background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY     

Dwaj mężczyźni, ujrzawszy się u wejścia do sali balowej, 

uśmiechnęli się do siebie.  

Co  jest  właściwie  z  tą  małą  Dianą  Maya?  zapytał  jeden  z  nich 

amerykańskim akcentem. Tu w hotelu "Biskra" słyszy się tyle plotek na 
ten temat.  

Do diabła z tymi plotkami! Ja znam Dianę Maya od dziecka - odparł 

drugi.  

Czy nie było tam jakichś nieporozumień u nich w rodzinie?  

Byłem  ich  sąsiadem  i  znam  przypadkowo  całą  tę  historię.  Baron 

Maya  kochał  szalenie  swoją  żonę,  która  umarła,  wydawszy  na  świat 

małą Dianę. W dwie godziny potem baron zastrzelił się, pozostawiając 

maleństwo na opiece jej brata. Wychować ją jak dziewczynę, było dlań 
za

daniem ponad siły; wychował ją więc jak chłopca. I ma pan rezultat!  

Postąpili  krok  naprzód  i  spojrzeli  na  wspaniale  oświetloną  salę 

balową,  wypełnioną  rozbawionym  tłumem  ludzi.  Rodzeństwo  Maya, 

stojąc  na  podniesieniu  w  końcu  sali,  czyniło  honory  domu.  Baron 

Aubrey Mayo był wysoki i chudy. Jego kruczoczarne włosy podkreślały 

jeszcze bardziej bladość twarzy. W postaci jego przebijała się zarówno 

światowa uprzejmość, jak i połączone z lenistwem znudzenie. Widocznie 

był  tak  dalece  leniwy,  że  nie  mógł  utrzymać  monokla,  gdyż  ten  mu 

ciągle  wypadał.  Dziewczę  stojące  u  jego  boku  było  wprost  jego 

przeciwieństwem.  Pełna  życia,  średniego  wzrostu,  smukła,  z  wysoko 

wzniesioną  głową,  czyniła  wrażenie  giętkiego,  wygimnastykowanego 

chłopca.  J  ej  drwiąco  wygięte  wargi  i hardy podbródek wskazywały 

dobitnie  na  energię  i  stanowczość,  a  ciemnoniebieskie  oczy  patrzyły 

szczerze  i  śmiało.  Długie  czarne  rzęsy  oraz  ciemne  brwi  odbijały  się 

dziwnie od gęstych, czerwonozłotych, krótko ściętych włosów.  

-  Rezultat jest w rzeczyw

istości  ciekawy  rzekł  Amerykanin, 

powracając do przerwanej rozmowy.  

W tej chwili przyłączył się do nich trzeci, młodszy mężczyzna.  

Hallo,  Arbuthnot,  późno  pan  przychodzi.  Pani  domu  jest  już 

oblężona  przez  tancerzy.  Gdy  ta  okrutna  wróżka  podepce  pana 

dostatecznie,  wtedy  przyjdę  tu  chętnie,  aby  pozbierać  resztki.  Jeżeli 

jednak odniesie pan sukces, to będziemy to mogli później oblać.  

background image

Wziął swego towarzysza pod ramię i skierował się w stronę pokoju 

gry.  

Arbuthnot wszedł na salę balową, torując sobie wolno drogę między 

tańczącymi  i  rozmawiającymi  ludźmi  wszystkich  narodowości.  Dotarł 

wreszcie do estrady, na której stała Diana Mayo. Zbliżył się ku niej.  

Szczęście sprzyja mi, miss Mayo, widzę, że nie ma pani jeszcze 

partnera.  

Odwróciła się ku niemu wolnym ruchem i na chwilę między łukami 

jej brwi ukazała się nieznaczna zmarszczka; żałowała widocznie, że jakiś 
intruz przerywa znienacka 

jej myśli. Potem uśmiechnęła się.  

Nie będę tańczyć tak długo, aż nie ulokuję moich wszystkich gości - 

odparła, patrząc na przepełnioną salę.  

Spełniła pani świetnie swój obowiązek. Czy nie zatańczymy sobie 

przy dźwiękach tej wspaniałej melodii? - zachęcał przekonywająco.  

Zawahała  się,  uderzając  ołóweczkiem  karnetu  po  swych  białych 

zębach.  -  Odmówiłam  już  tylu panom -  rzekła  z  grymasem.  Potem 

uśmiechnęła się nagle. - A zresztą, chodźmy! I tak już uważają mnie za 

niewychowaną. Będą mieli jeden powód wIęceJ.  

Przetańczyli kilka razy, potem przeszli do ogrodu, gdzie usiedli pod 

kolorową latarnią japońską.  

- Cz

y pani naprawdę chce wyjechać? - spytał Arbuthnot. Serce jego 

biło  przy  tych  słowach  z  zawrotną  szybkością,  a  oczy  zapaliły  się 

błyskiem tęsknoty.  

P opatrzyła nań zdziwiona.  

Dlaczego miałabym zmienić w ostatniej chwili moją decyzję?  

- Dlaczego brat 

pozwala pani samej jechać? Dlaczego pani nie 

towarzyszy? Jakkolwiek nic nie upoważnia mnie do tego rodzaju pytań, 

to jednak muszę pytać.  

Zaśmiała się, wzruszając ramionami.  

Mamy różne poglądy, ja i Aubrey; on chce jechać do Ameryki, ja 

zaś na pustynię. Sprzeczaliśmy się o to przez dwa dni i wreszcie 

doszliśmy do porozumienia. Ja zrobię wycieczkę na pustynię, a on do N 
owego Jorku.  

Spojrzał w jej oczy. Zdawała się nie myśleć o tym, że jej młodość i 

piękność stanowią bardzo poważne niebezpieczeństwo w zamierzonej 

background image

podró

ży. Wyszukał więc inny powód.  

Słyszałem, że w ostatnich czasach niektóre plemiona poczęły się 

burzyć.  

Uczyniła niecierpliwy ruch.  

Tak  mówi  się  zawsze,  gdy  chodzi  o  to,  aby  odwieść  kogoś  od 

udania się w podróż. Władze również śpiewają tę samą piosenkę; kiedy 

jednak  zażądałam  faktów,  zbyli  mnie  ogólnikami.  Poza  tym  mam 

doskonałego,  poleconego  przez  władze,  przewodnika.  Umiem  strzelać, 

przyzwyczajona jestem do spania na wolnym powietrzu i nie wątpię, że 

dam sobie sama radę.  

W  głosie  jej  brzmiał  upór.  Teraz  zamilkła,  on  siedział  obok  niej 

miotany  niepokojem.  Cierpiał,  gdyż  widział  jej  urok  i  słodycz,  a  nie 

śmiał tego wypowiedzieć. Nagle obrócił ku niej swą pobladłą twarz.  

- Diano, niech pani przesunie termin wyjazdu kilka dni i pozwoli mi 

towarzyszyć sobie. Kocham panią ponad wszystko w świecie i proszę, 

abyś została moją żoną. Całe moje życie poświęcę, aby uczynić panią 

szczęśliwą. Dniem i nocą myślę o pani. N a Boga, Diano, pani piękność 

może niejednego doprowadzić do szaleństwa.  

Czy  prócz  piękności  mężczyzna  nie  wymaga  niczego  więcej  od 

swej żony? Moje myśli o panu nie szły nigdy w tym kierunku. Zdaje mi 

się, że  

Bóg,  tworząc  mnie,  zapomniał  mi  dać  serce.  Nie  kochałam  zresztą 

jeszcze  nikogo  w  życiu.  Przykro  mi,  że  muszę  to  panu  powiedzieć. 

Mężczyzna jest dla mnie tylko towarzyszem, z którym jeżdżę lub poluję 

... niczym więcej.  

Arbuthnot  siedział  w  milczeniu.  Mógł  przecież  wiedzieć  z  góry,  że 

nie uzyska nic tu, gdzie tylu innym, lepszym od niego, się nie powiodło. 

Był głupcem, ulegając pokusie, która stała się zbyt silna. Powinien był 

przewidzieć, jaką otrzyma odpowiedź.  .  

Czy pozostaniemy przynajmniej przyjaciółmi - zapytał szeptem.  

Popatrzyła  przez  chwilę  na  niego  i  ujrzała  w  świetle  latarni  jego 

spokojne oczy. Szczerym ru

chem wyciągnęła ku niemu rękę.  

Chętnie. Mam wprawdzie mnóstwo znajomych, ale tak mało 

prawdziwych przyjaciół.  

Przytrzymując  przez  dłuższą  chwilę  jej  smukłe  palce,  walczył  z 

background image

niedorzeczną  pokusą  przyciśnięcia  ich  do  swych  warg.  Ona  siedziała 

milcząc  i  przyjąwszy  dosłownie  to,  co  powiedział,  uważała  go  za 
dobrego przyjaciela-

kolegę. Myśli jej błądziły daleko po pustyni. Nagle 

w ciszy nocnej rozległ się niski głos męski:  

Białe ręce ukochane tam nad Szalimarem.  

Były szczęściem niepojętem, były Boga darem ...  

N  ucił  miękki  miły  baryton.  Jakkolwiek  słowa  były  angielskie,  to 

jednak  akcent  był  wyraźnie  nie  angielski.  Diana  podniosła  głowę 

nasłuchując.  Głos  zdawał  się  dochodzić  z  mroków  ogrodu,  a  może  z 

ulicy leżącej za ogrodzeniem z kaktusów. Umilkł, Diana odchyliła w tył 

głowę z lekkim westchniemem.  

Pieśń Kaszmiru... przypomina mi Indie.  

 

Ubiegłego  roku  słyszałam  w  Kaszmirze  tę  pieśń;  głos  śpiewający 

wówczas nie był jednak tak ładny. Ten jest przepiękny, ciekawam, kto to 

śpiewał?  

 

Arbuthnot spojrzał na nią z zaciekawieniem, zaskoczony tym nagłym 

zainteresowaniem i ożywieniem malującym się na jej twarzy.  

 

Siedziała milcząc, w nadziei, że śpiewak nie odszedł jeszcze. Jednak 

ciszę  wieczoru  zakłócało  już  tylko  granie  świerszcza.  Obróciła  się  na 
swym 

krześle.  

 

Posłuchaj  pan  tylko  tego  śmiesznego  stworzonka! Ono pierwsze 

wita mnie zawsze, gdy przybywam do Port Saidu. Jest dla mnie 
symbolem Wschodu.  

Te małe bestie mogą kogoś przyprawić o obłęd - rzucił nerwowo 

młody człowiek.  

 

Przez  najbliższe  cztery  tygodnie  będą  one  dla  mnie  dobrymi 

przyjaciółmi.  Lubię  dzikie  okolice.  Najpiękniejszym  okresem  w  moim 
dotych

czasowym  życiu  są  podróże  do  Ameryki  i  do  Indii.  N  aj 

większym jednak marzeniem moim była zawsze pustynia.  

 

background image

Podniosła się z uśmiechem zadowolenia i poczęła iść ku budynkowi 

hotelu. Szedł obok niej milczący. N a werandzie zatrzymała się·  

Czy zobaczę pana jeszcze jutro?  

Tak, umówiłem się z kilku znajomymi, że odprowadzimy panią 

konno kawałek drogi.  

U śmiechnęła się wzbraniająco.  
 
- W 

takim razie widzę, że te cztery tygodnie na pustyni będę musiała 

poświęcić na zatarcie wspomnienia o tym odprowadzaniu. - Mówiąc te 

słowa weszła do sali balowej.  

 

W  kilka  godzin  później  udała  się  Diana  do  sypialni,  zaświeciła 

światło,  rzuciła  karnet  i  rękawiczki  na  krzesło  i  zadowolonym 

spojrzeniem  obrzuciła  rzeczy,  przygotowane  do  jutrzejszej  podróży.  U 

szczęśliwiona,  że  tańce  skończyły  się  już,  przeciągnęła  się  z 
zadowoleniem.  

 

Ujęła zegarek, aby nakręcić go. Zwyczajem swym nie nosiła żadnych 

klejnotów, a złoty zegarek nosiła na gładkim skórzanym pasku.  

 

Rozebrała  się  powoli,  nie  czując  najmniejszej  ochoty  do  snu. 

Nałożyła  więc  na  siebie  cienką  piżamę,  zapaliła  papierosa  i  wyszła  na 

balkon.  Pokój  jej  znajdował  się  na  pierwszym  piętrze, a przez okno 

widziała  ozdobne  kolumny,  biegnące  ku  balkonowi  drugiego  piętra.  S 

pojrzała w dół na ogród.  

 

Usłyszała nagle szmer. Wychyliła się poza balustradę, chcąc spojrzeć 

na  werandę  leżącą  tuż  pod  balkonem.  Zdawało  się  jej,  że  spostrzega 

białą zasłonę. Nagle jednak zjawisko znikło. Potrząsnęła głową i usiadła 

na szerokiej balustradzie. Oparta wygodnie o kolumnę patrzała w mrok 
ogrodu, nu

cąc  cicho  pieśń  Kaszmiru,  której  zwrotkę  pochwyciła 

przedtem.  Księżyc  był  wysoko,  a  jego  światło  napełniało  ogród 

szerokimi  czarnymi  cieniami.  Z  cienia  zdały  się  wyłaniać  baśnie 

Wschodu,  śmielej  jak  za  dnia.  Dzieckiem  będąc  spuszczała  się  w  taką 
noc po powojach z balkonu i upojona osza

łamiającymi  woniami  nocy, 

background image

błądziła po parku zalanym poświatą księżyca.  

 
Dziw

ne było jej dzieciństwo. Ponieważ nie  miała krewnych, którzy 

mogliby  się  zająć  osieroconym  dziewczęciem,  przeto  musiał  się  nią 

zaopiekować  brat,  który  zupełnie  nie  taił  swego  niezadowolenia  z 

obowiązku, który spadł na niego. Lata wczesnego dzieciństwa spędziła 

pośród  piastunek  i  służby.  Potem,  gdy  sir  Aubrey  Mayo  powrócił  z 

dalekiej  podróży,  począł  wychowywać  siostrę  tak,  jak  jego  samego 

niegdyś  wychowywano.  Ubrana  i  traktowana  jak  chłopiec,  uczyła  się 

jeździć konno i strzelać, i to nie dla przyjemności, ale całkiem serio, aby 

stać  się  towarzyszem  człowieka,  który  interesował  się  tylko  sportami 

męskimi. Potem zaczęła podróżować. Przez sześć lat zmieniały się ciągle 

obrazy  przed  jej  oczyma,  przeżywała  ciągle  nowe  wrażenia  i 

niebezpieczeństwa.  O  tych  minionych ~atach rozmyślała  teraz,  siedząc 

na poręczy balkonu.  

Ziewnęła i poczuła się nagle zmęczona. Szybko powróciła do pokoju. 

Okna  zostawiła  otwarte  i  położyła  się  do  łóżka.  U  snęła  szybko,  nie 

zdążywszy się nawet dobrze wyciągnąć. W godzinę później zbudziła się 

nagle. Leżąc bez ruchu rozejrzała się po pokoju. Księżyc świecił jasno, 

ale nie zauważyła nic podejrzanego. Miała jednak uczucie, że w pokoju 

znajduje  się  ktoś obcy.  Podświadomie  odniosła  wrażenie,  że  cień  jakiś 

przesunął się bezszelestnie i zniknął ża oknem.  

Gdy  rzeczywistość  tej  myśli  przeniknęła  do  jej  snem  zmożonej 

świadomości,  wyskoczyła  z  łóżka  i  wybiegła  na  balkon.  Nie  było 

nikogo. Przechyliła się przez balustradę nasłuchując, nie zauważyła jed-

nak nic podejrzanego. Zdziwiona wróciła do pokoju i zaświeciła światło. 

Nie  brakowało  niczego,  zegarek  leżał  na  toalecie,  a  kufry  były 

nienaruszone.  Obok  łóżka,  w  tym  samym  miejscu  gdzie  go  położyła, 

leżał rewolwer z rączką z kości słoniowej.  

To musiał być sen - szepnęła zamyślona - jednak sen bardzo bliski 

rzeczywistości. Było to coś wielkiego, białego i jestem pewna, że ktoś tu 

był.  

Przeczekała  chwilę,  potem  wzruszyła  ramionami,  zgasiła  światło  i 

powróciła  do  łóżka.  Jej  nerwy  były  tak  doskonale spokojne,  że  w pięć 

minut później spała głębokim snem.  

background image

 

ROZDZIAŁ DRUGI  

Zapowiedziane 

odprowadzenie 

przez 

znajomych 

miało 

entuzjastyczny przebieg. Ponieważ wszystko było wybornie do podróży 
przygotowane, przeto wyruszono punktualnie w umówionym terminie. 

Przewodnik  Mustafa  Ali  okazał  się  prawdziwą  perłą;  znikał,  gdy  był 

zbyteczny. Dzień obfitował w ciekawe wydarzenia, a długa jazda konna 

była dla Diany szczytem rozkoszy fizycznej.  

Tak dotarli do oazy przeznaczonej na pierwszy nocleg.  

Z nie małym zadowoleniem rozejrzała się Diana po swoim namiocie. 

S tało w nim wysokie łóżko polowe, cynowa wanna, mały składany stół i 
oby

dwa  kufry.  Cieszył  ją  brak  wygód,  mimo  że  przy  myciu  opryskała 

wodą  łóżko,  a  mydło  wpadło  do  jednego  z  butów  do  konnej  jazdy. 

Następnie  przebrała  się  w  zielony  jedwabny  szlafrok,  nie  zakrywający 

smukłych kostek, a odsłaniający delikatną biel szyi i dziewiczego łona.  

Wyszła  z  namiotu  i  błyszczącymi  od  szczęścia  oczyma  spojrzała 

dokoła.  A  więc  to  była  wreszcie  owa  pustynia,  za  którą  tęskniła  całe 

życie.  Aż  do  tej  chwili  nie  zdawała  sobie  sprawy,  jak  głęboka  była  ta 

tęsknota.  Czuła  się  tu  dziwnie  swojsko,  jak  gdyby  ta  wielka,  milcząca 

pustka z dawna na nią czekała. Głos brata przerwał nagle jej marzenia i 

sprowadził ją na ziemię·  

Czy każdego wieczora będziesz się tak stroić dla pana Mustafy i 

poganiaczy wielbłądów?  

Nie zamierzam wcale zaprosić na kolację dzielnego Mustafy i nie 

mam w ogóle zwyczaju stroić się dla kogoś, jakeś to pięknie zauważył.  

Nie  lubię  tego,  sama  wiesz,  że  ci  jest  w  tym  do  twarzy.  A  na 

wykonanie takiego zwariowa

nego zamiaru wyglądasz aż za pięknie.  

Czy nie byłbyś na tyle uprzejmy, aby powiedzieć mi dokładnie, o co 

ci idzie? - 

zagadnęła spokojnie.  

Chyba sama już teraz widzisz, że jest to niemożliwe. To jest wprost 

nie do pomyślenia, że przez kilka miesięcy będziesz wędrowała sama po 

pustyni, jedynie w towarzystwie tych przeklętych Negrów.  

Diana zapaliła spokojnie papierosa i zwróciła się ku niemu z hardym 

uśmiechem.  

Gdybym nie była całe moje życie przebywała z tobą, to troskliwość 

background image

twoja  wzruszyłaby  mnie  może.  Ponieważ  jednak  znam  cię  aż  nazbyt 

dobrze, wiem, jaki jest prawdziwy powód twej braterskiej troskliwości. 

Nie chce ci się jechać beze mnie. Przyzwyczaiłeś się do tego, że usuwam 

ci wszystkie niewygody w podróży ...  

Diano, bądź wreszcie poważna.  

Aubrey, powiedziałam moje ostatnie słowo. Twoje perswazje nie 

przekonają mnie i nie zmienię mego postanowienia.  

Patrzyli sobie teraz w oczy. Łuna gniewu zapaliła się na obliczu 

Aubreya. Monokl wypadł mu . z oka, uderzając dźwięcznie o guzik 
kamizelki.  

Jesteś  upartym,  małym  diabłem  -  rzekł  wściekły.  Patrzyła  nań  z 

szyderstwem, przygryzając wargI.  

A  więc  chciałbym  zaiste  -  zawołał  -  abyś  wpadła  w  ręce  takiego 

mężczyzny, który nauczy cię posłuszeństwa.  

Wyraz jej twarzy stał się jeszcze bardziej drwiący. - Takiego niech 

Bóg ma w swojej opiece 

odcięła ironicznie, wchodząc do namiotu.  

Gdy  znalazła  się  sama,  gniew  ustąpił  miejsca  uczuciu  zadowolenia. 

Było  to  już  sztuką  nie  lada,  doprowadzić  flegmatycznego  Aubreya  do 

złości.  Znała  dobrze  powód  jego  niezadowolenia,  które  okazywał  w 

ciągu ostatnich czterech tygodni.  

Spośród  wszystkich  kobiet  jakie  spotkał  w  swoim  życiu,  nie 

pociągała go żadna, a jedynie Amerykanki denerwowały go stosunkowo 
najmniej. Dla

tego  też  wybierał  się  do  Ameryki,  aby  wyszukać  sobie 

żonę.  Chciał  prowadzić  dom  w  N  owym  J  orku,  do  czego  obecność 

Diany była mu konieczna.  

Wreszcie przestała zajmować się  Aubreyem i  jego egoizmem. Było 

bardzo gorąco. Leżąc na wąskim łóżku rozważała, czy przypadkiem nie 

grozi  jej  za  naj  lżejszym  poruszeniem  wpadnięcie  podczas  snu  do 
wanny.  

N astępnego ranka przy śniadaniu była wprost wyzywająco uprzejma.  

Niebawem  obładowano  wielbłądy.  Nadeszła  chwila  wyruszenia.  Z 

wróciła się do brata, który z wściekłością targał wąsy.  

-  Aubrey, dalsze zwlekanie nie ma celu, chyba nie zechcesz potem 

pędzić  galopem,  aby  zdążyć  na  kolację  do  Biskry  -  rzekła  tonem 

możliwie obojętnym.  

background image

Obrócił  się  ku  niej  gwałtownie.  -  Diano,  jeszcze  nie  jest  za  późno, 

zaniechaj tego szalonego zamiaru. N ie 

wyzywaj Opatrzności!  

Po  raz  pierwszy  brzmiała  w  jego  głosie  nuta  szczerości.  Diana 

zawahała się chwilę. Potem popatrzyła na niego z łagodnym uśmiechem.  

Nie ośmieszaj się Aubrey, chyba nie przypuszczasz, że w ostatniej 

chwili zmienię mój zamiar. A zresztą nie ma' najmniejszego niebezpie-

czeństwa. Umiem przecież strzelać!  

Z  wesołym  uśmiechem  wyjęła  z  torby  rewolwer  wykładany  kością 

słoniową  i  wystrzeliła  w  kierunku  niewielkiej  skały  znajdującej  się 

opodal. Mimo że była dobrym strzelcem, to jednak tym razem chybiła. N 

a kamieniu nie było śladu kuli. Diana zdziwiła się.  

Popatrzyła na brata, potem na rewolwer, który trzymała w ręku.  

Diano, po cóż ta bezsensowna brawura? Nie słuchała go, 

wpatrując się w skałę.  

Nie rozumiem, jak mogłam chybić - szepnęła zamyślona, podnosząc 

raz jeszcze rewolwer. Jednak brat uchwycił ją za rękę·  

N a Boga, nie narażaj się ponownie na pośmiewisko. Zblamowałaś 

się już dostatecznie rzekł cicho, wskazując wzrokiem na przypatrujących 

się Arabów.  

Diana włożyła z powrotem broń do torby.  

Nie pojmuję tego. Widocznie winę ponosi tutaj mała ilość światła.  

Dosiadła konia i podała bratu rękę.  

Bądź zdrów Aubrey, życzę ci szczęścia, bądź spokojny, zjawię się 

na czas, aby ci drużbować.  

Ze  śmiechem  skinęła  na  M  ustafę  i  skierowała  konia  na  południe. 

Długo jechała w milczeniu. Sprzeczka z Aubreyem pozostawiła po sobie 
nie

miły  posmak.  Czuła,  że  popełnia  czyn,  stojący  w  sprzeczności  z 

utartymi zwyczajami.  

Teraz jednak była na pustyni, w podróży, którą planowała od dawna i 

która  stanowiła  jej  naj  głębsze  marzenie.  N  a  myśl  o  możliwych 

niebezpieczeństwach uśmiechnęła się niedowierzająco. Cóż mogło jej na 

pustyni zagrażać?  

Słońce prażyło z bezchmurnego nieba, a z rozpalonej ziemi unosiło 

się rozedrgane powietrze. Promieniała szczęściem, radując się uczuciem 

młodości  i  siły,  skończoną  pięknością  swych  kształtów,  czując  pod 

background image

naciskiem swych kolan silne, nerwo

we  ciało  konia.  I  rozkosz  ta  miała 

trwać cały mieSIąC.  

Jakaś  karawana,  którą  od  dłuższego  czasu  widziała  na  horyzoncie, 

zbliżyła  się  powoli.  Diana  ściągnęła  cugle,  gdy  mijał  ją  długi  sznur 

wielbłądów.  Zawsze  interesowały  ją  te  wielkie  zwierzęta  o  chwiejnym 

chodzie  i  długich,  chyboczących  się  szyjach.  Była  to  duża  karawana; 

ciężary  na  grzbietach  wyglądały  bardzo  okazale. Prócz kupców na 

wielbłądach i pstrego tłumu służby bądź idącej pieszo, bądź też jadącej 

na chudych małych osiołkach, towarzyszył karawanie oddział zbrojny na 

koniach.  N  a  kilku  wielbłądach  zauważyła  postacie  ludzkie,  okryte 

bezkształtną  masą  koców.  Poznała,  że  są  to  kobiety.  Różnica  między 

nimi a nią pobudziła ją do śmiechu. Widząc je, zadawała sobie pytanie, 

czy kobiety te zbuntują się kiedykolwiek przeciw niewoli, w której żyją, 

i czy tęsknią za swobodą, którą ona posiada?  

 

Małżeństwo nawet w najkulturalniejszej formie, oparte na 

wzajemnym szacunku i przyjaźni, wydawało się jej wstrętne i nie mogła 

o nim  myśleć bez drżenia. Myśl o  małżeństwie dla  Aubreya była nie-

miła, ją zaś, szczycącą się zimną krwią i rozwagą, napełniała strachem i 

wstrętem. Już na samą myśl o tym, że może się stać zależna od woli i 

humoru mężczyzny, któremu na podstawie prawa małżeńskiego będzie 

musiała być posłuszna, popadała w gniew. W zdrygoęła się, a ręka jej 

opadła  ciężko  na  szyję  konia.  Nerwowe  zwierzę  rzuciło  się  naprzód, 

popuściła  mu  cugli  i  przebiegając  galopem  obok  Mustafy,  przywołała 

go  do  siebie.  Przewodnik  podjechał  był  do  karawany  i  stojąc  obok 

swego konia rozmawiał z dowódcą zbrojnych.  

 

Koń Diany był rączy, tak że dopiero po dłuższej chwili nadążyła za 

nią służba.  

 

Gdy Diana zawołała go do siebie, przemknął po twarzy Mustafy cień 

niezadowolenia.  

Czy panią nie interesuje karawana?  
 
- Nie - 

odparła krótko i poczęła wypytywać go o niektóre szczegóły, 

background image

dotyczące jej własnej karawany. Arab mówił płynnie po francusku i 

począł opowiadać jej anegdoty o różnych znanych osobistościach, 

którym miał zaszczyt towarzyszyć w podróży przez pustynię. Mustafa 

wyglądał na mężczyznę średniego wieku, jakkolwiek z powodu szerokiej 

bujnej brody, czyniącej go ponad wiek starszym, trudno było określić 

ilość jego lat. Diana  uważała noszenie brody za wielką wadę, gdyż 

zwykła była oceniać mężczyznę po ustach. Oczy synów W schodu nie 

mogą być wskaźnikiem charakteru gdyż zawsze mieszają się pod 
wzrokiem Europejczyka. 

Również i oczy Mustafy unikały wzroku Diany 

i zdawało się jej, że patrzył na nią o wiele śmielej podczas zawierania 

umowy w Biskrze. Myśli jej jednak nie zatrzymały się dłużej przy tym 

spostrzeżeniu, gdyż interesowały ją inne, bardziej zajmujące sprawy. 

Skierowała rozmowę na konia, na którym jechała. Było to zwierzę 

niezwykle piękne, a przewodnik zyskał wiele w jej oczach, przy-

prowadzając go na jej prośbę. Teraz rozpływał się w pochwałach nad 

zaletami konia, przebąkując coś jednak niewyraźnie o jego pochodzeniu, 

tak że Diana doszła w końcu do wniosku, że zwierzę zostało bądź po 

prostu skradzione, bądź też "kupione" w jakiś inny nielegalny sposób i 

że dalsze wypytywanie o to dowiodłoby braku taktu.  

Wreszcie przybyli do małej oazy, gdzie rozłożono się na obiad.  

Zjadła  prędko  i  usiadła,  zapalając  papierosa,  oparta  plecami  o  pień 

palmy.  Objęła  rękoma  kolana  i  patrzyła  na  pustynię.  Najmniejszy 

wiaterek  nie  poruszał  koron  palm.  Jedyną  żywą  istotą  była  jaszczurka, 

wylegująca się na pobliskiej skale.  

Instynktownie wyczuła, że ktoś stanął poza nią. Odwróciła się i 

ujrzała Mustafę, schylającego się przed nią w głębokich ukłonach.  

Czas w drogę, Mademoiselle.  

Diana obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem. Karawana była gotowa 

do drogi. Błysk wesołości znikł z jej' oczu. Mustafa Ali był 

przewodnikiem w podróży, ona jednak była właściwą panią wyprawy. 

Jeżeli przewodnik nie pojął dotychczas tej różnicy, to przyda mu się 

lekcja, której mu zaraz udzieli. Spojrzała na zegarek na ręku.  

Mamy jeszcze dużo czasu - rzekła chłodno. Mustafa ukłonił się 

znowu:  

 

background image

Do następnej oazy, w której mamy przenocować, jest daleko.  

- Wyruszymy Mustafo, ale wtedy, gdy ja ze

chcę·  

Być może, że Mustafa miał rację, że było już późno, a droga do oazy 

daleka;  musiał jednak otrzymać nauczkę, nawet gdyby  mieli jechać do 

północy.  

