background image

 

 

 

 

 

 

 

Mąż potrzebny od zaraz 

 

By oknoifiranka 

 

 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Klucz  leżał  tam,  gdzie  zawsze,  czyli  blisko  wejścia,  pod  donicą  z  drobnymi 

ż

ółtymi  chryzantemami.  Tym  razem  jednak  Bella  wsunęła  go  do  kieszeni  żakietu, 

zamiast jak zwykle odłożyć na miejsce po otworzeniu drzwi. 

Znalazła  się  w  cichym  holu  nieprzyjemnie  opustoszałego  domu,  należącego  do 

Rosalie  Cullen.  Rozejrzała  się  wokół,  chociaż  świetnie  znała  każdy  kąt.  Trudno 
zliczyć,  ile  razy  tu  przychodziła,  żeby  przynieść  odebrane  z  pralni  garnitury  pana 
domu albo zabrać przygotowaną przez Rose listę zakupów. Również przed ostatnimi 
ś

więtami  Bożego  Narodzenia  spędziła  tu  cały  dzień,  pakując  prezenty  i  piekąc 

ciasteczka. Po wykonaniu różnych zleceń wracała do siebie, teraz jednak miała tu na 
jakiś czas zamieszkać, i to zupełnie sama. Dlatego dom wydał jej się nieprzytulny i 
mało  gościnny,  czyli  zupełnie  inny  niż  zazwyczaj.  Uśmiechnęła  się,  pokpiwając  w 
duchu  ze  swego  przewrażliwienia.  Nie  mogła  się  jednak  pozbyć  nieprzyjemnego 
wrażenia, że jest tu niechcianym intruzem. 

A przecież tak naprawdę Rosalie niemal błagała Bellę, by się tutaj wprowadziła i 

czuła się jak u siebie. 

–  Znam  swoje  szczęście  i  wiem  –  przekonywała  –  że  jeśli  pozostawię  sprawy 

swojemu  biegowi,  będzie  to  wyglądało  tak:  pojadę  z  Emmettem  na  tę  koszmarną 
wyprawę, a po powrocie okaże się, że hydraulik nie tylko nie zainstalował wanny z 
biczami  wodnymi,  lecz  w  ogóle  nawet  się  nie  pojawił.  Gdyby  się  okazało,  że 
spędziłam  wieczność  w  lesie  pod  namiotem  z  powodu  remontu,  do  którego  w 
rzeczywistości nie doszło, pewnie podcięłabym sobie żyły. 

–  Bez  wanny  nie  dasz  rady  –  fachowo  poinformowała  ją  Bella.  –  Jeśli  ktoś 

profesjonalnie  podchodzi  do  tego  zabiegu,  powinien  usiąść  w  wypełnionej  ciepłą 
wodą wannie. Tak postępują wszyscy porządni samobójcy. Szczerze jednak mówiąc, 
wolałabym,  abyś zrezygnowała  z  tak  radykalnego  kroku, bo wtedy  „Wypożyczalnia 
Ż

on” straciłaby jedną z najlepszych klientek. 

– No to wprowadź się do mnie i miej oko na tego budowlańca – nalegała Rosalie. 

– Jeśli tu zamieszkasz, nie będzie miał pretekstu, żeby migać się od roboty. 

Bella nie była o tym przekonana, z doświadczenia bowiem wiedziała, że pod tym 

względem  rzemieślnicy  są  wprost  niewyczerpani  w  pomysłach.  Z  drugiej  jednak 
strony  „Wypożyczalnia  Żon”  od  początku  swego  istnienia  zajmowała  się  zarówno 

background image

 

załatwianiem różnych spraw w imieniu klientów, by nie musieli zwalniać się z pracy, 
jak  i  pilnowaniem  ich  domów  podczas  nieobecności  właścicieli.  Rose  prosiła  o 
połączenie tych dwóch usług, a przecież elastyczność była głównym hasłem firmy. 

Jednym słowem Belli nie pozostało nic innego, jak wprowadzić się tutaj. Zresztą 

miało  to  również  swoje  dobre  strony.  Dom  przy  Terrace  Square  wydawał  się  Belli 
pałacem  w  porównaniu  z  jej  skromnym  mieszkaniem.  Nie  tylko  z  powodu 
komfortowego wnętrza, lecz przede wszystkim dlatego, że był solidnie zbudowany. 

Można tu było włączyć muzykę o każdej porze dnia i nocy nie obawiając się, że 

spokój  sąsiadów  zostanie  zakłócony,  co  dla  Belli  było  wielce  kuszącą  zachętą. 
Obiecała sobie, że gdy tylko rozpakuje rzeczy, natychmiast wypróbuje pianino Rose. 

Właśnie wieszała w szafie ostatni z przywiezionych kostiumów, kiedy zadzwoniła 

przyczepiona do paska komórka. 

– „Wypożyczalnia Żon”– odezwała się automatycznie. 
–  Jest  ósma wieczorem,  Bells,  musisz  być  ciągle na posterunku  – usłyszała głos 

jednej ze wspólniczek. 

– Cześć, Jessica. Masz rację, to już skrzywienie zawodowe. 
– No i jak tam? Urządzasz się? 
–  Jest  super,  ta  przestrzeń...  Skończy  się na  tym,  że  Rosalie  po  powrocie będzie 

musiała  wyrzucać  mnie  siłą.  –  Bella  chwyciła  żakiet,  który  zsuwał  się  z  wieszaka, 
omal przy tym nie upuszczając komórki. – Co mówiłaś, Jess? 

–  Pytałam,  czy  jutro  będziesz  mogła  zająć  się  przyjmowaniem  zleceń 

telefonicznych.  Angela  jedzie  do  Fort  Collins  odebrać  dziecko  klienta  z  obozu 
koszykarskiego, a ja muszę pojechać z matką do lekarza. 

–  Jasne,  nie  ruszę  się  stąd  na  krok.  Najpierw  będę  czekać  na  szefa  firmy 

budowlanej, a potem muszę się przyjrzeć pracy jego ekipy. 

–  Czy  Rosalie  rzeczywiście  tego  żądała?  To  brzmi  jak  wyrok.  Jak  sobie 

poradzisz? 

– Nie będzie tak źle. Kiedy już remont ruszy pełną parą, co jakiś czas skontroluję 

postęp  robót,  co  w  niczym  nie  przeszkodzi  mi  w  wykonywaniu  moich  zwykłych 
obowiązków.  A  jeśli  chodzi  o  jutro,  to  podaj  domowy  numer  Rose,  bo  w  mojej 
komórce wysiada bateria. Gdyby było dużo zamówień, to... 

– Optymistka! Jakbyś nie wiedziała, że to bardzo kiepski okres... 
Właśnie!  Kiepski  okres!  Bella  uświadomiła  sobie,  że  to  był  kolejny  powód,  aby 

przyjąć zlecenie od Rosalie, która nigdy nie marudziła przy płaceniu rachunków. W 
tym martwym sezonie każda wpłata na konto firmy witana była z radością. 

– Wiem. Niestety tak to już jest w naszym fachu. Gdyby to było tylko możliwe, 

background image

 

już  teraz  ubrałabym  choinkę.  Za  kilka  miesięcy  będziemy  zbyt  zajęte 
przedświątecznymi  zleceniami,  żeby  myśleć  o  sobie.  Ale  co  z  twoją  mamą?  Mam 
nadzieję, że to nic groźnego... 

–  Jutro  ma  tylko  wizytę  kontrolną,  ale  wiesz,  jak  to  nieraz  długo  trwa.  Zawsze 

trzeba  czekać,  aż  przyjmą  wszystkie  nagłe  przypadki.  No  to  cześć.  Rano  przełączę 
telefon na twój numer. 

Bella  przypięła  komórkę  do  paska,  wsunęła  puste  walizki  pod  łóżko  i  zeszła  na 

dół do obszernego salonu. Zapadł już wieczór i dom pogrążony był w mroku, nieco 
tylko  rozproszonym  przez  światło  stylizowanych  latarni,  które  otaczały  mały  park  i 
plac zabaw, znajdujące się pośrodku osiedla domków. Ozdobna szklana ścianka przy 
drzwiach  wejściowych  rozszczepiała  światło,  które  migotało  i  rzucało  drżące 
refleksy, stwarzając wrażenie, jakby wszystko wokół się poruszało. Bella wzdrygnęła 
się i szybko przeszła przez hol. 

Salon był połączony z holem, wyglądał jednak znacznie przytulniej, co na pewno 

było zasługą grubego, miękkiego dywanu i wygodnych foteli. Wypolerowane czarne 
pudło pianina lśniło nawet w mroku. Bella delikatnie przesunęła ręką po powierzchni 
instrumentu, podniosła wieko i niepewnie dotknęła klawiszy. 

Palce  miała  sztywne.  Nic  dziwnego,  skoro  od  przeszło  roku  grała  tylko  od 

przypadku do przypadku. Uderzyła w klawisze i z ogromną radością wykonała kilka 
wprawek.  Po  chwili  ręce  odzyskały  dawną  gibkość  i  elastyczność,  a  palce  niemal 
instynktownie znajdowały kolejne nuty... 

Nie była dobrą pianistką, nigdy bowiem nie pobierała regularnych lekcji muzyki, 

ale zawsze szukała w niej ucieczki. Wprawdzie nie miała własnego instrumentu, ale 
często grywała  w  szkole,  w kościele,  u  koleżanek  czy  w  uniwersyteckim kampusie. 
Pianino stało się jej najlepszym przyjacielem i powiernikiem. 

Spod  palców  Belli  zaczęła  płynąć  wiązanka  jej  ulubionych  utworów.  Czasami 

zatrzymywała  się,  by  przypomnieć  sobie  poszczególne  frazy.  Dopiero  gdy 
wyczerpała cały swój repertuar, przyjrzała się nutom ułożonym na sekretarzyku obok 
pianina. 

Ze stosu wygrzebała zapis starego marsza. Jaka to przyjemność grać tak sobie do 

woli,  gdy  grube  ściany  oddzielające  szeregowe  domki  skutecznie  chroniły  spokój 
sąsiadów. 

Marsz był skomplikowany, a w dodatku w świetle lampki ustawionej na pianinie 

trudno było odczytać wyblakłe nuty. Pierwsze donośne akordy skutecznie zagłuszyły 
silne uderzenie w drzwi wejściowe. 

Drugi  cios  zabrzmiał,  jakby  ktoś  próbował  rozwalić  drzwi  taranem.  Bella 

background image

 

struchlała. Oderwała ręce od klawiatury i oczami rozszerzonymi trwogą wpatrywała 
się w sylwetkę niewyraźnie rysującą się za szklaną ścianką. 

Włamywacz!  –  pomyślała,  sztywna  ze  strachu.  Ktoś  najwyraźniej  uznał,  że 

nieoświetlony dom jest pusty. 

Trzecie uderzenie było jeszcze potężniejsze. Rozłupane i wiszące już na jednym 

tylko  zawiasie  drzwi  uderzyły  w  ścianę  holu.  Z  cienia  wyłonił  się  olbrzymi, 
przerażający mężczyzna. 

Belli wydawało się, że mdła lampka, przy której ledwie mogła odcyfrować nuty, 

teraz  zapłonęła  pełnym  blaskiem,  bezlitośnie  ją  oświetlając.  Mężczyzna 
skoncentrował wzrok na dziewczynie. Oczy mu się zwęziły, ciało naprężyło. 

I  nagle  odezwał  się.  Ostatnią  rzeczą,  jakiej  mogła  spodziewać  się  po 

włamywaczu, było pytanie, które zadał głębokim, pełnym niedowierzania głosem: 

– A kimże, do cholery, pani jest?! 
 
Klucz  nie  leżał  tam,  gdzie  zawsze,  czyli  blisko  wejścia,  pod  donicą  z  drobnymi 

ż

ółtymi chryzantemami. 

– Masz ci los, ładna niespodzianka! – zezłościł się Edward. No tak, ale skoro jego 

brat  i  bratowa  z  takim  uporem  zostawiali  klucz  w  najbardziej  oczywistym  miejscu, 
należało spodziewać się, że któregoś dnia skorzysta z niego ktoś niepowołany. 

Prawdopodobnie  o  ich  dwutygodniowym  wyjeździe  do  Manitoby  wiedzieli  nie 

tylko  przyjaciele  i  współpracownicy,  ale  także  całe  osiedle.  Każdy  mógł  z  tej 
informacji  skorzystać.  Swoją  drogą  złodziej  był  dość  niecierpliwy.  Od  wyjazdu 
Emmetta  i  Rosalie  upłynęło  co  najwyżej  sześć  godzin,  a  ich  dobytek  już  był 
zagrożony. 

Nie ma co, świetne zajęcie na resztę wieczoru! – pomyślał Ed. Zamiast gorącego 

prysznica  i  dobrze  zasłużonego  odpoczynku,  będzie  miał  wątpliwą  przyjemność 
poznać gliniarzy z Denver i obserwować, jak zabierają się do śledztwa. Koszmar! 

Właściwie Emmett i Rose zasłużyli sobie na to. Edward najlepiej by zrobił, gdyby 

po prostu położył się spać i zostawił cały ten bałagan do rana. Jeśli włamywacz nie 
narobił  poważnych  szkód,  można  by  nawet  udawać,  że  się  w  ogóle  niczego  nie 
zauważyło... 

Kładł już rękę na klamce, ale zatrzymał się z ciężkim westchnieniem. Nie mógł z 

czystym  sumieniem  zostawić  tak  tej  sprawy.  Będzie  musiał  przejść  przez  park  do 
biura administratora, zgłosić brak klucza i poprosić o wezwanie policji. A poza tym, 
gdyby nawet zlekceważył zasady i odłożył problem do rana, przecież nie wejdzie do 
ś

rodka przez zamknięte drzwi. 

background image

 

Zamierzał właśnie ruszyć do administracji osiedla, kiedy z domu dobiegły jakieś 

dziwaczne  dźwięki.  Sprawa  przybrała  inny  obrót.  Złodziej  był  w  środku  i  włączył 
muzykę. Czyżby przed kradzieżą postanowił sprawdzić jakość sprzętu? 

Na  taką  bezczelność  Edwarda  ogarnęła  furia.  Zebrał  się  w  sobie  i  z  całej  siły 

rąbnął barkiem w drzwi. 

Zatrzęsły się, ale wytrzymały. Gorzej było z barkiem, lecz Edward tylko skrzywił 

się  z  bólu  i  zaatakował  powtórnie,  tym  razem  wymierzając  drzwiom  potężnego 
kopniaka  prawą  nogą,  potem  lewą  i  znów  prawą.  Wreszcie  zamek  puścił  i  drzwi  z 
impetem  walnęły  w  ścianę.  Ed  wkroczył  do  środka,  gotów  do  stoczenia  następnej 
walki, tym razem z włamywaczem. Błyskawicznie znalazł się w salonie i... 

To, co zobaczył w przyćmionym blasku lampki, wprost zaparło mu oddech. Przy 

pianinie  Rosalie  siedziała  młoda  kobieta  o  bladej  twarzy  otoczonej  strzechą 
brązowych, prostych włosów i największych oczach, jakie kiedykolwiek widział. Nie 
miała na sobie czarnej maski, nie trzymała latarki ani łomu. Ubrana była w elegancki 
tweedowy  żakiet,  w  którym  świetnie  prezentowałaby  się  w  roli  szefowej  jakiegoś 
biura. Dopiero co musiała oderwać dłonie od klawiatury. 

Jednym  słowem,  w  niczym  nie  przypominała  groźnego  rabusia.  Edward 

przeczuwał, że prawdziwe kłopoty dopiero się zaczną. 

 
Bella jakimś cudem zdołała odzyskać głos. 
–  To  moja  sprawa,  kim  jestem!  –  warknęła  wściekle,  buńczuczną  postawą 

pragnąc stłumić strach. – Natomiast bardzo jestem ciekawa, kim pan, do diabła, jest?! 
To ja mam prawo pytać, a nie pan, bo nie ja wdarłam się tu jak King Kong! 

–  Oparła  ręce  na  biodrach,  dyskretnie  próbując  palcami  wymacać  klawiaturę 

komórki.  Gdyby  udało  się  niepostrzeżenie  wybrać  numer  alarmowy,  mogłaby 
wykrzyczeć adres po zgłoszeniu się operatora... 

Zdołała  nacisnąć pierwszy  klawisz, lecz  zamiast  radosnego brzęczenia, komórka 

wydała słaby jęk, będący ostatnim tchnieniem zamierającej baterii. Bella gwałtownie 
usiłowała  przypomnieć  sobie,  gdzie  stoi  najbliższy  aparat,  co  zresztą  nie  miało 
większego  znaczenia,  jako  że  olbrzym  pilnie  się  w  nią  wpatrywał  i  nie  mogła 
wykonać żadnego ruchu. 

Na dodatek zbliżał się do niej! Z bliska nie wydawał się już tak ogromny, nadal 

jednak budził grozę. 

– Czekam na wyjaśnienia – ponagliła Bella. 
Mężczyzna  sięgnął  do  kontaktów  na  ścianie  holu  i  włączył  wszystkie  światła. 

Górne lampy salonu na chwilę ją oślepiły, ale gdy tylko przyzwyczaiła oczy, mogła 

background image

 

wreszcie przyjrzeć się intruzowi. 

Faktycznie był wysoki – musiał mieć ponad metr osiemdziesiąt – i dość szeroki w 

barach,  ale  to,  co  w  ciemnościach  nadawało  mu  nadludzkie  rozmiary,  okazało  się 
dużą  torbą  podróżną,  którą  niósł  na  ramieniu.  Było  mało  prawdopodobne,  by 
włamywacz  wybrał  się  na  robotę  z  tak  wielkim  i  zapewne  ciężkim  bagażem.  Bella 
zaczęła się uspokajać. 

–  Nazywam  się  Cullen  –  przedstawił  się  zwięźle.  –  Ja  także  chciałbym  usłyszeć 

jakieś wyjaśnienie. 

Oczy  Belli  rozszerzyły  się  ze  zdziwienia.  Nie  spotkała  dotąd  Emmetta  Cullena, 

ale  wnioskując  z  niektórych  uwag  Rosalie,  nigdy  nie  podejrzewałaby,  że  może 
wyglądać jak ciemnowłosy grecki bóg, któremu brak tylko piedestału... 

Zmitygowała się w duchu. Nie przystoją takie myśli o mężu klientki. 
– Jak rozumiem, Rosalie nie powiedziała panu, że zleciła mi opiekę nad domem – 

przerwała  swoje  rozmyślania.  –  Sądziłam,  że  jesteście  w  połowie  drogi  do  Kanady. 
Coś nie wypaliło z planami wakacyjnymi? W takim razie, gdzie jest Rosalie? 

– Przypuszczam, że z Emmettem. – mężczyzna odstawił torbę i pomacał ramię. 
–  Więc  pan  nie  jest...  –  Bella  zawahała  się.  –  To  kim  pan  właściwie  jest? 

Jednoosobową brygadą antyterrorystyczną? 

Zatrzymał się w pół kroku i zmrużył oczy. 
– Zabrzmiało to tak, jakby takiej wizyty pani oczekiwała. 
–  Też  coś!  Po  prostu  wydaje  mi  się,  że  tylko  antyterrorystyczna  akcja  może 

usprawiedliwić wyłamanie drzwi. 

– Nie było klucza na zwykłym miejscu. 
Bella otworzyła usta ze zdziwienia. Czyżby miała do czynienia z uciekinierem z 

domu wariatów? 

–  I  dlatego  pan  się  włamał?!  Nie  mógł  pan  pójść  po  zapasowy  klucz  do 

administratora? Zresztą, co ja mówię. Skoro nie ma pan prawa tu przebywać, i tak by 
go pan nie dostał... 

–  Mam  prawo.  Jestem  bratem  Emmetta.  Przyszedłem  tutaj,  szukałem  klucza  i 

usłyszałem hałas, choć dom powinien być pusty... 

– Zaczynam rozumieć. Uznał pan, że jestem włamywaczem, więc postanowił pan 

uratować mienie pańskiego brata. 

– Chyba pani nie myśli, że wyważyłbym drzwi do obcego mieszkania? 
–  Ależ  skąd!  Jestem  też pewna,  że kiedy Emmett i  Rose obejrzą  szkody,  bardzo 

się ucieszą, że zdemolował pan ich dom, a nie sąsiadów. 

Westchnął. 

background image

 

–  Proszę  posłuchać.  Jestem  zmęczony  i  mam  dość  tych  słownych  utarczek.  Ma 

pani  rację, zachowałem  się  zbyt  pochopnie.  Jednak  gdy  rozmawiałem  z  Emmettem, 
nie  wspomniał  mi,  że  będę  miał  towarzystwo.  Mam  nadzieję,  że  ma  pani  coś  na 
potwierdzenie swojej tożsamości? 

– W torebce na górze. Pan chyba też nie będzie się wzbraniał przed pokazaniem 

mi prawa jazdy? – A gdy zmarszczył brwi, dodała: – Uczciwość za uczciwość. Każdy 
może udawać brata Emmetta Cullena. 

– A jest choć jeden powód, dla którego warto by to robić? – mruknął, wyciągnął 

jednak z kieszeni skórzany portfel. 

– Miło słyszeć takie wyznanie braterskiej miłości – zadrwiła Bella. – Teraz sobie 

przypominam. Słyszałam już o panu. Rose mówiła, że nawet na ich ślub pan się nie 
pofatygował. 

– Robi z tego straszny problem. 
– W końcu to pana brat. 
– I jego trzeci ślub. Z praktyką, jaką dzięki niemu nabyłem jako mistrz ceremonii, 

mógłbym  poprowadzić  tę  uroczystość  nawet  przez  telefon.  A  co  więcej,  w  tym 
właśnie czasie zaczynałem pracę na Florydzie. Chce pani zobaczyć moje dokumenty, 
czy nie? 

Bella sięgnęła po prawo jazdy i celowo długo je studiowała. Nazywał się Edward 

Cullen.  Przed  zeszłorocznymi  świętami  pakowała  prezent  dla  Edwarda,  i  było  to 
jakieś  straszne  okropieństwo...  Tak,  przypomniała  sobie:  bilety  na  krwawą  walkę 
psów. 

Według danych wpisanych do prawa jazdy mieszkał na Manhattanie. 
Najwyraźniej  praca  na  Florydzie  nie  potrwała  zbyt  długo.  Zastanawiała  się,  czy 

Edward  Cullen  wpadł  tylko  z  wizytą  do  Denver,  czy  też  nowojorski  adres  również 
był nieaktualny. 

Jednak pozostałe dane były bez zarzutu: wzrost trochę ponad metr osiemdziesiąt, 

waga  osiemdziesiąt  pięć,  oczy  brązowe.  No  i  zdjęcie,  choć  kiepskiej  jakości,  bez 
wątpienia  przedstawiało  tego  samego  człowieka,  który  właśnie  ją  obserwował  z 
ledwie skrywaną niecierpliwością. 

– W porządku, panie Cullen. Przekonał mnie pan, że jest tym, za kogo się podaje. 

– Oddała mu dokument. 

– Świetnie. Teraz moja kolej. Kim pani jest? 
–  Izabella  Swan  –  odparła.  –  Jestem  współwłaścicielką  „Wypożyczalni  Żon”  i 

Rosalie wynajęła mnie... 

–  Wypożyczalni  czego?  –  Ręka  z  portfelem  zawisła  w  powietrzu.  –  I  to  Rose 

background image

 

panią wynajęła? 

–  Niech  pan  powstrzyma  wyobraźnię  –  powiedziała  ostro  Bella.  – 

„Wypożyczalnia Żon” nie świadczy usług... 

– Pomyślałem jedynie o agencji towarzyskiej, a nie o... 
–  Domyślam  się  –  warknęła.  –  „Wypożyczalnia  Żon”  załatwia  różne  domowe 

sprawy,  na  które  pracującym  zawodowo  ludziom  zwykle  brak  czasu.  Po  prostu 
ułatwiamy  im  życie. Jest  jednak  szereg  rzeczy, których nie  robimy:  nie odkurzamy, 
nie myjemy okien, nie opiekujemy się dziećmi, a już na pewno nie angażujemy się w 
ż

adne perwersyjne... – przerwała. – Właściwie, po co ja to wyjaśniam? 

– Widocznie sama pani czuje, że jej profesja może różnie się kojarzyć – podsunął 

usłużnie. 

–  Jedynie nazwa  firmy  –  przyznała.  –  Gdybyśmy  lepiej  się nad  nią  zastanowiły, 

nazwałybyśmy firmę ”Pomocna Dłoń”, czy podobnie. Jeśli pan tu zaczeka, przyniosę 
jakiś dokument. 

– Nie ma potrzeby. – Edward potrząsnął głową. 
–  Skąd  ta  zmiana?  Chyba  nie  chce  pan  powiedzieć,  że  moja  uczciwa  twarz 

przekonała pana o mojej prawdomówności? 

–  Nie,  ale  uwierzyłem,  że  pani  firma  nie  świadczy  perwersyjnych  usług 

erotycznych, bo wówczas nazwa brzmiałaby „Wypożyczalnia Dziwek”. 

–  Dziękuję  za  wskazówkę.  Nie  omieszkam  wykorzystać  jej  na  najbliższym 

posiedzeniu zarządu. 

– Zawsze do usług. – Potarł ramię. – Tak więc wreszcie wiemy, kto kim jest. No 

cóż,  całe  nieporozumienie  wynikło  stąd,  że  Emmett,  gdy  zaproponował  mi 
skorzystanie ze swojego domu, nie wspomniał mi o pani. To dziwne, ale stało się. 

– Mnie też nikt nie uprzedził. Może Rosalie w ogóle mu o mnie nie powiedziała? 

Wygląda na to, że mają pewne kłopoty z porozumiewaniem się. Rose zatrudnia mnie, 
a Emmett oddaje dom do dyspozycji panu... 

–  Przypuszcza  pani,  że  celowo  zataił  przed  żoną  mój  kilkutygodniowy  pobyt  w 

Denver? 

–  Być  może  miał  swoje  powody,  aby  jej  nie  zawiadamiać  o  pańskiej  wizycie  – 

zauważyła  cierpko.  –  Czy  to  nowa  praca?  A  może  okres  między  kolejnymi 
zajęciami? 

– Nowa praca. No tak, najpewniej młodzi małżonkowie zapomnieli wymienić się 

tak nieistotnymi informacjami, jak to, kto będzie mieszkał w ich domu. Zresztą, czy 
to  ma  znaczenie,  jak  doszło  do  tego  nieporozumienia?  W  każdym  razie  pani  misja 
dobiegła  już  końca,  ponieważ  ja  tu  się  wprowadzam  i  dom  nie  będzie  stał  pusty. 

background image

 

10 

Szczerze mówiąc, pani obecność tylko by mi zawadzała. 

–  A  może  jednak  –  nie  rezygnowała  Bella  –  Emmett  zawiadomił  Rosalie  o 

pańskiej wizycie, lecz ona uznała, że lepiej mieć na miejscu kogoś, kto zneutralizuje 
pańskie nieokiełznane skłonności. – Wymownie spojrzała na wciąż otwarte i wiszące 
na  jednym  zawiasie  drzwi.  –  Powinna  mnie  jednak  powiadomić,  że  dotychczas  nie 
nauczył się pan korzystać z dzwonka... 

– Co z panią, panno Swan? Martwi się pani utratą ciepłej posadki? 
– Nie pan mnie zatrudniał i nie pan będzie mnie zwalniał – warknęła Bella. 
– Upiera się pani, żeby tu zostać? Dlaczego tak bardzo pani na tym zależy? – Głos 

mu podejrzanie złagodniał. 

–  Na  pewno  nie  po  to,  żeby  nawiązać  z  panem  bliższą  znajomość.  –  Bella 

wzdrygnęła  się  ostentacyjnie.  –  W  porządku.  Skoro  pan  się  tu  wszystkim  zajmie... 
Trzymam  pana  za  słowo.  Myślę,  że  współpraca  z  robotnikami  dobrze  się  ułoży.  – 
Minęła go i ruszyła w stronę schodów. 

– Jakimi znowu robotnikami? – Głos Edwarda stał się mniej zaczepny. 
–  Tymi,  którzy  jutro  zaczną  rozbierać  ściany  –  rzuciła,  nie  odwracając  nawet 

głowy. 

– Co takiego?! 
–  Chyba  nie  sądzi  pan,  że  Rosalie  wynajęła  mnie  do  pilnowania  szminek  i 

ozdobnych poduszek na kanapie? Gdyby nie remont, nie byłabym tu potrzebna. Ale 
skoro pan tak bardzo chce przejąć moje obowiązki... 

– Nie mam na to czasu – powiedział szybko. 
– Rozumiem – uspokoiła go Bella. – Proszę więc pozwolić, bym zajęła się tym, 

co  do  mnie  należy.  Zanim  się  jednak  rozstaniemy,  myślę,  że  powinnam  zadbać  o 
pański spokojny sen... – Bella podeszła do telefonu. – Na jaki hotel pana stać? 

– Pieprzę hotele! – Edward był wyraźnie zirytowany. 
– Raczej nie chce pan rezygnować z darmowego mieszkania. – Bella wydęła usta. 

–  Nie,  nie  krytykuję  pana.  Rozumiem,  że  nie  chce  pan  ponosić  żadnych  kosztów, 
póki się nie okaże, czy to stała praca. 

–  Czy pani  ma  dobrze  w  głowie?  –  Irytacja  ustąpiła  miejsca  rozbawieniu. –  Nie 

spodziewam się wylania z pracy. 

Bella  żałowała,  że  nie  ugryzła  się  w  język,  ale  cóż,  ten  facet  nadepnął  jej  na 

odcisk.  Nie  powinna  jednak  interesować  się  ani  jego  pracą,  ani  tym,  jaki  styl  życia 
preferował. 

– Cóż to musi być za ulga – odparła uprzejmie. – Szczególnie, gdy czekają pana 

wydatki  związane  z  naprawą  drzwi.  Szczęśliwie  się  składa,  że  przedsiębiorca 

background image

 

11 

budowlany i tak tu będzie... 

–  Niech  pani  nie  próbuje  zwalić  całej  winy  na  mnie  i  wykręcić  się  od  swojego 

udziału. 

–  Mojego?  To  nie  ja  podjęłam  błędną  decyzję,  tylko  spokojnie  sobie  tu 

siedziałam, rozkoszując się muzyką... 

–  A  ja  myślałem,  że  jakiś  sadysta  torturuje  stado  kotów.  Gdyby  nie  ten  upiorny 

hałas, poszedłbym do administratora po klucz. 

–  I  zamiast  tego  rzucił  się  pan  na  ratunek  cierpiącym  zwierzątkom?  Dziękuję  – 

skwitowała  go  Bella.  –  Bardzo  mi  miło,  że  podobał  się  panu  mój  występ.  Gdyby 
jednak zechciał  pan  zrezygnować  z  tych  dygresji  i  wrócił  do  tematu...  Po  głębszym 
zastanowieniu, wolę, żeby pan nie szedł do hotelu. Nie chcę zostać z tym bałaganem. 
Tych drzwi nie da się przecież zamknąć nawet na klamkę, a co dopiero na klucz... 

–  Czemu  więc  pani  nie  wróci  do  domu?  Bo  zakładam,  że  ma  pani  jakiś  dom. 

Chyba Rosalie nie znalazła pani w kartonowym pudle pod mostem? 

– Już panu mówiłam. Muszę tu być w związku z remontem. Nie pamięta pan? 
–  Przecież  można  wszystkiego  dopilnować,  wpadając  od  czasu  do  czasu.  Nie 

musi pani siedzieć tu bez przerwy. 

–  Rose  chciała,  abym  co  rano  wpuszczała  ich  do  domu.  Żeby  przejechać  całe 

miasto i zdążyć tu przed robotnikami, musiałabym opuszczać mój karton pod mostem 
o  nieprzyzwoicie  wczesnej  porze.  –  Chociaż  jutro  –  z  triumfującą  miną  machnęła 
ręką  w  kierunku  wejścia  –  wpuszczenie  robotników  nie  będzie  stanowiło 
najmniejszego problemu. 

– Nie poddaje się pani, co? 
– Zostałam tu zatrudniona, natomiast panu wyświadczono przysługę, trudno więc 

porównać  powody,  dla  których  tu  jesteśmy.  Jeśli  jedno  z  nas  miałoby  wyjść,  to  na 
pewno nie ja. 

Edward ziewnął. 
–  Jak  pani  chce.  Jeśli  o  mnie  chodzi,  jestem  zmęczony po długim  locie. Zrobiło 

się późno, a przed porannym spotkaniem muszę jeszcze popracować. Jednym słowem 
idę spać. 

– A co z drzwiami? 
– Zabezpieczę je krzesłem. 
– Dziękuję, będę czuła się absolutnie bezpieczna – powiedziała zgryźliwie. 
– Ależ to nie ja sugerowałem, bym wyniósł się do hotelu i zostawił tu panią samą 

–  odrzekł Edward  z  przyganą.  –  W  takim  razie  przeciągnę  sofę  z  salonu  i  własnym 
ciałem zatarasuję drzwi, żeby chronić panią przed napastnikami. 

background image

 

12 

–  Nigdy  bym  nie  pozwoliła  na  takie  poświęcenie.  Musi  się  pan  dobrze  wyspać, 

ż

eby jutro oczarować nowego szefa. 

Edward uśmiechnął się, a Bella nagle poczuła dziwny dreszcz. 
– Proszę się nie obawiać, że pomylę pokoje i wkroczę do pani łóżka – mruknął. – 

Może  pani  spać  spokojnie.  –  Z  trudem  powstrzymał  kolejne  ziewnięcie.  – 
Przypuszczam, że po przeprowadzce z kartonu pod mostem  miała pani ochotę zająć 
sypialnię gospodarzy, ale ostatecznie możemy o to rzucać monetą. 

Bella  spuściła  oczy  z  miną  niewiniątka,  żeby  nie  zauważył  rozbawienia,  nad 

którym  z  trudem  panowała.  Nie!  Nie  oszczędzi  mu  niemiłej  niespodzianki,  a  siebie 
nie  pozbawi  złośliwej  satysfakcji,  dlatego  nie  uprzedzi  go,  że  od  rana  z  powodu 
remontu praktycznie przestanie istnieć łazienka przy sypialni właścicieli mieszkania. 

–  Wrodzone  poczucie  delikatności  nie  pozwoliło  mi  wkraczać  do  prywatnych 

pomieszczeń mojej klientki... 

Edward podniósł oczy. 
–  Delikatność?  Mnie  na  pewno  taki  drobiazg  nie  powstrzyma  od  skorzystania  z 

ich łóżka. 

– Nigdy bym pana o to nie podejrzewała – słodko odparła Bella. 

background image

 

13 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Biorąc  pod  uwagę  okoliczności,  Bella  spała  zadziwiająco  dobrze,  może  dlatego, 

ż

e  pokój  gościnny  był  przytulny  i  wygodny,  a  żadne  hałasy  nie  zakłócały  ciszy 

nocnej. 

Obudziła  się  wraz  z  pierwszymi  promieniami  słońca  i  natychmiast  z  radością 

pomyślała o czekających ją kolejnych utarczkach z Edwardem Cullenem. Tym razem 
będzie miała obstawę w postaci ekipy robotników uzbrojonych w łomy. 

Zamówiony  przez  Rose  przedsiębiorca  dotrzymał  słowa.  Bella  z  uznaniem 

spojrzała  na  zegarek,  gdy  punktualnie  o  siódmej  rozległ  się  dzwonek.  Ostrożnie 
odsunęła  krzesło,  którym  Edward  zablokował  klamkę.  Miała  nadzieję,  że  drzwi  nie 
rozsypią się podczas otwierania. 

Młody  mężczyzna,  który  stał  na  schodach,  przesunął  trzymaną  w  ustach 

wykałaczkę. 

–  Dzień  dobry,  pani  Cullen  –  powiedział  powolnym,  rozwlekłym  jak  guma 

arabska głosem. – Jestem Mike Newton, mam tu zainstalować wannę. 

Inaczej wyobrażała sobie oczekiwanego majstra. Był młodszy, niż przypuszczała, 

na pewno nie przekroczył jeszcze trzydziestki. Nie był też tak mocno zbudowany, jak 
według niej powinien prezentować się ciężko pracujący hydraulik. Raczej należałoby 
powiedzieć  o  nim  „tyczkowaty”.  Ubrany  był  w  zniszczone,  poplamione  i  wymięte 
dżinsy, którymi zapewne wzgardziłby najmniej wybredny łachmaniarz. 

Rozchełstana,  wyblakła  flanelowa  koszula  odsłaniała  zapadnięty  tors,  a 

kilkudniowy  zarost  oraz  tłuste  włosy,  związane  w  kucyk,  świetnie  pasowały  do 
całości. Na dodatek fachowiec przybył sam. Gdzież podziała się jego ekipa? 

– Nie jestem panią Cullen – zaczęła wyjaśniać. – Jestem jej… 
Mike nie patrzył na nią, tylko na drzwi. 
– Jakieś problemy, widzę. – Jego głos miał nosowe brzmienie. 
– Pan Cullen porozmawia o tym z panem. Trzeba będzie to naprawić. 
Spojrzał na nią z powątpiewaniem. 
– Znaczy się drzwi, proszę pani? 
Bella nie miała wątpliwości, skąd brało się jego zdziwienie. W dziennym świetle 

zniszczenia  wyglądały  znacznie  poważniej.  Zauważyła  teraz,  że  drzwi  były 
wykonane  nie  z  litego  drewna,  tylko  z  pokrytej  fornirem  sklejki,  która  rozszczepiła 

background image

 

14 

się na nieregularne kawałki. Zniszczenia wyglądały na nieodwracalne. 

–  Ta  sprawa  nie  należy  do  mnie.  –  Bella  nie  chciała  wdawać  się  w  zbędne 

dyskusje.  –  Proszę  wejść,  panie  Newton.  Zaraz  pójdę  po  pana  Cullena.  Będziecie 
mogli omówić sprawę tej naprawy, zanim przyjdzie cała ekipa. 

– Żadna tam ekipa. Sam tu jestem. 
Bella  chciała  się  zapytać,  jak  w  pojedynkę  zamierza  poradzić  sobie  z  wielką 

wanną z biczami wodnymi, w której wygodnie mogły się kąpać dwie osoby, uznała 
jednak, że Rose musiała przed zawarciem umowy upewnić się, iż Newton podoła tej 
robocie.  Ktoś  jej  go  polecił,  a  ona  nie  zadała  sobie  trudu,  by  porozmawiać  z  nim 
osobiście, inaczej bowiem nie uznałby Belli za panią Cullen. 

