background image

Josif Brodski

W POLTORA POKOJU

dla L.K.

l. 
Półtora pokoju (jeśli takie określenie znaczy cokolwiek po angielsku), które 

zamieszkiwaliśmy we troje, wyłożone było parkietem i moja matka stanowczo 
sprzeciwiała się, by mężczyźni z jej rodziny, a szczególnie ja, chodzili po domu 


skarpetkach. Nalegała, byśmy zawsze nosili buty lub kapcie. Strofując mnie, 

powoływała 
się na stary rosyjski przesąd. Powiadała, że to zły omen i sprowadza śmierć w 

rodzinie.
Możliwe oczywiście, że uważała to po prostu za przejaw braku manier, za 

zwyczajne 
złe wychowanie. Męskie nogi śmierdzą, a działo się to w epoce 

przeddezodorantowej. 
Myślę jednak, że łatwo się było pośliznąć na froterowanej podłodze i upaść, 

zwłaszcza 
chodząc w wełnianych skarpetkach. A dla osoby starej i kruchej, skutki takiego 

upadku 
mogłyby być fatalne. Związek podłogi z drzewem, ziemią, itp., rozciągał się w 

moim 
pojęciu na wszelką powierzchnię pod stopami naszych bliskich i dalekich krewnych 

mieszkających w tym samym mieście. Była to ta sama powierzchnia, niezależnie od 
dzielącej nas odległości. Nawet przeniesienie się na przeciwny brzeg rzeki, 

gdzie w 
późniejszych latach wynajmowałem mieszkanie czy pokój, nic nie rozwiązywało, bo 


naszym mieście dużo jest rzek i kanałów. I choć niektóre bywają wystarczająco 

głębokie 
dla pełnomorskich statków, śmierć - myślałem - uzna je za płytkie, lub też, 

zgodnie ze 
swymi podziemnymi obyczajami, przekradnie się pod ich korytem.

Teraz moja matka i mój ojciec nie żyją. Stoję na wybrzeżu Atlantyku i bezmiar 
wody 

dzieli mnie od dwóch żyjących jeszcze ciotek i kuzynów. To prawdziwa przepaść, 
zdolna 

zmylić nawet śmierć. Teraz mogę do woli chodzić po domu w skarpetkach, gdyż nie 
mam 

na tym kontynencie krewnych. Jedyna śmierć, jaką zapewne mógłbym spowodować, to 
moja własna, ale wtedy doszłoby do pomieszania nadawcy z odbiorcą. Szanse takiej 

mieszanki są minimalne i na tym polega różnica między przesądami a elektroniką. 

jednak, jeśli nie chodzę w skarpetkach po podłodze z kanadyjskiego klonu, to nie 
na 

skutek wyżej wymienionej pewności ani też z instynktu samozachowawczego. Nie 
robię 

tego, gdyż nie podobałoby się to mojej matce. Pragnę chyba zachować zwyczaje 
naszej 

rodziny, teraz, gdy tylko ja jeden pozostałem przy życiu

2. 

background image

Było nas troje w tym naszym półtora pokoju: ojciec, matka i ja. Na owe czasy 

była to 
typowa rosyjska rodzina. A były to czasy powojenne i mało kto mógł sobie 

pozwolić na 
więcej niż jedno dziecko. Niektórych nawet nie było stać na ojca - obecnego lub 

żywego: 
wielki terror i wojna zebrały swoje żniwo w dużych miastach, a szczególnie w 

moim 
rodzinnym mieście. Powinniśmy więc uważać się za szczęściarzy, zwłaszcza że 

byliśmy 
Żydami. Wszyscy troje przeżyliśmy wojnę. (Mówię "wszyscy troje", bo ja również 

urodziłem się przed jej wybuchem, w 1940). Rodzicom moim udało się też przeżyć 
lata 

trzydzieste.
Przypuszczalnie uważali, że mieli szczęście, choć nigdy o tym nie mówili. W 

ogóle 
niewiele zajmowali się sobą, aż się zestarzeli i zaczęły dokuczać im różne 

dolegliwości. 
Nawet wtedy jednak nie mówili o sobie ani o śmierci w sposób wzbudzający 

przerażenie 
słuchacza lub litość. Zrzędzili po prostu lub utyskiwali nie zwracając się do 

nikogo 
konkretnego, ot, skarżąc się na swoje bolączki lub mówiąc o takim czy innym 

lekarstwie. 
Moja matka co najwyżej nadmieniała, wskazując na komplet naczyń z wykwintnej 

porcelany: " To będzie twoje, gdy się ożenisz, lub gdy. . . „  i tu urywała. 
Pamiętam też, 

jak kiedyś rozmawiała przez telefon z jakąś daleką znajomą, o której wiedziałem, 
że jest 

chora. Matka wyszła z budki telefonicznej na ulicę z nieznanym mi wyrazem oczu 
za 

rogową oprawą okularów. Pochyliłem się ku niej (byłem już dużo wyższy) i 
spytałem, co 

ta pani powiedziała. Patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie, matka odparła: " 
Wie, 

że umiera i płakała w słuchawkę". 
Przyjmowali wszystko jak zrządzenie losu: istniejący system, swoją niemoc, 

nędzę, 
krnąbrnego syna. Starali się nadrabiać wszelkie braki: w domu zawsze było coś do 

jedzenia i zawsze udawało im się przyrządzić jakiś posiłek. Wiązali jak mogli 
koniec z 

końcem i choć żyliśmy od wypłaty do wypłaty, odkładali parę rubli dla syna na 
kino, 

wycieczkę do muzeum, książki czy słodycze. Nakrycia stołowe, ubrania i pościel 
były 

zawsze uprane, wypolerowane, wyprasowane, zacerowane i wykrochmalone. Obrus był 
nieskazitelnie czysty i gładki, wiszący nad nim abażur odkurzony, a podłoga 

zamieciona i 
błyszcząca. Zadziwiające, że nigdy się nie nudzili. Owszem, bywali zmęczeni, ale 

nigdy 
znudzeni. Przeważnie kręcili się po mieszkaniu gotując, piorąc, krążąc między 

wspólną 
kuchnią a naszym półtora pokojem, z jakimś przedmiotem gospodarskim w ręku. 

Zasiadali 
oczywiście do posiłków, ale moją matkę pamiętam w pozycji siedzącej, przede 

wszystkim 

background image

pochyloną nad maszyną do szycia na pedał marki Singer, łatającą ubrania, 

nicującą 
kołnierzyki starych koszul, przerabiającą lub cerującą stare płaszcze. Ojciec 

natomiast 
zasiadał na krześle lub za biurkiem tylko gdy czytał gazetę. Niekiedy wieczorem 

oglądali 
telewizję - film albo koncert w naszym odbiorniku z 1952 roku. Wtedy również 

siedzieli. 
Rok temu sąsiad znalazł mojego ojca, martwego, spoczywającego w takiej właśnie 

pozycji 
w naszym półtora pokoju.

3.

 

Przeżył swoją żonę o trzynaście miesięcy. Na siedemdziesiąt osiem lat jej 

życia i 

osiemdziesiąt jego, spędziłem z nimi jedynie trzydzieści dwa. Nie wiem prawie 
nic jak się 

poznali, nie wiem o ich zalotach ani nawet w którym roku się pobrali. Nie mam 
pojęcia 

jak żyli przez ostatnie jedenaście czy dwanaście lat, które spędzili beze mnie. 
Ponieważ 

nigdy się tego nie dowiem, wolę założyć, że ich tryb życia był niezmieniony, 
może nawet 

było im lżej beze mnie, zarówno w sensie finansowym, jak i dlatego, że nie 
musieli się 

obawiać mojego kolejnego aresztowania.
Nie mogłem jednak pomóc im na starość. Nie byłem przy nich, gdy umierali. Mówię 

o tym nie tyle z poczucia winy, co raczej z egoizmu dziecka, które naśladuje 
rodziców na 

wszystkich etapach życia; każde dziecko powtarza bowiem, w taki czy inny sposób, 
drogę 

życiową swoich rodziców. Powiedziałbym, że w gruncie rzeczy chcemy się od 
rodziców 

dowiedzieć czegoś o naszej własnej przyszłości, naszym starzeniu się i nauczyć 
się 

ostatniej lekcji - jak umierać. Uczymy się tego mimo woli, nieświadomie. "Czy ja 
też tak 

będę wyglądał na starość? Czy ta choroba sercowa -lub inna - jest dziedziczna?". 
Nie 

wiem i nigdy nie będę wiedział jak czuli się w ostatnich latach swego życia. Jak 
często 

zdejmowała ich bojaźń i czy przygotowali się na śmierć; kiedy odczuwali ulgę, a 
kiedy 

odzyskiwali nadzieję, że znowu będziemy wszyscy troje razem. "Synu - mówiła 
matka 

przez telefon - jedyne czego pragnę w życiu to zobaczyć cię. Tylko to mnie 
podtrzymuje". 

A po chwili: "Co robiłeś pięć minut temu, zanim zadzwoniłeś?" - "Prawdę mówiąc, 
zmywałem". " To bardzo dobrze. Zmywanie to świetne zajęcie. Czasami to wspaniała 

terapia".

4. 
Nasze półtora pokoju było częścią olbrzymiej amfilady zajmującej jedną trzecią 

bloku, po północnej stronie sześciopiętrowego gmachu, który stał u wylotu trzech 
przecznic i naprzeciwko placu. Budynek ten był jednym z tych olbrzymich tortów w 

tak 
zwanym mauretańskim stylu, znaczących koniec stulecia w Europie północnej. 

background image

Zbudowany w 1903 - roku, w którym urodził się mój ojciec - stanowił 

architektoniczną 
sensację Petersburga i Achmatowa powiedziała mi kiedyś, że rodzice zabrali ją 

dorożką, 
by obejrzeć to cudo. W zachodniej części budynku, na wprost jednej z 

najsławniejszych 
ulic literatury rosyjskiej, Litejnego Prospektu, mieszkał niegdyś Aleksander 

Błok. Jeżeli 
chodzio o naszą amfiladę, to zajmowała ją para, która królowała na 

przedrewolucyjnej 
literackiej scenie rosyjskiej, a później nadawała intelektualny ton emigracji 

rosyjskiej w 
Paryżu w latach dwudziestych i trzydziestych: Dymitr Mereżkowski i Zinaida 

Gippius. I 
to właśnie z balkonu naszego półtora pokoju larwokształtna Zinka obrzucała 

obelgami 
marynarzy Rewolucji.

Po Październiku, zgodnie z polityką "ścieśniania" burżuazji, amfilada została 
podzielona i na każdy pokój przypadała jedna rodzina. Między pokojami wzniesiono 

ściany. Początkowo z dykty, później, z upływem lat, deski, cegły i sztukateria 
nadały tym 

podziałom rangę normy architektonicznej. Jeżeli przestrzeni przysługuje atrybut 
nieskończoności, to przejawia się on nie w jej rozwoju, lecz w redukcji. 

Chociażby 
dlatego, że ograniczanie przestrzeni okazuje się, zaskakująco, bardziej 

logiczne. Jest lepiej 
zorganizowane i posiada więcej nazw: cela, ustęp, grób. Przestrzenie mają tylko 

szeroki 
gest.

W ZSRR minimalną powierzchnią mieszkalną jest dziewięć metrów kwadratowych 
na osobę. Powinniśmy byli więc uważać się za szczęściarzy, gdyż na skutek 

nietypowości 
naszej części amfilady, nam trojgu przypadło czterdzieści metrów. Nadwyżka 

wynikała 
również z tego, że mieszkanie to otrzymaliśmy w wyniku zrzeczenia się dwóch 

oddzielnych pokoi zajmowanych przez moich rodziców przed ślubem. Trudno 
wytłumaczyć cudzoziemcowi czym jest to pojęcie wymiany. Ustawy o własności są 

wszędzie tajemnicze, ale niektóre są bardziej tajemnicze, szczególnie, gdy 
właścicielem 

jest państwo. (Pieniądze na przykład nie odgrywają żadnej roli, gdyż w państwie 
totalitarnym płace są mało zróżnicowane, inaczej mówiąc wszyscy są tak samo 

biedni). 
Nie można wykupić zamieszkiwanego lokalu, można co najwyżej mieć prawo do 

przestrzennego odpowiednika tego, co zajmowało się uprzednio. Dwie osoby 
postanawia-

jące zamieszkać razem mają prawo do sumy powierzchni lokali jakie zamieszkiwały 
przedtem. Zaś o tym, co się dostanie, decydują urzędnicy wydziału 

kwaterunkowego. 
Łapówki są nieskuteczne, gdyż hierarchia tych urzędników jest również 

tajemnicza, a ich 
pierwszym odruchem jest przyznać każdemu jak najmniej. Procedura zamiany 

mieszkania 
ciągnie się latami i można tylko liczyć na zmęczenie, to znaczy, że złamie się 

ich, uparcie 
odmawiając przyjęcia lokalu o powierzchni mniejszej od zajmowanej uprzednio.

Obok zwykłej arytmetyki, przy zamianie brane są pod uwagę najróżniejsze czynniki 

background image

nie określone w przepisach, takie jak wiek, narodowość, rasa, zawód; płeć i wiek 

dziecka; 
pochodzenie społeczne i miejsce urodzenia, nie mówiąc 0 osobistym wrażeniu, 

jakie 
petent wywiera itp. Tylko urzędnicy wiedzą, jakie lokale są do dyspozycji, tylko 

oni 
wyrokują, co będzie stanowić odpowiednik powierzchni i mogą dodać lub ująć kilka 

metrów. A jak ważne jest te kilka metrów! Może się w nich zmieścić półka na 
książki, a 

nawet biurko.

