background image

Josif Brodski

                                                 W hołdzie Markowi Aureliuszowi

                                                                                
I

 Starożytność dla nas istnieje, a my dla niej nie. Nigdy nie istnieliśmy i 

istnieć nie będziemy. Z powodu tej dość 
osobliwej sytuacji nasz ogląd starożytności jest niezupełnie miarodajny. 

Chronologicznie, a niestety pewnie i 
genetycznie rzecz biorąc, dzieli nas dystans zbyt ogromny, aby mogła być mowa o 

jakichkolwiek związkach 
przyczynowych: patrzymy na starożytność jakby znikąd. Zajmujemy wobec niej 

podobny punkt obserwacyjny, 
jak wobec nas sąsiedzi z najbliższej galaktyki; to, co udaje nam się dostrzec, 

równa się w najlepszym razie 
solipsystycznej fantazji, wizji. Do niczego więcej nie możemy rościć sobie 

pretensji, nic bowiem nie daje się 
powielić z większym trudem niż wysoce nietrwały koktajl komórkowy, jakim jest 

każdy z nas. Co by rozpoznał 
starożytny Rzymianin, gdyby dziś się zbudził? Chmurę na niebie, błękit fal, stos 

drew, poziomość łóżka, 
pionowość ściany - i ani jednej twarzy, choćby napotkani ludzie byli nagusieńcy. 

W najlepszym razie doznałby 
wśród nas czegoś takiego jak kosmonauta, który wylądował na księżycu i nie wie, 

co ma przed sobą: przyszłość 
czy zamierzchłą przeszłość? Pejzaż czy ruinę? Są przecież, poza wszystkim, 

wielce podobne. Chyba, że zobaczyłby 
jeźdźca - a, to co innego.

                                                                          II

Wiek dwudziesty jest zapewne pierwszym stuleciem, które patrzy na ten konny 

posąg z lekkim zdumieniem. 
Żyjemy przecież w epoce motoryzacji, nasi królowie i prezydenci prowadzą auta 

lub są nimi wożeni. Niewielu 
widujemy jeźdźców - chyba że na pokazach i wyścigach. Wyjątkiem jest Filip, 

brytyjski książę małżonek, i 
księżniczka Anna, jego córka. Decyduje to jednak nie tyle ich monarsza ranga, 

ile imię Filip, które ma grecki 
rodowód i znaczy philo-hippoi: miłośnik koni. Decyduje do tego stopnia, że Jej 

Książęca Wysokość poślubiła 
(na pewien czas) kapitana Marka Phillipsa z królewskiej gwardii, także 

zawołanego koniarza. Można by jeszcze 
dodać Księcia Karola, dziedzica korony brytyjskiej, a zarazem namiętnego gracza 

w polo. Na tym jednak lista się 
kończy. Przywódców współczesnych demokracji - ani nielicznych ocalałych tyranów 

- w siodle nie uświadczysz. 
Ani dowódców wojskowych, kiedy odbierają defilady, też zresztą coraz rzadsze. 

Jeźdźcy prawie zniknę li z 
naszego podwórka. Owszem, pozostała jeszcze policja konna; nowojorczyk nigdy 

chyba nie doznaje większej 

background image

Schadenfreude niż wtedy, gdy jest świadkiem, jak jeden z tych rycerzy wlepia 

mandat właścicielowi 
nieprawidłowo zaparkowanego auta, którego maskę obwąchuje policyjna szkapa. 

Dzisiejsze pomniki przywódców 
i bohaterów dotykają piedestału tylko dwiema nogami. Szkoda, bo koń wiele 

symbolizował: imperia, męskość, 
naturę. Rozmaite pozycje konnych posągów określa skomplikowana etykieta: koń 

staje dęba - znaczy, jeździec 
zginął w boju. Wszystkimi czterema kopytami stoi na postumencie - jeździec umarł 

we własnym łożu z baldachi-
mem. Jedno kopyto wysoko uniesione - śmierć z ran odniesionych w bitwie; nieco 

mniej uniesione kopyto - żył 
dość długo, rzec by można: żył truchtem. Z samochodem taki numer nie przejdzie. 

A zresztą samochód - nawet 
rolls royce - nie świadczy o niepowtarzalności swego właściciela ani nie wynosi 

go nad tłum, tak jak koń. 
Zwłaszcza rzymskich cesarzy przedstawiano w siodle nie po to, żeby upamiętnić 

ich ulubiony sposób 
podróżowania, lecz właśnie dla podkreślenia rangi: przynależności - często z 

urodzenia - do szlachty, czyli stanu, 
który jeździ wierzchem. W ówczesnej frazeologii "jeździec" znaczyło więc tyle, 

co "wywyższony" albo "wysoko 
urodzony". A zatem equus oprócz jeźdźca dźwigał brzemię mnóstwa ukrytych 

znaczeń. Przede wszystkim zaś 
oznaczać mógł przeszłość, chociażby dlatego, że symbolizował królestwo zwierząt, 

z którego przecież ona się 
wywodzi. Może właśnie dlatego Kaligula wprowadził swego konia do Senate. Już 

bowiem starożytnym przyszło to 
do głowy. Bo dużo bardziej obchodziła ich przeszłość niż przyszłość.

                                                                           III
Przeszłość z przyszłością łączy nasza wyobraźnia, ponieważ to ona je tworzy. 

Korzenie wyobraźni tkwią w naszej 
eschatologicznej trwodze: w przerażającej myśli, że nic nas nie poprzedza i nic 

z nas nie wynika. Im silniej targa 
nami ten lęk, tym szczegółowiej wyobrażamy sobie antyk lub utopię. Czasem - 

jakże często - zahaczają one o 
siebie: na przykład gdy antykowi przypisujemy idealny ład i obfitość cnót 

wszelakich, albo kiedy mieszkańcy 
utopii przechadzają się po swych rządnych miastach z marmuru odziani w togi. Nie 

ulega kwestii, że to marmur jest 
uniwersalnym budulcem zarówno antyku, jak utopii. W ogóle biel przepaja naszą 

wyobraźnię aż po najdalsze 
krańce, ilekroć w wizjach przeszłości lub przyszłości skłaniamy się ku 

metafizyce bądź religii. Biały jest raj, białe są 
Grecja i Rzym. Predylekcja to jest nie tyle alternatywą dla mroku źródeł 

ludzkiej fantazji, ile metaforą naszej 
ignorancji, a może po prostu odbiciem barwy materiału, którego wyobraźnia nasza 

zazwyczaj używa do swych 
wzlotów - czyli papieru. Zmiętą kartkę w drodze do kosza na śmieci z łatwością 

można wziąć za odprysk cywilizacji, 
zwłaszcza gdy zdjęło się okulary. 

  

IV

background image

Po raz pierwszy ujrzałem tego spiżowego jeźdźca przez okno taksówki - jakieś 

dwadzieścia lat temu, prawie w 
poprzednim wcieleniu. Dopiero co wykonałem swoje pierwsze lądowanie w Rzymie i 

właśnie zmierzałem do hotelu, 
w którym daleki znajomy zarezerwował mi pokój. Hotel nazywał się wcale nie z 

rzymska: "Bolivar". A zatem 
czynnik koński od razu zawisł w powietrzu, bo wielki libertador najczęściej 

przedstawiany bywa na koniu 
stającym dęba. Czy zginął w bitwie? Nie mogłem sobie przypomnieć. Zaraz zresztą 

utknęliśmy w wieczornym 
korku, w miejscu, które wyglądało jak skrzyżowanie placu przed dworcem kolejowym 

i boiska piłkarskiego tuż po 
meczu. Ciekaw byłem, jak daleko jeszcze do hotelu, ale znałem włoski tylko na 

tyle, żeby spytać: "Gdzie 
jesteśmy?" "Piazza Venezia", odparł taksówkarz, kiwając głową w lewo. 

"Campidoglio", dodał i kiwnął w prawo. 
Przy kolejnym kiwnięciu powiedział: "Marco Aurelio" i z wielką energią dorzucił 

parę słów - zapewne komentarz na 
temat ruchu ulicznego. Spojrzałem w prawo. "Marco Aurelio", mruknąłem pod nosem. 

