background image

WIELKIE SERIE FANTASY

HARRY HARRISON

cykl  Młot i krzyż

Przełożył PIOTR SZAROTA

Tytuł oryginału THE HAMMER AND THE CROSS

1

background image

Qui credit in Filium, habet vitam aeternam; qui autem incredulus est Filio, non videbit vitam, sed  

ira Dei manet super eum.

Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny,  kto zaś nie słucha Syna, nie ujrzy żywota, lecz 

gniew Boży ciąży na nim.

— Ewangelia Św. Jana, 3:36

Angusta est domus: utrosąue tenere non poterit. Non vult rex celestis cum paganis et perditis  

nominetenus regibus  communionem habere; ąuia rex Ule aeternus regnat in caelis,  Ule paganus 

perditus plangit in inferno.

Domostwo jest wąskie; nie pomieści wszystkich. Król Niebieski nie ma życzenia wiązać się z 

tymi,  którzy sami  mienią   się   królami;   jeden   tylko   nieśmiertelny   król   włada  w Niebiesiech, 

pogańscy królowie niechaj jęczą w Piekle.

— Alcuin, diakon Yorku, A.D. 797

Gravissima calamitas umąuam supra Occidentem acci-dens erat religio Christiana.

Największą plagą, jaka spadła dotąd na Zachód, było chrześcijaństwo

.

— Gore Vidal, A.D. 1987

2

background image

Część pierwsza

Thrall

Rozdział pierwszy

PÓŁNOCNE WYBRZEŻE ANGLII, A.D. 865

Wiosna. Początek wiosny na przylądku Flamborough, gdzie skały Yorkshire wcinają się w 

morze, niczym harpun ważący miliony ton. Z przylądka rozciąga się widok na Morze Północne, skąd 

nieustannie grozi atak wikingów. W obliczu tego zagrożenia władcy niewielkich królestw 

anglosaskich zaczęli niechętnie jednoczyć swe siły. Niechęć brała początek w naznaczonej 

zbrodniami i wzajemną nienawiścią historii Anglów i Sasów, którzy przybyli na Wyspy przed 

kilkoma wiekami. Były to plemiona dumnych i szlachetnych wojowników, którzy pokonali wojska 

walijskie i — jak powiedziałby poeta — zawładnęli tą ziemią.

Wielmożny Godwin zaklął cicho okrążając drewnianą palisadę otaczającą niewielki fort 

wzniesiony na najdalej wysuniętym krańcu przylądka. Wiosna! Być może w innych rejonach tego 

kraju wydłużające się dni i jasne wieczory to zieleń traw, kwitnienie jaskrów i krowy z 

nabrzmiałymi mlekiem wymionami, jednak tu, na przylądku Flamborough, wiosna zwiastuje 

wiatr. Oznacza towarzyszące zrównaniu dnia z nocą burze i wichury. Za plecami pozostawił 

Godwin niskie i powykrzywiane drzewa, które stały w szeregu jak ludzie; te na samym początku 

były najniższe, każde następne było o kilka cali wyższe. Wskazując w ten sposób kierunek 

wiatru, wskazywały jednocześnie morze. Z trzech stron szara toń wznosiła się i opadała 

powoli, żywa i groźna niczym olbrzymie zwierzę. Pojawiające się na powierzchni fale rozrywane 

były po chwili gwałtownymi podmuchami wiatru, tak że toń znowu stawała się płaska. Szare morze, 

szare niebo, szkwał zacierający linię horyzontu, cały ten świat pozbawiony był żywszego koloru, 

nie licząc chwil, kiedy rozpędzone fale rozbijały się o skalne ściany przylądka wzbijając fontanny 

rozpylonej wody. Godwin stal tam już tak długo, że nie zwracał uwagi na grzmot rozbryzgującej 

się wody. W końcu poczuł jak woda, która zdążyła już zmoczyć jego płaszcz i kaptur, zaczyna 

spływać po twarzy. Początkowe uczucie świeżości zastąpił teraz smak soli.

W sumie to bez różnicy — pomyślał zrezygnowany.  Tak czy inaczej woda była  jednakowo 

zimna. Mógłby  wrócić do szałasu, wyrzucić precz niewolników i ogrzać  przy ogniu zmarznięte 

stopy i dłonie. W taki dzień nie należało obawiać się najazdu. Wikingowie byli żeglarzami, mówiono 

nawet, że najlepszymi na świecie, a nie trzeba być przecież wielkim żeglarzem, aby wiedzieć, że 

wypływanie na morze w taki dzień nie ma sensu. Wiatr był wschodni, północno-wschodni — jak 

zauważył   Godwin,   doskonały   gdy   płynęło   się   z   Danii,   jednak  trudno   wyobrazić   sobie 

manewrowanie na tak wzburzonym morzu. Niepodobna też myśleć o bezpiecznym  przybiciu do 

brzegu. Nie, to było zupełnie wykluczone. Równie dobrze mógłby wygrzewać się teraz przy ogniu.

Godwin popatrzył z tęsknotą w stronę szałasu i sączącego się stamtąd dymu rozwiewanego 

wciąż przez  wiatr, odwrócił się jednak i znów zaczął przechadzać się  wzdłuż palisady.  Tak jak 

nauczył   go   jego   władca.  „Lepiej  nic nie myśl,  Godwin" — zwykł  mawiać. „Nie  myśl:  może 

przypłyną dzisiaj, może nie przypłyną. Nie myśl, że lepiej jest czuwać o pewnej porze dnia niż 

o innej. Gdy jest widno, stój na skale. Obserwuj morze przez cały czas. W przeciwnym  razie, 

któregoś dnia będziesz myślał jedno, a jakiś Stein albo Olaf pomyśli sobie co innego i zdąży przybić 

do brzegu i wedrzeć się dwadzieścia mil w głąb lądu, zanim zdołamy go zatrzymać, jeżeli w ogóle 

nam się to uda. A będzie nas to kosztować sto istnień ludzkich i sto funtów w srebrze, naszą trzodę i 

spalone obejścia. Potem przez lata całe  ludzie nie będą płacić dzierżawy. Bądź więc czujny, mój 

tanie, inaczej ucierpią twoje własne dobra".

Tak mówił jego władca, Ella, a czarny kruk Erkenbert pochylił się nad pergaminem i 

3

background image

skrzypiącym piórem począł wypisywać tajemne wersy, których Godwin lękał się bardziej niż 

wikingów. „Dwa miesiące służby na przylądku Flamborough — odczytał w końcu — powierzam 

mojemu tanowi Godwinowi. Ma czuwać aż do trzeciej niedzieli po Ramis Palmarum".

Kazali mu czuwać, więc będzie im posłuszny. Jednak nie musi się przy tym umartwiać. Godwin 

wrzasnął  na   niewolników,   aby   przynieśli   mu   gorącego   piwa  z   przyprawami,   które   kazał 

wcześniej przygotować. Natychmiast pojawił się jeden z nich niosąc przed sobą  kubek. Godwin 

spojrzał na niewolnika z głęboką niechęcią. Przeklęty głupiec. Godwin trzymał go u siebie, miał 

bowiem ostry wzrok, lecz  był  to powód jedyny.  Zwał   się   Merla.   Kiedyś   był   rybakiem.   Raz 

przyszła ciężka zima, Merla prawie nic nie łowił i popadł w długi u swoich dziedziców, mnichów 

z opactwa Św. Jana w Beverley. Najpierw sprzedał łódź, aby spłacić długi i nakarmić żonę oraz 

przychówek. Potem, kiedy pieniądze  się  skończyły   i nie  stać  go  już  było   na  jedzenie,  musiał 

sprzedać swą rodzinę komuś bogatszemu. Na  końcu sprzedał się sam swoim mnichom, a oni 

oddali  go   na   służbę   Godwinowi.   Przeklęty   głupiec.   Gdyby   ten  niewolnik   był   człowiekiem 

honorowym, sprzedałby się na samym początku, a pieniądze oddał krewnym żony, tak że mogliby 

przyjąć ją do swego domu. Gdyby był rozsądny, sprzedałby najpierw żonę i dzieci, a zatrzymał łódź, 

wtedy miałby jeszcze szansę na ich wykupienie.  Lecz Merla nie był ani rozsądny, ani honorowy. 

Godwin  odwrócił się plecami do wiatru i morza i pociągnął tęgi  łyk z wypełnionego po brzegi 

kubka. Przynajmniej widział, że nikt z niego nie pił. Można ich było wyszkolić jedynie porządnym 

biciem.

Ale na co się teraz gapi ten żałosny rogacz? Na co wskazuje, rozdziawiając usta?

— Statki! — krzyknął  wreszcie Merla. — Statki  wikingów, dwie mile od brzegu! Są tam! 

Spójrz, panie!

Godwin odwrócił się bez zastanowienia i zaklął, gdy gorące piwo przysnęło na dłoń. Usiłował 

dojrzeć to, co wskazywał niewolnik. Czy to nie jakiś punkt, w miejscu, gdzie chmura styka się 

prawie z falami? Nie, nic  tam nie ma. Chociaż... Naprawdę trudno było dostrzec  coś dokładnie, 

wysokość  fal dochodziła  chyba  do dwudziestu stóp, co wystarczyło,  aby przesłonić praktycznie 

każdy statek płynący ze zwiniętymi żaglami.

 Znowu je widzę — krzyknął Merla. — Dwa statki, jeden niedaleko drugiego.

— Długie łodzie?

— Nie, panie, to knory.

Godwin   cisnął   za   siebie   kubek,   chwycił   rękę   niewolnika   swoim   żelaznym   uściskiem   i 

spoliczkował go dwukrotnie przemokniętą skórzaną rękawicą. Merla stracił oddech i skulił się z bólu, 

lecz nie miał odwagi zasłonić się przed ciosem.

Mów po angielsku, ty sobacze pomiotło! I mów do rzeczy.

Knor, panie, to statek handlowy. Głęboko wydrą żony, do przewożenia towarów — zawahał 

się przez chwilę, bojąc się ujawnić swoją wiedzę, a zarazem wystraszony konsekwencjami jej 

zatajenia. — Mogę je rozpoznać dzięki... dzięki kształtowi ich dziobów. To muszą być 

wikingowie. Nasze statki wyglądają inaczej.

Godwin spojrzał ponownie na morze, jego gniew zaczynał stopniowo ustępować wątpliwościom i 

rosnącemu przerażeniu, które ścisnęło zimną obręczą żołądek.

— Merla, słuchaj co teraz powiem — szepnął. — Zastanów się dobrze. Jeżeli to wikingowie, 

muszę postawić na nogi całą naszą straż przybrzeżną. Każdego, stąd aż do Bridlington. W gruncie 

rzeczy to tylko nędzni kerlowie i niewolnicy. Nic się nie stanie, jeśli wyciągniemy ich teraz z wyrek 

i odciągniemy od nie domytych małżonek. Ale będę musiał zrobić coś jeszcze. Jak tylko straże 

zostaną zwołane, poślę posłańców do opactwa w Beverley, do mnichów od Św. Jana, twoich 

panów, jak pewnie pamiętasz.

Urwał wpatrując się w rozszerzone przerażeniem oczy Merli, który pamiętał aż za dobrze swoich 

opiekunów.

—...A oni wezwą tanów Elli i ogłoszą werbunek.

Nie będzie najlepiej, gdy przyjadą tutaj, a piraci zmylą nas i zamiast na Flamborough wylądują 

na   Spurn,   dwadzieścia   mil   stąd.   Wtedy   będzie   już   za   późno,   lecz   teraz  możemy   się   jeszcze 

namyślić, gdzie posłać oddziały. Jeśli przyjadą tu w taką pogodę, w deszcz, zupełnie na próżno, z 

powodu fałszywego alarmu jakiegoś durnia, a na dodatek jeśli wikingowie zajdą ich od tyłu... Oj, 

będę miał wtedy kłopoty, Merla — Godwin pchnął osłabionego z niedożywienia niewolnika na 

ziemię,  a jego głos stał się ostrzejszy. — Przysięgam jednak na  wszechmogącego Boga, że ty, 

4

background image

Merla, będziesz tego żałował do końca życia. Zresztą po laniu, jakie ci sprawię, może nie będzie 

to trwało tak długo. Wiedz jednak, że jeśli tam są naprawdę statki wikingów, a ty pozwolisz, żebym 

nie wszczął alarmu, oddam cię z powrotem czarnym mnichom i powiem im, że nic mi po tobie.

Odetchnął głęboko i popatrzył na Merlę.

— A teraz, gadaj! Są tam statki wikingów, czy nie?

Niewolnik spojrzał badawczo na morze — na jego twarzy znać było napięcie. Pomyślał, że nie 

powinien był w ogóle się odzywać. Co to dla niego za różnica, czy wikingowie zajmą 

Flamborough, albo Bridlington, albo nawet samo opactwo Beverley? Nie wezmą go przecież w 

gorszą niewolę, a może nawet ci obcy poganie okażą się lepszymi panami niż jego chrześcijańscy 

władcy. Za późno już jednak na takie myśli. Niebo przejaśniło się na chwilę i raz jeszcze dostrzegł 

statki, których Godwin, stary szczur lądowy, wciąż jeszcze nie widział. Merla skinął głową.

— Dwa statki wikingów. Dwie mile stąd na południowy wschód.

Po chwili Godwin był już daleko wykrzykując rozkazy, wołając pozostałych niewolników, 

krzycząc aby przyprowadzić mu konia, przynieść róg. Zwoływał swój niewielki oddział rycerzy. 

Merla wyprostował się i rozglądając się uważnie podszedł wolno do południowo-zachodniego naroża 

palisady. Co jakiś czas niebo przejaśniało się. Merla widział rozbijające się na brzegu fale, 

najbardziej nieprzyjazny, najniebezpieczniejszy dla statków odcinek angielskiego wybrzeża. Zebrał z 

palisady kępkę mchu i patrzył jak ulatuje porwana wiatrem. Na jego zatroskanej twarzy pojawił się 

ponury uśmiech.

Może i ci wikingowie to dobrzy  żeglarze,  ale  znaleźli się w złym miejscu, z bardzo złym 

wiatrem wiejącym im prosto w plecy. Jeżeli wiatr nie osłabnie, jeśli nie powstrzymają ich nagle 

pogańskie bóstwa z Walhalli, nie ma dla nich ratunku. Nie zobaczą już nigdy swojej Jutlandii.

Dwie godziny później setka ludzi stała już wzdłuż  piaszczystego  wybrzeża  na południe  od 

przylądka.  Ubrani byli w grube kamizelki ze skóry i skórzane nakrycia głowy, uzbrojeni zaś we 

włócznie i drewniane tarcze. Jedynie Godwin miał hełm z metalu, kolczugę i przypasany u boku 

miecz  z mosiężną  rękojeścią. Ludzie ci byli  wartownikami,  strażą wybrzeża. Ich zadaniem   nie 

miało być odparcie wroga, gdyż nigdy nie byliby w stanie sprostać świetnie wyszkolonym wojow-

nikom z Danii i Norwegii. Gdyby pozostawić ich samych sobie, uciekliby niechybnie zabierając 

ze sobą w pośpiechu dobytek i rodziny. Mieli jednak zostać wkrótce wsparci przez zwerbowanych 

przez tanów Northumbrii rycerzy, dla których walka oznaczała możliwość powiększenia majątku. 

Także wartownicy liczyli, że uda im się w odpowiednim momencie włączyć do potyczki i zebrać 

łupy. Lecz ostatnie łupy wzięte zostały przez Anglików aż czternaście lat temu, a na dodatek miało 

to miejsce w odległym królestwie Wessex, gdzie działy się różne cuda.

Przyznać jednak trzeba, że pośród wartowników brak  było  oznak trwogi, wydawali  się nawet 

pogodni. Byli to  w przeważającej większości rybacy, których żywiołem  stało się Morze Północne, 

najgorszy  zbiornik   wodny   na   świecie,   biorąc   pod   uwagę   nawiedzające   to   miejsce   mgły,  sztormy, 

olbrzymie fale i zdradzieckie prądy. Z biegiem  czasu, kiedy statki stały się już bardziej widoczne, 

wszyscy zaczęli myśleć podobnie jak Merla — wikingowie nie mieli szans. Wartownicy byli zgodni, 

że szansę udanego ataku ze strony nieprzyjaciół były znikome.

Problem polega na tym — rzekł główny sędzia okręgu zwracając się do Godwina — że 

jeśli postawią teraz żagiel, mogą pożeglować w trzy strony: na zachód, północ albo na 

południe. Jeżeli popłyną na zachód — mężczyzna nakreślił linię na mokrym piasku — wpadną w 

nasze ręce, jeśli popłyną na północ — rozbiją się o przylądek, biada jednak jeśli uda im się go 

wyminąć, wtedy bowiem będą mieli wolną drogę aż do samego Cleveland. Ale na szczęście 

wiemy coś, czego oni nie mogą wiedzieć. W okolicy przylądka jest silny prąd. Diabelnie silny 

prąd. Będą mogli co najwyżej posterować swymi... — zawahał się, niepewny jak daleko może się 

posunąć w obecności Godwina.

Dlaczego nie popłyną więc na południe? — wtrącił Godwin.

Tego właśnie będą próbować. Myślę, że ich przywódca, jarl, jak go nazywają, wie, że 

jego ludzie są już wycieńczeni. Mają za sobą koszmarną noc i ponury poranek, kiedy zorientowali 

się gdzie ich wiatry przywiodły — sędzia pokiwał głową jakby w geście zrozumienia.

___

 A więc nie są tak wspaniałymi żeglarzami — wykrzyknął Godwin z satysfakcją. — A 

poza tym Bóg jest po naszej stronie. Parszywi z nich poganie, wrogowie Kościoła.

Zamieszanie, jakie nagle wybuchło w szeregach wojowników, uwolniło sędziego od 

5

background image

konieczności repliki, na którą nie mógł się jakoś zdobyć. Obaj mężczyźni odwrócili się 

automatycznie.

Na ścieżce biegnącej wzdłuż linii przypływu zatrzymała się grupka dwunastu mężczyzn. Właśnie 

zsiadali  z koni. Czyżby to pospolite  ruszenie — pomyślał  Godwin. Tanowie z Beverley?  Nie, 

przecież nie zdążyliby  przyjechać w tak krótkim czasie. Pewnie dopiero dosiadają swych koni. 

Mężczyzna kroczący na samym przedzie był z pewnością szlachcicem. Potężny i krzepki,  miał 

jasne włosy i jasnoniebieskie oczy oraz dumną postawę człowieka, który nigdy nie musiał trudnić 

się orką i siewem. Jego szkarłatne nakrycie głowy ozdobione było złotem, złoto połyskiwało też 

na   rękojeści  miecza.   Za   plecami   mężczyzny   kroczył   młodzieniec,  który   wydawał   się   jego 

mniejszą   i   młodszą   kopią,  z   pewnością   syn.   Obok   zaś   szedł   inny   młodzian,   wysoki  i 

wyprostowany jak wojownik, lecz o ciemnej karnacji, ubrany skromnie w tunikę i wełniane spodnie. 

Parobkowie z trudem utrzymywali w miejscu wierzchowce Pozostałych sześciu dobrze uzbrojonych 

wojowników, należących bez wątpienia do świty jakiegoś bogatego tana.

Idący na przedzie mężczyzna w geście powitania wzniósł otwartą dłoń.

— Nie znacie mnie — zaczął. — Jestem Wulfgar, tan króla Edmunda z East Anglii.

Przez oddział wartowników przeszedł szmer dezaprobaty.

— Zastanawiacie się, co tutaj robię. Zaraz wam wytłumaczę. Nienawidzę wikingów — 

szerokim gestem wskazał wybrzeże. — Wiem o nich więcej niż niejeden człowiek. W moim kraju, 

na północy, jestem strażnikiem wybrzeża z rozkazu króla Edmunda. Już dawno

zrozumiałem, że my Anglicy nigdy nie pozbędziemy się tego plugastwa, jeżeli walczyć będziemy 

osobno. Przekonałem o tym swojego króla, a on wysłał poselstwo do waszego władcy. Obaj 

postanowili, że powinienem po jechać na północ i porozmawiać z mądrymi ludźmi

z Beverley i Eoforwich, aby ustalić wspólne plany. Zeszłej nocy zmyliłem drogę i spotkałem 

twoich ludzi niosących posłanie do Beverley. Przyjechałem więc na pomoc. Czy dasz mi swe 

pozwolenie?

Godwin skinął głową. W końcu, któż może wiedzieć  czy ten prostak sędzia nie gada bzdur, 

pomyślał. Może tym psubratom uda się jednak tu wylądować, a wtedy parunastu rycerzy więcej 

bardzo się przyda.

— Witaj i podejdź bliżej — rzekł po namyśle.

Wulfgar pokiwał głową z widoczną satysfakcją —  Widzę, że zjawiam się w odpowiedniej chwili.

Na morzu miała rozegrać się za chwilę tragedia.  Jeden ze statków wyprzedził drugi o jakieś 

pięćdziesiąt  jardów i nieuchronnie zbliżał się do brzegu. Wiatr i fale  miotały nim na wszystkie 

strony. Nagle wpłynął na mieliznę i przechylił na bok. Załoga zaczęła biegać w popłochu po 

pokładzie próbując zepchnąć statek z powrotem na pełne morze.

Było już jednak za późno. W kierunku statku pędziła ogromna fala. Anglicy usłyszeli stłumiony 

przez wiatr  krzyk  rozpaczy,  który przywitali  z entuzjazmem.  Była  to   siódma   fala,   ta   która 

zawsze dochodzi najdalej w stronę lądu. W jednej chwili okręt znalazł się na jej wierzchołku, a 

przez burty posypała się kaskada skrzyń i beczek. Potem ze straszliwą siłą statek rzucony został

o skaliste nabrzeże i oczom Anglików ukazały się walczące z żywiołem postacie, rozpaczliwie 

chwytające się wyrzeźbionego w kształcie smoka dziobu. Wkrótce wszystko zakryła kolejna 

fala, a kiedy opadła, widać już było tylko unoszące się na powierzchni deski.

Rybacy pokiwali głowami, kilku się przeżegnało. Jeżeli to dobry Bóg ocalił ich od wikingów, to 

na chwilę tę czekali już od bardzo dawna.

Drugi statek musiał wybrać inną drogę, oznaczało  to, że popłynie z wiatrem na południowy 

wschód. Było jasne, że wikingowie nie zamierzają biernie czekać na śmierć. Za sterem pojawił się 

potężny mężczyzna i zaczął pospiesznie wykrzykiwać rozkazy. Jego rudą brodę widać było nawet z 

brzegu. Załoga zaczęła rozwijać  żagiel, który natychmiast wypełnił się wiatrem. Statek pomknął 

nowym kursem i nabierając coraz większej szybkości rozcinał teraz powierzchnię wody. Oddalał się 

wyraźnie od Flamborough, kierując się w stronę przylądka Spurn.

— Uciekają nam! Za mną! Na konie! — krzyknął Godwin i odtrącając na bok swego 

giermka ruszył galopem w pościg. Tuż za nim pogalopował Wulfgar i cała jego drużyna, z 

wyjątkiem ciemnowłosego chłopca, który zwrócił się w stronę stojącego bez ruchu sędziego.

— Czemu zostałeś? Nie chcesz ich schwytać?
Sędzia uśmiechnął się szeroko i przysiadł na piasku.

6

background image

—   Musieli   spróbować   —   rzekł   wreszcie   rzucając  w   powietrze   garść   piasku.   —   Nie 

pozostało im nic innego. Lecz nie dopłyną daleko.

Rzekłszy to wstał i ruszył ku swoim ludziom. Podzielił ich na trzy oddziały. Pierwszy miał 

zostać na  plaży i czekać na ewentualnych rozbitków, drugi pogalopował w ślad za Godwinem i 

drużyną Wulfgara, trzeci zaś zaczął przemierzać wybrzeże kłusem, śledząc kurs ocalałego statku.

Wkrótce nawet szczury lądowe zdały sobie sprawę z tego, co sędzia dostrzegł od razu. Okręt 

wikingów skazany był na zagładę. Dwukrotnie załoga starała się obrócić go dziobem w stronę 

pełnego morza. Dwóch mężczyzn pomagało rudobrodemu wodzowi przy sterze, pozostali mocowali 

się z olinowaniem. Za każdym razem fale okazywały się silniejsze od ludzi i statek wciąż posuwał 

się równolegle do linii wybrzeża.

Po   kolejnym   manewrze   sytuacja   wikingów   uległa  jeszcze   pogorszeniu.   Nawet   dla 

niedoświadczonych   Godwina   i   Wulfgara   różnica   była   zauważalna.   Wiatr   wydawał   się   teraz 

silniejszy, morze bardziej wzburzone, a statek znoszony był wyraźnie przez silny prąd zatokowy. 

Rudobrody   mężczyzna   wciąż   stał   u   steru   wykrzykując   bez   przerwy   komendy.   Lecz   z   każdą 

chwilą, cal po calu, statek zbliżał się do żółtawej linii znaczącej początek mielizny. Było jasne, że 

zaraz nastąpi katastrofa.

Płynąc  całą  naprzód  okręt  zarył  się  nagle w twardy  żwir.   Maszt   pękł   z   trzaskiem   i   upadł 

pociągając za sobą połowę załogi. W przeciągu jednej chwili statek rozpadł się jak łupina orzecha 

i   zniknął   pod   falami.   Na  powierzchni   pozostało   jedynie   olinowanie   i   niewielkie   kawałki 

potrzaskanego drewna, które znaczyły miejsce katastrofy.

Pośród nich rybacy dostrzegli ludzką głowę. Rudą głowę wodza wikingów.

Jak sądzisz, uda mu się, czy nie? — spytał Wulfgar. Widzieli go teraz wyraźnie, jakieś 

pięćdziesiąt jardów od brzegu. Utrzymywał się wciąż w tym samym miejscu, nie próbując płynąć 

dalej, odkąd zobaczył zmierzające w swoim kierunku potężne fale.

Będzie próbował — odparł Godwin, nakazując swoim ludziom podejść bliżej do brzegu. 

— Jeśli mu się powiedzie, schwytamy go.

Rudobrody zdecydował się wreszcie i zaczął płynąć rozcinając taflę wody potężnymi uderzeniami 

ramion.  Wiedział, że tuż za nim nadciąga wielka fala. Nagle  uniosła go wysoko i poniosła do 

przodu. Starał się utrzymać na szczycie, jakby chciał przy jej pomocy znaleźć się na samej plaży i 

wylądować miękko niczym biała piana podchodząca pod podeszwy skórzanych butów Godwina i 

Wulfgara. Prawie mu się udało, jednak tuż przed samym brzegiem fala załamała się z przerażającym 

hukiem. Mężczyzna przygnieciony został jej ciężarem, przetoczony do przodu, a następnie uniesiony 

z powrotem wraz z odpływem.

— Dalej, brać go — krzyknął Godwin. — Ruszajcie się, tchórze! Nic wam nie zrobi.

Dwóch rybaków wystąpiło naprzód i weszło pomiędzy fale. Wzięli rudobrodego pod ręce i zaczęli 

ciągnąć do brzegu. Początkowo bezwładny, wyprostował się nagle.

— On żyje — wymamrotał Wulfgar w osłupieniu. — Ta fala była wystarczająco duża, aby złamać 

mu kark.

Kiedy nogi rudobrodego dotknęły wreszcie stałego  gruntu, rozejrzał się wokół i widząc przed 

sobą osiemdziesięciu uzbrojonych ludzi wyszczerzył zęby w promiennym uśmiechu.

— Co za powitanie — mruknął pogardliwie.

W   jednej   chwili   odwrócił   się   i   zadał   jednemu   z   trzymających   go   rybaków   dotkliwy   cios 

krawędzią stopy. Anglik jęknął z bólu i uwolnił ramię wikinga, który wyprostował palce i wbił je w 

oczy drugiego z nich.  Tamten krzyknął przeraźliwe, zakrył  twarz dłońmi  i upadł na kolana. 

Widać było krew spływającą po jego rękach. Teraz wiking wyciągnął zza pasa zakrzywiony nóż, 

wychylił się w stronę tłumu, błyskawicznie złapał najbliżej stojącego rybaka i rozpłatał mu brzuch. 

Kiedy reszta cofnęła się przerażona, odrzucił nóż i wyrwał z rąk trupa włócznię i topór. Minęła 

zaledwie chwila odkąd zjawił się na lądzie, a powalił już trzech mężczyzn. Nikt nie zamierzał 

pójść w ich ślady.

No   dalej!  — parsknął  rubasznym  śmiechem i odrzucił głowę do tyłu. — Ja jeden, 

was wielu. Kto chce walczyć z Ragnarem — krzyknął gardłowym głosem. — Który z was jest 

wielkim panem, który idzie pierwszy? Ty, czy ty? — wskazał włócznią Godwina i Wulfgara, 

którzy stali teraz osamotnieni, podczas gdy ich ludzie nadal cofali się w popłochu.

Musimy go pojmać — mruknął Godwin dobywając miecza. — Szkoda, że nie mam 

7

background image

tarczy.

Wulfgar poszedł za nim, jednak wcześniej krzyknął jeszcze do jasnowłosego chłopca, który stał 

o krok od niego.

— Wracaj, Alfgar. Spróbujemy go rozbroić, resztę zrobią kerlowie.

Dwóch Anglików zaczęło się zbliżać z obnażonymi  mieczami, tymczasem wiking zdawał się 

tylko na to czekać, potężny niczym niedźwiedź, i z pogardliwym uśmiechem na ustach.

Nagle wyskoczył do przodu z szybkością szarżującego dzika wprost na Wulfgara. Ten odskoczył 

przerażony i pośliznąwszy się upadł niezgrabnie. Rudobrody zamachnął się toporem i chybił 

przecinając powietrze, drugi cios wymierzył już jednak dokładnie. Lecz nim zdołał dosięgnąć 

Wulfgara, coś pociągnęło go do tyłu i pozbawiło równowagi. Wiking upadł twardo na mokry 

piasek, bezskutecznie próbując uwolnić ręce. Była to sieć, zwykła sieć rybacka. Przyniosło ją 

dwóch ludzi pod wodzą sędziego, a teraz zaciskali ją coraz ciaśniej. Jeden z nich wyrwał z dłoni 

wikinga topór, drugi przygwoździł do ziemi drugą rękę łamiąc za jednym zamachem drzewce 

włóczni i trzymające je palce. Następnie, już bezbronnego, potoczyli po piasku, owijając w kolejne 

zwoje jakby to był pies morski lub rekin.

Wulfgar zbliżył się do nich kulejąc i wymienił spojrzenia z Godwinem.

— Co my tu mamy? — mruknął. — Coś mi mówi, że nie jest to tylko zwykły kapitan 

pechowego okrętu.

Następnie nachylił się, przyjrzał szatom wikinga i dotknął delikatnie materiału.

Kozia skóra, dobrze wyprawiona. Mówił o sobie Ragnar. Złapaliśmy samego Lothbroka. 

Ragnara Lothbroka.

Nie nam więc decydować o jego losie — zauważył Godwin po chwili milczenia. — Musimy 

go zabrać przed oblicze króla Elli.

Nagle przerwał mu głos młodego, ciemnowłosego chłopca, który przybył z Wulfgarem.

— Króla Elli? — spytał. — Myślałem, że królem Northumbrii jest Osbert.

— Nie wiem jak wychowujecie ludzi w waszym  kraju -— Godwin zwrócił się do Wulfgara z 

wymuszoną  uprzejmością   —   wiem   tylko,   że   jeśli   mój   człowiek  powiedziałby  coś takiego, 

kazałbym mu wyrwać język. Chyba że jest to twój krewny.

Nikt nie mógł go zobaczyć w mroku stajni. Ciemnowłosy chłopiec oparł głowę o siodło i 

wybuchnął płaczem. Plecy paliły go jak żywy ogień, a jego wełniana tunika lepiła się od krwi. Nikt 
jeszcze nie wychłostał go tak dotkliwie, a zaznał już w swym życiu wiele cierpienia.

Wszystko przez tę wzmiankę, że są spokrewnieni, był tego pewien. Miał tylko nadzieję, że nie 

płakał zbyt  głośno i nikt obcy go nie usłyszał. Nie pamiętał już  dobrze ostatnich wypełnionych 

bólem godzin. Przypominał sobie, że długo jechał przez jakieś pustkowia  starając się trzymać 

prosto w siodle. Czy dotarli aż do Eoforwich? Nie pamiętał.

Teraz chciałby uciec jak najdalej. Kiedy wreszcie zdoła zmyć z siebie winę ojca? Kiedy uwolni 

się w końcu od nienawiści ojczyma?

Gdy Shef uspokoił się trochę, zaczął rozpinać popręg mocując się z twardą skórą. Był pewien, że 

Wulfgar uczyni z niego wkrótce swego niewolnika, założy na szyję żelazną obręcz i nie zważając 

na nieśmiałe protesty matki sprzeda na jakimś targu, w Thetford, albo  w Lincoln. Na pewno 

weźmie za niego spore pieniądze.  Przecież kręcił się często koło kuźni, gdzie ukrywał się  przed 

gniewem ojczyma, poza tym lubił ogień, pomagał  kowalowi, dął w miechy,  rozkuwał surowe 

żelazo,  z   czasem   zaczął   nawet   wyrabiać   własne   narzędzia.  W   końcu  wykuł   swój   własny 

miecz.

Kiedy zostanie niewolnikiem, nie będzie mu wolno go zatrzymać. Kto wie, może powinien już 

teraz uciekać. Niewolnikom udaje się czasem zbiec, zazwyczaj jednak nawet nie próbują.

Zdjął siodło i rozejrzał się po obcej stajni w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby je położyć. 

Drzwi otworzyły się nagle wpuszczając do środka smugę światła i powiew zimna.

— Jeszcze nie skończyłeś? — spytał pogardliwie Alfgar. — Lepiej to już zostaw, przyślę 

zaraz giermka. Mój ojciec wezwany został na naradę z królem i możnymi. Potrzebuje sługi, który 

czuwałby za jego krzesłem i nalewałby mu piwa. Ja się do tego nie nadaję, ty pójdziesz. Czeka 

już na ciebie jeden z tanów, żeby dać ci dokładne instrukcje.

Oto Shef, wychłostany tak, że ledwo trzymał się na  nogach, posłany zostaje do zamku króla, 

8

background image

wzniesionego   niedawno   na   ruinach   rzymskich   fortyfikacji.   W   sercu  chłopca   coś   poruszyło   się 

gwałtownie, poczuł nagle przypływ podniecenia. Narada? Możni ludzie? Pewnie zadecydują o losie 

jeńca, tego wielkiego wojownika.  Będzie miał o czym opowiadać Godivie, żaden z mędrków w 

Emneth nie wymyśli lepszej historii.

— I trzymaj język za zębami — ciągnął Alfgar — w przeciwnym razie, naprawdę wyrwą ci 

język. I zapamiętaj raz na zawsze: to Ella jest teraz królem Northumbrii. Poza tym nie jesteś 

krewnym mego ojca.

Rozdział drugi

— Sądzimy, że to Ragnar Lothbrok, ale skąd niby mamy to wiedzieć — spytał król Ella.

Dwunastu mężczyzn siedziało wokół okrągłego stołu, wszyscy na niskich taboretach, wszyscy z 

wyjątkiem króla, który zasiadał na wielkim rzeźbionym tronie. Obecni w większości ubrani byli 

jak król, bądź jak  Wulfgar, który znajdował się po jego lewej stronie.  Mieli na sobie płaszcze 

skrojone z jaskrawej materii,  których nie zdejmowali z uwagi na panujące w sali  przeciągi oraz 

ozdobione złotem i srebrem nadgarstki.  Złotem połyskiwały także ich klamry,  sprzączki i pasy. 

Zebrał się tu kwiat rycerstwa Northumbrii, posiadacze wielkich obszarów ziemskich na południu i 

wschodzie kraju, wierni stronnicy króla, którym udało się wynieść go na tron i obalić jego rywala 

Osberta. Na swych taboretach czuli się nieswojo, jak przystało na ludzi, którzy większość życia  

spędzili na własnych nogach, bądź w siodle.

Przy stole siedziało jeszcze czterech mężczyzn, którzy trzymali się razem, jakby celowo izolując 

się od rycerstwa. Trzech z nich miało na sobie czarne szaty i kaptury mnichów od Św. 

Benedykta, czwarty nosił strój biskupi. Siedzieli wygodnie rozparci, trzymając w pogotowiu 

gliniane tabliczki i rylce, gotowi zapisać każde wypowiedziane przy stole słowo, przygotowani do 

forsowania własnych opinii.

Jeden z mężczyzn zdecydował się odpowiedzieć na  pytanie, zadane przez króla. Nazywał się 

Cuthred i był kapitanem straży przybocznej.

— Nie możemy znaleźć nikogo, kto mógłby go rozpoznać — przyznał. — Wszyscy, którzy mieli 

okazję zmierzyć się kiedyś w otwartej walce z Ragnarem, nie żyją. Wszyscy z wyjątkiem walecznego 

tana króla Edmunda, który dziś tu z nami zasiada. Nawet to nie przesądza jednak, że człowiek ten 

to rzeczywiście Ragnar Lothbrok. Myślę jednak, że to on. Po pierwsze dlatego, że nic nie mówi. 

Nie   chwaląc   się,   potrafię  skłonić   ludzi   do   mówienia,   ten   kto   mi   się   opiera,   nie  może   być 

zwyczajnym piratem. To musi być człowiek, któremu się wydaje, że jest kimś. Po drugie: co robiły 

tutaj te statki? Wiemy, że wracały z południa i zostały zepchnięte z kursu, tak że przez kilka dni 

musiały  walczyć  z żywiołem. Wiemy też, że były to statki  handlowe. Jakie towary wiezie się 

zwykle na południe?  Niewolników. Nie chcą tam wełny ani futer, nie chcą piwa. Ci ludzie na 

statkach byli więc handlarzami niewolników wracającymi po załatwieniu transakcji.  Ragnar jest 

handlarzem niewolników i jest to na pewno ktoś, kto się liczy. Wszystko pasuje, nie mamy tylko 

dowodów.

Cuthred pociągnął tęgi łyk piwa ze swojego kubka, wyczerpany nieco długą przemową. 

Jest jednak coś, co mnie ostatecznie przekonało. Co wiemy o Ragnarze? — Cuthred 

rozejrzał się po twarzach siedzących wokół stołu mężczyzn. — Z pewnością to, że jest łajdakiem.

Rabował kościoły i gwałcił zakonnice! — wykrzyknął arcybiskup Wulfhere siedzący po 

przeciwnej stronie stołu. — Dopadły go wreszcie własne grzechy!

Ośmielam się jednak zauważyć — dodał Cuthred — że jest jedna rzecz, która odróżnia 

Ragnara od pozostałych bezbożników i wrogów Kościoła. Ragnar posiada wiele cennych 

informacji. Jest trochę podobny do mnie, potrafi zmusić ludzi do mówienia. Słyszałem,

że ma na to własny sposób — kapitan zniżył głos. — Jeżeli uda mu się kogoś schwytać, 

pierwszą rzeczą, którą robi jest, bez żadnych wstępnych rozmów czy dyskusji, wyłupienie 

9

background image

ofierze oka. Potem wciąż milcząc znów sięga w stronę głowy tamtego człowieka gotowy wyłupić 

mu drugie. Jeżeli człowiek ma do powiedzenia coś, co akurat interesuje Ragnara, jego szczęście.

Jeśli nie, trudno, już po nim. Mówią, że Ragnar krzywdzi wielu ludzi, lecz kerlowie nie są 

przecież na ogół wiele warci. Mówią, że Ragnar bierze to pod uwagę i  dzięki  takiemu 

przekonaniu  oszczędza swój  czas i energię.

Czy znaczy to, że nasz więzień zapoznał cię ze swoimi poglądami? — spytał jeden z 

mnichów. — Czy wyjawił  ci  to  w  trakcie  przyjacielskiej  pogawędki o sprawach 

zawodowych?

Nie — Cuthred wychylił kolejny łyk piwa — ale widziałem jego paznokcie. Wszystkie 

krótko spiłowane,  wszystkie  z wyjątkiem prawego kciuka. Jest na cal długi i twardy jak stal. 

Spójrzcie, przyniosłem go tu ze sobą — Cuthred rzucił na stół zakrwawiony szpon.

— A więc to Ragnar — rzekł król Ella przerywając milczenie. — Co z nim teraz zrobimy?

Wojownicy wymienili zdziwione spojrzenia.

— Myślisz, że nie zasługuje na ścięcie — odważył się spytać Cuthred. — Mamy go powiesić?