5. 
Pomijając nadwyżkę trzynastu metrów, mieliśmy wielkie szczęście, gdyż otrzymane 

mieszkanie było niewielkie. To znaczy, nasza część amfilady obejmowała sześć 
pokoi 

podzielonych w ten sposób, że zajmowały je tylko cztery rodziny. Mieszkało tam 
zaledwie jedenaście osób z nami włącznie. Liczba lokatorów w takim wspólnym 

mieszkaniu nierzadko sięga setki, przeciętna liczba mieszkańców waha się między 
25 a 

50. Nasze mieszkanie było stosunkowo mało zaludnione.
Oczywiście mieliśmy jedną wspólną ubikację, jedną łazienkę i jedną kuchnię. Ale 

kuchnia była dość obszerna, ubikacja całkiem przyzwoita i schludna. Jeśli idzie 

łazienkę, to zgodnie z rosyjską normą higieny, jedenaście osób mogło zażywać 
kąpieli i 

prać, na ogół nie kolidując ze sobą. Pranie rozwieszało się w dwóch korytarzach 
łączących nasze pokoje z kuchnią i bieliznę sąsiadów znało się na pamięć.

Nasi współmieszkańcy byli dobrymi sąsiadami, zarówno pod względem osobistym jak 
i z uwagi na to, że wszyscy pracowali, a więc byli poza domem przez większą 

część dnia. 
Z wyjątkiem jednej osoby, nie donosili, a był to, jak na kolektywne mieszkanie, 

bardzo 
dobry wskaźnik. Ale nawet donosicielka, krępa, pozbawiona talii kobieta - 

chirurg w 
pobliskiej przychodni - udzielała czasami porad lekarskich i potrafiła zająć 

miejsce w 
kolejce, gdy coś przywieźli do spożywczego czy też popilnować zupy. Jak brzmi 

ten 
wiersz w „StarSplitter" Frosta? "Żyjąc z ludźmi, znaj sztukę przebaczania 

grzechów"? 
Obok wszystkich ohydnych aspektów takiej egzystencji, kolektywne mieszkanie 

posiada też być może pewne zalety. Obnaża życie do podstaw - niszczy wszelkie 
złudzenia na temat natury ludzkiej. Z natężenia smrodu można wywnioskować kto 

jest w 
ubikacji, wiadomo, co kto jadł zarówno na kolację jak i na śniadanie. Wie się, 

kto jakie 
odgłosy wydaje w łóżku i kiedy kobiety mają okres. Jest się często powiernikiem 

sąsiadów. To oni wzywają karetkę pogotowia w razie potrzeby. Jeśli mieszkasz 
samotnie, 

pewnego dnia sąsiad może znaleźć cię martwego na krześle i na odwrót.
A te docinki, porady lekarskie i kulinarne, nowiny, co dowieźli do tego czy 

innego 
sklepu, wymieniane we wspólnej kuchni, wieczorem, gdy żony gotują posiłki! 

Prawdziwa 
lekcja podstawowych praw życia; wystarczy nadstawić uszu i zerkać kątem oka. 

Jakież 

background image

ciche dramaty rozgrywają się, gdy nagle ktoś do kogoś przestał się odzywać. Cóż 

za 
wspaniała szkoła mimiki! Jakąż głębię uczuć wyraża sztywny, nastroszony 

kręgosłup lub 
lodowaty profil! Jakie zapachy, aromaty i smrody unoszą się w powietrzu wokół 

żółtej 
stuwatowej łzy zwisającej z warkocza kabla. Jest coś plemiennego w życiu tej źle 

oświetlonej jaskini, coś pierwotnego lub, jak kto woli, ewolucyjnego. Garnki i 
patelnie 

tkwią nad kuchenkami gazowymi jak tam-tamy.

6. 
Wspominam to nie z nostalgii, lecz dlatego, że moja matka spędziła tam jedną 

czwartą swego życia. Ludzie mający rodziny rzadko jadają poza domem a w Rosji 
prawie 

nigdy. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widział ją lub ojca w restauracji czy 
bodaj w 

kawiarni. Była najlepszą kucharką jaką znałem, może z wyjątkiem Chestera 
Kallmana, ale 

on miał przecież większy wybór składników. Głównie pamiętam ją w kuchni, opasaną 
fartuchem, z twarzą zaczerwienioną; okulary lekko zaparowane, przegania mnie, 

gdy 
usiłuję wykraść coś z garnka. Na jej górnej wardze lśnią kropelki potu; krótko 

przystrzyżone, siwe, lecz farbowane na rudo włosy są w nieładzie. "Zmykaj stąd! 

krzyczy.- Co za niecierpliwość!” Już tego nie usłyszę .
Nie zobaczę też uchylających się drzwi (jak je otwierała, trzymając w obu rękach 

garnek lub dwie duże patelnie? Opierając naczynia o klamkę i naciskając ich 
ciężarem?) i 

matki wpływającej z naszym obiadem/kolacją/podwieczorkiem/deserem. Ojciec czytał 
wtedy przeważnie gazetę, ja nie odrywałem się od książki, chyba że mi kazano. A 

ona 
wiedziała, że jakakolwiek pomoc z naszej strony byłaby spóźniona i na pewno 

niezdarna. 
Mężczyźni w jej rodzinie raczej w i e d z i e l i co to jest uprzejmość, niż 

umieli ją 
stosować. Nawet jeśli byli głodni. "Znowu czytasz tego twojego Dos Passosa? - 

mówiła 
nakrywając do stołu - Kto przeczyta Turgieniewa?" "Czego się spodziewasz? - 

odzywał 
się na to ojciec składając gazetę - Przecież to wałkoń".

7.

 Jak to możliwe, że widzę siebie samego w tej scenie? A jednak widzę, równie 
wyraźnie jak ich oboje. I to także nie jest przejawem mojej nostalgii za 

młodością, 
ojczyzną. Nie. Bardziej prawdopodobne, że teraz, gdy umarli, widzę ich życie 

takim, jakie 
było wówczas, a wówczas stanowiłem jego cząstkę. Oni przecież pamiętaliby mnie 

takim, 
chyba że mają dar wszechwiedzy i obserwują mnie w chwili obecnej, siedzącego w 

kuchni uniwersyteckiego mieszkania, piszącego w niezrozumiałym dla nich języku, 
chociaż myślę, że teraz powinni być wszechjęzyczni. To ich jedyna szansa, aby 

zobaczyć 
mnie i Amerykę. Dla mnie to jedyna możliwość, by ujrzeć ich i nasz pokój.

8. 

background image

Nasz sufit był na wysokości czterech metrów i zdobiła go ornamentacja gipsowa w 

tym samym mauretańskim stylu. W połączeniu ze szczelinami i zaciekami wokół 
pękniętych rur u sąsiada z góry, składała się na wysoce szczegółową mapę 

nieistniejącego 
mocarstwa czy archipelagu. W pokoju były trzy bardzo wysokie zwieńczone łukami 

okna, 
przez które widzielibyśmy wyłącznie liceum po drugiej stronie ulicy, gdyby nie 

to, że 
środkowe okno było zarazem drzwiami balkonowymi. Z tego balkonu mogliśmy 

obserwować ulicę na całej długości. Jej bezbłędną perspektywę, typową dla 
Petersburga, 

zamykał z jednej strony zarys kopuły cerkwi Świętego Panteleimona a, gdy 
patrzyło się w 

prawo, duży plac z katedrą Zbawiciela Jego Cesarskiej Mości Pułku Przemienienia 
Pańskiego.

Gdy sprowadziliśmy się do tego mauretańskiego cuda, była to już ulica Pestela - 
od 

imienia straconego przywódcy dekabrystów. Przedtem nazywała się 
Panteleimonowska, 

od cerkwi, która majaczyła na jej końcu. Tam zakręcała gwałtownie, obiegała 
cerkiew 

prowadząc do rzeki Fontanki i mostem Policyjnym na jej drugi brzeg, aż do 
Letniego 

Ogrodu. Kiedyś mieszkał tam Puszkin i w którymś z listów do żony napisał: 
"codziennie 

w szlafroku i domowych pantoflach idę przez most na przechadzkę po Letnim 
Ogrodzie. 

Cały Letni Ogród jest moim prywatnym parkiem".
Zdaje mi się, że mieszkał pod numerem 11. My pod 27, przy końcu ulicy, biegnącej 

do placu katedralnego. Ponieważ jednak nasz budynek stał na rogu słynnego 
Litejnego 

Prospektu, nasz adres pocztowy brzmiał: Litejny Prospekt 24 m 28. Tam 
dostawaliśmy 

pocztę i tak właśnie adresowałem listy do rodziców. Wspominam o tym nie dlatego, 
żeby 

to miało jakieś szczególne znaczenie, lecz  ponieważ moje pióro prawdopodobnie 
nigdy 

już nie napisze tego.

9.
 Nasze meble pasowały do zewnętrznego i wewnętrznego wystroju budynku. Były 

całe w giętkich liniach i podobnie monumentalne jak sztukateria fasady czy 
pilastry 

sterczące ze ścian, na których wiły się gipsowe wieńce jakichś geometrycznych 
owoców. 

Zewnątrz i wewnątrz budynek pomalowany był na kolor jasnobrązowy w odcieniu 
kakao 

z mlekiem. Nasze dwie katedropodobne komody były dębowe, politurowane na czarno, 
pochodziły jednak z tej samej epoki co budynek - z przełomu stulecia. 

Prawdopodobnie 
to właśnie sprawiło, że sąsiedzi od początku byli do nas dobrze nastawieni, choć 

było to 
u nich nieświadome. I zapewne z tego samego powodu po niecałym roku mieliśmy 

wrażenie, że mieszkaliśmy tam zawsze. Zdawało się, że komody nareszcie odnalazły 
swój 

dom, lub też na odwrót, i my także zrozumieliśmy, że jesteśmy zainstalowani na 
dobre, i 

background image

że się stąd nigdy nie ruszymy.

Te trzymetrowej wysokości, dwupiętrowe komody (aby je ruszyć z miejsca należało 
zdjąć gzymsowe wieko z korpusu o słoniowatych nogach) zawierały niemal cały 

dobytek 
nagromadzony w ciągu lat przez naszą rodzinę. Spełniały rolę, jaka zwykle jest 

udziałem 
strychu lub piwnicy. Rozmaite aparaty fotograficzne mojego ojca, sprzęt do 

wywoływania 
negatywów i robienia odbitek, zdjęcia, talerze, porcelana, bielizna, obrusy, 

pudła z 
butami (dla niego już za małymi, dla mnie jeszcze za dużymi), narzędzia, 

baterie, jego 
stary mundur marynarski, lornetka, albumy rodzinne, pożółkłe pisma ilustrowane, 

kape-
lusze i szale mojej matki, srebrne brzytwy z Solingen, przepalone flesze, jego 

odznaczenia wojskowe, jej barwne kimona, ich wzajemna korespondencja, lorgnon, 
wachlarze i inne pamiątki - wszystko to schowane było w czeluściach tych komód, 

a gdy 
otworzyło się szufladę, unosił się zapach naftaliny, starej skóry i kurzu. Na 

okapie dolnej 
części, niby na gzymsie kominka, stały dwie kryształowe karafki z likierem i 

porcelanowa 
figurka przedstawiająca dwóch podochoconych chińskich rybaków wyciągających 

sieci z 
połowem. Mama odkurzała je dwa razy na tydzień.

Z perspektywy czasu zaczyna mi się wydawać, że zawartość tych komód można by 
porównać do naszej wspólnej podświadomości, choć wówczas taka myśl nie 

przyszłaby 
mi do głowy. W każdym razie wszystkie te przedmioty stanowiły część świadomości 

moich rodziców. Były one symbolami ich pamięci - miejsc i czasów przeważnie 
poprzedzających moje istnienie: ich wspólnej i oddzielnej przeszłości, ich 

młodości i 
dzieciństwa, innej epoki, niemal innego stulecia. Korzystając z tej samej 

perspektywy 
czasu dodam: - ich wolności, ponieważ urodzili się i wyrośli wolni, przed tym, 

co 
bezmyślna hołota nazywa Rewolucją, a co dla nich i dla wielu pokoleń oznaczało 

zniewolenie.

10.
 Piszę to po angielsku ponieważ chcę im ofiarować pewien margines wolności - 

margines, którego szerokość zależy od liczby osób jakie zechcą to przeczytać. 
Chcę, aby 

Maria Volpert i Aleksander Brodski stali się realni w „obcych normach 
świadomości"1. 

Chcę, by angielskie czasowniki opisywały ich ruchy. Nie przywróci to ich do 
życia, ale 

angielska gramatyka może przynajmniej okazać się lepszą drogą z kominów 
państwowego 

krematorium, niż rosyjska. Pisanie o nich po rosyjsku byłoby tylko przedłużeniem 
ich 

niewoli, redukowaniem ich do znikomości i mechanicznym unicestwieniem. Wiem, że 
nie 

należy stawiać znaku równości między państwem a językiem, ale to właśnie po 
rosyjsku 

dwojgu starym ludziom wlokącym się po niezliczonych państwowych urzędach i 
ministerstwach w nadziei otrzymania pozwolenia na wyjazd za granicę w celu 

background image

odwiedzenia jedynego syna, powtarzano bez przerwy, przez całe dwanaście lat, że 

państwo uważa taką wizytę za "bezcelową". Nie ulega w każdym razie wątpliwości, 
że 

powtarzalność tego stwierdzenia wskazuje na pewną zażyłość między państwem a 
językiem rosyjskim. Poza tym, nawet gdybym napisał to wszystko po rosyjsku, 

słowa te 
nie ujrzałyby światła dziennego pod rosyjskim niebem. Kto by je więc przeczytał? 

