background image

NORA ROBERTS

PASJA ŻYCIA

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Osobiście wszystkiego dopilnuję, postanowiła. Każdy drobiazg będzie dokładnie taki, 

jak to sobie wymarzyłam. Marzenia jednak się spełniają.

Nie   miała   zamiaru   zadowolić   się   czymś,   co   nie   będzie   dokładnie   takie,   jak   być 

powinno. Uważała to za niepotrzebną stratę czasu. Kate Kimball nie uznawała strat.

Miała dwadzieścia pięć lat i więcej doświadczeń życiowych aniżeli większość ludzi na 

starość.   Kiedy   inne   młode   panienki   chichotały   na   widok   chłopców   i   zamartwiały   się 

wymaganiami  aktualnej mody,  ona jeździła do Paryża  i Bonn, nosząc piękne kostiumy i 

robiąc oszałamiające rzeczy.

Tańczyła   na   królewskich   dworach,   jadała   z   książętami,   piła   szampana   w   Białym 

Domu, płakała z radości i ze zmęczenia w moskiewskim teatrze Bolszoj. Zawsze przy tym 

odczuwała   wdzięczność   dla   rodziców   i   całej   swej   wielkiej   rodziny,   która   popierała   jej 

wszystkie życiowe zamierzenia. To im zawdzięczała wszystko, co osiągnęła.

Jak daleko sięgała pamięcią, zawsze marzyła o tańcu. Jej brat Brandon twierdził, że 

taniec stał się jej obsesją. Kate musiała przyznać, że Brandon doskonale to określił. Uważała, 

że   obsesja   to   nic   złego.   Oczywiście   pod   warunkiem,   że   obsesja   jest   twórcza   i   że   nie 

pozostawia się jej przypadkowi.

Kate   ciężko   pracowała   nad   swoją   obsesją.   Poświęciła   baletowi   dwadzieścia   lat 

ćwiczeń, nauki, radości i bólu.

Nie   tylko   ona   się   poświęcała,   jej   rodzice   także.   Kate   wiedziała,   że   niełatwo   im 

przyszło pozwolić swej najmłodszej córeczce wyjechać do szkoły baletowej w Nowym Jorku. 

A jednak pozwolili, a potem we wszystkim jej pomagali i zawsze podtrzymywali na duchu.

To   prawda,   że   ryzyko   nie   było   wielkie.   Wprawdzie   Kate   opuściła   spokojne 

miasteczko   w   Wirginii   Zachodniej   i   wyjechała   do   wielkiego   miasta,   ale   w   tym   wielkim 

mieście także otaczała ją troskliwa opieka rodziny. Ale nawet gdyby nie mieli tam żadnej 

rodziny, rodzice i tak pozwoliliby jej wyjechać. Przecież ją kochali i mieli do niej zaufanie.

Ciężko pracowała, ćwiczyła i tańczyła. Gdy przyjęto ją do zespołu Davidova i po raz 

pierwszy wystąpiła na scenie, cała rodzina w komplecie zasiadła na widowni.

Przez sześć lat Kate była zawodową tancerką. Poznała światła sceny i czar muzyki 

pokonujący największą nawet tremę. Podróżowała po całym świecie, wcieliła się w Giselle, 

Aurorę, Julię i wiele innych postaci. Żadna chwila z tych sześciu lat nie została zmarnowana.

Dlaczego   więc   zdecydowała   się   zrezygnować   z   dalszej   kariery,   porzucić   scenę? 

Najpierw sarna nie bardzo wiedziała, a potem zrozumiała, że pragnie wrócić do domu.

background image

Chciała zacząć żyć, żyć naprawdę. Uwielbiała taniec, lecz nagle zdała sobie sprawę, 

że pochłonął wszystkie inne aspekty jej osobowości. Lekcje, próby, przedstawienia, podróże, 

prasa i telewizja. Wielki świat, całkiem nieprawdziwy.

Tak   więc   zapragnęła   normalnego   życia,   zachciało   jej   się   domu.   Poczuła   też,   że 

powinna dać światu coś w zamian za całą radość, jakiej doświadczyła. Postanowiła założyć 

szkołę tańca. O to, czy będzie miała uczniów, nie bała się ani trochę. Nazywała się Kimball, a 

w jej mieście to nazwisko znaczyło bardzo dużo dla tych wszystkich, których interesował 

taniec.

Wkrótce,  obiecywała  sobie, już wkrótce  sama szkoła  też zacznie coś znaczyć.  Na 

pewno będę miała kogo uczyć.

Obróciła się na pięcie, rozejrzała po wielkiej, dudniącej echem sali. Tak, nadszedł czas 

na nowe marzenia. Nowa obsesja Kate nosiła nazwę: Szkoła Tańca Kate Kimball. Miała się 

stać nowym wyzwaniem i dać takie samo spełnienie jak praca na scenie.

Kate podparła się pod boki i oglądała ponure szare ściany. Wiedziała, że wkrótce 

znów   będą   białe.   Czysta   przestrzeń,   na   której   zawisną   fotografie   tych   największych. 

Nuriejew, Fontayne, Barysznikow, Davidov, Bannion.

Wzdłuż dwóch długich ścian bocznych umocuje się drążki, a za nimi olbrzymie lustra. 

To nie próżność, lecz konieczność. Tancerz musi widzieć każdy, nawet najdrobniejszy ruch, 

każdy łuk, każde wygięcie ciała. Ono czuje, co robi, ale trzeba widzieć, by doprowadzić ruch 

do perfekcji. To właściwie nie lustro, tylko okno, pomyślała  Kate. Okno, przez które się 

wygląda, żeby zobaczyć taniec.

Stary strop trzeba naprawić albo wymienić. Nie wiedziała jeszcze, co będzie najlepsze. 

Ogrzewanie...   Roztarta   zziębnięte   dłonie.   Tak,   ogrzewanie   na   pewno   trzeba   wymienić, 

podłogi wycyklinować i wypolerować. Potem jeszcze tylko oświetlenie, kanalizacja... Trzeba 

będzie przejrzeć instalację elektryczną.

Pomyślała   z   miłością   o   dziadku.   Zanim   przeszedł   na   emeryturę,   choć   właściwie 

jeszcze nie całkiem, był świetnym stolarzem, toteż Kate wiedziała co nieco o tym, jak się 

przeprowadza remont kapitalny. Postanowiła dowiedzieć się więcej, wypytywać o wszystko, 

zrozumieć.

Zamknęła  oczy i wyobraziła  sobie, jak  to będzie. Zgięła  się w  głębokim ukłonie, 

wyprostowała i jeszcze raz się skłoniła. Spinka się poluzowała, wysunęło się spod niej kilka 

pasemek upiętych w kok czarnych grubych włosów. Gdyby je rozpuścić, sięgałyby do pasa. 

Kate lubiła ten swój romantyczny, trochę dziki wygląd, ale tylko na scenie.

Miała ciemną cerę, tak jak jej matka, i wystające kości policzkowe, a szare oczy i 

background image

podbródek odziedziczyła po ojcu. Ta niezwykła kombinacja składała się na obraz tajemniczej 

Cyganki,  syreny,  królewny  z  bajki.   Mężczyźni   widzieli  w  Kate   tylko  delikatność   formy, 

uważali ją za subtelną romantyczkę. Nikt nie spodziewał się po niej silnej woli, nadludzkiej 

wytrwałości ani stalowych mięśni.

- Kiedyś zastygniesz w tej pozycji i do końca życia będziesz musiała skakać jak żaba.

Kate wyskoczyła w górę, otworzyła oczy.

- Brandon! - zawołała. Przebiegła przez wielką salę i rzuciła mu się na szyję. - Skąd 

się tu wziąłeś? Na długo przyjechałeś?

Brat był  od niej zaledwie o dwa lata starszy. Ta całkiem przypadkowa różnica  w 

datach   urodzenia   sprawiła,   że   ciągle   ją   dręczył,   kiedy   oboje   byli   jeszcze   mali.   Zupełnie 

inaczej niż Frederica, ich wspólna przyrodnia siostra. Była od nich o wiele starsza, ale nigdy 

nie wynosiła się z tego powodu, nigdy im nie dokuczała. A jednak to Brandon był największą 

miłością Kate.

- Na które pytanie mam odpowiedzieć najpierw? - Śmiejąc się, odsunął ją od siebie. - 

Jesteś strasznie chuda.

- A ty gruby. - Pocałowała go z głośnym cmoknięciem. - Rodzice nic mi nie mówili, 

że masz przyjechać do domu.

- Nie wiedzieli. Ale usłyszałem, że zamierzasz się tu osiedlić, więc pomyślałem sobie, 

że trzeba cię mieć na oku. - Rozejrzał się po wielkim, brudnym pokoju, zwrócił oczy ku 

niebu. - Niestety, spóźniłem się.

- Tu będzie cudownie, zobaczysz.

- Być może. Na razie jest strasznie. - Objął ją ramieniem. - A więc królowa tańca chce 

zostać nauczycielką.

- Będę świetną nauczycielką. Dlaczego nie jesteś w Portoryko?

- Nie można grać w piłkę przez dwanaście miesięcy w roku.

- Brandon! - przywołała go do porządku.

- Paskudny ślizg na drugą bazę. Naciągnąłem ścięgno.

- Czy to bardzo źle wygląda? Byłeś u lekarza? A może...

-   Dajże   spokój,   Katie.   To   nic   wielkiego.   Przez   kilka   miesięcy   będę   na   liście 

kontuzjowanych. Wrócę do formy, nim zaczną się wiosenne treningi, ale do wiosny będę miał 

sporo wolnego czasu. Pokręcę się tu trochę i zmienię twoje życie w prawdziwe piekło.

- No tak, to rzeczywiście zrekompensuje ci utracone mecze. Chodź, pokażę ci dom - 

powiedziała. I popatrzę sobie, jak chodzisz, pomyślała. - Moje mieszkanie będzie na górze.

- Z wyglądu tego sufitu wnioskuję, że twoje mieszkanie w każdej chwili może się 

background image

znaleźć na dole.

- Nie jest taki słaby, jak ci się zdaje. - Machnęła ręką, jakby odpędzała natrętną muchę. 

- Jest tylko brzydki, ale to przejściowe. Mam wielkie plany.

- Zawsze masz jakieś plany, i wszystkie wielkie.

Poszedł z nią, lekko utykając na lewą nogę. Przeszli przez wielką salę i weszli do 

małego   holu,   w   którym   opadał   tynk,   ukazując   gołą   ścianę   z   cegieł.   Skrzypiące   schody 

zaprowadziły ich na piętro zamieszkane w tej chwili przez myszy, pająki i inne robactwo, o 

którym Brandon nie chciał nawet myśleć.

- Kate, ten dom...

- Ma charakter i mocne mury - dokończyła stanowczo. - Zbudowano go przed wojną 

domową.

-   A   nie   w   epoce   kamienia   łupanego?   -   Brandon   lubił   rzeczy   znajdujące   się   w 

należytym  porządku. Jak na przykład boisko do baseballu. - Masz pojęcie, ile cię będzie 

kosztowało doprowadzenie tego miejsca do stanu używalności?

-  Mam   pojęcie.   A   dokładnie  się  dowiem,   kiedy  będę   rozmawiać  z  przedsiębiorcą 

budowlanym. Ten dom jest mój, Brand! Pamiętasz, jak chodziliśmy tędy z Freddie, kiedy 

byliśmy mali?

- Jasne. Był tutaj bar, potem jakiś warsztat czy coś w tym rodzaju, potem.

- Tu było wiele rzeczy - przerwała mu Kate. - Zaczęło się w dziewiętnastym wieku od 

gospody. Nikt tego domu specjalnie nie szanował, ale ja zawsze chciałam tutaj mieszkać. 

Wyobrażałam sobie, że wyglądam przez te wspaniałe wysokie okna, biegam po pokojach...

Zaczerwieniła się, jej oczy stały się ciemne, prawie czarne. Był to widomy znak, że 

zaparła się i nie popuści.

- Marzenia ośmioletniej dziewczynki nie mogą zmusić dorosłej kobiety do kupowania 

ruiny.

- Masz rację. Wcale nie musiałam kupować tego domu. To zbieg okoliczności. Kiedy 

wiosną przyjechałam odwiedzić rodziców, zobaczyłam, że dom wystawiono na sprzedaż. Od 

tamtej   pory  po  prostu   nie   mogłam   go   zapomnieć.   Nawet   w   Nowym   Jorku   wciąż   o  nim 

myślałam.

Chodziła po pokoju. Widziała go takim, jakim będzie za kilka miesięcy.  Widziała 

lśniące parkiety, czyste, mocne ściany.

- Naprawdę masz pokręcone w głowie. Kate wzruszyła ramionami.

- Teraz jest mój. Wiedziałam o tym, kiedy tylko weszłam do środka. Czy ty nigdy nie 

czułeś czegoś podobnego?

background image

Pewnie, że czuł. Poczuł to, kiedy po raz pierwszy wszedł na boisko. Zapewne gdyby 

wtedy z kimś na ten temat porozmawiał, usłyszałby, że wszyscy chłopcy marzą o zawodowej 

grze w baseball, ale tylko nielicznym się udaje, więc lepiej zająć się czymś bardziej realnym. 

Ale nikt z jego rodziny nigdy mu nic takiego nie powiedział. Ani rodzice, ani nikt inny nigdy 

nie namawiał go do rezygnacji z marzeń. Tak samo jak nie żądano od Kate, by wyrzekła się 

baletu.

- Chyba czułem - przyznał się Brandon. - Problem w tym, że to wszystko dzieje się 

zbyt prędko. Przyzwyczaiłem się, że ty działasz powoli i z namysłem.

- To się nie zmieniło. - Uśmiechnęła się do niego. - Kiedy postanowiłam odejść z 

baletu, wiedziałam, że będę uczyć tańca. Wiedziałam, że właśnie w tym domu chcę założyć 

szkołę. Moją własną szkołę. Ale przede wszystkim chciałam wrócić do domu.

- W porządku. - Przytulił ją, pocałował w czoło.

- Wobec tego tak się stanie. Ale na razie lepiej stąd chodźmy. Zimno tu jak w psiarni.

- Nowe ogrzewanie jest pierwszą pozycją na liście moich inwestycji.

Brandon raz jeszcze rozejrzał się po wielkim, straszliwie zrujnowanym domu.

- To chyba bardzo długa Usta - mruknął.

Szli ulicą, po której hulał grudniowy wiatr. Kate czuła w powietrzu śnieg, a właściwie 

delikatną zapowiedź opadów śniegu. Wystawy sklepowe już były przystrojone świątecznie. 

Wszędzie było pełno mikołajów o czerwonych policzkach, kolorowych żarówek, fruwających 

reniferów i śniegowych bałwanów.

Ale najlepszy z najlepszych był - jak zwykle - sklep z zabawkami. W witrynie stały 

miniaturowe saneczki, olbrzymie pluszowe miśki w śmiesznych czapkach, lalki wystrojone 

jak na bal, lśniące czerwone ciężarówki i pałace z drewnianych klocków. Wspaniały bałagan, 

jak przy każdej dobrej zabawie.

Kate i Brandon weszli do środka, rozdzwoniły się wesołe dzwoneczki.

Klienci przechadzali się po sklepie, jakiś brzdąc wściekle walił w ksylofon. Annie 

Maynard, sprzedawczyni, właśnie pakowała do pudełka wielkiego pluszowego psa.

- To jedna z moich ulubionych zabawek - mówiła do klientki. - Na pewno bardzo się 

dziecku spodoba.

Przewiązała  pakunek  czerwonym   sznureczkiem,   spojrzała  znad  okularów  na  nowo 

przybyłych i aż pisnęła z radości.

- Brandon! Tasz! Zobacz, kto przyszedł. Chodź, daj mi buzi, moje ty kochanie.

Brandon wszedł za ladę, pocałował ją w policzek. Annie chwyciła się za serce.

- Od dwudziestu pięciu lat jestem mężatką - powiedziała do klientki - ale ten chłopiec 

background image

zawsze sprawia, że znów czuję się jak panienka. Wesołych świąt. Zaczekaj, pójdę po twoją 

matkę.

- Ja po nią pójdę. - Kate uśmiechnęła się. - Brandon niech lepiej zostanie tutaj. Będzie 

mógł sobie z tobą poflirtować.

- Dobrze. - Annie puściła do niej oko. - Nie spiesz się za bardzo.

Brandon czaruje kobiety, odkąd skończył pięć lat, myślała z rozrzewnieniem Kate. A 

raczej  odkąd się  urodził,   poprawiła   się  w  myślach,  wędrując  pomiędzy  półkami   pełnymi 

zabawek. I wcale nie dlatego, że jest zabójczo przystojny. W każdym razie nie tylko z tego 

powodu. I nie tylko z powodu czaru, jaki wokół siebie roztacza, kiedy ma dobry humor.

Kate już dawno doszła do wniosku, że wszystkiemu winne są feromony. Niektórzy 

mężczyźni   nie   muszą   nic   robić,   a   kobiety   i   tak   za   nimi   szaleją.   Nie   wszystkie,   ale 

zdecydowana większość.

Kate należała do mniejszości. Mężczyzna musiał mieć w sobie coś więcej niż tylko 

wygląd, czar i seksapil, żeby się nim zainteresowała. Może dlatego, że znała wielu takich, na 

których miło było popatrzeć...

i na tym koniec. Nie mieli nic prócz pięknej powłoki. Jak sklepowe manekiny.

Weszła do działu z samochodzikami i oniemiała.

Stojący tam mężczyzna na pewno nie był manekinem. Owszem, był przystojny, ale 

bardzo męski. Idealne uosobienie męskości. Sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu w 

przepięknym opakowaniu, pomyślała Kate.

Była   tancerką,   toteż   jak   mało   kto   potrafiła   ocenić   wspaniałe   ciało.   Ciało   tego 

człowieka,   który   właśnie   w   tej   chwili   oglądał   rzędy   miniaturowych   pojazdów,   było 

opakowane w spłowiałe dżinsy,  flanelową koszulę i starą dżinsową kurtkę, stanowczo za 

lekką jak na tę porę roku.

Jego   buty   wyglądały   na   bardzo   solidne   i   bardzo   stare.   Kate   nigdy   przedtem   nie 

przyszło do głowy, że znoszone buty mogą być pociągające.

No   i   te   włosy:  ciemne   z   jasnymi   pasemkami,   okalające   szczupłą   twarz   o  ostrych 

konturach, pełne usta... Sprawiały wrażenie, jakby to była jedyna miękka część jego ciała. 

Nos miał prosty i długi, podbródek kanciasty, a oczy...

Właściwie nie mogła dostrzec jego oczu, nawet ich koloru, bo widok zasłaniały jej 

rzęsy. Ale wyobraziła sobie, że są niebieskie.

Sięgnął   po   jedną   z   zabawek   i   wtedy   Kate   zwróciła   uwagę   na   jego   dłonie.   Duże, 

szerokie, silne. Zaczęła sobie wyobrażać, całkiem niewinnie, oczywiście...

No i potknęła się.

background image

Łoskot   spadających   autek   obudził   ją   z   rozmarzenia   i   sprawił,   że   nieznajomy   się 

odwrócił, Oczy miał zielone, intensywnie zielone.

-   Ale   się   narobiło...   -   Uśmiechnęła   się   do   niego   i   śmiejąc   się   z   samej   siebie, 

przykucnęła, by pozbierać autka. - Mam nadzieję, że nikt nie jest ranny.

- Na szczęście mamy karetkę pogotowia. Na wszelki wypadek. - Przykucnął obok 

Kate, wziął do ręki lśniący białym lakierem model ambulansu.

- Dziękuję. Jeśli zdążymy to posprzątać, zanim zjawią się tutaj gliny, to może nie 

wlepią mi mandatu i skończy się tylko na ostrzeżeniu. - Pomyślała, że ten mężczyzna nie 

tylko świetnie wygląda, ale także bardzo dobrze pachnie. Drewnianymi wiórami i jeszcze 

czymś. Mężczyzną! Specjalnie tak się ustawiła, żeby musiał ją trącić kolanem. - Często tu 

przychodzisz?

-   No.   -   Spojrzał   na   nią   uważnie.   Od   razu   zauważyła   w   jego   oczach   błysk 

zainteresowania. - Chłopcy nigdy nie wyrastają ze swoich zabawek.

- Podobno. A ty czym lubisz się bawić?

Zdziwił   się.   Nieczęsto   się   zdarza   spotkać   taką   piękną,   bezpośrednią   kobietę. 

Zwłaszcza w sklepie z zabawkami. Mało brakowało, a zacząłby się jąkać, a potem zrobiłby 

coś, czego nie robił od lat: powiedziałby coś, zanim by pomyślał.

- Zależy, w co się bawię. A ty w co się bawisz? Roześmiała się, odgarnęła kosmyk 

włosów z czoła.

- Och, ja lubię różne gry. Zwłaszcza te, w których wygrywam.

Chciała wstać, ale on zrobił to szybciej. Wyprostował te swoje długie nogi, wyciągnął 

do niej rękę. Kate uchwyciła się jej. Dłoń była twarda i silna. Taka, jaka powinna być dłoń 

mężczyzny.

- Jeszcze raz dziękuję. Mam na imię Kate.

- Brody. - Podał jej mały niebieski samochodzik. - Chcesz kupić auto?

- Nie dzisiaj. Tak sobie oglądam wszystko. Może coś mi wpadnie w oko... - Znów się 

uśmiechnęła.

Brody  z  największym  trudem  powstrzymał   się  od gwizdania.   Kobiety  czasami   go 

podrywały, ale nigdy tak jawnie. On zresztą nie zwracał na nie uwagi. Nie był z kobietą od... 

No cóż, stanowczo za długo.

- Kate. - Oparł się o półkę. Pomyślał, że to nawet zabawne, gdy ciało tak szybko 

przypomina   sobie   odpowiednie   ruchy,   jakby   nigdy   tego   rytuału   nie   przerywało.   -   Może 

byśmy...

- Katie! Nie wiedziałam, że przyszłaś. - Natasza Kimball szybko szła przez sklep. 

background image

Niosła olbrzymią zabawkę: samochód z gruszką do cementu.

- Mam dla ciebie niespodziankę - oznajmiła Kate.

- Uwielbiam niespodzianki, ale najpierw obowiązki. Proszę, Brody, tak jak obiecałam. 

Przywieźli to w poniedziałek i odłożyłam dla ciebie.

- Fantastyczna. - Dwuznaczny uśmieszek ustąpił miejsca uśmiechowi zadowolenia. - 

Rewelacyjna. Jack zwariuje z radości.

- Ta firma robi zabawki z wielką dbałością o szczegóły. Tym autem będzie się bawił 

przez kilka lat, a nie tylko przez pierwszy tydzień po Gwiazdce. Widzę, że już poznałeś moją 

córkę. - Natasza przytuliła do siebie Kate.

Brody oderwał wzrok od samochodu.

- To jest pani córka?

A więc to jest ta tancerka, pomyślał. Dlaczego od razu się nie domyśliłem? Przecież to 

widać.

- Poznaliśmy się przed chwilą. Przy okazji niewielkiego wypadku samochodowego. - 

Kate wciąż się uśmiechała. Na pewno tylko jej się zdawało, że poczuła chłód. - Jack to twój 

siostrzeniec?

- To mój syn.

- Ach, tak. - W wyobraźni zrobiła wielki krok do tyłu.

Ależ ten facet jest bezczelny, pomyślała. Ma żonę, a mimo to śmie ze mną flirtować! 

Bo to przecież nie ma żadnego znaczenia, kto pierwszy zaczął. Ja nie mam męża, więc mi 

wolno.

- Na pewno bardzo mu się spodoba - powiedziała, tym razem chłodno. Odwróciła się 

do matki. - Mamo...

- Wiesz, Kate, opowiedziałam Brody'emu o twoich planach. Pomyślałam sobie, że 

mógłby rzucić okiem na ten twój dom.

- Po co?

- Brody ma firmę budowlaną i doskonale zna się na stolarce. To właśnie on w zeszłym 

roku wyremontował gabinet twojego ojca. I obiecał przyjrzeć się mojej kuchni. Moja córka 

zawsze musi mieć wszystko, co najlepsze - wyjaśniła Brody'emu Natasza. Oczy jej się śmiały. 

- Więc oczywiście pomyślałam o tobie.

- Jestem bardzo zobowiązany.

- Niepotrzebnie. Polecam jej ciebie, ponieważ wiem, że robisz bardzo dobrą robotę za 

rozsądną cenę. - Uścisnęła jego rękę. - Oboje ze Spence'em będziemy ci bardzo wdzięczni, 

jeśli zechcesz się tym zając.

background image

- Po co ten pośpiech, mamo? Ale, ale, czy wiesz, że znalazłam w tym starym domu 

coś dziwnego? Jest przy wejściu i czaruje Annie.

- Co takiego? Brandon? Dlaczego mi nie powiedziałaś?

Natasza wybiegła z działu motoryzacyjnego.

- Miło cię było poznać - powiedziała Kate.

- Mnie także. Jak będziesz chciała mi pokazać ten budynek, to do mnie zadzwoń.

-   Oczywiście.   -   Ustawiła   na   półce   mały   samochodzik,   który   od   niego   dostała.   - 

Twojemu synowi na pewno spodoba się ta betoniarka. Czy to twoje jedyne dziecko?

- Tak. Mam tylko Jacka.

- Na pewno oboje z żoną poświęcacie mu bardzo dużo czasu. Ja też nie mam go zbyt 

wiele. Przepraszam, ale...

- Matka  Jacka zmarła  cztery lata temu.  Ale ja  rzeczywiście  poświęcam  mu wiele 

czasu.   Uważaj   na   zakrętach,   Kate.   -   Wpakował   sobie   pod   ramię   pudełko   z   betoniarką   i 

odszedł.

- Ale się narobiło - mruknęła Kate. - Strasznie się wygłupiłam.

Zdaniem   Brody'ego   największą   zaletą   posiadania   własnego   przedsiębiorstwa   była 

niezależność. Prowadzenie firmy nie raz przysparzało mu bólu głowy: sterty dokumentów, 

odpowiedzialność, szukanie zamówień. Ale niezależność, zwłaszcza możliwość dowolnego 

dysponowania czasem, rekompensowała wszystkie niedogodności.

Przez ostatnie sześć lat Brody miał tylko jeden priorytet. Na imię mu było Jack.

Schował   betoniarkę   do   furgonetki   i   pojechał   do   klienta   sprawdzić,   jak   postępują 

roboty   remontowe.   Potem   jeszcze   zadzwonił   do   dostawcy,   by   mu   przypomnieć,   jakich 

materiałów   będzie   koniecznie   potrzebował   na   jutro,   zawiózł   potencjalnemu   klientowi 

orientacyjny kosztorys remontu łazienki i wrócił do domu.

W poniedziałki, środy i piątki przyjeżdżał do domu przed szkolnym autobusem. We 

wtorki i czwartki oraz w razie nieprzewidzianych komplikacji Jacka dostarczano do państwa 

Skully,   gdzie   spędzał   popołudnie   na   zabawie   ze   swym   najlepszym   przyjacielem   Rodem. 

Oczywiście pod bacznym okiem Beth Skully, matki Roda.

Brody był bardzo wdzięczny Beth i Jerry'emu Skullym. Ich dom stał się miejscem, w 

którym Jack mógł bezpiecznie i szczęśliwie spędzać czas, gdy nie miał się kto nim zająć we 

własnym   domu.   W   ciągu   tych   dziesięciu   miesięcy,   jakie   minęły   od   ich   powrotu   do 

Shepherdstown, Brody niemal codziennie myślał  o tym,  jak spokojnie  żyje się w małym 

mieście.

Miał trzydzieści lat i wciąż nie mógł się nadziwić tamtemu młodemu mężczyźnie, 

background image

który zaledwie dziesięć lat temu uciekał z tego miasteczka tak szybko aż się za nim kurzyło.

No i chwała Bogu, pomyślał, skręcając w ulicę przy której stał jego dom. Gdybym 

stąd nie wyjechał gdybym nie chciał tak bardzo zostawić swego śladu gdzieś indziej, nigdy 

bym  się nie nauczył  tego wszystkiego, co umiem, nigdy nie poznałbym  życia  tak jak je 

poznałem. Nie spotkałbym Connie i nie miałbym Jacka.

Jego życie zatoczyło pełne koło. Prawie pełne ,bo jeszcze nie pogodził się całkiem z 

rodzicami, choć i w tej sprawie zrobił już pewne postępy, A raczej zrobił je Jack. Ojciec 

Brody'ego nadal miał żal do syna, ale nie potrafił się oprzeć wnukowi.

Brody   patrzył   na   las   rosnący   po   obu   stronach   szosy   Z   ołowianego   nieba   powoli 

spłynęło na ziemię kilka płatków śniegu.

Dobrze, że wróciłem, pomyślał. To dobre miejsce na wychowywanie chłopca. Lepiej 

dla nas obu że wyjechaliśmy z dużego miasta, że zaczęliśmy wszystko od nowa tutaj, gdzie 

mamy rodzinę. Jack ma tu babcię i dziadka. Są całkiem zwyczajni, ale kochają go za to, jaki 

jest, widzą w nim małego chłopca a nie pamiątkę po nieodżałowanej stracie.

Skręcił   w   swoją   uliczkę,   zawrócił,   wyłączył   silnik   Autobus   nadjedzie   za   chwilę, 

wyskoczy z niego Jack podbiegnie do furgonetki i wdrapie się do kabiny. Od razu zacznie 

opowiadać o wszystkim, co mu się przydarzyło tego dnia w szkole.

Szkoda, że ja mu nie mogę opowiedzieć o wszystkim, co mnie spotkało, pomyślał 

nieco ubawiony Brody.

Przecież nie może powiedzieć sześcioletniemu synowi, że po raz pierwszy od wielu lat 

jakaś kobieta zrobiła na nim wrażenie. I to nie byle jakie. Musi sobie sam z tym poradzić, sam 

musi się zastanowić, co z tym fantem zrobić.

Naprawdę długo obywał się bez kobiet. Zresztą co w tym złego, że znów zaczął o nich 

myśleć, że znów jedną z nich zauważył? Zwłaszcza że ta kobieta nie krępowała się zrobić 

pierwszego kroku.

Czemu by nie, myślał. Krótki taniec godowy, kilka cywilizowanych randek, a potem 

już nieco mniej cywilizowany seks. Każdy dostałby to, czego chce, i nikt by na tym  nie 

ucierpiał. Mruknął coś pod nosem, roztarł zesztywniały kark. Dobrze wiedział, że nigdy nie 

jest tak idealnie, że zawsze ktoś traci, może nawet cierpi.

A jednak  zaryzykowałby,  gdyby  nie chodziło o Kate Kimball,  ukochaną córeczkę 

Nataszy i Spence'a Kimballów. Już raz popełnił ten błąd i nie zamierzał go powtarzać.

Dużo   wiedział   o   Kate.   Primabalerina,   ulubienica   wyższych   sfer,   jedna   z 

najjaśniejszych   gwiazd   na   firmamencie   nowojorskiego   światka   artystycznego.   A   Brody 

wolałby dać sobie wyrwać wszystkie zęby za jednym zamachem, niż oglądać przedstawienie 

background image

baletowe. Dość miał ukulturalniania, jakie musiał przejść podczas trwania swego krótkiego 

małżeństwa.

Connie była wyjątkową kobietą. Naturalna minio otaczającej ją pompatyczności. A 

jednak było mu ciężko. Nie wiedział, jak długo jeszcze chciałoby im się wspólnie wyrąbywać 

drogę przez tę towarzyską dżunglę.

Bardzo kochał Connie, lecz życie z nią nauczyło go, że łatwiej się żyje, gdy żyje się 

wśród swoich, a jeszcze łatwiej, gdy mężczyzna unika wszelkich poważnych związków z 

kobietami.

Dobrze się stało, że nam przerwano, nim zdążyłem zaprosić Kate Kimball na randkę, 

pomyślał.

Wielki żółty autobus zatrzymał  się z jękiem hamulców, włączył światła awaryjne. 

Kierowca zasalutował żartobliwie. Brody oddał salut i patrzył, jak jego domowa błyskawica 

wystrzeliwuje z autobusu.

Jack był niedużym chłopcem, lecz uwagę przykuwały jego wielkie stopy, jakby na 

wyrost.   Miał   roześmianą   okrągłą   buzię,   zielone   oczy,   takie   same   jak   Brody,   i   niewinny 

uśmiech małego dziecka. A kiedy ściągał czerwoną narciarską czapeczkę, a robił to, kiedy 

tylko mógł, wyskakiwała spod niej burza bardzo jasnych włosków.

Był już prawie przy samochodzie ojca, gdy nagle zwolnił biegu, odchylił głowę do 

tyłu i próbował schwytać na język jeden z leniwie spadających z nieba płatków śniegu.

Brody patrzył na syna, czuł, jak serce wzbiera mu miłością. Ta miłość była w jego 

życiu najważniejsza, ona zajmowała mu najwięcej czasu. Nie chciał tego zmieniać.

Drzwi  furgonetki otworzyły  się gwałtownie i już po chwili roześmiany chłopczyk 

wdrapywał się na siedzenie obok kierowcy. Przywodził na myśl rozradowanego szczeniaka o 

zbyt wielkich łapach.

- Cześć, tato! Śnieg! Może napada dwa metry i nie będzie lekcji, i ulepimy w ogródku 

milion bałwanów, i pójdziemy na sanki. - Rozpierająca go radość życia nie pozwalała ani 

chwili usiedzieć spokojnie na miejscu. - Pójdziemy?

-   Jak   tylko   napada   dwa   metry   śniegu,   natychmiast   zaczniemy   lepić   pierwszego   z 

miliona bałwanów.

- Słowo?

- Słowo honoru - odparł Brody. Dotychczas nigdy nie złamał danego synowi słowa i 

miał nadzieję, że tak będzie zawsze.

- Fajnie. Wiesz co?

- Co takiego? - Brody włączył silnik, jechał powoli w stronę domu.

background image

- Do Gwiazdki zostało tylko  piętnaście dni, a pani Hawkins powiedziała, że jutro 

będzie już tylko czternaście, a czternaście dni to dwa tygodnie.

- To chyba znaczy, że jeśli od piętnastu odejmiemy jeden, to zostanie czternaście.

-   Naprawdę?   -   Jack   aż   oczy   otworzył   ze   zdumienia,   ale   nie   chciał   się   tym   teraz 

zajmować. Miał ważniejsze sprawy na głowie. - Za dwa tygodnie jest Gwiazdka, a babcia 

mówi, że czas szybko ucieka, więc właściwie Gwiazdka jest już teraz.

- Właściwie tak.

Brody zatrzymał  auto przed starym dwupiętrowym  domem. Wiedział, że przyjdzie 

dzień, gdy cały dom zostanie wyremontowany, ale na razie jest jaki jest. Najważniejsze, że 

daje się w nim mieszkać.

- Jeśli właściwie już jest Gwiazdka, to może mógłbym dzisiaj dostać prezent.

-   Bo   ja   wiem...   -   Brody   udawał,   że   się   zastanawia.   -   Całkiem   nieźle   to   sobie 

wymyśliłeś, ale nie dostaniesz dziś prezentu. Musisz poczekać do Gwiazdki.

- Ojej.

- Ojej - powtórzył Brody tym samym żałosnym tonem, a potem się roześmiał i porwał 

synka  na ręce. - Ale jeśli dasz mi buzi, to zrobię na kolację Wspaniałą Magiczną  Pizzę 

O'Connellów.

- Fajnie! - Jack przytulił się do ojca, pocałował go w policzek.

Brody'emu już nic więcej do szczęścia nie brakowało.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

-   Denerwujesz   się?   -   Spencer   Kimball   przyglądał   się,   jak   córka   nalewa   kawę   do 

filiżanki.

Wyglądała jak zwykle świetnie. Burzę czarnych włosów zaczesała w koński ogon, 

który sięgał do połowy pleców. Ciemnoszare spodnie i żakiet doskonale na niej leżały.

Była bardzo piękna. I dorosła. Spence nie rozumiał, dlaczego tak mu ciężko na sercu 

za każdym razem, kiedy zdaje sobie sprawę, że jego dzieci są już dorosłe.

- Dlaczego miałabym się denerwować? Chcesz jeszcze trochę kawy, tato?

- Tak, proszę. - Podsunął swój kubek. - Dlaczego? - powtórzył. - To ważny dzień w 

twoim   życiu.   Za   kilka   godzin   staniesz   się   właścicielką   domu.   Zaczniesz   doświadczać 

wszystkich radości i smutków, jakie się z tym wiążą.

- Nie mogę się doczekać. - Kate usiadła przy stole i zaczęła dłubać w rogaliku, który 

sobie przygotowała. - Dokładnie sobie to wszystko przemyślałam.

- Jak zwykle.

- Aha. Może nie powinnam angażować w tę inwestycję tak dużej części oszczędności, 

ale widzisz, tatku, ja dość mocno stoję na nogach i nie planuję kłopotów finansowych. Co 

najmniej na trzy najbliższe lata.

- Wiem. - Spence przyglądał się córce. - Masz smykałkę do interesów. Zupełnie jak 

twoja matka.

- A po tobie odziedziczyłam dar nauczania. W Nowym Jorku czasami dawałam lekcje 

tańca. Całkiem nieźle sobie radziłam. - Dolała do kawy troszkę śmietanki. - Ale swoją szkołę 

będę miała tutaj.

Kate odłożyła na talerz rogalik i wzięła do ręki kubek z kawą.

- Nazwisko Kimball jest w naszym mieście szanowane, a ja jestem bardzo znana w 

świecie tańca. Dwadzieścia lat ciężkiej pracy nie poszło na marne.

- Na pewno masz rację.

Westchnęła. Ojca nie można  było  oszukać.  Znał ją na wylot.  Był  dla  niej  opoką, 

zawsze mogła się na nim oprzeć.

- No dobrze, bardzo się denerwuję - przyznała. - Wiesz, jak to jest, kiedy człowiek 

czuje jakby łaskotanie w żołądku?

- Wiem.

- Ostatni raz tak się denerwowałam, kiedy po raz pierwszy w życiu miałam zatańczyć 

solo na prawdziwej scenie.

background image

- To dlatego, że od tamtej pory nigdy nie wątpiłaś w swój talent. Teraz wchodzisz na 

nieznany teren, kochanie. - Położył dłoń na jej dłoni. - Masz prawo się denerwować. Prawdę 

mówiąc, niepokoiłbym się, gdyby było odwrotnie.

- Niepokoisz się też, że popełniam wielki błąd.

- Nie, to nie żaden błąd. - Lekko uścisnął jej dłoń. - Jeszcze tego nie wiesz, więc ci 

powiem, że ojcowie też się czasem czegoś boją. Ja na przykład trochę się boję, że za kilka 

miesięcy zatęsknisz za występami, że zacznie ci brakować zespołu i stylu życia, do jakiego 

przywykłaś. Jakaś część mnie wolałaby więc, żebyś  jeszcze trochę zaczekała z decyzją o 

porzuceniu sceny. Za to druga część bardzo się cieszy, że wróciłaś do domu.

- Możesz się uspokoić. Jeśli na coś się decyduję, nie rezygnuję z byle powodu.

- Wiem.

Właśnie to najbardziej martwiło Spence'a, ale nie zamierzał mówić o tym córce.

Ugryzła rogalik, uśmiechnęła się lekko. Wiedziała, jak zmienić niewygodny temat.

- Powiedz, jak chcecie przebudować kuchnię - poprosiła.

Ojciec westchnął, jego przystojna twarz nieco pobladła.

- Ja się do tego nie wtrącam. - W panice rozejrzał się po kuchni, przeczesał palcami 

lekko siwiejące włosy. - Twoja matka uparła się, żeby wszystko tutaj zmienić. To nowe, 

tamto nowe. A ten Brody O'Connell jeszcze jej przytakuje i podsuwa nowe pomysły. Czy tej 

kuchni czegoś brakuje?

- Może chodzi o to, że od ponad dwudziestu lat nic się w niej nie zmieniło.

- No i co z tego? Komu to przeszkadza? Kuchnia jest w porządku. Wygodna i w 

ogóle... Ale ten musiał jej pokazać katalogi.

Uśmiechnęła   się,   słysząc   żal   w   głosie   ojca.   Jakby   mówił   o   zdradzie   serdecznego 

przyjaciela.

- Podły drań - powiedziała ze zrozumieniem.

- Planują jakieś łuki, wielkie okna. Przecież mamy okno. - Wskazał palcem okno nad 

zlewem. - Nic mu nie brakuje. Można sobie przez nie wyglądać, ile dusza zapragnie. Moim 

zdaniem   ten   chłopak   uwiódł   moją   żonę   perspektywą   marmurowych   blatów   i   dębowych 

szafek.

- Dębowe szafki, powiadasz. Rzeczywiście, bardzo seksowne. - Kate się roześmiała, 

oparła łokcie na stole. - Opowiedz mi o tym O'Connellu, tatku.

- Jest świetnym fachowcem. Ale to wcale nie oznacza, że może tu przyjść, kiedy mu 

się spodoba, i demolować moją kuchnię.

- Dawno tutaj mieszka?

background image

- Wychował się w tym mieście. Jego ojciec ma firmę hydrauliczną, Ace's Plumbing. 

Może obiło ci się o uszy? Brody wyjechał stąd, kiedy skończył dwadzieścia lat. Mieszkał w 

Waszyngtonie, pracował w budownictwie.

Po dobroci nic mi nie powie, pomyślała Kate. Trzeba go trochę przycisnąć, inaczej 

niczego się nie dowiem.

- Podobno ma synka.

- No. Mały Jack to prawdziwe żywe srebro. Żona Brody'ego umarła kilka lat temu. 

Chyba rak. Mam wrażenie, że wrócił, bo chciał, żeby mały miał rodzinę. Osiedlił się tu mniej 

więcej rok temu, założył firmę. Ma bardzo dobrą opinię. Na pewno zrobi ci remont tak jak 

trzeba.

Kate pomyślała, że chciałaby zobaczyć Brody'ego w pasie na narzędzia. Ciekawe, jak 

też on w tym wygląda. Mogłaby pójść o zakład, że fantastycznie.

Po   wszystkim.   Żołądek   jeszcze   się   nie   uspokoił,   lecz   Kate   już   była   właścicielką 

wielkiego,   pięknego   i   zrujnowanego   domu   w   niewielkim   miasteczku   uniwersyteckim 

Shepherdstown w Wirginii Zachodniej.

Budynek   znajdował   się   o   kilka   kroków   od   jej   rodzinnego   domu,   od   sklepu   z 

zabawkami jej matki, od uniwersytetu, w którym uczył jej ojciec. Kate była otoczona rodziną, 

przyjaciółmi i sąsiadami.

Trochę się przeraziła. Wcześniej wcale o tym nie myślała. Wszyscy mnie tu znają. 

Wszyscy będą obserwować, czy mi się powiedzie, czy będę miała trudności, a może całkiem 

się rozłożę. Dlaczego nie zakładam szkoły gdzieś w Utah czy Nowym Meksyku? Gdzieś, 

gdzie nikt mnie nie zna, gdzie nikt niczego po mnie nie oczekuje?

Wiedziała, że to idiotyczne. Postanowiła otworzyć szkołę właśnie tutaj, bo tu był jej 

dom. Chciała być w domu i wróciła do domu. Koniec i kropka.

Nie będzie żadnego rozkładania się, postanowiła.

Zatrzymała samochód przed swoim własnym, dopiero co kupionym domem.

Wiedziała,   że  odniesie   sukces.   Choćby  dlatego,  że   sama  zadba   o  każdy  szczegół. 

Wszystko będzie robić systematycznie i po kolei, tak jak dotąd. I będzie harować jak wół, 

żeby dopiąć swego. Tak jak dotąd.

Na pewno nie zawiedzie rodziców. Nikogo nie zawiedzie.

Najważniejsze, że dom jest mój, pomyślała. No i troszeczkę banku, ale to się kiedyś 

zmieni.

Weszła po schodach, po swoich własnych schodach, przemierzyła  niewielki, nieco 

zapadnięty ganek i otworzyła drzwi do swej przyszłości.

background image

Śmierdziało kurzem i pajęczynami.

To   przejściowe,   pomyślała,   stawiając   torbę   na   brudnej   podłodze.   Już   wkrótce 

wszystko   tutaj   zacznie   się   zmieniać.   Niedługo   będzie   śmierdziało   pyłem   z   rozbijanych 

tynków, potem cementem, a wreszcie świeżą farbą.

Trzeba się tylko rozejrzeć za jakąś porządną firmą.

Szła   przez   wielki   pokój.   Specjalnie   mocno   stawiała   nogi.   Chciała   usłyszeć   echo 

swoich kroków w tej pięknej, bardzo akustycznej sali. Dopiero po chwili zauważyła stojący 

na środku pokoju radiomagnetofon. Podbiegła do niego, zdjęła przyklejoną do niego kartkę.

Uśmiechnęła się. Rozpoznała charakter pisma matki.

Rozerwała   kopertę,   wyciągnęła   kartkę,   na   której   widniała   tancerka   stojąca   przy 

drążku.

„Gratulujemy   ci,   Katie!   A   to   mały   prezencik   na   nowe  mieszkanie.   Żebyś   zawsze 

mogła słuchać muzyki.

Całusy od mamy, taty i Brandona”.

- Kochani! - zawołała wzruszona do głębi serca. - Zawsze można na was liczyć.

Przykucnęła,   włączyła   magnetofon.   Usłyszała   znajome   dźwięki.   To   była   jedna   z 

pierwszych kompozycji jej ojca, ulubiona melodia Kate.

Dobrze pamiętała, jak była dumna i jaka przejęta, kiedy po raz pierwszy tańczyła ten 

utwór na nowojorskiej scenie. Kimball tańcząca do muzyki Kimballa.

Zdjęła płaszcz, zrzuciła pantofle.

Najpierw powoli wyciągnęła się w górę, jak tylko mogła najwyżej. Napięte mięśnie 

drżały, lecz trzymały ją w tej pozycji. Ugięła kolano, zaczęła się obracać. Najpierw powoli, 

potem coraz szybciej. I seria piruetów. Niezbyt szybkich.

Sunęła wokół obskurnej sali, powtarzała świetnie znane ruchy. Muzyka wypełniała 

przestrzeń, kierowała ruchami tancerki. Kiedy zmieniła się z nastrojowej na pełną pasji, kroki 

Kate też stały się szybsze, bardziej agresywne. Arabeska, potrójny piruet i ballottes.

Wypełniała ją radość tańca, radość muzyki. Gumka spinająca koński ogon zsunęła się 

z włosów, ale Kate nawet tego nie zauważyła. Grande jęte. I jeszcze raz. I jeszcze. Można by 

tak fruwać całą wieczność. Jeśli potrafi się latać.

Utwór kończył się radośnie, szybkimi obrotami fouette. A potem bezruch.

Kate zastygła jak rzeźba. Z jedną ręką wzniesioną do góry, drugą wygiętą do tyłu.

- Powinienem cię teraz obrzucić różami, ale niestety, nie przyniosłem.

I tak była zdyszana, ale to nagłe wtargnięcie obcego człowieka przyprawiło ją niemal 

o   palpitację.   Przycisnęła   dłonią   serce,   które   dudniło   oszalałym   rytmem,   i   dysząc   ciężko, 

background image

patrzyła na Brody'ego.

Stał   w   otwartych   drzwiach   z   rękami   w   kieszeniach.   Przy   nim   na   podłodze   stała 

skrzynka z narzędziami.

-   Jesteś   mi   winien   róże   -   powiedziała   z   niemałym   trudem.   -   Najbardziej   lubię 

czerwone. Śmiertelnie mnie wystraszyłeś.

- Przepraszam. Nie zamknęłaś drzwi i chyba nie usłyszałaś, jak pukałem.

Na   pewno   by   nie   usłyszała,   pomyślał,   więc   naprawdę   nie   ma   znaczenia,   że   nie 

przyszło mi do głowy, żeby zapukać.

Kiedy zajrzał przez okno i zobaczył tańczącą Kate, w ogóle przestał myśleć. Po prostu 

wszedł do środka. Kobieta,  która tak wygląda,  która się tak porusza, potrafi  zawrócić w 

głowie każdemu mężczyźnie. Przypuszczał, że Kate doskonale o tym wie.

-   Nic   nie   szkodzi.   -   Odwróciła   się,   wyłączyła   magnetofon.   -   Właśnie   położyłam 

kamień węgielny pod nową szkołę. Chociaż wygląda to znacznie lepiej, kiedy tańczy się w 

kostiumie, przy odpowiednim oświetleniu...

Poprawiła potargane włosy. Nie mogła odżałować, że oszalałego serca nie da się tak 

łatwo opanować.

- W czym mogę pomóc?

Podszedł do niej. Po drodze pochylił się, żeby podnieść leżącą na podłodze gumkę.

- Zgubiłaś.

- Dzięki. - Wsunęła gumkę do kieszeni.

Brody   wolałby,   żeby   związała   włosy.   I   tak   niezwykle   na   niego   działała.   Była 

zarumieniona, potargana i... stanowczo za blisko.

- Odnoszę wrażenie, że się mnie nie spodziewałaś.

- Nie spodziewałam się, ale lubię niespodzianki. Zwłaszcza gdy ta niespodzianka ma 

takie piękne zielone oczy, dodała w myślach.

- Twoja matka prosiła, żebym wpadł i rzucił okiem na ten dom.

- Ach, więc to jeszcze jeden prezent na nowe mieszkanie.

- Nie rozumiem.

- Nieważne.

Pochyliła   głowę.   Tancerze   znają   się   na   mowie   ciała,   więc   nie   miała   kłopotu   z 

rozszyfrowaniem Brody'ego. Był sztywny, jakby się czegoś bał, jakby spodziewał się ataku. I 

bardzo uważał, żeby się do niej zanadto nie zbliżyć.

- Czy ty się mnie boisz, czy tylko cię irytuję?

- Nie znam cię na tyle dobrze, żeby się ciebie bać, ani nawet na tyle, żeby się irytować.

background image

- Chciałbyś to zmienić?

- Posłuchaj... - zaczął, choć nie bardzo wiedział, co miałby powiedzieć potem.

-   Nie   złość   się.   -   Kate   machnęła   ręką.   Nawet   nie   wiedziała,   że   wybawiła   go   z 

krępującej sytuacji. Tylko pożałowała, że Brody jest taki staroświecki. Ona wolała mówić o 

wszystkim wprost, on widocznie miał na ten temat inne zdanie. - Uważam, że jesteś bardzo 

atrakcyjny.   Odniosłam   wrażenie,   że   ja   też   ci   się   spodobałam.   Przynajmniej   z   początku. 

Widocznie się pomyliłam.

- Zawsze zaczepiasz obcych w sklepie z zabawkami?

Szybko zamrugała powiekami. Sprawił jej przykrość i bardzo zdenerwował.

- No cóż... - Wzruszyła ramionami.

- Przepraszam. - Wyciągnął obie ręce. Był z siebie bardzo niezadowolony. - Paskudnie 

się   zachowałem.   Chyba   rzeczywiście   trochę   mnie   irytujesz.   Ale   to   nie   twoja   wina. 