Poczułem się, jakby dwa 
tysiąclecia nagle runęły, stopniały mi w ustach dzięki poufałej włoskiej formie 

cesarskiego imienia. Miało ono dla 
mnie dotąd epicki, zaiste imperialny rozmach, niby przetykane cezurami, grzmiące 

obwieszczenie osobistego 
majordomusa historii: Marcus! - cezura - Aurelius! Imperator! Rzymski! Marcus! 

Aurelius! Takim go znałem w 
liceum, gdzie majordomusem była poczciwa, przysadzista Sara Izaakowna, nader 

żydowska i nader zrezygnowana 
dama po pięćdziesiątce, nauczycielka historii. Ilekroć miała wymienić imiona 

rzymskich cesarzy, pomimo całej 
rezygnacji prężyła się z godnością i wykrzykiwała, mierząc głosem wysoko ponad 

nasze głowy, w łuszczący się 
tynk ściany ozdobionej portretem Stalina: Caius Julius Caesar! Caesar Octavian 

Augustus! Caesar Tiberius! 
Caesar Vespasianus Flavius! Imperator Rzymski Antoninus Pius! I wreszcie - 

Marcus Aurelius! Tak jakby imiona 
to były od niej większe, jakby wzbierały w niej, aby wyrwać się na wolność, w 

przestrzeń znacznie bardziej 
rozległą niż jej ciało, szkolna klasa, kraj, a nawet epoka. Delektowała się 

dziwacznymi, cudzoziemskimi brzmieniami, 
zaskakującymi następstwami samogłosek i spółgłosek, a rozkosz jej była, co to 

kryć, zaraźliwa. Dzieci uwielbiają 
dziwne słowa, dziwne dźwięki, i pewnie dlatego historię najlepiej przyswaja się 

w dzieciństwie. Dwunastolatek 
może nie pojąć intrygi, ale dziwny dźwięk zasugeruje mu odmienną rzeczywistość. 

Przynajmniej na mnie tak 
właśnie działało imię "Marcus Aurelius", a rzeczywistość z nim się kojarząca 

była bezkresna, większa nawet niż 
terytorium Imperatora. I oto przyszedł widocznie czas oswajania owej 

rzeczywistości; po to pewnie przyjechałem 
do Rzymu. "Marco Aurelio, hę?" - powtórzyłem w duchu, po czym spytałem szofera: 

"Gdzie?" Wskazał szczyt 
olbrzymiej kaskady marmurowych schodów prowadzących na wzgórze, które mieliśmy 

akurat przed sobą, a gdy 
taksówka ostro skręciła, żeby zająć w morzu aut odrobinę korzystniejsze miejsce, 

w rzęsistym blasku reflektora 

background image

ujrzałem na moment dwoje końskich uszu, brodatą twarz i uniesioną rękę. A potem 

morze nas pochłonęło. Pół 
godziny później stanąłem przed drzwiami "Bolivara" i trzymając w jednej ręce 

torbę podróżną, a w drugiej 
pieniądze, w nagłym zbrataniu i przypływie wdzięczności spytałem taksówkarza 

(był przecież w Rzymie moim 
pierwszym rozmówcą, przywiózł mnie do hotelu i nawet chyba nie oszukał na 

taryfie), jak ma na imię. "Marco" - 
odparł i zaraz odjechał.

  

V

Najoczywistszą cechą starożytności jest nasza w niej nieobecność. Im łatwiej o 
antyczny złom i im dłużej weń się 

wpatrujesz, tym bardziej kategorycznie antyk odmawia ci wstępu. Szczególnie 
skutecznie przekreśla cię marmur, 

choć brąz i papirus niewiele pozostają za nim w tyle. Zabytki to czy docierają 
do nas nienaruszone, czy tylko we 

fragmentach - tak czy owak zdumiewają swą trwałością i kuszą, żeby ułożyć z nich 
(zwłaszcza z fragmentów) 

spójną całość; ale sęk w tym, że wcale nie miały do nas dotrzeć. Były - i nadal 
są - same dla siebie. Apetyt, jaki w 

człowieku budzi przyszłość, nie jest bowiem ani trochę większy aniżeli ludzka 
zdolność konsumowania czasu, co 

zresztą dowodnie wykazuje gramatyka - pierwsza ofiara każdej dysputy o życiu 
przyszłym. Wszystkie to marmury, 

brązy i papirusy miały w najlepszym razie przetrwać swych modeli i twórców, lecz 
nie siebie. Ich istnienie pod-

porządkowane było funkcji, czyli w wąskim zakresie użyteczne. Czas to nie 
układanka z klocków: jego klocki 

znikają. A sama idea życia pozagrobowego - choć przedmioty mogły być, owszem, 
dla niej inspiracją - jest 

stosunkowo świeżej daty. Do nas w każdym razie dotarły szczątki rzeczy 
stworzonych przez konieczność lub 

próżność: motywacje nieuchronnie krótkowzroczne. Nic nie istnieje dla dobra 
przyszłości; a starożytni z 

oczywistych powodów nie mogli uważać się za starożytnych. My też nie powinniśmy 
myśleć o sobie jako o ich 

jutrze. Do starożytności wejść nam się nie uda: i bez nas była dostatecznie 
zaludniona, jeśli nie wręcz 

przeludniona. Wolnych miejsc brak. Nie warto obijać sobie knykci o marmur.

  
VI

Żywoty cezarów dlatego tak nas pochłaniają, że jesteśmy nadzwyczaj pochłonięci 

sobą. Mówiąc najoględniej, 
każdy z nas uważa się za centrum wszechświata, a wszechświaty to różnią się, 

rzecz jasna, rozległością, ale centra 
z definicji mieć przecież muszą. Między imperium a rodziną, siatką przyjaźni, 

Pajęczyną romantycznych uwikłań, 
polem działalności zawodowej itd. zachodzi różnica ilościowa, a nie jakościowa. 

A ponieważ cesarze tak są od nas 
odlegli w czasie, ich dylematy przy całej swej złożoności wydają nam się do 

ogarnięcia, z dystansu dwóch 

background image

tysiącleci skrót perspektywiczny pomniejsza je, robi z nich nieomal rozterki 

krasnoludków, przydając im 
nieodzownych rysów cudowności i naiwności. Ich imperia służą nam za notesy z 

adresami, zwłaszcza pod 
wieczór. Czytamy Swetoniusza, Eliusza czy wreszcie Psellosa w poszukiwaniu 

archetypów, nawet jeśli rządzimy 
tylko warsztatem rowerowym lub dwuosobową rodziną. Jakoś łatwiej utożsamiamy się 

z cezarem aniżeli z 
konsulem, pretorem, liktorem lub niewolnikiem, choć we współczesnym 

społeczeństwie zajmujemy mniej więcej tę 
samą, poślednią pozycję. I nie jest to mania wielkości ani wygórowane aspiracje: 

zrozumiałe, że upadła cnota, 
występek czy obłęd wydają się po prostu bardziej atrakcyjne w wersji wyraźnie 

zarysowanej - powiedzmy, King 
sicze - niż jako zamazany, mętny autentyk z przeciwka albo i z lustra. Kto wie, 

czy nie dlatego w ogóle patrzymy na 
ich podobizny, szczególnie to z marmuru. Przecież owal ludzkiej twarzy niewiele 

w sumie może pomieścić. Nikt nie 
ma więcej niż dwoje oczu ani mniej niż jedne usta; starożytność nie znała 

surrealizmu, nie było jeszcze mody na 
afrykańskie maski (a może była - co by zresztą wyjaśniało, czemu Rzymianie tak 

kurczowo trzymali się greckich 
miar). Toteż prędzej czy później człowiek musi się odnaleźć w którymś z tych 

wizerunków. Nie ma bowiem cezara 
bez popiersia, tak jak nie ma łabędzia bez odbicia w wodzie. Wygoleni, brodaci, 