Garstka emigrantów, których rodzice albo nie żyją, albo umrą w podobnych 
okolicznościach? Ci znają tę historię aż za dobrze. Wiedzą, co to znaczy nie 

uzyskać 
pozwolenia na zobaczenie swoich matek lub ojców na łożu śmierci; znają ciszę, 

jaka 
zapada po złożeniu podania o specjalną wizę na pogrzeb członka rodziny. A potem 

jest 
już za późno, człowiek odkłada słuchawkę, wychodzi w obce popołudnie i czuje 

coś, na 
co nie ma słów w żadnym języku i czego nie wyrazi żaden lament. . . Cóż mógłbym 

im 
powiedzieć? W jaki sposób pocieszyć? Żaden kraj nie doprowadził sztuki 

niszczenia dusz 
swoich obywateli do takiej perfekcji jak Rosja i żaden człowiek pióra nie zdoła 

tego 
naprawić. Nie, temu zadaniu sprostać może tylko Wszechmogący, po to właśnie ma 

tak 
dużo czasu. Niech więc angielski przygarnie moich zmarłych. Po rosyjsku gotów 

jestem 
czytać, pisać wiersze czy listy. Lecz dla Marii Volpert i Aleksandra Brodskiego 

angielski 
stanowi lepsze pozory życia pozagrobowego, może jedynego, jakie istnieje dla 

nich poza 
moją własną osobą. Jeżeli zaś o mnie chodzi, to pisanie tego w tym właśnie 

języku jest jak 
owo zmywanie naczyń terapeutyczne.

11.

 Mój ojciec był dziennikarzem, ściślej, fotoreporterem piszącym również 
artykuły. 

Ponieważ pisywał przeważnie do małych dzienników, których i tak nikt nie czytał, 
większość artykułów zaczynał słowami: "Ciężkie sztormowe chmury wiszą nad 

Bałtykiem..." - ufny, że pogoda w naszych stronach potwierdzi trafność i 
aktualność tego 

wstępu. Ukończył dwa wydziały: geografii na Uniwersytecie Leningradzkim i Szkołę 
Czerwonego Dziennikarstwa. Zapisał się na ten drugi fakultet, gdy dano mu do 

zrozumienia, że jako Żyd, syn właściciela drukarni i bezpartyjny nie ma co 
liczyć na 

wyjazdy, szczególnie zagraniczne.
Dziennikarstwo (w pewnym stopniu) i wojna (w znacznej mierze) pozwoliły mu to 

nadrobić. Przemierzył jedną szóstą powierzchni Ziemi (standardowe określenie 
wielkości 

ZSRR) i sporo wody. Przydzielono go do marynarki, wojna zaczęła się dla niego w 
1940 

w Finlandii, a skończyła w 1948 w Chinach, dokąd wysłano go wraz z kilkoma 
doradcami wojskowymi, aby pomagał Mao w jego przedsięwzięciu. Stamtąd pochodzili 

ci 
podochoceni porcelanowi rybacy i serwisy, które matka przeznaczyła dla mnie, gdy 

się 

background image

ożenię. Eskortował konwoje aliantów na Morzu Barentsa, bronił i stracił 

Sewastopol na 
Morzu Czarnym, a gdy jego torpedowiec został zatopiony, dołączył do ówczesnej 

morskiej piechoty. Podczas oblężenia Leningradu wysłano go na front; brał udział 

przerwaniu blokady. Zrobił najlepsze zdjęcia oblężonego miasta jakie widziałem. 
(Myślę, 

że ten epizod wojny był dlań najważniejszy, gdyż rozegrał się tak blisko rodziny 
i domu. 

A jednak, znajdując się w pobliżu, stracił swój dom i jedyną siostrę: w wyniku 
bombardowania i głodu). Potem wysłano go powtórnie na Morze Czarne, znalazł się 

na 
niesławnej Małej Ziemi 2. i został tam na pewien czas. Gdy front posuwał się na 

Zachód, 
wylądował z pierwszym oddziałem torpedowców w Rumunii i był nawet krótko 

wojskowym gubernatorem Konstancy. "Wyzwoliliśmy Rumunię", przechwalał się 
niekiedy i wspominał swoje spotkania z królem Michałem. To był jedyny król, 

jakiego 
kiedykolwiek widział; Mao, Czang Kaj-szeka, nie mówiąc o Stalinie, uważał za 

parweniuszy.

12.
 Jakiekolwiek interesy robił w Chinach, faktem jest, że nasza mała spiżarnia, 

nasze 
komody i nasze ściany wybitnie na tym skorzystały. Wszystkie dzieła sztuki 

znajdujące 
się w naszym posiadaniu były pochodzenia chińskiego: wycinanki w korku i 

akwaforty, 
samurajskie szable, małe jedwabne parawany. Podochoceni rybacy byli ostatni z 

wesołej 
gromadki porcelanowych figurek, lalek i pingwinów w kapeluszach, która stopniowo 

wykruszyła się padając ofiarą niezdarnych gestów lub konieczności prezentów 
urodzinowych dla różnych krewnych. Szable trzeba było złożyć do depozytu - 

wzbogaciły zbiory państwa jako potencjalna broń, której posiadanie nie 
przysługiwało 

normalnemu obywatelowi. Była to, przy bliższym zastanowieniu, rozważna decyzja, 
jeśli 

uwzględnić najścia policji, jakie ściągnąłem na nasze półtora pokoju. Jeśli 
natomiast idzie 

o porcelanę, niezwykle wykwintną nawet na moje niewprawne oko, matka nie chciała 
słyszeć bodaj o jednym, ślicznym spodeczku na n a s z y m stole. "To nie dla 

oferm", 
tłumaczyła nam cierpliwie. "A wy jesteście ofermy. Bardzo niechlujne ofermy” . 

Zresztą, 
naczynia jakich używaliśmy były wystarczająco eleganckie, i odporniejsze.

Pamiętam pewien ciemny, zimny listopadowy wieczór 1948 w małym pokoju o 
powierzchni 16 metrów kwadratowych, który zamieszkiwałem z matką w czasie wojny 


bezpośrednio po niej. Tego wieczoru ojciec wrócił z Chin. Pamiętam dzwonek do 

drzwi. 
Matka i ja pędzimy do słabo oświetlonego korytarza, nagle pociemniałego od 

mundurów 
marynarskich. Mój ojciec, jego przyjaciel i kolega kapitan F. M. oraz kilku 

wojskowych 
wchodzi taszcząc trzy olbrzymie kufry pełne chińskich łupów z wymalowanymi 

gigantycznymi niby ośmiornice chińskimi literami. A później kapitan F. M. i ja 
siedzimy 

background image

przy stole, podczas gdy ojciec rozpakowuje kufry, matka, na wysokich obcasach i 


żółto-różowej krepdeszynowej sukience, klaszcze w ręce i wykrzykuje Ach! oh 

wunderbar! Wykrzykuje po niemiecku, języku jej łotewskiego dzieciństwa i 
ówczesnego 

zajęcia - była wtedy tłumaczką w obozie dla niemieckich jeńców. Kapitan F. M., 
wysoki, 

prosty jak drut mężczyzna w granatowym rozpiętym mundurze, nalewa sobie z 
karafki 

robiąc do mnie oko jak do dorosłego. Paski o klamrach ozdobionych kotwicami i 
rewolwery w futerałach leżą na parapecie okna. Matka aż oniemiała na widok 

kimona. 
Wojna się skończyła, jest pokój, jestem za mały, żeby odmrugnąć.

13.

Teraz jestem dokładnie w tym samym wieku co ojciec owego listopadowego 
wieczora. Mam 45 lat i widzę tę scenę z nienaturalną ostrością, choć wszyscy jej 

uczestnicy, z wyjątkiem mnie, nie żyją. Widzę ją tak wyraźnie, że mogę odmrugnąć 
kapitanowi F. M. ... Czy tak miało być? Czy w tym odmrugnięciu z 

czterdziestoletnim 
opóźnieniem tkwi znaczenie, które wymyka mi się? Czy na tym właśnie polega sens 

życia? Jeśli nie, to skąd ta ostrość widzenia? Po co? Nasuwa mi się tylko jedna 
odpowiedź - aby ta chwila trwała, aby nie została zapomniana, gdy wszyscy 

aktorzy, 
włącznie ze mną, znikną. Aby łatwiej było pojąć jej znaczenie - nadejścia 

pokoju. Dla 
jednej rodziny. A przy okazji, by pokazać czym s ą chwile. Niechby to był tylko 

powrót 
ojca, otwarcie kufra. Stąd ta hipnotyzująca ostrość. A może dlatego, że będąc 

synem 
fotografa wywołuję po prostu w pamięci film? Zdjęcie zrobione własnymi oczami 

dokładnie czterdzieści lat temu. Dlatego wtedy nie mogłem odmrugnąć.

14.
 Ojciec nosił mundur marynarski jeszcze przez jakieś dwa lata. Wtedy zaczęło się 

moje prawdziwe dzieciństwo. Kierował działem fotografii w Muzeum Marynarki, 
mieszczącym się w najpiękniejszym budynku miasta. A to znaczy - całego imperium. 

Dawniej była tam giełda. Była to znacznie bardziej grecka budowla niż 
jakikolwiek 

Partenon, a ponadto lepiej położona. Na czubku Wasiliewskiej wyspy, która 
wynurza się 

z Newy w jej najszerszym miejscu. 
W późne popołudnia, po szkole, szedłem przez miasto w stronę rzeki, 

przechodziłem 
przez most Pałacowy i biegłem do muzeum po ojca. Razem wracaliśmy do domu. 

Najbardziej lubiłem, gdy miał wieczorną zmianę, a muzeum było już zamknięte. 
Wynurzał się z długiego marmurowego korytarza w całej okazałości: na lewym 

ramieniu 
niebiesko-biało-niebieska przepaska oznaczająca oficera na służbie, z prawej 

strony pasa 
rewolwer w zwisającym futerale, czapka marynarska z lakierowanym daszkiem i 

pozłacaną "kapustą", zakrywająca łysinę. "Cześć kapitanie" - mówiłem, bo taki 
był jego 

stopień. Odpowiadał mi niewyraźnym uśmiechem, a ponieważ jego służba kończyła 
się 

dopiero godzinę później, pozwalał mi wałęsać się samotnie po muzeum. Jestem 
głęboko 

background image

przekonany, że z wyjątkiem literatury ostatnich dwóch stuleci i może 

architektury dawnej 
stolicy, jedyną rzeczą, z jakiej Rosja może być dumna, jest historia jej 

marynarki. Nie z 
uwagi na spektakularne zwycięstwa, których było raczej niewiele, lecz z powodu 

szlachetności ducha jaką była natchniona. Może ktoś uzna to za manię lub 
fantazję, ale 

wydaje mi się, że to dzieło jedynego wizjonera wśród rosyjskich carów, Piotra 
Wielkiego, 

było skrzyżowaniem wyżej wspomnianej literatury z architekturą. Wzorowana na 
angielskiej marynarce, raczej dekoracyjna niż użytkowa, natchniona bardziej 

duchem 
odkrywczości niż ekspansji, skłonna raczej do bohaterskich gestów i poświęcenia, 

niż do 
przeżycia za wszelką cenę, ta marynarka była realizacją wizji bezbłędnego, 

niemal 
abstrakcyjnego porządku, wyłonionego z przestworzy oceanów i nie istniejącego 

nigdzie 
na rosyjskiej ziemi.

Dziecko jest przede wszystkim estetą - reaguje na wygląd, powierzchnie, 
kształty. 

Najbardziej chyba lubiłem gładko ogolonych admirałów, en face i z profilu, w 
złotych 

ramach, wynurzających się z lasu masztów okrętów-modeli, które tęskniły do 
naturalnej 

wielkości. W osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych mundurach, z żabotami i 
stojącymi 

kołnierzykami, epoletami z frędzlami, przypominającymi łopiany, w perukach, 
przepasani 

szerokimi, niebieskimi wstęgami krzyżującymi się na piersi, wyglądali całkiem 
jak 

instrumenty doskonałego, abstrakcyjnego ideału, nie mniej precyzyjne niż 
astrolabia, 

kompasy i sekstansy w oprawach z brązu, błyszczące dokoła. W obliczaniu swojego 
miejsca pod gwiazdami odznaczały się mniejszym marginesem błędu niż ich 

zwierzchnicy! I można było tylko pragnąć, by sterowały również ludzkimi falami 
na 

ziemi, by podlegało się raczej zasadom ich trygonometrii, niż tandetnej 
planimetrii 

ideologów, by stanowiło się raczej część wizji, może złudzenia, aniżeli 
rzeczywistości. Do 

dziś dnia uważam, że sytuacja naszego kraju byłaby o niebo lepsza, gdyby za 
godło miał 

nie to obrzydliwe dwugłowe carskie ptaszysko czy też trącące masonerią sierp i 
młot, lecz 

banderę rosyjskiej marynarki - naszą chwalebną, niezrównanie piękną flagę św. 
Andrzeja: 

ukośny niebieski krzyż na dziewiczo białym tle.

15.
 Idąc z ojcem do domu, wstępowaliśmy do sklepów, by kupić jedzenie lub materiały 

fotograficzne (filmy, chemikalia czy papier) i zatrzymywaliśmy się przed 
wystawami. Gdy 

przechodziliśmy przez centrum miasta, opowiadał mi, co znajdowało się tu czy tam 
przed 

wojną albo przed rokiem 1917, lub dzieje tej czy innej fasady. Kto był 
architektem, kto 

background image

właścicielem, kto lokatorem, co się z nimi stało i - jego zdaniem - dlaczego. 

