tak jak amulet, który oddałam jej 

w lesie i Kairos tylko pokręcił głową, jakby przedmiot ten nie miał żadnego znaczenia. Ale 

potem Nakita potarła go kciukiem i przypominająca sól powłoka odpadła, ukazując prosty 

czarny kamień, gładki i lśniący. To był kamień, który oddałam jej w lesie. Jakbym była jej 

panią. Oblałam go łzami, które były symbolem mojego smutku i zadośćuczynienia za to, że 

splamiłam jej czystość.

background image

Żniwiarka zacisnęła palce na kamieniu.

– Oddaję się na twoje rozkazy – powiedziała do mnie, a potem spojrzała groźnie na 

Kairosa.

– Nie! – krzyknęłam, wyciągając przed siebie ręce, kiedy na jej mieczu błysnął czarny 

klejnot. Nakita skoczyła do przodu i wbiła ostrze w Kairosa.

Ron zrobił kilka kroków w jej stronę, krzycząc z przerażenia, ale było już za późno. 

Stało się. Kairos spojrzał na swoją pierś, na której nie było żadnego śladu, a potem podniósł 

wzrok i zamrugał. Spojrzał najpierw na fioletowy kamień, a potem w oczy Nakity.

– Popełniłaś błąd – wyszeptał i się zachwiał. Nakita podskoczyła i złapała go, zanim 

upadł, a później ostrożnie, niemal z miłością, ułożyła go na marmurowej posadzce.

– Przeznaczenie, Kairosie – wyszeptała ze łzami w oczach, kiedy jego dłoń wysunęła 

się bezwładnie z jej ręki. Zamknęła mu oczy, by nie patrzył w niebo. – Serafini przeznaczyli 

ją na twoją następczynię. Twój czas się wypełnił. Nie ma żadnego błędu. Jest tylko zmiana.

– O mój Boże! – krzyknęłam zdrętwiała z przerażenia. – Ty go zabiłaś! Jak mogłaś... ? 

On nie żyje!

Ron mruknął coś z żalem, więc szybko odwróciłam się do niego. Jeśli Kairos nie żyje, 

to znaczy, że...

– On nie umarł – zaczęłam paplać. – Powiedz, że on żyje.

– Jego już nie ma – odparł Ron.

Odwróciłam się od niego i zobaczyłam, że Nakita klęczy, podając mi swój miecz.

– Nakita, nie! – krzyknęłam, spanikowana.

– Pani – powiedziała żniwiarka. – Zostałam skażona.

– Przestań. Przestań! – Gorączkowo zaczęłam ją podnosić. Była taka piękna. Była 

aniołem. Nie powinna przede mną klęczeć. – N-nie rób tego – jąkałam się. – Nie jestem 

strażnikiem czasu ciemności. – Zerknęłam na Rona, który stał bez ruchu, z dłońmi złożonymi 

na podołku.

–   Jesteś   strażnikiem   niewidzialnej   sprawiedliwości   –   odparła   z   uśmiechem.   – 

Sprawiedliwości ustanowionej przez serafinów. Możesz śledzić czas i naginać go do swojej 

woli.

– Nie! To nieprawda! – upierałam się, spoglądając na ciało Kairosa. Rany, Nakita 

właśnie go zabiła!

Ron westchnął głośno.

– To prawda.

Odwróciłam się do niego i zesztywniałam. Tuż za nim, na tle wschodzącego słońca, 

background image

pojawiła  się jakaś postać.  Ron także się odwrócił,  wydał  zduszony okrzyk i wycofał  się 

szybko. To musiał był serafin. Na pewno.

– Krew została przelana w domostwie strażnika czasu – odezwał się serafin. Jego głos 

był tak piękny, że niemal ranił uszy. Była w nim siła przypływów i łagodna pieszczota fal 

gładzących piaszczystą plażę. Omal nie zaczęłam płakać. Nie mogłam tego wytrzymać. Nie 

mogłam znieść tego piękna.

–   To   ofiara,   byś   wysłuchał   mojego   błagania.   –   Nakita   stanęła   przed   serafinem   z 

pochyloną głową, ale jej miecz ciągle leżał u moich stóp.

Podniosłam go.

Serafin kiwnął głową, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam się ukłonić, 

czy dygnąć, czy może uklęknąć.

O Boże. To był serafin, do cholery, a ja stałam tu w żółtych rajstopach i kolczykach w  

kształcie trupich czaszek.

– Ona zajęła jego miejsce – mówiła Nakita. – Przekazuję ci ją i proszę o łaskę. Chcę 

być taka jak dawniej. Zostałam skażona. – Podniosła ku niemu swoją piękną, zalaną łzami 

twarz. – Czuję strach, serafinie.

–   To   nie   skaza,   Nakito   –   wyrzekł   serafin   łagodnie.   –   To   dar.   Raduj   się   swoim 

strachem.

Potem odwrócił się do mnie, a mnie natychmiast zaschło w ustach.

– Nie jestem strażnikiem czasu ciemności – zaczęłam, podając Nakicie miecz, który 

po chwili wzięła. – Nie mogę nim być! Nic nie wiem!

– Dowiesz się. Z czasem – odparł serafin z nutą rozbawienia w głosie. – A zanim to 

nastąpi, będę prostował twoją ścieżkę. Nie mogę zostać tu długo. Mojego głosu już brakuje w 

niebiańskim chórze.

–   Ale   ja   nie   wierzę   w   przeznaczenie!   –   wykrzyknęłam   i   spojrzałam   na   Rona. 

Zaczynałam mieć też pewne wątpliwości co do wolnej woli.

