background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
Dwaj mężczyźni, ujrzawszy się u wejścia do sali balowej, uśmiechnęli się do siebie. 

- Co jest właściwie z tą małą Dianą Maya? zapytał jeden z nic:h amerykańskim akcentem. Tu w 

hotelu "Biskra" słyszy się tyle plotek na ten temat. 

- Do diabła z tymi plotkami! Ja znam Dianę Maya od dziecka - odparł drugi. 

- Czy nie było tam jakichś nieporozumień u nich w rodzinie? 

- Byłem ich sąsiadem i znam przypadkowo całą tę historię. Baron Maya kochał szalenie swoją 

żonę, która umarła, wydawszy na świat małą Dianę. W dwie godziny potem baron zastrzelił się, 

pozostawiając maleństwo na opiece jej brata. Wychować ją jak dziewczynę, było dlań zadaniem 

ponad siły; wychował ją więc jak chłopca. lato ma pan rezultat! 

Postąpili krok naprzód i spojrzeli na wspaniale oświetloną salę balową, wypełnioną rozbawionym 

tłumem ludzi. Rodzeństwo Maya, stojąc na podniesieniu w końcu sali, czyniło honory domu. 

Baron Aubrey Mayo był wysoki i chudy. Jego kruczoczarne włosy podkreślały jeszcze bardziej 

bladość twarzy. W postaci jego przebijała się zarówno światowa uprzejmość, jak i połączone z 

lenistwem znudzenie. Widocznie był tak dalece leniwy, że nie mógł utrzymać monokla, gdyż ten 

mu ciągle wypadał. Dziewczę stojące u jego boku było wprost jego przeciwieństwem.  Pełna 

życia,   średniego   wzrostu,   smukła,   z   wysoko   wzniesioną   głową,   czyniła   wrażenie   giętkiego, 

wygimnastykowanego   chłopca.   J   ej   drwiąco   wygięte   wargi   i   hardy   podbródek   wskazywały 

dobitnie na energię i stanowczość, a ciemnoniebieskie oczy patrzyły szczerze i śmiało. Długie 

czarne rzęsy oraz ciemne brwi odbijały się dziwnie od gęstych, czerwonozłotych, krótko ściętych 

włosów. 
- Rezultat jest w rzeczywistości ciekawy rzekł Amerykanin, powracając do przerwanej rozmowy. 
W tej chwili przyłączył się do nich trzeci, młodszy mężczyzna. 
- Hallo, Arbuthnot, późno pan przychodzi. Pani domu jest już oblężona przez tancerzy. Gdy ta 

okrutna   wróżka  podepce  pana  dostatecznie,  wtedy przyjdę   tu  chętnie,   aby  pozbierać   resztki. 

Jeżeli jednak odniesie pan sukces, to będziemy to mogli później oblać. 
Wziął swego towarzysza pod ramię i skierował . się w stronę pokoju gry. 

Arbuthnot   wszedł   na   salę   balową,   torując   sobie   wolno   drogę   między   tańczącymi   i 

rozmawiającymi  ludźmi  wszystkich  narodowości.  Dotarł  wreszcie  do  estrady,   na  której  stała 

Diana Mayo. Zbliżył się ku niej. 

- Szczęście sprzyja mi, miss Mayo, widzę, że nie ma pani jeszcze partnera. 

Odwróciła   się   ku   niemu   wolnym   ruchem   i   na   chwilę   między   łukami   jej   brwi   ukazała   się 

nieznaczna zmarszczka; żałowała widocznie, że jakiś intruz przerywa znienacka jej myśli. Potem 

uśmiechnęła SIę· 

- Nie będę tańczyć tak długo, aż nie ulokuję moich wszystkich gości - odparła, patrząc na prze-

pełnioną salę. 

- Spełniła pani świetnie swój obowiązek. Czy nie zatańczymy sobie przy dźwiękach tej wspania-

łej melodii? - zachęcał przekonywająco. 

Zawahała się, uderzając ołóweczkiem karnetu po swych białych zębach. - Odmówiłam już tylu 

panom - rzekła  z grymasem.  Potem uśmiechnęła  się nagle. -  A zresztą,  chodźmy!  I tak już 

uważają mnie za niewychowaną. Będą mieli jeden powód wIęceJ. 

Przetańczyli kilka razy, potem przeszli do ogrodu, gdzie usiedli pod kolorową latarnią japońską. 

- Czy pani naprawdę chce wyjechać? - spytał Arbuthnot. Serce jego biło przy tych słowach z za-

wrotną szybkością, a oczy zapaliły się błyskiem tęsknoty. 

P opatrzyła nań zdziwiona. 

- Dlaczego miałabym zmienić w ostatniej chwili moją decyzję? 

- D laczego brat pozwala pani samej jechać? Dlaczego pani nie towarzyszy? Jakkolwiek nic nie 

upoważnia mnie do tego rodzaju pytań, to jednak muszę pytać. 

Zaśmiała się, wzruszając ramionami. 

- Mamy różne poglądy, ja i Aubrey; on chce jechać do Ameryki, ja zaś na pustynię. Sprzecza-

liśmy się o to przez dwa dni i wreszcie doszliśmy do porozumienia. Ja zrobię wycieczkę na 

pustynię, a on do N owego Jorku. 

background image

Spojrzał w jej oczy. Zdawała się nie myśleć o tym, że jej młodość i piękność stanowią bardzo 

poważne niebezpieczeństwo w zamierzonej podróży. Wyszukał więc inny powód. 

- Słyszałem, że w ostatnich czasach niektóre plemiona poczęły się burzyć. 

Uczyniła niecierpliwy ruch. 

- Tak mówi się zawsze, gdy chodzi o to, aby odwieść kogoś od udania się w podróż. Władze 

również śpiewają tę samą piosenkę; kiedy jednak zażądałam faktów, zbyli mnie ogólnikami. Poza 

tym mam doskonałego, poleconego przez władze, przewodnika. Umiem strzelać, przyzwyczajona 

jestem do spania na wolnym powietrzu i nie wątpię, że dam sobie sama radę. 

W głosie jej brzmiał upór. Teraz zamilkła, on siedział obok niej miotany niepokojem. Cierpiał, 

gdyż   widział   jej   urok  i  słodycz,   a   nie   śmiał   tego  wypowiedzieć.   Nagle   obrócił   ku  niej   swą 

pobladłą twarz. 

- Diano, niech pani przesunie termin wyjazdu kilka dni i pozwoli mi towarzyszyć sobie. Kocham 

panią ponad wszystko w świecie i proszę, abyś została moją żoną. Całe moje życie poświęcę, aby 

uczynić panią szczęśliwą. Dniem i nocą myślę o pani. N a Boga, Diano, pani piękność może nie-

jednego doprowadzić do szaleństwa. 

- Czy prócz piękności mężczyzna nie wymaga niczego więcej od swej żony? Moje myśli o panu 

nie szły nigdy w tym kierunku. Zdaje mi się, że 

Bóg,  tworząc  mnie,   zapomniał  mi  dać  serce.  Nie  kochałam  zresztą  jeszcze  nikogo w  życiu. 

Przykro mi, że muszę to panu powiedzieć. Mężczyzna jest dla mnie tylko towarzyszem, z którym 

jeżdżę lub poluję ... niczym więcej. 

Arbuthnot siedział w milczeniu. Mógł przecież wiedzieć z góry, że nie uzyska nic tu, gdzie tylu 

innym, lepszym od niego, się nie powiodło. Był głupcem, ulegając pokusie, która stała się zbyt 

silna. Powinien był przewidzieć, jaką otrzyma odpowiedź. 

- Czy pozostaniemy przynajmniej przyjaciółmi - zapytał szeptem. 

Popatrzyła   przez   chwilę   na   niego   i   ujrzała   w   świetle   latarni   jego   spokojne   oczy.   Szczerym 

ruchem wyciągnęła ku niemu rękę. 

- Chętnie. Mam wprawdzie mnóstwo znajomych, ale tak mało prawdziwych przyjaciół. 

Przytrzymując   przez   dłuższą   chwilę   jej   smukłe   palce,   walczył   z   niedorzeczną   pokusą 

przyciśnięcia   ich   do   swych   warg.   Ona   siedziała   milcząc   i   przyjąwszy   dosłownie   to,   co 

powiedział,  uważała  go  za  dobrego  przyjaciela-kolegę.  Myśli   jej  błądziły daleko  po  pustyni. 

Nagle w ciszy nocnej rozległ się niski głos męski: 

Białe ręce ukochane tam nad Szalimarem. 

Były szczęściem niepojętem, były Boga darem ... 

N ucił miękki miły baryton. Jakkolwiek słowa były angielskie, to jednak akcent był wyraźnie nie 

angielski. Diana podniosła głowę nasłuchując. Głos zdawał się dochodzić z mroków ogrodu, a 

może z ulicy leżącej za ogrodzeniem z kaktusów. Umilkł, Diana odchyliła w tył głowę z lekkim 

westchniemem. 

- Pieśń Kaszmiru... przypomina mi Indie. 

Ubiegłego roku słyszałam w Kaszmirze tę pieśń; głos śpiewający wówczas nie był jednak tak 

ładny. Ten jest przepiękny, ciekawam, kto to śpiewał? 

Arbuthnot   spojrzał   na   nią   z   zaciekawieniem,   zaskoczony   tym   nagłym   zainteresowaniem   i 

ożywieniem malującym się na jej twarzy. 

Siedziała milcząc, w nadziei, że śpiewak nie odszedł jeszcze. Jednak ciszę wieczoru zakłócało 

już tylko granie świerszcza. Obróciła się na swym krześle. 

- Posłuchaj pan tylko tego śmiesznego stworzonka! Ono pierwsze wita mnie zawsze, gdy przy-

bywam do Port Saidu. Jest dla mnie symbolem Wschodu. 

- Te małe bestie mogą kogoś przyprawić o obłęd - rzucił nerwowo młody człowiek. 

- Przez najbliższe cztery tygodnie będą one dla mnie dobrymi przyjaciółmi. Lubię dzikie okolice. 

Najpiękniejszym okresem w moim dotychczasowym życiu są podróże do Ameryki i do Indii. N 

aj większym jednak marzeniem moim była zawsze pustynia. 

Podniosła się z uśmiechem zadowolenia i poczęła iść ku budynkowi hotelu. Szedł obok niej 

milczący. N a werandzie zatrzymała się· 

- Czy zobaczę pana jeszcze jutro? 

- Tak, umówiłem się z kilku znajomymi, że odprowadzimy panią konno kawałek drogi. 

background image

U śmiechnęła się wzbraniająco. 

- W takim razie widzę, że te cztery tygodnie na pustyni  będę musiała poświęcić na zatarcie 

wspomnienia o tym odprowadzaniu. - Mówiąc te słowa weszła do sali balowej. 

W kilka godzin później udała się Diana do sypialni, zaświeciła światło, rzuciła karnet i rękawicz-

ki na krzesło i zadowolonym spojrzeniem obrzuciła rzeczy, przygotowane do jutrzejszej podróży. 

U szczęśliwiona, że tańce skończyły się już, przeciągnęła się z zadowoleniem. 

Ujęła zegarek, aby nakręcić go. Zwyczajem swym nie nosiła żadnych klejnotów, a złoty zegarek 

nosiła na gładkim skórzanym pasku. 

Rozebrała się powoli, nie czując najmniejszej ochoty do snu. Nałożyła więc na siebie cienką pi-

żamę, zapaliła papierosa i wyszła na balkon. Pokój jej znajdował się na pierwszym piętrze, a 

przez okno widziała ozdobne kolumny, biegnące ku balkonowi drugiego piętra. S pojrzała w dół 

na ogród. 

Usłyszała nagle szmer. Wychyliła się poza balustradę, chcąc spojrzeć na werandę leżącą tuż pod 

balkonem.   Zdawało   się   jej,   że   spostrzega   białą   zasłonę.   Nagle   jednak   zjawisko   znikło. 

Potrząsnęła głową i usiadła na szerokiej balustradzie. Oparta wygodnie o kolumnę patrzała w 

mrok ogrodu, nucąc cicho pieśń Kaszmiru, której zwrotkę pochwyciła przedtem. Księżyc  był 

wysoko,   a   jego   światło   napełniało   ogród   szerokimi   czarnymi   cieniami.   Z   cienia   zdały   się 

wyłaniać baśnie Wschodu, śmielej jak za dnia. Dzieckiem będąc spuszczała się w taką noc po 

powojach   z   balkonu   i   upojona   oszałamiającymi   woniami   nocy,   błądziła   po   parku   zalanym 

poświatą księżyca. 

Dziwne   było   jej   dzieciństwo.   Ponieważ   nie   miała   krewnych,   którzy   mogliby   się   zająć 

osieroconym dziewczęciem, przeto musiał się nią zaopiekować brat, który zupełnie nie taił swego 

niezadowolenia z obowiązku, który spadł na niego. Lata wczesnego dzieciństwa spędziła pośród 

piastunek   i   służby.   Potem,   gdy   sir   Aubrey   Mayo   powrócił   z   dalekiej   podróży,   począł 

wychowywać   siostrę   tak,   jak  jego   samego   niegdyś   wychowywano.   Ubrana   i   traktowana   jak 

chłopiec, uczyła się jeździć konno i strzelać, i to nie dla przyjemności, ale całkiem serio, aby stać 

się towarzyszem człowieka, który interesował się tylko sportami męskimi. Potem zaczęła podró-

żować. Przez sześć lat zmieniały się ciągle obrazy przed jej oczyma, przeżywała ciągle nowe 

wrażenia i niebezpieczeństwa. O tych minionych ~atach rozmyślała teraz, siedząc na poręczy 

balkonu. 

Ziewnęła i poczuła się nagle zmęczona. Szybko powróciła do pokoju. Okna zostawiła otwarte i 

położyła się do łóżka. U snęła szybko, nie zdążywszy się nawet dobrze wyciągnąć. W godzinę 

później zbudziła się nagle. Leżąc bez ruchu rozejrzała się po pokoju. Księżyc świecił jasno, ale 

nie zauważyła  nic podejrzanego. Miała jednak uczucie, że w pokoju znajduje się ktoś obcy. 

Podświadomie odniosła wrażenie, że cień jakiś przesunął się bezszelestnie i zniknął ża oknem. 

Gdy rzeczywistość tej myśli przeniknęła do jej snem zmożonej świadomości, wyskoczyła z łóżka 

i   wybiegła   na   balkon.   Nie   było   nikogo.   Przechyliła   się   przez   balustradę   nasłuchując,   nie 

zauważyła   jednak   nic   podejrzanego.   Zdziwiona   wróciła   do   pokoju   i   zaświeciła   światło.   Nie 

brakowało niczego, zegarek leżał na toalecie, a kufry były nienaruszone. Obok łóżka, w tym 

samym miejscu gdzie go położyła, leżał rewolwer z rączką z kości słoniowej. 

- To musiał być sen - szepnęła zamyślona - jednak sen bardzo bliski rzeczywistości. Było to coś 

wielkiego, białego i jestem pewna, że ktoś tu był. 

Przeczekała chwilę, potem wzruszyła ramionami, zgasiła światło i powróciła do łóżka. Jej nerwy 

były tak doskonale spokojne, że w pięć minut później spała głębokim snem. 

ROZDZIAŁ DRUGI 
Zapowiedziane   odprowadzenie   przez   znajomych   miało   entuzjastyczny   przebieg.   Ponieważ 

wszystko   było   wybornie   do   podróży   przygotowane,   przeto   wyruszono   punktualnie   w 

umówionym   terminie.   Przewodnik   Mustafa   Ali   okazał   się   prawdziwą   perłą;   znikał,   gdy  był 

zbyteczny. Dzień obfitował w ciekawe wydarzenia, a długa jazda konna była dla Diany szczytem 

rozkoszy fizycznej. 
Tak dotarli do oazy przeznaczonej na pierwszy nocleg. 

Z nie małym zadowoleniem rozejrzała się Diana po swoim namiocie. S tało w nim wysokie łóżko 

polowe, cynowa wanna, mały składany stół i obydwa kufry. Cieszył ją brak wygód, mimo że 

background image

przy   myciu   opryskała   wodą   łóżko,   a   mydło   wpadło   do   jednego   z   butów   do   konnej   jazdy. 

Następnie   przebrała   się   w   zielony   jedwabny   szlafrok,   nie   zakrywający   smukłych   kostek,   a 

odsłaniający delikatną biel szyi i dziewiczego łona. 

Wyszła z namiotu i błyszczącymi od szczęścia oczyma spojrzała dokoła. A więc to była wreszcie 

owa pustynia, za którą tęskniła całe życie. Aż do tej chwili nie zdawała sobie sprawy, jak głęboka 

była ta tęsknota. Czuła się tu dziwnie swojsko, jak gdyby ta wielka, milcząca pustka z dawna na 

nią czekała. Głos brata przerwał nagle jej marzenia i sprowadził ją na ziemię· 
- Czy każdego wieczora będziesz się tak stroić dla pana Mustafy i poganiaczy wielbłądów? 

- Nie zamierzam wcale zaprosić na kolację dzielnego Mustafy i nie mam w ogóle zwyczaju stroić 

się dla kogoś, jakeś to pięknie zauważył. 

- Nie lubię tego, sama wiesz, że ci jest w tym do twarzy. A na wykonanie takiego zwariowanego 

zamiaru wyglądasz aż za pięknie. 

- Czy nie byłbyś  na tyle uprzejmy,  aby powiedzieć mi  dokładnie, o co ci idzie? - zagadnęła 

spokojnie. 

- Chyba sama już teraz widzisz, że jest to niemożliwe. To jest wprost nie do pomyślenia, że przez 

kilka miesięcy będziesz wędrowała sama po pustyni, jedynie w towarzystwie tych przeklętych 

Negrów. 
Diana zapaliła spokojnie papierosa i zwróciła się ku niemu z hardym uśmiechem. 

- Gdybym nie była całe moje życie przebywała z tobą, to troskliwość twoja wzruszyłaby mnie 

może.   Ponieważ   jednak  znam  cię   aż   nazbyt   dobrze,   wiem,   jaki   jest   prawdziwy  powód  twej 

braterskiej troskliwości. Nie chce ci się jechać beze mnie. Przyzwyczaiłeś się do tego, że usuwam 

ci wszystkie niewygody w podróży ... 

- Diano, bądź wreszcie poważna. 

- Aubrey, powiedziałam moje ostatnie słowo. Twoje perswazje nie przekonają mnie i nie zmienię 

mego postanowienia. 

Patrzyli sobie teraz w oczy. Łuna gniewu zapaliła się na obliczu Aubreya. Monokl wypadł mu . z 

oka, uderzając dźwięcznie o guzik kamizelki. 
- Jesteś upartym,  małym diabłem - rzekł wściekły. Patrzyła nań z szyderstwem, przygryzając 
wargI. 
- A więc chciałbym zaiste - zawołał - abyś wpadła w ręce takiego mężczyzny, który nauczy cię 
posłuszeństwa. 

Wyraz jej twarzy stał się jeszcze bardziej drwiący. - Takiego niech Bóg ma w swojej opiece -

odcięła ironicznie, wchodząc do namiotu. 
Gdy znalazła się sama, gniew ustąpił miejsca uczuciu zadowolenia. Było to już sztuką nie lada, 
doprowadzić flegmatycznego Aubreya do złości. Znała dobrze powód jego niezadowolenia, które 
okazywał w ciągu ostatnich czterech tygodni. 
Spośród wszystkich kobiet jakie spotkał w swoim życiu, nie pociągała go żadna, a jedynie Ame-
rykanki   denerwowały   go   stosunkowo   najmniej.   Dlatego   też   wybierał   się   do   Ameryki,   aby 
wyszukać sobie żonę. Chciał prowadzić dom w N owym J orku, do czego obecność Diany była 
mu konieczna. 
Wreszcie przestała zajmować się Aubreyem i jego egoizmem.  Było bardzo gorąco. Leżąc na 
wąskim łóżku rozważała, czy przypadkiem nie grozi jej za naj lżejszym poruszeniem wpadnięcie 
podczas snu do wanny. 

N astępnego ranka przy śniadaniu była wprost wyzywająco uprzejma. 
Niebawem obładowano wielbłądy. Nadeszła chwila wyruszenia. Z wróciła się do brata, który z 
wściekłością targał wąsy. 
- Aubrey, dalsze zwlekanie nie ma celu, chyba nie zechcesz potem pędzić galopem, aby zdążyć 
na kolację do Biskry - rzekła tonem możliwie obojętnym. 
Obrócił się ku niej gwałtownie. - Diano, jeszcze nie jest za późno, zaniechaj tego szalonego 
zamiaru. N ie wyzywaj Opatrzności! 
Po raz pierwszy brzmiała w jego głosie nuta szczerości. Diana zawahała się chwilę. Potem po-
patrzyła na niego z łagodnym uśmiechem. 
- Nie ośmieszaj się Aubrey, chyba nie przypuszczasz, że w ostatniej chwili zmienię mój zamiar. 

background image

A zresztą nie ma' najmniejszego niebezpieczeństwa. Umiem przecież strzelać! 
Z wesołym  uśmiechem wyjęła  z torby rewolwer wykładany kością  słoniową  i wystrzeliła  w 
kierunku niewielkiej skały znajdującej się opodal. Mimo że była dobrym strzelcem, to jednak 
tym razem chybiła. N a kamieniu nie było śladu kuli. Diana zdziwiła się. 

Popatrzyła na brata, potem na rewolwer, który trzymała w ręku. 

- Diano, po cóż ta bezsensowna brawura? Nie słuchała go, wpatrując się w skałę. 

- Nie rozumiem,  jak mogłam chybić  - szepnęła zamyślona,  podnosząc raz jeszcze rewolwer. 
Jednak brat uchwycił ją za rękę· 
- N a Boga, nie narażaj się ponownie na pośmiewisko. Zblamowałaś się już dostatecznie  rzekł 
cicho, wskazując wzrokiem na przypatrujących się Arabów. 

Diana włożyła z powrotem broń do torby. 

- Nie pojmuję tego. Widocznie winę ponosi tutaj mała ilość światła. 

Dosiadła konia i podała bratu rękę. 

- Bądź zdrów Aubrey, życzę ci szczęścia, bądź spokojny, zjawię się na czas, aby ci drużbować. 

Ze śmiechem skinęła na M ustafę i skierowała konia na południe. Długo jechała w milczeniu. 

Sprzeczka z Aubreyem pozostawiła po sobie niemiły posmak. Czuła, że popełnia czyn, stojący w 

sprzeczności z utartymi zwyczajami. 

Teraz jednak była na pustyni, w podróży, którą planowała od dawna i która stanowiła jej naj 

głębsze marzenie. N a myśl o możliwych niebezpieczeństwach uśmiechnęła się niedowierzająco. 

Cóż mogło jej na pustyni zagrażać? 

Słońce prażyło z bezchmurnego nieba, a z rozpalonej ziemi unosiło się rozedrgane powietrze. 

Promieniała   szczęściem,   radując   się   uczuciem   młodości   i   siły,   skończoną   pięknością   swych 

kształtów, czując pod naciskiem swych  kolan silne, nerwowe ciało konia. I rozkosz ta miała 

trwać cały mieSIąC. 

Jakaś karawana, którą od dłuższego czasu widziała na horyzoncie, zbliżyła się powoli. Diana 

ściągnęła cugle, gdy mijał ją długi sznur wielbłądów. Zawsze interesowały ją te wielkie zwierzęta 

o chwiejnym chodzie i długich, chyboczących się szyjach. Była to duża karawana; ciężary na 

grzbietach wyglądały bardzo okazale. Prócz kupców na wielbłądach i pstrego tłumu służby bądź 

idącej pieszo, bądź też jadącej na chudych małych  osiołkach, towarzyszył  karawanie oddział 

zbrojny na koniach. N a kilku wielbłądach zauważyła postacie ludzkie, okryte bezkształtną masą 

koców. Poznała, że są to kobiety. Różnica między nimi a nią pobudziła ją do śmiechu. Widząc je, 

zadawała sobie pytanie, czy kobiety te zbuntują się kiedykolwiek przeciw niewoli, w której żyją, 

i czy tęsknią za swobodą, którą ona posiada? 
Małżeństwo nawet w najkulturalniejszej formie, oparte na wzajemnym  szacunku i przyjaźni, 

wydawało się   jej  wstrętne   i  nie   mogła  o  nim myśleć  bez   drżenia.  Myśl  o  małżeństwie  dla 

Aubreya   była   niemiła,   ją   zaś,   szczycącą   się   zimną   krwią   i   rozwagą,   napełniała   strachem   i 

wstrętem. Już na samą myśl  o tym,  że może się stać zależna od woli i humoru mężczyzny, 

któremu na podstawie prawa małżeńskiego będzie musiała być posłuszna, popadała w gniew. W 

zdrygoęła się, a ręka jej opadła ciężko na szyję konia. Nerwowe zwierzę rzuciło się naprzód, 

popuściła mu cugli i przebiegając galopem obok Mustafy, przywołała go do siebie. Przewodnik 

podjechał był do karawany i stojąc obok swego konia rozmawiał z dowódcą zbrojnych. 
Koń Diany był rączy, tak że dopiero po dłuższej chwili nadążyła za nią służba. 
Gdy Diana zawołała go do siebie, przemknął po twarzy Mustafy cień niezadowolenia. 

Czy panią nie interesuje karawana? 

- Nie - odparła krótko i poczęła wypytywać go o niektóre szczegóły, dotyczące jej własnej ka-

rawany. Arab mówił płynnie po francusku i począł opowiadać jej anegdoty o różnych znanych 

osobistościach, którym miał zaszczyt towarzyszyć w podróży przez pustynię. Mustafa wyglądał 

na mężczyznę średniego wieku, jakkolwiek z powodu szerokiej bujnej brody, czyniącej go ponad 

wiek starszym, trudno było określić ilość jego lat. Diana  uważała noszenie brody za wielką 

wadę, gdyż zwykła była oceniać mężczyznę po ustach. Oczy synów W schodu nie mogą być 

wskaźnikiem charakteru gdyż zawsze mieszają się pod wzrokiem Europejczyka. Również i oczy 

Mustafy unikały wzroku Diany i zdawało się jej, że patrzył na nią o wiele śmielej podczas 

zawierania umowy w Biskrze. Myśli jej jednak nie zatrzymały się dłużej przy tym spostrzeżeniu, 

gdyż interesowały ją inne, bardziej zajmujące sprawy. Skierowała rozmowę na konia, na którym 

background image

jechała. Było to zwierzę niezwykle piękne, a przewodnik zyskał wiele w jej oczach, przy-

prowadzając go na jej prośbę. Teraz rozpływał się w pochwałach nad zaletami konia, przebąkując 

coś jednak niewyraźnie o jego pochodzeniu, tak że Diana doszła w końcu do wniosku, że zwierzę 

zostało bądź po prostu skradzione, bądź też "kupione" w jakiś inny nielegalny sposób i że dalsze 

wypytywanie o to dowiodłoby braku taktu. 

Wreszcie przybyli do małej oazy, gdzie rozłożono się na obiad. 

Zjadła prędko i usiadła, zapalając papierosa, oparta plecami o pień palmy. Objęła rękoma kolana 

i patrzyła na pustynię. Najmniejszy wiaterek nie poruszał koron palm. Jedyną żywą istotą była 

jaszczurka, wylegująca się na pobliskiej skale. 

Instynktownie wyczuła, że ktoś stanął poza nią. Odwróciła się i ujrzała Mustafę, schylającego się 

przed nią w głębokich ukłonach. 

- Czas w drogę, Mademoiselle. 

Diana obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem. Karawana była gotowa do drogi. Błysk wesołości 

znikł z jej' oczu. Mustafa Ali był przewodnikiem w podróży, ona jednak była właściwą panią 

wyprawy. Jeżeli przewodnik nie pojął dotychczas tej różnicy, to przyda mu się lekcja, której mu 

zaraz udzieli. Spojrzała na zegarek na ręku. 

- Mamy jeszcze dużo czasu - rzekła chłodno. Mustafa ukłonił się znowu: 
- Do następnej oazy, w której mamy przenocować, jest daleko. 