Ten kapitan 
marynarki, mierzący metr osiemdziesiąt wzrostu, sporo wiedział o cywilnym życiu 


powoli zacząłem uważać jego mundur za przebranie. Mówiąc precyzyjniej, wówczas 

zaczęło rodzić się w moim chłopięcym umyśle rozróżnienie między formą a treścią. 
Nasuwały je zarówno jego mundur jak to, co kryły fasady, które wskazywał. Ta 

rozbieżność stawała się oczywiście zaproszeniem do kłamstwa (nie żebym go 
potrzebował). Ale głębszą nauką, jaką z tego wyciągnąłem, była zasada, żeby 

zachować 
pozory, niezależnie od tego, co dzieje się wewnątrz.

W Rosji wojskowi rzadko noszą strój cywilny, nawet w domu. Częściowo jest to 
kwestia skąpej garderoby, ale główne znaczenie ma prestiż munduru, a więc 

pozycja 
społeczna. Szczególnie, gdy jest się oficerem. Nawet zdemobilizowani lub emeryci 

mają 
skłonność do obnoszenia tej czy innej części munduru. Bluza bez epoletów, 

wysokie 
buty, wojskowa czapka, płaszcz, wskazują otoczeniu (i przypominają im samym) ich 

rangę - na służbę wstępuje się bowiem raz na zawsze. Nasuwa mi to obraz 
duchownych 

protestanckich z tych okolic; w przypadku marynarzy, podobieństwo jest dodatkowo 
podkreślone białym kołnierzykiem.

Było ich pełno - plastikowych i bawełnianych - w górnej szufladzie komody. W 
kilka 

lat potem, gdy byłem w siódmej klasie i w szkołach wprowadzono mundurki, matka 
przycinała je i przyszywała do stojącego kołnierza mojego mysioszarego mundurka. 

On 
również był na wpół wojskowy: bluza, spodnie w tym samym kolorze, pas ze 

sprzączką i 
czapka z lakierowanym daszkiem. Im wcześniej zaczyna się myśleć o sobie jako o 

żołnierzu, tym lepiej dla systemu. Nie miałem nic przeciwko mundurkom, ale nie 
znosiłem ich koloru, przypominającego mundury piechoty lub co gorsza, policji. 

Nie było 
porównania z czarnym płaszczem mojego ojca z dwoma rzędami żółtych guzików jak 

nocna aleja. A gdy rozpinał go, ukazywała się granatowa bluza z kolejnym rzędem 
takich 

samych guzików - słabo oświetlona ulica wieczorem. "Ulica pośrodku alei"' - 
myślałem o 

ojcu" patrząc na niego z ukosa" w drodze z muzeum do domu.

16. 
Na moim tutejszym podwórku w South Hadley zjawiły się dwie wrony. Są całkiem 

spore, niemal wielkości kruków i widzę je pierwsze gdy przyjeżdżam lub wyjeżdżam 

domu. Przybyły tu kolejno - pierwsza dwa lata temu" gdy umarła moja matka, druga 

zeszłym roku, po śmierci ojca. A może to ja zwróciłem wtedy uwagę na ich 
obecność. 

Teraz zawsze przylatują i odlatują razem i jak na wrony są bardzo spokojne. 
Staram się 

nie patrzeć na nie a w każdym razie nie przyglądać się im. Jednak zauważyłem, że 
lubią 

przebywać w sosnowym lesie rozciągającym się za moim podwórkiem na zboczu 
wzgórza 

i opadającym ku łące rozpłaszczonej w małym wąwozie, na skraju którego leżą dwa 
kamienie. Unikam tego miejsca, bo spodziewam się spotkać je tam - dwie wrony w 

background image

słońcu, przycupnięte na dwóch kamieniach. Nie starałem się też znaleźć ich 

gniazda. Są 
czarne, ale spostrzegłem, że wnętrze ich skrzydeł ma kolor wilgotnego popiołu. 

Nie 
widuję ich tylko podczas deszczu.

17.

 Ojciec został zdemobilizowany chyba w 1950, w myśl ustawy Politbiura, 
zabraniającej Żydom pełnić wysokie funkcje w wojsku. Jeśli się nie mylę, ustawę 

tę 
opracował Andrej Żdanow, sprawujący wówczas ideologiczną kontrolę nad wojskiem. 

Ojciec miał wtedy czterdzieści siedem lat i musiał niejako rozpocząć życie od 
początku. 

Postanowił wrócić do dziennikarstwa, do fotoreportaży. Żeby to robić, musiał być 
zatrudniony w czasopiśmie lub gazecie. Okazało się to nieproste. Lata 

pięćdziesiąte były 
dla Żydów złym okresem - toczyła się kampania przeciwko "wykorzenionym 

kosmopolitom". Potem" w 1953 miał miejsce Proces Lekarzy, który nie skończył się 
normalnym w takich przypadkach przelewem krwi tylko dlatego, że jego inicjator, 

towarzysz Stalin we własnej osobie, nagle wyzionął ducha. Ale na długo przedtem 
i przez 

pewien czas potem krążyły pogłoski o planowanych przez Politbiuro represjach 
przeciwko Żydom. Mówiło się o przesiedleniu wszystkich tych kreatur 

podpadających 
pod "punkt piąty" paszportów" do Birobidżanu we wschodniej Syberii, niedaleko 

granicy 
chińskiej. Istniał nawet list" podpisany przez najwybitniejszych przedstawicieli 

,"punktu 
piątego"' - mistrzów szachowych, kompozytorów i pisarzy - zawierający prośbę do 

Komitetu Centralnego Partii i osobiście do towarzysza Stalina" aby pozwolono 
nam" 

Żydom, okupić ciężką pracą w odległych rejonach" wielką krzywdę jaką 
wyrządziliśmy 

Rosjanom. List ten miał ukazać się lada dzień w Prawdzie, dostarczając pretekstu 
dla 

deportowania nas. - wiadomość o śmierci Stalina.
W Prawdzie ukazało się jednak co innego – wiadomość o śmierci Stalina. 

Przygotowywaliśmy się już do podróży i nawet sprzedaliśmy pianino. (Nikt z 
naszej 

rodziny nie umiał na nim grać, mimo iż daleka krewna matki dawała mi lekcje - 
nie 

miałem za grosz talentu, jeszcze gorzej było z cierpliwością). W ówczesnej 
atmosferze" 

szansa, aby Żyd i bezpartyjny dostał zatrudnienie w wydawnictwie albo prasie" 
była 

minimalna. Ojciec wyruszył wobec tego w teren. 
Przez parę lat podróżował po całym kraju pracując na zlecenie Wszechzwiązkowej 

Wystawy Rolniczej w Moskwie. W ten sposób, od czasu do czasu" na naszym stole 
zdarzały się istne cuda - dwukilogramowy pomidor, albo krzyżówka jabłka i 

gruszki. 
Zarobki ojca były jednak mniej niż skromne i wszyscy troje przeżyliśmy dzięki 

pensji 
matki, urzędniczki w biurze rozwoju miasta. Były to dla nas lata chude i wtedy 

właśnie 
rodzice zaczęli podupadać na zdrowiu. Ojciec był jak zawsze towarzyski i często 

zabierał 

background image

mnie do miasta, na spotkanie z kolegami z marynarki, którzy prowadzili yacht 

klub, 
pilnowali starych doków lub trenowali młodych chłopców. Miał sporo kolegów, 

którzy 
nieodmiennie cieszyli się na jego widok (nigdy nie spotkałem nikogo, kobiety czy 

mężczyzny, kto żywiłby do niego urazę). Jeden z nich, naczelny redaktor gazety 
lokalnego wydziału marynarki handlowej - Żyd o rosyjsko brzmiącym nazwisku - 

zatrudnił go w końcu. Dla tego pisma ojciec pracował w porcie leningradzkim aż 
do 

emerytury.
Chyba większą część życia spędził kręcąc się wśród statków, marynarzy, 

kapitanów, 
dźwigów i ładunków. ("Reporterzy, jak wilki, żyją ze swoich łap"', mawiał 

często). W tle 
zawsze była pomarszczona, cynkowa płachta wody, maszty, czarna metalowa masa 

rufy z 
białymi" pierwszymi lub ostatnimi literami macierzystego portu statku. Nosi! 

stale - 
oprócz zimy - czarną czapkę marynarską z lakierowanym daszkiem. Lubił być blisko 

wody, uwielbiał morze. W tym kraju jest to najbardziej zbliżone do wolności. 
Nawet 

widok morza niekiedy wystarcza, a on patrzał na nie i fotografował je przez 
większą część 

życia.

18.
 Każde dziecko, choć w różnym stopniu, łaknie dorosłości i nie może doczekać 

się, 
kiedy w końcu opuści dom - to gniazdo, to więzienie. Wyrwać się! Ku prawdziwemu 

życiu! Ku szerokiemu światu. Ku samodzielności.
To życzenie spełnia się w końcu. I przez jakiś czas istnieją tylko nowe 

horyzonty, 
absorbujące budowanie własnego gniazda, urządzanie własnej rzeczywistości.

Potem, pewnego dnia, gdy człowiek opanuje już nową rzeczywistość i osiągnie 
samodzielność, raptem przychodzi wiadomość, że stare gniazdo zniknęło, a ci, 

którym 
zawdzięcza życie, umarli.

Tego dnia czuje się jak skutek nagle pozbawiony przyczyny. Strata jest tak 
ogromna, 

że aż niezrozumiała. Umysł, spustoszony przez cios, doznaje skurczu, co jeszcze 
bardziej 

potęguje klęskę.
 

Pojmujemy, że młodzieńczą pogonią za samodzielnością, ucieczką z gniazda, 

uczyniliśmy je bezbronnym. Źle się stało, ale możemy obarczyć winą naturalny 
porządek 

rzeczy. 
Nie można jednak oskarżać natury o to, ze nasze własne osiągnięcia okazały się 

mniej 
warte niż opuszczone gniazdo; o to, że jeśli w naszym życiu było cokolwiek 

prawdziwego, był nim właśnie dom - uciskający, duszący - z którego za wszelką 
cenę 

chcieliśmy uciec. Był on bowiem zbudowany przez i n n y c h, przez tych, którzy 
powołali go do życia, a nie przez nas samych. Nazbyt dobrze znamy wartość naszej 

pracy 
i tylko jakby u ż y wam y danego nam życia. 

Człowiek wie jak sztuczne, zamierzone i zaplanowane jest wszystko co stworzył; 

background image

jakie, koniec końców, jest prowizoryczne. A nawet jeśli trwa, może tego najwyżej 

użyć 
jako argumentu przy przechwalaniu się swoimi osiągnięciami. 

A przecież, mimo swych umiejętności, nigdy nie będzie w stanie odbudować tamtego 
prymitywnego, odpornego gniazda, w którym rozległ się jego pierwszy krzyk. Nie 

zdoła 
też wskrzesić tych, którzy go powołali do życia. Sam będąc skutkiem, nie może 

zrekonstruować swej przyczyny.

19.
 Naszym największym meblem - a raczej zajmującym najwięcej miejsca - było łóżko 

moich rodziców, któremu prawdopodobnie zawdzięczam życie. Była to olbrzymia 
konstrukcja, której rzeźbione kształty pasowały w pewien sposób do pozostałych 

mebli, 
choć były trochę bardziej nowoczesne. Powtarzał się motyw roślinny, ale jego 

wykonanie 
wahało się między secesją, a komercjalną wersją konstruktywizmu. To łóżko było 

przedmiotem szczególnej dumy mojej matki, ponieważ nabyła je bardzo tanio w 
1935, 

jeszcze przed ślubem. Wtedy też upatrzyła u jakiegoś drugorzędnego stolarza 
toaletkę w 

podobnym stylu z trzema lustrami. Większość naszego życia obracała się wokół 
tego 

niskiego łoża. Najbardziej kluczowe dla naszej rodziny decyzje podejmowaliśmy 
zbierając się we troje nie wokół stołu, lecz na tej obszernej powierzchni, przy 

czym ja 
siadałem w nogach rodziców.

Jak na rosyjski standard, łóżko to było prawdziwym luksusem. Często myślałem, że 
właśnie ono skłoniło mojego ojca do ożenku: uwielbiał przesiadywać na nim. 

Czynił to 
nawet wtedy, gdy wdawał się z moją matką w najbardziej zajadłe sprzeczki, 

przeważnie 
dotyczące finansów (,,Postanowiłaś przepuścić wszystkie pieniądze w spożywczym!” 


rozlega się jego oburzony głos zza pólek na książki dzielących moje ”pół” , od 

ich 
„pokoju”.  ,,Mam dosyć, dosyć, słyszysz, od trzydziestu lat znoszę twoje 

skąpstwo!" - 
odpowiada matka) - nawet wtedy ociągał się z opuszczeniem go, szczególnie rano. 

Wiele 
osób oferowało bardzo dobrą cenę za to łóżko, które prawdę powiedziawszy 

zajmowało 
zbyt dużo miejsca w naszym mieszkaniu. Rodzice jednak, bez względu na naszą 

niewypłacalność, nigdy nie brali tej możliwości pod uwagę. Łóżko było zbytkiem i 
podejrzewam, że właśnie dlatego tak je lubili.

