background image

Josif  Brodski

SPRAWIĆ  PRZYJEMNOSC  CIENIOWI*

I. 

Kiedy pisarz sięga po język inny niż jego ojczysty, czyni tak albo z 

konieczności, jak 
Conrad, albo powodowany wybujałą ambicją, jak Nabokov, albo dla uzyskania 

większego 
dystansu, jak Beckett. Grając w innej lidze, latem 1977 roku - po spędzeniu w 

USA pięciu lat - 
nabyłem w nowojorskim sklepiku z maszynami do pisania przy Szóstej Avenue 

przenośną "Lettera 
22" i zasiadłem do pisania po angielsku (esejów, tłumaczeń, od czasu do czasu 

wierszy) z powodu, 
który z powyższymi miał bardzo niewiele wspólnego. Moim jedynym celem wtedy, 

podobnie jak 
dzisiaj, było znaleźć się w bliższym sąsiedztwie człowieka, którego uważałem za 

największy umysł 
dwudziestego stulecia: Wystana Audena.

Byłem, ma się rozumieć, najzupełniej świadom daremności mojego przedsięwzięcia, 
spowodowanej nie tyle faktem, że urodziłem się w Rosji i w jej języku (którego 

nigdy nie porzucę - 
i, mam nadzieję, vice versa), ile inteligencją poety, która w moim przekonaniu 

nie ma sobie równych. 
Byłem, co więcej, świadom daremności tego wysiłku, ponieważ w owym momencie 

Auden od 
czterech lat nie żył. Zdawało mi się jednak, że pisanie po angielsku jest 

najlepszym sposobem 
zbliżenia się do niego, podjęcia pracy na jego warunkach, poddania się osądowi 

jeśli nawet nie z 
punktu widzenia jego kodeksu moralnego, to z perspektywy tego wszystkiego w 

języku angielskim, 
co umożliwiało istnienie owego kodeksu.

Same te słowa, sama budowa tych zdań demonstruje każdemu, kto przeczytał choć 
jedną 

strofę czy akapit Audena, jak bardzo moje wysiłki zawiodły. Co do mnie jednak, 
wolę 

niepowodzenie mierzone jego normami niż sukces wedle miarki innych. Wiedziałem 
zresztą od 

samego początku, że czeka mnie nieuchronne niepowodzenie; czy tego rodzaju 
trzeźwość jest moją 

własną cechą, czy zapożyczeniem z jego dzieła, tego nie potrafię rozróżnić. 
Pisząc w jego języku, 

mogę mieć tylko nadzieję, że nie obniżę poziomu jego operacji myślowych, jego 
płaszczyzny 

odniesienia. Dla tego, kto jest lepszy od nas, możemy uczynić co najwyżej tyle: 
kontynuować w jego 

duchu; na tym zapewne polega istota cywilizacji.
Wiedziałem, że przez swój temperament oraz z innych względów byłem kimś innym i 

że w 
najlepszym przypadku będę uważany za naśladowcę Audena. Dla mnie wszakże byłby 

to 

background image

komplement. Miałem poza tym drugą linię obrony: mogłem zawsze wycofać się w 

swoją twórczość 
rosyjską, w której czułem się dość pewnie i która nawet jemu, gdyby znał język, 

byłaby się zapewne 
podobała. W moim pragnieniu pisania po angielsku nie było nic z poczucia 

pewności siebie, 
samozadowolenia lub wygody; było to po prostu pragnienie, aby sprawić 

przyjemność cieniowi. 
Tam, gdzie się w tym czasie znajdował, bariery językowe nie miały oczywiście 

większego znaczenia, 
z jakichś jednak powodów sądziłem, że znajdę w jego oczach większe uznanie, 

jeśli wyłuszczę mu 
swoją rzecz po angielsku. (Co prawda, gdy usiłowałem to uczynić na zielonej 

trawie w Kirchstetten 
jedenaście lat temu, nic z tego nie wyszło; moja ówczesna angielszczyzna 

nadawała się bardziej do 
czytania niż do konwersacji. Może to i dobrze.) 

Inaczej sprawę ujmując: gdy nie jest się w stanie zwrócić całego długu, próbuje 
się odpłacić 

przynajmniej w tej samej monecie. Czynił tak, bądź co bądź, sam Auden, 
pożyczając strofę "Don 

Juana" na użytek "Listu do Lorda Byrona " albo wykorzystując heksametr w 
„Tarczy Achillesa ". 

Zabiegi o czyjeś względy wymagają zawsze pewnego poświęcenia i upodobnienia, 
zwłaszcza jeśli się 

walczy o uznanie ze strony czystego ducha. W swojej cielesnej postaci człowiek 
ten uczynił tak 

wiele, że wiara w nieśmiertelność jego duszy staje się czymś nieuniknionym. To, 
co nam pozostawił, 

daje się określić jako ewangelia zarazem spełniona i wypełniona przez miłość, 
miłość, która może 

być wszystkim tylko nie czymś skończonym - miłość zatem, której w żaden sposób 
nie może 

zawrzeć w sobie ludzkie ciało i która, co za tym idzie, domaga się słów. Gdyby 
nie było kościołów, 

można byłoby z łatwością wznieść kościół na fundamencie tej poezji, a jego 
główne przykazanie 

brzmiałoby podobnie jak dwuwiersz Audena:

Jeżeli miłość nigdy nie jest jednakowa,
 Niech to ja będę zawsze tym kto bardziej kocha.

II. 

Jeśli poeta ma jakiekolwiek zobowiązanie wobec społeczeństwa, jest to 

zobowiązanie, aby 
pisać dobrze. Będąc w mniejszości, poeta nie ma innego wyboru. Gdy nie spełnia 

tego obowiązku, 
osuwa się w przepaść zapomnienia. Społeczeństwo, z drugiej strony, nie ma wobec 

poety żadnych 
zobowiązań. Będąc większością na mocy definicji, widzi przed sobą inne 

możliwości niż czytanie 
wierszy, choćby najlepiej napisanych. Ale nieczytanie wierszy sprawia, że 

społeczeństwo osuwa się 
na taki poziom wysłowienia, na którym staje się łatwym łupem demagoga lub 

tyrana. Jest to 

background image

odpowiednik zapomnienia w skali społeczeństwa; ma się rozumieć, tyran może 

usiłować uchronić 
przed zapomnieniem swoje społeczeństwo, urządzając jakąś szczególnie okazałą 

krwawą łaźnię. 
Po raz pierwszy czytałem Audena z dwadzieścia lat temu w Rosji, w dość 

ślamazarnych i 
bezbarwnych tłumaczeniach, które znalazłem w antologii współczesnej poezji 

angielskiej opatrzonej 
podtytułem "Od Browninga do naszych dni". "Nasze dni" były dniami roku 1937, 

kiedy tom się 
ukazał. Nie ma potrzeby wspominać, że prawie cały zespół jego tłumaczy z 

redaktorem, M. 
Gutnerem, na czele zaaresztowano wkrótce potem i po wielu z nich ślad zaginął. 