- Wyruszymy Mustafo, ale wtedy, gdy ja zechcę· 

Być może, że Mustafa miał rację, że było już późno, a droga do oazy daleka; musiał jednak 

otrzymać nauczkę, nawet gdyby mieli jechać do północy. 

Gdy   minął   czas,   który   sobie   wyznaczyła,   podeszła   z   wolna   do   grupy   Arabów.   Twarz 

przewodnika była chmurna. Nie zwracała jednak na to uwagi i kazała mu jechać obok siebie. 

Znów   zaczął   szeroko   opowiadać   o   Biskrze,   a   ona   uważała,   że   lepiej   nie   przerywać,   gdyż 

obawiała się, że zapadnie w gniewne milczenie. Wiedziała, że jego zły humor rozwieje się, jeżeli 

pozwoli mu tylko rozkoszować się dźwiękiem własnego głosu i wymowy. 

Jechała tak ciągle milcząca i zajęta własnymi myślami, słuchając tylko głosu przewodnika i nie 

zdając sobie w końcu sprawy ze swego milczenia. 

Jechali już kilka godzin. Dianie wydawało się dziwne, że nie minęli dotychczas widzianej rano 

karawany. Spojrzała na zegarek i zmarszczyła czoło. - Gdzie jest karawana, Mustafo? Nie widzę 

ani śladu oazy, a wnet zapadnie noc. 

- Gdyby pani była wcześniej wyruszyła... mruknął pod nosem. 

- To bylibyśmy i tak jeszcze daleko od niej odcięła energicznie. - Jutro urządzimy to inaczej. 

- Jutro - powtórzył przewodnik z dziwnym brzmieniem w głosie. 

Spojrzała nań ostro. 

- Co takiego? 

Mustafa podniósł dłoń do czoła. 

- Jutrzejszy dzień jest w ręku Allacha - mruknął z ponurą świętobliwością. 

Chciała coś odpowiedzieć, gdy nagle kilka ciemnych punktów na horyzoncie zwróciło jej uwagę. 

Była jednak za daleko, aby mogła rozróżnić szczegóły. 

- Patrz pan, czy to jest karawana? 

- Jeżeli Allach zechce - odparł znów z namaszczeniem, a Diana życzyła sobie w duchu, aby 

wreszcie począł mniej zajmować się wolą bóstw, a raczej zajął się karawaną. 

Czarne punkty poruszały się żywo po równinie i Diana spostrzegła niebawem, że nie były to po-

wolne i stateczne dromadery, lecz grupa jeźdźców na koniach. Prócz napotkanej rano karawany 

nie widzieli przez cały dzień nikogo. Zbliżający się Arabowie interesowali Dianę bardziej aniżeli 

karawana. Trudno było określić liczbę jezdnych, gdyż jechali zwartym szykiem, wiatr powiewał 

ich burnusami, upodabniając ich do jadących olbrzymów. 

Diana spięła konia ostrogą i wysunęła się przed przewodnika. Arabowie byli już tak blisko, że 

mogła rozróżnić wspaniałe rumaki, na których siedzieli. Byli uzbrojeni we flinty, które trzymali 

w   rękach,   a   nie   na   plecach,   jak  widywała   w  Biskrze.   Tak  przejechali   obok  niej   w  karnych 

kolumnach. 

- Co to za ludzie? - krzyknęła do Mustafy, który pozostał nieco w tyle. Lecz on, patrzący również 

w stronę jeźdźców, zdawał się nie słyszeć pytania. Jej ludzie pozostawali w tyle za przewodni-

background image

kiem. Gdy Arabowie znaleźli się na jednej linii z karawaną, wstrzymali nagle konie. Diana nie 

wyobrażała sobie nigdy, że wielki oddział idący galopem może się tak nagle zatrzymać. Konie 

ściągnięte nagle za uzdy, aż przysiadły na zadach. J ednak zabrakło czasu na zachwycanie się 

arkanami sztuki jazdy konnej tych ludzi. 

Wypadki potoczyły się wprost z błyskawiczną szybkością· Zwarty szereg jeźdźców wyciągnął 

się   w  długą   linię   dwójkami   idących   koni.   Potem  zawrócili   i  szybciej   niż   przedtem  otoczyli 

dokoła   oddział   Diany.   Zdziwiona   tym   manewrem,   patrzyła   na   to   ze   zmarszczonym   czołem, 

trzymając jednocześnie z całej siły swego konia, który ja~ oszalały ze strachu rzucał się na' 

wszystkie strony. Dwa razy obiegli dokoła karawanę, potrząsając groźnie flintami, z burnusami 

rozwiewanymi szeroko przez wiatr. 

Diana   straciła   cierpliwość.   Było   to   wprawdzie   widowisko   bardzo   piękne,   ale   czas   mijał   i 

zapadała noc. Zwróciła się więc ku Mustafie, by dać znak do odjazdu, gdy nagle padła salwa i 

koń jej stanął dęba. 

Za   chwilę   rozległ   się   znowu   huk   salwy.   Mustafa   Ali   stoczył   się   z   konia   na   piasek,   a 

równocześnie koń Diany szarpnął się tak silnie w przód, że o mało co nie wyrzucił jej z siodła. 

Aż do chwili gdy rozległy się strzały, Dianie ani przez myśl  nie przeszła możliwość napadu. 

Zdawało się jej, że widzi jedną z tak ulubionych przez nią zabaw konnych Arabów. A więc 

przestrogi, których nasłuchała się, nie byty bezpodstawne. 

S ciągnęła cugle, koń jednak pędził jak oszalały naprzód. Jej położenie doprowadzało ją do 

wściekłości.   Przewodnik   prawdopodobnie   raniony,   ludzie   otoczeni,   a   ją   samą   unosi   koń   w 

niewiadomym kierunku. 

Ach, gdyby mogła to podłe bydlę zawrócić! Pewna była, że wszystko skończy się na złożeniu 

okupu, w tym celu lllusiała jednak koniecznie powrócić do karawany. Było to wprawdzie bardzo 

niemiłym,   ale   ostatecznie   nowym,   emocjonującym   wypadkiem,   no   i   nauczką   na   przyszłość. 

Nagle rozległ się gdzieś poza nią długi, przeszywający gwizd. Koń podniósł uszy i uczuła, że 

zwalnia biegu. 

O bejrzała się. Jakiś Arab pędził za nią na jeszcze szybszym koniu. Wbiła swemu ostrogi i rzuciła 

się do ucieczki. Arab ścigał ją z jakąś ponurą zaciętością, którą odczuwała wprost instynktownie. 

Chciał ją za wszelką cenę dogonić. 

Zacisnęła zęby, a w oczach jej, zwykle spokojnych, ukazał się błysk nowej energii. 

Gdy ujrzała jednak ostatnie promienie zachodzącego słońca, obleciał ją strach. Znów rozległ się 

gwizd i koń mimo wbitej ostrogi począł się zatrzymywać. Zaświtała jej nagle myśl: "Może to koń 

był przyczyną tego wszystkiego?" Wszak zna tak dobrze ten gwizd. Mustafa nie chciał przyznać 

się, skąd wziął konia. Widocznie był on ukradziony i stanowił własność ścigającego ją teraz 

Araba. 

Wydało się jej niezwykle komiczne, że ucieka na skradzionym konil1, goniona na pustyni przez 

jego właściciela. Grzechy Mustafy stawały się z każdą chwilą większe w jej oczach. Przecież 

zapłaciła za konia, aby jechać na nim przez pustynię, a nie po to, aby napadli ją z jego powodu 

arabscy bandyci. Gniew jej wzrastał. Parła z całych sił naprzód, jedno tylko jednak spojrzenie w 

tył przekonało ją, że prześladowca był tuż za nią. Widziała wysoką, biało odzianą postać, czarne 

przenikliwe oczy i połyskujące zęby. Ogarnęła ją wściekłość. 

Nie   bacząc   na   następstwa,   opanowana   jedynie   chęcią   pozbycia   się   prześladowcy,   wydobyła 

rewolwer i wypaliła bez namysłu dwukrotnie wprost w jego twarz. 

Nie drgnął nawet, usłyszała tylko jego zadowolony śmiech. Dianie zaschło w gardle! Przeszło ją 

mrowie, dziwne uczucie, którego nie zaznała dotychczas. 

Odrzuciła precz rewolwer, przynaglając konia do pośpiechu; ognisty kasztan Araba przybliżał się 

jednak coraz bardziej. Gdy zwróciła nieco głowę, ujrzała prawie tuż przy swoim łokciu złośliwą 

głowę konia, płasko stulone uszy i chytre, krwią nabiegłe oczy. 

Przez kilka chwil obydwa konie biegły obok siebie, potem kasztan znalazł się nagle na przodzie, 

jeździec   uniósł   się   w   strzemionach,   przechylił,   chwycił   Dianę   silnym   ramieniem,   jednym 

szarpnięciem podniósł ją z siodła i posadził przed sobą na koniu. 

Ruch ten był tak niespodziany, że Diana, zaskoczona, nie stawiła oporu. Przez chwilę była jak 

ogłuszona.   Gdy   oprzytomniała,   poczęła   dziko   walczyć   o   wolność;   wysiłki   jej   jednak   były 

daremne. Twarda, silna dłoń trzymała ją, na wpół uduszoną, w fałdach szerokiego arabskiego 

burnusa.   Uścisk   muskularnego   ramienia   sprawiał   jej   ból;   zdawało   się   jej,   że   żebra   nie 

background image

wytrzymają nacisku, a bliskie zetknięcie z jego ciałem utrudniało jej oddech. 

Czuła, jak Arab wstrzymał nagle konia; kasztan zawróciwszy na tylnych nogach, pomknął jak 

strzała z powrotem. 

.   Nie   pojmowała   nic;   nie   mogła   myśleć;   rozum   odmawiał   jej   posłuszeństwa.   Czuła   tylko 

wściekłość,   głuchą,   bezgraniczną   wściekłość   na   człowieka,   który   poważył   się  ją  dotknąć   - 

wściekłość na człowieka obcej rasy. Miotały nią wściekłość, złość i obrzydzenie. Ten człowiek 

dopędził ją, porwał jak lalkę z siodła, zmuszał teraz do znoszenia uścisku jego ramion i bliskości 

jego znienawidzonego ciała. Nikt dotychczas nie poważył się jej dotknąć, a tym bardziej postąpić 

z nią w ten sposób. 

Jaki miał być koniec tego? Dokąd zmierzał? Mając głowę zakrytą burnusem straciła wszelką 

orientację·   Ponieważ   leżała   cicho,   uścisk  opasujących  ją  ramion   zwolniał   stopniowo,   tak  że 

mogła, odwróciwszy głowę, zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. N ie mogła jednak jeszcze 

widzieć, co się dokoła niej dzieje. Chciwie wdychała chłodne powietrze i uczuła, że zapadła noc, 

noc której sobie przedtem życzyła, a która teraz wydawała się  jej  straszna. W raz ze świeżym 

powietrzem nabrała znów odwagi. Zebrała wszystkie siły i szarpnęła się nagle i rozpaczliwie, 

chcąc się uwolnić z trzymających ją ramion. Jej ostrogi wbiły się przy tym w bok konia, który 

stanął dęba, dysząc i parskając. Arab chwycił  ją  szybko długimi ramionami, rozhukanego zaś 

konia uspokoił naciskiem kolan. 

- Spokojnie! Spokojnie! 

Niewyraźnie tylko słyszała jego cichy głos, gdyż przycisnął ją znów do siebie. Nie wiedziała, czy 

słowa te odnosiły się do niej, czy też do konia. Walczyła znowu, aby się uwolnić; nagle rozległ 

się jego głos. 

- Leżże już raz spokojnie, mały głuptasku! 

Jego brutalne ręce ścisnęły ją tak silnie, że zdawało się jej, iż ani jedna kosteczka nie pozostanie 

cała. Dalszy opór był niemożliwy. Chwytając ustami powietrze, poddała się przemocy i przestała 

opierać. 

Straciła w końcu orientację w czasie i przestrzeni. 

N ie wiedziała, przez ile godzin galopowali tak, czy byli sami, czy też cała horda Arabów jechała 

za nimi. Nagle zatrzymali się i uczuła, że Arab zsiadł z konia, trzymając ją w ramionach; słyszała 

w pobliżu niezrozumiałe głosy; ucichły one, gdy postąpiła kilka kroków. Posadzono ją na czymś 

i   zdjęto   z   twarzy   zasłonę.   Światło,   które   świeciło   jej   teraz   prosto   w   twarz,   było   takim 

przeciwieństwem ciemności, w której dotychczas przebywała, że oślepiona zakryła oczy dłońmi. 

Po chwili dopiero rozejrzała się dokoła .. 

Znajdowała się w wielkim, wysokim namiocie, oświetlonym dwiema wiszącymi lampami. N ie 

patrzyła jednak na otoczenie, lecz utkwiła oczy w mężczyźnie, który ją tu przywiódł. Stał przed 

nią,   zrzuciwszy   ciężki   burnus,   który   go   okrywał   od   stóp   do   głowy,   wysoki,   o   szerokich 

ramionach, ubrany w białą fałdzistą szatę. Biodra opasywała czarna, srebrem tkana szarfa, za 

którą   zatknięty   był   rewolwer.   Oczy   Diany   przesunęły   się   po   jego   postaci   i   zatrzymały   na 

ciemnym obliczu bez zarostu. 

Była to najpiękniejsza a zarazem najbardziej okrutna twarz, jaką kiedykolwiek widziała. On spo-

glądał na nią dumnym, płonącym wzrokiem. Miała uczucie, że wzrokiem tym zrywa ubranie z jej 

smukłego   ciała   i   pochłania   jej   kształty.   Cofnęła   się   cała   drżąca,   okrywając   szyję   szczelnie 

kołnierzem. 

- Kim pan jesteś - zapytała ochrypłym głosem. 

- Jestem szejk Achmed ben Hassan. 

N azwisko to nic jej nie powiedziało; nie słyszała o nim nigdy przedtem. Instynktownie 

przemawiała doń po francusku, a on również odpowiadał jej w tym języku. 
- Dlaczego znajduję się tutaj? - spytała, starając się ukryć ogarniającą ją trwogę· 

- Dlaczego znajduje się pani tutaj? - powtórzył z lekkim uśmiechem. - Czyż nie jest pani na tyle 

kobietą, aby to zrozumieć? 

I gwałtownym ruchem porwał ją w ramiona. 

Ogarnął ją obezwładniający i przerażający strach, którego nie znała dotychczas. Płomień palący 

się w jego oczach uczynił ją słabą i bezwolną, a gdy przygarnął jej drżące ciało, wiła się w jego 

ramionach, dopóki nie przycisnął jej do siebie z namiętnym pożądaniem. 

background image

Powoli pochylił swą twarz nad nią; jego przepastne oczy płonęły ogniem. Bez oporu poddała się 

jego pocałunkowi, który był pierwszym w jej życiu. 

Szlochając przymknęła oczy, rozpalone zaś usta, które dotknęły jej, podziałały na nią odurzająco 

jak narkotyk. Jak przez mgłę czuła, że unosi ją poprzez zasłony w głąb' namiotu. Tam złożył ją na 

miękkich poduszkach. 
- Niech mi pani nie każe zbyt długo czekać szepnął, wychodząc. 

Słowa te podziałały na nią jak uderzenie biczem, znieczulone zaś nerwy zbudziły się na nowo do 

życia. Zerwała się i z rozpaczą w oczach przycisnęła rękoma falujące łono. Potem płacząc upadła 

na podłogę, wspierając się wyciągniętymi ramionami na szerokim łożu. 

U czucie trwogi opanowało ją w zupełności, nie mogła bowiem spodziewać się znikąd pomocy 

ani też łaski. Odczuła już aż nadto dziką przemoc wobec której stała się bezsilna. Mogła się 

wprawdzie   bronić,   lecz   bez   widoków   powodzenia.   Była   samotna   w   tym   namiocie,   jak 

skrępowane zwierzę zdana na jego łaskę. Energia opuściła ją zupełnie. Pozostawało jej tylko 

cierpliwe oczekiwanie, aż dopełni się miara nieszczęścia. 

Ciało bolało ją jeszcze od jego uścisku, a usta były zranione namiętnym pocałunkiem. Załamała 

ręce w przerażeniu: 
- O, Boże! - szlochała, a łzy spływały po jej twarzy. - Przeklęty! przeklęty! 

Gdy domawiała tych słów, do namiotu wszedł bez szmeru szejk. Położył dłonie na jej ramionach 

i zmusił  do powstania. Jego oczy płonęły,  na dumnie zarysowanych  ustach wykwitł  okrutny 

uśmiech, a w powolnym głosie przebijał się gniew, zmieszany z żartobliwą niecierpliwością: 
- Czy mam być kochankiem i pokojową zarazem? 

ROZDZIAŁ TRZECI 
Gdy Diana obudziła się z głębokiego snu, graniczącego niemal z nieprzytomnością, słońce rzu-

cało swe ciepłe promienie do wnętrza namiotu. Oczy jej, którym zabrakło już łez, były suche i 

paliły ją. 

Otaczała ją mieszanina wschodniego zbytku i europejskiego komfortu, zdradzająca dobry gust, 

daleki   od   sprzeczności   cechujących   urządzenia   widzianych   przez   nią   bogatych   pałaców 

indyjskich.  To co ujrzała  jednak,  przywiodło  jej  na  pamięć   całą  grozę  położenia.  Wzrok  jej 

napotykał niemal wszędzie ślady "jego" obecności. Niedopałek papierosa, który miał w ustach, 

gdy przyszedł do niej, leżał przy łóżku na niskim stoliczku mosiężnym. 

N ieśmiało weszła młoda dziewczyna arabska i spojrzała na nią łagodnym spojrzeniem swych 

ciemnych oczu. 

- Ja, Zulejka, służyć pani - rzekła nieś miało łamaną francuszczyzną, podając jej szlafrok, w któ-

rym Diana, ku swemu niemałemu zdziwieniu, poznała swoją własność. Obejrzała się, kufry jej 

leżały obok, otwarte i częściowo wypakowane. 

Widocznie poganiacze wielbłądów noszących bagaż zostali wpierw schwytani. Ostro zapytała o 

coś,   Arabka   potrząsnęła   bezradnie   głową   na   znak,   że   nie   rozumie.   W   oczach   jej   zabłysło 

przerażenie,   a   usta   przybrały   grymas,   który  uczynił   ją   podobną   do   przestraszonego  dziecka. 

Podeszła ku jednej z zasłon i usunęła ją, ukazując oczom Diany z komfortem urządzoną łazienkę. 

Dziewczyna   miała   wprawdzie   delikatne   i   zręczne   ręce,   ale   że   nie   znała   się   na   tajnikach 

europejskiej toalety damskiej, to widać było od razu. Te odkrywane tajemnice powodowały u niej 

wybuchy wesołości, objawiającej się dziecięcym chichotem, przerywanym tylko na chwilę pod 

karcącym wzrokiem Diany. 

Gorąca kąpiel odświeżyła jej ociężałe członki i nadała świeżość wargom i policzkom. Zanurzyła 

głowę w wodzie, po czym poczęła gorliwie wycierać swe boki, tak jak gdyby mogła usunąć tym 

sposo'" bem brud, który ją skalał. Szata jednak, do której przycisnęła ją para silnych męskich rąk, 

była bez plamki, a ręce te były, aż do starannie wypielęgnowanych paznokci, niezwykle czyste. 

Gdy powróciła do sypialni, ujrzała Zulejkę, klęczącą na ziemi i buszującą pomiędzy sukniami. 

Wreszcie wydobyła jakąś suknię podróżną i podając ją Dianie, wlepiła w nią swój niespokojny i 

pytający wzrok. Diana zaprzeczyła ruchem ręki i wskazała jej strój do kop.nej jazdy, który nosiła 

poprzedniego dnia. Czuła się pewniejsza w tym stroju i uważała go za najodpowiedniejszy do 

stawienia czoła temu, co czekało ją jeszcze. Będzie w nim znowu Dianą-chłopcem, a nie drżącą 

background image

kobietą,   leżącą   we   łzach   i   śmiertelnej   trwodze.   Wreszcie   odprawiła   dziewczynę,   przy  czym 

zauważyła, że nie zniknęła ona za zasłoną spoza której przyszła, lecz wślizgnęła się do łazienki. 

Czy oznaczało to, że za tamtą zasłoną czekał szejk? To przypuszczenie odebrało jej  nagle całą 

pewność siebie. U padła bezsilnie na łóżko, kryjąc twarz w dłoniach. Po chwili, zniecierpliwiona 

własnym wahaniem, podniosła się. 

- Tchórz - wyszeptała, podeszła ku zasłonie i uniosła ją po chwili namysłu. Namiot był pusty. 

Podeszła ku wyjściu po tłumiących jej kroki grubych dywanach i nagle uczuła, że serce ucieka jej 

ku krtani. U otwartego wejścia do namiotu stał jakiś człowiek. Był do niej zwrócony plecami, po-

znała jednak od razu, że ta mała  postać w białym  płóciennym  ubraniu europejskim nie była 

podobna do barczystego Araba. Mimo iż szła niemal bez szelestu, człowiek obrócił się ku niej z 

szybkim ukłonem. Twarz jego była wąska, gładko wygolona, włosy czarne, oczy niespokojne i 

latające. Miał nieco krzywe nogi, wyglądał jak zawodowy dżokej o manierach wielkopańskiego 

lokaja. Diana zarumieniła się pod jego spojrzeniem, on opuścił jednak natychmiast oczy: 
- Madame życzy sobie zapewne, by podano śniadanie? 

Mówił szybko, jednak głosem cichym i miłym, ruchy jego były równie szybkie, a przy tym spo-

kojne jak słowa; w kilka chwil potem zastała na stole świetnie przyrządzone i czysto podane 

śniadanie. 

- Pan prosi o wybaczenie, że aż do wieczora nie będzie mógł dotrzymać towarzystwa. Nie omie-

szka natomiast stawić się punktualnie na kolacji. 

Diana spojrzała nań ze zdziwieniem. 

- Pan? 

- Mój pan, szejk. 
Zarumieniła się, twarz jej przybrała twardy wyraz. 

Zjawił   się   służący,   niosąc   kawę   i   papierosy.   Podawał   jej   ogień,   ochraniając   troskliwie   ręką 

chwiejny   płomyk   z   cierpliwością,   zdradzającą   długoletnie   obycie   z   kiepsko   palącymi   się 

zapałkami. 

- Pan je obiad o godzinie ósmej. O której mam podać herbatę? - pytał, uprzątając ze stołu. Diana 

zacisnęła wargi, by nie wypowiedzieć drwiącej uwagi cisnącej się jej na usta. Powiedziała tylko 

kilka zdawkowych słów i obróciła się do niego plecami. Gdy odwróciła się po chwili, odetchnęła 

z   ulgą.   Człowiek   ten   odszedł,   a   wraz   z   nim   znikło   przygniatające   uczucie   niewoli,   którego 

doznawała pod spojrzeniem jego czujnych oczu. 

Oddychała teraz swobodniej i usiłowała z gniewną zaciętością pozbyć się pewnej obawy, której 

wstydziła  się  bardzo.   W  rodzona   ciekawość  walczyła   z  innymi  uczuciami.  Teraz  ulegała  jej 

chętnie, aby tylko zająć czymś myśli. Poczęła chodzić dookoła dużej komnaty. 

U rządzenie było tu równie luksusowe jak w sypialni. U miała ocenić od razu kosztowność dywa-

nów i makat. Głównym sprzętem była duża, czarnego koloru otomana, na której piętrzyły się 

czarne jedwabne poduszki. W kącie stała szafa biblioteczna, w drugim tuż u wejścia ujrzała 

sekretarzyk   do   rozkładania.   Uklękła   ciekawie   przed   szafą   biblioteczną.   Co   mogło   stanowić 

lekturę takiego Araba? Były to książki treści podróżniczej i z dziedziny sportu, i rozmaite dzieła z 

zakresu medycyny weterynaryjnej. Książki były widocznie często czytane. Niektóre miały uwagi 

na marginesie, pisane ołówkiem w języku arabskim. Jedna półka była wypełniona dziełami tylko 

jednego pisarza, niejakiego hrabiego Raula de Saint-Hubert, same opisy podróży, z dedykacji na 

kartach tytułowych dowiedziała się, że zostały one Arabowi ofiarowane przez samego autora. 

Jedno z nich było nawet ofiarowane M emu przyjacielowi Aehmedowi ben Hassanowi. 

Zmarszczyła czoło ze zdziwieniem i odłożyła książki. Te oznaki wykształcenia i nieoczekiwanej 

kultury uderzyły ją niemile. 

Popatrzyła na zegarek. Dzień mijał szybko, niedługo już nadejdzie rabuś. Oddech jej stał się 

krótki i przyspieszony, poczuła łzy w oczach. 
- Nie wolno mi płakać - wyszeptała zrozpaczona - gdyż oszaleję. 

Gwałtem powstrzymała łzy i zagłębiła się w miękkie poduszki otomany. Była bardzo zmęczona. 

W skroniach pulsowała krew w przyspieszoąym tempie. 

Gdy zapadł wieczór, nie mogła już oprzeć się pragnieniu zaczerpnięcia świeżego powietrza. Po-

deszła   ku   otwartym   drzwiom   namiotu.   Oparty   na   lancach   daszek   płócienny  chronił   wejście 

namiotu   od   promieni   słonecznych.   Wyszła   z   tego   cienistego   miejsca   i   rozejrzała   się   ze 

background image

zdziwieniem   dookoła.   Przed   namiotem   rozpościerał   się   duży   otwarty   plac,   okolony   gęstym 

kręgiem   palm,   rojący   się   od   ludzi   i   koni.   W   niejakim   oddaleniu   ujrzała   wprawdzie   kilka 

wielbłądów, konie jednak przeważały. 

Niektóre były uwiązane, niektóre zaś krążyły dokoła całkiem luzem,  inne znów oprowadzali 

parobcy. Parskając przebiegł tuż koło namiotu ognisty kasztan, niosąc dwu ludzi uwieszonych na 

swej   szyi.   Diana   poznała   go   natyclimiast,   jedno   krótkie   spojrzenie,   które   rzuciła   na   wąską, 

zdradliwą głowę ubiegłego wieczora, gdy przeleciał obok jej ramienia, wyryło w jej pamięci na 

zawsze obraz tego nieokiełznanego zwierzęcia. 

Tuż przed Dianą kasztan zarył  kopyta w ziemię, stulił uszy i drżąc na całym ciele starał się 

ukąsić parobków, którzy nie mogli sobie widocznie z nim poradzić. Z namiotu wyszedł służący i 

z uprzejmym uśmiechem zwrócił się do Diany: 

- Nazywa się Szejtąn i jest naprawdę opętany przez diabła. - W tej samej chwili kasztan wyrwał 

się trzymającym go ludziom, przedarł się przez zwarte koło Arabów i pognał na przeciwległy ko-

niec oazy, za nim zaś pobiegł cały tłum. 

- Czy on się tak tylko bawi, czy też rzeczywiście jest taki nieokiełznany - zapytała Diana. - 

Okrutnie dziki, Madame, zabił już trzech ludzi. 

Diana spojrzała nań z niedowierzaniem, ponieważ głos jego brzmiał obojętnie i bez cienia współ-

CZUCIa. 
- Powinno się go zastrzelić - rzekła oburzona. 

Wzruszył ramionami. 

- To ulubiony koń pana - brzmiała spokojna odpowiedź.  . 

Więc dlatego, że pan lubił je, pielęgnowano to złośliwe zwierzę z całą starannością. Widocznie 

cenił on ulubionego konia więcej, aniżeli życie  swych  poddanych.  Zgadzało się to zresztą z 

bezwzględnością, którą sama tak dobitnie odczuła. 

- Jest to okaz specjalnej hodowli, Madame mówił służący - szczep ten słynie z hodowli koni już 

od kilku generacji. Konie mojego pana znane są we wszystkich państwach berberyjskich, a nawet 

we Francji - dodał z lekkim odcieniem dumy. 