Gdy minął czas, który sobie wyznaczyła, podeszła z wolna do grupy 

Arabów. Twarz przewodnika była chmurna. Nie zwracała jednak na to 

uwagi i kazała mu jechać obok siebie. Znów zaczął szeroko opowiadać o 
B

iskrze, a ona uważała, że lepiej nie przerywać, gdyż obawiała się, że 

zapadnie w gniewne  milczenie.  Wiedziała, że jego zły humor rozwieje 

się, jeżeli pozwoli mu tylko rozkoszować się dźwiękiem własnego głosu 
i wymowy.  

Jechała  tak  ciągle  milcząca  i  zajęta  własnymi  myślami,  słuchając 

tylko  głosu  przewodnika  i  nie  zdając  sobie  w  końcu  sprawy  ze  swego 
milczenia.  

Jechali już kilka godzin. Dianie wydawało się dziwne, że nie minęli 

dotychczas widzianej rano karawany. Spojrzała na zegarek i zmarszczyła 

czoło. - Gdzie jest karawana, Mustafo? Nie widzę ani śladu oazy, a wnet 
zapadnie noc.  

Gdyby pani była wcześniej wyruszyła... mruknął pod nosem.  

To bylibyśmy i tak jeszcze daleko od niej odcięła energicznie. - 

Jutro urządzimy to inaczej.  

- Jutro - 

powtórzył przewodnik z dziwnym brzmieniem w głosie.  

Spojrzała nań ostro.  
- Co takiego?  

Mustafa podniósł dłoń do czoła.  

Jutrzejszy dzień jest w ręku Allacha - mruknął z ponurą 

świętobliwością.  

Chciała  coś  odpowiedzieć,  gdy  nagle  kilka  ciemnych punktów na 

horyzoncie  zwróciło  jej  uwagę.  Była  jednak  za  daleko,  aby  mogła 

rozróżnić szczegóły.  

- Patrz pan, czy to jest karawana?  

Jeżeli Allach zechce - odparł znów z namaszczeniem, a Diana 

życzyła sobie w duchu, aby wreszcie począł mniej zajmować się wolą 

bóstw, a raczej zajął się karawaną.  

background image

Czarne  punkty  poruszały  się  żywo  po  równinie  i  Diana  spostrzegła 

niebawem,  że  nie  były  to  powolne i stateczne dromadery, lecz grupa 

jeźdźców  na  koniach.  Prócz  napotkanej  rano  karawany  nie  widzieli 

przez  cały  dzień  nikogo.  Zbliżający  się  Arabowie  interesowali  Dianę 

bardziej  aniżeli  karawana.  Trudno  było  określić  liczbę  jezdnych,  gdyż 

jechali zwartym szykiem,  wiatr powiewał ich burnusami, upodabniając 

ich do jadących olbrzymów.  

Diana  spięła  konia  ostrogą  i  wysunęła  się  przed  przewodnika. 

Arabowie byli już tak blisko, że mogła rozróżnić wspaniałe rumaki, na 
których siedzie

li. Byli uzbrojeni we flinty, które trzymali w rękach, a nie 

na  plecach,  jak  widywała  w  Biskrze.  Tak  przejechali  obok  niej  w 
karnych kolumnach.  

-  Co to za ludzie? - 

krzyknęła  do  Mustafy,  który  pozostał  nieco  w 

tyle.  Lecz  on,  patrzący  również  w  stronę  jeźdźców,  zdawał  się  nie 

słyszeć  pytania. Jej ludzie pozostawali w tyle za przewodnikiem. Gdy 

Arabowie znaleźli się na jednej linii z karawaną, wstrzymali nagle konie. 
Diana nie wy

obrażała  sobie  nigdy,  że  wielki  oddział  idący  galopem 

może  się  tak  nagle  zatrzymać.  Konie  ściągnięte  nagle  za  uzdy,  aż 

przysiadły  na  zadach.  J  ednak  zabrakło  czasu  na  zachwycanie  się 
arkanami sztuki jazdy konnej tych ludzi.  

Wypadki  potoczyły  się  wprost  z  błyskawiczną  szybkością·  Zwarty 

szereg  jeźdźców  wyciągnął  się  w  długą  linię  dwójkami  idących  koni. 
Potem zawró

cili i szybciej niż przedtem otoczyli dokoła oddział Diany. 

Zdziwiona  tym  manewrem,  patrzyła  na  to  ze  zmarszczonym  czołem, 

trzymając  jednocześnie  z  całej  siły  swego  konia,  który  ja~  oszalały  ze 
stra

chu  rzucał  się  na'  wszystkie  strony.  Dwa  razy  obiegli  dokoła 

karawanę,  potrząsając  groźnie  flintami, z burnusami rozwiewanymi 
szeroko przez wiatr.  

Diana  straciła  cierpliwość.  Było  to  wprawdzie  widowisko  bardzo 

piękne, ale czas mijał i zapadała noc. Zwróciła się więc ku Mustafie, by 

dać znak do odjazdu, gdy nagle padła salwa i koń jej stanął dęba.  

Za  chwilę  rozległ  się  znowu  huk  salwy.  Mustafa  Ali  stoczył  się  z 

konia 

na  piasek,  a  równocześnie  koń  Diany  szarpnął  się  tak  silnie  w 

przód, że o mało co nie wyrzucił jej z siodła. Aż do chwili gdy rozległy 

się  strzały,  Dianie  ani  przez  myśl  nie  przeszła  możliwość  napadu. 

background image

Zdawało  się  jej,  że  widzi  jedną  z  tak  ulubionych  przez  nią  zabaw 
konnych Ara

bów.  A  więc  przestrogi,  których  nasłuchała  się,  nie  byty 

bezpodstawne.  

S  ciągnęła  cugle,  koń  jednak  pędził  jak  oszalały  naprzód.  Jej 

położenie doprowadzało ją do wściekłości. Przewodnik prawdopodobnie 

raniony, ludzie otoczeni, a ją samą unosi koń w niewiadomym kierunku.  

Ach, gdyby mogła to podłe bydlę zawrócić! Pewna była, że wszystko 

skończy się na złożeniu okupu, w tym celu lllusiała jednak koniecznie 

powrócić  do  karawany.  Było  to  wprawdzie  bardzo  niemiłym,  ale 
ostatecznie nowym

,  emocjonującym  wypadkiem,  no  i  nauczką  na 

przyszłość.  Nagle  rozległ  się  gdzieś  poza  nią  długi,  przeszywający 

gwizd. Koń podniósł uszy i uczuła, że zwalnia biegu.  

O bejrzała się. Jakiś Arab pędził za nią na jeszcze szybszym koniu. 

Wbiła  swemu  ostrogi  i  rzuciła  się  do  ucieczki.  Arab  ścigał  ją  z  jakąś 

ponurą zaciętością, którą odczuwała wprost instynktownie. Chciał ją za 

wszelką cenę dogonić.  

 

Zacisnęła zęby, a w oczach jej, zwykle spokojnych, ukazał się błysk 

nowej energii.  

Gdy ujrzała jednak ostatnie promienie zachodzącego słońca, obleciał 

ją strach. Znów rozległ się gwizd i koń mimo wbitej ostrogi począł się 

zatrzymywać.  Zaświtała  jej  nagle  myśl:  "Może  to  koń  był  przyczyną 
tego wszystkiego?" Wszak zna tak dobrze ten gwizd. Mustafa n

ie chciał 

przyznać się, skąd wziął konia. Widocznie był on ukradziony i stanowił 

własność ścigającego ją teraz Araba.  

Wydało  się  jej  niezwykle  komiczne,  że  ucieka  na  skradzionym 

konil1,  goniona  na  pustyni  przez  jego  właściciela.  Grzechy  Mustafy 

stawały się z każdą chwilą większe w jej oczach. Przecież zapłaciła za 

konia,  aby  jechać na  nim  przez  pustynię,  a  nie  po  to, aby  napadli  ją  z 

jego  powodu  arabscy  bandyci.  Gniew  jej  wzrastał.  Parła  z  całych  sił 
naprzód, jed

no  tylko  jednak  spojrzenie  w  tył  przekonało  ją,  że 

prześladowca  był  tuż  za  nią.  Widziała  wysoką,  biało  odzianą  postać, 

czarne przenikliwe oczy i połyskujące zęby. Ogarnęła ją wściekłość.  

Nie  bacząc  na  następstwa,  opanowana  jedynie  chęcią  pozbycia  się 

prześladowcy,  wydobyła  rewolwer  i  wypaliła  bez  namysłu  dwukrotnie 

background image

wprost w jego twarz.  

Nie  drgnął  nawet,  usłyszała  tylko  jego  zadowolony  śmiech.  Dianie 

zaschło  w  gardle!  Przeszło  ją  mrowie,  dziwne  uczucie,  którego  nie 

zaznała dotychczas.  

Odrzuciła precz rewolwer, przynaglając konia do pośpiechu; ognisty 

kasztan Araba przybliżał się jednak coraz bardziej. Gdy zwróciła nieco 

głowę,  ujrzała  prawie  tuż  przy  swoim  łokciu  złośliwą  głowę  konia, 

płasko stulone uszy i chytre, krwią nabiegłe oczy.  

Przez  kilka  chwil  obydwa  konie  biegły  obok  siebie, potem  kasztan 

znalazł  się  nagle  na  przodzie,  jeździec  uniósł  się  w  strzemionach, 

przechylił,  chwycił  Dianę  silnym  ramieniem,  jednym  szarpnięciem 

podniósł ją z siodła i posadził przed sobą na koniu.  

Ruch  ten  był  tak  niespodziany,  że  Diana,  zaskoczona, nie stawiła 

oporu.  Przez  chwilę  była  jak  ogłuszona.  Gdy  oprzytomniała,  poczęła 
dziko wal

czyć  o  wolność;  wysiłki  jej  jednak  były  daremne.  Twarda, 

silna  dłoń  trzymała  ją,  na  wpół  uduszoną,  w  fałdach  szerokiego 

arabskiego  burnusa.  Uścisk  muskularnego  ramienia  sprawiał  jej  ból; 

zdawało się jej, że żebra nie wytrzymają nacisku, a bliskie zetknięcie z 

jego ciałem utrudniało jej oddech.  

Czuła,  jak  Arab  wstrzymał  nagle  konia;  kasztan  zawróciwszy  na 

tylnych nogach, pomknął jak strzała z powrotem.  

.  Nie  pojmowała  nic;  nie  mogła  myśleć;  rozum  odmawiał  jej 

posłuszeństwa. Czuła tylko wściekłość, głuchą, bezgraniczną wściekłość 

na człowieka, który poważył się ją dotknąć - wściekłość na człowieka 

obcej  rasy.  Miotały  nią  wściekłość,  złość  i  obrzydzenie.  Ten  człowiek 

dopędził  ją,  porwał  jak  lalkę  z  siodła,  zmuszał  teraz  do  znoszenia 

uścisku  jego  ramion  i  bliskości  jego  znienawidzonego  ciała.  Nikt 

dotychczas nie poważył się jej dotknąć, a tym bardziej postąpić z nią w 
ten sposób.  

Jaki  miał  być  koniec  tego?  Dokąd  zmierzał?  Mając  głowę  zakrytą 

burnusem  straciła  wszelką  orientację·  Ponieważ  leżała  cicho,  uścisk 

opasujących ją ramion zwolniał stopniowo, tak że mogła, odwróciwszy 

głowę, zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. N ie mogła jednak jeszcze 

widzieć, co się dokoła niej dzieje. Chciwie wdychała chłodne powietrze i 

uczuła, że zapadła noc, noc której sobie przedtem życzyła, a która teraz 

background image

wydawała się jej straszna. W raz ze świeżym powietrzem nabrała znów 
odwa

gi. Zebrała wszystkie siły i szarpnęła się nagle i rozpaczliwie, chcąc 

się uwolnić z trzymających ją ramion. Jej ostrogi wbiły się przy tym w 

bok konia, który stanął dęba, dysząc i parskając. Arab chwycił ją szybko 

długimi ramionami, rozhukanego zaś konia uspokoił naciskiem kolan.  

- Spokojnie! Spokojnie!  

Niewyraźnie tylko słyszała jego cichy głos, gdyż przycisnął ją znów 

do  siebie.  Nie  wiedziała,  czy  słowa  te  odnosiły  się  do  niej,  czy  też  do 

konia. Walczyła znowu, aby się uwolnić; nagle rozległ się jego głos.  

Leżże już raz spokojnie, mały głuptasku!  

Jego  brutalne  ręce  ścisnęły  ją  tak  silnie,  że  zdawało  się  jej,  iż  ani 

jedna  kosteczka  nie  pozostanie  cała.  Dalszy  opór  był  niemożliwy. 

Chwytając ustami powietrze, poddała się przemocy i przestała opierać.  

Straciła w końcu orientację w czasie i przestrzeni.  
N ie wiedzia

ła, przez ile godzin galopowali tak, czy byli sami, czy też 

cała  horda  Arabów  jechała  za  nimi.  Nagle  zatrzymali  się  i  uczuła,  że 

Arab  zsiadł  z  konia,  trzymając  ją  w  ramionach;  słyszała  w  pobliżu 

niezrozumiałe  głosy;  ucichły  one,  gdy  postąpiła  kilka  kroków. 
Posadzono 

ją na czymś i zdjęto z twarzy zasłonę. Światło, które świeciło 

jej  teraz  prosto  w  twarz,  było  takim  przeciwieństwem  ciemności,  w 

której  dotychczas  przebywała,  że  oślepiona  zakryła  oczy  dłońmi.  Po 
chwili dopiero rozejrza

ła się dokoła ..  

Zn

ajdowała się w wielkim, wysokim namiocie, oświetlonym dwiema 

wiszącymi lampami. N ie patrzyła jednak na otoczenie, lecz utkwiła oczy 

w mężczyźnie, który ją tu przywiódł. Stał przed nią, zrzuciwszy ciężki 

burnus,  który  go  okrywał  od  stóp  do  głowy,  wysoki, o szerokich 

ramionach,  ubrany  w  białą  fałdzistą  szatę.  Biodra  opasywała  czarna, 

srebrem  tkana  szarfa,  za  którą  zatknięty  był  rewolwer. Oczy Diany 

przesunęły  się  po  jego  postaci  i  zatrzymały  na  ciemnym  obliczu  bez 
zarostu.  

Była  to  najpiękniejsza  a  zarazem najbardziej okrutna  twarz,  jaką 

kiedykolwiek  widziała.  On  spoglądał  na  nią  dumnym,  płonącym 

wzrokiem.  Miała  uczucie,  że  wzrokiem  tym  zrywa  ubranie  z  jej 

smukłego  ciała  i  pochłania  jej  kształty.  Cofnęła  się  cała  drżąca, 

okrywając szyję szczelnie kołnierzem.  

background image

Kim pan jesteś - zapytała ochrypłym głosem.  

- Jestem szejk Achmed ben Hassan.  

N azwisko to nic jej nie powiedziało; nie słyszała o nim nigdy 

przedtem. Instynktownie przemawiała doń po francusku, a on również 

odpowiadał jej w tym języku.  

- Dlacz

ego znajduję się tutaj? - spytała, starając się ukryć ogarniającą 

ją trwogę·  

Dlaczego znajduje się pani tutaj? - powtórzył z lekkim uśmiechem. - 

Czyż nie jest pani na tyle kobietą, aby to zrozumieć?  

I gwałtownym ruchem porwał ją w ramiona.  

Ogarnął  ją  obezwładniający  i  przerażający  strach,  którego  nie  znała 

dotychczas.  Płomień  palący  się  w  jego  oczach  uczynił  ją  słabą  i 

bezwolną, a gdy przygarnął jej drżące ciało, wiła się w jego ramionach, 

dopóki nie przycisnął jej do siebie z namiętnym pożądaniem.  

Powoli  pochylił  swą  twarz  nad  nią;  jego  przepastne  oczy  płonęły 

ogniem. Bez oporu poddała się jego pocałunkowi, który był pierwszym 

w jej życiu.  

Szlochając przymknęła oczy, rozpalone zaś usta, które dotknęły jej, 

podziałały  na  nią  odurzająco  jak  narkotyk.  Jak  przez  mgłę  czuła,  że 

unosi  ją  poprzez  zasłony  w  głąb'  namiotu.  Tam  złożył  ją  na  miękkich 
poduszkach.  

Niech mi pani nie każe zbyt długo czekać szepnął, wychodząc.  

Słowa  te  podziałały  na  nią  jak  uderzenie  biczem,  znieczulone  zaś 

nerwy zbudziły się na nowo do życia. Zerwała się i z rozpaczą w oczach 

przycisnęła  rękoma  falujące  łono.  Potem  płacząc  upadła  na  podłogę, 

wspierając się wyciągniętymi ramionami na szerokim łożu.  

U  czucie  trwogi  opanowało  ją  w  zupełności,  nie  mogła  bowiem 

spodziewać się znikąd pomocy ani też łaski. Odczuła już aż nadto dziką 

przemoc  wobec  której  stała  się  bezsilna.  Mogła  się  wprawdzie  bronić, 

lecz  bez  widoków  powodzenia.  Była  samotna w tym namiocie, jak 

skrępowane zwierzę zdana na jego łaskę. Energia opuściła ją zupełnie. 
Pozo

stawało  jej  tylko  cierpliwe  oczekiwanie,  aż  dopełni  się  miara 

nieszczęścia.  

Ciało  bolało  ją  jeszcze  od  jego  uścisku,  a  usta  były  zranione 

namiętnym pocałunkiem. Załamała ręce w przerażeniu:  

background image

O, Boże! - szlochała, a łzy spływały po jej twarzy. - Przeklęty! 

przeklęty!  

Gdy  domawiała  tych  słów,  do  namiotu  wszedł  bez  szmeru  szejk. 

Położył  dłonie  na  jej  ramionach  i  zmusił  do  powstania.  Jego  oczy 

płonęły, na dumnie zarysowanych ustach wykwitł okrutny uśmiech, a w 

powolnym  głosie  przebijał  się  gniew,  zmieszany  z  żartobliwą 

niecierpliwością:  

Czy mam być kochankiem i pokojową zarazem?  

 

ROZDZIAŁ TRZECI  

Gdy  Diana  obudziła  się  z  głębokiego  snu,  graniczącego  niemal  z 

nieprzytomnością,  słońce  rzucało  swe  ciepłe  promienie  do  wnętrza 
namiotu. Oczy jej, 

którym zabrakło już łez, były suche i paliły ją.  

Otaczała  ją  mieszanina  wschodniego  zbytku  i  europejskiego 

komfortu,  zdradzająca  dobry  gust,  daleki  od  sprzeczności  cechujących 

urządzenia  widzianych  przez  nią  bogatych  pałaców  indyjskich.  To  co 

ujrzała jednak, przywiodło jej na pamięć całą grozę położenia. Wzrok jej 

napotykał  niemal  wszędzie  ślady  "jego"  obecności.  Niedopałek  pa-

pierosa, który miał w ustach, gdy przyszedł do niej, leżał przy łóżku na 

niskim stoliczku mosiężnym.  

N  ieśmiało  weszła  młoda  dziewczyna  arabska  i  spojrzała  na  nią 

łagodnym spojrzeniem swych ciemnych oczu.  

Ja, Zulejka, służyć pani - rzekła nieś miało łamaną francuszczyzną, 

podając jej szlafrok, w którym Diana, ku swemu niemałemu zdziwieniu, 
po

znała swoją własność. Obejrzała się, kufry jej leżały obok, otwarte i 

częściowo wypakowane.  

 

Widocznie  poganiacze  wielbłądów  noszących  bagaż  zostali  wpierw 

schwytani. Ostro zapytała o coś, Arabka potrząsnęła bezradnie głową na 

znak, że nie rozumie. W oczach jej zabłysło przerażenie, a usta przybrały 

grymas, który uczynił ją podobną do przestraszonego dziecka. Podeszła 

ku  jednej  z  zasłon  i  usunęła  ją,  ukazując  oczom  Diany  z  komfortem 

urządzoną  łazienkę.  Dziewczyna  miała  wprawdzie  delikatne  i  zręczne 

ręce, ale że nie znała się na tajnikach europejskiej toalety damskiej, to 

widać  było  od  razu.  Te  odkrywane  tajemnice  powodowały  u  niej 

background image

wybuchy  wesołości,  objawiającej  się  dziecięcym  chichotem, 

przerywanym tylko na chwilę pod karcącym wzrokiem Diany.  

Gorąca  kąpiel  odświeżyła  jej  ociężałe  członki  i  nadała  świeżość 

wargom  i  policzkom.  Zanurzyła  głowę  w  wodzie,  po  czym  poczęła 

gorliwie  wycierać  swe  boki,  tak  jak  gdyby  mogła  usunąć  tym  sposo'" 

bem  brud,  który  ją  skalał.  Szata  jednak,  do  której  przycisnęła  ją  para 

silnych  męskich  rąk,  była  bez  plamki,  a  ręce  te  były,  aż  do  starannie 

wypielęgnowanych paznokci, niezwykle czyste.  

Gdy  powróciła  do  sypialni,  ujrzała  Zulejkę,  klęczącą  na  ziemi  i 

buszującą  pomiędzy  sukniami.  Wreszcie  wydobyła  jakąś  suknię 

podróżną i podając ją Dianie, wlepiła w nią swój niespokojny i pytający 

wzrok.  Diana  zaprzeczyła  ruchem  ręki  i  wskazała  jej  strój  do  kop.nej 

jazdy, który nosiła poprzedniego dnia. Czuła się pewniejsza w tym stroju 

i uważała go za najodpowiedniejszy do stawienia czoła temu, co czekało 

ją jeszcze. Będzie w nim znowu Dianą-chłopcem, a nie drżącą kobietą, 

leżącą we łzach i śmiertelnej trwodze. Wreszcie odprawiła dziewczynę, 

przy  czym  zauważyła,  że  nie  zniknęła  ona  za  zasłoną  spoza  której 

przyszła, lecz wślizgnęła się do łazienki.  

 

Czy  oznaczało  to,  że  za  tamtą  zasłoną  czekał  szejk?  To 

przypuszczenie odebrało jej nagle całą pewność siebie. U padła bezsilnie 

na łóżko, kryjąc twarz w dłoniach. Po chwili, zniecierpliwiona własnym 

wahaniem, podniosła się.  

 
-  Tchórz  - 

wyszeptała,  podeszła  ku  zasłonie  i  uniosła  ją  po  chwili 

namysłu. Namiot był pusty. Podeszła ku wyjściu po tłumiących jej kroki 
gru

bych  dywanach  i  nagle  uczuła,  że  serce  ucieka  jej  ku  krtani.  U 

otwartego wejścia do namiotu stał jakiś człowiek. Był do niej zwrócony 
plecami, po

znała jednak od razu, że ta mała postać w białym płóciennym 

ubraniu europejskim nie była podobna do barczystego Araba. Mimo iż 

szła  niemal  bez  szelestu,  człowiek  obrócił  się  ku  niej  z  szybkim 

ukłonem. Twarz jego była wąska, gładko wygolona, włosy czarne, oczy 
niespokojne 

i latające. Miał nieco krzywe nogi, wyglądał jak zawodowy 

dżokej o manierach wielkopańskiego lokaja. Diana zarumieniła się pod 

jego spojrzeniem, on opuścił jednak natychmiast oczy:  

background image

 

Madame życzy sobie zapewne, by podano śniadanie?  

 

Mówił  szybko,  jednak  głosem  cichym  i  miłym,  ruchy  jego  były 

równie szybkie, a przy tym spo

kojne  jak  słowa;  w  kilka  chwil  potem 

zastała na stole świetnie przyrządzone i czysto podane śniadanie.  

 

Pan  prosi  o  wybaczenie,  że  aż  do  wieczora  nie  będzie  mógł 

dotrzymać towarzystwa. Nie omieszka natomiast stawić się punktualnie 
na kolacji.  

Diana spojrzała nań ze zdziwieniem.  
- Pan?  
 
- Mój pan, szejk.  
 

Zarumieniła się, twarz jej przybrała twardy wyraz.  
 

Zjawił  się  służący,  niosąc  kawę  i  papierosy.  Podawał  jej  ogień, 

ochraniając  troskliwie  ręką  chwiejny  płomyk  z  cierpliwością, 

zdradzającą długoletnie obycie z kiepsko palącymi się zapałkami.  

 

Pan je obiad o godzinie ósmej. O której mam podać herbatę? - pytał, 

uprzątając  ze  stołu.  Diana  zacisnęła  wargi,  by  nie  wypowiedzieć 

drwiącej  uwagi  cisnącej  się  jej  na  usta.  Powiedziała  tylko  kilka 

zdawkowych słów i obróciła się do niego plecami. Gdy odwróciła się po 

chwili,  odetchnęła  z  ulgą.  Człowiek  ten  odszedł,  a  wraz  z  nim  znikło 
przy

gniatające uczucie niewoli, którego doznawała pod spojrzeniem jego 

czujnych oczu.  

 

Oddychała  teraz  swobodniej  i  usiłowała  z  gniewną  zaciętością 

pozbyć  się  pewnej  obawy,  której  wstydziła  się  bardzo.  W  rodzona 

ciekawość walczyła z innymi uczuciami. Teraz ulegała jej chętnie, aby 

tylko zająć czymś myśli. Poczęła chodzić dookoła dużej komnaty.  

 

U rządzenie było tu równie luksusowe jak w sypialni. U miała ocenić 

background image

od razu kosztowność dywanów i makat. Głównym sprzętem była duża, 
czar

nego  koloru  otomana,  na  której  piętrzyły  się  czarne  jedwabne 

po

duszki.  W  kącie  stała  szafa  biblioteczna,  w  drugim  tuż  u  wejścia 

ujrzała sekretarzyk do rozkładania. Uklękła ciekawie przed szafą biblio-

teczną. Co mogło stanowić lekturę takiego Araba? Były to książki treści 

podróżniczej i z dziedziny sportu, i rozmaite dzieła z zakresu medycyny 
we

terynaryjnej. Książki były widocznie często czytane. Niektóre  miały 

uwagi na marginesie, pisane ołówkiem w języku arabskim. Jedna półka 

była  wypełniona  dziełami  tylko  jednego  pisarza,  niejakiego hrabiego 
Raula de Saint-Hubert

,  same  opisy  podróży,  z  dedykacji  na  kartach 

tytułowych  dowiedziała  się,  że  zostały  one  Arabowi  ofiarowane  przez 
samego autora.  

Jedno z nich było nawet ofiarowane M emu przyjacielowi 

Aehmedowi ben Hassanowi.  

Zmarszczyła  czoło  ze  zdziwieniem  i  odłożyła  książki.  Te  oznaki 

wykształcenia i nieoczekiwanej kultury uderzyły ją niemile.  

Popatrzyła  na  zegarek.  Dzień  mijał  szybko,  niedługo  już  nadejdzie 

rabuś. Oddech jej stał się krótki i przyspieszony, poczuła łzy w oczach.  

Nie wolno mi płakać - wyszeptała zrozpaczona - gdyż oszaleję.  

Gwałtem  powstrzymała  łzy  i  zagłębiła  się  w  miękkie poduszki 

otomany.  Była  bardzo  zmęczona.  W  skroniach  pulsowała  krew  w 

przyspieszoąym tempie.  

Gdy  zapadł  wieczór,  nie  mogła  już  oprzeć  się  pragnieniu 

zaczerpnięcia  świeżego  powietrza. Podeszła  ku  otwartym  drzwiom 

namiotu.  Oparty  na  lancach  daszek  płócienny  chronił  wejście  namiotu 

od promieni słonecznych. Wyszła z tego cienistego miejsca i rozejrzała 

się  ze  zdziwieniem  dookoła.  Przed  namiotem  rozpościerał  się  duży 
otwarty plac

, okolony gęstym kręgiem palm, rojący się od ludzi i koni. 

W niejakim oddaleniu ujrzała wprawdzie kilka wielbłądów, konie jednak 

przeważały.  

Niektóre były uwiązane, niektóre zaś krążyły dokoła całkiem luzem, 

inne znów oprowadzali parob

cy.  Parskając  przebiegł  tuż  koło  namiotu 

ognisty  kasztan,  niosąc  dwu  ludzi  uwieszonych  na  swej  szyi.  Diana 

poznała  go  natyclimiast,  jedno  krótkie  spojrzenie,  które  rzuciła  na 

wąską,  zdradliwą  głowę  ubiegłego  wieczora,  gdy  przeleciał  obok  jej 

background image

ramie

nia,  wyryło  w  jej  pamięci  na zawsze obraz tego nieokiełznanego 

zwierzęcia.  

Tuż przed Dianą kasztan zarył kopyta w ziemię, stulił uszy i drżąc na 

całym ciele starał się ukąsić parobków, którzy nie mogli sobie widocznie 

z nim poradzić. Z namiotu wyszedł służący i z uprzejmym uśmiechem 

zwrócił się do Diany:  

Nazywa się Szejtąn i jest naprawdę opętany przez diabła. - W tej 

samej chwili kasztan wyrwał się trzymającym go ludziom, przedarł się 

przez zwarte koło Arabów i pognał na przeciwległy koniec oazy, za nim 

zaś pobiegł cały tłum.  

 

Czy on się tak tylko bawi, czy też rzeczywiście jest taki 

nieokiełznany - zapytała Diana. - Okrutnie dziki, Madame, zabił już 
trzech ludzi.  

Diana spojrzała nań z niedowierzaniem, ponieważ głos jego brzmiał 

obojętnie i bez cienia współCZUCIa.  

Powinno się go zastrzelić - rzekła oburzona.  

 

Wzruszył ramionami.   .  

To ulubiony koń pana - brzmiała spokojna odpowiedź.   .  

Więc  dlatego,  że  pan  lubił  je,  pielęgnowano  to  złośliwe  zwierzę  z 

całą starannością. Widocznie cenił on ulubionego konia więcej, aniżeli 

życie  swych  poddanych.  Zgadzało  się  to  zresztą  z  bezwzględnością, 

którą sama tak dobitnie odczuła.  

-  Jest to okaz specjalnej hodowli, Madame 

mówił  służący  -  szczep 

ten  słynie  z  hodowli  koni  już  od  kilku  generacji.  Konie  mojego  pana 

znane są we wszystkich państwach berberyjskich, a nawet we Francji - 

dodał z lekkim odcieniem dumy.  

Diana popatrzyła nań uważnie. Ilekroć mówił Arabie, brzmiała w 

jego głosie nuta przywiązania i czci dla brutalnego władcy, czci której 

pojąć nie mogła.  