– Wiara w przeznaczenie nie jest konieczna – powiedział melodyjny głos. Serafin był 

niewiele wyższy ode mnie, a jednak miałam wrażenie, że ogarniał cały świat. – Kairos nie 

wierzył   w   przeznaczenie.   Najwyraźniej.   –   Serafin   przeniósł   wzrok   na   Rona.   –   Ale   ty 

wierzysz. Choć twierdzisz, że jest inaczej.

Ron nie poruszył się nawet pod spojrzeniem serafina, a kiedy ten wreszcie odwrócił 

od niego wzrok, odetchnął z ulgą.

– Ale ja nie chcę tej pracy! – powiedziałam z rozpaczą, czując, że to, czego chcę albo 

nie chcę, nie ma najmniejszego znaczenia. – Nie mogłabym po prostu odzyskać swojego ciała 

background image

i wrócić do dawnego życia? Proszę!

Serafin   zamrugał   wyraźnie   zaskoczony   –   jeśli   w   przypadku   istot   boskich   można 

mówić o takich uczuciach.

– Nie chcesz? – zapytał, a Ron zrobił krok naprzód, jakby miał zamiar zaprotestować.

– Nie! – odparłam. Znowu obudziła się we mnie nadzieja. – Chcę tylko być sobą. – 

Szybkim ruchem zdjęłam z szyi amulet, a potem zebrałam całą swoją odwagę, podbiegłam do 

serafina i wcisnęłam mu kamień w dłoń. Serce znowu waliło mi jak młotem, nie byłam w 

stanie nad nim zapanować. Zakłopotana, cofnęłam się nieco. Nie wiedziałam, czy zbliżając 

się tak bardzo do serafina, nie złamałam przypadkiem jakiejś zasady. Nie byłam w stanie 

spojrzeć mu w twarz – wywoływało to zbyt wielki ból.

Serafin patrzył na amulet w taki sposób, jakby w jego świetlistej dłoni spoczął jakiś 

wielki skarb. Kamień zdawał się płonąć niezgłębioną czernią, srebrny drut wokół niego lśnił 

teraz czystym złotem.

– Ty już jesteś sobą.

– Proszę – powiedziałam błagalnie, znowu spoglądając na Kairosa, który leżał na 

marmurowej podłodze martwy i zapomniany. – Czy możesz sprawić, bym stała się taka jak 

kiedyś? Umieścić mnie z powrotem w moim ciele?

Uśmiech serafina – tak jasny, że musiałam zmrużyć oczy – podsycił we mnie nadzieję.

– Jeśli tego chcesz – rzekł, wyraźnie ubawiony. – Gdzie ono jest?

Opadłam z sił jak przekłuty balonik.

– Kairos je miał – odparłam bezradnie. Spojrzałam na Nakitę, a potem na Rona, który 

stał za nami w milczeniu. Znikąd pomocy. Odwróciłam się do serafina. – Musi być gdzieś w 

tym domu – dodałam, odwracając się w stronę budynku. Bez amuletu na szyi czułam się 

obnażona.

– Zgniłoby przez cały ten czas – odezwał się Ron. Jego słowa mnie przeraziły.

Czy   Kairos   pozwolił   mojemu   ciału   zgnić?   Czy   wszystkie   moje   starania   pójdą   na 

marne?

– On ma rację – przemówił znowu serafin. – Twojej doczesnej powłoki nie ma tu, na 

ziemi.

Nogi się pode mną ugięły. Podeszłam z trudem do stolika, usiadłam przy nim ciężko i 

oparłam łokcie na blacie, przewracając przy tym szklankę Kairosa. Podniosłam ją szybko, nie 

bardzo wiedząc, dlaczego właściwie to robię. Nikt już nie będzie z niej pił. To szklanka 

należąca do trupa.

– Mówił, że jest gdzieś blisko – wyszeptałam odrętwiała. Gdzie jest moje ciało, skoro 

background image

nie ma go na ziemi?

Nagle słońce zasłonił jakiś cień. Podniosłam głowę i zobaczyłam serafina, który usiadł 

naprzeciw mnie, po drugiej stronie stołu. Było to jednocześnie szokujące i niesamowite.

– Twoje ciało jest z pewnością gdzieś między teraz i potem.

Miałam wrażenie, że moje serce zmienia się w garstkę popiołu. Zamrugałam, usiłując 

dojrzeć twarz anioła. W jego słowach kryła się jednak nadzieja.

– Między teraz i potem? Co to znaczy?

Siedzę przy stole z aniołem, gdzieś na drugim końcu świata. Czy to się mieści w 

najszerzej pojętej normie?

– To znaczy, że twoje ciało zostało zagubione, ale to co zagubione, można odnaleźć – 

odparł serafin. – Kairos umieścił je w jedynym  miejscu, w którym było dobrze ukryte, a 

jednocześnie łatwo dostępne. Między teraz i potem.

Oblizałam wargi i mój wzrok powędrował w stronę martwego Kairosa.

– Możesz mnie tam zabrać?

Serafin uśmiechnął się znowu, więc musiałam opuścić wzrok.

– Nie ma żadnego „tam”, do którego można by cię zabrać. To po prostu jest. Z czasem 

nauczysz się dostrzegać to, co znajduje się między teraz i potem. – Serafin odchrząknął i w 

tym krótkim momencie wydał mi się bardzo ludzki. A potem wyciągnął do mnie dłoń z 

amuletem. – Możesz wziąć to z powrotem albo zginąć na wieki. Co zatem wybierasz?

Tak jakbym rzeczywiście miała jakiś wybór!

Wiatr znad oceanu zmierzwił mi włosy. Spojrzałam na Nakitę, piękną i zagubioną. 