Wyszedłem z wprawy, zwłaszcza jeśli chodzi o... agresywne kobiety. Powiedzmy, że w tej 

chwili nie jestem do wzięcia.

- To dla mnie straszny cios - zakpiła Kate. - Już wybrałam sobie obrączkę. Mam 

nadzieję, że jakoś to przeżyję.

- Na pewno. - Brody się uśmiechnął.

Kate pomyślała, że ma bardzo miły uśmiech. Szkoda, że tak rzadko z niego korzysta. 

Przynajmniej w jej obecności.

- No dobrze, sprawy osobiste mamy za sobą - powiedziała - więc możemy przejść do 

interesów. Co myślisz o tym wnętrzu?

Brody wreszcie się uspokoił. To był temat, na którym się znał. Znowu poczuł pod 

nogami twardy grunt.

- Fantastyczny stary dom. Ma charakter, mocne fundamenty i solidną konstrukcję. 

Przetrwa wieki.

Zniecierpliwienie, które jeszcze przed chwilą odczuwała, prysło jak bańka mydlana. 

Zrobiło jej się ciepło koło serca.

- No właśnie - powiedziała uradowana. - Teraz cię kocham.

Brody nie posiadał się ze zdumienia. Na wszelki wypadek nawet się cofnął i w tej 

samej chwili usłyszał śmiech Kate.

- Rany! Ty rzeczywiście wyszedłeś z wprawy. Nie rzucę ci się zaraz w ramiona, choć 

nie ukrywam, że mam na to wielką ochotę. Powiedziałam to tylko dlatego, że jesteś pierwszą 

osobą, która myśli o tym domu dokładnie to samo co ja. Dotąd wszyscy uważali, że skoro 

pakuję tyle pieniędzy w taką ruinę, to znaczy, że mi rozum odjęło.

background image

- To dobra inwestycja - przyznał. - Oczywiście jeśli dobrze się do tego zabrać.

- A nie mógłbyś mi powiedzieć, jak się do tego zabrać, żeby było dobrze?

- Przede wszystkim sprawdziłbym centralne ogrzewanie. Zimno tu jak w psiarni.

-   Już   to   słyszałam.   -   Kate   uśmiechnęła   się.   -   Ogrzewanie   jest   w   piwnicy.   Może 

rzuciłbyś na nie okiem?

Zeszła z nim na dół. Brody nie spodziewał się tego po niej. Nie krzyknęła na widok 

uciekającej   w   popłochu   myszy,   nawet   się   nie   wzdrygnęła,   widząc   wylinkę   węża,   który 

zapewne kiedyś w jej piwnicy pożywiał się myszami. A przecież powinna. Przynajmniej Bro-

dy tak uważał.

Z jego doświadczenia wynikało, że kobiety - zwłaszcza piękne kobiety - nienawidzą 

wszystkiego, co pełza i ma więcej niż cztery nogi. Ale Kate tylko zmarszczyła nos, wyjęła z 

kieszeni żakietu mały notesik i coś sobie w nim zapisała.

Do piwnicy wpadało niewiele światła, powietrze było gęste i stojące, podłoga z ubitej 

ziemi, a bardzo stary kocioł centralnego ogrzewania do niczego się nie nadawał.

Brody jej to powiedział, a potem wyjaśnił, jakie ma możliwości, przedstawił wszystkie 

wady i zalety różnych systemów ogrzewania: elektrycznego, gazowego i olejowego. Mówił o 

wydajności, o kosztach inwestycji i kosztach eksploatacji.

Uważał, że równie dobrze mógłby mówić do niej po grecku, więc zaproponował, że 

przyśle katalogi jej ojcu.

- Mój tata jest kompozytorem - przypomniała mu bardzo grzecznie Kate. - Dlaczego 

myślisz, że zrozumie to wszystko lepiej niż ja? Bo jest mężczyzną?

Brody namyślał się chwilę.

- Tak - powiedział w końcu. - Tak właśnie uważam.

- Źle uważasz. Możesz te katalogi przysłać bezpośrednio do mnie, chociaż po twoim 

wykładzie już teraz skłaniam się bardziej do ogrzewania na parę. Mam wrażenie, że jest 

prostsze w obsłudze. Poza tym w tym przypadku będzie tańsze, bo wszystkie rury i grzejniki 

już są zainstalowane. Chciałabym, żeby ten dom nadawał się do mieszkania i był atrakcyjny, 

ale jednocześnie chcę zachować jak najwięcej z jego oryginalnego charakteru. Poza tym jest 

tu dodatkowe źródło ciepła, z którego będzie można skorzystać w razie potrzeby. Trzeba 

tylko przejrzeć te wszystkie kominki, ponaprawiać...

Mówiła to lodowatym tonem, ale Brody'emu to wcale nie przeszkadzało. Zwłaszcza że 

mówiła rozsądnie.

- Ty tu jesteś szefem - powiedział.

- No właśnie.

background image

- Masz pajęczynę we włosach, szefie.

-   Ty   też.   Trzeba   oczyścić   tę   piwnicę   i   wylać   cement.   Taka   ziemna   podłoga   jest 

wprawdzie   bardzo  oryginalna,  ale   całkowicie  niepraktyczna.  Trzeba   się  pozbyć   stąd tych 

gryzoni i wszystkich innych żywych stworzeń. I zainstalować lepsze oświetlenie. Jak się to 

wszystko zrobi, będzie tu można urządzić jakiś składzik.

- Dobrze. - Brody wyjął notes i ołówek, zapisał sobie wszystkie polecenia Kate.

Ona tymczasem wyszła z piwnicy. Brody pośpieszył za nią.

- Te schody nie muszą być ładne - mówiła, idąc na górę - ale muszą być bezpieczne.

- Będą bezpieczne. Wszystko zgodnie z przepisami. Ja inaczej nie pracuję.

- Dobrze wiedzieć. Teraz pokażę ci, co bym chciała zrobić na parterze.

Jasno wyłożyła mu swe potrzeby, ze szczegółami. Brody słuchał jej z uznaniem. Nie 

chciała   po   prostu   wybebeszyć   całego   budynku,   tylko   wykorzystać   wszystkie   jego 

dziwaczności, zachować wiekowy czar.

Chciała   przebudować   kuchnię.   Kuchnia   miała   być   mniejsza,   a   pozostałą   po   niej 

przestrzeń należało zamienić na gabinet.

Pomieszczenia, które z biegiem lat zmieniały swoje przeznaczenie i z eleganckich 

sypialni, jakimi były z początku, przeistoczyły się w magazyny, miały się stać garderobami. 

Trzeba było wybudować blaty, zamontować lustra, a wnęki obudować szafami.

- Trochę to wszystko zbyt wyszukane jak na szkołę baletową w małym mieście.

- To nie jest wyszukane, tylko zwyczajne. Takie powinno być. A jeśli chodzi o te dwie 

łazienki... - Zatrzymała się przy drzwiach umieszczonych jedne obok drugich.

-   Jeśli   chcesz   je   powiększyć   i   przebudować,   to   najlepiej   zlikwidować   dzielącą   je 

ścianę.

- Tancerze nie są tak bardzo wstydliwi jak inni ludzie, ale koedukacyjna łazienka to 

już byłaby przesada.

-   Koedukacyjna?   -   Brody   spojrzał   na   nią   znad   notatnika.   -   Chcesz   uczyć   tańca 

chłopców? - Uśmiechnął się z niedowierzaniem. - Co oni tu będą robili?

- Nie słyszałeś o Barysznikowie? O Davidovie? - Kate była przyzwyczajona do takich 

idiotycznych uwag, więc i tym razem zupełnie się nie przejęła. - Każdy dobry tancerz jest 

nieporównywalnie silniejszy i bardziej wytrzymały niż jakikolwiek mężczyzna uprawiający 

typowo męski sport.

- Sportowcy nie noszą spódniczek.

Kate   westchnęła.   Skoro   zdecydowała   się   na   założenie   szkoły  baletowej   w   małym 

miasteczku, musiała się liczyć z takim postawami.

background image

-   Może   się   zdziwisz,   ale   tancerze   wcale   nie   są   zniewieściali.   Moim   pierwszym 

kochankiem był pierwszy tancerz. Jeździł harleyem, a grande jęte skakał wyżej niż Michael 

Jordan skacze podczas meczu. No, ale Jordan nie nosi rajstop. Tylko śmieszne majteczki.

- Spodenki - poprawił ją Brody. - Spodenki do koszykówki.

- Sam widzisz, że chodzi tylko o strój - stwierdziła i zaraz wróciła do porzuconego na 

chwilę tematu.

-   Muszą   być   dwie   łazienki.   Nowe   kabiny   prysznicowe,   nowe   umywalki,   nowe 

podłogi. W każdej łazience jedna umywalka ma być umieszczona tak nisko, żeby mogło z 

niej korzystać dziecko. Białe wykończenia. Ma być czysto i bez ostrych krawędzi.

- Wiem, o co chodzi.

- Zostało jeszcze piętro. - Pokazała wiodące na górę schody, które znajdowały się na 

końcu korytarza.

- Tam urządzę sobie mieszkanie.

- Chcesz mieszkać nad szkołą?

-   Owszem.   Chcę   tutaj   mieszkać,   oddychać,   jeść   i   pracować.   Bez   tego   nie   da   się 

zmienić pomysłu w fakt dokonany. Chodź, pokażę ci, jak ma wyglądać mieszkanie.

Brody   musiał   przyznać,   że   miała   świetne   pomysły.   Projekt   mieszkania,   jaki   mu 

przedstawiła, był bez zarzutu.

Życzyła sobie zachować i odrestaurować oryginalne gzymsy i stolarkę. Powiedziała 

nawet,   że   ten,   kto   zamalował   wspaniały   stary   dąb   białą   farbą,   powinien   być   publicznie 

rozerwany końmi.

Brody był tego samego zdania. Ręce go świerzbiły. Chciał własnoręcznie przykrawać 

drewno, by uzupełnić braki, pokryć je patyną, żeby upodobniło się do oryginału. Nie mógł się 

doczekać, kiedy zacznie cyklinować podłogi.

Chodząc za Kate po pomieszczeniach na piętrze, czuł, jak narasta w nim dobrze znane 

oczekiwanie. Pragnął odcisnąć swoje piętno na czymś, co przetrwa pokolenia.

Kiedyś   po   prostu   pracował   na   godziny,   wyłącznie   po   to,   żeby   zarobić   pieniądze. 

Duma i odpowiedzialność za wykonaną pracę przyszły znacznie później.

Pomyślał, że kształt tego domu zależy od niego. Bardzo chciał jak najszybciej zabrać 

się do roboty, by także i tutaj pozostawić po sobie ślad. Mimo że musiałby wtedy mieć do 

czynienia z Kate, musiałby znosić irytującą reakcję swego ciała na bliskość tej kobiety.

Ponownie  skupili   się  na  przebudowie  łazienki.   Stara   żeliwna   wanna  miała  zostać. 

Beżową umywalkę wiszącą na ścianie należało zamienić na białą stojącą na postumencie.

Kate równie dokładnie wiedziała, jak powinna wyglądać kuchnia, lecz tym  razem 

background image

Brody postanowił wtrącić swoje trzy grosze.

- Czy naprawdę zamierzasz tu gotować, czy tylko podgrzewać gotowe potrawy?

- Oczywiście, że będę gotować. Wiem, jak to się robi.

- Wobec tego musisz mieć porządne miejsce do pracy. Powinnaś tak to wszystko 

urządzić, żeby przestrzeń w kuchni była dostosowana do kolejności prac. Dobrze by było 

zaczynać od okna. Dlatego radziłbym ci przenieść zlew pod okno. Lodówkę można postawić 

tam, a kuchenkę tutaj. W ten sposób przechodzisz kolejno od jednej czynności do drugiej, 

zamiast miotać się po całej kuchni. Nie ma sensu marnować przestrzeni i jeszcze wysilać się 

bez potrzeby.

- Tak, ale tutaj...

-   Tu   można   zrobić   spiżarnię   -  przerwał.   Oczami   wyobraźni   widział,   jak   powinno 

wyglądać to wnętrze.

- Będziesz miała długi blat. Tutaj go poszerzymy.

- Wyjął miarkę, zmierzył odcinek ściany. - Tak. Idealnie. Tutaj blat się poszerzy i w 

ten sposób powstanie miejsce do jedzenia. Dzięki temu zamiast pustej przestrzeni będziesz 

miała miejsce do pracy i miejsce do siedzenia.

- Chciałam tu wstawić stół.

- Jeśli postawisz stół, będziesz musiała go omijać i zawsze będzie ci za ciasno.

- Może masz rację.

A przecież myślała o kuchennym stole jeszcze tego ranka, kiedy jadła śniadanie w 

towarzystwie ojca. O takim samym stole, przy jakim siadywała z całą rodziną niezliczoną 

ilość razy.

Sentymentalne, pomyślała  rozsądnie. I w tym  przypadku chyba  rzeczywiście mało 

praktyczne.

- Zrobię ci szkic - kusił Brody. - Będziesz się mogła nad tym spokojnie zastanowić.

- Dobrze. Zresztą  na kuchnię mamy  jeszcze czas. W tej chwili najważniejszy jest 

parter.

- Potrzebuję kilku dni, żeby to wszystko policzyć  i zrobić kosztorys, ale już teraz 

mogę   ci   powiedzieć,   że   suma   będzie   sześciocyfrowa,   a   prace   potrwają   około   czterech 

miesięcy.

Kate   właściwie   spodziewała   się   tego,   ale   co   innego   spodziewać   się,   a   co   innego 

usłyszeć to samo z ust fachowca. Tak czy siak, przeżyła lekki wstrząs.

- Narysuj mi to wszystko, policz, zrób to, co zwykle robisz. Gdybym zdecydowała się 

powierzyć ten remont tobie, to kiedy mógłbyś rozpocząć prace?

background image

- Zdobycie zezwolenia nie zajmie dużo czasu. Materiały mogę zamówić natychmiast. 

Chyba mógłbym zacząć pierwszego dnia nowego roku.

-   Lejesz   mi   miód   na   serce.   Jeśli   powierzę   ci   remont,   chciałabym,   żebyś   zaczął 

natychmiast. Przygotuj mi, proszę, kosztorys.

Zostawiła go samego, żeby mógł sobie spokojnie wszystko pomierzyć i policzyć, a 

sama zeszła na dół. Chciała postać trochę na swoim własnym ganku.

Słyszała przytłumione odgłosy ruchu ulicznego dochodzące z głównej ulicy miasta, 

która przechodziła zaledwie jedną przecznicę od jej domu. Czuła zapach dymu z jakiegoś 

komina. Pełen dziur i pagórków trawnik przed domem był zarośnięty więdnącymi chwastami.

Po drugiej stronie wąskiej uliczki stał jeszcze jeden dom z czerwonej cegły, w którym 

urządzono mieszkania. Dom był stary, bardzo czysty i nadzwyczajnie cichy o tej porze.

Kolejne sto tysięcy, pomyślała Kate. No cóż, jakoś sobie poradzę. Na szczęście przez 

kilka ostatnich lat nie wydawałam pieniędzy na żadne ekstrawagancje.

Chyba   rzeczywiście   odziedziczyła   po   matce   zmysł   do   interesów.   Korzystnie 

inwestowała   oszczędności,   a   na   wszelki   wypadek   ulokowała   co   nieco   w   funduszu 

powierniczym.

Miała   jeszcze   jedną   tajną   broń:   zawsze   mogła   wystąpić   gościnnie   ze   swoim 

nowojorskim zespołem. Roztropnie zostawiła sobie tę furtkę.

Doszła do wniosku, że gdy remont się zacznie, to właściwie nie będzie miała nic do 

roboty. Mogłaby wtedy trochę potańczyć. Nie tylko ze względów finansowych.

Nie była przyzwyczajona do lenistwa, do braku zajęcia. A na to się zanosiło.

Mogę   pojechać   do   Nowego   Jorku,   zamieszkać   u   dziadków.   Mogę   ćwiczyć, 

występować i co jakiś czas wracać do domu. Tak, to naprawdę całkiem niezłe rozwiązanie.

Ale nie teraz. Jeszcze nie teraz. Najpierw muszę zobaczyć, jak to wszystko rusza z 

miejsca, jak moje plany zaczynają się urzeczywistniać.

- Kate? - Brody wyszedł z domu, przyniósł jej porzucony na podłodze płaszcz. - Jest 

zimno.

- Troszeczkę. Miałam nadzieję, że wreszcie spadnie śnieg. Wczoraj już nawet troszkę 

popadało.

- Może sobie padać, byle nie było go więcej niż dwa metry.

- Dlaczego?

- A tak.

Zarzucił jej płaszcz na ramiona, odruchowo podniósł jej włosy, żeby nie zostały pod 

płaszczem.

background image

Ależ ich dużo, pomyślał zdenerwowany. Długie, gęste i takie mięciutkie. Odwróciła 

się, a on jeszcze trzymał w dłoni te jej włosy. Nie zdążył ich puścić, kiedy spojrzała mu 

prosto w oczy. A więc jednak jest zainteresowany, pomyślała bardzo zadowolona.

- Może pójdziemy na kawę? Tu za rogiem jest taka mała knajpka - zaproponowała.

Chciała go sprawdzić. Siebie zresztą też.

- Moglibyśmy porozmawiać o... tej kuchni. Zajęła wszystkie jego myśli, zatkała płuca 

i zrobiła coś strasznego z jego męskością.

- Znowu zaczynasz - mruknął.

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się leniwie, prowokacyjnie.

- Zdaje mi się, że nigdy nie widziałem ładniejszej kobiety od ciebie.

- To tylko dobry dar losu, ale dziękuję. Mnie najbardziej podobają się twoje usta. Nie 

mogę się na nie dość napatrzeć.

W gardle mu zaschło, jakby od tygodnia wędrował po Saharze. Zastanawiał się, co się 

Stało z kobietami przez ten czas, kiedy on zajmował się wychowaniem syna.

Od kiedy to kobiety uwodzą mężczyzn, myślał. W dodatku na ganku, i to w samo 

południe.

Grudniowy wiatr powiał mu chłodem w twarz, a mimo to krew krążąca w żyłach była 

gorętsza niż zwykle.

- Posłuchaj...

Ujął ją za ręce, jakby się chciał upewnić, że zanadto się do niego nie zbliży. Płaszcz 

zsunął się z jej ramion. Pod cienkim materiałem żakietu Brody poczuł twarde mięśnie.

- Słucham. - Znów patrzyła  mu prosto w oczy. Pomyślała, że jest bardzo męski i 

bardzo wystraszony. - Podobasz mi się, to wszystko.

Ma  zupełnie   szare  oczy,  pomyślał  Brody. Tajemnicze  jak   mgła.   Musiałbym  tylko 

pochylić głowę, albo... Tak, jeszcze lepiej! Przyciągnąć ją do siebie, zmusić, żeby stanęła na 

palcach. To by wystarczyło.

Jego usta znalazłyby się na tych jej gorących wargach wygiętych w pewnym siebie 

uśmiechu.

- Już ci mówiłem, że nie jestem zainteresowany.

- Owszem - stwierdziła spokojnie. - Kłamałeś. Interesujesz się mną. Nawet bardzo.

Rozbawiona odsunęła się od niego.

- Interesujesz się, chociaż bardzo tego nie chcesz - dodała, jakby zrobiła epokowe 

odkrycie, jakby on sam tego nie wiedział.

- Na jedno wychodzi.

background image

Puścił ją, schylił się po swoją skrzynkę z narzędziami. Ręce mu drżały. Strasznie go to 

irytowało.

- Nie zgadzam się, ale nie będę nalegać. Mam ochotę spotkać się z tobą prywatnie. 

Czas   i   miejsce   pozostawiam   do   twojego   uznania.   Oczywiście,   jeśli   w   ogóle   uznasz   za 

stosowne się ze mną spotkać w tym charakterze. No i mam nadzieję, że będziemy razem 

pracować. Oboje podobnie myślimy o tym starym domu. Poza tym spodobało mi się wiele 

twoich pomysłów.

Był   wzburzony   i   rozgrzany   do   czerwoności,   a   jednak   zdołał   zachować   spokój. 

Przynajmniej pozornie.

- Jesteś niesamowita, Kate.

- Oczywiście. - Ani trochę się nie zmieszała. Zresztą Brody wcale się tego po niej nie 

spodziewał.   -   I   nie   mam   zamiaru   przepraszać   za   to,   że   jestem   jaka   jestem.   Czekam   na 

kosztorys i te obiecane katalogi. Jeśli będziesz chciał jeszcze coś zmierzyć czy sprawdzić, to 

wiesz, gdzie mnie szukać.

- Tak, wiem. - Odwrócił się na pięcie, nawet na nianie spojrzał.

Popatrzyła, jak Brody schodzi po schodkach i wsiada do furgonetki. Pewnie by się 

zdziwił, gdyby wiedział, że zadrżała, gdy odjechał. Jeszcze bardziej by się zdziwił, gdyby 

widział, jak ona siada na schodkach ganku.

Wcale nie czuła grudniowego zimna. Chciała je poczuć, nie mogła się doczekać, kiedy 

wreszcie ochłodzi jej rozgrzane ciało. I kiedy wreszcie uspokoi się jej żołądek, w którym 

znów czuła to dziwne łaskotanie.

Myślała   o   Brodym   O'Connellu.   Myślała   o   tym,   jakie   to   dziwne   i   fascynujące,   że 

mężczyzna, którego widziała zaledwie drugi raz w życiu, zrobił na niej tak wielkie wrażenie.

Kate była bardzo wybredna. Ten kochanek, o którym opowiedziała Brody'emu, był 

jednym  z trzech mężczyzn,  na których  zależało jej na tyle, że wpuściła ich nie tylko do 

swojego życia, ale także do swego łóżka.

Ale Brody'ego chciała mieć w łóżku już, zaledwie po dwóch spotkaniach. Właściwie 

po jednym, poprawiła się w myślach. To drugie tylko wzmocniło pożądanie, tę gwałtowną 

potrzebę, na którą wcale nie była przygotowana.

Trzeba zrobić jedyną rozsądną i praktyczną rzecz, jaka jest w tej chwili do zrobienia, 

postanowiła. Muszę się uspokoić, zacząć myśleć logicznie, a potem zastanowię się, w jaki 

sposób najskuteczniej zaciągnąć go do łóżka.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Jack starannie wpisywał do zeszytu kolejne litery alfabetu. Siedział przy dużym biurku 

w pokoju, który obaj z ojcem nazywali gabinetem. Tata też pracował, tylko inaczej.

Chłopiec   uznał,   że   papier   milimetrowy,   linijki   i   ekierki   są   znacznie   bardziej 

interesujące niż litery. Na szczęście tata obiecał, że kiedy upora się z alfabetem, też dostanie 

papier i będzie mógł rysować.

Jack dobrze wiedział, co narysuje: ogromny dom, taki sam jak ich własny. I wielką 

stodołę, taką samą jak ta, w której mieści się warsztat tatusia. I do tego dużo śniegu. Całe dwa 

metry śniegu, a na tym śniegu miliony bałwanów. I psa. Koniecznie trzeba narysować psa.

Dziadek i babcia mieli psa. Nazywał się Buddy, był stary, ale i tak można się było z 

nim bawić. Niestety, Buddy mieszkał u babci. Jack wiedział, że kiedyś i on będzie miał psa, 

swojego   własnego   psa.   Nazwie   go   Mike.   Mike   będzie   biegał   za   piłkami   i   spał   razem   z 

Jackiem w jednym łóżku.

Tatuś obiecał, że przyniesie mu psa, jak tylko Jack będzie na tyle duży, żeby wziąć na 

siebie odpowiedzialność za żywe stworzenie. A więc choćby jutro.

Jack podniósł głowę znad zeszytu i uważnie przyjrzał się ojcu. Chciał spytać, czy już 

stał się wystarczająco odpowiedzialny, żeby dostać psa, ale uznał, że to nie jest właściwa 

pora. Tata miał taką minę, jakby był zły, chociaż tak naprawdę wcale się nie złościł. Zawsze 

robił taki grymas podczas pracy. Gdyby Jack odezwał się do taty w takiej chwili, z pewnością 

usłyszałby: „Nie teraz”.

Ale   pisanie   liter   jest   strasznie   nudne.   Jack   wolałby   rysować   dom   albo   bawić   się 

ciężarówkami, albo chociaż zagrać w jakąś grę komputerową. Albo przynajmniej wyjrzeć 

przez okno i sprawdzić, czy przypadkiem nie spadł już śnieg.

Kopnął biurko, pokręcił się na krześle, znów machnął nogą.

- Nie kop biurka, Jack.

- Czy muszę przepisać cały alfabet?

- Tak.

- Dlaczego?

- Dlatego.

- Przepisałem do P.

-   Jeśli   nie   przepiszesz   reszty,   to   nie   będziesz   mógł   powiedzieć   żadnego   słowa 

zawierającego litery, które opuściłeś.

- Ale tato...

background image

- Nie możesz powiedzieć „tato”.

Jack westchnął ciężko, wpisał do zeszytu kolejne trzy litery i znów podniósł głowę.

- Tato.

- Tak?

- Tato, tato, tato, tato!

Brody popatrzył na syna i uśmiechnął się.

- Spryciarz z ciebie - powiedział.

- Umiem napisać tata i Jack. Brody spojrzał na synka, zwinął pięść.

- A wiesz, jak się pisze figa z makiem? - spytał.

- Nie wiem. Czy to jest z majonezem? Fantastyczny dzieciak, pomyślał z dumą Brody.

- Jak to się stało, że jesteś taki mądry?

- Babcia mówi, że mam to po tobie. Mogę zobaczyć, co rysujesz? Mówiłeś, że to dla 

tej pani, która tańczy. Czy ją też narysowałeś?

- Tak, narysowałem to dla tej pani, która tańczy, ale nie możesz zobaczyć, póki nie 

dokończysz swojej pracy.

Brody wcale nie był lepszy od syna. Też miał ochotę rzucić pracę i pobawić się z 

Jackiem, ale gdyby to zrobił, kto nauczyłby chłopca odpowiedzialności? Najlepszy sposób 

nauczenia dziecka odpowiedzialności to wykazanie jej samemu. Co do tego Brody nie miał 

wątpliwości.

- Co się stanie, jeśli nie dokończysz tego, co zacząłeś?

- Nic - odparł Jack, zwracając oczy ku niebu. Nie rozumiał, dlaczego jego mądry tata 

nie wie takiej prostej rzeczy.

- No właśnie.

Jack się zasępił, z ciężkim westchnieniem zabrał się za wpisywanie kolejnych liter. 

Nie widział, że ojciec się uśmiechnął. Boże, co to za dzieciak, pomyślał z miłością Brody. 

Bardzo chciał przytulić synka i aż do wieczora robić wyłącznie to, co sobie zażyczy ten 

wielki cud, który tak niespodziewanie pojawił się w jego życiu. I niech diabli porwą pracę i 

odpowiedzialność i wszystkie przeklęte obowiązki dobrego ojca.

Czy mój ojciec kiedykolwiek patrzył na mnie w taki sposób, czy się o mnie martwił, 

czy   zastanawiał   się,   co   ze   mnie   wyrośnie,   myślał   Brody.   Pewnie   tak.   Nigdy   tego   nie 

okazywał, ale pewnie trochę myślał o mnie.

Bob O'Connell, ojciec Brody'ego, nigdy nie bawił się ze swoim synem, nie tracił czasu 

na idiotyczne rozmowy. Całymi dniami ciężko pracował, po powrocie z pracy zjadał obiad, a 

potem oglądał telewizję. Zresztą niedługo, bo musiał się wcześnie położyć, żeby skoro świt 

background image

znowu iść do pracy.

Od syna wymagał, by wypełniał swoje obowiązki, nie pakował się w kłopoty i - co 

najważniejsze - żeby wykonywał polecenia bez zadawania zbędnych pytań. Oczekiwał także, 

że Brody będzie we wszystkim naśladował ojca.

Brody wiedział, że zawiódł swego ojca na wszystkich frontach. A ojciec zawiódł jego.

Dlatego właśnie nie zamierzał żądać i oczekiwać od swego syna tego wszystkiego, 

czego od niego żądano i czego się po nim spodziewano.

-   Zet!   Zet,   zet,   zet!   -   Jack   podniósł   w   górę   zeszyt,   powiewał   nim   jak   flagą.   - 

Skończyłem!

- Pokaż.

Chłopiec podsunął ojcu zeszyt. Litery nie były ani kształtne, ani porządnie napisane, 

ale były wszystkie.

- Dobra robota - pochwalił Brody. - Chcesz papier do rysowania?

- A nie mogę pomóc ci w twoich rysunkach? - Jack już zapomniał o swoich planach. 

To,   co   robi   tatuś,   na   pewno   jest   sto   razy   ciekawsze   od   wszystkiego,   co   mógłby   sobie 

wymyślić mały chłopiec.

- Możesz - zgodził się.

Wiedział, że przez tę pomoc będzie musiał popracować dodatkową godzinę, kiedy już 

położy Jacka spać, ale nie potrafił odmówić.

-   Popatrz   -   powiedział,   sadzając   sobie   chłopca   na   kolanach.   -   Narysowałem   tu 

mieszkanie, które będzie się znajdowało nad szkołą.

- Dlaczego oni noszą takie śmieszne stroje, kiedy tańczą?

- Nie mam pojęcia. A ty skąd wiesz, że do tańca wkłada się śmieszne stroje?

-   Widziałem   na   filmie   rysunkowym.   Tam   były   takie   słonie   w   śmiesznych 

spódniczkach. Tańczyły na paluszkach. Czy prawdziwe słonie mają palce?

- Mają - odrzekł Brody, choć wcale nie był tego pewien. No ale przecież istnieją 

pomoce   naukowe,   przypomniał   sobie.   -   Potem   obejrzymy   słonia   w   twojej   książce, 

sprawdzimy, czy rzeczywiście ma palce. A teraz weź ołówek i narysuj prostą linię. O, tutaj.

Ojciec i syn pracowali razem. Głowa przy głowie. Duża dłoń prowadziła małą łapkę.

Kiedy Jack zaczął ziewać, Brody przerzucił go sobie przez ramię i wstał.

- Nie jestem śpiący - protestował chłopczyk, choć oczy same mu się zamykały.

- Kiedy się obudzisz, do Gwiazdki zostanie już tylko pięć dni.

- I wtedy dostanę prezent?

Brody   się   uśmiechnął.   Sześciolatek,   nawet   nieprzytomny   ze   zmęczenia,   wciąż 

background image

dopominał się o coraz to nowe atrakcje.

Zatrzymali się na chwilę przy choince. Brody kołysał usypiającego synka jak kiedyś, 

kiedy Jack był jeszcze bardzo mały i nie mógł w nocy spać.

Ich   choinka   była   śliczna.   Różnobarwne   ozdoby   pokrywały   każde   wolne   miejsce, 

bombki lśniły odbijającym się w nich blaskiem kolorowych lampek.

Na szczycie choinki pysznił się uśmiechnięty Mikołaj, Jack wciąż jeszcze wierzył w 

Mikołaja.

Ciekawe, czy za rok o tej porze też jeszcze będzie w niego wierzył, pomyślał Brody.

Zaniósł śpiącego syna do sypialni i położył go do łóżka. Potem zszedł do kuchni i 

zaparzył cały dzbanek kawy.

Patrzył w okno, sącząc powoli mocny czarny napój. Kiedy Jack spał, dom zdawał się 

nienaturalnie   cichy.   Kiedyś   Jack   strasznie   hałasował,   wprowadzał   nieopisany   zamęt. 

Brody'emu zdawało się, że już nigdy nie zazna spokoju. Teraz, gdy w domu panowała idealna 

cisza, bardzo brakowało mu tamtego hałasu.

Wychowywanie dziecka to mozolna praca, pomyślał.

Teraz miał nowy problem: niepokój. Nie pamiętał, od jak dawna nie odczuwał takiego 

niepokoju. Wychowywał dziecko, prowadził firmę, zdobywał dla niej zamówienia, a potem je 

wykonywał. Nic dziwnego, że na nic więcej nie miał czasu.

Nadal nie mam czasu, pomyślał.  Wypił  jeszcze jeden łyk  kawy, szybko  przeszedł 

przez kuchnię. W samym tylko domu jest tyle pracy, że nie zabraknie mi zajęcia do końca 

życia, myślał. Trzeba było kupić mniejszy dom, i nie tak bardzo zaniedbany. Coś bardziej 

praktycznego.

Te same rady słyszał od swego ojca, nim jeszcze wpłacił zadatek. Ale Brody nie chciał 

słuchać rad. Zakochał się w tym starym domu od pierwszego wejrzenia, Jack zresztą też.

No i jakoś sobie poradziłem, przypomniał sobie, rozglądając się po pięknej kuchni. 

Sam   własnoręcznie   zrobił   drewniane   szafki   z   oszklonymi   drzwiczkami,   sam   układał 

marmurowe blaty. Naprawdę miał powód do dumy.

Jednak najważniejsza jest praca zarobkowa, dlatego pokoje muszą cierpliwie czekać 

na   swoją   kolej.   Oprócz   sypialni   Jacka,   oczywiście.   Ta   już   od   dawna   była   całkowicie 

wykończona.

Do Gwiazdki musi uporać się z jednym zleceniem. Na szczęście wszystko szło według 

planu i Brody był pewien, że nie zawali terminu. Najgorsze, że razem z Gwiazdką wielkimi 

krokami zbliżają się ferie. Właściwie Brody już powinien się umówić z jakąś opiekunką, ale 

Jack tak bardzo nie lubił tych opiekunek...

background image

Beth Skully chętnie weźmie go do siebie. Przynajmniej na większą część ferii, myślał 

Brody. Nie, to będzie nadużywanie uprzejmości. W wyjątkowych sytuacjach, to co innego. 

Ale ferie nie są przecież niczym wyjątkowym.

W ostateczności mógłby poprosić matkę o opiekę nad Jackiem, ale tego wolał nie 

robić. Za każdym razem, kiedy musiał korzystać z jej pomocy, czuł się tak, jakby poniósł 

sromotną klęskę.

Jakoś sobie poradzę, postanowił. Będę zabierał Jacka ze sobą do pracy, a od czasu do 

czasu pozwolę mu spędzić dzień z Rodem. A jeśli już naprawdę nie będę miał co z nim 

zrobić, wtedy poślę go na parę godzin do babci.

Zorganizowanie opieki nad Jackiem było w tej chwili najważniejszym problemem, 

lecz to nie ten problem uwierał Brody'ego jak ziarnko piasku w bucie, nie on nie pozwalał mu 

spokojnie myśleć. Problemem tym była Kate Kimball.

Nie miał dla niej czasu i wcale jej nie potrzebował. Bzdura, skarcił się w myślach. 

Mam dla niej czas i bardzo jej potrzebuję, tylko nie chcę się do tego przyznać. Nawet przed 

sobą, a to już czysta głupota.

Nie pamiętał, żeby kiedyś pragnął kobiety aż tak bardzo. Wszystko przez to, że dawno 

nie   zadawał   się   z   kobietami.   I   jeszcze   przez   to,   że   Kate   Kimball   tak   otwarcie   go 

prowokowała. No i że była niewyobrażalnie piękna.

Sęk w tym, że Brody nie był dzieckiem. Nie rzucał się na piękne zabawki, nie myśląc 

o tym, ile trzeba będzie za nie zapłacić. Nie miał prawa robić tego, co chciał i kiedy chciał. 

Zresztą na czymś takim wcale mu nie zależy.

Bzdura,   pomyślał   znowu.   Gdybym   skorzystał   z   jej   zaproszenia,   na   pewno   nie 

pociągnęłoby   to   za   sobą   żadnych   konsekwencji,   ani   natychmiastowych,   ani   bardziej 

odległych w czasie. Oboje jesteśmy dorośli, wiemy,  jak się obchodzić z takimi rzeczami. 

Zaraz jednak doszedł do wniosku, że takie myślenie do niczego dobrego go nie doprowadzi. 

Co najwyżej napędzi mu nowych kłopotów.

Zrobię, co do mnie należy, postanowił. Przeprowadzę ten remont, zarobię pieniądze i 

będę się od niej trzymał z daleka.

Kate ucieszyła się, że Brody tak szybko przygotował obiecane projekty. Nawet nie 

bardzo się zdziwiła na widok małego chłopca, którego ze sobą przyprowadził.

- Cześć, przystojniaku - przywitała malca.

- Mam na imię Jack.

- Niech będzie. Jack Przystojniak. Wchodźcie do środka.

- Chciałem tylko podrzucić rysunki i kosztorys - powiedział Brody.

background image

Podał jej papiery, ale ani na chwilę nie puścił rączki Jacka.

- Masz tam też moją wizytówkę. Skontaktuj się ze mną jeśli będziesz chciała o coś 

zapytać albo porozmawiać o projektach czy o kwotach.

- Lepiej od razu rzućmy na to okiem. Zaoszczędzimy sobie czasu i fatygi.  Chyba 

nigdzie się nie spieszycie. - Uśmiechnęła się do Jacka. - Strasznie dziś zimno. Tak zimno, że 

koniecznie trzeba się napić gorącej czekolady.

- I z galaretką owocową?

- W tym domu nie podaje się gorącej czekolady bez galaretki.

Wyciągnęła rękę i Jack natychmiast podał jej swoją małą łapkę. Nie oglądając się na 

Brody'ego, weszli do domu.

- Poczekaj, ja...

-   Daj   spokój,   człowieku.   Bądź   kolegą.   W   której   jesteś   klasie,   Przystojniaku?   - 

Przykucnęła i rozpięła małemu kurteczkę. - W ósmej? Może w dziewiątej?

- Nie. - Chłopczyk zachichotał. - W pierwszej.

- Nie żartujesz?

Jack poważnie pokręcił główką.

-   Co   za   zbieg   okoliczności!   Akurat   dziś   mamy   promocję   dla   pierwszoklasistów. 

Możesz   sobie   wybrać,   czy   wolisz   ciasteczka   z   cukrem,   z   czekoladą   czy   z   masłem 

orzechowym.

- A czy mógłbym dostać wszystkiego po trochu?

- Jack...

- No, wreszcie jakiś mężczyzna,  który ma podobne upodobania jak ja - oznajmiła 

Kate, wciąż nie zwracając najmniejszej uwagi na Brody'ego.

Wyprostowała się, podała Brody'emu kurteczkę Jacka, jego czapkę i rękawiczki, po 

czym znów wzięła chłopczyka za rękę i razem pomaszerowali do kuchni.

- Czy to pani jest tą panią, która tańczy? Kate się roześmiała.

- Tak, to ja. - Spojrzała na Brody'ego. Mam cię, pomyślała. - Kuchnia jest tam.

- Wiem, gdzie jest kuchnia - warknął Brody.

- Tatuś się złości - oznajmił Jack.

- Zauważyłam. Za karę nie dostanie żadnego ciasteczka.

- Dorośli mogą się czasem zezłościć - tłumaczył ojca Jack - tylko nie mogą mówić 

brzydkich słów.

- Jack! - Brody próbował przywołać synka do porządku.

- Ale tatuś czasami mówi brzydkie słowa - szeptał konspiracyjnie malec. Niewiele 

background image

sobie robił z napomnień ojca. - A raz, kiedy przytłukł sobie palec, powiedział wszystkie 

brzydkie słowa naraz.

- Naprawdę? - Kate podsunęła mu krzesło. Była kompletnie zauroczona chłopcem. - 

W porządku alfabetycznym, czy jak popadnie?

- Jak popadnie. Niektóre nawet powtórzył kilka razy. - Jack uśmiechnął się do niej. - 

Mogę dostać trzy galaretki?

- Oczywiście. Powieś kurtki na tamtym wieszaku, Brody.

Posłała mu uroczy uśmiech, po czym zabrała się do przygotowywania czekolady.

- Nie chcielibyśmy zabierać ci czasu - zaczął.

- Mam mnóstwo czasu. Mama jest zawalona robotą. Nawet ja od rana przez kilka 

godzin pomagałam w sklepie. Brandon wziął popołudniową zmianę. To jest rękawica mojego 

brata - wyjaśniła Jackowi, który jeszcze przed chwilą sięgał po rękawicę, ale teraz cofnął 

łapkę, jakby się oparzył.

- Ja tylko patrzyłem.

-  Możesz  jej  dotknąć,  jeśli  chcesz.   Brandon  nie   będzie  miał  nic  przeciwko  temu. 

Lubisz baseball?

- Już nawet trochę grałem - pochwalił się Jack. - A jak będę starszy, zacznę grać w 

Lidze Dzieci.

- Brandon też kiedyś grał w Lidze Dzieci. Teraz gra w prawdziwej dorosłej lidze. Na 

trzeciej bazie w drużynie L.A. Kings.

- Naprawdę? - Oczy Jacka zrobiły się wielkie ze zdziwienia.

- Naprawdę. - Kate podała uszczęśliwionemu chłopcu rękawicę. - Może ty też kiedyś 

będziesz grał w prawdziwej lidze.

- Rany, tato! Zobacz, to jest rękawica prawdziwego gracza!

- No. - Brody musiał się poddać. Nie mógł odciągać synka od osoby, która potrafiła 

zapewnić małemu takie emocje. - Odlotowa. - Potargał czuprynę Jacka, uśmiechnął się do 

Kate. - Czy ja też mógłbym dostać trzy galaretki?

- Oczywiście.

Kate nalała do kubków czekoladę, wyłożyła ciasteczka i galaretki na talerzyk. Myślała 

o Jacku. Uważała, że to prawdziwy skarb. W ogóle miała słabość do dzieci, zwłaszcza do 

takich, które jej ojciec określał mianem żywego srebra. Jack był właśnie taki.

- Proszę pani...

- Mów do mnie Kate - poprosiła, stawiając przed Jackiem kubek pełen pachnącej 

czekolady. - Tylko uważaj. Jest naprawdę gorąca.

background image

- Dobrze. Kate, dlaczego nosicie takie śmieszne ubrania do tańca? Pytałem tatę, ale on 

nie wie.

Brody jęknął cicho. Udawał, że nie obchodzi go nic prócz talerza z ciasteczkami.

Kate postawiła na stole dwa pozostałe kubki z gorącą czekoladą i usiadła.

-   My   nazywamy   te   stroje   kostiumami   -   wyjaśniła.   -   Pomagają   nam   opowiedzieć 

historię, którą tańczymy.

- Nie można tańczyć historii. Historie opowiada się słowami.

- To jest podobne do odpowiadania słowami, tylko zamiast słów używa się ruchów i 

muzyki. O czym myślisz, kiedy słyszysz melodię „Jingle Bells”, graną bez słów?

- O Gwiazdce. Do Gwiazdki zostało jeszcze tylko pięć dni.

- No właśnie. A gdybyś miał zatańczyć w takt tej melodii, twoje ruchy byłyby szybkie 

i   wesołe.   Przypominałyby   ci   śnieg   i   jazdę   na   sankach.   Ale   gdyby   to   była   „Cicha   noc”, 

poruszałbyś się powoli i majestatycznie.

- Jak w kościele.

- Właśnie - pochwaliła Kate, zachwycona bystrością Jacka. - Przyjdź kiedyś do mojej 

szkoły, to ci pokażę, jak się tańczy różne historie.

- Czy mój tata będzie budował twoją szkołę?

- Zobaczymy.

Otworzyła teczkę. Nawet nie spojrzała na kosztorys. Zaczęła od rysunków.

Brody nigdy dotąd nie miał takiego klienta. Wszyscy zawsze zaczynali od pieniędzy.

Jack jadł ciasteczka, popijał czekoladą, za to Kate nawet nie spojrzała na swój kubek. 

Projekty Brody'ego pochłonęły ją bez reszty. Potem zaczęła zadawać pytania.

Brody musiał przysunąć się do niej, razem z nią patrzeć na szkice, żeby móc udzielić 

właściwych odpowiedzi.

Pachniała lepiej niż wszystkie ciastka świata.

- Co to jest?

-   Rozsuwane   drzwi.   Dzięki   nim   oszczędza   się   sporo   miejsca.   A   ten   korytarz   jest 

bardzo wąski. Drugie takie są tutaj, prowadzą do twojego gabinetu. Potrzebujesz spokoju, ale 

nie musisz za ten spokój płacić zbyt dużą przestrzenią.

- Podoba mi się to. - Odwróciła głowę. Ich twarze były blisko, patrzyli sobie w oczy. - 

Bardzo mi się podoba.

- Ja pomagałem tatusiowi rysować - obwieścił z dumą Jack.

- Świetnie to zrobiłeś - pochwaliła Kate i znów pochyliła się nad szkicami.

Bardzo dokładnie oglądała każdy rysunek. Zastanawiała się nad zaproponowanymi 

background image

przez Brody'ego zmianami i albo od razu je odrzucała, albo odkładała decyzję na później, 

kiedy dobrze się nad wszystkim zastanowi.

Wielkie   wrażenie   wywarła   na   niej   staranność   wykonania   rysunków.   Szkice   były 

czytelne, profesjonalnie wykonane. Architekt z dyplomem nie zrobiłby tego lepiej.

Przestudiowawszy projekty, sięgnęła po kosztorys. Był przejrzysty i zrozumiały, lecz 

kwota, na jaką opiewał, przyprawiła Kate o zawrót głowy.

- Wiesz co, Przystojniaku? - powiedziała, odsuwając na bok papiery. - Ty i twój tata 

zostaliście zatrudnieni.

Jack wydał okrzyk radości, a ponieważ nikt mu tego nie zabronił, wziął sobie z talerza 

jeszcze jedno ciasteczko.

Brody nie zdawał sobie sprawy z tego, że przez dłuższą chwilę wstrzymywał oddech. 

Mało   brakowało,   a   odetchnąłby   głośno   z   ulgą,   ale   się   opanował.   Może   teraz   nie   tylko 

podreperować  rodzinny  budżet,   ale   nawet  postawić   firmę   na  nogi.  To   był   jego  pierwszy 

naprawdę duży kontrakt w Wirginii Zachodniej.

Remont tego budynku da jego ludziom zajęcie na całą zimę, najtrudniejszy okres dla 

wszystkich  firm budowlanych.  Nie trzeba będzie redukować załogi ani zmniejszać liczby 

godzin pracy. Ale najważniejsze ze wszystkiego było to, że Brody bardzo chciał zająć się tym 

budynkiem.

Sztuka   polega   na   tym,   żeby   zajmować   się   wyłącznie   budynkiem,   a   nie   jego 

właścicielką.

- Bardzo się cieszę, że będę mógł przeprowadzić ten remont - powiedział.

- Przypomnę ci to, kiedy zaczniesz narzekać, że doprowadzam cię do szału.

- Od tego zaczęłaś. Masz długopis?

Kate   uśmiechnęła   się,   wstała   od   stołu   i   odsunęła   jedną   z   jego   szuflad.   Wyjęła 

długopis, pochyliła się nad stołem i podpisała umowę, opatrując ją aktualną datą.

- Twoja kolej - powiedziała, podając Brody'emu długopis. Potem wzięła długopis od 

ojca i spojrzała wymownie na syna. - Jack?

- Co? - Buzię miał całą w okruszkach. Szybko przełknął resztkę ciastka. - To znaczy - 

poprawił się, widząc niezadowoloną minę ojca - chciałem powiedzieć „słucham”.

- Potrafisz się podpisać?

- Tylko drukowanymi literami. Znam już cały alfabet. Umiem napisać „Jack” i „tata” i 

wszystkie inne słowa.

- Doskonale. Wobec tego podejdź tu i też się podpisz. Pomagałeś tatusiowi rysować, 

prawda? Chcesz, żebym cię przyjęła do pracy, czy nie?

background image

- Jasne! - Chłopczyk był zachwycony. Zeskoczył z krzesełka. Okruszki, które miał na 

kolanach, spadły na podłogę.

Jack wziął długopis, wystawił język i bardzo starannie wykaligrafował swoje imię pod 

podpisem ojca.

- Patrz, tatusiu! To ja.

- Widzę.

Brody naprawdę się wzruszył. Nie miał pojęcia, jak się zachować. Kate trafiła go w 

najczulszy punkt.

- Idź umyć ręce, Jack - powiedział na wszelki wypadek.

- Nie są brudne.

- Powiedziałem, że masz umyć ręce.

- Łazienka jest w tamtym korytarzu - wyjaśniła cicho Kate. - Najpierw będą jedne 

drzwi, a drugie to już łazienka. Po stronie tej ręki, którą napisałeś swoje imię.

Jack mruknął coś pod nosem, ale już bez dalszych protestów wyszedł z kuchni.

-   Jesteś   dla   niego   bardzo   dobra   -   zaczął   Brody.   -   Dziękuję   ci,   że   pozwoliłaś   mu 

uczestniczyć w tym przedsięwzięciu.

- To nie moja zasługa. - Kate wzruszyła ramionami. - On już w tym uczestniczy. I nie 

myśl sobie, że to jakiś podstęp.

- Ja tylko powiedziałem, że jesteś dla niego bardzo dobra.

- Tak powiedziałeś, ale pomyślałeś co innego. Uważasz, że sprytnie to rozegrałam, 

żeby cię łatwiej podejść. Bardzo się pomyliłeś - prychnęła. - Owszem, chciałabym się z tobą 

przespać i zrobię wszystko, żeby dopiąć swego. Wszystko prócz wykorzystywania twojego 

syna.

Zebrała ze stołu puste kubki. Chciała się odwrócić, lecz Brody położył dłoń na jej 

ramieniu.

- Masz rację - rzekł skruszony. - Tak właśnie pomyślałem. Przepraszam cię za to.

- W porządku - mruknęła wcale nie przekonana. Ścisnął mocniej jej ramię, zaczekał, 

aż odwróci się do niego twarzą.

- Naprawdę cię przepraszam, Kate.

- W porządku - powtórzyła. Dopiero teraz rzeczywiście uwierzyła w szczerość jego 

przeprosin. - Tym razem naprawdę. Twój Jack jest wspaniały. Trudno się w nim nie zakochać 

od pierwszego wejrzenia.

- Sam jestem w nim zakochany.

- On w tobie też. To widać gołym okiem. A ja lubię dzieci i podziwiam kochających 

background image

rodziców. Dzięki Jackowi stałeś się dla mnie bardziej atrakcyjny.

- Nie mam zamiaru iść z tobą do łóżka. - Już nie ściskał jej ramienia. Jego dłoń 

zsunęła się w dół po jej ręce.

- Owszem, tak twierdzisz... - Uśmiechnęła się do niego.

- Nie chcę sobie utrudniać życia ani komplikować pracy. Nie mogę sobie pozwolić...

Chciał powiedzieć coś bardzo ważnego, coś okropnie stanowczego, lecz Kate dotknęła 

jego piersi, przesunęła dłonie na ramiona.

- Jeszcze nie zacząłeś pracy - mruknęła, przysuwając usta do warg Brody'ego.

Przysunął się do niej. Usta Kate były ciepłe, zachęcające. Brody'emu zakręciło się w 

głowie.