Oto  już  jedzie pan -  rzekł  nagle  tonem  zdradzającym  wprost 

zachwyt z ukazania się szejka.  

Jak  spłoszona  gazela  usunęła  się  Diana  w  cień  namiotu,  walcząc 

rozpaczliwie z coraz bardziej ogarniającym ją uczuciem trwogi, której w 

żaden sposób pozbyć się nie mogła.  

background image

namiotu  obserwowała  grupę  jeźdźców.  Szejk  zeskoczył  z  konia, 

poklepał po szyi rosłego, karego rumaka i zamienił kilka słów z młodym 

Arabem, który towarzyszył mu w przejażdżce. W reszcie odwrócił się i z 

wolna skierował swe kroki ku namiotowi. Zatrzymał się przy wejściu i 

rozmawiał  ze  służącym.  Stał  tak  w  świetle  zachodzącego  słońca, 

malownicza  postać  Berbera  w  powiewnej  białej  szacie, o rasowej 

męskiej  twarzy.  Cała  postać  i  wzniesiona  głowa  wyrażały  dumę  i 

poczucie  siły.  Potem  z  lekkim  uśmiechem  wszedł  do namiotu. Diana 

poczuła,  że  znowu  przechodzi  ją  mrowie.  Popatrzyła  nań  jednak  bez 

lęku, dumnie wyprostowana. Szejk podszedł ku niej.  

Spodziewam  się,  że  Gaston  opiekował  się  tu  panią  i  że  spełniał 

każde  jej  życzenie  -  rzekł  niedbale,  biorąc  papierosa  ze  stolika.  Chłód 

jego  obejścia  i  oschły  ton  podziałały  na  nią  jak  zimny  tusz.  Zacisnęła 

pięści.  

Czy nie czas skończyć już z tym? Czy jeszcze mało złego wyrządził 

pan? - 

wybuchła gwałtownie. - Dlaczego popełnił pan ten podły czyn?  

Wąska smuga dymu owionęła ją, tak jakby ręka trzymająca papieros 

poruszyła  się  gwałtownie.  Jego  milczenie  rozdrażniło  ją  jeszcze 

bardziej, straciła panowanie nad sobą.  

Czy  sądzi  pan,  że  uda  się  panu  zatrzymać  mnie  tutaj  siłą?  Myśli 

pan, że mogę tak przepaść na pustyni i nikt tego nie zauważy, i że nie 

będą mnie szukać.  

- Nie ma mowy o poszukiwaniach - 

brzmiała spokojna odpowiedź. - 

Władze francuskie nie ma- . ją tutaj żadnego prawa. Nie jestem ich 
poddanym.  

Drżące  palce  jej  odnalazły  wreszcie  chusteczkę,  której  szukała 

go

rączkowo. Otarła zwilgotniałe dłome.  

~ Gdy zaginę bez wieści - ciągnęła dalej zrozpaczona, usiłując ukryć 

swoje zmieszanie. Czuła jednak, że pewność siebie opuszcza ją.  

W tedy dopiero zaginie pani bez wieści, gdy będzie już za późno. 

Najęła  pani  karawanę,  która  miała  pod  przewodnictwem  M  ustafy 

poprowadzić  panią  przez  pustynię  do  Oranu  -  rzekł  szejk  obojętnie.  - 

Stamtąd chciała pani udać się przez Marsylię do Ameryki, aby spotkać 

się tam znowu  

ze swoim bratem.   .  

background image

Słuchała  go  z  zapartym  oddechem  i  wzrastającą  trwogą.  Powolny 

głos,  wyliczający  z  taką  pewnością  etapy  jej  zamierzonej  podróży, 

napełniał  ją  strachem  niepojętym.  Wyszeptała  głosem  suchym  i 

drżącym:  

Skąd pan wie o tym?  

Chciałem wiedzieć, to wystarcza.  

Mustafa Ali, albo też który z poganiaczy wielbłądów zaalarmował 

już z pewnością włądze w Biskrze.  

Mustafa Ali nie piśnie w Biskrze ani słowa.  

- Dlaczego?  
 

Nie  było  przecież  powodu  do  zamordowania  pani  -  ciągnął  szejk 

dalej  w  tonie  lekko  drwiącym.  -  Gdy  pozna  mnie  pani  bliżej, dojdzie 

pani  do  przekonania,  że  niechętnie  zdaję  się  na  ślepy  przypadek. 

Wszystko  jest  w  ręku  Allacha!  Błogosławione  imię  jego.  Ale  trzeba 

pamiętać o tym, że Allach nie zawsze znajdzie czas na to, by zajmować 

się sprawami ludzkimi i dlatego też musimy sami działać. Pani zapłaciła 
Mustafie jako przewodniko

wi, ja zaś zapłaciłem mu więcej od pani, aby 

przy

prowadził  panią  do  mnie.  Zapłaciłem  mu  tyle,  że  może  całkiem 

śmiało  ominąć  Biskrę  i  osiąść  spokojnie  w  innej  miejscowości  jako 
zaufania godny przewodnik karawany.  

 

Zapanowało  znowu  milczenie.  Diana  uczuła  nieznośny  ucisk  w 

krtani. Nie było to więc przypadkowe spotkanie, lecz zaraz na początku 

podróży z góry przygotowane uprowadzenie. Oddany i uległy, obrotny 

w języku Mustafa Ali nie prowadził jej w kierunku Biskry, lecz do tego 

człowieka, który kupił go dla swych niewiadomych celów.  

 

Dlaczego uczynił pan to? - wyszeptała słabym głosem i w tej samej 

chwili zamarło w niej serce. On postąpił krok, czuła niemal jego oddech 

na  swej  szyi  i  oczekiwała  w  trwodze  śmiertelnej.  Przyciągnął  ją  do 

siebie, przycisnął do piersi i głowę jej skłonił w swe ramiona.  

 

Ponieważ  taka  była  mqja  wola.  Ponieważ  widziałem  panią  przed 

czterema tygodniami w Bi

skrze.  Widziałem  panią  tylko  przez  kilka 

background image

chwil, dość długo jednak, by dojść do przekonania, że pożądam pani. A 

czegokolwiek pożądam, to po prostu sobie biorę. Pani sama wydała się 

w moje ręce. Reszta była już zabawką.  

 

Oczy jej były zamknięte; opuszczone rzęsy drgały tak, że nie mogła 

widzieć jego twarzy. Czuła jednak, że twarz ta zbliżała się coraz bardziej 

i  zuchwałe  wargi  paliły  jej  usta  płomiennymi  pocałunkami.  Walczyła 

dziko, lecz on śmiał się, całując namiętnie jej wargi, włosy i oczy. Potem 

osłabła i poddała się biernie jego pocałunkom. Poznała nagle jasno ten 

ogrom  namiętności,  który  w  nim  wzbudziła.  Silne  ramiona  zwolniły 

uścisk.  

 
-  Niech pani popatrzy na mnie - 

rzekł  cichym  i  miękkim  głosem. 

Drgnęła i uniosła z lekka powieki.  

 
-  Niech pani popatrzy na mnie! - 

Jakkolwiek  głos  brzmiał  dalej 

miękko, to jednak przebijał zeń ton rozkazujący.  

 

Dwadzieścia cztery godziny przedtem nie wiedziała Diana Mayo, co 

oznacza słowo "trwoga", w ciągu ostatniej jednak doby nowe, dawniej 
nie

znane jej uczucie strachu, naucżyło ją posłuszeństwa. Była posłuszna, 

z trudem 

podniosła  oczy  i  spojrzała  nań,  po  czym  twarz  jej  zalała  się 

purpurą wstydu. Oczy jego ciemne i namiętne żarzyły się jak węgle.  

Roześmiał się nagle.  

Na Allacha! Czy wie pani, jaka jest piękna?  

Poczęła walczyć znowu, by wymknąć się z jego ramion.  

Czy nie puści pan mnie?  

Z ust jego wydobył się okrzyk zniecierpliwienia.  
 

U wolnił ją z uścisku, podszedł ku otomanie i rzucił się na leżące tam 

poduszki.  Zapalił  drugiego  papierosa  i  zagłębił  się  w  przeglądaniu 

jakiegoś  miesięcznka  leżącego  na  stoliku.  Zagryzła  wargi  i  zdusiła  w 

sobie histeryczny szloch, który wydzierał się z jej krtani. Zbliżyła się do 
niego.  

Chcę wiedzieć, kiedy mnie pan stąd uwolni? 

background image

 

Powoli bbrócił kartkę miesięcznika, niedbałym ruchem strzepnął 

popiół z papierosa, dopiero potem spojrzał na nią. Wreszcie rzekł zimno:  

Gdy mi się pani sprzykrzy.  

.  Z  lekkim  jękiem  odwróciła  się  i  jak  oślepiona,  potykając  się, 

zwróciła swe kroki do wnętrza namiotu. Zanim jednak uniosła zasłonę, 

znieruchomiała,  wstrzymana  jego  głosem.  Odrzucił  trzymany  w  ręku 

zeszyt  i  leżał  rozciągnięty  na  otomanie  z  rękoma  skrzyżownymi  pod 

głową.  

 

Zachwycający  z  pani  chłopiec.  Ale  ja  nie  chłoBea  widziałem  w 

Biskrze. Pani rozumie mnie?  

Zniknęła. za zasłoną i stanęła na chwilę nieruchoma, z twarzą ukrytą 

w d

łoniach.  Zrozumiała  go  dobrze.  Należało  zdjąć  męskie  ubranie,  w 

którym czuła się silniejsza i mężniejsza; być posłuszną temu dzikusowi i 

włożyć dla niego szaty kobiece, uwydatniające tak korzystnie delikatne 

linie jej ciała.  

Ciężkim  krokiem  podeszła  ku  toalecie  i  patrzyła  jak  osłupiała  na 

odbitą w zwierciadle bladą twarz i przemęczone oczy.  

N  agle  uchwyciła  kurczowo  marmurowy  brzeg  stołu.  Ujrzała  w 

lustrze,  że  szejk  stał  za  nią.  Wszedł  swym  dobrze  już  jej  znanym 
bezszelestnym kro

kiem i uchwycił ją ręką pod brodę, patrząc jej prosto 

w oczy.  

Niechże pani nie robi tak przerażonej miny! Chcę tylko trochę wody 

i mydła. Nawet Arabowi wolno umyć ręce.  

Odczuła znów boleśnie jego drwiący ton, nie odpowiedziała jednak 

nic. Wzruszył ramionami i z lekkim uśmiechem wziął brzytwę do ręki i 

udał się do łazienki.  

 

Z  wypiekami  na  twarzy  pospieszyła  Diana  do  przedniej  części 

namiotu.  Gdyby  nawet  od  dziesięciu  lat  była  jego  nałożnicą,  nie 

mogłoby  jego  postępowanie  wobec  niej  być  bardziej  chłodne  i  lekce-

ważące .  

 

Gdy  Gaston  podał  obiad,  po  kilku  minutach  zjawił  się  szejk  jakby 

z.upełnie  odmieniony.  Grał  rolę  'uprzejmego  gospodarza,  grzecznie,  a 

background image

zarazem  w  sposób  nie  pozbawiony  godności  usprawiedliwił  swoje 

opóźnienie, po czym usiadł naprzeciw niej. Zachowywał się również w 
ten sposób podczas je

dzenia, a Diana czuła się zmuszona wobec służące-

go, do podtrzymywania banalnej rozmowy.  

 

Zauważyła, że służący nalewał tylko dla niej lekkie wino, szklanka 

stojąca  przed  szejkiem  była  stale  pusta.  Podchwycił  jej  spojrzenie  i 

roześmiał się:  

 

Musi  mi  pani  wybaczyć,  nie  piję  wina.  To  jedyna  cnota,  której 

hołduję  -  dorzucił  po  chwili,  z  takim  błyskiem  w  oczach,  że  krew 
ponownie ude

rzyła jej do twarzy.  

 

Zapomniała,  że  jest  on  Arabem.  Obiad  przeciągał  się  w 

nieskończoność,  a  jednak  w  głębi  duszy  życzyła  sobie,  aby  trwał 

wiecznie. Jak długo służący był obecny, czuła się pewna siebie. Myśl, że 
odej

dzie za chwilę, napełniała ją przerażeniem.  

 

Gdy podano kawę, wpadł do namiotu wielki perski pies myśliwski.  
 
Z radosnym szczekan

iem  rzucił  się  do  kolan  szejka,  a  później, 

warcząc, zwrócił głowę ku Dianie. U milkł jednak po chwili i ukrył swą 

potężną głowę na jej łonie. Szejk zaśmiał się:  

To wielki zaszczyt. Koper nie zawiera tak łatwo przyjaźni.  

Nie odpowiedziała, lecz głaskała w milczeniu szorstką sierść 

zwierzęcia.  

Siedziała  z  ciężkim  sercem  wpatrzona  w  filiżankę  kawy.  Szejk 

milczał również. Wreszcie powstała z głębokim westchnieniem.  

Gaston  uprzątał  ze  stołu  i  rozmawiał  ze  swym  panem.  Diana 

podchwyciła  wyrazy  "mały  szejk"  poza  tym  nie  zrozumiała  nic,  gdyż 

rozmawiali  po  arabsku.  Szejk  zmarszczył  czoło,  czyniąc  gest  znie-

cierpliwienia, po czym skinął ręką. Służący zniknął z namiotu. W kilka 

minut  potem  usłyszała  jakiś  obcy,  nie  słyszany  dotychczas  głos, 

podniosła  więc  opuszczone  oczy.  Młody  Arab,  który  jechał  przy  boku 

szejka, zjawił się w namiocie.  

background image

- Mój adiutant - 

rzekł szejk - J ussuf, prawdziwy syn pustyni z duszą 

bon-vivanta. 

Ciałem jest tutaj, sercem jednak na korsie Algieru.  

Wysmukły młodzieniec roześmiał się i skłonił Dianie głęboko. Spoza 

opuszczonych  rzęs  obserwowała  go  bacznie.  Mówił  z  patosem  i  żywo 
gestyku

lował.  Szejk  milczał,  wtrącając  tylko  od  czasu  do  czasu  jakieś 

słowo  do  rozmowy.  Oblicze  jego  pochmurniało  z  wolna.  W  końcu 

powstał  niecierpliwym ruchem i obydwaj  mężczyźni  opuścili  namiot. 

Pies pobiegł ich śladem.  

Diana usiadła na grubym dywanie  w pobliżu biblioteki. N a chwilę 

była  sama,  wolna  od  szpiegujących  ją  na  każdym  kroku  oczu  i 

znienawidzonego towarzysza. Z lekkim jękiem, w którym wyrażało się 
be

zgraniczne  zmęczenie,  opuściła  głowę  na  kolana.  Była  wyczerpana 

fizycznie  i  duchowo  przeżytymi  wstrząsami.  Zdawało  się  jej,  że 

wczorajsza  Diana  umarła,  a  narodziła  się  istota  nowa,  jakaś  obca  i  jej 
samej nieznana.  

Z ciężkim westchnieniem odgarnęła włosy z cl:oła i obejrzała się po 

pustym namiocie. Wydał się jej zupełnie zmieniony, jakiś dobrze znany. 
Dozna

wała  uczuć  jak  każdy  człowiek  oswajający  się  z  nowym 

otoczeniem już po kilku godzinach pobytu.  

U słyszała jego głos u wejścia. W zimnych jak lód palcach ścisnęła 

kurczowo  leżącą  na  ziemi  książkę.  Gruby  dywan  tłumił  naj  lżejszy 

szelest, a jednak odczuła instynktownie, że rzucił się znowu na poduszki. 

Wiedziała także, że patrzy na nią.  

Diano, pójdź tu!  

Poderwała  się  odruchowo,  nie  orientując  się  w pierwszej  chwili,  że 

zawołał  ją  po  imieniu,  po  czym  z  twarzą  zarumienioną  gniewem, 
znierucho

miała  w  milczeniu.  Było  to  już  właściwie  drobnostką,  że  po 

wszystkim co zaszło, zawołał ją po imieniu, a jednak przy słowach tych 

wybuchnął płomień jej gniewu z taką siłą, że zapomniała niemal o trwo-
dze przed nim.  

- Nie jestem przyzwyczajona do tego, by mi rozkazywano - 

odparła.  

Musisz nauczyć się tego.  

Ponury dźwięk jego 'słów złamał jej całą odwagę. Skuliła się i ten 

sam okropny strach, który opano

wał ją ubiegłej nocy, powoli 

paraliżował jej ruchy i zdolność myślenia. Nagle porwała się na nogi i ze 

background image

zduszonym krzykiem, poczęła cofać się przed nim, aż zatrzymała ją 

zasłona namiotu, której uchwyciła się kurczowo. Dopadł ją tam. 

Delikatnie odciągnął jej zaciśnięte palce od zasłony i przygarnął ją z lek-

kim uśmiechem do swojej piersi.  

Ty głuptasku - rzekł, śmiejąc się.  

 
 
 

ROZDZIAŁ CZWARTY  

Miesiąc!  Trzydzieści  jeden  dni,  od  kiedy  wyjechałam  z  Biskry! 

Miesiąc już! - Diana upadła twarzą na poduszki. Z wolna, krok po kroku 
wspo

minała  przeżyte  dni  i  noce.  Dni  i  noce  rozpaczliwego oburzenia, 

wywołanego  ciągłą  walką  z  jego  wolą,  posłuszeństwem,  do  którego 

została gwałtem zmuszona, słowem tym wszystkim, czym był wypełnio-

ny  ten  okropny  miesiąc.  Szejk  był  bez  miłosierdzia  w  swym 

postępowaniu.  Jako  Arab  nie  uznawał  on  zupełnie  uczuć  kobiecych; 

zdobył ją, ponieważ tak mu się podobało i trzymał ją u siebie, bo taka 

była jego wola i było to dlań rozrywką w chwilach nudy. Życie i śmierć 

jej miał w swoim ręku. Widziała raz jak oćwiczył jednego ze służby. Nie 

wiedziała,  czym  zawinił  ów  człowiek,  kara  jednak  nie  mogła  stać  w 

żadnym stosunku do przestępstwa. Sparaliżowana strachem patrzyła na 

to  aż  do  chwili,  gdy  szejk  odrzucił  morderczy  bat,  i  nie  spojrzawszy 
nawet na ok

rwawioną,  drgającą  na  ziemi  bryłę  mięsa,  powrócił  do 

namiotu.  

Jedyną cnotą jego, w jej oczach, był zupełny brak próżności, o której 

wiedziała, że jest jej największą wadą.  

Nagle  krzyknęła  głośno,  gdyż  jakaś  ręka  dotknęła  jej  pleców. 

Zazwyczaj  lepiej  trzymała  na  wodzy  swe  nerwy,  lecz  grube  dywany 

tłumiły każdy krok i nie spodziewała się, że szejk powróci tak szybko. 

Zła sama na siebie zagryzła wargi do krwi i odgarnęła szybkim ruchem 

włosy z czoła. On rzucił się obok niej na poduszki, zapalił nieodstępnego 
pa

pierosa. Gdy nie siedział na koniu, palił niemal bez przerwy. Później 

ziewnął i zwrócił się do niej:  

Zulejka nie pilnuje porządku, nakaż jej, by chowała twoje buciki i 

nie pozostawiała twych sukien na ziemi. Dzisiaj był skorpion w łazience 

background image

dodał tonem obojętnym, wyciągając wygodnie swe długie nogi.  

Krew uderzyła jej do twarzy, jak zwykle, gdy przypadkiem dotykał 

intymnej strony ich wspólne

go życia, które pojmował bez troski, ona zaś 

ze  wstydem  i  beznadziejną  rozpaczą.  Odetchnęła  z  ulgą,  gdy  Gaston 

wszedł do namiotu, niosąc na małej tacy dwie filiżanki dymiącej kawy i 

powiedział swemu panu kilka słów po arabsku, po czym szejk opróżnił 

swą filiżankę i wybiegł z namiotu.  

Gaston  kręcił  się  po  pokoju  bezszelestnie,  zbierając  niedopałki 

papierosów, porzucone zapałki i porządkując, ona zaś rozglądała się po 

namiocie,  z  miną  znudzonego  dziecka.  Nie  było  sposobu  uciec  od  tej 

nędzy, która była większą od jej zapasu energll.  

Była  tylko  jedna  droga  ucieczki,  o  której  myślała  często,  szukając 

tylko  narzędzia.  Szejk  przewidział  to  jednak  i  przedsięwziął  konieczne 

środki ostrożności. Pewnego dnia zdawało się jej, że  chwila spełnienia 

życzenia  jest  już  bliska  -  należało  przecież  tylko  wyciągnąć  rękę  i 

sięgnąć po rewolwer leżący na stoliku. Zaledwie jednak ujęła broń, pod-

szedł  szejk  swym  niedosłyszalnym  krokiem,  spokojnie  odebrał 

rewolwer, spojrzał jej prosto w oczy i otworzył magazynek.  

Jest pusty. Sądziła pani, że jestem głupcem?  

rzekł głosem bezdźwięcznym.  

Od owej chwili by

ła jednak ciągle pod niedostrzegalną strażą, tak że 

nie mogła nawet myśleć o. wprowadzeniu w czyn okropnej decYZ)I.  

Powoli  podeszła  ku  wyjściu,  zatrzymała  się  pod  daszkiem 

chroniącym od słońca i ujrzała stojącą w pobliżu grupę ludzi. Był tam 
szejk, Gaston i J us

suf,  którzy  przyglądali  się  dziko  wierzgającemu 

młodemu  koniowi,  trzymanemu  z  trudem  przez  czterech  rozpaczliwie 

uwieszonych  u  jego  szyi  ludzi.  Otaczał  tę  grupę  krąg  Arabów  w  ten 

sposób,  że  między  nimi  a  namiotem  była  wolna  znaczna  przestrzeń. 
N

agle  szejk  skinął  ręką.  Z  tłumu  wystąpił  z  głośnym  okrzykiem  jakiś 

człowiek,  który  począł  zbliżać  się  z  wolna  do  walczących  z  koniem 

ludzi.  Diana  patrzyła  z  rosnącym  zainteresowaniem  na  rozwijającą  się 

przed nią scenę ujeżdżania dzikiego ZWIerzęCIa.  

Koń był już osiodłany, kilku ludzi przyskoczyło jeszcze i wspólnymi 

siłami przytrzymano go na miejscu, jednak tylko na krótką chwilę. Czas 

ten  wystarczył  jednak.  Błyskawicznym  ruchem  wskoczył  człowiek  na 

background image

konia. Zaskoczone nieznanym so

bie dotychczas ciężarem zwierzę stało 

przez chwi

lę  nieruchomo,  potem  stanęło  dęba  tak  jak  gdyby  chciało 

upaść  na  grzbiet  i  przygnieść  jeźdźca  swym  ciężarem.  Lecz  nagle  koń 

padł  znowu  na  przednie  nogi,  przegiął  grzbiet  i  błyskawicznie 

podskoczył w górę, a Arab wyleciał łukiem z siodła, uderzając głucho o 

ziemię, po czym legł nieruchomo, z głową zarytą w piasku. Otaczający 

przyskoczyli do konia i przytrzymali go, zanim zorientował się, że jest 
wolny.  

Wzrok  Diany  spoczął  na  twarzy  szejka.  Wyraz  tej  był  zupełnie 

obojętny,  ani  jednym  spojrzeniem  nie  obdarzył  on  leżącego  na  ziemi 

człowieka. Przeciwnie, uśmiechał się, po czym położył rękę na ramieniu 

J ussufa i ruchem głowy wskazał mu konia. Diana uczuła, że braknie jej 

oddechu.  Ten  człowiek  nie  oszczędzał  nikogo  widocznie.  J  ussuf 
wsko

czył lekkim ruchem na siodło, a przerażone zwierzę pognało teraz 

prosto  przed  siebie.  Konni  Arabowie  zabiegli  mu  drogę  i  zmusili  do 

odwrotu  w  obręb  koła.  Koń  zastosował  znów  poprzednią  taktykę,  a 

biedny  chłopak  upadł  ciężko  na  miękki  piasek.  Z  otwartym  pyskiem, 

rżąc  przeraźliwie,  rzucił  się  koń  ku  leżącemu,  Jussuf  zaś  zasłonił  się 

obronnym ruchem ręki. W sam czas przybiegli Arabowie i przytrzymali 

rozhukanego  rumaka.  Młodzieniec  podniósł  się  niepewnie  i  z  wolna 

pokulał ku namiotom. Diana nie mogła widzieć go więcej, gdyż zakrył 

go tłum.  

.  W  tej  chwili  szejk  dosiadł  konia.  Diana  patrzyła  na  to  z  bijącym 

sercem i płonącymi oczyma, w których przebijała się twarda zaciętość. 

Nienawidziła  go  bowiem  i  pragnęła  jego  śmierci.  Mimo  to  musiała 

podziwiać cudowną sztukę jazdy, którą zaprodukował przed jej oczyma. 

S  iedział  jak  przyrośnięty  i  każdy  wysiłek  konia,  aby  wyrzucić  go  z 

siodła był daremny. Zwierzę to rzucało się dziko na wszystkie strony, to 

szalało  w  przód  lub  w  tył,  to  zatrzymywało  się  nagle  w  miejscu, 

okręcało  dokoła  siebie;  wreszcie  stanęło  dęba,  wyrzucając  wysoko  w 

górę przednie kopyta.  

- Niech pani patrzy teraz! - 

krzyknął nagle Gaston.  

I Diana ujrzała, jak szejk nagłym i zdecydowanym ruchem spiął 

konia w tył, zanim jednak zwierzę runęło na wznak, wyślizgnął się 

człowiek z siodła, by zanim na pół ogłuszony upadkiem rumak stanął 

background image

dobrze na nogach, być z powrotem na siodle. Potem nastąpiła scena, 

której Diana nie miała nigdy zapomnieć.  

Była to rozpaczliwa końcowa walka, która musiała skończyć się 

klęską jednego z walczących: człowieka lub konia, była to kara, którą 

nieokiełznany koń na zawsze miał zachować w pamięci. Dzika i twarda 

wola człowieka stawiała czoła dzikiemu i nieopanowanemu instynktowi 

zwierzęcia. Drżącą ręką uchwyciła Diana ramię Gastona:  

- To straszne - 

wyszeptały jej pobladłe wargi.  

- To konieczne - 

odparł spokojnie.  

- Nie, na to nie ma usprawiedliwienia - 

wykrzyknęła gwałtownie.  

Pani wybaczy, Madame, konia musi się ujeździć. Dziś rano zabił 

i stratował człowieka.  

Diana ukryła twarz w dłoniach, kilka chwil potem usłyszała głos 

Gastona:  

Niech pani popatrzy. Już minęło.  

Z obawą podniosła oczy. Szejk stał na ziemi, obok niego zaś koń, 

chwiejąc  się  i  ciężko  robiąc  bokami,  z  głową  w  dół  opuszczoną.  Ze 

wszystkich stron cisnęli się ku szejkowi ludzie, nawet Gaston podszedł 

ku swemu panu. Diana odwróciła się z uczuciem wstrętu. Wystarczała 

jej brutalność tego człowieka, do zniesienia widoku owacji ze strony 

jego dzikich współtowarzyszy zabrakło jej już sił.  

 

Wolnym  krokiem  powróciła do namiotu i przystanęła  w  nim 

niezdecydowanie.  W  chwilę  później  wszedł  szejk,  uśmiechnięty  z 

papierosem w dłoni, ocierając drugą ręką krople potu, który wystąpił mu 

na czoło. Drgnęła i spojrzała nań płonącymi oczyma.  

 

Jest pan brutalem, bestią, diabłem, nienawidzę pana - wyrzuciła z 

siebie głosem nabrzmiałym oburzeniem.  

N a chwilę zachmurzyła się jego twarz, potem roześmiał się.  
 

Możesz mnie nienawidzić, mała Diano, nie mam nic przeciw temu, 

niechaj jednak nienawiść ta będzie bezgraniczna. Pamiętaj, że nie znoszę 

uczuć połowicznych.  

 

background image

Potem  minął  ją  i  zniknął  w  dalszym  przedziale  namiotu.  U  padła 

twarzą  na  poduszki,  nigdy  bowiem  nie  czuła  się  tak  wyczerpana  i 

bezsilna. Wtem wszedł Gaston.  

Co dzieje się z człowiekiem, który pierwszy spadł z konia? Czy 

zabity?  

Ależ nie, doznał tylko nieznacznego wstrząsu, wyliże się niedługo. 

Arabowie mają twarde czaszki.  

- A Jussuf?  

Gaston roześmiał się.  

"Mały szejk" złamał sobie obojczyk, ale to nic, kilka dni troskliwej 

pie

lęgnacji w jego haremie, a wszystko będzie dobrze. - W jego 

haremie? - 

zapytała Diana zaskoczona. 

Czy jest on żonaty?  

Ależ naturalnie, Madame, ma dwie żony. Niech się pani tylko nie 

oburza, to jest tutaj w zwyczaju.  

Zwyczaje  miejscowe  wydały  się  Dianie  niebezpiecznym tematem 

rozmowy, wobec czego zapytała szybko:  

Gdzie nauczył się pan jeździć konno?  

Jeszcze jako młody chłopak, w ujeżdżalni jednej ze stajen 

wyścigowych w Auteuil. Następnie zaś służyłem pięć lat w kawalerii, 
potem przyszed

łem do swego pana.  

Jak dawno jest pan już u niego? 

 - 

Piętnaście lat.  

Piętnaście lat? - zapytała zdumiona. - Piętnaście lat tutaj na pustyni?  

- Tutaj i gdzie indziej - 

rzekł krótko, opuszczając namiot.  

Diana  zagłębiła  już  twarz  w  poduszki.  Gaston  nie  powinien  był 

oba

wiać  się,  że  wydrze  mu  tajemnicę  jego  pana.  Tak  nisko  nie  upadła 

jeszcze.  

Gdy  szejk  powrócił,  była  ciągle  jeszcze  pogrążona w tych samych 

myślach. Ubrany był bez zarzutu i wymuskany, zupełnie niepodobny do 
rozczochra

nego  dzikusa  sprzed  pół  godziny.  Spojrzała  nań  przelotnie, 

ulegając  swoim  nerwom.  N  a  twarzy  jego  nie  było  już  śladu  gniewu. 