łysi, ufryzowani, posyłają nam 
paste, marmurowe spojrzenia bez źrenic, trochę jak z fotografii paszportowej 

albo policyjnego zdjęcia przestępcy. 
Nie dowiemy się, co zmalowali; i chyba właśnie łącząc to twarze z 

odpowiadającymi im żywotami, czynimy z nich 
archetypy. Zarazem nieco sobie przybliżamy tych ludzi, bo skoro ich tak często 

portretowano, musieli zapewne 
nabyć niejakiego dystansu wobec realiów własnej fizyczności. W każdym razie 

popiersia i posągi były dla nich 
tym, czym dla nas są fotografie, a najczęściej fotografowano, rzecz jasna, 

cesarza. Byli także inni modele: 
cesarzowe, senatorowie, konsulowie, pretorzy, sławni sportowcy, wielkie 

piękności, aktorzy i mówcy. Z ocalałych 
resztek wynika jednak, że w sumie częściej rzeźbiono mężczyzn niż kobiety, co 

prawdopodobnie świadczy 
zarówno o tym, kto trzymał kasę, jak i o etosie ówczesnego społeczeństwa. Tak 

czy owak zawsze wygrywał cezar. 
W Muzeum Kapitolińskim można godzinami szwendać się po salach wypełnionych aż do 

sufitu rzędami 
marmurowych podobizn cezarów, imperatorów, dyktatorów i innych augusti 

ściągniętych z najdalszych krańców 
ich niegdysiejszego władztwa. Po tych, którzy najdłużej utrzymali się na 

posadzie, zostało najwięcej fotek. 
Uwieczniano ich młodych, dojrzałych, zgrzybiałych; niektóre popiersia zdaje się 

dzielić zaledwie kilka lat. 
Portreciarstwo w marmurze uprawiano widocznie na skalę przemysłową, a wziąwszy 

pod uwagę nieuchronne 
starzenie się, przemysł ten trąci kostnicą; po pewnym czasie człowiek czuje się 

w tym muzeum jak w archiwum 
encyklopedii dekapitacji. Trudno z niej cokolwiek wyczytać, bo marmur jest - 

wiadoma rzecz - biały niczym 

background image

dziewiczy papier. Ma też to wspólnego z fotografią - przynajmniej dawną - że 

jest dosłownie monochromatyczny; 
co daje ten między innymi skutek, że wszyscy stają się blondynami, choć naprawdę 

niejeden model czy modelka - 
na przykład cesarzowe, często rodem z Azji Mniejszej - wyglądał zupełnie 

inaczej. Marmur budzi jednak swym 
brakiem pigmentacji coś w rodzaju wdzięczności - podobnie jak czarno-biała 

fotografia - bo widz może puścić 
wodze fantazji, intuicji, patrzenie staje się więc aktem wspólnictwa: jak 

czytanie.

                                                                                
VII 

Są bowiem sposoby, żeby z patrzenia zrobić czytanie. W moim rodzinnym mieście 

było wielkie muzeum, które w 
dzieciństwie często zwiedzałem. Mieściła się tam ogromna kolekcja marmurów 

greckich i rzymskich, nie mówiąc już 
o dziełach Canovy i Thorvaldsena. Zauważyłem, że zależnie od pory dnia i roku 

wszystkie to rzeźbione oblicza 
stroją rozmaite miny, zacząłem więc się zastanawiać, jaki wyraz przybierają 

służy za wzór każdemu, kto musi w 
życiu sprzeniewierzyć się powołaniu. Na jego podwójnej lojalności wobec 

obowiązku i filozofii znacznie więcej 
zyskało Cesarstwo Rzymskie aniżeli doktryna stoików (która wraz z Markiem także 

dociera do kresu, czyli do 
etyki). Zyskało tak wiele, że twierdzi się, i to czasem ze sporą emfazą, jakoby 

ten rodzaj wewnętrznego rozdarcia 
był receptą na dobrego władcę. Rzekomo lepiej jest, gdy duchowe tęsknoty 

znajdują dla siebie osobne ujście i nie 
zakłócają działania jednostki. Przecież cały pomysł z królem-filozofem polega na 

tym, że trzeba zaniedbać 
metafizykę, prawda? Ale Marka od początku to przerażało, od początku się bał, że 

Hadrian wezwie go na swój 
dwór, bał się pomimo dworskich wygód i sposobności kariery. A może nie pomimo, 

tylko właśnie z ich powodu; 
jako wierny wychowanek greckiej doktryny pragnął jedynie "łoża prostego okrytego 

skórą" *. Filozofia była dlań 
tyleż stylem ubioru, ile dyskursu: materią i treścią życia, a nie tylko 

ćwiczeniem umysłowym. Wyobraźmy go sobie 
jako buddyjskiego mnicha: niewiele się pomylimy, gdyż "droga życia" była także 

esencją stoicyzmu; można by 
nawet powiedzieć: esencją esencji. Rezerwa młodego Marka wobec cesarskiej 

adopcji musiała być spowodowana 
nie tylko upodobaniami seksualnymi Hadriana: oznaczała zmianę garderoby równie 

drastyczną, jak towarzysząca 
jej zmiana diety umysłowej. Do tego, że w ogóle się zgodził, mniej chyba 

przyczyniły się naciski ze strony władcy, 
ile niewiara we własny intelekt: widocznie łatwiej być królem niż filozofem. Ale 

w końcu się zdecydował, no i 
mamy pomnik. Nasuwa się jednak pytanie: komu go wystawiono? Filozofowi? Królowi? 

Im obu? Może żadnemu.

                                                                            IX

Pomnik to na ogół struktura pionowa, symboliczny wzlot nad poziomość istnienia, 
antyteza przestrzennej 

background image

monotonii. W gruncie rzeczy nigdy nie zrywa z poziomem - którego przecież 

wszystko się trzyma - lecz na nim 
spoczywa, zarazem urozmaicając go niczym wykrzyknik. Pomnik z natury stanowi 

sprzeczność. Przypomina pod 
tym względem swego najczęstszego modela: człowiek, podobnie jak pomnik 

wyposażony we właściwości pionu i 
poziomu, w końcu jednak skłania się ku poziomowi. Trwałość materiału - marmuru, 

brązu, coraz częściej żeliwa, a 
ostatnio nawet betonu - jeszcze bardziej podkreśla sprzeczną naturę 

przedsięwzięcia, zwłaszcza gdy tematem jest 
wielka bitwa, rewolucja lub kataklizm wywołany mocą żywiołów, czyli krótkotrwały 

epizod z obfitym żniwem 
śmierci. Ale nawet jeśli pomnik poświęcono abstrakcyjnej idei albo skutkom 

doniosłego wydarzenia, rzuca się w 
oczy kontrast między skalą czasową i trwałością materiału, nie mówiąc już o jego 

wyglądzie. Skoro sam materiał 
rości sobie pretensje do niezniszczalności, może istotnie najlepszym tematem 

pomnika jest zniszczenie. 
Natychmiast przychodzi to na myśl dzieło Zadkina, upamiętniające bombardowanie 

Rotterdamu: jego pionowość 
ma charakter funkcjonalny, gdyż wskazuje, skąd nadciągnęła katastrofa. Cóż 

zresztą może być bardziej poziome 
~d Holandii? Nasuwa się spostrzeżenie, że pomnik ten wyrasta z wielkich 

płaszczyzn, z koncepcji zakładającej 
widok z oddalenia - w przestrzeni bądź w czasie. I że ma koczowniczy rodowód, bo 

przecież wszyscy koczujemy -
przynajmniej poprzez czas. Ktoś, kto tak jak nasz król-filozof zdawał sobie 

sprawę z daremności ludzkich 
poczynań, pierwszy oczywiście sprzeciwiłby się temu, że robi się z niego Posąg w 

miejscu publicznym. Choć z 
drugiej strony dwadzieścia lat nieustannych, jak się zdaje, walk frontowych, 

które miotały nim po wszystkich 
rubieżach cesarstwa, uczyniły zeń koczownika. Nie zapominajmy też o koniu.