–  Nie  lubię  pracować  w  pośpiechu  i  chcę  wszystko  zrobić  akuratnie  –  ciągnął 

powolnym, nosowym głosem. – Ale proszę mówić do mnie Mike. 

Zanim hydraulik zdołał przekroczyć próg, była już w połowie schodów. Gdy się 

obejrzała,  ostrożnie  poruszał  wejściowymi  drzwiami.  Pewnie  sprawdzał  stopień 
zniszczenia.  Wyglądało  na  to,  że  Mike  z  natury  jest  wyjątkowym  flegmatykiem,  co 
nie wróżyło zbyt dobrze. 

Z  pokoju  Edwarda  nie  usłyszała  dzisiaj  jeszcze  żadnych  odgłosów,  a  sama  przy 

porannej  krzątaninie  zachowywała  się  jak  najciszej.  Wczoraj  był  bardzo  zmęczony, 
dała  mu  więc  pospać.  To  nie  jej  wina,  że  sielanka  się  skończyła  i  zaraz  nastąpi 
gwałtowne przebudzenie. 

Ze złośliwą satysfakcją głośno zapukała. 
– Proszę wejść. – Rześki głos Edwarda niemile ją zaskoczył. Bella uchyliła drzwi. 
–  Widzi  pan?  Tak  to  się  zwykle  robi:  należy  zgiąć  palce,  uderzyć  kostkami  o 

drzwi i poczekać cierpliwie na zaproszenie do środka. 

Rozczarowała  się  jeszcze  bardziej,  widząc,  że  Edward  jest  gotowy  do  pracy. 

Marynarka  co  prawda  leżała  na  łóżku,  ale  miał  już  na  sobie  nieskazitelnie  białą 
koszulę, zdążył też zawiązać ciemnoczerwony krawat. W ciągu ostatniego roku Bella 
przewoziła do pralni tyle jedwabnych krawatów, koszul z monogramem i szytych na 
miarę  garniturów,  że  nauczyła  się  bezbłędnie  oceniać  markową  garderobę,  dlatego 
natychmiast spostrzegła, że ubrania Edwarda były bardzo wysokiej jakości. Wyraźnie 
chciał wywrzeć wrażenie na nowym szefie. 

Siedział  przy  laptopie  ustawionym  na  małym  stoliku  pod  oknem.  Zajęty  pracą, 

ledwo na nią spojrzał. 

– Czemu zawdzięczam pani wizytę? 
–  Na  pewno  nie  przemożnej  chęci  sprawdzenia,  czy  sypia  pan  w  piżamie  – 

powiedziała cierpko Bella. – Przyszedł fachowiec od remontu. 

background image

 

15 

– Później z nim porozmawiam. 
– Obawiam się, że nie da się tego odłożyć. – Bardzo się starała, żeby jej głos nie 

zabrzmiał  zbyt  radośnie.  –  Przykro  mi,  ale  remont  zacznie  się  właśnie  tutaj.  – 
Wskazała na drzwi do łazienki. 

– Mówiła pani o rozbieraniu ścian. – Edward gwałtownie odwrócił się do niej. 
Bella powstrzymała uśmiech. 
–  Proszę  mi  wybaczyć,  ale  wczoraj  chyba  nie  zdążyłam  przekazać  panu 

wszystkich szczegółów. 

– Doskonale pani wie, że nie chyba, tylko na pewno. Teraz już rozumiem, czemu 

tak łaskawie udostępniła mi pani ten pokój. 

–  Byłam  tak  oczarowana  naszą  rozmową,  że  zapomniałam  pana  ostrzec.  Jeśli 

jednak teraz się pan pospieszy, zdąży pan zabezpieczyć wszystko przed kurzem. 

Mruknął coś niezrozumiale, z tonu jednak sądząc, nie było to miłosne wyznanie, 

więc  Bella  uznała,  że  po  wygranej  potyczce  nastała  pora  na  odwrót.  Zanim  jednak 
wyszła, Edward zawołał: 

–  Przecież  nie  muszę  z  tym  majstrem  rozmawiać.  Niech  pani  mu  powie,  żeby 

wymienił drzwi i przysłał mi rachunek. 

– O, nie – odparła beztrosko. – Za żadne skarby nie pozbawię pana przyjemności 

poznania Mike’a. 

Właśnie wchodziła na marmurową posadzkę holu, gdy u szczytu schodów pojawił 

się Edward, który nadal mruczał coś pod nosem. Bella, zadowolona, że udało jej się 
wywołać taką reakcję, uśmiechnęła się uroczo do Mike’a i odmaszerowała do kuchni. 

Gdy sprawdzała zawartość spiżarni, zadzwonił telefon. 
Jessica była niezawodna! Choć to dopiero wpół do ósmej, już przełączyła linię. 
Tym razem jednak nie dzwonił klient, lecz trzecia wspólniczka. 
– Angela? – zdziwiła się Bella. – Myślałam, że jesteś w drodze do Fort Collins. – 

Przytrzymywała  słuchawkę  ramieniem,  żeby  mieć  wolne  ręce.  Musiała 
poprzestawiać pudełka i puszki, by sprawdzić, co znajduje się w głębi szafki. 

–  Zaraz  wyjeżdżam,  ale  chciałam  upewnić  się,  że  pamiętasz  o  jutrzejszym 

spotkaniu. 

Bella westchnęła. 
– Niemal zapomniałam, jaki dziś dzień. Jasne. Będę jak zawsze. 
– Mogłabyś przyjść trochę wcześniej? Muszę z tobą coś omówić. 
– Bez Jessici? – zaniepokoiła się Bella. – Czy z jej matką wszystko w porządku? 

Jessica  wprawdzie  mówiła,  że  to  rutynowe  badania,  ale  obawiała  się,  że  mogą 
potrwać cały dzień. 

background image

 

16 

–  Trudno  mówić  o  rutynie,  gdy  ktoś  jest  skazany  na  wózek  inwalidzki  – 

zauważyła  Angela.  –  Mój  problem  nie  dotyczy  jednak  jej  matki,  tylko  klienta. 
Chciałam poznać twoje zdanie na pewien temat. 

– Oczywiście – wolno powiedziała Bella. – Wystarczy nam pół godziny? 
Nagle  włosy  zjeżyły  się  jej  na  karku,  lecz  zanim  zorientowała  się,  skąd  ten 

niepokój, z tyłu padło pytanie: 

– Czy to telefon do mnie? 
Gwałtownie  się  wzdrygnęła  i  duża  torba  z  mąką,  która  stała  na  samym  brzegu 

półki, runęła na podłogę. Papierowe opakowanie pękło i w kuchni uniosła się chmura 
białego pyłu. 

–  Czy  to  twój  majster?  –  zainteresowała  się  Angela.  –  Wiedziałam,  że  będę  ci 

zazdrościć tej pracy. Sądząc po głosie, to muskularny i silny facet. 

Bella  przez  ramię  spojrzała  na  Edwarda,  który  stanął  w  drzwiach.  Był  już  w 

marynarce.  Jej  poła  była  niedbale  odchylona,  gdyż  nonszalancko  trzymał  rękę  w 
kieszeni  spodni.  W  drugiej  ręce  niósł  płaską  teczkę.  Już  wieczorem,  mimo 
zmęczonych oczu i popołudniowego zarostu, wyglądał bardzo przystojnie, natomiast 
teraz, wypoczęty i odświeżony, niewiele odbiegał od ideału. 

–  Dodaj  również:  agresywny,  dominujący  macho  –  powstrzymała  zachwyty 

przyjaciółki. 

–  To  twój  punkt  widzenia,  kochanie  –  wymruczała  Angela.  –  Nie  mogę  się 

doczekać, kiedy mi opowiesz wszystko o właścicielu tego seksownego głosu. Może 
w czasie jutrzejszego lunchu? 

Bella miała ochotę rzucić jakieś przekleństwo, lecz w ten sposób jeszcze bardziej 

zaciekawiłaby Angelę. 

– W takim razie spotkajmy się godzinę wcześniej – zaproponowała. 
–  O,  nie,  kochana.  Nie  pozwolę  ci  zacząć  przed  przyjściem  Jessici.  Jeśli  nie 

usłyszy szczegółów od ciebie, będę musiała wszystko jej powtarzać. 

Bella,  zaciskając  zęby  ze  złości,  odłożyła  słuchawkę.  Edward,  bezwiednie 

masując obolały bark, wszedł do kuchni. 

– Kto dzwonił? 
–  Moja  przyjaciółka  –  odparła  nadzwyczaj  uprzejmie.  –  Zapewniam,  że 

zawołałabym pana do telefonu. Nie musi się pan trudzić podsłuchiwaniem. 

– Ani mi to w głowie. Widząc jednak, jak pani zadrżała, gdy się zbliżyłem, byłem 

pewien, że wie pani o mojej obecności. 

Bella  zjeżyła  się,  ale  po  chwili  zastanowienia  wzruszyła  ramionami.  Skoro 

Edward  jeszcze  nie  zauważył,  że  jej  reakcje  na  jego  obecność  spowodowane  są 

background image

 

17 

głęboką niechęcią, nie zaś rozpalonymi zmysłami, nie było sensu tego wyjaśniać. Nie 
wyglądał zresztą na specjalnie zainteresowanego. 

Sięgnęła po szufelkę i zaczęła zgarniać rozsypaną mąkę. 
– Jak poszło z Newtonem? 
–  Chyba  nieźle,  choć  na  początku  rozmowy  musiałem  mocno  się  natrudzić,  by 

odwrócić jego uwagę od pani. Dopiero wtedy zaczął przytomnie reagować. 

Wyprostowała się gwałtownie, niemal wypuszczając z rąk szufelkę. 
–  Odwrócić  uwagę?  Ode  mnie?  A  cóż  to  za  pomysł?  Patrzył  wyłącznie  na 

zrujnowane przez pana drzwi. 

–  No to przestał,  zanim  tam  przyszedłem.  Co  pani  z nim zrobiła?  Rzuciła  urok? 

To człowiek stracony, naprawdę kiepsko z nim. Jednak poniekąd się temu nie dziwię, 
bo nawet na mnie zrobiło wrażenie, jak pani szła przez hol. 

– O co panu chodzi? 
– Nie chce mi pani chyba wmówić, panno Swan, że to kręcenie biodrami nie było 

zaplanowane. 

–  Najwyraźniej  niektórym  wyobraźnia  płata  figle  –  warknęła  Bella,  na  co  on 

uśmiechnął się szeroko, zaś ona powtórzyła sobie w duchu, że nie będzie wdawać się 
w wyjaśnienia. Edward i tak wszystko zinterpretuje po swojemu. – Szkoda jednak się 
trudzić zbędną gadaniną. Domyślam się, jak pokrętnymi ścieżkami przemykają pana 
myśli. A co z drzwiami? 

– Mike oznajmił, że nie zajmuje się wymianą drzwi.  
Bella zamrugała gwałtownie. 
– Co takiego? Przecież ma firmę remontową. 
–  Hydrauliczno-remontową.  Zakłada  wanny,  zmywarki,  termy,  ale  nie  drzwi. 

Wyjaśniał mi to niezwykle cierpliwie. 

W głosie Edwarda zabrzmiała ironiczna nuta, a Bella bez trudu wyobraziła sobie, 

jak Mike wymienia przeraźliwie długą listę hydraulicznych akcesoriów. 

– I co teraz? 
Edward zaczął bawić się zamkami przy teczce. 
–  A  może  pani  porozmawiałaby  z  Newtonem  –  zasugerował  –  i  przekonała  go, 

ż

eby zmienił zdanie? 

– Mam pokręcić biodrami? Niech pan to sobie wybije z głowy. 
– W porządku. 
Bella  przyjrzała  mu  się  podejrzliwie.  Zdążyła  już  na  tyle  poznać  Edwarda 

Cullena, że nie wierzyła w ten jego pojednawczy ton. 

– Tymczasem – dodał wesoło – chyba jestem winien pani przeprosiny... 

background image

 

18 

– Zaczyna się – mruknęła Bella. 
– ... za wczorajszą próbę nakłonienia pani do opuszczenia domu. Okazuje się, że 

Rose słusznie panią wynajęła. Póki pani tu jest i może wszystkiego przypilnować... 

– Wolnego – Bella przerwała mu szybko. – Nie obiecywałam, że całymi dniami 

będę siedzieć przy wejściu jako ochroniarz. 

– Wygląda na to, że są to dość niezwykłe drzwi. Nie wiem, czy zauważyła pani, 

ale są zupełnie inne niż w pozostałych domkach. Mike natychmiast to dostrzegł. Jego 
zdaniem będą kłopoty z wymianą. 

–  A  skąd  Mike  może  o  tym  wiedzieć?  Przecież  sam  mówił,  że  to  nie  jego 

specjalność... 

–  Ale  zna  innych  fachowców.  Twierdzi,  że  o  tej  porze  roku  i  w  tutejszym 

klimacie  mają  pełne  ręce  roboty.  Muszą  przed  zimą  zakończyć  umówione  prace. 
Jeżeli więc pani nie ruszy do akcji, czeka nas duży kłopot. – W głosie Edwarda była 
zarówno prośba, jak i nadzieja. 

Bella skapitulowała. 
–  No  dobrze  –  zgodziła  się  niechętnie.  –  Porozmawiam  z  nim,  choć  nic  nie 

obiecuję. 

– Ma pani na myśli rezultat, czy bodźce mające skłonić Mike’a do działania? 
Bella zacisnęła pięści. 
– Jeśli sugeruje pan to, co myślę...  
Edward uniósł brwi. 
–  Cóż  za  wyobraźnia,  panno  Swan.  Myślałem  o  upieczeniu  jego  ulubionego 

ciasta.  Nawiasem  mówiąc,  ma  pani  na  sobie  tyle  mąki,  jakby  już  się  pani  za  to 
wzięła. – Znów rozmasował ramię. – A skoro o tym mowa, czy znajdzie się tu coś do 
zjedzenia? Wczoraj nie jadłem obiadu. 

– W zamrażarce jest paczka meksykańskich naleśników. 
– Na śniadanie? O tej porze nie zjem przecież tak ostrego dania! 
– Zapomniał pan? – upomniała go Bella. – To nie hotel. 
– Przypuszczam, że Rose opróżniła lodówkę? 
– No myślę! Pan by tego nie zrobił przed dwutygodniowym wyjazdem? – Do dziś 

pamiętała  czyszczenie  porośniętej  pleśnią  lodówki  w  eleganckim  apartamencie 
pewnego  kawalera.  Natychmiast  po  pracy  wyrzuciła  gumowe  rękawice,  których 
używała,  a  przez  kolejny  miesiąc  nie  mogła  nawet  pomyśleć  o  zjedzeniu 
jakiejkolwiek zieleniny. 

– Nie zawracam sobie głowy opróżnianiem lodówki, bo trzymam w niej keczup, 

oliwki i kilka puszek piwa. Nic się nie może popsuć. 

background image

 

19 

– A narzeka pan, że Rosalie zostawiła tylko mrożone naleśniki? 
Otworzył lodówkę i przejrzał niemal puste półki. 
–  Chyba  miała  pani  rację,  mówiąc  o  kłopotach  komunikacyjnych  Emmetta  i 

Rosalie. Emmett uprzedziłby mnie, gdyby wiedział o remoncie, z kolei Rose, gdyby 
wiedziała, że przyjeżdżam... 

– Zostawiłaby panu lodówkę pełną pyszności. – Bella wrzuciła torbę po mące do 

kosza na śmieci. – Niedługo pójdę do sklepu. Może coś panu kupić? 

Przerwał inspekcję lodówki i spojrzał na Bellę z niedowierzaniem. 
– Mówi pani serio? 
–  Z  przyjemnością  kupię  wszystko,  co  pan  chce  –  zniecierpliwiła  się  Bella.  – 

„Wypożyczalnia  Żon”  pobiera  opłaty  za  godzinę  pracy,  a  do  zakupów  doliczamy 
procent w zależności od wysokości rachunku. Jeśli ma pan na coś ochotę... 

–  Wiedziałem,  że  musi  tkwić  w  tym  jakiś  haczyk,  ale  niech  będzie.  Proszę  mi 

kupić keczup, oliwki i... 

– ... zielone czy czarne? – upewniła się. 
– Oba rodzaje. 
– A jakie piwo? 
Rozległ się dzwonek telefonu i Bella automatycznie sięgnęła po słuchawkę. 
– „Wypożyczalnia Żon”, Bella przy telefonie. 
Po drugiej stronie zapadła cisza. Bella powtórzyła powitanie i po chwili usłyszała 

głęboki męski głos: 

– To chyba pomyłka. Dzwonię do Edwarda Cullena i przysięgam, że podał mi ten 

numer. 

Bella skrzywiła się. 
– Jest tutaj. Już go proszę. 
Jej rozmówca nagle parsknął śmiechem. 
–  Powiedziała  pani  „wypożyczalnia  żon”?  Dopiero  wczoraj  przyjechał  i  już... 

Ależ ma tempo! 

Zignorowała  tę  uwagę  i  oddała  słuchawkę.  Chciała  wyjść  do  holu,  ale  Edward 

stanął przed nią, blokując przejście. 

–  Dzień  dobry  –  powiedział  do  telefonu.  –  Oczywiście,  Harry.  O  jedenastej? 

Ś

wietnie. – Spojrzał na Bellę. – Nie, nie przesłyszałeś się, właśnie tak powiedziała. 

Powoli  i  pedantycznie  odłożył  słuchawkę.  Wyglądało  to  groźniej,  niż  gdyby  z 

furią ją cisnął. 

– Ta rozmowa dotyczyła spotkania w interesach.  
Wzruszyła ramionami. 

background image

 

20 

– Zorientowałam się. Nie oczekuję wyjaśnień. 
–  Nic  nie  wyjaśniam,  tylko  chcę,  żeby  pani  coś  zrozumiała.  To  był  harry 

Clearwater, najbardziej wpływowy człowiek w Kolorado... 

–  To  pański  nowy  szef?  Jak  miło.  Co  za  pieskie  szczęście!  Mogłam  nawiązać 

znajomość ze sławnym hardym Clearwaterem i straciłam taką szansę! I taki ważniak 
sam załatwia telefony? Nie dziwi to pana? 

– Czy zechce mnie pani łaskawie wysłuchać, panno Swan? Może się zdarzyć, że 

będą do mnie dzwonić ludzie, z którymi pracuję. Na Harrym już pani zdążyła zrobić 
złe wrażenie... 

–  Chwileczkę  –  zaprotestowała  Bella.  –  Na  pewno  nie  jest  moją  winą,  jakie 

wnioski wyciągnął. 

– Mogła pani rozsądniej nazwać firmę. Nawet nie chcę powtarzać jego uwag. W 

każdym razie, niech pani więcej nie odbiera telefonów. 

Z namysłem potarła nos czubkiem palca. 
– Skończył pan? – spytała uprzejmie. 
– Sądzę, że wszystko wyjaśniłem. 
–  To  może  teraz  ja  przedstawię  swój  punkt  widzenia,  jeśli  oczywiście  zechce 

mnie  pan  wysłuchać,  panie  Cullen...  Byłam  tu  pierwsza,  można  powiedzieć,  że 
zaklepałam sobie ten telefon, a poza tym, stąd, z tej kuchni, prowadzę firmę. Widzę 
więc  trzy  wyjścia:  po  pierwsze,  jeśli  otrzymam  takie  zlecenie,  znajdę  panu 
mieszkanie;  po  drugie,  powie  pan  wielkiemu  Clearwaterowi,  że  zmuszony  jest  pan 
korzystać  z  telefonu  towarzyskiego...  –  Ominęła  go  i  w  drzwiach  odwróciła  się  na 
pięcie.  –  Po  trzecie,  zamieszka  pan  w  jego  biurze  i  wtedy  Clearwater  nie  będzie 
musiał  tutaj  dzwonić.  Polecam  szczególnie  to  rozwiązanie,  bo  wprost  rewelacyjnie 
poprawiłoby pańskie notowania w pracy. Nie mówiąc już o tym, że dla mnie byłby to 
prawdziwy dar niebios! 

Firma  Clearwater  Electronics  bardzo  różniła  się  od  tych  przedsiębiorstw,  które 

Edward  dotąd  odwiedził.  Chociaż  powstała  całkiem  niedawno,  usiłowano  nadać  jej 
cechy  firmy  z  tradycjami.  Dywany  wprawdzie  były  nowiutkie,  podobnie  jak 
kosztowne meble, wśród nich jednak pojawiały się sprzęty, które sprawiały wrażenie, 
ż

e wyciągnięto je z magazynów Armii Zbawienia. 

Natomiast  personel  wymykał  się  wszelkim  definicjom,  bo  takich  ludzi  nie 

zatrudniały  żadne  renomowane  firmy,  ani  te,  które  na  swój  wizerunek  pracowały 
przez  wiele  pokoleń,  ani  te,  które  niedawno  przebojem  zdobyły  rynek.  Mówiąc 
wprost,  pracujący  w  Clearwater  Electronics  projektanci  skomplikowanego  sprzętu 
elektronicznego  wyglądali  na  pomocników  Mike’a.  Jednak  ta  banda  obdartusów 

background image

 

21 

wprost  emanowała  zapałem,  fachowością  i  inteligencją.  Gdy  w  głowie  kłębią  się 
pomysły, łatwo zapomnieć o wypraniu dżinsów. Edward wiedział, że z takimi ludźmi 
można przenosić góry. 

Wszędzie  panował  twórczy  nieład,  czy  też,  mówiąc  wprost,  bałagan,  tylko  w 

biurze  naczelnego  dyrektora  było  inaczej.  Pokój,  przez  który  wchodziło  się  do 
gabinetu  Clearwatera,  wyposażono  co  prawda  w  dywan,  a  na  ścianach  powieszono 
kilka  dobrych  reprodukcji,  ale  to  było  wszystko.  Ani  mebli,  ani  sekretarki.  Nic 
dziwnego, pomyślał Edward, że Harry sam załatwia telefony. 

Ponieważ drzwi do gabinetu były otwarte, Edward zamierzał wejść bez pukania, 

lecz w progu powstrzymał go kobiecy śmiech. 

– No, kochanie – mówiła zdyszanym głosem – pomogę ci to zdjąć. 
Było  jednak  już  za  późno,  by  się  taktownie  wycofać,  bowiem  mężczyzna,  który 

siedział na brzegu biurka i próbował zdjąć sweter w jaskrawych kolorach, zawołał: 

– Edward Cullen? 
– Przepraszam, ale drzwi były otwarte – odpowiedział tym bardziej zmieszany, że 

zgrabna blondynka wcale nie kryła swego niezadowolenia. 

Harry  jednym  zręcznym  ruchem  ściągnął  sweter  przez  głowę  i  wręczył  go 

dziewczynie. 

–  Przepraszam,  Angélique,  ale  interesy  czekają.  –  Zsunął  się  z  biurka  i  uścisnął 

rękę Edwarda. 

Blondynka wydęła wargi. 
– Och, w porządku. Zobaczymy się wieczorem. – Przesłała Harry’emu pocałunek, 

przewiesiła  sweter  przez  rękę  i  przez  chwilę  uważnie  lustrowała  Edwarda.  Potem 
uśmiechnęła  się  zalotnie,  dając  do  zrozumienia,  że  już  pozbyła  się  urazy.  Harry  nie 
zwracał na nią uwagi. Mocno kręcąc biodrami, opuściła pokój. 

Edward  uznał,  że  jej  ruchy  są  prostackie  i  nienaturalne.  Przypomniał  sobie,  z 

jakim  wdziękiem  poruszała  się  Bella  Swan.  Poza  tym  włosy  blondynki  były  bez 
ż

ycia, natomiast czupryna Belli kusiła, by zanurzyć w niej ręce... 

Rozejrzał się ciekawie po gabinecie. Na blacie masywnego, eleganckiego biurka z 

drzewa tekowego, zamiast suszki do atramentu, secesyjnego przycisku do papierów i 
przybornika,  walały  się  narzędzia  i  elektroniczne  części,  a  piękny  blat  nosił  ślady 
głębokich zadrapań. 

Harry włożył sztruksową marynarkę i wskazał fotele w rogu gabinetu. 
– Przepraszam, pewnie pomyślałeś, że trafiłeś na różowy balecik. Angélique robi 

mi sweter i postanowiła sprawdzić, czy długość rękawów jest odpowiednia. 

Edward  pamiętał  swoją  babcię,  która  godzinami  w  skupieniu  ślęczała  nad 

background image

 

22 

robótkami  i  zupełnie  nie  mógł  w  tej  roli  wyobrazić  sobie  blondynki  Harry’ego.  Tę 
głęboką refleksję zachował jednak dla siebie powiedział natomiast: 

– Utalentowana dziewczyna. 
– Tłumacząc to na nasze, uważasz więc, że nie potrafiłaby nawet zliczyć oczek. – 

Harry  spojrzał  przenikliwie.  –  No  cóż,  mnie  też  co  jakiś  czas  ogarniają  podobne 
wątpliwości. – Rozparł się wygodnie w fotelu. – Słuchaj, powiedz mi szczerze, co ty 
kombinujesz z tymi wypożyczanymi żonami? 

– Jeśli o to chodzi... – zaczął Edward. 
–  ...  to  ma  sens  –  przerwał  mu  Harry.  –  Wypożyczyć  żonę,  w  chwili  kiedy  jest 

potrzebna i uniknąć zamieszania, gdy człowiek chce się jej pozbyć. – Odchylił się do 
tyłu. 

–  Ale  chyba  nie  będziemy  o  tym  rozmawiać.  Co  sądzisz  o  naszym  nowym 

urządzeniu? 

–  Wypróbowałem  je,  tak  samo  jak inne  wasze  produkty – odparł Edward. –  Nic 

dziwnego,  że  opanowaliście  rynek.  Zapewniacie  rewelacyjną  jakość.  Chciałbym 
tylko mieć pewność, że następny gadżet też będzie miał takie powodzenie. 

Harry uniósł brwi. 
–  Nie  wierzysz,  że  użytkownicy  magnetowidów  starego  typu  rzucą  się  na  nowe 

urządzenie, które steruje się głosem? 

– Są już podobne urządzenia. 
–  Ależ  skąd.  Wszystko,  co  jest  dostępne,  wymaga  ustawienia  czasu,  kanału, 

wybierania  wielu  różnych  cyfr.  Nasza  zabaweczka  pozwala  powiedzieć  maszynie, 
ż

eby  nagrała  odpowiednie  odcinki  któregokolwiek  serialu,  a  ona  sama  je  wyszuka, 

bez względu na to, gdzie i o której godzinie są nadawane. Dorzućmy do tego cyfrową 
jakość nagrania, bez taśmy, która się zużywa lub zrywa... 

–  Wysoko  mierzysz,  lecz  mimo  to  zastanawiam  się,  ilu  widzów  jest  aż  tak 

zafascynowanych serialami, żeby na tę nowość wydać niemałe pieniądze. 

– Badania rynku wskazują...  
Edward przerwał chłodno. 
– Badania rynku wskażą wszystko, co zechcesz. – Uważnie spojrzał na Harry’ego 

Clearwatera, niemal oczekując wybuchu. Jednak jedyną reakcją było zaciśnięcie ust. 
–  Może  zresztą  –  ciągnął  Edward  –  jeśli  wykorzystacie  ten  pomysł,  żeby 
przystosować  urządzenie  nagrywające  do  istniejących  magnetowidów...  Produkując 
je  jako  dodatek  do  tego,  co  już  jest  na  rynku,  nie  będziecie  zmuszać  ludzi  do  tak 
radykalnych zmian. 

–  Osłabię  w  ten  sposób  wartość  całego  pomysłu.  To,  co  sugerujesz,  oznacza 

background image

 

23 

rezygnację  z  możliwości  cyfrowego  przechowywania  danych  oraz  błyskawicznego 
przeszukiwania i odtwarzania. 

– Ale pozwoli na trzykrotnie większą sprzedaż za połowę przewidywanej ceny. 
Harry zastanowił się chwilę, a potem pokręcił głową. 
– Nie chciałbym firmować czegoś takiego. 
–  Ja  z  kolei  nie jestem  pewien, czy  właściciele  magnetowidów,  i tak  najczęściej 

pokrytych kurzem, będą chcieli zapłacić proponowaną cenę za kolejny gadżet. 

– Nawet wtedy, gdy bije on na głowę wszystko, co do tej pory widzieli? 
– To, że coś jest lepsze, nie zawsze znaczy, że musi odnieść sukces. Szczególnie 

bez reklamy, a to kosztowna sprawa. 

Harry wzruszył ramionami. 
– Inwestycje kapitałowe i całe te finansowe zawiłości nie są moją najmocniejszą 

stroną. To twoje zadanie, Ed. Trzeba znaleźć na to pieniądze. – Zerwał się z fotela. – 
Przede  wszystkim  musisz  wszystko  obejrzeć,  prawda?  Zawiozę  cię  do  zakładu  i 
pokażę, czym Clearwater Electronics może się pochwalić. 

– To miał być kolejny punkt mojej wizyty – zgodził się Edward. 
– Mam nadzieję, że zechcesz pojechać ze mną motocyklem? – upewnił się Harry. 

– Oczywiście, mam kask dla pasażera. 

Edward  próbował  ukryć  uśmiech.  Ostrzegano  go,  że  Harry  jest  oryginalny,  było 

to jednak chyba zbyt łagodne określenie. 

background image

 

24 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Dzień  był  bardzo  ładny,  ale  pod  wieczór  wzmógł  się  wiatr.  Każdy  trzask 

wzbudzał w Belli obawę, że jeszcze chwila, a rozsypią się drzwi wejściowe. W końcu 
uznała, że gapienie się na nie i tak nic nie pomoże, poszła więc do kuchni zająć się 
swoim obiadem. 

Miała powód do zdenerwowania, każdy by to przyznał. I wcale nie wiązało się to 

z  faktem,  że  od  porannej  rozmowy  w  kuchni  Edward  ani  się  nie  pokazał,  ani  nie 
zadzwonił. 

Może  mimo  wszystko  poszedł  do  hotelu,  zastanawiała  się,  dziobiąc  widelcem 

odgrzane w mikrofalówce danie z indyka. W takim wypadku na pewno jednak by ją 
zawiadomił,  oczywiście  podając  jakiś  zmyślony  powód.  Za  nic  przecież  by  się  nie 
przyznał, że zastosował się do jej rady! 

Wyrzuciła resztki obiadu do śmieci i usadowiła się w salonie. Mały stolik zasłany 

był folderami jej firmy. Ma przed sobą cały wieczór, by przygotować je do wysyłki, i 
dzięki  temu  zajęciu  nie  będzie  musiała  zastanawiać  się  nad  drzwiami.  A  co  do 
Edwarda... Gdyby nie myśl o tym, jak perfidnie postąpił, zostawiając cały bałagan na 
jej głowie, mogłaby już zacząć świętować z radości, że go tu nie ma! 

Jednak  w  żaden  sposób  nie  mogła  się  skupić  na  wypisywaniu  zaproszeń  do 

potencjalnych klientów „Wypożyczalni Żon”. Kiedy zorientowała się, że na jednej z 
kartek zaczęła pisać: „Drogi Edwardzie”, ze złością odłożyła pióro i zrobiła kulkę z 
ulotki. Postanowiła zająć się czymś innym. 

Próbowała właśnie podważyć obudowę komórki, żeby dostać się do baterii, kiedy 

usłyszała  głośne  pukanie  do  drzwi.  Przez  chwilę  wpatrywała  się  w  nie,  w  końcu 
podniosła się i wyjrzała przez szklaną ściankę. 

Serce  zabiło  jej  radośnie  na  widok  Edwarda,  zaraz  jednak  upomniała  się:  to 

dlatego,  że  bała  się  siedzieć  tu  sama.  Tak  samo  ucieszyłaby  się,  gdyby  zobaczyła 
administratora, sąsiadkę lub Mike’a... 

No, może wszystkich oprócz Mike’a. Otworzyła drzwi. 
– Szybko się pan uczy – pochwaliła Edwarda. – Wystarczyła jedna lekcja pukania 

i proszę, jakie efekty! 

–  Uznałem,  że  to  bezpieczniejszy  sposób.  Poza  tym  nadal  nie  mam  klucza.  – 

Ostrożnie  ujął  klamkę  i  poruszył  drzwiami  w  przód  i  w  tył.  –  Hej,  nie  jest  już  tak 

background image

 

25 

tragicznie. Jak się to pani udało? 

– Mike je trochę wzmocnił. Uśmiechnął się radośnie. 
– Wiedziałem, że potrafi go pani przekonać. 
– To tylko prowizorka. Dużo im brakuje do dawnej świetności. Przez te pęknięcia 

wiatr wyje jak potępiona dusza. 

–  Może  powinniśmy  wezwać  firmę  od  efektów  dźwiękowych.  Mieliby  gotowy 

podkład do filmu o nawiedzonym domu. 

–  Hałas  to  nic  w  porównaniu  z  przeciągiem.  Mike  chciał  je  zabić  na  głucho. 

Mówił, że bezpieczniej będzie wcale ich nie używać. Uznałam jednak, że chodzenie 
przez patio byłoby zbyt kłopotliwe. 

– Słusznie. Trzeba byłoby okrążać całe osiedle, żeby dojść do parkingu. – Edward 

odstawił teczkę i zrzucił płaszcz. Znów rozcierał ramię. 

– Dobrze się pan czuje? Coś pana boli? – spytała z troską Bella. 
– Tak, ramię. Stłukłem je wczoraj, uderzając o drzwi. 
–  Racja!  A  więc  nici  z  mojego  współczucia,  bo  to  konsekwencja  pańskich 

wybryków.  –  Bella  skierowała  się  w  stronę  sofy.  –  Byłam  już  pewna,  że  pan  nie 
wróci... 

– Skąd przyszło to pani do głowy? 
– Bo wszystkie pana rzeczy znikły. 
– A więc sprawdziła to pani. Z ciekawości, czy też ze strachu? 
–  Nic  z  tych  rzeczy  –  odpowiedziała  z  godnością.  –  Weszłam  tam,  gdy 

pomagałam Mike’owi uprzątnąć łazienkę, żeby mógł zacząć pracę. 

Edward wzruszył ramionami. 
–  Sama  pani  radziła  mi,  bym  wszystko  zabezpieczył  przed  kurzem,  co  też 

zrobiłem. Była pani zaniepokojona? 

–  Tym,  że  pan  bez  słowa  znikł?  Ależ  skąd.  Uwielbiam  w  czasie  takiej  wichury 

przebywać  sama  w  obcym  domu,  zwłaszcza  z  drzwiami,  które  chronią  przed 
nieproszonymi  gośćmi  równie  skutecznie,  co  sznurek  przeciągnięty  od  futryny  do 
futryny. 

– Co za ulga, że już mnie pani nie zalicza do nieproszonych gości. 
– Niech pan sobie za dużo nie wyobraża – powstrzymała go Bella. – Choć może 

pan zyskać kilka punktów, jeśli zdoła pan otworzyć telefon komórkowy. – Ze złością 
spojrzała na oporny aparat. 

–  Proszę  mi  to  dać.  –  Edward  usiadł  naprzeciwko  w  dużym  fotelu  i  sięgnął  do 

kieszeni spodni. 

– Nic dziwnego, że mężczyźni nie mogą się obyć bez kieszeni – mruknęła Bella, 

background image

 

26 

widząc,  że  wyciąga  spory  scyzoryk.  –  Nie  podejrzewałam  też,  że  Harry  Clearwater 
ma w sobie coś z poganiacza niewolników. 

– Skąd ten pomysł? – zdumiał się Edward. 
–  Bo  przywlókł  się  pan  dopiero  o  tej  porze,  a  to  przecież  pierwszy  dzień  pracy. 

Nie sądzę, by wieczór spędził pan na przyjęciu. 

–  Nie  ma  pani  racji. – Edward odłożył nóż  i kciukami  zaczął naciskać  obudowę 

telefonu, aż rozległ się głośny trzask. 

– Czyli nie jest poganiaczem? 
–  Byłem  na  przyjęciu.  Gdzie  jest  nowa  bateria?  Przesunęła  opakowanie  w  jego 

stronę. 

–  Chyba  nie  było  to  jedno  z  owych  słynnych  przyjęć  Clearwatera,  bo  wówczas 

bawiłby się pan dobrze. 

–  Myślałem,  że  pani go nie  zna.  – Edward  zamknął obudowę komórki  i położył 

aparat na kolanach Belli. 

–  Nigdy  go  nie  poznałam,  ale  każdy  mieszkaniec  Denver  słyszał  o  playboyu, 

który wart jest miliony, a także o jego kociaku. – Z zadowoleniem włączyła komórkę. 

–  Kociak?  –  zdziwił  się  Edward.  –  Z  tego,  co  zdążyłem  zauważyć,  Harry  nie 

ogranicza się do jednej dziewczyny. 

– Jasne, przecież mówi się o nim, że zwykle ma jakąś główną panienkę oraz tłum 

kandydatek na jej następczynię. A ile ich było na przyjęciu? 

– Straciłem rachubę. – Wyciągnął się z westchnieniem w fotelu i zamknął oczy. 
Bella przyglądała mu się z zainteresowaniem. Ponieważ lampa stojąca obok sofy 

nie  oświetlała  miejsca,  gdzie  siedział,  jego  twarz  pozostawała  w  cieniu,  a  rzęsy 
wydawały  się  niezwykle  długie,  ciemne  i  gęste.  Westchnął  i  podniósł  dłoń  do 
obolałego barku. 

Bella zaniepokoiła się, jednak wrodzona złośliwość wzięła w niej górę. 
– Co się stało? – spytała z udawanym współczuciem. – Czyżby nie bawił się pan 

dobrze? Harry Clearwater okazał się egoistą i nie dopuścił pana do swojego haremu? 

– Wręcz przeciwnie, był bardzo hojny. 
– Och! – Nie zdołała ukryć drżenia głosu, brnęła jednak dalej: – Biedaku, musiały 

pana bardzo wymęczyć. 

Edward otworzył jedno oko i uśmiechnął się. 
– Niech się pani nie denerwuje. Mimo usilnych prób Harry’ego, w jego obecności 

ż

adna z jego panienek nie chciała się mną zainteresować. 