Zamierzał ją od siebie odsunąć. Naprawdę tak sobie postanowił. Na pewno potrafiłby 

trzymać ją od siebie na odległość wyciągniętej ręki. Wystarczyło chcieć.

Kate nie potrafiła mu się oprzeć. Zresztą nie miała takiego zamiaru. Brody całował jak 

marzenie, jakby nic innego w życiu nie robił. Usta miał miękkie i gorące, dłonie twarde i 

silne. Czy w mężczyźnie może być jeszcze coś bardziej pociągającego niż siła? Siła mięśni i 

siła serca?

-   Cudowne   -   szepnęła,   wsuwając   palce   we   włosy   Brody'ego.   -   Może   byśmy   to 

powtórzyli?

Bardzo tego pragnął. Najlepiej natychmiast. Niestety, jego mały synek chlapał się w 

pobliskiej łazience.

- Nie mogę.

- Możesz. Przed chwilą się przekonałam.

- Do diabła! - Wreszcie odsunął ją od siebie na odległość wyciągniętej ręki. - Ależ ty 

potrafisz człowieka otumanić!

- Nie aż tak bardzo, jak bym chciała. Ale to dopiero początek.

Puścił ją. Tak było najbezpieczniej. Na wszelki wypadek jeszcze się od niej odsunął.

- Wiesz, że wiele czasu minęło, odkąd... - Przez chwilę szukał właściwego słowa. - 

Odkąd bawiłem się w tę grę.

- Przypomnisz sobie, wszystko sobie przypomnisz. Najlepiej zacząć od razu. Może 

wybralibyśmy się na kolację?

- Umyłem z obu stron - oznajmił Jack, wbiegając do kuchni. - Czy mogę wziąć jeszcze 

jedno ciastko?

- Nie - powiedział prędko Brody, nie patrząc na synka. Nie mógł oderwać oczu od 

Kate. - Podziękuj i idziemy. I tak za długo siedzieliśmy.

background image

- Dziękuję, Kate.

- Cała przyjemność po mojej stronie, Przystojniaku. Przyjdź do mnie jeszcze kiedyś, 

dobrze?

- Dobrze. - Uśmiechał się do niej, gdy ojciec pomagał mu włożyć kurteczkę. - A 

będziesz miała gorącą czekoladę?

- Na pewno.

Odprowadziła   ich   do   drzwi,   a   potem   stała   w   progu   i   patrzyła,   jak   wsiadają   do 

samochodu. Jack entuzjastycznie machał rączką, za to Brody nawet na nią nie spojrzał.

Odjechali.

Ostrożny   z   niego   człowiek,   pomyślała   Kate.   No   cóż,   trudno   mieć   do   niego   o   to 

pretensje. Ja też byłabym ostrożna, gdybym miała taki skarb, takie żywe srebro.

Teraz, gdy poznała syna, jeszcze bardziej zainteresowała się ojcem.

Tylko po co ja się tak spieszę, pomyślała. Muszę zwolnić tempo, musimy się lepiej 

poznać. Co się odwlecze, to nie uciecze. W końcu ani on, ani ja nigdzie się nie wybieramy.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Trzęsienia ziemi - powiedziała Kate.

- Burze śnieżne - wyliczał Brandon.

- Smog.

- Zaspy. Od lat tak się sprzeczali: co jest lepsze: wschodnie czy zachodnie wybrzeże 

Stanów. Ta sprzeczka była jednak trochę inna. Miała pomóc Kate zapomnieć o tym, że brat 

wkrótce wyjedzie.

Przez całe święta ani razu nie pomyślała o niczym nieprzyjemnym. Najpierw były 

przygotowania i mnóstwo pracy, potem cudowna rodzinna atmosfera... Nie było czasu na 

smutki. Ale święta minęły, zbliżał się sylwester.

Freddie,   przyrodnia   siostra   Kate   i   Brandona,   wróciła   do   Nowego   Jorku   z   mężem 

Nickiem i dwójką udanych dzieci. Teraz miał wyjechać Brandon.

Kate spojrzała w głąb ulicy. Z daleka dostrzegła ciężarówki i krzątających się wokół 

nich robotników. Samochody stały przed jej własnym prawie całkiem zrujnowanym domem.

Brody nie traci czasu, pomyślała uradowana.

-   Sprawdzimy,   co   się   tam   dzieje?   -   spytała   brata   i   nie   czekając   na   odpowiedź, 

przyspieszyła kroku.

Brandon podreptał za nią. Też był ciekaw, jak postępują prace. Na podwórzu kręcili 

się jacyś ludzie, stały taczki, narzędzia i wielkie pojemniki.

Kate ostrożnie zajrzała do piwnicy swego domu. Było tam jasno jak w słoneczny 

dzień. Zapuszczona piwnica wyglądała jak stanowisko archeologiczne w pierwszych dniach 

prac wykopaliskowych.

Brody ładował śmieci na taczkę. Obok niego przykucnął Jack. On także małą łopatką 

zbierał śmieci do kubełka.

Jack pierwszy ją zauważył. Podskoczył jak piłeczka, zatańczył z radości.

- Porządkujemy piwnicę - pochwalił się. - Tatuś obiecał mi za to całego dolara. I 

pozwoli mi wylewać cement. A na Gwiazdkę dostałem ciężarówkę. Pokazać ci?

- No pewnie.

Chciała zejść jeszcze niżej, lecz Brody zatarasował jej drogę.

- Nie powinnaś się tu kręcić - powiedział.

- Dlaczego? To moja piwnica.

- Nie jesteś odpowiednio ubrana - odparł bez namysłu.

- Rzeczywiście. - Kate spojrzała na swoje eleganckie pantofelki. - Mimo to muszę 

background image

teraz z tobą porozmawiać.

- Proszę bardzo. Chodź, Jack! - zawołał do synka. - Zarządzam krótką przerwę.

Wyszedł na dwór. Jack gramolił się tuż za nim.

- To jest mój brat Brandon - powiedziała Kate.

- Brand, poznaj Brody'ego O'Connella i jego syna Jacka.

- Witaj. - Brody podniósł rękę do góry. Wolał nie podawać nikomu ubrudzonej dłoni. - 

Widziałem, jak grasz. Jest na co popatrzeć.

- Dzięki.

- Grasz w baseballa? - Jack patrzył na Brandona z podziwem.

- No. - Brandon przykucnął przed chłopcem. - Lubisz tę grę?

- Pewnie. Kate pokazała mi twoją rękawicę. Ja mam taką samą, tylko trochę mniejszą. 

Kij też mam i w ogóle wszystko co trzeba.

Ponieważ Brandon zajął się Jackiem, Kate mogła spokojnie porozmawiać z Brodym.

- Nie spodziewałam się, że tak szybko zaczniesz...

- Chciałem skorzystać z ładnej pogody. Boję się, że to nie potrwa długo, ale chyba 

zdążę oczyścić piwnicę i wylać cement, nim znowu chwyci mróz.

- Doskonale - ucieszyła się Kate i zaraz zaczęła z innej beczki. - Jak minęły święta?

- Świetnie. - Brody się odsunął, żeby zrobić miejsce robotnikowi, który wywoził z 

piwnicy kolejną taczkę śmieci. - A tobie?

- Fantastycznie. Widzę, że powiększyłeś swoją brygadę. Rozumiem, że tego dolara 

dziennie dopiszesz do mojego rachunku - zażartowała.

- Nic podobnego. Sam to pokryję. Zrozum, w szkole są teraz ferie i biorę go z sobą - 

tłumaczył się Brody. - Jack umie się zachować na budowie, a ludziom jego obecność nie 

przeszkadza, więc...

- Ojej, aleś ty przewrażliwiony - przerwała mu Kate. - Ja tylko żartowałam.

- Przepraszam - zreflektował się. - Niektórzy klienci nie lubią, kiedy zabieram Jacka 

na budowę.

- Mnie to nie przeszkadza.

- Hej, Brody! - zawołał Brandon. - Obejdziesz się przez jakiś czas bez tego faceta?

Brody podniósł głowę. Brudna łapka Jacka tkwiła ufnie w dużej dłoni Brandona.

- Bo ja wiem... - Brody udawał, że się zastanawia, choć ani myślał powierzać synka 

opiece jakiegoś obcego faceta.

- Musimy na chwilę wpaść do domu - tłumaczył  Brandon. - Przywiozę małego  z 

powrotem, jak będę jechał na lotnisko. Za jakieś pół godziny.

background image

- Tatusiu, pozwól mi z nim iść. Proszę.

- Ja...

- Mój brat to skończony idiota - powiedziała Kate - ale odpowiedzialny idiota.

To ja jestem idiotą, pomyślał Brody. Zawsze umieram ze strachu, kiedy Jack choć na 

chwilę znika mi z oczu. Ten facet nie jest obcy, jest bratem Kate, a skoro ona mówi, że jest 

odpowiedzialny, to naprawdę nie mam się o co bać.

- Dobra, idź - zgodził się. - Tylko najpierw umyj ręce.

- Zaczekaj na mnie - poprosił Brandona Jack. - Zaraz wracam.

Pognał do stojącego nieopodal wiadra z wodą, błyskawicznie zanurzył w nim dłonie, 

otrzepał krople wody i już był z powrotem przy swoim nowym przyjacielu.

- Gotów? No to idziemy. - Brandon wziął chłopca za prawie czystą i mokrą rączkę, 

zasalutował Brody'emu i odszedł.

- Do widzenia, tatusiu! - zawołał Jack. - Niedługo wrócę.

- Twój brat ma jakiś problem z nogą? - spytał Brody, patrząc w ślad za odchodzącymi.

- Naciągnął sobie mięsień podczas gry. No cóż, nie będę cię dłużej zatrzymywać.

Uśmiechała się, dopóki nie okrążyła domu. Potem usiadła na frontowych schodach i 

serdecznie się rozpłakała. Wiedziała, że to strasznie głupie, ale było jej żal rozstawać się z 

bratem.

Gdy dziesięć minut później Brody szedł po coś do furgonetki, Kate wciąż jeszcze 

siedziała na schodkach. Łzy już prawie obeschły, tylko na rzęsach lśniły jeszcze pojedyncze 

kropelki.

- Co się stało?

- Nic.

- Płakałaś.

- No to co? - Wzruszyła ramionami, pociągnęła nosem.

Chciał   ją   tak   zostawić.   Powinien   wziąć...   No   tak,   ale   właśnie   zapomniał,   po   co 

właściwie szedł do samochodu. Kłopot w tym, że nigdy nie potrafił przejść obojętnie obok 

kogoś, kto płacze. Zwłaszcza kiedy tym kimś była piękna kobieta. Westchnął zrezygnowany i 

usiadł na schodkach obok Kate.

- Dlaczego płakałaś?

- Nie chcę, żeby Brandon wyjeżdżał. Nie musiałabym się z nim rozstawać, gdyby się 

nie uparł mieszkać w tej głupiej Kalifornii.

Ach, więc chodzi o brata, pomyślał z ulgą Brody i sięgnął do kieszeni, widząc, że po 

policzku Kate spłynęła jeszcze jedna łza.

background image

- Tam ma pracę - powiedział, pragnąc ją pocieszyć, i podał jej chusteczkę.

- Wybacz, ale nie chce mi się teraz myśleć  logicznie. - Wzięła od niego chustkę, 

wytarła oczy i nos. - Dzięki.

- Drobiazg.

- Masz rodzeństwo?

- Nie.

-  A  chciałbyś   mieć? Tanio   sprzedam.  -  Westchnęła,  oparła  się  plecami  o  wyższy 

stopień. - Moja siostra mieszka w Nowym Jorku, Brandon w Los Angeles, a ja w Wirginii. 

Nie przypuszczałam, że kiedyś tak się od siebie oddalimy.

- Co z tego, że daleko mieszkacie? Przecież jesteście sobie bardzo bliscy.

Kate spojrzała na niego nieco zdumiona. Od razu przestała płakać.

-   Masz   rację.   Masz   świętą   rację.   Jak   dobrze,   że   to   powiedziałeś.   -   Oddała   mu 

chusteczkę. - Porozmawiaj  ze  mrą jeszcze  trochę,  dopóki mi  nie odejdą  te  głupie myśli. 

Opowiedz, jak spędziliście święta.

-   Jack   obudził   mnie   o   piątej   rano.   -   Brody   uśmiechnął   się   na   wspomnienie 

świątecznego poranka. - Skakał z radości prawie do sufitu. Już się bałem, że trzeba go będzie 

stamtąd zeskrobywać.

- A jak tam świąteczny obiad?

- Tak sobie. - Brody przestał się uśmiechać. - Byliśmy u moich rodziców. Mieszkamy 

w tym samym mieście, ale wcale nie jesteśmy sobie bliscy.

- Szkoda.

- Bardzo kochają Jacka, a to najważniejsze.

Po co ja jej o tym opowiadam, pomyślał zły na siebie. Pewnie dlatego, że tak bardzo 

mnie to boli. Mój ojciec neguje wszystko, co dla mnie ważne, zawsze o wszystko ma do mnie 

pretensje.

- Muszę wracać do pracy - wstał - bo szef mi obetnie pensję.

- Brody... - zaczęła Kate.

Widziała, że jest zakłopotany. Chciała go jakoś podnieść na duchu, ale nie bardzo 

wiedziała, co i jak powiedzieć.

Chwilę później wrócili Brandon z Jackiem i już nie można było mówić o niczym tylko 

o tym, co interesowało Jacka.

- Tatusiu! - wołał, nim jeszcze odpiął przytrzymujący go w fotelu pas. - Brand dał mi 

swoją rękawicę! I jeszcze piłkę ze swoim podpisem.

Brody przykucnął i złapał pędzącego do niego synka.

background image

-   Pokaż.   -   Obejrzał   rękawicę   i   piłkę,   jeszcze   ciepłe   od   uścisku   rączek   Jacka.   - 

Rzeczywiście fantastyczne. Musisz je teraz bardzo szanować.

- Będę szanował. Obiecuję. Dzięki, Brand! Strasznie ci dziękuję. Możemy to pokazać 

chłopakom, tatusiu?

- Oczywiście. - Brody wziął Jacka na ręce. - Dziękuję - powiedział do Brandona.

- Nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stronie. Pamiętaj, Jack. Uważnie obserwuj 

piłkę.

- Nie zapomnę - obiecał chłopczyk. - Do widzenia.

- Szczęśliwej podróży - dodał Brody i zaniósł Jacka na drugą stronę domu, żeby mały 

mógł pochwalić się brygadzie swoimi skarbami.

Kate pochyliła się przy otwartym oknie samochodu. Brandona.

-   Wielkie   dzięki,   braciszku   -   powiedziała.   -   Chyba   jednak   jesteś   mądrzejszy,   niż 

myślałam.

- Ten Jack to strasznie fajny dzieciak. - Brandon lekko uszczypnął siostrę w policzek. - 

Widzę, że masz oko na jego tatusia.

- Mam oboje oczu na jego tatusia. - Kate roześmiała się. Pochyliła się i pocałowała 

brata. - Jedź sobie do tej swojej Kalifornii, tylko uważaj na siebie.

- A ty się dobrze zachowuj.

- Nie licz na to.

-   Nie   Uczę.   -   Brandon   roześmiał   się,   włączył   silnik.   -   Tak   tylko   powiedziałem. 

Trzymaj się, Katie.

Kate odsunęła się od krawężnika, pomachała mu ręką.

- Wysokich lotów - mruknęła, bo i tak nie mógł jej już usłyszeć.

Natasza   zwykle   spędzała   sylwestra   w   kuchni.   Przygotowywała   przyjęcie,   jakie 

tradycyjnie wydawała w pierwszym dniu nowego roku dla rodziny, przyjaciół i dla sąsiadów.

- Brand mógł wyjechać dopiero po Nowym Roku - mówiła rozżalona Kate.

-   Nie   mógłby,   kochanie.   -   Natasza   przykręciła   gaz   pod   brzoskwiniami,   z   których 

przyrządzała kisiel.

- Już zapomniałaś, jak to jest? Rok temu ty też byłaś daleko stąd. Miałaś swoje życie, 

swoją pracę.

- Pamiętam - westchnęła Kate, starannie rozwałkowując ciasto - ale muszę się jeszcze 

trochę posmucić. Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo tęsknię za tym idiotą.

- Wyobrażam sobie - zapewniła ją matka. - Ja też za nim tęsknię. Tak samo jak kiedyś 

tęskniłam za tobą.

background image

Natasza pomyślała o nie tak znowu odległych czasach, kiedy to dzieci plątały się jej 

pod   nogami,   gdy   przygotowywała   smakołyki   na   noworoczne   przyjęcie.   Miała   przez   nie 

mnóstwo dodatkowej roboty, bo ciągle trzeba było wycierać coś, co się rozlało lub spadło na 

podłogę.

Wtedy   marzyła,   żeby   dzieci   wreszcie   podrosły,   żeby   zamiast   przeszkadzać,   choć 

czasem trochę  jej pomogły.  Tamte marzenia  spełniły się nadspodziewanie  szybko  i teraz 

Nataszy było smutno. Tęskniła za dawnymi czasami, kiedy dom rozbrzmiewał dziecięcym 

śmiechem.

- Masz jakiś problem, Katie? - spytała, zaniepokojona nadąsaną miną córki. - Pewnie 

nie wiesz, co robić z wolnym czasem. Nie martw się, remont wkrótce się skończy i zaczniesz 

organizować tę swoją szkołę. Nie będziesz wiedziała, w co najpierw ręce włożyć.

- Nie martwię się - mruknęła Kate. - Robię plany. Ale matka nie dała się nabrać. Za 

dobrze znała swoje dzieci. Nalała herbatę do dwóch filiżanek, postawiła je na stole.

- Siadaj - powiedziała. - Musimy porozmawiać.

- Mamo, ja...

- Siadaj - powtórzyła Natasza tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Przecież widzę, że 

coś cię gryzie.

- Rzeczywiście gryzie - przyznała Kate. Zrezygnowana usiadła naprzeciwko matki. - 

Chociaż sama nie bardzo wiem co.

- Więc spróbujmy to ustalić. Jesteśmy do siebie podobne, Katie. Zawsze wszystko 

planujemy, żeby broń Boże nie stracić panowania nad sytuacją. Ale to nie zawsze się udaje, 

kochanie.

- Zauważyłam - westchnęła Kate.

- Kiedy tu przyjechałam, kiedy postanowiłam otworzyć sklep - opowiadała Natasza - 

było mi naprawdę bardzo ciężko. Myślisz, że łatwo mi przyszło rozstać się z rodzicami? Po 

tym wszystkim, co razem przeszliśmy? A jednak wyjechałam, poznałam twojego ojca... Tego 

akurat nie planowałam.

- Przeznaczenie - mruknęła Kate.

- No właśnie. - Natasza uśmiechnęła się. - Zastanawiamy się, rozważamy, planujemy i 

zapominamy o przeznaczeniu. A to ono kieruje naszym losem. Nie przyszło ci do głowy, że 

to właśnie przeznaczenie sprowadziło cię z powrotem do domu?

- Gniewasz się, że wróciłam? Że zrezygnowałam z kariery?

- Zwariowałaś?

- Mamo... - Kate szukała właściwych słów. Kręciła filiżanką w kółko, jakby mogło jej 

background image

to w czymś pomóc. - Wiem, ile oboje z tatą poświęciliście...

- Bzdury gadasz! - zirytowała się Natasza. - Nigdy nie mówiłam o poświęceniu w 

odniesieniu do swoich dzieci. Wszystko, co robiłam, robiłam dlatego, że tak chciałam. To nie 

jest żadne poświęcenie!

- Wiem, ale... Widzisz, chodzi mi o to, że ty i tata strasznie dużo dla mnie zrobiliście. 

Pomagaliście mi na wszystkie sposoby, kiedy postanowiłam, że będę tańczyć.

- Już ci mówiłam...

- Pozwól mi skończyć, mamo. - Tym razem Kate nie pozwoliła jej dojść do głosu. - Ja 

ciągle   o   tym   myślę.   Te   wszystkie   lekcje,   kostiumy,   baletki,   ciągłe   wyjazdy.   Wiem,   że 

mieliście wobec mnie jakieś plany, a jednak pozwoliliście mi na to, na czym mi najbardziej 

zależało. Dlatego chciałam, żebyście mogli być ze mnie dumni.

- Co też ci chodzi po głowie - obruszyła się Natasza. - Oczywiście, że jesteśmy z 

ciebie dumni.

- Wiem, wiem. Kiedy tańczyłam, a wy siedzieliście na widowni... Czułam to, chociaż 

nawet was nie widziałam. A ja porzuciłam to wszystko, co was kosztowało tyle wyrzeczeń.

-   Nie   porzuciłaś,   tylko...   Bo   ja   wiem?   Może   po   prostu   wyrosłaś?   Ale   my   wciąż 

jesteśmy z ciebie dumni. Jesteśmy dumni z człowieka, jakiego udało nam się wychować.

Kate miała w oczach łzy. Nie chciała ich, same napłynęły.

- Bałam się, że będziecie niezadowoleni, że zrezygnowałam z baletu, żeby uczyć.

- Czy chcesz być dobrą nauczycielką?

- Bardzo chcę.

- A więc będziesz, a my będziemy dumni z nauczycielki, tak jak kiedyś szczyciliśmy 

się baletnicą. A tymczasem, pomiędzy baletnicą a nauczycielką, jesteśmy dumni z ciebie, z 

tego, że wiesz, czego chcesz, i że umiesz to osiągnąć. Jesteśmy dumni z tego, że jesteś 

prześliczną i rozumną młodą kobietą o dobrym sercu.

- Och! - Kate zamrugała  oczami,  by pozbyć się łez, które zawisły na jej  długich 

rzęsach. - Naprawdę nie wiem, co się ze mną ostatnio dzieje. Stałam się strasznym mazgajem.

- W twoim życiu nastały wielkie zmiany. Poza tym masz za dużo czasu na myślenie i 

zamartwianie się. Nawet nie spotykasz się z przyjaciółmi.  Może poszłabyś dziś na jakieś 

przyjęcie   albo   wybrała   się   gdzieś   z   jakimś   przystojnym   młodzieńcem?   Nie   powinnaś   w 

sylwestra siedzieć w domu i pomagać mamie w kuchni.

- Lubię pomagać mamie.

- Kate. - Natasza dobrze znała swoje dzieci i trudno ją było oszukać. Właściwie było 

to niemożliwe.

background image

- Chciałam  pójść dzisiaj na  jakiś bal,  ale  widzisz..  . - Kate wiedziała,  że nie  ma 

wyjścia,   że   musi   powiedzieć   prawdę,   choć   to   wcale   nie   było   łatwe.   -   Większość   moich 

przyjaciół ma rodziny albo przynajmniej kogoś do pary. Tylko ja jestem sama. Właściwie 

całkiem mi z tym dobrze... Wiesz, o co mi chodzi?

- Wiem, tylko nie rozumiem, dlaczego ci z tym dobrze.

- Dlatego, że jest ktoś, kto mi się bardzo podoba.

- No, wreszcie mówisz do rzeczy - ucieszyła się Natasza. - Co to za jeden?

- Brody O'Cornell.

-   Rozumiem   -   rzekła   z   namysłem   Natasza,   nie   patrząc   na   córkę.   -   To   bardzo 

atrakcyjny mężczyzna. Bardzo atrakcyjny - powtórzyła. - Bardzo go lubię.

-  Ale  chyba   nie  po to  kazałaś  mu  zająć  się  moim  remontem,  żeby nas  do siebie 

zbliżyć?

- Nie. Ale gdybym o tym pomyślała, to bym tak zrobiła. No więc idź na jakiś bal z 

Brodym.

- On się mnie boi.

- Co ty opowiadasz? - Natasza prychnęła jak kotka.

- No dobrze, powiedzmy, że czuje się przy mnie nieswojo. Chyba trochę za ostro się 

do niego od razu zabrałam.

- Ty? - Natasza zrobiła wielkie oczy, choć tak naprawdę wcale nie była zaskoczona. - 

Moja mała nieśmiała córeczka?

- Nie udawaj! - Kate roześmiała się. - Wiesz, że jak czegoś bardzo chcę, to muszę 

postawić na swoim. Z Brodym było tak samo. Zobaczyłam go w sklepie z zabawkami, kiedy 

kupował betoniarkę dla Jacka. Zaczęliśmy flirtować, a potem...

- W sklepie z zabawkami - mruknęła znacząco Natasza.

Ona i Spence także poznali się w sklepie z zabawkami, tylko że on kupował wtedy 

lalkę dla swojej córeczki. Teraz Freddie była dorosłą kobietą, miała własną rodzinę...

A   więc   jednak   opatrzność,   pomyślała   Natasza.   Znowu   coś,   czego   się   nie   da 

przewidzieć.

- Kiedy się zorientowałam, że kupuje zabawkę dla syna, pomyślałam, że jest żonaty - 

ciągnęła Kate.

- Wściekłam się, że żonaty facet ośmielił się ze mną flirtować.

- Nic dziwnego, że się zdenerwowałaś. - Natasza uśmiechała się zadowolona. Sprawa 

wygląda coraz lepiej.

- Potem dowiedziałam się, że jest wolny, i znów wszystko było jak trzeba. On też się 

background image

mną interesuje - mruknęła Kate, spuściwszy oczy. - Tylko jest uparty jak osioł.

- Raczej bardzo samotny.

- Zauważyłam. - Kate znów spojrzała na matkę.

- Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego przede mną ucieka. Może to zwykły odludek... 

Tacy też się zdarzają.

-   Wobec   mnie   jest   bardzo   miły,   ale   chyba   rzeczywiście   nie   przepada   za 

towarzystwem. Zaprosiłam go na jutrzejsze przyjęcie, a on się wykręcił. Może tobie uda się 

go przekonać? - Natasza wstała. Musiała się brać do roboty. - Mam pomysł. Pojedziesz do 

niego wieczorem, zawieziesz rybę w galarecie i namówisz go, żeby jutro do nas przyszedł.

- Mam iść bez zaproszenia do domu samotnego mężczyzny?  W sylwestra? - Kate 

udawała zgorszoną, ale uśmiechała się od ucha do ucha. - Doskonały pomysł! Dzięki, mamo.

- No to upiekłam dwie pieczenie przy jednym ogniu - zażartowała Natasza. - Chata 

wolna, więc ja i twój tata też będziemy mogli spokojnie powitać Nowy Rok.

Brody siedział przed telewizorem z puszką piwa w ręce. Właściwie nie siedział, tylko 

leżał, a obok niego spał Jack.

W   pokoju,   który   nazywali   salonem,   panował   nieopisany   bałagan,   w   telewizji 

wyświetlano film o przybyszach z kosmosu, którzy wyglądali jak gigantyczne gałki oczne.

Brody uwielbiał takie filmy.

Za kilka godzin zamierzał przełączyć kanał. Chciał obejrzeć transmisję z powitania 

nowego roku na Times Square, Jack też chciał to zobaczyć. Twierdził, że na pewno nie zaśnie 

przed północą.

Trzeba przyznać, że mały robił wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby dotrzymać słowa. 

Z wyjątkiem podpierania powiek zapałkami. Mimo wysiłków Jack w końcu jednak zasnął i 

spał teraz smacznie, posapując z cicha.

Brody postanowił obudzić go pięć minut przed północą, żeby chłopczyk zobaczył, jak 

Nowy Rok obejmuje świat w posiadanie. Teraz sączył piwo i śledził poczynania wielkiego 

oka prześladującego Bogu ducha winnych ludzi.

Omal nie podskoczył, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Nikogo się nie spodziewał, 

więc równie dobrze mogło to być wielkie oko z innej planety, które właśnie wylądowało na 

jego podwórku. Na pewno oko, pomyślał Brody. Wszyscy znajomi świętują teraz nadejście 

nowego roku. Albo oko, albo ktoś zabłądził w tutejszych zaspach.

Ostrożnie ułożył Jacka na kanapie. Jakoś udało mu się przejść pomiędzy rozrzuconymi 

na podłodze zabawkami tak ostrożnie, że niczego nie rozdeptał.

Okazało się, że nie wszyscy świętują. W każdym razie Kate Kimball na pewno nie 

background image

obchodziła sylwestra, bo to właśnie ona stanęła w progu domu Brody'ego o tej niecodziennej 

porze.

- Cześć - powiedziała. - Miałam nadzieję, że zastanę cię w domu. A to od mojej 

mamy.

Podała mu starannie opakowaną miskę sporych rozmiarów.

- Od twojej mamy? - Brody wziął od niej prezent. Wielkie oko z kosmosu mniej by go 

teraz zdziwiło niż ta wizyta i ten tajemniczy dar.

- Miała nadzieję, że zaszczycisz swoją obecnością jej noworoczne przyjęcie. Zrobiłeś 

jej wielką przykrość, wykręcając się brakiem czasu.

- Wcale nie powiedziałem, że nie mam czasu - tłumaczył się Brody.

Nijak nie mógł sobie przypomnieć, jakiego wykrętu użył tym razem. Pamiętał tylko, 

że wymyślił coś na poczekaniu, więc nic dziwnego, że nic nie pamiętał.

- Mama przysyła ci rybę w galarecie - wyjaśniła Kate. - To na zachętę. Ma nadzieję, że 

jak spróbujesz, to zmienisz zdanie i zdecydujesz się nas odwiedzić. Będzie mnóstwo dzieci, 

więc Jack też nie będzie się nudził. Czy on już śpi? Bo jeśli nie, to bym się z nim przywitała.

Prześliznęła się obok niego i weszła do domu. Brody był zbyt zaskoczony, żeby ją 

zatrzymać.   Pośpieszył   za   nią   do   wielkiego   salonu,   w   którym   panował   jeszcze   większy 

bałagan. Po drodze jedną ręką zbierał porozrzucane zabawki. W drugiej ciągle trzymał miskę.

- Daj sobie spokój. - Kate machnęła ręką. - Wiem, jak wygląda dom, w którym są 

dzieci.   Nawet   sobie   nie   wyobrażasz,   co   działo   się   w   naszym   domu,   kiedy   ja   i   Brandon 

byliśmy mali. Co za wspaniała choinka!

Brody nie podzielał jej entuzjazmu. Drzewko wyglądało, jakby je dekorowały pijane 

elfy.   W   niczym   nie   przypominało   starannie   przybranej   przepięknymi   bombkami   choinki 

Kimballów.

- My też kiedyś  mieliśmy taką. Freddie, Brand i ja ubłagaliśmy mamę, żeby nam 

pozwoliła samodzielnie ubrać choinkę. Narobiliśmy bałaganu, ale było fajnie!

Na kominku płonął ogień. Kate podeszła ogrzać ręce.

Ponad   godzinę   poświęciła   przed   przyjściem   tutaj   na   ubieranie,   dzięki   czemu 

wyglądała w tej chwili tak, jakby włożyła na siebie pierwszą rzecz, która jej wpadła w ręce. 

Sweterek w kolorze ciemnej purpury był niedbale wsunięty w szare spodnie, w uszach lśniły 

maleńkie złote kolczyki, rozpuszczone włosy sięgały aż do pasa.

-   Rewelacyjny   dom  -   stwierdziła.   -  I   tak   tu   cicho.   Jack   ma   mnóstwo  miejsca   do 

biegania. Musisz mu sprawić psa.

- Wciąż mnie o to męczy - wyznał Brody. Słuchał jej, patrzył na nią i zastanawiał się, 

background image

co ma z nią począć. - Podziękuj mamie za rybę.

-   Sam   jej   podziękuj.   -   Kate   się   odwróciła.   Wtedy   zobaczyła   Jacka.   Spał   z   buzią 

wtuloną w kanapę, jedna ręka zwisała mu na podłogę. Podeszła do chłopca, ułożyła jego 

rączkę na kanapie, otuliła go kocem.

- Pewnie bardzo chciał wytrzymać do północy i padł z wyczerpania - powiedziała, 

patrząc na dziecko z czułością.

- Właśnie - bąknął Brody.

Był   bardzo   zmieszany,   rozczochrany   i   apetyczny.   Stał   pośrodku   wielkiego, 

zarzuconego zabawkami pokoju z miską ryby w jednej ręce i betoniarką Jacka w drugiej.

- Mój ulubiony film - stwierdziła Kate, zerknąwszy na ekran. - Zwłaszcza lubię ten 

moment, kiedy otwierają się drzwi i widać pełno tych wielkich oczu i czułek. Może byś mi 

zaproponował coś do picia?

- Mam tylko piwo.

- Strasznie kaloryczne, ale niech będzie. - Podeszła do Brody'ego, wzięła od niego 

nieszczęsną miskę z rybą. - Gdzie jest kuchnia?

Nie   umiał   odpowiedzieć   na   to   proste   pytanie.   Mowę   mu   odjęło.   Kate   pachniała 

cudownie i on zupełnie nie mógł teraz myśleć o niczym innym.

- Nieważne, sama znajdę - powiedziała. - Tobie też przynieść piwo?

- Nie ja...

Co się ze mną dzieje, pomyślał. Położył pozbierane wcześniej zabawki na podłodze i 

ruszył w ślad za Kate.

- Przyszłaś trochę nie w porę - zaczął.

- Boże, co za stropy! Sam je robiłeś?

- No. Posłuchaj...

Zaklął pod nosem. Kate udawała, że nic nie słyszy, nic nie widzi i zupełnie nic nie 

rozumie.

- O rany! - westchnęła na widok marmurowych blatów, dębowych mebli i małego 

paleniska z kamieni. I wcale jej nie przeszkadzało, że w tej wielkiej ślicznej kuchni panuje 

nieopisany bałagan.

Pijane   elfy   ubierające   choinkę   okazały   się   całkiem   nieszkodliwe   w   porównaniu   z 

wojowniczymi małpami, które stoczyły walkę na śmierć i życie w kuchni.

- Przepraszam za ten bałagan - usprawiedliwiał się Brody. - Rzadko bywa tu aż tak źle.

- Masz prawo robić co chcesz w swojej własnej kuchni, więc przestań przepraszać. 

Gdzie jest piwo? W lodówce?

background image

- W lodówce. Dlaczego nie jesteś na przyjęciu?

- Jestem, tylko  się spóźniłam. - Wyjęła  piwo, pociągnęła nosem. - Czuję  prażoną 

kukurydzę.

- Nie wiem, czy jeszcze coś zostało.

- No to mam za swoje. Trzeba się było nie spóźniać. Kto późno przychodzi, sam sobie 

szkodzi. - Oparła się o blat, wypiła łyk piwa. - Może byśmy usiedli na kanapie i obejrzeli do 

końca ten film?

- Tak. To znaczy... Nie.

- Nie będziemy siedzieć na kanapie, czy nie będziemy oglądać filmu?

Kpiła z niego w żywe oczy. Brody powinien się wściec albo przynajmniej obrazić, 

tymczasem on był podniecony.

- Dlaczego ciągle się koło mnie kręcisz? - spytał.

- Bo mi się tak podoba. - Patrzyła na niego wyzywająco.

Podszedł do niej, wyjął jej z rąk butelkę z piwem, odstawił na blat. Potem pochylił się 

i pocałował Kate. Ostrożnie, jakby się bał, że mu się od tego rozpadnie.

- Tatusiu? Gdzie jesteś?

- O Boże! - Brody odskoczył od Kate jak oparzony. W progu stał Jack, przecierał 

piąstkami zaspane oczy.

- Co robisz, tatusiu?

- Nic - powiedział Brody.

To nicnierobienie w towarzystwie Kate kiedyś w końcu mnie zabije, pomyślał.

- Twój tatuś chciał mnie pocałować.

- Kate! - Brody powiedział  to takim samym  tonem, jakim zwykle  zwracał  uwagę 

Jackowi, gdy mały źle się zachował.

-   Bujasz.   -   Jack   przyglądał   się   im   podejrzliwie.   Jasne   włoski   sterczały   mu   na 

wszystkie   strony,   policzki   były   zaróżowione   od   snu.   -   Mój   tatuś   nie   całuje   się   ,z 

dziewczynami.

- Naprawdę? - Brody chciał się cofnąć, ale Kate przytrzymała  go za koszulę. - A 

dlaczego?

- Bo to są dziewczyny. - Jack wzruszył ramionami. Nie rozumiał, jak ktoś może nie 

znać tak oczywistej prawdy. - Całowanie dziewczyn jest obrzydliwe.

- Co ty tam wiesz! - Kate puściła ojca, pokiwała palcem na syna. - Chodź no tu, 

kolego.

- Po co?

background image

- Żebym cię mogła pocałować.

- Nie chcę! - Jack trochę się przestraszył. - Fuj!

- Dobra. - Kate zdjęła płaszcz, rzuciła go Brody'emu. - Sam tego chciałeś, kolego.

Udała, że chce złapać malca, choć tak naprawdę dała mu dość czasu na ucieczkę. 

Ganiała się z Jackiem przez kilka minut i ani razu nie nadepnęła na żadną zabawkę. Jack 

piszczał, wołał o ratunek i bawił się w najlepsze.

Wreszcie go dopadła, rzuciła na kanapę. Jack, śmiejąc się, błagał o litość.

- A teraz kara. - Kate pocałowała chłopca w oba policzki, cmokając przy tym głośno 

dla efektu. - Powiedz „mniam” - zażądała.

- Nigdy! - Jack śmiał się jak szalony. Był w siódmym niebie.

- Powiedz „mniam, mniam”, bo nie przestanę - zagroziła.

- Mniam, mniam! - wołał Jack, skręcając się ze śmiechu. - Mniam, mniam.

- Wygrałam! - ucieszyła się Kate.

Jack wdrapał się jej na kolana. Nie była taka miękka jak babcia ani twarda jak tatuś. 

Była całkiem inna.

- Zostaniesz z nami do północy? - dopytywał się Jack. - O północy przyjdzie Nowy 

Rok.

- Bardzo bym chciała. - Kate spojrzała wymownie na Brody'ego. - Nie wiem tylko, 

czy twój tata się na to zgodzi.

Gdyby Jack spał, Brody kazałby jej się wynosić, ale w tej sytuacji...

- Oczywiście, że się zgadzam - odrzekł i w tej samej chwili poczuł, że on też bardzo 

chce, by Kate z nimi została.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Frederica Kimball LeBeck wciągnęła Kate do sypialni i dokładnie zamknęła drzwi. 

Musiały choć przez chwilę spokojnie porozmawiać.

- Teraz mi wszystko opowiedz - poprosiła.

- Jak sobie życzysz. - Kate wzruszyła ramionami. - Wszystko zaczęło się od wielkiego 

wybuchu w kosmosie.

-   Strasznie   śmieszne.   Masz   opowiadać   o   Brodym.   Mama   mi   mówiła,   że   już   go 

złapałaś w swoje sidła.

- To nie królik, żeby go łapać w sidła. Ale przystojny, nie?

- Ekstra - zgodziła się Freddie.

- Jest wdowcem i samotnie wychowuje fantastycznego chłopczyka. Chyba zauważyłaś 

Jacka?

- Trudno go nie zauważyć. Od razu zaprzyjaźnił się z Maxem. - Freddie mówiła o 

swoim własnym sześcioletnim synku. - Teraz grają razem w gry wideo.

- No i dobrze. Brody będzie mógł wreszcie pogadać z ludźmi. Stanowczo za rzadko 

pozwala sobie na rozrywki.

- Dziś mu ich nie zabraknie. - Freddie się roześmiała. - Dziadek i wujek Misza już się 

za niego zabrali. Namówili go, żeby im pokazał ten twój dom. Muszą sobie nad nim po 

swojemu powydziwiać.

- Nieźle się zaczyna - mruknęła Kate.

- No dobra, ale mów o Brodym. Czy to tylko hormony, czy może coś więcej ?

- Zaczęło się od hormonów. Moje mają kota na punkcie dużych, silnych mężczyzn. 

Ale tu chodzi o coś więcej - ciągnęła Kate. - On mi się wydaje taki... Bo ja wiem... Po prostu 

sympatyczny   facet.   Solidny,   odpowiedzialny,   kochający.   I   bardzo   nieśmiały,   a   to   takie 

słodkie.

- Więc postanowiłaś wziąć sobie tego cukierka - stwierdziła Freddie.

- No właśnie. Wzięłabym i nikomu nie stałaby się żadna krzywda, gdyby nie... Kiedy 

widzę go z Jackiem, to aż mnie ściska w środku. Znasz to uczucie?

- Znam. - Freddie poznała to ściskanie, kiedy miała  trzynaście  lat.  Zawsze ją tak 

ściskało w środku, kiedy znalazła się blisko Nicka. Tego samego Nicka, który już od kilku lat 

był jej mężem. - Zakochałaś się w nim?

- Jeszcze nie wiem. Wiem, że mi się podoba i że mam na niego straszną ochotę. No i 

lubię   z   nim   rozmawiać.   Wczoraj   w   nocy   oglądaliśmy   razem   końcówkę   tego   filmu   o 

background image

kosmitach w kształcie wielkich oczu.

- Mój ulubiony kosmiczny horror!

- Mój też. Widzę, że rozumiesz, o co mi chodzi. Mam na niego ochotę, a jednocześnie 

lubię siedzieć razem z nim przed telewizorem i oglądać sobie stary film. Z Brodym jest tak 

zwyczajnie, tak bardzo spokojnie. - Kate się zamyśliła, a po chwili mówiła dalej. - Z innymi 

facetami zawsze musiałam gdzieś chodzić. Na tańce, na przyjęcia, na wernisaże, do muzeum 

albo jeszcze gdzie indziej. Nigdy nie można było posiedzieć spokojnie w domu i po prostu nic 

nie robić. A ja już chyba do tego dojrzałam.

- Małe miasteczko, szkoła tańca, romans ze stolarzem. To do ciebie pasuje, Katie.

- Mnie też się tak wydaje. - Kate była zadowolona z tej oceny. - To po prostu do mnie 

pasuje.

Jurij Stanislaski, potężny mężczyzna z burzą siwych włosów, stał w samym środku 

sali, która w niedalekiej przyszłości miała być salą baletową.

- Dużo przestrzeni - pochwalił. - Moja wnuczka ceni przestrzeń. Mocny fundament. - 

Podszedł do ściany, uderzył w nią pięścią. - Solidna konstrukcja.

Michaił, najstarszy syn Jurija, stał przy oknie.

- Ten dom do niej pasuje - stwierdził. - Nie mogła wybrać lepiej. Te wielkie okna... 

Ludzie   przechodzą   ulicą,   zaglądają   w   okna,   widzą   tancerzy   i   reklama   gotowa.   Moja 

siostrzenica ma głowę na karku.

Na   schodach   słychać   było   czyjeś   kroki.   Brody   nie   miał   pojęcia,   ile   dzieciaków 

przyszło tu razem z nimi. Większość z nich zapewne należała do Miszy, choć Brody nie 

potrafił ani ich policzyć, ani tym bardziej uważać na to, co robią.

Nigdy nie miał takiej dużej rodziny, toteż z największym trudem nadążał za tym, co 

działo się tego dnia w domu Kimballów. Choć właściwie raczej się w tym gubił. Nie miał 

pojęcia, że na świecie są jeszcze takie wielkie, zżyte i kochające się rodziny.

- Tato! Chodź na górę. Muszę ci coś pokazać. Co to za fantastyczny stary dom!

- Mój syn Griff - pochwalił się Misza. - Uwielbia starocie.

- No to idziemy na górę. - Jurij klepnął Brody'ego w plecy z siłą zdolną przewrócić 

słonia, jednak Brody zdołał utrzymać się na nogach. - Zobaczymy, co trzeba zrobić z tym 

wspaniałym starym domem, żeby moja wnuczka była szczęśliwa. Piękna ta moja Katie, co 

nie?

- Owszem - przytaknął ostrożnie Brody. Bardzo się bał, z każdą chwilą coraz bardziej.

Brody zamierzał wstąpić na chwilę do Kimballów, grzecznie podziękować Nataszy za 

pamięć i jak najszybciej opuścić przyjęcie.

background image

Ale   przyjęcie   nie   chciało   opuścić   jego.   Wciągnęło   go,   a   raczej   wchłonęło.   Nie 

przypominał sobie, żeby kiedykolwiek przedtem widział aż tylu ludzi zebranych w jednym 

miejscu. Tym bardziej że większość z nich była ze sobą w jakiś sposób skoligacona.

Jego własna rodzina  składała  się właściwie  tylko  z niego, Jacka i jego dziadków. 

Oprócz tego Brody miał trzy ciotki, trzech wujków i sześcioro kuzynów mieszkających w 

różnych zakątkach południowych stanów. Nigdy jeszcze nie widział ich wszystkich naraz w 

jednym miejscu. Dlatego sama liczebność Stanislaskich przyprawiała go o zawrót głowy. Nie 

potrafił pojąć, jak oni mogą spamiętać, kto jest kim i co porabia.

Byli hałaśliwi, porywczy, urodziwi i wszędzie ich było pełno. Ciągle o coś pytali, 

opowiadali jakieś historie i co chwilę się kłócili. Siedział u nich prawie do ósmej wieczorem, 

a mimo to nie miał okazji zamienić nawet dwóch zdań z Kate.

Zaciągnięto go do domu, który miał remontować, wypytano o wszystkie plany. Był 

wystarczająco inteligentny, by zauważyć, że nie chodzi tylko o plany dotyczące remontu.

Rodzina Kate najwyraźniej go sprawdzała. Dokładnie to samo zrobiła kiedyś rodzina 

Connie, chociaż bez tego serdecznego humoru, jakim tryskali krewni Kate. Ale i wtedy, i 

teraz chodziło o to samo: czy aby ten facet jest dość dobry dla naszej królewny?

W przypadku Connie stanowczo i nieodwołalnie zdecydowano, że nie tylko nie jest 

dość dobry, ale wręcz najgorszy z możliwych. Stanislascy chyba jeszcze się nie zdecydowali.

Robił, co mógł, by im pokazać - oczywiście taktownie - że nie ma zamiaru wykradać 

ich   ukochanej   baletnicy,   ale   oni   i   tak   prześwietlali   go   na   wszystkie   strony,   choć   trzeba 

przyznać,   że   robili   to   pogodnie   i   niezbyt   nachalnie.   Oczywiście   jeśli   nie   liczyć   tego,   że 

bezceremonialnie oglądali go sobie od stóp do głów.

Po tym doświadczeniu Brody postanowił nigdy z nikim się nie wiązać. Był szczęśliwy 

w swojej samotności i nie zmieniłby tego stanu za żadne skarby świata.

Przyjęcie wreszcie się skończyło. Dzięki Bogu święta też już minęły, skończyły się 

szkolne ferie. Brody mógł zabrać się do pracy.

Przez cały tydzień zrywał tapety, sprzątał, wyburzał ściany i sprawdzał rury. Przez 

cały tydzień Kate nawet nie przeszła obok swojego domu.

Co rano, kiedy przyjeżdżał na budowę, wyobrażał sobie, jak Kate nadchodzi ulicą, by 

sprawdzić postęp robót. Co wieczór, kiedy pakował narzędzia do ciężarówki, zastanawiał się, 

dlaczego nie przyszła i co mu tym razem szykuje.

Najwyraźniej była zajęta innymi sprawami. Pewnie nie zależało jej na tym domu tak 

bardzo, jak twierdziła. I Brodym też nie interesowała się aż tak bardzo, jak mu się zdawało.

Dobrze zrobiłem, że nie wdałem się z nią w żaden flirt, myślał. Pewnie baluje po 

background image

całych nocach z jakimś przystojnym nowojorczykiem. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się 

okazało, że szuka kupca na ten swój wymarzony dom. Pewnie nie może się doczekać, kiedy 

znów wyfrunie z tego naszego zapyziałego miasteczka, z tej dziury zabitej dechami.

Wytrzymał siedem dni, a ósmego do niej poszedł, choć właściwie nie wiedział po co.

Chciała osobiście doglądać remontu, życzyła sobie, żebym uzgadniał z nią wszystkie 

szczegóły, a skoro nie pojawiała się na budowie, to ja muszę z tym wszystkim przyjść do niej, 

Tak sobie tłumaczył.

Zastukał   do   drzwi,   ale   nikt   mu   nie   otworzył;   w   domu   panowała   martwa   cisza. 

Zadzwonił. Nadal nic się nie działo, ale on nie odchodził. Przechadzał się po ganku tam i z 

powrotem, nie bardzo wiedząc, co ze sobą począć.

Dobrze wiedział, że wcale nie chodzi mu o budowę. W tej sprawie wszystko było 

uzgodnione do najdrobniejszych szczegółów. A to, co Kate robi i z kim jest, nie powinno go 

obchodzić. Przecież postanowił z nikim się nie wiązać, był szczęśliwy w swojej samotności.

To   było   tydzień   temu.   Teraz   sprawy   wyglądały   zupełnie   inaczej.   Kiedy   to   sobie 

uświadomił, odetchnął głęboko i już miał odejść, gdy drzwi nagle się otworzyły.

W progu stanęła Kate, rozespana, nie bardzo przytomna. Wyglądała jak osoba, którą 

dopiero co wyrwano z głębokiego snu i która wcale nie zamierza się jeszcze budzić.

A więc miałem rację, przemknęło mu przez myśl. Baluje po całych nocach, a w dzień 

to wszystko odsypia.

- Brody? Skąd się tu wziąłeś?

-  Przyszedłem  -  burknął.   -  Przepraszam,   że  cię  obudziłem.   W  końcu  jest   dopiero 

czwarta po południu.

Była zbyt zaspana, żeby zrozumieć złośliwość, więc się do niego uśmiechnęła.

- Dobrze, że mnie obudziłeś - powiedziała. - Gdybym spała więcej niż godzinę, w 

nocy nie mogłabym zmrużyć oka. Wejdź, proszę. Nie wiem jak ty, ale ja się muszę napić 

kawy.

Nie oglądając się za siebie, poszła do kuchni. Usłyszała za plecami trzaśniecie drzwi, 

więc była pewna, że Brody idzie za nią.

- Przyjechałam parę godzin temu - mówiła, nastawiając ekspres. Żeby pozbyć się bólu 

zmęczonych mięśni, odruchowo stanęła w pierwszej pozycji baletowej. - Jak się posuwa mój 

remont?

- Czy twoje zainteresowanie różnymi sprawami zawsze jest takie krótkotrwałe?

- Nie rozumiem. - Trzecia pozycja. Stanąć na palcach, wyjąć z szafki kubki.

- Przez cały tydzień ani razu nie pokazałaś się na budowie.

background image

- Musiałam wyjechać. Wezwano mnie do Nowego Jorku.

- Jakieś kłopoty w rodzinie? - zaniepokoił się Brody. Od razu przestał się złościć.

- Nie, u nich wszystko w porządku. - Kate wyprostowała się, syknęła. - Czy mógłbyś... 

Tu na plecach...

Próbowała dosięgnąć obolałego mięśnia pomiędzy łopatkami.

-  Przygnieć  tu  kciukiem,   dobrze?  Trochę   niżej. -  Kierowała  palcami  Brody'ego.   - 

Jeszcze mocniej. Oj, dobrze - westchnęła, po czym odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy. - 

O, tak. Nie puszczaj.