A może coś jeszcze gorszego? — włączył się jeden z rycerzy.

Może potraktujemy go jak zbiegłego niewolnika? A może zrobimy mu to, co poganie temu 

świętemu, no, temu, co go żywcem przypiekali. Jak też on się nazywał...

Mam inny pomysł — przerwał mu Ella. — Możemy go po prostu wypuścić.

Na twarzach zebranych pojawiło się osłupienie. Król pochylił się nad stołem i przebiegł wzrokiem 

po sali obdarzając każdego z podwładnych badawczym spojrzeniem.

— Pomyślcie, dlaczego jestem królem? Jestem królem, ponieważ Osbert — to zapomniane imię 

wywołało wyraźne poruszenie wśród zebranych, a dla stojącego za plecami Wulfgara sługi było jak 

ukłucie bólu — ponieważ Osbert nie był w stanie obronić królestwa przed najazdami wikingów. 

Robił po prostu to, co czyniliśmy od wieków. Rozkazał każdemu z nas wystawić własne straże, a w 

razie ataku organizować samoobronę. Było więc tak, że dziesięć okrętów uderzało na jakieś miasto

i grabiło je doszczętnie, podczas gdy ludzie w innych osadach nakładali na głowy koce i dziękowali 

Bogu, że ich ten los ominął. Co ja w tej sytuacji uczyniłem? 

Wiecie dobrze, jak było. Pozostawiłem na wybrzeżu tylko punkty obserwacyjne, 

zorganizowałem  system wczesnego ostrzegania, a w razie ataku z morza ogłaszałem pospolite 

ruszenie. Teraz, gdy próbują nas atakować, odpowiadamy atakiem z naszej strony, zanim jeszcze 

uda im się zagrozić naszym miastom. To są nowe idee. I sądzę, że tu także musimy wymyślić coś 

nowego. Możemy pozwolić mu odejść. Możemy zawrzeć z nim układ. Będzie musiał pozostawić 

Northumbrię w spokoju. Odda nam zakładników, a my będziemy traktować go jak naszego 

honorowego gościa, a potem wyślemy go z powrotem z masą podarków. Nie będzie nas to drogo 

kosztować, a może przynieść nam dużo pożytku. I darujemy mu dalsze rozmowy z Cuthredem. Co 

wy na to?

Rycerze patrzyli po sobie, unosząc brwi i kręcąc z niedowierzania głowami.

— Mogłoby się to udać — mruknął Cuthred.

Wulfgar chrząknął przygotowując się do odpowiedzi, jego twarz było  czerwona z gniewu. 

Ubiegł go jeden z mnichów.

— Nie powinieneś tego czynić, mój panie.

— Nie powinienem?

Nie możesz. Musisz dbać nie tylko o sprawy tego świata. Arcybiskup, nasz ojciec i 

niegdysiejszy brat, przypomniał nam o haniebnych czynach, jakich dopuścił się Ragnar na 

szkodę Chrystusowego Kościoła. Czyny, które dotykały nas zarówno jako ludzi, jak i 

chrześcijan — moglibyśmy wybaczyć. Jednak nie zbrodnie wymierzone w nasz Święty 

Kościół. Te zbrodnie powinniśmy pomścić z całą stanowczością. Ile kościołów spalił Ragnar? 

Ilu chrześcijan, kobiet

i mężczyzn, sprzedał poganom jako niewolników, ilu oddał wyznawcom Mahometa? Ile 

cennych relikwii zostało zniszczonych? Ile skarbców ograbionych? Gdy wybaczysz mu to 

wszystko, grzech ten ciążyć będzie na twoim sumieniu. Zagrozić to może także zbawieniu 

wszystkich zebranych przy tym stole ludzi. Nie, królu, to nam powinieneś oddać Ragnara. Pozwól, 

abyśmy pokazali, co spotka każdego kto wystąpi przeciw Kościołowi. A kiedy wieść ta dotrze do 

pogan, do tych morskich rabusiów, niech wiedzą odtąd, że ramię Kościoła jest tak mocne, jak 

nieskończone jego miłosierdzie. Pozwól, żebyśmy wtrącili go do kanału z wężami. Niech 

10

background image

ludzie opowiadają o wężach króla Elli.

Król zawahał się, widział jaki entuzjazm i podniecenie wzbudziły słowa mnicha u jego rycerzy.

— Nie widziałem dotąd człowieka rzucanego gadom na pożarcie — wykrzyknął z zapałem 

Wulfgar — ale na to zasługuje każdy wiking. I to właśnie powiem mojemu królowi, chwaląc 

mądrość króla Elli.

Mnich, którego przemowa tak się spodobała podniósł się, żeby podsumować dyskusję. Był to 

archidiakon Erkenbert.

— Wszystko jest już przygotowane, czekamy tylko na twój rozkaz, aby przyprowadzić więźnia. 

I pozwól, aby wszyscy, radni, rycerze i słudzy, zobaczyć mogli zemstę, jaką król Ella i Święty 

Kościół zgotowali niewiernemu.

Wszyscy powstali,  a między  nimi Ella, którego twarz wciąż wyrażała niepewność. Rycerze 

zaczęli już się rozchodzić,   nawołując   swoich  służących,   żony i przyjaciół, aby przyłączyli się 

do towarzystwa. Shef Podążał za swoim ojczymem. Kiedy się odwrócił do-strzegł, że tylko mnisi 

pozostali na swoich miejscach przy stole.

Dlaczego to powiedziałeś? — mruknął arcybiskup Wulfhere, zwracając się archidiakona. —

Mogliśmy wejść w pakt z wikingami, nie odbierając sobie szansy zbawienia. Dlaczego zmusiłeś 
króla, żeby rzucił tego Ragnara wężom?

Mnich   sięgnął   do   swej   sakiewki   i   podobnie   jak  wcześniej   Cuthred,   rzucił   na   stół   jakiś 

przedmiot. Później dołożył jeszcze jeden.

Czy  wiesz co to jest, mój  panie? — spytał arcybiskupa.

To moneta. Złota. Z inskrypcją podłych czcicieli Mahometa!

— Została odebrana więźniowi.

Sądzisz więc, że jest tak zły, że nie można go puścić żywcem?

— Nie, mój panie. Spójrz teraz na to.

To pens.  Pens  z naszej własnej mennicy, tu w Eoforwich. Jest na niej moje imię, o tutaj: 

Wulfhere. Srebrna jednopensówka.

Archidiakon zabrał ze stołu monety i schował je z powrotem do sakiewki.

— To bardzo marny pieniądz, mój panie. Mało srebra, dużo ołowiu. To wszystko, na co może 

sobie obecnie pozwolić nasz Kościół. Nasi niewolnicy pouciekali, nasi kerlowie oszukują nas na 

dziesięcinach. Nawet możni dają nam coraz mniej. Tymczasem sakwy bezbożników pęcznieją od 

złota zrabowanego chrześcijanom. Kościół znajduje się w niebezpieczeństwie, mój panie. Nie dlatego,

że może zostać pokonany bądź doszczętnie ograbiony przez pogan, z tych ciężkich ran bowiem 

Kościół na pewno się podźwignie. Groźne jest to, że poganie i chrześcijanie mogą się razem 

pojednać.  A wtedy zauważa z pewnością, że wcale nas już nie potrzebują. Nie można

więc dopuścić, żeby weszli ze sobą w układy.

Słuchacze pokiwali zgodnie głowami, arcybiskup został przekonany.

— A więc rzucimy go wężom.

Kanał z wężami był kamiennym zbiornikiem wodnym pochodzącym jeszcze z czasów rzymskich, 

osłoniętym prowizorycznym dachem. Mnichowie z opactwa  Św. Piotra w Eoforwich dumni byli ze 

swoich ulubieńców: mieniących się w słońcu gadów. Zeszłego lata rozesłali wiadomość do swoich 

poddanych z królestwa  Northumbrii,  aby przynosili  do opactwa  schwytane  przez siebie żmije. 

Nagrodą   miało   być   zmniejszenie   dziesięciny.   Czym   dłuższa   żmija,   tym   większe   ulgi.   Nie  było 

tygodnia, żeby ktoś nie doręczył worka z wijącą się zawartością, która trafiała zaraz do opiekuna 

węży, noszącego dumny tytuł  custos viperarum.  Gady otoczone były troskliwą pieczą, karmione 

żabami i myszami, wszystko po to, żeby jak najszybciej rosły.

Nadszedł wieczór i bracia przynieśli pochodnie, aby  ustawić je wokół zbiornika. Dno wyłożono 

słomą i ciepłym piaskiem, który miał pobudzić węże do większej aktywności. Po chwili pojawił się sam 

custos

  i   zaczął  przywoływać  z uśmiechem  swoich pomocników — każdy  niósł   skórzany   worek   z   żywą 

zawartością. Opiekun podnosił po kolei worki, pokazywał je tłumowi, który tłoczył się już i przepychał 

wokół krawędzi pustego zbiornika, Następnie rozwiązywał worki i wysypywał węże na piasek. Za 

każdym razem opróżniał worek w innym miejscu,  chciał bowiem, aby węże rozpełzły się po całym 

11

background image

placu. Na końcu  zjawił  się król  w  otoczeniu  radnych i gwardii przybocznej.  Przyprowadzono 

więźnia. Pośród wojowników z dalekiej Północy było takie powiedzenie: „mężczyzna nie powinien 

utykać, dopóki obie  jego nogi są tej samej długości". Ragnar rzeczywiście  nie utykał, choć z 

trudem   trzymał   się   na   nogach.   Przesłuchania   prowadzone   przez   Cuthreda   nie   należały   do 

łagodnych.

Rycerze   podeszli   do   krawędzi   zbiornika,   a   następnie  cofnęli   się   nieco,   ustępując   miejsca 

więźniowi, żeby  mógł zobaczyć co go wkrótce czeka. Ragnar uśmiechnął się szeroko, odsłaniając 

połamane zęby. Miał związane z tyłu ręce, a na sobie kożuch z koziej skóry.

— Wiedz, że masz wybór — zaczął archidiakon Erkenbert starając się mówić prostą 

handlową angielszczyzną. - Jeżeli przyjmiesz chrzest, będziesz żył. Żył jako niewolnik.

Wiking wydął pogardliwie wargi.

— Wy, księża. Znam ja waszą mowę. Mówicie: będę żył. Ale jak żył? Jako niewolnik, 

mówicie. A ja wiem, jakie to życie. Bez oczu i języka. Obcięte nogi, podcięte ścięgna, nie można 

chodzić. Wyprostował się i wziął głęboki oddech.

Walczę już od trzydziestu wiosen — głos Ragnara wznosił się teraz jak hymn — czterystu 

mężczyzn zginęło z mej ręki, tysiąc kobiet zgwałciłem, spaliłem wiele opactw, sprzedawałem też 

dzieci. Wielu płakało z mego powodu, ja nie płakałem za nikim. Teraz stoję przed wami, jak 

Gunnar, bogiem urodzony. Czyńcie swą przeklętą powinność i niech błyszczący gad ugodzi

mnie w samo serce. Nie będę błagał o przebaczenie. Całe życie walczyłem mieczem!

Brać go — warknął Ella zza pleców wikinga i straże zaczęły ciągnąć Ragnara w stronę 

krawędzi.

Zatrzymajcie  się!  — krzyknął  Erkenbert. — Najpierw trzeba związać mu nogi.

Strażnicy związali więc Ragnara dokładnie; nie stawiał zresztą oporu. Potem ułożyli  go na 

krawędzi zbiornika i popchnęli w dół. Upadł w sam środek kłębowiska. Węże rzuciły się na niego.

Ubrany w swoje grube skórzane szaty wiking śmiał się jednak urągliwie.

— Nie mogą go ukąsić — zawołał ktoś z wyraźnym rozczarowaniem w głosie — jego ubranie 

jest za grube.

— Mogą przecież ukąsić go w ręce albo w twarz — wyjaśnił opiekun węży, broniąc honoru swych 

podopiecznych.

Jedna z największych  żmij  znalazła  się  rzeczywiście  tuż koło twarzy Ragnara. Przez chwilę 

wyglądało jakby patrzyli sobie w oczy, przy czym rozwidlony język gada dotykał prawie ludzkiego 

policzka. Widzowie zamarli w oczekiwaniu.

Nagle głowa wikinga wyskoczyła do przodu z rozwartymi zębami. Trysnęła krew i wąż opadł 

martwy z odgryzioną  głową. Ragnar zaśmiał  się tryumfalnie  i zaczął toczyć się po wężach, 

wciskając je w ziemię całym ciężarem swego potężnego ciała.

— On je pozabija! — krzyknął custos zdławionym głosem.

Ella z obrzydzeniem na twarzy podszedł do strażników i pstryknął palcami.

Ty i ty.  Obaj macie  porządne buty.  Wyciągniecie  go  stamtąd   i   przyniesiecie   na   górę. 

Zapamiętam to sobie — dodał głucho zwracając się do Erkenberta. — Zrobiłeś z nas wszystkich 

durniów.

Przyglądał się chwilę w milczeniu. — A teraz  uwolnijcie jego ręce i nogi — krzyknął 

do powracających strażników — ściągnijcie z niego ubranie i zwiążcie na nowo. Ty i ty. 
Przyniesiecie gorącej wody, węże lubią gorąco. Jeżeli rozgrzejemy mu skórę będą do niego lgnęły. I 
jeszcze jedno: tym razem będzie starał się leżeć nieruchomo, aby popsuć nam szyki, więc 
przywiążcie mu jedną rękę do ciała, a nadgarstek drugiej owińcie sznurem. Drugi koniec będziemy 
trzymać na górze, w ten sposób zmusimy Ragnara, żeby się poruszył.

Więzień   został  znowu  zepchnięty.   Wciąż   milczał,  uśmiechał się tylko. Tym  razem sam król 

kierował całą akcją. Rozkazał, aby rzucić Ragnara w to miejsce, gdzie zebrały się największe węże. Po 

kilku sekundach zaczęły one podpełzać do parującego w chłodnym powietrzu nagiego ciała, powoli 

wślizgując się na nie. Przez tłum przeszedł pomruk obrzydzenia.

Nagle król pociągnął za sznur, raz i drugi. Ramię  poruszyło się, a wystraszone węże zaczęły 

syczeć i kąsać, jeden po drugim wypełniały ciało mężczyzny trucizną. Widzowie zauważyli, że twarz 

wikinga zaczyna się powoli zmieniać, puchnąć i sinieć. Kiedy jego oczy zaczęły wychodzić z orbit, a 

spuchnięty język sztywnieć Ragnar zakrzyknął po raz ostatni.

12

background image

— Gnythja mundu grisir ef galtar hag vissi!

Co on tam gada? — mruczał tłum. — Co to

może znaczyć?

Nie znam wprawdzie norweskiego, pomyślał Shef, czuję jednak, że nie wróży to nic dobrego.

„Gnythja mundu grisir ef galtar hag vissi"  — słowa te wciąż dźwięczały w uszach potężnego 

mężczyzny, który stał wyprostowany na dziobie wojennego okrętu Statek znajdował się kilkaset mil 

na wschód od wybrzeża Anglii i zbliżał się właśnie do duńskiego wybrzeża  w okolicy Sjaelland. 

Miał przecież tak znikome szansę, żeby je usłyszeć. Czy Ragnar mówił sam do siebie?  A może 

wiedział, że ktoś zrozumie i zapamięta jego słowa. Trudno jednak podejrzewać, że ktoś z kręgu 

króla Elli mógłby znać norweski, albo przynajmniej zrozumieć te kilka słów, które wyrzekł Ragnar. 

Jednakże mówi się czasem, że umierający miewają wizje.  Ragnar wiedział, że słowa jego nie 

pozostaną bez odpowiedzi.

Lecz jeśli były to słowa przeznaczenia, doprawdy przedziwną sobie obrały drogę, żeby do niego 

dotrzeć! W tłumie otaczającym wypełniony wężami zbiornik znalazła się kobieta, konkubina jednego 

z   możnych  Anglików,   „lemman",   jak   je   tam   nazywają.   Zanim   jednak   jej   pan   kupił   ją   na 

londyńskim targowisku,  kobieta ta służyła na dworze króla Maelsechnaill w Irlandii, gdzie często 

mówiło się po norwesku. Zrozumiała słowa Ragnara i miała na tyle zdrowego rozsądku, żeby nie 

powiedzieć o tym swemu panu. Cóż, pozbawione sprytu konkubiny nie dożywają zazwyczaj wieku, w 

którym mogłyby oglądać zmierzch własnej urody. Zamiast swemu panu wyjawiła ten sekret swojemu 

kochankowi, kupcowi, który wyruszał właśnie na południe,  a on przekazał go swoim towarzyszom 

podróży. Pomiędzy nimi znalazł się pewien zbiegły niewolnik, niegdyś rybak, któremu historia ta 

wydała   się   szczególnie  bliska,   bowiem   przypadkowo   uczestniczył   on   w   pojmaniu   Ragnara.   W 

Londynie, gdzie poczuł się już zupełnie swobodny, niewolnik ten stworzył własną opowieść, którą 

powtarzał w zamian za kubek piwa albo plaster bekonu. Opowiadał ją w gospodach, gdzie prze-

siadywali marynarze z różnych stron Europy: Fryzji, Danii i państwa Franków. Wszyscy byli tu 

bowiem mile widziani, jeśli tylko mieli czym zapłacić. W ten właśnie sposób opowieść dotarła w 

końcu do uszu przybysza z dalekiej Północy.

Niewolnik był głupcem, człowiekiem bez honoru. Opowieść o śmierci Ragnara była dla niego 

tylko wesołą historią, służącą do rozbawienia słuchaczy.

Dla   Branda   —   potężnego   wojownika,   który   stał  teraz   na   dziobie   statku,   opowieść   ta 

znaczyła dużo więcej. Dlatego właśnie chciał opowiedzieć ją swoim rodakom.

Okręt   płynął   teraz   wzdłuż   długiego   fiordu,   zbliżając   się   do   płaskich   terenów   okolic 

Sjaellandu, najdalej   na   wschód   wysuniętych   duńskich   posiadłości.  Nie było wiatru, żagiel 

został   zwinięty,   a   statek   napędzała   trzydziestoosobowa   ekipa   doświadczonych   wioślarzy.   Ich 

zanurzające się rytmicznie wiosła tworzyły zmarszczki na wygładzonej niczym staw powierzch-

ni morza. Na brzegu dostrzec było można pasące się  na rozległych pastwiskach krowy i pola 

wschodzących bujnie zbóż.

Atmosfera  spokoju  była   jednak  pozorna,  Brand  dobrze o tym  wiedział. Znajdował się w 

centrum   największej   zawieruchy,   jaka   kiedykolwiek   dosięgła   Skandynawii.   Na   morzu   trwała 

wojna, a ogień spustoszył część wybrzeża. Statek Branda kontrolowany był już trzykrotnie przez  

morskie patrole: potężne statki wojenne, które nigdy nie wypływały na pełne morze. Za każdym 

razem puszczali go wolno, radzi zobaczyć człowieka, który próbuje swego szczęścia, przydzielo -

no   mu   jednak   potężną   eskortę   dwóch   okrętów,   dwukrotnie   przewyższających   wielkość   jego 

statku.   Nie  było   więc   ucieczki.   Brand   wiedział   jednak,   a   wiedzieli  to   także   jego   ludzie,   że 

najgorsze znajdowało się jeszcze przed nimi.

W pewnym momencie sternik powierzył ster komuś z załogi i udał się na dziób. Podszedł do 

Branda tak blisko, że głową dotykał niemal jego łopatki. Przez  chwilę stał w milczeniu, wreszcie 

przemówił. Mówił  cicho, starając się, aby słów jego nie usłyszeli nawet  siedzący w pierwszym 

rzędzie wioślarze.

Wiesz, że nie mnie podawać w wątpliwość twoje decyzje  —  wymamrotał  —  lecz jeśli 

się już  tu znaleźliśmy i wszyscy wsadzamy nasze tyłki w gniazdo os, może jednak nie miałbyś mi 

za złe, gdybym spytał: po co?

13

background image

Ponieważ przybyłeś tak daleko o nic nie pytając — odparł Brand szeptem — podam 

ci teraz aż trzy powody i nie chcę niczego w zamian. Po pierwsze, to nasza szansa na zdobycie 

wiecznej chwały. Naszą historię opisywać będą w sagach i poematach aż po sądny dzień, gdy 

bogowie pokonają olbrzymów i plemię demona Lokiego na zawsze zniknie z powierzchni ziemi.

Sternik uśmiechnął się tylko.

Zdobyłeś już   wystarczającą  chwałę,  rycerzu z Halogalandu, a ludzie powiadają, że ci, 

których mamy spotkać, pochodzą od samego demona. Zwłaszcza jeden z nich.

Dam ci więc drugi powód. Ten angielski niewolnik, ten zbieg, który opowiedział nam 

całą historię... czyś widział jego plecy? Jego panowie zasłużyli na najgorsze męki. Zamierzam 

zesłać im je wkrótce.

Tym razem sternik wybuchnął głośnym, lecz serdecznym śmiechem.

Czy widziałeś kiedyś kogoś, z kim Ragnar kończył właśnie rozmowę? A ci, których mamy 

odwiedzić, są jeszcze gorsi. Zwłaszcza jeden z nich. Myślę, że on i chrześcijańscy mnisi są 

siebie warci. Ale co z całą resztą?

A więc, Steinulfie, przejdźmy do trzeciego powodu — Brand uniósł delikatnie wiszący na 

szyi srebrny wisiorek i wyjął go spod swojej tuniki. Był to miniaturowy kowalski młot o 

krótkim trzonku. — Proszono mnie, abym to zrobił, miała być to specjalna przysługa.

— Dla kogo?

Dla kogoś, kogo obaj znamy. W imię tego, który przyjechać ma z Północy.

Ach tak. To powinno nam obu wystarczyć. Powinno chyba wystarczyć wszystkim z nas. 

Lecz zanim zbliżymy się zbytnio do brzegu, powinniśmy jednak coś zrobić.

Powoli, upewniając się, że wódz go obserwuje, sternik wziął w palce swój własny wisiorek i 

umieścił go starannie pod tuniką, tak aby kołnierz przesłaniał widok łańcuszka.

Brand zszedł z dzioba w ślad za sternikiem i stanąwszy naprzeciw swoich ludzi powtórzył tę 

samą czynność. Załoga odłożyła na moment wiosła i każdy z mężczyzn schował posłusznie 

swój wisiorek. Po chwili znów rozległ się miarowy odgłos wiosłowania.

Na   nabrzeżu,   które   widać   było   coraz   dokładniej,   ludzie   siedzieli   i   przechadzali   się   nie  

zwracając   uwagi  na zbliżający się okręt wojenny.  Sprawiało to wrażenie  zupełnej  obojętności. 

Wzdłuż brzegu ciągnęły się zabudowania:  szopy,  szałasy,  młyny,  kuźnie, sklepy i zagrody dla 

bydła. Było to serce morskiego imperium, ojczyzna bezdomnych wojowników.

Człowiek, który siedział przy samym krańcu nabrzeża wstał, ziewnął i przeciągając się spojrzał 

badawczo w ich kierunku. Niebezpieczeństwo. Brand zaczął pospiesznie wydawać rozkazy. Dwóch 

z jego ludzi stojących koło fału wciągnęło na maszt biały znak pokoju.  Dwaj inni pobiegli  na 

dziób i odciągnęli do tyłu rzeźbioną głowę smoka, którą następnie zasłonili jeszcze materiałem.

Na brzegu pojawiło się teraz więcej ludzi. Obserwowali uważnie nadpływający statek. Nie witali 

go   żadnym   gestem   ani   okrzykiem,   Brand   wiedział   jednak,   że  gdyby   nie   poczynił   wcześniej 

odpowiednich „pokojowych" przygotowań, powitanie to wyglądałoby znacznie gorzej. Na samą 

myśl  o tym,  co mogło się zdarzyć  i  co  wciąż  może   go  tu  spotkać,   poczuł   mocny  ucisk   w 

żołądku, tak jakby cała jego męskość chciała się schować w trzewiach. Brand odwrócił na chwilę 

twarz od nabrzeża, aby nikt nie mógł ujrzeć jej wyrazu. Odkąd tylko zaczął raczkować mówiono mu: 

„nigdy nie okazuj strachu", „nigdy nie okazuj bólu". Te zasady stały się dla niego ważniejsze niż 

samo życie.

Wiedział dobrze, że w grze, w której postanowił wziąć udział, nie można sobie wyobrazić nic 

gorszego niż okazanie niepewności. Zamierzał zastawić przynętę na swych posępnych gospodarzy, 

wciągnąć ich w swoje plany. Aby to osiągnąć musiał być nieustraszony, wyzywający, nie zaś błagać 

potulnie o wysłuchanie.

Zamierzał   rzucić   im   wyzwanie   tak   otwarcie   i   demonstracyjnie,   że   nie   będą   już   mieli 

możliwości go odrzucić. Nie był to plan, który dopuszczałby jakiekolwiek półśrodki.

Kiedy okręt przybijał do nabrzeża, załoga rzuciła liny, które zostały złapane przez Duńczyków 

i przywiązane do pachołków z pozorną obojętnością. Stojący najbliżej statku mężczyzna przyjrzał 

się Brandowi badawczo. Gdyby znajdowali się w porcie handlowym,  spytałby pewnie o rodzaj 

przewożonego ładunku i miejsce skąd jest on przewożony. Mężczyzna jednak nie  spytał o nic, 

podniósł tylko brew.

— Jestem Brand. Płynę z Anglii.

14

background image

— Jest wielu, którzy zwą się Brand.

Na dany znak dwóch członków załogi spuściło ze statku kładkę. Brand zszedł po niej na 

stały   ląd  i podparłszy się pod boki stanął naprzeciw komendanta   portu.   Mógł   spoglądać 

na niego z wysoka i z satysfakcją poczuł, że Duńczyk podziwia jego potężną sylwetkę.

Niektórzy nazywają mnie Viga-Brand. Pochodzę z Halogalandu w Norwegii, gdzie 

mężczyźni są jeszcze potężniejsi niż Duńczycy.

Brand Zabójca. Tak, słyszałem o tobie. Mamy tu jednak niemało zabójców. Potrzeba 

czegoś więcej niż samo imię, żeby zasłużyć sobie tu na powitanie.

— Mam wieści. Wieści dla możnych panów.

Lepiej, żeby było to wieści warte usłyszenia, jeżeli przybywasz bez glejtu i bez 

zaproszenia.

Są to wieści godne usłyszenia — Brand spojrzał mężczyźnie prosto w oczy. — Ty także 

możesz je poznać. Powiedz też swoim ludziom, aby przyszli i posłuchali. Każdy, komu nie będzie 

się chciało wysłuchać, co mam do powiedzenia, będzie przeklinał swoje lenistwo do końca życia. 

Rzecz jasna, jeśli macie teraz coś ważnego do załatwienia w wygódce, nie będę was

zmuszał.

Rzekłszy to, Brand zrobił sobie przejście wśród  otaczających  go ludzi i poszedł prosto do 

wielkiej budowli, okazałego dworu panów tej ziemi: Braethraborgu. Za nim, w milczeniu, kroczyli 

jego ludzie. Jak dotąd  żaden wróg nie wyszedł stamtąd żywy. Żaden nie zdołał  podzielić się ze 

światem swymi wrażeniami.

Usta komendanta portu wykrzywił  uśmiech. Dał  znak swoim ludziom, którzy wyciągnęli z 

ukrycia włócznie i ruszyli w głąb lądu.

Światło wpadało do wnętrza budowli przez uchylone okiennice, Brand zatrzymał się na samym 

progu, chciał  przyzwyczaić wzrok do półmroku i wczuć się w nastrój tego miejsca. Wiedział, że 

jeśli dobrze to rozegra, scena ta zostanie unieśmiertelniona w sagach i pieśniach. Wiedział też, że 

następne minuty zadecydują o tym, czy zasłuży na wieczną chwałę, czy na śmierć w męczarniach.

Wewnątrz dostrzegł wielu ludzi. Stali, siedzieli, przechadzali się, niektórzy zajęci byli grą, inni 

rozmową. Nikt nie spojrzał nawet w jego stronę, Brand wiedział jednak, że jego obecność została 

zauważona.  Kiedy jego oczy przywykły do słabego oświetlenia  dostrzegł, że chociaż w środku 

panuje pozorny chaos,  jest  jednak  miejsce,   które  wszyscy   omijali   z  szacunkiem.  Wojownicy, 

którzy zasłużyli na miano „drengir" pozornie tylko byli sobie równi.

Przy   niewielkim   stole   siedziało   trzech   mężczyzn.  Wydawali   się   całkowicie   pochłonięci 

własnymi sprawami. Obok stał czwarty. Brand skierował się wprost ku nim.

—   Przynoszę   pozdrowienia!   —   rzekł   głośno,   tak,  żeby   jego   głos   słychać   było   w   całym 

pomieszczeniu. — Mam wieści. Wieści dla synów Ragnara.

Jeden   z   mężczyzn,   który   obcinał   sobie   nożem   paznokcie,   spojrzał   przez   ramię   w   jego 

kierunku.

Muszą to być niezwykłe nowiny, skoro ktoś odważył się przybyć z nimi do 

Braethraborgu bez zaproszenia.

Istotnie, wieści to niezwykłe — Brand wciągnął powietrze i starał się panować nad swym 

oddechem. — Są to bowiem wieści o śmierci Ragnara.

W pomieszczeniu zapadła zupełna cisza. Mężczyzna nie przerwał swego zajęcia, lecz kiedy 

nóż ślizgał  się w okolicy wskazującego palca, nagle trysnęła  krew. Ostrze wbiło się aż po 

kość. Mężczyzna nie wydał z siebie żadnego odgłosu, nie poruszył się nawet.

Drugi z mężczyzn, o grubym, potężnym karku i posiwiałych włosach, podniósł kamienną figurę 

z leżącej na stole szachownicy przygotowując się do wykonania ruchu.

Powiedz nam — zaczął po chwili opanowanym głosem, który skrywać miał niegodne 

mężczyzny emocje — powiedz nam jak umarł Ragnar, nasz staruszek ojciec. To, że umarł, nie 

dziwi nas wcale, wszak bardzo posunął się już w latach.

Wszystko zaczęło się na wybrzeżu Anglii, gdzie rozbił się jego okręt. Według historii, którą 

słyszałem, schwytany został przez ludzi króla Elli. Nie sądzę, aby mieli jakieś problemy, skoro, 

jak powiadacie sami, Ragnar posunął się już mocno w latach. Kto wie, może nie próbował się 

nawet bronić — wypowiadając ostatnie zdanie Brand zmienił nieco ton swego głosu, chcąc

wystawić na próbę niewzruszoną obojętność mężczyzny?

15

background image

Tamten wciąż trzymał w dłoni swój pionek, jednak jego palce zaczęły zaciskać się na nim 

coraz mocniej i mocniej, aż spod paznokci trysnęła krew. W końcu mężczyzna postawił pionek z 

powrotem na szachownicy i przeskoczył nim o dwa pola.

— Biorę, Ivar — mruknął i odłożył zbity pion obok szachownicy.

Teraz przyszła  kolej na trzeciego  mężczyznę, którego włosy były tak jasne, że niemal  białe i 

ściągnięte do tyłu  lnianą przepaską, a twarz chorobliwie blada. Spojrzał na  Branda oczami koloru 

zamarzniętej wody, a jego powieki nie drgnęły ani razu.

— Co z nim zrobili, gdy dostał się w ich ręce?

Brand przypatrzył się mężczyźnie, wytrzymując jego badawcze spojrzenie. Wzruszył tylko 

ramionami, wciąż nie okazując żadnych emocji.

— Zabrali go na dwór Elli w Eoforwich — zaczął Brand. — Niezbyt się nim przejmowali. 

Sądzili chyba, że to zwykły pirat, ktoś bez znaczenia. Myślę, że zadali mu parę pytań, trochę się 

nim pobawili, lecz później, zmęczeni tym wszystkim, zdecydowali, że równie dobrze mogą go 

skazać na śmierć.

W   ciszy,   która   po   tych   słowach   zapadła   Brand   zaczął  przyglądać   się   w   skupieniu   swoim 

paznokciom.   Zdawał  sobie   sprawę,   że   rozgrywka,   którą   toczy   z   Ragnarssonami,   zbliża   się   do 

niebezpiecznej kulminacji.

— Tak więc zdecydowali się, że oddadzą go mnichom. Myślę, że nie wydawał im się 

godny śmierci z rąk rycerza.

Ciemny rumieniec zagościł nagle na twarzy bladego  mężczyzny. Wydawało się, że wstrzymał 

oddech, prawie się dusił. Rumieniec jeszcze się pogłębił, twarz  zrobiła się szkarłatna, a potem 

przybrała barwę ciemnego fioletu. Widać było, że mężczyzna walczy ze sobą.

Starał się miarowo oddychać, a krew wolno odpływała z jego twarzy.

Czwarty mężczyzna  stał obok stołu wsparty na  włóczni i obserwował braci. Dotąd się nie 

poruszył, ani  nie przemówił. Trzymał  oczy spuszczone. Teraz podniósł je powoli i spojrzał na 

Branda, który cofnął się odruchowo. Naprawdę było w nich coś niesamowitego, słyszał już o tym, 

ale nie chciał uwierzyć. Źrenice były zdumiewająco czarne, wokół nich tęczówki, białe jak świeży 

śnieg, zaś białka zupełnie sczerniałe. Oczy te lśniły jak metal oświetlony blaskiem księżyca.

— W jaki sposób mnisi i król Ella zdecydowali się zgładzić starca? — spytał czwarty z 

Ragnarssonów cichym, niemal łagodnym głosem. — Pewnie nam powiesz, że nie mieli z tym 

dużo kłopotów.

Brand odpowiedział szczerze, nic nie pomijając. Nie chciał już podejmować ryzyka.

— Wrzucili go do kanału z wężami. Z tego, co słyszałem, węże nie chciały go początkowo 

kąsać i Ragnar rzucił się na nie pierwszy. W końcu jednak musiał ulec i umarł. To była powolna 

śmierć, bez pomocy oręża. Żadnej rany po mieczu czy włóczni. Rany, którą

można by obnosić z dumą po Walhalli.

Ani jeden mięsień nie drgnął na twarzy wspartego  na włóczni mężczyzny. Zapanowała długa 

cisza. Wszyscy wpatrywali się w jego oblicze, myśleli, że podobnie jak jego braci, zdradzą go w 

końcu emocje, czekali tylko na moment, kiedy przestanie nad sobą panować. On jednak pozostał 

niewzruszony. Po chwili wyprostował się, przekazał włócznię stojącemu najbliżej rycerzowi i włożył 

kciuki za pas. Widać było, że przygotowuje się do przemowy.

Ciszę  przerwało   westchnienie   mężczyzny,   który otrzymał od Ragnarssona włócznię. To 

westchnienie zdumienia skupiło na nim od razu uwagę zebranych. W milczeniu podniósł do góry 

jesionowe drzewce, na którym widać było odciśnięte ślady palców. W pomieszczeniu rozległ się 

pomruk zadowolenia.

Zanim   mężczyzna   zdążył  przemówić,  przerwał  mu  Brand,   zgrabnie   wykorzystując   moment 

wahania.

Jest jeszcze coś, o czym chciałem powiedzieć — rzekł, podkręcając w zamyśleniu wąsa.

— Cóż to takiego?

Kiedy pokąsały go już węże i leżał umierający, Ragnar przemówił po raz ostatni. Nie 

zrozumieli go oczywiście, mówił bowiem w naszym języku, w norroent mal, ktoś jednak usłyszał, ktoś 

inny przekazał to dalej, a na końcu słowa te trafiły do mnie. Nie mam żadnego glejtu. Ani zaproszenia. 

Ale wydawało mi się, że będziecie chcieli usłyszeć to z moich ust.

Cóż więc takiego powiedział nasz ojciec przed śmiercią?

Brand   podniósł  głos,   żeby  każdy  kto   znajdował   się   w  pomieszczeniu   mógł   usłyszeć   jego 

16

background image

słowa.

— Powiedział: „Gynthja mundu grisir ef galtar Hag vissi".

Tym razem nie trzeba było tego tłumaczyć. Wszyscy  zrozumieli słowa Ragnara. „Gdyby moje 

warchlaczki wiedziały, jak padł odyniec, jakże by kwiczały".

— Oto dlaczego przybyłem bez zaproszenia — rzekł Brand tym samym ostrym i donośnym 

głosem. — Przybyłem tutaj, mimo że niejeden przestrzegał mnie przed niebezpieczeństwem. 

Niosłem jednak posłanie, sądziłem bowiem, że właśnie do was może być ono skierowane. 

Przyniosłem je tobie, Halvdanie Ragnarssonie — Brand zwrócił się do mężczyzny z nożem 

— tobie, Ubbi Ragnarssonie — wskazał na jednego z graczy — tobie, Ivarze Ragnarssonie, 

który słynny jesteś ze swych białych włosów oraz tobie, Sigurcie Ragnarssonie; teraz już wiem, 

dlaczego ludzie zwą cię Orm-i-auga, Wężowe Oko. Nie spodziewałem się, że słowa te sprawią wam 

przyjemność, jednak zgodzicie się chyba, że powinniście byli je usłyszeć.

Czterej  mężczyźni  stanęli  na wprost Branda. Nie  próbowali   już   udawać   obojętności.   Jego 

przemowę powitali kiwając głowami, a na ich ustach pojawił się uśmiech. Po raz pierwszy ich 

oblicza wydały się podobne, tak jakby byli braćmi, synami jednego człowieka.

W tamtych czasach popularna była modlitwa, którą mnichowie i księża odmawiali przy każdej 

niemal okazji:  Domine, libera nos a furore normannorum  — „Boże, zbaw nas przed gniewem 

Normanów". Lecz gdyby  któryś  z mnichów  ujrzał te cztery twarze, dodałby natychmiast:  Sed 

praespe, Domine, a humore eorum — „zwłaszcza jednak przed ich wesołością".

—   To   są   wieści,   które   powinniśmy   byli   usłyszeć   —  zaczął   Wężowe   Oko   —   i   dlatego 

dziękujemy  ci  za  to,  żeś  je  tu  przywiózł.   Na  początku   sądziliśmy,   że  nie  mówisz  nam całej 

prawdy i był to powód, dla którego wyglądaliśmy na niezadowolonych. Lecz to, co powiedziałeś 

na   zakończenie...   Do   kroćset...   To   był   głos  naszego   ojca!   On   wiedział,   że   ktoś   go   usłyszy. 

Wiedział, że ktoś nam powtórzy. Wiedział też, co wtedy zrobimy. Dobrze mówię, chłopcy?

Na jego skinienie ktoś przytoczył do stołu potężny, obdarty z kory dębowy pieniek. Czterej 

bracia wydali jednocześnie ciężkie westchnienie i pień rozpadł się nagle pod czterema ciosami 

zgodnymi jak jeden cios.

Bracia zwrócili się teraz twarzami w kierunku swych ludzi i rozpoczęli rytuał.

Oto stoimy teraz na tym dębowym klocu i składamy uroczystą przysięgę... — 

wyrecytowali chórem.

— Że najedziemy Anglię, aby pomścić śmierć naszego ojca — rzekł Halvdan.

— Schwytamy króla Ellę i zgładzimy go okrutnie za to, że zabił Ragnara — dodał Ubbi.

Pokonamy   wszystkich   angielskich   władców i zawładniemy ich ziemią — przyłączył 

się Sigurth, Wężowe Oko.

Zemścimy się też na czarnych krukach, Chrystusowych mnichach — zakończył Ivar.

A jeśli nie dotrzymamy naszej obietnicy — zaczęli znowu razem — niechaj bogowie z 

Asgardy otoczą nas pogardą i napiętnują, tak że nigdy już nie będziemy mogli połączyć się z 

naszym ojcem i przodkami.

Kiedy skończyli, poczerniałe od dymu drewniane ściany budowli zadrżały od radosnego ryku, 

który wydobył się nagle z czterystu gardeł: jarlów, sterników, kapitanów i szlachty.

— A teraz — krzyknął Wężowe Oko, uciszając zgiełk — wynieście na zewnątrz stoły i 

przygotujcie jadło. Nie można dziedziczyć spadku, dopóki nie wypije się piwa na stypie po 

zmarłym ojcu. Musimy wypić za Ragnara, wypić jak bohaterowie. A rano wezwiemy

wszystkich ludzi i zbierzemy całą flotę i wyruszymy w drogę do Anglii. Tam nigdy już nie 

zdołają o nas zapomnieć. Nigdy już się od nas nie uwolnią!