Nie trzeba też 
dodawać, że przez następne czterdzieści lat nie opublikowano w Rosji żadnej 

innej antologii 
współczesnej poezji angielskiej i wymieniony tom stał się obiektem poszukiwań 

kolekcjonerów.
Jedna linijka Audena w owej antologii przykuła moje spojrzenie. Pochodziła ona, 

jak 
dowiedziałem się później, z ostatniej strofy jego wczesnego wiersza "Bez zmiany 

miejsca", opisującej 
nieco klaustrofobiczny pejzaż, gdzie "nikt się nie posuwa / Poza kres torów albo 

skraj przystani,/ 
Nikt nie wyruszy dalej ni syna nie wyśle..." Ten ostatni urywek, "Nikt nie 

wyruszy dalej ni syna nie 
wyśle. . . „ , uderzył mnie swoim połączeniem rozwiniętego zaprzeczenia i 

zdrowego rozsądku. 
Chowany na zasadniczo emfatycznej i apodyktycznej diecie wiersza rosyjskiego, 

nie omieszkałem 
zanotować tego przepisu, którego głównym składnikiem była powściągliwość. Wersy 

poetyckie 
mają szczególny dar odrywania się od kontekstu i dryfowania w stronę znaczeń 

uniwersalnych, i 
zagrażający akcent absurdu zawarty w "Nikt nie wyruszy dalej ni syna nie 

wyśle. . . " zaczynał odtąd 
zawsze wibrować w mojej podświadomości, ilekroć zabierałem się do zaczerniania 

papieru.
Przypuszczam, że właśnie to zjawisko nazywane bywa wpływem - z tym 

zastrzeżeniem, że 
poczucie absurdu nie jest nigdy wynalazkiem poety lecz odbiciem rzeczywistości; 

wynalazki rzadko 
dają się rozpoznać. Zawdzięczać poecie można w tym wypadku nie samo uczucie ale 

jego ujęcie: 
spokojne, pozbawione emfazy, bez naciskania pedału, niemal en passant. Ujęcie to 

było dla mnie 
szczególnie istotne właśnie dlatego, że sam przekroczyłem ową linię we wczesnych 

latach 
sześćdziesiątych, gdy pełnego rozmachu nabierał Teatr Absurdu. Na jego tle 

potraktowanie tematu 
przez Audena wyróżniało się nie tylko dlatego, że pobił mnóstwo współzawodników, 

lecz także z 
powodu jego wyraźnie odmiennego przesłania etycznego. Sposób, w jaki ujął ową 

linijkę, zdawał się 
mówić, przynajmniej mnie: nie podnoś alarmu, nawet gdy wilk stoi na progu. 

(Nawet gdy - 

background image

dodałbym - wilk wygląda jak twoje własne odbicie. Zwłaszcza z tego powodu nie 

podnoś alarmu.)
Dla pisarza wspomnienie o własnych przeżyciach penitencjarnych - jak o wszelkich 

próbach 
życiowych, przez jakie przeszedł - jest wprawdzie czymś takim, jak w wypadku 

normalnych ludzi 
popisywanie się znajomościami, tak się jednak złożyło, że następna okazja 

bliższego przyjrzenia się 
Audenowi przypadła mi w trakcie mojego zesłania na Północ, w małej wiosce pod 

kręgiem 
polarnym zagubionej wśród bagien i lasów. Tym razem w moim posiadaniu znalazła 

się antologia w 
języku angielskim, przesłana mi przez przyjaciela z Moskwy. Było w niej dość 

sporo Yeatsa, który 
wydawał mi się wtedy trochę zbyt retoryczny i rytmicznie rozlazły, oraz Eliota, 

który w owych 
czasach królował w Europie Wschodniej niepodzielnie. Miałem zamiar czytać 

Eliota. 
Czystym przypadkiem jednak książka otwarła się na wierszu Audena "Pamięci W. B. 

Yeatsa". Byłem wtedy młody i z tego powodu znajdowałem szczególne upodobanie w 
elegii jako 

gatunku, nie mając przy tym pod ręką nikogo umierającego, dla kogo sam mógłbym 
elegię napisać. 

Czytywałem więc elegie chciwiej niż cokolwiek innego, myśląc nieraz, że 
najciekawszą cechą tego 

gatunku są bezwiedne autorskie usiłowania naszkicowania własnego autoportretu, 
usiłowania, 

których śladami naznaczony - albo zbrukany - jest niemal każdy wiersz "in 
memoriam". Choć 

tendencja tajest czymś zrozumiałym, przeobraża ona często tego rodzaju wiersz w 
serię dywagacji 

autora na temat śmierci, z których dowiadujemy się więcej ci nim samym niż o 
nieboszczyku. 

Niczego takiego nie znalazłem w wierszu Audena; co więcej, rychło zdałem sobie 
sprawę, że nawet 

struktura utworu zaplanowana była w taki sposób, aby oddać hołd zmarłemu poecie 
przez imitację, 

w odwrotnym porządku, własnych stadiów rozwoju stylistycznego wielkiego 
Irlandczyka, aż do 

najwcześniejszej: do wiersza trójmiarowego w trzeciej, ostatniej części poematu.

To właśnie te trójmiarowe wersy, w szczególności osiem linijek z części 
trzeciej, sprawiły, że 

zrozumiałem, jakiego poetę czytam, Linijki te przyćmiły w moich oczach ów 
zdumiewający opis 

"mrocznego, zimnego dnia"' ostatniego dnia Yeatsa, z przyprawiającym o dreszcz 
zdaniem:

Rtęć opadała w ustach dnia, który umierał.

Przyćmiły ową niezapomnianą interpretację powalonego chorobą ciała jako miasta, 

którego 
przedmieścia i place pustoszeją stopniowo jak po zdławionej rebelii. Przyćmiły 

nawet hasło naszej 
epoki:

...nic się nie zdarza za sprawą poezji...

background image

Te linijki, osiem linijek trójmiarowego wiersza, który sprawił, że trzecia część 
poematu brzmiała jak 

skrzyżowanie hymnu Armii Zbawienia z pieśnią pogrzebową i dziecinnym 
wierszykiem, miały kształt 

następujący:

Czas - ów żywioł, co nie znosi 
Męstwa albo niewinności

I w dni kilka pociąg traci
Do kształtnej ludzkiej postaci -

Czci język i ułaskawia
Każdego, kto mowę zbawia;

Wybacza mu próżność, słabość,
Wawrzyny u stóp mu kładąc.

Pamiętam .jak siedziałem w drewnianej chałupce, wyglądając przez kwadratowe 

okienko 
wielkości okrętowego iluminatora na błotnistą wiejską drogę z paroma błąkającymi 

się po niej 
kurczakami na wpół wierząc w to, co właśnie przeczytałem, na wpół powątpiewając, 

czy, moja 
zajomość angielskiego nie płata ml jakiegoś figla. Miałam przy sobie ogromny 

słownik angielsko -
rosyjski, istny głaz, i coraz od nowa wertowałem go, sprawdzając każde słowo, 

każdą aluzję z 
nadzieją, że słownik uchroni mnie przed sensem, który wyzierał na mnie ze 

stronicy książki. 
Podejrzewam, że po prostu wzdragałem się przed uwierzeniem w  to, iż "tak dawno 

temu, w roku 
1939, angielski poeta powiedział "Czas... CZCI język”, a mimo to otaczający nas 

świat wciąż pozo-
stawał ten sam.

Lecz słownik przynajmniej ten jeden raz nie uchylił swoim wyrokiem mojej 
interpretacji. 

Auden w samej rzeczy powiedział był, że czas (czas w ogóle, nie konkretny czas 
historyczny) czci 

język, i wątki myślowe, puszczone w ruch przez to stwierdzenie, rozwijają się we 
mnie do tej pory. 

Bo przecież "cześć" jest stosunkiem mniejszego względem większego. Jeśli czas 
czci język, oznacza 

to, że język jest większy czy też starszy niż czas - który z kolei jest starszy 
i większy niż przestrzeń. 