  

X

Wieczne Miasto jest jednak miastem wzgórz, ściśle mówiąc, siedmiu. Niektóre są 
naturalne, inne sztuczne, lecz to i 

tamte pokonuje się w męce, zwłaszcza pieszo, zwłaszcza latem, choć przedtem i 
potem temperatura też niewiele 

spada. Dodaj_ my do tego słabe zdrowie cesarza; no i to, że z wiekiem wcale się 
ono nie poprawiało. Stąd koń. 

Posąg na szczycie Kapitolu wypełnia pustkę po konnej sylwetce Marka, która 
jakieś dwa tysiące lat temu była w 

tym miejscu widokiem częstym, żeby nie powiedzieć: powszednim. W drodze na 
Forum, jak mówią. Tak naprawdę, 

to akurat z powrotem. Gdyby nie piedestał Michała Anioła, pomnikiem byłby ślad 
stopy. A ściślej: kopyta. 

Rzymianie, przesądni jak wszyscy Włosi, twierdzą, że gdy spiżowy Marek grzmotnie 
o ziemię, nastąpi koniec 

świata. Skądkolwiek pochodzi ten zabobon, coś w nim jest, bo motto Marka 
brzmiało: aequanimitas. Wyrażenie 

to sugeruje równowagę, spokój ducha pośród przeciwności, opanowanie; dosłownie: 
równowagę ducha, czyli 

trzymanie duszy - a więc i świata - na wodzy. Wprowadźmy do tego wzorca 
stoickiej postawy niewielką zmianę, a 

background image

otrzymamy definicję interesującego nas posągu: equinitas. Ale jeździec trochę 

się pochyla, jakby się skłaniał w 
stronę poddanych, wyciągając dłoń w geście ni to powitania, ni to 

błogosławieństwa, tak niezdecydowanym, że 
przez długi czas twierdzono, jakoby nie był to wcale Marek Aureliusz, lecz 

Konstantyn - ten, co schrystianizował 
Rzym. Jak na to twarz posągu ma jednak wyraz zbyt spokojny, wolny od wszelkiego 

zapału czy żarliwości, 
beznamiętny. Jest w niej dystans, nie miłość - dystans, a więc to właśnie, do 

czego chrześcijaństwo nigdy nie 
było zdolne. Nie, to nie Konstantyn, nie chrześcijanin. Ta twarz jest wyzbyta 

uczuć; jest postscriptum do namięt-
ności, a opuszczone kąciki ust świadczą o braku złudzeń. Gdyby błąkał się po 

niej uśmiech, mogłaby się kojarzyć z 
twarzą Buddy; ale stoicy za dobrze znali fizykę, żeby w jakikolwiek sposób igrać 

ze skończonością ludzkiego 
istnienia. Na twarzy lśni jeszcze starożytna pozłota, lecz włosy i broda 

utleniły się i zzieleniały, jakby jeździec 
osiwiał. Wszelka myśl aspiruje do kondycji metalu; ten brąz odmawia ci jednak 

prawa wstępu, obejmując swym 
zakazem nawet interpretację czy dotyk. Jest dystansem wcielonym. I z tego to 

dystansu cesarz lekko się ku tobie 
pochyla, wyciągając prawicę wita cię albo błogosławi - a zatem stwierdza twoją 

obecność. Gdzie bowiem jest on, 
nie ma ciebie, i na odwrót. Lewa dłoń teoretycznie trzyma cugle, które gdzieś 

się zawieruszyły, a może nigdy ich 
nie było: tego jeźdźca koń usłuchałby w każdej sytuacji. Zwłaszcza jeśli 

symbolizuje Naturę. Bo jeździec 
reprezentuje Rozum. Twarz odziedziczył po Antoninach, choć nie był potomkiem 

dynastii, tylko go adoptowano. 
Włosy, brodę, nieco wyłupiaste oczy i cokolwiek apoplektyczną budowę ciała ma 

takie same jak ojczym, czyli 
późniejszy teść, i jak własny syn. Nic dziwnego, że tak trudno rozróżnić ich 

trzech wśród marmurów Ostii. Dziś 
jednak wiemy już, że moda z łatwością bierze górę nad genami. Chociażby tacy 

Beatlesi. A zresztą Marek 
Aureliusz darzył Antonina Piusa ogromną czcią i w wielu sprawach naśladował, 

jego wygląd mógłby więc być 
przykładem mimikry. A rzeźbiarz, ich współczesny, chciał może uwidocznić w swym 

dziele tak podkreślaną przez 
historyków ciągłość między panowaniem ojczyma i pasierba: stworzyć wrażenie, 

które sam Marek, rzecz jasna, 
stwarzać się starał. Albo jeszcze inaczej: rzeźbiarz próbował wykonać uogólniony 

portret epoki, wizerunek władcy 
doskonałego, dał nam więc syntezę dwóch najlepszych cesarzy, jakich miało 

imperium od czasu zabójstwa 
Domicjana - czyli potraktował ich jak konia, nad którego tożsamością przecież 

się nie zastanawiamy. Wedle 
wszelkiego prawdopodobieństwa jest to jednak autor Rozmyślań: twarz i tors nieco 

pochylone w stronę 
poddanych świetnie harmonizują z tonem tej melancholijnej książki, która też z 

lekka skłania się ku rzeczywistości 
ludzkiego bytu - w pozie nie tyle sędziego, ile arbitra. Z tego punktu widzenia 

jest to posąg posągu: trudno 
przecież przedstawić stoika w ruchu.

  
XI

background image

Wieczne Miasto przypomina gigantyczny stary mózg, który dawno już stracił 
zainteresowanie światem - jako 

nazbyt uchwytną tezą - i zagłębił się we własne rozpadliny i fałdy. Gdy się 
przedzierasz przez jego cieśniny, nawet 

myśl o sobie jest ci zawadą, a kiedy dla odmiany przemierzasz otwarte 
płaskowyże, samo pojęcie wszechświata 

wydaje się błahe i w końcu czujesz się, jakbyś niczym zużyta igła gramofonowa 
szurał w rowkach ogromnej płyty - 

do centrum i z powrotem - podeszwami wydobywając z bruku melodię, która minione 
dni nucą teraźniejszości. 

Nareszcie słyszysz praw_ dziwy Głos Pana, His Master's Voice, i twoje serce 
zmienia się w psa. Historia to nie 

dziedzina wiedzy, lecz coś, co nie jest twoje - a to jest przecież główne w 
definicji piękna. Stąd właśnie twoje 

uczucie - z braku wzajemności. Jednostronnie zakochany, natychmiast dostrzegasz 
platoniczną naturę tego 

miasta. Im bliższy jesteś przedmiotu swych pragnień, tym bardziej przedmiot ten 
zmarmurza się lub spiżowieje, a 

słynne profile tubylców roją się wokół ciebie niby ożywione monety, które 
wysypały się ze stłuczonego dzbana z 

terakoty. Tak jakby tutejszy czas wkładał między prześcieradło a materac swą 
własną kalkę - czas bowiem bije 

tyleż monet, ile wystukuje liter. Tuż za progiem "Bolivara" lub równie 
cuchnącego ale tańszego "Nervy" masz 

Forum Trajana, gdzie triumfalna kolumna ciasno opleciona ciałami pokonanych 
Daków strzela jak maszt w niebo 

ponad marmurowym morzem lodowej kry: połamanych filarów, poobijanych kapiteli i 
gzymsów. Dziś panują to 

bezdomne koty, skarlałe lwy w mieście skarlałych chrześcijan. Olbrzymie białe 
płyty i bloki są tak zwaliste, tak 

chaotyczne w kształcie, że nie sposób ich ułożyć w jakim takim porządku ani 
gdziekolwiek odtransportować. 

Zostawiono je więc, żeby chłonęły słońce albo reprezentowały "starożytność". W 
pewnym sensie rzeczywiście ją 

reprezentują; ich skłócone formy są jak demokracja, forum wciąż jest sobą. Tuż 
po drugiej stronie drogi, za piniami 

i cyprysami, na szczycie Wzgórza Kapitolińskiego, wracając stamtąd przystanął 
człowiek, dzięki któremu fuzja 

rządów republikańskich i imperatorskich okazała się prawdopodobna. Nikt mu nie 
towarzyszy: cnota wyobcowuje 

jak choroba. Przez ułamek sekundy znów jest Anno Domini 176 lub coś koło tego, a 
mózg rozmyśla nad światem.