Nie denerwować się? Co za przypuszczenie! 
– Proszę mi wierzyć – zauważyła cierpko – nie cierpię na myśl, że pan przebywał 

background image

 

27 

w ich towarzystwie. – Jej słowa nie zabrzmiały zbyt przekonująco. 

Wpatrując  się  w  ulotki,  zastanawiała  się,  co  tak  bardzo  wyprowadziło  ją  z 

równowagi.  W  końcu  zrozumiała.  Kociaki  z  definicji  mają  ograniczone  możliwości 
intelektualne,  ale  tylko  kobieta  całkiem  pozbawiona  mózgu  mogła  walczyć  o 
względy Clearwatera, gdy pod ręką miała Edwarda. 

Odepchnęła foldery. 
–  Idę  zrobić  sobie  czekoladę.  –  Podniosła  się  z  sofy.  –  Ma  pan  ochotę  na 

filiżankę? 

Edward  mruknął  coś  sennie,  co  można  było  uznać  za  zgodę,  poszła  więc  do 

kuchni,  karcąc  się  w  duchu,  że  próbuje  otoczyć  go  opieką.  Szybko  jednak  znalazła 
usprawiedliwienie.  Postąpiłaby  tak  wobec  każdego  klienta  firmy  albo  przyjaciela. 
Tyle że Edward nie należał do żadnej z tych kategorii. 

Po chwili wróciła do salonu z tacą i gorącym kompresem. 
– Proszę, to powinno pomóc na stłuczenie. 
–  Miała  mi  pani nie współczuć  –  uśmiechnął  się Edward.  Przyłożył  kompres  do 

obolałego ramienia. – Zawsze się tak pani opiekuje ludźmi? 

Już miała powiedzieć, że nie zawsze robi to z chęcią, ale zamiast tego wyjaśniła: 
–  Kiedy  byłam  dzieckiem,  moja  matka  często  niedomagała,  musiałam  więc  ją 

zastępować. 

– A pani ojciec? 
Pytanie nie  miało  żadnego podtekstu,  ale przecież  nie  musiała opowiadać,  że jej 

ojciec potrafił tylko wprowadzać zamęt. 

– Miał swoje sprawy. Nauczyłam się wtedy wielu rzeczy, za które teraz mi płacą. 
– Ma pani dość dziwne zajęcie. 
–  Choć  nie  siedzę  za  biurkiem,  nie  znaczy  to,  że  moja  praca  jest  gorsza  czy 

niepotrzebna.  –  Wygładziła  pomiętą  ulotkę.  Kilka  zręcznych  ruchów  i  papierowy 
samolocik  poszybował  w  stronę  Edwarda.  –  Widzi  pan  motto  firmy?  To  nie  tylko 
slogan reklamowy. To realia współczesnego świata. 

Edward rozłożył kartkę. 
– Czy chodzi o zdanie: „Każdy, kto pracuje, potrzebuje żony”? 
–  Przecież  to  prawda.  Każdemu,  kto  pracuje  zawodowo,  potrzebna  jest  osoba, 

która zajmie się różnymi domowymi sprawami, by życie toczyło się bez zakłóceń. W 
dzisiejszych  czasach  dotyczy  to  nawet  bardziej  kobiet,  niż  mężczyzn.  Załatwiamy 
wiele spraw, dzięki czemu nasze klientki mają czas dla siebie. 

Edward spojrzał na nią znad brzegu kubka. 
– A kto dba o pani sprawy? 

background image

 

28 

Bella spojrzała zaskoczona. Nigdy przedtem nikt jej o to nie pytał. 
– Dzisiaj chętnie pozwoliłabym którejś ze wspólniczek wyręczyć się w zakupach. 
– To dlaczego pani tego nie zrobiła? 
– Bo obie są zajęte. 
– Czyli cały dzień biega pani za cudzymi sprawami, a sobą zajmuje się dopiero po 

godzinach. 

– Nie jest tak źle, bo często łączę jedno z drugim. Na przykład robiąc zakupy dla 

klientów, kupuję również coś dla siebie. 

–  Muszę  pamiętać,  by  szczególnie  starannie  sprawdzić  rachunek  ze  sklepu  – 

mruknął Edward. 

–  Nie  mówiłam  o  łączeniu  wydatków  –  zirytowała  się  Bella,  i  dopiero  po 

sekundzie zorientowała się, że stroi sobie z niej żarty. Wykrzywiła się i wycedziła: – 
Choć  oczywiście  kusiło  mnie,  żeby  zamiast  oliwek  w  pierwszym  gatunku  i  piwa  z 
importu, kupić panu jakieś  nędzne namiastki.  Mogłabym  wtedy zarobić na pańskim 
rachunku kilka dodatkowych dolarów. A przy okazji: paragon jest na drugiej półce w 
lodówce, pod butelką keczupu. 

– Mam iść po pieniądze już teraz, czy poczeka pani do rana? 
–  Jeśli  doliczy  pan  odsetki  za  zwłokę,  gotowa  jestem  poczekać  do  popołudnia  – 

zaśmiała się Bella. 

Edwardowi rozbłysły oczy. Zadrżała, ale zaraz uspokoiła się. Nie, pomyślała, bez 

obaw,  nie  zakocham  się  w  nim  z  powodu  seksownego  uśmiechu.  Co  do  tego  nie 
miała żadnych wątpliwości. 

– Poza tym nie jesteśmy na okrągło zajęte, zdarzają się dni. kiedy mogę robić, co 

tylko  zechcę.  Wciąż  jednak  muszę  dbać  o  swój  wizerunek  i  wykorzystywać  każdą 
okazję do zdobywania nowych klientów dla naszej firmy. 

– Czy to znaczy, że nie ustawiają się do was w kolejce? 
–  Powiedzmy,  że  nie  wszyscy  są  przekonani  o  korzyściach  wynikających  z 

posiadania żony, którą można wezwać przez telefon. 

–  Nie  wiem,  czy  to  poprawi  pani  samopoczucie,  ale  Harry  uważa,  że  to 

rewelacyjny pomysł: wynająć żonę, zamiast sale w nią inwestować. 

Bella zmarszczyła się z niechęcią. 
– Nic dziwnego, jeśli weźmie się pod uwagę kobiety, jakimi się otacza. A czy... – 

zawahała się. 

– Niech pani dokończy, Bello. 
– Czy panu nie przeszkadza... jego stosunek do kobiet? 
– Rozumiem, że pani zdaniem powinienem nie posiadać się z oburzenia. 

background image

 

29 

–  Wiem,  że  to  nie  pańska  sprawa,  jednak  po  charakterze  szefa  można  poznać, 

jakim będzie pracodawcą. 

–  Czyli  jeśli  oszukuje  żonę  lub  urząd  skarbowy,  może  również  oszukać  swoich 

podwładnych. Interesująca teoria – mruknął Edward. 

– Jak sądzę, według pana jest zbyt uproszczona i naiwna, ale... 
– To nie tak. Odniosłem wrażenie, jakby pani się kiedyś mocno sparzyła. Czy ten 

facet był z gruntu nieuczciwy, czy też zachował się nie fair tylko wobec pani? 

Bella  poczuła,  że  się  rumieni.  Próbowała  zapanować  nad  ogarniającym  ją 

zmieszaniem. Nie zamierzała zwierzać się Edwardowi Cullenowi i opowiadać mu o 
Jacobie. 

– Mówiliśmy o Harrym Clearwaterze – odparła stanowczo. Edward przyglądał się 

jej przez dłuższą chwilę, po czym powiedział łagodnie: 

–  Oczywiście,  skoro  tak  pani  twierdzi.  Harry  i  jego  kobiety.  Moim  zdaniem 

najważniejsze  jest  to,  czy  potrafi  oddzielić  swoje  romanse  od  interesów.  Z  tego,  co 
widziałem dziś wieczorem wynika, że nie ma z tym problemów. 

– To świetnie – skwitowała Bella. – Cieszę się, że zadowala pana jego praktyczne 

podejście do życia. – Odrzuciła koc, którym była owinięta. – Robi się późno, a Mike 
przyjdzie wcześnie rano. Obiecał, że postara się znaleźć nowe drzwi. 

– Od razu wiedziałem, że potrafi pani owinąć go wokół małego palca. 
–  Mówił  tylko,  że  spróbuje  –  powtórzyła  Bella.  –  Gdy  jednak  wspomniałam  o 

naprawie,  przesunął  wykałaczkę  w  ustach  i  odparł,  że  jeśli  chcę  w  terminie  mieć 
wannę... 

– Gdyby Rosalie stała przed takim wyborem... 
–  Zakłada  pan,  że  wybrałaby  drzwi,  a  nie  bicze  wodne?  Wcale  nie  jestem  taka 

pewna.  Gdy  szykowałam  łazienkę  do  remontu,  zorientowałam  się,  że  przed 
wyjazdem jej nie uprzątnęła. 

Edward zastanowił się. 
–  Rozumiem,  że  na  podstawie  tej  uwagi  powinienem  coś  wydedukować,  ale 

przyznaję, że nie wiem co. 

– Zostawiła wszystko tak jak stało – zniecierpliwiła się Bella, – Sądzę, że ma pan 

rację,  Emmett  nic  nie  wiedział  o  remoncie.  Pewnie  Rose  chce  mu  zrobić 
niespodziankę. Dlatego niczego nie ruszała, żeby się nie zdradzić. 

–  A  jeśli  wanna  nie  zostanie  zamontowana  przed  ich  powrotem,  rosalie  będzie 

wściekła. Tak pani myśli? 

–  Może  nie  tylko  ona?  Bo  z  drugiej  strony,  jeśli  Emmett  miałby  ochotę  na  tak 

radykalne zmiany, po co utrzymywała to w tajemnicy? 

background image

 

30 

– Lub też Rose jest zbyt leniwa, by zrobić porządek? 
– Tak czy inaczej, jest raczej pewne, że będzie zła, gdy remont się przeciągnie. A 

tak się stanie, jeśli Mike zamiast łazienką, zajmie się drzwiami. 

– Na pewno zdąży zamontować wannę, zanim znajdzie drzwi. – Edward wzruszył 

ramionami. 

Twarz Belli nagle rozjaśniła się. 
–  Mam!  Skończyłby  dużo  wcześniej,  gdyby  mu  pan  pomógł  przy  montowaniu 

wanny. – Jej radość nagle zgasła. – Nie, to się nie uda... 

–  Jeśli  chce  pani  powiedzieć,  że  plątałbym  się  mu  pod  nogami  i  tylko  opóźniał 

pracę, to jest pani w błędzie. 

– Jest inny problem – odparła z namysłem. – Mike pana nie lubi. 
–  To  może  pani  zgłosi  się  do  podawania  narzędzi?  Założę  się,  że  nawet  gdyby 

pani mu przeszkadzała, nie będzie miał nic przeciwko temu. 

– Naprawdę ma pan wspaniałą wyobraźnię, panie Cullen. Uparł się pan, że tak mu 

się podobam... 

– Nawet facet z wykałaczką w gębie może mieć dobry gust. 
Bella zastanowiła się chwilę. 
– Uznam to za przypadkowy komplement – odparła w końcu. 
–  Nie był przypadkowy. – Edward odrzucił kompres  i  poszedł  za nią  do holu. – 

Dziękuję, Bello. – Niby przypadkiem dotknął ręką jej włosów. 

Bardzo  starała  się  nie  zadrżeć  pod  jego  dotykiem,  lecz  udało  się  jej  to  tylko 

połowicznie. 

– Mówiłam panu, jaki tu przeciąg. Wyciągnął rękę w stronę drzwi. 
– Ma pani rację. Czy mogę zaproponować coś, co by panią rozgrzało? 
–  Nie,  dziękuję  –  rzuciła  cierpko.  –  Chyba  domyślam  się,  co  panu  chodzi  po 

głowie.  Pan  i  Harry  Clearwater  oraz  te  wasze  teorie  o  kobietach  na  właściwym 
miejscu... 

– Chciałem tylko zasugerować – mruknął Edward – żeby wzięła pani dodatkowy 

koc. Ale najwyraźniej ma pani lepszy pomysł. Chętnie bym usłyszał, jaki... 

Bella  odwróciła  się  na  pięcie  i  pomaszerowała  na  górę.  Z  każdym  mocnym 

stąpnięciem próbowała zagłuszyć w sobie uczucie ciepła, jakie ją opanowało. 

Jej  włosy  okazały  się  znacznie  bardziej  miękkie,  niż  myślał.  Dużo  wysiłku 

kosztowało go zabranie ręki, którą chętnie zanurzyłby w gęstwinie loków. 

A jednak się wycofał. Dreszcz, który ją przeniknął, przypominał drżenie dzikiego 

stworzonka,  które  powodowane  głodem  daje  do  siebie  podejść,  ale  nadal  boi  się 
każdego gwałtowniejszego ruchu. 

background image

 

31 

Podniósł  z  fotela  kompres,  pozbierał  kubki  i  schylił  się  po  leżący  na  podłodze 

samolocik. 

Wypożyczalnia  Żon.  Harry  Clearwater  miał  rację  –  co  za  praktyczny  pomysł. 

Wynająć same przyjemności, unikając całej reszty. Takiej żonie nie trzeba wyjaśniać, 
dlaczego  wróciło  się  z  pracy  dopiero  o  północy,  nie  trzeba  jej  składać  ani 
dotrzymywać żadnych obietnic... 

Wewnątrz folderu było miejsce na kilka słów skierowanych do nowych klientów. 

Bella napisała: „Drogi Edwardzie”, a później próbowała to zamazać. 

Poczuł, jak budzi się w nim pełne nadziei oczekiwanie. Planował krótki pobyt w 

Denver,  ale  dlaczego  nie  miałby  go  sobie  uatrakcyjnić,  skoro  Bella  myślała  tak 
samo... 

Jak by zareagowała, gdyby wszedł teraz na górę i zapukał do niej? Drżała, gdy jej 

dotknął... 

A  może  Bella  po  prostu  wzdrygnęła  się  z  zimna?  Wiatr  hulał  po  holu,  a  drzwi 

skrzypiały i trzeszczały jak w nawiedzonym domu. Nic dziwnego, że Mike myślał o 
zabiciu wejścia na amen. 

Edward zaklął pod nosem. W szufladzie kuchennej szafki znalazł kilka pinezek i 

na  feralnych  drzwiach  umocował  koc.  Jutro  porozmawia  z  Newtonem  o 
solidniejszym zabezpieczeniu, a na razie będą wychodzić z domu przez patio. 

Idąc  do  siebie,  na  moment  zatrzymał  się  pod  drzwiami  pokoju  gościnnego  i 

smutno pokręcił głową. Płonne nadzieje, Bella wcale go nie zachęcała: na górze było 
jeszcze zimniej, stąd jej drżenie. 

Otworzył  sypialnię  i  zamarł  w  progu.  Rano  wychodził  z  normalnego, 

mieszkalnego pokoju, a wszedł do rzemieślniczego warsztatu. 

Zdjęte  z  zawiasów  drzwi  do  łazienki  zastawiały  wejście  do  garderoby,  gdzie 

złożył wszystkie swoje rzeczy. Za drzwiami stało wielkie lustro. Na środku dywanu, 
przykrytego  brezentową  płachtą,  rozstawione  były  krzyżaki,  na  nich  leżał  kawał 
zniszczonej  płyty  z  całym  zestawem  narzędzi.  Druga  płachta  rozpościerała  się  na 
łóżku.  Tam  z  kolei  Mike  ustawił  pudła  z  rurkami  i  innymi  hydraulicznymi 
akcesoriami. Dwie szafki wyciągnięte z łazienki stały między drzwiami a łóżkiem. W 
otwartym oknie umocowane było koryto do zsuwania gruzu. 

Nic dziwnego, że wiatr hulał po całym domu. Nawet przy zamkniętych drzwiach 

podmuchy z okna musiały powodować przeciąg. 

No  cóż,  Bella  uprzedzała,  że  Mike  go  „nie  lubi”.  Co  za  eufemizm!  Sądząc  po 

efektach, zakochany hydraulik musiał wprost zionąć nienawiścią do swego rywala. 

Gdy  Edward  próbował  przesunąć  ciężką  szafkę  łazienkową,  by  dostać  się  do 

background image

 

32 

łóżka, w nadwyrężonym barku poczuł gwałtowny ból. 

W  tej  samej  chwili  powietrze  przeszył  przeraźliwy  krzyk.  –  Co,  do  diabła...?  – 

Upuścił szafkę i natychmiast szpetnie zaklął, ponieważ spadła mu na stopę. 

Gdzieś w głębi korytarza Bella krzyknęła ponownie. 

background image

 

33 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Nim  Edward  zdołał  wybiec  z  sypialni,  Bella  jak  bomba  wpadła  do  środka  i 

gwałtownie zatrzasnęła za sobą drzwi. 

Miała  na  sobie  biały  bawełniany  szlafrok,  z  długimi  rękawami  i  wysokim 

kołnierzem. Pewnie odziedziczyła go po babci i wierzyła, że okrywa się nim bardzo 
dokładnie.  Nadzwyczaj  dokładnie,  albowiem  smagana  październikowym  wiatrem 
miękka bawełna tak szczelnie przylgnęła do ciała, że ujawniła, iż Bella pod spodem 
nie ma nic więcej. 

Edward powstrzymał gwizdnięcie. Być może Mike go nie lubi, on jednak poczuł 

sympatię  do  mężczyzny,  który  zostawił  otwarte  okno,  dzięki  czemu  udostępnił  mu 
taki widok. 

– Czemu pan tak mi się przygląda? – zirytowała się Bella. 
Z niechęcią przeniósł wzrok na jej twarz. 
– Szukam sińców i ran – wykręcił się. 
– Nie ma potrzeby. Nic mi się nie stało. – Zbladła, a jej wielkie oczy pociemniały. 
–  To  świetnie.  Nie  musiałaś  jednak  robić  aż  takiego  zamieszania,  wystarczyło 

otworzyć  drzwi  swojego  pokoju  i  spytać:  „Och,  Edwardzie,  może  zechciałbyś  mnie 
odwiedzić?”. 

Rumieńce wróciły jej na twarz. 
–  Nie  przyszłam  tu  ogarnięta  nagłym  porywem  namiętności.  Tylko...  coś  jest  w 

tamtej łazience. 

– To i tak lepiej, bo w tej łazience w ogóle nic nie ma. 
– Nie wygłupiaj się. Tam jest... coś żywego. 
– A więc nie jest to duch – zakpił Edward. – Czyli kto? Może włamywacz? 
– Nie wiem. Widziałam tylko oczy. Poruszało się.  
Edward podrapał się po głowie. 
–  Wolałbym  uzyskać  dokładniejsze  informacje  o  intruzie.  Na  przykład,  gdzie 

mam się z nim zmagać: wysoko czy nisko? 

– Nisko, prawie na podłodze. 
–  Aha,  włamywacz-karzełek.  Czy  z  wyglądu  nie  jest  trochę...  myszowaty?  – 

Dostrzegł odpowiedź w jej oczach i jęknął. – Wspominałaś, że „Wypożyczalnia Żon” 
nie  oferuje  mycia  okien  i  opieki  nad  niemowlakami.  Teraz  widzę,  że  również  nie 

background image

 

34 

ustawia pułapek na myszy. – Ruszył w stronę łazienki przy pokoju gościnnym. 

Bella szła tuż za nim. 
– Idziesz tak z gołymi rękami? 
Edward zgiął ramię jak zawodowy kulturysta, krzywiąc się nieco z bólu. 
– Zamierzasz o tej porze biec do sklepu po pułapkę na myszy? 
– Niekoniecznie. 
–  Nasz  gość  na  pewno  ucieszy  się  z  tego  powodu.  –  Otworzył  drzwi,  włączył 

ś

wiatło i wybuchnął śmiechem. – Maleńka, musimy ci poszukać adwokata. Nazwać 

cię myszą! Powinnaś oskarżyć ją o zniesławienie. – Pochylił się nad brodzikiem pod 
prysznicem,  a  po  chwili  wyprostował  się,  trzymając  coś  w  zamkniętych dłoniach. – 
Chcesz zobaczyć winowajczynię? 

– To nie mysz? – Bella odsunęła się. 
– Nie, tylko ropucha. 
– Niewielka różnica. Skąd się tu wzięła? 
– Pewnie weszła po korycie do gruzu. Nie możesz mieć do niej pretensji, że w tak 

zimną noc chciała się ogrzać. 

– Faktycznie. – Nie brzmiało to zbyt przekonująco. – Co z nią zrobisz? 
– Wyniosę na zewnątrz, chyba że masz lepszy pomysł. Może chcesz ją pocałować 

i sprawdzić, czy nie przemieni się w księcia? 

–  To  powinna  być  żaba,  a  nie  ropucha.  Poza  tym  nie  wiadomo,  czy  nie  jest 

dziewczynką. 

–  Słusznie  się  wahasz.  To  mógłby  być  przebrany  Mike  –  ustąpił  Edward.  –  Jest 

jakieś podobieństwo. Ten sam nieruchomy wzrok, powolne ruchy... 

Bella zadrżała. 
– Maszeruj do łóżka – zadecydował Edward. – Przynajmniej ty możesz to zrobić, 

bo nie masz zamiast pościeli stosu rur. 

– Sam chciałeś zająć sypialnię gospodarzy. Nie oczekuj teraz współczucia. 
–  Nie  liczyłem  na  nie  –  zapewnił  ją  Edward.  –  Gdybyś  jednak  przemyślała 

propozycję, żeby podzielić się ze mną... 

Patrzył zafascynowany, gdy szybko zmykała do swojego pokoju. Ten prosty biały 

szlafroczek wyglądał z tyłu równie zmysłowo. 

Delikatnie wyniósł ropuchę na patio i umieścił ją w suchym, zacisznym zakątku. 

Ostatecznie nie tylko Mike wyświadczył mu dziś wieczorem przysługę. Ropucha też 
okazała się pomocna. 

Następnego  ranka  Mike  zjawił  się  wcześniej.  Dzwonek  zabrzmiał,  gdy  Bella 

schodziła na dół. Spojrzała na drzwi, przetarła oczy i jeszcze raz popatrzyła uważnie. 

background image

 

35 

Nie przywidziało jej się. Koc zakrywał wejście i przeszkloną ściankę, tak że w holu 
ś

wiatło było przyćmione. 

Odczepiła  kilka  pinezek  i  spróbowała  uchylić  drzwi,  które  złowieszczo 

zatrzeszczały pod ciężarem wełny. Mike wetknął głowę do środka. 

– Szefowi nie spodobała się moja robota — powiedział. I nie było to pytanie. 
To naprawę mamy z głowy. Nie zdołam go teraz przekonać, pomyślała Bella. 
–  Założył  ten  koc,  bo  w  nocy  było  strasznie  zimno  –  tłumaczyła  pospiesznie.  – 

Nie  ma  to  nic  wspólnego  z  pańską  pracą.  Był  bardzo  zadowolony  z  tego,  co  pan 
zrobił. 

Po diabła to wyjaśniam, westchnęła w duchu. Niech Edward sam się z tym upora. 

Jednak  sprawa  drzwi  dotyczyła  również  jej,  musiała  więc  dbać  o  dobrym  nastrój 
Mike’a. 

– Edward jeszcze nie zszedł – ciągnęła. – Może napije się pan kawy? 
Z sypialni na górze doszedł ryk, jakby znajdował się tam wściekły nosorożec. 
– Bella?! Dlaczego, do diabła, mój prysznic jest odłączony? – Edward ukazał się 

u  szczytu  schodów  z  wielkim  włochatym  ręcznikiem,  niedbale  owiniętym  wokół 
bioder.  Biała  tkanina  mocno  podkreślała  jego  opaleniznę.  –  Jeśli  ma  się  zajmować 
wanną... O, cześć, Mike! Co się dzieje z prysznicem? 

Bella wyczuła, że hydraulik cały się zjeżył. 
–  Muszę  dopasować  kolanka  do  rury  od  prysznica  –  wycedził.  –  Dlatego  nie 

działa teraz i jeszcze przez parę dni nie będzie działać. 

–  Możesz  skorzystać  z  mojej  łazienki.  –  Bella  spojrzała  na  Edwarda.  –  Tylko 

oszczędzaj moje mydło, bo to ostatnia butelka, a tak pięknie pachnie bzem. 

Edward  prychnął  i  zniknął  w  korytarzu.  Zanim  zszedł  do  kuchni,  Bella 

wysłuchała  wszystkich  możliwych  informacji  o  metodach  łączenia  rur.  Cierpliwie 
czekając,  aż  Mike  przerwie  wyjaśnienia,  zorientowała  się,  że  zapach,  który  do  niej 
dotarł, przypominał nie bez, lecz jałowiec. 

Edward  nie  włożył  tym  razem  garnituru,  tylko  dżinsy  i  koszulę  z  dzianiny. 

Czyżby  poważnie  potraktował  jej  żartobliwą  uwagę  i  zamierzał  zgłosić  się  do 
pomocy przy remoncie łazienki? 

Jeśli  nawet  miał  taki  zamiar,  to  Mike  nie  dał  mu  szansy.  Wstał  i  postawił  pustą 

filiżankę obok zlewozmywaka. 

– Dziękuję za kawę, proszę pani – powiedział sztywno. 
–  Biorę  się  do  roboty  i  spróbuję  nie  sprawiać  więcej  kłopotów.  –  Nie  spojrzał 

nawet na Edwarda, ale wiadomo było, do kogo kieruje swoje słowa. 

Gdy odszedł, Edward zauważył ponuro: 

background image

 

36 

– Miałaś rację. Rzeczywiście mnie nie lubi. 
–  Dobry  Boże,  zupełnie  nie  mogę  zrozumieć,  dlaczego.  –  Bella  nie  kryła 

sarkazmu. – Skorzystaj z mojej rady, Edward, i nigdy nie kupuj domu. 

– A niby dlaczego? – spytał niezadowolony. 
–  Dla  dobra  domu,  oczywiście.  Nie  można  tak  rozmawiać  z  rzemieślnikami.  To 

ludzie drażliwi i niezależni. Zadawanie im głupich pytań... 

– Pytanie o prysznic nie było głupie. 
– ... i wtrącanie się do ich pracy... 
– O czym ty mówisz? 
–  O  wieszaniu  ciężkiego  koca  na  drzwiach,  które  z  takim  trudem  umocował  na 

zawiasach. 

–  Zrobiłem  to,  zanim  stwierdziłem,  że  trąbę  powietrzną  w  holu  spowodowało 

otwarte okno. 

–  Dobre  chęci  nic  tu  nie  pomogą.  Rzemieślnicy  nie  znoszą  amatorów,  którzy 

wtykają nos w nie swoje sprawy. Dobrze będzie, jeśli Mike nie odłoży narzędzi i nie 
odejdzie. Gdyby tak zrobił, sam będziesz tłumaczył się przed Rosalie, bo ja na pewno 
nie. 

– Nie odejdzie. 
Edward wydawał się tak pewny siebie, że Bella miała ochotę palnąć go w ucho. 
– Pewnie ze względu na czar, który roztaczasz. 
– Nie ja, tyko ty. Mówiłem już, że Mike aż pali się do ciebie. 
– Nie mam pojęcia, skąd ten pomysł. 
–  Rozczarowujesz  mnie,  Bello.  Nie  zauważyłaś,  jak  starannie  się  dzisiaj  ogolił? 

Założę się, kochanie, że nie mnie chciał tym oczarować. 

– Rzeczywiście, nie zwróciłam uwagi – przyznała Bella. 
– Jak również na to, że włożył czystą koszulę, i to całą, bez jednej dziurki. Biedny 

Mike!  Taka  strata  czasu.  Podejrzewam,  że  teraz  nastąpi  etap  pochlebstw.  Nie  sądzę 
jednak, by była to wielka poezja, raczej coś prostszego, na przykład pochwała kawy. 
Niestety – dodał – ponieważ sam jej nie próbowałem, nie wiem, czy to pochlebstwo, 
czy też prawda. 

– Jeśli to aluzja... – westchnęła. – Właściwie to powinnam ci ją wylać na głowę. – 

Sięgnęła do szafki po kubek. 

–  Nie  musisz  posuwać  się  tak  daleko,  po  prostu  dopisz  ją  do  rachunku.  –  Ujął 

kubek w dłonie i z przyjemnością wciągnął aromatyczny zapach. 

– A jak z zapłatą za zakupy? Jeśli nie idziesz dziś do pracy... 
– Czemu tak myślisz? 

background image

 

37 

– Z powodu stroju. 
– To dyżurny uniform w Clearwater Electronics. Panują tam nieco ekscentryczne 

obyczaje. Przypuszczam, że pracujący tam faceci często sypiają pod biurkami. 

–  Jeżeli  pójdziesz  w  ich  ślady,  nie  będziesz  musiał  narzekać  na  zdemolowaną 

przez Newtona sypialnię. – Bella zadumała się. – Właściwie to  miałam nadzieję, że 
dziś zostaniesz w domu. 

– Pragniesz mnie, Bello? Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Onieśmielasz mnie. 
Wzniosła oczy do góry. 
–  W  czasie  lunchu  mam  spotkanie  ze  wspólniczkami,  a  wczoraj  koło  południa 

Mike wyszedł na chwilę, myślę więc, że dziś też będzie chciał zrobić sobie przerwę. 

– Nie chcesz zostawić pustego domu? 
– Obawiam się nieproszonych gości – stwierdziła oschle. 
– Masz rację, łatwo się tu włamać – przyznał ze skruchą Edward, wspomniawszy 

nieszczęsne drzwi. – Wiesz co, odszukam ropuchę i postawię ją na straży. 

– Łatwo ci żartować... 
Edward uśmiechnął się urokliwie. 
– Ty na jej widok zmykałaś w popłochu. 
Pobliski  bar,  gdzie  co  środę  na  lunchu  spotykały  się  trzy  właścicielki 

„Wypożyczalni  Żon”,  tym  razem  był  dość  zatłoczony.  Bella  czekała  w  kolejce, 
zastanawiając  się  nad  wyborem  dama,  gdy  w  lustrze  nad  ladą  spostrzegła  Angelę. 
Zatrzymała się w drzwiach, zdjęła ciemne okulary i zaczęła rozglądać się po sali. Jej 
egzotyczne,  skośne  zielone  oczy  uważnie  penetrowały  każdy  kąt.  Mężczyzna,  który 
stał w kolejce za Bellą, westchnął z tęsknym rozmarzeniem. 

Wreszcie Angela stanęła obok Belli i uśmiechnęła się do mężczyzny. 
–  Przepraszam  –  powiedziała  uprzejmie  –  nie  chciałabym  sprawiać  kłopotu,  ale 

czy pozwoli pan, że stanę tu razem z przyjaciółką? 

Wymamrotał  coś  na  temat  zaszczytu,  jaki  właśnie  go  spotkał,  co  Angela 

wynagrodziła mu uśmiechem. Wzięła Bellę pod rękę i niemal jej nie przewróciła. 

– Cholera – zezłościła się, łapiąc równowagę. – O coś się potknęłam. 
– Pewnie o tę słoneczną plamę na podłodze – spokojnie oznajmiła Bella. – Jak ty 

to robisz? 

– Że potykam się o promień światła? 
– Nie, jak skłaniasz ludzi do zachwytu, gdy wpychasz się bez kolejki? 
Angela spojrzała przez ramię na mężczyznę, który nadal wpatrywał się w nią jak 

w obraz. 

– Na ogół ludzie – powiedziała wyraźnie – są bardzo uprzejmi, jeśli zwrócić się 

background image

 

38 

do nich o pomoc. 

Matrona stojąca kilka miejsc dalej głośno prychnęła. 
–  Mnie  to  nigdy  nie  wychodzi  –  pożaliła  się  Bella.  Angela  rzuciła  okiem  na 

matronę. 

–  Musisz  poćwiczyć,  kochanie.  A  teraz  mów,  czy  on  naprawdę  jest  tak 

przystojny, jak można sądzić po jego głosie? 

Bella  jęknęła  w  duchu.  Oczywiście  Angela  nie  zapomniała  o  wczorajszej 

rozmowie, którą zakłócił Edward. 

– Kto? – Podeszła do lady. – Proszę chleb żytni z wędzoną wołowiną i musztardą. 

– Odwróciła się do Angeli. – Prosiłaś, żebym przyszła wcześniej w jakiejś niezwykle 
ważnej sprawie – powiedziała stanowczo. 

– Ale dotyczy klienta, więc trudno, żebym omawiała ją w kolejce. 
– To już pani kolej – odezwał się uczynny mężczyzna. Angela spojrzała chłodno 

na matronę. 

– Chyba jednak pana, bo ja stoję gdzieś tam z tyłu. Chciałam tylko porozmawiać 

z przyjaciółką. Nie myślał pan przecież, że wepchnę się przed tyloma osobami? 

Prychnięcie matrony było jeszcze głośniejsze, natomiast  mężczyzna zaniemówił. 

Bella odebrała kanapkę i wbiła w nią zęby. 

Angela torowała drogę do stolika. 
–  Jak  to  kto?  Przecież  mówię  o  tym  facecie  od  remontu.  Nie  można  zapomnieć 

mężczyzny o takim głosie. 

Bella postanowiła nie wspominać o Edwardzie i trzymać się wersji o hydrauliku. 

Tak będzie prościej. 

– Brzmi jak stare, przeziębione organy. 
– Co takiego? – Bella zakrztusiła się kanapką. Angela wzruszyła ramionami. 
–  Nigdy  nie  twierdziłam,  że  metafory  są  moją  mocną  stroną,  więc  nie  patrz  na 

mnie, jakbyśmy były na zajęciach z literatury. 

– No cóż, należałby ci się punkt za oryginalność. 
– Dziękuję. Ale do rzeczy, wiesz o co mi chodzi. Taki niski, dudniący, seksowny 

głos... 

Czyżby Angela rzeczywiście mogła to wszystko wywnioskować z kilku zaledwie 

słów? Pierwszy raz spostrzegła, że jej przyjaciółka ma słuch wyczulony jak ryś. 

–  Dzwoniłam,  żebyś  zabrała  ze  sobą  paczkę  naszych  nowych  folderów. 

Powiedział,  że  wyszłaś  przed  chwilą  –  dodała  Angela,  jakby  odgadując  myśli 
wspólniczki. 

Było  pewne,  że  tej  informacji  nie  udzielił  Mike.  Odłożyła  kanapkę,  by  coś 

background image

 

39 

powiedzieć, gdy nagle w drzwiach dostrzegła drobną blondynkę. 

– Jest już Jessica – poinformowała Angelę z ulgą. – Wygląda na zdenerwowaną, 

nie uważasz? 

Angela spojrzała przez ramię. 
–  Jess  zawsze  tak  wygląda.  Czasami  nawet  sprawia  wrażenie  bezradnej,  małej 

kobietki, choć naprawdę jest równie bezbronna, jak bulterier. – Podniosła się. – Stanę 
teraz  uczciwie  w  kolejce,  a  ty  zastanów  się,  do  czego  możesz  mi  się  przyznać  w 
sprawie tego rzemieślnika. 

Zanim obie przyjaciółki wróciły do stolika, Bella bezwiednie pokruszyła kanapkę. 

Angela popatrzyła znacząco na jej talerz, ale nim zdołała się odezwać, Bella zwróciła 
się do Jessici: 

–  Jak  mama?  –  To  nie  próba  zmiany  tematu,  uspokoiła  sumienie.  Wszystko,  co 

dotyczyło jej przyjaciółek, a więc i zdrowie mamy jednej z nich, było dla niej ważne. 

Jessica zmarszczyła czoło. 
– Ma zapalenie górnych dróg oddechowych. 
–  Nic  dziwnego,  że  jesteś  zdenerwowana.  –  Serce  jej  się  ścisnęło  na  widok 

zmartwionych  oczu  Jessici.  –  Powiedz  mamie,  że  jeśli  chce  odpocząć  od  telefonów 
do „Wypożyczalni Żon”, mogę ją zastąpić – zaproponowała, licząc na to, że chociaż 
w  ten  sposób  jej  ulży.  –  Dopóki  drzwi  nie  zostaną  naprawione,  jestem  kompletnie 
uziemiona, więc przynajmniej do tego się przydam. 

– Jakie drzwi? – zdziwiła się Jessica. – Myślałam, że chodzi o wannę. 
Bella ugryzła się w język, ale Jess już ciągnęła dalej: 
–  Nieważne.  Nie  martwi  mnie  stan  matki,  tylko  firma.  Sprawdziłam  nasze 

wpływy. 

– Ludzie wiszą z zapłatą? – upewniła się Angela. 
–  Nie  –  Jessica  pokręciła  głową.  –  Po  prostu  mamy  za  mało  zleceń,  a  będzie 

jeszcze  gorzej.  Poprawi  się  dopiero  po  Bożym  Narodzeniu,  jeśli  oczywiście 
będziemy miały tylu klientów, co zwykle. Ale do tego czasu... 

– Musimy ograniczyć wydatki. – Głos Belli brzmiał spokojnie, choć wcale się tak 

nie czuła. Łatwiej było mówić o cięciach, niż je stosować. Sama miała do spłacenia 
kredyt  studencki,  Angela  niedawno  wymieniła  skrzynię  biegów  w  swoim 
samochodzie, a Jessica co miesiąc płaciła gigantyczne rachunki za lekarstwa matki. – 
Mamy w tej chwili niezłą bazę potencjalnych klientów. W ciągu paru dni powysyłam 
foldery, może uda się złapać jakieś zlecenia. 

Gdy wyszły z baru, Angela zrównała się z Bellą. 
– Muszę jak najprędzej zabrać od ciebie ulotki. No i nie powiedziałam ci jeszcze, 

background image

 

40 

co  to  za  sprawa...  Muszę  więc  wpaść  do  ciebie.  Przy  okazji  poznam  wreszcie  tego 
majstra. 

– Tylko nie miej pretensji, jeśli się rozczarujesz – uprzedziła ją Bella. 
– Usilnie sprowadzasz mnie na ziemię. – Angela patrzyła na nią z rozbawieniem. 

–  Bella,  kochana,  za  kogo  ty  mnie  bierzesz?  Chyba  nie  sądzisz,  że  zechcę  ci  go 
sprzątnąć? 

Nie  musisz  nawet  próbować,  pomyślała  Bella.  W  tym  cały  problem.  Mężczyźni 

lgnęli do Angeli jak pszczoły do miodu. 