- A niech to wszyscy diabli! - zawołał Brody. Podniecony do granic wytrzymałości 

zabrał rękę, odwrócił Kate twarzą do siebie, oparł ją o blat i zaczął całować. Jej zaspane 

jeszcze   ciało   przeszył   dreszcz.   Pożądanie   wyparło   dominujące   jeszcze   przed   chwilą 

zmęczenie, wszystkie bóle przeciążonych mięśni.

Pragnienie   i   irytacja   walczyły   w   nim   o   lepsze   od   chwili,   gdy   ujrzał   Kate 

półprzytomną, jeszcze ciepłą od snu. Teraz pękły w nim wszystkie tamy, runęły wszystkie 

mury, połamały się starannie ustawiane zapory. Brał pełnymi garściami to, czego dotąd zabra-

niał sobie nawet pragnąć.

Gdy wreszcie się od niej oderwał, obojgu brakowało tchu. W milczeniu patrzyli na 

siebie: on z dłońmi w jej bujnych włosach, ona z palcami wbitymi w jego ramiona.

Zaraz jednak ich usta znów się połączyły. Dłonie Kate wdarły się pod jego koszulę, 

palce Brody'ego szukały szczęścia pod jej sweterkiem.

- Zaparzyłaś kawę, Katie?

Spencer Kimball stanął w progu jak wryty.  Jego maleńka córeczka oplotła się jak 

bluszcz wokół jakiegoś stolarza. Spencer patrzył na to wszystko, widział, ale zupełnie nic nie 

rozumiał.

Brody i Kate odskoczyli od siebie jak oparzeni. A potem, przez długie jak wieczność 

pięć sekund, nikt się nie odzywał ani nawet nie poruszył.

- Ja... - Spencer nic innego nie potrafił wymyślić. - Muszę... Idę do pracowni.

Odwrócił się i prędko wyszedł z kuchni.

- O Boże! - Brody przesunął palcami po włosach, potem zacisnął dłonie w pięści. - 

Daj mi jakiś pistolet! Zastrzelę się i będzie po kłopocie.

- Nie mamy w domu broni. - Kate musiała się przytrzymać blatu, bo kuchnia wciąż 

jeszcze kręciła jej się przed oczami. - Poza tym naprawdę nic się nie stało. Mój tata wie, że ja 

czasami całuję się z mężczyznami.

- Nie zamierzałem poprzestać na całowaniu - mruknął Brody. - Gdyby nie twój ojciec, 

background image

zrobiłbym to tutaj, w waszej kuchni.

- Na pewno nie sam - zapewniła go Kate. - Nie mogę odżałować, że tata nie ma dziś 

popołudniowych zajęć.

Brody odwrócił się, wyjął z kredensu szklankę i napełnił ją zimną wodą z kranu. 

Właściwie  powinien  wylać  ją  sobie  na głowę,  ale zadowolił  się wypiciem  wody  jednym 

haustem. Trochę minio wszystko ochłonął.

- Nigdy by do tego nie doszło, gdybyś mnie nie wkurzyła.

- Ja cię wkurzyłam? - zdziwiła się Kate. Miała ochotę przygładzić te jego włosy, które 

przed chwilą potargała. - Czym, jeśli wolno spytać?

- Najpierw kazałaś się dotykać, a potem zaczęłaś jęczeć.

Kate   zrezygnowała   z   kawy.   Musi   się   napić   czegoś   mocniejszego.   Z   impetem 

otworzyła lodówkę, wyjęła butelkę białego wina.

-  Jęczałam,   bo  najpierw   bardzo  bolały  mnie  mięśnie,  a   potem   się  rozluźniły.  Nie 

wyobrażasz sobie, jaka to ulga, kiedy wreszcie przestaje boleć. Podaj mi te przeklęte kieliszki 

- warknęła - bo teraz ja jestem wkurzona.

- Ty? - zdumiał się, ale otworzył szafkę, wyjął z niej dwa kieliszki i podał je Kate. - A 

to dlaczego? Przez cały tydzień włóczysz się po Nowym Jorku i nikomu nawet nie piśniesz 

słówkiem, gdzie się podziewasz.

- Moi rodzice wiedzieli, gdzie jestem i co robię.

- Nalała wina do kieliszków, z głośnym stuknięciem postawiła butelkę na stole. - Nie 

uprzedziłeś mnie, że muszę uzgadniać z tobą swoje plany.

- Zaangażowałaś mnie do przeprowadzenia remontu, tak? Bardzo skomplikowanego 

kapitalnego   remontu.  Zgadza   się?  Stanowczo   oświadczyłaś,  że   chcesz  na   bieżąco  śledzić 

postępy prac, a w ciągu tego tygodnia, kiedy ty sobie gdzieś zniknęłaś, my zrobiliśmy bardzo 

duże postępy.

-   Nic   na   to   nie   poradzę.   -   Kate   napiła   się   wina.   Bardzo   się   starała   nie   stracić 

panowania nad sobą.

- Gdybyś naprawdę miał jakiś problem, moi rodzice w każdej chwili by cię ze mną 

skontaktowali. Trzeba było ich o to poprosić.

Brody   wpadł   w   panikę.   Był   pewien,   że   istnieje   jakiś   powód,   dla   którego   nie 

skontaktował się z Kate za pośrednictwem jej rodziców. A nawet jeśli nie istniał, trzeba go 

było natychmiast wymyślić. Natychmiast!

- Zazwyczaj nie przyjmuję zamówień od dzieci. Moi klienci to dorośli ludzie. Jeśli 

muszą wyjechać,  zostawiają  mi jakiś numer kontaktowy.  Nikt nigdy nie żądał ode mnie, 

background image

żebym kontaktował się z nim przez rodziców.

- Bardzo to naciągane - stwierdziła, choć w głębi ducha musiała mu przyznać rację. - 

Na przyszłość zapamiętaj sobie, że jeśli nie będziesz się mógł skontaktować ze mną, masz 

konsultować decyzje z moimi rodzicami.

- W porządku. - Brody wpakował ręce w kieszenie. - Po prostu świetnie.

- Przede wszystkim rozsądnie.

Kate   wzruszyła   ramionami.   Już   dawno   stwierdziła,   że   ta   wymiana   zdań   jest 

idiotyczna. Nie miała nic przeciwko solidnej kłótni, ale śmieszności nienawidziła.

-   Teraz   ci   powiem,   dlaczego   musiałam   pojechać   do   Nowego   Jorku.   Kiedy 

odchodziłam z zespołu, dałam dyrektorowi słowo, że jeśli będę potrzebna i jeśli to będzie 

możliwe, przyjadę na zawołanie. Ja zawsze dotrzymuję słowa. Kilka tancerek zachorowało na 

grypę. Primabaleriny też. Tańczymy mimo kontuzji, tańczymy nawet wtedy, kiedy jesteśmy 

chorzy, ale czasami człowiek po prostu nie może się ruszyć, a co dopiero wyjść na scenę. 

Dałam szefowi cały tydzień, osiem przedstawień. Przez ten czas chore wyzdrowiały, a znów 

inne ścięła grypa.

Kate oparła się o blat, żeby odciążyć nogi.

- Z tym partnerem, którego teraz dostałam, tańczyłam po raz pierwszy w życiu, a to 

oznacza długie i bardzo wyczerpujące próby. Prawie trzy miesiące nie wychodziłam na scenę, 

więc rano musiałam jeszcze chodzić na lekcje. Dlatego nie miałam ani czasu, ani energii, 

żeby zajmować się remontem, który, jak mi się zdawało, powierzyłam fachowcowi. Nie przy-

szło  mi   do  głowy,   że  będziesz  potrzebował  konsultacji   we  wstępnej  fazie.  Zwłaszcza   że 

przecież wszystko uzgodniliśmy.

- Pożycz mi nóż.

- Po co?

- Skoro nie masz pod ręką pistoletu, to poderżnę sobie gardło. Najlepiej nożem.

- Nie możesz z tym zaczekać, aż wrócisz do domu? - Kate piła wino i popatrywała na 

Brody'ego znad kieliszka. - Mama nie cierpi krwi na podłodze. Zwłaszcza w kuchni.

-   A   tata   raczej   nie   jest   zachwycony,   kiedy   jego   córka   migdali   się   z   facetami. 

Zwłaszcza w kuchni.

- Nie mam pojęcia. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy.

- Naprawdę nie chciałem, żeby to tak wyszło.

- Czyżby? - Podała mu kieliszek z winem. - A jak to sobie wyobrażałeś?

- Nie wiem, ale na pewno nie tak. - Wziął kieliszek, spróbował wina. - Sama widzisz, 

jak to się wszystko gmatwa i komplikuje. Praca, ja, ty. I seks.

background image

- Nie przejmuj się. Jestem mistrzynią w organizacji pracy.

Roześmiał się i zaczął chodzić po kuchni tam i z powrotem. Na wszelki wypadek ręce 

nadal trzymał w kieszeniach. Bał się, że jeśli je wyjmie, nie potrafi nad nimi zapanować.

- Strasznie dużo rzeczy w życiu schrzaniłem - powiedział. - Z moją żoną i z Jackiem. 

Nie chcę tego powtarzać. Zrozum, Jack ma dopiero sześć łat. Jestem dla niego wszystkim, a 

on jest dla mnie najważniejszy na świecie.

- Właśnie za to tak bardzo cię lubię.

- Nie rozumiem. - Przyglądał się jej uważnie.

- Wobec tego musisz znaleźć trochę czasu na przemyślenie tego problemu.

- A nie lepiej wynająć pokój w hotelu i udawać, że żadnego problemu nie ma?

Zdziwił się. Myślał, że Kate się wścieknie, ale ona się roześmiała.

- To też jest jakieś rozwiązanie - powiedziała.

- Wobec tego... - Spojrzał na ścienny zegar, pokręcił głową. - Dziś już nie mam czasu, 

muszę odebrać Jacka. Przyjdź jutro na budowę, dobrze? W porze lunchu. Pokażę ci, co już 

zrobiliśmy.

- Przyjdę - obiecała. - Chcesz mnie pocałować na pożegnanie?

- Lepiej nie. - Zdecydowanie pokręcił głową. - Twój tata może jednak mieć w domu 

jakiś pistolet, tylko zapomniał ci o tym powiedzieć.

Spencer  Kimball  nie  miał pistoletu. Kiedy Kate  weszła  do jego  gabinetu, właśnie 

studiował   plan   zajęć   na   nowy   semestr.   Kate   nie   mogła   wiedzieć,   że   już   dziesięć   minut 

wpatruje się w tę samą stroniczkę.

Podeszła do niego, postawiła na biurku filiżankę z kawą, i objęła go za szyję.

- Jak się masz, tatku?

- Nie najgorzej. Dzięki za kawę.

Otarła się policzkiem o szorstki policzek ojca.

- Brody się boi, że go zastrzelisz.

- Nie mam broni.

- To samo mu powiedziałam. Powiedziałam mu też, że mój tata wie, że czasami całuję 

się z mężczyznami. Ale ty tego nie wiedziałeś, prawda?

- Co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć  to na własne oczy. On cię dotykał... 

Dotykał mojej córeczki!

- A twoja córeczka dotykała jego. - Kate usiadła ojcu na kolanach.

- Nasza kuchnia raczej nie jest odpowiednim miejscem do... - Spencer się zająknął. 

Nie wiedział, jak ma to określić. Żadne ze znanych mu słów nie pasowało do tej sytuacji, nie 

background image

mogło się odnosić do jego córeczki.

- Masz rację - stwierdziła Kate. - W kuchni powinno się gotować i jeść posiłki. No, 

może jeszcze pić kawę albo rozmawiać. Ja w każdym razie nigdy nie widziałam, żebyście z 

mamą całowali się w kuchni. Byłabym wstrząśnięta, gdybym zobaczyła coś takiego.

Spencer miał ochotę się uśmiechnąć, ale się powstrzymał.

- Zamilcz, z łaski swojej - mruknął.

- Ilekroć wchodziłam do kuchni i zdawało mi się, że ty i mama się całujecie - Kate ani 

myślała podporządkować się woli ojca - to okazywało się, że tylko ćwiczyliście sposoby 

udzielania pierwszej pomocy. Przezorny zawsze ubezpieczony.

- Uważaj, bo zaraz tobie będzie trzeba udzielić pierwszej pomocy - pogroził jej ojciec.

- W porządku, ale najpierw muszę cię o coś zapytać. Czy Brody ci się podoba? Jako 

mężczyzna?

- Oczywiście, że mi się podoba. Ale to jeszcze nie znaczy, że mam skakać z radości, 

kiedy wchodzę do kuchni i widzę... to co zobaczyłem.

- Następnym razem pójdziemy do hotelu.

- Och, Kate! - jęknął Spencer.

- Nigdy nie musiałam przed wami niczego ukrywać. Ani przed tobą, ani przed mamą. 

Teraz też nie zamierzam ukrywać, że czuję coś do Brody'ego. Nie wiem jeszcze dokładnie, co 

to takiego, ale mam wrażenie, że moje czyny odzwierciedlają te uczucia.

- Twoje czyny zawsze odzwierciedlały uczucia. Z żelazną konsekwencją. A co z jego 

uczuciami?

- On sam jeszcze nie wie. Będziemy musieli to sprawdzić.

-   Jak   to,   nie   wie?   -   Ciemne   oczy   Spencera,   takie   same   jak   oczy   Kate,   mocno 

pociemniały. - Niech on się lepiej prędko zdecyduje, bo inaczej...

- Co inaczej? Pobijesz go? A pozwolisz popatrzeć?

- Naprawdę będzie ci trzeba udzielić pierwszej pomocy - westchnął Spencer.

- Kocham cię, tatku. - Kate pocałowała ojca w policzek. - Zapomniałeś, że ty też przez 

wiele lat sam wychowywałeś dziecko? Dobrze wiesz, jak to jest, kiedy się kocha dziecko, 

kiedy człowiek nie ma na świecie nic prócz niego.

Moja Freddie, pomyślała wzruszony Spencer. Moja pierwsza córeczka. Teraz sama ma 

dzieci.

- Tak, wiem - westchnął.

- No widzisz? Nie mogę nie kochać w nim tego, co tak bardzo kocham w tobie.

- A ja nie mogę się z tobą nie zgodzić. - Przytulił ją, pogłaskał po głowie, jakby 

background image

naprawdę   była   małą   dziewczynką.   -   Powiedz   Brody'emu,   że   mimo   wszystko   nie   kupię 

pistoletu. Na razie...

Następnego   dnia   Kate   poszła   na   budowę,   a   potem   już   codziennie   tam   chodziła. 

Zawsze przynosiła ze sobą kanapki, ciasto i kawę. Nie tylko dla Brody'ego, ale także dla całej 

brygady.

Dzięki tym poczęstunkom robotnicy nie marudzili, kiedy zasypywała ich pytaniami 

albo zarządzała niespodziewane zmiany planów. Brody starał się tak układać swój dzień, żeby 

móc spędzić z Kate jak najwięcej czasu. Zabierał ją na spacer albo na kawę do pobliskiego 

barku.

Jego pracownicy puszczali do siebie oko, kiedy z nią wychodził, ale Brody się tym nie 

przejmował. Jednak gdy zdarzyło mu się przyłapać któregoś z nich na gapieniu się na Kate, 

wystarczyło   jedno   groźne   spojrzenie,   by   delikwent   w   pośpiechu   szukał   sobie   zajęcia   w 

zupełnie innej części domu.

Kate przychodziła na budowę ubrana jak modelka, ale wszędzie wtykała nos, nie bała 

się kurzu ani brudu, jakby była zwykłym robotnikiem. I nigdy nie zadawała głupich pytań.

Któregoś dnia zawzięcie dyskutowała z jednym z jego ludzi na temat baseballu, a 

godzinę później rozmawiała z kimś przez telefon komórkowy. Po francusku!

Brody po prostu nie mógł o niej nie myśleć i nie potrafił przestać na nią patrzeć. Jak 

teraz, kiedy tanecznym krokiem wchodziła do sali baletowej.

Miała na sobie szare leginsy i długi niebieski sweterek z miękkiej dzianiny. Upięte do 

góry włosy odsłaniały nagi kark. Naprawdę trudno było oderwać od niej oczy.

W  domu  panowało  miłe   ciepło. Nowy  system   centralnego  ogrzewania  działał   bez 

zarzutu, tynkowanie było prawie skończone i tego dnia Brody przyniósł pierwsze kawałki 

drewna, które miały uzupełnić braki w oryginalnej stolarce.

- Tynki są świetnie położone - pochwaliła Kate.

- Aż żałuję, że całą tę ścianę trzeba będzie pokryć lustrami.

- Lustra już zamówiłem. Przywiozą je w połowie lutego.

Wzięła   od   niego   kawałek   obrobionego   drewna.   Idealnie   pasował   do   ubytku   w 

ozdobnej poręczy schodów.

- To jest piękne, Brody. Zupełnie jak oryginał.

- Oddała mu drewniany element. - Wszystkie prace idą zgodnie z planem. To bardzo 

dobrze. Niestety w sprawach osobistych masz znaczne opóźnienie.

- Tę budowę zaczynam od fundamentów, a przy nich nie można się spieszyć.

- To  zależy, co się chce  na nich  wybudować. - Położyła  mu dłoń  na ramieniu.  - 

background image

Umówmy się na randkę, dobrze?

- Przecież wczoraj poszliśmy na kawę - wykręcał się Brody.

- Mam na myśli prawdziwą randkę dorosłych ludzi stanu wolnego. Kolacja, potem 

kino. Może tego nie wiesz, ale niektóre restauracje zamyka się dopiero nad ranem.

-   Coś   o   tym   słyszałem   -   mruknął.   Zaraz   jednak   przypomniał   sobie   swoje   koło 

ratunkowe. - Chętnie bym się z tobą spotkał, ale Jack...

- To dzielne dziecko. Na pewno nie umrze ze strachu, jeśli się dowie, że chcesz gdzieś 

wyjść wieczorem, a on w tym czasie zostanie w domu z opiekunką. A może zawieziesz go do 

babci?

- Tak, ale...

- Piątek wieczorem. - Kate nie dała mu dojść do głosu. - Kolacja. Ja rezerwuję stolik, 

ty przyjeżdżasz po mnie o siódmej. A w sobotę po południu spotkamy się wszyscy troje: ty, ja 

i Jack. Wybierzemy się do kina. Wpadnę po was o pierwszej. Umowa stoi?

- To nie jest takie proste. Trzeba się umówić z opiekunką, a Jack.

Przerwał, bo drzwi się otworzyły.

- Tata! - Jack wpadł do pokoju jak bomba. - Zobaczyliśmy twoją ciężarówkę i pani 

Skully powiedziała, że możemy się zatrzymać. Cześć, Kate. - Chłopczyk rzucił plecak na 

podłogę, uśmiechnął się promiennie. - Słyszysz, jakie echo? Cześć, Kate!

Roześmiała się i porwała chłopca na ręce, nim Brody zdążył się do niego zbliżyć.

- Cześć, przystojniaku. No jak, pocałujesz mnie?

- Nie! - zawołał malec, choć miał nadzieję, że Kate mimo wszystko go pocałuje.

-   Na   tym   właśnie   polega   problem   z   mężczyznami   w   twojej   rodzinie   -   rzekła   i 

postawiła go na ziemi.

W tej chwili do wielkiej sali weszła kobieta z dwójką dzieci.

- Zobaczyłam twoje auto, Brody - powiedziała. - Pomyślałam sobie, że zostawię ci 

Jacka, żebyś nie musiał po niego specjalnie przyjeżdżać. Ale jak jeszcze masz robotę, to 

powiedz. Zabiorę go do siebie...

- Nie, niech zostanie. Dzięki, że go przywiozłaś. Poznajcie się może. Kate, to jest Beth 

Skully. Beth, poznaj Kate Kimball.

- W pewnym sensie już się znamy.  Rod, nie biegaj. Pewnie mnie nie pamiętasz - 

mówiła   do   Kate,   jakby   ani   na   chwilę   nie   przerwały   rozmowy.   -   Moja   siostra   JoBeth 

przyjaźniła się z twoją siostrą Freddie.

- JoBeth? Oczywiście, że ją pamiętam. Co się z nią dzieje?

- Mieszka z rodziną w Michigan. Jest pielęgniarką. Nie masz mi za złe, że tak bez 

background image

zaproszenia   wpadłam   tu   z   całą   swoją   gromadką?   Strasznie   jestem   ciekawa,   jak   chcesz 

przebudować ten stary dom.

- Mamo! - Jasnowłosa dziewczynka z wielkimi oczami pociągnęła matkę za rękaw.

- Za chwilę, Carrie.

- Wszystko ci pokażę - zaproponowała Kate. - Jeśli oczywiście masz trochę czasu.

- Dzisiaj nie mogę. Jesteśmy w biegu. Jak człowiek ma dzieci, to musi pracować na 

kilku   etatach.   W   tej   chwili   jestem   kierowcą   szkolnego   autobusu.   Kiedy   otwierasz   swoją 

szkołę tańca?

- Myślę, że już w kwietniu przyjmę pierwszych uczniów. - Spojrzała na Carrie. W 

wielkich oczach dziewczynki dostrzegła nadzieję. - Chciałabyś zostać baletnicą, Carrie?

- Bardzo! - Mała aż westchnęła z przejęcia.

- Baletnice to ciamajdy - prychnął jej brat.

- Mamo! - Carrie omal się nie rozpłakała.

- Uspokój się, Rod. Przepraszam cię za tego małego potwora, Kate.

- Nie musisz przepraszać. Sama sobie z nim poradzę. Ciamajdy, powiadasz? - zwróciła 

się do Roda.

- Jasne. - Chłopiec był bardzo zadowolony z siebie. - Noszą śmieszne spódniczki i 

kręcą się w kółko.

Rod stanął na palcach, zrobił kilka malutkich kroczków, a jego siostra na dobre się 

rozpłakała.

Ale zanim Beth zdążyła zareagować, odezwała się Kate:

- Ciekawe, która ciamajda potrafi zrobić coś takiego.

Wykonała   klasyczny   stojący   szpagat:   podniosła   do   góry   wyprostowaną  jak   struna 

nogę, palce jej  stopy wskazywały  sufit. Boże wielki, pomyślał  Brody,  bo nic innego nie 

przyszło mu do głowy.

- To nic trudnego - ucieszył się Rod.

Złapał się za kostkę, spróbował podnieść nogę do góry, ale stracił równowagę i jak 

niepyszny usiadł na podłodze.

- No widzisz? To wcale nie jest proste - powiedziała do niego Beth, jednocześnie tuląc 

do siebie Carrie. - Czy to nie boli? - zwróciła się do Kate.

- Nie. Pod warunkiem, że się o tym nie myśli.

- Kate opuściła nogę. - Ile masz lat, Carrie?

- Pięć. Potrafię dosięgnąć do podłogi. Na prostych nogach - pochwaliła się Carrie.

Pięć,   pomyślała   Kate.   Kości   jeszcze   miękkie,   ciało   może   się   nauczyć   poruszania 

background image

wbrew prawom natury.

- Jeśli mama ci pozwoli, to na wiosnę możesz zacząć naukę. Pokażesz swojemu bratu, 

że ciamajdy nie nadają się do baletu.

Puściła oko do Carrie, płynnie wygięła się w mostek, wyrzuciła obie nogi w górę. 

Przez chwilę stała na rękach, po czym równie swobodnie stanęła z powrotem na nogach.

- Ekstra - szepnął Rod do Jacka. - Jak ona to robi?

Brody milczał. Nie mógł oderwać oczu od Kate.

-   Tylko   prawdziwi   siłacze   mogą   tańczyć   w   balecie   -   mówiła   Kate,   spoglądając 

znacząco na Roda.

-   Wielu   zawodowych   piłkarzy   przychodzi   na   lekcje   tańca.   Ćwiczenia   baletowe 

pomagają im poruszać się zwinnie po boisku.

- Bujasz - stwierdził Rod.

- Wcale nie. - Kate ani myślała się obrażać. - Przyjdź kiedyś  ze swoją siostrą na 

zajęcia, to ci pokażę.

- No to mam teraz o czym myśleć. - Beth roześmiała się i wzięła Roda za rękę. - 

Chodź, ty mój senny koszmarze.

Brody już się otrząsnął. W każdym razie przestał wpatrywać się w Kate jak sroka w 

gnat.

- Dzięki za opiekę nad Jackiem, Beth - powiedział.

- Nie ma za co. Wiesz, że zawsze chętnie widzę go u siebie.

- Naprawdę? - Kate natychmiast zwietrzyła okazję.

-   Jasne,   to...   -   Beth   spojrzała   na   Kate,   potem   na   Brody'ego,   i   uśmiechnęła   się 

domyślnie.   No   no,   pomyślała.   Najwyższy   czas,   żeby   ten   facet   znów   zaczął   dostrzegać 

kobiety. - Jack to wspaniały dzieciak - dokończyła. - Już dawno chciałam go zaprosić do nas 

na wystawną kolację z hamburgerami.

- Takie imprezy najlepiej robić w piątki - stwierdziła Kate z miną niewiniątka.

- Naprawdę nie wiem - jąkał się Brody. - Ja...

- Oczywiście, że wiesz - przerwała mu Beth. - Piątek to świetny dzień. Pamiętaj, Jack. 

Liczymy  na ciebie. Przyjedziesz do nas prosto ze szkoły i zostaniesz na kolacji. Możesz 

nawet zostać na noc. - Puściła oko do Kate. - Tylko poproś tatusia, żeby ci zapakował czyste 

ubranko na rano. Do zobaczenia, Kate.

- Do zobaczenia. - Kate była w siódmym niebie. - Dzięki za wszystko.

- Będę spał u Roda, będę spał u Roda! - cieszył się Jack. - Strasznie cię kocham, 

tatusiu!

background image

- No. - Kate przesunęła palcem po torsie Brody'ego i roześmiała się, widząc jego 

wystraszoną minę. - To mamy problem z głowy.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

To był najprawdziwszy feralny piątek. Jednego z członków brygady zmogła grypa. 

Najwyraźniej   pożegnała   Nowy   Jork   i   postanowiła   pohasać   na   prowincji.   Około   południa 

Brody musiał odesłać do domu drugiego robotnika, bo słaniał się na nogach.

Dwóch   pozostałych   członków   czteroosobowej   brygady   zajmowało   się   pracami 

wykończeniowymi   w   Maryland,   wobec   czego   Brody   musiał   sobie   radzić   sam.   Ustawił 

ściankę gipsową oddzielającą gabinet Kate od szkolnej kuchni i wycyklinował podłogi w obu 

tych pomieszczeniach.

Przeżył, bo nie bał się ciężkiej pracy, za to bał się swojego ojca. Może nie tyle ojca, co 

pozostawania z nim sam na sam w niewielkim pomieszczeniu.

Tymczasem   z   powodu   przeklętej   nowojorskiej   grypy   dwaj   panowie   O'Connell 

pozostali całkiem sami na placu budowy. To było dla Brody'ego po prostu nie do zniesienia. 

Niby każdy z nich miał swoje zajęcie, nie musieli nawet na siebie patrzeć, a jednak żaden z 

nich nie potrafił zapomnieć o istnieniu drugiego.

Jak się rozpadną, to je poskręca drutem, ale nie wyrzuci, pomyślał Brody spoglądając 

na stare, setki razy naprawiane buty ojca.

„Jeśli ja czegoś nie potrzebuję, to i ty się bez tego obejdziesz” - to była dewiza starego 

O'Connella. Dewiza tak irytująca, że Brody wstrząsnął się na samo jej wspomnienie.

-   Wyłącz   ten   cholerny   jazgot   -   zażądał   Bob.   -   Jak   można   pracować   przy   takim 

łomocie!

Brody się nie odezwał, ale wyłączył radio. Ojcu nigdy nie podobała się muzyka, jakiej 

słuchał jego syn. Zawsze nazywał ją jazgotem.

Bob mruczał coś pod nosem, dopasowując kolanko do umywalki. Właśnie dlatego 

Brody włączył muzykę. Nie chciał słyszeć tego mamrotania.

- Co za kretyński pomysł, żeby spaskudzić taką piękną kuchnię - marudził Bob. - 

Strata czasu i atłasu. Wielki mi gabinet. Chce uczyć bachory chodzenia na palcach i od razu 

potrzebny jej gabinet.

Brody właśnie przycinał płytę, która miała oddzielać kuchnię od gabinetu Kate. Nie 

mógł   tego   odłożyć   na   później.   Musiał   ustawić   tę   ściankę   teraz,   bo   tak   wynikało   z 

harmonogramu robót. Nie mógł przewidzieć, że ludzie mu się pochorują i że sam będzie 

musiał znosić marudzenie swego ojca. Przyciął płytę do potrzebnych rozmiarów i przeklinał 

własną   głupotę,   bo   chyba   tylko   z   głupoty   zaproponował   Bobowi   wykonanie   robót 

hydraulicznych   w   domu   Kate.   Gdyby   był   choć   trochę   mądrzejszy,   zatrudniłby   innego 

background image

hydraulika.

- Mnie nic do tego - powiedział Brody, wbijając w ściankę działową pierwszy gwóźdź. 

- Klient płaci i wymaga.

- Kimballowie mają forsy jak lodu, ale po co zaraz wyrzucać ją w błoto? Trzeba było 

powiedzieć tej pannicy, że dzielenie kuchni to idiotyzm.

Brody wbił kolejny gwóźdź. Powtarzał sobie w myślach, że ma milczeć, że nie wolno 

mu się odzywać, ale słowa same wypłynęły mu z ust.

- To bardzo rozsądna decyzja - stwierdził. - Tu była kiedyś oberża, więc nic dziwnego, 

że zbudowano dużą kuchnię. Teraz będzie tu szkoła baletowa. Tancerzom duża kuchnia na 

nic się nie przyda.

- Szkoła baletowa! - prychnął z obrzydzeniem Bob. - Nie minie miesiąc, jak nie będzie 

śladu po tej całej szkole baletowej. I jak ona potem sprzeda taki dom podzielony na maleńkie 

pokoiki? I te umywalki w łazience! Niziutkie, w sam raz dla małych dzieci. Po co komu takie 

fanaberie?

- Jak się uczy dzieci, to trzeba mieć pomieszczenia przystosowane do wzrostu dzieci.

- Dzieci uczy się w szkole. O ile dobrze pamiętam, mamy tu chyba jakąś szkołę.

- Mamy - zgodził się Brody. - O ile dobrze pamiętam, to nie uczą w niej tańca.

Starszy pan nie mógł znieść tonu wyższości, jakim mówił do niego jego własny syn. 

On także powtarzał sobie, że ma się nie odzywać, ale - tak jak i Brody'emu - słowa same mu 

się wyrywały.

-   Nie   możesz   naciągać   klientów,   chłopcze   -   powiedział.   -   To   ty   się   znasz   na 

budownictwie, a nie oni. Musisz im doradzić, co jest dobre, a co całkiem bez sensu.

- Oczywiście dobre jest to, co tobie się podoba - odgryzł się Brody.

Bob wyczołgał się spod zlewu. Spłowiała niebieska czapka przekrzywiła mu się na 

głowie. Kiedyś był bardzo przystojnym mężczyzną, ale to było dawno. Teraz miał głębokie 

zmarszczki, wyglądał staro. Tylko zielone oczy, takie same jak oczy Brody'ego, płonęły w 

szarej zaciętej twarzy.

- Uważaj, co mówisz, chłopcze.

- Tobie też by się przydało uważać - odciął się Brody.

Potwornie rozbolała go głowa. Ze złości. Ten ból także odziedziczył po ojcu.

Bob rzucił klucz, zerwał się na równe nogi. Był wysoki, szczupły, muskularny i mimo 

sześćdziesięciu lat wciąż jeszcze bardzo sprawny.

- Jak będziesz miał moje lata, jak tyle lat co ja przepracujesz w tym interesie, wtedy 

będziesz sobie mógł mówić, co ci ślina na język przyniesie.

background image

- Daj spokój. - Brody zmierzył drugi kawałek płyty, zaczął go przycinać. - Powtarzasz 

mi to samo, odkąd skończyłem osiem lat. Nawet nie zauważyłeś, że ja też już jestem dorosły. 

A   żeby   było   śmieszniej,   teraz   ty   pracujesz   u   mnie,   a   nie   ja   u   ciebie.   To   ja   podpisałem 

kontrakt.   Podpisałem   kontrakt,   bo   mój,   rozumiesz,   mój   projekt   spodobał   się   klientowi. 

Dlatego ten remont zostanie przeprowadzony pod moje dyktando. Klient płaci i wymaga - 

powtórzył. - Dopóki panna Kimball jest zadowolona, nie mamy o czym dyskutować.

- Podobno bardzo się starasz, żeby była zadowolona. Nie tylko z twojej pracy.

Wcale nie chciał tego powiedzieć, ale słowa same mu się wymknęły i teraz było za 

późno,   żeby   je   cofnąć.   Jasny   gwint,   pomyślał   wściekły   Bob.   Ten   chłopak   świętego 

wyprowadziłby z równowagi.

Brody zacisnął palce na nożu. Przez chwilę, a chwila ta trwała bardzo długo, miał 

ochotę zmasakrować zaciętą, nieustępliwą twarz własnego ojca.

- To, co mnie  łączy z Kate Kimball,  to wyłącznie  moja sprawa - wycedził  przez 

zaciśnięte zęby.

- Tak ci się tylko wydaje. Zapomniałeś, że ja też mieszkam w tym mieście? Twoja 

matka także. Dlatego obchodzi mnie, co ludzie gadają o moim synu. Zadajesz się z jakąś 

bogatą   lafiryndą   i   guzik   cię   obchodzi,   co   ludzie   na   to   powiedzą.   Nawet   o   dziecku 

zapomniałeś.

- Nie waż się mieszać w to mojego syna!

- Muszę myśleć o moim wnuku, skoro rodzony ojciec o nim zapomina. Mieszkałeś w 

dużym mieście, mogłeś sobie wyczyniać hocki - klocki. Ale teraz wszystko wygląda inaczej. 

Nie pozwolę, żebyś mi przynosił wstyd w moim własnym mieście. Ani mnie, ani małemu.

Ja wyczyniałem hocki - klocki, pomyślał z goryczą Brody. Latałem do lekarzy, do 

specjalistów, do szpitali, a potem dwoiłem się i troiłem, żeby zastąpić matkę dwuletniemu 

brzdącowi i jednocześnie nie umrzeć j' z głodu. y' - Nic o mnie nie wiesz - syknął. - Nie masz 

pojęcia ani o tym, co się ze mną działo, ani nawet o tym, co teraz robię. Ty nawet nie wiesz, 

kim jestem.

Postanowił trzymać ręce przy sobie, ale żeby wytrwać w tym postanowieniu, musiał je 

czymś zająć. Zaczął więc przecinać płytę w miejscu, które wcześniej oznaczył.

- Za to zawsze potrafiłeś znaleźć we mnie jakąś wadę - ciągnął, nie patrząc na ojca - 

wywlec ją na wierzch i rzucić mi ją w twarz.

- Gdybym rzucał mocniej, może nie skończyłbyś jako samotny ojciec.

Brody'emu drgnęła ręka. Ześliznęła się z płyty, ostry jak brzytwa nóż przejechał po 

dłoni.

background image

Bob syknął, jakby to on się zranił, i wyciągnął z kieszeni chustkę. Przestraszył się, ale 

nie potrafił się zdobyć na nic innego, jak tylko jeszcze jedną krytyczną uwagę.

- Powinieneś bardziej uważać, chłopcze.

- Odczep się ode mnie! - Ściskając krwawiącą rękę, Brody cofał się przed ojcem. Bał 

się, że nerwy mu puszczą. Bał się, że zrobi coś strasznego. - Zabieraj swoje narzędzia i wynoś 

się z mojej budowy!

- Zawiozę cię do szpitala. Trzeba założyć szwy.

- Wynoś się! Nie słyszałeś, co powiedziałem? Zwalniam cię! - Przyspieszone bicie 

serca sprawiało, że z otwartej rany płynęło więcej krwi niż powinno. - Pakuj się i wynocha!

Bob pośpiesznie wrzucał narzędzia do swojej skrzynki. Wstyd i wściekłość walczyły 

w nim ze sobą o lepsze.

- Od tej chwili nie mamy ze sobą o czym gadać! - zawołał, po czym wziął skrzynkę i 

wyszedł.

- Nigdy nie mieliśmy o czym gadać - mruknął Brody do znikających za drzwiami 

pleców ojca.

Postanowiła dać mu porządną nauczkę. Oczywiście jeśli w ogóle się zjawi. Musi się 

przyzwyczaić, że jeśli umawia się na siódmą, to ma być o siódmej, a nie o wpół do ósmej.

Bardzo żałowała, że namówiła rodziców na wyjście z domu. Tylko przez to, przez 

własną głupotę, nie miała się teraz komu pożalić.

Chodziła tam i z powrotem po pokoju. Co chwila zerkała na telefon. Nie, nie będę 

znów do niego dzwonić, myślała.

Dzwoniła dziesięć minut temu, ale odezwał się tylko irytujący głos automatycznej 

sekretarki. Kate wolała nie zostawiać wiadomości na taśmie.

Pewnie że miała Brody'emu coś do powiedzenia. Nawet bardzo dużo, jednak wolała to 

zrobić osobiście. Zadała sobie tyle trudu, by zorganizować ten wieczór. Wybrała restaurację, 

prawie dwie godziny poświęciła na toaletę, i wszystko na marne. Z każdą chwilą była coraz 

bardziej wściekła.

Postanowiła   zadzwonić   do   restauracji,   odwołać   rezerwację.   Nie   zamierzam   iść   na 

kolację z facetem, który nie potrafi przyjść punktualnie o umówionej godzinie!

Podeszła do telefonu i w tej samej chwili zadzwonił dzwonek u drzwi. Wyprostowała 

plecy, podniosła głowę najwyżej jak mogła i majestatycznym krokiem poszła otworzyć.

- Przepraszam za spóźnienie. Coś mi wypadło. Wiem, że należało zadzwonić, ale...

Przygotowana   zawczasu   reprymenda   zamarła   jej   na   ustach.   Wystarczyło   jedno 

spojrzenie na Brody'ego, by się domyślić, że to nie brak dobrego wychowania go zatrzymał, 

background image

lecz jakieś nieszczęście. Był blady jak świeżo pobielona ściana.

- Czy coś się stało Jackowi?

- Nie, z nim wszystko w porządku. Przepraszam cię, Kate. Może odłożymy to wyjście 

na inny dzień.

Dopiero teraz zauważyła, że miał obandażowaną rękę. Chwyciła go za nadgarstek.

- Co ci się stało?

-   Nic   takiego.   Naprawdę   głupstwo.   Tylko   kilka   szwów,   ale   strasznie   powoli   to 

wszystko szło. Dlatego się spóźniłem.

- Bardzo boli?

- Prawie wcale. Naprawdę to nic wielkiego.

A jednak było to coś wielkiego, i wcale nie szło o fizyczny ból. Kate świetnie się znała 

na takich sprawach.

- Jedź do domu - powiedziała. - Przyjadę do ciebie za pół godziny.

- Nie trzeba. Ja...

- Przywiozę kolację - przerwała mu tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Do restauracji 

pójdziemy innym razem.

- Naprawdę nie trzeba.

- Brody. - Kate patrzyła mu prosto w oczy. Ty mój biedaku, dodała w myślach. - Jedź 

do domu i czekaj na mnie. No już! - ponagliła, bo stał jak wrośnięty w ziemię. - Ruszaj się.

Nie czekając na dalsze protesty, zamknęła mu drzwi przed nosem.

Była punktualna jak śmierć. Jak zwykle zresztą. Ledwo otworzył drzwi, przeleciała 

obok niego jak burza. Burza z wielkim koszem.

- Dostaniesz befsztyk - oznajmiła. - Masz szczęście, że w naszej lodówce zawsze są 

jakieś zapasy.

Poszła   prosto   do   kuchni.   Postawiła   kosz   na   stole,   zdjęła   płaszcz   i   zabrała   się   do 

rozpakowywania wiktuałów.

- Dasz radę otworzyć wino? - zapytała.

- No pewnie. - Wzruszył ramionami. - Jeszcze nie umarłem.

Wziął od niej płaszcz i powiesił na wieszaku. Pomyślał, że ten elegancki, pachnący 

płaszczyk zupełnie nie pasuje do tego pomieszczenia. Zwłaszcza że wisiał obok starej kurtki, 

którą Brody wkładał wyłącznie na budowę.

Sama   Kate   także   tu   nie   pasowała.   Nie   pasowała   do   jego   skromnego   domu,   nie 

pasowała do pustelniczego życia.

- Masz. - Podała mu butelkę i korkociąg. - Skoro nie umarłeś, to otwieraj.

background image

- Dlaczego ty to wszystko robisz, Kate?

- Bo cię lubię. - Włożyła do zlewu dwa duże ziemniaki, opłukała je i zaczęła obierać. - 

I jeszcze dlatego, że wyglądasz, jakbyś był bardzo głodny.

Muzyka, trzeba stworzyć nastrój. Tak długo szukał w radiu odpowiedniej stacji, aż 

znalazł muzykę klasyczną. Przypuszczał, że Kate właśnie taką lubi.

Wyciągnął z kredensu świąteczny serwis, którego prawie nigdy nie używał, ustawił 

talerze na stole w jadalni. On i Jack jadali tam wyłącznie najbardziej uroczyste świąteczne 

posiłki.

Miał nawet w domu jakieś świece. Nic nadzwyczajnego, zwykłe świece na wypadek 

gdyby wyłączono prąd. Ale nie miał świeczników. Zastanawiał się nawet, czy nie przykleić 

świec bezpośrednio do stołu. W końcu jednak doszedł do wniosku, że wyglądałyby żałośnie.

Trzeba się obejść bez świec.

- W ogóle nie kupujesz warzyw - stwierdziła Kate, gdy wrócił do kuchni.

- Kupuję, ale tylko gotowe sałatki. Wystarczy je wrzucić do miski, zalać jakimś sosem 

i po krzyku.

- Koszmarne lenistwo - powiedziała takim tonem, że musiał się uśmiechnąć.

- Nie lenistwo, tylko zmysł praktyczny. Nie lubię tracić czasu.

-   Spryciarz   -   mruknęła.   -   Jesteś   ranny,   więc   ci   daruję.   Siadaj   i   odpocznij,   a   ja 

tymczasem zrobię obiad. Mógłbyś też zadzwonić do Jacka. Sprawdzisz, czy u niego nadal 

wszystko w porządku.

- Nie miałem pojęcia, że to aż tak widać.

- Ja wszystko widzę. Lepiej żebyś już zaczaj się do tego przyzwyczajać. - Puściła do 

niego oko. - Powiedz Jackowi, że go pozdrawiam i że jutro się zobaczymy.

- Naprawdę chcesz nas zabrać do kina?

-   Naprawdę.   Wiesz,   ja   czasami   robię   coś,   na   co   nie   mam   ochoty,   ale   nigdy   nie 

zgłaszam się do tego na ochotnika. To też sobie zapamiętaj. A teraz zadzwoń do dziecka. Za 

piętnaście minut podaję obiad.

Lubiła   krzątać   się   w   kuchni,   a   zajmowanie   się   Brodym   sprawiało   jej   szczególną 

przyjemność.

Odczekała   spokojnie,  aż   zaczął  jeść,   aż  nalał  sobie   drugi  kieliszek  wina.   Dopiero 

wtedy się odezwała.

- Teraz mi powiedz, jak to się stało - poprosiła.

- Miałem zły dzień - burknął i zaraz zmienił temat. - Jak ty gotujesz ziemniaki, że są 

takie smaczne?

background image

- Sekret ukraińskiej kuchni - wyjaśniła z przesadnie obcym akcentem. - Gdybym ci go 

wyjawiła, musiałbyś zginąć.

- Wobec tego nie chcę wiedzieć. - Brody się uśmiechnął. - Ukraiński też znasz? Parę 

dni temu słyszałem, jak rozmawiałaś z kimś po francusku.

- Owszem, znam ukraiński. O tyle, o ile. Za to angielski znam bardzo dobrze. Możesz 

ze mną rozmawiać w swoim ojczystym języku. Opowiedz, co się zdarzyło w tym twoim złym 

dniu?

- Dwóch ludzi mi się rozchorowało. - Wzruszył ramionami. - Twoja baletowa grypa 

pojawiła się w Wirginii Zachodniej. Reszta brygady pracowała dzisiaj gdzie indziej, więc 

zostałem   bez   pomocników.   No   i   z   tego   wszystkiego   pomyliłem   swoją   rękę   ze   ścianką 

gipsową, zakrwawiłem cały dom, wylałem z roboty swojego ojca, a na koniec spędziłem parę 

godzin, czekając, aż mnie pozszywają.

- Pokłóciłeś się z ojcem? - Położyła dłoń na zdrowej dłoni Brody'ego. - To przykre.

- Raczej normalne. Jakoś nie potrafimy się ze sobą dogadać. Zawsze tak było.

- A jednak dałeś mu pracę.

- Jest bardzo dobrym hydraulikiem.

- Brody... - Kate nie dała się zbyć byle czym.

-  Owszem,  dałem  mu   pracę,  ale  to   był   błąd.  Można   z  nim  wytrzymać   tylko  pod 

warunkiem, że w pobliżu są jeszcze jacyś inni ludzie, ale kiedy jesteśmy tylko my dwaj...

Machnął ręką.

- Lepiej nie mówić. On uważa, że byłem, jestem i zawsze będę nieudacznikiem. Źle 

pracuję,  fatalnie   układam sobie  życie   i zamiast  pilnować   własnego nosa,  uganiam się  za 

bogatą panienką.

- Przeze mnie pokłóciłeś się z ojcem - stwierdziła spokojnie Kate.

- Nic podobnego - zaprotestował. - I tak bym się z nim pokłócił. Zawsze tak było. 

Nawet pretekstu nie potrzebujemy.

- Naprawdę paskudna sprawa - westchnęła. - On jest teraz pewnie tak samo zły i 

rozgoryczony, jak i ty. Ty nie wiesz, jak z nim rozmawiać, a on nie umie rozmawiać z tobą. 

Mam nadzieję, że w końcu się pogodzicie. Cokolwiek byś o nim myślał, to przecież jest twój 

ojciec.

- Wątpię, czy się pogodzimy. Moja rodzina jest zupełnie inna niż twoja.

- Niewiele jest rodzin podobnych do mojej, ale twoja właśnie do takich należy. Mam 

na myśli rodzinę, jaką stworzyłeś Jackowi. Może twój ojciec też to widzi i zastanawia się, 

dlaczego on nie potrafił tak zaprzyjaźnić się ze swoim synem.

background image

- Zawsze byłem nieudacznikiem.

- Bzdura. Ty się dopiero rozwijałeś.

- Niech ci będzie, ale i tak szło mi nie najlepiej. Nie mogłem się doczekać, kiedy 

skończę szkołę, kiedy wreszcie będę pełnoletni. Chciałem stąd uciec. Wiesz, co zrobiłem w 

swoje osiemnaste urodziny? Spakowałem się i pojechałem do Waszyngtonu. Miałem przy 

sobie pięćset dolarów i zupełnie nic nie umiałem. Ale najważniejsze wtedy było, że znajdo-

wałem się daleko od domu.

- Jednak jakoś stanąłeś na nogi.

- To przyszło potem. Przez pierwsze trzy lata żyłem z dnia na dzień. Pracowałem na 

budowach, a zarobione pieniądze wydawałem na piwo i na panienki. - Uśmiechnął się, puścił 

oko   do   Kate.   -   Któregoś   dnia   odkryłem,   że   mam   dwadzieścia   jeden   lat   i   wciąż   jestem 

beztroskim głupcem. Wtedy poznałem Connie. Pracowałem w firmie, która robiła remont w 

domu jej rodziców. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia i zaczęliśmy się spotykać. Do 

dziś nie mam pojęcia, co ona we mnie widziała. Miała bogatych rodziców, kończyła studia... 

Miała pieniądze, klasę, wykształcenie i styl, a mnie bardzo niewiele różniło od kloszarda.

- Widocznie ona tak nie uważała.

- Na pewno masz rację - zgodził się. - Connie była pierwszym człowiekiem, który mi 

powiedział, że mam charakter. Nikt nigdy we mnie nie wierzył... Ona zmusiła mnie, żebym 

uwierzył w siebie. Dzięki niej przestałem być nieudacznikiem, wreszcie zacząłem dorastać. 

Pewnie nie masz ochoty tego słuchać - zreflektował się. - Powiedz, jeśli cię nudzę.

- Mam ochotę słuchać i wcale mnie nie nudzisz. - Dolała mu wina do kieliszka. Nie 

chciała, żeby przerywał. - Czy to ona pomogła ci założyć firmę?

-  To  przyszło   później. -  Brody zdał   sobie  sprawę,   że  nigdy  dotąd  nikomu  o tym 

wszystkim   nie   opowiadał.   Ani   swoim   rodzicom,   ani   przyjaciołom,   ani   nawet   Jackowi.   - 

Miałem jakie takie wyczucie budowlane, twardy kręgosłup, a robota paliła mi się w rękach. 

Kiedy to wszystko zrozumiałem, kiedy zacząłem to wykorzystywać, od razu wszystko się 

zmieniło. Na lepsze. Udało mi się nawet polubić samego siebie.

- Nic dziwnego. Nabrałeś do siebie szacunku.

- No właśnie. - Trafiła w dziesiątkę, pomyślał. Czy ona nigdy nie pudłuje? - Nabrałem 

szacunku,   ale   wciąż   byłem   tylko   zdolnym   robotnikiem,   a   nie   lekarzem,   adwokatem   czy 

finansistą. Rodzice Connie mnie nie akceptowali, delikatnie mówiąc...

-   Nie   znali   się   na   ludziach.   -   Kate   bawiła   się   swoimi   ziemniakami.   Bardziej   ją 

interesowała opowieść Brody'ego niż jedzenie. - Za to Connie się na tobie poznała.

- Nie było jej łatwo, ale jakoś sobie poradziła. Pojechała do Georgetown studiować 

background image

prawo.   Ja   całymi   dniami   pracowałem,   a   wieczorami   chodziłem   do   szkoły.   Uczyłem   się 

zarządzania. Zaczęliśmy snuć plany, za kilka lat zamierzaliśmy się pobrać. Ona miała zrobić 

dyplom, a ja założyć firmę. I nagle okazało się, że Connie jest w ciąży.

Brody wpatrywał się w swój kieliszek, jakby to była szklana kula, w której widać 

przeszłość.

- Oboje chcieliśmy tego dziecka. Z początku ona chciała bardziej niż ja, bo mnie to 

wszystko wydawało się zupełnie nierzeczywiste. W każdym  razie pobraliśmy się. Connie 

kontynuowała studia, a ja wziąłem jeszcze dwie dodatkowe prace. Jej rodzice się wściekli. 

Wyrzekli się jej. Connie bardzo to przeżyła.

Kate nie bardzo mogła sobie to wyobrazić. Jej rodzina zawsze stała po jej stronie, 

choćby nie wiadomo jak narozrabiała.

- Skoro tak, to znaczy, że na nią nie zasłużyli.