Tak mnie uczono i w istocie tak to odczuwałem. Jeśli więc czas - równoznaczny z 
boskością, ba, 

wchłaniający boskość - czci język, skąd w takim razie pochodzi język? Dar jest 
przecież zawsze 

mniejszy niż jego dawca. A ponadto, czy język nie jest składnicą, przechowalnią 
czasu? Czy nie 

dlatego czas czci język? I czy pieśń albo wiersz, albo wreszcie sama mowa ze 
swoimi cezurami, 

pauzami, spondejami i tak dalej, nie jest grą, którą język gra aby 
przeorganizować czas? I czy ci, 

dzięki którym język żyje, którzy, ,zbawiają mowę", nie sprawiają zarazem, że 
żyje również czas? I, 

jeśli czas im " wybacza ", to czyni to ze wspaniałomyślności czy z konieczności? 
I czyż 

background image

wspaniałomyślność nie jest tak czy owak koniecznością?

Krótkie i horyzontalne linijki wydały mi się niewiarygodnie wertykalne. Były 
przy tym 

niezwykle niezobowiązujące, niemal gawędziarskie: metafizyka w przebraniu 
zdrowego rozsądku, 

zdrowy rozsądek w przebraniu dziecinnej rymowanki. Już same te warstwy przebrań 
były dla mnie 

komentarzem na temat istoty języka, i zdałem sobie sprawę, że czytam poetę, 
który wypowiada 

prawdę, albo przez którego prawda daje się usłyszeć. W każdym razie, sprawiało 
to wrażenie 

prawdy bardziej niż cokolwiek innego, co udało mi się zrozumieć z lektury 
antologii. I sprawiało 

takie wrażenie być może dzięki odrobinie semantycznej zbędności, jaką wyczuwałem 
w opadającej 

intonacji zdań, , . . . ułaskawia / Każdego, kto mowę zbawia; / Wybacza mu 
próżność, słabość, / 

Wawrzyny u stóp mu kładąc." Te słowa znalazły się w strofie - myślałem - po 
prostu jako 

przeciwwaga skierowanego w górę ciążenia, zawartego w zdaniu "Czas... czci 
język".

Mógłbym mówić o tych linijkach bez końca - ale mógłbym dopiero teraz. Wtedy i 
tam byłem 

po prostu oszołomiony. Pomijając wszystko inne, zaświtało mi wtedy, że trzeba 
mieć się na 

baczności, gdy Auden wypowiada swoje dowcipne komentarze i obserwacje, nie 
spuszczając z oka 

cywilizacji niezależnie od tego, jaki jest jego pierwszoplanowy temat (czy 
stan). Czułem, że mam do 

czynienia z nowym rodzajem poety metafizycznego, z człowiekiem o potężnym 
lirycznym talencie, 

ukrywającym się pod przebraniem obserwatora ludzkich obyczajów. I podejrzewałem, 
że ten wybór 

maski, wybór tego właśnie idiomu, wiąże się mniej z kwestiami stylu i tradycji 
niż z osobistą pokorą, 

narzuconą mu nie tyle przez tę czy inną wiarę, ile przez jego poczucie natury 
języka. Pokory się nie 

wybiera.
Miałem jeszcze przed sobą wczytywanie się w Audena. Mimo to, już po lekturze 

"Pamięci 
W. B. Yeatsa" wiedziałem, że zetknąłem się z autorem pełnym większej pokory niż 

Yeats lub Eliot, 
autorem o duszy mniej drażliwej niż dusze tych dwu poetów, choć niestety nie 

mniej tragicznej. Z 
późniejszej perspektywy mogę dziś powiedzieć, że nie byłem tak całkiem w błędzie 

i że jeśli w glosie 
Audena dal się kiedykolwiek dosłyszeć dramat, nie był to jego dramat osobisty 

lecz publiczny lub 
egzystencjalny. Auden nie umieszczał się nigdy w centrum tragicznego obrazu; co 

najwyżej 
odnotowywał swoją obecność na scenie. Miałem jeszcze usłyszeć z jego własnych 

ust, że "Jan 
Sebastian Bach miął diabelne szczęście. Kiedy chciał sławić Pana, pisał chorał 

albo kantatę, 
zwracając się do Wszechmogącego bezpośrednio. Jeśli dzisiaj poeta pragnie zrobić 

to samo, musi 
użyć mowy pośredniej". To samo, można przypuścić, stosowałoby się i do modlitwy.

background image

III. 

Kiedy spisuję te notatki, spostrzegam, z jak alarmującą częstotliwością wynurza 

swój 
szkaradny łeb pierwsza osoba liczby pojedynczej. Ale człowiek jest tym co czyta; 

innymi słowy, 
dostrzegając ten zaimek wykrywam obecność Audena bardziej niż czyjąkolwiek inną: 

to stylistyczne 
zboczenie odzwierciedla po prostu proporcję mojego oczytania w poecie. Stare 

psy, jak wiadomo, 
nie nauczą się nowych sztuczek, ale właściciele psów dochodzą do tego, że 

przypominają swoje 
psy. Krytycy - a zwłaszcza biografowie - pisarzy o wyraźnie rozpoznawalnym stylu 

często 
przyswajają sobie, choćby i bezwiednie, style wyrazu swoich obiektów analizy. 

Mówiąc po prostu: 
to, co kochamy, zmienia nas czasem aż do kompletnej zatraty własnej tożsamości. 

Nie chcę wcale 
powiedzieć, że przydarzyło się to właśnie mnie; staram się jedynie zasugerować, 

że wszystkie te 
skądinąd niegustowne "ja" i "mnie" są na swój sposób formami mowy pośredniej, 

której 
przedmiotem jest Auden.

Dla tych z mojego pokolenia, których interesowała poezja w języku angielskim - 
nie mogę 

twierdzić, że było ich zbyt wielu - lata sześćdziesiąte były erą antologii. 
Studenci i naukowcy z 

zagranicy, którzy przybywali do Rosji w ramach programów wymiany 
uniwersyteckiej, przed 

powrotem do domu starali się, co było zrozumiale, pozbyć nadmiernego obciążenia, 
i tomy poezji 

były pierwsze w kolejności. Sprzedawali je, niemal za bezcen, antykwariatom 
książkowym, które z 

kolei kazały płacić niebywale sumy ewentualnym nabywcom. Motywacja ukryta za 
takimi cenami 

była prosta: chodziło o odstraszenie tubylców od nabywania dóbr kultury 
zachodniej; co do 

cudzoziemca, zakładało się, że wyjechał i różnicy cen nie jest w stanie 
zauważyć.

Mimo wszystko jednak, jeśli znało się sprzedawcę - a stały bywalec nic mógł go 
nie znać - 

można było ubić z nim któryś z tych interesów będących chlebem codziennym 
każdego łowcy 

książek: przehandlować coś za coś, zamienić dwie czy trzy książki na jedną, albo 
wreszcie kupić 

książkę, przeczytać i zwrócić w antykwariacie, otrzymując zwrot pieniędzy. Poza 
tym w momencie, 

gdy mnie zwolniono i powróciłem do swego rodzinnego miasta, cieszyłem się już 
pewnego rodzaju 

reputacją i w kilku księgarniach traktowano mnie odtąd całkiem nieźle. Z powodu 
tejże reputacji 

odwiedzali mnie czasem studenci z programów wymiany i jako że nie wypada 
przekroczyć 

gościnnego progu z pustymi rękami przynosili książki. Z niektórymi spośród tych 
gości zawarłam 

background image

bliską przyjaźń, co sprawiło, że moje półki pęczniały. 