Co mnie to obchodzi, zganiła się Bella, jadąc w kierunku domu. Nie martwiła się 

o  Angelę.  Wiedziała,  że  przyjaciółka potrafi  o  siebie  zadbać,  a  jeśli  Edward  Cullen 
sparzy  się,  dobrze  mu  to  zrobi.  Nie  będzie  pierwszym,  któremu  Angela  dała  po 
łapach. 

Parkując  samochód,  zauważyła,  że  ktoś  stoi  na  drabinie  na  schodkach  przy 

drzwiach  wejściowych.  To  chyba  Mike.  Dobry  Boże,  zdobył  drzwi  i  właśnie  je 
montuje Nie, to jednak nie on. Mężczyzna był wyższy i nie tak szczupły. Nie miał też 
kucyka. Ciemne włosy były krótkie i rozwichrzone przez wiatr. 

Angela zatrzymała swój stary kabriolet tuż obok Belli. 
–  Prawdę  mówiąc  –  powiedziała,  wysiadając  z  samochodu  –  taki  widok  nawet 

najbardziej etyczną osobę może skłonić do tego, by zrobić świństwo przyjaciółce. 

–  Nie  musisz  nic  robić,  bo  to  i  tak  nie  ma  znaczenia  –  zbagatelizowała  sprawę 

Bella. – Wystarczy, że oddychasz, a mężczyźni padają jak muchy. Spójrz tylko, jak 
się gapi na ciebie, choć nawet nie uśmiechnęłaś się do niego. 

A tak nabijał się z Mike’a, pomyślała Bella, że pożera mnie wzrokiem... No cóż, 

nie  ma  sprawiedliwości  na  tym  świecie:  kobiety  takie  jak  Angela  przyciągały 
wszystkich Edwardów, dla Belli pozostawał Mike... 

Edward  uniósł  śrubokręt  w  niedbałym  pozdrowieniu  i  wrócił  do  mocowania 

podpórki nad drzwiami. 

– Przywiozłaś mi kanapkę, Bello? 
– A zamawiałeś? – zdziwiła się. 
–  Kochanie,  chyba  nie  masz  sumienia.  Dziś  rano  nie  zauważyłaś  gładkich 

policzków Newtona i jego nowej koszuli, a teraz zignorowałaś wilczy głód, widoczny 
w moich oczach... 

– Biedaczku, ledwie trzymasz ten śrubokręt – zadrwiła Bella. – A właściwie, co 

robisz? 

– Mocuję kamerę, żebyś czuła się bezpieczniej. 
– Wielkie dzięki. Usiądę sobie w salonie i będę obserwować na ekranie, jak ktoś 

background image

 

41 

wyłamuje nędzne resztki tych drzwi. 

– To też. Jest również drugi wariant: wracasz do domu i widzisz, że ktoś wszedł 

do środka. Nie musisz wtedy wpadać w panikę, tylko będziesz mogła sprawdzić, czy 
to chuligani, wichura, czy zaprzyjaźniona ropucha. 

– To chyba strata czasu, przecież za kilka dni będą nowe drzwi... 
– Rosalie i Emmettowi też się przyda kamera. – Edward dokręcił śrubę. – Kiedy 

znów im podprowadzą klucz, będą mogli sprawdzić, kto to zrobił. 

Bella szybko zmieniła temat. 
– Mam nadzieję, że skonsultowałeś ten pomysł z Mikem? Edward? 
– W oczach Mike’a i tak już nic nie mogę stracić.  
Do  tej  pory  Angela  stała  prawie  bez  ruchu,  jedynie  kręcąc  głową  podczas 

uważnego śledzenia rozmowy. 

– Kto to jest Mike? – spytała wreszcie. 
– Hydraulik – odparła Bella. 
Angela  podeszła  do  schodków,  uśmiechając  się  promiennie.  Czubkiem  buta 

zawadziła o drabinę, która zachwiała się niebezpiecznie. 

–  Przepraszam,  o  wszystko  się  dziś  potykam.  A  więc  pan  musi  być...?  –  urwała 

zachęcająco. 

– Nie Mikem – chłodno skwitował Edward. 
–  Boże  –  powiedziała  skruszona  Bella  –  rzeczywiście  musisz  być  głodny,  skoro 

tak warczysz. Jeśli chcesz, zrobię ci kanapkę z oliwkami i keczupem. – Nie czekając 
na odpowiedź, obeszła drabinę i przez uchylone drzwi wsunęła się do środka. 

Tuż za nią szła zamyślona Angela. 
–  Ostrzegałam  cię  –  tłumaczyła  Bella.  –  Choć  sama  jestem  zaskoczona  jego 

zachowaniem. 

–  Omal  go  nie  strąciłam  z  tej  drabiny.  –  Angela  wepchnęła  do  torby  plik 

folderów. – A jeśli chodzi o tego klienta... – zaczęła. 

– Więc jednak jest jakaś sprawa? Nie chodziło ci tylko o to, by poznać Edwarda? 
–  Edward?  –  miękko  powtórzyła  Angela.  –  Jakie  ładne  imię.  Tak  ciepło  je 

wymawiasz. 

– Co to za klient? 
Angela nagle spoważniała i przysiadła na brzegu krzesła. 
– Ben Orcutt. Robiłaś dla niego jakieś zlecenie?  
Bella wzdrygnęła się. 
– Tak.  Jeśli  chce, żeby  znów  wyczyścić mu  lodówkę,  poradź,  żeby wezwał  wóz 

asenizacyjny. 

background image

 

42 

–  Aż  tak  źle?  Miałam  wczoraj  zrobić  mu  bilans,  a  kiedy  przyszłam,  prosił  o 

przyszycie guzików do koszul. Nie patrz tak na mnie – zaperzyła się. – Zrobiłam to. 

– Ile razy wbiłaś igłę w palec? 
– Trzy. 
– Trzy razy na każdy guzik, czy trzy ogółem? 
– Nie przyszłam omawiać nieistotnych szczegółów – odparła Angela z godnością. 

–  Chciałam  porozmawiać  o  zachowaniu  Bena.  Czy  wobec  ciebie  zachowywał  się 
jakoś... dziwnie? 

– On jest dziwny od dnia narodzin, czyli od jakichś siedemdziesięciu dziewięciu 

lat. 

–  Raczej  od  sześćdziesięciu  pięciu,  ale  nie  o  to  mi  chodzi.  Nie  próbował  się  do 

mnie  dobierać.  Niemal  żałowałam,  bo  z  tym  poradziłabym  sobie.  Był  jednak  tak 
bardzo przyjacielski, pomyślałam więc... 

– ... że o to mu chodzi? 
– Właśnie. Czy wobec ciebie też tak się zachowywał? 
–  Mężczyźni  nie  tracą  tak  łatwo  głowy  dla  niskich  rudzielców,  jak  dla  kobiet  w 

twoim  typie.  Jednak  teraz  sobie  przypominam,  że  właśnie  taki  był:  niezwykle 
przyjacielski. 

– I co z tym zrobimy? Nie możemy zajmować się klientami, którzy podszczypują 

nas po kątach. – Rzuciła okiem na Bellę. – Choć myślę, że gdyby chodziło o ciebie i 
Edwarda... 

– Edward nie jest naszym klientem – przerwała jej Bella. – Powiedziałaś Jessice o 

Orcutcie? 

–  Żartujesz?  Ona  uważa,  że  na  zachodniej  półkuli  nie  ma  ani  jednego 

przyzwoitego  mężczyzny.  Jeśli  damy  jej  pretekst,  wyeliminuje  z  bazy  wszystkich 
mężczyzn, a wtedy nasze wpływy rzeczywiście będą marne. – Angela podniosła się. 

–  Nie  oczekuję,  że  coś  mi  doradzisz,  Bello,  po  prostu  musiałam  o  tym  komuś 

powiedzieć. Nie byłam pewna, czy nie histeryzuję. 

Bella  odprowadziła  przyjaciółkę  na  parking.  Angela  bardzo  ostrożnie  obeszła 

drabinę, wciąż blokującą drzwi. 

Już w samochodzie wyjęła okulary słoneczne i zakładając je, zapytała poważnie: 
– Niemal zapomniałam. Bello, kiedy się dowiem, o co chodzi z tą ropuchą? 

background image

 

43 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Kiedy Bella wracała z parkingu, Edward nadal stał na drabinie. 
– Mogłabyś podać mi kamerę z tamtego pudełka? – Pochylił się do niej. 
Gdy  spełniła  jego  prośbę,  Edward  zaczął  mocować  kamerę  nad  drzwiami. 

Zauważyła, że nadal stara się oszczędzać ramię. 

–  Jeśli  kiedyś  stracę  głowę  i  kupię  dom  –  odezwał  się  w  końcu  –  skorzystam  z 

twojej rady. 

–  Przede  wszystkim  radziłam,  żebyś  go  w  ogóle  nie  kupował  –  przypomniała 

Bella. 

– Myślę o innej radzie. Do tego domu wynajmę żonę na pełny etat, by zajęła się 

takimi sprawami. 

– Tapetą też? 
– Powiedz od razu, o co chodzi. – Spojrzał na nią podejrzliwie. 
–  Kiedy  wyważyłeś  drzwi,  drzazgi  rozerwały  tapetę  w  holu.  Zauważyłam  to 

dopiero dziś rano, ale Rose zorientuje się zaraz po przyjeździe. 

Edward tylko wzruszył ramionami i skończył przykręcanie śruby. 
– Co zamierzasz z tym zrobić? – nalegała. 
– Na pewno nie będę się zamartwiał. Poproszę ją, żeby położyła nową tapetę na 

mój koszt. 

Bella szybko policzyła w myślach. 
– Zastanawiam się, komu zleci tapetowanie. 
– Nie wiem, i nic mnie to nie obchodzi. 
– A nie poleciłbyś „Wypożyczalni Żon”? 
–  Czemu  nie?  Przynajmniej  pieniądze  pójdą  na  zbożny  cel.  –  Sięgnął  po  kabel 

przeciągnięty przez otwór, który wywiercił w ścianie. – W pudełku powinna być taka 
mała kształtka. 

Bella znalazła potrzebną część i podała Edwardowi. 
– Cieszysz się, że nie musisz co chwilę schodzić z drabiny? 
– Gdyby kręciła się tu twoja przyjaciółka, zszedłbym bez oporu. 
Nie zaskoczył jej. Wiedziała od razu, że jego szorstkie zachowanie nie miało nic 

wspólnego z Angelą. 

– Pewnie zaraz poprosisz mnie o jej numer? 

background image

 

44 

– Tego nie planowałem. 
– Dlaczego? Myślisz, że bym ci go nie dała? – spytała podejrzliwie. 
Edward oparł się o szczebel drabiny. 
–  Wiem,  że  dostałbym  go od  ciebie – powiedział  spokojnie. –  Ze  strachu,  abym 

nie uznał cię za osobę samolubną. 

– Samolubną? – wykrztusiła Bella. – Czyżbyś podejrzewał, że nie chcę się tobą z 

nikim dzielić? 

– No właśnie – odparł Edward. – Choć nie oczekiwałem, że tak łatwo się do tego 

przyznasz. Poczekaj minutkę, zejdę na dół i wtedy mi to powtórzysz... 

– To nie było stwierdzenie. 
– Jesteś pewna? Powiedziałaś to bez chwili zastanowienia. 
– Pragnęłam ci wykazać, jakie głupie wnioski wyciągasz. 
– Jak chcesz. – Wzruszył ramionami. – Harry na pewno ma już jej numer. 
Zaskoczył  tym  Bellę.  Dlaczego  sądził,  że  Angela  zna  Harry’ego  Clearwatera 

lepiej niż ona? Krew jej zawrzała. 

– Czy śmiesz sugerować, że Angela jest jedną z tych panienek, którymi otacza się 

Harry? 

– Na pewno ma odpowiedni wygląd. 
Bella doskonale wiedziała, że nie był to komplement. 
– Nie przeczę, jest jednak również bardzo mądra i wykształcona. 
– Dlatego więc jeździ dziesięcioletnim gratem i pracuje w „Wypożyczalni Żon”? 
–  To  nie  grat,  tylko  kolekcjonerski  okaz  –  zjeżyła  się  Bella.  –  A  co  do  firmy, 

przynajmniej obie wiemy, gdzie będziemy pracować w przyszłym miesiącu. 

– Uważasz, że ja nie wiem? 
Widać było, że Edward świetnie się bawi, mimo to Bella zawstydziła się. 
– Możesz mi wierzyć na słowo, że Angela ma prawo szczycić się nie tylko urodą. 
Po  co  ja  to  robię,  zastanowiła  się,  przecież  Angela  nie  potrzebuje  kolejnego 

wielbiciela.  Jednak  dzięki  temu  Edward  może  przestanie  podejrzewać,  że  Bella 
marzy,  by  się  nią  zainteresował.  Czy  jednak  właśnie  tego  nie  pragnie?  Czy  broniąc 
tak zaciekle przyjaciółki, kieruje się tylko lojalnością? Hmm... 

–  Wśród  jej  licznych  zalet  nie  wymieniasz  wdzięku  –  zwrócił  uwagę  Edward.  – 

Zawsze jest tak niezręczna? 

– Skądże, jestem pewna, że specjalnie potknęła się o drabinę, abyś zwrócił na nią 

uwagę  –  odparła  drwiąco  Bella.  –  Wiesz,  Edward,  jesteś  najbardziej  zarozumiałym 
mężczyzną, jakiego miałam nieszczęście spotkać. 

Edward sprawdził podłączenie kamery i zszedł z drabiny. 

background image

 

45 

– W każdym razie, gdyby nadal tu była, czym prędzej zszedłbym na dół. Nie po 

to, żeby ją lepiej poznać, lecz by uniknąć śmierci podczas upadku z drabiny. 

– Faktycznie, w nekrologu brzmiałoby to dość głupio.  
Edward spojrzał na nią krzywo. Złożył drabinę i odstawił na bok. 
– Wejdź do środka. Sprawdzimy, jak to działa. 
– Wciąż nie rozumiem, po co to robisz. Jeśli Mike wymieni drzwi... 
Przepuścił ją przodem. 
– Chcesz tu tkwić do czasu, aż je przyniesie? 
–  Masz  rację.  Że  też  o  tym  pomyślałeś.  –  Naprawdę  się  ucieszyła,  więc  za 

wszelką cenę starała się pozbyć ironii z głosu. – Miło, że zatroszczyłeś się o odrobinę 
wolności dla mnie. 

– Prawda? Mam kilka pomysłów, jak mogłabyś okazać mi wdzięczność. 
Nigdy przedtem nie zauważyła, że hol jest tak ciasny i duszny. Zdołała się jednak 

uśmiechnąć. 

–  Akurat,  spryciarzu.  Tę  kamerę  zamontowałeś  dla  siebie,  byś  nie  musiał 

pilnować domu. 

– Też prawda, ale przede wszystkim chciałem dać ci pretekst do wyrażenia swej 

wdzięczności... a tak naprawdę do pofolgowania sobie, gdybyś zapragnęła czegoś w 
tym stylu... 

Ujął  w  ręce  twarz  Belli,  pochylił  się  nad  nią  i  zanurzył  dłonie  w  jej  włosach, 

delikatnie wplatając palce w drobne loczki. 

Przeszył  ją  dreszcz  oczekiwania.  Gdy  delikatnie  dotknął  ustami  jej  warg, 

westchnęła cichutko i zamknęła oczy. Czuła, że całe jej ciało czeka na więcej. 

Edward  jednak  nie  pogłębił  pocałunku,  ani  nie  przyciągnął  jej  bliżej.  Kiedy  ją 

puścił i podniósł głowę, Bella miała ochotę wyć z bólu na myśl, że tak nią wstrząsnął, 
podczas  gdy  sam  pozostał  niewzruszony.  Gdy  jednak  ujrzała  jego  pociemniałe  z 
namiętnej tęsknoty oczy... 

–  Jeśli  kiedyś  tego  zapragnę  –  odezwała  się  ochryple  –  zapamiętam,  że  mam 

dobry pretekst. 

Edward uśmiechnął się. 
–  Spójrz,  jak  to  obsługiwać.  –  Otworzył  drzwi  szafy  we  wnęce  pod  schodami  i 

zaczął regulować mały telewizorek. 

Bella próbowała zapanować nad zbyt przyspieszonym oddechem. 
– Czemu wstawiłeś monitor do szafy? 
–  Nikt  nie  będzie  go  szukał  między  butami.  Poza  tym  nie  mogłem  przeciągnąć 

kabla przez cały dom, bo Rose by mnie zabiła. 

background image

 

46 

– A nie sądzisz, że ta dziura we frontowej ścianie też jej nie zachwyci? 
–  A  cóż  to  przeszkadza?  Zresztą,  gdy  Rosalie  dowie  się,  że  bierze  udział  w 

ankiecie  marketingowej  dla  Clearwater  Electronics  i  może  zgłaszać  uwagi  na  temat 
produktu... 

– Nie miałam pojęcia, że zajmują się systemami zabezpieczeń. – Bella przyjrzała 

się  uważniej.  –  To  stąd  twój  zapał  do  majsterkowania,  po  prostu  testujesz  ich 
urządzenia. Robisz badania rynku dla Clearwater Electronics? 

– I wiele innych rzeczy. 
–  Czy  twój  zawód  objęty  jest  klauzulą  „ściśle  tajne”?  –  zirytowała  się  Bella.  – 

Chciałam  tylko  zapytać,  jak  ci  idzie  w  pracy.  Cieszę  się,  że  dobrze.  Ile  panienek 
spotkałeś dziś w biurze? 

– Trzy lub cztery. I wcale nie wiem, jak mi idzie. Na pierwszy rzut oka wygląda 

to na kontrolowany chaos, ale kiedy przyjrzeć się firmie dokładniej... 

– Nie wiesz, co zwycięży: kontrola czy chaos? 
– Ani po której stronie jest Harry. – Pochylił się w stronę monitora. – Ekran jest 

za mały, by cokolwiek zobaczyć. 

– Większy monitor nie zmieściłby się w tej szafie. A  może, gdyby na jakiś czas 

odprawić panienki, dałoby się sprawdzić, ile Harry jest rzeczywiście wart? 

Edward wyraźnie zainteresował się rewolucyjną ideą Belli. 
–  Świetny  pomysł,  tylko  jak  go  zrealizować?  Nie  wiem,  czy  wzrok  mnie  nie 

myli... Popatrz sama. – Wskazał ekran. 

Bella przysunęła się. 
– Wygląda na listonosza z wielką pocztówką. Czekaj, to drzwi! Biedny Edward, 

cała  robota  na  nic.  Mike  znalazł...  –  Głos  jej  zamarł,  gdy  człowiek  za  drzwiami 
odstawił swój ogromny pakunek i odwrócił się do dzwonka. 

To  na  pewno  był  Mike,  lecz  zmiana,  jaka  w  nim  nastąpiła,  była  wprost 

niesamowita! 

–  Edwardzie,  on  chyba  jednak  cię  lubi.  –  Bella  z  trudem  odzyskała  głos.  –  Jest 

uczesany identycznie jak ty. 

– Czuję się zaszczycony. – Otworzył drzwi. 
– Gdzie mam to postawić? – spytał Mike. Bella oparła się o zniszczoną futrynę. 
– Może od razu na właściwym miejscu? 
– Nie da się. – Mike pokręcił głową. – Wpierw należy je pomalować, a i futrynę 

trzeba  wymienić.  Mogę  znaleźć  kogoś  do  malowania  –  zaproponował  –  tylko  nie 
wiem, kiedy mi się uda. 

A  już  myślała,  że  problem  drzwi  został  rozwiązany.  Z  namysłem  popatrzyła  na 

background image

 

47 

Edwarda. 

– Co zamierzasz teraz robić? 
–  Na  razie  podziękować  Mike’owi  i  poprosić  o  rachunek  –  odrzekł.  –  Potem 

muszę  wrócić  do  pracy.  Ponieważ  przedłużyłem  sobie  przerwę  na  lunch,  zostanę 
dłużej i nie zdążę już wpaść do sklepu po farbę, więc... 

– Byłam tego pewna... – zaczęła zrzędzić Bella. 
– Przecież możesz teraz wyjść. Kamera pracuje, więc dom jest bezpieczny. 
–  W  porządku,  pójdę  po  farbę  –  poddała  się.  –  Ale  swój  czas  doliczę  ci  do 

rachunku. 

Edward ściągnął brwi. 
– Nie należy mi się łapówka za załatwienie wam zlecenia na tapetowanie? Chyba 

ż

e myślisz o innych warunkach płatności... 

Wolno przesunął wzrokiem po jej ciele, rozgrzewając każdy centymetr jej skóry. 

Gdy wreszcie skończył ten przegląd, podniósł teczkę i spacerowym krokiem poszedł 
do samochodu. 

Mike patrzył za nim z nienawiścią w oczach, sama też niezbyt ciepło pomyślała o 

Edwardzie.  Rzucać  takie  insynuacje,  i  to  w  obecności  trzeciej  osoby!  Co  on  chciał 
osiągnąć? Zachęcić Mike’a do rywalizacji? 

– To gdzie mam położyć drzwi? – ponownie zapytał Mike. 
– Może pod daszkiem na patio? 
– Na zewnątrz jest za dużo pyłu. 
–  W  takim  razie  pozostaje  salon.  Tylko  tu  jest  odpowiednio  dużo  przestrzeni  – 

westchnęła Bella. 

Mike zniósł z góry krzyżaki i położył na nich nowe drzwi. Bella zdumiała się ich 

ogromem. Z jednej strony sięgały niemal pianina, z drugiej zawisły nad stolikiem do 
kawy. Wyglądało na to, że jedynym sposobem ich obejścia będzie droga przez patio, 
wokół osiedla, do drzwi frontowych. A niech to... 

– Albo na czworakach pod krzyżakami – mruknęła. 
– Słucham? – nie zrozumiał Mike. 
– Nic takiego. Załamuje mnie ten bałagan, tym bardziej że to nie moja wina. Na 

dodatek nie będę mogła teraz tu pracować. 

–  To  już  nie  moja  sprawa...  –  Mike  spochmurniał.  –  Nie  jestem  zwolennikiem 

rozwalania  drzwi.  Ale  rozumiem  tego  pana.  Co  miał  zrobić,  jak  pani  się  przed  nim 
zamknęła? 

Belli na chwilę odebrało mowę. 
– Tak panu przedstawił tę sprawę? Niby pokłóciliśmy się i zamknęłam mu drzwi 

background image

 

48 

przed nosem? 

– To znaczy, że tak nie było? – Mike wyraźnie się zmieszał, nawet zarumienił. 
– Ani trochę. Pan macho Cullen chciał po prostu udowodnić... – Niemal zatkało ją 

z  wściekłości.  Przemaszerowała  przez  hol  i  zdecydowanym  ruchem  zerwała  luźny 
skrawek płyty zwisający z drzwi wejściowych. – Idę poszukać odpowiedniej farby – 
oznajmiła. 

Po  powrocie  ze  sklepu  złożyła  sobie  uroczyste  ślubowanie,  że  utopi  Edwarda 

Cullena w zielonkawej farbie. 

 
Drzwi do gabinetu Clearwatera zastały otwarte. Nie dostrzegł żadnych panienek. 

Podejrzewał, że jedynym tego powodem jest nieobecność Harry’ego. 

W  oczekiwaniu  na  szefa  usiadł  w  fotelu,  opierając  głowę  na  rękach.  Chciał 

przemyśleć  kilka  spraw,  jednak  woń  bzu  skutecznie  odwracała  jego  uwagę  od 
problemów Clearwater Electronics. 

Dłonie  przesiąkły  zapachem  Belli,  kiedy  wsunął  palce  w  jej  włosy.  Powinien 

umyć ręce, ale... mydło nie usunie przecież myśli o niej. 

Nie przewidział, że przelotny pocałunek tak na niego podziała. Zamierzał ją tylko 

zaciekawić,  co  zresztą  się  udało.  Jej  lekko  ochrypły  głos  i  zamglone  oczy 
powiedziały mu, że osiągnął cel, choć usiłowała to ukryć. 

Nie  przewidział  jednak  własnej  reakcji.  Już  wcześniej  zauważył,  jak  ładną 

dziewczyną  jest  Bella  Swan,  ale  nawet  poprzedniego  wieczoru,  kiedy  sycił  oczy  jej 
ciałem okrytym zdradliwym szlafrokiem, nie podejrzewał, że pod tą śliczną powłoką 
kryje  się  prawdziwy  dynamit.  Jeszcze  chwila,  a  sięgnąłby  po  więcej,  jednak  Bella 
chyba nie była na to gotowa. 

Jeśli  jednak  dobrze  to  rozegra,  następnym  razem  sama  będzie  chciała,  by  tak 

postąpił... 

Harry wrócił do biura w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Zajęci rozmową, nie 

zwrócili na niego uwagi. 

Do  Edwarda  docierały  strzępy  rozmowy  o  nowym  rodzaju  silnika.  W  końcu 

Harry przerwał: 

– Dobra. Proszę się tym zająć bez względu na czas i środki, i zgłosić się do mnie 

z wynikami. 

Edwarda zaskoczyły te słowa, mimo że nie w pełni rozumiał omawiany problem. 
Po wyjściu inżyniera Harry usiadł za biurkiem. 
– Pytam z czystej ciekawości – powiedział Edward. – Czy masz jakieś pojęcie, ile 

mu pozwoliłeś wydać? 

background image

 

49 

–  Badania  naukowe  nie  są  tanie.  Nie  próbuję  nawet  śledzić  kosztów  każdego 

pomysłu, tym bardziej że tylko niektóre z nich kończą się sukcesem. – Odchylił się 
do tyłu i przymknął oczy. – Już ci mówiłem, że finanse nie są moją mocną stroną. 

– Właśnie to zauważyłem. 
Harry wyprostował się z westchnieniem. 
– Co mamy na dzisiaj, Ed? 
– Chciałbym przejrzeć z tobą parę pozycji – zaczął Edward, ale zmienił zamiar i 

spytał: – Masz jakiś kłopot? Jeśli to dotyczy interesów firmy, lepiej powiedz od razu. 

–  Ta  sprawa  nie  dotyczy  liczb,  nad  którymi  ślęczysz.  Chodzi  o  personel.  Nigdy 

nie było z tym problemu, ale ostatnio parę osób postanowiło zmienić pracę. 

– To znaczy ile? 
– Pięć. 
–  To  nie  tak  wiele.  –  Edward  wzruszył  ramionami.  –  Zawsze  jest  jakaś  rotacja. 

Niektórzy  chcą  poszukać  sławy  i  fortuny  tam,  gdzie  mogą  zdobyć  je  prędzej.  – 
Jednak  już  mówiąc  te  słowa,  miał  wątpliwości.  Personel  firmy  wydawał  mu  się 
wyjątkowo zintegrowany i zdolny do poświęceń. 

– Jeden z najlepszych inżynierów wręczył mi właśnie wymówienie – powiedział 

Harry. – Chce odejść już pod koniec tygodnia. 

Nie było w tym nic dziwnego. Dobrze wykwalifikowani pracownicy byli w cenie 

i firmy o nich zabiegały. Nie ma sposobu, by kogoś zatrzymać, gdy sam chce odejść. 
Jednak  tu  działo  się  coś  niedobrego.  Czyżby  szczury  zaczęły  uciekać  z  tonącego 
okrętu?  Być  może  ludzie  przeczuwali,  że  minął  już  najlepszy  okres  Clearwater 
Electronics. 

– Rozmawiałeś z nimi? – spytał Edward. 
– Jasne. Przemaglowałem każdego z nich, ale nadal nic nie rozumiem. 
–  Może  źle  przeprowadziłeś  rozmowę?  Gdybyś  dziś  po  pracy  zabrał  tego 

inżyniera gdzieś na piwo... 

– Problem leży w tym, że nigdy u nas nie było zwyczaju wspólnych wypadów do 

baru. 

–  Nazwij  to  pożegnalnym  przyjęciem.  Wybierz  jakieś  sympatyczne  miejsce, 

zaproś kolegów z jego działu. Najlepiej niech to będzie obiad, od stołu nie wstaje się 
w trakcie posiłku. Podczas takiego spotkania... 

–  Ty  mógłbyś  zadać  właściwe  pytania  –  przerwał  mu  Harry.  –  Tobie  na  pewno 

odpowie. 

Przez otwarte drzwi Edward kątem oka dostrzegł tę samą blondynkę, która była tu 

wczoraj. 

background image

 

50 

–  Harry,  kochanie,  przyniosłam  ci  sweter.  Jest  już  gotowy.  –  Angélique 

przedefilowała  przez  pokój  krokiem  modelki  na  wybiegu  i  położyła  paczkę  przed 
Harrym.  –  Niechcący  słyszałam,  o  czym  rozmawiacie.  Chętnie  zorganizuję  to 
przyjęcie. 

– Nie mówiliśmy o przyjęciu w twoim stylu, Angélique – zaoponował Harry. 
– Kochanie, wszystko, co robisz, jest w moim stylu. – Zaśmiała się rozkosznie. 
Edward  nie  zdołał  powstrzymać  parsknięcia.  Spojrzała  na  niego,  otwierając 

szeroko oczy. 

– Edwardzie, mój drogi, kogo ci zaprosić do towarzystwa? Wydawało mi się, że 

wczoraj przypadliście sobie z Missą do gustu. Pewna jestem, że dla ciebie chętnie by 
zrezygnowała z innych planów. 

A  to  rewelacja!  Zachwalana  Missa  przypominała  mu  dobrze  wytresowanego 

konia cyrkowego. 

–  Obiad  w  „Pinnacle”  –  zadecydowała  Angélique.  –  Najlepsza  restauracja  w 

mieście.  Jej  szef  ma  wobec  mnie  zobowiązania,  więc  nie  będzie  problemu  z 
rezerwacją. Dla ilu osób, kochanie? 

No  cóż,  Angélique  brała  sprawy  w  swoje  ręce.  Co  za  diabeł  go  podkusił,  żeby 

użyć 

słowa 

„przyjęcie”? 

Gdyby 

powiedział 

„konferencja”, 

dziewczyna 

zignorowałaby całą sprawę. Teraz jednak nie było sposobu, by się jej pozbyć. 

Co  takiego  powiedziała  Bella?  „Gdyby  odprawić  panienki...”  To  jest  to!  Może 

jednak  uda  mu  się  dowiedzieć,  co  wzbudza  niepokój  pracowników  Clearwater 
Electronics. 

– Dziękuję za propozycję – rzucił cierpko. – Mam z kim przyjść. 
Obiad w „Pinnacle”, najlepszej restauracji w mieście. To bez wątpienia spodoba 

się Belli. 

 
Bella  przeniosła  się  z  folderami  do  kuchni.  Zaklejała  koperty,  słuchając 

jednocześnie pełnego napięcia głosu w telefonie. 

– Dobijają mnie dokumenty ubezpieczeniowe. Strata matki to okropne przeżycie, 

ale do głowy mi nawet nie przyszło, że porządkowanie i przygotowanie do sprzedaży 
jej  domu  będzie  tak  stresujące.  I  te  rachunki,  które  ciągle  spływają  ze  szpitala.  Nie 
chodzi  mi  o  pieniądze,  tylko  o  papiery.  W  ogóle  nie  mogę  się  skoncentrować.  Już 
nawet nie wiem, za co płacę... 

–  Możemy  zająć  się  tym  wszystkim  –  uspokoiła  swoją  rozmówczynię  Bella.  – 

Proszę tylko przygotować dokumenty. Odbiorę je jutro i załatwię sprawy związane z 
ubezpieczeniem.  A  później  spotkamy  się  w  domu.  Gdy  wskaże  nam  pani,  co  chce 

background image

 

51 

zachować,  razem  z  Angelaą  i  Jessicą  przejrzymy  resztę  rzeczy  i  przekażemy  je  na 
cele dobroczynne, lub tam, gdzie pani zechce. 

– Wie pani, czuję się jak kretynka. Sama nie wiem, co chcę zrobić... 
– Wszystko się ułoży, Jayne. Na razie każdy drobiazg przypomina pani o stracie. 

Proszę pozwolić pomóc sobie. 

–  No  właśnie  –  zgodziła  się.  –  Trafiła  pani  w  sedno,  Bello.  Och,  co  za  ulga 

znaleźć kogoś, kto to rozumie! 

Co za ulga, pomyślała Bella, odkładając słuchawkę, że znalazła się klientka, która 

zleci nam tyle pracy. 

Wybierała  właśnie  numer  komórki  Jessici,  żeby  natychmiast  podzielić  się  dobrą 

nowiną, kiedy usłyszała charakterystyczne skrzypienie frontowych drzwi. To pewnie 
Mike poszedł do samochodu po jakieś narzędzia. 

Jessica  odebrała  telefon  w  tej  samej  chwili,  kiedy  Edward  wszedł  do  kuchni. 

Uśmiechnął  się  do  Belli,  palcem  przejechał  wzdłuż  jej  ramion  i  karku,  po  czym 
otworzył lodówkę. 

Wprawdzie jej serce zabiło gwałtownie, ale równie mocno wzrosła jej irytacja. 
– Halo? – powtórzyła Jessica. 
– Przepraszam – Bella mówiła to niemal bez tchu. – Zadzwonię później. 
– Przecież właśnie zadzwoniłaś – zaczęła Jessica, lecz Bella już się rozłączyła. 
–  Nie  musiałaś  przerywać  rozmowy  –  powiedział  Edward.  –  Moja  dobra 

wiadomość może poczekać. 

Ależ  wesolutki  i  pewny  siebie!  Jest  przekonany,  że  skończyła  rozmowę,  żeby 

móc  cieszyć  się  bez  przeszkód  z  jego  powrotu.  Postanowiła  natychmiast 
wyprowadzić go z błędu. 

–  Ale  to,  co  ja  chcę  powiedzieć  tobie,  nie  może  już  czekać!  –  powiedziała 

stanowczo. – Jak mogłam zamknąć przed tobą drzwi, skoro nawet nie wiedziałam, że 
chcesz wejść? 

Stał jak skamieniały przy otwartej lodówce. 
– O czym ty mówisz? 
– Powiedziałeś Mike’owi, że rozwaliłeś drzwi, bo nie chciałam cię wpuścić! 
– Tak powiedziałem? – Edward odzyskał równowagę, natomiast Bella aż dławiła 

się z wściekłości. 

–  Nawet  nie  wiesz,  co  mówiłeś?  Przedstawiłeś  to,  jakby  chodziło  o  kłótnię 

kochanków. 

– Nie jestem mocny w kłótniach, lecz... 
– Nawet nie próbuj wspominać o kochankach! 

background image

 

52 

–  Właśnie  pomyślałem,  że  to  świetny  pomysł.  –  Edward  nadał  głosowi  żałosne 

brzmienie.  –  Uspokój  się,  Bello.  Czy  to  naprawdę  ma  znaczenie,  co  powiedziałem 
Mike’owi?  Przecież  nie  skłamałem.  Drzwi  były  zamknięte,  ty  byłaś  w  środku,  a 
zatem... 

– Jeśli tyle dla ciebie znaczy słowo „prawda”… 
Zauważyła,  że  patrzy  gdzieś  ponad  nią.  Spojrzała  przez  ramię.  W  drzwiach  stał 

Mike. 

– Skończyłem na dziś – powiedział bezbarwnym głosem. 
– Niech pan zamknie za sobą, dobrze? – poprosiła Bella. Mike bez słowa poszedł 

do wyjścia. 

– Mam wrażenie, że wściekasz się, bo Mike przestał uważać cię za boginię i ma 

cię teraz za jędzę. 

W furii  chciała  złapać  coś,  czym  mogłaby w  niego  cisnąć, ale tylko przewróciła 

filiżankę  z  kawą.  Edward  złapał  ścierkę  i  oboje  rzucili  się  do  wycierania 
zachlapanych  kopert,  które  z  takim  wysiłkiem  adresowała.  Zanim  skończyli,  trochę 
się  opanowała.  Chyba  zbyt  wielką  wagę  przywiązywała  do  całej  sprawy.  Tak 
naprawdę  nie  ma  znaczenia,  co  Edward  powiedział  Mike’owi,  który  zresztą  mógł 
wszystko przekręcić. 

Telefon  zadzwonił,  gdy  kończyła  osuszać  koperty,  a  Edward  wykręcał 

przesiąkniętą kawą ścierkę. Bella sięgnęła po słuchawkę, ale zawahała się. 

–  Odbierz.  Powiedziałem  mojemu  milionerowi,  że  masz  dyżury  telefoniczne, 

więc nie będzie zaskoczony – wyjaśnił Edward. 

Głos  w  słuchawce  nie  należał  jednak  do  Harry’ego.  Był  zdyszany,  afektowany, 

zdecydowanie kobiecy. Oczywiście domagał się Edwarda. 

Edward wziął od niej słuchawkę i odwrócił się tyłem. 
– Czyli ósma. Świetnie, Angélique. Do zobaczenia w „Pinnacle”. 
Bella starała się stłumić zawód. Co z tego, że Edward, najpewniej w towarzystwie 

niezwykle  atrakcyjnej  dziewczyny,  wybiera  się  do  najlepszej  restauracji  w  Denver? 
Tylko...  kłóciło  się  to  z  jego  twierdzeniem,  że  wczoraj  nie  zainteresowała  się  nim 
ż

adna z panienek Harry’ego. Zmusiła się do uśmiechu. 

–  Cholera,  a  właśnie  zamierzałam  cię  spytać,  czy  nie  zechcesz  zjeść  ze  mną 

obiadu? 

– Naprawdę zamierzałaś to zrobić? – Głos miał podejrzanie łagodny. 
– Nie przejmuj się mną – odparła. – Masz już zaplanowany wieczór, na dodatek w 

„Pinnacle”, i to jeszcze z jakąś boską Angelique... 

– To nie tak, choć prawdę mówiąc, chciała przyprowadzić dla mnie partnerkę. 

background image

 

53 

– Szczęściarz. – Pochyliła się nad zlewem i zabrała za mycie naczyń. 
– Ale powiedziałem jej, że przyjdę z tobą. Kubek wypadł jej z ręki. 
– Co takiego? 
– Wybrałabyś się na obiad do „Pinnacle”, Bello? 
– Chcesz się mną zasłonić, by wykręcić się od randki w ciemno? 
– Myślałem, że się ucieszysz. Przecież to twój pomysł. 
– Mój? 
– Powiedziałaś, żeby pozbyć się panienek Harry’ego i... 
– I to ja mam spowodować, by Harry przestał uganiać się za kociakami? Miałam 

na myśli jakąś gwiazdę rocka lub filmu... 