Podobnie  jak  widziała  to  setki  razy  u  Aubreya,  głaskał  w  zamyśleniu 

swoją  brodę.  Widocznie  barbarzyńcy  i  Europejczycy,  mają  te  same 
wrodzone ruchy. Nadaremnie cze

kała,  aż  przemówi  do  niej.  Nagle 

background image

pociągnął ją bliżej ku sobie i szybkim ruchem ubrał jej szyję we wspa-

niały naszyjnik ze szmaragdów. Przez mgnienie oka podziwiała rzadkiej 

piękności  sznur  klejnotów,  potem  zerwała  go  i  rzuciła  na  ziemię  z 
okrzykiem oburzenia.  

Jak pan śmie?  

- Nie chce pani? - 

zadał pytanie swym zwykłym obojętnym tonem, 

unosząc wysoko brwi w rzeczywistym lub udanym zdziwieniu. - 
Harmonizu

je on tak doskonale z suknią pani. - Potem spojrzał na otwartą 

kasetkę stojącą obok niego na niskim taborecie, wypełnioną iskrzącymi 

się klejnotami.  

Dla  pani  perły  są  za  zimne,  a  diamenty  za  banalne  -  rzekł 

przeciągle.  -  Powinna  pani  nosić  tylko  szmaragdy,  barwy  nieba 

wieczornego jako przeciwieństwo do koloru swych włosów, podobnych 

słońcu.  

Nigdy jes

zcze  nie  przemawiał  do  niej  w  podobny  sposób  i  w  tym 

tonie, szybkim spojrzeniem obrzu

ciła  jego  twarz.  Nie  ujrzała  w  niej 

jednak  żadnego  z  uczuć,  których  oczekiwała,  gdyż  ani  miłość,  ani  też 

żądza,  tylko  niezwykła  jakaś  bezgraniczna  tkliwość  przebijała  z  jego 
oczu.  

Może woli pani perły lub diamenty - wskazał ręką pogardliwie 

kasetkę.  

Nienawidzę  pana  i  nie  chcę  nosić  żadnych  klejnotów,  które 

pochodzą od pana.  Nie  wolno  myśleć  panu,  że  należę  do kobiet,  które 

biorą takie rzeczy.  

- Nie kocha pani klejnotów? - 

Inne kobiety nie odrzucały ich nigdy. 

Wprost przeciwnie. Było im ich zawsze za mało - rzekł śmiejąc się.  

Spojrzała nań przerażonym wzrokiem i ze wzrastającą trwogą.  
- Inne kobiety?  

Nie łudzi się pani chyba, że jest pani pierwsza - odparł z brutalną 

szczerością. - Niech pani nie patrzy tak na mnie. Tamte były całkiem 

inne aniżeli pani. Przychodziły one tutaj nie tylko z własnej woli, ale 

raczej z radością i znudziły mi się prędzej aniżeli ja im.  

Załkała i zasłoniwszy ramieniem oczy, które były suche z braku łez, 

odsunęła się od niego. Myśli jej były tak czyste, że nie pomyślała o tym 
dotych

czas. Czyli była tylko jedną z wielu, małym ogniwem w łańcuchu 

background image

zdobywanych i odrzucanych, sto

sownie do zachcianek tego człowieka.  

- Jak mnie pan krzywdzi - 

szepnęła. Uwolniła się zupełnie z uścisku 

jego ramion porwała na nogi.  

Czy  nie  ma  pan  litości  dla  ludzi,  którzy  są  słabsi  od  pana?  Czy 

wszyscy Arabowie są tak okrutni jak pan? Czy nigdy w życiu nie kochał 

pan i nie doznał uczucia miłości?  

Zaklął dziko. Potrząsnął przecząco głową:  

Miłość? Nie znam tego słowa. Ach, owszem - dorzucił drwiąco - 

kocham swoje konie.  

- Gdy ich pan nie zabija.  

Słusznie, gdy ich nie zabijam.  

Szyderstwo zawarte w jego słowach podrażniło ją i wzbudziło w niej 

chęć odwetu.  

Jeżeli  nie  kocha  pan  tych  kobiet,  które  stanowią  tutaj  chwilową 

rozrywkę, spodziewam się, że przynajmniej dla tych, które są u pana w 
hare

mie,  żywi  pan  jakieś  uczucie.  Przypuszczam  bowiem,  że  ma  pan 

harem?  

Natarła  nań  w  ten  sposób,  krzywiąc  usta  szyderczym  uśmiechem. 

Czuła  jednak,  że  słowa,  które  wymawia,  są  dla  niej  samej  bardzo 

bolesne i że głos jej załamuje się. On wyciągnął nagle ręce i wziął ją w 
swoje ramiona.  

A jeśli w rzeczywistości mam harem, to czy to zadowala panią? A 

jeśli  podczas  nocy,  w  których  brak  mnie  tutaj,  przebywam  w  swoim 
haremie, to co wtedy?  

Wtedy niech Allach użyczy odwagi jednej z kobiet, aby zabiła pana, 

aby pan tu już nigdy nie wracał! - rzekła dumnie.  

Na Allacha! Tak piękna a· tak krwiożercza! Przemocą zwrócił ku 

sobie jej twarz i roześmiał się prosto w płonące gniewem oczy.  

Nie mam ani haremu, ani kobiet. Chwała Allachowi! N o, jest pani 

teraz zadowolona?  

Cóż  może  mnie  to  obchodzić  -  odparła  opryskliwie,  nie  mogąc 

jednak powstrzyma

ć fali krwi, która zarumieniła jej policzki.  

Przycisnął ją do siebie i zagłębił swój wzrok w jej źrenicach. Chciała 

odwrócić się i ujść jego oczom i magnetycznej sile z nich płynącej, lecz 

nadaremnie. Nie mogła uczynić tego.  

background image

Czy mam sprawić, by mnie pani pokochała? Ja umiem, jeśli zechcę, 

wzbudzać miłość kobiet ku sobie.  

Pobladła bardzo, po oczach jej poznać było, że drży na całym ciele.  

Wolę, aby mnie pan zabił - krzyknęła rozpaczliwie.  

Wypuścił ją ze swych ramion, powstał z wyrazem znudzenia i patrzył 

za  odchodzącą.  Nagle  jego  noga  trafiła  na  naszyjnik  leżący  na  ziemi. 

Podniósł go i zawołał na nią.  

Odwróciła się i podeszła ku niemu niechętnie i ze złością w oczach. 

Podawał jej naszyjnik w milczeniu, ona również bez słowa patrzyła na 
niego.  

Niech pani weźmie to - głos jego brzmiał spokojnie. - Życzę sobie 

tego.  

- Nigdy!  

Zrobi mi pani przyjemność, nosząc ten naszyjnik - ciągnął dalej 

głosem spokojnym, podczas gdy w oczach jego ukazało się zwykłe, tak 
znienawidzone p

rzez rtią, szyderstwo. - To sprawi mi pewnego rodzaju 

rozkosz estetyczną, jakkolwiek jestem tylko Arabem.  

Nie chcę.  

W tej chwili zgasł w jego źrenicach blask szyderstwa, a zapalił się w 

nich ogień niepohamowanej dzikości. Czoło pofałdowało się w głębokie 
bruzdy. - 

Diano, masz być posłuszna!  

Zagryzła  dolną  wargę  tak  gwałtownie,  że  cieniutka smuga krwi 

zabarwiła  jej  pobladłe  usta.  Gdyby  był  klął  lub  krzyczał,  jak  to 

zwyczajnie  postępują  mężczyźni,  byłaby  może  z  większą  łatwością 

stawiła mu opór. Lecz jego zimna, milcząca wściekłość paraliżowała ją z 

jakąś niesamowitą siłą.  

Ręce jego błądziły po jej plecach, opasał palcami krągłość jej ramion.  

Jak długo zamyśla pani prowadzić jeszcze tę bezcelową walkę? Czy 

nie będzie to znacznie mądrzej uznać we mnie swego pana?  

Czy oznacza to, że chce mnie pan traktować tak jak swego konia?  

Oznacza to, że musi pani poddać się mojej woli.  

A jeśli nie uczynię tego? - Pytanie to było już tak ciche jak oddech.  

To  nauczę  panią  posłuszeństwa  i  nie  wątpię,  że  w  krótkim  czasie 

zrobi pani wielkie po

stępy·  

Drżała w uścisku jego rąk. Była to groźba, której znaczenia domyśleć 

background image

się nie mogła.  

W zakamarkach pamięci przebiegła jej myśl o wszystkich widzianych 

po południu okropnościach. On potrafił karać bez miłosierdzia.  

Wolę, aby mnie pan zabił od razu - rzekła ze zmęczeniem w głosie.  

Zabijając  panią,  przyznałbym  się  tylko  do  poniesionej  porażki. 

Potrafię i chcę panią ugłaskać. Wybór jednak należy do pani i musi pani 
rozstrzy

gnąć  i  to  zaraz,  dzisiaj  wieczorem,  czy  chce  mi  pani  być 

posłuszna  z  własnej  woli,  czy  też  mam  panią  zmusić  do  tego. 

Cierpliwość moja wyczerpała się już. Niech pani szybko wybiera!  

Raz jeszcze chciała zerwać się do walki, poczuła jednak nagły zanik 

~nergii.  Wszystko  dokoła  zawirowało  w  jej  oczach.  Zachwiała  się  i 

upadła w jego ramiona. Strach fizyczny wziął górę. Nie czuła już sił do 

zniesienia tego, co nastąpić mogło.  

Będę posłuszna - wyszeptała.  

Ujął ją pod brodę i utkwił wzrok w jej oczach, tak jak gdyby chciał 

przeniknąć ją na wskroś. Chmurne oblicze jego rozjaśniło się powoli.  

- T o dobrze - 

rzekł z naciskiem. - Jest pani bardzo roztropna.  

Potem pochylił się nad nią, aż wargi jego przylgnęły silnie do jej ust. 

Wzdrygnęła się i przerażenie zamigotało w jej oczach., Zaśmiał się z 

ironią. - Czy moje pocałunki są pani tak wstrętne? Załkała 
spazmatycznie.  

- Nie jest pani uprzejma wprawdzie, ale przynajmniej szczera.  

Puścił ją i wyszedł z namiotu.  
 

ROZDZIAŁ PIĄTY  

Diana  czekała  u  wejścia  do  namiotu  na  Gastona,  który  miał 

przyprowadzić  konie.  Nerwowo  targała  grube  rękawiczki  do  konnej 

jazdy. Opanował ją dziwny niepokój. Achmed ben Hassan był nieobecny 

od wczoraj i nie wiadomo było, czy wróci tego, czy dopiero następnego 
wieczoru.  

W  obozie  panował  od  jakiegoś  czasu  nieustanny  ruch.  O  różnych 

porach  dnia  i  nocy  przybywali  posłańcy  na  śmiertelnie  znużonych 

koniach, a szejk nie miał wolnej ani jednej chwili.  

Przez te cztery tygodnie, które upłynęły od czasu, gdy przyrzekła mu 

posłuszeństwo,  nauczyła  się  milczeć.  Z  każdym  dniem  rosła  w  niej 

background image

obawa przed nim, a zarazem i nienawiść ku niemu; nauczyła się jednak 

powściągać  napady  gniewu  i  nie  okazywać  swej  nienawiści.  Prawie 

każdego  dnia  wyjeżdżała  z  nim  konno,  aż  w  ostatnim  tygodniu 

oświadczył  jej  krótko,  że  odtąd  Gaston  będzie  jej w wycieczkach 

towarzyszył.  Nie  dał  jej  żadnego  wyjaśnienia,  a  ona  nie  pytała  o  nic, 

widząc w tym tylko nowy dowód tyraństwa ze strony człowieka, który 
za

władnął nią bez jednego słowa. Lecz pod tym bezwolnym poddaniem 

się  losowi,  płonęło  zarzeWIe  buntu.  Gorączkowo  rozpatrywała 

możliwości  ucieczki  i  obecny  wyjazd  szejka  wydał  jej  się  wymarzoną 

sposobnością.  

Ubiegłą noc spędziła w samotności i niepokoju.  

Nie  wątpiła,  że  uda  się  jej  zmylić  czujność  Gastona,  a  jednak 

niepokój  spędzał  sen  z  jej  powiek.  N astępnego ranka z trudem tylko 

mogła  zachować  obojętny  wyraz  twarzy  i  nie  okazać  swego 

rozdrażnienia. Odetchnęła głęboko i wyszła przed namiot.  

Gaston czekał już z kóńmi. Drżącą ręką głaskała miękkie nozdrza i 

jedwabistą  szyję  pięknego,  popielatego konia,  na  którym  miała  dziś 

jęchać,  a  który  był  jej  ulubieńcem.  Odczuwał  jej  pieszczoty,  wydając 

radosne  rżenie  i  usiłując  dotknąć  jej  wilgotnym pyskiem. Jednym 
jeszcze spojrzeniem ogar

nęła  duży  namiot,  potem  dosiadła  konia  i 

ruszyła  naprzód,  nie  oglądając  się  za  siebie.  Przyszło  jej  na  myśl 

przyrzeczenie  dane  szejkowi.  Obiecała  mu  wprawdzie  posłuszeństwo, 

nie przyrzekła jednak, że nie będzie próbowała ucieczki; a nawet gdyby 

była  przyrzekła,  to  przyrzeczenie  to  dane  pod  wpływem  trwogi  nie 

miało mocy obowiązującej.  

Jechała truchtem, oszczędzając siły swego konia, rozważając każdy 

plan po kolei. "Srebrna gwiazda" posuwała się w lansadach, wyrzucając 
zgrabnie no

gami i gryząc niecierpliwie wędzidło. Zdawało się jej, że 

czas mija zbyt szybko i zrozumiała, że jeżeli coś ma uczynić, to musi to 

uczynić zaraz. Gaston, . który jechał kilka kroków za nią, spoglądał nie-

cierpliwie. na zegarek. Teraz podjechał do niej.  

Proszę o wybaczenie Madame, jest już późno - rzekł, wskazując na 

zegarek, który nosił na ręce.  

D

iana spojrzała mechanicznie na własną rękę i przypomniała sobie, 

że jej zegarek stłukł się poprzedniego dnia. Ściągnęła cugle i odsunęła 

background image

hełm z czoła. Zerwał się przenikliwy wiatr, jeden z tych, które nagle 

powstają i znikają na pustyni. Podniosła rękę, w której trzymała chustkę 

i rozwarła palce. Wiatr uniósł chustkę. Pochwyciła cugle konia Gastona.  

- Moja chusteczka, Gastonie - 

rzekła, wskazując biały punkt na 

piasku.  

Gaston  zeskoczył  usłużnie  z  konia  i  pobiegł  w  kierunku chustki. 

Poczekała,  aż  znalazł  się  tuż  obok  chusteczki;  wtedy  zerwała  hełm  z 

głowy i uderzyła nim konia, który przerażony, pogalopował w kierunku 

obozu. Błyskawicznie zawróciła "Srebrną gwiazdę" ku północy i rzuciła 

się do ucieczki, nie zważając na wołania Gastona.  

Koń  pędził  jak  szalony,  aż  wiatr  gwizdał  koło  uszu  Diany.  Nie 

obchodził  ją  w  tej  chwili  los  służącego,  pozostawionego  bez  konia  w 

dosyć  znacznej  odległości  od  obozu.  Myślała  tylko  o  sobie.  Jej  prosty 

podstęp powiódł się; wiedziała tylko, że musi posuwać się ku północy. 

Może uda się jej napotkać przyjaźnie usposobionych Arabów, którzy za 
wyna

grodzeniem  odprowadzą ją do jakiegoś  miasta.  Była wolna i zbyt 

rozdrażniona, aby móc logicznie  myśleć. Śmiała się, wykrzykiwała jak 

szalona,  a  jej  szaleństwo  udzieliło  się  również  koniowi,  który  rwał  z 
kopyta.  

Tak oddalała się coraz bardziej od obozu, który był jej więzieniem. N 

a myśl o szejku ogarnęło ją uczucie bolesnej trwogi. A jeśli spotka ją coś 

złego?  Może  ją  pochwyci?  Nie,  to  niemożliwe;  wiele  jeszcze godzin 

upłynie, a może nawet cały dzień, zanim dowie się o jej ucieczce. Nie 

wie, w którym kierunku uciekła; wyprzedziła go zresztą o wiele mil, a 

miała pod sobą jednego z najlepszych koni.  

Teraz koń jej zwolnił biegu. "Srebrna gwiazda" przeszła w spokojny, 

równomierny g

alop, z którego sławne były konie Achmeda ben Hassana. 

Wiatr  ustał  i  było  bardzo  gorąco.  Błyszczącymi  oczyma  rozejrzała  się 

dookoła.  

W odległości kilku kilometrów ujrzała grupkę palm; skierowała konia 

w  tę  stronę.  Prawdopodobnie  znajdzie  tam  źródło;  wypoczynek  był 
potrzeb

ny zarówno jej, jak i koniowi. Ściągnęła cugle i zsiadła z konia. 

Znalazła  źródło  lecz  brudne  i  na  pół  zasypane.  Siadła  na  ziemi,  aby 

odczyścić  je  i  zaczerpnąć  wody  dla  siebie  i  "Srebrnej  gwiazdy".  Po 

zaspokojeniu  pragnienia,  rozluźniła  popręg  i  zapaliwszy papierosa, 

background image

położyła się w cieniu palm na wznak, nasunąwszy hełm na oczy.  

Teraz  poczęła  się  poważnie  zastanawiać!  To,  co  zrobiła,  było 

c;zystym szaleństwem. Nie miała ani wody, ani pożywienia dla siebie i 

dla  konia,  nie  wiedziała  również,  gdzie  znajdzie  następne  źródło.  Była 

pozbawiona  opieki,  w  niecywilizowanym  kraju,  wśród  dzikich  ludzi. 

Stała  wobec  widma  śmierci  z  głodu  i  pragnienia.  Co  uczyni  z 

zapadnięciem  nocy?  Przerażona  rozglądała  się  po  małej  oazie.  Prócz 
kilku palm i krzaków

, małego źródełka i konia, który zanurzył pysk w 

wodzie,  nie  było  tam  nic  więcej.  Po  raz  pierwszy  uczuła  strach  przed 
samot

nością  i  bezkresną  dalą;  czuła  się  nieskończenie  mała  i  bez 

znaczenia. N ad nią rozpościerała się niebieska kopuła, przygniatając ją 
swym ogromem.  

Wkrótce  jednak  strach  przeszedł  i  wstąpiła  w  nią  odwaga.  Było 

dopiero  południe,  a  przed  zapadnięciem  nocy  mogło  się  jeszcze  wiele 

zdarzyć.  W  każdym  razie  nie  żałowała  swego  postępku.  Uspokojona 

ułożyła się znowu w cieniu, z silnym postanowieniem nie niepokoić się 

trudnościami  i  niebezpieczeństwami.  Teraz  musiała  wypocząć  i 

przeczekać upalne południe. Powoli ogarnęła ją senność; nagle poczuła, 

że powietrze wypełnione jest wonią tytoniu, który w jej umyśle łączył się 

zawsze z postacią szejka. Paliła jeden z jego papierosów, a wraz z wonią 

papierosa  wróciło  wspomnienie  tego,  co  chciała  na  zawsze  ze  swej 

pamięci wymazać.  

Z jękiem odrzuciła papierosa. Przeszłość zjawiła się i rozpętała w jej 

myślach  huragan  wspomnień,  zerwała  się  z  falującą  piersią,  patrząc 

przerażonym wzrokiem na południe.  

Miała wrażenie, że szejk znajduje się blisko niej. - Jestem nerwowa - 

rzekła, rozglądając się dokoła. - Zwariuję, jeżeli tu dłużej pozostanę· 

Wskoczyła na siodło i ruszyła w dalszą drogę· Wokół niej była pustka i 

milczenie. Minęło południe i poczęło się robić chłodniej.  

Teraz pojawiły się przed nią niskie pagórki, które - jak instynktownie 

czuła  -  biegły  poprzecznie  do  kierunku  drogi,  której  powinna  się  była 

trzymać.  Orientowała  się  wedle  zachodzącego  słońca.  Obejrzała  się 

dokoła  i  przerażona  ściągnęła  nagle  konia.  Ujrzała  w  oddali  oddział 

Arabów,  składający  się  z  około  pięćdziesięciu  jeźdźców,  którym 

przewodził  człowiek  jadący  na  czarnym  koniu.  W  przejrzystym 

background image

powietrzu zdawali się być bliżej niż w rzeczywistości. Nie spodziewała 

się  takiego  spotkania.  Przypuszczała,  że  napotka  może  obóz  kupców, 

którzy,  stykając  się  ustawicznie  z  cywilizacją,  będą  mogli  ocenić,  ile 

korzyści  przyniesie  im  uratowanie  jej.  Ta  jednak  horda  uzbrojonych 
Arabów - flinty wi

działa całkiem wyraźnie - i ten zwarty ich szyk były 

bardzo podejrzane.  

Zawróciła w cień skał, zauważyła jednak, że Arabowie ją dostrzegli. 

Przewodnik  obrócił  się  na  siodle  i  podniósł  rękę.  Z  dzikim  okrzykiem 

zatrzymali swe konie, a przewodnik ruszył sam ku niej. Nagle zachwiała 

się  na  siodle,  a  z  ust  jej  wydarł  się  jęk.  N  ie  było  wątpliwości,  był  to 

Achmed ben Hassan. Z przerażeniem w sercu pochyliła się nad karkiem 

konia i ułatwiając mu możliwie bieg, puściła się takim galopem, jakim 

ieszcze w życiu nie pędziła.  

Nie  bacząc  na  wyboistą,  niebezpieczną  drogę  przynaglała  konia  do 

coraz  szybszego  pędu.  Jej  ratunek  leżał  w  szybkości  konia.  Jak  długo 
wytrzy

ma?  Przypomniała  sobie  teraz,  że  szejk  jedzie  na  "J  astrzębiu", 

bracie "Srebrnej strzały". Były to konie jednakowo szybkie. Ona jechała 

już wprawdzie cały dzień, jednak Aehmed ben Hassan jechał zapewne o 

wiele forsowniej; nie oszczędzał on nigdy koni, a był o wiele cięższy od 
niej.  

N araz usłyszała wyraźnie silny głos szejka:  

Jeżeli się pani nie zatrzyma, zastrzelę pani konia. Daję pani minutę 

czasu.  

Zachwiała  się  na  siodle,  chwytając  się  grzywy  konia,  lecz  nie 

zatrzymała się. Nic na świecie nie  mogło jej do tego zmusić. "Srebrna 

strzała" pędziła naprzód. Zdawało się jej, że minuta ta nigdy nie upłynie. 

Naraz, zanim jeszcze usłyszała wystrzał, koń jej skoczył ku górze i padł. 

Diana  wyleciała  łukiem  na  miękki  piasek.  Ogłuszona  upadkiem  pod-

niosła  się  powoli  i  podeszła  ku  leżącemu  koniowi,  który  bił  w  agonii 

kopytami  w  ziemię.  Równocześnie  nadbiegł  duży  czarny  koń.  Szejk 

zeskoczył z siodła, podbiegł ku niej i chwyciwszy ją za rękę, odepchnął z 

taką siłą na bok, że padła bez ruchu na piasek. Usłyszała drugi strzał i 

zrozumiała, że "Srebrna gwiazda" przestała cierpieć.  

Podniosła się niepewnie. Szejk zbliżył się do niej.  

Skąd się pani tu bierze i gdzie jest Gaston?  

background image

- Gaston?  

Zduszonym  głosem  opowiedziała  mu  wszystko;  nie  zależało  jej  na 

tym,  a  mógł  ją  tak  czy  owak  zmusić  do  mówienia.  Nie  robił  jej 

wyrzutów; przywołał "J astrzębia" i posadził ją lekkim ruchem na siodło 

przed  sobą.  Potem  odjechali  zwykłym,  szybkim  galopem.  Zobojętniała 

na  wszystko.  Wstrząs  psychiczny  udzielił  się  także  jej  ciału  i  musiała 

wytężyć całą swoją wolę, aby się utrzymać prosto na siodle.  

Po  półgodzinnej  jeździe  przyłączyli  się  do  oddziału;  nie  podniosła 

oczu;  usłyszała  jednak  dźwięczny  głos  Jussufa,  który  mówił  coś  do 
szejka. Potem ruszyli naprzód.  

Wiedziała, że postąpiła jak szalona, że ucieczka nie miała widoków 

powodzenia, że traf, który ją wrócił szejkowi, mógł ją był oddać w ręce 

jakiegoś innego Araba. Achmedowi ben Hassanowi sprzyjało szczęście, 

podobnie jak i za pierwszym razem, gdy wpadła w jego ręce.  

Chwiała  się  na  siodle,  utrzymując  z  trudnością  równowagę  i 

kilkakrotnie  uderzyła  głową  o  pierś  szejka,  który  siedział  za  nią.  Jego 

bliskość  nie  oburzała  jej  już;  przyjmowała  to  z  tępym  uczuciem 

zdziwienia.  Wzrok  jej  spoczywał  na  jego  opalonych  dłoniach, 

wychylających się z fałdów białego płaszcza. Czuła rozpaczliwą ochotę 

do płaczu. Ogarnęło ją uczucie samotności, beznadziejnego opuszczenia 

i  dziwne  niezrozumiałe  pragnienie  czegoś,  czego  sama  nie  mogła 

określić.  

W końcu wpadła w stan półomdlenia, a gdy nagłe szarpnięcie rzuciło 

ją na szejka, była już zbyt zmęczona, aby zdać sobie sprawę z tego, co 

się dookoła niej działo. Czuła tylko, że ją zdjęto z siodła i zawinięto w 

jakąś  chustę.  Potem  nic  już  nie  czuła.  Gdy  się  przebudziła,  nadal  była 

zmęczona.  Było  jej  jednak  dobrze  i  bezpiecznie.  N  oc  była  widna  i 

zimna; leżała w ramionach szejka, który podtrzymywał ją przed sobą na 

siodle. Jej głowa spoczywała na jego sercu i czuła jego regularne ude-
rzema.  

Okryta  ciepłą  tkaniną  i  bezpieczna  w  jego  silnych  ramionach, 

odczuwała przede wszystkim spokój. Było to tak piękne w tej chwili, to 

spoczywanie  bez  wysiłku,  z  twarzą  muskaną  ciepłym  wiatrem  i  to 
unoszenie lekkim galopem. N agle serce jej za

biło gwałtownie. Co się z 

nią stało? Dlaczego nie wzdraga się przed uściskiem jego ramienia i dot-

background image

knięciem  jego  ciepłego,  silnego  ciała?  Co  dokonało  w  niej  tej 
przemiany?  

I na

gle przejrzała - przejrzała, że kochała go dawno, już wtedy nawet, 

gdy sądziła, że go nienawidzi i gdy uciekła od niego. Teraz zrozumiała 

nagle, że przepełniała ją pełna namiętności miłość, uczucie, którego 

bezkresność przerażała ją niemal. Mężczyźni, którzy przedtem ubiegali 

się o nią, nie· potrafili rozpalić w niej tego uczucia. N ie kochała nikogo, 

sądziła nawet, że nie potrafi kochać i że może obejść, się w życiu bez 

uczuć tak powszechnych i naturalnych. Teraz wiedziała, że jest inaczej. 

Była to miłość przepełniona tak bezgranicznym oddaniem, o jakiej nigdy 

nie pomyślała. Serce jej należało do szejka, tak różnego od innych 

mężczyzn, do bezwzględnego dzikusa, który zdobył ją dla zaspokojenia 

swej chwilowej zachcianki. Kim był i czym był, było to bez znaczenia, 

był mężczyzną, którego kochała. Leżała na jego sercu, a uścisk jego 

ramion sprawiał jej rozkosz niewypowiedzianą. Poruszyła się lekko i 

ułożyła swą głowę tak, że mogła widzieć twarz jego w świetle księżyca. 
Z przyspie

szonym oddechem patrzyła nań chciwie. Spoglądał on przed 

siebie, oczy jego świeciły, brwi były ściągnięte, broda energicznie 

wysunięta. U czuł jej poruszenie i spojrzał na nią. Przez chwilę patrzyła 

mu prosto w oczy, a potem z lekkim westchnieniem opuściła głowę na 

jego pierś. On milczał, lecz przyciągnął ją bliżej i objął ramieniem.  

Późno  już  było,  gdy  przybyli  do  obozu  świecącego mnóstwem 

świateł. Ruchliwy, wzburzony tłum otoczył ich w jednej chwili.  

Zupełnie wyczerpana, osunęła się Diana na otomanę i ukryła twarz w 

dłoniach.  Co  on  z  nią  uczyni?  Powtarzała  bezdźwięcznie  wciąż  to 

pytanie  drżącymi  ust  y  i  modliła  się  o  dwagę  i  zimną  krew.  Wreszcie 

usłyszała  jego  głos  i  ujrzała  go  u  wejścia.  Szejk  stał  jeszcze  twarzą 

zwrócony ku placowi i wydawał rozkazy. U słyszała jak oddziały konne 

rozjeżdżały się w rozmaite strony. Wyglądało tak, jak gdyby szejk nie 

zwracał  najmniejszej  uwagi  na  Dianę.  Chodził  po  namiocie  i  palił 

papierosa.  Nie  mogła  odważyć  się  i  przemówić  do  niego.  Wyraz  jego 
twa

rzy był straszny. Wreszcie zatrzymał się przed nią i spojrzał na nią 

dziwnym wzrokiem. W trwodze wyciągnęła dłonie ku niemu.  

Co zrobi pan ze mną?  

To zależy od tego, co się stało z Gastonem. O jego losie nie myśli 

background image

pani zupełnie?  

Co może się stać z nim?   

Odrzucił kotarę u wejścia do namiotu i wskazał ręką leżącą w 

mrokach pustynię.  

Tam  na  południu  mieszka  szejk  Ibrahim  Omar.  Mój  szczep  od 

dawna jest z jego szczepem na stopie wojennej. Niedawno 

dowiedziałem się, że przybliżył się na taką odległość, na jaką nie byłby 

się nigdy odważył. On nienawidzi mnie i byłby szczęśliwy, gdyby  mu 

się udało dostać w swe ręce mego służącego.  

Opuścił  zasłonę  z  powrotem  i  rozpoczął  od  nowa  swą  wędrówkę z 

jednego  końca  namiotu  w  drugi.  Poważne  brzmienie  jego  głosu 

uzmysłowiło jej niebezpieczeństwo, na jakie Gaston był narażony. Myśl, 

że  mogłoby  mu  stać  się  coś  złego  z  powodu  jej  ucieczki,  zabolała  ją 

niezmiernie. Był on w stosunku do niej zawsze uprzejmy i życzliwy, nie 

myślała jednak o tym, odpędzając jego konia. Był dla niej wtedy tylko 
poddanym swego pana, klucz

nikiem jej więzienia.  