-   Masz   świętą   rację   -   westchnął   Brody.   -   Im   gorzej   było,   tym   bardziej   byliśmy 

zawzięci. Jakoś udało nam się przetrwać. Chyba z tysiąc razy myślałem o tym, żeby odejść, 

żeby ją od siebie uwolnić. Connie mogłaby wrócić do rodziców i wszystkim byłoby lżej.

- Ale nie odszedłeś. Wytrwałeś.

- Connie mnie kochała - powiedział zwyczajnie. - Byłem przy niej, kiedy rodził się 

Jack.   Pewnie   mi   nie   uwierzysz,   ale   chciałem   być   wtedy   na   drugim   końcu   świata. 

Gdziekolwiek, byleby jak najdalej od tamtego pokoju. Ale Connie prosiła, żebym przy niej 

został, więc udawałem, że ja też tego chcę. Marzyłem, żeby to się wreszcie skończyło, bo to 

zbyt straszne, bo człowiek nie powinien aż tak cierpieć. Aż wreszcie zjawił się Jack: maleńka 

wrzeszcząca istotka. Od razu wszystko się zmieniło. Nie miałem pojęcia, że można tak bardzo 

kogoś pokochać. W jednej chwili, w jednym momencie pokochać tak, żeby stał się całym 

światem. To oni zrobili ze mnie mężczyznę, wtedy, w tej sali porodowej. Connie i Jack mnie 

stworzyli.

Po policzkach Kate płynęły łzy. Nie mogła ich powstrzymać. Nawet nie próbowała.

- Przepraszam. - Brody podniósł ręce, ale zaraz je opuścił, jakby utracił siły. - Nie 

wiem, co mnie napadło.

- Nie. - Kate pokręciła głową. Nie mogła powiedzieć nic innego. Nawet to krótkie 

słowo wydobyło jej się z gardła z największym trudem.

Ty kretynie, pomyślała wzruszona. Przez ciebie się zakochałam. W tobie. No i co ja 

teraz zrobię?

- Poczekaj - poprosiła.

Wstała i pobiegła do łazienki. Musiała się uspokoić, musiała jakoś się opanować.

background image

Brody także wstał. Chodził po pokoju tam i z powrotem jak tygrys w klatce. Gdyby 

tego nie robił, musiałby chyba walić głową o ścianę.

Ależ ze mnie idiota, myślał. Poświęciła mi tyle czasu, przygotowała domowy obiad i 

pewnie chciała, żeby było choć trochę romantycznie. A ja jej opowiadam o swoich kłopotach. 

Przeze mnie się rozpłakała! Był pewien, że teraz Kate zechce jak najszybciej wrócić do domu, 

więc zabrał się za sprzątanie ze stołu. Nie chciał jej zatrzymywać.

- Przepraszam - powiedział, usłyszawszy za plecami jej kroki. - Jestem kompletnym 

idiotą. Nie miałem prawa opowiadać ci tego wszystkiego. To moje piekło i nikomu nic do 

tego. Idź już sobie, a ja tu...

Urwał, bo Kate oplotła go ramionami, przytuliła głowę do jego pleców.

- Mam w żyłach słowiańską krew. My jesteśmy sentymentalni, lubimy sobie popłakać. 

Czy wiesz, że moi dziadkowie uciekli ze Związku Radzieckiego, kiedy moja mama była małą 

dziewczynką? Tylko ciocia Rachel urodziła się w Ameryce. Dziadek i babcia przeszli pieszo 

przez   góry   z   trójką   małych   dzieci.   Dotarli   aż   na   Węgry.   Przez   zieloną   granicę,   ma   się 

rozumieć.

- Nic o tym nie wiedziałem. Odwrócił się do niej ostrożnie.

- Cierpieli chłód, głód i bardzo się bali. A kiedy przyjechali do Ameryki, byli biedni 

jak myszy kościelne i strasznie samotni. Nie znali ani języka, ani tutejszych obyczajów. A 

jednak tak bardzo chcieli zapewnić dzieciom lepsze życie, że walczyli o to ze wszystkich sił. 

Walczyli i wywalczyli. Z tysiąc razy słyszałam tę historię, ale zawsze przy tym płaczę. I 

zawsze jestem z nich dumna.

- Po co mi to wszystko mówisz?

- Odwaga przybiera różne formy, Brody. Jest siła mięśni i jest siła serca. Jeśli złożysz 

razem obie te siły, możesz dokonać wszystkiego. Wzruszyłam się, bo tobie też się udało. Tak 

samo jak moim dziadkom.

-   Dziękuję.   -   Także   był   wzruszony.   Nie   przypuszczał,   że   ten   straszny   dzień   tak 

cudownie się skończy.

Kate postanowiła, że najwyższy czas zmienić nastrój.

- Pozmywamy naczynia, a potem ze mną zatańczysz - powiedziała. - Sposób, w jaki 

mężczyzna   tańczy,  dużo  mi   o  nim  mówi.   Nie  wiem,  jak  to  się   stało,  że   jeszcze   cię   nie 

sprawdziłam.

- Zatańczmy zaraz - poprosił, wyjmując jej z ręki talerz.

- Nie potrafię. Może to jakaś wada genetyczna, ale gdybym zostawiła te naczynia w 

zlewie, nie mogłabym przestać o nich myśleć.

background image

- Jesteś taka dziecinna.

Wziął ją za ręce, wyprowadził z kuchni.

- Nie. Jestem zorganizowana. Dobrze zorganizowani ludzie mają więcej sukcesów i 

mniej kłopotów.

- Szła za Brodym, ale co chwila oglądała się za siebie.

- To potrwa tylko chwilę.

- Potem też potrwa tylko chwilę.

Brody prawie zapomniał, jak się uwodzi kobiety, ale na szczęście nie całkiem.

- Mam pomysł. Ty włączysz muzykę, a ja przez ten czas pozmywam.

- Naczynia nigdzie nie uciekną. - Roześmiał się i nie puszczając jej ani na chwilę, 

włączył magnetofon.

Z głośnika popłynęły słodkie dźwięki. Powolny, namiętny rytm, który burzył krew. 

Kate wreszcie przestała myśleć o zmywaniu. Przytuliła się do Brody'ego i poruszała w takt 

muzyki.

- Masz wyczucie rytmu - pochwaliła.

- Sama powiedziałaś, że niektórych rzeczy się nie zapomina.

Okręcił ją, odepchnął od siebie, ale nie puścił ani na chwilę. Roześmiała się. Straciła 

oddech, kiedy znów ją okręcił, a potem mocno do siebie przytulił.

- Nieźle sobie radzisz.

Próbowała żartować, choć czuła, że coraz trudniej jej się myśli. Nie przypuszczała, że 

Brody tak świetnie  tańczy.  Gdyby nie był  takim dobrym tancerzem,  nie wytrąciłby jej  z 

równowagi i nadal panowałaby nad sytuacją. I nad sobą.

Stanowczo za dużo niespodzianek jak na jeden wieczór, pomyślała.

Jej włosy bajecznie pachniały. Już prawie zapomniał, jakie tajemnicze i pociągające 

bywają kobiety. Kształt, miękkość, zapach. Prawie zapomniał, jak to jest, kiedy ma się przy 

sobie   kobietę,   zapomniał   co   się   wtedy   myśli,   co   się   czuje.   Musnął   wargami   jej   włosy, 

odnalazł usta Kate.

Westchnęła, wtuliła się w niego mięciutko, jak szmaciana lalka.

Melodia się skończyła, zaczęła się następna, a oni wciąż stali złączeni, kołysząc się w 

takt muzyki.

- Muszę już iść - szepnęła Kate.

- Dlaczego?

- Muszę - powtórzyła. Pogłaskała go po policzku. - Dzisiaj potrzebowałeś przyjaciela.

-   Masz   rację.   -   Opuścił   ręce,   ich   palce   się   złączyły.   -   Naprawdę   potrzebowałem 

background image

przyjaciela, ale i tak bardzo cię pragnę, Kate. Zostań ze mną.

Pocałował ją. Bardzo delikatnie.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Ściany w jego pokoju pozostały nie wykończone. W rogu, na odwróconym do góry 

dnem wiadrze, leżał zwój kabla. W oknach nie było zasłon, a szafa nie miała drzwi.

Wspaniały dębowy parkiet pokrywała gruba warstwa zastarzałego brudu. Trzeba go 

było zeszlifować i polakierować, jednak na to także wciąż brakowało czasu.

Stare   żelazne   łóżko   kupił   kiedyś   na   wyprzedaży,   ale   nigdy   jakoś   nie   pomyślał   o 

porządnej pościeli ani tym bardziej o narzucie.

Dopiero teraz zauważył, jaki zapyziały jest ten pokój, który nazywał swoją sypialnią.

A przecież Kate przywykła do zupełnie innego standardu.

- Nie jest to Tadż Mahal - westchnął.

- Jeszcze jedno dzieło w trakcie tworzenia. - Rozejrzała się po starym pomieszczeniu. - 

Ma charakter. Kiedyś będzie tu bardzo pięknie.

- Ciągle odkładam skończenie tego pokoju na później - tłumaczył  się. - Najpierw 

musiałem zrobić sypialnię Jacka, a potem uznałem, że lepiej zająć się kuchnią i pokojami na 

dole. Tutaj przychodzę tylko na noc.

Kate zadrżała. Uświadomiła sobie, że jest pierwszą kobietą, jaką przyprowadził do 

swojej sypialni i do swojego łóżka.

-   Wyobrażam   sobie,   jak   to   będzie   wyglądało,   kiedy   skończysz   remont   -   mówiła, 

podchodząc do Brody'ego. - Palisz czasami w tym kominku?

- Oczywiście. Bardzo dobrze ciągnie. Chciałem umieścić w nim wkład, żeby dawał 

więcej ciepła, ale...

Co   ja   wygaduję,   dziwił   się.   Opowiadam   o   ogrzewaniu,   o   wkładach   do   kominka, 

zamiast zająć się tą piękną kobietą, która trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno.

- Nie byłby już taki piękny - dokończyła za niego, po czym, jak gdyby nigdy nic, 

zabrała się za rozpinanie koszuli Brody'ego.

- No właśnie. Mam napalić w kominku?

- Później. Teraz nie ma sensu. Wyprodukujemy dość ciepła na własne potrzeby. Na 

pewno nie zmarzniemy.

- Kate... - Zacisnął palce wokół jej nadgarstka. Trochę się nawet zdziwił, że żar bijący 

od jego dłoni nie wypalił znaku na jej skórze. - Jeśli będę trochę niezdarny, to z powodu ręki. 

Nie pogniewasz się?

A więc on też jest zdenerwowany, pomyślała.

- Mężczyzna, który ma takie zdolne ręce, nie powinien mieć kłopotów ze zwykłym 

background image

suwakiem, choćby nie wiem jak był pokaleczony.

Odwróciła się do niego plecami, uniosła do góry włosy.

- Spróbuj.

Brody ostrożnie rozsunął zamek. Odsłonięta szyja, nagie ramię bardzo go podniecały. 

Nie mógł się oprzeć..

Całowali się powoli i równie powoli dłonie Brody'ego wędrowały po skórze Kate. 

Włosy, policzki, szyja...

Nie spodziewała się po nim tyle czułości.

- Setki razy wyobrażałem sobie, że cię dotykam  - westchnął.  - Omal od tego nie 

oszalałem.

- Za to teraz ty doprowadzasz mnie do szaleństwa.

- Zdjęła z niego flanelową koszulę, zaczęła ściągać ciepłą podkoszulkę, którą miał pod 

spodem.

Ale Brody nie zamierzał się spieszyć. Podniósł jej dłonie do ust, całował po kolei 

wszystkie palce. Krew pulsowała coraz szybciej...

Zsunął   z   ramion   Kate   sukienkę,   patrzył,   jak   ześlizguje   się   na   podłogę.   Kate   była 

szczupła i wiotka. Nikt by nie pomyślał,  że pod tą delikatną alabastrową skórą kryją się 

mocne mięśnie.

Wstrzymała oddech, gdy przesunął palcami po obrębie jej stanika, a potem wsunął je 

do środka, jakby starał się zapamiętać kształt.

- Dużo myślałem o twoich nogach - mówił, głaszcząc nagą skórę nad pończochą. - 

Ciekaw byłem, jak wyglądają nogi primabaleriny.

- Teraz już nie musisz sobie wyobrażać. Tylko, błagam, nie patrz na stopy. Tancerki 

mają bardzo brzydkie stopy.

- Mocne - poprawił ją. - Mnie bardzo podnieca siła. Potem cię poproszę, żebyś mi 

pokazała parę sztuczek, tak jak ostatnio Rodowi. Aż mnie zatkało.

- Proszę bardzo. - Roześmiała się, ściągnęła mu koszulę i dotknęła jego twardego 

torsu. - Znam jeszcze lepsze numery.

Brody wziął ją na ręce i zaniósł na łóżko. Gdyby to był taniec, nazwałaby go walcem. 

Powolne kroki w spokojnym rytmie, długi, głęboki pocałunek... To jest ktoś, kogo się chce 

przytulić, pomyślała Kate, obejmując Brody'ego. Przytulać w nieskończoność.

Jego usta znalazły się na jej piersi. Kate jęknęła z rozkoszy, a powolny walc zmienił 

się nagle w ogniste tango.

Brody'emu kręciło się w głowie. Od jej zapachu, od miękkości, od dźwięków. Czuł się 

background image

jak pijany. Pragnął dotykać, pragnął posmakować każdego skrawka jej ciała.

Poruszali się jednym rytmem, ich ciała były mokre od potu, serca biły jak oszalałe. 

Wezbrana fala porwała ich oboje, połączyli się całkowicie.

Leżała   bezwładna   jak   stopiony   wosk.   Nie   otwierała   oczu.   Cieszyła   się   bliskością 

Brody'ego, czuła jego mocno bijące serce, domyślała się, że przeżywa chwile takiego samego 

spełnienia jak ona.

A więc jednak do siebie pasujemy, myślała uszczęśliwiona. Jak dobrze, że się w nim 

zakochałam!   Chociaż...   To   coś   więcej   niż   zakochanie.   To   jest   miłość!   Prawdziwa, 

najprawdziwsza.

Odetchnęła głęboko. Postanowiła nie myśleć, tylko cieszyć się chwilą. I Brodym.

To on sprawił, że czuła się jak nigdy dotąd, on obudził w niej nieznane uczucia, 

wywołał niewiarygodne doznania.

Przeznaczenie, pomyślała. Właściwie od początku to wiedziałam, odkąd zobaczyłam 

go wtedy w sklepie. Znalazłam go i nie zamierzam nikomu oddać. Za nic na świecie!

- Jak na kogoś, kto rzekomo wyszedł z wprawy, jesteś w wyjątkowo dobrej formie - 

szepnęła, głaszcząc go po plecach.

Podejrzewał,   że   nie   została   mu  w   mózgu   ani   jedna   żywa   komórka,   no  bo   gdyby 

została, to przecież musiałaby działać.

Udało mu się jęknąć. Kate bardzo ta odpowiedź rozbawiła. Roześmiała się, oplotła go 

ramionami. Miał jeszcze tyle siły, żeby odwrócić głowę. Twarz zaplątała mu się we włosy 

Kate.

To przeznaczenie, pomyślał. Lepiej już być nie może.

- Obudź mnie, jak zacznę chrapać - poprosił.

- Ani mi się śni.

-   Żartowałem.   -   Podniósł   głowę,   uniósł   się   na   łokciach,   wyzwolił   ją   spod   swego 

ciężaru. - Uwielbiam na ciebie patrzeć.

- Ja też, Na ciebie. - Bawiła się jego włosami. Nie były ani jasne, ani brązowe, ale ta 

mieszanka kolorów bardzo jej się podobała. Co najmniej tak samo jak właściciel.

- Czy wiesz, że kiedy tylko cię zobaczyłam, zaczęłam marzyć o tym, żeby zaciągnąć 

cię   do   łóżka?   -   Podniosła   głowę,   delikatnie   ugryzła   go   w   ucho.   -   Już   pierwszego   dnia 

straciłam dla ciebie głowę. To u mnie nie jest normalne.

- Ja miałem podobne reakcje. Byłem już niemal przekonany, że pewne części mojego 

ciała dawno umarły, ale ty je wskrzesiłaś. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.

- Nic. - Uśmiechnęła się. - Najważniejsze, że mi się udało. W końcu zaciągnęłam cię 

background image

do łóżka.

- Dziękuję. - Brody ją pocałował. - A skoro już tu jesteśmy, skoro jesteśmy razem w 

łóżku...

Kate chciała się roześmiać, ale poczuła, że on znów twardnieje, że zaczyna się w niej 

poruszać.

- Muszę nadrobić stracony czas - szepnął, jakby się usprawiedliwiał.

Doszedł do wniosku, że to wcale nie jest łatwo, kiedy ma się jednocześnie romans i 

dziecko. Po tamtej cudownej nocy wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało. W każdym 

razie coraz trudniej mu było godzić potrzeby mężczyzny z obowiązkami ojca.

Był bardzo zadowolony, że Kate lubi Jacka i lubi się nim zajmować. Nigdy nie robiła 

Brody'emu wyrzutów, że poświęcał synkowi dużo czasu.

Prawdę   mówiąc,   gdyby   nie   zaakceptowała   Jacka   i   płynących   z   jego   obecności 

ograniczeń, ich związek nie potrwałby długo. Ani związek fizyczny, ani żaden inny.

Po   namyśle   doszedł   do   wniosku,   że   to   jego   pierwszy   w   życiu   romans.   Swojego 

związku z Connie nigdy za romans nie uważał. W dwudziestym pierwszym roku życia nie 

miewa się romansów. W tym wieku można się tylko kochać, miłością szczerą, prawdziwą i 

żadną inną.

Muszę pamiętać, powtarzał sobie w myślach, żeby nie idealizować tego, co zaszło 

między mną a Kate. Lubimy się, pragniemy i dobrze nam ze sobą. I tak ma zostać. Niczego 

więcej do szczęścia nam nie potrzeba.

Musiał   także   pamiętać,   że   przede   wszystkim   jest   ojcem.   Ojcem   i   matką 

sześcioletniego chłopczyka. Brody jeszcze nigdy nie słyszał o tym, żeby jakaś młoda, piękna i 

utalentowana   kobieta   chciała   się   związać   z   mężczyzną   samotnie   wychowującym   małe 

dziecko.

Nie zamierzał żądać od Kate podobnego poświęcenia. I tak dostał od życia więcej niż 

mógł się spodziewać. Od życia i od Kate. Tłumaczył sobie, że jest już dorosły, że ma prawo 

do romansu z dorosłą i wolną kobietą. A romans nie musi zaraz odmieniać człowiekowi 

całego życia, nie musi się przekształcać w żaden trwały związek.

Dlatego nawet nie pomyślał o tym, by cokolwiek zmieniać w swoim życiu. No, może 

z wyjątkiem wystroju sypialni.

Przyjrzał   się   z   uznaniem   wnętrzu,   które   miało   się   stać   gabinetem   Kate.   Musiał 

przyznać, że zrobił je bardzo ładnie. Było eleganckie i z klasą, tak jak jego właścicielka, która 

nie wiadomo gdzie się teraz podziewa.

Nagle uświadomił sobie, że lubi wiedzieć, gdzie jest Kate i co w danej chwili robi. 

background image

Chciał ją  mieć zawsze pod ręką. Na wypadek  gdyby udało mu się wykroić  jakąś wolną 

godzinę,   nim   trzeba   będzie  wrócić   do  domu   i   razem   z   Jackiem   robić   gazetkę   ścienną   o 

dinozaurach.

Seks, stolarka i pierwsza klasa, pomyślał nieco rozbawiony. Nigdy nie wiadomo, co 

się człowiekowi w życiu przytrafi.

-   Na   pewno   mu   się   spodoba.   -   Kate   oglądała   ruchomą   szczękę   plastikowego 

drapieżnika.

- Dinozaury zawsze się podobają. - Annie poprzestawiała zabawki, chociaż wcale nie 

trzeba było tego robić, i spojrzała na Kate. - Ten Jack O'Connell to strasznie fajny dzieciak.

- No.

- Jego ojciec też nie jest najgorszy.

- Pewnie. Obaj są strasznie fajni. Oczywiście, nadal się spotykamy. Bo rozumiem, że 

tego się chciałaś dowiedzieć.

- Ja nic takiego nie powiedziałam - zarzekała się Annie. - Nigdy nie wtykam nosa w 

nie swoje sprawy.

- Nie wtykasz - zgodziła się Kate. - Ty go wściubiasz. I za to właśnie cię kocham. No 

dobra, lecę. Jeszcze tylko zobaczę się z mamą.

- Zapakować ci tego gada?

- Nie. Jak zapakujesz, to będzie prezent, a mnie chodzi o to, żeby go podrzucić przy 

okazji jako model na lekcję o dinozaurach.

- Ty umiesz człowieka podejść, Katie. Pewnie, że umiem, pomyślała Kate. A przede 

wszystkim wiem, czego chcę, i umiem znaleźć sposób, żeby to osiągnąć.

Minęły dwa tygodnie, odkąd po raz pierwszy kochała się z Brodym. Od tamtej pory 

spędzili ze sobą tylko jeden wieczór i kilka pojedynczych godzin, a Kate chciała znacznie 

więcej. Nie tylko od Brody'ego, ale i od Jacka.

W tej drugiej sprawie też już sporo zrobiła. Zabrała Jacka do kina, kilka razy poszła 

razem z nim i jego ojcem na hamburgera, a w pierwszą sobotę po tym, jak spadł porządny 

śnieg, wszyscy troje stoczyli prawdziwą bitwę na śnieżne kule.

Kate zastukała do gabinetu matki, uchyliła drzwi, zajrzała do środka. Natasza siedziała 

przy biurku i rozmawiała przez telefon. Gestem zaprosiła córkę do środka.

- Tak, tak, dziękuję. Wobec tego czekam na dostawę w przyszłym tygodniu.

Wystukała coś na klawiaturze komputera, odłożyła słuchawkę i westchnęła.

- W samą porę - powiedziała. - Muszę się napić herbaty i porozmawiać o czymś, co 

nie ma związku z lalkami.

background image

- Cieszę się, że mogę ci w tym pomóc. Mogę nawet zaparzyć herbatę.

Kate   postawiła   dinozaura   na   biurku,   poszła   nastawić   wodę   na   herbatę.   Natasza 

przyjrzała się najpierw zabawce, a dopiero potem córce.

- Dla Jacka - raczej stwierdziła niż zapytała.

- No. Uczą się teraz o dinozaurach. Pomyślałam, że mały dostanie parę dodatkowych 

punktów za tego stwora. No i pewnie się ucieszy.

- To bardzo miły chłopczyk.

- Też tak uważam. - Kate nalała herbatę do filiżanek. - Brody świetnie go wychowuje, 

ale materiał do wychowania też ma wspaniały.

-   Owszem.   Chociaż   niełatwo   jest   samotnie   wychowywać   dziecko.   Zwłaszcza 

mężczyźnie.

- Nie pozwolę mu samemu skończyć tej roboty.

- Kate postawiła filiżanki na biurku, usiadła. - Kocham Brody'ego, mamusiu, i mam 

zamiar zostać jego żoną.

- Och, Kate! - Natasza zerwała się z miejsca i przytuliła córkę. Łzy pociekły jej po 

policzkach.

- Cudowna wiadomość, córeńko! Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę. Moja mała 

dziewczynka wychodzi za mąż!

Przykucnęła przy Kate, pocałowała ją mocno w oba policzki.

- Będziesz najpiękniejszą panną młodą na całym świecie. Czy już ustaliliście datę? 

Musimy wszystko dokładnie zaplanować. Zobaczysz, jak się tatuś ucieszy z tej wiadomości.

- Zaczekaj, nie tak szybko.

Kate roześmiała się, chwyciła matkę za rękę.

- Nie ustaliliśmy żadnej daty, bo Brody jeszcze nie wie, że powinien poprosić mnie o 

rękę. Muszę go dopiero do tego przekonać.

- Ale...

- Brody jest mimo wszystko bardzo staroświecki i na pewno oświadczy się jak należy. 

Oczywiście we właściwym czasie. Trzeba go tylko lekko popchnąć w odpowiednim kierunku. 

A jak już się oświadczy, wtedy wszystko sobie zaplanujemy.

Natasza się wyprostowała. Widać było, że jest rozczarowana i może nawet trochę 

zmartwiona.

- Brody nie jest rzeczą, Katie. Nie możesz go przestawiać ani popychać, jak ci się 

podoba.

- Wcale tak o nim nie myślę, mamusiu. Ale chyba sama przyznasz, że każdy związek 

background image

zmierza   w   jakimś   kierunku.   A   więc   muszę   popracować   nad   tym,   żeby   rozwijał   się   we 

właściwym.

-   Kochanie.   -   Natasza   wróciła   na   swoje   miejsce   za   biurkiem.   -   Podziwiam   twoją 

logikę, zmysł praktyczny i upór, z jakim dążysz do celu, ale miłość, małżeństwo czy rodzina 

nie zawsze opierają się na logice. Prawdę mówiąc, bardzo rzadko opierają się na logice.

- Ja go kocham, mamo - rzekła dobitnie Kate. Nataszy znów łzy napłynęły do oczu.

- Wiem, córeńko. Widzę. Jeśli naprawdę go chcesz, to ja też chcę, żebyś została jego 

żoną, ale...

- Chcę zostać mamą Jacka - przerwała jej Kate. Ona także była wzruszona. - Nie 

miałam pojęcia, że zapragnę tego tak bardzo. Najpierw uważałam, tak jak ty, że to bardzo 

miły  chłopczyk.  Lubiłam go, ale  wiesz, że  ja  lubię wszystkie  dzieci. A  teraz  się w  nim 

zakochałam, mamusiu. Jestem po uszy zakochana w Jacku. W nim i w jego tatusiu.

Natasza wzięła do ręki dinozaura. Przyglądała mu się i uśmiechała coraz szerzej.

- Wiem, jak to jest, kiedy się pokocha cudze dziecko, kogoś, kto wkracza w nasze 

życie już uformowany i od razu całkiem je odmienia. Nie wątpię, że będziesz go kochała, 

jakby był twoim własnym synem.

- Więc dlaczego się zmartwiłaś?

- Bo jesteś moją córeczką - wyjaśniła Natasza, stawiając zabawkę z powrotem na 

biurku. - Nie chcę, żebyś cierpiała. Jesteś gotowa otworzyć dla nich serce, oddać im swoje 

życie, ale to jeszcze nie znaczy, że oni tego chcą.

- Brody'emu na mnie zależy. - Tego była pewna, a jednak trochę się zmartwiła. - 

Tylko jest bardzo ostrożny.

- To dobry człowiek, Katie, i nie wątpię, że mu zależy, ale nie wiem, czy on cię kocha.

- Ja też tego nie wiem. - Kate westchnęła i wstała z krzesła. - A nawet jeśli mnie 

kocha, to na pewno jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Dlatego muszę być cierpliwa i 

jednocześnie stanowcza. Staram się zachowywać rozsądnie, ale bardzo cierpię, mamusiu. Już 

cierpię i nawet ty nic na to nie poradzisz.

- Moja maleńka. - Natasza przyciągnęła Kate do siebie, posadziła ją sobie na kolanach 

i przytuliła jak małą dziewczynkę. - Z miłością tak to już jest. Nie da się jej uporządkować, 

nie można jej zamknąć w żadnych ramach. Nawet tobie się to nie uda.

- A jednak spróbuję. - Kate uśmiechnęła się przez łzy, pocałowała matkę w policzek. - 

Zrobię tak, że będzie dobrze. Zobaczysz.

Ciężko jej było nie przyjeżdżać na budowę. Z dziesięć razy już była w drodze i z 

dziesięć razy zdołała przekonać samą siebie, by jednak nie iść, nie sprawdzać, jak postępują 

background image

prace. I nie widzieć się z Brodym.

Ułatwiła sobie to zadanie, dając anons do gazety o rozpoczęciu zapisów do nowej 

szkoły tańca. Prawie cały dzień przesiedziała przy telefonie, rozmawiając z rodzicami swoich 

przyszłych uczniów i uczennic.

Szkoła   Kate   miała   rozpocząć   działalność   w   kwietniu,   ale   już   teraz   zgłosiło   się 

sześcioro chętnych.  W  przyszłym  tygodniu  w  lokalnej gazecie  miał  się ukazać  artykuł  o 

szkole. Kate była pewna, że artykuł spowoduje jeszcze większe zainteresowanie i przysporzy 

jej kolejnych uczniów.

Jadąc do Brody'ego,  bo po południu pozwoliła sobie w końcu na tę przyjemność, 

myślała o nowym etapie swej zawodowej kariery. Życzyłaby sobie, żeby jej życie osobiste 

nadążało za zmianami w życiu zawodowym. W nim także musiała otworzyć nowy rozdział.

Brody stanął w progu bosy, pachnący świecowymi kredkami.

- Przepraszam, że wpadłam bez uprzedzenia - powiedziała Kate - ale przyniosłam coś 

dla Jacka.

- Fajnie, że przyszłaś. - Odsunął się, żeby ją wpuścić do środka. - Może byś nam 

pomogła? Tylko uprzedzam, że jest straszny bałagan.

- Przygotowanie gazetki ściennej rzadko kiedy obywa się bez bałaganu.

Zaskoczyła go. Jakim cudem pamiętała o gazetce? Przecież tylko raz czy dwa o tym 

wspomniał. No, może jeszcze trochę ponarzekał, ale na pewno nie bardzo.

Jack klęczał na taborecie przy kuchennym stole. Na stole leżał wielki karton, a na nim 

widniało coś, co bardzo przypominało wielką świnię namalowaną przez Salvadora Dali.

Było   tam   także   kilka   otwartych   książek   z   podobiznami   dinozaurów,   ilustracje 

wydrukowane z komputera i całe mnóstwo plastikowych zabawek, kredek i flamastrów.

Kate chciała podejść do stołu, ale but przykleił się jej do podłogi.

- Mieliśmy mały wypadek z klejem - pośpieszył z wyjaśnieniami Brody. - Zdawało mi 

się, że wszystko starłem, ale chyba jednak coś przegapiłem.

- Cześć, Kate! - zawołał Jack, podskakując na swoim taborecie. - Rysuję dinozaura.

- Widzę. Tylko nie wiem, jaki to gatunek. Nie znam się na dinozaurach.

-   Sta   -  geo   -  zaurus.   Widzisz?   Jest   narysowany   w   tej   książce.   Nie  za   bardzo   mi 

wyszedł.

- Ale za to ślicznie go pokolorowałeś - pochwaliła Kate.

- No. - Jack był bardzo dumny z siebie. - Tatuś mówi, że nie można wychodzić za 

linię, kiedy się koloruje. Dlatego narysowaliśmy takie grube linie.

- Bardzo rozsądnie. - Kate pochyliła się nad stołem, żeby przyjrzeć się rysunkowi.

background image

U   góry   kartonu   widniały   delikatnie   narysowane   ołówkiem   linijki,   w   które   Jack 

koślawymi literami wpisał tytuł: „Parada dinozaurów”.

Nazwa była trafna, bo dinozaury na obrazku maszerowały gęsiego, choć nie całkiem w 

linii prostej.

-   Świetnie   ci   idzie   -   stwierdziła   Kate.   -   Chyba   niepotrzebnie   przywiozłam   ci 

dodatkową pomoc naukową. Sięgnęła do torby.

- T - Rex! - wrzasnął uszczęśliwiony Jack. - Tatusiu, patrz! To groźny drapieżnik. 

Wszyscy się go boją, bo on wszystkich zjada.

- Rzeczywiście bardzo groźny. - Brody uśmiechnął się.

- Czy będę mógł go zabrać do szkoły? Bo zobacz, on rusza łapami i nogami, i w ogóle. 

I pyskiem też rusza. Mogę?

- Tatuś na pewno ci pozwoli - wtrąciła Kate. - To przecież pomoc naukowa na lekcję o 

dinozaurach. A tu masz jeszcze o nich książeczkę. Opisano w niej dokładnie, jak i kiedy żyły 

T - Rexy i jak wszystkich zjadały.

- Oczywiście, że możesz go wziąć do szkoły - zgodził się Brody. - Ale najpierw 

powinieneś podziękować Kate.

- Dziękuję! - Jack zmusił dinozaura, by przemaszerował po gazetce. - Bardzo dziękuję. 

Jest strasznie fajny.

- Cieszę się, że ci się podoba. - Kate uśmiechnęła się. - A nie zasłużyłam przypadkiem 

na buziaka?

Jack roześmiał się, zakrył buzię rączkami.

- Nie.

- Trudno. - Kate westchnęła komicznie. - Skoro ty nie chcesz, to muszę pocałować 

twojego tatusia.

Odwróciła się i nim Brody zdążył zareagować, wycisnęła na jego ustach soczysty 

pocałunek.

A przecież jak ognia unikał całowania jej w obecności Jacka. Nawet jej nie dotykał, 

kiedy chłopczyk był w pobliżu. Kate uznała, że najwyższy czas z tym skończyć. Dlatego nie 

tylko pocałowała Brody'ego, ale jeszcze się do niego przytuliła.

Jack zakrył buzię rączkami. Śmiał się cichutko, ale uważnie obserwował, co robią 

dorośli.

Zachowywali   się   zupełnie   tak   samo   jak   rodzice   Roda.   Chyba   przez   to   w   kuchni 

zrobiło   się   jakby   cieplej,   jakby   trochę   jaśniej.   Właśnie   tak,   jak   kiedy   zza   chmur   wyjrzy 

słońce. A przecież był już wieczór i słońce w żaden sposób nie mogło zaświecić, nawet gdyby 

background image

bardzo chciało.

-   No   dobrze,   zrobiłam   już,   co   do   mnie   należało   -   oznajmiła   Kate,   puszczając 

Brody'ego, który stał jak wrośnięty w ziemię. - Muszę lecieć.

- Nie możesz zostać? Pomożesz nam rysować dinozaury. Tatuś obiecał, że na kolację 

będą hamburgery - kusił Jack.

- Bardzo bym chciała, ale naprawdę nie mogę. Za pół godziny mam bardzo ważne 

spotkanie.

Specjalnie się umówiła. Bała się, że da się skusić namowom i zostanie. A ta wizyta 

miała być krótka i konkretna. Oczywiście, jeśli ma przynieść zamierzony efekt.

- Pod koniec  tygodnia  znów wybierzemy  się do kina  - obiecała. - Jeśli  przedtem 

odrobisz wszystkie lekcje.

- Odrobię. Słowo honoru.

- Do jutra, Brody. Nie odprowadzaj mnie, sama trafię do drzwi. Macie jeszcze kupę 

roboty z tymi dinozaurami.

-   Dzięki,   że   wpadłaś   -   mruknął   jeszcze   Brody,   choć   już   usłyszał   stuknięcie 

zamykających się za nią drzwi.

- Tatusiu!

- Tak?

- Czy ty lubisz całować Kate?

- No...Widzisz...

Zaczyna   się,   pomyślał   przerażony   Brody.   Jack   przyglądał   mu   się   uważnie,   więc 

musiał jakoś to wyjaśnić. Usiadł przy stole obok synka.

- Trochę trudno to wytłumaczyć - mówił - ale kiedy będziesz starszy... Starsi chłopcy 

lubią całować dziewczyny.

- Ale tylko ładne?

- Właściwie tak. Całuje się tylko takie dziewczyny, które się lubi.

- A my lubimy Kate, prawda?

- Jasne, że lubimy.

Brody   odetchnął   z   ulgą.   Był   bardzo   zadowolony,   że   ominęła   go   trudna   męska 

rozmowa. Na szczęście Jack nie interesował się jeszcze sprawami seksu.

- Tatusiu?

- No?

- Czy ty się ożenisz z Kate?

- Czy ja... - Brody przeraził się nie na żarty. - Skąd ci to przyszło do głowy, synku?

background image

- Sam mówiłeś, że ją lubisz. Lubisz ją całować i nie masz żony - wyliczał Jack. - 

Rodzice Roda... Wiesz, oni też czasami się całują.

-   Nie   trzeba   być   małżeństwem,   żeby   się   całować.   -   Boże,   co   ja   wygaduję!   - 

Małżeństwo   to   nie   zabawa,   Jack.   Ludzie   muszą   się   najpierw   dobrze   poznać,   doskonale 

rozumieć i bardzo polubić, a dopiero potem mogą zostać mężem i żoną.

-   Przecież   ty   znasz   Kate   i   chyba   ją   lubisz.   Brody   czuł   spływającą   mu   wzdłuż 

kręgosłupa strużkę potu.

-   Jasne,   że   ją   lubię   -   odparł.   -   Pewnie   że   tak.   Ale   ja   znam   bardzo   wielu   ludzi. 

Niektórych bardzo lubię, ale się z nimi nie żenię. Żeby wziąć z kimś ślub, trzeba go najpierw 

pokochać.

- To ty nie kochasz Kate?

Brody otworzył usta, zamknął. Pomyślał, że znacznie trudniej jest oszukać syna niż 

samego siebie.

Jeśli   nie   chciał   skłamać,   powinien   powiedzieć,   że   nie   wie.   Nigdy   przedtem   nie 

zastanawiał się nad tym, co czuje do Kate Kimball.

- To nie jest takie proste, synku.

- Dlaczego?

Brody uznał, że z dwojga złego wolałby jednak rozmawiać z synem o seksie, ale 

przecież musiał mu to wszystko jakoś wytłumaczyć. Postanowił zacząć od samego początku.

- Kochałem twoją mamę - powiedział. - Wiesz o tym, prawda?

- Aha. Moja mama była bardzo ładna. Tak samo jak Kate. I troszczyliście się o siebie 

nawzajem   i   o   mnie   też.   Ale   mamusia   poszła   do   nieba.   Dlaczego   musiała   iść   do   nieba? 

Dlaczego z nami nie została?

-   Nie   miała   nic   do   powiedzenia,   chociaż   bardzo   nie   chciała   nas   zostawiać.   Ale 

mamusia poszła do nieba, a my zostaliśmy całkiem sami na świecie, ale jakoś sobie bez niej 

poradziliśmy. Chyba dobrze nam było razem, co?

- Jasne. Jesteśmy zgraną paczką, ty i ja.

- No właśnie. - Brody wyciągnął rękę, żeby Jack mógł przybić piątkę. - Teraz nasza 

zgrana paczka musi się zająć dinozaurami.

Jack wziął do ręki kredkę. Jeszcze tylko raz spojrzał na ojca. Wiedział, że stanowili 

zgraną paczkę, bardzo się z tego cieszył, ale przyjemnie mu się zrobiło, kiedy pomyślał, że 

mogliby przyjąć do swojej paczki Kate.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Prace remontowe zbliżały się ku końcowi. Pozostało jeszcze wyposażenie obu kuchni, 

kosmetyczne prace wykończeniowe w mieszkaniu nad szkołą i uporządkowanie terenu wokół 

domu.

Brody montował szafki w dużej kuchni na górze. Był sam, nie musiał się spieszyć. 

Miał mnóstwo czasu na dumanie.

To   będzie   przepiękne   mieszkanie,   pomyślał.   Idealne   dla   jednej   osoby   albo   dla 

bezdzietnego małżeństwa. Ale dla rodziny byłoby trochę za ciasne.

„Czy ty się ożenisz z Kate?” Ni stąd, ni zowąd przypomniało mu się pytanie Jacka.

Nadal nie miał pojęcia, dlaczego synek go o to spytał, skąd to nagłe zainteresowanie 

sprawami   dorosłych.   Przez   to   jedno   głupie   pytanie   życie   Brody'ego   bardzo   się 

skomplikowało. Całkiem utracił spokój ducha.

Nawet mi nie przyszła do głowy myśl o małżeństwie, przekonywał sam siebie. Nawet 

na myślenie o małżeństwie  nie mogę sobie pozwolić. Przede wszystkim muszę myśleć  o 

dziecku, o tym, co będzie jadło i w co się ubierze, a firma dopiero staje na nogi. Nasz stary 

dom też czeka na moje ręce. Nie mam czasu! Nie mam ani czasu, ani sił, ani ochoty na 

kolejne komplikacje. Tyle spraw na głowie, tyle kłopotów. Nie ma sensu mieszać do tego 

wszystkiego jeszcze kogoś. Zwłaszcza kogoś, kto przywykł do luksusu i łatwego życia.

Raz już był w podobnej sytuacji. Nie żałował tego, uchowaj Boże. Nie żałował, choć 

musiał przyznać, że wtedy też pora była nieodpowiednia i zupełnie nieodpowiednia kobieta. 

Jego   nierozważna   decyzja   skomplikowała   życie   tylu   osobom,   że   aż   trudno   by   je   było 

policzyć.

Powtarzanie   własnych   błędów   to   czysta   głupota,   przekonywał   się.   Po   co   szukać 

nowych kłopotów, jeśli starych wciąż jest pod dostatkiem.

I skąd pewność, że Kate by mnie chciała? Ona nawet nie pomyślała o małżeństwie. Po 

co miałaby się wiązać z ciężko pracującym samotnym ojcem, skoro na świecie aż się roi od 

przystojnych i bogatych facetów bez zobowiązań? Zresztą ona ma swoje plany, swoje sprawy. 

Choćby tę szkołę.

Nie ma mowy, żeby mnie chciała, pomyślał.

Ale zaraz przypomniał sobie Connie. Ona też była bogata i dobrze wykształcona, a 

jednak go pokochała. Oboje byli w sobie do szaleństwa zakochani.

Byliśmy młodzi i głupi, pomyślał z żalem. A teraz jestem dorosły. Kate też. Jesteśmy 

rozsądnymi ludźmi, którzy lubią ze sobą przebywać. W tym wieku szaleństwo z miłości już 

background image

człowiekowi nie grozi. Na szczęście.

Ktoś dotknął jego ramienia i Brody aż podskoczył.

Był tak bardzo pogrążony w myślach, że nawet nie usłyszał, jak ten ktoś wszedł do 

kuchni.

- Coś ty taki nerwowy, O'Connell? - zaśmiał się Jerry Skully.

Jerry był ojcem Roda, kolegą z lat dziecinnych Brody'ego. Jerry dawno przekroczył 

trzydziestkę, mimo to zachował młodzieńczy wygląd i dobroduszny uśmiech.

- Nie słyszałem, jak wszedłeś - usprawiedliwiał się Brody.

- Niemożliwe. Wołałem cię parę razy. - Jerry podparł się pod boki i przechadzał po 

kuchni. Brody pomyślał, że jeśli facet w krawacie i garniturze znajdzie się na budowie, od 

razu wygląda jak jakiś ważniak.

- Szukasz pracy? - spytał. - Mam tu jeden wolny młotek.

- Bardzo śmieszne - mruknął Jerry.

Koledzy  zawsze  tak   sobie   z  niego   żartowali.  Jerry był świetnym  matematykiem  i 

duszą towarzystwa, ale bez dokładnej instrukcji nie umiał nawet wkręcić żarówki.

- Zrobiłeś wreszcie te półki w pralni? - spytał Brody, jakby nie znał odpowiedzi.

- Nie zrobiłem, ale są zrobione. Beth powiedziała, że to krasnoludki. - Popatrzył na 

Brody'ego. - Ty oczywiście nie masz z tym nic wspólnego?

-   Nie   zatrudniam   krasnoludków.   -   Brody   wzruszył   ramionami.   -   Ich   związek 

zawodowy stawia takie warunki, że mogą wykończyć każdego przedsiębiorcę.

- A ja myślałem, że to twoje krasnoludki. Mam u nich dług wdzięczności. Gdyby nie 

one, Beth nadal suszyłaby mi głowę o te półki.

Znali się jak dwa łyse konie i rozumieli się w pół słowa. Jerry dowiedział się, kto go 

wyręczył w pracy, a Brody odebrał stosowne podziękowanie. Sprawa została definitywnie 

załatwiona.

- Ty to naprawdę jesteś złota rączka - chwalił przyjaciela Jerry. - Zrobiłeś z tej rudery 

prawdziwy pałac. Nasza Carrie  o niczym  innym  nie mówi,  tylko  o tej  szkole  baletowej. 

Chyba w końcu trzeba ją będzie posłać na lekcje tańca. Podobno mają się zacząć w przyszłym 

miesiącu.

- Ja na pewno skończę swoją robotę najdalej za dwa tygodnie. W domu trzeba jeszcze 

wykończyć to i owo i uporządkować teren wokół budynku, ale parter jest już gotowy. - Brody 

zabrał się za ustawianie szafek. - A swoją drogą ciekaw jestem, co ty tu robisz w samym 

środku dnia. Wylali cię z roboty, czy co?

-  Spokojna   głowa. Nie  wylali   i jeszcze  długo  nie  wyleją.  -  Jerry się  roześmiał.   - 

background image

Miałem   spotkanie   wmieście.   Skończyło   się   wcześniej,   niż   planowałem,   więc   wpadłem 

zobaczyć, jak sobie poradziłeś z tym starym domem. Może o tym nie wiesz, ale na razie jest 

własnością naszego banku. Przynajmniej częściowo.

- Dlatego właśnie klientka wybrała najlepszą firmę budowlaną w mieście - oświadczył 

Brody, uśmiechając się szeroko.

- Podobno ty i ta baletnica dość regularnie ze sobą tańcujecie.

- Plotki, plotki i jeszcze raz plotki - westchnął zabawnie Brody. - Gdyby nie te plotki, 

wszystkie małe miasteczka umarłyby z nudów na długo przed wojną secesyjną.

-   Ona   jest   naprawdę   śliczna,   ta   twoja   Kate.   -   Jerry   przyglądał   się,   jak   Brody 

dopasowuje do siebie dwie szarki.

- Nie „moja Kate”, tylko po prostu Kate - warknął Brody. - Przynajmniej ty mógłbyś 

się mnie nie czepiać.

- Dobra, dobra. Nie wściekaj się. Widziałeś ty kiedyś prawdziwy balet?

- Nie - burknął wciąż jeszcze nadąsany Brody.

- A ja widziałem - pochwalił się Jerry. - Moja młodsza siostra... Pamiętasz Tiffany?

- Pamiętam. - Brody skinął głową.

- Tiffany przez kilka lat chodziła na lekcje tańca. Raz nawet tańczyła w „Dziadku do 

orzechów”. Rodzice zabrali mnie na przedstawienie. Były tam takie fajne wielkie myszy, 

walki na miecze i ogromna choinka - wspominał Jerry. - Poza tym nic ciekawego. Tancerze 

podskakiwali   i  kręcili  się   w  kółko.   Nudy na   pudy.   Chyba   wszystkie  balety  są  do  siebie 

podobne.

- Pewnie tak.

-   Tiffany   tydzień   temu   wróciła   do   domu.   Ostatnio   przez   kilka   lat   mieszkała   w 

Kentucky,  ale  nareszcie  rozwiodła  się z  tym  kretynem,  za którego  wyszła  za mąż.  Chce 

pomieszkać z rodzicami przez jakiś czas, dopóki nie stanie na nogach.

- Jasne - mruknął Brody.

Położył poziomnicę  na obu szafkach, zadowolony skinął głową. Zajął się robotą i 

wcale nie słuchał paplaniny przyjaciela.

- Pomyślałem sobie, że skoro znów zacząłeś się umawiać z kobietami, to może byś ją 

gdzieś zabrał. Do kina albo na kolację. Niech się dziewczyna trochę rozerwie.

- No. - Brody montował już trzecią szafkę.

- Dobrze by jej to zrobiło. Wiesz, ona ostatnio dużo przeszła, ta moja siostra. Niechby 

się przekonała, że są jeszcze na świecie faceci, którzy potrafią przyzwoicie obchodzić się z 

kobietami.

background image

- Tak, tak - potakiwał Brody, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.

- Wiesz, że ona się w tobie kiedyś kochała? No to jak? Zadzwonisz do niej?

- Oczywiście - odparł machinalnie Brody i dopiero wtedy oprzytomniał. - Do kogo 

mam zadzwonić?

- O Boże, Brody! Do mojej siostry. Masz do niej zadzwonić i zaprosić ją do kina. 

Przecież o tym właśnie rozmawiamy.

- Naprawdę? Nie przypominam sobie.

- Przestań się zgrywać, O'Connell. Sam powiedziałeś...

- Ja nic nie mówiłem - protestował Brody. Pomyślał, że musi uważniej słuchać, co 

ludzie do niego mówią, jeśli nie chce sobie napytać biedy. Jednak najpierw musiał odkręcić 

to, co już się namotało.

- Nie mogę się umówić z twoją siostrą - tłumaczył - ponieważ spotykam się z Kate.

- No i co z tego? Przecież nie jesteście małżeństwem. Nawet nie mieszkacie razem.

Brody nie zamierzał umawiać się ani z Tiffany, ani w ogóle z żadną inną kobietą. 

Oczywiście   z   wyjątkiem   Kate.   Jednakże   nie   potrafił   powiedzieć   tego   Jerry'emu   prosto   z 

mostu.

- Widzisz, Jerry, ja wcale nie zacząłem się umawiać z kobietami.

- Przecież spotykasz się z tą baletnicą.

- Nie spotykam się. To znaczy...

Szukając odpowiedniego słowa, spojrzał za siebie i zobaczył stojącą w progu Kate.

- Dobrze, że jesteś, Kate - powiedział zadowolony, że już nie musi się tłumaczyć. 

Skąd miał wiedzieć, że właśnie dostał się z deszczu pod rynnę?

- Cześć. - Ton jej głosu nie wróżył nic dobrego.

- Widzę, że wam przeszkadzam.

Jerry  natychmiast   wyczuł,   co   się   święci.   Zrobił   niewinną   minę   i   nagle   zaczął   się 

bardzo spieszyć.

-   Cześć,   Kate   -   powiedział,   ostentacyjnie   spoglądając   na   zegarek.   -   O   rany!   Nie 

wiedziałem, że to już tak późno! Muszę lecieć. Zadzwonię do ciebie, Brody. Do zobaczenia.

-   To   był   Jerry   -   mruknął   Brody,   gdy   na   drewnianych   schodach   ucichły   kroki 

przyjaciela.

- Tak, wiem.

- Dzisiaj zamontuję ci szafki w kuchni - ciągnął, jakby naprawdę nie czuł wiszącej w 

powietrzu burzy. - Bukowe drewno pięknie tu wygląda. Jutro zabierzemy się za garderobę.

- Świetnie - syknęła Kate.

background image

Wciąż nie wiedział, co się święci, gdy tymczasem Kate ostatkiem sił trzymała nerwy 

na wodzy. Nie zamierzała się dłużej męczyć. Postanowiła spuścić je z uwięzi, pozwolić, by 

rzuciły się wrogowi do gardła.

- A więc nie spotykamy  się, tak? My tylko... - Urwała, podeszła do Brody'ego.  - 

Ciekawe, co mu chciałeś powiedzieć? Że tylko ze sobą sypiamy?

- Jerry mnie zaskoczył - tłumaczył się Brody. - Byłem zajęty robotą, nie słuchałem 

jego gadania.

- A jak już usłyszałeś, to bałeś się powiedzieć, że coś nas łączy! A może ty się mnie 

wstydzisz?

- Niczego się nie wstydzę - prychnął Brody. - A już na pewno nie ciebie.