Ciągle ocierała łzy z twarzy i spoglądała na swoje palce, jakby zastanawiała się, co to takiego.

– Mogę go przyjąć tak na razie? – spytałam. – Do czasu, aż odnajdę swoje ciało?

Serafin zaśmiał się, a jego wspaniały głos wstrząsnął niebem i ziemią. Stolik między 

nami drgnął i pękł.

– I ty nie wierzysz w przeznaczenie! – zawołał wesoło, w jakiś sposób przypominając 

mi Grace.

– Mówię poważnie – rzuciłam ostro, starając się ukryć wrażenie, jakie zrobił na mnie 

pęknięty stół. – Mogę to robić do czasu, kiedy odzyskam swoje ciało, a potem oddać amulet?

Chciałam żyć, na niczym innym mi nie zależało.

Nakita zbliżyła  się do mnie. Teraz nie wydawała się już zagubiona, na jej twarzy 

zauważyłam siłę i determinację. Serafin spojrzał na mnie w zamyśleniu.

– Jeśli to właśnie wybierasz – powiedział przebiegle.

– Wybór? – spytałam cierpko. – Myślałam, że wierzysz tylko w przeznaczenie.

background image

– Zawsze jest też wybór – odparł serafin. Popatrzyłam na Kairosa, usiłując opanować 

dreszcz zgrozy.

– Kairos mówił, że istnieje tylko przeznaczenie.

– A Chronos powie ci, że istnieje tylko wolna wola – odparował serafin drwiąco. 

Wyraźnie do czegoś zmierzał. Rozmowa z nim była bardzo dziwna – jego uczucia były jak 

uczucia dziecka, odczytywałam je bez trudu, a jednak emanował niepojętą mocą. Oblizałam 

wargi i odwróciłam się tak, żeby nie widzieć Kairosa.

– Więc co jest słuszne? Wybór czy przeznaczenie?

–   Jedno   i   drugie   –   odparł   i   z   szelestem   powłóczystej   szaty   ukląkł   przede   mną, 

wyciągając do mnie dłoń z amuletem.

Przerażona, zerwałam się na równe nogi.

– Nie rób tego – wyszeptałam. Chciałam tylko, żeby nikt nie zwracał na mnie uwagi. 

Czułam, że zaraz zwymiotuję. Zaraz zwymiotuję na tę piękną marmurową podłogę. Serafin 

podniósł   ku   mnie   twarz,   a   kiedy   nasze   oczy   się   spotkały,   moją   głowę   przeszył 

obezwładniający ból. Wydawało mi się, że zaraz oślepnę.

– Oddaję ci cześć. Jesteś zdolna do czegoś, czego ja nie potrafię – rzekł cicho. – Przy 

wszystkim   tym,   czym   jestem   i   byłem,   ty   jesteś   człowiekiem.   Istotą   kochaną   dla   swej 

inwencji,  choć rodzi ona i dobre, i złe owoce. Ja mogę zabijać, ale ty umiesz stwarzać. 

Możesz nawet stworzyć... koniec – powiedział tęsknie. – A to jest coś, czego ja nigdy nie 

osiągnę. Przyjmij to więc. I twórz.

Opuściłam wzrok na swój amulet. Był piękny. Czarny kamień migotał mnóstwem 

srebrzystych iskierek jak rozświetlone gwiazdami nocne niebo. Nie byłam w stanie spojrzeć 

w twarz serafina, sprawiało mi to zbyt wielki ból, ale czułam, że uśmiechał się do mnie.

– Madison, to przeznaczenie, a nie wola, przysłało do ciebie Kairosa i kazało mu cię 

zabić. To przeznaczenie dało ci odwagę, by odebrać mu amulet. Przeznaczenie sprawiło, że 

Chronos ukrył cię przed nami. I przeznaczenie doprowadziło cię tutaj. A jednak teraz musisz 

dokonać wyboru, czy przyjąć swoje miejsce, czy wrócić do tego, co było. Nadal się wahałam.

– A ty, co byś wybrał? – spytałam. – Gdybyś mógł.

Serafin się roześmiał.

– Nic, ja jestem sobą. Wybór? Przeznaczenie? Dla mnie to jedno i to samo. Nie widzę 

między nimi różnicy. Dlatego właśnie tylko człowiek potrafi naginać czas według swojej 

woli. Kiedy wznosisz się wysoko, łatwo jest zajrzeć za zakręty czasu, ale trudno oddzielić 

przeszłość od przyszłości.

To nie był prosty wybór. Przeznaczenie wynikało z wyboru. Nie chciałam umrzeć, 

background image

więc mogłam zrobić tylko jedno. Jak we śnie wyciągnęłam rękę po swój amulet, po swoje 

życie. Palce serafina były chłodne, a kiedy zetknęły się z moimi, poczułam ogrom przestrzeni 

rozciągającej się w moim umyśle. Kamień był ciepły. Ścisnęłam go w dłoni i jeszcze raz 

przyjęłam jako swój.

Serafin podniósł się z wdziękiem.

– Dokonało się. Zajęła swoje miejsce.

Tak szybko i już było po wszystkim. Żadnych trąb, żadnych fanfar. Amulet leżał na 

mojej dłoni, taki sam jak dotąd. Wstrząśnięta, podniosłam wzrok.

Więc to już się stało? Jestem strażnikiem czasu ciemności?

Ron westchnął. Nakita stanęła u mojego boku. Bała się, że ją odrzucę, widziałam to w 

jej oczach.

– Co mam dla ciebie uczynić?  – wyszeptała, błagając, bym wyznaczyła  jej jakieś 

zadanie. Spojrzałam na serafina zdezorientowana.