Widzę ich śpiących. Są odwróceni do siebie plecami, a między nimi kłębią się 
zmięte 

koce. Pamiętam, jak czytali w nim, rozmawiali, brali lekarstwa, walczyli z tą 
czy inną 

chorobą. To łoże stanowiło ramy ich najspokojniejszych i najbardziej 
dramatycznych 

chwil. Było ich intymnym legowiskiem, ich ostatnią wyspą, ich azylem, którego 
nikt z 

wyjątkiem mnie nie mógł pogwałcić. Gdziekolwiek się ono teraz znajduje, tkwi jak 
próżnia w porządku świata, próżnia o wymiarach półtora metra na dwa. Było z 

jasnobrązowego, lśniącego klonu i nigdy nie skrzypiało.

background image

20.

 Zamieszkiwana przeze mnie połowa połączona była z ich pokojem dwoma wielkimi, 
sięgającymi niemal sufitu łukami, które usiłowałem wypełnić rozmaitymi 

kombinacjami 
półek na książki i walizek, aby oddzielić się od rodziców i uzyskać pewien 

stopień 
odosobnienia. Można tylko mówić o względnym odosobnieniu, gdyż wysokość i 

szerokość tych łuków, plus ich mauretańska faktura u sufitu wykluczały możliwość 
całkowitej izolacji. Chyba że wypełniłoby się je cegłami lub wyłożyło drewnem. 

Ale to 
było niezgodne z przepisami, ponieważ w rezultacie mielibyśmy dwa pokoje zamiast 

półtora, do czego uprawniało nas rozporządzenie urzędu miejskiego. Pomijając 
częste 

inspekcje budynku przez administrację, sąsiedzi natychmiast poszliby ze skargą 
do 

odpowiednich władz, choćbyśmy mieli z nimi jak najlepsze stosunki.
Trzeba było wymyślić jakiś półśrodek i byłem tym pochłonięty począwszy od wieku 

lat piętnastu. Przestudiowałem wszelkie możliwe rozwiązania, w pewnym okresie 
brałem 

nawet pod uwagę możliwość wybudowania akwarium o wysokości czterech metrów z 
drzwiami pośrodku, prowadzącymi do ich pokoju. Nie muszę chyba nadmieniać, że 

realizacja tego planu architektonicznego przerastała moje siły. Jedyne, co mi 
pozostało, to 

dokładać półki z mojej strony i kotary u rodziców. Oczywiście nie podobało im 
się ani to 

rozwiązanie, ani sam problem.
Liczba dziewczyn i kolegów rosła wolniej niż książek, a poza tym książki były 

tam na 
stałe. Mieliśmy dwie dość wysokie szafy z lustrami w drzwiach i dzięki nim 

miałem 
przynajmniej część problemu z głowy. Wokół nich i nad nimi zainstalowałem półki, 

zostawiając wąski otwór, przez który rodzice mogli przecisnąć się do mnie. To 
rozwiązanie nie podobało się ojcu, gdyż w najdalszej części mojej połówki 

urządził 
ciemnię, gdzie wywoływał klisze i robił odbitki, będącą źródłem większości jego 

zarobków.
W tymże końcu mojej połowy były drzwi. Korzystałem z nich, gdy ojciec nie 

pracował w ciemni. "Nie chcę wam przeszkadzać" - mówiłem, ale w rzeczywistości 
chodziło mi o uniknięcie ich badawczego wzroku oraz konieczności przedstawienia 

im 
moich gości. Dla zatuszowania charakteru tych wizyt włączałem elektryczny 

gramofon i 
moi rodzice z czasem znienawidzili J. S. Bacha. Jeszcze później, gdy liczba 

książek i 
potrzeba odosobnienia dramatycznie wzrosły, dokonałem kolejnego podziału mojej 

części mieszkania przestawiając meble tak, by oddzielały moje łóżko i biurko od 
ciemni. 

Pomiędzy dwie szafy wcisnąłem trzecią, która stała bezużytecznie w korytarzu. 
Usunąłem 

z niej tylną ścianę, zostawiając na miejscu tylko drzwi. W rezultacie gość 
dostawał się do 

mojego Lebensraum przez dwie pary drzwi i kotarę. Pierwszymi drzwiami wchodziło 
się 

z korytarza do ciemni mojego ojca, tam należało odsunąć kotarę, a następnie 
otworzyć 

drzwi dawnej szafy. Na szafach ustawiłem wszystkie walizki jakie posiadaliśmy. 
Było ich 

background image

bardzo dużo, ale do sufitu nie sięgały. W rezultacie tych przeróbek powstała 

barykada. 
Jednak za nią Gavroche czuł się bezpieczny a Marianna mogła obnażyć nie tylko 

pierś.

21. 
Nieprzychylny stosunek rodziców do tych zmian poprawił się nieco, gdy zza 

przepierzenia zaczął ich dochodzić stukot maszyny do pisania. Kotary tłumiły go, 
ale nie 

całkowicie. Maszyna z rosyjską czcionką stanowiła część chińskich zdobyczy ojca, 
choć 

nie spodziewał się zapewne, iż będzie używał jej syn. Postawiłem ją na moim 
biurku 

wciśniętym we wnękę powstałą po zamurowaniu drzwi łączących nasze półtora pokoju 

resztą amfilady. Właśnie wtedy ów dodatkowy metr kwadratowy okazał się tak 
cenny! Po 

drugiej stronie sąsiedzi ustawili pianino. Półką na książki, która wsparta o 
biurko 

doskonale pasowała do wnęki, wzmocniłem dodatkowo moją stronę przeciwko gamom 
ich córki.

Po jednej stronie dwie szafy z lustrami i przejście między nimi, po drugiej 
wysokie 

zasłonięte kotarą okno i parapet wystający pół metra nad moim obszernym brązowym 
tapczanem, za mną łuk wypełniony aż do mauretańskiego wzorka półkami na książki, 

przed moim nosem biurko z Royal Underwoodem - to był mój Lebensraum. Matka 
sprzątała w nim, ojciec przechodził idąc do ciemni. Czasami on albo ona szukali 

schronienia po kolejnej sprzeczce w moim zniszczonym głębokim fotelu. Poza tym, 
te 

dziesięć metrów kwadratowych należało do mnie i było to najwspanialsze dziesięć 
metrów kwadratowych jakie kiedykolwiek znałem. Jeśli przestrzeń ma swój własny 

umysł 
i dokonuje własnych podziałów, to może niektóre z tych metrów kwadratowych 

również 
miło mnie wspominają. Szczególnie teraz, pod innymi stopami.

22.

 Jestem skłonny sądzić, że Rosjanie trudniej niż inni znoszą zerwanie więzów. 
Jesteśmy przecież bardzo osiadłym narodem, nawet bardziej niż inni ludzie 

kontynentu 
(Niemcy czy Francuzi), którzy częściej podróżują, bodaj z uwagi na to, że 

posiadają 
samochody i niemal nie napotykają granic. Dla nas mieszkanie jest na całe życie, 

miasto 
jest na całe życie i kraj jest na całe życie. Dlatego pojęcie stabilności jest 

silniejsze, 
podobnie jak poczucie straty. Ale przecież naród, w którym przez pół wieku 

prawie 
sześćdziesiąt milionów padło ofiarą mięsożernego państwa (wliczając dwadzieścia 

milionów zabitych w czasie wojny), z pewnością jest w stanie zrewidować swoje 
poczucie 

stabilności. Choćby dlatego, że straty te poniesiono dla zachowania status quo.
Tak więc, jeśli rozwodzę się nad tą rosyjską cechą, to niekoniecznie dla 

zadośćuczynienia potrzebom ojczyźnianej psychologii. Może ten potok słów ma 
dokładnie odwrotną przyczynę, a mianowicie sprzeczność między teraźniejszością a 

wspomnieniami. Przypuszczam, że pamięć odzwierciedla nie tylko naszą 
rzeczywistość, 

background image

ale i utopijną myśl. Moje obecne realia nie mają żadnego związku ani nie 

stanowią 
odpowiednika tamtego półtora pokoju i jego dwojga lokatorów, dawniej za oceanem 


teraz nieistniejących. Trudno o drastyczniejszy kontrast z tamtą rzeczywistością 

niż moja 
obecna sytuacja. To różnica między dwiema półkulami, między nocą a dniem, 

miastem a 
wsią, umarłymi a żywymi. Jedyne punkty styczności to moja własna osoba i maszyna 

do 
pisania. Innej marki i z inną czcionką.

Gdybym był przy moich rodzicach przez ostatnie dwanaście lat ich życia, gdybym 
był z nimi, gdy umierali, kontrast między nocą a dniem czy między ulicą w 

rosyjskim 
mieście a polną ścieżką amerykańską byłby mniej uderzający. Atak pamięci 

ustąpiłby 
wobec pokusy idealizacji. Zwyczajne zużycie stępiłoby moje zmysły na tyle, bym 

odebrał 
tragedię jako coś naturalnego i zapomniał o niej w naturalny sposób. Cóż jednak 

bardziej 
czczego niż roztrząsanie dawno podjętych decyzji; podobnie zaletą melodramatu 

jest, że 
uwaga zwraca się ku jego sztuczności. Biedni mają tendencję do robienia użytku 

ze 
wszystkiego. Ja robię użytek z mego poczucia winy.

23.

 Łatwo to uczucie opanować. W końcu każde dziecko czuje się winne wobec swoich 
rodziców, bo wie, że umrą przed nim. Więc by zmniejszyć poczucie winy wystarczy, 

żeby 
umarli śmiercią naturalną: w wyniku choroby, ze starości lub wskutek obu naraz. 

Czy 
jednak tego rodzaju rozgrzeszenie obejmuje śmierci niewolnika? Kogoś, kto 

urodził się 
wolny, ale tę wolność utracił?

Zawężam określenie niewolnika nie z powodów naukowych, ani też z ma-
łoduszności. Zgodzę się, że człowiek urodzony w niewoli ma o wolności wiedzę 

genetyczną lub intelektualną pochodzącą z lektur czy ze słyszenia. Ale przecież 
ta 

genetyczna tęsknota za wolnością, jak wszystkie tęsknoty, jest trochę niespójna. 
Nie jest 

bowiem wspomnieniem umysłu lub członków. Stąd okrucieństwo i bezcelowy gwałt tak 
wielu buntów. Stąd też ich porażki, a więc rządy tyranów. Takiemu niewolnikowi 

lub 
jego bliskim śmierć może wydać się wyzwoleniem. (" Wolny! Wolny! Nareszcie 

wolny!" - 
słynny okrzyk Martina Luthera Kinga).

Lecz człowiek, który urodził się wolny a umiera jako niewolnik? Czy abstrahując 
od 

kwestii wyznania - może przyjąć śmierć jako pociechę? Być może. Bardziej 
prawdopodobne, że uzna ją za ostatnią zniewagę, ostatnią, nieodwracalną kradzież 

jego 
wolności. Tak pomyślą jego dzieci lub krewni, i tym ona właśnie jest. Ostateczną 

kradzieżą.
Pamiętam, jak kiedyś matka poszła kupić bilet kolejowy na wyjazd do uzdrowiska 

na 

background image

południu kraju. Po dwóch latach pracy w biurze rozwoju miasta otrzymała 

dwadzieścia 
jeden dni urlopu i wybierała się do sanatorium leczyć wątrobę (nigdy nie 

dowiedziała się, 
że to był rak). Po trzech godzinach stania w kolejce przed kasą, spostrzegła, że 

ukradziono jej pieniądze na bilet - czterysta rubli. Była niepocieszona. Wróciła 
do domu, 

stanęła w kuchni i płakała. Zaprowadziłem ją do naszego półtora pokoju. Położyła 
się na 

łóżku i dalej płakała. Pamiętam to dlatego, że nigdy nie płakała, tylko na 
pogrzebach.

24.

 W końcu wraz z ojcem skombinowaliśmy jakoś pieniądze i pojechała do sanatorium. 
Nie płakała jednak z powodu straconych pieniędzy... Łzy były nieczęste w naszej 

rodzinie, co w pewnym stopniu odnosi się do całej Rosji. "Zachowaj łzy na 
ważniejszą 

okazję", mówiła mi, gdy byłem mały. Obawiam się, że udało mi się to bardziej, 
niżby tego 

pragnęła.
Zapewne nie podobałoby się jej, że to opisuję. Ojcu oczywiście też nie. Był 

człowiekiem 
dumnym. Gdy miał stawić czoła czemuś ohydnemu lub straszliwemu, przybierał 

cierpki, 
ale jednocześnie wyzywający wyraz twarzy, jakby mówiąc do tego, o czym od samego 

początku wiedział, że jest silniejsze od niego: "tylko spróbuj" "Czegóż innego 
można 

spodziewać się po tej hołocie.?" - powiadał w 'takich okolicznościach i z tym 
powiedzeniem na ustach poddawał się.

Nie był to stoicyzm. W owych czasach, które wykluczały wszelkie przekonania czy 
skrupuły wymagając natomiast całkowitej uległości wobec losu, nie było miejsca 

na 
postawy czy filozofie nawet najbardziej minimalistyczne. (Tylko ci, co nie 

wrócili z 
obozów, mogli twierdzić, że się nie poddali. Ci, co wracali, byli równie ulegli 

jak reszta). 
Nie był to również cynizm. Było to po prostu usiłowanie, by nie ugiąć karku 

wobec 
skrajnej hańby, by mieć oczy otwarte. Dlatego łzy były niedopuszczalne.

25.