Lubiłem bardzo owe antologie, i to nie tylko dla ich zawartości, ale i dla 
słodkawego 

zapachu ich opraw i dla ich kartek o żółtych brzegach. Były tak bardzo 
amerykańskie i w samej 

rzeczy kieszonkowe. Można było wyciągnąć je z kieszeni w tramwaju albo w parku i 
nawet .jeśli 

tekst był tylko w połowie czy w jednej trzeciej zrozumiały, sprawiały, że 
dookolna rzeczywistość 

znikała w jednej chwili. Szczególnie jednak lubiłem antologie Louisa Untermeyera 
i Oscara Williamsa 

- ponieważ opatrzone były portretami autorów, które syciły wyobraźnię nie mniej 
niż linijki ich 

wierszy. Potrafiłem siedzieć całymi godzinami, oglądając z bliska malutki, 
czarno biały prostokącik z 

rysami tego czy innego poety i usiłując dociec, jakim był człowiekiem, usiłując 
go ożywić, 

dopasować twarz do zrozumiałych w połowie czy jednej trzeciej linijek. Później, 
w towarzystwie 

przyjaciół zaczęliśmy wymieniać między sobą nasze wzięte z powietrza domysły 
oraz przypadkowo 

zasłyszane strzępy plotek, i po wypracowaniu wspólnego mianownika wypowiadać 
nasz werdykt. I 

znowu - z późniejszej perspektywy patrząc, muszę powiedzieć, że nasze wróżby 
okazywały się 

często nie tak znów bardzo chybione.
W taki właśnie sposób ujrzałem po raz pierwszy twarz Audena. Była to fotografia 


straszliwym pomniejszeniu - odrobinę wystudiowana, z nazbyt dydaktycznym 

potraktowaniem 
cienia: mówiła więcej o fotografiku niż o jego modelu. Na podstawie tego 

portretu musiało się dojść 
do wniosku, że albo fotografik był naiwnym estetą albo rysy modela były zbyt 

neutralne jak na jego 
zajęcie. Wolałem drugą wersję, po części dlatego, że neutralność tonu była nader 

wyraźną cechą 
poezji Audena, po części zaś z powodu faktu, że postawa antybohaterska stanowiła 

idee fixe 
naszego pokolenia. Chodziło o to, żeby wyglądać jak każdy inny: zwykle buty, 

robotnicza czapka, 
marynarka i krawat najchętniej szare, brak zarostu. Rozpoznawałem to w Wystanie.

Coś rozpoznawalnego tak bardzo, że mogło przyprawić o dreszcz, kryło się także w 
linijkach "l września 1939", wiersza z pozoru wyjaśniającego genezę wojny, która 

była kolebką 
mojego pokolenia, W istocie jednak stanowiącego portret - innego rodzaju czarno-

białą fotografię - 
nas samych.

Lecz ja znam i ogół zna zwykłą 

Prawdę, jasną nawet dla dzieci:
Ci, którym wyrządza się zło,

Sami zło wyrządzają w odwecie.

Ten czterowiersz, zrównujący zwycięzców z ofiarami, w samej rzeczy wychodził 
daleko 

poza swój kontekst, i myślę, że rząd federalny powinien go tatuować na piersi 
każdego noworodka, 

background image

nie z powodu samego przesłania wiersza lecz także z powodu jego intonacji. 

Jedynym 
dopuszczalnym argumentem przeciwko takiej procedurze byłoby to, że istnieją 

jeszcze lepsze linijki 
Audena. Co począć na przykład z takimi:

Twarze nad baru krawędzią

Lgną do codziennych pocieszeń: 
Nie wolno zgasnąć tym światłom,

 Nie wolno zmilknąć orkiestrze, 
Zmawiają się wszystkie konwencje, 

Ażeby nasz bastion zgrzebny
Oblec w przytulny plusz mebli, 

Stłumić w nas lęki dziecięce: 
Zgubieni w lesie, gdzie straszy,

Drżymy przed nocą, świadkiem 
Występków i nieszczęść naszych.

Albo, jeśli wyda się to komuś nazbyt nowojorskie, nazbyt amerykańskie, co powie 

na ten 
oto dwuwiersz z „Tarczy Achillesa”, który, w moich przynajmniej uszach, brzmi po 

trosze jak 
dantejskie epitafium dla paru narodów Europy Wschodniej:

...skonała

Ich męska duma, zanim skonały ich ciała.

Albo też, jeśli czytelnik wciąż jeszcze jest przeciwny takiemu barbarzyństwu, 
jeśli pragnąłby 

oszczędzić bólu delikatnej skórce, oto siedem innych linijek z tego samego 
wiersza, które powinno 

się wyrzeźbić na bramach każdego państwa, jakie tylko istnieje, więcej: na 
bramach całego naszego 

świata:

Obdarty łobuz po pustkowiu dzikim
Błąkał się sam, bez celu; ptak z furkotem wzleciał, 

Spłoszony jego celnie rzuconym kamykiem;
Że dziewczyny się gwałci, że gdzie dwóch ma nóż, ginie trzeci. 

Przyjmował jako aksjomat -  on, co nie słyszał o świecie, 
Gdzie byłaby spełniona obietnica jakaś

I gdzie, płacz cudzy widząc, ktoś mógłby zapłakać.

W ten sposób nowoprzybyły mieszkaniec tego świata nie da się wprowadzić w błąd 
co do 

jego istoty; w ten sposób ktoś, kto w tym świecie żyje od dawna, nie pomyli 
demagoga z 

półbogiem.
Nie trzeba być Cyganem albo Lombroso, aby wierzyć w odpowiedniość pomiędzy 

zewnętrznym wyglądem jednostki a jej postępkami: ostatecznie na tym właśnie 
opiera się nasze 

poczucie piękna. A przecież, jakże powinien wyglądać poeta, który napisał:

Gdzie indziej zupełnie, tętent: 
Mkną renifery co tchu

Przez mile złotego mchu,
W wielkiej ciszy i tempie.

background image

Jakże powinien wyglądać człowiek, który miał równe zamiłowanie do przekładania 
metafizycznych prawd na prozaizmy zdrowego rozsądku jak do dostrzegania tychże 

prawd w tychże 
prozaizmach? Jak powinien wyglądać ktoś, kto w swoim dogłębnym zaprzątnięciu 

sprawami 
stworzonego świata mówi nam więcej o Stwórcy niż którykolwiek z impertynenckich 

polemistów, 
przedzierających się skrótami przez niebiańskie sfery? Czyż wrażliwość tak 

niepowtarzalna w swoim 
połączeniu uczciwości, klinicznego dystansu i kontrolowanego liryzmu nie powinna 

odbić się 
przynajmniej w jakimś szczególnym, niezwyczajnym wyrazie twarzy, jeśli już nie w 

niepowtarzalnym 
układzie jej rysów? I czy takie rysy albo taki wyraz dałoby się utrwalić 

pędzlem? Uchwycić 
aparatem fotograficznym?

Ogromnie lubiłem proces wysnuwania domysłów z owej fotografii o rozmiarach 
znaczka 

pocztowego. Zawsze szuka się po omacku jakiejś twarzy, zawsze się pragnie, aby 
ideał oblókł się w 

ciało, a byłem w tym czasie bardzo bliski uznania Audena za ideał. (Dwoma innymi 
byli Beckett i 

Frost, jednakże ich wygląd był mi znany; odpowiedniość ich zewnętrznych postaci 
i ich czynów, 

choć zatrważająca, była oczywista.) Rzecz jasna po jakimś czasie ujrzałem inne 
fotografie Audena: 

w przemyconym z Zachodu piśmie czy w innych antologiach. Przecież jednak nie 
dodawały one 

niczego nowego; ten człowiek wymykał się soczewkom, a może one za nim nie 
nadążały. 