Bezszelestnym krokiem chodził szejk po grubych dywanach, owym 

krokiem  przypominającym  ruchy  dzikiego  zwierza.  Diana  chciałaby 

okazać mu czymś miłość, do której poznania doszła tak niedawno. Ach, 

gdyby mogła mu to tylko powiedzieć, gdyby miała tylko prawo podejść 

ku niemu i pokryć pocałunkami okrutne rysy jego ust. Nie miała jednak 

prawa, obowiązkiem jej było czekać, aż ją zawoła.  

N agle odrzucono gwałtownie zasłonę namiotu i Gaston stanął u 

wejścia.  

- Panie! Panie! - 

wyjąkał, wyciągając ręce ku szejkowi.  

Ten objął go:  
- Gaston, nareszcie - 

wykrzyknął. W głosie jego brzmiała jakaś nowa 

nuta, której Diana nie słyszała dotychczas. Potem zaśmiał się z ulgą. -

Chwała niech będzie Allachowi.  

Pochwalone niech będzie imię jego - powtórzył Gaston.  

Spojrzał na Dianę i rzekł z wahaniem.  
- Madame ...  

Lecz szejk przerwał mu:  

Madame  jest  cała  i  zdrowa  -  po czym dorzucił  kilka  słów  po 

arabsku. Gaston opuścił namiot.  

background image

Diana stała niezdecydowana.  

Tak mi. żal "Srebrnej gwiazdy" - rzekła cichutko, głos jej był jakiś 

ochrypły i obcy.  

Wzruszył ramionami. Ruch ten jak i nieprzystępna poza jego, 

wzburzyła ją.  

Lepiej byłoby, gdyby był pan zastrzelił mnie.  

Może i racja. Kobiet jest wiele, a koń był jeden.  

Drgnęła pod zimną brutalnością jego słów. Potem zaśmiała się 

smutnie.  

A przecież zastrzelił pan konia, aby zdobyć mnie z powrotem.  

Odwrócił się z przekleństwem.  

Ty  głuptasku!  Jeszcze  tak  mało  zna  mnie  pani?  Czy  jest  ktoś  lub 

coś,  co  potrafi  sprzeciwić  się  mej  woli?  N  a  Allacha,  byłbym  panią 

odnalazł,  gdyby  pani  uciekła  nawet  do  Europy.  To,  co  mam  w  ręku, 

zatrzymuję tak długo, dopóki mi się nie znudzi. A pani nie znudziła mi 

się jeszcze. Ale jak mam panią ukarać?  

Czuł on, jak mrowie trwogi i oczekiwania pokryło jej ciało i zaśmiał 

się, gdy drżącą twarz ukryła na jego piersi. Przemocą odwrócił jej głowę:  

Co jest pani najbardziej nienawistne? Moje pocałunki?  

Przywarł ustami do jej ust, a uścisk jego był długi i tak silny, że dusił 

ją  niemal.  Potem  puścił  ją  nagle.  I  jak  olśniona  i  ogłuszona,  potykając 

się, odeszła do dalszej części namiotu.  

Była tam sama i płacząc tuliła twarz do poduszek.  
Przed kilkoma godzinami, gdy wpatrzona w migo

cące  gwiazdy 

doszła do poznania prawdy, zdawało się jej, że będzie szczęśliwa. Teraz 

jednak  widziała,  że  nie  znajdzie  szczęścia  w  miłości,  wiedziała,  że 

gorycz dopiero nadejdzie. I na myśl, jakie będzie to pożycie z nim, wiła 

się z bólu.  

Kocham go i pragnę jego miłości bardziej, aniżeli czegokolwiek na 

świecie!  

 
ROZDZI

AŁ SZÓSTY  

Diana  siedziała  na  otomanie  w  środku  namiotu,  pochylając  swoją 

złoto  blond  głowę  nad  gazetą  rozłożoną  na  jej  kolanach.  W  miękkiej 
koszuli do konnej jazdy, w spodniach i wysokich palonych butach 

background image

wyglądała jak smukły, młody chłopak.  

Od  czasu  gdy  próbowała  tej  szalonej  ucieczki,  upłynęły  dwa 

miesiące.  Jej  tęsknota  za  wolnością  skończyła  się  w  nieoczekiwany 

sposób  tragiczną  śmiercią  "Srebrnej  gwiazdy".  Przez  te  tygodnie 

szczęścia  przewijała  się  nić  głębokiego  cierpienia,  gdyż  namiętne 
p

ragnienie  jego  miłości  niweczyło  radość,  którą  odczuwała,  znajdując 

się przy jego boku.  

A od nocy, w którą tak triumfalnie przywiózł ją z powrotem, był dla 

niej  aż  za  dobry,  ponad  wszelkie  oczekiwania  pobłażliwy.  Nie  mówił 
nigdy o jej ucieczce, epizod ten 

został wykreślony z jego pamięci, nie 

chciał  nawet  myśleć  o  nim,  jednak  poza  uprzejmością  nie  było  w  nim 

innego uczucia. N amiętność, której odblask widziała w jego ciemnych 

oczach, nie była miłością, której tak pragnęła. Było to tylko pożądanie, 
które 

wzbudzała  w  nim  jej  niezwykła  uroda,  tak  różna  od  piękności 

innych kobiet. Myśl o tych  innych kobietach nie opuszczała jej ani na 

chwilę,  stając  się  z  każdym  dniem  coraz  bardziej  męcząca.  Pragnęła 

mieć  go  jedynie  dla  siebie,  pożądała  jego  niepodzielnej  miłości.  Jego 
arabskie pochodzenie i wschodnie instynkty, sta

nowiły groźne memento 

na przyszłość, o której nawet myśleć się bała. Kochała go tak namiętnie, 

tak ofiarnie, że świata nie widziała poza nim. On był dla niej wszystkim.  

Bezmyślnie  przewracała  stronice  gazety.  Nagle  zerwała  się.  Tuż 

obok namiotu rozległ się ten sam głęboki dźwięczny głos, który śpiewał 

pieśń Kaszmiru w ową noc poprzedzającą jej wyjazd z Biskry.  

Białe ręce ukochane tam nad Szelimarem  

Były szczęściem niepojętem, były Boga darem ...  

Głos był coraz bliższy, a wreszcie szejk wszedł do namiotu, 

śpiewając.  

Białe ręce, różane palce - zakończył zwrotkę i pochwycił ją za ręce, 

chcąc je ucałować. Wyrwała mu jednak dłonie.  

- Pan mówi po angielsku?  

Śmiejąc się, usiadł na otomanie. - Czy dlatego, że śpiewam angielską 

pieśń?  N  a  Allacha!  Słyszałem  w  Paryżu  pewnego  Hiszpana, 

śpiewającego "Carmen", mimo że nie umiał ani słowa po francusku. N 

auczył się tekstu jak papuga, podobnie jak ja nauczyłem się angielskiej 

pieśni.  

background image

A więc to pan śpiewał wtedy w nocy, koło hotelu w Biskrze?  

Człowiek nie wie czasem, co czyni, szczególnie w czasie pełni - 

brzmiała żartobliwa odpowiedź.  

I wkradł się pan do mojej sypialni, aby zmienić naboje w moim 

rewolwerze?  

Objął ją ramieniem i zbliżywszy ku sobie, spojrzał w jej oczy.  

Czy może pani przypuścić, że pozwoliłbym komu innemu wejść w 

nocy do pani sypialni? - 

Czy był pan tak pewny siebie?  

Zaśmiał się cicho, widocznie bawiła go już sama myśl, że mogło mu 

się  nie  udać,  a  w  oczach  jego  pojawiły  się  znów  płomienie  żądzy. 

Chciała uwolnić się z jego uścisku i odwróciła głowę.  

Jeszcze  ciągle  nie  odtajała  pani.  Doprawdy  znudziło  mi  się  już 

trzymanie kawałka lodu w moich ramionach.  

I  po  raz  pierwszy  oddała  mu  się  cała,  namiętnie  całując go raz po 

raz, bez końca. Wreszcie bez tchu wyrwał się z jej ramion i zakrył twarz 

rękoma.  

Oszałamiasz mnie Diano - rzekł na wpół gniewnie, podchodząc do 

szafki  na  której  leżała  broń.  Wyjął  rewolwer  i  począł  czyścić  go. 

Patrzyła nań zdziwiona.  

Co to 

miało znaczyć? J ak miała rozumieć jego słowa? Czyżby był 

tak zmienny? Czy chciał jej tylko pokazać, że potrafi rozpalić miłość w 

niej, aby potem tym bardziej rozkoszować się uczuciem . władzy nad 

nią? Westchnęła.  

- Dlaczego nienawidzisz tak Anglików, o p

anie? Mimo woli użyła 

formy, w której przemawiał zawsze Gaston. Obawiała się bowiem 

nazwać go po imieniu. Ten ton mowy podobał mu się.  

Zapal mi papierosa moja droga, mam zajęte ręce - odparł 

wymijająco.  

U słuchała z lekkim uśmiechem.  
- Nie odpowiedzia

ł pan jednak na moje pytanie.  

Przez chwilę czyścił w milczeniu błyszczącą miniaturową broń.  

Moja mała Diano, twoje wargi są wprawdzie czarująco czerwone, a 

głos twój jest muzyką dla moich uszu, ja jednak nie lubię pytań. Męczy 

mnie pani swoją ciekawością - odrzekł wreszcie w żartobliwym tonie, po 

czym zanucił ponownie pieśń Kaszmiru.  

background image

Dlaczego pan śpie)Va? Dotychczas nie śpiewał pan nigdy?  

Rozśmieszyła go jej uporczywość.  

Mała dręczycielko, śpiewam z radości, że przyjeżdża przyjaciel 

mój, Raul de Saint-Hubert. - Czy przyjedzie tu? - 

zapytała z rozczarowa-

niem w głosie.  

Dlaczegóżby nie?  

Bliski przyjazd obcego i w dodatku Europejczy

ka,  poruszył  ją  do 

głębi. Nie zdradziła się jednak z niczym, czując na sobie wzrok szejka.  

- Czy wyjedziemy dzisiaj? - 

spytała możliwie obojętnie.  

Nie  mogę  dzisiaj  towarzyszyć  pani,  muszę  wyjechać  naprzeciw 

Saint-

Huberta. Nie dalej jak przed godziną przybył posłaniec od niego.  

Diana wyszła przed namiot. Oddział konnych stał gotowy do drogi, a 

"Szeitan" koń szejka, gryzł wędzidło i bił kopytami, usiłując wyrwać się 

z rąk trzymających go stajennych. Powróciła do namiotu.  

Głowa mnie boli od ciągłego siedzenia w namiocie. Czy Gaston nie 

mógłby pojechać ze mną?  

Popatrzył na nią uważnie.  
- Ch

ce pani znowu uciekać?  

Oczy jej zaszły łzami i odwróciła głowę·  

Nie będę uciekać już więcej - rzekła bardzo cicho.  

A więc dobrze, zawołam Gastona.  

Z drwiącym uśmiechem podniósł jej głowę ku sobie, potem dał jej 

wyczyszczony rewolwer.  

Chcę, aby go pani miała przy sobie podczas wycieczek. Ibrahim jest 

jeszcze w pobliżu.  

Wpatrzyła się w broń. On pochylił się ku niej i pocałował ją lekko.  
-  Ufam pani - 

rzekł  spokojnie  i  skierował  się  ku  wyjściu.  Diana 

schowała  rewolwer  do  skórzanej  torby,  wzięła  z  półki  jedną  z  książek 
Saint-Hu

berta  i  weszła  do  swej  sypialni,  wołając  na  Zulejkę,  aby  jej 

ściągnęła  buty.  Potem  rzuciła  się  na  łóżko,  aby  spędzić  ranek  na 
bezczynnym drzema

niu,  a  przy  sposobności  urobić  sobie  obraz  autora 

książki.  

Nienawidziła  go  już  z  góry,  powodując  się  uczuciem  zazdrości. 

Objaw  nagłej  czułości  ze  strony  szejka  wzbudził  w  niej  nadzieję,  o 

której przedtem ani myśleć nie śmiała. Może byłby ją pokochał, a teraz 

background image

ktoś  obcy  miał  wedrzeć  się  w  ich  codzienne  życie.  W  napadzie 
dziecinnej z

łości cisnęła w kąt książkę i wtuliła głowę w ramiona.  

Zulejka postawiła trwożnie małą tackę na stoliku obok łóżka.  

Pan Gaston przysyła - wybełkotała niemal płaczliwie.  

Diana  popatrzyła  na  tacę,  potem  na  mały  zegarek  podróżny na 

stoliku,  a  gdy  spostrzegła,  że  już  godzina  minęła  od  zwyczajnej  pory 

śniadania, dopiero uczuła głód. N a tacy leżał mały kawałek papieru, na 

którym Gaston napisał wyraźnym drobnym pismem: ,,0 której godzinie 

życzy pani sobie wyjechać?"  

Jasne było, że zapalony jeździec nie chce zrezygnować z poobiedniej 

przejażdżki, z uśmiechem napisała cyfrę na papierze, wysunęła kartkę w 
mil

czeniu  za  portierę  i  zasiadła  do  śniadania.  Potem  podniosła  z 

powrotem  książkę,  którą  rzuciła  na  ziemię,  i  poczęła  ją  przeglądać.  Z 

uwagą przypatrywała się pisanej ołówkiem dedykacji: Na pamiątkę od R 
aula. 

N ie był to charakter pisma człowieka małodusznego, pomyślała. 

jednak:  N  a  tym  polegać  nie  można,  Aubrey,  ten  wzór  egoisty,  miał 

bardzo ładne pismo, a pewien grafolog powiedział mu nawet raz, że jego 

pismo świadczy o wysoko rozwiniętej miłości bliźniego". Ocena ta nie 

zachwyciła  wcale  barona,  a  jego  siostrę  pobudziła  do  szalonego 

śmiechu.  

Książka opisywała cudowną historię miłości i wierności mężczyzny; 

odłożyła  ją  z  żałosnym westchnieniem.  Takie  było  życie  w  książkach. 
Rzeczy

wistość  jest  jednak  całkiem  inna.  Podniosła  się  niecierpliwie, 

naciągnęła  buty,  a  na  głowę  włożyła  miękki  filcowy  kapelusz. 

Rewolwer,  pozostawiony  jej  przez  szejka,  zawiesiła  sobie  u  pasa  i 

wyszła  z  namiotu.  Twarz  czekającego  Gastona  jaśniała  zadowoleniem. 

Czuła  się  nieco  zawstydzoną,  gdy  pomyślała  o  ich  ostatniej  wspólnej 

przejażdżce, jakkolwiek wiedziała, że nie czuje on do niej urazy.  

Dosiadła białego konia, nie tak rączego jak "Srebrna gwiazda" lecz 

bardzo nerwowego, zwane

go  "Tancerzem",  gdyż  przy  ruszaniu  z 

miejsca  i  przy  zatrzymywaniu  się,  tańczył  jak  koń  cyrkowy  na  tylnich 

nogach. Pod wpływem świeżego powietrza i ruchu ustąpił niebawem ból 

głowy  i  poczuła  się  lekka  i  niemal  szczęśliwa.  Po chwili wstrzymała 

konia i przywołała Gastona.  

Opowiedz mi pan coś o hrabim Saint-Hubert. Zna go pan zapewne, 

background image

będąc już od tak dawna u swego pana.  

Gaston uśmiechnął się. - Znam go już dłużej niż mój pan. Urodziłem 

się  w  dobrach  ojca  pana  hrabiego.  Brat  mój  Henryk  i  ja  byliśmy 
masztale

rzami  u  pana  hrabiego,  a  po  odbyciu  służby  wojskowej w 

kawalerii mój brat został kamerdynerem pana hrabiego, a ja poszedłem 

na służbę do obecnego pana.  

Diana zdjęła kapelusz i tarła czoło w zamyśleniu. Przed piętnastu laty 

Achmed miał około dwudziestu lat. Jaki był powód, że tak młody szejk 

przyjął sobie europejskiego służącego i dlaczego służący ten zgodził się 

pójść za szejkiem na dobrowolne wygnanie na pustynię? W którą stronę 

zwróciła się, otaczały kochanego mężczyznę mroki tajemnicy.  

Diana  zeskoczyła  z  konia,  oddała  cugle  i  kapelusz Gastonowi i 

skierowała  się  ku  pobliskiemu  pagórkowi.  Tam  usiadła,  obejmując 
kolana ramio

nami.  Niespodziewany  przyjazd  obcego  zaskoczył  ją 

niemile. Był to człowiek z jej sfery, gdyż podróżował widocznie dużo, a 

ojciec jego mógł sobie pozwolić na utrzymywanie stajni. Jak się ma za-

chować  przy  spotkaniu  z  człowiekiem  równym  jej  towarzysko,  gdy 

znajduje się w sytuacji tak dwuznacznej? Albo szejk nie pomyślał zgoła 

o tym, że spotkanie to będzie dla niej czymś przykrym, albo też uważał 

to  za  rzecz  bez  znaczenia.  Siedziała  w  milczeniu,  dopóki  lekkie 

chrząknięcie  nie  przypomniało  jej,  że  czas  upływa.  Z  zaciśniętymi 

ustami  i  zaciętym  wyrazem  twarzy  podeszła  do  konia.  Przy  wsiadaniu 
"Tance

rz"  począł  wykonywać  swoje  zwyczajne  piruety.  Zdzieliła  go 

szpicrutą tak, że stanął groźnie dęba.  

Ostrożnie Madame - rozległ się ostrzegawczy głos Gastona.  

Kogo mam oszczędzać? Konia twego pana? - odparła z goryczą, 

biorąc z jego rąk kapelusz.  

Służący popatrzył na nią z wyrzutem. Bez słowa popędziła w stronę 

obozu,  tak  jakby  pragnęła  przyspieszyć  i  mieć  już  za  sobą  niemiłe 
spotkanie.  

Gdy znalazła się już w pobliżu namiotów, owinęła sobie cugle około 

rąk,  aby  pewniej  utrzymać  konia.  Spostrzegła  szejka  stojącego  przed 

głównym  namiotem,  a  obok  niego  sylwetkę  smukłego  mężczyzny. 

Przebiegła  obok  nich  galopem,  nie  mogąc  żadną  miarą  zatrzymać 

"Tancerza",  tak  że  mignęły  jej  tylko  w  oczach  faliste  włosy  i  krótko 

background image

strzyżona  broda  przybysza.  Odzyskała  niebawem  władzę  nad  koniem  i 

zawróciła  z  powrotem.  Wypuściła  cugle  z  rąk  i  zeskoczyła  na  ziemię. 
Zamiast jednak zwró

cić się do szejka, który podszedł ku niej, uderzyła 

"Tancerza" gniewnie po nozdrzach.  

- Diano, hrabia Saint-

Hubert pragnie ci być przedstawionym.  

Zebrała wszystkie siły i spojrzała na mężczyznę, który stał przed nią. 

Ujrzała  najbardziej  współczujące  oczy,  jakie  widziała  kiedykolwiek. 

Pozdrowiła go chłodno i zwróciła się do szejka.  

"Tancerz zachowywał się dzisiaj niemożliwie. Gastonie, mój 

kapelusz. Dziękuję.  

Z tymi słowy znikła w namiocie, nie spojrzawszy na nikogo.  

Było już późno, ona jednak wahała się jeszcze. W końcu włożyła 

zieloną suknię, tak ulubioną przez szejka. Potem także naszyjnik 

szmaragdowy. Były to dwa ustępstwa, za które gardziła sobą. Szejk 

wszedł do namiotu.  

Nie jest pani zbyt uprzejma dla mojego gościa.  

A gdybym była kobietą pańskiej rasy? odparła z goryczą.  

Wtedy nie śmiałby pani widzieć żaden mężczyzna. Skoro jednak tak 

nie jest ... - 

urwał nagle z niezrozumiałym ruchem głowy.  

Widzę, że zmienił się pan od dzisiejszego ranka. Mówił pan rano, że 

nie  pozwoliłby  pan  nikomu  wejść  do  mej  sypialni.  Wtedy  był  pan 

prawdziwym Arabem. Czyż ceni mnie pan już tak nisko, że nie jest pan 

już nawet o mnie zazdrosny?  

Mogę  przyjacielowi  zaufać,  nie  mam  jednak  zupełnie  zamiaru 

podzielić się z nim... panią - brzmiała brutalna odpowiedź.  

Palce jego wpiły się boleśnie w jej ramiona.  

A więc, będzie pani posłuszna?  

Zacisnęła zęby, walcząc z ogarniającą ją trwogą, potem wyszeptała:  

U czynię, co zechcesz. Zrobię wszystko, co pan rozkaże, bądź tylko 

dobry dla mnie ... Achmedzie.  

N igdy jeszcze nie przemówiła doń po imieniu i teraz nie zdała sobie 

nawet  sprawy  z  tego.  Twarz  jego  nagle  przybrała  jakiś  dziwny wyraz, 

podniósł jak zwykle jej głowę do góry, a ona wytrzymała mężnie jego 

spojrzenie. Czytał teraz w jej oczach bezgraniczne oddanie, widział, że 

pobił ją zupełnie. Ta świadomość zwycięstwa nie wzruszyła go jednak. 

background image

Oprócz lekkiego zmieszania nie 

można było nic wyczytać z jego twarzy. 

N  ie  czuł  zadowolenia  ze  swego  tryumfu,  czuł  się  dziwnie  nieswojo. 
Odsu

nął ją delikatnie od siebie.  

Idź - rzekł - pośpiesz się.  

Patrzyła za nim, gdy odchodził, i czuła łzy, gwałtem cisnące się do 

oczu. Drogo oku

piła swoje szczęście, chętnie byłaby jednak dała jeszcze 

więcej  wszystko  by  oddała  -  byle  on  nie  gniewał  się  tylko.  Zdawała 

sobie przy tym sprawę, że jej poddanie się, oznaczało koniec wszelkiej 

własnowolności, zupełne zaparcie się. samej siebie.  

Gdy 

weszła,  obydwaj  mężczyźni,  czekający  już  na  nią,  byli  zajęci 

rozmową. U siadła pogrążona w wirze sprzecznych myśli. Zdawało się 

jej, że przeżywa jakiś sen straszny i nieprawdopodobny. Szejk arabski, 

francuski  turysta  i  ona,  zajęci  rozmową  towarzyską  na  tle tego 

niezwykłego otoczenia. N awet namiot, z którym zżyła się już, wydał się 

jej  obcy,  z  powodu  obecności  tego  intruza.  Obcy  również  był  dla  niej 

służący hrabiego stoją.cy poza jego krzesłem. Był on łudząco podobny 
do Gasto

na, z tą tylko różnicą, że Gaston nie nosił brody.  

Ukradkiem  spoglądała  na  hrabiego;  na  jego  bladej  i  mądrej  twarzy 

nie  ujrzała  'ani  śladu  egoizmu,  którego  się  spodziewała.  Jego  głos 

brzmiał żywiej aniżeli głos szejka, jednak z mniejszą pewnością siebie. 

Z  na  poły  uprzejmym,  na  poły  smutnym  uśmiechem  zwrócił  się  ku 
Dianie.  

Czy pozwoli mi pani wyrazić swój podziw dla jej jazdy konnej?  

Zarumieniła się lekko i poczęła w zakłopotaniu bawić się 

naszyjnikiem.  

-  Ach, to nic nadzwyczajnego - 

rzekła  z  nieśmiałym  uśmiechem.  - 

"Tancerz"  jest wprawdzie niesforny, jednak nie jest zbrodniarzem. 

Trzeba tylko trzymać się dobrze, no i umieć jeździć na koniach szejka.  

Dotrzymanie kroku jego koniom jest już sztuką niemałą - dorzucił 

hrabia, zaś Diana roześmiała się zadowolona.  

- Hrabia chc

e ci wmówić, że jest nerwowy, nie wierz mu jednak, to 

człowiek bez nerwów wmieszał się szejk.  

Gość zwrócił się ku niemu:  

A ty? Achmedzie, czy pamiętasz jeszcze ... I począł snuć wątek 

wspomnień, opowiadając aż do podania kolacji.  

background image

Znowu spojrzał na nią wzrokiem pełnym współczucia. Czuła, że chce 

jej pomóc i że rozmawia o rzeczach obojętnych, aby nie dać poznać, że 
wi

dzi jej dwuznaczną sytuację. Była  mu wprawdzie wdzięczna, jednak 

rycerskość ta bolała ją. Nienawiść, którą poczuła dla niego, rozmyślając 

o  jego  przyjeździe,  rozwiała  się,  pozostała  jednak  zazdrość.  Była 

zazdrosna  o  błysk  oka  szejka  i  o  miękki  ton  głosu,  który  kochała  tak 

bardzo.  Szejk  stał  z  rękoma  w  tył  założonymi  i  palił  papierosa.  W  tej 

chwili wszedł Gaston i coś mu zameldował.  

S ze

jk zwrócił się do hrabiego:  

Jeden koń jest chory. Jeśli cię to interesuje, to pójdź ze mną.  

Wyszli z namiotu, a Diana powróciła do swojej sypialni. Po upływie 

pół  godziny  powrócili;  ziewając  podał  hrabia  rękę  szejkowi  i  począł 

rozbierać  się,  odesławszy  przedtem  swego  służącego.  Wesoły  śmiech  i 

beztroski  ton  mowy  ustąpiły  miejsca  nerwowemu niepokojowi. Szejk 

zauważył to, wyjął więc papierosa z ust i powiedział:   

A więc Raulu, mów śmiało, nie krępuj się.  

To jest wprost wstrętne! - wybuchnął hrabia. - Posuwasz się 

bezwzględnie za daleko, mój Achmedzie.  

Odpowiedzią był śmiech szejka:  

Czego  oczekiwałeś  ze  strony  dzikusa?  Gdy  Arab  widzi  kobietę, 

którą  pragnie  posiąść,  to  ją  sobie  po  prostu  bierze.  Stosuję  się  zatem 
tylko do obyczajów mego narodu.  

Hrabia postąpił krok bliżej.  
- Twego narodu? Którego? - 

zapytał głosem ledwo dosłyszalnym.  

W oczach szejka zatlił się płomień, poderwał się z miejsca i ciężko 

położył dłoń na ramieniu przyjaciela.  

Wstrzymaj się Raulu! Nawet tobie nie pozwolę ... ! - Gniew jednak 

minął bardzo szybko. Po chwili szejk usiadł i uśmiechnął się. - Po cóż 

ten  nagły  przypływ  nauk  moralnych,  przyjacielu?  Znasz  mnie  i  moje 

życie i nie po raz pierwszy spotykasz kobietę w moim namiocie.  

Saint-

Hubert uczynił pogardliwy ruch ręką.  

- -

To jest całkiem co innego, wiesz o tym równie dobrze jak ja. Gdzie 

ujrzałeś ją po raz pierwszy? - Na ulicy w Biskrze przed czterema 

miesiącami. 

Hrabia odwrócił się szybko.  

background image

A więc ty kochasz ją!  

Szejk wypuścił z ust długą i wąską smugę dymu, patrząc za nią 

obojętnie.  

Czy kochałem kiedykolwiek kobietę? I w dodatku Angielkę?  

Gdy kocha się kobietę, wówczas jej narodowość jest obojętna.  

Szejk rzucił papierosa na podłogę.  
Ona jest zadowolona - 

rzekł wymijająco. Jest tylko mężna.  

Całkiem słusznie.  

Poznać w niej rasę.  

Szejk odwrócił się ku niemu.  

Skąd wiesz o tym?  

Hrabia wzruszył ramionami, sięgnął ręką do kieszeni i wydobył z niej 

numer  jakiejś  ilustrowanej  gazety.  Podał  ją  szejkowi.  Achmed  ben 

Hassan  podszedł  pod  wiszącą  lampę,  tak  aby  światło  jej  padało  na 

gazetę.  Ujrzał  dwie  duże  fotografie  Diany;  na  jednej  była  w  stroju 

wieczorowym, na drugiej w stroju do konnej jazdy, trzymała w rękach 
cugle. Pod tym napis:  

Diana  Mayo,  której  zbyt  długo  trwająca  podróż  przez  pustynię 

poczyna bu

dzić  obawy.  Miss  Mayo  wyjechała  z  Biskry  przed  czterema 

miesiącaml~ zamierzając przebyć w pustyni cztery tygodnie i dotrzeć do 

Oranu.  Od  tej  chwili  zaginął  słuch  o  niej  i  jej  karawanie.  Dalszą 

podstawę  do  obaw  dają  doniesienia o buncie plemion, przez których 

terytoria miała przejeżdżać.  

Długo i w milczeniu patrzył szejk na fotografie, potem wyrwał kartkę 

z gazety i zwinął ją w rulon.  

-  Pozwolisz chyba? - 

rzekł  chłodno,  trzymając  kartkę  nad  lampą 

stojącą  na  stoliku  obok  łóżka,  dopóki  nie  spłonęła  na  popiół.  -  Czy 

Henryk widział te fotografie?  

Oczywiście,  Henryk  czyta  wszystkie  moje  gazety  -  odparł  Saint-

Hubert ze zniecierpliwieniem w głosie.   

Niech więc trzyma łaskawie język za zębami - rzekł szejk tonem 

obojętnym.  

- A zatem? Co zamierzasz uczyn

ić?  

Ja? nic! Władze są zbyt zajęte i zanadto wysoko cenią konie 

background image

Achmeda ben Hassana, aby czy

nić u mnie poszukiwania. A zresztą, nie 

są za nic odpowiedzialne. Zanim Miss Mayo opuściła Biskrę, 

poinformowano ją o grożących jej niebezpieczeństwach.  

- Czy 

nie potrafisz wyrzec się tego zamiaru?  

Nie umiem niestety wyrzekać się niczego. Wiesz o tym dobrze. 

Zresztą dlaczego miałbym zmieniać moje zamiary?  

I zmieniając nagle ton, położył ręce na ramionach hrabiego.  

To jednak nie rozbije chyba naszej przyjaźni, jest ona zbyt głęboka, 

aby miała się rozbić o różnice w poglądach. Ty jesteś Europejczykiem ... 

szlachcicem ... a ja nieucywilizowanym Arabem, nie możemy więc 

patrzeć na tę sprawę tymi samymI oczyma.  

-  Ty 

mógłbyś,  jednak  nie  chcesz  -  odparł  hrabia.  -  Uważasz,  że  to 

byłoby niżej twojej godności. Masz słuszność. Mogę się nie zgadzać z 
to

bą w poglądach, jednak nie mogę wymazać z mojej pamięci ostatnich 

dwudziestu lat.  