- Ciekawostka - znęcała się nad nim Kate. - To po co to całe kręcenie?

- Jak się podsłuchuje cudze rozmowy, to trzeba się liczyć z różnymi przykrościami - 

odparował Brody. - I wielka szkoda, że nie słyszałaś wszystkiego. Jerry mnie prosił, żebym 

umówił się z jego siostrą do kina, a ja mu tłumaczyłem, dlaczego nie jest to możliwe.

- Po pierwsze: nie podsłuchiwałam. - Kate była taka wściekła, że mogłaby mu w tej 

chwili wydrapać  oczy. - To mój dom i mam prawo po nim chodzić. Po drugie: zamiast 

tłumaczyć się Jerry'emu, mogłeś mu po prostu odmówić.

- Nie mogłem.

- A więc jednak umiesz powiedzieć „nie”! No to teraz ja ci coś powiem - mówiła, 

wbijając palec w tors Brody'ego. - Sypiam z tobą, bo ja tak chcę. Nie idę do łóżka z każdym, 

kto ma na to ochotę.

- Czy ja powiedziałem, że jest inaczej?

- Jeśli jestem z jakimś facetem, to jestem tylko z nim i z żadnym innym. Jasne? I od 

niego wymagam tego samego. Od ciebie też! Jeśli ci to nie odpowiada, wystarczy powiedzieć.

- Janie...

- I nie myśl sobie - ciągnęła, nie zwracając uwagi na jego protesty - że możesz się mną 

zasłaniać, kiedy nie chce ci się oddać przysługi przyjacielowi. Ja sobie tego nie życzę! Masz 

prawo zadzwonić do siostry Jerry'ego albo do kogokolwiek innego. Ja na pewno nie będę 

miała nic przeciwko temu.

-   Czego   się   czepiasz,   kobieto?   -   zdenerwował   się   Brody.   -   Wściekasz   się,   bo 

odmówiłem Jerry'emu, czy dlatego, że mu nie odmówiłem?

Kate   zacisnęła   pięści.   Miała   ochotę   go   znokautować,   ale   przecież   damy   tak   nie 

postępują. A ona była damą w każdym calu.

- Kretyn  - warknęła. Odwróciła się na pięcie i wyszła, rzuciwszy jakąś obelgę  w 

background image

obcym języku.

Godzinę później wszystkie szafki były na swoich miejscach, ale Brody wciąż nie mógł 

się uspokoić.

Chyba ze sto razy analizował całą kłótnię z Kate. Teraz już wiedział, co należało 

powiedzieć   i   jakich   słów   użyć.   Obiecał   sobie,   że   powie   jej   to   wszystko   przy   pierwszej 

nadarzającej się okazji.

Na pewno nie będę jej błagał o przebaczenie, myślał. Ja nic złego nie zrobiłem, a ona 

nazwała   mnie   kretynem.   Ale   zaraz   pomyślał   sobie,   że   gdyby   naprawdę   uważała   go   za 

kretyna, to raczej nie marnowałaby dla niego takiej masy czasu. Na koniec uznał, że żaden 

człowiek nie potrafi zrozumieć kobiety, więc jeśli chce mieć święty spokój, to nie powinien 

się z nimi zadawać.

Odwrócił się, żeby schować narzędzia do skrzynki, i omal nie wpadł na Spencera 

Kimballa.

- Co was dziś opętało - mruknął. - Ciągniecie tu wszyscy jak pszczoły do miodu. 

Muszę chyba powiesić zakaz wstępu. Zwłaszcza zakaz wstępu dla kobiet.

Spencer znał Brody'ego od jakiegoś czasu, ale po raz pierwszy widział go w takim 

stanie.

-   Myślałem,   że   ty   nigdy   się   nie   denerwujesz   -   zauważył.   -   Chyba   nie   ja   jeden 

przeszkadzam ci dzisiaj w pracy.

-   Delikatnie   mówiąc   -   mruknął   Brody.   -   Pół   miasta   przewaliło   się   dziś   przez   tę 

kuchnię, i wszyscy z pretensjami. Gdyby to było większe miasto, już dawno bym zwariował.

- Ja nie mam żadnych pretensji - uspokoił go Spencer.

- A więc pewnie chodzi o waszą kuchnię - domyślił się Brody. - Najdalej za dwa 

tygodnie możemy zaczynać.

-   Kuchnia   to   specjalność   mojej   żony.   Ja   się   do   tego   nie   mieszam.   Przyszedłem 

zobaczyć, jak postępują roboty w szkole baletowej. Muszę przyznać, że poradziłeś sobie po 

mistrzowsku.

- Nie mogę narzekać - burknął Brody, ale zaraz tego pożałował. - Przepraszam. Mam 

zły dzień.

- To jakaś epidemia? - spytał Spencer. Już wiedział, dlaczego jego córka była w takim 

podłym  nastroju. - Kate też jest zła jak osa. Ustawia meble w swoim gabinecie z takim 

impetem, że chyba jutro trzeba będzie zamawiać nowe.

- Nie wiedziałem, że jeszcze tu jest - rzekł Brody z udaną obojętnością.

- Z tego, jak mnie oboje potraktowaliście, wnoszę, żeście się pokłócili - stwierdził bez 

background image

emocji Spencer.

- Nie pokłóciliśmy się - wybuchnął Brody. - To ona na mnie napadła. Bez żadnego 

powodu.

Tak ci się tylko wydaje - stwierdził spokojnie Spencer. - W naszej rodzinie kobiety 

zawsze   znajdą   powód,   żeby   na   człowieka   napaść,   zwłaszcza   jeśli   ten   człowiek   jest 

mężczyzną.

- Z babami zawsze są kłopoty.

- Ale bez bab też ciężko - zauważył filozoficznie Spencer.

- Ja całkiem nieźle sobie radzę. Obaj z Jackiem świetnie sobie radzimy. - Popatrzył na 

Spencera. Widać było, że jest przybity. - Co one takiego mają w sobie, te kobiety? Wszystko 

tak zagmatwają, że człowiek czuje się jak idiota.

- Synu, mężczyźni od pokoleń próbują rozgryźć ten problem. Jak dotąd żadnemu się 

nie udało.

Brody się roześmiał. Nie spodziewał się, że w ojcu Kate znajdzie bratnią duszę.

- Wobec tego pewnie nie da się tego zrobić - skonstatował. - Zresztą teraz to i tak nie 

ma znaczenia. Rzuciła mnie.

- Dałeś się rzucić? - Spencer z niedowierzaniem pokręcił głową. - Nie wyglądasz mi 

na człowieka, który rezygnuje przy pierwszej trudności.

-   To   nie   jest   pierwsza   trudność   związana   z   pańską   córką.   Ale   mam   nadzieję,   że 

ostatnia - powiedział Brody i ugryzł się w język.

Spencer jednak wcale się nie obraził. Podobał mu się ten chłopak i choć nie lubił się 

wtrącać w cudze sprawy, tym razem postanowił podjąć się mediacji.

- Mam wrażenie, żeś jej nadepnął na odcisk - zaczął ostrożnie. - W takiej sytuacji moja 

córka najpierw robi awanturę, a potem traktuje człowieka jak powietrze.

-   Może   rzeczywiście   nadepnąłem   jej   na   odcisk   -   przyznał   Brody  -   ale   na   pewno 

niechcący. A ona nie pozwoliła mi dojść do głosu, nie pozwoliła sobie nic wytłumaczyć, tylko 

nazwała mnie kretynem i jeszcze dołożyła coś w tym swoim dziwnym języku.

- Sklęła cię po ukraińsku? - Spence się ucieszył, choć starał się tego nie okazać. - No 

to musiała być strasznie wkurzona.

- Nie zrozumiałem z tego ani słowa, ale melodia wcale mi się nie podobała - skarżył 

się Brody.

- Pewnie życzyła ci, żebyś się smażył na rożnie w ogniu piekielnym. Jej matka bardzo 

lubi używać tego przekleństwa. - Nagle Spencer spoważniał. - Przepraszam, Brody, ale muszę 

cię o coś spytać. Powiedz mi, chłopcze, czy darzysz moją córkę uczuciem?

background image

- Ja... No, jakby to powiedzieć... - Brody'emu zwilgotniały dłonie. - Proszę pana...

- Mów mi Spence, dobrze? Tak będzie łatwiej. Wiem, że to trudne pytanie i właściwie 

nie moja sprawa, a jednak chciałbym usłyszeć odpowiedź.

- Dobra, powiem - obiecał Brody - ale odsuń się od mojej skrzynki. Mam tam sporo 

ostrych narzędzi.

- Słowo honoru, że nic złego ci nie zrobię - zapewnił go Spence i na dowód swej 

dobrej woli nie tylko odsunął się od skrzynki, ale jeszcze schował ręce do kieszeni.

- Owszem, darzę Kate uczuciem - zaczął wciąż jeszcze niezbyt pewny siebie Brody. - 

Sam dokładnie nie wiem, co to za uczucie, ale jestem pewien, że istnieje. Przysięgam, że tego 

nie chciałem! Wiem, że nie mam prawa, ale... Tak jakoś samo wyszło.

- Dlaczego uważasz, że nie masz prawa darzyć mojej córki uczuciem? - zainteresował 

się Spencer.

- To chyba  oczywiste.  Jestem samotnym  ojcem. Wprawdzie  zapewniłem  swojemu 

synowi przyzwoity poziom życia, ale nie jest to poziom, do jakiego przywykła Kate. I na 

pewno nie taki, na jaki ją stać.

- Musiałeś chyba przejść niezłe piekło, chłopcze - stwierdził Spencer, przyglądając się 

badawczo Brody'emu.

- Przepraszam, nie bardzo rozumiem.

- Nasza rodzina trochę się różni od typowych amerykańskich rodzin. We wszystko się 

wtrącamy, jesteśmy nadopiekuńczy i doprowadzamy się nawzajem do szału, ale szanujemy 

decyzje naszych dzieci i pomagamy im realizować” marzenia. Nie możesz przykładać do 

wszystkich tej samej miary.

Spencer zamilkł, by po chwili dodać:

- Ale o tym potem. Mówiłeś, że żywisz jakieś uczucia do Kate. Skoro tak, to pozwól, 

że dam ci pewną radę. Od ciebie zależy, czy z niej skorzystasz, czy nie. Nie rezygnuj, Brody. 

Spróbuj porozmawiać z Kate. Gdybyś nic dla niej nie znaczył, to nie zrobiłaby ci awantury.

Spencer   uznał,   że   dał   Brody'emu   dostatecznie   dużo   materiału   do   własnych 

przemyśleń.  Był najwyższy  czas  zmienić  temat,  rozejrzał  się  więc  po  wciąż  nie  gotowej 

kuchni.

- A więc to mnie czeka - westchnął smętnie. - I tobie się wydaje, że masz problemy.

Wyszedł, a Brody długo jeszcze stał i bezmyślnie patrzył w okno.

Ten facet każe mi się kłócić z własną córką, pomyślał. Co za porąbana rodzina!

Rodzice Brody'ego nigdy się nie kłócili. Głównie dlatego, że ojciec ustalał zasady, a 

matka się do nich stosowała. Przynajmniej tak to wyglądało.

background image

Brody   i   Connie   także   nigdy   poważnie   się   nie   pokłócili.   Oczywiście,   bywały 

nieporozumienia,   jednak   zawsze   rozwiązywali   je   bez   awantur.   Rozmawiali,   starali   się 

przekonać siebie nawzajem albo udawali, że problem nie istnieje. Na całym świecie nie mieli 

nikogo oprócz siebie, więc jakże mogliby się kłócić?

Brody   przekonał   się   na   własnej   skórze,   że   brak   opanowania   przynosi   mu   same 

kłopoty. Dlatego nauczył się panować nad sobą, używać rozumu i trzymać nerwy na wodzy. 

Przeważnie mu się to udawało, chociaż nie zawsze i nie do końca. Choćby niedawno, kiedy 

mimo wszystko nie wytrzymał i jednak pokłócił się z ojcem.

Może rzeczywiście nie należy mierzyć  wszystkich jedną miarą, pomyślał. Tak czy 

siak, na pewno muszę coś zrobić. Nie mogę tego tak zostawić.

Najpierw sprawdził, jak idzie praca. Wszystko, co zaplanował na ten dzień, było już 

prawie skończone, więc z czystym sercem teraz mógł puścić ludzi do domu.

Chciał porozmawiać z Kate bez świadków.

Trafiła   młotkiem   dokładnie  w   łepek  gwoździa.  Uśmiechnęła  się,   zadowolona.  Nie 

tylko ta podła świnia Brody umie posługiwać się narzędziami.

Od dwóch godzin metodycznie urządzała swój gabinet. Meble stały tam, gdzie miały 

stać, półki i szuflady zapełniła dokładnie tymi przedmiotami, jakie miały się tam znajdować. 

Na   ścianie   powiesiła   kilim   w   nieco   spłowiałe   róże,   który   kupiła   w   sklepie   z   antykami. 

Doskonale pasował do jasnych ścian i wygodnych stylowych krzeseł.

Powiesiła kolejną z wybranych przez siebie fotografii. Wszystkie były czarno - białe i 

oprawione w jednakowe proste ramki. Cofnęła się, spojrzała na ścianę i z uznaniem skinęła 

głową.

Tancerki   przy   drążku,   na   próbie,   na   scenie,   za   kulisami.   Uczennice   na   pokazie, 

dziewczynki   sznurujące   pointy.   Spocone,   roześmiane,   utykające   ze   zmęczenia,   w   locie... 

Wszystkie aspekty świata baletu.

Kate chciała, żeby te zdjęcia codziennie jej przypominały, czego dokonała i czego 

jeszcze dokona.

Wzięła   w   dwa   palce   gwóźdź,   przyłożyła   go   do   zaznaczonego   miejsca,   uderzyła 

młotkiem. Znów trafiła.

Dobijając gwóźdź kilkoma lżejszymi uderzeniami, myślała o tym, czego na pewno 

nigdy już nie zrobi: nie będzie tracić czasu na Brody'ego O'Connella.

Skurczybyk!

Niech się przymila do Tiffany!

Doskonale ją pamiętała. Tiffany Skully chodziła do tego samego gimnazjum co Kate, 

background image

tylko o klasę wyżej. Rozchichotana mocno umalowana blondynka z wielkim biustem.

No i dobrze, myślała wściekła Kate. Niech ten kretyn się z nią umawia. Mnie to już 

nie obchodzi. Skończyłam z nim raz na zawsze!

-   Szkoda,   że   mnie   nie   uprzedziłaś,   że   chcesz   całą   tę   ścianę   pokryć   obrazkami   - 

odezwał się Brody. - Tyle się nad nią napracowałem, a teraz i tak nikt nie zauważy, jaka jest 

równiutka.

Kate zawiesiła fotografię na zaplanowanym miejscu, wzięła następny gwóźdź.

-   Praca   ma   być   wykonana   starannie   -   stwierdziła,   nawet   na   niego   nie   patrząc.   - 

Niezależnie od tego, czy ktoś ją będzie podziwiał, czy nie. Zapłaciłam za tę ścianę i mogę z 

nią zrobić, co mi się żywnie podoba.

- Jasne. Jak chcesz, możesz ją sobie całą podziurkować.

Zdjęcia wyglądały fantastycznie, ale Brody nie zamierzał tego głośno mówić.

Na wszystkich była Kate. Jako dziecko, jako młoda dziewczyna i jako dorosła kobieta. 

Omal się nie uśmiechnął, kiedy zobaczył zdjęcie, na którym siedziała po turecku i waliła 

młotkiem w swoje buty do tańca.

-   Zdawało   mi   się,   że   to   służy   do   tańczenia   -   powiedział   jakby   od   niechcenia, 

wskazując palcem zdjęcie, które go rozbawiło.

- Pointy najpierw trzeba połamać - rzekła z taką wyższością, jakby mówiła o rzeczy 

oczywistej, której po prostu wstyd nie wiedzieć. - Wybacz, ale nie mam czasu z tobą w tej 

chwili rozmawiać. Urządzam gabinet. Jutro mam tu dwa ważne spotkania.

- Do jutra masz jeszcze mnóstwo czasu. Gabinet już wyglądał doskonale, no ale Kate 

była perfekcjonistką Nie uznawała w swoim otoczeniu niczego, co nie było idealne.

- Skoro nie pojmujesz aluzji, to powiem ci wprost. - Z całej siły walnęła w gwóźdź. - 

Nie mam ochoty z tobą rozmawiać. Zresztą nie płacę ci za pogaduszki.

- Nie stosuj chwytów poniżej pasa. - Brody podszedł do Kate, wyjął jej z ręki młotek. 

- Moja praca dla ciebie nie ma nic wspólnego z całą resztą.

Oczywiście miał rację. Kate się zawstydziła. Nie miała prawa o tym zapominać, choć 

nie chciała się do tego przyznać.

-   Prywatny   rozdział   tej   historii   został   zamknięty   -  oświadczyła   bardzo   oficjalnym 

tonem.

- Tak ci się tylko wydaje. - Brody zasunął za sobą drzwi.

- Co to ma znaczyć?

- Muszę mieć chwilę spokoju, a tu ciągle kręcą się jacyś ludzie.

- Natychmiast otwórz te drzwi! I wyjdź. A potem idź do diabła.

background image

- Zamknij się i usiądź. - Tym razem nie dał się zastraszyć.

- Słucham? - Kate sądziła, że się przesłyszała.

Brody odłożył młotek. Na wszelki wypadek położył go daleko, poza zasięgiem Kate. 

Potem podszedł do niej i pchnął ją na krzesło.

- Siadaj i słuchaj - rozkazał.

Chciała wstać, ale pchnął ją z powrotem na krzesło. Tak się zdziwiła, że zapomniała 

języka w gębie. Po raz pierwszy w życiu nie zrobiła awantury komuś, kto tak paskudnie ją 

potraktował.

- No dobrze, udowodniłeś, że jesteś duży i silny - rzekła, odzyskawszy mowę. - Nie 

musisz już udowadniać, że jesteś głupi.

- A ty nie musisz udowadniać, że jesteś rozpuszczona jak dziadowski bicz, bo to 

powszechnie   wiadome.   Jak   jeszcze   raz   spróbujesz   wstać,   nim   skończę   -   pogroził   -   to 

przywiążę cię do krzesła. Przysięgam.

- No wiesz... - zaczęła.

- Teraz ja mówię - przypomniał Brody.

Tak na nią spojrzał, że mimo wszystko wolała zamilknąć. Przynajmniej na razie.

-   Kończę   remontować   twój   dom   -   mówił,   jakby   tego   nie   wiedziała.   -   Właśnie 

montowałem szafki w kuchni, kiedy przypałętał się Jerry. Jest moim przyjacielem. On i jego 

żona   wiele   zrobili   dla   mnie   i   dla   mojego   syna.   Nie   wyobrażasz   sobie   nawet,   ile   im 

zawdzięczam.

- Rozumiem - prychnęła. - Musisz spłacić dług wdzięczności. Dlatego umawiasz się z 

jego siostrą.

- Zamknij się, z łaski swojej. Nie umawiam się z jego siostrą. Jerry sobie gadał, a ja 

montowałem te szafki. Nie słuchałem, co mówi.

Chodził tam i z powrotem po pokoju.

-   Zaskoczył   mnie   -   wyjaśnił.   -   Nie   chciałem   się   umawiać   z   jego   siostrą,   ale   nie 

chciałem mu tego powiedzieć wprost. On i Tiffany są ze sobą bardzo zżyci. Jerry się o nią 

martwi, tak mi się zdaje, a do mnie ma zaufanie. Nie mogłem mu powiedzieć, że jego siostra 

nic mnie nie obchodzi.

- Owszem, mogłeś - parsknęła Kate. - Chociaż nie tylko o to mi chodziło.

- No więc o co ci chodziło? Teraz już możesz mówić - pozwolił łaskawie.

- Zachowywałeś się tak, jakby nas nic nie łączyło. Nic oprócz seksu. A mnie sam seks 

nie   wystarczy.   Od   swojego   partnera   oczekuję   lojalności,   wierności   i   szacunku.   Facet,   z 

którym sypiam, powinien umieć powiedzieć swojemu przyjacielowi, że mu na mnie zależy.

background image

- Do diabła, Kate! Od czterech lat żyję jak pustelnik. Nawet dłużej. Myślałem, że 

potrafisz zrozumieć...

- Źle myślałeś - przerwała mu w pół słowa.

- Boże, ależ ty jesteś nieznośna - westchnął Brody. - Odkąd poznałem Connie, nie 

spotykałem się z żadną kobietą. Dopiero teraz wszystko się zmieniło. Jestem z tobą. Z tobą i z 

nikim innym. Mogę to powiedzieć nie tylko Jerry'emu, ale każdemu, kogo to zainteresuje. 

Zależy mi na tobie, tylko że nie umiem o tym mówić. Jeżeli chcesz, to się nauczę. Dla ciebie 

nawet tego się nauczę.

- Rób, jak uważasz, a teraz daj mi spokój.

- Gdybym mógł dać ci spokój, nie byłoby mnie tutaj i nie chciałbym cię udusić.

- Obraziłeś mnie! To ciebie należałoby udusić.

- Nie będę cię sto razy przepraszał. - Pociągnął ją do drzwi.

- Sto razy? Nie słyszałam żadnych przeprosin! Co ty wyprawiasz? Nie szarp mnie!

Brody bez słowa wyprowadził ją z gabinetu i ciągnął dalej korytarzem, aż do wyjścia.

- Puść mnie natychmiast! Puść, bo pożałujesz! Zatkało ją, kiedy Brody przerzucił ją 

sobie przez ramię i otworzył drzwi na ulicę.

- Zwariowałeś?  - Była  zbyt  zdumiona, by z nim walczyć.  Tylko  odgarnęła  włosy 

zakrywające jej twarz. Widziała, że wyniósł ją na ganek, zniósł ze schodów... - Zupełnie ci 

odbiło?

- Owszem. Inaczej bym się z tobą nie zadawał.

Z budynku po drugiej stronie ulicy wyszła jakaś kobieta. Była jedynym przechodniem, 

więc Brody właśnie do niej się zwrócił. Oczywiście Kate nadal dyndała mu na plecach.

- Przepraszam panią - zaczął.

- Słucham? - Trochę zdziwiona kobieta spojrzała na niego i jego ładunek.

- To jest Kate. Ja mam na imię Brody. Chciałbym, żeby pani wiedziała, że Kate jest 

moją dziewczyną i że bardzo mi na niej zależy.

- Boże wielki - szepnęła Kate. Pozwoliła, żeby włosy opadły na dół, żeby szczelnie 

zasłoniły jej twarz.

- Rozumiem. No cóż... - Kobieta się uśmiechnęła. - Bardzo się cieszę.

- Dziękuję pani. - Brody zdjął Kate z ramienia i postawił ją przed sobą. - Mam tak 

chodzić dalej, czy już jesteś zadowolona?

Nie   mogła   wydobyć   z   siebie   głosu.   Miała   wrażenie,   że   wszystkie   słowa,   jakie 

należałoby w tej chwili powiedzieć, uwięzły jej w gardle i w żaden sposób nie zdołają się 

stamtąd wydostać. A przecież nie mogła tak stać na środku ulicy jak ten słup soli.

background image

Obróciła się na pięcie i co sił w nogach uciekła do domu.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Brody dogonił ją, nim zdążyła zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. Zresztą nawet gdyby 

zdążyła,   i   tak   by   go   nie   powstrzymała.   Rozkręcił   się,   rozsmakował   w   awanturze   i   nie 

zamierzał ustępować.

- Zaczekaj na mnie, skarbie.

- Nie nazywaj mnie skarbem! - wrzasnęła Kate. - Najlepiej w ogóle się do mnie nie 

odzywaj! Jesteś ordynarnym oprychem. Jak mogłeś mnie tak potraktować? Jak śmiałeś mnie 

tak zawstydzać przed obcymi ludźmi?

- Zawstydzać? - kpił Brody. - Ja tylko powiedziałem naszej sąsiadce, że jesteś moją 

dziewczyną i że mi na tobie zależy. Czyżbyś się mnie wstydziła?

- Nie, ale... - Teraz ona nie mogła znaleźć słów. Cofała się, a Brody szedł krok w krok 

za nią. To także wprawiło ją w zdumienie. Nie to, że zapędził ją w kozi róg, ale że ona mu na 

to pozwoliła.  Nigdy w  życiu  nie cofała  się  przed konfrontacją,  nigdy nie  uciekała przed 

mężczyzną. Aż do tej chwili.

- Co ty wyprawiasz?

-   Nic   takiego.   -   Patrzył   jej   prosto   w   oczy.   -   Nareszcie   jestem   sobą.   Zaraz   się 

przekonamy, czy taki też ci się spodobam.

- Jeśli ci się zdaje, że możesz...

Urwała,   bo   wziął   ją   za   ręce,   podniósł   do   góry   i   zmusił,   by   stanęła   na   palcach. 

Pocałował ją bardzo mocno. Kate cofnęła głowę w niemym  proteście, ale on się tym nie 

przejmował.

- Nie podoba ci się? - spytał cicho.

- Brody... - Tylko tyle zdążyła powiedzieć, nim znów zaczął ją całować.

Nie mogła myśleć. Wiedziała na pewno, że nie powinna się tak zachowywać, że trzeba 

wreszcie coś z tym zrobić, ale nie miała siły ani... ochoty.

- Mam zabrać ręce? - Jego dłonie przesuwały się po jej plecach. Były stanowcze i 

zaborcze. - Musisz się zdecydować. Natychmiast.

- Nie! - : Chwyciła go za włosy, przyciągnęła jego usta do swoich. Nie wiedziała, kto 

kogo pociągnął na podłogę, nie wiadomo, czyje ręce z większą niecierpliwością zdzierały 

ubranie.   Wiedziała   tylko   tyle,   że   pragnie   tego   groźnego   brutala   tak   samo   namiętnie,   jak 

przedtem pragnęła łagodnego, cierpliwego kochanka.

Brody już zapomniał, jak to jest, kiedy się aż tak pragnie, kiedy się w ten sposób 

bierze. Bez ograniczeń i bez żadnych barier.

background image

Kiedy ją puścił, była bezwładna jak szmaciana lalka. Leżeli obok siebie na podłodze, 

bez sił, zaspokojeni, przesyceni.

Kate czuła się fantastycznie. Nigdy w życiu nie przeżyła nic podobnego. Brody patrzył 

na nią i na walające się po pokoju ubrania.

- Podarłem ci bluzkę - mruknął. - Ale nie zamierzam cię przepraszać.

- Wcale nie chcę, żebyś mnie przepraszał - powiedziała, nie otwierając oczu.

- Twoje szczęście. Gdybyś chciała przeprosin, musiałbym cię znów wynieść na dwór, 

tym   razem   nagą,  i poszukać  jeszcze  jakichś  sąsiadów.   A  tak  to  nawet  pożyczę  ci  swoją 

koszulę. Znaj moje dobre serce.

- Czy my jeszcze się na siebie gniewamy?

-   Ja   już   skończyłem,   więc   to   zależy   od   ciebie.   Spojrzała   na   niego.   Chciała   coś 

powiedzieć, ale tylko pokręciła głową.

- No, mów - zachęcał ją. - Powiedzmy sobie wszystko i wreszcie będzie spokój.

- Sprawiłeś mi przykrość - oznajmiła.

- Wiem. - Brody narzucił swoją koszulę na ramiona Kate. - I za to cię przepraszam.

- Co się z nami dzieje, Brody?

- Nic nadzwyczajnego. Chyba wreszcie zaczynamy się poznawać.

- Tak, na pewno masz rację - westchnęła cicho.

- Ja wcale się nie wstydzę tego, co jest między nami, Kate - tłumaczył jej Brody. - Nie 

wstydzę się, tylko jeszcze nie bardzo wiem, co z tym zrobić.

- Rozumiem - stwierdziła, wkładając na siebie flanelową koszulę Brody'ego.

A jednak nie sprawiło jej przyjemności to, co usłyszała. Kate już dawno wiedziała, że 

go kocha, a Brody jeszcze się zastanawiał, tak jakby było nad czym. No cóż, widocznie nie 

każdy jest taki szybki jak ja, pomyślała i zaraz jej ulżyło.

- Przepraszam cię za kretyna - powiedziała, uśmiechając się słabo. - Wcale tak nie 

myślałam.

- Strasznie jestem ciekaw, co jeszcze o mnie powiedziałaś.

- Nie Ucz na to, że ci powiem. - Wreszcie się roześmiała.

- Nie to nie, bez łaski. Kupię sobie rozmówki ukraińskie.

- Nic ci z tego nie przyjdzie. Tego, co najlepsze, nie znajdziesz w żadnym słowniku.

- I tak sobie jakiś kupię. - Wstał z podłogi, pomógł Kate się podnieść. - Przepraszam 

cię, ale muszę jechać po Jacka.

Włosy miał w nieładzie, był nagi do pasa. A do tego wszystkiego miał synka, którego 

trzeba odebrać z przystanku szkolnego autobusu.

background image

Kate doznała olśnienia. A więc w tym tkwi prawdziwy problem!

- Dlatego jeszcze nie wiesz, co zrobić z naszym związkiem - powiedziała. - Nie bardzo 

wiesz, jak pogodzić potrzeby mężczyzny z obowiązkami ojca.

- Chyba rzeczywiście o to chodzi - przyznał. - Zrozum, Kate, nie miałem nikogo od... - 

Przyczesał dłonią włosy, co jednak niewiele im pomogło. - Connie bardzo długo chorowała... 

Jackowi od początku życie nie układało się najlepiej. Obaj mieliśmy trudny początek. Muszę 

sobie z tym wszystkim jakoś poradzić.

- Świetnie sobie poradziłeś. Razem też sobie poradzimy. Pod warunkiem, że oboje 

będziemy tego chcieli.

- Ja chcę.

- To w porządku. - Kate od razu lepiej się poczuła. - A teraz jedź po Jacka.

Czas   pędził   jak   oszalały.   Wielkimi   krokami   zbliżała   się   przerwa   semestralna,   a 

przecież dopiero co były ferie świąteczne.

Rodzina Skully wybierała się do Disneylandu. Dla Brody'ego oznaczało to mnóstwo 

nowych problemów z Jackiem.

Chłopiec błagał, płakał i histeryzował, chcąc wymusić na ojcu wyjazd do bajkowego 

świata. Brody cierpliwie tłumaczył synkowi, dlaczego nie jest to możliwe i dlaczego nie mogą 

teraz nigdzie jechać. Do Jacka nie docierały żadne argumenty.

Chodził nadąsany, a Brody'ego gryzło sumienie. Tym bardziej że w czasie wolnym od 

zajęć szkolnych musiał synka zbierać na budowę.

- Ty mi nigdy na nic nie pozwalasz - marudził Jack.

Zabawki,   które  zabrał  z  domu,  już  dawno przestały  go interesować.   Zwykle  lubił 

jeździć   z   ojcem   na   budowy,   ale   nie   teraz,   kiedy   jego   najlepszy   przyjaciel   bawił   się   w 

Disneylandzie. Jack po raz pierwszy w swoim krótkim życiu zauważył, że świat wcale nie jest 

sprawiedliwy.

Ojciec nie zwracał na niego uwagi. Układał spokojnie glazurę,  jakby w ogóle nie 

słyszał narzekań synka.

- Dlaczego nie mogę pojechać do babci? - torturował biednego ojca.

- Tłumaczyłem ci, że babcia jest teraz zajęta, ale za parę godzin po ciebie przyjedzie.

- Nie chcę tu siedzieć - dąsał się Jack. - Nudzę się. To okropne, że ja muszę tu siedzieć 

i się nudzić, kiedy wszyscy moi koledzy się bawią. Ja nigdy nie mam nic do roboty.

- Za to ja mam. Muszę wykonać pracę w określonym terminie, rozumiesz? - Brody 

odłożył kielnię.

- Muszę zarabiać na chleb.

background image

Brody nie wiedział, jak to się stało, że użył tych samych słów, jakimi ojciec zwykł 

przemawiać do niego.

-   Nie   mogę   tak   po   prostu   stąd   odejść   -   dodał.   -   Ty   też   nie.   A   jeżeli   zaraz   nie 

przestaniesz marudzić, to rzeczywiście nigdy nigdzie nie pojedziesz.

-   Dziadek   i   babcia   zabiorą   mnie   do   Disneylandu   -   odgryzł   się   Jack.   -   A   ciebie 

zostawimy w domu.

- No i dobrze - prychnął Brody, dotknięty do żywego tym dziecięcym paplaniem. - 

Wreszcie będę miał trochę spokoju.

- Ja chcę do babci! - krzyczał Jack. - Chcę do domu! Nie lubię cię!

Na tę scenę weszła Kate. Wdziała płaczącego ze złości chłopca, słyszała jego słowa. 

Spojrzała  na wymęczoną,  zrozpaczoną  twarz Brody'ego, należącego  na podłodze  Jacka, i 

wkroczyła do akcji.

- Co ci jest, przystojniaku?

- Ja chcę do Disneylandu - wyjąkał malec. Brody chciał skończyć to przedstawienie, 

ale Kate przykucnęła przy Jacku, oddzielając sobą ojca od syna.

- Ja też - przyznała, gładząc rozhisteryzowane dziecko po główce. - Kto by nie chciał 

pojechać do Disneylandu?

- Tata nie chce - chlipnął Jack.

-  Nawet  nie   wiesz,  jak  bardzo  się  mylisz,  kochanie.  Wszyscy  tatusiowie   marzą  o 

zwiedzaniu Disneylandu. Właśnie dlatego tak im ciężko. Oni nie mogą robić tego, czego 

pragną, bo muszą pracować.

- Poradzę sobie, Kate - wtrącił się Brody.

- Czy ja mówię, że sobie nie poradzisz? - mruknęła. Wzięła chłopca na ręce, wstała. - 

Jesteś zmęczony, skarbie. Za długo siedzisz na budowie. Pojedziemy na trochę do mnie, a 

tatuś przez ten czas spokojnie skończy.

- Za parę godzin przyjedzie po niego moja mama. - Brody wyciągnął ręce po chłopca, 

ale Jack skulił się, oplótł się jak wąż wokół Kate. Brody'emu omal nie pękło serce.

Kate zapragnęła przysunąć się do niego, wcisnąć Jacka pomiędzy siebie i udręczonego 

ojca, wiedziała jednak, że teraz nie pora na takie gesty. W tej chwili Jack musiał być daleko 

od swego tatusia.

- Czy mogę zabrać go do siebie? - spytała. Zdrzemnąłby się, dodała bezgłośnie. - 

Zadzwonię do twojej mamy i powiem, żeby nie przyjeżdżała tutaj, tylko od razu do mnie.

- Ja chcę pojechać z Kate - szlochał wtulony w jej ramię Jack.

- Jak chcesz, to jedź - warknął Brody.

background image

Był zirytowany, miał  wyrzuty  sumienia  i taką  samą  minę  jak jego  rozkapryszony 

synek.

Usiadł ciężko na odwróconym do góry dnem wiadrze. Nawet na nich nie spojrzał. 

Słyszał tylko, jak Jack wydmuchuje nos i jak opowiada Kate, że tatuś na niego nakrzyczał.

- Wiem, kochanie - mówiła Kate, całując mokry od łez policzek malca. - Ale ty też na 

niego krzyczałeś. Na pewno tatusiowi jest teraz tak samo smutno jak i tobie.

- Na pewno nie. - Jack westchnął ciężko, oparł główkę na ramieniu Kate. - On mnie 

nie zabierze do Disneylandu, tak jak tata Roda.

- Niestety nie, mój skarbie. To wszystko przeze mnie.

- Przez ciebie? - zdziwił się malec.

- Obawiam się, że tak. Wiesz, że twój tatuś remontuje mój dom, prawda?

- No. - Jack pokiwał jasną główką.

- Tatuś obiecał mi, że skończy pracę w określonym terminie. A ponieważ twój tatuś 

obiecał mnie, to ja też coś komuś obiecałam, i teraz ci ludzie na mnie liczą. Jeśli twój tatuś nie 

dotrzyma słowa, to i ja nie będę mogła dotrzymać swojego, a to nie byłoby ładnie, prawda?

- Nie, ale może chociaż ten jeden raz.

- Czy tatuś dotrzymuje słowa, kiedy ci coś obieca?

- Tak. - Jack spuścił głowę.

- Nie smuć się, przystojniaku. Pojedziemy do mnie, przeczytam ci bajkę. To będzie 

bajka o chłopcu, który też miał na imię Jack. O Jacku i wielkiej fasoli.

- A dostanę ciasteczko?

- Oczywiście.

Uściskała go serdecznie. Tak bardzo go kochała.

Jack zasnął, nim bajkowy Jack zamienił swoją krowę na czarodziejskie fasolki.

Biedny maluch,  pomyślała  Kate, otulając go kocykiem  Z całego serca współczuła 

Brody'emu. Niby wiedziała, że bycie ojcem to nie tylko siłowanie się na podłodze i granie w 

piłkę na podwórku, ale także łzy, złe humory, niezadowolenie i ciężka praca wychowawcza. 

A jednak co innego wiedzieć, a zupełnie co innego zobaczyć na własne oczy. A najgorzej, że 

sama musiała odmówić dziecku, któremu chciałaby nieba przychylić.

-   Kocham   cię,   przystojniaku.   -   Pochyliła   się   i   pocałowała   chłopca   w   czółko.   -   I 

twojego tatusia też. Mam nadzieję, że prędko się namyśli, bo ja nie chcę już dłużej czekać. 

Chcę mieć was obu, i to szybko.

Zadzwonił telefon. Kate chwyciła słuchawkę, nim zdążył zadzwonić drugi raz.

-   Halo?   -   Uśmiechnęła   się,   usłyszawszy   znajomy   głos.   Trzymając   przy   uchu 

background image

słuchawkę, wyszła z pokoju. Nie chciała, żeby Jack się obudził. - Davidov! Co się stało, że 

mistrz zaszczyca mnie rozmową?

Poprawiła makijaż, wyszczotkowała włosy. Wiedziała, że głupio się zachowuje, ale to 

było silniejsze od niej. Za chwilę miała poznać rodziców Brody'ego. A ponieważ postanowiła 

zostać ich synową, chciała zrobić jak najlepsze wrażenie.

Jack obudził się wypoczęty. Biegał po ogrodzie, stoczył z Kate walkę na miecze i 

wygrał  wyścig  samochodowy zakończony wspaniałym  karambolem.  A po zabawie  dostał 

solidny podwieczorek.

- Tatuś jest na mnie wściekły - stwierdził, zjadłszy ostatnie ciasteczko.

- Na pewno nie jest tak źle - pocieszyła go Kate. - Myślę, że jest mu smutno, bo nie 

może ci dać tego, czego tak bardzo pragniesz. Rodzice zawsze chcą dać swoim dzieciom to, 

co im sprawia radość, tylko że czasami po prostu nie mogą.

Doskonale pamiętała swoje własne dziecięce histerie i fochy. Zawsze potem było jej 

przykro i gryzło ją sumienie. Tak samo jak teraz Jacka.

-   A   nie   mogą,   bo   czasem   to   coś   nie   jest   dobre   dla   dziecka,   albo   pora   nie   jest 

odpowiednia. A zdarza się też, że po prostu nie mogą. Kiedy dziecko płacze, wrzeszczy i 

tupie nogami, to człowiek przez chwilę rzeczywiście jest wściekły. Ale przede wszystkim 

bardzo smutny.

- Ja nie chciałem - szepnął Jack. Usteczka mu drżały, wyglądał, jakby zaraz miał się 

rozpłakać.

- Wiem, kochanie. Przeprosisz tatusia i obaj zaraz poczujecie się lepiej. Zobaczysz.

- Czy twój tatuś krzyczał kiedyś na ciebie?

- Owszem. - Kate się roześmiała. - Bardzo się wtedy na niego wściekałam, ale potem 

zwykle dochodziłam do wniosku, że sobie na to zasłużyłam.

- Czy ja też sobie zasłużyłem?

- Niestety, tak. Przecież wiesz, że twój tatuś cię kocha. Chciałby ci dać wszystko, 

czego zapragniesz, ale nie zawsze może.

- No. - Jack pokiwał główką z poważną miną. Ładna jest, pomyślał. Ładna i miła. 

Umie się bawić i czytać bajki. Nawet lubię, jak mnie całuje. I tak fajnie się śmieje, kiedy 

udaję, że tego nie lubię. Tatuś też lubi ją całować. Powiedział, że lubi, a on nigdy nie kłamie.

Może ożeniłaby się z moim tatą? Tata mówi, że nie będzie chciała, ale jak ją ładnie 

poproszę... Jak się zgodzi, to będzie żoną mojego tatusia i moją mamą. Zamieszkamy razem 

w naszym domu, a kiedyś może pojedziemy do Disneylandu. Razem. Ja, Kate i mój tatuś.

- Nad czym tak rozmyślasz, przystojniaku?

background image

- Zastanawiam się, czy...

- Jest twoja babcia! - Kate zerwała się, usłyszawszy dzwonek u drzwi. - Potem mi 

opowiesz, o czym myślałeś. Tylko nie zapomnij!

Pobiegła   otworzyć.   Denerwowała   się.   Wzięła   głęboki   oddech   i   dopiero   po   tym 

otworzyła drzwi państwu O'Connell.

- Cieszę się, że państwo przyjechali - powiedziała, zapraszając ich do środka. - Jack 

właśnie kończy podwieczorek.

-   To   bardzo   miło,   że   się   pani   nim   zajęła.   -   Mary   O'Connell   weszła   pierwsza, 

dyskretnie rozejrzała się po domu. Ona też bardzo starannie się tego dnia malowała, choć mąż 

ostro ją za to skrytykował.

- Zajmowanie się Jackiem to czysta przyjemność. Jest wspaniałym dzieckiem. Proszę 

do środka. Czy mogę zaproponować państwu kawę?

- Nie będziemy robić kłopotu - odezwał się Bob.

- Ależ to żaden kłopot. Chyba że się państwo śpieszą.

- Musimy... - Bob urwał, dostawszy od żony dyskretnego kuksańca.

- Bardzo chętnie napijemy się kawy - powiedziała pani O'Connell. - Dziękujemy za 

zaproszenie.

- Brody będzie przerabiał też naszą kuchnię - mówiła Kate, prowadząc za sobą gości. - 

Rodzice są zachwyceni remontem, jaki przeprowadził w moim domu.

- Mój syn jest bardzo zdolny - rzekła z dumą pani O'Connell. Na wszelki wypadek 

rzuciła mężowi ostrzegawcze spojrzenie.

- Z mojej rudery zrobił prawdziwy pałac. Jack, zobacz, kogo ci przyprowadziłam.

- Cześć - powiedział Jack, nie ruszając się od stołu. - Bawiłem się z Kate.

Jaki ojciec, taki syn, pomyślał ponuro Bob, choć serce, jak zwykle, wyrywało mu się 

do wnuka.

-   Kate   ma   zabawki   -   opowiadał   Jack.   -   Jej   mama   ma   cały   sklep   z   zabawkami. 

Obiecała, że zabierze mnie tam w moje urodziny i będę sobie mógł wybrać, co będę chciał.

- To bardzo miło z jej strony. - Pani O'Connell przyglądała się Kate z namysłem.

Patrzyła, jak Kate ustawia na stole zastawę. Odpowiednio do okazji, bez niepotrzebnej 

przesady. I nie wytarła rozlanego przez Jacka kakao, tylko podała mu ściereczkę, żeby mógł 

sam po sobie posprzątać.

Byłaby z niej dobra matka, pomyślała pani O'Connell z uznaniem. Ten mój słodki 

okruszek zasługuje na prawdziwą mamusię. No i na żonę pewnie też by się nadawała. Jest 

bardzo ładna...

background image

- Całe miasto o niczym innym nie mówi, tylko o nowej szkole tańca - zaczęła pani 

O'Connell. Zaczerwieniła się, gdy jej mąż prychnął z dezaprobatą. - Chyba nie może się pani 

doczekać otwarcia.

- Rzeczywiście, nie mogę. Mam już kilka uczennic. Za parę tygodni zaczynamy. Jeśli 

zna pani kogoś, kto byłby zainteresowany, to będę wdzięczna za życzliwe słowo.

- Shepherdstown to nie Nowy Jork - mruknął Bob, sięgając po cukiernicę.

- Oczywiście - zgodziła się Kate, choć usłyszała ukrytą w głosie Boba O'Connella 

przyganę. - Bardzo dobrze mieszkało mi się w Nowym Jorku i świetnie pracowało. Mam tam 

rodzinę, więc oczywiście było mi łatwiej. Uwielbiam podróże, nowe miejsca i cieszę się, że 

mogłam tańczyć na największych scenach świata. Ale tu jest mój dom i tu chcę się osiedlić na 

stałe. Naprawdę uważa pan, że w naszym mieście nie ma miejsca na szkołę baletową?

- Nie znam się na tym. - Bob wzruszył lekceważąco ramionami.

-   A   ja   się   znam.   I   uważam,   że   porządna   szkoła   tańca   bardzo   nam   się   przyda. 

Wprawdzie Shepherdstown to małe miasto - mówiła Kate, niespiesznie popijając kawę - ale 

mamy tu przecież uniwersytet. A uniwersytet przyciąga różnych ludzi ze wszystkich stron 

kraju.

- Czy mogę wziąć ciasteczko? - spytał Jack.

- Poproszę o ciasteczko - poprawiła chłopca babcia.

- Poproszę o ciasteczko - powtórzył posłusznie malec.

Kate   wstała,   chcąc   podać   chłopcu   o   co   prosił.   Spojrzała   w   okno   i   zobaczyła 

Brody'ego.   Dawał   jej   jakieś   znaki,   robił   śmieszne   miny,   więc   przeprosiła   i   poszła   mu 

otworzyć drzwi.

- Co to za wygłupy? - spytała.

- Nic takiego. - Szybko wszedł do sieni i starannie zaniknął za sobą drzwi.

Kate zaprowadziła go do kuchni.

-   Próbowałem   się   do   was   dodzwonić   -   powiedział   Brody,   przywitawszy   się   z 

rodzicami. - Chciałem was uprzedzić, ale pewnie już byliście w drodze.

- Mieliśmy być po chłopca o trzeciej - mruknął Bob - więc przyjechaliśmy o trzeciej.

- No tak. My tymczasem zmieniliśmy plany. - Brody spojrzał na Jacka, który siedział 

ze spuszczoną głową. - Dobrze ci było u Kate, synku?

Jack powoli skinął główką, ostrożnie zerknął na ojca. W jego oczach znów pojawiły 

się łzy.

- Przepraszam, że byłem niegrzeczny, tatusiu. Przepraszam! Nie chciałem ci sprawić 

przykrości.

background image

Brody przykucnął przy chłopcu, przytulił go do siebie.

- Przykro mi, że nie mogę cię zabrać do Disneylandu. I przepraszam, że na ciebie 

nakrzyczałem.

- Już się na mnie nie gniewasz?

- Nie. Wcale się nie gniewam.

- Kate powiedziała, że nie będziesz się gniewał.

- Jackowi momentalnie obeschły łzy.

- Miała rację. - Brody wziął synka na ręce, przytulił go, a potem postawił na podłodze.

- Będę mógł wrócić z tobą do pracy? Będę grzeczny. Obiecuję.

- Jasne, że byś mógł, tylko że ja już dziś nie wracam do pracy.

- Jak się kończy pracę w połowie dnia, nie można powiedzieć o sobie, że się solidnie 

pracowało - skomentował Bob O'Connell.

- Owszem - Brody rzucił ojcu gniewne spojrzenie - ale jeśli czasami nie zrobi się 

przerwy, żeby pobyć ze swoim synem, to nie można powiedzieć o sobie, że jest się dobrym 

ojcem.

- Może nie byłem dobrym ojcem, ale za to ty nigdy nie chodziłeś głodny - warknął 

Bob, zrywając się od stołu.

- Masz rację, tylko że ja chcę dać Jackowi trochę więcej niż pełny żołądek. Mam coś 

dla ciebie - rzekł do chłopca, któremu znów zaczynała się trząść bródka, jak zwykle, kiedy 

tata   i   dziadek   się   kłócili.   -   Wprawdzie   nie   jest   to   wycieczka   do   Disneylandu,   ale   mam 

nadzieję, że też ci się spodoba.

-   Coś   mi   przyniosłeś?   -   Jack   ciągnął   ojca   za   kieszeń.   -   Samochód?   A   może 

ciężarówkę?

- Nigdy nie zgadniesz. I wcale nie schowałem tego do kieszeni. Jest na ganku.

- Mogę zobaczyć? Mogę? Mogę? - Nie czekając na odpowiedź, chłopiec już biegł do 

drzwi, już naciskał klamkę.

A kiedy stanął w progu, kiedy spojrzał w dół, a potem w górę na ojca, w tej jednej 

cudownej chwili Brody dostał od życia wszystko, co naprawdę ma jakąś wartość.

-  Piesek!  Prawdziwy  piesek!  - Jack  porwał  na  ręce  mały  czarny kłębuszek,   który 

usiłował się wdrapać na jego nogę. - To dla mnie? Naprawdę dla mnie?

- Mam wrażenie, że chciałby cię  zatrzymać  - stwierdził  Brody, patrząc, jak psiak 

radośnie merda króciutkim ogonkiem, jak popiskuje i liże Jacka po twarzy.

- Patrz, babciu! Mam pieska! Nazwę go Mike. Zawsze chciałem mieć pieska i żeby się 

nazywał Mike.

background image

- Śliczny. - Babci piesek też się spodobał. - Ma grube łapki. Niedługo będzie większy 

od ciebie. Musisz o niego bardzo dbać, Jack.

- Będę o niego dbał. Obiecuję. Zobacz, Kate. Popatrz tylko! Mam pieska!

- Jest śliczny. - Kate nie mogła się powstrzymać. Przyklękła przy Jacku, a jego nowy 

przyjaciel natychmiast serdecznie oblizał jej policzek. - Taki mięciutki. I taki słodki.

- Każdy chłopiec powinien mieć psa - odezwał się Bob, który wciąż jeszcze był pod 

wrażeniem prztyczka, jakiego dał mu jego własny syn. - Ale kto się będzie nim zajmował, 

kiedy Jack będzie w szkole, a ty na budowie? Ty nigdy nie pomyślisz, tylko od razu robisz, co 

ci strzeli do głowy. Nigdy się nie zastanawiasz nad konsekwencjami.

- Bob. - Przerażona Mary dotknęła mężowskiego ramienia.

- Mam duże podwórko - odparł Brody. - Ogrodzone. Poza tym zazwyczaj pracuję w 

domach, w których są psy. Mike będzie chodził ze mną do pracy, póki nie podrośnie na tyle, 

żeby mógł sam zostawać w domu.

- Kupiłeś tego psa dla Jacka, czy dla siebie? Zdaje mi się, że chciałeś uspokoić swoje 

sumienie. Nie możesz chłopcu zapewnić takich ferii, jakie ma jego przyjaciel, więc zamiast 

tego kupiłeś mu pieska.

- Ja już nie chcę do Disneylandu. - Jackowi znów zbierało się na płacz. - Chcę zostać 

w domu. Z tatusiem i z Mikiem.