— Teraz pora się napić. Ty także usiądź z nami — Sigurth zwrócił się do Branda — może 

opowiesz nam więcej o naszym ojcu. Znajdzie się też dla ciebie miejsce w Anglii, najpierw 
musimy ją jednak podbić.

Daleko stamtąd, Shef, ciemnowłosy chłopak, pasierb Wulfgara, leżał na słomianej macie, okryty 

tylko cienkim starym kocem. Nad wilgotną ziemią wciąż unosiła się mgła. Wulfgar leżał w zaciszu 

drewnianego domostwa tuż obok matki chłopca, lady Thryth. W tym  samym pokoju w swych 

ciepłych   łożach   spoczywali  Alfgar   oraz   córka   Wulfgara   i  jego   konkubiny,   Godiva.  Od czasu 

17

background image

powrotu Wulfgara do rodzinnego domu jadało się tu obficie jak nigdy dotąd. Pieczono i gotowano 

upolowane na moczarach kaczki i gęsi, nie gardząc też rybami. Shef musiał zadowolić się jednak 

owsianką. Teraz, gdy leżał tak z zamkniętymi oczami, znajdował się wciąż na krawędzi snu. Choć 

może nie był to tylko sen.

Widział rozległe pole, gdzieś na krańcu świata, pole oświetlone tylko szkarłatnym niebem. Na  

ziemi leżały bezkształtne stosy ludzkich kości. Widział białe czaszki i żebra, które wystawały spod  

resztek   wspaniałych   strojów.   Wokół   stosów   skakała   cała   armia   ptaków  —  wielkich   czarnych 

ptaków z czarnymi dziobami, które szukały resztek ludzkiego mięsa i szpiku. Kości były już niemal 

zupełnie oczyszczone i wyschnięte, przeto ptaki krakały tylko i dziobały się nawzajem.

Nagle uciszyły się wszystkie i wzbiły w powietrze. Na szkarłatnym niebie ptaki połączyły się  

w   wielkie  stado   i   zaczęły   krążyć   nad   łąką,   niemal   zespolone   w   jeden   żywy   organizm.   Shef 

zorientował się, że lecą prosto na niego. Widział dokładnie bezlitosne złote oczy ptaka,

 

który leciał  

pierwszy. Dziób wycelowany był prosto  w jego twarz, lecz chłopak nie mógł się cofnąć, stał  

przykuty do ziemi. Jakaś siła przytrzymywała jego głowę. Nagle poczuł, jak ten czarny dziób wbija 

się głęboko w jego oko.

Shef obudził się z krzykiem, drżąc jeszcze z przerażenia opasał się kocem i wyjrzał ze swego 

szałasu.

— Co się stało, Shef? Co cię tak przeraziło? — zawołał Hund, przyjaciel chłopca.

Przez chwilę Shef nie był w stanie odpowiedzieć.  Potem wykrzyknął gwałtownie, dziwnym, 

zmienionym głosem, nie wiedząc nawet, co mówi.

— Kruki! Kruki są już w powietrzu!

Rozdział trzeci

Czy jesteś pewien, że wylądowała tam wielka armia? — głos Wulfgara był ostry, chociaż wyrażał nie-
pewność. Była to wiadomość, w którą naprawdę trudno uwierzyć, nie śmiał jej jednak otwarcie 
kwestionować.

Nie ma wątpliwości — odparł Edrich, tan Edmunda, króla East Anglii.

I powiadasz, że tę armię prowadzą synowie Ragnara?

Rozmowie tej przysłuchiwał się także Shef. W domostwie Wulfgara zgromadzili się wszyscy 

wolni   obywatele   osady   Emneth,   wezwani   tam   przez   przybyłych  wraz   z   Edrichem   jeźdźców. 

Gorliwość   mieszkańców  miała   swoje   uzasadnienie.   Jeżeli   nie   posłuchaliby   wezwania   do 

pospolitego ruszenia, to zgodnie z prawem mogli utracić wszystko: zarówno ziemię, jak i swoje 

przywileje   stanowe.   Z   tej   samej   przyczyny   mieli   jednak  prawo   uczestniczyć   we   wszystkich 

naradach.

Czy Shef miał prawo, aby się do nich przyłączyć — to inna sprawa. Na razie nie został skuty 

jak niewolnik,  a obywatel, który sprawdzał wchodzących do budynku ludzi, miał u Shefa dług 

wdzięczności  za naprawiony  lemiesz.  Popatrzył  więc tylko  z powątpiewaniem  na  schowany w 

zniszczonej pochwie miecz chłopca i wpuścił go do środka. Shef stanął w najdalszym kącie po-

mieszczenia wciśnięty pomiędzy ubogich kerlów, starając się słuchać nie będąc widzianym.

— Moi ludzie rozmawiali już z wieśniakami, którzy widzieli wikingów — rzekł Edrich. — 

Mówią, że armię prowadzi czterech wielkich wojowników, synów Ragnara. Każdego dnia rycerze 

zbierają się wokół wielkiego sztandaru z godłem czarnego kruka. Sztandar ten utkały podobno 

córki Ragnara w jedną noc. Odtąd Czarny Kruk rozwijał swe skrzydła na znak zwycięstwa, a 

zwijał je w obliczu klęski. Czyny synów Ragnara znane były w całej Północnej Europie i 

wszędzie tam, gdzie przybijały dotychczas ich statki: w Anglii, w Irlandii, w kraju Franków i w 

Królestwie Hiszpanii. Znano je nawet w bardziej odległych krajach nad Środkowym Morzem, 

skąd powrócili przed laty obładowani łupami. Dlaczego więc teraz skierowali swój gniew na 

ubogie i słabe królestwo East Anglii?

18

background image

Na twarzy Wulfgara pojawił się wyraz niepokoju.

— A gdzie mają swoje obozowiska?

Na łąkach, nad rzeką Stour, na południe od Bedricsward.

Edrich zaczynał wyraźnie tracić cierpliwość. Opowiadał już o tym kilkanaście razy w niemal 

każdej osadzie w okolicy. Za każdym razem miał podobną przeprawę. Nie chcieli informacji, 

szukali tylko sposobu, żeby wymigać się od swego obowiązku. Tym razem spodziewał się, że 

będzie inaczej, Wulfgar bowiem słynął ze swojej nienawiści do wikingów i chwalił się, że 

walczył kiedyś oko w oko z samym Ragnarem.

— A więc co mamy teraz robić?

Zgodnie z rozkazem króla Edmunda każdy wolny obywatel East Anglii zdolny do 

noszenia broni ma stawić się w Norwich. Każdy mężczyzna mający więcej niż piętnaście i mniej 

niż pięćdziesiąt wiosen. W ten sposób będziemy mogli przeciwstawić im nasze siły.

A ilu ich tu przybyło? — spytał jeden z bogatych właścicieli ziemskich stojących w 

pierwszym rzędzie.

— Trzy setki statków.
— Ilu to daje ludzi?

Na każdym statku mają zazwyczaj trzy tuziny wioślarzy — odparł niechętnie królewski 

herold. Wie dział, że jest to sprawa drażliwa. Kiedy kmiotki zorientują się przeciw jakiej 

potędze mają stanąć, ciężko będzie ich ruszyć z miejsca. Nie miał jednak wyboru, musiał 

powiedzieć prawdę.

W pomieszczeniu zaległa cisza. Pierwszy odezwał  się Shef.

Trzy setki statków i trzy tuziny wioślarzy to daje razem dziewięćset tuzinów. Dziesięć 

tuzinów to ponad setka ludzi, musi więc tam być więcej niż dziesięć tysięcy wojowników — 

skończył oszołomiony tym odkryciem.

Nie jesteśmy w stanie ich pokonać — rzekł Wulfgar stanowczo, odwracając wzrok od 

swego pasierba. — Musimy złożyć im daninę.

Cierpliwość Edricha wyczerpała się nagle.

— To rzecz króla Edmunda podejmować decyzje. Poza tym zapłacimy mniej, jeśli zobaczą, 

że możemy przeciwstawić im równe siły. Nie jestem tu jednak po to, aby słuchać waszych rad. 

Przynoszę rozkazy, które macie wypełnić. Dotyczy to w równym stopniu was, co każdej osady od 

Ely, aż po Wisbech. Z rozkazu króla wszyscy mają zebrać się tutaj, a jutro wyruszyć do Norwich. 

Każdy obywatel Emneth zdolny do służby wojskowej powinien stawić się na rozkaz, w przeciw-

nym razie spotka go kara. To są rozkazy, którym podlegam na równi z wami — urwał i spojrzał w 

stronę strapionych ludzi. — Obywatele Emneth, co wy na to?

Jesteśmy  gotowi!  — wykrzyknął  Shef odruchowo.

On nie jest wolnym obywatelem — warknął stojący obok ojca Alfgar.

To jakim prawem tu się znalazł!  Czy wam ludzie, nie brakuje czasem rozsądku?

Słowa   Edricha   zginęły   w   niechętnym   pomruku,   jaki  wydarł   się   z   sześćdziesięciu   gardeł   i 

oznaczał podporządkowanie się rozkazom króla.

W   obozie   wikingów   rzeczy   miały   się   zupełnie   inaczej.   Tutaj   decyzje   podejmowali   czterej 

synowie Ragnara, a oni znali się tak dobrze, że nie potrzebowali długo dyskutować.

W końcu nam zapłacą — rzekł Ubbi. Zarówno on, jak Halvdan przypominali bardzo 

swoich rycerzy, tak fizycznie, jak i z temperamentu. Choć Halvdan był młodszy od brata, obaj byli 

jednakowo potężni i niebezpieczni. Z takimi ludźmi nie można żartować.

Musimy zadecydować teraz — mruknął Halvdan.

— Kogo więc wybieramy? — spytał Sigurth.

Mężczyźni  zastanawiali się przez chwilę. Potrzebowali kogoś, kto sprostałby zadaniu, kogoś 

doświadczonego, a jednocześnie kogoś, kogo mogliby utracić bez lęku o dalsze losy kampanii.

19

background image

— Sigvarth — rzekł wreszcie Ivar. Jego twarz nawet się nie poruszyła a przeźroczyste oczy 

nadal wpatrywały się w niebo. Wypowiedział tylko jedno słowo, nie była to jednak sugestia, lecz 

odpowiedź na zadane pytanie. On, którego zwano Soplem Lodu, nigdy nie wysuwał sugestii. 

Jego bracia rozważyli i zaakceptowali ten wybór.

— Sigvarth! — wykrzyknął Sigurth Wężowe Oko.

Sigvarth, jarl Małych Wysp, siedział kilka jardów dalej i grał w kości. Żeby zademonstrować 

swoją niezależność najpierw wykonał rzut, później jednak podniósł się posłusznie i podszedł do 

wodzów.

— Wywołałeś moje imię, Sigurcie.

— Masz pięć statków? Dobrze. Pomyśleliśmy, że Anglicy i ich mały król Edmund chcą 

wciągnąć nas w głupie gierki. Opierają się, próbują targować. To niedobrze. Chcemy żebyś 

pojechał i pokazał im, z kim  mają do czynienia. Zabierz swoje statki i popłyń w górę, wzdłuż 

wybrzeża, a dalej skieruj się na zachód. Wejdziesz w głąb lądu i narobisz tyle spustoszenia, ile 

będziesz mógł, spal kilka wiosek. Pokaż im, co może się stać, kiedy nas sprowokują. Wiesz, co 

masz robić.

Tak, robiłem to już nieraz — Sigvarth zawahał

się. — A co ze zdobyczami?

Wszystko, co zdobędziesz jest twoje. Ale wiedz, że nie chodzi tutaj o łupy. Masz zrobić 

coś, co będą pamiętać. Postępuj tak, jak postąpiłby Ivar.

Jarl uśmiechnął się niepewnie, jak większość ludzi,  kiedy słyszeli imię Ivara Ragnarssona. 

Gdzie chcesz wylądować? — spytał Ubbi.

W miejscu zwanym Emneth. Byłem tam kiedyś. Znalazłem sobie miłą gąseczkę.

Uśmiech jarla zbladł pod spojrzeniem Ivara. Nie spodobała mu się odpowiedź Sigvartha. Nie po 

to przydzielono mu misję, aby powtórzył młodzieńcze eskapady. To nie było godne wojownika. Ivar 

nie myślał nawet z nim dyskutować.

Zapanowała   chwila   oczekiwania,   wreszcie   Ivar   skierował   wzrok   na   kogoś   innego.   Bracia 

wiedzieli,   że  Sigvarth nie  jest  najlepszym  wojownikiem,  był  to  zresztą   jeden   z   powodów,   dla 

którego właśnie jego wybrali.

— Wykonaj zadanie i nie zaprzątaj sobie głowy drobiem — rzekł w końcu Sigurth i dał 

jarlowi znak, żeby się oddalił.

Trzeba jednak przyznać, że Sigvarth znał swe rzemiosło. Dwa dni później o samym świcie pięć 

jego  statków żeglowało już ostrożnie w kierunku ujścia rzeki Ouse. Po godzinie fala przypływu 

zaniosła ich tak daleko w głąb lądu, jak tylko było to możliwe bez narażania kilów. Statki zostały 

ukryte, a oddział wyruszył na rozpoznanie.

Najmłodszy   i   najszybszy   z   ludzi   Sigvartha   znalazł   niewielką   stadninę.   Wikingowie 

zaszlachtowali stajennego, zabrali konie i w blasku porannego słońca wjechali na bagnistą ścieżkę, 

która miała ich doprowadzić do celu.

Stu dwudziestu wojowników jechało w zwartym szyku. Trzymali się razem, bez zwiadowców i 

tylnej   osłony.   Wiedzieli,   że   sprzyja   im   zarówno   niemała   siła,  jak   i   możliwość   zaskoczenia 

przeciwnika.   Kiedy   na   ich   drodze   pojawiała   się   wioska   albo   jakieś   zabudowania  gospodarcze, 

oddział zatrzymywał się na chwilę, a lżejsi  jeźdźcy otaczali teren nie pozwalając wymknąć się 

nikomu, kto mógłby podnieść alarm w całej okolicy.  Potem oddział ruszał do ataku. Rozkaz był 

ten sam za każdym razem, tak prosty, że Sigvarth nie trudził się nawet, żeby go powtarzać.

Zabijali każdą napotkaną osobę: mężczyzn, kobiety,  dzieci,  nawet niemowlęta  w kołyskach. 

Czynili to bez  zadawania jakichkolwiek pytań, szybko i sprawnie. Potem znowu dosiadali koni i 

jechali dalej, nie zabierając  łupów. Zawsze jednak, trzymając się najsurowszego  z rozkazów, 

unikali ognia.

Nie minął dzień, a w środku spokojnej angielskiej okolicy wycięty został korytarz śmierci. Jeśli 

ktoś trafił do jakiejś wioski po przejeździe wikingów, dziwił się, że nie widzi sąsiadów, że brakuje 

koni, wreszcie odkrywał leżące w polu trupy. Wtedy dopiero zaczynały bić  na alarm kościelne 

dzwony.   Lecz   najeźdźcy   byli   już   zazwyczaj   daleko,   a   w   kolejnych,   leżących   na   ich   szlaku 

wioskach nikt nie miał najmniejszego pojęcia o nadciągającym niebezpieczeństwie.

20

background image

Odział   z   Emneth   wyruszył   tamtego   dnia   znacznie  później   niż   ludzie   Sigvartha.   Najpierw 

czekano   na  ociągające  się drużyny  z  Upwell  i Outwell  i kilku  odleglejszych  jeszcze rejonów. 

Później zamożniejsi posiadacze ziemscy zaczęli się ze sobą witać i przekazywać  sobie wyrazy 

szacunku. Wreszcie Wulfgar zdecydował, że nie mogą wyruszyć z pustymi żołądkami i popisując 

się   hojnością   zaprosił   wszystkich   na   grzane   wino.   Tak   więc,   kiedy   oddział   liczący   sobie   stu 

pięćdziesięciu  uzbrojonych jeźdźców wyruszył w końcu w drogę,  słońce stało już wysoko na 

niebie. Nawet wtedy dołączali jednak do nich maruderzy, których zatrzymał bądź pęknięty popręg, 

bądź   chęć   złożenia   ostatniej   wizyty   ukochanej.   Oddział   jechał   bez   specjalnych   środków 

ostrożności, nie spodziewając się żadnych niebezpieczeństw. Obecności wikingów domyślili się 

dopiero wtedy, gdy wyjeżdżając zza zakrętu zobaczyli przed sobą zwartą kolumnę wojowników.

Shef jechał zaraz za grupą dowodzących oddziałem  możnych panów. Trzymał się tak blisko 

Edricha, jak tylko się mógł odważyć. Fakt, że odważył się przemówić w trakcie narady zyskał mu 

uznanie tego dostojnego rycerza. Wiedział, że dopóki Edrich jest blisko, nikt nie odeśle go na tył 

kolumny.

Shef dostrzegł wikingów w tym samym momencie, co wszyscy i usłyszał przerażone okrzyki 

wodzów.

— Kim są ci ludzie?

— To wikingowie!

— Nie, to niemożliwe. Przecież są teraz w Suffolk. Wciąż prowadzimy negocjacje.

A jednak to wikingowie! A teraz, baranie głowy, zdejmujcie z koni swoje grube tyłki i 

przygotujcie się do bitwy. Wy także, zsiadać, zsiadać! Konie dawajcie

do tyłu. Zdejmujcie tarcze i formujcie szyk!

Edrich jeździł wokół przerażonych ludzi i wykrzykiwał głośno rozkazy. W końcu wszyscy zdali 

sobie sprawę z powagi sytuacji. Zeskakiwali na ziemię i gorączkowo przygotowywali broń i tarcze. 

Potem,   w   zależności   od   indywidualnych   inklinacji,   okazując   tchórzostwo   albo   brawurę, 

wojownicy kierowali się na przód, bądź na sam tył bojowego szyku.

Shef nie przygotowywał się zbyt długo, był najbiedniejszym wojownikiem w całej kolumnie. 

Puścił wolno kuca, którego pożyczył mu ojczym, odpiął z pleców drewnianą tarczę i 

przygotował swój jedyny oręż. Za zbroję służył mu skórzany, niemiłosiernie podziurawiony kaftan. 

Zajął pozycję tuż za Edrichem. Jego gardło ścisnęło podniecenie, umysł zaś rozpalała ciekawość. 

Jak walczą wikingowie? Co stanowi istotę walki?

Sigvarth ogarnął całą sytuację w tej samej chwili, kiedy ujrzał przed sobą pierwszych 

jeźdźców. Unosząc się w siodle krzyknął komendę w stronę jadących za nim wojowników. 

Kolumna rozsypała się natychmiast i wszyscy zeskoczyli z koni. Część ludzi odprowadziła 

zwierzęta w bezpieczne miejsce i używając wodzy, przywiązała je do wbitych w ziemję kołków. 

Kiedy rozkaz został wykonany, przyłączyli się do innych formując rezerwę.

Wojownicy,  którzy pozostali na miejscu, zatrzymali  się na krótką chwilę. Niektórzy stali w 

milczeniu, inni ukucnęli, aby poprawić buty, jeszcze inni zaspokajali pragnienie. Nagle wszyscy 

jednocześnie zaczęli wyjmować tarcze, mocować  drzewca do włóczni i toporów, poluzowywać 

miecze. Następnie na rozkaz Sigvartha utworzyli  szyk  bojowy w kształcie strzały wycelowanej 

prosto   w   oddział   Anglików.   Na   czele   stanął   sam   Sig-varth,   a   za   nim   jego   syn   Hjorvarth. 

Przewodził on  grupie dwunastu zbrojnych, którzy mieli dostać się na tyły wroga w momencie, 

kiedy linia obronna zostanie  przerwana. Ich zadaniem było uniemożliwienie Anglikom odwrotu i 

doszczętne rozgromienie ich oddziałów.

Naprzeciwko   Anglicy   ustawili   się   w   poprzek   drogi  w potrójnym,   miejscami  poczwórnym 

szyku. Problem, jaki stwarzały konie rozwiązali w ten sposób, że porzucili zwierzęta, pozwalając 

aby   na   nich   czekały   bądź  pokłusowały   w   nieznane.   Pomiędzy   końmi   ukryło   się  też   kilku 

mężczyzn, którzy po cichu cofnęli się na koniec kolumny, ale tylko kilku. Po ciągnących się od 

trzech pokoleń najazdach i wojnach, było wśród Anglików dużo wzajemnej urazy, którą odpłacali 

sobie na różne sposoby, tak jednak, aby nie narazić przy tym na pośmiewisko sąsiadów. Ci, którzy 

uważali,   że   pozycja  ich   do   tego   upoważnia,   nie   szczędzili   pozostałym   okrzyków   zachęty, 

21

background image

zagrzewając wszystkich do walki. Nikt nie wydawał już jednak rozkazów. Rozglądając się wokół, 

Shef, który znalazł się tuż za linią doskonale uzbrojonej szlachty, poczuł się osamotniony. Kiedy 

ostrze   bojowego   szyku   wikingów   zbliżało   się   do   angielskiej  linii,   rycerze   nieświadomie 

rozstąpili się nieco na obie strony. Pozostali tylko najbardziej zdecydowani i oni właśnie przyjęli na 

siebie   pierwsze   uderzenie.   Jeżeli  Wulfgarowi   i   jego   kompanom   nie   udałoby   się   powstrzymać 

natarcia,   oznaczałoby   to   rychły   koniec   bitwy.   Szyk  klinowy   uważany   był   za   wynalazek 

skandynawskiego boga wojny.

Ze strony Anglików zaczęły sypać się włócznie. Niektóre spadały za blisko, inne zatrzymywały 

się na tarczach wroga. Nagle wikingowie przyspieszyli gwałtownie i truchtem natarli na pierwszą 

linię. Tym razem grad oszczepów posypał się w środek angielskiego szyku. Shef ujrzał, jak Edrich 

zręcznie  uchyla  się przed  nimi  i broni tarczą.  Kilka kroków dalej jeden z możnych  osłaniał 

właśnie   tarczą   brzuch,   kiedy   kolejny  oszczep przeszył  mu gardło. Inny z rycerzy klął głośno 

próbując   oswobodzić  tarczę  od  tkwiących   w niej   trzech  włóczni.  Zanim  mu  się to  udało, klin 

przerwał angielską linię.

Przed sobą widział teraz Shef wodza wikingów, który wymierzał cios Wułfgarowi. Anglik 

zdołał przyjąć uderzenie na tarczę, zadając jednocześnie cięcie pałaszem. Wiking uchylił się i 

zaatakował ponownie wkładając w uderzenie całą siłę. Raz jeszcze Wulfgarowi udało się 

odparować cios. Miecze z brzękiem zwarły się ze sobą, lecz Anglik stracił już równowagę. 

Sigvarth, obracając ostrze, uderzył rękojeścią w twarz Wulfgara i pchnął go do tyłu nacierając 

tarcząKiedy przygotowywał się do zadania ostatecznego cięcia, wyskoczył na niego Shef.

Mimo potężnych rozmiarów wiking był zaskakująco szybki. Uskoczył do tyłu i wymierzył cios w 

pozbawioną hełmu głowę chłopca. Na podstawie krótkiej obserwacji przebiegu walki Shef zdał 

sobie już sprawę  z dwóch rzeczy. Po pierwsze, wszystkie czynności powinny być wykonywane 

przy użyciu całej siły, nie ma tu miejsca na półśrodki. Chłopiec wziął to pod uwagę odparowując 

cios Sigvartha. Po drugie, w walce nie ma  miejsca na przerwy pomiędzy kolejnymi uderzeniami. 

Kiedy wiking zaatakował ponownie, Shef był już na to przygotowany. Tym razem udało mu się 

podbić miecz wroga do góry. Usłyszał przy tym brzęk i ostry trzask,  kiedy ostrze pękło i jego 

fragment poszybował nad głową chłopca. To nie moje! — pomyślał uradowany Shef i złożył się 

do tryumfalnego ataku.

Ktoś pociągnął go jednak gwałtownie do tyłu. Był  to Edrich, który krzyczał mu coś do ucha. 

Shef rozejrzał  się wokół i dostrzegł, że w czasie gdy walczył z ich  wodzem, reszta wikingów 

zdążyła już wedrzeć się  głęboko w angielskie szyki. Pół tuzina angielskich wielmożów leżało na 

ziemi, a Wulfgar cofał się w popłochu  atakowany przez kilkunastu wikingów. W pewnej chwili 

mężczyzna pochwycił spojrzenie chłopca.

Uciekaj! — krzyczał Edrich. — Jesteśmy pobici. Nic już się nie da zrobić. Uciekaj, może 

uda nam się ocalić życie.

— Ale mój ojciec!... — krzyknął Shef.

— Za późno, już go powalili.

Była to prawda. Wulfgar otrzymał właśnie potężny cios w hełm i runął do przodu prosto pod 

nadciągającą falę wikingów. Edrich wiedział, że za chwilę mogą odciąć im możliwość ucieczki. 

Chwycił chłopca za kołnierz i pociągnął za sobą.

— Przeklęci głupcy. Niewyszkolona zgraja. Czego

się zresztą spodziewać? Bierz konia, chłopcze.

Wkrótce Shef cwałował już tą samą drogą, która  przywiodła go do wikingów. Jego pierwsza 

bitwa była skończona. Uciekał stamtąd niedługo po tym, jak zadany został pierwszy cios.

Rozdział czwarty

Rosnące na krawędzi mokradeł trzciny poruszały się delikatnie na porannym wietrze. Musieli 

iść dalej, więc Shef usiłował rozeznać się w okolicy. Po wikingach nie było już śladu. Chłopak 

wrócił na osłoniętą drzewami suchą wysepkę, gdzie obozowali ostatniej nocy. Edrich zajadał 

22

background image

właśnie zimne pozostałości ich wspólnej biesiady. Widząc chłopca wytarł zatłuszczone palce w 

trawę i podniósł pytająco brwi.

— Nic nie widać — rzekł Shef. — Cisza. Żadnego dymu.

Opuścili pole bitwy, wiedząc, że jest już przegrana. Chcieli ocalić życie. Nie było pościgu, 

ale dla pewności porzucili konie i na własnych nogach przedarli się przez mokradła. Ostatnia noc 

była   dla   Shefa   przyjemnym   ukojeniem.   Myślał   o   tym   teraz   z   mieszanymi   uczuciami.   Po   raz 

pierwszy nie miał  przed sobą żadnej pracy do wykonania, żadnych  zobowiązań. Jego jedynym 

obowiązkiem było ukrywać się, nie dać się odnaleźć.

Na wysepce udało im się wznieść trzcinowy szałas, a w zawiesistej wodzie łatwo było złapać 

węgorze. Edrich, po chwili wahania zdecydował, że mogą rozpalić ognisko. Wikingowie mieli teraz 

co innego do roboty   niż   przeszukiwać   bagna   z   powodu   jakiejś   smużki  dymu.   Zresztą  zanim 

jeszcze zapadł zmierzch, można było i tak zobaczyć pełno dymów w różnych stronach okolicy.

Najeźdźcy wracają do siebie — rzekł Edrich. — Kiedy się wycofują, przestają zwracać 

uwagę na ostrożność.

Panie, czy uciekałeś już kiedy z pola bitwy? — spytał Shef ostrożnie.

Wiele razy — odparł szczerze Edrich. — I nie nazywaj tego bitwą, to była zwykła 

potyczka. Uciekałem często, a gdyby robili tak wszyscy, mielibyśmy mniej zabitych. Nie 

tracimy tak wielu ludzi w równej walce, ale kiedy wikingom uda się przebić, zaczyna się

zwyczajna rzeź. Przez chwilę sam się nad tym zastanów. Każdy, kto ujdzie cało, może stanąć do 

walki nawet następnego dnia. Kłopot w tym — Edrich uśmiechnął się kwaśno — że im częściej 

się to zdarza, tym mniej ludzi ma ochotę spróbować po raz kolejny. Tracą ducha. Wczoraj 

przegraliśmy, bowiem nikt nie był przygotowany, ani fizycznie, ani wewnętrznie. Jeżeli jedną 

dziesiątą czasu, którą poświęcą teraz na rozpaczanie, poświęciliby wcześniej na przygotowania, nie 

byłoby mowy o porażce. — Edrich zamyślił się na chwilę. — A teraz pokaż mi swój miecz. 

Wygląda jak jakieś narzędzie rolnicze — zauważył obracając  w  dłoniach ostrze. —

W każdym razie nie jak prawdziwa broń. Widziałem jednak, jak pękło na tym ostrze wikinga. 

Jak to możliwe?

To dobre ostrze — odparł Shef. — Może nawet najlepsze w Emneth. Zrobiłem je sam, 

wykułem z żelaznych łup, które przywieźli nam z Południa. Lecz jest tam też warstwa twardej 

stali. Pewien tan z March dał mi kilka grotów od włóczni jako zapłatę za robotę, którą dla niego 

wykonałem. Przetopiłem je wszystkie, a potem połączyłem stal z żelazem i wykułem ostrze. 

Żelazo jest jego spoiwem, a stal daje mu silę.

Lecz mimo całej tej pracy ostrze jest krótkie i jednosieczne, a rękojeść zrobiona ze 

zwykłej kości. Poza tym pozwoliłeś, aby zamokło i rdzewiało.

Gdybym chodził po Emneth z prawdziwym połyskującym w słońcu orężem przy boku, 

jak sądzisz, czy długo bym się nim cieszył? Rdzy jest tylko tyle, aby zmienić kolor ostrza, 

postarałem się, by nie sięgnęła głębiej.

No właśnie, jest jeszcze jedno pytanie, które chciałbym ci zadać. Młody tan 

powiedział, że nie jesteś wolnym człowiekiem. Wygląda jakbyś się ukrywał. W czasie 

potyczki nazwałeś jednak Wulfgara ojcem. Jest w tym jakaś zagadka. Świat pełen jest 

bękartów. Rzecz to wiadoma, że tanowie mają nieprawych synów, nikt jednak nie próbuje 

uczynić z nich niewolników.

Shef spotykał się już z tym pytaniem wiele razy. W innych okolicznościach na pewno by na 

nie odpowiedział, ale teraz, na tej wyspie wśród moczarów, gdy rozmawiał jak równy z równym z 

tanem króla Edmunda, słowa popłynęły same.

— On nie jest mym ojcem, choć go tak nazywam. Osiemnaście wiosen temu wikingowie 

najechali naszą osadę. Wulfgara nie było wtedy w domu, została tylko moja matka, lady Thryth, ze 

swoim nowo narodzonym synem Alfgarem, moim przyrodnim bratem. W noc kiedy przybyli 

wikingowie, służącemu udało się zabrać Alfgara w bezpieczne miejsce. Moja matka została jednak 

pojmana.

Edrich pokiwał głową. Wszystko to znał aż za  dobrze, znał cały mechanizm, przynajmniej 

wtedy gdy w grę wchodził ktoś z pozycją. Mąż mógł się spodziewać, że po krótkim czasie dostanie 

wiadomość z jakiegoś targu niewolników w Hedeby czy Kaupang, że taka a taka pani jest do 

23

background image

odkupienia za określoną sumę.  Jeżeli takiej informacji nie otrzymał, mógł uznać się za wdowca i 

ponownie ożenić, przekazując srebrne bransolety kolejnej kobiecie, która wychowa mu syna. Przy-

znać   trzeba,   że   czasem   taką   sielankę   przerywało   po  latach  pojawienie się jakiejś zniszczonej 

starowiny, której udało się wreszcie powrócić do domu. Rzadki to jednak przypadek, zresztą i tak 

nie wyjaśniałby on wcale zagadki młodzieńca, którego Edrich miał przed sobą.

— Moja matka powróciła po kilku tygodniach. Była w ciąży. Przysięgała, że moim ojcem 

jest sam jarl wikingów. Kiedy przyszedłem na świat chciała nazwać mnie Halfden, ponieważ 

jestem w połowie Duńczykiem, lecz Wulfgar przeklął ją za to. Powiedział, że Halfden to imię 

bohatera, króla, od którego wywodzi się ród Shieldingów, a oni z kolei dali początek panującym

dynastiom w Anglii i Danii. To nie było imię dla mnie, nazwali mnie więc Shef, tak jak zwykłego 

psa.

Młodzieniec spuścił oczy.

— I dlatego właśnie mój ojczym tak mnie nienawidzi i chce uczynić niewolnikiem, dlatego mój 

przyrodni brat, Alfgar, opływa we wszystko, podczas gdy ja jestem biedakiem.

Shef nie opowiedział jednak całej historii. Nie powiedział, że Wulfgar naciskał na żonę, aby 

pozbyła  się  płodu i zabiła siedzące w jej łonie dziecko gwałciciela. Nie wspomniał, że dopiero 

interwencja ojca Andreasa ocaliła mu życie, ksiądz bowiem ostro potępił grzech  dzieciobójstwa, 

nawet w przypadku dziecka wikinga.  Nie powiedział także, że Wulfgar w przypływie gniewu i 

zazdrości wziął sobie konkubinę i spłodził z nią piękną Godivę, tak że było ich w końcu troje: 

Alfgar — syn prawowity, Godiva — córka Wulfgara i niewolnicy oraz Shef — syn lady Thryth i 

wikinga.

Edrich oddał chłopcu miecz. Historia wciąż wydawała mu się tajemnicza. Jak to możliwe, że tej 

kobiecie udało się uciec? Handlarze niewolników nie są zazwyczaj tak beztroscy.

Jak zwał się ten jarl? — spytał po chwili.— Twój...

Mój ojciec? Matka mówiła, że zwie się Sigvarth.

Jest jarlem Małych Wysp, gdziekolwiek się one znajdują.

Chwilę jeszcze siedzieli w milczeniu, a potem ułożyli się do snu.

Było już późno, kiedy Shef i Edrich wyszli ostrożnie z szuwarów, a przed ich oczami ukazały 

się ruiny Emneth.

Wszystkie budynki zostały spalone, z niektórych  zostały tylko stosy popiołów, z innych stosy 

poczerniałych   belek.   Spłonęło   domostwo   Wulfgara,   kościół,  kuźnia,   wszystko.   Widać   było 

kilkoro ludzi, którzy chodzili bez celu wokół ruin, grzebiąc w popiołach.

Kiedy weszli do wioski, Shef zagadnął jedną z ocalałych,  w której  rozpoznał  służącą  swej 

matki.

— Trudo, powiedz mi, co się tu stało.

Kobieta zadrżała na całym ciele i spojrzała na niego  z przerażeniem. Przypatrywała się jego 

tarczy i mieczowi dziwiąc się, że stoi przed nią żywy, nawet nie draśnięty.

— Lepiej... lepiej pójdź zobaczyć się z matką.

Czy ona wciąż tu jest? — Shef poczuł przypływ nadziei. Może odnajdzie także innych. 

Czy udało się uciec Alfgarowi i Godivie?

Mężczyźni podążyli za kobietą, która utykała niezdarnie.

Dlaczego ona chodzi w ten sposób? — szepnął Shef.

— Zgwałcona... — odparł krótko Edrich.

— Ale... ale ona nie była dziewicą.

Gwałt to coś innego. Czterech mężczyzn ciągnie kobietę na wszystkie strony, a piąty 

sobie dogadza. Wszyscy są podnieceni, zrywają ścięgna, czasem nawet łamią kości. Najgorzej, 

kiedy kobieta próbuje się wyrywać.

Shef pomyślał znów o Godivie i zacisnął pieści tak mocno, aż zbielały palce. Zrozumiał, że nie 

tylko mężczyznom przyszło płacić za przegraną bitwę.

Dalej szli już w milczeniu. Truda prowadziła ich do szałasu zbudowanego z nadpalonych belek i 

przykrytego starymi deskami. Szepnęła coś zaglądając do środka,  a po chwili zaprosiła ich, aby 

24

background image

weszli.

W środku, na posłaniu zrobionym ze starych worków, leżała lady Thryth. Wyraz cierpienia na 

twarzy  oraz dziwaczny sposób, w jaki była ułożona świadczyły o tym, że przeszła to samo, co 

Truda. Shef ukląkł przy niej i dotknął ramienia.

— Nie było ostrzeżenia, nie mieliśmy czasu, aby się przygotować — wyszeptała zbolałym 

głosem. — Nie wiedzieliśmy co robić. Te świnie przyjechały tu zaraz po bitwie. Otoczyli nas, 

zanim ktokolwiek się zorientował.

Kobieta skręciła się z bólu i zamilkła. W jej oczach czaiła się pustka.

To bestie.  Zabili każdego, kto próbował się bronić. Potem  zebrali nas  przed 

kościołem.  Wtedy zaczęło padać. Najpierw wybrali młode i ładne dziewczęta oraz niektórych 

chłopców. Przeznaczyli ich na sprzedaż jako niewolników. A potem... Potem przyprowadzili 

swoich jeńców i... — kobieta zasłoniła oczy, jej głos zaczął się załamywać.

— Kazali nam patrzeć...

Jej słowa utonęły w szlochu. Chwilę leżała bez ruchu, wreszcie drgnęła, jakby przypomniała 

sobie nagle coś ważnego. Ścisnęła wtedy rękę chłopca i po raz  pierwszy spojrzała mu prosto w 

oczy.

— Wiesz, Shef, to był on! Ten sam, co poprzednio.

— Jarl Sigvarth? — spytał w napięciu Shef.

Tak. Twój... twój...

   — Jak on wyglądał? Czy był wysoki i ciemnowłosy, z białymi zębami?

— Tak, miał złote bransolety na całym ramieniu.

Shef przywołał z pamięci obraz stoczonej na drodze walki, szczęk pękającego oręża i moment, 

kiedy gotował się do decydującego pchnięcia. Czy to możliwe, że sam Bóg uchronił go przed 

straszliwym grzechem? Lecz jeśli to prawda, co w takim razie Bóg porabiał potem?

— Czy on nie mógł cię obronić, matko?

— Nawet nie próbował — odparła Thryth panując nad swym głosem. — Kiedy złamali szereg 

po tym... po tym przedstawieniu, powiedział im, że mogą do woli plądrować i używać życia, 

mają jednak skończyć, gdy usłyszą głos rogu. Niewolnicy zostali związani i odprowadzeni na bok, 

ale reszta z nas, Truda, ja i inne kobiety, byłyśmy po prostu podawane z rąk do rąk.

Shef, ja wiem, że on mnie rozpoznał! I pamiętał kim jestem. Lecz kiedy go błagałam, żeby 

przynajmniej zostawił mnie dla siebie, zaśmiał się tylko. Powiedział... powiedział, że teraz już 

jestem starą gęsią, nie żadną gąską, a gęsi powinny sobie same radzić. Zwłaszcza gęsi, które 

kiedyś miały ochotę sobie odfrunąć. Tak więc potraktowali mnie jak Trudę, gorzej nawet, gdyż 

byłam damą, a dla niektórych z nich stanowiło to dodatkową rozrywkę — jej twarz wykrzywił 

grymas gniewu i nienawiści, przez chwilę zapomniała nawet o bólu. — Ale zdążyłam mu 

powiedzieć, Shef. Powiedziałam, że ma syna i że ten syn kiedyś go odnajdzie i zabije!

Prawie mi się to udało, matko — odparł Shef

i zawahał się. Dręczyło go jeszcze jedno pytanie, lecz ubiegł go Edrich.

— A co właściwie mieliście oglądać, pani?

Oczy Thryth znowu wypełniły się łzami. Nie mogąc  wydobyć  głosu przywołała ręką swoją 

służącą.

— Chodźcie za mną — rzekła Truda — pokażę wam jak wygląda miłosierdzie wikingów.

Mężczyźni   wyszli   z   szałasu   i   podążyli   za   nią   w   poprzek   pogorzeliska   w   stronę   kolejnego 

naprędce zbitego szałasu. Przy wejściu stała niewielka grupka ludzi. Co pewien czas ktoś wchodził 

do środka, a po chwili  wychodził pospiesznie. Trudno było odczytać rysujące  się na twarzach 

tych ludzi uczucia. Smutek? Gniew? W większości przypadków był to chyba po prostu zwyczajny 

strach.

Wewnątrz szałasu stał koński żłób do połowy wypełniony sianem. Shef rozpoznał od razu jasne 

włosy Wulfgara i jego brodę, ale twarz, którą ujrzał była twarzą trupa: blada, stężała, z 

wystającymi kośćmi. Wulfgar żył jednak.

Przez moment Shef nie mógł zrozumieć tego, co ujrzał. Jak Wulfgar mógł leżeć w żłobie? Był 

za wysoki. Miał jakieś sześć stóp wzrostu, a żłób, Shef wiedział o tym aż za dobrze, z własnego 

doświadczenia, był długości niecałych pięciu stóp... Coś tu się nie zgadzało.