– Masz pewne pragnienie. Ona je spełni.

–   Uratuj   Josha   –   powiedziałam   zdumiona,   że   okazało   się   to   takie   łatwe.   Po   tym 

wszystkim, co przeszłam, wystarczyło poprosić? – Pomóż Barnabie.

Nakita uniosła brwi i otworzyła usta.

– Nigdy tego nie robiłam – wyznała, a Ron wydał dziwny odgłos, jakby się zakrztusił.

– Proszę – dodałam, zaciskając palce na dłoni, w której trzymała swój miecz.

Nakita kiwnęła głową, a z jej ramion znowu urosły potężne białe skrzydła. Otuliła się 

nimi i z cichym szumem powietrza zniknęła.

–   To   dobry   początek   –   odezwał   się   serafin,   znowu   przyciągając   moją   uwagę.   – 

Widzisz   to,   co   ważne,   Madison.   Dla   twojego   przyjaciela   Josha   to   jeszcze   nie   koniec.   – 

Uśmiechnął się i nachylił nade mną. Poczułam zapach czystej źródlanej wody, który koił 

nerwy i wypełniał mnie spokojem. – Powinnaś wrócić, zanim ojciec zacznie cię szukać – 

dodał i pocałował mnie w czoło. Wtedy zemdlałam.

background image

ROZDZIAŁ 13

Panował straszny hałas, a ponad wrzawę głosów od czasu do czasu wybijał się trzask 

zamykanych   szafek.   Nauczyciele   nawet   nie   próbowali   zapanować   nad   zgiełkiem.   Three 

Rivers była na tyle mała, że nie musieli stać na korytarzach, tak jak nauczyciele w mojej 

dawnej szkole, zbyt dużej, by można było pozostawić uczniów samych podczas przerw. Oto 

kolejna zaleta mieszkania w małym miasteczku.

Włożyłam  książki do swojej  szafki i wyjęłam  plan zajęć. Na górze było  napisane 

„Ostatnia klasa”, a ja nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Ostatnia klasa. Bardzo przyjemne 

uczucie.

Co więcej, nie byłam tu już nowa. Nie. Wreszcie pozbyłam się tego statusu.

– Na czym polega „gospodarstwo domowe”? – spytała Nakita powoli, spoglądając na 

trzymaną w dłoni żółtą kartkę.

Rano pomogłam jej wybrać strój, wyglądała więc naprawdę dobrze w markowych 

dżinsach i sandałkach, ukazujących czarne paznokcie u jej stóp. Nie musiała ich pomalować – 

najwyraźniej żniwiarze ciemności z natury mieli czarne paznokcie u stóp.

Stojący po mojej drugiej stronie Barnaba poprawił plecak na ramionach. W dżinsach i 

podkoszulku wyglądał jak wszyscy inni.

– Spodoba ci się to, Nakito – powiedział z kpiącym uśmieszkiem. – Poznasz realia i 

łatwiej wtopisz się w nowe środowisko. Tylko jeśli twój partner przypali ciastka, postaraj się 

go nie zabić.

Stłumiłam   śmiech,   usiłując   wyobrazić   sobie,   jak  drobna,   atrakcyjna,  ale  mająca   o 

wielu   sprawach   słabe   pojęcie   Nakita   uczy   się   ustalać   domowy   budżet   albo   korzystać   z 

kuchenki   mikrofalowej.   Opuściłam   wzrok   na   swój   plan.   Fizyka.   Historia.   Literatura   z 

Joshem. Fotografia. Tak, to będzie dobry rok.

Nakita odsunęła się od szafek i sunący korytarzem tłum omal jej nie przewrócił.

– Co gotowanie ma wspólnego z gospodarką? – spytała, odrzucając włosy do tyłu 

gestem pełnym nieświadomego wdzięku, który większość modelek ćwiczy przez całe lata. Z 

tymi   włosami   i   oczami   była   naprawdę   piękna.   Już   przyciągała   spojrzenia.   Wszyscy 

zastanawiali się zapewne, co tu ze mną robiła. Według wymyślonej na użytek innych historii 

Nakita i Barnaba byli uczniami z wymiany międzynarodowej, a dzięki niewielkiej pomocy 

nieba mieli też papiery na poparcie tej bajki. Prawda była bardziej... interesująca.

W otaczającym nas zgiełku rozległ się nagle głos Amy. Zesztywniałam, otworzyłam 

szafkę   i   schowałam   się   za   drzwiczkami.   Nie   bałam   się   jej,   ale   sposób   bycia   królowej 

background image

wszystkich balów strasznie mnie irytował.

– Cześć! – wykrzyknęła Amy wesoło, a ja się skuliłam. Musiała mówić do Nakity. Jak 

zwykle ciągnął za nią orszak składający się ze szkolnych konformistów. Udałam, że czegoś 

szukam. – Jestem Amy! – ciągnęła z entuzjazmem. – A ty musisz być tą nową dziewczyną. 

To twój brat? Przystojniak z niego!

Barnaba zrobił czarująco niewinną minę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Rzeczywiście 

był przystojny, ale nie miał o tym pojęcia.

– Ten mięczak? – spytała żniwiarka. Jej głos ociekał pogardą, która niemal spływała 

na podłogę, pod markowe sandałki Amy. – Na to wygląda. Co nie znaczy, że muszę go lubić.

– Wiem, co masz na myśli – westchnęła Amy. – Ja też mam brata. – Stojące za nią 

dziewczyny   zachichotały,   kiedy   minęła   mnie   i   podeszła   do   Barnaby.   –   Jestem   Amy   – 

powiedziała i z uśmiechem wyciągnęła do niego rękę.