- Wyjdź z pieskiem na spacer, Jack. - Kate zdobyła się na uśmiech, wyprowadziła 

chłopca do przedpokoju. - Pieski bardzo lubią biegać po ogrodzie, prawie tak samo jak mali 

chłopcy. Musicie się ze sobą poznać i zaprzyjaźnić. Ale najpierw włóż kurtkę.

Brody   zmilczał.   Wytrzymał,   póki   Kate   nie   pomogła   się   Jackowi   ubrać,   póki   nie 

wystawiła go na dwór i nie zamknęła za nim drzwi. Dopiero potem wybuchnął.

- Nie twój zasmarkany interes, dlaczego kupuję swojemu synowi psa - syknął - ale ci 

powiem,   że   wybrałem   tego   szczeniaczka   trzy   tygodnie   temu.   Musiałem   tylko   trochę 

poczekać,   aż   podrośnie   i   będzie   go   można   zabrać   od   matki.   Jack   miał   go   dostać   na 

Wielkanoc, tyle że właśnie dziś potrzebował jakiejś pociechy.

- Jak chcesz go nauczyć,  żeby cię  szanował, jeśli dajesz mu prezenty za każdym 

razem, kiedy ci napyskuje?

- Ty całe życie uczyłeś mnie szacunku do siebie i co ci z tego przyszło?

- Przestańcie. - Mary załamała ręce. - To nie jest miejsce na takie...

- Nie będziesz mi dyktować, co i kiedy mam mówić - warknął Bob. - Trzeba cię było 

bić mocniej i częściej - zwrócił się do syna. - Ty zawsze wszystko robiłeś po swojemu. Nigdy 

nie było z ciebie pożytku, tylko same kłopoty. Teraz też bez przerwy pakujesz się w jakieś 

background image

tarapaty, dobijasz swoją matkę. Miałeś mleko pod dziobem, jak uciekłeś do miasta, żeby 

sobie zmarnować życie.

- Nie uciekłem do żadnego miasta. Uciekłem od ciebie.

Głowa  Boba odskoczyła  do tyłu,  jakby został  spoliczkowany. Zrobił  się biały jak 

płótno.

- A jednak wróciłeś! Muszę przyznać, że jakoś wiążesz koniec z końcem, za to nigdy 

nie masz czasu dla dziecka. Ciągle przesiaduje u obcych ludzi, żebyś ty mógł zarabiać na 

chleb. Całe miasto plotkuje o tym, jak zabawiasz się z panienkami, kiedy twój syn śpi w 

sąsiednim pokoju.

-   Tym   razem   pan   przesadził.   -   Gdyby   Kate   nie   była   taka   wściekła,   pewnie   by 

zauważyła, że znów stanęła pomiędzy ojcem i synem, którzy w każdej chwili mogli sobie 

skoczyć do oczu. - Tak się składa, że Brody nie zabawia się z żadnymi panienkami, tylko ze 

mną. I chociaż to naprawdę nic pana nie powinno obchodzić, to powiem panu, że nigdy się ze 

mną nie zabawiał, kiedy Jack spał w sąsiednim pokoju.

Bob zaniemówił. Wiedział, jak postępować z własnym synem, potrafił krótko trzymać 

żonę, ale w tej chwili zapomniał języka w gębie.

- Jeśli nie wie pan, że Brody raczej dałby sobie uciąć rękę niż w jakikolwiek sposób 

skrzywdzić tego chłopca - syczała Kate jak podrażniona żmija - to jest pan nie tylko ślepy, ale 

i   głupi.   Powinien   się   pan   wstydzić!   Nie   ma   pan   prawa   odzywać   się   w   ten   sposób   do 

Brody'ego. Wspaniale pokierował swoim życiem i świetnie wychowuje syna. Ale pan nigdy 

mu tego nie powie, bo pana na to po prostu nie stać.

- Na próżno strzępisz język - odezwał się Brody.

- Zamknij się! - Kate spojrzała na niego, jakby go chciała zabić wzrokiem. - Ty też 

masz sporo na sumieniu. Nie masz prawa odzywać się w ten sposób do swego ojca. Nie 

wolno ci go tak traktować, i to w obecności własnego syna. Nie widzisz, że Jack się boi, że 

cierpi, kiedy wy dwaj skaczecie sobie do oczu?

Cofnęła się, obrzuciła ich wściekłym spojrzeniem.

- Obaj razem wzięci macie  mniej  rozumu niż średnio zdolna małpa.  Idę na dwór 

pobawić się z Jackiem, a wy sobie róbcie co chcecie. Jeśli o mnie chodzi, możecie się nawet 

pozabijać. Przynajmniej wreszcie będzie święty spokój.

Z impetem wypadła do ogrodu.

Jeszcze gotowała się ze złości, kiedy kilka minut później dołączył do niej Brody.

Usiadł obok niej na schodkach, w milczeniu patrzył, jak Jack biega po podwórku ze 

swoim nowym przyjacielem, jak próbuje go nauczyć, by przynosił piłeczkę.

background image

- Przepraszam, że zrobiłem awanturę w twoim domu - powiedział w końcu.

- Mój dom był świadkiem niejednej awantury i mam nadzieję, że jeszcze niejedną 

wytrzyma.

- No tak, ale nie powinniśmy się kłócić w obecności Jacka.

Kate milczała.

- Ze mną i moim ojcem tak już jest - mówił Brody. - Zawsze tak było. Nawet ty tego 

nie zmienisz.

- Zawsze tak było, więc już zawsze musi tak być? Jeśli człowiek może zmienić jeden 

aspekt swojego życia, to może także zmienić każdy inny. Musisz tylko spróbować.

- Działamy sobie na nerwy, to wszystko. Na dobrą sprawę wcale nie powinniśmy się 

do siebie zbliżać.

Nie chcę, żeby Jack miał do mnie żal, kiedy dorośnie. Pewnie dlatego jestem wobec 

niego trochę nadopiekuńcza.

- Przestań się wreszcie o wszystko obwiniać. - Kate znów się zdenerwowała. - Nie 

widzisz, że Jack jest szczęśliwym, wspaniałym dzieckiem?

- Widzę. - Brody się uśmiechnął.

Jack zaśmiewał się do rozpuku. Tarzał się w trawie, podczas gdy psiak usiłował się na 

niego wdrapać.

- Chyba wiesz, że jesteś dobrym ojcem. Włożyłeś dużo pracy i wysiłku w wychowanie 

Jacka i nawet tego nie zauważyłeś. Wszystko dlatego, że go kochasz - tłumaczyła mu Kate. - 

Kochasz go bezwarunkowo. Ale znacznie trudniej być dobrym synem. Trzeba w to włożyć 

mnóstwo wysiłku i znacznie więcej pracy. Dlatego człowiekowi łatwiej przychodzi kochać 

swoje dziecko niż swoich rodziców.

- Mój ojciec mnie nie kocha.

- Bzdury gadasz. On kocha ciebie, a ty jego, tylko nie chcecie się do tego przyznać. 

Gdybyście się nie kochali, nie moglibyście się tak głęboko ranić.

Brody wzruszył ramionami.  Ona nic nie rozumie,  pomyślał.  No  bo niby skąd ma 

rozumieć?

- Pierwszy raz w życiu widziałem, jak mój ojciec oniemiał. Po prostu go zatkało. 

Chyba nigdy żadna kobieta tak go nie potraktowała. Ja już się do tego przyzwyczaiłem.

Ale Kate nie tylko rozumiała; miała na ten temat jeszcze coś do powiedzenia.

- Przy pierwszej okazji przeprosisz swoją matkę zażądała. - Chyba że chcesz mieć ze 

mną do czynienia.

-   Dobrze,   dobrze   -   zgodził   się   potulnie   Brody.   -   Czy   mogę   się   przedtem   trochę 

background image

pobawić z psem?

- Możesz - zgodziła się łaskawie.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Kate   wszystko   dokładnie   zaplanowała,   wszystko   przewidziała,   starannie   wybrała 

najlepszy   moment.   Jack   nocował   u   dziadków,   a   Brody   był   wykończony   po   wyjątkowo 

intensywnych igraszkach miłosnych.

- Mam coś dla ciebie - oznajmiła.

- Jeszcze coś? - zdziwił się. - Dostałem obiad, wino i piękną kobietę. Czego można 

chcieć więcej?

- Zaraz się dowiesz. - Kate się roześmiała, szybciutko wstała z łóżka.

Nie mógł od niej oderwać oczu. Uwielbiał patrzeć, jak się poruszała, zwłaszcza gdy 

chodziła naga po jego sypialni.

Ten pokój też wreszcie wykończył. Pracował po nocach, byleby tylko doprowadzić go 

do stanu używalności. Skoro - zrządzeniem opatrzności - ostatnio służył mu nie tylko do 

spania, musiał wyglądać przyzwoicie.

Ściany zostały otynkowane i pomalowane na ciemnoniebieski kolor, bo Kate lubiła 

zdecydowane barwy.

Brody liczył na to, że wkrótce i podłoga doczeka się cyklinowania. Zasłony i reszta 

drobiazgów musiały jeszcze trochę poczekać.

Ale i tak lubił patrzeć, jak Kate chodzi po tym pokoju. Lubił czuć jej obecność. Kiedyś 

zostawiła kolczyki na toaletce. Dziwnie miło zrobiło mu się koło serca, kiedy zobaczył je tam 

następnego   ranka.   To   było   takie   zwyczajne   i   bardzo   sympatyczne.   A   on   już   prawie 

zapomniał, jak to jest...

W pokoju było  chłodno, więc Kate włożyła  koszulę Brody'ego i poszła po swoją 

torebkę.

- Uwielbiam patrzeć, jak chodzisz w samej koszuli - powiedział. - Muszę ci chyba 

kilka kupić.

-   Będę   ci   bardzo   wdzięczna.   -   Przysiadła   na   łóżku,   rzuciła   kopertę   na   nagi   tors 

Brody'ego. - To dla ciebie.

- Dla mnie?

Usiadł i rozerwał kopertę. Zdumiał się, gdy zobaczył dwa bilety lotnicze.

- Co to jest?

- Bilety do Nowego Jorku i z powrotem. Dla ciebie i dla Jacka. Na przyszły piątek.

- Dlaczego? - Brody patrzył nieufnie na bilety, potem spojrzał na Kate.

- Ponieważ bardzo chcę, żebyście pojechali. Byłeś kiedyś w Nowym Jorku?

background image

- Nie, ale...

- Tym lepiej. Nie będziesz się nudził.

- Ale...

- Parę dni temu zadzwonił do mnie maestro. - Kate nie pozwoliła mu dojść do głosu. - 

W   przyszłą   sobotę   dają   specjalne   przedstawienie.   Tylko   jedno,   na   cele   dobroczynne. 

Fragmenty rozmaitych baletów w wykonaniu różnych artystów. Davidov dawno mnie prosił, 

żebym wzięła w tym udział. Nie zgodziłam się, bo mam teraz tyle spraw na głowie...

- Dlaczego zmieniłaś decyzję? - Brody był bardzo podejrzliwy.

- Tancerka, która miała wykonać  pas de deux.  z „Czerwonej Róży”, ma kontuzję. 

Niby nic, ale dziewczyna  co najmniej przez dwa tygodnie nie wyjdzie na scenę. Dlatego 

maestro poprosił mnie o zastępstwo.

- Ale co my z tym mamy wspólnego? - chciał wiedzieć Brody. - Ani ja, ani Jack nie 

zatańczymy w balecie.

- Na pewno nic złego wam się nie stanie, jeśli jakiś zobaczycie. - Kate się roześmiała. 

-   Davidov   namówił   mnie,   żebym   zatańczyła   jeszcze   fragment   z   „Don   Kichota”,   więc 

będziecie mieli jaki taki przegląd moich możliwości. Muszę dojść do formy przed przed-

stawieniem, więc wyjadę we wtorek.

Brody'emu zrobiło się trochę nieprzyjemnie na samą myśl o tym, że Kate znów nie 

będzie. Na szczęście to tylko trzy dni, pomyślał. W piątek się zobaczymy.

Lecz zaraz przypomniał sobie, że przecież nie może jechać za nią do Nowego Jorku, 

nie   może   przyjąć   od   niej   takiego   drogiego   prezentu.   I   na   pewno   nie   wytrzyma   na 

przedstawieniu.

- Nie mogę tak po prostu wziąć Jacka i pojechać do Nowego Jorku - zaprotestował.

- Dlaczego?

- Dzieciak nie może bez powodu opuszczać szkoły. No i nie mamy z kim zostawić 

Mike'a.

- Żaden problem. - Wzruszyła ramionami. - Wyjedziecie w piątek po lekcjach. Akurat 

zdążycie   do   Nowego   Jorku   na   kolację.   Zamieszkamy   u   mojej   siostry.   W   sobotę   rano 

obejrzycie   sobie   miasto,   a   wieczorem   pójdziecie   na   przedstawienie.   W   niedzielę   znów 

pójdziemy   zwiedzać   miasto,   zjemy   obiad   u   moich   dziadków   i   wrócimy   wieczornym 

samolotem. W poniedziałek rano wszyscy będziemy z powrotem w pracy i w szkole.

- Ale...

- A Mike'a - Kate nie pozwoliła sobie przerwać - zabierzecie ze sobą.

- Mam taszczyć psa do Nowego Jorku?

background image

- A co w tym złego? Moi siostrzeńcy będą zachwyceni.

Brody widział, jak pułapka się zamyka.

- Tacy zwyczajni  ludzie  jak ja  nie latają  na weekend  do Nowego Jorku.  - Mimo 

wszystko spróbował walczyć, jakoś wydostać się z potrzasku.

- Bzdury gadasz. - Kate go pocałowała. Miała w zanadrzu jeszcze jeden argument, 

najmocniejszy.   Specjalnie   schowała   go   na   sam   koniec.   -   Pomyśl,   jaką   frajdę   sprawisz 

Jackowi. Zobaczy Nowy Jork i odpłaci koledze pięknym  za nadobne. Rod ciągle gada o 

Disneylandzie, no to teraz Jack też będzie się mógł czymś pochwalić. Wyobraź sobie, jaką 

minę zrobi Rod, kiedy się dowie, że Jack był w miejscu, w którym zginął King Kong.

Trafiła celnie. Brody miał ochotę wyć.

- Nie zrozum mnie źle - spróbował jeszcze raz, choć przecież wiedział, że przegra z 

kretesem. - Ja naprawdę nie przepadam za baletem.

- Jesteś pewien? - Kate zatrzepotała rzęsami. - Ile przedstawień widziałeś?

- Żadnego - mruknął Brody.

- No to skąd wiesz, że nie lubisz baletu?

- Publicznej egzekucji też nie oglądałem, a jednak mam przeczucie, że by mi się nie 

spodobała.

- Ależ ty jesteś uparty - westchnęła. - Spójrz na to z innej strony. Pokażesz Jackowi 

Nowy Jork,  dasz mu dwa dni  wielkiej radości.  To wszystko  w  zamian  za dwie godziny 

śmiertelnej nudy. Zdaje mi się, że to niewygórowana cena.

- O wszystkim pomyślałaś. - Brody pokręcił głową, popatrzył na bilety.

- Raczej tak. No to jak będzie? Przyjedziecie?

- Jack oszaleje ze szczęścia, jak się dowie, że poleci samolotem.

Jack rzeczywiście szalał z radości. W piątek po południu, gdy jechali na lotnisko, omal 

nie wyskoczył ze skóry.

- Tatusiu, spytaj, czy Mike może lecieć z nami. Nie chcę, żeby był sam. Będzie się bał.

- Nie wolno zabierać psów do kabiny pasażerskiej, ale nie bój się, na pewno nic złego 

mu się nie stanie. Ma swoje zabawki i wcale nie będzie sam. W przedziale dla psów polecą 

razem z nim jeszcze dwa inne psy.

- No tak. - Jack łatwo dał się przekonać. Przyglądał się chciwie wszystkiemu, co 

działo się na lotnisku, po drodze do samolotu i w samym samolocie.

Stewardesa natychmiast się zorientowała, że to pierwszy lot chłopca. Zaprowadziła go 

do kabiny pilotów i dała mu plastikowe skrzydła. Nim samolot uniósł się w powietrze, Jack 

postanowił, że kiedy dorośnie, też zostanie pilotem.

background image

Przez   całą   godzinę   zasypywał   ojca   pytaniami.   Siedział   przyklejony   do   szyby,   co 

zresztą wcale nie przeszkadzało mu w mówieniu. Brody był wykończony, a Jack w siódmym 

niebie. Jeszcze nigdy w życiu nie miał takiej uciechy.

Brody trochę się bał, czy wytrzyma całe dwa dni w towarzystwie licznej rodziny Kate. 

I do tego jeszcze to przedstawienie!

Weekend  w Nowym  Jorku, balet, pomyślał.  Powinienem teraz  siedzieć w  domu i 

cyklinować podłogi. Roboty jest tyle, że nie wiadomo, w co najpierw ręce włożyć, a ja się 

tymczasem włóczę po świecie jak jakiś bogacz.

Doszedł do wniosku,  że wszystkiemu  jest winna Kate. To ona zmieniła  całe jego 

życie. Jego i Jacka. Dopiero teraz Brody naprawdę się przestraszył.  Niestety, było już za 

późno, żeby się wycofać.

Wyszedł do sali przylotów z podręcznym bagażem w jednej ręce, z łapką Jacka mocno 

wciśniętą w drugą. Postanowił przede wszystkim zachować spokój. W końcu to tylko dwa 

dni, powtarzał sobie w duchu. Nie takie rzeczy wytrzymałem.

Szukał wzrokiem Kate, ale nigdzie jej nie było.

Tylko jakiś wysoki blondyn gwałtownie machał do niego ręką. Brody nijak nie mógł 

sobie przypomnieć, jak ten człowiek ma na imię.

-   Jestem   Nick   LeBeck,   szwagier   Kate.   -   Blondyn   wybawił   go   z   kłopotu.   - 

Zamelinujecie się u nas, chłopaki. Kate miała was odebrać, ale zrobili jej dodatkową próbę.

- Dzięki, że po nas przyjechałeś - mruknął Brody.

- Naprawdę nie ma za co. - Nick się uśmiechnął i pochylił, żeby uścisnąć dłoń Jacka. - 

Cieszę się, że do nas przyjechałeś. Max nie może się doczekać, kiedy cię zobaczy. Poznaliście 

się na noworocznym przyjęciu, pamiętasz?

- No. Kate mówiła, że będziemy u was spać przez dwie noce.

- Jasne. I będzie też uroczysty obiad. Lubisz zupę z rybich łebków?

Oczy Jacka zrobiły się wielkie z przerażenia. Powoli pokręcił głową.

-   My   też   nie   lubimy.   -   Nick   się   roześmiał.   -   Dlatego   nigdy   nie   gotujemy   tego 

paskudztwa.

Okazało się, że pobyt w obcym mieście u obcych ludzi, których prawie nie znał, nie 

był aż tak bardzo krępujący, jak się Brody spodziewał.

Jack z marszu podjął zawartą jakiś czas temu znajomość z Maxem, jakby rozstali się 

nie dalej niż godzinę temu. Mike podbił wszystkie serca.

Niestety, przy okazji nasikał na dywan. Pewnie ze zdenerwowania i nadmiaru wrażeń.

- Naprawdę bardzo przepraszam. W domu już tego nie robi - tłumaczył psiaka Brody.

background image

- Nic się nie stało. - Freddie wręczyła  Brody'emu  ścierkę. - U  nas ciągle coś się 

wylewa. Już dawno przestaliśmy się tym przejmować i tobie radzę zrobić to samo.

Brody posłuchał jej rady. Z przyjemnością i wielkim zainteresowaniem patrzył, jak 

Jack radzi sobie w rodzinie, jak układa swe stosunki z dziećmi LeBecków. Bardzo ładnie się 

bawił z trzyletnią Kelsey. Zachowywał się tak, jakby był jej prawdziwym starszym bratem.

Nick zabrał gościa do pokoju muzycznego.  Stało tam stare, solidnie podniszczone 

pianino, które Nick dostał ponad dziesięć lat temu, i kilka wygodnych foteli. Na półkach 

umieszczono posążki Tony'ego przyznawane w nagrodę za wybitne osiągnięcia artystyczne 

oraz mnóstwo płyt kompaktowych. Ściany były wyłożone dźwiękochłonną korkową tapetą, 

panował błogi spokój. Jakby w sąsiednim pokoju nie szalały żadne dzieci.

- Napijesz się piwa? - spytał Nick, otwierając lodówkę schowaną w szafce.

- Z przyjemnością - odparł Brody.

- Podróżowanie z dziećmi to prawdziwy koszmar. - Nick otworzył butelki. - Wypijmy 

za to, że choć przez dziesięć minut nie będziemy słyszeć naszych kochanych dzieci.

- Odkąd w piątek przywiozłem Jacka ze szkoły, ani na chwilę nie przestał mówić. 

Pobił dziś wszelkie rekordy.

- Dobrze, że nie lecieliście przez Atlantyk.. Dziesięć godzin z dwójką dzieci. - Nick 

zadrżał na wspomnienie tego przeżycia. - Nie, lepiej o tym nie wspominać, bo potem obaj 

będziemy mieli koszmarne sny.

- Świetnie mieszkacie - stwierdził Brody, rozsiadając się w fotelu. - Myślałem, że w 

Nowym Jorku są tylko małe mieszkania, których okna wychodzą na drapacze chmur.

- Kiedyś mieszkaliśmy w takim miejscu. Nad barem mojego brata. Fantastyczny bar - 

dodał Nick gwoli sprawiedliwości - i mieszkanie też całkiem niezłe, ale nie było tam miejsca 

na dzieci.

Stuknęły drzwi, do cichego wnętrza wdarły się przytłumione, wesołe głosy.

- Wróciła nasza primabalerina - domyślił się Nick.

Po chwili do pokoju muzycznego weszła Kate.

- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała. Cmoknęła Nicka w policzek, pocałowała 

Brody'ego. - I przepraszam, że nie odebrałam was z lotniska. Davidov ma swój dobry dzień. 

Ten facet może człowieka wykończyć. Nick, bądź tak dobry i nalej mi kieliszek wina.

- Już się robi. - Nick zerwał się z fotela, usadził na nim Kate.

- Przy okazji powiedz Freddie, że zaraz do nich wrócę, tylko muszę chwilę odsapnąć - 

poprosiła.

- Nie gadaj tyle - ofuknął ją szwagier. - Siadaj i daj wypocząć tym swoim bezcennym 

background image

stopom.

- O niczym innym nie marzę. - Kate zdjęła pantofle i westchnęła z ulgą.

Brody   oniemiał.   Krzyknął,   ukląkł   przy   Kate   i   ostrożnie   ujął   w   dłonie   jej   stopę. 

Owiniętą bandażem, prawie zmasakrowaną. Druga była w takim samym stanie.

- Coś ty ze sobą zrobiła?

- Nic wielkiego. - Wzruszyła ramionami. - Miałam próbę.

- Tańczyłaś na krwawiących stopach?

- Czasami trzeba i tak. U Davidova to się często zdarza.

- A nie można by go zastrzelić?

-   W   każdym   razie   warto   spróbować   -   mruknęła   Kate,   układając   się   w   fotelu   i 

przymykając oczy. - Balet nie jest dla mazgajów, mój drogi. Obolałe i krwawiące stopy to 

cecha charakterystyczna wszystkich tancerzy. Ale nie martw się. Do wesela się zagoi.

- Na pewno. Nie wiem tylko, jak ty jutro zatańczysz na czymś takim.

- Wspaniale - odparła. - Jak zwykle zresztą.

- Wątpię - mruknął Brody, ale nie powiedział nic więcej, bo właśnie wrócił Nick z 

kieliszkiem i butelką czerwonego wina.

- Brody uważa, że trzeba zastrzelić Davidova - powiedziała Kate. - A ty co o tym 

sądzisz?

- Jestem za. - Nick spojrzał na jej pokiereszowane stopy. - Strasznie to wygląda. Mam 

ci przynieść lodu?

- Na razie nie. Potem się tym zajmę. Teraz nie mam siły.

- Zajmiesz się tym natychmiast! - Nie pytając jej o zdanie, Brody podniósł Kate z 

fotela, wziął ją na ręce.

- Daj spokój, Brody - broniła się Kate. - To naprawdę nic wielkiego.

- Zamknij się - warknął i wyniósł ją z pokoju.

- Facet jest ugotowany - powiedział do siebie Nick.

Freddie przez cały wieczór o niczym innym nie myślała i prawie o niczym innym nie 

mówiła.

- Jakie to romantyczne - westchnęła. - Zaniósł ją do łazienki, wsadził do wanny i cały 

czas przy niej siedział. Szkoda, że nie widziałeś jego miny!

- Widziałem. - Nick machnął ręką. - Mówiłem ci, że facet jest ugotowany.

- A jak on na nią patrzy - rozczuliła się Freddie. - Zwłaszcza wtedy, kiedy myśli, że 

nikt tego nie widzi.

- Ja też na ciebie patrzę - oburzył się Nick.

background image

- Ale nie tak - prychnęła Freddie.

- Uważasz, że nie jestem romantyczny?

- Już nie. - Freddie doskonale się bawiła. Zaczęła szczotkować włosy, ale Nick porwał 

ją na ręce. Nawet krzyknąć nie zdążyła, bo zaniknął jej usta pocałunkiem.

- Brakuje ci romantyzmu, skarbie? - spytał. - Proszę bardzo. Będzie romantycznie.

Kate była wykończona, ale teraz, kiedy Brody spał zaledwie o parę metrów od niej, 

nie mogła sobie znaleźć miejsca. Bardzo go pragnęła. Wiedziała, że nie odważy się do niej 

przyjść, więc ona musiała iść do niego.

Narzuciła szlafrok i wyszła ze swojego pokoju. Po drodze zajrzała jeszcze do dzieci. 

Cała trójka spała kamiennym snem. Nawet pies posapywał, kompletnie wykończony.

Ostrożnie otworzyła drzwi pokoju Brody'ego. Skrzypnęły cichutko. Brody stał przy 

oknie półnago, zgrabny jak grecki bóg. Kate zamknęła drzwi, ostrożnie przekręciła zamek.

Szlafrok, który miała  na sobie, kupiła poprzedniego dnia. Miała  godzinę przerwy, 

więc wyskoczyła do miasta i pod wpływem impulsu zrobiła ten idiotyczny sprawunek. Nie 

wiedziała, dlaczego to zrobiła. Nie potrzebowała jedwabnego szlafroczka.

Dopiero   teraz,   kiedy   zobaczyła   wyraz   twarzy   Brody'ego,   kiedy   usłyszał   szelest 

jedwabiu, pomyślała, że warto było zaszaleć.

- Dobrze, że jesteś - szepnął, przytulając ją do siebie. - Właśnie sobie myślałem, jaki to 

koszmar mieć cię tak blisko i nie móc cię nawet dotknąć. Bałem się, że przez całą noc nie 

zmrużę oka.

- Teraz już możesz mnie dotykać. A o spaniu na razie nie ma mowy.

Nie mógł uwierzyć, że jeszcze nie tak dawno nie chciał się poddać jej urokowi, że 

walczył z nią i z własnym pożądaniem. Kate była spełnieniem jego najskrytszych marzeń, 

realizacją najśmielszych snów.

Cała   w   jedwabiach   i   ruchomych   cieniach,   a   przy   tym   rzeczywista,   tak   bardzo 

prawdziwa.

Zsunął z jej ramion jedwabny szlafrok. Pod spodem nie było nic prócz jej cudownego, 

sprężystego ciała.

Była dla niego całym światem. Brody nie umiał sobie wyobrazić, jak wyglądałoby 

jego   życie,   gdyby   mu   nagle   zabrakło   tej   cudnej   kobiety,   tego   niezawodnego,   mądrego 

przyjaciela. Nareszcie zrozumiał.  Wreszcie odważył  się do tego przyznać. Na razie tylko 

przed sobą.

- Co się stało? - Przesunęła dłonią po jego włosach.

- Nic takiego. - Pocałował ją. Postanowił natychmiast przestać myśleć.

background image

Przez   okna   wlewały   się   do   pokoju   światła   wielkiego   miasta,   stłumione   odgłosy 

ulicznego ruchu. Ale to się nie liczyło. Ważna była tylko Kate.

Obudził się, chciał ją do siebie przytulić, ale Kate nie było. Leżał sam w pustym 

łóżku, w pokoju, do którego już zaczęło przenikać światło poranka.

Kate stała przy oknie i przewiązywała paskiem szlafrok.

- Co się stało? - spytał półprzytomny.

- Przepraszam, nie chciałam cię obudzić - szepnęła. Na palcach podeszła do łóżka i 

pocałowała go delikatnie. - Muszę iść. Mam lekcję.

- Dajesz lekcje tańca w samym środku nocy?

- Nie daję, tylko biorę, i nie w nocy, tylko rano. Dochodzi szósta.

Starał   się   myśleć   logicznie,   lecz   umysł   nie   bardzo   chciał   pracować   po   niespełna 

czterech godzinach snu.

- Ty bierzesz lekcje? Po co? Przecież chyba umiesz tańczyć.

- Umiem.

- To po co ci lekcje? W dodatku o szóstej rano?

- Muszę się uczyć, bo jestem tancerką, a tancerze uczą się do końca życia. A na pewno 

do końca kariery. Mam lekcję o siódmej rano, ponieważ o jedenastej jest próba kostiumowa. 

A teraz śpij.

Myślała, że Brody coś powie, ale się nie odezwał.

- No - powiedziała do siebie - przynajmniej jedno polecenie wykonał bez szemrania.

-  Na pewno  możemy  tam  wejść?   - Brody  miał wątpliwości,   czy  ktokolwiek  przy 

zdrowych   zmysłach   wpuści   do   teatru   brygadę   złożoną   z   trójki   dorosłych,   trójki   dzieci   i 

jednego wielorasowego szczeniaka.

- Jasne - odparła Freddie. - Kate wszystko załatwiła.

Nie przekonała go, ale Brody nie zamierzał  się spierać.  Już wiedział, że siostrom 

Kimball nie warto się sprzeciwiać. Zwłaszcza jeśli się spało tylko pięć godzin.

Dzieci wstały przed siódmą. Narobiły tyle hałasu, że obudziły chyba cały Manhattan. 

A gdyby ktoś cierpiał na chroniczną głuchotę i nie zareagował na wrzaski dzieci, na pewno 

usłyszałby przeraźliwe, radosne poszczekiwanie Mike'a.

Zaraz   po   śniadaniu   wybrali   się   na   wycieczkę   po   mieście.   Na   piechotę!   Zwiedzili 

Empire State Building i znajdujący się tam sklep z upominkami. Poszli na Times Square i 

zajrzeli   do   tamtejszego   sklepu   z   upominkami.  Widzieli   Grand   Central   Station.  I   sklep   z 

upominkami także.

Po   tych   doświadczeniach   Brody   doszedł   do   wniosku,   że   obejrzenie   próby 

background image

kostiumowej w teatrze nie jest takim złym pomysłem. W teatrach zwykle stoją fotele i nie ma 

sklepów z upominkami.

- Buzie na kłódkę - ostrzegł dzieciaki Nick - bo inaczej nas stąd wyrzucą. Ciebie też to 

dotyczy, futrzaku - dodał, drapiąc za uchem Mike'a.

Siedząca za wysokim kontuarem kobieta spojrzała na nich znad okularów w drucianej 

oprawie.

-   Dawno   pani   nie   widziałam,   pani   Kimball   -   powiedziała.   -   Pana,   panie   LeBeck, 

jeszcze dłużej. Widzę, że przyprowadziliście swoją gromadkę.

- Kate uprzedziła? - upewniła się Freddie.

- Owszem. Czy któreś z tych dzieci zna może rosyjski?

- Nie.

- Dobrze się składa, bo Davidov jest dziś w wyjątkowej formie. Reska zostawcie tutaj. 

Gdyby ten nieborak przypadkiem źle się zachował na widowni, to maestro mógłby go zjeść 

żywcem. Tutaj przynajmniej będzie bezpieczny. Jak ten wasz psiak się wabi?

- To mój piesek - pochwalił się Jack. - Nazywa się Mike.

- Zaopiekuję się twoim pieskiem - zapewniła portierka.

Jack niezbyt chętnie oddał Mike'a w obce ręce.

- Ale jakby płakał, to niech pani po mnie przyjdzie - poprosił.

- Na pewno przyjdę - obiecała portierka. Wrzaski Davidova rozlegały się w całym 

teatrze.

- Ominiemy kulisy i wejdziemy na widownię przez foyer - oznajmiła Freddie. - Tak 

będzie bezpieczniej.

- Czy on naprawdę zjada pieski? - spytał szeptem Jack.

- Nie. - Brody wziął synka za rękę. - Ta pani żartowała.

Mam nadzieję, dodał w myślach. Być może nie jadał psów, ale na tancerzach używał 

sobie ile wlezie.

Davidov dramatycznym gestem przeciął ręką powietrze, uciszył orkiestrę.

-   Ty   i   ty!   -   Wskazującym   palcem   dziobał   parę   tancerzy   spoconych   jak   myszy 

kościelne. - Wynoście się! Won z mojej sceny! Pod prysznic! Wrócić za godzinę! Może 

wtedy będziecie się poruszać jak tancerze. Kimball i Blackstone! - wrzasnął. - Do mnie!

Chodził tam i z powrotem po wielkiej scenie: szczupły starszy pan z burzą siwych 

włosów. Twarz miał zimną jak zastygła maska.

- Boję się - szepnął Jack.

- Cii. - Brody usiadł w fotelu, posadził sobie synka na kolanach.

background image

W rzędzie przed nimi siedziała samotnie jakaś kobieta.

Wtem na scenę wyszła Kate.

- Spójrz, tatusiu - szeptał Jack - to Kate.

- Tak, widzę. Bądź cicho.

Włosy miała  rozpuszczone, lśniący czerwony kostium. Od talii do kolan spływała 

cieniutka spódniczka z czerwonego szyfonu. Kate podparła się pod boki, przeszła przez scenę, 

stanęła przed Davidovem.

- Wygoniłeś mnie ze sceny. Nigdy więcej tego nie rób.

- Wyganiam cię i wołam, a tobie nic do tego. Ja jestem od rządzenia, a ty od tańczenia. 

Ty! - Pokiwał palcem na wysokiego mężczyznę w białym kostiumie, który wyszedł na scenę 

razem z Kate. - Odsuń się. Zaczekaj. „Czerwona Róża” - powiedział do orkiestry. - Pierwsze 

solo. Kimball. Jesteś Carlotta - zwrócił się do Kate - więc bądź Carlotta, do cholery. Światło!

Kate wciągnęła powietrze, zajęła pozycję. Lewa noga z tyłu, stopa odwrócona, prosta 

jak linijka, ramiona lekko uniesione, wygięte w miękkie łuki, głowa buntowniczo wzniesiona 

w górę. Pojedynczy reflektor oświetlał ją jak pochodnia.

Odezwała się muzyka. Kate zaczęła tańczyć.

To był bardzo trudny układ. Ruchy Kate były szybkie jak błyskawice, stopy fruwały w 

powietrzu.

Urwała gwałtownie, zatrzymała się dokładnie w tym samym miejscu i w tej samej 

pozycji, od jakiej rozpoczęła.

Przytrzymując   dłońmi   mocno   bijące   z   wysiłku   serce,   spojrzała   wyzywająco   na 

Davidova, bez słowa zakręciła się w piruecie i zniknęła ze sceny.

Brody nigdy w życiu nie widział nic podobnego. Nie miał pojęcia, że człowiek może 

się tak przemienić. To były prawdziwe czary. Wciąż jeszcze o tym myślał, gdy Kate znów 

sfrunęła na scenę.

Teraz tańczyła z partnerem, z tym mężczyzną w białym kostiumie. Brody nie widział 

drobniutkich   kroczków,   pozwalających   tancerzom   utrzymać   równowagę,   nie   widział 

drżących z wysiłku mięśni, tylko prędkość, bajeczną płynność ruchów. Z tej bajki wyrwał go 

niespodziewanie ostry wrzask.

- Stop! Stop! Stop! - Davidov machał rękami jak wiatrak. - Co to jest? Co to ma 

znaczyć? Nie ma w was ani kropli krwi. Nie macie ani trochę pasji! Nie jesteście w parku na 

niedzielnym spacerku! Gdzie ogień? Nie widzę ognia!

-   Ja   ci   zaraz   dam   ogień.   -   Kate   zrobiła   piruet,   w   jednej   chwili   znalazła   się   przy 

Davidovie.

background image

- Zatańczysz ze mną. - Chwycił ją w talii. - Pokaż mi, co potrafisz.

Podniósł ją do góry. Kate klęła na czym  świat stoi, jak błyskawica zeskoczyła  na 

ziemię, choć muzyka  grała w tej chwili tylko w jej uszach. Davidov złapał ją, obrócił w 

potrójnym piruecie, opuścił niziutko, aż dotknęła głową desek sceny. Jeden gwałtowny ruch i 

znów znalazła się na pointach. Jej oczy lśniły niebezpiecznie.

- Teraz dobrze. Powtórz. Tylko nie przestawaj się złościć.

- Nienawidzę cię!

- Nie mnie. Jego! - Davidov wskazał tancerza w białym kostiumie. Machnął ręką, 

zagrała muzyka.

- Czego on od niej chce? - spytał głośno Brody. Z tego wszystkiego zapomniał, gdzie 

jest i że powinien siedzieć cicho. - Krwi?

Siedząca przed nim kobieta odwróciła się do Brody'ego.

- No właśnie - powiedziała z uśmiechem. - Z nim tak zawsze. To trudny człowiek.

- Tatuś mówi, że trzeba go zastrzelić - pośpieszył z informacją Jack.

-   Nie   tylko   twój   tata   tak   uważa.   -   Kobieta   się   roześmiała,   choć   na   scenie   wciąż 

tańczono i przeklinano.

- Jest bardzo surowy, zwłaszcza dla najlepszych. Wiem coś o tym, bo sama z nim 

tańczyłam.

- Na panią też wrzeszczał?

- Oczywiście. On na mnie, a ja na niego. Dzięki temu coraz lepiej tańczyłam. Ale 

zawsze okropnie mnie złościł.

- I co mu pani zrobiła? - Jack był bardzo ciekaw.

- Dała mu pani w nos?

- Nie. Wyszłam za niego za mąż. - Uśmiechnęła się ciepło do Brody'ego. - Nazywam 

się Ruth Bannion. A pan pewnie jest tym przyjacielem Kate.

- Przepraszam - zreflektował się Brody. - Nie powinienem mówić w ten sposób o pani 

mężu.

-   Nic   się   nie   stało.   -   Kobieta   znów   się   śmiała.   -   Davidov   wyzwala   w   człowieku 

najgorsze uczucia. W ten sposób zmusza tancerzy, żeby dali z siebie wszystko. Uwielbia 

Kate. Nie może odżałować, że opuściła zespół. - Ruth popatrzyła na scenę. - Niech pan tylko 

na nią popatrzy. Będzie pan wiedział, dlaczego.

- Dosyć! - Davidov wrzasnął tak głośno, że słychać go było nie tylko w całym teatrze, 

ale i na sąsiedniej ulicy. - Odpocznijcie. Mam nadzieję, że wieczorem będziecie mieli więcej 

energii.

background image

Krew dudniła w uszach Kate, stopy bolały potwornie, ale zostało jej jeszcze trochę 

energii na krótki występ wokalny. Sklęła Davidova po ukraińsku, więc Brody nic z tego nie 

zrozumiał. Prócz tego, że Kate przeklina swojego kata.

- Myślisz, że jak klniesz po ukraińsku, to ja nie rozumiem, bo jestem Rosjaninem - 

rzekł Davidov, gdy skończyła. - Dawno się tak nie pomyliłaś, moja złota. Powiedziałaś, że 

mam świńskie serce.

- Mówiłam o świńskim ryju - warknęła i zeszła ze sceny.

Nie widziała, że Davidov patrzy na nią z lekkim uśmiechem na ustach i błyskiem w 

oczach.

- A nie mówiłam? - Ruth znowu się uśmiechnęła. - On ją uwielbia.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Miała na sobie krótki czerwony szlafroczek i pełny sceniczny makijaż, włosy upięte w 

wymyślny kok, tak samo jak podczas drugiego wykonywanego przez nią tańca.

Publiczność zwariowała na jej punkcie. Brody też.

Właśnie przyszedł, by jej to powiedzieć, i znalazł ją w objęciach starego Rosjanina. 

Tego samego, którego przed południem tak paskudnie zwymyślała.

Brody miał ochotę zabić ich oboje, nie wiedział tylko, od kogo zacząć.

- Przepraszam - mruknął.

- Brody! - zawołała rozpromieniona Kate. Wyciągnęła do niego rękę, lecz Davidov jej 

nie puścił. Ostrym spojrzeniem otaksował Brody'ego.

- Czy to jest ten twój stolarz? Ten, który chce mnie zastrzelić? Teraz ma jeszcze jeden 

powód. Nie podoba mu się, że cię całuję.

- Nie podoba mi się, że on cię całuje - potwierdził Brody.

- Nie wygłupiaj się. Przecież to Davidov.

- Wiem. - Brody zamknął za sobą drzwi garderoby. Nie chciał, by wszyscy widzieli, 

jak morduje sławnego tancerza. - Poznałem jego żonę.

-   Mówiła   mi   o  tym.   -   Davidov   po  raz   pierwszy  zwrócił   się   do  Brody'ego,   jakby 

dopiero teraz uznał w nim człowieka. - Polubiła cię. I twojego chłopaczka też.

Davidov ucałował włosy Kate. Uwielbiał patrzeć, jak Brody się wścieka.

- Moja żona wie, że jestem tutaj - ciągnął. - Ona wie, że muszę wycałować tę naszą 

dziewuszkę. - Wziął Kate za ręce. - Była cudowna. Rewelacyjna! Nigdy jej nie wybaczę, że 

mnie zostawiła.

- Jestem taka szczęśliwa! - zawołała Kate.

- Szczęśliwa! - prychnął Davidov. - Nie obchodzi mnie, czy jesteś szczęśliwa, bylebyś 

tańczyła. To opinia twojego szefa. A jako przyjaciel - z westchnieniem ucałował jej dłonie - 

cieszę się, że masz to, czego chciałaś.

- Jak się pan od niej odsunie, to ja też będę szczęśliwy - oświadczył Brody.

- Zazdrość to brzydkie uczucie - rzekła Kate, marszcząc nos. - A w tym przypadku 

zupełnie nie na miejscu.

- Morderstwo też nie jest piękne, ale przynajmniej pasuje do sytuacji.

- Zaraz sobie pójdę - obiecał Davidov - ale jeszcze coś jej powiem. Nikt nie potrafi 

zatańczyć Carlotty tak jak ty, Kate. Jesteś najlepsza i bardzo mi ciebie brakuje.

- A niech to! - mruknęła Kate i wierzchem dłoni otarła łzy.

background image

- Więc jeśli nie będziesz bardzo, ale to bardzo szczęśliwa - ciągnął wielki tancerz - to 

zabiorę cię z tej twojej Wirginii. Siłą. - Ujął jej twarz w obie dłonie i spytał po rosyjsku: - Czy 

chcesz tego mężczyzny?

Da. - Skinęła głową.

- To dobrze. - Westchnął, pocałował ją w czoło.

- Kocham swoją żonę - zwrócił się do Brody'ego.

- Poznałeś ją, to chyba rozumiesz. Jest moim największym skarbem. Katiusza też jest 

skarbem.

- Ale moim skarbem - syknął Brody, choć właściwie już nie był wściekły.

- Racja - zgodził się Davidov. - Gdyby jakiś obcy facet całował mój skarb, to bym mu 

nogi połamał. No, ale ja jestem Rosjaninem.

-   Ja   zwykle   zaczynam   od   łamania   rąk   -   wyjaśnił   Brody.   -   No,   ale   ja   jestem 

Irlandczykiem.

- Podobasz mi się! - Davidov się roześmiał i klepnął Brody'ego po plecach. - Tak 

trzymaj, chłopcze.

- Czy on nie jest cudowny? - spytała Kate, gdy drzwi garderoby zamknęły się za 

baletmistrzem.

- Parę godzin temu go nienawidziłaś.

- Ach! - Kate machnęła ręką, usiadła przed lustrem i zaczęła zmywać charakteryzację. 

- To było na próbie. Na próbach zawsze go nienawidzę.

- A po przedstawieniu go całujesz?

- Tylko wtedy, kiedy bardzo dobrze mi poszło. To potwór i geniusz w jednej osobie. 

Po prostu Davidov - powiedziała, jakby to wszystko wyjaśniało. - Nie byłabym taką tancerką, 

może nawet nie byłabym taką kobietą jaką jestem, gdybym z nim nie pracowała.

Bardzo wiele nas łączy, ale nie seks. Tego nigdy miedzy nami nie było. On uwielbia 

swoją żonę.

- A więc to tylko na niby?

- Oczywiście. - Kate się roześmiała. - Piłkarze też się obściskują, kiedy któryś strzeli 

gola.

- No dobra, niech ci będzie. - Brody wreszcie się uspokoił.

- Pięknie tańczyłam, prawda? - Kate natychmiast zmieniła temat. - Podobało ci się?

-   Byłaś   niesamowita.   Nigdy   w   życiu   nie   widziałem   nic   podobnego.   Nie 

przypuszczałem, że człowiek może się poruszać tak jak ty.

- Jestem taka szczęśliwa! - Zerwała się z taboretu, podbiegła do Brody'ego, zarzuciła 

background image

mu ręce na szyję. - Chciałam, żeby ci się podobało. Strasznie chciałam, żebyś polubił balet.

- No i ci się udało - zapewnił ją Brody. - Uwielbiam balety, w których ty tańczysz.

- Tak się cieszę! Wiesz, że cała moja rodzina była dziś na widowni? Nawet rodzice 

przyjechali. No i oczywiście babcia z dziadkiem, wszystkie ciotki, wujkowie i kuzyni. A 

Brandon przysłał kwiaty.

Wzięła z pojemnika chusteczki, wytarła nos, usiadła z powrotem przed lustrem.

- Bardzo się denerwowałam - ciągnęła. - Bałam się, że zrobi mi się słabo, ale kiedy 

usłyszałam  muzykę...  Wiesz, wtedy człowiek  przestaje myśleć,  przestaje  nawet  widzieć  i 

słyszeć, tylko czuje. Czuje muzykę i już nic poza nią nie jest ważne.

W garderobie było pełno kwiatów, przeważnie róż.

Co najmniej kilka setek. A Kate była nieziemsko szczęśliwa.

Jak ona mogła to wszystko zostawić, zastanawiał się Brody. Dlaczego wybrała nudne 

życie w małym miasteczku?

Już miał ją o to zapytać, gdy drzwi otworzyły się z łoskotem i do garderoby wdarła się 

hurmem cała wielka rodzina.

Na   niedzielnym   obiedzie   u   dziadków   Kate   była   tak   samo   w   swoim   żywiole   jak 

poprzedniego dnia na scenie. Miała na sobie znoszone dżinsy i luźny sweter i była w tym 

stroju tak samo swobodna jak poprzedniego dnia w pięknym kostiumie, w blasku reflektorów.

To chyba czary, myślał Brody, usiłując jakoś połączyć ze sobą te dwie różne osoby. 

Postanowił się nad tym zastanowić później. Teraz musiał się skupić na tym, co działo się 

wokół niego, żeby się całkiem nie pogubić.

W   starym   domu   na   Brooklynie   zebrało   się   mnóstwo   ludzi.   Aż   cud,   że   dla   nich 

wszystkich starczyło tlenu.

Pod   jedną   ze   ścian   stało   pianino.   Różne   palce   wygrywały   na   nim   najróżniejsze 

melodie: od rocka poczynając, a na Bachu kończąc. W powietrzu unosiły się napływające z 

kuchni  smakowite  zapachy,  wino  lało  się  strumieniami   i  nikt   nie  siedział   ani  nie   stał  w 

jednym miejscu dłużej niż pięć minut.

Jack pławił się w tej rodzinnej atmosferze. Razem z Maxem leżeli plackiem na starym 

dywanie i bawili się samochodami.

To teraz, bo przedtem Jack siedział na kolanach Jurija. Rozmawiali o czymś z powagą 

i opychali się cukierkami. Między kolanami Jurija a zabawą w samochody chłopiec biegał po 

schodach   na   złamanie   karku.   Oczywiście   nie   sam,   tylko   z   watahą   równie   jak   on 

rozwrzeszczanych dzieci.

Brody doszedł do wniosku, że powinien zwrócić baczniejszą uwagę na swego syna.

background image

- Nic mu nie będzie - odezwała się czarnowłosa piękność o typowych dla rodziny 

Stanislaskich rysach, która usiadła obok Brody'ego na kanapie. - Jestem Rachel, ciotka Kate. 

Niełatwo nas wszystkich spamiętać, co?

- Strasznie was dużo - odparł wymijająco.

W  końcu przypomniał  sobie,  kim była  Rachel.  Oprócz tego,  że była  ciotką Kate, 

matką jej siostry, była też adwokatem i żoną właściciela baru. A właściciel baru to przybrany 

brat Nicka. Proste jak konstrukcja gwoździa.

Naprawdę trudno ich wszystkich  spamiętać,  pomyślał trochę rozbawiony,  a trochę 

przerażony Brody.

- Nie martw się. Kiedyś w końcu się połapiesz - pocieszyła go Rachel. - To mój mąż. - 

Pokazała   mu   wysokiego   mężczyznę   trzymającego   za   gardło   ciemnowłosego   chłopca.   - 

Właśnie   dusi   naszego   syna   Gideona   i   jednocześnie   rozmawia   z   Sydney   (to   ten   piękny 

rudzielec, ona jest żoną mojego brata Miszy) i z Laurel, najmłodszą córką Sydney i Miszy. 

Misza stoi tam. Kłóci się z moim najmłodszym bratem Alexem. Bess, żona Alexa (to ten 

drugi rudzielec z krzywym nosem) rozmawia ze swoją córką Carmen i z małą Kelsey Nicka i 

Freddie.   Ten   przystojny   młody   człowiek,   który   właśnie   wychodzi   z   kuchni,   to   Griff, 

najstarszy syn Miszy. Pewnie wycyganił od babci coś do jedzenia. Jego babcia, a moja mama, 

ma na imię Nadia. Zrozumiałeś wszystko?

- Nie całkiem - przyznał Brody.

- Trzeba na to trochę czasu. - Rachel się roześmiała, poklepała Brody'ego po kolanie. - 

Pamiętaj, że to jeszcze nie wszyscy, ale na razie niczym się nie przejmuj. Twój syn świetnie 

się bawi, a ty nie masz nic do picia. Co ci dać? Wino?

- Tak, bardzo proszę.

- Siedź, ja przyniosę. - Powstrzymała go gestem dłoni.

Ledwie   odeszła,   obok   Brody'ego   usiadł   Griff   i   zaczęli   rozmawiać   o   stolarce. 

Przynajmniej na tym Brody dobrze się znał.