Kilka minut później szejk wyszedł z namiotu. Objęła go ciemna noc. 

Wolno szedł między chatami; zamienił kilka słów z wartownikiem 

chodzącym miarowo tam i z powrotem, potem zatrzymał się przed 

własnym namiotem, patrząc w gwiazdy.  

Koper wysunął się z jej ramion z westchnieniem wsunął swój 

wilg

otny pysk w jego rękę.  

Szejk pogłaskał zwierzę, nie zdając sobie nawet sprawy z tcgo, co 

czyni. Uczuł nagle silny niepokój i rozdrażnienie. Uczucia te, obce jego 
natu

rze, budziły się w nim powoli i wybuchły z całą siłą z chwilą 

przybycia hrabiego. Dotyc

hczas nigdy nie myślał O samym sobie, nigdy 

nie krytykował i nie  analizował swych przelotnych życzeń i humorów. 

Przez całe swoje życie brał, co mu się podohało, i nikt nie oparł mu się 
dotychczas. Te jed

nak objawy niezrozumiałego podrażnienia były dlań 

ohce i daremnie szukał ich przyczyny. Poprzez cienie nocy spojrzał 

bystro na południe. Czy powodem niepokoju był może obóz jego 

śmiertelnego wroga, który podsunął się bliżej niż zwykle ku granicom 

jego posiadłości? Zaśmiał się pogardliwie.  

Odtrącił  psa  i  wszedł  do  namiotu.  Obok  otomany  leżała  mała 

koronkowa  chusteczka.  Podniósł  ją,  a  czoło  jego  zmarszczyło  się 

groźnie. Przypomniał sobie słowa przyjaciela.  

background image

- Angielka - 

szepnął. - Kazałem jej cierpieć, gdyż zaprzysiągłem, że 

każdy  z  tej  przeklętej  rasy,  kto  wpadnie  w  moje  ręce,  będzie  cierpiał. 
Dla

czcgo jednak nie sprawia mi to przyjemności?  

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY  

Już  tydzień  minął  od  dnia  przyjazdu  hrabiego  Saint-Huberta. 

Pewnego  ranka  weszła  Diana  do  namiotu;  nie  spodziewała  się  zastać 
tam nikogo, szejk bo

wiem  wyjechał  o  świcie  na  dłuższą  przejażdżkę· 

Gdy  jednak  odchyliła  zasłonę,  ujrzała  hrabiego.  Siedział  przy  małym 

biurku szybko coś pisząc; na ziemi leżało już wiele zapisanych kartek. 

Diana  podeszła  z  wolna  ku  niemu:  -  Myślałam,  że  pan  również 
wyjecha

ł.  

Muszę  pracować  i  porobić  pewne  zapiski,  dopóki  pamiętam,  co 

chcę  powiedzieć.  Był  to  znojny  tydzień,  a  w  dniu  dzisiejszym 

postanowiłem  wypocząć.  Czy  nie  będę  przeszkadzał  pani,  jeżeli 

pozostanę?  

Czy będzie to znowu jakaś nowela?  

U siadła na otomanie, a pies położył się zaraz koło niej. Hrabia 

zwrócił się ku niej:  

Nie, tym razem będzie to coś poważniejszego, a mianowicie historia 

plemienia, nad którym panuje Achmed. Różni się ono od innych plemion 

i ma odrębne zwyczaje i obyczaje. Spostrzegła już pani zapewne, że nie 

przestrzegają oni tak surowo  

tych wszystkich praktyk religijnych, które nakazuje wiara Mahometa. 

Plemię to czci głównie swego szejka, potem jego sławne konie, a potem 
dopiero Allacha.  

Czy szejk jest właściwie mahometaninem? Saint-Hubert wzruszył 

ramionami. - Wierzy w Boga - 

odparł wymijająco, powracając do prze-

rwanej pracy. Diana przypatrywała mu się, gdy siedział pochylony nad 

biurkiem. Zdobył jej sympatię i zaufanie swym miłym obejściem i 
delikat

nym zachowaniem się w drażliwym położeniu. Była mu za to 

wdzięczna. Oboje żywili również życzliwe uczucia dla wyjątkowego 

władcy dziwnego szczepu.  

Hrabia  pisał  jeszcze  przez  chwilę,  potem  z  westchnieniem ulgi 

background image

odłożył pióro, pozbierał papiery i zwrócił się ku Dianie.  

Podniosła głowę.  

Czy skończył pan swą pracę?  

Chwilowo tak. Henryk będzie mógł przepisać to później.  

Czytałam książki pana, wszystkie które znajdują się tutaj. Zwykle 

nie zajmują mnie romanse. Ten jednak, który przeczytałam, podobał mi 

się bardzo. Czy wierzy pan rzeczywiście w możliwość istnienia takiego 

mężczyzny,  którego  pan  opisał?  Czy  mężczyzna  może  być  tak 

delikatny, pełen samozaparcia i wierny jak bohater pańskiego romansu.  

Odparł cicho. 
 - 

Znam  mężczyznę,  który  pod  pewnymi  warunkami  mógłby 

odpowied

zieć wizerunkowi tam nakreślonemu.  

Zaśmiała się.  

W  takim  razie  jest  pan  szczęśliwszy  ode  mnie.  Nie  jestem 

wprawdzie  jeszcze  całkiem  stara,  jednak  nie  spotkałam  dotychczas 

mężczyzny,  który  byłby  podobny  do  rycerskiego  bohatera  pańskiej 

książki.  

Zaczerwienił się i patrzył zakłopotany na pióro trzymane w ręce.  

Niestety, piękne kobiety budzą w niektórych mężczyznach jedynie 

najniższe instynkty. Żaden mężczyzna nie wie, jak nisko może upaść pod 

wpływem nagłej, niepohamowanej żądzy.  

- A kobieta p

onosi karę - zawołała Diana gwałtownie. - Musi zapłacić 

?a piękność, którą ją Bóg ukarał, a której sama nienawidzi.  

U rwała, przygryzając wargi. Odczuła obawę przed zaufaniem, które 

wzbudzał swoją osobą.  

Zechce mi pan wybaczyć - rzekła chłodno. - Moje zapatrywania 

zapewne nic interesują pana.  

Wprost przeciwnie. Interesują mnie bardzo. Jeżeli zechce pani 

zaszczycić mnie swoją przyjaźnią, to życie moje będzie do pani 

rozporządzenia.  

Podała mu rękę i popatrzywszy na psa leżącego u jej boku, podniosła 

swobodnie głowę.  

Ofiaruje mi pan rzecz niezwykle cenną i jeżeli zechce pan mi być 

takim przyjacielem, jakim jesteś dla szejka ...  

background image

Ścisnął jej smukłe palce w swej dłoni. Przyjaciel szejka! Uniosła go 

fala  silnego  uczucia.  Widział  tylko  piękność  siedzącego obok niego 

dziewczęcia  i  czuł,  że  musi  jej  dopomóc.  Zamknął  oczy,  gdy 

uprzytomnił sobie istotę swego uczucia.  

Z całym wysiłkiem woli opanował się. Musiał zwalczyć w sobie to 

bezsensowne  uczucie;  niedużo  brakowało,  a  byłby  zdradził  człowieka, 
który od 

lat  dwudziestu  był  mu  bliższy  od  brata.  Nie  wolno  mu  było 

spytać go nawet, jakie ma prawo do tego dziewczęcia. Odnalazł utracony 
spokój odzyskaw

szy panowanie nad sobą, ucałował z szacunkiem rękę 

Diany.  

Wszedł Henryk.  

Panie hrabio, pójdź pan prędko, zdarzyło się nieszczęście.  

Diana zerwała się z okrzykiem. Twarz jej zbladła jak płótno, a wargi 

wyszeptały bezgłośnie słowo: "Achmed!" Drżącą, objął hrabia 
ramieniem. - Kto jest raniony, Henryku?  

Jeden ze służby, panie hrabio. Strzelba rozleciała się przy strzale, 

rozrywając mu rękę ...  

Saint-

Hubert  skierował  się  ku  wyjściu.  Diana  padła  na  otomanę  

objąwszy  psa  ramionami,  ukryła  twarz  w  jego  szorstkiej  sierści.  - 

Zechce mi pan wybaczyć - szepnęła - wiem, że to głupio z mej strony, 
jestem jednak zawsze tak niespokojna, kiedy on dosiada tego dzikiego 

"Szejtana". Idź pan, ja zaraz tam przyjdę.  

Wyszedł  bez  słowa.  Diana  siedziała  jeszcze  chwilę  bez  ruchu, 

dopóki 

nie uspokoiła się zupełnie, Koper wysunął się z jej ramion. Z 

westchnieniem  ulgi  prze

tarła  oczy  i  wyszła  przed  namiot  w  jasność 

słońca.  

Ranny siedział na ziemi, z ręką wyciągniętą ku hrabiemu.  

Pomogę panu - rzekła spokojnie i, odwi- I nąwszy rękawy sukni, 

przyklękła obok rannego. Zdziwił go jej spokojny głos świeża barwa 
policzkó

w. Jakże niepodobna była do dziewczęcia, które przed niewielu 

minutami szukało u niego ratunku.  

- Czy jest pan lekarzem?  

Tak, studiowałem za młodu medycynę, to przydaje mi się bardzo w 

background image

podróżach. - Wziął bandaże z rąk Henryka.  

Czy zagoi się?  

- Mus

iałem mu odciąć palec, spodziewam się jednak, że ręka będzie 

uratowana. Arabowie to tęgie chłopaki. Taka rana nic u nich nie znaczy. 

Chciałabym się przejechać. Jest już wprawdzie późno, ale starczy mi 

jeszcze czasu. Czy będzie mi pan towarzyszył?  

-  U c

zyniłbym  to  z  chęcią,  muszę  tu  jednak  pozostać  z  powodu 

Selima - 

odparł spokojnie. Odprowadził ją do dużego namiotu i patrzył, 

jak odjeżdża. Kilka kroków za.nią jechał Gaston i sześciu uzbrojonych 

Arabów, których zabierała ze sobą na wyraźne żądanie szejka. Obecność 

tej straży dokuczała jej nieznośnie. Myśl o zbrojnej eskorcie jadącej za 

nią  psuła  jej  całą  przyjemność  wycieczek,  które  lubiła  tak  bardzo. 

Samotność  stanowiła  największy  urok  wyjazdów.  Obecność  Gastona, 

który  jej  stale  towarzyszył,  nie  psuła  jej  samotności,  obecność  jednak 

tych sześciu par oczu śledzących każdy jej krok, była nie do zniesienia. 

N ie mogła też zrozumieć z jakiego powodu dodano jej tę straż. Przecież 

podczas  dotychczasowych  wyjazdów  nie  zaszło  nic  takiego,  co  by 
usprawiedliwi

ało  to  zarządzenie  szejka.  Oaza  nie  leżała  przy  głównym 

trakcie karawanowym, a Arabowie, których spotyka

ła, należeli 'wszyscy 

do szczepu Achmeda ben Has

sana. Początkowo chciała pomówić o tym 

z szej

kiem, zabrakło jej jednak odwagi.  

Od  dnia  przyjazdu  Raula  był  jakby  odmieniony;  zachowywał  się  z 

niesamowitą,  chłodną  powściągliwością.  Pieszczoty  jego  stały  się 

obojętne  i  rzadsze.  Nie  zajmował  się  nią  zupełnie,  tak  że  odniosła 

wrażenie,  że  namiętność  jego  ku  niej  wygasła  i  że  to  już  koniec 

wszystkiego.  Nie  chciała  jednak  ustąpić  bez  walki  o  jego  miłość. 

Postanowiła użyć wszelkich środków, które miała do dyspozycji dzi~ki 

piękności  i  sprytowi  kobiecemu.  Palił  ją  wstyd,  gdy  pomyślała  o  roli, 

którą tu odgrywa. Nie była lepsza od "tamtych innych", o których nawet 

myśleć  nie  chciała.  Stłumiła  w  sobie  to  uczucie  i  podniósłszy  dumnie 

głowę,  jak  za  dawnych  czasów,  z  zaciśniętymi  wargami  wyprostowała 

się na siodle.  

Gaston zbliżył się ku niej.  

Czy  nie  zechce  pani  zawrócić?  -  spytał  z  szacunkiem.  -  Jest  już 

późno, a tu wśród tych pagórków nie jest zbyt bezpiecznie. Trudno cóś 

background image

roz

różnić z powodu ciemności, tak że zaczynam się obawiać.  

Obawiać? - powtórzyła z uśmiechem.  

O panią - dodał poważnie.  

Ś ciągnęła cugle.  

Było już jednak za późno. W tej samej chwili obskoczyli ich zewsząd 

Arabowie. Gaston pochwy

cił  cugle  jej  konia  i  zawrócił  ku  obozowi. 

Ochryp

łe  okrzyki  zmieszały  się  z  odgłosem  strzałów,  a  kule 

przelatywały ze świstem koło jej głowy.  

Gaston  założył  cugle  pod  kolano,  jedną  ręką  chwycił  wędzidło 

"Tancerza", a drugą wydobył rewolwer. D iana pomyślała bezwiednie o 

broni, którą otrzymała niedawno od szejka. Z nagłym uczuciem słabości 

patrzyła,  jak  jej  straż  ulega  napastnikom. Wtem od zwartej masy 

walczących oddzieliło się może dwudziestu jeźdźców, którzy puścili się 

w pogoń za nią i Gastonem.  

Czy nie możemy im pomóc? Przecież niepodobna zostawić ich tak - 

mówiła gorączkowo, dobywając rewolwer zza pasa, Gaston obejrzał się i 

twarz jego powlokła się szarością· O siebie nie bał się, nie śmiał jednak 

pomyśleć  o  losie  czekającym  dziewczynę  jadącą  obok  niego;  pojął 

bowiem,  że  wpadli  w  pułapkę,  zastawioną  przez  szejka  Ibrahima O 

mara.  Biała  kobieta,  najnowsza  zabawka  Achmeda  ben  Hassana  i  jego 

służący przedstawiali zdobycz, której się z rąk nie wypuszcza.  

Zacisnął  zęby.  Wolał  ją  raczej  zabić  własną  ręką,  aniżeli  dopuścić 

do jej porwania. Nieustannie dokoła nich padały w piasek kule. Widać 

było, że strzelający nie byli ludźmi ben Hassana. Gaston zdawał sobie 

jasno  sprawę  z  beznadziejności  położenia.  W  każdej  chwili  bowiem 

mogła trafić ich jakaś kula.  

Napastnicy odgadli widocznie jego myśli, gdyż rozwinęli się w nie 

regularną linię, która załamując się ciągle, uniemożliwiała dokładne 
celowanie. Rów

nocześnie przynaglali swe konie do nadzwyczajnych 

wysiłków, aby dogonić uciekających.  

Diana  strzelała  również.  Naraz  "Tancerz"  potknął  się,  przebiegł 

jeszcze kilka kroków ... i padł, wyrzucając krew nozdrzami.  

Diana zeskoczyła z siodła. W następnej chwili znalazł się obok niej 

Gaston 

i zasłoniwszy ją swym ciałem, strzelał z zimną krwią na 

nacierających Arabów. Nagle opanowało ją uczucie, że wszystko to jest 

background image

snem, to samo uczucie, które zawładnęło nią, gdy się po raz pierwszy 

znalazła w obozie szejka. Głęboka cisza - Arabowie zaprzestali 
okrzyków 

gorący, suchy piasek i ten żar drgającego powietrza, 

nieskazitelny błękit nieba, nacierający jeźdźcy, zabity "Tancerz", obok 

którego stał spokojnie koń Gastona, i ten człowiek, który ją zasłaniał 

własną piersią·  

Naraz  gruchnęła  salwa.  Gaston  z  jękiem  zwalił  się  u  jej  stóp  w 

piasek.  Stojąc  nad  jego  ciałem,  wystrzeliła  Diana  ostatnie  naboje  i 

rzuciła pusty rewolwer w twarz nadbiegającego Araba. Odwróciła się w 

rozpaczliwej nadziei, że uda jej się dopaść konia Gastona. Pochwyciły ją 
jednak sz

orstkie dłonie. U czuła uderzenie w głowę; ziemia usunęła się 

jej  spod  nóg,  w  oczach  jej  pociemniało  i  padła  bez  przytomności  na 

ziemię ...  

 

Późno  po  południu  siedział  Saint-Hubert w wielkim namiocie 

zatopiony w pracy. Zajęty pisaniem zapomniał o czasie i o Dianie, nie 

słyszał  nawet  jak  szejk  powrócił.  Dopiero  gdy  ben  Hassan  wpadł 

gwahownie do namiotu, porwał się nagle z miejsca.  

Płonącym okiem rozejrzał się szejk po namiocie, wszedł do alkowy i 

wrócił z powrotem. 

- Gdzie jest Diana?  
Saint-

Hubert spojrzał na zegarek?  

 

N a miłość boską nie miałem pojęcia, że jest już tak późno. 

Wyjechała rano.  

 

I jeszcze nie powróciła - dokończył szejk powoli. - O której 

godzinie wyjechała?  

 

Zdaje mi się, że około dziesiątej. Nie patrzyłem wtedy na zegarek.  

 

Szejk postąpił ku wyjściu. 
 - 

Czy miała ludzi ze sobą? - spytał krótko.  

- Tak.  

Twarz  ben  Hassana  przybrała  twardy  wyraz,  a  jego czarne brwi 

background image

ściągnęły się w groźny łuk. Czyżby udawała przez cały czas, okazując 
sztuczny spo

kój,  aby  uśpiwszy  jego  czujność,  próbować  jeszcze  raz 

ucieczki?  Odpędził  tę  myśl  od  siebie.  Wierzył  i  ufał  jej  bezwzględnie. 

Doznawał  radosnego  wprost  uczucia,  gdy  wracając  z  przejażdżki, 

widział jej drobną postać, wtuloną w poduszki otomany.  

Zrozumiał nagle, czym to dziewczę dla niego było.  

Wyszedł z namiotu i zawoławszy służącego wydał mu rozkazy. I stał 

tak, z rękoma za pas założonymi gryząc zębami nie zapalonego 
papierosa.  

Saint-

Hubert podszedł do niego.  

Co to ma znaczyć?  

- Nie wiem - 

odparł krótko.  

Czy grozi jej niebezpieczeństwo?  

_ Na pustyni nie jest nigdy bezpiecznie, szcze

gólnie, gdy ten diabeł 

się  ruszy"  -  Wskazał  ruchellI  głowy  na  południe.  -  Trzy nasze 
posterunki wi

działy  ich  dzisiaj  w  południowej  stronic,  jednak 

oczywiście nie obchodziło ich nic, kiedy wrócą· Wyruszam za dziesięć 

minut.  Pojedziesz  ze  mną?  Dobrze!  Jeżeli  nie  wrócimy  za  dwanaście 

godzin, wyruszą nam na pomoc.  

W kilka minut później setka Arabów stała obok swych koni gotowa 

do drogi; szejk pilnował wydawania amunicji. Niebawem cały oddział, 

mając na czele Achmeda i hrabiego, ruszył wyciągniętym galopem.  

Od wielu pokoleń znana była odwaga i dzielność tego szczepu. Inne 

szczepy  nie  próbowały  nawet  powątpiewać  o  przewadze  szczepu  ben 
Hassana. 

Spór z Ibrahimem Omarem odziedzi

czony  był  po  przodkach.  Do 

otwartej  walki  doszło  jeszcze  za  panowania  poprzedniego  szejka,  a 

pamięć  tej  walki  żyła  do  dziś  dnia.  Tu  i  ówdzie  zdarzały  się  mało 

znaczące  potyczki,  które  trzymały  obydwa  szczepy  w  ciągłym 
pogotowiu, a ben Hassan utrzy

mywał,  w  oczekiwaniu ostatecznej 

rozprawy, swój szczep w karności i dyscyplinie.  

Skol1czy! się krótki zmierzch. Była pełnia księ"~yca i białe światło 

oświetlało  krajobraz.  Od  chwili  wyruszenia  nie  wypowiedział  Achmed 

jeszcze ani słowa.  

Mijali  właśnie  jakąś  kotlinę,  gdy  naraz  szejk  wydal ostry gwizd i 

background image

zatrzymał  konia.  Jakiś  człowiek  leżał  twarzą  ku  ziemi,  a  w  pobliżu  na 

widok  ludzi  zniknęły  w  mrokach  nocy  dwa  cienie.  Szejk  i  Henryk 

zeskoczyli  równocześnie  na  ziemię,  za  nimi  Saint-Hubert. 
Rozpoznawszy Gastona zb

adał  go  szybko.  Na  czole  widać  było  ślad 

kuli. Widocznie ostatnim wysiłkiem woli powlókł się jeszcze kilkanaście 

metrów  i  padł  nieprzytomny  z  upływu  krwi.  Zabiegi  Saint-Huberta 

odniosły skutek. Otworzył oczy i ujrzał szejka klęczącego obok siebie.  

- Panie ... Madame ... Ibrahim Omar. .. - szep

nął, tracąc znowu 

przytomność.  

N  ad  ciałem  służącego  spotkały  się  na  krótką  chwilę  spojrzenia 

szejka i hrabiego. Potem Achmed powstał.  

- Opatrz go jak najszybciej - 

rzekł, wracając do swego konia. Oparty 

o "Jastr

zę bia" zapalił odruchowo papierosa.  

Ibrahim Omar i delikatna Diana!. .. Nerwowo gryzł papierosa. U czuł 

nieodpartą chęć trzymać ją znów w swoich ramionach i scałowywać łzy 

z jej oczu i bladych warg. Zdawało mu się, że czeka już całą wieczność. 
Wreszcie  Saint-

Hubert  podniósł  się,  pozostawiając  Henryka  i  dwóch 

Ara

bów, którzy mieli przenieść rannego do obozu.  

Ruszyli w drogę, przez wydmy i kotliny, przez które czołgał się na 

wpół przytomny Gaston. Minęli zabitego "Tancerza", który w bladym 

świetle księżyca czynił upiorne wrażenie - zabitych Arabów, którzy byli 

świadectwem celności strzałów Diany i G as tona.  

Wycie  szakali  przybliżyło  się.  Niebawem  spostrzegli  długi  łańcuch 

pagórków, za którymi leżeli w zasadzce Arabowie. Tu, między trupami 
ludzi i koni

,  spostrzegł  ciała  Arabów  własnego  szczepu.  Może  który  z 

leżących  będzie  jeszcze  żywy  i  opowie,  jaki  był  przebieg  walki,  może 

będzie to który z jego ludzi lub ludzi Ibrahima O mara, którego potrafi 

zmusić do powiedzenia prawdy.  

W  okrutnym  uśmiechu  odsłonił  szejk  swoje  Zt;by.  Kilku  jeźdźców 

zeskoczyło na ziemię, aby zbadać, czy który z leżących nie został przy 

życiu.  Szejk  czekał  bez  ruchu,  słuchając  przeklęstw  w  i  gróźb,  które 

miotali  Arabowie,  znosząc  nieruchome i nie do poznania okaleczone 

ciała tych, którzy przed kilku godzinami stanowili orszak Diany.  

Ostatni  z  podniesionych  dawał  jeszcze  słabe  oznaki  życia;  podniósł 

oczy  i  ujrzawszy  szejka  uśmiechnął  się,  szczęśliwy  jak  dziecko  i 

background image

podniósłszy powoli i z trudem rękę, wskazał na: południe.  

Szejk 

zsiadł  z  konia  i  podszedłszy  do  uśmiechającego,  wziął  jego 

bezsilne palce w swoje dłonie. Ostatnim wysiłkiem podniósł Arab rękę 

szejka do swego czoła, po czym wyzionął ducha.  

   
 
 

ROZDZIAŁ ÓSMY  

Stopniowo i z trudem, poprzez fale śmiertelnego bezwładu, poprzez 

huk i szum w uszach, prze

dzierała się Diana do przytomności. Głowa ją 

bo

lała,  wszystkie  członki  były  jakby  sparaliżowane.  Krok  za  krokiem 

ustępowała  mgła  z  jej  mózgu,  przywołując  wspomnienie  tego,  co 

przeszła.  

-  Gaston  - 

wyszeptała  słabym  głosem,  wyciągając  rękę.  Zamiast 

jednak  oczekiwanego  ciała  lub  suchego  piasku,  poczuła  pod  ręką 

miękkie poduszki.  

Otworzyła gwałtownie oczy.  

Leżała w kącie namiotu, na stosie poduszek.  
 

W  drugim  kącie  namiotu  klęczała  przed  małym  piecykiem  jakaś 

kobieta

, a w powietrzu unosił się ostry zapach arabskiej kawy.  

Arabka odwróciła się i spojrzała na nią.  

Diana  uczuła  instynktownie,  że  nie  może  od  niej  oczekiwać  ani 

współczucia,  ani  pomocy.  Była  to  dość  ładna  kobieta,  jednak  w  jej 

pełnych  niena\yiści  oczach  nie  było  ani  śladu  łagodności.  Diana  czuła 

czającą  się  w  nich  groźbę.  Równocześnie  jednak  powróciła  jej  cała 

odwaga. Spojrzała na Arabkę z całą dumą, na jaką mogła się zdobyć.  

 

W  czasie  swego  pobytu  w  Indiach  poznała  siłę  swego  wzroku,  a 

także  i  tu  w  pustyni  był  jedcn  tylko  Arab,  który  mógł  wytrzymać  jej 

spojrzenic, również i teraz kobieta odwróciła się ,od niej, ze stłumionym 

przekleństwem na ustach.  

 

Mały,  duszny  namiot  wypełniony  był  specyficzną  arabską  mdłą 

wonią, której nie zauważyła w chłodnych, wzorowo czystych namiotach 

background image

ben  Hassana.  Podniosła  się  ostrożnie  i  postąpiła  kilka  kroków.  Ból, 

pochodzący  z  uderzenia  w  głowę,  ustępował  stopniowo,  a  uczucie 

słabości znikło prawic zupełnie.  

Daj mi trochę wody - rzekła po francusku.  

Kobieta jednak potr

ząsnęła głową, nie patrz:JC na nią. Diana 

powtórzyła swoje słowa po arahsku. Za pas jej słów arabskich był dość 

ograniczony. Tym razem kobieta powstała szybko i podała jej kuhek 

pełen kawy.  

Diana  wyciągnęła  rękę  po  kubek.  Spojrzawszy  jednak  w  złośliwe 

oczy Arabki zatrzymała się· Zro,. dziło się w niej nagłe podejrzenie. Nie 

wiedziała wprawdzie z jakiego powodu, jednak odtrąciła podawany jej 
kubek.  

Nie, nie chcę kawy, daj mi wody!  

Wtedy kobieta pochwyciła ją silnymi ramionami, usiłując przytknąć 

jej  kubek  do  ust.  Arabka  była  wprawdzie  silna,  Diana  jednak  była 

młodsza i zręczniejsza. Kubek wypadł na ziemię, a Arabka potoczyła się 

ku piecykowi, przewracając go wraz z węglami i naczyniem.  

Powalona,  zerwała  się  szybko  i  zagasiwszy  rękoma  tlące  węgle 

poczęła przeraźliwie krzyczeć. Uchyliła się zasłona namiotu i do wnętrza 

wszedł olbrzymi Nubijczyk. Arabka wyciągnęła rękę w kierunku Diany, 

zasypując ją stekiem obelg i przekleństw.  

 

N egar słuchał z uśmiechem i w końcu potrząsnął przecząco głową .  
 

.J ednak Diana zawołała go i z podniesioną głoW"I stanęła przed 

nim.  

 

Przynieś mi wody - rzekła rozkazująco, patrząc mu prosto w twarz, 

on  jednak  wskazał  jej  kawę,  którą  Arabka  na  nowo  poczęła  gotować. 
Dia

na  tupnęła  gniewnie  nogą.  Negr  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu  i 

przyniósł zaraz wydęty worek skórzany, który służy Arabom za zbiornik 

na wodę.  

 

Diana zawahała się, jednak pragnienie zbyt jej dokuczało. Podniosła 

kubek leżący na podłodze, wypłukała go i napiła się. Woda była ciepła i 

background image

nie

świeża.  U  sunęła  jednak  suchość  gardła  i  nieco  ją  orzeźwiła.  Negr 

wyszedł, pozostawiając Arabkę pochyloną nad ogniem.  

Diana położyła się z powrotem na poduszki.  

Ostatnie  wydarzenia  wyczerpały  ją  bardziej  niż  myślała  i  nogi  pod 

nią  drżały.  Jednak  odwaga  jej  nie  opuściła.  Ponieważ  prócz  Negra  i 

Arabki  nikt  się  nie  zjawiał,  przeto  wywnioskowała,  że  Ibrahim  Omar 
jest nieobecny w obozie. Oby tylko nie wró

cił,  zanim  nie  przybędzie 

Achmed;  w  przybycie  Achmeda  wierzyła  bowiem  niezłomnie.  Oby 

tylko przybył na czas! Świecąca lampa wskazywała na to, że była noc; 

jednak nie wiedziała która jest godzina.  

 

Zapewne już spostrzegli jej nieobecność w obozie. Szejk wiedział, co 

jej grozi i jakkolwiek w os

tatnich  czasach  był  wobec  niej  obojętny  i 

okrutny, to jednak nie wątpiła, że ją uratuje.  

Zerwała się, usłyszawszy nagły hałas w przyległym namiocie. Jednak 

ostry, gardłowy głos górujący nad innymi, odebrał jej ostatnią iskrę 
nadziei.  

Ibrahim  Omar  wyprzedził  więc  Achmeda.  Z  głębokim 

westchnieniem zacisnęła zęby, gotując się na to, co miało nastąpić.  

 

Olbrzymi  Negr,  którego  już  przedtem  widziała,  wszedł  znów  do 

namiotu. Szedł prostu ku niej; nagle stanęła przed nim Arabka, mówiąc 

coś  z  dzikim  błyskiem  w  oczach  i  gestykulując  namiętnie.  Nubijczyk 

odepchnął ją jednak i wyciągnął ramię, aby pochwycić Dianę. Cofnęła 

się  z  ogniem  w  oku  i  z  rozkazującym  głosem;  serce  biło  jej  lJIocno, 

jednak  panowała  nad  sobą.  Zacisnęła  tylko  pięści,  włożywszy  ręce  do 

kieszeni spodni. Tak przeszła wolnym krokiem do przyległego namiotu, 
który hy

ł chłodny i pusty. N a środku leżał na stosie poduszek Ibrahim 

Omar; poza nim stało dwu olbrzymich Negrów, nieruchomych jak statuy 

z brązu.  