– Barnaba – odparł, zbliżył się szybko do Nakity i objął ją ramieniem, by uniknąć 

uścisku dłoni Amy. – A to jest Nakita. Moja ulubiona siostra. Jesteśmy z Norwegii.

Z Norwegii? Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Koleżanki Amy zaczęły coś szeptać 

między sobą.

– Wydawało mi się, że mówisz z akcentem – powiedziała Amy, starając się ukryć, 

jakie zrobiło to na niej wrażenie. – Może zjecie lunch przy moim stoliku? Oboje. Nie musicie 

siedzieć z tą zgrają.

Poczułam, że dłużej tego nie wytrzymam, i zatrzasnęłam szafkę.

– Madison! Kochana! Nie zauważyłam cię wcześniej – zagruchała Amy. – Jaka urocza 

bluzeczka – dodała. – Bardzo w twoim stylu. Moja młodsza siostra w zeszłym roku oddała 

taką samą do Czerwonego Krzyża.

Nakita uczyła mnie od pewnego czasu, jak tworzyć miecz z energii strumienia czasu i 

teraz z trudem powstrzymałam się od wykorzystania tej wiedzy.

– Witaj, Amy. Jak tam twój nos? Myślisz, że ta opuchlizna zejdzie ci do czasu, kiedy 

zaczną robić klasowe zdjęcia?

No, to było prawie równie dobre, pomyślałam.

Amy   zaczerwieniła   się,   ale   nie   zdążyła   odpowiedzieć,   bo   w   tej   samej   chwili 

dziewczyny z jej orszaku rozstąpiły się i za plecami Nakity stanął Len.

Żniwiarka jednym szybkim ruchem chwyciła go za kark i rzuciła na szafkę. Wokół 

nas rozległy się piski i krzyki, a ja, wstrząśnięta, otworzyłam usta.

–   Dotknij   mnie   jeszcze   raz,   a   zginiesz,   świnio   –   powiedziała   Nakita   dobitnie   i 

przycisnęła jego twarz do drzwiczek.

background image

Len, czerwony, wybałuszył oczy. Barnaba roześmiał się, ale ja nie miałam zamiaru 

spędzić pierwszego dnia szkoły w gabinecie dyrektora.

– Uch, Nakita? – mruknęłam.

Żniwiarka   odetchnęła   głęboko,   rozejrzała   się   dookoła   i   puściła   go   w   końcu.   Len 

zatoczył  się, próbując złapać równowagę, ale nie zdołał zachować twarzy. Była od niego 

znacznie mniejsza i wyglądała jak porcelanowa laleczka. W tej chwili wyglądała oczywiście 

jak bardzo zakłopotana porcelanowa laleczka.

– Banda świrów! – wrzasnął Len, poprawiając koszulę. – Słyszycie? Kumplujecie się 

z Madison, co? Jesteście tak samo popaprani jak ona!

Zrobiłam niewinną minę, usiłując powstrzymać śmiech. Barnaba jednak uśmiechał się 

drwiąco – podobnie jak wszyscy chłopcy, którzy widzieli, co się stało.

Amy chwyciła Lena za ramię, jakby chciała go powstrzymać przed rzuceniem się na 

nas, a potem pociągnęła za sobą. Zza rogu wyszła jakaś nauczycielka, ale zebrany wokół nas 

podekscytowany tłumek zaczął się już rozchodzić. Chłopcy poszli pierwsi, żegnając się z 

nami głośno, a za nimi ruszyło kilka dziewcząt. Powoli wypuściłam powietrze z płuc. Nie 

wiedziałam nawet, że wzięłam oddech.

–   Wiesz,   Nakita   –   powiedziałam,   znowu   otwierając   swoją   szafkę.   –   Musimy 

popracować trochę nad twoimi relacjami z ludźmi.

– On się o mnie otarł – odparła i zmarszczyła brwi. – Ma szczęście, że jeszcze żyje.

Uniosłam   brwi.   Serafini   postanowili,   że   żniwiarka   pokaże   mi,   jak   posługiwać   się 

moim amuletem, a ja nauczę ją, jak żyć  z darem lęku, który niedawno otrzymała. Teraz 

jednak zaczynałam się zastanawiać, czy to naprawdę jest taki dobry pomysł.

– Świetnie, ale jeśli chcesz zostać w szkole, musisz być trochę delikatniejsza.

–   Delikatniejsza   –   powtórzyła   żniwiarka   w   zamyśleniu.   –   Więc   powinnam   raczej 

wsadzić mu nóż pod żebra?

Barnaba podszedł bliżej.

– Nie nóż, tylko palec. Tak, to byłoby odpowiedniejsze.

Gdzieś w górze nad naszymi głowami rozległ się nagle srebrzysty głosik:

– Pewna dziewczyna bardzo była subtelna...

Szybko podniosłam głowę i uśmiechnęłam się do świetlistej kuli.

– Grace! – zawołałam. Miałam nadzieję, że nikt nie zauważy, jak gadam do sufitu. 

Kiedy po raz pierwszy serafin próbował się ze mną skontaktować, straciłam przytomność z 

bólu. Teraz wiadomości przynosił mi anioł posłaniec, po raz pierwszy jednak była to Grace.

Anielica opadła niżej i przysiadła na krawędzi drzwiczek mojej szafki.

background image

–   Witaj,   Madison.   Mam   wiadomość   dla   Nakity.   –   Świetlista   kula   rozjarzyła   się 

mocniejszym   światłem   i   dodała:   –   A   co   robi   tu   Barnaba?   Ty   jesteś   strażnikiem   czasu 

ciemności, a on nie...