– Nie doceniasz się, Bello. Masz szansę poznać milionera i pokazać mu, co traci, 

nie znając ciebie. 

–  Wielkie  dzięki,  ale  znajomość  z  panem  Clearwaterem  nie  jest  celem  mego 

ż

ycia. 

–  Wystarczy,  że  będziesz  uprzejma.  No  powiedz,  kiedy  ostatnio  jadłaś  obiad  w 

„Pinnacle”? 

Musiała przyznać, że dawno już nie brała udziału w takim przyjęciu. 
–  Sałatka  z  homarów  –  kusił  Edward.  –  Cielęcina  pod  parmezanem,  stek  a  la 

Dianę... Nie cieknie ci ślinka? 

Spędzić  z  nim  elegancki  wieczór...  Chyba  mądrzej  będzie  nie  rozwijać  tego 

wątku. 

– Lepiej zaproś Angelę – mruknęła. – Nadal jesteś pewien, że nie chcesz numeru 

jej telefonu? 

background image

 

54 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Bella  nadal  szczotkowała  włosy,  choć  każdy  lok  lśnił  już  jak  wypolerowana 

miedź.  Trudziła  się  tak  nie  dlatego,  że  zamierzała  rywalizować  z  seksbombą 
Harry’ego, tylko potrzebowała czasu, by przemyśleć sytuację. 

Nie  idę  na  randkę,  powtarzała  sobie  w  duchu.  Edward  na  pewno  by  jej  nie 

zaprosił,  gdyby  wiedział,  że  w  czasie  obiadu  będzie  musiał  skupić  swą  uwagę  na 
Belli,  a  tak  zaborczy  na  pewno  okazałby  się  kociak  przyprowadzony  przez 
Angélique. Przy niej natomiast będzie mógł zająć się szefem. 

Ostatnie  pociągnięcie  maskarą  i  mogła  zejść  na  dół.  Edward  czekał  w  salonie. 

Przyglądał się drzwiom, które Mike ułożył na krzyżakach. 

–  Nie  wydaje  się  to  zbyt  trudne  –  odezwał  się.  –  Aż  dziw,  że  jeszcze  ich  nie 

pomalowałaś. 

– Ja? Na pewno tego nie zrobię. Przeczytałeś instrukcję? 
– Jak pokrywać farbą płaskie powierzchnie? 
– A malowałeś już coś kiedyś? 
–  Ostatnio  w  przedszkolu,  ale  co  za  problem?  Maczasz  pędzel  i  mażesz.  – 

Rozejrzał  się  i  sięgnął  po  leżący  obok  śrubokręt.  –  Nie  wiem,  dlaczego  Mike  nie 
odkręcił zawiasów. 

– Mówił, że lepiej ich nie ruszać. Edward, to nie są takie zwykłe drzwi. Instrukcja 

informuje, żeby uważać z ostrymi narzędziami, bo... 

Ś

rubokręt wyśliznął mu się z ręki i na płycie, tuż przy górnym zawiasie, powstało 

głębokie  wgniecenie.  Edward  obejrzał  je  uważnie,  ale  nie  odezwał  się  ani  słowem, 
natomiast Bella była pod wrażeniem jego stoickiego spokoju. Prawie wszyscy znani 
jej mężczyźni w takiej sytuacji wpadliby we wściekłość. 

– ... bo są zrobione z bardzo miękkiego materiału – dokończyła. 
–  Teraz  rozumiem,  dlaczego  tak łatwo  dały  się  wyważyć.  Może  na razie ich  nie 

montować? Niech Emmett i Rose zastanowią się, czy nie lepiej będzie zainstalować 
coś solidniejszego. 

–  To  jeszcze  cały  tydzień  i  przez  ten  czas  te  stare  się  rozsypią.  Poza  tym  Mike 

zadał sobie tyle trudu. Powiemy mu, że nagle zmieniliśmy zdanie? Nie, dzięki. Lepiej 
się przyznaj, że nie chcesz malować. 

– Fakt, że nie jest to mój konik. – Odłożył śrubokręt i spojrzał na Bellę. – Ładnie 

background image

 

55 

wyglądasz – powiedział bez emocji. 

Czego właściwie oczekiwała? Ze najpierw zatka go z wrażenia, a potem rozpłynie 

się z zachwytu? Przecież tak głupia nie była. 

Znów musiała sobie powtórzyć, że to nie randka. Z tego zresztą powodu wybrała 

prostą,  nie  rzucającą  się  w  oczy  czarną  sukienkę.  Zresztą  w  jej  garderobie  i  tak  nie 
było strojów na ekstra okazje, nie mogła więc olśnić Edwarda cekinami i dżetami. A 
nawet  gdyby  obsypała  się  błyskotkami,  pewno  nie  zrobiłaby  na  nim  wielkiego 
wrażenia. 

–  Nie  wiedziałem,  czy  masz  tu odpowiedni  strój  –  usprawiedliwił  się Edward.  – 

Czy to sukienka Rosalie? 

– Nie, moja. 
–  Chcesz  powiedzieć,  że  twoje  kartonowe  mieszkanko  pod  mostem  posiada 

garderobę? 

Prawie zapomniała o rozmowie, jaką prowadzili pierwszego wieczoru. 
– Moje mieszkanie rzeczy wiście jest niewiele większe od sporego kartonu i dużo 

bym dała za przyzwoitą garderobę. – Sięgnęła po swój codzienny tweedowy żakiet. – 
„Pinnacle” jest w śródmieściu. Musimy ruszać, jeśli nie chcesz się spóźnić. 

Spojrzał na żakiet. 
– Mogłabyś wziąć płaszcz Rose. Chyba ma coś odpowiedniego. 
– Rosalie ma wszystko, nawet czarną pelerynę z lisów, przy której moja sukienka 

wyglądałaby  jak  z  lumpeksu.  Bałabym  się,  że  ją  gdzieś  zgubię.  Wolę  iść  w  tym. 
Zostawię żakiet w szatni. 

Przed  wejściem  do  hotelu  Edward  oddał  kluczyki  portierowi.  Zatrzymał  się  na 

chodniku i spojrzał do góry. Na szczycie wieży, nad szklaną ścianą budynku, widać 
było wybrzuszenie. 

– Tam jest restauracja? 
– Jak do tego doszedłeś? – zadrwiła Bella. – Czyżby po nazwie? 
– Mam nadzieję, że to się nie kręci? 
– Owszem, kręci się. Czyżbyś miał chorobę lokomocyjną? 
– Nie mam zaufania do takich urządzeń. Niepokoi mnie myśl, że cała podłoga, na 

dodatek obrotowa, podparta jest tylko w jednym punkcie. 

– Odpręż się. Niedawno wyremontowali całe urządzenie. 
– A dokładniej kiedy? 
– Trzy lub cztery lata temu. Wstawili wtedy nowy mechanizm. 
– Nowy mechanizm, wykonany z zastosowaniem nowoczesnej myśli technicznej. 

To rzeczywiście wzbudza zaufanie. 

background image

 

56 

Zdaniem  Belli  w  jego  głosie  słychać  było  wszystko  oprócz  przekonania,  że  tak 

właśnie jest. 

Ruszyli  w  kierunku  windy.  Edward  wziął  Bellę  pod  rękę.  Zrobił  to  w  sposób 

naturalny, niemal bezwiednie. Zastanawiała się, czy Edward dobrze tańczy. Szkoda, 
ż

e nigdy się tego nie dowie. 

Gdy czekali na windę, Edward delikatnie odwrócił Bellę do siebie. Pomyślała, że 

to także zrobił bezwiednie. 

–  Jakim  cudem  ty,  elektronik,  nie  jesteś  fanatykiem  nowinek  technicznych?  – 

spytała. 

–  Bo  widziałem  ich  mnóstwo.  Uwierz  mi,  większość  z  nich  niczemu  nie  służy, 

poza tym, że dodatkowo utrudnia życie. 

Podeszła  do  nich  jakaś  para.  Kobiety  Bella  nie  znała,  ale  mężczyznę  kiedyś  już 

musiała widzieć. Jego głos też już słyszała. 

–  Niech  pani  go  nie  słucha.  Edward  nie  jest  elektronikiem,  tylko  zajmuje  się 

pieniędzmi. 

Teraz  Bella  rozpoznała  jego  twarz,  bowiem  wizerunek  Harry’ego  Clearwatera 

często  pojawiał  się  zarówno  w  lokalnej  prasie  i  w  telewizji,  jak  i  na  bilboardach. 
Blondynka, która wisiała na jego ramieniu, nie była tak znana, choć na pewno równie 
fotogeniczna. 

Edward przedstawił ich sobie. Harry spojrzał na Bellę z uśmiechem. 
–  A  więc  jesteś  wynajętą  żoną.  –  Gdy  nadjechała  winda,  Harry  jakimś  cudem 

zdołał  wyzwolić  się  z  uścisku  Angélique  i  ujął  pod  rękę  Bellę.  –  Musisz  mi  o  tym 
opowiedzieć. Na jak długo zawieracie umowę: na dzień, na tydzień? 

Przynajmniej nie padło „na godziny” lub „na noc”. Zrezygnowała z ciętej riposty, 

wszak przybyła tu z misją: miała odciągnąć Harry’ego od Angélique. 

W restauracji czekały już na nich dwie pozostałe pary. Kobietę, równie efektowną 

jak Angélique, wyraźnie zaskoczył widok Belli u boku Harry’ego. Obok stało młode 
małżeństwo.  Widać  było,  że  w  tym  otoczeniu  nie  czują  się  dobrze.  Szczupła, 
ciemnowłosa  kobieta  wyglądała  na  strapioną,  natomiast  jej  mąż  miał  sceptyczny 
wyraz twarzy. 

Kiedy Harry witał swoich gości, Bella znów znalazła się obok Edwarda. 
– Powiedziałeś mu, że mam dyżury telefoniczne w ramach usługi „porozmawiaj z 

ż

oną o wszystkim” – mruknęła groźnie. 

– Bello, kochanie – uśmiechnął się Edward – nie sądzisz chyba, że w to uwierzył? 
Gdy  Harry  zamierzał  przedstawić  Bellę  pozostałym  gościom,  Edward 

zdecydowanie przejął inicjatywę: 

background image

 

57 

– Pozwól, Harry, że ja to zrobię. Angélique zbyt długo jest sama. 
Lekko objął Bellę ramieniem. 
–  Co  ty  wyrabiasz?  –  spytała  cicho.  –  Miałam  przecież  odciągnąć  go  od 

Angélique. 

–  Świetnie  sobie  radzisz  –  odszepnął.  Gdy  przedstawiał  ją  całej  czwórce, 

zorientowała  się,  że  w  przyjęciu  biorą  udział  osoby  związane  z  Clearwater 
Electronics. Mężczyzna w średnim wieku, towarzyszący przyjaciółce Angélique, był 
szefem  produkcji,  natomiast  młode  małżeństwo,  jak  Bella  szybko  się  zorientowała, 
zjawiło  się  tu  dlatego,  że  mężczyzna  właśnie  odchodził  z  firmy.  Było  to  więc 
spotkanie pożegnalne. 

Gdy  podano  drinki,  Bella,  sącząc  białe  wino,  zajęła  się  obserwacją  zebranych. 

Przyjaciółka  Angélique  od  czasu  do  czasu  rzucała  szefowi  produkcji  uśmiech, 
natomiast Angélique była wściekła, bo Harry wyraźnie więcej uwagi poświęcał Belli 
niż jej. Żona młodego inżyniera wyglądała tak, jakby bardzo chciała znaleźć się gdzie 
indziej. 

Natomiast Edward wciąż trzymał rękę na ramieniu Belli. I choć pozory były inne, 

tym razem miała pewność, że robił to zupełnie świadomie. Przytulony niemal do niej, 
swobodnie obserwował Harry’ego, który był wyraźnie nią zaintrygowany, jak nową, 
atrakcyjną zabawką. 

Bella  prawie  współczuła  Angélique,  która  rozpaczliwie  próbowała  walczyć  o 

utrzymanie  swojej  pozycji,  lecz  koniec  jej  kadencji  natychmiast  zauważyła  jej 
przyjaciółka.  Teraz  ledwo  już  zwracała  uwagę  na  swojego  towarzysza.  Co  pewien 
czas zerkała na Angélique, a jednocześnie wabiła zachwyconym wzrokiem Harry’ego 
i wprost chłonęła każde jego słowo. 

Harry zadawał mnóstwo chaotycznych pytań na temat „Wypożyczalni Żon”, aż w 

końcu  Bella  podniosła  ręce  w  geście  poddania.  Bała  się,  że  podczas  tak  niezbornej 
rozmowy  może  dojść  do  licznych  przekłamań,  dlatego  postanowiła  wszystko 
wyłożyć po kolei: motto firmy, założenia i listę spraw, którymi się nie zajmują. 

Kiedy skończyła, w towarzystwie zapadła na chwilę cisza. Bella przestraszyła się, 

ż

e zrobiła z siebie widowisko. 

Edward przyciągnął ją bliżej. 
– Uwielbiam słuchać, jak opowiadasz o swojej firmie. 
– Założę się, że nie tylko w tym jest dobra – wycedziła Angélique. – Załatwianie 

tych spraw to pewno tylko jedna z wielu jej umiejętności. 

Jej przyjaciółka zachichotała. 
– A dla mnie brzmi to wspaniale – odezwała się żona inżyniera. – Lubię siedzieć 

background image

 

58 

w domu i zajmować się dziećmi, ale są dni, kiedy przydałaby mi się żona. 

Bella uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością. 
– Dam pani wizytówkę. Jeśli będziemy mogły kiedyś pomóc... 
Angélique skrzywiła się drwiąco. 
–  A  komu  wolałabyś  pomóc?  Jej,  czy  może  jednak  jemu?  –  rzuciła 

prowokacyjnie. 

Młoda kobieta zmieszała się. 
– Na razie nie stać mnie na to – odparła szybko. – Zanim Erie nie znajdzie czegoś 

nowego, nie będziemy mieli pieniędzy... 

Inżynier  zacisnął  rękę  na  ramieniu  żony.  Bella  zauważyła  jej  zmieszanie,  więc 

taktownie  się  odwróciła.  Zdziwił  ją  wyraz  twarzy  Edwarda,  który  jak 
zahipnotyzowany wpatrywał się w panią inżynierową. 

Bella pogrzebała w torebce i podała jej wizytówkę. 
– Proszę, tak na wszelki wypadek. Zawsze może się coś zmienić. 
– Które zlecenia najbardziej ci odpowiadają? – spytał Harry. 
– I jak długo musisz się do nich przygotowywać? – kpiła nadal Angélique. 
Miarka  się  przebrała.  Nie  będzie  ignorować  sugestii,  że  to  brak  wykształcenia 

zmuszają  do  obecnej  pracy,  a  niedostatki  inteligencji  zmuszają  do  pokornego 
znoszenia obraźliwych uwag. 

–  Aby  przygotować  się  do  prowadzenia  firmy,  musiałam  wykonać  znacznie 

więcej  pracy,  niż  przy  jakiejkolwiek  innej  okazji.  Nawet  zdobycie  dyplomu  na 
wydziale literatury angielskiej nie było tak pracochłonne – odparła. 

Angélique zaniemówiła. 
– Choć czasami specjalizacja z poezji elżbietańskiej też mi się przydaje – dodała 

Bella  słodkim  głosem.  –  Bywa,  że  mężczyźni,  którzy  mają  kłopoty  z  wyrażaniem 
uczuć, proszą mnie o wyszukanie jakiegoś wiersza dla ukochanej. Ich dziewczyny i 
tak  nie  są  w  stanie  rozpoznać  mistyfikacji,  tylko  ronią  miłosne  łzy  nad 
młodzieńczymi  sonetami  Johna  Miltona  lub  wierszami  Edmunda  Spencera, 
przekonane, że zostały napisane dla nich. 

Ciszę, która zapadła, przerwał głośny śmiech Harry’ego. 
– Dostałaś nauczkę, Angélique. No, ale dajmy już spokój i siadajmy do stołu. 
Bella nie była zaskoczona, że Edward prowadzi ją na miejsce możliwie daleko od 

Angélique.  Zmartwiło  ją  tylko,  że  Harry  siada  u  szczytu  stołu  koło  swojej 
dziewczyny.  Czuła  się  winna,  że  jej  wybuch  uniemożliwił  Edwardowi  zbliżenie  się 
do szefa. 

Pochyliła się do niego, gdy zajęli miejsca. 

background image

 

59 

– Chyba nie spełniłam twoich oczekiwań – szepnęła. – Przepraszam. 
– Nie przejmuj się. – Podał jej kartę. 
Bella pomyślała, że tak właśnie mówi się do dziecka, gdy się chce, by przestało 

zawracać głowę. 

Edward podsunął inżynierowi i jego żonie koszyczek z pieczywem. 
– Powiedz mi, Erie, co dla ciebie jest najważniejsze w pracy? 
Młody człowiek rzucił okiem na żonę i powiedział cicho: 
– Nowe wyzwania. 
Bella niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w menu. Wyrzucała sobie, że przez 

nią Edward nie będzie mógł wypełnić swojego zadania. Zamiast mu pomóc, stała się 
zawadą.  To  fakt,  że  urażono jej  dumę,  powinna  jednak przełknąć  zniewagę,  nie  zaś 
odwzajemniać  się  tym  samym.  Zniżyła  się  do  poziomu  Angélique,  a  konsekwencje 
poniesie Edward. 

Znów spojrzała w kartę dań. Dziwne, ale żadna egzotyczna nazwa nie wydała się 

jej atrakcyjna. 

Czy ten wieczór nigdy się nie skończy? Edward uczestniczył w wielu koktajlach i 

przyjęciach, gdzie jedynym wspólnym tematem były interesy. Spotkania, na których 
prowadzono  pseudo  towarzyskie  rozmowy,  a  tak  naprawdę  nieustannie  stosowano 
dyplomatyczne  gierki,  by  wysondować  rozmówcę  i  przekonać  go  do  swoich  racji, 
uważał za śmiertelnie nudne. 

Jednak  dzisiejsze  spotkanie  przerosło  jego  wszelkie  najgorsze  oczekiwania. 

Rozmowa  kulała,  żaden  ogólny  temat  nie  chwycił  i  wszyscy  wyraźnie  męczyli  się 
sztuczną  atmosferą.  Na  dodatek  Edward  wciąż  nie  wiedział,  dlaczego  jeden  z 
najlepszych pracowników  Clearwatera  postanowił  odejść  z  firmy,  choć  nie  miał  nic 
innego  na  oku.  Dzięki  czystemu  przypadkowi,  czy  też  raczej  Belli,  chociaż  tyle 
zdołał się dowiedzieć. Dobre i to. 

Teraz nawet Bella zamilkła. Poczuła na sobie jego wzrok i spojrzała znad talerza. 

Jej brązowe oczy były większe i ciemniejsze, niż wcześniej sądził. 

– Naprawdę mi przykro, że tak namieszałam. 
Nie  był  to  najlepszy  czas  na  wyjaśnienia.  Poza  tym,  co  miał  jej  powiedzieć?  Ze 

chciał głośno zaklaskać, gdy ostro usadziła Angélique? Lub że żałował, iż usiedli do 
stołu, bo nie miał już pretekstu, aby ją obejmować? Tak bardzo pragnął przytulić ją 
do siebie... 

No  cóż,  gdyby  się  z  tym  zdradził,  pewnie  uznałaby,  że  stracił  rozum.  A  może 

naprawdę  tak  się  stało?  Nie,  to  tylko  zapach  jej  płynu  do  kąpieli  uderzył  mu  do 
głowy. Ilekroć się poruszyła, dolatywała do niego woń bzu. 

background image

 

60 

Z  westchnieniem  wciągnęła  powietrze.  Jej  wzrok  powędrował  ku  Harry’emu. 

Siedział  między  Angélique  a  jej  przyjaciółką.  Obie  ślicznotki  z  uwielbieniem 
chłonęły każde jego słowo. 

Bella  wyglądała  jak  małe  dziecko,  które  nie  może  zdobyć  upragnionej  zabawki. 

W wyrazie jej twarzy Edward dostrzegł żal i dziwną tęsknotę. 

Opanowało go przygnębienie. Zaledwie kilka godzin temu mówiła, że nie pragnie 

poznać  Harry’ego  Clearwatera,  lecz  teraz  wprost  pożerała  go  wzrokiem.  Do  diabła, 
co w tym playboyu tak pociągało kobiety? 

–  Raczej  nie  jesteś  w  jego  stylu  –  rzucił  szorstko.  Dopiero  po  dłuższej  chwili 

skierowała na niego wzrok. 

– Boże, dzięki, Edward. Gdyby nie ty, nigdy bym na to nie wpadła. 
Przynajmniej znowu używa swojego ostrego języka. To była ta sama Bella, którą 

poznał. 

–  To  miał  być  komplement  –  zaprotestował.  –  Zresztą,  o  co  ci  chodzi?  Gdy 

poświęcił ci całą uwagę, nie byłaś szczególnie zainteresowana. 

– Nie byłam i nadal nie jestem, myślałam tylko, że tobie na tym zależy. Co ty tu 

właściwie robisz? Co miał na myśli Harry, mówiąc, że nie zajmujesz się elektroniką, 
tylko pieniędzmi? 

Nie sądził, że zapamięta tę zdawkową uwagę. 
– Badam szanse pozyskania kapitału inwestycyjnego dla jego nowych projektów. 
– Reprezentujesz inwestorów?  
Edward przytaknął. 
– Więc tak naprawdę wcale nie pracujesz dla Harry’ego. 
– Nie bezpośrednio. 
–  Nic  dziwnego,  że  nie  chciałeś  wynająć  mieszkania.  Po  prostu  nie  będziesz  tu 

zbyt długo. 

– Pracę w Denver oceniam na kilka tygodni, najwyżej miesiąc. 
– To zajęcie na Florydzie, przez które nie przyjechałeś na ślub Emmetta i Rosalie, 

polegało na tym samym? 

–  Początkująca  firma  potrzebowała  pieniędzy  na  plastikowe  modele.  Przedtem 

były telefony komórkowe w San Diego, a jeszcze wcześniej... 

– Pewnie dlatego nie trzymasz w lodówce łatwo psujących się produktów? 
– Do Nowego Jorku wpadam tylko między projektami. Najwyżej na dwa miesiące 

w roku. 

–  Nie  ma  to  jak  w  domu...  No,  ale  widocznie  odpowiada  ci  takie  życie.  Bez 

wątpienia znudziłoby cię przebywanie w jednym miejscu. 

background image

 

61 

Usłyszał w jej głosie cień goryczy. Nie była pierwszą kobietą, która uważała, że 

powinien się ustatkować. Najlepiej przy niej. A już myślał, że Bella jest inna. 

– To prawda, że niespecjalnie przepadam za rutyną...  
Bella z dezaprobatą pokręciła głową. 
–  Bardzo  jesteś  skryty.  Sprawiasz  wrażenie,  jakbyś  nie  potrafił  utrzymać  się  w 

pracy, a tymczasem masz stałe zajęcie. 

–  Uważasz,  że  powinienem  wypisać  historię  mojego  życia  na  wizytówkach  i 

wręczać je wszystkim dokoła? – spytał ze zdumieniem. 

Zaczerwieniła się i zagryzła wargi. 
– Zanim zaczniesz rzucać oskarżenia – ciągnął Edward – pamiętaj, że nie ja jeden 

celuję w niedomówieniach. 

Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc aluzji. 
–  Twój  dyplom  –  przypomniał.  –  Pamiętam  naszą  rozmowę  na  temat  twojej 

firmy.  Na  pewno  nie  przegapiłbym,  gdybyś  wspomniała,  że  wolisz  tę  pracę  od 
ś

lęczenia nad starymi księgami. 

Co  ją  tak  zaniepokoiło?  Dlaczego  dyplom  uniwersytecki  był  tak  delikatną 

sprawą? Sama przecież o nim wspomniała, co prawda pod wpływem stresu, ale teraz 
jej  reakcja  również  nie  była  typowa.  Dlaczego  Bella  wstydziła  się,  że  zaczynała 
karierę zawodową jako naukowiec? Gdyby przyznała się, że była gwiazdą porno, jej 
zażenowanie byłoby zrozumiałe, ale dyplom uniwersytecki? O co w tym wszystkim 
chodzi? – zastanawiał się. 

Wreszcie  przyjęcie  dobiegło  końca.  Gdy  ruszali  spod  hotelu,  Bella  nagle 

powiedziała: 

–  Edward,  z  tym  dyplomem...  nie  powiedziałam  prawdy.  Był  rozczarowany.  No 

cóż... 

– Nie byłaś na uniwersytecie? To znaczy, że nabrałaś Angélique? 
–  Nie  całkiem.  –  Westchnęła.  –  Po  prostu  nie  ukończyłam  studiów. 

Zrezygnowałam kilka godzin przed obroną pracy. 

– Dlaczego? 
–  Powiedzmy,  że  to  nie  było  zajęcie,  któremu  miałam  ochotę  poświęcić  życie. 

Zdałam sobie z tego sprawę w ostatniej chwili. 

– To na pewno nie wszystko. Czy nie jest w to wmieszany facet, który tak źle cię 

potraktował? – W blasku świateł na skrzyżowaniu zobaczył w jej oczach, że odgadł 
prawdę. – Co on ci zrobił, Bello? 

Zawahała się, rozłożyła bezradnie ręce, ale w końcu wyjaśniła: 
– Duża część mojej pracy dyplomowej znalazła się w jego artykule dla pewnego 

background image

 

62 

magazynu naukowego. 

– Jednym słowem, wykorzystał twoje badania. W milczeniu przytaknęła. 
– I to wystarczyło, żebyś zrezygnowała z kariery?  
Oczy Belli zapłonęły gniewem. 
– Nie miałam wyboru. Nie potrafiłam udowodnić, że Jacob ukradł moją pracę, bo 

zdołał odpowiednio się zabezpieczyć. A poza tym, i tak nikt by mi nie uwierzył. 

– Dlaczego? 
– Bo był profesorem, specjalistą od Szekspira – odpowiedziała po dłuższej chwili. 
Edward gwizdnął cicho. 
– I musiał kraść spostrzeżenia studentki na temat poezji elżbietańskiej? 
–  Sam  widzisz.  Kto  by  w  to  uwierzył?  –  Przygryzła  wargi.  –  Nie  mogłam  tam 

zostać,  a nie  stać  mnie  było  na  podjęcie  studiów gdzie  indziej.  Stypendium  było  na 
wyczerpaniu, musiałam zacząć spłacać kredyt studencki. 

– Skończyłaś więc jako żona do wynajęcia. 
–  Mówisz,  jakbym  się  zdeklasowała,  nie  wykorzystała  swojej  szansy.  Czasami 

ż

ycie zmusza nas do różnych rzeczy. Dowiedziałeś się dziś tego, co zamierzałeś? 

– Pytasz, czy rozgryzłem do końca charakter Harry’ego? 
– Nie, chodzi mi o tego inżyniera. Spojrzał na nią z uznaniem. 
– A więc domyśliłaś się. 
–  Od  pewnego  momentu  mogłam  zajmować  się  wyłącznie  obserwowaniem 

innych. 

– Dziękuję ci, Bello. 
– Za co? 
– Gdyby nie ty, jego żona nie wyznałaby, że on nie ma jeszcze pracy. 
– To jest ta ważna informacja? 
– Wręcz kluczowa. Gdyby mu zaproponowano niezwykle korzystne warunki lub 

wyższe stanowisko, nie byłoby problemu, on jednak najwyraźniej jest niezadowolony 
z  pracy  u  Clearwatera.  Muszę  odkryć,  co  złego  tam  się  dzieje,  zanim  wydamy 
majątek na nowy produkt i kampanię reklamową. 

Zaparkował  samochód  przed  domem,  jednak  Bella  nadal  siedziała  bez  ruchu. 

Wyraźnie nad czymś się zastanawiała. 

–  Jedyna  zła  rzecz  w  Clearwater  Electronics  –  odezwała  się  po  chwili  –  to  brak 

zainteresowania  ze  strony  Harry’ego.  –  Wysiadła  z  samochodu  i  z  rękami 
wciśniętymi w kieszenie żakietu pospieszyła do domu. 

Dogonił ją, gdy wkładała klucz do zamka. 
– Masz na myśli panienki, które wciąż tam się kręcą? Bello, wiem, że nie podoba 

background image

 

63 

ci  się  Angélique,  nie  masz  też  najlepszej  opinii  o  Harrym.  Rzeczywiście,  ta 
dziewczyna  nam  wszystkim  działa  na  nerwy,  ale  nie  ma  zbyt  wielkiego  wpływu  na 
Harry’ego. 

Otworzyła drzwi. 
–  Wspominałeś  o  kontrolowanym  chaosie.  Edwardzie,  jeśli  sytuacja  w  firmie 

choć  trochę  przypomina  dzisiejsze  spotkanie,  mamy  do  czynienia  z  czystym 
chaosem, bez żadnej kontroli. 

– Przyjęcie rzeczywiście było dziwne, ale to o niczym nie świadczy. – Przerwał i 

zastanowił się nad uwagą Belli. Nie miała racji, mówiąc, że Harry nie interesuje się 
firmą. Przecież on nią żył. 

–  Moim  zdaniem,  gdy  nie  do  końca  wiadomo,  kto  kieruje  pracą,  oznacza  to,  że 

szef  nie  wypełnia  swoich obowiązków.  Innymi  słowy,  nie  powinien  zajmować  tego 
stanowiska. 

Edward spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale nic nie powiedział. Musiał się skupić. 
–  Tylko  –  niepewnie  ciągnęła  Bella  –  co  ja  właściwie  wiem  o  przemyśle, 

ekonomii i zarządzaniu? 

Szybko  pokonała  schody,  lecz  zatrzymała  się  na  górze.  Wychylając  się  przez 

barierkę, dodała: 

– A tak przy okazji, Edward... 
Jej głos brzmiał teraz zupełnie inaczej i Edward natychmiast zapomniał o Harrym 

Clearwaterze, młodym inżynierze i kapitale inwestycyjnym. 

Jedno słowo, pomyślał. Wystarczy jedno jej słowo... 
–  Dziękuję  za  obiad  –  dokończyła  Bella.  –  To  był  niezapomniany  wieczór.  – 

Starannie zamknęła za sobą drzwi pokoju. 

Rzeczywiście  niezapomniany,  myślała  Bella,  leżąc  w  ciemnościach.  Co  ją 

opętało?  Po  co  wtykała  nos  w  interesy  Edwarda  i  udzielała  mu  rad  w  sprawach,  o 
których nie miała zielonego pojęcia? I w dodatku ta historia z dyplomem... 

Co gorsza, czuła się rozgoryczona, a nawet odrzucona, kiedy dowiedziała się, na 

czym polega jego praca. 

Jasne,  nie  istniał  żaden  powód,  dla  którego  miał  ją  o  czymkolwiek  informować, 

tak samo jak ona nie zdradzała, z jakiego powodu porzuciła studia. 

Nie  musiał  opowiadać  o  swojej  działalności  przypadkowym  znajomym,  a  ona 

kimś takim właśnie była i wcale nie chciała, by to się zmieniło. 

Tak  więc  fakt,  że  nie  uznał  jej  za  kogoś,  komu  mógłby  się  zwierzać,  nie  miał 

ż

adnego znaczenia. 

background image

 

64 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Bella  spała  dłużej  niż  zwykle  i  obudziły  ją  dopiero  hałasy  dochodzące  z 

remontowanej łazienki. Skoro Mike zaczął już pracę, Edward musiał go wpuścić. W 
takim razie sam pewnie wyszedł do biura. 

To  dobrze.  Wczoraj  długo  nie  mogła  zasnąć,  zajęta  rozpamiętywaniem  swojego 

zachowania.  Co  ją  podkusiło,  żeby  wygłaszać  swój  amatorski  sąd  o  Harrym 
Clearwaterze?  Musiała  chyba  postradać  zmysły!  Sądząc  z  wyrazu  twarzy  Edwarda, 
on też tak uważał. Dobrze chociaż, że się opanował i nie przywołał jej do porządku. 

Zastanawiała  się,  czy  powinna  go  przeprosić  za  wtykanie  nosa  w  nie  swoje 

sprawy.  Nie,  lepiej  zostawić  to,  tak  jak  jest.  Być  może  Edward  już  zapomniał  o  jej 
naiwnych uwagach. 

Zanim  była  gotowa  do  zejścia  na  dół,  Mike  zajął  się  mniej  hałaśliwą  pracą. 

Zatrzymała się na chwilę pod drzwiami łazienki. Właściwie powinna sprawdzić, jak 
postępuje remont. Wczoraj w ogóle tam nie zajrzała. 

Postanowiła  odłożyć  inspekcję  na  później.  Nie  czuła  się  na  siłach,  –  żeby 

rozmawiać z kimkolwiek, a tym bardziej z Newtonem. 

Na  dole  zaskoczył  ją  dochodzący  z  salonu  zapach  farby.  To  Edward  malował 

drzwi! 

Starała się nie zwracać uwagi na znoszone dżinsy, mocno opięte na jego wąskich 

biodrach,  ani  też  na  uśmiech,  który  pojawił  się  w  jego  oczach,  gdy  podniósł  wzrok 
znad pędzla. 

– Kawa powinna być już gotowa – powitał ją. 
Nie tylko czuła zapach kawy; miała wrażenie, że zażyła już dużą porcję kofeiny. 
Jej  reakcja  na  pewno  nie  była  wywołana  tylko  uśmiechem  Edwarda,  miała  też 

związek z ulgą, że niewątpliwie zamierzał zignorować jej wczorajszą gafę. 

– Czyżbyś przygotował ją dla mnie? 
– Skądże znowu – przyznał z radosnym uśmiechem. – Tak naprawdę myślałem o 

Mike’u. 

– Akurat. Dzięki, że mu otworzyłeś. Trzeba było mnie obudzić. 
– Będę pamiętał o zaproszeniu. – Uśmiech stał się jeszcze bardziej promienny. 
– Nie o tym myślałam. – Czuła, że się czerwieni. 
– Taki już mój los – zasmucił się. 

background image

 

65 

Nie  należało  tego  ciągnąć.  Poszła  do  kuchni,  napełniła  filiżanki  i  zaniosła  je  do 

salonu.  Gdyby  miała  choć  trochę  rozsądku,  podałaby  kawę  Edwardowi,  drugą 
zaniosła Mike’owi, a sama wróciła do kuchni, by przygotować plan dnia. 

Jednak  zamiast  tego  stanęła  w  przejściu  i  jak  durna  nastolatka  zapatrzyła  się  w 

Edwarda, który wciąż pracowicie malował. 

– Niewątpliwie masz ukryty talent. Prawdziwa złota rączka. 
– Nic z tych rzeczy – pokręcił głową. – Skorzystałem z twojej rady i przeczytałem 

instrukcję. 

– Tak po prostu przyznajesz się do tego? – Bella gwizdnęła z uznaniem. 
Wykrzywił się do niej. 
– Są ciemniejsze niż tamte drzwi. 
– Sprzedawca zapewniał mnie, że to ten sam odcień. Po wyschnięciu farba stanie 

się jaśniejsza. 

– Mam nadzieję. Nie chciałbym zaczynać od nowa. 
– Widzę, że zależy ci na pomalowaniu drzwi tak samo, jak mnie na ich założeniu. 
– Chciałbym to szybko skończyć. – Rzucił okiem na zegarek i ponownie zanurzył 

pędzel w puszce. 

– Przecież nie odbijasz karty zegarowej, a po wczorajszym przyjęciu Harry się nie 

obrazi, gdy ranek poświęcisz osobistym sprawom. 

– Sam nie wiem. Zresztą wpadnie tu niedługo. 
– Tutaj? Dlaczego? – spytała zszokowana. 
– Musimy spokojnie porozmawiać. W biurze co i rusz przychodzą pracownicy z 

różnymi  technicznymi  problemami,  natomiast  na  mieście  Harry  wciąż  wpada  na 
znajome dziewczyny. – Edward zajął się malowaniem przeciwległego rogu. – Bello, 
zastanawiam  się,  czy  mogę  cię  prosić  o  przysługę  –  dodał  po  chwili,  unikając  jej 
wzroku. 

– Skończyły ci się oliwki? 
–  Jeszcze  nie.  Chciałbym,  żebyś  skontaktowała  się  z  żoną  tego  inżyniera  z 

Clearwater Electronics i spróbowała dowiedzieć się, dlaczego rzucił pracę. 

Naprawdę potrzebował jej pomocy? Ufał jej ocenie? Serce zabiło jej mocniej. Z 

trudem opanowała drżenie głosu. 

– Mam być wywiadowcą? – spytała powoli. Ręka z pędzlem zawisła w powietrzu. 
– Niech zgadnę. Chcesz mi oznajmić, że „Wypożyczalnia Żon” jest zbyt etyczna, 

aby trudnić się szpiegostwem przemysłowym? 

– Nie o to chodzi. Dotychczas nikt nas o to nie prosił. – Bella zamyśliła się. – To 

mógłby być początek nowej działalności. Jasne, zajmę się tym. 

background image

 

66 

–  Dziękuję,  Bello.  – Uśmiechnął  się  inaczej,  swobodniej i  czulej,  czyli  znacznie 

bardziej niebezpiecznie. 

Z trudem odwróciła wzrok. 
– Uważaj, rozchlapujesz farbę. 
Edward rozprowadził pędzlem krople, które spadły na gładką powierzchnię. 
– Możesz zrobić to już dziś? Im szybciej zdobędę potrzebne informacje... 
Tym  prędzej  będzie  mógł  dokonać  oceny  i  ruszać  dalej.  Nie  musiał  kończyć 

zdania. Wszystko było jasne. 

Dobry  nastrój  prysł.  Prosił  o  pomoc,  bo  polegał  na  jej  zdaniu.  Była  wyłącznie 

ś

rodkiem prowadzącym do celu. Nie powinna być tym zaskoczona, a jednak... 

– Rozumiem – wykrztusiła w końcu. – Wpadnę do niej z folderem firmy. Nie wie 

przecież, że zwykle nie roznosimy ich osobiście. 