25

background image

Coś było nie tak z nogami Wulfgara. Jego kolana sięgały końca żłobu, a potem były już tylko 

niezdarnie zawiązane i poplamione krwią bandaże. Shef poczuł silny odór rozkładu i spalenizny.

Z rosnącym przerażeniem ujrzał, że Wulfgar nie ma także rąk. Kikuty, które mu zostały, leżały 

skrzyżowane na piersiach, bandaże zaczynały się na wysokości łokci.

— Przyprowadzili go i ustawili naprzeciw nas — mruknął ktoś z tyłu. — Ułożyli go na klocu 

drewna i po kolei obcięli toporem ręce i nogi. Nogi najpierw. Za każdym razem przypalali 

pozostały kikut rozpalonym do czerwoności żelazem, żeby nie umarł z upływu krwi. Z początku 

przeklinał ich i usiłował się bronić, lecz później zaczął błagać, aby pozostawili mu chociaż jedną

rękę, tak, żeby mógł przynajmniej samodzielnie jeść. Wyśmiali go. Ten wysoki, jarl, powiedział, 

że zostawią mu całą resztę. Mówił, że pozostawią mu oczy, aby mógł oglądać ponętne kobiety, 

oraz jądra, aby mógł ich pożądać. Ale nigdy już nie będzie mógł zdjąć spodni, nigdy więcej.

Nie  będzie  w stanie   nic  dla  siebie  zrobić,  pomyślał  Shef.  Zupełnie   uzależniony   od   innych, 

począwszy od jedzenia, a na sikaniu kończąc.

— Zrobili z niego „heimnara" — rzekł Edrich, posługując się norweskim określeniem — 

żywego trupa. Słyszałem już o tym, ale nigdy jeszcze nie widziałem na własne oczy. Nie 

zamartwiaj się jednak, chłopcze. Infekcja, ból, utrata krwi. Długo nie pożyje.

Nagle nieruchome oczy otwarły się szeroko i spojrzały  z jawną wrogością na Shefa i Edricha. 

Spomiędzy wyschniętych warg dobiegł do nich cichy szept, brzmiący niczym syk węża.

— Zbiegowie. Uciekłeś i zostawiłeś mnie, chłopcze. Będę ci to pamiętał. A ty, królewski 

tanie... Przyjechałeś, zebrałeś nasze siły i poprowadziłeś do walki. Gdzie jednak byłeś, kiedy 

walka dobiegła końca? Nie bójcie się,  pożyję jeszcze wystarczająco długo,  aby wziąć odwet 

na was obu. Nie zapomnę też o twoim ojcu, chłopcze. Nie powinienem był opiekować się jego

pomiotem, ani przyjmować z powrotem jego dziwki.

Oczy zamknęły się, a głos ucichł. Shef i Edrich   w milczeniu wyszli z szałasu. Na dworze 

znów zaczęło mżyć.

Nie rozumiem — rzekł Shef — dlaczego oni to zrobili?

Tego i ja, przyznam, nie pojmuję. Coś ci jednak powiem. Kiedy król Edmund o tym 

usłyszy, wpadnie w furię. Najazd i mord w czasie rozejmu, to już rzecz normalna, ale coś 

takiego... Zrobić coś takiego jego człowiekowi, jego  dawnemu  druhowi.  Będzie  miał

umysł podzielony dwiema myślami. Z jednej strony chciał będzie uchronić swych ludzi przed 

czymś takim, z drugiej jego honor podpowie mu zemstę. To będzie trudna decyzja.  Czy 

pojedziesz teraz ze mną, chłopcze? — Edrich spojrzał na Shefa. — Muszę zawieźć mu wieści. 

Nie jesteś tutaj wolnym człowiekiem, ale widać od razu, że z ciebie wojownik. Nic tu teraz po

tobie. Jedź ze mną, będziesz moim sługą, a później znajdziemy dla ciebie odpowiednią broń i 

ekwipunek. Jeżeli potrafiłeś walczyć wystarczająco dobrze, aby powstrzymać wielkiego jarla, król 

weźmie cię do swej drużyny. Nie ma znaczenia, kim byłeś w przeszłości.

Naprzeciw wyszła im lady Thryth  podpierając się  z wysiłkiem na kiju. Shef zadał jej w 

końcu pytanie, które nie dawało mu spokoju odkąd ujrzał dymiące pogorzelisko Emneth.

— A co się stało z Godivą?

Zabrał ją Sigvarth. Zabrali ją do obozu wikingów.

Shef odwrócił się do Edricha. Mówił pewnie, bez próby usprawiedliwiania się.

Słyszałem już, że jestem zbiegiem i niewolnikiem. Niechaj więc będę i jednym, i 

drugim — Shef odpiął tarczę i rzucił ją na ziemię. — Przedostanę się do obozu wikingów. Może 

wezmą mnie do siebie. Muszę coś zrobić, aby uratować Godivę.

Nie przeżyjesz nawet tygodnia — rzekł Edrich ze wzburzeniem. — I umrzesz jako 

zdrajca. Zdradzisz swoich ludzi i króla Edmunda.

Mężczyzna odwrócił się na pięcie i odszedł, nawet się nie oglądając.

— Zdradzisz też samego Chrystusa Pana — dodał ojciec Andreas, który pojawił się właśnie 

u wejścia do szałasu. — Widzisz, co uczynili nam poganie. Lepiej być niewolnikiem wśród 

chrześcijan niż królem wśród takich jak tamci.

Shef   zdał   sobie   sprawę,   że   zdecydował   się   bardzo   szybko,   zapewne   zbyt   szybko   i   bez 

zastanowienia. Teraz jednak nie było już odwrotu. W jego głowie kłębiły się myśli: próbowałem 

zabić ojca, mój ojczym stał się  żywym trupem, matka nienawidzi mnie za to, co zrobił ojciec, 

26

background image

straciłem szansę na odzyskanie wolności, straciłem względy człowieka, który mógł zostać moim 

przyjacielem.

Takie myśli nie mogły mu teraz pomóc. Wszystko to uczynił dla Godivy. Musiał zakończyć 

rozpoczęte dzieło.

Godiva obudziła się z bólem głowy czując wokół  siebie swąd dymu. Przerażona próbowała 

wstać i jakoś się wyswobodzić, jednak powstrzymał ją piskliwy jęk dziewczyny, na której leżała.

Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zorientowała się, że znajduje się w ciągniętym 

po   wyboistej   drodze   wozie.   Wnętrze   wozu   wypełniały   ułożone  jedna   na   drugiej   dziewczęta   z 

Emneth. Słychać było jęki  i płacz. Nagle z tyłu wozu pojawiła się brodata twarz.  Dziewczęta z 

piskiem starały się ukryć jak najgłębiej, mężczyzna jednak uśmiechnął się tylko ukazując białe zęby 

i zniknął.

Wikingowie!   W   jednej   chwili   Godiva   przypomniała   sobie   wszystko.   Falę   zbliżających   się 

mężczyzn, panikę w osadzie, ucieczkę przez mokradła, to jak została schwytana i obezwładniającą 

grozę, kiedy po raz pierwszy w życiu dostała się w objęcia dorosłego mężczyzny...

Jej dłoń powędrowała bezwiednie wzdłuż uda. Co mogło się stać kiedy była nieprzytomna? Nie 

czuła bólu,  chyba więc nadal pozostała dziewicą. Niemożliwe, żeby  zgwałcili  ją i nic teraz nie 

czuła.

Leżąca obok dziewczyna, córka jednego z gospodarzy i towarzyszka zabaw Alfgara, dostrzegła 

przestrach na jej twarzy i ruch dłoni pod spódnicą.

— Nic się nie bój — odezwała się, nie bez złośliwości. — Nawet nas nie dotknęli. Mamy 

zostać sprzedane. Nie masz się czego lękać, dopóki nie znajdą na ciebie kupca. Później staniesz się 

taka, jak my wszystkie.

Wspomnienia powracały jedno po drugim. Grupa mieszkańców otoczonych przez uzbrojonych 

wikingów, a pośrodku jej ojciec rozkrzyżowany na drewnianym pniaku. Przeraźliwa trwoga, kiedy 

ujrzała zbliżającego się kata z toporem i zrozumiała, co zamierzają z nim  zrobić. Tak, wybiegła 

naprzód i z krzykiem rzuciła się  na tego wysokiego mężczyznę, lecz inny, ten, którego  tamten 

nazywał synem, zdołał ją pochwycić. A co  później? Ostrożnie dotknęła głowy i wyczuła guz. 

Głowa nie krwawiła jednak.

Nie   była   jedyną,   z   którą   postąpiono   w   ten   sposób.  Wikingowie   uderzyli   ją   wypełnionym 

piaskiem workiem. Piraci od lat trudnili się handlem i nauczyli  się,  jak postępować z żywym 

towarem. W czasie najazdu  używali najpierw toporów, włóczni i mieczy,  zabijali  gospodarzy i 

wojowników. Później jednak ostra broń stawała się nieporęczna. Zbyt łatwo było uszkodzić jakąś 

czaszkę, uciąć ucho czy w inny sposób uszkodzić  kosztowny towar. Nawet zwykły cios pięścią 

okazać się mógł zbyt potężny zważywszy na krzepę tych ludzi. Kto kupiłby dziewczynę z pękniętą 

szczęką albo z przetrąconą kością policzkową? Może jakiś sknera ze Skandynawii, ale na pewno 

nie wybredni klienci z Hiszpanii czy Dublina.

Tak   więc   ludzie   znajdujący  się   pod  komendą   Sigvartha,   jak   również   wielu   innych,   którzy 

trudnili   się  handlem   niewolnikami,   nosili   za   pasem   albo   ukryte  wewnątrz   tarczy   woreczki   w 

kształcie kiełbasy wypełnione po brzegi piaskiem zebranym pracowicie na  wydmach Jutlandii. 

Wystarczył jeden zgrabny cios i towar już leżał cicho nie sprawiając kłopotów. A przy tym żadnego 

ryzyka uszkodzenia.

Dziewczęta zaczęły w końcu do siebie szeptać, choć ich głosy drżały ze strachu. Opowiedziały 

Godivie, co  stało   się   z   jej   ojcem,   a   potem,   co   spotkało   Trudę   i Thryth. Opowiadały, jak 

załadowano je na wóz, żadna nie wiedziała jednak, co stanie się z nimi dalej.

Pod wieczór następnego  dnia  Sigvarth, jarl Małych  Wysp, poczuł jak ogarnia go niepokój, 

którego przyczyny nie umiał odgadnąć. Siedział w namiocie synów Ragnara i wraz innymi jarlami 

przysłuchiwał się, jak jego syn Hjorvarth opowiada historię wyprawy. Choć był to jeszcze młody 

wojownik, przemawiał dobrze.

Skąd   więc   to   dręczące   uczucie?   Sigvarth   nie   był  człowiekiem   zdolnym   do   głębokiej 

27

background image

autoanalizy,  żył  jednak już wystarczająco długo, aby przekonać się, że nie należy lekceważyć 

takich objawów.

Powrót z wyprawy był  udany.  Ciągnął za sobą  kolumnę wozów z niewolnikami i łupami. 

Najważniejsze jednak, że zrobił dokładnie to, o co chodziło  Wężowemu Oku. Spalone chaty i 

wypalone pola, studnie pełne trupów oraz, dla przykładu, kilku okaleczonych, którzy będą mogli 

opowiedzieć wszystkim swoją historię.

Czyń tak, jak uczyniłby to Ivar, mówił Wężowe Oko. W porządku, nie był może tak dobry w 

zadawaniu  cierpień jak Ivar, ale nikt chyba nie powie, że się nie  starał. Udało mu się całkiem 

nieźle. Ta okolica z pewnością nie podźwignie się szybko.

Nie, nie to go niepokoiło, to było dobrze wykonane zadanie. Jeżeli coś było nie tak, to stało się 

to znacznie wcześniej. Powoli Sigvarth uzmysłowił sobie, że martwiło go pewne wspomnienie 

związane z potyczką. Już ćwierć wieku walczył na pierwszej linii, zabił setkę ludzi, zebrał ze dwa 

tuziny ran. Potyczka powinna być prosta, przysporzyła im jednak trudu. Przedarł się przez angielską 

linię, tak jak wiele razy przedtem, zmiótł ze swej drogi jasnowłosego tana i doszedł do drugiej linii 

wyjątkowo zdezorganizowanej i nierównej.

A   wtedy   wyrósł   przed   nim   ten   chłopak.   Nie   miał  nawet   hełmu   ani   porządnego   miecza. 

Wyglądał   jak  wyzwolony   właśnie   niewolnik   albo   najbiedniejsze  dziecko   z   całej   osady. 

Wystarczyły  jednak dwa starcia  i   miecz  Sigvartha   rozpadł   się  na  kawałki,  a  on  sam  stracił 

równowagę.   Sigvarth   uświadomił   sobie,   że   gdyby,  to   był   pojedynek,   czekałaby   go   niechybna 

śmierć. Ocalili go wojownicy,  którzy pojawili się nagle po jego obu  stronach. Nie sądził, żeby 

któryś z nich dostrzegł w jak beznadziejnym położeniu się znalazł, lecz jeśli to dostrzegli, ktoś ze 

starszyzny mógł zgłosić teraz jego odwołanie.

Czy będzie mógł spojrzeć im w oczy? Czy jego syn Hjorvarth jest już wystarczająco potężny, 

aby ktoś przestraszył się jego zemsty? A może rzeczywiście stał się już za stary do zabijania. 

Jeśli nie potrafił usadzić w miejscu na wpół uzbrojonego chłopca, to chyba faktycznie nie był  

już w dawnej formie.

W każdym razie teraz zrobi coś naprawdę mądrego. Najważniejsze, żeby mieć po swojej stronie 

Ragnarssonów, to się zawsze sprawdzało. Hjorvarth zbliżał się już do końca opowieści. Sigvarth 

odwrócił się na krześle i skinął głową w stronę dwóch giermków, którzy stali obok wejścia. W 

odpowiedzi obaj kiwnęli głowami i wyszli na zewnątrz.

— ...tak więc zapaliliśmy wozy i wrzuciliśmy do środka kilku ludzi, których mój ojciec w 

swej mądrości przywiódł tak daleko, aby złożyć ich w ofierze Aegirowi i Ranowi. Potem 

wsiedliśmy na statek, popłynęliśmy w dół rzeki i oto jesteśmy! My, ludzie słynnego jarla

Sigvartha, w tym ja, jego prawowity syn, Hjorvarth, gotowy spełnić wasze dalsze rozkazy, 

synowie Ragnara!

W namiocie wybuchł aplauz, jedni tupali nogami, inni uderzali o stół naczyniami. Wszyscy w 

znakomitym nastroju, po tak dobrym rozpoczęciu kampanii.

Potem przemówił Wężowe Oko.

Dobrze, Sigvarcie, możesz zachować swoje łupy, widzimy bowiem, jak ciężko na nie 

zapracowałeś. Teraz możesz nam zdradzić, czy dopisało ci szczęście. Powiedz, ile łupów udało 

ci się zebrać tym razem? Czy stać cię już, aby rzucić wojaczkę i kupić sobie letni domek w 

Sjaellandzie?

Oj, nie jest tego tak dużo — odrzekł Sigvarth, a słowa jego powitał pomruk 

niedowierzania. — Nie starczy, abym mógł stać się gospodarzem. To tylko skromne łupy, 

czego zresztą można się spodziewać po takiej okolicy. Trzeba nam poczekać, aż armia dojdzie

do Norwich. Do Yorku, Londynu! — Słowa te wywołały ponowny wybuch entuzjazmu. — 

Musimy odebrać złoto tym, którzy mają go najwięcej. Księżom. W wioskach nie znajdziemy go 

wcale. Muszę jednak przyznać, że coś udało nam się zdobyć i chętnie podzielę się tym, co mam 

najlepszego. Pozwólcie, że pokażę wam moją najświetniejszą zdobycz!

Sigvarth odwrócił się i przywołał giermków. Przecisnęli się pomiędzy stołami prowadząc ze 

sobą postać  spowitą całkowicie w tkaninę i przewiązaną sznurem.  Postać została popchnięta w 

stronę głównego stołu, sznur błyskawicznie przecięty, a tkanina odrzucona na bok.

Pośrodku   namiotu   ukazała   się   Godiva,   która   mrugając   oczami   zaczęła   przyglądać   się 

otaczającym ją brodatym mężczyznom. Cofnęła się i chciała odwrócić, lecz  stanęła nagle oko w 

28

background image

oko z najwyższym z wojowników. Mężczyzna miał jasną karnację i oczy koloru lodu, jego twarz 

nie   wyrażała   żadnych   emocji.   Spojrzała   w   bok  i   niemal   z   ulgą   rozpoznała   stojącego   tam 

Sigvartha, jedynego człowieka, którego potrafiła rozpoznać w tym tłumie.

W tym ponurym otoczeniu była niczym kwiat wyrastający z podmokłego poszycia. Jasne włosy, 

delikatna skóra, pełne usta, które rozchylone w przestrachu wy- dawały się jeszcze bardziej 

pociągające. Sigvarth skinął raz jeszcze i jeden z mężczyzn przeciął tył jej sukni, po czym zerwał ją 

nie zważając na krzyki dziewczyny. Stanęła więc przed nimi niemal naga, okryta tylko cienką 

koszulą, tak że wszyscy mogli podziwiać jej młodzieńcze ciało. W rozpaczliwym geście strachu i 

palącego wstydu Godiva skrzyżowała na piersiach ramiona i opuściła głowę. Przygotowała się na 

najgorsze.

—   Nie   mogę   się   nią   podzielić!   —   wykrzyknął   Sigvarth.   —   Jest   na   to   zbyt   cenna. 

Postanowiłem więc, że ją oddam! Podaruję ją człowiekowi, który wysłał mnie na tę wyprawę, 

w   podzięce   i   w   nadziei,   że   będzie  o mnie pamiętał. Niech mu ona dobrze i długo służy. 

Podaruję ją najmądrzejszemu człowiekowi w całej armii. Przeznaczona jest tobie, Ivarze!

Sigvarth zakończył swoją przemowę tryumfalnym okrzykiem i wzniósł do góry róg. Powoli 

zorientował  się   jednak,   że   nie   było   żadnego   odzewu.   Wokół   panowało   pełne   zakłopotania 

milczenie. Nawet ludzie, którzy nie znali prawie Ragnarssonow i dopiero niedawno dołączyli do 

armii, pobladli lekko i spuścili oczy.

Serce Sigvartha znów wypełniło nieprzyjemne uczucie chłodu. Może powinienem był najpierw 

spytać,  pomyślał z niepokojem. Może stało się coś, o czym nie  zdążył się dowiedzieć. Ale jaką 

szkodę mógł wyrządzić  swoim podarkiem. Dzielił się swoim łupem, dzielił się  czymś, co każdy 

mężczyzna chciałby posiąść. Co w tym  złego, że podarował tę dziewczynę, tę piękną dziewicę, 

Warowi? Ivarowi Ragnarssonowi, zwanemu... Zaraz...  jak oni go nazywają? Przerażająca myśl 

przebiegła nagle przez głowę Sigvartha. Czy to przezwisko naprawdę coś oznaczało? Sopel Lodu...

Rozdział piąty

Pięć dni później Shef i jego towarzysz leżeli ukryci w cieniu zagajnika i patrzyli na ciągnące się 

aż do obozowiska wikingów podmokłe łąki. Była to niemal mila odkrytego terenu. Tym razem nie 

udało im się powstrzymać zdenerwowania.

Nie   mieli   kłopotów   aby   wydostać   się   z   Emneth,   co   w  normalnych   warunkach   mogłoby 

stanowić   najtrudniejsze   zadanie   dla   zbiegłego   niewolnika.   Lecz   Emneth   żyło   teraz   innymi 

problemami,   nikt   zresztą   nie   uważał   Shefa   za   swoją   własność.   A   Edrich,   który   mógłby   po-

wstrzymywać ludzi przed przejściem na stronę wikingów, w tym wypadku najwyraźniej umywał 

ręce. Tak więc nikt nie przeszkodził Shefowi, kiedy pakował kilka drobiazgów i trochę jedzenia na 

drogę, czyniąc wyraźne przygotowania do ucieczki.

Ktoś jednak mu się przyglądał. Kiedy stał pośród pogorzeliska niezdecydowany czy pożegnać 

się z matką, zdał sobie sprawę, że jakiś człowiek stoi za jego plecami. Był to Hund, przyjaciel z 

dzieciństwa, syn pary niewolników, który był zapewne najniżej stojącą w hierarchii osobą w całym 

Emneth. Jednak Shef nauczył się już cenić go. Nikt nie znał mokradeł tak dobrze jak Hund, nawet 

Shef mu w tym ustępował. W ciasnej chacie, którą dzielił z rodzicami i resztą rodzeństwa, można 

było często pobawić się z młodą wydrą, jego rodzinie nie brakowało też ryb, które Hund potrafił 

łapać ręką, bez pomocy sieci. Znał też wszystkie zioła,  które można było znaleźć w okolicy: ich 

nazwy i przeznaczenie. I choć był o dwie wiosny młodszy od Shefa, biedniejsi ludzie przychodzili 

do niego po poradę i leki. Z takim talentem mógłby w niedługim czasie stać się  ważną figurą w 

całym   okręgu,   poważaną   nawet   przez  możnych.   Jego   czyny   zyskały   mu   już   niezbyt   życzliwe 

zainteresowanie ojca Andreasa, wybawcy Shefa. Kościół najwyraźniej nie lubił konkurencji.

— Chcę pójść z tobą — zaczął Hund.

— To niebezpieczne — odrzekł Shef.

Hund   przyjął   to   w   milczeniu,   nie   miał   zwyczaju   mówić,   gdy   uznał   to   za   niepotrzebne. 

Niebezpiecznie było również pozostać w Emneth, a trzymając się razem, obaj zwiększali tylko 

swoją szansę przeżycia.

29

background image

— Jeżeli idziesz ze mną, będziesz musiał zdjąć tę obręcz — zauważył Shef. — Teraz jest 

właściwy moment, nikt się nie będzie nami interesował. Poczekaj tu, przyniosę narzędzia.

Ukryli się pośród mokradeł, aby zniknąć z oczu mieszkańców, zdjęcie obręczy okazało się jednak 

bardzo  skomplikowane.   Shef   obwiązał   szyję   Hunda   szmatami,  aby   uratować   skórę   przed 

skaleczeniem, a następnie rozpiłował żelazo. Mocował się długo ze szczypcami,  którymi chciał 

rozgiąć przepiłowany metal, lecz w końcu stracił cierpliwość. Obwiązał sobie wtedy dłonie

szmatami, chwycił obręcz i rozgiął ją, używając całej swojej siły.

Hund   rozmasował   pokrytą   zgrubieniami   i   bliznami  skórę   i   spojrzał   na   leżącą   na   ziemi 

rozerwaną obręcz.

— Niewielu ludzi potrafiłoby to zrobić — zauważył.

Potrzeba uskrzydla człowieka — odparł skromnie Shef, ale w głębi duszy był 

zadowolony. Wciąż przybywało mu sił, zmierzył się w bitwie z dorosłym mężczyzną, a teraz 

mógł iść dokąd tylko chciał. Nie wiedział jeszcze w jaki sposób, ale czuł, że wkrótce uda

mu się uwolnić Godivę i zostawić za sobą przeklętą przeszłość.

Wyruszyli nie poczyniwszy dalszych uzgodnień,  szybko jednak wpadli w poważne tarapaty. 

Shef przewidywał, że będą czasem musieli ukrywać się przed ludźmi, nie sądził wszakże, że cała 

okolica   wrzeć   będzie  jak   gniazdo   os,   które   ktoś   przedziurawił   kijem.   Jeźdźcy   galopowali   po 

wszystkich drogach, a każdą wioskę otaczały grupy zbrojnych, patrzących podejrzliwie na każdego 

obcego przybysza. Chłopcy zostali schwytani i.kiedy nikt nie chciał uwierzyć w ich zmyśloną 

historię, musieli ratować się ucieczką. Najwyraźniej król  wydał już odpowiednie rozkazy i lud 

East Anglii postanowił ściśle ich przestrzegać. W powietrzu czuć było okrutny gniew i napięcie.

W ciągu ostatnich dwóch dni Shef i Hund przeszli pas podmokłych łąk i pastwisk posuwając 

się okropnie wolno, czasem po prostu pełznąc na brzuchach. Tak czy inaczej natrafili na kilka patroli. 

Czasem  była   to  grupa  jeźdźców  prowadzona  przez jakiegoś tana,  innym  razem  poruszający   się 

niemal bezszelestnie oddział piechoty. Shef zrozumiał, że ich zadaniem jest niedopuszczenie, aby 

wikingowie wyprawiali  się ze swego obozu na  indywidualne zbójeckie wyprawy. Niemniej 

ludzie   ci   nie   mieliby   nic   przeciwko   temu,   aby   złapać,   a   nawet  zabić,   każdego   kogo   tylko 

podejrzewać można o wspieranie najeźdźców.

Niebezpieczeństwo  ze   strony  Anglików   zaczęło  maleć   dopiero   w  bezpośrednim   sąsiedztwie 

obozu  wikingów,  pojawiło  się  jednak zagrożenie  ze  strony  patroli  wroga.   W   niewielkim   lesie 

chłopcy   napotkali   oddział  około   pięćdziesięciu   jeźdźców   w   pełnym   rynsztunku  bojowym. 

Nietrudno było ich dostrzec, łatwo też ominąć. Lecz gdyby jednak odział ten starł się z którymś 

z mijanych przez chłopców patroli, Anglicy nie mieliby żadnych szans.

Shef wiedział, że są to ludzie, na których łaskę będą niebawem zdani, i wszystko nie wydawało 

mu   się   już  tak   łatwe   jak   w   Emneth.   Z   początku   planował,   że   przedrze   się   do   obozu   i   każe 

zaprowadzić przed oblicze Sigvartha. Dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności  spotkał się już 

przecież twarzą w twarz z człowiekiem, który, jako jedyny, mógłby go z miejsca przyjąć i za-

akceptować. Później Shef odrzucił ten pomysł. Chciał teraz za wszelką cenę uniknąć spotkania z 

ojcem.

Czy wikingowie przyjmowali ochotników? Shef  miał niejasną obawę, że potrzebowałby do 

tego czegoś więcej poza dobrymi chęciami i własnoręcznie wykonanym orężem. Wiedział natomiast, 

że mogą potrzebować niewolników. Shef wyobraził sobie, jak pływa po odległych morzach przykuty 

do galery. Nie było to przyjemne uczucie. Z Hundem mogło być łatwiej, nie sprawiał  wrażenia 

specjalnie wartościowego towaru. Wikingowie  mogliby   go   po   prostu   wypuścić,   niczym   rybkę, 

która  jest   zbyt   mała,   aby   się   nadać   na   patelnię.   A   może   piraci  wybiorą   najprostszy   sposób 

poradzenia sobie z niewygodną przeszkodą? Poprzedniego wieczoru chłopcy dostrzegli, jak bramy 

obozu opuszczała grupa ludzi i ciągnięty przez konia niewielki wóz. Ludzie wykopali nie  opodal 

spory dół, do którego zrzucono bez ceremonii kilkanaście trupów.

— Nie wygląda to lepiej niż wczorajszej nocy, ale kiedyś będziemy musieli się stąd ruszyć  

— westchnął Shef z rezygnacją.

Nagle Hund ścisnął go za ramię.

— Poczekaj... Słyszysz?

Dźwięk nabierał siły. Była to pieśń. Wspólny śpiew  wielu mężczyzn. Odgłosy dobiegały z 

odległego o jakieś sto jardów miejsca, gdzie kończyła się podmokła łąka.

30

background image

To brzmi jak śpiew mnichów w wielkim klasztorze w Ely — mruknął Shef. Głupia myśl. 

Nie mogło być przecież mowy o żadnych mnichach ani księżach w promieniu dwudziestu mil 

od tego miejsca.

— Możemy popatrzeć? — szepnął Hund.

Shef nie odpowiedział, lecz zaczął czołgać się powoli i bardzo ostrożnie tam, skąd dochodził 

śpiew. Musieli   to być poganie, jednak z pewnością łatwiej podejść do małej grupy niż do całej 

armii. Wszystko wydawało się lepsze niż spacer po odsłoniętej równinie wokół obozu.

Kiedy pokonali już połowę dystansu, Hund chwycił Shefa za nadgarstek. W milczeniu wskazał 

niewielkie   wzniesienie.   Dwadzieścia   jardów   od   nich,   pod   starym  wyrośniętym   głogiem   stał 

mężczyzna, który wsparty na toporze badał wzrokiem okolicę. Mężczyzna miał gruby kark, był tęgi i 

postawny.

Przynajmniej  nie powinien  być  zbyt  szybki  — pomyślał  z ulgą Shef — poza tym,  jak na 

wartownika, stoi w złym miejscu.

Chłopcy wymienili spojrzenia. Wikingowie są być  może wielkimi żeglarzami, ale muszą się 

jeszcze sporo nauczyć o sztuce podkradania.

Shef zaczął wolno skradać się do przodu, kryjąc się za kępą paproci i zwinnie przesuwając obok 

rosnących nie opodal ciernistych zarośli. Hund posuwał się bezpośrednio za nim. Tymczasem śpiew 

ucichł,   a   jego   miejsce  zajął   teraz   pojedynczy   głos.   Nie   była   to   zwykła   przemowa,   lecz   jakby 

natchnione   kazanie.   Czy   to   możliwe,  żeby wśród pogan ukrywali  się jacyś  chrześcijanie?  — 

zastanawiał się Shef.

Po przejściu kilku jardów znalazł się na szczycie  wzniesienia i rozchyliwszy ostrożnie łodygi 

paproci  spojrzał   na   niewielką   dolinę.   Dojrzał   tam   czterdziestu,   może   pięćdziesięciu   mężczyzn, 

którzy siedzieli wokół płonącego ogniska. Każdy z nich trzymał topór bądź miecz, ale ich włócznie 

i tarcze stały oparte o siebie lub wbite w ziemię. Dwanaście włóczni tworzyło wokół mężczyzn 

rodzaj ogrodzenia, zaś pomiędzy ich grotami rozpięta została gruba nić, z której, w niewielkich od-

stępach, zwieszały się kiście jasnoczerwonych owoców jarzębiny, w całej swojej jesiennej krasie. 

W środku koła, obok ogniska, wbita była jeszcze jedna włócznia, której grot lśnił srebrzyście.

Obok włóczni stał mężczyzna i przemawiał do pozostałych, tak jakby chciał im coś narzucić, 

coś rozkazać. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy, jak również w odróżnieniu od wszystkich 

znanych  Shefowi  ludzi, człowiek ten ubrany był nie w zieleń, brąz czy naturalny beż, lecz w 

nieskazitelną biel, która przypominała ugotowane białko jajka.

W jego prawej ręce chłopiec dostrzegł osadzony na  krótkim trzonku młot, taki sam, jakiego 

używają kowale. Shef przyjrzał się teraz uważnie siedzącym wokół ognia mężczyznom i odkrył, że 

każdy z nich ma na szyi  wisiorek. Niektórzy mieli wisiorki w kształcie miecza,  rogu, łodzi lub 

fallusa, lecz przynajmniej połowa zebranych nosiła na szyi znak młota.

Shef wstał nagle i wyszedł z ukrycia. Na jego widok mężczyźni powstali niemal jednocześnie i 

sięgnęli po  broń krzycząc  ostrzegawczo. Shef usłyszał za sobą  odgłos kroków i westchnienie 

zdziwienia. Wiedział, że wartownik znajduje się teraz za jego plecami, nie odwrócił się jednak.

Człowiek w białej tunice odwrócił się powoli i stanął naprzeciw chłopca przyglądając mu się 

uważnie od stóp do głów.

— Skąd przybywasz? — spytał mężczyzna w bieli.

Mówił po angielsku z silnym gardłowym akcentem.

Co mam mu odpowiedzieć — zamyślił się Shef. — Z Emneth? Z Norfolk? Te nazwy nic dla 

nich nie znaczą.

— Przybywam z północy — rzekł w końcu.

Twarze mężczyzn zmieniły się nagle. Czy była to oznaka zdziwienia, a może jakieś 

przeczucie?

Mężczyzna w bieli gestem ręki uciszył swoich towarzyszy.

— A co sprowadza cię do nas, którzy podążamy Asgarthsvegr, Drogą do Asgardu.

Shef wskazał młot, który tkwił wciąż w dłoni mężczyzny.

— Jestem kowalem, podobnie jak ty, a moim celem jest nauka.

Ktoś zaczął tłumaczyć jego słowa, Shef tymczasem zorientował się, że u jego boku pojawił się 

nagle Hund. Za plecami czuł wciąż złowróżbną obecność wartownika, nie spuszczał jednak wzroku 

z mężczyzny.

31

background image

— Pokaż mi znak twego rzemiosła.

Shef wyjął z pochwy miecz i podał go człowiekowi w bieli, tak jak kiedyś Edrichowi. Tamten 

zważył miecz  w dłoniach i długo obracał przed oczami. Patrzył na  świetlne refleksy, spróbował 

zeskrobać   pokrywającą  ostrze   rdzę,   wreszcie   ściął   delikatnie   kosmyk   włosów   ze  swego 

przedramienia.

— Palenisko nie było dostatecznie rozgrzane — zauważył — albo zbyt szybko straciłeś 

cierpliwość. Te stalowe paski nie były wystarczająco gładkie, kiedy je stapiałeś. Ale to dobre 

ostrze. Z pewnością nie jest takie, na jakie wygląda. Ty także jesteś kimś innym, niż się

wydajesz. Mów prawdę, młody człowieku, i pamiętaj, śmierć stoi za twymi plecami. Jeśli jesteś 

tylko zbiegłym niewolnikiem jak twój przyjaciel — mężczyzna wskazał na szyję Hunda, na której 

wciąż widać było ślady po obręczy — może puścimy cię wolno. Jeżeli jesteś tchórzem, który chce 

przyłączyć się do zwycięzców, być może cię zabijemy.  Lecz może jesteś kimś innym.

Powiedz więc: po co tu przyszedłeś?

Chcę uwolnić Godivę — pomyślał Shef — potem jednak spojrzał kapłanowi prosto w oczy i 

odpowiedział, starając się, aby jego głos zabrzmiał szczerze.

— Jesteś mistrzem kowalskim. Chrześcijanie nie nauczą mnie już więcej, dlatego chciałbym 

zostać twoim uczniem.

Kapłan chrząknął i podał Shefowi miecz, rękojeścią do przodu.

Opuść swój topór, Kari — rzekł zwracając się do mężczyzny stojącego za plecami chłopców.

Wezmę cię na pomocnika, młody człowieku, a jeśli twój przyjaciel coś potrafi, on 

także może się przyłączyć. A teraz usiądźcie z boku i pozwólcie nam dokończyć obrządek. 

Nazywam się Thorvin, co znaczy „przyjaciel Thora", boga kowali. Powiedzcie, jakie są wasze 

imiona.

Shef zarumienił się ze wstydu i spuścił wzrok.

— Mój przyjaciel zwie się Hund — wyjaśnił. — To znaczy „pies", ja także mam tylko psie 

imię. Mój ojciec... Nie, nie mam ojca. Nazwali mnie Shef.

Po raz pierwszy na twarzy Thorvina pojawiło się zdziwienie, a może coś więcej.

— Nie masz ojca? — mruknął. — I nazywasz się Shef. Wiedz, że nie jest to tylko psie 

imię. Musisz się rzeczywiście sporo nauczyć.

Shef poczuł się nieswojo, gdy zaczęli zbliżać się do obozu. Nie bał się o swoją skórę, bał się o 

Hunda.  Thorvin kazał im usiąść z boku i czekać aż skończy się  to dziwne spotkanie. Najpierw 

przemawiał Thorvin, później zaczęła się dyskusja. Choć mówiono po norwesku, Shefowi udało się 

sporo zrozumieć. Następnie z rąk do rąk podawano sobie z powagą bukłak z jakimś na-, pojem. 

Na koniec mężczyźni rozbili się na kilka grup i złączyli ręce, każda grupa na innym przedmiocie. 

Shef  dostrzegł   młot,   róg,   miecz   i   coś,   co   wyglądało   jak  wysuszony koński członek. Nikt nie 

ośmielił się dotknąć srebrzystej włóczni, Thorvin rozłożył ją na dwie części i zawinął w kawałek 

materiału. Zaraz potem spotkanie dobiegło końca, wygaszono ogień, zebrano włócznie, a ludzie 

zaczęli się rozchodzić w różne strony.

— Jesteśmy kapłanami Drogi — wyjaśnił Thorvin zwracając się do obu młodzieńców w swojej 

starannej  angielszczyźnie. — Nie każdy chce, aby o nim wiedziano, przynajmniej  nie tutaj  w 

obozie Ragnarssonów.

Mnie tolerują — wskazał na wiszący na szyi amulet — mam swój fach. Ty też będziesz miał swój 

fach,   młody  człowieku,   powinno   cię   to   chronić.   Co   jednak   z   twoim   przyjacielem?   Czy   coś 

potrafisz, chłopcze?

— Umiem wyrywać zęby — odparł niespodziewanie Hund.

Stojący wokół ludzie westchnęli z niedowierzaniem.

Tenn draga — odezwał się jeden z nich. — That er ithrott.

On mówi: „wyrywać zęby — to prawdziwy talent" — przetłumaczył Thorvin. — Czy 

to prawda?

To prawda — odparł Shef za swego przyjaciela. — On mówi, że nie potrzeba tu wcale 

wielkiej siły.

Trzeba wiedzieć, jak pociągnąć, trzeba wiedzieć, jak zęby są osadzone. On potrafi też uleczyć 

32

background image

gorączkę.

Wyrywanie zębów, nastawianie kości, leczenie gorączki: dla medyka zawsze znajdzie się 

praca, zarówno wśród kobiet, jak i wojowników — rzekł Thorvin. — Poślę cię do mojego 

przyjaciela Ingulfa. Jeżeli uda nam się tylko wejść do obozu. Gdy już się tam znajdziemy, 

będziemy bezpieczni, ale przy wejściu możemy kogoś spotkać. Jest wielu, którzy życzą mi 

najgorszego. Zastanówcie się, czy chcecie ryzykować?

Shef i Hund poszli za nim w milczeniu, nie byli  jednak pewni, czy postąpili rozsądnie. W 

miarę jak się zbliżali obozowisko wyglądało coraz potężniej, otoczone wysokim wałem ziemnym i 

szeroką fosą. Musiało to ich kosztować wiele pracy — pomyślał Shef. Czy to znaczy, że zamierzają 

tu długo zabawić, czy czynią  tak  zawsze,  gdy  przyjadą   w  nowe  miejsce?  Może  to  po  prostu 

rutyna.

Obwałowanie, wzmocnione rzędem zaostrzonych na końcach pali, ciągnęło się jakieś dwieście 

dwadzieścia jardów. Ze wszystkich czterech stron... Chociaż nie — uświadomił sobie Shef — z 

jednej   obóz   sąsiadował  z   rzeką.   Z   początku   bardzo   go   to   zdziwiło,   potem   zrozumiał,   że 

wikingowie musieli rozwiązać jakoś problem związany ze statkami, które stanowiły dla nich najbar-

dziej drogocenny dobytek. Nawet z tak znacznej odległości dostrzegł, że okręty wciągnięto na 

mieliznę i ustawiono jeden obok drugiego, tak że tworzyły zwartą i wysoką ścianę, która ciągnęła 

się nad rzeką na długości ponad sześciuset jardów. Shef pojął nagle, że dla tych ludzi wojna to 

nie   tylko   chwała   zwycięstw  i   dumne   przemowy,   lecz   prawdziwe   rzemiosło.   Drobiazgowe, 

fachowe plany, mistrzowskie wykonanie i wielkie zyski.

W zasięgu wzroku zaczęło pojawiać się coraz więcej  ludzi, niektórzy po prostu spacerowali, 

inni siedzieli przy ogniu przygotowując jedzenie, było też kilku,, którzy rzucali włóczniami 

do   celu.   Shef   uznał,   że  w   swych   niechlujnych   wełnianych   strojach   przypominają   bardzo 

Anglików. Była jednak pewna różnica. Każda grupa Anglików składała się w pewnej części z 

ludzi, którzy nie nadawali się już do walki. Byli tam zawsze kulawi, głusi, niedowidzący bądź w 

jakimś stopniu zdeformowani. Tutaj nie spotkał jeszcze nikogo ułomnego. Nie wszyscy byli potężni 

i wysocy, lecz wyglądali na takich, którzy znają swe rzemiosło   i w każdej chwili mogliby 

stanąć   do   walki.   Było   wśród  nich   kilku   młodzieńców,   jednak   żadnych   chłopców.  Niektórzy 

mężczyźni byli już posiwiali, inni łysi, ale Shef nie dostrzegł zniedołężniałych starców.