Zaczynałem już powątpiewać, czy jedna forma sztuki była zdolna do oddania 
drugiej, czy to, co 

wizualne, mogło uchwycić to, co semantyczne.
Wreszcie, któregoś dnia - była to chyba zima roku I968 czy I969 Nadieżda 

Mandelsztam, 
której złożyłem wizytę w Moskwie, wręczyła mi jeszcze jedną antologię 

nowoczesnej poezji, bardzo 
ładną książkę obficie ilustrowaną czarno-białymi fotografiami autorstwa, jeśli 

mnie pamięć nie myli, 
Rollie McKenna. Znalazłem to, czego szukałem. Parę miesięcy później ktoś 

pożyczył ode mnie 
książkę i nigdy już nie zobaczyłem tej fotografii; mimo to pamiętam .ją wciąż 

dosyć wyraźnie.
Zdjęcie, jak się zdawało, zostało zrobione gdzieś W Nowym Jorku, na którymś 

przejściu 
nadziemnym – albo w pobliżu dworca Grand Central, albo na tym przy Columbia 

Uniwersity, które 
przechodzi nad Amsterdam Avenue. Auden stał, wyglądając tak, jakby został 

zaskoczony, 
zatrzymany w przejściu, z brwiami uniesionymi z wyrazem dezorientacji. Same oczy 

natomiast były 
przeraźliwie spokojne i bystre. Zdjęcie pochodziło przypuszczalnie z późnych lat 

czterdziestych lub 
początku pięćdziesiątych, zanim jeszcze słynne stadium zmarszczek - "nie zasłane 

łóżko" - 

background image

zawładnęło jego rysami. Wszystko, czy też prawie wszystko, stało się dla mnie 

jasne.
Kontrast, albo, ściślej mówiąc, stopień niewspółmierności pomiędzy tymi brwiami 

uniesionymi w pozornej dezorientacji a bystrością jego spojrzenia, w moim 
odczuciu odpowiadał 

stosunkowi pomiędzy formalnymi aspektami jego wierszy (para uniesionych brwi 
para rymów) a 

oślepiającą precyzją ich zawartości. To, co spoglądało na mnie z kartki książki, 
było zawartym w je-

go twarzy równoważnikiem dwuwiersza, przeznaczonego do zapamiętania prawdy. Rysy 
były 

regularne, nawet zwyczajne. Nie było w tej twarzy nic szczególnie poetycznego, 
nic bajronicznego, 

demonicznego, ironicznego, sokolego, orlego, romantycznego, zranionego itd. Była 
to raczej twarz 

lekarza, który słucha z zainteresowaniem twoich zwierzeń, choć i tak wie, że 
jesteś chory. Twarz 

przygotowana na wszystko, suma twarzy.
Ta twarz była rezultatem. Jej otwarte na wszystko wejrzenie stanowiło 

bezpośredni produkt 
owej oślepiającej bliskości twarzy względem przedmiotu, która stworzyła 

wyrażenia w rodzaju 
"nieważna klęska", "konieczne morderstwo", "konserwatywny mrok", "apatyczny 

grób", albo 
"sprawnie rządzona pustynia' , . Sprawiało to wrażenie takie, jak kiedy 

krótkowidz zdejmuje okulary 
- z tą różnicą, że bystrość spojrzenia tej pary oczu nie brała się ani z 

krótkowzroczności, ani z 
małości przedmiotów, lecz z osadzonych w nich głęboko zagrożeń. Było to 

spojrzenie człowieka, 
który wie, że nie będzie W stanie wyplenić tych zagrożeń, a jednak uparł się, że 

opisze ci zarówno 
symptomy jak samą chorobę. Nie sprowadzało się to do tak zwanej "krytyki 

społeczeństwa" - 
choćby z tego powodu, że choroba nie była społeczna; była egzystencjalna.

Ogólnie biorąc, myślę, że popełniano okropną pomyłkę biorąc tego człowieka za 
komentatora czy diagnostę społecznego, czy kogoś w tym rodzaju. Najczęstsze 

oskarżenie, jakie 
przeciw niemu kierowano, zarzucało mu, że nie podsuwa sposobu leczenia. Zapewne 

w jakimś tam 
stopniu sam sobie był winien przez swoje odwoływanie się do terminologii 

freudowskiej, potem 
marksistowskiej, wreszcie eklezjastycznej. Kuracja polegała jednak właśnie na 

posługiwaniu się 
przezeń tymi terminologiami, gdyż są to po prostu różne narzecza, w jakich można 

mówić o jednej i 
tej samej rzeczy, mianowicie miłości. Leczy intonacja, jaką przemawia się do 

chorych. Ten poeta 
zajmował się ciężkimi, często nieuleczalnymi przypadkami świata nie jak chirurg 

lecz jak pielęgniarz, 
a każdy pacjent wie, że ostatecznie to nie cięcia skalpela lecz pielęgniarze 

stawiają nas na nogi. To 
właśnie głos pielęgniarza, zatem głos miłości słychać W końcowej przemowie 

Alonsa do Ferdinanda 
w "Morzu i zwierciadle":

Lecz gdybyś nie był w stanie zachować królestwa

background image

I, jak twój ojciec przed tobą, tam dotarł,

Gdzie myśl oskarża a uczucie szydzi,
Wierz swojemu bólowi...

Ani lekarz, ani anioł, ani - co najmniej prawdopodobne - ukochany człowiek lub 

krewny nie 
powie nam tego w chwili naszej ostatecznej porażki: tylko pielęgniarz albo 

poeta, z doświadczenia 
tak jak i z miłości. 

Zdumiewała mnie ta miłość. Nie wiedziałem nic o życiu Audena: ani o jego 
homoseksualizmie, ani o ukartowanym (dla niej) małżeństwie z Eryką Mann - nic. 

Jedno, co 
wyczuwałem dość wyraźnie, to fakt, że ta miłość mierzyła za wysoko względem 

swego obiektu. W 
moim pojęciu - czy raczej wyobrażeniu - była to miłość rozdymana lub 

przyspieszana przez język, 
przez konieczność dania jej wyrazu; a język - tyle sam już wiedziałem - posiada 

swoją własną 
dynamikę i skłonność do stosowania samogenerujących chwytów: rytmów i strof, 

które potrafią 
zawieść poetę daleko poza jego pierwotny cel podróży. Inna zaś prawda na temat 

miłości w poezji; 
dostępna czytelnikowi, wskazuje, że uczucia pisarza nieuchronnie podporządkowują 

się linearnej i 
nieustępliwej progresji sztuki. Zjawisko to zapewnia - w sztuce - osiąganie 

wyższego stopnia 
liryzmu; w życiu - staje się równoznaczne z osamotnieniem. Choćby tylko z uwagi 

na swoją 
stylistyczną wszechstronność ten człowiek powinien był znać jakiś niezwyczajny 

stopień rozpaczy, 
jak w samej rzeczy demonstruje to wiele jego najbardziej czarujących, 

najbardziej hipnotyzujących 
liryków. Albowiem w sztuce lekkość ujęcia nieraz wywodzi się z najgłębszego 

mroku jej 
nieobecności.