                                                                              XI

I

Marek był dobrym władcą i samotnym człowiekiem. W tym fachu samotność, rzecz 
jasna, jest czymś 

nieuniknionym; on jednak był samotny jeszcze bardziej niż większość władców. 
Rozmyślania mają wyraźniejszy 

posmak tej samotności aniżeli korespondencja, lecz i tak dają zaledwie blade 
pojęcie o całym posiłku, który składał 

się z wielu dań i był mocno przyciężki. Marek Aureliusz wiedział przede 
wszystkim, że jego życiu nadano fałszywy 

kierunek. Starożytni nie uważali filozofii za produkt uboczny życia. Było akurat 
na odwrót, a szkoła stoicka 

background image

stawiała pod tym względem szczególnie wysokie wymagania. Spróbujmy może obejść 

się przez chwilę bez słowa 
"filozofia", bo stoicyzm - zwłaszcza w wydaniu rzymskim - trudno nazwać 

umiłowaniem wiedzy. Była to raczej 
dożywotnia próba wytrzymałości - eksperyment, w którym każdy jest swoim własnym 

królikiem doświadczalnym: 
instrumentem nie tyle poznawczym, ile reagującym. W czasach Marka wiedzę zawartą 

w doktrynie należało nie 
kochać, lecz żyć zgodnie z nią. Materialistyczny monizm, stoicką kosmogonię, 

logikę i kryterium prawdy 
(postrzeganie, które bezwzględnie zmusza podmiot, żeby to, co postrzega, uznawał 

za prawdę) wymyślono już 
wcześniej, a filozof miał udowadniać rzetelność tej wiedzy, stosując ją w 

starciu z rzeczywistością aż po kres 
swych dni. Innymi słowy, życie stoika było nieustającym studium z etyki, bo 

etyka uznaje wyłącznie osmozę. Otóż 
Marek wiedział, że przerwano mu eksperyment, a przynajmniej zakłócono jego 

przebieg, i że sam nie potrafi ocenić 
siły tych zakłóceń; co gorsza, że jego wyniki - jeśli w ogóle uda mu się do nich 

dojść - nie znajdą zastosowania. 
Wierzył Platonowi, lecz nie aż tak. Pierwszy położyłby jednak dobro ogółu na 

szali z nieszczęściem jednostki i 
chyba o to w1aśnie chodzi w Rozmyślaniach: są postscriptum do Państwa. Wiedział, 

że jako filozof jest 
skończony, że nie stać go już na prawdziwe skupienie i najwyżej od przypadku do 

przypadku zdoła wykraść 
chwilę kontemplacji. Najlepsze, co mu się w życiu zdarzy, to krótkie mgnienia 

wieczności i raz na jakiś czas słuszny 
wniosek. Pogodził się z tą perspektywą, zapewne dla dobra ogółu, ale stąd 

właśnie melancholia Rozmyślań, lub 
jak kto woli: pesymizm - tym czarniejszy, że autor niewątpliwie podejrzewał, iż 

człowiekowi może chodzić o coś 
więcej. Jest to zatem książka ze ścinków, karmiona tym, co autora od niej 

odrywało: poszarpany, niespójny 
monolog wewnętrzny z przebłyskami pedanterii, a także geniuszu. Widać z niej 

raczej, kim mógł być, niż kim się 
stał: kierunek, a nie osiągnięty cel. Sprawia wrażenie notatek poczynionych w 

harmidrze i rejwachu rozmaitych 
kampanii wojskowych - jakkolwiek zwycięskie by one były - przy obozowym ognisku, 

gdy żołnierski płaszcz 
służył stoickiemu filozofowi za okrycie. Inaczej mówiąc, napisana została pomimo 

- czy też wbrew - historii, w 
którą przeznaczenie usiłowało go wciągnąć. Pesymistą może i był, ale na pewno 

nie deterministą. To dlatego 
sprawdził się jako władca, to dzięki temu kombinacja rządów republikańskich i 

imperatorskich za jego panowania 
nie trąciła niczym podejrzanym. (Wręcz można by twierdzić, że co większe spośród 

nowoczesnych demokracji 
coraz bardziej skłaniają się ku tej właśnie formule. Dobry przykład także działa 

zaraźliwie; lecz cnota, jak już powie-
dzieliśmy, wyobcowuje. A czas marnuje kalkę na poddanych i niewiele mu jej 

zostaje dla władców.) Mówiąc 
najoględniej, był dobrym rządcą: nie stracił tego, co odziedziczył; a jeśli 

imperium pod jego władzą nie rozrosło się, 
tym lepiej; "co za dużo, to nie zdrowo", mawiał August. Jak na kogoś, kto władał 

tak wielkim organizmem 

background image

państwowym przez równie długi czas (praktycznie rzecz biorąc trzydzieści trzy 

lata, odkąd Anno Domini 147 teść 
przekazał mu berło imperatora, aż do śmierci, która dopadła go w roku 181, 

nieopodal późniejszego Wiednia), ma 
na rękach zdumiewająco mało krwi. Buntownikom wolał wybaczać niż ich karać; 

przeciwników chętniej 
podporządkowywał niż unicestwiał. Ustanowił prawa chroniące najsłabszych: wdowy, 

niewolników, nieletnich, 
choć z drugiej strony to właśnie on wprowadził taryfę ulgową dla występnych 

senatorów (urząd prokuratora nad-
zwyczajnego jest jego wynalazkiem). Z państwowej szkatuły korzystał oszczędnie; 

sam wstrzemięźliwy, innych też 
do wstrzemięźliwości zachęcał. Ilekroć imperium potrzebowało pieniędzy, zamiast 

obciążać ludność nowymi 
podatkami sprzedawał cesarskie klejnoty. Nie wzniósł okazałych budowli: żadnego 

Panteonu czy Koloseum. Po 
pierwsze dlatego, że już istniały; po drugie w Egipcie bawił krótko i nie 

zapuścił się poza Aleksandrię - w 
przeciwieństwie do Agryppy, Tytusa i Hadriana - toteż jego wyobraźni nie 

rozpłomieniła gigantyczna, pustynna 
skala egipskiej architektury. Circenze też niespecjalnie go bawiły, a ilekroć 

musiał w nich uczestniczyć, podobno 
czytał, pisał albo słuchał raportów. Ale to on kazał zawiesić w rzymskim cyrku 

siatkę asekurującą akrobatów.

                                                                              XI
II

Starożytność jest przede wszystkim konceptem wizualnym, narzuconym przez 

przedmioty o nie dającym się 
ustalić wieku. Łacińskie anticum to w gruncie rzeczy bardziej drastyczny synonim 

"starego", pochodzący od 
równie łacińskiego ante, czyli "przed"; mianem tym określano zapewne wszystko, 

co greckie. A zatem 
"poprzedniość". Co się tyczy samych Greków, ich arche oznacza początek lub 

genezę - chwilę, kiedy coś 
wydarzyło się po raz pierwszy. Czyli "pierwszość"? Na tym w każdym razie polega 

zasadnicza różnica między 
Rzymianami a Grekami, wynikająca po trosze z tego, że Grecy mieli mniej 

przedmiotów, kt5rych pochodzenie 
mogliby zgłębiać, po trosze zaś z ich ogólnej skłonności do dłubania w 

korzeniach. Przy czym pierwsze w rzeczy 
samej wypływa z drugiego, bo głębiej niż archeologia jest już tylko geologia. My 

w swoim wyobrażeniu o 
starożytności skwapliwie wrzucamy Greków do jednego worka z Rzymianami, lecz w 

najgorszym razie zawsze 
wolno nam się powołać na łaciński precedens. Starożytność to dla nas ogromny 

mętlik chronologiczny, rojący się 
od postaci historycznych, mitycznych i boskich, wzajemnie spokrewnionych przez 

marmur - no i dlatego, że 
uwiecznieni w marmurze śmiertelnicy miewali pretensje do boskiej genealogii, a 

niejednego legalnie ubóstwiono. 
Ten ostatni aspekt sytuacji, z powodu którego wszystkie to marmury są mniej 

więcej równie skąpo odziane, my 
zaś nie bardzo potrafimy uporządkować rozsypane fragmenty (czy to odłupane ramię 

należało do śmiertelnika, czy 

background image

raczej do bóstwa?), zasługuje na chwilę uwagi. Zacieranie różnic między 

śmiertelnymi a bogami było a 
starożytnych - a zwłaszcza a rzymskich cesarzy - czymś całkiem zwyczajnym. 