Były tam także konie. Pasły się na równinie i miały spętane nogi. Dla takiej armii potrzeba 

mnóstwo koni — pomyślał Shef — potrzeba też sporo paszy, żeby je wykarmić. To mógł być  

słaby  punkt   całej   operacji.  Shef uświadomił  sobie, że rozumuje  jak wróg, wróg starający się 

poznać tajemnice przeciwnika. Nie był  wprawdzie królem ani tanem, ale własne doświadczenie 

podpowiadało mu, że w nocy nikt nie potrafiłby upilnować takiego stada zwierząt. Korzystając z 

osłony mroku mogłaby się tu przedostać niewielka grupka angielskich zwiadowców i poprzecinać 

sznury. Zwierzęta rozbiegłyby się po całej okolicy, a wikingowie mieliby poważny problem do 

rozwiązania.

Kiedy podeszli do samego wejścia, Shef stracił nagle  pewność siebie. Nie było  tam żadnej 

bramy, co samo  przez się wydało mu się złowieszczym znakiem. Droga  prowadziła prosto przez 

szeroki   na   dziesięć   jardów  wyłom   w   obwałowaniu.   Było   tak,   jak   gdyby   wikingowie   chcieli 

powiedzieć: „Nasze mury chronią nasze  dobra i strzegą niewolników. My nie będziemy się za 

nimi chować. Jeśli chcesz walczyć, idź prosto przed  siebie. Zobaczymy, czy uda ci się pokonać 

straże. To nie zaostrzone belki bronić nas będą przed wrogiem, lecz topory, które je wyciosały".

Przy   wejściu   do   obozowiska   stała   grupa   ponad  czterdziestu   wojowników.   W 

przeciwieństwie   do   ludzi   przechadzających   się   na   zewnątrz   każdy   z   nich  miał   na   sobie 

kolczugę bądź skórzany kaftan. Byli uzbrojeni i gotowi do walki, niezależnie od tego  gdzie 

pojawiłby   się   przeciwnik.   Shefa,   Hunda   i   Thorvina   oraz   ośmiu   towarzyszących   im   ludzi 

zmierzono badawczym spojrzeniem. Nie wiedzieli, czy zostaną zatrzymani.

Kiedy   podeszli   bliżej,   drogę   zastąpił   im   ubrany  w   kolczugę   wojownik   i   spojrzał 

wyczekująco.  Było   jasne,   że   rozpoznał   dwóch   obcych   przybyszów.   Po   chwili  kiwnął   głową   i 

pokazał kciukiem w stronę wnętrza obozu. Przeszli obok niego, a za plecami usłyszeli jeszcze jego 

słowa.

— Co powiedział? — szepnął Shef.

Powiedział: „Odpowiadasz za to własną głową", coś w tym rodzaju.

33

background image

Wewnątrz opanowało Shefa uczucie bezgranicznego zdumienia. Było to zdumienie porządkiem 

i wspaniałą organizacją, wszystko wydawało się tam mieć swój cel i przeznaczenie. Ludzie byli 

wszędzie, rozmawiali, gotowali, grali w kości. Drogi były wytyczone równo, wszystkie tej samej 

szerokości i mocno ubite. Nierówności  terenu  zasypano  żwirem.   Ci ludzie  naprawdę  ciężko 

pracują — pomyślał Shef.

Prowadzona przez Thorvina grupa mężczyzn posuwała się wciąż naprzód. Gdy przeszli już 

około stu jardów, Shef uznał, że powinni znajdować się w samym środku obozu. W tej samej niemal 

chwili Thorvin przywołał do siebie obu chłopców.

— Będę mówił szeptem, bo grozi nam wielkie niebezpieczeństwo — wyjaśnił na 

wstępie. — Wielu tutejszych ludzi zna wiele języków. Teraz przetniemy główną drogę, która 

wiedzie z północy na południe. Na południu, niedaleko brzegu rzeki znajdują się namioty

Ragnarssonów i ich stronników. Rozsądny człowiek nigdy się tam nie zapuszcza. Pójdziemy 

wprost do mojej kuźni, która mieści się przy drugim wejściu do obozu. Będziemy iść patrząc 

przed siebie, nie oglądając się nawet w stronę obozowiska Ragnarssonów. Kiedy do idziemy do 

kuźni, od razu wejdziemy do środka. A teraz śmiało w drogę, jesteśmy już niedaleko.

Shef szedł ze spuszczonymi oczami, żałując, że nie może się choć trochę rozejrzeć. Przyjechał 

tu z powodu Godivy, lecz jak ją teraz odnajdzie? Czy odważy się spytać o jarla Sigvartha?

Powoli   przecisnęli   się  przez   tłum   i  dotarli   niemal  pod samą palisadę. Oddalony nieco od 

pozostałych  zabudowań stał tam prowizorycznie wykonany budynek. W środku Shef zauważył 

znajome wyposażenie:  kowadło, miechy i palenisko. Wokół kuźni rozciągnięte były grube nici, na 

których wisiały szkarłatnoczerwone jarzębiny.

— Jesteśmy  na  miejscu  —  westchnął  Thorvin z wyraźną ulgą, lecz kiedy spojrzał w 

stronę chłopców, jego twarz pobladła gwałtownie. Shef odwrócił się przerażony. Za nimi stał 

mężczyzna. Po raz pierwszy od kilku miesięcy Shef przyglądał się komuś z podniesioną głową. 

Dawno już nie spotkał człowieka tak potężnego.

Mężczyzna ubrany był w takie same samodziałowe spodnie, jak wszyscy w obozie, jednak jego 

klatkę  piersiową owijała dziwaczna jaskrawożółta tkanina  upięta na lewym barku, tak że prawe 

ramię   pozostawało  całkowicie   odsłonięte.   Za   jego   plecami   widać   było  rękojeść   olbrzymiego 

miecza, który zawieszony przy boku ciągnąłby się pewnie po ziemi. W lewej ręce   mężczyzna 

trzymał niewielką okrągłą tarczę, z długim żelaznym szpicem pośrodku. Parę kroków za nim tło-

czyło się jeszcze kilkunastu identycznie odzianych wojowników.

Co to za jedni? — warknął mężczyzna. — Kto ich tu wpuścił? — Słowa wypowiadane 

były z dziwacznym akcentem, ale Shef zrozumiał wszystko.

Wpuścili ich strażnicy przy bramie — odparł Thorvin. — Nie zrobią nic złego.

To przecież Anglicy. Enzkir.

— W obozie jest pełno Anglików.

— Aha, ale tamci mają łańcuchy na szyjach. Chcę, żebyś mi ich wydał. Chcę ich widzieć w 

kajdanach.

Thorvin   postąpił   krok   do   przodu   i   znalazł   się   pomiędzy   Shefem   a   Hundem.   Jego   pięciu 

towarzyszy stanęło naprzeciw ubranym na żółto wojownikom.

Biorę tego tutaj — Thorvin ścisnął rękę Shefa — na pomocnika do kuźni.

Ładna sztuka — zadrwił mężczyzna — pewnie potrzebujesz go do innych celów. A co z 

tamtym? — wskazał kciukiem Hunda.

— On pójdzie do Ingulfa.

Ale skoro go tam jeszcze nie ma, trzeba się przekonać, czy nie przyszedł tu na 

przeszpiegi. Widzę, że miał obręcz na szyi.

Shef postąpił krok do przodu, czując jak żołądek podchodzi mu do gardła. Wiedział, że opór 

nie ma sensu, nie mógł przecież stawić czoła dwunastu w pełni uzbrojonym wojownikom. Lecz nie 

mógł także pozwolić, aby zabrali jego przyjaciela. Kiedy położył dłoń na rękojeści swego krótkiego 

miecza, stojący na przedzie mężczyzna sięgnął błyskawicznie za siebie i wyciągnął  swój potężny 

oręż.

— Stójcie! — krzyknął ktoś potężnym głosem.

Podczas gdy Thorvin rozmawiał z wysokim mężczyzną, całe zgromadzenie stało się obiektem 

ogólnego   zainteresowania.   Otaczała   ich   teraz   grupa   sześćdziesięciu,   może   osiemdziesięciu 

34

background image

mężczyzn.   Spośród   gapiów   wyszedł   najwyższy   mężczyzna   jakiego   Shef   kiedykolwiek   widział. 

Przewyższał chłopca o głowę, był też bez porównania potężniejszy.

— Thorvin — rzekł spokojnie mężczyzna — Muirtach — kiwnął w stronie dziwacznie 

ubranego wojownika. — Co to za zamieszanie?

— Zabieram ze sobą tego niewolnika.

Nie — odparł Thorvin ciągnąc Hunda w stronę kuźni i zaciskając jego palce na 

uwiązanych na nici jarzębinach. — On jest pod opieką Thora.

Muirtach podszedł w ich stronę z podniesionym mieczem.

Stój! — zagrzmiał znowu ten sam głos. — Nie masz prawa, Muirtach!

— A tobie co do tego?

Powoli i bardzo niechętnie potężny mężczyzna włożył rękę pod swoją tunikę i wyciągnął na 

wierzch srebrny emblemat w kształcie młota.

Muirtach zaklął i splunął na ziemię.

— Możesz  ich  więc  zabrać  — rzekł  chowając miecz — ale ty, chłopcze... —jego oczy 

zatrzymały się teraz na Shefle. — Ty chciałeś podnieść na mnie rękę. Niedługo cię dopadnę, a 

wtedy będziesz trupem, mój mały. Thor nic dla mnie nie znaczy — zwrócił się do Thorvina. — 

Nie więcej niż Chrystus i jego matka-dziwka. Nie ogłupisz mnie tak łatwo jak jego — wskazał

palcem wybawcę Anglików i odszedł wolno z wysoko uniesioną głową, jak ktoś kto doznał 

porażki, lecz wstydzi się to okazać. W ślad za nim odeszli jego ludzie.

Shef zdał sobie sprawę, że przez cały czas wstrzymywał oddech, i z ulgą wypuścił powietrze.

— Kim byli ci ludzie? — spytał odprowadzając

wzrokiem ubranych na żółto wojowników.

Thorvin odpowiedział mu po norwesku, używając jednak słów, które w obu językach były 

podobne.

— To byli gaddgedlarzy. Irlandzcy chrześcijanie, którzy opuścili swój lud i boga i stali się 

wikingami. Ivar Ragnarsson ma wśród nich wielu stronników i przy ich pomocy będzie 
próbował objąć tron Anglii, a później Irlandii. Kiedy mu się to uda, powróci pewnie wraz z 
braćmi w swoje strony, do Danii i Norwegii.

— Lecz może tam już nigdy nie dotrzeć... — wtrącił potężny mężczyzna skinąwszy głową 

Thorvinowi w geście szacunku. Potem zmierzył wzrokiem Shefa. — To było odważne, mały. 

Rozdrażniłeś potężnego człowieka. Mnie też się to zresztą udało. Jeżeli będziesz mnie jeszcze 

kiedyś potrzebował, zwróć się do Thorvina. Ragnarssonowie trzymają mnie u siebie, bo to ja

zaniosłem wiadomość do Braethraborgu. Teraz, kiedy pokazałem wszystkim mój amulet, 

wszystko może się zdarzyć. Tak czy inaczej, nie czuję się już dobrze wśród sfory Ivara.

Mężczyzna odszedł bez pożegnania.

— Kto to był? — spytał Shef.

Wielki wojownik z Halogalandu w Norwegii, zwą go Viga-Brand. Brand Zabójca.

— Czy jest twym przyjacielem?

Jest przyjacielem  Drogi, przyjacielem Thora, a więc również przyjacielem wszystkich 

kowali.

Nie mam pojęcia, w co dałem się wciągnąć — pomyślał Shef — ale pod żadnym pozorem nie 

wolno   mi  zapominać,   po   co   tu   przyjechałem.   Jego   oczy   powędrowały   bezwiednie   w   kierunku 

południowego krańca obozu, gdzie znajdowały się kwatery synów Ragnara. Ona musi tam być.

Rozdział szósty

Przez pierwszych kilka dni Shef nie miał jednak czasu myśleć o swojej misji. Pracował zbyt 

ciężko. Thorvin wstawał o świcie, a pracę kończył czasem późną nocą. W przypadku tak wielkiej 
armii było rzeczą zupełnie naturalną, że każdego dnia pojawiali się kolejni ludzie, których topory 
obluzowały się przy trzonie, ci, którym trzeba było znitować tarcze, byli też tacy, którzy chcieli 

35

background image

osadzić na nowo swoje włócznie. Czasem ustawiała się nawet kolejka, złożona z dwudziestu męż-
czyzn. Niekiedy trafiały się cięższe i bardziej skomplikowane zamówienia. Pewnego razu 
przyniesiono im podziurawione i pokrwawione kolczugi, które trzeba było przygotować dla 
nowego właściciela. Każde oczko kolczugi musiało być dopasowane precyzyjnie do sąsiednich 
czterech, tamte zaś należało połączyć z następnymi.

— Kolczugę łatwo jest założyć i daje ona swobodę ramionom — stwierdził Thorvin, kiedy Shef 

uporał się wreszcie z pracą. — Nie daje jednak dobrej ochrony przed mocnym ciosem, poza tym 

jest prawdziwym piekłem dla kowali.

Z   biegiem   czasu   Thorvin   powierzał   Shefowi   coraz   więcej   rutynowych   zadań,   a   sam 

koncentrował się na wyjątkowo ciężkich, albo bardzo specjalistycznych pracach. Był jednak niemal 

zawsze w pobliżu. Rozmawiając używał języka norweskiego, powtarzając, jeśli było to konieczne, 

niektóre słowa i wyrażenia. Na początku pomagał sobie też gestykulacją. Shef wiedział, że Thorvin 

zna   dobrze   angielski,   ale   nie   chce   się   nim   posługiwać.  Co  więcej,   Shef  został  nakłoniony  do 

odpowiadania po norwesku, choćby miał tylko powtarzać słowa  Thorvina. Szybko przekonał się 

jednak, że oba języki są  do siebie bardzo podobne i to zarówno pod względem słownictwa, jak i 

samego   stylu   wypowiedzi.   Stopniowo  Shef   zaczął   traktować   norweski   jak   dziwaczny   dialekt 

angielski   o   specyficznej   wymowie,   dialekt,   który   można  z   powodzeniem   naśladować,   jednak 

trudno uczyć się go od podstaw. Wkrótce potem zaczął robić szybkie postępy.

Rozmowa   z   Thorvinem   była   poza   tym   dobrą   odtrutką   na   nudę   i   zniechęcenie.   Za   sprawą 

Thorvina   i   czekających   przed   kuźnią   mężczyzn   Shef   nauczył   się   mnóstwa   rzeczy,   o   których 

wcześniej nie miał pojęcia. Wikingowie wydawali się znakomicie poinformowani, jeśli  chodzi o 

wszelkie decyzje bądź zamiary swoich wodzów, nie mieli też żadnych oporów, aby sprawy te 

poddawać dyskusji, a nawet krytykować. Jedna rzecz  stała się szybko oczywista, wielka armia, 

której obawiało się cale chrześcijaństwo, nie okazała się monolitem.  Jej serce stanowili synowie 

Ragnara i ich stronnicy, lecz była to najwyżej połowa wszystkich żołnierzy. Reszta to przybyłe z 

różnych stron kontyngenty, które liczyły na swój udział w zdobyczach wojennych. Kontyngenty te 

były rozmaitej  wielkości, tak więc pewien jarl z Orkadów przywiódł dwadzieścia statków; nie 

brakowało  jednak   niewielkich   oddziałów   zwerbowanych   w   wioskach   Jutlandii   i   Skandynawii. 

Część   z   tych   ludzi   była  wyraźnie   rozczarowana   przebiegiem   wydarzeń.   Mówili,  że   kampania 

rozpoczęła  się wprawdzie  dobrze, ale  zajęcie East Anglii miało być tylko etapem do podboju 

królestwa Northumbrii, prawdziwego celu kampanii. Nie zamierzali zostawać tu tak długo.

Dlaczego nie wylądowaliście od razu w Northumbrii? — spytał kiedyś Shef jednego ze 

swych klientów. Krępy wiking z zarysowaną wyraźnie łysiną zaśmiał się głośno w odpowiedzi. 

Wyjaśnił, że najbardziej skomplikowaną częścią kampanii jest jej rozpoczęcie, a więc 

wprowadzenie statków w górę rzeki, znalezienie miejsca, w którym można je ulokować, znalezienie 

koni dla tysięcy jeźdźców, a wreszcie zebranie w jednym miejscu wszystkich kontyngentów, 

które przybywają z opóźnieniem i gubią drogę.

Jeżeli chrześcijanie mieliby choć trochę rozumu — rzekł wreszcie z emfazą, 

spluwając siarczyście — mogliby nas wykurzyć za każdym razem, nawet zanim uda nam się 

zacząć.

Jednak nie wówczas,  gdy  dowodzi Wężowe Oko — dorzucił inny mężczyzna.

Może i nie — zgodził się krępy wiking. — Może nie udałoby im się z Wężowym 

Okiem, ale czy pamiętasz słabszych dowódców? Pamiętasz wyprawę Ulfketila do kraju 

Franków?

Tak więc lepiej jednak trochę przeczekać zanim się w końcu uderzy, zgodzili się wszyscy, ale 

tym razem trwa to już za długo. Pomysł się nie sprawdził. Wszystko to wina tego króla Edmunda, 

„Jatmunda",  jak go  nazywali. Co sprawia, że zachowuje się tak głupio? Tak  łatwo byłoby im 

spustoszyć to całe jego królestwo, ale  nie mieli na to ochoty. Trwałoby to zbyt długo, narzekali 

klienci Shefa, a łupy byłyby bardzo mizerne. Czemu, do czorta, król nie chce im zapłacić i dojść 

do ugody. Dostał przecież ostrzeżenie.

Może było ono zbyt okrutne — pomyślał Shef,  przypominając sobie spojrzenie okaleczonego 

Wulfgara.  Przypomniał sobie także atmosferę potężnego gniewu,  jaki opanował całą okolicę, o 

czym przekonał się na własnej skórze w trakcie wyprawy. Kiedy spytał dlaczego wikingowie uparli 

się, żeby zaatakować właśnie Northumbrię, największe wprawdzie, ale na pewno nie najbogatsze z 

36

background image

angielskich królestw, jego słowa powitał wybuch śmiechu, który potrwał jeszcze dobrą chwilę. W 

końcu   opowiedziano   mu   historię   o   Ragnarze   Lothbroku   i   królu   Elli,   o   starym   odyńcu   i   jego 

warchlaczkach, o spotkaniu Vigi-Branda z Ragnarssonami   w Braethraborgu. Shef słuchał w 

napięciu   i   czuł   przechodzące   po   plecach   ciarki.   Przypomniał   sobie   dziwne  słowa,   które 

wypowiedział   umierający   wojownik   o   siniejącej   twarzy   i   złowrogie   przeczucie,   jakiego   wtedy 

doświadczył.

Teraz zrozumiał już powód zemsty, wiele rzeczy pozostało jednak nie wyjaśnionych.

Dlaczego mówisz czasem o „piekle"? — spytał Thorvina po całym dniu znojnej pracy, 

kiedy usiedli wreszcie przy kuflach piwa.  Czy  wierzysz,  że jest miejsce,  gdzie wymierzana 

jest po  śmierci kara za grzechy? Chrześcijanie wierzą w Piekło, ale ty nie jesteś przecież 

chrześcijaninem.

Naprawdę sądzisz, że Piekło jest chrześcijańskim słowem? — odrzekł Thorvin. — A co to 

takiego „Niebiosa"?

— To samo co niebo — odparł zdziwiony Shef.

Ale także miejsce pośmiertnej chwały i błogości, w które wierzą chrześcijanie. To słowo 

istniało jednak zanim powstał Kościół. Zostało pożyczone i zmieniło się wtedy jego znaczenie. 

To samo z Piekłem. Co oznacza „hulda"? — spytał Shefa tym razem używając norweskiego 

określenia.

Oznacza: coś chować, przykrywać, podobnie jak słowo „helian" w angielskim.

A więc Piekło jest tym, co pozostaje zakryte. Tym, co znajduje się pod ziemią. Proste 

słowo, podobnie jak Niebo. Możesz podłożyć pod nie takie znaczenie, jakie ci się tylko podoba. 

Teraz twoje drugie pytanie. Tak, wierzymy, że jest miejsce, gdzie po śmierci ukarane zostaną 

nasze grzechy. Niektórzy z nas nawet je widzieli. Wierzymy więc w karę za grzechy, lecz

mamy chyba nieco inne niż chrześcijanie wyobrażenie o tym, co jest grzechem, a co nim nie jest.

— O kim mówisz „my"?

Już czas, żebym ci wszystko powiedział. Wiele razy doznałem wrażenia, że jesteś powołany, 

aby poznać naszą historię.

Thorvin zamilkł na chwilę i dotknął swego amuletu. 

— Wszystko zaczęło się kilka pokoleń przed nami, może sto pięćdziesiąt lat temu. W tamtym 

czasie wielki jarl Fryzów, który był poganinem, na skutek opowieści, jakie przynieśli mu misjonarze 

z kraju Franków, a także z uwagi na więzy jakie łączyły go z chrześcijańską już wtedy Anglią, 

zdecydował się przyjąć chrzest. Tak jak było w zwyczaju, chrzest odbyć się miał w miejscu

publicznym, pod gołym niebem w specjalnie wybudowanym do tego celu basenie. Postanowiono, 

że po tym jak ochrzczony zostanie jarl Radbod, w jego ślady pójdą możni z jego dworu, a następnie 

całe hrabstwo. Hrabstwo, bowiem Fryzowie byli zbyt dumni, a pozwolić komukolwiek spośród 

siebie na posługiwanie się tytułem króla. Tak więc jarl podszedł do krawędzi basenu ubrany w 

swoje gronostaje i purpury i wszedł na prowadzące do wody stopnie. Kiedy umoczył w wodzie 

jedną stopę odwrócił się nagle i zadał pytanie przełożonemu misjonarzy, którego Frankowie nazywali 

Wulfhramm, bądź Wolfraven. Spytał go, czy to prawda, że jeśli on, Radbod, przyjmie chrzest, jego 

przodkowie, którzy wraz z innymi grzesznikami cierpią męki w piekle, zostaną uwolnieni i od tej 

chwili czekać będą na swych potomków, aby wejść z nimi do Królestwa Niebieskiego. Nie, odparł 

Wolfraven, twoi przodkowie byli poganami, którzy nigdy nie dostąpili chrztu, nie mogą więc zostać 

zbawieni. Nie ma zbawienia poza Kościołem, dodał i dla większego efektu powtórzył to raz 

jeszcze po łacinie: Nulla salvatio extra ecclesiam. Lecz moich przodków nikt nigdy nie nakłaniał 

do przyjęcia chrztu, rzekł Radbod. Nie mieli nawet okazji się od niego uchylić. Czemu więc 

mają zostać potępieni na wieki za coś, o czym nie mieli pojęcia? Taka jest wola boska, rzekł 

frankoński misjonarz wzruszając ramionami. Słysząc to Radbod wyjął z wody swą stopę i złożył 

uroczystą przysięgę, że nigdy nie zostanie chrześcijaninem. Jeżeli miałby wybierać, dodał jeszcze, 

wolałby już żyć w piekle wraz ze swoimi niewinnymi przodkami niż iść do nieba ze świętymi i 

biskupami, którym brak poczucia sprawiedliwości. I tak zaczęło się wielkie prześladowanie 

chrześcijan w całym hrabstwie fryzyjskim, które wpędziło w gniew króla Franków.

Thorvin pociągnął głęboki łyk grzanego piwa i dotknął wiszącego na szyi amuletu.

Tak to się wszystko zaczęło. Jarl Radbod był człowiekiem mądrym i przewidującym. 

Zrozumiał, że jeśli chrześcijaństwo będzie nadal jedyną religią dysponującą kapłanami, 

37

background image

księgami i pismem, to wkrótce stanie się tak, że to, co głosi, zostanie przez wszystkich przyjęte. 

Na tym polega siła, a zarazem grzech chrześcijan. Nie są w stanie zaakceptować faktu, że ktoś

poza nimi mógłby posiadać choć cząstkę Prawdy. Nie zamierzają się z nikim układać. Nie 

uznają półśrodków. Tak więc, aby ich pokonać, albo przynajmniej zatrzymać na długość 

ramienia, Radbod postanowił, że kraje Północy powinny mieć swoich kapłanów i swoje własne 

podania. W ten oto sposób powołana została Droga.

— Droga? — powtórzył Shef, gdy Thorvin zamilkł na chwilę.

My właśnie jesteśmy kapłanami Drogi, a nasze obowiązki są trojakiego rodzaju. Pierwszy, 

to oddawać cześć starym bogom, całej rodzinie Azów: Thorowi i Odynowi, Freyrowi i 

Ullrowi, Tyrowi i Njordowi, a także Hajmdalowi i Baldurowi. Ci, którzy wierzą szczerze, 

noszą amulety, symbolizujące boga, którego kochają najbardziej. Znakiem Tyra jest miecz, róg 

zna

kiem Hajmdala, zaś znakiem Thora młot, taki właśnie jaki noszę na szyi. Wielu ludzi nosi taki  

amulet.

Shef dobrze już znał te amulety.

— Naszym drugim obowiązkiem jest utrzymywać się z wykonywania jakiegoś rzemiosła, w 

moim przypadku jest to kowalstwo. Nie wolno nam bowiem postępować jak kapłani boga 

Chrystusa, którzy sami nie pracując pobierają dziesięcinę i datki, bogacąc się na cudzej pracy. 

Trzeci z naszych obowiązków trudno jest wytłumaczyć. Musimy troszczyć się o to, co ma nadejść, 

czuwać nad tym, co ma się dopiero wydarzyć. I to nie w przyszłym świecie, lecz tutaj, na ziemi. 

Widzisz chłopcze, chrześcijańscy kapłani wierzą, że ten świat to tylko krótki etap na wielkiej drodze 

do wieczności i że najświętszą powinnością człowieka jest przejść przezeń czyniąc jak najmniej 

złego. Nie wierzą, żeby ten świat sam w sobie miał jakąś wartość. Jednak my, kapłani Drogi 

wierzymy, że na tym właśnie świecie rozegra się wielka bitwa, tak wielka, że żaden człowiek nie 

jest w stanie sobie tego wyobrazić. Naszym celem jest wesprzeć naszą stronę, stronę bogów i 

ludzi, żeby była silniejsza, gdy nadejdzie ten wielki dzień. Dzień ostatecznej walki. Tak więc naszą 

powinnością jest nie tylko wykonywać nasze rzemiosło, ale ulepszać naszą pracę, wprowadzać do 

niej to wszystko, czego możemy się sami nauczyć. Najbardziej poważani wśród nas wymyślają 

zupełnie nowe rodzaje sztuki i rzemiosła, takie, o których nikt wcześniej nie słyszał. Cóż, daleko 

mi do nich. Przyznać jednak trzeba, że wielu nowych rzeczy nauczyliśmy się już na Północy od 

czasów jarla Radboda.

Uśmiechnął się.

Słyszano już o nas nawet na Południu. W miastach gdzie panują Maurowie, w Kordobie i 

w Kairze, mówi się już o Drodze, opowiada o „czcicielach ognia", jak nas tam nazywają. 

Wysyłają do nas ludzi, aby patrzyli i słuchali. Chrześcijanie jednak nikogo do nas nie posyłają. 

Są przekonani, że tylko oni posiedli Prawdę, że tylko oni wiedzą co jest zbawieniem, a co

grzechem.

Czy to nie grzech uczynić z człowieka „heimnara"? — spytał Shef, a Thorvin spojrzał na 

niego badawczo.

— Nie ja nauczyłem cię tego słowa. Wciąż jednak zapominam, że wiesz znacznie więcej, 

niż mogłem z początku podejrzewać. Tak, to grzech uczynić z człowieka „heimnara", niezależnie 

od tego, co człowiek ten miałby na swoim sumieniu. To sprawa Lokiego, demona, w intencji 

którego paliliśmy ogień w naszym kręgu, przy włóczni jego ojca, Odyna. Niewielu z nas nosi

jednak znak Odyna, a żaden nie nosi znaku Lokiego... Zrobić z kogoś żywego trupa. Czuję w tym 

rękę Ivara, niezależnie od tego, czy zrobił to sam, czy nie. Istnieją inne sposoby, aby pokonać 

chrześcijan, a sposób, jaki stosuje Ivar Ragnarsson, jest głupi. Do niczego nie doprowadzi. Ale 

dosyć już tego. Pora spać.

Praca dla Thorvina odebrała Shefowi możliwość zajęcia się własną misją. Hund zabrany został 

niemal od  razu do Ingulfa, który także był kapłanem Drogi. Od  tego czasu nie mieli okazji się 

spotkać. Thorvin powtarzał Shefowi, żeby nie wychodził poza obręb okalających kuźnię girland z 

jarzębiny. Wewnątrz jesteś pod ochroną Thora — mówił — a tego, kto by cię zabił, dosięgłaby jego 

zemsta. Muirtach byłby niezwykle szczęśliwy, gdyby spotkał cię błąkającego się po obozie.

Następnego ranka w kuźni pojawił się Hund. Shef  był  sam i klęczał ugniatając ciasto na 

38

background image

chleb, który zgodnie z umową mieli wypiekać tego dnia dla wojowników.

— Widziałem ją! Widziałem ją tego ranka — szepnął, gdy tylko zobaczył Shefa.

Shef poderwał się na równe nogi wysypując na ziemię mąkę.

— Kogo?!   —  krzyknął.  —  Widziałeś  Godivę? Gdzie? Kiedy?

Błagam cię, usiądź — uspokajał go Hund starając się posprzątać z ziemi rozsypaną mąkę. 

— Musimy wyglądać normalnie. Wokół pełno ludzi. Usiądź i słuchaj. Najpierw zła wiadomość: 

Godiva została kobietą Ivara Ragnarssona. Nikt jej jednak nie skrzywdził, żyje i ma się dobrze. 

Wiem to, ponieważ jako medyk, Ingulf bywa wszędzie, a teraz, kiedy zobaczył już, co potrafię,

często mnie że sobą zabiera. Przed kilkoma dniami został wezwany do Ivara. Nie pozwolili 

mi wejść do środka, wokół ich namiotów stoją silne straże, ale kiedy czekałem na Ingulfa, 

widziałem jak tamtędy przechodziła. Nie może być mowy o pomyłce. Przeszła w odległości 

zaledwie pięciu jardów ode mnie, choć mnie nie zobaczyła.

Jak wyglądała? — spytał Shef przypominając sobie niedawne spotkanie z matką i Trudą.

— Śmiała się. Wyglądała na szczęśliwą.

Obaj młodzieńcy zamilkli na chwilę. Po tym co do tej pory usłyszeli wydawało im się zupełnie 

nieprawdopodobne, aby ktoś mógł się czuć, lub nawet wydawać się szczęśliwy w zasięgu władzy 

Ivara Ragnarssona.

— Słuchaj, Shef, ona jest w okropnym niebezpieczeństwie, choć sama tego nie rozumie. Ona 

myśli, że  jeśli Ivar jest w stosunku do niej uprzejmy i nie wykorzystał jej od razu jak dziwki, to 

znaczy, że jest bezpieczna. Ale z Warem jest coś nie tak, może być chory na ciele, albo na 

umyśle. Musisz ją stamtąd zabrać, Shef, i to szybko. Najpierw jednak pozwól, aby cię

zobaczyła. Nie wiem, co zrobimy potem, ale jeśli będzie wiedziała, że jesteś w pobliżu, może uda jej 

się przemycić jakąś wiadomość. Usłyszałem jeszcze jedno. Wszystkie kobiety Ragnarssonów i 

wyższych dowódców mają opuścić dziś namioty. Słyszałem już wcześniej jak narzekały, że nie ma 

miejsca, gdzie mogłyby się umyć, z wyjątkiem tej brudnej rzeki. Idą więc dzisiaj się umyć poza 

terenem obozu. Jest jakiś staw, może o milę stąd.

— Czy możemy ją wtedy porwać?

Nawet o tym nie myśl. W armii są tysiące mężczyzn, każdy łasy na kobiety. Będzie tak 

wielu strażników w eskorcie, że nie dasz rady ich nawet policzyć. Jedyne co możesz zrobić, to 

postarać się, aby cię ujrzała. A teraz powiem ci dokładnie, którędy będą szli.

I Hund opisał Shefowi całą drogę.

Ale jak ja stąd wyjdę? Thorvin...

Pomyślałem już o tym. Kiedy kobiety zaczną wychodzić, przyjdę tu i powiem 

Thorvinowi, że wzywa go mój pan. Powiem, że trzeba zaostrzyć narzędzia, których Ingulf 

używa do otwierania ludzkich brzuchów i głów. Ingulf potrafi niezwykłe rzeczy — dodał Hund

kiwając z podziwu głową. — Więcej niż jakikolwiek chrześcijański medyk. Tak więc Thorvin 

pójdzie ze mną. Wtedy ty musisz się stąd wymknąć, prześliznąć na zewnątrz i starać się jak 

najbardziej wyprzedzić kobiety i ich eskortę. To ma wyglądać, jakbyś spotkał je przypadkowo na 

drodze.

Thorvin wyszedł zaraz po tym jak Hund przyniósł mu prośbę od Ingulfa, potem jednak sprawy 

przybrały zły obrót. W kuźni było jeszcze dwóch klientów, których   Shef   musiał   obsłużyć,   a 

kiedy wreszcie  sobie  poszli — przyszedł jeszcze jeden, który najwyraźniej chciał sobie trochę 

porozmawiać. Trwało długo, zanim Shefowi udało się go pozbyć i nie pozostało mu już nic innego, 

jak wybrać najbardziej niebezpieczny sposób wydostania się z zatłoczonego obozu: pośpiech.

Szedł więc szybko nie oglądając się na nikogo, aż nagle zboczył w stronę kilku opuszczonych 

namiotów  przy samej palisadzie. Wspiął się na nią i dwiema  rękami podciągnął na jednej z 

zaostrzonych  belek.  Usłyszał za sobą krzyk, lecz nie było pościgu. Fakt, że  wydostawał się na 

zewnątrz, a nie wślizgiwał do środka nie pozwalał zakwalifikować go jako złodzieja.

Po chwili był już na równinie, gdzie pasły się konie i spacerowali wojownicy. W oddali ujrzał 

rząd drzew, za którymi miała znajdować się woda. Kobiety wybrały pewnie drogę wzdłuż rzeki, ale 

byłoby samobójstwem  biec   teraz   za   nimi.   Musiał   znaleźć   się   tam   wcześniej  i poczekać  aż 

nadejdą. Shef podjął decyzję i ruszył na przełaj, przez łąkę.

W przeciągu dziesięciu minut Shef dotarł do stawu  i zaczął się przechadzać po biegnącej w 

pobliżu   podmokłej   ścieżce.   Nie   było   tam   jeszcze   nikogo.   Wiedział,   że  powinien  wyglądać  jak 

39

background image

żołnierz odpoczywający na łonie natury. Problem polegał na tym, że było coś, co odróżniało go od 

wszystkich innych. Był sam. Poza obszarem obozu, a nawet w jego obrębie, wikingowie poruszali 

się zwykle w gronie towarzyszy ze statku, w wyjątkowych przypadkach chodzili we dwóch.

Nie miał jednak wyboru. Musiał po prostu wyjść kobietom na spotkanie łudząc się, że Godiva 

będzie wystarczająco spostrzegawcza, żeby go rozpoznać i dostatecznie sprytna, aby nie powiedzieć 

słowa.

Wkrótce usłyszał przed sobą głosy, nawoływania  i śmiech kobiet, okrzyki mężczyzn. Shef 

wyszedł zza zakrętu i ujrzał Godivę na samym przedzie nadciągającej grupy. Ich oczy spotkały się 

na chwilę.

W tym samym momencie ujrzał jednak kroczącego  z uśmiechem tryumfu Muirtacha. Zanim 

zdołał się poruszyć, ktoś wykręcił mu do tyłu oba ramiona. Wokół Muirtacha zebrał się odział jego 

gwardii w zabarwionych szafranem ubiorach. Kobiety pozostawione zostały teraz bez nadzoru.

Oto nasz zadziorny wróbelek! — wykrzyknął rozradowany Muirtach biorąc się pod boki. 

— Ten sam, który próbował podnieść na mnie rękę. Przyszedłeś popatrzeć na niewiasty? Mam 

rację? Oj, przyjdzie ci drogo zapłacić za ten widok. Dalej, chłopcy, zabierzcie go trochę na bok 

— krzyknął do swoich ludzi, a sam wyciągnął z pochwy swój wielki miecz. — Nie chcę,

aby nasze panie musiały patrzeć na krew.

— Chcę z tobą walczyć — rzekł hardo Shef.

Co to, to nie. Ja, wódz gaddgedlarów, mam się zmierzyć ze zbiegłym niewolnikiem, 

który ledwo co zerwał swoją obręcz?!

Nigdy nie miałem obręczy na szyi! — warknął Shef. Czuł jak narasta w nim dziwne 

gorąco, które wypiera stopniowo lodowate uczucie lęku i przerażenia. Wiedział, że jest dla niego 

tylko jeden ratunek. Musiał ich  skłonić,  aby traktowali go jak równego  sobie, a wtedy może 

uda mu się przeżyć. W przeciwnym razie za moment zostanie z niego tylko bezgłowy korpus.

Moje pochodzenie jest równie dobre, jak twoje. I lepiej niż ty władam norweskim — dodał 

po chwili.

To prawda — odezwał się ktoś z tyłu. — Muirtach, twoi ludzie powinni pilnować kobiet. 

Chyba nie potrzebujesz ich wszystkich, aby poradzić sobie z tym chłopcem?

Gęsty szereg stojących naprzeciw Shefa mężczyzn rozstąpił się szybko i chłopak stanął oko w 

oko z tym,  który wypowiedział ostatnie słowa. Człowiek ten wpatrywał się w niego jasnymi jak 

lód oczami. Czekał aż Shef spuści wreszcie wzrok. Chłopak poczuł, że śmierć jest bardzo blisko. Z 

trudem oderwał wzrok od mężczyzny.

Czujesz do niego urazę, Muirtach?

Tak, panie — przyznał Irlandczyk z opuszczonymi oczyma.

— A więc stań z nim do walki.

— Nie, panie. Ja mówiłem wcześniej...

Jeśli więc sam nie chcesz, wyznacz kogoś ze swych ludzi. Wybierz najmłodszego. 

Niechaj chłopak walczy z chłopakiem. Jeżeli twój człowiek zwycięży, coś mu podaruję — Ivar 

zdjął z ramienia srebrną bransoletę i podrzuciwszy ją do góry założył z powrotem. — A teraz 

cofnąć się, dać im miejsce. Pozwólcie też patrzeć kobietom. Żadnych reguł i nie można się

poddać! — dodał po chwili, a jego zęby błysnęły w posępnym uśmiechu. — Będziecie walczyć do 

końca!

Chwilę potem Shefowi raz jeszcze udało się uchwycić spojrzenie Godivy, jej oczy były teraz 

okrągłe   ze  strachu.   Stała   w   kręgu,   który   otoczył   miejsce,   gdzie  miała   rozegrać   się   walka. 

Oprócz   kobiet  stali  tam  ludzie Muirtacha oraz cała arystokracja wikingów,  stronnicy Ivara i 

jarlowie w purpurowych  płaszczach.  Pośród nich dostrzegł Shef znajome oblicze Vigi-Branda. 

Wiedziony jakimś impulsem Shef podszedł w jego stronę.

— Panie, użycz mi swego amuletu. Oddam ci go, jeśli tylko będę mógł.

Brand zdjął łańcuch i z kamienną twarzą podał go Shefowi.

— Zrzuć buty, chłopcze. Ziemia jest tu śliska.

Shef   usłuchał   rady.   Świadomie   zaczął   kontrolować  oddech,   starając   się   wciągać   powietrze 

głęboko do płuc. Wiedział z doświadczenia, że zapobiega to atakom chwilowego odrętwienia, w jaki 

wpadają nieraz walczący wojownicy. Potem zdjął koszulę, zawiesił na szyi amulet i dobył miecza, 

odrzucając na bok swój pas. Przeczuwał, że w tej walce decydująca może okazać się szybkość.