A przecież mimo wszystko była to miłość, unieśmiertelniana przez język, nie 
zważająca - 

jako że język był językiem angielskim - na rodzaj gramatyczny, podtrzymywana 
przez najgłębszą 

udrękę, ponieważ udrękę ostatecznie też trzeba wypowiedzieć. Język jest, bądź co 
bądź, na mocy 

definicji obdarzony samoświadomością i pragnie rozeznać się w każdej nowej 
sytuacji. Gdy 

spoglądałem na fotografię Rollie McKenna, cieszyło mnie, że twarz na niej nie 
ujawnia 

neurotycznego ani żadnego innego napięcia, że jest blada, zwyczajna, że nie 
wyraża lecz właśnie 

wchłania to wszystko, co dzieje się przed oczyma poety. Jak cudownie - myślałem 
- byłoby mieć te 

rysy; i usiłowałem naśladować grymas Audena w lustrze. Oczywista nic z tego nie 
wyszło, ale bo też 

wiedziałem, że nie wyjdzie, gdyż taka twarz musiała być jedyna w swoim rodzaju. 
Nie było potrzeby 

jej imitowania: ona już istniała w świecie, i świat był mi jakoś bardziej w smak 
dlatego, że ta twarz 

gdzieś tam w nim była. 

background image

Dziwna to rzecz - twarze poetów. Teoretycznie wygląd zewnętrzny autora nie 

powinien mieć 
żadnego znaczenia dla jego czytelników: czytanie, jak i pisanie zresztą, nie 

jest czynnością 
narcystyczną; a przecież wystarczy polubić dostateczną ilość wierszy danego 

poety, aby zacząć 
zastanawiać się, jak on wygląda. Wiąże się to przypuszczalnie z podejrzeniem 

czytelnika, że 
zachwycić się dziełem sztuki to to samo co rozpoznać wyrażoną w sztuce prawdę, 

czy określony 
stopień prawdy. Z natury niepewni, pragniemy zobaczyć artystę, którego 

utożsamiamy z jego 
dziełem - po to, aby wiedzieć przy następnej okazji, jak w rzeczywistości 

wygląda prawda. Jedynie 
autorzy starożytni unikają tej badawczej lustracji, co jest po części przyczyną, 

dla której uchodzą za 
klasyków; ich uogólnione marmurowe rysy, od których gęsto w bibliotecznych 

niszach, pozostają w 
bezpośrednim stosunku do absolutnego, archetypowego znaczenia ich oeuvre. Kiedy 

jednak 
czytamy:

...Odwiedzić

Grób przyjaciela, zrobić awanturę,

Liczyć miłości, z których się wyrosło,
To niemiłe, lecz ćwierkać jak ptak bez łzy w oku, 

Tak jakby nikt konkretny nie umierał

I nie sprawdzały się plotki - to nie do pomyślenia. . .

- zaczynamy czuć, że za tymi linijkami stoi nie jasnowłosy, ciemnowłosy, blady, 
śniady, 

pomarszczony lub gładkolicy konkretny autor, ale życie samo; i właśnie z tym 
życiem chcielibyśmy 

się spotkać; właśnie z nim chcielibyśmy doznać ludzkiego zbliżenia. Za tym 
pragnieniem kryje się nie 

próżność, lecz swoista człowiecza fizyka, na mocy której wielki magnes przyciąga 
drobną 

cząsteczkę, choćby miało się w końcu powtórzyć zdanie samego Audena: "Znałem 
trzech wielkich 

poetów i każdy z nich był pierwszej klasy sukinsynem." Ja: Kto? On: " Yeats, 
Frost, Bert Brecht." 

(Tyle, że mylił się co do Brechta: Brecht nie był wielkim poetą.)

IV.

 6 czerwca 1972 roku, jakieś czterdzieści osiem godzin po opuszczeniu w bardzo 

przyspieszonym trybie Rosji, stałem z moim przyjacielem Carlem Profferem, 
profesorem literatury 

rosyjskiej z Uniwersity of Michigan (który przyleciał do Wiednia na spotkanie ze 
mną), przed 

domem letnim Audena w małej wiosce Kirchstetten, wyjaśniając właścicielowi domu 
powody naszej 

obecności w tym miejscu. Do spotkania tego o mały włos wcale by nie doszło. W 
północnej Austrii 

background image

są trzy miejscowości o nazwie Kirchstetten; przejechaliśmy już przez wszystkie 

trzy i zamierzaliśmy 
ruszyć w powrotną drogę, kiedy samochód wtoczył się w cichą, wąską uliczkę 

wiejską i ujrzeliśmy 
drewnianą strzałkę z napisem "Audenstrasse". Poprzednia nazwa brzmiała, jeśli 

mnie pamięć nie myli, 
"Hinterholz”, ponieważ uliczka wiodła tyłami lasu na miejscowy cmentarz. Zmiana 

nazwy wzięła się 
przypuszczalnie w równej mierze z chęci mieszkańców wioski, aby pozbyć się tego 

memento mori, 
jak i z ich respektu dla żyjącego pośród nich wielkiego poety. Pogląd tego 

ostatniego na sytuację był 
mieszanką dumy i zakłopotania. Bardziej jednoznaczne uczucia żywił natomiast 

Auden względem 
miejscowego proboszcza, którego nazwisko brzmiało Schicklgruber: poeta nie 

potrafił oprzeć się 
przyjemności zwracania się do niego per "Ojcze Schicklgruber". 

Wszystkiego tego miałem się dowiedzieć później. Na razie Carl Proffer usiłował 
wytłumaczyć przyczyny naszej bytności w Kirchstetten przysadzistemu, mocno 

spoconemu 
mężczyźnie w czerwonej koszuli i szerokich szelkach, z marynarką przerzuconą 

przez ramię i stertą 
książek pod pachą. Mężczyzna przyjechał akurat pociągiem z Wiednia i po 

wdrapaniu się na 
wzgórze miał zadyszkę, co sprawiało, że nie był w nastroju do konwersacji. 

Mieliśmy już dać za 
wygraną, kiedy nagle dotarło do niego, co mówi Carl Proffer; wykrzyknął 

"Niemożliwe!" i zaprosił 
nas do domu. Był to Wystan Auden, a działo się to na niespełna dwa lata przed 

jego śmiercią.
Spróbuję wyjaśnić, jak doszło do tego wszystkiego. Jeszcze w roku 1969 odwiedził 

mnie w 
Leningradzie George L. Kline, profesor filozofii z Bryn Mawr. Był on tłumaczem 

moich wierszy na 
angielski dla wydawnictwa Penguin i w trakcie dyskusji nad zawartością przyszłej 

książki zapytał 
mnie, kto byłby moim zdaniem idealnym kandydatem do napisania przedmowy. 

Podsunąłem Audena 
- ponieważ Anglia i Auden były to wtedy dla mnie synonimy. Zresztą cały pomysł 

publikowania 
mojej książki w Anglii wydawał mi się zupełnie nierealny. Jedynym, co nadawało 

temu 
przedsięwzięciu pozory realności, była jego całkowita nielegalność w ramach 

sowieckiego prawa.
Tak czy owak, puszczono wszystko w ruch. Auden otrzymał do przeczytania 

maszynopis i 
spodobało mu się to na tyle, że napisał wstęp. Kiedy zatem dotarłem do Wiednia, 

miałem przy sobie 
adres Audena w Kirchstetten. Cofając się pamięcią i wspominając rozmowy, jakie 

wiedliśmy w 
ciągu następnych trzech tygodni, najpierw w Austrii, potem w Londynie, słyszę 

bardziej jego głos niż 
swój własny, choć, muszę przyznać, wymuszałem na nim obszerne wypowiedzi na 

temat poezji 
współczesnej, zwłaszcza samych poetów. Było to o tyle zrozumiałe, że jedyne moje 

zdanie 

background image

angielskie, którego bezbłędności byłem pewien, brzmiało: "Mister Auden, co pan 

sądzi o..." - po 
czym następowało nazwisko.