Diana popatrzyła nań uważnie. Ilekroć mówił Arabie, brzmiała w jego głosie nuta przywiązania i 

czci dla brutalnego władcy, czci której pojąć nie mogła. 

- Oto już jedzie pan - rzekł nagle tonem zdradzającym wprost zachwyt z ukazania się szejka. 

Jak spłoszona gazela usunęła się Diana w cień namiotu, walcząc rozpaczliwie z coraz bardziej 

ogarniającym ją uczuciem trwogi, której w żaden sposób pozbyć się nie mogła. 

Z namiotu obserwowała grupę jeźdźców. Szejk zeskoczył  z konia, poklepał po szyi  rosłego, 

karego rumaka i zamienił kilka słów z młodym Arabem, który towarzyszył mu w przejażdżce. W 

reszcie odwrócił się i z wolna skierował swe kroki ku namiotowi. Zatrzymał się przy wejściu i 

rozmawiał ze służącym. Stał tak w świetle zachodzącego słońca, malownicza postać Berbera w 

powiewnej białej szacie, o rasowej męskiej twarzy. Cała postać i wzniesiona głowa wyrażały 

dumę i poczucie siły. Potem z lekkim uśmiechem wszedł do namiotu. Diana poczuła, że znowu 

przechodzi ją mrowie. Popatrzyła nań jednak bez lęku, dumnie wyprostowana. Szejk podszedł ku 

niej. 

- Spodziewam się, że Gaston opiekował się tu panią i że spełniał każde jej życzenie - rzekł 

niedbale, biorąc papierosa ze stolika. Chłód jego obejścia i oschły ton podziałały na nią jak zimny 

tusz. Zacisnęła pięści. 

- Czy nie czas skończyć już z tym? Czy jeszcze mało złego wyrządził pan? - wybuchła gwałtow-

nie. - Dlaczego popełnił pan ten podły czyn? 

Wąska smuga dymu owionęła ją, tak jakby ręka trzymająca papieros poruszyła się gwałtownie. 

Jego milczenie rozdrażniło ją jeszcze bardziej, straciła panowanie nad sobą. 

- Czy sądzi pan, że uda się panu zatrzymać mnie tutaj siłą? Myśli pan, że mogę tak przepaść na 

pustyni i nikt tego nie zauważy, i że nie będą mnie szukać. 

- Nie ma mowy o poszukiwaniach - brzmiała spokojna odpowiedź. - Władze francuskie nie ma- . 

ją tutaj żadnego prawa. Nie jestem ich poddanym. 

Drżące palce jej odnalazły wreszcie chusteczkę, której szukała gorączkowo. Otarła zwilgotniałe 

dłome. 

~ Gdy zaginę bez wieści - ciągnęła dalej zrozpaczona, usiłując ukryć swoje zmieszanie. Czuła 

background image

jednak, że pewność siebie opuszcza ją. 

- W tedy dopiero zaginie pani bez wieści, gdy będzie już za późno. Najęła pani karawanę, która 

miała pod przewodnictwem M ustafy poprowadzić panią przez pustynię do Oranu - rzekł szejk 

obojętnie. - Stamtąd chciała pani udać się przez Marsylię  do Ameryki, aby spotkać się tam 

znowu 

ze swoim bratem. 

Słuchała   go  z   zapartym   oddechem   i   wzrastającą   trwogą.   Powolny  głos,   wyliczający  z   taką 

pewnością etapy jej zamierzonej podróży, napełniał ją strachem niepojętym. Wyszeptała głosem 

suchym i drżącym: 

Skąd pan wie o tym? 

- Chciałem wiedzieć, to wystarcza. 

- Mustafa Ali, albo też który z poganiaczy wielbłądów zaalarmował już z pewnością włądze w 

Biskrze. 

- Mustafa Ali nie piśnie w Biskrze ani słowa. 

- Dlaczego? 
- Nie było przecież powodu do zamordowania pani - ciągnął szejk dalej w tonie lekko drwiącym. 

- Gdy pozna mnie pani bliżej, dojdzie pani do przekonania, że niechętnie zdaję się na ślepy 

przypadek. Wszystko jest w ręku Allacha! Błogosławione imię jego. Ale trzeba pamiętać o tym, 

że Allach nie zawsze znajdzie czas na to, by zajmować się sprawami  ludzkimi i dlatego też 

musimy sami działać. Pani zapłaciła Mustafie jako przewodnikowi, ja zaś zapłaciłem mu więcej 

od pani, aby przyprowadził panią do mnie. Zapłaciłem mu tyle, że może całkiem śmiało ominąć 

Biskrę i osiąść spokojnie w innej miejscowości jako zaufania godny przewodnik karawany. 

Zapanowało   znowu   milczenie.   Diana   uczuła   nieznośny   ucisk   w   krtani.   Nie   było   to   więc 

przypadkowe spotkanie, lecz zaraz na początku podróży z góry przygotowane  uprowadzenie. 

Oddany i uległy, obrotny w języku Mustafa Ali nie prowadził jej w kierunku Biskry, lecz do tego 

człowieka, który kupił go dla swych niewiadomych celów. 

- Dlaczego uczynił pan to? - wyszeptała słabym głosem i w tej samej chwili zamarło w niej serce. 

On postąpił krok, czuła niemal jego oddech na swej szyi i oczekiwała w trwodze śmiertelnej. 

Przyciągnął ją do siebie, przycisnął do piersi i głowę jej skłonił w swe ramiona. 

- Ponieważ taka była mqja wola. Ponieważ widziałem panią przed czterema tygodniami w Bi-

skrze. Widziałem panią tylko przez kilka chwil, dość długo jednak, by dojść do przekonania, że 

pożądam pani. A czegokolwiek pożądam, to po prostu sobie biorę. Pani sama wydała się w moje 

ręce. Reszta była już zabawką. 

Oczy jej były zamknięte; opuszczone rzęsy drgały tak, że nie mogła widzieć jego twarzy. Czuła 

jednak, że twarz ta zbliżała się coraz bardziej i zuchwałe wargi paliły jej usta płomiennymi 

pocałunkami. Walczyła dziko, lecz on śmiał się, całując namiętnie jej wargi, włosy i oczy. Potem 

osłabła i poddała się biernie jego pocałunkom. Poznała nagle jasno ten ogrom namiętności, który 

w nim wzbudziła. Silne ramiona zwolniły uścisk. 

- Niech pani popatrzy na mnie - rzekł cichym i miękkim głosem. Drgnęła i uniosła z lekka po-

wieki. 

- Niech pani popatrzy na mnie! - Jakkolwiek głos brzmiał dalej miękko, to jednak przebijał zeń 

ton rozkazujący. 

Dwadzieścia cztery godziny przedtem nie wiedziała Diana Mayo, co oznacza słowo "trwoga", w 

ciągu ostatniej jednak doby nowe, dawniej nieznane jej uczucie strachu, naucżyło ją posłuszeń-

stwa. Była  posłuszna, z trudem podniosła oczy i spojrzała nań, po czym  twarz jej zalała się 

purpurą wstydu. Oczy jego ciemne i namiętne żarzyły się jak węgle. 

Roześmiał się nagle. 

- Na Allacha! Czy wie pani, jaka jest piękna? 

Poczęła walczyć znowu, by wymknąć się z jego ramion. 

- Czy nie puści pan mnie? 

Z ust jego wydobył się okrzyk zniecierpliwienia. 

U wolnił ją z uścisku, podszedł ku otomanie i rzucił się na leżące tam poduszki. Zapalił drugiego 

papierosa i zagłębił się w przeglądaniu jakiegoś miesięcznka leżącego na stoliku. Zagryzła wargi 

i zdusiła w sobie histeryczny szloch, który wydzierał się z jej krtani. Zbliżyła się do niego. 

background image

- Chcę wiedzieć, kiedy mnie pan stąd uwolni?

 Powoli bbrócił kartkę miesięcznika, niedbałym ruchem strzepnął popiół z papierosa, dopiero po-

tem spojrzał na nią. Wreszcie rzekł zimno: 

- Gdy mi się pani sprzykrzy. 

. Z lekkim jękiem odwróciła się i jak oślepiona, potykając się, zwróciła swe kroki do wnętrza 

namiotu.   Zanim   jednak   uniosła   zasłonę,   znieruchomiała,   wstrzymana   jego   głosem.   Odrzucił 

trzymany w ręku zeszyt i leżał rozciągnięty na otomanie z rękoma skrzyżownymi pod głową. 

- Zachwycający z pani chłopiec. Ale ja nie chłoBea widziałem w Biskrze. Pani rozumie mnie? 

Zniknęła. za zasłoną i stanęła na chwilę nieruchoma, z twarzą ukrytą w dłoniach. Zrozumiała go 

dobrze. Należało zdjąć męskie ubranie, w którym czuła się silniejsza i mężniejsza; być posłuszną 

temu dzikusowi i włożyć dla niego szaty kobiece, uwydatniające tak korzystnie delikatne linie jej 

ciała. 

Ciężkim krokiem podeszła ku toalecie i patrzyła  jak osłupiała na odbitą w zwierciadle bladą 

twarz i przemęczone oczy. 

N agle uchwyciła  kurczowo marmurowy brzeg stołu. Ujrzała w lustrze, że szejk stał za nią. 

Wszedł   swym   dobrze   już   jej   znanym   bezszelestnym   krokiem  i  uchwycił   ją   ręką   pod  brodę, 

patrząc jej prosto w oczy. 

- Niechże pani nie robi tak przerażonej miny! Chcę tylko trochę wody i mydła. Nawet Arabowi 

wolno umyć ręce. 

Odczuła znów boleśnie jego drwiący ton, nie odpowiedziała jednak nic. Wzruszył ramionami i z 

lekkim uśmiechem wziął brzytwę do ręki i udał się do łazienki. 
Z wypiekami na twarzy pospieszyła Diana do przedniej części namiotu. Gdyby nawet od dziesię-

ciu lat była jego nałożnicą, nie mogłoby jego postępowanie wobec niej być bardziej chłodne i 

lekceważące . 
Gdy Gaston podał obiad, po kilku minutach zjawił się szejk jakby z.upełnie odmieniony. Grał 

rolę   'uprzejmego   gospodarza,   grzecznie,   a   zarazem   w   sposób   nie   pozbawiony   godności 

usprawiedliwił swoje opóźnienie, po czym usiadł naprzeciw niej. Zachowywał się również w ten 

sposób podczas jedzenia, a Diana czuła się zmuszona  wobec służącego, do podtrzymywania 

banalnej rozmowy. 
Zauważyła, że służący nalewał tylko dla niej lekkie wino, szklanka stojąca przed szejkiem była 

stale pusta. Podchwycił jej spojrzenie i roześmiał się: 
- Musi mi pani wybaczyć, nie piję wina. To jedyna cnota, której hołduję - dorzucił po chwili, z 

takim błyskiem w oczach, że krew ponownie uderzyła jej do twarzy. 
Zapomniała, że jest on Arabem. Obiad przeciągał się w nieskończoność, a jednak w głębi duszy 

życzyła sobie, aby trwał wiecznie. Jak długo służący był obecny, czuła się pewna siebie. Myśl, że 

odejdzie za chwilę, napełniała ją przerażeniem. 

Gdy podano kawę, wpadł do namiotu wielki perski pies myśliwski. 
Z radosnym szczekaniem rzucił się do kolan szejka, a później, warcząc, zwrócił głowę ku Dianie. 

U milkł jednak po chwili i ukrył swą potężną głowę na jej łonie. Szejk zaśmiał się: 
- To wielki zaszczyt. Koper nie zawiera tak łatwo przyjaźni. 
Nie odpowiedziała, lecz głaskała w milczeniu szorstką sierść zwierzęcia. 

Siedziała   z   ciężkim   sercem   wpatrzona   w   filiżankę   kawy.   Szejk   milczał   również.   Wreszcie 

powstała z głębokim westchnieniem. 

Gaston uprzątał ze stołu i rozmawiał ze swym panem. Diana podchwyciła wyrazy "mały szejk" 

poza tym nie zrozumiała nic, gdyż rozmawiali po arabsku. Szejk zmarszczył czoło, czyniąc gest 

zniecierpliwienia,   po   czym   skinął   ręką.   Służący   zniknął   z   namiotu.   W   kilka   minut   potem 

usłyszała   jakiś   obcy,   nie   słyszany  dotychczas   głos,   podniosła   więc   opuszczone   oczy.   Młody 

Arab, który jechał przy boku szejka, zjawił się w namiocie. 

- Mój adiutant - rzekł szejk - J ussuf, prawdziwy syn pustyni z duszą  bon-vivanta.  Ciałem jest 

tutaj, sercem jednak na korsie Algieru. 

Wysmukły   młodzieniec   roześmiał   się   i   skłonił   Dianie   głęboko.   Spoza   opuszczonych   rzęs 

obserwowała go bacznie. Mówił z patosem i żywo gestykulował. Szejk milczał, wtrącając tylko 

od czasu do czasu jakieś słowo do rozmowy.  Oblicze jego pochmurniało z wolna. W końcu 

powstał niecierpliwym ruchem i obydwaj mężczyźni opuścili namiot. Pies pobiegł ich śladem. 

background image

Diana usiadła na grubym dywanie w pobliżu biblioteki. N a chwilę była sama, wolna od szpiegu-

jących ją na każdym kroku oczu i znienawidzonego towarzysza. Z lekkim jękiem, w którym 

wyrażało się bezgraniczne zmęczenie, opuściła głowę na kolana. Była wyczerpana fizycznie i 

duchowo przeżytymi wstrząsami. Zdawało się jej, że wczorajsza Diana umarła, a narodziła się 

istota nowa, jakaś obca i jej samej nieznana. 

Z ciężkim westchnieniem odgarnęła włosy z cl:oła i obejrzała się po pustym namiocie. Wydał się 

jej zupełnie zmieniony, jakiś dobrze znany. Doznawała uczuć jak każdy człowiek oswajający się 

z nowym otoczeniem już po kilku godzinach pobytu. 

U słyszała jego głos u wejścia. W zimnych jak lód palcach ścisnęła kurczowo leżącą na ziemi 

książkę. Gruby dywan tłumił naj lżejszy szelest, a jednak odczuła instynktownie, że rzucił się 

znowu na poduszki. Wiedziała także, że patrzy na nią. 

- Diano, pójdź tu! 

Poderwała się odruchowo, nie orientując się w pierwszej chwili, że zawołał ją po imieniu, po 

czym   z   twarzą   zarumienioną   gniewem,   znieruchomiała   w   milczeniu.   Było   to   już   właściwie 

drobnostką,   że   po   wszystkim   co  zaszło,   zawołał   ją   po  imieniu,   a   jednak  przy  słowach  tych 

wybuchnął płomień jej gniewu z taką siłą, że zapomniała niemal o trwodze przed nim. 
- Nie jestem przyzwyczajona do tego, by mi rozkazywano - odparła. 

- Musisz nauczyć się tego. 

Ponury dźwięk jego 'słów złamał jej całą odwagę. Skuliła się i ten sam okropny strach, który 

opanował ją ubiegłej nocy, powoli paraliżował jej ruchy i zdolność myślenia. Nagle porwała się 

na nogi i ze zduszonym krzykiem, poczęła cofać się przed nim, aż zatrzymała ją zasłona namiotu, 

której uchwyciła się kurczowo. Dopadł ją tam. Delikatnie odciągnął jej zaciśnięte palce od 

zasłony i przygarnął ją z lekkim uśmiechem do swojej piersi. 

- Ty głuptasku - rzekł, śmiejąc się. 

ROZDZIAŁ CZWARTY 
Miesiąc! Trzydzieści jeden dni, od kiedy wyjechałam z Biskry!  Miesiąc już! - Diana upadła 

twarzą   na   poduszki.   Z   wolna,   krok   po   kroku   wspominała   przeżyte   dni   i   noce.   Dni   i   noce 

rozpaczliwego oburzenia, wywołanego ciągłą walką z jego wolą, posłuszeństwem, do którego 

została gwałtem zmuszona, słowem tym wszystkim, czym był wypełniony ten okropny miesiąc. 

Szejk był bez miłosierdzia w swym postępowaniu. Jako Arab nie uznawał on zupełnie uczuć 

kobiecych; zdobył ją, ponieważ tak mu się podobało i trzymał ją u siebie, bo taka była jego wola i 

było to dlań rozrywką w chwilach nudy. Życie i śmierć jej miał w swoim ręku. Widziała raz jak 

oćwiczył jednego ze służby. Nie wiedziała, czym zawinił ów człowiek, kara jednak nie mogła 

stać w żadnym stosunku do przestępstwa. Sparaliżowana strachem patrzyła na to aż do chwili, 

gdy szejk odrzucił morderczy bat, i nie spojrzawszy nawet na okrwawioną, drgającą na ziemi 

bryłę mięsa, powrócił do namiotu. 

Jedyną cnotą jego, w jej oczach, był zupełny brak próżności, o której wiedziała, że jest jej naj-

większą wadą. 

Nagle   krzyknęła   głośno,   gdyż   jakaś   ręka   dotknęła   jej   pleców.   Zazwyczaj   lepiej   trzymała   na 

wodzy swe nerwy, lecz grube dywany tłumiły każdy krok i nie spodziewała się, że szejk powróci 

tak szybko. Zła sama na siebie zagryzła wargi do krwi i odgarnęła szybkim ruchem włosy z 

czoła. On rzucił się obok niej na poduszki, zapalił nieodstępnego papierosa. Gdy nie siedział na 

koniu, palił niemal bez przerwy. Później ziewnął i zwrócił się do niej: 

- Zulejka nie pilnuje porządku, nakaż jej, by chowała twoje buciki i nie pozostawiała twych su-

kien na ziemi. Dzisiaj był skorpion w łazience  dodał tonem obojętnym, wyciągając wygodnie 

swe długie nogi. 

Krew uderzyła jej do twarzy, jak zwykle, gdy przypadkiem dotykał intymnej strony ich wspólne-

go życia, które pojmował bez troski, ona zaś ze wstydem i beznadziejną rozpaczą. Odetchnęła z 

ulgą,   gdy  Gaston   wszedł   do   namiotu,   niosąc   na   małej   tacy  dwie   filiżanki   dymiącej   kawy  i 

powiedział swemu panu kilka słów po arabsku, po czym szejk opróżnił swą filiżankę i wybiegł z 

namiotu. 

background image

Gaston kręcił się po pokoju bezszelestnie, zbierając niedopałki papierosów, porzucone zapałki i 

porządkując, ona zaś rozglądała się po namiocie, z miną znudzonego dziecka. Nie było sposobu 

uciec od tej nędzy, która była większą od jej zapasu energll. 

Była   tylko   jedna   droga   ucieczki,   o   której   myślała   często,   szukając   tylko   narzędzia.   Szejk 

przewidział to jednak i przedsięwziął konieczne środki ostrożności. Pewnego dnia zdawało się 

jej,  że  chwila  spełnienia  życzenia   jest  już  bliska  - należało  przecież  tylko  wyciągnąć  rękę  i 

sięgnąć   po   rewolwer   leżący   na   stoliku.   Zaledwie   jednak   ujęła   broń,   podszedł   szejk   swym 

niedosłyszalnym  krokiem,  spokojnie odebrał rewolwer, spojrzał jej prosto w oczy i otworzył 

magazynek. 

- Jest pusty. Sądziła pani, że jestem głupcem? 

- rzekł głosem bezdźwięcznym. 

Od owej chwili była jednak ciągle pod niedostrzegalną strażą, tak że nie mogła nawet myśleć o. 

wprowadzeniu w czyn okropnej decYZ)I. 

Powoli podeszła ku wyjściu, zatrzymała się pod daszkiem chroniącym od słońca i ujrzała stojącą 

w   pobliżu   grupę   ludzi.   Był   tam   szejk,   Gaston   i   J   ussuf,   którzy   przyglądali   się   dziko 

wierzgającemu   młodemu   koniowi,   trzymanemu   z   trudem   przez   czterech   rozpaczliwie 

uwieszonych u jego szyi ludzi. Otaczał tę grupę krąg Arabów w ten sposób, że między nimi a 

namiotem była wolna znaczna przestrzeń. Nagle szejk skinął ręką. Z tłumu wystąpił z głośnym 

okrzykiem jakiś człowiek, który począł zbliżać się z wolna do walczących z koniem ludzi. Diana 

patrzyła z rosnącym zainteresowaniem na rozwijającą się przed nią scenę ujeżdżania dzikiego 

ZWIerzęCIa. 

Koń był już osiodłany, kilku ludzi przyskoczyło jeszcze i wspólnymi siłami przytrzymano go na 

miejscu, jednak tylko na krótką chwilę. Czas ten wystarczył  jednak. Błyskawicznym  ruchem 

wskoczył człowiek na konia. Zaskoczone nieznanym sobie dotychczas ciężarem zwierzę stało 

przez chwilę nieruchomo, potem stanęło dęba tak jak gdyby chciało upaść na grzbiet i przygnieść 

jeźdźca   swym   ciężarem.   Lecz   nagle   koń   padł   znowu   na   przednie   nogi,   przegiął   grzbiet   i 

błyskawicznie podskoczył w górę, a Arab wyleciał łukiem z siodła, uderzając głucho o ziemię, po 

czym legł nieruchomo, z głową zarytą w piasku. Otaczający przyskoczyli do konia i przytrzymali 

go, zanim zorientował się, że jest wolny. 

Wzrok Diany spoczął na twarzy szejka. Wyraz tej był zupełnie obojętny, ani jednym spojrzeniem 

nie obdarzył on leżącego na ziemi człowieka. Przeciwnie, uśmiechał się, po czym położył rękę na 

ramieniu J ussufa i ruchem głowy wskazał mu konia. Diana uczuła, że braknie jej oddechu. Ten 

człowiek   nie   oszczędzał   nikogo   widocznie.   J   ussuf   wskoczył   lekkim   ruchem   na   siodło,   a 

przerażone   zwierzę   pognało   teraz   prosto   przed   siebie.   Konni   Arabowie   zabiegli   mu   drogę   i 

zmusili do odwrotu w obręb koła. Koń zastosował znów poprzednią taktykę, a biedny chłopak 

upadł   ciężko   na   miękki   piasek.   Z   otwartym   pyskiem,   rżąc   przeraźliwie,   rzucił   się   koń   ku 

leżącemu, Jussuf zaś zasłonił się obronnym  ruchem ręki. W sam czas przybiegli Arabowie i 

przytrzymali  rozhukanego rumaka.  Młodzieniec podniósł się niepewnie i z wolna pokulał ku 

namiotom. Diana nie mogła widzieć go więcej, gdyż zakrył go tłum. 
. W tej chwili szejk dosiadł konia. Diana patrzyła na to z bijącym sercem i płonącymi oczyma, w 

których przebijała się twarda zaciętość. Nienawidziła go bowiem i pragnęła jego śmierci. Mimo 

to musiała podziwiać cudowną sztukę jazdy, którą zaprodukował przed jej oczyma. S iedział jak 

przyrośnięty i każdy wysiłek konia, aby wyrzucić go z siodła był daremny. Zwierzę to rzucało 

się dziko na wszystkie strony, to szalało w przód lub w tył, to zatrzymywało się nagle w miejscu, 

okręcało dokoła siebie; wreszcie stanęło dęba, wyrzucając wysoko w górę przednie kopyta. 
- Niech pani patrzy teraz! - krzyknął nagle Gaston. 

I Diana ujrzała, jak szejk nagłym i zdecydowanym ruchem spiął konia w tył, zanim jednak 

zwierzę runęło na wznak, wyślizgnął się człowiek z siodła, by zanim na pół ogłuszony upadkiem 

rumak stanął dobrze na nogach, być z powrotem na siodle. Potem nastąpiła scena, której Diana 

nie miała nigdy zapomnieć. 

Była to rozpaczliwa końcowa walka, która musiała skończyć się klęską jednego z walczących: 

człowieka lub konia, była to kara, którą nieokiełznany koń na zawsze miał zachować w pamięci. 

Dzika i twarda wola człowieka stawiała czoła dzikiemu i nieopanowanemu instynktowi 

zwierzęcia. Drżącą ręką uchwyciła Diana ramię Gastona: 

background image

- To straszne - wyszeptały jej pobladłe wargi. 

- To konieczne - odparł spokojnie. 

- Nie, na to nie ma usprawiedliwienia - wykrzyknęła gwałtownie. 
- Pani wybaczy, Madame, konia musi się ujeździć. Dziś rano zabił i stratował człowieka. 
Diana ukryła twarz w dłoniach, kilka chwil potem usłyszała głos Gastona: 

- Niech pani popatrzy. Już minęło. 

Z obawą podniosła oczy. Szejk stał na ziemi, obok niego zaś koń, chwiejąc się i ciężko robiąc 

bokami, z głową w dół opuszczoną. Ze wszystkich stron cisnęli się ku szejkowi ludzie, nawet 

Gaston podszedł ku swemu panu. Diana odwróciła się z uczuciem wstrętu. Wystarczała jej 

brutalność   tego   człowieka,   do   zniesienia   widoku   owacji   ze   strony   jego   dzikich 

współtowarzyszy zabrakło jej już sił. 

Wolnym krokiem powróciła do namiotu i przystanęła w nim niezdecydowanie. W chwilę później 

wszedł   szejk,   uśmiechnięty   z   papierosem   w   dłoni,   ocierając   drugą   ręką   krople   potu,   który 

wystąpił mu na czoło. Drgnęła i spojrzała nań płonącymi oczyma. 

- Jest pan brutalem, bestią, diabłem, nienawidzę pana - wyrzuciła z siebie głosem nabrzmiałym 

oburzeniem. 

N a chwilę zachmurzyła się jego twarz, potem roześmiał się. 

- Możesz mnie nienawidzić, mała Diano, nie mam nic przeciw temu, niechaj jednak nienawiść ta 

będzie bezgraniczna. Pamiętaj, że nie znoszę uczuć połowicznych. 

Potem minął ją i zniknął w dalszym przedziale namiotu. U padła twarzą na poduszki, nigdy bo-

wiem nie czuła się tak wyczerpana i bezsilna. Wtem wszedł Gaston. 

- Co dzieje się z człowiekiem, który pierwszy spadł z konia? Czy zabity? 

- Ależ nie, doznał tylko nieznacznego wstrząsu, wyliże się niedługo. Arabowie mają twarde 

czaszki. 

- A Jussuf? 

Gaston roześmiał się. 

- "Mały szejk" złamał sobie obojczyk, ale to nic, kilka dni troskliwej pielęgnacji w jego haremie, 

a wszystko będzie dobrze. - W jego haremie? - zapytała Diana zaskoczona.

- Czy jest on żonaty? 

- Ależ naturalnie, Madame, ma dwie żony. Niech się pani tylko nie oburza, to jest tutaj w zwy-

czaju. 
Zwyczaje   miejscowe   wydały   się   Dianie   niebezpiecznym   tematem   rozmowy,   wobec   czego 
zapytała szybko: 

- Gdzie nauczył się pan jeździć konno? 

- Jeszcze jako młody chłopak, w ujeżdżalni jednej ze stajen wyścigowych w Auteuil. Następnie 

zaś służyłem pięć lat w kawalerii, potem przyszedłem do swego pana. 

- Jak dawno jest pan już u niego?
 - Piętnaście lat. 

- Piętnaście lat? - zapytała zdumiona. - Piętnaście lat tutaj na pustyni? 
- Tutaj i gdzie indziej - rzekł krótko, opuszczając namiot. 
Diana zagłębiła już twarz w poduszki. Gaston nie powinien był obawiać się, że wydrze mu tajem-
nicę jego pana. Tak nisko nie upadła jeszcze. 
Gdy szejk powrócił, była  ciągle jeszcze pogrążona w tych samych  myślach. Ubrany był  bez 
zarzutu   i   wymuskany,   zupełnie   niepodobny   do   rozczochranego   dzikusa   sprzed   pół   godziny. 
Spojrzała nań przelotnie, ulegając swoim nerwom. N a twarzy jego nie było już śladu gniewu. 
Podobnie jak widziała to setki razy u Aubreya, głaskał w zamyśleniu swoją brodę. Widocznie 
barbarzyńcy i Europejczycy, mają te same wrodzone ruchy. Nadaremnie czekała, aż przemówi do 
niej. Nagle pociągnął ją bliżej ku sobie i szybkim ruchem ubrał jej szyję we wspaniały naszyjnik 
ze   szmaragdów.   Przez   mgnienie   oka   podziwiała   rzadkiej   piękności   sznur   klejnotów,   potem 
zerwała go i rzuciła na ziemię z okrzykiem oburzenia. 