 Mężczyźni tamtego pokolenia mieli surowy kodeks wartości. Ich dzieciom, dużo 
bieglejszym w dokonywaniu transakcji z własnym sumieniem (czasami bardzo 

korzystnych), tamci mężczyźni często wydawali się prostakami. Jak wspomniałem, 
nie 

byli zbyt świadomi samych siebie. Nas, ich dzieci, wychowano - czy też 
wychowaliśmy 

się sami - w wierze w złożoność świata, w znaczenie niuansów, aluzji, szarych 
obszarów, 

psychologicznych aspektów tego czy tamtego. Teraz, osiągnąwszy ich ówczesny 
wiek, 

masę fizyczną i nosząc ubrania ich rozmiarów widzimy, że wszystko sprowadza się 
do 

"albo-albo", do zasady "tak lub nie". Przez całe niemal życie musieliśmy uczyć 
się tego, 

co oni wiedzieli od początku: że świat jest miejscem groźnym i nie zasługuje na 
nic 

background image

lepszego. Zasada "tak lub nie" nieźle ogarnia całą złożoność, którą odkrywaliśmy 


kultywowaliśmy z takim upodobaniem i dla której nieomal wyrzekliśmy się siły 

naszej 
woli.

26.

Gdyby moi rodzice szukali motta dla swojej egzystencji, mogliby zacytować kilka 
wersów z „Elegii północnych” Achmatowej:

Mnie jak rzece

Surowa epoka zmieniła bieg. 
Zamieniono mi życie. Innym nurtem

Obok innego życia popłynęło 
I oto nawet nie znam swoich brzegów .(3)

Nigdy nie opowiadali o swoim dzieciństwie, o rodzinach z jakich pochodzili, o 
swoich rodzicach i dziadkach. Wiem tylko, że jeden z dziadków (od strony matki), 

sprzedawał maszyny do szycia marki Singer w bałtyckich prowincjach imperium 
(Litwa, 

Łotwa, Polska), a drugi (od strony ojca) był właścicielem drukarni w 
Petersburgu. Ta 

powściągliwość była nie tyle związana z utratą pamięci, co z koniecznością 
ukrywania 

swego pochodzenia klasowego w owych ciężkich czasach - aby przetrwać. Ojciec był 
wspaniałym gawędziarzem, przerywał jednak natychmiast wspomnienia o licealnych 

wyczynach, gdy napotykał ostrzegawcze spojrzenie szarych oczu matki. Ona z kolei 
nie 

drgnęła nawet słysząc jakieś słowo francuskie na ulicy lub w ustach któregoś z 
moich 

przyjaciół, choć zastałem ją kiedyś z francuskim wydaniem moich wierszy. Nasze 
spojrzenia spotkały się. Bez słowa odłożyła książkę na półkę i wyszła z mojego 

Lebensraum.
Rzeka, która zmieniając bieg wpada do obcego, sztucznego ujścia. Czy jej 

zniknięcie 
w tym ujściu można przypisać naturalnym przyczynom? A jeśli tak, to co począć z 

jej 
nurtem? A co z potencjałem ludzkim, zmniejszonym i błędnie ukierunkowanym przez 

siły 
zewnętrzne? Kto ponosi odpowiedzialność za te zmiany? Zadając te pytania nie 

wykluczam, że to uszczuplone lub źle pokierowane życie może w czasie swojego 
trwania 

stworzyć inne życie - moje na przykład - które, gdyby nie właśnie owo 
ograniczenia, w 

ogóle by nie powstało i żadne pytania nie zostałyby sformułowane. Nie, jestem 
świadom 

rachunku prawdopodobieństwa. Nie chciałbym, by moi rodzice nigdy się byli nie 
spotkali. Zadaję te pytania właśnie dlatego, że jestem dopływem rzeki, której 

nurt 
zawrócono. Podejrzewam, że w końcu mówię sam do siebie.

Zapytuję więc sam siebie, kiedy i gdzie przejście od wolności do zniewolenia 
staje się 

nieodwracalne? Kiedy okazuje się do przyjęcia, szczególnie dla postronnego 
obserwatora? W jakim wieku utrata wolności jest najmniej dotkliwa? W jakim wieku 

najsłabiej zapisuje się w pamięci? W wieku lat dwudziestu? Piętnastu? 
Dziesięciu? 

background image

Pięciu? W łonie matki? To retoryczne pytania, nieprawdaż? Niezupełnie. 

Rewolucjonista 
lub zdobywca powinien znać odpowiedź. Dżingis Chan znał ją. Po prostu ścinał 

wszystkich których głowa sięgała wyżej niż piasta koła u wozu. A więc w wieku 
lat 

pięciu. Ale 25 października 1917 mój ojciec miał lat czternaście, matka 
dwanaście. Ona 

znała już trochę francuski, on łacinę. 
Dlatego zadaję te pytania. Dlatego mówię do siebie.

27. 
W letnie wieczory nasze trzy wysokie okna były otwarte i powiew od rzeki 

usiłował 
zaznaczyć swoją obecność w tiulowych firankach. Rzeka była blisko, dziesięć 

minut 
spacerem. Nic nie było za daleko; ani Letni Ogród, ani Ermitaż czy Pole Marsowe. 

Ale 
moi rodzice nawet w młodości rzadko chodzili na przechadzki, razem czy osobno. 

Po 
całym dniu na nogach, ojciec nie palił się specjalnie, by znowu wyruszać na 

miasto. Jeśli 
idzie o matkę, to stanie w kolejkach po ośmiu godzinach pracy wywoływało ten sam 

skutek. Zresztą miała tysiące rzeczy do zrobienia w domu. Jeżeli wychodzili, to 
przeważnie na wizyty rodzinne - urodziny lub rocznicę ślubu, albo do kina; 

bardzo 
rzadko do teatru

Będąc blisko nich przez całe życie, nie zdawałem sobie sprawy, że się starzeli. 
Teraz, 

przebiegając pamięcią dziesięciolecia widzę matkę, jak obserwuje z balkonu 
postać swego 

męża powłóczącego nogami i mruczy do siebie: "Staruszek... jesteś już zupełnym 
staruszkiem". I słyszę ojca, jak mówi; "Chcesz mnie po prostu wpędzić do grobu". 

Tym 
kończyły się ich sprzeczki w latach sześćdziesiątych. Jeszcze dziesięć lat 

przedtem było 
trzaśnięcie drzwiami i jego oddalające się kroki. Goląc się widzę jego 

srebrnoszary zarost 
na mojej brodzie. 

Jeśli mój umysł skupia się teraz na obrazie rodziców jako ludzi starych, to 
zapewne 

dlatego, że pamięć najwierniej rejestruje ostatnie wrażenia. (Dodajmy do tego 
nasze 

przywiązanie do linearnej logiki, do zasady ewolucji a wynalazek fotografii 
okaże się 

nieunikniony). Ale wydaje mi się, że fakt, iż sam się zestarzałem, również 
odgrywa pewną 

rolę. Rzadko we śnie wraca dzieciństwo, to, że ma się, powiedzmy, dwanaście lat. 
Moje 

wyobrażenie przyszłości jest ukształtowane przez wzór ich życia. Byli moim 
napisem; 

„Sprawdzono, min nie ma" na pojutrze.

28.
 Jak większość mężczyzn, jestem bardziej podobny do ojca niż do matki. Jako 

dziecko spędzałem więcej czasu z nią - częściowo z powodu wojny, potem z uwagi 
na 

background image

koczowniczy tryb życia, jaki zmuszony był prowadzić mój ojciec. Nauczyła mnie 

czytać 
w wieku lat czterech. Większość gestów, intonacji i odruchów odziedziczyłem 

zapewne 
po niej. Również większość przyzwyczajeń, włącznie z paleniem.

Jak na Rosjankę była raczej wysoka - metr sześćdziesiąt - jasnowłosa i przy 
kości. 

Miała zawsze krótko przystrzyżone szaroblond włosy i szare oczy. Ku jej 
zadowoleniu, 

odziedziczyłem jej prosty, niemal rzymski nos, a nie majestatycznie wygięty nos 
mojego 

ojca, jej zdaniem fascynujący. "Ach, ten dziób! " zaczynała, kontrapunktując swą 
mowę 

pauzami. " Takie dzioby - pauza - sprzedają w niebie - pauza - po sześć rubli 
sztuka". 

Choć przypominał profil Sforzy pędzla Piero della Francesca, dziób ten był 
wyraźnie ży-

dowski. Były powody, by cieszyć się, że go nie odziedziczyłem.
Mimo nazwiska panieńskiego (które zachowała po ślubie), swojemu wyglądowi 

zawdzięczała, że "piąty punkt" odgrywał w jej przypadku stosunkowo małą rolę. 
Była 

niewątpliwie bardzo atrakcyjna na północnoeuropejski, powiedziałbym, bałtycki 
sposób. 

Było to niejako błogosławieństwo, gdyż nie miała trudności ze znalezieniem 
pracy. Ale w 

rezultacie musiała pracować przez całe życie. Nie mogąc prawdopodobnie ukryć 
swego 

drobnomieszczańskiego pochodzenia, musiała pożegnać się z wszelką nadzieją na 
wyższe 

studia i całe życie spędziła w różnych biurach, jako sekretarka lub księgowa. 
Dopiero w 

czasie wojny uległo to zmianie i została tłumaczką w obozie dla niemieckich 
jeńców 

wojennych ze stopniem młodszego porucznika w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. 
Gdy Niemcy podpisali kapitulację, zaproponowano jej awans i karierę w 

ministerstwie. 
Nie chcąc wstąpić do partii, odmówiła i wróciła do swoich wykresów i liczydeł. 

"Nie 
mam zamiaru salutować mojemu mężowi" powiedziała przełożonemu. ,,I nie chcę z 

szafy 
robić arsenału".

29. 

Nazywaliśmy ją "Marusia", "Mania", "Manieczka" (zdrobnienia jakich używał mój 
ojciec i jej siostry) oraz "Masia" i "Kicia", które były moim wynalazkiem. Z 

czasem te dwa 
ostatnie stały się bardziej popularne i nawet ojciec zaczął zwracać się do niej 

w ten 
sposób. Z wyjątkiem "Kici", wszystkie te formy były zdrobnieniem jej pierwszego 

imienia, 
Maria. Matkę przez pewien czas oburzało, gdy zwracano się do niej per "Kicia", 

jakby 
wołając na kotkę. "Nie waż się tak mnie nazywać! " - wykrzykiwała ze 

złością. ,,I w ogóle 
nie używaj tych swoich kocich słów. Skończy się na tym, że będziesz miał koci 

mózg!"
Dotyczyło to mojego upodobania w dzieciństwie, by wymawiać w koci sposób 

background image

pewne słowa, które moim zdaniem prosiły się o to. "Mięso" było jednym z nich. 

Gdy 
miałem piętnaście lat, sporo było miauczenia w naszej rodzinie. Ojciec przyswoił 

sobie 
ten zwyczaj i zaczęliśmy zwracać się do siebie lub mówić o sobie "Kocisko" i 

"Kotek". 
"Miau" lub "mru-mru" czy też "miaumiau-mru-mru" służyły do wyrażania dużej 

części 
naszych uczuć; zgody, wątpliwości, obojętności, rezygnacji, wiary. Stopniowo 

moja 
matka zaczęła również to stosować, ale raczej ironicznie, dla zaznaczenia 

dystansu.
"Kicia" przylgnęło jednak do niej, Szczególnie na starość. Okrągła, zakutana w 

kilka 
szali ze swoją nadzwyczaj dobrotliwą, pogodną twarzą, wyglądała bardzo miło i 

łagodnie. 
Zdawało się, że lada chwila zamruczy. Zamiast tego zwracała się do mojego ojca; 

"Sasza, 
zapłaciłeś rachunek za światło?", albo nie zwracając się do nikogo w 

szczególności: " W 
tym tygodniu nasza kolej na sprzątanie mieszkania". Oznaczało to szorowanie 

podłóg w 
korytarzach i w kuchni, czyszczenie łazienki i klozetu. Nie zwracała się do 

nikogo w 
szczególności, gdyż wiedziała że sprzątanie przypadnie jej.

30. 

Nie mam pojęcia, jak sobie dawali radę przez ostatnie dwanaście lat z całą tą 
czarną 

robotą, zwłaszcza z szorowaniem. Mój wyjazd oznaczał oczywiście jedną osobę 
mniej do 

żywienia i mogli czasami pozwolić sobie na wynajęcie kogoś do tej pracy. Jednak 
znając 

ich dochody - dwie marne emerytury oraz charakter mojej matki, wątpię, by to 
czynili. 

Poza tym w mieszkaniach kolektywnych, takie praktyki są rzadkością. Wrodzony 
sadyzm 

sąsiadów domaga się zadośćuczynienia. Dopuszcza się pomoc krewnego, ale nie 
płatną. 

Choć z moją amerykańską pensją uniwersytecką stałem się bogaczem, nie chcieli 
nawet 

słyszeć o wymienianiu dolarów na ruble. Uważali oficjalny kurs za zdzierstwo, a 
kontakty 

z czarnym rynkiem budziły w nich odrazę i strach. Ten ostatni powód był może 
najważniejszy. Pamiętali przecież, jak w 1964, gdy dostałem pięcioletni wyrok, 

odebrano 
im emerytury i musieli ponownie szukać pracy. Wysyłałem im więc głównie ubrania 


książki o sztuce. Wiedziałem, że te ostatnie osiągały bardzo wysokie ceny u 

bibliofilów. 
Cieszyli się odzieżą, szczególnie ojciec, który zawsze lubił dobrze się ubrać. 

Książki o 
sztuce natomiast zachowywali dla siebie. Aby oglądać je po wyszorowaniu w wieku 

lat 
siedemdziesięciu pięciu podłogi w kolektywnym mieszkaniu.