Może i dobrze, że tak było, bo cóż ja mógłbym mu powiedzieć takiego, o czym by 
już sam 

tak czy owak nie wiedział? Mogłem mu oczywiście opowiedzieć o tym, jak 
przełożyłem kilka jego 

wierszy na rosyjski i zaniosłem do pewnej moskiewskiej redakcji; ale był to 
akurat rok 1968, 

Sowiety dokonały inwazji Czechosłowacji, pewnego wieczora BBC nadała jego wiersz 
o olbrzymie 

ludożercy i taki był koniec całego przedsięwzięcia. (Po tej opowieści poczułby 
może do mnie 

większą sympatię, ale i tak nie byłem wysokiego zdania o owych tłumaczeniach). 
Że nigdy nie 

natrafiłem na udany przekład jego utworu na żaden z języków , o których miałem 
jakie takie 

pojęcie? Sam to wiedział, może aż nazbyt dobrze. Że wpadłem w euforię, 
dowiedziawszy się 

pewnego dnia o jego przywiązaniu do triady Kierkegaarda, którą wielu z nas 
również uważało za 

klucz do ludzkiego gatunku? Obawiałem się, że nie będę umiał tego wyartykułować.
Lepiej było słuchać. Ponieważ byłem Rosjaninem, mówił stale o pisarzach 

rosyjskich. "Z 
Dostojewskim nie chciałbym mieszkać pod jednym dachem", oświadczał. Albo: 

"Najlepszy pisarz 
rosyjski to Czechow". "Dlaczego?" "On jeden w waszym narodzie miał trochę 

zdrowego rozsądku” . 
Albo też zapytywał o coś, co spośród spraw dotyczących mojej ojczyzny wprawiało 

go 
najwyraźniej w największą konfuzję: ,,Słyszałem, że Rosjanie zawsze kradną 

wycieraczki z szyb 
zaparkowanych samochodów. Dlaczego?" Ale moja odpowiedź - bo nie ma części 

zapasowych na 
rynku - nie zadowalała go: najwidoczniej miał na myśli jakiś bardziej 

nieodgadniony powód i ja, jego 
czytelnik, sam byłem już bliski dostrzeżenia takowego. W pewnym momencie 

zaproponował, że 
przełoży trochę moich wierszy. Doznałem wstrząsu. Kimże byłem, aby miał mnie 

tłumaczyć Auden? 
Wiedziałem, że dzięki jego przekładom paru moich rodaków odniosło większe 

korzyści, niżby na to 
zasługiwały ich wiersze; a jednak jakoś nic mogłem dopuścić do siebie myśli, że 

o n miałby 
pracować dla m n i e. Zadałem więc pytanie: ,,Mister Auden, co pan sądzi o. . . 

Robercie Lowellu?". 
"Nie lubię mężczyzn - zabrzmiała odpowiedź - za którymi wlecze się dymiący ślad 

zapłakanych 
kobiet”. 

Podczas tych tygodni w Austrii troszczył się o moje sprawy z dbałością kwoki 
opiekującej 

się kurczęciem. Zaczęło się od tego, że telegramy i inne przesyłki W 
niewytłumaczalny sposób 

zaczęły docierać do mnie z adresem "c/o W. H. Auden". Potem napisał do Akademii 
Poetów 

Amerykańskich, aby załatwiła mi jakieś wsparcie finansowe. W ten sposób 
otrzymałem swoje 

background image

pierwsze amerykańskie pieniądze - dokładnie tysiąc dolarów - i wystarczyły mi 

one aż do dnia mojej 
pierwszej wypłaty na University of Michigan. Poza tym polecił mnie swojemu 

agentowi, pouczał z 
kim się spotykać, a kogo unikać, przedstawiał przyjaciołom, chronił przed 

dziennikarzami, i głośno 
żałował, że w swoim czasie pozbył się mieszkania na St. Mark's Place - tak 

jakbym miał w planie 
osiąść w Nowym Jorku. "To by ci dobrze zrobiło. Choćby dlatego, że W pobliżu 

jest ormiański 
kościół, a msza jest lepsza, kiedy się nie rozumie słów. Nie znasz przecież 

ormiańskiego?" Nie 
znałem.

Potem nadeszło z Londynu – c/o W. H. Auden - zaproszenie dla mnie do wzięcia 
udziału w 

Poetry International w Queen Elizabeth Hall i zarezerwowaliśmy ten sam lot linii 
British European 

Airways. W tym momencie pojawiła się przede mną szansa odpłacenia mu choć trochę 
w tej samej 

monecie. Tak się złożyło, że podczas mojego wcześniejszego pobytu w Wiedniu 
przyszła mi z 

pomocą rodzina Razumovskich (potomków hrabiego Razumowskiego, tego od kwartetów 
Beethovena). Pochodząca z niej Olga Razumowsky pracowała w tym czasie w 

austriackich liniach 
lotniczych. Gdy dowiedziała się, że W. H. Auden i ja udajemy się tym samym lotem 

do Londynu, 
zadzwoniła do British Airways i zasugerowała, aby zgotować tym dwu pasażerom 

królewskie 
przyjęcie. Co w samej rzeczy nastąpiło. Audenowi sprawiło to przyjemność, a mnie 

wprawiło w 
dumę.

W ciągu tych tygodni kilkakrotnie nastawał, abym zwracał się do niego po 
imieniu. 

Naturalnie, opierałem się - nie tylko z powodu mojego zdania o poecie, ale 
również ze względu na 

różnicę wieku: Rosjanie są w tych kwestiach strasznie drobiazgowi. Wreszcie w 
Londynie 

powiedział: "Nie ma rady. Albo będziesz mi mówił Wystan, albo ja będę musiał 
zwracać się do 

ciebie per Mister Brodski" . Perspektywa ta wydała mi się tak groteskowa, że się 
poddałem . " Tak, 

Wystan" powiedziałem. "Zgoda, Wystan". Następnie udaliśmy się na wieczór 
autorski. Wsparty o 

pulpit, Auden przez dobre pół godziny sycił salę recytowanymi z pamięci 
wierszami. Jeśli 

kiedykolwiek pragnąłem, aby czas się zatrzymał, to wtedy właśnie, w tej wielkiej 
ciemnej sali na 

południowym wybrzeżu Tamizy. Niestety, tak się nie stało. Choć co prawda rok 
później, na trzy 

miesiące przed jego śmiercią w austriackim hotelu, znów wspólnie recytowaliśmy 
wiersze. W tej 

samej sali.

V.

background image

 Miał już wtedy prawie sześćdziesiąt sześć lat. "M u s i a ł e m przeprowadzić 

się do 
Oxfordu. Zdrowia jestem dobrego, ale muszę mieć kogoś, kto by się o mnie 

troszczył". Z tego, co 
mogłem widzieć, odwiedzając go tam w styczniu 1973 roku, troszczyły się o niego 

tylko cztery 
ściany szesnastowiecznego domku ofiarowanego mu przez college oraz pokojówka. W 

uniwersyteckiej jadalni członkowie ciała profesorskiego przepychali się przy 
bufecie, odtrącając 

Audena łokciami. Przy puszczałem, że to takie sztubackie maniery angielskie, 
"boys will be boys”. 

Patrząc na nich jednak, nie mogłem nie przypomnieć sobie jeszcze jednego z owych 
oślepiających 

przybliżeń Wystana: "trywialność piasku".
Ten głupi szczegół był po prostu wariacją na temat braku zobowiązań 

społeczeństwa wobec 
poety, zwłaszcza starego poety. To znaczy, społeczeństwo będzie słuchać, co mówi 

polityk w 
podobnym czy nawet starszym wieku ale nie, co mówi poeta. Kryje się za tym cały 

szereg przyczyn, 
od antropologicznych do lizusowskich. Lecz wniosek jest prosty i nieunikniony: 

społeczeństwo nie 
ma prawa się skarżyć, jeśli polityk je wykończy. Jak to ongiś ujął Auden w swoim 

wierszu 
"Rimbaud":

Ale w tym dziecku krasomówcze kłamstwa 

Pękły jak rura: zimno stworzyło poetę.