- Jak pan śmie? 

- Nie chce pani? - zadał pytanie swym zwykłym obojętnym tonem, unosząc wysoko brwi w rze-

czywistym lub udanym zdziwieniu. - Harmonizuje on tak doskonale z suknią pani. - Potem spoj-

rzał na otwartą kasetkę stojącą obok niego na niskim taborecie, wypełnioną iskrzącymi się 

background image

klejnotami. 
- Dla pani perły są za zimne, a diamenty za banalne - rzekł przeciągle. - Powinna pani nosić tylko 
szmaragdy, barwy nieba wieczornego jako przeciwieństwo do koloru swych włosów, podobnych 
słońcu. 
Nigdy jeszcze nie przemawiał do niej w podobny sposób i w tym tonie, szybkim spojrzeniem 
obrzuciła jego twarz. Nie ujrzała w niej jednak żadnego z uczuć, których oczekiwała, gdyż ani 
miłość, ani też żądza, tylko niezwykła jakaś bezgraniczna tkliwość przebijała z jego oczu. 
- Może woli pani perły lub diamenty - wskazał ręką pogardliwie kasetkę. 
- Nienawidzę pana i nie chcę nosić żadnych  klejnotów, które pochodzą od pana. Nie wolno 
myśleć panu, że należę do kobiet, które biorą takie rzeczy. 
- Nie kocha pani klejnotów? - Inne kobiety nie odrzucały ich nigdy. Wprost przeciwnie. Było im 
ich zawsze za mało - rzekł śmiejąc się. 
Spojrzała nań przerażonym wzrokiem i ze wzrastającą trwogą. 

- Inne kobiety? 

- Nie łudzi się pani chyba, że jest pani pierwsza - odparł z brutalną szczerością. - Niech pani nie 

patrzy tak na mnie. Tamte były całkiem inne aniżeli pani. Przychodziły one tutaj nie tylko z wła-

snej woli, ale raczej z radością i znudziły mi się prędzej aniżeli ja im. 

Załkała i zasłoniwszy ramieniem oczy, które były suche z braku łez, odsunęła się od niego. Myśli 

jej były tak czyste, że nie pomyślała o tym dotychczas. Czyli była tylko jedną z wielu, małym 

ogniwem w łańcuchu zdobywanych i odrzucanych, stosownie do zachcianek tego człowieka. 

- Jak mnie pan krzywdzi - szepnęła. Uwolniła się zupełnie z uścisku jego ramion porwała na 

nogi. 

- Czy nie ma pan litości dla ludzi, którzy są słabsi od pana? Czy wszyscy Arabowie są tak okrutni 

jak pan? Czy nigdy w życiu nie kochał pan i nie doznał uczucia miłości? 

Zaklął dziko. Potrząsnął przecząco głową: 

- Miłość? Nie znam tego słowa. Ach, owszem - dorzucił drwiąco - kocham swoje konie. 

- Gdy ich pan nie zabija. 

- Słusznie, gdy ich nie zabijam. 

Szyderstwo zawarte w jego słowach podrażniło ją i wzbudziło w niej chęć odwetu. 

- Jeżeli nie kocha pan tych kobiet, które stanowią tutaj chwilową rozrywkę, spodziewam się, że 

przynajmniej dla tych, które są u pana w haremie, żywi pan jakieś uczucie. Przypuszczam bo-

wiem, że ma pan harem? 

Natarła nań w ten sposób, krzywiąc usta szyderczym uśmiechem. Czuła jednak, że słowa, które 

wymawia, są dla niej samej bardzo bolesne i że głos jej załamuje się. On wyciągnął nagle ręce i 

wziął ją w swoje ramiona. 

- A jeśli w rzeczywistości mam harem,  to czy to zadowala panią? A jeśli podczas nocy,  w 

których brak mnie tutaj, przebywam w swoim haremie, to co wtedy? 

- Wtedy niech Allach użyczy odwagi jednej z kobiet, aby zabiła pana, aby pan tu już nigdy nie 

wracał! - rzekła dumnie. 

- Na Allacha! Tak piękna a· tak krwiożercza! Przemocą zwrócił ku sobie jej twarz i roześmiał się 

prosto w płonące gniewem oczy. 

- Nie mam ani haremu, ani kobiet. Chwała Allachowi! N o, jest pani teraz zadowolona? 

- Cóż może mnie to obchodzić - odparła opryskliwie, nie mogąc jednak powstrzymać fali krwi, 

która zarumieniła jej policzki. 

Przycisnął ją do siebie i zagłębił swój wzrok w jej źrenicach. Chciała odwrócić się i ujść jego 

oczom i magnetycznej sile z nich płynącej, lecz nadaremnie. Nie mogła uczynić tego. 

- Czy mam sprawić, by mnie pani pokochała? Ja umiem, jeśli zechcę, wzbudzać miłość kobiet ku 

sobie. 

Pobladła bardzo, po oczach jej poznać było, że drży na całym ciele. 

- Wolę, aby mnie pan zabił - krzyknęła rozpaczliwie. 

Wypuścił ją ze swych ramion, powstał z wyrazem znudzenia i patrzył za odchodzącą. Nagle jego 

noga trafiła na naszyjnik leżący na ziemi. Podniósł go i zawołał na nią. 

Odwróciła się i podeszła ku niemu niechętnie i ze złością w oczach. Podawał jej naszyjnik w mil-

czeniu, ona również bez słowa patrzyła na niego. 

background image

- Niech pani weźmie to - głos jego brzmiał spokojnie. - Życzę sobie tego. 

- Nigdy! 

- Zrobi mi pani przyjemność, nosząc ten naszyjnik - ciągnął dalej głosem spokojnym, podczas 

gdy w oczach jego ukazało się zwykłe, tak znienawidzone przez rtią, szyderstwo. - To sprawi mi 

pewnego rodzaju rozkosz estetyczną, jakkolwiek jestem tylko Arabem. 

- Nie chcę. 

W tej chwili zgasł w jego źrenicach blask szyderstwa, a zapalił się w nich ogień niepohamowanej 

dzikości. Czoło pofałdowało się w głębokie bruzdy. - Diano, masz być posłuszna! 

Zagryzła   dolną   wargę   tak  gwałtownie,   że   cieniutka   smuga   krwi   zabarwiła   jej   pobladłe   usta. 

Gdyby był klął lub krzyczał, jak to zwyczajnie postępują mężczyźni, byłaby może z większą 

łatwością   stawiła   mu   opór.   Lecz   jego   zimna,   milcząca   wściekłość   paraliżowała   ją   z   jakąś 

niesamowitą siłą. 

Ręce jego błądziły po jej plecach, opasał palcami krągłość jej ramion. 

- Jak długo zamyśla pani prowadzić jeszcze tę bezcelową walkę? Czy nie będzie to znacznie mą-

drzej uznać we mnie swego pana? 

- Czy oznacza to, że chce mnie pan traktować tak jak swego konia? 

Oznacza to, że musi pani poddać się mojej woli. 

A jeśli nie uczynię tego? - Pytanie to było już tak ciche jak oddech. 

- To nauczę panią posłuszeństwa i nie wątpię, że w krótkim czasie zrobi pani wielkie postępy· 

Drżała w uścisku jego rąk. Była to groźba, której znaczenia domyśleć się nie mogła. 

W zakamarkach pamięci przebiegła jej myśl o wszystkich widzianych po południu okropnoś-

ciach. On potrafił karać bez miłosierdzia. 

- Wolę, aby mnie pan zabił od razu - rzekła ze zmęczeniem w głosie. 

- Zabijając panią, przyznałbym się tylko do poniesionej porażki. Potrafię i chcę panią ugłaskać. 

Wybór jednak należy do pani i musi pani rozstrzygnąć i to zaraz, dzisiaj wieczorem, czy chce mi 

pani   być   posłuszna   z   własnej   woli,   czy   też   mam   panią   zmusić   do   tego.   Cierpliwość   moja 

wyczerpała się już. Niech pani szybko wybiera! 

Raz jeszcze chciała zerwać się do walki, poczuła jednak nagły zanik ~nergii. Wszystko dokoła 

zawirowało w jej oczach. Zachwiała się i upadła w jego ramiona. Strach fizyczny wziął górę. Nie 

czuła już sił do zniesienia tego, co nastąpić mogło. 

- Będę posłuszna - wyszeptała. 

Ujął ją pod brodę i utkwił wzrok w jej oczach, tak jak gdyby chciał przeniknąć ją na wskroś. 

Chmurne oblicze jego rozjaśniło się powoli. 

- T o dobrze - rzekł z naciskiem. - Jest pani bardzo roztropna. 

Potem pochylił się nad nią, aż wargi jego przylgnęły silnie do jej ust. Wzdrygnęła się i 

przerażenie zamigotało w jej oczach., Zaśmiał się z ironią. - Czy moje pocałunki są pani tak 

wstrętne? Załkała spazmatycznie. 

- Nie jest pani uprzejma wprawdzie, ale przynajmniej szczera. 

Puścił ją i wyszedł z namiotu. 

ROZDZIAŁ PIĄTY 
Diana czekała u wejścia do namiotu na Gastona, który miał przyprowadzić konie. Nerwowo 

targała grube rękawiczki do konnej jazdy. Opanował ją dziwny niepokój. Achmed ben Hassan 

był nieobecny od wczoraj i nie wiadomo było, czy wróci tego, czy dopiero następnego wieczoru. 

W obozie panował od jakiegoś czasu nieustanny ruch. O różnych porach dnia i nocy przybywali 

posłańcy na śmiertelnie znużonych koniach, a szejk nie miał wolnej ani jednej chwili. 

Przez te cztery tygodnie, które upłynęły od czasu, gdy przyrzekła mu posłuszeństwo, nauczyła się 

milczeć.  Z każdym  dniem rosła  w  niej  obawa   przed nim,   a  zarazem  i  nienawiść  ku niemu; 

nauczyła się jednak powściągać napady gniewu i nie okazywać swej nienawiści. Prawie każdego 

dnia wyjeżdżała z nim konno, aż w ostatnim tygodniu oświadczył jej krótko, że odtąd Gaston 

będzie jej w wycieczkach towarzyszył. Nie dał jej żadnego wyjaśnienia, a ona nie pytała o nic, 

widząc w tym tylko nowy dowód tyraństwa ze strony człowieka, który zawładnął nią bez jednego 

słowa. Lecz pod tym bezwolnym poddaniem się losowi, płonęło zarzeWIe buntu. Gorączkowo 

rozpatrywała   możliwości   ucieczki   i   obecny   wyjazd   szejka   wydał   jej   się   wymarzoną 

background image

sposobnością. 

Ubiegłą noc spędziła w samotności i niepokoju. 

Nie wątpiła, że uda się jej zmylić czujność Gastona, a jednak niepokój spędzał sen z jej powiek. 

N astępnego ranka z trudem tylko mogła zachować obojętny wyraz twarzy i nie okazać swego 

rozdrażnienia. Odetchnęła głęboko i wyszła przed namiot. 

Gaston czekał już z kóńmi. Drżącą ręką głaskała miękkie nozdrza i jedwabistą szyję pięknego, 

popielatego  konia,   na   którym   miała   dziś   jęchać,   a   który  był   jej   ulubieńcem.   Odczuwał   jej 

pieszczoty, wydając radosne rżenie i usiłując dotknąć jej wilgotnym pyskiem. Jednym jeszcze 

spojrzeniem ogarnęła duży namiot, potem dosiadła konia i ruszyła naprzód, nie oglądając się za 

siebie.   Przyszło   jej   na   myśl   przyrzeczenie   dane   szejkowi.   Obiecała   mu   wprawdzie 

posłuszeństwo, nie przyrzekła jednak, że nie będzie próbowała ucieczki; a nawet gdyby była 

przyrzekła, to przyrzeczenie to dane pod wpływem trwogi nie miało mocy obowiązującej. 

Jechała truchtem, oszczędzając siły swego konia, rozważając każdy plan po kolei. "Srebrna 

gwiazda" posuwała się w lansadach, wyrzucając zgrabnie nogami i gryząc niecierpliwie 

wędzidło. Zdawało się jej, że czas mija zbyt szybko i zrozumiała, że jeżeli coś ma uczynić, to 

musi to uczynić zaraz. Gaston, . który jechał kilka kroków za nią, spoglądał niecierpliwie. na 

zegarek. Teraz podjechał do niej. 

- Proszę o wybaczenie Madame, jest już późno - rzekł, wskazując na zegarek, który nosił na ręce. 

Diana spojrzała mechanicznie na własną rękę i przypomniała sobie, że jej zegarek stłukł się po-

przedniego dnia. Ściągnęła cugle i odsunęła hełm z czoła. Zerwał się przenikliwy wiatr, jeden z 

tych, które nagle powstają i znikają na pustyni. Podniosła rękę, w której trzymała chustkę i 

rozwarła palce. Wiatr uniósł chustkę. Pochwyciła cugle konia Gastona. 

- Moja chusteczka, Gastonie - rzekła, wskazując biały punkt na piasku. 

Gaston zeskoczył usłużnie z konia i pobiegł w kierunku chustki. Poczekała, aż znalazł się tuż 

obok   chusteczki;   wtedy   zerwała   hełm   z   głowy   i   uderzyła   nim   konia,   który   przerażony, 

pogalopował w kierunku obozu. Błyskawicznie zawróciła "Srebrną gwiazdę" ku północy i rzuciła 

się do ucieczki, nie zważając na wołania Gastona. 

Koń pędził jak szalony, aż wiatr gwizdał koło uszu Diany. Nie obchodził ją w tej chwili los słu-

żącego, pozostawionego bez konia w dosyć znacznej odległości od obozu. Myślała tylko o sobie. 

Jej prosty podstęp powiódł się; wiedziała tylko, że musi posuwać się ku północy. Może uda się 

jej napotkać przyjaźnie usposobionych Arabów, którzy za wynagrodzeniem odprowadzą ją do 

jakiegoś   miasta.   Była   wolna   i   zbyt   rozdrażniona,   aby   móc   logicznie   myśleć.   Śmiała   się, 

wykrzykiwała jak szalona, a jej szaleństwo udzieliło się również koniowi, który rwał z kopyta. 

Tak oddalała się coraz bardziej od obozu, który był jej więzieniem. N a myśl o szejku ogarnęło ją 

uczucie bolesnej trwogi. A jeśli spotka ją coś złego? Może ją pochwyci? Nie, to niemożliwe; 

wiele jeszcze godzin upłynie, a może nawet cały dzień, zanim dowie się o jej ucieczce. Nie wie, 

w którym kierunku uciekła; wyprzedziła go zresztą o wiele mil, a miała pod sobą jednego z 

najlepszych koni. 

Teraz koń jej zwolnił  biegu. "Srebrna  gwiazda" przeszła w spokojny,  równomierny galop, z 

którego   sławne   były   konie   Achmeda   ben   Hassana.   Wiatr   ustał   i   było   bardzo   gorąco. 

Błyszczącymi oczyma rozejrzała się dookoła. 

W odległości kilku kilometrów ujrzała grupkę palm; skierowała konia w tę stronę. Prawdopodo-

bnie znajdzie tam źródło; wypoczynek był potrzebny zarówno jej, jak i koniowi. Ściągnęła cugle 

i zsiadła z konia. Znalazła źródło lecz brudne i na pół zasypane. Siadła na ziemi, aby odczyścić je 

i zaczerpnąć wody dla siebie i "Srebrnej gwiazdy". Po zaspokojeniu pragnienia, rozluźniła popręg 

i zapaliwszy papierosa, położyła się w cieniu palm na wznak, nasunąwszy hełm na oczy. 

Teraz poczęła się poważnie zastanawiać! To, co zrobiła, było c;zystym szaleństwem. Nie miała 

ani wody, ani pożywienia dla siebie i dla konia, nie wiedziała również, gdzie znajdzie następne 

źródło. Była pozbawiona opieki, w niecywilizowanym kraju, wśród dzikich ludzi. Stała wobec 

widma śmierci z głodu i pragnienia. Co uczyni z zapadnięciem nocy? Przerażona rozglądała się 

po małej oazie. Prócz kilku palm i krzaków, małego źródełka i konia, który zanurzył pysk w 

wodzie, nie było tam nic więcej. Po raz pierwszy uczuła strach przed samotnością i bezkresną 

dalą; czuła się nieskończenie mała i bez znaczenia. N ad nią rozpościerała się niebieska kopuła, 

przygniatając ją swym ogromem. 

background image

Wkrótce   jednak   strach   przeszedł   i   wstąpiła   w   nią   odwaga.   Było   dopiero   południe,   a   przed 

zapadnięciem   nocy   mogło   się   jeszcze   wiele   zdarzyć.   W   każdym   razie   nie   żałowała   swego 

postępku. Uspokojona ułożyła się znowu w cieniu, z silnym postanowieniem nie niepokoić się 

trudnościami   i   niebezpieczeństwami.   Teraz   musiała   wypocząć   i   przeczekać   upalne   południe. 

Powoli ogarnęła ją senność; nagle poczuła, że powietrze wypełnione jest wonią tytoniu, który w 

jej umyśle łączył się zawsze z postacią szejka. Paliła jeden z jego papierosów, a wraz z wonią 

papierosa wróciło wspomnienie tego, co chciała na zawsze ze swej pamięci wymazać. 

Z   jękiem   odrzuciła   papierosa.   Przeszłość   zjawiła   się   i   rozpętała   w   jej   myślach   huragan 

wspomnień, zerwała się z falującą piersią, patrząc przerażonym wzrokiem na południe. 

Miała wrażenie, że szejk znajduje się blisko niej. - Jestem nerwowa - rzekła, rozglądając się 

dokoła. - Zwariuję, jeżeli tu dłużej pozostanę· Wskoczyła na siodło i ruszyła w dalszą drogę· 

Wokół niej była pustka i milczenie. Minęło południe i poczęło się robić chłodniej. 

Teraz pojawiły się przed nią niskie pagórki, które - jak instynktownie czuła - biegły poprzecznie 

do kierunku drogi, której powinna się była trzymać. Orientowała się wedle zachodzącego słońca. 

Obejrzała   się   dokoła   i   przerażona   ściągnęła   nagle   konia.   Ujrzała   w   oddali   oddział   Arabów, 

składający się z około pięćdziesięciu jeźdźców, którym przewodził człowiek jadący na czarnym 

koniu. W przejrzystym powietrzu zdawali się być bliżej niż w rzeczywistości. Nie spodziewała 

się   takiego   spotkania.   Przypuszczała,   że   napotka   może   obóz   kupców,   którzy,   stykając   się 

ustawicznie   z   cywilizacją,   będą   mogli   ocenić,   ile   korzyści   przyniesie   im   uratowanie   jej.   Ta 

jednak horda uzbrojonych Arabów - flinty widziała całkiem wyraźnie - i ten zwarty ich szyk były 

bardzo podejrzane. 

Zawróciła w cień skał, zauważyła jednak, że Arabowie ją dostrzegli. Przewodnik obrócił się na 

siodle i podniósł rękę. Z dzikim okrzykiem zatrzymali swe konie, a przewodnik ruszył sam ku 

niej. Nagle zachwiała się na siodle, a z ust jej wydarł się jęk. N ie było wątpliwości, był  to 

Achmed ben Hassan. Z przerażeniem w sercu pochyliła się nad karkiem konia i ułatwiając mu 

możliwie bieg, puściła się takim galopem, jakim ieszcze w życiu nie pędziła. 

Nie bacząc na wyboistą, niebezpieczną drogę przynaglała konia do coraz szybszego pędu. Jej 

ratunek leżał w szybkości konia. Jak długo wytrzyma? Przypomniała sobie teraz, że szejk jedzie 

na "J astrzębiu", bracie "Srebrnej strzały". Były to konie jednakowo szybkie. Ona jechała już 

wprawdzie   cały   dzień,   jednak   Aehmed   ben   Hassan   jechał   zapewne   o   wiele   forsowniej;   nie 

oszczędzał on nigdy koni, a był o wiele cięższy od niej. 

N araz usłyszała wyraźnie silny głos szejka: 

- Jeżeli się pani nie zatrzyma, zastrzelę pani konia. Daję pani minutę czasu. 

Zachwiała się na siodle, chwytając się grzywy konia, lecz nie zatrzymała się. Nic na świecie nie 

mogło jej do tego zmusić. "Srebrna strzała" pędziła naprzód. Zdawało się jej, że minuta ta nigdy 

nie upłynie. Naraz, zanim jeszcze usłyszała wystrzał, koń jej skoczył  ku górze i padł. Diana 

wyleciała łukiem na miękki piasek. Ogłuszona upadkiem podniosła się powoli i podeszła ku 

leżącemu koniowi, który bił w agonii kopytami w ziemię. Równocześnie nadbiegł duży czarny 

koń. Szejk zeskoczył z siodła, podbiegł ku niej i chwyciwszy ją za rękę, odepchnął z taką siłą na 

bok, że padła bez ruchu na piasek. Usłyszała drugi strzał i zrozumiała, że "Srebrna gwiazda" 

przestała cierpieć. 

Podniosła się niepewnie. Szejk zbliżył się do niej. 

- Skąd się pani tu bierze i gdzie jest Gaston? 
- Gaston? 

Zduszonym głosem opowiedziała mu wszystko; nie zależało jej na tym, a mógł ją tak czy owak 

zmusić do mówienia. Nie robił jej wyrzutów; przywołał "J astrzębia" i posadził ją lekkim ruchem 

na siodło przed sobą. Potem odjechali zwykłym, szybkim galopem. Zobojętniała na wszystko. 

Wstrząs   psychiczny  udzielił   się   także   jej   ciału   i   musiała   wytężyć   całą   swoją   wolę,   aby  się 

utrzymać prosto na siodle. 

Po   półgodzinnej   jeździe   przyłączyli   się   do   oddziału;   nie   podniosła   oczu;   usłyszała   jednak 

dźwięczny głos Jussufa, który mówił coś do szejka. Potem ruszyli naprzód. 

Wiedziała, że postąpiła jak szalona, że ucieczka nie miała widoków powodzenia, że traf, który ją 

wrócił szejkowi, mógł ją był oddać w ręce jakiegoś innego Araba. Achmedowi ben Hassanowi 

sprzyjało szczęście, podobnie jak i za pierwszym razem, gdy wpadła w jego ręce. 

background image

Chwiała się na siodle, utrzymując z trudnością równowagę i kilkakrotnie uderzyła głową o pierś 

szejka, który siedział za nią. Jego bliskość nie oburzała jej już; przyjmowała to z tępym uczuciem 

zdziwienia.   Wzrok   jej   spoczywał   na   jego   opalonych   dłoniach,   wychylających   się   z   fałdów 

białego   płaszcza.   Czuła   rozpaczliwą   ochotę   do   płaczu.   Ogarnęło   ją   uczucie   samotności, 

beznadziejnego opuszczenia i dziwne niezrozumiałe pragnienie czegoś, czego sama nie mogła 

określić. 

W końcu wpadła w stan półomdlenia, a gdy nagłe szarpnięcie rzuciło ją na szejka, była już zbyt 

zmęczona, aby zdać sobie sprawę z tego, co się dookoła niej działo. Czuła tylko, że ją zdjęto z 

siodła i zawinięto w jakąś chustę. Potem nic już nie czuła. Gdy się przebudziła, nadal była 

zmęczona. Było jej jednak dobrze i bezpiecznie. N oc była widna i zimna; leżała w ramionach 

szejka, który podtrzymywał ją przed sobą na siodle. Jej głowa spoczywała na jego sercu i czuła 

jego regularne uderzema. 

Okryta   ciepłą   tkaniną   i   bezpieczna   w   jego   silnych   ramionach,   odczuwała   przede   wszystkim 

spokój. Było to tak piękne w tej chwili, to spoczywanie bez wysiłku, z twarzą muskaną ciepłym 

wiatrem i to unoszenie lekkim galopem. N agle serce jej zabiło gwałtownie. Co się z nią stało? 

Dlaczego nie wzdraga się przed uściskiem jego ramienia i dotknięciem jego ciepłego, silnego 

ciała? Co dokonało w niej tej przemiany? 
I nagle przejrzała - przejrzała, że kochała go dawno, już wtedy nawet, gdy sądziła, że go niena-

widzi i gdy uciekła od niego. Teraz zrozumiała nagle, że przepełniała ją pełna namiętności 

miłość, uczucie, którego bezkresność przerażała ją niemal. Mężczyźni, którzy przedtem ubiegali 

się o nią, nie· potrafili rozpalić w niej tego uczucia. N ie kochała nikogo, sądziła nawet, że nie 

potrafi kochać i że może obejść, się w życiu bez uczuć tak powszechnych i naturalnych. Teraz 

wiedziała, że jest inaczej. Była to miłość przepełniona tak bezgranicznym oddaniem, o jakiej 

nigdy nie pomyślała. Serce jej należało do szejka, tak różnego od innych mężczyzn, do 

bezwzględnego dzikusa, który zdobył ją dla zaspokojenia swej chwilowej zachcianki. Kim był i 

czym był, było to bez znaczenia, był mężczyzną, którego kochała. Leżała na jego sercu, a uścisk 

jego ramion sprawiał jej rozkosz niewypowiedzianą. Poruszyła się lekko i ułożyła swą głowę tak, 

że mogła widzieć twarz jego w świetle księżyca. Z przyspieszonym oddechem patrzyła nań 

chciwie. Spoglądał on przed siebie, oczy jego świeciły, brwi były ściągnięte, broda energicznie 

wysunięta. U czuł jej poruszenie i spojrzał na nią. Przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy, a 

potem z lekkim westchnieniem opuściła głowę na jego pierś. On milczał, lecz przyciągnął ją 

bliżej i objął ramieniem. 

Późno już było, gdy przybyli do obozu świecącego mnóstwem świateł. Ruchliwy, wzburzony 

tłum otoczył ich w jednej chwili. 

Zupełnie wyczerpana, osunęła się Diana na otomanę i ukryła twarz w dłoniach. Co on z nią 

uczyni? Powtarzała bezdźwięcznie wciąż to pytanie drżącymi ust y i modliła się o dwagę i zimną 

krew. Wreszcie usłyszała jego głos i ujrzała go u wejścia. Szejk stał jeszcze twarzą zwrócony ku 

placowi i wydawał rozkazy. U słyszała jak oddziały konne rozjeżdżały się w rozmaite strony. 

Wyglądało tak, jak gdyby szejk nie zwracał najmniejszej uwagi na Dianę. Chodził po namiocie i 

palił papierosa. Nie mogła odważyć się i przemówić do niego. Wyraz jego twarzy był straszny. 

Wreszcie zatrzymał się przed nią i spojrzał na nią dziwnym wzrokiem. W trwodze wyciągnęła 

dłonie ku niemu. 

- Co zrobi pan ze mną? 

- To zależy od tego, co się stało z Gastonem. O jego losie nie myśli pani zupełnie? 

- Co może się stać z nim?  
Odrzucił kotarę u wejścia do namiotu i wskazał ręką leżącą w mrokach pustynię. 

- Tam na południu mieszka szejk Ibrahim Omar. Mój szczep od dawna jest z jego szczepem na 

stopie wojennej. Niedawno dowiedziałem się, że przybliżył się na taką odległość, na jaką nie 

byłby się nigdy odważył. On nienawidzi mnie i byłby szczęśliwy, gdyby mu się udało dostać w 

swe ręce mego służącego. 