40

background image

Jego   przeciwnik   był   także   gotowy.   Rozebrany   do  pasa,   podobnie   jak  Shef,   w  jednej   ręce 

trzymał miecz  gaddgedlarów, którego ostrze było cieńsze, ale za to  niemal o stopę dłuższe od 

normalnego, w drugiej zaś okrągłą tarczę z kolcem po środku. Na głowę nasunięty miał hełm.

Nie   wyglądał   na   dużo   starszego   i   Shef   nie   bałby   się  stanąć   naprzeciw   niego   w   zapasach. 

Młodzieniec miał jednak potężny miecz i tarczę, broń w każdej ręce. Poza tym był wojownikiem, 

który zaznał już walki, brał udział w niejednej potyczce.

Naraz pojawił się przed oczami Shefa obraz przemawiającego śpiewnie Thorvina. Pochylił się, 

podniósł z ziemi gałązkę i rzucił ją w stronę swego przeciwnika, niczym oszczep.

— Strącę cię do piekła! — zapowiedział uroczyście.

Tłum zawrzał z podniecenia, słychać było okrzyki  zachęty,  nikt jednak nie dodawał otuchy 

Shefowi.

Irlandzki   wojownik   natarł   i   zaatakował   błyskawicznie.   Zamarkował   cios   w   głowę,   który 

przeszedł później w długie cięcie wymierzone prosto w szyję. Shef schylił się i miecz przeszedł nad 

jego głową. Gaddgedlar natarł jednak ponownie zadając dwa cięcia, z prawej i lewej strony. Shef 

cofnął się do tyłu i udając, że odskoczy w prawo, rzucił się na lewą stronę. Mógł teraz zadać 

cios w odsłonięty bark przeciwnika, zamiast tego cofnął  się błyskawicznie na sam środek placu. 

Wiedział   już,   jaką  obrać   taktykę,   wiedział   też,   że   może   polegać   na   swoich   mięśniach.   Czuł 

pulsowanie krwi i ogarniającą go lekkość.

Flann, bo tak nazywał się irlandzki wojownik, podszedł teraz do Shefa wymachując szybko 

mieczem.  Chciał   zepchnąć   go   w   stronę   kręgu   widzów   i   uniemożliwić   dalszą   ucieczkę.   Był 

naprawdę   szybki,   ale   po   raz  pierwszy   zdarzyło   mu   się   walczyć   z   kimś,   kto   nie   ma  zamiaru 

odparowywać ciosów, lecz ich po prostu unika.  Shefowi znowu udało się uskoczyć,  a kiedy się 

odwrócił zobaczył, że Flann zaczyna już dyszeć. Armia wikingów była armią żeglarzy i jeźdźców, 

mocnych  w barach  i ramionach, nieprzyzwyczajonych jednak do chodzenia, nie mówiąc już o 

bieganiu.

Kiedy widzowie pojęli w końcu taktykę Shefa, zaczęli pokrzykiwać gniewnie w jego kierunku. 

Gdyby trwało to dłużej, mogliby zacząć zacieśniać pierścień wokół walczących. Kiedy Flann po raz 

kolejny spróbował swojego popisowego cięcia idącego skosem ku dołowi, tym razem wolniej niż 

poprzednio,   Shef   natarł  pierwszy   i   odparował   gwałtownie,   uderzając   szeroką  klingą   swego 

miecza w sam koniec wymierzonego w siebie ostrza. Ostrze nie pękło wprawdzie, ale Irlandczyk 

osłupiał na moment i Shef zdecydował się błyskawicznie na zadanie ciosu. Z ramienia Flanna trysnął 

strumień krwi.

Przez długą chwilę młodzieńcy stali na środku placu jeden naprzeciw drugiego. Prawe ramię 

Flanna broczyło dość mocno, chłopak wiedział więc, że jeśli chce przeżyć — musi działać szybko. 

Ruszył   do   przodu   próbując  teraz   ostrych   pchnięć   i   nacierając   tarczą.   Shef   stosował  uniki   i 

odparowywał ciosy starając się wytrącić miecz z zakrwawionej ręki przeciwnika.

W pewnej chwili poczuł, że ciosom Irlandczyka zaczyna brakować pewności. Shef znów zaczął 

krążyć po placu, pełen energii, niepomny zmęczenia. Flann z trudem chwytał powietrze, nagle 

wyrzucił   do   przodu   tarczę   celując   kolcem   w   twarz   Shefa,   po   czym   wymierzył   w   niego   cios 

mieczem. Shef błyskawicznie przykucnął uchylając się od ostrza i równie szybko wstał zagłębiając 

swój oręż w brzuchu Irlandczyka. Flann  zatoczył się do tyłu, lecz Shef nie pozwolił mu upaść. 

Zacisnął lewe ramię na szyi przeciwnika i zamierzył się do kolejnego ciosu.

Pośród panującej wokół wrzawy Shef usłyszał nagle głos Branda Zabójcy.

— Przyrzekłeś zrzucić go do Nastrond — krzyknął. — Musisz z nim skończyć!

Shef  spojrzał   w  dół   na  poszarzałą,   skręconą   z  bólu  i przerażenia twarz i niespodziewanie 

ogarnęła go furia. Wepchnął miecz w pierś Flanna i poczuł jak ciało Irlandczyka skręca spazm 

śmierci. Powoli opuścił nieruchome już zwłoki i uwolnił tkwiący w nich miecz. Potem rozejrzał 

się   dookoła   i   ujrzawszy   pobladłą  z gniewu twarz Muirtacha, podszedł prosto do Ivara,  u 

którego boku stała Godiva.

Wyjątkowo pouczające — rzekł Ivar. — Lubię obserwować kogoś, kto potrafi walczyć nie 

tylko ręką, ale też głową. Ocaliłeś też mój srebrny naramiennik. Kosztowało mnie to jednak 

wojownika. Jak zamierzasz mi za niego zapłacić?

— Ja także jestem wojownikiem, panie.

Skoro tak, dołącz do moich ludzi. Zostaniesz jednym z wioślarzy. Ale nie w drużynie 

41

background image

Muirtacha.

Przyjdziesz dziś wieczór do mego namiotu. Mój marszałek znajdzie dla ciebie odpowiednie 

miejsce. Ivar zamilkł i przyjrzał się uważnie Shefowi.

— Twój miecz jest w jednym miejscu wyszczerbiony, nie zrobił tego Flann. Powiedz, 

czyj oręż to uczynił.

Shef   zawahał   się   przez   chwilę,   zdecydował   jednak,  że   wikingowie   najbardziej   docenią 

brawurę.

— To był miecz jarla Sigvartha!

Rysy Ivara ściągnęły się wyraźnie.

— Rozumiem. Kończmy jednak ten turniej. Inaczej kobiety nigdy się nie wykąpią.

Ivar odwrócił się i popchnął przed sobą Godivę, ale przez chwilę jej spojrzenie raz jeszcze 

spoczęło na Shefie.

Gdy odeszli, chłopak podszedł do Vigi-Branda i zdjął z szyi amulet.

W normalnych okolicznościach powiedziałbym: „Zatrzymaj go chłopcze, boś na to 

zasłużył. Pewnego dnia zostaniesz może wielkim wodzem". Coś mi jednak mówi, że młot Thora 

nie jest dla ciebie właściwym znakiem, mimo że jesteś przecież kowalem. Wydaje mi się, że 

należysz do Odyna, którego nazywają także Bileyg, lub Bolverk.

Bolverk? — zdziwił się Shef. — Czyż jestem sprawcą zła i niedoli?

Jeszcze nie teraz. Ale możesz stać się powolnym instrumentem w czyichś rękach. Miej się 

na baczności. Dziś jednak spisałeś się świetnie, zwłaszcza jak na początkującego. Dziś zabiłeś 

chyba po raz pierwszy, mówię to jako znawca. Spójrz, zabrali już ciało, zostawili jednak 

ekwipunek. Miecz, tarcza i hełm należą teraz do ciebie. Tak nakazuje zwyczaj.

Brand mówił jakby próbował go sprawdzić. Shef zdał sobie z tego sprawę i pokręcił głową.

Nie mogę czerpać korzyści z kogoś, kogo posłałem do Nastrond, Miejsca Umarłych Ludzi 

— rzekł uroczyście, następnie zaś cisnął w krzaki hełm i tarczę, miecz zaś zgiął nogą i zostawił na 

ziemi.

Sam widzisz — powiedział Brand. — Thorvin nigdy by cię tego nie nauczył. To znak 

Odyna.

Rozdział siódmy

Thorvin nie okazał zdziwienia kiedy Shef powrócił do kuźni i opowiedział mu, co się wydarzyło. 

Chrząknął tylko z powątpiewaniem, gdy chłopak pochwalił się, że dołączy do kontyngentu Ivara.

— A więc dobrze, nie idź tam jednak tak jak stoisz. Zostałbyś od razu wyśmiany, a wtedy 

mogłyby cię ponieść nerwy i doprowadzić do nieszczęścia.

Z leżącego na tyłach kuźni stosu uzbrojenia Thorvin wyciągnął świeżo osadzoną włócznię i obitą 

skórą tarczę.

— Z tym wzbudzisz większy szacunek.

— Czy to twoja własność?

Czasami ludzie zostawiają u mnie rzeczy do reperacji, ale nie przychodzą po nie z 

powrotem.

Shif przyjął podarki i stanął zakłopotany.

Muszę ci podziękować, za wszystko coś dla mnie uczynił

Zrobiłem to,  gdyż tak nakazywała mi moja wiara. Tak mi się przynajmniej wydaje. 

Nie jestem jednak głupcem, wiem, że przyszedłeś tu w jakiejś innej sprawie. Nie wiem co to za 

sprawa, ale mam nadzieję, że nie wpędzi cię w kłopoty. Może kiedyś nasze drogi znowu się 

skrzyżują.

Rozstali się bez dalszych słów. Shef dopiero drugi raz przestępował krąg, w którym chroniła go 

moc   Thora,   lecz   tym   razem   czynił   to   bez   strachu.   Z   podniesioną  głową   przeszedł   pomiędzy 

namiotami kierując się nie do kwatery synów Ragnara, lecz do Ingulfa.

Jak   zwykle   obok   jego   domostwa   stała   gromadka  ludzi.  Gdy pojawił się Shef, rozeszli  się 

powoli, a chłopak ujrzał, że zabierają kogoś na noszach. Hund wyszedł na spotkanie przyjaciela.

42

background image

— Co robiłeś?

Pomagałem Ingulfowi. To niezwykłe, jakie cuda on potrafi. Tamten człowiek wdał się w 

bójkę, upadł niezgrabnie i złamał nogę. Co byś z nim zrobił, gdyby się to stało u nas w Emneth? 

Zabandażowałbym go — wzruszył ramionami Shef. — Nic innego nie da się zrobić. W 

końcu wszystko się zrośnie.

Ale ten człowiek nigdy nie mógłby już chodzić jak przedtem. Kości zrosłyby się całkiem 

przypadkowo, noga byłaby pokrzywiona i guzowata. Pamiętasz, jak zrosła się noga Crubby, po tym 

jak spadł z konia? Ingulf naprostowuje nogę, rozciąga mocno, aż złamane końcówki kości znowu 

się spotkają, unieruchamiając ją potem pomiędzy dwiema deseczkami, tak żeby mogła

się spokojnie goić, i dopiero bandażuje. Ingulf potrafi czynić jeszcze większe cuda. Widziałeś tego 

człowieka na noszach? W tym przypadku złamanie było tak niebezpieczne, że kości wyszły przez 

skórę. Ingulf otworzył ostrzem nogę i wepchnął kość do środka, od razu ją nastawiając. Nigdy 

bym nie uwierzył, że można przeżyć taki zabieg, jednak Ingułf jest szybki i zwinny, poza tym 

zawsze wie, co trzeba zrobić.

Czy możesz się tego nauczyć? — spytał Shef, widząc wielki entuzjazm na nieruchomej 

zazwyczaj twarzy przyjaciela.

Owszem. Mając nieco praktyki i dostatecznie dużo wskazówek. I jeszcze coś. Ingulf 

studiuje ciała zmarłych, patrzy jak połączone są kości. Pomyśl, co by na to powiedział ojciec 

Andreas?

A więc chciałbyś zostać z Ingulfem?

Hund skinął z wahaniem głową, a następnie wyjął  spod swej tuniki łańcuch. Wisiał na nim 

niewielki srebrny amulet w kształcie jabłka.

— Dał mi to Ingulf. To jabłko Ithuna-Uzdrowiciela.

Jestem teraz jednym z wiernych. Wierzę w Ingulfa i Drogę, choć trochę mniej w samego 

Ithuna.

Hund spojrzał teraz na szyję swego przyjaciela.   

Widzę,  że  ciebie Thorvin  nie  nawrócił.  Nie nosisz znaku młota.

Nosiłem go przez chwilę — Shef wyjaśnił pokrótce, co mu się przydarzyło. — Teraz 

mam szansę, aby uratować Godivę i uciec. Może Bóg będzie dla mnie łaskawy.

— Bóg?

Bóg albo Thor. Może Odyn. Zaczynam sądzić, że jest to dla mnie bez różnicy. Zapewne 

któryś z nich nas teraz obserwuje.

— Czy mogę coś dla ciebie zrobić?

Nie — Shef ścisnął ramię przyjaciela. — Nie wykluczone, że nigdy się już nie 

zobaczymy. Lecz jeśli kiedyś opuścisz  wikingów,  znajdę dla  ciebie jakieś schronienie. Nawet 

jeśli będzie to tylko chata na moczarach.

Potem Shef odwrócił się i skierował w stronę miejsca, na które nie ośmielił się dotąd nawet 

przelotnie spojrzeć: do głównej kwatery dowództwa.

Kwatery te ciągnęły się wzdłuż rzeki na przestrzeni  ponad dwustu jardów. W samym środku 

znajdował   się  wielki   namiot   przeznaczony   do   spotkań.   Przy   ustawionych   wewnątrz   stołach 

pomieścić się mogło około stu osób. Niedaleko stały namioty braci Ragnarssonów, każdy z nich 

otoczony zabudowaniami dla kobiet, strażników i służby. Nieco dalej rozciągał się obóz wojow-

ników, zazwyczaj na załogę jednego statku przypadały trzy, czasem cztery namioty.

Ludzie Sigurtha byli przeważnie Duńczykami. W armii mówiło się otwarcie, że z czasem 

Sigurth  powróci   do   Danii,   aby   objąć   należne   mu   po   ojcu  królestwo Sjaellandu  i Skaane, a 

później   spróbuje   przejąć władzę nad całą  Danią — od Bałtyku  aż po Morze  Północne.  Ubbi  i 

Halvdan, którzy sami nie zgłaszali na  razie pretensji do żadnego tronu, otoczyli się wojownikami 

pochodzącymi   z   całej   niemal   Skandynawii:   ze   Szwecji,   Norwegii,   Gotlandii,   Bornholmu   i 

rozmaitych wysepek.

Wokół Ivara zgromadzili się natomiast wszelkiego rodzaju wygnańcy i uciekinierzy. Wielu z nich 

było bez wątpienia pospolitymi mordercami uciekającymi przed czyjąś zemstą bądź przed prawem. 

Większość stanowili  jednak   Norwegowie,   którzy  od  wieków   przemieszczali  się w rejony wysp 

Morza Północnego, opanowując najpierw Orkady i Szetlandy, później Hebrydy i północną Szkocję. 

Ludzie ci zaprawieni już byli w walkach w Irlandii i szczerze wierzyli, że pewnego dnia Ivar zawład-

43

background image

nie całą wyspą i zasiądzie na zamku Dubh Linn.

W tym właśnie podzielonym i skorym do waśni otoczeniu Ragnarssonów pojawił się nagle 

Shef. Marszałek wysłuchał uważnie jego opowieści i przyjrzał się z dezaprobatą skromnemu 

ekwipunkowi, który chłopak dostał od Thorvina. Potem zawołał swego giermka, aby pokazał 

Shefowi namiot, miejsce do spania i wiosło oraz wyjaśnił obowiązki. Człowiek ten, którego 

imienia Shef nawet nie zapamiętał, objaśnił, że wykonywał będzie na zmianę z innymi cztery 

rodzaje obowiązków: wartę przy statkach, wartę przy bramie, wartę przy zabudowaniach, gdzie 

więziono niewolników, i, jeśli zajdzie taka konieczność, wartę przy namiocie Ivara.

— Sądziłem, że to gaddgedlarowie chronią Ivara — rzekł Shef.

Tylko jeśli jest tutaj. Jeśli wychodzi, idą wraz z nim, a tu zostają kobiety i kosztowności. 

Ktoś musi tego pilnować.

— Czy nie trzeba być zaufanym człowiekiem, żeby pilnować namiotu Ivara?

A co, ty nie jesteś? — giermek popatrzył na Shefa z ukosa. — Powiem ci jedno, Enzkir, 

jeżeli myślisz o kosztownościach Ivara, daj sobie z tym spokój. Od razu zrobi ci się lepiej. Słyszałeś 

chyba, co Ivar zrobił w Knowth z irlandzkim królem?

Kiedy przechadzali się po obozie, Shef bez specjalnego zainteresowania wysłuchiwał opowieści 

o okrutnych czynach Ivara. Wiedział, że mają  one tylko jeden  cel, wywołać strach, wolał więc 

przyglądać się uważnie okolicy.

Upewnił się, że najsłabszym punktem obozowiska  były statki. Nie było wokół nich żadnych 

fortyfikacji, gdyż odgrodziłoby to statki od rzeki. Okręty stanowiły wprawdzie rodzaj przeszkody, 

ale   równocześnie   były   przecież   najcenniejszą   własnością   wikingów.   Jeżeli   komuś   udałoby   się 

ominąć stojących nad rzeką wartowników, i znalazłby się wśród statków z pochodnią i toporem, 

niełatwo byłoby się go pozbyć.

Trudniej byłoby z wartownikami przy bramie. Nie sposób ich zaskoczyć. Trzeba by stoczyć z 

nimi   regularną   walkę,   w   czasie   której   mieliby   przewagę   dzięki  swoim   wielkim   toporom   i 

osadzonym na żelaznych trzonach oszczepom. Poza tym każdy, kto mimo wszystko zdołałby sobie z 

nimi   poradzić,   musiałby   stawić  czoło   kolejnym   jednostkom,   które   nadciągałyby   z   obozu   z 

odsieczą.

Kiedy przechodzili obok zabudowań, w których więzieni byli niewolnicy, Shef dostrzegł nagle 

znajomą  twarz. Na ziemi, skuty kajdanami leżał jego przyrodni  brat Alfgar. Jego jasne kręcone 

włosy   zlepione   były   brudem,   a   oblicze   wyrażało   krańcową   rozpacz.   Czując  na   sobie   czyjeś 

spojrzenie chłopak podniósł głowę, Shef błyskawicznie odwrócił wzrok.

Czy sprzedaliście już jakichś niewolników od czasu przyjazdu?

Nie. Za dużo kłopotu, aby wywieźć ich teraz na morze. Anglicy czają się wszędzie. 

Większość z nich należy do Sigvartha — giermek splunął na ziemię. — Czeka, żeby ktoś inny 

przetarł za niego drogę.

— Przetarł drogę?

Za dwa dni Ivar weźmie pół armii i wyruszy na spotkanie temu królikowi, Jatmundowi, czy 

Edmundowi, jak wy Anglicy go nazywacie. Chce wyzwać go do walki, albo zniszczyć cały jego 

kraj. Wybralibyśmy najprostszą drogę, ale i tak zmarnowaliśmy już mnóstwo czasu. Oj, nie 

będzie to miłe spotkanie dla Jatmunda.

— Jedziemy z nim, czy zostajemy tutaj?

—   Nasza   załoga   zostaje   —   raz   jeszcze   giermek  spojrzał   na   Shefa   z   ukosa.   Na   poły   z 

ciekawością,   na  poły   z   gniewem.   —   A   jak   myślisz,   po   co   bym   ci   to  wszystko   opowiadał? 

Będziemy stać na warcie i cały  czas pilnować obozu. Żałuję, że nie mogę pojechać.  Chciałbym 

zobaczyć, co zrobią królowi, gdy go w końcu pojmają. Opowiadałem ci już o Knowth. Byłem tani, 

gdy Ivar plądrował groby dawnych królów, a mnisi próbowali nam przeszkodzić. Widziałem, co 

Ivar zrobił...

Temat ten powracał jeszcze kilkakrotnie podczas wspólnej biesiady, na którą złożyły się: bulion, 

solona wieprzowina i kapusta. Była też beczka piwa, z której wszyscy czerpali do woli. Shef wypił 

więcej niż mu się wydawało i jego myśli zaczęły wirować, nie pozwalając mu na stworzenie planu 

działania. Wyczerpany położył się na posłaniu. Obraz konającego w jego ramionach  Irlandczyka 

44

background image

wydał mu się teraz mało istotnym szczegółem z zamierzchłej przeszłości.

Wyczerpanie owładnęło nim i powiodło w sen. W coś więcej niż sen nawet.

Wyglądał na zewnątrz przez wpół zasłonięte okno.  Była noc. Jasna, księżycowa noc. Było tak  

jasno, że przesuwające się po niebie chmury rzucały na ziemię swe cienie. I nagle coś zabłysło.

Obok   niego   stał   mężczyzna,   próbował   wytłumaczyć  to   dziwne   zjawisko.   On   jednak   nie 

potrzebował wyjaśnień. Już wiedział. Narastało w nim poczucie zguby, zatracenia. Wzbierała też  

gwałtowna furia.

— To nie są promienie jutrzenki — rzekł Shef, który nie był Shefem. — Nie jest to także 

latający smok, ani luna pożaru. To błysk dobywanej broni. Nasi wrogowie chcą nas zaskoczyć w 

czasie snu. Nastała bowiem nowa wojna, wojna, która przyniesie wszystkim zniszczenie. Powstańcie 

więc, moi rycerze, pomyślcie o waszej odwadze, pilnujcie bram i walczcie dzielnie.

I wtedy Shef usłyszał potężny głos, tak potężny, że nie mógł należeć do człowieka. Był to głos  

boga, nie taki jednak, jakiego ktoś mógłby się po bogu spodziewać. Nie był to głos pełen godności i 

dumy, lecz sardoniczny chichot.

— Pół-Duńczyku, który nie jesteś z rodu Pół-Duńczyków — rzekł bóg. — Nie słuchaj tego, co 

mówi dzielny wojownik. Nie idź do walki. Pozostań z boku. Trzymaj się blisko ziemi.

Shef obudził się raptownie i poczuł odór spalenizny. Przez kilka chwil, wciąż nieprzytomny ze 

zmęczenia, próbował poskładać myśli: dziwna drażniąca woń, jak  smoła. Skąd mógł się tu wziąć 

taki   zapach?   Później  rozpoczęła   się   szaleńcza   bieganina,   ludzie   potykali   się   o   jego   posłanie, 

deptali po jego nogach, aż w końcu  obudził się całkowicie. W namiocie roiło się od mężczyzn, 

szukających nerwowo ubrań, butów, broni.  Wszystko w głębokim mroku rozświetlonym jedynie 

poświatą płonącego gdzieś na zewnątrz ognia. Shef zdał sobie nagle sprawę, że w tle słychać przez 

cały czas potężny łoskot. Krzyki ludzi, trzask drewna, a ponad tym wszystkim ogłuszający brzęk 

metalu, nacierających na siebie mieczów i odpierających ataki tarczy. Odgłosy prawdziwej bitwy.

Mężczyźni w namiocie krzyczeli i pchali się jeden na drugiego. Na zewnątrz także słychać 

było okrzyki,  niektóre w odległości zaledwie kilku jardów. Były to  okrzyki   Anglików.  Nagle 

Shef wszystko zrozumiał. W uszach wciąż jeszcze brzęczały mu wypowiedziane potężnym głosem 

słowa. Rzucił się na ziemię i zaczął posuwać się w stronę środka namiotu, jak najdalej od ścian. 

Kilka chwil później jeden bok zapadł się, a poprzez materiał wtargnęło do środka ostrze włóczni. 

Giermek, który niedawno oprowadzał Shefa po obozowisku, obrócił się w tamtą stronę i włócznia 

trafiła go w sam środek piersi. Shef pochwycił padające ciało i podtrzymał je w ramionach. Po 

raz drugi w przeciągu kilkunastu zaledwie godzin oglądał ludzką agonię.

Wkrótce namiot się zawalił, przygniatając sobą Shefa i kilku pozostałych w środku ludzi. Na 

płótno namiotu wbiegli Anglicy przebijając włóczniami szamoczących się w środku ludzi. Shef 

leżał nieruchomo, jednak  w pewnym momencie jedna z włóczni otarła się o jego  kolano. Potem 

Anglicy odeszli, a odgłosy ucichły nieco.  Walka przeniosła się najwyraźniej do samego  środka 

obozu.

Shef wiedział, co się stało. Angielski król przyjął  wyzwanie wikingów. Natarł na ich obóz w 

środku nocy i jakimś cudem udało mu się sforsować palisady   i wtargnąć do środka. Szedł 

teraz w kierunku statków  i namiotów dowództwa, siejąc po drodze krwawe spustoszenie. Shef 

wciągnął spodnie, włożył buty i przypasawszy miecz wyczołgał się na zewnątrz po trupach swoich 

niedawnych towarzyszy. Potem pobiegł, pochylony nisko nad ziemią.

Nie dostrzegł nikogo w promieniu dwudziestu jardów. Pomiędzy nim a palisadą ciągnął się pas 

zrównanych z ziemią namiotów, a obok nich stosy trupów i garstka rannych. Niektórzy z nich 

wzywali pomocy, inni próbowali wstać o własnych siłach. Angielscy najeźdźcy starali się rozpłatać 

mieczami wszystko, co tylko się rusza, mało komu udało się więc uratować.

Shef wiedział, że jeśli wikingom nie uda się szybko przyjść do siebie i połączyć sił, najeźdźcy 

mogą wedrzeć się już bardzo głęboko i rozstrzygnąć o losach bitwy.

Wzdłuż rzeki widać było błysk ognia i gęsty dym. Natarcie Anglików na straże wokół statków 

spotkało się z niewielkim oporem, lecz przy samej wodzie napotkali najeźdźcy znacznie silniejszą i 

lepiej zorganizowaną obronę. Co jednak działo się przy namiotach Ragnarssonów? Czy nastał już 

odpowiedni moment? Czy nadeszła chwila, aby uwolnić Godivę?

45

background image

Nie, zdecydował Shef po chwili zastanowienia. Zbyt  zacięta była trwająca wokół walka. Jeżeli 

wikingowie odeprą natarcie, Godiva pozostanie nadal niewolnicą, nałożnicą Ivara. Jeśli jednak atak 

się powiedzie, powinien być na miejscu, aby ją uratować...

Shef   zaczął   biec,   jednak   nie   w   stronę,   gdzie   rozgrywała   się   walka,   tam   bowiem   na   wpół 

uzbrojony człowiek znaleźć mógł tylko pewną śmierć. Początkowo sądził, że nie ma tam nikogo, 

jednak zorientował się, że istnieją dwa ogniska bitwy, jedno wewnątrz obozu, w rejonie rzeki, i 

drugie   bardzo   rozległe,   wokół   całej  palisady.   Król   Edmund   zaatakował   obóz   jednocześnie  ze 

wszystkich stron.

Shef   niczym   cień   podążał   w   stronę   zabudowań   niewolników.   Kiedy   był   już   blisko,   drogę 

przeciął mu wojownik. W ognistej poświacie dostrzec można było jego czarne od krwi udo.

— Fraendi! — krzyknął mężczyzna. — Pomóż mi, zatamuj krew...

Shef powalił go mieczem. To pierwszy — pomyślał, podnosząc z ziemi oręż wikinga.

Przy zabudowaniach nadal stali wartownicy.  Zbici w gęstą gromadę przy samych  wejściu 

przygotowani byli do odparcia każdego ataku. Poprzez grube żerdzie, z których zbudowane zostało 

ich   więzienie,   wystawały  głowy   niewolników.   Próbowali   zorientować   się,   co  dzieje   się   na 

zewnątrz. Shef przerzucił swój nowy miecz poprzez boczną ścianę, odbił się z całej siły i skoczył, 

przerzucając ciało ponad przeszkodą. Usłyszał za sobą krzyk wartowników, jednak nikt nie ruszył 

w pościg. Nie wiedzieli czy mają pilnować bramy, czy próbować wyciągnąć Shefa ze środka.

Kiedy znalazł się wewnątrz, otoczyły go i zaczęły szarpać cuchnące postacie. Odepchnął je od 

siebie  przeklinając   po   angielsku.   Szybko   przeciął   skórzane  więzy   na   rękach   i   nogach 

najbliższego mężczyzny i przekazał mu miecz.

— Dalej, zacznij ich uwalniać! — syknął, wyjmując z pochwy własny oręż i oswobadzając 

nim kolejnego człowieka. Niewolnicy widząc, co się dzieje, wyciągali do niego ręce. W niedługim 

czasie udało mu się oswobodzić dziesięciu.

Nagle   ściana   runęła   z   jednej   strony   i   do   środka   wkroczyli   wikingowie,   zdecydowawszy 

najwyraźniej,  że   muszą   schwytać   intruza.   Pierwszego   z   nich   Anglicy  powalili   gołymi   rękami 

wyrywając  mu  topór i włócznię,  następnie   rzucili   się   z   furią   na   jego   towarzyszy.   Shef  nadal 

przecinał   więzy.   W   pewnej   chwili   spostrzegł  przed   sobą   ręce   Alfgara.   Jego   oczy   wyrażały 

zdumienie, a twarz wykrzywiała wściekłość.

— Musimy uwolnić Godivę — rzekł Shef, a Alfgar skinął głową. — Chodź ze mną.

— Niech pójdą za mną wszyscy, którzy mają broń

i chcą walczyć za króla Edmunda! — wykrzyknął zwracając się do pozostałych.

Ludzie zaczęli wydostawać się na zewnątrz. Część z nich usiłowała schronić się w bezpiecznej 

ciemności, inni rzucili się z wściekłością na resztę strażników. Shef pobiegł w stronę zrównanych z 

ziemią namiotów, prowadząc za sobą grupkę kilkunastu mężczyzn.

Broni było pod dostatkiem, leżała obok martwych wojowników, część zaś tam, gdzie odłożono ją 

poprzedniego   wieczora.   Shef   podniósł   do   góry   kawałek   płótna  i   wyciągnął   włócznię   i   tarczę. 

Chwilę trwało, zanim  uzbroili się wszyscy jego ludzie i Shef mógł się im  uważniej przyjrzeć. 

Ocenił, że są to przeważnie kerlowie, rozsierdzeni i gotowi na wszystko, jednak tylko jeden z nich 

sylwetką przypominał wojownika.

Shef wskazał w kierunku namiotów dowództwa.

— Tam jest król Edmund. Próbuje zabić Ragnarssonów. Jeżeli mu się to uda, wikingowie nie 

zdołają się już pozbierać i zostaną rozgromieni. Jeśli nie, schwytają nas wszystkich i wszystkie 

wioski w okolicy znajdą się w niebezpieczeństwie. Jesteśmy wypoczęci i uzbrojeni. Przyłączymy się 

do nich, aby razem pokonać wroga!

Uwolnieni niewolnicy rzucili się do walki. Alfgar został z tyłu i podszedł do Shefa.

Nie przybyłeś tu chyba z Edmundem, półnagi i na wpół uzbrojony. Skąd wiesz, gdzie 

szukać Godivy?

Zamknij się i biegnij za mną — krzyknął Shef i pobiegł w stronę namiotu, gdzie 

mieszkały kobiety Ivara.

46

background image

Rozdział ósmy

Edmund, syn Edwolda, potomek Raedwalda Wielkiego, ostatniego z Wuffingasów, a teraz z 

Bożej łaski król East Anglii, spoglądał z bezsilną wściekłością poprzez otwory w ozdobnej 
przyłbicy.

Muszą się przebić! Jeszcze jedno natarcie i wreszcie przerwą ich linię. Wszyscy Ragnarssonowie 

zginą skąpani w krwi i ogniu, a reszta wielkiej armii wycofa się w popłochu... Ale jeśli 

wytrzymają... Jeśli wytrzymają, to w przeciągu następnych paru minut wikingowie zorientują się w 

końcu, że palisadę atakują tylko rozwścieczeni wieśniacy, którymi można się nie przejmować, a 

wtedy zbiorą ludzi i uderzą prosto na nich... Jego żołnierze zostaną wówczas wyłapani jak szczury. 

On, król Edmund nie miał synów. Cała przyszłość jego dynastii i królestwa zależała teraz od 

wyniku tej potyczki. Po każdej ze stron walczyła chyba setka ludzi: najlepsi rycerze East Anglii i 

przyboczna świta Ragnarssonów.

Edmund zacisnął dłoń na rękojeści swojego zakrwawionego miecza i ruszył do przodu. Po jego 

obu stronach pojawili się od razu kapitanowie gwardii przybocznej. Zagrodzili mu drogę tarczami 

nie pozwalając, aby znalazł się w centrum szalejącej bitwy.

— Spokojnie, mój panie — mruknął Wigga. — Spójrz, Totta i jego chłopcy już tam 

poszli. Zaraz przebiją się przez tych łotrów.

Tymczasem fala natarcia kołysała się raz w jedną, raz w drugą stronę. Najpierw kilka kroków do 

przodu, kiedy Anglikom udało się odeprzeć wikingów i zająć na chwilę ich miejsce, potem jednak 

zaczęła   się   znowu  cofać.   Edmund   dostrzegł   postać   ogromnego   wojownika,  który   wymachiwał 

toporem i zachęcał Anglików, żeby się zbliżyli.

— Musieliśmy zabić już z tysiąc tych świń — rzekł Eddi, stojący po lewej stronie króla. 

Edmund wiedział, że zaraz któryś z nich powie: „Czas już, aby się stąd wycofać, panie" i 

zostanie odesłany do diabła. Większość armii, tanowie i zwerbowani przez nich naprędce

wojownicy, i tak zaczęła już się cofać. Wykonali, co do nich należało. Wraz ze swym królem 

przedarli się przez palisadę, zmasakrowali śpiących, rozbili warty przy rzece i podpalili tyle 

statków, ile tylko zdołali. Ani przez chwilę jednak  nie  sądzili,  że  będą musieli  stanąć

w otwartej walce z najlepszymi wojownikami Północy i nie mieli wcale zamiaru tego robić. To 

była rzecz, którą powinien zająć się ktoś lepszy.

Tylko   jeden   wyłom,   modlił   się   Edmund.   Wszechmogący   Boże,   jeden   wyłom   w   tej   linii,   a 

przebijemy się do  środka i zaatakujemy ze wszystkich stron. Wojna będzie  zakończona, poganie 

pobici. Nie będzie już porozrzucanych po polach ciał i dziecięcych trupów wrzucanych do studni. 

Lecz jeśli uda im się wytrzymać jeszcze minutę, to wystarczy, aby kosiarz naostrzył swe narzę-

dzie... Wtedy to my zostaniemy zmiażdżeni, a mnie czeka los Wulfgara.

Wspomnienie umęczonego tana zakłuło jego serce. Król odepchnął na bok Wiggę i ruszył do 

walki z podniesionym orężem.

— Przebijać się! Przebijać! — krzyknął ile tchu w płucach, a jego potężny głos wibrował w 

metalowej przyłbicy. — Temu, kto przebije się pierwszy, obiecuję skarb Raedwalda. I pięć setek 

dla tego, kto przyniesie mi głowę Ivara!

Dwadzieścia kroków dalej Shef zebrał swój oddział uciekinierów. Wzdłuż wybrzeża płonęły 

uszczelniane smołą statki wikingów rzucając swój trupi blask na walczących. Wszędzie wokół 

namioty zostały zrównane z ziemią, a ich mieszkańcy zabici bądź ranni. Tylko w jednym 

miejscu wciąż stało osiem czy dziesięć zabudowań, siedziby Ragnarssonów, wszystkich dowódców, 

oraz ich gwardii i kobiet. Wokół tego właśnie miejsca trwała zaciekła walka.

Shef odwrócił się do Alfgara oraz muskularnego rycerza stojącego na czele grupy pół 

uzbrojonych i ciężko dyszących wieśniaków.

— Musimy przedostać się do tamtych namiotów. Tam właśnie znajdziemy Ragnarssonów.

A także Godivę — pomyślał w duchu. Łuna oświetliła wykrzywioną ponurym uśmiechem twarz 

rycerza.

47

background image

— Spójrz — zwrócił się do Shefa wskazując coś palcem.

Chłopak dostrzegł sylwetki dwóch wojowników. Ich miecze wręcz wirowały. Każdy cios był 

natychmiast odparowywany, uderzenia precyzyjne, dokładnie wymierzone. Rycerze stosowali uniki, 

pomagali sobie tarczami, błyskawicznie zmieniali pozycje.

Popatrz na nich. Z jednej strony zaprawieni w boju wojownicy naszego króla, z drugiej 

najlepsi z piratów. Mówią o nich „drengir", twardzi, „herechempan". Czy sądzisz, że uda nam się 

stawić im czoło? Mnie może udałoby się sprawić jednemu z nich trochę kłopotu przez minutę. 

Ciebie nie znam, ale oni... — wskazał kciukiem wieśniaków — zostaną od razu poszatkowani, jak 

mięso

na kiełbasę.

Lepiej stąd chodźmy — włączył się nagle Alfgar, a jego słowa wywołały poruszenie wśród 

wieśniaków.

Nie — krzyknął rycerz chwytając Alfgara za ramię. — Posłuchajcie, to głos waszego 

króla. Wzywa swoich wiernych ludzi. Posłuchajcie, czego od nich żąda.

Chce głowy Ivara — krzyknął jeden z wieśniaków.

Nagle wszyscy rzucili się naprzód potrząsając włóczniami, pośród nich także rycerz.

On wie dobrze, że nic z tego nie wyjdzie, lecz ja znalazłem chyba sposób — pomyślał naraz Shef 

i rzucił  się w pogoń za swymi ludźmi. Zabiegł im drogę i gestykulując   zmusił,   aby   stanęli. 

Wspólnie pobiegli w stronę najbliższego z płonących statków.

Mimo brzęku metalu wikingowie także usłyszeli słowa króla. Wielu zrozumiało je bez trudu, 

część  wikingów   od   lat   utrzymywała   angielskie   nałożnice,  podobnie   zresztą   jak   wcześniej   ich 

ojcowie.

Król Jatmund żąda twej głowy! — krzyknął jeden z jarlów.

Lecz ja nie chcę jego! — odkrzyknął Ivar. — Pojmijcie go żywego.

— Co chcesz z nim zrobić?

Muszę nad tym pomyśleć. Będzie to jednak coś zupełnie nowego. Coś bardzo 

pouczającego.

Coś, co natchnęłoby ludzi otuchą, dokończył w myśli. Wciąż nie mógł się nadziwić, że król 

takiego małego państewka jak to, miał tyle śmiałości, żeby zaatakować wielką armię w jej własnym 

obozie.

— W porządku — zwrócił się do gaddgedlarów, którzy wciąż jeszcze nie włączyli się do 

walki, tworząc ostateczną rezerwę. — Nie ma już na co czekać. I tak się nie przebiją. W każdym 

razie nie tutaj, przy namiotach. Teraz, na mój rozkaz pójdziecie do natarcia. Nie włączajcie się 

jednak do walki. Macie pojmać króla Jatmunda. Widzicie, jest tam. Ten niski człowiek w 

wojennej masce na twarzy.

Ivar nabrał powietrza w płuca, aby krzyknąć parodiując króla Edmunda: „Dwadzieścia uncji, 

dwadzieścia uncji złota dla człowieka, który przyprowadzi mi angielskiego króla! Nie zabijajcie go! 

Chcę go mieć żywego!".

Zanim   jednak   otworzył   usta,   dostrzegł   jak   znowu  otaczają   go   Irlandczycy,   a   Muirtach 

wskazuje coś z przerażeniem.

— Spójrz, panie!

— Spada na nas płonący krzyż!

Mac na hoige slan!

— Matko Boska, zmiłuj się nad nami.

— Na Odyna, co to takiego?

Ponad   głowami   walczących   mężczyzn   zamajaczył   olbrzymi   kształt   podobny   do   krzyża, 

monstrualnego płonącego krzyża, który rósł w oczach. Szeregi Anglików rozstąpiły się nagle, Brand 

Zabójca skoczył do przodu z podniesionym toporem. Potężny krzyż runął na ziemię.