Jeśli kłamstwo rozsadza w taki sposób "to dziecko", cóż dzieje się z nim w 
starym 

człowieku, który odczuwa zimno dotkliwiej? Choć w ustach cudzoziemca może to 
pobrzmiewać 

zbytnią pewnością siebie, powiem, że tragiczne osiągnięcie Audena jako poety 
polegało właśnie na 

wyżęciu wiersza z wszelkiego szachrajstwa, czy to krasomówczego czy 
pieśniarskiego. Tego 

rodzaju postępek zraża do poety nie tylko ciało profesorskie, ale i kolegów po 
fachu, albowiem w 

każdym z nas siedzi pryszczaty młodzik łaknący wzniosłej niezborności.
Gdy taka apoteoza pryszczatości obejmuje rolę krytyka, brak wzniosłości uważać 

będzie za 
niedbalstwo, rozmamłanie, paplaninę, uwiąd. Człowiekowi tego typu nie przyjdzie 

do głowy, że 
starzejący się poeta ma prawo pisać gorzej - jeśli rzeczywiście pisze gorzej; że 

nie ma nic bardziej 
niesmacznego niż nie licujące z podeszłym wiekiem "odkrywanie miłości" i 

przeszczepy małpich 
gruczołów. Mając do wyboru krzykacza i mędrca, publika zawsze wybierze 

pierwszego (i to nie 
dlatego, że taki wybór odzwierciedla jej własny skład demograficzny, albo że 

poeci mają 
"romantyczny" nałóg umierania młodo, lecz z powodu wrodzonej niechęci naszego 

gatunku do 
myślenia o starości, a tym bardziej o jej konsekwencjach). Smutną stroną tego 

kurczowego 

background image

trzymania się niedojrzałości jest fakt, że nie jest to bynajmniej stan 

permanentny. Ach, gdyby tak był! 
Wszystko dałoby się wtedy wyjaśnić cechującym nasz gatunek lękiem przed 

śmiercią. Wszystkie 
owe " Wiersze wybrane" niezliczonych poetów byłyby tak niewinne jak obywatele 

Kirchstetten 
przemianowujący swoją "Hinterholz". Gdyby był to jedynie lęk przed śmiercią, 

czytelnicy, a 
szczególnie wrażliwi krytycy powinni by non stop odbierać sobie życie, idąc za 

przykładem swych 
ukochanych młodych autorów. Lecz tak się przecież nie dzieje. 

Prawdziwe tło naszego gatunkowego lgnięcia do niedojrzałości jest znacznie 
smutniejsze. 

Wiąże się nie z oporami człowieka przed wiedzą o śmierci, ale z jego brakiem 
chęci dowiedzenia się 

czegoś o życiu. A przecież niewinność to ostatnia rzecz, którą można w sposób 
naturalny zachować. 

Oto dlaczego poetów - zwłaszcza tych, którzy żyli długo - należy czytać w 
całości, nie w wyborach. 

Początek ma sens tylko o tyle, o ile istnieje jakiś koniec. Odmiennie niż 
prozaicy, poeci opowiadają 

nam swoją historię w całości: nie tylko w sensie ich autentycznych doświadczeń i 
uczuć, ale i - co dla 

nas ma największą wagę - w sensie samego języka, ostatecznego doboru słów.
Starzejący się człowiek, jeśli wciąż utrzymuje pióro w ręce, ma do wyboru pisać 

pamiętnik 
albo prowadzić dziennik. Z samej natury swojego rzemiosła poeci są autorami 

dzienników. 
Dokonują, często wbrew własnej woli, najrzetelniejszej rejestracji tego, co się 

przydarzyło (a) ich 
duszom, podlegającym już to rozszerzaniu się, już to - częściej - kurczeniu, (b) 

ich poczuciu języka, 
gdyż to właśnie poeci w pierwszej kolejności doświadczają kompromitacji czy 

dewaluacji słów. Czy 
to nam się podoba czy nie, jesteśmy tu po to, aby się dowiedzieć nie tylko co 

czas czyni z 
człowiekiem, ale również co język czyni z czasem. A poeci, nie zapominajmy, to 

ci, dzięki którym 
język żyje, którzy "zbawiają mowę' , Jest to zasada, która uczy poetę większej 

prawości, niż jest to 
w stanie uczynić jakakolwiek wiara.

Właśnie dlatego wiele można zbudować na W. H. Audenie. Nie tylko dlatego, że 
zmarł w 

wieku dwakroć starszym niż Chrystus, i nie tylko z powodu Kierkegaardowskiej , 
„zasady 

powtórzenia” . Auden służył po prostu nieskończoności większej niż ta, z którą 
się normalnie 

liczymy, i był przekonywującym świadectwem jej dostępności; więcej, dzięki niemu 
możemy w niej 

czuć się jak w domu. Każdy ludzki osobnik powinien, skromnie licząc, znać co 
najmniej jednego 

poetę od deski do deski: jeśli nie w charakterze przewodnika przez świat, to 
jako porównawczy 

wzorzec języka. W. H. Auden wypadłby bardzo dobrze w obu tych kategoriach, 
choćby z powodu 

ich podobieństwa do, odpowiednio, Piekła i Czyśćca.

background image

Był wielkim poetą (jedyna usterka tego zdania to jego czas gramatyczny: natura 

języka 
przenosi ludzkie osiągnięcia na jego polu niezmiennie w czas teraźniejszy), i 

uważam, że miałem 
olbrzymie szczęście, mogąc go spotkać. Gdybym go jednak nie spotkał wcale, 

istniałaby przecież 
rzeczywistość jego dzieła. Powinno się czuć wdzięczność wobec losu za szansę 

zetknięcia się z tą 
rzeczywistością, za obdarzenie tymi darami, tym bardziej bezcennymi, że nie 

przeznaczonymi dla 
nikogo poszczególnego. Można to nazwać szczodrobliwością ducha, tyle że duch 

potrzebuje 
człowieka, w którym jak promień mógłby się załamać. To nie człowiek zostaje 

uświęcony tym 
załamaniem: to duch uczłowiecza się i staje zrozumiały. To - oraz fakt, że 

człowieka cechuje 
ograniczoność - wystarczy, aby czcić tego poetę.

Niezależnie od powodów, dla których przepłynął Atlantyk i stał się Amerykaninem, 
skutek 

był taki, że stopił ze sobą oba idiomy angielszczyzny i został - aby 
sparafrazować jeden z jego 

wierszy - naszym transatlantyckim Horacym. W ten czy inny sposób, wszelkie 
podróże jakie 

przedsięwziął- poprzez lądy, jaskinie psychiki, doktryny, wiary - służyły nie 
tyle udoskonaleniu jego 

racji ile rozszerzeniu dykcji. Jeśli poezja była kiedykolwiek dla niego sprawą 
ambicji, to żył 

dostatecznie długo, aby stała się dla niego po prostu sposobem istnienia. Stąd 
jego autonomia, 

zdrowie umysłowe, równowaga, ironia, dystans - słowem: mądrość. Na czymkolwiek 
to polega, 

czytanie go jest jedną z nielicznych dostępnych metod (jeśli nie jedyną), aby 
poczuć .się przyzwoitym 

człowiekiem. Nie wiem co prawda, czy było to jego celem.
Po raz ostatni widziałem go w lipcu roku 1973, na kolacji w londyńskim 

mieszkaniu 
Stephena Spendera. Wystan siedział przy stole z papierosem w prawej dłoni i 

kielichem w lewej, 
rozprawiając na temat łososia na zimno. Ponieważ krzesło było za niskie, pani 

domu usadziła go na 
dwu wymiętoszonych tomach "Oxford English Dictionary", największego słownika 

języka angiel-
skiego. Pomyślałem wtedy, że widzę jedynego człowieka, który ma prawo na tych 

tomach zasiadać.

* Wszystkie cytowane w tym eseju wiersze przełożył Stanisław Barańczak (przyp. 

Wyd.).

tłum. STANISŁAW BARAŃCZAK

background image