Opuścił zasłonę z powrotem i rozpoczął od nowa swą wędrówkę z jednego końca namiotu w 

drugi. Poważne brzmienie jego głosu uzmysłowiło jej niebezpieczeństwo, na jakie Gaston był 

narażony.   Myśl,   że   mogłoby   mu   stać   się   coś   złego   z   powodu   jej   ucieczki,   zabolała   ją 

niezmiernie. Był on w stosunku do niej zawsze uprzejmy i życzliwy, nie myślała jednak o tym, 

background image

odpędzając   jego   konia.   Był   dla   niej   wtedy   tylko   poddanym   swego   pana,   klucznikiem   jej 

więzienia. 

Bezszelestnym krokiem chodził szejk po grubych dywanach, owym krokiem przypominającym 

ruchy dzikiego zwierza. Diana chciałaby okazać mu czymś miłość, do której poznania doszła tak 

niedawno. Ach, gdyby mogła mu to tylko powiedzieć, gdyby miała tylko prawo podejść ku 

niemu i pokryć pocałunkami okrutne rysy jego ust. Nie miała jednak prawa, obowiązkiem jej 

było czekać, aż ją zawoła. 

N agle odrzucono gwałtownie zasłonę namiotu i Gaston stanął u wejścia. 

- Panie! Panie! - wyjąkał, wyciągając ręce ku szejkowi. 

Ten objął go: 

- Gaston, nareszcie - wykrzyknął. W głosie jego brzmiała jakaś nowa nuta, której Diana nie 

słyszała dotychczas. Potem zaśmiał się z ulgą. Chwała niech będzie Allachowi. 

- Pochwalone niech będzie imię jego - powtórzył Gaston. 

Spojrzał na Dianę i rzekł z wahaniem. 

- Madame ... 

Lecz szejk przerwał mu: 

- Madame jest cała i zdrowa - po czym dorzucił kilka słów po arabsku. Gaston opuścił namiot. 

Diana stała niezdecydowana. 

- Tak mi. żal "Srebrnej gwiazdy" - rzekła cichutko, głos jej był jakiś ochrypły i obcy. 

Wzruszył ramionami. Ruch ten jak i nieprzystępna poza jego, wzburzyła ją. 

- Lepiej byłoby, gdyby był pan zastrzelił mnie. 

- Może i racja. Kobiet jest wiele, a koń był jeden. 

Drgnęła pod zimną brutalnością jego słów. Potem zaśmiała się smutnie. 

- A przecież zastrzelił pan konia, aby zdobyć mnie z powrotem. 

Odwrócił się z przekleństwem. 

- Ty głuptasku! Jeszcze tak mało zna mnie pani? Czy jest ktoś lub coś, co potrafi sprzeciwić się 

mej woli? N a Allacha, byłbym panią odnalazł, gdyby pani uciekła nawet do Europy. To, co mam 

w ręku, zatrzymuję tak długo, dopóki mi się nie znudzi. A pani nie znudziła mi się jeszcze. Ale 

jak mam panią ukarać? 

Czuł on, jak mrowie trwogi i oczekiwania pokryło jej ciało i zaśmiał się, gdy drżącą twarz ukryła 

na jego piersi. Przemocą odwrócił jej głowę: 

- Co jest pani najbardziej nienawistne? Moje pocałunki? 

Przywarł ustami do jej ust, a uścisk jego był długi i tak silny, że dusił ją niemal. Potem puścił ją 

nagle. I jak olśniona i ogłuszona, potykając się, odeszła do dalszej części namiotu. 

Była tam sama i płacząc tuliła twarz do poduszek. 

Przed kilkoma  godzinami,   gdy wpatrzona   w  migocące   gwiazdy  doszła  do  poznania  prawdy, 

zdawało się jej, że będzie szczęśliwa. Teraz jednak widziała, że nie znajdzie szczęścia w miłości, 

wiedziała, że gorycz dopiero nadejdzie. I na myśl, jakie będzie to pożycie z nim, wiła się z bólu. 

- Kocham go i pragnę jego miłości bardziej, aniżeli czegokolwiek na świecie! 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
Diana siedziała na otomanie w środku namiotu, pochylając swoją złoto blond głowę nad gazetą 

rozłożoną   na   jej   kolanach.   W   miękkiej   koszuli   do   konnej   jazdy,   w   spodniach   i   wysokich 

palonych butach wyglądała jak smukły, młody chłopak. 

Od czasu gdy próbowała tej szalonej ucieczki, upłynęły dwa miesiące. Jej tęsknota za wolnością 

skończyła się w nieoczekiwany sposób tragiczną śmiercią "Srebrnej gwiazdy". Przez te tygodnie 

szczęścia   przewijała   się   nić   głębokiego   cierpienia,   gdyż   namiętne   pragnienie   jego   miłości 

niweczyło radość, którą odczuwała, znajdując się przy jego boku. 

A od nocy, w którą tak triumfalnie przywiózł ją z powrotem, był dla niej aż za dobry, ponad 

wszelkie oczekiwania pobłażliwy. Nie mówił nigdy o jej ucieczce, epizod ten został wykreślony 

z jego pamięci, nie chciał nawet myśleć o nim, jednak poza uprzejmością nie było w nim innego 

uczucia. N amiętność, której odblask widziała w jego ciemnych oczach, nie była miłością, której 

tak pragnęła. Było to tylko pożądanie, które wzbudzała w nim jej niezwykła uroda, tak różna od 

piękności innych kobiet. Myśl o tych innych kobietach nie opuszczała jej ani na chwilę, stając się 

background image

z każdym dniem coraz bardziej męcząca. Pragnęła mieć go jedynie dla siebie, pożądała jego 

niepodzielnej   miłości.   Jego   arabskie   pochodzenie   i   wschodnie   instynkty,   stanowiły   groźne 

memento na przyszłość, o której nawet myśleć się bała. Kochała go tak namiętnie, tak ofiarnie, 

że świata nie widziała poza nim. On był dla niej wszystkim. 

Bezmyślnie przewracała stronice gazety. Nagle zerwała się. Tuż obok namiotu rozległ się ten 

sam głęboki dźwięczny głos, który śpiewał pieśń Kaszmiru w ową noc poprzedzającą jej wyjazd 

z Biskry. 

Białe ręce ukochane tam nad Szelimarem 

Były szczęściem niepojętem, były Boga darem ... 

Głos był coraz bliższy, a wreszcie szejk wszedł do namiotu, śpiewając. 

- Białe ręce, różane palce - zakończył zwrotkę i pochwycił ją za ręce, chcąc je ucałować. Wyr-

wała mu jednak dłonie. 

- Pan mówi po angielsku? 

Śmiejąc   się,   usiadł   na   otomanie.   -   Czy  dlatego,   że   śpiewam   angielską   pieśń?   N  a   Allacha! 

Słyszałem w Paryżu pewnego Hiszpana, śpiewającego "Carmen", mimo że nie umiał ani słowa 

po francusku. N auczył się tekstu jak papuga, podobnie jak ja nauczyłem się angielskiej pieśni. 

- A więc to pan śpiewał wtedy w nocy, koło hotelu w Biskrze? 

- Człowiek nie wie czasem, co czyni, szczególnie w czasie pełni - brzmiała żartobliwa 

odpowiedź. 

- I wkradł się pan do mojej sypialni, aby zmienić naboje w moim rewolwerze? 

Objął ją ramieniem i zbliżywszy ku sobie, spojrzał w jej oczy. 

- Czy może pani przypuścić, że pozwoliłbym komu innemu wejść w nocy do pani sypialni? - 

Czy był pan tak pewny siebie? 

Zaśmiał się cicho, widocznie bawiła go już sama myśl, że mogło mu się nie udać, a w oczach 

jego pojawiły się znów płomienie żądzy. Chciała uwolnić się z jego uścisku i odwróciła głowę. 

- Jeszcze ciągle nie odtajała pani. Doprawdy znudziło mi się już trzymanie kawałka lodu w mo-

ich ramionach. 

I po raz pierwszy oddała mu się cała, namiętnie całując go raz po raz, bez końca. Wreszcie bez 

tchu wyrwał się z jej ramion i zakrył twarz rękoma. 

- Oszałamiasz mnie Diano - rzekł na wpół gniewnie, podchodząc do szafki na której leżała broń. 

Wyjął rewolwer i począł czyścić go. Patrzyła nań zdziwiona. 

Co to miało znaczyć? J ak miała rozumieć jego słowa? Czyżby był tak zmienny? Czy chciał jej 

tylko pokazać, że potrafi rozpalić miłość w niej, aby potem tym bardziej rozkoszować się 

uczuciem . władzy nad nią? Westchnęła. 

- Dlaczego nienawidzisz tak Anglików, o panie? Mimo woli użyła formy, w której przemawiał 

zawsze Gaston. Obawiała się bowiem nazwać go po imieniu. Ten ton mowy podobał mu się. 

- Zapal mi papierosa moja droga, mam zajęte ręce - odparł wymijająco. 

U słuchała z lekkim uśmiechem. 

- Nie odpowiedział pan jednak na moje pytanie. 

Przez chwilę czyścił w milczeniu błyszczącą miniaturową broń. 

- Moja mała Diano, twoje wargi są wprawdzie czarująco czerwone, a głos twój jest muzyką dla 

moich uszu, ja jednak nie lubię pytań. Męczy mnie pani swoją ciekawością - odrzekł wreszcie w 

żartobliwym tonie, po czym zanucił ponownie pieśń Kaszmiru. 

- Dlaczego pan śpie)Va? Dotychczas nie śpiewał pan nigdy? 

Rozśmieszyła go jej uporczywość. 

- Mała dręczycielko, śpiewam z radości, że przyjeżdża przyjaciel mój, Raul de Saint-Hubert. - 

Czy przyjedzie tu? - zapytała z rozczarowaniem w głosie. 

- Dlaczegóżby nie? 

Bliski przyjazd obcego i w dodatku Europejczyka, poruszył ją do głębi. Nie zdradziła się jednak z 

niczym, czując na sobie wzrok szejka. 

- Czy wyjedziemy dzisiaj? - spytała możliwie obojętnie. 

- Nie mogę dzisiaj towarzyszyć pani, muszę wyjechać naprzeciw Saint-Huberta. Nie dalej jak 

przed godziną przybył posłaniec od niego. 

Diana wyszła przed namiot. Oddział konnych stał gotowy do drogi, a "Szeitan" koń szejka, gryzł 

background image

wędzidło i bił kopytami, usiłując wyrwać się z rąk trzymających go stajennych. Powróciła do 

namiotu. 

- Głowa mnie boli od ciągłego siedzenia w namiocie. Czy Gaston nie mógłby pojechać ze mną? 

Popatrzył na nią uważnie. 

- Chce pani znowu uciekać? 

Oczy jej zaszły łzami i odwróciła głowę· 
- Nie będę uciekać już więcej - rzekła bardzo cicho. 

- A więc dobrze, zawołam Gastona. 
Z drwiącym uśmiechem podniósł jej głowę ku sobie, potem dał jej wyczyszczony rewolwer. 
- Chcę, aby go pani miała przy sobie podczas wycieczek. Ibrahim jest jeszcze w pobliżu. 
Wpatrzyła się w broń. On pochylił się ku niej i pocałował ją lekko. 

- Ufam pani - rzekł spokojnie i skierował się ku wyjściu. Diana schowała rewolwer do skórzanej 

torby, wzięła z półki jedną z książek Saint-Huberta i weszła do swej sypialni, wołając na Zulejkę, 

aby jej ściągnęła buty. Potem rzuciła się na łóżko, aby spędzić ranek na bezczynnym drzemaniu, 

a przy sposobności urobić sobie obraz autora książki. 

Nienawidziła go już z góry, powodując się uczuciem zazdrości. Objaw nagłej czułości ze strony 

szejka   wzbudził   w   niej   nadzieję,   o   której   przedtem   ani   myśleć   nie   śmiała.   Może   byłby   ją 

pokochał, a teraz ktoś obcy miał wedrzeć się w ich codzienne życie. W napadzie dziecinnej 

złości cisnęła w kąt książkę i wtuliła głowę w ramiona. 
Zulejka postawiła trwożnie małą tackę na stoliku obok łóżka. 
- Pan Gaston przysyła - wybełkotała niemal płaczliwie. 

Diana popatrzyła na tacę, potem na mały zegarek podróżny na stoliku, a gdy spostrzegła, że już 

godzina minęła od zwyczajnej pory śniadania, dopiero uczuła głód. N a tacy leżał mały kawałek 

papieru, na którym Gaston napisał wyraźnym drobnym pismem: ,,0 której godzinie życzy pani 

sobie wyjechać?" 

Jasne było, że zapalony jeździec nie chce zrezygnować z poobiedniej przejażdżki, z uśmiechem 

napisała cyfrę  na papierze, wysunęła  kartkę w milczeniu za portierę i zasiadła do śniadania. 

Potem podniosła z powrotem książkę, którą rzuciła na ziemię, i poczęła ją przeglądać. Z uwagą 

przypatrywała się pisanej ołówkiem dedykacji:  Na pamiątkę od R aula.  N ie był to charakter 

pisma człowieka małodusznego, pomyślała. jednak: N a tym polegać nie można, Aubrey, ten 

wzór egoisty, miał bardzo ładne pismo, a pewien grafolog powiedział mu nawet raz, że jego 

pismo świadczy o wysoko rozwiniętej miłości bliźniego". Ocena ta nie zachwyciła wcale barona, 

a jego siostrę pobudziła do szalonego śmiechu. 

Książka opisywała  cudowną historię miłości i wierności mężczyzny;  odłożyła  ją z żałosnym 

westchnieniem.   Takie   było   życie   w   książkach.   Rzeczywistość   jest   jednak   całkiem   inna. 

Podniosła   się   niecierpliwie,   naciągnęła   buty,   a   na   głowę   włożyła   miękki   filcowy   kapelusz. 

Rewolwer, pozostawiony jej przez szejka, zawiesiła sobie u pasa i wyszła z namiotu. Twarz 

czekającego Gastona jaśniała zadowoleniem. Czuła się nieco zawstydzoną, gdy pomyślała o ich 

ostatniej wspólnej przejażdżce, jakkolwiek wiedziała, że nie czuje on do niej urazy. 

Dosiadła białego konia, nie tak rączego jak "Srebrna gwiazda" lecz bardzo nerwowego, zwanego 

"Tancerzem", gdyż przy ruszaniu z miejsca i przy zatrzymywaniu się, tańczył jak koń cyrkowy 

na tylnich nogach. Pod wpływem świeżego powietrza i ruchu ustąpił niebawem ból głowy i 

poczuła się lekka i niemal szczęśliwa. Po chwili wstrzymała konia i przywołała Gastona. 

- Opowiedz mi pan coś o hrabim Saint-Hubert. Zna go pan zapewne, będąc już od tak dawna u 

swego pana. 

Gaston uśmiechnął się. - Znam go już dłużej niż mój pan. Urodziłem się w dobrach ojca pana 

hrabiego. Brat mój Henryk i ja byliśmy masztalerzami u pana hrabiego, a po odbyciu służby woj-

skowej w kawalerii mój brat został kamerdynerem pana hrabiego, a ja poszedłem na służbę do 

obecnego pana. 

Diana zdjęła kapelusz i tarła czoło w zamyśleniu. Przed piętnastu laty Achmed miał około dwu-

dziestu lat. Jaki był powód, że tak młody szejk przyjął sobie europejskiego służącego i dlaczego 

służący ten zgodził się pójść za szejkiem na dobrowolne wygnanie na pustynię? W którą stronę 

zwróciła się, otaczały kochanego mężczyznę mroki tajemnicy. 

Diana zeskoczyła z konia, oddała cugle i kapelusz Gastonowi i skierowała się ku pobliskiemu 

background image

pagórkowi.   Tam   usiadła,   obejmując   kolana   ramionami.   Niespodziewany   przyjazd   obcego 

zaskoczył ją niemile. Był to człowiek z jej sfery, gdyż podróżował widocznie dużo, a ojciec jego 

mógł sobie pozwolić na utrzymywanie stajni. Jak się ma zachować przy spotkaniu z człowiekiem 

równym jej towarzysko, gdy znajduje się w sytuacji tak dwuznacznej? Albo szejk nie pomyślał 

zgoła o tym, że spotkanie to będzie dla niej czymś przykrym, albo też uważał to za rzecz bez 

znaczenia.   Siedziała   w   milczeniu,   dopóki   lekkie   chrząknięcie   nie   przypomniało   jej,   że   czas 

upływa. Z zaciśniętymi ustami i zaciętym wyrazem twarzy podeszła do konia. Przy wsiadaniu 

"Tancerz"   począł   wykonywać   swoje   zwyczajne   piruety.   Zdzieliła   go  szpicrutą   tak,   że   stanął 

groźnie dęba. 

- Ostrożnie Madame - rozległ się ostrzegawczy głos Gastona. 

- Kogo mam oszczędzać? Konia twego pana? - odparła z goryczą, biorąc z jego rąk kapelusz. 

Służący popatrzył na nią z wyrzutem. Bez słowa popędziła w stronę obozu, tak jakby pragnęła 

przyspieszyć i mieć już za sobą niemiłe spotkanie. 

Gdy znalazła się już w pobliżu namiotów, owinęła sobie cugle około rąk, aby pewniej utrzymać 

konia. Spostrzegła szejka stojącego przed głównym namiotem, a obok niego sylwetkę smukłego 

mężczyzny. Przebiegła obok nich galopem, nie mogąc żadną miarą zatrzymać "Tancerza", tak że 

mignęły   jej   tylko   w   oczach   faliste   włosy   i   krótko   strzyżona   broda   przybysza.   Odzyskała 

niebawem władzę nad koniem i zawróciła z powrotem. Wypuściła cugle z rąk i zeskoczyła na 

ziemię.   Zamiast   jednak   zwrócić   się   do   szejka,   który   podszedł   ku   niej,   uderzyła   "Tancerza" 

gniewnie po nozdrzach. 

- Diano, hrabia Saint-Hubert pragnie ci być przedstawionym. 

Zebrała   wszystkie   siły   i   spojrzała   na   mężczyznę,   który   stał   przed   nią.   Ujrzała   najbardziej 

współczujące oczy, jakie widziała kiedykolwiek. Pozdrowiła go chłodno i zwróciła się do szejka. 

- "Tancerz zachowywał się dzisiaj niemożliwie. Gastonie, mój kapelusz. Dziękuję. 

Z tymi słowy znikła w namiocie, nie spojrzawszy na nikogo. 

Było już późno, ona jednak wahała się jeszcze. W końcu włożyła zieloną suknię, tak ulubioną 

przez szejka. Potem także naszyjnik szmaragdowy. Były to dwa ustępstwa, za które gardziła 

sobą. Szejk wszedł do namiotu. 

Nie jest pani zbyt uprzejma dla mojego gościa. 

A gdybym była kobietą pańskiej rasy? odparła z goryczą. 

- Wtedy nie śmiałby pani widzieć żaden mężczyzna. Skoro jednak tak nie jest ... - urwał nagle z 

niezrozumiałym ruchem głowy. 

-  Widzę,   że   zmienił  się   pan od  dzisiejszego ranka.  Mówił  pan  rano,  że  nie  pozwoliłby  pan 

nikomu wejść do mej sypialni. Wtedy był pan prawdziwym Arabem. Czyż ceni mnie pan już tak 

nisko, że nie jest pan już nawet o mnie zazdrosny? 

- Mogę przyjacielowi zaufać, nie mam jednak zupełnie zamiaru podzielić się z nim... panią - 

brzmiała brutalna odpowiedź. 

Palce jego wpiły się boleśnie w jej ramiona. 

- A więc, będzie pani posłuszna? 

Zacisnęła zęby, walcząc z ogarniającą ją trwogą, potem wyszeptała: 

- U czynię, co zechcesz. Zrobię wszystko, co pan rozkaże, bądź tylko dobry dla mnie ... Ach-

medzie. 

N igdy jeszcze nie przemówiła doń po imieniu i teraz nie zdała sobie nawet sprawy z tego. Twarz 

jego   nagle   przybrała   jakiś   dziwny   wyraz,   podniósł   jak   zwykle   jej   głowę   do   góry,   a   ona 

wytrzymała mężnie jego spojrzenie. Czytał teraz w jej oczach bezgraniczne oddanie, widział, że 

pobił   ją   zupełnie.   Ta   świadomość   zwycięstwa   nie   wzruszyła   go   jednak.   Oprócz   lekkiego 

zmieszania nie można było nic wyczytać z jego twarzy. N ie czuł zadowolenia ze swego tryumfu, 

czuł się dziwnie nieswojo. Odsunął ją delikatnie od siebie. 

- Idź - rzekł - pośpiesz się. 

Patrzyła za nim, gdy odchodził, i czuła łzy, gwałtem cisnące się do oczu. Drogo okupiła swoje 

szczęście, chętnie byłaby jednak dała jeszcze więcej wszystko by oddała - byle on nie gniewał się 

tylko.   Zdawała   sobie   przy   tym   sprawę,   że   jej   poddanie   się,   oznaczało   koniec   wszelkiej 

własnowolności, zupełne zaparcie się. samej siebie. 

Gdy weszła, obydwaj mężczyźni, czekający już na nią, byli zajęci rozmową. U siadła pogrążona 

background image

w wirze sprzecznych myśli. Zdawało się jej, że przeżywa jakiś sen straszny i nieprawdopodobny. 

Szejk   arabski,   francuski   turysta   i   ona,   zajęci   rozmową   towarzyską   na   tle   tego   niezwykłego 

otoczenia. N awet namiot, z którym zżyła się już, wydał się jej obcy, z powodu obecności tego 

intruza. Obcy również był dla niej służący hrabiego stoją.cy poza jego krzesłem. Był on łudząco 

podobny do Gastona, z tą tylko różnicą, że Gaston nie nosił brody. 

Ukradkiem spoglądała na hrabiego; na jego bladej i mądrej twarzy nie ujrzała 'ani śladu egoizmu, 

którego   się   spodziewała.   Jego   głos   brzmiał   żywiej   aniżeli   głos   szejka,   jednak   z   mniejszą 

pewnością siebie. Z na poły uprzejmym, na poły smutnym uśmiechem zwrócił się ku Dianie. 

- Czy pozwoli mi pani wyrazić swój podziw dla jej jazdy konnej? 

Zarumieniła się lekko i poczęła w zakłopotaniu bawić się naszyjnikiem. 

- Ach, to nic nadzwyczajnego - rzekła z nieśmiałym uśmiechem. - "Tancerz" jest wprawdzie 

niesforny, jednak nie jest zbrodniarzem. Trzeba tylko trzymać się dobrze, no i umieć jeździć na 

koniach szejka. 

- Dotrzymanie kroku jego koniom jest już sztuką niemałą - dorzucił hrabia, zaś Diana roześmiała 

się zadowolona. 

- Hrabia chce ci wmówić, że jest nerwowy,  nie wierz mu jednak, to człowiek bez nerwów  -

wmieszał się szejk. 

Gość zwrócił się ku niemu: 

- A ty? Achmedzie, czy pamiętasz jeszcze ... I począł snuć wątek wspomnień, opowiadając aż do 

podania kolacji. 

Znowu spojrzał na nią wzrokiem pełnym współczucia. Czuła, że chce jej pomóc i że rozmawia o 

rzeczach obojętnych, aby nie dać poznać, że widzi jej dwuznaczną sytuację. Była mu wprawdzie 

wdzięczna, jednak rycerskość ta bolała ją. Nienawiść, którą poczuła dla niego, rozmyślając o jego 

przyjeździe,  rozwiała   się,   pozostała   jednak  zazdrość.  Była   zazdrosna   o błysk  oka   szejka  i  o 

miękki   ton   głosu,   który   kochała   tak   bardzo.   Szejk   stał   z   rękoma   w   tył   założonymi   i   palił 

papierosa. W tej chwili wszedł Gaston i coś mu zameldował. 

S zejk zwrócił się do hrabiego: 

- Jeden koń jest chory. Jeśli cię to interesuje, to pójdź ze mną. 

Wyszli z namiotu, a Diana powróciła do swojej sypialni. Po upływie pół godziny powrócili; 

ziewając   podał   hrabia   rękę   szejkowi   i   począł   rozbierać   się,   odesławszy   przedtem   swego 

służącego. Wesoły śmiech i beztroski ton mowy ustąpiły miejsca nerwowemu niepokojowi. Szejk 

zauważył to, wyjął więc papierosa z ust i powiedział:  

- A więc Raulu, mów śmiało, nie krępuj się. 

- To jest wprost wstrętne! - wybuchnął hrabia. - Posuwasz się bezwzględnie za daleko, mój 

Achmedzie. 

Odpowiedzią był śmiech szejka: 

- Czego oczekiwałeś ze strony dzikusa? Gdy Arab widzi kobietę, którą pragnie posiąść, to ją 

sobie po prostu bierze. Stosuję się zatem tylko do obyczajów mego narodu. 

Hrabia postąpił krok bliżej. 

- Twego narodu? Którego? - zapytał głosem ledwo dosłyszalnym. 

W oczach szejka zatlił się płomień, poderwał się z miejsca i ciężko położył dłoń na ramieniu 

przyjaciela. 

- Wstrzymaj się Raulu! Nawet tobie nie pozwolę ... ! - Gniew jednak minął bardzo szybko. Po 

chwili szejk usiadł i uśmiechnął się. - Po cóż ten nagły przypływ nauk moralnych, przyjacielu? 

Znasz mnie i moje życie i nie po raz pierwszy spotykasz kobietę w moim namiocie. 

Saint-Hubert uczynił pogardliwy ruch ręką. 

- -To jest całkiem co innego, wiesz o tym równie dobrze jak ja. Gdzie ujrzałeś ją po raz pierwszy? 

- Na ulicy w Biskrze przed czterema miesiącami.

Hrabia odwrócił się szybko. 

- A więc ty kochasz ją! 

Szejk wypuścił z ust długą i wąską smugę dymu, patrząc za nią obojętnie. 

- Czy kochałem kiedykolwiek kobietę? I w dodatku Angielkę? 

- Gdy kocha się kobietę, wówczas jej narodowość jest obojętna. 

Szejk rzucił papierosa na podłogę. 

background image

Ona jest zadowolona - rzekł wymijająco. Jest tylko mężna. 
Całkiem słusznie. 
Poznać w niej rasę. 

Szejk odwrócił się ku niemu. 

- Skąd wiesz o tym? 

Hrabia wzruszył ramionami, sięgnął ręką do kieszeni i wydobył z niej numer jakiejś ilustrowanej 

gazety. Podał ją szejkowi. Achmed ben Hassan podszedł pod wiszącą lampę, tak aby światło jej 

padało na gazetę. Ujrzał dwie duże fotografie Diany; na jednej była w stroju wieczorowym, na 

drugiej w stroju do konnej jazdy, trzymała w rękach cugle. Pod tym napis: 
Diana Mayo, której zbyt długo trwająca podróż przez  pustynię poczyna budzić  obawy. Miss 

Mayo wyjechała z Biskry  przed czterema miesiącaml~ zamierzając przebyć  w pustyni cztery 

tygodnie i dotrzeć do Oranu. Od tej chwili zaginął słuch o niej i jej karawanie. Dalszą podstawę  

do obaw dają doniesienia o buncie plemion, przez których terytoria miała przejeżdżać. 
Długo i w milczeniu patrzył szejk na fotografie, potem wyrwał kartkę z gazety i zwinął ją w 

rulon. 

- Pozwolisz chyba? - rzekł chłodno, trzymając kartkę nad lampą stojącą na stoliku obok łóżka, 

dopóki nie spłonęła na popiół. - Czy Henryk widział te fotografie? 

- Oczywiście, Henryk czyta wszystkie moje gazety - odparł Saint-Hubert ze zniecierpliwieniem 

w głosie.  

- Niech więc trzyma łaskawie język za zębami - rzekł szejk tonem obojętnym. 

- A zatem? Co zamierzasz uczynić? 