W jednej chwili ściany namiotów stanęły w płomieniach, a do odgłosów bitwy dołączył teraz 

przeraźliwy krzyk kobiet. Gaddgedlarowie rozpierzchli się na wszystkie strony.

Nagle   po   płonącej   belce   nadbiegł   jeden   z   wyzwolonych   niewolników   potrząsając   włócznią. 

48

background image

Wymierzył   ją  niezręcznie   w   twarz   Ivara.   Ten   zdołał   ją   odepchnąć  ściągając   grot   z   drzewca. 

Wieśniak ponowił atak drzewcem i tym razem udało mu się trafić wikinga w bok głowy. Cios był 

ogłuszający. Ivar zachwiał się i runął na ziemię, oczy przesłoniła mu ciemność.

Przez szalejące wokół płomienie przeskoczyło jeszcze kilka postaci. Ivar rozpoznał jedną z nich. To 

ten, który wygrał pojedynek przy stawie — pomyślał odzyskując świadomość. — A ja sądziłem, że to 

jeden z naszych...

W tym samym momencie czyjaś stopa spadła na jego krocze.

Shef biegł po tlącym się maszcie. Czuł, że poparzone ręce pokrywać zaczynają pęcherze, ale nie 

miał czasu  się nad tym zastanawiać. Maszt udało im się wyciągnąć  przy pomocy wieśniaków z 

jednego   z  płonących   statków, a następnie zanieść w stronę obozowiska Ragnarssonów i zwalić 

prosto na ich ludzi. Wiedział, że teraz  wkroczyć  tam mógł wreszcie król Edmund wraz ze swą 

drużyną. Jemu, Shefowi, pozostało jednak jeszcze uratowanie Godivy.

Minął wieśniaka próbującego rozprawić się z wikingiem,  któremu  pękła właśnie włócznia  i 

kilku biegających w panice gaddgedlarów, przekonanych najwyraźniej, że płonący krzyż to zemsta 

za ich odszczepieństwo. Wreszcie dobiegł do namiotu, z którego dochodziły krzyki i zawodzenia 

kobiet. Wtedy wyciągnął miecz  i przeciąwszy płótno na wysokości kolan, rozerwał je z całej 

siły rękami.

Ze środka wydobył  się przeraźliwy lament. Kobiety  stały   zbite   w   jedną   masę,   jedne   w 

sukniach, inne w bieliźnie, a kilka wciąż jeszcze nagich. Gdzie Godiva?! Może tamta odwrócona 

plecami z chustą na głowie? Złapał ją za ramię i odwrócił gwałtownie. Zobaczył rozsierdzone 

spojrzenie nieznajomych oczu, a kobieca dłoń wymierzyła mu siarczysty policzek.

Kobiety rozbiegły się nagle i Shef dostrzegł wreszcie wśród nich znajomą sylwetkę. Biegła 

lekko   jak  młoda  sarna, wprost na zatracenie.  Anglicy byli  teraz  wszędzie. Wiedzieli, że zaraz 

nadciągnie odsiecz z drugiej części obozu, szlachtowali więc wszystko, co się ruszało, rozglądając 

się wciąż za Ivarem i jego braćmi.

Shef dopędził Godivę i chwytając od tyłu przewrócił na ziemię. Oboje potoczyli się po ziemi, 

później Shef pociągnął dziewczynę w bezpieczne miejsce.

— Shef!

Tak, to ja — potwierdził zatykając jej usta. — Teraz posłuchaj. Musimy stąd uciec. Taka 

szansa się już nie powtórzy. Wrócimy tą samą drogą, którą przyszedłem, nie został tam już nikt 

żywy. Zrozumiałaś? A więc w drogę.

Bitwa dobiegła końca — pomyślał Edmund. Wiedział, że poniósł klęskę. Dzięki pomocy 

wieśniaków pod wodzą tego półnagiego młodzieńca udało im się przełamać ostatni bastion 

wikingów. Udało im się dokonać spustoszenia wśród najlepszych wojowników, wśród 

żołnierskiej elity wielkiej armii, która nigdy już nie odzyska dawnego blasku. Cóż jednak z tego, 

skoro Ragnarssonowie nadal żyli. Dopiero gdyby udało mu się pozabijać ich wszystkich, byłby 

pewny, że odniósł ostateczne zwycięstwo

Nie ma już jednak na to szansy. W sercu Edmunda wygasał powoli gniew i entuzjazm, zaczęła 

się chłodna  kalkulacja. Dostrzegł, że poza obrębem płomieni  zaczynają zbierać się wikingowie. 

Najwyraźniej wydane zostały już jakieś rozkazy. Czuł, że niedługo zacznie się kontruderzenie.

— Czas wracać, panie — mruknął Wigga.

Edmund skinął głową, wiedział, że jest to rzeczywiście ostatni moment. Droga ucieczki była 

wciąż wolna, poza tym pozostała jeszcze grupka zaufanych wojowników, którzy osłania go podczas 

odwrotu w stronę wschodniej palisady.

— Wracamy! Wracamy tam, skąd przyszliśmy! Za bijajcie każdego, kto znajdzie się na drodze. 

Nieważne, nasz czy obcy. Nie chcę ich zostawić dla Ivara. I nie pozostawiajcie niedobitków!

Ivar poczuł, jak powraca mu świadomość. Wracała jednak stopniowo i nie od razu udało mu się 

pozbierać myśli. Czuł, że zbliża się coś straszliwego. Słyszał zbliżające się kroki. To był draugr — 

gigant, spuchnięty i siny jak rozkładający się trup, lecz tak potężny jak dziesięciu mężczyzn. Wrócił 

49

background image

na ziemię, aby niepokoić swoich potomków albo pomścić ich śmierć.

Ivar przypomniał sobie to oblicze. To irlandzki król Maelguala, którego zabił przed wieloma 

laty. Pamiętał dobrze tę wykrzywioną wściekłością i cierpieniem twarz. Pamiętał przekleństwa 

rzucane nawet wtedy, kiedy koła zaczęły rozciągać jego ciało. Rozciągali go aż nagle — Ivar 

przypomniał sobie trzask pękającego kręgosłupa i w jednej chwili oprzytomniał całkowicie. Poczuł, 

że ma coś na twarzy, chyba kawałek tkaniny. Czy zawinęli go już w całun?

Prawe ramię było zupełnie bezwładne. Ivar usiadł i poczuł teraz ból z lewej strony głowy.  

O dziwo, nie  z prawej, tam gdzie otrzymał cios, lecz właśnie z przeciwnej. A więc to wstrząs, 

pomyślał. Powinien się teraz położyć i nie poruszać głową, nie mógł sobie jednak na to pozwolić.

Powoli podniósł się z ziemi. Wysiłek ten spowodował przypływ nudności i zawrotów głowy. 

W   dłoni  wciąż   dzierżył   miecz.  Spróbował  go  podnieść,   jednak  ręka odmówiła  posłuszeństwa. 

Opuścił   więc   broń   i   podparłszy   się   na   niej   popatrzył   na   zdewastowane   obozowisko.   Pośród 

namiotów wciąż walczyło kilkudziesięciu wojowników. I nagle dostrzegł nadciągającą zgubę.

Nie był to draugr. Kilkanaście kroków od niego stanęła nagle niska postać w zaciągniętej na 

oczy wojennej masce. Angielskie królewiątko. Jatmund. Z obu  jego stron oraz za jego plecami 

kroczyło sześciu mężczyzn, potężnych jak wikingowie, potężnych jak Viga-Brand. Z pewnością 

jego gwardia przyboczna. Samo serce i dusza angielskiego rycerstwa, „the chempan", jak ich tam 

nazywają. Było ich sześciu, a on, Ivar, nie mógł nawet unieść miecza. Zrobił jednak krok w ich 

kierunku, żeby nikt nie śmiał powiedzieć, że on, wielki wojownik Północy, schwytany został przy 

próbie ucieczki.

Edmund rozpoznał go nagle i z jego ust wyrwał się okrzyk tryumfu. W kierunku Ivara ruszyło 

teraz sześciu rycerzy z podniesionymi mieczami.

Tymczasem   Shef   przemykał   się   właśnie   w   ciemności   i   widząc   lukę   pomiędzy   namiotami 

popchnął do  przodu Godivę, aby pobiegła pierwsza. Dziewczyna  wyrwała się z jego uścisku i 

ruszyła pędem w stronę jakiegoś mężczyzny. Potem chwyciła go za rękę, a on, najwyraźniej ranny, 

wsparł się na jej ramieniu. Chryste, to przecież Ivar! Shef nie mógł uwierzyć własnym oczom.

Chłopak zagryzł wargi i zaczął zbliżać się ostrożnie  jak lampart, z uniesionym na wysokości 

bioder   mieczem.   Wiedział   już, że  ostrze  skieruje pod  samą  brodę,  gdzie   ciała   nie   krył   żaden 

pancerz.

Nagle naprzeciw niego znalazła się Godiva przytrzymując jego prawą rękę. Chciał ją odtrącić, 

lecz przywarła do niego z całej siły oplatając rękami i zaczęła przeraźliwie krzyczeć.

— Uważaj! Z tyłu!

Shef rzucił ją na bok, a sam odwrócił się i w ostatniej chwili odparował cios wymierzony we 

własną  szyję. Drugi cios przyszedł jednak zaraz po pierwszym,  uchylił się przed nim i usłyszał 

świst   przecinanego  powietrza.   W   tej   samej   chwili   uświadomił   sobie,   że   Godiva   stoi   za   jego 

plecami. Musiał ją ocalić.

Zaczął się powoli cofać wąskim korytarzem między  namiotami, a wraz z nim Godiva i Ivar. 

Przed   nim  kroczyło   sześciu   potężnych   mężczyzn,   a   wśród   nich  jeden   niski   w   kunsztownie 

ozdobionej przyłbicy. To musiał być król. On, Shef, niewolnik i nędzny pies stał teraz naprzeciw 

króla East Anglii.

— Zejdź mi z drogi — rzekł Edmund postępując

 

jeszcze krok naprzód. — Jesteś Anglikiem. 

Zwaliłeś maszt. Przerwałeś ich linię. Widziałem, że to ty. Za tobą jest Ivar. Zabij go albo pozwól, 

żebym ja to zrobił, a nie ominie cię nagroda, którą ci obiecałem.

— Ta kobieta... — zaczął Shef. Chciał powiedzieć, aby zostawili w spokoju kobietę, ale nie 

starczyło mu czasu.

Przerwa   między   namiotami   rozszerzyła   się   nagle  i na Shefa rzucili się ludzie Edmunda. 

Jeden wysunął się naprzód tnąc na odlew, raz za razem i wyrzucając do przodu tarczę. Shef cofał 

się, uskakiwał, kucał, nie przyjmując ciosów, lecz uciekając przed nimi, jak podczas pojedynku z 

młodym Irlandczykiem.

Nagle z ciemności wyłoniło się kilkunastu wikingów prowadzonych przez samego Vigę-Branda. 

Anglicy  cofnęli się, aby chronić swego króla. Broniąc go ginęli  jeden po drugim, podczas gdy 

Ivar napominał bez przerwy swoich ludzi, aby pozostawili przy życiu Jatmunda.

Shef owi udało się tymczasem wymknąć i pociągnąć  za sobą przerażoną Godivę. Pobiegli w 

stronę dopalających się okrętów i błotnistego brzegu rzeki Stour. Angielskie królestwo legło w 

50

background image

gruzach, Godiva wyszła jednak bez szwanku. Udało mu sieją ocalić.

Lecz ona ocaliła Ivara.

51

background image

Rozdział dziewiąty

Gwiazdy zaczęły już blednąc na niebie, kiedy Shef i Godiva przedzierali się ostrożnie przez 

leśną gęstwinę. Najwyższe gałęzie poruszał lekki wietrzyk, którego nie czuć było na dole. Gdy 
przebiegli przez niewielką polankę rozpościerającą się wokół przewróconego dębu, ich stopy 
zmoczyła rosa. To będzie upalny dzień — pomyślał Shef — jeden z ostatnich dni tego pełnego 
wydarzeń lata.

Na razie było im jednak zimno. Shef miał na sobie jedynie buty i wełniane spodnie, które 

wciągnął w pośpiechu podczas ataku Anglików, Godiva zaś cienką koszulę. Zdjęła długą suknię, 

gdy wchodziła do rzeki. Pływała dobrze niczym wydra, i jak wydra musiała nurkować i przepływać 

długie odcinki pod wodą. Płynęli bardzo ostrożnie, starając się nie robić najmniejszego hałasu i 

śledząc uważnie brzeg, czy nie ma na nim patroli. Oboje zanurkowali głęboko, gdy rzeka wpłynęła w 

zakole przy krańcu palisady. Było to miejsce, gdzie zawsze czuwały straże.

Shef nie poczuł chłodu, gdy wchodził do wody,  jedynie uczucie pieczenia na poparzonych 

dłoniach,  teraz   jednak   ciałem   wstrząsały   bez   przerwy   dreszcze.  Wiedział,   że   długo   tak   nie 

wytrzyma. Musiał koniecznie się położyć, rozluźnić mięśnie i poukładać sobie w głowie wydarzenia 

ostatnich dwudziestu czterech godzin. Zabił człowieka, nie, dwóch ludzi. Widział króla, co zdarzyć 

się może  raz, czasem dwa razy w życiu.  Tym  razem jednak król także  go dostrzegł, a nawet 

przemówił do niego! Stał też oko w oko z Ivarem Ragnarssonem. Wiedział, że mógłby go zabić, 

gdyby nie Godiva. Mógłby zostać bohaterem całej Anglii, całego chrześcijaństwa.

Powstrzymała go jednak. I wtedy zdradził swego króla, zatrzymał go, oddał go w ręce pogan. 

Jeżeli ktoś kiedyś się o tym dowie... Nie chciał o tym teraz myśleć. Ważne, że udało im się uciec. 

Kiedy tylko nadarzy się okazja zapyta Godivę, co naprawdę łączyło ją z Ivarem.

Gdy zrobiło się już zupełnie widno, Shef odnalazł zarośnięty trawą szlak, najwyraźniej nikt nie 

przechodził tamtędy od tygodni. Był to dobry znak, zwłaszcza że na końcu tej drogi odnaleźć powinni 

jakąś chatę albo szałas, gdzie mogliby znaleźć schronienie.

Istotnie,   drzewa   zaczęły   się   wkrótce   przerzedzać  i oboje zobaczyli  zbudowany z gałęzi 

szałas. Zbudowali go zapewnię drwale, którzy pracowali nie opodal przy wyrębie lasu.

Teraz nie było tam nikogo. Shef i Godiva stanęli na wprost siebie objęci rękami.

—   Pewnego   dnia   —   zaczął   Shef   patrząc   dziewczynie  głęboko  w oczy  — będziemy   mieli 

prawdziwy dom.  Miejsce, gdzie będziemy mogli mieszkać oboje przez  nikogo nie niepokojeni. 

Dlatego właśnie przyszedłem, aby odebrać cię wikingom. Nie powinniśmy podróżować w czasie 

dnia, to zbyt niebezpieczne. Zostaniemy tutaj i odpoczniemy sobie aż do wieczora.

Shef   obudził   się,   kiedy   słońce   zaczęło   przeświecać  między   ścianami   szałasu.   Podniósł   się 

ostrożnie, aby nie  obudzić dziewczyny i wyszedł na zewnątrz. W szparze  pomiędzy gałęziami 

znalazł   ukrytą   hubkę   i   krzesiwo.  Czy   można   rozpalić   ogień?   Shef   zastanawiał   się   chwilę  i 

postanowił nie ryzykować. Mieli pod dostatkiem wody, ale nic do jedzenia. Powinien był o tym 

pomyśleć.

Nie sądził, aby ktoś mógł  im przeszkodzić,  jeszcze  nie tego dnia. Znajdowali się wciąż w 

zasięgu patroli wikingów, które widział, gdy podkradał się wraz z Hundem w pobliże obozu. Teraz 

jednak   wikingowie   mieli  chyba   inne   zmartwienia.   Wszyscy   zebrali   się   pewnie  w   obozie, 

szacując straty, zastanawiając się co dalej  robić i spierając się o dowództwo nad pozostałością 

wielkiej armii. Czy udało się ocaleć Sigurthowi — Wężowemu Oku? Jeżeli nawet ocalał, nawet 

jemu trudno będzie utrzymać nadszarpnięty ostatnimi wydarzeniami autorytet.

Shef położył się w słońcu i poczuł, jak rozluźnia się jego ciało. Patrzył jak mięsień uda kurczy 

się nierytmicznie, aby po chwili uspokoić się zupełnie, potem przyjrzał się pęcherzom na swoich 

dłoniach.

— Czy nie będzie lepiej, jak je przebiję? — spytała Godiva, która pojawiła się nagle u jego boku 

trzymając w dłoni długi kolec. Shef skinął głową.

52

background image

Kiedy pochyliła się nad nim i zajęła się jego lewą dłonią, objął ją drugim ramieniem, tuląc do 

siebie jej rozgrzane snem ciało.

— Powiedz mi — spytał — dlaczego stanęłaś pomiędzy mną a Ivarem? Co było między 

wami?

Dziewczyna spuściła oczy, wydawało się, że nie wie, co ma odpowiedzieć.

Czy wiesz, że zostałam mu ofiarowana? Przez... przez Sigvartha.

Przez mego ojca. Tak wiem. Lecz co stało się potem?

Godiva nadal nie podnosiła wzroku przypatrując się uważnie pęcherzom.

— On mnie ofiarował w trakcie biesiady, przy wszystkich. Tylko to miałam na sobie. 

Niektórzy z nich robią ze swymi kobietami okropne rzeczy, na przykład Ubbi. Powiadają, że kocha 

się z nimi na oczach swoich ludzi, a kiedy nie potrafią go zadowolić, oni je dostają i korzystają z 

nich jeden po drugim. Wiesz, że byłam dziewicą... Jestem nią nadal. Bardzo się bałam.

— Wciąż jesteś dziewicą?

Godiva skinęła głową.

Ivar nic do mnie powiedział w trakcie przyjęcia, ale kazał, aby przywiedli mnie do jego 

namiotu tej samej nocy. Wtedy ze mną rozmawiał. Powiedział mi... Powiedział, że jest inny niż 

reszta mężczyzn. Nie  jest wałachem, to coś innego. Spłodził już dzieci, przynajmniej tak mówił. 

Powiedział mi jednak, że podczas gdy inni mężczyźni czują przypływ pożądania na sam widok

kobiecego ciała, on potrzebuje czegoś innego.

Czy wiesz, co jest tym czymś? — spytał Shef bez ogródek przypominając sobie 

wskazówki, jakie dał mu Hund.

Nie wiem — Godiva potrząsnęła głową. — Nie mogę tego zrozumieć. Ale on mówił, że jeśli 

mężczyźni dowiedzieliby się, jak jest z nim naprawdę, kpiliby z niego. W młodości koledzy 

przezywali go Sopel Lodu, ponieważ nie potrafił tego, co oni. Mówił mi, że zabił wielu 

mężczyzn, którzy z niego kpili i sprawiło mu to przyjemność. Dziś wszyscy, którzy się z niego 

śmiali, nie żyją i tylko najbliżsi podejrzewają, że jest jakiś inny. Jeżeli wszyscy by o tym wiedzieli, 

Sigvarth nie odważyłby się ofiarować mnie otwarcie, tak jak to uczynił. Ivar powiada, że teraz 

nazywają go Soplem Lodu, ponieważ się go boją. Mówią, że nie zamienia się w nocy w wilka czy 

niedźwiedzia, jak jego bracia, lecz w smoka. Wielkiego, długiego smoka.

— A co ty o tym myślisz? — spytał Shef. — Czy pamiętasz, co zrobili z twym ojcem? Twoim 

ojcem, nie moim, lecz nawet ja poczułem żałość na jego widok. Wprawdzie Ivar nie zrobił tego 

osobiście, wydał jednak odpowiednie rozkazy. To są właśnie rzeczy, jakimi się trudni. Mógł 

oszczędzić ci gwałtu, ale kto wie, jakie miał w stosunku do ciebie zamiary. Powiadasz, że ma

dzieci. Czy ktokolwiek widział ich matki?

Godiva pochyliła się nad dłonią i zaczęła przebijać pęcherze.

Nie wiem. Jest na pewno okrutny i pełen nienawiści w stosunku do mężczyzn, ale to dlatego, 

że się ich obawia. Boi się, że są bardziej męscy od niego. Ale jak oni pokazują tę męskość? 

Znęcając się nad słabszymi, czerpiąc przyjemność z ich cierpienia. Może Ivar zesłany został przez 

Boga, jako kara za męskie grzechy.

Czy żałujesz, że cię od niego zabrałem? — Głos

Shefa zrobił się nagle ostrzejszy.

Godiva pochyliła się nad nim, poczuł na piersi jej Policzek i przesuwające się wzdłuż ciała 

dłonie. Przyciągnął ją do siebie. Ramiączko jej koszuli opadło nagle odsłaniając nagą, dziewczęcą 

pierś.   Jedyną   kobietą,  którą   widział   dotąd   rozebraną,   była   potężna,   grubo  ciosana   Truda   o 

ziemistej, niezdrowej cerze. Jego stwardniałe dłonie zaczęły pieścić ciało Godivy z niewiarygodną 

delikatnością. Jeżeli sądził, że kiedyś to nastąpi, a rozmyślał o tym często siedząc samotnie  w 

kuźni, spodziewał się, że będzie to dopiero w dalekiej przyszłości, kiedy już na nią zasłuży, kiedy 

znajdzie miejsce, gdzie razem będą bezpieczni. Nie tak jak teraz, w środku lasu, pod gołym niebem, 

bez błogosławieństwa księdza ani zgody rodziców.

— Jesteś lepszym człowiekiem niż Ivar, czy Sigvarth, czy ktokolwiek, kogo spotkałam w życiu — 

powiedziała ze szlochem Godiva. — Wiedziałam, że po mnie przyjdziesz. Bałam się tylko, że mogą 

cię za to zabić.

Podciągnął jej koszulę i powoli obrócił na plecy.

53

background image

— Oboje powinniśmy już nie żyć. Jestem tak szczęśliwy, że jestem tutaj wraz z tobą... Nie łączy 

nas krew, pochodzimy od różnych ojców i różnych matek.

Posiadł   ją  w blasku  słońca.   Ten,   który  obserwował  ich   z   ukrycia,   wstrzymał   z   zazdrości 

oddech.

Godzinę   później   Shef   leżał   na   miękkiej   trawie  w przedzierających  się poprzez konary 

dębów   promieniach   słońca.   Był   senny   i   całkowicie   rozluźniony.   Nie  spał   jednak.   Myślał   o 

przyszłości, o tym gdzie mogą teraz pójść, może na mokradła, tam gdzie nocował   wspólnie z 

tanem Edrichem. Czuł na twarzy ciepło  słońca i miękkość darni, na której leżał, lecz wszystko 

zaczęło się powoli oddalać. Doznał już wcześniej podobnego uczucia. W obozie wikingów. Jego 

myśli zaczęły błądzić gdzieś bardzo daleko, opuszczając leśną polanę i uśpione ciało.

— Potężni są panowie, którym odebrałeś kobietę — przemówił do niego głos, twardy, szorstki i 

pełen dostojeństwa.

Shef zdał sobie sprawę, że znalazł się nagle w kuźni. Wszystko było znajome: napięcie mięśni,  

kiedy wyjmował z ognia rozgrzany do czerwoności kawał metalu,  i automatyczne odchylenie  

głowy, gdy iskry wzbiły się  ku jego włosom. Nie była to wszakże kuźnia w Emneth,  ani kuźnia 

Thorvina w obozie wikingów. Shef poczuł rozciągającą się wokół olbrzymią przestrzeń, wytyczoną  

gigantycznymi kolumnami, które ginęły wysoko w górze.

Wziął do ręki młot i zaczął wykuwać kształt z połyskującej na kowadle bryły metalu. Nie wiedział, jaki  

to ma być kształt. Wiedziały jednak jego ręce, poruszały się bowiem szybko i bez wahania. Nie było to  

ostrze włóczni ani topór, nie był to także lemiesz. Wyglądało tak jak koło, lecz koło wieloma zębami, 

ostrymi jak u psa. Shef patrzył w zdumieniu,  w głębi   serca  wiedział,   że  to  co  właśnie  robił,  jest  

niemożliwe.   Nikomu   nie   udałoby   się   wykonać   czegoś   takiego   za   jednym   zamachem.   Najpierw 

należałoby wykuć  obręcz i osobno każdy z zębów, dopiero wtedy można by połączyć te elementy w  

całość. Jednak po co to wszystko? Być może, gdyby mieć jedno takie koło, ustawione nad ziemią jak 

ściana, koło, które poruszałoby się w jedną  stronę i drugie koło umocowane płasko, to jedno z nich  

nadawałby mogło pęd drugiemu.

Lecz jaki miałoby to sens?  Z  pewnością istniał powód. Miało to coś wspólnego z dziwnym  

urządzeniem majaczącym w oddali, potężną konstrukcją znajdującą się pod jedną ze ścian.

W pewnej chwili Shef zdał sobie sprawę, że wokół niego stoi jeszcze kilka postaci i to postaci  

równie  gigantycznych rozmiarów, co całe pomieszczenie. Nie  widział ich dokładnie, zresztą nie  

ośmielił się otwarcie podnieść na nie wzroku, rzucał więc jedynie ukradkowe spojrzenia. Postacie  

stały jedna obok drugiej i obserwując go wymieniały uwagi, takie przynajmniej odniósł wrażenie.  

Były to bóstwa Thorvina, bóstwa Drogi.

Najbliżej stojąca postać przypominała jeszcze potężniejszą i wyższą replikę Vigi-Branda. Pod krótkimi 

rękawami tuniki widać było napinające się gigantyczne bicepsy.  To musi być Thor, pomyślał Shef.  

Twarz bóstwa wyrażała pogardę, wrogość i jakiś niepokój. Zaraz za nim stała inna postać o uważnym 

spojrzeniu i ostrych rysach, która spoglądała na Shefa ze zręcznie skrywaną aprobatą, tak jakby  był 

koniem wystawionym na sprzedaż przez głupiego kupca, nie orientującego się w jego rzeczywistej  

wartości.

Ten jest po mojej stronie, pomyślał Shef, lub też myśli, że ja jestem po jego.

Za plecami tych dwóch stała grupa innych postaci,  z których najwyższa, a zarazem najdalej  

oddalona podpierała się na potężnej włóczni o trójkątnym grocie.

Shef zdał sobie sprawę z jednej jeszcze rzeczy: ktoś podciął mu ścięgna w kolanach. Poruszał się po 

kuźni przy pomocy swoich ramion, wlokąc za sobą bezużyteczne już nogi. Wokół niego porozstawiane  

były   stołki,   ławki,   leżały   sterty   drewna,   wszystko   to   sprawiało   wrażenie   bałaganu,  lecz   w  istocie 

pomagało mu przemieszczać się z jednego miejsca na drugie. Mógł dźwignąć się na rękach i stanąć  

wyprostowany, niczym człowiek starający się złapać równowagę na szczudłach, w nogach nie było  

jednak życia, jedynie tępy ból rozchodzący się od kolan w górę.

Był jeszcze ktoś, kto go obserwował, tym razem ktoś bardzo mały, gdzieś przy samej ziemi. To  

54

background image

Thorvin! Choć nie, to nie był Thorvin, lecz ktoś jeszcze mniejszy  i drobniejszy, z wysokim  

czołem odsłoniętym i przerzedzonymi włosami. Postać ta miała jednak biały strój Thorvina oraz 

naszyjnik z kiści jarzębiny.

— Kim jesteś, chłopcze? — spytała. — Czy jesteś wędrowcem z krainy ludzi? Jak tu  

trafiłeś? W jaki sposób udało ci się odnaleźć Drogę?

Shef potrząsnął głową, udając, że chroni oczy przed iskrami.

Wrzucił gotowe już koło do stojącego obok kubełka  z wodą i zaczął pracować nad następnym 

kawałkiem metalu. Pracował z zapałem człowieka, który wie, że któregoś  dnia zwrócona mu zostanie  

wolność, nie chce jednak, aby prześladowcy odkryli rosnącą w jego sercu radość.

Nagle   Shef   zorientował   się,   że   jedna   z   olbrzymich  postaci   zaczyna   poruszać   się   w   jego  

kierunku. Była to  ta najwyższa, ta, która dzierżyła włócznię. Palec niczym  konar dębu uniósł do 

góry   brodę   Shefa.   Twarz   wydała  się   chłopcu   ostrzem   topora:   prosty   nos,   wystająca   szczęka, 

szpiczasta, siwa broda i wystające, szerokie kości policzkowe. W dół spoglądało na niego jedno  

nieruchome   oko.   W   tym   zestawieniu   oblicze   Ivara   mogłoby   napełnić   otuchą,   jako   coś   co  

przynajmniej ogarnąć można rozumem, było mimo wszystko ludzkie. Ta twarz była inna. Shef czuł, 

że mogłaby przywieść człowieka do szaleństwa.

Teraz nie wyrażała jednak wrogości, raczej koncentrację, skupienie.

Dużo ci jeszcze zostało do przejścia, karle — rzekł w końcu. — Dobrze jednak  

zacząłeś. Módl się, abym nie musiał cię wezwać zbyt szybko.

Dlaczego miałbyś mnie wzywać, Najwyższy? — spytał Shef oszołomiony własną 

zuchwałością.

Nie pytaj. Mądry człowiek nie podpatruje i nie podgląda, jak panna szukająca swego  

kawalera.

Wielka dłoń spadła nagle na kuźnię roztrącając ławy, wiadra i narzędzia, niczym  

człowiek strząsający z serwety łupiny orzecha. Shef został ciśnięty w powietrze, a unosząc się 

zdołał jeszcze zauważyć badawcze spojrzenie wychylającej się z cienia maleńkiej, ubranej na biało  

postaci.

W przeciągu sekundy znalazł się znowu na trawie,  pod gołym niebem. Słońce przesunęło się 

trochę, pozostawiając go w cieniu.

Gdzie Godiva? Shef zaniepokoił się nagle. Odeszła na chwilę na bok, ale co potem...

Shef zerwał się na nogi i zaczął rozglądać się wokół w poszukiwaniu wroga. Z krzaków doszedł 

go zgiełk, trzask gałęzi i krzyk kobiety, której usta zasłonił ktoś szybko dłonią.

Shef skoczył w tamtym kierunku, lecz zza drzew wyrośli nagle mężczyźni i otoczyli go szczelnie 

niczym  zaciśnięte palce Przeznaczenia. Na czele ich stał Muirtach, z przecinającą twarz świeżą 

pręgą i wyrazem niepohamowanej furii.

— Prawie ci się udało, chłopcze — rzekł. — Powinieneś był dalej uciekać, ale ty wolałeś się 

zatrzymać  i wypróbować kobietę Ivara. Cóż, gorący kutas nie zna  co to rozum, wkrótce jednak 

będzie zupełnie zimny.

Silne ramiona ścisnęły Shefa, który wciąż się wyrywał w stronę zarośli. Czy już ją pojmali? Jak 

udało im się ich znaleźć? Czy zostawili jakiś ślad?

Szyderczy śmiech wybuchł nagle pośród głosów gaddgedlarów. Shef rozpoznał go od razu. Był 

to śmiech Anglika. Jego przyrodniego brata, Alfgara.

Rozdział dziesiąty

Kiedy Shef znalazł się z powrotem w obrębie palisady, bliski był załamania. Przyczynę 

stanowiło ogromne wyczerpanie oraz głęboki wstrząs związany z nagłą i niespodziewaną utratą 
wolności. Wikingowie obchodzili się z nim bardzo surowo, popychając i szturchając boleśnie przez 
całą drogę powrotną. Shef czuł jednak, że sami są mocno wystraszeni. Wracali do Ivara tylko z 
jednym trofeum, co nie stanowiło z pewnością właściwej przeciwwagi wobec poniesionych szkód. 

55

background image

Było jasne, że gaddgedlarowie chcą się na nim odegrać. Został uwięziony w miejscu, gdzie 
trzymano niewolników i pobity do nieprzytomności.

Leżał tak aż do wieczora, a kiedy wreszcie się ocknął i otworzył zlepione krwią powieki, czuł 

się obolały i odrętwiały. Był także zziębnięty oraz osłabiony z pragnienia i głodu. Podczas gdy 

wokół zapadała noc rozglądał się desperacko, oceniając perspektywy ucieczki bądź ocalenia. Nie 

było jednak żadnego ratunku. Żelazne obręcze spinające jego stopy przymocowane były do 

wbitych w ziemię grubych kołków, ręce zaś miał związane z przodu. Być może z czasem 

udałoby mu się przegryźć pęta na nadgarstkach, lecz najmniejszy ruch z jego strony prowokował 

strażnika do wymierzenia kolejnego kopniaka. Shef uświadomił sobie, że strażnicy nie mieli teraz 

zbyt wielu więźniów do pilnowania. Niemal wszystkim pojmanym w czasie kampanii Anglikom 

udało się uwolnić i zniknąć pod osłoną nocy.

Oprócz Shefa pod strażą przebywało tylko kilku rycerzy króla Edmunda, którzy zdecydowali się 

walczyć do samego końca. Wszyscy byli ciężko ranni, przygotowani na śmierć i rozmawiali cicho 

czekając   na   swoją   kolej.   Zgodzili   się   w   końcu,   że   powinni   byli   najpierw  zaatakować   obóz 

Ragnarssonów, uznali jednak, że tak czy owak, zasłużyli na wielką chwałę. Spalili przecież statki i 

mocno przerzedzili zastępy wroga.

—   Szkoda   tylko,   że   schwytali   naszego   króla   —  rzekł jeden z nich po chwili milczenia. 

Pozostali pokiwali smutno głowami i spojrzeli w kierunku odległego narożnika.

Shef poczuł ciarki na plecach. Król Edmund był  ostatnią osobą, z którą chciałby się teraz 

spotkać.   Pamiętał   chwilę,   kiedy   król   podszedł   do   niego,   marnego  niewolnika   z   prośbą,   aby 

odsunął się z jego drogi. Gdyby go posłuchał, ta noc zakończyłaby się całkowitym zwycięstwem, a 

on, Shef, nie musiałby znosić teraz gniewu Ivara. Słyszał już rozmowy strażników opowiadających z 

rozbawieniem, co go wkrótce czeka. Pamiętał też słowa giermka, który oprowadzał go po obozie 

nie dalej  jak poprzedniego wieczoru. Zbrodnia, jakiej się  dopuścił,  była  ciężka.  Zabrał  Warowi 

kobietę, uprowadził ją i posiadł, tak że nigdy już nie mogła być mu zwrócona. Co się z nią stało? 

Nie została zawleczona z powrotem do obozu. Ktoś musiał ją porwać. Shef nie był jednak w stanie 

długo   nad   tym   rozmyślać,   zbyt  pochłonięty   własnym   losem.   Gniew   Ivara   wydawał   mu  się 

straszniejszy niż śmierć i dojmujący wstyd z powodu zdrady. Gdyby tak mógł umrzeć z zimna i nie 

doczekać poranka. Niczego nie pragnął bardziej.

Nad   ranem   obudziło   go   uderzenie   buta.   Usiadł  i pierwszą rzeczą,  z której  zdał sobie 

sprawę, była suchość w ustach. Wokół niego uwijali się strażnicy przecinając niektórym więźniom 

pęta i wywlekając trupy na zewnątrz. Udało im się, pomyślał Shef.

Przed sobą ujrzał kucającą postać w brudnej poplamionej   tunice.   Był   to   Hund.   W   rękach 

trzymał dzban  z wodą. Przez pewien czas Shef nie był w stanie o niczym innym myśleć, Hund 

tymczasem ostrożnie i powoli pozwolił mu pić, robiąc nieznośne przerwy po  każdym jego łyku. 

Dopiero   gdy   poczuł,   że   woda   wypełniła   mu   już   cały   brzuch,   Shef   zaczął   rozkoszować   się   jej 

smakiem. W tym samym momencie zdał sobie sprawę, że Hund coś do niego mówi.

Shef, Shef, mówię do ciebie. Musisz mi coś powiedzieć. Gdzie jest Godiva?

Nie wiem. Uprowadziłem ją. Potem ktoś inny musiał ją porwać. Pojmali mnie zanim 

mogłem coś na to poradzić.

— Jak ci się wydaje, kto mógł ją porwać?

Shef   przypomniał   sobie   śmiech   w   zaroślach,   przeczucie,   które   kiedyś   oddalił   od   siebie, 

przeczucie, że w lesie są jeszcze inni uciekinierzy.

— To Alfgar. Musiał nas śledzić.

Shef zamyślił się starając odegnać od siebie zmęczenie.

— Wydaje mi się, że to on przyprowadził do nas Muirtacha i jego ludzi. Być może zawarli 

jakiś układ. Oni wzięli mnie, a on ją. Może udało mu się po prostu ją porwać, podczas gdy wszyscy 

zajęli się mną. Nie było ich dostatecznie dużo, aby ryzykować dalsze poszukiwania.

Widać więc, że Warowi bardziej zależy na tobie niż na niej. Wie jednak, że to ty 

uprowadziłeś ją z obozu. To nie wróży dobrze — Hund pogładził się po swojej rzadkiej 

brodzie. — Zastanów się, czy ktoś widział cię, jak zabijałeś któregoś z wikingów własnymi

rękami.

Zabiłem tylko jednego. To było w ciemności i nikt tego nie zauważył. Ktoś mógł jednak 

56

background image

widzieć, jak uwolniłem niewolników, jak uwolniłem  Alfgara — twarz Shefa wykrzywił grymas. 

— Poza tym to właśnie ja rozbiłem umocnienia wokół obozu Ragnarssonów spuszczając na nie 

płonący maszt. Zrobiłem to, czego nie udało się dokonać towarzyszom króla. 

No tak, ale nie powinno to być jeszcze powodem do krwawej zemsty. Ingulf i ja zrobiliśmy 

wiele w ciągu ostatniego dnia. Wielu dowódców pozostałoby kalekami do końca życia, gdyby nie 

nasza pomoc. Ingulf potrafi nawet zaszyć z powrotem jelita, które wydostały się z rozprutego 

brzucha. Jeśli ktoś jest dostatecznie silny, aby wytrzymać ból, powinien przeżyć.

Staracie się wybłagać moje życie? Wstawiliście się za mnie u Ivara?

— Tak.

— Ty i Ingulf? Ale cóż ja dla niego znaczę?

Hund zamoczył w dzbanie kawał chleba i podał go przyjacielowi.

— To zasługa Thorvina. Mówi, że to sprawa Drogi. Mówi, że musimy cię uratować. Nie wiem 

dlaczego, ale on całkowicie poświęcił się dla ciebie. Wczoraj ktoś z nim rozmawiał. Potem 

Thorvin przybiegł prosto do nas. Czy zrobiłeś coś, o czym mi nie wiadomo?

Wiele rzeczy, Hund. Jednego jestem wszak pewien. Nikt nie zdoła uchronić mnie przed 

gniewem Ivara. Zabrałem jego kobietę, co mogę mu ofiarować w zamian?

Warto o tym pomyśleć — rzekł Hund napełniając dzban wodą ze skórzanego bukłaka. 

Postawił dzban na ziemi, obok zaś resztę chleba i kupon brudnego samodziału, który przyniósł 

ze sobą na ramieniu.

W obozie brakuje jedzenia, a połowa koców użyta została jako całuny. To wszystko, co 

mogłem ci teraz przynieść. Postaraj się, aby starczyło na dłużej. Jeśli chcesz odpłacić się 

Ivarowi, rozejrzyj się, może król ci pomoże.

— Czy jest jakaś nadzieja? — szepnął Thorvin.

Viga-Brand popatrzył na niego ze zdziwieniem.

— Czy tak powinien mówić kapłan Drogi? Nadzieja... Jeżeli zaczniemy robić pewne rzeczy 

tylko dlatego, że jest jakaś nadzieja, skończymy nie lepiej jak chrześcijanie śpiewający hymny do 

swego Boga łudząc się, że da im lepsze życie po śmierci. Zapominasz się, Thorvinie.

Brand   urwał   i   spojrzał   na   swoją  prawą   dłoń,   nad  którą nachylał  się właśnie Ingulf. Była 

rozcięta prawie do nadgarstka, a cięcie przechodziło równo pomiędzy drugim a trzecim palcem.

Ingulf przemył ranę ciepłą wodą, z której unosił się zapach ziół, a później rozwarł ostrożnie jej 

brzegi. Przez chwilę widać było białą kość, wkrótce jednak wszystko zalała krew.