Kate przedarła się przez tłum, podała Brody'emu kieliszek wina, przysiadła na oparciu 

kanapy.

- Wszystko w porządku? - zapytała.

- W porządku - zapewnił ją Brody. - Stosuję starą harcerską zasadę: jak się zgubisz, to 

siedź na miejscu, nigdzie się nie ruszaj, a na pewno w końcu ktoś cię znajdzie. Przychodzą tu 

różni ludzie, przysiadają się, zagadują i odchodzą. Dzięki temu mniej więcej wiem, kto jest 

kim.

Gdy to mówił, przysiadł się do nich Alex.

background image

- Ja i Bess chcielibyśmy dobudować kilka pokoi do naszego podmiejskiego domku - 

zaczął.

- Widzisz? - Brody zwrócił się do Kate, po czym spojrzał na Alexa. - Macie już jakiś 

pomysł?

Kate zostawiła go z Alexem i poszła do kuchni, gdzie jej matka przyrządzała ogromną 

michę sałaty. Nadia stała przy kuchni i nadzorowała Adama,, najmłodszego syna Miszy, który 

mieszał coś w wielkim garnku.

- Potrzebujecie jeszcze kogoś do pomocy?

- W mojej kuchni zawsze jest za dużo pomocników - stwierdziła Nadia. Była całkiem 

siwa, pomarszczona, ale oczy jej błyszczały jak u młodej dziewczyny. Poklepała Adama po 

ramieniu. - Dobrze się spisałeś, dziecko. Możesz już iść.

- Kiedy będzie obiad, babciu? - chciał wiedzieć Adam. - Umieram z głodu.

- Zaraz podaję. Powiedz swoim braciom, siostrom i kuzynom, że trzeba nakrywać do 

stołu.

- Dobra! - Adam wypadł z pokoju, wykrzykując rozkazy.

- Bardzo chce być ważny - stwierdziła z uśmiechem Nadia.

- Oni wszyscy chcą być ważni, mamusiu. - Natasza się roześmiała. - Jak sobie radzi 

Brody, Katie?

-   Rozmawia   z   wujkiem   Alexem.   -   Kate   pochyliła   się   nad   garnkiem   i   pociągnęła 

nosem. - Czy on nie jest cudny, babciu?

- Sos? - Nadia udała zdziwienie.

- Nie sos, tylko Brody - wyjaśniła Kate takim tonem, jakby naprawdę uwierzyła, że 

babcia nie wie, o co ją pytają.

- Ten twój mężczyzna? - upewniła się Nadia. - Dobrze mu z oczu patrzy. I świetnie 

wychował syna. Masz dobry gust, Katiusza.

- Miałam znakomitych nauczycieli. - Kate pocałowała babcię w policzek. - Dziękuję 

ci, że go zaprosiłaś.

- Pomóż nakrywać do stołu - rzekła wzruszona Nadia. - Twoi mężczyźni gotowi są 

pomyśleć, że nie dostaną nic do jedzenia.

- Wkrótce się przekonają, jak bardzo się pomylili. Kate pocałowała matkę w policzek i 

wybiegła z kuchni.

- Niedługo będziemy tańczyć na jej weselu - westchnęła Nadia w zadumie. - Czy ty 

lubisz tego człowieka?

- Oczywiście. - Natasza miała łzy w oczach. - To dobry chłopiec. Katie jest z nim 

background image

szczęśliwa.   Wiesz,   mamo,   gdybym   mogła   jej   wybrać   męża,   to   pewnie   wybrałabym 

Brody'ego. Och, mamo! - Natasza szybko wytarła oczy. - Tak bym chciała, żeby moja có-

reczka była szczęśliwa!

- Wiem, kochanie. - Nadia podała Nataszy jeden róg swojego fartucha, a drugim sama 

wycierała oczy.

Kate miała roboty po same uszy. Nie mogła się doczekać, kiedy szkoła otworzy swe 

podwoje dla pierwszych uczniów.

Remont był prawie skończony. Stary dom w niczym nie przypominał rudery, jaka tu 

stała jeszcze dwa miesiące temu. Podłogi lśniły, ściany błyszczały od luster, gabinet Kate był 

starannie urządzony, szatnie wyposażone...

A godzinę temu zawieszono szyld. SZKOŁA TAŃCA KATE KIMBALL Kate stała 

na chodniku, patrzyła oczarowana na swój dom, na widniejący nad wejściem napis. A więc 

marzenia jednak się spełniają, pomyślała. Wystarczy tylko mocno wierzyć i ciężko pracować.

- Przepraszam panią.

- Tak, słucham? - Kate odwróciła się i zastygła w bezruchu.

Kobieta, która do niej podeszła, była tą samą osobą, której Brody przedstawił ją jako 

swoją dziewczynę. Wtedy, kiedy tak  strasznie się pokłócili, aż zdawało się, że wszystko 

między nimi skończone. Teraz Kate bardzo się zawstydziła, ale zrobiła dobrą minę do złej 

gry.

- Dzień dobry. - Kobieta była tak samo zakłopotana jak Kate. - Nazywam się Marjorie 

Rowan.

- Kate Kimball - przedstawiła się Kate.

- Tak, wiem. Właściwie znam też pani chłopaka. Jego firma robi drobne naprawy w 

naszym budynku.

- Rozumiem - rzekła Kate, choć nadal nie wiedziała, o co tej kobiecie chodzi.

- Kilka dni temu wpadło mi w ręce ogłoszenie - ciągnęła pani Rowan. - Znalazłam je 

w sklepie pani matki. Moja córka ma dopiero osiem lat, ale bardzo by chciała chodzić na 

lekcje tańca.

Kate odetchnęła z ulgą. Nie będę się musiała tłumaczyć z tamtej awantury, pomyślała 

uradowana.

- To się dobrze składa - powiedziała. - W przyszłym tygodniu zaczynamy zajęcia. 

Może chciałaby pani obejrzeć moją szkołę?

- Prawdę mówiąc, już parę razy zaglądałyśmy przez okno. Mam nadzieję, że się pani o 

to nie gniewa.

background image

- Oczywiście, że nie.

- Mówiłam mojej Audrey, że się zastanowię, ale chyba jej pozwolę. Chciałabym, żeby 

spróbowała swoich sił.

- Proszę, wejdźmy do środka. Opowie mi pani o Audrey.

- Dziękuję. - Kobieta weszła na ganek. Teraz była już znacznie spokojniejsza. - A wie 

pani,   że   ja   też   kiedyś   chciałam   się   uczyć   tańca?   Niestety,   moi   rodzice   nie   mogli   sobie 

pozwolić na prywatne lekcje.

- Więc może teraz wzięłaby pani kilka lekcji?

- Teraz? - Pani Rowan się roześmiała. - Jestem za stara na baletnicę.

- Ćwiczenia baletowe rozwijają całe ciało, poprawiają elastyczność wszystkich mięśni. 

Na to nigdy nie jest za późno - przekonywała ją Kate. - Zresztą pani ma świetną figurę.

- Staram się, jak mogę. - Pani Rowan rozejrzała się po wielkiej sali i uśmiechnęła z 

rozmarzeniem   na   widok   luster,   drążków,   zdobiących   ściany   plakatów.   -   Nawet   gdybym 

bardzo chciała, nie mogłabym sobie pozwolić dla lekcje dla nas obu.

- O tym także możemy porozmawiać. Zapraszam panią do gabinetu.

Godzinę później Kate biegła na górę. Musiała się z kimś podzielić dobrą nowiną. Na 

powiernika  wybrała  sobie Brody'ego.  Zyskała  dwie nowe uczennice i stworzyła  pierwszą 

grupę rodzinną. Za jednym zamachem.

Przechodziła   właśnie   przez   niewielki   salonik   i   nagle   zatrzymała   się   w   pół   kroku. 

Rozejrzała   się   zdumiona.   Salonik   był   całkowicie   wykończony,   a   ona   dopiero   teraz   to 

zauważyła.

W   kuchni   także   wszystko   było   na   swoim   miejscu,   lśniło   czystością   i   pachniało 

świeżością. Szafki czekały, by je zapełnić, parapet aż się prosił o kwiaty w doniczkach.

Mieszkanie   jest   gotowe,   można   się   wprowadzić   choćby   zaraz.   Kate   weszła   do 

sypialni.

Brody klęczał na podłodze i mocował okucia do komódki, a Jack siedział po turecku z 

wystawionym  językiem  i starannie  dopasowywał  śrubokręt do rowka w śrubie mocującej 

gniazdko w ścianie. Pomiędzy nimi pochrapywał zadowolony Mike.

-   Uwielbiam   obserwować   mężczyzn   przy   pracy   -   oznajmiła   Kate.   -   Witaj, 

przystojniaku.

- Pomagam tatusiowi - pochwalił się Jack. - Nie mogłem dzisiaj iść do Roda, bo on i 

Carrie pojechali do dentysty. Ja już byłem. Nie mam żadnych dziur.

- Fajnie. Wiesz, Brody, tak byłam zajęta tym, co się dzieje na dole, że nawet nie 

zauważyłam, ile zrobiłeś na górze. Piękne jest to mieszkanie. O takim marzyłam.

background image

- Brakuje jeszcze paru drobiazgów, ale poza tym prawie gotowe.

Mieszkanie rzeczywiście było bardzo ładne, lecz Brody wcale nie był zadowolony, 

tylko przygnębiony.

- Ślicznie tu. - Kate przykucnęła, bo Mike koniecznie chciał się z nią przywitać. - 

Przed chwilą przyjęłam do szkoły dwie nowe uczennice. Gdyby jeszcze udało mi się gdzieś 

znaleźć ze dwóch przystojnych facetów, którzy chcieliby ze mną to uczcić, to naprawdę nic 

więcej by mi do szczęścia nie brakowało.

- My możemy! - zawołał Jack.

- Zapomniałeś, że jutro idziesz do szkoły? - Ojciec prędko przywołał go do porządku.

-   Chodziło   mi   o   skromną   wczesną   kolację   -   Kate   przyszła   chłopcu   z   pomocą.   - 

Hamburger z frytkami i może lody...

- Do McDonalda! - Jack w lot pojął, o co jej chodzi, i z radości wskoczył ojcu na 

plecy. - Tatusiu, pójdziemy?

Znów mnie przyparli do muru, pomyślał Brody. I co ja mam z nimi zrobić?

- Głupio by było rezygnować z zaproszenia - mruknął.

- To znaczy że się zgadza! Tatuś się zgodził! - Jack podbiegł do Kate, objął ją za nogi. 

- Możemy już iść?

- Muszę tu jeszcze coś skończyć. - Brody odgarnął włosy z czoła i spojrzał na Kate.

Ostatnio często to robił. To znaczy często na nią patrzył zupełnie inaczej niż przedtem. 

Nie bardzo wiedziała, jak to rozumieć, i znów poczuła nieprzyjemne łaskotanie w żołądku.

- Za godzinę będę gotów - obiecał Brody. - Zaczekacie?

- Oczywiście. - Kate się roześmiała. - Czy mogę ci porwać pomocnika? Chcę się 

pochwalić mamie. Pójdziemy pieszo, żeby Mike mógł trochę pobiegać.

- O  wszystkim  pomyślałaś  - mruknął  Brody.  Właściwie  powinien  się  już do tego 

przyzwyczaić. - Jack? Tylko żadnego wdzięczenia się.

- Chodzi mu o to, żebym cię nie prosił o żadne zabawki - wyjaśnił Jack.

- Przecież ty nigdy o nic nie prosisz - stwierdziła Kate. - Wzięła Jacka za rączkę, 

gwizdnęła na Mike'a. - Za godzinę będziemy z powrotem - powiedziała do Brody'ego.

Muszę   podjąć   jakąś   decyzję,   pomyślał   Brody,   gdy   tylko   został   sam.   I   to   szybko. 

Fatalnie się stało, że zakochałem się w Kate, ale z Jackiem jest jeszcze gorzej. Mały dostał 

kręćka   na   jej   punkcie.   Można   oczywiście   zaryzykować   parę   siniaków,   można   nawet 

zaryzykować złamane serce, ale nie wolno kłaść na szali szczęścia własnego dziecka.

Nie ma wyjścia, jak tylko usiąść i spokojnie porozmawiać z Kate o tym, co się z nimi 

działo, co z tego wynika i co z tym  fantem zrobić. Musi także porozmawiać z Jackiem, 

background image

dowiedzieć się, co chłopiec myśli, co czuje.

Najpierw Jack, postanowił. Trochę się bał, że Jack widzi w Kate tylko świetnego 

kumpla, że do głowy mu nie przyszło, by mogła na stałe zostać w jego życiu.

Przecież dotąd zawsze byli sami: Brody i Jack. Ostatnio doszedł jeszcze Mike, ale on 

w końcu też jest mężczyzną.

Kątem oka zauważył jakiś ruch. Gwałtownie podniósł głowę.

- Gdyby nie ten łomot - odezwał się Bob O'Connell, ruchem głowy wskazując grające 

radio - to bym cię nie zaskoczył.

-   Lubię   słuchać   muzyki   przy   pracy   -   mruknął   Brody,   ale   radio   wyłączył.   - 

Potrzebujesz czegoś?

Obserwowali się nieufnie. Od czasu pamiętnej kłótni w kuchni Kimballów ani razu ze 

sobą nie rozmawiali.

- Muszę ci coś powiedzieć - stwierdził Bob.

- Mów - zgodził się Brody.

- Starałem się, jak mogłem - zaczął Bob. - Naprawdę bardzo się starałem. Może trochę 

za ostro cię traktowałem, ale ty zawsze byłeś narwany. Trzeba ci było mocnej ręki. A ja 

musiałem utrzymać rodzinę. Robiłem to, jak umiałem najlepiej. Nie znam innego sposobu. 

Pewnie uważasz, że nie poświęcałem ci dość czasu...

Urwał, włożył ręce do kieszeni. Zerknął na syna, ale Brody się nie odezwał, nawet nie 

poruszył. Był tak zdumiony, że niemal całkiem zdrętwiał.

-  Może  to  i  racja   - ciągnął  Bob.  - Nie  umiałem  postępować  z  tobą  tak,  jak  ty  z 

Jackiem... Zresztą, ty nie byłeś taki fajny jak Jack. Ten dzieciak najlepiej o tobie świadczy. 

Pewnie powinienem ci to wcześniej powiedzieć, ale... No, to teraz mówię.

Brody wciąż milczał. Był kompletnie ogłupiały.

- Wiesz co - powiedział wreszcie. - Chyba  nigdy w życiu tak długo do mnie nie 

przemawiałeś.

- Skończyłem. - Twarz Boba zastygła. Odwrócił się i chciał wyjść.

- Tato! - zawołał za nim Brody. - Dziękuję. Bob odetchnął. Niemal było słychać, jak 

ciężki kamień spada mu z serca.

-   Wobec   tego   skończę,   co   zacząłem   -   powiedział.   -   Nie   powinienem   na   ciebie 

naskakiwać.   Na   pewno   nie   przy   chłopcu   i   nie   przy   tej   twojej...   Nie   przy   dziewczynie 

Kimballów. Twoja matka zmyła mi za to głowę.

- Mama? - Brody nie wierzył własnym uszom.

- No. - Bob spuścił oczy, lekko kopnął framugę drzwi. - Nieczęsto to robi, ale jak już 

background image

zacznie, to człowiekowi żyć się odechciewa. Prawie się do mnie nie odzywa. Mówi, że jej 

narobiłem wstydu.

-   To   samo   usłyszałem   od   Kate.   -   Brody   się   uśmiechnął.   -   Ona   też   mnie   nieźle 

obsztorcowała.

-   Wcale   mi   się   nie   podobało,   że   tak   na   mnie   napadła,   ta   twoja   Kate,   ale   muszę 

przyznać, że dziewczyna ma charakter. Ona cię utrzyma w ryzach.

- Sam się potrafię utrzymać w ryzach - mruknął Brody.

Ale Bob miał jeszcze coś do powiedzenia. Coś, co już dawno powinien był synowi 

powiedzieć, tylko jakoś się nie składało.

- Dobrze zrobiłeś ten remont - pochwalił. - Jak na stolarza.

Po raz pierwszy od bardzo dawna Brody mógł się szczerze uśmiechnąć do własnego 

ojca.

- Ty też dobrze pracujesz - przyznał. - Jak na hydraulika.

- To dlaczego mnie wyrzuciłeś?

- Bo mnie wkurzyłeś.

- Jak będziesz tak zwalniał każdego, kto cię wkurzy, to nigdy nie zmontujesz brygady. 

Jak tam ręka?

- W porządku. - Podniósł dłoń, kilka razy zgiął i rozprostował palce.

- No to może wybrałbyś tą ręką numer telefonu - zaproponował Bob. - Zadzwoń do 

matki, powiedz, żeśmy się dogadali. Taka jest na mnie wściekła, że nie uwierzy, jak ja jej to 

powiem.

- Zadzwonię - obiecał Brody. - Niedługo będę remontował kuchnię u Kimballów i 

potrzebuję hydraulika. Co ty na to?

Bobowi drgnęły usta, jakby chciał się uśmiechnąć.

- Mogę spróbować - powiedział.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Podczas   gdy   ojciec   i   syn   po   raz   pierwszy   w   życiu   ze   sobą   rozmawiali,   Kate 

maszerowała po ulicy z Jackiem.

- Nie wdzięczyłem się, prawda? - dopytywał się.

- Ani troszeczkę - zapewniła go. - Ja i mama musiałyśmy cię długo namawiać, żebyś 

zechciał   przyjąć   od   nas   ten   samolot.   Właściwie   można   nawet   powiedzieć,   żeśmy   ci   go 

wmusiły.

- Powiesz to tatusiowi?

- Jasne, ale pod warunkiem, że pozwolisz mu się pobawić. Tatuś na pewno będzie 

chciał, bo to bardzo ładny samolot.

- Taki sam jak ten, którym lecieliśmy do Nowego Jorku i z powrotem. - Jack podniósł 

samolot,   okręcił   go   w   powietrzu.   -   Ale   było   fajnie!   Wysłałem   wszystkim   kartki   z 

podziękowaniem. Podobała ci się twoja? Sam ją zrobiłem.

- Strasznie  mi się podobała. - Kate poklepała się po kieszeni,  do której  schowała 

starannie   wykonaną   kartkę   z   podziękowaniem.   -   Bardzo   to   ładnie   z   twojej   strony,   że 

podziękowałeś w ten sposób mnie, Freddie, Nickowi i moim dziadkom. Zachowałeś się jak 

prawdziwy dżentelmen.

- Dziadek Jurij powiedział, że mogę jeszcze kiedyś do nich przyjechać. Nawet zostać u 

nich na noc.

- A chciałbyś?

- No. Dziadek Jurij rusza uszami.

- Wiem.

- Kate?

- Tak?

Pochyliła się, żeby wyplątać Mike'a ze smyczy. Kiedy podniosła głowę, zauważyła, że 

Jack się jej przygląda. Tak jakoś poważnie, jakby się nad czymś zastanawiał.

- O co chodzi, przystojniaku? - spytała troszkę zaniepokojona.

- Czy możemy... usiąść na murku? Muszę z tobą porozmawiać.

- Skoro naprawdę musimy porozmawiać, to rzeczywiście lepiej zrobić to na siedząco - 

zgodziła się Kate.

Usadowiła Jacka na murku otaczającym trawnik, podała mu Mike'a, a potem sama 

zajęła miejsce obok nich.

- O czym chciałeś porozmawiać?

background image

- Zastanawiałem się... - Urwał. Już dawno omówił tę kwestię z Maxem, tym swoim 

przyjacielem z Nowego Jorku. Rozmawiał też z Rodem, swoim najlepszym przyjacielem stąd. 

Powiedział im wszystko w wielkiej tajemnicy, a oni stwierdzili, że Jack ma rację. Tylko 

dlatego odważył się na tę rozmowę z Kate. - Lubisz mojego tatę, prawda? - spytał ze śmier-

telnie poważną miną.

- Nawet bardzo - odparta Kate.

- I dzieci też lubisz? Na przykład mnie?

- Lubię dzieci. Zwłaszcza ciebie. - Przytuliła go do siebie.

- Ja i tata też cię lubimy. Bardzo cię lubimy. Dlatego się zastanawiałem... - Spojrzał na 

nią tak jakoś bezradnie, a potem zapytał: - Ożenisz się z nami?

- Och, Jack! - Kate była tak przejęta, że nawet go nie poprawiła.

- Będziesz mieszkać z nami w naszym domu. Tatuś bardzo dobrze go wyre... No 

wiesz, naprawił. Mamy duże podwórko i w ogóle. Tata obiecał, że założymy ogród. Rano 

byśmy razem jedli śniadanie, a potem byś sobie jechała do tej swojej szkoły. A wieczorem 

byś do nas wracała. To wcale nie jest daleko.

Oszołomiona Kate przytuliła policzek do głowy Jacka.

- Tata jest całkiem fajny - przekonywał ją Jack. - Prawie nigdy nie krzyczy. I nie ma 

już żony, bo ona musiała iść do nieba. Wiesz, to była moja mamusia. Tatuś mówi, że ona 

wcale nie chciała iść do nieba, ale musiała.

- Wiem, kochanie. - Kate miała mokre oczy.

- Tatuś się chyba boi, że jak ty będziesz jego żoną, to też będziesz musiała iść do 

nieba. Rod tak powiedział. Ale ty nigdzie nie pójdziesz, prawda?

-   Nie   pójdę   -   zapewniła   go   Kate.   Z   trudem   opanowała   łzy,   ujęła   w   obie   dłonie 

twarzyczkę chłopca. - Zamierzam tu zostać bardzo długo. Czy rozmawiałeś już o tym ze 

swoim tatą?

- Nie. Max powiedział, że najpierw trzeba zapytać dziewczynę. Chłopiec musi spytać 

dziewczynę. Ja i tata kupimy ci pierścionek, bo dziewczyny muszą mieć pierścionek. Pozwolę 

ci się całować i będę grzeczny. Ty i tata możecie mieć dzieci jak wszyscy ludzie, którzy się 

ożenią. Wolałbym braciszka, ale jak będzie siostra, to też w porządku. Będziemy się wszyscy 

kochać i w ogóle. No to jak? Ożenisz się z nami?

W najśmielszych  marzeniach nie wyobrażała sobie, że zostanie poproszona o rękę 

przez sześcioletniego chłopca. To było wzruszające, niezwykłe przeżycie.

- Coś ci powiem, Jack - szepnęła mu do ucha - . ale to tajemnica. Ja już cię kocham.

- Naprawdę?

background image

- Naprawdę. I twojego tatę też. Przemyślę sobie to wszystko, co mi powiedziałeś, i ty 

też jeszcze raz dobrze się zastanów. Bo nie wiem, czy wiesz, ale jeśli zostanę żoną twojego 

tatusia, to tego samego dnia stanę się twoją mamusią. Wtedy ty też będziesz mój. Na zawsze.

- Wiem. - Jack poważnie skinął główką. - Ja chcę, żebyś była moją mamą. No to jak? 

Zgadzasz się?

- Muszę się jeszcze zastanowić. - Kate pocałowała go w czółko, zeskoczyła z murku.

- Czy długo się będziesz zastanawiać?

-   Niedługo   -   obiecała.   Wyciągnęła   ręce   do   Jacka   i   przytuliła   go   do   siebie,   nim 

postawiła go z powrotem na chodniku.

- Tylko na razie nikomu o tym nie mów - poprosiła. - Nawet tatusiowi. Niech to na 

razie zostanie naszą tajemnicą.

Zastanawiała się prawie całą dobę. Oczywiście nie nad tym, czy przyjąć propozycję 

Jacka, tylko nad tym, jak to wszystko załatwić z jego ojcem.

Najpierw chciała zaprosić Brody'ego na romantyczną kolację we dwoje, ale szybko 

doszła   do   wniosku,   że   nie   jest   to   dobry   pomysł.   Gdyby   oświadczyła   mu   się   w   miejscu 

publicznym, nie mogłaby go w razie potrzeby należycie przyprzeć do muru. Potem przyszło 

jej do głowy, by zaczekać do piątku i urządzić tę romantyczną kolację u Brody'ego. Świece, 

wino, nastrojowa muzyka...

Ten pomysł także odrzuciła. Jack na pewno nie utrzymałby sekretu aż do piątku, a 

gdyby nawet, to Kate sama by się wygadała.

Trochę żałowała, że wszystko nie odbędzie się tak jak powinno, jak sobie wymarzyła. 

Nie będzie blasku księżyca ani muzyki, Brody nie będzie jej patrzył w oczy, nie powie, że ją 

kocha, i nie poprosi, żeby ona też go kochała, żeby została z nim na całe życie.

Trudno, pomyślała, trzeba grać tak, jak przeciwnik pozwala. A ten jest trudny jak sam 

diabeł. Na szczęście ma cudownego synka, który nie powinien za długo czekać.

Wobec tego Kate postanowiła nie zwlekać dłużej i załatwić tę sprawę natychmiast.

Brody właśnie kończył remont, który bardzo ich do siebie zbliżył, więc równie dobrze 

mogła   mu   się   oświadczyć   w   mieszkaniu,   które   -   w   pewnym   sensie   oczywiście   -   razem 

stworzyli. Naprawdę trudno o lepszy moment, pomyślała, coraz bardziej przekonana o swojej 

racji.

Prędziutko wbiegła na górę, ale Brody'ego tam nie było. Na dole także go nie znalazła. 

Była zła.

- Gdzie ty się, do diabła, podziewasz?

Zaraz   jednak   przypomniała   sobie,   że   właśnie   o   tej   godzinie   przyjeżdża   szkolny 

background image

autobus i że tego dnia Brody sam odbiera Jacka z przystanku. Pognała do drzwi. W biegu 

zerknęła na zegarek. Musi zdążyć przed przyjazdem autobusu!

- Pali się, czy co? - Spencer złapał ją, gdy zeskakiwała z ostatniego stopnia.

- Przepraszam, tatku. Strasznie się spieszę. Muszę dogonić Brody'ego.

- Coś się stało?

- Nie, nic. - Pocałowała ojca w policzek i pobiegła dalej. - Muszę mu się oświadczyć.

Kate była młodsza, dużo szybsza, ale przeżyty przed chwilą szok dodał sił biednemu 

ojcu. Dopadł drzwi, nim Kate zdążyła je otworzyć.

- Coś ty powiedziała?!

- Muszę oświadczyć się Brody'emu - powtórzyła. - Już się zdecydowałam.

- Katie, czy ty...

- Kocham go, tatku. - Nie chciała słuchać ojca. - Jacka też kocham. Przepraszam, ale 

nie mam teraz czasu na wyjaśnienia. I nie bój się. Wszystko będzie dobrze.

Spencer spojrzał córce prosto w oczy i już wiedział, że nic nie wskóra.

- Powodzenia... - mruknął, patrząc, jak Kate znika za zakrętem.

Brody skręcił w swą uliczkę i spojrzał na zegarek. Do przyjazdu autobusu zostało 

jeszcze z dziesięć minut. Za bardzo się pospieszyłem, pomyślał. Trzeba będzie poczekać.

Wysiadł z samochodu, wypuścił Mike'a. Psiak biegał jak oszalały po zieleniących się 

już trawnikach.

Wiosna zaczęła się na dobre. Na drzewach pokazały się pierwsze liście, rozkwitły 

pierwsze wiosenne kwiaty. I powietrze też było jakieś inne. Pomyślał, że tak musi pachnieć 

nadzieja. Wkrótce zrobi się ciepło, będzie można rozwiesić hamak na podwórku, ustawić 

bujany fotel na ganku. Jack i Mike będą się bawić na dworze, tarzać po trawie w długie letnie 

wieczory, a ja będę siedział i patrzył. Siądę sobie na ganku razem z Kate...

Już nie umiał wyobrażać sobie bez niej życia. Zapragnął teraz, zaraz, natychmiast, a 

najpóźniej jutro rano oświadczyć się jej, powiedzieć, że ją kocha, błagać, żeby ona też go 

kochała i żeby została z nim na zawsze. Z nim i z Jackiem.

No właśnie, Jack. Tylko ze względu na niego Brody nie mógł zrobić tego, czego tak 

bardzo pragnął. Musiał się dobrze zastanowić, dokładnie wszystko przemyśleć i koniecznie 

zapytać Jacka o zdanie. Dopiero potem może odbyć rozmowę z Kate.

Obawiał   się,   że   nie   będzie   to   rozmowa   łatwa.   W   końcu   miał   żądać   od   pięknej, 

utalentowanej i niezależnej kobiety, by wyrzekła się wielkiego świata, by została w małym 

miasteczku z biednym przedsiębiorcą budowlanym i jego małym synkiem.

A jeśli Kate jeszcze nie dojrzała do małżeństwa?  - zaniepokoił się. Ma teraz huk 

background image

roboty z tą swoją szkołą, a ja chcę jej zwalić na głowę nowe obowiązki. Brody patrzył na 

swoją ziemię, na stojący na wzgórzu dom, który sprawiał wrażenie, jakby na coś czekał.

Trudno, nie mam wyboru, pomyślał. Nie mogę dłużej czekać, także ze względu na 

Jacka. Im wcześniej zacznie się przyzwyczajać do nowej sytuacji, tym lepiej dla wszystkich.

Postanowił najpierw porozmawiać z Jackiem. Chłopiec uwielbiał Kate, więc nawet 

jeśli będzie się trochę obawiał zmian, jakie nastąpią po ślubie, prędko da się przekonać, że nic 

złego mu nie grozi. Porozmawiam z nim dziś po kolacji, postanowił. Naprawdę nie mogę 

dłużej czekać.

Postanowił, że kiedy rozmówi się z Jackiem, kiedy wszystko sobie wyjaśnią, wtedy 

dopiero zastanowi się, co powiedzieć Kate, jak ją przekonać do swoich planów.

Wyjął listy ze skrzynki i właśnie je przeglądał, kiedy zatrzymało się przy nim auto 

Kate.

- Cześć. - Wrzucił listy do kabiny swojej furgonetki. - Nie spodziewałem się ciebie 

dzisiaj.

Kate  wysiadła  z  samochodu,  podniosła  z  ziemi   patyk,   który przyniósł   jej  Mike,  i 

rzuciła go daleko.

- Chciałam z tobą porozmawiać w szkole, ale już cię nie było - powiedziała.

- Coś się stało?

- Nie, nic. - Podeszła do niego, położyła  mu ręce na piersiach. Zawsze kiedy tak 

robiła, serce Brody'ego zaczynało bid jak oszalałe. - Prócz tego, że nie pocałowałeś mnie na 

pożegnanie.

- Drzwi do gabinetu były zamknięte. Myślałem, że jesteś zajęta.

- Więc teraz mnie pocałuj. - Musnęła ustami jego usta. Zdziwiła się, kiedy pocałował 

ją delikatnie i zaraz się odsunął. - Nie tak.

- Zaraz przyjedzie autobus.

- No i co z tego? - Kate przytuliła się do niego. Tym razem Brody nie zdołał się 

opanować. Przytulił ją i gorąco pocałował.

- Teraz lepiej. - Wreszcie była zadowolona. - Już wiosna. Czy wiesz, co robią wiosną 

młodzi mężczyźni? Oczywiście poza kopaniem piłki.

- Zajmują się uprawą roli - odparł bez namysłu Brody.

Kate się roześmiała, zarzuciła mu ręce na szyję.

- A może wiesz, czym na wiosnę zajmują się młode kobiety? Czym wiosną zajmuje 

się twoja ulubiona młoda kobieta?

- Przyjechałaś, żeby mi o tym opowiedzieć?

background image

-   No   właśnie.   Brody...   -   Zawahała   się,   ale   zaraz   znów   nabrała   pewności   siebie. 

Przecież wiedziała, co ma zrobić, wiedziała, że wszystko dobrze się skończy. - Ożeń się ze 

mną.

Zamarł.   W   głowie   mu   się   kręciło,   szumiało   w   uszach.   Uznał,   że   musiał   się 

przesłyszeć. No bo to przecież niemożliwe, by Kate mu się oświadczała właśnie wtedy, kiedy 

on się zastanawia, jak by ją tu zmusić do małżeństwa.

-   Co   tak   na   mnie   patrzysz,   jakbym   cię   zdzieliła   między   oczy?   Myślisz,   że   to 

przyjemne?

- Skąd ten pomysł? - spytał ostrożnie. - Zwykle to mężczyzna prosi kobietę o rękę, a 

nie na odwrót.

Pomyślał, że być może wszystko to tylko mu się przyśniło, ale Kate wyglądała bardzo 

realnie. Gwałtowne bicie jego własnego serca także nie mogło być złudzeniem. Poza tym w 

marzeniach to on jej się oświadczał, a nie ona jemu.

- Przesądy. - Kate machnęła ręką. - U nas będzie inaczej.

- Ale dlaczego...

- Zaraz ci wytłumaczę. - Nie pozwoliła mu dojść do słowa. - Po pierwsze: od kilku 

miesięcy regularnie się spotykamy. Po drugie: nie jesteśmy dziećmi. Po trzecie: lubimy się, 

szanujemy i dobrze nam razem. Jaki z tego wniosek?

- Ja...

Ale Kate go nie słuchała. To nie było prawdziwe pytanie, tylko pytanie retoryczne. 

Sama musiała na nie odpowiedzieć.

- Najwyższy czas pomyśleć o małżeństwie.

- Dobra - zgodził się. - Możemy pomyśleć.

- A więc...

- Zacznijmy od ciebie. - Tym razem to on nie dopuścił jej do głosu. - Teraz możesz 

jeszcze   w   każdej   chwili   wrócić   na   scenę,   wyjechać   do   Nowego   Jorku   czy  gdziekolwiek 

indziej.

- Nie mogę - odparła spokojnie. - Mam w tym mieście swoją szkołę. Postanowiłam ją 

założyć, zanim cię poznałam.

- Kate, ja cię widziałem na scenie - przekonywał ją wbrew sobie. - Jesteś wyjątkowa. 

Nauczanie nigdy nie da ci tego, co może dać ci scena.

- Oczywiście, że nie. Kształcenie młodych tancerzy to dla mnie nowe doświadczenie. 

Właśnie tego chcę teraz od życia. Widzisz, ja nie należę do osób, które łatwo podejmują 

decyzje. Wiedziałam, co robię, kiedy postanowiłam opuścić zespół. Wiedziałam, na co się 

background image

porywam i co za sobą zostawiam. Jeśli tego nie wiesz, to znaczy, że wcale mnie nie znasz.

-   Ja   muszę   brać   pod   uwagę   znacznie   więcej   niż   tylko   karierę   zawodową   i   plany 

życiowe, twoje czy nawet swoje własne. Muszę myśleć o Jacku. Cokolwiek zrobię, odbije się 

na nim. To, czego nie zrobię, też.

- Przecież wiem. - Wzruszyła ramionami, jakby to był nic nie znaczący drobiazg.

Nie chciał, by traktowano Jacka jak nieistotną rzecz. Nikomu by na to nie pozwolił. 

Nawet jej.

- On cię lubi - tłumaczył - ale tylko ze mną czuje się bezpiecznie. Musi wiedzieć, że 

zawsze   może   na   mnie   polegać.   Zrozum,   Kate!   Jack   nie   ma   nikogo   oprócz   mnie.   Miał 

zaledwie kilka miesięcy, kiedy Connie zachorowała. Lekarze, terapia, szpitale... Matka nie 

mogła się nim zajmować, a potem... nasz świat się rozpadł. Starałem się, jak mogłem, żeby 

Jack za bardzo tego nie odczuł. Myślę, że mi się udało, ale wciąż muszę bardzo uważać.

- Przecież wiem. - Kate ukradkiem ocierała łzy. - Jesteś wspaniałym ojcem. Naprawdę 

bardzo cię za to szanuję.

Patrzył na nią zdumiony. Do głowy mu nie przyszło, że można szanować kogoś tylko 

za to, że jest dobrym ojcem. Oczywiście cieszył się, że Kate go szanuje, ale wolałby, żeby 

prócz tego choć trochę go kochała.

- Dobrze, że mnie rozumiesz - powiedział. - Jack jest jeszcze  bardzo mały.  Taka 

zmiana,   zmiana   całego   naszego   dotychczasowego   życia,   może   być   dla   niego   wielkim 

szokiem. Trzeba go do tego odpowiednio przygotować.

- On jest przygotowany. Lepiej niż ty - mruknęła Kate, ale jej nie słyszał.

- Nie  mogę mu tak  po prostu powiedzieć, że  się żenię - ciągnął.  - Muszę z  nim 

najpierw porozmawiać. Ty zresztą też. On musi wiedzieć, że może Uczyć na ciebie tak samo 

jak na mnie.

-   Na   litość   boską,   czy   ty   mnie   masz   za   idiotkę?   Naprawdę   uważasz,   że   o   tym 

wszystkim   nie   pomyślałam?   -   Kate   miała   serdecznie   dosyć   tego   tłumaczenia   rzeczy 

oczywistych. - Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie Jack. To on mnie poprosił, żebym wyszła za 

ciebie  za  mąż.  Właściwie   to  prosił,   żebym   się  z wami  ożeniła,  ale   to  przecież  na jedno 

wychodzi.

Brody popatrzył na zaczerwienioną ze złości buzię Kate, a potem usiadł ciężko na 

powalonym pniaku.

- Coś ty powiedziała? - wyszeptał.

- Czy ja mówię po ukraińsku?! Jack mi się wczoraj oświadczył! Poprosił, żebym się z 

wami ożeniła.

background image

- Ale...

- Trudno sobie wyobrazić piękniejsze oświadczyny. - Kate go nie słuchała. - Tylko 

dlatego do ciebie przyszłam. Wiem, że na ciebie w tej kwestii nie można Uczyć, a dziecko nie 

może dłużej czekać.

- A więc ty to robisz dla Jacka?

- Posłuchaj mnie, ty idioto. - Stanęła tuż przed nim, jakby miała nadzieję, że dzięki 

temu  jej  słowa  lepiej do niego  dotrą. - Bardzo  kocham  twojego  syna,  ale  na pewno nie 

poślubiłabym jego skretyniałego ojca, gdybym tego naprawdę nie chciała. Jack uważa, że ty i 

ja do siebie pasujemy, a ja się z nim w pełni zgadzam. Tylko ty niczego nie widzisz, niczego 

nie rozumiesz.

Nie nadążam, pomyślał zrozpaczony Brody. Nie tylko za tą wariatką, ale nawet za 

swoim własnym dzieckiem.

-  Czy  ty naprawdę  nic  nie  widzisz?   - pastwiła   się nad  nim  Kate.  -  Zrobiłam  już 

wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby ci pokazać, jak bardzo cię kocham. Jeszcze tylko nie 

namalowałam sobie serduszka na czole.

- Ja...

-   Milcz,   z   łaski   swojej.   Teraz   ja   mówię.   -   Spojrzała   na  niego   tak,   że   Brody'emu 

natychmiast przeszła ochota do mówienia. - Nie wiesz przypadkiem, dlaczego nie odebrałam 

swoich mebli z magazynu, dlaczego nie sprowadziłam ich do tego ślicznego mieszkanka, 

które mi zbudowałeś? Mądre kobiety tak nie postępują. Chyba że zmienią zdanie i zechcą 

zamieszkać gdzie indziej.

- Myślałem, że chcesz...

Spojrzała na niego tak ostro, że zamilkł.

-   Nie   wiesz   czasem,   z   jakiego   powodu   poświęcam   każdą   wolną   chwilę   tobie   i 

Jackowi? Dlaczego depczę swoją godność osobistą i sama ci się oświadczam? Nie robiłabym 

tego wszystkiego, gdybym cię nie kochała. Ty żałosny kretynie!

Odwróciła się i pobiegła do samochodu, płacząc ze złości i upokorzenia.

- Nie waż się wsiadać do tego samochodu! - zawołał za nią Brody. - Jeszcze z tobą nie 

skończyłem.

- Nie mam ochoty z tobą rozmawiać - burknęła, ale zatrzymała się z ręką na klamce.

- Nie musisz - warknął. - Siadaj! - Wskazał jej pniak, z którego sam przed chwilą 

wstał.

- Nie chcę siedzieć.

- Kate...

background image

Zrezygnowana podeszła do pniaka.

- Dobra, siedzę. Zadowolony?

- Może być. - Łaskawie skinął głową. - Ale się nie odzywaj. Chcę, żebyś wiedziała, że 

nie zamierzam się żenić tylko po to, żeby Jack miał matkę. A jak baba nie zechce zostać jego 

matką, to też się z nią nie ożenię, choćby nie wiem, jak mi się podobała. Czy to jasne?

- Jasne. - Kate skinęła głową, pociągnęła nosem.

- Tylko mi tu nie płacz - ostrzegł. - Wiem, że jesteś wściekła, ale postaraj się nie 

płakać.

- Nie zamierzam marnować na ciebie ani jednej łzy - warknęła.

Brody wyjął z kieszeni chustkę, rzucił jej na kolana. Nie tknęła jego chustki, otarła łzy 

wierzchem dłoni.

- Wyobraź sobie, że tu stoi skrzynka. - Wskazał na ziemię u jej stóp. - Do tej skrzynki 

wkładamy wszystko to, cośmy dotąd powiedzieli. A teraz zamykam wieko. No już. Możemy 

zacząć tę rozmowę od początku, tylko tym razem tak jak trzeba.

- Jeśli o mnie chodzi, to możesz zabić to swoje wieko gwoździami, a skrzynkę rzucić 

w ogień - burknęła Kate.

- Postanowiłem porozmawiać o nas z Jackiem - mówił, nie zważając na jej wściekłe 

tukanie. - Chciałem  to zrobić  dziś wieczorem. Miałem  nadzieję, że  spodoba  mu się mój 

pomysł. W końcu znam swojego syna, chociaż nie tak dobrze, jak mi się zdawało. Nie miałem 

pojęcia, że za moimi plecami oświadczył się mojej dziewczynie.

- Twojej dziewczynie?

- Milcz - polecił jej, ale całkiem spokojnie. - Gdybyś na mnie nie napadła, gdybyś mi 

dała dojść do głosu, to bym ci to wcześniej powiedział.

- Ja..

- Nic nie mów - poprosił łagodnie. Podszedł do niej, ujął ją pod brodę. - Kocham cię - 

powiedział, patrząc jej w oczy. - Zanim tu przyjechałaś, zastanawiałem się, jak mam cię 

przekonać, żebyś zechciała zostać moją żoną.

- Dobry Boże - westchnęła. - Czy ta skrzynka jest aby dobrze zamknięta?

- Bardzo dobrze. Nic się z niej nie wydostanie.

- To dobrze. - Kamień spadł jej z serca. - Wobec tego zacznij jeszcze raz. Najlepiej od 

tego momentu, kiedy powiedziałeś, że mnie kochasz.

- Kocham cię, Kate. Zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia, tylko zdawało 

mi się, że ty nie jesteś dla mnie. Miałem nadzieję, że mi przejdzie, ale było coraz gorzej. 

Miałem powody, żeby się przed tobą bronić, żeby się bronić przed tym głupim uczuciem. 

background image

Teraz nie mogę sobie żadnego z nich przypomnieć, ale zapewniam cię, że były poważne.

- Jak mogłeś tak myśleć, Brody? - Kate pokręciła głową. - Ja jestem dla ciebie, a ty dla 

mnie. Jesteśmy dla siebie stworzeni. Nie rozumiesz?

- Teraz już rozumiem. - Patrzył na nią z czułością. - Kiedy zobaczyłem, jak tańczyłaś, 

przestałem się bronić. Zakochałem się bez pamięci.

- Kocham cię, Brody - szepnęła Kate.

- Nic nie mów. Teraz moja kolej. - Podniósł ją z pniaka. - Widzisz tamten dom na 

wzgórzu?

- Tak.

- Kiedyś  będzie piękny,  ale trzeba nad nim jeszcze trochę popracować. Ten psiak 

uganiający się za swoim ogonem jest już prawie przyuczony do życia w domu, a za chwilę 

przyjedzie tu mój syn. Chcę, żebyś dzieliła ze mną to wszystko, co już mam, i żebyś czasami 

pozwoliła mi zajrzeć do tej swojej szkoły. Lubię patrzeć, jak tańczysz, i chciałbym mieć z 

tobą dzieci. Mam wrażenie, że nieźle sobie radzę z dziećmi. A latem będziemy siadywać 

razem w ogrodzie. Ogrodu też jeszcze nie ma, ale możemy go zrobić. Razem. Zgadzasz się?

- Czy to znaczy... - Kate miała łzy w oczach.

- Jesteś niecierpliwa. - Brody się uśmiechnął. - To też mi się w tobie podoba. Zostań 

moją żoną, Kate - poprosił. - Zostań moją żoną i mamą mojego syna.

Nie odpowiedziała, bo nie mogła wydobyć z siebie głosu, ale mogła się przytulić do 

Brody'ego, mogła go pocałować. Włożyła w ten pocałunek całe swoje serce.

- Jestem taka szczęśliwa - szepnęła.

- Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby usłyszeć odpowiedź. Koniecznie twierdzącą.

Kate zaczęła coś mówić, ale ostry pisk hamulców szkolnego autobusu zagłuszył jej 

słowa. Odwróciła się, wciąż przytulona do Brody'ego, i patrzyła, jak Jack wypada z autobusu, 

jak Mike biegnie do niego, jak skacze do góry z radości.

- Ja mu powiem, dobrze? - poprosiła cicho. - Witaj, przystojniaku!

- Cześć. - Chłopczyk dostrzegł łzy na jej policzkach, spojrzał zmartwiony na ojca. - 

Nakrzyczał na ciebie?

- Nic podobnego - zaprzeczyła. - Ludzie czasami płaczą z wielkiego szczęścia. Ja teraz 

też jestem bardzo szczęśliwa. Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy wczoraj?

Chłopiec przygryzł wargę, zerknął niepewnie na ojca.

- Pamiętam - mruknął.

- To dobrze, bo już się zastanowiłam i mam coś do powiedzenia. I tobie, i twojemu 

tatusiowi. - Nie puszczając Brody'ego, drugą ręką dotknęła policzka jego synka. - Tak.

background image

- Naprawdę? - Jack omal nie wyskoczył ze skóry.

- Naprawdę.

- Tatusiu! Wiesz co?

- Nie mam pojęcia.

- Kate się z nami ożeni!

background image

EPILOG

- Tatusiu? Długo jeszcze?

- Tylko kilka minut. Poczekaj, poprawię ci krawat.

Brody posadził synka na krześle, podciągnął elegancki czarny krawacik zdobiący gors 

śnieżnobiałej koszulki, musnął palcem pączek czerwonej róży wetknięty w butonierkę.

- Ręce mi się spociły - powiedział ze śmiechem.

-   Denerwujesz   się?   -   zdziwił   się   Jack.   -   Dziadek   mówił,   że   niektórzy   mężczyźni 

strasznie się boją ślubu.

- Ja się nie boję. Kocham Kate i chcę się z nią ożenić.

Brody   cofnął   się   o   krok,   obejrzał   sobie   synka.   W   czarnym   garniturze   chłopczyk 

wyglądał naprawdę imponująco.

- Świetnie wyglądasz, synku - pochwalił.

-   Ty   też.   -   Jack   nie   był   ojcu   dłużny.   -   Obaj   jesteśmy   przystojni.   Babcia   tak 

powiedziała. I płakała. Max mówi, że dziewczyny zawsze płaczą na ślubach. Wiesz dlaczego?

- Nie wiem, ale potem zapytamy o to jakąś dziewczynę.

Obrócił Jacka i razem stanęli przed lustrem.

- To nasz wielki dzień, synku - powiedział Brody.

- Od dzisiaj wszyscy troje będziemy jedną rodziną.

- Będę miał mamusię i jeszcze jednych dziadków, ciocie, wujków, kuzynów i w ogóle.

- Tak, kochanie.

- A potem będzie przyjęcie  i tort, a po przyjęciu  ty i Kate pojedziecie  w podróż 

poślubną. Rod mówi, że podróż poślubna jest po to, żeby można się było całować.

- Codziennie będziemy do ciebie dzwonić, Jack - zapewnił go Brody. Rewelacji Roda 

wolał nie komentować. - I przyślemy ci kartkę.

Bardzo się denerwował, że nie może zabrać Jacka ze sobą, ale malec wcale się tym nie 

przejmował.

-   A   jak   wrócicie,   to   będziemy   mieszkać   wszyscy   razem   -   paplał   Jack.   -   Max 

powiedział, że jak wrócicie z tej podróży, to będziecie mieli dziecko. To prawda?

O rany, pomyślał Brody. Znów się zaczyna!

- Trzeba o to spytać Kate - odparł wymijająco.

- Teraz już mogę mówić do niej „mamo”, prawda?

- Prawda. Czy wiesz, że ona cię bardzo kocha, Jack?

- Wiem. - Chłopiec zwrócił oczy do nieba. Nie rozumiał, dlaczego tatuś wciąż musi 

background image

mu przypominać o sprawach oczywistych. - Przecież dlatego się z nami żeni.

Brody nie zdążył poprawić synka, bo do pokoju wszedł Brandon.

- Gotowi? - spytał od progu.

-   Jasne!   -   zawołał   podekscytowany   Jack.   -   Chodź   tatusiu,   no   chodź.   Idziemy   się 

ożenić.

Kate podała rękę Spencerowi.

-   Jesteś   piękna.   -   Wzruszony   ojciec   podniósł   jej   dłoń   do   ust.   -   Moja   mała 

dziewczynka.

- Przestań, bo znów się rozpłaczę - poprosiła Kate.

-   Dopiero   doprowadziłam   się   do   porządku   po   rozmowie   z   mamą.   Jestem   taka 

szczęśliwa, tatku, ale nie mogę iść do ślubu z czerwonymi oczami.

- Kocham cię, Katie. Trzymaj się, dziecinko.

- Już w porządku. - Odetchnęła, usłyszawszy muzykę. Lęk gdzieś się ulotnił. Została 

tylko muzyka i to wszystko, co trzeba z nią zrobić. Zupełnie tak samo jak na scenie.

Ojciec wprowadził ją do kościoła. Biała suknia pieniła się falbanami, welon lśnił jak 

pajęczyna błyszcząca kroplami rosy. Kate była piękna i szczęśliwa.

- Spójrz na nich, tatku - szepnęła ojcu do ucha.

- Są cudowni!

Muzyka prowadziła ją do ołtarza, nogi niosły pewnie we właściwym kierunku.

- Kocham cię, Kate. - Brody podniósł jej dłoń do ust, tak samo jak przedtem jej ojciec. 

- Zobaczysz, że będziemy szczęśliwi.

- Ładnie wyglądasz. - Jack całkiem się zapomniał i zaczął podskakiwać jak piłeczka. 

Jego głosik słychać było w całym kościele. - Naprawdę ślicznie wyglądasz, mamo.

- Kocham cię, Jack - powiedziała Kate. Pochyliła się, pocałowała go w policzek. - 

Teraz już jesteś mój. Na zawszeTy też - zwróciła się do Brody'ego.

Oddała siostrze ślubny bukiet, wolną już dłonią wzięła Jacka za rękę.

I poślubiła ich obu.