– Wspaniale. Zdobędę adres, jak tylko dotrę do biura. – Po raz ostatni pociągnął 

pędzlem  i  odsunął  się,  żeby  obejrzeć  swoje  dzieło.  –  No,  starczy.  Z  drugą  stroną 
trzeba poczekać, aż ta wyschnie. – Zamknął puszkę z farbą i poszedł umyć pędzel. 

Bella została w przejściu do holu. Głowę oparła o ścianę i przymknęła oczy. 
Nie  może  się  tak  przejmować.  To  oczywiste,  że  Edward  próbuje  wykorzystać 

wszystko,  co  może  doprowadzić  go  do  rozwiązania  problemu.  Na  tym  polega  jego 
praca.  Dlaczego  ją,  przypadkową  znajomą,  miałby  traktować  w  jakiś  wyjątkowy 
sposób?  No  cóż,  sprawę  postawił  uczciwie.  Niczego  nie  owijał  w  bawełnę,  tylko 
poprosił o pomoc. A mógłby nią manipulować... 

O nie, co najwyżej mógłby spróbować, ale szybko by się sparzył. 
Nadal  jednak  nie  wiedziała  tego,  co  najważniejsze:  dlaczego  tak  się  tym 

wszystkim przejmuje? 

Na schodach rozległy się kroki Mike’a, ale nie zamierzała zmieniać pozycji. Jeśli 

uda, że go nie słyszy, może da jej spokój. 

Majster zatrzymał się u stóp schodów i niepewnie ruszył w jej stronę. 
– Proszę pani? 
Ukryła niezadowolenie i otworzyła oczy. 
Nowa  fryzura  Mike’a  nadal  ją  szokowała.  Uwolnione  z  kucyka  włosy  sterczały 

mu  bezsensownie  na  czubku  głowy.  Na  jego  twarzy  malował  się  tak  szczery 
niepokój, że jej zniecierpliwienie znikło. 

– O co chodzi, Mike? 
– Dobrze się pani czuje? 
–  Nigdy  nie  czułam  się  lepiej  –  bez  powodzenia  próbowała  ukryć  ironię.  –  W 

czym mogę ci pomóc? 

background image

 

67 

Zakołysał się na piętach i przesunął wykałaczkę do drugiego kącika ust. 
– Wie pani, to te rury. 
Przekleństwo  cisnęło  się  jej  na  usta,  ale  Mike  przecież  nie  robił  tego  celowo. 

Postanowiła przyspieszyć rozmowę. 

– A dokładniej? 
–  Podłączyłem  nowe  rury  do  starego  systemu,  ale  ciągle  gdzieś  cieknie.  Nie  na 

złączach, ale w tych starych rurach. Co załatam jedną, zaraz przecieka następna. Nie 
mogę gwarantować, że coś w nich nie puści i nie zaleje domu. 

– Chodzi o to, że jest więcej roboty, niż początkowo myślałeś? Ale chyba można 

to było przewidzieć? 

– Możliwe, proszę pani, ale to się zdarza. Z zewnątrz wyglądało dobrze. Dom ma 

przynajmniej  dwadzieścia  lat,  a  hydraulika  od  początku  nie  była  najlepsza.  Lepiej 
chyba zmienić cały system. Wtedy nic nie będzie przeciekać, wzrośnie też ciśnienie 
wody i wanna napełni się migiem. 

Bella wyobraziła sobie Rosalie, która po powrocie do domu zastaje wannę bez rur 

i kranów. 

– Przekażę tę informację – postanowiła. – Na razie musisz spróbować załatać co 

się da, bo nie mogę bez konsultacji podjąć takiej decyzji... 

Przerwała, gdy Mike wściekle zacisnął zęby. 
– To on nawet  nie  pozwała pani  o niczym  decydować?  –  Jego głos nagle  stracił 

swą powolność. – Ten pani cholerny mąż myśli, że pani nie ma swojego rozumu? 

Bella  nie  wierzyła  własnym  uszom.  Czyżby  naprawdę  powiedział  „cholerny”? 

Nagle dotarł do niej sens słów, więc szybko próbowała wyjaśnić. 

– Mówisz o Edwardzie? On nie jest moim mężem. Dezaprobata Mike’a stała się 

bardziej widoczna. Jego twarz nie wróżyła niczego dobrego. 

– Na mój rozum, to jeszcze gorzej. Straszy panią, co? A jak pani się stawia, to... 
– Jeśli mówisz o drzwiach, to było nieporozumienie. 
– Niech pani nie próbuje go bronić. Już ja swoje wiem.  
Bella potarła skronie i zaczęła jeszcze raz. 
– Mike, źle to zrozumiałeś. 
– I jeszcze to, że nawet się z panią nie ożenił – mówił z rosnącą wściekłością. – 

Tego nie mogę znieść. I nie zniosę! 

Coś takiego, pomyślała Bella. Hydraulik, który zapatrzył się w opery mydlane... 
Nie  do  śmiechu  jej  jednak  było,  kiedy  na  ramionach  poczuła  ręce  Mike‘a. 

Przyciągnął ją do  siebie. Szorstką dłonią ujął ją  pod  brodę i  zmusił  do podniesienia 
głowy. 

background image

 

68 

–  Edward  –  próbowała  zawołać,  ale  przez  ściśnięte  gardło  wydobył  się  tylko 

ochrypły szept. 

–  Próbowałem  się  nie  wtrącać  –  oznajmił  Mike.  –  Ale  skoro  pani  nie  jest  jego 

ż

oną... skoro jest pani wolna, to inna sprawa. 

Bella przekręciła głowę i jego pocałunek trafił w policzek. Na szczęście... 
–  Nie  walcz  ze  mną.  Nigdy  cienie  skrzywdzę,  zobaczysz.  –  Jego  usta  były  już 

bardzo blisko. 

Zza pleców Mike’a usłyszała chłodny głos Edwarda: 
–  To  bardzo  pouczające,  Mike,  ale  Bella  rezygnuje  z  dalszych  lekcji,  i  to 

natychmiast. – Bezceremonialnie chwycił go za ramię i odciągnął. 

Bella, ciężko oddychając, wsparła się o poręcz. 
– Ona nie należy do ciebie – warknął Mike. – Jeśli się z nią nie ożenisz, nie masz 

do niej żadnego prawa. – Odskoczył na bok i zamierzył się na Edwarda. 

Edward sparował cios i mocno pchnął Mike’a, który poleciał na drzwi wejściowe. 
Bella patrzyła z niedowierzaniem. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. 

Drzwi zatrzeszczały przeraźliwie i rozłupały się na całej długości. Zobaczyła parking, 
a  za  nim  park  w  głębi  osiedla.  Przez  dziurę  wpadł  promień  słońca,  oświetlając 
unoszące się w powietrzu drobiny kurzu i białe skrawki płyty. Kilka z nich opadło na 
głowę Mike’a, siedzącego wśród tego bałaganu. 

Edward  zrobił  parę  kroków  i  wyciągnął  do  niego  rękę,  on  jednak  ze  złością 

pokręcił głową i stanął o własnych siłach. 

–  Nie  przyjąłbym  pana  ręki,  nawet  gdyby  moje  życie  od  tego  zależało  –  niemal 

wypluł te słowa. 

Edward z niedowierzaniem potrząsnął głową. 
– Masz tupet, żeby po tej scenie oskarżać mnie o niewłaściwe zachowanie. 
Bella przerwała im szybko. 
– Spróbujmy trochę ochłonąć... 
Mike patrzył na nią. 
–  Pani  wcale  niepotrzebny  ratunek.  Widocznie  lubi  pani  być  tak  traktowana.  W 

porządku. Narzędzia zabiorę innym razem. – Otrzepał dżinsy, kopnięciem odsunął ze 
swojej  drogi  kawałek  płyty  i  wyszedł.  Kilka  sekund  później  dał  się  słyszeć  klekot 
silnika jego półciężarówki. 

Cisza,  jaka  zapadła  w  holu,  aż  dzwoniła  w  uszach.  Bella  usiadła  na  najniższym 

schodku. 

– A niech to! Dzięki, Edward. – Nawet nie próbowała ukryć sarkazmu. 
–  Zaraz,  zaraz  –  zaprotestował.  –  Skoro  nie  chciałaś  mojej  pomocy,  dlaczego 

background image

 

69 

krzyczałaś? 

– Wcale nie krzyczałam. 
– Oczywiście, że tak – zawahał się. – Brzmiało to co prawda jak zduszony szept, 

ale wołałaś moje imię. 

–  A  ty  czym  prędzej  pospieszyłeś  z  odsieczą.  Teraz  nie  mamy  ani  drzwi,  ani 

hydraulika. 

– Co... no tak, zjawi się tu tylko po narzędzia. Porzucił robotę. 
– Myślę, że gdybyś był jedynym pracodawcą na świecie, Mike i tak nie zgodziłby 

się już pracować dla ciebie. Jednakże... 

– O co mu chodziło, gdy powiedział, że niepotrzebny ci ratunek? 
–  Według  niego  bronię  cię,  mimo  że  podle  mnie  traktujesz.  Uważa,  że  jestem 

twoją niewolnicą. 

– Co za bzdura. 
–  Nie  całkiem.  Sam  mu  powiedziałeś,  że  musiałeś  wyłamać  drzwi,  bo  nie 

chciałam cię wpuścić do domu. Gorszej opinii nie mogłeś sobie wystawić. 

–  Więc  uznał,  że  skoro  ja  zachowuję  się  jak  jaskiniowiec,  można  mnie 

naśladować? 

– Myślał, że wyświadcza mi przysługę. 
– Teraz z kolei bronisz jego. 
– Chcę tylko, żebyś zrozumiał, że niepotrzebnie go uderzyłeś. 
– Nie uderzyłem go, tylko odciągnąłem od ciebie. 
– Ale go popchnąłeś. 
–  Zamierzył  się  na  mnie.  Bello,  pozwól  sobie  przypomnieć,  że  gdyby  nie  było 

mnie tutaj... 

– ... nie zachowałby się jak bohater opery mydlanej – wpadła mu w słowo. – Nie 

miałby powodu. 

–  Kochanie,  czy  ty  naprawdę  myślisz,  że  to  ja  sprowokowałem  go  do  tych 

ekscesów? 

Jak miała mu wyjaśnić, że gdyby jak zwykle rano poszedł do biura, nie stałaby w 

holu,  rozmyślając  o  nim,  a  Mike  nie  poczułby  się  w  obowiązku  bronić  uciśnionej 
niewinności. I dzień toczyłby się jak co dzień. 

–  Co  ty  mu  takiego  powiedziałaś?  –  podejrzliwie  dopytywał  Edward  – 

Wspomniałaś, że planujemy stać się małżeństwem? Czy tak? 

Przy  swoim  szczęściu  nie  powinna  była  liczyć,  że  mu  to  umknie.  Ktoś  taki  jak 

Edward  nigdy  nie  przegapi  uwagi o  małżeństwie.  Czujność,  to  główna  linia  obrony 
facetów, którzy dostają wysypki na samą wzmiankę o stabilizacji. 

background image

 

70 

Jednak nie pozwoli, by oskarżał ją o fantazje Mike’a. 
– Ach, to. – Jej głos był pełen słodyczy. – Zaledwie mu wspomniałam, że wciąż 

cię błagam, abyś uczynił ze mnie uczciwą kobietę. Ty jednak nie tylko naigrawasz się 
z  moich  próśb,  ale  katujesz  mnie  coraz  okrutniej.  Nie  rozumiem,  dlaczego  tak  się 
zezłościł... 

–  Bello,  jeszcze  chwila,  a  samo  bicie  nie  wystarczy  –  przerwał  jej  rzeczowym 

tonem. 

–  Edward,  nie  zgrywaj  się.  Mike  po  prostu  nie  wie,  kim  naprawdę  jesteśmy. 

Nigdy mu nie wyjaśniłam, iż ja opiekuję się domem, a ty jesteś gościem. 

– Pomylił nas z Rosalie i Emmettem? – zdziwił się Edward. 
– To jednak nie tłumaczy jego zachowania. 
– Mimo to nie powinieneś się mieszać. Potrafię o siebie zadbać... 
– Faktycznie – zadrwił. – Szło ci znakomicie. Cholernie żałuję, że się wtrąciłem. 

Z  przyjemnością  bym  popatrzył,  jak  kładziesz  Mike’a  na  łopatki.  –  Głos  Edwarda 
złagodniał. 

– Bello, przyznaj się, ta sytuacja cię przerosła. 
Nie  patrzyła  mu  w  oczy,  ponieważ  jednak  usłyszała  w  jego  głosie  pobłażliwą 

nutę, z uporem powtórzyła: 

– Sama potrafię dać sobie radę. 
Edward odwrócił się, smutno kręcąc głową. Bella wreszcie odetchnęła z ulgą. 
Nie zauważyła jednak, że Edward planuje atak. Chwilę potem znalazła się w jego 

ramionach. Przycisnął ją mocno do siebie, tak że uniosła się i ledwie końcami palców 
dotykała podłogi. Była całkiem bezradna, nie mogła się poruszyć. 

Chwyt Mike’a był agresywny i niemiły, natomiast ramiona Edwarda otulały ją jak 

aksamit.  Tyle  że  pod  aksamitem  kryła  się  stalowa  lina,  która  uniemożliwiała 
ucieczkę. Mike’a się bała, ale Edward ją przerażał. 

– Przestań – ledwie mogła wydobyć głos. – Puść mnie, Edward. 
–  Masz  szansę  pokazać,  jak  sobie  dajesz  radę.  Mogę  zrobić,  na  co  tylko  mam 

ochotę. Jak mnie powstrzymasz? – Pochylił głowę i lekko całując jej usta, szepnął: – 
Pokaż, jak to robisz. Broń się. 

Wiła  się jak  piskorz,  ale brakowało jej  siły,  żeby  się  wyswobodzić.  Gdyby  choć 

udało się oprzeć stopy na podłodze... 

Zdecydowanie przycisnął usta do jej warg. Zakręciło się jej w głowie... 
Koniecznie musiała uwolnić się od tego pocałunku. Nie, żeby wywoływał uczucie 

przykrości,  bólu  czy  poniżenia.  Bała  się  jednak,  że  przedłużenie  pieszczoty  zbyt 
rozbudzi  jej  zmysły  i  nie  będzie  już  w  stanie  logicznie  myśleć,  ani  tym  bardziej 

background image

 

71 

działać. 

Ostatnim  wysiłkiem  woli  spróbowała  użyć  podstępu.  Bezwładnie  osunęła  się  w 

jego ramionach. Jeśli Edward pomyśli, że się poddała, przestanie udowadniać swoją 
przewagę.  Straci  czujność,  a  wtedy  ona  zaatakuje.  Najlepiej,  gdyby  pomyślał,  że 
zemdlała.  Wtedy  ją  puści,  bo  nieprzytomna  kobieta  nie  stanowi  już  żadnego 
wyzwania. No właśnie, wyzwanie. Tu leży sedno sprawy. Po prostu udowadniał, że 
jest wystarczająco silny, żeby zrobić z nią, co tylko zechce. 

Plan był rozsądny, ale nie doceniła Edwarda. Kiedy zamknęła oczy i zwiotczała, 

przytulił ją jeszcze mocniej. Za to pocałunki stały się delikatniejsze. 

Gdyby był bardziej stanowczy, zebrałaby siły, żeby z nim walczyć, lecz łagodny 

dotyk  i  delikatne  pocałunki  kusiły  i  prowokowały.  Uległa  im  i  zaczęła  oddawać 
pieszczoty. 

– W salonie mamy wygodną kanapę – powiedział z ustami tuż przy jej wargach. 
Coś było nie tak, tylko co? 
– Drzwi są otwarte na oścież – powiedziała wreszcie po długiej chwili. 
– To mnie nie powstrzyma – wymruczał wtulony w jej szyję. Oparła głowę o jego 

ramię  i  pozwoliła  poprowadzić  się  do  salonu.  Posadził  ją  w  najbliższym  fotelu. 
Czekała  chwilę,  aż  do  niej  dołączy,  w  końcu  z  trudem  otworzyła  oczy.  Świat 
zawirował. 

– Co się stało? 
– Jak słusznie zauważyłaś, drzwi są otwarte na oścież. Choć wydawało mi się, że 

specjalnie ci to nie przeszkadza. 

Rozwścieczona  zerwała  się  na  równe  nogi.  Zrobiła  to  z  takim  impetem,  że 

zawadziła  nogą  o  świeżo  pomalowane  drzwi  i  zielonkawa  farba  zostawiła  ślad  na 
tweedowych  spodniach.  Zaklęła  i  próbowała  zetrzeć  plamę.  Świetny  pretekst,  żeby 
nie patrzeć na Edwarda. 

–  Oboje  już  wiemy,  że  twoja  metoda  obrony  polega  wyłącznie  na  samokontroli 

drugiej  osoby.  –  Edward  mówił  przyduszonym  głosem,  jakby  miał  kłopoty  z 
odzyskaniem oddechu. – I jeszcze jedno. Co prawda nie tego chciałem dowieść, nie 
możemy jednak zlekceważyć faktu, że pragniesz mnie równie mocno, jak ja ciebie. 

– Nieprawda. Zaatakowałeś mnie. 
–  Tylko  pocałowałem,  a  ty  się  nie  opierałaś,  lecz  wręcz  przeciwnie.  Nie 

uciekniemy od tego, Bello. Musimy coś z tym zrobić. 

Potrząsnęła głową. Chciała go ostrożnie wyminąć, ale przesunął się i oparł ręce o 

ś

cianę nad jej ramionami. Zatrzymał ją jak w potrzasku. 

–  Musimy  z  tym  coś  zrobić  –  powtórzył.  –  Nie  karm  mnie  bzdurami  o  jakimś 

background image

 

72 

profesorku,  który  zniechęcił  cię  do  wszystkich  mężczyzn.  Nie  jestem  do  niego 
podobny i nie chcę cierpieć za jego winy. Ja cię nie okłamię, Bello. 

– Nigdy nie mówiłam, że jesteś do niego podobny. 
– To dobrze – szepnął. – Przynajmniej to wyjaśniliśmy. – Pochylił głowę i znów 

ją pocałował. 

Jego  usta  ledwie  jej  dotknęły,  a  już  czuła  się  zniewolona,  jakby  oplatała  ją  sieć. 

Nie mogła złapać oddechu, jej reakcje spowolniały, skupiła się na pieszczocie. 

– A więc jest dokładnie tak, jak myślałem. Co z tym zrobimy? – zapytał cicho. 
– Na pewno nie romans – powiedziała drżącym głosem. 
–  Romans  już  jest,  tylko  nie  doszliśmy  jeszcze  do  sypialni.  –  Obsypał  jej  twarz 

pocałunkami. 

Odwróciła  głowę,  ale  niewiele  to  pomogło,  bo  niczym  niezrażony  Edward 

całował teraz jej skroń. 

– Coś takiego. – Starała się mówić możliwie lekko. – To wyjaśnia, dlaczego nie 

pamiętam, żebym z tobą spała. Już myślałam, że wyleciało mi to z głowy... 

–  Zapewniam  cię,  że  zapamiętałabyś  to  na  pewno  –  burknął  Edward  –  To  ci 

gwarantuję.  –  Czubkiem  języka  bawił  się  jej  kryształowym  kolczykiem.  Poczuła 
dziwny szum w uszach. 

Nagle Edward westchnął i odsunął się. 
–  Przyjechał  Harry.  Jego  motocykl  piekielnie  hałasuje.  Dlatego  szumiało  jej  w 

uszach. 

– Pójdę stąd – powiedziała pospiesznie. 
– Uciekasz? 
– Ależ skąd. Muszę zająć się spodniami, inaczej zostanie plama. 
–  Dobrze,  że  wychodzisz  –  zauważył.  –  Jesteś  trochę  rozczochrana.  Zobaczymy 

się  później.  A  może  chciałabyś,  żebym  odprawił  Harry’ego?  Mógłbym  poprosić, 
ż

eby zwolnił mnie jeszcze na parę godzin w... Jak to nazwałaś? Ach tak, pamiętam, w 

sprawach  osobistych.  –  Jego  niski  matowy  głos  pieścił  tak  samo,  jak  pocałunki.  – 
Bardzo osobistych. 

– Och, nie zawracaj sobie mną głowy. 
– Już dobrze. Życzę ci miłego oczekiwania. Nie spojrzała na niego. 
– Nie licz na to, Edwardzie. Mam dziś zbyt dużo zajęć, żeby myśleć o tobie. 
– Znajdziesz czas, zapewniam cię. 
Bella pozazdrościła Edwardowi jego pewności siebie. 

background image

 

73 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Gdy  Bella  poszła  na  górę  do  łazienki,  Edward  przymknął  oczy,  starając  się 

wyobrazić sobie widok za zamkniętymi drzwiami. 

Przyszło mu to wyjątkowo łatwo. Farba zabrudziła spodnie z tyłu na udzie, więc 

ż

eby  usunąć  plamę,  Bella  musiała  je  zdjąć.  Miała  teraz  na  sobie  jedwabną  bluzkę  i 

niewiele więcej... 

Powiedziała, że to nie będzie romans. Uśmiechnął się. Ciekawe, jak długo wytrwa 

w tym postanowieniu, które wygłosiła drżącym głosem. 

W wejściu ukazała się twarz Harry’ego. 
–  Użyłbym  dzwonka  –  powiedział  –  ale  widzę,  że  stosujecie politykę  otwartych 

drzwi. 

– Jesteś pierwszą osobą, która z tego korzysta. Wejdź.  
Harry ostrożnie ominął połamane kawałki płyty. 
– To straszne, że nie znalazłeś jeszcze rozwiązania. 
Edward  spojrzał  na  resztki  drzwi,  zastanawiając  się,  jak  zabezpieczyć  wejście. 

Trzeba  będzie  je  zabić  do  czasu,  aż  nowe  zostaną  pomalowane  i  jakiś  fachowiec, 
którego będzie musiał znaleźć, wmontuje je we framugę. 

– Jakiego rozwiązania? 
–  Odwiecznego  problemu  z  niezadowoloną  kobietą.  –  Harry  smutno  pokręcił 

głową.  –  Skoro  żona,  którą  zaledwie  wynajmujesz,  jest  powodem  takich  strat, 
pomyśl,  co  mogłaby  zrobić  po  ślubie.  –  Zadumał  się.  –  Jedna  dziewczyna  rzuciła 
kiedyś  we  mnie  drinkiem.  Trafiła  mnie  prosto  w  nos,  a  była  to  jakaś  obrzydliwie 
słodka  mikstura.  Że  też  nie  mogła  wybrać  whisky  z  wodą  sodową...  Ale  żadna  z 
mojego powodu nie wyważała drzwi. Powiedz, wchodziła czy wychodziła? . 

–  Ani  jedno,  ani  drugie  –  uciął  Edward.  Nonszalancja  Harry’ego  nie była  mu  w 

smak,  choć  przecież  nie  było  nic  złego  w  tym,  że  Clearwater  całą  sytuację 
potraktował  żartobliwie.  Tyle  że  nie  widział  bladej,  przerażonej  twarzy  Belli,  ani 
pochylającego się nad nią Newtona... 

Wielokrotnie  słyszał,  jak  ludzie  mówili,  że  z  gniewu  krew  ich  zalała.  Zawsze 

uważał, że to tylko przenośnia, ale dziś czuł – niemal widział – jak krew zalewa mu 
oczy.  Trwało  to  aż  do  chwili,  gdy  nie  odciągnął  tego  zbira  od  Belli.  Jeszcze  chyba 
nigdy nie czuł takiej satysfakcji, jak w momencie, kiedy Mike zatoczył się do tyłu i 

background image

 

74 

grzmotnął o drzwi. 

To  prawda,  że  cena  tego  wyczynu  okazała  się  dość  wysoka.  Szkoda,  że  nie 

popchnął go na ścianę. Tapetę i tak trzeba wymienić, więc kilka krwawych plam nie 
robiłoby różnicy. Cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. 

Ciekawe, czy do zabicia wejścia wystarczy leżąca na górze płyta, na której Mike 

trzymał  swoje  narzędzia?  To  nawet  rozsądne  rozwiązanie,  wykorzystać  jego 
własność do naprawy szkód, które spowodował. 

Z  pomocą  Harry’ego  usiłował  przymocować  oderwane  kawałki  drzwi,  kiedy 

Bella zeszła na dół. Z szafy w holu wyjęła skórzaną torbę, tak wielką, jakby należała 
do listonosza. Ciekawe... 

Edward z premedytacją został na miejscu, zagradzając dziewczynie przejście. 
– Widzę, że udało ci się sprać farbę. 
Nie patrząc na niego, poprawiała na ramieniu pasek torby. 
– Zimna woda, mydło i suszarka potrafią zdziałać cuda. 
–  Cześć,  Harry  –  przywitała  się.  –  Dziękuję  za  wczorajsze  przyjęcie.  Do 

zobaczenia, Edward.  

Wyciągnął rękę i zatrzymał ją. 
– Musisz wziąć klucz do drzwi na patio, bo te na razie nie nadają się do użytku. 
Ich oczy spotkały się. 
– Nawet nie wiem, gdzie go szukać. Naprawdę trzeba zabić główne wejście? 
Zamiast  odpowiedzi,  popchnął  wskazującym  palcem  to,  co  zostało  z  drzwi. 

Odpadł kolejny kawałek. 

– W porządku – zgodziła się. – Jasne, głupie pytanie. Tak czy inaczej, nie wiem, 

gdzie jest ten klucz. Musisz wezwać ślusarza. 

– Tobie na pewno łatwiej. Dopiszesz mi do rachunku. 
–  Lista  należności  niedługo  cię  przerośnie.  –  Schyliła  się,  żeby  przejść  przez 

otwór.  Zatrzymała  się  gwałtownie,  gdy  zahaczyła  paskiem  torby  o  wystający 
fragment płyty. 

Edward pomógł jej uwolnić się. 
– Zobaczymy się później, Bello – powiedział łagodnie. 
Zabrzmiało  to  bardzo  niewinnie,  doskonale  jednak  wiedziała,  o  co  mu  chodzi. 

Czubkami  palców  dotknął  jej  szyi,  sprawdzając  puls.  Wyrwała  mu  pasek  z  ręki  i 
oddaliła się pospiesznie. 

Harry zakasłał znacząco. 
– Uważaj na siebie, Cullen. 
O nic nie pytał, Edward uznał więc, że nie oczekuje odpowiedzi. 

background image

 

75 

– Zrobię kawę i porozmawiamy. 
Poszli do kuchni. Harry przysunął sobie krzesło i usiadł z kubkiem w dłoni. 
– No już, strzelaj. 
– Dlaczego spodziewasz się złych wiadomości? 
– Dobre przekazałbyś mi w biurze. 
–  Niekoniecznie.  Trzeba  dopracować  szczegóły,  a  tam  wciąż  ktoś  przeszkadza. 

Tak naprawdę, jeszcze nie podjąłem decyzji. Nadal muszę wiele przemyśleć. 

– Powiedz tylko, czego ci potrzeba. Dopilnuję, żebyś to dostał. – Odstawił kawę i 

poruszył  się  na  krześle.  –  W  takim  razie  wracam  do  biura  zająć  się  nowym  typem 
silnika. Nie będę się przyglądał, jak myślisz. 

Edward uniósł brwi. 
– Myślałem, że silnik przekazałeś do działu badań. 
– Znasz powiedzenie: „Chcesz coś zrobić dobrze, zrób to sam”? 
Bella powiedziała wczoraj, że Harry nie interesuje się firmą. 
Nie  miała  racji,  przecież  Clarwater  prawie  bez  reszty  skupiony  był  na 

przedsiębiorstwie. 

Bella  wspominała  jeszcze  o  szefie,  którego  należy  zastąpić,  jeśli  źle  kieruje 

pracą... 

– Bądź tak dobry i odpowiedz mi na kilka pytań.  
Harry wzruszył ramionami i odchylił się na krześle. 
– Jasne, co chciałbyś wiedzieć? 
–  Przypomnij  sobie  początki  istnienia  Clearwater  Electronics.  Czy  było  coś,  co 

wtedy szczególnie cię ekscytowało, a czego brakuje ci dzisiaj? 

Harry na chwilę zadumał się. 
– Najbardziej lubiłem rozwiązywać problemy techniczne. Być częścią zespołu, a 

nie  kimś,  kto  wyłącznie  ogląda  rezultaty  badań,  i  to  tylko  wtedy,  jeśli  praca 
papierkowa na to pozwoli. 

– Innymi słowy, najbardziej podobała ci się praca inżyniera. 
– Tak zaczynałem, zakładając firmę. 
– Wiem. – Edward przybrał niedbałą postawę, jakby następne pytanie było mało 

ważne. – Nigdy się nie zastanawiałeś, aby do tego wrócić? Znów być inżynierem, a 
nie dyrektorem? No jak? 

– Masz na myśli sprzedaż firmy? 
–  Nie.  –  Edward  zawahał  się. –  No,  może,  choć  takiego  rozwiązania  nie  brałem 

pod uwagę. Myślałem o czymś innym, a mianowicie o zatrudnieniu kogoś na twoje 
obecne  stanowisko.  Przyjmując  doświadczonego  specjalistę,  który  by  się  zajął 

background image

 

76 

zarządzaniem... 

– ... na którym ja się nie znam. To masz na myśli? 
–  Nie  udawaj,  że  nie  rozumiesz.  Nadal  byłbyś  właścicielem  Clearwater 

Electronics  i  mógłbyś  robić,  co  tylko  zechcesz,  natomiast  kto  inny  przejąłby  tak 
bardzo przez ciebie znienawidzone papiery. 

– To mogłoby też oznaczać utratę kontroli. 
– Na co dzień tak, ale możesz przecież zostać prezesem rady nadzorczej. 
– Chcesz powiedzieć, że nie potrafię kierować własną firmą? 
–  Nie.  Chcę  tylko  powiedzieć,  że  można  być  genialnym  przedsiębiorcą,  ale...  – 

przerwał, szukając właściwych słów. 

–  Kiepskim  menadżerem?  –  dokończył  za  niego  Harry.  Dobrze  powiedziane. 

Harry nie bawił się w szukanie łagodnych określeń. 

– Rzadko spotyka się ludzi, którzy potrafią wszystko. Innych umiejętności trzeba, 

aby założyć firmę, i zupełnie innych, aby doprowadzić ją do rozkwitu. 

– I twoim zdaniem, mnie ich brakuje. 
– Droga z warsztatu do gabinetu nie jest łatwa. Twoja wizja przedsiębiorstwa nie 

ulegnie zmianie, bo nowy dyrektor będzie prowadził taką politykę, jaką mu zalecisz. 
Ty jednak będziesz mógł usiąść przy desce i zająć się projektowaniem. Przestaniesz 
zawracać sobie głowę drobiazgami. 

Harry  nie  odpowiadał,  ale  Edward,  prawdę  mówiąc,  spodziewał  się  tego.  Wcale 

nie  zamierzał  naciskać.  W  swojej  pracy  nauczył  się,  że  ludziom  należy  zawsze 
zostawić czas na przemyślenie. W końcu z reguły zgadzali się z jego propozycjami. 

W  innych  dziedzinach  ta  filozofia  również  się  sprawdzała.  Na  przykład  Bella. 

Ona  też  się  zgodzi.  Trzeba  tylko  cierpliwie  poczekać.  No  i  mieć  nadzieję,  że  nie 
zabraknie mu czasu, a to będzie zależało od tego, jak długo potrwa jego współpraca z 
Clearwater Electronics. 

Dzisiejsze zlecenia zajęły Belli dwa razy więcej czasu niż zwykle. Zapominała o 

najoczywistszych  rzeczach,  musiała  cofać  się  do  miejsc,  które  już  odwiedziła.  W 
rezultacie spóźniła się na spotkanie z Jessicą, Angelą i klientką, której miały pomóc 
w  porządkowaniu  rzeczy  matki.  Kiedy  dojechała  na  miejsce,  trzy  samochody  stały 
już na podjeździe. Zaparkowała na ulicy i ruszyła w stronę domu. 

Przy wejściu czekała na nią Jess. 
– Bello, co się z tobą dzieje? Zadzwoniłaś wczoraj, odłożyłaś nagle słuchawkę i 

nie  odezwałaś  się  aż  do  rana.  Sama  zaplanowałaś  dzisiejsze  spotkanie,  a  teraz 
spóźniasz się dwie godziny. Czy coś się stało? 

Zza pleców Jessici wyjrzała Angela. Spojrzała uważnie na Bellę i rzuciła: 

background image

 

77 

– Daj jej spokój, nie widzisz, że to zmęczenie wiosenne? 
– Przecież jest październik – zezłościła się Jessica. Angela uśmiechnęła się. 
– Tym  bardziej  nic  dziwnego,  że  jest trochę ogłupiała.  Jessica wzniosła  oczy  do 

nieba, ale twarz jej złagodniała. 

Posłała Belli przepraszające spojrzenie. 
– Zaczynałam się martwić. To do ciebie niepodobne. 
– Przepraszam, Jess. Wymieniałam w bibliotece książki pani Carlson. Znalezienie 

pozycji, których jeszcze nie czytała, jest prawdziwym wyzwaniem. – Bella uspokoiła 
sumienie. To wszystko była prawda. 

Gdy weszły do środka, Angela zrównała się z Bellą. 
– Przyjmuję podziękowania za uratowanie cię z łap Jessici – mruknęła. – A teraz 

powiedz, czemu jesteś tak roztrzęsiona? O co chodzi? 

– Przede wszystkim o dobre zajęcia z samoobrony.  
Angela wysoko uniosła brwi. 
–  Skąd  ten  pomysł?  Czy  poza  panią  Carlson  spotkałaś  się  dziś  z  Benem 

Orcuttem? 

Bella pokręciła głową. Żałowała swojej niewczesnej uwagi. 
Zanim  skończyły  pracę  w  domu  i  zanotowały  wszystkie  życzenia  klientki, 

odzyskała  równowagę.  Minęło  sporo  czasu  i  teraz  inaczej  patrzyła  na  poranne 
wydarzenia. Zdała sobie sprawę, że przesadziła z oceną sytuacji. 

Jedynym  rzeczywistym  faktem  był  pocałunek,  nad  którym  straciła  kontrolę. 

Najgorsza  rzecz,  jaką  mogła  zrobić,  to nadawać  mu  tak  wielkie  znaczenie.  Przecież 
tak naprawdę nic ważnego się nie zdarzyło. 

Takie  stanowisko  powinno  również  odpowiadać  Edwardowi.  Prawdopodobnie 

obawiał  się,  czy  Bella  nie  zrozumie  opacznie  jego  intencji.  Możliwe,  że  potrwa 
trochę, nim zdoła przekonać go, że nie zależy jej na żadnym związku, tak samo jak 
on nie jest zainteresowany stabilizacją życiową, z wybraną kobietą u boku. 

Przed wyjściem Bella zwróciła się do Angeli: 
–  Lada  moment  będziemy  miały  zlecenie  na  tapetowanie.  Masz  do  tego 

odpowiedni wzór umowy? 

– Na pewno ma – wtrąciła się Jessica. – Angela ma wszystko. 
Jessica wrzuciła teczkę do samochodu. 
– U kogo to tapetowanie? 
– U Rosalie w holu. 
– Zdawało mi się, że odpowiada jej obecna tapeta, zresztą jest prawie nowa. 
Bella nie patrzyła na nią. 

background image

 

78 

–  Trochę  się  podarła.  Właściwie  to  drobiazg,  tyle  że  akurat  na  wysokości  oczu 

przy samym wejściu. 

–  Ciągle  te  same  drzwi...  –  Angela  ściągnęła  wargi,  jakby  miała  gwizdnąć. 

Powstrzymała się jednak, gdy Bella trąciła ją łokciem. 

Jessica  otworzyła  usta.  Najwyraźniej  chciała  uzyskać  dalsze  wyjaśnienia,  ale  po 

chwili dała sobie spokój. 

– Jeśli chodzi tylko o załatanie rozdarcia, wystarczą resztki tapety. Wydaje mi się, 

ż

e znajdziesz je na górnej półce bieliźniarki. – Spojrzała na pudełko w rękach Belli. – 

Jeśli nie masz ochoty na przeglądanie tych papierów... 

– Jak na to wpadłaś? 
– Jasnowidztwo – uśmiechnęła się Jessica. – Daj, zajmę się nimi. 
–  Wymienię  się  na  każde  inne  zlecenie.  Zrobię,  co  tylko  zechcesz,  naprawdę. 

Przeraziły mnie te dokumenty. 

–  Nie  będę  wykorzystywać  sytuacji.  W  tej  chwili  wolę  przyjmować  zlecenia, 

które można wykonać w domu. 

– Czy twoja mama czuje się gorzej? – zaniepokoiła się Bella. 
– Nie, ale denerwuje się, gdy znikam na całe dnie. – Jessica ustawiła pudło z tyłu 

samochodu. – Do zobaczenia – powiedziała i chwilę potem już jej nie było. 

Angela grzebała w torbie w poszukiwaniu kluczyków. 
– Czasami mam ochotę trochę nią potrząsnąć. 
– Masz na myśli jej mamę? 
– Oczywiście. Ponieważ ona się denerwuje, więc Jessica dostosowuje do niej całe 

swoje życie. Tak jest od dawna. 

– Wciąż jednak ma matkę – ze smutkiem w głosie zauważyła Bella. – Oddałabym 

wszystko, żeby móc swoje życie dostosować do wymagań mamy. 

– Kochanie, przepraszam! – zawołała Angela. 
– Nie przejmuj się. Wszystko w porządku. 
– Boże, jestem taka nietaktowna. Powinnam była pamiętać, że... 
– Niby dlaczego? Nawet jej nie znałaś. 
– Ty też nigdy nie poznałaś mojej mamy. No tak, ale to zupełnie inna sytuacja. 
Bella próbowała się uśmiechnąć. 
–  Lecz  jeszcze  bardziej  smutna.  Ja  przynajmniej  mam  świadomość,  że  zawsze 

mogę odwiedzać grób mamy, choć to bardzo daleko stąd. 

– Gdzie jest pochowana? 
– W Indianie. 
– Dlaczego aż tam? – spytała Angela. 

background image

 

79 

–  Bo  tam  akurat  mieszkaliśmy  –  bez  entuzjazmu  wyjaśniła  Bella.  –  Wtedy 

właśnie  mój  ojciec  postanowił  przerabiać  repliki  starych  samochodów  na  meble 
ogrodowe. 