- Ja? nic! Władze są zbyt zajęte i zanadto wysoko cenią konie Achmeda ben Hassana, aby czynić 

u mnie poszukiwania. A zresztą, nie są za nic odpowiedzialne. Zanim Miss Mayo opuściła 

Biskrę, poinformowano ją o grożących jej niebezpieczeństwach. 
- Czy nie potrafisz wyrzec się tego zamiaru? 

- Nie umiem niestety wyrzekać się niczego. Wiesz o tym dobrze. Zresztą dlaczego miałbym 

zmieniać moje zamiary? 
I zmieniając nagle ton, położył ręce na ramionach hrabiego. 
- To jednak nie rozbije chyba naszej przyjaźni, jest ona zbyt głęboka, aby miała się rozbić o róż-

nice w poglądach. Ty jesteś Europejczykiem ... szlachcicem ... a ja nieucywilizowanym Arabem, 

nie możemy więc patrzeć na tę sprawę tymi samymI oczyma. 

- Ty mógłbyś, jednak nie chcesz - odparł hrabia. - Uważasz, że to byłoby niżej twojej godności. 

Masz słuszność. Mogę się nie zgadzać z tobą w poglądach, jednak nie mogę wymazać z mojej 

pamięci ostatnich dwudziestu lat. 

Kilka minut później szejk wyszedł z namiotu. Objęła go ciemna noc. Wolno szedł między chata-

mi; zamienił kilka słów z wartownikiem chodzącym miarowo tam i z powrotem, potem zatrzymał 

się przed własnym namiotem, patrząc w gwiazdy. 

Koper wysunął się z jej ramion z westchnieniem wsunął swój wilgotny pysk w jego rękę. 

Szejk pogłaskał zwierzę, nie zdając sobie nawet sprawy z tcgo, co czyni. Uczuł nagle silny nie-

pokój i rozdrażnienie. Uczucia te, obce jego naturze, budziły się w nim powoli i wybuchły z całą 

siłą z chwilą przybycia hrabiego. Dotychczas nigdy nie myślał O samym sobie, nigdy nie 

krytykował i nie  analizował swych przelotnych życzeń i humorów. Przez całe swoje życie brał, 

co mu się podohało, i nikt nie oparł mu się dotychczas. Te jednak objawy niezrozumiałego 

podrażnienia były dlań ohce i daremnie szukał ich przyczyny. Poprzez cienie nocy spojrzał bystro 

na południe. Czy powodem niepokoju był może obóz jego śmiertelnego wroga, który podsunął 

się bliżej niż zwykle ku granicom jego posiadłości? Zaśmiał się pogardliwie. 

Odtrącił psa i wszedł do namiotu. Obok otomany leżała mała koronkowa chusteczka. Podniósł ją, 

a czoło jego zmarszczyło się groźnie. Przypomniał sobie słowa przyjaciela. 

- Angielka - szepnął. - Kazałem jej cierpieć, gdyż zaprzysiągłem, że każdy z tej przeklętej rasy, 

kto wpadnie w moje ręce, będzie cierpiał. Dlaczcgo jednak nie sprawia mi to przyjemności? 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Już tydzień minął od dnia przyjazdu hrabiego Saint-Huberta. Pewnego ranka weszła Diana do 

namiotu; nie spodziewała się zastać tam nikogo, szejk bowiem wyjechał o świcie na dłuższą 

background image

przejażdżkę· Gdy jednak odchyliła zasłonę, ujrzała hrabiego. Siedział przy małym biurku szybko 

coś pisząc; na ziemi leżało już wiele zapisanych kartek. Diana podeszła z wolna ku niemu: - 

Myślałam, że pan również wyjechał. 

- Muszę pracować i porobić pewne zapiski, dopóki pamiętam, co chcę powiedzieć. Był to znojny 

tydzień, a w dniu dzisiejszym postanowiłem wypocząć. Czy nie będę przeszkadzał pani, jeżeli 

pozostanę? 
- Czy będzie to znowu jakaś nowela? 
U siadła na otomanie, a pies położył się zaraz koło niej. Hrabia zwrócił się ku niej: 
- Nie, tym razem będzie to coś poważniejszego, a mianowicie historia plemienia, nad którym 
panuje Achmed. Różni się ono od innych plemion i ma odrębne zwyczaje i obyczaje. Spostrzegła 
już pani zapewne, że nie przestrzegają oni tak surowo 
tych wszystkich praktyk religijnych, które nakazuje wiara Mahometa. Plemię to czci głównie 

swego szejka, potem jego sławne konie, a potem dopiero Allacha. 
- Czy szejk jest właściwie mahometaninem? Saint-Hubert wzruszył ramionami. - Wierzy w Boga 

- odparł wymijająco, powracając do przerwanej pracy. Diana przypatrywała mu się, gdy siedział 

pochylony nad biurkiem. Zdobył jej sympatię i zaufanie swym miłym obejściem i delikatnym 

zachowaniem się w drażliwym położeniu. Była mu za to wdzięczna. Oboje żywili również 

życzliwe uczucia dla wyjątkowego władcy dziwnego szczepu. 
Hrabia pisał jeszcze przez chwilę, potem z westchnieniem ulgi odłożył pióro, pozbierał papiery i 

zwrócił się ku Dianie. 

Podniosła głowę. 

- Czy skończył pan swą pracę? 

Chwilowo tak. Henryk będzie mógł przepisać to później. 
- Czytałam książki pana, wszystkie które znajdują się tutaj. Zwykle nie zajmują mnie romanse. 

Ten jednak, który przeczytałam, podobał mi się bardzo. Czy wierzy pan rzeczywiście w możli-

wość istnienia takiego mężczyzny, którego pan opisał? Czy mężczyzna może być tak delikatny, 

pełen samozaparcia i wierny jak bohater pańskiego romansu. 
Odparł cicho.
  - Znam mężczyznę, który pod pewnymi warunkami mógłby odpowiedzieć wizerunkowi tam 

nakreślonemu. 
Zaśmiała się. 
- W takim razie jest pan szczęśliwszy ode mnie. Nie jestem wprawdzie jeszcze całkiem stara, 

jednak nie spotkałam dotychczas mężczyzny,  który byłby podobny do rycerskiego bohatera 

pańskiej książki. 

Zaczerwienił się i patrzył zakłopotany na pióro trzymane w ręce. 

- Niestety, piękne kobiety budzą w niektórych mężczyznach jedynie najniższe instynkty. Żaden 

mężczyzna nie wie, jak nisko może upaść pod wpływem nagłej, niepohamowanej żądzy. 

- A kobieta ponosi karę - zawołała Diana gwałtownie. - Musi zapłacić ?a piękność, którą ją Bóg 

ukarał, a której sama nienawidzi. 

U rwała, przygryzając wargi. Odczuła obawę przed zaufaniem, które wzbudzał swoją osobą. 

- Zechce mi pan wybaczyć - rzekła chłodno. - Moje zapatrywania zapewne nic interesują pana. 

- Wprost przeciwnie. Interesują mnie bardzo. Jeżeli zechce pani zaszczycić mnie swoją przyjaź-

nią, to życie moje będzie do pani rozporządzenia. 

Podała mu rękę i popatrzywszy na psa leżącego u jej boku, podniosła swobodnie głowę. 

- Ofiaruje mi pan rzecz niezwykle cenną i jeżeli zechce pan mi być takim przyjacielem, jakim 

jesteś dla szejka ... 

Ścisnął jej smukłe palce w swej dłoni. Przyjaciel szejka! Uniosła go fala silnego uczucia. Widział 

tylko piękność siedzącego obok niego dziewczęcia i czuł, że musi jej dopomóc. Zamknął oczy, 

gdy uprzytomnił sobie istotę swego uczucia. 

Z   całym   wysiłkiem   woli   opanował   się.   Musiał   zwalczyć   w   sobie   to   bezsensowne   uczucie; 

niedużo brakowało, a byłby zdradził człowieka, który od lat dwudziestu był mu bliższy od brata. 

Nie wolno mu było spytać go nawet, jakie ma prawo do tego dziewczęcia. Odnalazł utracony 

spokój odzyskawszy panowanie nad sobą, ucałował z szacunkiem rękę Diany. 

background image

Wszedł Henryk. 
- Panie hrabio, pójdź pan prędko, zdarzyło się nieszczęście. 
Diana zerwała się z okrzykiem. Twarz jej zbladła jak płótno, a wargi wyszeptały bezgłośnie sło-

wo: "Achmed!" Drżącą, objął hrabia ramieniem. - Kto jest raniony, Henryku? 
- Jeden ze służby, panie hrabio. Strzelba rozleciała się przy strzale, rozrywając mu rękę ... 
Saint-Hubert skierował się ku wyjściu. Diana padła na otomanę  i  objąwszy psa ramionami, 

ukryła twarz w jego szorstkiej sierści. - Zechce mi pan wybaczyć - szepnęła - wiem, że to głupio 

z mej strony, jestem jednak zawsze tak niespokojna, kiedy on dosiada tego dzikiego "Szejtana". 

Idź pan, ja zaraz tam przyjdę. 
Wyszedł   bez   słowa.   Diana   siedziała   jeszcze   chwilę   bez   ruchu,  dopóki  nie   uspokoiła   się 

zupełnie, Koper wysunął się z jej ramion. Z westchnieniem ulgi przetarła oczy wyszła przed 

namiot w jasność słońca. 
Ranny siedział na ziemi, z ręką wyciągniętą ku hrabiemu. 
- Pomogę panu - rzekła spokojnie i, odwi- I nąwszy rękawy sukni, przyklękła obok rannego. 

Zdziwił go jej spokojny głos świeża barwa policzków. Jakże niepodobna była do dziewczęcia, 

które przed niewielu minutami szukało u niego ratunku. 

- Czy jest pan lekarzem? 
- Tak, studiowałem za młodu medycynę, to przydaje mi się bardzo w podróżach. - Wziął bandaże 
z rąk Henryka. 

- Czy zagoi się? 

- Musiałem mu odciąć palec, spodziewam się jednak, że ręka będzie uratowana. Arabowie to 

tęgie chłopaki. Taka rana nic u nich nie znaczy. - Chciałabym się przejechać. Jest już wprawdzie 

późno, ale starczy mi jeszcze czasu. Czy będzie mi pan towarzyszył? 

-  U czyniłbym   to z  chęcią,  muszę   tu jednak  pozostać  z  powodu  Selima  -  odparł  spokojnie. 

Odprowadził ją do dużego namiotu i patrzył, jak odjeżdża. Kilka kroków za.nią jechał Gaston i 

sześciu uzbrojonych Arabów, których zabierała ze sobą na wyraźne żądanie szejka. Obecność tej 

straży   dokuczała   jej   nieznośnie.   Myśl   o   zbrojnej   eskorcie   jadącej   za   nią   psuła   jej   całą 

przyjemność   wycieczek,   które   lubiła   tak   bardzo.   Samotność   stanowiła   największy   urok 

wyjazdów. Obecność Gastona, który jej stale towarzyszył, nie psuła jej samotności, obecność 

jednak tych sześciu par oczu śledzących każdy jej krok, była nie do zniesienia. N ie mogła też 

zrozumieć z jakiego powodu dodano jej tę straż. Przecież podczas dotychczasowych wyjazdów 

nie   zaszło   nic   takiego,   co   by   usprawiedliwiało   to   zarządzenie   szejka.   Oaza   nie   leżała   przy 

głównym trakcie karawanowym, a Arabowie, których spotykała, należeli 'wszyscy do szczepu 

Achmeda  ben Hassana.  Początkowo chciała  pomówić  o tym  z szejkiem,  zabrakło jej jednak 

odwagi. 

Od   dnia   przyjazdu   Raula   był   jakby   odmieniony;   zachowywał   się   z   niesamowitą,   chłodną 

powściągliwością. Pieszczoty jego stały się obojętne i rzadsze. Nie zajmował się nią zupełnie, tak 

że odniosła wrażenie, że namiętność jego ku niej wygasła i że to już koniec wszystkiego. Nie 

chciała jednak ustąpić bez walki o jego miłość. Postanowiła użyć wszelkich środków, które miała 

do dyspozycji dzi~ki piękności i sprytowi kobiecemu. Palił ją wstyd, gdy pomyślała o roli, którą 

tu odgrywa. Nie była lepsza od "tamtych innych", o których nawet myśleć nie chciała. Stłumiła w 

sobie to uczucie i podniósłszy dumnie głowę, jak za dawnych czasów, z zaciśniętymi wargami 

wyprostowała się na siodle. 

Gaston zbliżył się ku niej. 

Czy nie zechce pani zawrócić? - spytał z szacunkiem. - Jest już późno, a tu wśród tych pagórków 

nie   jest   zbyt   bezpiecznie.   Trudno   cóś   rozróżnić   z   powodu   ciemności,   tak   że   zaczynam   się 

obawiać. 

- Obawiać? - powtórzyła z uśmiechem. 

- O panią - dodał poważnie. 

Ś ciągnęła cugle. 

Było już jednak za późno. W tej samej chwili obskoczyli ich zewsząd Arabowie. Gaston pochwy-

cił cugle jej konia i zawrócił ku obozowi. Ochrypłe okrzyki zmieszały się z odgłosem strzałów, a 

kule przelatywały ze świstem koło jej głowy. 

background image

Gaston założył  cugle pod kolano, jedną ręką chwycił wędzidło "Tancerza", a drugą wydobył 

rewolwer. D iana pomyślała bezwiednie o broni, którą otrzymała niedawno od szejka. Z nagłym 

uczuciem słabości patrzyła, jak jej straż ulega napastnikom. Wtem od zwartej masy walczących 

oddzieliło się może dwudziestu jeźdźców, którzy puścili się w pogoń za nią i Gastonem. 

- Czy nie możemy im pomóc?  Przecież niepodobna zostawić ich tak - mówiła  gorączkowo, 

dobywając rewolwer zza pasa, Gaston obejrzał się i twarz jego powlokła się szarością· O siebie 

nie bał się, nie śmiał jednak pomyśleć o losie czekającym dziewczynę jadącą obok niego; pojął 

bowiem,   że   wpadli   w   pułapkę,   zastawioną   przez   szejka   Ibrahima   O   mara.   Biała   kobieta, 

najnowsza zabawka Achmeda ben Hassana i jego służący przedstawiali zdobycz, której się z rąk 

nie wypuszcza. 

Zacisnął zęby. Wolał ją raczej zabić własną ręką, aniżeli dopuścić do jej porwania. Nieustannie 

dokoła nich padały w piasek kule. Widać było, że strzelający nie byli ludźmi ben Hassana. 

Gaston zdawał sobie jasno sprawę z beznadziejności położenia. W każdej chwili bowiem mogła 

trafić ich jakaś kula. 
Napastnicy odgadli widocznie jego myśli, gdyż rozwinęli się w nie regularną linię, która 
załamując się ciągle, uniemożliwiała dokładne celowanie. Równocześnie przynaglali swe konie 
do nadzwyczajnych wysiłków, aby dogonić uciekających. 
Diana strzelała również. Naraz "Tancerz" potknął się, przebiegł jeszcze kilka kroków ... i padł, 
wyrzucając krew nozdrzami. 

Diana zeskoczyła z siodła. W następnej chwili znalazł się obok niej Gaston i zasłoniwszy ją 

swym ciałem, strzelał z zimną krwią na nacierających Arabów. Nagle opanowało ją uczucie, że 

wszystko to jest snem, to samo uczucie, które zawładnęło nią, gdy się po raz pierwszy znalazła w 

obozie szejka. Głęboka cisza - Arabowie zaprzestali okrzyków gorący, suchy piasek i ten żar 

drgającego powietrza, nieskazitelny błękit nieba, nacierający jeźdźcy, zabity "Tancerz", obok 

którego stał spokojnie koń Gastona, i ten człowiek, który ją zasłaniał własną piersią· 

Naraz gruchnęła salwa. Gaston z jękiem zwalił się u jej stóp w piasek. Stojąc nad jego ciałem, 

wystrzeliła   Diana   ostatnie   naboje   i   rzuciła   pusty   rewolwer   w   twarz   nadbiegającego   Araba. 

Odwróciła się w rozpaczliwej nadziei, że uda jej się dopaść konia Gastona. Pochwyciły ją jednak 

szorstkie dłonie. U czuła uderzenie w głowę; ziemia  usunęła się jej spod nóg, w oczach jej 

pociemniało i padła bez przytomności na ziemię ... 

Późno po południu siedział Saint-Hubert w wielkim namiocie zatopiony w pracy. Zajęty pisaniem 

zapomniał o czasie i o Dianie, nie słyszał nawet jak szejk powrócił. Dopiero gdy ben Hassan 

wpadł gwahownie do namiotu, porwał się nagle z miejsca. 

Płonącym okiem rozejrzał się szejk po namiocie, wszedł do alkowy i wrócił z powrotem.

- Gdzie jest Diana? 

Saint-Hubert spojrzał na zegarek? 

- N a miłość boską nie miałem pojęcia, że jest już tak późno. Wyjechała rano. 

- I jeszcze nie powróciła - dokończył szejk powoli. - O której godzinie wyjechała? 

- Zdaje mi się, że około dziesiątej. Nie patrzyłem wtedy na zegarek. 

Szejk postąpił ku wyjściu.

 - Czy miała ludzi ze sobą? - spytał krótko. 

- Tak. 

Twarz ben Hassana przybrała twardy wyraz, a jego czarne brwi ściągnęły się w groźny łuk. Czyż-

by udawała przez cały czas, okazując sztuczny spokój, aby uśpiwszy jego czujność, próbować 

jeszcze raz ucieczki? Odpędził tę myśl  od siebie. Wierzył  i ufał jej bezwzględnie. Doznawał 

radosnego wprost uczucia, gdy wracając z przejażdżki, widział jej drobną postać, wtuloną w 

poduszki otomany. 

Zrozumiał nagle, czym to dziewczę dla niego było. 

Wyszedł z namiotu i zawoławszy służącego wydał mu rozkazy. I stał tak, z rękoma za pas za-

łożonymi gryząc zębami nie zapalonego papierosa. 

Saint-Hubert podszedł do niego. 

- Co to ma znaczyć? 

- Nie wiem - odparł krótko. 

background image

- Czy grozi jej niebezpieczeństwo? 

_ Na pustyni nie jest nigdy bezpiecznie, szczególnie, gdy ten diabeł się ruszy" - Wskazał ruchellI 

głowy na południe. - Trzy nasze posterunki widziały ich dzisiaj w południowej stronic, jednak 

oczywiście nie obchodziło ich nic, kiedy wrócą· Wyruszam za dziesięć minut. Pojedziesz ze 

mną? Dobrze! Jeżeli nie wrócimy za dwanaście godzin, wyruszą nam na pomoc. 

W kilka minut później setka Arabów stała obok swych koni gotowa do drogi; szejk pilnował 

wydawania   amunicji.   Niebawem   cały   oddział,   mając   na   czele   Achmeda   i   hrabiego,   ruszył 

wyciągniętym galopem. 

Od wielu pokoleń znana była odwaga i dzielność tego szczepu. Inne szczepy nie próbowały 

nawet powątpiewać o przewadze szczepu ben Hassana.

Spór z Ibrahimem Omarem odziedziczony był po przodkach. Do otwartej walki doszło jeszcze 

za panowania poprzedniego szejka, a pamięć tej walki żyła do dziś dnia. Tu i ówdzie zdarzały 

się mało znaczące potyczki, które trzymały obydwa szczepy w ciągłym pogotowiu, a ben Hassan 

utrzymywał, w oczekiwaniu ostatecznej rozprawy, swój szczep w karności i dyscyplinie. 

Skol1czy! się krótki zmierzch. Była pełnia księ"~yca i białe światło oświetlało krajobraz. Od 

chwili wyruszenia nie wypowiedział Achmed jeszcze ani słowa. 

Mijali właśnie jakąś kotlinę, gdy naraz szejk wydal ostry gwizd i zatrzymał konia. Jakiś człowiek 

leżał twarzą ku ziemi, a w pobliżu na widok ludzi zniknęły w mrokach nocy dwa cienie. Szejk i 

Henryk zeskoczyli równocześnie na ziemię, za nimi Saint-Hubert. Rozpoznawszy Gastona zbadał 

go  szybko.   Na   czole   widać   było   ślad  kuli.   Widocznie   ostatnim  wysiłkiem   woli   powlókł   się 

jeszcze kilkanaście metrów i padł nieprzytomny z upływu krwi. Zabiegi Saint-Huberta odniosły 

skutek. Otworzył oczy i ujrzał szejka klęczącego obok siebie. 

- Panie ... Madame ... Ibrahim Omar. .. - szepnął, tracąc znowu przytomność. 

N ad ciałem służącego spotkały się na krótką chwilę spojrzenia szejka i hrabiego. Potem Achmed 

powstał. 

- Opatrz go jak najszybciej - rzekł, wracając do swego konia. Oparty o "Jastrzę bia" zapalił od-

ruchowo papierosa. 

Ibrahim Omar i delikatna Diana!. .. Nerwowo gryzł papierosa. U czuł nieodpartą chęć trzymać ją 

znów w swoich ramionach i scałowywać łzy z jej oczu i bladych warg. Zdawało mu się, że czeka 

już całą wieczność. Wreszcie Saint-Hubert podniósł się, pozostawiając Henryka i dwóch Arabów, 

którzy mieli przenieść rannego do obozu. 

Ruszyli w drogę, przez wydmy i kotliny, przez które czołgał się na wpół przytomny Gaston. Mi-

nęli zabitego "Tancerza", który w bladym świetle księżyca czynił upiorne wrażenie - zabitych 

Arabów, którzy byli świadectwem celności strzałów Diany i G as tona. 

Wycie szakali przybliżyło się. Niebawem spostrzegli długi łańcuch pagórków, za którymi leżeli 

w   zasadzce   Arabowie.   Tu,   między   trupami   ludzi   i   koni,   spostrzegł   ciała   Arabów   własnego 

szczepu. Może który z leżących będzie jeszcze żywy i opowie, jaki był przebieg walki, może 

będzie to który z jego ludzi lub ludzi Ibrahima O mara, którego potrafi zmusić do powiedzenia 

prawdy. 

W okrutnym uśmiechu odsłonił szejk swoje Zt;by. Kilku jeźdźców zeskoczyło na ziemię, aby 

zbadać, czy który z leżących nie został przy życiu. Szejk czekał bez ruchu, słuchając przeklęstw 

w i gróźb, które miotali Arabowie, znosząc nieruchome i nie do poznania okaleczone ciała tych, 

którzy przed kilku godzinami stanowili orszak Diany. 

Ostatni  z podniesionych  dawał jeszcze słabe  oznaki  życia;  podniósł  oczy i ujrzawszy szejka 

uśmiechnął   się,   szczęśliwy   jak   dziecko   i   podniósłszy   powoli   i   z   trudem   rękę,   wskazał   na: 

południe. 

Szejk zsiadł z konia i podszedłszy do uśmiechającego, wziął jego bezsilne palce w swoje dłonie. 

Ostatnim wysiłkiem podniósł Arab rękę szejka do swego czoła, po czym wyzionął ducha. 

ROZDZIAŁ ÓSMY 
Stopniowo i z trudem, poprzez fale śmiertelnego bezwładu, poprzez huk i szum w uszach, prze-

dzierała   się   Diana   do   przytomności.   Głowa   ją   bolała,   wszystkie   członki   były   jakby 

sparaliżowane. Krok za krokiem ustępowała mgła z jej mózgu, przywołując wspomnienie tego, 

background image

co przeszła. 

- Gaston - wyszeptała słabym głosem, wyciągając rękę. Zamiast jednak oczekiwanego ciała lub 

suchego piasku, poczuła pod ręką miękkie poduszki. 

Otworzyła gwałtownie oczy. 

Leżała w kącie namiotu, na stosie poduszek. 

W drugim kącie namiotu klęczała przed małym piecykiem jakaś kobieta, a w powietrzu unosił się 

ostry zapach arabskiej kawy. 

Arabka odwróciła się i spojrzała na nią. 

Diana uczuła instynktownie, że nie może od niej oczekiwać ani współczucia, ani pomocy. Była to 

dość ładna kobieta, jednak w jej pełnych niena\yiści oczach nie było ani śladu łagodności. Diana 

czuła czającą się w nich groźbę. Równocześnie jednak powróciła jej cała odwaga. Spojrzała na 

Arabkę z całą dumą, na jaką mogła się zdobyć. 
W czasie swego pobytu w Indiach poznała siłę swego wzroku, a także i tu w pustyni był jedcn 

tylko Arab, który mógł wytrzymać jej spojrzenic, również i teraz kobieta odwróciła się ,od niej, 

ze stłumionym przekleństwem na ustach. 
Mały, duszny namiot wypełniony był specyficzną arabską mdłą wonią, której nie zauważyła w 

chłodnych, wzorowo czystych namiotach ben Hassana. Podniosła się ostrożnie i postąpiła kilka 

kroków. Ból, pochodzący z uderzenia w głowę, ustępował stopniowo, a uczucie słabości znikło 

prawic zupełnie. 

- Daj mi trochę wody - rzekła po francusku. 

Kobieta jednak potrząsnęła głową, nie patrz:JC na nią. Diana powtórzyła swoje słowa po 
arahsku. Za pas jej słów arabskich był dość ograniczony. Tym razem kobieta powstała szybko i 
podała jej kuhek pełen kawy. 

Diana wyciągnęła rękę po kubek. Spojrzawszy jednak w złośliwe oczy Arabki zatrzymała się· 

Zro,. dziło się w niej nagłe podejrzenie. Nie wiedziała wprawdzie z jakiego powodu, jednak 

odtrąciła podawany jej kubek. 

- Nie, nie chcę kawy, daj mi wody! 

Wtedy kobieta pochwyciła ją silnymi ramionami, usiłując przytknąć jej kubek do ust. Arabka 

była wprawdzie silna, Diana jednak była młodsza i zręczniejsza. Kubek wypadł na ziemię, a 

Arabka potoczyła się ku piecykowi, przewracając go wraz z węglami i naczyniem. 

Powalona, zerwała się szybko i zagasiwszy rękoma tlące węgle poczęła przeraźliwie krzyczeć. U-

chyliła się zasłona namiotu i do wnętrza wszedł olbrzymi Nubijczyk. Arabka wyciągnęła rękę w 

kierunku Diany, zasypując ją stekiem obelg i przekleństw. 
N egar słuchał z uśmiechem i w końcu potrząsnął przecząco głową . 
.J ednak Diana zawołała go i z podniesioną głoW"I stanęła przed nim. 
- Przynieś mi wody - rzekła rozkazująco, patrząc mu prosto w twarz, on jednak wskazał jej kawę, 

którą Arabka na nowo poczęła gotować. Diana tupnęła gniewnie nogą. Negr wyszczerzył zęby w 

uśmiechu i przyniósł zaraz wydęty worek skórzany, który służy Arabom za zbiornik na wodę. 
Diana zawahała się, jednak pragnienie zbyt jej dokuczało. Podniosła kubek leżący na podłodze, 

wypłukała go i napiła się. Woda była ciepła i nieświeża. U sunęła jednak suchość gardła i nieco 

ją orzeźwiła. Negr wyszedł, pozostawiając Arabkę pochyloną nad ogniem. 
Diana położyła się z powrotem na poduszki. 

Ostatnie wydarzenia wyczerpały ją bardziej niż myślała i nogi pod nią drżały. Jednak odwaga jej 

nie opuściła. Ponieważ prócz Negra i Arabki nikt się nie zjawiał, przeto wywnioskowała, że 

Ibrahim Omar jest nieobecny w obozie. Oby tylko nie wrócił, zanim nie przybędzie Achmed; w 

przybycie Achmeda wierzyła bowiem niezłomnie. Oby tylko przybył na czas! Świecąca lampa 

wskazywała na to, że była noc; jednak nie wiedziała która jest godzina. 
Zapewne już spostrzegli jej nieobecność w obozie. Szejk wiedział, co jej grozi i jakkolwiek w os-

tatnich czasach był wobec niej obojętny i okrutny, to jednak nie wątpiła, że ją uratuje. 
Zerwała się, usłyszawszy nagły hałas w przyległym namiocie. Jednak ostry, gardłowy głos gó-
rujący nad innymi, odebrał jej ostatnią iskrę nadziei. 
Ibrahim Omar wyprzedził więc Achmeda. Z głębokim westchnieniem zacisnęła zęby, gotując się 
na to, co miało nastąpić. 
Olbrzymi Negr, którego już przedtem widziała, wszedł znów do namiotu. Szedł prostu ku niej; 

background image

nagle   stanęła   przed   nim   Arabka,   mówiąc   coś   z   dzikim   błyskiem   w   oczach   i   gestykulując 

namiętnie. Nubijczyk odepchnął ją jednak i wyciągnął ramię, aby pochwycić Dianę. Cofnęła się z 

ogniem  w   oku  i  z   rozkazującym   głosem;   serce   biło  jej   lJIocno,   jednak  panowała   nad  sobą. 