 

Diana  zatrzymała  się  chwilę  u  wejścia,  potem  podniósłszy  śmiało 

głowę,  przeszła  sprężystym  chłopięcym  krokiem  po  puszystych 
dywanach i zatrzy

mała się przed Ibrahimem. Wydąwszy dumnie wargi 

spojrzała mu w twarz spod na wpół przymkniętych powiek.  

background image

 

Ibrahim  Omar  był  rzeczywiście  takim,  jakim  go  sobie  wyobrażała. 

Ociężałe,  niezgrabne  cielsko  rozwalone na brudnych poduszkach, 

nabrzmiała dzika twarz poorana śladami przebytych orgii, zepsute zęby 

widoczne  spoza  grubych  warg.  Jego  bogato  wyszywany  strój  był 
zaniedbany i brudny, zanied

bane  i  tłuste  ręce  rozpostarte  na  kolanach. 

Gdy Diana zbliżyła się, jego ordynarna twarz skrzywiła się w uśmiechu 

drwiącego zadowolenia.  

A więc to jest biała kobieta mego brata Achmeda ben Hassana - 

rzekł powoli złą francuzczyzną· - Achmed ben Hassan, którego duszę 

oby Allach s.palił w ogniu piekielnym - dokończył, spluwając z pogardą. 

Potem położył się z powrotem i z głośnym chłeptaniem począł pić kawę.  

Diana  patrzyła  mu  bez  przerwy  w  oczy,  a  on  zdawał  się  czuć 

nieswojo pod jej wzrokiem; jego oczy latały niespokojnie, a jedna ręka 

bawiła się rękojeścią rewolweru zatkniętego za pas. W końcu skinął na 

nią,  aby  podeszła  bliżej.  W  tej  samej  chwili  zjawiła  się  Arabka  i 

wyminąwszy Negra, który chciał ją zatrzymać, padła do nóg Ibrahima i 

objąwszy jego kolana, poczęła głośno zawodzić. Diana zrozumiała nagle 

nienawiść, którą widziała w oczach tej kobiety. Widocznie uważała ją za 

rywalkę,  z  którą  się  będzie  musiała  podzielić  miłością  pana  i  władcy. 

Mimo męczącej ją trwogi, uczuła budzące się w niej obrzydzenie.  

Ibrahim  Omar  popatrzył  z  zajęciem  na  kobietę  leżącą  u  jego  stóp, 

skrzywił się i uderzył ją nagle w twarz. Jednak uderzona przyczołgała się 
z pod

niesioną  twarzą  jeszcze  bliżej,  podczas  gdy  z  jej  warg  sączył  się 

cienki  strumyk  krwi.  Z  ochrypłym  rechotem  podobnym  do  sapania 

dzikiego zwierzęcia chwycił ją Ibrahim za gardło, podczas gdy jej ręce 

biły dokoła powietrze. Potem dobywszy powoli noża zza pasa wbił go w 

jej pierś. Gdy padła w przedśmiertnych drgawkach, otarłszy krwawy nóż 

w jej szatę i odepchnął trupa kopnięciem od siebie tak, że potoczył się ku 
Dianie.  

 

Zapadło  głębokie  milczenie,  Diana  stała  jakby  skamieniała  pod 

wrażeniem tego co zobaczyła. Patrzyła na trupa z raną w piersi, z której 

na  dywan  sączyła  się  krew.  Jak  ogłuszona  myślała  o  tym,  że  szkoda 

cennego  dywanu,  na  który  spływa  krew.  Potem  spojrzawszy  na  twarz 

background image

zabitej 

zapomniała o dywanie. Usta trupa były otwarte, a oczy, rozwarte 

szeroko w przedśmiertnej trwodze, przywróciły Dianę do przytomności. 

U  czuła  niemoc  fizyczną,  jednak  przemógłszy  się,  podniosła  oczy  i 

roześmiała  się  prosto  w  twarz  Ibrahimowi,  który  patrzył  na  nią  z 

zaciekawieniem. Był to śmiech podobny do krzyku. Włosy przylgnęły 

jej do czoła, a dłonie zacisnęły się kurczowo, jakby już nigdy nie miały 

się  rozprostować.  Musiała  coś  uczynić,  aby  odwrócić  swą  uwagę  od 

postaci  leżącej  u  jej  stóp.  Prawic  bezwiednie  wyjęła  papierośnicę  z 

kieszeni,  wyhrała  powoli  papierosa,  zapaliła  go  i  rzuciła  płonącą  za-

pałkę między nogi Murzyna, który stal ohok niej bez ruchu od chwili, 

gdy  usiłował  zatrzymać  Arabkę;  podobnie  i  dwaj  Murzyni  stojący  za 
szejkiem.  

Teraz na sk

inienie szejka, wynieśli trupa z namiotu.  

Ibrahim skinął na Dianę, wskazując jej poduszkę leżącą obok niego. 

Usiadła  powoli,  z  udaną  obojętnością,  mimo  że  jego  bliskość  była  jej 

wstrętną.  Owionęła  ją  woń  potu,  tłuszczu,  źle  pielęgnowanych koni i 
ostry 

specyficzny odór jego ciała.  

Ruchem głowy odmówiła przyjęcia kawy, którą jej ofiarowywał, nie 

zważając wcale na jego mrukliwy protest. Nie rozumiała go nawet, gdyż 

mówił  po  arabsku.  Gdy  odrzuciła  wypalonego  papierosa  pochwycił  ją 

tłustymi rękami za przegub u ręki i obrócił ku sobie.  

Ile strzelb przywiózł Francuz temu synowi piekła? - spytał 

ochrypłym głosem.  

Zdziwiona  pytaniem  zwróciła  głowę  i  ujrzała  utkwione w sobie na 

wpół  groźne,  na  wpół  podziwiające  spojrzenie  jego  oczu  nabiegłych 

krwią. Odwróciła siQ gwałtownie.  

- Nie wiem.  
- N ie wiem, nie wiem - 

powtórzył z dzikim śmiechem. - Gdy 

skończę, będziesz już wiedzieć.  

Ś  cisnął  ją  silnie  za  rękę  i  wijącą  się  z  bólu  wypytywał  o  różne 

szczegóły o szejku i jego szczepie.  

Jednak  Diana  zachowywała  milczenie.  Nie  dowie  się  od  niej  nic 

takiego,  co  by  mogło  przynieść  szkodę  ukochanemu  przez  nią 

człowiekowi,  nawet  gdyby  ją  torturował  lub  kazał  zabić.  Oddychała 

szybciej, jednak odwaga jej nie opuszczała.  

background image

Ibrahim Omar przestał pytać.  

Wyśpiewasz wszystko - rzekł znacząco i zabrał się do picia kawy. 

Naraz  uczuła  znów,  że  ją  pochwycił.  Jego  obrzydliwy  gardłowy  głos, 

czająca  się  wyuzdana  twarz  dusiły  ją  jak  straszna  zmora.  Nagłym 

rozpaczliwym  ruchem  wyrwała  się  i  chciała  wybiec  z  namiotu. 
Po

ślizgnęła  się  jednak;  Ibrahim  Omar  podbiegł  szybko  ku  niej  i 

pochwycił ją w swoje ramiona.  

W  iła  się  i  odpychała  go;  nie  wypuścił  jej  ze  swych  objęć. 

Przyciągnął ją do siebie, przy czym wyrwał kawał materii z jej bluzki. 

Oparła  mu ręce na piersiach, czuła jednak, że słabnie coraz bardziej, a 

serce jej biło jak oszalałe ze strachu. Znikła ostatnia iskra nadziei, która 

dodawała jej sił. Achmed nie przybył, a myśl o nim dopełniła czary cier-

pienia. Padła na kolana, a Ibrahim podniósł brutalnie jej głowę.  

N

araz rozległ się zewnątrz hałas, usłyszała suchy grzechot strzelb i 

jak z głębokiej otchłani doszedł ją głos szejka:  

- Diano, Diano!   
Ten głos i świadomość jego bliskości, dodały jej nowych sił. Jednym 

szarpnięciem wyrwała się z rąk Ibrahima.  

- Achmedzie - 

krzyknęła.  

Tłusta dłoń szejka spadła na jej usta. Jak oszalała wbiła w nią swe 

zęby, głęboko, aż do kości, a gdy ją wyrwał oszalały z bólu, krzyknęła 
znowu. - Achmedzie! Achmedzie!  

Z  wściekłym  charkotem  chwycił  ją  szejk  za  gardło,  a  jej  ręce 

nada

remnie  starały  się  oderwać  duszącą  dłoń.  Krew  zaszumiała  w  jej 

uszach.  Czuła,  że  się  dusi,  jej  płuca  zdały  się  pękać  i  powoli  namiot 

zawirował  w  jej  oczach.  Ręce  opadły  wzdluż  ciała  i  usunęła  się  na 
kolana', Jak z oddali docho

dził ją ochrypły, pełen nienawiści głos.  

Twoja samotność w piekle nie będzie dlllgo trwała. Przyślę ci tam 

niebawem twego kochanka,  

Traciła już niemal przytomność, gdy nagle zwolnił uścisk duszącej ją 

dłoni;  szejk  chwycił  ją  nagle  za  ramiona  i  obrócił  wstecz.  Podniosła 

obolałą  głowę,  cierpiąc  przy  tym  niewymownie.  Wtedy  poprzez 

ustępującą  mgłę,  ujrzała  zarys  smukłej  postaci  stojącej  u  wejścia  do 
namiotu.  

background image

Zapadło  milczenie  odbijające  się  w  jaskrawy  sposób  od  zgiełku 

panującego na dworze i Diana zrozumiała dlaczego Achmed nie strzelał; 

Ibrahim  Omar  zasłaniał  się  nią  jak  tarczą,  jedyną,  która  mogła 

powstrzymać strzał Achmeda ben Hassana. Teraz cofał się ostrożnie ku 

drugiemu wyjściu, trzymając ciągle Dianę przed sobą. Naraz potknął się 

o  kanapę  i  stracił  równowagę,  na  chwilę  tylko, lecz chwila ta 

wystarczyła,  aby  poczuł  na  swoim  czole  chłodne  dotknięcie  lufy 

rewolweru.  Puścił  Dianę·  Osłabiona  i  drżąca  osunęła  się  na  dywan, 

przyciskając  ręce  do  wzburzonej  piersi  i  jęcząc  z  bólu,  który  jej 

sprawiało oddychanie.  

Przez  chwilę  patrzyli  sobie  obydwaj  mężczyźni  w  oczy  i  Ibrahim 

Omar zrozumiał, że tu idzie o życie. Nie poruszył się nawet, gdy szejk z 
okrut

nym  uśmiechem  wyciągnął  swą  rękę  i  pochwycił  go  za  gardło. 

Wprawdzie strzał byłby go szybciej wyprawił do piekła, jednak pragnął 
z

adać mu te same katusze, które Diana wycierpiała.  

Gdy  jednak  duszący  uścisk  Achmeda  stawał  się  coraz  silniejszy, 

zbudziła się w Ibrahimie chęć do walki. Diana siedząc na ziemi ujrzała z 

przerażeniem jak dwie silne postacie zwarły się w śmiertelnym uścisku. 

Ibrahim  Omar  walczył  o  swe  życie.  Szejk  puścił  nagle  jego  szyję  i 

chwyciwszy Omara obiema rękami powalił go na otomanę. Podbiwszy 

mu  nogi  wtłoczył  go  w  poduszki  i  klęknąwszy  na  piersi  powalonego, 

chwycił go za gardło. Gniótł go całym ciężarem swego ciała, przy czym 

z ust jego nie schodził okrutny uśmiech.  

Zgiełk przed namiotem wzmógł się, a tu i ówdzie przelatywała przez 

namiot zbłąkana kula. Odwracając głowę przed przelatującą kulą ujrzała 

Diana trzech Murzynów i kilkunastu Arabów skradających się ku 

walczącym. Achmed pochłonięty walką nie zwracał na nic uwagi. 

Chciała go przestrzec, jednak głos jej uwiązł w obolałej krtani; 

przyczołgała się więc do niego i chwyciła go za rękaw. Odwrócił się od 

zabitego i w tejże chwili rzucili się na niego ludzie Ibrahima. Bez słowa 

popchnął Dianę za otomanę i zwrócił się ku napastnikom, którzy cofnęli 

się ujrzawszy w jego dłoni rewolwer. Wystrzelił trzy razy, kładąc 

trupem trzech Arabów i jednego Murzyna. Reszta rzuciła się na niego.  

Utworzył się kłąb ciał ludzkich miotających się na wszystkie strony.  

Diana  zerwała  się,  jednak  była  zbyt  słaba,  aby  mu  pomóc.  N  araz 

background image

usłyszała  przed  namiotem  głos  Saint-Huberta.  Zawołała  nań  głosem 

ostatecznej  rozpaczy.  Szejk  usłyszał  również  jej  wołanie  i  wytężywszy 

wszystkie  siły,  zdołał  się  na  chwilę  wyrwać  z  rąk  napastników.  Saint-

Hubert  wpadł  do  namiotu  na  czele  uzbrojonego  oddziału.  W  tej  samej 

chwili  Murzyn  stojący  za  Achmedem  uderzył  go  ciężką  maczugą  w 

głowę,. a padającemu, drugi Murzyn wbił szeroki nóż w plecy.  

I znowu 

zawrzała walka nad leżącym bez ruchu szejkiem. Diana, na 

wpół przytomna ze strachu, usiłowała przedrzeć się ku niemu, lecz jakaś 

silna  dłoń  odepchnęła  ją  na  bok.  Opierała  się  z  początku,  lecz 

poznawszy,  że  jest  to  jeden  z  ludzi  Achll\cda,  zaprzestała  oporu  i 

omdlała.  

Gdy otworzyła oczy, ujrzała Saint-Huberta pochylonego nad 

szejkiem. Podeszła ku niemu, a on spojrzał szybko na nią  

- Czy jest pani raniona? - 

spytał zaniepokoJony.  

Czy będzie żył? - szepnęła, gdyż mówienie sprawiało jej ból.  

-  Nie wiem. 

Przede  wszystkim  trzeba  go  stąd  zabrać.  Potrzebuję 

opatrunków, a prócz tego, po

zostając tu, narażamy się na napad ze strony 

po

zostałych ludzi Ibrahima, którzy muszą być gdzieś niedaleko.  

Diana spojrzała z obawą na rannego.  

Czy wytrzyma jednak podróż?  

Musimy zaryzykować - odparł krótko Saint-Hubert.  

Nigdy już potem nie mogła sobie Diana przypomnieć szczegółów tej 

powrotnej  jazdy.  Było  to  pasmo  cierpień,  obaw,  śmiertelnej  trwogi  i 
oczeki

wania  na  każde  słowo  lub  okrzyk  Araba,  podtrzymującego 

szejka.  

Do  obozu  dotarli  o  zmierzchu.  Milczące  postacie  tłoczyły  się  koło 

namiotu; wnieśli nieruchome ciało szcjka i złożyli je na otomanie, obok 

której  Henryk  przygotował  potrzebne  narzędzia  lekarskie.  Jedna  ręka 

szejka zwisała bezwładnie, dotykając ziemi. Diana podniosła ją, a gdy 

dotknęła  nieżywych  prawie  palców,  wybuchła  szlochaniem.  Saint-

Hubert odwinął rękawy.  

Diano, przeszła  pani dziś dosyć, niech się pani położy, ja się już 

zajmę  Achmedem  -  rzekł  Saint-Hubert.  -  Zobaczymy,  jak  się  to 

skończy. Niech się pani prześpi kilka godzin. Pozostając tu, nic mu pani 

nie pomoże. Gdy się coś zdarzy, zaraz panią zawołam.  

background image

Potrząsnęła głową, nie patrząc na niego. - Nie mogę go opuścić i tak 

bym nie zasnęła.  

A  więc  dobrze  -  rzekł  Saint-Hubert spokojnie.  -  Niech pani 

pozostanie, jednak proszę zdjąć buty i ubrać się w jakąś wygodniejszą 

suknię.  

U  słuchała  bez  słowa  i  poszła  do  ubieralni,  gdzie  zdjęła  rozdartą 

suknię i włożyła jedwabną. Gdy wróciła, Henryk nalewał właśnie kawę. 
Saint-Hu

bert podał jej filiżankę.  

Proszę wypić, to panią wzmocni - rzekł z lekkim uśmiechem. Jej 

oczy jednak pozostały smutne.  

Wypiła  kawę  i  usiadła  na  dywanie  w  miejscu,  gdzie  przedtem 

klęczała. Szejk leżał w tej samej pozycji w jakiej go położono. Patrzyła 

nań przez kilka minut, potem przymknęła oczy, a głowa jej opadła na 
piersi. Saint-

Hubert popatrzył na nit! ze smutnym uśmiechem tryumfu, 

potem  wziąwszy  ją  na  ręce,  zaniósł  do  sypialni.  Tutaj  zawahał  się 

chwilę, zanim ją złożył na łóżku. Nigdy więcej nie zazna już bolesnego 
s

zczęścia trzymania jej w swych ramionach, nigdy więcej jej serce nie 

będzie spoczywać na jego sercu. Miłość ta, do której tęsknił przez całe 

swe  życie,  przyszła  teraz  do  niego,  teraz  kiedy  było  już  za  późno.  Ta 

bezradna,  ukochana  istota,  którą  trzymał  w  swych  ramionach,  była 

własnością  innego.  Achmed  jednak  był  jego  przyjaciclem.  Czy  miał 

prawo  być  jego  sędzią?  Jednak  pragnął  być  uczciwym  przynajmniej 
wobec siebic same

go  i  nie  ukrywać  swych  uczuć  pod  maską  obłudy, 

która mu się wydawała tchórzostwem. Dotknięcie Diany wydało mu się 

świętokradztwcm. Złożył ją ostrożnie na niskim łóżku i przykrył cienką 

zasłona. Potem wrócił do szejka.  

Henrykowi  polecił  udać  się  na  spoczynek,  a  sam  usiadł  obok 

otomany,  aby  czuwać  przy  chorym.  W  wielkim  namiocie  panowała 
cisza, a przeczulone nerwy Saint-

Huberta  czuły  nieznośny  ciężar 

milczenia. Wiedział jednak, że musi panować nad sobą i całą siłą woli 

trzymał swe nerwy na wodzy.  

Długo leżał Achmed ben Hassan bez ruchu.  

Gdy  jednak  dzień  nastał,  a  promienie  słońca  oświetliły  namiot, 

poruszył  się  niespokojnie.  Raul  de  Saint-Hubert  siedział  obok  niego  z 

twarzą  ukrytą  w  dłoniach  i  dziękował  Bogu,  że  Diana  nie  słyszy 

background image

gorączkowych  majaczeń  szejka.  Achmed  rzucał  się  na  posłaniu,  a  usta 

jego szeptały w gorączce:  

-  Dwie godziny 

drogi  od  oazy  ...  leż  cicho,  mały  głuptasku,  nie 

uciekniesz mi, nie puszczę cię. Gdy się będziesz opierać, to klnę się na 

Allacha  ...  Wiem,  że  mnie  nienawidzisz,  mówiłaś  mi  to  już  nieraz  ... 

Czyż mam cię zmusić do kochania mnie? .. Od czterech miesięcy walczy 

ze  mną  ...  Jest  Angielką  i  musiała  mi  zapłacić  za  cały  swój  przeklęty 

naród. Dręczyłem ją, aby spełnić swój ślub, a przecież ... Diano jakaś ty 

piękna  ...  Wczoraj  wieczór  rozmawiała  tylko  z  nim.  Co  mnie  to 

obchodzi, czy ona go kocha. Nie spała jeszcze, gdy wszedłem do niej. 

Czułem jak drży ... Ibrahim Omar, ten diabeł ... och, Allach, pozwól mi 

przybyć  na  czas  ...  Raulu  to  są  namioty!  Diano  gdzie  jesteś?  ..  Wielki 

Boże,  on  się  pastwi  nad  nią  ...  Wiedziałaś,  że  przyjdę,  ukochana ... 
Poczekaj tylko, naj

pierw skończę z nim ... Gdybyś wiedziała, jak bardzo 

cię kocham ... Diano, ciemności dokoła, nie mogę cię dojrzeć Diano ...  

 

I godzina za godziną płynęły, a jego zmęczony głos rozlegał się 

smutno i beznadziejnie.  

   
 
 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY  

Było już późno, gdy Diana podniosła ciężkie powieki, czując jeszcze 

w ustach gorycz środka nasennego, który dał jej Saint-hubert.  

Suknie  jej  były  przygotowane,  znak,  że  Zulejka  krzątała  się  tutaj. 

Obejrzała  się;  dokoła,  nie  ujrzała  jej  jednak.  Lampa  płonęła  i  przy  jej 

świct Ic spojrzała Diana na zegarek. Przeszło dwanaście godzin upłynęło 

od chwili, gdy wypiła kawę. Ubrała się pospiesznie i udała do przedniej 

części namiotu. Była ona przepełniona Arabami, wśród których ujrzała 

wiele  nieznajomych  twarzy.  Wiedziała,  że  należą  oni  do  posiłków 

ściągniętych  przez  Achmeda  ben  Hassana.  Dwaj  dowódcy  oddziałów 
rozmawiali szep

tem ze znużonym i wyczerpanym Saint-Hubertem. Inni 

stali milcząco, grupami dokoła otomany, na której leżał, ciągle jeszcze 
nieprzytomny szejk.  

Hrabia 

odprowadził  obydwu  szejków  do  drzwi,  po  czym  podał 

background image

Dianie krzesło i zmusił ją w sposób delikatny, lecz stanowczy do zajęcia 
miejsca.  

Niech pani siada. Wygląda pani jak upiór. Popatrzyła nań wzrokiem 

pełnym  wyrzutu.  -  Pan  dał  mi  do  kawy  jakiś  środek  nasenny. Gdyby 

Achmed  był  umarł,  podczas  gdy  ja  spałam,  nie  wybaczyłabym  panu 
nigdy.  

A leż drogie dziecko - odparł hrabia poważnie - nie wie pani nawet, 

jak źle z panią było. Gdybym nie zmusił pani do zaśnięcia,  miałbym t 
eraz do czynienia nie z dwoma, lecz z trzema pacjentami. 

Saint-

Hubert podsunął sobie krzesło i usiadł wyrazem ulgi. Czuł, że 

jest bardzo zmęczony I ,m pełnie wyczerpany wysiłkiem ubiegłej nocy.  

Gdy  popatrzył  na  Dianę,  przeraził  się  zmianą,  jaka  zaszła  w  niej  w 

tych kilku godzinach. Znikła gdzieś jej chłopięca żywość. Smutna i bez 

wyrazu  leżała  na  oparciu  krzesła.  Na  bladej  jej  twarzy  widać  było 

wyraźnie  ślady  cierpień,  a  oczy  świeciły  troską  i  męką.  Zapanowało 

długie milczenie.  

Zjawił  się  Henryk,  Diana  zapytała  go  o  Gastona,  po  czym  popadła 

znów w swój stan milczącej czujności. W pewnej chwili wydarł się z jej 

ust długi i drżący jęk, Saint-Hubertowi zdawało się, że serce mu pęknie. 

Powstał  i  ujął  leżącego  szejka  za  przegub,  chcąc  zbadać  puls.  Później 

puścił tę bezsilną rękę, a ona pochyliła się i położyła swą rękę na jego 

dłoni.  

Jak na Araba, ma on za duże ręce - rzekła szeptem, tak jakby 

kończyła głośno jakąś myśl. - On nie jest Arabem - odparł Saint-Hubert 

nagle, niecierpliwym gwałtownym tonem - on jest Anglikiem.  

Diana spojrzała nań zdumiona.  

Nie rozumiem pana. On przecież nienawidzi Anglików.  

Mimo to jest synem angielskiego arystokraty. Matka jego była 

Hiszpanką. W żyłach wielu hiszpańskich rodów płynie krew 

mauretańska, która występuje po wiekach w dziesiątym nawet pokole-

niu. Tak ma się rzecz i z Achmedem, a życie pustyni zaostrzyło jeszcze 

bardziej te cechy. Czy on nie opowiadał pani nigdy nic o sobie? Powinna 

pani wiedzieć o tym. Ma pani prawo do tego, to wyjaśni pani wiele 

rzeczy. Jestem gotów ponieść konsekwencje tego, że panią objaśnię. 
Ojcem jego jest Earl of Glencaryll.  

background image

-  Znam go - 

rzekła  Diana  zdumiona.  -  Był  on  przyjacielem  mego 

ojca.  Teraz  już  wiem,  dlaczego  to  strasznie  zmarszczone  czoło  u 

Achmeda wydawało mi się znajome. Lord Glcncaryll Inarszczy czoło tak 
s

amo. Nie pojmuję jednak ...  

Niespokojny wzrok pobiegł od Saint-Huberta do nieprzytomnego 

szejka.  

Sądzę, że będzie lepiej, gdy opowiem pani wszystko od początku - 

rzekł Raul.  

Przed trzydziestu sześciu laty przy był ojciec mój, który był równie 

niespo

kojnym  obieżyświatem  jak  ja,  tutaj  na  pustynię  do  swego 

przyjaciela szej

ka  Achmeda  ben  Hassana.  Zapoznali  się  raz  przy 

sposobności zakupywania koni przez mego ojca i wytworzyło się między 
nimi silne uczucie przy

jaźni, co w stosunkach między Europejczykami a 

Arabami  należy  do  rzadkości.  Szejk  był  człowiekiem  pełnym  zalet, 

bardzo  wykształconym,  o  wielu  rysach  charakteru  człowieka  zupełnie 
nowoczesne

go.  Pewnego  wieczoru  przybył  do  obozu  oddział  Arabów, 

przywożąc  ze  sobą  białą  kobietę,  którą  spotkano  błądzącą  po  pustyni. 

Skąd wzięła się tam, tego nie można się było dowiedzieć, gdyż kobieta 

albo  wskutek  porażenia  słonecznego,  albo  też  z  innych  powodów, 

straciła  zmysły.  Arabowie  traktują  obłąkanych  z  wielkim  pietyzmem, 

mówią,  że  są  to  ludzie,  których  dotknęła  ręka  Allacha.  Kobietę 

umieszczono  w  namiocie  jednego  z  dowódców  oddziału,  gdzie 

pozostawała pod opieką jego żony. Polepszenie w jej zamroczeniu było 

bardzo wątpliwe, tym bardziej, że na pogorszenie wpływało jeszcze to, 

że  kobieta  byla  w  stanie  błogosławionym,  bliskim  rozwiązania.  Po 

pewnym  czasie  odzyskała  jasność  umysłu,  nic  jednak  nie  potrafiło 

skłonić  jej  do  zdradzenia  taemnicy  pochodzenia  i  do  odpowiadania  na 
zada

wane  jej  pytania.  Według  wszelkich  danych  była  jeszcze  młoda, 

mogła  mieć  nie  więcej  jak  dwadzieścia lat. Najspokojniej stosunkowo 

zachowywała  się  wtedy,  gdy  pozostawiono  ją  samą,  zaobserwowano 

jednak,  że  przez  długie  godziny  leżała  bez  ruchu,  wstrząsana  tylko 

gwałtownym płaczem. Ojciec  mój  przypuszczał, że jest Hiszpanką, nie 

odpowiadała  jednak  na  zadawane  jej  na  ten  temat  pytania.  Niedługo 

potem przyszło dziecko na świat. Był to chłopiec.  

Saint-

Hubert umilkł na chwilę i spojrzał na szejka.  

background image

Także po urodzeniu dziecka odmawiała wszelkich wyjaśnień. Była 

ona istotą niezwykle delikatną i budzącą sympatię. Wysoka, o bujnych 
ciem

nych włosach i pięknych oczach. Ojciec mój opisywał mi ją bardzo 

często  i  posiadam  nawet  jej  portret  namalowany  przez  mego  ojca. 

Chorowała bardzo ciężko po urodzeniu dziecka i nie odzyskała już nigdy 

zdrowia i sił. Nie żaliła się jednak, nie mówiła nigdy o sobie i wydawała 

się  w  zupełności  zadowolona,  czując  bicie  serca  chłopca  przy  swoiem 

sercu. Przeznaczono jej osobny namiot i służbę, a żona dowódcy była jej 

bardzo  oddana.  Szejk  sam  przyzwyczaił  się  bardzo  szybko  do jej 

obecności w obozie. Ojciec  mówił, że nie widział nigdy człowieka tak 

zakochanego  w  kobiecie  jak  Achmed  ben  Hassan  był  zakochany  w 

Europejce, która tak dziwnym zrządzeniem losu stanęła na drodze jego 

życia.  Prosił  ją  często,  by  poślubiła  go,  odmawiała  zawsze  bez 
przytoczenia powodów. Przez dwa lata tajemnica jej pochodzenia 

pozostała nie wy jaśmona.  

Gdy umierała, ojciec mój był przypadkowo znowu w obozie. Czuła, 

że  konicc  jej  bliski,  opowiedziała  mu  swą  krótką,  lecz  przerażająca 

smutkiem  historię.  Była  jedyną  córką  szlacheckiego  zubożałego  rodu 

hiszpańskiego.  Mając  lat  siedemnaście  poślubiła  lorda  Glencarylla, 

którego  poznała,  bawiąc  z  rodzicami  w  Nicei.  Wydano  ją  za  mą  ż  nie 

pytając o głos serca, tak że żyła w ciągłej trwodze przed swym mężem, 

jakkolwiek  pokochała  go  wkrótce.  Posiadał  on  strasznie  wybuchowy 

temperamcnt,  który  doprowadzał  go  często  do  pasji  z  byle  błahego 

powodu.  Pił  on  także  nad  miarę  i  w  stanie  podniecenia  alkoholem, 

szaleństwo jego nie znało granic. Był niecierpliwy i brutalny, nie zważał 

na jej młodość i niedoświadczenie, słowem, całe jej życie było jednem 

pasmem  męki.  Lord  Glencaryl1  zabrał  ją  prawdopodobnie  ze  sobą  do 

Algieru,  chcąc  przy  tej  sposobności  zrobić  wycieczkę  na  pustynię·  Pił 

wtedy bardzo dużo, a ona nie śmiała odmówić mu towarzystwa, mimo że 

była  w  błogosławionym  stanie.  Pojechała  więc  z  nim  i  pewnej  nocy 

musiało widocznie coś zajść między nimi. Nie chciała powiedzieć, co to 

było,  mój  ojciec  jednak  opowiadał  mi,  że  nigdy  jeszcze  nie  widział 
takiego wyrazu prze

rażenia,  jaki  malował  się  na  jej  twarzy  w  chwili 

opowiadania. Dość na tym, że poczekała aż wszyscy w obozie zasną, po 

czym uciekła na pustynię, na wpół przytomna z trwogi, ogarnięta jedną 

background image

myślą  uciec.  Strach  pomieszał  jej  zmysły  i  dopiero  w  namiocie Araba 

przyszła  do  przytomności.  N  ie  chciała  zdradzić,  kim  była,  aby  nie 
zmuszono jej do powro

lu  do  męża,  a  narodziny  dziecka  utwierdziły  ją 

jesz

cze  w  tym  postanowieniu.  Zażądała  od  mojego  ojca  i  od  szejka 

przysięgi, że lord Glencaryll nie dowie się nigdy o istnieniu swego syna, 

aż do czasu, gdy cWopak dojdzie do pełnoletności.  