– I ten facet ciągle jest na wolności? 
–  Zdaje  się,  że  nie  miałabyś  ochoty  zainwestować  w  jego  interes.  –  Bella 

spojrzała na przyjaciółkę z żartobliwym rozgoryczeniem. 

– Chyba tylko wtedy, gdybym miała do rozprowadzenia fałszywe banknoty. Och, 

przepraszam, Bello, to było głupie. Nie jestem specjalistką w sprawach rodzinnych. 

Zastanowiła  się,  czy  smutek  w  głosie  przyjaciółki  nie  jest  wytworem  jej 

wyobraźni.  Angela  nigdy  nie  żaliła  się,  że  rodzice  wyrzekli  się  jej,  nie  wspominała 
też,  jakie  były  tego  powody.  Jednak  tak  czy  inaczej,  minęło  już  parę  lat  od  ich 
ostatniego  spotkania.  Czy  odczuwała  brak  rodziny?  Nie  było  sensu  pytać,  i  tak 
wszystko obróci w żart. 

Po  powrocie  na  osiedle  ucieszyła  się  z  pustego  miejsca  parkingowego  przed 

samym domem. Dopiero gdy stanęła na chodniku, dojrzała, że nie ma już otworu w 
miejscu drzwi. Wejście zostało dokładnie zabite płytą. 

Przypomniała sobie o ślusarzu. 
Wróciła do  samochodu i  w  przepastnym  notesie  odszukała  telefon  do warsztatu. 

Zadzwoniła  tam  z  komórki,  umówiła  się  na  następny  dzień,  po  czym  zebrała  swoje 
rzeczy.  Musiała  obejść  osiedle  i  wśród  dwudziestu  pięciu  identycznych  płotów  i 
furtek  odszukać  ogród  Emmetta  i  Rosalie.  Podejrzewała,  że  wejście  przez  salon 
zostało zamknięte. Pozostanie jej usiąść na patio i czekać na Edwarda. 

Gdy  jednak  wreszcie  tam  dotarła,  zobaczyła,  że  Edward  jest  w  salonie  i  maluje 

drugą  stronę  drzwi.  Kiedy  zapukała  w  szybę,  odłożył  pędzel  i  przecisnął  się  obok 
krzyżaków, żeby ją wpuścić. 

Wmawiała  sobie,  że  ucieszyła  się  na  jego  widok  tylko  z  powodu  chłodnego 

wiatru, który nie zachęcał do siedzenia na patio. 

–  Dziękuję  –  powiedziała.  –  Wiesz,  że  na  tych  furtkach  z  tyłu  nie  ma  numerów 

domów?  Trafiłam  dopiero  za  trzecim  podejściem.  Chyba  powieszę  coś  na  płocie, 
ż

eby znów się nie zgubić. 

– Czemu nie weszłaś od frontu? 
–  Przecież  mówiłeś,  że  trzeba  zabić  wejście  –  przypomniała  Bella.  –  Wygląda, 

jakbyś już to zrobił. 

–  Mam  nadzieję,  że  skutecznie  odstraszy  nieproszonych  gości  –  przyznał.  – 

Planowałem, że przybiję płytę gwoździami, ale wymyśliłem coś innego. 

–  Malowanie,  stolarka.  Uważaj,  bo  ani  się  obejrzysz,  a  zostaniesz  majstrem  od 

background image

 

80 

wszystkiego. 

–  Nawet  mnie  to bawi  – odparł.  –  Jak mnie już  znudzi  inwestowanie kapitałów, 

zacznę podróżować po kraju, wynajmując się do różnych robót. 

Jego  słowa  odbiły  się  echem  w  głowie  Belli.  Zagryzła  wargi.  Wiedziała,  że  dla 

Edwarda  była  to  tylko  zdawkowa  uwaga,  rzucona  ot  tak  sobie...  ale  powiedział: 
„zacznę  podróżować  po  kraju”.  Nagle  w  zupełnie  innym  świetle  ujrzała  poranne 
zdarzenie. 

Nie  było  wątpliwości,  że  jego  pocałunki  zdenerwowały  ją  i  wyprowadziły  z 

równowagi.  Edward  przekroczył  granice  przyzwoitości.  Lecz  tak  naprawdę,  była 
przecież niespokojna, zanim pojawił się Mike, czyli na długo przedtem, nim Edward 
ją  pocałował.  To,  co  nastąpiło  później,  oddaliło  co  prawda  jej  niepokój,  ale  nie 
zlikwidowało problemu. 

Rano zaniepokoiła ją myśl, że Edward traktuje ją jak środek do osiągnięcia celu. 

Chciał szybko zakończyć pracę w Denver i ruszać w drogę. 

Nawet gdy żartował, mimowolnie zdradzał się, że nie zamierza nigdzie osiąść na 

stałe.  Nim  jeszcze  go poznała,  wiedziała  od  Rosalie,  że Edward  jest  jak toczący  się 
kamień, który nigdy nie porasta mchem. Na pewno nie marzył o przytulnej zatoczce. 

Bella  musiała przyznać, że  wcale  jej to  nie  dziwi.  Nie  rozumiała więc,  dlaczego 

denerwuje ją fakt, że Edward zachowuje się zgodnie z jej przewidywaniami. Zresztą, 
miała sporo doświadczenia z mężczyznami, którzy nie mogli usiedzieć na miejscu. 

Nie potrafiłaby zliczyć miast, w których mieszkała, i szkół, do których chodziła, a 

wszystko za sprawą ojca, który był wiecznym poszukiwaczem skarbów, wciąż pędził 
za mrzonkami. 

Jakiś wewnętrzny głos mówił jej jednak, że Edward jest inny. 
Ojciec Belli ciągał je z mamą od miasta do miasta, ze stanu do stanu, od jednego 

zajęcia  do  kolejnego.  Edward  nie  zamierzał  zakładać  rodziny.  Na  dodatek,  w 
odróżnieniu od Charliego Swan, nie udawał, że następne miasto, stan czy praca, będą 
ostatecznym  przystankiem.  On  wiedział,  co  robi,  szedł  drogą,  którą  sam  sobie 
wybrał. 

Wspomnienie  ojca  i  walk,  jakie  toczyła  matka,  póki  starczyło  jej  zdrowia,  aby 

stworzyć  prawdziwy  dom  w  każdym  nowym  miejscu,  wywołały  nagły  skurcz 
ż

ołądka. Bella odebrała go jak ostrzeżenie. 

Edward kusił, miał pełno nęcących obietnic i beztroskich słów. Musiała pamiętać, 

ż

e  wszystko,  co  go  dotyczy,  jest  tymczasowe.  Zapomnieć  o  tym  było  równie 

niebezpiecznie, jak kiedyś zaufać ojcu, że dotrzyma słowa i będzie żył w zgodzie ze 
swoimi dobrymi intencjami. 

background image

 

81 

Całe szczęście, że miała swoje doświadczenia. Nie musiała niczego się obawiać, 

bo  nic  jej  nie  groziło  ze  strony  Edwarda.  Charlie  niewiele  zrobił  dla  córki,  ale  na 
pewno  uodpornił  ją  na  mężczyzn  tego  samego  co  on  pokroju.  Nie  mogli  jej 
zauroczyć. 

Matka  Belli  ciągle  zawierała  nowe  przyjaźnie,  a  jednak  umierała  samotnie.  W 

małym miasteczku w Indianie była już zbyt chora, żeby nawiązać jakieś znajomości. 
W  przeciwieństwie  do  niej,  Bella  bardzo  szybko  zrozumiała,  że  lepiej  zachować 
dystans,  niż  przy  kolejnej  przeprowadzce  cierpieć  z  powodu  utraty  przyjaciół. 
Chodziła do szkoły, uczyła się, szukała pociechy w muzyce, opiekowała się mamą i 
marzyła o dniu, kiedy znajdzie takie miejsce, które będzie mogła nazwać własnym. 

O,  nie.  Nie  groziło  jej  to,  że  zakocha  się  w  Edwardzie.  Zbyt  przypominał  ojca, 

czym śmiertelnie ją przerażał. 

– Dobrze się czujesz? Jesteś zielona na twarzy. – Edward wyciągnął rękę w stronę 

jej czoła. 

Bella  uchyliła  się,  unikając  dotknięcia.  Starała  się,  żeby  wyglądało  to  możliwie 

naturalnie. 

–  To  pewnie  odblask  farby.  –  Przysiadła  na  fotelu  i  zaczęła  czegoś  szukać  w 

torbie. 

– Udało ci się porozmawiać z żoną inżyniera? 
Nie dała się oszukać zdawkowym tonem. Skinęła głową. 
–  Niestety,  niczego  się  nie  dowiedziałam.  Nic  z  tych  rzeczy,  których 

oczekiwałam. 

Spojrzał na nią pytająco. 
– Może to głupie – tłumaczyła się. – Spodziewałam się zwykłej opowieści o tym, 

ż

e zrezygnował z pracy, bo go zbyt absorbowała, a chciałby więcej czasu poświęcać 

rodzinie. Albo, że jej zdaniem zaniedbywał dom. 

– A więc nie o to mu chodziło?  
Bella pokręciła głową. 
–  Jeśli  dobrze  zrozumiałam,  zrezygnował,  bo  tempo  było  zbyt  powolne,  a  praca 

za mało absorbująca. 

Edward upuścił pędzel, ochlapując się farbą. 
– Cholera – zaklął. – To moje ulubione dżinsy. Będziesz taka miła, by powycierać 

ze mnie te plamy? 

Bella całą siłą woli próbowała powstrzymać rumieniec, który oblewał jej twarz. 
– Wypiszę ci instrukcję w punktach. 
– Zabawniej byłoby obserwować ciebie. Ale przepraszam, mówiłaś, że... 

background image

 

82 

– Nie znała szczegółów, ale generalnie mówiąc, jej mąż się zwolnił, ponieważ w 

firmie  nastąpiły  niekorzystne  zmiany.  Dawniej  praca  go  ekscytowała,  ale  to  się 
skończyło.  Harry  był  wówczas  częścią  zespołu  i  nie  trzeba  było  czekać  na  zgodę, 
ż

eby dalej prowadzić badania. 

Edward podniósł pędzel, ale sprawiał wrażenie, jakby myślami wędrował gdzieś 

daleko. 

– Przykro mi, że niewiele pomogłam – powtórzyła Bella. – Mam wrażenie, że ona 

sama  nie  bardzo  rozumie,  o  co  w  tym  chodzi.  –  Przez  chwilę  obserwowała,  jak 
Edward  maluje  drzwi.  –  Mike  nie  przemyślał  sprawy  i  nie  pojawił  się  z 
przeprosinami? 

– Nie, ale również nie przyszedł po narzędzia, może więc jeszcze się zastanawia. 
–  Trudno,  musimy  przestać na  niego liczyć.  –  Pochyliła  się  nad  torbą.  –  Dziś  w 

bibliotece  znalazłam  coś,  co  powinno  ci  się  przydać.  –  Wyciągnęła  dużą,  grubą 
księgę  ilustrowaną  kolorowymi  zdjęciami,  rysunkami  i  wykresami.  –  „Urządzamy 
kuchnię  i  łazienkę.  Poradnik  dla  amatorów”  –  przeczytała  tytuł.  –  Szukałam  też 
czegoś  o  zakładaniu  drzwi.  Nie  mieli  książki,  więc  wybrałam  artykuł  z  czasopisma 
dla majsterkowiczów. – Wcisnęła mu w ręce wymienione pozycje. 

– Chyba nie myślisz poważnie, że zainstaluję wannę? – zdziwił się. 
– Czemu nie? Przecież Mike odszedł przez ciebie. Rosalie wraca za tydzień. Jeśli 

zastanie  nie  wykończoną  łazienkę,  a  główne  wejście  zabite  płytą,  z  pewnością  cię 
zabije. 

– Może mnie już tu nie być. 
Serce podskoczyło jej do gardła. Starała się, żeby głos jej nie zdradził. 
– Czy skończyłeś już pracę dla Harry’ego? 
–  Nie  całkiem,  ale  przedstawiasz  mi  tak  niebezpieczną  perspektywę,  że  chyba 

lepiej będzie, jak zostawię czek i pozwolę, żebyś to ty wszystko wyjaśniła. 

Była  przekonana,  że  nie  zrobi  jej  tego.  Nie  zostawi  jej  z  tym  całym  bałaganem, 

przecież  zajął  się  połamanymi  drzwiami...  Co  się  z  nią  dzieje?  Skąd  to  dziwne 
przekonanie?  Przecież  doskonale  wiedziała,  że  bez  względu  na  drzwi  oraz  inne 
kataklizmy w każdej chwili może stąd wyjechać. 

Wszystko było dla niej jasne, lecz mimo to w głębi serca nie wierzyła, że mógłby 

tak postąpić. Nie wiadomo, czemu miała pewność, że Edward zostanie. Przy niej. 

Bo tego właśnie chciała. 
Zakręciło się jej w głowie. To nie strach, że będzie musiała stanąć twarzą w twarz 

z Rosalie. To smutek, że może stracić Edwarda. Czegoś tak absurdalnego jeszcze nie 
doświadczyła. Jak można stracić coś, czego się nigdy nie miało? Było to najbardziej 

background image

 

83 

niedorzeczne  uczucie,  a jednak...  Nie  wiadomo, kiedy  się  zaczęło, kiedy  zrobiła ten 
krok:  od  niechęci  do  sympatii  i  nieśmiałej  przyjaźni.  Następowało  to  stopniowo,  w 
ciągu  tych  kilku  dni.  Zresztą,  jakie  znaczenie  miało  określenie  momentu,  w  którym 
posunęła się o jeszcze jeden krok dalej: od sympatii do miłości. 

Miłość. 
Nawet  samo  słowo  sprawiało  ból.  Nic  jednak  nie  da  zaprzeczanie.  Jeszcze kilka 

minut temu z dumą myślała, że nie pokocha Edwarda Cullena. Do pewnego stopnia 
miała rację. Wtedy już jej to nie groziło. Miała to za sobą – pokochała go wcześniej. 

Było  już  za  późno,  by  wrócić  do  punktu  wyjścia.  Co,  na  Boga,  można  teraz 

zrobić? 

background image

 

84 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Edward  przyglądał  się  jej  dziwnie.  Bella  uniosła  brodę  i  obdarzyła  go 

wymuszonym  uśmiechem.  Później  rozważy  swoje  uczucia  i  ich  powody,  a  także 
zastanowi  się,  co  z  tym  zrobić.  Teraz  jednak  musiała  skupić  się  na  ukryciu  tej 
informacji. Wyraźnie dał jej do zrozumienia, że nie myśli serio o żadnych związkach. 
Jeśli  więc  odkryje,  jaką  idiotkę  z  siebie  zrobiła,  lokując  w  nim  swoje  uczucia, 
pomyśli, że ma tyle rozumu, co ropucha, którą wyniósł z łazienki. Musiałaby zgodzić 
się z tą opinią. Ależ z niej kretynka! 

Zajmie  się  tym  później.  Będzie  miała  dużo  czasu,  gdy  zostanie  sama.  Kiedy 

Edward odjedzie, pozostanie jej tylko czas... 

–  Na  pewno  dobrze  się  czujesz?  –  zaniepokoił  się.  –  Z  początku  myślałem,  że 

zmęczyłaś się wędrówką wokół osiedla, jeszcze z tą wielką torbą, ale ty wciąż jesteś 
zielona na twarzy. 

–  Nic  mi  nie  jest.  –  Wiedziała,  że  mówi  zbyt  szorstko.  Postanowiła  zmienić 

zarówno  ton,  jak  i  temat  rozmowy.  Najlepiej  zejść  na  sprawy  zawodowe.  – 
Zastanawiałam się, czy za pieniądze, które jesteś mi winien, nie mógłbyś mi udzielić 
porady w sprawie firmy. 

W jego oczach ujrzała uśmiech, od którego zrobiło się jej gorąco. 
–  Są  jeszcze  inne  rzeczy,  które  mógłbym  oferować  zamiast  pieniędzy  – 

powiedział  powoli.  –  I  inne  sprawy,  które  wolałbym  omawiać.  –  Odłożył  pędzel  i 
przysiadł na poręczy jej fotela. – Sądząc po twoich nagle zaróżowionych policzkach, 
wiesz doskonale, o czym myślę. 

Bella odsunęła się, lecz dosięgnął palcami jej włosów. Delikatnie przesunął rękę 

po jej szyi, ujął pod brodę i uniósł jej twarz. 

– Nie – szepnęła. – Proszę. Wolno pokręcił głową. 
– Wiesz przecież, Bello, że nie da się tego zignorować. To nie załatwi problemu. 

– Delikatnie musnął wargami jej usta. 

Dotyk  był  lekki  jak  powiew,  lecz  ona  miała  wrażenie,  że  wszystko  w  niej 

wybucha. 

– Wiesz, czego oczekuję – szeptał z ustami przy jej twarzy. 
– O tak, wiem... – Głos się jej załamał. 
Edward odsunął się nieco i spojrzał na nią uważnie. 

background image

 

85 

–  Myślisz  o  tym,  jak  zachowałem  się  dziś  rano.  Przepraszam  cię,  byłem 

niezręczny. Zbyt na ciebie naciskałem i przestraszyłaś się. Nigdy już tak nie zrobię. 
Kiedy  będziesz  gotowa,  Bello...  –  Teraz  jego  pocałunki  były  badawcze,  pytające, 
niemal błagalne. 

Musiała bardzo się hamować, żeby nie oddać mu pocałunku. Najbardziej pragnęła 

przyciągnąć go do siebie, cieszyć się chwilą, przestać myśleć o przyszłości. 

– Wiesz, jak bardzo cię pragnę – szeptał. 
„Pragnę”. Nawet nie „potrzebuję”. A już na pewno nie „kocham”. 
Powinno jej to wystarczyć do podjęcia decyzji. Już jaśniej nie mógł się wyrazić. 

Nic  się  nie  zmieniło.  Proponował  krótki  flirt,  nic  więcej.  Belli  to  nie 
satysfakcjonowało, mogła więc dać tylko jedną odpowiedź. 

W  głowie  czuła  straszny  zamęt.  Za  kilka  dni  może  go  już  nie  być,  natomiast  za 

tydzień  wracają  Rosalie  z  Emmettem,  a  wtedy  skończy  się  jej  zajęcie  i  wróci  do 
domu. Nawet jeśli praca zatrzyma Edwarda trochę dłużej w Denver, ona i tak już go 
nie  zobaczy.  Może  nawet  nie  spotkać  go  nigdy  więcej.  A  wtedy  nie  dostanie  tego, 
czego tak pragnie. 

Nie było sensu rozmyślać o stałości, zaangażowaniu, trwałości, skoro prawdziwy 

związek nie wchodził w grę. 

Mogła tylko rozważać, czy sięgnąć po tę odrobinę szczęścia, jaka była dostępna. 

Wówczas po jego wyjeździe mogłaby pielęgnować miłe wspomnienia. Było jeszcze 
drugie  wyjście:  odmówić  sobie  nawet  tych  okruchów  radości  tylko  dlatego,  że  nie 
może dostać wszystkiego. 

W  tej  sytuacji  wybór  stał  się  oczywisty.  Niech  Edward  myśli,  że  to  przelotny 

romans. Ona też będzie udawać, że traktuje ich krótki związek jak świetną zabawę. 

A  za  kilka  dni  czy  tygodni,  jeśli  szczęście  jej  dopisze,  pozostaną  jej  cenne 

wspomnienia. 

Tylko  czy  zdoła  zachować  pozory  i  Edward  nie  zorientuje  się,  że  dla  niej  to 

znacznie  więcej  niż  przelotna  miłostka?  Czy  nie  ryzykuje  więcej,  niż  będzie  mogła 
znieść? 

Według czasopisma zakładanie drzwi było czynnością tak prostą, jakby chodziło 

o przestawienie książek na półce. Edward nie bardzo się z tym zgadzał. Jego zdaniem 
łatwiej byłoby na nowo postawić dom. 

Odrzucił śrubokręt Mike’a i usiadł na jednym z krzyżaków. Nie miał problemu ze 

zdjęciem  starych  drzwi,  z  których  zresztą  niewiele  zostało.  Problem  tkwił  w 
demontażu zniszczonej futryny. 

Sięgał  już  po  większy  śrubokręt,  zatrzymał  się  jednak,  widząc  ruch  w  salonie. 

background image

 

86 

Bella  pochyliła  się,  dokładając  drwa  do  kominka.  Sztruksowe  spodnie  znakomicie 
podkreślały  jej  zaokrąglone  kształty.  Z  powrotem  usadowił  się  na  krzyżaku,  żeby 
rozkoszować się widokiem. 

Przez  moment  rozważał  całkowite  przerwanie  pracy.  W  październikowym 

chłodzie,  przy  braku  drzwi  wejściowych,  Bella  będzie  stale  dokładać  do  ognia. 
Godzinami mógłby się tak gapić. 

Miał  też  lepsze  pomysły.  Na  przykład  przerzucić  ją  przez  ramię  i  zanieść  na 

górę... 

Westchnął, przypomniawszy sobie, jak w chwili słabości obiecał, że nie będzie jej 

do niczego zmuszał. Dotąd dotrzymał słowa, choć kosztowało go to wiele wysiłku. 

Wtedy był pewien, że dobrze odczytał intencje Belli. Postawiłby roczną pensję, że 

choć bardzo starała się zignorować wzajemne przyciąganie, w końcu jej uczciwość i 
ciekawość przeważą szalę. 

Minęło jednak kilka dni, a Bella, choć uprzejma i nawet rozmowna, nie dała mu 

ż

adnego sygnału, że chciałaby z nim dzielić łóżko. 

Domyślał się, że nie jest jej obojętny. Tę nadzieję rozbudził w nim sposób, w jaki 

czasami spoglądała na niego spod oka. 

Bella na chwilę zapatrzyła się w płomienie, a potem wróciła do holu i spytała: 
– Jeszcze nie zamarzłeś? Mam na sobie trzy swetry, a ty tylko koszulkę. 
– Pracuję fizycznie – powiedział z godnością Edward. 
– Raczej chwalisz się mięśniami. 
Nareszcie jakiś punkt dla niego. Musiała zauważyć jego muskulaturę. 
– Zamontowałeś już nową futrynę? 
–  Jeszcze  nie.  Śruby,  którymi  przymocowano  starą,  mają  z  pół  metra  długości. 

Złamałem dwa śrubokręty Mike’a i nadwyrężyłem drugi staw barkowy. 

Cmoknęła z żartobliwym współczuciem. 
–  Jak  tylko  ciasteczka  będą  gotowe,  na  pociechę  przyniosę  ci  kilka  prosto  z 

piekarnika. 

–  To  ja  doznaję  kontuzji,  mocując  drzwi,  a  ty  zajmujesz  się  ciasteczkami?  – 

pożalił się. 

– Muszę coś robić, żeby się rozgrzać. 
Uchwycił moment, gdy odkryła drugie znaczenie swoich słów. Może zresztą była 

to celowa aluzja? Zaproszenie? Z przyjemnością patrzył, jak rumieńce występują jej 
na twarz. 

–  Nie  próbuj  sugerować,  że  masz  dla  mnie  jakieś  inne  rozwiązanie –  zauważyła 

kwaśno. 

background image

 

87 

– Po co mam sugerować, skoro doskonale o tym wiesz? – Uśmiechnął się. – Zaraz 

zacznę wykład. Gdybyś jednak wolała prezentację... 

Parsknęła  i  uciekła  do  kuchni.  Edward  odzyskał  humor,  podniósł  śrubokręt  i 

przepełniony energią, ponownie zaatakował futrynę. 

Udało  mu  się  wyrwać  jedną  oporną  śrubę.  Gdy  zabierał  się  do  kolejnej,  Bella 

wróciła  z  kuchni  z  talerzem  pełnym  czekoladowych  ciasteczek,  szybko  odstawiła 
talerz i zatrzepotała palcami. 

– Są jeszcze bardzo gorące – wyjaśniła. Edward ujął jej dłoń. 
– Mówiono mi, że najlepiej na oparzenie działa zimna woda, a jeśli akurat jej nie 

ma... – Włożył końce palców Belli do ust. 

Zadrżała na całym ciele i próbowała wyrwać rękę. 
Poprawił  chwyt  i  niewinnie  przesuwał  językiem  po  jej  palcach.  Czuł  na  jej 

nadgarstku  oszalały  puls.  Nic  w  tym  dziwnego.  Jego  ciśnienie  też  osiągnęło 
rekordową granicę. 

–  Doskonale  wiesz,  że  nie  potrzeba  mi  pierwszej  pomocy  –  powiedziała 

zdecydowanie. 

Słyszał, że z trudem łapała oddech. Niechętnie wyjął jej palce z ust, ale nie puścił 

dłoni. 

– Obiecałem, że nie będę cię zmuszał – powiedział Edward. 
–  Muszę  ci  jednak  czasami  przypominać,  że  ciągle  tu  jestem  i  czekam  na 

odpowiedź. 

– Już ją dostałeś. 
O dziwo, nie zabrzmiało to tak pewnie. 
– Czekam – powtórzył łagodnie – na taką odpowiedź, która mi się spodoba. 
Bella zacisnęła zęby. 
Miał nadzieję, że wreszcie coś uda mu się osiągnąć. Podniósł rękę do jej włosów. 

Sprężyste loki połaskotały dłoń. Wsunął palce głębiej. 

Zza pleców dobiegł czyjś głos: 
– Puk, puk. 
Bella  zerwała  się  na  równe  nogi,  natomiast  Edward  nie  poruszył  się.  Powoli 

przesunął  palce  przez  miękkie  sploty  i  dopiero  gdy  nacieszył  się  ich  jedwabistym 
dotykiem, odwrócił głowę. 

– Cześć, Harry. Nie słyszałem motocykla. 
–  Nic  dziwnego,  masz  dużo  ciekawsze  zajęcie.  Przyjechałem  pogadać  z  tobą, 

ale... 

– Już idę – pospiesznie wtrąciła Bella. 

background image

 

88 

– Nie spiesz się z mojego powodu. Nie zamierzałem robić głupich uwag. Tyle że 

od samego patrzenia kręci się w głowie, więc... 

– Poczęstuj się ciasteczkiem. – Bella już była w holu. 
–  Od  razu  poczujesz  się  lepiej.  Edward  nie  powinien  jeść  słodyczy,  jest  zbyt 

roztrzęsiony. 

Harry zjadł ciasteczko. 
– Ależ z ciebie szczęściarz. – Tęsknie popatrzył na talerz. 
– Częstuj się – zaprosił Edward. – Słyszałeś, co mi rozkazano.  
Clearwater pochłonął kolejne dwa ciasteczka. 
–  Edward,  jeśli  nie  zachowasz  ostrożności,  może  się  okazać,  że  wziąłeś  żonę  w 

leasing. 

– Z powodu talerza ciastek? – zaśmiał się Edward. – Póki co, to nie ja je pożeram. 

Jeśli masz ochotę na stałą dostawę, sądzę, że „Wypożyczalnia Żon” chętnie się tym 
zajmie. 

Harry  nie  odpowiedział.  Zastanawiając  się  nad  podsuniętym  rozwiązaniem, 

przeżuwał kolejne ciastko. Edward znów zajął się futryną. 

–  Nie  będzie  ci  przeszkadzać,  że  jednocześnie  będę  pracował?  Robi  się  zimno. 

Bella chciałaby, żebym zainstalował drzwi jeszcze dziś. – Na widok miny Harry’ego 
dodał  ostrzej,  niż  zamierzał:  –  Nie  jestem  pod  pantoflem,  jeśli  to  masz  na  myśli.  I 
przestań mówić o małżeństwie. 

–  Przecież  nic nie mówię –  zdziwił  się  Harry. –  Dziwne,  że ten  problem  tak  cię 

nurtuje. 

–  Bo  myślę  o  twoich  pracownikach.  –  Zdziwił  się  własnymi  słowami.  Były 

zupełnie nie na miejscu, w każdym razie nie w obecnej sytuacji. 

– Możesz mi to wyjaśnić? 
Edward  zastanowił  się.  Skoro  już  zaczął...  –  .  Chcesz  utrzymać  swój  zespół, 

prawda? 

– Tak chyba będzie rozsądniej, niż przyjmować nowych ludzi. Zanim wdrożą się 

do zawodowych obowiązków, upłynie sporo czasu. 

–  Święta  prawda,  ale  w  takim  razie  musisz  też  przyjąć  do  wiadomości,  że  twój 

personel dojrzewa. Przede wszystkim robią się starsi. Nie będą już w stanie pracować 
osiemnaście  godzin  na  dobę  i  sypiać  pod  biurkiem.  Po  pierwsze  nie  będą  chcieli,  a 
gdyby nawet, rano trudno byłoby im się podnieść. 

– Sugerujesz, że przy każdym biurku i desce powinienem ustawić kozetkę... 
–  Bywały  bardziej  szalone  pomysły,  ale  dajmy  temu  spokój,  nie  o  to  chodzi. 

Problem  w  tym,  że  wraz  z  upływem  czasu  twoi  ludzie  zmieniają  swój  stosunek  do 

background image

 

89 

ż

ycia.  Wciąż  poważnie  traktują  pracę,  ale  również  zakładają  rodziny,  mają  domy. 

Muszą rozwiązywać liczne sprawy, które w żaden sposób nie wiążą się z elektroniką 
ani z firmą. Jeśli możesz więc rozwiązać ich problemy... 

–  Mam  przyjąć  na  etat  „Wypożyczalnię  Żon”?  Dziewczyny  będą  biegać  w 

różnych sprawach i wszystkich zaopatrywać w ciasteczka. 

Edward ze smutkiem spojrzał na pusty talerz i zauważył kwaśno: 
–  Chyba  przede  wszystkim  ciebie.  W  gruncie  rzeczy  w  ten  sposób  można  by 

zacząć,  ale  miałem  na  myśli  co  innego:  salę  gimnastyczną,  siłownię,  imprezy  dla 
całych rodzin, imprezy dla dzieci... 

– Organizacja tego wszystkiego, a potem zarządzanie zajęłoby mi dużo czasu. 
– Który jest potrzebny na prace badawcze – zgodził się Edward. – Zastanawiałeś 

się nad moją sugestią, żeby znaleźć kogoś do zarządzania firmą? 

–  Tak  –  westchnął  Harry.  –  Choć  w  pierwszej  chwili  powaliła  mnie  myśl,  że 

mogę stracić pracę we własnej firmie. 

Edward próbował ukryć irytację. 
– Przecież nie było o tym mowy. Twoja pozycja się nie zmieni, a nawet poprawi, 

bo badania nabiorą większego tempa, jeśli nie trzeba będzie czekać, aż uporasz się z 
robotą  papierkową.  Dlatego  właśnie  zwolnił  się  ten  inżynier:  spowolnienie  pracy  i 
brak zaplecza. 

– Naprawdę? – zdziwił się Harry. 
–  Przeczuwałem  to,  więc  go  po  prostu  spytałem.  –  W  myślach  przeprosił  Bellę. 

Nie  mógł  zdradzić  Harry’emu  że  cała  czarna  robota  była  jej  zasługą,  bo  znów 
wróciliby do problemu małżeństwa. 

– A myślisz, że mógłby wrócić? 
–  Natychmiast,  jeśli  będziesz  tak  dostępny,  jak  kiedyś.  Ale  tu  wracamy  do 

problemu administratora. 

– Kogoś w twoim stylu – zauważył Harry. – Weźmiesz tę pracę? 
Zmiana  jego  stanowiska  była  tak  nagła,  że  minęła  dłuższa  chwila,  nim  Edward 

zrozumiał propozycję. Otworzył usta ze zdziwienia. 

– Ja? 
–  Dlaczego  nie?  –  spokojnie  odparł  Harry.  –  Bądź  co  bądź,  to  twój  pomysł. 

Założenia tej koncepcji mógłbyś z pewnością przedstawić bez chwili zastanowienia. 
Poza tym poznałeś już firmę. 

–  No,  nie  wiem  –  wolno  powiedział  Edward.  –  Nigdy  nie  rozważałem  zmiany 

obecnej pracy. 

To  nie  zmiana,  a  cała  rewolucja.  Przede  wszystkim  musiałby  na  stałe 

background image

 

90 

przeprowadzić  się  do  Denver  i  zająć  się  jedną  firmą.  Nie  przenosiłby  się  już  z 
przedsiębiorstwa  do  przedsiębiorstwa,  nie  poznawałby  kolejnych  produktów, 
rynków, problemów... 

Czy dreszcz, który jak bryłka lodu przeszedł mu po plecach, oznaczał strach, czy 

też  nadzieję?  Tylko  czas  pozwoli  znaleźć  odpowiedź  na  to  pytanie.  Czas  i  staranne 
przemyślenie sprawy. Zbyt szanował Harry’ego, żeby z miejsca odrzucić lub przyjąć 
propozycję. 

– Zastanów się nad tym. – Harry sięgnął po śrubokręt. – Zabierzmy się do drzwi, 

ż

eby uszczęśliwić Bellę. 

Bella. Ciekawe, co też ona powie? Edward uśmiechnął się drwiąco. Pewno zwróci 

mu  uwagę,  że  gdy  zatrzyma  się  gdzieś  na  stale,  będzie  mógł  wreszcie  uzupełnić 
zapasy w lodówce. Na przykład trzymać aż dwie butelki keczupu. 

Zrobił się już wieczór. Ogrzewanie nie poradziło sobie jeszcze z chłodem, który 

przeniknął  dom.  W  salonie  nadal  palił  się  ogień.  Edward  leżał  na  brzuchu  przed 
kominkiem.  Trzymając  brodę  opartą  na  złożonych  dłoniach,  wpatrywał  się  w 
płomienie. 

Nie zauważył, kiedy weszła Bella. Usiadła w fotelu, nogi podciągnęła pod siebie. 

Otworzyła pudełko pełne kartek urodzinowych, lecz zamiast zająć się wypisywaniem 
adresów, przyglądała się Edwardowi. 

– Chyba jesteś zmęczony. Nadal boli cię bark? Powoli pomacał obolałe miejsca. 
–  Niestety,  już  nie  jeden.  Nie  miałbym  nic  przeciw  temu,  gdybyś  zechciała 

rozmasować mi mięśnie. 

Chociaż  Bella  miała  wystarczająco  dużo  rozumu,  jednak  gdy  Edward  leżał  tak 

rozciągnięty, było w nim coś dziwnie bezbronnego... i właśnie owo „coś” wyciągnęło 
ją z fotela i kazało usiąść na podłodze. 

Na  ciemnych  włosach  Edwarda  odbijały  się  złote  refleksy.  Miał  na  sobie  gruby 

sweter  z  dzianiny  i  Bella  wsunęła palce  przez  luźne  oczka.  Kiedy  zaczęła  rozcierać 
obolałe mięśnie, miała wrażenie, że jego rozgrzana od ognia skóra jest wręcz gorąca. 

Z westchnieniem przekręcił głowę, ułożył policzek na dłoniach i przymknął oczy. 
Siedziała  tak  dość  długo,  delikatnie  masując  ramiona  i  kark.  Oddychał  wolno  i 

miarowo, jakby ukołysała go do snu. Wiedziała, że powinna już przerwać masaż, nie 
chciała  jednak  rezygnować  z  tych  krótkich  chwil,  kiedy  mogła  udawać,  że  Edward 
należy do niej. 

Wreszcie  tak  bardzo  się  zmęczyła,  że  musiała  przestać.  Siedziała  teraz 

nieruchomo, wciąż opierając palce o jego kark, jakby chciała utrwalić swoje odciski. 

Co za głupota, pomyślała, cofając ręce. 

background image

 

91 

Edward przekręcił się na bok i uniósł na łokciu. 
–  Dłonie  pianisty  –  powiedział  rozleniwionym  głosem.  –  Silne  i  wrażliwe. 

Dziękuję.  –  Czubkiem  palca  pogładził  jej  palce.  –  Ani  razu  nie  grałaś  od  tamtego 
pierwszego wieczoru. W każdym razie, nie przy mnie. 

Bella usiłowała opanować drżenie. 
–  Biorąc  pod  uwagę  zniszczenia,  których  dokonałeś,  słysząc  zwykły  marsz,  nie 

mam odwagi zagrać przy tobie tego, nad czym teraz pracuję. Chodzi o „Makbeta” w 
wersji operowej. Obawiam się, że gołymi rękami przerobiłbyś pianino Rose na opał. 

–  Dobrze  mnie  już  znasz,  prawda?  –  uśmiechnął  się.  Przesunął  dłoń  wzdłuż  jej 

ręki  i  dotknął  policzka.  –  Drżysz,  Bello.  Czy  naprawdę  tak  cię  przeraża,  że 
moglibyśmy poznać się jeszcze bliżej? 

– Nie o to chodzi – odrzekła. – Jest mi zimno. 
– Połóż się obok i pozwól się ogrzać. Spojrzała z ukosa. 
– Nie rezygnujesz, co? 
–  Nigdy.  –  Bawił  się  jej  rzęsami.  –  Czy między  wami  do  czegoś  doszło? Z  tym 

facetem od Szekspira? Dlatego jesteś tak niechętna? 

– Z Jacobem? Nie. 
– Pewnie dlatego, że nie próbował. – Położył dłoń na jej szyi. – A jeśli obiecam, 

ż

e nie zrobię nic wbrew twej woli, położysz się tu? 

Nie  miała  wątpliwości,  że  dotrzyma  obietnicy.  Nie  jest  taki  jak  jej  ojciec. 

Czasami nie podobało jej się to, co mówił, ale zawsze była to prawda, natomiast na 
ojca nigdy nie można było liczyć. 

Ileż  to  razy  Charlie  obiecywał,  że  to  już  ostatnia  zmiana  pracy,  ostatnia 

przeprowadzka, szkoła. Edward był inny. 

Był  uosobieniem  uczciwości.  Nie  okłamałby  jej.  I  nigdy,  przynajmniej  celowo, 

nie skrzywdziłby jej. 

Zmęczyły  ją  już  pytania,  które  zadawała  sobie  od  dwóch  dni.  Miała  dość 

rozważania  ryzyka, przewidywania  tego,  czego  przewidzieć  się  nie  dało,  wiecznych 
obaw i zastanawiania się, czego tak naprawdę pragnie. 

Gdzieś tam w środku doskonale wiedziała, że decyzja już zapadła. Nie mogła już 

odszukać w sobie tej niepewności, wahania. 