Zacisnęła tylko pięści, włożywszy ręce do kieszeni spodni. Tak przeszła wolnym krokiem do 

przyległego namiotu, który hył chłodny i pusty. N a środku leżał na stosie poduszek Ibrahim 

Omar; poza nim stało dwu olbrzymich Negrów, nieruchomych jak statuy z brązu. 
Diana zatrzymała się chwilę u wejścia, potem podniósłszy śmiało głowę, przeszła sprężystym 

chłopięcym   krokiem po puszystych  dywanach  i  zatrzymała  się  przed  Ibrahimem.   Wydąwszy 

dumnie wargi spojrzała mu w twarz spod na wpół przymkniętych powiek. 
Ibrahim Omar był rzeczywiście takim, jakim go sobie wyobrażała. Ociężałe, niezgrabne cielsko 

rozwalone na brudnych poduszkach, nabrzmiała dzika twarz poorana śladami przebytych orgii, 

zepsute  zęby widoczne  spoza  grubych  warg.  Jego bogato wyszywany  strój  był  zaniedbany i 

brudny, zaniedbane i tłuste ręce rozpostarte na kolanach. Gdy Diana zbliżyła się, jego ordynarna 

twarz skrzywiła się w uśmiechu drwiącego zadowolenia. 

- A więc to jest biała kobieta mego brata Achmeda ben Hassana - rzekł powoli złą francuzczyzną· 

- Achmed ben Hassan, którego duszę oby Allach s.palił w ogniu piekielnym - dokończył, 

spluwając z pogardą. Potem położył się z powrotem i z głośnym chłeptaniem począł pić kawę. 

Diana patrzyła mu bez przerwy w oczy, a on zdawał się czuć nieswojo pod jej wzrokiem; jego 

oczy latały niespokojnie, a jedna ręka bawiła się rękojeścią rewolweru zatkniętego za pas. W 

końcu skinął na nią, aby podeszła bliżej. W tej samej chwili zjawiła się Arabka i wyminąwszy 

Negra, który chciał ją zatrzymać, padła do nóg Ibrahima i objąwszy jego kolana, poczęła głośno 

zawodzić. Diana zrozumiała nagle nienawiść, którą widziała w oczach tej kobiety. Widocznie 

uważała   ją   za   rywalkę,   z   którą   się   będzie   musiała   podzielić   miłością   pana   i   władcy.   Mimo 

męczącej ją trwogi, uczuła budzące się w niej obrzydzenie. 

Ibrahim Omar popatrzył z zajęciem na kobietę leżącą u jego stóp, skrzywił się i uderzył ją nagle 

w twarz. Jednak uderzona przyczołgała się z podniesioną twarzą jeszcze bliżej, podczas gdy z jej 

warg sączył  się cienki strumyk  krwi. Z ochrypłym  rechotem podobnym  do sapania dzikiego 

zwierzęcia chwycił  ją Ibrahim za gardło, podczas gdy jej ręce biły dokoła powietrze. Potem 

dobywszy powoli noża zza pasa wbił go w jej pierś. Gdy padła w przedśmiertnych drgawkach, 

otarłszy krwawy nóż w jej szatę i odepchnął trupa kopnięciem od siebie tak, że potoczył się ku 

Dianie. 
Zapadło głębokie milczenie, Diana stała jakby skamieniała pod wrażeniem tego co zobaczyła. 

Patrzyła na trupa z raną w piersi, z której na dywan sączyła się krew. Jak ogłuszona myślała o 

tym, że szkoda cennego dywanu, na który spływa krew. Potem spojrzawszy na twarz zabitej 

zapomniała o dywanie. Usta trupa były otwarte, a oczy,  rozwarte szeroko w przedśmiertnej 

trwodze, przywróciły Dianę do przytomności. U czuła niemoc fizyczną, jednak przemógłszy się, 

podniosła   oczy   i   roześmiała   się   prosto   w   twarz   Ibrahimowi,   który   patrzył   na   nią   z 

zaciekawieniem. Był to śmiech podobny do krzyku. Włosy przylgnęły jej do czoła, a dłonie 

zacisnęły się kurczowo, jakby już nigdy nie miały się rozprostować. Musiała coś uczynić, aby 

odwrócić swą uwagę od postaci leżącej u jej stóp. Prawic bezwiednie wyjęła papierośnicę z 

kieszeni, wyhrała powoli papierosa, zapaliła go i rzuciła płonącą zapałkę między nogi Murzyna, 

który stal ohok niej bez ruchu od chwili, gdy usiłował zatrzymać  Arabkę; podobnie i dwaj 

Murzyni stojący za szejkiem. 

Teraz na skinienie szejka, wynieśli trupa z namiotu. 

Ibrahim skinął na Dianę, wskazując jej poduszkę leżącą obok niego. Usiadła powoli, z udaną 

obojętnością,   mimo   że   jego  bliskość   była   jej   wstrętną.   Owionęła   ją   woń   potu,   tłuszczu,   źle 

pielęgnowanych koni i ostry specyficzny odór jego ciała. 

Ruchem głowy odmówiła przyjęcia kawy,  którą jej ofiarowywał, nie zważając wcale na jego 

mrukliwy protest. Nie rozumiała go nawet, gdyż mówił po arabsku. Gdy odrzuciła wypalonego 

papierosa pochwycił ją tłustymi rękami za przegub u ręki i obrócił ku sobie. 

- Ile strzelb przywiózł Francuz temu synowi piekła? - spytał ochrypłym głosem. 

Zdziwiona   pytaniem   zwróciła   głowę   i   ujrzała   utkwione   w   sobie   na   wpół   groźne,   na   wpół 

podziwiające spojrzenie jego oczu nabiegłych krwią. Odwróciła siQ gwałtownie. 

- Nie wiem. 

background image

- N ie wiem, nie wiem - powtórzył z dzikim śmiechem. - Gdy skończę, będziesz już wiedzieć. 

Ś cisnął ją silnie za rękę i wijącą się z bólu wypytywał o różne szczegóły o szejku i jego szczepie. 

Jednak Diana zachowywała milczenie. Nie dowie się od niej nic takiego, co by mogło przynieść 

szkodę   ukochanemu   przez   nią   człowiekowi,   nawet   gdyby   ją   torturował   lub   kazał   zabić. 

Oddychała szybciej, jednak odwaga jej nie opuszczała. 

Ibrahim Omar przestał pytać. 
- Wyśpiewasz wszystko - rzekł znacząco i zabrał się do picia kawy. Naraz uczuła znów, że ją 

pochwycił. Jego obrzydliwy gardłowy głos, czająca się wyuzdana twarz dusiły ją jak straszna 

zmora. Nagłym rozpaczliwym ruchem wyrwała się i chciała wybiec z namiotu. Poślizgnęła się 

jednak; Ibrahim Omar podbiegł szybko ku niej i pochwycił ją w swoje ramiona. 
W iła się i odpychała go; nie wypuścił jej ze swych objęć. Przyciągnął ją do siebie, przy czym 

wyrwał kawał materii z jej bluzki. Oparła mu ręce na piersiach, czuła jednak, że słabnie coraz 

bardziej, a serce jej biło jak oszalałe ze strachu. Znikła ostatnia iskra nadziei, która dodawała jej 

sił. Achmed nie przybył, a myśl o nim dopełniła czary cierpienia. Padła na kolana, a Ibrahim 

podniósł brutalnie jej głowę. 
Naraz rozległ się zewnątrz hałas, usłyszała suchy grzechot strzelb i jak z głębokiej otchłani do-

szedł ją głos szejka: 

- Diano, Diano!  
Ten głos i świadomość jego bliskości, dodały jej nowych sił. Jednym szarpnięciem wyrwała się z 

rąk Ibrahima. 
- Achmedzie - krzyknęła. 

Tłusta dłoń szejka spadła na jej usta. Jak oszalała wbiła w nią swe zęby, głęboko, aż do kości, a 

gdy ją wyrwał oszalały z bólu, krzyknęła znowu. - Achmedzie! Achmedzie! 
Z wściekłym charkotem chwycił ją szejk za gardło, a jej ręce nadaremnie starały się oderwać du-

szącą dłoń. Krew zaszumiała w jej uszach. Czuła, że się dusi, jej płuca zdały się pękać i powoli 

namiot zawirował w jej oczach. Ręce opadły wzdluż ciała i usunęła się na kolana', Jak z oddali 

dochodził ją ochrypły, pełen nienawiści głos. 
- Twoja samotność w piekle nie będzie dlllgo trwała. Przyślę ci tam niebawem twego kochanka, 
Traciła już niemal przytomność, gdy nagle zwolnił uścisk duszącej ją dłoni; szejk chwycił ją 

nagle za ramiona i obrócił wstecz. Podniosła obolałą głowę, cierpiąc przy tym niewymownie. 

Wtedy poprzez ustępującą mgłę, ujrzała zarys smukłej postaci stojącej u wejścia do namiotu. 
Zapadło milczenie odbijające się w jaskrawy sposób od zgiełku panującego na dworze i Diana 

zrozumiała dlaczego Achmed nie strzelał; Ibrahim Omar zasłaniał się nią jak tarczą, jedyną, która 

mogła powstrzymać strzał Achmeda ben Hassana. Teraz cofał się ostrożnie ku drugiemu wyjściu, 

trzymając ciągle Dianę przed sobą. Naraz potknął się o kanapę i stracił równowagę, na chwilę 

tylko, lecz chwila ta wystarczyła, aby poczuł na swoim czole chłodne dotknięcie lufy rewolweru. 

Puścił Dianę· Osłabiona i drżąca osunęła się na dywan, przyciskając ręce do wzburzonej piersi i 

jęcząc z bólu, który jej sprawiało oddychanie. 
Przez chwilę patrzyli sobie obydwaj mężczyźni w oczy i Ibrahim Omar zrozumiał, że tu idzie o 

życie. Nie poruszył się nawet, gdy szejk z okrutnym uśmiechem wyciągnął swą rękę i pochwycił 

go za gardło. Wprawdzie strzał byłby go szybciej wyprawił do piekła, jednak pragnął zadać mu te 

same katusze, które Diana wycierpiała. 
Gdy jednak duszący uścisk Achmeda stawał się coraz silniejszy, zbudziła się w Ibrahimie chęć 

do walki. Diana siedząc na ziemi ujrzała z przerażeniem jak dwie silne postacie zwarły się w 

śmiertelnym   uścisku.   Ibrahim   Omar   walczył   o   swe   życie.   Szejk   puścił   nagle   jego   szyję   i 

chwyciwszy Omara obiema rękami powalił go na otomanę. Podbiwszy mu nogi wtłoczył go w 

poduszki i klęknąwszy na piersi powalonego, chwycił go za gardło. Gniótł go całym ciężarem 

swego ciała, przy czym z ust jego nie schodził okrutny uśmiech. 
Zgiełk przed namiotem wzmógł się, a tu i ówdzie przelatywała przez namiot zbłąkana kula. 

Odwracając głowę przed przelatującą kulą ujrzała Diana trzech Murzynów i kilkunastu Arabów 

skradających się ku walczącym. Achmed pochłonięty walką nie zwracał na nic uwagi. Chciała 

go przestrzec, jednak głos jej uwiązł w obolałej krtani; przyczołgała się więc do niego i 

chwyciła go za rękaw. Odwrócił się od zabitego i w tejże chwili rzucili się na niego ludzie 

Ibrahima. Bez słowa popchnął Dianę za otomanę i zwrócił się ku napastnikom, którzy cofnęli 

background image

się ujrzawszy w jego dłoni rewolwer. Wystrzelił trzy razy, kładąc trupem trzech Arabów i 

jednego Murzyna. Reszta rzuciła się na niego. 

Utworzył się kłąb ciał ludzkich miotających się na wszystkie strony. 

Diana zerwała się, jednak była zbyt słaba, aby mu pomóc. N araz usłyszała przed namiotem głos 

Saint-Huberta. Zawołała nań głosem ostatecznej rozpaczy. Szejk usłyszał również jej wołanie i 

wytężywszy wszystkie siły, zdołał się na chwilę wyrwać z rąk napastników. Saint-Hubert wpadł 

do namiotu na czele uzbrojonego oddziału. W tej samej chwili Murzyn stojący za Achmedem 

uderzył go ciężką maczugą w głowę,. a padającemu, drugi Murzyn wbił szeroki nóż w plecy. 

I znowu zawrzała walka nad leżącym bez ruchu szejkiem. Diana, na wpół przytomna ze strachu, 

usiłowała przedrzeć się ku niemu, lecz jakaś silna dłoń odepchnęła ją na bok. Opierała się z 

początku, lecz poznawszy, że jest to jeden z ludzi Achll\cda, zaprzestała oporu i omdlała. 

Gdy otworzyła oczy, ujrzała Saint-Huberta pochylonego nad szejkiem. Podeszła ku niemu, a on 

spojrzał szybko na nią 

- Czy jest pani raniona? - spytał zaniepokoJony. 

- Czy będzie żył? - szepnęła, gdyż mówienie sprawiało jej ból. 

- Nie wiem. Przede wszystkim trzeba go stąd zabrać. Potrzebuję opatrunków, a prócz tego, po-

zostając tu, narażamy się na napad ze strony pozostałych ludzi Ibrahima, którzy muszą być gdzieś 

niedaleko. 

Diana spojrzała z obawą na rannego. 

- Czy wytrzyma jednak podróż? 
- Musimy zaryzykować - odparł krótko Saint-Hubert. 
Nigdy już potem nie mogła sobie Diana przypomnieć szczegółów tej powrotnej jazdy. Było to 

pasmo  cierpień, obaw,  śmiertelnej trwogi  i oczekiwania na  każde  słowo lub okrzyk  Araba, 

podtrzymującego szejka. 
Do obozu dotarli o zmierzchu. Milczące postacie tłoczyły się koło namiotu; wnieśli nieruchome 

ciało szcjka  i  złożyli  je na  otomanie,  obok której  Henryk   przygotował   potrzebne  narzędzia 

lekarskie. Jedna ręka szejka zwisała bezwładnie, dotykając ziemi. Diana podniosła ją, a gdy 

dotknęła nieżywych prawie palców, wybuchła szlochaniem. Saint-Hubert odwinął rękawy. 
- Diano, przeszła pani dziś dosyć, niech się pani położy, ja się już zajmę Achmedem - rzekł 

Saint-Hubert. - Zobaczymy, jak się to skończy. Niech się pani prześpi kilka godzin. Pozostając 

tu, nic mu pani nie pomoże. Gdy się coś zdarzy, zaraz panią zawołam. 
Potrząsnęła głową, nie patrząc na niego. - Nie mogę go opuścić i tak bym nie zasnęła. 
- A więc dobrze - rzekł Saint-Hubert spokojnie. - Niech pani pozostanie, jednak proszę zdjąć 

buty i ubrać się w jakąś wygodniejszą suknię. 
U słuchała bez słowa i poszła do ubieralni, gdzie zdjęła rozdartą suknię i włożyła jedwabną. 

Gdy wróciła, Henryk nalewał właśnie kawę. Saint-Hubert podał jej filiżankę. 
-   Proszę   wypić,   to  panią   wzmocni   -  rzekł   z   lekkim  uśmiechem.   Jej   oczy  jednak  pozostały 

smutne. 
Wypiła kawę i usiadła na dywanie w miejscu, gdzie przedtem klęczała. Szejk leżał w tej samej 

pozycji w jakiej go położono. Patrzyła nań przez kilka minut, potem przymknęła oczy, a głowa 

jej opadła na piersi. Saint-Hubert popatrzył  na nit! ze smutnym  uśmiechem tryumfu,  potem 

wziąwszy ją na ręce, zaniósł do sypialni. Tutaj zawahał się chwilę, zanim ją złożył na łóżku. 

Nigdy więcej nie zazna już bolesnego szczęścia trzymania jej w swych ramionach, nigdy więcej 

jej serce nie będzie spoczywać na jego sercu. Miłość ta, do której tęsknił przez całe swe życie, 

przyszła teraz do niego, teraz kiedy było już za późno. Ta bezradna, ukochana istota, którą 

trzymał w swych ramionach, była własnością innego. Achmed jednak był jego przyjaciclem. 

Czy miał prawo być  jego sędzią? Jednak pragnął być  uczciwym przynajmniej wobec siebic 

samego i nie ukrywać swych uczuć pod maską obłudy, która mu się wydawała tchórzostwem. 

Dotknięcie   Diany   wydało   mu   się   świętokradztwcm.   Złożył   ją   ostrożnie   na   niskim   łóżku   i 

przykrył cienką zasłona. Potem wrócił do szejka. 

Henrykowi polecił udać się na spoczynek, a sam usiadł obok otomany, aby czuwać przy chorym. 

W wielkim namiocie panowała cisza, a przeczulone nerwy Saint-Huberta czuły nieznośny ciężar 

milczenia. Wiedział jednak, że musi panować nad sobą i całą siłą woli trzymał swe nerwy na 

wodzy. 

background image

Długo leżał Achmed ben Hassan bez ruchu. 

Gdy jednak dzień nastał, a promienie słońca oświetliły namiot, poruszył się niespokojnie. Raul de 

Saint-Hubert siedział obok niego z twarzą ukrytą w dłoniach i dziękował Bogu, że Diana nie 

słyszy gorączkowych majaczeń szejka. Achmed rzucał się na posłaniu, a usta jego szeptały w 

gorączce: 

- Dwie godziny drogi od oazy ... leż cicho, mały głuptasku, nie uciekniesz mi, nie puszczę cię. 

Gdy się będziesz opierać, to klnę się na Allacha ... Wiem, że mnie nienawidzisz, mówiłaś mi to 

już nieraz ... Czyż mam cię zmusić do kochania mnie? .. Od czterech miesięcy walczy ze mną ... 

Jest Angielką i musiała mi zapłacić za cały swój przeklęty naród. Dręczyłem ją, aby spełnić swój 

ślub, a przecież ... Diano jakaś ty piękna ... Wczoraj wieczór rozmawiała tylko z nim. Co mnie to 

obchodzi,   czy  ona   go  kocha.   Nie   spała   jeszcze,   gdy  wszedłem  do  niej.   Czułem  jak  drży  ... 

Ibrahim Omar, ten diabeł ... och, Allach, pozwól mi przybyć na czas ... Raulu to są namioty! 

Diano gdzie jesteś? .. Wielki Boże, on się pastwi nad nią ... Wiedziałaś, że przyjdę, ukochana ... 

Poczekaj tylko, najpierw skończę z nim ... Gdybyś wiedziała, jak bardzo cię kocham ... Diano, 

ciemności dokoła, nie mogę cię dojrzeć Diano ... 

I godzina za godziną płynęły, a jego zmęczony głos rozlegał się smutno i beznadziejnie. 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Było już późno, gdy Diana podniosła ciężkie powieki, czując jeszcze w ustach gorycz środka na-

sennego, który dał jej Saint-hubert. 

Suknie jej były przygotowane,  znak, że Zulejka krzątała się tutaj. Obejrzała się; dokoła, nie 

ujrzała   jej   jednak.   Lampa   płonęła   i   przy   jej   świct   Ic   spojrzała   Diana   na   zegarek.   Przeszło 

dwanaście   godzin   upłynęło   od   chwili,   gdy  wypiła   kawę.   Ubrała   się   pospiesznie   i   udała   do 

przedniej   części   namiotu.   Była   ona   przepełniona   Arabami,   wśród   których   ujrzała   wiele 

nieznajomych twarzy. Wiedziała, że należą oni do posiłków ściągniętych przez Achmeda ben 

Hassana. Dwaj dowódcy oddziałów rozmawiali szeptem ze znużonym  i wyczerpanym  Saint-

Hubertem.   Inni   stali   milcząco,   grupami   dokoła   otomany,   na   której   leżał,   ciągle   jeszcze 

nieprzytomny szejk. 

Hrabia odprowadził obydwu szejków do drzwi, po czym podał Dianie krzesło i zmusił ją w 

sposób delikatny, lecz stanowczy do zajęcia miejsca. 

- Niech pani siada. Wygląda pani jak upiór. Popatrzyła nań wzrokiem pełnym wyrzutu. - Pan dał 

mi do kawy jakiś środek nasenny. Gdyby Achmed był umarł, podczas gdy ja spałam, nie wy-

baczyłabym panu nigdy. 

- A leż drogie dziecko - odparł hrabia poważnie - nie wie pani nawet, jak źle z panią było. 

Gdybym nie zmusił pani do zaśnięcia, miałbym t eraz do czynienia nie z dwoma, lecz z trzema 

pacjentami.

Saint-Hubert podsunął sobie krzesło i usiadł wyrazem ulgi. Czuł, że jest bardzo zmęczony I ,m 

pełnie wyczerpany wysiłkiem ubiegłej nocy. 

Gdy popatrzył na Dianę, przeraził się zmianą, jaka zaszła w niej w tych kilku godzinach. Znikła 

gdzieś jej chłopięca żywość. Smutna i bez wyrazu leżała na oparciu krzesła. Na bladej jej twarzy 

widać było wyraźnie ślady cierpień, a oczy świeciły troską i męką. Zapanowało długie milczenie. 

Zjawił się Henryk, Diana zapytała go o Gastona, po czym popadła znów w swój stan milczącej 

czujności. W pewnej chwili wydarł się z jej ust długi i drżący jęk, Saint-Hubertowi zdawało się, 

że serce mu pęknie. Powstał i ujął leżącego szejka za przegub, chcąc zbadać puls. Później puścił 

tę bezsilną rękę, a ona pochyliła się i położyła swą rękę na jego dłoni. 
- Jak na Araba, ma on za duże ręce - rzekła szeptem, tak jakby kończyła głośno jakąś myśl. - On 
nie jest Arabem - odparł Saint-Hubert nagle, niecierpliwym gwałtownym tonem - on jest 
Anglikiem. 

Diana spojrzała nań zdumiona. 

- Nie rozumiem pana. On przecież nienawidzi Anglików. 

- Mimo to jest synem angielskiego arystokraty. Matka jego była Hiszpanką. W żyłach wielu 

hiszpańskich rodów płynie krew mauretańska, która występuje po wiekach w dziesiątym nawet 

background image

pokoleniu. Tak ma się rzecz i z Achmedem, a życie pustyni zaostrzyło jeszcze bardziej te cechy. 

Czy on nie opowiadał pani nigdy nic o sobie? Powinna pani wiedzieć o tym. Ma pani prawo do 

tego, to wyjaśni pani wiele rzeczy. Jestem gotów ponieść konsekwencje tego, że panią objaśnię. 

Ojcem jego jest Earl of Glencaryll. 

- Znam go - rzekła Diana zdumiona. - Był on przyjacielem mego ojca. Teraz już wiem, dlaczego 

to strasznie zmarszczone czoło u Achmeda wydawało mi się znajome. Lord Glcncaryll Inarszczy 

czoło tak samo. Nie pojmuję jednak ... 
Niespokojny wzrok pobiegł od Saint-Huberta do nieprzytomnego szejka. 
- Sądzę, że będzie lepiej, gdy opowiem pani wszystko od początku - rzekł Raul. 

-   Przed   trzydziestu   sześciu   laty   przy   był   ojciec   mój,   który   był   równie   niespokojnym 

obieżyświatem   jak  ja,  tutaj  na  pustynię   do swego  przyjaciela   szejka  Achmeda  ben Hassana. 

Zapoznali się raz przy sposobności zakupywania koni przez mego ojca i wytworzyło się między 

nimi  silne uczucie przyjaźni, co w stosunkach między Europejczykami  a Arabami  należy do 

rzadkości.   Szejk   był   człowiekiem   pełnym   zalet,   bardzo   wykształconym,   o   wielu   rysach 

charakteru   człowieka   zupełnie   nowoczesnego.   Pewnego   wieczoru   przybył   do   obozu   oddział 

Arabów, przywożąc ze sobą białą kobietę, którą spotkano błądzącą po pustyni. Skąd wzięła się 

tam, tego nie można się było dowiedzieć, gdyż kobieta albo wskutek porażenia słonecznego, albo 

też z innych powodów, straciła zmysły.  Arabowie traktują obłąkanych z wielkim pietyzmem, 

mówią, że są to ludzie, których dotknęła ręka Allacha. Kobietę umieszczono w namiocie jednego 

z dowódców oddziału, gdzie pozostawała pod opieką jego żony. Polepszenie w jej zamroczeniu 

było bardzo wątpliwe, tym bardziej, że na pogorszenie wpływało jeszcze to, że kobieta byla w 

stanie błogosławionym, bliskim rozwiązania. Po pewnym czasie odzyskała jasność umysłu, nic 

jednak nie potrafiło skłonić jej do zdradzenia taemnicy pochodzenia i do odpowiadania na zada-

wane  jej  pytania.   Według  wszelkich  danych   była   jeszcze  młoda,  mogła  mieć   nie  więcej  jak 

dwadzieścia lat. Najspokojniej stosunkowo zachowywała się wtedy, gdy pozostawiono ją samą, 

zaobserwowano jednak, że przez długie godziny leżała bez ruchu, wstrząsana tylko gwałtownym 

płaczem. Ojciec mój przypuszczał, że jest Hiszpanką, nie odpowiadała jednak na zadawane jej na 

ten temat pytania. Niedługo potem przyszło dziecko na świat. Był to chłopiec. 
Saint-Hubert umilkł na chwilę i spojrzał na szejka. 

- Także po urodzeniu dziecka odmawiała wszelkich wyjaśnień. Była ona istotą niezwykle deli-

katną i budzącą sympatię. Wysoka, o bujnych ciemnych włosach i pięknych oczach. Ojciec mój 

opisywał   mi   ją   bardzo   często   i   posiadam   nawet   jej   portret   namalowany   przez   mego   ojca. 

Chorowała bardzo ciężko po urodzeniu dziecka i nie odzyskała już nigdy zdrowia i sił. Nie żaliła 

się jednak, nie mówiła nigdy o sobie i wydawała się w zupełności zadowolona, czując bicie serca 

chłopca przy swoiem sercu. Przeznaczono jej osobny namiot i służbę, a żona dowódcy była jej 

bardzo oddana. Szejk sam przyzwyczaił się bardzo szybko do jej obecności w obozie. Ojciec 

mówił, że nie widział nigdy człowieka tak zakochanego w kobiecie jak Achmed ben Hassan był 

zakochany w Europejce, która tak dziwnym zrządzeniem losu stanęła na drodze jego życia. Prosił 

ją   często,   by   poślubiła   go,   odmawiała   zawsze   bez   przytoczenia   powodów.   Przez   dwa   lata 

tajemnica jej pochodzenia pozostała nie wy jaśmona. 