31.

background image

 Czytali rozmaite książki, przy czym moja matka najbardziej lubiła rosyjskich 

klasyków. Ani ona, ani ojciec nie mieli wyrobionych gustów w dziedzinie 
literatury, 

muzyki czy sztuki, choć w młodości osobiście znali wielu pisarzy, kompozytorów i 
malarzy z Leningradu (Zoszczenkę, Zabołockiego, Szostakowicza, Petrov-Vodkina). 

Byli 
zwykłymi czytelnikami - ściślej wieczornymi czytelnikami - i regularnie 

odnawiali swoje 
karty biblioteczne. Wracając z pracy, matka zawsze miała w siatce z kapustą i 

kartoflami 
książkę z biblioteki - zawiniętą w gazetę, żeby się nie zabrudziła.

To ona wpłynęła na mnie, gdy miałem szesnaście lat i pracowałem w fabryce, żebym 
zapisał się do miejskiej biblioteki i chyba chodziło jej nie tylko o to, bym nie 

włóczył się 
wieczorami po ulicach. O ile mi wiadomo, chciała, bym został malarzem. W każdym 

razie 
pokoje i korytarze dawnego szpitala na prawym brzegu Fontanki były początkiem 

mojej 
zguby i pamiętam pierwszą książkę jaką wypożyczyłem za radą matki. Był to 

"Gulistan" 
perskiego poety Saadiego. Moja matka, jak się okazało, bardzo lubiła perską 

poezję. 
Następna książka o jaką poprosiłem, już z własnej inicjatywy, to "La Maison 

Tellier" 
Maupassanta.

32. 

Pamięć, podobnie jak sztuka, ma skłonność do selekcji i zamiłowanie do 
szczegółów. 

Choć ta uwaga odnośnie sztuki (szczególnie prozy), może się wydać niezasłużonym 
komplementem, dla pamięci powinna być obraźliwa. Obraza jest uzasadniona, gdyż 

pamięć zachowuje właśnie detale a nie cały obraz czy też jak kto woli, kluczowe 
sceny a 

nie całe przedstawienie. Przekonanie, że w jakiś sposób pamiętamy całość ze 
wszystkimi 

szczegółami - ta pewność, dzięki której ludzie kontynuują życie - jest 
bezpodstawne. 

Pamięć przypomina najbardziej nieuporządkowaną bibliotekę bez dzieł zebranych 
jakiegokolwiek autora.

33.

 Tak jak inni mierzą rozwój dziecka zaznaczając kreskami ołówka jego wzrost na 
kuchennej ścianie, tak mój ojciec rok rocznie na moje urodziny wyprowadzał mnie 

na 
balkon i robił zdjęcie. W tle był nieduży brukowany plac z katedrą Zbawiciela 

Jego 
Cesarskiej Mości Pułku Przemienienia Pańskiego. W czasie wojny jej kryptę 

przeznaczono na schron i podczas nalotów matka trzymała mnie tam w dużym pudle 
ze 

starymi kartkami zawierającymi prośby o cud. To jedyna rzecz jaką zawdzięczam 
kościołowi prawosławnemu i jest to związane z pamięcią.

Katedra, sześciopiętrowa klasycystyczna budowla otoczona sporym ogrodem pełnym 
dębów, lip i klonów, była terenem moich zabaw w latach powojennych. Pamiętam, 

jak 
matka mnie stamtąd zabierała (ona mnie ciągnie, ja się zapieram i wrzeszczę - 

alegoria 

background image

nieporozumienia) i zaciągała do domu, do odrabiania lekcji. Równie wyraźnie 

widzę ją, 
mojego dziadka i ojca w jednej z wąskich alei ogrodu katedralnego, gdy starają 

się 
nauczyć mnie jazdy na dwukołowym rowerze (alegoria wspólnego celu lub ruchu). Na 

tylnej wschodniej ścianie katedry, za grubą szybą była duża ciemna ikona 
przedstawiająca 

Przemienienie- Chrystus zawieszony w powietrzu a pod nim grupa ludzi odchylonych 
do 

tyłu, w ekstazie. Nikt nie umiał wytłumaczyć mi znaczenia tego obrazu. Nawet 
teraz nie 

jestem pewien czy pojmuję je do końca. Na ikonie było sporo chmur i wiązały się 
one dla 

mnie z lokalnym klimatem.

34. 
Ogród otoczony był żelaznym ogrodzeniem, podtrzymywanym przez ustawione 

grupami, w regularnych odstępach, przewrócone armaty zdobyte przez żołnierzy 
Pułku 

Przemienienia na Brytyjczykach w czasie wojny krymskiej. Tworząc część dekoracji 
ogrodzenia, lufy armat (po trzy, osadzone w granitowym bloku) połączone były 

ciężkimi 
żeliwnymi łańcuchami, na których szalały dzieci, huśtając się, podniecone 

zarówno 
niebezpieczeństwem upadku na kolce znajdujące się poniżej, jak szczękaniem 

łańcucha. 
Oczywiście było to surowo zabronione i dozorcy pilnujący katedry przeganiali nas 

bez 
przerwy. Nie muszę chyba dodawać, że ogrodzenie było o wiele bardziej 

interesujące niż 
pachnące kadzidłem i dużo spokojniejsze wnętrze. " Widzisz?", pyta ojciec 

wskazując na 
ogniwa ciężkiego łańcucha - "co ci przypominają?". Jestem w drugiej klasie więc 

mówię: " 
Wyglądają jak ósemki". "Racja" - powiada ojciec. "A wiesz, czego ósemka jest 

symbolem?" - " Węża?" - "Prawie. To symbol nieskończoności". - "Co to jest 
nieskończoność? "O to lepiej zapytaj tam" - mówi ojciec z uśmiechem wskazując 

palcem 
katedrę.

35.

 To on, spotkawszy mnie w biały dzień na ulicy, gdy byłem na wagarach, poprosił 

wyjaśnienie i kiedy powiedziałem, że boli mnie ząb, zaprowadził do przychodni 
dentystycznej, gdzie zapłaciłem za kłamstwo dwiema godzinami istnej męczarni. 

Ale to 
także on bronił mnie na zebraniu rady pedagogicznej, gdy chciano mnie wyrzucić 

za złe 
zachowanie. "Jak śmiecie! Przecież nosicie mundur naszej armii!" - "Marynarki, 

droga 
pani!" - odparł ojciec. - "A bronię go dlatego, że jestem jego ojcem. Nie ma w 

tym nic 
dziwnego. Nawet zwierzęta bronią swoje małe. Brehm mówi o tym". - "Brehm? Brehm? 

Ja, ja... zawiadomię komórkę partyjną waszej jednostki". I, rzecz jasna, 
uczyniła to.

36. 

background image

"Na urodziny i na Nowy Rok powinieneś zawsze mieć na sobie coś zupełnie nowego. 

Chociażby skarpetki" - to głos matki. "Zawsze zjedz coś przed pójściem na 
spotkanie z 

kimś ważniejszym, szefem lub oficerem. W ten sposób będziesz miał pewną 
przewagę" - 

to mówi ojciec. "Jeżeli po wyjściu z domu musisz wrócić, bo czegoś zapomniałeś, 
spójrz 

w lustro przed wyjściem. Inaczej będziesz miał kłopoty" - to znów ona. "Nigdy 
nie myśl o 

tym, ile wydałeś. Myśl o tym, ile możesz zarobić" - to on. "Nie wychodź na 
miasto bez 

kurtki” ... „Niech sobie mówią, co chcą, dobrze, że jesteś rudy. Ja byłam 
brunetką, a do 

ciemnych łatwiej jest celować".
Słyszę te przestrogi i uwagi, ale to fragmenty, detale. Pamięć zdradza 

wszystkich, 
szczególnie tych, których znaliśmy najlepiej. To wspólniczka zapomnienia, 

sojuszniczka 
śmierci. To sieć z drobnym połowem, z której wypłynęła woda. Nie można użyć 

pamięci 
do wskrzeszenia kogokolwiek, nawet na papierze. Cóż się dzieje z tymi słynnymi 

milionami komórek w naszym mózgu? Cóż się dzieje z Pasternakowskim "Wielkim 
Bogiem miłości, Wielkim Bogiem szczegółów"? Jaką ilością szczegółów należy się 

zadowolić?

37.
 Widzę bardzo dokładnie ich najróżniejsze miny - ale to też są fragmenty, 

chwile. Są 
lepsze niż fotografie z ich uśmiechem nie do zniesienia, ale są tak samo 

przypadkowe i 
wymieszane. Czasami podejrzewam mój umysł o próbę stworzenia kumulatywnego 

ogólnego obrazu rodziców - znaku, formuły, rozpoznawalnego szkicu, bym się tym 
zadowolił. Myślę, że mógłbym i zdaję sobie świetnie sprawę, jak absurdalne są 

podstawy 
mojego oporu: tym fragmentom brak ciągłości. Nie należy tak wiele oczekiwać od 

pamięci, nie należy spodziewać się, że z filmu zrobionego w ciemności wyłonią 
się nowe 

obrazy. Oczywiście, że nie. Ale przecież można mieć pretensję do filmu 
zrobionego w 

biały
dzień czyjegoś życia o to że brak mu ram.

38. 

Prawdopodobnie chodzi o to, że nie powinno być ciągłości. Żadnej. Te wady 
pamięci 

są jedynie dowodem poddania się żywego organizmu prawom natury. Życie nie może 
być 

zachowane. Nikt poza faraonem nie chce zostać mumią. Załóżmy, że przedmioty 
wspomnień cechują się tym stopniem trzeźwości; to może pogodzić nas z 

zawodnością 
pamięci. Normalny człowiek nie spodziewa się, że wszystko będzie trwało. Nie 

spodziewa 
się ciągłości, nawet dla siebie lub swojego dzieła. Normalny człowiek nie 

pamięta, co jadł 
na śniadanie. Rzeczy rutynowe, powtarzające się, mają ulec zapomnieniu. Tak jest 

ze 

background image

śniadaniem, tak jest też z tymi, których kochamy. Najlepiej przypisać to 

oszczędności 
mózgu.

Tych rozmyślnie zaoszczędzonych komórek mózgowych można użyć do za-
stanowienia się czy wady pamięci nie są aby jedynie głuchym głosem naszego 

podejrzenia, że wszyscy jesteśmy sobie nawzajem obcy, a nasze poczucie 
niezależności 

jest znacznie silniejsze niż poczucie jedności, a tym bardziej przyczynowości. 
Dziecko nie 

pamięta rodziców, bo wciąż posuwa się do przodu, zawsze nastawione na 
przyszłość. 

Ono zapewne także oszczędza swoich komórek mózgowych na przyszłość. "Krótsza 
pamięć, dłuższe życie" - powiada przysłowie. Można też powiedzieć: "dłuższa 

przyszłość, 
krótsza pamięć". To jeden ze sposobów na określenie naszych szans na 

długowieczność, 
na wskazanie patriarchy przyszłości. Nie trzeba jednak zapominać, że 

patriarchowie czy 
nie, niezależni czy związani, jesteśmy powtarzalni i Wielki Ktoś oszczędza na 

nas swoich 
komórek mózgowych.

39. 

Pomimo miernych wyników zagłębiam się w to nie z awersji do metafizyki, ani z 
odrazy dla przyszłości, zapewnionej mi przez zawodność mojej pamięci. Niewiele 

także 
mają z tym wspólnego złudzenia pisarza lub strach przed oskarżeniem o próbę 

konszachtów z prawami natury kosztem ojca i matki. Po prostu myślę, że naturalne 
prawa 

zaprzeczające ciągłości w imię zawodnej pamięci (lub podszywając się pod nią), 
służą 

interesom państwa. Jeśli o mnie chodzi, nie chcę przykładać do tego ręki.
To prawda, że dwanaście lat zawiedzionych, budzonych i znowu przekreślonych 

nadziei, które poprzez progi najróżniejszych biur i urzędów zaprowadziły starych 
ludzi 

do państwowego krematorium, jest powtarzalne nie tylko z uwagi na ich długość, 
lecz i 

na liczbę podobnych przypadków. Ale mniej mi zależy na chronieniu moich komórek 
mózgowych przed tą monotonią niż Najwyższemu zależy na oszczędzaniu Swoich. Moje 

są i tak zatrute. Poza tym pamiętanie nawet zwyczajnych detali, fragmentów, a 
szczególnie pamiętanie ich po angielsku nie leży w interesie państwa. Już to 

samo 
wystarczy mi jako bodziec.

40. 

Te dwie wrony robią się trochę bezczelne. Teraz siadają już na moim ganku i 
kręcą 

się na jego starych, drewnianych słupach. Są czarne jak smoła i choć staram się 
unikać 

spoglądania na nie, zauważyłem, że różnią się trochę rozmiarami. Jedna jest 
mniejsza od 

drugiej (moja matka sięgała ojcu do ramion). Mają jednak takie same dzioby. Nie 
jestem 

ornitologiem, ale wydaje mi się, że wrony żyją długo, kruki w każdym razie na 
pewno. 

Choć nie potrafię określić ich wieku, wydają mi się starym stadłem. Jakby na 
wycieczce. 

background image

Nie chcę ich przepędzić, ani nie potrafię się z nimi w żaden sposób porozumieć. 

O ile mi 
wiadomo, wrony nie migrują. Mity mają podobno źródło w strachu i izolacji, a ja 

jestem 
zupełnie odizolowany. I zastanawiam się, ile rzeczy będzie mi jeszcze 

przypominało 
moich rodziców. Ale z gośćmi tego rodzaju, na co komu potrzebna jest dobra 

pamięć?