Wyciągnął zachęcająco rękę i powoli ułożyła się obok niego na miękkim grubym 

dywanie. 

Trocheja przeraziło, jak doskonale dopasowała się do jego ciała. Leżała otoczona 

jego ramieniem, z głową wspartą o bark. Rozluźniła mięśnie, dostosowując ciało do 
powolnego rytmu jego oddechu. 

background image

 

92 

– Masz bardzo refleksyjny nastrój – zauważyła w końcu. 
– Myślę o nowej pracy. 
Boże,  to  już!  Ogarnął  ją  smutek.  Tak  szybko.  Powinna  go  zapytać  lekkim  i 

możliwie niefrasobliwym tonem o tę nową pracę. Dowiedzieć się, gdzie pojedzie i co 
będzie robił. Zbyt się jednak bała, że załamie się jej głos. 

– Ale już o tym nie myślę. Bello, wiesz, jak bardzo cię pragnę. – Niepostrzeżenie 

uniósł się i spojrzał jej w oczy. W jego pociemniałym wzroku ujrzała pytanie. 

A jeśli ta krótka chwila jest naszą jedyną szansą? Czy naprawdę chcesz, by się nie 

spełniła? – zdawał się ją pytać. 

Nie, odszepnęło jej serce. Położyła dłoń na jego szyi i przyciągnęła go do siebie, 

do przyjemnej, choć trochę smutnej krainy marzeń, gdzie czas zwalniał tempo, gdzie 
liczyło się tylko ich dwoje i cudowne zaspokojenie trawiącego ich głodu. 

Bella  kładła  na  patelni  plasterki  bekonu,  kiedy  Edward  wszedł  do  kuchni. 

Pocałował ją z tyłu w szyję. 

–  Myślałem,  że  dzisiaj pośpisz  sobie dłużej.  Odłożyła  widelec i odwróciła się  w 

jego ramionach. 

–  A  ja  myślałam,  że  masz  ochotę  zjeść  śniadanie  w  łóżku.  –  Spojrzała  na 

granatowy  sportowy  płaszcz  i  rozpiętą  pod  szyją  koszulę.  –  Następnym  razem 
zostawię ci wiadomość. 

– Żebym nie wstawał z łóżka? Prościej byłoby, gdybyś ty to zrobiła. 
Chciała. Kiedy dziś rano przebudziła się w jego ramionach, słońce wydawało się 

jaśniejsze,  a  kolory  żywsze.  Ciało  pulsowało  energią,  a  zmysły  miała  niezwykle 
wyostrzone. 

Zaczęła  rozmyślać,  jak  bardzo  chciałaby  budzić  się  tak  każdego  ranka  i  łzy 

napłynęły  jej  do  oczu.  Nie  mogła  dopuścić,  by  Edward  to  zobaczył,  wyśliznęła  się 
więc  z  jego  ramion  i  zeszła  na  dół.  Musiała  wziąć  się  w  garść.  Zapomnieć  o 
magicznej nocy i wrócić do codziennej rzeczywistości. 

Nie patrzyła mu w oczy. 
– Następnym razem tak zrobię. Ponownie ją pocałował i sięgnął po kubek. 
– Mógłbym się uzależnić od twojej kawy. 
Miała ochotę spytać, czy od niej też, lecz zamiast tego wzięła widelec i wróciła do 

patelni. 

– Jak ci przygotować bekon? 
– Chrupiący. Ale chyba nie dam już rady zjeść. Muszę zdążyć na samolot. 
Zamarła.  Plasterek  bekonu  zawisł  na  widelcu.  Powiedział  wczoraj,  że  myśli  o 

nowej pracy. Nie, że ją zaczyna. Nie dzisiaj... 

background image

 

93 

No cóż, od początku wiedziała, że ta idylla nie będzie długo trwać. 
Nie sądziła tylko, że koniec nastąpi tak szybko. 
Próbowała się opanować. Musi się uśmiechnąć i uspokoić, jakby jej serce wcale 

nie pękało. Nie, Edward chyba nic nie zauważył. Sięgnął po telefon i wybierał numer. 

–  Harry  –  mówił  już  po  chwili.  –  Przez  kilka  dni  nie  będzie  mnie  tutaj.  Dzisiaj 

lecę  do  Nowego  Jorku.  Chciałem  przed  wyjazdem  porozmawiać  o  pracy,  którą  mi 
wczoraj zaproponowałeś. 

Bella szeroko otworzyła oczy. Miał ofertę pracy? I to od Harry’ego? Czyli jakieś 

stanowisko w Clearwater Electronics. To znaczy... 

Czy  to  możliwe,  że  nowa  praca,  nad  którą  wczoraj  rozmyślał,  związana  była  z 

Denver?  Czy  toczący  się  kamień  znalazł  jednak  swoją  zaciszną  zatokę?  Skoro 
Edward zamierzał zostać... 

– Propozycja jest intrygująca – mówił do telefonu. – Naprawdę znakomita. Mam 

nadzieję, że nie zrozumiesz mnie źle, ale nie mogę jej przyjąć. 

Bella miała wrażenie, że wymierzył jej cios w żołądek. 

– Nie – ciągnął Edward. – Jestem pewien. To nie dla mnie. Nic się nie zmieniło.  
Bella była zrozpaczona. Wiedziała, że odjedzie. Zaakceptowała to, pogodziła się 

z tą myślą. 

A jednak, gdzieś w głębi duszy, tak głęboko, że nawet sama tego nie dostrzegła, 

miała odrobinę nadziei na cud. Liczyła na to, że nastąpi w nim przemiana, że stanie 
się dla niego tym wszystkim, co w życiu najważniejsze. 

Rzeczywistość  była  jednak  zupełnie  inna.  Edward  miał  wybór  i  dokonał  go. 

Jednak to nie ją wybrał. Odrzucił ofertę Harry’ego, tym samym odrzucił Bellę. 

Z  patelni  unosił  się  drażniący  dym.  Znakomicie,  pomyślała.  Przynajmniej  nie 

musi wyjaśniać, dlaczego płacze. 

background image

 

94 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Połączenie  zostało  przerwane,  lecz  Edward  nadal  stał  ze  słuchawką  w  ręku. 

Dlaczego tak trudno było odmówić? 

W ofercie Harry’ego było coś pociągającego, choć nie bardzo wiedział co. Może 

chodziło o szansę, jaką dawała praca nad jednym produktem, począwszy od projektu 
aż  do  wprowadzenia  na  rynek  i  satysfakcja  z  osiągniętego  rezultatu?  Mógłby 
zastosować  własne  teorie,  do  tej  pory  rozwijane  po  trochu  w  różnych  firmach  w 
całym kraju. Poza tym chyba zmęczyły go już ciągłe podróże. 

Do diabła, sam siebie nie rozumiał. Zresztą, co za różnica? Podjął jedyną słuszną 

decyzję. 

Nagle  doszedł  go  swąd  przypalanego  mięsa.  Opuścił  słuchawkę  na  widełki  i 

odwrócił się gwałtownie. Z patelni unosiły się kłęby dymu. 

– Co się dzieje, do wszystkich...? 
Bella patrzyła na niego zalanymi łzami oczami. 
Edward złapał patelnię pełną poczerniałego, spalonego tłuszczu i cisnął do zlewu. 

Jeszcze przez dłuższą chwilę słychać było skwierczenie i syczenie. 

–  Bekon  nie  miał  być  aż  tak  chrupiący  –  powiedział.  Bella  nie  odezwała  się. 

Sięgnęła po zmywak i zajęła się wycieraniem zachlapanej tłuszczem płyty kuchenki. 

– Jesteś zła? 
– Skądże. Nie mam prawa denerwować się tym, co robisz. 
Poczuł irytację. Jej słowa brzmiały pokornie, ale ton głosu był zupełnie inny. 
– Jesteś wściekła, bo nie powiedziałem ci wcześniej, że wyjeżdżam. 
Potrząsnęła głową. 
–  Proszę  cię,  Edwardzie...  Nie  uwierzę,  że  aż  do  tej  pory  nie  wiedziałeś  o 

wyjeździe. 

–  Myślałem  nad  tym  dziś  rano  i  zdałem  sobie  sprawę,  że  właściwie  mam  już 

wszystkie potrzebne dane. Jeśli zdążę na samolot... 

Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. 
–  Wiesz...  –  W  jej  głosie  słychać  było  smutek.  –  Naprawdę  myślałam,  że  jesteś 

inny. 

Spochmurniał. 
– Niż kto? Ten oszust, który ukradł ci pracę? 

background image

 

95 

–  Tak.  O  nim  też  myślałam,  że  jest  inny.  Inny  niż  mój  ojciec.  I  był  taki  pod 

wieloma  względami:  systematyczny,  uporządkowany,  solidny.  Niby  miał  wszystkie 
cechy,  jakich  szukałam.  A  jednak  okazało  się,  że  wykorzystywał  innych  i  kłamał. 
Zupełnie jak mój ojciec. – Spojrzała mu prosto w oczy. – I jak ty. 

Nie wiedział, czy bardziej go rozgniewała, czy zraniła. 
– Nigdy cię nie okłamałem. 
–  Nie  mnie.  Siebie. Tak  samo  jak  mój  ojciec nie potrafisz  przyjrzeć  się  sobie.  – 

Wyżęła  zmywak  i  machinalnie  zaczęła  wycierać  blat  szafki.  –  Ilekroć 
przeprowadzaliśmy  się,  przysięgał, że  to  już  ostatni  raz.  Tym  razem  znalazł idealne 
miasto, zajęcie, posadę. Nie zdążyliśmy się dobrze zadomowić, kiedy znów odrzucał 
wszystko,  bo  nadarzyła  się  kolejna  rewelacyjna  okazja.  Ponownie  przysięgał,  że  to 
ostatnia zmiana. 

– Nie widzę związku. 
–  No  pewnie,  choć  po  części  masz  rację.  Trochę  się  jednak  różnicie.  On 

przynajmniej  udawał,  że  chce  się  ustatkować,  chociaż  dobrych  chęci  starczało  mu 
najwyżej  na kilka  miesięcy.  Ty  nawet  do  tego  nie  możesz  się  zmusić.  Zeszłej  nocy 
wziąłeś  to,  na  co  miałeś  ochotę,  a  teraz  uciekasz  ze  strachu,  że  ja  zechcę  więcej. 
Może  zresztą  nie  o  mnie  chodzi;  nie  jestem  tak  ważna.  Może  to  propozycja 
Harry’ego  tak  cię  przeraziła.  Praca,  która  wymaga  przebywania  w  jednym  miejscu, 
co za okropność! 

– Nieprawda – odparł. – Nie uciekam ani od ciebie, ani od pracy u Harry’ego. Po 

prostu nie mogę jej przyjąć. 

–  Nie  możesz?  –  zakpiła.  –  Cóż  za  szkoda,  bo  przecież  tak  bardzo  pragniesz 

osiąść  na  jednym  miejscu,  kupić  dom,  uprawiać  ogród,  startować  w  wyborach  do 
rady miejskiej. 

Trzeba  przyznać,  że  żadna  z  tych  rzeczy  nie  przyszła  mu  do  głowy,  ale  jej 

drwiący ton dolał tylko oliwy do ognia. 

– A cóż byłoby w tym dziwnego, gdybym naprawdę chciał to wszystko robić? Na 

przykład majsterkowanie całkiem mi się spodobało. 

– No tak, jasne. Miłej podróży. – Cisnęła zmywak do zlewu i wyszła z kuchni. 
Wściekłość  uleciała  z  niego,  jak  powietrze  z  przekłutego  balonu,  zostało  tylko 

zdziwienie. Co jej się, u licha, stało? 

Wyszedł  za  nią  do  holu.  Zdążył  postawić  nogę  na  pierwszym  stopniu,  gdy 

usłyszał trzaśniecie drzwi w pokoju na górze. 

Ach, więc to tak... Z przyjemnością wróci do siebie. Na pewno nie zastanie tam 

ż

adnej  baby,  która  przy  całej  swojej  rzekomej  samowystarczalności  potrzebuje 

background image

 

96 

pomocy w zakładaniu baterii do komórki i żąda instalowania drzwi... 

Co  prawda,  nie  będzie  tam  również  wielkookiego  rudzielca,  który  położy  mu 

kompres  na  obolały  bark,  zaparzy  najlepszą  na  kuli  ziemskiej  kawę,  lub  nieśmiało, 
lecz skwapliwi zaprosi go do łóżka, a także uzna go za bohatera z powód zabłąkanej 
ropuchy... 

Rzucił  okiem  na  zegarek.  Zanim  zwróci  wynajęty  samo  chód,  odda  bagaż  do 

odprawy i odbierze bilet, będą już za powiadać jego lot. 

Otworzył  drzwi i niemal  wpadł  na  Mike’a, który  trzymał  już palec na  dzwonku. 

Przez  kilka  sekund  przyglądali  się  sobie  badawczo.  W  końcu  Mike  odezwał  się 
pierwszy. 

– Widzę, że znalazł pan kogoś do drzwi.  
Edward kiwnął głową. 
–  Sam  je  założyłem.  Nabrałem  jeszcze  większego  szacunku  dla  twoich 

umiejętności. 

– Tak? – Mike skwitował to bez uśmiechu. – Przyszedłem po narzędzia. 
– Chciałbym nakłonić cię do zmiany decyzji. A tak przy okazji, muszę ci zwrócić 

za śrubokręty. 

–  Chce  pan,  żebym  został  i  skończył  robotę?  A  niby  czemu?  To  już  nie  mój 

interes. 

–  Twój,  skoro  zawarłeś  umowę  –  zdecydowanie  powiedział  Edward.  –  Chcę, 

ż

ebyś skończył pracę, bo to oszczędź: kłopotu Belli, kiedy wróci właścicielka domu. 

– Właścicielka? – Mike zmarszczył brwi. 
Edward  wziął  głęboki  oddech  i  odważnie  wdał  się  w  wyjaśnienia.  Czuł,  że 

brzmiały  bardzo  mętnie,  zupełnie  jakby  opowiadał  pozbawiony  napisów  film  w 
nieznanym sobie języku. 

Trudno  powiedzieć,  czy  Mike  cokolwiek  zrozumiał,  lecz  nawet  nie  mrugnął 

okiem, jedynie wykałaczka przesuwała się w jego ustach. 

Edward przerwał dla nabrania oddechu. Nie był pewien, czy coś osiągnął. 
Mike wypluł wykałaczkę. 
– I może pan przysiąc, że to prawda? – spytał. Pierwszy raz jego głos zabrzmiał 

tak rześko. 

Edward z ulgą skinął głową. 
–  Mogę.  Mimo  tego,  co  zobaczyłeś,  Belli  nigdy  nic  z  mojej  strony  nie  groziło. 

Były pewne nieporozumienia, ale bardzo ją szanuję. – Przymrużył oczy. – Oczekuję, 
ż

e z twojej strony też jej nic nie zagraża. Inaczej dowiesz się, jak się wylatuje przez 

ś

cianę, a nie przez dziurawe drzwi. 

background image

 

97 

– Źle to pan rozegrał, co? – obojętnie zauważył Mike. – No dobra, skoro jej tak 

zależy, skończę tę łazienkę. I tak nie mam nic na ten tydzień. 

Na górze Mike poszedł od razu do pokoju gospodarzy, Edward natomiast zacisnął 

zęby i zapukał do łazienki w korytarzu. 

– Bella? Muszę z tobą pomówić. 
Obawiał się, że go odprawi, ale po chwili otworzyła drzwi. 
Widocznie szczotkowała włosy, bo wyglądały o wiele piękniej niż kiedykolwiek. 

Bezwiednie sięgnął do tej masy rudych loków, zupełnie jakby jego ręka kierowała się 
własną wolą. 

Odchyliła  się,  unikając  dotknięcia.  Ręce  skrzyżowała  z  przodu  na  jedwabnej 

bluzce. 

– Słucham – powiedziała sucho. 
Edward  odniósł  wrażenie,  że  gdzieś  w  mózgu  otwierają  mu  się  jakieś  klapki. 

Nagle zrozumiał, co zrobił. I było to uczucie przeraźliwie bolesne. 

W  ciągu  tygodnia  nie  miał  czasu  na  długie  rozmyślania,  wciąż  jednak 

uświadamiał  sobie  zdumiewającą  przyjemność,  jaką  czerpał  z  najzwyklejszego 
snucia  się  po  domu.  Teraz  zrozumiał,  dlaczego  tak  się  działo.  To  nie  dom  stanowił 
atrakcję. Tę magiczną atmosferę wyczarowała Bella. 

Jak można było tego nie dostrzec? 
Pragnął jej, oczywiście. Prawdopodobnie zaczęło się to już pierwszego wieczoru, 

kiedy  wpadł  z  impetem  do  środka  i  ujrzał  ją  przy  pianinie.  Skromna,  niewinna 
kobieta, która natychmiast wzbudziła w nim pożądanie. 

Później  pocałował  ją.  W  głowie  tak  mu  się  zakręciło,  że  nawet  nie  próbował 

rozważać,  co  się  dzieje.  Ciągle  myślał,  że  to  wyłącznie  erotyczna  zachcianka.  Nie 
zauważył,  jak  przebył  drogę  od  pożądania  do  potrzeby  przebywania  z  Bellą.  Do 
miłości... 

Zamęt  w  głowie  najwyraźniej  pozbawił  go  głosu.  To  nawet  dobrze.  Zaledwie 

kilka  minut  temu  zachwalał  uroki  majsterkowania,  a  teraz  miałby  oznajmić,  że 
popełnił drobny błąd w ocenie, co dla niego ważne: pędzle, śrubokręty czy ona? 

Milczał. Bella przyglądała mu się uważnie. W końcu żachnęła się. 
– Chciałeś coś mi powiedzieć. Słyszałam rozmowę... Czy ktoś przyszedł? 
– Tak. – Głos miał trochę ochrypły, ale przynajmniej mógł mówić. – Mike wrócił. 

Skończy łazienkę. Wiem, że ci się nie spodoba, że znów będzie tu pracował, jednak 
nie  mamy  wyjścia,  jeśli  wanna  ma  być  zainstalowana  w  terminie.  –  Przerwał  i 
dorzucił: – Wyjaśniłem mu, – że jeśli przyszłoby mu coś głupiego do głowy, będzie 
miał ze mną do czynienia. – Wiedział, jak niezręcznie to zabrzmiało. 

background image

 

98 

– Cóż za troskliwość – zadrwiła. – A czy poinformowałeś go, że rozprawisz się z 

nim telepatycznie, bo z Manhattanu? 

–  Nie  wyjeżdżam  na  zawsze,  tylko  na  kilka  dni.  –  Podszedł  bliżej  i  objął  ją 

ramieniem. – Wtedy jakoś to wszystko będziemy mogli rozwiązać. 

Nie próbowała odsunąć go, lecz stała nieruchomo i sztywno. 
– Bello? – Uniósł jej twarz. 
Spojrzała mu w oczy. Jej głos był niemal uprzejmy. 
– Chyba jednak coś do ciebie nie dotarło... Nie będę twoją dziewczyną na telefon, 

kiedy  wpadniesz przelotem  do  Denver. –  Odepchnęła jego  rękę i przeszła przez hol 
do pokoju gościnnego. 

Edward szedł za nią. 
– To nie koniec, Bello. Nie możesz się ze mną kochać w taki sposób jak zeszłej 

nocy, a potem tak po prostu odprawić. 

–  Ta  noc  była  wielką  pomyłką.  Wszystko  jest  pomyłką.  W  gruncie  rzeczy  – 

spojrzała na niego z namysłem – już dawno powinnam skorzystać z twojej rady. 

– Jakiej rady? – spytał zniecierpliwiony. Lekko się uśmiechnęła. 
– Powinnam dać ci spokój i pocałować ropuchę. 
Edward powiedział, że nie może przyjąć pracy w Clearwater Electronics. Bella z 

goryczą przyznawała, że nie była tym zaskoczona. 

I  tyle,  jeśli  chodzi  o  jego  uczciwość.  Chyba  jednak  lepiej,  że  nie  podał  jej 

prawdziwego  powodu  swej  decyzji,  wystarczyło,  że  w  głębi  serca  znała  prawdę. 
Gdyby oświadczył, że Bella zbyt mało dla niego znaczy, by zostać dla niej w Denver. 
.. A tak, wciąż się łudziła. 

Nie  chciała  liczyć  dni.  Była  wściekła  na  siebie,  że  denerwuje  się  brakiem 

jakiejkolwiek  wiadomości  od  niego.  Czyż  naprawdę  gładkie  obietnice  ojca  niczego 
jej nie nauczyły? Edward mówił, że wróci za kilka dni, a ona, głupia, uwierzyła. 

Sama szydziła ze swojej naiwności. Niby czemu się dziwiła? Żałosne... 
Pewnego późnego popołudnia usiadła do pianina. Nie grała; myślała o pierwszym 

wieczorze i próbowała powstrzymać płacz. 

Mike  zszedł  na  dół  i  po  raz  pierwszy  od  powrotu  do  pracy  zajrzał  do  salonu. 

Cokolwiek  Edward  mu  powiedział,  odniosło  to  skutek.  Podczas  tych  dni  prawie  na 
nią  nie  spojrzał,  teraz  też  zatrzymał  się  tuż  za  progiem,  skubiąc  skórzany  pas  na 
narzędzia. 

– Proszę pani? To ja już... 
– Chcesz już iść? Będziesz jutro o tej samej porze? 
– Nie, już skończyłem całą robotę. Pewno pani chce sprawdzić, nim sobie pójdę. 

background image

 

99 

– W porządku. – Zamknęła wieko pianina i weszła na górę. 
W  łazience  unosił  się  specyficzny  zapach  materiałów  budowlanych:  surowego 

drewna,  klejów,  środków  czyszczących.  Przestrzeń  wokół  wanny  była  nienaturalnie 
pusta. Rosalie będzie miała dużo do zrobienia, jednak Mike swoje zadanie wykonał. 

Tak  jak  Bella.  Umawiały  się.  że  zostanie  albo  do  czasu  zainstalowania  wanny, 

albo do powrotu Rose. Teraz więc była już wolna. 

Mike  zaczął  znosić  narzędzia,  natomiast  Bella  zabrała  się  za  porządkowanie 

łazienki.  Musiała  wszystko  odkurzyć,  a  potem  porozstawiać  drobiazgi,  które 
pochowała  w  pierwszym  dniu  remontu.  Na  koniec  napełniła  mosiężną  misę 
pachnącymi płatkami potpourri i przygotowała świecę zapachową. 

Mike zwijał już ostatni przedłużacz. 
– Mike, nie wiem, co Edward ci powiedział... – zaczęła. Wzruszył ramionami. 
– Mówił po prostu o swoich prawach do pani. Ja tam go za to nie winię. 
Jego prawa do niej. Świetny żart. 
– Gdyby pani kiedyś potrzebowała hydraulika... 
– Wówczas zadzwonię po ciebie, Mike. 
Z  kieszonki  koszuli  wyjął  świeżą  wykałaczkę.  Włożył  ją  energicznie  do  ust  i 

wyszedł. 

Bella  zabrała  się  za  porządkowanie  następnych  pomieszczeń.  Odkurzyła 

sypialnię,  zmieniła  pościel,  do  pralki  wrzuciła  ręczniki.  Wszystko  to  oczywiście 
musiała zrobić, ale było jej też na rękę, że każda z tych czynności pozwala jej zostać 
tu trochę dłużej. 

Tłumaczyła sobie, że to głupota. Trzeba skończyć zabawę w udawanie. 
Podjęła w końcu decyzję. Spakowała swoje rzeczy i odłożyła klucz na umówione 

miejsce. Czas wracać do siebie. 

Nikt się nie odezwał, kiedy zadzwonił do drzwi. W domu nie było żywej duszy, 

tylko nieruchome oko kamery błyszczało nad drzwiami. Czy to znaczy, że Bella nie 
ma w domu, czy może spojrzała na monitor i nie chce go widzieć? 

Zajrzał pod donicę z żółtymi kwiatkami i ze zdumieniem stwierdził, że klucz był 

na swoim miejscu. 

A więc odeszła. 
Uderzyło  go  to  jak  obuchem,  chociaż  wiedział,  że  głupotą  byłoby  oczekiwać,  iż 

nic  się  nie  zmieniło.  Nie  mógł  przecież  liczyć  na  to,  że  Bella  będzie  tu  na  niego 
czekać. Szczególnie po tym, jak powiedziała, że to już koniec. 

Stał na schodkach i obracając klucz w ręku, zastanawiał się, czy warto wchodzić 

do  środka.  Czy  zniesie  panującą  tam  ciszę  i  pustkę?  Czy  rzeczywiście  ma  ochotę 

background image

 

100 

zaglądać  do  lodówki,  gdzie  zapewne  w  idealnym  porządku  stoją  jego  rzeczy:  sześć 
piw,  dwa  słoiczki  oliwek  i  butelka  keczupu?  Albo  wejść  do  łazienki?  Nawet  jeśli 
wyprowadziła się kilka dni temu, bez wątpienia pozostał tam zapach bzu. Mógłby też 
odtworzyć  film  zarejestrowany  przez  kamerę.  Przynajmniej  zobaczyłby,  jak  Bella 
opuszcza dom... 

„Źle pan to rozegrał”. Musiał przyznać, że Mike miał świętą rację. 
Zdecydowanie  podniósł  klucz.  Pójdzie  prosto  do  telefonu  i  w  książce 

telefonicznej odszuka „Wypożyczalnię Żon”. Teraz już nie podda się. 

Bella  wcisnęła  przełącznik  i  szum  odkurzacza  ucichł.  Dywan  w  salonie  był 

ostatnią  pozycją  na  liście  prac  porządkowych.  Nie  ma  już  żadnych  śladów  jej 
obecności. Rosalie wróci do wysprzątanego, czystego domu. 

Przeniosła  odkurzacz  do  holu.  Właśnie  wstawiała  go  do  szafki,  gdy  w  zamku 

zazgrzytał  klucz.  Pomyślała,  że  zawsze  ma  takie  szczęście.  Czy  Rose  i  Emmett 
musieli wrócić, zanim zdołała stąd odejść? Z pewnością zechcą wysłuchać jej relacji, 
trzeba więc będzie uśmiechać się i udawać, że wszystko odbywało się spokojnie i bez 
zakłóceń... 

Drzwi otworzyły się szeroko. 
– Edward... – szepnęła. 
Stał w wejściu bez ruchu. Najpierw spojrzał na walizki ułożone w holu, a potem 

na Bellę. W jego brązowych oczach widniało niedowierzanie. 

– Myślałem, że się wyprowadziłaś. Nawet nie próbowała ukryć sarkazmu. 
– W takim razie nic dziwnego, że tu się zjawiłeś. Ale nie martw się, właśnie się 

wynoszę. 

Zastąpił jej drogę. 
– Nie, Bello. Już mówiłem, że musimy to wszystko rozwiązać. 
– Mówiłeś też, że wrócisz za parę dni. Przykro mi, ale czas się skończył. 
Nie ruszył się. 
–  Czego  się  boisz?  Nie  próbuj  mi  wmawiać,  że  niczego.  Gdyby  tak  było,  nie 

próbowałabyś uciec. 

–  Świetnie,  przynajmniej  poznałam  opinię  eksperta  od  uciekania  –  odparowała 

Bella.  –  Nie  uciekam,  po  prostu  nie  mamy  o  czym  mówić.  Skoro  jednak  nalegasz, 
mogę ci poświęcić kilka minut. – Ironicznym gestem wskazała salon. 

Przysiadła  na  brzeżku  obszernego  fotela.  Edward,  zbyt  podekscytowany,  żeby 

siadać, stanął przed kominkiem. 

–  Myślałam,  że  zająłeś  się  kolejną  firmą  –  powiedziała  Bella.  –  Wiesz  chociaż, 

gdzie teraz pojedziesz? 

background image

 

101 

– Według grafiku, do Fairbanks na Alasce.  
Uświadomiła sobie, że mimo wszystko aż do tej chwili miała wątłą nadzieję, lecz 

Edward rozwiał ją zdecydowanie. 

– Ale nie chcę tam jechać – dodał. 
Nie  próbowała  doszukiwać  się  ukrytych  znaczeń,  bo  całkiem  rozsądne 

wyjaśnienie narzucało się samo. Wzruszyła ramionami. 

– Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek chciał jechać na Alaskę akurat teraz, 

gdy zbliża się najkrótszy dzień w roku. Pogratulować wyboru. 

–  Bello,  nie  o  Alaskę  chodzi.  Dotyczy  to  każdego  miejsca.  Uczestniczyłem  w 

rozmowach wstępnych i guzik mnie obchodzi Fairbanks. Wszystko inne zresztą też, 
bo podczas ostatnich tygodni zbyt wiele się zmieniło. 

– Aż tak bardzo spodobała ci się praca przy drzwiach? 
– Uparłaś się, żeby nic mi nie ułatwić? 
– A jest chociaż jeden powód, by było inaczej? 
– Nie, nie ma. Po tym, jak dałem do zrozumienia, że się nie liczysz... 
Uniosła dumnie brodę. 
– Dlaczego miałabym uważać, że powinno być inaczej? Jesteś zbyt zajęty... 
–  Do  cholery,  Bello,  przestań  udawać,  że  jesteś  jak  sopel  lodu!  Musi  cię 

obchodzić, co do ciebie czuję! 

– A niby dlaczego? – spytała ze złością. 
–  Bo  bardzo  chcę,  żeby  cię  to  obchodziło  –  powiedział  po  długiej  chwili 

milczenia.  –  Nie  okłamałem  cię,  Bello,  a  przynajmniej  tak  mi  się  zdawało.  Nie 
wiedziałem,  co  się  ze  mną  dzieje.  Przyznaję,  że  sam  byłem  zaskoczony,  zarówno 
tym,  co  robiłem,  jak  i  faktem,  że  sprawiało  mi  to  przyjemność.  Ale  nawet  nie 
próbowałem  zastanawiać  się  nad  tym.  Aż  do  chwili,  kiedy  powiedziałaś,  że  to 
koniec... Wtedy uświadomiłem sobie, że wcale nie pragnę krótkiego romansu. Chcę... 
Och, chcę dużo więcej. 

To wyznanie powinno stopić jej serce, lecz Bella czuła tylko zamęt. Powiedział, 

ż

e jest dla niego ważna, że chciał więcej niż przelotnego flirtu. Tylko co to znaczy? 

Czego właściwie od niej oczekuje? 

Usiadł na brzegu jej fotela. 
– Zakochałem się w tobie, Bello – wyznał. Zakochał się. Kręciło się jej w głowie. 

Spełniało się jej marzenie, a jednak... 

– Nie wierzę, że cię nic nie obchodzę. Gdyby tak było, nie kochałabyś się ze mną 

w taki sposób... 

– To była ciekawość – zaoponowała słabo. Edward pokręcił głową. 

background image

 

102 

–  Nie  chcesz  chyba,  żebym  w  to  uwierzył.  Skoro  jednak  tak  mówisz,  może 

jeszcze  zaspokoisz  swoją  ciekawość?  Może  sprawdzisz,  jak  smakuje  pocałunek, 
kiedy już wiesz, że cię kocham. 

Nie czekał na odpowiedź, tylko pochylił się do jej ust. Nie próbowała się odsunąć. 

Choć  poruszał  się  wolno,  jakby  dając  jej  szansę  na  ucieczkę,  w  jego  wzroku 
wyczytała zdecydowanie. 

Wcale nie chciała uciekać. Pragnęła znaleźć się w jego ramionach. W jego sercu. 

I w jego życiu... 

Zamknęła  oczy  i  próbowała  się  poddać,  ale  coś  ją  powstrzymywało.  Usiłowała 

pamiętać o tym, że Edward nie jest taki jak ojciec. Czy jednak ona, podobnie jak jej 
cierpiąca  matka,  nie  będzie  żałować,  że  oddała  się  temu  czarującemu,  lecz 
zmiennemu mężczyźnie? 

Podniósł głowę. 
–  Co  się  dzieje,  Bello?  Dlaczego  się  wahasz?  Zagryzła  wargi.  Musiała 

zaryzykować. 

– Pochlebia mi, że mnie pokochałeś, ale... 
–  Co  mam  zrobić,  Bello?  Nie  poproszę  cię,  żebyś  za  mną  jeździła  od  miasta  do 

miasta... 

Serce jej zamarło. 
–  Chcesz,  żebym  czekała  na  lotnisku,  ilekroć  zdarzy  ci  się  dłuższa  przerwa  w 

podróży? Wolałabym więcej cię nie zobaczyć... 

– Na pewno mnie zobaczysz. Dzwoniłem w tym tygodniu do Harry’ego. 
– W sprawie pracy? – Spochmurniała. – Już wiem, że nie możesz jej przyjąć. 
–  To  prawda.  Nastąpiłby  konflikt  interesów,  gdybym  przyjął  posadę  w  firmie, 

którą właśnie sprawdzam pod kątem możliwości inwestycyjnych. Postawiłoby to pod 
znakiem zapytania bezstronność i wiarygodność mojej opinii. 

–  Czyli  nie  ma  o  czym  mówić?  –  Miała  ochotę  ukryć  twarz  na  jego  ramieniu  i 

wyć z rozpaczy. 

Uśmiechnął się i pocałował jej skroń. 
–  Ale  teraz,  kiedy  Harry  zdobył  już  potrzebne  środki,  układ  między  nami  uległ 

zmianie.  Nic  nie  stoi  na  przeszkodzie,  żeby  złożył  mi  nową  propozycję,  którą  ze 
spokojnym sumieniem mogę przyjąć.  

Bella potrząsnęła głową. 
– Nie mogę cię o to prosić. Gdyby miało cię to unieszczęśliwić... – Ofiarowywał 

jej  gwiazdkę  z  nieba,  ale  za  cenę,  której  nie  zamierzała  płacić.  Przygryzła  wargę.  – 
Edward,  czy  ty  zdajesz  sobie  sprawę,  jak  mnie  to  przeraża?  Nie  wezmę  na  siebie 

background image

 

103 

takiej odpowiedzialności. A jeśli coś pójdzie nie tak? 

–  To  się  przydarzyło  moim  rodzicom.  Nie  rozwiedli  się,  chociaż  dla  nas 

wszystkich  byłoby  to  pewno  lepsze  rozwiązanie.  To  dlatego  Emmett  trzy  razy  się 
ż

enił.  Kiedy  tylko  dochodzi  do  jakichś  nieporozumień,  natychmiast  bierze  nogi  za 

pas. 

– Może powinnam ostrzec Rosalie.  
Uśmiechnął się krzywo. 
– Chyba już za późno. Jeśli ich małżeństwo przetrzyma ten remont, to znaczy, że 

Emmett  stał  się  innym  człowiekiem.  Zresztą,  nie  mnie  oceniać,  czy  się  zmienił. 
Wiem tylko tyle, że ja tak. 

– Edward... 
– Daj mi skończyć. Poszedłem inną drogą niż mój brat. Postanowiłem w ogóle nie 

podejmować ryzyka. Tak urządziłem swoje życie, żeby nigdzie nie zatrzymywać się 
na dłużej. W ten sposób nic nie mogło się popsuć, niczym nie  mogłem  się znudzić. 
Ani pracą, ani kobietą. Miałaś rację, Bello. Byłem zbyt zajęty, żeby zastanowić się, 
czy rzeczywiście chcę tak żyć. Dopiero przy tobie zwolniłem tempo i zobaczyłem, co 
tracę. Jesteś dla mnie najważniejsza. Pragnę mieć cię przy sobie, gdy będę poznawał 
to, co mnie do tej pory ominęło. 

– Jesteś tego pewien? – szepnęła. – Mówiłeś, że nie znosisz rutyny. 
– Nie sądzisz chyba, że praca u Harry’ego kiedykolwiek stanie się monotonna? A 

jeśli chodzi o ciebie... nie doceniasz się. Coś mi mówi, że całe lata miną, zanim jako 
tako ciebie poznam. Jeśli, oczywiście, dasz mi szansę. 

Powoli ustępowało jej napięcie. 
–  W  każdym  bądź  razie  –  powiedział  zdecydowanie  –  w  przyszłym  tygodniu 

zaczynam  pracę  jako  dyrektor  finansowy  i  młodszy  wspólnik  w  Clearwater 
Electronics. Zostaję tutaj, czy tego chcesz, czy nie. Razem z Harrym mamy szerokie 
plany  związane  z  „Wypożyczalnią  Żon”.  Chcemy  zatrudnić  twoją  firmę  do 
organizowania  imprez  dla  pracowników,  więc  i  tak  będziesz  miała  ze  mną  do 
czynienia. Chyba że wolisz wrócić na studia. 

Bella zastanowiła się chwilę i pokręciła głową. 
–  Zbyt  wiele  zawdzięczam  Angeli  i  Jessice,  aby  je  teraz  opuścić.  To  pierwsze 

prawdziwe przyjaciółki w moim życiu. A to, co ci powiedziałam na temat dyplomu, 
jest  najszczerszą  prawdą.  Życie  naukowca  to  nie  tylko  wieża  z  kości  słoniowej  i 
poezja.  Nie  chcę  mieć  do  czynienia  z  intrygami  i  ciągłą  presją.  Znacznie  bardziej 
odpowiada mi obecna rola. 

– W takim razie daję ci zlecenie na znalezienie mieszkania. Uprzedzam tylko, że 

background image

 

104 

łatwiej  mnie  do  niego  przekonasz,  jeśli  obiecasz  zamieszkać  ze  mną.  Gdybyś 
odmówiła,  będę  grymasił  przy  każdej  propozycji,  aż  tak  cię  zmęczę,  że  w  końcu 
zmienisz  zdanie.  –  Przytulił  ją  mocniej.  Drżała  tak  bardzo,  że  musiała  oprzeć  się  o 
niego. – A jeszcze lepiej będzie nam się współpracować, jeśli zgodzisz się wyjść za 
mnie. 

Pocałowała go wolno, bez pośpiechu. 
– Jeśli powiesz „tak” – odezwał się w końcu – równie dobrze mogę zamieszkać w 

kartonie pod mostem. 

– Mieszkania zacznę szukać jutro – szepnęła, przyciągając go do siebie. 
– Ja myślę – mruknął Edward, nadal obsypując ją żarliwymi pocałunkami. 
Tak, dzisiaj co innego było im w głowie. 
 
☺ by oknoifiranka