Gdy umierała, ojciec mój był przypadkowo znowu w obozie. Czuła, że konicc jej bliski, opowie-

działa mu  swą krótką, lecz przerażająca smutkiem historię. Była  jedyną  córką szlacheckiego 

zubożałego   rodu   hiszpańskiego.   Mając   lat   siedemnaście   poślubiła   lorda   Glencarylla,   którego 

poznała, bawiąc z rodzicami w Nicei. Wydano ją za mą ż nie pytając o głos serca, tak że żyła w 

ciągłej trwodze przed swym mężem,  jakkolwiek pokochała go wkrótce. Posiadał on strasznie 

wybuchowy temperamcnt, który doprowadzał go często do pasji z byle błahego powodu. Pił on 

także   nad   miarę   i   w   stanie   podniecenia   alkoholem,   szaleństwo   jego   nie   znało   granic.   Był 

niecierpliwy i brutalny, nie zważał na jej młodość i niedoświadczenie, słowem, całe jej życie było 

jednem pasmem męki. Lord Glencaryl1 zabrał ją prawdopodobnie ze sobą do Algieru, chcąc przy 

tej sposobności zrobić wycieczkę na pustynię· Pił wtedy bardzo dużo, a ona nie śmiała odmówić 

mu towarzystwa, mimo że była w błogosławionym stanie. Pojechała więc z nim i pewnej nocy 

musiało widocznie coś zajść między nimi. Nie chciała powiedzieć, co to było, mój ojciec jednak 

opowiadał mi, że nigdy jeszcze nie widział takiego wyrazu przerażenia, jaki malował się na jej 

twarzy w chwili opowiadania. Dość na tym, że poczekała aż wszyscy w obozie zasną, po czym 

background image

uciekła na pustynię, na wpół przytomna z trwogi, ogarnięta jedną myślą uciec. Strach pomieszał 

jej zmysły i dopiero w namiocie Araba przyszła do przytomności. N ie chciała zdradzić, kim 

była, aby nie zmuszono jej do powrolu do męża, a narodziny dziecka utwierdziły ją jeszcze w 

tym postanowieniu. Zażądała od mojego ojca i od szejka przysięgi, że lord Glencaryll nie dowie 

się nigdy o istnieniu swego syna, aż do czasu, gdy cWopak dojdzie do pełnoletności. 

N apisała list do swego męża i oddała go wraz z obrączką ślubną memu ojcu, prócz tego miniatu-

rę Glencarylla, którą skrycie przy sobie nosiła. Mężowi swemu pozostała wierna do ostatka, w 

ostatnich dniach jednak widoczne było, że miłość szejka wzbudza w niej tkliwe uczucia. Była 

szczęśliwa, gdy siedział obok niej i umarła w jego ramionach ... 
Achmed ben Hassan zaadoptował formalnie jej syna i nadał mu swoje imię, które nosi do dziś 

dnia. Mając w żyłach krew hiszpańską, a wychowany od dziecka na pustyni stał się szejk czystej 

krwi Arabem. Gdy doszedł do lat piętnastu, zaproponował mój ojciec szejkowi, aby wysłał syna 

do   Paryża   na   studia.   Wtedy   zobaczyłem   Achmeda   po   raz   pierwszy   w   życiu.   Miałem   lat 

osiemnaście i rozpocząłem właśnie służbę wojskową w Paryżu. Achmed był pięknym, żywym i 

inteligentnym chłopcem, a ponieważ mężczyźni na pustyni dojrzewają bardzo szybko, był pod 

niejednym względem starszy ode mnie. Miał tylko jedną wadę; po ojcu odziedziczył gwałtowny 

charakter, a będąc przyzwyczajony do ślepej uległości Arabów, nie uznawał nad sobą nikogo 

prócz ojca - szejka. Ten rys jego charakteru wytwarzał często niebezpieczne wprost konflikty i 

nie   wiem,   jak   ojciec   mój   potrafił   sobie   dać   radę   z   tym   dzikusem.   J   edynym   sposobem 

uspokojenia go, była groźba, że zostanie odesłany z powrotem na pustynię okryty wstydem i 

hańbą· Wtedy przyrzekał  poprawę  i dotrzymywał  przyrzeczenia  przez  krótki czas, do chwili 

jakiegoś nowego wybryku. Mimo to cieszył się sympatią wszystkich. 

Po   roku   pobytu   w   Paryżu   wysłał   go   mój   ojciec   do   Anglii   i   tam   oddał   na   wychowanie 

człowiekowi, u którego i ja przez pewien czas przebywałem. Ten wychowawca był człowiekiem 

bardzo dziwnym, doskonale się znającym na najrozmaitszych charakterach młodzieży i Achmed 

czuł się tam doskonale. Nie uczył się wiele, bo czas spędzał raczej na polowaniach i strzelaniu; 

jedynie medycynę weterynaryjną studiował z zapałem, wiedząc, że ten dział wiedzy będzie mu 

kiedyś bardzo potrzebny. Po upływie dwu lat wrócił do Paryża. Wakacje każdego roku spędzał 

na pustyni u boku starego szejka, który nie bardzo był zadowolony z jego pobytu w Europie, 

gdyż obawiał się, że pokusy cywilizacji zabiorą mu przybranego syna. 

Jakkolwiek jednak Achmed z dzikiego syna pustyni przerodził się w światowca, władającego bie-

gle   językiem   francuskim   i   angielskim,   to   jednak   w   cichości   cieszył   się   myślą   powrotu   na 

pustynię. U ważał, że będąc synem Achmeda ben Hassana, osiągnął już wszystko, czego ambicja 

mężczyzny pożądać by mogła. Prowadziliśmy dom otwarty, a całe towarzystwo przepadało za 

"pięknym Arabem". Mimo to po roku prosił szejka o pozwolenie powrotu na pustynię na zawsze. 

Pojechałem do niego i ujrzałem pustynię po raz pierwszy. Tu poznałem w nim dopiero następcę 

tronu. W Europie widziałem go tylko w stroju europejskim i zdziwiłem się niemało, gdy po 

przybyciu naszego parowca do Oranu, ujrzałem z pokładu czekającego na mnie Araba. 

Ten Achmed wydał mi się zupełnie nowym człowiekiem. Z chłopca przerodził się nagle w doros-

łego mężczyznę. 
Liczył wówczas lat dziewiętnaście. Gdy doszedł do lat dwudziestu, musiał ojciec mój pomyśleć o 

niezwykle przykrym obowiązku wypełnienia przedśmiertnego życzenia lady Glencaryll. Odna-

lazł lorda w Paryżu i opowiedział mu wszystko. U czyniło to na lordzie piorunujące wrażenie. 

Przyznał, że żona miała prawo naj zupełniejsze porzucić go. Lata całe nie szczędził trudów, by 

odnaleźć ją, stracił jednak z czasem nadzieję. Żałował jej bardzo i czcił jej pamięć. Wiadomość, 

że ma syna, oszołomiła go. Gorąco pragnął zawsze potomka i niemało cierpiał z tego powodu, że 

miał   być   ostatnim   z   tak   sławnego   rodu.   Achmed   nie   wiedział   dotychczas   o   niczym,   gdyż 

obawiano się, że lord będzie robił jakieś trudności. Gdy jednak sprawa przybrała taki obrót, 

zawezwał mój ojciec Achmeda do Paryża. Stary szejk wyprawił go w drogę, nie wtajemniczając 

jednak w cel podróży i pozostawiając memu ojcu cały trud załatwienia tej sprawy. Nie zapomnę 

nigdy owego dnia ... Achmed przybył wczesnym rankienl. Ojciec mój udał się z nim do gabinetu. 

Ostrożnie i delikatnie wyłożył mu całą tajemnicę jego pochodzenia. Achmed stał przyoknie, nie 

mówiąc przez cały czas ani słowa, twarz jego tylko, mimo ciemnej cery, przybrała kolor wprost 

popielaty.  Gdy ojciec skończył,  jego nieokiełznany temperament  wybuchnął z całą siłą· Klął 

background image

wszystkich Anglików, swego i mego ojca za to, że wysłał go swego czasu do Anglii. N ie chciał 

żadną miarą zgodzić się na zobaczenie ze swoim ojcem. Tego samego dnia opuścił Paryż, udając 

się prosto na pustynię w towarzystwie Gastona, którego najął jako służącego. 
Gdy lord Glencaryll napisał do niego, adresując: 
"Viscount Glencaryll"  jak brzmiał  tytuł  Achmeda  według angielskiego zwyczaju, otrzymał  z 

powrotem list nie rozpieczętowany,  z dopiskiem: "Nieznany, Achmed ben Hassan" . Od tego 

dnia datuje się jego nienawiść ku Anglikom. N ie wymówił też w tym czasie ani jednego słowa 

po angielsku. 

Przez dwa lata nie dawał znaku życia, aż wreszcie pewnego dnia otrzymaliśmy zaproszenia 

starego szejka. Achmed przyjął nas tak, jak gdyby nigdy nic nie zaszło. Nie wspominał też o 

owym epizodzie, my zaś, ostrzeżeni przez szejka, że Achmed zerwie przyjaźń z nami skoro 

napomkniemy tylko o tym, co zaszło, omijaliśmy starannie ten temat. Achmed jednak zmienił 

się nie do poznania. 

Saint-Hubert umilkł na chwilę, po czem wobec milczenia Diany ciągnął dalej: 

- Przed pięciu laty umarł stary szejk. Achmed pielęgnował go troskliwie i stał się naturalną koleją 

rzeczy jego następcą, oddanym w zupełności staraniom o swój szczep i hodowlę koni. Jego Ara-

bowie są jak dzieci, namiętni, łatwo zapalni i odważni do szaleństwa. Młody szejk nie pozwolił 

sobie nigdy na pozostawienie szczepu na czas dłuższy bez swojej opieki. Jego podróże 

ograniczały się tylko do kilkudniowych wycieczek do Algieru lub Oranu, dla przelotnej 

rozrywki. 

Saint-Hubert urwał i począł czynić sobie wyrzuty, nazywając się bezwzględnym durniem. Był 

pewny, że Diana zrozumiała, jaki był cel wycieczek do tych małych, lecz oznaczających się roz-

wielmożnioną rozpustą miasteczek i że jego bez zastanowienia wypowiedziane słowa sprawiły jej 

zapewne tylko ból. Niecierpliwie kopnął zagradzający mu drogę stołek i skierował się ku wyjściu 

z namiotu. Czuł, że Diana pragnie być sama. Ona patrzyła przez chwilę za odchodzącym, potem 

osunęła się na kolana przy łożu chorego. Zrozumiała słowa hrabiego, głęboki ból jednak, który 

przy nich odczuła, nie był dla niej nowy. 

Patrzyła na leżącego i przesunęła palcami po jego piersi. Kręcone, ciemne włosy zakryte były 

bandażami odbijającymi  się rażąco od śniadej twarzy. Oczy o długich ciemnych rzęsach były 

przymknięte i chowały przed nią jego zwykłe, dumne spojrzenie, miękkość zaś zwykle ostrych 

rysów twarzy sprawiała, że wyglądał dziwnie młodo. Jakżeż smutnym musiał być los jego matki, 

słabej, bezradnej i chorowitej kobiety, która znalazła jednak w sobie tyle siły, by ratować się z 

niebezpieczeństwa i zapłacić swoiem życiem za życie dziecka. 

Głęboki szloch wezbrał w niej. 

- Achmedzie mój, Achmedzie - wyszeptała. 

Po chwili wyszła z namiotu. 

Ujrzała tam grupę żywo rozprawiających mężczyzn otaczających Saint-Huberta. Jeden z Arabów 

podszedł całkiem blisko do hrabiego i zadał mu szeptem, jakieś pytanie. Saint-Hubert zwrócił się 

do Diany. 

- L udzie są zaniepokojeni. Uwielbiają oni Achmeda. Jussuf, który nigdy nie myślał o czymś po-

dobnym, stał się nagle bardzo pobożny i modli się żarliwie wraz ze starym Abudullem. Jest zda-

nia, że Allach prędzej wysłucha jego modłów, gdy uklęknie na jednym dywanie z tak pobożnym 

staruszkiem. 

Myśli Diany powróciły do poprzedniej rozmowy. - Czy lord Glencaryll wie o tym, że pan utrzy-

muje dalej przyjazne stosunki z Achmedem? 

- Tak, lord zaprzyjaźnił się z moim ojcem i przebywa często u niego. Jesteśmy niejako łącz-

nikiem między nim a synem. Słucha zawsze chciwie opowiadań o nim i nie wątpi, że uda mu się 

kiedyś pogodzić z nim. Nie czyni jednak żadnych starań w tym kierunku, wiedząc, że każdy jego 

krok skazany jest z góry na. niepowodzenie. Jeśli jest ktoś, kto może wyciągnąć rękę do zgody, 

to człowiekiem tym jest tylko Achmed. 

Diana uczuła, że żal jej samotnego starca, który cierpiał równie jak ona, z powodu nieugiętej woli 

Achmeda ben Hassana. Odwróciła się z wolna i powróciła do namiotu. Zatrzymała się u, łoża i 

popatrzyła na Raula. On wyczytał w jej oczach męczące pytanie i rzekł niemal szeptem: 

- Nie wiem nic. Wszystko jest w ręku Allacha. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
N oc była parna, powietrze suche. Otulona w cienkie jedwabne kimono leżała Diana na łóżku z 

książką w ręku. Nie czytała jednak, trudno było jej skupić myśli, błądzące daleko. Minęły trzy 

miesiące  od owej  nocy,  w którą Saint-Hubert  zwątpił niemal  o życiu  szejka. A po tej nocy 

nastąpiły dni  niepokoju  dłużące  się   w  nieskończoność,  dopóki  nie  stało  się  pewne,  że   szejk 

wyjdzie zwycięsko z zapasów ze śmiercią i wejdzie na drogę rekonwalescencji. Jeden jedyny raz 

wspomniał tylko o minionych wypadkach. Gdy pochyliła się nad nim, palce jego objęły przeguby 

jej rąk słabym uściskiem i wzrokiem szukał jej oczu. 
- Czy przybyłem na czas? - A gdy ona skinęła głową opuszczając oczy, odwrócił się bez słowa i 

tylko ciałem jego wstrząsał dreszcz. Gdy odzyskał siły, starał się zawsze o to, by nie być sam na 

sam z Dianą i nastawał bardzo na to, by dwa razy dziennie wyjeżdżała na konną przejażdżkę bądź 

w   towarzystwie   hrabiego,   bądź   też   Henryka.   Później   był   silnie   zajęty   z   wodzami 

zaprzyjaźnionych szczepów, którzy przybyli doń w odwiedziny. Wszystko składało się na to, że z 

wolna znikła pomiędzy nimi zażyłość, która dała jej tyle szczęśliwych chwil. Była zdana zupełnie 

na   towarzystwo   Raula.   Darzyła   hrabiego   siostrzaną   miłością,   której   tak   zawsze   szczędziła 

własnemu bratu, hrabia podjął się roli jej opiekuna jakkolwiek przychodziło mu to dość ciężko. 

Dlatego też wspominał często o tym, że chciałby rozpocząć na nowo swój żywot obieżyświata, za 

każdym razem jednak spotykał się z gorącym sprzeciwem szejka. 
Stosunek obydwu mężczyzn był taki sam jak dawniej. Od kiedy Raul dobrowplnie ofiarował się 

dla szczęścia przyjaciela, nie mógł już żaden cierl przyćmić tej wielkiej przyjaźni. 
Wreszcie Raul oświadczył stanowczo, że nie m0że przedłużać już swego pobytu i że wyrusza do 

Maroka. Począł czynić przygotowania 00 podróży z takim pośpiechem, jak gdyby chodziło o 

ucieczkl;. 
Wyjazd   jego   oznaczał   dla   Diany   nadejście   chwili   przełomowej,   którą   trudno   było   odwlec. 

Pożegnała hrabiego wieczorem, ponieważ miał wyruszyć wraz z Achmedem bardzo wczesnym 

rankiem. Po ich odjeździe obóz jakby opustoszał, a dzień wydał się bez końca. 
Diana zjadła samotnie kolację i oczekiwała powrotu szejka. W jakim nastroju powróci? Od dnia 

w którym Raul zapowiedział swój odjazd, szejk stał się jeszcze bardziej milczący i powściągliwy. 

Książka, którą trzymała w ręku, upadła na podłogę, nie uczyniła jednak żadnego ruchu, aby ją 

podnieść. Zwyczajna  cisza pustyni  była  dzisiaj jakoś dziwnie przytłaczająca, a milczenie  tak 

denerwujące, że nagłe rżenie konia zamkniętego gdzieś w stajni przyprawiło ją o gwałtowne bicie 

serca. Była zdenerwowana i niespokojna, a myśli jej kłębiły się bezładnie. 

Rozmyślała nad tym, co się z nią stanie. Było jej to zresztą obojętne, wszystko straciło wartość z 

chwilą, gdy on już jej nie pragnął. U czuła nagle, że morze całe gorzkich łez nagromadziło się w 

niej, że nędza ostatnich tygodni szukała jakiegoś ujścia. N ie mogła już więcej zapanować nad 

sobą. Płacz nie przychodził jej tak łatwo. Od owej nocy, gdy leżała u jego nóg, żebrząc o łaskę, 

nie płakała już więcej. Zabrakło jej także łez, gdy była w ręku Ibrahima Omara i gdy Saint-

Hubert walczył o życie przyjaciela. Teraz jednak leżała na szerckim łożu, kurczowo zaciskając 

ręce   na   jedwabnej   kołdrze   i   płakała   tak   długo,   aż   nie   stało   już   łez,   aż   szloch   przeszedł   w 

milczenie, aż wyczerpana zupełnie nie mogła ułożyć ani jednej myśli w skołatanej głowie. 

Upał był nieznośny, powietrze w namiocie poczęło dusić ją. Uniosła głowę, odgarnęła włosy z 

mokrego czoła. U słyszała w pobliżu głos konika polnego. 

Pies wył już od dłuższego czasu obok namiotu, po czym wbiegłszy do wnętrza, położył głowę na 

kolanach Diany i wył w dalszym ciągu smutnym głosem. 

Przytuliła twarz do jego sierści. Nawet pies był jej sprzymierzeńcem w samotności, ona i on cze-

kali na jednego pana. Powstała i razem z psem wyszła z namiotu. Ujrzała jakąś białą postać. 

- Czy to pan, Gastonie? - zapytała odruchowo, jakkolwiek wiedziała, że służący sypiał stale u 

wejścia do namiotu, ilekroć szejk był nieobecny. Gaston stał nieporuszony. Polubiła go bardzo za 

jego pełne uszanowania zachowanie się wobec niej. Traktował ją zawsze tak, jak gdyby była już 

tą, którą zostać było jej pragnieniem najgorętszym. 

_ Pan spóźnia się. - Oczy wbiła w nieprzeniknioną ciemność. 

_ Powróci niedługo - odparł Gaston z głębokiem przeświadczeniem w głosie. - Pies jest nie-

spokojny, to najlepszy znak, że pan jest już niedaleko. 

Zamyślona patrzyła przez chwilę na zwierzę leżące u stóp służącego, po czym powróciła do na-

background image

miotu i gwałtem usiłowała zagłębić się w lekturze. Przez cały czas jednak łowiła uchcm odgłosy 
dochodzące z zewnątrz. 

Nareszcie! Usłyszała miarowy odgłos kopyt ma łego oddziału jeźdźców. Głosy łudzi micszały 

się z chrzęstem uprzęży i łańcuchów. Potcm wszl'dł on do namiotu. Serce jcj zamarło. Szejk 

powiedział coś do Gastona i służący opuścił namiot. 

Oddychając ciężko, z bladą twarzą i rozpalonymi od gorączki oczyma, chwytała chciwie każde 
jego   poruszenie   w   drugim   przedziale   namiotu.   Szejk   chodził   nerwowo   po   dywanach,   przez 
chwilę zatrzymał się przy kotarze, zasłaniającej wejście do jej pokoju. W reszcie usłyszała, że 
przyniesion6 mu kolację. Potem rozległ się spokojny głos szejka: 
- Dobranoc, Gastonie. 
Oddech Diany stawał się coraz szybszy. Chwila, której oczekiwała, nadeszła wreszcie. Po kilku 
miesiącach była znowu z nim sam na sam. 

Dlaczego nie przychodził do niej? Czy wiedział, że dręczy ją tym sposobem? Czy znudziła mu 

się już? N iepewność dławiła ją. N ie mogła wytrzymać dłużej. U niosła zasłonę i nagle cofnęła 

się, zasłaniając sobie usta. Szejk siedział na otomanie z twarzą ukrytą w dłoniach. Wydawał się 

jej w tej pozycji jakiś dziwny i nieznany.  Zamiast arabskiego stroju miał na sobie jedwabną 

koszulkę, spodnie do konnej jazdy i wysokie brązowe buty, pokryte kurzem. Podbiegła doń bez 

szmeru. Z ust jej popłynął szept: 

- Achmedzie ... 

Podniósł   wolno   głowę.   Popatrzyła   na   jego   twarz   i   nagłym   ruchem   osunęła   się   na   kolana, 
obejmując go ramlemem. 
- Achmedzie, czy boli cię coś? Twoja rana .. .? Pochwycił jej ręce i powstał, pociągając ją tym 
sposobem ze sobą, po czym objął ją jakimś dziwnym spo)rzemem. 
Potem odwrócił się bez słowa, odrzucił zasłonę namiotu i patrzył w ciemną noc. 
- Pojedziemy jutro do Oranu - rzucił wreszcie. Głos jego brzmiał sucho i obco i z przestrachem 
uzmysłowiła sobie nagle, że przemówił do niej po angielsku. Przymknęła oczy i zachwiała się· 
- Ty wypędzasz mnie - wydarł się jęk z jej ust. 

Milczenie. 

- Dlatego, że masz mnie już dosyć! Postępujesz podobnie jak z innymi kobietami! 

On drgnął, a Diana zakryła twarz dłońmi. Potem usłyszała jego głos. 

- Odprowadzę cię przed samo miasto. Będziesz tam mogła wsiąść do pociągu. Już ze względu na 

ciebie   nie   mogę   pokazać   się   w   mieście.   Za   dobrze   znają   mnie   tam.   Gdyby   pytano   cię   o 

cokolwiek, możesz powiedzieć, że sama chciałaś przedłużyć swą podróż lub że wiadomości od 

ciebie nie dochodziły, a zresztą znajdziesz już jakiś wybieg. Nie potrzebujesz obawiać się, że 

kiedykolwiek stanę jeszcze na drodze twego życia. To przyrzeczenie, że w przyszłości nie pokażę 

ci się na oczy, jest najlepszym upominkiem, który mogę ci ofiarować w chwili rozstania. 

Odrzuciła głowę. Zazdrość, miłość i duma na nowo obudzona, wezbrały w niej. 

- Dlaczego ukrywasz prawdę? - rzekła dziko. 

- Dlaczego nie mówisz, że nie chcesz mnie już i że znudziło ci się dręczenie mnie? Czy sądzisz, 

że prawda mnie zaboli? Większego bólu nie możesz mi już sprawić! Dla swojej przyjemności 

przywiodłeś mnie tutaj i dla przyjemności wypędasz mnie teraz. 

Głos jej załamał się w szyderczym śmiechu. On odwrócił się szybko i objął ją ramieniem. 

- Na Allacha, czy myślisz, że nie wiem, jak okrutny byłem dla ciebie? Nie kochałem cię wtedy, 

gdy porywałem cię, chciałem tylko zaspokoić zwierzę, czające się we mnie i cieszyłem się na 

myśl, że dręczę człowieka pochodzącego z Anglii. Nie wiedziałem, czym jesteś dla mnie do owej 

nocy, gdy porwał mi cię Ibrahim Omar. 

Ramiona jego przycisnęły ją silniej. Długo patrzył na nią, a blask jego oczu, za którym stęskniła 

się tak, wstrząsnął jej ciałem. Potem odsunął ją. 

- N ie wolno mi ucałować ust twoich. Jeden pocałunek tylko, a zabraknie mi już siły do odesłania 

cię stąd. 

- Nie odejdę. 

Podszedł do biurka, ujął leżący tam rewolwer bawiąc się nim mówił spokojnie: 

- Nie ma innego wyjścia. Ty nie wiesz, co mówisz i nie wiesz jakie mogą być następstwa. Gdy 

background image

poślubię· cię, musisz pozostać na zawsze na pustyni, nie mogę porzucić mego szczepu i pójść z 

tobą. A to nie jest życie dla ciebie. Ty znasz mój charakter, wiesz, że nie potrafię się opanować. 

Przyjdzie kiedyś dzień, kiedy wspomnisz mnie z wdzięcznością tylko dlatego, że byłem na tyle 

silny, by rozstać się z tobą. Jesteś dość młoda by wymazać z pamięci to, co było między nami. 

Nikt nie wie o tym, a Raul jest niemy jak ta pustynia. 

Czoło jego pokryły krople potu, ręce zacisnęły się w pięści. Ona jednak, z twarzą ukrytą w dło-

niach,   nie   widziała   męki   malującej   się   na   jego   twarzy,   słyszała   tylko   głos,   dyktujący   jej 

przyszłość. 

- Achmedzie, ja nie mogę odejść. Podniósł głowę i ujął jej dłonie. 

- Wielki Boże, nie jesteś chyba ... ? - popatrzył na nią wzrokiem pełnym przestrachu. 

Odgadła, co miał na myśli, i fala krwi zalała jej twarz. Na chwilę tylko przyszło jej na myśl 

okłamać   go,   lecz   cóż   przyszłoby   jej   z   tego?   Milczała   więc   i   potrząsnęła   głową   przecząco. 

Podniósł jej ręce, ona jednak rzuciła się ku niemu, objęła go i ukryła głowę na jego piersi. 

- Achmedzie, ja nie mogę żyć bez ciebie. Nie obawiam się samotności, która mnie czeka, boję się 

natomiast   świata   bez   ciebie.   Tu  dopiero  zakosztowałam  życia.   Nie   odpędzaj   mnie   od  siebie 

Achmedzie, ja wiem, że ty mnie kochasz, nie bądź więc tak okrutny względem mnie! 

Uwolnił się z jej uścisku i podszedł ku wyjściu. 

- Dotychczas byłem bezlitosny dla ciebie. Teraz sądzę jednak, że szczęście znajdziesz tylko z 

daleka ode mnie i dlatego chcę poświęcić wszystkie inne uczucia. Późno już, a musimy wyruszyć 

wcześnie. Idź, połóż się już. 

Cofnęła się drżąc na całym ciele, znała go, wiedziała, co oznacza ten ton. Czuła, że to już koniec. 

N ic na świecie nie mogło złamać już jego postanowienia. Patrzyła za nim, a wargi jej drżały. 

Uczuła,  że  mdleje, a  palce jej, szukające poza  nią oparcia, natrafiły na  rewolwer  porzucony 

przezeń. Pochwyciła  go i nagle wyprostowała się. Chwila wahania. Czy rzeczywiście tam w 

zaświatach jest życie bez cierpień? Z wolna lecz stanowczo przybliżyła rewolwer do skroni. 

Szejk odwrócił się w tej chwili i przyskoczył ku niej jednym skokiem. Podbił jej rękę w chwili, 

gdy pociągnęła za cyngiel. Kula przeleciała jej nad głową, przebijając płótno namiotu. Wyrwał 

jej rewolwer z ręki i wyrzucił przed namiot. Przez chwilę wpatrywali się w siebie milcząco, 

potem ona opadła na kolana i leżała u jego nóg w gwałtownych spazmach. 

Podniósł ją łagodnie i przycisnął do swojej piersi. 

-   Boże   mój!   N   ie   płacz   tak!   Janie   zniosę   tego!   Gdy   uspokoiła   się   nieco,   pogłaskał   ją 

pieszczotliwie po twarzy i ucałował jej włosy. 

- Diano - szepnął błagalnie - ukochana moja, nie płacz. Kocham cię przecież, pozostań tutaj. 

Długo jeszcze leżała drżąca w jego ramionach, aż atak minął zupełnie. 

Z wolna otworzyła oczy, w których czaiły się jeszcze resztki lęku. Prosząco zapytała jak wystra-

szone dziecko: 

- N ie wypędzisz mnie? 

On pocałował jej drżące wargi rzekł cicho:

- Nigdy! Oby Bóg dozwolił mi uczynić cię szczęśliwą. Doprawdy, chcesz poślubić takiego sza-

tana jak ja? 

Z wolna napłynęła znów krew do jej policzków i nikły uśmiech wykwitł na jej wargi. Zarzuciła 

mu ramiona na szyję i przycisnęła jego głowę do swojej piersi: 

- Nie obawiam się niczego, gdy czuję twoje serce bijące na moim sercu! Achmedzie, panie i 

władco mój!