Podczas gdy Greków w sumie 
bardziej obchodził rodowód, Rzymianie kładli nacisk na awans, lecz cel był w obu 

przypadkach jednaki: 
Niebiańskie Pałace; próżność władcy czy też rozdymanie jego autorytetu miały w 

tym wszystkim niewielki udział. 
Cały sens utożsamiania się z bóstwami polega nie tyle na przeświadczeniu o ich 

wszechwiedzy, ile na poczuciu, że 
skrajna cielesność bogów idzie w parze z oderwaniem od świata. A zatem już samo 

względne wyniesienie władcy 
kazało mu utożsamiać się z bogiem (oczywiście dla Nerona czy Kaliguli cielesność 

była drogą na skróty). Spra-
wiając sobie pomnik, monarchy dystans ten znacznie poszerzał; najlepiej, jeśli 

udawało mu się tego dokonać za 
życia, gdyż marmur studzi zarówno oczekiwania poddanych, jak i zachcianki samego 

modela, spychające go ze 
ścieżki oczywistej doskonałości. Marmur, rzec by można, czyni wolnym, a wolność 

to domena bogów. Najogólniej 
mówiąc, marmurowo-mentalny pejzaż zwany starożytnością to wielki magazyn 

zrzuconych i zdartych skór; czy jak 
kto woli, krajobraz po wyprowadzce; maska wolności, lamus porzuconych koturnów.

                                                                         XIV

Jedynym, czego Marek szczerze nienawidził i co starał się tępić, były występy 
gladiatorów. Niektórzy twierdzą, że 

wynikało to z jego ogólnej odrazy do krwawych igrzysk, wulgarnych i sprzecznych 
z wszystkim, co greckie, 

ponieważ opowiadanie się za tą czy tamtą drużyną byłoby w jego pojęciu 
początkiem stronniczości. Inni 

utrzymują, że przyczyniła się do tego jego żona, Faustyna, która urodziła mu 
wprawdzie trzynaścioro dzieci - 

przeżyło tylko sześcioro - ale była, jak na cesarzową, wybitnie rozwiązła. 
Zwolennicy tej drugiej tezy wskazują 

wśród licznych wybrańców Faustyny pewnego gladiatora jako prawdziwego ojca 
Kommodusa. Aliści niezbadane 

są wyroki natury; jabłko często pada daleko od jabłoni, zwłaszcza gdy to rośnie 
na stoku. Kommodus był 

równocześnie zgniłym jabłkiem i stokiem. Z punktu widzenia losów imperium okazał 
się wręcz urwiskiem. I może 

właśnie ludzkiemu niezrozumieniu niezbadanych wyroków natury zawdzięczała 
Faustyna swą reputację (choć jeśli 

Marek z powodu żony powziął odrazę do gladiatorów, powinien był też tępić 
marynarzy, mimów, generałów i wiele 

innych branż). Sam brał to lekko. Kiedy pewnego razu spytano go, co sądzi o tych 
wszystkich plotkach i 

zasugerowano, że powinien się pozbyć Faustyny, odparł: "Jeśli ją odprawimy, 
będziemy musieli także zwrócić jej 

posag". Posag, czyli imperium, bo przecież Faustyna, była córką Antonina Piusa. 
W sumie był wobec niej 

niezłomnie lojalny, a sądząc po honorach, jakie jej oddał, gdy umarła, może 
nawet ją kochał. Stanowiła widocznie 

jedno z tych ciężkich dań głównych, których smak ledwo się wyczuwa w 
Rozmyślaniach. Bo też w ogóle żona 

background image

cezara jest bez zmazy, poza wszelkim podejrzeniem. I może właśnie, żeby to 

podkreślić, no i uratować reputację 
żony, odstąpił Marek od prawie dwustuletniej tradycji wyboru następcy tronu i 

przekazał koronę temu, którego 
tym samym oficjalnie uznał za swego prawowitego potomka. Bo potomkiem Faustyny 

był Kommodus 
niewątpliwie. Teścia darzył Marek ogromnym poważaniem i po prostu w głowie mu 

się nie mieściło, że ktoś, w 
czyich żyłach płynie krew Antoninów, jest z gruntu zły. Może traktował Faustynę 

jak żywioł, siłę natury - 
najwyższego autorytetu dla stoika. To właśnie natura nauczyła go niewzruszoności 

i wyczucia proporcji; bez tego 
życie jego stałoby się czystym piekłem; solipsyzm wypełnia Rozmyślania jak gruz 

polodowcowy. Ludzkie błędy i 
wybryki nie tyle wybaczał, ile machał na nie ręką. Był więc raczej bezstronny 

niż sprawiedliwy, a bezstronność to 
nie wypływała z prawości jego umysłu, lecz z apetytu, który w umyśle owym 

budziła nieskończoność, a zwłaszcza 
granice bezstronności. Poddanych Marka zdumiałoby to podobnie jak historyków, 

historia jest bowiem domeną 
ludzi stronniczych. I tak jak poddani kpili z jego stosunku do walk gladiatorów, 

historycy napadli na niego za to, 
że prześladował chrześcijan. Oczywiście nie jest jasne, na ile znał ich wiarę, 

łatwo jednak sobie wyobrazić, że jej 
metafizyka wydawała mu się krótkowzroczna, a etyka odrażająca. Ze stoickiego 

punktu widzenia bóg, a którego 
przehandlowuje się cnotę za wiekuiste fawory, niewart byłby modlitwy. Dla kogoś 

takiego jak Marek wartość 
cnoty tkwiła właśnie w tym, że jest ona stawką w grze, a nie inwestycją. 

Chociażby ze względów intelektualnych 
miał bardzo mało powodów, żeby faworyzować chrześcijan; tym mniej mógł sobie na 

to pozwolić jako władca, 
który musiał w owym czasie borykać się z wojnami, epidemiami, powstaniami - i 

krnąbrną mniejszością. Nie 
ustanowił zresztą nowych praw przeciwko niej; Hadrian, a wcześniej Trajan, 

wystarczająco go w tym wyręczyli. 
Jest oczywiste, że wzorem swego ukochanego Epikteta widział Marek filozofa, a 

zatem i siebie, jako misjonarza 
Boskiej Opatrzności wysłanego między ludzkość, czyli własnych poddanych. Można 

się czepiać sposobu, w jaki 
sobie tę Opatrzność wyobrażał, lecz jedno jest pewne: jego wersja była znacznie 

bardziej otwarta od chrześ-
cijańskiej. Błogosławieni stronniczy, albowiem ich będzie królestwo ziemskie.

                                                                                

XV

Weź biel, ochrę i błękit; dodaj odrobinę zieleni i całe mnóstwo geometrii. 
Otrzymasz formułę, której użył czas dla 

swoich tutejszych dekoracji, nie jest bowiem pozbawiony próżności~, zwłaszcza 
kiedy przybiera postać historii 

lub osoby. Czyni to powodowany lubieżnym zainteresowaniem skończonością - lub 
też własnym darem redukcji - 

chwytając się rozmaitych narzędzi, takich jak ludzki mózg lub oko. Nie zdziw się 
więc - zwłaszcza jeśli jesteś 

tutejszy - gdy pewnego dnia znajdziesz się pośrodku trapezoidalnego placu w 
kolorach bieli i ochry, mając nad 

background image

głową trapez biało-błękitny. Ten pierwszy stworzył człowiek (ściślej mówiąc, 

Michał Anioł), ten drugi jest dziełem 
niebios i właśnie on może ci się wydać bardziej znajomy. Z żadnego nie będziesz 

miał jednak pożytku, bo sam 
jesteś zielony: w odcieniu utlenionego spiżu. A jeśli w sumie wolisz widoczną w 

górze biel kumulusów na tle 
tlenowego błękitu od marmurowych łydek balustrady i opalonych torsów z Zatybrza, 

to dlatego, że chmury 
przypominają ci ojczystą starożytność: są wszak przyszłością każdej 

architektury. Tkwisz to od prawie dwóch 
tysięcy lat, więc chyba wiesz. Może właśnie chmury są jedyną prawdziwą 

starożytnością - choćby z tego 
powodu, że wśród nich nie jesteś spiżem.