– Nie jestem już z Ronem – przerwał jej Barnaba, krzyżując ręce na piersi.

Kula rozjaśniła się tak bardzo, że zaczęłam przypuszczać, iż wszyscy wokół mogli ją 

zobaczyć.

–   Więc   zupełnie   upadłeś!   –   wykrzyknęła,   a   ja   skrzywiłam   się,   bo   siła   jej   głosu 

przyprawiła mnie o ból głowy.

Nakita uśmiechnęła się drwiąco, a Barnaba przeczesał włosy palcami.

– Nie wiem, kim jestem, ale nie mogłem pozostać taki, jaki byłem. Nie ufam Ronowi, 

ale nadal nie wierzę też w przeznaczenie.

Nakita odrzuciła włosy do tyłu i oparta rękę na biodrze.

– Ośmieliłbyś się sprzeciwić serafinom? – spytała groźnie. Barnaba cofnął się nieco.

– Będę używał oczu, by patrzeć, i umysłu, by myśleć – powiedział, a Grace prychnęła 

ze zniecierpliwieniem.

Stanęłam między nimi i oznajmiłam:

– W porządku. Doskonale! Ja też nie wierzę w przeznaczenie, ale szanuję Nakitę.

– I ten wielki miecz, który zrobiła właściwie z niczego w ubiegłym tygodniu, dodałam 

w myślach. – W szkole nie grozi mi nic, co was tak niepokoi. Może zaczekacie na mnie na 

zewnątrz?

Uspokoili się natychmiast.

– Ja muszę tu zostać – odparła Nakita, spuszczając wzrok. – Dla samej siebie. Muszę 

to wszystko zrozumieć. Serafini nie wiedzą jeszcze, jak fakt, że jesteś martwa, wpłynie na 

twoją zdolność do czytania w czasie. I nie czuję się już dobrze wśród swoich. Oni uważają, że 

zostałam skażona – dokończyła, a ja skrzywiłam się, słysząc wstyd w jej głosie.

Barnaba spojrzał tęsknie na roześmiane twarze otaczających nas ludzi.

– A ja muszę znaleźć sobie coś do roboty. Ja też czuję się... samotny. A ty jesteś taka 

swojska.

Milutko. A więc jestem swojska. Jak para starych skarpetek.

– Oboje chronicie teraz Madison? – spytała Grace. – No cóż, ktoś powinien to robić. 

Mnie by na to nie pozwoliła.

Źle się poczułam z tym, co powiedziała, ale ona zaraz przysiadła na moim ramieniu i 

szepnęła:

– Dziękuję ci, Madison, za to, że nadałaś mi imię. Myślałam, że mi je odbiorą, ale w 

background image

końcu zgodzili się, żebym została twoim posłańcem na stałe, i pozwolili mi je zatrzymać.

–  Grace,  to   cudownie!  –  zawołałam.   Naprawdę  się  ucieszyłam.   Miło  było  znowu 

widzieć Grace, ale kiedy ostatnim razem przyniosła wiadomość dla Nakity, żniwiarka odeszła 

i wróciła po pewnym czasie z tryumfalnym uśmiechem i świeżą szczerbą na swoim mieczu. 

Maleńka anielica uniosła się wysoko, a ja poczułam za plecami znajomą obecność. Nakita 

zacisnęła usta i odwróciła wzrok, ale Barnaba się uśmiechnął, więc nie byłam zaskoczona na 

widok Josha, który przecisnął się przez tłum i podszedł do nas.

– Cześć, Madison – powiedział i przybił piątkę z Barnabą.

– Cześć, Josh. – Byłam nerwowa i zakłopotana, tym bardziej że Grace zaczęła nucić 

wesoło pod nosem.

Josh wyglądał świetnie. Już całkiem doszedł do siebie po spotkaniu ze śmiercią. Nie 

lubił jednak Nakity i było  to uczucie w pełni odwzajemnione. Na jego widok żniwiarka 

spochmurniała i wbiła wzrok w ziemię.

–   Ja   jestem   odpowiedzialna   za   Madison   –   mruknęła,   wracając   do   wcześniejszej 

rozmowy. – Tobie dwa razy się to nie udało. Myślę, że jesteś szpiegiem! – oskarżyła Barnabę, 

nie zwracając uwagi na Josha. Żniwiarz oblał się rumieńcem, urażony.

– Nie jestem szpiegiem! – powiedział głośno. – Popatrz na mój amulet. Nadal wydaje 

ci się czerwony?

Rzeczywiście. Ku żalowi Barnaby jego amulet zmienił barwę i teraz lśnił jasnym, 

neutralnym złotem niedoświadczonego żniwiarza. Barnaba nie był już związany z Ronem. 

Był związany ze mną i stawał się coraz... ciemniejszy.

– Skoro nie jesteś szpiegiem – odezwała się Nakita, celując w niego palcem – to 

dlaczego tu jesteś, Barney?

– Ponieważ ci nie ufam. I nie nazywaj mnie tak.

Nakita   syknęła   coś   w   odpowiedzi,   a   kiedy   wmieszała   się   w   to   jeszcze   Grace, 

odwróciłam się do Josha.

– Oni są jak małe dzieci – westchnęłam, a potem uśmiechnęłam się do niego. – O 

której masz lunch?

– O drugiej – odparł Josh, spoglądając na swój plan.

– Ja też! – zawołałam uradowana. – Spotkajmy się przy fontannie. Chyba że...

Josh uśmiechnął się tak, że aż zaparło mi dech w piersi.

– Będę tam.

Za nami Nakita krzyczała:

– Wyrwę ci język i nakarmię nim moje piekielne psy!

background image

Josh się skrzywił. Korytarz powoli pustoszał.