Byłoby znacznie lepiej, gdybyś przyszedł z tym do mnie od razu, zamiast czekać półtora 

dnia — powiedział medyk. — Mogłem wyczyścić ranę póki była świeża, teraz brzegi zaczęły 

już się zasklepiać, muszę więc ją rozerwać na nowo. Mógłbym ją zaszyć bez tego, ale kto wie, co 

było na tamtym ostrzu.

Rób swoje, Ingulfie. Widziałem zbyt wiele ran, które nie chciały się goić, aby samemu 

ryzykować. To tylko ból, a zgorzel to pewna śmierć.

— Nadal jednak twierdzę, że przyszedłeś za późno.

Przez pół dnia leżałem pośród trupów, aż pewien

bystry człowiek zauważył wreszcie, że wszyscy z wyjątkiem mnie ostygli. A kiedy wreszcie się 

pozbierałem i upewniłem, że to najgroźniejsza z moich ran, byłeś zajęty dużo poważniejszymi 

rzeczami.

Thorvin westchnął i przesunął kufel piwa bliżej lewej dłoni Branda.

— Twoja mowa była dla mnie wystarczającą karą.

Teraz możesz mi już powiedzieć, czy jest jakaś szansa.

Twarz   Branda   pobladła   gwałtownie,   gdyż   Ingulf   wyciągał   właśnie   z   rany   odłamek   kości, 

odpowiedział jednak spokojnym tonem.

— Nie sądzę. Wiesz sam jak to jest z Ivarem.

— Wiem — przyznał Thorvin.

To sprawia, że nie potrafi zachować rozsądku w pewnych sytuacjach. Nie mówię o 

„przebaczeniu", nie jesteśmy chrześcijanami, aby puszczać w niepamięć wyrządzane nam krzywdy. 

57

background image

Lecz Ivar nie zechce nawet nas wysłuchać. Chłopak uprowadził jego kobietę. Porwał kobietę, w 

stosunku do której Ivar miał pewne plany. Gdyby ten głupiec Muirtach przyprowadził ją

z powrotem, wtedy być może udałoby się coś zrobić. Ale nie sądzę, gdyż najgorsze jest to, że 

kobieta odeszła z własnej woli. To znaczy, że chłopakowi udało się to, czego Ivar nie mógł 

dokonać. Krew musi się polać.

— Musi być jednak coś, co sprawi, że Ivar zmieni zdanie i przyjmie to, co proponujemy w 

zamian.

Ingulf rozpoczął właśnie zszywanie rany. Thorvin położył dłoń na srebrnym młocie, który wisiał 

na jego piersi, i zwrócił się do Branda.

Przysięgam, że to prawdopodobnie największa przysługa, jaką możemy oddać Drodze. 

Wiesz chyba, że są wśród nas tacy, którzy mają Widzenia?

Pamiętam, że kiedyś o tym mówiłeś — przyznał Brand.

Ludzie ci podróżują do krainy bogów, a później wracają stamtąd i opowiadają, co widzieli. 

Niektórzy uważają, że to tylko wizje, podobne do tych, jakie miewamy w snach, rodzaj 

poezji. Lecz ludzie ci widzą te same rzeczy. Przynajmniej niekiedy się to zdarza. Najczęściej 

jest tak, jakby wszyscy oni widzieli tylko część jakiegoś obrazu czy wydarzenia, tak że mogą go

po kolei uzupełniać.

Brand chrząknął, nie wiadomo czy z niedowierzania, czy pod wpływem bólu.

— Jesteśmy pewni, że ten inny świat istnieje i ludzie mogą się tam dostać. Nie dalej jak 

wczoraj miał miejsce dziwny wypadek.  Odwiedził mnie Farman, który jest kapłanem Freyra, 

tak jak ja jestem kapłanem Thora. Z tą jednak różnicą, że Farman już kilkakrotnie odwiedzał 

tamten świat, podczas gdy ja nie byłem tam ani razu. Mówił, że był w Wielkiej Sali, tam gdzie

spotykają się bogowie, aby decydować o losach dziewięciu światów. Stał przy samej ziemi, 

niczym mysz szukająca okruchów. Widział jak obradują bogowie, ujrzał też mojego ucznia 

Shefa. Nie miał wątpliwości, że to on, widział go nieraz w kuźni. Ubrany był dziwnie, niczym 

myśliwy w lasach Halogalandu i z trudem utrzymywał równowagę, jakby został okaleczony. 

Farman widział, jak przemówił do niego ojciec bogów i ludzi. Gdyby Shef przypomniał sobie, 

co wtedy usłyszał...

Rzadko się zdarza, żeby jeden podróżnik do tamtego świata zobaczył drugiego. Rzadko 

też bogowie zwracają się do podróżników, zwykle nie zauważają nawet ich obecności. I jest 

jeszcze jedna rzecz. Ktokolwiek dał chłopcu imię, nie wiedział co czyni. Teraz jest to imię 

nadawane psom, nie było tak jednak zawsze.

Czy słyszałeś kiedyś o Skioldzie?

To założyciel dynastii Skioldungów, królów Danii. Przodek królów, których Ragnar i jego 

synowie wygnaliby najchętniej z kraju, gdyby tylko mogli.

Anglicy nazywają go „Scyld Sceafing — Shield with the Sheaf", czyli Tarcza ze Snopem i 

opowiadają bzdurną historię jak dryfował przez ocean na swojej tarczy, mając za żagiel snop 

zboża, stąd właśnie miał wziąć się jego przydomek. Nie wiedzą jednak, że „Scea fing" to znaczy 

także „Syn Sheafa". Kim więc był Sheaf? Kimkolwiek był, to on właśnie posłał za morze

najpotężniejszego z królów i powiedział mu jak uczynić życie ludzkie szczęśliwym i pełnym 

chwały. Sheaf to imię zwiastujące wielkie szczęście, zwłaszcza gdy zostanie nadane bezwiednie. 

Sheaf lub Shef, bo tak właśnie wymawiają to imię mieszkańcy tych stron.

Musimy wyrwać chłopca z rąk Ivara. Jego także ludzie widzieli w tamtym świecie. Nie 

miał jednak ludzkiej postaci.

— To człowiek o wielu obliczach.

To jeden z rodu demona Lokiego, zesłany na ziemię, aby siał na niej spustoszenie. 

Musimy uchronić przed nim mego ucznia. Ale jak możemy tego dokonać? Jeżeli nie powstrzymają 

go twoje perswazje, Brand, ani moje prośby, czy zdołamy go jakoś przekupić? Czy jest coś, czego 

Ivar pragnie bardziej niż zemsty?

— Nie wiem, co sądzić o tej historii o innych światach — rzekł Brand. — Znalazłem się wśród 

was, ponieważ mogę przy waszej pomocy zdobyć wiele różnych umiejętności, poza tym, podobnie 

jak wy, nie lubię chrześcijan i szaleńców w rodzaju Ivara. Ten chłopak dokonał niezwykłej rzeczy 

przychodząc do obozu po dziewczynę. Trzeba mieć ikrę, żeby coś takiego zrobić.  Wiem o tym 

dobrze. Pamiętam, jak za namową waszych towarzyszy przyjechałem do Braethraborgu, aby wciągnąć 

58

background image

Ragnarssonów w tę wojnę. Życzę chłopcu jak najlepiej. Nie znam zamiarów Ivara, nikt ich pewnie 

nie  zna. Powiem wam jednak, czego mu potrzeba. Być  może i on zdaje sobie z tego sprawę, 

mimo swego szaleństwa. Lecz jeśli nie, Wężowe Oko powinien przemówić mu do rozsądku.

Kiedy wypowiadał te słowa, pozostali mężczyźni pokiwali ze zrozumieniem głowami.

Shef   zorientował   się   od   razu,   że   to   nie   ludzie   Ivara  przyszli   po   niego.   Nie   byli   to   także 

gaddgedlarowie, nie  wyglądali też na przybyszów z Norwegii. Ludzie, którzy po niego przyszli, 

byli potężnie zbudowani i w sile wieku, włosy mieli już posiwiałe.

Shef zauważył  srebrne pasy i złote naramienniki,  świadczące  o odnoszonych  w przeszłości 

sukcesach.  Kiedy dowódca straży zastąpił im drogę, Shef nie  dosłyszał wyjaśnienia, jakiego 

jeden z nich udzielił  szeptem. Strażnik zaczął wykrzykiwać coś w odpowiedzi gestykulując w 

stronę zrujnowanych zabudowań  obozu. Zanim jednak zdołał dokończyć zdanie, rozległ  się jęk 

poprzedzony głuchym odgłosem. Przybysz spojrzał na ziemię upewniając się, czy sprawa została 

zakończona, a następnie schował do rękawa worek z piaskiem.

Po chwili mężczyźni rozcinali już krępujące Shefa więzy. Jego serce zaczęło walić jak szalone. 

Czy czeka go śmierć? Czy wyciągają go stąd, aby poprowadzić na ścięcie? Shef zagryzł wargi. Nie 

mógł pozwolić sobie na błaganie o litość, zaraz by go wyśmiali.

Zaciągnęli go kilka jardów dalej w stronę innych zabudowań, gdzie przetrzymywano więźniów. 

Zatrzymali się przed wejściem do niewielkiej komórki. Shef zorientował się, że jeden z przybyłych 

wojowników,  zapewne ich przywódca, przypatruje mu się niezwykle  uważnie, jakby chciał coś 

wyczytać z jego twarzy.

— Rozumiesz po norwesku?

Shef skinął głową.
— Zrozum więc, że jeśli ty będziesz mówił, to bez znaczenia, lecz jeśli on się odezwie, być 

może uda ci się zachować życie. Całkiem niewykluczone. Jest coś, co ciebie może uratować, dla 

mnie zaś znaczy jeszcze więcej. Niezależnie od tego, czy masz umrzeć czy nie, niedługo 

będziesz potrzebował przyjaciela. Przyjaciela na dworze Ragnarssonów. Jest wiele sposobów, w 

jakie stracić można życie.

Potem Shef wepchnięty został do ciemnej komórki. W ścianę wbite były dwa metalowe 

pierścienie, przez które przeciągnięto łańcuchy. Shef poczuł jak mężczyźni zakładają mu na 

szyję obręcz, obręcz połączoną z łańcuchami. Nogi pozostawili nie związane, jednak jego ręce 

były wciąż skrępowane. Mógł wstać i przechadzać się po kilka kroków w każdą stronę, tyle na 

ile pozwalał łańcuch.

Wkrótce Shef zorientował się, że w celi znajduje się ktoś jeszcze. Widział zwieszający się ze 

ściany łańcuch, ginący gdzieś w ciemności. Wyobrażając sobie leżącą na ziemi postać poczuł 

nagle przypływ lęku i wstydu.

— Panie? — spytał niepewnie. — Panie, czyś jest królem?

Postać wzdrygnęła się nerwowo.

— Jestem król Edmund, syn Edwolda, władca East Anglii. Lecz kim ty jesteś, skoro mówisz 

jak człowiek z Norfolku? Nie jesteś żadnym z mych rycerzy. Czy przybyłeś  wraz   z 

pospolitym   ruszeniem?   Zostałeś schwytany w lesie? Zbliż się trochę, abym mógł ujrzeć

twe oblicze.

Shef odwrócił się w stronę króla, a promień słońca oświetlił nagle jego twarz.

A więc to ty. Ty, który stanąłeś pomiędzy mną a Warem. Pamiętam cię dobrze. Nie miałeś 

pancerza ani broni, lecz powstrzymałeś przez dobrą chwilę jednego z moich najlepszych ludzi, 

Wiggę. Gdyby nie ty, to byłyby ostatnie chwile w życiu Ragnarssona. Dlaczego Anglik miałby 

ratować Ivara? Uciekłeś swemu panu? Byłeś niewolnikiem u zakonników?

Moim panem był twój tan, Wulfgar — rzekł Shef. — Wiesz panie, co zrobili z nim 

wikingowie.

Król skinął głową. Oczy Shefa przyzwyczaiły się do  słabego oświetlenia i chłopak mógł już 

przypatrzeć się obliczu swego władcy. Oblicze to nie wyrażało litości, było skupione i poważne.

— Zabrali też jego córkę, moją mleczną siostrę. Przyszedłem tutaj, aby ją odzyskać. Nie 

59

background image

zamierzałem chronić Ivara, lecz twoi ludzie, panie, zamierzali zabić ich oboje. Chciałem tylko, 

abyś pozwolił mi zabrać ją na bok. Wtedy przyłączyłbym się do ciebie. Nie jestem wikingiem. 

Dwóch z nich zabiłem własnymi rękami. Poza tym zrobiłem coś dla ciebie, mój panie, coś co 

usiłowali wcześniej twoi ludzie...

— Zrobiłeś to, widziałem. Wołałem, aby ktoś przełamał pierścień i tobie się to udało. Tobie i 

garstce wieśniaków, przy pomocy masztu. Gdyby Wigga o tym pomyślał, albo Totta, albo Eddi, 

zrobiłbym z nich najbogatszych ludzi w królestwie. Co też ja wtedy obiecywałem?

Edmund pokręcił w milczeniu głową i spojrzał na Shefa.

— Czy wiesz, co oni chcą ze mną zrobić? Budują teraz ołtarz ku czci swoich pogańskich 

bogów. Jutro przyjdą po mnie i położą mnie na nim. Wtedy wkroczy Ivar. Zabijanie królów to 

jego rzemiosło. Powiedzieli mi, że na jutro przygotował on coś specjalnego. Chciał zostawić to 

dla króla Northumbrii, Elli, zabójcy jego ojca, lecz zdecydował, że ja także na to zasługuję.

Położą mnie na ołtarzu, twarzą do ziemi. W środek moich pleców Ivar wbije swój miecz. 

Wiesz, jak żebra przylegają ściśle do kręgosłupa i tworzą na piersiach

kościaną klatkę? Ivar będzie nacinał je po kolei zaczynając od tych na samym dole. Mówią, że 

użyje miecza tylko do pierwszego cięcia, potem korzystać będzie z młota i dłuta. Potem 

wykroi w plecach wielką dziurę, włoży do środka ręce i będzie wyciągać stamtąd żebra,

jedno po drugim.

Król mówił spokojnie.

— Sądzę, że powinienem wtedy umrzeć. Mówią, że potrafi pozostawić człowieka przy życiu, 

aż do tego momentu, jeżeli tylko uda mu się ciąć nie zbyt głęboko.

Lecz kiedy wyciąga żebra na zewnątrz, serce musi  pęknąć. Na koniec wyciągają też twoje 

płuca i ustawiają żebra w ten sposób, że wyglądają jak skrzydła kruka lub orła. Dlatego nazywają 

to „wycinaniem krwawego  orła". Zastanawiam, jakie to będzie uczucie, kiedy  zatopi ostrze w 

moich plecach. Wiesz chłopcze, wydaje mi się, że jeśli uda mi się zachować zimną krew do tego 

momentu, reszta pójdzie już łatwo. Ale dotyk tej zimnej stali na plecach, zanim jeszcze nastąpi ból... 

Nigdy nie  sądziłem, że coś takiego może mnie spotkać. Chroniłem  mój lud, nigdy nie złamałem 

żadnej  przysięgi,  byłem  hojny dla  sierot. Czy wiesz,  chłopcze,  co powiedział  Chrystus,   kiedy 

wisiał umierający na krzyżu?

Shef potrząsnął głową. Nauki ojca Andreasa ograniczały się zazwyczaj  do przypominania o 

obowiązku daniny na rzecz Kościoła.

— „Mój Boże, czemuś mnie opuścił?"

Król zamilkł na chwilę.

— Wiem  dobrze,  dlaczego  on  chce  to  zrobić. W końcu jestem władcą, tak jak on. 

Wiem, czego potrzebują teraz jego ludzie. Ostatnie miesiące nie były dobre dla jego armii. 

Wydawało im się, że będą mieli łatwy początek kampanii, zanim zdecydują się ruszyć na York. I 

tak mogło się stać, gdyby nie to, co zrobili z twoim opiekunem. Niewiele udało im się zebrać 

łupów, ot garstkę niewolników, a teraz jeszcze przerzedziły im się szeregi. Widzieli swoich 

przyjaciół, jak umierali z ran, a wielu czeka jeszcze na śmierć ze zgorzeli. Jeżeli nie zobaczą 

czegoś naprawdę krzepiącego, gotowi są stracić ducha.  Ivar potrzebuje jakiegoś tryumfu.

Egzekucji. Albo...

Shef przypomniał sobie ostrzeżenie, jakie usłyszał przy wejściu do celi.

— Nie mów zbyt otwarcie, panie. Oni chcą, żebyś mówił. Chcą też, żebym ja słuchał.

Edmund   zaśmiał   się   krótko.   Słońce   było   już   nisko  i   w   celi   panowała   niemal   zupełna 

ciemność.

— Słuchaj więc. Obiecałem ci połowę skarbu Raedwalda, jeśli rozbijesz linię wikingów. 

Zrobiłeś to. Możesz mieć nawet cały skarb, powierzę ci sekret, a ty zrobisz, co będziesz uważał. 

Ten, kto przekaże im tę wiadomość, uratować może życie i sporo zyskać. Gdybym to ja im o tym 

powiedział, mógłbym zostać jarlem. Nie jest jednak rzeczą króla kierować się lękiem. Ale ty,

chłopcze, zyskać możesz niejedno. Słuchaj więc uważnie i dobrze zapamiętaj. Zdradzę ci sekret 

skarbu Wuffingasów.

Król zamilkł, a po chwili zaczął mówić półgłosem:

60

background image

Gdzie bród u wierzb, drewniany most 

Tam królów ród w swych łodziach śpi 

Cztery pagórki w ziemi tkwią; 

Patrz na północ i omiń trzy. 

W czwartym spoczywa tajemny skarb, 

Strzeże go Wuffa, z Wehhy krwi. 

Odszukaj go, jeśli masz hart.*

* tłum. Justyna Zandberg

Głos zamarł nagle.

— To moja ostatnia noc, chłopcze. Być może twoja także. Pomyśl co zrobić, aby uratować 

życie. Nie sądzę, by angielska zagadka okazała się prosta dla wikingów. Lecz jeśli z ciebie tylko 

zwykły prostaczek, ty także nie pojmiesz ni słowa.

Rozdział jedenasty

Wielka armia gnębiona była niepokojem i niepewna swej siły, dokładnie jak przewidział to 

król Edmund. Została zaskoczona i częściowo rozbita przez władcę niewielkiego państewka, 
królika, o którym nawet nie słyszeli i choć wszystko skończyło się pomyślnie, w głębi serca 
wikingowie wiedzieli, że nie są jeszcze zdolni do następnej bitwy. Wprawdzie zabici zostali już 
pochowani, ranni przychodzili do zdrowia, a dowódcy poszczególnych kontyngentów porozumieli 
się w sprawie wymiany ludzi i sprzętu, jednak wojownicy potrzebowali czegoś, co przywróciłoby 
im wiarę we własne siły. Jakiegoś rytuału, który pomógłby im uwierzyć, że nadal są wielką armią 
— postrachem chrześcijan, niezwyciężonymi zastępami Północy.

Od samego rana ludzie tłoczyli się wokół wytyczonego poza obrębem obozu terenu, gdzie miało 

odbyć się wielkie zebranie. Zgodnie z tradycją, aplauz miano wyrażać uderzeniami mieczy o tarcze. 

W tym samym czasie trwała narada przywódców.

Shef był przygotowany na przyjście żołnierzy. Odczuwał silny głód i silne pragnienie, które 

wysuszyło mu język i usta, był jednak w pełni świadomy i czujny. Edmund także już się obudził, nie 

zdradzał jednak tego żadnym ruchem. Shef nie odważył się do niego przemówić.

Ludzie   Wężowego   Oka   zjawili   się   z   tą   samą   pewnością   siebie,   co   poprzedniego   dnia.   W 

przeciągu kilku  sekund zdjęli Shefowi żelazną obręcz i wyprowadzili go  na zewnątrz w półmrok 

jesiennego poranka. Nad rzeką wciąż wisiała mgła, kropelki wody zebrały się też na  krawędzi 

dachu. Shef wpatrywał się w nie intensywnie, zastanawiając się, czy udałoby mu się je zlizać.

— Rozmawialiście wieczorem. Co ci powiedział?

Shef potrząsnął głową i wskazał skrępowanymi rękami w kierunku pasa mężczyzny, do którego 

przywiązany był skórzany bukłak. Mężczyzna podał mu go w milczeniu. W środku było piwo, 

gęste   i   zawiesiste,   zaczerpnięte   bez   wątpienia   z   samego   dna   beczki.   Shef   wypił   je   duszkiem 

przechylając głowę do tyłu. Kiedy skończył, wytarł usta rękami i poczuł jak piwo zaczyna

wypełniać całe jego ciało niczym skórzany worek. Wikingowie obserwowali go z 

rozbawieniem.

Dobre, co? Piwo jest dobre. Życie także. Jeśli chcesz spróbować więcej obu tych 

rzeczy, lepiej nam opowiedz, co usłyszałeś.

Dolgfinn obserwował twarz Shefa z niezwykłą uwagą. W jego oczach czaiła się wątpliwość, był 

w nich jednak także upór. Mężczyzna odwrócił się i przywołał ręką jednego ze stojących w pobliżu 

wojowników. Shef od razu go rozpoznał. Ten człowiek ze złotym łańcuchem na szyi i mieczem o 

srebrnej rękojeści był jego ojcem.

Kiedy ruszył w stronę Shefa, pozostali cofnęli się nieco, aby pozostawić obu mężczyzn sam na 

sam. Przyglądali się sobie przez kilka sekund, badając wzrokiem od stóp do głów. Patrzy na mnie w 

61

background image

ten sam sposób w jaki ja patrzę na niego — pomyślał Shef. Próbuje rozpoznać się w moim ciele, ja 

zaś w jego. Wie już, że jestem jego synem.

— Spotkaliśmy się już kiedyś — zaczął Sigvarth — na pewnej drodze. Muirtach powiedział, 

że w obozie jest pewien młody Anglik, który przechwala się, że mnie pokonał w walce. Teraz 

mówią mi, że jesteś mym synem. Twierdzi tak ten pomocnik medyka, chłopak, który przybył 

tu wraz z tobą. Czy to prawda?

Shef skinął głową.

— To świetnie. Tęgi z ciebie zuch, dobrze walczyłeś. — Sigvarth podszedł jeszcze bliżej i 

dotknął bicepsów Shefa. — Stoisz jednak po złej stronie, synu. Wiem, że twoja matka to 

Angielka, ale tak samo jest z połową wojowników naszej armii. Można by powiedzieć, że są 

Anglikami, Frankami, Irlandczykami albo Finami, lecz krew dziedziczy się po ojcu. Wiem oczy

wiście, że ciebie wychowali Anglicy, chował cię ten głupiec, którego chciałeś ocalić. Ale co 

oni dla ciebie właściwie zrobili? Jeżeli wiedzieli, że jesteś moim synem, śmiem twierdzić, że 

ciężkie było twoje życie. Czy się mylę?

Sigvarth spojrzał na chłopca, świadom, że słowami tymi powinien go sobie zjednać.

— Uważasz  pewnie,  że zostawiłem cię tam na pastwę losu. Masz rację, tak było. Lecz nie 

wiedziałem wtedy o twoim istnieniu, nie znałem cię. Teraz jest inaczej. Widzę, jak wyrosłeś, 

widzę, że mógłbyś stać się moją chlubą. Powiedz tylko słowo, a uznam cię swoim prawowitym 

synem. Będziesz miał takie same prawa i przywileje jakbyś się narodził w moim domu. Porzuć 

Anglików. Porzuć chrześcijan. Zapomnij o swojej matce. Pójdę do Ivara i porozmawiam z nim o 

tobie, jako o moim synu, a słowa moje poprze Wężowe Oko. Masz kłopot, synu, i trzeba cię z 

niego wyciągnąć.

Shef spojrzał w górę ponad ramieniem ojca. Przypomniał sobie koński żłób i znoszone z pokorą 

razy. Przypomniał sobie klątwę, jaką rzucił na niego ojczym i oskarżenie o tchórzostwo. 

Przypomniał sobie niekompetencję, ociężałość i powolność angielskich oddziałów, rozdrażnienie 

Edricha z powodu ich niezdecydowania. Czy można odnosić zwycięstwa mając przy boku takich 

ludzi? Później dostrzegł stojącego kilka kroków za

plecami Sigvartha młodzieńca o jasnej cerze i wystających jak u konia siekaczach. On także 

jest synem Sigvartha — pomyślał Shef. Jeszcze jeden przyrodni brat. W dodatku wyraźnie 

nierad z obrotu sprawy.

Shef przypomniał sobie śmiech Alfgara dochodzący z zarośli.

— Co powinienem uczynić? — spytał w końcu.

Opowiedz nam, co usłyszałeś od króla Jatmunda. Albo wyciągnij z niego to, co 

chcielibyśmy wiedzieć.

Shef przyjął wyzwanie i splunął prosto na skórzany  but ojca błogosławiąc  w myśli  wypite 

piwo.

— Odrąbałeś ręce i nogi Wulfgara, podczas gdy przytrzymywali go twoi ludzie. Potem 

pozwoliłeś im zgwałcić moją matkę, nie zważając na to, że urodziła Ci syna. Nie jesteś żaden 

„drengir". Jesteś niczym. Przeklinam krew, którą od ciebie dostałem.

W jednej chwili pomiędzy nimi stanęli ludzie Sigurtha, próbowali powstrzymać Sigvartha, 

który chwytał już za miecz. Nie opierał się jednak zbyt silnie. Kiedy odciągali go do tyłu, wciąż 

wpatrywał się w syna z jakąś tęsknotą w oczach. Myśli pewnie, że pozostało jeszcze coś do 

powiedzenia — zreflektował się Shef. Stary głupiec.

— A więc zrobiłeś, co chciałeś — mruknął Dolgfinn, wysłannik Sigurtha, popychając chłopca 

do przodu. — Twoja sprawa. Wyprowadźcie go na zewnątrz, za palisadę — zwrócił się do swoich 

ludzi. — Przyprowadzicie tam też tego króla, wcześniej jednak upewnijcie się, czy aby nie nabrał 

rozumu. Ci Anglicy nie potrafią walczyć ani się poddać, kiedy trzeba. Teraz życie Jatmunda należy 

do Ivara, a przed zmierzchem stanie przed obliczem Odyna.

Armia wikingów zebrała się już za wschodnią palisadą. Ludzie tłoczyli się po trzech stronach 

pustego kwadratu, wzdłuż czwartego boku stali jedynie jarlowie oraz całe najwyższe dowództwo z 

Ragnarssonami na czele.

W chwili, gdy podchodził tam eskortowany przez grupkę wojowników Shef, z gardeł zebranych 

62

background image

popłynął  nagle   tryumfalny   okrzyk,   któremu   towarzyszył   brzęk  metalu.   Sekundę   później   miecz 

odrąbał głowę stojącemu  w rogu wysokiemu mężczyźnie o kredowobiałej twarzy. Shef patrzył z 

niedowierzaniem, widział już w swoim życiu wiele trupów, ale taka scena była dla niego nowością. 

Nie dadzą mi wiele czasu na przygotowanie, pomyślał. Muszę być gotowy, jak tylko usłyszę brzęk 

mieczy.

— Co to za jeden? — spytał Shef wskazując w stronę rzucanej właśnie na stos głowy.

— To jeden z angielskich rycerzy. Ktoś mówił, że walczył naprawdę dobrze i wiernie bronił 

swego pana, więc powinniśmy dostać za niego okup. Lecz Ragnarssonowie postanowili, że nie 

czas teraz na branie okupów. Trzeba dać Anglikom lekcję. Teraz twoja kolej.

Żołnierze  wypchnęli   go  do  przodu,  niemal   na  sam  środek   kwadratu,   tak   że   znalazł   się   o 

dziesięć kroków od najwyższych dowódców.

— Kto ma ochotę przedstawić tę sprawę? — odezwał się jeden z mężczyzn donośnym 

głosem.

Gwar zaczął wyraźnie słabnąć. Z szeregu wyszedł Ivar Ragnarsson. Jego prawe ramię 

unieruchomione było na temblaku. To dlatego nie mógł walczyć przeciw rycerzom Edmunda — 

pomyślał Shef.

Ja ją przedstawię — rzekł Ivar. — Stoi przed wami nie wróg, lecz zdrajca. Nie jest to 

jeden z ludzi Jatmunda, lecz jeden z moich. Przyjąłem go do swego oddziału, nakarmiłem, dałem 

schronienie. Kiedy przyszli Anglicy, nie walczył dla mnie. W ogóle nie walczył. Przybiegł do 

mojego obozu i uprowadził moją kobietę. Skradł mi ją, a ona nigdy już nie może mi zostać

zwrócona. Nie należy już do mnie, choć została mi ofiarowana w majestacie prawa przez jarla 

Sigvartha. Wyznaczyłem okup za tę dziewczynę, lecz on nie może go spłacić. Nawet jednak gdyby 

mógł, zabiłbym go za wyrządzoną mi zniewagę. Poza tym nasza armia powinna ukarać go za 

zdradę. Kto jest za?

Popieram — zawołał posiwiały mężczyzna stojący obok Ivara, zapewne Ubbi lub Halvdan. 

W każdym razie któryś z Ragnarssonów, jednak nie ich wódz, Sigurth, który stał bez ruchu w 

samym środku szeregu. — Popieram cię — ciągnął mężczyzna. — Ten człowiek miał szansę 

wykazać się lojalnością, odrzucił ją jednak. Przyszedł do naszego obozu jako szpieg i 

złodziej.

— Jaką karę proponujesz? — spytał herold.

Śmierć to zbyt mało — wykrzyknął Ivar. — Żądam jego oczu za zniewagę, jaką mi 

wyrządził, żądam jego jaj za to, że zabrał mi kobietę. Żądam jego rąk za zdradę, jakiej dopuścił 

się w stosunku do armii.

Kiedy będzie po wszystkim, niechaj zachowa swe życie.

Shef poczuł jak przeszywa go dreszcz. Jego kręgosłup zamienił się nagle w kawał lodu. Zaraz 

rozlegnie się okrzyk i brzęk stali, pomyślał z przerażeniem, a potem pójdzie prosto w ręce kata.

Z   tłumu   stojących   po   przeciwległej   stronie   mężczyzn  wyszedł jednak potężny wojownik z 

przewiązaną zaplamionym bandażem ręką.

— Jestem Brand. Zna mnie tutaj wielu.

Jego słowom towarzyszył okrzyk poparcia i aprobaty.

— Chciałem powiedzieć o dwóch rzeczach.  Po pierwsze, powiedz nam Ivarze, skąd 

wziąłeś tę dziewczynę? Albo skąd wziął ją Sigvarth? Jeżeli ją porwał, a chłopak zabrał ją z 

powrotem, co jest w tym złego? Powinieneś był go zabić w czasie kradzieży. Jeśli tego

nie zrobiłeś, zbyt późno już, żeby wzywać do zemsty. Jest jeszcze druga rzecz. Przyszedłem ci 

pomóc, Ivarze, kiedy otoczyli cię rycerze Jatmunda. Walczę już od dwudziestu lat i nigdy się 

nie cofnąłem przed atakiem. Tę oto ranę dostałem, gdy walczyłem za ciebie. Przerwij mi, jeśli to 

nieprawda! Widziałem jak angielski król wraz ze swymi wyszedł prosto na ciebie. Byłeś ranny

i nie mogłeś nawet unieść miecza. Twoi ludzie byli martwi, a ja miałem tylko lewą rękę, aby cię 

bronić. Kto wtedy zasłonił cię swoim ciałem, jeśli nie ten młodzienieć? To on właśnie powstrzymał 

Anglików dopóki nie wróciłem tam wraz z Arnketilem i jego drużyną. Powiedz, Arnketilu, czy ja 

kłamię?

Było tak jak powiedziałeś, Brandzie — odezwał się ktoś z tłumu. — Widziałem Ivara, 

widziałem Anglików,  widziałem też chłopca. Pomyślałem, że zaraz zabiją go w tej potyczce i 

63

background image

zrobiło mi się przykro, bo wiem walczył dzielnie.

Tak więc oskarżenie o porwanie upada. Oskarżenie o zdradę nie jest prawdziwe, 

bowiem właśnie temu chłopcu zawdzięczasz życie. Nie wiem, co łączyć go może z Jatmundem, 

chcę jednak powiedzieć, że jeśli jest dobry w porywaniu kobiet, mam dla niego miejsce w swojej 

drużynie. Potrzeba nam paru nowych ludzi. A jeśli ty nie potrafisz sam strzec swoich kobiet, 

Ivarze, w porządku, twoja sprawa, ale nie mieszaj do tego armii.

Shef zobaczył, jak Ivar podchodzi do Branda wpatrując się w niego z nienawiścią i oblizując 

wargi językiem niczym wąż. Wokół rozległ się pomruk zainteresowania. Nie był to objaw 

wrogości, żołnierze lubili takie przedstawienia.

Brand nie poruszył się nawet, oparł tylko lewą dłoń na rękojeści miecza. Ivar stanął jakieś trzy 

kroki od niego i podniósł do góry zabandażowaną rękę, tak żeby wszyscy mogli ją zobaczyć.

Kiedy twoja dłoń będzie już sprawna, przypomnę sobie, co mi teraz powiedziałeś, 

Brandzie — syknął Ivar.

Ja też ci o tym przypomnę, kiedy wyleczysz już swój bark — odparował Brand.

Ich spór przerwał nagle potężny i lodowaty głos  Sigurtha Ragnarssona, zwanego Wężowym 

Okiem.

— Armia ma przed sobą znacznie poważniejsze rzeczy niż dyskusje o chłopcach. 

Słuchajcie więc. Mój brat Ivar musi dostać zapłatę za uprowadzoną kobietę. W zapłacie za własne 

życie, Ivar musi zwrócić chłopcu jego życie, i nie okaleczyć go zbyt dotkliwie. Chłopiec musi żyć, 

lecz musi także zostać ukarany. Przyszedł tu jako jeden z nas, lecz nie zachował się jak nasz 

prawdziwy towarzysz. Gdy nas zaatakowano, myślał o własnym zysku. Jeżeli miałby przyłączyć 

się do załogi Vigi-Branda, musimy dać mu lekcję. Nie obetniemy mu ręki, bo nie będzie mógł 

walczyć, nie pozbawimy jąder, bo nie chodziło tu naprawdę o kradzież kobiety. Armia zabierze mu 

jednak oko.

Shefowi z trudem udało się ustać na swoim miejscu, kiedy usłyszał okrzyk aprobaty.

— Nie dwoje oczu. Jedno. Co na to armia?

Jego   słowa   powitał   ryk   entuzjazmu   i  brzęk   ostrzy.  Shef   popchnięty   został   w   narożnik 

kwadratu. Mężczyźni rozstąpili się i chłopiec ujrzał metalowy kosz z rozgrzanymi do czerwoności 

węglami i Thorvina  dmuchającego  w miechy.  Do Shefa podszedł pobladły  ze zdenerwowania 

Hund.

— Trzymaj się — mruknął po angielsku, podczas gdy mężczyźni przewrócili Shefa na ziemię 

i odchylili do tyłu jego głowę. Shef zorientował się, że brązowe ramiona, które obejmują go jak 

kleszcze, należą do Thorvina. Próbował się wyrwać, krzyczeć, oskarżyć ich o zdradę, ale ktoś 

wepchnął mu w usta kawał szmaty. Do jego twarzy zbliżała się rozżarzona do białości igła,

czuł naciskający na gałkę oczną kciuk. Zacisnął mocno oczy i raz jeszcze spróbował 

przekrzywić głowę, krzyknąć.

Czuł bezustanny, nieubłagany uścisk. Opalony nad ogniem szpic igły zbliżał się wciąż do 

prawego oka. Ból, paroksyzm bólu ogarniający niczym rozszalały ogień wszystkie zakamarki mózgu. 
Po chwili łzy i krew zmieszane razem i spływające wolno po policzku, a gdzieś w tle syk 
rozgrzanego metalu zanurzanego w wodzie.

Unosił się w powietrzu, właściwie wisiał nogami ku  ziemi. Jego oko przebite było ostrzem, a  

przeraźliwy ból  wykrzywił twarz. Ból nie zmniejszał się wcale, nie  zanikał. Umysł jednak był  

jasny i skupiony.

Nietknięte było także jego drugie oko. Pozostało  otwarte i nie mrugało nawet. Niezależnie, 

którym ze światów się akurat znajdował, mógł się przyglądać wszystkiemu. Teraz był bardzo, bardzo  

wysoko.   W   dole  widział   góry,   równiny,   rzeki   i   morza,   na   których   bieliły   się   czasem   żagle 

wikingów.   Po   równinach   maszerowały   wielkie   armie   wzbijając   w   górę   tumany   kurzu:   to  

chrześcijańscy  królowie  Europy i pogańscy  nomadowie  przygotowywali   się   do   kolejnej   wojny.  

Zorientował   się,  że   jeśli   zwęził   odpowiednio   oczy,   a   właściwie   oko,   dostrzec   mógł   co   tylko  

zapragnął. Mógł czytać z ust dowódców i żołnierzy, z ust cesarza Greków i tatarskiego chana.

Pomiędzy nim a rozpościerającym się w dole światem szybowały ptaki. Dwa z nich minęły go  

całkiem blisko, tak że dostrzec mógł żółty błysk ich inteligentnych oczu. Ich pióra były połyskliwie 

64

background image

czarne, a dzioby ostro zakrzywione. To kruki, kruki, które wydziobywały ludziom oczy. Przyjrzał im  

się nieruchomym wzrokiem, a one zwinęły skrzydła i odleciały pospiesznie.

Igła przeszywająca oko, czy to ona utrzymywała go  w powietrzu? Na to wyglądało. W takim  

jednak razie  powinien   był   już   dawno   nie   żyć.   Nikt   nie   mógł   żyć   z ostrzem przechodzącym 

przez mózg i czaszkę i wbitym  w drzewo. Znowu przeszył go ból. Twarz wykrzywił  grymas, ręce  

zwieszały się w dół, bezwładne jak u trupa. Zobaczył nadciągające kruki: zaciekawione, tchórzliwe, 

sprytne i wyczulone na każdy objaw słabości. Szybowały w jego stronę, trzepotały skrzydłami. Były  

coraz bliżej. W końcu kilka wylądowało na jego barkach. Tym razem wiedział jednak, że nie  

powinien obawiać się ich dziobów. Przyleciały do niego, aby  dodać mu otuchy, podtrzymać na 

siłach. Zbliżał się król.

Postać uniosła się z tego punktu na ziemi, od którego odwrócił właśnie wzrok i zatrzymała się tuż 

przed nim. Była naga, a twarz wykrzywiało jej nieludzkie cierpienie. Ujrzał lejącą się po biodrach  

krew, sterczące z pleców   krwawe   skrzydła   i   całkowicie   zapadniętą   pierś.  W dłoni trzymała  

własny kręgosłup.

Przez moment wisieli tak twarzą w twarz, oko w oko. Postać rozpoznała go, zmierzała jednak ku  

swemu odległemu przeznaczeniu, poza obrębem dziewięciu światów. Tam gdzie nikt prawie się nie  

zapuszcza. Poczerniałe wargi poruszyły się nieznacznie.

— Nie zapomnij. Nie zapomnij słów, których cię nauczyłem.

Ból w oku Shefa podwoił się jeszcze, chłopak krzyknął i potrząsnął głową chcąc uwolnić się od 

przytrzymującego go szpikulca. Nagle poczuł wokół siebie delikatny dotyk czyichś rąk. Powoli 

otworzył oko. Nie był to już panoramiczny krajobraz dziewięciu światów rozciągający się z 

wierzchołka wielkiego dębu, lecz pochylająca się nisko twarz Hunda. Hunda trzymającego igłę. Shef 

krzyknął ponownie i starał się wyswobodzić z uścisku, ręce jednak zacisnęły się na nim 

jeszcze mocniej.

Spokojnie, spokojnie — szeptał Hund. — Już po wszystkim. Nikt cię już nie tknie. Należysz 

do armii, do drużyny Branda z Halogalandu. Przeszłość została zapomniana.

— Muszę sobie przypomnieć... — krzyknął Shef.
— Co takiego?

Łzy wypełniły jego oczy, to zdrowe i to, które właśnie stracił.
— Nic już nie pamiętam... — szepnął. — Zapomniałem sekretne słowa wypowiedziane przez 
króla.

65


Document Outline