                                                                             XVI

Ave, Caesar. Jak się czujesz, otoczony przez barbarzyńców? Bo z twojego punktu 

widzenia jesteśmy 
barbarzyńcami - choćby dlatego, że nie znamy greki ani łaciny. Boimy się też 

śmierci, dużo bardziej niż ty jej się 
bałeś, a instynkt stadny jest w nas silniejszy od samozachowawczego. Coś ci to 

mówi? Może sprawia to nasza 
liczebność - albo liczebność naszych bogów. Niewątpliwie czujemy, że umierając 

stracimy więcej aniżeli ty 
kiedykolwiek posiadałeś, chociaż miałeś to swoje imperium. Dla ciebie, jeśli 

mnie pamięć nie myli, narodziny były 
wejściem, śmierć wyjściem, a życie wysepką na oceanie cząsteczek. Otóż widzisz, 

w naszej wersji to wszystko 
wygląda trochę bardziej melodramatycznie. Najstraszliwsza chyba wydaje nam się 

myśl, że przy wejściu zawsze 
ktoś czuwa, a przy wyjściu nikt nas nie strzeże.

W głowie nam się nie mieści, że z powrotem rozpadamy Się na cząsteczki: po 
zgromadzeniu tylu dóbr jest to nie do 

przełknięcia. To pewnie Stan inercji albo lęk przed wolnością elementarną. Tak 
czy owak, Cezarze, trafiłeś między 

barbarzyńców. To my jesteśmy dziś wobec ciebie Partami, Markomanami, Kwadami, bo 
nie miałeś następców, 

więc zaludniliśmy ziemię. Niektórzy z nas posuwają się jeszcze dalej: wdzierają 
się w twoją starożytność, opatrują 

cię definicjami. Nie możesz odpowiedzieć, nie możesz pobłogosławić, powitać ani 
ujarzmić nas wyciągniętą 

prawicą, której palce jeszcze pamiętają, jak pisały Rozmyślania. Skoro to 
książka nas nie ucywilizowała, cóż tego 

dokona? Może właśnie po to, żeby zneutralizować jej czar, nadano ci miano króla-
filozofa, podkreślając tym 

samym twoją jedyność i niepowtarzalność. Teoretycznie to, co jedyne, nie może 
być reprezentatywne, a ty 

naprawdę byłeś jedyny, cezarze. Ale jaki tam z ciebie król-filozof! Pierwszy byś 
się zżymał na tę etykietkę. Byłeś 

wypadkową władzy i wiedzy: postscriptum do obu, bytem wybitnie, bez mała 
patologicznie autonomicznym. Stąd 

nacisk, jaki kładłeś na etykę, bo najwyższa władza niejako z definicji stawia 
człowieka poza nawiasem norm 

moralnych, podobnie jak najwyższa wiedza. Trafiły ci się obie za cenę jednej, 
cezarze; to dlatego musiałeś tak 

cholernie przestrzegać etyki. Napisałeś całą książkę, żeby utrzymać w ryzach 
własną duszę, opancerzyć się na 

background image

użytek codzienności. Ale czy naprawdę o etykę ci szło, cezarze? Czy to nie twój 

niezwykły apetyt na 
nieskończoność pchnął cię do tak drobiazgowej autoanalizy, bo przecież uważałeś 

się za cząstkę, choćby i 
mikroskopijną, Całości, Wszechświata - a on, jak twierdziłeś, stale się zmienia. 

Kogo więc trzymałeś w ryzach, 
Marku? Czyją moralność poddawałeś próbom - o ile mi wiadomo, z pomyślnym 

skutkiem? Nic dziwnego, że nie 
zaskakuje cię obecność barbarzyńców; nic dziwnego, że zawsze bałeś się ich dużo 

mniej niż samego siebie - skoro 
siebie bałeś się dużo bardziej niż śmierci. "Zauważ, że głównym źródłem 

wszelkiego zła, jakie spotyka człowieka – 
rzecze Epiktet - jak również wszelkiej podłości i tchórzostwa nie jest lama 

śmierć, lecz strach przed nią". Lecz ty 
wiedziałeś, że nikt nie jest właścicielem swojej przyszłości - ani zresztą 

przeszłości. Że umierający traci tylko dzień 
swojej śmierci - ściślej mówiąc, resztę dnia - a w oczach czasu nawet nie tyle. 

Byłeś pilnym uczniem Zenona, 
nieprawdaż? W każdym razie nie dopuściłbyś, żeby perspektywa niebytu zaważyła na 

twoim bycie, jakkolwiek 
miałoby się do tego Universum. Twierdziłeś, że choć prędzej czy później 

cząsteczki ruszą w pląs, nie powinno to 
wywierać wpływu na żywe ciało, nie mówiąc już o rozumie. Byłeś wysepką, cezarze, 

a przynajmniej twoja etyka 
była wysepką na primordialnym i - wybacz określenie - postmordialnym oceanie 

wolnych atomów. A twój pomnik 
to tylko znak na mapie dziejów gatunku ludzkiego, w miejscu po wysepce - 

bezludnej, nim poszła na dno. Fale 
doktryny i wiary - doktryny stoickiej, wiary chrześcijańskiej - przykryły cię z 

głową, wzięły w posiadanie jak swoją 
Atlantydę. Ale prawda jest taka, że nigdy nie dałeś się zagarnąć ani wierze, ani 

doktrynie. Byłeś tylko jednym z 
najlepszych ludzi, jacy kiedykolwiek chodzili po ziemi, opętanym myślą o 

obowiązku, ponieważ byłeś opętany 
cnotą. Cnota jest bowiem sztuką trudniejszą aniżeli jej przeciwieństwo, a 

zresztą gdyby kosmiczny plan był z 
gruntu zły, świat by nie istniał. Niektórzy z pewnością mi wytkną, że doktryna i 

wiara istniały przed tobą i po 
tobie, ale to nie historia definiuje dobro. Owszem, czas świadom swej monotonii 

każe ludziom odróżniać wczoraj 
od jutra. Ty, cezarze, byłeś dobry właśnie dlatego, że nie dostrzegałeś tej 

różnicy.

                                                                              XV
II

Po raz ostatni widziałem go przed paroma laty, w mokrą zimową noc, w 

towarzystwie bezpańskiego 
dalmatyńczyka. Wracałem taksówką do hotelu po jednym z najbardziej 

katastrofalnych wieczorów w całym moim 
życiu. Nazajutrz miałem opuścić Rzym i ruszyć do Stanów. Byłem pijany. Utknąłem 

w korku, który posuwał się z 
prędkością, jaka marzy nam się, ilekroć myślimy o własnym pogrzebie. U podnóża 