–   Nie   możesz   się   ich   jakoś   pozbyć?   Uśmiechnęłam   się   promiennie   i   pokręciłam 

głową.

– Nie. Już próbowałam.

Josh przełożył książkę do drugiej ręki.

– Wydaje mi się, że słyszę Grace. Czy ona gdzieś tu jest? W pewnym sensie trochę mi 

jej brakuje.

Oparłam się o szafkę i wskazałam głową Nakitę, która ciągle kłóciła się z Barnabą. 

Ludzie patrzyli na nich zdumieni. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie założyłam właśnie nowej 

szkolnej kliki, bardzo dziwnej i hałaśliwej.

– Przyniosła wiadomość dla wielmożnej Nakity.

Josh roześmiał się głośno. Podobał mi się jego śmiech. Pomyślałam, że byłoby fajnie, 

gdyby odwiózł mnie po szkole do domu. Nie musiałabym czekać na autobus, a Amy już 

całkiem zzieleniałaby z zazdrości.

Spojrzał w stronę żniwiarzy, którzy wreszcie przestali skakać sobie do oczu i słuchali 

Grace.

– Robisz coś po szkole?

Już nie, pomyślałam, ale potem wzruszyłam ramionami.

– Nie wiem. Nakita ma chyba jakieś plany.

– Zamknij ten rozśpiewany dziób – powiedziała Nakita do Barnaby i odrzuciła włosy 

do tyłu, usiłując się opanować. Potem odwróciła się do mnie. – Mam sprawę do załatwienia. 

Barnaba będzie cię chronił przez kilka... godzin.

Było dokładnie tak, jak myślałam. Wybierała się na akcję.

–   Nakito,   nie   podoba   mi   się   to   –   mruknęłam,   a   Barnaba   kiwnął   głową.   – 

Likwidowanie ludzi, którzy dokonują niewłaściwych wyborów, jest złe. Łatwe, ale złe.

Nakita uniosła brwi.

–   Gdyby   to   było   złe,   nie   zostaliby   wybrani.   Zaczniesz   myśleć   inaczej,   kiedy 

zobaczysz,   do   jakich   okropieństw   zdolni   są   ludzie.   Nauczysz   się   używać   amuletu   i 

zrozumiesz. A do tego czasu to, co ci się podoba albo nie podoba, nie ma żadnego znaczenia.

Zabrzmiało to bardzo protekcjonalnie, ale Nakita rzeczywiście była znacznie starsza 

niż wszyscy inni tutaj, no, może z wyjątkiem Barnaby.

–   A   co   z   lekcją   gospodarstwa   domowego?   –   spytałam,   wiedząc,   jak   bardzo, 

niezrozumiana przez swój własny gatunek, chciała poznać życie ludzi.

Nakita zacisnęła zęby i wręczyła swój plan Joshowi.

background image

– On może zrobić to za mnie.

Josh uniósł brwi.

– Hm, Nakito... W szkole nie robi się takich rzeczy.

Barnaba wyjął plan z ręki Josha i podał go Nakicie.

– Jeśli ty pójdziesz, ja też pójdę. Nie mam zamiaru pozwolić ci zabrać kolejnej duszy, 

więc możesz równie dobrze zostać tutaj.

– Spróbuj mnie powstrzymać! – odpaliła Nakita i wszystko zaczęło się od początku. 

Grace wepchnęła się między nas.

– Tyle miłości w jednym małym budynku! Aż w głowie mi się od tego kręci.

Zabieram się stąd. No, Nakita, bierzesz tę akcję czy nie?

– Tak – odparła  żniwiarka  i Grace  znikła nagle,  zostawiając po sobie złoty pył  i 

zapach róż w powietrzu.

Nakita przyciągnęła mnie do siebie tak blisko, że nasze głowy niemal się stykały.

–   Powinnaś   pójść   ze   mną   –   powiedziała,   zerkając   ukradkiem   na   boki.   –   Może 

nauczyłabyś się widzieć przyszłość i okropności, które wynikają z ludzkich wyborów. Wiem, 

że wtedy zgodziłabyś się ze mną.

– Ale to pierwszy dzień szkoły! – zawołałam.  Josh  zaczął rozmawiać  z Barnabą, 

zapewne usiłując ustalić, co się właściwie dzieje. – Nie mogę iść na wagary już pierwszego 

dnia.

Nakita zmrużyła błękitne oczy, a jej policzki zabarwił lekki rumieniec.

– Tego chcą serafini, Madison.

– Cóż, serafini z pewnością nie chcieliby za karę siedzieć w domu – zaprotestowałam. 

Nigdy nie przypuszczałam, że można umieścić wszystkie te słowa w jednym sensownym 

zdaniu. – Poza tym nie zgadzam się z przeznaczeniem – dodałam.

Za chwilę miała  rozpocząć się pierwsza lekcja. Na korytarzu  nie było  już prawie 

nikogo.

– To zły plan, Nakito – odezwał się Barnaba, tak głośno, że wystraszyłam się, że ktoś 

nas jednak usłyszy. – Ten człowiek nic nie zrobił.

– Ale zrobi – odparła bez wahania. – To, że ty nie umiesz wznieść się dość wysoko, 

by zajrzeć za zakręty czasu, nie oznacza, że nie potrafią tego serafini.

Po prostu super. Pierwszy dzień szkoły, a Nakita chce mnie zabrać na mały napad z 

bronią w ręku. Rozległ się dzwonek i aż podskoczyłam. Z westchnieniem zebrałam książki i 

ruszyłam przed siebie korytarzem. Josh przyspieszył i po chwili zrównał się ze mną. Barnaba 

i Nakita zostali w tyle.

background image

– To co – spytał Josh, szeroko otwierając oczy – idziemy na lekcje czy na safari?