N  apisała  list  do  swego  męża  i  oddała  go  wraz  z  obrączką  ślubną 

memu ojcu, prócz tego miniatu

rę Glencarylla, którą skrycie przy sobie 

nosiła. Mężowi swemu pozostała wierna do ostatka, w ostatnich dniach 

jednak widoczne było, że miłość szejka wzbudza w niej tkliwe uczucia. 

Była szczęśliwa, gdy siedział obok niej i umarła w jego ramionach ...  

Achmed  ben  Hassan  zaadoptował  formalnie  jej  syna  i  nadał  mu 

swoje imię, które nosi do dziś dnia. Mając w żyłach krew hiszpańską, a 
wycho

wany  od  dziecka  na  pustyni  stał  się  szejk  czystej  krwi  Arabem. 

Gdy  doszedł  do  lat  piętnastu,  zaproponował  mój  ojciec  szejkowi,  aby 

wysłał  syna  do  Paryża  na  studia.  Wtedy  zobaczyłem  Achmeda  po  raz 
pierwszy w 

życiu. Miałem lat osiemnaście i rozpocząłem właśnie służbę 

wojskową  w  Paryżu.  Achmed  był  pięknym,  żywym  i  inteligentnym 

chłopcem, a ponieważ mężczyźni na pustyni dojrzewają bardzo szybko, 

był pod niejednym względem starszy ode mnie. Miał tylko jedną wadę; 

po ojcu odziedziczył gwałtowny charakter, a będąc przyzwyczajony do 

ślepej  uległości  Arabów,  nie  uznawał  nad  sobą  nikogo  prócz  ojca  - 

szejka. Ten rys jego charakteru wytwarzał często niebezpieczne wprost 

konflikty  i  nie  wiem,  jak  ojciec  mój  potrafił  sobie  dać  radę  z  tym 
dzikusem. J edy

nym sposobem uspokojenia go, była groźba, że zostanie 

odesłany  z  powrotem  na  pustynię  okryty  wstydem  i  hańbą·  Wtedy 

przyrzekał  poprawę  i  dotrzymywał  przyrzeczenia  przez  krótki  czas,  do 
chwi

li  jakiegoś  nowego  wybryku.  Mimo  to  cieszył  się  sympatią 

wszystkich.  

Po roku pobytu w Paryżu wysłał go mój ojciec do Anglii i tam oddał 

na  wychowanie  człowiekowi,  u  którego  i  ja  przez  pewien  czas 

przebywałem.  Ten  wychowawca  był  człowiekiem  bardzo  dziwnym, 

doskonale  się  znającym  na  najrozmaitszych  charakterach  młodzieży  i 

Achmed  czuł  się  tam  doskonale.  Nie  uczył  się  wiele,  bo  czas  spędzał 
raczej na polowaniach i strzelaniu; jedynie medy

cynę  weterynaryjną 

background image

studiował  z  zapałem,  wiedząc,  że  ten  dział  wiedzy  będzie  mu  kiedyś 
bardzo po

trzebny.  Po  upływie  dwu  lat  wrócił  do  Paryża.  Wakacje 

każdego roku spędzał na pustyni u boku starego szejka, który nie bardzo 

był zadowolony z jego pobytu w Europie, gdyż obawiał się, że pokusy 

cywilizacji zabiorą mu przybranego syna.  

Jakkolwiek jednak Achmed z dzikiego syna pu

styni przerodził się w 

światowca,  władającego  biegle  językiem  francuskim  i  angielskim,  to 

jednak  w  cichości  cieszył  się  myślą  powrotu  na  pustynię.  U  ważał,  że 

będąc  synem  Achmeda  ben  Hassana,  osiągnął  już  wszystko,  czego 
ambic

ja  mężczyzny  pożądać  by  mogła.  Prowadziliśmy  dom  otwarty,  a 

całe  towarzystwo  przepadało  za  "pięknym  Arabem".  Mimo to po roku 

prosił szejka o pozwolenie powrotu na pustynię na zawsze. Pojechałem 
do niego i ujrza

łem  pustynię  po  raz  pierwszy.  Tu  poznałem  w  nim 

dopiero  następcę  tronu.  W  Europie  widziałem  go  tylko  w  stroju 

europejskim i zdziwiłem się niemało, gdy po przybyciu naszego parowca 

do Oranu, ujrzałem z pokładu czekającego na mnie Araba.  

Ten Achmed wydał mi się zupełnie nowym człowiekiem. Z chłopca 

przerodził się nagle w dorosłego mężczyznę.  

Liczył  wówczas  lat  dziewiętnaście.  Gdy  doszedł  do  lat  dwudziestu, 

musiał  ojciec  mój  pomyśleć  o  niezwykle  przykrym  obowiązku 

wypełnienia  przedśmiertnego  życzenia  lady  Glencaryll.  Odnalazł  lorda 

w  Paryżu  i  opowiedział  mu  wszystko.  U  czyniło  to  na  lordzie 

piorunujące  wrażenie.  Przyznał,  że  żona  miała  prawo  naj  zupełniejsze 
porzu

cić  go.  Lata  całe  nie  szczędził  trudów,  by  odnaleźć  ją,  stracił 

jednak  z  czasem  nadzieję.  Żałował  jej  bardzo  i  czcił  jej  pamięć. 
Wiad

omość,  że  ma  syna,  oszołomiła  go.  Gorąco  pragnął  zawsze 

potomka i niemało cierpiał z tego powodu, że  miał być ostatnim z tak 

sławnego  rodu.  Achmed  nie  wiedział  dotychczas  o  niczym,  gdyż 

obawiano się, że lord będzie robił jakieś trudności. Gdy jednak sprawa 

przybrała  taki  obrót,  zawezwał  mój  ojciec  Achmeda  do  Paryża.  Stary 

szejk wyprawił go w drogę, nie wtajemniczając jednak w cel podróży i 
pozosta

wiając memu ojcu cały trud załatwienia tej sprawy. Nie zapomnę 

nigdy  owego  dnia  ...  Achmed  przybył  wczesnym rankienl. Ojciec mój 

udał  się  z  nim  do  gabinetu.  Ostrożnie  i  delikatnie  wyłożył  mu  całą 

tajemnicę jego pochodzenia. Achmed stał przyoknie, nie mówiąc przez 

background image

cały  czas  ani  słowa,  twarz  jego  tylko,  mimo  ciemnej  cery,  przybrała 
kolor wprost popielaty. Gdy 

ojciec  skończył,  jego  nieokiełznany 

temperament wybuchnął z całą siłą· Klął wszystkich Anglików, swego i 

mego ojca za to, że wysłał go swego czasu do Anglii. N ie chciał żadną 

miarą  zgodzić  się  na  zobaczenie  ze  swoim  ojcem. Tego samego dnia 

opuścił  Paryż,  udając  się  prosto  na  pustynię  w  towarzystwie  Gastona, 
które

go najął jako służącego.  

Gdy lord Glencaryll napisał do niego, adresując:  

"Viscount  Glencaryll"  jak  brzmiał  tytuł  Achmeda  według 

angielskiego zwyczaju, otrzymał z powrotem list nie rozpieczętowany, z 
dopiskiem: "Nie

znany,  Achmed  ben  Hassan"  .  Od  tego  dnia  datuje  się 

jego  nienawiść  ku  Anglikom.  N  ie  wymówił  też  w  tym  czasie  ani 

jednego słowa po angielsku.  

Przez  dwa  lata  nie  dawał  znaku  życia,  aż  wreszcie pewnego dnia 

otrzymaliśmy  zaproszenia starego  szejka.  Achmed  przyjął  nas  tak,  jak 

gdyby nigdy nic nie zaszło. Nie wspominał też o owym epizodzie, my 

zaś, ostrzeżeni przez szejka, że Achmed zerwie przyjaźń z nami skoro 

napomkniemy  tylko  o  tym,  co  zaszło,  omijaliśmy  starannie  ten  temat. 
Achmed 

jednak zmienił się nie do poznania.  

Saint-

Hubert umilkł na chwilę, po czem wobec milczenia Diany 

ciągnął dalej:  

Przed pięciu laty umarł stary szejk. Achmed pielęgnował go 

troskliwie i stał się naturalną koleją rzeczy jego następcą, oddanym w 

zupełności staraniom o swój szczep i hodowlę koni. Jego Arabowie są 

jak dzieci, namiętni, łatwo zapalni i odważni do szaleństwa. Młody szejk 

nie pozwolił sobie nigdy na pozostawienie szczepu na czas dłuższy bez 

swojej opieki. Jego podróże ograniczały się tylko do kilkudniowych 
wycieczek do Algieru lub Oranu, dla przelotnej rozrywki.  

Saint-

Hubert  urwał  i  począł  czynić  sobie  wyrzuty,  nazywając  się 

bezwzględnym  durniem.  Był  pewny,  że  Diana  zrozumiała,  jaki  był  cel 
wycie

czek  do  tych  małych,  lecz  oznaczających  się  rozwielmożnioną 

rozpustą  miasteczek i że jego bez zastanowienia wypowiedziane słowa 

sprawiły  jej  zapewne  tylko  ból.  Niecierpliwie  kopnął  zagradzający mu 

drogę  stołek  i  skierował  się  ku  wyjściu  z  namiotu.  Czuł,  że  Diana 

pragnie  być  sama.  Ona  patrzyła  przez  chwilę  za  odchodzącym,  potem 

background image

osu

nęła  się  na  kolana  przy  łożu  chorego.  Zrozumiała  słowa  hrabiego, 

głęboki ból jednak, który przy nich odczuła, nie był dla niej nowy.  

Patrzyła  na  leżącego  i  przesunęła  palcami  po  jego  piersi.  Kręcone, 

ciemne włosy zakryte były bandażami odbijającymi się rażąco od śniadej 
twa

rzy.  Oczy  o  długich  ciemnych  rzęsach  były  przymknięte  i  chowały 

przed nią jego zwykłe, dumne spojrzenie, miękkość zaś zwykle ostrych 
rysów twa

rzy  sprawiała,  że  wyglądał  dziwnie  młodo.  Jakżeż  smutnym 

musiał być los jego matki, słabej, bezradnej i chorowitej kobiety, która 

znalazła jednak w sobie tyle siły, by ratować się z niebezpieczeństwa i 

zapłacić swoiem życiem za życie dziecka.  

Głęboki szloch wezbrał w niej.  
- Achmedzie mój, Achmedzie - wys

zeptała.  

Po chwili wyszła z namiotu.  

Ujrzała  tam  grupę  żywo  rozprawiających  mężczyzn  otaczających 

Saint-

Huberta.  Jeden  z  Arabów  podszedł  całkiem  blisko  do  hrabiego  i 

zadał mu szeptem, jakieś pytanie. Saint-Hubert zwrócił się do Diany.  

L  udzie  są  zaniepokojeni.  Uwielbiają  oni  Achmeda. Jussuf, który 

nigdy  nie  myślał  o  czymś  podobnym,  stał  się  nagle  bardzo  pobożny  i 

modli  się  żarliwie  wraz  ze  starym  Abudullem.  Jest  zdania,  że  Allach 

prędzej wysłucha jego modłów, gdy uklęknie na jednym dywanie z tak 
po

bożnym staruszkiem.  

Myśli Diany powróciły do poprzedniej rozmowy. - Czy lord 

Glencaryll wie o tym, że pan utrzymuje dalej przyjazne stosunki z 
Achmedem?  

Tak, lord zaprzyjaźnił się z moim ojcem i przebywa często u niego. 

Jesteśmy niejako łącznikiem między nim a synem. Słucha zawsze chci-

wie opowiadań o nim i nie wątpi, że uda mu się kiedyś pogodzić z nim. 

Nie czyni jednak żadnych starań w tym kierunku, wiedząc, że każdy jego 

krok  skazany  jest  z  góry  na.  niepowodzenie.  Jeśli  jest  ktoś,  kto  może 

wyciągnąć rękę do zgody, to człowiekiem tym jest tylko Achmed.  

Diana uczuła, że żal jej samotnego starca, który cierpiał równie jak 

ona, z powodu nieugiętej woli Achmeda ben Hassana. Odwróciła się z 

wolna  i  powróciła  do  namiotu.  Zatrzymała  się  u,  łoża  i  popatrzyła  na 

Raula.  On  wyczytał  w  jej  oczach  męczące  pytanie  i  rzekł  niemal 
szeptem:  

background image

Nie wiem nic. Wszystko jest w ręku Allacha.  

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY  

N  oc  była  parna,  powietrze  suche.  Otulona  w  cienkie jedwabne 

kimono  leżała  Diana  na  łóżku  z  książką  w  ręku.  Nie  czytała  jednak, 

trudno było jej skupić myśli, błądzące daleko. Minęły trzy miesiące od 

owej nocy, w którą Saint-Hubert zwątpił niemal o życiu szejka. A po tej 

nocy nastąpiły dni niepokoju dłużące się w nieskończoność, dopóki nie 

stało  się  pewne,  że  szejk  wyjdzie  zwycięsko  z  zapasów  ze  śmiercią  i 

wejdzie na drogę rekonwalescencji. Jeden jedyny raz wspomniał tylko o 
mi

nionych  wypadkach.  Gdy  pochyliła  się  nad  nim,  palce  jego  objęły 

przeguby jej rąk słabym uściskiem i wzrokiem szukał jej oczu.  

-  Cz

y  przybyłem  na  czas?  -  A gdy ona skinęła  głową  opuszczając 

oczy, odwrócił się bez słowa i tylko ciałem jego wstrząsał dreszcz. Gdy 
odzy

skał siły, starał się zawsze o to, by nie być sam na sam z Dianą i 

nastawał  bardzo  na  to,  by  dwa  razy  dziennie  wyjeżdżała  na  konną 

przejażdżkę  bądź  w  towarzystwie  hrabiego,  bądź  też  Henryka.  Później 

był silnie zajęty z wodzami zaprzyjaźnionych szczepów, którzy przybyli 

doń  w  odwiedziny.  Wszystko  składało  się  na  to,  że  z  wolna  znikła 

pomiędzy  nimi  zażyłość,  która  dała  jej  tyle  szczęśliwych  chwil.  Była 

zdana  zupełnie  na  towarzystwo  Raula.  Darzyła  hrabiego  siostrzaną 

miłością, której tak zawsze szczędziła własnemu bratu, hrabia podjął się 

roli jej opiekuna jakkolwiek przychodziło mu to dość ciężko. Dlatego też 

wspominał  często  o  tym,  że  chciałby  rozpocząć  na  nowo  swój  żywot 

obieżyświata,  za  każdym  razem  jednak  spotykał  się  z  gorącym 
sprzeciwem szejka.  

Stosunek obydwu mężczyzn był taki sam jak dawniej. Od kiedy Raul 

dobrowplnie ofiarował się dla szczęścia przyjaciela, nie mógł już żaden 

cierl przyćmić tej wielkiej przyjaźni.  

Wreszcie  Raul  oświadczył  stanowczo,  że  nie  m0że  przedłużać  już 

swego pobytu i że wyrusza do Maroka. Począł czynić przygotowania 00 

podróży z takim pośpiechem, jak gdyby chodziło o ucieczkl;.  

Wyjazd jeg

o oznaczał dla Diany nadejście chwili przełomowej, którą 

trudno  było  odwlec.  Pożegnała  hrabiego  wieczorem,  ponieważ  miał 

wyruszyć  wraz  z  Achmedem  bardzo  wczesnym  rankiem.  Po  ich 

background image

odjeździe obóz jakby opustoszał, a dzień wydał się bez końca.  

Diana zjadła samotnie kolację i oczekiwała powrotu szejka. W jakim 

nastroju  powróci?  Od  dnia  w  którym  Raul  zapowiedział  swój  odjazd, 

szejk  stał  się  jeszcze  bardziej  milczący  i  powściągliwy.  Książka,  którą 

trzymała w ręku, upadła na podłogę, nie uczyniła jednak żadnego ruchu, 

aby  ją  podnieść.  Zwyczajna  cisza  pustyni  była  dzisiaj  jakoś  dziwnie 

przytłaczająca,  a  milczenie  tak  denerwujące,  że  nagłe  rżenie  konia 

zamkniętego  gdzieś  w  stajni  przyprawiło  ją  o  gwałtowne  bicie  serca. 

Była zdenerwowana i niespokojna, a myśli jej kłębiły się bezładnie.  

Rozmyślała nad tym, co się z nią stanie. Było jej to zresztą obojętne, 

wszystko straciło wartość z chwilą, gdy on już jej nie pragnął. U czuła 

nagle,  że  morze  całe  gorzkich  łez  nagromadziło  się  w  niej,  że  nędza 
ostatnich tygodni s

zukała  jakiegoś  ujścia.  N  ie  mogła  już  więcej 

zapanować nad sobą. Płacz nie przychodził jej tak łatwo. Od owej nocy, 
gdy le

żała u jego nóg, żebrząc o łaskę, nie płakała już więcej. Zabrakło 

jej  także  łez,  gdy  była  w  ręku  Ibrahima Omara i gdy Saint-Hubert 

walczył  o  życie  przyjaciela.  Teraz  jednak  leżała  na  szerckim  łożu, 

kurczowo  zaciskając  ręce  na  jedwabnej  kołdrze  i  płakała  tak  długo,  aż 

nie  stało  już  łez,  aż  szloch  przeszedł  w  milczenie,  aż  wyczerpana 

zupełnie nie mogła ułożyć ani jednej myśli w skołatanej głowie.  

Upał był nieznośny, powietrze w namiocie poczęło dusić ją. Uniosła 

głowę,  odgarnęła  włosy  z  mokrego  czoła.  U  słyszała  w  pobliżu  głos 
konika polnego.  

Pies wył już od dłuższego czasu obok namiotu, po czym wbiegłszy 

do  wnętrza,  położył  głowę  na  kolanach  Diany  i  wył  w  dalszym  ciągu 

smutnym głosem.  

Przytuliła twarz do jego sierści. Nawet pies był jej sprzymierzeńcem 

w  samotności,  ona  i  on  czekali  na  jednego  pana.  Powstała  i  razem  z 

psem wyszła z namiotu. Ujrzała jakąś białą postać.  

- Czy to pan, Gastonie? - 

zapytała odruchowo, jakkolwiek wiedziała, 

że służący sypiał stale u wejścia do namiotu, ilekroć szejk był nieobecny. 

Gaston stał nieporuszony. Polubiła go bardzo za jego pełne uszanowania 

zachowanie się wobec niej. Traktował ją zawsze tak, jak gdyby była już 

tą, którą zostać było jej pragnieniem najgorętszym.  

_ Pan spóźnia się. - Oczy wbiła w nieprzeniknioną ciemność.  

background image

_ Powróci niedługo - odparł Gaston z głębokiem przeświadczeniem 

w głosie. - Pies jest niespokojny, to najlepszy znak, że pan jest już nie-
daleko.  

Zamyślona patrzyła przez chwilę na zwierzę leżące u stóp służącego, 

po  czym  powróciła  do  namiotu  i  gwałtem  usiłowała  zagłębić  się  w 

lekturze.  Przez  cały  czas  jednak  łowiła  uchcm  odgłosy  dochodzące  z 

zewnątrz.  

Nareszcie! Usłyszała miarowy odgłos kopyt ma łego oddziału 

jeźdźców. Głosy łudzi micszały się z chrzęstem uprzęży i łańcuchów. 

Potcm wszl'dł on do namiotu. Serce jcj zamarło. Szejk powiedział coś 

do Gastona i służący opuścił namiot.  

Oddychając  ciężko,  z  bladą  twarzą  i rozpalonymi  od  gorączki 

oczyma,  chwytała  chciwie  każde  jego  poruszenie  w  drugim  przedziale 

namiotu. Szejk chodził nerwowo po dywanach, przez chwilę zatrzymał 

się  przy  kotarze,  zasłaniającej  wejście  do  jej  pokoju.  W  reszcie 

usłyszała, że przyniesion6 mu kolację. Potem rozległ się spokojny głos 
szejka:  

- Dobranoc, Gastonie.  

Oddech Diany stawał się coraz szybszy. Chwila, której oczekiwała, 

nadeszła wreszcie. Po kilku miesiącach była znowu z nim sam na sam.  

Dlaczego  nie  przychodził  do  niej?  Czy  wiedział,  że  dręczy  ją  tym 

sposobem?  Czy  znudziła  mu  się  już?  N  iepewność  dławiła  ją.  N  ie 

mogła  wytrzymać  dłużej.  U  niosła  zasłonę  i  nagle  cofnęła  się, 

zasłaniając  sobie  usta.  Szejk  siedział  na  otomanie  z  twarzą  ukrytą  w 

dłoniach. Wydawał się jej w tej pozycji jakiś dziwny i nieznany. Zamiast 

arabskiego stroju miał na sobie jedwabną koszulkę, spodnie do konnej 

jazdy  i  wysokie  brązowe  buty,  pokryte  kurzem.  Podbiegła  doń  bez 
szmeru. Z ust jej po

płynął szept:  

- Achmedzie ...  

Podniósł  wolno  głowę.  Popatrzyła  na  jego  twarz  i  nagłym  ruchem 

osunęła się na kolana, obejmując go ramlemem.  

Achmedzie, czy boli cię coś? Twoja rana .. .? Pochwycił jej ręce i 

powstał, pociągając ją tym sposobem ze sobą, po czym objął ją jakimś 
dziwnym spo)rzemem.  

Potem odwrócił się bez słowa, odrzucił zasłonę namiotu i patrzył w 

background image

ciemną noc.  

-  Pojedziemy jutro do Oranu - 

rzucił  wreszcie.  Głos  jego  brzmiał 

sucho i obco i z przestra

chem uzmysłowiła sobie nagle, że przemówił do 

niej po angielsku. Przymknęła oczy i zachwiała się·  

- Ty wy

pędzasz mnie - wydarł się jęk z jej ust.  

Milczenie.  

Dlatego, że masz mnie już dosyć! Postępujesz podobnie jak z 

innymi kobietami!  

.  

On drgnął, a Diana zakryła twarz dłońmi. Potem usłyszała jego głos.  

Odprowadzę cię przed samo miasto. Będziesz tam mogła wsiąść do 

pociągu. Już ze względu na ciebie nie mogę pokazać się w mieście. Za 

dobrze  znają  mnie  tam.  Gdyby  pytano  cię  o  cokolwiek,  możesz 

powiedzieć, że sama chciałaś przedłużyć swą podróż lub że wiadomości 

od  ciebie  nie  dochodziły,  a  zresztą  znajdziesz  już  jakiś  wybieg.  Nie 

potrzebujesz  obawiać  się,  że  kiedykolwiek  stanę  jeszcze  na  drodze 

twego  życia.  To  przyrzeczenie,  że  w  przyszłości  nie  pokażę  ci  się  na 

oczy,  jest  najlepszym  upominkiem,  który  mogę  ci  ofiarować  w  chwili 
rozstania.  

Odrz

uciła głowę. Zazdrość, miłość i duma na nowo obudzona, 

wezbrały w niej.  

Dlaczego ukrywasz prawdę? - rzekła dziko.  

Dlaczego nie mówisz, że nie chcesz mnie już i że znudziło ci się 

dręczenie mnie? Czy sądzisz, że prawda mnie zaboli? Większego bólu 
nie mo

żesz mi już sprawić! Dla swojej przyjemności przywiodłeś mnie 

tutaj i dla przyjemności wypędasz mnie teraz.  

Głos jej załamał się w szyderczym śmiechu. On odwrócił się szybko i 

objął ją ramieniem.  

Na Allacha, czy myślisz, że nie wiem, jak okrutny byłem dla ciebie? 

Nie kochałem cię wtedy, gdy porywałem cię, chciałem tylko zaspokoić 
zwie

rzę,  czające  się  we  mnie  i  cieszyłem  się  na  myśl,  że  dręczę 

człowieka pochodzącego z Anglii. Nie wiedziałem, czym jesteś dla mnie 

do owej nocy, gdy porwał mi cię Ibrahim Omar.  

Ramiona  jego  przycisnęły  ją  silniej.  Długo  patrzył  na  nią,  a  blask 

jego oczu, za którym stęskniła się tak, wstrząsnął jej ciałem. Potem odsu-

nął ją.  

background image

N  ie  wolno  mi  ucałować  ust  twoich.  Jeden  pocałunek  tylko,  a 

zabraknie mi już siły do odesłania cię stąd.  

Nie odejdę.  

Podszedł do biurka, ujął leżący tam rewolwer bawiąc się nim mówił 

spokojnie:  

Nie ma innego wyjścia. Ty nie wiesz, co mówisz i nie wiesz jakie 

mogą być następstwa. Gdy poślubię· cię, musisz pozostać na zawsze na 
pustyni, ni

e  mogę  porzucić  mego  szczepu  i  pójść  z  tobą.  A  to  nie  jest 

życie  dla  ciebie.  Ty  znasz  mój  charakter,  wiesz,  że  nie  potrafię  się 

opanować.  Przyjdzie  kiedyś  dzień,  kiedy  wspomnisz  mnie  z 

wdzięcznością  tylko  dlatego,  że  byłem  na  tyle  silny,  by  rozstać  się  z 
t

obą. Jesteś dość młoda by wymazać z pamięci to, co było między nami. 

Nikt nie wie o tym, a Raul jest niemy jak ta pustynia.  

Czoło  jego  pokryły  krople  potu,  ręce  zacisnęły  się  w  pięści.  Ona 

jednak, z twarzą ukrytą w dłoniach, nie widziała męki malującej się na 
jego twa

rzy, słyszała tylko głos, dyktujący jej przyszłość.  

Achmedzie, ja nie mogę odejść. Podniósł głowę i ujął jej 

dłonie.  

Wielki Boże, nie jesteś chyba ... ? - popatrzył na nią wzrokiem 

pełnym przestrachu.  

Odgadła,  co  miał  na  myśli,  i  fala  krwi  zalała  jej  twarz.  Na  chwilę 

tylko przyszło jej na myśl okłamać go, lecz cóż przyszłoby jej z tego? 
Mil

czała  więc  i  potrząsnęła  głową  przecząco.  Podniósł  jej  ręce,  ona 

jednak rzuciła się ku niemu, objęła go i ukryła głowę na jego piersi.  

-  Ach

medzie,  ja  nie  mogę  żyć  bez  ciebie.  Nie  obawiam  się 

samotności, która mnie czeka, boję się natomiast świata bez ciebie. Tu 
dopiero za

kosztowałam życia. Nie odpędzaj mnie od siebie Achmedzie, 

ja wiem, że ty mnie kochasz, nie bądź więc tak okrutny względem mnie!  

Uwolnił się z jej uścisku i podszedł ku wyjściu.  

Dotychczas  byłem  bezlitosny  dla  ciebie.  Teraz  sądzę  jednak,  że 

szczęście  znajdziesz  tylko  z  daleka  ode  mnie  i  dlatego  chcę  poświęcić 

wszystkie  inne  uczucia.  Późno  już,  a  musimy  wyruszyć  wcześnie.  Idź, 

połóż się już.  

Cofnęła się drżąc na całym ciele, znała go, wiedziała, co oznacza ten 

ton. Czuła, że to już koniec. N ic na świecie nie mogło złamać już jego 

background image

postanowienia. Patrzyła za nim, a wargi jej drżały. Uczuła, że mdleje, a 

palce  jej,  szukające  poza  nią  oparcia,  natrafiły  na  rewolwer  porzucony 

przezeń. Pochwyciła go i nagle wyprostowała się. Chwila wahania. Czy 

rzeczywiście  tam  w  zaświatach  jest  życie  bez  cierpień?  Z  wolna  lecz 

stanowczo przybliżyła rewolwer do skroni.  

Szejk  odwrócił  się  w  tej  chwili  i  przyskoczył  ku  niej  jednym 

skokiem.  Podbił  jej  rękę  w  chwili,  gdy  pociągnęła  za  cyngiel.  Kula 

przeleciała  jej  nad  głową,  przebijając  płótno  namiotu.  Wyrwał  jej  re-

wolwer z  ręki i wyrzucił przed namiot. Przez chwilę  wpatrywali się w 
siebie milc

ząco,  potem  ona  opadła  na  kolana  i  leżała  u  jego  nóg  w 

gwałtownych spazmach.  

Podniósł ją łagodnie i przycisnął do swojej piersi.  

Boże  mój!  N  ie  płacz  tak!  Janie  zniosę  tego!  Gdy  uspokoiła  się 

nieco, pogłaskał ją pieszczotliwie po twarzy i ucałował jej włosy.  

- Diano - 

szepnął błagalnie - ukochana moja, nie płacz. Kocham cię 

przecież, pozostań tutaj.  

Długo jeszcze leżała drżąca w jego ramionach, aż atak minął 

zupełnie.  

Z  wolna  otworzyła  oczy,  w  których  czaiły  się  jeszcze  resztki  lęku. 

Prosząco zapytała jak wystraszone dziecko:  

N ie wypędzisz mnie?  

On pocałował jej drżące wargi rzekł cicho: 

Nigdy!  Oby  Bóg  dozwolił  mi  uczynić  cię  szczęśliwą.  Doprawdy, 

chcesz poślubić takiego szatana jak ja?  

Z  wolna  napłynęła  znów  krew  do  jej  policzków  i  nikły  uśmiech 

wykwitł na jej wargi. Zarzuciła mu ramiona na szyję i przycisnęła jego 

głowę do swojej piersi:  

Nie  obawiam  się  niczego,  gdy  czuję  twoje  serce  bijące  na  moim 

sercu! Achmedzie, panie i władco mój!