Kapitolu kazałem 
taksówkarzowi stanąć, zapłaciłem i wysiadłem, Do hotelu było niedaleko, więc 

pewnie zamierzałem pój~ piechotą; 

background image

lecz zamiast tego wspiąłem się na wzgórze. Padało - może nie rzęsiście, ale 

wystarczająco, żeby ref1ektory na 
trapezoidalnym placu zamieniły się w musujące krążki Alka-Seltzer. Schowałem się 

pod arkadą konserwatorium i 
spojrzałem wokoło. Plac był kompletnie opustoszały, a deszcz zaliczał 

przyspieszony kurs geometrii. Wkrótce 
stwierdziłem, że nie jestem sam: średniej wielkości dalmatyńczyk wychynął jakby 

znikąd i spokojnie usiadł o parę 
metrów ode mnie. Jego nagłe pojawienie się dziwnie dodało mi otuchy, aż miałem 

ochotę poczęstować go 
papierosem. Sprawił to chyba deseń jego sierści: na całej piazzy psia skóra była 

jedynym miejscem wolnym od 
śladów ludzkiej interwencji. Przez pewien czas obaj wpatrywaliśmy się w posąg 

jeźdźca. "Wszechnatura utworzyła 
z wszechtworzywa, jak z wosku, na przykład konika. Stopiwszy go zaś, użyła jego 

tworzywa dla utworzenia 
drzewa, a potem człowieczka. Potem na co innego. Każdy zaś z tych przedmiotów 

trwa króciutko. A nie jest to 
straszne dla skrzynki dać się rozbić, jak nie było - dać się zbić". Słowa to 

utkwiły w pamięci piętnastoletniego 
chłopca, w trzydzieści pięć lat później wciąż je pamiętał. Lecz ten akurat koń 

nie stopniał i jeździec też nie. 
Wszechnatura była widocznie zadowolona z formy, jaką nadała swej substancji, 

skoro odlała ją w brązie. I oto 
nagle - pewnie z powodu deszczu oraz rytmiczności pilastrów i łuków Michała 

Anioła - wszystko się zamazało, a 
na tym zamazanym tle lśniący posąg uwolniony spod władzy geometrii jakby ruszył 

z miejsca. Niezbyt szybko i 
nie po to, żeby opuścić plac, dość jednak zdecydowanie, aby dalmatyńczyk 

porzucił mnie i poszedł w ślad za 
statuą.

                                                                                

XVIII

Rzymska starożytność pochłania naszą uwagę, nie powinniśmy może jednak zbytnio 
folgować skłonności do 

retrospekcji. No bo jeśli ludzka chronologia jest tylko samo spełniającą się 
iluzją, sposobem na to, żeby ukryć 

wsteczność naszej inteligencji? Usprawiedliwić żółwie tempo ewolucji gatunku? 
Jeżeli w samym pojęciu ewolucji 

tkwi fałsz? Jeśli nasz stary, poczciwy zmysł historyczny to tylko samoobrona 
sennej większości przed czujną 

mniejszością? Może nasza wizja antyku jest jak - powiedzmy - wyłączenie budzika? 
Na przykład ten jeździec i jego 

książka: Rozmyślania bynajmniej nie powstały w drugim wieku naszej ery - 
chociażby dlatego, że ich autor nie żył 

według chrześcijańskiego kalendarza. W gruncie rzeczy wszystko jedno, kiedy je 
napisał, skoro ich przedmiotem 

jest etyka. Chyba że ludzkość znajdzie szczególny powód do dumy w tym, iż 
zmarnowała piętnaście stuleci, zanim 

spostrzeżenia Marka powtórzył Spinoza. Może po prostu lepiej umiemy liczyć niż 
myśleć, albo rachunki bierzemy 

za myślenie? Czemu zawsze koniecznie chcemy wiedzieć, kiedy po raz pierwszy 
padły słowa prawdy? Czy tego 

rodzaju archeologia sama przez się nie świadczy, że nasze życie jest załgane? W 
każdym razie jeśli Rozmyślania są 

background image

starożytne, my jesteśmy ruinami. Choćby dlatego, że widzimy przyszłość przed 

etyką. Może istotnie warto by 
powściągnąć naszą zdolność do retrospekcji, bo jeszcze nas pochłonie bez reszty. 

Etyka stanowi bowiem co 
najmniej miernik teraźniejszości - być może jedyny, bo to właśnie ona z każdego 

wczoraj i z każdego jutra czyni 
chwilę obecną. To etyka jest ową strzałą, która w każdej sekundzie lotu 

pozostaje nieruchoma. Rozmyślania nie są 
podręcznikiem egzystencjalnym i nie napisano ich dla potomności. My zaś nie 

powinniśmy zawracać sobie głowy 
tożsamością autora ani wynosić go do rangi króla-filozofa: etyka wszystkich 

zrównuje, więc aktor to Każdy. Jego 
pojęcie obowiązku nie wzięło się z przesytu: owszem, zażył ów obowiązek w iście 

królewskiej dawce

                                                                              XX

Bezdomny dalmatyńczyk truchta za spiżowym jeźdźcem i nagle słyszy dziwne 
dźwięki, niby znajome, ale stłumione 

przez deszcz. Lekko przyspiesza kroku, wyprzedza posąg i zadziera pysk w 
nadziei, że zrozumie słowa jeźdźca. 

Teoretycznie nie powinien mieć z tym trudności, skoro Dalmacja była kolebką tylu 
cezarów. Rozpoznaje język, lecz 

nie akcent: 

            Uważaj, abyś się nie scezarzył, abyś się nie zaraził. Zdarza się to 

bowiem. Utrzymaj się skromnym, dobrym, 
szczerym, poważnym, naturalnym, w umiłowaniu sprawiedliwości, bogobojności, bądź 

życzliwy, miły, wytrwały w 
pełnieniu obowiązków. 

          Staraj się usilnie o to, abyś takim pozostał, jakim cię pragnęła 
zrobić filozofia. I3ój się bogów, otaczaj opieką 

ludzi. 

           Nie niepokój się o przyszłość. Staniesz bowiem tam, gdy będzie 

potrzeba, uzbrojony w ten sam rozum, 
którego pomocy zażywasz wobec wypadków bieżących. 

           Wszystko to zwykłe, bo co dzień tego się doświadcza, jednodniowe co 
do czasu, brudne ze względu na 

materię. A wszystko, co jest teraz, jest takie, jakie było za czasu tych, 
którychżeśmy pogrzebali. 

         Odejść zaś od ludzi, jeżeli bogowie istnieją, niczym nie jest 
strasznym; nie wydaliby cię bowiem na pastwę 

zła.

            Nie być bowiem zadowolonym z tego, co się dzieje, jest odstępstwem 
od natury. 

background image

           Ludzie istnieją dla siebie wzajemnie. Albo ich więc pouczaj, alb 

znoś. 

             Świat - to zmiana, życie - to wyobrażenie.

              Idź zawsze drogą najkrótszą. Najkrótsza zaś ta, co prowadzi 
zgodnie z naturą. 

                  Od tego, co sobie często wyobrażasz, zawisł twój sposób 
myślenia. Dusza bowiem barwi się 

wyobrażeniami.

                  A miłuj to, do czego wracasz. A nie wracaj do filozofii jak do 

srogiego nauczyciela, lecz tak jak ludzie 
chorzy na oczy do gąbki i jaja, jak inny do kataplazmu lub ciepłych okładów. 

                Rozum Wszechświata ma na celu współżycie. 

              Najlepszym sposobem obrony jest nie odpłacać pięknym za nadobne. 

              Co nie jest pożyteczne dla roju, i dla pszczoły nie jest 

pożyteczne.

              O bólu: jeżeli nie do zniesienia, to uprowadza nas z życia, a gdy 

potrwa długo, to znośny. Umysł 
zachowuje swoją pogodę, odgraniczywszy się od niego i woła nie ponosi szkody. 

Członki zaś dotknięte bólem 
niech co do niego objawią swe zdanie, jeżeli mogą. 

               Trzy stosunki: jeden do naczynia, które cię otacza; drugi do 

boskiej przyczyny, z której spływa wszystko 
dla wszystkich; trzeci do współżyjących. 

                Skromnie przyjmować, spokojnie tracić. 

A potem wszystko ustało i tylko deszcz bębnił o kamienne płyty Michała Anioła. 

Dalmatyńczyk przemknął przez 
plac jak wypryskujący z ziemi kawałek marmuru. Na pewno zmierzał w stronę 

starożytności, a w uszach brzmiał mu 
pana - czyli pomnika – głos:

 Wszystko to jedno, czy bada się to same rzeczy lat sto czy trzy. 

1994

Przełożył Michał Kłobukowski

background image

? Ten i następne cytat~ podajemy według: Murek Aureliusz. Rozmyślania. w 

przekładzie Mariana Reitera. 1'WN. Warszawa 198-1.