41. 
Jest oznaką zawodności pamięci, że przechowuje rzeczy przypadkowe. Na przykład 

nasz pierwszy - wtedy pięciocyfrowy - numer telefonu, jaki mieliśmy zaraz po 
wojnie: 

265-39. Pamiętam go zapewne dlatego, że zainstalowano nam telefon akurat, gdy 
przerabiałem w szkole tabliczkę mnożenia. Teraz jest mi zupełnie niepotrzebny. 

Tak 
samo bezużyteczny jest numer telefonu, który mieliśmy w półtora pokoju. Nie 

pamiętam 
go jednak, choć przez ostatnie dwanaście lat wykręcałem go niemal co tydzień. 

Listy nie 
dochodziły, więc umówiliśmy się, że będę dzwonił. Oczywiście łatwiej jest 

podsłuchać 
rozmowę telefoniczną niż skontrolować i doręczyć list. Ach, te cotygodniowe 

telefony do 
ZSRR! To były czasy dla międzymiastowej!

Niewiele mogliśmy powiedzieć sobie w tych rozmowach, musieliśmy być małomówni 
albo aluzyjni i eufemistyczni. Przeważnie mówiliśmy o pogodzie i o zdrowiu, 

żadnych 
nazwisk, sporo porad dietetycznych. Chodziło głównie o usłyszenie swoich głosów, 


upewnienie się w ten prymitywny sposób o naszym istnieniu. Rozmowy te były 

przeważnie pozbawione treści i nic dziwnego, że nie pamiętam żadnych konkretnych 
rzeczy poza odpowiedzią ojca na trzeci dzień pobytu mojej matki w szpitalu. "Jak 

się ma 
Masia?", zapytałem. "Wiesz, Masi już nie ma", powiedział. To "wiesz" było 

powiedziane 
dlatego, że w tym przypadku też chciał posłużyć się eufemizmem.

42. 

Albo nagle pamięć narzuca mi obraz klucza: długi klucz z nierdzewnej stali, 
który 

uwierał, gdy był w kieszeni, natomiast łatwo mieścił się w matczynej torebce. 
Ten klucz 

otwierał nasze wysokie białe drzwi i nie rozumiem dlaczego wspominam go teraz, 
skoro 

to miejsce już nie istnieje. Wątpię, żeby był jakimś symbolem o znaczeniu 
erotycznym, bo 

mieliśmy trzy kopie tego klucza. Nie rozumiem również dlaczego pamiętam 
zmarszczki na 

czole i brodzie ojca lub czerwonawy, lekko rozogniony lewy policzek mojej matki 
(nazywała to "nerwicą wegetatywną"), bo ani te znaki, ani ich posiadacze już nie 

istnieją. 
Tylko ich głosy jakoś przeżyły w mojej świadomości. Zapewne dlatego, że mój 

własny 
głos jest ich mieszanką, tak jak moje rysy są mieszanką ich rysów. Reszta - ich 

ciało, ich 

background image

ubrania, telefon, klucz, nasze rzeczy, meble - odeszło i nigdy nie zostanie 

odnalezione, 
tak jakby bomba spadła na nasze półtora pokoju. Nie neutronowa, bo ona zostawia 

przynajmniej nietknięte meble, ale bomba zegarowa, bomba czasu, która unicestwia 
nawet pamięć. Budynek stoi tak jak stał, ale miejsce jest doszczętnie ogołocone 

i nowi 
lokatorzy, nie, nowe oddziały okupują teren. Na tym właśnie polega bomba czasu. 

Bo to 
jest wojna czasu.

43.

 Lubili arie operowe, tenory i gwiazdy filmowe czasów swojej młodości. Malarstwo 
nie interesowało ich zbytnio, mieli pojęcie o sztuce "klasycznej", lubili 

rozwiązywać 
krzyżówki i byli zakłopotani i zaniepokojeni moimi próbami literackimi. Uważali, 

że 
postępuję niesłusznie, martwili się moją sytuacją, ale popierali mnie w miarę 

swoich 
możliwości, gdyż byłem ich dzieckiem. Później, gdy udało mi się tu i tam coś 

wydrukować, byli zadowoleni, a czasami nawet dumni; ale wiem, że gdybym okazał 
się 

zwyczajnym grafomanem i próby moje zakończyły się niepowodzeniem, ich stosunek 
do 

mnie byłby taki sam. Kochali mnie bardziej niż siebie samych i prawdopodobnie w 
ogóle 

by nie zrozumieli mojego poczucia winy w stosunku do nich. Najważniejsze, żeby 
był 

chleb na stole, czysta odzież i dobre zdrowie. To były dla nich synonimy 
miłości, i lepsze 

były one niż moje.
Jeśli chodzi o wojnę czasu, walczyli dzielnie. Wiedzieli, że bomba wybuchnie, 

ale 
nigdy nie zmienili taktyki. Dopóki żyli, krzątali się kupując i przynosząc 

jedzenie chorym 
znajomym i krewnym, rozdając ubrania, o ile mogli pieniądze i udzielając 

schronienia 
tym, którzy akurat znajdowali się w gorszej sytuacji. Tacy byli zawsze, odkąd 

ich 
pamiętam, i nie dlatego, że w głębi ducha wierzyli, iż jeśli oni są dobrzy dla 

innych, to 
gdzieś w górze będzie to odnotowane i ich także ludzie będą traktować w podobny 

sposób. Nie, to była naturalna i spontaniczna hojność ekstrawertyków, która może 
uwidoczniła się wyraźniej dla innych, gdy ja, główny przedmiot ich atencji, 

wyjechałem. I 
to być może w końcu pozwoli mi pogodzić się z zawodnością mojej pamięci. 

Ich chęć zobaczenia mnie przed śmiercią nie miała nic wspólnego z pragnieniem 
lub 

próbą uniknięcia skutków bomby czasu. Nie chcieli emigrować ani spędzić 
ostatnich lat 

życia w Ameryce. Czuli się za starzy na wszelkie zmiany i Ameryka była dla nich 
najwyżej nazwą miejsca, gdzie mogliby spotkać swego syna. Była realna tylko ze 

względu 
na ich wątpliwości czy znieśliby podróż, gdyby dostali pozwolenie na wyjazd. A 

przecież 
iluż sztuczek próbowało dwoje starych, słabych ludzi z tą hołotą, udzielającą 

pozwoleń! 

background image

Matka ubiegała się o wizę samotnie, aby pokazać, że nie ma zamiaru uciec do 

Ameryki i 
że jej mąż zostanie jako zakładnik - gwarancja jej powrotu. Potem zamieniali się 

rolami. 
Potem przez pewien czas nie składali podania udając, że stracili ochotę, lub 

dając 
władzom do zrozumienia, że rezygnują w obliczu tego czy innego klimatu stosunków 

radziecko-amerykańskich. Potem prosili o pozwolenie na wyjazd do Stanów tylko na 
tydzień lub też do Finlandii czy Polski. Potem ona jechała do stolicy, by 

ubiegać się o 
widzenie z figurą, która uchodziła za prezydenta kraju, lub by kołatać do drzwi 

Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Spraw Wewnętrznych. Wszystko na próżno. 
System, 

od góry do dołu, nigdy nie popełnił najmniejszego błędu. Jako system może być z 
siebie 

dumny. Ale nieludzkość jest przecież najłatwiejsza do osiągnięcia. Tutaj Rosja 
nigdy nie 

musiała importować technologii. W gruncie rzeczy eksportując ją nareszcie 
mogłaby się 

wzbogacić.

44.
 Tak też czyni i to na coraz większą skalę. Można jednak znaleźć pewną pociechę 

lub 
wręcz nadzieję w fakcie, że nawet jeśli kod genetyczny nie śmieje się ostatni, 

to w każdym 
razie do niego należy ostatnie słowo. Jestem wdzięczny rodzicom nie tylko za to, 

że dali 
mi życie, ale też za to, że nie wychowali mnie na niewolnika. Starali się - 

chociażby dla 
ocalenia w rzeczywistości społecznej w jakiej się urodziłem - wychować mnie na 

posłusznego, lojalnego obywatela. Jeśli im się nie udało i przyszło im zapłacić 
tym, że ich 

oczu nie zamknął syn, lecz anonimowa ręka państwa, nie jest to dowodem ich 
niedbal-

stwa, lecz jakości ich genów. Mieszanka tych genów wyprodukowała ciało na tyle 
obce 

dla systemu, że musiał je odrzucić. Ale gdy się zastanowić, czegóż innego można 
spodziewać się było z połączenia jego i jej zdolności przetrwania?

Może brzmi to jak przechwałka. Trudno. Mieszanina ich genów warta jest pochwały, 
choćby dlatego, że okazała się państwoodporna. I odporna nie na zwykłe państwo, 

lecz - 
jak lubi się ono samo określać - na Pierwsze Socjalistyczne Państwo w Historii 

Ludzkości. Państwo nadzwyczaj biegłe w niszczeniu genów. Dlatego na jego rękach 
jest 

zawsze krew - z powodu eksperymentów w izolowaniu i paraliżowaniu komórek 
odpowiedzialnych za siłę woli. Tak więc, zważywszy na tę biegłość, jeśli dziś 

chce się 
założyć rodzinę, należy dowiedzieć się nie tylko o grupę krwi i posag partnera: 

trzeba 
zapytać o DNA. Być może z tego powodu niektórzy patrzą krzywym okiem na 

małżeństwa mieszane.
Mam dwa zdjęcia moich rodziców zrobione w czasie ich młodości, gdy mieli po 

dwadzieścia lat. On na pokładzie parowca: uśmiechnięta, beztroska twarz, w tle 
komin 

statku. Ona na stopniu wagonu, wdzięcznie machająca ręką w skórzanej rękawiczce, 
za 

background image

nią guziki munduru konduktora. Jedno nie wie jeszcze o istnieniu drugiego. 

Oczywiście 
nie są mną. Zresztą nie sposób wyobrazić sobie kogoś istniejącego obiektywnie, 

fizycznie 
i poza twoją skórą, jako część „ale Mama i Tata/To nie dwie inne osoby", jak 

powiada 
Auden. I choć nie mogę przeżyć ich przeszłości, nawet jako możliwie najmniejsza 

część 
któregoś z nich, co zabroni mi teraz, gdy obiektywnie nie istnieją poza moją 

osobą, 
traktować siebie samego jako ich sumę, jako ich przyszłość? W ten sposób 

przynajmniej 
są równie wolni jak wtedy, gdy się urodzili.

Czy powinienem więc objąć siebie samego myśląc, że tulę moją matkę i mojego 
ojca? 

Czy powinienem traktować zawartość mojej czaszki jako to, co zostało po nich na 
ziemi? 

Prawdopodobnie. Jestem zapewne zdolny do takiego wyczynu solipsyzmu. Może zniosę 
nawet ich skurczenie się do rozmiaru mojej, mniejszej niż ich, duszy. Może się 

na to 
zdobędę. Czy mam wtedy zamiauczeć do siebie po powiedzeniu, ,Kicia "? I do 

którego z 
moich obecnych trzech pokoi mam pobiec, by to miauczenie było przekonujące?

Jestem nimi, oczywiście. Jestem teraz naszą rodziną. Ale ponieważ nikt nie zna 
przyszłości, wątpię, by czterdzieści pięć lat temu, w jakąś wrześniową noc 1939, 

przyszło 
im do głowy, że poczęli swoją własną ucieczkę. Pomyśleli najwyżej, że chcą mieć 

dziecko, założyć rodzinę. Młodzi, a ponadto urodzeni wolni, nie zdawali sobie 
sprawy, 

że w ich ojczyźnie państwo decyduje, jaką rodzinę będzie się miało i czy w 
ogóle. Gdy 

zdali sobie z tego sprawę, było już za późno na wszystko, z wyjątkiem nadziei. I 
tak było 

aż do śmierci: mieli nadzieję. Jako ludzie o zmyśle rodzinnym nie mogli robić 
nic innego, 

jak tylko mieć nadzieję, planować, próbować.

45. 
Dla ich dobra wolę myśleć, że nie żywili zbyt dużych nadziei. Może jedynie 

matka. 
Jeżeli tak było, wynikało to z jej dobroci i ojciec nigdy nie omieszkałby jej 

tego wytknąć. 
("Nic gorszego, Marusia - zwykł był mawiać - jak stosować własną miarę do 

innych"). 
Jeśli chodzi o niego, to pamiętam jak kiedyś szliśmy w słoneczne popołudnie 

przez Letni 
Ogród, miałem wtedy dwadzieścia, może dziewiętnaście lat. Zatrzymaliśmy się 

przed 
drewnianym pawilonem, w którym orkiestra dęta marynarki grała stare walce. 

Chciał 
sfotografować tę orkiestrę. Białe marmurowe posągi jaśniały tu i tam, poplamione 

cie-
niami na wzór lamparta czy zebry; ludzie przechadzali się po żwirowych 

ścieżkach, dzieci 
piszczały przy stawie, a my rozmawialiśmy o Niemcach i o wojnie. Patrząc na 

orkiestrę 

background image

nagle zapytałem, jakie obozy koncentracyjne uważał za gorsze: hitlerowskie czy 

nasze. " 
Wolę być raczej spalony od razu na stosie, niż umierać powolną śmiercią i 

znajdować w 
tym jakiś sens" - odpowiedział i jął pstrykać zdjęcia.

1985
__________________________

1. w. H. Auden, "Memory of W. B. Yeats" (przyp. tłum.).

2. Przyczółek na Kaukazie Północnym, znany z zaciętych walk opisanych m.in. we 

wspomnieniach Breżniewa (przyp. tłum.).

3. „Requiem”. NOWa, Warszawa 1981. Tłum. Seweryn Pollak.

tłum. ANNA HUSARSKA