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Ty też chcesz z nią iść?

Nakita nachyliła się do mnie, odpychając Josha na bok.

– Ta akcja ci się spodoba, Madison. Grace mówi, że to szatańskie nasienie ma zamiar 

stworzyć wirus komputerowy, który sparaliżuje system operacyjny w pewnym szpitalu. Setki 

twoich   bezcennych   istnień   ludzkich,   Barnabo,   zginą   przedwcześnie   z   powodu   wyboru 

dokonanego przez jednego człowieka, przez jego pychę i żądzę sławy. Jeśli nie przesuniemy 

jego duszy na wyższy poziom, zanim ją zbruka, w końcu stanie się cyberterrorystą.

Ooo... Pierwszy cios.

Barnaba szedł obok mnie z ponurą miną.

– Ale on jeszcze tego nie zrobił. To wszystko jest jeszcze przed nim... może dokona 

właściwego wyboru.

W holu było pusto. Po prawej widziałam korytarz prowadzący do pracowni fizycznej, 

po lewej jasny prostokąt oszklonych drzwi wejściowych.

–   Nakita   –   powiedziałam   i   zwolniłam   kroku.   –   Czy   źle   zrobiłam,   ratując   przed 

śmiercią Susan, tę dziewczynę z łodzi?

– Tak – odparła natychmiast.

– Nie – powiedział zaraz potem Barnaba.

Nakita przycisnęła do piersi swój notatnik. Kolorowe kury i koszyk z jajkami na jego 

okładce dziwnie kontrastowały z jej groźną, niemal krwiożerczą miną.

– W przyszłości miała pisać artykuły, w których nie byłoby miejsca na współczucie.

Miała niszczyć  wiarę, jaką ludzie pokładają w sobie nawzajem. Ocalenie jej życia 

było aktem destrukcji.

Cios drugi.

– Czy to nadal jest jej przeznaczeniem?  – spytałam.  Nakita użyła  w końcu czasu 

przeszłego.

Na pięknej twarzy Nakity zauważyłam zakłopotanie.

– Nie – przyznała. Zatrzymałyśmy się obie. – Serafini śpiewają, że jej przyszłość jest 

niejasna, ale nie wiedzą, dlaczego tak jest.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

– Ja wiem. – Zadowolona, ruszyłam do drzwi. Teraz wiedziałam już, co zrobię. Jak 

poprowadzę sprawy, w które nie wierzyłam, do czasu kiedy znajdę swoje ciało i wszystko 

wróci do normy. – Tak jak ty zmieniłaś się, bo poznałaś strach, tak Susan zmieniła się, kiedy 

background image

zobaczyła śmierć i zrozumiała, jak cenne jest życie. Trudno dokonać wyboru, kiedy widzisz 

tylko jedną stronę medalu.

Barnaba zmarszczył brwi.

– Mówisz o mnie – stwierdził ponuro.

– Nie. – Spojrzałam w stronę sekretariatu. Miałam nadzieję, że nikt nas nie obserwuje. 

–   Chyba   nie.   No,   może?   –   wzruszyłam   ramionami.   –   Pójdę   z   tobą,   Nakita,   ale   zanim 

wyciągniesz swój miecz i zrobi się strasznie, porozmawiam z tym człowiekiem. Ciemne brwi 

żniwiarki podskoczyły aż do nasady włosów.

– Dlaczego? – spytała równie zaskoczona jak Barnaba.

– Żeby sprawdzić, czy mogę zmienić jego przeznaczenie – odparłam.

Rany...

W porządku, więc byłam martwa, moje ciało tkwiło gdzieś między teraz i potem, a 

dwóch kłótliwych żniwiarzy chroniło mnie przed strażnikiem czasu, któremu kiedyś ufałam. 

Nie było tak źle. Tata nie miał pojęcia, że jestem martwa, Josh żył, a do czasu, kiedy znajdę 

swoje ciało i zeskoczę z tej karuzeli, nie tylko mogłam bezkarnie opuszczać szkolne zajęcia, 

ale wręcz było to moim moralnym obowiązkiem.

Podeszliśmy do drzwi. Otworzyłam je jednym szarpnięciem i korytarz zalało słońce. 

Josh przytrzymał drzwi, żeby się nie zamknęły.

– Idziesz na wagary? – spytał, a ja uśmiechnęłam się szeroko.

–   Tak.   Nakita   i   Barnaba   będą   mnie   kryli.   To   znaczy   nas.   Jak   na   taką   grzeczną 

dziewczynkę źle się czasem zachowuję.

Roześmiał się i puścił mnie przodem.

– Nie ma nic złego w łamaniu zasad, jeśli robisz to w imię czegoś, co jest od nich 

ważniejsze.

Zawahałam się na progu, mrużąc oczy w ostrym słońcu.

– Naprawdę tak myślisz?

Josh kiwnął głową, a od jego uśmiechu zakręciło mi się w głowie.

– Tak. Tak właśnie myślę.

– Ja też – odparłam i razem wyszliśmy na słońce, by ocalić duszę jakiegoś niewinnego 

człowieka.

background image

PODZIĘKOWANIA

Chciałabym podziękować mojej redaktorce Tarze Weikum, która pomogła mi bardziej, 

niż   przypuszcza,   i   mojemu   agentowi   Richardowi   Curtisowi,   który   nie   przestaje   mnie 

zaskakiwać tym, co potrafi dostrzec, zanim mi się uda.


Document Outline